background image

 

Georges Simenon 

Maigret i trup w 

kanale 

Maigret et le corps sans tête 

Przełożyła: Anna Mencwel 

Wydanie oryginalne: 1955 

Wydanie polskie: 1993 

background image

Rozdział 1 

Znalezisko braci Naud 

Zaczynało  świtać,  kiedy  Jules,  starszy  z  braci  Naud,  ukazał  się  na  pokładzie  barki. 

Najpierw wyłoniła się głowa, potem ramiona, wreszcie cała postać. Stał teraz na pokładzie, 
wielki  i  niezdarny,  przeczesując  ręką  rozczochrane  włosy  koloru  lnu.  Spojrzał  na  śluzę,  w 

lewo – na quai de Jemmapes, w prawo – na quai de Valmy. Odetchnął świeżym powietrzem 
wstającego  dnia,  zrobił  sobie  skręta,  zapalił.  W  chwilę  później  rozbłysło  światło  w  małym 

bistro na rogu ulicy des Récollets. 

W pierwszym porannym brzasku żółta barwa fasady wydawała się ostrzejsza niż za dnia. 

Popaul, właściciel bistra, rozmamłany i potargany, dreptał po chodniku otwierając okiennice. 

Jules zszedł z trapu i przeciął nabrzeże skręcając drugiego papierosa. Kiedy Robert Naud, 

niewiele niższy i chudszy od swego brata, wynurzył się z luku, ujrzał w oświetlonym barze 

Jules’a opartego o kontuar i Popaula dolewającego sobie koniaku do kawy. 

Robert,  jakby  czekał  na  swoją  kolejkę,  skręcił  papierosa  identycznym  ruchem  co  Jules. 

Kiedy starszy brat wyszedł z bistra, młodszy opuścił barkę i spotkali się na środku jezdni. 

– Uruchomię silnik – oświadczył Jules. 
Bywało,  że  całymi  dniami  wymieniali  najwyżej  dziesięć  tego  rodzaju  zdań.  Ich  łódź 

zwała się „Dwaj bracia”. Za żony mieli siostry bliźniaczki i obie rodziny mieszkały na barce. 

Robert  zajął  miejsce  Jules’a  w  barze  Popaula,  gdzie  unosił  się  aromat  wzmocnionej 

koniakiem kawy. 

– Zapowiada się ładny dzień – stwierdził mały, pulchny Popaul. 
Naud  spoglądał  w  milczeniu  na  krajobraz  za  oknem.  Niebo  różowiało.  Sterczące  rury 

kominów  nabierały  życia  i  barwy,  ale  kryte  dachówką  i  łupkiem  dachy  oraz  bruk  na  jezdni 
powlekała jeszcze miejscami delikatna warstwa nocnego szronu. 

Rozległ się charkot silnika. Z rufy dobywały się rytmicznie kłęby czarnego dymu. Naud 

położył pieniądze na ladzie, dotknął końcami palców czapki i ruszył z powrotem nabrzeżem. 
Umundurowany nadzorca śluzy stał przy komorze i szykował się do otwarcia wrót. W oddali, 

background image

na quai de Valmy, słychać było kroki niewidocznych ludzi. Z barki dochodziły głosy dzieci i 

kobiet szykujących kawę. 

Jules,  zasępiony,  wychylił  się  przez  burtę.  Robert  wiedział,  o  co  chodzi.  Załadowali 

kamień  ciosowy  w  Beauval,  przy  czterdziestym  ósmym  słupie  kanału  de  l’Ourcq,  i  swoim 
zwyczajem przeciążyli barkę o kilka ton. Już wczoraj, kiedy wpływali z basenu La Villette do 
kanału Saint-Martin, zahaczyli o muliste dno. 

W  marcu  na  ogół  poziom  wód  jest  wysoki.  Tego  roku  jednak  nie  padało  od  dwóch 

miesięcy – wody było mało. 

Wrota  śluzy  rozwarły  się.  Jules  stanął  przy  kole  sterowym.  Robert  zszedł  na  ląd, 

odcumował  barkę.  Śruba  napędowa  zaczęła  się  obracać  i  stało  się  to,  czego  obawiali  się 
bracia: na powierzchni pojawiły się wielkie bańki gęstego błota. 

Robert chwycił bosak, oparł się na nim całym ciężarem ciała i usiłował odepchnąć dziób 

od  brzegu.  Śruba  najwyraźniej  się  zacięła.  Śluzowy,  nawykły  do  takich  przestojów,  czekał 
cierpliwie, zabijając po dorożkarsku ręce dla rozgrzewki. 

Barką  wstrząsnęło,  rozległ  się  niepokojący  zgrzyt  przekładni.  Robert  odwrócił  się  do 

brata. Jules zatrzymał silnik. Coś się musiało stać, ale co? 

Śruba  nie  mogła  wbić  się  w  dno,  gdyż  osłaniała  ją  płetwa  steru.  Widocznie  coś  ją 

zaklinowało, może stara cuma, których pełno w kanale. Jeśli tak, trudno będzie ją odczepić. 

Robert z żerdzią w garści poszedł na tył barki. Wychylił się i próbował dosięgnąć śruby w 

mętnej wodzie. Jules szukał mniejszego bosaka. Laurence, żona Jules’a, wyjrzała z luku. 

– Co się stało? 
– Sam nie wiem. 
Bracia  w  milczeniu  manipulowali  bosakami  wokół  zaklinowanej  śruby.  Śluzowy 

Dambois,  zwany  powszechnie  Charles’em,  stanął  na  nabrzeżu  i  przyglądał  się  ich 
zmaganiom. Nie pytał, nie komentował, pykał tylko powiązaną drutem fajeczkę. 

Pojawili  się  pierwsi  przechodnie.  Szli  w  pośpiechu  w  kierunku  placu  République; 

pielęgniarki w białych czepkach zmierzały do szpitala Saint-Louis. 

– Masz coś? 
– Chyba tak. 
– Lina? 
– Nie wiem. 
Jules  Naud  zaczepił  bosakiem  o  jakiś  przedmiot.  Po  chwili  miał  go  już  na  haku,  na 

powierzchni pojawiły się nowe bańki. 

Jules powoli ciągnął bosak do góry. Wreszcie wyłonił się dziwaczny pakunek w resztkach 

gazety, przewiązany sznurkiem. 

Była  to  ludzka  ręka,  od  ramienia  po  dłoń,  która  w  wodzie  nabrała  sinej  barwy  i 

konsystencji śniętej ryby. 

 

background image

Depoil, brygadier z trzeciej dzielnicy, kończył nocną służbę na posterunku przy quai de 

Jemmapes, kiedy w drzwiach pojawiła się długa sylwetka starszego z braci Naud. 

– Powyżej śluzy des Récollets stoi nasza barka „Dwaj bracia”. Kiedy chcieliśmy ruszyć, 

śruba zaklinowała się i wyciągnęliśmy rękę mężczyzny. 

Depoil,  który  od  piętnastu  lat  pracował  w  dziesiątym  obwodzie,  zareagował  tak,  jak 

zareagowałby każdy policjant z tego posterunku na taką wiadomość. 

– Mężczyzny? – zapytał z niedowierzaniem. 
– Tak, mężczyzny. Ciemno owłosiona... 
Śruby  napędowe  nieraz  zahaczały  o  zwłoki  w  kanale  Saint-Martin  i  wyławiano  je  dość 

często, zwykle w całości. Wśród nich trafiały się, owszem, ciała mężczyzn: kloszarda, który 
wypił  o  jednego  za  dużo  i  ześlizgnął  się  do  wody,  czy  opryszka,  którego  pchnął  nożem 
członek wrogiej bandy. 

Poćwiartowane zwłoki również nie należały do rzadkości, wyciągano je średnio dwa, trzy 

razy do roku. Zawsze jednak, odkąd brygadier Depoil sięgał pamięcią, były to zwłoki kobiet. 
I  to  określonych  kobiet:  w  dziewięciu  przypadkach  na  dziesięć  prostytutek  najniższej 

kategorii,  takich,  co  szwendają  się  nocą  po  zaułkach.  Raporty  stwierdzały  niezmiennie: 
„Zbrodnia na tle sadystycznym”. 

Policja  znała  cały  światek  przestępczy  dzielnicy,  miała  aktualną  czarną  listę.  Osobnika, 

który na przykład włamał się do sklepu czy zaatakował kogoś z bronią w ręku, aresztowano 
zazwyczaj po kilku dniach. Rzadko natomiast udawało się pochwycić sprawców zabójstw. 

– Przyniósł ją pan? – spytał Depoil. 
– Rękę? 
– Gdzie ją pan zostawił? 
–  Na  nabrzeżu.  Możemy  ruszać?  Musimy  się  dostać  na  quai  de  l’Arsenal  i  rozładować 

barkę. Czekają na nas. 

Brygadier zapalił papierosa. Zgłosił wypadek na Pogotowie Policyjne, po czym połączył 

się z mieszkaniem komisarza dzielnicowego Magrina. 

– Przepraszam, że pana budzę... Szyper wyciągnął z kanału rękę... Nie! Mężczyzny... To 

samo sobie pomyślałem... Słucham?... Tak, tak, jest tutaj... Zaraz go spytam... 

Nie odkładając słuchawki zwrócił się do Jules’a: 
– Na pana oko długo przebywała w wodzie? 
Naud podrapał się w głowę. 
– Co to znaczy długo? 
– Jest w rozkładzie? 
– Nie, nie powiedziałbym. Moim zdaniem pływała ze dwa, trzy dni. 
Brygadier powtórzył przez telefon: 
– Dwa, trzy dni... 
I słuchał, bawiąc się ołówkiem, instrukcji komisarza. 

background image

– Możemy ruszać? – ponowił pytanie Naud, gdy brygadier odłożył słuchawkę. 
– Na razie nie. A nuż inne części ciała przyczepiły się do barki? Przy uruchamianiu łodzi 

mogłyby zaginąć. Tak mówi komisarz i słusznie. 

– Nie możemy tu sterczeć w nieskończoność! Za nami stoją już cztery statki, ludzie się 

niecierpliwią. 

Brygadier czekał na połączenie telefoniczne. 
– Halo! To ty, Victor? Obudziłem cię? Jadłeś śniadanie? Świetnie, mam dla ciebie robotę. 
Victor Cadet mieszkał w pobliżu, przy ulicy du Chemin-Vert. Nie było miesiąca, by nie 

wzywano go na poszukiwania w kanale Saint-Martin. I też nikt inny nie wyłowił z Sekwany i 
paryskich kanałów tylu najróżniejszych przedmiotów, w tym również ludzkich zwłok. 

– Muszę ściągnąć mojego pomocnika. 

 
O godzinie siódmej  rano na bulwarze Richard-Lenoir pani  Maigret,  świeża, ubrana już, 

pachnąca mydłem, krzątała się po kuchni szykując śniadanie. Komisarz jeszcze spał. Na Quai 

des Orfèvres Lucas i Janvier pełnili służbę od szóstej. Wiadomość o ręce wyłowionej z kanału 
przyjął Lucas. 

– Dziwne! – mruknął do Janviera. – W kanale Saint-Martin znaleziono rękę i nie jest to 

ręka kobiety. 

– Mężczyzny? 
– A kogóż by? 
– No... dziecka. 
Taki wypadek miał miejsce jeden jedyny raz, trzy lata temu. 
– Zawiadomimy szefa? 
Lucas spojrzał na zegarek, zawahał się. Pokręcił głową. 
– Nie pali się. Niech sobie spokojnie wypije kawę. 
Za  dziesięć  ósma  przed  barką  „Dwaj  bracia”  zebrał  się  już  gęsty  tłumek.  Strażnik 

odpędzał  gapiów  od  przedmiotu,  który  leżał  pod  plandeką  na  płycie.  Przez  śluzę 
przepuszczano łódź Victora – zacumowała przy nabrzeżu. 

Victor Cadet był ogromnym mężczyzną. Aż korciło, by go zapytać, czy skafander robił 

sobie na miarę. Jego pomocnik był za to malutki, żuł tytoń i strzykał do wody brązową śliną. 
Założył drabinkę, pompę i umocował na szyi Victora wielki mosiężny hełm. 

Na  tylnym  pokładzie  „Dwóch  braci”  pokazały  się  dwie  kobiety  i  pięcioro  dzieci. 

Dzieciaki miały włosy jasnoblond, prawie białe. Jedna z kobiet była w ciąży, druga trzymała 
na ręku niemowlę. 

Domy  na  quai  de  Valmy  stały  teraz  w  pełnym  słońcu.  W  jasnym,  wesołym  blasku 

nabrzeże  wcale  nie  wyglądało  ponuro,  wbrew  rozpowszechnionej  opinii.  Farba  na  fasadach 
nie  była  co  prawda  świeża,  biel  i  żółć  wyblakły,  ale  tego  marcowego  poranka  ulica 
przypominała obraz Utrilla. 

background image

Za „Dwoma braćmi” czekały cztery barki. Na pokładach suszyła się na sznurze bielizna, 

baraszkowały dzieci, pokrzykiwały kobiety. Unosił się zapach smoły, dominujący nad mniej 
przyjemną wonią kanału. 

Piętnaście  po  ósmej,  kiedy  Maigret  dopijał  drugą  filiżankę  kawy  i  ocierał  usta  przed 

zapaleniem pierwszej porannej fajki, zatelefonował Lucas. 

– Ręka mężczyzny, powiadasz? 
Maigret też był zdziwiony. 
– Nic więcej nie znaleziono? 
– W akcji jest nurek, Victor Cadet. Trzeba jak najszybciej otworzyć śluzę, grozi korek. 
– Kto się tym zajął? 
– Judel. 
Inspektor  z  dziesiątki,  chłopak  niczym  się  nie  wyróżniający,  lecz  skrupulatny.  Można 

było na nim polegać przy czynnościach wstępnych. 

– Przyjedzie pan, szefie? 
– Nawet nie nałożę zbytnio drogi. 
– Dojechać do pana? 
– A kto jest dzisiaj? 
– Janvier, Lemaire... O, właśnie wchodzi Lapointe. 
Maigret zawahał się. Wokół niego pełno było słońca, miał ochotę uchylić okno. Może to 

całkiem prosta zagadka, błaha sprawa, w sam raz dla Judela, który świetnie poprowadzi ją od 
początku  do  końca.  Trudno  przewidzieć.  Gdyby  chodziło  o  rękę  kobiety,  Maigret  gotów 
byłby się założyć, że reszta będzie zwykłą rutyną. Ale skoro to ręka mężczyzny, wszystko jest 
możliwe. A nuż będzie to za wiła sprawa i komisarz osobiście zajmie się śledztwem? Wtedy 
najbliższe  dni  zależeć  będą  częściowo  od  doboru  ludzi,  zazwyczaj  bowiem  rozpoczynał, 
prowadził i kończył dochodzenie z tym samym inspektorem. 

– Przyślij mi Lapointe’a. 
Nie współpracował z nim bezpośrednio już od dłuższego czasu. Bawiły go jego młodość i 

zapał, zmieszanie, kiedy chłopcu wydawało się, że popełnił jakąś gafę. 

– Mam uprzedzić szefa? 
– Tak. Na pewno spóźnię się dziś na raport. 
Był  23  marca.  Wiosna  kalendarzowa  rozpoczęła  się  przedwczoraj  i,  co  nie  zdarza  się 

rokrocznie, czuło się ją w powietrzu. Maigret omal nie wyszedł bez płaszcza. 

Na  bulwarze  Richard-Lenoir  wziął  taksówkę.  Nie  było  stąd  bezpośredniego  autobusu,  a 

przy  takiej  pogodzie  nie  sposób  dusić  się  w  metrze.  Do  śluzy  Récollets  dotarł  przed 

Lapointe’em, tak jak się spodziewał. Zastał tam inspektora Judela wpatrującego się w czarną 
toń. 

– Znaleziono coś jeszcze? 
– Na razie nie, szefie. Victor okrąża barkę. Musimy mieć pewność, że nic tam nie ma. 

background image

Upłynęło  kolejne dziesięć minut.  Z małego czarnego wozu Policji Kryminalnej wysiadł 

szybko  Lapointe. Na wodzie pojawiły się jasne  bańki  zapowiadające rychłe wypłynięcie na 
powierzchnię nurka. 

Pomocnik  Victora  przyskoczył  do  niego,  by  odkręcić  hełm.  Po  chwili  nurek  palił  już 

papierosa rozglądając się wokoło. Poznał Maigreta i skinął mu ręką jak dobremu znajomemu. 

– I co tam? 
– W tym sektorze nic nie ma. 
– Barka może ruszać? 
– Tutaj zgarnie najwyżej muł z dna. 
Usłyszawszy te słowa Robert Naud krzyknął do brata: 
– Zapalaj! 
Maigret zwrócił się do Judela: 
– Ma pan ich zeznania? 
–  Tak.  Podpisane.  Zresztą  wyładunek  na  quai  de  l’Arsenal  zajmie  im  jeszcze  dobrych 

kilka dni. 

Quai  de  l’Arsenal  leżało  w  dole,  jakieś  dwa  kilometry  od  śluzy  Récollets,  pomiędzy 

Bastylią a Sekwaną. 

Uruchomienie  łodzi  trochę  trwało.  Przeładowany  kadłub  szorował  po  dnie.  Wreszcie 

barka przekroczyła śluzę, wrota się za nią zamknęły. 

Tłumy  ciekawskich  zaczęły  się  rozchodzić.  Ci,  co  pozostali,  wyraźnie  nie  mieli  nic  do 

roboty i zamierzali chyba sterczeć tu cały dzień. 

Victor wciąż był w gumowym skafandrze. 
–  Jeśli  są  gdzieś  inne  części  ciała  –  tłumaczył  –  to  w  górnym  biegu.  Tułów,  głowa  są 

cięższe od ręki i trudniej je pociągnąć. 

Na powierzchni wody nie widać było najmniejszego ruchu, unoszące się odpadki trwały 

w miejscu. 

–  Nie  ma  tu  oczywiście  takiego  prądu  jak  w  rzece,  ale  przy  każdym  otwarciu  śluzy 

powstaje ruch wody, prawie niewidoczny, wzdłuż całego międzyśluzia. 

– A zatem trzeba by szukać aż do następnej śluzy? 
–  Władze  płacą,  a  pan  zarządza  –  stwierdził  Victor  między  jednym  a  drugim 

pociągnięciem papierosa. 

– Jak długo to potrwa? 
– Zależy, gdzie znajdę resztę. O ile w ogóle jest w kanale! 
Byłoby  dziwne,  gdyby  jedną  część  ciała  wrzucono  do  wody,  a  inne  ukryto  gdzieś  na 

lądzie! 

– Szukajcie! 
Victor dał znak swemu pomocnikowi, by przycumował łódź nieco dalej w górnym biegu, 

i zaczął nakładać hełm. 

background image

Maigret  wziął  na  stronę  Judela  i  Lapointe’a.  Tworzyli  grupkę,  którą  gapie  na  nabrzeżu 

obserwowali z szacunkiem, jakim bezwiednie darzy się przedstawicieli władzy. 

– Na wszelki wypadek przeszukajcie okoliczne tereny. 
– Myślałem o tym – odparł Judel. – Czekałem tylko na pana instrukcje. 
– Ilu ma pan ludzi? 
– Rano dwóch. Po południu może być trzech. 
– Dowiedzcie się, czy nie było tu ostatnio jakichś bójek, krzyków, wołania o pomoc... 
– Jasne, szefie. 
Ręka, przykryta plandeką, wciąż leżała na kamiennej płycie nabrzeża i Maigret ustawił na 

straży umundurowanego policjanta. 

– Idziemy, Lapointe? 
Skierowali  się  do  narożnego  bistra  „U  Popaula”  pomalowanego  jaskrawożółtą  farbą. 

Komisarz pchnął oszklone drzwi. Kilku mężczyzn w roboczych kombinezonach posilało się 

przy kontuarze. 

– Co dla panów? – spytał właściciel. 
– Gdzie tu jest telefon? 

W tej samej chwili dojrzał aparat: telefon ścienny, bez kabiny, i do tego tuż przy ladzie. 
– Chodźmy, Lapointe. 
Nie miał ochoty rozmawiać przy świadkach. 
– Nic panowie nie zamówią? 
Popaul wyglądał na urażonego. Komisarz przyrzekł mu: 
– Później. 
Wzdłuż  nabrzeża  ciągnęły  się  rzędy  jednopiętrowych  domków,  budynków 

gospodarczych, warsztatów, stały też wielkie betonowe biurowce. 

– Poszukamy kabiny telefonicznej. 
Szli przed siebie. Widzieli teraz, po drugiej stronie kanału, wypłowiałą flagę i niebieski 

znak świetlny posterunku policji, a dalej ciemne mury szpitala Saint-Louis. Po blisko trzystu 
metrach  marszu  trafili  na  ponure  małe  bistro.  Maigret  pchnął  drzwi  prowadzące  do  środka. 
Schodziło się po dwóch kamiennych stopniach. Podłoga z ciemnoczerwonych kwadratowych 
płytek przypominała mu budynki w Marsylii. 

W  sali  nie  było  żywej  duszy,  tylko  wielki  rudy  kocur  podniósł  się  leniwie  ze  swego 

legowiska przy piecu, pomaszerował do uchylonych drzwi i zniknął za nimi. 

– Jest tu kto? – zawołał Maigret. 
Słychać  było  szybkie  tykanie  zegara  z  kukułką.  W  powietrzu  unosiła  się  woń  wódki  i 

stęchłej kawy oraz lżejszy zapach białego wina. 

Na zapleczu ktoś się poruszył. Rozległ się kobiecy nieco znużony głos: 
– Zaraz! 

background image

Niski  okopcony  sufit,  ciemne  ściany,  półmrok,  przez  który  przebijały  się  pojedyncze 

promienie słońca, jak przez witraże w kościele. Na ścianie – karton z nabazgranym napisem: 
„Dania barowe”. 

Inna wywieszka głosiła: „Dozwolony własny prowiant”. 
O tej porze nie było ruchu, Maigret i Lapointe byli zapewne pierwszymi gośćmi. W rogu 

znajdowała się kabina telefoniczna. Maigret czekał, aż zjawi się właścicielka. 

Wreszcie przyszła, upinając po drodze szpilkami włosy, ciemnobrązowe, prawie czarne. 

Chuda,  w  nieokreślonym  wieku,  miała  może  czterdzieści,  czterdzieści  pięć  lat.  Szła 

nachmurzona, szurając filcowymi kapciami po płytkach podłogi. 

– Co dla panów? 
Maigret spojrzał na Lapointe’a. 
– Ma pani dobre białe wino? 
Wzruszyła ramionami. 
– Dwa białe wina. Mogę prosić o żetony do telefonu? 
Zamknął  się  w  kabinie  i  zadzwonił  do  biura  prokuratora,  by  zdać  raport.  Po  drugiej 

stronie linii odezwał się zastępca prokuratora, który, podobnie jak inni, wyraził zdziwienie, że 
z kanału wyłowiono rękę mężczyzny. 

–  Nurek  prowadzi  dalsze  poszukiwania.  Twierdzi,  że  reszta,  jeśli  jest  jakaś  reszta, 

znajduje  się  w  górnym  biegu.  Mam  prośbę,  skontaktujcie  się  jak  najszybciej  z  doktorem 
Paulem, musi obejrzeć rękę. 

– Skąd pan telefonuje? Postaram się go zaraz złapać i oddzwonię. 
Maigret  odczytał  numer  na  aparacie,  podał  go  rozmówcy,  po  czym  skierował  się  do 

kontuaru, gdzie czekały już dwa kieliszki. 

– Pani zdrowie! – zwrócił się do właścicielki. 
Nie zareagowała, jakby nie usłyszała słów komisarza. Spoglądała na obu mężczyzn bez 

cienia sympatii, czekała, aż sobie pójdą, by mogła wrócić do swych zajęć, zapewne chciała 
dokończyć poranną toaletę. 

Niewątpliwie ładna za młodu. Przecież była kiedyś młoda, jak każdy człowiek. Teraz jej 

oczy, usta, całe ciało wyrażały tylko zmęczenie. Może była chora i bała się ataku choroby? 
Ludzie, którzy wiedzą, że nieuchronnie nadejdą  cierpienia, mają taki właśnie tępy i  napięty 
wyraz twarzy narkomana czekającego na nową dawkę narkotyku. 

– Będzie tu do mnie telefon – mruknął Maigret, jakby chciał się usprawiedliwić. 
Był  to  lokal  publiczny,  jak  wszelkie  bary  i  kawiarnie,  miejsce  w  pewien  sposób 

anonimowe, obaj mieli jednak poczucie, że są intruzami, że wdarli się do obcego świata. 

– Dobre ma pani wino. 
Była  to  prawda.  Większość  paryskich  barów  zachwala  lekkie  wino  regionalne,  lecz 

najczęściej jest to wino mieszane, pochodzące z rozlewni Bercy. To natomiast miało swoisty 
aromat, który komisarz usiłował rozpoznać. 

background image

– Sancerre? – zapytał. 
– Nie. Okolice Poitiers. 
Ach, więc stąd ten skalny posmak. Słynne piwnice w grotach! 
– Ma tam pani rodzinę? 
Nie odpowiedziała. Maigret patrzył na nią z podziwem: nieruchoma, z kamienną twarzą, 

obserwowała ich w milczeniu. Kot łasił się do niej, ocierając się o jej gołe nogi. 

– Gdzie pani mąż? 
– Pojechał tam. 
Pojechał po wino o to jej chodziło. Rozmowa nie kleiła się i komisarz skinął, by napełniła 

kieliszki. Z zakłopotania wybawił go dzwonek telefonu. 

– Tak, to ja. Złapał pan Paula? Jest wolny? Za godzinę? Dobrze! Będę tam. 
Po  chwili  Maigret  zasępił  się.  Zastępca  prokuratora  oznajmił,  że  sprawę  powierzono 

sędziemu śledczemu Coméliau, który był niemal osobistym wrogiem Maigreta, największym 
konformistą i zrzędą w całym Sądzie. 

– Mówił, żeby informował go pan na bieżąco, to jego specjalne życzenie. 
– Wiem, wiem. 

Coméliau  będzie  teraz  kilka  razy  dziennie  wydzwaniał  do  Maigreta  i  oczekiwał 

porannych sprawozdań w swoim gabinecie! 

– Trudno! – westchnął. – Jakoś to będzie! 
– Nic nie poradzę, panie komisarzu. To jedyny wolny sędzia, poza tym... 
Promień słońca przeciął na ukos salę i odbił się w kieliszku Maigreta. 
– Idziemy! – mruknął wyciągając pieniądze z kieszeni. – Ile płacę? 
Na dworze zapytał: 
– Wziąłeś wóz? 
– Tak. Zostawiłem przy śluzie. 
Pod wpływem wina policzki Lapointe’a zaróżowiły się, a oczy mu lekko błyszczały. 
Już z daleka zobaczyli grupkę gapiów obserwujących z nabrzeża wyczyny nurka. Kiedy 

dotarli na miejsce, pomocnik  Victora  wskazał  na dno łodzi,  gdzie leżał  tym razem  większy 

pakunek. 

– Goleń i stopa – oznajmił splunąwszy do wody. 
Drugie  opakowanie  było  mniej  zniszczone  niż  pierwsze.  Maigret  nie  miał  ochoty 

przyglądać mu się z bliska. 

– Myślisz, że warto sprowadzić transport? – spytał Lapointe’a. 
– To się zmieści w tylnym bagażniku. 
Taka perspektywa wcale im się nie uśmiechała, nie chcieli jednak, żeby lekarz sądowy na 

nich  czekał.  Byli  z  nim  umówieni  w  Instytucie  Medycyny  Sądowej,  który  mieścił  się  w 
nowoczesnym jasnym budynku nad brzegiem Sekwany, nie opodal miejsca, gdzie kanał łączy 
się z rzeką. 

background image

– Co mam robić? – odezwał się Lapointe. 
Maigret nic na to nie odparł, więc inspektor, przezwyciężywszy obrzydzenie, zaniósł oba 

pakunki, jeden po drugim, do samochodu i umieścił je w bagażniku. 

– Cuchnie? – spytał komisarz, kiedy tamten wrócił na brzeg. 
Lapointe, trzymając ręce daleko od siebie, skrzywił się tylko w odpowiedzi. 

 

Doktor  Paul,  odziany  w  biały  kitel,  w  gumowych  rękawiczkach,  palił  papierosa  za 

papierosem. Twierdził, że tytoń jest jednym z najskuteczniejszych środków antyseptycznych. 
Bywało, że w czasie autopsji wypalał dwie paczki gauloise’ów. 

Pełen  animuszu  zabrał  się  do  pracy,  nie  opuszczał  go  dobry  humor.  Pochylony  nad 

marmurowym blatem, mówił zaciągając się dymem: 

–  Na  razie  nic  definitywnego  nie  mogę  panu  powiedzieć,  to  jasne.  Przede  wszystkim, 

chciałbym zobaczyć resztę zwłok, która ujawni nam coś więcej niż noga czy ręka. Poza tym, 
przed ostateczną opinią muszę wykonać szereg analiz. 

– W jakim był wieku? 
–  Wstępne  oględziny  wskazywałyby  na  pięćdziesiąt,  sześćdziesiąt  lat.  Bliżej 

pięćdziesiątki. Proszę spojrzeć na tę dłoń. 

– Co mam z niej wyczytać? 
– Dłoń duża i mocna, nawykła w pewnym okresie życia do ciężkiej pracy. 
– Ręka robotnika. 
–  Nie.  Raczej  wieśniaka.  Założę  się  jednak,  że  całymi  latami  nie  trzymała  ciężkiego 

narzędzia. Nie był to człowiek zadbany, wystarczy spojrzeć na paznokcie, zwłaszcza u nogi. 

– Kloszard? 
– Nie sądzę. Jak mówiłem, czekam na resztę, o ile ją znajdą, potem wydam orzeczenie. 
– Od kiedy nie żyje? 
– Znowu mogę postawić tylko hipotezę. Proszę ją potraktować ze znakiem zapytania, bo 

wieczorem czy jutro może powiem panu coś innego. Na razie obstawałbym, że od trzech dni, 
nie dłużej. A skłaniałbym się, że krócej. 

– Od ubiegłej nocy? 
– Nie. Niewykluczone, że od poprzedniej. 
Maigret  i  Lapointe  także  palili,  omijając  starannie  spojrzeniem  marmurowy  stół.  Za  to 

doktor  Paul  czerpał  wyraźną  przyjemność  ze  swojej  roboty  i  manewrował  narzędziami  z 
kuglarską zręcznością. 

Lekarz  już  zamierzał  się  przebrać  w  swój  zwykły  ubiór,  kiedy  wezwano  Maigreta  do 

telefonu. Dzwonił Judel – stamtąd, z quai de Valmy. 

– Znaleziono korpus! – oznajmił nie bez pewnego podniecenia. 
– A głowy nie? 

background image

–  Jeszcze  nie.  Victor  uważa,  że  z  tym  pójdzie  trudniej,  głowa  jest  cięższa  i  na  pewno 

głębiej weszła w muł. Znalazł też pusty portfel i damską torebkę. 

– W pobliżu tułowia? 
– Nie. Dalej. Chyba te rzeczy nie mają ze sobą związku. Victor mówi, że to, co mógłby 

za  każdym  razem  wyłowić  z  kanału,  wypełniłoby  cały  pchli  targ.  Zanim  trafił  na  zwłoki, 
wydostał składane łóżko i dwa wiadra. 

Doktor Paul nie zdjął rękawiczek i czekał trzymając ręce daleko od siebie. 
– Jest coś dla mnie? – spytał. 

Maigret skinął głową. Zwrócił się do Judela: 
– Dałoby się przetransportować tułów do Instytutu? 
– Zrobi się. 
– To czekam. Tylko się pospieszcie, bo doktor... 
Wyszli i przystanęli na progu, gdzie było znacznie przyjemniej, powietrze rześkie i skąd 

mogli  obserwować  nieustający  ruch  na  moście  d’Austerlitz.  Po  drugiej  stronie  Sekwany, 

przed  Magasins  Généraux,  rozładowywano  jakieś  barki  i  mały  statek  morski.  Tego  ranka 
Paryż tętnił młodzieńczym, radosnym rytmem, zaczynała się kolejna pora roku, nowa wiosna, 

i ludzie patrzyli na świat z optymizmem. 

– Nie znalazł pan tatuaży, blizn? 
–  Nie,  nie  na  tych  częściach,  które  badałem.  To  skóra  człowieka  żyjącego  raczej  w 

czterech ścianach. 

– Chyba mocno owłosiony. 
–  Tak.  Widzę  ten  typ,  mogę  go  panu  opisać:  ciemny,  krępy,  szeroki  w  barach, 

muskularny, gęste czarne owłosienie na rękach, dłoniach, nogach i piersi. Wieśniak, jakich u 
nas wielu, silny, stanowczy, uparty. Chciałbym zobaczyć jego głowę. 

– Trzeba ją najpierw znaleźć! 
W  kwadrans  później  dwóch  policjantów  w  mundurach  przyniosło  tułów.  Doktor  Paul 

niemal  zacierał  ręce zmierzając do marmurowego stołu, niczym  stolarz śpieszący do swego 

warsztatu. 

–  Tak  myślałem,  amatorska  robota  –  mruknął.  –  Rozumie  pan,  tego  człowieka  nie 

poćwiartował  ani  zwykły  rzeźnik,  ani  fachowiec z La Villette. A już na pewno nie chirurg. 
Kości  pocięto  zwykłą  piłą  do  metalu,  resztę  wielkim  nożem  kuchennym,  są  takie  w  każdej 
restauracji  i  prawie  w  każdym  gospodarstwie  domowym.  Trwało  to  wszystko  dość  długo  i 
szło opornie. 

Po chwili dodał: 
– Spójrzcie, panowie, na te włochate piersi... 

Maigret i Lapointe ledwie rzucili okiem. 
– Nie ma rany? 
– Nic takiego nie widzę. Jedno jest pewne: śmierć nie nastąpiła przez utopienie. 

background image

Zabrzmiało to niemal jak dowcip. Poćwiartowany człowiek, znaleziony w kanale, miałby 

się w nim utopić... 

–  Zaraz  zajmę  się  wnętrznościami,  szczególnie  interesuje  mnie  zawartość  żołądka. 

Panowie zostajecie? 

Maigret  pokręcił  głową.  Nie  był  to  widok,  który  go  nęcił,  poza  tym  odczuwał  palącą 

potrzebę napicia się czegoś mocniejszego niż wino. Musiał pozbyć się nieprzyjemnego smaku 
w ustach, kojarzącego się z trupem. 

– Zaraz, Maigret... Co to ja mówiłem?... Widzi pan to jaśniejsze pasmo i sine punkciki na 

brzuchu? 

Komisarz skinął głową nie patrząc. 
– Pasmo to blizna pooperacyjna sprzed kilku lat. Wyrostek. 
– A punkciki? 
–  To  bardziej  zagadkowe.  Nie  dałbym  głowy,  ale  jestem  prawie  pewny,  że  to  ślady  po 

kulkach ze śrutowej broni myśliwskiej. Potwierdziłoby to moje przypuszczenia, że człowiek 
mieszkał kiedyś na wsi, był, bo ja wiem, rolnikiem czy myśliwym. Dawno, ze dwadzieścia lat 
temu, a może i więcej, został postrzelony. Widzę siedem... nie, osiem tego rodzaju blizn, w 
kształcie tęczy. Raz w życiu takie widziałem, ale nie aż tak regularne. Muszę zrobić zdjęcie 

do mojego archiwum. 

– Zadzwoni pan do mnie? 
– Gdzie pan będzie? Na Quai des Orfèvres? 
– Tak, u siebie. Obiad zjem pewnie na placu Dauphine. 
– Dam panu znać, jak coś odkryję. 
Znalazłszy  się  na  dworze,  w  słońcu,  Maigret  otarł  czoło.  Lapointe  nie  mógł  się 

powstrzymać, by nie splunąć kilka razy na boki, jakby i on miał gorzki smak w ustach. 

– Każę zdezynfekować bagażnik, jak tylko zajedziemy na Quai – stwierdził. 
Nim odjechali, wstąpili do baru na kieliszek czystej. Alkohol był tak mocny, że Lapointe 

dostał  mdłości,  trzymał  chwilę  dłoń  przy  ustach,  bał  się,  że  zwymiotuje.  Kiedy  doszedł  do 
siebie, wymamrotał: 

– Przepraszam... 
Gdy wychodzili, szef knajpy powiedział do jednego z klientów: 
– Patrz pan, następni, co oglądali umarlaka. Oni tak zawsze. 
A że miał naprzeciw Instytut Medycyny Sądowej, wiedział, co mówi. 

background image

Rozdział 2 

Lak z butelki 

Kiedy  Maigret  kroczył  wielkim  korytarzem  na  Quai  des  Orfèvres,  zatańczył  mu  na 

moment  przed  oczami  wesoły  promyk.  Dzisiaj  nawet  tutaj,  do  tego  korytarza,  najbardziej 
szarego  i  ponurego  miejsca  na  ziemi,  wdarło  się  słońce,  co  prawda  tylko  pod  postacią 
lśniącego kurzu. 

Między drzwiami, na ławkach bez oparcia czekali ludzie, niektórzy z nich mieli na rękach 

kajdanki. Komisarz już chciał wejść do gabinetu szefa, by zdać mu sprawozdanie z wydarzeń 
na  quai  de  Valmy,  gdy  jakiś  mężczyzna  podniósł  się  z  miejsca  i  gestem  powitania  dotknął 
dłonią ronda kapelusza. 

Maigret  zwrócił  się  do  niego  z  zażyłością  świadczącą  o  codziennych  wieloletnich 

kontaktach. 

– I co pan na to, Baronie? Zawsze pan grzmiał, że taki los spotyka tylko prostytutki, a tu, 

masz pan, poćwiartowany chłop... 

Człowiek zwany Baronem nie zaczerwienił się, choć zapewne pojął aluzję. Był pederastą, 

ale się do tego nie przyznawał. „Robił” Quai des Orfèvres od ponad piętnastu lat dla pewnego 

paryskiego dziennika, agencji prasowej i kilkunastu gazet regionalnych. 

Ostatni,  co  hołdował  jeszcze  modzie  bulwarowego  teatru  z  początku  wieku:  nosił  na 

piersi  monokl  na  szerokiej  czarnej  wstążce.  Może  temu  monoklowi,  którym  zresztą  prawie 
nigdy się nie posługiwał, zawdzięczał przydomek Barona. 

– Nie wyłowiono głowy? 
– Z tego, co wiem, jeszcze nie. 
–  Rozmawiałem  przed  chwilą  z  Judelem.  Nic  nowego.  Jak  będzie  pan  coś  miał, 

komisarzu, proszę o mnie pamiętać. 

Usiadł z powrotem na ławce, a Maigret wszedł do gabinetu szefa. Stąd także widać było 

przez  otwarte  okno  sunące  Sekwaną  barki.  Mężczyźni  pogawędzili  kilkanaście  minut,  po 
czym Maigret udał się do siebie. 

background image

Na  bibularzu  czekała  nań  karteczka.  Tego  się  właśnie  spodziewał!  Cóż  by  innego: 

Coméliau prosił o telefon. 

– Tu komisarz Maigret, panie sędzio. 
– Witam, Maigret. Wrócił pan znad kanału? 
– Z Instytutu Medycyny Sądowej. 
– Doktor Paul jest na miejscu? 
– Pracuje nad wnętrznościami. 
– Nie zidentyfikowano ciała? 
– Na to nie możemy liczyć, póki nie znajdziemy głowy. Chyba że jakimś cudem... 
–  Właśnie,  chciałem  z  panem  pomówić.  W  zwykłej  sprawie,  kiedy  ofiara  jest 

zidentyfikowana, wiadomo,  czego się trzymać.  Rozumie pan? Tutaj  nie mamy pojęcia, kim 
się  ten  człowiek  okaże...  jutro,  pojutrze,  za  godzinę.  Wszystko  jest  możliwe,  wszelkie 
niespodzianki,  nawet  najbardziej  nieprzyjemne,  i  dlatego  musimy  zachować  najwyższą 
ostrożność. 

Coméliau  oddzielał  sylaby,  wsłuchiwał  się  we  własne  słowa.  Wszystko,  co  robił,  co 

mówił, było „najwyższej wagi”. 

Zazwyczaj sędzia śledczy przyjmuje sprawę dopiero wtedy, kiedy policja się z nią upora. 

Coméliau chciał trzymać rękę na pulsie od samego początku dochodzenia. Może po prostu bał 
się komplikacji? Jego szwagier był znanym politykiem, jednym z tych deputowanych, jakich 
się spotyka prawie w każdym ministerstwie. Coméliau zwykł mawiać: 

–  Sami  państwo  rozumiecie,  mając  takiego  szwagra,  jestem  w  sytuacji  wyjątkowo 

delikatnej. 

Maigret przyrzekł mu w końcu, że jak tylko pojawi się coś nowego, da mu natychmiast 

znać, nawet wieczorem do domu. Przejrzał pocztę, po czym udał się do pokoju inspektorów, 
by porozdzielać bieżące sprawy. 

– Co dziś mamy, wtorek? 
– Tak, szefie. 
Zakładając,  że  doktor  Paul  nie  pomylił  się  przy  wstępnej  ocenie  i  ciało  rzeczywiście 

leżało  w  kanale  Saint-Martin  przez  czterdzieści  osiem  godzin,  zabójstwa  dokonano  w 
niedzielę, i to wieczorem lub nocą, bo przecież trudno sobie wyobrazić, by ktoś pozbywał się 
paczek z częściami ciała za dnia, mając pod nosem posterunek policji. 

–  Czy  mam  przyjemność  z  panią  Maigret?  –  zażartował  przez  telefon  do  żony.  –  Nie 

wrócę na obiad. Zrobiłaś coś dobrego? 

Potrawka barania. Nie ma czego żałować, zbyt ciężkie danie na taki dzień. 
Zadzwonił do Judela. 
– Nic nowego? 
– Victor zrobił przerwę, przegryza coś na łodzi. Wciąż nie  znalazł głowy. Pyta, czy ma 

szukać dalej. 

background image

– Oczywiście. 
–  Moi  ludzie  też  są  w  akcji,  ale  na  razie  nie  mamy  nic  konkretnego.  W  niedzielę 

wieczorem była jakaś rozróba w barze na ulicy des Récollets. Nie, nie u Popaula. Dalej, przy 

Faubourg  Saint-Martin.  Poza  tym  pewna  konsjerżka  powiadomiła  nas,  że  zaginął  jej  mąż. 
Tyle że nie ma go już od miesiąca, a rysopis się nie zgadza. 

– Pewnie wpadnę tam do was po południu. 
Przed wyjściem na obiad do „Brasserie Dauphine”, zajrzał do pokoju inspektorów. 
– Idziesz, Lapointe? 
Właściwie nie było najmniejszej potrzeby, by inspektor towarzyszył mu przy posiłku w 

knajpce  na  placu  Dauphine,  gdzie  komisarz  miał  swoje  stałe  miejsce.  Przyszło  mu  to  do 
głowy, kiedy w milczeniu szli obok siebie nabrzeżem. I uśmiechnął się nieznacznie na pewne 
wspomnienie:  jego  przyjaciel  Pardon,  lekarz  mieszkający  na  ulicy  Popincourt,  u  którego 
państwo Maigret raz w miesiącu bywali na kolacji, zapytał go kiedyś z całą powagą: 

–  Niech  mi  pan  powie,  Maigret,  dlaczego  policjanci  w  cywilu  zawsze  chodzą  parami, 

zupełnie jak hydraulicy? 

Rzeczywiście! Nigdy się nad tym nie zastanawiał. On sam rzadko prowadził śledztwo bez 

towarzyszącego mu inspektora. 

Odparł drapiąc się w głowę: 
–  Hm,  po  pierwsze,  jak  sądzę,  sięga  to  czasów,  kiedy  ulice  Paryża  nie  były  całkiem 

bezpieczne i pewne dzielnice lepiej było obchodzić we dwójkę niż samotnie, zwłaszcza nocą. 

Zresztą  teraz,  myślał  Maigret,  jest  podobnie,  na  przykład  przy  aresztowaniach  czy 

zapuszczaniu się w podejrzane zaułki. 

– Jest też drugi powód, istotna sprawa dotycząca naszych przesłuchań na Quai. Zeznania 

złożone jednemu policjantowi można zawsze potem odwołać, podejrzany mówił przecież pod 
presją. Co dwa świadectwa, to nie jedno. 

Tak, ten wywód miał swoją logikę, lecz Maigret nie był w pełni zadowolony. 
–  W  praktyce  to  właściwie  konieczność.  Weźmy  przykład:  śledzimy  człowieka  i  trzeba 

zatelefonować nie tracąc go z oczu. Albo inna sytuacja: człowiek znika z budynku, który ma 
kilka wyjść. 

Pardon zauważył z uśmieszkiem: 
– Zawsze gdy słyszę o kilku powodach naraz, mam wrażenie, że tak naprawdę chodzi o 

coś innego. 

A Maigret na to: 
– W takim razie powiem za siebie. Wolę być w towarzystwie, bo nie chcę się nudzić. 
Nie powtórzył tej historyjki Lapointe’owi. Młodym ludziom nigdy nie należy okazywać 

swego sceptycyzmu, a Lapointe wciąż płonął świętym ogniem. 

Jedli  obiad  w  pogodnym  nastroju.  Przy  barze  kręcili  się  inni  inspektorzy  i  komisarze, 

niektórzy siedzieli przy stolikach na sali. 

background image

– Myśli pan, że głowę wrzucono do kanału? Że ją odnajdziemy? 

Maigret  machinalnie  zaprzeczył.  Właściwie  nie  zastanawiał  się  nad  tym,  odpowiadał 

instynktownie. Nie potrafiłby wyjaśnić, dlaczego wydawało mu się, że Victor nic więcej nie 
znajdzie na dnie kanału Saint-Martin. 

– Co się z nią mogło stać? 
Nie wiedział. Może znajdowała się w walizce w dworcowej przechowalni – w pobliżu, na 

Gare de l’Est, albo niewiele dalej, na Gare du Nord. A może wyekspediowano ją ekspresem 
pod jakikolwiek adres w głąb kraju jedną z tych wielkich ciężarówek, jakie komisarz widział 

na  ulicy  odchodzącej  od  quai  de  Valmy.  Często  spotykał  na  mieście  te  czerwone  i  zielone 
ciężarówy,  kierujące  się  ku  autostradom.  Nie  wiedział,  skąd  wyruszają.  Okazało  się,  że 
stamtąd, z ulicy Terrage, &nie opodal kanału. Rankiem naliczył ich ponad dwadzieścia – stały 
przy krawężniku i widniał na nich napis: „Transports Zénith – Roulers et Langlois”. 

Tak,  nic  konkretnego  nie  przychodziło  mu  do  głowy.  Sprawa  interesowała  go,  lecz  na 

razie nie wciągnęła w pełni. Interesowała go głównie dlatego, że dawno już nie pracował w 
okolicach  kanału.  Kiedyś,  w  początkach  swej  kariery,  znał  tu  każdą  uliczkę,  niemal  każdą 
postać przemykającą się nocą pod murami. 

Siedzieli jeszcze przy stole pijąc kawę, kiedy komisarza poproszono do telefonu. Dzwonił 

Judel. 

– Może niepotrzebnie zawracam panu głowę, szefie. Na razie nie można mówić o żadnym 

tropie, ale jeden z moich ludzi, Blancpain, którego ustawiłem na straży nad kanałem, zwrócił 
uwagę jakąś godzinę temu na chłopaka z trójkołowym wózkiem. Wydaje mu się, że widział 
go już wcześniej, rano, potem w pół godziny później i jeszcze kilka razy. Grupy gapiów stały 
dłuższy  czas  na  brzegu,  ale  ten,  zdaniem  Blancpaina,  trzymał  się  na  uboczu  i  wyglądał  na 
szczególnie  zaciekawionego.  Wie  pan,  trochę  to  dziwne,  bo  zazwyczaj  dostawca  musi 
wykonać wózkiem określoną rundę i nie może trwonić czasu. 

– Blancpain rozmawiał z tym młokosem? 
– Zamierzał, zaczął iść w jego stronę, możliwie dyskretnie, żeby go nie spłoszyć. Ale cóż, 

przeszedł zaledwie kilka metrów, kiedy tamten, wyraźnie przestraszony, wskoczył na wózek i 
oddalił  się  pospiesznie  w  stronę  ulicy  des  Récollets.  Blancpain  nie  miał  pod  ręką  żadnego 
pojazdu. Gonił zbiega, ale na próżno, tylko przechodnie oglądali się za nim, a wózek włączył 
się w ruch kołowy na Faubourg Saint-Martin i zniknął mu z oczu. 

Zaległo milczenie. Oczywiście, był to niepewny trop, równie dobrze fakt bez znaczenia 

jak i punkt wyjścia. 

– Blancpain ma rysopis? 
–  Tak.  Chłopak  osiemnasto,  dwudziestoletni,  pochodzący  chyba  ze  wsi,  bo  ma  jeszcze 

ogorzałą twarz. Długowłosy blondyn, ubrany w skórzaną kurtkę i golf. Blancpain nie odczytał 
napisu na wózku, wie tylko, że jest tam wyraz kończący się na „ail”. Sprawdzamy teraz listę 
dzielnicowych handlowców, którzy mogliby zatrudniać dostawcę z trójkołowym wózkiem. 

background image

– Co mówi Victor? 
–  Że  kiedy  płacą,  wszystko  mu  jedno,  czy  jest  pod  wodą,  czy  nad  wodą,  ale  że  z 

pewnością traci czas. 

– Znaleźliście coś w terenie? 
– Na razie nie. 
– Wkrótce powinienem dostać raport lekarza, z danymi o zmarłym. 
Paul  zadzwonił  około  wpół  do  trzeciej  do  biura.  Później  miał  przesłać  orzeczenie  na 

piśmie. 

– Notuje pan, komisarzu? 
Maigret wyciągnął papier. 
– Podam panu moje oceny, na pewno nie odbiegające daleko od rzeczywistości. Najpierw 

rysopis,  to,  co  można  ustalić  bez  głowy.  Mężczyzna  niewysoki,  około  167  centymetrów. 
Szyja krótka, masywna, twarz przypuszczalnie szeroka, z silną szczęką. Włosy ciemne, lekko 
siwe  na  skroniach.  Waga:  74  kilo.  Krępy,  kanciasty,  muskularny,  ale  nie  grubas,  chociaż 
zaczynał tyć. Analiza wątroby wskazuje na człowieka nie stroniącego od kieliszka, nie sądzę 
jednak, żeby był alkoholikiem. Raczej z tych, co to sobie łykną raz na godzinkę i gustują w 
białym winie. Znalazłem zresztą ślady białego wina w żołądku. 

– A ślady posiłku? 
– Też znalazłem. Na szczęście dla nas był to posiłek ciężko strawny. Jego ostatni obiad, 

czy kolacja, składał się z pieczonej wieprzowiny i fasoli. 

– Jadł na długo przed śmiercią? 
– Dwie godziny, może dwie i pół. Pobrałem osad zza paznokci u kończyn i posłałem do 

laboratorium. Moers się tym zajmie. 

– A blizny? 
– Tak jak mówiłem rano: operacja wyrostka miała miejsce pięć, sześć lat temu i sądząc 

po jakości roboty wykonywał ją dobry chirurg. Ślady po ołowiu pochodzą sprzed co najmniej 
dwudziestu lat, a byłbym skłonny teraz podwoić tę cyfrę. 

– Wiek? 
– Pięćdziesiąt, pięćdziesiąt pięć. 
– Więc pana zdaniem otrzymał postrzał z broni myśliwskiej, kiedy był chłopcem? 
– Tak uważam. Ogólny stan zdrowia zadowalający, nie licząc obrzęku wątroby. Serce i 

płuca w stanie dobrym. Lewe płuco nosi bliznę po bardzo dawno przebytej gruźlicy, rzecz bez 
znaczenia.  Dzieci  i  niemowlęta  często  przechodzą  lekką  gruźlicę,  o  czym  w  ogóle  nikt  nie 
wie. Cóż, Maigret, jeśli chce pan mieć więcej informacji, proszę przysłać mi głowę, a zrobię, 
co się da. 

– Nie odnaleziono jej. 
– No to już się nie znajdzie. 

background image

Potwierdził  przypuszczenia  Maigreta.  Na  Quai  des  Orfèvres  zakorzeniają  się  pewne 

przekonania,  które  w  końcu  stają  się  pewnikami.  I  tak  poćwiartowane  zwłoki  nieomylnie 
wskazują na zwykłą prostytutkę, a poszukiwania głowy są najczęściej daremne. 

Nie są to rzeczy, które próbuje się wytłumaczyć, po prostu przyjmuje się je jako fakt. 
–  Gdyby  ktoś  mnie  szukał  –  powiedział  komisarz  zaglądając  do  pokoju  inspektorów  – 

jestem na górze. 

Wszedł  powoli  na  ostatnie  piętro  Pałacu  Sprawiedliwości,  gdzie  zastał  Moersa 

pochylonego nad jakimiś próbkami. 

– Czym się zajmujesz? Moim trupem? 
– Paul mi to przysłał do zbadania. 
– I jak tam? 
Na  wielkiej  sali  uwijała  się  cała  ekipa  specjalistów.  W  rogu  stał  manekin,  służący  do 

odtwarzania przebiegu napaści, kiedy na przykład trzeba sprawdzić, z jakiej pozycji zadano 
cios nożem. 

–  Mam  wrażenie  –  bąknął  pod  nosem  Moers,  który  zawsze  mówił  półgłosem,  jakby 

znajdował się w kościele – że pański człowiek nie wychodził zbyt często z domu. 

– Dlaczego tak uważasz? 
– Zbadałem substancje zza paznokci i doszedłem do wniosku, że miał ostatnio na nogach 

granatowe  wełniane  skarpetki.  Znalazłem  również  resztki  filcu,  z  jakiego  robi  się  domowe 
pantofle. Stąd mój wniosek, że facet większość czasu spędzał w kapciach. 

–  Skoro  tak  było,  Paul  to  potwierdzi.  Stałe  chodzenie  w  kapciach,  jeśli  trwa  to  latami, 

zniekształca  w  końcu  stopy,  w  każdym  razie  tak  twierdzi  moja  żona,  która  mi  w  kółko 

powtarza... 

Nie  dokończył.  Dostał  połączenie  z  Instytutem  Medycyny  Sądowej.  Doktor  Paul  już 

wyszedł, ale komisarzowi udało się złapać go w domu. 

–  Mówi  Maigret.  Doktorze,  mam  pytanie,  które  nasunęło  mi  się  w  związku  z  pewnym 

spostrzeżeniem Moersa. Czy odniósł pan wrażenie, że nasz człowiek częściej miał na nogach 
kapcie niż buty? 

–  Brawo  dla  Moersa!  Miałem  panu  o  tym  powiedzieć,  uznałem  jednak,  że  to  mało 

konkretna  informacja.  Bałem  się  wpuścić  pana  na  fałszywy  trop.  Przyszło  mi  do  głowy,  że 
może facet był kelnerem. U kelnera, szefa knajpy czy... policjanta, tak, zwłaszcza u policjanta 
kierującego  ruchem,  spody  stóp  mają  tendencję  do  osiadania.  Nie  od  chodzenia,  lecz  od 
przebywania w pozycji stojącej. 

– Mówił pan, że miał zapuszczone paznokcie u rąk. 
– Tak, właśnie. Na pewno szef restauracji nie nosiłby żałoby za paznokciami. 
– Ani kelner w dużej piwiarni czy w przyzwoitej kawiarni. 
– Moers wpadł na coś jeszcze? 
– Na razie nie. Dziękuję, doktorze. 

background image

Maigret blisko godzinę łaził po laboratorium, przystawał to tu, to tam. 
– Wie pan, co jeszcze odkryłem za paznokciami u nogi? Ziemię zmieszaną z saletrą. 

I  Moers,  i  Maigret  wiedzieli  dobrze,  gdzie  spotyka  się  taką  mieszankę:  w  piwnicy, 

zwłaszcza wilgotnej. 

– Dużo tego? 
– Właśnie, dużo. Nie można się tak zabrudzić za jednym razem. 
– A więc schodził często do piwnicy? 
– To tylko przypuszczenie. 
– Co z ręką? 
–  Za  paznokciami  znalazłem  podobną  substancję,  tyle  że  zmieszaną  z  drobnymi 

odpryskami czerwonego laku. 

– Takiego do uszczelniania korków w butelkach z winem? 
– Dokładnie. 
Maigret był wręcz zawiedziony: szło zbyt łatwo! 
– W końcu jednak knajpiarz! – westchnął. 
I przyszło mu do głowy, że sprawa, być może, zakończy się jeszcze tego wieczoru. Wciąż 

wracało mu wspomnienie ciemnowłosej chudej kobiety, która rankiem obsługiwała ich przy 
barze. Zaintrygowała go, nie mógł o niej zapomnieć. I nie dlatego, że kojarzył ją ze sprawą 
poćwiartowanego ciała, ale dlatego, że była to niezwykła postać. 

W takiej okolicy jak quai de Valmy nie brak malowniczych osób. Ale nie pamiętał, kiedy 

spotkał  się  z  tego  typu  biernością.  Nie  rozumiał  jej.  Ludzie  na  ogół  coś  sobie  przekazują 

spojrzeniem, cokolwiek. Wytwarza się kontakt, nawet jeśli jest on rodzajem wyzwania. 

Z tą kobietą przeciwnie – żadnego kontaktu. Podeszła do obu mężczyzn bez zdziwienia, 

bez strachu. Z jej rysów nie można było wyczytać nic poza zmęczeniem, które zapewne nie 
opuszczało jej ani na chwilę. 

A może była to rezygnacja? 
Sącząc  wino  Maigret  kilkakrotnie  spotykał  się  z  nią  wzrokiem,  lecz  w  jej  oczach 

dostrzegał tylko pustkę, nie wywołał też u niej żadnego odruchu, najmniejszej reakcji. 

Jej pasywność nie wynikała z głupoty, to pewne. Kobieta nie była także pijana. Ani pod 

działaniem narkotyku. W każdym razie nie tamtego ranka. 

Ledwie od niej wyszedł, przyrzekł sobie, że jeszcze tu wróci, choćby po to, by zobaczyć, 

jaka klientela tu bywa. 

– Ma pan jakiś pomysł, szefie? 
– Niewykluczone. 
– Mówi pan tak, jakby był pan z tego niezadowolony. 
Maigret nie chciał w to wnikać. O czwartej zadzwonił do Lapointe’a, który pracował w 

biurze. 

– Zawieziesz mnie? 

background image

– Nad kanał? 
– Tak. 
– Mam nadzieję, że zdążyli zdezynfekować wóz. 
Kobiety  włożyły  już  jasne  kapelusze.  W  tym  sezonie  dominowała  czerwień,  ostra 

czerwień maku. Na tarasy  kafejek spuszczano płócienne dachy, pomarańczowe lub  w pasy, 
prawie wszystkie stoliki były zajęte. Przechodnie szli żwawo, raźniej niż przed tygodniem. 

Zaparkowali  samochód  na  quai  de  Valmy,  w  pobliżu  grupki  gapiów,  a  więc  nie  opodal 

miejsca, gdzie Victor prowadził poszukiwania. Spotkali Judela. 

– Nic? 
– Nic. 
– Nie ma ubrania? 
– Zbadaliśmy sznurek. Może go przesłać do laboratorium, jak pan uważa? Na pierwszy 

rzut oka to zwykły gruby sznurek, jakiego używają sprzedawcy. Potrzebny był spory zwój na 
te pakunki. Wysłałem jednego z ludzi do sklepów, żeby się rozpytał. Jak dotąd bez rezultatu. 
Strzępy gazet kazałem wysuszyć, przeważnie pochodzą z zeszłego tygodnia. 

– Ostatnia z którego dnia? 
– Z soboty rano. 
– Znasz to bistro nieco powyżej ulicy Terrage, tuż obok laboratorium farmaceutycznego? 
– U Calasa? 
– Nie spojrzałem na szyld.  Schodzi  się po schodkach, taka  ciemna salka  z wielką kozą 

pośrodku i czarną rurą przechodzącą przez całe niemal pomieszczenie. 

– Tak, zgadza się. U Omera Calasa. 
Inspektorzy  dzielnicowi  o  wiele  lepiej  znali  tu  różne  knajpki  niż  ludzie  z  Quai  des 

Orfèvres. 

– Co to za bistro? – spytał Maigret przyglądając się bańkom powietrza znaczącym trasę 

Victora w wodzie. 

– Spokojne. Nie przypominam sobie, żebyśmy mieli z nimi jakieś problemy. 
– Ten Omer Calas pochodzi ze wsi? 
– Bardzo możliwe. Mogę sprawdzić w kartotekach. Chłopcy z prowincji przyjeżdżają do 

Paryża, pracują najpierw jako służący czy kierowcy, potem żenią się z kucharkami i w końcu 
osiedlają na stałe założywszy własny interes. 

– A Calasowie są od dawna? 
– Byli już tu, jak dostałem ten rewir. Odkąd znam to bistro, zawsze było takie, jak teraz. 

Znajduje  się  prawie  naprzeciwko  posterunku  i  zachodzę  tam  czasem  na  kieliszek  białego 
wina. Mają dobre białe wino, nie powiem. 

– Właściciel sam obsługuje klientów? 
– Najczęściej. Z wyjątkiem godzin popołudniowych, kiedy chodzi na bilard do piwiarni 

na ulicy La Fayette. Ma bzika na punkcie bilardu. 

background image

– Wtedy żona staje przy barze? 
– Tak. Nie mają nikogo do pomocy. Chociaż zaraz, przypominam sobie, że kiedyś była u 

nich jakaś dziewczyna, ale nie mam pojęcia, co się z nią stało. 

– Jakiego rodzaju mają klientelę? 
–  Trudno  powiedzieć  –  odparł  Judel  drapiąc  się  w  kark.  –  U  nas  wszystkie  bistra  mają 

właściwie  tę  samą  klientelę,  a  zarazem  każde  ma  inną.  Na  przykład  bistro  „U  Popaula”,  to 
przy śluzie, tętni życiem od rana do wieczora. Tam pije się ostro, panuje gwar, jest gęsto od 
dymu.  Po  ósmej  wieczorem  zawsze  znajdzie  się  u  niego  kilka  panienek,  które  zresztą  mają 
swoich stałych gości. 

– A u Omera? 
– Po pierwsze, jego knajpa nie jest całkiem na trasie. Poza tym ciemno tam u nich, jakoś 

smutno. Sam pan widział, niewesołe miejsce. Rano wpadają do nich na kielicha robotnicy z 
pobliskich  warsztatów,  w  południe  przychodzą  klienci  z  własnym  prowiantem  i  zamawiają 
flaszkę  białego,  wina.  Po  południu  ruch  jest  mniejszy,  nie  są  na  trasie,  jak  panu  mówiłem. 
Pewnie dlatego Omer w tym czasie chodzi na bilard. Z rzadka ktoś tam zagląda. Ożywia się u 
nich  znowu  w  porze  aperitifu.  Raz  czy  drugi  wpadłem  tam  wieczorem.  Zawsze  ten  sam 
widok: grupka karciarzy i jedna, dwie, nie więcej, osoby przy barze. W takich miejscach, jeśli 
nie jest się stałym bywalcem, człowiek czuje się jak intruz. 

– Omer i ta kobieta są małżeństwem? 
–  Nie  wiem,  ale  łatwo  to  stwierdzić.  Możemy  zaraz  iść  do  komisariatu  i  poszukać  w 

kartotece. 

– Potem pan to sprawdzi. Zdaje się, że Omer Calas wyjechał? 
– O! Ona to panu powiedziała? 
– Tak. 
Barka  braci  Naud  stała  teraz  przy  quai  de  l’Arsenal,  a  dźwigi  rozpoczęły  wyładunek 

kamienia. 

–  Niech  mi  pan  sporządzi  wykaz  okolicznych  barów,  szczególnie  interesują  mnie  te, 

gdzie od niedzieli nie ma właściciela albo kelnera. 

– To znaczy, że...? 
– Wpadł na to Moers. Może i ma rację. Wstąpię tam. 
– Do Calasa? 
– Tak. Idziesz ze mną, Lapointe? 
– Co mam powiedzieć Victorowi? Ma przyjść jutro? 
– Wygląda na to, że byłoby to rzucanie pieniędzy obywateli w błoto. Skoro do tej pory 

nic więcej nie znalazł, to znaczy, że nie ma czego szukać. 

– On też jest tego zdania. 
– Niech więc przerwie robotę, kiedy będzie miał dość, tylko niech nie zapomni przesłać 

nam jutro sprawozdania. 

background image

Mijając ulicę Terrage Maigret rzucił okiem na ciężarówki zaparkowane przed olbrzymią 

bramą zwieńczoną napisem: „Roulers et Langlois”. 

– Ciekaw jestem, ile tego mają – mruknął w zamyśleniu. 
– Czego? – spytał Lapointe. 
– Ciężarówek. 
– Zawsze są na szosie, kiedy jadę za miasto, diabelnie trudno je wyprzedzić. 
Rury kominów nie były teraz różowe jak rankiem, w promieniach zachodzącego słońca 

przybrały ciemnoczerwoną barwę. Na niebie widniały smugi bladej zieleni, identycznej, lub 
niemal identycznej, z tą, jaką ma morze przed zmierzchem. 

– Sądzi pan, szefie, że kobieta byłaby zdolna tego dokonać? 
Miał na myśli chudą ciemnowłosą kobietę, która rano podawała im wino. 
– Niewykluczone. Sam nie wiem. 
Czyżby i Lapointe uważał, że sprawa rysuje się dziecinnie łatwo? Gdy dochodzenie jest 

powikłane,  a  zagadka  wydaje  się  nierozwiązywalna,  wszyscy  na  Quai,  poczynając  od 

Maigreta,  są  w  złym  humorze,  zniecierpliwieni.  Kiedy  zaś  przypadek  zapowiadający  się 
zawile okazuje się prosty  i  banalny, zarówno inspektorzy, jak i  komisarz nie potrafią ukryć 

zawodu. 

Dotarli  do  bistra.  Z  powodu  niskiego  sufitu  było  tu  ciemniej  niż  gdzie  indziej  i  nad 

kontuarem paliła się już lampa. 

Ta  sama  co  rankiem  kobieta,  ubrana  identycznie  jak  przedtem,  obsługiwała  dwóch 

klientów  wyglądających  na  urzędników.  Nawet  nie  drgnęła  na  widok  Maigreta  i  jego 

towarzysza. 

– Co podać? – spytała nie zdobywając się na uśmiech. 
– Białe wino. 
W  ocynkowanym  kuble  za  barem  stało  kilka  nie  zakorkowanych  butelek.  Od  czasu  do 

czasu  trzeba  było  zejść  do  piwnicy,  żeby  je  napełnić  z  beczki.  Kwadratu  podłogi,  tuż  przy 
kontuarze, nie pokrywały czerwone płytki – widoczny był tu właz, metr na metr, prowadzący 
do piwnicy. Maigret i Lapointe nie usiedli. Z posłyszanej rozmowy stojących obok mężczyzn 
domyślili się, że nie są to urzędnicy, lecz pielęgniarze udający się na nocny dyżur do szpitala 

Saint-Louis położonego na przeciwległym brzegu kanału. Jeden z nich zwrócił się w pewnym 
momencie do szefowej. Mówił poufnym tonem starego bywalca. 

– Kiedy wraca Omer? 
– Przecież nigdy mi nie mówi. 
Stwierdziła  to  bez  zakłopotania,  z  tą  samą  obojętnością,  z  jaką  rano  rozmawiała  z 

Maigretem. Rudy kocur znowu wylegiwał się przy piecu i wyglądał tak, jakby się stamtąd w 
ogóle nie ruszał. 

–  Chyba  będą  szukać  głowy  –  dorzucił  mężczyzna,  patrząc  kątem  oka  na  Maigreta  i 

Lapointe’a. 

background image

Zauważył ich nad kanałem? A może po prostu podejrzewał, że są z policji? 
– Nie znaleziono jej, co? – mówił dalej zwracając się do Maigreta. 
– Na razie nie. 
– Myśli pan, że znajdą? 
Drugi mężczyzna nie spuszczał wzroku z komisarza. Wreszcie odezwał się: 
– Pan jest tym komisarzem Maigret? 
– Tak. 
– Tak mi się zdawało. Widywałem pana zdjęcia w gazetach. 
Kobieta i tym razem ani drgnęła, jakby nie słyszała. 
– Ale ubaw, choć raz pocięli faceta. Chodź, Julien. Ile płacę, szefowo? 
Wyszli, skłoniwszy się lekko przed Maigretem i Lapointe’em. 
– Ma pani wielu klientów wśród szpitalnego personelu? 
– Trochę. – Była to cała jej odpowiedź. 
– Pani mąż wyjechał w niedzielę wieczorem? 
Patrzyła na niego oczami bez wyrazu i odrzekła swoim bezbarwnym głosem: 
– Dlaczego w niedzielę? 
– Nie wiem. Tak słyszałem. 
– Wyjechał w piątek wieczór. 
– Był u was ruch, kiedy wychodził z domu? 
Zastanowiła się. Czasami sprawiała wrażenie zupełnie nieobecnej, obojętnej na to, co się 

do niej mówi, jakby znajdowała się w hipnotycznym śnie. 

– Po południu nigdy nie ma u nas ruchu. 
– Nikogo pani sobie nie przypomina? 
– Było z parę osób. Nie pamiętam. Nie zwróciłam na nikogo uwagi. 
– Mąż wziął bagaż? 
– Oczywiście. 
– Dużo rzeczy? 
– Swoją walizkę. 
– Jak był ubrany? 
– W szary garnitur. Tak mi się w każdym razie wydaje. Tak. 
– Wie pani, gdzie on teraz jest? 
– Nie. 
– A dokąd się wybierał? 
– Wiem tylko,  że pojechał  pociągiem do Poitiers, a stamtąd autobusem  do Saint-Aubin 

czy innej wsi. 

– Czy mąż zatrzymuje się zwykle w oberży? 
– Zazwyczaj. 

background image

– Nie zdarza się, że nocuje u znajomych  czy  krewnych? Albo u gospodarzy, u których 

kupuje wino? 

– Nie pytałam go. 
– Więc gdyby pani musiała się z nim pilnie skontaktować, na przykład w razie choroby, 

byłoby to niemożliwe? 

Taka wizja nie spłoszyła jej, nie przeraziła. 
– Kiedyś wróci – odpowiedziała swym monotonnym, bezbarwnym głosem. – Jeszcze raz 

to samo? 

Oba kieliszki były puste. Napełniła je. 

background image

Rozdział 3 

Chłopak z trójkołowym wózkiem 

Maigret  dawno  już  nie  czuł  się  tak  niezadowolony  z  siebie.  Zresztą,  nie  było  to 

przesłuchanie  w  pełnym  tego  słowa  znaczeniu,  bo  bistro  nieprzerwanie  tętniło  własnym 
życiem. Komisarz i Lapointe stali dłuższy czas przy barze, jak inni, pociągając z kieliszków. 
Właściwie  byli  tu  w  charakterze  klientów.  Co  prawda,  jeden  z  pielęgniarzy  przed  chwilą 
rozpoznał Maigreta, zwrócił się do niego po nazwisku, ale komisarz przy pani Calas nie zrobił 
żadnej  aluzji  do  swojej  służbowej  funkcji.  Rozmowa  rwała  się,  zapadały  długie  chwile 
milczenia, a kobieta, kiedy jej o nic nie pytał, nie zwracała na Maigreta najmniejszej uwagi. 

Zniknęła  na  dłuższą  chwilę  za  drzwiami  w  głębi,  zostawiając  je  uchylone.  Była  tam 

zapewne kuchnia. Postawiła coś na ogniu, a tymczasem do sali wszedł starszy człowiek, stały 
klient. Pewnym krokiem skierował się do narożnego stolika i wyjął z szafki pudełko domina. 

Usłyszała  z  kuchni  stukot  kostek  domina,  które  mężczyzna  rozrzucił  na  stole,  jakby 

szykował się do gry w pojedynkę. Nie witając się z nim, wzięła butelkę, nalała do kieliszka 

wina rosé i postawiła je przed gościem. 

Czekał.  Upłynęło  zaledwie  kilka  minut,  kiedy  wszedł  inny  starszy  jegomość  i  usiadł 

naprzeciw pierwszego. Byli do siebie podobni niczym rodzeni bracia. 

– Spóźniłem się? 
– Nie, to ja przyszedłem za wcześnie. 
Pani  Calas  przyniosła  drugi  kieliszek,  z  innym  trunkiem,  a  wszystko  odbyło  się  w 

milczeniu, jak w pantomimie. Po drodze nacisnęła kontakt i w głębi sali rozbłysło światło. 

– Ona pana niepokoi? – szepnął Lapointe komisarzowi na ucho. 
Maigret nie odczuwał niepokoju, lecz ciekawość: takiego zainteresowania nie wzbudziła 

w nim od dawna żadna istota ludzka. 

Za  młodu  marzył  o  idealnym  zawodzie,  który,  niestety,  w  rzeczywistości  nie  istniał. 

Nigdy się ze swymi marzeniami przed nikim nie zdradził, nigdy nie wypowiedział ich głośno, 
nawet do siebie. Pragnął być „naprawiaczem” ludzkiego życia. 

background image

Dziwnym trafem zresztą w swej policyjnej karierze dość często ustawiał na właściwym 

miejscu  ludzi,  których  koleje  losu  pchnęły  w  złym  kierunku.  A  co  jeszcze  dziwniejsze,  w 
ostatnich latach pojawiła się profesja zbliżona do jego ideału: zawód psychoanalityka, który 
pomaga człowiekowi znaleźć jego prawdziwe ja. 

Kto jak kto,  ale ta kobieta, kręcąca się po sali,  maskująca swe uczucia i myśli, była na 

pewno nie na swoim miejscu. 

Maigret  co  prawda  odgadł  już  jeden  z  jej  sekretów,  jeśli  w  ogóle  można  mówić  o 

sekrecie, który był niewątpliwie tajemnicą publiczną. Dwukrotnie znikała w izbie na zapleczu 
i za drugim razem komisarz wyraźnie usłyszał pisk korka w szyjce butelki. 

Piła. Maigret dałby jednak głowę, że nigdy się nie upijała, nie traciła świadomości. Jak 

wszyscy prawdziwi alkoholicy, wobec których medycyna jest bezradna, znała swoją miarę i 
utrzymywała  się  w  kontrolowanym  stanie  somnambulicznego  otępienia,  zagadkowym  dla 
człowieka z zewnątrz. 

– Ile pani ma lat? – zapytał, kiedy znalazła się znów za kontuarem. 
– Czterdzieści jeden. 
Odpowiedziała  bez  wahania.  Bez  kokieterii  i  bez  goryczy.  Wiedziała,  że  wygląda  na 

więcej. Zapewne już dawno przestało jej zależeć na ludziach, nie obchodziło jej, co sobie o 
niej  myślą.  Twarz  miała  zwiotczałą,  oczy  mocno  podkrążone,  opuszczone  kąciki  ust  i 
przedwcześnie obwisły podbródek. Chyba ostatnio schudła, bo zbyt obszerna suknia wisiała 

na niej jak na wieszaku. 

– Urodziła się pani w Paryżu? 
– Nie. 
Było jasne, że odgadywała ukryty sens tych pytań, nie próbowała jednak wymigiwać się 

od odpowiedzi, ale też z jej ust nie padło ani jedno zbędne słowo. 

Dwaj  starzy  bywalcy  rozgrywali  za  plecami  Maigreta  partyjkę  domina  i  zapewne 

oddawali się tej rozrywce codziennie późnym popołudniem. 

Komisarz zastanawiał się, dlaczego kobieta kryje się z piciem. Skoro nie zależało jej na 

opinii,  po  co  chodziła  do  kuchni?  Przecież  nie  musiała  znikać  w  drugiej  izbie,  żeby  sobie 
golnąć.  Czyżby  w  tej  jednej  sprawie  liczyła  się  jeszcze  z  ludźmi?  Wydawało  się  to  mało 
prawdopodobne. Alkoholicy w tym stadium rzadko zadają sobie trud maskowania się, chyba 
że chcą zwieść czujność otoczenia. A może właśnie o to jej chodziło? O męża, który jej nie 
pozwalał pić, w każdym razie na oczach ludzi. 

– Mąż często udaje się w okolice Poitiers po wino? 
– Co roku. 
– Raz do roku? 
– Raz albo dwa. To zależy. 
– Od czego? 
– Ile pójdzie wina. 

background image

– Zawsze wyrusza w piątek? 
– Nie zauważyłam. 
– Zapowiadał, że wybiera się w podróż? 
– Komu miałby zapowiadać? 
– Pani. 
– Nie zwierza mi się. 
– Może rozmawiał o tym z klientami czy znajomymi? 
– Nic nie słyszałam. 
– A ci dwaj byli tu w zeszły piątek? 
– Nie wtedy, kiedy wyjeżdżał Omer. Nigdy nie przychodzą przed piątą. 
Maigret odwrócił się do Lapointe’a. 
– Zadzwoń na dworzec Montparnasse. Dowiedz się o rozkład popołudniowych pociągów 

do Poitiers, dobrze? Zwróć się do naczelnika stacji. 

Maigret  mówił  ściszonym  głosem.  Gdyby  pani  Calas  przyjrzała  mu  się  uważnie, 

odczytałaby jego słowa po ruchu warg. Nie zadała sobie jednak takiego trudu. 

–  Poproś  go,  żeby  porozmawiał  z  personelem,  z  tymi,  co  siedzą  w  okienkach.  Podaj 

rysopis... 

Kabina  telefoniczna  znajdowała  się  nie,  jak  zazwyczaj,  w  głębi  sali,  lecz  przy  witrynie. 

Lapointe kupił żeton i skierował się w stronę oszklonych drzwi. Noc zapadła już niemal na 
dobre, świat za szybą tonął w niebieskawej mgle. Maigret, stojący plecami do ulicy, obrócił 
się  gwałtownie  słysząc  szybkie  kroki  inspektora.  Miał  wrażenie,  że  dostrzega  umykający 
trotuarem cień. Zdążył zobaczyć młodą twarz, zamazaną i zniekształconą w mroku. 

Lapointe  przekręcił  gałkę  w  drzwiach  i  puścił  się  biegiem  w  stronę  La  Villette.  Nie 

zamknął za sobą drzwi. Maigret wyszedł na ulicę, przystanął na chodniku. Dojrzał w oddali 
ledwie widoczne dwie sylwetki, po  chwili zniknęły mu  z oczu i  słyszał  tylko  jeszcze przez 
jakiś czas odgłos szybkich kroków dudniących po bruku. 

Inspektor widocznie rozpoznał kogoś za szybą, Maigret, choć właściwie nic nie widział, 

skojarzył dwa fakty: chłopak, który przed chwilą pędem się oddalił, i chłopak z trójkołowym 
wózkiem, który uciekł na widok policjanta, kiedy nurek pracował w kanale. 

– Zna go pani? – spytał panią Calas. 
– Kogo? 
Nie było sensu nalegać. Zresztą, mogła nie patrzeć w stronę ulicy. 
– Zawsze tu tak spokojnie? 
– To zależy. 
– Od czego? 
– Od dnia. Od pory. 
I  jakby  na  potwierdzenie  jej  słów  zawyła  syrena,  w  pobliskim  warsztacie  robotnicy 

skończyli  pracę  i  w  kilka  minut  później  na  ulicy  rozległy  się  kroki  wielu  ludzi,  drzwi 

background image

otwierały  się,  zamykały  i  znowu  otwierały,  i  tak  dziesięć  razy,  jedni  klienci  zasiadali  przy 
stolikach, inni, jak Maigret, zajmowali stojące miejsca przy barze. 

Szefowa na ogół wcale nie pytała, co podać, wiedziała, kto co bierze. 
– Omera nie ma? 
– Nie. 
Nie  dodała:  „Wyjechał”.  Ani  też:  „Wyjechał  w  piątek  do  Poitiers”.  Po  prostu  udzielała 

odpowiedzi nie wdając się w szczegóły. 

Maigret  nawet  nie  próbował  odgadnąć,  skąd  pochodzi.  Z  upływem  lat  przygasła,  jakby 

utraciła  cząstkę  siebie.  Alkohol  sprawił,  że  żyła  w  swoim  własnym  świecie,  obojętna  na 
rzeczywistość. 

– Długo pani tu mieszka? 
– W Paryżu? 
– Nie, na quai de Valmy. 
– Dwadzieścia cztery lata. 
– Mąż prowadził bistro, zanim się poznaliście? 
– Nie. 
Zrobił w pamięci szybki rachunek. 
– Miała pani siedemnaście lat, kiedy go pani spotkała? 
– Znałam go wcześniej. 
– W jakim jest wieku? 
– Ma czterdzieści siedem lat. 
Nie zgadzało się to z oszacowaniem doktora Paula, ale różnica była nieznaczna. Zresztą 

Maigret  zadawał  pytania  bez  przekonania,  raczej  dla  zaspokojenia  własnej  ciekawości. 
Przecież  byłby  to  istny  cud,  gdyby  już  pierwszego  dnia  przypadek  pozwolił  mu 
zidentyfikować ofiarę, której głowy nie znaleziono! I to bez odrobiny wysiłku z jego strony. 

Słychać  było  szmer  rozmów.  Pod  sufitem  zaczęła  się  tworzyć  ruchoma  chmura  dymu. 

Jedni wychodzili, inni wchodzili. Tylko dwaj gracze w domino siedzieli niewzruszeni, jakby 
nikt i nic dla nich nie istniało. 

– Ma pani fotografię męża? 
– Nie. 
– Nie ma pani ani jednej jego podobizny? 
– Nie. 
– A swoje zdjęcie? 
– Też nie mam. Tylko w dowodzie osobistym. 
Maigret nie zdziwił się. Wiedział z doświadczenia, że ludzie często nie trzymają w domu 

własnych fotografii. 

– Mieszkanie jest na piętrze? 

background image

Skinęła  głową.  Dom,  co  zauważył  z  ulicy,  był  jednopiętrowy.  Nad  barem  i  kuchnią 

znajdowały  się  dwa  lub  trzy  pomieszczenia,  zapewne  dwa  pokoje  i  łazienka,  ewentualnie 

pakamera. 

– Jak się tam wchodzi? 
– Schodami z kuchni. 
I znowu zniknęła w kuchni, tym razem zamieszała coś łyżką w garnku. Drzwi otworzyły 

się gwałtownie i wkroczył Lapointe, zaróżowiony, z błyszczącymi oczyma, prowadząc przed 
sobą młodego człowieka. 

Mały Lapointe – tak nazywano go na Quai, choć nie z powodu wzrostu, ale dlatego, że 

był najmłodszym wiekiem i stażem pracownikiem – nigdy jeszcze nie był tak dumny z siebie. 

– Przebiegłem się za nim niezły kawałek – powiedział z uśmiechem i wyciągnął rękę po 

swój  kieliszek  stojący  na  kontuarze.  –  Kilka  razy  bałem  się,  że  go  zgubię.  Na  szczęście  w 
liceum miałem najlepszy czas na pięćset metrów. 

Obaj ciężko dyszeli. 
– Nic nie zrobiłem – rzekł chłopak do Maigreta. 
– W takim razie nie masz się czego bać. 
Komisarz spojrzał na Lapointe’a. 
– Wylegitymowałeś go? 
–  Na  wszelki  wypadek  zatrzymałem  jego  dowód,  mam  go  w  kieszeni.  To  on  jeździ 

wózkiem, pracuje dla firmy Pincemail. I to on zwiewał dziś rano nad kanałem. 

– Dlaczego uciekałeś? – spytał Maigret. 
Młokos  przybrał  krnąbrny  wyraz  twarzy,  jak  ktoś,  kto  koniecznie  chce  uchodzić  za 

cwaniaka. 

– Milczysz? 
– Nie mam nic do powiedzenia. 
– Nic z niego nie wyciągnąłeś po drodze? – Maigret zwrócił się do Lapointe’a. 
–  Trudno  rozmawiać,  kiedy  brakuje  tchu.  Nazywa  się  Antoine  Cristin.  Ma  osiemnaście 

lat, mieszka z matką, zajmują mieszkanie od ulicy na Faubourg Saint-Martin. 

Niektórzy  goście  przyglądali  się  im,  ale  dość  obojętnie  –  w  tej  dzielnicy  pojawienie  się 

policji jest na porządku dziennym. 

– Co robiłeś na ulicy? 
– Nic. 
–  Zobaczyłem,  jak  rozpłaszcza  nos  o  szybę  –  wyjaśnił  Lapointe.  –  I  zaraz  sobie 

przypomniałem, co mówił Judel. Natychmiast dałem nura na ulicę. 

– Dlaczego uciekałeś, skoro, jak sam twierdzisz, nie zrobiłeś nic złego? 
Zawahał się i upewniwszy się, że co najmniej dwóch  gości przysłuchuje się rozmowie, 

rzekł drżącym głosem: 

– Bo nie cierpię gliniarzy. 

background image

– Ale lubisz obserwować ich przez szybę? 
– A co, nie wolno? 
– Skąd wiedziałeś, że tu jesteśmy? 
– Nie wiedziałem. 
– Więc po co przyszedłeś? 
Zaczerwienił się, przygryzł wargę. Wargi miał grube. 
– Odpowiedz. 
– Przechodziłem. 
– Znasz Omera? 
– Nikogo takiego nie znam. 
– Tej pani też nie? 
Stała teraz za barem i patrzyła na nich ze spokojem, w jej twarzy nie widać było cienia 

trwogi czy popłochu. Może i coś ukrywała, ale w takim razie Maigret nigdy nie spotkał kogoś 
równie twardego. 

– Znasz ją? 
– Z widzenia. 
– Nigdy tu nie wstępowałeś na kieliszek? 
– Może i tak. 
– Gdzie twój wózek? 
– U szefa. Skończyłem robotę o piątej. 
Maigret  dał  Lapointe’owi  znak,  jeden  z  nielicznych  znaków  umownych  w  brygadzie 

śledczej.  Przechwyciwszy  sygnał  inspektor  wszedł  do  kabiny.  Zadzwonił  tym  razem  nie  na 

dworzec Montparnasse, lecz na posterunek policji – ten, który znajdował się naprzeciwko, po 
drugiej stronie kanału. Zgłosił się Judel. 

– Mamy chłopaka. Jest tutaj, u Calasa. Szef puści go za parę minut i chciałby, żeby ktoś 

go miał na oku. Nic nowego? 

–  Wszystko  prowadzi  donikąd:  niedzielne  bijatyki  w  kilku  lokalach,  ktoś  słyszał  plusk 

wpadającego do wody ciała; prostytutka twierdzi, że jakiś Arab ukradł jej torebkę... 

– No to cześć... 
Maigret, jakby zobojętniały, stał obok Cristina. 
– Czego się napijesz, Antoine? Wina? Piwa? 
– Niczego. 
– Nigdy nie pijesz? 
– Nie z gliniarzami. I tak musi mnie pan w końcu puścić. 
– Jesteś pewny siebie. 
– Znam prawo. 

background image

Grubokościsty, miał mocne ciało młodego wieśniaka, któremu Paryż nie odebrał jeszcze 

wszystkich  sił.  Ileż  razy  Maigret  widział,  jak  kończą  tacy  jak  on:  za  marny  grosz  potrafią 
zabić właścicielkę trafiki czy pasmanterii. 

– Masz rodzeństwo? 
– Jestem jedynakiem. 
– Ojciec mieszka z tobą? 
– Nie żyje. 
– Matka pracuje? 
– Sprząta po domach. 
Maigret rzekł do Lapointe’a: 
– Oddaj mu dowód. Adres się zgadza? 
– Tak. 
Chłopak nie był do końca pewny, czy nie zastawiono nań pułapki. 
– Mogę iść? 
– Kiedy ci się tylko spodoba. 
Nie  powiedział  „dziękuję”  ani  „do  widzenia”,  ale  komisarz  pochwycił  ukradkowe 

spojrzenie rzucone szefowej. 

– A teraz dzwoń na dworzec. 
Zamówił  jeszcze  dwa  białe  wina.  Bistro  częściowo  opustoszało.  Poza  Maigretem  i 

Lapointe’em było tylko pięciu klientów, w tym dwóch graczy w domino. 

– Nie zna go pani? 
– Kogo? 
– Chłopaka, który przed chwilą wyszedł. 
Odparła bez wahania: 
– Znam! 
Powiedziała to tak po prostu, że Maigret poczuł się zbity z tropu. 
– Często tu wstępuje? 
– Dość często. 
– Na kielicha? 
– Rzadko pije coś mocniejszego. 
– A piwo? 
– Tak, czasem też wino. 
– Bywa po pracy? 
– Nie. 
– Więc w ciągu dnia? 
Skinęła głową i dodała: 
– Jak jest w pobliżu. 
Jej niewzruszony spokój zirytował w końcu komisarza. 

background image

–  Kiedy  robi  objazd  po  nabrzeżu,  tak?  Inaczej  mówiąc,  jak  ma  dostawy  w  waszej 

dzielnicy? To chciała pani powiedzieć? 

– Tak. 
– O której to się zwykle odbywa? 
– Wpół do czwartej, czwartej. 
– To jego codzienna runda? 
– Chyba tak. 
– Bierze coś przy barze? 
– Tak. Albo siada przy stoliku. 
– Przy którym? 
– Tutaj. Koło mnie. 
– Jesteście w bliskiej komitywie? 
– Tak. 
– Dlaczego się nie przyznał? 
– Grał cwaniaka. 
– A często to robi? 
– Usiłuje. 
– Zna pani jego matkę? 
– Nie. 
– Pochodzicie z jednej wsi? 
– Nie. 
– Po prostu wszedł pewnego pięknego dnia i zawarliście znajomość? 
– Tak. 
– Czy koło wpół do czwartej mąż wychodzi na bilard? 
– Tak, zazwyczaj. 
– Myśli pani, że Antoine celowo wybiera tę właśnie porę, żeby tu zajrzeć? 
– Nie zastanawiałam się. 
Maigret  zdawał  sobie  sprawę,  że  pytanie,  które  zaraz  postawi,  będzie  pozornie 

absurdalne, miał jednak wrażenie, że otaczają go rzeczy jeszcze bardziej nierealne. 

– Zaleca się do pani? 
– Zależy, jak pan to rozumie. 
– Jest zakochany? 
– Chyba mnie lubi. 
– Daje mu pani prezenty? 
– Czasem wsunę mu jakiś banknot z kasy. 
– Mąż o tym wie? 
– Nie. 
– Nic nie zauważył? 

background image

– Owszem, raz czy drugi. 
– Był zły? 
– Tak. 
– Podejrzewał Antoine’a? 
– Nie sądzę. 
Dziwne  to  było  miejsce:  kiedy  człowiek  zszedł  po  schodach,  wkraczał  w  świat  innych 

wartości,  te  same  słowa  miały  inny  sens.  Lapointe  wciąż  stał  w  kabinie  i  rozmawiał  z 

dworcem Montparnasse. 

– Pozwoli pani, że zadam bardzo osobiste pytanie? 
– I tak pan zrobi to, co chce. 
– Czy Antoine jest pani kochankiem? 
Nawet nie drgnęła. Nie odwróciła wzroku od komisarza. 
– Zdarzało się nam – przyznała. 
– Chce pani powiedzieć, że miała z nim pani stosunki seksualne? 
– I tak w końcu się pan dowie. Jestem pewna, że nie utrzyma języka za zębami. 
– Często to miało miejsce? 
– Dość często. 
– Gdzie? 
Pytanie  było  ważne.  Podczas  nieobecności  Calasa  żona  powinna  obsługiwać  klientów. 

Maigret  spojrzał  w  sufit.  Czy  z  pokoju  na  piętrze  usłyszałaby,  że  ktoś  otwiera  lub  zamyka 

drzwi? 

Z tą samą co zawsze prostotą wskazała oczami w głąb sali, na otwarte drzwi prowadzące 

do kuchni. 

– Tam? 
– Tak. 
– Nikt was nigdy nie nakrył? 
– Nie Omer. 
– A kto? 
– Raz, pewien klient, miał buty na gumie, nikogo nie było na sali i wszedł do kuchni. 
– Nic nie powiedział? 
– Śmiał się. 
– Nie doniósł Omerowi? 
– Nie. 
– Był tu potem? 
Maigreta nie zawodziła intuicja. Nie pomylił się dotąd co do pani Calas i jego najśmielsze 

przypuszczenia sprawdziły się co do joty. 

– Często wracał? – nalegał. 
– Był kilka razy. 

background image

– Wtedy, kiedy przyjmowała pani Antoine’a? 
– Nie. 
Jeśli  Cristin  zjawiał  się  u  Calasowej  przed  godziną  piątą,  to  swój  wózek  zostawiał  na 

ulicy. 

– Była pani wtedy sama? 
– Tak. 
– Szła pani z nim do kuchni? 
Wydawało mu się, że w jej oczach zalśnił jakiś błysk, ledwie dostrzegalna ironia. Mylił 

się czy nie? Miał wrażenie, że mówiła doń bez słów: „Po co pan mnie przesłuchuje, skoro już 
pan zrozumiał?” 

Ona również rozumiała komisarza. Zupełnie jakby oboje byli ulepieni z tej samej gliny, 

mieli te same doświadczenia życiowe. 

Wrażenie to przeleciało mu jak błyskawica przez głowę i w sekundę później przysiągłby, 

że wyobraźnia spłatała mu figla. 

– Są jacyś inni? – spytał szeptem, niemal poufnie. 
– Jest paru. 
I  wówczas,  nie  wykonując  żadnego  ruchu,  nie  pochylając  się  ku  niej,  zadał  ostatnie 

pytanie: 

– Dlaczego? 
Tę  kwestię  skwitowała  milczeniem,  niejasnym  gestem.  Nie  przybierała  romantycznych 

póz, nie tworzyła wokół siebie atmosfery romansu. Skoro  sam  nie rozumiał,  ona nie mogła 
mu wytłumaczyć. 

Zresztą, rozumiał. Szukał tylko potwierdzenia i otrzymał je, nic nie musiała mówić. 
Wiedział  teraz,  do  czego  doszła.  Nie  wiedział  natomiast,  skąd  wyszła,  jaką  przebyła 

drogę. Czy równie szczerze będzie odpowiadać na pytania dotyczące przeszłości? 

Musiał to odłożyć na później, bo akurat Lapointe wyszedł z kabiny i wypiwszy łyk wina 

zaczął opowiadać. 

–  Pociąg  do  Poitiers  odjeżdża  o  4.48.  Naczelnik  dworca  przepytał  na  razie  dwóch 

pracowników,  nie  widzieli  nikogo,  kto  odpowiadałby  rysopisowi.  Poprowadzi  dalsze 
przesłuchania  i  da  panu  znać  na  Quai.  Jego  zdaniem  najlepiej  zatelefonować  do  Poitiers. 
Pociąg  leci  dalej  na  południe,  zatrzymuje  się  na  różnych  stacjach  po  drodze,  w  Poitiers 
wysiada więc mniej ludzi, niż wsiada w Paryżu. 

– Połącz się z Lucasem. Przekaż mu, żeby podzwonił do Saint-Aubin i okolicznych wsi. 

Musi tam gdzieś być jakiś posterunek. Niech się też rozpyta po oberżach. 

Lapointe  poprosił  o  następne  żetony,  pani  Calas  podała  mu  je  z  obojętnym  wyrazem 

twarzy.  O  nic  nie  pytała,  widać  uznała  za  rzecz  naturalną,  że  się  ją  przesłuchuje  w  sprawie 
podróży męża. Wiedziała, co odkryto w kanale Saint-Martin, czego poszukiwano od rana pod 

jej oknami. 

background image

– Widziała się pani z Antoine’em w ubiegły piątek? 
– Nigdy nie przychodzi w piątki. 
– Dlaczego? 
– Bo ma inną trasę. 
– A po piątej? 
– Wtedy przeważnie mąż już jest w domu. 
– Więc nie przyszedł ani po południu, ani wieczorem? 
– Nie. 
– Jest pani żoną Omera Calasa od dwudziestu czterech lat? 
– Mieszkam z nim od dwudziestu czterech lat. 
– Nie macie ślubu? 
– Mamy. Pobraliśmy się w merostwie w dziesiątce szesnaście czy siedemnaście lat temu. 

Musiałabym obliczyć. 

– Ma pani dzieci? 
– Córkę. 
– Mieszka z wami? 
– Nie. 
– W Paryżu? 
– Tak. 
– Ile ma lat? 
– Skończyła dwadzieścia cztery. Urodziła się, kiedy miałam siedemnaście. 
– To córka Omera? 
– Tak. 
– Na pewno? 
– Na pewno. 
– Mężatka? 
– Nie. 
– Mieszka sama? 
– Wynajmuje pokój na wyspie Świętego Ludwika. 
– Pracuje? 
– Jest asystentką profesora Lavaud, chirurga ze szpitala Hôtel-Dieu. 
Po raz pierwszy mówiła więcej, niż to było konieczne. Czyżby zachowała pewne uczucia 

właściwe wszystkim ludziom i była po prostu dumna ze swej córki? 

– Widziała ją pani w zeszły piątek? 
– Nie. 
– Córka nigdy pani nie odwiedza? 
– Czasami. 
– Kiedy była po raz ostatni? 

background image

– Ze trzy, cztery tygodnie temu. 
– Był wtedy mąż? 
– Chyba tak. 
– Córka jest z nim w dobrych stosunkach? 
– Stara się mieć z nami jak najmniej kontaktów. 
– Wstydzi się? 
– Może i tak. 
– Ile miała lat, kiedy poszła z domu? 
Jej policzki lekko się teraz zaróżowiły. 
– Piętnaście. 
Głos stał się bardziej oschły. 
– Bez uprzedzenia? 
Skinęła głową. 
– Z mężczyzną? 
– Nie wiem. To nic nie zmienia. 
Sala  opustoszała.  Gracze  wkładali  kostki  domina  do  pudełka  i  stukali  monetą  w  blat 

stolika. Pani Calas odebrała sygnał i napełniła im kieliszki. 

– Czy to przypadkiem nie Maigret? – półgłosem zapytał jeden z graczy. 
– Tak. 
– Czego chce? 
– Nie powiedział mi. 
Ona zresztą wcale go o to nie pytała. Poszła do kuchni, a kiedy wróciła, mruknęła: 
– Kiedy pan skończy, zrobię sobie coś do jedzenia. 
– Gdzie pani jada? 
– Tam – odparła pokazując stolik w głębi sali. 
– Nie zajmę już pani wiele czasu. Proszę mi powiedzieć, czy mąż miał przed kilku laty 

atak wyrostka? 

– Pięć, sześć lat temu. Operowano go. 
– Kto go operował? 
– Zaraz sobie przypomnę. Chwileczkę... Doktor Gran... Granvalet. Właśnie! Mieszkał na 

bulwarze Woltera. 

– Już tam nie mieszka? 
– Nie żyje. W każdym razie tak nam powiedział jeden z naszych klientów, którego doktor 

operował. 

Granvalet,  gdyby  żył,  mógłby  stwierdzić,  czy  Omer  Calas  miał  na  brzuchu  blizny  w 

kształcie  tęczy.  Jutro  trzeba  przepytać  asystentów  doktora  i  pielęgniarki.  O  ile  oczywiście 
Omer nie odnajdzie się cały i zdrowy w jakiejś wsi koło Poitiers. 

– Czy kiedyś, bardzo dawno temu, pani mąż otrzymał postrzał śrutem? 

background image

– Jeżeli, to nie za mojej pamięci. 
– Nie polował? 
– Może i czasami polował, kiedy mieszkał na wsi. 
–  Nigdy  pani  nie  zauważyła  u  niego  na  brzuchu  blizn,  niezbyt  zresztą  widocznych, 

tworzących tęczę? 

Zastanowiła się, zmarszczyła brwi, na koniec pokręciła głową. 
– Jest pani pewna? 
– Już od dawna nie przyglądałam mu się z tak bliska. 
– Kochała go pani? 
– Nie wiem. 
– Jak długo był pani jedynym kochankiem? 
– Przez całe lata. 
Powiedziała te słowa ze szczególnym naciskiem. 
– Poznaliście się w bardzo młodym wieku? 
– Jesteśmy z tej samej wsi. 
– Co to za wieś? 
– W połowie drogi z Montargis do Gien. Nazywa się Boissancourt. 
– Odwiedza pani swoje strony? 
– Nigdy. 
– Nigdy już tam pani nie była? 
– Nie. 
– Od czasu jak jest pani z Omerem? 
– Miałam siedemnaście lat, kiedy wyjechałam. 
– Była pani w ciąży? 
– W szóstym miesiącu. 
– Sąsiedzi wiedzieli? 
– Tak. 
– A rodzice? 
I znowu z tą samą prostotą, która miała w sobie coś nierzeczywistego, rzuciła sucho: 
– Też. 
– Nigdy ich pani więcej nie widziała? 
– Nie. 
Lapointe przekazał polecenia Lucasowi i wyszedł z kabiny ocierając czoło. 
– Ile płacę? – spytał Maigret. 
Padło pierwsze z jej strony pytanie: 
– Idzie pan? 
Tym razem komisarz odparł monosylabą: 
– Tak. 

background image

Rozdział 4 

Chłopak na dachu 

Maigret,  co  zdarzało  mu  się  niezmiernie  rzadko,  wahał  się,  czy  wyjąć  z  kieszeni  fajkę. 

Kiedy  wreszcie  się  zdecydował,  zrobił  to  z  niewinną  miną,  jak  człowiek,  który  w  czasie 
rozmowy machinalnie obraca coś w ręku. 

Zaraz  po  raporcie,  niedługim  zresztą,  u  szefa,  z  którym  odbył  jeszcze  pogawędkę  przy 

otwartym  oknie,  komisarz  udał  się  z  pomieszczeń  Policji  Kryminalnej  do  Sądu.  Niemal 
wszystkie ławki w korytarzu „śledczym” były zajęte, bo akurat zajechały na dziedziniec dwie 
karetki  więzienne.  Wśród  zatrzymanych,  oczekujących  w  kajdankach  pod  nadzorem  dwóch 
strażników, Maigret  rozpoznawał  znajome twarze. Niektórzy z aresztowanych przekazywali 
mu znak powitania, bez żadnej urazy. 

Poprzedniego dnia sędzia Coméliau kilkakrotnie telefonował do komisarza. Coméliau był 

chudy, nerwowy, miał mały wąsik, który zapewne farbował na brązowo, i nosił się jak oficer 
kawalerii. Zapytał z miejsca: 

– Jak się rzeczy mają? Niech mi pan dokładnie wszystko opowie. 
Maigret  posłusznie  spełnił  jego  życzenie.  Mówił  o  kolejnych  znaleziskach  Victora  w 

wodach  kanału  Saint-Martin,  a  gdy  doszedł  do  sprawy  nie  odnalezionej  głowy,  sędzia  mu 
przerwał. 

– Mam nadzieję, że nurek prowadzi dzisiaj dalsze poszukiwania? 
– Nie uznałem tego za konieczne. 
– A mnie się wydaje, że skoro wyłowiono z kanału tułów i kończyny, głowa powinna być 

gdzieś niedaleko. 

Dlatego  właśnie  stosunki  z  nim  były  niezwykle  trudne.  Inni  sędziowie  też  bywali 

niełatwi,  ale żaden nie dorównywał  agresywnością Coméliau. Właściwie niegłupi człowiek. 
Pewien adwokat,  który  kiedyś studiował z nim prawo, twierdził, że bystrością sędzia bił na 
głowę wszystkich kolegów. 

background image

Prawdopodobnie  więc  jego  inteligencja  nie  przystawała  do  niektórych  sytuacji.  Należał 

do określonego środowiska – wyższych sfer mieszczańskich, hołdujących sztywnym zasadom 
i różnym świętym tabu, co ograniczało jego widzenie świata. 

Komisarz zaczął cierpliwie tłumaczyć: 
–  Po  pierwsze,  panie  sędzio,  Victor  zna  kanał  równie  dobrze  jak  pan  czy  ja  nasze 

gabinety.  Już  przeszło  sto  razy  przeszukiwał  dno,  metr  po  metrze.  To  chłopak  skrupulatny. 
Skoro twierdzi, że głowy nie ma... 

– Mój hydraulik też zna się na swojej robocie i też uchodzi za skrupulatnego. A kiedy go 

wzywam, zaczyna zawsze od tej samej śpiewki: „Defekt w rurach? Niemożliwe!” 

– W przypadku poćwiartowanych zwłok głowę rzadko znajdujemy w tym samym miejscu 

co resztę – zauważył Maigret. 

Coméliau  usiłował  zrozumieć.  Bystrymi  oczkami  świdrował  komisarza.  Tamten  zaś 

mówił dalej: 

–  To  zresztą  logiczne.  O  ile  trudno  zidentyfikować  poszczególne  członki,  zwłaszcza 

nasiąknięte wodą, o tyle głowę daje się rozpoznać bez kłopotu. Głowa jest mniejszą zawadą 
niż  korpus,  więc  oczywiście  ten,  co  chce  się  jej  pozbyć,  zadaje  sobie  trud  porzucenia  jej 
gdzieś indziej. 

– Przypuśćmy, że tak właśnie było. 
W tym momencie Maigret wziął niepostrzeżenie do lewej ręki kopciuch i czyhał tylko na 

moment nieuwagi swego rozmówcy, by nabić fajkę. 

Opowiedział o pani Calas, opisał bistro na quai de Valmy. 
– Jak pan tam trafił? 
–  Przypadkiem,  przyznaję.  Musiałem  zatelefonować.  W  innej  knajpie  mieli  telefon  bez 

kabiny. Szukałem aparatu w budce. 

– Proszę mówić dalej. 
Mówił  więc  o  wyjeździe  Calasa,  o  pociągu  do  Poitiers,  o  chłopaku  na  trójkołowym 

wózku,  o  stosunkach  łączących  właścicielkę  bistra  z  Antoine’em  Cristin,  nie  omieszkał  też 
wspomnieć o bliznach w kształcie rogalika. 

–  I  ta  kobieta  twierdzi,  że  nie  ma  pojęcia,  czy  mąż  ma  takie  blizny,  czy  nie?  I  pan  jej 

wierzy? 

Sędzia nie posiadał się z oburzenia, nie mieściło mu się to w głowie. 
– Szczerze mówiąc, Maigret, jednego nie rozumiem: dlaczego nie sprowadził pan kobiety 

i chłopaka do swego gabinetu, by poddać ich owym przesłuchaniom, w których przecież pan 
celuje. Spodziewam się, że nie wierzy pan w ani jedno słowo tej całej Calas. 

– Niezupełnie. 
– Nie wie, gdzie pojechał jej mąż i kiedy wróci... coś takiego! 

background image

Tak, sędzia Coméliau, przez całe życie mieszkający w lewobrzeżnym Paryżu, naprzeciw 

ogrodu  Luksemburskiego,  nie  mógł  mieć  bladego  pojęcia  o  mentalności  takich  ludzi  jak 

Calasowie. 

Stało się: zalśnił na moment płomień zapałki, Maigret pyknął z fajki. Coméliau, cierpiący 

na tytoniową fobię, przyglądał mu się badawczo, jak zawsze, gdy ktoś miał czelność zapalić 
w jego gabinecie. Komisarz jednak był zdecydowany zachować minę niewiniątka. 

– Możliwe – rzekł ugodowo – że wszystko, co mi powiedziała, jest kłamstwem. Jest też 

możliwe, że wszystko jest prawdą. Wyłowiliśmy z kanału poćwiartowane zwłoki bez głowy. 
Może to  być jakikolwiek mężczyzna między  czterdziestym  piątym  a pięćdziesiątym  rokiem 
życia.  Jak  na  razie  nic  nam  nie  pozwala  go  zidentyfikować.  Iluż  mężczyzn  w  tym  wieku 
zniknęło w ostatnim czasie, iluż wyjechało nie podawszy adresu! Miałbym ściągać do biura 
panią  Calas  w  charakterze  podejrzanej  tylko  dlatego,  że  lubi  sobie  ukradkiem  popić,  albo 
dlatego,  że  jej  kochankiem  jest  dostawca  z  trójkołowym  wózkiem  umykający  na  widok 
policji?  Jak  byśmy  wyglądali,  gdyby  jutro,  czy  za  chwilę,  znaleziono  gdzieś  głowę  i  nie 
byłaby to głowa Calasa? 

– Jej dom jest pod obserwacją? 
– Judel z dziesiątki ustawił człowieka na quai de Valmy. Wczoraj wieczorem po kolacji 

sam zrobiłem tam obchód. 

– Nic nowego pan nie odkrył? 
– Nic konkretnego. Po drodze przepytywałem dziewczyny na ulicy. Atmosfera nocą jest 

zupełnie  inna  niż  w  biały  dzień.  Chciałem  się  przede  wszystkim  dowiedzieć,  czy  w  piątek 

wieczorem ktoś zauważył coś podejrzanego w pobliżu bistra, czy ktoś coś słyszał. 

– I co? 
–  Niewiele  tego.  Jedna  z  dziewczyn  dała  mi  pewną  wskazówkę,  nie  zdążyłem  tego  na 

razie  sprawdzić.  Calasowa  ma  jakoby  jeszcze  jednego  kochanka,  mężczyznę  w  sile  wieku, 
który albo mieszka w tej dzielnicy, albo tam pracuje. Fakt, dziewczyna nie nosi Calasowej w 
sercu,  twierdzi,  że  wszystkie  mają  przez  nią  straty.  „Gdyby  jeszcze  –  mówiła  mi  ta 

dziewczyna  –  kazała  sobie  płacić,  niech  tam.  Ale  ona  daje  za  darmo.  Kiedy  chłop  jest  w 

potrzebie,  wie,  dokąd  pójść.  Wystarczy,  żeby  mąż  odwrócił  się  tyłem.  Nie  widziałam  na 
własne oczy, ale podobno ona nigdy nie odmawia”. 

Coméliau wzdychał z ubolewaniem słuchając tych bezeceństw. 
–  Postąpi  pan  po  swojemu,  Maigret.  Dla  mnie  sprawa  jest  jasna.  I  nie  są  to  ludzie,  z 

którymi należy obchodzić się w rękawiczkach. 

–  Jeszcze  zobaczę  się  z  nią.  Pogadam  też  z  jej  córką.  Poza  tym  powinienem  otrzymać 

potwierdzenie tożsamości Omera od pielęgniarek, które pięć lat temu były przy jego operacji. 

W  tej  ostatniej  sprawie  kryła  się  pewna  ciekawostka.  Poprzedniego  wieczoru,  Maigret, 

obchodząc  dzielnicę,  wstąpił  na  chwilę  do  bistra  pani  Calas.  Drzemała  na  krześle,  a  obok 

background image

czterech  mężczyzn  grało  w  karty.  Zapytał  ją,  w  jakim  szpitalu  wycinano  Omerowi  ślepą 
kiszkę. 

Calas uchodził za człowieka twardego, nie należał do ludzi roztkliwiających się nad sobą, 

drżących  o  zdrowie,  opętanych  wizją  śmierci.  Czekała  go  zwykła  operacja, 
nieskomplikowana,  nieryzykowna.  Nie  poszedł  jednak  do  szpitala,  ale  za  ciężkie  pieniądze 

zoperowano  go  w  prywatnej  klinice  Villejuif.  Prywatna  klinika,  i  do  tego  z  zakonnicami  w 
roli pielęgniarek! 

Lapointe już powinien się zjawić, wkrótce zatelefonuje, by złożyć raport. 
–  Tylko  żadnego  roztkliwiania  się,  Maigret!  –  rzucił  jeszcze  Coméliau,  gdy  komisarz 

zmierzał do drzwi. 

Nie chodziło o roztkliwianie się. Ani o litość. Ale jak to wytłumaczyć takiemu Coméliau? 

Świat, w którym nagle zanurzył się Maigret, był tak różny od jego codzienności, że posuwał 
się  w  nim  po  omacku.  Czy  maleńkie  bistro  na  quai  de  Valmy  i  jego  bywalcy  mieli  coś 
wspólnego z ciałem wrzuconym do kanału Saint-Martin? Taka możliwość istniała, choć mógł 
to być zbieg okoliczności. 

Wrócił do biura zasępiony – taki stan ducha towarzyszył mu zazwyczaj na pewnym etapie 

śledztwa. Poprzedniego dnia poczynił pewne odkrycia, zebrał je w całość nie zastanawiając 
się, dokąd go zawiodą. Teraz miał przed sobą cząsteczki prawdy, nie wiedział jednak, jak je 
ze sobą zespolić. 

Pani  Calas  nie  była  już  tylko  i  wyłącznie  malowniczą  postacią,  jedną  z  wielu,  jakie 

spotkał w swej karierze; stanowiła dla niego ludzki problem. 

Dla  Coméliau  była  ona  po  prostu  alkoholiczką,  kobietą  upadłą,  która  puszczała  się  na 

prawo i lewo. 

Według Maigreta chodziło o coś innego. Ale o co? Na razie nie potrafił tego wyrazić. I 

póki nie odpowie sobie na to pytanie, póki nie  „zwietrzy” prawdy, póty będzie go dręczyło 

owo niejasne uczucie niezadowolenia. 

Lucas był w swoim pokoju, rozkładał pocztę na bibularzu. 
– Co słychać? 
– Był pan w domu, szefie? 
– U Coméliau. 
– Gdybym wiedział, przerwałbym panu posiedzenie. Owszem, coś słychać. Judel aż się 

trzęsie ze wzburzenia. 

Maigret pomyślał o pani Calas. Czy coś się jej stało? Ale nie o nią chodziło. 
– Ten chłopak... Antoine... tak się nazywa? 
– Tak, Antoine. Ten też zniknął? 
–  Właśnie.  Prosił  pan  wczoraj  wieczorem,  żeby  go  śledzić.  Chłopak  wrócił  prosto  do 

siebie,  na  Faubourg  Saint-Martin,  to  prawie  na  samym  rogu  ulicy  Louis-Blanc.  Inspektor, 
któremu  Judel  powierzył  zadanie,  przesłuchał  konsjerżkę.  Antoine  mieszka  na  siódmym 

background image

piętrze  z  matką,  sprzątaczką.  Zajmują  dwa  pokoje  na  mansardzie.  Bez  windy.  Powtarzam 
panu  dokładnie  to,  co  mi  mówił  Judel.  To  pewnie  jeden  z  tych  okropnych  bloków,  gdzie 
tłoczy się kilkadziesiąt rodzin, a dzieciarnia roi się po klatkach. 

– Mów dalej. 
– To tyle, jeśli idzie o szczegóły. Zdaniem konsjerżki matka chłopaka to kobieta dzielna, 

godna  uznania.  Jej  mąż  zmarł  w  sanatorium  dla  gruźlików.  Ona  także  chorowała  na  płuca, 
twierdzi, że się wyleczyła, konsjerżka jednak w to wątpi. Wracając do inspektora, zadzwonił 
on do Judela po instrukcje. Judel nie chciał ryzykować, kazał mu pilnować domu. Stał więc 
na dworze gdzieś do północy, potem wszedł do środka razem z ostatnimi lokatorami i spędził 
noc  na  schodach.  Rankiem,  nieco  przed  ósmą,  konsjerżka  pokazała  mu  chudą  kobietę, 
przechodzącą  obok  dozorcówki,  oznajmiając,  że  to  właśnie  matka  Antoine’a.  Inspektor  nie 
miał  żadnych  powodów,  by  ją  przesłuchać  czy  iść  za  nią.  W  jakieś  pół  godziny  później,  z 
nudy  i  ciekawości,  wspiął  się  na  siódme  piętro.  Zdziwiło  go,  że  chłopak  nie  wychodzi  do 
roboty.  Przyłożył  ucho  do  drzwi,  cisza,  zastukał.  Wreszcie  wyważył  prosty  zamek 
wytrychem.  W  pierwszym  pokoju,  będącym  zarazem  kuchnią,  zobaczył  łóżko  należące  do 
matki. W sąsiednim też było łóżko, nie posłane. I żywej duszy. Okno otwarte... Judel wścieka 
się,  że  tego  nie  przewidział,  że  nie  zapobiegł  takiej  ewentualności.  To  jasne:  Antoine 
wymknął  się  nocą  przez  okienko,  krążył  po  dachach,  aż  znalazł  inne  otwarte  okno.  Uciekł 

chyba przez budynek na ulicy Louis-Blanc. 

– Na pewno go już tam nie ma? 
– Chłopcy przesłuchują lokatorów. 
Maigret już widział ironiczny uśmieszek sędziego Coméliau na wieść o tym wydarzeniu. 
– Nie dzwonił Lapointe? 
– Jeszcze nie. 
– Ktoś się zgłosił do Instytutu na identyfikację? 
– Te, co zawsze. 
Było ich ze dwanaście: przeważnie kobiety w podeszłym wieku, które za każdym razem, 

gdy znajdowano nie zidentyfikowane zwłoki, gotowe były je rozpoznać. 

– Doktor Paul się odezwał? 
– Położyłem panu jego raport na biurku. 
–  Jak  zgłosi  się  Lapointe,  powiedz  mu,  żeby  wracał  na  Quai  i  czekał  na  mnie.  Będę 

niedaleko. 

Ruszył  pieszo  na  wyspę  Świętego  Ludwika,  okrążył  Notre-Dame,  przeszedł  żelazny 

mostek  i  po  chwili znalazł  się  na  wąskiej  i  tłocznej  ulicy  Saint-Louis-en-l’Ile.  Była  to  pora 
zakupów,  z  trudem  przemykał  się  wśród  gospodyń  i  małych  wózków.  Natrafił  na  sklep 
spożywczy, nad którym, według informacji pani Calas, jej córka Lucette wynajmowała pokój. 
Przeszedł  alejkę  koło  sklepu,  dotarł  na  nierówno  wybrukowane  podwórze,  któremu  lipa 
nadawała wygląd dziedzińca szkolnego czy plebanii. 

background image

– Szuka pan kogoś? – zawołała jakaś kobieta z okna na parterze. 
– Panny Calas. 
– Trzecie piętro, po lewej, ale nie ma jej w domu. 
– Nie wie pani, kiedy wróci? 
– Zwykle nie jada obiadu w domu. Wraca dopiero koło wpół do siódmej. Jeśli ma pan coś 

pilnego, to zastanie ją pan w szpitalu. 

Hôtel-Dieu, gdzie pracowała Lucette Calas, znajdował się w pobliżu. Nie lada sztuką było 

dotrzeć na oddział profesora Lavaud – o tej porze panował tu największy ruch: mężczyźni i 
kobiety  w  białych  kitlach,  pielęgniarze  z  noszami,  pacjenci  idący  niepewnym  krokiem, 
wszyscy ci ludzie krążyli po korytarzach, znikali za drzwiami prowadzącymi Bóg wie dokąd. 

– Ja do panny Calas. 
Nikt nawet na niego nie spojrzał. 
– Kto to? Pacjentka? – pytano. 

Albo kierowano go w głąb korytarza. 
– Tędy... 
Posyłano go to tu, to tam. Wreszcie dotarł, jak do przystani, do nieoczekiwanie cichego 

korytarzyka, gdzie za stoliczkiem siedziała jakaś dziewczyna. 

– Szukam panny Calas. 
– Pan w sprawie prywatnej? Jak pan się tu dostał? 
Trafił  chyba  w  rejony  niedostępne  dla  zwykłych  śmiertelników.  Przedstawił  się, 

wyciągnął nawet służbową legitymację, czuł się bowiem bardzo niepewnie. 

– Zobaczę, czy może się na chwilę wyrwać. Chyba jest na sali operacyjnej. 
Dobre dziesięć minut siedział sam, nie śmiał jednak zapalić fajki. Dziewczyna wróciła w 

towarzystwie wysokiej pielęgniarki, wyglądającej spokojnie i pogodnie. 

– Pan do mnie? 
– Komisarz Maigret z Policji Kryminalnej. 
Jasne  i  czyste  wnętrze,  biały  strój  i  czepek  pielęgniarski  –  wszystko  to  kontrastowało 

uderzająco z atmosferą bistra na quai de Valmy. 

Lucette Calas nie była speszona. Spoglądała na komisarza ze zdziwieniem i pytaniem w 

oczach. 

– Na pewno o mnie panu chodzi? 
– Pani rodzice mieszkają na quai de Valmy, prawda? 
W  jej  spojrzeniu  zalśnił  zły  błysk,  Maigret  był  tego  pewny,  choć  trwało  to  ułamek 

sekundy. 

– Tak. Ale ja... 
– Chcę tylko zadać pani kilka pytań. 
– W każdej chwili profesor może mnie wezwać. To pora obchodu i... 
– Zajmę pani dosłownie parę minut. 

background image

Poddała się, rozejrzała wokoło, natrafiła wzrokiem na uchylone drzwi. 
– Przejdźmy tam. 
W  pomieszczeniu  znajdowały  się  dwa  krzesła,  łóżko  lekarskie,  narzędzia,  których 

Maigret nie znał, służące zapewne do zabiegów chirurgicznych. 

– Dawno nie była pani u rodziców? 
Zauważył, że zadrżała na dźwięk słowa „rodzice”, zrozumiał. 
– Chodzę tam bardzo rzadko. 
– Dlaczego? 
– Widział ich pan? 
– Rozmawiałem z pani matką. 
Nic nie dodała, jakby to wystarczyło. 
– Ma im pani za złe? 
– Mam im za złe, że to oni wydali mnie na świat. 
– Nie odwiedzała ich pani w ubiegły piątek? 
–  Nie  było  mnie  w  Paryżu,  wybrałam  się  na  wieś  z  przyjaciółmi,  miałam  wtedy  dzień 

wolny. 

– Więc nie wie pani, że ojciec wyjechał? 
– Dlaczego nie wyjawi mi pan powodu tych wszystkich pytań? Przyszedł pan tutaj, żeby 

rozmawiać ze mną o ludziach, którzy oficjalnie są moimi rodzicami, ale od dawna są dla mnie 
obcy. Czy coś im się stało? 

Zapaliła papierosa i zauważyła: 
– Tutaj wolno palić. W każdym razie o tej porze. 
Maigret nie wyciągnął jednak fajki. 
– Zdziwiłoby to panią, gdyby coś im się przydarzyło? 
Patrząc mu prosto w oczy, rzuciła krótko: 
– Nie. 
– Co na przykład? 
– Calas mógł uderzyć matkę, zrobić jej krzywdę... Nie powiedziała „ojciec”, powiedziała 

„Calas”. 

– Często ją bije? 
– Nie wiem, jak jest teraz. Dawniej prawie codziennie. 
– Nie stawiała się? 
– Kuliła się pod ciosami. Może lubiła takie rzeczy? 
– Co jeszcze mogłoby się stać? 
– Bo ja wiem, postanowiła go otruć... 
– Nienawidzi go? 
– Faktem jest, że żyje z nim już dwadzieścia cztery lata i jakoś go nie rzuca. 
– Uważa pani, że jest nieszczęśliwa? 

background image

–  Niech  pan  posłucha,  panie  komisarzu.  Staram  się  nad  tym  w  ogóle  nie  zastanawiać. 

Kiedy byłam mała, marzyłam tylko o jednym: wynieść się. I jak tylko mogłam, natychmiast 
od nich uciekłam. 

– I miała pani wtedy piętnaście lat. 
– Skąd pan wie? 
– Od pani matki. 
– Więc nie zabił jej. 
Zamyśliła się, uniosła głowę. 
– O niego chodzi? 
– Co pani ma na myśli? 
– Otruła go? 
–  Mało  prawdopodobne.  Nie  mamy  też  pewności,  że  coś  mu  się  stało.  Matka  pani 

twierdzi, że wyjechał  w piątek po południu w  okolice Poitiers, gdzie jakoby zwykle kupuje 
białe wino. 

– Zgadza się. Jeździł tam, kiedy jeszcze byłam w domu. 
– Z kanału Saint-Martin wydobyto zwłoki, niewykluczone, że to zwłoki pani ojca. 
– Nikt nie zidentyfikował ciała? 
– Jak dotąd nie. Widzi pani, nie znaleźliśmy głowy, identyfikacja nie jest łatwa. 
Nawet nie drgnęła, może dlatego, że pracowała w szpitalu. 
– Jak pan myśli, co mu się mogło stać? 
– Nie wiem. Poszukuję odpowiedzi. Pani wybaczy, że to mówię, ale koło matki kręci się 

wielu mężczyzn. 

– I pan sądzi, że dla mnie to coś nowego! 
–  Czy  pani  ojciec,  we  wczesnej  młodości  lub  dzieciństwie,  otrzymał  postrzał  śrutem 

myśliwskim w brzuch? 

Zdziwiła się. 
– Pierwsze słyszę. 
– I oczywiście nigdy nie widziała pani u niego blizn? 
– Nie, zwłaszcza na brzuchu – odparła z lekkim uśmiechem. 
– Kiedy ostatnio była pani na quai de Valmy? 
– Ostatnio? Zaraz... 
Chyba miesiąc temu. 
– Poszła tam pani z wizytą, po prostu odwiedzić rodziców? 
– Niezupełnie. 
– Calas był w domu? 
– Wybieram porę, kiedy go nie ma. 
– Popołudnie? 
– Tak. Grywa wtedy w bilard przy Gare de l’Est. 

background image

– Matka nie była z mężczyzną? 
– Tego dnia nie. 
– Miała pani jakiś określony cel odwiedzin? 
– Nie. 
– O czym rozmawiałyście? 
– Nie pamiętam. O tym i owym. 
– Była mowa o Calasie? 
– Nie przypominam sobie. 
– A czy przypadkiem nie prosiła pani matki o pieniądze? 
–  Fałszywy  trop,  panie  komisarzu.  Słusznie  czy  nie,  ale  jestem  na  to  zbyt  dumna. 

Owszem, bywało cienko, a nawet głodno, ale nigdy nie zapukałabym do ich drzwi żebrząc o 
wsparcie. A już zwłaszcza teraz, kiedy dobrze zarabiam. 

– I nic pani sobie nie przypomina z ostatniej wizyty na quai de Valmy? 
– Nic konkretnego. 
– Widywała pani  u matki  różnych mężczyzn. Czy zauważyła pani  kiedyś chłopaka, typ 

sangwinika, który jeździ na trójkołowym wózku? 

Pokręciła głową. 
– A mężczyznę w sile wieku, z rudymi włosami? 
Tym razem zastanowiła się. 
– Taki dziobaty? – zapytała. 
– Nie mam pojęcia. 
– Jeśli dziobaty, to Dieudonné. 
– Co to za jeden? 
– Niewiele o nim wiem. Znajomy matki. Od lat przychodzi do bistra. 
– Popołudniami? 
Zrozumiała. 
– Ja w każdym razie spotykałam go po południu. Może jest inaczej, niż pan myśli. Sama 

nie wiem. Zrobił na mnie wrażenie człowieka spokojnego, takiego, co to spędza wieczory w 
kapciach przy kominku.  Widziałam go zresztą niemal  zawsze przy piecu. Siedzieli z matką 
naprzeciwko siebie, jak dobrzy znajomi, nie musieli się wysilać, rozumie pan? Zupełnie jak 
stare małżeństwo. 

– Nie obiło się pani o uszy, gdzie go szukać? 
– Kiedyś słyszałam, jak wstając powiedział przytłumionym głosem, który na pewno bym 

rozpoznała: „Pora iść do roboty”. Chyba pracuje w dzielnicy, ale nie mam pojęcia, co robi. 
Nie jest ubrany jak robotnik. Wygląda raczej na buchaltera. 

W korytarzu rozległ się dźwięk dzwonka. Młoda kobieta poderwała się jak automat. 
– To po mnie – powiedziała. – Pan wybaczy. 
– Może przyjdę jeszcze kiedyś pomęczyć panią w domu. 

background image

– Zastanie mnie pan tylko wieczorem. Niech się pan nie zjawia zbyt późno, wcześnie się 

kładę. 

Patrzył, jak idzie korytarzem potrząsając głową – wyraźnie nie oswoiła się jeszcze z nową 

myślą. 

– Przepraszam panią, którędy do wyjścia? 
Wyglądał  na tak zagubionego, że panienka za biurkiem uśmiechnęła się i  doprowadziła 

go do samych schodów. 

– Stąd już pan trafi. Na dole skręci pan w lewo i znowu w lewo. 
– Bardzo pani dziękuję. 
Nie śmiał spytać dziewczyny, co sądzi o Lucette Calas. A co on sam o niej sądził? Miałby 

kłopot z odpowiedzią na to pytanie. 

Wstąpił  na  kieliszek  białego  wina  do  bistra  naprzeciw  Pałacu  Sprawiedliwości.  Potem 

wrócił na Quai, gdzie czekał na niego Lapointe. 

– I jak siostrzyczki? 
– Przemiłe. Bałem się, że będę się czuł nieswojo, ale przyjęły mnie tak ciepło, że... 
– Co z bliznami? 
O rezultacie wizyty Lapointe mówił z mniejszym entuzjazmem. 
–  Lekarz,  który  wykonał  operację,  nie  żyje  od  trzech  lat,  tak  jak  mówiła  pani  Calas. 

Zakonnica prowadząca archiwum odnalazła akta. Nie ma tam wzmianki o bliznach, co zresztą 
zrozumiałe, natomiast jest mowa o tym, że Calas cierpiał na wrzód żołądka. 

– Wrzód operowano? 
– Nie. Przed operacją robią chyba pełne badania i zapisują wyniki w karcie. 
– Nie zanotowano znaków szczególnych? 
– Nie.  Zakonnica była tak uprzejma, że poszła  przepytać siostry, które  mogły pomagać 

przy operacji Calasa. Żadna jednak dokładnie go nie pamięta. Jedna tylko przypomina sobie 
mgliście, że wyraził życzenie zmówienia modlitwy przed narkozą. 

– Był katolikiem? 
– Nie. Bał się. Takich rzeczy siostry nie zapominają. Blizny nie utkwiły im w pamięci. 
Znaleźli się w tym samym punkcie: zwłoki bez głowy, których nie sposób zidentyfikować 

bez ryzyka pomyłki. 

– I co robimy? – szepnął Lapointe. Wolał mówić cicho, gdy szef był w złym humorze. 
A  może  to  sędzia  Coméliau  miał  rację?  Jeśli  nieboszczyk  z  kanału  Saint-Martin  był 

Omerem  Calas,  istniały  duże  szanse,  iż  jego  żona  w  krzyżowym  ogniu  pytań  zaczęłaby 
wreszcie mówić. A i Antoine zmiękłby na pewno przy przesłuchaniu w cztery oczy. 

– Chodź! 
– Wziąć wóz? 
– Tak. 
– Gdzie jedziemy? 

background image

– Nad kanał. 
Po  drodze  zlecił  inspektorom  z  dziesiątki,  by  szukali  rudego  mężczyzny  ze  śladami  po 

ospie, niejakiego Dieudonné. 

Samochód  sunął  wśród  autobusów  i  ciężarówek,  a  kiedy  dotarli  do  bulwaru  Richard-

Lenoir, niedaleko mieszkania państwa Maigret, komisarz mruknął nagle: 

– Zajedź na Gare de l’Est. 
Lapointe spojrzał pytająco. 
–  Coś  mi  przyszło  do  głowy,  może  nie  mam  racji,  ale  wolę  się  przekonać. 

Dowiedzieliśmy  się,  że  Calas  wyjechał  w  piątek  po  południu  i  zabrał  ze  sobą  walizkę. 
Przypuśćmy,  że  wrócił  w  sobotę.  Jeśli  został  zamordowany,  a  jego  ciało  poćwiartowano, 
sprawca musiał pozbyć się walizki. Jestem przekonany, że nie ma jej na quai de Valmy i że 

nie zawiera rzeczy, które Calas zabrał ze sobą w podróż. 

Lapointe słuchał wywodu komisarza kiwając głową. 
–  W  kanale  nie  znaleziono  ani  walizki,  ani  ubrań,  a  przecież  obnażono  ciało  przed 

poćwiartowaniem. 

– Nie znaleziono też głowy – przypomniał Lapointe. 
Myśl Maigreta nie była szczególnie oryginalna. Zwykła sprawa: gdy zabójca chce pozbyć 

się  obciążających  go  przedmiotów,  w  sześciu  przypadkach  na  dziesięć  umieszcza  je  w 
przechowalni bagażu na dworcu. 

Gare  de  l’Est  znajduje  się  tuż  przy  quai  de  Valmy.  Lapointe  znalazł  w  końcu  wolne 

miejsce i zaparkował wóz. Skierowali się do poczekalni. 

–  Pracował  pan  w  piątek  po  południu?  –  spytał  komisarz  pracownika  przechowalni 

bagażu. 

– Do szóstej. 
– Duży był ruch? 
– Jak zwykle. 
– Czy są rzeczy, które oddano w piątek i nie odebrano do tej pory? 
Pracownik zlustrował półki, na których piętrzyły się walizki i paczki. 
– Dwie – odparł. 
– Należące do tej samej osoby? 
–  Nie.  Mają  inne  numerki.  Jest  kosz  przykryty  płótnem,  zostawiła  go  tęga  kobieta, 

pamiętam ją, bo czuć było od niej serem. 

– I są tam sery? 
– Nie wiem. Ale chyba nie. Już nie czuć. Może to od baby zalatywało. 
– A drugi bagaż? 
– Ta brązowa walizka. 
I wskazał na tanią, mocno zużytą walizkę. 
– Nie ma na niej nazwiska, adresu? 

background image

– Nie. 
– Pamięta pan, kto ją przyniósł? 
– Głowy nie dam, ale jestem prawie pewny, że zostawił ją jakiś chłopak ze wsi. 
– Skąd pan wie, że ze wsi? 
– Bo tak wyglądał. 
– Był ogorzały? 
– Może i tak. 
– Jak był ubrany? 
– Wydaje mi się, że miał skórzaną kurtkę i czapkę. 

Maigret i Lapointe spojrzeli po sobie. Obaj natychmiast pomyśleli o Cristinie. 
– Która to mogła być godzina? 
– Około piątej. Tak. Trochę po piątej, bo właśnie wjechał pospieszny ze Strasburga. 
–  Gdyby  zgłosił  się  ktoś  po  walizkę,  niech  pan  natychmiast  zawiadomi  posterunek  na 

quai de Jemmapes. 

– A jeśli facet się wystraszy i pryśnie? 
– Będziemy na miejscu w ciągu kilku minut. 
Nie  pozostawało  nic  innego  jak  pójść  po  panią  Calas  i  pokazać  jej  walizkę.  Spojrzała 

obojętnie  na  obu  mężczyzn  wchodzących  do  bistra  i  skierowała  się  do  baru,  by  napełnić 

kieliszki. 

– Tym razem nie napijemy się – oświadczył Maigret. – Chcielibyśmy zabrać panią dwa 

kroki stąd i coś pani pokazać. Inspektor będzie pani towarzyszyć. 

– Mam zamknąć? 
– Nie trzeba. Wróci pani za kilka minut. Ja zostanę. 
Nie włożyła kapelusza. Zmieniła tylko kapcie na buty. 
– Obsłuży pan klientów? 
– Chyba nie będę miał okazji. 
Kiedy  się  oddalili  –  Lapointe  przy  kierownicy,  a  pani  Calas  na  przednim  siedzeniu  – 

Maigret stał jeszcze chwilę na progu uśmiechając się pod wąsem. Po raz pierwszy w życiu był 
sam w małej knajpce niczym jej właściciel. Tak go to ubawiło, że wszedł za kontuar. 

background image

Rozdział 5 

Butelka atramentu 

Promienie  słońca  tworzyły  rysunki  w  tych  samych  miejscach  co  poprzedniego  ranka. 

Jeden, na zaokrągleniu cynkowego kontuaru, wyobrażał jakieś zwierzę; inny rysunek widniał 
na malowidle ściennym przedstawiającym kobietę w czerwonej sukni podającą piwo z obfitą 
pianą. 

Komisarzowi nasunęły się pewne skojarzenia: to małe bistro, jak zresztą wiele kafejek i 

barów  paryskich,  przypominało  mu  atmosferą  wiejską  oberżę,  pustawą  w  tygodniu,  a 
zaludniającą się nagle w dzień targowy. 

Ogarnęła  go  na  moment  pokusa,  żeby  nalać  sobie  kielicha.  Dziecinna  zachcianka! 

Zarumienił się i z rękami w kieszeniach i fajką w zębach skierował do drzwi w głębi sali. 

Nie miał dotąd okazji zobaczyć, co jest za drzwiami, za którymi tak często znikała pani 

Calas.  Tak  jak  się  spodziewał,  trafił  do  kuchni.  Panował  tu  nieład,  ale  mniejszy,  niż  sobie 
wyobrażał. Tuż przy drzwiach, po lewej stronie, na drewnianym kredensie pomalowanym na 
brązowo, stała napoczęta butelka koniaku. A zatem nie raczyła się winem. Nigdzie nie było 
kieliszka, musiała więc pociągać prosto z gwinta. 

Okno  wychodziło  na  podwórko.  Także  na  podwórko  prowadziły  oszklone  drzwi. 

Otworzył  je,  nie  były  zamknięte  na  klucz.  W  jednym  rogu  zobaczył  puste  beczki,  gdzie 
indziej  sterty  słomianych  plecionek  po  butelkach,  dziurawe  wiadra,  zardzewiałe  obręcze 
beczek.  Poczuł  się  hen,  daleko  od  Paryża,  a  złudzenie  było  tak  silne,  że  gdyby  ujrzał  kupę 
gnoju i stadko kur, wcale by się nie zdziwił. 

Podwórze zamykała ślepa ściana, za którą znajdowała się zapewne boczna ulica. 
Uniósł  machinalnie  wzrok  na  piętro  –  w  dawno  nie  mytych  oknach  wisiały  spłowiałe 

zasłony.  Czyżby  złudzenie?  Wydało  mu  się,  że  coś  się  poruszyło  za  szybą.  Prawda, 

przypomniał sobie kocura wylegującego się przy piecu. 

Wrócił niespiesznie do kuchni, wszedł na kręte schody. Stopnie trzeszczały. Unosiła się 

lekka woń stęchlizny, jaką pamiętał z prowincjonalnych oberży. 

background image

Na  podeście  znajdowało  się  dwoje  drzwi.  Pchnął  jedne  i  stanął  na  progu  sypialni 

Calasów. Okna wychodziły na nabrzeże. Orzechowe podwójne łóżko, nie zasłane, dość czysta 
pościel.  Meble,  jakie  widuje  się  w  każdym  tego  typu  mieszkaniu,  stare,  ciężkie, 

wypolerowane przez czas, przekazywane z pokolenia na pokolenie. 

W szafie męskie ubrania. Pomiędzy oknami fotel obity ciemnoczerwonym rypsem, obok 

stary  model  radia.  Pośrodku  pokoju  okrągły  stół  przykryty  materiałem  w  jakimś 
nieokreślonym kolorze i dwa mahoniowe krzesła. 

Jakiś  szczegół  uderzył  go  już  na  początku  oględzin.  Zastanawiał  się,  co  to  mogło  być, 

kilkakrotnie zlustrował wnętrze. Dopiero gdy wzrok jego padł na tkaninę na stole, skojarzył. 
Stała  tam  butelka  atramentu,  leżała  obsadka  i  reklamowy  bloczek,  taki,  jaki  udostępnia  się 

klientom w kawiarniach. 

Otworzył bloczek. Nie oczekiwał rewelacji i rzeczywiście nic interesującego nie odkrył: 

wewnątrz były tylko trzy czyste arkusiki papieru. Raptem wytężył słuch, wydało mu się, że 
usłyszał jakieś skrzypnięcie. Dźwięk nie doszedł z łazienki, która bezpośrednio łączyła się z 
sypialnią.  Wrócił  więc  na  schody  i  otworzył  drugie  drzwi  prowadzące  do  innego  pokoju, 
równie  dużego  co  pierwszy.  Pomieszczenie  służyło  za  strych  i  schowek:  zawalone 
zniszczonymi meblami, starymi pismami i Bóg wie czym. 

– Jest tu kto? – zapytał głośno, przekonany, że ktoś się znajduje w pobliżu. 
Chwilę stał bez ruchu, po czym bezszelestnie otworzył szafę. 
– Tylko tym razem bez numerów! – ostrzegł. 
Nie  był  specjalnie  zdziwiony  na  widok  Antoine’a,  który  przycupnął  w  głębi  szafy  jak 

osaczone zwierzę. 

– Wiedziałem, że cię odnajdziemy, i to szybko. Wyłaź! 
– Zatrzymuje mnie pan? 
Chłopak patrzył z trwogą na kajdanki, które komisarz wyjął z kieszeni. 
– Nie wiem  jeszcze, co  z tobą zrobię, ale nie mam  najmniejszej  ochoty, żebyś się nam 

znowu ulotnił. Wyciągnij ręce. 

– Nie ma pan prawa. Nic nie zrobiłem. 
– No już, wyciągaj! 
Odgadł,  co  tamten  knuje:  chciał  prześlizgnąć  się  pomiędzy  nogami  komisarza.  Maigret 

posuwał się do przodu i całym ciałem przyparł go do ściany. Chłopak szamotał się, kopał na 

prawo i lewo, ale wreszcie kajdanki zamknęły mu się na przegubach. 

– A teraz, za mną! 
– Co powiedziała moja matka? 
– Nie wiem, co na to powie twoja matka, ale my mamy do ciebie wiele pytań. 
– Nie będę odpowiadał. 
– Mimo to pójdziesz ze mną. 

background image

Przepuścił  go  przodem.  Przeszli  przez  kuchnię  do  sali,  gdzie  cisza  i  pustka  wyraźnie 

poruszyły Antoine’a. 

– Gdzie ona jest? 
– Szefowa? Nie bój się. Wróci. 
– Aresztował ją pan? 
– Usiądź tam w rogu i nie ruszaj się. 
– Będę się ruszał, jak mi się spodoba! 

Komisarz  widział  niejednego  takiego  chojraka,  w  tym  samym  wieku,  w  podobnych 

sytuacjach, i potrafił przewidzieć jego reakcje i repliki. 

Nie  żałował,  że  pod  naciskiem  Coméliau  zatrzymał  Antoine’a,  nie  robił  sobie  jednak 

złudzeń, że młokos mu coś wyjaśni. 

Drzwi  do  bistra  otwarły  się.  Wszedł  mężczyzna  w  sile  wieku  i  zatrzymał  się  na  progu 

zaskoczony widokiem Maigreta stojącego pośrodku sali. Rozejrzał się za panią Calas. 

– Nie ma szefowej? 
– Zaraz wróci. 
Czy  klient  zobaczył  kajdanki?  Odgadł,  że  Maigret  jest  policjantem,  i  wolał  się  doń  nie 

zbliżać?  W  każdym  razie  przytknął  dłoń  do  czapki  i  pospiesznie  się  oddalił  mrucząc  pod 

nosem: 

– Jeszcze przyjdę. 
Mężczyzna nie zdążył dotrzeć na róg ulicy, gdy przed bistro zajechał czarny samochód. 

Pierwszy wysiadł Lapointe, otworzył drzwiczki pani Calas i wyjął brązową walizkę. 

Kobieta  od  razu  spostrzegła  Antoine’a,  zmarszczyła  brwi  i  spojrzała  niespokojnie  na 

komisarza. 

– Chyba wiedziała pani, że on się tutaj ukrywa? 
– Nie odpowiadaj! – krzyknął Antoine. – Nie ma prawa mnie zatrzymać! Nie mam nic na 

sumieniu. Proszę, niech mi udowodni, że coś zmalowałem. 

Komisarz, nie chcąc tracić czasu, zwrócił się do Lapointe’a: 
– Co z walizką? 
–  Najpierw  się  wahała,  nie  była  do  końca  pewna,  potem  powiedziała  „tak”,  a  wreszcie 

stwierdziła, że przekona się dopiero po otwarciu walizki. 

– Otworzyłeś? 
– Nie chciałem  tego robić bez pana. Dałem pracownikowi przechowalni prowizoryczne 

pokwitowanie. Trzeba mu jak najszybciej posłać nakaz rekwizycji. 

– Zwróć się do Coméliau. Ten urzędnik został w pracy? 
– Tak myślę. Nie szykował się do wyjścia. 
–  Zadzwoń  do  niego.  Poproś  go,  żeby  znalazł  kogoś,  kto  go  na  kwadrans  zastąpi.  To 

chyba wykonalne. Niech wsiada do taksówki i przyjeżdża. 

– Rozumiem – rzekł Lapointe spoglądając na Antoine’a. 

background image

Czy pracownik przechowalni rozpozna Cristina? Jeśli tak, wszystko pójdzie jak z płatka. 
– Zatelefonuj też do Moersa. Niech się tu zjawi z fotografami. Zrobimy rewizję. 
– Jasne, szefie. 
Pani  Calas  stała  nieruchomo  pośrodku  sali,  zachowywała  się,  jakby  była  tu  gościem. 

Teraz ona, jak przedtem Antoine, spytała: 

– Jestem zatrzymana? 
Prosta odpowiedź komisarza zbiła ją z tropu. 
– Nie, dlaczego? 
– Mogę odejść? 
– Tak, ale proszę nie wychodzić z domu. 
Domyślił się, w czym rzecz. Nie mylił się: poszła do kuchni, prosto do butelki koniaku. 

Dla  niepoznaki  pobrzękiwała  naczyniami.  Zsunęła  buty,  rzadko  noszone  i  zapewne 
niewygodne, włożyła znowu filcowe kapcie. 

Kiedy wróciła, odzyskała zimną krew. Stanęła za kontuarem i spytała: 
– Coś podać? 
– Tak, poproszę o białe wino. Dwa wina, jedno dla inspektora. Antoine, miałbyś ochotę 

na piwo? 

Zachowywał  się  jak  ktoś,  komu  się  nie  spieszy,  kto  nie  ma  pojęcia,  co  będzie  robił  za 

chwilę. Łyknął winą, po czym podszedł do drzwi i przekręcił klucz. 

– Ma pani kluczyk do walizki? 
– Nie. 
– Ale chyba wie pani, gdzie go szukać. 
– Pewno jest u niego, w kieszeni. 
U niego, czyli u Calasa, który rzekomo wyjechał z walizką. 
– Proszę mi dać jakieś obcęgi czy inne narzędzie. Przyniosła obcęgi. 
Maigret położył walizkę na stoliku i czekał z wyważeniem kiepskiego zamka, aż Lapointe 

upora się z telefonami. 

– Zamówiłem ci białe wino. 
– Dziękuję, szefie. 
Metal  wygiął  się,  wreszcie  zamek  puścił  –  Maigret  uniósł  wieko.  Pani  Calas  stała  za 

barem.  Trudno  powiedzieć,  czy  przypatrywała  się  komisarzowi,  w  każdym  razie  nie 
wyglądała na specjalnie zaciekawioną. 

W  walizce  był  cienki  szary  garnitur,  prawie  nowe  buty,  koszule,  skarpetki,  brzytwa, 

grzebień, szczoteczka do zębów i mydło zawinięte w papier. 

– Te rzeczy należą do pani męża? 
– Chyba tak. 
– Nie jest pani pewna? 
– Ma taki garnitur. 

background image

– Ten garnitur nie wisi w szafie? 
– Nie sprawdzałam. 
Nie pomagała im, ale też nie próbowała wyprowadzić ich w pole. Tak jak poprzedniego 

dnia  odpowiadała  na  pytania  możliwie  najoszczędniej  i  jak  najmniej  precyzyjnie,  ale  bez 
agresji, która cechowała Antoine’a. 

Antoine  stawiał  się  ze  strachu.  Ona,  przeciwnie,  jakby  niczego  się  nie  bała.  Obojętnie 

traktowała policjantów, nie obchodziło jej, co odkryją. 

– I co powiesz? – Maigret, zajęty przeszukiwaniem walizki, zwrócił się do Lapointe’a. 
– Rzeczy upchnięte byle jak, prawda? 
–  Tak  zazwyczaj  pakują  się  mężczyźni.  Uderza  mnie  jeden  szczegół.  Calas  rzekomo 

wyjechał  w  podróż.  Wziął  garnitur  na  zmianę,  buty  i  bieliznę.  Załóżmy,  że  pakował  się  u 
siebie, na górze... 

Do drzwi dobijali się dwaj murarze w roboczych ubraniach. Przylgnąwszy do szyby, coś 

pokrzykiwali, a po chwili odeszli. 

– Wytłumacz mi, po co miałby zabierać brudne rzeczy. 
Rzeczywiście, jedna koszula była noszona, używane też były slipy i para skarpetek. 
– Myśli pan, że nie on włożył to do walizki? 
–  Może  i  on.  Zapewne  on.  Ale  nie  wtedy,  kiedy  wyruszał  w  podróż.  Rzeczy  pakował 

szykując się do powrotu. 

– Rozumiem. 
– Słyszała pani? 
Skinęła głową. 
– I nadal pani twierdzi, że mąż wyjechał w piątek po południu zabierając tę walizkę? 
– Podtrzymuję wszystko, co powiedziałam. 
– A może nie było go tu w czwartek? A w piątek wrócił? 
Pokręciła tylko głową. 
– I tak uwierzy pan w to, co panu pasuje. 
Przed  bistro  zajechała  taksówka.  Maigret  poszedł  otworzyć  drzwi.  Kiedy  urzędnik 

wysiadał z samochodu, komisarz zawołał: 

– Niech pan powie kierowcy, żeby zaczekał. To nie potrwa długo. 
Weszli  do  środka.  Mężczyzna  przez  chwilę  zastanawiał  się,  czego  od  niego  chcą, 

rozglądał się po sali, żeby się połapać, o co chodzi. Zatrzymał wzrok na Cristinie siedzącym 
wciąż  w  tej  samej  pozycji  na  skraju  ławki,  po  czym  spojrzał  na  Maigreta,  otworzył  usta  i 
znowu zaczął przyglądać się Antoine’owi. Chłopak przez cały czas patrzył mu wyzywająco w 
oczy. Wydawało się, że to wszystko trwa bardzo długo. 

– Zdaję się... – zaczął mężczyzna drapiąc się w kark. 
Był uczciwy, zmagał się z sobą. 
– Cóż, kiedy tak mu się przyglądam, zdaje mi się, że to on. 

background image

– Pan kłamie! – wrzasnął z wściekłością chłopak. 
– Miałbym lepsze rozeznanie, gdyby on wstał. 
– Podnieś się! 
– Nie! 
– Wstań! 
Za plecami Maigreta rozległ się głos pani Calas. 
– Wstań, Antoine. 
–  Teraz  –  mruknął  mężczyzna  po  krótkim  zastanowieniu  –  mam  mniejsze  wątpliwości. 

Nie nosi on przypadkiem skórzanej kurtki? 

– Idź poszukać na górze – rzekł Maigret do Lapointe’a. 
Czekali w milczeniu. Urzędnik łypnął okiem w stronę kontuaru i Maigret domyślił się, że 

chętnie by się napił. 

– Może białego wina? – zaproponował. 
– Nie odmówię. 
Wrócił Lapointe. W ręku trzymał kurtkę, którą Antoine miał na sobie poprzedniego dnia. 
– Włóż kurtkę. 
Chłopak  spojrzał  pytająco  na  kobietę,  a  gdy  zdjęto  mu  kajdanki,  niechętnie  wykonał 

polecenie. 

– Nie widzi pan, że on chce podlizać się glinom? Oni wszyscy tacy. Na słowo „policja” 

od razu trzęsą portkami. I co, dalej pan twierdzi, że mnie pan widział? 

– Myślę, że tak. 
– Pan kłamie. 
Mężczyzna  zwrócił  się  teraz  do  Maigreta.  Głos  miał  spokojny,  choć  czuło  się  w  nim 

pewne wzburzenie. 

–  Przypuszczam,  że  moje  oświadczenie  jest  istotne,  prawda?  Nie  chciałbym  go 

skrzywdzić. Mogę powiedzieć tyle: ten chłopak przypomina mi tamtego, co w niedzielę oddał 
walizkę. Skąd miałem wiedzieć, że będę przesłuchiwany? Nie przyjrzałem mu się dokładnie. 
Może gdybym zobaczył go w tym samym miejscu, w tym samym oświetleniu... 

– Przyprowadzimy go panu na dworzec dziś lub jutro – zadecydował Maigret. – Dziękuję 

panu. Pańskie zdrowie! 

Odprowadził  go  i  zamknął  za  nim  drzwi.  W  zachowaniu  komisarza  była  jakaś 

niesprecyzowana  słabość,  co  stanowiło  zagadkę  dla  Lapointe’a.  Inspektor  nie  potrafił 
określić,  od  jak  dawna  szef  jest  w  tym  stanie.  Może  od  samego  początku  tej  sprawy,  od 
wczoraj,  kiedy  po  raz  pierwszy  pojawili  się  na  quai  de  Valmy?  Albo  od  chwili  kiedy 
przekroczyli progi bistra Calasów? 

Maigret działał tak jak zwykle, robił to, co do niego należało, ale jakby bez przekonania. 

Rzadko  zajmował  taką  postawę.  Trudno  ją  było  opisać.  Sprawiał  wrażenie,  jakby  działał 

background image

wbrew  sobie.  Poszlaki  rzeczowe  mało  go  interesowały,  pogrążony  był  w  swoich  myślach, 
którymi się z nikim nie dzielił. 

Szczególnie wyraźnie dało się to odczuć tutaj, w tej  knajpce, kiedy Maigret zwracał się 

do pani Calas albo obserwował ją ukradkiem. 

Zupełnie jakby ofiara dlań nie istniała, jakby poćwiartowany człowiek nie miał żadnego 

znaczenia. Zmusił się, by zadać parę pytań Cristinowi. Rzec można, że z trudem przychodziło 
mu wypełniać służbowe obowiązki. 

–  Zadzwoń  do  Coméliau.  Wolę,  żebyś  ty  to  zrobił.  Opowiedz  mu  w  skrócie,  co  się 

wydarzyło. Poproś o nakaz aresztowania dla chłopaka. Zresztą pewnie sam na to wpadnie. 

– A co z nią? – inspektor wskazał na kobietę. 
– Ją wolałbym zostawić. 
– A gdyby nalegał? 
– Niech robi, co chce. Jest szefem. 
Nie ściszył głosu i tamci słyszeli każde słowo. 
– Powinna pani  coś zjeść – poradził pani  Calas.  – Niewykluczone, że wkrótce zostanie 

pani aresztowana. 

– Na długo? 
– Tak długo, jak sędzia zechce mieć panią do dyspozycji. 
– Zostanę na noc w więzieniu? 
– Na początku prawdopodobnie w areszcie śledczym. 
– A ja? 
– Ty również. 
I dodał: 
– Ale nie będziesz z nią w jednej celi. 
– Jesteś głodny? – spytała kobieta. 
– Nie. 
Poszła jednak do kuchni, ale po to, by łyknąć koniaku. Kiedy wróciła, spytała: 
– Kto przypilnuje domu? 
– Niech się pani nie obawia, dom będzie pod nadzorem. 
Przyglądał  się jej ciągle  tak samo,  w pewien szczególny sposób,  jakby po raz pierwszy 

miał do czynienia z kimś, kogo nie rozumie. 

Spotykał nieraz kobiety sprytne, które długo potrafiły go przetrzymać. Zawsze jednak od 

samego  początku  wiedział,  że  ostatnie  słowo  należeć  będzie  do  niego.  Była  to  za  każdym 
razem kwestia czasu, cierpliwości i woli. 

Z panią Calas rzeczy się miały inaczej. Nie potrafił jej zaszeregować do żadnej kategorii. 

Gdyby mu powiedziano, że z zimną krwią zamordowała męża i własnoręcznie pokrajała jego 
ciało na kuchennym stole, nie protestowałby. Zgodziłby się również wtedy, gdyby usłyszał, 
że nic jej nie wiadomo o losie męża. 

background image

Stała oto przed nim, osoba z krwi i kości, chuda, przekwitła kobieta w ciemnej sukience 

wiszącej  na  niej  jak  stara  zasłona  na  oknie;  była  całkowicie  rzeczywista,  a  z  jej  ciemnych 
oczu  biło  intensywne  życie  wewnętrzne;  mimo  to  było  w  niej  coś  niematerialnego,  coś 

nieuchwytnego. 

Czy wiedziała, że wywołuje takie wrażenie? Wskazywałby na to sposób, w jaki patrzyła 

na komisarza: spokojnie, może nawet z odrobiną drwiny. 

Lapointe  czuł  się  w  tym  wszystkim  nieswojo.  Nie  chodziło  bowiem  tym  razem  o 

śledztwo, które ma doprowadzić do zdemaskowania przestępcy, lecz o sprawę osobistą, grę 
toczącą się między Maigretem a panią Calas. 

To, co nie odnosiło się bezpośrednio do tej kobiety, mało interesowało komisarza. Kiedy 

inspektor wyszedł z kabiny telefonicznej, Maigret zapytał: 

– I co powiedział? 
Komisarz miał na myśli Coméliau. 
– Podpisze nakaz i przyśle go panu do biura. 
– Chce widzieć chłopaka? 
– Sądzi, że pan najpierw zechce go przesłuchać. 
– A ona? 
–  Podpisze  drugi  nakaz.  Mówił,  żeby  pan  z  nim  zrobił,  co  się  panu  podoba,  ale  moim 

zdaniem... 

– Rozumiem. 
Coméliau wyobrażał sobie, że Maigret wróci do biura, sprowadzi tam po kolei Cristina i 

panią Calas, będzie ich przesłuchiwać całymi godzinami, póki się któreś nie załamie. 

A  przecież  wciąż  nie  znaleziono  głowy.  Nie  było  żadnego  formalnego  dowodu,  że 

człowiek, którego szczątki  wyłowiono z kanału  Saint-Martin, to  Calas.  Teraz przynajmniej, 
dzięki  walizce,  istniały  pewne  do  takiego  sądu  podstawy.  Często  przesłuchania  z  mniej 
oczywistymi przesłankami kończyły się już po kilku godzinach przyznaniem się do winy. 

Pogląd  sędziego  Coméliau  podzielał  Lapointe,  który  nie  potrafił  ukryć  zdumienia 

usłyszawszy polecenie Maigreta: 

– Zabierz go na Quai. Zamknij się z nim u mnie w gabinecie i weź go w obroty. Pamiętaj, 

żeby mu przysłano coś do jedzenia i picia. 

– Pan zostaje? 
– Zaczekam na Moersa i fotografów. 
Zbity  z  tropu  Lapointe  skinął  na  Cristina.  Chłopak  na  koniec  rzucił  komisarzowi 

ostrzeżenie: 

– Jeszcze pan popamięta! 
Mniej  więcej  w  tym  samym  czasie  Baron,  krążący  jak  co  rano  po  gmachu  Policji 

Kryminalnej, robił obchód korytarza „śledczego”. 

– Nic nowego, panie sędzio? – zwrócił się do Coméliau. – Nie znaleźliście głowy? 

background image

– Na razie nie. Ale mamy prawie formalną identyfikację ofiary. 
– Kim jest? 
Przez dziesięć minut Coméliau odpowiadał na rozmaite pytania. Robił to chętnie, rad, że 

raz on, nie Maigret, pełni honory domu wobec prasy. 

– Komisarz tam został? 
– Tak myślę. 
I tak wiadomość o rewizji w mieszkaniu Calasów oraz aresztowaniu Antoine’a pojawiła 

się  już  dwie  godziny  później  w  popołudniówkach,  a  o  piątej  powtórzyło  ją  radio.  Podano 
tylko inicjały Cristina. 

Kiedy Maigret został sam na sam z panią Calas, zamówił przy kontuarze następne wino i 

z  kieliszkiem  usadowił  się  przy  stoliku.  Ona  nie  poruszyła  się,  stała  za  barem,  zachowując 
niezmiennie postawę szefowej. 

Rozległo  się wycie syren fabrycznych zwiastujące południe, a  w niecałe dziesięć minut 

później  ponad  trzydziestu  mężczyzn  dobijało  się  do  zamkniętych  drzwi.  Niektórzy,  widząc 
przez szybę panią Calas, gestykulowali zawzięcie, jakby próbowali z nią pertraktować. 

Maigret przerwał milczenie: 
– Widziałem się z pani córką. 
Spojrzała na niego bez słowa. 
– Mówiła, że była tu przed miesiącem. Ciekaw jestem, czego dotyczyła ta wizyta. 
Nie potraktowała tego jako pytania, nie czuła się zmuszona do odpowiedzi. 
–  Zrobiła  na  mnie  wrażenie  osoby  zrównoważonej,  która  mądrze  pokierowała  swym 

losem.  Nie  wiem...  przyszło  mi  do  głowy,  że  córka  jest  zakochana  w  swoim  przełożonym, 
może jest jego kochanką. 

Ani  drgnęła.  Czy  to  ją  w  ogóle  obchodziło?  Czy  zachowała  jeszcze  jakieś  uczucia  dla 

córki? 

–  Z  początku  musiało  jej  być  niełatwo.  Piętnastoletnia  dziewczyna,  sama,  w  takim 

mieście jak Paryż... trudna sprawa. 

Patrzyła na niego, ale jakby poza niego, wreszcie spytała zmęczonym głosem: 
– O co panu chodzi? 
Właśnie, o co mu chodzi? Czy Coméliau nie miał racji? Czy Maigret nie powinien w tej 

chwili  przesłuchiwać  Antoine’a?  A  ona?  Czy  gdyby  spędziła  kilka  dni  w  areszcie, 
zachowywałaby się inaczej? 

– Zastanawiam się, dlaczego wyszła pani za Calasa i dlaczego pani go potem nie rzuciła. 
Na jej ustach pojawiło się coś na kształt uśmiechu, ale był to raczej wyraz szyderstwa lub 

goryczy. 

– Zrobiła to pani rozmyślnie, prawda? – mówił dalej, nie precyzując, o co mu chodzi. 

background image

Musiał w końcu coś takiego powiedzieć. Były chwile, jak ta teraz, kiedy wydawało mu 

się, że wystarczy drobny wysiłek, a nie tylko wszystko zrozumie, ale też zburzy wznoszący 
się między nimi niewidzialny mur. 

Trzeba tylko znaleźć właściwe słowo, a kobieta stanie się po prostu ludzka. 
– Czy ten drugi był tutaj w piątek po południu? 
Osiągnął skutek, bo zadrżała. 
– Jaki drugi? – spytała niechętnie. 
– Pani kochanek. Ten prawdziwy. 
Chciała zachować obojętność, o nic nie pytać, ale nie wytrzymała. 
– O kogo panu chodzi? 
– O rudego mężczyznę w sile wieku, ze śladami po ospie, niejakiego Dieudonné. 
Teraz szczelnie zamknęła się w sobie. Przybrała kamienny wyraz twarzy. 
Przed bistro zajechał samochód. Wysiadł z niego Moers i trzech ludzi ze sprzętem. 
Maigret po raz kolejny poszedł otworzyć drzwi. 
Nie  powiodło  mu  się  z  panią  Calas,  to  pewne.  Chociaż  to  sam  na  sam  nie  było 

całkowitym fiaskiem. 

– Gdzie robimy, szefie? 
–  Wszędzie.  Najpierw  w  kuchni,  potem  w  obu  pokojach  na  górze  i  w  łazience.  Jest 

jeszcze podwórko, no i piwnica, do której chyba prowadzi ta klapa. 

– Sądzi pan, że tutaj zamordowano i poszatkowano tego faceta? 
– Możliwe. 
– A co z walizką? 
– Zbadaj walizkę i jej zawartość. 
– Zabawimy tu całe popołudnie. Pan zostaje? 
– Chyba nie, ale wpadnę za jakiś czas. 
Poszedł do telefonu, zadzwonił do Judela i zlecił mu nadzór domu. 
– Pani pójdzie ze mną – oświadczył Calasowej. 
– Mam zabrać rzeczy na zmianę i przybory toaletowe? 
– Na wszelki wypadek. 
W  kuchni  przystanęła.  Chciała  sobie  porządnie  golnąć.  Potem  jej  kroki  rozległy  się  w 

pokoju na górze. 

– Nie boi się pan zostawiać jej samej, szefie? 
Maigret  wzruszył  ramionami.  Jeśli  trzeba  było  zatrzeć  ślady,  usunąć  jakieś  obciążające 

przedmioty, zajęto się tym znacznie wcześniej. 

Był jednak zdziwiony, że tak długo nie wraca. Wciąż dochodziły odgłosy jej krzątaniny, 

szum wody cieknącej z kranu, stukot otwieranych i zamykanych szuflad. 

I  znów  zatrzymała  się  w  kuchni.  Pewnie  pomyślała  sobie,  że  nieprędko  będzie  mogła 

napić się koniaku. 

background image

Wreszcie  się  zjawiła.  Mężczyźni  patrzyli  na  nią  w  osłupieniu,  a  w  oczach  Maigreta 

widniał także cień podziwu. 

W niecałe dwadzieścia minut przeobraziła się w zupełnie inną osobę: szykowna kobieta 

w czarnej sukni i czarnym płaszczu, ze starannie ułożonymi włosami i w świetnie dobranym 
kapeluszu.  Nawet  rysy  miała  jakby  bardziej  twarde,  krok  bardziej  zdecydowany,  postawę 
pewniejszą, niemal dumną. 

Czy  spodziewała  się,  że  wywoła  takie  wrażenie?  Czy  kierowała  nią  kokieteria?  Nie 

uśmiechnęła  się,  nie  bawiło  jej  zdumienie  mężczyzn,  zerknęła  tylko  do  torebki,  czy  czegoś 
nie zapomniała, i, wkładając rękawiczki, mruknęła: 

– Jestem gotowa. 
Pachniała  teraz  wodą  kolońską,  czuć  też  było  od  niej  koniakiem.  Upudrowała  się, 

przeciągnęła kredką po wargach. 

– Nie bierze pani walizki? 
Odparła, że nie, z wyzwaniem w głosie. Czy zabranie rzeczy na zmianę oznaczałoby dla 

niej przyznanie się do winy? W każdym razie byłoby to równoznaczne z tym, że mogą istnieć 
powody, by ją zatrzymać w areszcie. 

– Cześć, wpadnę niedługo – rzekł Maigret na odchodnym Moersowi i jego ekipie. 
– Bierze pan wóz? 
– Nie. Pojadę taksówką. 
Miał dziwne uczucie, idąc u boku tej kobiety skąpaną w słońcu ulicą. 
– Chyba dojdziemy do ulicy des Récollets, tam najłatwiej znajdziemy taksówkę, jak pani 

myśli? 

– Chyba tak. 
– Chciałbym panią o coś zapytać. 
– Do tej pory jakoś się pan nie krępował. 
– Jak długo nie ubierała się pani tak jak teraz? 
Zastanowiła się. 
– Co najmniej od czterech lat – odparła po chwili. – Dlaczego pan pyta? 
– Ot, tak... 
Po  co  mówić  to,  co  wiedziała  równie  dobrze  jak  on?  Zatrzymał  wyprzedzającą  ich 

taksówkę. Otworzył drzwiczki i przepuścił kobietę przodem. 

background image

Rozdział 6 

Skrawki sznurka 

Prawdę powiedziawszy, nie wiedział jeszcze, co z nią zrobi. Gdyby miał do czynienia z 

innym  sędzią,  prawdopodobnie  postępowałby  inaczej,  ryzykowałby.  Z  Coméliau  było  to 
niebezpieczne.  Był  on  nie  tylko  pedantyczny,  dbały  o  formy,  czuły  na  opinię  publiczną  i 
reakcję  rządu,  ale  nadto  odżegnywał  się  od  metod  Maigreta,  w  jego  mniemaniu 
nieortodoksyjnych; toteż obaj panowie często miewali rozmaite starcia. 

Komisarz  świetnie  wiedział,  że  sędzia  ma  go  na  oku,  że  gotów  jest  obarczyć  go 

odpowiedzialnością za najdrobniejszy błąd, najmniejszą nierozwagę. 

Znacznie bardziej byłoby mu na rękę zostawić panią Calas na quai de Valmy i wyrobić 

sobie  lepsze  pojęcie  o  jej  charakterze  i  roli  w  całej  tej  sprawie.  W  pobliżu  bistra  mógłby 
ustawić na straży człowieka, dwóch ludzi. No tak, ale inspektor od Judela nie umiał zapobiec 

ucieczce Cristina z budynku na Faubourg Saint-Martin! A przecież Antoine to chłopaczek nie 
przerastający inteligencją trzynastoletniego dziecka. A pani Calas była osobą innego pokroju. 

Kiedy mijali kioski, zauważył, że gazety podały już informację o rewizji. Nazwisko Calas 

figurowało na pierwszych stronach, wybite tłustą czcionką. 

Wyobrażał  sobie  swoją  rozmowę  z  sędzią,  na  przykład  nazajutrz,  gdyby  w  porannej 

prasie ukazał się nagłówek: „Pani Calas zniknęła”. 

Obserwował ją kątem oka, nie odwracając się w jej stronę. Zdawało się, że ona tego nie 

zauważa. Siedziała godnie wyprostowana, obserwowała miasto nie bez pewnej ciekawości. 

Przez ponad cztery lata, jak wyznała, nie ubierała się elegancko. Nie zdradziła, w jakich 

okolicznościach,  przy  jakiej  okazji  miała  ostatnio  na  sobie  czarną  suknię.  A  może  równie 
dawno, albo i dawniej, nie była w śródmieściu, nie oglądała śpieszących bulwarami tłumów. 

Mając  na  karku  Coméliau,  Maigret  nie  mógł  przeprowadzić  akcji  po  swojemu,  musiał 

więc zabrać się do dzieła z innej strony. 

Jechali w milczeniu, odezwał się do niej dopiero przy Quai des Orfevers: 
– Nie ma pani nic do powiedzenia? 
Spojrzała na niego z lekkim zdumieniem. 

background image

– W jakiej sprawie? 
– Pani męża. 
Wzruszyła niedostrzegalnie ramionami. 
– Nie zabiłam Calasa. 
Zwyczajem  wiejskich  kobiet  czy  żon  sklepikarzy  mówiła  o  nim  po  nazwisku.  W  jej 

ustach brzmiało to dziwnie, zupełnie do niej nie pasowało. 

– Mam wjechać na dziedziniec? – spytał kierowca opuściwszy szybę. 
– Dobrze. 
Przy  wielkich  schodach  stał  Baron  w  towarzystwie  dwóch  innych  dziennikarzy  i 

fotoreporterów. Poczuli pismo nosem – nie było sposobu, by Calasowa mogła się przemknąć. 

– Chwileczkę, panie komisarzu... 
Czy przypuszczała, że ich obecność to sprawka Maigreta? Szła sztywnym krokiem, gdy 

tamci robili jej zdjęcia i podążali za nią po schodach. Na pewno sfotografowali też Antoine’a. 

Maigret wciąż się wahał, jeszcze w korytarzu na górze nie był zdecydowany, co pocznie. 

W końcu pchnął drzwi do pokoju inspektorów. Lucasa nie było. Zwrócił się do Janviera: 

– Znajdź jakiś pusty pokój i zaprowadź ją tam na kilka minut. 
Usłyszała.  I  jak  zawsze  gdy  chodziło  o  komisarza,  spojrzała  na  niego  z  niemym 

wyrzutem. Z wyrzutem czy rozczarowaniem? 

Wyszedł,  nic  więcej  nie  dodając.  Udał  się  do  swego  gabinetu,  gdzie  Lapointe,  bez 

marynarki,  zajmował  jego  miejsce.  Antoine  siedział  na  krześle  naprzeciw  okna, 
wyprostowany,  czerwony,  jakby  mu  było  gorąco.  Pomiędzy  nimi  stała  taca  przyniesiona  z 
„Brasserie Dauphine”, z resztkami kanapek i dwiema szklankami z nie dopitym piwem. 

Spojrzenie Maigreta wędrowało od tacy do Antoine’a. Chłopak nie potrafił ukryć złości 

na siebie: skusił się na zakąskę, a pewnie obiecywał sobie, że „pokaże tym gliniarzom” i nie 
weźmie niczego do ust. 

Dla Maigreta nie było to nic nowego i uśmiechnął się pod wąsem. 
– Jak tam? – spytał Lapointe’a. 
Inspektor dał mu znak, że idzie kiepsko. 
– No to do roboty, chłopcy! 
Sam udał się do Coméliau. Zastał go w gabinecie. Sędzia wybierał się właśnie na obiad. 
– Zatrzymał pan oboje? 
– Chłopak jest u mnie, przesłuchuje go Lapointe. 
– Zaczął mówić? 
– Jeśli nawet coś wie, nie piśnie słówka, póki mu się nie podsunie pod nos dowodów. 
– Jest bystry? 
– Rzecz w tym, że nie. Jeśli ma się do czynienia z osobą inteligentną, zawsze w końcu 

racja wyjdzie na wierzch. Wystarczy wykazać, że człowiek mówi rzeczy nie trzymające się 
kupy. Dureń uparcie zaprzecza, nawet kiedy otrzyma niezbite dowody. 

background image

– No dobrze, a co z kobietą? 
– Zostawiłem ją z Janvierem. 
– Ale sam ją pan przesłucha? 
– Jeszcze nie teraz. Za mało wiem. 
– Więc kiedy? 
– Wieczorem, jutro, pojutrze. 
– A co do tego czasu? 
Maigret wyglądał tak niewinnie i łagodnie, że Coméliau zaczął coś podejrzewać. 
– Właśnie chciałem to z panem skonsultować. 
– Nie może pan jej trzymać bez końca w biurze. 
– Tak, ciężka sprawa, zwłaszcza gdy idzie o kobietę. 
– To co, może lepiej odesłać ją do aresztu? 
– Do pana należy decyzja. 
– A co pan by zrobił? Zwolniłby ją pan? 
– Nie mam jasności, co bym zrobił. 
Zasępiony  Coméliau  rozmyślał  z  gniewnym  marsem  na  czole.  Wreszcie  odezwał  się,  a 

zabrzmiało to jak wyzwanie: 

– Niech mi pan ją przyśle! 
Maigret,  oddalając  się  korytarzem,  uśmiechał  się  do  siebie.  Czyżby  bawiła  go  wizja 

spotkania rozjuszonego Coméliau z panią Calas? 

Tego  popołudnia  już  się  z  nią  nie  widział.  Wszedł  do  pokoju  inspektorów  i  rzekł  do 

Torrence’a: 

– Sędzia Coméliau chce widzieć panią Calas. Przekaż to Janvierowi, dobrze? 
Na schodach Baron znowu próbował uczepić się komisarza. Ten odprawił go z kwitkiem: 
– Niech się pan zwróci do Coméliau. Jeśli jeszcze nie ma, to będzie miał wkrótce różne 

ciekawostki. 

Ruszył  pieszo  do  „Brasserie  Dauphine”,  wstąpił  na  aperitif.  Było  późno,  pora  obiadu 

minęła. Podszedł do telefonu. 

– To ty? – odezwał się do żony. 
– Nie przyjdziesz? 
– Nie. 
– Mam nadzieję, że zdążysz coś zjeść? 
– Jestem w „Brasserie Dauphine” i coś tu przekąszę. 
– Będziesz na kolacji? 
– Jeszcze nie wiem. 
W bukiecie zapachów unoszących się w piwiarni dwa czuło się wyraźnie: zapach pernod i 

kury w winie. Jeden dochodził znad baru, drugi płynął falami z kuchni. 

background image

Dużo  stolików  było  wolnych.  Zauważył  kilku  kolegów  popijających  kawę  i  sączących 

calvados. Po chwili wahania zdecydował, że nie będzie się rozsiadać i zje na stojąco kanapkę. 

Słońce  było  równie  ostre  co  rankiem,  niebo  tak  samo  czyste,  tyle  że  teraz  pojawiło  się 

kilka  białych  chmurek,  zerwał  się  wiatr,  wirował  w  powietrzu  kurz,  a  kobiety  poprawiały 
oblepiające im nogi sukienki. 

Właściciel  restauracji  dobrze  znał  komisarza  i  wiedział,  że  nie  jest  to  odpowiedni 

moment, by wdać się z nim w pogawędkę. Maigret posilał się, myślami będąc gdzie indziej, 
patrzył na ulicę, tak jak pasażerowie statku śledzą wzrokiem monotonny i urzekający widok 
falującego morza. 

– Może jeszcze? 
Skinął  głową  w  roztargnieniu,  jakby  nie  słyszał  pytania.  Zjadł  drugą  kanapkę  i  wypił 

kawę, którą podano mu nie czekając na zamówienie. 

Kilka minut później siedział w taksówce w drodze na quai de Valmy. Zatrzymał się na 

rogu  ulicy  des  Récollets,  naprzeciw  śluzy,  przy  której  czekały  trzy  barki.  Brudna  woda,  z 
niezbyt  zachęcającymi  bańkami  na  powierzchni,  nie  odstraszała  wędkarzy  wpatrujących  się 
uparcie w spławiki. 

Minął  pomalowane  na  żółto  bistro  Popaula.  Widział  przez  szybę,  jak  właściciel, 

rozpoznawszy  go,  pokazuje  go  palcem  paru  klientom.  Przy  krawężniku  stały  wielkie 
ciężarówki z napisem „Roulers et Langlois”. 

Przeszedł obok rozmaitych sklepików, typowych dla gęsto zaludnionych dzielnic Paryża. 

Najpierw owocowo-warzywny ze straganem wysuniętym do połowy chodnika; nieco dalej – 
mięsny, a w nim żywej duszy; wreszcie dwa kroki od Calasów – spożywczy, tak ciemny, że 
nic nie można było dojrzeć w środku. 

Pani Calas musiała wychodzić na miasto, choćby po zakupy, i zapewne zaopatrywała się 

w tych właśnie sklepikach. Wyobrażał ją sobie, jak idzie w swoich kapciach, w szalu z grubej 
czarnej wełny, który zauważył u niej w domu. 

Judel miał się zająć sklepikarzami. Znają oni dzielnicowych policjantów i czują się z nimi 

pewniej niż z ludźmi z Quai des Orfèvres. 

Drzwi  do  bistra  były  zamknięte  na  klucz.  Przytknął  czoło  do  szyby,  ale  nikogo  nie 

dostrzegł.  Tylko  w  kuchni  promień  słońca  padał  czasem  na  jakąś  sylwetkę.  Zastukał,  raz, 
drugi, trzeci, wreszcie pojawił się Moers, poznał Maigreta i pospieszył do drzwi. 

– Przepraszam, panie komisarzu. Ale robimy tyle hałasu, że nic nie słychać. Długo pan 

czekał? 

– Nieważne. 
Komisarz zamknął drzwi na klucz. 
– Często przerywano wam robotę? 
– Jedni usiłują otworzyć i odchodzą, inni pukają, nie dają za wygraną, nalegają, żeby ich 

wpuścić. 

background image

Maigret  rozejrzał  się,  wszedł  za  kontuar.  Szukał  reklamowego  bloczka,  takiego,  jaki 

zauważył wcześniej na stoliku w sypialni. Zazwyczaj w restauracjach są takie bloczki. A tu, 
gdzie są trzy komplety domina i z pół tuzina talii kart, miałoby ich nie być? Dziwne. 

– Róbcie swoje – rzekł do Moersa. – Zaraz do was przyjdę. 
Przemknął wśród rozłożonego w kuchni sprzętu i poszedł na górę po atrament i papier. 
Na dole usiadł przy stoliku i napisał wielkimi literami: „Lokal chwilowo nieczynny”. 
Zawahał  się  pisząc  drugi  wyraz,  pomyślał  o  Coméliau,  który  o  tej  porze  przesłuchiwał 

panią Calas. 

– Nie widziałeś pinezek? 
Moers zawołał z kuchni: 
– Na lewej półce pod kontuarem. 
Znalazł pinezki, przypiął swój napis na ramie drzwi. Kiedy odwrócił się, poczuł, że jakieś 

żywe  stworzenie  ociera  mu  się  o  nogę.  Rudy  kocur!  Zwierzę  uniosło  łebek  i  patrzyło  na 
Maigreta pomiaukując. 

Nie pomyślał o kocie. Przecież nie można go zostawić na łasce losu. 
Poszedł do kuchni, znalazł mleko w fajansowym dzbanku i pęknięty talerz do zupy. 
– Zastanawiam się, kto się zajmie kotem. 
– Może jakiś sąsiad? Niedaleko jest rzeźnik. 
– Pójdę popytać. Co znaleźliście. 
Przeczesywali  cały  dom,  nie  pomijając  najmniejszego  zakamarka,  żadnej  szuflady. 

Pierwszy  kroczył  Moers:  badał  przedmioty  pod  szkłem  powiększającym  albo  pod 
przenośnym mikroskopem, a za nim podążała ekipa fotografów. 

–  Zaczęliśmy  od  podwórka,  tam  jest  największy  rozgardiasz.  Podejrzewałem,  że  wśród 

tych wszystkich gratów coś się kryje. 

– Kiedy opróżniono pojemniki na śmiecie? 
– W poniedziałek rano. Zbadaliśmy je, szukałem plam krwi czy czegoś w tym rodzaju. 
– I nic? 
– Nic – odparł Moers z lekkim wahaniem w głosie. 
Widocznie poczynił jakieś spostrzeżenie, którego znaczenia nie był pewny. 
– O co chodzi? 
– Nie wiem, szefie, coś nas uderzyło. I to całą czwórkę. Rozmawialiśmy o tym, kiedy pan 

nadszedł. 

– Mów. 
– Coś tu nie gra. Ten bałagan na podwórku i w kuchni! Oczywiście, nie jest to dom, w 

którym  oczekiwałoby  się  wzorowego  porządku.  Wystarczy  zajrzeć  do  szuflad:  rzeczy 

zakurzone, upchane bez ładu i składu. 

Maigret,  rozglądając  się  wokół,  zaczynał  rozumieć  i  czekał  na  dalszy  ciąg  z 

zainteresowaniem. 

background image

– Mów, mów. 
– W zlewie brudne naczynia sprzed trzech dni i garnki nie szorowane od niedzieli. Może 

tak tu zawsze, chyba że kobieta zaniedbała gospodarstwo pod nieobecność męża. 

Moers miał rację: bałagan, czy wręcz brud, musiał tu być na porządku dziennym. 
–  Można  się  więc  było  spodziewać,  że  reszty  mieszkania  także  nie  sprzątano  od  pięciu 

czy dziesięciu dni. Stwierdziliśmy, że do niektórych szuflad czy kątów nie zaglądano nawet 
dłużej. W zasadzie jednak pozostała część domu została niedawno gruntownie wypucowana, 
a Sambois wytropił na podwórku dwie butelki chlorku, z których jedna, pusta, została świeżo 
nabyta, sądząc po nalepce. 

– Jak myślisz, kiedy odbywały się te generalne porządki? 
–  Trzy,  cztery  dni  temu.  Uściślę  to  w  raporcie.  Muszę  wykonać  pewne  analizy  w 

laboratorium. 

– Co z odciskami palców? 
– Potwierdzają naszą teorię. W szufladach, w szafach znaleźliśmy odciski Calasa. 
– Jesteś pewny? 
– W każdym razie odpowiadają odciskom człowieka wyłowionego z kanału. 
Wreszcie jakiś dowód, że trop rzeczywiście prowadzi na quai de Valmy. 
– Te same odciski znaleźliście na górze? 
–  Na  meblach  nie,  w  szufladach  tak.  Dubois  nie  zbadał  szczegółowo  całego  piętra, 

jeszcze  tam  wrócimy.  Uderzyło  nas,  że  na  meblach  nie  ma  nawet  pyłka,  a  podłogę 
wypucowano. Pościel zmieniono najwyżej trzy, cztery dni temu. 

– Znalazłeś gdzieś brudną bieliznę? 
– Właśnie nie. Ani śladu. 
– Czy pranie robili w domu? 
– Nie ma pralki ani pojemnika na brudy. 
– Z tego wynika, że oddawali brudną pościel do pralni. 
– Nie ma wątpliwości. Człowiek z pralni musiał tu wstąpić wczoraj lub przedwczoraj. 
– Spróbuję się dowiedzieć, która to pralnia. 
Maigret  już  chciał  się  oddalić  do  pobliskich  sklepików,  kiedy  Moers,  otworzywszy 

szufladę w kuchennym kredensie, zawołał: 

– Ma pan tu nazwę pralni! 
Z pliku papierków wyciągnął kwity pralnicze: „Blanchisserie des Récollets”. Ostatni nosił 

datę sprzed ponad dziesięciu dni. 

Maigret  podszedł  do  telefonu,  wykręcił  numer  pralni  i  spytał,  czy  w  tym  tygodniu 

zabierano bieliznę z quai de Valmy. 

– Robimy objazd w czwartki rano. 
A więc byli tutaj w ubiegły czwartek! 

background image

Moers  słuszne  się  dziwił.  Spały  dwie  osoby  i  od  czwartku  nie  zabrudziły  pościeli  – 

brudnej nigdzie nie znaleziono, a w sypialni była niemal czysta. 

Maigret głęboko zamyślony krążył wokół kolegów. 
– No i jak te odciski? 
– W kuchni zdjęliśmy odciski należące do trzech osób, nie licząc pańskich i Lapointe’a... 

te znam na pamięć. Najliczniejsze należą do kobiety, zapewne gospodyni. 

– Łatwo sprawdzić. 
– Następnie, najświeższe, odciski mężczyzny, raczej młodego. Ale niewiele ich. 

Prawdopodobnie  Antoine’a,  którego  pani  Calas  dokarmiała  w  kuchni,  kiedy  czasem  tu 

zajrzał wieczorem. 

– Dwa razy trafiliśmy na odciski innego mężczyzny, jedne częściowo zatarte. 
– Dochodzą odciski Calasa, te w szufladach? 
– Tak. 
–  A  zatem,  w  ostatnich  dniach,  na  przykład  w  niedzielę,  zrobiono  gruntowne  porządki, 

nie sprzątano jednak w szufladach, szafach i szafkach, czy tak? 

Wszyscy myśleli o tym samym: o zwłokach wyłowionych kawałek po kawałku z kanału. 
Ćwiartowanie nie odbyło się na ulicy czy nawet w jakimś odludnym miejscu. Robota ta 

wymagała  czasu,  poszczególne  części  ciała  zostały  bowiem  zawinięte  w  papier  gazetowy  i 
przewiązane sznurkiem. 

W jakim stanie było pomieszczenie, w którym dokonano takiej operacji? 
Maigret mniej teraz żałował, że zostawił panią Calas w rękach rozsierdzonego Coméliau. 
– Schodziłeś do piwnicy? 
–  Rzuciliśmy  okiem  wszędzie.  Piwnica  jak  piwnica,  przy  wstępnych  oględzinach  nie 

widać w niej nic niezwykłego, ale jeszcze ją zbadamy. 

Ekipa podjęła pracę, a Maigret przemierzał tam i z powrotem salę. Krok w krok za nim 

podążał rudy kocur. Słońce oświetlało ustawione na półkach butelki i rzucało łagodny blask 
na  zaokrąglenie  kontuaru.  Przystanął  przy  piecu,  sądził,  że  wygasł,  ale  kiedy  otworzył 
drzwiczki, zobaczył tlący się żar. Machinalnie dołożył do ognia. 

Skierował się do baru. Wodził oczami od butelki do butelki, wreszcie zatrzymał wzrok na 

calvadosie i nalał sobie kieliszek. Szufladka kasy była uchylona: wewnątrz leżały banknoty i 
bilon. Na ścianie, po prawej, obok okna wisiał cennik. 

Wyjął  z  kieszeni  należność  za  calvados,  wsunął  pieniądze  do  kasy.  Podskoczył  jak 

przyłapany na gorącym uczynku, zobaczywszy za szybą jakąś postać. Był to inspektor Judel, 
który próbował zajrzeć do środka. 

Maigret poszedł mu otworzyć. 
– Wiedziałem, gdzie pana szukać, szefie. Dzwoniłem na Quai, nikt nie miał pojęcia, gdzie 

pan jest. 

Judel rozglądał się ze zdziwieniem po sali – szukał wzrokiem pani Calas. 

background image

– Czy to prawda, że pan ją zatrzymał? 
– Jest u sędziego Coméliau. 

Judel wskazał głową na kuchnię, gdzie uwijała się ekipa techniczna. 
– Znaleźli coś? 
– Za wcześnie na wnioski. 
I za długie byłyby wyjaśnienia. Maigret nie miał na nie najmniejszej ochoty. 
– Dobrze, że pana dopadłem, szefie. Nie chciałem działać na własną rękę. Chyba udało 

nam się odnaleźć rudego. 

– Gdzie on jest? 
– Dwa kroki stąd, jeśli mam dobre informacje. Nie wiem, co prawda, czy w tym tygodniu 

nie pracuje na nocną zmianę. Jest dyspozytorem w „Transports Zénith”, przedsiębiorstwie... 

– Tak, tak. Ulica des Récollets. „Roulers et Langlois”. 
– Pomyślałem sobie, że będzie pan chciał przesłuchać go osobiście. 
Z kuchni dobiegł ich głos Moersa: 
– Pozwoli pan na momencik, szefie? 
Maigret ruszył w głąb sali. Czarny szal pani Calas leżał na stole. Moers zbadał go już pod 

lupą, a teraz oglądał pod mikroskopem. 

– Niech pan rzuci okiem. 
– Co powinienem zobaczyć? 
–  Widzi  pan  na  czerni  te  brunatne  ślady  przypominające  włókna  drzewa?  To  konopie. 

Potwierdzi  to  analiza,  ale  nie  mam  wątpliwości.  Włókna,  niewidoczne  gołym  okiem,  które 
oderwały się od zwoju sznurka. 

– Ten sam sznurek, co... 
Maigret pomyślał o sznurku, którym przewiązano paczki z poćwiartowanym ciałem. 
–  Dałbym  głowę,  że  to  ten  sam.  Calasowa  nie  robiła  chyba  często  paczek.  Nie 

znaleźliśmy nawet skrawka tego sznurka w całym domu. Owszem, są sznurki w szufladzie, 
ale albo cieńsze, albo czerwone, albo z włókna syntetycznego. 

– Dziękuję. Będziesz tu jeszcze, kiedy wrócę? 
– Co pan zrobi z kotem? 
– Biorę go ze sobą. 
Kot  dał  się  wziąć  na  ręce.  Na  ulicy  Maigret  zawahał  się,  czy  zacząć  od  sklepu 

spożywczego. Po chwili zdecydował, że zwierzę lepiej będzie miało u rzeźnika. 

– Czy to nie kot pani Calas? – spytała rzeźniczka, kiedy podszedł do lady. 
– Tak. Mogłaby go pani przechować kilka dni? 
– A nie będzie się gryzł z moimi kotami? 
– Calasowa jest pani klientką? 
– Zachodzi do mnie co rano. Czy to prawda, że jej mąż... 

background image

I  spojrzała  wymownie  w  stronę  kanału.  Widać  wolała  to  nieprzyjemne  pytanie  wyrazić 

wzrokiem niż słowami. 

– Na to wygląda. 
– A co z nią? 
Gdy Maigret zastanawiał się nad jakąś wymijającą odpowiedzią, podjęła: 
– Wiem, co ludzie gadają na jej temat i co o niej myślą. Ale powiem panu, co ja myślę: to 

nieszczęsna kobieta, nie można jej winić. 

Kilka  minut  później  Maigret  i  Judel  czekali  na  moment,  by  bezpiecznie  przemknąć  się 

wśród rzędu ciężarówek na wielki dziedziniec „Roulers et Langlois”. Po prawej znajdowało 
się oszklone pomieszczenie z czarnym  napisem  „Biuro”. Dziedziniec otaczały platformy na 
podwyższeniu,  przypominające  perony  na  dworcach  towarowych,  z  których  ładowano  na 
ciężarówki  paki,  worki  i  skrzynie.  Panował  tu  ogłuszający  hałas,  nieludzki,  nieustający 

harmider. 

– Szefie! – krzyknął Judel do Maigreta, który trzymał palec na dzwonku przy drzwiach. 
Komisarz odwrócił się, dostrzegł rudego mężczyznę stojącego na platformie. Trzymał on 

w  jednej,  ręce  jakiś  niewielki  rejestr,  w  drugiej  ołówek,  i  bacznie  im  się  przyglądał. 

Niewysoki, barczysty, w szarej  bluzie. Jego jasna rumiana twarz pokryta dziobami  po ospie 
przypominała skórkę pomarańczy. 

Ludzie niosący paki wykrzykiwali do niego nazwiska, cyfry, nazwy miast i miasteczek. 

Nie słuchał ich jednak, tylko wpatrywał się w Maigreta swymi niebieskimi oczami. 

– Nie pozwól mu zwiać! – polecił komisarz Judelowi. 
Sam wszedł do biura. Sekretarka spytała, czego sobie życzy. 
– Chciałbym się widzieć z jednym z szefów. 
Dziewczyna  nic  na  to  nie  odparła,  bo  pojawił  się  szpakowaty,  krótko  ostrzyżony 

mężczyzna, który spojrzał pytająco na Maigreta. 

– Z kim mam przyjemność? 
– Joseph Langlois. Chyba już gdzieś pana spotkałem? 
Widział pewnie zdjęcia komisarza w gazetach. Maigret przedstawił się i Langlois czujnie 

oczekiwał dalszego ciągu. 

– Interesuje mnie rudy mężczyzna, ten tam, po drugiej stronie dziedzińca. 
– Czego pan od niego chce? 
– Jeszcze nie wiem. Kto to jest? 
– Dieudonné Pape, pracuje u mnie ponad dwadzieścia pięć lat. Zdziwiłbym się, gdyby coś 

przeskrobał. 

– Żonaty? 
– Wdowiec. I to od bardzo dawna. Chyba owdowiał w kilka lat po ślubie. 
– Mieszka sam? 
– Tak sądzę. Nie wnikam w jego życie prywatne. 

background image

– Zna pan jego adres? 
– Ulica des Ecluses-Saint-Martin, dwa kroki stąd. Pod którym, panno Berthe? 
– Pod pięćdziesiątym szóstym. 
– Zatrudnia go pan przez cały dzień? 
–  Przez  osiem  godzin,  jak  wszystkich,  ale  niekoniecznie  na  dzień.  Pracujemy  także  w 

nocy,  ładujemy  i  rozładowujemy  ciężarówki  na  okrągło.  Robota  jest  na  trzy  zmiany,  co 
tydzień rozkład godzin poszczególnych ekip jest inny. 

– A na której zmianie pracował w zeszłym tygodniu? 
Langlois znów zwrócił się do dziewczyny, którą zwał panną Berthe: 
– Może pani sprawdzić? 
Spojrzała w akta. 
– Na pierwszej. 
– Czyli – wyjaśnił Langlois – rozpoczął o szóstej rano, skończył o drugiej po południu. 
– Pracujecie w niedziele? 
– Kilku ludzi pełni dyżur. 
– Pape dyżurował w ubiegłą niedzielę? 
Dziewczyna znowu zerknęła do kartoteki. 
– Nie. 
– Do której będzie dziś zajęty? 
– Do dziesiątej, pracuje na drugiej zmianie. 
– Może go ktoś zastąpić? 
– Niechże pan powie, czego pan od niego chce. 
– Żałuję, ale nie. 
– To coś ważnego? 
– Myślę, że bardzo. 
– O co pan go podejrzewa? 
– Nie mogę zdradzić. 
– Nie wiem, o co panu chodzi, ale głowę daję, że jest pan na fałszywym tropie. Gdybym 

miał tylko takich ludzi jak on, spałbym spokojnie. 

Był niezadowolony. Wyszedł bez słowa z oszklonego biura, nie powiedział komisarzowi, 

dokąd idzie, nie zaproponował, by mu towarzyszył. Okrążył dziedziniec i podszedł do Pape’a. 

Mężczyzna  ani  drgnął  słuchając  szefa  i  tylko  wpatrywał  się  w  szklaną  klatkę  biura. 

Langlois  stał  zwrócony  twarzą  do  magazynów,  wyglądało,  jakby  kogoś  przywoływał.  I 
rzeczywiście,  po  chwili  pojawił  się  inny  pracownik,  także  w  bluzie  i  z  zatkniętym  za  ucho 
ołówkiem. Wymienili kilka słów, nowy wziął rejestr, a rudy oddalił się za szefem. 

Maigret nie ruszył się z miejsca. Kiedy weszli, Langlois oznajmił donośnym głosem: 
– Komisarz z Policji Kryminalnej. Ma do pana jakąś sprawę... 
– Chciałbym prosić pana o kilka informacji. Zechce pan pójść ze mną, panie Pape. 

background image

Dieudonné Pape wskazał na bluzę. 
– Mogę się przebrać? 
– Idę z panem. 
Langlois nie pożegnał komisarza. Maigret wszedł wraz z dyspozytorem do korytarzyka, 

który  służył  za  szatnię.  Pape  o  nic  nie  pytał.  Mężczyzna  po  pięćdziesiątce,  robił  wrażenie 
człowieka  spokojnego  i  skrupulatnego.  Włożył  płaszcz  i  kapelusz  i  ruszył,  z  Judelem  po 
prawej stronie, a Maigretem po lewej, w kierunku wyjścia na ulicę. 

Był wyraźnie zaskoczony, że nie czeka na nich samochód, zupełnie jakby się spodziewał, 

że  z  miejsca  zabiorą  go  na  Quai  des  Orfèvres.  Kiedy  na  rogu,  naprzeciw  żółtego  bistra, 
skierowali się w lewo zamiast w dół, do centrum, otworzył usta, żeby coś powiedzieć, w porę 
się jednak powstrzymał. 

Judel  zorientował  się,  że  idą  do  Calasów.  Drzwi  bistra  nadal  były  zamknięte,  Maigret 

zastukał. Pojawił się Moers. 

– Niech pan wchodzi, panie Pape. 
Komisarz przekręcił klucz. 
– Zna pan to miejsce, prawda? 
Mężczyzna był zbity z tropu. Jeśli nawet spodziewał się przesłuchania, to jego przebieg 

wyraźnie go zaskoczył. 

– Proszę zdjąć płaszcz. Pali się w piecu. Niech pan siada na swoim miejscu. Bo chyba ma 

pan tu jakieś stałe miejsce? 

– Nie rozumiem. 
– Jest pan tu przecież zadomowiony? 
– Jestem po prostu klientem. 
Próbował zorientować się w sytuacji: co robią w kuchni ci ludzie z aparaturą, gdzie jest 

pani Calas? 

– Specjalnym klientem? 
– Nie, zwykłym. 
– Był pan tutaj w niedzielę? 
Wyglądał  na  człowieka  dobrego,  jego  niebieskie  oczy  wyrażały  zarazem  łagodność  i 

nieśmiałość,  przypominały  oczy  niektórych  zwierząt  patrzących  tak,  jakby  pytały:  dlaczego 
istoty ludzkie są tak bezwzględne? 

– Niech pan siada. 
Usiadł speszony, bo nie było to zaproszenie, lecz rozkaz. 
– Pytałem pana o niedzielę. 
– Nie byłem tu. 
Odpowiedź poprzedził chwilą namysłu. 
– Siedział pan w domu przez cały dzień? 
– Wybrałem się do siostry. 

background image

– Siostra mieszka w Paryżu? 
– W Nogent-sur-Marne. 
– Ma telefon? 
– Nogent 317. Jej mąż jest przedsiębiorcą budowlanym. 
– Był ktoś u siostry? 
– Szwagier, dzieci, a koło piątej wpadli sąsiedzi na partyjkę kart. 
Maigret skinął na Judela. Ten natychmiast poszedł zadzwonić. 
– O której wyjechał pan z Nogent? 
– O ósmej, autobusem. 
– Nie zajrzał pan tu po powrocie? 
– Nie. 
– Kiedy po raz ostatni widział się pan z panią Calas? 
– W sobotę. 
– Na którą zmianę pracował pan w zeszłym tygodniu? 
– Na ranną. 
– A zatem zaszedł pan tutaj po drugiej? 
– Tak. 
– Calas był w domu? 
Zastanowił się. 
– Kiedy przyszedłem, nie było go. 
– Ale potem wrócił? 
– Nie pamiętam. 
– Długo pan tu siedział? 
– Dość długo. 
– To znaczy? 
– Ze dwie godziny. Nie przypominam sobie dokładnie. 
– Co pan robił? 
– Wypiłem kieliszek, pogadałem... 
– Z klientami? 
– No... głównie z Aliną. 
Zarumienił się wymawiając imię kobiety i szybko wyjaśnił: 
– Jesteśmy zaprzyjaźnieni. Znamy się od dawna. 
– Ile lat? 
– Dziesięć albo i więcej. 
– I od dziesięciu lat przychodzi pan tu codziennie? 
– Prawie codziennie. 
– Pod nieobecność męża? 
Tym razem milczał, zażenowany spuścił głowę. 

background image

– Jest pan jej kochankiem? 
– Kto to panu powiedział? 
– Nieważne. Tak czy nie? 
Pytanie zostawił bez odpowiedzi. Sam z kolei zapytał komisarza z niepokojem w głosie: 
– Coście z nią zrobili? 
Maigret odparł zgodnie z prawdą: 
– Jest na przesłuchaniu u sędziego śledczego. 
– Z jakiego powodu? 
– Musi wyjaśnić to i owo w sprawie zniknięcia swego męża. Nie czytał pan gazet? 
Dieudonné Pape siedział nieruchomo, zamyślony, wpatrywał się w jeden punkt. Maigret 

zawołał: 

– Moers, zdejmij jego odciski! 
Mężczyzna,  bardziej  zatroskany  niż  wystraszony,  nie  protestował,  nie  drżały  mu  palce, 

kiedy przykładał je do papieru. 

– Porównaj je, dobrze? 
– Z którymi? 
– Z tymi z kuchni, co to są częściowo zatarte. 
Po wyjściu Moersa Pape odezwał się cicho, jakby z wymówką: 
–  Jeśli  chciał  pan  wiedzieć,  czy  byłem  w  kuchni,  wystarczyło  mnie  zapytać.  A  byłem, 

często tam zaglądam. 

– A w ubiegłą sobotę? 
– Zrobiłem sobie, kawę. 
– Nic pan nie wie o zniknięciu Calasa? 
Znowu się zastanowił. Jak człowiek, który się waha, czy podjąć zasadniczą decyzję. 
–  Nie  wie  pan  o  tym,  że  Calas  został  zamordowany,  a  jego  zwłoki  poćwiartowano  i 

wrzucono do kanału? 

Reakcja Pape’a była nieoczekiwana. I na Judelu, i na Maigrecie zrobiła wrażenie. Powoli, 

powoli Dieudonné przeniósł wzrok na twarz komisarza, długo badał ją spojrzeniem, po czym 
rzekł swoim cichym, pełnym wyrzutu głosem: 

– Nie mam nic do powiedzenia. 
Maigret, też z powagą, zadał następne pytanie: 
– To pan zabił Calasa? 
Dieudonné Pape kręcąc głową powtórzył swoje: 
– Nie mam nic do powiedzenia. 

background image

Rozdział 7 

Kot pani Calas 

Maigret kończył deser, kiedy spostrzegł się, że żona go obserwuje: przyglądała mu się z 

lekko drwiącym, a zarazem matczynym uśmiechem. Z początku udawał, że tego nie zauważa, 
pochylony nad talerzykiem zajadał na deser „śnieżne jajka”. Wreszcie uniósł wzrok. 

– Mam coś na nosie? – burknął. 
– Nie, skądże. 
– Więc dlaczego się ze mnie śmiejesz? 
– Wcale się nie śmieję. Uśmiecham się. 
– Raczej się wyśmiewasz. Co cię tak we mnie bawi? 
– Nic mnie w tobie nie bawi, Jules. 
Rzadko tak się do niego zwracała, zdarzało się to jej tylko w chwilach rozczulenia. 
– Coś cię we mnie niepokoi? 
– Zdajesz sobie sprawę, że odkąd usiadłeś do stołu, nie odezwałeś się ani słowem? 

Nie, nie zdawał sobie z tego sprawy. 
– Powiedz, co dziś było na kolację? 
Odparł sztucznie zrzędliwym głosem: 
– No jak to? Nerki baranie. 
– A na pierwsze danie? 
– Zupa. 
– Jaka? 
– Nie wiem. Na pewno jarzynowa. 
– Nie daje ci spokoju ta kobieta? 
Najczęściej,  i  tak  było  również  tym  razem,  pani  Maigret  wiedziała  tyle  o  aktualnej 

sprawie męża, ile wyczytała w gazetach. 

– Myślisz, że to ona zabiła? 
Ruszył ramionami, jakby chciał zrzucić z siebie uparcie prześladujące go myśli. 
– Nie wiem. 

background image

– A może zabił Dieudonné Pape, a ona była jego wspólniczką? 
Miał ochotę rzec, że to zupełnie bez znaczenia. I rzeczywiście, w jego pojęciu nie tu leżał 

problem.  Chodziło  o  to,  żeby  zrozumieć.  A  na  razie  nie  tylko  nie  rozumiał,  ale  gubił  się,  i 
gubił się tym bardziej, im bliżej poznawał tych ludzi. 

Wrócił do domu na kolację, żeby oderwać się od śledztwa, zmienić atmosferę, zanurzyć 

się w domowej codzienności, spojrzeć z innej perspektywy na bohaterów dramatu z quai de 

Valmy. 

Nic z tego: w czasie posiłku, jak drwiąco zauważyła pani Maigret, wcale się nie odzywał, 

jego myśli zaprzątali nieustannie pani Calas, Pape i, sporadycznie, Antoine. 

Dawno  nie  był  tak  daleki  od  rozwiązania.  Ta  zagadka  wymagała  zupełnie  nie 

stereotypowego podejścia. 

Rodzajów  zbrodni  nie  jest  zbyt  wiele.  Można  je  podzielić,  z  grubsza,  na  kilka 

zasadniczych kategorii. 

Morderstwa popełniane przez fachowców to sprawy czysto rutynowe. Jeśli przestępca z 

gangu Korsykańczyków sprzątnie w knajpie na ulicy de Douai członka marsylskiej bandy, to 

ludzie z Quai des Orfèvres mają do rozwiązania banalne, niemal matematyczne zadanie. 

Kiedy jakiś młodzieniaszek ze swoim koleżką załatwi właścicielkę trafiki czy kasjera w 

banku, polowanie na przestępcę odbywa się również według pewnych reguł. 

Przy zbrodni w afekcie – od razu wiadomo, na czym się stoi. 
I  wreszcie  zabójstwo  z  premedytacją,  kiedy  celem  jest  majątek  ofiary;  a  więc  sprawy 

spadku,  ubezpieczenia  na  życie  czy  inne  zawiłe  historie;  i  tutaj,  z  chwilą  rozszyfrowania 
motywu, kroczy się po pewnym gruncie. 

Sędzia  Coméliau  czuł  się  właśnie  na  pewnym  gruncie.  Jakby  nie  potrafił  przyjąć  do 

wiadomości  faktu,  że  ludzie  należący  do  innego  świata,  a  zwłaszcza  tacy  jak  ci  z  quai  de 
Valmy, mogą mieć skomplikowane życie osobiste. Skoro  Dieudonné Pape i pani Calas byli 

kochankami, pozbyli się Omera z dwóch powodów: żeby zyskać swobodę i zdobyć pieniądze 

zamordowanego. 

–  Ich  romans  trwa  już  dziesięć  lat  –  oponował  Maigret.  –  Czemuż  by  mieli  tak  długo 

zwlekać? 

Sędzia machnął ręką na takie obiekcje. Widział mnóstwo powodów; na przykład:  Calas 

otrzymał  znaczną  sumę  pieniędzy;  albo:  kochankowie  wyczekiwali  sposobnego  momentu; 
albo: Calasowa pokłóciła się z mężem, nie mogła już z nim wytrzymać; albo... 

–  No  dobrze,  a  jeśli  się  okaże,  że  poza  bistrem,  które  nie  stanowi  wielkiego  majątku, 

Calas był całkiem bez grosza? 

–  Zawsze  zostaje  bistro.  Dieudonné  miał  już  dość  pracy  w  „Transports  Zénith”, 

postanowił dożyć swych dni w ciepłych kapciach, w zacisznej knajpce. 

Jedyna ewentualność, która przemawiała choć trochę do Maigreta. 
– A ten Antoine Cristin? 

background image

Coméliau miał przecież teraz dwóch potencjalnych sprawców. Cristin też był kochankiem 

pani Calas i zapewne bardziej niż Pape potrzebował pieniędzy. 

– Tamta para posłużyła się nim. Zobaczy pan, że Cristin okaże się wspólnikiem. 
Oto jak wyglądała sprawa z perspektywy gabinetu sędziego śledczego. A na razie, skoro 

prawda nie wyszła na jaw, cała trójka siedziała pod kluczem. 

Maigret  był  posępny,  zły  na  samego  siebie.  Wściekał  się  teraz,  że  nie  próbował 

przeciwstawić się sędziemu, że od razu uległ. Zachował się biernie, bo bał się komplikacji. 

W początkach jego kariery policyjnej często mu powtarzano, o czym potem przekonał się 

na własnej skórze, że przy przesłuchaniu nie wolno wchodzić w meritum sprawy, póki brak 
jest jasnej koncepcji. Przesłuchanie nie polega na rzucaniu hipotez na chybił trafił, na ciągłym 
wmawianiu winy: złudna to nadzieja, że wielogodzinne maglowanie prowadzi do wyznania. 

Nawet  najbardziej  tępy  przestępca  posiada  jakiś  szósty  zmysł,  którym  natychmiast 

wyczuwa, czy policja błądzi po omacku, czy też opiera się na solidnych przesłankach. 

Maigret  zawsze  wolał  poczekać.  Bywało,  kiedy  miał  trudny  orzech  do  zgryzienia  i  nie 

czuł  się  pewnie,  że  ryzykował  zostawiając  podejrzanego  na  wolności;  niekiedy,  jeśli  zaszła 
potrzeba, nawet przez dłuższy czas. 

I z reguły na tym wygrywał. 
–  Podejrzany  –  mawiał  komisarz  –  odczuwa  po  zatrzymaniu  pewną  ulgę,  choć  na  ogół 

sądzi się, że jest odwrotnie. Ma on bowiem odtąd jasność sytuacji. Nie musi się zastanawiać, 
czy się go śledzi, podsłuchuje, podgląda, zastawia nań pułapkę. Oskarża się go, a on się broni. 
Jest pod ochroną prawa. W więzieniu staje się nietykalny, każda akcja przeciw niemu podlega 
ścisłym przepisom. 

Calasowa była tego świetnym przykładem. Odkąd znalazła się w gabinecie sędziego, nie 

puściła  pary  z  ust.  Coméliau  równie  dobrze  mógłby  przemawiać  do  kamieni  przewożonych 
barką braci Naud. 

– Nie mam nic do powiedzenia – powtarzała bezbarwnym głosem. 
A kiedy sędzia próbował wziąć ją w krzyżowy ogień pytań, rzekła: 
– Nie ma pan prawa przesłuchiwać mnie bez adwokata. 
– Świetnie, proszę mi podać nazwisko pani adwokata. 
– Nie mam adwokata. 
– Ma tu pani listę członków Izby Paryskiej. Proszę kogoś wybrać. 
– Nie znam tych ludzi. 
– Niech pani weźmie pierwsze lepsze nazwisko. 
– Nie mam pieniędzy. 

Wyznaczono  więc  adwokata  z  urzędu,  co  wymagało  załatwienia  różnych  formalności  i 

zajęło sporo czasu. 

Późnym  popołudniem  Coméliau  wezwał  do  siebie  Cristina.  Chłopak,  który  przez  wiele 

godzin odpierał ataki Lapointe’a, nie zmiękł i przed obliczem wysokiego urzędnika. 

background image

– Nie zabiłem Calasa. Nie byłem na quai de Valmy w sobotę po południu. Nie oddałem 

walizki do przechowalni. Pracownik kłamie albo się myli. 

W  tym  czasie  matka  chłopca,  ze  zwiniętą  w  dłoni  chusteczką  i  zaczerwienionymi 

oczyma,  czekała  na  korytarzu  „śledczym”.  Najpierw  usiłował  przemówić  do  niej  Lapointe. 
Potem Lucas. Upierała się, że zaczeka na komisarza Maigret. 

Ludzie prości często tak się zachowują: wyobrażają sobie, że nic nie wskórają u niższych 

rangą urzędników, i obstają przy audiencji na najwyższym szczeblu. 

Komisarza jednak nie było: właśnie opuszczał bistro na quai de Valmy w towarzystwie 

Judela i Pape’a. 

– Zamknij lokal i przywieź klucz na Quai – polecił Moersowi Maigret. 
Trzej mężczyźni przeszli mostek i znaleźli się na quai de Jemmapes. Ulica des Ecluses-

Saint-Martin położona była dwa kroki stąd, w spokojnej okolicy, która, w części znajdującej 
się za szpitalem Saint-Louis, przypominała cichą prowincję. Pape był bez kajdanków. Maigret 
uznał, że nie jest to człowiek, który rzuciłby się raptem do ucieczki. 

Zachowywał się godnie, z tym samym spokojem co pani Calas. Był nie tyle załamany, co 

smutny i jakby pełen rezygnacji. 

Mówił  niewiele.  Chyba  zresztą  z  natury  nie  był  gadatliwy.  Odpowiadał  na  pytania 

oszczędnie,  bez  zbędnych  słów,  a  czasami  nie  odpowiadał  wcale,  tylko  wpatrywał  się  w 

komisarza swymi niebieskimi oczyma, w odcieniu lawendy. 

Mieszkał  w  starym  pięciopiętrowym  budynku,  który  sprawiał  wrażenie  wygodnej 

mieszczańskiej kamienicy. Przeszli, nie zatrzymując się, obok dozorcówki, obserwowani zza 
szyby przez konsjerżkę. Wspięli się na drugie piętro, Pape wyjął klucz i otworzył  drzwi po 

lewej. 

Mieszkanie składało się z trzech pokoi: stołowego, sypialni i kuchni, nie licząc pakamery 

przerobionej  na  łazienkę,  w  której,  ku  zaskoczeniu  Maigreta,  znajdowała  się  wanna.  Meble 
nie były co prawda nowoczesne, ale nie tak staroświeckie jak u Calasów, a wszystko lśniło 
czystością. 

– Ma pan służącą? – spytał zdziwiony Maigret. 
– Nie. 
– Sam pan sprząta? 
Dieudonné Pape mimo woli uśmiechnął się, rad i dumny ze swego mieszkania. 
– Konsjerżka panu nie pomaga? 
Za  oknem  kuchennym  wisiała  skrzynka-spiżarka,  nieźle  zaopatrzona  w  rozmaite 

wiktuały. 

– I sam pan przyrządza posiłki? 
– Zawsze sam. 

W jadalni, nad komodą, widniała w pozłacanej ramce powiększona fotografia pani Calas; 

typowy mieszczański obrazek stwarzający rodzinną atmosferę w mieszkaniu. 

background image

Maigret przypomniał sobie, że nie znaleziono żadnych zdjęć na quai de Valmy. 
– Skąd ma pan tę fotografię? 
– Ja ją zrobiłem. Dałem do powiększenia na bulwarze Saint-Martin. 
Aparat  fotograficzny  leżał  w  szufladzie  komody.  W  rogu  łazienki  stał  stoliczek  z 

fajansowymi  kuwetami  i  butelkami  zawierającymi  substancje  służące  do  wywoływania 
filmów. 

– Lubi pan robić zdjęcia? 
– Tak. Zwłaszcza w plenerze. 
Rzeczywiście. Maigret, przeszukując szuflady, trafił na plik fotografii przedstawiających 

różne zakątki Paryża i, w mniejszej ilości, krajobrazy wiejskie. Sporo było zdjęć Sekwany i 
kanału.  Wykonanie  wielu  z  nich  musiały  poprzedzać  długie  godziny  oczekiwania,  bo  Pape 
osiągnął zaskakujące efekty świetlne. 

– W jakim garniturze był pan z wizytą u siostry? 
– Granatowym. 
Miał trzy garnitury, z czego jeden na sobie. 
– Zabieramy je – rzekł komisarz do Judela. – Buty też. 
W wiklinowym koszu znalazł brudną bieliznę. Kazał ją dołączyć do tamtych rzeczy. 
W  klatce  podskakiwał  kanarek.  Dopiero  wychodząc  z  mieszkania  komisarz  pomyślał  o 

jego losie. 

– Kto mógłby się nim zająć? 
– Myślę, że dozorczyni. 
Maigret zabrał klatkę i przystanął przed dozorcówką. Nie musiał pukać. 
– Chyba go pan nie zabiera ze sobą? – wykrzyknęła ze złością konsjerżka. 
Chodziło jej nie o kanarka, lecz o lokatora. Poznała Judela, do którego należał ten rewir. 

Chyba rozpoznała też Maigreta. No i czytała wiadomości w prasie. 

– Żeby taki człowiek, poczciwy z kościami, był traktowany jak jakiś złoczyńca! 
Mała, czarna, rozmamłana kobieta z piskliwym głosem. Tak wściekła, że gotowa skoczyć 

z pazurami do oczu. 

– Zechciałaby pani zająć się kanarkiem? 
Wyrwała mu z rąk klatkę. 
–  Zobaczy  pan,  co  na  to  powiedzą  lokatorzy,  wszyscy  sąsiedzi.  Będziemy  pana 

odwiedzać w więzieniu, panie Dieudonné! 

Proste  kobieciny  po  przekroczeniu  pewnego  wieku  często  darzą  tego  rodzaju  kultem  i 

podziwem  kawalerów  czy  wdowców,  jak  Dieudonné  Pape,  którzy  prowadzą  uregulowany 
tryb życia. Kiedy mężczyźni oddalali się, wciąż stała na trotuarze, płacząc i machając ręką na 
pożegnanie. Maigret zwrócił się do Judela: 

– Zanieś ubrania i buty Moersowi. On już się tym zajmie. Nadal obserwujcie dom na quai 

de Valmy. 

background image

Zarządził nadzór bez konkretnego powodu, po prostu nie chciał się narazić na zarzut, że 

czegoś nie dopatrzył. 

Pape  stał  spokojnie  na  chodniku.  W  chwilę  później  szedł  krok  w  krok  z  komisarzem 

wzdłuż kanału w poszukiwaniu taksówki. 

W  taksówce  nie  odzywał  się,  a  Maigret  unikał  pytań.  Nabił  fajkę  i  podsunął  ją  swemu 

towarzyszowi. 

– Pali pan fajkę? 
– Nie. 
– Papierosy? 
– Jestem niepalący. 
Maigret  nie  powstrzymał  się  jednak  do  końca  od  pytań.  Co  prawda  nie  miały  one 

bezpośredniego związku ze śmiercią Calasa. 

– Nie pije pan, prawda? 
– Nie. 
I  znowu  osobliwość.  Jak  to  wszystko  pogodzić?  Przecież  Calasowa  była  alkoholiczką, 

zaczęła  pić  przed  laty,  zapewne  zanim  jeszcze  poznała  Pape’a.  A  rzadko  się  zdarza,  żeby 
osoba pijąca nałogowo tolerowała przy sobie człowieka trzeźwego. 

Komisarz  widywał  pary  podobne  do  pani  Calas  i  Dieudonné  Pape’a.  We  wszystkich 

znanych mu przypadkach i kobieta, i mężczyzna nie stronili od kieliszka. 

W takich to myślach pogrążony był na przekór sobie Maigret, kiedy siedział przy stole w 

towarzystwie żony, która obserwowała go ukradkiem. Myślał też o wielu innych sprawach. 

O  matce  Antoine’a,  jak  czekała  na  niego  w  korytarzu  i  jak  zaprowadził  ją  do  swego 

gabinetu. Zdążył już wtedy powierzyć Pape’a Lucasowi. Rzekł do inspektora: 

–  Uprzedź  Coméliau.  Gdyby  chciał  rozmawiać  z  Pape’em,  poślij  mu  go.  Jeśli  nie, 

zaprowadź go do aresztu. 

Pape  nie  zareagował,  poszedł  za  Lucasem  do  pokoju,  a  Maigret  oddalił  się  z  matką 

Antoine’a. 

–  Przysięgam,  panie  komisarzu,  mój  syn  nie  mógł  tego  zrobić.  Nawet  muchy  by  nie 

skrzywdził.  Gra  cwaniaka,  bo  taka  dzisiaj  wśród  młodzieży  moda.  Ja  go  znam  dobrze,  to 

jeszcze dziecko. 

– Wierzę pani. 
–  Jak  mi  pan  wierzy,  to  dlaczego  mi  pan  go  nie  odda?  Obiecuję,  że  nie  wypuszczę  go 

wieczorem  z  domu.  I  nie  pozwolę  mu  widywać  się  z  kobietami.  Pomyśleć,  że  ta  baba  jest 

prawie w moim wieku! I nie wstyd to takiej latać za chłopakiem, którego mogłaby być matką! 
Już dłuższy czas czułam, że coś się święci. Zaczął kupować kosmetyki do włosów, myć zęby 
dwa razy dziennie, perfumować się... 

– Ma pani tylko jedno dziecko? 

background image

– Tak. Dbam o niego jak o źrenicę oka. Wie pan, jego ojciec umarł na gruźlicę. Zrobiłam 

dla niego, co tylko w ludzkiej mocy, panie komisarzu. Gdybym tylko mogła z nim pomówić! 
Chyba mi na to pozwolą, przecież nie można zabronić matce zobaczyć się z synem! 

Maigretowi  nie  pozostawało  nic  innego,  jak  odesłać  ją  do  Coméliau.  Tak,  trochę 

stchórzył,  ale  nie  miał  wyboru.  Musiała  znowu  czekać  na  ławce,  w  korytarzu  na  górze,  i 
Maigret nie wiedział, czy sędzia ją w końcu przyjął. 

Moers  wrócił  na  Quai  nieco  przed  szóstą,  oddał  komisarzowi  klucz  z  quai  de  Valmy, 

wielki klucz starego typu, który Maigret wsunął do kieszeni, obok klucza Pape’a. 

– Judel oddał ci ubrania, buty i bieliznę? 
– Tak. Mam je w laboratorium. Szukać plam krwi? 
– Tego przede wszystkim. Może jutro rano wyślę cię do jego mieszkania. 
– Wrócę do roboty wieczorem, tylko coś przekąszę. Jak zwykle, pilne? 
Tak, zawsze pilne. Jeśli zwleka się z działaniem, tropy się zacierają, a sprawca zyskuje na 

czasie. 

– Wpadnie pan wieczorem? 
– Nie wiem. Przed wyjściem zostaw mi wiadomość na biurku. 
Kiedy wstawał od stołu nabijając fajkę, z miną człowieka, który nie wie, co ma ze sobą 

począć, i spoglądał z wahaniem na fotel, pani Maigret spróbowała szczęścia: 

– Co byś powiedział na mały relaks? Żeby nie myśleć o sprawie, poczytać albo pójść do 

kina? Rano miałbyś świeżą głowę. 

Rzucił jej drwiące spojrzenie. 
– Naprawdę masz ochotę na kino? 
– Grają podobno niezły film w „Moderne”. 
Podała mu kawę. Gdyby miał pod ręką monetę, zagrałby chętnie w orła i reszkę. 
Pani Maigret nie chciała wywierać presji na męża. Dała mu spokojnie wypić kawę. Kiedy 

skończył, zaczął krążyć tam i z powrotem po pokoju. Od czasu do czasu przystawał i zatapiał 
wzrok w dywanie. W końcu się zdecydował. 

– Nie! 
– Wychodzisz? 
– Tak. 
Nalał sobie kieliszek tarniówki, po czym włożył płaszcz. 
– Wrócisz późno? 
– Nie wiem. Raczej nie. 
Nie  wziął  taksówki,  nie  zadzwonił  też  na  Quai  des  Orfèvres  po  służbowy  wóz.  Może 

uważał,  że to,  co zamierza zrobić, nie jest takie  istotne. Szedł  pieszo do metra. Wysiadł  na 
stacji Château-Landon. 

background image

Miasto  ukazało  już  swe  nocne  niespokojne  oblicze:  cienie  wzdłuż  domów,  nieruchome 

kobiece  sylwetki  na  chodnikach,  bary  przypominające  akwaria,  w  oświetleniu  koloru 

morskiej wody. 

Na trotuarze w odległości  kilku kroków od drzwi  Calasów stał  mężczyzna. Podbiegł do 

Maigreta i zaświecił mu w twarz latarką. 

– Och, przepraszam, panie komisarzu. Ciemno, nie poznałem pana. 
Człowiek Judela. 
– Ma pan coś dla mnie? 
–  Nie.  A  właściwie  tak.  Nie  wiem,  czy  to  coś  ciekawego.  Z  godzinę  temu  jechała 

nabrzeżem taksówka, zaczęła zwalniać jakieś pięćdziesiąt metrów stąd. Przed samym domem 
jeszcze zwolniła, ale nie zatrzymała się. 

– Kto siedział w środku? 
– Kobieta. Kiedy samochód przejeżdżał obok latarni, widziałem ją dość wyraźnie: młoda, 

w szarym płaszczu, bez kapelusza. Potem taksówka przyspieszyła i skręciła w lewo, w ulicę 

Louis-le-Blanc. 

Czyżby  Lucette  Calas?  Chciała  się  upewnić,  co  z  matką?  Z  gazet  dowiedziała  się,  że 

Calasową zabrano na Quai de Orfèvres, ale co się działo dalej, prasa nie podała. 

– Jak myślisz, widziała cię? 
– Możliwe. Nie miałem polecenia, żeby się ukrywać. Więc chodzę tam i z powrotem dla 

rozgrzewki. 

A może Lucette Calas sprawdzała, czy droga wolna, żeby swobodnie spenetrować dom? 

A jeśli tak, to po co? 

Wzruszył  ramionami,  wyciągnął  z  kieszeni  klucz,  otworzył  drzwi.  Nie  od  razu  znalazł 

kontakt, do tej pory jeszcze się nim nie posługiwał. Zapaliła się jedna tylko lampa. Podszedł 
do baru, gdzie był inny kontakt, od głównej instalacji. 

Moers i  jego ekipa poukładali wszystko  na swoich miejscach i  nic tu  się właściwie nie 

zmieniło. Tylko  piec  wygasł  i było chłodniej.  Skierował  się do kuchni. Raptem drgnął:  coś 
poruszyło  się  bezgłośnie  w  pobliżu  i  dopiero  po  chwili  uświadomił  sobie,  że  to  kot,  który 
przywędrował od rzeźniczki. 

Ocierał się teraz o nogi komisarza. Maigret schylił się, podrapał go za uchem. Szepnął: 
– Jakżeś ty tu wlazł? 
Zastanawiające.  Drzwi  wychodzące  z  kuchni  na  podwórze  były  zamknięte  na  zasuwkę. 

Okno  również  zamknięte.  Maigret  wszedł  na  schody,  zapalił  światło  na  piętrze  i  zobaczył 
uchylone okno. Zrozumiał: na podwórku sąsiedniego domu stała szopa pokryta blachą i z jej 
daszku kot wykonał ponad dwumetrowy skok. 

Maigret zszedł na dół, znalazł fajansowy dzbanek i nalał kotu mleka na talerz. 
– I co teraz? – odezwał się głośno, jakby mówił do zwierzęcia. 
Dziwny to był widok: Maigret, sam z kotem, w pustym domu. 

background image

Nigdy nie przypuszczał, jak smutne i opuszczone może wydawać się bistro, kiedy nie ma 

w nim żywej duszy. A tak przecież było tu co wieczór, gdy porozchodzili się ostatni goście, a 
Calasowie spuścili żaluzje i przekręcili klucz w drzwiach. 

Zostawali wtedy sami, we dwójkę, gasili światła, szli do kuchni,  a potem na górę spać. 

Pani Calas – zwykle w stanie letargu, otumaniona całodziennym pociąganiem z butelki. 

Czy  musiała  kryć  się  z  piciem  przed  mężem?  A  może  jego  własne  popołudniowe 

rozrywki sprawiały, że tolerował nałóg żony? 

Maigret  stwierdził  nagle,  że  jest  jedna  osoba,  o  której  praktycznie  nic  nie  wiadomo,  a 

mianowicie zmarły. Od samego początku był dla wszystkich tylko poćwiartowanym trupem. 
Komisarz znał z doświadczenia to dziwne zjawisko: inna jest reakcja ludzi – litość czy wstręt 
–  kiedy  zwłoki  są  w  kawałkach,  a  inna,  kiedy  odnajduje  się  całe  ciało.  Poćwiartowany 
nieboszczyk staje się niejako anonimowy, groteskowy, skłania wręcz do śmiechu. 

Nie widział dotąd ani głowy Calasa, która prawdopodobnie już się nigdy nie znajdzie, ani 

jego fotografii. 

Calas  pochodził  ze  wsi,  był  krępym,  niskim  mężczyzną,  jeździł  co  roku  po  wino  w 

okolice Poitiers, nosił garnitury z cienkiej wełny, popołudniami grywał w bilard przy Gare de 

l’Est. 

Czy były w jego życiu jakieś inne kobiety? Czy możliwe, żeby nie wiedział, co się działo 

za jego plecami? 

Niepodobna, by nie spotkał się z Pape’em, i jeśli posiadał choć odrobinę intuicji, musiał 

odgadnąć, co łączy Dieudonné z żoną. 

Calasowa  i  Pape  wyglądali  nie  jak  para  kochanków,  lecz  jak  stare  małżeńskie  stadło, 

złączone  głębokim  i  trwałym  uczuciem,  wynikającym  ze  wzajemnego  zrozumienia, 
wyrozumiałości i owego ciepła, tak typowego dla ludzi, którzy wiele razem przeżyli. 

Jeśli  Calas  to  wszystko  wiedział,  czy  potrafił  się  z  tym  pogodzić?  Przymykał  oczy  czy 

robił żonie awantury? 

Jak  reagował  na  innych  mężczyzn?  Takich  jak  Antoine  Cristin,  którzy  potajemnie 

wykorzystywali słabość Aliny Calas? Czy o tym także wiedział? 

Maigret  podszedł  do  baru,  przesunął  ręką  po  butelkach,  zdecydował  się  i  sięgnął  po 

calvados.  Powtarzał  sobie,  że  musi  pamiętać,  by  włożyć  należność  do  szufladki  w  kasie. 
Kocur usiadł przy piecu, nie zasnął jednak, kręcił się, zdziwiony, że nie czuje ciepła. 

Komisarz rozumiał istotę związku Calasowej i Pape’a. Rozumiał również, jak to było z 

Antoine’em oraz innymi mężczyznami pojawiającymi się przelotnie w życiu Aliny. 

Nie  pojmował  natomiast  małżeństwa  Calasów.  Jak  i  dlaczego  związali  się  ze  sobą, 

pobrali  się,  żyli  razem  przez  tyle  lat  i  nawet  spłodzili  córkę,  która  wyraźnie  ich  nie 
obchodziła, jakby nie miała z nimi nic wspólnego? 

Odpowiedzi  nie  podpowiadała  żadna  fotografia,  żaden  list,  nic,  co  w  mieszkaniu 

zazwyczaj mówi o ludziach. 

background image

Opróżnił kieliszek, nalał sobie następny i z kieliszkiem w ręku, niezadowolony z siebie, 

podszedł do stolika, przy którym widział Calasową siedzącą na swoim stałym miejscu. 

Postukał  fajką o obcas, nabił ją, zapalił i  zaczął wpatrywać się w kontuar, w kieliszki  i 

butelki. Wydawało mu się, że przynajmniej częściowo jawi mu się odpowiedź na nurtujące go 

pytanie. 

Czy dom Calasów można było uznać za prawdziwe mieszkanie? Bo co to za mieszkanie, 

gdzie w kuchni nie jada się posiłków – Calasowie jadali je przy stoliku w  głębi sali – a do 
pokoju przychodzi się wyłącznie po to, żeby się przespać! 

Życie  tej  pary  skupiało  się  tutaj,  w  barze,  który  był  dla  nich  tym,  czym  w  normalnym 

domu jest stołowy czy salon. 

Przyjechali do Paryża i niemal natychmiast urządzili się na quai de Valmy, skąd już się 

nie ruszyli. 

Maigret  miał  nawet  wrażenie,  że  widzi  teraz  w  innym  świetle  związek  pani  Calas  i 

Dieudonné Pape’a. 

Było to wrażenie mgliste i trudno by mu przyszło wyrazić je słowami. W każdym razie 

nie  stracił  łagodności  cechującej  jego  nastrój  od  kilku  ostatnich  godzin.  Opróżnił  kieliszek, 
podszedł do telefonu i wykręcił numer aresztu śledczego. 

–  Komisarz  Maigret  przy  aparacie.  Kto  mówi? A,  Joris.  Jak  tam  wasza nowa  klientka? 

Tak, Alina Calas. Co takiego? I co pan zrobił? 

Było  mu  jej  serdecznie  żal.  Dwukrotnie  wzywała  strażnika  i  dwukrotnie  usiłowała  go 

skłonić  do  przyniesienia  jej  alkoholu,  gotowa  zapłacić  każdą  sumę.  Nie  przyszło  mu 
wcześniej do głowy, że odcięta od swego koniaku może się tak bardzo męczyć. 

– Oczywiście, nie... 
Nie  mógł  przecież  zlecić  Jorisowi,  żeby  wbrew  wszelkim  przepisom  dał  jej  się  napić. 

Najlepiej, jak sam jej coś zaniesie jutro rano albo poczęstuje ją kieliszkiem w gabinecie. 

– Niech pan zerknie do jej dokumentów i znajdzie dowód. Wiem, że pochodzi z okolic 

Gien, ale nie pamiętam nazwy wsi. 

Minęło parę minut. 
– Jak?  Boissancourt  koło  Saint-André?  Boissancourt  przez  a?  Dziękuję,  kolego.  Dobrej 

nocy! I nie bądźcie dla niej zbyt surowi. 

Zadzwonił do informacji, przedstawił się. 
–  Mam  do  pani  prośbę.  Czy  mogłaby  pani  odszukać  Boissancourt  koło  Saint-André, 

pomiędzy Montargis i Gien, i odczytać mi listę abonentów? 

– Zaczeka pan? 
– Tak. 
Nie  czekał  długo.  Urzędniczka  uwinęła  się,  podniecona  współpracą  ze  słynnym 

komisarzem Maigret. 

– Notuje pan? 

background image

– Tak. 
– Aillevard, ulica des Chênes, bez zawodu. 
– Następny. 
– Ancelin Victor, rzeźnik. Podać numer? 
– Nie. 
– Honoré de Boissancourt, zamek Boissancourt. 
– Następny. 
– Doktor Camuzet. 
– Na wszelki wypadek niech mi pani poda telefon. 
– Siedemnaście. 
– Kto dalej? 
– Calas Robert, handlarz bydłem. 
– Telefon? 
– Dwadzieścia jeden. 
– Calas Julien, sklep spożywczy, numer telefonu trzy. 
– Nie ma innych Calasów? 
– Nie. Jest Louchez, bez zawodu, Piedboeuf, kowal, i Simonin, handlarz zbożem. 
– Proszę mnie połączyć z pierwszym Calasem, potem ewentualnie z drugim. 
Słyszał,  jak  panienki  z  międzymiastowej  rozmawiają  na  linii,  po  chwili  zapowiedziano 

połączenie: 

– Saint-André. 
Pod numerem dwadzieścia jeden długo rozbrzmiewał sygnał telefonu, wreszcie odezwał 

się w słuchawce kobiecy głos.. 

– Kto mówi? 
– Komisarz Maigret z Policji Kryminalnej w Paryżu. Czy pani Calas? Zastałem męża? 
Calas leżał w łóżku, chory na grypę. 
– Niech mi pani powie, czy Omer Calas to rodzina męża? 
– Co się stało? Coś przeskrobał? 
– Zna go pani? 
– Nigdy go nie widziałam, jestem nietutejsza, pochodzę z Haute-Loire, a kiedy wyszłam 

za mąż, on już wyjechał. 

– Czy to krewny męża? 
– Kuzyn. Mieszka tu jeszcze brat Omera, Julien, prowadzi sklep spożywczy. 
– Nic więcej pani o nim nie wie? 
– O Omerze? Nie i nie chcę wiedzieć. 
Chyba odłożyła słuchawkę, bo usłyszał inny kobiecy głos. 
– Połączyć pana z drugim numerem, panie komisarzu? 

background image

Tym  razem  szybciej  ktoś  podszedł  do  telefonu,  odezwał  się  mężczyzna.  Był  jeszcze 

bardziej najeżony niż poprzednia rozmówczyni Maigreta. 

– Ale o co panu właściwie chodzi? 
– Czy Omer Calas to pański brat? 
– Miałem brata Omera. 
– Nie żyje? 
–  Nie  mam  pojęcia.  Będzie  ze  dwadzieścia  lat,  tak,  prawie  dwadzieścia  pięć,  jak  nie 

miałem od niego znaku życia. 

– Niejaki Omer Calas został zamordowany w Paryżu. 
– Wiem. Słyszałem przez radio. 
– Podawano rysopis? Przypomina panu brata? 
– To już szmat czasu, trudno powiedzieć. 
– Wie pan, że mieszkał w Paryżu? 
– Nie. 
– Że się ożenił? 

Milczenie. 
– Zna pan jego żonę? 
– Niech pan posłucha. Nie mam panu nic do powiedzenia. Kiedy brat wyjechał, miałem 

piętnaście lat. Od tamtej pory go nie widziałem. Nigdy nie napisał. Ja też go nie szukałem. 
Jak pan chce się czegoś dowiedzieć, niech pan się zwróci do pana Canonge. 

– Kto to taki? 
– Nasz rejent. 
Kiedy wreszcie połączył się z mieszkaniem notariusza, pani rejentowa wykrzyknęła: 
– Co za zbieg okoliczności! Nie do wiary! 
– Co takiego? 
– Pański telefon. Jak to się stało? Mąż się wahał, czy ma do pana zadzwonić, czy jechać. 

Wie pan, dowiedział się z radia... W końcu pojechał do Paryża pociągiem o 8.22. Przyjedzie 

na dworzec d’Austerlitz zaraz po północy, nie wiem, o której dokładnie. 

– W jakim hotelu mąż zwykł się zatrzymywać? 
–  Zawsze  mieszka  w  „Hotel  d’Orsay”,  a  to  dlatego,  że  dawniej  pociąg  dojeżdżał  na 

dworzec d’Orsay. 

– Jak wygląda pani mąż? 
–  Elegancki,  wysoki,  dobrze  zbudowany,  szpakowaty.  Ma  brązowy  płaszcz,  brązowy 

garnitur i walizkę ze świńskiej skóry. Wciąż się zastanawiam, jak to się stało, że sam pan się 
odezwał. 

Kiedy  Maigret  odłożył  słuchawkę,  na  jego  ustach  pojawił  się  pełen  zadowolenia 

uśmieszek. Już chciał nalać sobie następny kieliszek, kiedy stwierdził, że będzie miał aż nadto 

czasu na dworcu. 

background image

Nie pozostawało mu nic innego, jak zadzwonić do pani Maigret i powiedzieć jej, że wróci 

późno w nocy. 

background image

Rozdział 8 

Rejent z Saint-André 

Pani  Canonge  nie  przesadzała.  Jej  mąż  był  istotnie  eleganckim  mężczyzną  koło 

sześćdziesiątki.  Przywodził  na  myśl  raczej  gentleman  farmer  niż  prowincjonalnego  rejenta. 
Maigret  stojąc  na  końcu  peronu  koło  barierki  rozpoznał  go  z  daleka.  Szedł  sprężystym 
krokiem,  górował  wzrostem  nad  resztą  pasażerów  pociągu,  który  przyjechał  do  Paryża  o 
godzinie 00.22. W jednej ręce niósł walizkę ze świńskiej skóry, w drugiej teczkę. Poruszał się 

swobodnie – był chyba częstym bywalcem na tym dworcu i częstym pasażerem tego pociągu. 

Wielki,  silnie  zbudowany  mężczyzna,  ubrany  może  odrobinę  zbyt  wyrafinowanie. 

Płaszcz nie był pospolitego brązowego koloru, ale w rzadkim złocistorudym ciepłym odcieniu 
brązu, jakiego Maigret nigdy nie spotkał; krój zdradzał rękę pierwszorzędnego krawca. 

Cerę  miał  smagłą,  włosy  przyprószone  siwizną.  Nawet  tutaj,  w  kiepskim  oświetleniu 

dworcowej hali, czuło się, że jest to człowiek zadbany, starannie ogolony i, niewykluczone, 
używający dyskretnej wody kolońskiej. 

Kiedy  był  jakieś  pięćdziesiąt  metrów  od  barierki,  z  tłumku  oczekujących  wyłowił 

wzrokiem komisarza, zmarszczył brwi, jakby nie całkiem pewny, czy pamięć go nie zawodzi. 
On też musiał widywać fotografie Maigreta zamieszczane w gazetach. Zbliżył się, ale wciąż 
się wahał, czy ma się uśmiechnąć, wyciągnąć dłoń. 

Maigret wykonał pierwszy krok i wyszedł mu naprzeciw. 
– Pan Canonge? 
– Tak. Mam przyjemność z komisarzem Maigret? 
Postawił walizkę na ziemi, potrząsnął wyciągniętą ręką komisarza. 
– Nie powie mi pan, że spotkaliśmy się przypadkiem? 
– Nie. Dzwoniłem do pana wieczorem. Dowiedziałem się od pańskiej żony, że wyjechał 

pan  do  Paryża  tym  pociągiem  i  że  zatrzyma  się  pan  w  „Hotel  d’Orsay”.  Wolałem  dla 
pewności wyjść po pana na stację. 

Notariusz czegoś nie rozumiał. 
– Czytał pan moje ogłoszenie? 

background image

– Nie. 
–  Dziwne!  Ale  przede  wszystkim  musimy  się  stąd  wydostać.  Pojedzie  pan  ze  mną  do 

hotelu? 

Wzięli taksówkę. 
– Przyjechałem do Paryża, żeby się z panem zobaczyć, zamierzałem do pana zadzwonić z 

samego rana. 

Maigret nie mylił się. Jego rozmówca lekko pachniał wodą kolońską i dobrym cygarem. 
– Zatrzymał pan Alinę Calas? 
– Sędzia Coméliau podpisał nakaz aresztowania. 
– To niesamowita historia... 
Jechali  wzdłuż  nabrzeży  i  po  kilku  minutach  stanęli  przed  „Hotel  d’Orsay”.  Portier 

powitał rejenta jak starego gościa. 

– Restauracja pewnie zamknięta, Alfredzie? 
– Tak, proszę pana. 
Canonge zaczął wyjaśniać Maigretowi, który i bez tego to świetnie wiedział: 
– Przed wojną wszystkie pociągi z zachodnich prowincji zajeżdżały na dworzec d’Orsay, 

gdzie restauracja czynna była całą noc. Miało to wiele plusów. No cóż, chyba nie będziemy 
rozmawiać w pokoju hotelowym. Co pan na to, żeby wstąpić gdzieś na jednego? 

Szli długo bulwarem Saint-Germain, nim trafili na otwarty bar. 
– Czego się pan napije, komisarzu? 
– Poproszę o piwo. 
– A dla mnie kieliszek czystej. – Canonge zwrócił się do kelnera. 
Zdjęli kapelusze i płaszcze, usiedli, komisarz zapalił fajkę, a notariusz odciął końcówkę 

cygara srebrnym scyzorykiem. 

– Zapewne nigdy pan nie był w Saint-André? 
– Nigdy. 
– Miejscowość leży w bok od głównej trasy, nie ma tam nic ciekawego dla turystów. Ale 

wracając  do  rzeczy:  jeśli  dobrze  zrozumiałem  wiadomość  podaną  przez  radio  dziś  po 
południu,  człowiek  wyłowiony  z  kanału  Saint-Martin  to  ni  mniej,  ni  więcej  tylko  ten  drań 

Calas. 

– Znaleziono te same odciski palców w mieszkaniu na quai de Valmy. 
–  Kiedy  przeczytałem  wzmiankę  w  gazetach  o  zwłokach  w  kanale,  miałem  jakieś 

przeczucie, chciałem nawet do pana dzwonić. 

– Znał pan Calasa? 
– Kiedyś go znałem, tak. Ale lepiej znałem dziewczynę, która została jego żoną. Pańskie 

zdrowie! Zastanawiam się, od czego zacząć, bo to bardzo zawikłana historia. Alina Calas nie 
opowiadała panu o mnie? 

– Nie. 

background image

– Podejrzewa pan, że jest zamieszana w zabójstwo męża? 
– Nie wiem. W każdym razie sędzia śledczy nie ma co do tego wątpliwości. 
– Alina coś mówi na swoją obronę? 
– Nie. 
– Zeznaje? 
– Po prostu milczy. 
–  Wie  pan,  komisarzu,  nigdy  nie  zetknąłem  się  z  tak  niezwykłą  sprawą.  A  mogę  pana 

zapewnić, że na wsi widujemy różne dziwne rzeczy. 

Nawykł  do  tego,  że  jest  słuchany,  sam  wsłuchiwał  się  we  własne  słowa,  przy  tym  tak 

manipulował  cygarem  w  wypielęgnowanych  palcach,  by  uwagi  rozmówcy  nie  uszedł  jego 
złoty sygnet. 

–  Najlepiej  jak  zacznę  od  samego  początku.  Nie  słyszał  pan  oczywiście  o  Honoré  de 

Boissancourt? 

Komisarz pokręcił głową. 
–  To  nasz  „bogacz”,  był  nim  jeszcze  miesiąc  temu.  Poza  zamkiem  de  Boissancourt 

posiadał  kilkanaście  gospodarstw  rolnych  o  łącznej  powierzchni  dwóch  tysięcy  hektarów, 
ponad tysiąc hektarów lasu i dwa stawy. Jeśli miał pan jakąś styczność z wsią, łatwo pan to 

sobie wyobrazi. 

– Urodziłem się na wsi. 
Maigret  nie  tylko  urodził  się  na  wsi,  ale  jego  ojciec  był  administratorem  w  podobnym 

majątku. 

– Muszę panu opowiedzieć, kim był nasz Boissancourt. Cofnę się zatem do jego dziadka, 

którego  znał  mój  ojciec,  rejent  w  Saint-André.  Dziadek  nazywał  się  nie  Boissancourt,  lecz 
Dupré,  Christophe  Dupré.  Był  synem  dzierżawcy  zamku.  Najpierw  handlował  bydłem. 

Obrotny i sprytny, szybko zrobił pieniądze. Wie pan, jaki to rodzaj ludzi. 

Maigret miał wrażenie, że słucha historii z własnego dzieciństwa. W jego wsi też żył taki 

Christophe Dupré, który stał się jednym z najbogatszych ludzi w okolicy, a jego syn był teraz 

senatorem. 

– Dupré wziął się do handlu zbożem, powiodło mu się i z zysków nabył ziemię, najpierw 

jedno gospodarstwo, potem dwa, trzy, wreszcie przed śmiercią przejął zamek de Boissancourt 
wraz z przyległościami, należący ongiś do bezdzietnej wdowy. Christophe miał syna i córkę. 
Córkę wydał za mąż za oficera kawalerii. Syn Alain po śmierci ojca zaczął się mienić Dupré 
de Boissancourt. Stopniowo pozbywał się owego Dupré, a kiedy wybrano go na członka Rady 
Generalnej, zalegalizował nowe nazwisko. 

Ta część opowieści również przypominała jego własne wspomnienia. 
–  Tyle,  jeśli  idzie  o  poprzednie  pokolenia.  Honoré  de  Boissancourt,  wnuk  założyciela 

rodu  Christophe’a  Dupré,  zmarł  przed  miesiącem.  Poślubił  on  swego  czasu  pannę  Emilię 

d’Espissac pochodzącą ze starej zubożałej rodziny z tamtych stron. Emilia urodziła mu córkę 

background image

i  wkrótce  potem  zginęła  w  wypadku  podczas  konnej  przejażdżki.  Dobrze  ją  znałem,  była 
uroczą kobietą, z melancholią znosiła swój los i poświęciła się dla rodziców bez sprzeciwu. 
Chodziły  słuchy,  że  Boissancourt  kupił  ją  za  milion.  Byłem  rejentem  tej  rodziny  i  mogę 
stwierdzić,  że  to  przesada.  Niemniej  hrabina  d’Espissac  otrzymała  pokaźną  sumę  w  dniu 

podpisania kontraktu. 

– Jakim człowiekiem był Boissancourt? 
– Zaraz panu powiem. Jako jego rejent przez całe lata bywałem w zamku raz w tygodniu 

na  kolacji,  polowałem  też  na  terenach  zamkowych.  Przyjrzałem  mu  się  dobrze.  Mruk  i 
ponurak.  Może  dlatego,  że  był  ułomny,  miał  skrzywioną  stopę.  Poza  tym,  historia  jego 
rodziny  była  powszechnie  znana,  nie  miał  wstępu  do  okolicznych  zamków,  co  także 
tłumaczyło jego trudny charakter. 

Przez całe życie prześladowała go myśl, że ludzie nim pogardzają, że zmówili się, by go 

okradać.  Spędzał  więc  głównie  czas  na  przygotowywaniu  obrony  przed  niechybnym 
zagrożeniem. 

Zajął  w  zamku  jedną  wieżyczkę,  która  służyła  mu  za  gabinet.  Całymi  godzinami 

przeglądał  rachunki  dzierżawców,  stróży,  najdrobniejszych  dostawców.  Poprawiał 
czerwonym atramentem kolumny cyfr na rachunkach od rzeźnika czy ze sklepu spożywczego. 
Często wpadał do kuchni w porach posiłku służby, żeby sprawdzić, co sobie serwują. 

Mam  nadzieję,  że  nie  popełniam  niedyskrecji  zdradzając  panu  tajemnicę  zawodową, 

zresztą każdy w Saint-André powtórzyłby panu słowo w słowo to samo. 

– Pani Calas to jego córka? 
– Zgadł pan. 
– A Omer? 
–  Pracował  w  zamku  przez  cztery  lata  jako  kamerdyner.  Jego  ojciec  był  sezonowym 

robotnikiem, ladaco i pijaczek. Wszystko to działo się dwadzieścia pięć lat temu. 

Skinął na kelnera i rzekł do Maigreta: 
– Napijemy się wódki? 

I do kelnera: 
– Dwie czyste. 
–  Oczywiście  –  podjął  po  chwili  zwracając  się  do  komisarza  –  nigdy  by  pan  tego  nie 

podejrzewał znając bistro na quai de Valmy. 

Niezupełnie miał rację. Maigret nie był ani trochę zdziwiony tym, co usłyszał. 
–  Rozmawiałem  często  o  Alinie  ze  starym  doktorem  Pétrelle’em,  niestety  nie  żyje, 

zastąpił go doktor Camuzet. Camuzet nie znał Aliny, nic panu o niej nie powie. Jeśli o mnie 
chodzi, nie potrafię opisać fachowo jej przypadku. Już jako mała dziewczynka różniła się od 
swych rówieśnic. Było w niej coś, co wprawiało człowieka w niepokój. Nigdy nie bawiła się 
z innymi dziećmi, nie chodziła do szkoły, bo ojcu zależało, by miała prywatną nauczycielkę. 
Miała zresztą nie jedną, ale kilkanaście nauczycielek, zatruwała życie wiecznie zmieniającym 

background image

się wychowawczyniom. Czy miała za złe ojcu, że każe jej żyć inaczej niż żyją inne dzieci? 
Pétrelle  twierdził,  że  to  o  wiele  bardziej  złożony  problem.  Nie  wiem,  jak  było  naprawdę. 
Dziewczynki  zazwyczaj  uwielbiają  ojców,  podobno  do  przesady.  Nie  mam  pod  tym 
względem  żadnego  doświadczenia,  jesteśmy  bezdzietni.  Czy  ten  rodzaj  uwielbienia  może 
przerodzić  się  w  nienawiść?  W  każdym  razie  dziewczynka  uparcie  doprowadzała  ojca  do 
rozpaczy.  Kiedy  miała  dwanaście  lat,  przyłapano  ją  na  próbie  podpalenia  zamku.  W  ogóle 
miała bzika na punkcie ognia i wiecznie trzeba było ją pilnować. Potem pojawił się Omer. Był 
pięć, sześć lat od niej starszy. Kawał chłopa, jak mówią na wsi, dorodny, silny. A kiedy tylko 
chlebodawca odwrócił się do niego plecami, z oczu patrzyła mu zuchwałość. 

– Wiedział pan, co jest między młodymi? – spytał Maigret wpatrując się w niemal pustą 

salę, gdzie kelnerzy czekali już tylko na odejście ostatnich gości. 

–  Nie,  wtedy  nie.  Rozmawialiśmy  później  na  ten  temat  z  Pétrelle’em.  Jego  zdaniem 

dziewczyna  zaczęła  interesować  się  Omerem,  kiedy  miała  trzynaście,  czternaście  lat,  nie 
więcej.  Takie  rzeczy  zdarzają  się  panienkom  w  tym  wieku,  ale  mają  zazwyczaj  charakter 
bliżej nieokreślony, platoniczny. Czy w jej przypadku było inaczej? Trudno orzec. Czy Calas, 
niewątpliwie człowiek bez skrupułów, zachował się bardziej cynicznie, niż na ogół postępują 
mężczyźni w podobnych sytuacjach? Pétrelle był przekonany, że przez długi czas parę łączyły 
dwuznaczne  stosunki.  Kładł  to  na  karb  potrzeby,  jaką  odczuwała  Alina,  usiłująca 

przeciwstawić  się  ojcu  i  sprawić  mu  zawód...  Nie  wiem,  jak  było.  To  nie  moje  podwórko. 
Wchodzę  w  te  szczegóły  tylko  po  to,  żeby  miał  pan  jasność.  Pewnego  dnia  niespełna 
siedemnastoletnia Alina poszła po kryjomu do lekarza i okazało się, że jest w ciąży. 

– Jak to przyjęła? – spytał Maigret. 
– Pétrelle opowiadał, że spojrzała na niego nieruchomym, twardym wzrokiem i wycedziła 

przez zęby: „Tym lepiej!” Tymczasem Calas ożenił się z córką rzeźnika, która też była z nim 
w ciąży i  kilka tygodni  wcześniej urodziła mu  dziecko.  Pracował  nadal  jako kamerdyner w 
zamku, nie miał bowiem innego zawodu, a jego żona mieszkała u swoich rodziców. Pewnej 
niedzieli rozeszła się po wsi wieść, że panna de Boissancourt i Omer Calas zniknęli. Służba 
szeptała,  że  poprzedniego  wieczoru  miała  miejsce  dramatyczna  kłótnia  pomiędzy  córką  i 
ojcem. Przez dwie godziny ich podniesione głosy dochodziły z małego salonu. Boissancourt, 
o  ile  mi  wiadomo,  nigdy  nie  próbował  odnaleźć  Aliny.  A  ona,  zdaje  się,  też  do  niego  nie 
pisała. Pierwsza żona Calasa stała się neurasteniczką. Cierpiała trzy lata, wreszcie powiesiła 
się w sadzie na drzewie. 

Ustawiano krzesła na stolikach, a jeden z kelnerów patrzył na nich wymownie trzymając 

w ręku duży srebrny zegarek. 

– Chyba chcą zamykać – zauważył Maigret. 
Canonge  obstawał  przy  zapłaceniu  rachunku.  Wyszli.  Noc  była  rześka,  niebo 

rozgwieżdżone. Po chwili milczenia notariusz zaproponował: 

– Może znajdziemy jeszcze jakiś barek i wstąpimy na strzemiennego? 

background image

Przemaszerowali,  każdy  zagłębiony  w  swoich  myślach,  porządny  kawałek  drogi 

bulwarem Raspail. Na Montparnasse trafili wreszcie na małą knajpkę, tonącą w błękitnawym 
półmroku, skąd dochodziły dźwięki przytłumionej muzyki. 

– Wchodzimy? 
Nie wybrali miejsca przy stoliku, usiedli przy barku, gdzie dwie dziewczyny zawzięły się 

na jakiegoś nieźle podpitego grubasa. 

– To samo? – spytał Canonge wyjmując z kieszeni następne cygaro. 
Parę osób tańczyło. Dwie panienki ruszyły w ich stronę z drugiego końca sali i usiadły 

obok. Maigret dał im znak, by się wycofały. 

– W Boissancourt i Saint-André do tej pory mieszkają Calasowie – mówił notariusz. 
– Wiem. Jeden handluje bydłem, drugi prowadzi sklep spożywczy. 
Canonge zachichotał. 
– To by dopiero była heca, gdyby handlarz bydłem stał się naszym nowym „bogaczem” i 

kupił całą posiadłość. Jest troje Calasów: brat Omera, kuzyn i siostra, która wyszła za mąż za 
żandarma z Gien. Boissancourt zmarł na wylew krwi do mózgu, kiedy siadał do stołu. Po jego 
śmierci udałem się do tamtych trojga, żeby się dowiedzieć, czy mieli jakieś wiadomości od 

Omera. 

– Chwileczkę – przerwał Maigret. – Czy Boissancourt nie wydziedziczył córki? 
–  Ludzie  byli  przekonani,  że  tak  się  właśnie  stało.  Roztrząsali,  kto  będzie  dziedzicem. 

Widzi pan, w takiej wsi jak nasza wszystko kręci się wokół zamku. 

– Pan chyba znał prawdę? 
–  Nie.  W  ostatnich  latach  Boissancourt  sporządził  kilka  testamentów,  różniących  się  w 

treści,  ale nigdy mi ich  nie powierzył.  Przypuszczam,  że je niszczył,  bo po żadnym  nie ma 
śladu. 

– W takim razie majątek dziedziczy córka? 
– Automatycznie. 
– Zamieścił pan ogłoszenie w prasie? 
– Oczywiście, taka jest procedura. Nie mogłem podać nazwiska Calas, bo nie wiedziałem, 

czy  Alina  wyszła  za  Omera.  Mało  kto  czyta  tego  rodzaju  ogłoszenia.  Nie  miałem  wielkiej 
nadziei, że przyniesie jakiś skutek. 

Opróżnił  kieliszek  i  spoglądał  wymownie  na  barmana.  Jeżeli  w  pociągu  znajdował  się 

wagon  restauracyjny,  Canonge  nie  omieszkał  już  tam  strzelić  sobie  kielicha,  był  bowiem 
mocno zaróżowiony, a oczy mu błyszczały. 

– Jeszcze po jednym, komisarzu? 
Może i Maigret wypił więcej, niż mu się zdawało. W każdym razie nie odmówił. Czuł się 

dobrze, i na ciele, i na duchu. Miał nawet wrażenie, że posiada szósty zmysł pozwalający mu 
utożsamić się z bohaterami opowieści. 

background image

Czy bez pomocy notariusza potrafiłby odtworzyć bieg wydarzeń? W końcu, kilka godzin 

wcześniej nie był  bardzo daleki od prawdy. Przecież sam  wpadł  na pomysł  skontaktowania 
się z Saint-André. 

Nie domyślił się wszystkiego, to fakt. Ale stworzył sobie pewien wizerunek pani Calas, 

obraz nie różniący się zasadniczo od tego, jaki rysował się dzisiaj, po wyjściu na jaw prawdy. 

– Zaczęła pić – mruknął i nagle zapragnął mówić. 
– Wiem. Widziałem się z nią. 
– Kiedy? W zeszłym tygodniu? 
I  to  także  dobrze  wyczuł.  Canonge  jednak  ani  myślał  dopuścić  go  do  głosu.  Widać  nie 

nawykł, by mu przerywano. 

–  Po  kolei,  komisarzu,  po  kolei.  Niech  pan  nie  zapomina,  że  jestem  notariuszem,  a 

notariusz to człowiek skrupulatny. 

Zachichotał,  a  dziewczyna  siedząca  o  dwa  stołki  dalej  natychmiast  pospieszyła  z 

pytaniem: 

– Napijemy się razem? 
–  Niech  się  pani  napije,  kotku,  ale  niech  nam  pani  nie  przeszkadza.  To  bardzo  ważna 

rozmowa. 

I zadowolony wrócił do Maigreta. 
– Przez trzy tygodnie nikt się nie zgłosił na mój anons, bo nie liczę listów od wariatek. W 

końcu  trafiłem  na  ślad  Aliny  przez  czysty  przypadek.  Otóż  oddałem  do  naprawy  w  Paryżu 
moją  strzelbę  myśliwską  i  tydzień  temu  przysłano  mi  ją  ekspresem  ciężarówką.  Byłem  w 
domu, kiedy zajechał wóz, i sam otworzyłem drzwi kierowcy. 

– Ciężarówka z „Transports Zénith”? 
– Skąd pan wie? Zaprosiłem kierowcę na kieliszek wina jak to u nas w zwyczaju. Sklep 

spożywczy  Calasa  znajduje  się  dokładnie  naprzeciw  mojego  domu,  na  placu,  gdzie  stoi 
kościół. Pijąc wino mężczyzna wyglądał przez okno. Po chwili zauważył: „Ciekawe, czy to ci 

sami  Calasowie  co  na  quai  de  Valmy.  –  Mieszka  tam  jakiś  Calas?  –  spytałem.  –  Prowadzi 
małe bistro, byłem tam raz, w zeszłym tygodniu. Zaprowadził mnie nasz magazynier”. 

Maigret gotów był się założyć, że ów magazynier to ni mniej, ni więcej tylko Dieudonné 

Pape. 

– Podejrzewam, że ten magazynier jest rudy. 
– O to nie pytałem. Pytałem natomiast, jak ma na imię Calas z quai de Valmy. Głowił się 

chwilę,  usiłował  sobie  przypomnieć  napis  na  szyldzie.  Podsunąłem  mu  Omera,  a  on 
skwapliwie przytaknął. Nazajutrz jechałem już pociągiem do Paryża. 

– Wieczornym? 
– Nie, rannym. 
– O której był pan na quai de Valmy? 

background image

– Po południu, po trzeciej. W ciemnawym wnętrzu nie od razu poznałem kobietę stojącą 

za kontuarem. Spytałem, czy jest panią Calas, a ona odparła, że tak. Potem spytałem, jak ma 
na imię. Wydawało mi się, że jest wstawiona. Pije, prawda? On też był niezłym moczymordą, 
choć nie zalewał robaka tak jak ona, a teraz, proszę, utopił wszystkie smutki w kanale. 

Maigret nie był pewny, czy nie zaserwowano im następnej kolejki. Kobieta przysiadła się 

do Canonge’a, pochylała się ku niemu, ujęła pod ramię. Jeśli nawet śledziła wątek, nie dawała 
tego po sobie poznać. 

–  „Pani  jest  z  domu  de  Boissancourt?”  –  spytałem.  –  Spojrzała  na  mnie  bez  słowa. 

Pamiętam,  że  siedziała  przy  piecu,  a  na  kolanach  trzymała  wielkiego  rudego  kota.  Nie 
dawałem  za  wygraną.  „Czy  wie  pani,  że  ojciec  pani  nie  żyje?”  Pokręciła  głową  bez 
zdziwienia,  bez  żalu.  „Byłem  jego  notariuszem,  zajmuję  się  spadkiem.  Ojciec  nie  zostawił 
testamentu. W tej sytuacji pani dziedziczy cały majątek: zamek, ziemię, wszystko”. Zapytała: 
„Jak pan zdobył mój adres? – Dał mi go pewien kierowca ciężarówki. Był kiedyś u pani. – 
Nikomu innemu go nie podał? – Nie sądzę”. Wstała i poszła do kuchni. 

Maigret nie miał wątpliwości: musiała się napić. 
–  Kiedy  wróciła,  wyglądała,  jakby  podjęła  decyzję.  „Nie  chcę  tych  pieniędzy  – 

oświadczyła  beznamiętnie.  –  Chyba  mam  prawo  zrzec  się  spadku?  –  To  zawsze  wolno. 
Jednakże... – Jednak co? – Radzę się pani zastanowić, nie podejmować pochopnie decyzji. – 
Już się zastanowiłam. Nie przyjmuję spadku. Chyba mam również prawo żądać, żeby pan nie 
ujawniał  mojego  adresu”.  Kiedy  mówiła,  rzucała  niespokojne  spojrzenia  w  stronę  drzwi, 
jakby  się  bała,  że  ktoś  się  nagle  pojawi,  zapewne  chodziło  jej  o  męża.  Takie  odniosłem 
wrażenie.  Nalegałem,  żeby  przemyślała  swą  decyzję,  chciałem  być  w  porządku.  Nie  było 
innych spadkobierców. „Jeszcze tu wrócę, tak będzie najlepiej. – Nie. Niech pan więcej nie 
przychodzi. Pod żadnym pozorem. Omer nie może pana tutaj spotkać”. I wystraszona dodała: 
„To  już  byłby  koniec!  –  Nie  powinna  pani  naradzić  się  z  mężem?  –  spytałem.  –  Z  nim? 

Nigdy!”  Pertraktowałem  z  nią  jeszcze  przez  jakiś  czas,  wreszcie  zostawiłem  jej  wizytówkę, 
prosząc,  by  zadzwoniła  lub  napisała,  gdyby  w  najbliższych  tygodniach  zmieniła  zdanie.  W 
tym momencie wszedł klient wyglądający na stałego bywalca. 

– Rudy, dziobaty? 
– Chyba tak. 
– I co się stało? 
– Nic. Wsunęła moją wizytówkę do kieszeni fartucha i odprowadziła mnie do drzwi. 
– Co to był za dzień? 
– Czwartek. 
– Widział ją pan potem? 
– Nie. Za to widziałem Omera. 
– W Paryżu? 
– W moim gabinecie w Saint-André. 

background image

– Kiedy? 
– W sobotę rano. Przyjechał do Saint-André w piątek po południu, a wieczorem o ósmej 

był  u  mnie  po  raz  pierwszy.  Grałem  w  brydża  u  doktora  i  służąca  kazała  Omerowi  przyjść 

nazajutrz rano. 

– Poznał go pan? 
– Tak, chociaż mocno przytył. Nocował pewnie w miejscowej oberży, gdzie dowiedział 

się  o  śmierci  Boissancourta  i  o  tym,  że  jego  małżonka  dziedziczy  cały  majątek.  Bezczelnie 
twierdził, że jako mąż ma prawo przyjąć spadek w imieniu żony. Pobrali się bez spisywania 
kontraktu, w takim wypadku obowiązuje wspólnota majątkowa. 

– Czyli konieczna jest zgoda współmałżonka? 
– Właśnie. Starałem mu się to wytłumaczyć. 
– Jak pan myśli, rozmawiał przedtem z żoną? 
– Nie sądzę. Na początku w ogóle nie wiedział, że zrzekła się spadku. Podejrzewał, że go 

przyjęła,  nie  mówiąc  mu  o  tym.  Nie  będę  powtarzał  panu  całej  rozmowy,  trwałoby  to  zbyt 
długo.  Przypuszczam,  że  znalazł  moją  wizytówkę  porzuconą  gdzieś  w  kącie,  bo  Alina  na 
pewno  o  niej  zapomniała.  Czego  mógł  szukać  na  quai  de  Valmy  notariusz  z  Saint-André? 
Mógł  tylko  i  wyłącznie  przyjechać  w  sprawie  spadku.  Dopiero  u  mnie  poznał  całą  prawdę. 
Wyszedł wściekły odgrażając się, że się jeszcze zobaczymy, i trzasnął drzwiami. 

– Spotkaliście się jeszcze raz? 
–  Już  się  nie  odezwał.  Rozmowa  odbyła  się  w  sobotę  rano.  Wyjechał  autobusem  do 

Montargis, skąd wyruszył do Paryża. 

– Ciekawe, którym pociągiem. 
– Chyba tym, co przyjeżdża na dworzec d’Austerlitz o trzeciej z minutami. 
A zatem, był w domu koło czwartej, nieco wcześniej, jeśli wziął taksówkę. 
–  Kiedy  przeczytałem  w  gazetach  –  podjął  notariusz  –  że  w  kanale  Saint-Martin,  przy 

quai  de  Valmy,  znaleziono  poćwiartowane  zwłoki  mężczyzny,  przyznam,  że  zdrętwiałem. 
Czyżby zbieg okoliczności? – pomyślałem. Chciałem do pana telefonować, ale bałem się, że 
pan  mnie  wyśmieje.  Dopiero  gdy  wczoraj  po  południu  usłyszałem  przez  radio  nazwisko 
Calas, zdecydowałem się jechać. 

– Można jeszcze jednego? – spytała dziewczyna pokazując pusty kieliszek. 
– Naturalnie, kotku. Co pan na to, komisarzu? 
Na dźwięk słowa „komisarz” dziewczyna puściła ramię notariusza. 
–  Oczywiście...  Wcale  się  nie  dziwię...  –  wymamrotał  Maigret.  Czuł,  że  zaczyna  mu 

szumieć w głowie. 

– I co, nie spodziewał się pan takiej historii? Tylko na wsi dzieją się podobne rzeczy, ale 

przyznam, że i ja... 

Maigret nie słuchał, myślał o Alinie Calas. Jej wizerunek wreszcie się dopełnił. Potrafił 

wyobrazić ją sobie nawet jako małą dziewczynkę. 

background image

Jej osobowość nie była dla komisarza czymś niezwykłym. Byłoby mu co prawda trudno 

ją przedstawić, szczególnie takiemu Coméliau. Spodziewał się zresztą, że nazajutrz spotka się 
z niezrozumieniem sędziego. 

„Tak czy inaczej, ona go zabiła, to chyba oczywiste, a kochanek był jej wspólnikiem” – 

odrzeknie mu Coméliau. 

Omer Calas nie żyje, to fakt. Nie ma wątpliwości – nie popełnił samobójstwa, ktoś zadał 

mu śmiertelny cios, a potem pokrajał jego zwłoki. 

Maigretowi  zdawało  się,  że  słyszy  przenikliwy  głos  sędziego:  „Zabójstwo  z 

premedytacją.  Chyba  pan  nie  zaprzeczy?  A  może  będzie  się  pan  upierał  przy  zbrodni  w 

afekcie? Nie, Maigret, wielokroć panu ulegałem, tym razem jednak...” 

Canonge podsunął mu napełniony kieliszek. 
– Zdrowie! 
– Zdrowie! 
– O czym pan myślał? 
– O Alinie Calas. 
– Uważa pan, że uciekła z Omerem, żeby zrobić na złość ojcu? 

Nawet w towarzystwie notariusza i nawet po kilku głębszych Maigret nie potrafił wyrazić 

słowami swoich przemyśleń. 

Należałoby  zacząć  od  tego,  że  panienka  z  zamku  de  Boissancourt  od  najmłodszych  lat 

buntowała się. 

Taki doktor Pétrelle potrafiłby fachowo i jasno określić jej poczynania: próby podłożenia 

ognia, związek z Calasem, ucieczkę z domu. 

Dlaczego  nie  zrobiła  skrobanki?  Tak  przecież  postąpiłaby  większość  dziewcząt  w  jej 

sytuacji. Czym się kierowała? Mierziło ją to czy chciała się postawić? 

Maigret  rozmawiał  niejednokrotnie  o  tych  kwestiach,  i  to  z  osobami  znającymi  się  na 

rzeczy.  Twierdzono,  że  ludzie  staczający  się  na  dno,  zwłaszcza  ci,  którzy  chorobliwie 
zatracają  się  we  własnym  upadku  i  hańbie  czerpiąc  z  tego  przyjemność,  są  niemal  zawsze 

romantykami. 

Ale czy warto przekonywać Coméliau? I tak powiedziałby: 
– Zepsuta do szpiku kości, i tyle! 
Na  quai  de  Valmy  Alina  zaczęła  zaglądać  do  kieliszka.  Czy  mogło  być  inaczej? Skoro 

wrosła w to miejsce, w otoczenie, i nawet nie próbowała stamtąd się wyrwać? 

Maigret  rozumiał  też  Omera:  zrealizował  on  marzenie  wielu  młodych  wieśniaków 

przyjeżdżających do stolicy – zacząć od posady służącego czy szofera, dorobić się i zostać w 
końcu właścicielem paryskiego bistra. 

Omer prowadził życie leniwe, kursował pomiędzy barem a piwnicą, chadzał do piwiarni 

przy  Gare  de  l’Est  na  belotkę  lub  bilard,  a  raz  czy  dwa  razy  do  roku  jeździł  po  wino  do 

Poitou. 

background image

Nie było dotąd czasu, by zająć się życiem osobistym Calasa. Maigret zamierzał to zrobić 

w najbliższych dniach, choćby dla własnej satysfakcji. Nie miał wątpliwości, że bilard nie był 
jedyną  pasją  Omera.  Na  pewno  wypełniał  sobie  również  czas  „zaliczaniem”  dziewczyn, 
służących czy robotnic, krótkimi, cynicznymi przygodami. 

Czy  spodziewał  się  spadku  po  teściu?  Mało  prawdopodobne.  Myślał,  jak  wszyscy,  że 

Boissancourt wydziedziczy córkę. Nadzieja zabłysła, kiedy znalazł wizytówkę notariusza. 

– Wie pan, komisarzu, po prostu nie rozumiem – mówił Canonge. – To mnie przerasta i 

kropka. A zapewniam pana, widziałem już najróżniejszych spadkobierców. Dlaczego zrzekła 
się fortuny, która jej spadła jak z nieba? 

Komisarz,  odwrotnie,  rozumiał  to  doskonale.  Co  jej  teraz  po  majątku?  Miałaby  osiąść 

wraz z Omerem na włościach Boissancourt? Wieść w Paryżu czy na Lazurowym Wybrzeżu 
życie w stylu grands bourgeois

Wolała zostać w swoich czterech ścianach, zamknąć się we własnym świecie, ukryć się 

tam jak zwierzę w norze. 

Pędziła  dni  podobne  do  siebie  jak  krople  wody,  wypełnione  pociąganiem  z  butelki  za 

kuchennymi drzwiami i popołudniowymi odwiedzinami Pape’a. 

Dieudonné stał się jednym z jej przyzwyczajeń. Chociaż, kto wie, może znaczył dla niej 

coś  więcej.  Znał  ją  na  wylot,  nie  musiała  przed  nim  udawać,  mogła  z  nim  siedzieć  w 

milczeniu przy piecu. 

– Pana zdaniem ona zabiła? 
– Nie sądzę. 
– Kochanek? 
– Niewykluczone. 
Orkiestra chowała instrumenty, zamykano. Znowu znaleźli się na ulicy. Szli przez Saint-

Germain-des Prés. 

– Daleko pan mieszka? 
– Na bulwarze Richard-Lenoir. 
– Odprowadzę pana kawałek. Dlaczego jej kochanek zabił Omera? Liczył, że uda mu się 

skłonić Alinę do przyjęcia spadku? 

Obaj  panowie  mieli  wyśmienite  samopoczucie,  kiedy  tak  przemierzali  chwiejnym 

krokiem ulice Paryża, na których o tej porze pojawiały się już tylko nieliczne taksówki. 

– Nie wydaje mi się... 

W rozmowie z Coméliau Maigret musi zmienić ton, pozbyć się sentymentalnej nuty. 
– W takim razie, dlaczego go zabił? 
– A jak pan myśli, co zrobił Omer zaraz po powrocie z Saint-André? 
– Bo ja wiem... Był wściekły... Pewnie kazał jej przyjąć spadek. 
Przed oczami Maigreta przesunął się obraz sypialni Całasów: stół, butelka z atramentem i 

bloczek z kilkoma arkusikami białego papieru. 

background image

– To w jego stylu, prawda? 
– Dokładnie. 
– Przypuśćmy, że Omer zmuszał ją do podpisania oświadczenia, a ona stawiała opór. Co 

wtedy? 

– Rzuciłby się na nią z pięściami. Znam ludzi ze wsi. 
– Bił ją regularnie. 
– Zaczynam rozumieć, komisarzu. 
– Wraca  w sobotę po południu, koło  czwartej.  Nie przebiera się, od  razu podchodzi  do 

Aliny, każe jej iść na górę, grozi, bije. 

– I w tym momencie pojawia się kochanek? 
– Tak to sobie wyobrażam. Dieudonné Pape zna mieszkanie. Usłyszawszy dochodzące z 

góry odgłosy szamotaniny, wbiega do kuchni, a potem schodami na piętro. Spieszy na ratunek 

Alinie. 

– No i kochanek zabija męża – dokończył żartobliwym tonem notariusz. 
– Zabija męża, rozmyślnie lub przypadkowo, zadając mu cios jakimś narzędziem. 
– Po czym kroi go na kawałki. 
Canonge był w iście szampańskim humorze, wybuchnął śmiechem. 
– Przezabawne! – zawołał. – Omer pokrojony na kawałki, przezabawne! Gdyby pan znał 

Calasa... 

Świeże powietrze nie otrzeźwiło rejenta, przeciwnie, wzmogło działanie alkoholu. 
– Odprowadzi mnie pan kawałek? 
Odprowadzali się tak kilka razy. 
– Dziwny człowiek – westchnął Maigret. 
– Kto? Omer? 
– Nie, Pape. 
– I do tego nazywa się Pape? 
– Mało, że Pape. Dieudonné Pape

*

– Przezabawne! 
– To najspokojniejszy człowiek pod słońcem. 
– I dlatego poćwiartował Omera? 
Bo  też  tylko  ktoś  taki  jak  Pape,  samotnik,  cierpliwy,  skrupulatny,  mógł  tak  dokładnie 

zatrzeć  ślady  zbrodni.  Nawet  Moersowi  i  jego  ekipie,  wyposażonej  w  najlepszy  sprzęt,  nie 
udało się znaleźć w mieszkaniu na quai de Valmy niczego, co by wskazywało, że tam właśnie 
dokonano zabójstwa. 

Alina Calas zajęła się zapewne gruntownym wysprzątaniem domu, usunięciem bielizny i 

przedmiotów poplamionych krwią. 

                                                 

*

 Dieudonné Pape - dosł. Bożydar Papież. 

background image

Pape  zrobił  jeden  błąd,  który  zresztą  łatwo  było  popełnić:  nie  przewidział,  że  Maigret, 

zaintrygowany brakiem brudnej bielizny, zadzwoni do pralni. 

Na co kochankowie liczyli? Czy na to,  że upłyną całe tygodnie, a nawet miesiące, nim 

wyłowią  z  kanału  zwłoki  Calasa,  których  już  nie  da  się  zidentyfikować?  I  pewnie  tak  by 
właśnie było, gdyby przeładowana barka braci Naud nie zaczęła szorować po mulistym dnie 
kanału Saint-Martin. 

Czy  głowę  wrzucono  do  Sekwany,  czy  do  ścieku?  Za  parę  dni  wszystko  powinno  się 

wyjaśnić,  Maigret  był  o  tym  przekonany.  Budziło  to  w  nim  jednak  czysto  zawodową 
ciekawość.  Naprawdę  interesował  go  tylko  i  wyłącznie  dramat  rozegrany  pomiędzy  jego 
trzema bohaterami, a dramat już rozszyfrował, co do tego nie miał wątpliwości. 

Założyłby  się,  że  Alina  i  Dieudonné,  po  zatarciu  śladów  zbrodni,  łudzili  się  nadzieją 

rozpoczęcia nowego życia, zresztą przypominającego dotychczasowe. 

Pape  przychodziłby  jak  dawniej  popołudniami  na  godzinkę  czy  dwie,  stopniowo  jego 

wizyty  przeciągałyby  się,  aż  wreszcie,  gdy  sąsiedzi  i  klienci  zapomnieliby  o  mężu, 
zadomowiłby się na dobre. 

Czy Alina sypiałaby nadal z Antoine’em i z innymi mężczyznami? 
Możliwe. Maigret nie miał odwagi wnikać w te kwestie. 
– Tym razem pożegnam się z panem. Dobranoc! 
– Mogę zadzwonić jutro do hotelu? Są pewne formalności, które trzeba załatwić. 
– Nie musi pan dzwonić. Będę u pana w biurze o dziewiątej. 

 
Notariusz, oczywiście, nie pojawił się o dziewiątej, a Maigret zapomniał, że się umówili. 

Komisarz czuł się niezbyt dziarsko, kiedy rano otworzył oczy. Spojrzał z poczuciem winy na 
żonę, która postawiwszy kawę na nocnym stoliku delikatnie potrząsnęła go za ramię. 

Przyglądała  się  mężowi  ze  szczególnym  uśmiechem,  bardziej  macierzyńskim  niż 

zazwyczaj, i z odrobiną rozczulenia. 

– Jak się czujesz? 
Nie  pamiętał,  żeby  kiedykolwiek  budził  się  z  takim  bólem  głowy  –  był  to  nieomylny 

znak, że dużo wypił. Rzadko wracał do domu pijany, a najbardziej denerwowało go to, że w 
nocy  nie  zdawał  sobie  sprawy,  że  się  upija.  To  się  stawało  samo,  pomału,  kiedy  opróżniał 

kolejne kieliszeczki. 

– Pamiętasz, co mówiłeś o Alinie Calas? 
Wolał nie pamiętać. Miał wrażenie, że był bardzo sentymentalny. 
– Zupełnie jakbyś się w niej zakochał. Masz szczęście, że nie jestem zazdrosna... 
Zaczerwienił się. 
– Żartuję – uspokoiła go. – Opowiesz to wszystko sędziemu Coméliau? 
Ach, więc i Coméliau był na tapecie! Cóż, nie pozostawało nic innego jak zdać sędziemu 

relację. Zrobi to jednak zupełnie inaczej! 

background image

– Co słychać, Lapointe? 
– Nic, szefie. 
– Zamieścisz ogłoszenie w dzisiejszej popołudniowej prasie, dobrze? Mniej więcej takiej 

treści: młody człowiek, któremu polecono oddać walizkę do przechowalni na Gare de l’Est, 
jest proszony o skontaktowanie się z policją. 

– Więc jednak nie Antoine? 
–  Jestem  pewny,  że  nie.  Pape  nie  poleciłby  tego  zadania  komuś,  kto  jest  niemal 

domownikiem. 

– Urzędnik twierdzi... 
– W dzielnicy pełno jest takich Antoine’ów, podobnych z wyglądu i wieku, ubranych w 

skórzane kurtki. 

– Ma pan dowody przeciwko Pape’owi? 
– Sam się przyzna. 
– Będzie pan ich przesłuchiwał? 
– Sądzę, że w obecnej sytuacji zajmie się tym Coméliau. 
Wszystko stawało się proste. Nie był to już etap pytań na los szczęścia, zarzucania wędki, 

jak zwykło się mawiać na Quai. Zresztą, Maigret wcale nie był przekonany, czy tak bardzo 
mu  zależy  na  przyparciu  do  muru  Aliny  Calas  i  Dieudonné  Pape’a.  Będą  walczyć  do 
ostatniego tchu, złożą broń dopiero wtedy, kiedy znajdą się w potrzasku. 

Spędził  prawie  godzinę  w  gabinecie  sędziego,  skąd  zatelefonował  do  Canonge’a. 

Wyglądało na to, że dzwonek wyrwał notariusza z głębokiego snu. 

– Kto mówi? – wybełkotał tak zabawnie, że Maigret uśmiechnął się do siebie. 
– Komisarz Maigret. 
– Która godzina? 
– Wpół do jedenastej. Sędzia Coméliau, który kieruje śledztwem, chciałby pana widzieć u 

siebie, możliwie jak najprędzej. 

– Proszę powiedzieć, że zaraz tam będę. Czy mam zabrać dokumenty z Boissancourt? 
– Może lepiej tak. 
– Nie wyspał się pan przeze mnie? 
Canonge  poszedł  spać  jeszcze  później  niż  Maigret.  Gdzie  się  szwendał,  Bóg  raczy 

wiedzieć. Tak czy inaczej, komisarz usłyszał po drugiej stronie zaspany kobiecy głos: „Która 

godzina?” 

Maigret wrócił do swego gabinetu. 
– Będzie ich przesłuchiwał? – dopytywał się Lapointe. 
– Tak. 
– Zacznie od niej? 
– Radziłem mu zacząć od Pape’a. 
– Łatwiej z nim pójdzie? 

background image

– Tak myślę. Moim zdaniem on zadał śmiertelny cios. 
– Wychodzi pan? 
– Muszę się czegoś dowiedzieć w Hotel Dieu. 
Chodziło mu o pewien szczegół. 
Lucette Calas pomagała przy operacji i Maigret musiał zaczekać. 
– Wie już pani z gazet o śmierci ojca i aresztowaniu matki? 
– To musiało nastąpić. 
– Po co pojechała pani do matki ostatnim razem? Czy po pieniądze? 
– Nie. 
– Więc po co? 
–  Chciałam  ją  zawiadomić,  że  wyjdę  za  mąż  za  profesora  Lavaud,  jak  tylko  dostanie 

rozwód. Gdyby chciał poznać moich rodziców, wolałabym się za nią nie wstydzić. 

– Wie pani, że Boissancourt nie żyje? 
– Kto to taki? 
Nie udawała zdziwienia. 
– Pani dziadek. 
I dodał obojętnym tonem, jakby obwieszczał coś nieistotnego: 
–  Pani  matka  dziedziczy  zamek,  osiemnaście  gospodarstw  rolnych  i  Bóg  wie  ile 

milionów, chyba że udowodni się jej dokonanie zabójstwa. 

– Jest pan tego pewny? 
– Może pani porozmawiać z rejentem Canonge, zajmuje się sprawą spadku. Znajdzie go 

pani w „Hotel d’Orsay”. 

– Będzie tam cały dzień? 
– Chyba tak. 
Nie zapytała, co się stanie z matką. Wyszła wzruszając ramionami. 
Maigret  nie  miał  ochoty  na  obiad.  Nie  był  głodny.  Dopiero  dwa  piwa  postawiły  go  na 

nogi. Przez całe popołudnie siedział u siebie w gabinecie. Położył przed sobą klucze od bistra 

na  quai  de  Valmy  i  obok  od  mieszkania  Pape’a.  Z  przewrotną  przyjemnością  przystąpił  do 
papierkowej roboty, która zwykle go mierziła. 

Kiedy  dzwonił  telefon,  chwytał  słuchawkę  z  większym  niż  zazwyczaj  ożywieniem. 

Wreszcie po piątej usłyszał głos Coméliau. 

– Maigret, to pan? 
– Tak. 
W głosie sędziego brzmiała nuta triumfu. 
– Miałem rację, że ich zatrzymałem. 
– Całą trójkę? 
– Nie. Antoine’a zwolniłem do domu. 
– Tamci się przyznali? 

background image

– Tak. 
– Do wszystkiego? 
– Do wszystkiego, cośmy obaj z panem podejrzewali. Słusznie zrobiłem, że zacząłem od 

Pape’a. Kiedy skończyłem moją wersję wydarzeń, nawet słówkiem nie zaprzeczył. 

– Co z nią? 
– On powtórzył swoje zeznania w jej obecności, nie miała wyjścia, musiała się poddać. 
– Coś jeszcze mówiła? 
– Kiedy wychodziła ode mnie, spytała tylko, czy zajął się pan kotem. 
– I co pan na to? 
– Że miał pan co innego na głowie. 
Tego Maigret nigdy nie wybaczył sędziemu Coméliau. 

 

Shadow Rock Farm 

Lakeville Connecticut 

25 stycznia 1955 roku