background image

 Nina Tinsley

Narzeczona

(The Bridge Between)

Przełożyła Magdalena Szczerbiak

background image

Rozdział 1

Seaton zawsze  mówił  o  Melbury   z jakąś  przejmującą  nostalgią,  toteż  teraz, 

wjeżdżając do miasteczka, Donna poddała się urokowi jego kamienic oraz wąskich 
i krętych uliczek. „Gdyby był tutaj ze mną... " – pomyślała powstrzymując łzy.

Jego   niespodziewana   śmierć   przed   sześcioma   tygodniami   wywołała   szok,   z 

którego nie mogła się otrząsnąć.

Jechała teraz wzdłuż High Street wprost ku Riversly. Lęk przed spotkaniem z 

jego kuzynami narastał w niej od początku podróży.

W   Londynie   wszystko   wydawało   się   dużo   prostsze   –   pozostawała   jedynie 

sprawa  domu,  który teraz stał  się jej własnością.  Ileż  to razy, jako narzeczona 
Seatona   Warleya,   wyobrażała   sobie   ich   wspólny   powrót   z   Paryża   i   szczęście 
czekające na nią w Riversly. Marzyła o tym, aż do dnia, w którym miała miejsce 
owa fatalna w skutkach rozmowa. Póki była sekretarką Seatona, nie martwiła się 
jego wybuchowym temperamentem, lecz od chwili zaręczyn jej uczucia zaczęły się 
zmieniać. „Dlaczego – myślała – byłam taka głupia, żeby krzyczeć, że nigdy, ale to 
nigdy go nie poślubię? I co za dziecinny gest – bezmyślny, niepotrzebny – cisnąć 
prosto w niego pierścionkiem zaręczynowym. Oczywiście, nie potraktował tego 
poważnie, tylko spojrzał tak smutno, jakbym sprawiła mu niespodziewany ból i po 
chwili wyszedł bez słowa".

Zaraz wybiegła za nim, ale już wsiadł do taksówki. Odwrócił się tylko i wtedy 

widziała jego twarz po raz ostatni.

Podczas   pobytu   u   ojca,   prowadzącego   badania   archeologiczne,   gnębiła   ją 

beznadziejna  samotność.  Pierścionek, który miała  ze sobą,  postanowiła zwrócić 
Seatonowi przy najbliższym spotkaniu. Jednak nigdy do tego nie doszło i wszyscy 
nadal uważali ją za jego narzeczoną.

Miasto zostało w tyle. Wysokie zarośla po obu stronach drogi przerzedziły się 

na   tyle,   że   Donna   mogła   swobodnie   obserwować   okolicę.   Wkrótce   miał   się 
pokazać   dom.   Jechała   wolno   środkiem   wąskiej   szosy,   a   przez   otwarte   okna 
samochodu   napływał   wraz   z   czystym   i   rześkim   powietrzem   zapach   świeżo 
skoszonej trawy. Nagle – przed maską jej samochodu pojawił się galopujący koń. 
Zdawał się biec prosto na nią. Widziała tylko jego rozwianą grzywę i nieruchome, 
dzikie   oczy.   Odruchowo,   gwałtownie   szarpnęła   kierownicę,   zjeżdżając   z 
przeraźliwym piskiem hamulców na pobocze. Samochód bezwładnie stoczył się do 
rowu.

background image

Donna była zbyt oszołomiona, aby się poruszyć. Ubezpieczona pasami siedziała 

wyprostowana, próbując dojść do siebie.

Uświadomiła   sobie,   że   jest   bliska   utraty   świadomości.   Całe   ciało   było 

bezwładne i wydawało jej się takie ciężkie, jakby było z ołowiu.

– Nie poddawaj się. Wytrzymaj jeszcze moment – usłyszała. Otworzyła oczy. 

Mężczyzna mocował  się z drzwiami  i wkrótce poczuła, jak jego silne ramiona 
wyciągają ją na zewnątrz. Mocno ją przytulił. Dopiero łzy strachu ocuciły ją nieco.

– Dzięki Bogu, jesteś cała i zdrowa. To była moja wina. Ta paskudna kobyła 

zrzuciła mnie i poniosła. Zaraz moi ludzie zajmą się autem. A my musimy jak 
najszybciej   jechać   do   domu   i   sprowadzić   doktora.   To   niedaleko.   Trzeba   się 
upewnić czy wszystko z tobą w porządku.

– Już mi lepiej – powiedziała słabo Donna. – Proszę mnie zostawić.
– Mowy nie ma! Jest pani w szoku. Donna nieoczekiwanie poczuła, że wcale 

nie chce, aby ją pozostawiono w spokoju. Mocno objęła nieznajomego za szyję. W 
czasie krótkiej jazdy samochodem siedziała wsparta o jego ramię Po przybyciu na 
miejsce ułożono ją wygodnie na kanapie.

– Gdzie ja jestem? – zapytała swego opiekuna.
– W Manor Farm – odpowiedział z uśmiechem. Nazywam się Richard Fielding.
– O Boże, powinnam się tego domyślić. Jestem Donna Martingale.
Dostrzegła lekki grymas na twarzy Richarda.
– Myślałem, że wciąż jest pani w Paryżu.
– W torebce mam pański list, który otrzymałam  od pana Brooksa  zaledwie 

tydzień   temu.   Właśnie   przebywam   u   ojca,   który   jest   archeologiem   i   teraz 
uczestniczy w pracach w Dolinie Królów.

– Rozumiem – głos Richarda brzmiał obco i nieprzyjaźnie.
Uśmiechnęła   się   niepewnie   i   chyba   po   raz   pierwszy   pożałowała,   że   nie 

pozostała   z   ojcem.   Ale   on   jednoznacznie   dał   do   zrozumienia,   że   jej   nie   chce. 
Odkąd pamięta, zawsze cenił niezależność. Uważał, że jego córka jak najwcześniej 
powinna zacząć podejmować samodzielne decyzje. W pewnym sensie była mu za 
to wdzięczna.

– Oto i herbata.
Duża tryskająca zdrowiem kobieta postawiła tacę na stole i usiadła naprzeciw 

Donny, bacznie się jej przyglądając.

–   Niezłego   bigosu   narobiła   ta   klaczka.   George   znalazł   Vanity   aż   gdzieś   w 

Melbury. Czy mam nalać herbaty?

– Nie, dziękuję Jen, poradzę sobie – odparł Richard, nie podnosząc się jednak z 

background image

miejsca.

– Proszę siedzieć. Niepotrzebnie pytam. Po dzisiejszym zajściu i pan na pewno 

jest roztrzęsiony. Nie mówiąc już o biednej małej – Jen postawiła przed Donną 
parującą filiżankę.

– A teraz przygotuję kąpiel – ciągnęła. – Jeszcze  przed przyjściem doktora 

zdąży się pani wygrzać i odprężyć. I dla pana Richarda także, inaczej będzie pan 
jutro cały połamany.

Wyszła   z   pokoju   pozostawiając   ich   dwoje   samym   sobie.   Richard   pierwszy 

przerwał kłopotliwe milczenie.

– Jen jest córką naszej starej niani. Nany była w Manor Farm odkąd pamiętam. 

Kiedy   umarła,   Jen   zajęła   jej   miejsce.   Przykro   mi,   że   moja   matka   jest   teraz 
nieobecna – dodał sucho.

Donna wyciągnęła drżącą dłoń w kierunku stołu, lecz w tej samej sekundzie 

podszedł do niej, podając filiżankę.

Jego   bliskość   podziałała   na   nią   paraliżująco.   Nie   chciała   ani   litości,   ani 

współczucia.  Pamiętała  nastrój jego listu, z którego wnioskowała:  ten człowiek 
mnie   nienawidzi.   Obecna   życzliwość   zaskoczyła   ją.   Opiekuńczość,   jaką   okazał 
nieznajomej   osobie,   kłóciła   się   z   wrogością   listu   adresowanego   do   konkretnej 
Donny Martingale.

– Wszystko w porządku – powiedziała odsuwając się.
Był   na   tyle   blisko,   że   zauważyła   zadrapanie   na   jego   policzku.   Niezgrabnie 

dotknęła chusteczką jego twarzy.

– Nie wolno tego lekceważyć – powiedziała z troską.
– To głupstwo – nakrył jej rękę swoją i w tym momencie poczuła napływającą 

falę   czułości.   Lecz   już   po   chwili   oczy   Richarda   ponownie   nabrały   nieufnego 
wyrazu. Raptownie wstał i podszedł do kominka.

– Czy mógłby pan skontaktować się w moim imieniu z Janem Warleyem? – 

spytała po chwili wahania.

– Czy oni pani oczekują? – odwrócił się do niej. – Clare nic mi nie wspominała 

o pani przybyciu. Kiedy się pani z nimi umawiała? – wypytywał ją.

– Wczoraj rozmawiałam z gospodynią i przekazałam jej informację.
– To był pewnie pomysł Brooksa. Nie jest zbyt delikatny, niestety.
– Nieprawda – zaczęła bronić starego prawnika. – Pan Brooks radził mi wracać 

do Paryża. Powiedział tylko, że Warleyowie będą robić trudności.

– A czego się pani spodziewała? – zawołał oburzony. – Chyba nie oczekiwała 

pani   fanfar   na   powitanie?   Pani   nie   raczy   sobie   zdawać   sprawy   z   tego,   co   im 

background image

zrobiła?

Zamknęła oczy. To pytanie zawisło jak wielka, czarna chmura. „Im zrobiła, im 

zrobiła" – brzmiało jej w uszach.

– Nic nie zrobiłam. Seaton mógł zmienić swój testament w każdej chwili. Mam 

takie   samo   prawo   do   Riversly   jak   Warleyowie   –   wybuchnęła,   w   głębi   serca 
wiedząc, że to nieprawda.

Kiedy   Seaton   powiedział   jej   o   zmianach   w   testamencie   na   jej   korzyść, 

zignorowała to i śmiejąc się spytała: „A co to za różnica". Jednak była i to duża. W 
ten   sposób   zarzucił   haczyk.   Wielkie   pragnienie   posiadania   własnego   domu 
sprawiło, że znosiła jego humory, aż do tamtego dnia.

Nagle   ocknęła   się   z   imieniem   Seatona   na   ustach.   Leżała   w   wielkim 

mahoniowym łożu w obcym pokoju. Nie umiała określić, czy jest wieczór, czy też 
wczesny świt. Czuła dokuczliwy głód. podniosła głowę i zobaczyła, że przypatruje 
się jej Jen.

– Nareszcie się przebudziłaś – powiedziała do niej z uśmiechem. – Spałaś jak 

mała dziewczynka, prawie siedem godzin bez przerwy. Masz ochotę na zupę?

– Tak, oczywiście. Jestem bardzo głodna. Która godzina?
– Zbliża się dziesiąta. Wnieśliśmy cię na górę z Richardem. Doktor przyszedł 

parę minut później, ale nie pozwolił cię budzić. Sen jest najlepszym lekarstwem. 
Moja mama zawsze powtarzała: „pozwólmy działać naturze".

„Jaka ulga" – pomyślała Donna – „aż do jutra rana mam spokój z Riversly i 

Warleyami".

–   Usiądź   –   Jan   ostrożnie   przysunęła   tackę   z   talerzykiem   pachnącej   zupy   i 

zaczęła się jej przyglądać.

Donnę poczuła się nieswojo. Zastanawiała się, dlaczego tak dziwnie patrzy.
– Byłaś tu przez cały czas, kiedy spałam? – zapytała, jakby z obawą, że Jen 

mogła odkryć jej najgłębsze sekrety. Ale nie usłyszała odpowiedzi.

– Przykro mi, że sprawiłam tyle kłopotu – powiedziała jeszcze.
Jen odłożyła robótkę i odezwała się:
– Kłopoty się dopiero zaczną. Moja matka miała szczególny dar...
– Jaki dar? – zainteresowała się Donna.
– Umiała przepowiadać przyszłość.
– A ty?
– Ja także widzę rzeczy, których widzieć nie powinnam. Zwykle jednak nie 

mówię o nich. Pan Seaton beształ mnie za to. „To są bzdury, Jen" – powtarzał 
często. Nazwał mnie kiedyś głupią babą, gdy powiedziałam mu o...

background image

Serce Donny zaczęło bić mocniej. Nie wytrzymała.
– O wypadku?... Że Seaton zginie, tak? Czy mogłaś go uratować?
Ale Jen zdawała się nie słyszeć gorączkowych pytań Donny.
– Biedny głuptasie – powiedziała po chwili – to straszna historia. To nie był 

wypadek. To nie był wypadek.

W pokoju rozległ się dźwięk opuszczonej na talerz łyżki. Donna zamknęła oczy 

w nadziei, że ciemność zatrze pamięć o niewiarygodnych słowach Jen.

– Oczywiście, że to był wypadek – odezwała się. – Pan Brooks pokazał mi 

szczegółowy raport w sprawie tego zajścia na moście.

–   Zgadza   się,   moja   droga.   Wszyscy   byliśmy   na   przesłuchaniu   –   przyznała 

potulnie   Jen,   wracając   do   robótki.   –   Pan   Richard   także   zeznawał.   Biedny   pan 
Seaton. Takie nieszczęście! Najpierw uderzył się w głowę, a potem wpadł do rzeki.

– Nie wierzysz w to co mówisz, prawda? Powiedziałaś przecież...
Jen spojrzała nieruchomo przed siebie i uśmiechnęła się. Jej twarz była łagodna 

i spokojna.

– Oczywiście, to był wypadek. Jak można myśleć inaczej?
Donna patrzyła na nią zdziwiona. Czyżby wypowiedziane przed chwilą słowa 

były wytworem jej wyobraźni? To prawda, że czytając list od pana Brooksa nabrała 
pewnych   wątpliwości,   ale   były   to   tylko   podejrzenia.   Kto   mógł   chcieć   śmierci 
Seatona? Wszak tylko ona wiedziała o poprawkach w testamencie. A może nie 
tylko ona? Kim są kuzyni Seatona? Skąd wzięła się wrogość Richarda Fieldinga?

Poczuła się znowu osłabiona.
– No, malutka – Jen siedziała przy niej głaszcząc złocistobrązowe włosy Donny 

– pora spać. Wszystko będzie dobrze. Z Jen jesteś bezpieczna.

„Ta   kobieta   ukrywa   coś   przede   mną.   Muszę   się   sama   dowiedzieć,   co 

rzeczywiście zdarzyło się Seatonowi. Muszę... ".

Usłyszała odgłos otwieranych drzwi i poznała głos Richarda:
– Co z nią, Jen? Czy już lepiej?
– Jutro będzie zdrowa jak rydz. Nie ma powodu do zdenerwowania, proszę 

pana.

Pochylił się nad Donną. Poczuła jego ciepły oddech na czole, ale nie chciała 

otwierać oczu.

– Oczywiście, że się denerwuję. Jeden wypadek w Riversly to i tak za dużo.
„Co on ma wspólnego z Riversly? I dlaczego mnie nienawidzi?" – pomyślała 

Donna zapadając w sen.

background image

Rozdział 2

– To nie  w  porządku. To po prostu nie jest w porządku. Seaton był naszym 

kuzynem. Ty jesteś zupełnie obca – głos Clare Warley brzmiał ostro.

Donna przez chwilę miała wrażenie, że ta kobieta ją uderzy. Znowu zaczęła 

żałować,   że   nie   posłuchała   pana   Brooksa   i   nie   wróciła   do   Paryża.   Nerwowo 
spojrzała na Jana, brata Clare. Mimo, że był jej rówieśnikiem, wyglądał wyjątkowo 
młodo, wręcz chłopięco, jak na swoje dwadzieścia pięć lat. Trudno było uwierzyć, 
że jest aż o siedem lat starszy od siostry.

Donna przyjechała do domu Warleyów w towarzystwie Richarda, który teraz 

stał obok i przysłuchiwał się rozmowie. Znajdowali się w bawialni umeblowanej z 
doskonałym smakiem. Od razu wyczuła dobry gust Seatona, docenianego wśród 
znawców antyków. Eleganckie meble w stylu Edwarda zdobiły pokój utrzymany w 
ciemnej tonacji.

– Riversly należy do Warleyów. Zbudował go dziadek Seatona, a my zawsze tu 

mieszkaliśmy   –   Clare   spojrzała   wymownie   na   Richarda   oczekując   wsparcia.   – 
Byłeś jednym ze świadków przy zmianie testamentu, nie możesz skłonić jej do 
wycofania się?

– Obawiam się, że nie, kochanie. Dokument obowiązuje i nikt nie jest w stanie 

go zmienić.

–   Ale   dlaczego   mamy   wszystko   jej   przekazać?   –   z   oczu   Clare   wyzierała 

rozpacz.

– On mnie  kochał – odezwała się Donna, a w jej oczach zalśniły łzy. – Z 

pewnością wiecie także o tym, że zamierzaliśmy się pobrać.

– Dziwne, że nic o tym nie wspominał. Nie wierzę ci. Czemu miałby trzymać to 

w sekrecie?

„Rzeczywiście,   dlaczego"   –   pomyślała   Donna   w   przypływie   gniewu   na 

Seatona.   „Czy   postanowił   nic   nie   wspominać   aż   do   szczęśliwego   finału   ich 
narzeczeństwa?   A   gdyby   teraz   żył,   czy   zmieniłby   swoją   decyzję   na   korzyść 
kuzynów?"

– Kwestionuje pan moje słowa? – zapytała ostro Jana.
– Jeśli próbujesz nas oszukać – Clare zwróciła ku niej twarz i zasyczała jak 

żmija – wkrótce będziesz musiała oddać dom.

Podbiegła do brata i oboje skierowali ku Donnie nienawistne spojrzenia. Nagle 

do dyskusji wtrącił się Richard:

background image

–   Seaton   sprawił,   że   rezygnacja   panny   Martingale   miałaby   poważne 

konsekwencje. Musi ona zamieszkać w Riversly, gdyż w przeciwnym razie dom 
zostanie sprzedany, a dochód przeznaczony na cele dobroczynne.

– A co będzie z nami?
– To zależy od..
– Od czego? – Donna czekała niecierpliwie dalszego ciągu, przyglądając się 

aroganckim twarzom Warleyów.

– Od pani uprzejmości – dokończył Richard.
– Co przez to rozumiesz? – niepewnym głosem spytała Clare.
Dona zacisnęła wargi. Richard obserwował ją z lekkim rozbawieniem.
– Tylko to, że jeśli panna Martingale się zdecyduje, możecie mieszkać razem. 

Lecz może ona ma inne plany... – zawiesił głos.

Nagle uzmysłowiła sobie, w jaką pułapkę wpędził ją Seaton. Zdawała sobie 

sprawę, jak jego warunek był trudny do spełnienia. Mogła porzucić Riversly, ale 
każda następna chwila spędzona w tym domu, czyniła tę decyzję trudniejszą. Jeśli 
wyjedzie, co stanie się z Clare i Janem, który teraz uważnie jej się przyglądał. Miał 
oczy Seatona – świeciły ze szczególną intensywnością. Wiedziała, że chciał, aby 
go zrozumiała i nie mogła tego zlekceważyć.

– Nie będę mieszkała z nią pod jednym dachem – nie wytrzymała Clare. – 

Ucieknę. Zabiję się!

– Nie wygłupiaj się  – Jan przyjął jej wybuch spokojnie. – Nie masz  w tej 

sprawie nic do powiedzenia.

– Odejdę. Znajdę sobie jakąś pracę.
– Co takiego? – zaśmiał się Richard.
Rozwścieczona Clare odwróciła się do nich plecami krzycząc:
– Zobaczycie jeszcze. Nikogo z was nie potrzebuję. Jesteście wstrętni – rzuciła 

się z płaczem na kanapę.

Donna rozumiała jej wściekłość. W niej samej narastała nienawiść do Seatona 

za to, że postawił ją w sytuacji, z której nie umiała wybrnąć.

– No  więc  jak –  dyplomatycznie   zagadnął  Jan.  – Mam rozumieć,   że  odtąd 

żyjemy w trójkę w Riversly.

– Myślę, że zamiarem Seatona było, abyście po jego ślubie zamieszkali tutaj 

wszyscy razem – odezwał się Richard.

Clare podniosła na niego zapłakane oczy.
– Czy wiedziałeś, że Seaton ma zamiar się ożenić?
– Tak.

background image

– Dlaczego powiedział tobie, a nie nam?
– Przypuszczam, że miał swoje powody.
– Byliśmy pewni, że do końca życia pozostanie kawalerem, po tym co... – Jan 

urwał raptownie, znacząco spoglądając na Richarda, ale ten zignorował go.

– Zresztą, nic dziwnego, że chciał się z panią ożenić – kontynuował Jan. – Jest 

pani wyjątkowo piękną kobietą.

Donna poczuła na sobie uporczywy wzrok Richarda Fieldinga. Nie pojmowała, 

dlaczego komplement Jana tak go zirytował.

– Muszę już iść – wstał szybko. – Panno Martingale – uścisnął jej rękę – może 

pani zostać w Manor Farm jak długo pani zechce.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, wtrącił Jan:
– Ona nigdzie nie pojedzie. Zostaje tutaj.
–   Jesteś   skończonym   idiotą,   Jan   –   histerycznie   krzyknęła   Clare.   –   Czy   nie 

rozumiesz, że jeśli ona natychmiast nie odejdzie, nigdy się jej nie pozbędziemy?

Jan chwycił siostrę za ramiona i brutalnie nią potrząsnął.
– Zamknij się mała wariatko.
– Puszczaj mnie. Zapomniałeś już o czym wiem...
Zamachnął się i mocno uderzył ją w twarz. Stanęła oniemiała i przestraszona, a 

potem podbiegła do Richarda.

–   Dlaczego   nie   zostawisz   jej   w   spokoju   –   powiedział   Richard   przytulając 

dziewczynę.

–   Ktoś   musi   nauczyć   ją   rozumu   –   odrzekł   stanowczo   Jan.   –   Za   bardzo   ją 

rozpieszczano od śmierci matki. Seaton zawsze zachowywał się w stosunku do niej 
zbyt pobłażliwie. Chyba zgodzi się pani ze mną? – zwrócił się do Donny.

Przyznała   mu   w   duchu   rację.   Sama   wielokrotnie   powtarzała   Seatonowi,   że 

powinien trzymać tę małą w ryzach. W tej chwili nie miała jednak zamiaru nikogo 
osądzać.

Jan   zaśmiał   się   i   odsunął   Clare   od   Richarda.   Pogładził   ręką   jej   włosy   i 

pocałował w zaczerwieniony policzek.

–   Przepraszam   kochanie,   ale   masz   wyjątkowy   dar   wyprowadzania   mnie   z 

równowagi. Teraz bądź grzeczna i idź poproś panią Lanten.

–   Mam   cię   gdzieś!   Idź   sam!   –   Clare   wybiegła   z   pokoju   głośno   trzaskając 

drzwiami.

Na twarzy Jana pojawił się grymas.
– Pewnego dnia dam jej lekcję, której nigdy nie zapomni.
Richard i Donna zostali sami.

background image

– Życie z Warleyami może okazać się dość uciążliwe – powiedział. – Dlaczego 

nie zdecyduje się pani wrócić ze mną na Manor Farm?

Pomyślała,   że   ma   jakiś   poważny   powód,   aby   namawiać   ją   do   wyjazdu. 

Wiedziała, że jeśli teraz z nim odejdzie, nigdy nie już będzie miała dość odwagi, 
aby wrócić. Zanim jednak zdążyła mu odpowiedzieć, w drzwiach stanął Jan z panią 
Lanten.   Gospodyni   wyrzucała   mu,   że   tak   szorstko   obszedł   się   z   Clare.   Młody 
Warley ignorując ją, powiedział:

– Panna Martingale zostaje z nami. Proszę pokaż jej pokój.
Donna   dzielnie   wytrzymała   spojrzenie   pani   Lanten.   Przesłała   jej   nawet 

nieśmiały uśmiech, nie odwzajemniła go jednak. Przed odejściem zwróciła się do 
Richarda:

– Dziękuję za pana życzliwość, panie Fielding.
– Cała przyjemność po mojej stronie.
Uśmiechnął się i zniżając nieco głos, spytał ponownie:
– Na pewno chce pani tu zostać?
Skinęła głową, mile zaskoczona jego zainteresowaniem.
Kiedy znalazły się na schodach, pani Lanten odezwała się pierwsza.
– Sądzę, że pan Seaton przeznaczył dla pani pokój francuski. Powiedział, że 

urządza go dla szczególnej osoby. – Cóż – kontynuowała, gdy weszły do środka – 
osobiście uważam,  że jest okropny. Ten różowy kolor i, jak na mój gust, zbyt 
fantazyjne meble! Ja lubię stare, angielskie sprzęty, zwyczajne i praktyczne.

Donna patrzyła oczarowana. Czuła się tak, jakby śniła sen utkany dla niej przez 

Seatona.   Weszła   do   pokoju   urządzonego   dla   kobiety,   którą   kochał   –   dla   niej! 
Odwróciła się do pani Lanten.

– Jest cudowny. Seaton nic o nim nie wspominał, Kiedy go urządził?
– Ostatnim razem, gdy tu przyjechał...
– Przed wypadkiem? – dokończyła Donna.
– Wypadek? – pani Lanten podeszła do Donny i wyszeptała: – Jego śmierć to 

nie był wypadek.

Donna zadrżała.
– Ale taka jest oficjalna wersja policji – próbowała zaprzeczyć. – Zeznanie pana 

Fieldinga...

– Zgadza się, ale pana sędziego nie było wtedy na moście, nieprawdaż? Pana 

Richarda   również.   Niech   pani   przez   chwilę   pomyśli.   Pan   Seaton   tysiące   razy 
przechodził przez most. On nie mógł się po prostu poślizgnąć i upaść, jak napisała 
policja.

background image

– Jeśli pani coś wie... Obowiązkiem pani jest...
– Ja nic nie wiem. Tak jest bezpieczniej – stwierdziła, podchodząc do drzwi. – 

Kolacja będzie gotowa o siódmej – dodała wychodząc z pokoju.

Donna   usiadła   na   łóżku.   Myśli   krążyły   chaotycznie.   Pani   Lanten   nie   miała 

pojęcia o podejrzeniach, które wzbudziła Jen, a więc czyżby jej własne, ukryte w 
podświadomości, miały jakieś konkretne źródło? Nie, to musiał być wypadek. To 
zbyt przerażające brać pod uwagę coś innego.

Zaczęła   przechadzać   się   po   pokoju.   Jakże   Seaton   musiał   ją   kochać,   skoro 

zbierał dla niej w tajemnicy delikatne, francuskie meble Louise Quinze, które tak 
podziwiała. Łzy wzruszenia spłynęły jej po policzkach. Gdyby mogła pokochać go 
tak, jak na to zasługiwał...

Podeszła do okna. Czarujący ogród rozciągał się od progu tarasu aż do rzeki – 

granicy   Manor   Farm.   Krajobraz   ten   był   jej   znany.   Ileż   to   razy   miała   okazję 
podziwiać go na obrazach Seatona. Domy z kamienia, wspaniałe ogrody, zieleń pól 
– wszystko znała z paryskiego atelier. Seaton obiecywał jej same jasne, szczęśliwe 
dni, kiedy zostanie panią na Riversly. A teraz, kiedy to nastąpiło, czuła się tak 
samotna, jak nigdy dotąd.

Odkąd   pamiętała,   zawsze   pragnęła   mieć   liczną,   kochającą   rodzinę.   W 

wyobraźni stworzyła dla siebie i dla Seatona ich wspólny dom w Riversly, gdzie 
nareszcie czułaby się potrzebna. Myślała z radością o gromadce dzieci, o tym, że w 
końcu uda jej się osiąść na stałe. Jednak Seaton nie do końca ją rozumiał. Często 
powtarzał „będziemy rodziną", ale miał na myśli prócz niej, także Jana i Clare. Już 
wtedy przygnębiał ją fakt, że stając się jego żoną będzie miała na głowie dwójkę 
młodych Warleyów.

„Nie   jestem   jeszcze   panią   na   Riversly"   –   pomyślała   rozpakowując   walizkę. 

„Muszę jak najszybciej dokładnie poznać dom, wchłonąć jego atmosferę, zobaczyć 
ogród i rzekę".

Nagle przypomniał jej się most. Poczuła ulgę, że nie było go widać z okna 

sypialni. Wspomnienia wciąż napawały ją lękiem.

Dla odprężenia postanowiła wziąć kąpiel. Wsypała do wanny ulubione sole, 

które czekały na nią przy lustrze. Seaton pomyślał o wszystkim...

Ubrała   się   starannie,   aby   zrobić   jak   najlepsze   wrażenie.   Seaton   zawsze 

podziwiał   proste,   czarne   suknie,   które   doskonale   podkreślały   biel   jej   skóry. 
Narzucając na ramiona szyfonową chustę, niechętnie opuściła pokój.

Kiedy   weszła   do   bawialni,   Richard   podniósł   się   natychmiast   z   fotela.   Nie 

potrafił ukryć zachwytu.

background image

– Wygląda pani oszałamiająco – powiedział i ukłonił się.
– Dziękuję. A gdzie pozostali?
Wzruszył ramionami.
– Nie mam pojęcia. Pani pozwoli, że zrobię pani drinka.
Donna wybrała Martini i usiadła na krześle, w miejscu, gdzie lekki cień spowił 

jej   twarz.   Nie   czuła   się   swobodnie   w   towarzystwie   Richarda,   ciągle   miała   w 
pamięci niechęć, jaką jej okazał, kiedy przedstawiła mu swoje nazwisko. Poza tym 
drażniło ją to, że tak dobrze wczuł się w rolę gospodarza.

– Przykro mi, że Clare była tak nieprzyjemną – powiedział. – Próbowałem ją 

przygotować na to spotkanie.

– Nie bardzo się to panu udało.
– Clare przechodzi teraz trudny okres.
–   Proszę   nie   opowiadać   głupstw.   Ona   najzwyczajniej   w   świecie   jest 

rozpieszczona. Seaton szalał na jej punkcie. Wystarczyło, że kiwnęła paluszkiem, a 
już był przy niej.

– Czy pani ma zamiar postępować inaczej?
Spojrzała na niego z rezerwą.
– Nie chcę mieć z Clare nic wspólnego.
– Jeśli zdecydowała się pani pozostać w Riversly, obawiam się, że będzie pani 

miała,   i   to   sporo.   Nie   sądzę,   żeby   w   pełni   zdawała   sobie   pani   sprawę   ze 
skomplikowanej treści testamentu. Zgodnie z jego wolą, Clare ma pozostać pod 
pani opieką aż do czasu, kiedy osiągnie pełnoletność, jeśli, rzecz jasna, wcześniej 
nie wyjdzie za mąż.

– Pan raczy żartować – Donna odstawiła kieliszek i wstała zdenerwowana.
– Niestety, nie. Jest pani za nią odpowiedzialna.
– To niemożliwe!
W  jej   brązowych   oczach   zapłonął   gniew.  Nagle   znienawidziła   Seatona.   Jak 

mógł   zrobić   jej   coś   podobnego,   jak   mógł   skazać   ją   na   życie   z   tą   paskudną 
dziewczyną? Gdyby Donna nie chciała zostać w Riversly, wszystko byłoby proste, 
ale im dłużej przebywała w tym pięknym miejscu, rosło w niej pragnienie, aby 
nazywać je domem. Usiadła zrezygnowana. Richard podszedł bliżej i położył dłoń 
na oparciu krzesła. Speszył ją tym gestem.

– Czy Jan i Clare wiedzą o tym? – spytała szybko.
– Jan zrozumiał to dokładnie, ale Clare...
– Pan Brooks powinien był mnie uprzedzić – żaliła się – nie przyjechałabym...
– Owszem, przyjechałaby pani. Nie sądzę, aby mogła pani porzucić Riversly 

background image

nawet z powodu tuzina rozkapryszonych dam.

–   Tak,   ma   pan   rację.   Jestem   teraz   właścicielką   Riversly   i   mam   zamiar   tu 

pozostać. Jeśli będziemy żyły pod jednym dachem, będzie musiała dostosować się 
do mnie.

– A jeśli nie zechce? – spojrzał na nią uważnie. – Seaton wierzył, że jest pani 

osobą dobrą i wyrozumiałą. Na pewno nie bez powodu tak myślał.

Nie   odpowiedziała,   ponuro   spoglądając   na   panią   Lanten,   która   stanęła   w 

drzwiach salonu:

– Kolacja gotowa od dziesięciu minut. Nie ma sensu dłużej czekać. Jan gdzieś 

wyszedł, a Clare dąsa się i lepiej zostawić ją w spokoju.

– Może zanieść jej coś do pokoju? – zasugerowała Donna.
– To nic nie da. Jeśli nie jest głodna i tak niczego nie tknie. Nie trzeba się 

martwić.

– My się naprawdę martwimy – twardo rzekł Ryszard.
– Pani Lanten podała zupę i wróciła do kuchni.
– Kto, przepraszam, martwi się o Clare? – chciała upewnić się Donna.
– Jan, ja i moja matka. Clare potrzebuje prawdziwej matczynej miłości.
– Powiedziałabym raczej, że miłości prawdziwego mężczyzny.
Richard uśmiechnął się.
–   Żaden   normalny   mężczyzna   nie   będzie   mógł   żyć   z   Clare   Warley.   Ona 

odziedziczyła dziką krew po swoim dziadku.

– Dziką krew? A Seaton... – Donna zawahała się.
– Seaton zmienił się kilka lat temu.  Wcześniej  był dokładnie taki sam.  Jak 

długo była jego sekretarką?

– Dwa lata.
Richard zamyślił się.
– Nie przypuszczałem, że zdecyduje się znowu tu osiedlić. Tyle wspomnień...
–   Jestem   przekonana,   że   pan   się   myli.   On   bardzo   pragnął   tu   mieszkać.   W 

Paryżu miał mnóstwo obrazków z pejzażem tutejszych okolic.

Richard otworzył butelkę wytrawnego wina i nalał je do kieliszków.
–   Warleyowie   i   Fieldingowie   od   bardzo   dawna   żyli   w   przyjaźni.   Nasi 

przodkowie wspólnie wybudowali ten most.

Donnę przebiegł dreszcz. Richard przyglądał się jej uważnie, mówiąc dalej:
– Most łączący...
– Droga, która łączy czy dzieli... ? – spytała i zamyśliła się. Koniec końców 

przybyła tutaj właśnie przez ten most. Usiłowała przypomnieć sobie, czy widziała 

background image

go na obrazach Seatona. Nie, nie było go na żadnym z nich. Czyżby przeczuwał?

– To była droga pojednania i nienawiści – odpowiedział Richard. – I pewnie 

taką pozostanie – dodał.

background image

Rozdział 3

Donna miała nadzieję, że jak najdłużej uda jej się uniknąć widoku mostu. Przez 

cały ranek próbowała uwolnić się od pani Lanten, która uparła się, by osobiście 
pokazać jej każdy zakamarek domu. Sam pomysł spodobał się Donnie, ale do tego, 
żeby   przez   okrągłe   dwie   godziny   uprzejmie   wsłuchiwać   się   w   czyjś   monolog, 
trzeba mieć anielską cierpliwość, a tej, niestety, nie posiadała.

Gospodyni nie była do niej przychylnie nastawiona. Śledziła każdy jej ruch od 

momentu, kiedy pojawiła się w Riversly. Pani Lanten opowiedziała się otwarcie po 
stronie Warleyów, zdolna poświęcić im wszystko.

– Pani Martingale, czy umie pani prowadzić gospodarstwo?
– Nie, ale szybko się uczę – odpowiedziała zaczepnie Donna.
Podstępny uśmiech wykrzywił i tak niezbyt ładną twarz pani Lanten.
–   To   nie   będzie   konieczne.   Widzi   pani,   podczas   długich   nieobecności   pan 

Seaton nigdy nie musiał martwić się o Riversly. Ja zajmowałam się wszystkim i 
myślę, że nie miał zastrzeżeń. Opiekowałam się także dziećmi od czasu śmierci ich 
matki, czyli przez ostatnie dziesięć lat.

Donna   nie   miała   ochoty   słuchać   tego   dłużej.   Zapewniła   tylko,   że   nie   ma 

zamiaru niczego zmienić w dotychczasowym, sprawdzonym sposobie zarządzania i 
szybko uciekła do ogrodu. Nadzieja na cichy spacer wśród zieleni rychło prysła. 
Nieprzyjemny głos elektrycznej kosiarki ucichł dopiero wtedy, kiedy podeszła do 
ogrodnika na odległość wyciągniętej reki.

– Dzień dobry pani.
Nie zważając na jego przesadny, sztuczny uśmiech, ^ nowa właścicielka głośno 

pochwaliła piękny i starannie utrzymany ogród.

–   Wykonuję   swoją   pracę   najlepiej   jak   umiem.   Pan   Seaton   nigdy   nie   miał 

powodów do narzekań, myślę, że nie należy mnie nadzorować.

„No cóż, skutecznie mnie przepłoszył" – pomyślała Donna. Podejrzewała, że 

wszyscy za wszelką cenę będą chcieli dać jej do zrozumienia, że jej przyjazd tutaj 
nie był konieczny. Przecież sami doskonale dawali sobie radę. W ponurym nastroju 
poszła   w   głąb   parku.   Spacerowała   wśród   drzew,   podziwiając   ich   piękno,   ale 
myślała o czymś innym. Rozważała swoją dziwną pozycję: ni to wdowy, ni to 
żony.   Ta   świadomość   nie   opuszczała   jej   od   momentu,   gdy   przekroczyła   próg 
Riversly. „Nie mogę tego tak zostawić" – pomyślała – „Clare ma rację. Jestem 
obca i taką pozostanę". Idąc dalej ścieżką, dotarła nad rzekę. Zobaczyła błyszczący 

background image

w słońcu most. Był solidny, zbudowany z wielkich kamieni – sprawiał wrażenie, 
jakby   stał   tu   od   wieków.   Długo   mu   się   przyglądała   i   dopiero   odgłos   kroków 
wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się gwałtownie.

–   Byłem   pewien,   że   cię   tu   znajdę   –   powiedział   Jan   wyciągając   rękę   na 

powitanie.

Usiedli na zboczu porośniętym wysoką trawą.
–   Lanten   biega   podenerwowana,   jest   pewna,   że   wkrótce   odsuniesz   ją   od 

obowiązków – zaśmiał się. – Masz taki zamiar?

– Nie mogę tutaj zostać – powiedziała cicho.
– Czy to rewanż za serdeczność, z jaką cię przywitaliśmy? Chyba zdajesz sobie 

sprawę z tego, że jeśli ty odejdziesz, wszyscy będziemy musieli uczynić to samo.

– Nie chcę tego.
– Jeżeli byś mogła legalnie przekazać nam Riversly, czy zrobiłabyś to?
–   Sama   nie   wiem   –   odpowiedziała.   –   Widzisz,   myślę,   że   Seaton   zmienił 

testament   nie   tylko   z   racji   naszych   zaręczyn.   Musiały   być   jeszcze   jakieś   inne 
powody.

Jan zapytał ostrożnie:
– Skąd takie przypuszczenie? Czy Seaton coś sugerował?
– Nie, oczywiście,  że nie – urwała. – Jan,  powiedz mi,  jego śmierć  to był 

wypadek, prawda?

– Co ty wygadujesz? – twarz Warleya przybrała groźny wyraz, chwycił ją za 

ramiona.

– Zostaw mnie. To boli.
Puścił ją i drżąc ze zdenerwowania mówił podniesionym głosem:
– Nie masz prawa snuć tych żałosnych insynuacji. Chcesz posłać mnie i Clare 

do diabła, ale to ci się nie uda. Jesteśmy dość odporni. Jeśli zdecydujesz się tu 
zostać, nie wchodź nam w drogę.

Ruszył wzdłuż rzeki, ale po chwili zatrzymał się i zawrócił.
–   Wybacz   mi,   ten   przeklęty   temperament   Warleyów   –   jestem   tylko 

nieodrodnym kuzynem Seatona.

Była zmieszana, ale przede wszystkim zła na tę jego nagłą zmianę nastrojów. 

Czyżby jakiś podstęp?

–   Nie   kłóćmy   się,   Donna   –   czy   mogę   do   ciebie   tak   mówić?   –   zapytał 

uśmiechając się promiennie.

Skinęła głową. On zaś ciągnął:
– Wygląda na to, że będziemy się teraz często widywać, więc lepiej zostańmy 

background image

przyjaciółmi.

– Przecież możesz się wyprowadzić – zauważyła sucho.
– Nie dałbym rady się utrzymać.
– Jak to, a dochód ze sklepu?
– Ja chcę dużych pieniędzy. A czy myślałaś już o sprzedaży sklepu?
Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Ależ to jeden z najlepszych sklepów z antykami w całym kraju. Ty chyba nie 

mówisz poważnie?

– Jak najbardziej. Stary Brooks poinformował mnie, że jeśli zdecydujesz się 

sprzedać   tę   graciarnię,   przypadnie   mi   niezła   sumka.   Poza   tym   nie   wyobrażam 
sobie,   jak   moglibyśmy   to   ciągnąć   bez   Seatona.   Za   kilka   miesięcy   grozi   nam 
kompletna klapa.

– Nie musi się tak stać – powiedziała.
– Czy chcesz przez to powiedzieć, że nie zrezygnujesz ze sklepu?
–   Tak   jest.   Seaton   nauczył   mnie   mnóstwa   rzeczy,   jeśli   idzie   o   branżę. 

Koniecznie trzeba sprawdzić księgi. Szaleństwem byłoby pozbyć się tego. W jaki 
sposób chciałbyś potem utrzymać Riversly?

– Seaton nie powiedział ci, jak bardzo interes podupadł? Jesteśmy na skraju 

bankructwa, tylko jeszcze ty o tym nie wiesz.

Czuła   jak   osłabia   się   jej   entuzjazm.   Jan   chyba   rzeczywiście   jest   dobrze 

zorientowany,   w   końcu   to   on   zarządzał   sklepem   podczas   dwuletniego   pobytu 
Seaton   w   Paryżu.   Teraz   przypomniała   sobie   dzień,   kiedy   Seaton   bardzo 
zdenerwowany wspomniał o fatalnych obrotach firmy. Był przygnębiony, bał się 
powrotu do Riversly. Serce biło jej mocno. Jan przestraszył ją nie na żarty. Teraz 
stał i przyglądał się jej v a uśmiech błąkający się w kącikach ust nie wróżył niczego 
dobrego.

– Cest la vie! – rzuciła pół żartem, pół serio, ale nie miała ochoty na dalszą 

rozmowę. – Może pokażesz mi stajnie?

Ruszyli w kierunku domu.
– Warleyowie zawsze mieli słabość do koni – odezwał się Jan i uśmiechając się 

przygładził   ręką   włosy.   –   Dziadek   Seatona   wybudował   Riversly   za   pieniądze 
wygrane w karty. Jego żona była wspaniałą, dzielną kobietą, wszystkim zarządzała, 
miała też głowę do interesów. To ona założyła sklep, który wkrótce stał się chlubą 
Melbury.

– Seaton nigdy mi o tym nie wspominał – powiedziała Donna.
– Hmm, jeśli nie on, to ja ci teraz to mówię. Ciotka prowadziła sklep, a kiedy 

background image

ona umarła, ojciec Seatona nie chciał tam pracować. Czy o tym ci powiedział?

– Nie. Wiem tylko, że ojciec został zamordowany w 1942.
– To prawda. Uciekł z domu, aby wstąpić do armii. Ciotka nigdy mu tego nie 

wybaczyła. Zabrał wszystkie oszczędności i przegrał je gdzieś.

– Seaton nie uprawiał hazardu?
– Oczywiście, że tak, aż do dnia, kiedy jego przyjaciel pokazał mu weksle, 

wówczas   się   opamiętał.   Wtedy,   gdyby   nie   Fieldingowie,   Riversly   zostałoby 
sprzedane – głos Jana zaczął drżeć, jakby to, co mówił, sprawiało mu ból.

„Zależy mu na Riversly" – pomyślała Donna – czując przypływ życzliwości i 

ciepła. Ale kiedy spojrzała na niego, stwierdziła, że uważnie ją obserwuje.

– Nie zdajesz sobie sprawy, jakie masz szczęście – powiedział z nieukrywaną 

zazdrością.

Puściła   tę   uwagę   mimo   uszu.   Zastanawiała   się   teraz,   jak,   i   dlaczego 

Fieldingowie pomogli Warleyom. „Muszę koniecznie wypytać pana Brooksa, może 
on coś wie" – rozmyślała.

– Za to teraz mamy problem z Fieldingami, którzy chyba roszczą sobie prawo 

do Riversly – rzucił Jan i kopnął z rozmachem leżący na ziemi kamień.

– Czy rzeczywiście tak jest? – nieśmiało spytała Donna.
–   Nie   wiem   na   pewno.   To   zagmatwana   historia.   Nigdy   nie   zdołałem   się 

dowiedzieć całej prawdy. Pociemniałe z przejęcia oczy Jana, sprawiły, że Donna 
nie chciała go wypytywać. Doszli do zabudowań stajennych.

– Z powodu złej passy w sklepie, Seaton kilka razy chciał sprzedać konie. Ale 

Clare ma bzika na ich punkcie i wymusiła na nim zmianę decyzji.

Stanęli w pustej stajni, gdzie panował przyjemny chłód.
– Richard i Clare pojechali na spacer, a reszta koni jest na wybiegu – wyjaśnił 

Jan.

Badawczo   się   jej   przyglądał.   Donna   poczuła   się   nieswojo.   Rozglądała   się 

nerwowo, to miejsce wywołało wspomnienia. W Paryżu Seaton uczył ją jeździć 
konno, zawsze był blisko ubezpieczając ją, lubiła czuć go przy sobie.

Jan zbliżył się.
– Proszę cię, nigdy nie sprzedawaj koni. To złamałoby serce Clare. Ona dla 

nich żyje – a po chwili dodał – no i dla Richarda.

Donna zdziwiła się.
– Dla Richarda – powtórzyła.
– Nie zauważyłaś? Jest w nim zakochana po uszy.
– Z wzajemnością? – wyrwało jej się niechcący.

background image

– Richard niczego nie daje za darmo. Zapamiętaj to sobie.
W oddali rozległy się odgłosy kopyt i rżenie koni. Wyszli na zewnątrz.
– Pokazywałem Donnie stajnie – poinformował nadjeżdżających Jan.
Clare dosiadała kasztanowej klaczy – wyglądała imponująco.
– Czy to ten sam koń... – zaczęła Donna.
Jan przytrzymał klacz za uzdę.
– Nie powinieneś był pozwolić Clare dosiadać Vanity. To zbyt ryzykowne – 

zwrócił się do Richarda.

– Nie wygłupiaj się, Jan – podsumowała go siostra. – Wiesz, Richard sprzedaje 

Vanity, a ja chciałabym ją mieć bardziej niż cokolwiek na świecie – powiedziała 
przymilając się.

 – Nie zapomnij proszę, że jesteśmy bez grosza – odparł Jan. – Musisz zapytać 

Donnę.

Clare   wahała   się   dłuższą   chwilę,   duma   walczyła   w   niej   z   pragnieniem 

posiadania klaczy.

– Muszę ją mieć! Musisz mi ją kupić! – rzuciła w stronę Donny.
– Muszę? – z udanym zdziwieniem powtórzyła Donna, jednocześnie obawiając 

się sytuacji, w której miałaby całą trójkę przeciw sobie.

Clare poczerwieniała ze złości. Wyglądała tak pięknie, że Donnie zaparło dech. 

Wiedziała już, dlaczego Seaton ulegał wszystkim jej zachciankom. Podczas tego 
pojedynku   na   spojrzenia   zdała   sobie   jasno   sprawę,   że   jeśli   spełni   jej   żądanie, 
dziewczyna nie da jej spokoju, jeśli zaś odmówi, powstanie między nimi bariera, 
której  nigdy   nie  uda   się   przełamać.   Długo  milczała   czując   na   sobie   spojrzenie 
mężczyzn: lekko rozbawione Richarda i zacięte Jana, który był wyraźnie przeciw 
pomysłowi Clare.

– Prowokujesz mnie – odpowiedziała wreszcie. – Każesz działać pochopnie, 

Clare. Jan przed chwilą mówił mi, jak słabo idą sprawy sklepu, a ja nawet nie 
miałam   czasu,   by   osobiście   na   ten   temat   porozmawiać   z   panem   Brooksem   – 
urwała.

Clare zacisnęła usta. Spojrzała zimno mówiąc:
– O Boże! Jakbym słyszała Seatona. Dokładnie ta sama reakcja!
– Przecież wiesz, że to nieprawda. Seaton zwykł ci ustępować.
– Musiałaś się bardzo wściekać, kiedy wydawał pieniądze na swoich biednych 

kuzynów. Przyznaj się, to ty namówiłaś go, aby nas wydziedziczył – Clare napadła 
na Donnę.

– Nie, a szkoda – odparła.

background image

– Wygląda na to, że trafiłaś na równego sobie przeciwnika – wtrącił Jan.
Clare obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.
– Nienawidzę cię, Janie Warley – krzyknęła. – Jesteś potworem! Nigdy ci nie 

przebaczę! Za dużo wiem...

Jan chwycił ją za włosy, aż jęknęła z bólu i szamocząc się z nią, poprowadził w 

stronę stajni. Donna przyglądała się im z lękiem i niedowierzaniem.

– Przytrzymaj konia!
Richard pobiegł za nimi.
– Zachowujecie się jak para chuliganów – powiedział rozdzielając rodzeństwo, 

które jednak nie zamierzało zaprzestać bójki.

– Clare! – krzyknął jej prosto w twarz.
Dziewczyna stanęła zdezorientowana. Z wargi Jana sączyła się krew, a oczy 

błyszczały dziko.

– Zapłacisz mi za to, siostrzyczko – powiedział, i ruszył w kierunku domu.
– Jan!
Clare wyrwała się Richardowi i pobiegła za bratem. Złapała go za ramię, ale ją 

odepchnął tak, że omal nie upadła. Nie zniechęciło jej to, bo znowu szła za nim, 
coś mu tłumacząc. Po chwili zniknęli za domem.

– Zaczekajcie! – Donna bała się, że bójka zacznie się na nowo.
– Nie martw się, lepiej zostawić ich w spokoju – przekonywał Richard. – Bez 

przerwy się kłócą. Oboje mają temperament Warleyów. Zapewniam cię, że to istna 
trucizna. Zresztą, pewnie sama wiesz doskonale.

Niestety miał rację. Tak, odczuła co to znaczy. Przywołała na pamięć tamtą 

kłótnię. Schyliła głowę i spojrzała na pierścionek. Diamenty lśniły w słońcu.

Richard wprowadzał konie do boksów.
– Ta dwójka zmarnuje ci życie, dokładnie tak, jak Seatonowi. Dlaczego po 

prostu nie spakujesz się i nie wyjedziesz?

– Chcesz powiedzieć: „Nie zostawisz Riversly?" Zawahał się.
 – Miałem na myśli twój powrót do Paryża. Oni i tak cię do tego zmuszą.
– Dlaczego tak ci zależy na moim zniknięciu? – jej głos łamał się, odwróciła 

głowę. – Dlaczego mnie nienawidzisz? – wyszeptała, pewna, że nie usłyszał.

Kiedy spojrzała na niego, stał w zamyśleniu, spoglądał na dom. Chciała uciec 

stamtąd jak najdalej, ale zatrzymał ją tym tajemniczym chłodem. Gdy poruszyła 
się, nareszcie przemówił:

– Nic dla mnie nie znaczysz.
– I ty nic dla mnie nie znaczysz. Jesteśmy kwita? A poza tym nie zamierzam 

background image

opuścić Riversly.

–   Nie   łudziłem   się,   że   skorzystasz   z   mojej   rady.   Seaton   wspominał   mi,   że 

chcesz koniecznie zamieszkać w tym chorym, przeklętym domu.

– Jak śmiesz? – próbowała opanować wściekłość.
– Seaton zdawał sobie sprawę, że jest za stary dla ciebie.
– Wolę starszych mężczyzn – odpowiedziała sucho, w tym samym momencie 

uświadomiwszy sobie, że Richard jest od niej starszy około ośmiu lat.

–   Po   co   o   tym   mówisz.   Dlaczego   koniecznie   chcesz   zniszczyć   moje 

wspomnienia?

– Nie, wcale nie – podszedł do niej i dotknął przepraszająco jej ramienia. – Ja 

tylko nie chcę, żebyś została skrzywdzona, a tak może się stać. Proszę, zaufaj mi. 
Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa.

Nie wierzyła mu, ale przykre napięcie ustąpiło.
– Zdaje mi się, że rozumiem to wielkie przywiązanie Warleyów do Riversly, ale 

z drugiej strony jest coś przerażającego w tym domu – powiedział Richard.

– Może  nikt nigdy prawdziwie go nie kochał. Zawsze  tylko go używano – 

stwierdziła Donna.

Nie rozumiała, dlaczego tak szybko polubiła to miejsce, ale była pewna, że 

będzie bronić swych praw do niego]

Stała w korytarzu, kiedy zadzwonił telefon. Upewniwszy się, że nikogo nie ma 

w pobliżu, podniosła słuchawkę.

– Powiedz Janowi, że chcę z nim mówić – usłyszała charakterystyczny męski 

głos, który wydał jej się znajomy.

– Nie ma go – odparła.
– Jesteś pewna?
– Oczywiście. Proszę zostawić swoje nazwisko, przekażę Janowi, żeby się z 

panem skontaktował.

–   Nie   sądzę,   żeby   to   było   najlepsze   wyjście.   Czy   mogę   mieć   pewność,   że 

przekażesz informację? Powiedz mu, że spotkamy się jutro rano w umówionym 
miejscu albo... – Donna rzuciła słuchawką.

Stała   nieruchoma.   Dwa   miesiące   temu   ciągle   ktoś   dzwonił   do   Seatona   – 

rozpoznała teraz ten głos. Na pewno nie wróżył nic dobrego.

– Kto dzwonił? – usłyszała za sobą Jana.
– Jakiś mężczyzna do ciebie. Myślałam, że wyszedłeś. Nie podał nazwiska, ale 

jutro rano macie się spotkać w umówionym miejscu.

Twarz Jana pobladła.

background image

– Jan!
Zbliżyła się chwytając go za rękę, ale wyrwał się i pobiegł na górę. Rozległo się 

trzaśniecie drzwiami.

background image

Rozdział 4

Zostawiła   sobie   dość   czasu,   żeby   punktualnie   zjawić   się   na   moście.   Tam 

umówiły   się   z   panią   Fielding   na   pierwsze   spotkanie.   Szła   wolno   ścieżką 
prowadzącą wśród bujnych rododendronów. Przez cały ranek padał deszcz, jednak 
zaraz po lunchu wyszło słońce i teraz powietrze było przyjemne i rześkie. Ziemia 
parowała, a na liściach drgały kropelki wody. Przystanęła na chwilę, gdy ujrzała 
most. Napełnił ją strachem. Kiedy podeszła bardzo blisko, zebrała całą odwagę i 
krok po kroku zbliżyła się do matki Richarda. Kobieta przytuliła ją do siebie.

– Wiem co czujesz, moja droga. Ze mną działo się to samo, kiedy przyszłam tu 

pierwszy   raz   po   tragicznej   śmierci   Seatona.   Byliśmy   bliskimi   przyjaciółmi   – 
uśmiechnęła się. – Teraz już wiem dlaczego się w tobie zakochał. Jesteś wyjątkowo 
piękna.

–   Bardzo   pani   dziękuję   –   odparła   Donna.   –   To   chyba   trochę   dziecinne   i 

niepoważne mieć takie lęki. Ale wie pani, nie mogę zrozumieć, jak mógł się tutaj 
zdarzyć wypadek – czuła, że cała drży.

–   Pomyślałabym,   że   nie   jesteś   człowiekiem,   gdybyś   tego   wszystkiego   nie 

przeżywała   przychodząc   tutaj   –   uśmiechnęła   się   przyjaźnie   kobieta.   –   Jestem 
Stephanie Fielding. Przykro mi, że byłam nieobecna w czasie twojej pierwszej, tak 
pechowej wizyty w naszym domu. Richard jest taki przekorny, jak mały chłopiec. 
Nie chciał uwierzyć, że Vanity ma awersję do mężczyzn. Ona ich po prostu nie 
znosi...

– Donna Martingale – uścisnęła wyciągniętą dłoń. – Pani żartuje z niego?...
– Skądże znowu – śmiała się spoglądając jednocześnie na dwa piękne spaniele, 

siedzące   cierpliwie   przy   jej   nogach.   –   Poznaj   Cleopatrę   i   Filomenę.   W   domu 
nazywamy je Cleo i Fifi. Daję pieskom romantyczne imiona – to dobrze wpływa na 
ich „ego".

Donna przykucnęła, aby pogłaskać dwie ulubienice, ale jej myśli krążyły wokół 

„zagadki mostu". Popatrzyła w dół.

– On nie mógł po prostu spaść – powiedziała poruszona. – Nie potrafię sobie 

tego wyobrazić. Nawet jeśli poślizgnął się i upadł, nie mógł tak od razu wpaść do 
wody, obudowa jest za wysoka. I gdzie uderzył głową?

Twarz pani Fielding była skupiona.
– Nie wierzysz w zeznania Richarda? – zapytała wprost.
Donna przechyliła się i spojrzała w wodę.

background image

–   Nie   wygląda   groźnie.   Tu   jest   dość   płytko   –   cofnęła   się.   –   Kto   go   tak 

nienawidził? – zapytała cicho.

–   Jesteś   przygnębiona,   kochanie.   Lepiej   chodźmy   do   domu.   Napijemy   się 

herbaty w ogrodzie... – pani Fielding objęła ją ramieniem.

„Gdzieś musi tkwić prawda. Możliwe, że matka Richarda jej nie zna, ale ktoś 

inny na pewno" – wracały obsesyjne myśli.

Szły,   prowadząc   się   pod   ręce;   psy   biegły   przodem.   Dochodziły   do   bramy 

posiadłości, kiedy pani Fielding przystając westchnęła:

– To mój ulubiony widok – przed nimi rozciągały się ogrody Manor Farm. – 

Nasza   posiadłość   była   niegdyś   własnością   dworu.   Dopiero   dziadek   Richarda 
wykupił część gruntów dla swojej rodziny. Moi przodkowie otrzymali spory kawał 
ziemi z rąk Karola II, w nagrodę za zasługi dla tronu. Na nieszczęście, dziadek 
został wmieszany w bardzo kosztowny proces sądowy i musiał sprzedać dom, aby 
pokryć koszty. Możesz sobie więc wyobrazić, jakim świętem był dzień, w którym 
poślubiłam   ojca   Richarda.   Mogliśmy   wykupić   posiadłość,   a   teraz   moje   dzieci 
odziedziczą ją. Richard radzi sobie z gospodarstwem całkiem nieźle, więc Manor 
Farm jest samowystarczalna – pani Fielding spojrzała zaniepokojona na Donnę. – 
Mam nadzieję, że nie zanudziłam cię tą opowieścią.

– Skądże – odparła uprzejmie dziewczyna.
Podeszły   właśnie   do   olbrzymiego   dębu.   Rozłożyste   konary   tworzyły   rodzaj 

baldachimu. W cieniu stał okrągły stoliczek nakryty do podwieczorku. Usiadły w 
wiklinowych fotelach.

– Wiesz moja  droga, Seaton uwielbiał tu wpadać na popołudniową herbatę. 

Nawet w chłodne dni wolał z salonu przejść tutaj.

– Szkoda, że nie znałam go z tej strony. Wiem natomiast, że uwielbiał komfort 

– wyznała Donna.

– Myślę, że w Paryżu wygoda była mu niezbędna. U nas na wsi mógł sobie 

pozwolić na bardziej naturalny styl życia. Swoją drogą, musiał przepadać za tym 
miastem.

– Trochę tak, ale bardzo tęsknił do Riversly – Donna zachmurzyła się. – Mam 

wrażenie, że były konkretne powody, dla których bał się wrócić.

Matka Richarda odpoczywała z zamkniętymi oczami.
„Pewnie ma mnie dosyć" – pomyślała Donna. Zastanawiała ją nadzwyczajna 

przyjaźń   dwóch   rodów:   Fieldingów   i   Warleyów.   Dużo   by   dała,   żeby   poznać 
prawdziwe przyczyny, dla których sąsiedzi tak się o nią troszczą. Oparła głowę o 
poręcz... Po raz pierwszy poddała się całkowicie urokowi tego miejsca. Przybyła z 

background image

krainy nieustannego hałasu, a teraz w ciszy popołudnia słyszała każdy  dźwięk: 
śpiew ptaka, nawołujące się w oddali głosy, szum wody. Ocknęła się, gdy Jen 
stawiała przed nimi czajnik świeżo zaparzonej herbaty.

– Mam nadzieję, że nie należy pani do kobiet, które przesadnie dbają o swoją 

figurę. Właśnie upiekłam całą blachę ciasteczek.

– Ależ skądże – zaśmiała się Donna. – Wspaniale pachną.
– Domyślam się, że nie zabawisz tu długo. Richard mówił mi, że zamierzasz 

wkrótce wrócić do Francji.

– Richard jest w błędzie. Mam zamiar osiąść w Riversly, choćby nawet nikomu 

z was nie było to na rękę – stanowczym głosem wyjaśniła Donna.

– Ależ ja naprawdę się cieszę, że podjęłaś taką decyzję. Najwyższy czas, żeby 

Riversly miało swoją panią.

–   Dziękuję   za   miłe   słowa.   Zrozumiałe,   że   ani   Jan,   ani   Clare   nie   są   tym 

zachwyceni, ale dlaczego Richardowi tak zależy, abym wyjechała?

–   Spośród   całej   rodziny,   tylko   z   nim   były   zawsze   jakieś   kłopoty   – 

odpowiedziała Stephanie Fielding.

Donna spojrzała pytająco.
– Mam jednego syna i dwie córki. Moja najstarsza jest mężatką i mieszka w 

Londynie. A Elaine... umilkła na chwilę. – Nie mogę uwierzyć, że Richard, mój 
najmłodszy,   ma   już   trzydzieści   trzy   lata.   Zdaje   mi   się,   że   tak   niedawno 
mieszkaliśmy wszyscy razem – dokończyła.

Słońce   schowało   się   za   chmury,   powiał   chłodny,   północny   wiatr.   Pogodny 

dzień dobiegał końca.

– Lepiej wejdźmy do domu.
Czas   spędzony   w   towarzystwie   pani   Fielding   oraz   świeże   powietrze 

rozproszyły chwilowo niepokój Donny. Teraz w pokoju gościnnym Manor Farm, 
czuła się bardziej swobodnie niż u siebie.

– Oczywiście zostaniesz na kolacji. Richard byłby bardzo zawiedziony, gdybyś 

odmówiła. Myślę, że Warleyowie też lada chwila zjawią się tutaj.

Rzeczywiście niebawem przybyła Clare. Najpierw usłyszały jak spiera się z 

Jen. Niewiele później zjawiła się w pokoju gościnnym i podbiegła do pani Fielding 
z powitalnym całusem.

– Jak się masz, Steph – objęła ramionami matkę Richarda. – Jen przesadza. 

Każe mi zdjąć buty i nałożyć grube skarpety.

W tejże chwili weszła Jen wymachując parą wełnianych skarpetek.
  –   Nic   podobnego.   Wiem   tylko,   że   od   mokrych   nóg   przychodzą   najgorsze 

background image

choroby.

– Co się stało Clare? – zapytała pani Fielding.
– Vanity próbowała mnie zrzucić, kiedy przejeżdżałam strumyk w Ninę Acres. 

Zdołałam się utrzymać, ale woda porządnie przemoczyła moje buty.

– Gorąca kąpiel i to natychmiast – zarządziła pani Fielding. – A potem lepiej 

będzie,   jak   przebierzesz   się   w   jedną   z   moich   sukienek.   Jesteś   nieznośną 
dziewczyną, Clare.

– Dziękuję, już pędzę na górę. A gdzie Richard?
– A propos, czy on wiedział, jakiego konia dziś dosiadasz?
– No, tak naprawdę to nie – odpowiedziała Clare słabym głosem.
W tej chwili spostrzegła Donnę i jej twarz gwałtownie stężała.
– Nie przypuszczałam, że cię tu spotkam – odezwała się.
– Clare, co to znaczy? – spytała pani Fielding – Donna jest moim gościem, tak 

samo jak ty, czy Jan.

– Ona nie należy...
– Kto nie należy? – Richard ukazał się w drzwiach.
Clare ruszyła ku niemu z promiennym uśmiechem.
Zarzuciła   mu   ręce   na   szyję.   Richard   jednak   delikatnie,   ale   stanowczo   ją 

odsunął.

– Skąd tyle błota na twojej twarzy i we włosach? Czy wsiadłaś na Vanity?
– Nie myślałam, że będziesz się złościł.
– Jeśli chcesz sobie koniecznie złamać kark, to trudno, twoja sprawa.
– Richard, bardzo się o mnie martwisz, prawda? – znowu chciała się do niego 

przytulić.

– Na miłość boską! Doprowadź się do porządku – mówiąc to odszedł nieco 

dalej.

Zaskoczona Clare wybiegła z pokoju. Richard zwrócił się ku Donnie.
– Witaj! Udało ci się przejść przez most?
Potwierdziła, spuściwszy głowę. Pani Fielding podniosła się z miejsca.
– Richardzie zadbaj o drinki, a ja idę do kuchni sprawdzić, co z kolacją.
Gdy wyszła, Richard stwierdził:
–   Clare   staje   się   niemożliwa.   Domyślam   się,   że   o   tobie   była   mowa,   gdy 

przyszedłem.

– Clare ma słuszność. Nie należę do klanu Warleyów i Fieldingów.
Richard opadł ciężko na krzesło.
– Jest na to rada. Jeśli nie możesz kogoś pokonać, przyłącz się do niego.

background image

Donna   poczuła   rumieńce   na   twarzy.   Dlaczego   on   zawsze   musiał   kpić? 

Przypuszczała, że specjalnie wprawił ją w zakłopotanie.

– Wygląda pani wspaniale, jak złoto-brązowy liść – szczery zachwyt brzmiał w 

jego głosie. – Czy Seaton namalował pani portret?

Przytaknęła.
– Mam nadzieję, że nie zostawiła go pani w Paryżu. Powinien zdobić Riversly.
– Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.
–   Zawsze   jeszcze   może   go   pani   sprezentować   ukochanemu   mężczyźnie   – 

powiedział prowokująco.

–   Może   pewnego   dnia   tak   się   stanie   –   brzmiała   odpowiedź.   Jego   słowa 

zawierały aluzję. Nie była do tego przyzwyczajona. Seaton miał zwyczaj mówić o 
wszystkim wprost. Może z wyjątkiem tematu: kuzynostwo.

– Jak pan myśli, dlaczego Seaton tak długo zwlekał z powrotem do Riversly? 

Mam wrażenie, że czegoś się obawiał...

Wahał się przez chwilę, po czym rzekł wolno:
– Uznał za słuszne nie pokazywać się, dopóki moja siostra Elaine mieszkała z 

nami.

– Jak to? – serce Donny zaczęło bić gwałtownie.
–   To   długa   historia   –   odpowiedział   tylko   i   w   skupieniu   zaczął   napełniać 

kieliszki.

Donna zrozumiała jedno: Elaine Fielding w szczególny sposób miała wpływ na 

przeszłość Seatona.

– Widziałem dziś rano w Swindon Jana, jak 'wsiadał do czyjegoś samochodu. 

Chyba mnie nie zauważył. Czy mówił, gdzie się wybiera?

Spodziewała się, że Richard zmieni temat.
– Pani Lanten poinformowała mnie tylko o jego wczesnym wyjściu. Oznajmił 

jej, że jedzie do Londynu kupić coś do sklepu, ale... – urwała.

– Ale co? – patrzył wyczekująco.
Czy można zaufać Richardowi? Z drugiej strony, czy mogła poradzić sobie z 

tym wszystkim sama, nie dzieląc się z nikim? Opowiedziała mu o wczorajszym 
tajemniczym i podejrzanym telefonie.

Richard podzielił jej obawy.
– Czy Clare wie?
– Nie mam pojęcia.
–   Podejrzewam,   że   Jan   ma   jakieś   kłopoty.   Clare,   nawet   jeśli   mogłaby   coś 

wyjaśnić, nie zrobi tego. Pomimo ciągłych kłótni, jest fantastycznie lojalna wobec 

background image

brata.

– Jestem pewna, że Seaton wrócił WTEDY ze względu na Jana. Martwił się o 

niego. Żałuję, że nic o tym nie powiedział.

– Albo nie, chociaż wydaje mi się, że chciał to zrobić tego samego ranka, kiedy 

zginął. Poprosił, abyśmy spotkali się na moście, tak, żeby nikt nie mógł słyszeć 
naszej rozmowy – Richard był bardzo poruszony.

– Czy ktoś jeszcze mógł o tym wiedzieć?
– Niewykluczone. Telefonował do mnie poprzedniego wieczoru.
– Coś strasznego dzieje się w Riversly. Myślę, że śmierć Seatona to...
Zakryła twarz, Richard natychmiast znalazł się przy niej. Objął ją ramieniem... 

Pragnęła przytulić się mocno do niego, ale bała się ciągle, czy nie okaże się jednak 
jej wrogiem.

– Wyjedź stąd, Donna – wyszeptał – musisz  wyjechać. Nie mamy  żadnego 

prawa mieszać cię w to wszystko. Seaton nie chciałby, abyś miała problemy.

–   Nie   mogę   tak   po   prostu   uciec.   Czy   nie   widzisz,   że   teraz   jestem 

odpowiedzialna za to, co się wydarzy. Śmierć Seatona zmieniła wszystko. Muszę 
zająć jego miejsce.

Czułość Richarda sprawiła, że mocniej przywarła do niego. Uwierzyła, że są po 

tej samej stronie.

Raptownie otworzyły się drzwi. Clare wyglądała nadzwyczaj pięknie, ale z jej 

oczu buchnęła wściekłość.

– Dlaczego patrzysz na nią w ten sposób? – zapytała zgorszona. – Czy nie 

rozumiesz,  że ona tylko czeka, aby zgarnąć Riversly? To nie jest w porządku. 
Nienawidzę jej. Cieszę się, że Seaton nie żyje. Nigdy nie będzie nosiła nazwiska 
Warleyów.

– Clare – pani Fielding krzyknęła, oburzona jej zachowaniem. – Jak śmiesz 

odzywać się w ten sposób w moim domu?

– Steph, czuję się taka nieszczęśliwa – Clare wtuliła się w nią.
Początkowo   pani   Fielding   stała   niewzruszona,   lecz   już   po   chwili   zaczęła 

uspokajać   dziewczynę.   Donna   odwróciła   głowę,   bo   nie   chciała,   by   ktokolwiek 
widział   jej   łzy.   Ileż   to   razy   pragnęła   pociechy   i   zrozumienia,   nie   zaznając   ich 
nigdy.   W   dniu,   w   którym   odeszła   matka,   nie   uroniła   ani   jednej   łzy.   Uparcie 
wierzyła w jej powrót. Być może to zbliżyło ją do Seatona. Jego opiekuńczość i 
dobroć   zastępowały   brak   matczynej   czułości...   Gdyby   jeszcze   mogła   w   pełni 
odwzajemnić jego uczucia...

Wstała   i   podeszła   do   okna.   Richard   dotknął   jej   ramienia.   Z   wdzięcznością 

background image

przyjęła ten gest.

–   Będziesz   musiała   przyzwyczaić   się   do   łez   Clare.   Nie   potrafi   nad   nimi 

panować, tak, jak nie umie opanować napadów złości.

Zbliżył się do Clare:
– Swoimi łzami terroryzowałaś Seatona, ale z nami ci się nie uda.
– Richard! Nie bądź okrutny.
– Okrutny? Ależ mamo! Zbyt dobrze znam sztuczki Clare. Złość i łzy są dla 

niej skutecznym środkiem do celu. I nie ma dla niej znaczenia to, że ktoś przez nią 
cierpi.

Clare zaczęła wycierać mokrą twarz.
– Jesteś wstrętny. A ja myślałam, że mnie kochasz.
– Nie mam zamiaru w nieskończoność znosić twoich humorów. Ani ja, ani 

Donna. Weź to pod uwagę, moja panno.

–   Ty   lepiej   uważaj   –   rzuciła   Clare   w   stronę   Donny,   a   odwracając   się   do 

Richarda dodała: – Jesteś tak samo podły jak ona. •

– Tego już za wiele! Nie zniosę dłużej waszych sporów i pretensji. Clare – 

wytrzyj łzy. Richard niech przygotuje drinki. A my wszyscy usiądźmy w spokoju – 
zarządziła pani Fielding.

Clare   przykucnęła   blisko   jej   kolan.   Richard   stał   nieruchomo,   wpatrzony   w 

ogień. W chwilę potem Jen oznajmiła, że kolacja jest już gotowa.

– Czy Jan przyjdzie? – pani Fielding wyczekująco spojrzała na Clare.
– Zadzwonię do domu – zdecydowała dziewczyna.
Wróciła z wiadomością, że brata jeszcze nie ma.
– W takim razie zaczynamy bez niego.

background image

Rozdział 5

– Donna.
Obudziła się natychmiast.
– Tak? Co się stało? Wrócił?
Clare stała w drzwiach sypialni.
– Donna. Boję się. To już cztery dni.
– Chodź tutaj – powiedziała Donna siadając na łóżku.
Clare podeszła, ubrana była w jasnoniebieski, szkolny kostiumik. Trzęsła się z 

zimna.

– Coś się stało z Janem – powiedziała ściszonym głosem. – Wiem na pewno. 

Powinnyśmy mu pomóc.

– Wskakuj szybko – Donna wskazała miejsce obok siebie. – Na pewno masz 

lodowate stopy.

Clare ociągała  się, ale już po chwili leżały  razem szczelnie  otulone kołdrą. 

Cierpienie w głosie dziewczyny wywołało dreszcz przerażenia u Donny. Każdego 
dnia widziała, jak strach o Jana narasta w sercu jego siostry.

– Musimy zawiadomić policję – odezwała się w końcu.
Clare gwałtownie zaprotestowała:
– Nie, nigdy by nam nie wybaczył. Donna, czy nie myślisz, że mogłybyśmy 

same go odszukać?

– Dobrze, ale gdzie zaczniemy? Clare, w końcu ty wiesz o wiele więcej niż ja.
–   Dlaczego   tak   myślisz?   Naprawdę   nie...   –   nie   była   jednak   zbyt 

przekonywująca.

– Czy Jan kiedykolwiek zniknął na tak długo? – spytała Donna.
– Raz. Seaton go znalazł.
– Gdzie?
– Nie jestem pewna, chyba w Holandii.
Donna pamiętała nagłą i tajemniczą podróż Seatona do Holandii, ponad rok 

temu. Wówczas uważała ją za ucieczkę dla poprawy nastroju.

– Nienawidzę tej bezsilności – Clare prawie płakała. – Donna, jak on mógł mi 

to zrobić?

– Nie wolno mówić w ten sposób. Musiał mieć ważne powody.
– Czuję się taka samotna – Clare ukryła twarz w poduszce.
Donna pogładziła jej kruczoczarne włosy.

background image

–   Oczywiście,   że   nie   jesteś   sama.   Masz   oddanych   przyjaciół,   Clare   długo 

szlochała, aż w końcu Donna posłała jej porozumiewawczego kuksańca.

– Rozchmurz się, Clare. Może właśnie dziś przyjdą jakieś wieści.
Jednak   poczta   przyniosła   tylko   list   od   pana   Brooksa,   z   zawiadomieniem   o 

terminie spotkania, które wyznaczył Donnie i Janowi. Donna była zmuszona iść na 
nie sama.

Sklep oczarował ją. Celowo przybyła wcześniej, żeby go obejrzeć.
W   czasie   minionego   tygodnia   zaniechała   decyzji   o   natychmiastowej, 

bezceremonialnej   interwencji   w   interesy   Jana.   Nie   zamierzała   się   wtrącać. 
Przyjechała tu, żeby zaspokoić ciekawość.

Stała rozglądając się dookoła. Na początku odniosła wrażenie nadmiaru: zbyt 

dużo mebli jak na jedno pomieszczenie. Seaton poświęcił temu zagadnieniu cały 
rozdział w swej ostatniej książce. Donna przepisując go na maszynie wiele razy, 
zapamiętała treść niemal w całości. Zwróciła również uwagę na niezbyt fortunne 
oświetlenie. Personel krzątał się, zajęty obsługą klientów.

Seaton   często   opowiadał   jej   o   Dalby'm   Lewinie,   szefie   działu   sprzedaży, 

chwaląc jego zaradność i lojalność. Z zadowoleniem myślał o tym, że Jan ma pod 
ręką człowieka godnego zaufania, a przede wszystkim, dobrego fachowca.

Ale czy Jan korzystał z rad Lewina – Donna miała poważne wątpliwości.
–   Dzień   dobry   pani   –   stał   przed   nią   mężczyzna   w   średnim   wieku,   lekko 

szpakowaty, w ciemnym garniturze.

„Służbista" – pomyślała – „przepisowy brak entuzjazmu".
– Czy pan Lewin?
Skinął głową.
– Donna Martingale.
Uśmiechnął się beznamiętnie.
– Oczekiwaliśmy pani. Może przejdźmy do biura.
Urządzenie pokoju znajdującego się w głębi sklepu, zachowało piętno gustu 

Seatona. Elegancja i prostota – dwa wyrazy cisnęły jej się na usta, gdy patrzyła na 
jasne, drewniane meble, oszkloną bibliotekę, masywne biurko i maszynę do pisania 
stojącą na mahoniowym stoliku. Widok z okna dopełniał atmosfery powagi. Było 
tam podwórko klasztorne, pośrodku którego znajdowała się omszała studnia, a nad 
nią – drzewko magnolii.

– Pan Brooks umówił się z panią na 11.30? – Dalby Lewin pytająco spojrzał na 

Donnę.

– Zgadza się. Celowo przyszłam wcześniej. Chciałabym z panem porozmawiać.

background image

Wciąż stał w drzwiach.
– Proszę usiąść, panie Lewin. Czy miał pan jakąś wiadomość od Jana?
– Nie, pani Martingale. Codziennie oczekuję telefonu od niego. Wyjechał do 

Midlands w poniedziałek, żeby obejrzeć dom z zamiarem ewentualnego kupna, ale 
nie dotarł tam.

– Skąd pan ma te wiadomości?
– Człowiek, z którym był umówiony w Londynie, skontaktował się ze mną, 

niepocieszony, że Jan się wycofał.

– Jak pan myśli, co się mogło stać? Czy podobna historia miała miejsce w 

przeszłości?

Lewin po krótkim namyśle odparł:
– Jan kiedyś zniknął nieoczekiwanie, gdy w pobliżu rozgrywały się zawody 

jeździeckie. Ale wtedy zatelefonował.

Donna   odnosiła   wrażenie,   że   sprawa   zniknięcia   Jana   nie   interesuje   pana 

Lewina. Nabrała co do tego pewności, kiedy nagle zapytał:

– Stała się pani nowym właścicielem sklepu. Czy zamierza pani wprowadzić 

jakieś zmiany? My – cały personel – niepokoimy się o nasze posady – wyczekująco 
przyglądał się Donnie.

– Zapewniam, że nie ma powodu do niepokoju.
– Jeśli chodzi o zakup eksponatów, polegaliśmy dotąd na panu Seatonie.
– Od dziś możecie polegać we wszystkim na mnie – powiedziała swobodnie.
Wstał mówiąc:
– Naturalnie będziemy w stosunku do pani całkowicie lojalni.
– Dziękuję. A teraz, czy mógłby pan poczęstować mnie filiżanką kawy?
Oddalił się z westchnieniem ulgi.
Donna podeszła do okna. Słońce rozjaśniło jej twarz. Kiedy Lewin wrócił z 

kawą, poprosiła o księgi rachunkowe i popijając, przeglądała je.

Pan   Brooks,   jak   zwykle   punktualny,   przybył   w   towarzystwie   młodego 

mężczyzny, który przedstawił się jako Mikę Sadler, wspólnik Seatona.

– Czy nie przygnębia pani widok tych wszystkich staroci? – spytał Sadler.
– Nie. Mój ojciec jest archeologiem. Od dzieciństwa żyłam wśród antyków.
Pan Brooks niespokojnie zerkał w stronę Donny.
– Jan się spóźnia – zauważył wreszcie.
– Nie będzie go dzisiaj.
– Dlaczego? Przecież specjalnie napisałem do niego list, który mam nadzieję, 

dotarł na czas.

background image

– Jan zniknął. Od poniedziałku nie pokazał się w domu.
Pan Brooks spojrzał ponuro.
– Czy zrobiła pani coś, aby go odszukać?
– Niestety nie. Obiecałam Clare, że nie zawiadomię policji.
– A więc ona wie – Sadler usiadł wbijając ręce w kieszenie.
– Co takiego? – zaniepokoiła się Donna. – O co panu chodzi?
– Łudziliśmy się, że Jan będzie w stanie wytłumaczyć pewne nieścisłości w 

rachunkach. Duże kwoty nie zostały w nich uwzględnione – pan Brooks urwał i 
wskazał ręką na plik papierów leżących na stole.

Donna patrzyła na nich zdezorientowana.
– Nie rozumiem. Czy oskarżacie Jana o...
–   Spokojnie,   pani   Martingale.   Nikogo   nie   oskarżamy.   Chcemy   wyjaśnień. 

Seaton martwił się, gdyż... – pan Brooks znowu zawiesił głos.

– Seaton? Czy Seaton wiedział? Kiedy to wyszło na jaw?
Mikę Sadler zaczął przechadzać się po pokoju.
– Upewniliśmy się po dokładnym sprawdzeniu rachunków, na kilka dni przed 

wypadkiem.   Pan   Warley   był   bardzo   przygnębiony.   Zamierzał   osobiście 
porozmawiać z Janem.

Donna poczuła dreszcz przerażenia. Oczami wyobraźni zobaczyła most i dwie 

postacie prowadzące zaciętą dyskusję, wodę przepływającą poniżej i... Zamknęła 
oczy w nadziei, że koszmar zniknie. Minęła dłuższa chwila, zanim dotarł do niej 
zaniepokojony głos pana Brooksa:

– Czy wszystko w porządku moja droga?
Całym wysiłkiem woli usiłowała się opanować.
– Proszę kontynuować – powiedziała słabo.
–   Problem   utrzymania   sklepu   staje   się   coraz   poważniejszy.   Pani   zapewne 

orientuje   się,   że   jeśli   zostanie   on   sprzedany,   wejdzie   w   życie   następny   punkt 
testamentu Seatona.

Przytaknęła.
– Oczywiście może  pani nie zastosować  się do mojej  rady, ale... Osobiście 

uważam, że powinna pani utrzymać ten biznes. Seaton miał bardzo dobrą opinię w 
tej branży.

– Tak, rozumiem. Muszę to przemyśleć. Dużo zależy od Jana – powiedziała 

Donna.

– Oczywiście. Ale trzeba stanowczo zaznaczyć, że Jan – takie było życzenie 

Seatona – nigdy już nie będzie mógł ponownie przejąć sklepu.

background image

– Ale co on pocznie? – zareagowała gwałtownie Donna. – Nie można odbierać 

mu wszystkiego. To nieludzkie.

– Jan jest nieuczciwym człowiekiem i namiętnym hazardzistą – powiedział pan 

Brooks, chowając dokumenty do teczki. – Jeśli zdecydowałaby się pani wnieść 
sprawę do sądu...

– Proszę przestać – odparła ze złością – jak mogłabym zaskarżyć Warleya?
Twarz pana Brooksa wyrażała dezaprobatę.
–   Przykro   mi   panie   Brooks,   nie   chciałam   pana   urazić,   ale   proszę   mnie 

zrozumieć.

– Tak – uśmiechnął  się. – A przy okazji, radzę postarać się odszukać tego 

młodego człowieka.

Ta   rozmowa   wyczerpała   Donnę.   Zegar   na   wieży   kościoła   wybił   właśnie 

dwunastą. Usłyszała dyskretne pukanie – wszedł pan Lewin.

– Pan Fielding jest tutaj. Pyta, czy go pani przyjmie.
W   pierwszej   chwili   chciała   odmówić,   bo   nie   miała   ochoty   na   rozmowę   z 

kimkolwiek. Jednak Richard wcale nie czekał na pozwolenie, wyminął Lewina i 
wszedł do gabinetu.

–   Telefonowałam   do   Riversly   –   powiedział.   –   Lanty   powiedziała,   że   pan 

Brooks   i   Sadler   mają   spotkać   się   z   tobą   w   sklepie.   Domyślam   się,   że   wyszli 
niedawno.

Skinęła głową.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś?
– A powinnam? Nie chcieli się widzieć z tobą, tylko ze mną i Janem.
– Gdzie się podziewa Jan? – Richard usiadł na krześle.
– Clare nic ci nie wspominała? Nie ma go od poniedziałku.
Spojrzał z niedowierzaniem.
– Chodźmy stąd. Clare powinna...
– To znaczy, że ci nie wspominała? Bała się że zawiadomisz policję.
Zmieszany Richard wykrztusił słabym głosem:
– Przecież zawsze mi ufała. Donna, co się tutaj dzieje? Jesteś bardzo blada. Czy 

to rozmowa z Brooksem tak cię przygnębiła?

Potwierdziła. Widziała, że Richard szczerze się tym przejął i chciała wyznać 

mu wszystko. Nie miała jednak prawa wtajemniczać go w kłopoty Jana, rozumiała, 
że przede wszystkim powinna najpierw porozmawiać o wszystkim z Clare.

– To jest ponad moje siły. Nie przypuszczałam, że będę zmuszona podejmować 

decyzje odnośnie do sklepu – powiedziała wstając.

background image

– Wyglądasz, jakbyś potrzebowała drinka. Napijmy się razem – zaproponował. 

– Tu obok jest mały bar.

Nie miała siły mu odmówić.
– Clare musi być bardzo zmartwiona – rzekł, stawiając na stoliku dwa drinki. – 

Jan to łajdak. Nikt nie jest w stanie utrzymać go z dala od wyścigów. Bóg jeden 
wie, skąd on bierze na to wszystko pieniądze. Nie znoszę, kiedy Clare jest smutna – 
dodał.

Donna poczuła zazdrość o troskę, z jaką Richard mówił o Clare. Sądziła dotąd, 

że uczucie dziewczyny nie jest odwzajemnione, ale może nie miała racji.

– Co zamierzasz zrobić w sprawie sklepu?
– Pan Brooks uważa, że powinnam tu zostać. Tego oczekiwałby Seaton.
– Znasz się na handlu antykami?
Poczuła się trochę urażona jego pytaniem.
– Wystarczająco – ucięła krótko. – A poza tym muszę pomyśleć o personelu. Są 

pełni obaw o swoje posady.

–   Lewin   demonizuje.   Nie   mam   pojęcia,   dlaczego   Seaton   go   trzymał.   Jest 

mnóstwo innych zawodów na „a"... – ironizował Richard.

Przerwała mu:
– Łatwo ci mówić. Ty jesteś bogatym właścicielem ziemskim. Wiem, co czuje 

człowiek, który traci pracę.

Uśmiechnął się.
–   Masz   rację,   Donna.   Jestem   bezmyślnym   bałwanem.   Warleyowie   będą 

błogosławić dzień, w którym odziedziczyłaś Riversly.

Po   powrocie   do   sklepu   przestudiowała   listę   zakupionych   ostatnio   mebli   i 

nareszcie   przekonała   się,   jakim   ogromnym   kapitałem   dysponuje.   Zrozumiała 
jednocześnie, że dwa lata z Seatonem pomogły jej, między innymi, zorientować się 
w   sprawach   obrotu   gotówką.   Skończyła   wprawdzie   szkołę   handlową   przed 
podjęciem pierwszej posady, ale to, czym musiała się zająć, było o wiele bardziej 
skomplikowane i podniecające.

Wracała   do   domu   dopiero   późnym   popołudniem.   Opuściła   szyby   w 

samochodzie i woń świeżo skoszonej trawy wraz z nagrzanym powietrzem wdarła 
się do środka. Prawie tydzień minął od czasu, gdy po raz pierwszy jechała tą drogą, 
z   niepokojem   w   sercu.   Teraz   wydawało   się   jej,   że   życie   gdzie   indziej   jest 
niemożliwe. Pomyślała o Richardzie. Dlaczego tak ją irytował?

Dojeżdżając do domu zauważyła jakąś postać machającą do niej od progu. Gdy 

się zatrzymała, Richard nie pozwolił jej wysiąść, tylko szybko zajął miejsce obok.

background image

– Clare miała wypadek – powiedział. – Cholerna Vanity!
– Czy to coś poważnego?
– Nie wiem. Zabrano ją do szpitala w Bath. Lanty tam pojechała. Kiedy tam 

zadzwoniłem, powiedziała mi, że Clare koniecznie chce się z tobą widzieć. O mnie 
nie pytała.

– Dlaczego miałaby? – odparła Donna. – Jest pewna twojej miłości.
Nie odpowiedział.
– Chce ze mną porozmawiać ze względu na Jana – dodała.
–   Donna,   nie   tylko   Warleyowie   cię   potrzebują   –   dał   znak,   aby   ruszyła.   – 

Jedźmy, Clare czeka.

background image

Rozdział 6

Kiedy Donna i Richard przybyli do szpitala, Clare odpoczywała po zabiegu. 

Złamane ramię zostało porządnie opatrzone, lekarz zalecił jednak pozostanie przez 
parę dni na obserwacji.

Dziewczyna leżała z zamkniętymi oczami. Bladość policzków nadawała twarzy 

dziecinny,   bezbronny   wyraz.   Donna   chciała   przytulić   ją   mocno   do   siebie, 
zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Nieświadomie dotknęła ramienia Richarda. 
Wziął jej dłoń i zamknął w swojej.

Minęła zaledwie chwila, kiedy Clare przebudziła się i dała znak, aby podeszli 

bliżej.

–   Donna,   proszę   cię,   znajdź   Jana.   Potrzebuję   go   –   Donna   stanęła   przy   jej 

wezgłowiu. – On ma kłopoty, pomóż mu – głos Clare stawał się coraz słabszy, aż 
w końcu znowu zapadła w drzemkę.

Do pokoju weszła pielęgniarka.
– Nie ma sensu tak stać. Teraz będzie spała godzinami.
Ponad   połowę   drogi   powrotnej   przejechali   w   milczeniu.   Wreszcie   Richard 

odezwał się:

– Clare bardzo martwi się o tego swojego cholernego brata. Nie może przecież 

w nieskończoność go ochraniać. Czy domyślasz się, co ona przed nami ukrywa?

Donna wcisnęła się głębiej w fotel.
– Dopóki ty się nie zjawiłeś – ciągnął rozgoryczony – ufała mi. Teraz obie 

traktujecie mnie jak wroga.

– Przestań, Richardzie – powiedziała znużona.
Nie odezwał się już. Spojrzała na jego smutną twarz.
Znowu pożałowała, że nie wróciła do Paryża, uwolniłaby się od problemów 

kuzynostwa.   Wydawało   się,   że   ci   ludzie   nieustannie   popadają   w   kłopoty,   przy 
okazji angażując w nie całe najbliższe otoczenie. Zrozumiała, że Seaton przekazał 
jej cały majątek, ale przy okazji ściągnął na jej barki odpowiedzialność za swych 
kuzynów. Może wierzył, że Donnie rzeczywiście uda się uchronić tę dwójkę przed 
niebezpieczeństwem. Ale wszystko stało się tak nagle, nie czuła się przygotowana 
do podjęcia takiej odpowiedzialności.

Westchnęła  głęboko, oparła czoło o zimną  szybę samochodu.  Bliska  płaczu 

wyszeptała:

– Gdyby nie ja, kto opiekowałby się nimi?

background image

– Fieldingowie – odpowiedział Richard.
–   A   więc   gdybym   teraz   wyjechała   stąd,   nic   by   się   nie   stało.   Fieldingowie 

odnaleźliby Jana, poprowadzili sklep, zadbali o Clare.

– Niekoniecznie to miałem na myśli.
– A może zdawało ci się, że potrafisz w wielkopańskim stylu mieć na wszystko 

oko: uznając uczucie Clare za coś oczywistego, okazując brak zrozumienia  dla 
nałogów Jana, które właściwie w naszych czasach można by nazwać chorobą. Nie 
zmartwiłbyś  się   specjalnie,   gdyby   Lewin   i   cała   reszta   personelu   straciła   pracę, 
gdybym   zamknęła   sklep   –   jedną   z   najważniejszych   spraw   w   życiu   Seatona. 
Prawda?

– Donna... – Richard zjechał na pobocze, wyłączył silnik, słychać było tylko 

deszcz uderzający o dach auta.

– Czy rzeczywiście myślisz, że jestem aż tak nieczuły? Kiedy zabrakło Seatona, 

starałem się zająć jego miejsce...

– Nie, Richardzie, ty nie jesteś nieczuły. Doskonale rozumiem, że nie masz 

cierpliwości dla tych dwojga. Seaton podziwiał cię, ufał tobie, dlaczego nie oddał 
ich   pod   twoją   opiekę?   –   –   Były   pewne   powody   –   zaczął   Richard.   –   Jan   nie 
przyjąłby   ode   mnie   żadnych   uwag   czy   upomnień.   Masz   rację   mówiąc,   że   nie 
potrafię ich zrozumieć. A ty?

– Może trochę.
– Ale zostaniesz? – zapytał uśmiechając się przy tym niepewnie.
Skinęła głową. Dotknął lekko jej ramienia.
– Cieszę  się... naprawdę – powiedział włączając  silnik. – Myślę, że Seaton 

wiedział co robi, przekazując Riversly w twoje ręce.

„Może zrozumie wreszcie, że ma we mnie przyjaciela" – pomyślała. Czekała z 

niecierpliwością chwili, kiedy wejdzie do domu, zrzuci płaszcz i wygodnie usiądzie 
w fotelu.

Kiedy zatrzymali się na podwórku, pani Lanten już biegła w ich kierunku.
– Co z nią? Jak się czuje? Nie pozwolili mi jej zobaczyć – lamentowała.
–   Wszystko   będzie   dobrze.   Za   kilka   dni   Clare   wróci   do   domu   –   wyjaśniła 

Donna.

Dopiero w oświetlonym korytarzu zwróciła uwagę na zaczerwienione od płaczu 

oczy gospodyni. Podeszła do niej i objęła ją. Przez krótką chwilę poczuła w tej 
kobiecie sprzymierzeńca.

– Nakryłam do kolacji. Czy pan Richard zostanie?
Wahając się spojrzała na Donnę.

background image

– Proszę – powiedziała.
Przeszła do swego pokoju. Spojrzała w lustro. Czuła ciężar wydarzeń, ale tego 

dnia twarz pozostała niezmieniona, jedynie w oczach odbijało się znużenie. Umyła 
ręce, poprawiła makijaż i zeszła na dół...

Richard zawołał do niej z salonu:
– Przygotowałem coś mocniejszego do picia.
– Dobry pomysł, po takim dniu!
– Biedna mała Donna.
Poczuła dreszcze. Odstawiając szklankę powiedziała:
– Nie taka znów biedna. Powiedz raczej bogata Donna.
W jego niebieskich oczach pojawił się błysk przekory.
– Nie da się ukryć. Fortuna Seatona w takich pięknych rękach – podszedł bliżej 

i ucałował jej dłonie.

– Przestań – próbowała je wyrwać.
– Niby dlaczego? Doprowadzasz mnie do szaleństwa, każąc czekać na siebie 

tak długo – puścił jej ręce, by niespodziewanie chwycić ją w ramiona.

Podniosła   głowę.   Oczy   Richarda   pociemniały   z   pożądania.   Czuła   pełne 

słodyczy   pocałunki   na   szyi   i   policzkach,   aż   wreszcie   ich   usta   spotkały   się. 
Zarzuciła   mu   ręce   na   szyję.   Ten   moment   słabości   sprawił,   że   zapomniała   o 
wszystkim, pozwoliła się unieść rozkoszy w jego ramionach.

Kiedy jednak wyszeptał jej imię, przypomniała sobie Clare. Wyrwała się, cała 

drżąc, nie mogąc wymówić słowa. Myśli biegały chaotycznie: Clare kochała tego 
mężczyznę, a on...

Richard też wydawał się oszołomiony. Odsunął się.
– Donna, wybacz mi. Nie miałem prawa...
Zdawała sobie sprawę, że dała się ponieść emocjom.
Nie   traktował   jej   poważnie.   Nawet   jego   przywiązanie   do   Clare   nie 

powstrzymało go... Zła na siebie, szybkim krokiem przeszła do jadalni.

Skwapliwie podążył za nią. Usiedli przy stole. Podała mu kurczaka i sałatkę.
– Nalej proszę wina – powiedziała.
Richard pewną ręką napełnił kieliszki.
– Nareszcie pani na Riversly.
– Jakieś obiekcje?
– Skądże znowu.
Nagle straciła apetyt. Odłożyła sztućce i podniosła do ust kieliszek, przez cały 

czas czując na sobie spojrzenie Richarda.

background image

– Nie jesteś głodna?
Atmosfera   wspólnego   posiłku   sprawiła,   że   Donna   poczuła   się   nieco 

swobodniej.   Przyszłość   nie   miała   znaczenia,   liczyła   się   tylko   chwila   bieżąca. 
Richard uśmiechnął się do niej łagodnie. Dobrze się tutaj czuł; jadł z nią kolację, 
pił wino i – co do tego nie miała wątpliwości – pragnął jej.

Pani Lanten podała kawę w salonie. Richard wypił ją duszkiem stojąc, po czym 

przeprosił, mówiąc że musi już iść.

– Jutro rano wcześnie zaczynam.
Odprowadziła   go   do   drzwi   i   jeszcze   długo   patrzyła   za   nim,   aż   zniknie   w 

ciemności.

Pod koniec drugiego tygodnia pobytu Clare w szpitalu nastąpiła lekka poprawa 

jej   stanu   zdrowia.   Podczas   drugiej   wizyty   Donny,   lekarz   poprosił   ją   o   chwilę 
rozmowy.

–   Tę   dziewczynę   coś  gnębi   –   powiedział   z   troską.   –   Dlaczego   brat   jej   nie 

odwiedza?

Donna,   przyparta   do   muru,   odpowiedziała,   że   Jan   wyjechał.   Doktor   był 

oburzony.

–   Nie   może   się   pani   z   nim   skontaktować?   Pacjentka   jest   w   złym   stanie 

psychicznym i bardzo cierpi. Może on odmówił przybycia tutaj?

– Ależ nie – zaprzeczyła pośpiesznie.
– No cóż, dopóki nic się nie da z tym zrobić, pani podopieczna ma znikome 

szanse na wyzdrowienie.

Donna zamarła.
– Czy złamanie jest aż tak poważne?
Lekarz spojrzał na nią surowo.
– Nie chodzi o jej kości, ale o nią samą. Musi pani odszukać jej brata. To 

konieczne.

Nie   chciała   wracać   do   pustego   domu,   przygnębiona   tym,   co   usłyszała, 

pojechała więc do Manor Farm.

Jen wprowadziła ją do bawialni. Richard był sam Podniósł się natychmiast, aby 

ją powitać, rozrzucając przy okazji sterty gazet wokół siebie. Ukrywała poruszenie, 
dopóki Jen nie opuściła pokoju.

– Martwię się o Clare. Lekarz stwierdził...
– Wiem – przerwał jej – mnie również powiedział.
– Musisz  coś na to poradzić. Nie mogę  cię prosić o odnalezienie Jana,  ale 

przynajmniej otocz opieką Clare. Dlaczego ona tak się boi, Richardzie?

background image

– Nie wiem – odparł w zamyśleniu.
– Ona zrobi dla ciebie wszystko. Jestem przekonana, że potrafisz ją uspokoić. 

Proszę, porozmawiaj z nią.

– Skąd wiesz, czy już tego nie zrobiłem. To nic nie pomogło. Wyglądało tak, 

jakby Clare mnie w ogóle nie słyszała. Ona myśli, że Jan nie żyje – dodał cicho.

– Już dawno powinniśmy pójść na policję.
– Nie możemy. Przyrzekliśmy Clare.
– Zatrudnimy detektywa – z desperacją stwierdziła Donna.
– Oczywiście, że możemy. Tylko ciekawe, jak on się do tej sprawy zabierze. 

Musi   przecież   oprzeć   się   na   jakichś   faktach,   a   Clare   odmawia   udzielania 
informacji.

– Ty widziałeś Jana wsiadającego do samochodu? Nie pamiętasz numeru? Nic, 

zupełnie?

– Nie – odparł Richard – posłuchaj mojej rady: pozostaw sprawy  swojemu 

biegowi. On pewnego dnia sam wróci.

– I nie obchodzi cię to, co się w tym czasie stanie z Clare?
Podskoczył do niej i mocno chwycił ją za ramiona.
–   Oczywiście,   że   obchodzi   i   to   bardziej   niż   możesz   sobie   wyobrazić.   Ale 

tłumaczę ci, że nic nie możemy zrobić!

Odwróciła się od niego.
– Nie wierzę ci – szybkim krokiem opuściła pokój.
Pobiegł za nią aż do samochodu.
– Na miłość boską! – krzyknął. – Nie rób nic, czego później będziesz żałować.
Rzeczywiście,   Donna   nic   nie   mogła   zrobić.   Przez   kolejne   dni   nosiła   się   z 

zamiarem   wynajęcia   prywatnego   detektywa,   ale   w   końcu   zrezygnowała. 
Zadzwoniła natomiast do pana Brooksa, prosząc o radę. Podczas rozmowy odniosła 
wrażenie, że Brooks rozmawiał już wcześniej z Richardem.

Pan Brooks radził czekać.
– Musimy stawić czoła faktom, pani Martingale. A fakty są takie, że Jan w 

ciągu ostatniego roku przywłaszczył sobie dużą ilość pieniędzy. Obawiam się, że ta 
kradzież   nie   jest   jedynym   powodem,   dla   którego   się   ukrył.   Jan   zdaje   sobie 
doskonale sprawę, że pani go nie zaskarży, nie chcąc szargać nazwiska Seatona.

– Mógł zostać porwany albo zamordowany – rzuciła nerwowo Donna.
–   Porwanie   należy   wykluczyć,   gdyż   nie   otrzymaliśmy   żądania   okupu.   Nie 

powinna pani nazbyt wysilać wyobraźni. Jeśli chce pani usłyszeć, co ja o tym 
myślę, to uważam, że należy spróbować przekonać Clare, iż jej brat wyjechał za 

background image

granicę.

Ale   Donna   nie   chciała   nakłaniać   Clare   do   wiary   w   cokolwiek.   Rzadko   ją 

odwiedzała, wiedząc, że Richard z matką jeżdżą do szpitala prawie codziennie. 
Również   pani   Lanten   każdego   ranka   przyjeżdżała   autobusem   do   swojej 
wychowanicy.

Dobrze się złożyło, że w trzecim tygodniu pobytu w Riversly, panna Martingale 

miała aż nadto pracy w sklepie. Pierwsza zmiana, którą przeprowadziła, dotyczyła 
oświetlenia. Posłuchała rady Dalby Lewina i zaangażowała najlepszego w mieście 
elektryka.

–   Proszę   spojrzeć   –   tłumaczyła   mu   –   pokój   z   eksponatami   jest   jak   scena, 

odpowiednie oświetlenie to połowa sukcesu. Nie czytał pan książki pana Seatona?

– Tak, ale...
– Ale – przerwała mu – uważa pan, że to stek bzdur, prawda?
W   niedługim   czasie   obroty   sklepu   wyraźnie   wzrosły   i   Donna   mogła   sobie 

pogratulować pomysłu, a przede wszystkim odwagi. Poczuła się pewniej i plany na 
przyszłość zaczęły nabierać realnych kształtów.

Nie myślała więcej o ciążącej na niej odpowiedzialności za młodego Warleya – 

pamiętała słowa Brooksa: „Jan nie ma prawa do sklepu".

Z Richardem Fieldingiem nie widziała się od czasu kłótni o Clare. Nie chciała 

pierwsza nawiązywać kontaktu, ale każdy dzień wzmagał pragnienie zobaczenia go 
znowu...

Wieczory   spędzała   spacerując   po   ogrodzie,   ale   nigdy   nie   przekroczyła 

ponownie mostu.

W piątek, późnym popołudniem, Richard przyjechał do sklepu. Nie czekał, aż 

Lewin go zapowie, od razu wszedł do biura.

– Wspaniałe wiadomości – powiedział w progu – rozmawiałem z Janem.
Wpatrywała się w niego zdumiona tym, co usłyszała.
– Dlaczego skontaktował się z tobą, a nie ze mną?
– Telefonował bardzo późno w nocy. Uważał, że lepiej będzie, jak porozmawia 

ze mną. Jest w Amsterdamie.

Gdyby nie podniecenie wywołane słowami Richarda, z pewnością zauważyłaby 

lekkie wahanie w jego głosie.

– Co on tam robi na miłość boską? Dlaczego tak długo się nie odzywał? – 

wybuchnęła.

–   Powiedział,   że   napisał   do   Clare.   Nic   więcej   nie   udało   mi   się   z   niego 

wyciągnąć. Było go słabo słychać.

background image

– Czy przekazałeś mu, że Clare nie dostała żadnego listu?  Kiedy wraca do 

domu?

– Tego nie powiedział...
Donna poczuła wściekłość.
–   Ale   uświadomiłeś   mu,   jak   bardzo   Clare   jest   niespokojna,   jak   bardzo   go 

potrzebuje? Rozmawiałeś z nią?

Przytaknął.
– Dawno nie widziałem Clare tak szczęśliwej. Lekarz stwierdził, że teraz jej 

stan na pewno się polepszy. – Odwrócił się tak, że nie widziała jego twarzy. – 
Sama   widzisz,   że   miałem   rację.   Najlepszym   wyjściem   było   spokojnie   czekać. 
Wiedziałem, że Jan któregoś dnia się odezwie.

– Ale nie wrócił...
– Uczyni to niebawem – z uśmiechem zbliżył się do niej.
– Zobaczymy – odpowiedziała chłodno. – Jednak najważniejsze, że Clare jest 

spokojna.

– Zapewniam cię, że jest. Donna, uczcijmy to, proszę, tylko we dwoje...
– Uczcić? – powtórzyła nie rozumiejąc o co mu chodzi. – Cieszę się, że Jan jest 

bezpieczny, ale to nie rozwiązuje moich problemów. Co się stanie, gdy Jan wróci 
do Riversly? Brooks powiedział wyraźnie, że Warley nie ma już prawa do sklepu – 
wyczekująco spoglądała na Richarda.

– To znaczy, że Brooks ci powiedział...
– Myślałam, że ty o niczym nie wiesz!
– Seaton zwierzył mi  się ostatniego wieczoru. To był dla niego prawdziwy 

szok.

– Dla mnie również.
– Masz jednak możliwość wyboru – odpowiedział twardo.
– Jak to? – spojrzała z niedowierzaniem.
– Albo wbrew Brooksowi nalegać na powrót Jana do biznesu, albo wytoczyć 

proces.

– Jak łatwo tobie i Brooksowi przychodzi zrzucić całą odpowiedzialność na 

mnie. Aż miło słuchać waszych wywodów.

– Ta odpowiedzialność, to część spadku.
– Aleja nie wiedziałam...
– A ja tak. Pamiętasz, jak błagałem cię, abyś wróciła do Paryża. Znam Jana. 

Nienawidziliśmy się od dzieciństwa, dopóki nie byłem na tyle duży, żeby... Czy nie 
widzisz, że on się stacza?

background image

Zaskoczona spojrzała na niego.
– Nie znam Jana na tyle. Myślę, że jest miły.
– Kobiety zawsze o nim tak mówiły. Nawet moja siostra...
– Myślałam, że twoja siostra...
–   Myślałaś,   że   Elaine   kochała   Seatona.   To   prawda,   ona   również   mu   się 

podobała, dopóki Jan... – schował twarz w dłoniach.

Donna słuchała zdruzgotana. Ileż to razy Seaton zapewniał, że ona jest jedyną 

miłością jego życia.

– Dopóki...
– Jan poślubił Elaine – powiedział cicho Ryszard.
– Co takiego? To nieprawda!
– Niestety tak.
– Nie rozumiem. W takim razie dlaczego twoja siostra nie mieszka w Riversly? 

Dlaczego nic o tym nie wiedziałam?

– To nie miało  nic wspólnego z tobą, była to sprawa między Warleyami a 

Fieldingami.

Nie mogąc pohamować gniewu wybuchnęła:
– Co wy jeszcze ukrywacie przede mną? Może ktoś mi wreszcie wyjaśni, o co 

w tym wszystkim chodzi?

Naglą myśl przemknęła jej przez głowę:
– Kiedy miał miejsce ślub? Zaraz, zaraz, niech zgadnę... Dwa lata temu, kiedy 

Seaton przeprowadził się do Paryża. Najzwyczajniej uciekł, pozostawiając Riversly 
Janowi i twojej siostrze – czy tak?

– Nie! – odparł Richard wzburzony. – Seaton zamknął Riversly. Elaine i Jan 

zamieszkali na krótko w Manor Farm. Clare była wtedy w szkole z internatem, a 
pani   Lanten   przeniosła   się   do   siostry.   Małżeństwo   rozpadło   się   po   sześciu 
miesiącach. Elaine wyjechała do Londynu, a Jan przekonał Seatona, by otworzył 
Riversly.

Donna czuła, jak jej gniew rośnie. Seaton oszukiwał ją, a Richard wiedział o 

tym. W tym momencie nienawidziła także jego. Decydująca kłótnia między nią a 
Seatonem   stanęła   jej   przed   oczami.   Teraz   zrozumiała,   że   sam   ją   wtedy 
sprowokował, wiedział, że Elaine Fielding wkrótce znowu będzie wolna. Ale jego 
plan nie powiódł się... Ktoś nienawidził go tak bardzo, że postanowił go zabić. 
Stało się to, zanim Seaton zdążył drugi raz zmienić testament. I w ten sposób ona, 
Donna Martingale, została właścicielką Riversly. Los okazał się dla niej łaskawy. 
Richard dotknął jej dłoni.

background image

– Nie chciałem, żebyś się dowiedziała o Elaine, moja droga. Ale przez cały ten 

czas bałem się, że ktoś obcy może ci o tym powiedzieć. Nie pozwolę, aby ich 
przeszłość   miała   ciebie   skrzywdzić...   Słyszysz..   ?   –   przemówił   do   niej   z 
przejmującą czułością. – Nie dopuszczę do tego. Wiem, że Seaton cię kochał.

– Nie próbuj mnie pocieszać. Nie chcę tego. Czy to już wszystko, co powinnam 

wiedzieć?

– Donna, ja nie chciałem zniszczyć tego, co było między tobą a Seatonem. 

Odejście Elaine było dla niego ciosem, cieszyliśmy się, gdy znowu się zakochał.

Nie wierzyła w to co mówił, lecz zdołała się już opanować i słuchała spokojnie. 

Podszedł blisko. W jego oczach dostrzegła wiele życzliwości.

– Muszę iść. Pani Lanten...
– Nie obawiaj się – powiedział z tajemniczym uśmiechem – uprzedziłem ją, że 

dziś wieczór porywam cię na kolację.

– Ale...
– Wszystko już załatwione. Zarezerwowany stolik czeka na nas w Pheasant. 

Proszę, nie odmawiaj, Donna. To wszystko nie jest takie straszne, jak ci się wydaje 
– dodał.

Uśmiechnęła się, wdzięczna za jego troskę. Już zbyt długo musiała sama dbać o 

wszystko. Była odpowiedzialna i rozsądna, ale teraz czuła się zmęczona. Zresztą, 
pragnienie przebywania blisko Richarda było zbyt silne, aby mogła odmówić.

–  Chodźmy  więc   –  powiedziała  –  inaczej   nie  zdążymy  wypić  drinka  przed 

posiłkiem.

Czuła się wspaniale, wolna od trosk. „Jeszcze jedno złudzenie" – pomyślała 

sadowiąc się wygodnie w samochodzie Richarda. Przecież właściwie nic się nie 
zmieniło – sprawa Jana pozostawała wciąż otwarta.

Jechali   na   południowy   kraniec   Melbury   boczną   drogą,   podziwiając   rozległe 

widoki.

–   Jeśli   nie   będzie   padało,   żniwa   zaczną   się   w   przyszłym   tygodniu   –   rzekł 

Richard.   –   Zobaczysz,   spodoba   ci  się   w  Pheasant   –   zapewnił   parkując   wóz.   – 
Często tutaj wpadam. To miejsce ma swój klimat.

Wnętrze hallu sprawiło na Donnie wrażenie zbytniego przepychu, ale w jadalni 

było rzeczywiście bardzo przytulnie. Kiedy usiedli, Richard zaczął opowiadać o 
życiu na farmie, o swoich planach i ambicjach. Potrawy okazały się wyjątkowo 
smaczne. Przemknęło jej przez myśl, że tworzą dobraną parę.

Po kolacji wrócili na parking, gdzie stał samochód Donny. Richard asystował 

jej, aż usiadła za kierownicą. Wychyliła się w jego stronę.

background image

– Dziękuję ci Richardzie. To był uroczy wieczór.
Pocałował ją lekko w policzek.
– Przyjemnie jest wiedzieć, że jest nam ze sobą dobrze.
Patrzyła, jak odjeżdżał. Czuła rozczarowanie, że niczego sobie nie wyjaśnili. A 

potem zawahała się' – czy rzeczywiście było co wyjaśniać?

background image

Rozdział 7

W każdą sobotę – dzień targowy, Melbury nabierało odmiennego charakteru, 

zmieniało   swój   wygląd.   Wąskie   uliczki   zapełniali   spacerujący,   którzy 
promieniowali radością i entuzjazmem.

Donna   wcześniej   niż   zwykle   przyjechała   do   miasta,   aby   uniknąć   kłopotu   z 

zaparkowaniem samochodu.

Dzień wstał pochmurny, ale słońce powoli zaczęło rozjaśniać ulice miasteczka.
Otworzyła sklep. Lubiła tę poranną ciszę. Znajomy zapach drewna przenikał 

wszędzie, nasycał powietrze.

Zaraz   po   wejściu   do   biura   zaczęła   przeglądać   korespondencję.   Szukała 

wiadomości   z   Amsterdamu.   Nie   miała   wprawdzie   powodu   oczekiwać   od   Jana 
dziesięciostronicowego listu, ale liczyła na parę słów wyjaśnienia. Zastanawiała 
się, czy rzeczywiście przebywa w Holandii. Jeśli tak, to pewnie skontaktował się z 
firmami,  których adresy powinny być mu znane. Kiedy nadszedł Dalby Lewin, 
natychmiast o nie zapytała. Zmarszczył brwi.

– Nie ma  ich tutaj. Pan Seaton zerwał kontakty ponad rok temu.  Mieliśmy 

sprowadzić   towar   z   Delft,   ale   umowę   zerwano.   Rozzłościło   to   pana   Jana   – 
powiedział.   –   Miał   zwyczaj   regularnie   podróżować   do   Holandii   –   dodał   z 
przekąsem.

– Przypuszczam, że ma tam przyjaciół.
– Tak sądzę. Pewien Holender często do niego telefonuje.
– Ale oczywiście nie znasz ani jego adresu, ani numeru telefonu.
Potwierdził. Donna w głębi serca wątpiła w autentyczność rozmowy Richarda z 

Janem. Dużo by dała, aby wiedzieć dlaczego Jan skontaktował się z Richardem, a 
nie   z   Clare.   Na   szczęście   dzień   miała   tak   wypełniony,   że   zapomniała   o   całej 
sprawie.

Zegar klasztorny wybił szóstą, kiedy wychodziła ze sklepu. Szła do samochodu 

z   dziwnym   poczuciem   niespełnienia.   Miasteczko   wróciło   do   stanu   codziennej 
senności.   Zatęskniła   za  atmosferą  nieustającego  ruchu,  tak  naturalną  w  Paryżu. 
Wolno wracała do Riversly, z niechęcią myśląc o samotnym obiedzie.

W przedpokoju zawołała panią Lanten, ale po chwili przypomniała sobie, że 

gospodyni   miała   pójść   do   znajomych   w   mieście.   Zaczęła   przechadzać   się   po 
pokojach. Im dłużej przyglądała się meblom, fotografiom i drobnym pamiątkom po 
ludziach, którzy tu mieszkali, tym bardziej rosła w niej świadomość, że jest tu 

background image

obca.

Jedynie w pokoju przygotowanym dla niej przez Seatona czuła się jak u siebie.
Usiadła   przy   otwartym   oknie.   „Amsterdam"   –   wciąż   o   tym  myślała.   Nagle 

postanowiła zajrzeć do sypialni Jana.

Delikatnie   zamknęła   drzwi   od   wewnątrz   i   rozejrzała   się   dookoła.   Starannie 

pościelone łóżko, odkurzone meble. W łazience, ku swemu zdumieniu, znalazła 
szczoteczkę do zębów oraz maszynkę do golenia. Jeśli planował wyjazd, to czy nie 
zabrałby tych osobistych przyborów ze sobą? Wszystkie ubrania wisiały w szafach, 
niczego   nie   brakowało.   Nabrała   pewności,   że   trzy   tygodnie   temu,   w 
poniedziałkowy ranek, wyszedł z domu bez żadnego bagażu.

Wiedziona ciekawością, zajrzała do szuflady. Tu, wśród różnych drobiazgów, 

leżał paszport Jana. Sprawdziła tylko, czy dokument jest aktualny – okazało się że 
tak: ostatnie stemple miały datę sprzed dwóch miesięcy. Donna była przybita swym 
odkryciem. Amsterdam to fikcja, ale w takim razie, dlaczego Richard kłamał?

Usiadła na łóżku i zastanowiwszy się zrozumiała, że chodziło mu przecież o 

dobro Clare. Ale dlaczego nie wtajemniczył jej – Donny? Widocznie nie miał do 
niej zaufania. Zdecydowała się jak najszybciej porozmawiać z Richardem.

Wybiegła   z   domu,   ale   dotarłszy   do   mostu   zatrzymała   się,   jakby   bała   się 

przekroczyć tę granicę. Oparła się o balustradę, kątem oka dostrzegła niebieskiego 
zimorodka. Gniew zaczął mijać i teraz była już pewna, że lepiej zatrzymać dla 
siebie nowe informacje. Przechyliła się, aby spojrzeć w lśniące lustro wody.

I nagle obok jej twarzy pojawiła się inna, brodata i długowłosa. Czyjeś mocne 

ramiona uniosły ją i obróciły. Zobaczyła obcego mężczyznę, zaczęła krzyczeć.

–   Zamknij   się,   idiotko   –   ręką   zakrył   jej   usta.   –   Nic   ci   nie   zrobię.   Mam 

wiadomości od...

Ogarnięta paniką wyrywała się, starając uwolnić od niego.
– Na miłość boską, uspokój się – powiedział jej prosto do ucha. – Przychodzę 

od Jana.

Zastygła nieruchomo, a po chwili zwróciła ku niemu twarz. Teraz ją puścił.
– Przykro mi, że cię tak bardzo wystraszyłem. Jan kazał mi porozmawiać z tobą 

na osobności. Kręciłem się tutaj jakiś czas, nie mając pewności czy siostra Jana 
albo gospodyni są w domu.

Powoli odzyskiwała równowagę.
– Czy wszystko w porządku, pani Martingale?
Przytaknęła.
– Gdzie jest Jan?

background image

–   U   mnie.   Miał   wypadek   i   jest   teraz   kompletnie   spłukany.   Właściwie   obaj 

jesteśmy.

– Dlaczego sam nie przyszedł, aby się ze mną zobaczyć?
– Nie może.
– Czy aż tak z nim źle?
– Dosyć.
Strach powrócił. Nie była w stanie się skoncentrować. Odwróciła się, by nie 

widział jej twarzy.

– Nazywam się Colin. Przychodzę od Jana. Musisz mi uwierzyć. On czeka na 

nas.

– Jak to: na nas? – powtórzyła. – Ja nigdzie nie jadę.
– Obawiam się, że musisz. Nie mogę wrócić sam. Jan jest chory. Potrzebuje 

ciebie.

Wahała   się,   instynktownie   czując   niebezpieczeństwo.   Nie   odpowiedziała. 

Gwałtownie chwycił ją pod rękę i tak złączeni doszli do drzwi frontowych.

– Naciśnij dzwonek – rozkazał. – Czy jesteś sama w domu?
Gdy   nie   posłuchała,   sam   zadzwonił.   Nikt   nie   zareagował,   a   ciemność   we 

wszystkich oknach i zupełna cisza upewniła go, że dom jest pusty.

– Otwieraj.
Ociągała   się   w   nadziei,   że   ktoś   nadejdzie.   Niestety,   na   próżno.   Weszli   do 

przedpokoju i kiedy zapaliła światło – pierwszy raz przyjrzeli się sobie.

– Twój chłopak mówił, że jesteś piękna...
– On nie jest moim... – zaczęła.
– Najpierw forsa – przerwał jej – potem porozmawiamy.
– Nie mam dużo pieniędzy – powiedziała otwierając torebkę.
– Sejf, pani Martingale, sejf mnie interesuje. Oto klucz, który dostałem od Jana. 

Proszę się pospieszyć. Poczekam tutaj. I żadnych numerów – opadł na fotel.

Donna   poszła   do   gabinetu   Jana.   Czuła   się   strasznie.   Ten   obcy   mężczyzna 

wydawał   się   wiedzieć   tak   dużo,   że   nie   powinna   mieć   wątpliwości,   iż   Jan   go 
przysłał.   Wyciągnęła   kilka   książek   z   półki   i   jej   oczom   ukazały   się 
charakterystyczne drzwiczki w ścianie.

Otworzyła   sejf.   Niezgrabnie   zaczęła   pakować   do   torby   stos   papierów 

wartościowych. Nagle zauważyła mały skórzany woreczek leżący na podłodze przy 
jej nogach, który z pewnością wypadł z sejfu. Chciała zajrzeć do środka, ale strach 
przed   niespodziewanym   nadejściem   Colina   sprawił,   że   szybko   wrzuciła   go   z 
powrotem do skrytki.

background image

– Dobra dziewczynka – zawołał, kiedy ukazała się na korytarzu.
Stwierdziła, ku swojemu zdumieniu, że już się go nie boi. Miał sympatyczny 

uśmiech, a mimo niechlujnego wyglądu, wytartych dżinsów i koszuli, odznaczał się 
pewnością siebie.

Gdy podeszli do samochodu Donny, zapytał, czy może poprowadzić.
–   Brałem   kiedyś   udział   w   wyścigach   samochodowych   –   dodał,   kiedy   się 

zgodziła.

– A teraz...
– Brak samochodu, brak pracy, brak miejsca dla takich facetów jak ja.
Przemknęli przez Melbury i zanim się spostrzegła, byli na trasie do Bristolu.
Donna   analizowała   sytuację.   Chyba   jest   szalona.   Pozwalała   się   wieźć   temu 

nieznajomemu nie wiadomo dokąd. Może on wcale nie zabierze jej do Jana? Nawet 
Richard nie miałby pojęcia, gdzie jej szukać. Richard – dlaczego pomyślała właśnie 
o nim? Dotarli do przedmieścia i Colin skręcił w jedną z mrocznych uliczek.

– Jesteśmy na miejscu – poinformował – Wysiadaj!
Weszli   w   bramę.   Długim   ciemnym   korytarzem   dotarli   do   schodów.   Na 

pierwszym piętrze Colin zatrzymał się.

– Jan nie wygląda dobrze. Bądź przygotowana na wstrząs.
Pchnął drzwi i przytrzymał je, aby mogła wejść do środka.
Pokój oświetlała tylko mała nocna lampka, większość sprzętów tonęła w cieniu. 

Dostrzegła łóżko.

– Jan? – spytała nieśmiało.
Ktoś   się   poruszył,   więc   podeszła   bliżej   i   nagle   zobaczyła   głowę   szczelnie 

owiniętą bandażem, spod którego widać było jedynie oczy i usta. Colin włączył 
mocniejsze światło.

– Jan, na miłość boską. Co się stało?
Colin stanął za nią.
–  Wszystko   w   porządku,   Donna   –  Jan   usiadł   powoli   –  nie   ma   powodu  do 

paniki. To było trzy tygodnie temu. Dwóch mężczyzn napadło mnie na ulicy. Ale 
na szczęście Colin mnie znalazł.

– Po co kłamiesz... – Colin wyraźnie chciał sprostować.
– Zapomniałem spytać – Jan przerwał mu ostro. – Donna, czy przyjechaliście 

bez wiedzy Clare i pani Lanten?

Skinęła głową, a po chwili powiedziała:
– Powinieneś od razu pójść do szpitala. Czy byłeś u lekarza?
– Oczywiście, że tak. Dostał całą masę leków. Obecnie już ich nie bierze, bo, 

background image

jak twierdzi, czuje się dobrze – wyjaśnił Colin.

– Czy przyniosłaś pieniądze? – Jan spytał zniecierpliwiony.
– Zabieram cię do domu – twardo powiedziała Donna.
– To niemożliwe.
– Ale dlaczego? – spojrzała na Colina oczekując poparcia, a on uśmiechnął się 

szeroko.

–   OK.   Papużki   chcą   być   same.   Idę   do   doktora   –   tu   obok,   jakbyście   mnie 

potrzebowali.

– Jan, musisz wrócić do domu – podjęła Donna, gdy tamten wyszedł. – Wiem 

wszystko o pieniądzach ze sklepu. I przysięgam, że nie masz się czego obawiać.

– Moja kochana Donna, wiem, że stary Brooks i Richard wykorzystają każdą 

okazję,   aby   się   mnie   pozbyć,   ale   ty   –   przechyli!   się   do   niej   –   ze   względu   na 
Seatona, powstrzymasz ich, prawda?

– Więc co jeszcze stoi na przeszkodzie, abyś wrócił do Clare, do mnie?
– Nie mogę ci powiedzieć. Musisz mi zaufać kiedy mówię, że Riversly nigdy 

nie będzie miejscem dla mnie.

– Nie rozumiem...
– Jeśli wrócę teraz, to sprowadzę niebezpieczeństwo na ciebie i Clare.
– Jak to?
Zaczął tulić jej ręce. Zadrżała, ale przysunęła się do niego mówiąc:
–   Nie   wierzę,   że   napadli   cię   zupełnie   obcy   ludzie.   To   było   na   pewno 

zaplanowane.

– Donna, posłuchaj, zostałem pobity i jeśli nie pokażę się w Riversly pomyślą, 

że najprawdopodobniej nie żyję– Ależ Janie... Kto? Dlaczego? – zawołała, a łzy 
napłynęły jej do oczu.

– Nie mogę, nie chcę ci powiedzieć. Proszę, nie płacz, tego nie zniosę. Wiesz – 

ciągnął   –   pierwszego   dnia,   kiedy   spacerowaliśmy   wzdłuż   rzeki   –   dzięki   tobie 
zacząłem myśleć, że może nie wszystko dla mnie stracone. Może nie jest za późno, 
to znaczy dla ciebie i dla mnie.

Westchnęła:
– Cóż mogę ci powiedzieć. Przecież cię nie znam.
– Gdyby Seaton przywiózł cię do Riversly wcześniej...
Wyrwała ręce.
– Chyba nie rozumiem. Kochałam Seatona – ale te słowa uświadomiły jej tylko, 

ile czasu już upłynęło, jak wiele się zmieniło.

– Ale jego już nie ma. Ja jestem. Proszę, wysłuchaj mnie, Donna. Rozpaczliwie 

background image

cię potrzebuję. Jeśli bylibyśmy razem, zmieniłbym się. Kiedy tylko kłopoty się 
skończą – wrócę do Riversly, a wtedy...

– To jest niemożliwe – zbyt późno dostrzegła pułapkę, którą dla niej szykował.
Usta jej drżały. Odwróciła głowę. Jan był jak dziecko, samolubny w swych 

zachciankach.   Najbardziej   w   świecie   pragnął   łatwego   życia.   Nawet   jeśli   go 
kochała, nigdy nie złożyłaby siebie na ołtarzu jego „prawdziwej miłości".

– Zatem nic z tego – powiedział łagodnie.
– Tylko siebie możesz za to winić – odpowiedziała spokojnie.
– Jeśli się zabiję, to z twojego powodu. Będziesz miała mnie na sumieniu do 

końca życia.

– Jan, na miłość boską, nie bądź śmieszny – kiedy wydoroślejesz? Naucz się 

akceptować   fakty.   Nasze   małżeństwo   byłoby   tak   samo   niemożliwe   jak...   – 
przerwała.

– Richard powiedział ci o Elaine. Na pewno. Zawsze mnie nienawidził. On za 

wszelką cenę chce posiadać Riversly. Wiesz o tym? To dlatego bałamuci Clare.

– Nie wierzę – odpowiedziała. – Clare jest teraz w szpitalu. Vanity ją zrzuciła. 

Stało się to nazajutrz po twoim zniknięciu.

Jan zamknął oczy.
– Czy bardzo z nią źle? – zapytał drżącym głosem.
–   Jeszcze   niedawno   było   dość   dramatycznie,   ale   teraz   wraca   do   zdrowia   – 

dzięki   Richardowi.   Skłamał,   że   telefonowałeś   do   niego   z   Amsterdamu,   inaczej 
Clare zamartwiłaby się na śmierć. Bardzo przeżywa twoją nieobecność.

– Amsterdam – wykrztusił – skąd on wiedział?
– Nieważne skąd – urwała. – Czy mam powiedzieć Clare, że jesteś w Bristolu?
– Nie, absolutnie. Nikomu nie zdradzisz, że tu jestem – musisz mi to przyrzec.
– W porządku – podeszła do łóżka i wysypała gotówkę i papiery. – To koniec, 

Jan – i nie próbuj mnie więcej w to mieszać.

Wyszła z pokoju nie oglądając się na niego.

background image

Rozdział 8

Nie mogła zasnąć. Gdy tylko zamykała oczy powracały wydarzenia ostatniego 

wieczoru.   Nie   miała   wyrzutów   sumienia,   jeśli   chodzi   o   Jana.   Nie   mogła   go 
ochronić przed jego własnymi szaleństwami, pragnęła jednak dla niego spokoju. 
Nie   potrafiła   zapomnieć   jego   pokaleczonej,   obandażowanej   twarzy   i   błagalnie 
wpatrzonych  w nią  oczu.  Zdrzemnęła   się  tuż  nad ranem.   Wkrótce  weszła   pani 
Lanten niosąc śniadanie.

– Dzień dobry pani – powiedziała sucho, odsłaniając zasłony.
Donna, mimo zmęczenia, z przyjemnością spojrzała w stronę okna.
–   Co   za   wspaniały   poranek   –   pani   Lanten   stanęła   przy   drzwiach   patrząc 

wymownie.

– Czy coś się stało? – zapytała Donna.
– Wybiera się pani na przejażdżkę z panem Richardem, tak?
Donna przytaknęła, zdziwiona jej pytaniem.
– To nie jest w porządku – powiedziała gospodyni oburzona.
– Nie w porządku?
– A co ludzie pomyślą? Teraz, kiedy Clare leży w szpitalu, a przecież każdy 

wie,   że   Clare   i   pan   Richard...   –   przerwała.   –   Ktoś   musi   opiekować   się   Clare. 
Kocham tę małą. Jeśli pani ma zamiar ją skrzywdzić...

– Czy ty nie przesadzasz? – nachmurzyła się Donna.
– Jestem taka zdenerwowana. Nie wiem sama, co o tym myśleć. Jan obiecał się 

nią opiekować, a włóczy się gdzieś za granicą. I żeby nie przysłać nawet słowa 
otuchy biednej dziewczynie. Te ciągłe kłótnie między nim a panem Seatonem. Nie 
potrafię tego wszystkiego zrozumieć. Było tak wiele awantur w tym domu. Kiedy 
pan Seaton umarł, myślałam, że coś się zmieni – dodała ciszej.

– Sądzisz, że to była jego wina? – ostrym tonem zapytała Donna.
– To nie chodzi o to... – w oczach pani Lanten widać było smutek i strach.
Donna miała wrażenie, że ta kobieta wiedziała więcej niż mówiła.
– Cokolwiek masz na myśli, ja i tak wiem wystarczająco dużo, żeby nie móc 

spać   po   nocach   –   i   dorzuciła:   –   Zapewniam   cię,   że   nie   jestem   dla   Clare 
zagrożeniem, jeśli tylko Richard jest zdecydowany.

„I bardzo tego żałuję" – uzupełniła w myśli, kiedy pani Lanten wyszła z pokoju 

Wypiła filiżankę kawy i z powrotem opadła na poduszki.

Wspomniała   ubiegły   wieczór.   „Gdybym   mogła   powiedzieć   o   wszystkim 

background image

Richardowi.   Gdybym   nie   przyrzekała   dochować   tajemnicy...   "   –   westchnęła 
wstając.

Kiedy weszła do stajni w Manor Farm, czekał już na nią osiodłany koń.
– Planowałam dziś dosiąść Vanity – zwróciła się do stajennego. – Gdzie ona 

jest?

–   Niestety,   to   niemożliwe,   pan   Richard   nie   chce   więcej   wypadków   – 

odpowiedział mężczyzna.

Była niepocieszona. Wsiadła na Firefly, myśląc, że stanowczo musi odkupić 

Vanity od Richarda. „Jeśli do tej pory nikt sobie z nią nie poradził, to ja spróbuję" – 
postanowiła.

– Czekałem na ciebie z niecierpliwością – zawołał Richard, gdy tylko znalazła 

się w zasięgu jego głosu. – Jesteś piękna.

Jego oczy wyrażały zachwyt.
–   Nawet   tak   wcześnie?   –   odpowiedziała   bez   skrępowania,   czując   ciepło 

ogarniające jej serce.

Richard zaplanował trasę przejażdżki tak, by mogła podziwiać piękno okolicy. 

Jechali   wzdłuż   złotych   pól,   w   oddali   widniała   zielona   ściana   lasu,   a   wszystko 
skąpane   było   w   blasku   porannego   słońca.   Zatrzymali   się   nad   strumieniem, 
pozwalając  koniom nacieszyć się  wodą, aby  już za  chwilę wolno kłusować  po 
starej brukowanej drodze wśród drzew.

– Gdzieś tutaj stoi stara romańska budowla. Choć chyba lepiej powiedzieć: jej 

resztki. Masz ochotę zobaczyć? – spytał Richard.

Wkraczała   teraz   z   nim   w   świat,   gdzie   zamierzchła   przeszłość   stykała   się   z 

teraźniejszością. Pragnęła tylko jednego: jak najdłużej iść w cudownej ciszy tak 
blisko niego.

Ze starego domu pozostały tylko cztery ściany i niewielki fragment mozaikowej 

posadzki.

Ramiona Richarda objęły ją mocno, usta musnęły policzek.
–   Najdroższa!   –   wyszeptał   całując   jej   gorące   usta.   Długą   chwilę   trwali 

przytuleni do siebie, aż zapragnęła się uwolnić.

– Proszę, nie... – nawet obezwładniona jego bliskością nie mogła zapomnieć o 

Clare.

– Ale dlaczego? Boisz się?
– Czego miałabym się bać? Znam cię przecież...
Spojrzał na nią niepewnie.
– Donna, o. co ci chodzi; czy coś się zmieniło?

background image

– Nic się nie zmieniło – chciała, żeby w jej głosie zabrzmiała stanowczość – 

niestety...

– Wciąż, tak jak w dniu mojego przyjazdu, zachowujemy się jak wrogowie.
– Nie, nieprawda. Wtedy starałem się za wszelką cenę ostrzec cię.
Nerwowym   ruchem   zmierzwił   włosy.   Napotkała   jego   bezradne   spojrzenie. 

Richard   opuścił   głowę.   Donna   poczuła   się   okropnie.   „Przecież   go   kocham,   a 
traktuję jak obcego" – pomyślała. Odeszła wolnym krokiem. Dogonił ją i bez słowa 
wrócili do domu. Czar poranka prysł bezpowrotnie.

– Zaopiekuj się końmi – powiedział Richard do stajennego, gdy zatrzymali się 

na ubitym placu przed domem.

Jakby zawstydzony swoim złym humorem wziął ją pod rękę i razem stanęli w 

drzwiach. Stephania wyszła ich powitać:

–   Jesteście   już,   moi   kochani.   Jakiś   mężczyzna   chce   się   z   tobą   widzieć, 

Richardzie. Czeka w pokoju gościnnym.

Stephania zaprosiła Donnę na górę, aby tam mogła się spokojnie odświeżyć. 

Dziewczyna rozczesała włosy, nieznacznie poprawiła makijaż i po chwili razem 
usiadły przy oknie.

– Czy wierzysz w to, że Jan jest w Amsterdamie? – Stephania zapytała wprost, 

wyglądała na bardzo zaniepokojoną.

– A dlaczego nie? – spytała Donna.
– Myślę, że Richard wymyślił tę historię z telefonem, aby ratować Clare. Ma 

bzika na punkcie tej dziewczyny...

– Co pani przez to rozumie?
–   Nie   mam   pojęcia,   czy   on   ją   rzeczywiście   kocha,   czy   jego   zachowanie 

wypływa z wrodzonej wrażliwości.

– Z wrodzonej wrażliwości? – powtórzyła Donna.
–   Nie   wierzysz   mi,   że   jest   wrażliwy?   Tak   bardzo   bym   chciała,   żebyś 

spróbowała przebić się przez te pozory, które stwarza. Jego  arogancja to tylko 
maska.

– Pani jest matką...
– Nie chcę, żeby Richard ożenił się z Clare – powiedziała Stephania. – Ona go 

unieszczęśliwi, tak samo jak Jan – Elaine.

– Czy Richard ją kocha? – cicho spytała Donna.
– Trudne pytanie. Clare Warley pochodzi ze specyficznej rodziny. Ona i jej brat 

odziedziczyli   po   ojcu   najgorsze   cechy   charakteru.   Mówiono   o   nim:   diabelski 
Warley.

background image

Pamiętam go bardzo dobrze. Niespokojny duch, a do tego zawadiaka, zawsze 

skory do bójki...

– Ale czy on...
Starsza pani wstała, na jej twarzy błąkał się tajemniczy uśmiech.
– Tak się cieszę, że zdecydowałaś się zostać w Riversly – powiedziała tylko.
„Jesteś jedyną osobą, która to czuje" – pomyślała Donna.
Zeszły po schodach, Stephanie poszła do kuchni. Donna przez uchylone drzwi 

do salonu usłyszała głos rozmówcy Richarda, zlękła się, gdyż brzmiał w jej uszach 
podejrzanie znajomo.

„To nie może być on" – uspokajała się. Usłyszała, jak zwracał się do Richarda:
– Zatem załatwiliśmy naszą sprawę, panie Fielding. Mam pańskie słowo.
Donna weszła do pokoju. Richard i jego towarzysz stali przy oknie. Odwrócili 

się jednocześnie w jej stronę.

Był   to   wysoki   mężczyzna   o   śniadej   karnacji,   kruczo-czarnych   włosach   i 

ciemnych, bezczelnych oczach.

– Droga Donno, pozwól, że ci przedstawię Mecera Cahilla – Richard wziął ją 

pod ramię.

– Cahill, poznaj panią Martingale z Riversly.
Mężczyzna wyciągnął rękę na powitanie. Donna zignorowała ten gest. Bała się 

tylko,   żeby   nogi   nie   odmówiły   jej   posłuszeństwa.   Czuła,   jak   drżą.   Richard 
przypatrywał się jej w osłupieniu. Nie mógł wykrztusić słowa. Jednakowoż Cahill 
nie bacząc na zniewagę uśmiechnął się, odsłaniając śnieżnobiałe zęby.

Ten uśmiech odmienił znacznie jego twarz i Donna zaczęła się zastanawiać, czy 

aby przeczucia jej nie zawiodły. Wyglądał przecież tak zwyczajnie.

– To prawdziwa przyjemność spotkać panią. Bardzo dużo o pani słyszałem od 

jej narzeczonego. A czy coś on o mnie wspominał?

– Nie, nigdy.
– Jaka szkoda – posłał jej kolejny uśmiech.
Przyglądała mu się podejrzliwie.
Następnie zwrócił się do Richarda.
– Muszę już iść. Wkrótce się spotkamy, pani Martingale, zapewniam panią.
Zabrzmiało to niemal jak groźba.
Odwróciła   głowę   i   wsłuchała   się   jeszcze   w   jego   głos,   kiedy   rozmawiał   z 

Richardem przy drzwiach.

Po chwili Richard wrócił do pokoju. Podając jej drinka spytał:
– O co chodzi? Dlaczego zachowałaś się w ten sposób?

background image

– Co ten mężczyzna tu robił? Czy ty masz z nim coś wspólnego? Jakie interesy 

z nim załatwiasz? – napadła na niego bez zastanowienia.

Twarz Richarda stężała, nabierając wyrazu wrogości.
– Naprawdę, Donna, to nie jest twoja sprawa.
–   Mylisz   się.   To   jest   człowiek,   który   telefonował   do   Jana   w   wieczór 

poprzedzający jego zniknięcie.

– Wiem – odpowiedział cicho.
– Wiesz? – spytała zaskoczona. – Wiedziałeś i nic nie zrobiłeś?
–   Dlaczego   miałbym   coś   zrobić?   Ten   człowiek   był   umówiony   z   Janem   w 

sprawie   interesów,   ale   Jan   wszystko   popsuł.   Zapomniałaś   jak   mówiłem,   że 
widziałem Jana wsiadającego do samochodu...

– Pana Cahilla, bez wątpienia.
Richard raptownie wstał.
– Co ty wiesz na temat Cahilla?
Odwróciła głowę. „To tylko moja intuicja" – pomyślała.
– Zdziwił się, kiedy mu powiedziałem, że Jan był w Holandii.
– Wątpię w to. Chciałabym wiedzieć, gdzie był Cahill tego poranka, kiedy 

zginął Seaton. Czy w dalszym ciągu uważasz, że jego śmierć była przypadkowa?

–   Oczywiście,   że   to   był   wypadek.   Moja   droga,   bardzo   niebezpiecznie   jest 

oskarżać...

–   Nie   oskarżam   pana   Cahilla,   przynajmniej   na   razie   –   spokorniała.   –   Ale 

Richardzie, chyba nie wmówisz mi, że niczego nie podejrzewasz.

Zaciął usta, a jego brak zaufania dotknął ją boleśnie. Myślała z satysfakcją o 

tym, że nie zdradziła Jana, który nie wahał się zaufać jej i poprosił o pomoc. Teraz 
wspomagali się w niebezpieczeństwie i poczuła, jak bardzo jest z nim związana.

Podczas lunchu, na świeżym powietrzu w ogrodzie, humor Donny nieznacznie 

się   poprawił.   Stephanie   miała   mnóstwo   planów   związanych   z   letnią   zabawą. 
Nalegała, aby Donna pomogła w organizacji tej uroczystości tradycyjnej już na 
Manor Farm.

W pewnym momencie zwróciła się do Richarda:
– Donna ma zmysł estetyczny, potrzebujemy jej, prawda?
Richard był skory do gniewu, ale urazy zapominał równie szybko. Dodał zatem:
– Nie mam pojęcia, Donna, jak sobie radziliśmy, zanim przyjechałaś.
Spojrzała na niego, zdziwiona jego szczerym uśmiechem.
„Gdyby tylko zechciał mi zaufać" – pomyślała.
Następnych   kilka   dni   upłynęło   bardzo   szybko.   Zaakceptowali   ją   szybko, 

background image

widząc, że posiada niemałą wiedzę.

Pod   koniec   tygodnia   wybrała   się   do   Londynu,   aby   spotkać   się   z   panem 

Brooksem.   Jego   serdeczne   powitanie   bardzo   ją   ucieszyło.   Usiedli   w   wielkich 
miękkich  fotelach.  Donna spodziewała się, że przy szklance  sherry pomówią  o 
interesach.

– Poprosiłem panią o spotkanie, gdyż mam pewne interesujące informacje – pan 

Brooks na chwilę zawiesił głos. – O ile dobrze zrozumiałem, pani nie do końca 
aprobuje wersję dotyczącą okoliczności śmierci Seatona. Podejrzewa pani, że nie 
był to wypadek, czy nie tak?

– No cóż – zaczęła ostrożnie.
–   Mam   podobne   wątpliwości   –   kontynuował   pan   Brooks.   –   Otrzymałem 

zupełnie   nowe   zeznanie   świadka,   który   widział   Seatona   rozmawiającego   z 
mężczyzną na moście około piętnastu minut przed tym, jak Fielding znalazł jego 
ciało.

Milczała.
–   Ten   człowiek   opowiada,   że   to   była   poważna   kłótnia.   Chciał   nawet 

interweniować, ale w końcu zrezygnował, obawiając się niezadowolenia Seatona.

– Dlaczego w takim razie nie zeznawał?
– Dużo podróżuje. Wyjechał nie wiedząc nic o tragedii.
– Jakiś włóczęga. Wierzy pan mu?
Mimo, że nowe wieści wydawały się potwierdzić jej przypuszczenia, Donna 

wątpiła w ich znaczenie w obliczu prawa.

– Czy świadek rozpoznał, z kim rozmawiał Seaton?
Pan   Brooks   zaprzeczył   ruchem   głowy.   –   Zastanawiałem   się,   czy   pani   zna 

kogoś, kto mógł życzyć Seatonowi śmierci?

Owszem miała pewne podejrzenie...
– Muszę nad tym pomyśleć – urwała, zląkłszy się przenikliwego spojrzenia 

pana Brooksa.

– Richard Fielding poinformował mnie, że Jan jest w Amsterdamie. Czy pan z 

nim rozmawiał? – tym pytaniem przerwała krępującą ciszę.

– Dopiero zamierzam – odparł. – Nie mieliśmy, jak dotąd, okazji omówić spraw 

dotyczących sklepu – zwrócił się do niej po chwili.

– Zdecydowałam się poprowadzę biuro, być może zmienię decyzję, kiedy Jan 

wróci do domu – odpowiedziała sucho.

– Seaton zawsze obawiał się wybryków Jana i jego szerokiego gestu. Chyba 

życzyłby   sobie,   żeby   on   prowadził   własny   interes,   jednak   nie   zatwierdził   tego 

background image

prawnie. Najprawdopodobniej tylko dlatego, że nie zdążył. Mam nadzieję, że pani 
nie będzie tak nierozważna.

– Pan nie lubi Jana, prawda? – przerwała Donna. – Ja nie zamierzam spisać go 

na straty.

– Pani Martingale, sądzę,  że i tak zbyt dużo  swobody  pozostawiono  mu  w 

przeszłości.

– Nie może mnie pan zmusić, abym zrobiła cokolwiek przeciw niemu.
– Racja. Ale myślę, że czas najwyższy, aby zdała sobie pani sprawę z powagi 

sytuacji.   Otóż   powierzyłem   Seatonowi   dość   sporą   sumę   pieniędzy,   kiedy   miał 
kłopoty finansowe związane ze sklepem. Czuję się więc odpowiedzialny za ten 
interes.

– Czy chce pan przez to powiedzieć, że sklep nie jest mój?
– Nie to miałem na myśli. Wszakże umowa z Seatonem wciąż obowiązuje i 

mam prawo wycofać pożyczkę, a nawet wystąpić o sprzedaż sklepu. Proszę nie 
myśleć,   że   w   ten   sposób   chcę   panią   nastraszyć.   Chcę   tylko   uświadomić   pani, 
dlaczego jestem przeciwny powrotowi Jana do interesu. Czy się rozumiemy?

Rozumiała bardzo dobrze, lecz mimo to opowiadała się po stronie Jana. Była 

gotowa bronić go przed całym światem.

Czekała   niecierpliwie   na   wiadomość   od   niego.   Była   zdecydowana   spełnić 

życzenie   Seatona   wyrażone   w   testamencie   –   chronić   Jana   i   zabezpieczyć   jego 
wolność, nawet za cenę poślubienia go.

background image

Rozdział 9

Letnia zabawa organizowana każdego roku na Manor Farm była najjaśniejszym 

punktem   w   życiu   towarzyskim   Melbury.   Donna   z   wielkim   zaangażowaniem 
pomagała Stephanie w przygotowaniach. Była szczęśliwa i wdzięczna, gdyż dzięki 
temu   mogła   spędzić   wiele   czasu   w   towarzystwie   Richarda.   Wrażliwość,   jaką 
wykazywał   w   spełnianiu   życzeń   swojej   matki,   a   również   próśb   samej   Donny, 
sprawiła, że uczucie, jakie żywiła dla niego, wzrastało z każdą chwilą.

Pewnego wieczoru poszli razem do stajni, opatrzyć kopyta jednemu z koni. 

Donna   cierpliwie   czekała   na   Richarda,   przysłuchując   się   z   jaką   czułością 
przemawia do swego czworonożnego przyjaciela.

W pewnej chwili spojrzał na nią i rzekł:
–   Clare   wychodzi   jutro   ze   szpitala.   Prosiła,   abym   po   nią   przyjechał,   ale 

musiałem odmówić, na co zareagowała furią. Uważa, że żniwa mogą poczekać z jej 
powodu. Znowu będą z nią kłopoty.

– Wiem – odparła Donna.
–   Jest   mi   niezręcznie   prosić   cię   o   to,   ale   czy   będziesz   tak   dobra   i   ją 

przywieziesz? Mama jest całkowicie pochłonięta przygotowaniem zabawy.

– Oczywiście, pojadę po Clare.
– Dziękuję, Donna. Dobrze jest móc na tobie polegać.
Następnego dnia Clare zawitała do Riversly.
– To wspaniale znowu być w domu – powiedziała, kiedy Donna zatrzymała 

samochód  przed frontowymi  drzwiami.  – Gdyby  tylko jeszcze  Jan  mógł  być z 
nami.   Oczekiwałam   wieści   od   niego.   Wiesz,   on   nie   jest   w   Amsterdamie. 
Dzwoniłam do jego znajomych, ale nie skontaktował się z nimi.

– Richard... – zaczęła Donna.
– Kochany Richard. On jeden powiedział mi, że Jan jest bezpieczny. Ale to taki 

lichy kłamca – Clare spojrzała na Donnę. – Jestem pewna, że wiesz gdzie Jan się 
ukrywa. Czy on zmusił cię, żebyś milczała? Nawet jeśli tak, znajdę go– Clare, to 
nie ma sensu. Wyrządzisz więcej szkody niż pożytku.

Twarz dziewczyny nabrała wyrazu determinacji.
– Nigdy mu nie wybaczę, że zaufał właśnie tobie – powiedziała wysiadając z 

samochodu.

Donna uświadomiła sobie smutną prawdę: nie pozostanie w Riversly razem z 

Clare, będzie musiała wyjechać. Tylko czy znajdzie na to dość siły?

background image

Wraz z powrotem Clare skończyły się wieczorne spacery i nawet jeśli Richard 

tęsknił za Donną, to nie uczynił nic, aby mogli się spotkać.

W końcu tygodnia Colin zadzwonił do sklepu. Zgodziła się spotkać z nim.
– Dobra dziewczyna – przywitał ją, wskakując do samochodu. – Twój chłopak 

płacze z tęsknoty za tobą.

Donna,   przygotowując   się   do   drugiej   „randki",   obmyślała   różne   argumenty, 

które miały skłonić Jana do powrotu.

Znajoma   uliczka   zrobiła   na   niej   to   samo   przygnębiające   wrażenie;   dziwny 

zapach, zapach niebezpieczeństwa, unosił się w powietrzu.

Colin   z   pasją   zatrzasnął   drzwi   samochodu.   Prowadził   ją,   jak   poprzednio, 

schodami w górę, silnie podtrzymując za ramię.

Jan   wyglądał   jak   więzień,   któremu   przez   dłuższy   czas   odmawiali   widoku 

słońca. Jego twarz miała nienaturalny, szary kolor, oczy miał podkrążone, a szrama 
na   policzku   wciąż   była   bardzo   zaczerwieniona.   Widok   ten   wzruszył   Donnę. 
Przyglądając mu się doszła do wniosku, że zaniecha namawiania go do powrotu.

– Bałem się, że nie zechcesz przyjechać – powiedział.
Od momentu ich przyjścia, Colin natrętnie się w nią wpatrywał.
– Ona nie mogłaby cię zostawić. Sam przecież wiesz, że potrzebujemy jej – 

odezwał się nagle.

Donna spojrzała na niego z gniewem.
– O czym ty mówisz...
Nie pozwolił jej dokończyć.
–   Sytuacja   w   poważnym   stopniu   uległa   zmianie.   Jeśli   chcesz,   żeby   twój 

narzeczony dożył spokojnej starości...

– On nie jest moim narzeczonym! – krzyknęła. – Ale oczywiście zależy mi na 

bezpieczeństwie Jana. Do czego zmierzasz?

Zauważyła ostrzegawcze spojrzenie, jakie Jan posłał swemu towarzyszowi, a po 

chwili sam zaczął tłumaczyć:

– Chodzi o to, że Colin powinien wyjechać, a ja zastanawiam się, czy z nim 

jechać.

– Dokąd? – zapytała przerażona.
– Do Irlandii. Lecz najpierw musimy przedostać się do Liverpoolu. Myśleliśmy, 

że ty...

– Nie ma mowy – zareagowała stanowczo. – Macie do dyspozycji pociągi.
– Ty nic nie rozumiesz – włączył się Colin. – Nie wolno nam wyzywać losu. 

Powinniśmy tam pojechać po cichu i bezpiecznie – czyli w nocy.

background image

–  Jan,  proszę cię, nie jedź. Wróć ze mną do domu. Nie musisz się niczego 

obawiać. Rozmawiałam z Brooksem, dojdziemy w trójkę do porozumienia.

Potrząsnął tylko głową.
– Nie pojadę... Przyrzekłem Colinowi.
– Co on ci obiecał? – zapytała i wyzywająco spojrzała na Colina.
– Lepiej, żebyś się nie dowiedziała.
– Muszę. Jan jest pod moją opieką.
Roześmiał się głośno.
– W takim razie jedź z nami i pobierzcie się.
– Nie bądź taki dowcipny – skwitowała go.
Chwyciła Jana za ręce i powiedziała z czułością:
– Przecież wiesz, że nie mogę jechać. Nie zostawię Riversly, Clare, sklepu.
– Tak, wiem – Jan nie wydawał się być przekonany.
– Tak bardzo chciałabym poznać powody, dla których odmawiasz powrotu.
– A więc jak, zawieziesz nas, czy nie? – Colin zaczynał się niecierpliwić, w 

jego głosie wyczuła cichą groźbę.

Zwróciła się do Jana:
– To nie będzie proste. Clare jest już w domu. Podejrzewa, że wiem, gdzie się 

ukrywasz.

– Powiedziałaś jej?
– Oczywiście, że nie. Sama się domyśli.
–   Im   wcześniej   pojedziemy,   tym   lepiej   –   wtrącił   Colin.   –   Poza   tym 

potrzebujemy pieniędzy.

– Ostatnio przywiozłam całą gotówkę z sejfu Jana – odparła chłodno.
– To nie jest zabawa, moja mała. Zdecydowani faceci sięgają po ostateczne 

środki.

– Colin – Jan bronił jej, jednak bez przekonania.
– Zamknij się – rzucił tamten.
Donna patrząc na niego czuła, że przechodzą ją ciarki. Zlękła się nie na żarty, 

nie tylko o siebie, ale również o Jana, który wydawał się całkowicie bezwolny 
wobec swojego kompana.

– Musimy mieć pieniądze – oczy Colina błyszczały groźnie. – Zawsze mogę 

zatrzymać ciebie jako okup.

– Nie ośmieliłbyś się. Jan by nie pozwolił.
– Jesteś idiotką. On nie ma wyboru. Jest poszukiwany.
– Jan... – jęknęła.

background image

– Proszę cię, Donna, uspokój się. Colin mówi prawdę.
– Ile? – zapytała po chwili zastanowienia.
– Pięć tysięcy funtów.
– To niemożliwe.
– Błagam, Donna. Możesz wypłacić z zamrożonego konta.
– A co będzie, jak Brooks się zorientuje?
–   Do   diabła   z   Brooksem.   To   są   twoje   pieniądze.   W   końcu   jesteś   moją 

dłużniczką.

– Nie jestem ci nic winna.
Twarz Jana nabrała groźnego, obcego wyrazu.
– Seaton mógł powtórnie zmienić swój testament, a nawet mam pewność, że 

myślał o tym.

– Wiesz, że nie zrobiłby tego – zaprzeczyła gwałtownie. – To mogło nastąpić 

tylko w przypadku zerwania zaręczyn.

Zastanawiała   się,   czy   Jan   wiedział   o   kłótni,   do   jakiej   doszło   między   nią   a 

Seatonem. Kiedy uspokoiła się trochę, zrozumiała, że nic nie mógł o tym wiedzieć. 
Chodziło mu zatem o pieniądze. Jego długi wciąż rosły. I nagle zrozumiała, czego 
rozpaczliwie   od   niej   oczekiwał.   Uważał   za   oczywiste,   że   jest   zobowiązana 
pomagać mu w kłopotach.

– W poniedziałek pójdę do banku – powiedziała kapitulując.
Colin odetchnął z ulgą.
– Byłem pewien, że się zrozumiemy – rzekł.
– Z tobą nie mam nic wspólnego – rzuciła w jego stronę. – Nie zobaczyłbyś ani 

centa z moich pieniędzy, gdyby Jan ich nie potrzebował.

Zaśmiał się.
– Dobrze się składa, że nie musimy tego sprawdzić. Mam jeszcze parę spraw do 

załatwienia w mieście. Umawiamy się za tydzień.

Do domu wracała przygnębiona. Odpowiedzialność za Jana ciążyła na niej jak 

przekleństwo.

Zamknęła samochód w garażu. Ucieszyła się widząc światło w salonie. Mimo, 

że dochodziła północ, zastała tam Richarda. Stał z kieliszkiem w ręku pochylony 
nad kominkiem.

– Czy coś się stało? Clare? – przywitała go zdziwiona.
– Z nią wszystko w porządku. Od godziny słodko śpi. Lanty powiedziała mi, że 

wyjechałaś. Byłem niespokojny. Gdzie się podziewałaś?

Nalała   sobie   drinka   i   opadła   na   fotel.   Była   kompletnie   wyczerpana. 

background image

Konfrontacja z Colinem i Janem kosztowała ją więcej nerwów, niż się spodziewała.

– Domyślam się, że to nie moja sprawa – powiedział Richard.
– Zgadza się. Nie jesteś moim aniołem stróżem.
–   Donna,   zrozum   –   jego   twarz   zmieniła   się,   miał   rozpalone   policzki   i 

pociemniałe oczy – narażasz się na niebezpieczeństwo.

– Jakie niebezpieczeństwo? Z czyjej strony? Z twojej, Jana albo tego, kto zabił 

Seatona? Czy jeszcze kogoś powinnam się bać?

Zbliżył się do niej. Usiadł blisko i objął ją. Przelękła się, gdyż była bliska 

płaczu, a nie chciała, żeby Richard widział jej łzy.

– Gdzie byłaś? Martwiłem się.
Jego   troskliwość   działała   jak   balsam,   ale   Donna   mimo   wszystko   bała   się. 

Przypomniała sobie, jak w ostatnim momencie, przed opuszczeniem pokoju, Jan 
podszedł   do   niej   i   wyszeptał:   „ufam   ci",   a   ona   czuła   jego   lęk,   jakby   był   jej 
własnym.

Richard odebrał kieliszek z jej rąk i pocałował w policzek. Słodycz, z jaką to 

uczynił,   sprawiła,   że   przywarła   do   niego   i   objęła   go   ramionami.   Następny 
pocałunek był gwałtowny, niemal szalony. Nagle Richard odsunął twarz.

–   Znalazłaś   Jana,   prawda?   Wiedziałaś,   że   wtedy   skłamałem.   Musiałem   to 

zrobić, ze względu na Clare. Donna, czy ty nie rozumiesz, że Jan jest pasożytem i 
kanciarzem?

–   To   ty   jesteś   łajdakiem   –   powiedziała   wstając.   –   Myślałeś,   że   jeśli   mnie 

pocałujesz, zdradzę ci...

Poczuła gniew i wstyd na wspomnienie, jak bardzo przed chwilą go pragnęła.
– Jesteś niemądra. Czy nie widzisz, że chcę cię obronić przed popełnieniem 

głupstwa? On wydrze ci wszystko, co masz.

– Nie  powinno cię  to  interesować.   To  są  moje  pieniądze  i  do mnie   należy 

decyzja,   jak   nimi   rozporządzać   –   odpowiedziała   stanowczo,   żałując   tylko,   że 
Richard tak trafnie przewidział żądanie Jana.

– W takim razie nie spełnisz oczekiwań Seatona, który uwierzył, że znajdziesz 

w  sobie  dość  siły,  żeby   nie folgować   zachciankom  jego  kuzyna. Pozwól  sobie 
pomóc, Donna, kochanie. Powiedz, gdzie on się ukrywa.

– Zostaw mnie samą. Idź sobie. Jesteś najbardziej odrażającym człowiekiem, 

jakiego znam.

– Pożałujesz tych słów. Nie przyjdę w tej sprawie po raz drugi.
– Odejdź już – powtórzyła zamykając oczy.
Kiedy   je   otworzyła,   była   w   pokoju   sama.   Spuściła   głowę,   a   odgłos 

background image

zatrzaskiwanych drzwi sprawił jej ból.

„Nie obchodzi mnie, czy kiedykolwiek jeszcze go zobaczę" – pomyślała patrząc 

przez okno. Samochód Richarda znikł w ciemności.

background image

Rozdział 10

– Pospiesz się, Donna! Spóźnimy się przez ciebie – Clare wpadła do sypialni. – 

Podoba ci się moja nowa sukienka?

Odwróciła się od lustra, aby przyjrzeć się dziewczynie.
– Jest wspaniała. Clare, wyglądasz w niej czarująco.
– Naprawdę? Myślisz, że spodoba się Richardowi?
Clare miała na sobie długą szyfonową kreację – białą z ciemnymi dodatkami. 

Odkryte ramiona i opalony dekolt dopełniały całości. Donna pomyślała, że Richard 
nie oprze się tej porywającej bogince młodości.

– Taksówka będzie za kilka minut. Co się dzieje? Nie chcesz iść na zabawę?
– Oczywiście, że tak – odparła Donna bez przekonania. – Miałam ciężki dzień 

w sklepie. Jestem zmęczona.

– Nie możemy na ciebie czekać. Idziemy razem z Lanty. Jak będziesz gotowa, 

zadzwoń po taksówkę.

Zbiegła po schodach i pisk opon odjeżdżającego samochodu upewnił Donnę, że 

Clare opuściła dom.

Rzeczywiście   nie   była   w   najlepszym   nastroju.   Tylko   grzeczność   kazała   jej 

pokonać senność, ubrać się wizytowo, zrobić dyskretny makijaż i uczesać włosy. 
Perspektywa spotkania Richarda w Manor Farm wcale nie dodawała jej odwagi. 
Wspomnienie ostatniego wieczoru przyniosło rumieniec gniewu. Ten sam gniew 
nie dał jej spokojnie zasnąć w nocy, zakłócał również ten piękny dzień.

Z   zamyślenia   wyrwał   ją   odgłos   samochodu   zajeżdżającego   na   podwórko. 

Pewnie Lanty zadzwoniła po taksówkę. Sięgnęła po wieczorową torebkę, zarzuciła 
na ramiona drogą chustę i ruszyła do wyjścia.

W hallu stał Richard. Z wrażenia zatrzymał się, próbując uspokoić rozkołatane 

serce.

–   Clare   powiedziała,   że   masz   migrenę   i   prawdopodobnie   w   ogóle   nie 

przyjedziesz – powiedział zbliżając się.

– Czuję się znacznie lepiej. Właściwie to zamierzałam wezwać taksówkę.
– Matka nalegała, abym przyjechał. A poza tym martwiłem się...
– Naprawdę? – zapytała z przesadnym zdziwieniem.
Nagle spostrzegła ich odbicie w lustrze. Oboje mieli smutne twarze.
–   Donna,   ostatnią   rzeczą,   jakiej   pragnę,   to   kłótnia   z   tobą   –   rzekł   Richard 

gwałtownie. – Czy nie możemy zostać przyjaciółmi?

background image

„Przyjaciółmi?" – pomyślała zrezygnowana. „Na co się przyda przyjaźń, jeśli 

tak rozpaczliwie pragnęła jego miłości?" Odwróciła oczy bojąc się, że ją zdradzą. 
Czy   zniosłaby   widok   innej   kobiety   przytulonej   do   jego   ramienia?   Podeszła   do 
drzwi, zgasiła światła i zamknęła dom.

Od   momentu,   kiedy   Stephanie   zaczęła   opowiadać   o   corocznej   letniej 

uroczystości w Manor Farm,  Donna wyobrażała sobie, że wejdzie na salę jako 
partnerka Richarda Fieldinga, a tymczasem...

Poprowadził ją przez tłum gości wprost do matki. Stephanie przywitała Donnę 

serdecznym uśmiechem.

– Czy ból głowy minął? Jestem taka zła na Clare, że pozwoliła ci zostać. Ona 

jest czasami bezmyślna.

Spoglądając na grupkę młodych ludzi skupionych wokół Clare, Donna przez 

chwilę pomyślała, że mimo wszystko lepiej byłoby nie wychodzić z domu.

Po  chwili   do  Clare   zbliżył  się   Richard,  poprosił   ją  do   tańca.   Gdy   tańczyli, 

trzymał ją mocno w ramionach, a ona ufnie przytulała się do niego.

Donna poczuła się okropnie. Postanowiła jak najszybciej wrócić do Paryża. Być 

może pan Brooks znajdzie jakiś sposób, by ocalić Riversly dla Warleyów. Poczuła 
nagły skórcz, kiedy wyobraziła sobie, że opuści dom, w którym tak bardzo chciała 
znaleźć dla siebie spokój i szczęście. Zamyślona nie zauważyła mężczyzny, który 
od dłuższej chwili stał tuż za nią, dopóki się nie odezwał:

– Pani Martingale, czy mogę prosić do tańca?
Zaskoczona odwróciła głowę i ujrzała ciemną twarz Mercera Cahilla.
Dlaczego nie? Lepiej zatańczyć z nim, niż stać samotnie – powiedziała sobie.
Mercer tańczył znakomicie.  Objął  ją zgrabnie  i prowadził  umiejętnie  wśród 

innych par. Skończyła się muzyka, a on wcale nie zamierzał odejść.

– Może coś przekąsimy? – Zaproponował.
Przeszli do jadalni, gdzie czekał bogato zastawiony stół. Mercer przyrządzał 

drinki, a Donna zajęła miejsce naprzeciw drzwi wychodzących na parkiet. Mogła 
swobodnie obserwować Richarda tańczącego z Clare.

– Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciwko temu, jeśli zabiorę się do 

jedzenia. Dobre odżywianie jest bardzo ważne, nie sądzisz?

– Tylko wtedy, gdy jest się głodnym.
– Masz słuszność. Nie sądzę jednak, abyś kiedykolwiek zaznała prawdziwego 

głodu, tak jak ja.

Spojrzała na niego z zainteresowaniem.
– Pochodzę z ubogiej rodziny – ciągnął. – Do dziś pamiętam, jak to jest, kiedy 

background image

nie ma co włożyć do ust.

Uśmiechnęła   się   uprzejmie,   czując   jednocześnie,   że   jej   niechęć   do   Mercera 

Cahilla, mimo nieufności, powoli topnieje. Podnieśli do ust kieliszki – on wzniósł 
cichy toast na jej cześć. Czuła się dość swobodnie, choć widok Richarda i Clare nie 
sprzyjał   jej   radości.   Oczami   wyobraźni   widziała   ich   przytulonych   w   jednym   z 
ciemnych zakamarków ogrodu. Jakby czytając w jej myślach, Mencer powiedział:

– Widzę, że Clare stosuje swoje stare sztuczki. Jest jeszcze wielką trzpiotką, ale 

bardzo lojalną jeśli chodzi o brata. A propos, wie pani gdzie on jest w tej chwili?...

Zmroził ją tym podchwytliwym pytaniem.
– Wyjechał w interesach – odparła chłodno.
– Jakie to dziwne, że Richard i Clare wiedzą tylko tyle, co pani. Choć właściwie 

Richard upiera się przy wersji, że Jan przebywa w Amsterdamie, ale i tak wszyscy 
wiemy, że kłamie.

– Dlaczego to pana interesuje?
– Tak się składa, że Jan i ja prowadziliśmy wspólne interesy. Ale on nie spełnił 

warunków układu, co mi się bardzo nie podoba, moja droga.

– Po co mi pan to mówi?
– Myślę, że powinnaś na niego wpłynąć, gdyż także w twoim interesie jest, aby 

wreszcie   się   ze   mną   spotkał.   Zapewniam   cię,   że   Seaton   byłby   rad   z   naszej 
współpracy. Jemu zawsze chodziło o bezpieczeństwo rodziny.

– Dlaczego próbujesz mnie zastraszyć? – zapytała ostrym tonem Donna. – Nie 

wiem dokładnie o co chodzi w tej grze, ale jest dla mnie oczywiste, że nikt inny, 
tylko   właśnie   ty   dzwoniłeś   do   Jana   tego   wieczoru   przed   jego   zniknięciem.   W 
zeszłym roku kontaktowałeś się kilkakrotnie z Seatonem – co za każdym razem 
działało   na   niego   przygnębiająco.   Z   tego,   co   wiem,   prawdopodobnie   z   tobą 
rozmawiał na moście tamtego ranka, kiedy... – urwała.

– Czy insynuujesz, że ja... – głos Cahilla brzmiał złowrogo.
Teraz dopiero spostrzegła, jak bardzo jej rozmówca jest wzburzony.
–   Ty   głupia   istoto,   wszyscy   Warleyowie   są   tacy   sami:   kłamcy,   oszuści   i 

złodzieje...

– Proszę przestać! – krzyknęła, jednocześnie drżącą ręką chlusnęła winem w 

twarz Cahilla.

Przerażona, patrzyła jak cienkie strużki trunku spływają po jego policzkach i 

kapią na biały kołnierzyk i koszulę.

Cahill dyszał ze wściekłości.
W tej samej chwili Stephanie stanęła przy stole:

background image

– Szukam ciebie, Donna. Och, mój drogi, widzę, że przydarzył się panu mały 

wypadek. Kelner! Proszę przynieść serwetkę.

Ale Cahill nie przyjął pomocy, otarł twarz chusteczką. Wkrótce podniósł się i 

posłał Donnie twarde spojrzenie mówiąc:

– Nie mam zamiaru przepraszać za słowa prawdy. Jeśli czuje się pani dotknięta, 

to tylko pani sprawa.

Patrzyła na niego obojętnie. Teraz, gdy ochłonęła, żałowała, że dała się ponieść 

nerwom. Widząc pytający wzrok Stephanie, rzekła:

–   Przepraszam,   panią,   ale   ten   człowiek   zirytował   mnie.   Obawiam   się,   że 

pozbawiłam go przyjemności zjedzenia kolacji – dodała, lekko się uśmiechając.

–   Czy   możesz   mi   zdradzić,   co   on   ci   powiedział?   –   spytała   Stephanie   z 

ciekawością, biorąc Donnę pod rękę. Przeszły do osobnego pokoju.

– Chciał mnie zastraszyć, nie, nie mnie – nas – na moment poczuła się jak 

członek rodziny Warleyów. – Stef, o co tutaj chodzi? Dlaczego Richard utrzymuje 
kontakty z tym człowiekiem?

Stephanie usiadła na łóżku, a Donna w fotelu.
– Sama nie wiem. Richard nigdy o nim nie mówi, ale wiem, że Seaton mu ufał. 

Pamiętam,   jak   któregoś   ranka   podczas   lunchu   posprzeczali   się   i   Seaton 
zapowiedział, że nigdy więcej nie życzy sobie być zapraszany w tym samym czasie 
co Cahill.

Donna   zamknęła   oczy.   Czuła   ucisk   w   skroniach   i   pragnęła   jak   najszybciej 

znaleźć   się   we   własnym   łóżku.   Tygodnie   oczekiwania   na   wspaniałą   zabawę 
zakończyły się rozczarowaniem i przygnębieniem.

Słyszała jak Stephanie wyszła z pokoju, a w sekundę później zjawił się przy 

niej Richard.

– Donna, gdzie ty się podziewasz? Nie tańczyliśmy jeszcze. Czy coś się stało?
– Mama ci nie powiedziała? Obawiam się, że wystraszyłam jednego z twoich 

gości. Wylałam kieliszek wina wprost na twarz panu Cahillowi.

Richard spojrzał zdumiony.
– Dlaczego?
– Straszył nas. W szczególności Jana.
– Jestem pewien, że się mylisz. Czy nie powinnaś przestać przesadnie martwić 

się o Jana i powiedzieć wreszcie, gdzie on się ukrywa?

– Żebyś mógł szybko przekazać wiadomość temu zwyrodnialcowi Cahillowi?
– Donna! – ostry głos Richarda przywołał ją do porządku.
– Wybacz, Richardzie. Nie chciałam tego powiedzieć. Ale jestem naprawdę 

background image

zmęczona ciągłymi pytaniami o Jana. Jeśli on chciałby abyście wiedzieli, gdzie się 
znajduje, sam by was o tym poinformował.

– Ktoś mógłby pomyśleć, że zakochałaś się w tym chłopaku – powiedział zły.
Teraz Donna przyjrzała mu się.
– Jesteś zazdrosny?
– A jeśli...
Ich spojrzenia spotkały się na krótko.
– Ale nie jesteś – odezwała się po chwili. – W ogóle nie zależy ci na mnie, 

dopóki masz Clare.

–  To  nie  jest   tak.  I  nie   pozwolę,  żebyś  angażowała   się  w  związki   z  takim 

facetem jak Jan. On się nigdy nie zmieni.

– Wcale nie chcę, aby się zmienił. Przypuśćmy, że zgodzę się wyjść za niego, a 

wtedy Riversly na zawsze pozostanie w rękach Warleyów.

– Czy ty jesteś szalona?
– Myślałam, że uważasz się za przyjaciela Seatona. Czy on nie chciałby właśnie 

tego?

–   Nigdy.   On   nienawidził   Jana...   –   Richard   przerwał   i   tylko   bolesny   skórcz 

przemknął po jego twarzy.

–   Dlatego,   że   twoja   siostra   go   wolała?   Czy   dlatego,   że   Jan   doprowadziłby 

interesy do bankructwa? Może jest coś jeszcze, o czym nie wiem, a co Warleyowie 
chowają w tajemnicy?

Oddech Richarda stał się nierówny.
– Nigdy nie dopuszczę do twojego małżeństwa z Janem.
–   A   niby   jak   zamierzasz   mnie   powstrzymać?   Żeniąc   się   ze   mną?   Wtedy 

Riversly będzie twoje.

Wiedziała,   że   posunęła   się   za   daleko.   Oczy   Richarda   ściemniały   w 

niewypowiedzianym bólu.

– Donna, dlaczego musimy ranić się w ten sposób? Nie zniosę tego.
Jej   gniew   osłabł   i   nagle   zapragnęła   przytulić   się   do   Richarda.   Być   może 

wyczytał wszystko w jej oczach. Raptownie wstał.

– Chodź już. Muszę wrócić do gości, a nie wyjdę z pokoju bez ciebie.
Bez sprzeciwu przyjęła jego ramię i wyszli razem.
„Gdyby tylko" – pomyślała słysząc rozbawione głosy i muzykę – , , gdyby 

Warleyowie mogli dla nas nie istnieć".

Richard uparł się, że osobiście odwiezie do domu damy z Riversly – także 

Donna,   jako   jedyna   z   ostatnich,   opuściła   zabawę   w   Manor   Farm.   Całą   drogę 

background image

powrotną Clare wypełniła swoim podnieconym szczebiotem.

Podczas ostatnich tańców nie wypuszczała Richarda z objęć. Donna zmuszona 

towarzyszyć starszemu panu, Colonelowi Gunter, starannie maskowała zazdrość 
zabawiając partnera.

Richard prowadził szybko, niedbale odpowiadał na pytanie Clare.
„Zmęczył się nami" – pomyślała Donna. Wreszcie dotarli na miejsce.
– Spójrz, Donna, jestem pewien, że zostawiliśmy zgaszone światła.
– To prawda.
Nie mogła uwierzyć, ale rzeczywiście z przedpokoju i z górnego piętra biła 

jasność.

– Jan wrócił do domu! – krzyknęła Clare usiłując jak najszybciej wydostać się z 

samochodu.

– Czekaj – przytrzymał ją Richard.
Donna znieruchomiała, a pani Lanten odruchowo położyła rękę na jej ramieniu.
– Klucze – Richard przejął inicjatywę. Podała mu cały pęk.
– Pospieszcie się – Clare podskakiwała z niecierpliwości. – To na pewno Jan.
– To nie może być Jan – Donna dotknęła ramienia Richarda – a ktokolwiek tam 

jest, może nie być sam. – Richard spojrzał na nią z powątpiewaniem.

– Jeśli to pułapka, po co mieliby zostawić zapalone światło?
Przekręcił klucz i pchnął drzwi. Clare wpadła do hallu, wykrzykując imię brata. 

Na próżno jednak sprawdzała pokoje. W drzwiach gabinetu stanęła jak wryta.

– Boże, Richard, szybko!!! – usłyszeli jej krzyk i podbiegli do niej.
Widok, który mieli przed oczami, przyprawił o dreszcze. Pokój był kompletnie 

zdemolowany: szuflady walały się po podłodze wraz z ich zawartością, papiery i 
książki   poniewierające   się   wszędzie,   kawałki   szkła,   rozbita   stara   drezdeńska 
figurka.

– O mój Boże – Richard rozglądał się bezradnie. – Dlaczego? Kto to zrobił?
– Wandale – podsumowała pani Lanten. Lepiej zadzwońmy na policję.
– Czekajcie – powiedział Richard. – Zastanówmy się, czego brakuje? Czy coś 

w ogóle zginęło?

– Jak mamy to stwierdzić? – odparła Donna. – Trudno powiedzieć na pierwszy 

rzut oka. Chyba powinniśmy sprawdzić resztę domu.

–   Dlaczego   tylko   gabinet?   –   myślał   głośno   Richard,   kiedy   obejrzeli   już 

wszystko.

To również zainteresowało policję, kiedy przyjechała parę minut później.
– Nie ulega wątpliwości, że włamywacze szukali czegoś konkretnego. Papierów 

background image

wartościowych, gotówki. Czy trzymała pani jakieś większe pieniądze w domu, pani 
Martingale?

– Nie. Posiadamy dobrze zabezpieczone miejsce w sklepie.
• – I nie macie tutaj żadnego sejfu? Sierżant przechadzał się wzdłuż ścian.
– Nie, oczywiście, że nie – odpowiedziała Clare.
W końcu znaleziono okno w spiżarni, przez które najprawdopodobniej obcy 

dostali się do środka. Domownicy otrzymali polecenie, aby niczego nie dotykać do 
czasu fachowej ekspertyzy. Richard z sierżantem zabezpieczyli okno i dołączyli do 
pozostałych, siedzących przy okrągłym stole w kuchni.

–   Koniecznie   musimy   kupić   dużego   psa.   Niedobrze   jest   zostawić   dom   bez 

opieki – stwierdziła gospodyni.

– Jan wkrótce wróci – powiedziała Clare.
–   Rzeczywiście,   byłoby   wskazane   postarać   się   o   alarm,   pani   Martingale   – 

podjął sierżant.

Po chwili spytał, przypatrując się twarzom obecnych:
– Gdzie aktualnie przebywa Jan?
– Wyjechał za granicę w interesach – odpowiedziała Donna.
– Chyba często wyjeżdża – zauważył. – Kiedy go nie ma,  kto rozporządza 

kluczami od sklepu?

– Ja – Donna wyrzuciła na stół zawartość torebki. – Zapomniałam wziąć je ze 

sobą.

W pośpiechu wybiegła do swego pokoju. Nerwowo chwyciła torebkę używaną 

na co dzień, do pracy.

– Dzięki Bogu są tutaj – triumfalnie potrząsnęła kluczami w kierunku Clare, 

która przyszła za nią na górę.

– Lepiej będzie, jeśli pokażemy je sierżantowi – powiedziała Clare odbierając je 

od Donny.

Donna z ulgą opadła na łóżko.
– Wyglądasz na bardzo zmęczoną. Nie ma potrzeby, żebyś wracała na dół. Weź 

kąpiel i odpręż się.

Opiekuńczość Clare była miła, ale jednocześnie podejrzana. Jednak Donna, z 

powodu znużenia, nie zastanawiała się nad tym.

–   Później   odniosę   ci   klucze.   Położę   na   toaletce   –   powiedziała.   Oczy   miała 

błyszczące z podniecenia. – Tańce były wspaniałe. Mogłabym bawić się do rana.

Wyszła trzaskając drzwiami.
Donna   nie   była   w   stanie   się   rozluźnić.   Jej   myśli   cały   czas   wracały   do 

background image

zdemolowanego   gabinetu.   Nie,   to   nie   miało   sensu.   Na   pewno   nie   chodziło   o 
papiery w biurku; nie miały żadnej wartości. Czego więc szukali intruzi?

Instynkt podpowiadał  jej udział  Jana  w  tej  całej sprawie.  Poczuła  dreszcze, 

wspominając Mercera. Czy to mógł być on? Czy on w rewanżu zniszczył bezcenny 
porcelanowy posążek? Dlaczego Clare skłamała w sprawie sejfu? Jaki mógł być 
inny powód, oprócz tego, że dziewczyna chciała ukryć tajemną skrytkę brata? Poza 
tym   klucze   od   sejfu   i   od   sklepu   złączone   są   w   jeden   pęk.   Clare   mogła   to 
wykorzystać   i   sprawdzić   zawartość   sejfu,   kiedy   wzięła   klucze,   aby   pokazać 
sierżantowi.

Nagle Donna przypomniała sobie skórzany woreczek, który kiedyś znalazła w 

sejfie. Musiał zawierać coś specjalnego, może biżuterię?

Delikatnie otworzyła drzwi sypialni. Dom tonął w ciszy. Pani Lanten zostawiła 

w hallu zapalone światło.

Donna weszła do gabinetu. Pierwsze spojrzenie padło na drezdeńską figurkę, 

rozłupaną na dwoje.  Stwierdziła ze  zdumieniem,  że porcelanowa rzeźba  jest w 
środku   pusta.   Czyżby   schowek?   Prosto   z   Holandii...   Poczuła   pulsowanie   w 
skroniach,   podbiegła   do   znajomej   szafki   z   książkami   –   sejf   był   otwarty. 
Wyciągnęła rękę... i upewniła się w swych podejrzeniach: ani śladu woreczka. Sejf 
był całkowicie pusty. Teraz naprawdę się zlękła.

background image

Rozdział 11

Gdyby  Donna bardziej dbała o swój  komfort  psychiczny, to odleciałaby  do 

Paryża tego słonecznego, wrześniowego ranka, zamiast starać się o gotówkę dla 
Jana. Straciła mnóstwo czasu w gabinecie dyrektora banku, cierpliwie słuchając, co 
ma jej do powiedzenia w związku z tak poważną wypłatą pieniędzy z konta. Był 
wyraźnie zaszokowany i równocześnie wystraszony.

– Ależ pani Martingale, czy to rozsądne jechać na aukcję z tak ogromną sumą 

pieniędzy?

– Prawdopodobnie nie. Ale to jest sposób, w jaki załatwiam swoje interesy – 

odpowiedziała stanowczym tonem.

– A włamanie w sobotni wieczór? – zauważył znacząco.
– Nic nie zginęło – była zdecydowana utrzymać uciążliwą atmosferę sensacji, 

którą wyczuła w Melbury.

Wróciła do sklepu i przekazała kasetkę z pieniędzmi panu Lewinowi, który 

zamknął ją zaraz w bezpiecznej kasie pancernej.

– Nie będę jej potrzebować aż do czasu powrotu z targów w Benton Manor – 

powiedziała do swego zastępcy.

–   Jak   długo   pani   nie   będzie?   –   dopytywał   się   skrupulatnie   Lewin,   zawsze 

zadowolony, ilekroć mógł zarządzać sklepem w jej imieniu.

– Kilka dni. Proszę nie kontaktować się ze mną; jeszcze nie wiem, gdzie się 

zatrzymam.

Następnego dnia, jadąc na północ, przyrzekła sobie nie myśleć o problemach 

Warleyów, pragnęła odpocząć za wszelką cenę. Ale kiedy wieczorem znalazła się 
w pustym hotelowym pokoju, powróciła, jak żywa, twarz Jana. Z niecierpliwością 
oczekiwała weekendu i kolejnej szansy przekonania go, aby zaniechał ucieczki. 
Wspominała także Richarda, zastanawiała się nad tym, jak chłodno odnosili się do 
siebie ostatnio.

W   sklepie   pojawiła   się   w   czwartkowe   popołudnie.   Była   zadowolona   z 

pomyślnej  transakcji,  dzięki której nabyła osiemnastowieczne  ozdobne zegary i 
kilka naczyń z chińskiej porcelany.

Lewin zdziwił się na jej widok.
– Nie spodziewałem się pani przed końcem następnego tygodnia. Panna Clare 

Walery   poprosiła   mnie   o   kasetkę   z   sejfu.   Powiedziała,   że   to   na   wyraźną   pani 
prośbę.

background image

– Jaką kasetkę? – nie skojarzyła Donna.
– Tę, którą przyniosła pani w poniedziałek z banku.
Czuła, że siły ją opuszczają, usiadła w fotelu.
– Kiedy to było?
– Wczoraj. Czy nie powinienem był? Nic pani nie mówiła... – pytał zdziwiony 

Lewin.

Jak mogła podejrzewać, że Clare wie o wszystkim?
Obojętnie wysłuchała raportu pana Lewina o sprawach sklepu i szybko kazała 

mu odejść. „Muszę natychmiast zobaczyć się z Clare". W miarę zbliżania się do 
Riversly coraz bardziej obawiała się konfrontacji.

– Pani Lanten! Clare! – wystarczyła chwila, aby się zorientować, że nikogo nie 

ma w domu.

„Tylko bez paniki" – powtarzała głośno, biegnąc w stronę Manor Farm. „Tylko 

bez paniki" . Zdyszana dopadła drzwi. Jen bez słowa wskazała jej salon. Byli tam 
wszyscy z wyjątkiem Clare.

Richard siedział przy stole przeglądając mapy. Odwrócił się w stronę Donny, 

lecz z wyrazu jego twarzy nie mogła wywnioskować, czy jest zły czy zmartwiony. 
Niezwykłe było spotkać go w domu w samym środku żniw.

Domyśliła się, że coś się musiało wydarzyć. Stephanie i pani Lanten siedziały 

na   kanapie.   Gospodyni   Warleyow   wyglądała   na   zmęczoną.   Pani   Fielding 
zaczerwienionymi oczami patrzyła na Donnę pogardliwie, nawet jej nie przywitała.

„Nie jestem tu mile widziana... " – pomyślała.
Pani Lanten wstała i zrobiła krok w jej stronę.
– Gdzie ona jest? Co się przytrafiło mojej dziewczynce? Czułam, że to twoja 

sprawka. Jeśli cośkolwiek jej się stanie...

– Dosyć tego, pani Lanten – odezwał się Richard.
– Donna czy wiesz, gdzie w tej chwili przebywa Clare?
Stała w drzwiach nieruchomo, bez słowa. Tylko jej oczy mówiły obecnym, jak 

jest zrozpaczona.

– Chodź, kochanie – Richard pomógł jej usiąść. – Jesteś pewnie przestraszona, 

jak my wszyscy. Ale teraz musisz nam pomóc – powiedział otulając jej dłonie.

– Richardzie – wyszeptała – mogę tylko zgadywać...
–   Ona   bezczelnie   kłamie   –   pani   Lanten   na   nowo   podjęła   atak.   –   Clare 

powiedziała, że rozmawiały przez telefon – wskazywała oskarżycielsko palcem. – 
Mówiła, że pani Donna zapomniała zabrać ze sobą kasetki ze sklepu i prosi, aby 
dziewczyna ją dostarczyła. Clare obiecała wrócić do wieczora. Wzięła samochód 

background image

Jana i tyle ją widziałam. O północy byłam chora z przerażenia – sama w tym domu 
– czekałam...

– Proszę, Lanty, uwierz mi, nie dzwoniłam do Clare. Czy naprawdę myślisz, ze 

zrobiłabym jej coś złego?

– W takim razie kto? – słabym głosem spytała matka Richarda.
– Jan – Donna poczuła dreszcz wymawiając to imię – tylko Jan.
Wzrok Richarda był tak zimny, że aż się zlękła. Nagle pokój zaczął wirować, 

zrobiło jej się słabo. Richard chwycił Donnę w ramiona i ostrożnie posadził na 
kanapie, chroniąc tym samym przed upadkiem.

– Czy Clare zagraża niebezpieczeństwo? – spytał.
– Być może. Podobnie jak Janowi.
Stephanie objęła Donnę, mówiąc:
– Wszystko w porządku. Możesz nam opowiedzieć, co wiesz.
Donna wiedziała, że Warleyowie byli dla Stephanie czymś więcej, niż tylko 

dziećmi sąsiadów.

Musiała złamać obietnicę daną Janowi, nie było innego wyjścia. Całą siłą woli 

zmusiła się, aby mówić w miarę jasno.

– Jan jest – był – poprawiła się – w Bristolu. Ale teraz jest w drodze do Irlandii.
– Od jak dawna o tym wiedziałaś? – zagadnęła starsza pani.
–   Kilka   tygodni   temu   Jan   został   dotkliwie   pobity.   Człowiek,   u   którego 

mieszkał, zaopiekował się nim.  Potem przysłał po mnie.  Jan bał się wrócić do 
domu. Stephanie, tak się strasznie martwię.

– Moja droga, to takie okropne...
– Przyrzekłam Janowi... – zaczęła.
– Nie miałaś prawa niczego mu obiecywać – przerwał jej Richard. – Zrobiłaś ze 

mnie głupca. Dlaczego nie powiedziałaś mi, gdzie on się ukrywa?

Potrząsnęła   głową.   Nie   potrafiła   wyrazić   słowami   podejrzeń,   które   jeszcze 

pogłębiło  zniknięcie   Clare.  Ktoś zabił   Seatona,  ktoś jeszcze  usiłował   pozbawić 
życia Jana, dlatego że, jak przypuszczała, obaj zamieszani byli w jakąś podejrzaną 
aferę.

– Donna musiała dotrzymać obietnicy danej Janowi. Teraz możemy mieć tylko 

nadzieję, że Clare jest bezpieczna ze swoim bratem – skomentowała pani Fielding.

Donna   nie   odpowiedziała.   Czuła,   że   obojgu   Warleyom   grozi   wielkie 

niebezpieczeństwo ze strony Colina, a na Jana dodatkowo czyhali ludzie, którzy już 
omal nie pozbawili go życia.

Obawiała   się,   że   Richard   zacznie   nalegać,   aby   powiadomiono   policję.   Nie 

background image

wiedziała, co robić, była zdenerwowana i przygnębiona. Zakryła twarz dłońmi, 
czując, jak powstrzymywane długo łzy przerwały zaporę powiek.

– Nie warto płakać, Donna – odezwał się Richard.
–   To   nie   jest   twoja   wina.   Jan   jest   łobuzem,   zawsze   nim   był.   Sam   sobie 

zawdzięcza   tarapaty,   w   jakim  się   teraz   znalazł.   Ale   pod   żadnym   pozorem,   nie 
powinien był angażować w to Clare.

– Seaton ufał, że zaopiekuję się nimi. Zawiodłam go – wyrzekła łkając.
Richard przytulił ją do siebie.
– No, już dobrze, kochanie. Teraz możemy tylko czekać i mieć nadzieję...
Podczas   następnych   kilku   dni   Richard   okazał   się   najbardziej   czułym   i 

delikatnym przyjacielem, jakiego Donna kiedykolwiek miała. Była mu niezmiernie 
wdzięczna za okazywaną życzliwość.

Warleyowie nie dawali znaku życia.
Richard   często   opowiadał   o   Clare.   Na   początku   z   gniewem,   później 

wspomnienia odżywały w nim i pytał ze smutkiem:

– Dlaczego mi nie ufała?
– Uspokój się. Przecież wiedziała, że nienawidzisz Jana. A on ukrywa się przed 

policją, nie zapomnij o tym. Musisz sobie wreszcie zdać sprawę, jak bardzo jej 
zależy na bracie.

– Wszystkie jesteście takie same – powiedział ostro.
– Ty, Clare, Elaine. Co wy do diabła widzicie w tym facecie?
– Nie mogę odpowiadać za Clare i Elaine.
– Chcę się dowiedzieć, dlaczego darzysz go sympatią, mimo tego, co o nim 

wiesz?

Nie umiała wytłumaczyć tej mieszaniny uczuć, jaką wywoływał w niej Jan. 

Współczucie i litość, i jakiś bliżej nieokreślony rodzaj miłości. Ale nie wiedziała, 
dlaczego przeżywała to tak intensywnie.

Męczyły ją te wszystkie dociekliwe pytania Richarda, ale zarazem tak bardzo 

go potrzebowała.

Pewnego wieczoru, w tydzień po zniknięciu Clare, zadzwonił telefon. Donna 

podniosła słuchawkę z mocno bijącym sercem.

– Donna? – usłyszała.
– Jan. Gdzie jesteś? Czy Clare jest z tobą?
– Oczywiście, że tak.
Czuła gwałtowny łomot serca.
– Czy wracacie oboje do domu?

background image

– Mamy kłopoty. Colin uciekł z całą gotówką. Siedzimy bez grosza w kieszeni 

w Dublinie. Nie możemy nawet zapłacić rachunku. Pomożesz nam?

Zgodziła się. Zadzwoniła do Richarda, wyjaśniając wszystko, odmówiła jednak, 

gdy chciał pojechać z nią. Sytuacja była wystarczająco skomplikowana.

Zjawiła się w Dublinie następnego wieczoru. Zajechała taksówką przed hotel. 

Jan i Clare czekali na nią w hallu.

– Dzięki Bogu, że przyjechałaś – Jan podbiegł i ucałował ją gorąco.
– Myśleliśmy, że...
– I o włos mielibyście rację. Jestem wami bardzo zmęczona.
Clare też podeszła i powiedziała cicho:
– Dziękuję, Donna, że przyjechałaś.
Była   szczęśliwa,   widząc   tych   dwoje   razem   –   zdrowych   i   bezpiecznych. 

Otoczyła Clare ramieniem i długo tuliła.

– Oj! Głuptasy, głuptasy... gdybyście wiedzieli, jak się martwiliśmy.
– Richard też? – ożywiła się Clare.
Donna najpierw przytaknęła, a potem dodała:
– Richard najbardziej ze wszystkich.
Jan uśmiechnął się i podał jej bagaż portierowi.
– Czy miałabyś coś przeciwko porządnej kolacji? Jesteśmy bardzo głodni.
Przy  stole  nie zadawała   żadnych  pytań, dopiero  wieczorem zeszli   się  w jej 

pokoju, aby wyjaśnić całą sytuację.

– Co się stało? – spytała, siadając w fotelu.
Jan zaczął niecierpliwie przechadzać się po pokoju.
– Colin zabrał wszystko, łącznie z samochodem – zastanowił się przez chwilę. – 

Colin zawsze stawał po stronie przegranych. Dlatego właśnie zaopiekował się mną.

– Wątpię w to – odparła chłodno Donna. – Dla mnie oczywiste jest, że chciał 

twoich pieniędzy.

– Ale ja ich nie mam. Za to ty masz.
Jan wpatrywał się w Donnę.
– Seaton nas oszukał – ciągnął.
Poczuła nieprzyjemne mrowienie.
– W każdym razie nie postąpił uczciwie. Nie żebym go winił...
– Myślałam, że wy wiedzieliście o mnie – powiedziała cicho.
– Oczywiście, domyślaliśmy  się, że ma kogoś. Po co miałby w taki sposób 

meblować   sypialnię?   Dopiero   komplet   Louise   Quinze   okazał   się   wystarczająco 
piękny. Wnioskowaliśmy więc, że to musi być Francuzka.

background image

– Czy rozmawialiście o tym z Richardem? – spytała nagle.
–   Oczywiście,   że   tak   –   wtrąciła   się   Clare.   –   Richard   obiecał   nam   pomóc. 

Odradzał Seatonowi zbyt szybki ślub – zaśmiała się. – Byłaś zdecydowanie zbyt 
egzotyczna.

„Richard zatem uprzedził się do mnie na samym początku" – pomyślała Donna. 

– „Dlatego też pewnie napisał ten nieprzyjemny list. "

Clare   położyła   się   na   łóżku   podkurczając   nogi.   Coś   się   zmieniło   w   tej 

dziewczynie, choć wciąż broniła swej niezależności.

Donna zwróciła się do Jana.
– Dlaczego zmieniłeś nasz plan?
– To był pomysł Colina. Powiedział, że czekanie jest zbyt niebezpieczne. Był 

wściekły, kiedy zadzwonił do sklepu i przekonał się, że wyjechałaś. Wtedy zwrócił 
się do Clare.

– Domyśliłam się, że wyjęłaś pieniądze z banku. Nie było ich w domu, musiały 

być w sklepie. Nie jesteś zbyt rezolutna – wytłumaczyła się Clare.

– Ale na pewno nie jestem oszustką.
Oczy Clare rozbłysły złowrogo.
– Wzięliśmy to, co należy do nas. Zamierzamy zatrzymać Riversly.
– Widzicie jakieś sensowne wyjście? – zapytała Donna.
– Jest jedno, ale Jan jest na to za głupi. Musi się z tobą ożenić. Jak wyjdziesz za 

niego, nikt nigdy nie odbierze nam Riversly.

– Jak śmiesz proponować coś takiego?
– On wcale nie jest taki zły – odparła beztrosko Clare i zaśmiała się.
– Oczywiście, że nikt nie może cię zmusić do ślubu ze mną, nawet jeśli czujesz 

się winna – Jan usiadł na ziemi blisko jej kolan. – Czy tak trudno było zmusić 
Seatona do zmiany testamentu? Czy przypomniałaś mu o obowiązkach względem 
nas? – prowokował ją.

– Ja nie byłam w stanie nic zrobić – odepchnęła go.
– Ależ byłaś. Mogłaś zaprotestować. Powiedzieć, że nie chcesz Riversly.
Niespodziewanie pochwycił ręce Donny i zaczął je całować.
– Nie – wyrwała się.
– Zobacz Clare, ona mnie nienawidzi.
–   Małżeństwo   między   nami   jest   po   prostu   niemożliwe   –   powiedziała 

stanowczo.

– Czyżby? – patrzył z czułością, a dłonią muskał jej policzek. – Widzę, że 

należysz do kobiet, które nie wychodzą za mąż, jeśli nie kochają.

background image

Napotkała jego ironiczne spojrzenie.
– Nie zamierzam poślubić mężczyzny, który boi się nawet wrócić do własnego 

domu – odpowiedziała Donna.

– Właśnie wracam.
– Ale przecież...
–   Teraz   już   nie   ma   żadnego   niebezpieczeństwa.   Będę   potrzebował   twojego 

poparcia u Brooksa.

– Czy to rozsądne? To znaczy, tłumaczyłeś mi...
– Zapomnij o tamtym, Donna. Sytuacja się zmieniła...
Przejrzała mu się bliżej, w nim także dostrzegła pewną zmianę. Nie chodziło 

wcale   o   wygląd   zewnętrzny,   ale   o   sposób   bycia.   Kiedy   się   uśmiechał,   oczy 
błyszczały radośnie.

– Niebezpieczeństwo minęło – powtórzył.
Powinna   się   z   tego   ucieszyć,   lecz   nie   potrafiła.   Wiedziała   dokładnie,   ile 

kłopotów spowoduje powrót Jana na wieś. Niestety, nie myliła się.

Donna   zatelefonowała   do   pani   Lanten   z   lotniska   w   Heathrow.   Po   godzinie 

dotarli do Riversly. Gospodyni czekała przed domem. Ściskała Clare wykrzykując 
słowa powitania. Clare ucałowała ją w policzki.

– Tęskniłam do ciebie, Lanty, tak bardzo tęskniłam do Riversly.
Pani Lanten uśmiechnęła się do Donny.
– A jednak przywiozła ich pani z powrotem. Pani Fielding i pan Richard są w 

salonie.

Clare padła wprost w ramiona Richarda. Donna z Janem pozostali z tyłu. Ponad 

głową dziewczyny Richard spoglądał na Donnę. Nie umiałby powiedzieć, czy jest 
zły czy spokojny. Nagle pomyślała: „Co to za różnica?" – i podeszła do Stephanii, 
aby się przywitać.

– Dzięki Bogu, szczęśliwie wróciliście do domu – powiedziała pani Fielding.
– Nawet ja? – Jan odezwał się stojąc w drzwiach.
– Miałem nadzieję nigdy więcej cię nie ujrzeć – powiedział Richard.
Zapadła cisza, którą przerwał śmiech Jana:
– Tym gorzej – odpowiedział – bo będziesz miał okazję często mnie widywać, 

kiedy zostanę panem na Riversly.

Odwrócił się i pogwizdując zaczął wchodzić po schodach.

background image

Rozdział 12

Wiadomość o śmierci Mercera Cahilla zamieściło sobotnie wydanie „Kuriera". 

Zwykłe podczas popołudniowej przerwy w pracy Donna przeglądała prasę. „Ciało 
wyłowiono u północnych wybrzeży Walii. Był pasażerem irlandzkiego promu, we 
wtorek 11 września. Świetny oficer policji. Podejrzenie o morderstwo".

Odłożyła gazetę drżącymi rękami.
„Mój Boże – pomyślała – „czyżby to zrobił Jan? Próbowała uspokoić nerwy. 

Niemożliwe, Jan nie mógłby skrzywdzić człowieka. A zatem kto? Warleyowie i 
Cahill? Pamiętała tylko, jak zależało Cahillowi na znalezieniu Jana. Jeszcze jedna 
myśl   krążyła   jej   po   głowie:   Cahill   –   oficer   policji.   Dlaczego   nikt   jej   nie 
powiedział? Na przykład Richard. Musiał o tym wiedzieć. Przecież załatwiał jakieś 
sprawy z tym człowiekiem.

Nie umiała w tej chwili znaleźć żadnego logicznego wyjaśnienia. Żałowała, że 

nie   może   otwarcie   porozmawiać   z   Richardem,   gdyż   odkąd   wróciła   z   Irlandii, 
wyraźnie   jej   unikał.   Za   to   Clare   bez   skrępowania   chwaliła   się   zażyłością   z 
Fieldingiem.   Jan   konsekwentnie   tkał   sieć,   w   którą   Donna   mogłaby,   nie   bez 
przyjemności, dać się złapać. Bez przerwy mówił o małżeństwie i o zbawiennym 
skutku   tego   dla   Warleyów   i   Riversly.   Donna   drżała   na   samą   myśl   o   tym. 
Wiedziała, że powinna uciec stąd jak najszybciej. Może pojechać do ojca? Nie 
pisał do niej od czasu śmierci Seatona. Ale niewykluczone, że Jan odszukałby ją 
nawet w Egipcie.

Przyjechał do sklepu kilka minut później, zachowując się przy tym hałaśliwie i 

pretensjonalnie,   jak   gdyby   wciąż   sobie   wyobrażał,   że   jest   właścicielem   dobrze 
prosperującego interesu.

– Kochana Donna, dlaczego taka poważna?  Lepiej jedź ze mną  na wyścigi 

konne do Goodwood. – Zaśmiał się ironicznie.

– Jestem zajęta.
– Kiszenie starych gratów z pewnością może poczekać do poniedziałku.
– Jan!
– W porządku, nie chciałem cię urazić. Ale jeśli nie chcesz iść ze mną, bądź tak 

słodka i pożycz mi kilka funtów.

– Widziałeś to? – wskazała na gazetę leżącą na stole.
Jan spojrzał przelotnie.
– No i co? Nigdy nie lubiłem tego Cahilla.

background image

–   Płynęliście   tym   samym   promem.   On   ciebie   szukał   –   wszędzie   i   bardzo 

wytrwale. Rozmawiałaś z nim?

– Po co miałbym to robić? Mam wrodzony wstręt do policjantów.
– Dlaczego on się tobą interesował, Jan? – wypytywała chłodno. – Bardzo się 

zdziwił, kiedy Richard powiedział mu, że jesteś w Amsterdamie – zawahała się. – 
Myślę, że prowadził jakieś interesy z Richardem.

Nagle   Jan   przysiadł   na   krawędzi   stołu.   Twarz   mu   gwałtownie   pobladła. 

Przechylił się i chwycił Donnę za nadgarstki, aż poczuła dotkliwy ból.

– I co, powiedziałaś Cahillowi, gdzie mnie znaleźć? Czy właśnie dlatego płynął 

razem z nami promem do Irlandii?

Próbowała się wyrwać.
– Całkiem miło się wam rozmawiało podczas zabawy, nieprawdaż? Clare mi 

wszystko opowiedziała.

– Co mogłam zdradzić? O niczym nie wiedziałam!
– O diamentach – patrzył na nią z pasją. – A jednak zdradziłaś mnie...
– Nie!
Puścił jej ręce, zataczając się po pokoju pijany wściekłością.
– Wiedziałaś o diamentach! Czyż to nie jest wystarczający powód?
Potrząsnęła głową. Nie była w stanie wykrztusić słowa. Zrobiło jej się słabo ze 

strachu i ze złości.

– Nie jesteś taka głupia, Donna. Szczęśliwie się stało, że Clare wyjęła klejnoty z 

sejfu, zanim Cahill zainscenizował włamanie. Oczywiście nie mógł już niczego 
znaleźć. Rozbił nawet drezdeńską figurkę, aby się upewnić, że tam ich nie ma. 
Clare   przywiozła   diamenty   ze   sobą.   Colin   domyślił   się,   jak   wielkie 
niebezpieczeństwo nam zagraża. Zmusił ją, by mu je oddała. Zaraz potem uznał, że 
najlepszym wyjściem będzie unieszkodliwienie Cahilla na zawsze.

Słuchała przerażona:
– Chcesz powiedzieć, że to Colin go zamordował?
– Tak. A co, myślałaś, że to ja? – uśmiechnął się zjadliwie. – Ostrzegałem 

Colina, że diamenty przyniosą mu nieszczęście. To już trzecia osoba zginęła.

Historia opowiedziana przez Jana poraziła ją. Bezwładnie opadła na krzesło. 

Jan przysunął się do niej, mówiąc:

– Teraz wiesz zbyt dużo, moja kochana. Im wcześniej się pobierzemy, tym 

lepiej.

–   Nigdy,   a   jeśli   natychmiast   nie   wyniesiesz   się   z   Riversly,   bezzwłocznie 

zawiadomię policję – krzyknęła.

background image

– Pomyśl o skandalu – powiedział słodkim głosem Jan.
Gniew   przeszedł   mu   momentalnie.   W   tej   chwili   przypominał   rozkosznego 

chłopczyka: duże roześmiane oczy, proszące go o wybaczenie.

–   Nie   możesz   mnie   wyrzucić.   Gdzie   bym   się   podział?   Umarłabyś   ze 

zmartwienia.

Spojrzał   na   nią   czule.   Podniósł   jej   dłonie   do   ust,   znacząc   je   delikatnymi 

pocałunkami.

–   Znowu   przyjaciele?   To   mi   się   podoba.   A   teraz   skarbie,   daj   mi   trochę 

pieniążków.

Chciała odmówić, powiedzieć, żeby poszedł do diabła. Ale nie zrobiła tego. 

Wyjęła z torebki banknot i rzuciła na stół. Jan ucałował ją z wdzięcznością.

– Jestem pewny, że przyniesie mi szczęście.
Kiedy wyszedł, długo patrzyła przez okno na niebo w klasztornym dachu. Ani 

śladu słońca. Ściany były obleczone szarością.

Wyobraziła sobie, jak ta wielka budowla nagle zaczyna się walić, grzebiąc pod 

gruzami ten pokój i ją samą.

Próbowała   rozmasować   posiniałe   nadgarstki,   ale   czuła   dokuczliwy   ból. 

Zdecydowała, że zadzwoni do pana Brooksa. Wykręciła już numer do jego biura, 
zanim   zorientowała   się,   że   jest   sobota.   Niecierpliwie   przewracała   kartki   w 
poszukiwaniu domowego numeru telefonu do swego adwokata.

– Muszę się z panem jak najszybciej zobaczyć – powiedziała, kiedy w końcu 

usłyszała jego głos w słuchawce.

– Czy przyjedzie pani do mnie? – zaproponował bez wahania, jakby od dawna 

oczekiwał tego spotkania.

Samochód stał przed sklepem. Do Oxfordu była zaledwie godzina jazdy.
Pan   Brooks   przywitał   Donnę   w   ogrodzie,   na   tyłach   swego   starego 

wiktoriańskiego domu. Ubrany w luźne spodnie i swobodną koszulkę wyglądał o 
wiele młodziej. Był bez okularów, mogła zobaczyć jego duże, dobre, niebieskie 
oczy.

– Co za upał – szli do salonu. – Z pewnością zaraz spadnie deszcz.
– Usiądź, moja droga, zaraz będzie gorąca herbata. Jest pani bardzo blada.
Donna rozumiała, dlaczego Seaton ufał temu człowiekowi; w jego zachowaniu 

czuło się, oprócz angielskiej flegmy, wysoką klasę, a także dobroć.

Herbata w delikatnych filiżankach z chińskiej porcelany parowała i pachniała 

kojąco.

– Przyszłam do pana – zaczęła Donna – gdyż wiem, że dłużej nie mogę zostać 

background image

w Riversly. Jestem panu wdzięczna za to, że odradził mi pan sprzedaż mieszkania 
w Paryżu. Postanowiłam wrócić.

Nie wydawał się być zdziwiony.
– Jest pani świadoma konsekwencji?
–   Nie   czuję   się   na   siłach   dłużej   ponosić   odpowiedzialności   za   kuzynów 

Seatona. Ten układ nie zdaje egzaminu.

– Dużo pani traci, podejmując tę decyzję. Zdaje pani sobie sprawę?
– Nie chcę niczego.
– A jednak pokonali panią...
Zadrżała.
– Nie zniosę już dłużej... – jej głos łamał się tak, że nie mogła mówić. Łzy 

spłynęły po policzkach.

– Moja droga, byłaś bardzo dzielna. Seaton na pewno byłby z ciebie dumny. 

Nie mógł uporać się z Janem, wiesz o tym. To Jan – o niego przede wszystkim 
chodzi, czy tak?

Przytaknęła.
–   Czy   naprawdę   nie   ma   sposobu,   aby   zmusić   Warleyów   do   opuszczenia 

Riversly?

Brooks zaprzeczył.
– Chyba, że dobrowolnie zrezygnują. Clare prawdopodobnie wyjdzie za mąż. 

Ale Jan...

– Jest zdecydowany posiąść Riversly, bez względu na okoliczności.
– To jest zupełnie niemożliwe. Chyba, że – czy on przypadkiem nie proponował 

pani małżeństwa?

Potwierdziła.
– A pani? – przyglądał się jej wyczekująco.
– Nigdy się na to nie zgodzę.
– Dobrze. Nadszedł czas,  abym poważnie porozmawiał  z Janem.  Myślę, że 

pewne rzeczy mogę mu wytłumaczyć.

„Jak on mało rozumie" – pomyślała Donna. Jadąc tu, wierzyła, że być może 

uwolni   się   od   ciężaru   swoich   obaw,   teraz   wiedziała,   że   musi   sobie   sama   ze 
wszystkim poradzić.

– Mam nadzieję, że pani nie porzuci sklepu. Radzi sobie pani znakomicie – 

powiedział   Brooks.   –   Wyprawa   do   Paryża   nie   jest   złym   pomysłem,   ponieważ 
przyniesie możliwość kontaktu z partnerami handlowymi Seatona. Jeśli chodzi o 
piękne meble, posiada pani to samo, co on wyczucie. Jest jeszcze jedno, o czym 

background image

chciałbym pani przy okazji wspomnieć:  planowane jest drugie wydanie książki 
Seatona. Dziennikarze mają do pani mnóstwo pytań.

Donna powoli zaczynała rozumieć, że nie ze wszystkiego musi zrezygnować. 

Pozostał sklep. Najbardziej jednak bolało ją to, że straci Richarda. „Takie moje 
szczęście" – tłumaczyła sobie. „Clare zawsze będzie stała pomiędzy nami".

Po południu znacznie się ściemniło. Pierwsze krople spadły na ziemię. Patrząc 

przez okno widziała, jak roślinność odżyła, złakniona deszczu.

Podniosła się z fotela.
– Muszę iść.
– Lepiej będzie, jeśli pani zostanie. Jazda samochodem przy takiej pogodzie 

może okazać się niebezpieczna. Oczywiście, jeśli zniesie pani towarzystwo starego 
człowieka...

Ledwo   dała   się   przekonać.   Ulewa,   w   istocie,   wzrastała   gwałtownie,   Donna 

postanowiła zatem zostać na noc.

– Moja gospodyni wskaże pani pokój.
Donna   próbowała   porozumieć   się   telefonicznie   z   Riversly,   jednak   bez 

powodzenia. „Kto miałby się o mnie martwić?" – pomyślała przygnębiona. Nie 
była pewna, czy zaśnie po przykrych wydarzeniach minionego dnia.

Na szczęście spała smacznie aż do rana, gdy słońce zajrzało do okna.
Burza oczyściła powietrze. Wszędzie czuło się świeżość.
Przed   południem   pożegnała   pana   Brooksa,   chcąc   jakiś   czas   pospacerować 

starymi uliczkami Oxfordu. Dopiero po południu pojechała do domu.

Pani Lanten siedziała przy kuchennym stole, głośno płacząc.
– Lanty, co się stało?
– Więc pani wróciła? Czy Jan również?

– Oczywiście, że nie. Pojechałam na spotkanie z panem Brooksem, a tam złapała 
mnie ulewa, więc zdecydo

wałam

, że nie będę ryzykować i zostałam na noc. 

Próbowałam się z wami skontaktować, ale bez skutku.
– Nikogo tutaj nie ma, chociaż są potrzebni. Bardzo miło spędziłam ten czas z 
Clare – powiedziała ironicznie gospodyni.

Łzy zaschły jej na policzkach.
– Czy ona jest chora?
– Zdaje się, że coś z nią nie tak. Zamknęła się w pokoju. Nie odpowiada, kiedy 

ją wołam. Przybiegła z płaczem z Manor Farm; wyglądała, jakby diabeł w nią 
wstąpił.

Donna   usiadła   zrezygnowana.   Tylko   Richard   mógł   wpędzić   Clare   w   taką 

background image

rozpacz.

– Proszę, porozmawiaj z nią – odezwała się Lanty.
– Clare – Donna zapukała do drzwi. – Clare, proszę, pozwól mi wejść.
Modliła się, by nie stracić panowania nad sobą.  Po chwili usłyszała szczęk 

klucza przekręcanego w zamku.

– Idź sobie. Nie chcę...
Donna starała się stanąć jak najbliżej Clare.
– Każdy czasami potrzebuje pomocy. Dlaczego z tobą miałoby być inaczej?
– Co ty możesz poradzić?
– Nic, dopóki się nie dowiem, co ci dolega.
Donna weszła do pokoju. Clare wróciła na łóżko. Leżała na wznak z głową 

przytuloną do poduszki i tępym wzrokiem patrzyła w sufit. Donna przycupnęła 
obok na podłodze.

Panowała cisza.
– Oszukiwał mnie – powiedziała Clare cichym głosem.
– Kto?
– Richard, oczywiście. Powiedział, że kocha mnie tak, jak siostrę. Co mi z tego. 

Sprawię,   że   pokocha   mnie   naprawdę.   Wiem,   że   to   potrafię,   Donna.   Muszę... 
Powiedz mu, że się zabiję, jeśli się ze mną nie ożeni.

– Oczywiście, że tego nie zrobisz – powiedziała Donna.
– Ty nie wiesz, co to znaczy kochać kogoś bezgranicznie. Seaton nie był w 

stanie rozpalić w tobie prawdziwej namiętności. Był już za stary i nudny, ale miał 
Riversly.

Donna z trudem się powstrzymała od wymierzenia Clare policzka. Siedziała 

słuchając.

–   Życzliwość   i   słodycz;   to   jesteś   ty   –   twarz   dziewczyny   poczerwieniała   z 

przejęcia. – Ty dbasz o innych ludzi, ja nie.

– Tobie zależy na Janie.
– Oczywiście, że kocham Jana. On jest częścią mnie. Ale nie mogę żyć bez 

Richarda.

Donnę wzruszyło cierpienie Clare. Dziewczyna usiadła przy niej na podłodze i 

otuliła rękami jej kibić.

– Proszę, Donna, pomóż mi. Jesteś jedyną osobą, której Richard posłucha.
– Stephanie bardzo cię lubi.
– To nie wystarczy, żeby chciała, abym była jej synową. Uważa, że mam w 

sobie zatrutą krew Warleyów. Seaton nie zawiódłby mnie.

background image

„Ale   przecież"   –   pomyślała   Donna,   gładząc   czarne   włosy   Clare   –   „nawet 

Seaton nie mógłby wywrzeć na Richardzie takiej presji".

– Nie wiesz, o co prosisz, moja mała – odpowiedziała cicho.
Clare   raptownie   wstała,   zaczęła   przeraźliwie   krzyczeć.   Jednym  ruchem   ręki 

pozrzucała z półki książki i szklane naczynia. Kawałek szkła podniosła z ziemi i 
próbowała przeciąć nim żyły przy nadgarstkach. Nim Donna zdążyła zareagować 
na niebieskim dywanie pojawiły się czerwone krople krwi.

– Widzisz, do czego mnie doprowadziłaś? – Clare chwyciła teraz największy 

kawałek szkła i stanęła blisko Donny.

„Ta dziewczyna jest szalona" – pomyślała Donna, próbując zachować spokój.
Clare zbliżyła szkło do jej twarzy.
– Tak bardzo cię nienawidzę, że mogłabym cię zabić, ale nie zrobię tego, na 

razie. Jen ostrzegała mnie. To czarownica, wiesz? Widzi przyszłość. Powiedziała, 
że wzejdzie ciemna gwiazda i przysłoni słońce. Nie jestem pewna, co to znaczy, 
lecz   chyba   przeczuwała   twój   przyjazd   do   Riversly   i   to,   że   ukradniesz   moje 
szczęście. Ona wiedziała też, że Seaton zginie...

– Clare, przestań mówić głupstwa.
– To nie są głupstwa! – wrzasnęła Clare i gwałtownie zbliżyła ostrze do szyi 

Donny.

Donna zamarła. Widziała tylko, jak ręce Clare krwawią coraz mocniej.
– Clare, na miłość boską...
– Nie ruszaj się, albo...
W tej chwili do pokoju weszła pani Lanten.
– Znowu podsłuchiwałaś – oskarżycielskim tonem powiedziała Clare i upadła 

na podłogę.

– Szybko – przyskoczyła do niej Donna – wody, bandaże.
Razem z gospodynią ułożyły dziewczynę na łóżku, obandażowały ręce. Donna 

była pewna, że to ostatni rozdział tej historii.

– Powinnyśmy  się  upewnić,  czy   wszystko z  nią  w porządku  – powiedziała 

Lanty.

–   Nie   potrzebuję   doktora.   Jestem   zdrowa.   i   silna,   prawda   Lanty?   –   Clare 

otworzyła oczy.

– Jesteś pewna? – zapytała Donna patrząc z czułością na Clare.
Wielkie łzy spłynęły po twarzy dziewczyny.
–   Pragnę   Richarda.   Proszę,   Donna,   powiedz   mu,   że   go   potrzebuję.   Inaczej 

wykrwawię się na śmierć.

background image

Pani Lanten spojrzała na Donnę.
– Zrób, o co prosi – rzekła.
– Dobrze – powiedziała Donna.
Zamykając drzwi do pokoju Clare, miała przed oczami ciemność.
„Nie  porozmawiam  z  Richardem"   – pomyślała,  opadając  na  łóżko,  wiedząc 

jednocześnie, że musi to uczynić. W tej chwili jednak nie była zdolna mówić z 
kimkolwiek. Postanowiła uspokoić nerwy – zaczęła się pakować.

Wkrótce weszła pani Lanten niosąc herbatę.
– Uspokoiła ją pani – powiedziała z wdzięcznością. – Więc jednak wyjeżdża 

pani?

– Tak.
– Może i lepiej. Nigdy nie będzie spokoju w tym domu. Ale porozmawia pani 

najpierw z panem Fieldingiem? – upewniła się jeszcze.

Donna skończyła się pakować, wypiła filiżankę herbaty i zeszła na dół, aby 

zatelefonować do Richarda. Odebrała Stephania.

– Zaraz powinien wrócić, moja droga.
– To ważne, potrzebuję pomocy.
– Przyślę go do ciebie.
– Nie, Stephanie. Lepiej poproś, żeby spotkał się ze mną na moście.
– Dobrze.
Gdy tylko wypowiedziała prośbę, pożałowała jej. Jednak po chwili uznała to 

miejsce za najwłaściwsze na pożegnanie.

Usłyszała kroki i zobaczyła Clare znikającą w swoim pokoju.

background image

Rozdział 13

Richard stał na moście. Czekał na Donnę. Kiedy zobaczyła most, przystanęła na 

chwilę, przeraził ją, jak pierwszego dnia. Znowu przypomniał jej Seatona, z trudem 
powstrzymała łzy.

Szła  wzdłuż  rzeki  w  stronę  Richarda.   Ujrzał,   jak  się  zbliża,   lecz  nie  zrobił 

żadnego gestu, aby ją powitać. Powiedział tylko:

– Co sprawiło, że wróciłaś? Czyżbyś się rozmyśliła...
–   Dlaczego   nie   miałabym   wrócić?   –   spytała   zdumiona.   –   Pan   Brooks 

zaproponował, abym u niego przeczekała ulewę – wyjaśniła.

– Brooks. U niego byłaś. A ja myślałem...
– Richard, na miłość boską... Zdecydowałam, że muszę z nim omówić pewne 

sprawy, wracam i co zastaję? Clare usiłuje popełnić samobójstwo, Jana oczywiście 
nie ma – dwa dni temu wyjechał na wyścigi konne do Goodwood. Pani Laten u 
kresu   wytrzymałości   nerwowej.   Wierz   mi,   nie   mogę   już   dłużej   zajmować   się 
Warleyami. Spakowałam swoje rzeczy i rano wyjeżdżam do Paryża.

– Nigdzie nie pojedziesz – Richard chwycił ją za obolałe nadgarstki. Jęknęła 

cicho.

– Kto to zrobił?
– Posprzeczaliśmy się z Janem. Podejrzewałam, że to on zabił Cahilla.
Richard tulił jej dłonie.
– Wiedziałeś, że Jan przemycał diamenty, prawda? – spytała.
Przytaknął.
–   Miałem   nadzieję,   że   się   nie   dowiesz.   Co   rzeczywiście   przytrafiło   się 

Cahillowi?

– Jan powiedział, że Colin wypchnął go za burtę. Pan Cahill śledził ich i wsiadł 

za nimi na prom do Irlandii.

Colin  uświadomił  sobie   niebezpieczeństwo,   kiedy  odkrył, że  Clare  ma  przy 

sobie diamenty. Wtedy je ukradł, podobnie jak całą gotówkę i samochód Jana – 
przerwała, by po chwili mówić dalej. – Czuję straszne wyrzuty sumienia, kiedy 
pomyślę o panu Cahillu. Widzisz, byłam pewna, że to on zamordował Seatona. Pan 
Brooks znalazł świadka, który widział dwóch mężczyzn rozmawiających na moście 
tamtego ranka – zwróciła się do Richarda drżącym z przejęcia głosem.

Patrzył na nią poruszony. Po chwili odrzekł.
– Mogę. cię zapewnić, że pan Cahill nie zabił Seatona. Wiem, gdzie był, kiedy 

background image

to się stało. Zostaje więc tylko jeden podejrzany, czy nie? I przysięgam, że go 
oskarżę, jeśli ty nie zrezygnujesz z małżeństwa.

– O jakie małżeństwo ci chodzi? – spytała. – Przecież ja nie wychodzę za mąż...
– Aleja myślałem... Clare przysięgała mi, że zgodziłaś się poślubić Jana.
– Kłamała. Oczywiście tak się nie stanie. Nie kocham go.
– Och, Donno, moja najdroższa, tak się bałem.
– Richard! – z wrażenia zaparło jej oddech.
– W takim razie, czy jest nadzieja dla mnie?
Serce   Donny   biło   jak   oszalałe.   Nie   mogła   spojrzeć   Richardowi   w   oczy. 

Obietnica dana Clare wróciła jak koszmar.

–   Clare   cię   kocha   –   wykrztusiła,   uwalniając   się   z   jego   objęć.   –   Omal   nie 

oszalała z rozpaczy, kiedy powiedziałeś, że między wami wszystko skończone.

– To jasne, że musiałem tak zrobić. Donna, ja kocham ciebie!
Obezwładniona radością próbowała jeszcze tłumaczyć. Ale w końcu zaniechała 

słów. Ale przecież Clare była pomiędzy nimi teraz i na zawsze i nic nie mogło 
zmienić tej sytuacji. Czuła jak jej usta drżą, w oczach miała łzy.

– Czy ty mnie kochasz? – zapytał.
Ze wszystkich sił chciałaby zaprzeczyć, lecz to było niemożliwe.
– Kocham cię – odpowiedziała.
W   oczach   Richarda   dostrzegła   ulgę.   Otulił   ją   ramionami.   Pierwszy   jego 

pocałunek   wyrażał   wielką   czułość,   zaś   następny,   słodki   i   namiętny,   oddawał 
porywającą   siłę   jego   uczucia.   Donna   oszołomiona   szczęściem   zapomniała   o 
wszystkich zmartwieniach.

Nagle jakiś dziwny dźwięk przykuł jej uwagę.
Odwróciła głowę nasłuchując.
– Co to?
– Ptak albo jakieś zwierzę.
– Nie. To było jak płacz.
– Kochanie, zdawało ci się.
Serce podpowiadało jej, że ktoś płakał. „Clare" – pomyślała. „Na pewno Clare. 

Widziała nas. Z pewnością czuje się okropnie. Muszę z nią porozmawiać".

– To nie ma sensu, Richardzie. Nie mam prawa was rozdzielać – powiedziała.
– I nie musisz. Ja nie należę do niej.
– Prosiła mnie, abym koniecznie z tobą...
–   Moja   najdroższa,   Clare   wkrótce   wszystko   zrozumie.   Niekiedy   trzeba   być 

okrutnym, aby być naprawdę dobrym.

background image

–   Musimy   to   jej   wytłumaczyć,   dać   trochę   czasu,   pomóc   jej,   Richardzie. 

Strasznie się o nią boję.

– Jest młoda i silna. Na pewno sobie kogoś znajdzie – odrzekł.
Donna   była   przekonana,   że   nie   mówi   tego   poważnie.   Musiał   zdawać   sobie 

sprawę, że dziewczyna kocha go ponad wszystko. I wiedziała, że to właśnie ona, 
Donna, powinna być teraz silna i twarda.

–   Nie   mogę   stanąć   między   tobą   a   Clare.   Riversly   przypadło   mi   w   udziale 

zupełnie niespodziewanie, choć przyznaję, że wtedy nie spytałam nawet Seatona, 
ile   ten   dom   znaczy   dla   Warleyów.   To   był   niewybaczalny   błąd.   Mogę   jednak 
zmienić testament. Jeszcze dzisiaj.

– Seaton oddałby życie za twoje szczęście.
Znowu zaczęła rozglądać się i uważnie nasłuchiwać.
Czy nie łudzi się myśląc, że jest w stanie pomóc Clare?
– Zapomnij o Riversly – odezwał się Richard. – Mój ojciec powinien był dawno 

sprzedać tę posiadłość. Zanim ojciec Seatona ją wydzierżawił.

– Chcesz powiedzieć, że wciąż jest waszą własnością?
– Nie. Seaton spłacił ją, zanim jeszcze zaręczyli się z Elaine – z nienawiścią 

spojrzał   w   kierunku   domu.   –   Nikt   nigdy   nie   był   tam   szczęśliwy;   czasami 
wolałbym, żeby wszystko poszło z dymem.

Donna   z   ciężkim   sercem   spojrzała   w   stronę   ogrodu.   Nagle,   na   drodze 

prowadzącej do mostu, ukazał się Jan. Nadszedł zdyszany, z potarganymi włosami 
i płonącymi z podniecenia oczami.

–   Wygrałem!   –   wykrzyknął   uradowany.   –   Wiedziałem,   że   przyniesiesz   mi 

szczęście. Kochana Donno, moja najpiękniejsza – zaczął wymachiwać pokaźnym 
plikiem pieniędzy.

– Schowaj to! – rzucił Richard.
– O, nie. Muszę spłacić moje długi – postanowił Jan. – Czy nie tak, Richardzie?
Zabrzmiało   to   jak   wyzwanie.   Donna   odsunęła   się   przestraszona.   Sylwetki 

dwóch   mężczyzn   na   tle   czerwieni   zachodzącego   słońca   przerażały   ją,   a 
jednocześnie tak bardzo przypominały inną sytuację. Przyglądała się jak Richard i 
Jan patrzą na siebie z nienawiścią.

– Przestańcie wreszcie – poprosiła w przypływie odwagi i stanęła między nimi. 

– Jan, posłuchaj mnie teraz. Jutro wyjeżdżam, ty i Clare przejmiecie Riversly, w 
każdym razie zrobię wszystko, aby tak się stało.

– Donna, nie żartuj – odpowiedział. – Wiesz, że nie możesz tego zrobić. Seaton 

dał   wyraźne   instrukcje:   musimy   wspólnie   tu   tkwić.   Nie,   nie   mam   żadnej 

background image

możliwości odzyskać Riversly.

– Musi być jakiś sposób – Donna bezradnie patrzyła na swych rozmówców.
Po chwili Jan się odezwał:
– Seaton myślał, że jest bardzo mądry, kiedy straszył mnie wydziedziczeniem.
– Kiedy to było? – spytała.
Jan wyglądał teraz jak obłąkany.
– Stał dokładnie w tym samym miejscu, gdzie ty teraz, tego ranka, kiedy zginął. 

Najpierw   Cahill   utwierdził   jego   podejrzenia   o   przemycie   diamentów,   w   który 
miałem być zamieszany, choć przecież nie dysponował żadnymi dowodami. Seaton 
powiedział mi wtedy, że pozbawi mnie spadku, a dodatkowo naśle policję. Chyba, 
że wyemigruję.

– Więc ty go zabiłeś?
– Nie. To był wypadek. Podczas rozmowy przewrócił się, uderzając głową o 

kamień. Zmarł na miejscu. Wypchnąłem ciało do rzeki.

Donna zakryła twarz dłońmi. Poczuła, jak ktoś dotyka jej ramienia.
– Chyba nie będziesz niemądra i nie wezwiesz policji? – spytał Jan.
– Jeśli nie ona, to ja to zrobię – odezwał się Richard.
Jan zignorował jego słowa.
– Więc jak, Donna? – Jan chciał się upewnić.
– Nie, nie zrobię tego – odpowiedziała drżąc i niepewnie spojrzała na Richarda. 

– Poza tym nie ma żadnego dowodu.

– A świadek Brooksa? – W głosie Richarda brzmiała satysfakcja.
– Jaki świadek? Kto? – dopytywał się Jan.
– On widział tylko, jak Seaton z kimś rozmawiał, ale nie umiał nic więcej 

powiedzieć – powtórzyła informację otrzymaną od adwokata.

– Ale mógłby go rozpoznać – z twarzy Richarda biła niepohamowana odraza.
– To do niczego nie doprowadzi – odezwała się cicho Donna.
– Dlaczego koniecznie chcesz go chronić? – Richard nie mógł zrozumieć. – 

Myślałem, że kochałaś Seatona. Czy nie pragniesz go pomścić?

Odwróciła głowę. „Już nie" – pomyślała. Pamiętała, w jaką wpadła histerię, 

kiedy dowiedziała się z listu pana Brooksa o śmierci Seatona. Ale w tej chwili 
chciała uwierzyć słowom Jana; wystarczająco już się nacierpiała.

Richard podszedł do niej. Kiedy spojrzała w jego oczy, poraził ją ich gniew.
W tej chwili usłyszeli zbliżający się tętent kopyt.
– Kto, do diabła? – Jan wybiegł na spotkanie.
– Panie Warley – usłyszeli głos stajennego – panna Clare wyjechała na Vanity. 

background image

Nawet jej nie osiodłała. Wpadła do stajni zapłakana. Ręce miała w bandażach, całe 
pokrwawione. Nie będzie w stanie zapanować nad koniem.

– O mój Boże! Którędy pojechała? – Jan już siedział na koniu.
– Krzyczała coś o państwu Fieldingach. Jeśli nie przejeżdżała tędy – pewnie 

wybrała przeciwny kierunek.

Twarz Richarda pobladła.
– Na co czekamy? Choć szybko, Donna.
Zaczęli biec w kierunku stajni. Wkrótce, siedząc już w siodłach, rozdzielili się.
–   Ja   spróbuję   w   lesie,   a   ty   jedź   przez   pole   –   zarządził   Richard.   –   Tylko 

ostrożnie.

Kłusem   minęła   dolinkę,   strumień   i   znalazła   się   na   otwartej   przestrzeni   pól. 

Rozglądała się uważnie, słysząc w ciszy wieczoru jedynie własny przyspieszony 
oddech.   Instynktownie   skierowała   się   w   stronę   urwiska.   Nagle   dojrzała   Clarę 
leżącą nieruchomo w cieniu piaszczystej stromizny. Donna zeskoczyła na ziemię i 
przypadła do dziewczyny.

Sprawdziła puls, którego nie wyczuła.
– Och, Clare, najdroższa – wyszeptała pochylona nad jej twarzą – wybacz mi, 

wybacz   mi.   Nauczyłam   się,   jak   cię   kochać,   ale   ty   nienawidziłaś   mnie,   aż   do 
ostatniej chwili.

Ułożyła głowę Clare na swych kolanach i płacząc tuliła ją do siebie.

background image

Rozdział 14

–   Janie,   pani   Martingale   wykazała   wystarczająco   dużo   dobrej   woli...   – 

urzędowy głos pana Brooksa brzmiał stanowczo.

Jan stał przy oknie, a kiedy się odwrócił jego twarz wyrażała smutek.
– Przejmujesz wyposażenie domu – zwróciła się do niego Donna. – Chciałabym 

zachować meble z sypialni. Gdybym mogła przekazać ci Riversly...

– Cóż robiłbym tutaj... teraz? – zapytał.
– Niestety, to jest niemożliwe – odezwał się Brooks do Donny.
–   Dobrze   byłoby,   gdyby   Jan   sporządził   listę   wszystkich   rzeczy,   które   chce 

zatrzymać. Reszta może zostać sprzedana, a pieniądze zostaną wpłacone na konto.

Jan rozglądał się po twarzach obecnych. Utkwił wzrok w Richardzie.
– Nigdy ci nie wybaczę.
– Proszę, nie wolno ci obwiniać Richarda – odezwała się Donna.
– Ty nic nie rozumiesz – żachnął się Jan. – Kiedy Riversly zostanie sprzedane, 

musisz zniszczyć most, bo jeśli nie, to wrócę i sam to zrobię.

– Nie będzie takiej potrzeby – stanowczym tonem rozstrzygnął pan Brooks. – 

Mam tylko nadzieję, Janie, że będziesz się trzymał z daleka od Riversly.

Adwokat wstał, szykując się do wyjścia.
– Richardzie, czy mogę zamienić z tobą dwa słowa na osobności?
Donna słyszała ich przyciszone głosy. Spojrzała na Jana. Powoli spacerował po 

pokoju.   Dotykał   ręką   porcelanowej   wazy,   fotografii,   przyłożył   do   ucha   wielką 
morską muszlę.

– Gdzie się podziejesz? – spytała.
Uśmiechnął   się,  w  jego  oczach  nie  było  trwogi,  tylko  znużenie.   Podszedł   i 

przytulił ją serdecznie.

– Dam sobie radę. Być może odszukam swoją małżonkę – zaśmiał się. – Nigdy 

tak naprawdę mnie nie porzuciła, zastosowała się jedynie do rady Fieldingów... – 
zawiesił głos. – My, Donna, prawdopodobnie nigdy już się nie spotkamy. Szkoda 
tylko,   że   niczego   nie   można   już   zmienić.   Nigdy   cię   nie   zapomnę,   Donna   – 
pocałował ją w policzki, po chwili wyszedł z pokoju.

Widziała przez okno, jak układał bagaż w samochodzie.
Usłyszała wołanie Richarda. Wyszła do przedpokoju, dokładnie zamykając za 

sobą drzwi salonu. Fielding porwał ją w ramiona i pocałował.

– Koniecznie musisz jechać do Paryża?

background image

–   Nie   mogłabym   tu   zostać   –   odpowiedziała.   –   Czy   nie   rozumiesz,   że   nie 

umiałabym mieszkać w tym domu z Janem i Clare, tak jak nie mogłabym mieszkać 
bez nich?

Richard pomógł jej zapakować walizki do samochodu. Patrzyła na dom, czuła 

ucisk w gardle i łzy napływające do oczu.

– Pospiesz się – zawołał Richard – nie mamy zbyt dużo czasu...
Podbiegła.
– My? – zastanowiło ją.
– Czy myślałaś chociaż przez moment, że pozwolę ci jechać samej do Paryża, 

gdzie tyle różnych niebezpieczeństw, na przykład ruchliwe ulice... – włączył silnik. 
– Okazja specjalna – miodowy miesiąc – wszystko zaplanowane.

– Och, Richardzie, tak bardzo cię kocham – wyznała uszczęśliwiona.
Widziała jego rozpromienioną twarz, kiedy minęli bramę i wjechali na drogę do 

Malbury. Poszukał jej dłoni i ucałował.

– Nie oglądaj się za siebie, nigdy – powiedział.


Document Outline