background image

Christine Rimmer MUSISZ BYĆ DZIELNA

PROLOG

Nocne niebo nad pustynią w Las Vegas jarzyło się sztucznymi ogniami. Był 4 Lipca, święto narodowe 

Stanów   Zjednoczonych.   Dillon   McKenna   szykował   się   do   skoku   motocyklem   nad   postawionym   przed 
kasynem „Mirage” sztucznym kraterem wulkanu, który co piętnaście minut wybuchał prawdziwym ogniem.

Na   ulicy  Strip  zebrały  się   tłumy.   Wszyscy   wiwatowali.   To  był   mistrzowski   pokaz.   Dillon  kilka   razy 

poderwał motocykl do góry, jadąc na jednym kole, potem uniósł się i błyskawicznie opadł na siodełko. Przez 
moment utrzymywał równowagę jak akrobata na linie, puścił kierownicę, powoli wyprostował się, stanął na 
siodełku i pokłonił widzom.

Ludzie   oszaleli.   Wymachiwali   miniaturowymi   flagami   i   podrzucali   w   górę   czerwono-biało-niebieskie 

czapki.

Schylając   się   ku   kierownicy,   Dillon   cicho   zaklął.   W   ciężkim,   twardym   kasku   i   gwiaździstym 

kombinezonie,   zamówionym   na   tę   okazję   przez   L.W.,   było   mu   gorąco   jak   w   piekle.   Dillon   zamrugał 
powiekami, bo pot, który zalewał mu twarz, piekł w oczy.

To   ostatni   skok   w   życiu.   Ta   myśl   uspokoiła   go.   Zapragnął   skoczyć   ten   jeden   raz,   specjalnie   dla 

zgromadzonych tłumów.

Przez ostatnie lata miał grono wiernych widzów.
Zasłużyli sobie na mistrzowski pokaz. Nie wiedzieli, że zamierza zrezygnować. Nikt jeszcze o tym nie 

wiedział.

Zsunął stopy z siodełka i usiadł, bezbłędnie trafiając stopami na podnóżki. Pomachał ręką widzom. W 

odpowiedzi ludzie wrzeszczeli, tupali, klaskali i gwizdali jak opętani.

Dojechał   do   ulicy   Flamingo.   Teraz   musi   zawrócić   i   skierować   się   ku   rampie.   Z.   małego   mikrofonu 

umieszczonego   wewnątrz   kasku   dobiegł   go   głos   informujący,   że   sztuczny  wulkan   wybuchnie   za   dwie 
minuty.  Rozpędził motocykl, popuszczając sprzęgło tylko na tyle, by jechać z rykiem motoru i piskiem 
opon. Specjalnie na tę okazję przerobił motocykl. Silnik pracował dobrze, nawet bardzo dobrze.

Tłum   ogarnęło   wrzenie.   Ludzie   skandowali:   „Dii-lon,   Dii-lon,   Dii-lon”.   Ryczący   motor   zagłuszał 

wszystko, więc motocyklista ledwie ich słyszał.

- Jedna minuta - odezwał się głos w słuchawce. -Pięćdziesiąt dziewięć sekund, pięćdziesiąt osiem...
Dodał gazu i puścił sprzęgło. Motor zagłuszył śpiewne skandowanie tłumu. Jechał w kierunku rampy, z 

której miał skakać. Wybuch już się zaczął - ostry słup ognia wystrzelił w górę.

Wyskoczył z rampy w niebo z szybkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę nad strzelającym ogniem. 

Leciał wyżej i wyżej, oddalając się od ludzi i wulkanu. Uniósł się na podnóżkach, wypatrując rampy do 
lądowania. Wsłuchany w ryk motoru, skupiony, kurczowo ściskał rączki kierownicy. Dotarł do szczytu i 
motocykl zaczął opadać prosto w kierunku rampy.

Gdy tylne koło uderzyło o brzeg, odczuł wstrząs całym ciałem. Przez ułamek sekundy myślał, że jeszcze 

raz mu się udało.

I wtedy wszystko poszło nie tak, jak powinno. Przez głowę przebiegła jedna myśl. Wylądował na rampie 

za szybko i ze zbyt dużą prędkością. Motocykl zaczął żyć własnym życiem, stał się jego wrogiem. Dillon nie 
był zabezpieczony, więc wyleciał w powietrze jak z katapulty. Przekoziołkował i dostrzegł, że gdzieś pod 
nim   ogień   ze   sztucznego   wulkanu   rozchodzi   się   na   boki,   spadając   na   rampę   tuż   przed   rozpędzonym 
motocyklem. Człowiek i motor stali się jednolitą, toczącą się po twardej nawierzchni rampy, masą.

Nim stracił przytomność, usłyszał sarkastyczny głos swojego nieżyjącego ojca:
- Zgadza się, ty nic niewart draniu. To twój ostatni skok. Już nie żyjesz...

Był   w   swoim   rodzinnym   mieście,   Red   Dog   City   w   Kalifornii.   W   jesienny   wieczór   stał   na   ganku 

Beaudine’ów. Czuł zapach palonych liści. Miał siedemnaście lat. Wstrętna Cat Beaudine krzyczała na niego.

- Prosiłam cię, Dillonie McKenna, by moja  siostra była  w domu przed dziewiątą. To chyba  niewiele, 

prawda? Ale nawet tej obietnicy nie dotrzymałeś.

Adora, siostra Cat i jego szkolna miłość, trzymała go za ramię. Chciał jej zaimponować oraz pokazać Cat 

Beaudine,  że  jest  równie  twardy  jak ona.  Otworzył   usta,  by  powiedzieć  Cat,  co  o  niej  myśli,   lecz  nie 
wydobył z siebie głosu.

Ganek zniknął. Ktoś mówił o oznakach życia. Twarze w chirurgicznych maskach wpatrywały się w niego. 

Spod masek dobiegały uspokajające zapewnienia, że

wszystko będzie dobrze, że wszystko w porządku, ale w błyszczących oczach czaiło się zaniepokojenie.
Znów stał na ganku Beaudine’ów. Cat podniosła strzelbę ojca i wycelowała prosto w jego serce. Wtedy 

1

background image

zrozumiał, że to nie może być prawda. W rzeczywistości Cat nigdy do niego nie strzelała, tylko groziła, że to 
zrobi. W tym śnie, czy też halucynacji, odzyskał głos.

- Co cię to obchodzi - zapytał Cat - co robi twoja siostra i o której wraca do domu?
- Kogoś to musi obchodzić - odpowiedziała. - Ktoś musi trzymać tę rodzinę w ryzach. Podjęłam się tego 

dobrowolnie, Dillonie McKenna, i nie zamierzam rezygnować. Jutro Adora idzie do szkoły. Powiedziałeś, że 
odprowadzisz ją przed dziewiątą.

Patrzył wprost w dwururkę. Z niedowierzaniem przyglądał się, jak Cat odbezpiecza broń i kładzie palec na 

cynglu.

Z krzykiem uniósł ręce nad głowę.
- Słuchaj, nie możesz mnie zastrzelić tylko dlatego, że wróciliśmy godzinę później!
Cat pociągnęła za spust.
Przeszył go ostry, gorący ból, jakby ktoś zębami odrywał mu kawałki ciała.
Ktoś spytał:
- Gdzie jest anestezjolog? Czekamy tylko na niego... Świadomość wracała powoli. Ból był nieco inny, 

ciągle szarpał ciało Dillona, ale jakby z odległości. Musieli mu dać silny środek przeciwbólowy. Wiedział, 
że to ból, jakiego jeszcze nigdy nie doznał, ale jakoś trzymali go na uwięzi, jak psa. A on czuwał, czekał, aż 
go uwolnią, i wtedy zaatakuje z całą mocą. Dillon obrócił głowę i ostrożnie otworzył oczy. Przy łóżku na 
metalowym   stojaku   wisiała   podłączona   do   jego   ręki   butla.   Obok   stał   jakiś   cicho   szumiący   aparat.   W 
powietrzu unosił się zapach środków dezynfekujących i kwiatów.

Z drugiej części pokoju dochodziły szepczące głosy.
- Mój Boże, L.W, nie mogę tego zrobić.
- Możesz i zrobisz to. McKenna potrzebuje cię.
- Podobno on już nigdy nie będzie chodził. Zostanie na wózku inwalidzkim do końca życia. To okropne, 

wstrętne, ja nie mogę...

- Na miłość boską, Natalie, weź się w garść. On się chyba budzi.
Zerknął w kierunku, skąd dobiegały głosy. Dwie znane mu twarze nabrały ostrości. Natalie, dziewczyna, z 

którą   miał   się   ożenić,   i   L.W,   który   sprawił,   że   jego   nazwisko   stało   się   sławne.   Oboje   sztucznie   się 
uśmiechali.

Zrobiło mu   się  ich  żal.  Już  im się  do niczego nie  przyda.   Ani  oni  jemu.   Nie  oszukiwał  się.  Przeżył 

wystarczająco wiele wypadków i wiedział, co go czeka. Jakoś przeżył również ten ostatni, ale czekało go 
piekło i to piekło na ziemi.

Przeszyła go tęsknota, w pewnym sensie bardziej bolesna niż ból fizyczny. Tęsknota za domem, kobietą, 

która   potrafiłaby   stawić   czoło   wyzwaniu.   Kobietą   wystarczająco   silną,   by  być   przy   nim   przez   ciężkie 
miesiące cierpień i nadludzkiego wysiłku, który go czeka.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Osiemnaście miesięcy później

Cat Beaudine stała w drzwiach sypialni swojej siostry. Jednym rzutem oka ogarnęła cały pokój. Na toaletce 

cicho grał mały telewizor. Właśnie pokazywano wieczorne wiadomości. Po całym  pokoju porozrzucano 
setki zmiętych chusteczek higienicznych. Na środku łóżka leżała Adora, siostra Cat, zanosząc się od płaczu.

Farley Underwood, ostatni ukochany Adory, porzucił ją. Adora, oczywiście, wezwała Cat na pomoc.
Powoli, jakby to bolało, Adora uniosła głowę. Jęknęła i przysiadła na piętach. Zmierzwione brązowe włosy 

otaczały lokami jej śliczną, zaczerwienioną teraz twarz i opadały na jedwabną bieliznę.

- Och, Cat!
Cat podeszła do łóżka.
Adora sięgnęła po chusteczkę i otarła łzy.
- Dziękuję ci, że przyszłaś. Zawsze przychodziłaś, przez całe lata. Jesteś najlepszą siostrą na świecie. Nie 

wiem, co bym bez ciebie zrobiła. - Adora łkając wyciągnęła ręce ku Cat.

Cat przysiadła na brzegu łóżka. Poczuła silny zapach perfum. Adora płakała z twarzą wtuloną w zimową 

kurtkę Cat.

- Przykro mi, że sprawiam tyle kłopotu, ale komuś muszę się zwierzyć. Rozumiesz?
Cat skinęła głową ze zrozumieniem. Adora jęczała dalej.
- Dlaczego ja? Czemu wszyscy faceci mnie rzucają? Chcę przecież tego samego, co mają moje młodsze 

siostry. Dobrego męża, rodziny, kogoś, kto by o mnie się troszczył i kim ja mogłabym się opiekować. Czy to 
tak dużo? A może nie powinnam mieć nadziei? - Znów zaczęła płakać.

2

background image

- Oczywiście, że powinnaś.
- Oczywiście, że powinnam! - Adora powtórzyła słowa siostry. - Mam trzydzieści cztery lata. Jak długo 

jeszcze mam czekać? Nie umiem, tak jak ty, być szczęśliwą, łażąc po lesie w roboczych butach i starych 
dżinsach, bez mężczyzny u boku. Nie chcę żyć na pustkowiu, w rozwalającej się chałupie. Jestem tylko 
kobietą. Zwykłą kobietą. Chcę domu z ładnymi firankami i dziećmi.

Wybuchnęła płaczem. Cat usiłowała ją pocieszyć. W końcu Adora się uspokoiła. Wtedy Cat objęła ją i 

zaczęła mówić.

- On na ciebie nie zasługiwał. Wkrótce pojawi się ktoś wspaniały, zobaczysz.
Adora płakała, wtulona w ramiona starszej siostry.
- Naprawdę myślisz, że znajdę właściwego człowieka?
- Oczywiście, że tak. Obiecuję ci. To tylko kwestia... - Cat przerwała, gdyż Adora przestała słuchać. Gapiła 

się w ekran telewizora.

- O mój Boże! - krzyknęła cicho. Cat zerknęła na ekran. Nadawano jeden z nocnych programów. Redaktor, 

którego nie znała, rozmawiał z ciemnowłosym  mężczyzną w dżinsach i stylowych,  wysokich butach ze 
skóry aligatora.

- Kto to jest?
Adora przyciskała do piersi zmiętą chusteczkę.
- To Dillon. Dillon McKenna. Nastaw głośniej, proszę.
Cat nie poruszyła się. Adora wyskoczyła z łóżka, zrzuciła na podłogę zmięte poduszki i wyciągnęła spod 

nich pilota.

- A więc, Dillonie - dziennikarz podniósł do góry książkę z fotografią pogiętego motocykla na okładce i 

tytułem   wypisanym   ogromnymi   literami:   „Szatańskie   wyzwanie”.   -   Opowiedz   nam   o   książce,   którą 
napisałeś.

Cat mruknęła z niedowierzaniem.
- Dajcie spokój. Dillon McKenna na pewno nie napisał książki. Tego mi nie wmówicie.
- Cicho - zasyczała Adora i pochyliła się ku ekranowi. - Boże, on jest wspaniały. Zupełnie nie widać, że 

miał taki straszny wypadek w Las Vegas. Wygląda tak samo jak przedtem.

Ciemnowłosy mężczyzna na ekranie zaczął mówić.
- No cóż, jeśli pan spojrzy na okładkę, to zobaczy pan, że ja tej książki nie napisałem. - Wskazał na 

szczupłego, poważnego mężczyznę, który siedział obok. -Napisał ją Oliver. To on jest pisarzem.

Oliver zaczął mówić:
- Ale historia jest prawdziwa. Taka, jak ją opowiedział Dillon. Od samego początku, od rodeo, przez lata, 

gdy pracował jako kaskader w filmie, aż do ostatniego wyzwania, które podjął. Opisany jest każdy skok, 
łącznie z tymi z ciężarówki na autostradzie Anaheim. No i oczywiście cała historia kończy się wypadkiem w 
Las Vegas, półtora roku temu.

Cat   przyglądała  się   siostrze   wpatrzonej   w  Dillona  McKennę.  Adora  miała  rozmarzony wyraz   twarzy. 

Farley Underwood przestał się liczyć.

- Dillon stał się przystojniakiem, prawda, Cat? - zapytała.
Cat nawet nie spojrzała na mężczyznę występującego w programie. Adora i tak oczekiwała wyłącznie 

potwierdzenia, więc powiedziała:

- Rzeczywiście, masz rację. Prowadzący program pytał dalej:
- A co teraz, Dillonie McKenna?
- Muszę przyznać, że jeszcze nie wiem.
- Żartuje pan!
- Nie. Wiem tylko, że wszystko się zmieniło. Potrzebuję chwili spokoju, bym mógł się zastanowić nad tym, 

co będę robił przez resztę życia.

Cat przestała słuchać. Zajęła się zbieraniem chustek. W końcu jej siostra wyłączyła  dźwięk i głęboko 

westchnęła.

- Och, Cat. Dobrze mu się powiodło, prawda? Zrobił karierę.
Trudno było temu zaprzeczyć. Cat uśmiechnęła się.
- Tak, istotnie.
- Słyszałaś, jak powiedział, że nie wie, jak żyć dalej? Że potrzebuje czasu, by wszystko przemyśleć?
Błękitne oczy Adory błyszczały z podekscytowania.
- Jak sądzisz, czy wróci do domu?
Cat nic nie sądziła. W jej przekonaniu nie było najmniejszego powodu, by taka sława jak Dillon McKenna 

chciała wracać do Red Dog City.

- No więc? - ponaglała Adora.

3

background image

- Więc co?
- Myślisz, że może wrócić?
- Nie, nie myślę.
Adora zmarszczyła brwi. Oczekiwała innej odpowiedzi.
- Gdyby wrócił, wiedziałabyś o tym pierwsza, prawda? To ty opiekujesz się jego domem.
Cat podniosła z podłogi jeszcze parę chusteczek i wrzuciła je do kosza. Potem powiedziała spokojnie:
- Adoro, od kiedy powierzono mi pieczę nad tym domem, Dillon nie zjawił się ani razu. Wynajmuje go 

przez pośrednika i płaci mi za opiekę. To dla niego wyłącznie źródło dochodu.

- Wiem. Ale to ładny dom, więc jeśli chce mieć trochę czasu dla siebie, przemyśleć sprawy i ułożyć sobie 

na nowo życie, to jest to idealne miejsce, w którym mógłby się schronić.

Cat objęła ręce siostry i spojrzała jej prosto w oczy.
- Posłuchaj. - Przytuliła Adorę do siebie. - Zapomnij o Dillonie McKennie. Pomyśl o sobie. Czy już lepiej 

się czujesz?

Adora odsunęła się i zaczęła skubać chusteczkę.
- Pewnie chcesz wrócić do domu i iść spać?
- Skłamałabym, zaprzeczając. Ale jeśli chcesz, to zostanę.
- Nie. Widok Dillona mnie pokrzepił. Czuję się na tyle dobrze, że jakoś przetrwam tę noc.
- To dobrze.
Cat pochyliła się i pocałowała jaw policzek.
Adora zmusiła się do uśmiechu.
- Dziękuję. Cat wstała.
- Gdybyś mnie potrzebowała, będę w domu.
- Wiem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dillon McKenna wysiadł ze swojego land cruisera, ignorując tępy, pulsujący ból w okolicy sztucznego 

stawu   biodrowego.   Westchnął   głęboko,   wdychając   chłodne,   górskie   powietrze.   Na   pobliskiej   jodle 
zaświergotała sikorka.

Dom, przed którym stanął, wyglądał wspaniale. Z jednej strony cały drewniany, z drugiej przeszklony, tak 

więc nawet w najciemniejsze zimowe dni było w nim pełno światła. W pobliżu ktoś rąbał drzewo. Z boku, 
pod świerkiem, stał pickup. Zapewne samochód opiekującego się domem faceta. Dillon zamknął drzwiczki, 
podniósł kołnierz kurtki i ruszył w kierunku, skąd dobiegały odgłosy rąbania.

Śnieg   skrzypiał   mu   pod   nogami.   Nie   musiał   iść   zbyt   daleko.   Dostrzegł   chłopaka   po   drugiej   stronie 

pomostu, na niewielkiej przestrzeni płaskiego gruntu, niemal na krawędzi wąwozu. Był odwrócony plecami. 
Dillon przystanął i przyglądał mu się przez chwilę.

Chłopak wbijał siekierę w kloc drewna wyjątkowo sprawnie i rytmicznie, potem unosił go wysoko nad 

głową i opuszczał na pieniek. Dillon obserwował wdzięk i oszczędność ruchów oraz efektywność każdego 
uderzenia siekierą. Uśmiechnął się. Dziewiętnaście miesięcy temu nawet by nie spojrzał w tym kierunku. 
Lecz jak się połamie połowę kości, to w człowieku coś się zmienią. Zaczyna doceniać zwykłe, codzienne 
sprawy, w tym i przyglądanie się rąbiącemu drzewo na opał chłopakowi.

Pracownik chyba wyczuł, że jest obserwowany. Wbił siekierę w pieniek, wyprostował się i odwrócił.
Dillon   od   razu   zauważył   delikatne   rysy   i   gładką,   złocistą   skórę.   Minęła   jednak   chwila,   zanim   się 

zorientował, że ten chłopak ma również ładne piersi, rysujące się pod jego... to znaczy, jej czerwoną koszulą.

Zatkało  go.   To  była   dziewczyna!   Ściągnęła   robocze   rękawice   i   przeczesała   palcami   rozwiane,   krótko 

przystrzyżone włosy koloru zboża. Raźnym krokiem podeszła do Dillona.

Zobaczył z bliska jej szaroniebieskie oczy. Dokładnie w tym samym momencie, gdy z jej oczu wyczytał, 

że dziewczyna go rozpoznała, uświadomił sobie, kto to jest. Cat Beaudine, starsza siostra Adory.

Jak to dobrze wrócić do domu. Myśl ta przyszła mu do głowy zupełnie nieoczekiwanie. Przypomniał sobie, 

że Cat mu się śniła, ale zupełnie nie pamiętał, kiedy i w jakich okolicznościach.

- Dillon? Dillon McKenna? - W głosie Cat kryło się wyraźne niedowierzanie. Uśmiechnął się szeroko.
- Tak, to ja. Witaj, Cat.
Teraz   ona   wpatrywała   się   w   Dillona.   To  zrozumiałe.   Poza   przypadkowymi   migawkami   w   telewizji   i 

zdjęciami w gazetach nie widziała go od szesnastu lat. Był tu ostatnio na pogrzebie swego ojca. Od tego dnia 
minęło sporo czasu. Musiała przyzwyczaić się do zmian, jakie w nim zaszły. Dillon też był zaskoczony jej 
widokiem.

Wyciągnął rękę. Przywitali się. Cat miała szorstką, stwardniałą od ciężkiej pracy dłoń. Przyjrzał się jej 

4

background image

dokładnie. Zobaczył kropelki potu nad górną wargą i wilgotne kosmyki włosów przyklejone do skroni. Czuł 
emanujące od niej ciepło.

Ręka Cat, którą trzymał w dłoni, poruszyła się niespokojnie. Ściskał ją dłużej, niż to jest w zwyczaju. 

Niechętnie puścił szorstką dłoń.

- Jak się masz, Dillonie? - zapytała uprzejmie.
- Jestem już całkiem dorosły. Między brwiami Cat pojawiła się drobna, poprzeczna zmarszczka.
- Tak, widzę. - W głosie zabrzmiało zdenerwowanie. Natomiast Dillon świetnie się bawił. Cat wyglądała 

dokładnie tak, jak pamiętał. Z jednym wyjątkiem - wtedy, wiele lat temu, nie przyszło mu do głowy, że jest 
intrygującą kobietą.

- Tak więc - Cat z zakłopotaniem wciągnęła rękawiczkę, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że wraca do 

rąbania drewna - to prawdziwa niespodzianka. Jak zatelefonowali z agencji i powiedzieli, żebym otworzyła i 
przygotowała dom, myślałam...

- Że to jakiś nowy lokator, jeden z wielu, którzy przewinęli się przez mój dom? Skinęła głową.
- Tak. Choć, prawdę mówiąc, powinnam była się spodziewać, że to ty. Słyszeliśmy, że potrzebujesz trochę 

czasu na przemyślenie pewnych spraw.

- Gdzie to słyszałaś?
Odwróciła wzrok, jakby nie chciała mu odpowiedzieć. Potem wzruszyła ramionami.
- Sam to powiedziałeś. W jednym z nocnych programów telewizyjnych, kilka tygodni temu.
Nie potrafił się powstrzymać od złośliwej uwagi.
-   Zaskakujesz   mnie.   Oglądasz   takie   programy?   Nigdy   przecież   nie   należałaś   do   moich   wielbicielek! 

Spojrzała mu prosto w oczy.

-   W   tej   głuszy   lubimy   wiedzieć,   co   się   dzieje   z   naszymi   znajomymi,   którzy   zrobili   karierę.   Jeśli 

potrzebujesz spokoju, wybrałeś właściwe miejsce. Dziesięć kilometrów od Red Dog City, w środku zimy, to 
aż za wiele samotności.

Roześmiał się.
- Pamiętaj, że do Reno nie ma nawet siedemdziesięciu kilometrów. Oczywiście, gdyby samotność zbytnio 

zaczęła mi doskwierać.

- Przy dużych opadach śniegu te kilometry stają się bardzo długie i trudne do przebycia.
- Wiem. Wychowałem się tutaj. - Znów z niej Zakpił. - Czy starasz się mnie stąd pozbyć?
- Nie, oczywiście, że nie.
- To dobrze, bo zamierzam tu zostać. Przynajmniej na jakiś czas.
- Cóż, to twoja sprawa. Patrzyli na siebie.
Cat kaszlnęła.
- Słuchaj, na pewno chcesz odpocząć. Dom jest wysprzątany.
- Przez ciebie? Potrząsnęła głową.
- Ja nie sprzątam. Do tego celu agencja wynajmuje sprzątaczki. - Mówiła szybko. - Włączyłam ogrzewanie 

kilka godzin temu, więc powinno być już ciepło, jest też gorąca woda. Muszę narąbać jeszcze trochę drzewa, 
na wypadek gdybyś chciał napalić w piecu. Nie wiem, kto je dostarczał, ale większość polan jest za duża.

Dillon poczuł idiotyczną, nieodpartą ochotę, by podejść do wbitej w pieniek siekiery i samemu porąbać 

polana. Pokazać, że jest w nim równie dużo siły jak w Cat. Zaskoczył samego siebie. Miał nadzieję, że 
ostatnie miesiące wyleczyły go z pragnienia udowadniania męskości w drobnych sprawach.

Rąbanie z pewnością by mu zaszkodziło. Ciągle uczył się kontrolowania różnych szpilek, szyn i protez, 

które wstawiono mu tam, gdzie dawniej miał własne stawy.

- W każdym razie - ciągnęła Cat - wracam do roboty. Jak skończę, to przyniosę szczapy do domu i rozpalę 

ogień.

Dillon miał lepszy pomysł.
- Posłuchaj, na razie zapomnij o rąbaniu drzewa.
- Ale...
- Po prostu wnieś to, co narąbałaś, i rozpal ogień.
Będę wdzięczny za to.
- Dobrze, ja...
- A potem napijemy się piwa. Zastanowiła się nad jego propozycją i zaczęła protestować.
- Nie, naprawdę, ja...
Spojrzała mu prosto w oczy. Chciała potrząsnąć odmownie głową, ale nic z tego nie wyszło.
- No dobrze - mówiąc to, zaczerwieniła się, a uroczy rumieniec podkreślił jej opaleniznę.
- Wspaniale. - Dillon przeszedł obok i ruszył ku domowi, nim zdążyła zmienić zdanie. - W samochodzie 

mam kilka butelek piwa. Przyniosę je.

5

background image

Słyszał,   jak   Cat   usiłuje   odmówić,   ale   nie   zatrzymał   się.   Odszedł   na   tyle   szybko,   na   ile   pozwalały 

odtworzone biodra i zrekonstruowane lewe kolano.

Nim   wstawił   land   cmi   sera   do   garażu   i   dotarł   do   kuchni,   Cat   już   stała   obładowana   drewnem   przed 

oszklonymi drzwiami wychodzącymi na podest. Postawił torbę z jedzeniem oraz butelki na stole i szybko 
przeszedł przez ogromny salon, by ją wpuścić.

Cat wrzuciła drewno do skrzyni przy piecu, ściągnęła rękawiczki i wcisnęła do tylnej kieszeni spodni. 

Uklękła przed piecem, a Dillon wrócił do kuchni po piwo. Rozpakował torbę z jedzeniem. -

W salonie palił się ogień, a Cat dokładała drewna. Przez szybkę pieca widać było skaczące ogniki. Podał 

jej butelkę i wskazał kanapę oraz fotel.

- Usiądźmy.
Cat potrząsnęła głową, zerkając na starą koszulę i wytarte robocze spodnie koloru khaki.
- Kanapa jest beżowa. A ja dziś czołgałam się po podłodze w piwnicy, by sprawdzić wszystkie rury.
To   nie   miało   specjalnego   znaczenia,   a   strój   był   tylko   wymówką.   Cat   nie   chciała   przebywać   w   jego 

towarzystwie.

Dillon nic nie powiedział. Podszedł do oszklonej ściany. Tuż za podestem świat znikał, zmieniając się w 

morze oproszonej śniegiem zieleni. W dali jaśniały góry, powoli niknące w popołudniowej mgle.

- Ależ tu jest pięknie. Nie mogę uwierzyć, że wreszcie wróciłem - powiedział.
Uniósł w górę butelkę i wypił łyk piwa.
- Kupiłem ten dom siedem lat temu - powiedział znienacka.
Cat mruknęła coś, udając zaciekawioną.
- To było po śmierci ojca. Zobaczyłem ogłoszenie i przyjechałem go obejrzeć. Zakochałem się w tym 

miejscu i kupiłem dom bez namysłu. Chyba podniecał mnie fakt, że mogłem go kupić tylko dlatego, że 
miałem taką zachciankę.

Odezwała się obojętnym tonem:
- Dobrze pokierowałeś swoim życiem, Dillonie. Masz prawo być z siebie dumny.
Przyglądał   się   jej   uważnie,   myśląc   o  zmianach   wywołanych   upływem   czasu.   Szesnaście   lat   temu   nie 

zauważył jej głębokiego, wewnętrznego spokoju. Ani ogromnej siły charakteru i godności malującej się w 
oczach.   Do   diabła!   W   tamtych   czasach   nie   obchodziła   go   siła   czy   godność   kobiety.   Uważał,   że   była 
niesympatyczną i złośliwą dziewczyną.

- Słyszeliśmy, że jakiś czas temu miałeś groźny wypadek - powiedziała.
- Tak. Skakałem na motocyklu nad sztucznym wulkanem przed kasynem „Mirage” w Las Vegas. Niestety, 

lądowanie mi się nie udało.

Złagodniała.
- Tak mi przykro.
- Daj spokój. To ryzyko wiążące się z taką zabawą.
- W każdym razie wydaje się, że wracasz do zdrowia.
- Mniej więcej. Wszystko działa, tylko wolniej i trudniej. - Uniósł do góry butelkę z piwem w niemym 

toaście. - Opowiedz mi o domu.

- To znaczy: o czym?
- No, na początek o rodzinie Beaudine. Jak czuje się twoja matka i co słychać u sióstr.
Cat bawiła się nalepką na butelce. Miała taką minę, jakby zastawił na nią pułapkę.
- Mama wyszła drugi raz za mąż.
- Żartujesz?
- Skądże. To było kilka lat temu. Poznała, grając w bingo w miejskim domu kultury, emerytowanego 

malarza   pokojowego.   Zdobył   ją   przebojem   i   pokochała   go   od   pierwszego   wejrzenia.   Pobrali   się   kilka 
miesięcy później. Teraz mieszkają w Tuscon.

- A co z dzieciakami?
- Phoebe i Deirdre? Już nie są dzieciakami. Obie wyszły za mąż, jeśli o to chodzi. Deirdre mieszka w 

Loyalton, a Phoebe w Portola.

- Czyli niedaleko.
- No tak. - Cat pociągnęła łyk piwa.
- A ty? Jesteś mężatką?
- Ja? - Na twarzy malowało się zdumienie. - Nie, nie jestem.
Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Chciał dowiedzieć się o niej czegoś więcej, ale była zbyt spięta. 

Prawdopodobnie każde dodatkowe pytanie zdenerwowałoby ją jeszcze bardziej. Rozmowa nie powinna jej 
peszyć.

- Masz jakichś siostrzeńców lub siostrzenice?

6

background image

- Pięcioro. - Znów zdzierała nalepkę z butelki. -Deirdre ma trzy córki, a Phoebe dwóch chłopców.
- O rany! Trudno to sobie wyobrazić. Nie tylko mężatki, ale i matki. Kiedy wyjeżdżałem, były małymi 

szkrabami.

Cat na chwilę odwróciła wzrok. Dillon zadał następne pytanie.
- A co z Adorą?
Natychmiast zrozumiał, że wszystko zepsuł. Cat zacisnęła palce na butelce. Przedtem była zdenerwowana, 

teraz   chciała   po   prostu   uciec.   Wiedział,   że   zastanawiała   się   nad   tym,   co   robi,   pijąc   piwo   z   dawnym 
chłopakiem swojej młodszej siostry.

Z wysiłkiem uśmiechnęła się.
- Adora świetnie sobie radzi. Ma salon piękności na ulicy Bridge, który nazywa się „Shear Elegance”. 

Mieszka w apartamencie znajdującym się piętro wyżej.

Dillon w duchu przeklinał własną głupotę, ale nie było wyjścia. Musiał pytać dalej.
- Czyli wszystko dobrze?
- Tak, bardzo dobrze. - Cat odstawiła na stolik niemal całkowicie opróżnioną butelkę. - Słuchaj, robi się 

późno, muszę iść. - Odwróciła się w kierunku drzwi.

Za chwilę zostanie sam. Wyciągnął rękę i chwycił ją za ramię.
- Zaczekaj.
Cat drgnęła, odwróciła głowę i spojrzała na niego. Zdumienie na jej twarzy mówiło samo za siebie - rzadko 

mężczyźni odważali się jej dotknąć. Nie wiedziała, jak się zachować.

Ile ona właściwie ma lat? Jeśli dobrze pamięta, to jest młodsza od niego o rok, czyli ma trzydzieści pięć, 

może sześć lat. Mógłby przysiąc, że nigdy dotąd dłonie mężczyzny nie doprowadziły jej do ekstazy.

- Co?  - wyszeptała  zdławionym  głosem.  Dillon nic nie odpowiedział.  Mógł  tylko  prosić, żeby z nim 

została, ale wiedział, że jej nie zatrzyma.

- Czego chcesz? - W jej głosie słychać było zdumienie, ale pomimo to brzmiał stanowczo.
Znów nie odpowiedział. Przez grubą flanelę koszuli czuł ciepło skóry i mięśnie twarde jak stal.
- Puść mnie. - Tym razem to był rozkaz. Ręka Dillona opadła. Dzięki bezczelności ukradł chwilę, kiedy 

mógł dotknąć Cat, ale ten moment już się skończył.

Cat zamrugała powiekami i potrząsnęła głową, jak ktoś zbudzony ze snu. Ciekawe, co teraz zrobi? Czy się 

rozgniewa?

Musi znaleźć wyjście z sytuacji. Będzie udawał, że nic się nie stało. To zresztą była prawda. Przecież nic 

się nie stało, jeszcze nie.

- Dzięki za włączenie ogrzewania. Przez chwilę patrzyła na niego badawczo. Potem wzruszyła ramionami.
- Nie ma za co.
Oczy miała zimne i spokojne.
- Czy mam coś zrobić przed wyjściem? Przyszła mu do głowy dwuznaczna, prowokacyjna odpowiedź, ale 

odparł tylko:

- Nie. Wszystko jest jak trzeba.
- W takim razie...
- Jeszcze raz dziękuję.
Skinęła lekko głową, odwróciła się i zostawiła go samego.
Długo stał przed oszkloną ścianą. Było mu dobrze. Po wypadku, rozczarowaniach, długich miesiącach 

bólu, potu i strachu, kiedy zmuszał nogi, by znów go nosiły, dobrze było stać przy oknie w domu, który 
kochał, patrząc na przykryte śniegiem góry.

Dobrze też, że Cat Beaudine jest tak cholernie kompetentna. Będzie potrzebował jej pomocy, zanim się w 

pełni zagospodaruje.

ROZDZIAŁ TRZECI

- No i co? Widziałaś go?
Zaskoczona Cat obróciła się na pięcie. Na środku salonu stała Adora.
- Wejdź, proszę - wymamrotała złośliwie. Adora zmieszała się.
- Drzwi kuchenne były otwarte.
- To prawda.
- Więc widziałaś go?
- Kogo?
- Cat, przestań. Dobrze wiesz, kogo.
- Dillona McKennę? - zapytała z rezygnacją w głosie.

7

background image

- Tak, Dillona. - Adora westchnęła. - Wszyscy o nim mówią.  Przejeżdżając przez miasto, wstąpił do 

sklepu. Lizzie Spooner pakowała mu zakupy. Wiem, że ktoś z tej cholernej agencji, która cię zatrudnia, 
dzwonił do ciebie, prosząc, byś przygotowała jego dom. Byłaś tam, prawda?

- Tak, byłam przez chwilę - przyznała się Cat i dodała: - Byłam też w domu na Turner Road. I tym na 

Jackson Pike.

Adora spojrzała na nią z wyrzutem.
- Dzwoniłam do ciebie trzy razy. Czemu nie oddzwoniłaś?
Cat nienawistnie spojrzała na automatyczną sekretarkę stojącą na biurku. Pulsujące światełko dawało znać, 

że są nagrane wiadomości.

- Dopiero co przyszłam. - Pochyliła się i dołożyła drewna do gasnącego ognia. Zamknęła drzwiczki pieca.
- Chcesz kawy?
- Wolałabym herbatę.
- Niech będzie herbata. - Wyjęła dwa kubki i puszkę z herbatą. Adora podreptała za nią. - Jak ty to robisz? 

Nie potrafię tego pojąć.

- Co robię? - Cat podeszła do kuchenki, która była i na prąd, i na opał. Na płycie, pod którą palił się ogień, 

stał ogromny, syczący czajnik.

- Dobrze wiesz, co - powiedziała Adora. - Jak możesz żyć na takim odludziu? Nie masz nawet do kogo ust 

otworzyć.

- Lubię samotność. I dużo czytam. - Wskazała na stojące w salonie półki pełne książek.
- Wielka inte-le-ktua-list-ka - z uśmiechem wysylabizowała Adora. Potem, zamyślona, pochyliła głowę.
- Nie brakuje ci domu i nas wszystkich?
Cat pomyślała o domu, w którym wyrosła. Nie był zbyt duży, mieli tylko jedną łazienkę, zawsze zajętą 

przez którąś z dziewcząt.

- Nie brak ci tego? - dopytywała się Adora.
- Trochę, ale bardzo lubię samotność.  - Cat nalała wrzątek do kubków i wrzuciła do nich herbatę w 

torebkach.

- A mnie brak. - Oczy Adory były pełne melancholii.
- Jestem osobą sentymentalną.
- Wiem. - Cat uśmiechnęła się. Adora ciężko przeżyła powtórne zamążpójście matki. Charlotte Beaudine 

Shanahan  to  kobieta   stworzona   dla   mężczyzn.   Po   ślubie   córki   zostały  odsunięte   na   drugi   plan.   Cat   to 
odpowiadało. Phoebe i Deirdre miały własne rodziny, ale Adora poczuła się opuszczona.

- Chodź - powiedziała łagodnie Cat. - Zdejmij płaszcz. Siadaj i wypij herbatę.
Adora usiadła, przewiesiła płaszcz przez oparcie krzesła i uśmiechnęła się do Cat, która zajęła krzesło po 

drugiej stronie stołu.

- Proszę, opowiedz mi wszystko. - Zacierała ręce z podniecenia. - Widziałaś go, prawda?
Cat nie miała ochoty myśleć o spotkaniu z Dillonem McKenną. Wytrąciło ją z równowagi. I zupełnie nie 

chciała o tym mówić.

- Widziałaś go?
Cat wycisnęła przy użyciu łyżeczki torebkę herbaty.
- Och, daj spokój - Adora parsknęła zdegustowana. - Co się z tobą dzieje? Dlaczego mnie torturujesz?
- Nie torturuję. - Odłożyła wyciśniętą torebkę na spodek i podniosła kubek do ust. - Tak, widziałam go.
- Wiedziałam. - Adora podskakiwała na krześle. -Miałam rację. Potrzeba mu czasu, żeby... zastanowić się 

nad własnym życiem. Zdecydować, co zamierza robić.

- Nie powiedział tego tak wyraźnie. - Cat odstawiła kubek. - Ale myślę, że masz rację. Adora bawiła się 

torebką herbaty.

- Chyba go znam, no nie?
- Adoro... - Nie wiedziała, jak to powiedzieć.
- Co?
Cat myślała o niespokojnym, beztroskim Dillonie McKennie, który opuścił ich miasto szesnaście lat temu, 

i o poważnym, opanowanym mężczyźnie, którego dziś spotkała.

- Co? - dopytywała się Adora. - Powiedz, o co chodzi?
- Ludzie się zmieniają - zaczęła niepewnie Cat. - To wszystko. Kiedy Dillon wyjeżdżał, byliście jeszcze 

dziećmi. Każde z was wiele potem przeżyło.

Na twarzy Adory pojawił się upór.
- Ja go znam. Był moją pierwszą miłością. O czym jeszcze rozmawialiście? Opowiedz mi dokładnie.
Cat zerknęła na siostrę. Chciała zakończyć tę rozmowę.
- Mów - przynaglała Adora.

8

background image

- Naprawdę nie ma o czym - odpowiedziała Cat. Z niewiadomego powodu czuła się winna. Przecież nic się 

nie stało. Dillon poczęstował ją piwem, ona je wypiła i rozmawiali o zwykłych sprawach.

Szczęśliwie Adora nie wyczuła zmieszania siostry. Znów zaczęła się wiercić na krześle.
- Ale i tak powiedz. Powtórz każde słowo waszej rozmowy.
Nie było wyjścia. Cat szybko opisała spotkanie z Dillonem. Nie wspomniała tylko o tym, że na odchodnym 

chwycił ją za ramię. Adora odchyliła się na krześle.

- Świetnie. Bardzo dobrze.
- Adoro, to była zwykła pogawędka, nic więcej.
- Może dla ciebie.
- Adoro...
- W tym fragmencie rozmowy, dotyczącym mnie, tkwi sedno sprawy, rozumiesz?
- Nie, nie rozumiem.
- Powiedziałaś mu, co u mnie słychać, ale on pytał dalej. Na pewno myśli o tym, co będzie, kiedy się znów 

spotkamy. - Adora wstała gwałtownie. Odsunięte krzesło porysowało stare linoleum. - Idę. Muszę powitać 
go w domu. Natychmiast.

- Może nie powinnaś...
-  Idę.  -  Uniosła  głowę   z  determinacją.  Jako  małe   dziecko  robiła  tak  samo,   zwłaszcza  gdy jej  czegoś 

zabraniano.

Cat zmusiła się do uśmiechu.
- Rób, jak chcesz.
-   No   właśnie.   -   Adora   chwyciła   płaszcz   i   zarzuciła   go   na   ramiona.   Z   zaróżowionymi   policzkami   i 

rozjaśnionym wzrokiem skierowała się ku drzwiom.

Nazajutrz była sobota. O dziesiątej zadzwonił telefon. Cat była pewna, że to Adora. Podniosła słuchawkę 

dopiero po trzecim dzwonku.

- Cześć, Cat. - Głęboki, ciepły głos nie należał do jej siostry.
Denerwujący dreszcz przeszedł ciało Cat. Odczekała chwilę, nim się odezwała.
- Cześć, Dillon.
- Posłuchaj - powiedział obojętnie - od wczoraj miałem trochę czasu, by. się rozejrzeć.
- Rozejrzeć? O czym mówisz?
- Potrzebuję kogoś, kto zajmie się kilkoma sprawami.
- Jakimi sprawami? - spytała podejrzliwie. Dillon zachichotał, ale może to były po prostu zakłócenia na 

linii.

- Potrzebuję więcej drewna na opał. Kupiłem też przyzwoitą wieżę stereo, wideo i telewizor. Słyszałem, że 

znasz się na urządzeniach elektronicznych, więc liczę na twoją pomoc w zainstalowaniu i uruchomieniu tego 
sprzętu. Zamówiłem małą antenę satelitarną, którą trzeba zamontować. Podobnie ze sprzętem do ćwiczeń. 
Poza tym mam mnóstwo książek. Chciałbym, żeby ktoś mi zrobił półki, a ty to umiesz.

Cat   nie   odpowiadała.   Bardzo   szybko,   w   ciągu   dwudziestu   czterech   godzin,   dowiedział   się   o   jej 

umiejętnościach, a teraz proponuje jej pracę. Zimą zawsze potrzebowała zleceń, gdyż niczego o tej porze 
roku nie budowano. Spłacała swój mały domek i pięcioakrową działkę. To ogromna inwestycja, zwłaszcza 
dla kogoś o ograniczonych, jak jej, funduszach.

Dillon McKenna był  niebezpieczny.  Wczoraj, bez żadnego powodu, chwycił  ją za ramię  i nie puścił, 

dopóki mu nie kazała. Naruszył jej spokój. Chciała wierzyć, że nic się za tym nie kryło. Przypomniała sobie 
wzrok wybiegającej z domu Adory.

- Cat? - Dillon przerwał jej rozmyślania.
-   Tak,   jestem.   Zastanawiam   się.   -   Rozpaczliwie   szukała   sposobu,   by  nie   odpowiadać.   -   Dziękuję   za 

propozycję, ale obawiam się, że będziesz musiał porozmawiać z agencją. Nie mogę tak po prostu...

- Już się tym zająłem.
- Słucham?
- Dzwoniłem do agencji. Powiedzieli, że skoro będę mieszkał tu na stałe i chcę cię zatrudnić, to nie będą 

protestowali. Dobrze ci zapłacę. - Wymienił ogromną kwotę. Dwa razy wyższą niż normalna zapłata za taką 
pracę.

Pomyślała o długu hipotecznym, o różnych ulepszeniach, które chciała wprowadzić latem: nowej izolacji i 

podwójnych oknach, co zmniejszyłoby zużycie opału. Dom Cat nie umywał  się do tego, który posiadał 
Dillon. Nie miał centralnego ogrzewania na gaz. Cat musiała ogrzewać go drewnem.

- Może potrzebny ci dzień lub dwa na rozważenie mojej propozycji? Jak się zdecydujesz, to zadzwoń do 

mnie - mówił lekkim tonem, jakby za tą propozycją nic się nie kryło.

9

background image

Chyba   jest   dziwaczką.   Przecież   między   nimi   nic   się   nie   zdarzyło.   Dillon   jest   rekonwalescentem   po 

poważnym wypadku i chce mieć kogoś do pomocy. A ona potrzebuje pieniędzy.

- Nie muszę się zastanawiać - powiedziała. - Kiedy mogę zacząć?
Cisza trwała tylko ułamek sekundy. Była pewna, że Dillon powie: „Od zaraz”.
Nie zrobił tego.
- Większość rzeczy dostarczą w poniedziałek rano. Czy mogłabyś przyjść około dziesiątej?
Zgodziła się. Godzinę później zadzwoniła Adora. Głos jej drżał z podniecenia.
- Widziałam się z nim. Chyba był zadowolony, że wpadłam. I zgadnij, co się stało.
- Co?
- Potrzebna mu pomoc. Wiem, jak bardzo potrzebujesz pracy, więc powiedziałam, co potrafisz. Mówił, że 

zadzwoni do ciebie rano. Zrobił to?

- Zrobił.
- Byłam pewna. Podziękuj mi.
- Dzięki - powiedziała Cat z ironią, ale Adora, jak zwykle, nie dostrzegała tego.
- Zrobię wszystko dla mojej starszej siostry, Cat odłożyła słuchawkę. Dobrze wiedziała, co Adora knuje. 

Chciała utrzymać kontakt z Dillonem. Jeśli ona będzie pracowała dla Dillona, to Adora zdobędzie preteksty 
do wizyt.  Nigdy by jej nie przyszło do głowy,  że bliższa  znajomość  Cat z Dillonem może  być  jakimś 
problemem. W końcu była dziesięć razy ładniejsza i przekonana, że jej starsza siostra nie interesuje się 
mężczyznami.

W   poniedziałek,   piętnaście   po   dziewiątej   rano,   przed   dom   Dillona   zajechał   samochód   dostawczy   z 

telewizorem, wideo i sprzętem stereofonicznym. Dillon poprosił, by wszystko wniesiono do środka. Pokazał, 
gdzie ma stać telewizor, a resztę sprzętu kazał zostawić na środku pokoju. Kiedy odjechali, rozpakował 
wszystkie pudła. Chciał sprawić wrażenie, że zabrał się do instalowania urządzeń, choć nie ma zielonego 
pojęcia, co i jak powinien robić. Miał nadzieję, że Cat nie będzie się nad tym zastanawiać. W przeciwnym 
razie mogłaby się zdziwić, że człowiek, który potrafi przerobić motocykl, nie wie, jak podłączyć wideo do 
telewizora.

Kiedy przyszła, siedział w salonie, otoczony pustymi  kartonami,  styropianem i plastikowymi  torbami. 

Czytał coś, co wyglądało jak instrukcja obsługi. Podniósł głowę.

- Dzięki Bogu, że jesteś - powiedział. Poczuła niespodziewany skurcz w żołądku. W myślach nakazała 

sobie spokój.

- Co się dzieje? - spytała pozornie obojętnym tonem. Dillon spojrzał na nią błagalnie znad trzymanej w 

ręku instrukcji i zawołał:

- Pomocy!
Zerknęła mu przez ramię. To była instrukcja dotycząca wideo. Powiedziała spokojnie:
- Na początek odwróć ten schemat. Trzymasz go do góry nogami.
Uśmiechnął się zażenowany i zażartował:
- Nie bądź taka mądra. Przyszłaś tu pracować, a nie kpić ze mnie.
Ułożyła sobie w głowie dowcipną ripostę, ale się opanowała. Postanowiła, że zachowa dystans.
- Co mam robić?
- Usiądź. - Poklepał dłonią miejsce obok siebie. Zawahała się. Bała się usiąść blisko niego. Jeśli jednak 

tego nie zrobi, Dillon mógłby sobie pomyśleć, że wytrąca ją z równowagi. A przecież tak nie było. Podał jej 
papiery.

- Weź to i coś zrób.
Zerknęła na instrukcję i usiadła. Skoncentrowała się na schemacie.
- Boże - jęknął Dillon. Zerknęła na niego ze zdziwieniem.
- Co się stało?
- Och, nic. Po prostu marzę. Wiedziała, że nie powinna pytać, ale nie mogła się powstrzymać.
- O czym marzysz? Wzruszył ramionami.
- By móc wstać z taką łatwością, z jaką ty usiadłaś.
- A chcesz wstać? Chętnie ci pomogę. Potrząsnął głową.
- Jeszcze nie. Przygotowuję się do tego stopniowo. Siedziała tak blisko, że widziała złote plamki w jego 

brązowych tęczówkach. Miał mały dołeczek w brodzie. Tylko nos był trochę bardziej krzywy niż kiedyś, 
pewnie   Dillon   złamał   go   podczas   skoków,   które   wykonywał   jako   kaskader,   albo   w   czasie   jazdy   na 
rozwścieczonym, dzikim koniu na rodeo.

- Po co siadasz na podłodze, skoro jest ci ciężko wstać?
- Bo muszę to robić. Jeśli chcę być sprawny, powinienem utrudniać sobie życie.

10

background image

- Czy kiedyś będziesz sprawny?
- To rzecz względna. Na pewno nigdy nie wezmę udziału w maratonie, jeśli o to ci chodzi.
Uśmiechnęli się do siebie. Cat zaczęła czytać instrukcję. W końcu przyszła tu do pracy. Schemat był prosty 

i jasny. Zerknęła na Dillona, by mu to powiedzieć, ale bezwiednie zapytała;

- Czy po wypadku było ci bardzo trudno?
- Tak - odparł szczerze. - Z wielu powodów. Ale wiesz, i tak zamierzałem wszystko zmienić.
- Jak to?
- Zwyczajnie. W ostatnich latach zacząłem mieć wątpliwości, czy jakikolwiek sens ma to, co robię i co 

chcę  udowodnić.  Ryzykowanie  życia  po  to,  by  przeskoczyć   piramidę  z   sześćdziesięciu buicków,  Jadąc 
przerobionym harleyem, zaczęło wydawać mi się głupie, a nie bohaterskie. No i ten wypadek w „Mirage” 
naprawdę   był   groźny.   Wiele   razy  łamałem   kości,   ale   nigdy  aż   tak.   Leżałem  unieruchomiony,   a   potem 
przesiedziałem na wózku inwalidzkim ponad pół roku.

Pomyślała o własnym,  sprawnym ciele. Cały jej byt od niego zależał. Jak by się czuła, gdyby musiała 

spędzić pół roku bez ruchu? Okropne.

- Pewnie można było zwariować, co?
- Tak, niewiele brakowało. - Uśmiechnął się. Patrzyła na jego usta. Miał pięknie ukształtowane wargi, 

stworzone do łobuzerskiego uśmiechu. Nad górną wargą dostrzegła niewielką bliznę, małą, jasną kreseczkę.

- Co to? - Wyciągnęła palec. W ostatniej chwili się powstrzymała.
Dillon wiedział, o co Cat pyta. Dotknął blizny palcem, unosząc brwi w niemym pytaniu. Skinęła głową.
- Nadziałem się na byka. Dawno temu, jak uczestniczyłem w rodeo.
- Chcesz powiedzieć, że wziął cię na rogi?
-   Dokładnie   tak.   Rozciął   mi   wargę   na   połowę.   Ale   to   było   piętnaście   lat   temu.   Teraz   blizna   prawie 

zniknęła. - Pochylił ku niej głowę, by mogła lepiej ją obejrzeć.

Przysunęła  się,  mimo   że  ze  swego  miejsca  widziała  bliznę  bardzo  dokładnie.  Złote  plamki   w oczach 

pojaśniały. Poczuła jego zapach.

Zabrzęczał dzwonek u drzwi. Cat gwałtownie się wyprostowała i zaczerwieniła jak piwonia.
- Ja... znaczy...
Ale Dillon wydawał się zupełnie spokojny.
- Świetnie - powiedział. - Na pewno przywieźli sprzęt do ćwiczeń.
Uspokoił ją jego ton. Widocznie nic się nie wydarzyło. Po prostu pochyliła się, by obejrzeć jego bliznę, i 

tyle.

Uśmiechnął się ze smutkiem.
- Albo pomóż mi wstać, albo proszę, idź otworzyć drzwi.
- Nie ma sprawy. Już otwieram. - Poderwała się na równe nogi i pobiegła do drzwi.
Istotnie przywieziono sprzęt gimnastyczny. Dillon musiał pokwitować odbiór i pokazać dostawcom pokój, 

w którym miał być zainstalowany. Cat pomogła mu wstać z podłogi.

Większość pokoi znajdowała się na górze, w tym także sypialnia. Na dole był duży hol, dwie łazienki, i 

trzy   jeszcze   większe   pokoje.   Jeden   został   przeznaczony   na   salę   ćwiczeń,   ponieważ   miał   dwie   ściany 
wyłożone lustrami. Tam właśnie wniesiono sprzęt.

Cat   zostawiła   Dillona   razem   z   dostawcami   i   udała   się   do   salonu   na   górze,   by   zająć   się   sprzętem 

elektronicznym.  Potem pokazała Dillonowi, jak to wszystko obsługiwać. Powiedziała mu, że dopóki nie 
doprowadzi kabla lub nie zainstaluje anteny satelitarnej, o której wspominał, jego telewizor będzie odbierał 
jedynie kilka programów stacji publicznych.

Odparł, że antenę dostarczą w ciągu tygodnia.
- A poza tym - dodał - umieram z głodu. Musimy coś zjeść.
-   W   samochodzie   mam   kanapkę   -   odpowiedziała.   -Ale   to   chyba   już   koniec   mojej   pracy  na   dzisiaj? 

Potrząsnął głową.

- Zapomniałaś o drewnie. Lubię ogień w kominku, szczególnie wieczorem. Zużyłem już prawie cały zapas.
Cat nawet była zadowolona. Więcej godzin pracy to więcej pieniędzy.
- W takim razie pójdę zjeść i...
- Co znaczy „pójdę zjeść”?
- Mówiłam ci, że mam kanapkę w...
- Na pewno z dżemem i masłem orzechowym. Zgadłem?
Zaczęła się bronić.
- Masz coś przeciwko dżemowi i masłu orzechowemu?
- Naprawdę masz kanapkę z dżemem i masłem?! -Promieniał dziecinną radością, że trafił w dziesiątkę. 

-Wiedziałem! Zapomnij o tym. Nie będziesz siedziała w samochodzie i na mrozie jadła kanapkę.

11

background image

- Wcale nie jest zimno, a ja bardzo lubię dżem i masło orzechowe.
- Na przekąskę. Nieco później. Teraz ja przygotuję lunch.
- Ale...
- Przestań się spierać. Jestem szefem, więc nie rób problemu z drobiazgów, dobrze?
Zerknęła na niego. Czuła się pokonana. Nieokiełznany Dillon McKenna zmienił się w bardzo miłego 

człowieka, który nieźle płaci za uczciwą pracę. Dlaczego miałaby nie zjeść dobrego, domowego lunchu? 
Musi się wziąć w garść. Podejrzenia, że za zachowaniem Dillona coś się kryje,  to tylko  podszepty jej 
wybujałej wyobraźni. W końcu nazywa się Cat Beaudine. Dobrze wie, co o niej mówią ludzie, kiedy wydaje 
im się, że nie słyszy.

Mówią, że jest silna, twarda i można na niej polegać, ale równie kobieca jak faceci. Mężczyźni są jej 

kumplami. I nigdy nie patrzą na nią tak jak na jej matkę czy siostry.

Nie ma żadnego powodu, by Dillon McKenna, który zapewne może mieć każdą kobietę, miał zachowywać 

się inaczej niż wszyscy. Uśmiechnęła się.

- Dzięki. Lunch zjem z przyjemnością. W kuchni umyła ręce i usiadła przy stole. Dillon wyjął z lodówki 

upieczonego i pokrojonego na części kurczaka.

- Skąd to masz?
- Ze sklepu.
- Kupiłeś upieczonego i pokrojonego? Przyznał się, że sam go przyrządził.
- Lubię gotować - powiedział. - Zwłaszcza ostatnio. To jedna z niewielu rzeczy, jakie mogę robić bez 

większego wysiłku. - Wyjął deskę i ogromny nóż. Mięso wyglądało tak smakowicie, że Cat poczuła ślinę w 
ustach. Dillon puścił do niej oko. - Szkoda, że nie

widziałaś, jak na wózku inwalidzkim niemal fruwałem po kuchni. Byłem imponujący.
- Nie wątpię.
Pokroił mięso, wyjął majonez, sałatę i przygotował ogromne, wspaniałe kanapki. Podał do nich borówki i 

mleko.

- Miałeś rację - powiedziała po pierwszym kęsie. - To o wiele lepsze niż dżem i masło orzechowe.
Po lunchu Cat przez dwie godziny rąbała drzewo. Nakryła płachtą resztę sterty,  a szczapy wniosła do 

garażu i ułożyła je pod ścianą. Stąd Dillon mógł bez trudu przenieść je do domu.

Nim skończyła, zaczęło się ściemniać. Chciała już iść do domu, więc wsunęła głowę do kuchni, wołając, że 

wychodzi. Dillona nie było w kuchni. Zaniepokojona weszła do domu.

- Dillon! - Przeszła przez kuchnię do salonu. Wtedy usłyszała dochodzącą z dołu muzykę.
Poszła w jej kierunku. Dillon był w pokoju ćwiczeń. Miał na sobie spodnie od dresu i bawełnianą koszulkę. 

Stał   przed   ścianą   wyłożoną   lustrami   i   podnosił   ciężarki.   Słuchając   nagrania   „Talking   Heads”,   włączył 
odtwarzacz na cały regulator.

Na widok Cat odłożył ciężarki i wyłączył magnetofon.
- Muszę zamontować tutaj drugą wieżę. - Wyprostował się i podszedł do niej.
Był  spocony.  Na  koszulce widać było  ślady potu pod pachami,  a także na piersi i wokół szyi,  gdzie 

skapywał z włosów.

- Wszystko skończone? - spytał.
- Co? Ach, tak. Wszystko zrobione.
- Jutro o tej samej porze?
- Jutro?
Na jego twarzy nie drgnął żaden mięsień, ale w oczach rozbłysły iskierki.
- No tak. Wiesz, jutro to taki dzień, który następuje po dniu dzisiejszym.
- Będziesz potrzebował mnie jutro?
- No pewnie.
- Do czego?
- Do tysiąca rzeczy.
- Na przykład?
- Może przywiozą antenę satelitarną.
- I co jeszcze?
- Porozmawiamy o tym jutro. O dziesiątej. Jak zwykle. Czuła, że ją prowokuje.
- Jak zwykle? Co to ma znaczyć? Pracowałam dla ciebie tylko przez jeden dzień.
- A czy to ważne?
- Oczywiście, że nie. Chcę tylko, by wszystko było jasne.
- W porządku. A co dla ciebie nie jest jasne? - Po nosie spłynęła mu kropla potu. Otarł ją wierzchem dłoni. 

- No więc?

12

background image

Nie mogła myśleć. Była oszołomiona.
- Ja... nic.
Znów się uśmiechnął.
- To dobrze. Cieszę się.
Cat poczuła się głupio.
- Ja również.
- A więc do jutra. O dziesiątej.
- Tak, będę jutro o dziesiątej.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Następnego dnia nie dostarczono anteny satelitarnej, ale przywieziono książki. Dillon zagonił Cat do pracy. 

Mierzyła   ściany   i   wyliczała   koszt   instalacji   półek   na   górze,   a   także   na   dole,   w   holu.   Potem   Dillon 
postanowił, że pojadą do Reno po materiały.

Jej zdaniem nie było sensu, by jechał z nią.
- Owszem, jest. Chciałbym sam wybrać deski. Proszę.
Dillon umiał wykorzystać swój urok, ale Cat nie potrafiła się przyznać, że jego czar na nią działa. Nie 

mogła znieść widoku patrzących na nią błagalnie brązowych oczu. Wskazała ręką na porozrzucane po całym 
pokoju otwarte kartony pełne książek.

- Nie rozumiem, skąd się u ciebie nagle wzięła mania zbierania książek.
Westchnął z dezaprobatą.
- Och, Cat, czy to ładnie tak mówić?
- O co ci chodzi?
- Chciałaś mi przypomnieć, że omal nie wyleciałem z ostatniej klasy w szkole, czyż nie? Nie możesz pojąć, 

że taki lekkoduch mógł wyrosnąć na człowieka mającego dom pełen książek.

- Nie mówiłam, że byłeś lekkoduchem.
- Nie, ale tak myślałaś. Masz rację, byłem nieznośnym smarkaczem i to nie jest żadna tajemnica, ale już 

nim nie jestem. I lubię czytać. Kiedy zacząłem brać udział w gagach filmowych, to książki sprawiły, że nie 
zwariowałem.

- W gagach?
- Tak nazywaliśmy pracę kaskadera.
- Dlaczego książki pozwoliły ci utrzymać się przy zdrowych zmysłach?
- Pracując przy realizacji filmów, zawsze albo się strasznie spieszysz, albo czekasz. Czasami czeka się 

godzinami, dniami, na przykład na odpowiednią pogodę czy na ustawienie planu. Nauczyłem się nosić przy 
sobie książki, więc kiedy trzeba było czekać, czytałem.

Bezwiednie zadała kolejne pytanie.
- Czy zdobyłeś jeszcze jakieś wykształcenie poza średnim?
Pochylił się trochę sztywno i niezdarnie.
- Nie. Nigdy się na to nie zdobyłem. Zresztą i tak nie przyjęto by mnie do żadnego college’u. - Podniósł 

wzrok znad książki. - A ty? Skończyłaś college?

- Nie - odparła szybko. Po co w ogóle o to pytała?
- Dlaczego? Pamiętam, że zawsze dobrze się uczyłaś. Chyba dostałaś nawet jakieś stypendium, prawda?
Cat wsunęła ręce do kieszeni i spojrzała na drzewa okryte śniegiem.
- Tak, dostałam.
- Powiedz, do jakiego college’u, bo nie pamiętam?  Nie chciała o tym  rozmawiać,  ale Dillon mógłby 

pomyśleć, że jest to bolesny dla niej temat. Domyśliłby się, że żałuje zaprzepaszczonej szansy. To była 
bardzo przykra i drażliwa sprawa.

- Cat, jaki to był college? - zapytał po raz drugi. Zmusiła się, by na niego spojrzeć.
- Stanford. Stypendium na wydział inżynierii.
- A prawda, Stanford. Dlaczego tam nie poszłaś?
- Po śmierci ojca musiałam zrezygnować z dalszej nauki. Jestem pewna, że wiesz o tym.
Jego uśmiech wydawał się zupełnie szczery.
- Tak, teraz, kiedy to powiedziałaś, przypominam sobie.
Zmieszana Cat chwyciła leżącą na stoliku miarkę i wrzuciła ją do torby z narzędziami.
- A co potem? Dlaczego nie poszłaś do college’u później?
Za żadne skarby nie chciała się przyznać, że rozmowa na ten temat wytrąca ją z równowagi. Przycisnęła 

klapę torby i zamknęła zamek.

13

background image

- Czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
- Po prostu jestem ciekawy.
- Posłuchaj, zwyczajnie mi nie wyszło. Phoebe i Deirdre były małe, a mama jakoś zupełnie nie potrafiła 

znaleźć sobie miejsca. Miała osiemnaście lat, gdy wyszła za ojca, i po jego śmierci nie umiała dać sobie rady 
bez mężczyzny w domu.

- Wobec tego ty się nim stałaś?
- Czy to jakaś aluzja?
- Nie, zwyczajne pytanie. Sformułowane bez ogródek.
-   Dobrze,   odpowiedź   brzmi:   tak.   Pod   wieloma   względami   po   śmierci   ojca   zajęłam   jego   miejsce. 

Podejmowałam decyzje i załatwiałam wszystkie sprawy, bo matka nie potrafiła tego zrobić. Opiekowałam 
się siostrami i przynosiłam do domu pieniądze, które pozwalały nam wiązać koniec z końcem.

Dillon skinął głową, jakby pochwalał dobrze wykonaną pracę, i zamknął trzymaną w ręku książkę.
- A co teraz?
- Jak to: co teraz?
- Mogłabyś pójść do college’u.
- Już jest za późno.
- Niekoniecznie. - Pochylił się i włożył książkę do pudła.
- Tak, jest za późno. - Mówiła spokojnym, opanowanym tonem. Była zbyt dumna, by powiedzieć mu, że 

nie powinien wtrącać się do nie swoich spraw. - Lubię życie, które prowadzę. Czuję się wolna. I cenię 
niezależność.

- Można czuć się wolnym i niezależnym, studiując. Tego było już za wiele.
- Tak, można, ale to moja sprawa, prawda? - powiedziała sarkastycznie.
Dillon znów się roześmiał. Z przyjemnością cisnęłaby w niego jedną z tych cennych książek.
- Tak, to prawda - powiedział. - To twoja sprawa. - Zerknął na zegarek. - O rany!  Marnujemy czas. 

Powinniśmy już wyruszyć.

- Dokąd?
- Do Reno. Nie pamiętasz, musimy zdobyć drewno na półki.
Pojechali pickupem Cat, aby od razu przywieźć drewno. Dotarli do Reno po dwunastej. Dillon oświadczył, 

że   umiera   z   głodu.   Przez   pół   godziny  jeździli   w  kółko,   dopóki   nie   dostrzegł   restauracji,   która   mu   się 
podobała. Wydawała się przytulna i spokojna.

Pod każdym względem spełniła ich oczekiwania. Z wyjątkiem cen. Cat rzuciła okiem na kartę i od razu 

zdecydowała, że jej wystarczy sałatka.

- Nie rób ponurej miny - skarcił ją Dillon, zerkając znad karty. - Ja tu jestem szefem i płacę.
Zaczęła się z nim sprzeczać. Zadowoliłaby się czymkolwiek, kanapką zjedzoną w samochodzie, ale on 

uparł się, że zamówią coś w restauracji. Postanowiła, że będzie obstawać przy sałatce i pozwoli mu zapłacić. 
Kiedy pojawił się kelner, Dillon przerwał jej w pół słowa, zamawiając befsztyki. Odczekała, aż odejdzie 
kelner, i powiedziała, że sama potrafi zamówić jedzenie.

Dillon wydawał się zażenowany.
- Masz rację - powiedział. - Przepraszam. Czy zawołać kelnera?
Zerknęła   na   niego,   zastanawiając   się,   dlaczego  tak  ją   denerwuje.   Zawsze,   kiedy  chciała   mu   dogryźć, 

odbijał piłeczkę tak, że wychodziła na idiotkę.

- Nie - powiedziała. - Wszystko w porządku.
Uśmiechnął się. Kurze łapki w kącikach jego oczu sprawiały, że wyglądał na jeszcze przystojniejszego niż 

zazwyczaj.

- To wspaniale - powiedział. W połowie obiadu do ich stolika podeszły dwie bardzo eleganckie kobiety. 

Wyższa chrząknęła zażenowana.

- Hm, przepraszam, czy pan Dillon McKenna?
Zrobił do nich słodkie oczy.
- We własnej osobie.
Wyższa zachichotała i zwróciła się do niższej:
- Miałam rację. I co ty na to, Elaine?
Elaine wyciągnęła serwetkę z wydrukowaną nazwą restauracji.
- Zapewne ma pan tego powyżej dziurek od nosa, ale czy mógłby pan...
- Z rozkoszą, proszę pani.
Elaine usłużnie podała mu długopis.
- Proszę.
Dillon podpisał się na serwetce i oddał ją z uwodzicielskim uśmiechem Elaine. Druga z kobiet wpatrywała 

14

background image

się w niego głodnym wzrokiem. Nagle drgnęła.

- Och! - krzyknęła. - Proszę nie zapominać o mnie. - Podsunęła Dillonowi serwetkę, którą ten podpisał bez 

wahania.

- Dziękujemy, naprawdę bardzo dziękujemy. - Obie, zaczerwienione, nieco się jąkały.
Cat przyglądała się, jak odchodzą. Nigdy nie widziała dorosłych kobiet zachowujących się jak zażenowane 

nastolatki. Zastanawiała się, co to za uczucie być człowiekiem powszechnie znanym tak jak Dillon. Nie 
chciałaby żyć na świeczniku, zbyt ceniła sobie swoją samotność.

Po   powrocie   do   domu   zobaczyli,   że   na   podjeździe   stoi   zielona   ciężarówka   z   napisem   „Tamberlaine 

Housekeeping Service”. Kiedy tylko Cat zatrzymała samochód, z ciężarówki wyskoczyła Adora.

- Gdzieście się podziewali przez tyle czasu? Już prawie zrezygnowałam z czekania.
Cat wskazała ręką na plandekę przykrywającą deski.
- Byliśmy w Reno po drewno. Dillon potrzebuje półek na książki. - Z nie znanych sobie powodów nic nie 

powiedziała o wspólnym, kosztownym obiedzie.

Dillon wysiadł z pickupa, okrążył go i podszedł do Adory.
- Cześć, Doro. Co się dzieje;? Adora odwróciła się do niego z promiennym uśmiechem, który zirytował 

Cat.

- Mówiłeś niedawno, że potrzebna ci gosposia.
- To prawda. Jeśli kogoś nie znajdę, będę zmuszony sam biegać z odkurzaczem. Poprosiłbym o to Cat, ale 

ona...

Adora machnęła ręką.
- Cat się do tego nie nadaje.
- Wiem, powiedziała mi o tym pierwszego dnia.
- Możesz się nie martwić. Znalazłam ci gosposię. Oto ona. - Adora odwróciła się i krzyknęła do kierowcy 

ciężarówki: - Bobby, chodź tutaj!

Bob   Tamberlaine   wyłonił   się   z   samochodu.   Miał   ponad   dwa   metry  wzrostu   i   wyglądał   jak  olbrzym. 

Radośnie uśmiechnięty, podszedł do nich.

Adora przedstawiła Boba i wszyscy weszli do domu. Cat oświadczyła, że wraca do siebie i zabiera się do 

półek, ale Dillon nalegał, by została. Na jego prośbę rozpaliła ogień. Dillon szybko dogadał się z Bobem co 
do jego obowiązków i zaproponował wszystkim drinka dla uczczenia faktu, że nie będzie musiał uczyć się 
posługiwania odkurzaczem.

Dillon podał Cat piwo. Potem zaprowadził Adorę i Boba na dół, by pokazać im salę gimnastyczną. Cat 

została na górze. To bardzo przytulny dom, mimo walających się wszędzie pudeł z książkami. W kominku 
palił się ogień, grała muzyka, a z dołu dochodziły odgłosy rozmowy.

Kiedy cała trójka wróciła na górę, poszli do kuchni. Dowcipkowali i rozmawiali o zwykłych sprawach: 

pogodzie, sporcie i filmach. Dillon wyjmował różne rzeczy z lodówki. Kiedy wszystko było już na stole, 
zręcznie pokroił mięso i warzywa, wrzucił na patelnię, dolał oleju i posypał całość przyprawami. Następnie 
zaczął wydawać instrukcje.

- Cat, talerze są w tamtej szafce. Czy możesz postawić je na stole?
- Oczywiście. - Cat podeszła do szafki, ale w tym momencie Adora podbiegła do niej.
- Zostaw to, Cat. Ja się wszystkim zajmę.
Cat usiadła na stołku, a Adora nakryła do stołu.
- Nie nakrywaj dla mnie - powiedziała Cat. - Ja naprawdę muszę już iść.
Dillon uniósł głowę znad patelni.
- Wcale nie musisz. Doro, przygotuj nakrycie i dla niej.
Zdumiona Adora popatrzyła niepewnie na Cat i Dillona. W końcu uśmiechnęła się promiennie.
- Jasne, że nakryję dla niej - powiedziała. Pół godziny później wszyscy siedzieli przy stole. Potrawy, które 

Dillon przygotował jakby mimochodem, bez wysiłku, były wspaniałe. Rozmowa toczyła się gładko. Było 
miło, tylko Adora rzucała podejrzliwe spojrzenia raz na Cat, raz na Dillona. Te spojrzenia wytrącały Cat z 
równowagi, choć wmawiała sobie, że nic się za nimi nie kryje. Zupełnie nic. Gdy zbliżała się dziewiąta, 
wyszła.   Adora   i   Bob   jeszcze   zostali.   Siedzieli   w   salonie,   a   Dillon   grzebał   w   płytach   kompaktowych, 
powtarzając chyba po raz setny, że gdzieś musi być album z nagraniami Jerry’ego Jeffa Walkera.

Przez następne dwa tygodnie Cat pracowała dla Dillona niemal codziennie. Antena satelitarna była już 

zainstalowana, a książki stały na półkach. Jednak Dillon ciągle znajdował dla niej pracę.

Pewnego   ranka   stłukł   w   sali   gimnastycznej   dwa   lustra.   Podobno   wypadła   mu   z   rąk   sztanga.   Musieli 

pojechać do Reno po nowe.

15

background image

Postanowił przerobić jedną z sypialni na gabinet, więc potrzebował nowych półek. Poprosił też o zrobienie 

dużego, sosnowego biurka. Cat potrząsnęła głową.

- A po co ci gabinet?
- Po nic. Po prostu chcę go mieć. Kto wie? Może napiszę drugą książkę?
- Chcesz powiedzieć, że sprowadzisz tego biednego, wykorzystywanego Olivera, żeby napisał ją za ciebie?
Cat przeczytała pierwszą książkę Dillona i była nią zachwycona. Nie chciała się przyznawać, że nie tylko 

spędza u niego całe dnie pracując, ale jeszcze wieczorami studiuje jego życiorys.

Dillon rozłościł się.
- Oliver Ames wcale nie jest wykorzystywany. Jego agent to prawdziwy krwiopijca, najlepszy w swojej 

branży. Dopilnował, by Oliver dostał połowę zysków.

- Lecz jeśli to on napisał książkę, czy nie powinien dostać więcej?
- Posłuchaj, Cat. Chcę mieć gabinet i będę go miał. Czy zrobisz mi półki i biurko? i
- Cóż, to twoje pieniądze. Jeśli chcesz je wyrzucać w błoto...
- W porządku. Chodźmy na dół, pokażę ci, o co mi chodzi.
Któregoś dnia Dillon zatkał młynek pod zlewem obierkami od kartofli. Cat porządnie się namęczyła, by je 

stamtąd wydostać. Gdy wreszcie udało się, stwierdziła, że nożyki są powyginane i nie nadają się do użytku. 
Trzeba było kupić i zainstalować nowy młynek.

Koło południa siedziała wewnątrz szafki pod zlewem i usłyszała dzwonek do drzwi. Kilka minut później 

zobaczyła nad sobą Dillona.

- Cat, to jest L.W. Creedy.
Wysunęła   głowę   spod  zlewu   i   spojrzała   w   górę.   Zobaczyła   przysadzistego,   łysiejącego   mężczyznę   w 

drogim garniturze, kamizelce i z wielkim diamentem na palcu.

- L.W. to najlepszy żyjący agent - wyjaśnił Dillon.
- Miło mi pana poznać. - Cat pomachała mu na powitanie trzymanym w ręku kluczem francuskim.
L.W. Creedy uśmiechnął się wesoło i uniósł krzaczaste brwi.
- Aha, kobieta do wszystkiego. Dobrze jest mieć taką pod ręką.
Cat uśmiechnęła się, starając sobie przypomnieć, skąd zna to nazwisko. No tak, z biografii Dillona. L.W. 

Creedy to facet, który organizował i reklamował większość występów Dillona.

Dillon wskazał kuchenny stołek i powiedział:
- Zaparkuj tutaj, L.W.
Agent stęknął i usadowił na stołku swoje potężne cielsko. Dillon otworzył lodówkę.
Cat głośno westchnęła. Dillon miał manię ugaszczania wszystkich. Potrzeba ta miała swoje korzenie w 

dzieciństwie Dillona, kiedy rzadko jadał do syta. Było to bardzo miłe, ale nie w trakcie naprawiania zlewu.

- Czy mogę najpierw skończyć tę pracę? Może zabierzesz swojego przyjaciela na lunch do miasta?
Dillon otworzył drzwi lodówki i zastanawiał się, czym uraczyć gościa. Uśmiechnął się do Cat.
- Zrobię kanapki. I nie będę ci przeszkadzał. Obiecuję. Cat jęknęła i wsunęła się pod zlew. L.W. i Dillon 

kontynuowali swoją rozmowę.

- Mówię ci, McKenna, to może być coś naprawdę wystrzałowego.
- Mnie to nie interesuje, L.W. - powiedział Dillon znużonym głosem.
- Wąwóz Rattlesnake - oświadczył L.W. - Słyszałeś kiedyś o tym miejscu?
Dillon westchnął.
- Nie.
- W pobliżu góry Shasta. Rozmawiałem z ludźmi od Harleya. Gdybyś zobaczył, nad czym teraz pracują! 

To nieprawdopodobna maszyna. Odrzutowy motocykl. Czegoś takiego jeszcze nie widziałeś.

- Z majonezem, L.W.?
- Tylko z ostrą musztardą, nie pamiętasz? O czym to ja mówiłem? Ach, tak. Uważam, że 4 Lipca byłby 

odpowiednim terminem. Jest już ciepło, więc będą tłumy i na dodatek dokładnie miną dwa lata od twego 
wypadku w Vegas. Można to wykorzystać. Wiesz, wtedy uważali, że nie będziesz już nigdy chodzić. A 
tymczasem ty robisz coś najbardziej karkołomnego i nieprawdopodobnego. To będzie wspaniałe. Już mam 
projekt kostiumu. Ubierzemy cię we flagę i...

- L.W., czy nie rozumiesz? - zapytał Dillon. - Powiedziałem: nie. Dziękuję, ale nie. Po raz tysięczny 

powtarzam - skończyła się nasza współpraca.

L.W. zamilkł na minutę  lub dwie. Cat usłyszała  szczęk talerzy.  Domyśliła  się, że Dillon przygotował 

kanapki. Po chwili L.W. odezwał się z pełnymi ustami.

- Jeszcze ci nie przeszło? Ciągle jesteś wściekły o... Dillon mu przerwał.
- Nie jestem wściekły. Nie mam ci niczego za złe. Po prostu stało się i już. Nie martw się.
- Naprawdę nie masz mi za złe? - upewniał się L.W.

16

background image

- Absolutnie nie. To się skończyło, zanim ty wkroczyłeś na scenę.
- To dobrze.
Przez chwilę panowała cisza.
- Ale jeśli rezygnujesz ze skoków, to co będziesz robił przez resztę życia, Dillonie McKenna?
- Kto to wie. Może się ożenię i będę miał tuzin dzieciaków? Wychowanie dzieci to ciężka praca, wiesz?
- Z kim się ożenisz?
Cat zdała sobie sprawę, że wstrzymuje oddech, czekając w napięciu na odpowiedź. Dillon roześmiał się.
- A co ci do tego?
- Po prostu jestem ciekawy.
- Aha.
- Mój Boże - powiedział agent zbolałym głosem. - Co się z tobą dzieje? Kiedyś powiedziałeś, że aby nie 

uschnąć z nudów, musisz się stale narażać.

- L.W., wychowywałeś kiedyś dzieci?
- Nie! - zawołał agent z niesmakiem. - Nienawidzę małych bachorów.
-   Cóż,   słyszałem,   że   to   ciężki   kawałek   chleba.   Dużo   trudniejszy   niż   skakanie   z   budynków   czy 

przeskakiwanie wąwozów na motocyklu.

- Dobrze, dobrze, ale teraz posłuchaj. Kiedy zmienisz zdanie...
- Nie zmienię.
L.W. molestował go jeszcze przez chwilę, ale Dillon był nieugięty. Cat rozbolały mięśnie od odwracania 

głowy. Otrząsnęła się i wróciła do pracy.

Następnego dnia przed drzwiami  Dillona pojawił  się  dziennikarz.  Słyszał,  że  McKenna  planuje nowy 

pokaz, i chciał poznać szczegóły.

- A kto panu powiedział, że planuję?
- Przepraszam, ale nie mogę ujawnić nazwiska swojego informatora.
- Czy nie jest nim przypadkiem niejaki L.W. Creedy?
- Jak już mówiłem, otrzymałem poufne informacje.
- Więc proszę przekazać swojemu informatorowi, żeby dał sobie spokój. Dillon mówi: nie. Skończył z 

pokazami.

- Ależ, panie McKenna, ja...
- Życzę miłego dnia. - Dillon zamknął drzwi przed nosem reportera.
Dwa dni później, w piątek, przyszedł następny gość. Cat wymieniała uszczelkę w spłuczce, w ubikacji. 

Usłyszała   dzwonek.   Wiedziała,   że   Dillon   ćwiczy,   więc   nie   otworzy.   Spuściła   wodę,   sprawdzając,   czy 
wszystko działa, wytarta ręce i podeszła do drzwi.

Gdy otworzyła, serce podeszło jej do gardła. Na ganku stała kobieta. Bardzo piękna kobieta. Jej włosy 

lśniły jak czarny jedwab.

Nieznajoma uśmiechnęła się nerwowo.
- Dzień dobry. Jestem Natalie Evans. Szukam Dillona McKenny. Czy jest w domu?
Cat zmusiła się do uśmiechu, nie zwracając uwagi na bolesny ucisk w piersi. Kim jest ta kobieta i co ją 

łączy z Dillonem?

Natalie pospieszyła z wyjaśnieniami.
- Jestem... osobistą przyjaciółką Dillona. Proszę mu powiedzieć, że to ja.
Cat cofnęła się, by Natalie mogła wejść.
- Oczywiście. - Skinęła głową w kierunku kanapy. - Proszę usiąść. Zawołam go.
W   sali   gimnastycznej   Tina  Turner   wrzeszczała   pełną  mocą  nowych   głośników.  Na  widok  Cat   Dillon 

ściszył muzykę i chwycił ręcznik leżący na ławie.

- Co się dzieje?
- Masz gościa. Natalie Evans. Dillon zaklął cicho i otarł pot z twarzy, szyi i karku. Potem zmusił się do 

uśmiechu.

- W porządku. Dzięki.
Cat poczuła, że musi stąd uciec.
- Posłuchaj, wszystko już naprawiłam. Zbiornik działa jak należy. Myślę więc, że po prostu...
- Chcesz uciec, co? - powiedział szorstko. Na twarzy Cat malowało się zakłopotanie z powodu jego nagłej 

złości, więc opanował się. - To nie było miłe, prawda?

- Nie bardzo, Westchnął.
- Idź więc, skoro tego chcesz. Przyjdziesz jutro? Powiedzmy, koło południa.
- Po co? Robię w domu twoje biurko. Nie ma potrzeby, żebym...
- W południe. - To zabrzmiało jak rozkaz. Kiedy tylko obca, piękna kobieta pojawiła się w jego domu, stał 

17

background image

się szorstki i niegrzeczny. Dlaczego wyżywa się na niej? Równocześnie czuła potrzebę uspokojenia go, że 
wszystko ułoży się w końcu dobrze. Była zaskoczona własną chęcią pocieszania go.

- Chcę, byś była tu jutro w południe - powtórzył rozkazującym tonem.
- W porządku, będę - wykrztusiła przez zaciśnięte zęby.
Obróciła się na pięcie i wyszła przez szklane drzwi, by nie przechodzić przez salon, gdzie siedziała Natalie 

Evans.

Wsiadając do pickupa, zobaczyła srebrnego mercedesa zaparkowanego na podjeździe. Natalie Evans była 

nie tylko piękna, lubiła też drogie samochody.

W nocy Cat poważnie rozważała rzucenie pracy u Dillona. Jednak rano przyjechała. Srebrnego mercedesa 

już nie było. Dillon stał przy kuchence i mieszał coś, co wyglądało jak zupa z małży. Zerknął na nią przez 
ramię.

- Przyszłaś w samą porę. Usiądź, proszę. Szkoda, że nie została w domu, by skończyć biurko.
Dillon zachowywał się tak, jakby nie miał dla niej żadnej
roboty.
-   Przyszłam   do   pracy,   a   nie   na   jedzenie.   Leniwie   wzruszył   ramionami,   ale   Cat   wyczuła,   że   jest 

zdenerwowany.

- Znajdę ci jakąś pracę później. Najpierw zjemy. Znajdzie jej jakąś pracę? Nie powinna była przyjeżdżać. 

Teraz była tego pewna. Nic nie rozumiała: ani nagle pojawiającej się i znikającej Natalie Evans, ani jego 
uporu w tym, by przyszła do pracy, a tym bardziej własnych, mieszanych uczuć.

- Co się dzieje?
Dillon wlał zupę do dużej wazy.
- Siadaj. Porozmawiamy po lunchu.
- Nie chcę lunchu.
- Zrób to dla mnie. Zjedz.
- Nie mam ochoty.
Odwrócił się z poważnym wyrazem twarzy.
- To nie jedz, po prostu siądź i porozmawiaj ze mną.
Przez chwilę, która trwała całą wieczność, patrzyli na siebie. Cat przegrała. Pierwsza spuściła wzrok i 

opadła na krzesło.

Dillon podszedł do stołu, postawił wazę na podstawce obok koszyka pełnego bułeczek i usiadł. Nalał zupę 

dla Cat, potem dla siebie. Cat trzymała dłonie na kolanach. Wpatrywała się w parujący talerz. Po chwili 
zerknęła na Dillona, który w skupieniu rozkładał serwetkę na kolanach.

-   Wiem,   jakie   znaczenie   przypisujesz   jedzeniu,   ale   tym   razem   posiłek   niczego   nie   załatwi   -   mówiła 

najspokojniej, jak tylko mogła.

Podniósł łyżkę, jakby jej nie słyszał, i zaczął jeść.
- Dillonie, powtórzę moje pytanie jeszcze raz. Co się dzieje?
Dillon wypuścił z ręki pełną łyżkę, która podnosił do ust. Z brzękiem wpadła do talerza, a zupa prysnęła na 

jego sweter.

Chwycił serwetkę i starannie wytarł plamy.
-   Chcesz   teraz   rozmawiać?   -   spytał   bardzo   cicho.   -   Dobrze.   -   Wcisnął   serwetkę   pod   talerz.   - 

Porozmawiajmy. Od czego zaczynamy?

Serce zaczęło jej mocniej bić.
- Więc ja...
- Może od Natalie? Wciąż myślisz o niej, o tym, kim jest i co dla mnie znaczy, prawda? Przełknęła ślinę.
- Ja...
Dillon odchylił się na krześle i położył obie dłonie na stole.
- Pod pewnymi względami jesteś okropnym tchórzem. Po prostu mi odpowiedz. Czy to prawda?
Wpatrywała się w niego. Powoli podniosła się z krzesła.
- Posłuchaj, nie mam pojęcia, co się tutaj dzieje.
Westchnął zniecierpliwiony.
- Akurat uwierzę, że nie wiesz.
Poczuła się  tak, jakby przekroczyła  niewidzialną krawędź przepaści.  Teraz, koziołkując, spada w dół. 

Nawet się nie zorientowała, kiedy zaczęła tracić grunt pod nogami.

Polubiła   Dillona   McKennę,   który   powrócił   do   Red   Dog   City  po   szesnastu   latach   pobytu   w   wielkim 

świecie. Dawny Dillon już nie istnieje. Ze zbuntowanego, niebezpiecznego chłopca wyrósł na opanowanego, 
miłego i życzliwego ludziom mężczyznę.

Ale ciągle tkwiło w nim coś niebezpiecznego. Dlaczego tego nie dostrzegła? Tygrysa można wytresować i 

18

background image

prowadzić na smyczy, a i tak pozostaje tygrysem. Każdy, kto zapomni o tym, będzie głupcem. Podniosła 
głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Mała blizna na wardze odznaczała się wyraźną, białą kreską. Ciemne 
oczy świdrowały ją tak intensywnie, że zabrakło jej tchu. Oddychał głęboko, powoli, jakby z przymusem.

- Siadaj - powiedział. - Skończmy z tym wreszcie. Naprawdę był jak tygrys. Szykował się do skoku. Nie 

miała wątpliwości, że musi się stąd wydostać. Wstała.

- To bez sensu. Wychodzę. - Odwróciła się na pięcie i ruszyła ku drzwiom.
Zrobiła tylko jeden krok. Dillon zerwał się z krzesła błyskawicznie, jakby nie miał ani jednego sztucznego 

stawu. Chwycił ją za ramię, obrócił i pociągnął tak mocno, że straciła równowagę. Z krzykiem upadła prosto 
na jego szeroką pierś.

- Dillonie! - Zdumiona, wczepiła palce w jego ramiona, uniosła głowę i popatrzyła mu prosto w oczy.
- Cat. - Pochylił głowę i ustami dotknął jej warg.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Cat nie wiedziała, co zrobić. Wargi Dillona uwodziły ją i podniecały, a jej ciało nie słuchało żadnych 

rozkazów. To było przerażające i jednocześnie wspaniałe uczucie. Bezwiednie jęknęła i rozchyliła usta. Nie 
mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Chwyciła go za ramiona. Objął ją mocno i przytulił do siebie. Głaskał po 
plecach i całował.

Na chwilę odsunęła się od niego, by spojrzeć mu prosto w oczy.
- Dillonie, ja nie... - wymruczała.
Nie pozwolił jej mówić. Całował dalej. Objął ją za pośladki i przyciągnął do siebie. Wstrzymała oddech. 

Nigdy w życiu tak się nie czuła... Przysięgała sobie, że nie będzie uległa w ramionach mężczyzny. A teraz...

Powoli, nieustannie ją całując, Dillon otarł się o nią.
Pragnie jej. Ta myśl pojawiła się jak błyskawica. To przecież niemożliwe. Niemożliwe, ale prawdziwe.
Przesunął dłonie wyżej, obejmując piersi, i jeszcze wyżej, aż wreszcie wziął w ręce jej twarz.
- Cat. - Przestał całować po to, by wyszeptać jej imię. Potem pociągnął ją w kierunku salonu, ku ogromnej 

sofie. Cat poczuła, jak rozpina jej bluzkę i wsuwa dłonie pod stanik. Dotyk dłoni Dillona zaskoczył ją. Był 
szorstki i czuły. Przechyliła się do tyłu.

- Tak - wyszeptał ochryple Dillon. - Rób tak dalej, Cat. Pokaż mi, czego pragniesz.
Jęknęła z rozkoszy. Dillon szybko rozpiął jej bluzkę, przesunął palcami po brzuchu, dżinsach i wsunął dłoń 

między uda. Dotknął najczulszego miejsca. To był gest pełen obietnic. Ugryzł ją lekko w ucho.

- Myślałem, że oszaleję - wyszeptał. - Cały czas zastanawiałem się, kiedy i jak to się stanie. Od pierwszej 

chwili, odkąd cię zobaczyłem.

Cat zadrżała. Powoli dotarło do niej, co powiedział. Pragnął jej od pierwszego dnia. To, co uważała za 

niemożliwe, stało się. Była obiektem pragnień mężczyzny. Dillon McKenna chciał się z nią kochać. Tu i 
teraz. Na tej sofie.-Chyba że... weźmie się w garść i przerwie tę zabawę.

Dillon znów ujął w dłonie jej twarz i odwrócił, patrząc prosto w oczy.
-   Powiedz,   że   mnie   pragniesz.   Chcę   usłyszeć,   jak   to   mówisz.   Musisz   skończyć   z   udawaniem,   że 

przychodzisz   tu   tylko   po   to,   by   dla   mnie   pracować.   Oboje   wiemy,   dlaczego   tu   jesteś.   Powiedz   to. 
Wypowiedz to na głos.

Wpatrywała się w niego. Jej ciało pragnęło go, ale w głowie kłębiły się różne, sprzeczne ze sobą myśli.
- Powiedz, Cat.
Wszystko jej się pomieszało. Myślała o własnym życiu i o tym, jaką chciała być. Wolną, niezależną, nie 

będącą własnością żadnego mężczyzny. Myślała o Adorze, Natalie Evans i innych kobietach. Ile ich było?

- Przestań - rozkazał Dillon. - Przestań myśleć. Dłoń na jej piersi była ciepła i uwodzicielska.
- Przestań myśleć o wszystkim. Myśl tylko o tym.
- Nie... - bardziej westchnęła, niż powiedziała.
- Powiedz. Przyznaj się, że mnie pragniesz.
- Nie potrafię...
- Potrafisz.
- Tak.
Objął ją mocniej. Chciała tego pocałunku, pragnęła go, ale nie mogła sobie na niego pozwolić. Nim zdążył 

ją pocałować, odwróciła głowę.

- Nie - szepnęła.
- Nie odwracaj się.
Milczała. Dillon cicho zaklął  i przesunął  się  na drugi  koniec  sofy.  Przez  kilka nieskończenie długich 

sekund Cat siedziała jak sparaliżowana. Wpatrywała się w sufit i czekała, aż przestanie jej walić serce. 

19

background image

Potem zesztywniałymi  palcami  zapięła bluzkę i wsunęła ją do spodni. Doprowadziła się do porządku i 
zerknęła na Dillona. On też już się jakoś pozbierał.

Z trudem wstała i spojrzała na niego z góry. Nie odwrócił wzroku.
- Tchórz - powiedział chłodno i pieszczotliwie.
- Mów sobie, co chcesz. Nigdy nie będę się z tobą kochać.
- „Nigdy” to takie słowo, które sprawia, że nie można ci wierzyć.
- Ja nie blefuję. Wszystko zaplanowałeś, prawda?
- Co zaplanowałem?
- Pracę dla mnie. Wymyślałeś mi różne zajęcia. Wzruszył ramionami.
- Tak, a w każdym razie niektóre.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Naprawdę potrzebowałem półek i biurka. Ale lustra w sali gimnastycznej stłukłem specjalnie i ponad 

godzinę męczyłem się, by zapchać młynek w zlewie i powyginać jego noże na tyle, by całe urządzenie 
wymagało wymiany.

- Dlaczego to robiłeś?
- Och, Cat, daj spokój. Nie miałem innego wyboru. Nigdy nie poznałbym cię bliżej, nawet chodząc z tobą 

na randki. Zresztą ty chyba nigdy nie byłaś na randce. - Przerwał i czekał na zaprzeczenie. Nie mogła tego 
zrobić, bo miał rację. Nigdy nie była na randce. Po chwili Dillon mówił dalej: - Potrzebowałem pretekstów, 
by móc poznać cię choć trochę, nim zaproponowałbym coś, twoim zdaniem, tak radykalnego, jak wspólny 
obiad, spacer czy pójście do teatru.

Ciągle nie mogła w to uwierzyć.
- Ale dlaczego? Możesz mieć każdą inną kobietę. Uśmiechnął się smutno.
- Nie chcę innej kobiety.
Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, więc stwierdziła tonem nie znoszącym sprzeciwu:
- Cóż, jednak będziesz musiał sobie poszukać innej.
- Dlaczego?
- Są tysiące powodów.
- Wystarczy mi jeden, jeśli będzie przekonujący. Wsunęła dłoń we włosy i chwyciła je tak mocno, że aż 

zabolało.

- Tylko jeden?
- Tak, jeden.
- Bo... - Opuściła dłoń i przerwała.
- Nic nie powiedziałaś.
- Zaraz powiem.
- Czekam.
Miała ochotę odwrócić się i wyjść. Po co odwzajemniała jego pocałunki? Dlaczego jego dotyk budził w 

niej pożądanie? Teraz jest mu winna jakieś wyjaśnienie.

- Czas mija - przypomniał.
- Dobrze, dobrze. - Wzięła głęboki oddech i powoli wypuściła powietrze. Potem desperacko zaczęła: - Bo... 

sama kieruję własnym życiem, jestem wolna i nie chcę zmiany. Po śmierci ojca poświęciłam dziesięć lat na 
utrzymywanie rodziny i uważam, że odrobiłam już pańszczyznę. Dość mam zajmowania się innymi. Teraz 
jestem sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem. I chcę, by tak pozostało.

Wpatrywał się w nią pożądliwym  spojrzeniem.  Nikt jeszcze tak na nią nie patrzył. Wyprostowała się. 

Nienawidziła własnego ciała za to, że oblała ją fala gorąca.

Dillon roześmiał się ironicznie.
- Powiedziałem, że cię pragnę, Cat. Nie pamiętam, bym prosił cię o rękę.
Opanowała się i odpowiedziała spokojnie:
- Nie. Prosiłeś wyłącznie o seks.
- Zgadza się. Chcę się z tobą kochać.
- Ale ja nie chcę.
- Kłamiesz.
- Nie chcę wynikających z tego konsekwencji.
- To znaczy: jakich?
Przez chwilę szukała w myślach właściwego słowa. W końcu znalazła.
- Uwikłania. Nie chcę uwikłania.
- Uwikłania? Co to ma znaczyć? Parsknęła pogardliwie.
- Dokładnie to, co znaczy. Niepotrzebne, ulotne i zużywające energię uczucia. Nie potrzebuję ich. Ani 

20

background image

trochę.

Podniósł się z sofy. Spojrzała mu prosto w oczy, dając do zrozumienia, że zabije go, jeśli ośmieli się jej 

dotknąć.

Nie dotknął, tylko łagodnie powiedział:
- Och, Cat. Daj szansę tym właśnie uczuciom. Możesz mówić, że ich nie potrzebujesz, ale bez wątpienia 

będziesz je lubić.

Znów cofnęła się o krok.
- Nie. Daj spokój. Mówię poważnie.
- Jeśli będziesz to stale powtarzać, gotów jestem ci uwierzyć.
- Więc uwierz. Naprawdę. Niespodziewanie zrobił się bardzo smutny.
- Cały w tym ambaras, aby dwoje chciało naraz.
- To właśnie usiłuję ci powiedzieć. Ja nie chcę. A jeśli będzie ci potrzebna złota rączka, zwróć się do kogoś 

innego.

Zapadła cisza. Ciągle patrzył na nią z dziwnym smutkiem w oczach.
- Rozumiesz? - spytała surowo.
- Tak. Powiedziałaś to jasno i wyraźnie.
- Więc do widzenia.
Nie odpowiedział. Cat na uginających się nogach ruszyła w kierunku drzwi.
- Zanim wyjdziesz, chcę, byś o czymś wiedziała.
- O czym? - Nie odwróciła się od drzwi.
- Nie pozwoliłaś, bym opowiedział ci o Natalie. Powiem więc coś innego. Między mną a Adorą nic nie ma. 

Spotykaliśmy się, kiedy byliśmy dziećmi. Skończyło się to raz na zawsze w dniu, w którym opuściłem 
miasto.

Poczuła, że słabnie. Ogarnęła ją dziwna, nieznana niemoc. Przyłożyła czoło do drzwi.
- Nie ma potrzeby, bym tego słuchała - wyszeptała.
- Jest. Kochasz swoją siostrę. Zrobisz wszystko dla kogoś, kogo kochasz. Wydaje ci się, że jeśli nie będę 

mógł mieć ciebie, to wrócę do Adory.

Zmusiła   się   do   zrobienia   kroku   w   tył.   Szarpnęła   za   klamkę   i   otworzyła   drzwi.   Uderzyło   ją   zimowe 

powietrze.

- Cat, czy słyszałaś?
- Słyszałam, ale to nie ma znaczenia. To sprawa między tobą a Adorą.

Resztę dnia spędziła, obchodząc domy,  które były pod jej opieką. Kiedy wróciła do własnego domu, 

zapadał zmierzch i sypał drobny śnieg. Zrobiła sobie kanapkę i zjadła ją, stojąc przy zlewie. Potem poszła do 
warsztatu i do późna w nocy robiła biurko Dillona. Musiała je jak najszybciej skończyć, nie chciała bowiem, 
aby łączyły ich jakiekolwiek nie załatwione sprawy.

W niedzielę poszła do kościoła, ale nie znalazła ukojenia. Resztę dnia spędziła w warsztacie. Skończyła 

biurko o drugiej dwadzieścia nad ranem. Był słoneczny poranek. Zadzwoniła do Boba Tamberlaine’a, który 
miał sprzątać u Dillona. Zgodził się przyjechać do niej. Załadowali biurko do pickupa Cat i pojechali do 
Dillona. Bob pomógł wnieść mebel do domu i ustawić w gabinecie. Dillon stwierdził, że biurko jest takie, 
jak chciał. Odpowiadał mu i kolor i styl. Wbrew sobie Cat zaczerwieniła się, słysząc pochwały.

Dillon wypisał czek na wysoką kwotę. W tym samym czasie Cat wyjęła klucze od domu i garażu Dillona.
- Sądzę, że załatwiliśmy wszystkie sprawy i jesteśmy kwita - powiedział, wręczając jej czek i odbierając 

klucze.

- Tak. - Zmusiła się do uśmiechu i dołożyła wszelkich starań, by przypadkiem nie dotknąć jego ręki. Bob 

wsunął głowę przez drzwi.

- Hej, czujesz ten zapach z kuchni? Zdaje się, że lunch będzie ekstra. Na twoim miejscu pokręciłbym się 

tutaj trochę, by się załapać na tak pyszne jedzenie. Cat miała ochotę się rozpłakać.

- Nie. Muszę już iść. - Zmusiła się, by spojrzeć na Dillona, który przyglądał  się jej w skupieniu i z 

kamienną twarzą.

Nagle przeraziła się. Będzie za nim tęskniła. Dotąd nie zdawała sobie z tego sprawy, ale zaprzyjaźniła się z 

nim. A teraz zrywa wszelkie kontakty.

Czy ma jakiś wybór? On chce czegoś więcej niż tylko przyjaźni. A to nie dla niej.
- Ja... to znaczy...
- Myślę, że chciałaś się pożegnać - powiedział.
- Tak. Do widzenia. - Wychodząc, uśmiechnęła się i pomachała ręką do Boba.

21

background image

Cat odkryła w swoim życiu coś zupełnie nowego: prawdziwą samotność. Taką, która nie dawała spokoju. 

Cisza w odosobnionym, małym domku już nie sprawiała jej przyjemności, wręcz przeciwnie - doprowadzała 
do szału. W nocy przesiadywała przed telewizorem, bo książki, które normalnie były jej ucieczką i radością, 
wymagały   koncentracji.   Przez   następne   dni   popołudnia   zaczynały   się   „Kołem   Fortuny”,   potem   było 
„Ryzyko”, „Wieczór rozrywki” i film.

Parę razy zasnęła w fotelu. Budziła się i patrzyła w świecący ekran, nie wiedząc, gdzie jest. W końcu nie 

mogła tego wytrzymać i postanowiła dokądś wyjść.

W sklepie przypadkiem spotkała Lizzie Spooner.
-  Dziś  wieczorem mamy  z  Adorą  wychodne  -  powiedziała  Lizzie.  - Spotykamy  się  w „Kropkowanej 

Sowie” około ósmej. - „Kropkowana Sowa” była jedynym  klubem nocnym w Red Dog City. - Powinnaś 
wpaść. Może być dobra zabawa. Adora zaprosiła Dillona. Przyjdzie też Bob Tamberlaine.

Usłyszawszy, że będzie Dillon, Cat postanowiła nie iść do klubu. Późnym popołudniem stwierdziła jednak, 

że   wszystko,   nawet   spotkanie   twarzą   w   twarz   z   Dillonem,   jest   lepsze   niż   samotne   przysypianie   przed 
telewizorem.

Dotarła do baru przed dziewiątą. Zaraz po wejściu zrozumiała, że się oszukiwała. Wprawdzie Dillona nie 

było, ale atmosfera panująca w barze była bardziej przygnębiająca niż głupie seriale. Restauracja mieszcząca 
się w następnej sali była dość przytulna, ale bar wyglądał ponuro. Ciemna, zadymiona sala, z klientelą w 
większości składającą się z miejscowych samotnych facetów nie mających nic do roboty. Siedzieli przy 
barze, obracali w dłoniach butelki piwa i wpatrywali się ponuro we własne odbicia w lustrze.

Lizzie   i   Adora   usadowiły   się   przy   stoliku   na   środku   sali.   W   pobliżu   kręciło   się   kilku   podejrzanie 

wyglądających młodzieńców. Udawali, że grają w bilard, ale tak naprawdę starali się wywrzeć wrażenie na 
jedynych dziewczynach obecnych w lokalu.

Nie było to miejsce, w którym Cat miała ochotę spędzać wieczór. Odwróciła się, by wyjść, ale Lizzie 

zauważyła ją.

- Hej, Cat! Tutaj!
Postanowiła przed pójściem do domu wypić jedno piwo. Kiwnęła głową na powitanie kilku znajomym 

siedzącym przy barze i poprosiła Bernice, właścicielkę i barmankę w jednej osobie, o kufel piwa. Potem 
przysiadła się do dziewcząt.

- Cześć - powiedziała Adora fałszywie wesołym tonem. - Gdzieś się do tej pory chowała?
To prawda, ostatnio unikała Adory, ale siostra też nie była lepsza. Od dnia, w którym wtargnęła do jej 

domu kuchennymi drzwiami, minęło kilka tygodni. Zdaje się, że unikały się nawzajem.

- Byłam zajęta - skłamała Cat i wypiła łyk piwa.
- A co robiłaś? - pytała Adora sztucznie swobodnym tonem.
Cat nie musiała wymyślać następnego kłamstwa, bo w tym momencie jeden z facetów grających w bilard 

wsunął głowę między nią a Adorę.

- Czy te trzy słodkie dziewczęta nie miałyby ochoty posłuchać muzyki? - Szeroko się uśmiechnął. Miał 

imponujące bicepsy i tatuaż na ramieniu przedstawiający węża boa wyciskającego krew z trzymanego w 
paszczy serca.

- Muzyki chętnie posłuchamy - powiedziała Adora.
- O rany, dziecinko, ale jesteś ładna! - Objął Adorę masywnym ramieniem i dmuchnął jej w ucho. Adora 

odsunęła jego rękę.

- Dziękuję. Może pójdziesz nastawić jakąś płytę? Intruz przyciągnął Adorę ku sobie.
- Nie pójdziesz razem ze mną? Wybrałabyś sobie ulubiony przebój.
- Ja... nie mogę. Jestem z przyjaciółką i siostrą. -Wskazała na Cat, która właśnie zastanawiała się, dlaczego 

Adora nie potrafi żadnemu, nawet najokropniejszemu mężczyźnie powiedzieć wprost, by poszedł do diabła.

- Siostrzyczka  nie będzie protestowała, prawda? -Mężczyzna  odwrócił głowę, ciągle obejmując Adorę 

ramieniem i głupio się uśmiechając.

Tego wieczora Cat nie była w pokojowym nastroju. Spojrzała z niesmakiem na umięśnionego olbrzyma.
- A jak ty się właściwie nazywasz? - spytała pogardliwie.
Nie wyczuł pogardy. Uśmiechnął się jeszcze szerzej pokazując trzonowe, srebrne zęby.
- Spike. A ty?
Przez chwilę milczała, a potem z niechęcią powiedziała:
- Cat.
- No więc, Cat, czy masz coś przeciwko temu, by twoja śliczna siostra poszła ze mną wybrać kilka płyt? 

Cat wypiła łyk piwa i powoli odstawiła kufel.

- Spike, zrozum.  Moja siostra jest dobrze wychowana,  więc nie powie ci, że wolałaby wyrwać  sobie 

wszystkie zęby niż pójść z tobą.

22

background image

Spike nie od razu zrozumiał i jeszcze przez chwilę głupio się uśmiechał.
- No wiesz...
- Tak, wiem. Zdejmij z niej swoje łapska. Warknął i objął Adorę jeszcze mocniej. Wyczuł, że z Cat nie 

pójdzie mu łatwo.

- A kto mnie do tego zmusi?
Adora jęknęła.
- Słuchaj, czy nie moglibyśmy...?
- Zamknij się, słodziutka. Sam porozmawiam z twoją siostrą. Jeśli to siostra, bo wygląda raczej jak brat. - 

Spike zerknął przez ramię na kumpla. - Czy nie tak, Dooley?

Dooley parsknął śmiechem.
- No tak, Spike, może i to jest jej brat. Całkiem możliwe, choć ma zupełnie niezłą, małą dupkę...
Tego było już za wiele, nawet dla Adory.
- Wystarczy. Dosyć tego. - Wysunęła się z objęć Spike’a.
- Hej, a ty dokąd idziesz? - Wyciągnął rękę, by ją chwycić.
Adora odskoczyła, przewracając krzesło.
- Zostaw mnie w spokoju!
- Hej, chłopcy! - Lizzie, bezpieczna po drugiej stronie stołu, wtrąciła nerwowo: - Może byście...
- Wracaj tu, słodziutka - powiedział Spike groźnym tonem. - Nie drażnij mnie. To nikomu nie wychodzi na 

dobre. - Zrobił krok w kierunku Adory.

Cat wysunęła nogę. Spike potknął się i runął jak długi na podłogę.
- Tylko bez bójek w lokalu! Idźcie sobie na dwór! - krzyknęła zza baru Bernice.
Cat wstała. Ktoś zapytał, czy potrzebuje pomocy. Machnęła ręką i potrząsnęła przecząco głową. Podeszła 

do leżącego Spike’a, który właśnie podnosił się z podłogi.

- Jak już mówiłam - zaczęła spokojnym tonem -moja siostra wolałaby raczej wyciąć sobie czerniaka niż 

mieć do czynienia z takim żułem jak ty.

Spike wyraźnie nie wiedział, ani co to jest czerniak, ani żul. Był natomiast pewien, że żadne z tych słów 

nie jest miłe.

- A więc, ty... - tu użył nieprzyzwoitego słowa oznaczającego osobę parającą się najstarszą profesją świata 

- sama tego chciałaś. Chodzisz ubrana i zachowujesz się jak facet, więc oberwiesz jak facet.

- Och, nie. - Adora zaczęła płakać. - Cat, przeproś go! Cat nie miała zamiaru przepraszać. Była wściekła. 

Frustracja, żal i ból z powodu tego, co wydarzyło się z Dillonem, doprowadzały ją do szaleństwa. Znalazła 
znakomitą okazję do rozładowania wewnętrznego napięcia.

- W porządku, Spike - powiedziała. - Podejdź tu i...
- Tego wysokiego zostaw mnie - odezwał się za plecami Cat głęboki, ciepły głos. Spike otworzył usta.
- A niech mnie - powiedział.
- Dillon! - Adora klasnęła radośnie w dłonie. -Dzięki Bogu, że przyszedłeś.
Cat gwałtownie się odwróciła. Dillon patrzył na nią i łobuzersko się uśmiechał. Ogarnęła ją fala gorąca. 

Miała miękkie nogi i mocno biło jej serce.

Spike nie mógł wyjść ze zdumienia.
- To jest Dillon McKenna? O rany, Dooley, powiedz mi, że to nie sen!
-   Na   pewno   nie,   Spike.   -   Dooley  nerwowo   przestępował   z   nogi   na   nogę.   -   Jak   rany,   to   jest   Dillon 

McKenna.

Dillon minął Cat, podszedł do Spike’a, wyciągnął rękę i pomógł mu wstać.
- To cholerny zaszczyt - powiedział Spike, potrząsając dłonią Dillona. - Oglądałem wszystkie pana skoki, 

w   każdym   razie   wszystkie   te,   które   pan   zrobił   w   „Uniwersytecie   Sportu”   i   w   „Prawdziwym   życiu 
gladiatorów dwudziestego pierwszego wieku”.

- Dziękuję. - Dillon zachowywał się skromnie. -Naprawdę dziękuję. Właśnie tacy fani jak ty zrobili ze 

mnie sławnego człowieka. - Zawołał do Bernice: - Piwo dla wszystkich! Na mój rachunek.

- Się robi! - odkrzyknęła Bernice i zaczęła napełniać kufle.
- Dooley. Nazywam się Dooley. - Przyjaciel Spike’a e; wyciągnął potężne łapsko.
- Miło mi cię poznać - powiedział Dillon. Objął Dooleya oraz Spike’a i poprowadził ich na koniec baru, 

gdzie Bernice nalewała piwo. Usiadł razem z nimi i zaczął opowieść o tym,  jak wjechał ciężarówką do 
obory.

Adora westchnęła:
- To jest facet.
Rozmarzonym wzrokiem wpatrywała się w barczyste plecy Dillona. Cat zagryzła zęby.
- Tak. Jest jedyny w swoim rodzaju, to prawda.

23

background image

- Cat - w tonie Adory kryła się wymówka - jak możesz tak o nim mówić? Od samego początku był dla 

ciebie taki dobry. Dał ci pracę. A teraz? Wkroczył i uratował cię od...

- Dawałam sobie świetnie radę. Adora skrzywiła się z dezaprobatą.
- Bardzo cię przepraszam, ale właśnie miałaś dostać manto od faceta o imieniu Spike.
- Nie bądź tego taka pewna. Potrafię sobie poradzić w takich sytuacjach.
Adora potrząsnęła głową.
-   Powiedz   prawdę,   co   cię   dzisiaj   ugryzło?   Gryzła   się   z   powodu   ukochanego   Adory,   czyli   Dillona 

McKenny. Nie umiała jednak tego powiedzieć. Cała energia ją opuściła. Czuła się jak przekłuty balonik.

- O, jest nasze piwo. - Adora wyprostowała się i pomachała ręką do Dillona. - Dzięki.
Cat podniosła z podłogi krzesło Adory i ustawiła je przy stole. Sięgnęła po kufel, który Bernice postawiła 

przed nią, i wypiła jego zawartość jednym haustem.

- Muszę już iść.
- Ależ, Cat... - zaprotestowała Lizzie.
Adora pogardliwie spojrzała na siostrę.
- Nie, Lizzie. Nie zatrzymuj jej. Jeśli musi iść, to trudno. I tak ostatnio nie jest zbyt sympatyczna.
Cat spojrzała na Adorę. Czuła złość, ból i smutek.
- Do zobaczenia - powiedziała i skierowała się ku drzwiom.

O pół do drugiej w nocy zrozumiała, że nie zaśnie. Za każdym razem, gdy przysypiała, stawał jej przed 

oczyma  Dillon. W półśnie było gorzej niż na jawie. Stawała się bezwstydna,  podchodziła do Dillona i 
zarzucała mu ręce na szyję. A on uśmiechał się, widząc jej pożądanie. Potem dawał jej to, czego pragnęła. 
Całował ją.

Jęknęła i usiadła na łóżku. Zrzuciła kołdrę. Drżała z zimna. Ogień już dawno zgasł, a słabo izolowany dom 

nie trzymał ciepła. Wstała, włożyła dżinsy i dwa swetry, wełniane skarpety i kozaki.

Sypialnia była obok kuchni, więc wyszła na dwór tylnymi drzwiami, chwytając po drodze kurtkę i klucze.
Na zewnątrz było tak zimno, że przez kilka minut rozgrzewała samochód. Potem ruszyła przed siebie.
Pickup sam wiedział, dokąd jechać. Cat była gotowa przysięgać, że nie miała zamiaru udawać się w tym 

właśnie kierunku. Od domu Dillona dzieliły ją już tylko niecałe cztery kilometry. Dotarła na miejsce w ciągu 
pięciu minut.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Przed domem Dillona paliła się lampa, rzucając szerokie, jasne smugi światła. Frontowe okna były ciemne. 

Przez kilkanaście minut Cat siedziała w pickupie i zastanawiała się, co ona tu robi.

Adora wielokrotnie opowiadała jej, że zakochane kobiety miewają głupie pomysły.  Jej młodsza siostra 

wiedziała o tym dobrze, bo sama często się zakochiwała.

-   Najgorsze   jest   to   -   jęczała   wtedy   -   że   zachowujesz   się   bezdennie   głupio.   Nagle,   w   środku   nocy, 

znajdujesz się przed jego domem. Wpatrujesz się w okna, by zobaczyć światełko, cień, i zastanawiasz się, 
czy on myśli o tobie. Albo czy jest z kimś innym...

Cat zacisnęła dłoń w pięść i uderzyła  w karoserię. Wyskoczyła  z szoferki i pomaszerowała na ganek. 

Zastukała i nacisnęła na dzwonek. Nic się nie wydarzyło. Zadzwoniła jeszcze raz.

Chwilę później zrozumiała, że Dillona nie ma albo nie chce otworzyć. Przeszła do garażu i zerknęła do 

wnętrza przez malutkie okienko. Pięknego czerwonego land cruisera nie było w garażu.

Wróciła do samochodu, uruchomiła go i wyjechała na drogę. Jednak nie skręciła do domu, tylko pojechała 

prosto do miasta. Potrzebowała towarzystwa. Było już po drugiej. „Kropkowaną Sowę” zamknięto.

Pojedzie do Adory. Da jej szansę zrewanżowania się za te wszystkie noce, które z nią spędziła. Cat była 

roztrzęsiona i miała ochotę z kimś pogadać. Chciała opowiedzieć siostrze o wszystkim: o Dillonie, nowym 
uczuciu i o tym, do czego może ono doprowadzić, jeśli mu się ulegnie.

Na myśl, jaka mogłaby być reakcja Adory, Cat zadrżała. Wiedziała, że siostra nie będzie zachwycona jej 

opowieścią. Jakoś muszą to wspólnie rozwiązać, w końcu są rodzeństwem i kochają się.

Dojechała do ulicy Bridge. Rozglądając się za miejscem do zaparkowania, zobaczyła czerwonego land 

cruisera Dillona. Stał dokładnie przed wejściem do salonu piękności Adory. Zatrzymała samochód na środku 
ulicy. Zerknęła na okna nad salonem. Paliło się światło.

Czy   są   sami?   Rozpaczliwie   szukała   małego   samochodu   Lizzie   lub   ciężarówki   Boba   Tamberlaine’a. 

Niestety, ulica była pusta.

Oparła głowę na kierownicy. Chciała kląć, krzyczeć, płakać. Czuła się tak, jakby ktoś wyrywał jej serce. 

Miała ochotę zaparkować, wysiąść z samochodu, wejść tylnymi drzwiami i zobaczyć, co się tam dzieje. Nie 

24

background image

zrobi tego. Powiedziała Dillonowi, że nigdy nie będzie się z nim kochać. Nie przewidywał powrotu do 
Adory, ale mógł zmienić zdanie.

Nazwał ją tchórzem. Miał rację. Dillon mógł siedzieć u Adory z tysiąca powodów, ale Cat nie chciała ich 

znać. Wrzuciła wsteczny bieg i zawróciła. Kiedyś zapomni o Dillonie, niezależnie od licznych czekających 
ją bezsennych nocy. A potem życie będzie takie samo jak dawniej.

Po powrocie nawet nie próbowała się położyć. Włączyła telewizor i usiadła na kanapie, otulona kocem. 

Drzemała.

Ocknęła się przemarznięta do szpiku kości. Na dworze świeciło słońce, choć zapowiadano śnieżycę  i 

wichurę.

Rozpaliła ogień. Marzyła o gorącej kawie, więc chwyciła szklany dzbanek i napełniła go wodą z kranu. 

Dzbanek   uderzył   o   krawędź   zlewu,   pękając   z   trzaskiem   na   tysiące   kawałków.   Cat   stała   osłupiała   i 
przerażona. Zacisnęła ręce na krawędzi zlewu.

- Przecież to tylko dzbanek od ekspresu - wymamrotała.
Dlaczego miała ochotę usiąść i płakać? Nie zrobi tego. Nie podda się głupim emocjom. Zacisnęła zęby i 

posprzątała szkło.

Do dziesiątej objechała wszystkie domy, które miała pod opieką. Sprawdziła, czy są zabezpieczone przed 

nadchodzącą śnieżycą. Niebo już ciemniało. Pojechała do miasta po mleko, jajka i chleb. Jeśli śnieżyca 
będzie tak silna, jak zapowiadano, to może padać nawet przez dwa dni.

W ostatniej chwili zatrzymała się przed sklepem z artykułami gospodarstwa domowego Reggie’ego Kratta. 

Chciała kupić dzbanek do ekspresu. Niestety, nie było to możliwe.

- Możesz kupić nowy - zaproponował Reggie, wskazując półkę pełną ekspresów do kawy.
- Nie, dziękuję. Kupię dzbanek w Reno. Sympatyczny właściciel sklepu postawił przed Cat aluminiowy 

ekspres starego typu.

- Weź ten. Po co ci ta nowoczesna maszyna do kawy? Ten się nie stłucze. Będzie ci służył do końca życia.
- Nie, Reggie, dziękuję. Mam taki sam w domu.
- No to zacznij go używać i zapomnij o tej nowoczesnej, bezdusznej maszynie.
- Pomyślę nad tym - odparła sucho. Staruszek roześmiał się.
- To grzeczny sposób powiedzenia mi, bym nie wsadzał nosa w nie swoje sprawy, prawda?
- Cóż...
Nagle owiała ją fala zimnego powietrza. Ktoś wszedł do sklepu.
- Cześć, Dillon - zaskrzeczał Reggie. - Co nowego?
Cat poczuła się słabo i miała ochotę usiąść. Nie poruszyła się, ale serce zabiło jej mocno.
Dillon podszedł do lady i stanął obok Cat.
- Cześć - powiedział grzecznym, obojętnym tonem. Zmusiła się do uśmiechu.
- Cześć, Dillonie.
- Pomyślałem, że skoro nadciąga śnieżyca, mogą mi się przydać naftowe lampy - zwrócił się Dillon do 

sprzedawcy. - Na wszelki wypadek, gdyby była awaria prądu.

- Są - odparł dumnie Reggie - na tamtej półce, przy tylnej ścianie. Wybierz sobie kilka. Masz naftę?
- Tak. Pięć galonów.
- To dobrze. Coś jeszcze?
- To wszystko. Jadę do Reno po zakupy. Chcę się zaopatrzyć przed...
- Chłopcze, czyś ty oszalał?! - przerwał mu Reggie. - Zerknij na niebo. Jeśli teraz pojedziesz do Reno, to 

utkniesz tam, dopóki nie skończy się nawałnica.

Dillon roześmiał się. Po plecach Cat przebiegł dreszcz i coś ścisnęło ją w żołądku.
- Dam sobie radę, Reggie. Mam zimowe opony, napęd na cztery koła i łańcuchy w bagażniku.
- Jeśli chcesz się ścigać ze śnieżycą, to znaczy, że masz niedobrze w głowie.
Reggie miał rację. Cat odezwała się, zanim pomyślała, że lepiej byłoby wyjść ze sklepu:
- Dillonie, Reggie ma rację. Powinieneś poczekać, aż...
Spojrzał na nią swoimi ciemnymi oczyma, ale nie uśmiechnął się.
- Doceniam twoją troskę o mnie, Cat - położył nacisk na słowo „troska”, jakby chciał podkreślić, że to nie 

jej sprawa - ale potrafię dbać o siebie.

Zaniemówiła ze zdumienia. Poczuła się tak, jakby wymierzył jej policzek. Tymczasem Dillon zwrócił się 

do Reggie’ego.

- Gdzie stoją te lampy?
Reggie wskazał ręką półkę, a Dillon podszedł do niej bliżej.
- Potrzebujesz czegoś jeszcze, Cat? - Sprzedawca był wyraźnie zmieszany. Miał wprawdzie swoje lata, ale 

wiedział, że Dillon McKenna zrobił z Cat idiotkę.

25

background image

- Nie, to wszystko. - Cat zmusiła ciężkie jak z ołowiu nogi do posłuszeństwa. Zatrzymała się przy drzwiach 

i powiedziała: - Uważaj na siebie, Reggie.

- Ty też, Cat.
Półtorej godziny później zaczęła się zamieć. Około trzeciej zadzwonił telefon. Adora chciała wiedzieć, czy 

Cat jest już w domu. Powiedziała, że zamknęła salon i siedzi w domu, przeczekując śnieżycę.

- Czy u ciebie wszystko w porządku? - spytała. Cat wzruszyła się. Bez względu na ich oddalenie się od 

siebie z powodu Dillona, warto mieć siostrę.

- Tak, wszystko dobrze. Mam mnóstwo drewna, świece i naftę. Wytrzymam tydzień bez wychodzenia z 

domu.

- Mam nadzieję, że nie będzie aż tak źle.
- Ja też.
Na chwilę zapadła cisza i słychać było tylko trzaski na linii. W końcu Adora odezwała się:
- Cat, ja...
Cat zacisnęła palce na słuchawce.
- Tak?
W słuchawce coś zatrzeszczało. Adora roześmiała się nerwowo.
- Och, nic takiego. Trzymaj się ciepło, dobrze?
- Dobrze.
Pół godziny później zgasło światło. Śnieg padał tak gęsto, że w domu zrobiło się zupełnie ciemno. Cat 

miała przygotowane świece i lampy.  Zapaliła je, ustawiła w kuchni i w salonie. Napełniły dom ciepłym 
światłem.

Starała się nie martwić o Dillona. Nie miała do tego ani prawa, ani powodu. Powiedział jej, nie owijając w 

bawełnę, że potrafi dbać o siebie. Być może, gdy zaczęło padać, zmienił zdanie i zatrzymał się w Reno. W 
każdym razie nie zadzwoni do niego.

Zaledwie   kilka   minut   później   wykręcała   jego  numer.   Ręka   ze   słuchawką   przy  uchu  lekko  drżała.   Po 

czterech dzwonkach włączyła się automatyczna sekretarka. Głos Dillona prosił o zostawienie wiadomości. 
Coś  ścisnęło ją  w gardle.  Strach o niego był  silniejszy niż  poczucie własnej  godności. Zmusiła  się  do 
mówienia.

- Dillonie, tu Cat. Martwię się o ciebie. Nie wiem, czy wróciłeś z Reno. Jeśli jesteś, proszę, odezwij się.
Odczekała chwilę. Nikt się nie odezwał. Spróbowała jeszcze raz:
- Dillonie, proszę. Daj mi znać, że wszystko w porządku. Podnieś słuchawkę i powiedz, żebym się nie 

wtrącała w cudze sprawy. Potem możesz ją odłożyć.

Ale Dillon nie podniósł słuchawki. Jeśli jest w domu, to musi mieć serce z kamienia. Paliła ją twarz. 

Odłożyła słuchawkę na widełki. Chciała być na niego zła, wmawiała sobie, że stał tam, słuchał i śmiał się z 
jej obaw. Bez skutku. Wiedziała, że Dillon nie jest człowiekiem o sercu z kamienia. Po prostu nie ma go w 
domu. Być może jest gdzieś na szosie i walczy z burzą śnieżną i wichurą.

Zdenerwowana chodziła między kuchnią a pokojem, usiłując się uspokoić. Na pewno nic mu się nie stało. 

Zatrzymał się w Reno w jakimś eleganckim hotelu. Ona i tak nic nie może zrobić.

Wyjrzała przez okno. Patrzyła na białą ścianę śniegu. Nie było widać nawet jodeł rosnących dwa metry od 

ganku. Nagle przez ułamek sekundy zobaczyła błysk światła. Bezwiednie wstrzymała oddech i przycisnęła 
nos do szyby.

Przez   wirujące   płatki   śniegu   dostrzegła   czerwony,   metaliczny   błysk.   Do   jej   domu   podjeżdżał   jakiś 

samochód. Krzyknęła i pobiegła do kuchennych drzwi. Otworzyła je na oścież, nie zważając na wichurę.

Przy ganku stał zaparkowany czerwony land cruiser. To nie była halucynacja. Dillon przesunął się na 

siedzenie pasażera i otworzył drzwi samochodu.

- Bałem się jechać dalej! - zawołał, przekrzykując wichurę. - Bałem się, że nie przejadę tych ostatnich 

czterech kilometrów. Ale to nie wszystko. Ja...

Serce waliło jej w piersi jak młotem. Na dworze było lodowato, a ona wybiegła bez płaszcza. Stanie w 

środku   zamieci   i   rozmawianie   o   tym,   dlaczego   Dillon   nie   pojechał   dalej,   jest   bez   sensu.   To   przecież 
oczywiste - dalsza droga jest niebezpieczna. Przerwała mu.

- Bardzo dobrze zrobiłeś. Pospiesz się i wchodź.
Dillon wyskoczył z samochodu. Stanęli naprzeciw siebie bez słowa. W jednej chwili zrozumieli, co ich 

czeka. Tę noc, i najprawdopodobniej kilka następnych, spędzą razem w małym domku Cat.

Cat czuła ciepło bijące od Dillona. Pragnęła go tak mocno, że niemal nie pamiętała, jak to było, gdy tego 

nie doznawała. Zadrżała, choć prawie nie czuła zimna.

- Wejdź, proszę - powiedziała, skłaniając nieco głowę.
- Wejdę, ale najpierw muszę... - przerwał, jakby nie wiedział, co powiedzieć. Zerknęła na niego badawczo.

26

background image

- O co chodzi?
Na chwilę odwrócił głowę.
- Mam trochę... rzeczy z tyłu. Żywność i jeszcze coś. Zmarznie, jeśli...
- Rozumiem. Włożę kurtkę i pomogę ci. Chwycił ją za ramię.
- Nie. Poczekaj. Patrzyła na niego zdumiona. - Dillonie, o co chodzi?
- Cholera - powiedział  ponuro. - Po prostu zaczekaj. tu.  - Odwrócił  się  na pięcie i podszedł  do tyłu 

samochodu.

Stała   przed   kuchennymi   drzwiami,   drżąc   z   zimna.   W   końcu   Dillon   pojawił   się.   Niósł   w   ramionach 

zawiniątko okręcone różowym kocykiem. Kiedy usłyszała płacz, pojęła, że to dziecko.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Dillon podszedł do niej.
- Myślę, że to dziewczynka, bo wszystkie jej rzeczy są różowe. - Z zawiniątka dobiegał płacz głośniejszy 

nawet od wycia wiatru.

Cat otuliła się ramionami.
- Dillonie, co się dzieje?
-   Słuchaj,   ja...   -   spojrzał   na   nią   zmieszany.   Nie   wiedział,   od   czego   zacząć.   Trzymał   wrzeszczące 

wniebogłosy   dziecko.   Zerknął   na   nie.   -   Hej,   ty!   Nie   krzycz   tak   głośno.   -   Potrząsnął   energicznie 
zawiniątkiem.

Cat wyciągnęła ręce.
- Daj mi ją.
Oddał jej zawiniątko z wyraźną ulgą. Z kocyka wypadła butelka. Dillon złapał ją w porę.
- Mam ją. Pójdę po żywność. Cat wzięła od niego butelkę.
- Dobrze. - Odwróciła się i weszła do domu. Położyła dziecko na łóżku w sypialni. Mała zaczęła płakać 

jeszcze   głośniej.   Cat   szybko   zapaliła   świece   i   lampę   naftową,   które   wcześniej   ustawiła   na   toaletce. 
Tymczasem   dziewczynka   zdążyła   już   rozkopać   kocyk.   Wściekła,   wymachiwała   rączkami   i   nóżkami 
odzianymi w różowe śpioszki. Cat podniosła dziecko, szczelnie owinęła i przytuliła do piersi.

- Już dobrze, uspokój się - powiedziała łagodnie.
Dziewczynka   ucichła.   Otworzyła   błękitne   oczy   i   popatrzyła   na   Cat   z   wyraźnym   zainteresowaniem. 

Uśmiechnęła się do niej, przypominając sobie swoje młodsze siostry. Deirdre urodziła się, gdy Cat miała 
dziesięć lat, Phoebe rok później. Pomagała zmieniać im pieluszki i przygotowywać posiłki. Czasami nawet 
wstawała do nich w nocy.

Mała znów zaczęła popłakiwać.
- O co ci chodzi? Może masz mokro?
Dziewczynka zaniosła się krzykiem.
- Rozumiem. Potrzebna nam czysta pielucha.
Usłyszała kroki wchodzącego do środka Dillona. Zawołała do niego:
- Potrzebne mi pieluchy! Trzeba ją przewinąć. - Dziecko znów zapłakało, jakby chciało potwierdzić słowa 

Cat.

- Pieluchy - powtórzył bezmyślnie. - Zaraz zobaczę. - Wrócił do kuchni.
Mała, niezadowolona, że nikt nie zwraca na nią uwagi, krzyczała i machała nóżkami. Dostała czkawki. Cat 

usiadła z nią na bujanym fotelu koło okna. Kołysząc się, tuliła rozkapryszone dziecko.

- Czy to jest to?
Cat uniosła w górę głowę. Dillon stał w drzwiach, trzymając w ręku różową torbę z naszytymi żółtymi 

żyrafami. Skinęła głową.

- Postaw ją na łóżku.
Cat wstała i podeszła do łóżka. Ostrożnie położyła dziecko i otworzyła torbę. Były w niej jednorazowe 

pieluchy, kilka zabawek, druga butelka z jedzeniem, kocyk i złożona cerata.

- W porządku, mała. - Cat rozłożyła ceratę. - Zaraz zajmiemy się twoim problemem.
Położyła dziecko na ceratce. Unosząc głowę dostrzegła, że Dillon wciąż stoi w drzwiach i ją obserwuje.
- Dlaczego się gapisz?
- Dobrze sobie radzisz z dzieckiem. Nawet nie wiesz, jakie to ważne.
Spojrzała na niego podejrzliwie.
- Niby dlaczego? - Nim otworzył usta, powstrzymała go gestem dłoni. - Nie teraz. Porozmawiamy później. 

Przynieś resztę rzeczy z samochodu.

- Dobry pomysł. - Odwrócił się na pięcie i zniknął.

27

background image

- Nie zapomnij o lampach, które kupiłeś u Kratta. Przydadzą się! - krzyknęła za nim.
- Jasne.
Cat przewinęła małą, mrucząc kołysankę, którą śpiewała swoim siostrom wiele lat temu. Potem wzięła 

zadowolone i uspokojone dziecko na ręce i wyjęła z torby butelkę z jedzeniem.

Dillon wszedł, niosąc lampy.
- To już wszystko - oświadczył, stawiając na stole trzy wysokie pudełka. - Gdzie jest telefon? Wskazała 

ręką drzwi salonu.

-   Tam.   Na   biurku,   przy  schodach.   Podszedł   do  aparatu  i   podniósł   słuchawkę.   Kilka   razy  postukał   w 

widełki.

- Jest głuchy - powiedział.
Godzinę później cała żywność przywieziona przez Dillona była już rozpakowana, a dziecko spało między 

poduszkami na łóżku Cat. Siedzieli w salonie, pili kawę i jedli kanapki. Ciągle nie było światła, telefon też 
nie działał. Na dworze zapadała noc, choć śnieg padał tak gęsto, że i tak trudno było odgadnąć porę dnia.

Dillon siedział na kanapie i patrzył w okno.
- Za długo mieszkałem w Los Angeles - powiedział cicho. - Zapomniałem, jakie figle może tu płatać 

pogoda. Spędzimy w tym domu wiele dni.

Cat przełknęła ostatni kęs kanapki.
- Owszem.
Nie kontynuowała tego tematu. Mieli ważniejsze sprawy do omówienia. Zrzuciła mokasyny,  w których 

chodziła po domu, i podwinęła nogi pod siebie.

Dillon spojrzał na nią i westchnął;
- W porządku. Strzelaj. Wyprostowała się.
- Mam taki zamiar. Czyje to dziecko?
Dillon przesunął dłonią po twarzy. Cat zdenerwowana czekała na odpowiedź. Niespodziewanie zapytała:
- Czy to dziecko Natalie Evans? Zamarł. Miał tak zdumiony wyraz twarzy, że Cat niemal się roześmiała. 

Ale to on zaczął się pierwszy śmiać.

- Co w tym takiego śmiesznego?
- Do diabła. - Usiłował opanować śmiech.
- Co: do diabła?
- Nic. Po prostu musiałabyś znać Natalie, by zrozumieć. To ostatnia kobieta na świecie, która urodziłaby 

dziecko, a więc nie ma mowy, by je zgubiła.

Cat zmarszczyła czoło.
- W takim razie czyja to córka?
- Nie mam zielonego pojęcia.
- Słucham?
-   Powiedziałem,   że   nie   mam   pojęcia.   -   Pochylił   się,   obejmując   ramionami   kolana.   -   To   było   tak. 

Dojechałem do Reno i poszedłem do sklepu. Kiedy wychodziłem, zaczął już padać śnieg, więc ruszyłem, by 
jak najszybciej

wrócić. Okazało się, że nie mam benzyny. Zatrzymałem się przy jednej z tych dużych stacji, wiesz, tam, 

gdzie jest sklep i restauracja.

- Tak, wiem.
- Nalewali mi benzynę, a ja poszedłem do ubikacji.
- A co to ma wspólnego z dzieckiem?
- Uspokój się, zaraz do tego dojdę. Wszedłem, zrobiłem, co trzeba, wyszedłem, zapłaciłem za benzynę i 

odjechałem. Dlatego nic nie rozumiem.

- Czego dokładnie nie rozumiesz?
-   Tego,   że   kiedy   byłem   w   ubikacji,   ktoś   włożył   dziecko   i   wszystkie   rzeczy   do   land   cruisera.   Jak 

wyjeżdżałem ze sklepu, nie miałem dziecka w samochodzie. Wysiadłem po drodze tylko raz i skorzystałem 
z ubikacji. To było piekło. Czułem się jak w maszynie do popcornu. Walił śnieg i niczego nie widziałem. Z 
Reno do Red Dog City jechałem ponad trzy godziny. Powinienem był zostać w Reno, ale chciałem dotrzeć 
do domu. Dopiero wówczas, kiedy skręciłem w Barlin Creek Road, prawie dwa kilometry stąd, dziecko 
zaczęło płakać.

Potrząsnął głową.
- Mówię ci, to było niesamowite. Wlokę się do przodu, zastanawiam, czy za chwilę nie utknę w zaspie, i za 

moimi plecami coś zaczyna kwilić. Zatkało mnie. Omal nie zjechałem do rowu. Jak już serce przestało mi 
walić, zrozumiałem, co się stało. Potrzebowałem pomocy, więc myślałem o tobie. Nie wiem, jakim cudem 
znalazłem drogę w tej śnieżycy, ale jakoś dojechałem.

28

background image

Podniósł filiżankę ze stolika i wypił łyk kawy.
- Resztę już znasz.
Cat zerknęła na niego i spytała:
- Ale dlaczego? Dlaczego ktoś to zrobił?
- Nie mam pojęcia. Nie dowiemy się, dopóki nie zacznie działać telefon.
Cat nie odpowiedziała. Na jej twarzy malowała się niepewność. Dillon to zauważył i powiedział cicho:
- Daj spokój, Cat. Nie porwałem dziecka. Być może nie byłem w stosunku do ciebie całkiem szczery, ale 

tłuczenie luster i zatykanie młynka to wszystko, na co mnie stać. Przysięgam. Uważasz, że jestem zdolny 
porwać niewinne dziecko?

- Nie - odpowiedziała cicho po namyśle. - Ta historia jest bardziej prawdopodobna niż to, co ja sobie 

wyobrażałam.

- Co za ulga otrzymać rozgrzeszenie - powiedział z ironią.
- Ale pozostaje zasadniczy problem. Kto mógł zrobić coś tak okropnego bezbronnemu dziecku?
- Jak już mówiłem, w najbliższym czasie nie poznamy odpowiedzi na to pytanie. Nic się nie da zrobić bez 

elektryczności, telefonu i przejezdnych dróg.

Zapadła cisza. Na zewnątrz wył wiatr. W końcu Dillon zapytał:
- I co dalej?
Cat miała jeszcze tysiące pytań, ale bała sieje zadać. Wyprostowała nogi i wsunęła stopy w mokasyny.
- Wydaje mi się, że na strychu jest moja stara kołyska. Chodź, pójdziemy jej poszukać.
Kołyska  stała na wielkiej skrzyni,  w której kiedyś  przywieziono bojler, tuż pod pochyłymi  belkami  i 

wiązaniami dachowymi. Cat z trudem się tam wcisnęła. Skulona, bo było zbyt nisko, by stanąć, uniosła 
lampę. Długie cienie zatańczyły po ukośnym suficie. Staroświecka drewniana kołyska ukazała się w całej 
krasie.

- Cat? - Dillon krzyknął z dołu.
- Znalazłam ją. - Ostrożnie odstawiła lampę na zakurzony stół i wyciągnęła kołyskę.
Chwilę później stanęła przed Dillonem.
- No i proszę. - Postawiła kołyskę jak trofeum u jego stóp i wróciła na strych po lampę.
- Obejrzyjmy ją. - Uklękła przy kołysce. Dillon zrobił to samo, choć nieco wolniej, z trudem. Lekko ją 

pchnął. Zakołysała się, a stare deski podłogowe zaskrzypiały.

- Ojciec zrobił ją dla mnie, jeszcze przed moim urodzeniem.
- To oczywiste - powiedział.
- Co jest oczywiste? - zapytała zdziwiona. Pokazał palcem.
- Że zrobił ją przed twoim urodzeniem. Spojrzała na miejsce, które Dillon wskazywał. Dobrze wiedziała, 

że widniało tam wymalowane farbą jej imię - Catherine. Ostatnie „e” przechodziło w mały, prosty bukiecik 
różyczek. Teraz farba wyblakła i w wielu miejscach poodpadała. Pod nią widać było inny napis:

- Mitchell Junior.
- Cóż. - Nieśmiało dotknęła imienia wyłaniającego się spod jej własnego. - Pentimento.
- Co takiego?
- To włoskie słowo używane przez historyków sztuki.
- A co znaczy?
- Czasami artysta zmieniał zdanie i malował coś na wierzchu poprzedniego dzieła. Po latach zamalowany 

obraz zawsze przebijał. Słowo pentimento pochodzi z łaciny i oznacza skruchę, żal za grzechy. Stosuje sieje 
w takiej sytuacji, jeśli ma się wrażenie, że artysta żałował swego pierwotnego dzieła.

Dillon bacznie się jej przyglądał.
-   Czyli   twój   stary   od   samego   początku   zaplanował,   że   będziesz   chłopcem.   Małym   Mitchellem. 

Zakłopotana kaszlnęła i podniosła się z klęczek.

- Tak, ale nim nie byłam.
Zerknął na nią.
- Właśnie, nie byłaś.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- To, co powiedziałem. - Chwycił dłonią poręcz schodów i wstał. - Niestety, wbrew marzeniom ojca nie 

byłaś chłopcem.

- To chyba samo przez się rozumie.
- Czyżby?
Patrzyła na niego ze złością. Miał minę wszystkowiedzącego. Czuła narastającą wściekłość. Opanowała 

się, ale złość nie minęła. Odezwała się chłodno:

- Nienawidzę, kiedy ludzie zadają dziwaczne pytania, zamiast powiedzieć wprost, o co im chodzi.

29

background image

- Czy powinienem wyrażać się bardziej precyzyjnie?
- Tak. - Przemyślała swoją odpowiedź i zmieniła zdanie. - Nie. Zapomnij o tym.
Dillon chwycił ją za ramię. Zupełnie tak jak pierwszego dnia, w jego domu, przy przeszklonej ścianie. Od 

tamtej chwili wszystko układało się nie tak, jak chciała. Zaniemówiła. Odwróciła głowę.

- Puść mnie - zażądała. Tym razem nie posłuchał jej.
- Za chwilę - powiedział. Poczuła skurcz w krtani. Była zdumiona jego bezczelnością.
- Może ta cholerna śnieżyca to najlepsza rzecz, jaka mogła się nam przytrafić - powiedział.
- Zwariowałeś?
-   Może.   Jesteśmy   na   siebie   skazani,   więc   zanim   to   się   skończy,   będziesz   musiała   mieć   ze   mną   do 

czynienia.

- Nie licz na to.
- Czy to wyzwanie? Uważaj, kocham wyzwania. Zapytaj L.W. Creedy’ego. Dobrze o tym wie.
- Puść moje ramię. Udawał, że nie słyszy.
- Czy kiedyś zastanawiałaś się nad tym, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni?
Szarpnęła się, próbując wyrwać ramię z uścisku Dillona. Cat była silna, ale on jeszcze silniejszy. Przecież 

nie będzie się z nim bić.

- W ogóle nie jesteśmy do siebie podobni - zawołała.
- A właśnie, że tak. Na to, kim teraz jesteśmy, wpłynęli nasi ojcowie. Twój wychował cię tak, byś zajęła 

miejsce syna, którego nie miał. A potem odszedł, a ty przejęłaś jego obowiązki.

- On nie odszedł. Umarł na atak serca. To nie była jego wina.
- Ale ty go obwiniasz.
- Jak śmiesz!
-  Tak  jest,   obwiniasz  go.  Za   to,  że   zostawił   cię   z  tymi  wszystkimi   nieporadnymi  kobietami,  którymi 

musiałaś się zająć. Za to, że straciłaś szansę na ukończenie college’u i zrealizowanie własnych marzeń.

- Nie..
Dillon nie słuchał.
- A teraz o mnie. Cholera! Przy moim starym twój ojciec to anioł. Stary nauczył mnie tylko tego, że moje 

życie jest nic niewarte. Wszystko stało się wbrew jego woli, bo matka umarła, gdy miałem dwa lata. Nigdy 
mnie   nie   kochał.   Ciągle   mówił,   że   przeszkadzam,   że   wolałby,   bym   się   nie   narodził.   To   przez   niego 
stawiałem   czoło   niebezpieczeństwom,   po   to,   by   pokazać,   że   jestem   coś   wart.   Że   nie   jestem   tylko 
smarkaczem, synem tego wykolejeńca, Lonnie’ego McKenny.

Słowa Dillona poruszyły Cat do głębi. Złość zamieniła się w nagłą sympatię dla zranionego dziecka. Przez 

chwilę oczyma duszy oglądała małego chłopca, bosego, brudnego i siedzącego przed sklepem w Red Dog 
City. Ściskał w dłoni kawałek bułki, którą niewątpliwie kupił mu ktoś litościwy, i szarpał ją zębami, jakby 
od kilku dni nie jadł.

- Dobrze pamiętasz, jaki byłem - powiedział ochryple. Cat spojrzała mu w oczy. Dostrzegła w nich ból i 

wstyd.

- Dillonie, ja...
- Nic nie mów. Nie potrzebuję litości. Oboje przyjmowaliśmy wyzwania. Ty, za ojca, utrzymywałaś całą 

rodzinę. Ja ryzykowałem życie przy każdej możliwej okazji.

- Dillonie, proszę...
- Oboje mamy około trzydziestu pięciu lat i jesteśmy samotni. Unikamy prawdziwego ryzyka. Nie mamy 

ani partnerów, ani dzieci.

Tego już nie mogła zaakceptować.
- Bardzo wielu ludzi w naszym wieku nie ma rodzin. Choćby Bob Tamberlaine, Lizzie Spooner czy Adora.
Nim  skończyła,  żałowała,  że  wspomniała  o siostrze.  Zbyt  wiele  spraw,  o  których  nie  chciała  mówić, 

wiązało się z Adora.

Dillon dobrze o tym wiedział.
- Aha, Adora. To też część problemu. Nie cały, oczywiście, ale jego lwia część. Od tego się zaczyna.
- Nie chcę mówić o...
Dillon puścił jej ramię szybko, ze złością.
- To żadna nowość. Oczywiście, że nie chcesz mówić o Adorze. W ogóle nie chcesz mówić, a zwłaszcza o 

niczym, co mogłoby zburzyć mur pomiędzy nami.

Cat cofnęła się, ale Dillon mówił dalej:
-   Będziesz   wymyślać   różne   rzeczy   i   wmawiać   sobie,   że   facet   to   tylko   kłopot.   W   ten   sposób   masz 

wymówkę, by trzymać się od mężczyzn z daleka.

Tego już nie mogła znieść. Obróciła się na pięcie i stanęła twarzą w twarz z Dillonem.

30

background image

- To nieprawda - powiedziała. Nie brzmiało to zbyt przekonywająco, nawet dla niej samej.
- Być  może kiedyś  w to uwierzysz. Cholera, a jeśli już w to uwierzyłaś? Zapamiętaj raz na zawsze - 

pomiędzy mną a Adorą nie ma niczego poza przyjaźnią.

- Powiedziałeś to Adorze?
- Oczywiście, że tak.
Zaskoczona, przez chwilę milczała.
- Kiedy?
- Wczoraj w nocy.
- Ja... To znaczy... o której z nią rozmawiałeś? I gdzie?
Spojrzał na Cat podejrzliwie i wzruszył ramionami.
- Po zamknięciu baru pojechałem do jej mieszkania i tam rozmawialiśmy. Dlaczego pytasz?
- Co jej powiedziałeś?
- To samo, co powiedziałem tobie parę tygodni temu. Że to, co było kiedyś  między nami, dawno się 

skończyło. Szesnaście lat temu.

- To wszystko?
- Powiedziałem też, co czuję do ciebie. Że mnie pociągasz i chcę się do ciebie zbliżyć, ale nie dajesz mi 

szansy.

- I co na to Adora?
- Słuchała i kiwała głową. Nie wiem, czy naprawdę w to uwierzyła. Co, do diabła, mogłem jeszcze zrobić?
Cat pomyślała o swojej siostrze i o tym, czego sobie nie powiedziały przez telefon kilka godzin temu. 

Muszą odbyć ze sobą długą rozmowę. Zerknęła przez okno, za którym szalała śnieżyca.

- Cat? - zapytał Dillon cicho miękkim głosem. - Dlaczego to takie ważne, kiedy i o której rozmawiałem z 

Adorą?

Odwróciła się od okna. Nie powinna mu mówić o zeszłej nocy. Wystarczy już, że widział, jak zrobiła z 

siebie idiotkę w rozgrywce ze Spikiem. Nie musiał znać całej reszty.

Podszedł do niej i ukląkł u jej stóp. Skrzywił się z bólu.
- O co chodzi? - zapytał miękkim, czułym i pełnym niepokoju głosem.
- Ja... widziałam w nocy twój samochód pod domem Adory.
- Co?
-  Nie  mogłam  spać,  więc  wstałam,  ubrałam  się  i  pojechałam  do  ciebie.  Siedziałam  w samochodzie  i 

zastanawiałam się, co właściwie robię pod twoim domem. Nie wiedziałam, czy jesteś w środku i czy jesteś 
sam. Potem wysiadłam i stukałam w drzwi przez jakiś czas.

- Cat - powiedział z czułością i ujął jej dłonie. Ten gest dodał jej odwagi i wyznała resztę. Opowiedziała, że 

pojechała do miasta i zobaczyła jego samochód przed domem Adory.

Kiedy skończyła, zapytał:
- Jeśli chciałaś wiedzieć, co robimy, to czemu nie weszłaś?
Spojrzała na ich dłonie. Jego były gładsze i bardziej zadbane. Jej wyglądały jak ręce kogoś, kim naprawdę 

była - stolarza i cieśli.

Westchnęła głęboko.
- Chyba  dlatego, że tak naprawdę nie chciałam wiedzieć, co robicie. Tak jak mówiłeś, potrzebowałam 

wymówki, by trzymać się od ciebie z daleka.

- Ciągle tego potrzebujesz?
Jednocześnie pomyślała, że tak i nie. Pragnęła go, a uczucie to napawało ją przerażeniem.
- Zadałem ci pytanie. Czy nadal szukasz wymówki? Stał zbyt blisko, więc nie mogła myśleć logicznie.
- Och, Dillonie.
Otoczył ją ramieniem i przytulił.
- Uwielbiam cię dotykać - powiedział. - Jesteś taka silna, a mimo to masz w sobie skrzętnie ukrywaną 

miękkość.

- Dillonie...
- Odkąd uciekłaś, sam nie wiem, czego chcę. Raz przysięgam sobie, że nie będę o tobie myślał, innym 

razem marzę.

- O czym?
- O tobie, o nas. O tym, jak mogłoby być.
- Być?
- Tak. Ty i ja razem, kochając się. Jej twarz płonęła rumieńcem, a serce biło mocno. Przypomniała sobie 

scenę w sklepie.

- Dziś u Reggie’ego byłeś taki zimny i odpychający.

31

background image

- Do diabła, Cat! A czego się spodziewałaś? Powiedziałaś, bym się trzymał od ciebie z daleka. Nawet mi 

nie podziękowałaś za wybawienie od tego cholernego Spike’a. A potem spotykam cię w sklepie, martwiącą 
się o mnie. Po prostu szlag mnie trafił.

- Wiem, ale...
- Posłuchaj. Pocałuj mnie. Tylko raz.
- Ja nie...
- Nie mów: nie. To była pokusa.
- Tylko raz?
- Tylko raz - obiecał. Kąciki jego ust uniosły się w łobuzerskim uśmiechu, zmieniając kształt blizny na 

górnej wardze. - Ręczę za to.

- Nie myślę, żeby... Uniósł jej brodę do góry.
- I bardzo dobrze. Nie myśl.
- Och, Dillonie.
- Powiedz: tak. Pozwól się pocałować.
- Ale, Dillonie...
- Chcę to usłyszeć. Jedno proste słowo. „Tak”.
- Ale...
- Potrafisz to powiedzieć.
- Wiem, że potrafię.
- Czy to znaczy, że...
- Och, Dillonie.
- Po prostu wypowiedz to jedno słowo.
- Dobrze. Tak.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Usta Dillona dotknęły jej warg. Była to cudowna pieszczota. Mrucząc coś, objął ją w pasie i przyciągnął 

bliżej. Ciało Cat ożywiało się, ale nadal miała miękkie nogi, zupełnie jak za pierwszym razem. Objęła go za 
szyję i poddała się magii pocałunku.

Rozległ się głośny płacz. Dillon z westchnieniem lekko odsunął ją od siebie.
- Czy słyszysz to co ja?
Skinęła głową.
- Dziecko się obudziło.
Małą znów trzeba było przewinąć.
- W tym tempie - powiedziała Cat - zabraknie nam pieluch już jutro po południu. Trzeba coś wymyślić. 

Może znajdę jakieś szmaty. Gdzieś powinny być agrafki, muszę poszukać.

- Na pewno coś wymyślisz. - Dillon wierzył w jej instynkt macierzyński bardziej niż ona sama. Wyciągnął 

z  torby jedną z zabawek, pęk kolorowych  plastikowych  kluczy,  i wymachiwał  nią  przed nosem małej. 
Dziewczynka gaworzyła i rozkosznie się śmiała.

- Jedzenie się skończyło - mówiła Cat. - Damy jej chude mleko, może jakieś utarte owoce. Niedługo znów 

zrobi się głodna. Martwię się o nią.

- Czemu tak mówisz?
- Organizm dziecka jest bardzo delikatny. Mimo naszych starań będzie miała kłopoty z żołądkiem.
- Jestem pewien, że coś wymyślisz.
- Mam nadzieję. Chciałabym znać jej wiek. Nie wiem, czy już je zupki, czy tylko mleko. Dość dawno 

zajmowałam się dziećmi!

Dillon wydawał z siebie idiotyczne dźwięki, które rozśmieszały dziecko. Potrząsając kluczami, opuścił 

nisko zabawkę tak, by dziewczynka mogła dotknąć jej malutkimi paluszkami.

- Nie panikuj - powiedział do Cat. - Zrobisz wszystko, co w twojej mocy. Niczego więcej nie dokonamy.
Wiedziała,   że   Dillon   ma   rację.   Musi   się   przestać   martwić.   Zapięła   jednorazową   pieluszkę.   Dziecko 

wydawało   się   zupełnie   szczęśliwe.   Paluszkami   usiłowało   złapać   klucze.   Cat   położyła   się   na   łóżku   i 
obserwowała zabawę Dillona z małą. Na zewnątrz szalała śnieżyca, ale tu było przytulnie i miło. Poczuła się 
bezpiecznie.

Delikatnie   położyła   dłoń   na   główce   dziewczynki.   Pogładziła   puszyste   włoski.   Mała,   uszczęśliwiona, 

gaworzyła z zapałem, nie wiadomo, czy z powodu pieszczot Cat, czy zabawy z Dillonem.

- Mogła gorzej trafić - powiedział cicho. - Zwłaszcza przy tej śnieżycy.
Cat zadrżała na myśl, co mogłoby się stać bezbronnemu dziecku, gdyby trafiło gdzie indziej. Zerknęła na 

32

background image

Dillona. W jego oczach wyczytała, że podziela jej obawy.

- Pójdę po kołyskę - powiedziała.
- Dobry pomysł.
Wróciła obładowana stertą miękkich bawełnianych ściereczek, kołyską i dwoma zniszczonymi kocykami. 

Przemyła kołyskę mokrą szmatką i wytarła. Jeden kocyk położyła na dno zamiast materaca. Wniosła kołyskę 
do sypialni.

- Wygląda wspaniale - stwierdził Dillon.
- Prawda? Na drugie imię mam „Pełna Dobrych Pomysłów”.
Mała   wyciągnęła   rączki   i   paluszkiem   dotknęła   ust   Dillona.   Chwycił   palec   wargami,   na   co   dziecko 

odpowiedziało wesołym gruchaniem.

- Byłem pewien, że masz na drugie imię Desiree - powiedział Dillon.
Cat skrzywiła się z niesmakiem. Wstydziła się swego drugiego imienia. Matka usłyszała je w jednym ze 

starych filmów o kochance Napoleona. Cat uznała je za niestosowne, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ona. 
Zbyt przypominało „pożądanie”.

- Aha - kpił Dillon - widzę po twojej minie, że nie lubisz tego imienia. Cat wyprostowała się.
- Kto ci o nim powiedział?
- Adora. - Patrzył w zdumieniu, jak małe paluszki schwyciły jego kciuk. - Jeszcze w szkole. Bałem się, że 

kiedyś naprawdę strzelisz do mnie z dwururki swego ojca. - Uśmiechnął się. - Adora uważała, że się nie 
ośmielisz. „Powiedziałam jej - mówiła - co zrobię, jeśli stanie ci się coś złego”.

Dobry humor Dillona był zaraźliwy. Cat uśmiechnęła się.
- Nie pamiętam, czym mi groziła?
-   Że   rozgłosi   po   całym   mieście,   jak   brzmi   twoje   drugie   imię.   Twierdziła,   że   go   nienawidzisz.   Cat 

westchnęła, wspominając przeszłość.

- Teraz sobie przypominam.
- Czy dlatego nigdy do mnie nie strzeliłaś? Bo nie mogłabyś znieść wstydu, gdyby wszyscy poznali twoje 

drugie imię?

Udawała, że zastanawia się nad odpowiedzią.
- Może - Podniosła dziecko. - No, chodź, mała. Sprawdzimy. - Ostrożnie położyła ją do kołyski.
- Nieźle - stwierdził Dillon, kiedy dziecko już leżało i radośnie zajmowało się swoimi nóżkami. - Ale za 

miesiąc lub dwa kołyska będzie już za mała.

Cat spojrzała na niego.
- Jeśli za miesiąc lub dwa nie wyjdziemy stąd, będziemy mieli znacznie poważniejsze kłopoty niż to, że 

kołyska jest za mała.

- To prawda - westchnął i podniósł się z łóżka. Wziął drugi kocyk i otulił małą. Dziewczynka gaworzyła.
- Zdaje się, że jest jej wygodnie.
- Chyba tak.
Spojrzeli sobie prosto w oczy i uśmiechnęli się. Dla Cat, pomimo szalejącej zawieruchy, były to najmilsze 

chwile, jakie dotąd przeżyła. Nigdy nie było jej tak dobrze. Mężczyzna i dziecko. Rodzina, o którą dbała. 
Uważała, że nie chce wyjść za mąż, bo byłaby uwiązana. Kiedy miała osiemnaście lat, została uwiązana w 
domu.  Gdzie naprawdę  była  ta wymarzona  wolność?  Od powrotu Dillona McKenny do Red Dog City 
zmieniła swoje znaczenie. Stała się synonimem samotności.

- Cat... - Pod wpływem pieszczotliwego tonu Dillona zabiło jej mocniej serce. - O co chodzi? O czym 

myślisz?

Dillon klęczał po drugiej stronie kołyski. W końcu zapytała go o to, co już dawno chciała wiedzieć.
- Czy mógłbyś... opowiedzieć mi o Natalie Evans?
Uśmiechnął się promiennie.
- Wszystko. Cokolwiek zechcesz wiedzieć.
- Ja...
Dillon wyciągnął rękę nad kołyską, trącił Cat i palcem wskazał dziecko. Ciemne rzęsy małej wyglądały jak 

miniaturowe wachlarze na pucołowatych policzkach. Usta poruszały się w odruchu ssania. Cat uniosła głowę 
i gestem ręki poleciła, by przeszli do drugiego pokoju.

- Żyłem z Natalie przez dwa lata - powiedział Dillon, gdy już siedzieli w salonie. - Mówiliśmy wiele o 

małżeństwie, ale jakoś do niego nie doszło. Bardzo chciałem mieć rodzinę.

- Ona nie chciała?
- Absolutnie nie. Nie znosi dzieci. Lubi być w centrum uwagi i dobrze się bawić.
- Czy dlatego ze sobą zerwaliście? To znaczy, bo ty chciałeś mieć dzieci, a ona nie?
- Teraz, patrząc wstecz, myślę, że częściowo tak. Ale bezpośrednia przyczyna była inna.

33

background image

- Jaka?
- Zaraz po wypadku przed „Mirage” wszyscy myśleli, że do końca życia będę inwalidą.
- I?
- Powiedzmy, to ją ostatecznie do mnie zniechęciło.
- Wtedy zerwała z tobą?
- Nie jest na tyle uczciwa.
- Nie rozumiem.
- Nie możesz. - Położył rękę na oparciu kanapy i palcami dotknął policzka Cat. - To był komplement. 

Położyła swoją rękę na jego dłoni.

- Dziękuję. Mów dalej.
- Natalie zaczęła romansować z L.W.
Cat przypomniała sobie postać przysadzistego, łysiejącego agenta.
- Z L.W. Creedym? Przecież on ma co najmniej sześćdziesiąt lat!
Dillon roześmiał się.
-   Nie   doceniasz   dobrego,   starego   L.W.   Jest   znakomitym   kompanem.   Ma   mnóstwo   pieniędzy.   No   i 

oczywiście sprawne nogi, których ja wtedy nie miałem.

- Jak się o tym dowiedziałeś?
-  Powiedział  mi   o  wszystkim  mój   przyjaciel.  Widział  ich  razem w  klubie,  w  dość  intymnej   sytuacji. 

Mówiąc szczerze, nie byłem zaskoczony. Wiedziałem, że z naszego związku nic nie będzie. Powiedziałem 
Natalie,  iż  wiem o wszystkim.  Zaczęła płakać  i opowiadać,  jak okropnie się  czuje i jakie  ma  wyrzuty 
sumienia. Kiedy się uspokoiła, oboje zdecydowaliśmy zerwać ze sobą.

- Dziwnie łatwo ci to przyszło - powiedziała sceptycznie Cat.
Dillon wzruszył ramionami.
- Nie było powodu do rozterek. Już nie bolało.
- Ale przedtem bolało?
- Tak. Zaraz po wypadku. Moja operacja trwała dwanaście godzin. Natalie przyszła do szpitala. Nie byłem 

jeszcze   całkiem   przytomny,   ale   usłyszałem   jej   rozmowę   z   L.W.   Nie   zdawali   sobie   sprawy,   że   już   się 
ocknąłem. Odraza w jej tonie mówiła sama za siebie. To nie jest kobieta, która potrafiłaby związać się z 
kaleką. Tak więc, zanim dowiedziałem się o niej i L.W., przyzwyczaiłem się do myśli, że nasz związek się 
skończył.

- Dlaczego zjawiła się w twoim domu dwa tygodnie temu? Czy chciała cię odzyskać? Skrzywił  się z 

niesmakiem.

- W pewnym sensie tak.
- W pewnym sensie?
- L.W. ją przysłał.
- Co takiego?
- Miała być zapłatą, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi. Przyjechała, by mnie omamić, a potem namówić do 

podjęcia próby skoku przez ten wąwóz, o którym mówił L.W. - Dillon roześmiał się. - Z twojej twarzy 
można czytać. Jesteś zszokowana.

-  Ale   jeśli   teraz   jest  jego dziewczyną,  to czemu  L.W.   zrobił   coś   takiego?  To  znaczy,  czy ona   miała 

naprawdę... - Cat przełknęła ślinę - czy miała zamiar cię uwieść?

- Myślę, że o to właśnie chodziło.
- To dlatego byłeś taki zły, kiedy powiedziałam ci, że przyjechała?
-  Tak.  Od  razu domyśliłem  się,   o co chodzi.   I  wcale   mi  się  to nie  podobało.   Zwłaszcza  że  bardziej 

obchodziłaś mnie ty niż L.W. Na widok Natalie odwróciłaś się i uciekłaś.

- To mnie naprawdę gryzło - przyznała Cat. - Pojawiła się znikąd. Taka piękna. Myślę, że byłam...
- Zazdrosna? - podpowiedział Dillon. Ścisnęła jego rękę.
- Tak. I nie rozumiałam tego. Co się działo, jak już poszedłeś z nią na górę?
- Nic. Powiedziałem jej bez ogródek, że nie wpadnę w pułapkę zastawioną przez L.W.
- Ugotowałeś coś dla niej? - Nie mogła się powstrzymać.
Dillon zrobił obrażoną minę.
- Ależ skąd. Od razu się jej pozbyłem.
- To dobrze.
- Dlaczego?
- Bo nie zasługuje na jedzenie twoich przysmaków.
Dillon spuścił oczy, ale wyraźnie był zadowolony.
- Wtedy myślałem wyłącznie o tym, jak ci to wszystko wytłumaczyć.

34

background image

- A ja nie pozwoliłam ci dojść do słowa.
- Jesteś zbyt dumna. To twoja jedyna wada.
- Wiem. Pracuję nad tym - odpowiedziała bez zmrużenia oka.
- To dobrze. Czy masz jeszcze jakieś pytania?
Zastanowiła się.
- Nie. Na razie nie.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Cat, po raz pierwszy od dnia, w którym pojawiła się Natalie Evans, 

uspokoiła   się.   Potem   pokazała   Dillonowi   dwa   pokoje   na   górze.   Miał   zająć   jeden   z   nich.   Trochę 
zdenerwowana faktem, że Dillon zostaje na noc, wręczyła mu dodatkowe koce. Posłała jego łóżko i pokazała 
łazienkę koło kuchni.

- Jeśli chcesz wziąć prysznic, zrób to teraz. Bojler działa na prąd, więc jeśli nadal nie będzie światła, woda 

zupełnie wystygnie i będziemy się myli w zimnej.

- Z przyjemnością się wykąpię. Postaram się zrobić to szybko i zostawię trochę wody dla ciebie.
Wszedł   do   łazienki.   Cat   przeniosła   kołyskę   do   kuchni.   W   nocy,   kiedy   ogień   wygasał,   kuchnia   była 

najcieplejszym miejscem w domu. Potem wzięła prysznic i położyła się. Nie leżała zbyt długo. Usłyszała 
ciche kwilenie. Wsunęła bose stopy w mokasyny i usiadła na łóżku, mając nadzieję, że dziecko zaśnie. 
Niestety, kwilenie przeszło w głośny płacz. Zapaliła lampę w sypialni.

- Dobrze, dobrze, już jestem. Uspokój się. - Wzięła na ręce płaczące dziecko, zaniosła je do sypialni i 

przewinęła. Dziewczynka uspokoiła się tylko na chwilę. Cat wiedziała, dlaczego płacze. Była głodna. Wzięła 
małą na ręce i poklepała po plecach.

- Już dobrze, zaraz coś wymyślimy. Wróciła do kuchni. W drzwiach stał Dillon. Miał na sobie tylko dżinsy 

i skarpetki. Przecierał oczy.

- W tych gaikach wyglądasz cudownie - powiedział. Nim Cat zdążyła się zaczerwienić, zapytał: - Co się 

stało?

Muskularne ciało Dillona rozpraszało ją, a musiała zająć się dzieckiem.
- Myślę, że jest głodna - powiedziała.
- I co zrobimy?
- Na początek spróbujemy nakarmić ją rozgniecionym bananem. Potem rozcieńczę mleko ciepłą wodą i 

dam jej pić.

- Niezły pomysł. - Zabrał się do rozgniatania banana. Kiedy papka była gotowa, wziął od Cat dziecko i 

posadził je sobie na kolanach. Cat karmiła dziewczynkę łyżeczką. Mała jadła z apetytem.

Potem Cat wlała mleko do butelki. Dziecko skrzywiło się niemiłosiernie, ale wszystko wypiło. Dillon 

trzymał małą i butelkę, a Cat rozpaliła ogień. Ustawiła na blasze ogromne garnki z wodą.

W końcu dziewczynka zasnęła. Cat ułożyła ją w kołysce i otuliła kocykiem. Podniosła głowę. Chciała 

powiedzieć Dillonowi, że teraz będą mieli wreszcie spokój. Słowa utknęły jej w gardle. Dillon patrzył na nią 
tak, że zabrakło jej tchu, a serce podeszło do gardła.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Cat powoli wstała z krzesła.
- Dillonie, ja... Położył palec na ustach.
- Cicho, obudzisz małą. - Pochylił się i zgasił lampę stojącą na kuchennym stole. Zapanował półmrok. Pod 

blachą   trzaskał   ogień,   dziecko   oddychało   równo   i   spokojnie.   Nawet   wichura   na   zewnątrz   jakby  trochę 
przycichła.   Cat   nie   mogła   oderwać   wzroku   od   Dillona.   Za   jej   plecami,   w   sypialni,   paliła   się   lampa, 
oświetlając jego twarz.

Bezwiednie cofnęła się do sypialni. Dillon minął kołyskę i wszedł do pokoju. Nie spuszczając oczu z Cat, 

zamknął drzwi prowadzące do kuchni. Cat poczuła, że drżą jej łydki, więc oparła się o łóżko.

- Jeśli zamkniesz drzwi, zrobi się tu bardzo zimno - wykrztusiła.
Dillon nie zwrócił na to uwagi i powiedział:
- Cat, chodź tu.
- Ja...
Nogi miała jak z waty.
- Dobrze - powiedziała nieswoim głosem. - Idę.
Wtedy uśmiechnął się.
Zrobiła krok w jego kierunku. I kolejny, i jeszcze jeden. Podeszła już tak blisko, że mógłby jej dotknąć. 

Nie zrobił tego.

- Miałem zamiar poczekać - powiedział. - Nie wiem, dlaczego, ale wydawało mi się, że tak trzeba. Cat, nie 

35

background image

chcę już dłużej czekać.

Patrzyła  na  twarz Dillona, ciemne  oczy,  silną  szyję  i szerokie barki. Na  lewym  ramieniu  miał  bliznę 

biegnącą przez cały staw i znikającą pod pachą. Dostrzegła, że ma podobne blizny na całym ciele.

- Cat? Co ty na to?
- Ja...
Znów się uśmiechnął.
- Już raz to powiedziałaś. Zaczęła wyjaśniać.
- Ja... tak naprawdę nie wiem, jak. - Jęknęła. - Boże. Nie wiem, jak. To chyba strasznie głupie stwierdzenie, 

prawda?

Potrząsnął głową.
- Nie. Wcale nie. Chcesz powiedzieć, że nigdy się nie kochałaś, tak?
Skinęła głową, zanim skończył mówić.
- Tak. Nie. Nigdy.
- Nie szkodzi - powiedział, ale wyglądał na zmieszanego.
Paliły ją policzki. Wiedziała, że się zaczerwieniła. Stale się przy nim rumieniła.
- Czemu masz taką minę? Co się stało? - zapytała.
- Nic. Tylko... uświadomiłem sobie, że jestem nie przygotowany.
- Nie przygotowany na co?
- Na to, żeby się z tobą kochać. Nagle zrozumiała.
- Och, chodzi ci o...
- Tak. Zabezpieczenie przed ciążą. - Dillon roześmiał się z goryczą. - Aż trudno w to uwierzyć. Kiedy w 

końcu zbliża się chwila, o której marzyłem, jestem nie przygotowany.

- Nie martw się - powiedziała z trudem. - Poczekaj. Zerknął na nią z ukosa.
- Nie przejmuj się. Nigdzie nie idę.
Czuła   jego   wzrok   na   plecach.   Przeszła   przez   pokój,   wysunęła   szufladę   komody   i   wyjęła   pudełko   z 

prezerwatywami. Wsunęła szufladę i podeszła do Dillona.

- Proszę.
Zdumiony wpatrywał się w jej wyciągniętą dłoń. Czuła, że ma twarz w kolorze dojrzałego pomidora.
- No, no - pokiwał głową. - Dzięki. - Wziął pudełko z jej dłoni. Zawstydziła się.
- Nie patrz na mnie z takim zaskoczeniem. To, że nigdy tego nie robiłam, nie znaczy,  że nie planuję 

pewnych rzeczy. Mniej lub bardziej.

Uniósł brwi.
- Mniej lub bardziej? Cofnęła się i usiadła na łóżku.
- W porządku. Powiem prawdę. Adora dała mi to kilka miesięcy temu. Na wszelki wypadek. Żebym była 

zabezpieczona, gdyby zdarzył się jakiś cud.

Teraz było jej naprawdę wstyd. Czuła się upokorzona. Dillon podszedł i stanął przed nią. Nie miała odwagi 

podnieść głowy. Wpatrywała się w jego skarpetki.

Rzucił pudełko na łóżko i usiadł obok niej.
- Cat - powiedział bardzo łagodnie. Złożyła dłonie i wsunęła je między kolana. Przygarbiła się.
Objął ją ramieniem i przyciągnął ku sobie. Gdy tylko poczuła dotyk jego ciała, odprężyła się.
- Tak lepiej -powiedział i pocałował jej skroń. Szorstki zarost na jego twarzy łaskotał Cat w policzek. Przez 

chwilę Dillon trzymał ją w ramionach, gładził włosy, masował ramiona. Lubiła zapach jego ciała i poczucie 
bezpieczeństwa, jakie jej dawał.

Po chwili odsunął ją od siebie i lekko pchnął na łóżko. Zdjęła mokasyny.  Dillon położył się na boku i 

pocałował   ją.   Dotykał   jej   szyi,   uszu,   policzków.   Powoli,   z   rozmysłem,   rozpinał   guzik   za   guzikiem 
kombinezonu Cat, całując każdy kawałek odkrywanej skóry.

W końcu rozchylił kombinezon i dotknął jej piersi. Cat westchnęła z rozkoszą i poddała się pieszczocie. 

Dillon delikatnie zsunął kombinezon z ramion. Zamknęła oczy i poczuła, jak Dillon całuje jej piersi.

Przesunął dłoń na brzuch, potem niżej i jeszcze niżej. Jęknęła z rozkoszy.
-   Och   -   westchnął.   Całował   ją   po   całym   ciele,   aż   wreszcie   dosięgną!   jej   ust.   -   Pocałuj   mnie,   Cat   - 

wyszeptał.

Rozkosznie mruknęła i zaczęła go namiętnie całować.
- Wiedziałem - szepnął po chwili. - Wiedziałem, że jesteś prawdziwą kobietą. Od początku do końca. Tego 

nie da się ukryć.

Cat straciła wszelką kontrolę nad sobą. Cała należała do Dillona. Zachowywała się jak prawdziwa kobieta 

w ramionach mężczyzny.

Odezwał się cicho.

36

background image

- Przeżyj spełnienie. Uczyń to dla mnie...
I tak się stało, jeszcze zanim skończył mówić. To było jak błyskawica, obejmowało całe ciało, od stóp aż 

po czubki włosów.

Cat leżała na łóżku wpatrzona w Dillona zamglonymi oczyma. Uśmiechnął się do niej czule, a potem wstał 

z łóżka, zdjął dżinsy i skarpetki. Na widok nagiego męskiego ciała, gotowego do dalszego kochania się z nią, 
zamrugała powiekami. Po policzku spłynęła jej łza. Na biodrach i udach Dillon miał ogromne, długie blizny, 
białe szramy wżerające się w ciało. Jedna biegła wzdłuż lewego uda i kończyła się tuż nad kolanem, druga 
po zewnętrznej stronie prawego biodra.

- Wstrętne, prawda? Jestem potwornie zeszpecony - mówił cicho, z goryczą w głosie.
Cat przygryzła wargę, by powstrzymać łzy i gwałtownie potrząsnęła głową.
- Nie są wstrętne - wykrztusiła. - Wcale nie są wstrętne.
Usiadła i pochyliła głowę. Pocałowała szramę na jego lewej nodze, nad kolanem, by udowodnić, że mówi 

prawdę.

- Cat - wyrwało mu się. Chwycił ją za ramiona, wpijając palce w ciało. Po chwili jednak odsunął ją na 

odległość ręki i spojrzał prosto w oczy.

Potem wszystko nabrało tempa. Zdjął z niej kombinezon.
- Ściągnij to - zażądał.
Skinęła głową, zdjęła swoją bieliznę i rzuciła ją na podłogę.
- Cat. - Upadł na łóżko. - Ja nie mogę, nie chcę...
Położyła dłoń na jego ustach.
- Wszystko jest w porządku. Proszę, zacznij.
Jęknął. Cat objęła go za szyję okrzyknęła. Dillon znieruchomiał.
- Sprawiłem ci ból...
- Nie szkodzi.
- Nie chciałem. Myślałem, że to będzie...
- Cicho.
Przytuliła go i pogładziła po włosach.
- Wszystko jest w porządku - powiedziała szeptem. Dillon poruszył się i westchnął z ulgą. Potem obrócił 

się na bok i zakrył twarz rękoma.

Cat chciała czuć jego ciało. Odwróciła się i przytuliła do Dillona. Objął ją ramieniem, by mogła położyć 

głowę na jego piersi. W zamyśleniu gładził ją po włosach.

- Tak wygląda kiepskie kochanie się - powiedział z goryczą. Był zły na siebie. Cat uszczypnęła go w ramię.
- Przestań. Następnym razem będzie lepiej. To był nasz pierwszy raz. A mój pierwszy w życiu.
- Bardzo dawno nie miałem kobiety. Ponad rok. -Zaśmiał się. - Lecz to tylko wymówka.
- Nie musisz się tłumaczyć, szczególnie przede mną.
- Wiem. I cieszę się z tego.
Chciała się upewnić, czy dobrze zrozumiała jego słowa.
- Chcesz powiedzieć, że nie kochałeś się z nikim od czasu wypadku w Las Vegas?
Położyła głowę na jego piersi i pieściła go palcami.
- Dillonie? Myślę, że mogę to polubić, choć trwało tak krótko.
Uśmiechnął się.
- To dobrze.
- I wcale nie uważam, by twoje blizny były wstrętne.
Przestał ją gładzić po włosach.
- To dlaczego rozpłakałaś się na ich widok?
Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
- Z kilku powodów.
- Jakich?
Przez chwilę milczała. Nie wiedziała, jak wyrazić to, co czuje.
- Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jak niewiele brakowało, byś rzeczywiście został inwalidą do 

końca życia.

- Rozumiem.
- Ale to nie wszystko.
- Naprawdę?
- Tak. Wyobraziłam sobie, co przeżywałeś - ból, strach i ogromny, niewiarygodny wysiłek, by znów stanąć 

na nogach. To wymagało wielkiej odwagi i samozaparcia. Po prostu zdumiałeś mnie, i to wszystko.

Małe iskierki zamigotały w jego oczach. Położył dłoń na głowie Cat. Znów głaskał ją po włosach.

37

background image

- A ja nigdy nie płaczę, Dillonie McKenno - dodała. Roześmiał się.
- I niech tak będzie zawsze, Cat Beaudine.
Po dłuższej chwili wstali i poszli do łazienki. Wspólna kąpiel skończyła się ponownym kochaniem. Wrócili 

do łóżka, ale tym razem Dillon posadził Cat na sobie, twierdząc, że jej się to spodoba.

I tak było. Cat długo pławiła się w rozkoszy. Patrzyła na ciemną głowę Dillona, na wyrażające ekstazę 

rysy, wdychała jego zapach. Na zewnątrz szalała śnieżyca, w kuchni spało podrzucone dziecko, a w sypialni 
panowało nie kończące się szaleństwo miłości.

Tym razem udało im się osiągnąć satysfakcję równocześnie. Cat z cichym westchnieniem osunęła się na 

pierś Dillona. Otoczył ją ramionami i pieszczotliwie gładził po plecach.

Po chwili nadszedł sen. Był dla Cat równie mile widziany jak pieszczoty Dillona.
Rano śnieg padał dalej. Nie było światła i nie działał telefon. Dziecko kaprysiło z powodu jedzenia, do 

którego nie było przyzwyczajone. Kołysali małą i na zmianę nosili na rękach.

O drugiej po południu zużyli ostatnią jednorazową pieluszkę. Zostały tylko ściereczki. Spinali je dwoma 

starymi agrafkami.

Dillon szybko nauczył się przewijać dziecko. Cat była wdzięczna za pomoc, zwłaszcza gdy zabrał się do 

prania pieluch, które gotował w garnku na płycie kuchennej.

Na  strychu  rozciągnęli sznurek do suszenia pieluch. Pojawiły się na nim także dżinsy Dillona. Kiedy 

trzymał małą na kolanach, zdarzył się mały wypadek. Cat dała mu w zamian stare dresy ojca. »

Lodówkę zamienili na pojemnik z lodem. Przynieśli dwa ogromne garnki śniegu i wstawili je na górną 

półkę, by utrzymać niską temperaturę. Gorzej było z zamrażarką. Wyjęli z niej wszystko, włożyli do torby i 
wynieśli na dwór.

Za każdym razem, gdy śnieg przestawał padać choćby na chwilę, a dziecko nie płakało, chwytali za szufle i 

odśnieżali dojazd do szosy, który był nie do przebycia. Pod świeżym śniegiem leżały stare, zamarznięte 
warstwy. Przekopanie się do drogi zajęłoby im co najmniej pół dnia ciężkiej pracy, pod warunkiem, że śnieg 
przestałby padać.

Mimo   pewnych   trudności   odizolowanie   od   zewnętrznego   świata   wcale   nie   było   uciążliwe.   Grali   w 

„Scrabble”. Cat było dużo lepsza w wymyślaniu długich słów i znajdowaniu wysoko punktowanych miejsc 
do ich ułożenia, zaś Dillon bawił się, oszukując podczas gry.  W końcu jednak przegrywał  z kretesem. 
Wieczorem wzięli się do lektury książek. Leżeli obok siebie i czytali przy świetle lamp naftowych.

W ciągu dnia dużo rozmawiali, o wszystkim i o niczym.  Jedynym  tematem,  którego unikali, była  ich 

wspólna przyszłość.

W miarę upływu czasu również i dziecko zaadaptowało się do nowej sytuacji. Przed upływem trzeciego 

dnia, a była to sobota, mała przyzwyczaiła się do rozwodnionego mleka i papek warzywno-owocowych. 
Przestała mieć kłopoty żołądkowe i skończyły się kaprysy.

We troje mieli idealny, magiczny świat, w którym nie istniała ani przeszłość, ani przyszłość. Była tylko 

teraźniejszość, dbanie o dziecko i siebie samych.

A także kochanie się.
Cat miała wrażenie, że większość czasu spędzali na uprawianiu miłości. Dillon to uwielbiał, a Cat polubiła.
Wpadali na różne dziwne pomysły. Raz kochali się w bujanym fotelu prababci. Cat siedziała Dillonowi na 

kolanach, a on szeptał, że rozbuja fotel tak, iż dolecą do nieba. Wybuchnęła niepohamowanym śmiechem, 
który obudził dziecko.

Kilka godzin później, gdy mała już spała, dokończyli przerwaną zabawę. Kiedy było już po wszystkim, Cat 

lekko ugryzła Dillona w ucho i szepnęła, że miał rację. Istotnie, dotarła do nieba, nie opuszczając bujanego 
fotela.

W sobotę, kiedy odśnieżali drogę, Dillon wsunął garść śniegu za spodnie Cat. Zaskoczona, krzyknęła, 

upuściła szuflę, ulepiła ogromną śnieżkę i zamierzyła się na niego.

- Ani mi się waż - oświadczył ze śmiechem Dillon.
Podeszła bliżej.
- Ty się odważyłeś.
- To co innego.
- Wcale nie. - Błyskawicznie chwyciła go za spodnie i wcisnęła mu śniegową kulę za pasek. Niestety, 

Dillon miał dość wąskie dżinsy, więc Cat nie mogła wyjąć swojej ręki.

Roześmiał się. Chwycił ją, wywrócił na śnieg i upadł na nią.
- Złapałem cię w pułapkę  - oświadczył  groźnym  tonem.  Cat walczyła  i starała się zepchnąć  z siebie 

Dillona.

- Złaź ze mnie - powiedziała. Zrobił obrażoną minę.
- Powiedz, że wcale nie miałaś tego na myśli.

38

background image

- Dillonie, jest mi cholernie zimno.
- Ogrzejecie.
Udało jej się wyrwać  dłoń zza paska jego spodni, ale bez rękawiczki. Spojrzała mu  prosto w oczy i 

odgadła, o czym myślał.

- O nie, nie tutaj. Nie na podjeździe.
- Śnieg będzie naszym posłaniem - zaczął poetycko i sięgnął do zamka błyskawicznego w spodniach Cat.
- Powiedz, proszę, czemu zwykła kołdra na łóżku nie może być naszym posłaniem?
-   Uwielbiam,   kiedy   mnie   prosisz.   -   Wyciągnął   jej   rękawiczkę   ze   spodni   i   odrzucił   na   bok.   Cat   nie 

powstrzymywała go. Zębami zdjął swoje rękawiczki i wsunął zimną dłoń pod kurtkę, koszulę i podkoszulek 
Cat.

Zadrżała i westchnęła. Zapomniała o zimnie, o tym, że znów zaczął padać śnieg. O wszystkim. Istniał tylko 

Dillon.

- Och, Cat - wyszeptał, całując ją. Uśmiechnęła się i rozchyliła usta. Zdjęli z siebie ubrania na tyle, na ile 

było to niezbędne. Dillon sięgnął do kieszeni po prezerwatywę.

- Zaplanowałeś to! - zawołała zdumiona.
- Tak. Jestem winny. Możesz mnie ukarać.
Nie miała na to ochoty. Chciała jęczeć z rozkoszy. Kochanie się z nim było cudowne. Reagowała na każdy 

ruch Dillona, mimo że leżała na śniegu, na środku podjazdu do domu. Otworzyła oczy dopiero wówczas, 
gdy było już po wszystkim. Niebo miało ołowiany kolor. Na twarzy Cat topniały płatki śniegu. Moment, w 
którym stali się jednością, pośrodku zawieruchy, wydawał się być najbardziej niezwykłym przeżyciem dla 
obojga.

Kilka minut później podnieśli się z ziemi. Odstawili szufle do komórki i weszli do domu. Mała nie spała. 

Śmiała   się,   gaworzyła   i   wymachiwała   rączkami.   Przygotowali   obiad,   zjedli,   nakarmili   małą   i   wyprali 
ściereczki służące jako pieluchy. Dziecko usnęło. Chwilę czytali, potem znów zaczęli się kochać.

O trzeciej w nocy obudził ich płacz dziewczynki. Wstali, przewinęli ją i nakarmili. Dillon trzymał małą na 

rękach. Kiedy już zasypiała, odezwał się szeptem:

- Posłuchaj - powiedział.
- Czego?
- Jest cicho. Na dworze. - Położył dziecko do kołyski. Szybko ubrali się i wyszli na zewnątrz. Stanęli na 

podjeździe,   gdzie   od popołudnia   zdążyła   pojawić   się  nowa  warstwa  śniegu.   Nad ich głowami   świeciły 
gwiazdy.

- Przejaśniło się - powiedziała Cat. - To może być to.
- Co? - spytał Dillon stłumionym głosem.
- Koniec zawieruchy. Dzień, w którym wydostaniemy się stąd.
Gwałtownie wyciągnął rękę i przyciągnął Cat ku sobie.
- Dillonie?
Nie odpowiedział. Pochylił głowę i pocałował ją tak delikatnie, że poczuła żal, gdy skończył.
- Och, Dillonie. - Podniosła ręce i chwyciła go za szyję.
- Co?
- Zrób to jeszcze raz.
- Z przyjemnością. - Pocałował ją jeszcze raz, potem poprowadził do domu. Znów się kochali gwałtownie i 

namiętnie. Cat miała wrażenie, że stała się własnością Dillona.

Ranek był słoneczny. Ponieważ napadało tyle śniegu, że zasłaniał okna na parterze, więc, by zobaczyć 

słońce, trzeba było wyjść na dwór lub wejść na piętro. Zjedli śniadanie, przewinęli i nakarmili dziecko, a 
potem wyszli na dwór. Zaczęli odśnieżać.

O dziewiątej włączono elektryczność. Cat przyszła, by zajrzeć do małej, i zobaczyła, że w kuchni pali się 

światło. Sprawdziła telefon, ale wciąż nie działał. Włączyła telewizor. Nastawiła na program emitowany z 
Reno i krzyknęła do Dillona, że jest prąd. Przestał odśnieżać podjazd, wyprostował się i pomachał do niej.

Podgrzała jedzenie dla dziecka. Potem wzięła je na ręce i poszła do salonu. Usiadła wygodnie i zaczęła 

karmić małą, która wypiła prawie pół butelki mleka. W telewizji zaczęły się wiadomości.

-   Nadal   nie   odnaleziono   małej   Alexy   Todd   -   powiedział   spiker,   a   na   ekranie   ukazało   się   zdjęcie 

dziewczynki. - Dziecko zniknęło w Reno siedemdziesiąt dwie godziny temu, kiedy pewna psychicznie chora 
kobieta  porwała  je  w supermarkecie  i,  zgodnie  ze  swoimi   zeznaniami,  umieściła  w dużym   czerwonym 
samochodzie.

Władze   czekają   na   koniec   śnieżycy   i   informację   od   właściciela   samochodu,   że   czteromiesięczna 

dziewczynka jest cała i zdrowa.

Fotografie   dziecka   zastąpiły   teraz   zdjęcia   ośnieżonych   sosen   i   czegoś,   co   wyglądało   na   zasypaną 

39

background image

autostradę.

- Dalsze wiadomości. Trzydniowa zawierucha wreszcie się skończyła. Niemal cała północna Kalifornia jest 

zasypana. Mieszkańcy uznali zawieję za najgwałtowniejszą od dwudziestu lat...

Spiker mówił coś dalej, ale Cat nie słuchała. Myślała o fotografii dziecka, którą pokazano przed chwilą. Na 

zdjęciu dziewczynka była młodsza niż ta, którą trzymała na kolanach, ale zawsze rozpozna te oczy i brodę z 
dołeczkiem.

Ich znajda miała imię i nazwisko, rodziców, którzy pewnie szaleją z rozpaczy. Myśl o nich zmobilizowała 

Cat. Wstała. Z ust małej wysunął się smoczek, więc spojrzała na Cat ogromnymi, zdumionymi oczyma.

- Wszystko będzie dobrze, kochanie - szepnęła uspokajająco. - Oddamy cię twojej mamie i tacie, jak tylko 

będzie to możliwe. - Podeszła do telefonu i podniosła słuchawkę. Nadal nie było sygnału.

Położyła dziewczynkę w kołysce i wyszła do Dillona. Muszą jak najszybciej dostać się do miasta.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Odśnieżenie drogi zajęło im ponad trzy godziny. Cat posprzątała i w zaledwie kilka minut przygotowała 

lunch. Nakarmiła i przewinęła małą, włożyła ją w czysty śpiwór, owinęła różowym kocykiem i jednym ze 
swoich starych, by dziecko nie zmarzło w drodze. Trzymając dziewczynkę na ręku, zarzuciła torbę na ramię 
i wyszła z Dillonem na dwór.

Na podjeździe natknęli się na Nestora Brinkmana. Normalnie pracował w miejscowym urzędzie, ale tym 

razem siedział za kierownicą pługa. Postanowił przyjść Cat z pomocą i poszerzyć wąski przejazd, który 
przekopali w śniegu. Cat podziękowała mu za to.

- Nie ma sprawy. - Nestor przywitał się z Dillonem. Nie odrywał wzroku od zawiniątka na ręku Cat. - Co 

tam masz?

- Dziecko.
- Co? - Nestor uśmiechnął się szeroko. - Jakoś szybko wam to poszło.
Cat spojrzała na niego karcąco.
- To wcale nie jest śmieszne, Nestorze.
Dillon krótko opowiedział historię znalezienia dziecka. Dodał, że są niemal całkowicie pewni, iż to właśnie 

jest zaginiona dziewczynka.

Nestor nie wierzył własnym uszom.
- Mój Boże. Słyszałem o tym. Ciągle mówią o niej w wiadomościach. Cat skinęła głową.
- Telefon jest wyłączony, więc nie możemy nikogo zawiadomić. Chcemy jak najszybciej odwieźć ją do 

biura szeryfa.

- I słusznie - oświadczył Nestor. - Droga do miasta jest już przetarta. Mam przy sobie radio. Zawiadomię 

ich, by byli przygotowani na wasz przyjazd. - Wskoczył do pługa i uruchomił, odbiornik.

Jechali bardzo wolno. Co prawda, droga była przejezdna, ale cała pokryta niebezpieczną warstwą lodu. 

Dziecko, ukołysane jazdą, natychmiast usnęło. Dillon nie odrywał wzroku od zdradliwej szosy. Chcieli jak 
najszybciej dotrzeć do miasta.

Cat uświadomiła sobie, że mimo iż poczucie obowiązku kazało małą oddać rodzicom jak najszybciej, czuła 

smutek. Jakby traciła coś drogocennego.

Przez trzy niezapomniane dni żyli jak rodzina. Za chwilę mała, śpiąca tak smacznie, zostanie zwrócona 

prawdziwym rodzicom. Być może już nigdy Cat nie zobaczy tych ogromnych, błękitnych oczu.

Delikatnie poprawiła kocyk. Była z siebie dumna. Zrobili wszystko, by dziewczynka wróciła do rodziców 

zdrowa i szczęśliwa. To, co mogło skończyć  się tragicznie, stanie się tylko wspomnieniem.  Gdy Alexa 
trochę podrośnie, opowiedzą jej, jak zaginęła w czasie śnieżycy i była pod opieką dwojga obcych ludzi.

Dwoje obcych ludzi. Nie można zaprzeczać rzeczom oczywistym. Są dla niej obcy. W którymś momencie 

Cat przekroczyła niewidzialną granicę i zaczęła traktować małą jak swoje dziecko.

Uznała też, że Dillon należy do niej. Podniosła oczy. Dillon patrzył na nią z niepokojem.
- Cat, czy wszystko w porządku?
Podjeżdżając   pod   biuro   szeryfa   od   razu   wiedzieli,   że   wiadomość   od   Nestora   dotarła   w   porę.   Wanda 

Spooner, szwagierka Lizzie, pracująca w miejscowej opiece społecznej, była już na miejscu. Obok niej stało 
dwóch policjantów. Jeden to Don Peebles, drugiego Cat nie znała.

-   No   -   powiedział   Don   -   muszę   przyznać,   że   jesteście   mile   widziani.   -   Podali   sobie   ręce.   Policjanci 

poprosili Dillona na przesłuchanie.

Wanda i Cat zostały same. Patrzyły na siebie ponad zawiniątkiem. Mała się poruszyła.
- Pozwól, wezmę ją. - Wanda wyciągnęła ręce. Cat podała jej dziecko. Dodatkowy kocyk zsunął się na 

podłogę.

40

background image

- Trzymam ją. Ty podnieś kocyk - powiedziała Wanda. Cat schyliła się i podniosła koc. Mała zaczęła 

kwilić i wyciągać rączki, jakby nie chciała rozstawać się z Cat.

- Wszystko będzie dobrze, cicho - uspokajała dziecko Wanda. Cat przycisnęła kocyk do piersi i odwróciła 

wzrok.  Miała  wielką  ochotę  wyrwać  małą   i uciec  z nią  przez  oszklone  drzwi.  Wanda   przemawiała   do 
dziecka. Cat nie miała odwagi patrzeć na to. Mała uspokoiła się.

- Tak, teraz już będziesz grzeczna, prawda? - Wanda zerknęła na Cat. - Zawiadomiono już jej rodziców. Są 

w drodze.

- To dobrze - powiedziała bezwiednie Cat. Wanda nadal szeptała coś do dziecka. Cat pragnęła trzymać je w 

swoich ramionach. Wpatrywała się w drzwi, którymi wyszedł Dillon razem z policjantami. Pewnie są w 
sąsiednim pokoju. Chciała, by to wszystko wreszcie się skończyło.

- Powinnam wziąć tę torbę - powiedziała Wanda.
- Ach, tak. Oczywiście. - Cat zsunęła torbę z ramienia i podała ją Wandzie. Potem przypomniała sobie, co 

było w środku. - Jednorazowe pieluszki skończyły się w piątek. W środku są tylko ściereczki, których 
używaliśmy zamiast pieluch. I kawałki ceraty służące jako majteczki.

Wadna uśmiechnęła się.
- Mieliście dobre pomysły.
Cat powtórzyła w myślach to zdanie. Dobre pomysły. Gdy powiedziała Dillonowi, że ma na drugie imię: 

„Pełna   Dobrych   Pomysłów”,   to  jej   przypomniał,   jak  naprawdę   ma   na   imię.   Desiree.   Ostatnie   dni   były 
najlepszym okresem w jej życiu. W całym jej życiu. Ona, Dillon i znalezione dziecko. Rodzina stworzona w 
jednej chwili. Na trzy cudowne dni. -

A teraz wszystko się skończyło i trzeba wrócić do rzeczywistości.
Szklane drzwi otworzyły się. Wszedł szeryf okręgowy i dwóch policjantów.
Szeryf zwrócił się do Cat:
- Czy pani jest tą Catherine Beaudine?
- Tak.
Jarzeniówki nad głową świeciły oślepiająco jasno. Gdzieś zza drzwi, którymi wyszedł Dillon, dobiegała 

muzyka. Szeryf chwycił dłoń Cat i potrząsnął z entuzjazmem.

- To wspaniała wiadomość. Cudowna. - Zerknął na Wandę Spooner. - Co z małą? - Wskazał na dziecko.
- Wygląda zupełnie dobrze, szeryfie.
- To znakomicie.  - Szeryf  otoczył  Cat ramieniem i uśmiechnął  się szeroko. - Jak tylko  skończy pani 

rozmowę z Wandą, poprosimy o pełne zeznanie.

Cat również się uśmiechnęła. Szeryf miał dobre zamiary, ale ona myślała tylko o tym, by zdjął tę swoją 

ciężką rękę z jej ramienia.

- Z przyjemnością powiem wszystko, co będziecie chcieli wiedzieć.
- To dobrze. - Szeryf ścisnął ją za ramię i odsunął się.
- Co ona jadła? - zapytała Wanda. Cat nie od razu zrozumiała pytanie.
- Mała. Czym ją karmiliście?
Cat opowiedziała o tym, czym żywili dziecko.
- Były jakieś kłopoty żołądkowe?
- Tak, na samym początku. Ale mała zaadaptowało się zupełnie dobrze.
- Wspaniale. Czy jeszcze coś powinnam wiedzieć? - Twarz Cat musiała wyrażać zaskoczenie, bo Wanda 

natychmiast   pospieszyła   z   wyjaśnieniami.   -   O   Aleksie.   Czy   miała   jakieś   wysypki,   dziwne   reakcje, 
temperaturę?

- Niczego takiego nie zauważyłam. Szklane drzwi znów się otworzyły i wszedł Xavier Mott, jeden z dwóch 

pediatrów w Red Dog City.

- O, jest lekarz. - Wanda zerknęła na dziecko i zwróciła się do małej pieszczotliwie: - On cię zbada i 

wszystko sprawdzi, maleńka. - Potem powiedziała do szeryfa: - W porządku. Może pan porozmawiać z Cat. 
Jeśli będę miała jakieś pytania, skontaktuję się z nią przed wyjściem stąd.

- Dobrze - odpowiedział szeryf. Poprowadził Cat za barierkę w kierunku korytarza z licznymi drzwiami. 

Otworzył   jedne   z   nich  i   wskazał   krzesło  stojące   przed  biurkiem.   Przy  klawiaturze   komputera   siedziała 
policjantka. Spytała o pełne imię i nazwisko Cat, adres, numer telefonu i wprowadziła dane do komputera.

- Wspaniale - powiedział szeryf. - Opowiedz nam, jak znaleźliście dziecko i o tym, co się potem działo.
Z   trudem,   ale   opowiedziała   wszystko,   co   szeryf   powinien   wiedzieć.   Wyjaśniła,   że   odwieźli   małą   na 

posterunek, jak tylko było to możliwe. Szeryf słuchał i nie komentował. Na samym początku zadał kilka 
pytań. Dotyczyły one okoliczności znalezienia dziecka. Kiedy Dillon i dwaj policjanci stanęli w drzwiach, 
Cat kończyła swoje zeznania.

- Co o tym myślisz, Don? - zapytał szeryf. Peebles wzruszył ramionami.

41

background image

- To, co powiedział Dillon, pasuje do zeznania tej porywaczki, Rankin. Twierdzi, że zostawiła dziecko w 

dużym  czerwonym  samochodzie stojącym  na stacji benzynowej,  gdzie Dillon się zatrzymał.  Wyszedł  z 
samochodu do toalety.

- Ale dlaczego? - zapytał Dillon. - Po co to zrobiła?
Szeryf położył nogi na biurku i potrząsnął głową.
- To smutna historia. Jakieś trzy miesiące temu umarło na zapalenie płuc dziecko Rankin. Dziewczynka. 

Była w tym samym wieku co Alexa Todd. Od tego czasu Rankin cierpi na zaburzenia psychiczne. Zobaczyła 
małą Alexę w wózku w supermarkecie. Kiedy matka Alexy odwróciła się...

- Rankin ukradła dziecko - dokończył za niego bilion.
- Właśnie - potwierdził drugi policjant. - Ale się przestraszyła. Była zdenerwowana i nie myślała logicznie. 

Kiedy była przesłuchiwana w Reno, twierdziła, że

opatuliła małą kocykiem i włożyła do dużego, ciepłego samochodu.
- No i dzięki wam wszystko dobrze się skończyło - rzekł z uśmiechem szeryf.
- Cieszymy się, że mogliśmy pomóc. Cat myślała tylko o ucieczce.
- Czy to już wszystko? - spytała.
Składano jej podziękowania i wyrazy uznania. W końcu szeryf oświadczył, że mogą iść. Dillon skinął 

głową.

- Proszę zadzwonić, jeśli będziemy panu potrzebni.
Cat wstała. Dillon podał jej rękę. Chwyciła ją, wdzięczna za podnoszący na duchu uścisk. Mogłaby jednak 

przysiąc, że Don Peebles, którego znała od przedszkola, wydał  za jej plecami  pomruk zdziwienia. Bez 
wątpienia   nie   wierzył   własnym   oczom:   Cat   Beaudine   trzymająca   mężczyznę   za   rękę.   Drugi   policjant 
powiedział:

- Tędy, proszę.
Zaprowadził ich do sali przyjęć. Poprosił, by poczekali jeszcze chwilę. Zamienił kilka słów z siedzącym 

tam policjantem i zwrócił się do Cat i Dillona.

- Wanda chce się jeszcze z wami zobaczyć. - Dłonią wskazał krzesła stojące wzdłuż ściany. - Proszę, 

usiądźcie.

Nie zareagowali na zaproszenie. Czekali na Wandę. Mijały minuty. Cat czuła się coraz bardziej nieswojo. 

Posterunek był miejscem publicznym.  Każdy, kto wchodził i wychodził stąd, widział, że trzymają się z 
Dillonem za ręce. Szarpnęła dłoń z nadzieją, że ją puści.

Dillon puścił jedynie do niej oczko i wyszeptał:
- Nie ma mowy.
Odwróciła wzrok. Czuła, że się czerwiem. Dostrzegła wpatrzoną w nią kobietę. Była młoda i ładna, ubrana 

w czerwony płaszcz i czapkę. Miała rude włosy. Siedziała na krześle przy drzwiach z wyrazem zdumienia na 
twarzy. Cat od razu zgadła, o czym myśli. Co taki facet jak Dillon, może widzieć w kimś takim jak ona?

Przyszła Wanda.
- Dziękuję, że poczekaliście - powiedziała.
- Gdzie mała? - Cat zażądała wyjaśnień.
- Nie martw się - uspokoiła ją Wanda. - Wszystko w porządku. Bada ją doktor Mott.
- Ach, to dobrze. - Cat odetchnęła z ulgą. Czuła się jak idiotka. - Chciałaś z nami porozmawiać?
- Tak. Sądziłam, że zaczekacie na przyjazd Toddów. Powinni być tu najdalej za pół godziny.
Cat wpatrywała się w Wandę. Spotkanie z rodzicami małej było ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę. 

Dillon domyślił się tego. Zapytał dyplomatycznie:

- Czy jest jakiś powód, dla którego powinniśmy się z nimi spotkać?
- Nie, oczywiście, że nie. Po prostu chcieliby wam podziękować - powiedziała Wanda. - Chcą poznać 

ludzi, którzy tak dobrze zaopiekowali się ich córeczką.

Dillon zerknął na Cat.
- Co o tym myślisz?
Cat   lekko   potrząsnęła   głową.   Nie   miała   na   to   siły.   Nie   w   tej   chwili.   Za   dużo   przeżyć   -   rozstanie   z 

dzieckiem,   światła,   ruch,   hałas,   Dillon   trzymający   ją   za   rękę,   Don   Peebles   wstrzymujący   oddech   ze 
zdumienia i ta ładna kobieta, patrząca na nią z niedowierzaniem. Czuła się tak, jakby uczestniczyła w jakimś 
koszmarze.

Dillon odpowiedział z nich oboje:
- Nie. Myślę, że po prostu wrócimy do domu.
- Czy możemy im podać wasze numery telefonów? - spytała Wanda.
- Rodzicom małej? Oczywiście. Masz kawałek papieru?
Wanda   przypomniała   im,   że   ich   numery   są   spisane   w   zeznaniach.   Wymienili   więc   jeszcze   kilka 

42

background image

uprzejmości i opuścili posterunek.

Kiedy tylko szklane drzwi zamknęły się za nimi, Cat poczuła ulgę. Niestety, spokój nie trwał długo. Rudy 

Crebs, redaktor i główny reporter z lokalnej gazety „Red Dog City Clarion”, czekał na nich na schodach.

- Dillon, Cat, chcę z wami porozmawiać.
- Nie teraz, Rudy. Zadzwoń do mnie później, dobrze? - Dillon przeprowadził Cat obok dziennikarza.
-  Och,  dajcie  spokój.  Sprawa  tego  dziecka  będzie  komentowana   w krajowych  wiadomościach.  Dajcie 

szansę naszej gazecie.

Dillon nie przystanął. Rzucił jednak przez ramię:
- Później. Obiecujemy.
Rudy mówił coś jeszcze, ale wsiedli do samochodu, więc krzyknął:
- O której godzinie?
Dillon machnął ręką i uruchomił silnik.
- Od kogo się tak szybko o wszystkim dowiedział?
- zastanawiała się głośno Cat. Wyjechali na szosę do Barlin Creek.
Dillon wzruszył ramionami.
- Jest reporterem. Oni naprawdę są bardzo operatywni.
- Powiedział, że będą mówić o nas w krajowych wiadomościach.
Dillon skrzywił się z niesmakiem.
- Pewnie ma rację. Takie historie zawsze budzą zainteresowanie.
Cat westchnęła i zamknęła oczy.
- Tak, chyba tak.
Dillon był powszechnie znany, a mała jest czarująca. No i cała historia miała szczęśliwy koniec.
Ciągle trzymała w ręku kocyk. Był  miękki i ciepły.  Wiedziała, że jeśli uniesie go do twarzy,  poczuje 

zapach dziecka. Znów ogarnęło ją uczucie pustki.

- Cat, czy ty się dobrze czujesz? - W tonie Dillona krył się niepokój. Nie otworzyła oczu i zmusiła się do 

odpowiedzi.

- Tak. Zupełnie dobrze.
Dojechali do domu. Dillon wyłączył silnik. Cat otworzyła drzwiczki.
- Nareszcie odpoczniemy - powiedział. Z wysiłkiem odwzajemniła uśmiech Dillona. Czekało ją strasznie 

dużo pracy. Jego zresztą też.

-   Wiesz   -   powiedziała   -   myślę,   że   powinieneś   pojechać   do   siebie   i   sprawdzić,   czy   wszystko   jest   w 

porządku.

Dillon wpatrywał się w szybę samochodu.
- Posłuchaj, jeśli pękła jakaś rura, albo coś takiego, to i tak muszę wezwać złotą rączkę. To znaczy ciebie. 

Może więc od razu pojedziesz ze mną?

- Nie, proszę. Powinieneś pojechać i wszystko sprawdzić. A ja muszę obejrzeć domy, którymi się opiekuję. 

Pochylił się ku niej.

- Cat? O co chodzi? Co się stało?
- Nic, naprawdę. - Po raz drugi skłamała. Dalej mówiła już szczerze. - Ja po prostu... Chyba potrzebuję 

trochę czasu dla siebie. To wszystko.

- Ile?
- Nie wiem.
- No to daję ci czas do wieczora. - Mówił stanowczo. - Wieczorem zabieram cię na obiad.
Zamrugała powiekami.
- Co takiego?
Dillon uśmiechnął się.
- Nie bądź taka zasadnicza. Nie przejmuj się. To nic wielkiego. Siadasz przy stoliku, podają ci jedzenie i 

cieszysz się towarzystwem. A tym towarzystwem będę ja.

Otworzyła usta, by odmówić, ale Dillon promiennie się uśmiechnął.
- Proszę.
- Dobrze - odpowiedziała, zanim pomyślała, co mówi.
- Wspaniale. - Przyciągnął ją ku sobie. Dotknął jej ust i lekko je pocałował. Potem odsunął się. - Przyjadę 

po ciebie o siódmej trzydzieści.

Chwilę później stała przy kuchennych drzwiach, z kocykiem w jednej ręce, a drugą machając Dillonowi na 

pożegnanie. Kiedy odjechał, weszła do domu,  odłożyła  koc, chwyciła  pęk kluczy i ruszyła  na przegląd 
domów.

Dwie godziny później wróciła i wtedy uświadomiła sobie, jak puste jest jej mieszkanie. Zauważyła stojącą 

43

background image

w kuchni przy piecu kołyskę. Oczy jej się napełniły łzami. Nie wolno płakać. Wrzuciła do kołyski kocyk i 
zaniosła ją z powrotem na strych.

Zeszła   na   dół,   zabrała   jedzenie,   które   ciągle   stało   na   ganku,   i   włożyła   je   do   zamrażarki.   Po   drodze 

zauważyła   pulsujące   światełko   automatycznej   sekretarki.   Ktoś   zostawił   jej   jakąś   wiadomość,   ale 
wysłuchiwanie nagrania przekraczało jej siły.

Wzięła gorący prysznic. Siedziała w łazience tak długo, aż zużyła niemal całą ciepłą wodę. Ubrała się. 

Zadzwonił telefon. Nie miała ochoty podnosić słuchawki, ale poczucie obowiązku okazało się silniejsze. W 
ciągu tych trzech dni mogło wydarzyć się coś ważnego, a przecież nie sprawdziła nagranych wiadomości. 
Stanęła więc obok sekretarki. Nie chciała rozmawiać, ale chciała wiedzieć, kto dzwoni.

Jej najskrytsze obawy sprawdziły się. To była Adora.
- Siostrzyczko, to ja - usłyszała. - Dzwoniłam już wcześniej, jak tylko podłączono telefony, ale nikt nie 

odpowiadał. Obawiam się, czy...

Cat podniosła słuchawkę.
- Cześć. Jestem. Adora odetchnęła z ulgą.
- Och, to dobrze. Jak się czujesz? Czy wszystko w porządku?
- Oczywiście, że tak.
- Jak możesz być taka spokojna?
- A o co ci chodzi?
- Jak to: o co?! Całe miasto aż huczy.  Wszyscy mówią  o tobie, tej biednej, porwanej dziewczynce  i 

Dillonie.

- Jacy wszyscy?
- Och, daj spokój. Dzwoniła do mnie Lizzie. I Tasha Brinkman. Nawet stary Rudy Crebs wpadł do mnie. 

Chciał wiedzieć, czy rozmawiałam z tobą. Miał nadzieję coś ode mnie wyciągnąć. Mówią, że będzie o tym 
mowa w wiadomościach. Jesteście bohaterami.

- Bohaterami?
- Oczywiście. Uratowaliście dziecko.
Cat nie miała ochoty myśleć o dziecku. Poczuła ucisk w krtani. Wykrztusiła stłumionym głosem:
- Zrobiliśmy tylko to, co należało.
Przez chwilę Adora milczała. Potem zapytała.
- Cat? Jak ty się naprawdę czujesz? Czy wszystko jest... w porządku?
- Tak, oczywiście. - Ciekawe, ile już razy w ciągu ostatnich kilku godzin wypowiedziała te słowa. Jeszcze 

jedno kłamstwo nie zaszkodzi. - Wszystko jest w porządku - dodała.

- Może i tak - powiedziała Adora, próbując przekonać siebie samą. Ostrożnie zapytała: - Czy chcesz, bym 

do ciebie przyjechała?

Cat nie miała ochoty przyjmować gości, ale musiała porozmawiać z siostrą.
- Posłuchaj, ja...
Adora przerwała jej w połowie zdania.
- Właściwie powinnaś odpocząć. Chyba nie jest to najodpowiedniejsza pora na rozmowy.
- Aleja...
- Porozmawiamy innym razem. Cześć. Do widzenia.
Odłożyła słuchawkę, zanim Cat zdążyła cokolwiek powiedzieć.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

W domu Dillona wszystko było w porządku. Nie pękła żadna rura ani nic się nie zepsuło, a ktoś, zapewne 

Nestor Brinkman, oczyścił podjazd. Na automatycznej sekretarce była nagrana wiadomość od Cat, którą 
musiała zostawić jeszcze na początku śnieżycy. Przesłuchał to nagranie trzy razy. Chciał usłyszeć jej głos 
błagający, by oddzwonił i dał znać, że jest cały i zdrowy. Poprawiło mu to humor, bowiem od momentu 
pożegnania z Cat był zdenerwowany.

To nie była łatwa kobieta, pod żadnym względem. Wiedział, że go kocha. Dzwoniła do niego, zanim 

spędzili ze sobą trzy dni. Miał nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży. Trzeba jej tylko dać trochę czasu. Idąc 
do łazienki, powtarzał te słowa.

Marzył  o gorącym  prysznicu. Wykąpał  się, a potem zadzwonił do właścicielki „Kropkowanej Sowy”. 

Zamówił stojący w głębi sali stolik na godzinę ósmą. Ledwie odłożył słuchawkę, telefon rozdzwonił się.

Przez   następnych   kilka   godzin   chyba   wszyscy   reporterzy   z   zachodniego   wybrzeża   chcieli   z   nim 

rozmawiać.   Historia   nieustraszonego   Dillona,   kobiety   mieszkającej   na   odludziu   i   maleńkiej   Alexy 
przedostała się do prasy.

44

background image

Wiedziony   starymi   nawykami,   odebrał   kilka   pierwszych   telefonów,   ale   niczego   rewelacyjnego   nie 

powiedział. Potem uświadomił sobie, że nie musi już dbać  o dobre kontakty z prasą, i wyłączył telefon. 
Pozwolił automatycznej sekretarce zająć się dziennikarzami.

Nim   wyruszył   na   umówione   spotkanie   z   Cat,   do   drzwi   jego   domu   zapukało   czterech   reporterów. 

Wszystkich odprawił z kwitkiem. Skręcając w drogę wiodącą do Barlin Creek, zauważył sunący za nim 
mikrobus.

Tylko tego brakowało. Właśnie jedzie na pierwszą randkę z najbardziej ceniącą sobie prywatność kobietą i 

śledzi go samochód pełen reporterów.

Cat stała w łazience ubrana jedynie w stanik i majtki. Wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze. Krótko 

przystrzyżone włosy, szorstkie dłonie i pospolita twarz.

Nawet   nie   ma   na   co   patrzeć.   Z   pewnością   nie   jest   kobietą,   która   mogłaby   zdobyć   serce 

najprzystojniejszego i najbardziej czarującego mężczyzny, jakiego znała. Więc jak to się wszystko stało?

Musi się od niego wyzwolić. Lepiej powiedzieć to sobie otwarcie. Umówił się z nią na randkę, ale co się 

podczas takiego spotkania robi? Jeszcze na początku ich znajomości zgadł, że nigdy nie była na randce. 
Nawet nie miała sukienki, a jeśli nawet znalazłaby jakąś, to i tak czułaby się w niej jak idiotka, bo od 
pogrzebu ojca chodzi wyłącznie w spodniach. Zresztą włożyła wtedy spódnicę tylko dlatego, że prosiła ją o 
to matka.

Zrozpaczona, otworzyła drzwi łazienki i wbiegła do sypialni. Wyjęła z szafy dżinsy i koszulę i jedno, i 

drugie było nowe, ale co z tego? To nie jest kobiecy strój. Z dna szafy wyciągnęła skórzane kowbojskie 
buty, która kilka lat temu kupiła w Tahoe. Wkładając je, pomyślała z goryczą, że nie jest z niej wielka 
elegantka.

Wróciła do łazienki i zerknęła w lustro. Wyglądała równie mało atrakcyjnie jak przedtem, tyle że teraz była 

ubrana. Usłyszała pukanie do kuchennych drzwi. Och nie, Dillon już tu jest?!

Chciała krzyknąć, że drzwi są otwarte, ale w ostatniej. chwili powstrzymała się. Wcześniej do drzwi pukało 

kilku reporterów.  Odesłała ich z kwitkiem,  ale  byli  nachalni.  Gdyby  krzyknęła,  że  drzwi  są  otwarte,  z 
pewnością weszliby do domu i rozgościli się w salonie.

Znów pukanie. Cat po raz kolejny sprawdziła, czy koszula jest dobrze wsunięta w spodnie, wyprostowała 

się i podeszła do drzwi.

Na widok Dillona załomotało jej serce, chociaż rozstali się tylko kilka godzin temu. Wyglądał jeszcze 

lepiej niż zazwyczaj, o ile to w ogóle możliwe.

- Czy mogę wejść?
Cat odsunęła się od drzwi. Wszedł za próg i zamknął za sobą drzwi.
- Muszę cię ostrzec.
- Przed czym?
- Nie jesteśmy sami.
Patrzyła na niego pytająco. W końcu zrozumiała.
- Reporterzy?
Skinął głową.
- Przed twoim domem stoi mikrobus pełen reporterów, a po przeciwnej stronie zaparkował najnowszy 

model chevroleta z kilkoma facetami w środku. Wyjazd stąd będzie swego rodzaju przygodą.

- Chcesz powiedzieć, że pojadą za nami?
- Tak, i za każdym razem, kiedy zbliżymy się do nich na odległość mniejszą niż dwa metry, będą usiłowali 

uzyskać od nas jakąś wypowiedź. Nasz obiad nie będzie tak romantyczny, jak to sobie wyobrażałem.

Cat przyłożyła dłonie do skroni i opadła na krzesło.
- Och, Dillonie, sama nie wiem...
Przez chwilę milczał. Wreszcie westchnął i zapytał:
- Czego nie wiesz?
- Ja... nie wiem, czy sobie z tym poradzę.
- Z czym?
Spuściła dłonie gestem rezygnacji.
- Ze wszystkim. Trochę tego za wiele.
- Czego jest za wiele?
- Wszystkiego - powiedziała. - Reporterzy, dziecko...
- O co ci chodzi z dzieckiem?
- Nigdy już jej nie zobaczę!
Zastanowił się nad jej słowami i powiedział:

45

background image

- Nie sądzę, by tak musiało być.
Ogarnęła   ją   złość   na   Dillona.   Wiedziała,   że   to   idiotyczne,   ale   nie   potrafiła   się   opanować.   Zawołała 

rozdrażniona:

- Co ty opowiadasz! Małej nie ma! I to jest fakt.
Wytrzymał jej nagły wybuch i odezwał się spokojnym tonem:
- To zależy od ciebie. Jeśli skontaktujesz się z jej rodzicami...
- Właśnie o to chodzi. Nie chcę tego robić. Mogę co najwyżej zobaczyć ją. Na chwilę. Przywiązałam się do 

niej. Nie chciałam tego, ale niestety, stało się.

- Gdybyś poznała jej rodziców, może mogłabyś...
Nie chciała go słuchać. Przerwała mu.
- Nie, nie. Nie chcę jej widzieć. Ale to nie wszystko, Dillonie. Są jeszcze inne sprawy.
- Jakie?
- To po prostu... to nie ma sensu. Nic z tego nie wyjdzie. Z tobą i ze mną. Musisz to zrozumieć. Nie umiem 

sobie z tym poradzić.

- Cat...
- A Adora? O niej też trzeba pomyśleć. Jeszcze nie rozmawiałyśmy, więc jak mogę iść z tobą na obiad, 

skoro stchórzyłam i nie powiedziałam swojej siostrze o tym, co wydarzyło się między nami? A co będzie, 
jeśli nas zobaczy albo dowie się o wszystkim od kogoś obcego? Musisz zrozumieć, że...

Dillon najwyraźniej nie rozumiał.
- Czy tylko to cię dręczy?
- Tak, nie. Proszę. Nie mogę dzisiaj iść z tobą na obiad. Zrozum mnie.
- Cat. - Chwycił jej dłoń. Niechętnie wstała. Objął ją ramieniem i przytulił.
Jego obecność działała uspokajająco. Cat oparła głowę o pierś Dillona i szepnęła:
- Dillonie, proszę. Naprawdę nie mogę.
Pogładził ją po włosach.
- Cicho. Możesz. Zobaczysz...
Wdychała jego zapach. Uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
- Och, Dillonie.
Pochylił się i dotknął ustami jej warg. Zesztywniała. Zaczęła powtarzać w myślach przyczyny, dla których 

ich związek nie ma sensu. Mimo to pragnęła pozostać w jego ramionach.

- Pocałuj mnie, Cat - wymamrotał Dillon. - Wszystko będzie dobrze.
Zrobiła to, o co prosił. Pocałowała go, objęła za szyję i wygięła całe ciało, przytulając się do niego. We 

dwoje mogą podbić świat, pokonać wszystkie przeszkody, w tym i jej własne obawy oraz wątpliwości.

Ktoś głośno zastukał. Nie zdążyła zareagować. Drzwi otworzyły się szeroko. Cat usłyszała głośny okrzyk. 

Równocześnie oślepił ją błysk flesza. Z przerażenia znieruchomiała. Powoli obróciła się i spojrzała w stronę 
drzwi.

Na progu stała nieruchomo zaskoczona Adora. Za jej plecami pojawił się facet z aparatem fotograficznym.
Znów błysnął flesz. Fotograf opuścił aparat i mrugnął do nich porozumiewawczo.
- Dzięki - powiedział.
-   Co   się,   do   cholery,   dzieje!   -   krzyknął   Dillon.   Zrobił   krok   w   kierunku   fotoreportera,   więc   ten 

błyskawicznie obrócił się na pięcie i zniknął w ciemnościach.

Cat nie zwracała na niego uwagi. Myślała tylko o Adorze. Wyciągnęła ku niej ręce.
- Adoro, proszę, ja...
- Nie! - krzyknęła siostra. - Nie podchodź do mnie.
- Obróciła się i, podobnie jak fotograf, zniknęła.
- Adoro! - Cat rzuciła się za nią pędem. Dillon zagrodził jej drzwi.
- Niech idzie - powiedział.
- Muszę ją zatrzymać.
- Nie, nie musisz.
Próbowała go wyminąć, ale stanął w progu.
- Zejdź mi z drogi - rozkazała. Chwycił ją za ramiona.
- Nic jej się nie stanie.
- Puść mnie! - krzyknęła.
- Spójrz na mnie.  - Trzymał  ją mocno  i czekał. - Zostaw ją w spokoju. Niech sama  rozwiąże swoje 

problemy.

Cat miała poczucie winy.
- Nie, ja ją zdradziłam. Jej zależy na tobie, a ja...

46

background image

Dillon potrząsnął głową.
- Nikt z nas jej nie zdradził. Nie zrobiliśmy niczego złego. Przestań się karać. Nie jesteś już jej zastępczym 

ojcem. To dorosła kobieta. Podobnie jak ty.

Tego było za wiele.
- Nie mów mi, kim jestem! - Głos Cat aż drżał z wściekłości. - Po prostu... wynoś się, Dillonie McKenno! 

Wynoś się z mojego życia!

Ręce Dillona opadły z ramion Cat. Wpatrywał się w nią, szukając tego, czego w tym momencie nie czuła. 

Powoli odwrócił się, zamknął drzwi i cicho zapytał:

- Mówisz poważnie?
Serce pękło jej na tysiące kawałków. Skinęła głową.
- Starałam się powiedzieć to wcześniej. Nie chciałeś słuchać. Ja... się do tego nie nadaję.
- Nadajesz się. - Na jego twarzy pojawił się smutek. - Po prostu się boisz. Rządzi tobą strach. Nie będę cię 

więcej błagać. Raz już powiedziałem, że cały w tym ambaras, aby dwoje chciało naraz.

- Ale ja nie mogę... Nie pozwolił jej skończyć.
- To prawda. - Teraz ton jego głosu był  zimniejszy niż zwisające z ganku sople lodu. - Nie możesz. 

Powtarzaj to w kółko. Aż naprawdę uwierzysz, że nie możesz być kobietą. Twój ojciec chciał syna, więc ma 
upragnionego syna.

- Nie, to nie to...
- A co? Do cholery! - Położył dłoń na blacie i zacisnął palce na jego krawędzi. - Rozmawiasz z Dillonem, 

wiesz? Chłopakiem, który tu mieszkał. Wiem, jaki był twój ojciec.

A Cat cofnęła się o krok.
- Przestań.
- Nie przestanę. Chcę, byś, do jasnej cholery, wiedziała, co myślę. Dobrze go pamiętam. Ogromny facet. A 

twoja śliczna, drobna, roztrzepana matka patrzyła na niego jak na Pana Boga. Zawsze, kiedy widziałem ich 
razem, tak się zachowywała. Uwielbiał to. Nie oszukuj się, że było inaczej. Kochał być Panem Bogiem. 
Wszystkim córkom wbijał do głowy, jaka powinna być kobieta, zgodnie ze swoim prymitywnym poglądem 
na ten temat, czyż nie?

- Nie, on...
Dillon roześmiał się.
- Właśnie, że tak. Wszystkim córkom, z wyjątkiem jednej. Twoja matka go zawiodła. Nie dała mu syna, 

więc musiał go sam stworzyć. Z ciebie. Pozwolił matce, by cię nazwała Catherine Desiree, ale wszyscy 
wiedzieli, kim naprawdę jesteś. Mitchellem Juniorem. Wypisał to na twojej kołysce. Synem, którego nigdy 
nie miał. Twardym, silnym, gotowym zająć jego miejsce, kiedy Mitchell Senior odejdzie.

- On nie odszedł!
- Nie krzycz. Kogo starasz się przekrzyczeć, mnie czy samą siebie?
- On umarł. Nie miał na to wpływu. To nie jego wina.
- Że umarł? Oczywiście, że nie. Ale ponosi winę za odmawianie ci prawa do bycia tym, kim jesteś.
- On nie...
- Owszem, tak. Uwierzyłaś mu, kiedy mówił, że kobieta nie może być silna, nie powinna przewodzić i nie 

potrafi istnieć bez mężczyzny. To facet powinien jej dyktować, co ma robić. Miał rację, bo matka po jego 
śmierci była całkiem bezradna.

- Ojciec zrobił dla mnie wszystko, co mógł.
- Zrobił, co mógł, by zadowolić siebie samego. I choć od siedemnastu lat nie żyje, ciągle kieruje twoim 

życiem.

- Nieprawda.
-   Do   cholery,   to   prawda!   Kieruje   tobą   codziennie.   Bo   nie   pozwalasz   sobie   na   bycie   kobietą.   Jesteś 

przeświadczona, że zgodnie z jakimś wydumanym  prawem natury kobieta nie może  być  silna, twarda i 
zdecydowana. To on nie pozwala ci się zbliżyć do mnie. Nie mam siły z nim walczyć.

Głęboko wciągnął powietrze, spuścił głowę, spojrzał na własne buty, potem na Cat.
- Myślałem, że zawieja i ta historia z dzieckiem coś zmienią. Łudziłem się, że zobaczysz, co możesz mieć i 

jakie może być twoje życie. Ale to nic nie zmieniło.

- Dillonie, ja...
Potrząsnął głową.
- Lepiej już nic nie mów. Skończyło się. Masz rację. Nic z tego nie wyjdzie. Żegnaj, Cat Beaudine.

47

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Dillon   odwrócił   się   na   pięcie   i   wyszedł.   Cat   stała   nieruchomo,   a   jego   słowa   odbijały  się   echem   od 

otaczających ją ścian. Nie może wiecznie stać w kuchni. Niezdarnie poruszyła się, zamknęła drzwi i zgasiła 
światło.

- Tak lepiej - szepnęła do siebie. Nie wiedziała, co robić. Poszła do sypialni. Położyła się. Patrzyła na sufit 

i czekała na sen. Zamiast spać, myślała o tym, co powiedział Dillon.

Miał rację. Stała się tym, kim jej ojciec chciał, żeby była. Ale to nie jego wina. Naprawdę starał się jak 

najlepiej. To ona pragnęła sprostać oczekiwaniom ojca. Wmawiała sobie, że chce być wolna i samodzielna, a 
w rzeczywistości uciekała przed sobą. Przed wyzwaniem, jakie stawiało jej życie, przed byciem kobietą.

Zadzwonił telefon. Dzwonił bez przerwy, chyba przez kilka godzin. W końcu, ktokolwiek to był, dał za 

wygraną. Zapadła cisza.

Obudziło ją pukanie do kuchennych drzwi. Przewróciła się na bok i zerknęła na zegarek stojący przy łóżku. 

Wskazywał pomoc. No tak, zapomniała go nastawić, gdy włączono prąd.

Pukanie powtórzyło się. Wyciągnęła rękę, szukając ręcznego zegarka. Po chwili uświadomiła sobie, iż ma 

go na ręku i że jest ubrana.

Zaspała. Była dziesiąta rano. Ogień już dawno zgasł i w pokoju było zimno. W dodatku ktoś z uporem 

maniaka stukał do drzwi. Pewnie znowu jakiś cholerny reporter. Usiadła na łóżku, przygładziła włosy i 
zdjęła buty. Wstała, poszła do kuchni i otworzyła drzwi.

Już otwierała usta, kiedy dostrzegła, że domniemany reporter to kobieta z dzieckiem na ręku. Dzieckiem, 

którego Cat nie spodziewała się już nigdy zobaczyć.

Kobieta miała dołek w brodzie, taki sam jak mała.
- Dzień dobry. Jestem Maria. Maria Todd.
Cat zaniemówiła z wrażenia. Maria Todd ciągle się uśmiechała.
- Ty jesteś Cat, prawda?
- Tak, prawda.
- Możemy wejść? Na końcu podjazdu jest pełno reporterów. - Maria zrobiła gest w kierunku szosy.  - 

Powiedziałam im, że nie życzę sobie, aby za mną szli, ale jeśli będę tu stała, na pewno przybiegną.

Cat zmobilizowała się. Chwyciła Marię za ramiona i wciągnęła razem z dzieckiem do domu. Jeszcze nie 

zdążyła zamknąć drzwi, a mała już wyciągnęła rączki do niej, uśmiechając się i radośnie gaworząc.

- Pamięta cię - powiedziała Maria i podała jej dziecko. Cat poczuła, że ma  spocone ręce. Otarła je o 

spodnie.

- Tu jest bardzo zimno - powiedziała. - Zaraz rozpalę ogień i zaparzę kawę.
Maria przytuliła małą do siebie i stwierdziła, że chętnie napije się kawy.
- Proszę usiąść. - Cat wskazała krzesło przy stole i zaczęła się krzątać po kuchni. Maria posadziła dziecko 

na kolanach.

- Staraliśmy się do ciebie dodzwonić.
- Przykro mi. Nie odbierałam telefonów - powiedziała Cat. Jakby na potwierdzenie jej stów odezwał się 

dzwonek. Wzruszyła ramionami i nie ruszyła się z miejsca. Maria pokiwała głową.

- Rozumiem. To musi być dla ciebie dość uciążliwe.
- Tak, uciążliwe to właściwe słowo - potwierdziła Cat.
-   Wczoraj   wieczorem   zadzwoniliśmy   do   twojego   przyjaciela,   Dillona.   Dziś   rano   go   odwiedziliśmy   - 

wyjaśniła Maria. - Powiedział, że cenisz sobie prywatność. I że masz kłopoty z reporterami. Więc Lany, to 
znaczy mój mąż, i ja zdecydowaliśmy, że przyjadę do ciebie sama z Alexą. Chciałam... to znaczy... - Oczy 
Marii napełniły się łzami. Trzymała małą na kolanach i bujała ją. Przygryzła dolną wargę i stłumionym, 
przerywanym głosem mówiła dalej: - Te trzy dni były koszmarne. Ale jakoś je przeżyliśmy. I Alexa ma się 
dobrze. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo...

Cat poczuła, że nie może dłużej siedzieć. Musi się ruszyć. Wstała. Mała wyciągnęła do niej rączki.
- Ga, ga - wyszczebiotała.
- Ona... chce, byś ją wzięła na ręce - wyszeptała Maria.
Cat znów wytarła  dłonie w spodnie. Nie umiała  zignorować gestu pulchnych  małych  rączek i prośby 

kryjącej się w niebieskich oczkach. Wyciągnęła ręce. Maria wstała i podała jej Alexę.

Dziecko radośnie uśmiechnęło się i dotknęło twarzy Cat. Ta przytuliła małą do siebie i schyliła głowę, by 

dziecko mogło chwycić ją za brodę.

Alexa  westchnęła  zadowolona.  Serce  Cat  biło  mocno.   Trzymanie  dziecka  w  ramionach  to  prawdziwa 

rozkosz. Jednocześnie było to nie do zniesienia. Mała, bezbronna istotka ucieleśniała wszystko, czego Cat 
sobie dotąd odmawiała - lalki, sukienki, randki, pierwsze pocałunki, białą suknię i złotą obrączkę.

I Dillona. Śmiejącego się, patrzącego jej prosto w oczy, znającego ją lepiej niż ona sama.

48

background image

- Alexa cieszy się, że znów cię widzi - powiedziała Maria.
- Cześć - wyszeptała Cat. - Jak leci... - po raz pierwszy zaakceptowała imię dziecka - ...Alexo? - Uniosła 

głowę. Maria nie spuszczała z niej wzroku.

- Jestem ci wdzięczna - powiedziała. - Bardziej, niż możesz to sobie wyobrazić. Bardziej, niż potrafię 

wyrazić.

Kawa zaczęła bulgotać. Cat wyłączyła gaz i usiadła. Maria została u niej przez godzinę. Wiele się przez ten 

czas zmieniło. Utrata Alexy już nie była tak bolesna. Widziała ją w ramionach matki i wiedziała, że jej życie 
będzie szczęśliwe.

Kiedy piły trzecią filiżankę kawy, Maria powiedziała Cat, że organizują konferencję prasową. O drugiej po 

południu w Reno. Następnego dnia.

-   Proszę   cię,   Cat   -   powiedziała   błagalnym   tonem.   -Wszyscy   chcemy   wrócić   do   normalnego   życia. 

Powinniśmy umożliwić dziennikarzom zadanie nam kilku pytań. I musimy na nie odpowiedzieć. Inaczej nie 
dadzą   nam   spokoju.   Jeśli   pojawimy   się   tam   wszyscy,   ty,   Dillon,   ja,   Larry   i   Alexa,   i   poświęcimy   im 
dwadzieścia minut, to może wreszcie będziemy mogli spokojnie wyjść z domu i nikt nie będzie podtykał 
nam mikrofonu pod nos.

Cat skinęła głową. Wiedziała, że Maria miała rację, ale nie była zachwycona pomysłem stawania przed 

tłumem reporterów i odpowiadania na jakiekolwiek pytania. Na samą myśl o tym miała ochotę schować się 
do mysiej dziury.

- Czy to oznacza zgodę? - spytała Maria z nadzieją w głosie.
Cat głęboko westchnęła.
- Pomyślę o tym, przyrzekam.
- O nic więcej cię nie proszę. - Maria uśmiechnęła się ciepło.
Po jej wyjściu Cat nie mogła usiedzieć w miejscu. Myślała o Adorze. Nie będzie dłużej ukrywać się w 

domu, słuchać dzwoniącego telefonu i modlić się, by reporterzy sobie poszli. Chwyciła klucze, kurtkę i 
pobiegła do samochodu. Zignorowała mikrobus i brązowego chevroleta, który ruszył za nią, i pojechała do 
miasta.

Lola Pierce, współwłaścicielka salonu piękności, uniosła głowę znad notatnika.
- Hej, Adoro, masz gościa.
Adora właśnie modelowała włosy Filarze Swenson, sprzedawczyni ze sklepu obok. Cat przekrzykiwała 

szum suszarki.

- Adoro, musimy porozmawiać.
Adora wyłączyła suszarkę.
- Pilar? - zapytała. - Czy Lola może za mnie dokończyć modelowanie?
- Ależ oczywiście. Nie ma sprawy. Idź, porozmawiaj z Cat.
Siedziały w saloniku Adory, po przeciwnych krańcach sofy. Cat usiłowała zacząć rozmowę.
- Adoro, ja...
Siostra przerwała jej gwałtownie.
- Och, Cat. Nie mogłam usnąć przez całą noc. Mam takie wrażenie, jakbym nie spała od wielu dni.
Cat przetarła oczy.
- Dobrze wiem, o czym mówisz.
- Byłam kompletną idiotką.
- Nie...
- Tak. Kretynką.  I jest mi  strasznie przykro.  Postanowiłam pojechać  do ciebie  i przeprosić,  ale  mnie 

uprzedziłaś.

- Naprawdę?
- Tak. O Boże, to okropne. Strasznie trudno jest mi o tym mówić.
- O czym?
- Po prostu mu nie uwierzyłam.
- Chodzi o Dillona?
Adora skinęła głową.
- Tak. Od początku był ze mną szczery. Od razu powiedział, że między nami nic nie będzie. Że interesuje 

się  tobą.  I  wiesz  co,  myślę,  że  w głębi  ducha  wiedziałam,   że  to,  co było   między  nami,  skończyło  się 
szesnaście lat temu. Przez cały czas byłam pewna, że ty po prostu nie chcesz mieć żadnego mężczyzny. A ja 
desperacko tego chciałam. Sama pomogłam mu poznać ciebie bliżej, bo zaproponowałam, by cię zatrudnił. 
Czułam się jak idiotka. Uważałam, że to. niesprawiedliwe, rozumiesz?

Cat skinęła głową.
- Znam cię bardzo dobrze - mówiła dalej Adora. - Wiem, co zrobiłaś. Wiem, że próbowałaś... zrezygnować 

49

background image

z niego ze względu na mnie, prawda?

- Och, Adoro...
- Przestań. - Uniosła dłoń. Jej oczy napełniły się łzami, które zaczęły spływać po policzkach. - Czytam to w 

twojej twarzy. Nawet jeśli mi wybaczysz, to i tak nic nie zmieni. Byłam wstrętna. Po wczorajszym spotkaniu 
wiedziałam, że muszę spojrzeć prawdzie prosto w oczy. Przestałam się okłamywać. Byłam potwornie

zazdrosna. I okazałam to. Naprawdę jest mi przykro. Wybacz.
Cat wyciągnęła dłoń i przygładziła kosmyk jedwabistych, brązowych włosów siostry.
- Już ci wybaczyłam. I zapomniałam.
- Cieszę się. - Adora wstała. Przyniosła butelkę brandy i paczkę chusteczek.
- Chyba nie powinnyśmy... - zaprotestowała Cat. - Nie ma jeszcze dwunastej.
- Wiem, ale to jest bez znaczenia. Potrzymaj butelkę, zaraz przyniosę kieliszki.
Pół godziny później Adora nabrała odwagi i zapytała:
- Powiedz wreszcie, gdzie on teraz jest. I nie zadawaj głupiego pytania: „Kto”?
Cat pociągnęła łyk brandy. Miłe ciepło rozeszło się po jej ciele.
- Nie wiem, gdzie jest Dillon - odpowiedziała. Adora potrząsnęła głową. Znów zaczęła chlipać.
- Och, Cat, nie rób tego. Nie odrzucaj miłości. Nigdy sobie nie wybaczę, jeśli nie ułożysz swoich spraw z 

Dillonem.

Cat ścierpły nogi. Wstała, podeszła do okna wychodzącego na zasypaną śniegiem ulicę Bridge. Odwróciła 

się i spojrzała na Adorę.

- Jutro w Reno odbędzie się konferencja prasowa. Maria, to jest matka dziecka, które Dillon znalazł w 

samochodzie, prosiła, bym na nią przyszła.

Adora wydmuchała nos.
- Czy Dillon tam będzie?
- Tak sądzę.
- To wspaniale. - Wstała i z determinacją uniosła brodę. - Mamy bardzo dużo do zrobienia.
Cat spojrzała na nią zdziwiona.
- Co mamy do zrobienia?
- Musisz odpowiednio wyglądać. Uwierz mi, w końcu jestem ekspertem. Są takie sytuacje, w których 

dobra fryzura to klucz do sukcesu. To właśnie jest taka sytuacja.

Następnego dnia o trzynastej trzydzieści pięć Cat została wprowadzona tylnymi drzwiami do lokalu, który 

wynajęto na konferencję prasową.

- Panna Beaudine? - zapytała kobieta z notatnikiem w ręku. - Teraz ja się nią zajmę - powiedziała do 

strażnika, który wprowadził Cat. Obróciła się. - Czy pani jest panną Cat Beaudine?

- Tak. - Cat uśmiechnęła się. Starała się zachować spokój i pewność siebie, jakby noszenie eleganckiego 

kostiumu,   nie   mówiąc   o   makijażu,   rajstopach   i   pantoflach   na   wysokich   obcasach,   było   jej   chlebem 
powszednim.

- Wygląda pani cudownie - powiedziała kobieta, pomagając Cat zdjąć płaszcz.
- Dziękuję pani, ja...
Kobieta zatrzymała przechodzącego mężczyznę.
- Ernie, powieś płaszcz panny Beaudine, dobrze? - Ernie wziął od niej płaszcz. - Zostanie pani zwrócony 

po konferencji - powiedziała kobieta.

- Dobrze.
Przewodniczka Cat odsunęła się o krok i obejrzała ją od stóp do głów.
-   Wspaniale   -   powiedziała.   -   Naprawdę   wspaniale.   Mieliśmy   wrażenie,   że   woli   pani   stroje   bardziej, 

powiedzmy, sportowe.

- Cóż, ja...
- Ależ wszystko w porządku. Wygląda pani znakomicie. Proszę tędy. Zaprowadzę panią do pokoju, gdzie 

można się zrelaksować przed wejściem na salę.

Jak można się zrelaksować w ciągu kilku minut, które zostały do rozpoczęcia konferencji? Organizatorka 

odwróciła się na pięcie i szybko ruszyła do przodu. Z notesem pod pachą wyglądała bardzo oficjalnie. Cat 
wzruszyła ramionami i podreptała za nią.

Toddowie byli już na miejscu. Cat przedstawiła się Larry’emu, który miał równie przyjacielski i ciepły 

uśmiech jak Maria, Usiadła obok nich.

Dillon pojawił się kilka minut później. Miał na sobie szare spodnie i sweter. Wyglądał wspaniale. Cat 

znów zaczęła się zastanawiać, czy jest wystarczająco atrakcyjną  kobietą dla niego. Stanął w drzwiach i 
rozejrzał się po sali.

Kiedy spojrzał na Cat, czuła, jak jego wzrok przeszywają na wskroś. Wiedziała, że zauważył wszystko - 

50

background image

nowe ubranie, fryzurę, której Adora poświęciła wiele godzin, nie mówiąc już o makijażu i szmince. Czuła 
się głupio. Miała ochotę wstać i uciec, a jednocześnie chciała rzucić się w jego ramiona i błagać, by dał jej 
jeszcze jedną szansę.

Nie zrobiła ani jednego, ani drugiego. Dillon z uprzejmym uśmiechem na ustach ruszył w ich kierunku. 

Larry Todd wstał.

- Witam cię, Dillonie - zawołał. Podali sobie ręce. Alexa zagaworzyła i machała pulchnymi łapkami. Maria
uniosła dziecko w górę. Dillon chwycił małą i podniósł wysoko.
- Jak leci?
Uszczęśliwiona dziewczynka roześmiała się. Dillon usiadł obok Larry’ego i posadził sobie dziecko na 

kolanach.

-   Ga,   ga   -   odezwała   się   Alexa   z   dumną   miną.   Mała   kokardka   we   włosach   przekrzywiła   się.   Maria 

wyciągnęła rękę i poprawiła ją.

Przez chwilę siedzieli cicho, rozmawiając. Cat unikała wzroku Dillona. Każde jego słowo wywoływało 

dreszcz. W końcu pojawiła się kobieta z notesem.

- Proszę pójść za mną - powiedziała. Zaprowadziła ich za kulisy sali konferencyjnej, a potem bocznymi 

drzwiami   na   podium.   Przed   kurtyną   stały   dwa   składane   stoły   i   kilkanaście   krzeseł.   Do   każdego 
przytwierdzono mikrofon. Na jednym z krzeseł siedział jakiś mężczyzna.

- To lekarz Darah Rankin - szepnęła Maria do ucha Cat.
Kobieta z notesem wskazała Cat krzesło. Dillona posadzono po jej prawej stronie, Marię, z Alexą na ręku, 

po lewej. Larry siedział obok Marii, a dalej psychiatra.

Przez kilka sekund Cat starała się nie patrzeć na salę. Wiedziała, że rzędy składanych krzeseł są pełne 

ludzi, słyszała szum kamer i aparatów fotograficznych. Nieznajomy mężczyzna w granatowym garniturze 
wymienił po kolei ich nazwiska i poprosił, by w trakcie konferencji nie robiono zdjęć. Pierwszy odpowiadał 
na pytania doktor Poole, psychiatra. Miał przygotowane krótkie wystąpienie.

- Pani Darah Rankin - powiedział - kobieta, która porwała Alexę, to bardzo poważnie chora osoba. Obecnie 

jest pod ścisłą kontrolą psychiatryczną. Ma zapewnioną niezbędną opiekę.

Jeden z reporterów wstał.
- Czy została oskarżona o porwanie dziecka?
Larry odpowiedział na jego pytanie:
- My jej nie oskarżyliśmy. Rozumiemy, że pani Rankin wiele wycierpiała. Wystarcza nam fakt, że, jak 

powiedział doktor Poole, jest pod opieką lekarską.

- Obawiam się, że wpłynie oficjalne oskarżenie władz Nevady o porwanie dziecka i narażenie jego życia na 

szwank - wtrącił się mężczyzna w granatowym garniturze. - To jest ustawowy obowiązek. Sąd orzeknie, czy 
pani Rankin ponosi pełną odpowiedzialność za swój czyn, czy też będzie uwolniona z zarzutów.

Wstała jakaś kobieta.
- Panie McKenna, z naszych źródeł wynika, że ta historia zainspirowała pana do wykonania skoku nad 

pewnym wąwozem, niedaleko góry Shasta, na motocyklu przygotowanym specjalnie do tego celu.

Dillon potarł skroń palcami lewej dłoni.’
- Czy to źródło to nie jest przypadkiem pan L.W Creedy? - zapytał.
- Nie wolno nam ujawniać informatorów.
- Cóż, zostali państwo wprowadzeni w błąd. Już dawno z tego zrezygnowałem. I nawet tak śliczne dziecko, 

jak mała Alexa, nie jest w stanie skłonić mnie do zmiany zdania w tym względzie.

Ktoś inny zapytał:
- Pani Todd, jakie to jest uczucie odzyskać własne dziecko?
- Tego nie da się opisać. To największa radość w moim życiu.
- Panno Beaudine, czy przywiązała się pani do małej? Na dźwięk swojego nazwiska Cat poczuła ucisk w 

gardle. Chrząknęła.

-   Czy   się   przywiązałam?   -   wykrztusiła   zduszonym   głosem,   wpadając   w   falset   na   ostatniej   sylabie. 

Zgromadzeni wybuchnęli śmiechem. Cat jednak wyczuła, że

reporterzy czują do niej sympatię. Odetchnęła z ulgą. Nie było tak źle, jak sobie wyobrażała.
Teraz pytania padały szybko, jedno po drugim. Przez następne dwadzieścia minut Dillon, Cat i Toddowie 

musieli opowiedzieć o każdym szczególe. Poruszano tyle spraw, że Cat zaczęła mieć nadzieję, że jej związek 
z Dillonem i to, co się wydarzyło w ciągu tych trzech dni, w ogóle nie wyjdzie na jaw.

Były   to  płonne   nadzieje.   To   pytanie   musiało   paść.   Wysoka   kobieta   o  dźwięcznym,   donośnym   głosie 

zawołała:

-   Chodzą   plotki,   że   w   tym   okresie   nawiązał   się   romans   pomiędzy   panem,   panie   McKenna,   a   panną 

Beaudine. Czy może pan to skomentować?

51

background image

Na ustach Dillona zastygł uśmiech. Pochylił się do mikrofonu.
- Nie - powiedział bardzo wyraźnie.
Ktoś uniósł do góry gazetę. Na pierwszej stronie opublikowano jedno z dwóch zdjęć, które fotograf zrobił 

bez wiedzy i zgody Cat i Dillona, w chwili kiedy całowali się namiętnie w kuchni.

- A czy to mógłby pan skomentować, panie McKenna? - zapytał ironicznie.
Tym razem Dillon nawet nie usiłował się uśmiechnąć.
- Już oświadczyłem, nie mam nic do powiedzenia na ten temat. Między mną a panną Beaudine nic nie ma.
- Jeśli to jest „nic” - powiedział reporter, trzymający gazetę - to chciałbym zobaczyć, jak wygląda „coś”.
Na sali rozległy się chichoty i szepty. Tym razem nie brzmiały przyjacielsko.
-  W   porządku  -  wtrącił   mężczyzna   w  granatowym  ubraniu.  -  Proszę  o  uwagę.   Czy  są   jeszcze   jakieś 

pytania?

Cat pochyliła się do mikrofonu. Sala zamilkła. To było okropne. Nie mogła wydobyć z siebie głosu, a 

wszyscy wpatrywali się w nią w napięciu. Westchnęła głęboko i zaczęła:

- Chciałabym powiedzieć coś na ten temat. Na temat mnie i pana McKenny.
Na sali zapadła taka cisza, że było słychać topniejący na zewnątrz śnieg. Cat czuła wpatrzone w nią oczy, 

baczne i uważne. Wszystkie te spojrzenia nie miały znaczenia. Ważna była tylko jedna para oczu - Dillona. 
Nie miała odwagi odwrócić głowy. Jeszcze raz wzięła głęboki oddech, aż zapiszczało w mikrofonach. Potem 
powiedziała głośno, tak by usłyszał to cały świat:

- Jestem zakochana w Dillonie McKennie. Zebrani byli tak zaszokowani, że zapadła jeszcze większa cisza. 

I wtedy mała Alexa zaśmiała się radośnie i zaklaskała. Zaczęło się pandemonium. Sala zawrzała. Przez 
ogłuszający ryk przebił się wrzask:

- McKenna, co pan teraz powie?
Dillon zaklął pod nosem.
- Czy może pan to powtórzyć? - poprosił reporter. - Nie dosłyszeliśmy.
- Mówiłem do siebie - warknął Dillon. Cat ciągle nie miała odwagi spojrzeć na niego. Poczuła, jak chwyta 

ją za rękę. Zamrugała powiekami i uniosła głowę. Dillon zerwał się z krzesła, przewracając stół i mikrofony. 
Sala zareagowała jeszcze większym wrzaskiem.

- Chodź! - zawołał, przekrzykując wrzawę.- Wynosimy się stąd. - Trzymał Cat za rękę.
- Czy nie sądzisz, że powinniśmy...
- Mówię poważnie, chodź. - Pociągnął Cat za sobą.
Nigdy   nie   zrozumiała,   co   ją   do   tego   skłoniło.   W   ostatnim   momencie   pochyliła   się   do   mikrofonu   i 

powiedziała:

- Przekażemy wam oświadczenie...
- Chodź! - Dillon ciągnął ją do bocznych drzwi. Cat poddała się, bo poszłaby za nim nawet na koniec 

świata. Kobieta z notesem próbowała ich zatrzymać.

- Proszę państwa, to jest wysoce niestosowne... -oświadczyła.
Dillon nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Biegli wzdłuż korytarza, oddalając się od wrzawy sali, minęli 

pokój, w którym czekali przed konferencją, hol i dotarli do tylnych drzwi budynku.

- Dillonie - zawołała Cat. - Mój płaszcz. Zostawiłam swój...
- Zapomnij o tym cholernym płaszczu - zawołał. -Kupię ci tysiąc piękniejszych. Spływamy stąd. - Pchnął 

wyjściowe drzwi.

-   Ojej,   do   widzenia,   panie   McKenna,   do   widzenia   panno   Beaudine   -   zawołał   strażnik   stojący   przed 

drzwiami.

Cat zdążyła pomachać mu ręką, a potem Dillon pociągnął ją przez ośnieżony parking.
- Wsiadaj - rozkazał, otwierając drzwiczki błękitnego sportowego samochodu, którego Cat wcześniej nie
widziała.
- A gdzie jest twój land cruiser?
Wzruszył ramionami.
- Wczoraj wpadłem w taką depresję, że kupiłem sobie masserati na pocieszenie.
- Rozumiem. Mam nadzieję, że to ci pomogło.
- Wcale nie. Wsiadaj.
Posłusznie spełniła jego rozkaz. Dillon usiadł za kierownicą i uruchomił potężny silnik. Kiedy reporterzy
wybiegli   z   budynku,   motor   już   pracował.   Ruszyli   z   piskiem   opon.   Samochód   wpadł   w   poślizg   na 

oblodzonym parkingu, więc Dillon na moment zdjął nogę z gazu, opanował samochód i ruszył ulicą.

- Dillonie, uważaj! - krzyknęła Cat, zapinając pasy. Roześmiał się.
- Odpręż się, byłem przecież kaskaderem. Czyżbyś zapomniała?
Pokonał   zakręt,   nawet   nie   dotykając   hamulca.   Cat   chwyciła   się   kurczowo   oparcia   i   z   sercem 

52

background image

podchodzącym do gardła czekała na śmierć. Nie było jednak żadnego wypadku.

Godzinę później wchodzili do apartamentu na ostatnim piętrze największego hotelu-kasyna w Reno. Dillon 

przekręcił klucz w drzwiach, obrócił się i spojrzał na Cat.

Widok jego twarzy sprawił, że ugięły się pod nią kolana. Było to cudowne uczucie. Przeszła przez mały 

korytarzyk do saloniku. Dillon szedł za nią krok w krok.

- Recepcjonista na twój widok podwoił cenę - powiedziała.
Dillon wzruszył ramionami.
- To cena popularności.
- Za pół godziny za tymi drzwiami będzie tłum reporterów.
- No to co? Przecież sama im powiedziałaś, że przekażemy oświadczenie.
-   Nie   jestem   tego   pewna.   Wszystko   stało   się   tak   szybko.   -   Ciągle   cofała   się,   aż   dotknęła   łydkami 

ogromnego, pluszowego fotela i opadła na niego z ulgą.

- Nie odgrywaj roli niewiniątka. Dobrze wiem, co powiedziałaś. - Stanął przed nią z zapierającym dech w 

piersiach   spojrzeniem.   Założyła   nogę   na   nogę.   Rozkoszowała   się   uczuciem,   jakie   dawało   posiadanie 
nylonowych rajstop.

- Jak się odprężyłam, to odpowiadanie reporterom
wcale nie było takie okropne.
Na ustach Dillona pojawił się cień uśmiechu.
- Powiedziałbym, że całkiem nieźle się odprężyłaś.
- Naprawdę?
- Kto ci zrobił tę fryzurę?
- Adora.
- A makijaż?
- Też Adora. Omówiłyśmy nasze sprawy, a potem dała mi odpowiednie wskazówki. Ma znakomity gust.
- Wyglądasz wspaniale.
- Dziękuję.
- Czy to, co powiedziałaś na konferencji, jest prawdą? Jeśli teraz zapytasz, o co mi chodzi, obejmę dłońmi 

twoją śliczną szyję i cię uduszę.

- To jest prawda.
- Więc powtórz to jeszcze raz. Powiedz to.
- Kocham cię, Dillonie.
Przez chwilę stał bez ruchu, potem chwycił ją za dłoń i zmusił, żeby wstała z fotela. Powoli zaczął rozpinać 

żakiet kostiumu.

- Podobasz mi się w tym, ale lubię cię także w starych dżinsach i kowbojskich butach.
- Cieszę się.
- A najbardziej podobasz mi się bez ubrania. - Zsunął żakiet z jej ramion, rzucił go na krzesło i rozpiął 

zamek   spódnicy.   Delikatnie   zsunął   spódnicę,   która   spadła   na   podłogę   i   zaczął   rozpinać   bluzkę.   Cat   z 
godnością odsunęła nogą spódnicę na bok i zdjęła buty. Stała teraz

w   pończochach,   koszulce   i   majtkach,   które   Adora   kazała   jej   kupić.   Nie   miała   stanika.   Dillon   cicho 

westchnął.

- Ja też cię kocham.
Cat uśmiechnęła się, chwyciła brzeg swetra i ściągnęła go Dillonowi przez głowę.
- Chyba wiem o tym, uwielbiam jednak, kiedy to mówisz.
- Czy mam powtórzyć?
- Tak, powiedz mi to jeszcze raz. - Położyła głowę na jego piersi. - Powtarzaj mi to ciągle.
- Będę to robić, jeśli zostaniesz moją żoną.
- Och, tak.
Porwał ją w ramiona i zaniósł do ogromnego łóżka. Wtedy uświadomiła sobie, że o czymś zapomniała.
- Dillon, nie mam przy sobie prezerwatyw. Położył ją na łóżku, wyciągnął się obok i pocałował Cat w 

ramię.

- Zupełnie dobrze radziliśmy sobie z Alexą, prawda?
Spojrzała mu w oczy.
- O co ci chodzi?
- Chyba damy sobie radę z własnym dzieckiem. Jeśli o to chodzi, mam mnóstwo planów co do naszego 

dalszego życia.

Odgarnęła włosy z jego czoła.
- Czy możesz mi je zdradzić? Proszę.

53

background image

Pocałował ją w czubek nosa i roześmiał się.
- Powiedz mi, co planujesz - prosiła.
- Dobrze. Chcę, byś skończyła college i zdobyła tytuł inżyniera.
- Och, Dillonie.
- I chcę, żebyśmy mieli dzieci. Będę je wychowywać. Nasze własne, a może także i inne, które staną się 

naszymi, bo je pokochamy.

- Chcesz adoptować dzieci?
Skinął głową.
-   Miałem   okropne   dzieciństwo.   Chciałbym   dać   szansę   dzieciom,   które   jej   potrzebują.   Czy   to   by   ci 

przeszkadzało, gdybyśmy zaadoptowali jedno lub dwoje?

- Nie wiem. Nigdy o tym nie myślałam.
- Moglibyśmy dzielić się obowiązkami, tak jak przy Aleksie.
Cat miała łzy w oczach, ale zaczęła się śmiać.
- To szaleństwo!
- Co?
- Zawsze wydawało mi się, że jestem osobą kochającą samotność, a moja wolność to najważniejsza rzecz 

na świecie. Gdy się pojawiłeś, oświadczyłam publicznie w sali pełnej reporterów, że cię kocham, i uważam, 
że to fantastyczny pomysł, bym zdobyła tytuł inżyniera i miała dom pełen dzieci.

Przyciągnął ją ku sobie.
- Uda nam się, Cat. Będziemy mieli cudowne życie - wyszeptał, całując ją.
Nie odpowiedziała. Żadne słowa nie były potrzebne. Odkąd Dillon McKenna powrócił do Red Dog City, 

wszystko było możliwe. Nawet to, że samotna chłopczyca, Cat Beaudine, znalazła miłość i szczęście, które 
ją dotychczas omijało.

54


Document Outline