background image

EWA NOWAK

PIĄTKI

background image

ROZDZIAŁ 1

Ola Wrona, najciszej jak umiała, sięgnęła po książkę do biologii. Leżeć płasko na 

tapczanie, z wyciągniętymi do góry rękami, i czytać podręcznik - na coś takiego byłoby stać 

mało kogo, Oli jednak to odpowiadało.

Po pierwsze:  było  to  bardzo  obciążające   dla  mięśni  przedramion  -  i  o to  właśnie 

chodziło. Ćwiczyć, ćwiczyć, ciągle ćwiczyć i nigdy nie pozwolić, żeby ciało było silniejsze 

od ducha. Zawsze być najlepszą w gminie, być kapitanem każdej drużyny i samej wybierać 

zawodników do drużyny, a nigdy nie być wybieraną. Po drugie: na tapczanie obok Oli spali 

Kubuś i Marzenka - jej siostrzeńcy w wieku przedszkolnym. Dzieci te, jak sądziła Ola, niemal 

wcale nie potrzebowały snu. Fakt, że jeszcze śpią, a ona już nie, chciała wykorzystać. Bała 

się, że jeśli na przykład podeprze się łokciem, to sprężyny mogą zaskrzypieć i bachory od 

razu się pobudzą. Wtedy koniec ze spokojem, koniec z nauką, w ogóle będzie to koniec życia. 

Tłuściochy,   które   wszystko   robią   razem,   wskoczą   na   nią   i   zaczną   wrzeszczeć,   żeby   im 

pokazała,   jakie   ma   twarde   mięśnie   brzucha   i   jak   umie   położyć   każde   z   nich   na   rękę.   I 

oczywiście,   żeby   im   zrobiła   coś   do   jedzenia.   Dlatego   (mimo   iż   bardzo,   ale   to   bardzo 

potrzebowała skorzystać z łazienki) leżała nieruchomo i czytała rozdział o budowie roślin. 

Wyróżniamy   dwa   rodzaje   systemów   korzeniowych:   palisadowy   i   wiązkowy.   Palisadowy 

charakteryzuje się...

„E, to banalne!”.

Bezszelestnie przewróciła stronę, szukając czegoś, czego jeszcze nie umiała: Funkcje 

korzenia  - też banał. Wiadomo, korzeń musi trzymać roślinę w podłożu, musi wchłaniać z 

gleby wodę i sole mineralne, no i może magazynować produkty przemiany materii, czego 

przykładem jest marchewka.

Właśnie, marchewka! Marcheweczka, marchewunia. Jak byłoby fajnie, gdyby nie tych 

dwoje tłuściochów. Zeszłaby spokojnie do łazienki, a potem do kuchni po marchewkę albo 

nawet po kilka dobrych kanapeczek, nastawiłaby sobie muzykę i uczyłaby się, delektując się 

sobotnim porankiem. A tak...

„Dlaczego moja siostra uważa, że to jest fajne, żeby te tłuściochy zawsze kłaść w 

moim pokoju? Dziś jej wygarnę!”.

Wiedziała  oczywiście,  że  tego nie  zrobi. Dużo starsza siostra Oli  spodziewała  się 

trzeciego   dziecka.   W   zasadzie   dziecko   mogło   pojawić   się   lada   chwila,   więc   nie   był   to 

najlepszy czas na „wygarnianie” siostrze. Zresztą Dorota była fajna. Zawsze, pomimo różnicy 

wieku, bardzo się lubiły i rozumiały. No, może do czasu, aż Dorota postanowiła urodzić tę 

background image

dwójkę wszystko jedzących, natrętnych dzieciaków, nad którymi nikt w rodzinie nie mógł 

zapanować.

Zamknąwszy oczy, Ola zaczęła bezgłośnie powtarzać, czego się nauczyła. Ktoś, kto 

podglądałby ją (na przykład przez dziurkę od klucza), mógłby odnieść wrażenie, że ma w 

poniedziałek   bardzo   ważny   sprawdzian   i   do   niego   się   przygotowuje.   Jednak   nie   była   to 

prawda...   Odkąd   Ola   złapała   pierwszą   jedynkę,   bo   pojechała   na   zawody   do   Mińska 

Mazowieckiego - wygrała je i wróciła ze złotym medalem, myśląc, że jako chluba szkoły nie 

musi odrabiać pracy domowej - od tego czasu postanowiła,  że tak już nigdy nie  będzie. 

Uczyła się na zapas kilku następnych tematów, bo wyjazdy na zawody często były nagłe, 

niespodziewane,  nieprzewidziane  i niewyobrażalne.  Trzeba  było  przewidywać  i planować 

samemu.

Na   dole   skrzypnęły   drzwi.   Ola   usłyszała   energiczne   kroki   mamy,   a   zaraz   potem 

wolne, posuwiste kroki siostry. Na podwórku zaczął radośnie ujadać Ugryź - to znak, że 

ojciec przyniósł mu miskę z jedzeniem.

Obok na tapczanie zaszeleściła pościel. Ola błyskawicznie zamknęła książkę i oczy - 

zaczęła udawać, że śpi. Był to jedyny manewr zapewniający jej jeszcze odrobinę spokoju, 

jakąś minutę albo dwie, ale dobre i to.

*

- On dostał o cztery kulki więcej niż ja! To niesprawiedliwe! Oddawaj!

Kuba   i   Marzenka,   oboje   w   jednakowych   leginsach   i   jednakowo   opinających   ich 

okrągłe brzuszki bluzach, siedzieli w kuchni na taboretach. Majtając nóżkami, dawali rodzinie 

dobrze znane przedstawienie.

- Babciu! Ona mnie grzebie w moim talerzu! Mamo! Mamo! Ona mnie wkłada rękę 

do moich kulek!

- Ty mi pierwszy zacząłeś!

- Uspokójcie się i jedzcie grzecznie, bo mamusia trochę źle się czuje - odezwała się 

Dorota, masując swój duży, ale zgrabniutki jak piłka do koszykówki, brzuszek.

- Może to jednak dziś... - Mama pochyliła się nad nią.

- Nie, na pewno nie. Po prostu źle spałam.

- Oddawaj mleko! Mamo, on mi upił moje mleko. Wypluj to, to moje!

Złe samopoczucie matki nie zrobiło na dzieciach specjalnego wrażenia.

Ola   postanowiła   najpierw   trochę   się   przebiec,   a   potem,   jeśli   los   będzie   dla   niej 

łaskawy i dzieciaki znikną z kuchni, zjeść w spokoju śniadanie.

background image

- A ty dokąd? - Mama spojrzała na nią podejrzliwie, jakby Ola miała na sobie nie dres, 

ale co najmniej jedwabny szlafrok.

- Idę pobiegać.

- Oj, kupiłabyś u Górala mąkę, ze dwa kilo, co? - Mama zerknęła na starszą córkę, ale 

ta   w   milczeniu   patrzyła   w   okno,   na   nic   nie   reagując.   -   I   ryż   w   torebkach,   to   się   dziś 

pomidorówkę zrobi.

- Mamo, idę pobiegać, potem kupię. Dlaczego ja muszę wszystko robić? - Już chciała 

powiedzieć:   „nie   możesz   iść  sama?”,   ale   pomyślała,   że   to   zła   strategia.   Powiedziała   coś 

innego: - Wszystko zrobię potem. Teraz...

- To poczekaj chwilę, weźmiesz dzieci.

- Mamo! Jak mam z nimi biegać?! One...

- Widzisz chyba, jaka jest sytuacja. Mogłabyś troszkę pomóc. Czy tak trudno zająć się 

nimi, co? Pobiegać możesz zawsze. Kończcie już, to Ola pójdzie z wami do lasu. Nazbieracie 

grzybków, pójdziecie daleko...

- Jak najdalej - mruknął dziadek (ojciec Oli), który właśnie wszedł.

- A zapałki nam dacie?

Odkąd   Kuba   zobaczył,   jak   drwale   palą   stare   liście,   był   zafascynowany   ogniem, 

ogniskiem i zapałkami; uważał, że nie ma po co wybierać się do lasu bez zapałek.

- Nie! - warknęła Ola. - Jak ty jesz, jak?! Ja z takimi brudasami nie idę. Jeszcze kogoś 

spotkam...

- Jaka ty jesteś, Oluś, nieprzyjemna - wtrąciła mama. - Zjedz jak człowiek, umyj im 

buzie i zajmij się nimi trochę. Przecież to twoi siostrzeńcy. Kiedy byłam w twoim wieku, 

uwielbiałam   małe   dzieci,   po   prostu   przepadałam   za   nimi.   Mogłam   latać   do   sąsiadek   i 

niańczyć bez końca.

- Ja też lubię dzieci sąsiadek, szczególnie tych, co daleko mieszkają - mruknęła Ola, a 

głośno powiedziała: - Ja też lubię dzieci, ale grzeczne, miłe, inteligentne, a nie jak nasze...

W tym  momencie, jakby na potwierdzenie jej słów, rozległ się brzdęk tłuczonego 

szkła.

- To ona, to ona macała mój talerz! Mamo, ona mi zbiła mój talerz! Babciu, zrób jej 

coś! Uuu!

Kuba z całej siły uderzył Marzenkę w brzuch, aż ta spadła z taboretu.

- Mamo! Ja się złamałam! To przez niego.

Marzenka szybko się podniosła i złapała młodszego brata za włosy, chcąc wymierzyć 

mu sprawiedliwość. - Dziadku, a ona mnie...

background image

- Spokój!   -   wrzasnął   ojciec   Oli.   -   Trzy   baby   w   domu,   a   nad   dwójką   dzieciaków 

zapanować nie umieją. Wrzaski i wrzaski od rana! Nikt mi nie pomoże z tą pisaninę. Nikt.

Dorota nawet nie drgnęła, mama wyszła do spiżarni. Ojciec nie znosił wypisywania 

faktur i był wtedy w bardzo złym humorze. Ola również nie poczuwała się, by pomóc ojcu. 

Zaciskając   zęby,   zaczęła   zbierać   kawałki   potłuczonego   talerza.   Już   miała   wstać,   żeby 

przynieść   ścierkę,   gdy   podbiegł   Kuba   i   z   rozpędu   wskoczył   w   rozlane   mleko,   znacząc 

wszystko, nie wyłączając dresu i twarzy Oli.

Ola wrzuciła szkło do kosza i z całej siły uderzyła Kubę w pośladek.

- Jesteś obrzydliwym bachorem, Kuba! A ten rozdarł się na cały Stoczek.

- Mamo, ona mnie uderzyła! Mamo, uderz ją! Jak mnie boli! Mamo! Babciu! Pupka 

mnie boli!

- Daj, daj, babcia zaraz pocałuje. Olka! - Mama, tuląc w ramionach udającego płacz 

Kubę, zmarszczyła brwi. - Co się z tobą dzieje?! Ja sobie nie wyobrażam ciebie w roli matki. 

Natychmiast przeproś Kubusia.

Ola rzuciła okiem na siostrę, która nerwowo masowała sobie brzuch.

- Mamo, Dorotka rodzi.

Wszyscy   spojrzeli   na   okrągły   brzuch   Doroty.   Ta   wygramoliła   się   z   fotela   i 

powiedziała:

- Czy   ktoś   może   zadzwonić   po   karetkę...   Ja   muszę   się   uczesać...   przecież   taka 

nieuczesana nie pojadę.

*

Lasy koło Stoczka są wspaniałe - pełne grzybów, jagód, kwiatów i dzikich zwierząt. O 

każdej   porze   roku   jest   tu   pięknie   i   cicho.   Nic   dziwnego,   że   mieszkańcy   tak   lubią   je 

odwiedzać.   Teraz,   w   połowie   października,   lasy   wręcz   pełne   były   zbieraczy   grzybów   - 

miejscowych i przyjezdnych.

Ola   spojrzała   na   swój   kosz.   Sporo   uzbierali.   Kuba,   gdy   kazała   mu   wyrzucić 

muchomora, położył się na ścieżce i krzyczał,  że kocha tego muchomora  i nigdy go nie 

porzuci.   W   końcu   przekupiła   go   cukierkiem   o   smaku   grejpfrutowym.   Potem   siostrzeńcy 

śpiewali, a raczej ryczeli piosenkę, która wydawała im się na czasie (Wiosna, wiosna już na 

łące, powitalny będzie koncert).

- Ola,   a   ty   jak   myślisz,   ile   jeszcze   dzieci   będziemy   mieli?   -   zapytał   Kuba, 

uświadamiając Oli, że to przecież nie musi być ostatnie dziecko w ich rodzinie.

Poczuła, że nagle ogarnia ją kompletny bezwład.

background image

- Wiecie co? Usiądziemy na trawie. Tu jest ciepło i sucho. - Pomacała wilgotne liście.

Postawiła kosz koło siebie i z ulgą usiadła.

- A mogę cię przeczesać? - Marzenka uwielbiała wszystkich czesać, ale Ola tego nie 

znosiła.

- Nie. Tyle razy ci mówiłam: nie, nie, nie - odpowiedziała.

Dzieci   stanęły   koło   brzozy   i   zaczęły   skubać   korę.   Kuba   robił   to   delikatniej,   jego 

kawałki były o wiele dłuższe. Zdenerwowało to Marzenkę.

- Ty lepiej módl się, żeby to był brat, bo jak będzie siostra, to już ci mówiłam, jak od 

nas dostaniesz. Aha, i nie licz no to, że ja i ona będziemy się z tobą bawiły. Dziewczynki nie 

bawią się z chłopcami. Nigdy!

Kubie   zakręciły   się   łzy   w   oczach.   Czuł   się   bezsilny   i   bardzo   nie   chciał   stracić 

Marzenki jako kompana do zabaw. Zamrugał powiekami, otarł załzawione oczy w rękaw 

bluzy i odszedł kilka kroków. Ola podejrzliwie spojrzała, co tym razem ma zamiar zmalować. 

Ale Kuba ukląkł na grubej warstwie liści, złożył ręce i wzniósł oczy do nieba.

- Tylko pamiętaj - krzyknęła do niego Marzenka - że jak się modlisz o coś dla siebie, 

to jest to wielki grzech, że zawracasz Panu Bogu głowę swoimi sprawami! - przypomniała mu 

tonem surowej nauczycielki.

Kuba zacisnął usta. Po chwili Ola usłyszała, jak do siebie mruczy:

- Panie Boże, mam do Ciebie wielka prośbę. Czy możesz dać mojej siostrze Marzence 

brata? Daj jej brata, tak bardzo Cię proszę o brata dla niej.

*

Dom Wronów znajdował się przy piaszczystej drodze biegnącej wzdłuż lasu. Przed 

domem   mama   Oli   miała   swój   ogród,   teraz   wypełniony   wylewającymi   się   poza   parkan 

drobnymi chryzantemami.

Wracając z koszem pełnym grzybów i dwójkę milczących ze zmęczenia siostrzeńców, 

Ola   dostrzegła   ruch   na   podwórku   domu   z   kolumienkami,   który   w   czerwcu   kupiła   jakaś 

rodzina z Warszawy - wiecznie potargana matka i syn - dziwoląg, Szymon - sztywny jak kij, 

w grubych okularach ze szkłami jak denka butelek. Kiedyś Ola widziała, jak on kopie piłkę... 

To był dramat, parodia sportowca. Ola miała wyrobione zdanie na temat sąsiada i traktowała 

go jak powietrze.

*

Ojciec siedział nad fakturami i aż pojękiwał, tak tego nie lubił.

Ola wybrała dużą miednicę i napełniła ją zimną wodą. Rozłożyła na stole gazetę i 

background image

wysypała na nią grzyby. Zaczęła je czyścić. Kilka okazów było bardzo ładnych i Ola trochę 

żałowała, że nie ma mamy, bo przed nią mogłaby się pochwalić. Trudno.

- Jeść!

- Jeść! Zaraz umrę. Jestem najbardziej głodnym człowiekiem na Ziemi! O, jaki jestem 

głodny. - Kuba odsłonił bluzę i pokazał biały, miękki brzuch.

- Ja   jestem   bardziej   głodna   -   oświadczyła   Marzenka   i   ukucnęła   przed   miską   z 

grzybami. Zanurzyła w niej ręce i zamoczyła sobie bluzę aż po łokcie. - Zresztą ja jestem 

starsza i zawsze jestem bardziej.

- Takie niedobre dzieci jak wy w ogóle nie powinny dostawać jeść.

- Ola, daj im spokój! - cicho powiedział ojciec i zaraz do niej mrugnął. - Nie drażnić 

potworków.

- Umyjcie ręce i idźcie sobie pooglądać telewizję. Ola wcisnęła każdemu z nich grubą 

pajdę chleba z masłem i dżemem.

Kiedy   dzieci   wyszły,   zadzwonił   telefon.   Ola   zerwała   się,   myśląc,   że   to   mama   z 

dobrymi   nowinami,   ale   to   była   Lina,   Karolina   Skrzypczyńska   -   koleżanka   z   obozu 

językowego we Władysławowie. Od powrotu ze zjazdu poobozowego w Choszcznie stale się 

kontaktowały.

Karolina jak zawsze wypytała Olę, jak teraz jest w lesie. Mimo że mieszkała tak blisko 

Warszawy i las miała za oknem. Karolina po raz kolejny przekonywała Olę, by założyła sobie 

konto poczty elektronicznej. Potem znowu obgadały co ciekawsze wydarzenia z obozu.

- Wiesz, bardzo, ale to bardzo bym chciała cię odwiedzić. Może namówię mamę, to 

przyjedziemy, co?

- Jasne. Ja też bym chciała.

Ola usłyszała za plecami tupot dziecięcych nóg, ale nie zwróciła na to uwagi, zajęta 

rozmową i podekscytowana planami odwiedzin Karoliny.

Gdy tylko się pożegnały, telefon znów zadzwonił. Tym razem to była mama.

- Dorotka urodziła córeczkę. Waży 3300 gramów i ma 54 centymetry długości.

W głosie mamy nie było radości, a wręcz smutek.

„Może to tylko zmęczenie” - pocieszyła się Ola. Dlaczego mama, która tak kocha 

dzieci, nie cieszy się z maleńkiej... no właśnie! Dlaczego mama nie powiedziała, jak jej na 

imię? Zawsze, to znaczy dwa razy, dzwoniła i mówiła: „Dorotka urodziła Marzenkę” albo: 

„Dorotka urodziła Kubusia”. A tu nic. Dlaczego?

Ola prosiła o ucałowanie Doroty i zabrała się do robienia kolacji.

background image

*

- Cześć, Olka! Wyjdziesz?

W drzwiach stały Marta i Justyna - dwie nierozłączne przyjaciółki. Od pierwszej klasy 

były zawsze razem i Ola bardzo im tej przyjaźni zazdrościła. Dużo by dała, żeby móc trzymać 

się zawsze z nimi. Najfajniej by było, gdyby przyjaciółki się pokłóciły. Wtedy znalazłoby się 

miejsce dla Oli. Ale co zrobić, skoro one nigdy się nie kłócą...

- Nie mogę, mamy nie ma i muszę... chyba że Marzena i Kuba pójdą z nami...

- E, to trudno. Cześć!

Oli zrobiło się przykro, że tak łatwo rezygnują z jej towarzystwa.

Znowu   telefon,   wściec   się   można.   Tym   razem   to   był   Janusz,   mąż   Doroty. 

Poinformował Olę, że Dorota urodziła córeczkę, która waży 3300 gramów i ma 54 centy-

metry długości. Dodał, że zabiera dzieciaki do domu. Ola musiała bardzo się pilnować, żeby 

szwagier nie usłyszał radości w jej głosie. Jak to cudownie! Zaraz przyjedzie i je zabierze. 

Może jeszcze uda się uratować sobotni wieczór, może nawet uda się dogonić Martę i Justynę?

Dzieciaki  cicho  bawiły się  w  pokoju  Oli,  więc  nareszcie  miała  chwilę  dla   siebie. 

Rzuciła się na fotel przed telewizorem i zapatrzyła w okno.

Powinna nakarmić indyki,  ale bardzo jej się nie chciało. Stanęła  jej przed oczami 

Kaśka. Oferma! Piłki się boi! Odkąd Ola pamiętała, Kaśka zawsze była najgorsza z wuefu. 

Szła do szatni jak na ścięcie i zawsze, gdy wybierano drużyny, ona zostawała ostatnia. Nikt 

nie chciał z nią grać... I nic dziwnego!

Nagle Ola pomyślała, jak by się czuła, gdyby to ona...

„E,   to   niemożliwe   -   odgoniła   tę   myśl   -   po   prostu   sprężyłabym   się,   poćwiczyła   i 

koniec”.

*

Na podwórko wjechał samochód Janusza. Na miejscu obok kierowcy siedziała mama. 

Widocznie spotkali się w szpitalu.

- Mamuś!

- No cześć, cześć. - Mama nawet jej nie pocałowała, tylko od razu zaczęła się krzątać. 

- Indyki nakarmiłaś? Znowu nie? Dlaczego ja muszę ci każdego dnia o tym przypominać? 

Ugryzia wybiegałaś? Gdzie dzieci?

- Nie wiem, chyba u mnie.

- To idź po nie, niech się szykują. Janusz zaraz je zabiera.

Ola, przeskakując po dwa stopnie, wbiegła po schodach i wpadła do swojego pokoju.

background image

Na dywanie siedzieli jej siostrzeńcy. Każde z nich miało na głowie kapelusik zrobiony 

z kolorowego pisma. Przed nimi piętrzyła się góra kolorowych kulek z pogniecionych gazet.

- Wiesz, bawimy się w zimę, a to są nasze śnieżki.

Olę   coś   tknęło.   Wolno   podeszła   do   stosu   kulek.   Tak,   to   były   jej   pisma,   jej 

„Trzynastki”. Ostatni numer Marzenka przedarła na jej oczach. Zgniotła w kulę i wrzuciła na 

stos innych.

- Zabiję was! Mamo! - krzyknęła, bo usłyszała kroki na schodach. - Zobacz, co te małe 

osły   mi   zrobiły!   Podarli   moje   gazety!   Odkupicie   mi   wszystko,   smarkacze!   Kto   wam 

pozwolił?!

- Ola, uspokój się. No, chodźcie do babci, dajcie no po słodkim buziaczku. A ty nie 

odzywaj się do dzieci w ten sposób. Co ty sobie myślisz?!

- Mamo, ja jeszcze nie przeczytałam, chciałam wieczorem, już po...

- To  tylko   gazeta.  Przestań   histeryzować.   Grzecznie   się  bawili.  Zbierz  te   śmieci  i 

wyrzuć, a wy chodźcie ze mną. Babcia przywiozła wam coś słodkiego.

- Ja   mam   po   nich   sprzątać?!   -   Oli   zakręciły   się   łzy   w   oczach.   -   Mamo,   daj   mi 

pieniądze, może jeszcze kupię. Przecież wiesz, że czekam na wyniki konkursu.

- No, chyba żartujesz. Już ci dawałam. Trzeba było szybciej czytać. Kto pierwszy przy 

stole, dostaje lizaka!

We troje wyszli z pokoju, a Ola ukucnęła nad stertą swoich zbieranych od dawna 

numerów   „Trzynastki”   i   drżącymi   rękami   rozprostowała   ostatni,   nieprzeczytany   jeszcze 

numer.

Ocalał   kupon   do   losowania   nazwisk   szczęściar,   które   zostaną   zaproszone   na 

zwiedzenie redakcji, i stroną z pocztą „Trzynastki”.

Ola słabo widziała, bo w oczach miała łzy, ale szybko wypełniła kupon i zaczęła 

czytać. We wszystkich listach poza jednym różne dziewczyny prosiły, by napisano do nich, i 

solennie obiecywały, że na pewno odpiszą. Jednak Ola wiedziała, że to nieprawda. Już trzy 

razy próbowała nawiązać korespondencję z kimś, kto zapewniał, że odpisze na wszystkie 

listy, i trzy razy nic, cisza. Jeden list był od chłopaka.

Cześć, dziewczyny!

Moja siostra czyta tę Waszą gazetę i zawsze zostawia ją w łazience, więc ja też jestem  

w Waszych sprawach na bieżąco. Mam czternaście lat. Niespecjalnie się sobie podobam, ale  

za to mam kota i fantastyczny widok z okna. Moi rodzice pracuję w szkole, a ojciec jest 

dyrektorem. Jeśli któraś z was będzie bardzo chciała, to mogę jej ten widok opisać. Tylko nie  

obiecuję, że odpiszę na wszystkie listy, bo nie mam pojęcia, ile ich przyjdzie. Fajna ta strona z  

background image

poradami intymnymi - czytam ją zawsze pierwszą.

Cześć! Dominik

Ola była tak oburzona, że minęła jej nawet ochota do płaczu.

„Bezczelny typek! Czyta naszą gazetę i jeszcze się z niej śmieje!”.

Byle jak wyrwała kartkę z zeszytu od biologii i nasmarowała mu dwie strony pouczeń. 

Na   końcu   złożyła   zamaszysty   podpis.   Gdy   wkładała   kopertę   między   książki,   żeby   ją   w 

poniedziałek wysłać, do pokoju wszedł ojciec.

- Cześć, tato. Potrzebna jestem na dole?

- Już skończyłem. Skaranie z tymi papierami. Ale chodź na chwilę, to ci coś pokażę. - 

Co?

- Chcesz mieć niespodziankę? - Jasne.

Posłusznie poszła za ojcem.

Na podwórku było już ciemno. Słaby blask ulicznej lampy położył na zabudowaniach 

jakąś dziwną, fioletową poświatę. Ola poczuła nagle rozrzewnienie, przypominając sobie, jak 

często chodziła kiedyś z ojcem za rękę do sklepu. Ale to było kiedyś, zanim Dorota wyszła za 

mąż i pojawiły się dzieci. Teraz nie miała co marzyć o tym, żeby dopchać się do własnych 

rodziców.

- Tylko bądź cicho.

Przed drzwiami stodoły stał Janusz.

- Wchodźcie. - Ojciec uchylił boczne drzwi i wszyscy troje wślizgnęli się do środka.

Ola zadrżała. Jesienny chłód i dziwny szelest wywołały atmosferę grozy. Ola złapała 

dłoń ojca.

- Zobacz, tam.

Ojciec ukucnął koło Janusza i obaj wpatrywali się w jakiś czarny punkt pod sufitem. - 

Co to?

- Nietoperze - szeptem odpowiedział ojciec. - Nareszcie wiemy, gdzie zimują.

Stali tak parę chwil i wpatrywali się w dziwne wrzecionowate kształty.

Gdy wyszli przed stodołę, Janusz sięgnął po papierosa.

- Tylko nic nie mów dzieciakom. Na pewno zaraz by je przepłoszyli.

Nagle nad ich głowami coś przecięło powietrze. Trzy czy cztery nietoperze urządzały 

nocne polowanie. Zwinne i tak szybkie, że ledwie dawały się obserwować, bo ludzkie oko za 

nimi nie nadążało. Były fascynujące.

Stali   tak   we   troje,   słuchali   ciszy   i   wpatrywali   się   w   latających   mieszkańców   ich 

gospodarstwa. Ola poczuła satysfakcję, że ojciec i Janusz tylko ją wtajemniczyli w swoje 

background image

odkrycie.

- W ciągu dnia możesz tu przyjść i je podejrzeć, ale ostrożnie.

- Dobrze, tato.

- No, chodźmy. - Janusz zgasił papierosa. - Trzeba by już jechać.

„O tak, zdecydowanie” - pomyślała Ola, słysząc zza drzwi domu piekielne walenie 

sztućcami o garnki.

*

- Tato, tato, ja nie chcę jechać, ja chcę zostać z babcię!

- Tak, tato, ja też nie chcę! Ty nie umiesz gotować. Jak nie ma mamy,  to będzie 

nudno.

- Nie marudźcie, tylko jazda, szykować się, zakładać buty.

- Ale Januszku, posłuchaj... - zaczęła mama Oli. - Przecież ty chodzisz do pracy...

- Moja matka z nimi posiedzi.

- E... - skrzywiła się mama. - Tylko kłopot będzie. A ja i tak do stycznia pracy nie 

mam i sama po całych dniach siedzę. Rano ja się nimi zajmę, a Olka wraca koło drugiej, to 

potem będą mieli się z kim bawić.

„Nie, nie, nie, błagam! Niech oni jadą!”.

- No, nie wiem... - zawahał się Janusz.

- Tatusiu, ja nie chcę jechać! I Kaczy Kuper też nie chce! - Marzenka rozpłakała się i 

rzuciła się babci na szyję.

- Sam widzisz. - Mama Oli wzięła Kubę na ręce. - No już, już, zostaniesz z babcią, z 

dziadziusiem i Oleczką.

- To co, zostają?! - krzyknął sprzed telewizora ojciec.

- No, to niech zostaną - powiedział Janusz, a dzieciaki z wrzaskiem rzuciły się na 

niego.

- Spokój i nie przeszkadzać, bo teraz z dziadkiem będziemy oglądać mecz.

- Ola, umyj dzieci i połóż. No, co tak stoisz z głupią miną? Aha, i sprawdź, czy dobrze 

indyki zamknięte. Urgryzia wybiegałaś?

- Nie znoszę z nim biegać - mruknęła Ola.

- Idź i go wybiegaj.

- Dobrze, mamo.

Bieganie z Uryziem uważała za mordęgę. Pies zawsze tak się cieszył, gdy ktoś do 

niego podchodził, że skakał, łapami brudził, ślinił. Koszmar. Ola wyszła z nim na drogę i 

background image

prawie natychmiast wróciła.

background image

ROZDZIAŁ 2

Jak się masz, Ola!

Nie wiedziałem, że dziewczyny mogę znać takie słowa. Bardzo mi się podobało to, co 

napisałaś.   Kiedy   przeczytałem   rodzicom   Twój   list,   powiedzieli,   że   musisz   być  

superdziewczyną   i   ja   też   tak   myślę.   Jak   chcesz,   to   napisz   do   mnie.   Podaję   ci   adres 

internetowy, bo zwykłych listów to ja nie lubię. Przyślij e - maila jak najszybciej.

Naraziocha, Dominik

*

- No i czym ty się przejmujesz? - Głos Karoliny był zupełnie spokojny.

- Nie rozumiesz? Ja nie mam w domu komputera.

- A w szkole?

- Co w szkole?

- No przecież w szkole musisz mieć. Idź i załóż sobie konto.

- Tak, bardzo fajnie, ale ja kompletnie nie wiem, jak to się robi. Ja nie umiem...

- To chyba w miarę dobra okazja, żeby się nauczyć co? Nie bądź mimoza. Idź i kogoś 

poproś. Jutro za dzwonię, to mi podasz adres do siebie. I pamiętaj, jak się czegoś bardzo 

chce... i tak dalej. Olek cię pozdrawia.

„Jasne! Karolina ma komputer od dawna i łatwo jej powiedzieć: »idź, załóż, nie bądź 

mimoza«. Nie, niestety, trudno. Nie muszę przecież pisać do jakiegoś chłopaka, którego na 

dodatek w ogóle nie znam. Karolina wszystko bagatelizuje. Najważniejsze jest, że Olek, jej 

kumpel, mnie pozdrawia. Ona w ogóle nic nie rozumie”.

Za oknem coś się poruszyło.

„To znowu ten okularnik Szymon. Łazi po drodze w tę i z powrotem. Myśli, że jak 

tylko go zobaczę, to zaraz wyjdę. Niech sobie szuka towarzystwa w Warszawie. O, jak się 

schylił po kamyk. Ale komiczny! Nawet skłonu nie umie zrobić. Niepotrzebnie toto żyje...”.

Ola odeszła od okna.

„No   trudno,   trzeba   będzie   coś   wymyślić   z   tym   komputerem.   Jeśli   inni   mogli   się 

nauczyć, to ja chyba też nie jestem gorsza” - postanowiła i znów zbliżyła się do okna.

Szymon nadal tam był. Nudził się śmiertelnie, co było widać gołym okiem. Teraz 

usiłował usiąść na płocie.

- Boże, po co stworzyłeś takie coś? - westchnęła Ola.

*

background image

Ola wyszła na drogę, żeby wybiegać Ugryzia. Wszystko było lepsze niż to użeranie 

się z siostrzeńcami. W krzakach, obok kilku splecionych ze sobą brzóz, coś się poruszyło. To 

była Bogusia. Siedziała na swojej torbie - skulona i zmarznięta.

- Co się stało?

- Nic, kontempluję przyrodę! - warknęła.

Tak, to cała Bogusia. Zawsze wyniosła, zarozumiała, odpychająca. Mimo iż mieszkały 

po sąsiedzku, Ola jej unikała.

- No to kontempluj sobie.

- Twoje   pozwolenie   nie   jest   mi   akurat   do   tego   potrzebne.   -   Spojrzała   na   nią 

wyzywająco. - Ty oczywiście nie wiesz, dlaczego tu siedzę...

- Nie - szczerze odpowiedziała Ola.

- Jasne.   Ciebie   nic   nie   obchodzi   poza   lataniem   w   dresie.   Polonistka   zgubiła   moje 

wypracowanie! - wybuchła. - U mnie tak zawsze! Nigdy nie mam szczęścia! Rozumiesz to?! 

Nigdy! Nigdy!

„To wariatka” - pomyślała Ola i czym prędzej się pożegnała.

*

- ... ale jak to? Nie wydali ci jej?

Dorota siedziała zapuchnięta od płaczu. Przed sobą miała talerz zupy, ale nie jadła.

- Oleczko, ona jest bardzo chora. Nikt nie wie... - Głośno przełknęła ślinę i znów się 

rozpłakała.

- Ale dlaczego? - Ola poczuła, że też zaraz zacznie płakać.

- Nie wiem dlaczego. Dla niczego. Tak po prostu czasem bywa.

- Boże, Dorotka, i co to będzie?

- Nie wiem, nie wiem, nic nie wiem. Dlaczego to ja nie jestem chora? Dlaczego? 

Żebyś ty ja widziała. Taka malusieńka i ma taką przezroczyste skórę, że pod nią wszystko 

widać.

Obie siostry przytuliły się do siebie, bezgłośnie płacząc.

- Czy ja mogę ci jakoś pomóc?

- Chyba tylko, gdybyś trochę zajęła się dziećmi - nieśmiało powiedziała Dorota.

„Oczywiście. Znów to samo. Tylko dzieci i dzieci! Czy ktoś pomyślał, że może ja 

mam ich po prostu dość?!”.

- Ola, pomogłabyś ojcu z tymi rachunkami, co? Ja do tego serca nie mam.

- Ja też nie, mamo. Zresztą mam jutro sprawdzian i muszę się pouczyć.

background image

Mama spojrzała na nią z niepokojem, ale nic nie powiedziała.

- Daj jej spokój, mamo - stanęła w obronie siostry Dorota. - Ona też ma prawo do 

własnego życia. Nie musi się przejmować cudzymi problemami.

Te słowa siostry nie przypadły Oli do gustu. Poczuła się bardzo głupio...

*

- ... i to by było na tyle. A jak będziesz miała jeszcze jakieś pytania, to masz mnie 

przez miesiąc do dyspozycji.

- Student   zaśmiał   się,   a   Agnieszka,   przewodnicząca   klasy   i   etatowa   wzorowa 

uczennica, westchnęła, jakby miała zemdleć.

Kilku   chłopców   zachichotało,   a   po   chwili   zaczęli   sobie   pokazywać   Agnieszkę 

palcami.

- Dziękuję bardzo. Nie myślałam, że to takie proste - szczerze powiedziała Ola.

Raz, dwa, trzy i już miała adres internetowy. Jak to dobrze, że dostali „w przydziale” 

tego studenta.

- Teraz się oddalam, a ty pisz. Jak będziesz chciała, to ci sprawdzę błędy - roześmiał 

się. - Żartowałem, żartowałem. - Klepnął ją po ramieniu. - No, dziewczynyteraz wy. Jakie 

macie problemy komputerowe, co?

- A tylko komputerowe można zgłaszać? - zalotnie spytała Agnieszka.

- Nie tylko.

Wysoki, barczysty, z misternie wygoloną bródką, od pierwszej chwili spowodował, że 

Agnieszka, zawsze zrównoważona i opanowana, zupełnie zwariowała na jego punkcie. Teraz 

też - zamiast iść na spotkanie samorządu, wciąż zadawała mu jakieś pytania, a koledzy pękali 

ze śmiechu.

Ola zaczęła pisać. Musiała to zrobić bardzo szybko, bo zaraz zaczynał  się trening 

przed ich piątkowym wyjazdem na zawody do Węgrowa, a pani od wuefu nie znosiła, gdy 

ktoś się spóźniał.

Wczoraj rozmawiały z Karoliną  przez telefon i mniej  więcej  ustaliły,  co powinna 

napisać   nieznanemu   chłopakowi   w   pierwszym,   a   raczej   w   drugim   liście.   Wszystko 

zanotowała na brudno, na kartce. Teraz tylko przepisywała - wolno, uważnie, starając się 

trafić w sam środek każdego klawisza.

Witam Cię, Dominiku!

Jak widzisz, piszę do Ciebie e - maila. Przez Ciebie zmusiłam się do tego, żeby poznać 

komputer, bo wcześniej nie było mi to potrzebne. Uważam, że jesteś mi winien opis tego 

background image

widoku z okna, no i przy okazji uchyl rąbka tajemnicy, o co chodzi z tym kotem. Sądzę, że i tak  

mnie nie przebijesz. Mieszkam na wsi i mam psa, który nazywa się Ugryź, koty (lekko licząc,  

ponad dziesięć sztuk), króliki, indyki i... mam też kilka tajnych zwierząt, ale napiszę Ci o nich  

dopiero   w   rewanżu   za   informacje   o   widoku   i   o   kocie.   Teraz   już   kończę,   bo   w   wolnych 

chwilach jestem sportowcem, a sportowiec musi dużo trenować.

Pozdrawiam Cię, Olka Wrona

Nagle uświadomiła sobie, że zupełnie nie wie, co teraz zrobić z tym listem. Co trzeba 

nacisnąć, żeby to ruszyło w świat i za pomocą techniki, o której nie miała bladego pojęcia, 

dotarło do tego całego Dominika.

- Proszę pana! - Podniosła rękę do góry i poszukała wzrokiem studenta.

Stał przy Agnieszce, udając, że jej słucha, ale wstukiwał SMS - a do swojej komórki.

- Już idę. No, co tam?

- Napisałam...

Zanim Ola się zorientowała, student przebiegł wzrokiem tekst.

- No   i   bardzo   fajnie   mu   napisałaś,   tylko   wiesz...   -   głośno   wciągnął   powietrze   i 

przeczesał palcami swoją gęstą grzywkę - ...ten podpis.

- Ja się tak nazywam.

- Wiem, ale w takiej e - mailowej korespondencji trzeba sobie wymyślić jakiś nick.

- Nick?

- No, taki rodzaj pseudonimu. Może jakoś cię nazywają w domu?

- Olka.

- Ta... - Zamyślił się. - A wiesz co? Podaj mi swoją datę urodzenia.

Ola podała. Student przez chwilę coś mamrotał pod nosem.

- Już mam! Podpisz się tak: Piątka.

- Ale dlaczego Piątka? Co to ma oznaczać? To jakieś głupie.

- Nie żadne głupie, tylko intrygujące, tajemnicze.. takie jak ty. - Puścił do niej oko. - 

Piątka. Niech on też trochę się pogłowi, co to może oznaczać. A to po prostu suma cyfr w 

twojej  dacie urodzenia.  Cyfry tej  sumy znowu sumujesz, aż w końcu otrzymujesz  liczbę 

jednocyfrową. Policz, to się przekonasz. Ja jestem trójka. - Znów do niej mrugnął. - Nie 

słyszałaś o numerologii?

- Proszę pana! - Zniecierpliwiona Agnieszka posłała Oli mordercze spojrzenie.

„Chce robić z siebie zakochaną idiotkę, chce być pośmiewiskiem szkoły? Jej sprawa” 

- Ola krytycznie oceniła postępowanie Agnieszki. Skasowała podpis „Olka Wrona” i napisała: 

„Piątka”. Z pomocą studenta wysłała pocztę (okazało się to dziecinnie proste) i szybko po-

background image

biegła na trening. Była spóźniona dwie minuty.

*

Z   Marylką   (bo   tak   otrzymała   na   imię   córeczka   Doroty)   było   bardzo   źle.   Kiedy 

przyszła sąsiadka, mama popłakała się, choć udawała, że zaczyna jej się katar. Dwa razy 

przyjechał Janusz i mama długo mu coś klarowała, ale tak, żeby nikt nie słyszał.

„Z malutką musi być gorzej” - pomyślała Ola.

Żal jej było tej siostrzeniczki i nawet czuła, że mogłaby trochę odciążyć mamę w 

domowych sprawach czy zająć się dziećmi, ale jakoś nie mogła się do tego zmusić. Każdego 

dnia  rano  i  wieczorem  modliła   się,  żeby  jej  maciupeńka  siostrzeniczka,  której   nawet  nie 

widziała, wyzdrowiała jak najszybciej.

Od strony podwórka dochodziły słowa wyliczanki: „Kto się nie schowa, ten kryje”. 

Ola postanowiła wykorzystać moment i zobaczyć, co słychać u nietoperzy.

Teraz, w środku dnia, gdy wnętrze stodoły było jasno rozświetlone, nietoperze gdzieś 

się pochowały. Ola dokładnie obejrzała wszystkie belki pod sufitem i nic. W końcu rozbolała 

ją szyja. Wyszła i cicho zamknęła za sobą drzwi. Omijając miotającego się na smyczy Ugry-

zia, przechadzała się po podwórku.

„Ciekawe,   jak   to   będzie   z   tym   Dominikiem?   Czy   odpisze?   A   może   już   się   nie 

odezwie?” - rozmyślała.

List, który mu wysłała, wydał jej się teraz beznadziejnie głupi.

„Co za głupoty mu napisałam! W wolnych chwilach jestem sportowcem... Jakbym była 

co najmniej Otylią Jędrzejczak! Niestety, teraz już za późno. Może dostał tyle listów, że tego 

ode mnie wcale nie przeczyta? Gdyby jednak przeczytał i gdyby odpisał, to byłoby fajnie. 

Bardzo fajnie”.

Zamknęła oczy i stanęła twarzą do słońca. Grzało bardzo słabo.

Ocknęła   się,   słysząc   szczęk   otwieranej   furtki.   Mama   wracała,   więc   Ola   szybko 

czmychnęła do kurnika. Jeśli mama ją zobaczy, na pewno zaraz wynajdzie jakąś robotę. W 

kurniku brzydko pachniało, ale trudno. Lepsze to niż znów coś zrobić. Ola koniecznie musiała 

skorzystać z łazienki. Wyczekała moment, aż mama wejdzie do pokoju. Wtedy wpadła do 

domu i zamknęła się w łazience.

Znowu się zamyśliła.

„Fajnie byłoby mieszkać blisko Karoliny, poznać tego Olka, który przysyłał na obóz 

takie długie śmieszne listy, mieć mamę tylko dla siebie i wygrać te piątkowe zawody, i żeby 

Dominik...”.

background image

- Ola, jesteś tam? - Mama zapukała do drzwi łazienki.

- Tak!

_ Wychodź!

- Zaraz.

- Wychodź, bo Kuba musi skorzystać.

- A ja to nie muszę? - Ola zdenerwowała się. Mimo że mogłaby już wyjść, usiadła na 

brzegu wanny i skrzyżowała ręce na piersiach.

- Ola, Kuba musi. - Ja też muszę. - Ola!

- Babciu, wyrzuć ją w końcu, bo się zsikam.

- Macie swój dom, to tam chodźcie sobie do łazienki.

- Ola, jak możesz w takiej chwili?!

- W jakiej, mamo? - Otworzyła drzwi i stanęła oko w oko z mamą.

- Myślałam, że jesteś mądrzejsza, a ty... jak dzieciak. Sprawdź, czy się pali w piecu i 

wynieś miskę Ugryziowi.

- Znów mnie pobrudzi - jęknęła Ola, ale mama była już w łazience, przy Kubie.

- No chodź, Kubuniu, podwiniemy rękawki i zaraz babcia umyje ci buzię. Dlaczego ty 

tak plujesz?

- Bo mi mydło wpychasz do buzi. Tfu!

- Naplułeś babci na bluzkę, ale to nic nie szkodzi.

„Oczywiście, to w ogóle nic nie szkodzi!”. Nie wiedząc, co ją napadło, krzyknęła:

- Wstrętny, gruby bachor! Tłusty Kaczy Kuper! Kuba, który akurat trzymał w rączce 

prysznic, skierował strumień wody na Olę i zarechotał ze śmiechu.

- Zobacz, co on przez ciebie zrobił. Weź szmatę...

Ola pobiegła do swojego pokoju. Przy biurku siedziała Marzenka, a przed nią leżały 

rozrzucone nowel żelowe pisaki. Turkusowy Marzenka trzymała w rączce.

- Patrz, chyba się skończył.

Ola   spojrzała   na   rysunek.   Połowa   kartki   była   dokładnie   zabazgrana.   Marzenka 

kolorowała niebo.

*

Na pierwszej  lekcji  była   matematyka.  Student,   który Oli  kojarzył   się  wyłącznie  z 

komputerami, nagle stanął przed ich klasą i zaczął bardzo dobrze tłumaczyć temat „Objętość 

ostrosłupów”. Rozwiązywali właśnie samodzielnie zadanie, gdy Ola wyczuła, że ktoś stoi 

obok jej ławki.

background image

- Odbierałaś już pocztę?

Ola   potrząsnęła   głową.   Rano   siostrzeńcy   schowali   jej   buty   i   nie   zdążyła   przed 

lekcjami wpaść do biblioteki.

- To leć.

- Ale czy ja będę umiała?

„Oczywiście, że nie będę umiała. Po co on mi to powiedział? Teraz będę musiała 

męczyć się przez pięć lekcji, zanim wreszcie pójdę do biblioteki. Na dodatek nie wiadomo, 

czy on wtedy tam będzie i mi pomoże”.

Smutnymi  oczami spojrzała na studenta, a ten w jednej chwili pojął wszystkie jej 

zmartwienia.

- To teraz rozwiążcie sami czternaste, bo ja muszę... - Tu zrobił nieodgadniony gest.

- Wszystko w porządku? - Matematyczka zsunęła okulary z nosa.

- Oczywiście, muszę tylko na chwilę wyjść.

- Dobrze, dobrze.

Wrócił po pięciu minutach i z otwartym  podręcznikiem zaczął przechadzać się po 

klasie. Gdy doszedł do ławki Oli, spokojnym, niemal niezauważalnym gestem położył przed 

nią jakąś kartkę.

Ola rozejrzała się po klasie. Wszystkie głowy były pochylone nad zeszytami. Tylko 

Agnieszka wpatrywała się w nią wielkimi oczami.

Ola wzruszyła ramionami i zaczęła czytać.

Cześć, Piątko'.

Zacznę chyba od tego widoku, bo jestem Ci winien opis, ale że marny ze mnie literat, 

to przesyłam zdjęcie. Jest w załączniku. Skrobnij, czy podoba Ci się tak samo jak mnie. Wiesz  

już, co widzę z okna, więc teraz o moim kocie... Z tymi indykami to prawda? Słuchaj, poza  

pieczenią to indyka widziałem jedynie na zdjęciu. Muszę Ci to od razu napisać, bo nie wiem,  

czy będziesz chciała zadawać się z kimś tak upośledzonym przyrodniczo. Wracam do kota...

Do końca dnia Ola przeczytała ten list wielokrotnie. Mimo że student wydrukował jej 

widok z okna Dominika (trochę się zdziwiła, że widać było spore góry, chociaż Dominik 

mieszkał w Suwałkach), nie mogła uwierzyć, że jakiś chłopak, chyba bardzo fajny, pisze do 

nie i czeka, żeby mu odpisała. Czy to w ogóle możliwe?

W domu zaraz zaczęła układać list do Dominika. Za dzwoniła też do Karoliny, żeby 

jej coś podpowiedziała, ale Karoliny nie było. Musiała radzić sobie sama.

Kochany Dominiku!

„Nie   »kochany«!   Jeśli   napiszę   mu   »kochany«,   to   co   on   sobie   o   mnie   pomyśli? 

background image

Przecież nie chcę wyjść na kogoś, kto się narzuca albo ujawnia uczucia”.

Cześć, Dominik!

Gdy następnego dnia stukała e - mail do Karoliny, nadeszła odpowiedź od Dominika. 

Zaczynała się tak:

Moja Piąteczko!

Sorry, że tak wyskakuję z tą „moją”, ale wiesz, czuję, że to nie będzie tylko zwykła  

wymiana kilku listów. Czy mogłabyś przysłać mi swoje zdjęcie? Bardzo chciałbym je mieć. Co  

ja bredzę... ja muszę je mieć... Muszę!...

background image

ROZDZIAŁ 3

Moja Piąteczko!

Jak   to   fajnie,   że   do   mnie   piszesz.   Odetchnąłem,   gdy   przeczytałem,   że   wcale   nie  

uważasz, że jestem odpychającym gargulcem. Byłem w tym roku z rodzicami w Paryżu i  

widziałem gargulce na katedrze Notre Dame. Były identyczne jak ja. Nie wiem, dlaczego Ty 

tak nie sądzisz. Myślę, że jesteś jedyną dziewczyną na świecie, która tak nie sądzi. Ja, tak  

samo jak Ty, codziennie czekam na list i bardzo żałuję, że nie masz Internetu w domu. Może 

namówisz starych? A co z tym zdjęciem? Dlaczego mnie tak dręczysz? Cieszę się razem z 

Tobą,   że   masz   te   swoje   nietoperze.   Twój   opis   był   niesamowity.   Do   tej   pory   nietoperze  

kojarzyły   mi   się   z   krwiożerczymi,   latającymi   potworami,   a   Ty   piszesz,   że   to   bezradne, 

oślepione dniem skórzane wrzeciona. Przeczytałem ten kawałek mamie. Powiedziała, że styl  

masz super.

Nie chcę się narzucać, ale tak nam się fajnie gada. Może byśmy się spotkali, co?

Twój Dominik

*

Przed furtką stał Szymon.

- Przepraszam, że znów przychodzę. Mama pyta, czy nie mogą nam państwo pożyczyć 

łopaty.

- A co będziecie robić?

- Mama chce wykopać jakieś kalie.

- Dalie - fuknęła Ola.

Już sobie wyobrażała, jak ten sztywny Szymon bierze łopatę i wbija ją sobie w stopę.

- Dalie? Może i dalie. Nie wiem. A ty... chodzisz tu do szkoły?

- Jasne. A gdzie mam chodzić? - zirytowała się Ola. - Przecież tu mieszkam. A jak to 

jest, że wy nie tylko na weekendy przyjeżdżacie? Ty chyba dużo opuszczasz, bo często w 

poniedziałki cię widzę.

- Ja dużo choruję i dlatego muszę być na powietrzu.

„Dużo choruje. To widać. Wymoczek”.

Ola bez słowa poszła po łopatę. Gdy wróciła, Szymon stał u nich na podwórku.

„Pewnie myśli, że go zaproszę do środka. Niedoczekanie!”. Podała mu łopatę i bez 

słowa odeszła.

*

background image

Cześć, Lina!

Pozdrawiam   Cię   najserdeczniej,   jak   umiem.   Ciebie,   Olka,   Twoją   mamę   i   tatę. 

Zwierzaków  chyba   nie  masz,  więc  pozdrawiam   jeszcze   tylko  Twoją  kolekcję   muszli   i  już  

koniec.

Słuchaj,   chciałabym   Cię   ozłocić   za   to,   że   kazałaś   mi   nauczyć   się   korzystać   z 

komputera.   Nasza   bibliotekarka   przychodzi   zawsze   koło   siódmej   i   jeszcze   przed   lekcjami 

możemy wysłać i odebrać wiadomości, bo w Stoczku mało kto ma komputer.

Pytasz, jak mi się żyje. Czasem jest mi bardzo źle, a czasem nawet całkiem fajnie. 

Dostałam   kartkę   od  Furteczek.   Przysłały   mi  przepis   na   biszkopt.   Już   zrobiłam.   Do   Anki  

Malinowskiej pisałam dwa razy, ale ona się chyba do nikogo nie odzywa, bo pani Szato 

pytała mnie w liście, czy wiem, co u niej słychać. Ani Zuzia, ani Eliza też nic nie wiedzą, jeśli  

odezwała się do Ciebie, to napisz, bo wszyscy są ciekawi, jak jej rodzice.

A teraz o Dominiku. Miałaś rację - zakochałam się w nim, dokładnie tak jak mówiłaś.  

Nie wiem, skąd mogłaś od razu to wiedzieć, ale tak się stało. Tylko Tobie o tym mówię, bo nie  

mam komu.

Pytasz o Marylkę. Już ją widziałam. Tylko raz, ale widziałam. Zanim weszłam na 

oddział,   kazali  mi  założyć  foliowe   ochraniacze,  foliowy  fartuch   i  czepek,   a  i  tak   Dorota 

musiała błagać, żeby mnie wpuścili, bo tam nie wolno wchodzić dzieciom do lat szesnastu.  

Wiesz, jaka ona jest malusieńka?! Takie różowe ciałko z długimi, chudymi rączkami. Dorota  

strasznie płacze. Stoi przy Marylce i płacze. Mnie też się chciało płakać, ale pomyślałam, że 

jakbym ja była taka chora, tobym nie chciała, żeby wszyscy przy mnie płakali. Zaczęłam do  

niej mówiąc, że jest zdrowa i że ślicznie wygląda. Potem powiedziałam jej w tajemnicy, że  

jestem   zakochana,   i   pośmiałam   się   z   moich   koleżanek:   z   Kaśki,   bo   to   straszna   łamaga, 

najgorsza na wuefie, i z Agnieszki, bo tak lata za tym studentem, że aż wstyd. Potem jeszcze  

jej zaśpiewałam. Przyszedł mi do głowy tylko hymn szkoły, ale jej się chyba podobało, bo się  

poruszyła.

W szkole wszystko normalnie (nie lubię pisać o szkole). Na zawodach zdobyłam trzecie  

miejsce i pani była zła, bo liczyła na pierwsze. Nic jej nie mówiłam, że Marylka urodziła się  

chora, ale ona następnego dnia sama do mnie podeszła i mnie przeprosiła, że była na mnie  

zła, bo już wie, że Dorota urodziła chorą córeczkę. Wszyscy wiedzą i jak idę do sklepu, to 

czuję, że tak na mnie dziwnie patrzą.

Dobrze, że o tym wszystkim napisałam, bo dzięki temu mi lżej. jak nie masz czasu albo 

ochoty, to tego nie czytaj.

Piątka

background image

PS Wiesz, dlaczego tak się podpisałam? Bo ja jestem Piątka (to z numerologii), jakbyś 

miała jakieś książki o numerologii, to chętnie bym pożyczyła.

*

Kochana Oleczko!

Olek, gdy  mu przeczytałam  e  - maila  od Ciebie i ten  fragment o szpitalu, aż  się 

popłakał. Powiedział, że jesteś wrażliwą duszą, i męczy mnie, że chciałby Cię poznać. Teraz  

przerwę na chwilę pisanie, bo za dwie minuty kończy się licytacja książki, którą mam zamiar  

dla Ciebie kupić. Numerologia, czyli o liczbach w naszym życiu. Już jestem. Masz książkę! 

Wygrałam! Tylko się nie martw o pieniądze. To stara książka i zdobyłam ją za całe dwa złote!  

Jestem genialna, prawda? Znów muszę odejść, bo Olek...

Poszedł na taras, pisze odę do Pauliny. Mamy chwilę spokoju. Słuchaj, gadałam z 

moją mamą o Tobie i o tym, że Olek chce Cię poznać i... co byś powiedziała, gdybym do 

Ciebie przyjechała w najbliższą sobotę? Moja mama powiedziała, że chętnie spędzi ten dzień 

w lasach, o których tyle nam opowiadałaś na obozie, i że to żaden kłopot, więc jeśli nie masz  

nic lepszego do roboty, niż tracić czas ze mną, to bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo 

chciałabym Cię zobaczyć. Mam Ci tyle do opowiedzenia, że chyba zapiszę sobie wszystko w  

punktach. A co tam u pana D. ? Wysłałaś mu już zdjęcie?

Twoja Lina

No właśnie, zdjęcie!

Ola   wyciągnęła   album   ze   zdjęciami.   Dramat.   Widziała,   jakie   zdjęcia   miały 

dziewczyny na obozie. Najlepsze miała Eliza - takie artystyczne. A ona? Same grupowe z 

klasa. Trudno, napisze mu, żeby zapomniał o zdjęciu.

*

- Błagam cię, córeczko, nie zawracaj mi głowy jakimś przyjazdem. Mało jest spraw? 

Pranie trzeba zrobić, bo już się w dwóch koszach nie mieści.

- Ja zrobię.

- A ta czwórka z polskiego? - Mama zmarszczyła brwi. - Jak nie poprawisz, to koniec 

ze sportem.

- Poprawię. Mamuś, tak cię proszę, zgódź się. To moja najlepsza przyjaciółka...

- Takie gadanie. Jeszcze się wam sto razy zmieni. A zresztą, kto się zajmie dziećmi, 

jak ty będziesz się z tą Karoliną włóczyć po lesie? I jej matkę trzeba czymś przyjąć. Okna 

nieumyte, potem nas obgada.

- Mamo, ja wszystko zrobię i uproszę tatę, żeby się dziećmi zajął.

background image

- No, jeszcze tego brakowało! Jeśli ty chcesz ojcu głowę zawracać, to już na pewno się 

nie zgodzę. Całą nagrodę na jakiś wyjazd przeznaczyłaś i jeszcze są przez to kłopoty. Jaka 

byłam głupia, że się na to zgodziłam.

Nie patrz tak, tylko trzyj marchewkę. Obóz z angielskim... Ja nigdy nie widziałam 

morza, a żyję. Nie płacz. Skaranie boskie z tym wszystkim.

- Co się stało? - W progu stanął ojciec. - Jest coś do jedzenia?

- Ty wiesz, Olka chce tu zaprosić jakąś dziewczynę z Warszawy...

- I bardzo dobrze! To dobrze, że ma koleżanki. Musi znać różnych ludzi. A nie tak jak 

ja... Albo las, albo te... faktury.

- Zgadzasz się, tatusiu?

- Oczywiście. My też mamy się czym pochwalić.

- Dziękuję, dziękuję, tato.

- A co ty niby będziesz jej takiego pokazywał, co? Ojciec mrugnął do Oli. Miał na 

myśli nietoperze, o których mama nic nie wiedziała.

- Już  my mamy  coś takiego, żebyśmy  mogli na biletach  zarabiać.  Czy ktoś może 

uciszyć te wrzaski? Oluś, nie pomogłabyś mi przy tych fakturach, co?

- Teraz, tato, nie mogę. Muszę zacząć przygotowania!

*

Grzybowa udała się jak złoto. Do tego Ola sama zrobiła krokiety z grzybami i upiekła 

biszkopt według przepisu Furteczek, dwóch sióstr bliźniaczek z Choszczna, które też były z 

nimi na obozie i najlepiej ze wszystkich znały się na zajęciach gospodarskich. Do tej pory Ola 

wspomina, jak raz pani Szato, organizatorce obozu (tego cudownego obozu, na którym Ola 

poznała Linę), odpadła szlufka przy spodniach i Hania ją przyszyła Zrobiła to super.

Dom lśnił. Od strychu po piwnicę, wszystko było umyte, uprane i odkurzone. Ojciec 

pracował   w   drewutni,   a   mama   pojechała   z   kompotem   do   Doroty.   Dzieci   puszczały   na 

podwórku   latawca.   Ola   co   chwila   wychodziła   przed   dom   i   sprawdzała,   czy   goście   już 

nadjeżdżają. Czas dłużył jej się niemiłosiernie. Minuty wlokły się, jakby były z gumy do 

żucia. W końcu z asfaltowej szosy na ich piaskową drogę wtoczył się samochód.

- Ola!

- Linka!

Padły sobie w ramiona i tak się ściskały, że aż Ugryź zaczął ujadać.

- Mamo, pozwól, to jest właśnie moja Ola. Oleczko, to jest moja mama..

Mama Karoliny była w zgrabnych czarnych spodniach, w czerwonych, zamszowych 

background image

mokasynach i czerwonej krótkiej kurteczce; wyglądała tak dziewczęco, jakby była starszą 

siostrą Liny, a nie mamą. Paznokcie miała pomalowane na dwa różne odcienie zielonego, ze 

srebrnym wzorkiem. Ola poczuła, jak wspaniale mama Liny pachnie, i postanowiła, że kiedy 

dorośnie i będzie miała własne pieniądze, musi też tak wyglądać. Koniecznie.

- Czy jestem brudna? - Pani Skrzypczyńska zaśmiała się, czując na sobie przenikliwe 

spojrzenie Oli.

- Nie, nie. Ja przepraszam...

- Daj spokój. Moja mama wszystkim się podoba, nie tylko ciebie zatkało.

- Jak to dobrze, że dziś taka piękna pogoda.

- Na   pomoooooc!   -   rozległ   się   dramatyczny   wrzask   od   strony   ogrodu.   -   Na 

pomoooooc! Dziadkuuuu! Olaaaaaa!

Przez ułamek sekundy wszystkie trzy trwały w bezruchu, a potem jak na komendę 

rzuciły się do ogrodu, skąd dobiegał krzyk.

- Ratuuunku! Kuba się utooopił! Kuba nie żyje! On go trzyma za ręce! Olaaa! Olaaa!

W opustoszałym, pełnym uschniętych badyli ogrodzie, na kamiennym podwyższeniu 

leżał Szymon. Miał twarz przyciśniętą do betonowej pokrywy, a ręce ginęły w jakiejś dziurze. 

Obok leżały połamane oprawki jego okularów i potłuczone szkło. Marzena była zapłakana i 

brudna. Tuliła do piersi resztki latawca.

- Gdzie jest Kuba?

- Tam! - chlipnęła Marzenka.

- Już dłużej nie mogę! - wymamrotał Szymon.

I wtedy Ola zrozumiała, że betonowe podwyższenie to pokrywa szamba. Dziś rano był 

beczkowóz. Widocznie nie zamknęli dokładnie.

- Boże, to szambo! - jęknęła.

- Odsuńcie się. Zabierz dziecko w bezpieczne miejsce! - krzyknęła mama Liny. Potem 

zwróciła się do Szymona - Czy trzymasz brata?

- Nie.

Nagle zrobiło się bardzo cicho. Wszyscy zbledli.

- To znaczy trzymam, tylko że to nie mój brat. Ja tylko zobaczyłem, jak on wpada.

- Położę się koło ciebie i go przejmę. Tylko nie wolno ci go puścić. Czy on się rusza?

- Nic nie czuję. Mam zdrętwiałe ręce.

Ola stała jak sparaliżowana, mocno tuląc do siebie zapłakaną Marzenkę.

- Boże, błagam, niech on się uratuje. Niech już będzie z nami - wyszeptała Marzenka. 

- Ja proszę dla niego, nie dla siebie - dodała zaraz.

background image

Mama Liny zwinnym ruchem wstała i zrzuciła kurtkę. Podwinęła rękawy ładnej szarej 

bluzki i przygotowała się do przejęcia Kuby.

Potem, gdy już było po wszystkim, wydawało im się, że trwało to bardzo długo. W 

istocie   upłynęła   najwyżej   minuta.   Szymon   odturlał   się   na   bok   i   zaczął   szukać   swoich 

okularów.   Po   chwili   w   otworze   ukazały   się   raczki   Kuby,   a   potem   on   sam.   Śmierdział 

okropnie. Mama Liny jednym ruchem owinęła go swoją kurtką, ułożyła na betonie, obtarła 

mu   usta   dłonią,   nabrała   powietrza   i   zaczęła   robić   sztuczne   oddychanie.   Po   chwili   Kuba 

zakasłał  i zamrugał  oczami,  a mama  Liny rozpłakała  się. Usiadła  na betonie i  przytuliła 

brudne ciałko obcego dziecka.

- Co   tu   tak   śmierdzi?   -   W   ogrodzie   pojawił   się   ojciec   Oli.   Rozejrzał   się   i   złapał 

palcami   za   nos.   Wbił   oskarżycielski   wzrok   w   mamę   Liny.   -   Co   pani   zrobiła   mojemu 

wnukowi?

Szymon odnalazł swoje pogruchotane okulary. Choć tylko jedno szkło ocalało, założył 

je na nos i spokojnie powiedział:

- Ta pani uratowała mu życie. Bo ja jak zwykle do niczego się nie nadaję.

*

Kuba, umyty i przebrany w czyste rzeczy, korzystając z uprzywilejowanej  pozycji 

uratowanego, wydawał Marzence surowe polecenia, a ta z pokorą je wypełniała. Mama Liny 

siedziała przy stole w za małym dla niej dresie Oli. Miała rozmazany tusz pod oczami i była 

potargana. Jej ubrania, razem z ubraniami Kuby, zostały po prostu spalone w piecu. Ojciec 

Oli, który właśnie z pomocą sąsiada zasunął klapę, wszedł i ciężko usiadł] przy stole.

- Żeby nie pani i ten chłopak, toby nas już było o jedną duszyczkę mniej. A mnie się 

wydawało, że jak z Warszawy...

- Nie jesteśmy z Warszawy, tylko spod Warszawy. Z Zielonki.

- To może dlatego - powiedział pogodnie ojciec. - Może pani by zupy zjadła? Mamy 

grzybową.

- Chętnie.

Mama   Liny   posadziła   sobie   Kubę   na   jednym,   a   Marzenkę   na   drugim   kolanie   i 

wychwalała ich, jacy są duzi i mądrzy. Ola nie mogła uwierzyć własnym oczom. Dzieci same, 

z własnej woli, umyły ręce, grzecznie zjadły i... odstawiły swoje talerze do zlewu.

„Cud - pomyślała Ola. - Prawdziwy dzień cudów”.

Potem mama Liny stwierdziła, że trzeba koniecznie podziękować temu chłopcu. Niech 

pan Wrona się tym nie kłopocze, tylko sobie pracuje, a ona z dziećmi sama to załatwi.

background image

- Ty go na pewno dobrze znasz. Tak blisko mieszkacie - zwróciła się do Oli. - Co by 

mu sprawiło przyjemność? Kupimy mu słodycze? A może wolałby coś innego?

Ola musiała się przyznać, że prawie wcale go nie zna. Wie tylko, jak ma na imię i że 

na stałe mieszka w Warszawie.

Mama Liny nic nie powiedziała, tylko zdziwiona uniosła brwi. W sklepie U Górala 

wybrała dla niego całe torbę łakoci i wszyscy poszli do domu Szymona.

Otworzył   im   Szymon,   a   za   nim   pojawiła   się   młoda   kobieta.   Była   umorusana,   w 

rozciągniętym dresie, z potarganymi włosami.

- Dzień dobry. My przyszliśmy do bohatera, który... Iza, czy to ty?

- Monika! - Izka! - Monika!

Obie panie rzuciły się sobie na szyję. Cała reszta stała zdezorientowana.

- Linko, to jest Iza, moja szkolna koleżanka. Widziałyśmy się ostatnio na zjeździe 

szkolnym. Boże, jak ja wyglądam.

- A ja jak wyglądam! Znów się objęły.

- Tak samo jak ja. Ale co ty tu robisz?

- Przyszłam, żeby podziękować za uratowanie życia temu ślicznemu chłopczykowi. - 

Wskazała na Kubę. - Podziękować temu oto dzielnemu chłopcu. - Wskazała na Szymona. - 

Nic nie wiesz?

- Nie.   Szymon   wrócił   przed   godziną   i   był   w   takim   stanie,   że   ukarałam   go   za 

zniszczenie nowych spodni i okularów.

- Ukarałaś go? To ty nic nie powiedziałeś matce? Szymon schował ręce za siebie i 

tylko pokręcił głową.

- Fajny gość - mruknęła Lina. To dało Oli sporo do myślenia.

*

- Jak to nie masz żadnego zdjęcia, żeby mu wysłać? Ani jednego?

- Ani jednego. Mam tylko klasowe. Nawet na tych z Władysławowa, z obozu, zawsze 

jestem z kimś.

- Dlaczego mi nie napisałaś?

Obie dziewczynki siedziały w pokoju na strychu i gadały. Mama Liny razem z mamą 

Szymona poszły z dziećmi na spacer do lasu. Ola dobrze wiedziała, że mama Liny wolałaby 

pobyć z koleżanką sama, ale zrobiła to dla nich. Poświęciła się z uśmiechem na twarzy. Ola 

zaczynała Linie zazdrościć takiej matki.

Na biurku Oli leżały trzy grube książki o numerologii i dwie o chiromancji. Były to 

background image

prezenty od Liny. Ola nie wiedziała, co to jest chiromancja, ale Lina zapewniła ją, że jeżeli 

kogoś interesuje numerologia, to chiromancja też zaciekawi. Karolina przywiozła jej także 

piękną muszlę, gazetkę szkolną i kasetę wideo z filmem Rafała.

Obgadały   wszystkie   tematy,   które   Lina   miała   wypisane   na   kartce,   a   teraz   Ola 

opowiadała o Dominiku, czytała przyjaciółce jego e - maile i radziła się, co by zrobić z tym 

zdjęciem. Lina zachowywała się, jakby był to zupełny drobiazg. Oli zrobiło się nawet trochę 

smutno.

- I to jest ten twój wielki problem, tak?

- Tak.

- I tym się tak gryzłaś, tak?

- Tak.

- Rany, Oluś! Przecież moja mama ma ze sobą aparat. Poczekamy, aż wrócą, bo na 

pewno zamknęła w bagażniku. Zaraz wypstrykam cały film i wybierzemy najlepsze zdjęcie.

- Chyba ich już słyszę.

Rzeczywiście, od strony lasu nadchodziła mama Liny z dziećmi. Trzymała oboje za 

ręce i razem śpiewali. Na ramieniu mamy wesoło dyndał malutki aparat fotograficzny.

- Mamo, robiłaś zdjęcia?

- Tak, masę. Chciałam mieć pamiątki z tego dnia.

- A ile klatek ci zostało?

Ola   z   Linę   popatrzyły   na   siebie   z   niepokojem.   Mama   wyjęła   aparat   z   futerału   i 

spojrzała  na wyświetlacz.  - Jedno. Przepraszam,  rozpędziłam się. „Dlaczego  nie wzięłam 

swojej cyfrówki?!” - pożałowała Karolina.

*

- Nie, nie, tak nie możesz się krzywić. Pamiętaj, że mamy tylko jedną klatkę. Jedne 

szansę. Zapatrz się na drzewa. Nie, tak źle...

Ola siedziała na pniaku ubrana w bluzkę Liny, na odgarniętych do tyłu włosach miała 

okulary. Patrzyła na drzewa, a Lina krążyła wokół niej, mamrocząc:

- Nie,   nie,   wciąż   nie   masz   w   oczach   tego,   czego   szukam.   Wiesz   co?   Pomyśl   o 

ostatnich zawodach. No nie, co się stało?

- Niepotrzebnie mi przypomniałaś... Zajęłam trzecie miejsce.

- To pomyśl o Dominiku. Ale się zrobiłaś czerwona... Też źle. Wiesz co? Chodźmy w 

inne miejsce, bo tu jakoś nic nie idzie.

Wzięły się za ręce i pobiegły w stronę domu z kolumienkami. Za furtką pokazała się 

background image

głowa Szymona mrużącego oczy. Miał na nosie połamane okulary.

- Cześć! Czekolada zjedzona?

- Prawie! Idziecie oglądać dzięcioły?

- Tu są dzięcioły? Wspaniale! Poczekajcie tylko chwilę, bo coś mi wpadło do buta. - 

Karolina schyliła się.

Ola stanęła koło Szymona i obrzuciła go uważnym spojrzeniem. Taki sztywniak, taki 

wymoczek, a umiał...

- Już gotowe.

- Co gotowe? - zapytali oboje.

- Zdjęcie Oli. Nareszcie byłaś naturalna i tak fajnie patrzyłaś.

- E... Szkoda, że tak bez uprzedzenia... - skrzywiła się Ola.

- A mogę liczyć na odbitkę? Tylko że... - spochmurniał Szymon - ...my tu jesteśmy 

ostatni raz w tym roku, bo dom już gotowy do zimy.

- Nie martw się, Oleczka na pewno ci przyśle. Bohaterowi się nie odmawia, prawda, 

Ola?

- Jasne.

- Ale szkoda, że nie zrobię już zdjęć nietoperzom.

- Jakim nietoperzom?

- Nie pokazałaś mu? Tak blisko siebie mieszkacie, a...

- On tu tylko przyjeżdża.

- To co, pokażemy mu?

- Jasne, bohaterowi się nie odmawia - wolno powiedziała Ola.

Gdy   już   napatrzyli   się   na   nietoperze,   wygłaskali   wszystkie   koty,   wyprowadzili 

Ugryzia na spacer i obgadali - Szymon nagle zapytał:

- Może potrzebujecie przyjaciela?

- Ja mam dwoje: Olka i Olę. Fajnie, nie?

- Mnie wystarczyłby chociaż jeden... Zabrzmiało to tak smutno, że dziewczynki aż 

znacząco na siebie spojrzały.

*

Kochana Linko!

Muszę   Ci   koniecznie   napisać,   co   powiedziała   moja   mama   po   Waszym   wyjeździe. 

Powiedziała, że jeszcze nigdy nie widziała tak fajnej pani z Warszawy jak Twoja mama, a 

najbardziej ją ujęło, że była tak normalnie ubrana. Jak się dowiedziała, dlaczego chodziła w 

background image

moim dresie, to chciała Kubę zbić, ale uciekł. Moja mama Was zaprasza. Kiedy przyjedziesz?

Twoja Ola

*

Kochana Oleczko!

Olek mi zazdrości, że przeżyłam taka fajna przygodę z tym szambem. Tajna, bo dobrze  

się skończyła. Do Olka przyjechał jego kuzyn Paweł i obaj znikli mi z oczu. Przesyłam Ci 

Twój portret (w załączniku). Jutro wyślę cztery odbitki zwykłą pocztą. Musisz sama przyznać, 

że wyszłaś genialnie. Rafał, co uważam za bardzo niegrzeczne, zdziwił się, że ja zrobiłam 

takie   dobre   zdjęcie.   Kończę,   bo   Olek   z   Pawłem   grzebią   w   moich   filmach.   Muszę   ich 

przypilnować. Pa!

*

Drogi Dominiku!

Przesyłam Ci moje zdjęcie. Trochę się boję, jak je ocenisz.

Cieszę się, że jest już poniedziałek, bo trochę tęskniłam. Tak mnie ucieszył Twój list.  

Fajnie opisałeś mi swojego kolegę. Tylko czy on się nie obraża za to przezwisko? „Cycek”... 

U nas nigdy tak byśmy się nie przezywali. Muszę Ci powiedzieć, że ja też... chyba... się w 

Tobie   zakochałam.   Najpierw   myślałam,   że   to   głupie,   bo   przecież   się   nie   znamy,   ale 

przyjaciółka mi uświadomiła, że przecież znamy się bardzo dobrze, prawda? Tak dużo wiem o 

Tobie - więcej niż o kolegach, z którymi od lat chodzę do jednej klasy. Cieszę się, że Ty też... 

wiesz co...

Teraz   opiszę   Ci   ten   ostatni   weekend,   choć   to,   co   się   u   nas   działo,   jest   nie   do  

uwierzenia...

*

Cześć, Szymonie!

Moi rodzice bardzo serdecznie Cię pozdrawiają. Siostra i szwagier też. Mam nadzieję, 

że masz się dobrze. Przesyłam Ci moje zdjęcie, bo Lina uważa, że tak trzeba. No trudno.  

Najlepiej zrobisz, jak je skasujesz. Ja bym tak zrobiła z Twoim, więc bądź dżentelmenem. To 

cześć.

Olga Wrona

background image

ROZDZIAŁ 4

Nasze życie składa się z liczb. Otaczają nas od pierwszych, minut życia i mają na nas  

wielki wpływ. Trudno w to uwierzyć, ale łatwo się przekonać, że tak jest. Zróbmy próbę. 

Przypomnij sobie, kiedy miał miejsce początek czegoś bardzo dla ciebie ważnego. Nie musi to  

być   zaraz   twój   ślub   czy   decyzja   o   rozwodzie.   Może   to   być   dzień   przyznania   kredytu 

hipotecznego lub, jeśli jeszcze chodzisz do szkoły, rozpoczęcie zajęcz muzyki czy pierwsza 

randka. Ma to być dla ciebie ważne i powinnaś pamiętać, kiedy się zaczęło. Za pomocą cyfr  

zapisz datę. Teraz zsumuj wszystkie cyfry. Dodawaj je do siebie tak długo, aż wyjdzie ci liczba  

jednocyfrowa. W ten sposób sprawdzisz, jak ta sprawa rokuje. Jeśli suma cyfr jest równa  

jeden...

Ola musiała chwilę się zastanowić, kiedy był początek. Czy wtedy, gdy napisała list 

do Dominika, czyli ten dzień, gdy dzieciaki zniszczyły jej „Trzynastkę”? Nie. Jako pierwszy 

trzeba przyjąć dzień, gdy Dominik odpisał. To był prawdziwy list, nie e - mail. Ola do tej 

pory go ma.

Szybko  zaczęła  szukać. List wyglądał  teraz  całkiem inaczej niż w dniu, kiedy go 

dostała. Był wymięty; widać było, że ktoś go czytał dziesiątki razy.

Daty, niestety, nie było.

„Zaraz, zaraz... kiedy? Już wiem!”.

Ola wzięła kalendarz i przez chwilę go kartkowała. Zaraz zapisała datę i zsumowała 

cyfry: zero.

„Nie, przecież to niemożliwe! Zero nie może wyjść... Szesnaście, czyli jeden dodać 

sześć. Siedem. Tak, to jest siedem! Siedem! Szczęśliwa liczba!”.

Ola wróciła do lektury.

Jeśli cuma cyfr to siedem: nie licz, że coś z tego będzie. Siedem jest podobne do 

krzyża, który trzeba będzie udźwignąć, a więc czekają cię kłopoty, które na pewno...

„Bzdura.   Cała   to   numerologia   jest   nic   niewarta.   Głupi   student!”.   Ola   postanowiła 

zmienić swój nick i powiedzieć studentowi, co o nim sądzi.

Przez   trzy   kolejne   dni   okazało   się   to   niemożliwe,   ponieważ   student   był   chory. 

Pojechał do Warszawy i miał, o czym najlepiej wiedziała Agnieszka, wrócić w piątek. Zresztą 

może to i dobrze, bo dziś były ważne zawody.

Pani   obsadziła   Olę   na   końcu   sztafety,   żeby   w   razie   czego   uratowała   honor   całej 

drużyny.

Znów na wuefie Kaśka nie została wybrana przez kapitana żadnej drużyny.

background image

„Niech się weźmie za siebie. Innej rady nie ma” - pomyślała Ola.

*

- Mamo, czy jest w domu kawa zbożowa?

- A co znowu wymyśliłaś?

- Chciałabym się napić. Nigdy nie próbowałam.

- Też ci się zachciało! Pij mleko i przestań mnie denerwować. Trzeba dziś Dorocie 

czyste rzeczy zawieźć, przecież na Janusza wcale liczyć nie można. Nawet od opieki nad 

dziećmi się wymiguje. - Tu mama lekko chrząknęła, jakby przypomniała sobie, jak to było 

naprawdę.

- Babciu, co to jest ta awa zbożowa?

- Nie awa, tylko kawa. To taka bardzo dobra kawa, tylko że nie jest szkodliwa jak taka 

dla dorosłych i dzieci mogą ją pić.

- A jest dobra?

- Bardzo - odparła mama OH, a ta już wiedziała, o co teraz poprosi Kuba i co dostanie.

- Babciu, to ja chcę się napić tej awy. - Ja też, ja też! Ja pierwsza chciałam się jej 

napić! - włączyła się Marzenka. - Babciu, daj nam awy! Awy!

Mama Oli szybko odwróciła się w stronę kuchni, mieszając resztki wczorajszej zupy, i 

powiedziała:

- No to idź i kup, skoro wszyscy troje tak chcecie.

- Dzięki, mamo! - Ola rzuciła się matce na szyję, jakby sprawa kupna kawy zbożowej 

była nagle najważniejsza na świecie.

- Leć szybko, bo się spóźnisz do szkoły. Aha... - Mama podniosła rękę i odgarnęła Oli 

opadające jej na czoło włosy. - Zobacz jeszcze, czy indyki dobrze zamknięte, bo miałam zły 

sen.

*

Mimo że zaczynał się listopad, pogoda była wprost wrześniowa. Ciepło sprawiło, że 

sezon grzybowy przedłużył się, więc codziennie Ola szła z siostrzeńcami przynajmniej na 

godzinę do lasu i zawsze wracali z pełnym koszem. Bardzo często widziała Bognę, wciąż w 

rym samym miejscu.

„Dlaczego Bogna znów jest taka dziwna?” - rozmyślała.

Nie rozebrała się na wuefie i milczała, gdy nauczycielka stawiała jej jedynkę, zamiast 

po prostu powiedzieć, że ktoś ukradł jej torbę ze strojem. Dziwaczka. Ciekawe, co Dominik 

robi na wuefie? Pewnie grają cały czas w nogę. A może, tak jak u nich w szkole, mają turnieje 

background image

hokeja na trawie? Ciekawe, jak Dominik wygląda z kijem?

*

- ...gratuluję ci, Oleńko! Jestem z ciebie dumna! Taki czas! Widziałam, że ten trener z 

Węgrowa z tobą rozmawiał. - Nauczycielka przełknęła ślinę. - Może chciał, żebyś u niego 

trenowała?

- Tak.

- I co ty na to?

- Nic. Powiedziałam, że pani mnie trenuje i że mama nie zgodzi się, żebym dojeżdżała 

do Węgrowa.

- To cudownie! - Nauczycielka aż klasnęła w ręce. - To znaczy, ja oczywiście chcę 

tylko twojego dobra i myślę, jestem o tym wręcz przekonana, że zajdziesz daleko w sporcie, 

prawda?

Jeszcze wczoraj Ola odpowiedziałaby: „Tak, prawda! Sport to mój żywioł, moje życie, 

moja jedyna szansa, żeby chociaż czasem nie sprzątać po tej wstrętnej dwójce bachorów i nie 

mieć ich na głowie!”. Jednak dziś... a raczej wczoraj, kiedy odebrała e - mail od Dominika - 

sport wydał jej się, tak jak i jemu, czystą stratą czasu. On grał na gitarze i lubił rano, zamiast 

śniadania, wypić kawę zbożową z mlekiem. Pił kawę i lubił muzykę gitarową, a sport uważał 

za stratę czasu.

- Tylko, wie pani, trochę mnie boli kolano - powiedziała Ola bardzo cicho.

- Będzie jedno miejsce na zawodach w Zielonce. Pomyślałam o tobie...

- W Zielonce? Kiedy?

- Chyba w piętek. A co? Czułabyś się na siłach?

- Tak, tak. To na pewno w Zielonce?

- Widzę, że jest w tobie duch prawdziwego sportowca. Na słowo „zawody” aż cię 

zelektryzowało. Zawsze uważałam, że jest za mało rywalizacji w szkole. Stanowczo za mało.

*

Karolina tak się ucieszyła na wieść o przyjeździe Oli do Zielonki, że w e - mailu 

zrobiła   dwa   błędy,   co   jej   się   nigdy   nie   zdarzało.   Jasne,   że   Ola   nie   powinna   wracać   po 

zawodach, tylko przyjechać do niej, a w niedzielę wieczorem mama Karoliny ją odwiezie. To 

przecież tylko siedemdziesiąt kilometrów.

Dla Karoliny wszystko było łatwe. Jej wydawało się, że to nic takiego - Ola powie po 

prostu mamie, a ta na pewno się zgodzi. Na pewno! - tak uważała Karolina.

- ...nawet   mowy   nie   ma.   Myślisz,   że   mi   już   nie   powiedzieli,   że   ty   ciągle   przy 

background image

komputerze siedzisz? napomnij o tym. Zresztą nie ma się kto dziećmi zająć...

- Ja nie mogę się całe życie nimi zajmować!

- No, teraz to już na pewno nie pojedziesz. Dorota w szpitalu, od Marylki nie może 

odejść. Chyba widzisz, jaka jest sytuacja.

- Babciu, dlaczego od Marylki nie można odejść? Czy ona jest niebezpieczna?

- Widzisz, co narobiłaś?!

Mama surowo spojrzała na Olę, jakby pytanie Kuby było jej winę.

I wtedy zadzwonił telefon.

- Dzieci, bądźcie cicho. Na pewno dzwoni wasz tatuś. Ale to nie był Janusz.

- Halo? Dzień dobry, poznaję. Cieszę się, że smakowało... Tak, tak. Dobrze, rozejrzę 

się. Oczywiście, kiedy tylko pani może. A tak, tak... wspominała. No, w zasadzie...

Ola stanęła przed mamę, składając ręce jak do modlitwy.

- No dobrze. Tak. Niech już tak będzie. Dobrze, na pewno coś się znajdzie. Czyli 

najlepiej blisko lasu, tak? Ja też pozdrawiam. Do widzenia.

- Mamo! Mamo! To pani Skrzypczyńska, prawda? Dziękuję ci! Dziękuję!

- Ale o co chodzi? - zainteresowała się Marzenka.

- O nic - odparła mama Oli. - Ola jedzie do Warszawy. Nie ma w tym nic ciekawego. - 

Tymi słowami zamknęła serię pytań.

- A o czym pani Skrzypczyńska mówiła, że coś blisko lasu?

- Ty się lepiej oducz tej ciekawości. Namocz pranie, bo Kubuś w błoto się przewrócił.

*

Ola siedziała w kucki na klepisku w stodole i obserwowała, jak dwa nietoperze tulę się 

do siebie przez sen. Odkąd Lina tak się nimi zachwyciła, Ola często tu  zaglądała. Było to 

zawsze połączone z dreszczykiem emocji - trzeba było tak manewrować, żeby siostrzeńcy nic 

o tym nie wiedzieli. Gdy się udało - można było siedzieć, słuchać ciszy, głaskać jednego z 

kotów, które lubiły tu spać, i marzyć o Dominiku.

Prawdę mówiąc, każdy moment był dobry, żeby o nim marzyć. Jaki jest? Jak mieszka? 

Czy kiedyś go zobaczy? Najbardziej lubiła wyobrażać sobie ich pierwsze spotkanie. Jeszcze 

do wakacji nie umiała tak marzyć, ale Zuzia Szato, córka jej wychowawczyni z obozu ję-

zykowego,   kilka   razy   pokazała   im,   jak   ona   marzy,   jak   Umie   wszystko   dokładnie   sobie 

wyobrazić, wywołać nowy świat - świat swoich marzeń. Najpierw się z niej trochę śmiały, ale 

potem każda po cichu zaczęła to robić. Ola też.

Po raz nie wiadomo który przeczytała e - maile od Dominika (miała wydrukowane). 

background image

Potem zamknęła oczy i zobaczyła przed sobą zamazaną twarz chłopaka.) Nie widziała go 

dokładnie, ale czuła, że jest przystojny.) Był od niej wyższy, bardzo wysportowany, w jednej 

ręce trzymał  kubek z kawą zbożową,  a w  drugiej  gitarę. Potem  kubek gdzieś zniknął, a 

Dominik usiadł na słomie koło kotów i zaczął grać - tylko dla niej.

Grał i grał. Koty spały, nietoperze lekko kołysały się, poruszane własnymi oddechami, 

a Ola słuchała. Już dwa razy mama ją wołała, jednak Ola nie mogła teraz wyjść - chciała 

dosłuchać do końca.

Gdy Dominik skończył, wyciągnął gitarę w jej stronę i powiedział:

- Teraz ty!

Kiedy Ola wyszła, była zupełnie zmieniona; miała szkliste oczy, mocne wypieki na 

policzkach, błędny wzrok. Mama przyłożyła jej dłoń do czoła i spytała, czy czasem nie jest 

chora.

Ola zaśmiała się w duchu.

„Jestem, mamuś, chora. Z miłości”.

*

Cześć, Olu!

Okulary  mam  już  nowe.   Oprawki  są  bardzo  fajowe,  pokażę  Ci  latem.   Mój  ojciec 

założył morskie akwarium - hodujemy kraby i krewetki. Mama mówi, że potrzebny jest nam  

jeszcze krokodyl. Niestety, sądzę, że ona żartuje. Twoje zdjęcie jest super! Odpisz, bo jak się  

dostaje list, to trzeba odpisać. Teraz kończę, bo idę do dermatologa, gdyż wyskoczyły mi  

pryszcze. Moja mama pozdrawia Twoich rodziców.

Szymon Cukierkiewicz

Ola pomyślała, że głupszego listu nie widziała.

„Ma pryszcze! Komu się pisze takie rzeczy?! To się ukrywa, a nie rozgłasza!”.

Gdyby nie widziała na własne oczy, nigdy by nie uwierzyła, że ktoś taki może się 

bohatersko zachować. A jednak!

*

Ola rozmarzona szła przez las. Widziała cztery zające, sarnę i cztery ganiające się po 

drzewach dudki. Każde z tych spotkań od razu uznawała za bardzo dobry znak, za pomyślną 

wróżbę.   Gdy   wychodziła,   jako   alibi   wzięła   kosz   na   grzyby,   żeby   w   razie   czego   móc 

powiedzieć, że przecież robi coś pożytecznego. Nawet dużo zebrała, więc postanowiła teraz 

trochę odpocząć. Usiadła na trawie i oparła się plecami o drzewo. Dominik, jej Dominik! Nie 

było dnia, żeby do niej nie pisał. Codziennie o wpół do ósmej chciało jej się iść do szkoły, bo 

background image

było po co. Niby Wszystko było jak zawsze - dzieciaki rozrabiały, a ona Po nich sprzątała, 

Dorota pokazywała się tylko czasem, trzeba było się uczyć na zapas, zbliżały się zawody, nie-

toperze wciąż spały... Ale jednak wszystko się zmieniło - była zakochana! Ciągle nuciła coś 

pod nosem. Gdzieś jest chłopak, który o niej myśli, pisze do niej, mówi, że ją lubi, a nawet 

więcej niż lubi... Życie jest piękne! Wracając do domu, natknęła się na Bogusię.

- Co ty tu robisz? - zapytała ją Ola.

- A ty co tu robisz?

- Byłam na grzybach.

- Ja też byłam na grzybach! Odczep się! Ciesz się, że twoja praca z plastyki wisi na 

wystawie.

A tej o co znów chodzi? Aha. Ola już wiedziała. Na klasowej wystawie zmieściły się 

prace wszystkich dziewczyn... poza pracą Bogusi. Rzeczywiście tę Bognę wciąż prześladował 

pech. Tak się zawsze starała i nic. Nawet pani od polskiego postawiła na jej pracy kawę, a 

potem  wstydziła  się  oddać  taką  oblaną  i  kazała  jej   pisać wypracowanie   jeszcze  raz.  Ola 

usłyszała to przypadkowo, gdy polonistka zwierzała się innej nauczycielce. W sumie biedna 

ta Bogusia... Nic dziwnego, że jest taka wściekła...

- No, co się tak gapisz! Idź i ciesz się, szczęściaro! - Ostanie słowo Bogna wysyczała 

ze złością.

- Bogusia...

- Odczep się, rozumiesz! Wszyscy się ode mnie odczepcie! - krzyknęła na cały głos i 

zaczęła uciekać przed siebie.

„To jednak skończona wariatka. Ciekawe, czy Dominik by ją gonił? Na pewno tak. On 

ma   taki   dobry   charakter,   że   wszystkimi   się   przejmuje.   Wszystkich   chciałby   pocieszać. 

Dominik...”. Westchnęła i zapomniawszy o Bogusi, ruszyła do domu.

*

Był czwartek.

Cichutko, żeby nie pobudzić dzieciaków, Ola wstała z łóżka. Jeszcze raz sprawdziła, 

czy wszystko ma. Już kilka razy zmieniała koncepcję, co ze sobą zabrać. Chociaż Karolina 

błagała   ją,   żeby   się   niczym   nie   przejmowała   -   Ola   przejmowała   się   wszystkim.   Za 

dwadzieścia sześć godzin zadzwoni budzik i zacznie się ten cudowny, czarodziejski dzień. 

Odbierze list od Dominika, bo na pewno będzie, potem tylko dwie lekcje i pojadą busikiem na 

zawody. Wygra jak nic, bo aż rozsadza ją energia. Już czuła złoty medal na szyi. A potem 

zabierze ją mama Karoliny. To już jutro, już jutro! Ola zrobiła dwa przysiady. Aha, Dominik 

background image

tego nie popiera! Wróciła do normalnej pozycji.

Usiadła   na   tapczanie,   potem   wyciągnęła   rękę   i   odruchowo   okryła   Kubę,   bo   się 

rozkopał.

„Żeby tak wytrzasnąć skądś gitarę... Tylko skąd? Może ktoś ma? Muszę napisać o tym 

Karolinie... A nie, już jej pisałam. Powiedziała, że pomyśli, co da się zrobić, ale potem chyba 

o tym zapomniała, bo nie wróciła do tego tematu. Trudno”.

Idąc do szkoły, uczyła się wiersza na poniedziałek, bo wiedziała, że u Karoliny raczej 

nie będzie na to czasu, a przecież nie może przyjść nieprzygotowana. Kuła więc dzielnie 

Panią Twardowską Mickiewicza: 

Jedzą, piją, lulki palą, 

Tańce, hulanka, swawola; 

Ledwie karczmy nie rozwalą, 

Cha cha, chi chi, hejża, hola!

Wyrecytowała   do   końca   i   weszła   do   szkoły.   W   bibliotece   już   paliło   się   światło. 

Punktualnie o siódmej piętnaście Ola zajęła swoje ulubione stanowisko. Lubiła siadać koło 

okna, bo tu nikt nie mógł jej zaglądać przez ramię. Wstukała swoje hasło i odebrała pocztę. 

Był e - mail od Dominika, a nawet dwa, co się jeszcze nigdy nie zdarzyło. Zawsze robiła tak 

samo: przepisywała sobie z kartki to, co chce mu opowiedzieć, a dopiero potem czytała jego 

list i komentowała lub odpowiadała na jego pytania. Teraz tak samo. Napisała mu, że bardzo 

się cieszy na to, co zdarzy się już jutro. Potem zaczęła czytać.

Cycek,  słuchaj!  Szykuj  karton  marlborasów,   bo wygrałem.  Ta  idiotka  z  pipidówki 

przysłała mi podobiznę swojej facjaty (masz do wglądu jako dowód rzeczowy). Jaka mina, ja-

ka poza! Wieśniaczki to jednak dorodne dziewuchy, nie to, co nasze blokowe zdechlaki. Ale  

jaja, mówię Ci! Piszę do niej codziennie różne dyrdymały, a ona mi się zwierza. Kocha mnie! 

Rozumiesz?! Nigdy byś nie przypuszczał, co takim małolatom siedzi pod czachami. Czasem to 

tak   się   śmieję,   że   aż   mi   włosy   pod   pachami   się   jeżę.   A   wiesz,   jaka   jest   jej   największa 

tajemnica?  Nigdy  nie  zgadniesz! Ma w stodole  nietoperze! Rozumiesz?  Ona ma  stodołę! 

Znasz kogoś, kto ma stodołę?! Może w niej zrobić kawiarenkę internetową! Chyba jej to 

zaproponuję! Jak to przeczytałem, to tak żeśmy się z Lolkiem śmiali, że on aż się Zakrztusił.  

Też postanowił przejęć czyjeś korespondencję. Bo wiesz, jak to było? Mam takiego sąsiada...  

wabi się Dominik, kujonek w okularkach, zawsze w czystych spodniach, ale nie ma jak mu się 

do piór dobrać, bo jego stary jest naszym dyrciem. Więc okradamy jego skrzynkę pocztową. I 

tam właśnie były listy dwudziestu czy trzydziestu smarkul, bo on dał ogłoszenie do jakiegoś  

babskiego pisma! Wyobrażasz sobie? Napisaliśmy do kilku, ale tylko ta odpisała. Mówię ci,  

background image

love story jak z Harlequina, więc zakład przegrałeś.

Wieczorem u Łabędzia zadyma. Wpadnij o ósmej.

Heniutek

*

Kochana Moja Oleczko!

Czy wiesz, że Twoje zdjęcie noszę zawsze na sercu i nikt mi go nie wydrze? Jest tylko  

moje. Zawsze gdy piję swoją awę (fajnie mi opisałaś Kubę, teraz też zawsze mówię awa) albo  

gdy gram na gitarze, chyba wiesz, o kim myślę. Jak zawsze,] gdy odbieram pocztę od Ciebie,  

drży mi serce. Pisałaś, że Tobie zasycha w ustach mnie dokładnie tak samo. Nie wiem, czy ty 

też to czujesz, ale chyba jesteśmy sobie przeznaczeni, jak Shrek i Fiona albo jak...

- Ola, Ola! O Boże, ona zemdlała! - krzyknęła bibliotekarka.

Zaczęła machać rękami w stronę studenta, a ten w trzech susach był już przy Oli.

- Niech ktoś pobiegnie po pielęgniarkę!

Student usiadł na podłodze i zaczął delikatnie klepać ją po bladej jak papier buzi, 

jednocześnie wydając polecenia.

- Cetner, podaj wody! Kalbarczyk, otwórz okno! Stecki, dawaj swój plecak, bo trzeba 

jej podłożyć pod nogi! Nowak, odsuń się! Ola, Ola! Słyszysz mnie?

Ale Ola nikogo nie słyszała. I nie chciała już nigdy usłyszeć.

background image

ROZDZIAŁ 5

Jeszcze   zanim   nauczycielka   otworzyła   usta,   Ola   już   wiedziała,   co   powie.   I 

rzeczywiście, powiedziała dokładnie to.

- Trudno, tak  bywa.  Najważniejsze,  że  nasza szkoła  była  reprezentowana.  Czasem 

trzeba też przegrać. Chyba nie martwisz się za bardzo?

Nauczycielka uśmiechnęła się krzywo i widać było, że zazdrośnie patrzy na koleżankę 

ze szkoły, która wygrała.

Oli popłynęły łzy.

„Co mnie obchodzą jakieś zawody? Chcę, żeby było już rok później albo sześć lat, 

żebym o tym zapomniała! Tylko że ja nigdy o tym nie zapomnę. Nigdy, bo czegoś takiego się 

nie zapomina. Nigdy!”.

- Ola, daj spokój, nie ma co płakać. Raz lepiej, raz gorzej. Dobrze, że się przejęłaś, ale 

niech to będzie dla ciebie motorem do jeszcze intensywniejszej pracy. Może to jednak był 

błąd, że po tej przygodzie w bibliotece wystawiłam ciebie? No, nie wiem, nie wiem. Ale co, 

już w porządku, tak?

Ola skinęła  głową i zaczęła  szukać  w kieszeniach  chustek. Nie  płakała, tylko  łzy 

zasłaniały jej świat, jakby miała na nosie zaparowane okulary. Bardziej czuła, niż widziała, że 

koledzy z innych szkół patrzą na nią, a nawet pokazują ją palcami.

„Patrzcie! Przegrała i teraz ryczy. Ale widok!”.

Szybko poszła do szatni. Umyła się, przebrała i wydmuchała nos.

„Jak Shrek i Fiona... Nie, nie, nie! Nie będę o tym myślała! Nie będę! Było, minęło. 

Trudno”.

Ukryła twarz w dłoniach, a łzy, jakby tylko na to czekały, jedna za drugą zaczęły 

uciekać jej z oczu.

„Jak ja to powiem Karolinie? Ona tak się cieszy na mój przyjazd, a ja najchętniej 

wróciłabym do domu”.

Przed   oczami   stanęli   jej   siostrzeńcy.   Jak   chętnie   posłuchałaby   teraz   paplaniny 

dzieciaków. Jak fajnie byłoby pójść przed siebie z Ugryziem...

„Co ja mam zrobić? Byłam taką idiotką! Gdybym miała trochę więcej rozumu, na 

pewno wcześniej bym się zorientowała. A tak... Głupiej gęsi można wmówić, co się chce, a 

ona wszystko weźmie za dobrą monetę. Boże, czy ja muszę żyć? Dlaczego to musiało spotkać 

mnie?   Dlaczego?   Czy   nie   mogłeś   wybrać   jakiejś   innej   dziewczynki   i   jej   to   zrobić? 

Wytłumacz mi, po co mi to zrobiłeś? Po co?! Jestem głupią idiotką z pipidówki. Ten cały 

background image

Heniutek ma rację. Ktoś taki jak ja nie zasługuje na nic lepszego!”.

*

Mama Karoliny prowadziła samochód, ale raz po raz zerkała na Olę. A ta siedziała 

sztywno. Splotła ręce i patrzyła w migające za oknem chmury. Za jej plecami Karolina cały 

czas coś ćwierkała i co drugie zdanie powtarzała, że to najfajniejszy weekend w jej życiu. Ola 

w myślach powtarzała: „A mój najgorszy”.

- Nasza Oleńka jest chyba zmęczona. Czy ty czasem nie masz gorączki?

Nie odrywając wzroku od drogi, mama Karoliny wyciągnęła rękę w stronę czoła Oli, 

ale nie trafiła i prawie wsadziła jej palec w oko.

- Oj, przepraszam! - roześmiała się. Miała wysoki, czysty śmiech.

„Ja już nigdy nie będę się tak śmiała”.

- Nie. - Ola poczuła chłodną dłoń na swoim czole. - Na pewno nie masz gorączki, ale 

jesteś trochę niewyraźna, prawda?

- Trochę.

- Czy coś się stało? Zabiję, jeśli ktoś sprawił ci przykrość. - Karolina wychyliła się z 

tylnego fotela. - O! - krzyknęła i wyciągnęła przed siebie rękę, pokazując na kogoś. - Jest 

Olek!

Olek zgrabnie zeskoczył z murku. Rozwinął szeroki pas błękitnego materiału. Na nim, 

trochę krzywo, wielkimi literami ktoś napisał:

WITAMY PRZEDSTAWICIELKĘ STOCZKA W NASZYCH ZIELONYCH PROGACH.  

NIECH NAM ŻYJE OLEŃKA W. HURRA!

- Cały Olek! - Mama roześmiała się. - No, wyskakujcie. Rozgość się, Oleńko. Zjedzcie 

coś, a ja jadę po zakupy. Jak wrócę, to będę. Pa!

Ola wolno wysiadła z samochodu. Karolina nie pozwoliła jej nawet wziąć torby. Sama 

ją dźwigała, jakby bojąc się, że Ola może uciec. Olek trzymał przez chwilę transparent, żeby 

Ola mogła przeczytać, po czym rzucił go, jakby był nic niewart.

- Cześć, Ola, jestem Olek. Jeśli Linka mówiła ci coś złego o mnie, nie wierz jej. To 

straszna   kłamczucha.   A   jeśli   mówiła   ci   coś   dobrego,   to   pamiętaj,   że   ona   zawsze   mówi 

prawdę. A ten transparent to moja dziewczyna wymyśliła - dokończył z autentyczną dumą.

- Czyli   całe   to   przedstawienie   było   tylko   po   to,   żeby   się   pochwalić,   że   masz 

dziewczynę, tak?! - fuknęła Karolina. - Ale jestem głodna.

- To prawda, jesteś strasznie podła. - Olek skinął głową.

- Głodna! - Podła!

background image

- Głodna!

- No, przecież mówię: podła, podła, podła. Ola, no powiedz sama: czy ona nie jest 

podła?

Nie bardzo rozumiejąc, co się tu dzieje, Ola pokręciła przecząco głową.

- Nie jest? Tak to jest zadawać się z babami. Idę sobie od was! Moja noga tu nie 

postanie! Żebyście mnie błagały na klęczkach... Podłe żmije! - Był już kilka metrów od nich, 

kiedy odwrócił się i pogroził im pięścią. - Już nigdy!

Obie przez chwilę patrzyły w ślad za nim.

- Czy on się na nas obraził? - niepewnym głosem zapytała Ola.

- Ależ skąd! Wie po prostu, że chcemy pogadać. Za dwie godziny na pewno przyleci, 

bo dłużej nie wytrzyma. Jego Paulina ma anginę, więc teraz będzie stał pod jej oknem i 

śpiewał ballady po rosyjsku. A jak już ktoś z lokatorów go przepędzi, to przyjdzie do nas. 

Zobaczysz. Zapraszam panią.

Lina   otworzyła   drzwi   na   oścież   i   królewskim   gestem   zaprosiła   Olę   do   swojego 

mieszkania.

- Wow!  - wykrzyknęła Ola, bo Linka nigdy jej nie wspominała, że ma takie piękne 

mieszkanie.

*

Była sobota rano. Lina jeszcze spała, a Ola bezgłośnie uczyła się na poniedziałek. 

Nawet udało jej się na chwilę zapomnieć o Heniutku vel Dominiku i mimo że w zasadzie 

mogła   już   skończyć,   z   własnej   woli   zaczęła   wkuwać   następny   rozdział.   Dzięki   temu 

zapomniała.

Wczoraj, zaraz po zwiedzeniu wielkiego mieszkania Liny, Ola zadzwoniła do domu, 

żeby powiedzieć, że dotarła cała i zdrowa. Odebrał ojciec. Okazało się, że za cztery dni 

Marylkę wypisują do domu. Wszystko minęło. Ojciec się wzruszył. Ola się popłakała, a zaraz 

za nią Lina. Stały objęte, łzy leciały im z oczu, ściskały się i całowały. Potem naprawdę nie 

było jak Lince o wszystkim opowiedzieć. Była taka roziskrzona, taka szczęśliwa. Zaraz wy-

słała e - maila do pani Szato, że Ola jest u niej. Przygotowała masę wspaniałego jedzenia. 

Miała   dla   niej   w   prezencie   niesamowitą   muszlę,   która   mieniła   się   chyba   wszystkimi 

istniejącymi  kolorami. Nazywała się Tibia Martini. Lina pogasiła światła. Zapaliła wielką 

białą świecę, w której zatopione były różne suszone owoce i ziarenka kawy. Piły dietetyczną 

colę i jadły turecką chałwę. To był najgorszy moment, żeby powiedzieć o tym wstrętnym e - 

mailu, który Ola odebrała przez przypadek.

background image

Lina miała  elegancką kartkę,  nadpalona w rogach, i kolejno  czytała  tematy, które 

powinny obgadać. Gadały i gadały. W końcu, gdy na liście został tylko temat „Dominik”, Ola 

szeroko ziewnęła i zapytała, czy mogę już iść spać, bo ledwo trzyma się na nogach. Leżąc i 

słuchając pochrapywania Liny, obmyślała, jak jej to powiedzieć. Nie miała żadnego pomysłu.

- Cześć!   Co   ty,   uczysz   się?   -   Karolina   rozłożyła   ręce   i   zaczęła   ziewać.   -   Która 

godzina? O, już dziesiąta. Zobacz, moja mama zostawiła nam kartkę na stole, że nie będzie jej 

do wieczora, żebyśmy mogły się nagadać. Przyjedzie po nas o siódmej, bo idziemy do kina. 

Widziałaś już Wybacz mu?

- Nie.

- Dlaczego masz taką minę? Chcesz mleka, kawy, kawy zbożowejherbaty, soku, coli, 

mineralnej? A może wycisnąć ci sok z pomarańczy?  Aha! - Lina stuknęła się palcami w 

czoło. - Zapomniałam, co mi pisałaś. Dla pani kawa zbożowa à la Dominique. Tylko wiesz 

co? Ubierzmy się najpierw, bo Olek ma być o wpół do jedenastej. Mnie to nie przeszkadza, 

ale nie wiem, czy chcesz, żeby oglądał cię w koszuli.

- Fajnie mieć przyjaciela?

- Jeszcze fajniej przyjaciółkę! - Lina w dwóch susach znalazła się przy Oli i uścisnęła 

ją mocno.

Znów nie było dobrego momentu, żeby to powiedzieć. Ponadto Lina nakryła stół na 

trzy osoby i widać było, że w napięciu czeka na Olka.

Olek trzymał przed sobą ogromne nieforemne pudło. Lina stanęła obok niego i oboje 

na trzy cztery, podając Oli pakunek, powiedzieli chórem:

- To dla ciebie.

Ola niepewnie się uśmiechnęła. Wstydziła się swojej głupoty, nie pomyślała, żeby im 

coś przywieźć. Rozpakowała prezent. Olek umył ręce i zaczął głośno chrupać kajzerki. Lina 

natomiast przykucnęła obok Oli, jakby czekając, co powie, gdy zobaczy, co to takiego.

- Gitara! - Ola mało nie wypuściła instrumentu z rąk. - Ja nie mogę... to drogie... i w 

ogóle...

- Daj   szpokój!   -   z   pełnymi   ustami   krzyknął   Olek.   -   Jak   fowiedzieliśmy,   że 

fotrzefujemy fitarę dla osoby, która naprawdę fce frać, to feść osób się zgłosiło. Ta jest Fiolki, 

naszej fumfeli. Bierz, bo u niej tylko się kurzy. Jej starzy dali nam z focałowaniem ręki.

- Ja nie mogę - jęknęła Ola i już nie panując nad sobą, położyła gitarę na podłodze i 

wybiegła z płaczem do łazienki.

- Co jej jest?

- To ze szczęścia - lekkim tonem rzucił Olek, ale z bardzo niespokojną miną wstał.

background image

Podeszli pod drzwi łazienki. Usłyszeli wyraźny, głośny szloch. Olek spojrzał na Linę i 

szeptem powiedział:

- Nie, to na pewno nie ze szczęścia.

*

- To znaczy, że ty od czwartku jeszcze nikomu tego nie powiedziałaś? - Olek wbił w 

nią spojrzenie.

- No... tak. Bo komu miałam powiedzieć? Nie mam komu.

Ola, zgarbiona i smutna, nie odrywała wzroku od swoich rąk.

- Widzisz! Zobacz, jaka ona jest dzielna. My to zaraz byśmy zalali się łzami albo... - 

Karolina westchnęła.

- Ja   się   też   zalałam.   Na   zawodach   spaprałam   wszystko.   Ale   najgorszy   był   ten 

czwartek...

Ola po raz drugi opowiedziała o okropnym e - mailu od Heniutka. Było to jednak inne 

opowiadanie niż za pierwszym razem. Ola mówiła wolno, spokojnie, krótkimi zdaniami, ale 

łez i tak nie umiała pohamować.

- Przepraszam was na chwilę, ale jestem tak zdenerwowany, że muszę się przejść. 

Mam ochotę zabić tego gościa.

Nie zapinając kurtki, Olek wyszedł od Liny. Dziewczynki zostały same.

Lina nie bardzo wiedziała, jak mogłaby pocieszyć przyjaciółkę. Pokój, od drzwi aż po 

okna, wypełniony był smutkiem.

- Przepraszam, że tak zepsułam...

- Natychmiast przestań. Co zepsułaś? Nic nie zepsułaś. Czasem jest wesoło, a czasem 

smutno. Ja nie potrzebuję przyjaciółki tylko na wesołe chwile. Potrzebuję na wszystkie.

*

Po   jakichś   dwóch   godzinach   wrócił   Olek.   Zdjął   kurtkę   i   wszedł   do   pokoju. 

Zachowywał się bardzo spokojnie. Udawał wręcz, że w ogóle nic się nie stało.

- Witam. A co tu tak smutno? Może byśmy poszli do teatru? - zaproponował.

- Zwariowałeś? Też masz pomysły. Wiesz co, idź sobie, jeśli cię to wszystko nic a nic 

nie obchodzi - wściekła się na niego Lina.

- Aha - nadal spokojnie mówił Olek. - Czyli do teatru iść nie chcecie. Trudno. Teatr 

przyjdzie do was.

Olek wyciągnął koszulę ze spodni i rozwalił się na kanapie.

- Cześć, jestem Heniutek. Mówi wam coś moja ksywa? Podawałem się za Dominika. 

background image

Chyba macie mi coś do powiedzenia? - Dziewczynki niepewnie spojrzały na siebie. - Ty - 

wskazał Linę - wal pierwsza.

Karolina przez chwilę mu się przyglądała. Następnie skrzyżowała ręce na piersiach, 

stanęła w groźnej pozie i zmarszczyła brwi.

- Słuchaj, ty świnio niedomyta! Wiesz, że tak się nie postępuje? Jak mogłeś być tak 

podły?! Mam ochotę pojechać do ciebie i cię zabić. Czy wiesz, jaką przykrość sprawiłeś...

Olek, nadal udając Heniutka, wstał i przeciągnął się.

- Jaką niby krzywdę? - powiedział zmienionym, grubym głosem. - Ja do tej całej Olki 

nic nie mam. Co to? Zgrywać się nie wolno? Ona mnie nic nie obchodzi, Niech sobie robi, co 

chce. Wiesz, co mi raz zrobili kumple? Jak ojciec wrócił z pracy i mnie lał, to nagrali na 

magnetofon, jak go błagam, żeby mnie nie bił, i potem w szkole puszczali to przez cały dzień 

na wszystkich przerwach. Albo jak była  w szkole choinka i każdy rodzic miał przynieść 

prezent   dla   swojego   dziecka,   to   moi   starzy   mi   przynieśli   rózgę.   Na   oczach  wszystkich 

dzieciaków dali mi rózgę. I jak myślisz, jak ja się czułem?

- Nie udawaj takiego pokrzywdzonego przez życie. Myślisz, że jak tobie wyrządzili 

krzywdę, to ty możesz robić tak samo innym?!

Lina znów się wściekła. Olek jednak nie wypadał z roli.

- Me. Można też inaczej. Nie wiesz, jak to jest? jak ktoś zalezie ci za skórę tak, że 

odechciewa ci się żyć, to albo możesz od tej chwili zmienić się na gorsze...

Olek zawiesił głos i zerknął na Olę, a ta dokończyła myśl:

- Albo na lepsze.

W pokoju zapadła cisza. Wszyscy troje patrzyli na siebie, jakby rozumiejąc, że oto 

właśnie teraz nadeszła ta przełomowa chwila, od której zależy, co Ola zrobi z tym przykrym 

doświadczeniem.

*

Olek, któremu Ola bardzo zaimponowała tym, że postanowiła wybaczyć Heniutkowi, 

ułożył naprędce wierszyk:

Niech cymbał Heniutek odczuje czynu skutek. Niech fala dobrego dotrze aż do niego.

Zarykiwali się, śpiewając to na różne melodie, aż w końcu Ola bezradnie rozłożyła 

ręce.

- Ja już nie mogę, nie mam siły.

Olek chwycił jej dłoń.

- Ja cię kręcę, ale masz fajne bransolety bogactwa. Jeszcze takich nie widziałem. Lina, 

background image

patrz jaka mocna linia serca.

- A skąd ty tak dobrze się na tym znasz? - zdziwiła się Lina.

- Sama czytasz tę „Trzynastkę”, czytasz i nic w niej nie umiesz wyczytać. A ja jestem 

taki inteligentny, że zerknąłem dwa razy...

- Ach, ty podły gadzie! Zauważyłam, że brak mi jednego numeru!

- Masz rację, jestem głodny. - Podły?

- Głodny jak wilk.

- Podły jak padalec!

- Lecz wesoły jak zakalec! - Jak walec!

- Jak palec!

- Jak... wiewiórka! - dodała Ola i wszyscy znów wybuchnęli śmiechem.

Gdy tego dnia Ola kładła się spać, wprost nie mogła uwierzyć, że rano była załamana. 

Teraz aż brzuch bolał ją od śmiechu. Lina i Olek to... czarodzieje.

*

- Było wspaniale. Dziękuję ci.

- To ja ci dziękuję. Tobie i Olkowi. Na pewno nie Wejdziecie?

- Nie,   nie,   już   bardzo   późno.   Napisz,   proszę   cię,   napisz   zaraz.   Ja   zadzwonię.   I 

pamiętaj: robimy wszystko tak, jak ustaliliśmy. O, jeszcze gitara, zapomniałabyś o niej.

- Nie. - Ola pokręciła głową. - Na pewno bym niej zapomniała.

- To cześć! Na razie!

- Na razie, Linka. I dzięki!

Było już po ósmej wieczorem. Wiał lodowaty wiatr, a niebo było usiane gwiazdami. 

Nad lasem wisiał śliczny rogalik księżyca i świecił jak bardzo mocna latarka. Ola oparła się 

plecami o parkan i patrzyła w ślad za odjeżdżającym samochodem.

Nie chciało jej się jeszcze wchodzić do domu. Zaraz zaczną się pytania, dzieciaki 

rzucą się na nią. Na pewno od razu złapią gitarę i będą chciały na niej grać. Zerwą struny... 

Nie, jeszcze chwila jej się należy.

Była u Liny tylko dwa i pół dnia, a wydawało jej się, że spędziła tam co najmniej 

miesiąc. Mięśnie brzucha nadal ją bolały od śmiechu. Przypomniała sobie, jak Olek zsumował 

cyfry w swojej dacie urodzenia i wyszło mu cztery. Potem w dacie Pauliny i wyszło mu 

dziewięć. Wpadł w rozpacz, że nie pasują do siebie. Postanowił od tego roku zmienić swoją 

datę urodzin i wydrukował kilka zaproszeń na te urodziny w zmienionym terminie. On był 

szalony. Olek, Lina... Miała dwoje prawdziwych przyjaciół i tylko to się liczyło.

background image

W krzakach koło drogi coś się poruszyło. To oczywiście Bogna. Siedziała w swoim 

stałym miejscu i objąwszy kolana rękami, kołysała się na boki, coś pomrukując. Na widok Oli 

wstała.

- I co? Fajnie było?

- Bardzo. Co ty znów tu robisz? Jest upiornie zimno.

- Nic. A to co? Gitara? Dostałaś od tej swojej... - Bogna głośno przełknęła ślinę - 

przyjaciółki?

- Tak. Od niej i od Olka. - I co robiliście?

Oli ścisnęło się serce.

- Wiesz, czego się nauczyłam? Wróżenia z ręki.

- Nie wierzę w takie bzdury - fuknęła Bogna.

- To   sobie   nie   wierz.   Daj   łapę,   lewą.   O   patrz!   Tu   masz   linię   życia...   Ale   fajna, 

pokręcona.

- Mam nadzieję, że nie będę długo żyła - powiedziała Bogna, ale pochyliła się nad 

własną dłonią i zaczęła ją uważnie oglądać.

- Muszę cię zmartwić. Będziesz żyła długo, szczęśliwie i... zobacz, dorobisz się masy 

pieniędzy...

- E, forsa mnie nie interesuje. Co jeszcze tam widzisz?

- No... - Ola szybko się zastanowiła i w jej głowie zapaliła się żarówka. Olśniło ją. - 

Będziesz   miała   serdecznego   przyjaciela,   takiego   na   całe   życie,   i   będziecie   się   zawsze 

wspierać. I spotka cię jakieś szczęście.

- Serio? E, tylko takie tam gadanie.

Obie milczały przez chwilę. W końcu Bogna niewyraźnie wymamrotała:

- Jak chcesz, jutro mogę przyjść po ciebie, to razem pójdziemy do szkoły. Chyba że 

nie chcesz.

- Pewnie, że chcę. Przyjdź.

- Przyjdę! - wesoło zawołała Bogna, a Ola podniosła gitarę, otrzepała spodnie i poszła 

w stronę swojego domu.

Przed samym progiem spojrzała na gwiazdy i powiedziała do nich:

- Jeżeli widzicie teraz tego Heniutka, to przekażcie mu pozdrowienia. Biedny chłopak.

Cicho otworzyła drzwi i weszła do środka.

- Ola! Ola! Moja Ola wróciła! - Marzenka zawisła jej na szyi. - Jest moja ukochana 

Oleńka! Tylko moja Ola!

- Moja Ola wróciła! - Kuba o mało się nie popłakał. - Babciu, powiedz jej, że Ola jest 

background image

tylko moja. Nie dość, że trzy razy nazwała mnie Kaczy Kuper, to jeszcze zabiera mi Olę.

- Babciu, prawda, że ja najbardziej kocham Olę? Kaczy Kuper wcale jej nie kocha.

- Babciu, powiedz tej siostrze Kaczego Kupra, żeby...

background image

ROZDZIAŁ 6

Od dwóch dni sypał śnieg. Stoczkowskie lasy zamieniły się w białe oazy spokoju, 

poprzecinane tropami zostawionymi przez liczne zwierzęta. Przy każdym domu, w którym 

mieszkały dzieci, jak grzyby po deszczu wyrosły bałwany. Przed domem Wronów stanęły 

rzędem cztery sztuki, z czego jeden był tak wielki, że ojciec, który pomagał go lepić, oparł go 

o   ścianę   domu.   Bałwany   z   wolna   zamieniały   się   w   smukłe   góry   śniegu,   bo   tylko   co 

ambitniejsze dzieciaki je odśnieżały.

Kto tylko mógł, znosił ze strychu lub wyciągał z piwnicy sanki i biegł na górkę. Olę i 

Bogusię od zjeżdżania bolały wszystkie kości. Mimo że Ola była wysportowana, mięśnie 

bolały ją tak samo jak wszystkich miłośników sanek.

Była siódma trzydzieści. Dzień ledwo się obudził i tylko dzięki śniegowi było już 

jasno.

W bibliotece paliły się wszystkie światła. Ola chuchnęła w dłonie, jakby czekała ją 

bardzo ciężka praca, i zaczęła pisać.

Cześć, Dominiku!

Bardzo serdecznie dziękuję Ci za e - maila, którego przysłałeś mi w czwartek. Cieszę 

się, że miło Ci się ze mną koresponduje. Niestety, z przykrością muszę Cię poinformować, że 

powodów ode mnie niezależnych nie będzie mogło to trwać dłużej. Gra na gitarze idzie mi  

świetnie. Dziękuję, że mi to podpowiedziałeś {poważnie! bez Ciebie nigdy bym nie zaczęła).  

Nie pisz do mnie, bo ten adres będzie od dziś nieaktualny. Mam bardzo dużo pracy i, niestety, 

muszę zrezygnować z przyjemności pisania do Ciebie. Pozdrawiam! Na pociechę zostaje Ci  

zawsze moje zdjęcie.

Olga Wrona

Przeczytała  swój list.  Bardzo dobrze, tak jak radził Olek: żadnej zemsty,  żadnego 

odgrywania się za swoje krzywdy.

- Proszę pana, czy może pan podejść do mnie?

Student, pochylony nad stolikiem Agnieszki, podniósł głowę.

- Już, już. Chwila!

- Czy da się tak zrobić, żeby poczta przychodząca od jednej osoby nie dochodziła do 

mnie, żeby te listy się jakoś odbijały od mojej skrzynki?

Student uważnie na nią spojrzał.

- Masz   bardzo  interesujące  życie  wewnętrzne.   -  Podrapał   się  po  czole.  -  Zaraz  ci 

ustawię filtr. Ale adres chcesz zostawić?

background image

- Tak, adres tak... Tylko żeby od tego... - Ola pokazała adres internetowy Heniutka - 

już nic do mnie nie dochodziło.

- A co, pokłóciliście się? - Student ściszył głos, jakby licząc na to, że Ola zacznie mu 

się zwierzać.

Ola jednak głośno odpowiedziała:

- Wręcz przeciwnie. O kłótni nie ma mowy, tylko...

- Proszę pana - wesoło zawołała Agnieszka. - Kiedy pan do mnie podejdzie?

Student zaczął szybko stukać w klawiaturę. Potem podszedł do Agnieszki.

„No,   pięknie!   -   pomyślała   Ola,   patrząc   ukradkiem,   jak   kilku   chłopców   znowu 

pokazuje Agnieszkę palcami. - Trzeba coś z tym zrobić”.

*

Cześć, Ola!

Nie wiem, czy mnie jeszcze pamiętasz, bo mnie prawie nikt nie pamięta, ale jak do  

mnie napisałaś e - mail, to pewnie mnie pamiętasz. Chyba że się mylę. Bardzo Ci dziękuję, że  

do mnie napisałaś! Bardzo! Do mnie nikt nigdy nie pisze. My na pewno nie przyjedziemy do  

Stoczka, bo mama boi się jeździć zimą. Teraz mam dużo nauki, bo nadrabiam. Siedzę po  

całych dniach i nikt mnie nie odwiedza. Tydzień temu miałem zapalenie gardła. Fajnie, że mi  

napisałaś o swoich przyjaciołach z Zielonki. ]a nie mam Ci co pisać. To cześć.

Szymon

*

Oleczku!

Na pewno będziesz ze mnie dumny, bo umiem już grać sześć utworów na gitarze. Nie  

muszę jeździć do Węgrowa, bo w Stoczku jest nauczycielka, która mnie uczy. Chodzimy do  

niej  razem z  moje koleżanką  Bogusią. Jeszcze  raz  podziękuj tej  Violi, że zrobiła  mi taki 

prezent. Miałeś oczywiście rację, że nie warto obrażać się na gitarę ani na awę zbożową. Piję 

ją codziennie, ale na pewno wiesz o tym od Linki.

Właściwie to piszę do Ciebie w innej sprawie. Czy ja kiedyś mówiłam Ci o Szymonie? 

To jest ten chłopak, który z mamą Liny uratował Kubę. Napisał mi bardzo smutnego e -  

maila. Aż mi się płakać chciało, jak go czytałam. Czy nie miałbyś może pomysłu, jak mu  

pomóc? Wiem, że jesteś niezawodny. Książką do tarota jestem bardzo zainteresowana.

Oczywiście nie zmieniam nicka. jestem Piątką niezależnie od tego, co o mnie sądzi 

Heniutek. Pozdrawiam!

background image

*

Od kilku chwil Ola stała przy oknie, popijając zimną kawę zbożową. Rozmyślała. 

Marta i Justyna pokłóciły się. Nie odzywały się do siebie. Każda wyraźnie szukała kogoś 

nowego do pary. Jest szansa, żeby marzenie się spełniło.

„Jakie marzenie? Żeby rozbić taką przyjaźń?”.

Ola   aż   pokręciła   głową.   Sama   się   dziwiła,   że   kiedyś   mogła   w   ogóle   coś   takiego 

pomyśleć.

- Ola, skoczysz do Górala po kisiel? Kup dwa. Najlepiej żurawinowe, bo dzieci lubią.

- Już idę, mamo! Może coś jeszcze zrobić?

Zabrzmiało to tak wesoło, że mama spojrzała na nią podejrzliwie.

- Wybierz mi numer do tej swojej koleżanki, co u nich byłaś.

- Ale po co?

- Chmielewscy chcą sprzedać dom. A matka Karoliny chce kupić. Wcześniej ci nie 

mówiłam, żebyś nie była rozczarowana... Co mnie tak ściskasz? Udusisz mnie.

*

To był dobry dzień. Wszystko szło zgodnie z planem.

Ola leżała na tapczanie. Właśnie skończyła powtarzać biologię. Trzymając ręce pod 

głową, szukała w myślach, komu by tu jeszcze pomóc.

Całkiem przypadkowo udało jej się postawić studentowi tarota. Wyszło, że koło niego 

jest wielka miłość. Agnieszka zaczerwieniła się, ale student klasnął w ręce i powiedział, że to 

wszystko prawda, bo on ma w Warszawie narzeczoną i latem planują wziąć ślub.

Agnieszka zrobiła się czerwona, ale szybko się opanowała. Następnego dnia przyszła 

do szkoły uśmiechnięta; rozwiesiła masę plakatów dotyczących jej nowego samorządowego 

pomysłu. To był pierwszy dzień, kiedy nikt się z niej nie śmiał.

Udało się też pomóc tacie z fakturami. To było dziecinnie proste. Wystarczyło tylko 

spytać, jak to się robi. Całość zajmowała kilka minut. Dzięki temu ojciec odzyskiwał humor i 

nawet chciało mu się urządzić dzieciom kulig.

I tylko jedno ją męczyło - jak przekonać Bogusię, że jej pech się skończył.

Tu pomógł Oli przypadek. Okazja nadarzyła się niemal natychmiast.

*

- Jest list do ciebie.

Ola ostrożnie wzięła do ręki kopertę. Adres był wydrukowany, a z boku odczytała 

background image

firmowy napis: „Wydawnictwo Egmont”.

A   więc   jest,   jest!   Zanim   otworzyła   kopertę,   już   wiedziała,   że   udało   się,   dostała 

zaproszenie   na   cały   dzień   do   redakcji   „Trzynastki”,   żeby   zobaczyć,   jak   powstaje   pismo. 

Zadowolona i szczęśliwa wybiegła przed dom.

Zaraz na drodze natknęła się na Bogusię. Już, już chciała podzielić się z nią szczęśliwą 

wiadomością, gdy dotarło do niej, że Bogusia też wysłała kupon konkursowy. Przecież dwa 

razy mówiła, że na pewno jej kupon zaginął, bo ona ma już takie szczęście. Coś wpadło Oli 

do głowy.

*

- Dzień dobry! Czy to „Trzynastka”?

- Tak, słucham.

- Ja... ja nazywam się Olga Wrona i dostałam dziś zaproszenie do redakcji.

- To gratuluję!

- Ale ja chcę odstąpić je swojej przyjaciółce? Mogę?

- Oczywiście. Możecie po prostu przyjechać razem.

Wystarczyło wtajemniczyć studenta, żeby wydrukował na kopercie adres Bogusi. Ola 

wysłała   list   do   Karoliny,   a   ta   specjalnie   pojechała   do   Warszawy,   żeby   był   prawdziwy 

pocztowy stempel.

Bogusia zwariowała ze szczęścia! Pokazywała wszystkim zaproszenie, pożyczyła od 

Agnieszki bluzkę, od Marty wisiorek, a od Kaśki torebkę.

Kiedy wracały do domu, Bogna zauważyła, że coś leży na chodniku.

- Zobacz,   co   znalazłam!   -   W   jej   dłoni   lśniła   pięciozłotówka.   -   Jestem   bogatą 

szczęściarą!

Ola aż pokręciła głowę. Sama nie zauważyła tej monety. Czyżby pech naprawdę już 

opuścił Bogusię?

*

Na   wuefie   dziewczyny   grały   w   kosza.   Jak   zawsze   kapitanami   drużyn   były   Ola   i 

Justyna - dwie najlepsze zawodniczki. One zaczęły wybierać składy drużyn.

- Kaśka! - krzyknęła Ola i rzuciła szarfę w jej stronę. Koleżanki spojrzały po sobie ze 

zdziwieniem. Że też Ola chce mieć w drużynie taką ofiarę. Ale Ola spokojnie powiedziała:

- Miałam sen. Proroczy. Kaśka była królową, a my padałyśmy przed nią na twarz. To 

musi coś znaczyć.

Ilekroć   piłka   wpadła   Oli   w   ręce,   ta   kierowała   ją   w   stronę   Kasi;   dosłownie 

background image

bombardowała   ją   podaniami.   Na   początku   Kasia   uciekała   przed   piłką,   psuła   podania.   W 

końcu rzuciła dobrze, a Ola krzyknęła:

- Widzicie?! W sny trzeba wierzyć.

Wtedy zobaczyła to, na co czekała: leciutki, nikły uśmiech Kasi. Poczuła nawet lekkie 

rozczarowanie, że to jest aż tak proste.

Wieczorem zadzwonił telefon. To była Kasia.

- Wiesz... - zaczęła bez wstępów. - Opowiedziałam wszystko mamie i ona mówi... 

Dziękuję ci. Jesteś kochana. Jutro jest wuef, a mnie nie boli brzuch. Pierwszy raz w życiu 

przed wuefem nie boli mnie brzuch. Mnie od dwóch lat nikt nie podał piłki...

*

Cześć, Olka!

Jakiś czas temu pytałaś mnie, czy nie mam pomysłu na Szymona. Nic ci nie pisałem, 

bo co Ci miałem pisać. Zajrzyj do niego na stronę. Chyba znajdziesz tam coś miłego.

Wyobraź sobie, że Paulina przejęła się numerologią i tym, że nie pasujemy do siebie. 

Nie znasz jakiejś teorii, która by pozwalała udowodnić, że my idealnie do siebie pasujemy? 

To tylko żart! Ja i tak wiem, że pasujemy.

Jeszcze   jedno:   moja   ciotka   z   mężem   i   z   moim   ciotecznym   bratem,   Pawłem 

(wspominałem Ci o nim), chcą wyjechać na cały dzień gdzieś do lasu. Czy to byłby dla Was  

duży kłopot, gdyby zostawili samochód u Was na podwórku? Wuj strasznie się trzęsie o swoje 

autko. Mój brat cioteczny to fajny gość. Samotny...

„Samotny? Co to ma niby znaczyć?”.

Chciała zaraz zapytać Olka, o co mu chodziło, ale jakoś wyleciało jej to z głowy.

Weszła na stronę Szymona.

Na początku nie było nic ciekawego. Kilka zdań o nim, jakieś śmieszne rysunki z 

dzieciństwa, kilka zeskanowanych pamiątek z wyjazdów i... zaraz... jest tu coś jeszcze.

„Moi przyjaciele”.

Ola szybko najechała myszką na to pole.

Pierwsze, co zobaczyła, to zdjęcie Olka i obok jej zdjęcie. Pod spodem krótki opis.

To jest Ola, moja przyjaciółka. Spotykamy się tylko latem, ale za to często ze sobą  

korespondujemy.

Dalej był długi opis incydentu szambem, ale Szymon zupełnie pominął swoją rolę.

Ola wróciła do miejsca ze swoim zdjęciem.

„Bardzo dobrze wyszłam. Jestem taka roześmiana. Kiedy to było robione?”.

background image

Zapragnęła, żeby już było lato, żeby na każdy weekend albo przynajmniej na co drugi 

przyjeżdżała Karolina. Będą mogły nagadać się do woli, chodzić do lasu, wstawać rano i 

obserwować sarny.

*

Cześć, Aniu!

Bardzo  serdecznie   Cię  pozdrawiam.   Wiem,   że  wszystkie  dziewczyny,   i  nawet   pani  

Szato, próbowały do Ciebie pisać, a Ty nie odpisujesz, nie dzwonisz, wcale się nie odzywasz.  

Kiedy napisałam do Ciebie poprzedni list, a Ty nie przystałaś ani słowa odpowiedzi, byłam  

na Ciebie zła i uważałam, że zadzierasz nosa albo jesteś po prostu źle wychowana. Teraz 

myślę inaczej. Ostrzegam Cię, że nie przestanę do Ciebie pisać. Co tydzień wyślę list i będę  

czekała. Coś mi mówi, że w końcu do mnie napiszesz.

Stawiałam sobie pasjansa i wiem, że na pewno tak będzie. Poza tym ja jestem piątką,  

a Ty dwójką. Wyższa liczba może bardzo pomóc niższej. To numerologia, na pewno o niej  

słyszałaś. Jeśli nie - chętnie napiszę Ci, o co w niej chodzi. Czekam na list od Ciebie. Aha,  

podaję też mój adres internetowy. Cześć, Dwójko!

Pozdrawiam - Piątka

*

- Ola, co ty masz na głowie?

- Marzenka mnie przeczesała. Ślicznie, prawda? Mama aż pokręciła głową.

- Babciu, wiesz, ja mam tu linię grzeczności. Zobacz, jaka długa i mocna. Ola mi 

pokazała. Jak ktoś ma taką linię, to zawsze jest grzeczny - przekonywał Kuba.

- Naprawdę?

- Tak - stanowczo odpowiedział Kuba, po czym  po raz nie wiadomo który zaczął 

przyglądać się swoim liniom papilarnym. W końcu oderwał od nich wzrok i podszedł do 

babci: - Babciu, może ci pomóc?

- A skąd nagle taki pomysł?

- Oj,  babciu, ty wcale nie słuchasz. Ja muszę tak, bo mam mocną linię grzeczności. 

Chcę ponosić te talerze. I noże też. I masło. Niech nikt nic nie robi. Ja zrobię wszystko.

*

- To był najfajniejszy dzień... - zaczął Paweł, brat cioteczny Olka.

Jego rodzice siedzieli w kuchni u Wronów, pili herbatę z cytryną, zachwycali się, jak 

tu w Stoczku jest pięknie, i pytali, czy nie ma czasem jakiegoś domu do wynajęcia na lato. 

background image

Przed domem chodzili w tę i z powrotem Ola i Paweł.

- Tak, cieszę się, że wam się podobało.

Oboje   zamilkli.   Po   długiej   zimowej   wyciecze   wcale   nie   odczuwali   zimna.   Oboje 

uważali, że jest wręcz gorąco. Czuli jakieś dziwne napięcie. Sami nie wiedzieli, skąd się 

wzięło.

- Wiesz, wszystko, co mi mówił Olek, to prawda.

- O czym? - O tobie.

- A co on ci mówił?

- Że jak tylko cię zobaczę, to z miejsca się zako... O kurczę! - Paweł zakrył sobie usta 

tak mocno, że aż plasnęło.

Z domu wyszli rodzice Pawła.

- No,   dzieci,   żegnajcie   się,   bo   już   całkiem   ciemno.  Paweł   nachylił   się   nad   Olą   i 

podając jej rękę, zapytał:

- Mogę do ciebie napisać?

- Pewnie.

Ojciec Pawła odśnieżał lekko przyprószony samochód. Mama siedziała na miejscu 

kierowcy, bo to ona miała prowadzić. A Ola i Paweł stali, wciąż nie mogąc rozłączyć swoich 

rąk.

- To cześć.

- Cześć.

- To ja napiszę.

- Fajnie.

W układzie ich rąk nic się nie zmieniło.

- Może namówię rodziców...

- Bardzo dobrze...

Ręce nadal były złączone.

- A ty przyjedziesz do Karoliny? Bo ja blisko mieszkam.

- Zaraz do niej napiszę.

- Paweł, czekamy!

Gdy znikły już światła samochodu, Ola dostrzegła, że przy furtce stoi Bogusia.

- Co tu robisz?

- Nic. Nie chciałam ci przeszkadzać - powiedziała po prostu i wzdychając, złapała się 

za serce.

Ola spojrzała na nią. Jak mogła jej kiedyś nie lubić? Jak mogła uważać, że Bogusia 

background image

jest złośliwa i egoistyczna?

- Jesteś   prawdziwą  przyjaciółką!   -   Rzuciła   się   jej   na   szyję.   -   Widzisz,   widzisz!   - 

Wyciągniętą pięścią pogroziła gwiazdom na niebie.

- Do kogo to mówisz? Do Boga? - z trwogą zapytała Bogusia.

- Nie - zaśmiała się Ola. - Do takiego jednego... Nic ci nie mówiłam... Posłuchaj. 

Przeczytałam ogłoszenie w „Trzynastce”...

Ola mówiła i mówiła. Wydeptały spory kawałek ścieżki w śniegu, zanim opowieść 

dobiegła końca. Obie co chwila wybuchały śmiechem. Ola z radością uświadomiła sobie, że 

nie tylko może normalnie o tym mówić, ale wręcz ją to śmieszy.

- Ty to masz fajnie, zawsze przytrafi ci się coś dobrego - podsumowała Bogusia.

- To nieprawda. Wszystkim przytrafia się w miarę to samo. Tylko że trzeba w tym 

widzieć dobre strony. Ja musiałam po prostu zrozumieć, jak je dostrzegać.

- Muszę się od ciebie jeszcze dużo nauczyć.

- A ja od ciebie.

*

Ola, jej rodzice, Dorota z mężem, Kuba i Marzenka stali wokół dziecięcego łóżeczka i 

wpatrywali się w maleńką, bladą twarzyczkę Marylki. Wzruszenie wypełniało cały pokój.

- Jak   się   rodzą   takie   małe   dziewczynki,   to   trzeba   im   czegoś   życzyć.   Jak   Śpiącej 

Królewnie. Ja jej życzę, żeby była taka ładna jak ja - oznajmiła Marzenka.

- A ja jej życzę... - zaczął Kuba, ale Marzenka mu przerwała:

- Życzą tylko dziewczynki. Ja, babcia, mama i Ola. Ty nie możesz.

Kuba zaraz się obraził. Mama Oli pogłaskała maleńki paluszek i powiedziała:

- Ja jej życzę, żeby zawsze była zdrowa.

- A ja, żeby była mądra - powiedziała Dorota.

- A ja... - Ola się zawahała... - żeby dzięki niej ludzie byli szczęśliwi.

- Ja już jestem dzięki niej szczęśliwy.

- I ja.

- I ja.

- I ja.


Document Outline