background image

HALINA SNOPKIEWICZ

SŁONECZNIKI

Małgorzacie

background image

13 grudnia 1948 r.

Jestem   dzieckiem   grzechu.   To   nieprawda,   ale   dobrze   brzmi.   Trzeci   raz   zaczynam 

prowadzić  pamiętnik  i trzeci raz umieszczam  to zdanie na początku. Wnosi ono powiew 

romantyzmu, - którego tak brak W moim obecnym życiu. Wprawdzie nie robię już dramatu z 

konieczności   chodzenia   do   szkoły.   Przeciwnie,   Tylko   dzięki   budzie   trzymam   się.   Ale   z 

rozrzewnieniem wspominam' czasy, kiedy uczyłam się sama. Nazwałam się wtedy „K, E. L.” 

-   co   znaczy   Komisja   Edukacji   Lilki.   Doskonale   mi   to   szło.   Za   okupacji,   w   tak   zwanej 

Generalnej Guberni, były  szkoły bez historii  i geografii. - Poza tym  wiodłyśmy  z mamą 

koczownicze życie, zmieniając miejsce pobytu kilka razy w roku. Mama zdobyła dla mnie 

komplet przedwojennych podręczników, od klasy I do VII, resztę problemu zostawiając mnie.

Wypracowałam sobie własne metody nauczania. Się. Przede wszystkim utworzyłam tę 

jednoosobową. komisję i naszkicowałam plan działania. Na przykład rok 1944 był Rokiem 

Geografii. Były Lata Języka Polskiego, w tym - co niech na wieczną chwałę zapisane mi 

będzie - Miesiąc Gramatyki. Mama czasami, raz na dwa lata, urządzała mi dyktando. Jednak 

odległość między jednym a drugim takim sprawdzianem wiadomości sprawiła, że dyktowała 

mi ciągle to samo: „Kruk krukowi oka nie wykolę. Pracowita córka piele od rana ogórki. 

Stróż Józef poszedł po wodę do źródła. W tych drzwiach jest popsuta zasuwka”. Itp.

Długo byłam na bakier z interpunkcją. W zdaniu: „Pies wierny przyjaciel człowieka 

nie opuszcza go w złej doli”, przez trzy kolejne razy stawiałam przecinek po przyjacielu, 

zamiast po psie i człowieku. W czasie kiedy Komisja kazała mi przerobić Nieboską Komedię 

Krasińskiego, dowiedziałam się dopiero, że czasownik odpowiada na pytanie  „Co robi?”. 

Gdyby to pytanie było w bezokoliczniku, nigdy bym na nie nie odpowiedziała.

Kiedy Polska została wyzwolona, okazało się, że nie było Dnia Matematyki.  A tu 

należało  zdać  do  jakiejś  klasy.  Przyjechał  wujek,  żeby  obiektywnie   stwierdzić,  do  której 

powinnam   ryzykować   egzamin.   Wyjechał   smutny,   zostawiając   o   mnie   opinię:   „Ona   jest 

zwichnięta. Pojęcia nie mam, co z nią należy zrobić”. Mama powołała do mojej biografii miłą 

nauczycielkę, która, przerażona i zaszokowana, w ciągu trzech miesięcy usiłowała przerobić 

ze   mną   program   szkoły   powszechnej   i   uporządkować   samodzielnie   nabyte   wiadomości. 

Podczas   gdy   z   języka   polskiego   kończyłam   właśnie   gimnazjum,   z   historii   byłam   na 

uniwersytecie, a z geografii mogłam robić pracę naukową, z matematyki kwalifikowałam się 

do   II   podstawowej.   „K.   E.   L.”   do   głowy   nie   przyszło   zasilanie   mózgowia   prądem 

elektrycznym czy też jakimikolwiek kwasami, zasadami lub solami. Przyrodą było tylko to, 

co mnie otacza, i byłam bardzo zdziwiona, kiedy to okazało się także przedmiotem.

background image

W   końcu   zdałam   do   siódmej   klasy.   Nie   miałam   innego   wyjścia   -   pozbawiona 

cenzurek. Ta różnica w poziomie wiedzy została mi. chyba na zawsze. Potem przeszłam do 

nowo   utworzonej   klasy   ósmej.   Moje  a r y t m e t y c z n e   wciąż   wiadomości   poszerzyłam 

zaledwie o znajomość rzymskich cyfr. Po ósmej (dowiedziałam się tylko, co to jest procent, a 

co kapitał) przyjęli mnie bez egzaminu do trzeciej gimnazjalnej. Przebrnęłam jakoś, chociaż 

musiałam   dorobić   łacinę,   którą   ci   wszyscy   normalnie   się   edukujący   przechodzili 

systematycznie. I tu przy pomocy Calvusa; odkryłam, że mam językowe zdolności.

Dwa tygodnie tylko chodziłam do niego na lekcje, a po czterech .miesiącach byłam 

najlepsza w klasie. Z łaciny, oczywiście. Dla dopełnienia nieszczęść w tej ósmej uczyłam się 

francuskiego, a w mojej obecnej szkole jest tylko angielski i niemiecki. Wybrałam angielski, 

zwłaszcza że kiedyś tam, dawno, zaczęłam poznawać ten język. Z chaosu więc do siódmej, z 

siódmej - aż dziw, jak prawidłowo - do ósmej. Z ósmej do trzeciej, ale za to z trzeciej do 

dziewiątej. W ubiegłym roku była reforma szkolnictwa i stąd taki galimatias. Żeby nas nie 

skrzywdzić,  to   znaczy  tych,  którzy  kończyli   III  gimnazjalną,  dołożyli  nam  literę   „a”  dla 

odróżnienia od tych, którzy do dziewiątej zwykłej przechodzą z ósmej. My mamy jako ostatni 

rocznik dostać „małą maturę”. Tak, ale w dziesiątej już wszyscy się zrównamy.  Obecnie 

chodzę do IX a. Z lekceważeniem patrzymy na tych z dziewiątych bez „a” i diabli nas biorą, 

że smarkateria, razem z nami dojdzie do matury.

To wszystko, mimo, że skomplikowane, nie byłoby najgorsze, ale wieść niesie, że 

zrobią popołudniówki. To byłaby tragedia. W ten sposób z naszej szkoły odszedłby najlepszy 

element, to jest partyzanci. Oni, gdyby me wojna, byliby już na studiach. Są zupełnie dorośli i 

wiedzą, czego chcą. W każdym razie nie chcą popołudniówek i dwóch lat w ciągu jednego 

roku. Przywykli do naszej klasy. Mają tu swoich ordynansów i sekretarki. To bohaterowie. 

Walczyli   z   Niemcami.   Byli   w   Armii   Krajowej,   w   Armii   Ludowej   i   jeszcze   w   innych 

organizacjach. Ja o nich myślę nieco inaczej niż reszta klasy, ale cóż robić. Nie każdy z nich 

pojął, że wojna się skończyła. Przyszli do szkoły „na tymczasem”, w braku innych zajęć. 

Ciągle czekają, że coś się zacznie się dziać i oni znów wystąpią w glorii wojennej sławy. 

Mnie lubią. Zwłaszcza Hindus. Nie tak za darmo. Odwalam za niego wszystkie domowe 

wypracowania i robię mu ściągi na klasówki z polskiego. Czasami oddaję im śniadanie. ale 

terroryzować się jak inni nie pozwalam. Igorowi, który wyjął grzebień i kazał mi się czesać, 

powiedziałam wprost:

- Odwal się, bałwanie.

Wyrwałam Dyzia spod ich wpływu. Biedny Dyzio przez cały rok nosił Hindusowi 

teczkę do szkoły i z powrotem. To ostatecznie legalna szkoła, a nie żaden las. Mimo że tacy 

background image

gruboskórni i żerują na naszym dla nich podziwie, są cudowni. Jeszcze, tydzień temu, kiedy 

Brukiew wyrwała Hindusa do odpowiedzi, Igor krzyknął:

- Nie strzelaj, sierżancie, nie strzelaj! To sprawa sądu wojennego!

Brukiew przyzwyczaiła się już do znacznie gorszych wystąpień, nie zareagowała więc. 

Najwyższy stopień wojskowy ma wśród nich Igor. Był zdaje się podporucznikiem AK. Ale 

wcale przez to nie jest najmądrzejszy. W ogóle oni się uczą, pożal się Boże. Mają fioła, chcą 

wojny albo przynajmniej jakiegoś powstania. Myślę, że nie tyle z przekonania, ile z braku 

chęci do .nauki czy pracy. Dyrektor mówi, że są wykolejeni, ale co z nimi zrobić, muszą 

skończyć szkołę. Podobno mają na nas zły wpływ i przede wszystkim - dlatego powinni 

przejść do popołudniówki. Ja tego nie zauważam i w ogóle „złe wpływy” nie trafiają mi do 

przekonania. Mam głowę czy nie?! Nawet Brukiew musiała przyznać, że tak. Powiedziała:

- Ty, Lilka, masz szaloną głowę.

Jakakolwiek, by była, dobrze, że jest. Natomiast nie mam biustu. W tym miejscu jest 

wyłącznie klatka piersiowa. Jestem długa i cienka. Mój tułów z ziemią łączą dwie żałosne, 

pajęcze nóżki. Idąc na szkolną zabawę kładę dwie pary pończoch, w tym jedne bez względu 

na porę roku - wełniane.

Przezywają mnie „Nitka”. Niby to pieszczotliwie, a nie zamierzona złośliwość; ale tu 

mogę się. przyznać. Boli. To ludzie wyprani z wyobraźni. Mogliby mnie widzieć taką, jaka 

pewnie będę za rok czy dwa.

W Zbyszku zakochałam się także dlatego, że kartka, którą mi przysłał, zaczynała się 

od słów: „Dziewczyno o kasztanowych włosach”. Moje włosy nie mają określonego koloru, 

W ogóle niewiele wspólnego z kasztanem. Patrzyłam  w lustro pod słońce, w dwa lustra, 

oglądałam się przy świetle. To niestety tylko poetycka przenośnia, ale dowodzi, że Zbyszek 

umie na mnie patrzeć.

Nie mogę tego powiedzieć o sobie. Ja widzę w nim cały świat, a przyznajmy, już tylko 

biedna planeta Ziemia nie składa się wyłącznie ze Zbigniewa Sikorskiego A świat?

17 grudnia 1948 r.

Aktualnie chcę być traperem w Kanadzie. Wróżba przeprowadzona w dzieciństwie, o 

której kiedyś napiszę, głosi, że zostanę pisarką. Odpowiada mi to. Wiem, że pisarz okrada 

swoje życie osobiste. Każde wrażenie winno mu służyć jako część tematu. Musi dawać swoje 

życie innym, wymyślonym przez siebie osobom. Tak więc ja, mając ambitne plany, winnam 

być   wszystkim.   Nawet   złodziejem,   jeśli   zajdzie   potrzeba.   Mani   w   tym   pewną   wprawę. 

Gdybym musiała zjeść na raz wszystkie jabłka, jakie ukradłam z cudzych sadów, pękłabym 

background image

jak legendarny smok po wypiciu wody z Wisły.

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze miałam piątki z polskiego. Nawet wtedy, kiedy sama 

sobie wystawiałam świadectwa. Pisałam na kartonie: „Lidia Sagowska opuściła dni szkolnych 

365 i mimo to została promowana do następnej klasy”. A te moje wypracowania! Zadałam 

sobie   raz   temat,   który  winien   być  wzorem   dla   Mańci   na   klasówki:   „Porównanie   starego 

Boryny z Janem Kiepurą”. Przy czym, jako osoba nie tak całkiem zwariowana, ograniczyłam 

pracę do jednego zdania: „Takiego porównania nie da się przeprowadzić”.

Redaguję   gazetkę   klasową,   niestety   ograniczają   mój   rozmach,   każąc   mi   pisać   na 

konkretny temat. Pracuję także nad powieścią, ale o tym - sza.

18 grudnia 1948 r.

Tego się nie da ukryć, kocham się w Zbyszku. Spadło to na mnie jak piorun. Nie mam 

wprawdzie ochoty pisać, jaki był dalszy ciąg wspomnianej kartki, ale Uczciwość ryczy we 

mnie lwim głosem: „Dziewczyno o kasztanowych włosach, przyjdę do Ciebie o szesnastej. 

Przygotuj obraz wsi polskiej na podstawie Żeńców Szymonowicza”. Przygotowałam, bo już 

od dawna byłam trafiona. Zbyszek chodzi do X klasy.

Wszystkiemu   winna   koedukacja.   Gdyby   nie   chodził   do   naszej   szkoły,   nie 

zakochałabym się. On naturalnie na mnie gwiżdże, ale ja nie rezygnuję. Mój wiek nie gra tu 

roli, mam przecież czternaście lat. On ma taką piękną śniadą cerę i kolorki. I oczy czarne, 

błyszczące jak węgiel. Udaje dziecinnego. Chyba nigdy nie był zakochany.

Jeśli to prawda, że pierwsza miłość jest najsilniejsza, to piękne życie mam przed sobą. 

Do   śmierci   nieodwzajemnione   uczucie,   bo   wątpię,   żeby   tu   czas   mógł   coś   zmienić.   W 

nieszczęściu tracę rozum. On  się interesuje tą idiotką Stefka. Stefka jest bardzo ładna,  z 

przykrością   to   muszę   stwierdzić.   Tak,   ja   jestem   podobna   do   czarnej   nitki,   ale   mam 

najpiękniejsze   rzęsy   w   całej   szkole.   I   też   są   tacy,   co   o   mnie   mówią:   „Jaka   ładna 

dziewczynka”.   Dziewczynka.   Poza   tym   chcę   być   oryginalnie   brzydka.   Uroda   to   rzecz 

pospolita.

Jestem   dziś   usposobiona   do   rozpamiętywania   chwil   spędzonych   ze   Zbyszkiem. 

Pierwszy raz w życiu zobaczyłam go na korytarzu. Stał z kolegami koło sali gimnastycznej. 

Przeszłam obok, a on powiedział z lekceważeniem:

- To z tej nitki Mańcia kazała nam brać przykład?

Właśnie w tamtej chwili zakochałam się na śmierć i tycie. Trzęsłam się na lekcjach z 

wściekłości, która już była miłością. W każdym razie mam pierwszą realną korzyść z nauki; 

Dzięki temu, że Mańcia przeczytała im na lekcji moje wypracowanie, a to w celu upokorzenia 

background image

ich, Zbyszek Zwrócił na mnie uwagę. To była zrazu taka pogardliwa uwaga, lecz na początek 

wystarczyło. Zaczął mi się uważniej przyglądać, no i dostrzegł (on jeden) kasztanowe włosy.

Chłopcy zawsze otaczają mnie kołem, szczególnie jak jest trudna praca domowa z 

polskiego, ale nie mogę tego uogólniać. Naprawdę lubią mnie. Mimo że jestem uczynna, 

często odmawiam odwalania za nich roboty. Mówię: „Nie mam czasu” i śledzę reakcję. Jeżeli 

któryś  powie: „Świnia jesteś!”, obrażam się na dwa, a czasem trzy miesiące. Ani słowa, 

dopóki mnie nie przeprosi. Natomiast jak na odmowę jęknie boleśnie i powie: „A. tak na 

ciebie  liczyłem”,   waham  się trochę,   tak  dla  dodania  sobie  ważności  i  piszę  jeden  temat, 

czasami aż w siedmiu wersjach. To dla mnie dobra gimnastyka umysłowa, bo muszę mieć na 

uwadze ich możliwości polonistyczne, żeby się Mańcia nie zorientowała, iż praca wprawdzie 

jest samodzielna, ale coś nie pasuje do „niżej podpisanego”.

Przyznać muszę, że miałam opory, tak łatwo się godząc na pracę za Zbyszka. Nie 

chciałam, żeby widział we mnie tylko „Caritas”, za darmo wydający porcję zupy. Należy 

jednak od czegoś zacząć, a to był jedyny punkt, przy którym mogłam się zaczepić. Poza tym 

imponuje mi, że uczniowie ze starszych klas zwracają się do mnie o pomoc.

Obserwowałam kiedyś Zbyszka. Rozmawiał z kolegami o matematyce. Mówili z pasją 

i dyskutowali o rzeczach wybiegających daleko poza program. Tyle to nawet ja potrafiłam 

złapać, Poczułam, jak do serca wchodzi mi miękko ostra igła zazdrości. Nigdy przy mnie nie 

rozbłysną   tak   jego   oczy.   Nigdy   ze   mną   nie   będzie   mógł   tak   mówić.   To   jest   fizycznie 

niemożliwe, żebym ja pojęła matematykę, żeby ta ponura nauka stała się jakąś płaszczyzną 

naszego   porozumienia.   Kocham   go,   ale   nawet   dla   niego   nie   potrafię   się   zmusić   do 

zrozumienia tajemnicy trójkąta. W dodatku suknia tak na mnie smutnie wisi, jak na wieszaku.

Czy mam więc wybór? Ja nie tylko za niego piszę, ale także czytam, robię mu punkty i 

streszczenia. Powiedziałam:

- Powinieneś podciągnąć mnie z matmy, nie uważasz?

Chodziło o to, żeby być z nim. Zgodził się, ale to stracona sprawa, zrobiłam błąd. On 

jak tylko się dorwie do takich na przykład pierwiastków, to już nic nie widzi. Jacy to dziwni 

ludzie są na świecie. Usiłuję wtrącić coś na inny zupełnie temat, ale on wtedy:

- Jeśli zrozumiałaś, to powtórz.

Niekiedy   coś   bezmyślnie   powtarzam,   żeby   się   nie   pogrążać   w   jego   oczach   i 

natychmiast  o tym  zapominam. O wiele lepiej się czuję, jeśli  ja mu wtłaczam do głowy 

polski. Ciągnę:

- I tak zakochany poeta, samotny i cierpiący, sięga po pióro. Jak myślisz? Co można 

napisać w takiej sytuacji? Powiedzże, baranku!

background image

- Pewno wiersze - odpowiada geniusz matematyczny.

- Ale jak byś te wiersze nazwał? Co to za rodzaj? - dręczę go.

Cisza.

- Liryki - wyjaśniam. Miłosne liryki.

Oczy Zbyszka   wykazują   bezgraniczną   głupotę.  Stają  się   okrągłe  i   naiwne.  Gdyby 

uczucie do niego nie zaciemniało rui spojrzenia, wiedziałabym, jak go nazwać. Podobam się 

sobie.  Nie  jestem  rozmazana  pannica.  Sentymenty  trzeba:   trzymać  za   uzdę,  jak   młodego 

konia. Szłam kiedyś z Lidką do teatru i Zbyszek z kolegą doszli do nas. Zbyszek powiedział:

- Lidka i Lilka, trzeba was jakoś ponumerować.

Oburzyłam się, bo miałam być „Nr 2”.

- Lilka to Lilka - powiedziałam twardo. - Ty lepiej zobacz, jak są ponumerowane 

strony w literaturze Chrzanowskiego.

A mdlałam z miłości. Jeśli już mam być dla niego numerem, to pierwszym. Tak.

Żeby nie konieczność  przelezienia  do następnej  klasy! Miałabym  więcej  czasu na 

wszystko. Nie przemęczam się nauką, na pewno nie, ale zawsze trzeba i kołnierzyk przyszyć, 

i o zeszytach pomyśleć, i jeśli matma wypada na pierwszej lekcji, przyjść wcześniej, żeby 

zdążyć przepisać.

Nie   potrafię   wyrazić,   jak   się   kocham   w   Zbyszku.   Całym   sercem.   Byłoby   ładnie, 

gdybym mogła, napisać: Całym sercem i umysłem. Niestety. Mój umysł krytykuje to serce. 

Zbyszek przyszedł kiedyś do mnie i - nieszczęście - nie było mnie w domu. Mama przyjęła go 

w   kuchni.   Napisał   kartkę,   że   chciałby   się   ze   mną   spotkać   w   sprawie   wypracowania   o 

Barbarze Radziwiłłównie.. Mama musiała, widzieć, jak pisał tę kartkę. Zrobił byka. Zapytała 

wtedy:

- Czy pan się chce spotkać - z Lilką przez „de” czy przez „te” - bo napisał spodkać.

Mam   żal   do   mamy.   Jakże   musiał   się   głupio   czuć,   biedaczek.   Prawda,   że   miłość 

powinna iść ramię w ramię z ortografią, ale to była cudza korespondencja. To właśnie mama 

nauczyła mnie, że nie wolno czytać listów nie do mnie adresowanych. I jak do tej pory, nigdy 

nie naruszała tych zasad. A dostałam już dwa listy miłosne i nawet nie zapytała od kogo. 

Pękałam ze złości, bo bardzo się chciałam pochwalić przed kimś dorosłym. Mama uważa, że 

to są głupstwa i wobec tego szkoda na to czasu. Mamie w ogóle szkoda dla mnie czasu.

Jedyny czas, który ja uważam za stracony, to lekcje matematyki i fizyki.

Gdyby  kiedyś  Zbyszek  się  we mnie   zakochał,  nie  będziemy   razem  pracować,  nie 

będzie   nas   łączył   wspólny   cel.   Trudno   pomyśleć,   żebyśmy   na   przykład   razem   napisali 

książkę. W opracowaniu podręcznika matematyki nie byłabym w stanie odegrać nawet roli 

background image

sekretarki, ą znów ambicja nie pozwoliłaby mi przygotowywać mu papier,, i ołówki. Miłość 

jednak nie wybiera.

Tak sobie tu piszę 'i piszę, a lekcje leżą i leżą. Można „spotkać” pisać przez „d” i mieć 

piękne loczki nad czołem. I piękny głos. Zbyszek śpiewa w kwartecie szkolnym.  Ładnie 

chłopcy śpiewają, cóż kiedy cały czas patrzę na Zbyszka jak głupia. Każdy dźwięk muzyki 

przywodzi mi jego na myśl. Ach, jak ja sobie z tym poradzę. Myślę i myślę, i nie mogę 

wyciągnąć żadnych  wniosków. Zbyszek robi, co może, żeby mi dokuczyć,  a jego kolega 

powiedział mi:

- No to Zbyszek Wpadł, wiesz? Mówi tylko o tobie.

Nie wierzę. Co to za pośrednictwo. Gdyby mu zależało, abym się dowiedziała o jego 

zainteresowaniu, dałby mi to jakoś do zrozumienia.

- Nie pocieszaj mnie. Sama pilnuję swoich spraw - odparowałam.

Nie mam doświadczenia w tej kwestii, dlatego trudno mi się zorientować, jak stoją 

moje akcje. Na przykład na próbie Wieczoru Mickiewiczowskiego staliśmy razem przy oknie. 

Nagle on pyta:

- Czy stoisz tu ze mną z miłości, bo już cała szkoła mówi, że się we mnie kochasz?

Może mi mowę odjęło, co? Akurat! Już Tales na matmie stwierdził: „Ty Sagowska, 

masz   trochę   tupetu,   żeby   takie   bzdury   mówić   tak   pewnym   głosem”   Powiedziałam   do 

Zbyszka:

- Robię to tylko dla ciebie, bo wiem, że moje towarzystwo sprawia ci przyjemność.

I odeszłam, jakby on był dla mnie pyłkiem, on, który jest całym moim życiem. W trzy 

dni. później przyszedł do mojej klasy, niby po literaturę. Wszyscy rzeczywiście wiedzą o 

mojej   beznadziejnej   miłości.   Patrzyli,   jak   się   zachowam.   Niedbale   wyciągnęłam   książkę, 

podałam mu szybko i powiedziałam: „Zmiataj!”, nie patrząc nawet w jego kierunku. Dobrze 

to chyba wypadło i musiało zrobić na nim Wrażenie, bo zabrał mi szalik. Chce mieć coś 

mojego. Ja bym. mu dała wszystko, nawet encyklopedię, do której mamie nie wolno zajrzeć, 

tak jestem do niej przywiązana. Uznałam, że nie należy zbyt szybko ulegać, więc kazałam, 

aby mi natychmiast zwrócił szalik. Trzeba mieć dumę i jeśli nawet, ma się duszę niewolnicy, 

nie wolno robić z niej wierzchniego okrycia.

- Oddaj mi szalik, i to już - powiedziałam.. - 

- Jak chcesz go mieć, to przyjdź do mnie do domu.

Ho, ho, bracie! Postanowiłam być agresywna w stosunku do mężczyzn. Poszłam z 

Lidką. Mama Zbyszka dała' nam. budyniu z sokiem malinowym, co mi na tyle - poprawiło 

samopoczucie, że - powiedziałam do niej:

background image

- Zbyszek jest miły, szkoda tylko, że się, popisuje.

- On cię bardzo lubi i mówi,, że jesteś ładna,, wiesz?

I kto by się w tym wszystkim rozeznał? Chciał mi oddać ten szalik. Wtedy coś. się we 

mnie załamało.

- Możesz go zatrzymać - rzekłam.

Ostatecznie miłość wymaga wyrzeczeń. A szalik: był piękny, puszysty i pastelowy. 

Nawet mi powieka nie drgnęła. Serce waliło nieprzytomnie. Zbyszek. Zbyszek jest' śliczny, 

ale przecież nie kocham go za urodę. - To byłoby niskie.

23 grudnia 1948 r.

Nie ma lekcji, mam więc dużo czasu. Przeszłam koło Zbyszka pozornie obojętnie i 

udałam,  że   nie   słyszę,   kiedy  powiedział:   „siemasz,   Lilka”.   Hindus'   odprowadził   mnie   ze 

szkoły. To jest wydarzenie i kto nie zna stosunków w naszej klasie, nigdy nie zrozumie, jaka 

byłam dumna. Kazałam mu nieść moją teczkę, już choćby tylko z zemsty za Dyzia.

- Zabiorę cię dziś do kina - powiedział niedbałym tonem.

- Zabrać to ty możesz buty do szewca - zdenerwowałam, się. - Mnie możesz tylko 

zaprosić i jeśli nie będę miała nic innego do roboty, to pójdę.

- A masz co innego do roboty? - spokorniał.

- Mam - odparłam niezgodnie z prawdą.

Możliwe, że Hindus zastrzelił dwóch Niemców, cześć mu za to i chwała, ale co to za 

tony wobec kobiety. Jeszcze w klasie mogłoby ujść.

- Ci Niemcy to byli w obronie własnej, co? - zapytałam niewinnie.

- Wy, smarkacze, tego nigdy - nie zrozumiecie.

- No to dowiedz się, że ja, tyle  lat od ciebie młodsza,  uważam was po prostu za 

gówniarzy. Gdybyśmy w czasie okupacji mieli odpowiednią liczbę lat, także walczylibyśmy. 

I pomiatanie nami tylko z tego powodu, że w pieluchach nie przyjmowali do konspiracji, 

uważam   za   świństwo.   Strzelać:   to   cię   może   w   tym   lesie   nauczyli,   ale   to   wszystko. 

Przechwalacie się beznadziejnie. To jest szczeniackie. Mnie: już spadły łuski z oczu i widzę 

was takich, jakimi jesteście obecnie, A sam wiesz, co. mam na myśli. Warn się - w głowie 

poprzewracało. Wiesz, że się nigdy nie podlizuję profesorom i często wasze winy biorę na 

siebie, ale Hindus, żmiłujże się, co z wami będzie? Profesorzy się nad wami litują, czy ty się 

nie wstydzisz? Każda wasza trójka przejmuje mnie wstrętem. - 

Tak mu powiedziałam. Już dawno miałam na to ochotę.

- Zda się, spokojna głowa - odrzekł. - A swoich trójek jakoś nie przypominasz. Nawet 

background image

tych z minusami.

- To są normalne tróje i mnie nikt dla zasług nie przepuści do dziesiątej, to jest różnica 

-   moja   trójka   i   twoja   trójka.   Gdybym   ja   zrobiła   cokolwiek,   co   wyróżniałoby   mnie   z 

przeciętności,   możesz   być   przekonany,   że   nie   wystawiałabym,   tego   na   pokaz.   Ciągle 

wierzyłam, że jesteś niegłupi chłopak.

- Skądże ty jesteś taka mądra, co?

- Hindus, jestem okropnie głupia, ale wasze zachowanie mnie razi. Jak przyszłam do 

budy, to się prawie do was modliłam, pamiętasz. Przeszło mi.

- Jak ci przeszło, to chodź, coś ci pokażę.

Zaprowadził   mnie   do   swojego   ogródka   i   wykopał   skrzynkę.   Pełna   rewolwerów. 

Musiałam mu przysiąc, że nikomu nie powiem. Muszę być tchórzem podszyta, bo całą noc 

potem śniła mi się milicja. Żałuję, że o tym wiem, bo nie jestem pewna, czy wytrzymałabym 

śledztwo, gdyby mnie wzięli na badanie. Ale dałam mu. słowo, że nic nikomu. Dotrzymam; 

Choćby mnie torturowali. Zresztą, nie mam innego wyjścia, bo jakbym coś wypaplała, to 

Hindus  mnie  zabije.   Milczenie  to   więc  moje  życie.  Taki.  z  niego  twardy junak.   On   jest 

fascynujący. Ma najpiękniejsze oczy na świecie. Szkoda, że jest niemoralny. Takie czarne, 

ogromne oczy. Zaimponował mi. Nie poszłam z nim tego dnia 'do kina. W ogóle byłam do 

niczego.

- Nie, to nie - powiedział.

Później dowiedziałam się, że był na jakichś imieninach i pił wódkę. Postanowiłam go 

ratować. Napisałam mu kartkę na biologii: „Wybierz - wódka albo przyjaźń Lilki”. Odpisał 

„Wódka' jest wierną, a kobiety płoche”. Czego się nie robi dla zawrócenia człowieka ze złej 

drogi! Napisałam znów: „A nie będziesz pił i palił? Wtedy się przekonasz, że nie wszystkie” 

Odpisał: „A kochasz mnie ?'' Postawił około dwudziestu znaków zapytania. Wobec takiego 

obrotu sprawy, nie mogłam go dalej ratować. Mam Zbyszka (?) i moją miłość. Jeśli Hindusa 

nie stać na rzucenie okropnych nałogów przez sympatię do mnie, to niech się już sam o siebie 

martwi.

Nie zajmowałabym się więcej tym straceńcem, ale wiele mu mam do zawdzięczenia. 

On mnie zorientował, co to jest polityka i nauczył właściwie czytać gazety. Potępił Becka: Ja 

się trochę boję Hindusa. I bałam się powiedzieć mu, że bardziej obchodzi mnie Zbyszek niż 

rząd londyński.

Tales to wszystko podsumował, oczywiście nie wiedząc o moich zgryzotach:

- Dzieci,  żyjecie  w  bardzo trudnych  czasach.  Jeśli  potraficie  je przeżyć  zgodnie  z 

sumieniem człowieka, będziecie z siebie dumni.

background image

Może to i mądre, ale tak na dwoje babka wróżyła. Nie dostrzegam trudnych czasów i 

moje sumienie co do polityki nie może się jakoś ustosunkować. Czy musi? O wielu rzeczach 

nie mam pojęcia. Chciałabym, żeby to mogło mnie nie obchodzić. Ale te zagadnienia pchają 

się do człowieka jak woda z popsutego kranu, zatykanego palcem.

Dnia 24 grudnia 1948 r.

Pomagałam przy pieczeniu ciasta. Dziś muszę jeszcze napastować podłogę w moim 

pokoju. Smutne są moje wigilie. Za dobrze pamiętam ojca, zbyt mocno go kochałam., Mama 

ma drugiego męża, aleja ojca już nigdy nie będę miała. Jest godzina 6 rano. Nie mogę spać. 

Hindus mówił, że wojny wcale nie wywołuje imperializm, że to są bzdury. Ktokolwiek je 

wywołuje, to jest wysłannikiem piekła. Ojciec był człowiekiem tradycji. Wigilie były bardzo 

uroczyste. Rozmawiam z portretem ojca jak z żywym człowiekiem. Dla mnie ojciec będzie 

żył zawsze.

Godzina 21

Skończył się właśnie dzień wigilijny. Wymknęłam się do swojego pokoju, bo „tam” 

siedzą zbyt nudni państwo Lisowscy. Mama zrobiła bardzo elegancką kolację. Zwinę się w 

kłębek i będę sobie marzyć. W marzeniach życie jest takie, jakim chcę je widzieć. To znaczy 

dobre, szlachetne. - A w szkole nie wszystko układa się pięknie. Moje koleżanki prawie nie 

wiedzą, co to jest poezja. Większość to. takie typy, co to „pójdą na stomatologię”. O szukaniu 

skarbu Mayów żądna nie myśli. Nie interesuje mnie, jak długo będę żyła. Ważne jest tylko - 

jak. Jeśli tak, jak mam na to ochotę, jeśli będę robiła, co zechcę, jest mi obojętne, jak długo to 

będzie trwało. Przeczytałam dwa rozdziały mojej powieści i omal że się nie popłakałam ze 

wzruszenia. Bohaterowi, Ireneuszowi, dałam całe moje uczucie do Zbyszka. Czy to uczciwe? 

Nie ma - na świecie nikogo, kto zechciałby się zniżyć do mojego poziomu i wyjaśnić mi 

pewne rzeczy. Na przykład, czy jeśli ten jedyny chłopiec pokocha, to dziewczyna już nigdy 

nie poczuje - się samotna? I czy to jest szczęście? Jeśli to szczęście, to wcale nie takie trudne 

do osiągnięcia, jak piszą w książkach. W moim przypadku wystarczyłoby przerobić trzeci 

kurs  wydziału  matematyki.  Być szczebelek wyżej  niż Zbyszek,  po prostu. Po prostu. To 

śmieszne, to nierealne. Swoją drogą, chłopcy są ciekawi. Nie spotkałam jeszcze dziewczynki, 

która lubiąc jakiś przedmiot, interesuje się nim w tak wielkich wymiarach. Mój polski się nie 

liczy.   Mnie   Komisja   Edukacji   Lilki   -   nie   mając   odgórnych   wytycznych   -   kazała   czytać 

wszystko, co wpadło w rękę. Stąd moja sława w szkole. Humanistyczna sława. A gimnazjum 

jest ogólnokształcące. To przykre.

Siedzę w domu i cierpię. Zbyszek mnie nie kocha. Tak mi wypada z rachunku. No to 

background image

co robić? Powiesić się dla kolorków? A rzeki? A lasy? A pola? A góry? A mama, u której w 

jakiejś dwudziestej kolejności, ale jednak się liczę?

25 grudnia 1948 r.

Zbyszek pojechał do Zakopanego. Więc nie traktuje mnie poważnie... Przemknęło mi 

nawet przez myśl, żeby go tropić aż pod Giewontem, ale... Skąd wezmę forsę na bilet? Kiedyś 

wprawdzie odbyłam podróż na kolejarską zniżkę mojej koleżanki, ale tak się trzęsłam ze 

strachu, że gra świeczki niewarta. Właśnie przez tę tremę zdradziłam się i nawet mnie na 

docelowej stacji zamknęli na godzinę w dyżurce, debatując, co by tu ze mną zrobić. Dobrzy, 

siwi kolejarze nic nie zrobili, nie spisali protokołu, tylko bardzo obrazowo mnie pouczyli, co 

za ten czyn grozi.

Wzrusza mnie, kiedy ktoś mi okazuje serce i tylko dlatego przestałam się upierać, że 

szerokousta blondynka, to moja fotografia z młodości. Poczęstowałam ich pestkami z dyni i 

pożegnaliśmy   się   bardzo   serdecznie.   Przysięgłam   im,   że   nigdy   w   życiu   nie   będę   robić 

podobnych oszczędności. I nie będę. Pieszo do Zakopanego nie pójdę, zwłaszcza że ambicja 

ciągnęłaby mnie do tyłu. Mama popłakałaby się ze śmiechu, gdybym jej wyłuszczyła powody 

mojej tęsknoty za górami. A ten łobuz jakże by triumfował!

W jednym romansie przeczytałam, że „płomień jej miłości powoli ogarniał i jego”. Z 

moich życiowych obserwacji wynika coś wręcz przeciwnego. Zośka wpatruje się w Igora jak 

pielgrzym w brudne wody rzeki Ganges. Igora jakoś nic nie „ogarnia”. Powiedział do Stasia 

Okonia: „Znowu się na mnie gapi”. Powiedział to z lekceważeniem i wiele mi tym wyjaśnił. 

Od tamtej pory patrzę na Zbyszka na zasadzie peryskopu łodzi podwodnej. Ja widzę, a jeśli 

mnie dostrzega, mam ułatwione zamaskowanie się. To jest na pewno słuszne, cóż z tego, że w 

mojej sytuacji nie daje pożądanych efektów. Jego miłości w ten sposób mogę nie zdobyć, ale 

przynajmniej ratuję kobiecy honor.

Ach,   ten   Zbyszek,   jakiż   potrafi   być   okrutny.   Dwa   miesiące   temu   założyliśmy 

„Związek   Skich”.   Cieszyłam   się,   że   mamy   coś   wspólnego,   chociaż   końcówkę   nazwiska. 

Związek urządził wieczorek u Stefki. Zabrałam swój patefon i tańczyliśmy trochę. Mało mam 

płyt i kiedy wszyscy mieli dosyć melodii „Wierz mi, dziewczyno”, ogłosiłam konkurs na 

najlepsze  odtańczenie taranteli,  którą śpiewa Kiepura. Przekonana  byłam,  że wygram,  bo 

niejeden wieczór poświęciłam na układanie figur do różnych melodii, które podobno są tylko 

„do słuchu”. I gdyby nie to beznadziejne rozmazanie się w koledze Sikorskim, za partnera 

wzięłabym Igora, który tańczy po prostu fenomenalnie. Ale nie! Wybrałam Zbyszka! Zrobił 

wszystko, abyśmy wypadli na parę błaznów z podrzędnego cyrku. Słuch ma dobry, to była 

background image

zwykła złośliwość. Albo stał jak piec kaflowy, a ja kręciłam się koło niego jak bąk, albo 

idiotycznie podrygiwał robiąc małpie miny. Myślałam, że te osły, to jest widownia, pochorują 

się ze śmiechu. Zwyciężyła Stefka. Tańczyła solo. Nagroda - szarotka z kości słoniowej, którą 

Zbyszek zawsze miał przy sobie, a wspaniałomyślnie poświęcił na ten cel - powędrowała do 

jej rąk.

- Dlatego ją dałem, wiedziałem, że nie zajmiesz pierwszego miejsca - powiedziała 

Moja Wielka Miłość.

W ogóle uganiał się za Stefka, to było wyraźne. Potem graliśmy w listonosza i przy 

wykupywaniu fantów wypadło mi pocałować Zbyszka w policzek. Może i zrobiłabym to, ale 

musiałam mu się zrewanżować w paskudny sposób.

- Bądźcie miłosierni i pozwólcie mi pocałować Igora, nie lubię się poświęcać nawet 

dla ogółu - wyrecytowałam swobodnie.

Przegłosowano ten wniosek, a Zbyszek rąbnął moim fantem o podłogę i wyszedł na 

dwór. Ha! Udałam tylko, że całuję Igora, on i tak wszystko rozumie, jeśli chodzi o podobne 

sprawy. Powiedział:

- Twarda z ciebie sztuka.

Sztuka nie sztuka, twarda nie twarda, ale ma się swoje zasady. Hindus utrzymuje, że 

jeśli się nie ma zasad, to trzeba je sobie dorobić. No i Hindus ma piękne zęby, w odróżnieniu 

od Zbyszka. Poza tym Zbyszek jest niezbyt mądry, jeśli się od niego odejmie matematykę. 

Wolałabym się kochać w ideale, tylko co to znaczy?

O co mi w ogóle chodzi ? Czy o znaczenie słowa „ideał” czy „kochać się”? Zupełnie 

nie mam życiowej orientacji. Co tam, Zbyszek jest śliczny przynajmniej. Nie kocham go dla 

zalet, lecz pomimo wad. Z tego, co piszę, powinnam wyciągnąć głęboki wniosek: przecierpię 

jakoś te ferie. Czy wyciągnę?

Późnym wieczorem

Wyciągnęłam. Zjadłam pół strucli z makiem i piszę opowiadanie o dziewczynie, która 

gardzi chłopcami. Ma wyższe cele. I już! Mówiąc między nami, autorka nie widzi w tej 

postaci siebie.

29 grudnia 1948 r.

Lidka chce, abym poszła z nią i jej rodzicami na dorosłego Sylwestra. Mama z panem 

Zuberem   „wyskoczyła”   na   trzy   dni...   do   Zakopanego.   Zostawiła   mnie   jak   jesionkę   do 

przenicowania u krawca, obdarzając pieczoną gęsią i mglistymi instrukcjami, abym nie robiła 

głupstw. A jakież ja głupstwa mogę robić. Gdyby mi jakiekolwiek przyszło na myśl, bez 

background image

wahania przystąpiłabym do realizacji. Chciałam dać mamie list polecający do Zbyszka - on 

podobno nieźle jeździ na nartach - ale ograniczyłam się do wypowiedzi:

- Gdybyś spotkała Zbyszka, to mu powiedz, że tak się nie robi.

A mama na to:

- Czy on w dalszym ciągu obgryza paznokcie?

Istotnie, Zbyszek obgryza paznokcie, lecz w człowieku należy doszukiwać się zalet, a 

nie   polować   na   wady.   Paznokcie   odrosną,   a   żal   do   mamy   o   wbijanie   mi   zardzewiałych 

gwoździ   do   serca   zostanie.   Pójdę   na   tego   Sylwestra,   Lidkę   dosyć   lubię.   Jest   ładna   jak 

laleczka, pusta jak laleczka, ale schludna, ma wdzięk i dobre serce.

Nie   bardzo   mam   w   co   się   ubrać.   Ze   wszystkich   możliwych   kreacji,   jakie 

przymierzałam   dziś   przez   trzy   godziny,   najlepiej   mi   jest   w   szlafroku   pana   Zubera.   Nie 

rozumiem, dlaczego mama o tych pysznych tureckich wzorach wyraziła się: „tandeta”. Co za 

kolory. Gdyby to był bal maskowy, mogłabym wystąpić jako roznegliżowana dama z haremu 

jakiegoś   szejka.   Jedyna   suknia,   jaką   mam   na   nadzwyczajne   okazje,   to   niebieska.   Błękit 

toleruję jedynie na niebie i długo ciotce będę pamiętała, że uszczęśliwiła mnie tą wełną. O 

butach nawet wspomnieć szkoda. Przymierzyłam czarne czółenka mamy, uprzednio w palce 

wpychając kłęby waty. Każda moja noga, tak z osobna, wyglądała jak obsadka zanurzona w 

kałamarzu. Co tu wymyślić. Zdaje się, że skończy się na spódniczce i bluzce, bo tylko to 

jakoś na mnie leży. Ja półbuty - strach wprost myśleć. Czy ktoś mnie poprosi do tańca? Może 

by   nie   pójść?   Szkoda   mi,   dlaczego   mam   się   pozbawić   atrakcji.   To   będzie   zabawa 

zorganizowana przez fabrykę, w której pracuje Lidki ojciec. Zobaczę, jak to się odbywa, bo 

pani Lisowska ciągle mówi, że teraz to nawet krowę wpuściliby na bal i że w ogóle, nie te 

czasy. Nie znoszę tych Lisowskich. Kiedy pierwszy raz byli u mamy na kolacji, to nawet mi 

się podobali. Nieprzytomnie się śmiałam, kiedy pan Lisowski, żegnając się, powiedział do 

żony:

- Ukłoń się nóżką, Jadziu.

Po trzeciej identycznej  propozycji  pana Lisowskiego omal nie dostałam nerwowej 

wysypki. On to włączył do żelaznego repertuaru swoich dowcipów i nie martwi się zupełnie, 

że słuchaczy nie rozbawi już nawet wizja dygającej pani Jadwigi - osiemdziesiąt trzy kilo 

żywej wagi.

Niestety,  niestety,  tu wypadłoby mi raczej zacytować  wiersz, niż przypomnieć,  że 

Zbyszek popełnił podobne przestępstwo. Odprowadził mnie do domu i powiedział:

- Żegnam ozięble z domieszką ironii.

„Dowcipny chłopiec” - pomyślałam.

background image

Ale powtórzył to już trzykrotnie, to jest - powiedzenie, a nie eskortę pod dom. Śpiewa 

się teraz taki szlagier, trzeba przyznać, trafny:

Liczę, mierzę twoje błędy i wady

Złość mnie bierze, ale. cóż, nie ma rady.

Już   wiem.   Granatowa   spódnica,   ale   bluzka   czerwona.   Ta   bluzka   nawet   jest 

marszczona w całkiem niegłupim miejscu.

3 stycznia 1949 r.

Alternatywa to znaczy: albo - albo. Wie się takie rzeczy. Albo tańczyli ze mną, bo 

bawił ich ktoś zabłąkany ze szkolnego świata, albo mam sex - appeal jak Marlena Dietrich. Ja 

się   naturalnie   skłaniam   do   drugiej   ewentualności.   Dlaczego,   pytam,   się,   nie?   Tak   się 

cudownie bawiłam i wszyscy byli tacy mili (pan Stangel, ojciec Lidki, dał nam nawet po 

kieliszku wina), że kiedy zagrali Pozdrowienie od gór, to zamiast się rozpłakać, pomyślałam 

sobie: „Ty się możesz wypchać trocinami, Zbysiu”. Daję słowo, tak pomyślałam. Czyli jak się 

tak zajrzy do lewej komory serca - miłość, do prawej - miłość, ale przedsionki ? A aorta, która 

dostarcza   utlenionej   krwi   ?   Chociaż   do   medycyny   mam   odrazę   i   nigdy   w   życiu   nie 

studiowałabym   tego   paskudztwa,   po   zakochaniu   się   w   Zbyszku   przejrzałam   podręcznik 

Anatomii Prawidłowej.

Gdzie się może kryć to. męczące uczucie, które~ zdrowo myślącego człowieka (to o 

mnie)  wyprowadza  z równowagi  ? Po'  tym  Sylwestrze  wiem. W  przedsionku. Czyli  tak, 

jakbym kazała Zbyszkowi czekać na siebie w przedpokoju. Panie Sikorski, pan się doigra. 

Wyrzucę pana za burtę. Tak.

Zbyszek, nie wierz w to, co ja, nieszczęśliwa, bredzę. Kocham Cię. Chcę być w Tobie 

zakochana, bo to uczucie mnie uszlachetnia. Co ja wypisuję, .to przecież zupełny brak logiki.

4 stycznia 1949 r.

Ha, ha, rozchorowałam się. Mam całkiem ładną anginkę, którą rozpoznała mama i 

nawet przyjęła mnie do swojego pokoju, aby mnie „doglądać”. W głowie mam kamienie, 

które jednak nie przeszkadzają mi czytać. Już wczoraj czułam, się niewyraźnie i z trudem 

połykałam pokarm, dla ciała. Była Lidka, Danka, Drobina i jeszcze kilka osób. Dobrze, że 

Zbyszek jeździ na deskach, bo wyobraziłby sobie, że umieram przez niego na zapalenie opon 

.mózgowych jak Stefcia Rudecka. Wzrusza mnie troska moich znajomych ale jak tak się leży 

w łóżku i patrzy na nich z pewnej odległości (nie mogą się zbliżać, angina jest zakaźna) tracą 

trochę na wartościach, które mają w szkole. Dyzio. mój najlepszy na świecie kolega, nie był 

ani razu. Pewnie nic nie wie, że choruję, chociaż to dziwne. Jesteśmy świetnie zorganizowani 

background image

i jeżeli na jednym końcu miasta rodzice nie chcą puścić Janki do kina, dowiadujemy się o tym 

natychmiast. Rozsyłamy wici i zastanawiamy się, jakby tu pomóc biedaczce. Mnie się nigdy 

nic podobnego nie przytrafiło. Do swojego pokoju mogłabym  wracać nawet rano, żebym 

tylko miała co robić w nocy. O kinie nawet się nie mówi. Jeżeli mnie tylko bileter wpuści, 

mogę oglądać wszystko. Ostatnio już wchodzę zupełnie śmiało i otwarcie, znają mnie. Tylko 

na Niepotrzebni mogą odejść w kinie byt inny personel. Wybrnęłam. Wzięłam ośmioletniego 

synka sąsiadów, kupiłam mu bilet i podeszłam do bileterki z prawej już strony.

- Wprowadzam dziecko tylko na kronikę. Rozumie pani chyba, że nie pozwolę mu 

oglądać niedozwolonego - filmu. Po kronice wyprowadzę go.

Chwyciło. Ostatecznie, jeśli ktoś czuje się odpowiedzialny za młodszych... Kiedy po 

kronice zapalili światło, wsadziłam małego  pod ławkę, a bileterka machnęła  ręką, bo nie 

przyszła nas wyrzucać. Mały nic nie rozumiał, ale był zadowolony.

Długo nie pojmie, kto kogo właściwie wprowadził. Zapłonął do mnie takim gorącym 

uczuciem, że przyniósł mi dwie żaby i w ogóle często przychodzi. Opowiadam mu czasem 

indiańskie historie, jak to ja i Old Shatterhand wyrwaliśmy się z niewoli od czerwonoskórych. 

Gdyby  nie  powaga konieczna w moim  wieku, chętnie pobawiłabym  się z nim w Indian. 

Zasadniczo to nie mam tendencji do postarzania się, ale jeżeli już się było na randce... wiele 

rzeczy wtedy nie wypada. Co innego w mojej paczce.

Wygłupiamy  się niekiedy wprost dziecinnie, ale my zdajemy sobie sprawę, że się 

wygłupiamy.  To jest różnica. Co prawda, czasami zabawa tak człowieka pochłonie, że z 

trudem wraca do rzeczywistości. Nikt mnie jednak nie zmusza, abym się do tego przyznała. 

Czternaście   lat   to   Zupełnie   chora   sprawa.   Prawie   jak   średniowieczna   tortura,   rozrywanie 

końmi.   Mnie   ciągnie   już   znacznie   wyżej,   gdzieś   do   poziomu   siedemnastolatków,   a 

jednocześnie, kiedy widzę dzieci kryjące się w krzakach nad rzeką, tylko kręgosłup zakazuje 

mi przyłączyć się do nich.

Rany boskie, idzie Zbyszek.

5 stycznia 1949 r.

Kocham się w Zbyszku. Może to nie jest bardzo oryginalne, ale prawda. Wczoraj omal 

nie wyznał mi miłości. Ściskał moją rękę i powtarzał:

- Gdybym wiedział, że jesteś chora, gdybym wiedział, że jesteś chora.

- No więc wiesz, i co? - zapytałam.

- Nic. Widziałem twoją mamę w Zakopanem.

Wiem, mama wyglądała szykownie, tylko on. nie umiał tego powiedzieć. Kazałam mu 

background image

usiąść na tapczanie,  niechby się zaraził. Przynosiłabym  mu codziennie kwiaty i cukierki. 

Ponieważ opowiadał o nartach, i śniegu, przez co mnie spychał w niziny, spytałam:

- A jaka książka kończy się słowami: „dla pokrzepienia serc”?

Pan Tadeusz - wypalił.

Jasne, że to nieszlachetna gra, tak ciągle się upewniać, że to jest cymbałek, ale nie 

należy zapominać, że on też zadaje mi pytania:

- To czemu się równa kwadrat przyprostokątnej ?

Zbyszek   odszedł   z   wiele   mówiącą   zapowiedzią,,   że   się   za   mnie   weźmie.   Nie 

potrzebuję dodawać, że się zorientował, iż nie miałam pojęcia o godnym ubolewania fakcie: 

„Delta równa się b kwadrat minus 4 ac”.

Dobrze, niech się równa, tylko co to znaczy? Takie szyfry mają sens wyłącznie w 

czasie wojny. Mogą służyć do nadawania tajnych meldunków.

10 stycznia 1949 r.

Już w szkole, już w szkole, już w szkole! Przekonałam mamę, że ze względu na 

niepowetowane   straty,   jakie   odniósłby   mój   umysł,   gdybym   sobie   pozwoliła   na 

rekonwalescencję, powinnam pójść do budy. Można mamę nabrać na taką pilność, chociaż 

wydaje mi się, że mnie przejrzała. Nie mogę znieść myśli, że w klasie coś się dzieje beze 

mnie. Hindus może przygotować jakieś powstanie, a ja będę w łóżku, - zamiast w pierwszej 

linii. Tylko przeciwka komu powstanie? Niech się o to martwią przywódcy, w tym przypadku 

chętnie będę „masą”.

Czasami mam gorączkę, a ciągnę na lekcje jak żołnierz na posterunek. Bo też nasza 

szkoła jest najcudowniejsza na świecie. W tym roku to się bardzo uspokoiło, ale jeszcze w 

początkach ubiegłego partyzanci przynosili do szkoły broń i wódkę. Raz nawet przyszła do 

dyrektora   milicja,   sprowadzona   przez   profesorkę  biologii.  Ta   nieodporna   osoba  omal  nie 

zemdlała, kiedy Juhas zamiast odpowiedzieć napytanie: „Co wiesz o skrzypach, widłakach i 

paprociach”, wyciągnął zza paska wielki czarny rewolwer.

My   byliśmy   szczęśliwi,   bo   zrobił   to   błyskawicznie   i   niedbale   machnął   tym 

przedmiotem, ale ona wybiegła z klasy, krzycząc: „Mordercy!” Pistolet był zabezpieczony i 

nikt nikogo nie miał zamiaru mordować. Juhas chciał tylko podkreślić, że lekceważy skrzypy, 

widłaki i paprocie. Zresztą my byliśmy do tego przyzwyczajeni, że oni za koszulą albo w 

spodniach mają broń.

Potem była amnestia, nie w szkole, tylko w ogóle w państwie, i wszyscy ci, którzy 

pracowali w konspiracji, mieli oddać broń na milicji.

background image

No, Hindus nie oddał. Partyzanci przesiedzieli wiele godzin u dyrektora.  Podobno 

przepowiadał   im,   że   skończą   jak   kryminaliści   i   zaklinał,   żeby   nas   nie   demoralizowali. 

Dyrektor to równy facet, wyciągnął Juhasa z opresji i zagwarantował za niego komendantowi 

MO. Juhas był w przymusowej sytuacji, oddał spluwę dyrkowi. W każdym razie z biologii ma 

murowaną trójkę, pewnie do samej matury. To jest świństwo, ale co to jednak znaczy terror.

Ta profesorka jest naiwna, on by na pewno nic jej nie zrobił. Tak się dać zastraszyć! 

Na lekcji Talesa nikt by się nie odważył  na coś podobnego, bo Tales nawet pod nożem 

gilotyny też by rąbnął dwóję. Po tym fakcie huknął na matematyce:

- Znałem już taką klasę po tamtej wojnie. Na pierwszy okres wyrzuciło się dziesięciu, 

na drugi dziesięciu, na trzeci jeszcze czterech i klasa była od razu spokojniejsza.

- Ilu zostało? - zapytał Stasio Okoń, a Tales wyrwał go do tablicy.

Dyrektor w długiej przemowie do nas żalił się, że nauczyciele mają ciężki obowiązek 

„zwrócenia was normalnemu społeczeństwu”, że właściwie należałoby nas „rozkurzyć”, ale 

to jest pedagogiczna ostateczność. I że jemu jest bardzo przykro, jeśli musi wyrzucić jakiegoś 

ucznia ze szkoły, bo zawsze  istnieje obawa,  czy taki  nie  zejdzie  na  złą drogę.  Po czym 

zaapelował, abyśmy wzięli to wszystko pod uwagę, że jemu się wreszcie znudzi ratowanie 

nas i ciągłe rozmowy z milicją. Że komendant naszego miasta, mimo iż „rozumny człowiek i 

widział to i owo”, zamknie nas do domu poprawczego, „tak jak na to zasługujecie”.

Ach,   były   jeszcze   różne   draki.   Kiedy   Brukiew   pytała   któregoś   partyzanta,   dwie 

ostatnie ławy wznosiły „anty - geograficzne” okrzyki albo stukali się szklankami mówiąc:

- No to cyk, za tego straceńca.

Kiedy byłam w trzeciej klasie, to nas nawet zawiesili na cztery dni. Zaczęło się od 

tego, że wpadliśmy na bombowy pomysł, aby pognębić Mańcie, której nikt nie lubi. Niestety, 

pomysł nie sięgał wyżyn ludzkiego dowcipu, ale zrozumieliśmy to zbyt późno. Igora ojciec 

ma małą prywatną drukarnię, w której robią zawiadomienia o ślubach itp. Igor w nocy z 

chłopakiem,   który   pracuje   u   ojca,   wydrukowali   Mańci   klepsydry.   Tekst   oczywiście 

zredagowałam ja, bo któż by? Trochę się bałam, co dalej będzie, ale wszyscy orzekli, że to 

jest genialne pociągnięcie. Musiałam pokazać, że mam charakter, taki co to się nie cofnie 

przed niczym. Do pierwszej w nocy ganialiśmy po mieście, nalepiając żałobne zawiadomienia 

w najbardziej widocznych punktach miasta, także na szkole. Oto treść:

Dnia   28   marca   1948   r.   po   krótkich,   lecz   długich   cierpieniach   zmarła   śmiercią 

wyczekiwaną prof. Maria Deneszek. Wraz z jej zgonem odchodzi od nas rozpacz, a 

przybywa  nadzieja na lepsze  jutro. O tym  wszystkim  zawiadamiają  w ogóle nie 

pogrążeni w żalu

background image

Maltretowani Uczniowie.

Z   tego   się   zrobił   kryminał,   piekło   i   co   kto   chce.   Mańcia   przeczytała   to   dopiero 

wchodząc do szkoły. Myśmy nie mieli po co wchodzić. Dyrektor nieomylnie zawyrokował.

- To III b.

Wpadł do klasy z szarą twarzą i krzyknął:

- Hołota, won ze szkoły! Nie przemawiam do was jako dyrektor, tylko jako urzędnik 

państwowy. Żeby noga wasza nie stanęła na dziedzińcu szkolnym! Banda! Wychodzić, ale 

już!

To   był   dramatyczny   dzień.   Usiedliśmy   w   parku   rozważając   projekt   zbiorowego 

samobójstwa. Rodzicom trzeba było powiedzieć - musieli się nazajutrz stawić w komplecie. 

Wreszcie Hindus nas przekonał, że nie ważne, co się dzieje, byleby się coś działo. To nas 

trochę  pocieszyło.  Ja przynajmniej  w domu  nie miałam  piekła, bo mama  po powrocie  2 

konferencji u dyrektora powiedziała:

- Nie sądziłam, że potrafisz być ordynarna.

Ale inni się nacierpieli. Dwie osoby dostały lanie. Trzeba przyznać, że gdyby nie 

solidarność   naszej   klasy,   ja   z   Igorem   paślibyśmy   od   roku   bydło.   W   dzień   po   naradzie 

rodziców   wezwano   nas   do   szkoły.   Nie   na   lekcje,   o   nie!   Odbywało   się   przesłuchanie. 

Wzywano   nas   kolejno   do   gabinetu   dyrektora   i   każdemu   zadawano   te   same   pytania. 

Odpowiedzi były ustalone.

- Kto wpadł na ten pomysł?

- Wszyscy.

- Kto to napisał?

- Wszyscy.

- Kto był w drukarni?

- Wszyscy.

- Kto rozklejał?

- Wszyscy.

- To wylecicie wszyscy ze szkoły. Możesz iść.

Później   znów   był   dzień   rodziców.   Sprawa   stanęła   na   ostrzu   noża:   ktoś   się   musi 

przyznać. Udział Igora był jasny, jego ojciec omal nie stracił źródła utrzymania. Chodziło o 

wspólników. I czy można nie leżeć plackiem przed taką klasą? Chciałam iść. Zatrzymali mnie 

siłą: „Wszystkich nie wyrzucą, ale jedną osobę na pewno”. Mańcia zastrzegła sobie, abyśmy 

jej nie przepraszali, przy czym postawiła ultimatum: „Ja - albo III b”'. Dyrektor lekkomyślnie 

wybrał Mańcie.

background image

Trzeciego dnia po południu, targani rozpaczą, przypomnieliśmy sobie o tym, co nam 

kiedyś profesorka biologii powiedziała, że Mańcia kocha się sentymentalnie w księdzu Kolcu. 

Powiedziała także (one się nie cierpią), że Mańcia nosi gorset, ale gorset nic nam nie mógł 

pomóc. Swoją drogą, nieładnie. My możemy na sobie wieszać psy, ale tylko wobec siebie. 

Pamięć   przyszła   nam   z   odsieczą   w   samą   porę,   bo   nazajutrz   miał   przyjechać   delegat   z 

kuratorium dla zbadania sprawy na miejscu. Poszliśmy na plebanię, czterdzieści trzy osoby. 

Było nas wtedy w klasie czterdzieści cztery sztuki - co jedna to mądrzejsza - ale Zośka się 

rozchorowała ze strachu. Powiedzieliśmy chórem:

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - ale ksiądz jakoś się nie kwapił ani z 

otwarciem furtki, ani z „Na wieki wieków”.

Sytuację byłby zupełnie położył Hindus, który wypalił.

- Tylko w Bogu nasza nadzieja.

Ksiądz Kolec wie, że Hindus jest niewierzący, nie chodzi na rekolekcje i w ogóle jest 

za mądry na takie zagrywki. Skrzywił się więc i zrobił gest, jakby chciał wejść do domu, ale 

Igor go powstrzymał:

- Ksiądz nam nie może odmówić miłosierdzia. Chrystus łotrom na krzyżu przebaczył. 

Niech nas ksiądz tylko wysłucha.

Ksiądz nas wpuścił do ogrodu i zaczęło się. Mówili wszyscy jednocześnie, błagając 

go, żeby Mańcia pozwoliła się przeprosić.

- Niech ksiądz zrobi cud!

- Całe nasze życie zmarnowane!

- Żałujemy. To był głupi kawał.

- Zapiszę się do Sodalicji! - krzyknął z zapale Igor, zapominając, że przeszkadza mu 

płeć.

- Jeśli   jeszcze   powiecie,   że   Lilka   wstąpi   do   zakonu,   to   już   dalej   nie   słucham   - 

powiedział ksiądz i przysięgłabym, miał ochotę się roześmiać.

- Ale dlaczego ja? Co ja mogę pomóc? - zapytał.

- A któż nam pomoże?

- Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie!

- Niech się ksiądz zlituje nad nami biednymi! Trwało to około godziny. Potem zaczął 

ksiądz, który lubi dużo mówić. Bez trudu przekonał nas, że zrobiliśmy świństwo. Dalej to już 

była niemal farsa,, bo dzwony zaczęły bić na nieszpory, które ksiądz miał odprawiać.

- Idziemy się wszyscy pomodlić - powiedziałam.

Byliśmy   w   okropnym   położeniu.   Cokolwiek   by   się   powiedziało,   nawet   zupełnie 

background image

szczerze - wyglądało na przekupstwo.

- Jeśli   naprawdę   czujecie   potrzebę   modlitwy,   to   chodźcie   •   -   powiedział   ksiądz 

poważnie.

Mnie się zrobiło głupio. W kościele było prawie pusto. Ksiądz wygłosił kazanie takie, 

rzekłabym,   aluzyjne,   jak   to   człowiek   bezmyślnie   może   wyrządzić   krzywdę   drugiemu 

człowiekowi. Patrzył przy tym groźnie na Hindusa, który walił się w piersi, ponura idiota.

- Jak trwoga, to do Boga - zauważył kwaśno, kiedy odprowadzaliśmy go na plebanię.

Wprawdzie   okazywał   pogardę   naszym   sprzedajnym   duszom,   ale...   Ksiądz   Kolec 

pozuje na wielkiego przyjaciela młodzieży względnie jest nim naprawdę. Nie rozszyfrowałam 

tego. No i na maleńkim piaszczystym skrawku ziemi, z daleka od tętniącego życiem świata, 

zdarzył się cud. Mańcia ustąpiła. To znaczy zgodziła się na obecność w szkołę III b, ale 

równolegle do niej, nie prostopadle. Nie chciała nas uczyć. Na polski przychodził Calvus. To 

był jedyny przypadek, kiedy obniżone stopnie ze sprawowania można było nazwać sukcesem. 

Jak ksiądz zadziałał - nie wiadomo. Wstawiała się za nami angielka, Brukiew, Calvus, nawet 

Napoleon. Mańcia nie pozwoliła się przeprosić. Nie pomogły chóralne recytacje pod pokojem 

nauczycielskim, delegacje i dosłownie rzucanie Mańci kwiatów pod nogi, kiedy przechodziła 

przez korytarz. Cała szkoła śledziła tę rozgrywkę, nadawano w każdej klasie komunikaty z 

frontu.  Wreszcie,  wreszcie...  Nauczyliśmy  się  w  pięknej  staropolszczyźnie  Bogurodzicy  i 

oddeklamowaliśmy pod Mańci oknem. Cała ulica miała widowisko. Potem była serenada i 

nawet Zejdź do gondoli, jak się skończył repertuar poważny. Mańcia zmiękła. Wyjrzała przez 

okno i powiedziała:

- A nauczcie się na jutro lekcji, bo dwój nastawiam!

Klasa tonęła w kwiatach. Płakała Mańcia, płakały dwie przedstawicielki rodziców, 

płakaliśmy wszyscy. Nawet partyzanci pociągali nosem, chyba w połowie tylko obłudnie. Do 

końca ubiegłego roku na jej lekcjach słychać było wyciskanie atramentu bibułą.

Teraz już wszystko wróciło do normy, chociaż o tamtej historii wstydzimy się nawet 

wspominać.

12 stycznia 1949 r.

Zośka   chce   popełnić   samobójstwo   z   miłości   do   Igora.   Zośka   to   w   ogóle   dziwny 

przypadek, bo wszystkie porzucone, zrezygnowane, zrozpaczone, rekrutują się przeważnie z 

najsłabszych uczennic. Robiłam statystykę, to wiem. Wmawiają sobie te bidulki, że trudno im 

mieć głowę do nauki, skoro ideał gwiżdże. A Zośka jest drugą uczennicą w klasie. To pewnie 

ten wyjątek, który potwierdza regułę. Zośka ma czym zaimponować Igorowi, wygląda na 

background image

dorosłą. Zastanawiające, że obydwie się garbimy z przeciwnych powodów. Ja z braku przodu, 

a ona z nadmiaru. Że też natura nie mogła rzeczy wypośrodkować. Chociaż, pod moją bluzką 

zaczyna się powoli, powoli coś dziać. Nie trzeba o tym pisać, bo mogę zapeszyć.

Kiedy mi powiedziała, że „ja się przez niego o troję”, odparłam:

- Trucizna, niezła myśl. Będziesz mogła się uprzednio ładnie upozować. Bo przecież 

on przyjdzie cię obejrzeć po śmierci. I wiesz co? Przyjdzie z Baśką z IX a. Ja ci to mówię, 

mam nosa do tych rzeczy.

Obraziła się chyba. Ale nie ma o nią obawy. Obserwowałam ją na lekcjach. Notowała 

każdy wykład.  Zajrzałam jej przez ramię, czy aby nie pisze testamentu. Jak zobaczyłam: 

H

2

O+SO

3

 = H

2

SO

4

, uspokoiłam się zupełnie. Chyba nikomu nie zapisywała w spadku kwasu 

siarkowego. Taka wyjdzie obronną ręką z każdej nieszczęśliwej miłości. Powinnam z niej 

brać przykład, chociaż to trudne. Zaraz, zaraz... ale kwas siarkowy to przecież trucizna.

Eee.   Użyłaby   czegoś   mniej   cuchnącego.   I   trudno   się   w   końcu   otruć   wzorem 

chemicznym. Będę ją śledzić. Muszę jej wyperswadować te cielęce spojrzenia.

15 stycznia 1949 r.

Same niepowodzenia. Ksiądz Kolec wyrzucił mnie za drzwi z religii, bo zauważył, jak 

czytałam Przeminęło z wiatrem. Gdyby nie ambicjonalna strona zagadnienia wyrzucania za 

drzwi, nie byłaby to znów taka piekielna kara. Poszłam pod Zbyszka klasę. Zbyszek siedzi 

naprzeciwko dziurki od klucza.

Drugie - to omal nie dostałam dwójki z polskiego. Bo też ta Mańcia! Ona mnie nie 

lubi, nie rozumiem dlaczego. Ja też jej nie lubię i też nie rozumiem dlaczego. W ogóle moje 

sympatie  do profesorów nie mają nic wspólnego z notami, jakie mi wystawiają. Calvusa 

kocham   mimo   piątki  z   łaciny,   Brukiew   uwielbiam   za   jej   pełne   zrozumienie   dla   naszych 

wyskoków („Czemu tak cicho ? Czy znów zamierzacie coś zmalować? Lilka, nie bądź taka 

zamyślona, bo gotowaś coś wymyślić”). Talesa się boję, ale rękę bym sobie dała uciąć za 

starego, chociaż stosunki między nami układają się, mówiąc najłagodniej, różnie. Bladą i 

chudziutką angielkę lubimy wszyscy. Dziwne - na jej lekcjach nigdy nie było żadnej draki. 

Ona w nas wyzwala instynkty opiekuńcze. Mówi cicho, nie zwraca uwagi na ściąganie i w 

ogóle widać, że jest chora. Przeżyła obóz koncentracyjny i teraz patrzy na świat z wyrazem 

zdziwienia w ładnych jasnych oczach. Nawet partyzanci nie robią przy niej z siebie wariatów. 

Ona nas zawsze broni, jak narozrabiamy, i to nie proszona. Bardzo mila pani.

Ja, może nie najgorsza w gruncie rzeczy, .(czy zły człowiek się wzrusza?) czuję się 

wobec niej jak złoczyńca. A Mańci nie lubię, mimo piątki „teraz i zawsze”. I zawsze - jednak, 

background image

choć jak wspomniałam...

Było to tak. Kiedyś Mańcia - w ramach zbliżenia się z uczniami - nie prowadziła 

lekcji, tylko wypytywała nas, kto i na co chodzi do kina. Przegadaliśmy całą lekcję o filmach, 

oczywiście, o tych dozwolonych. Później, na klasówce dała jako drugi temat: „Jakie problemy 

do przemyślenia nasuwają mi ostatnio widziane filmy”. To właśnie pisałam, Jako podstawę. 

do rozważań wzięłam film Mężczyźni w jej życiu. Mając do dyspozycji dwie godziny czasu, 

nabredziłam nieźle. Zakończyłam  te wywody, filozoficzną konkluzją: „Z tego wynika, że 

najważniejszą   sprawą   w   życiu   bohaterki   były   uczucia   i   wobec   porywów   serca   była 

bezkompromisowa, co pochwalam. Ale jak się tak cudownie tańczy i ma takie piękne nogi jak 

Loretta Young, to mężczyźni winni stanowić tylko niezbędny dodatek do życia”.

Mańcia przekreśliła całe wypracowanie nie stawiając mi stopnia.

Muszę tu wyjaśnić, że (...jednak jestem głupia, to byłoby najwłaściwsze wyjaśnienie) 

ogromnie lubię szukać dowcipnych momentów, nawet tam, gdzie ich być nie może. Toteż w 

każdym   zeszycie   klasowym   piszę:   „Proca   w   klasie”.   Profesorzy   poprawiają   „o”   na   „a” 

traktując rzecz jako zwykłą pomyłkę.

Kiedy Mańcia wniosła klasówki, trzepnęła moim zeszytem w katedrę i powiedziała:

- Sagowska, chodź no tutaj. Tym razem celnie wystrzeliłaś z tej procy.

- Pani profesorko, ona wcale nie miała procy - zaczęli mnie bronić chłopcy, nie mając 

pojęcia, o co chodzi.

- Spokój. W tej klasie jedno warte drugiego - ciągnęła Mańcia, a zwracając się do 

mnie, powiedziała:

- Czytasz   nieodpowiednie   rzeczy   i   to   widać.   Chętnie   na   temat   twoich   lektur 

porozmawiałabym z matką. A ta twoja piątka to kolos na glinianych nogach.

Wybrała się! Mama mi niczego nie zabrania, co by to dało każdej z nas.

Stałam przed Mańcia jak madame Dubarry przed katem. Pewnie, mój życiorys jest 

uboższy od życia tej zacnej postaci, ale czekając na ścięcie wykazałam znacznie więcej dumy. 

Nie drgnęłam. Przyjrzała mi się krytycznie i zarzuciła haczyk:

- ,Kto napisał Słowo o pułku Igora, panno intelektualistko?

Kosiński, który regularnie pożera połowę mojego śniadania w zamian za obowiązek 

podpowiadania   mi   na   fizyce,   zaczął   gwałtownie   przewracać   kartki   książki   i   przesłał   mi 

scenicznym szeptem:

- Erazm z Rotterdamu.

Kosiński.   mógłby   wyłowić   różnicę   między   serdelową   kiełbasą   a   makagigi,   ale 

Jarosławna i Igor, Opat i Dama, to dla niego wszystko jedno. Scenicznego szeptu nauczył nas 

background image

Calvus na zajęciach kołka artystycznego, nie przeczuwając nawet, jakim świetlanym celom 

posłużą jego wskazówki. Mańcia chyba widziała we mnie płotkę, tak marząc, że się złapię na 

robaka. Podniosłam prawą rękę do ust, odchylając kciuk w lewo, co w naszym języku znaczy: 

„Zamknij twarz, wypłynę sama” i udzieliłam odpowiedzi, tonem sztucznie niedbałym:

- Ten anonimowy utwór powstał wiatach 1185 - 1187. Historycy literatury nie są co 

do tego zgodni. Może kiedyś ja zidentyfikuję autora. Nigdy nic nie wiadomo.

- Co wiesz o Orzechowskim ? - zapytała z wściekłością.

- Stanisław Orzechowski, gorący obrońca wolności szlacheckich, żył w latach 1513 - 

1566. Był  zdecydowanym  przeciwnikiem reformacji, a jednocześnie jednym z najbardziej 

utalentowanych pisarzy swojej epoki. Pani profesorko, czy można być dobrym pisarzem i 

mieć mętne poglądy?

- Klemens Janicki? - indagowała Mańcia, nie zwracając uwagi na naprawdę gnębiące 

mnie pytanie.

- Wielki   poeta   renesansu,   1516   -   1543,   był   synem   chłopa   z   Wielkopolski.   Pisał 

wyłącznie po łacinie. Uwieńczony laurem poetyckim w Padwie. Jego Elegia o sobie samym  

do potomności...

Przerwała mi, bo z rozpędu zaczęłam deklamować:

Jeśli ktokolwiek, gdy będę w grobie,

Zapragnie o mnie zasięgnąć wieści, 

Niech przejrzy księgę, com sam o sobie 

Napisał w chwili ciężkiej boleści.

Potem był Sęp - Szarzyński i Kochanowski, i nawet Antygona Sofoklesa. Sprawdziła 

mnie dokładnie, można powiedzieć. Rozczarowałam ją, zdaje się, bo powiedziała z głębokim 

westchnieniem:

- No cóż, bardzo dobrze. Przyszło mi na myśl, że ty jesteś efekciara, ale istotnie znasz 

literaturę.

Dobrze jej przyszło na myśl. Rzeczywiście lubię efektownie odpowiadać, ale historię 

literatury przewidzianą programem mam w małym palcu i to u nogi. Kiedy się urodził, kiedy 

mu się zmarło, czyim był synem, co na niego działało, a co nie, co napisał i co chciał przez to 

powiedzieć. Niestraszna więc dla Nas (pluralis majestaticum) antypatia Mańci. Najrzetelniej 

umiem   jednak   historię,   geografię   i   łacinę.   Tych   przedmiotów   uczę   się   z   prawdziwą 

przyjemnością,,   wstecz,   na   bieżąco   i   na   zapas.   Przy   czym   jako   ciekawostkę   rausze 

odnotować,   że   nie   przepadam   za   powieściami   historycznymi.   Stanowczo   wolę   historię 

potraktowaną naukowa od zbeletryzowanej. Książki podróżnicze budzą we mnie zazdrość. 

background image

Czytam je z wypiekami na twarzy marząc, że się kiedyś odegram i sama zobaczę to wszystko. 

Rzadko która książka daje złudzenia zapachu i barwy. Czy to wada stylu czy brak wiary 

autora w to, co pisze? Nad ilu sprawami muszę gruntownie pomyśleć!

18 stycznia 1949 r.

Hindus najpierw ogłosił klasie, że chciałby zostać dyktatorem świata, a później rzucił 

od niechcenia:

- Kto zje pudełko kremu nivea?

- A   wyrżnijcie   go   w   łeb   tym   pudełkiem   -   zaproponowałam,   widząc   żywe 

zainteresowanie wśród chłopaków. W innych okolicznościach chętnie poczęstowałabym się 

tym specjałem, ale nie cierpię, kiedy Hindus zabawia się kosztem głupszych od siebie.

- W partyzantce różne rzeczy się jadało - nie omieszkał zauważyć Hindus.

Zdjęłam z nogi papuć i podałam mu.

- To już pantofel ci. pewnie nie zaszkodzi ? Autorytet Hindusa zawisł na białej nitce 

babiego lata.

Przeszył mnie smolistymi oczami, błysnął białkami i... wziął kapeć. Ale tu Kosiński, 

potencjalny   kandydat   na   ludożercę,   machnął   w   moim   kierunku   ręką   z   lekceważeniem   i 

powiedział dumnie:

- Wszyscy jesteśmy mężczyznami. Dawaj; Hindus pudełko.

Zjedli. Dwóch zwymiotowało natychmiast po libacji, jeden się rozchorował. Dokazali 

bohaterskiego czynu, nie ma co. Muszę się rozmówić z tym durniem. Zrobić z kogoś balona 

to satysfakcja, ale jeżeli ten ktoś jest mniej „więcej na naszym poziomie.

19 stycznia 1949 r.

- Panienko, panienko - usłyszałam na ulicy. Odwróciłam się. Stanęłam twarzą w twarz 

z wynędzniała,, babiną w kraciastej chustce.

- Którędy dojdę do Kielc? - zapytała.

- Do Kielc? Ależ to daleko. Czy nie mogłaby pani pojechać ?

- Syna mam tam w szpitalu, już dwa dni idę, bo nie mam na bilet. I jeść mi się chce.

Moje   serce   ,   omal   nie   pękło   •   z   nadmiaru   .   miłosierdzia.   Zaprowadziłam   ją   do 

mieszkania mamy i zaparzyłam świeżej herbaty. Ponieważ nasza spiżarnia nigdy się nie ugina 

od zapasów, wyskoczyłam, do sklepu po jajka. Po drodze rozważałam, co by. powiedziała 

mama,   gdybym   z   pieniędzy   zostawionych   pani   Mulowej   na   całotygodniowe   utrzymanie 

domu, zafundowała biednej kobiecie bilet do Kielc.

Jajka   i   rozważania   okazały   się   zbyteczne.   Kobieta   poradziła   sobie   sama.   Zabrała 

background image

pieniądze (jak znalazła w kredensie za dzbankiem do kawy?) i pewnie dla syna  - buty i 

garnitur pana Zubera. Trzęsąc się ze strachu, czekałam na powrót mamy. W bardzo ostrej 

formie   zrobiła   mi   wykład   o.   naiwności   (a   jeszcze   brak   garnituru   nie   został   odkryty)   i 

zmiażdżyła mnie:

- Jeśli cię stać na taką filantropię, to przez dwa miesiące nie dostaniesz. grosza.

Jestem zadłużona u Dyzia! Honorowy dług, przegrałam w makao.

- O   ile   rozumiem,   to   mam   ponieść   karę   za   to,   że   chciałam   nakarmić   głodnego   - 

powiedziałam.

- Za brak rozwagi. Przecież mogła nas okraść doszczętnie.

Mama zajrzała do szafy, klasnęła w dłonie i zawołała:

- Brawo. Nie ma garnituru!

- Nie   wyglądała   na   złodziejkę   -   powiedziałam   ze   łzami.   -   Możesz   mi   nie   dawać 

pieniędzy przez trzy - miesiące. To będzie dla mnie nauczka.

- Jaka nauczka?

- Że nie należy się spieszyć z pomocą.

- Głupstwa. Jeden przypadek nie przesądza o wszystkich. Jeśli tylko takie wnioski 

wyciągnęłaś, to jesteś głupia. Tylko trzeba wiedzieć - kiedy. Są rodzaje pomocy, które niszczą 

ludzi. Zresztą, za młoda jesteś na takie dyskusje.

- Klęska, przegrałam w makao, jak nie zwrócę, jestem skompromitowana.

- Jak nie miałaś gotówki, trzeba było nie grać. .Za dwa miesiące, dostaniesz.

Wiem, co zrobię. Pożyczę od Mulowej. Czyli Mułowa przyjdzie mi z pomocą dla 

odmiany. Pierwszy raz miałam okazję - zrobić dobry uczynek i tak się fatalnie nacięłam. 

Jeden przypadek nie przesądza o wszystkich?

20 stycznia 1949 r.

Myśli, których się nie potrafi wyrazić, dziwnie, dziko i smutno.

21 stycznia 1949 r.

Żeby   ŻYĆ,   trzeba   sobie   ustalić   (znaleźć,   odkryć?)   wartości   niezależne   od 

codzienności wypełnionej małymi ludźmi. Chodzi mi o Maziarską. To właścicielka domu, w 

którym   jest   mój   pokój.   Mama   ma   pokój   z   kuchnią,   ale   od   czasu,   kiedy   została   panią 

Zuberową,   spławiła   mnie.   Istotnie,   tam   byłoby   ciasno,   więc   wynajęła   mi   pokój   po   - 

przeciwnej stronie ulicy, właśnie u Maziarskiej. To jest, fantastyczne, bo pokój jest duży, 

jasny i  pod  oknem   rosną.  jaśminy.   Mama  przychodzi  tu   raz  na  miesiąc,   żeby  sprawdzić 

porządek. Nie podejrzewa,  że przeciętnie  15 osób dziennie składa mi wizytę.  Tu pracuje 

background image

„mózg” klasy,' tu ustalamy plany, a nawet wyciągamy wnioski. Oczywiście, wygłupiamy się 

czasami wprost niebywale, jak na przykład wczoraj wieczorem.

Zaczęło się od tego, że każdy wypowiadał się, do jakiego kraju chciałby pojechać.

- Najpierw do Hiszpanii - ogłosiłam.

- Ja do Argentyny, tam są domy publiczne - powiedział Juhas.

- A, świnio - odezwał się Drobina, który chodzi do mechanicznego, ale należy do 

naszej paczki.

- Świnio? - :zaperzył się Juhas i rąbnął w Drobinę poduszką. Drobina jest bardzo 

gruby, stąd to przezwisko,, żeby było śmiesznie. Złapał chodnik z podłogi i dokładnie - mnie 

wyręczył w trzepaniu. Zaczął się hałas, co najmniej. Dyzio wpakował Drobinie w usta szalik, 

a ja weszłam na piec, żeby móc ocenić sytuację z pewnej odległości. Wpadła Maziarską z 

awanturą.

- Dośćtegocotusiędziejeposkarżęmatcetojestdompublicznyniewidzianerzeczyżebytylu

chłopakówprzychodziłodojednejdziewczynydemolujeciemidom!

- Nie musisz więc, Juhas, wyjeżdżać - powiedziałam z wysokości, a zwracając się do 

Maziarskiej - dobrze, proszę pani, będzie cicho.

Głęboko   wciągnęła   powietrze   i   wyszła   z   przekleństwem   na   ustach.   Zgoda,   jej 

mieszkanie, ale! pokój mój. Zjemy te cegły czy co?

Ona   handluje,   czym   się   da,   nawet   bimbrem,   który   produkuje   w   rurach   i   kotłach. 

Ogłasza   wybuch   wojny,  na  przykład   we  wtorek   rano.   To  tak,   Jeśli   kupi   za   dużo   cukru. 

Przytaszczyła raz do mamy 30 kilo (wojna właśnie nie wybuchła i należało wycofać kapitał). 

Mama, która dla świętego spokoju kupiłaby pół kilometra dopływu Wisły, protestowała słabo:

- Po cóż mi tyle cukru?

Ale Maziarską nacierała na nią z Workiem:

- Za kilka dni już nigdzie pani nie kupi.

Dzięki   mojej   interwencji   nie   udał   się   Maziarskiej   handel.   Przypomniałam   mamie 

zapas, cukru w 1942 r. Opiszę to kiedyś.

Szkoda, że na świecie istnieją ludzie tak małego formatu. Interes. Zawsze, wszędzie i 

we wszystkim interes. Nawet w wojnie i ludzkim nieszczęściu. Maziarską należy do tego 

gatunku ludzi, którzy zamiast różowego kwiatu jabłoni widzą na drzewie złotówki, które 

dostaną za jabłka.

Oczywiście nie poskarżyła mamie, bo zaledwie przekroczyła próg, Juhas wypalił:

- I odtąd jestem w milicji.

Juhas do milicji ma się w stosunku odwrotnie proporcjonalnym, ale Maziarską musiała 

background image

zzielenieć z paniki o ten bimber. Jak się ma nieczyste sumienie, to się boi nawet własnych 

myśli. Zupełnie tak jak ja, kiedy usłyszę: „Sagowska do dyrektora”. I chociaż później się 

okaże, że mam napisać  referat na akademię, długo nie mogę złapać oddechu ze strachu. 

Czemu Maziarska widzi zło tam, gdzie go nie ma? Co jej przeszkadzają moi koledzy? Jej 

jedyna ideologia to cegły i handel. Takiej to już nic nie pomoże. Nic dziwnego, że wszędzie 

węszy zło i brudy.

Po   wyjściu   Maziarskiej   zrobiło   mi   się   jakoś   smutno.   Nawet   nie   miałam   ochoty 

zabawiać   się   snuciem   planów   zorganizowania   Międzynarodowego   Gangu   Likwidacji 

Milionerów.   Gdyby   to   miało   szansę,   mogłoby   być   ciekawe.   Zalążek   Gangu,   to   jest   my, 

uciekłby ż Polski na okręcie, schowany w  kotłowni. Tymczasem  zaczął  padać deszcz ze 

śniegiem,   więc   było   jeszcze   bardziej   ponuro.  Jak   chłopcy  wychodzili,   zdjęłam   ze   ściany 

dywan i dałam im do przykrycia się. Poszli tak przez całe miasto. Wyglądali tak paradnie, że 

humor mi się poprawił. Śmiałam się głośno, lekceważąc w ten sposób Maziarska, deszcz ze 

śniegiem, miłość bez wzajemności i ubrudzoną smarem spódnicę.

28 stycznia 1949 r.

- .Mamo,   wzywają   cię   do   szkoły   -   nadałam   podczas   obiadu   komunikat,   który   w 

naszym - domu. nić brzmi zbyt rewelacyjnie.

- Co zrobiłaś?

- Nic. Byłam tylko nieodpowiednio ubrana.

- Lilka, daj mi spokój, jak się wpędziłaś, w aferę, to nadstawiaj sarna głowy, dobrze? 

Nie mam czasu. I na czym polegał ten nieodpowiedni strój?

- Jeśli nie idziesz, to nieważne. Poradzę sobie.

Na   pewno   uda   mi   się   wytłumaczyć   Brukwi,   że   nie   mogłam   inaczej   postąpić,   że 

naprawdę musiałam przyjść do szkoły w piżamie.

Stasio Okoń, ten który się rozchorował po kremie nivea, zjawił się blady. . - Hindus, 

jesteś stary, ale głupi - powiedziałam.

- Coś cię opuszcza fantazja - Hindus na to.

- Mnie   opuszcza?!   To   się   dowiedz,   że   ja   mogłabym::   przyjść   do   szkoły   nawet   w 

piżamie.

Akurat to przyszło mi na myśl. A cała klasa na mnie: napadła:

- Gadać to łatwo, trudniej zrobić.

- No to zobaczycie - rzekłam.

Zobaczyli. Nie tylko oni. Wstałam rano i do stroju - dorzuciłam wyłącznie wełniane 

background image

skarpetki. Podwinęłam, nogawki, narzuciłam płaszcz i wkroczyłam do szkoły. Niech .sobie 

nie   myślą.   Płaszcz   zostawiłam   w   szatni,   nogawki   -   odwinęłam.   Przemaszerowałam   we 

flanelowej piżamie w różowe kropki i rannych pantoflach przez dwa piętra i korytarze. Cała 

buda zataczała się ze śmiechu. Potem zamknęłam, się w ubikacji i poczekałam na dzwonek. 

Kiedy profesorowie porozchodzili się do klas, odczekałam jeszcze moment, później dumnie 

weszłam na lekcję Brukwi. Sprawdzała listę i wyczytywała moje nazwisko. Dla większego 

efektu - na tę chwilę właśnie czatowałam pod drzwiami. - Sagowska.

- Obecna - powiedziałam spokojnie, zamykając za. sobą drzwi.

Klasa   ryczała.   Brukiew,   jak   w   pierwszej   chwili   zastygła   w   osłupieniu,   tak   nagle 

zerwała się z wrzaskiem:

- Marsz do domu! Nie pokazuj mi się bez matki.

Cóż było robić, poszłam do domu. Ale niech, wiedzą, że słowo, to słowo.

30 stycznia 1949 r.

Dużo mi w szkole uchodzi. Profesorowie lubią mnie. Mnie - czy rozrywki, jakich im 

dostarczam   ?  A   już   Brukiew  ma   do   mnie   wyraźną   słabość.   Wyłożyłam   jej   szczegółowo 

motywy   mojego   czynu   i   domagałam   się   kategorycznej   odpowiedzi,   czy   sama   zrobiłaby 

inaczej?

- Lilka, daruję ci to, ale pamiętaj, przedostatni raz.

Przypomnieć należy, że ten przedostatni raz był już w zeszłym roku. Założyłyśmy się 

z   całą   klasą,   że   pójdziemy   w   wiankach   na   głowie   na   dworzec   i   rzucimy   się   na   szyję 

nieznanemu   mężczyźnie.   Wzięłyśmy   dwa   olbrzymie   pęki   róż   i   w   asyście   całej   klasy 

wkroczyłyśmy na dworzec. W dobrą porę przyszliśmy. Była piąta po południu. Przyjechało 

właśnie   kilka   pociągów.   Kibice   ustawili   się   na   peronie,   a   my   zaczęłyśmy   szukać 

odpowiedniego pana. Wyszedł taki właśnie odpowiedni. Nosił okulary, jasny kapelusz, teczkę 

i   mimo   to   był   młody.   Niczego   się   nie   spodziewał.   Dałam   Zośce   znak   ręką.   Z   dzikim 

wrzaskiem rzuciłyśmy się na nieznanego człowieka. Zośka objęła go za szyję, a ja wpychając 

róże, zrzuciłam mu z głowy kapelusz. Facet wyjąkał:

- Czy wy, panie, oszalałyście?

Panie rzeczywiście oszalały. Śmieli się wszyscy ludzie na peronie, maszyniści wyszli 

z czarnych parowozów. Ten pan powiedział jeszcze:

- Panie są bardzo mile, tylko zwariowane.

Ktoś podniósł mu kapelusz, a ja umocowałam mu, wreszcie mój bukiet pod pachą.

- No, to wezmę panie na lody - zaproponował on.

background image

Ale ja byłam już w transie.

- Wzięłyśmy pana za kogoś innego - wyjaśniłam grzecznie. - Przepraszamy.

I wyrwałam Zośce bukiet, którego nie zdołała mu wcisnąć. Zaczęłam rozdawać róże, 

komu popadło. Zabawa szła świetnie. Klasa ryczała,, „brawo” i „niech żyje Lilka”.

Byłam   bardzo   podniecona   tym,   co   robię.   I   nagle   zobaczyłam   Brukiew.   Tłum   na 

peronie nie rozumiał, co się stało. Upuściłam róże i jak skazaniec poszłam w jej kierunku. 

Zośka za mną, a tuż za nami cała wierna klasa. Miałam tak popsutą całą przyjemność, że nie 

martwiłam się nawet o to, co będzie dalej.

Odprowadziliśmy Brukiew ze stacji. Byliśmy smutni jak orszak pogrzebowy. Nikt nic 

nie mówił. Wreszcie, już pod swoim domem, Brukiew odwróciła się do nas szybko całą 

brukwiową twarzą:

- Nawet nie macie odwagi prosić, żeby nie mówić dyrektorowi. To dobrze, bo znaczy, 

że coś niecoś rozumiecie. To co dziś zrobiła Lilka, to był skandal. Co sobie ludzie pomyślą o 

uczniach naszej szkoły. Idźcie i zastanówcie się nad tym. Ja dyrektorowi nie powiem, jeżeli to 

jest wasz przedostatni wybryk.

Dyzia wysunął się z grupy i machnął Brukiew w rękę. Ja nie powiedziałam nic. Byłam 

Brukwi bardzo wdzięczna. Ale nie czułam się winna. Czy już nie można ludziom dawać 

kwiatów? Więcej poczucia humoru. Co za skandal, rzeczywiście.

Mam wyrzuty sumienia, że nic nie myślę o Zbyszku. Czyżby taka marna była ta moja 

miłość? Podoba mi się to zdanie z klasówki o Loretcie Young. Rzeczywiście świat jest za 

piękny, żeby myśleć o mężczyznach. A zwłaszcza bez przerwy. Mężczyźni to tylko dodatek 

do życia. Tak. Tak.

3 lutego 1949 r.

Mój największy przyjaciel na świecie, brzydki i zawsze czysty Dyzio - awansował. 

Stworzyliśmy na terenie klasy organizację, która ma na celu... o Boże, właściwie nic. Ale jest 

nieprzytomnie   wesoło,   to   wystarczy.   Zabawiamy   się   w   konspirację.   Partyzanci   patrzą   na 

sprawę   z   uśmieszkiem,   lecz   nie   wyłamują   się.   Już   nie   ma   IX   a,   jest   Republika 

Imperialistycznych   Rewolucjonistów.   Na   czele   Republiki   stoi   prezydent   Dezyderiusz 

Żbikowski.   Ja   jestem   jego   osobistą   sekretarką.   Chętnie   przygotowalibyśmy   jakiś   zamach 

stanu. Mianowaliśmy ministrów, dyrektorów departamentu. Najważniejsze ministerstwo to 

Ministerstwo Spraw Zagmatwanych - tekę powierzyliśmy Stasiowi Okoniowi.

Pierwsze   zadanie   ministra   Okonia   to   wykraść   klarnet   z   pokoju   nauczycielskiego. 

Klarnet odebrał Zośce Kwiatek na fizyce. W ogóle pokój nauczycielski pęka od podobnych 

background image

eksponatów.   Najpierw   się   te   cuda   (budziki,   sztuczne   wąsy)   pokazuje   rodzicom   na 

wywiadówce, a później oddaje się w dniu rozdania świadectw. Taki jest lokalny zwyczaj. Z 

klarnetem sprawa jest poważniejsza. Zośka „pożyczyła” go sobie od dziadka, który gra w 

kolejowej orkiestrze. Dziadek nie ma na czym ćwiczyć, za to Zośka ćwiczy się w sztuce 

cierpliwości,   bo   cały   dzień   w   domu   jest   gadanie   na   temat   zaginięcia   klarnetu.   Jej   nie 

podejrzewają. Dziadek chce zgłosić kradzież na milicji. Karierze artystycznej dziadka R.I.R. 

przyjdzie z pomocą.

4 lutego 1949 r.

Powiedziałam,   że   musimy   mieć   jakąś   ideologię.   Na   razie   zostałam   sekretarzem 

redakcji naczelnego organu R.I.R. - u: „Głosu Skrępowanych Wolnomyślicieli”. Redaktorem 

naczelnym   jest   sam   prezydent   Dyzio.   Jakkolwiek   by  było,   to   w   młodzieży   tkwi   pęd   do 

zorganizowanego życia. Wprawdzie nikt R.I.R - u nie traktuje specjalnie poważnie, ale chyba 

wszyscy tego żałują. Krzyczymy: „Niech żyje anarchia!”, ale od Dyzia wymagamy żelaznej 

dyktatury. Odebraliśmy tekę Stasiowi O. Bał się, mimo że sytuacja była rozpracowana. W 

związku z tym  przykrym  incydentem  ustanowiliśmy Prawo Selekcji. Będzie mu podlegał 

przez tydzień.

6 lutego 1949 r.

Ukazał się pierwszy numer „Głosu Skrępowanych Wolnomyślicieli”. Dużo o Calvusie 

i   o   mnie.   Calvus,   którego   prawdziwe   nazwisko   brzmi   Wróblewski,   jest   świetnie 

skarykaturowany przez Celinę. Pod tym podpis: „Nie wszystkie ptaszki tak dobrze ćwierkają 

łacinę”. I znów Calvus, a przed nim klęczy z rozdartą koszulą Tadzik Nieszporek, który 

deklamuje:  „Ubi mi  pater,  et quo modo  aqua ad Sagowskiej  pervenit?”. Ma to stanowić 

aluzję, że w moich odpowiedziach jest dużo wody. Łajdaki, za moją pracę! To ja napisałam 

artykuł wstępny: „Polowanie na tygrysy, a żywotne interesy klasowej społeczności”. Ja dałam 

dialog Napoleona z Mirkiem Deduszko.

Cały nakład, to jest trzy,  egzemplarze gazety,  krążyły z rąk do rąk. Z profesorów 

daliśmy jedynie Calvusowi. Uśmiał się i powiedział, że młodzież trudnych czasów zwykle 

bywa bardzo inteligentna. Szkoda, że nie ma się kto nami naprawdę zająć, bo mamy niezłe 

pomysły i sam nie wie, skąd nam się to bierze.

Postanowiliśmy,   że   mój   pokój   będzie   służył   wieczorem   na   Tajne   Konferencje 

Prezydium Rady Ministrów. To się nazywa „melina”. Przygotowujemy amnestię.

background image

9 lutego 1949 r.

Mamy macki we wszystkich klasach, chociaż nie dbamy o to. Wystarczy nam nasze 

państwo w państwie. Myśleliśmy z Dyzrem nad ideologią R.I.R - u, ale nic nadzwyczajnego 

nie udało nam się wykombinować. Jakaś polityczna działalność nie wchodzi w rachubę, bo 

ani się na tym nie znamy, ani klasie to nic nie da. Chcielibyśmy przebudować świat, być dla 

ludzkości jakimś złotym środkiem, ale czy zdołamy to narzucić komukolwiek? Dopiero jak o 

tym piszę, widzę śmieszność takiego wybierania się z motyką na słońce. A w klasie płonę jak 

szczapa przesiąknięta żywicą. Czy więc nam trzeba narzucić pojęcia o świecie?

To jest niesłychanie skomplikowane. Jeśli „góra” lansuje jakąś teorię, rodzi to protest. 

„Zdrowa ryba zawsze płynie pod prąd” - Hindus. A zdani na siebie, jesteśmy do niczego. Ja 

już w ogóle jestem beznadziejna. Harcerstwo, do którego należę, pociąga mnie jedynie od 

strony pozornie nieefektownej dekoracyjności. Obóz to rzecz genialna, ale zbiórki w czasie 

roku   szkolnego   są   żenujące.   Drużynowej   na   pytanie:   „Czy   zrobiłaś   dzisiaj   jakiś   dobry 

uczynek?” odpowiedziałam:

- Omal, omal.

- Cóż to znaczy?

- Omal nie wybiłam Józkowi Kosińskiemu dwóch zębów. To byłby dobry uczynek, 

nie mógłby jeść ze trzy dni.

Postawiła mnie do karnego raportu i nie wolno mi nosić chusty do końca roku.

Czuję, czuję, że chciałabym coś zrobić, coś zaproponować, tylko nie wiem co.

Pięknie powiedział Asnyk:

Szukajcie prawdy jasnego płomienia,

Szukajcie nowych, nie odkrytych dróg.

Tak, cytować to ja potrafię, ale poza tym nic.

11 lutego 1949 r.

Nadaliśmy Brukwi, zrazu zaocznie, tytuł Honorowej Obywatelki R.I.R - u. Kiedy na 

geografii   zawiadomiliśmy   ją   o   tym,   była   głęboko   wzruszona.   Czy   udawała,   czy   też 

rzeczywiście zrobiliśmy jej przyjemność? To wyróżnienie przecież o czymś świadczy. Może 

do tytułu nie przywiązywać wagi, ale musi zrozumieć, że ją lubimy i szanujemy. Obiecała 

pośrednictwo między nami a dyrektorem w sprawie klarnetu. Jednocześnie przestrzegła nas 

przed zabawą w organizację. To się podobno może źle skończyć, mogą nas nie zrozumieć, 

potraktować jako wrogów klasowych.

Oczywiście,   klasowych   w   sensie   społecznym,   a   nie   szkolnym.   Co   tu   jest   do 

background image

zrozumienia.   Organizacja   jest,   działa,   a   życie   powszednie   ustanowiło   ideę,   która   jest 

konglomeratem   haseł   komunizmu   z   zachodnim   stylem   życia.   Jest   więc   równy   podział 

wartości materialnych.  Przynoszone  do budy śniadania składamy na stertę i każdy je, ile 

może, a kiedy wszyscy są syci, odwiązujemy ze sznurka Kosińskiego, który załatwia to, co 

pozostało. Ponieważ w naszej klasie jest kilka biednych  osób. ci bogatsi mają obowiązek 

przynoszenia ogromnych porcji. W związku z tym mama nie może zrozumieć, po co zabieram 

do   szkoły   na   przykład   10   smażonych   jajek   w   słoiku   i   podwójną   paryską.   Mówię,   że 

gimnastyka mnie wyczerpuje i muszę nadrobić stratę, kalorii.

Od zachodu  przyjęliśmy  sposób  wysławiania  się. Na pieniądze mówimy „dolary”, 

zamiast „hurra” - krzyczymy „Unrra”, a na Dyzia mówimy „Sir”'. Dobrze nam się żyje w 

Republice.   Na   przerwach   chodzę   za   Dyziem   z   notesem   i   udaję,   że   stenografuję   jego 

wypowiedzi. Jeśli ktoś chce uzyskać u niego audiencję, musi to załatwić ze mną. Reguluję też 

sprawę rozdawania autografów przez Prezydenta.

Według tego, co wiemy o życiu, to Dyzio powinien się we mnie kochać. Niestety, on 

się kocha w Jance z IX b, ale twierdzi, że ja jestem dla niego kimś ważniejszym.

16 lutego 1949 r.

Dostałam piątkę, powtarzam z naciskiem, piątkę z chemii. To może nie jestem tępa do 

matematyki,   tylko   nieco   przeszkadza   mi   Zbyszek,   który   jakoby   pomaga   mi   w   tym 

przedmiocie?

22 lutego 1949 r.

Boże, Boże! Jakież okrutne jest życie niekiedy! Dyzia zabrali na milicję. Całe miasto 

trąbiło, że na terenie naszej szkoły jest tajna organizacja. Co za oportunista,. co za świnia 

wypaplała? Dyzio to bohater. W dniu, w którym go zamknęli do tego więzienia, calutki R.I.R. 

stał pod komisariatem z bułkami i kiełbasą. Jakiś kapral na nasze błagania zabrał ten prowiant 

i przysiągł, że Dyziowi doręczy.  Przesłuchiwali Dyzia około dwóch godzin. Nic mu. nie 

zrobili, a nawet były humorystyczne akcenty, bo Dyzio na pytanie:

- Co pan ma na swoją obronę? - odpowiedział:

- Nic. Nawet laskę zostawiłem w domu. Wypuścili go jednak, ale do szkoły przyszedł 

komendant, zarekwirował Brukwi godzinę wychowawczą i palnął taką mniej więcej mowę:

- Drogie dzieci. Bardzo was proszę, bez głupich kawałów. Nie zdajecie sobie sprawy, 

że takie zabawy ktoś może skierować na inne tory, wykorzystać waszą inicjatywę do wrogich 

naszemu państwu celów. W przyszłości  bylibyśmy  zmuszeni załatwić to inaczej. A  więc 

zapowiadam: bawcie się, ale nie w konspirację. Sytuacja polityczna naszego kraju jest ciężka. 

background image

Chciałbym na was polegać. Itp.

Mówił z godzinę, nawet ładnie. Ja byłam wzruszona, ale serce pękało mi z żalu za 

R.I.R - em. Ten komendant to jest podobno komunista - ideowiec. Walczył w Hiszpanii 

przeciwko  gen.  Franco.  Teraz  przenoszą  go  wbrew  jego  woli  na  wysokie   stanowisko  do 

Warszawy. Szkoda, bo tylko u mądrego człowieka możemy liczyć na pobłażanie. Dyrektor 

skonfiskował nam cały nakład czwartego numeru „Głosu Skrępowanych Wolnomyślicieli”. 

Przyjemnej lektury, dużo się dowie, o sobie. Nic nam nie zrobi, bo artykuły są na poziomie, 

inteligentne   i   nikogo   bezmyślnie   nie   szkalują.   Wyławiają   śmiesznostki,   to   prawda, 

podkreślają je na zasadzie karykatury. I tak samo godzą w nas, jak w profesorów. Równość 

wobec słowa pisanego. Ja bym trochę zreorganizowała system w szkołach. Wymagania - tak, 

proszę bardzo, ale jednocześnie dążność do wykształcenia ludzi samodzielnie myślących. Co 

prawda, ludzie W moim wieku nie mogą się poszczycić osiągnięciem poziomu gwiazd. Cóż z 

tego? Chcą - ten poziom osiągnąć, a to już jest coś. Tymczasem szkoła tłumi indywidualność. 

Ja się nie dam. Smutno teraz w klasie. Straciliśmy energię. Ale na pewno nie na długo.

3 marca 1949 r.

Chcę coś radosnego opisać. Coś, z czego nie wynika, że jestem zła. Otóż na ostatniej 

klasówce z matematyki pod moją ławką siedział Zbyszek i szybko mi zadania rozwiązywał, a 

ja przepisywałam jeszcze szybciej. Zbyszek pocałował mnie w nogę, a ja nie zorientowałam 

się, o co chodzi, i w pierwszym porywie kopnęłam go w ramię. Myślałam, że mnie łaskocze. 

Mogłabym się zacząć śmiać, ale nie życzę nikomu śmiać się na lekcji Talesa. Potem podałam 

mu pod ławkę placek z powidłami i kartkę („Przepraszam bardzo”). Placek zjadł, ale ani nie 

odpisał, ani mnie drugi raz nie pocałował. „No, trudno - myślę sobie. - Można się pomylić”. 

Co   to   za   pomysły   -   całowanie   w   nogę.   „Odjechał”   pod   ostatnią   ławkę.   Otóż   jak   Tales 

przyniósł klasówki, to mój zeszyt odłożył na bok i powiedział tylko kilka słów:

- Sagowska zostanie po lekcjach.

To mi wystarczyło. Miałam w teczce Tajemnicę zaginionego miliona, ale zupełnie nie 

mogłam czytać na biologii. Z rozpaczy słuchałam, jak rozmnażają się okrytozalążkowe. Po 

lekcjach wszyscy życzyli mi:

- Trzymaj się, Lilka.

Zostałam w pustej klasie. Tales wszedł, jak zwykle, gwałtownie, ale nie kazał mi iść 

do tablicy, tylko usiadł przy mnie w ławce i powiedział wprost:

- Kto ci rozwiązał to zadanie? Nie kłam, bo wiem, że nie ty. Wynik jest dobry, ale to 

nie moja metoda. Nikt w klasie nie rozwiązał podobnie, więc nie ściągnęłaś. Czy wyrzuciłaś 

background image

przez okno kartkę na nitce?

- Nie - mówię.

Byłam  czerwona  ze wstydu.  Chciałam  zapytać,  jakie znaczenie  ma  metoda, skoro 

wynik jest dobry, ale w mojej sytuacji polałam nie dyskutować. Jeszcze kazałby mi uzyskać 

na jego oczach taki wynik. Milczałam więc. On patrzył na mnie zupełnie niegroźnie i to mnie 

trochę ośmieliło. Nagle wyrwało mi się, przysięgam, że nie chciałam tego powiedzieć:

- Nienawidzę matematyki.

Już myślałam, że przepadłam na wieki. A on na to:

- Uczeń   nie   lubi   tego   przedmiotu,   w   którym   ma   zaległości,   matematyka   to   nic 

strasznego, spróbuj, mówię ci, rozwiązać w domu jedno zadanie. Chociaż jedno, bo wiem, że 

ściągasz i mogę ci nawet powiedzieć, od kogo. Od Nieszporka. Ale tego nie przepisałaś od 

niego. Jak nie chcesz, to nie mów, lecz jesteś taka inteligentna dziewczyna i gdybyś chciała, 

to miałabyś u mnie piątkę. Więc umówmy się. )d dziś już nie ściągaj ani razu. Jak ci będzie 

wychodzić, to tak zostaw. Będę sprawdzał na każdej lekcji i nie postawię ci stopnia, chyba że 

rozwiążesz na pięć. Zgoda?

Musiałabym być kamieniem, żeby się nie rozbeczeć.

- Zgoda   -   powiedziałam.   -   Klasówkę   przepisałam,   tylko   nie   mogę   naprawdę 

powiedzieć, w jaki sposób. Niech I mi pan profesor postawi dwójkę.

Ale on już wyszedł z klasy. Obok mnie na ławce leżał I zeszyt, a w nim czwórka z 

ostatniej  klasówki.  Płakałam I tak  chyba  w  tej  pustej  klasie  z pół  godziny i  przy okazji 

wypłakałam z połowę miłości do Zbyszka. Jego rzeczywiście uczy matematyki kto inny. No, 

ale ren Tales to cudowny 'człowiek.

Rzuciłam się na matematykę z pazurami, przede wszystkim nauczyłam się wszystkich 

definicji, powtórzyłam je właściwie. Potem zaczęłam udowadniać twierdzenie Pitagorasa i tak 

mnie to wciągnęło, jak rozwiązywanie rebusów. Już zupełnie z rozmachu zaczęłam się uczyć 

fizyki. Jednak do tej pory okropnie pływałam. Cóż z tego, że świetnie stoję z polskiego, 

historii, geografii, angielskiego i łaciny. Muszę tamto wyrównać. Od tej pory ani razu nie 

zerżnęłam. Wszyscy w klasie osłupieli, że przed matmą wcinam jabłka, zamiast uganiać się 

za zeszytem Tadzika Nieszporka.

Jeszcze mnie od tej pory Tales nie wyrwał do tablicy. Patrzy tylko na zeszyt i kiwa 

przyjaźnie głową. Rozumiem,, daje mi czas, żebym się podciągnęła. Nikomu nie mówię nic 

na ten temat, tylko uczę się jak szalona. Codziennie godzinę matematyki i godzinę fizyki. Tak 

to i Kwiatek, fizyk, ma dzięki Taksowi pociechę z uczennicy. Ubóstwiam Taksa i wiem, że 

może polubię z czasem matematykę. W tym jest coś ciekawego.

background image

Ante diem quartum Nonas Martias.

Umiem napisać każdą datę po łacinie. Z tego Calvus jest bardziej dumny niż ja.

Calvus postawił mnie na lekcji w trudnym położeniu, apelując do mojego poczucia 

sprawiedliwości. Teresa zaczęła czytać tekst. Na książce miała położony bryk, coś jej się 

pokręciło i po przeczytaniu pierwszego łacińskiego zdania zaczęła czytać inne po polsku z 

bryka. Calvus kazał mi to jej polskie przetłumaczyć na łacinę. Mógłby mi stary nie robić 

takich kawałów. Nie chciałam narażać koleżanki, a z drugiej strony nienawidzę bezmyślności. 

Zaproponowałam więc jak Pytia, że przetłumaczę raczej naszą rozmowę i udowodnię tym, że 

łaciną można się posługiwać „na co dzień”. Uparł się jednak. Powiedziałam, że nie znam 

składni. On na to, ze to niemożliwe i żebym natychmiast przestała rezonować, a wzięła się za 

tłumaczenie. Cóż było robić. Starałam się tłumaczyć jak najgorzej. Nie zwracał na to uwagi, 

tylko powiedział do Teresy:

- Sagowska ci wyjaśni, kiedy można posługiwać się brykiem. No, powiedz, Lilka.

- Brykiem można posługiwać się celem ewentualnego wygładzenia przetłumaczonego 

już tekstu.

Calvus wie, że ja bryka nigdy nie używam. To byłoby poniżej mojej godności.

- Powiedz więc, co powinienem postawić uczennicy, którą nawet z bryka nie umie 

tłumaczyć.

- Ja bym jej nic nie postawiła - odparłam. - Drugi raz jej się to nie zdarzy.

Na tym stanęło. Objechałam Teresę na przerwie. To taki epizodzik, który mnie skłonił 

do  rozmyślań,   że   może   to   nasze   wieczne   „zwalanie”   nie   jest   cudownym   środkiem.   Inny 

profesor   trzasnąłby   Teresie   dwóję   i   koniec.   Ja   też   o   mały   figiel   nie   dostałam   dwójki   z 

rysunków.   Roli   kazał   narysować   krzesło.   Postawił   je   na   stole,   zaznaczył,   że   „w 

perspektywie”, i widać było, że jest z siebie zadowolony. Sto razy nam opowiadał, że jego 

obraz   przed   wojną   kupiono   aż   do   Szwajcarii.   Świetnie,   ale   to   mi   krzesła   nie   pomogło 

rysować. Udawałam więc, że tworzę, a Tadzik Nieszporek już wiedział, że musi ten mebel 

rysować na dwóch kartonach.

Przy   okazji   muszę   wyjaśnić,   że   do   ludzi   z   talentem   malarskim   odnoszę   się   z 

szacunkiem. Tego jednego nie można nikogo nauczyć. Z człowieka pozbawionego słuchu 

można drogą żmudnych ćwiczeń zrobić przeciętnego pianistę. Ale rysunek? Za cenę życia nie 

potrafię narysować konia. Roli wie o tym doskonale, ale maltretuje mnie, ponieważ zrobiłam 

mu świństwo - tak twierdzi. Otóż powiedział mi kiedyś, że mam szyję jak Nefretete, świetnie 

„noszę” głowę  i w  związku z  tym  będę  mu pozować  do portretu  „Dziewczęca  główka”. 

background image

Zamierzał portret wysłać na wystawę. Modelce jednak szybko  się znudziło siedzenie bez 

ruchu i patrzenie w jeden punkt. Któregoś dnia, kiedy po stu poprawkach usiadłam nareszcie 

w przepisowej pozie, oczy zaszły mi Izami - i zrozumiałam, że tego nie przetrwam. Uciekłam 

z płaczem z seansu i nigdy więcej już nie poszłam. Teraz Roli patrzeć na mnie nie może, Co 

znaczy,   że   na   lekcji   widzi   moje   poczynania   w   najdrobniejszych   detalach.   Jest   złośliwy. 

„Perspektywa, to już zupełnie zamknięta dziedzina dla twojego umysłu”.

Gwiżdżę na perspektywę. Roli czyhał na moment, kiedy Tadzik rzucił mi karton z 

nieszczęsnym krzesłem.

- Wątpię, abyś kiedykolwiek miała dobry stopień z tego przedmiotu - powiedział drąc 

rysunek Tadzika.

Natomiast   zabrał   moje   własne   arcydzieło,   które   wypisz,   wymaluj   przypominało 

fotografię rozrzuconego siana. No i czołem. Malarką raczej nie będę, chyba że taką od ścian. 

Chcę, aby całe moje życie było malowaniem obrazu „Mądra głowa”.

Na razie, niestety, tylko nieudolnie pozuję. Karton jest, nie wiem jednak, jakich użyć 

farb? Kolory muszą być zdecydowane, chwytające za serce, działające na wyobraźnię. Precz z 

mdłymi pastelami.

20 marca 1949 r.

Usnę chyba dopiero jutro, tyle mam rzeczy do opisania. Na pierwszy (oby piekielny) 

ogień niech idzie Maziarska. Przeżyłam groźny moment w oziębłych stosunkach z tą panią. 

Zgubiłam klucz od mojego pokoju. Prosiłam więc chłopców z mechanicznego, aby dorobili w 

ogóle nowy zamek. Nie chciałam w to wtajemniczać mamy. Owszem,, dorobili zamek na 

tokarce  (?),  a  kluczy chyba  piętnaście.  Teraz   chodzą  do  mnie  na  wagary.   Ja  wracam  ze 

szkoły,,   a   te   gnojki   grają   na   patefonie   i   kurzą   papierosy.   Miałam   zamiar   palnąć   im 

umoralniającą gadkę, kiedy wtargnęła Maziarska:

- Tegojużzawielećiekąweczypanidoktorwiejaksięzabawia - jejcóreczkaskoriczęztym!

Powiedziałam patrząc jej prosto w oczy:

- Niechże   pani   siada.   I   proszę   nie   lekceważyć   moich   gości.   Gość   -   rzecz   święta. 

Chłopaki, przedstawić się grzecznie pani.

Tak. Użyłam tego chwytu. Chłopaki podrywali się, buchali ją w rękę i szurali nogami. 

Kiedy Drobina usiłował” poczęstować ją papierosem, byłam bliska spazmów z wewnętrznego 

śmiechu. Zaczęła się krygować i wyjaśniać, że zasadniczo to ma miękkie serce, ale ten dom to 

dla niej wszystko.

Z trudem zrozumiała, że powinna wyjść. Jednak to było tylko chwilowe załamanie. 

background image

Już zza drzwi doleciał świergot:

- Zrujnująmipodłogędoczegotowszystkopodobne.

Chłopaków przepędziłam, klucze zabrałam, związałam sznurkiem i utopiłam w rzece. 

Ale zrobiłam to z własnej woli, a nie ze strachu. Wygodniacy, patrzcie ich! I co za urok mają 

takie wagary? A na świeże powietrze, tak jak na całym świecie się wagaruje, zdrowo, w 

porozumieniu z naturą!

Sprawa druga tak zwanymi korzeniami sięga do ubiegłego roku szkolnego. Hufcowa 

wyznaczyła mnie na kwestę uliczną. Los przydzielił mi więc puszkę, ulicę i Bogdana. Gdyby 

Zbyszek był taki inteligentny! Z Bogdanem można w nieskończoność rozmawiać o książkach. 

Byłam z nim dwa razy w kinie i byłabym chodziła dalej, gdybym nie odkryła, że zgadzam się 

na spotkania wtedy, kiedy Zbyszek mi mocno dokuczy.

Z każdym problemem muszę sobie poradzić sama, a nie „wycofywać się na z góry 

upatrzone pozycje”. Przerwałam więc te spacerki, chociaż w towarzystwie Bogdana czułam 

się dobrze. Kątem oka notowałam jednak, że Bogdan posyła mi powłóczyste spojrzenia. Otóż 

dwa tygodnie temu doszedł do mnie w budzie na schodach i powiedział:

- Lilu (nie znoszę tego zwrotu), chciałbym z tobą iść na zabawę, ale przedtem muszę 

ci coś wyznać.

- To szybko, bo następna fizyka, muszę się zorientować, co zadane.

- Sprawa jest poważna. Będę czekał po szkole.

- Dobra - machnęłam ręką i poleciałam udzielać Kosińskiemu odpowiednich instrukcji 

(co ciszej, a co głośniej).

Spacer z Bogdanem trwał bardzo długo. Dowiedziałam się, że: a) on jest mądrzejszy 

ode   mnie;   b)   jestem   promykiem   słońca   przypadkowo   zabłąkanym   w   jego   życiu;   c) 

Szaniawskiego mi chętnie pożyczy; d) mam szczere, urzekające - spojrzenie; e) wybiera się 

na prawo; f) Zbyszek nie zasługuje na moje uczucie g) zima w tym roku jest lekka i prawie 

nie   ma   mrozów;   h)   wszyscy   mówią,   że   jestem   ładna;   i)   tylko   szkoda,   że   jestem   taka 

„kanciasta”, bo to odpycha, j) żałuje, że zdaje w tym roku maturę, bo będzie mnie rzadko 

widywał, ale od czego są listy;  k) ZMP, które powstało, budzi w nim wiele sprzecznych 

uczuć; l) Margaret Mitchell pisząc Przeminęło z wiatrem, myślała chyba  o mnie;  m) nie 

powinnam się oburzać, bo on sam rozumie, że jestem bardziej oczytana niż Scarlett; n) nie do 

mnie odnosi się zdanie: „Scarlett O'Hara nie była piękna”, ale mam dużo z niej; o) on także 

lubi łacinę, natomiast co do pieczonego drobiu i gruszek nie ma sprecyzowanego stanowiska; 

p) cierpi, kiedy widzi, jak „byle kto” poklepuje mnie po plecach; r) doskonale recytowałam 

Pieśń Wajdeloty; s) każde moje wystąpienie na akademii jest dla niego dużym przeżyciem; t) 

background image

moje przyjaźnie z Hindusem i tą całą zgrają martwią go; u) Stefka wobec mnie w ogóle nie 

istnieje i on także nie rozumie Z. Sikorskiego; w) z tą „Nitką” to przesada; x) nie rozumie, jak 

przy moich zdolnościach można ustawicznie ściągać; y) jego rower jest do mojej dyspozycji 

z) kocha się we mnie.

Podsumowałam to wszystko zgodnie z moim sumieniem.

- Na zabawę z tobą mogę pójść, ale ścieżki mojego życia są zbyt poplątane, aby ciebie 

na nie wprowadzić. Przykro mi, ale Zbyszek jest dla mnie ważny! Nie chciałbyś chyba, abym 

cię traktowała jako rezerwę. Ja sama sobie nigdy bym na to nie pozwoliła.

Kiedy się żegnaliśmy, drżały mu ręce. Czułam, że chce mu się płakać. Trudno, spraw 

uczuciowych nie można traktować ugodowo i powierzchownie. Jeśli nawet do' Zbyszka ciut, 

ciut mi przechodzi, to na pewno nie na korzyść Bogdana, tylko Jerzego. I tu sprawa trzecia, 

aktualnie najważniejsza.

Hindus ma brata Jerzego. Studiuje na politechnice w Warszawie. Jerzy jest przystojny 

i chyba to właśnie znaczy to: czarujący. Oczy mu płoną jeszcze bardziej; niż Hindusowi. Są 

podobni. Jerzy przyszedł z bratem na zabawę. Hindus mnie przestrzegał.

- Ty nie patrz tak w jego oczy, bo on tymi oczami uwodzi każdą kobietę w dziesięć 

sekund.

No. Tego mi było potrzeba. Powiedziałam do Hindusa: poważnie:

- Mój drogi, pod moim spojrzeniem rumieni się każdy chłopiec w pięć sekund.

To  wcale nieprawda.  Myśliciele  narzucający nowe systemy  filozoficzne  też chyba 

wygrywają głównie na pewnym: siebie tonie. Powiedziałam w tańcu do Jerzego:

- Pana   brat   ostrzegał   mnie,   że   z   pana   straszny   uwodziciel   -   Niech   pan   na   mnie 

wypróbuje swoje diabelskie sztuczki.

Roześmiał się bardzo głośno i powiedział, że ze mnie jest przemiły dzieciak. A kiedy 

widział, że prawie się obraziłam, dodał:

- Ale śliczny dzieciak.

Jerzy   tańczył   porywająco.   Tam   gdzie   mnie   zawodziły   taneczne   umiejętności, 

pomagało mi wyczucie rytmu.. Radziłam sobie, niestety, tylko z tańcem. Ciągle nie traktował 

mnie poważnie. W pewnym momencie zrobiło mi. się zimno. Piliśmy lemoniadę w bufecie i 

nagle stwierdził, że powinien zatańczyć z Marylą. Nie, Maryla ma za dużo wdzięku, żebym 

mogła się na to zgodzić. Powiedziałam patrząc prosto w te straszne oczy:

- Mogę panować krótko, ale niepodzielnie.

Został. Myślę sobie - „Mam go”. Ale z niego twarda feestia. Mówi:

- Zgłoszę się za dwa lata jako pani korny niewolnik na całe życie. Wtedy przepędzimy 

background image

wszystkich wielbicieli z moim braciszkiem łącznie.

- Dlaczego za dwa lata? - denerwowałam się.

- Za dwa lata przyjedzie pani na studia do Warszawy i będziemy codziennie tańczyć. 

Ostrzegam, że jestem bardzo zazdrosny. Zgadza się pani?

Zgodziłam się szybko, ale nadmieniłam o tym traperze w Kanadzie. On twierdził, że 

mi to przejdzie. Nie zna mnie przecież. Wyszliśmy przed końcem zabawy i łaziliśmy po 

deszczu i błocie. Powiedział, że przeżył ze mną niezapomniany wieczór i że coś podobnego 

rzadko się zdarza. Obiecał napisać. Ja jestem niezwykle dzielna, że jeszcze tego wieczoru 

przejrzałam chemię. Usiłowałam pomyśleć ciepło o Zbyszku, ale jakoś mi się to nie udawało. 

Może to i lepiej.

Cały czas w klasie patrzyłam na Hindusa, ale ten baranek nic nie kapował i uśmiechał 

się do mnie w swoim imieniu. Zawsze lepszy Hindus niż zdjęcie Jerzego, bo są szalenie 

podobni.

Ta moja klasa to nie wysychające źródło pomysłów i radości. Czasami przychodzę do 

budy smutna i owładnięta jakimiś dziwnymi  myślami  i przeczuciami. Już na progu klasy 

kapituluję. Dzisiaj też nie mogłam bez przerwy myśleć o Jerzym, bo wynaleźliśmy nową 

zabawę.

Dowcip polega na tym, żeby niepostrzeżenie, bardzo powoli przesunąć wszystkie ławy 

pod   samą   katedrę   i   to   na   oczach   profesora.   Klasa   jest   bardzo   długa,   odległość   między 

pierwszą ławką a katedrą wynosi prawie 3 metry. Żeby zrobić taki „niedostrzegalny gołym 

okiem” kurs, trzeba się nieźle napracować. Profesor nie widzi przebiegu zabawy (na tym to 

polega), dopiero zauważa, jak pierwsza ławka wali w katedrę. Wtedy zaczyna się najlepsza 

część gry. Profesorowie na ogół nie lubią się ośmieszać, więc udają, że nic nie zauważyli. Bo 

niby   co?   Klasa   się   przesunęła   o   parę   metrów   i   nie   widzieli   kiedy?   Ale   z   szybkich, 

zakłopotanych spojrzeń wiemy, że coś węszą. Tylko Calvus nie wytrzymał i rąbnął:

- Co to się stało?

My ani słowa.

- No wiecie, już się przy was w oczach człowiekowi troi.

Na przerwie ławki przesuwa się do tyłu i na nowej lekcji „jedziemy” od początku. 

Trzeba   przyznać,   że   robimy   to   artystycznie.   Cicho,   równiutko   i   bezszmerowo.   Przy   tym 

lekcja toczy się jak najnormalniej. Świetnie. Nerwów tym nikomu się nie szarpie, a my mamy 

godziwą   rozrywkę.   No,   i   jest   to   bardzo   nieuchwytne   przestępstwo.   Wszyscy   nas   proszą 

zawsze, abyśmy byli cicho, więc jesteśmy. Ostatnio cieszę się, że żyję. A kiedy zakwitną 

jaśminy...

background image

21 marca 1949 r.

Nie poruszyłam dotąd szczegółowiej sprawy wagarów, a w interpretacji naszej klasy 

to problem niebagatelny. Niestety, nie stworzymy precedensu dla przyszłych pokoleń. Nasz 

wynalazek zemrze razem ze starymi szerokimi ławami. Czasami, kiedy jest piękne słońce, 

idziemy   do   kamieniołomów.   Spotykamy   się   przed   budą   i   Dyzio   przysięga,   że   widział 

czarnego kota.

A jak kot ci drogę przeleci.

To znaczy, do szkoły nie idź, waszeci.

Osobiście wolę siedzieć w klasie, gdzie zawsze coś się dzieje, niż marznąć na łonie 

przyrody.   Nie   mogę   z   siebie   robić   mięczaka.   Chodzę   więc.   Czasami   zresztą   jest   bosko. 

Robimy zdjęcia i palimy fajkę pokoju. Raz chłopaki wzięli butelkę wina. Wypiliśmy wszyscy 

po dużym łyku, ale mi to nie służy. Najpierw ciepło, a potem niedobrze. To takie idiotyczne 

oszałamianie się. Nie odpowiada mi. Wolę śpiewać o tym, na przykład:

W zrujnowanym lokalu na Woli

Na harmonii walczyka ktoś rżnie.

Ale najprzyjemniej leży się pod ławkami. To niemal metafizyczne; człowiek jest i go 

nie ma. Słyszy się, co mówią, a nie jest się do niczego zobowiązanym. W każdej takiej naszej 

ławie siedzi po osiem osób. Zasadą jest,, że pierwsza ława musi być pełna. Wtedy nogi tych z 

pierwszej zasłaniają „kabaret”, jak nazywamy miejsce na podłodze. Zajada się serek, suchą 

kiełbaskę, cukiereczki i słyszy z góry:

- A czemuż to Sagowskiej dziś nie ma, czy choruje?

- Chyba tak, pani profesorko, wczoraj bolała ją głowa.

Czasami w kabarecie jest tłoczno. Ja mam wstęp wolny, bo to mój pomysł, ale są tacy, 

którzy muszą zapisywać się na listę i włazić według kolejności zgłoszeń. Pewnie, każdy by 

chciał i moglibyśmy wpaść przez przesadę. Jedynie w przypadku niespodziewanej pytologii 

ryzykujemy   nadmiernym   zagęszczeniem.   Czasami   udzielamy   gościny   kolegom   z   innych, 

biednych klas, zaopatrzonych w ławki dwuosobowe, które wykluczają podobne numery.

Moje myślenie o Jerzym przeszłoby w maniactwo, gdyby nie klasa. I tak na przykład 

dziś było sześć lekcji i sześć sensacji. Pierwsza była matma. Wszyscy wiedzieli, że Tales 

będzie pytał.  Wobec tego Dyzio  i Stasio O. przynieśli  kosz jabłek i butelkę wina, a my 

zwróciliśmy   im   za   to   pieniądze.   Porozumieli   się   także   wczoraj   wieczorem   i   zmontowali 

orkiestrę.

Juhas i Igor grali na skrzypcach, a Maciek na harmonii. Jak Tales wkraczał do klasy, 

background image

to zagrali mu marsza Słowiankę. A najlepsza uczennica w klasie i najlepszy uczeń (Wanda Z. 

i   Jurek   B.)   podeszli   do   niego   z   tym   koszem   i   złożyli   mu   najserdeczniejsze   życzenia 

urodzinowe w imieniu całej klasy.

- Ale, moi drodzy, przecież to nie dziś.

No,   wszyscy   o   tym   świetnie   wiedzieli,   że   w   październiku.   Stary   się   ogromnie 

wzruszył, a orkiestra zagrała walca Francois.

Myślę  sobie, że to była  najprawdziwsza  niespodzianka. O pytaniu  nie było  nawet 

mowy, całą lekcję przegadaliśmy. Natomiast zamiast botaniki był polski, zupełnie niezgodnie 

z planem. Profesorka biologii zachorowała. Zanim wyzdrowieje, to mi wywietrzeje z głowy 

to,  czego  się  przedwczoraj  nauczyłam.   Trudno. Będzie   łatwiej  powtórzyć.   Ten  dzisiejszy 

polski, to chyba przejdzie do historii szkoły.

Jak weszła Mańcia, to zupełnie jakby strzelił piorun. Zanim przeszła od drzwi do 

katedry, połowa klasy znalazła się w kabarecie. Było jasne, że na Manię muzyka nie podziała, 

choć to taka polonistka, a Tales taki matematyk. Mańcia stwierdziła wyciągając notes, że. „to 

się dobrze złożyło”, iż dostała to zastępstwo, bo „ma zaległości w pytaniu”. Spod ławek 

dochodził rechot, a na górze rozległ się jęk. Na szczęście nie sprawdzała listy, tylko od razu 

zabrała się do rzeczy. Wyglądało to tak:

- Cechówna.

- Nieobecna.

- Fabisiak.

- Nieobecny.

- Garncarz.

- Nieobecny.

Kiedy wyrwała Dyzia, wstałam i powiedziałam, że go. wyrzucił do domu dyrektor, bo 

chodził w butach. Po wyczytaniu jeszcze dwóch nazwisk zajrzała do dziennika. I teraz się 

dopiero zaczęło.

- Jak to, to na matematyce wszyscy byli, a z polskiego uciekli?

Maciek odpowiedział:

- Nikt by nie uciekł z polskiego, miała  być  botanika. A ona zamiast się ucieszyć, 

wzięła Maćka do odpowiedzi. Ten, przytomnie, w ostatniej chwili wpakował sobie w usta 

chusteczkę do nosa i powiedział, że go bolą zęby. Dała mu dwójkę „na wszelki wypadek”. 

Nie chcę ja tej Mańci martwić, ale to trzeba być ślepą, żeby nie widzieć, jak tyle osób leży 

pod ławami. Ja znam powód: ona ma okropną figurę i nie chce się ruszać z katedry. A poza 

tym nie będzie się uganiać za uczniami pod ławką. Myśli, że to obniżyłoby jej autorytet, który 

background image

i tak jest „nieobecny”.

Znakomicie wybrnął Mirek D., który odpowiedział:

- Nie mogę wyjść do tablicy, bo mam podarte spodnie. No to kazała mu odpowiadać z 

ławki, a on, że nie może nawet wstać, a siedząc nie będzie odpowiadał ze - względu na 

szacunek dla pani profesorki. Znowu dała dwójkę.

Ratowaliśmy „tych z dołu”, jak tylko się dało. A to krew z nosa, a to ząb, a to inna 

niemoc fizyczna.

Później była religia. Już wszyscy się ujawnili, ale też wolelibyśmy, żeby ksiądz nie 

pytał.   Wobec  tego  orkiestra   zaczęła   ćwiczyć   jakiś  kościelny  kawałek,   ale   nic  z   tego  nie 

wychodziło.   Jeden   umiał   tylko  Lulajże,   Jezuniu,   a   drugi  W   żłobie   leży.   Więc   jak   ksiądz 

wchodził, to zagrali  Rozkwitały jabłonie i grusze. Kazał natychmiast przestać i wyciągnął 

notes. Wstała Wanda D. i poprosiła, żeby nam ksiądz zechciał wyjaśnić, co to znaczy deizm i 

na czym to polega. Jak zaczął wyjaśniać, to minęło 40 minut.

Prawdziwa  awantura  zaczęła  się na  dużej  przerwie.  Zrobiliśmy Wielką  Rewolucję 

Francuską.   Z   ławek   -   barykady,   katedra   była,   naturalnie,   Bastylią.   Dyzio   był   margrabią 

Mirabeau i „zebrał się w sali gry w piłkę”. Ja byłam  Marsylianką. Był Ludwik XVI, Maria 

Antonina,  delfin,  gawot   i  wszystko  jak  trzeba.  Zdjęliśmy   papucie  i  zaczął   się  szturm   na 

Bastylię. Ja stałam na oknie i ryczałam:

- Ludu Paryża, burz twierdzę feudalizmu! W bój was powiodę ja, Marsylianka!

Maria Antonina tańczyła, a Robespierre skoczył z pieca. Przygotowywaliśmy się do 

ścięcia Ludwika XVI, a wtedy, niemalże jak w prawdziwej historii, wkroczył Napoleon. Stał 

tak chyba już dość długo w drzwiach, ale nikt na niego nie zwrócił uwagi. Nikt też nie słyszał 

dzwonka. W klasie były tumany kurzu. Robespierre skacząc z pieca ściągnął za sobą wiadro 

sadzy.

Zrobiło   się   cichutko.   Napoleon   kazał   nam   „ale   to   szybciutko”   poustawiać   ławki. 

Zaległa cisza jak na cmentarzu. Wykonaliśmy polecenie w trzy sekundy. Historyk zaczął 

pytać.  Kiedy usłyszałam „Sagowska”,  myślałam,  że to kpiny.  Od hymnu  narodowego do 

pytanej uczennicy droga nie taka prosta. Na szczęście to była historia.

- Rewolucję francuską to widzę, że znasz, ale powiedz mi o przemysłowej w Anglii.

Dostałam czwórkę. Humor mu się od razu poprawił, zwłaszcza że nadmieniłam, iż my 

w ten sposób powtarzamy historię i to było tylko i wyłącznie dlatego, żeby sobie powtórzyć. 

Pytał całą lekcję i nikt nie dostał dwójki.

Rola Marsylianki to ciężka praca. Płonęły mi policzki i waliło serce z wysiłku. Poza 

tym nieźle któryś Bourbon Wyrżnął mnie pantoflem w głowę.

background image

Na tym wszystkim zyskał tylko Calvus, bo już nie mieliśmy siły i na łacinie była 

nadzwyczajna   cisza.   Aż   stary   patrzył   podejrzliwie,   czy   nagle   coś   się   nie   stanie.   Tylko 

Maćkowi otworzył się akordeon i brzęknął głośno. A potem partyzanci wyjęli grzebienie i 

jednakowiusieńkim ruchem zaczęli się wszyscy czesać. Calvus obiecał wstawić się za naszą 

klasą do Mańci, żeby unieważniła te dwóje, bo to było przez zaskoczenie. My przyrzekliśmy, 

że się przepięknie nauczymy „Arma virumque cano”.

Ten Calvus jest bardzo, bardzo miły. Przyszedł kiedyś do szkoły w dwóch skarpetkach 

na jednej nodze, drugą naturalnie miał gołą. Podobno wydaje podręcznik gramatyki łacińskiej 

i poza tym pisze jakąś rozprawę o Mickiewiczu. To pewnie dlatego był taki wściekły, gdy 

Kosiński zapytał w muzeum w Krakowie:

- Panie profesorze, czy tu na tej ławce Mickiewicz napisał Pana Tadeusza!

Tak więc na łacinie złapaliśmy oddech i na geografii znów się zaczęło. Najpierw była 

dyskusja:   „Dlaczego   Indianie   nie   mieszkają   w   Indiach”.   Wszyscy   dobrze   to   rozumieją, 

Kolumb, pomyłka i tak dalej, lecz chodziło o zyskanie na czasie. Później klasa wpadła w szał 

śmiechu, konwulsji po prostu dostawaliśmy, bo Brukiew powiedziała:

- Drogie dzieci, teraz już niestety nie ma panów, tylko są obywatele.

Na to Stasio Okoń wstał i zapytał:

- Obywatelko profesorko, czy mogę wyjść?

Tak jak piszę, to mi się wcale nie wydaje takie śmieszne, ale w klasie dostawaliśmy 

wszyscy białej gorączki ze śmiechu. Brukiew nie wytrzymała, bo śmiech jest zaraźliwy i 

tylko   dlatego   nie   zapisała   klasy   do   dziennika.   Ryczeliśmy   tak   głośno,   że   z   innych   klas 

wybiegli profesorowie dowiedzieć się, co się znowu u nas stało. Brukiew trzęsła się razem z 

całą katedrą i w ogóle nie mogła odpowiadać. Juhas, który stał przy mapie, położył się na 

podłodze i drgał jak paralityk. Zośka waliła głową w ścianę, a ja leżałam na ławce i rzęziłam, 

bo już nie miałam siły na śmiech. Wreszcie Brukiew wybełkotała:

- Zobaczycie, że nas zawieszą.

To „nas” zamiast „was” dolało oliwy do ognia i wyliśmy tak jeszcze z kwadrans. 

Kiedy wszyscy osłabli i jęczeli cichutko, poczułam łaskotanie w pięty. To Igor wlazł pod 

ławkę. Kopnęłam go solidnie, a on mi przywiązał nogi do - sąsiedniej ławki. Zaczęłam znów 

wyć   ze   śmiechu   i   wszyscy   się   dołączyli,   tacy   byli   rozbawieni.   To   nie   do   wiary,   ale 

prześmialiśmy się tak całą lekcję, właściwie z niczego.

Brukiew   zapomniała   cokolwiek   zadać   do   domu   i   śmiała  się   jeszcze   po  dzwonku. 

Morowa baba. I klarnet wydostała. W związku z tym atakiem śmiechu zapomniałam, że na 

pauzie   między   łaciną   a   geografią   zrobiłam   okropną   rzecz.   Mianowicie   dałam   Hindusowi 

background image

ugryźć chleba z serem. Ugryzł raz, zaczął mlaskać, ugryzł drugi raz i mlaskał jeszcze głośniej. 

Proszę go:

- Hindus, nie mlaskaj, bo tego nie znoszę.

A on zaczął jeszcze głośniej. Wtedy coś mnie napadło i rąbnęłam go ręką w policzek, 

aż echo poszło po całej klasie. Spojrzał na mnie swoimi pięknymi oczami bardzo smutno i od 

tej chwili w ogóle mnie nie widzi. Jak mogłam! Ale dlaczego mlaskał. Jestem gwałtowna. 

Muszę zwalczać to w sobie. Wypadałoby przeprosić Hindusa, ale jak? Muszę pomyśleć nad 

formą. Przy całej klasie byłoby mi bardzo głupio. Jestem rzeczywiście szalona. Przykro mi, że 

nie potrafię panować nad impulsami.

W trzy (wesoło przeżyte) dni później.

List od Jerzego. Jaki piękny list! Zaczynam rozumieć kobiety, które do Byrona pchały 

się drzwiami i oknami, bo chciały być przez niego nieszczęśliwe. Za takie słowa gotowa 

jestem cierpieć:

„Liluś,   jest   Pani   najbardziej   uroczym   stworzeniem   na   świecie.   Jest   Pani   bardzo 

mądrym dziewczątkiem, dlaczego więc udaje Pani dorosłą? Szkoda takich cudownych lat. 

Niech je Pani chwyta  i zatrzymuje.  Później już zawsze będzie Pani dorosła. Nie potrafię 

określić Pani wdzięku. Mani nadzieję, że nigdy go Pani nie roztrwoni. To wielkie szczęście, 

że jest Pani inteligentna, gdyż przy tym tupecie pusta głowa byłaby katastrofą. Cudowna jest 

Pani nieświadomość siebie przy wyobrażeniach.; typu: «wiem, na co mnie stać». Niech Pani 

czyta jeszcze więcej, niech Pani będzie nawet przemądrzała, niech Pani pracuje nad sobą. 

Będzie Pani wspaniałym człowiekiem, tak jak dziś już jest Pani dla mnie zjawiskiem”.

Na trzy czwarte tych komplementów nie zasługuję, ale to piękne i mobilizujące. Jerzy 

jest pierwszym, który pokazał mi największą szansę, potrafił nazwać moje bardzo chaotyczne 

myśli: być wspaniałym człowiekiem. Istotnie, jak bezmyślnie żyję! Od wygłupu do kina, od 

kina do zabawy, byle wesoło, byłe dużo. byle szybko. A z tego musi wyniknąć: byle jak.

Przecież chciałabym żyć dobrze i działać w jakiś mądry sposób. To nie jest proste. 

Jestem   ograniczona   przez   rygory   dnia.   O   czym   zresztą   myślę?   Epoka,   rodzina   i 

społeczeństwo porozumieli się co do faktu, że powinnam się uczyć. Racja nie zawsze leży po 

stronie większości, ale w tym przypadku - tak. Na dnie świadomości wiem o tym, choć głośno 

przyznaję niechętnie.

Może powinnam się zapisać do tego ZMP? Hindus nie pozwala, ale plunęłabym na 

niego,   gdyby   mnie   nie   zrażali   ci   organizatorzy   szkolnego   koła.   Latają,   po   budzie   w 

czerwonych krawatach, krzyczą dużo i głośno, co mi nie wróży niczego nadzwyczajnego. 

background image

Zastanawiający jest wśród nich tylko  Waldek Maciejewski z X b. Prymus  szkoły.  Ponoć 

takiego mądrego i zdolnego ucznia nasze gimnazjum jeszcze nie miało  i długo mieć  nie 

będzie. Jest spokojny, brzydki, wysoki, grzeczny i od razu widać: tęga głowa. Trzeba by 

zagiąć na niego parol, żeby mi wyjaśnił, co go skłoniło do wstąpienia do ZMP. W naszej 

klasie nikt jeszcze nie należy. Nie pomylę się mówiąc, że sympatia Brukwi skurczyłaby się 

nieco, gdybym zapisała się do tego związku.

Podobno kto nie będzie należał do ZMP, ten nie dostanie się na studia. To się jeszcze 

okaże. W końcu jest konstytucja, która, jak dojdę do pełnoletności, zagwarantuje mi swobodę 

przekonań politycznych. Oczywiście, uprzednio muszę nabyć jakieś przekonania. Mówi się 

dużo o wojnie. Teraz ma być wojna o ideologię. Jasne, bo Ural Amerykanom niepotrzebny, 

podobnie jak Rosjanom Kordyliery. Gdyby to zależało ode mnie, rozpisałabym referendum na 

całym   świecie.   Kto   za   komunizmem,   kto   za   imperializmem.   Tylko   co   byłoby   z   tymi 

ciemnymi, nieuświadomionymi ludźmi? Z Pigmejami, ze mną? Zbyt daleko odbiegłam od 

tematu.

Jerzemu odpisałam natychmiast, ale list wyślę dopiero za trzy, cztery dni. Niech sobie 

nie myśli, że się tak szybko zakochałam.

25 marca 1949 r.

No, jasne. W naszej klasie nie może być długo spokoju. Dyzio dzisiaj wykombinował, 

że mamy stosować bierny opór jak Gandhi.

Na biologii nikt się nie poruszył. Wszyscy siedzieli sztywni jak trupy. Bardzo to mnie 

bawiło i śmiać mi się chciało - strasznie. Profesorka wpisała całą klasę do dziennika. Za co, za 

spokój?   Natomiast   na   łacinę   wjechał   Hindus   na   wielbłądzie.   Zrobił   sobie   biały   turban   z 

szalika, a wielbłądem byli Stasio Okoń i Mundzio okryci płaszczami. Hindus krzyknął:

- Salem alejkum! - a Calvus, trzeba to przyznać, uroczy facet, powiedział:

- Vive, papa!

Na to ja stanęłam na ławce i wyskandowałam pięknie:

- Milites! Scio vos omnes multis pugnis fatigatos esse...

Lekcja upłynęła niezwykle przyjemnie.

Tales postawił mi czwórkę z plusem. Dojdziemy więc do piątki. Ja wiem, Tales tą 

piątką chce mnie kupić dla matematyki. Za wielką płaci cenę. Matematyce to się nigdy nie 

opłaci. Był Zbyszek i robił co mógł, abym się skupiła nad geometrią. Patrzyłam na niego, ale 

nie oni, to znaczy nie Sikorski i nie Pitagoras byli mi w głowie. Mówiłam: „W tezie mamy 

udowodnić”, a myślałam: „Nie rozczaruj mnie. Okaż się mądry i dobry. Pomóż mi szukać 

background image

drogi. Niech nie będę dla Ciebie rozrywką, chociaż Ty jeden się mną zajmij”. To jest tylko 

moja tajemnica. Nikomu o tym nie powiem.

Tylko dlatego, kiedy Bogdan i Heniek zaproponowali mi dziś kino, powiedziałam:

- Czołem,   koledzy.   Ja   -   i   tak   kocham   się   w   Zbyszku.   To   dowodzi,   że   jestem 

przewrotna.

27 marca 1949 r.

Dyzio   mdlał   na   polskim.   Oczywiście,   na   lipę,   Świetnie   to   robi.   Mania   była 

wystraszona i „na wszelki wypadek” postawiła mu trójkę. A potem Igorowi przywiązali nogę 

sznurkiem do ławki. Nic nie wiedząc, szybko wyszedł do tablicy. Kiedy już był koło Mańci, 

Stasio pociągnął sznurek. Igor rąbnął jak długi. Ale nie stracił przytomności umysłu, tylko 

podniósł ręce do góry i powiedział do Mańci:.

- Na twarz przed tobą padam, o Pani!

Mańcia   się   roześmiała   i   byłoby   wszystko   dobrze,   tylko   w   tej   chwili   wyskoczyła 

Igorowi   z   kieszeni   biała   myszka   i   przerażona   uciekła   pod   ławki.   Zrobiło   się   lekkie 

zamieszanie i Mańcia wykorzystując to zapisała całą klasę do dziennika.

Nigdy w życiu nie będę zarozumiała. Dziś Tadzik Nieszporek rąbnął w nos Juhasa, bo 

Juhas się do mnie jakoby przysunął. Wywiązała się regularna bijatyka, przerwana dopiero 

wejściem księdza na religię. Na religii, po tym zajściu bądź co bądź o mnie, siedziałam obok 

Stasia Okonia i podpowiadałam mu sobory. Patrzcie państwo, co za rycerz z tego Tadka. 

Rzucił się na Juhasa, który przerasta go o głowę. Najdziwniejsze jest to, że ja niczego nie 

zauważyłam.   Może   się   Juhas   i   przysunął,   ale   nie   widziałam   w   tym   nic   złego.   Muszę 

skierować uwagę na te sprawy. Bo Tadzik wyraźnie krzyknął:

- Nie dowalaj się do Lilki!

Coś podobnego! Łuskę mam na oczach czy co ? Do głowy by mi nie przyszło, że 

można się do mnie „dowalać”.

28 marca 1949 r.

Nie   potrafiłabym   się   dręczyć,   gdybym   zupełnie   się   rodzicom   nie   udała.   Wygląd 

zewnętrzny to nie nasza zasługa czy wina. Natomiast te wszystkie cechy, które kształtujemy 

sami, mogą być powodem do dumy. A więc charakter, silna wola, serce, rozum. Niestety. Te 

przymioty,   które   człowiek   sam   nabywa,   nie   przedstawiają   się   u   mnie   najlepiej!   Jestem 

kapryśna. A prawdomówna tylko dlatego, że zbyt się cenię, aby kłamać.

Postanawiam sobie kierować się w życiu jedynie prawdziwymi odruchami. Ludzie są 

jacyś czasami ślepi. Na przykład Irka S. jest nieprzyjemna. Mówię do niej dziś na dużej 

background image

przerwie:

- Słuchaj, o co chodzi? Co to za miny.

Ona mi odpowiada:

- Tak się nie postępuje. Włóczysz za sobą tylu chłopców i każdemu robisz nadzieję. 

To niemoralnie.

Ona   chyba   zwiedzała   jakąś   budowę   i   cegła   jej   spadła   na   głowę.   Jaką   nadzieję? 

Niemoralnie.   To  już  trzeba   być   idiotką.  Kocham   wszystkich   chłopców  na  świecie.  Wolę 

kolegów   niż   koleżanki.   Chłopcy   są   prawdomówni,   odważni,   nie   trują   się   z   miłości,   są 

inteligentni, wysportowani, mają duże poczucie humoru, chętnie spieszą z pomocą, nie robią 

intryg ani plotek. Na ogół są zdolniejsi.

Mają   poza   tym   jakiś   taki   „techniczny”   zmysł   i   prawie   wszystko   potrafią   zrobić. 

Gdybym zamiast chłopców „wodziła za sobą” dziewczęta, to utopiłabym się w morzu ich łez, 

tragicznych   miłości,   tego,   co   jedna   powiedziała   na   drugą.   Kiedyś,   naturalnie,   dokonam 

wyboru, ale przecież za mąż się nie wybieram. Każdy chłopiec jest inny,, o czym innym 

marzy,  są solidarni i bardziej się cenią. U chłopców słowo to słowo. No, oczywiście, są 

wyjątki, ale to na pewno ciekawszy rodzaj ludzki.

Mimo   wszystko   nie   chciałabym   być   chłopcem.   Dziewczynka   potrafi   być   bardziej 

uczuciowa, tkliwa, co znów nie jest cechą chłopców. Podobno dziewczynki są większymi 

romantyczkami.  Chłopcy także mają marzenia niedostępne nawet dziewczętom. Chodzę z 

nimi ciągle, rozmawiam, to wiem. I co to za bzdura, że nie potrafią kochać. Tylko są bardziej 

wybredni. Mają rację, trzeba się cenić. Na przykład ja, tak się mądrzę tu w pamiętniku, a w 

życiu   zakochałam   się   w   kolorkach   Zbyszka.   To   także   dowodzi,   że   kobiety   są   głupsze. 

Gdybym ja miała tylko kolorki, to wątpię, czy chłopcy lubiliby mnie. Oni przepadają za moją 

fantazją. Potrafię się wygłupiać i ze spokojem, przyjmować za to karę. I chłopcy to świetnie 

rozumieją, i potrafią ocenić. Tego wszystkiego nie powiedziałam Irce. Wzruszyłam  tylko 

ramionami. Wiem, że czeka mnie dużo tego typu nieporozumień. Przecież nie mogę nikomu 

powiedzieć: „Kocham chłopców. Są niezawodnymi kolegami”. Wyśmialiby mnie.

1 kwietnia 1949 r.

Zrobiliśmy profesorom największy kawał na. świecie. Uznaliśmy zgodnie, że siebie 

samych   nie   zdystansujemy,   więc   z   okazji   prima   aprilisu   została   nam   jedna   rozpaczliwa 

szansa.   Zachowywać   się   normalnie.   Na   wszyściutkich   lekcjach   było   cicho,   nikt   nie 

powiedział głupiego słowa. Jeden Calvus nie wytrzymał nerwowo:

- Słuchajcie, czy to kawał, czy straciliście kondycję?

background image

Profesorzy, przygotowani psychicznie na niebotyczne draki, zawiedli się gorzko. Na 

pewno mają do nas żal. Dopiero po lekcjach wyładowaliśmy energię. Poszliśmy do parku, 

gdzie odbyło się polowanie na grubego zwierza. Dowodził Dyzio. Bilans: cztery guzy, krew z 

jednego nosa, podarta spódnica i teczka w błocie. Wróciłam do domu szczęśliwa i zaczęłam 

się   uczyć   botaniki,   nie   złorzecząc   ludziom,   którzy   takie   okropności   mogli   dostrzec   w 

przyrodzie.

2 kwietnia 1949 r.

Jerzy   nie   żyje.   Zginął   w   wypadku   ulicznym   w   Warszawie.   Byłam   w   kościele   i 

modliłam się za niego, płacząc. Niech mu Bóg daruje wszystkie złamane serca.

Jakie to straszne, o Boże! Nie żyje chłopiec, z którym nic mnie wprawdzie nie łączyło, 

ale   który  mógł   być  czymś   w   moim   życiu.   Nie   dostanę   już   listu.   Będę   zawsze   pamiętać 

Jerzego, błoto i słowa:

- Za dwa lata będziemy codziennie tańczyć.

Bożej Boże! Jakiż głupi jest świat!

6 kwietnia 1949 r.

W klasie nikt nie zna powodów mojego przygnębienia. Ubył ktoś z mojego życia i to 

w sposób tak beznadziejny, bezsensowny. Jeśli ma być w tym wszystkim jakaś logika, to kto 

mi wyjaśni, na co się zda komu czy czemukolwiek śmierć Jerzego. Hindus zjawił się w szkole 

bardzo   smutny.   Już   po   pogrzebie.   Pogodziliśmy   się,   przyszło   to   zupełnie   samo,   bez 

inicjatywy żadnej ze stron. Ich matka bardzo rozpacza. No, a te rewolwery Hindusa! Żeby nie 

było drugiego nieszczęścia. Nie rozmawiam ż nim o tym. Razem z Jerzym odeszła ode mnie 

beztroska. Śmierć zawsze nastraja filozoficznie, a dopiero taka śmierć. Bezcelowa, głupia;

Znałam go tylko przez jeden wieczór i zapomnieć nie mogę. Stało się coś, czego nie 

potrafię zrozumieć. Słyszę jego głos, pamiętam każde zdanie i gest. Na co te .wielkie życiowe 

plany, ideały, jeśli wszystko, się może tak idiotycznie zakończyć. Chciałabym bardzo z kimś 

na ten temat porozmawiać. Nie bardzo jest jednak z kim. Każdego by to zdziwiło, że ta śmierć 

to dla mnie osobisty cios, a nie zwykłe, ludzkie nieszczęście.

Tamten wieczór nabrał dla mnie głębokiego wyrazu, teraz, kiedy wiem, że się nie 

może powtórzyć. Czytam po całych dniach książki, ale na każdej stronie widzę zdanie: „Liluś 

w Pani włosach będą tańczyć słoneczne promienie, a my będziemy razem”.

Razem.

Niczego   sobie   po   tej   znajomości   nie   obiecywałam.   Być   może,   korespondencja 

stworzyłaby jakąś zażyłość. Bo coś jednak było... O Boże, po co to pisać! Zaszła w moim 

background image

życiu jakaś rzecz nieodwracalna. Muszę sobie to dokładnie przemyśleć, nazwać po imieniu.

Kilka dni temu tańczyłam z nim. Mieliśmy tańczyć dalej, my i słońce. Życie to wielka 

niewiadoma i tu znajomość równań nie pomoże.

8 kwietnia 1949 r.

Była botanika. Od kilku dni nie uczę się zupełnie. Nie widzę nadchodzącej wiosny, 

świat   jest  pełen  mgły  i  strasznych   przeczuć.  Na botanice  byłam  w   kabarecie,  profesorka 

zobaczyła   moją   nogę.   Na   szczęście   nie   zajrzała   pod   ławkę,   tak   że   tylko   ja   wpadłam. 

Wygramoliłam - się, poszłam do odpowiedzi i pozwoliłam sobie zupełnie spokojnie postawić 

trójkę  'minus. Nawet wolę  dwóję  niż mówienie  głupstw. Spaliłam swoją  nie dokończoną 

powieść. Nieprawdziwe, napuszone i bez sensu. Popełniam zasadniczy błąd. Nic piszę ot tak, 

po prostu jak w pamiętniku, tylko się wysilam, myślę o składni, każdym słowie i wychodzą 

dziwolągi. Zrozumiałam to teraz, kiedy mi jest tak smutno.

Ucichłam, przestałam się wygłupiać, aż Calvus zapytał, czy nie jestem chora.

- Nie, panie profesorze - powiedziałam - człowiek z czasem poważnieje.

Stary się uśmiał, myślał, że usiłuję być dowcipna. Przestałam czytać książki na lekcji, 

a o sobie myślę „Liluś” zamiast jak dotąd - Lilka.

Zbliżyliśmy się jakoś z Hindusem. Nie powiedziałam, mu, że między mną a Jerzym 

było „coś”.

Nie myślę  też o tym,  że Jerzy traktował  mnie  jak smarkulę. Mógł mieć nawet w 

Warszawie narzeczoną, to nie ma dla mnie znaczenia. Ton jego jedynego listu był taki ciepły i 

serdeczny jak głos. I to ma dla mnie wartość, tamten spacer, deszcz ze śniegiem i nawet żal. 

Tak zostanie.

Do Zbyszka już nic nie czuję. Rozwiało się, ani się spostrzegłam.

Nie dziwię się sobie, że durzyłam się w nim, bo to jest ładny i miły chłopak. Ta 

ostatnia,   smutna   historia,   być   może,   miała   tu   wpływ.   Ale   nie   tylko.   Modnie   jest   być 

zakochaną, to podnosi w oczach koleżanek. Obserwowałam już od pewnego czasu, że coś za 

dużo sobie wmawiam. Jestem uparta. Ponieważ rozumiem, że upór to nie konsekwencja, 

usiłowałam być konsekwentna. Coraz częściej pytam się siebie: „Po co?”

Moi ukochani koledzy, cymbałki, odwalili wypracowanie z Chrzanowskiego, Siedmiu 

słowo w słowo to samo. Siedem nowych dwój. Nawet ściągać trzeba umieć.

Hindus ścisnął mi na przerwie rękę.

- Pocałuj - mowie - spracowaną dłoń.

A on mi na to:

background image

- Dłoń sadystki.

To było pierwsze słowo na temat mojego Wybryku.

Wracaliśmy pieszo ze szkoły, nie mówiąc prawie nic. Koło mostu minął nas Tadzik 

Nieszporek. Szedł krokiem bardzo elastycznym, z głową dumnie podniesioną. Nawet na nas 

nie spojrzał. On ma szlachetny charakter i w oczach żółte cętki, które błyszczą w słońcu. 

Zrobiło mi się dziwnie głupio, dlaczego - nie potrafię powiedzieć, jak również wiem, że nie 

potrafię się bliżej zainteresować tym chłopcem.

15 kwietnia 1949 r.

Zamknęłam się w swoim pokoju, nie chcę nikogo widzieć. Jestem idiotką, histeryczką 

i czym kto chce. Niestety. Pochlebia mi ogromnie męskie zainteresowanie. Muszę to jakoś z 

siebie wyrwać.. Ale to, co się stało wczoraj, gorsze jest niż burza i pioruny Uczyłam się 

fizyki, bo mam zaległości. - O piątej przyszedł Hindus. Zaczął uczyć się ze mną. Siedzieliśmy 

na. kozetce, bardzo blisko siebie. Mówię:

- Zobacz, to będzie prędkość rzeczywista, czyli chwilowa. Jest to graniczna Wartość, 

do jakiej zbliżają się... - i widzę, że on zupełnie tego nie słucha. Patrzy na mnie oczami 

Jerzego, w szczególny jakiś sposób. Mówię:

- Hindus,   bałwanie   jeden,   jak   nie   chcesz   uczyć   się   fizyki,   to   powtórzmy   plan 

Marshalla. Brukiew wprawdzie podniesie oczy do nieba, na znak, że ciężko jej uczyć takich 

historii, ale będzie tego pytać na zagadnieniach.

On ani drgnie. Poczułam się bardzo niepewnie, jakby mnie hipnotyzował.

- To może historię - proponuję, ale sama wpadam w jakiś nieokreślony nastrój.

- Może polski - próbuję dalej, bo przeczuwam, że coś jest źle. Zdawało mi. się, że to 

nie ja mówię. Słyszałam tylko swój, zupełnie obcy mi głos.

Porwał mnie gwałtownie w ramiona i powiedział miękko:

- Podobasz mi się, dziewczyno, do szaleństwa.

Miał bardzo gorące usta, które mnie prawie parzyły. I zupełnie inny, „nie klasowy” 

ton głosu. Niższy, cieplejszy. Byłam zupełnie pozbawiona woli. Wziął moją prawą rękę i 

zarzucił sobie na szyję. Pocałował mnie w usta. Wzbudzało to we mnie nieznane mi dreszcze.

- Pocałuj mnie, .Liluś - powiedział.

W jednej chwili odzyskałam równowagę. Rzuciłam się na jego twarz z pięściami.

- Nie mów, Liluś, Nigdy, pamiętaj!

Krzyczałam i okładałam go pięściami. Biłam go po twarzy, aż piekły mnie dłonie. Nie 

reagował zupełnie, co. wyzwalało we mnie nowe pokłady furii. Rzuciłam się w końcu na 

background image

kozetkę, zanosząc się płaczem. Gładził mnie po plecach i pytał:

- Co ci jest, kochanie moje, czy ty mnie kochasz?

No, to już trzeba być kretynem. Kobieta wali po gębie, a on widzi w tym miłosne 

wyznanie. Zerwałam się z rykiem:

- Won stąd, psie! Nie jestem ani twoje kochanie, ani niczyje, rozumiesz?

- Lilka, co ci się stało, powiedz.

- Wynoś się, wynoś! - krzyczałam.

Usiłował coś powiedzieć, ale nie pozwoliłam.

- No już! - krzyknęłam jeszcze raz. - I nie odzywaj się do mnie nigdy w życiu.

- Ty nic nie rozumiesz - powiedział jeszcze.

Wtedy zrobiłam  coś najgorszego.  Już zupełnie  na zimno  uderzyłam  go w  twarz i 

znowu zaczęłam płakać. Słyszałam jak cicho zamykał drzwi. 'Ryczałam tak ze dwie godziny. 

To był pierwszy u mnie w życiu wybuch histerii. Kiedy się opanowałam, myślałam, że się 

powieszę. Skąd u mnie takie histerie? Gdzie są korzenie takiego wybuchu? A może to się 

leczy? Nienawidzę chłopców, nienawidzę mężczyzn, nienawidzę ludzi, nienawidzę świata, 

nienawidzę życia, nienawidzę siebie.

2 maja 1949 r.

Nie pisałam dość długo. Jaśminy mają już pąki i wkrótce zaczną szaleć przed moim 

oknem. Obym im tylko nie zaczęła sekundować. Dzisiaj jest taki roześmiany dzień, że kocha 

się wszystkich, wbrew woli. Nawet Maziarska jakoś mi wysubtelniała. Co to znaczy, kto by 

mi mógł wytłumaczyć: z jednej strony uważam się za głupszą i gorszą od moich koleżanek. Z 

drugiej   strony   uważam   je   za   zupełne   idiotki,   z   wyjątkiem   kilku.   To   Lidka   Stangelówna 

natchnęła mnie do takich rozważań. Wyznała mi, że jest zakochana w Bogdanie. Tak, w tym 

samym Bogdanie, który jakoby cierpi, jeśli na przykład Stasio Okoń da mi kuksańca w bok. 

To byłaby prawidłowość w nieprawidłowości; już w czasach Juliusza Cezara i Kleopatry 

uczucia   ludzkie  nie   bywały   zbieżne.   Ale   Lidka   w   imię   przyjaźni   (to   znaczy  chyba   -   jej 

przyjaźni do mnie) zaklęła mnie, abym porozmawiała z Bogdanem. Pomysłowość człowieka 

jest, jak widzimy, nieograniczona. Wzruszona jej łzami, podjęłam się funkcji dyplomaty w 

miłości. Nie rozumiałam jej. Jeśli nawet udałoby mi się wskórać dla Lidki randkę, to jakże 

ona spojrzałaby mu w oczy?

Postanowiłam działać inaczej. Zainteresować go Lidką. Zaprowadziłam ją do niego do 

domu, pouczając uprzednio, że ja będę nadawać rozmowie odpowiedni kierunek, a ona ma 

jedynie podchwytywać moje diamentowe myśli.

background image

Otworzyła   nam   jego   mama.   Przyjęła   nas   wytwornie,   w   stołowym   pokoju   i 

potraktowała sokiem porzeczkowym. Musiałyśmy chwilę poczekać, bo Bogdan poszedł do 

sklepu po bułki. Kiedy wrócił, mama zażartowała:

- Ależ masz ładne koleżanki, no, no!

Zapowiedziała herbatę i zostawiła nas samych. Naturalnie, nie domyślała się, że jedna 

z nas mogłaby już zrobić z niej teściową, a druga przyszła jak gdyby starać się o rękę synalka. 

Od razu straciłybyśmy na urodzie.

- Lidka, zagraj nam coś - powiedziałam wskazując na pianino. - Przyszłyśmy pogadać 

sobie z tobą - wyjaśniłam Bogdanowi.

Lidkę   sparaliżowało.   Potrząsnęła   głową   i   długo   nie   udało   mi   się   wycisnąć   z   niej 

słowa.

- Lidka poważnie myśli o konserwatorium. Zupełnie co innego niż ja, bo mnie to tylko 

głupoty w głowie - poświęcałam się, wiedząc, że Bogdan lubi muzykę.

Weszła  mama  z  herbatą.  Zaczęłam  dowodzić,  że w  życiu  nie piłyśmy  czegoś tak 

wspaniałego, jak ten sok.

- Prawda, Lidka? - zaatakowałam ją.

- Tak - powiedziała kamiennie.

Mama   wyszła   z   uśmiechem   na   ustach.   Lidka   zaczęła   pić   herbatę   nie   wyjmując 

łyżeczki ze szklanki. Bogdan jest dobrze wychowany, nie mógł tego nie dostrzec. Mówiłam 

cielakowi, że ma robić mniej więcej to co ja i tak jak ja. Kopnęłam ją pod stołem. To jest, 

wydawało mi się, że ją kopię, ale moja stopa trafiła w kolano Bogdana.

- Przepraszam cię - powiedziałam, wkładając do szklanki swoją łyżeczkę. - Zupełnie 

nie umiem się 'zachować. Lidka w związku z tym udziela mi lekcji, jak nie należy robić. 

Poproś ją, żeby zagrała.

- Zagraj, Lidka - rzekł.

Lidka młóci zupełnie nieźle, ale w tej podbramkowej sytuacji zaczęła wyklepywać. U 

prząśniczki siedzą, myląc się co drugi takt.

Sprawa się nie posuwała ani o centymetr. Czułam jak do odwrotu głos trąbki wzywa. 

Lidka zamknęła z trzaskiem pianino i usiadła na krześle z miną siódmego trupa z białej 

wanny. Wtedy zaczął brzdąkać Bogdan. Gra pochłonęła go, zanucił:

Miłość mnie zdradziła i dziewczyna,

Dziewczyną pusta, com całe szczęście widział w niej.

Zdenerwowałam się na takie aluzje co do zawartości mojej głowy. Mam piętnaście lat 

i niekiedy wiem, co czynię. Ujęłam Bogdana za kołnierz i delikatnie przesadziłam na krzesło. 

background image

Zasiadłam sama do pianina.

Już taki jestem zimny drań

I dobrze mi z tym, bez dwóch zdań, 

I w tym jest rzeczy sedno, 

Że mi jest wszystko jedno. 

Już taki jestem zimny drań.

Biedne, rozklekotane pianino stawało się wyraźnie terenem rozgrywki między mną a 

Bogdanem.   Widząc,   że   Bogdan   wstaje,   sama   ustąpiłam   mu   miejsca.   Byłam   ciekawa,   co 

wymyślił.

Zaczął nucić:

I do rybaka zwraca się:

Wszak niegdyś ty kochałeś, mnie,

Teraz mnie pocieszyć chciej,

A rybak na to jej:

Wybacz;, ale miłość twa

Na nic mi się dzisiaj zda.

Dopadłam, do niego i o mały włos nie rąbnęłam go świecznikiem. Ostrzegał mnie? 

Nie jestem asekarantką! Odepchnęłam go, zaczęłam z pasją walić i śpiewać:

Dudni woda, dudni, w cembrowanej studni. 

Zakochać się łatwo, odkochać się trudniej.

Z furią złapał mnie za rękę i brutalnie postawił na nogi. Rozległo się:

Mała kobietko, czy wiesz,

że lusterko twe kłamie ci też?

Buzia ładna lecz nienaturalna,

To rzecz fatalna, ach, wierz rai, wierz.

To był już psychiczny bój na śmierć i życie. Bylibyśmy się naprawdę pobili, gdyby nie 

weszła mama. Skorzystałam z tego i cichutko zagrałam, aby mieć ostatnie słowo:

Gwiżdżę na wszystko, śmieję się w słońce. 

Wino jest zimne, usta gorące, 

A sekret tego jest wciąż ten sam, 

Że ciebie, miły, już dosyć mam.

Tego już nie śpiewałam. Liczyłam, że Bogdan zna słowa. Mama pochwaliła nasze 

umuzykalnienie. Sympatyczna osoba. Dałam Lidce znak do pożegnania się. Zaproszono nas 

do ponownego odwiedzenia tego domu. To znaczy mama, bo Bogdan, mimo że wyszedł nas 

odprowadzić, najwyraźniej marzył, aby mnie rzucić krokodylom na pożarcie.

background image

Daliśmy Lidce niezłe widowisko. Ó ile coś zrozumiała.

- Czołem   -  powiedziałam   do  nich   na  ulicy.   -  Idę   sama.   -  Nikt   nie   zaprotestował. 

Nazajutrz Lidce ogłosiłam że wycofuję się z pośrednictwa. Jakież było moje zaskoczenie, 

kiedy w dwa dni potem, będąc z Drobiną w kinie na filmie Muzyka i miłość (co za trafny 

tytuł), zobaczyłam Lidkę z Bogdanem. No, i czy życie nie jest zagadkowe?

6 maja 1949 r.

Ponieważ słońce cudownie grzeje, prawem kontrastu przypominam sobie kulig. Nie o 

kulig tu jednak chodzi, tylko o pewne zagadnienia, które wtedy, po raz pierwszy, nachalnie 

wepchnęły się do mojej świadomości.

Wspomniany kulig udał się. Był dobry śnieg, a przy tym ciepło. Jechałam na końcu z 

Heńkiem z XI a. Wywróciliśmy się ze 100 razy,  aż ubranie przemokło mi do ostatniego 

splotu. Każda nitka była mokra. Kiedy leżałam zasypana śniegiem, Heniek pocałował mnie w 

szyję. „Nie podniosę wrzasku, bo mnie wyśmieją” - pomyślałam. Zwróciłam się do niego 

elegancko:

- Uważaj no, balonie, bo możesz oberwać.

Nadbiegł wtedy Zbyszek i pomógł mi się wygramolić z zaspy. Miał okropnie szerokie 

spodnie narciarskie, co mu szyku nie dodawało. Z przekory usiadłam znów obok - Heńka.

- Czemu jesteś taka dziecinna, Bogdan mówi o tobie jak o kobiecie - rzekł na zakręcie.

- A ja co, mężczyzna? - spytałam wyciągając sobie śnieg zza kołnierza.

I znów chciał mnie pocałować. Zepchnęłam go z sanek i przesiadłam się do Zbyszka.

- Walcz o mój honor - zaproponowałam. - Heniek za dużo sobie pozwala.

- Zwróć się do Hindusa albo do Żbikowskiego - odparł ten gentleman.

- Żartowałam, chciałam cię tylko wypróbować. Wypadłeś diablo minusowo, safanduło 

- zakończyłam dysputę.

Do czego zmierzam? Właściwie nie pocałowałam się jeszcze z chłopcem, nie licząc 

ataku Hindusa. Niektóre dziewczęta godzą się na taki interes, ponieważ im to imponuje. Inne 

z ciekawości. Ja może zakwalifikowałabym  się do którejś z tych  grup, gdyby nie pewna 

ponura   historia,   jaka   przydarzyła   mi   się   w   dzieciństwie.   Jeśli   tak   wygląda   całowanie... 

Chodził ksiądz „po kolędzie”. Byłam sama w domu. Umoczył w wodzie kropidło, popryskał 

ściany i serwetę. Spojrzał na mnie. Myślałam, że chce mnie pobłogosławić. Wziął moją twarz 

w ręce i pocałował mnie w usta. Właściwie nawet nie pocałował, tylko jakoś ścisnął mi wargi 

swoimi ustami. Potem, jakby ze mnie wyskoczył diabeł, oddalił się szybko. To było ohydne, 

plułam ze dwie godziny i długo nie mogłam sobie znaleźć miejsca.

background image

Dlatego   teraz,   uczestnicząc   w   majówkach   w   lesie,   takich   z   winem,   całowaniem   i 

kanapkami, poprzestaję na kanapkach. To wszystko jednak musi być inaczej. Czasami mam 

ochotę pozwolić się pocałować. Na przykład:  analizując scenę z Hindusem, dochodzę do 

wniosku, że nie tylko wspomnienie Jerzego wprawiło mnie w nerwowe rozprężenie. Zjawiło 

się jakieś uczucie, którego przedtem nigdy nie było. Coś trudnego do określenia, czego nie 

potrafię nazwać, a co niewątpliwie graniczyło z przyjemnością. To właśnie wpędziło mnie w 

furię. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek wyprowadzał mnie z równowagi, na której nadmiar i tak 

nie cierpię. To nie ma nic wspólnego z miłością.

Kochałam się w Zbyszku (jak lekko mi się to pisze w czasie przeszłym...), a niczego 

zbliżonego   do   tych   odczuć   nie   było.   A   ludziom   się   zdaje,   że   jestem   ustawicznie 

eksplodującym pociskiem śmiechu. Tak w istocie jest na zewnątrz. Natomiast nadzienie jest 

solidnie naszpikowane - smutkiem.

Najgorsze, że muszę sobie radzić sama. A może to najlepsze?

22 maja 1949 r.

Dostałam od życia po nosie. Należy mi się to, przyjmuję więc pokornie. Hindus się do 

mnie nie odzywa. Ta - dzik N. zachowuje się bardzo powściągliwie. Dawniej łączył nas jego 

zeszyt do matematyki, teraz nic.

Bogdan chodzi z Lidką, a Zbyszek uczy matematyki już nie tylko mnie, ale także 

Stefkę.   Poczułam   się   opuszczona,   sama.   Najbardziej   dotknął   mnie   Zbyszek,   a   właściwie 

Stefka. Nigdy się z nią nie przyjaźniłam, a tu ona nagle zaczęła przychodzić do mojej klasy, 

zwierzać mi się, jaki to Zbyszek miły, że to w ogóle bajka, i te opowieści przerywa uwagami 

w rodzaju: „No, bo tobie przecież już na Zbyszku nie zależy”. Naturalnie. Naprawdę mi nie 

zależy. Ale poczułam się jak ktoś, za czyimi plecami uknuto przeciw niemu spisek, byłam 

poniżona, upokorzona.

Jestem strasznie nielogiczna - bo jeśli Zbyszek istotnie się nie liczy, to dlaczego jakieś 

rozterki? Ale trzymaj się Lilka, wyciągniemy z tego jakieś nauki. Ta Stefka jest przebiegła i 

inteligentna. Ona. rozumie. Doskonale wie, co się ze mną dzieje. Mówi wszystko, bo chce 

mnie   pognębić.   Miałam   nawet   ochotę   spróbować   odzyskać   Zbyszka.   Ale   po   rozłożeniu 

sprawy na czynniki pierwsze, zrezygnowałam. Bo primo, naprawdę on mnie nic nie obchodzi, 

secundo, bałam się pudla, tertio, nie bardzo wiedziałam, jak się do tego zabrać. A Stefka jest 

taka pociągająca. I najważniejsze - jest starsza ode mnie. Wydorośleliśmy trochę, Lilka.

Już kilka tygodni temu skończyłam piętnaście, lat, więc właściwie mam szesnaście. 

Podoba mi się ta cyfra: szesnaście lat, jak głos Beniamina Gigli.

background image

Myśl o Jerzym nie opuszcza mnie. Jakie to dziwne, znać kogoś przez jeden wieczór.

Jedenaste klasy są już częściowo po maturze. Po maturze...

Muszę napisać o czymś, co. przechodzi granice mojego rozumowania. Hindus jako 

pierwszy i jedyny w naszej klasie zapisał się do ZMP. Może to i lepiej, że nie rozmawiamy ze 

sobą. Chcę wierzyć, że naprawdę zmienił swoje zapatrywania. To właśnie nie chce mi się 

pomieścić w głowie. Godzinami potrafili atakować komunistów. Miał, przyznać to trzeba, 

zajadłe, ale mocne argumenty. Pluł jadem. I on...? Trudno mi o tym myśleć. Ciekawe, czy 

przyniósł na zabranie tę broń i czy bił się w piersi za dotychczasową postawę? Zmieniają się 

trochę za szybko moje pojęcia o życiu, jakże naiwne.

Straciłam  do Hindusa całą sympatię.  Świnia. Nie wierzę, że. można się tak nagle 

zmienić. Chciałabym kiedyś jednak z nim na ten temat porozmawiać. Jak tak można? Co się 

za tym kryje? A może on po prostu chce gdzieś należeć? Będę go obserwować. Nie wierzę w 

gwałtowne przemiany... gwałtowne, głębokie, do dna serca.

W   ogóle   wszyscy   zbaranieli.   Jedno   mu   się   bezsprzecznie   udało:   wprowadził   w 

osłupienie całą prawie szkołę.

Martwię się, że nie mam właściwie żadnego światopoglądu. Jest tyle  spraw, które 

znam zbyt pobieżnie, aby ocenić ich wartość. Tacy niedowarzeni osobnicy, jak ja, nikogo 

właściwie  nie obchodzą.  Nikt się nie  zajmuje  tym,  co  myślą  i  czują.  Starsi dmuchają w 

olbrzymi  puzon i żyją  wspomnieniami. Nie rozumieją, że życie  wspomnieniami,  to strata 

•czasu. Traci się aktualność.

26 maja 1949 r.

Calvus to geniusz. Dzięki jego staraniom jest u nas Janusz Meissner. Przyjechał na 

dwa odczyty, a ja oczywiście byłam na obydwóch. Na pierwszym - siedziałam w drugim 

rzędzie   i   zachłannie   patrzyłam   w   twarz   tej   podwójnej   sławy.   Tak   sobie   go   właśnie 

wyobrażałam. Jasna, szczera, uśmiechnięta, piękna twarz. Nie był w mundurze, a szkoda, co 

za   sylwetka.   Może   to   i   lepiej,   bo   gotowam   była   stracić   zupełnie   głowę.   Stefka   była   ze 

Zbyszkiem.   Ja   z   Tadzikiem   N.   (jednak   mi   zaproponował   wspólne   pójście)   i   Igorem.   Po 

odczycie zostawiłam ich i polazłam do Meissnera. Co za uroczy człowiek! Rozmawiał ze mną 

o   Lucy,   Pryszczyku,   Góralu.   Wypadłam   na   małą   idiotkę,   bo   pierwszy   raz   w   życiu 

rozmawiałam ze sławą. Jako płeć piękna miałam nad nim tę przewagę, że mogłam wyciągnąć 

do niego rękę. Uścisnął ją, co miał robić. Widziała to masa osób. Pierwszy raz w życiu 

rozmawiałam  z pisarzem. Niestety,  oszołomienie  sprawiło, że nie mógł widzieć we mnie 

swojej przyszłej koleżanki.

background image

Wymknęłam   się   potem   sama,   chodziłam   długo   i   bez   celu.   Wraz   ze   zmęczeniem 

przyszło do mnie jakieś duchowe odprężenie. Lunął deszcz.

28 maja 1949 r.

Będę miała na koniec roku piątkę z matematyki. Chyba za postawę moralną. Im dalej 

w   las,   tym   więcej   drzew,   jakaż   to   prawda.   Do   jakich   niespodzianek   trzeba   się   jeszcze 

przygotować? A więc Irka S. Zapisała się do ZMP. Pytam się na przerwie:

- Jak mogłaś tak zrobić? Powiedz mi tylko, dlaczego?

Gdyby   powiedziała:   „Doszłam   do   wniosku,   że   ZMP...”   czy   coś   takiego,   może 

czułabym dla niej szacunek, ale ona:

- Mama   mi   kazała,   musiałam,   po   maturze   idę   na   stomatologię,   będzie   się   łatwiej 

dostać.

Tffuu. Co za świnia. Jakkolwiek sądzę Hindusa, to jednak motywy jego postępku 

wydają   mi   się   jakieś   inne.   Hindus   jest   mądry,   a   w   końcu   tylko   zwierzęta   nie   zmieniają 

poglądów. Kiedy tak się rozglądam po otaczającym mnie świecie - czuję, że warto żyć. A 

jeszcze bardziej to czuję, kiedy słucham Chopina. Śliczna to muzyka, smutna, tajemnicza i 

przejmująca.   Dziwne  to,  ale  smutek  Chopina   nie  pogłębia mojego   własnego. Przeciwnie, 

podnosi mnie na duchu, jak wszystko, co wzniosłe. A ludzie? Ileż mi Oni jeszcze dostarczą 

niespodzianek?

Irka,   Hindus,   a   także   Bogdan.   Nie   napisałam   jeszcze,   dlaczego   Bogdan.   Otóż 

przyszedł wczoraj pod pretekstem pożyczenia Skąpca. Co za naiwność. Widziałam w jego 

bibliotece całego prawie Moliera. Ale Skąpca pożyczyłam i wyraziłam żal, że nie mam czym 

gościa poczęstować. Rozmawialiśmy chwilę o szkole, nagle on przemówił:

- Wobec tego, że Zbyszek ze Stefka, to muszę ci wyznać, że z Lidką to tylko było 

tobie na złość. .

Odpowiedziałam, że przykro mi, iż palnęłam taki błąd, rezygnując z jego uczuć, ale 

już trudno, nie mogę zmienić decyzji. I że wolę cierpienie niż powroty. No, jeszcze jeden, do 

którego tracę sympatię. Jak można siebie proponować w zastępstwie! Bogdan był dla mnie 

zawsze za bardzo paniczykowaty, ale myślałam, że ma więcej ambicji.

W godzinę potem przyszła  Lidka i szlochając wyznała,  że ona go kocha, a on ją 

lekceważy. Prosiła, żebym z nim znów porozmawiała. Taka rola wydaje mi się śmieszna. To 

nie polityka, gdzie można mydlić oczy. Obydwoje nie potrafią kalkulować. Ona - ba cóż ja 

mogę uzyskać dla niej ? Najwyżej pogorszę sprawę. On - bo ciekawe, co by mu przyszło ze 

mnie,   gdybym   przyjęła   go   jako   „pocieszy   -   cielą”.   Krótkowzroczni.   Ich   „burze”   chyba 

background image

przejdą. Powinna być z nich niezła, godna siebie para.

W   życiu   moim   wszystko   się   zmienia   jak   w   kalejdoskopie.   Barwne,   podobno 

niepowtarzalne układanki. Zastanawiam się czasami, co będę sądzić o tym wszystkim za rok, 

za dziesięć lat? To, co się dzieje wokół mnie, zmienia się o wiele szybciej niż ja sama. Muszę 

więc tym bardziej się spieszyć, przeżyć wszystko, bo przecież mogę zginąć nagle, tak jak 

Jerzy. W ogóle, od jego śmierci coś się zmieniło we mnie. Nieco inaczej patrzę na świat.

Moje koleżanki też piszą pamiętniki. Pokazywała mi swój Zośka. Musiała go pisać z 

myślą o tym, bo masa tam komplementów pod adresem „byczej Lilki”. Poza tym rysunki 

serc,   złączonych   w   pocałunku   ust   i   ten   sam   błąd,   co   w   mojej   niewydarzonej   powieści. 

Śmieszył mnie górnolotny styl u takiego podlotka. I jak starannie kaligrafowane!

Ciekawe, po co pisać takie pamiętniki. Za kilka lat nie dojdzie zupełnie, gdzie tam się 

kończy prawda, a zaczyna poza.. Odmówiłam dania swojego „w dowód zaufania”, chociaż to 

bardzo miła dziewczyna. Łatwo mi przychodzi krytykowanie innych, a jak to jest ze mną w 

życiu?

Jak często się przestaję orientować, co ja naprawdę myślę, a co mi się przyczepiło z 

książek.   Jak   często   żyję   w   tym   przeczytanym   świecie   i   właściwie   nie   widzę   siebie.   Do 

niczego nie doszłam. Na niewiele spraw mam naprawdę własny pogląd. Nawet za Jamesem 

Masonem lezę jak owca. Podoba się on prawie wszystkim. Dlatego na Niepotrzebni mogą 

odejść przeżyłam moment prawdziwego szczęścia. Uwierzyłam, że mnie się podoba. Jak to 

jest z tym ZMP, o którym coraz więcej się mówi? Wiele osób w klasie potępia, więc i ja. A 

może to nie takie złe? W każdym  razie jakaś organizacja młodzieżowa, mająca zapewne 

jakieś cele. Trudno uwierzyć,  żeby młodzi ludzie mieli za ideał powieszenie „wszystkich 

księży.

Młodzież ma więcej pasji, serca i zdrowego rozsądku, niż sobie dorośli wyobrażają. 

Ciężko   mi   chyba   będzie   żyć   z   takim   „żadnym”   charakterem,   tak   bardzo   podlegającym 

wpływom. Cokolwiek się zobaczy czy przeczyta, dezorientuje tylko człowieka, zamiast mu 

pomóc. Co z tego, że wiele rzeczy wiem na pewno. Wiem na przykład, jak się powinnam 

zachowywać, a robię przeciwnie. I to nie ze złej woli, tylko tak wypalam. Mam ataki złości i 

co z tego, że się później wstydzę. Co piętnaście minut jestem w innym nastroju. Raz mi się 

chce płakać, raz śmiać.

Ho, zrobiła się nieoczekiwanie burza z piorunami. Widocznie w naturze też coś jest 

nie w porządku.

background image

30 maja 1949 r.

Pół dnia przesiedzieliśmy nad stawem. Wszystko było świetnie, pływaliśmy z Drobiną 

kajakiem, opalałam się. Ale przyszedł  Zbyszek  i Stefka. Stefka powiedziała,  że ten staw 

przepływa trzy razy dookoła, bez odpoczynku.

- Trzy ? - wycedziłam. - Ja normalnie pięć.

Chciałam się popisać. Przepłynęłam pięć razy, wyszłam nawet na brzeg i spokojnie 

zemdlałam. Nieźle się popisałam! Zbyszek poił mnie kompotem Stefki, rozcierał mi ręce, ale 

miał bardzo ironiczną minę. Brawura nie opłaca się. Zapamiętać.

4 czerwca 1949 r.

Nie tylko w życiu nie nadążam za wypadkami, ale także w pamiętniku. Mam mało 

czasu. Gorące dni w szkole, czytanie, Dyzio i wygłupy zabierają mi cały czas.

Zawarłam atrakcyjną przyjaźń. Mą na imię Kasia, długie kasztanowe warkocze, nigdy 

nie zaplecione do końca (trzymają się!). Jest bardzo wysoka, zdecydowanie zgrabna. Rok 

tylko starsza ode mnie, ale ma maniery, które daj mi Boże nabyć u schyłku żywota. Mówi 

literackim językiem. Przesadzam trochę. Mówi po prostu po polsku. Że też mnie nigdy nie 

przyszło do głowy, aby mówić tak, jak się pisze, w każdym razie tak, jak się powinno pisać. 

My już tak w budzie głupiejemy, że wstydzimy się mówić poprawnie. Dlaczego? Sądzę, że 

rozumiem. Nikt nie chce być papierowy, bezduszny i wyniosły. Uważamy, że przestrzeganie 

na co dzień prawideł gramatyki kompromituje nas. Złe rozumowanie. Bardzo jestem ciekawa, 

ile splendoru dodaje mi taka wiązanka: „Ty kretynie przemalowany na człowieka, jak cię 

palnę w czaszkę, to ci się odechce drak na cały życiorys”. A to jeszcze łagodnie.

Kasia się nie „wydurnia”, tylko robi głupstwa. Nie przeżywa  drak, tylko  zabawne 

wydarzenia. Nie kładzie lachy na lekcje, tylko się nie przygotowuje. I tak dalej i tak dalej. 

Dobrze gra na pianinie, pisze wiersze i całowała się z Mirkiem z technikum osiem razy. A 

może   i   z   innymi?   Przy   tym   wszystkim   ma   dwóję   z   fizyki   i   w   Mirku   kocha   się   bez 

wzajemności. Obserwowałam Kasię już dawno, zachwycałam się nią, ale wydawało mi się, że 

ona   mnie   lekceważy.   Ciekawe,   że   ludzie,   z   powodu   których   mamy   nieuzasadnione 

kompleksy, szybko dochodzą do wniosku, iż ich osobowość powinna je wywoływać. Patrząc 

jak Kasia dystyngowanie się porusza, w rozmowach z nią nigdy nie potrafiłam zachować 

umiaru.   Szarżowałam,   chcąc   ją   sobą   zainteresować.   Machałam   rękami   jak   wiatrak.   Cóż 

dziwnego, że nie posądzała mnie o myślenie? Była zdumiona, kiedy wracałyśmy ze szkoły 

autobusem i rozmawiały o książkach. Literatura to jedyny temat, wobec którego pęka moja 

szkolna powłoka,  staję  się normalna. Kasia polubiła mnie, wydaje  mi się, bardzo i teraz 

background image

umieram   ze   strachu,   żeby   nie   za   szybko   zobaczyła   podziurkowane   dno   mojego   rozumu. 

(Intelekt   wyobrażam   sobie   jak   sitko   o   zbyt   gęstych   w   moim   przypadku   „oczkach”, 

przepuszczających także rzeczy zasługujące na zatrzymanie.)

W podtrzymywaniu podziwu Kasi dla mojej wiedzy przychodzi mi z pomocą pamięć 

słuchowa. Wszystko co usłyszę, pamiętam długo. Na przykład całe felietony czytane w radio, 

z modulacją głosu spikera włącznie. Gdyby byt radiowy uniwersytet, już mogłabym robić na 

boku ze dwa wydziały. Uczyłabym się do matury, a jednocześnie jeździła na egzaminy do 

Krakowa czy Warszawy. To byłoby piękne! Tak, ale na ilu długościach Warszawa musiałaby 

nadawać audycje? Przecież to radioodbiornik pękałby w spojeniach od przeładowania. No 

proszę, znowu mam „pomysł”. Drżą przed moimi pomysłami profesorowie, mama, ja. Kasię 

na razie wszystko zachwyca. I to, że nauczyłam ją prawa naczyń połączonych, i to, że ja 

wymyśliłam   pseudonim   dla   Talesa.   Jeśli   ktoś   zajmuje   się   matematyką,   prowadzi   Kółko 

Astronomiczne, w głębi ducha marzy o stworzeniu, nowej teorii powstania świata - jak się 

może nazywać?

Kasia udzieliła mi wskazówek dotyczących pocałunków. To mi rzuciło na nią jakiś 

cień.   Nie   dlatego,   że   udaję   św.   Cecylię,   o   nie!   Tylko   to   są   sprawy   tak   intymne   i   tak 

kameralne,   że   rozmowa   na   ten   temat   (ostatnio   temat   nr   1   w   damskiej   części   klasy) 

wulgaryzuje rzeczy, które prawdopodobnie są ładne. Intuicyjnie wyczuwam, że zdobywanie 

przedwczesnej   teoretycznej   rutyny   pozbawiłoby   mnie   w   przyszłości   jakichś   doznań.   Po 

rozmowie   z   Kasią   dużo   o   tym   myślałam.   Tu   nie   chcę   być   ciekawa   i   dążyć   na   siłę   do 

uzgodnienia wiedzy teoretycznej z praktyczną. W ogóle nie chcę tych spraw, i tak mam wiele 

kłopotów. Wszystko się komplikuje przy bliższym poznaniu.

14 czerwca 1949 r.

Całe   popołudnia   spędzam   z   Kasią.   Cudowna   dziewczyna.   Czuję   się   przy   niej   jak 

służąca. Poznałam tego Mirka, bo znowu zgubiłam klucze od Maziarskiej. Jestem po prostu 

roztrzepana, lecz nazywam to ładniej: roztargniona. To cecha ludzi wielkich, niech mam choć 

tę jedną. Co mają klucze do Mirka? O, bardzo wiele. Chciałam udać się do chłopców z 

mechanicznego, ale postąpiłam według wskazówek Kasi.

Dałam   zlecenie   Drobinie,   aby   przyszedł   z   Mirkiem.   Przyszli.   Drobina   zajął   się 

zamkiem, Kasia - Mirkiem, ja - patefonem. Mirek - mną. Efekt tych posiedzeń (było ich 

kilka) podwójny: nowe klucze i mój krnąbrny umysł znów zmuszony do myślenia. Lubię 

niejasne sytuacje, jak wszystko co zawiera pewną tajemniczość (z wyjątkiem matematyki - 

jednak),   ale   tu   chodzi   o   moją   przyjaźń   z   Kasią.   O   coś   więcej   nawet.   Kasia   mi   zaufała, 

background image

zwierzyła   mi   się   ze   swoich   uczuć   i   w   pewnym   sensie   liczy   na   moją   pomoc.   Jest   tak 

zaślepiona, że nie widzi, kiedy Mirek pozornie bezwiednie dotyka moich włosów. Rozumiem, 

że mu to może sprawiać przyjemność, moje włosy są zawsze puszyste i lśniące, szczotkuję je 

i cuda przy częstym myciu z nimi wyczyniam. No i co z tego ? Czy za pielęgnację włosów 

mam płacić brakiem szacunku do siebie?

Mirek   nie   jest   smarkaczem.   Ma   dużo   chłopięcego   wdzięku,   długie   nogi,   w   ogóle 

nabiera uroku przy bliższym poznaniu. Kasia szczęśliwa, kiedy jesteśmy razem. Ja udręczona 

jak   pokrojona   ryba   na   patelni.   Mirek   nic   takiego   nie   mówi   i   nie   robi,   żeby   to   mnie 

upoważniało   do   jakiegoś   zdecydowanego   wystąpienia.   Łatwo   mógłby   się   wycofać: 

„Wydawało ci się”. Ja wiem, że coś jest nie w porządku. Czuję to. Cokolwiek by się dalej 

działo, nie zawiodę Kasi. To jest - siebie. Lojalność obowiązuje głównie tam, gdzie nam 

wierzą.

15 czerwca 1949 r.

Przyszedł   Mirek,   mimo   iż   doskonale   wiedział,   że   Kasi   nie   zastanie.   Kazałam   mu 

froterować   podłogę.   Froterował,   bo   powiedziałam   to   groźnie.   Potem   udawał   okrutnie 

zmęczonego, położył się na tapczanie i cicho poprosił, abym koło niego usiadła. Usiadłam, bo 

powiedział   to   wzruszająco.   Ale   na   tym   skończył   się   jego   takt.   Chciał   mnie   pocałować. 

Wskazówki Kasi...

W decydującym momencie powiedziałam:

- Zwyciężyła męska przyjaźń do Górala nad miłością do pięknej Angielki - po czym 

dodałam,   że   zdanie   to   można   odnieść   także   do   kobiet.   To   nie   moje   zdanie,   coś   takiego 

powiedział mi Meissner, kiedy tak ohydnie naciągałam go na uśmiechy. Mirek zrozumiał, co 

mnie zaskoczyło, bo to nie takie znowu proste. Moralny obowiązek nakazywał mi złożyć 

dodatkowe wyjaśnienia:

- Ale to nie tak, tylko w tym sensie, wiesz?

Znowu zrozumiał, że ten triumf przyjaźni nad - nazwijmy to - ochotą, nie kosztował 

mnie   zbyt   wiele   wysiłku.   Postąpiłabym   podobnie,   choćbym   nawet   kochała   się   w   Mirku. 

Inteligentny chłopiec, to jest niezmiernie ważne. Cudownie, kiedy można we własnej obronie 

posłużyć się aluzją czy cytatem, a niekoniecznie łapami. Tym bardziej rozumiem Kasię.

16 czerwca 1949 r.

Święto.   Calutki   dzień   przeleżałam   na   podłodze.   To   mi   pomaga   w   myśleniu,   jak 

Sherlockowi Holmesowi brak pożywienia i fajka. Moje zagadki są trudniejsze niż wykrycie 

mordercy metodą dedukcji. Na to za młoda, na tamto  za młoda, i w końcu, kiedy życie 

background image

namota człowiekowi najbłahszy problem, umie się tylko postawić znak zapytania. A więc. 

Dlaczego Mirek nie przyszedł? Jest delikatny? Upokorzony? Chodziło mu tylko o pocałunek. 

Dlaczego mi jest przykro i jakoś głupio? Zupełnie jak bym miała trzy lata i pytała: „A jak się 

rodzą małe tramwaiki?” Pytań bez końca, a na wszystko własny, wyczerpany fizyką i chemią 

tak zwany rozum.

Kiedy się ma tyle lat, jest się małym ziarnkiem grochu z olbrzymiego strąka, które 

każdy może pogryźć i wypluć. Nie dam się! Won! Dojrzeję. Ja wam pokażę! Wprawdzie nie 

wiem, komu tak wygrażam, ale mi lżej. Miejcie się przede mną na baczności! To ostatnie 

dołożyłam, już z poczucia humoru i idę na sentymentalny, samotny spacer nad rzekę.

17 czerwca 1949 r.

Przyszedł   Mirek,   przyniósł   mi   książki   do   czytania   i   zaproponował   mecz. 

Powiedziałam:

- Wstąpimy po Kasię i wybierzemy się.

Kasia była zamknięta w pokoju, musiała się uczyć fizyki, więc poszliśmy tylko we 

dwójkę. Piłka nożna mnie zupełnie nie interesuje, ale jest dużo ludzi, wesoło i Mirek mi 

powiedział, za kim mam kibicować. Krzyczałam 'więc głośno i tylko dwa razy wiwatowałam 

na cześć drużyny wrogów. Mirek powiedział, że się wyrobię. To chodzi o to, żeby nie było 

„ręki” i żeby nogą albo głową, ale przede wszystkim nogą wbili piłkę do przeciwnej bramki, 

przy czym przeciwnej bramki nie liczy się od miejsca, w którym się siedzi, tylko gracze tam 

jakoś wiedzą.

Według tego, co się działo na boisku, to moje dwa pomyłkowe okrzyki nazywają się 

„samobójcze”.   Coś  takiego  właśnie   zrobił   jakiś  zawodnik.   Mirek  wtedy krzyknął:   „Jezus 

Maria!” - a ja powiedziałam, że mi jest bardzo przykro. Nie kłamałam, bo było mi żal Mirka, 

że   „nasi”   przegrywają,   chociaż   do   końca   nie   wiedziałam,   którzy   to   są   nasi.   Nie 

protestowałam, kiedy Mirek trzymał mnie za rękę. Przeżywał ciężkie chwile i co sekundę 

włosy spadały mu na czoło.

- Rzeź, rzeź - mówił szeptem. Był blady i zaciskał usta.

Przegraliśmy „jedenaście do fajerki”. Już się nie pytałam, co to znaczy, bo był bardzo 

przygnębiony.   Obiecałam,   że   mu   napiszę   wypracowanie   domowe.   Dziewczęta   go   chyba 

psują.

Zabrał kwiatek, który miałam przypięty i przyrzekł mi, nieproszony, że sobie zasuszy. 

Starałam się ciągle mówić o Kasi. Wieczorem czytałam książkę od niego. Była to piękna 

powieść Melville Moby Dick.

background image

19 czerwca 1994 r.

Przychodzi codziennie, ale nie ponawia tamtej próby.

23 czerwca 1949 r.

Nawet nie zdążę naciągnąć atramentu do pióra, a tu już coś nowego. Żeby tak można 

nalać do mózgu trochę oliwy. Tyle nowych wrażeń, że już nie wiem, od czego zacząć. Kasia 

wyciągnęła się z fizyki i w związku z tym jej mama złagodniała. Już ją puszcza wszędzie.

Przede   wszystkim,   o   co   chodzi   z   tą   oliwą.   Otóż   Dyzio   ma   mieć   poprawkę   z 

matematyki. Jak się dowiedziałam, no, zagotowałam się zupełnie. Poszłam pod drzwi pokoju 

nauczycielskiego i czekałam, aż wyjdzie Tales. Mówię:

— Panie profesorze, czy nie mógłby pan profesor jeszcze Żbikowskiego zapytać?

A Tales, że mógłby, tylko że Żbikowski nic nie umie. Ponieważ nie wyobrażam sobie 

gorszej rzeczy na świecie niż matematyka na wakacjach, nie dałam za wygraną:

— Ależ panie profesorze, na trójkę to on umie.

Tales spojrzał na mnie z naganą i powiedział, że prawie czterdzieści lat uczy, że uczył 

także za okupacji dorosłych  ludzi na kursach politechnicznych  i nigdy się jeszcze  co do 

ucznia nie pomylił.

—   A   właśnie   że   tak   —   walę   —   ja,   na   przykład   wcale   nie   zasługuję   na   piątkę. 

Wystarczy mi czwórka, jeśli Żbikowski nie będzie miał poprawki.

Zatrzymaliśmy się. Ze strachu pękła mi gumka w majtkach, ale brnę dzielnie dalej.

— Żbikowski pisze wiersze.

Tales   powiedział,   że   moje   poczucie   koleżeństwa   idzie   w   złym   kierunku.   Że   ja 

zasługuję   na   piątkę,   przede   wszystkim   za   tempo,   w   jakim   uzupełniam   braki   od   tamtej 

klasówki,   że   pracowałam   solidnie,   myślę   ostatnio   bardzo   logicznie   i   że   się   cieszy,   że 

polubiłam matematykę. I tu, jak zwykle, palnęłam.

- Nigdy, ja to robiłam tylko dla pana profesora, za to, że mi pan profesor nie kazał 

powiedzieć, kto wtedy siedział pod ławką.

Zaczął się śmiać i powiedział:

- Pod ławką, tak właśnie myślałem, ale teraz już jestem o ciebie spokojny, wgryzłaś 

się w przedmiot.

Może się i wgryzłam, ale chciałam wiedzieć, co będzie z Dyziem. Pogłaskał mnie po 

głowie i kazał iść do klasy. Nic mi się nie udało wskórać. Teraz biedny Dyzio musi się 

„wgryzać w przedmiot" i to na wakacjach.

Hindus choruje, w każdym razie nie przychodzi do budy.

background image

Dzisiaj jest czwartek, a pojutrze koniec roku, rozdanie świadectw i „eksponatów". Ja 

swojej cenzury nawet nie będę miała komu pokazać, bo mama wyjechała już nad morze, a i 

ojczym wczoraj tam dołączył. Mama zostawiła mi forsę, więcej niż miałam kiedykolwiek w 

życiu. Wyjeżdżam, jak co roku, na obóz harcerski. Dałam już drużynowej pieniądze na obóz, 

dwa   tysiące   sobie   odkładam,   a   za   resztę   robimy   dziś   wieczorem   ucztę   w   moim   domu. 

Maziarska dostanie pomieszania zmysłów. Może wtedy przestanie handlować wódką.

Kasia ma się zająć kanapkami, Lidka zrobi resztę zakupów. Chłopcy przyniosą wino i 

płyty.   Będzie   u   mnie   25   osób.   Pomieścimy   się,   nie   ma   obawy.   Bardzo   lubię   tę   moją 

kompanię.

24 czerwca 1949 r.

Bawiliśmy się cudownie, można by tak całe życie. Tańczyliśmy na podłodze, na stole, 

na tapczanie i na parapecie okiennym. Maziarska, z efektem Syzyfa, pukała w ścianę. Nie 

lubię   jednak   wszelkich   hec   zmierzających   do   kolektywnego   całowania   się.   Po   diabła   te 

preteksty,  te  „listonosze",  „ciuciubabki"  i   „czarne   motyle".  To  jest  dziecinne   i  śmieszne. 

Zapaliłam światło i zabawa popłynęła jak Niagara. Dyzio wypił trzy kieliszki wina i usiłował 

się powiesić na żyrandolu, z powodu poprawki, oczywiście. Ale zerwał tylko żyrandol. Jeśli 

dziś nie Przyjdą naprawić, to good bye, moje dwa tysiące.

Pada deszcz, w pokoju nieporządek.

Nie   jestem   okrutna,   ale   tak   szybko   wszystko   się   zapomina.   Chodzi   mi   Jerzego. 

Pamiętam   każde   jego   słowo,   lecz   twarz   zaciera   się   w   mojej   wyobraźni.   Pakuję   książki, 

zeszyty, do września nie muszę kiwnąć nawet palcem. Czas po wariacku pędzi dalej. O wiele 

trudniej mi przeżyć najbliższą godzinę niż cały miesiąc.

18 lipca 1949 r.

Jestem na obozie i mimo że ten pamiętnik leży na dnie plecaka, nie mam czasu pisać. 

Lipiec w tym roku nie udał się naturze, leje, siąpi, kapie. Zeszłoroczny obóz w Szwajcarii 

Kaszubskiej to właściwie była jedna wielka plaża i słoneczna plama na moim życiu. Poza tym 

żarcie było genialne i do opalania smarowałyśmy się masłem. Po całych dniach leżałyśmy 

nad   jeziorem,   pływałyśmy   łódkami,   dopóki   nie   utopiły   się   te   harcerki,   gdzieś   pod 

Wejherowem. Wokół nie było ani jednego obozu, cisza,, spokój, na warcie bałyśmy się tylko 

dzików.   Pomagałyśmy   trochę   przy   żniwach,   ale   kierownik   PGR   -   u   nie   był,   zdaje   się, 

olśniony.

Robiłyśmy   masę   wycieczek   do   Gdyni,   Oliwy,   Sopotu.   W   Sopocie   miałyśmy   z 

Agnieszką śmieszną przygodę związaną z tak zwanym wejściem w świat. Przeglądam tak te 

background image

kartki i w głowie pomieścić mi się nie chce, że nie napisałam ani słowa o Agnieszce. To 

dlatego, że jestem zbyt pochłonięta klasą i amorami. A poza tym, przez cały rok w budzie z 

Agnieszką prawie się nie widuję. Zaledwie odwiedzimy się czasami. Agnieszka chodzi do 

starszej klasy, ma cudowną, chłopięcą figurę, najdłuższe nogi na świecie i kolosalny zmysł 

humoru. Tak jak się potrafię śmiać z Agnieszką z niczego, to już chyba nigdy w życiu z nikim 

innym nie potrafię, nawet z najlepszego dowcipu.

Z Agnieszką się nie mówi o miłości. Mamy tyle innych tematów. Ona w ogóle nie 

interesuje się chłopcami. Dobrze się uczy, pływa najlepiej w całym gimnazjum i co mnie 

napełnia już zupełnym nabożeństwem, konstruuje sobie coraz to nowe radio. I to radio gra. 

Jak  Boga  kocham.   Ma  krótką  czuprynę  i  orzechowe  oczy.  Hoduje   w  domu   zwierzęta,  z 

których najukochańsza była suka „Psotka”.

„Psotka” umarła, kiedy Agnieszka była  na wycieczce. Agnieszka omal nie dostała 

zapalenia mózgu, tak się przejęła. Nauczyła wszystkich mówić, że „Psotka” właśnie umarła, a 

nie zdechła. Nad stolikiem Agnieszki wisi fotografia „Psotki”. Agnieszka do dziś wierzy, że 

gdyby nie pojechała na wycieczkę, to „Psotka” żyłaby. Nie może sobie tego darować, ma żal 

do   swojej   mamy,   że   „Psotki”   odpowiednio   nie   pielęgnowała,   a   swojej   siostrze,   Helenie, 

rozbiła na głowie własnej roboty radio, kiedy się dowiedziała, że ta wstąpiła na lody w drodze 

po   weterynarza.   Bardzo   różne   siostry:   Agnieszka   jest   postrzelona,   Helena   dystyngowana 

dama, z miłosnymi historiami.

Przez cały rok w budzie zaledwie kiwniemy na siebie z Agnieszką ręką, gdzieś w 

przelocie. „Czołem, Lilka!”, „Cześć, Agnieszka!” i to wszystko. Ale niech tylko będzie jakaś 

wycieczka czy obóz, jesteśmy nierozłączne. Sypiamy zawsze na sąsiednich siennikach i cały 

dzień jesteśmy razem. Nie wyobrażamy  sobie bez siebie minuty. Mamy kilka wspólnych 

cech, brak szacunku dla dyscypliny, umiłowanie przygód i jakieś satyryczne spojrzenie, takie 

z ukosa, na wiele spraw. Przy czym  obydwie mamy  fioła na punkcie wody i mycia  się, 

potrafimy   tu   na   obozie   ganiać   codziennie   do   rzeki   po   trzy   kilometry,   chociaż   reszcie 

wystarcza woda ze studni. No i śmiejemy się. Śmiejemy się z guzika, z miłości, z margaryny, 

z patyka, z zamku, z organów - tematu do śmiechu nie brakłoby nam nawet w więzieniu. Przy 

Agnieszce staję się od razu inna. Gubię natychmiast wszystkie romansowe historie. Przy niej 

w ogóle każda tego typu tragedia to humoreska. Jednym celnym zdaniem wyłowi z całej 

opowieści   najbardziej   komiczną   stronę   i   tragedia   sercowa   staje   się   powodem   do 

trzygodzinnego, spazmatycznego śmiechu. Odpowiada mi niezwykle takie podejście do tych 

spraw. Nasze poszukiwania przygód w niejedną kabałę nas już wkropiły w różnych miastach 

Polski, ale zawsze i wszędzie znalazłyśmy powody do wycia. Poza tym obydwie jesteśmy 

background image

indywidualistkami i zawsze urywamy się od wycieczki. A to jedna się źle czuje, a to trzeba 

odwiedzić ciocię, która mieszka właśnie w tym mieście, i już jesteśmy same. Nie kroczymy w 

parach, w szeregu, robimy to, na co mamy ochotę.

Z   Poznania   do   Gniezna   jechałyśmy   na   platformie   z   piaskiem,   w   Wieliczce 

postawiłyśmy na nogi całą dyrekcję kopalni, bo zauważono, że nas nie ma. Zabłądziłyśmy w 

korytarzach kopalni i po czterech godzinach krążenia nawet nam się ta samotność znudziła. 

Znaleźli   nas  dopiero  po  pięciu.   No,  co  tam  ciągnąć   przykre  wspomnienia,  czyli  co  było 

potem. Zawsze się jakoś wykaraskamy. Na W.Z.O. ukryłyśmy się w „gabinecie śmiechu”, 

chciałyśmy,  żeby nas zamknęli na noc. Nie udało się. O Agnieszce chyba kiedyś  napiszę 

książkę.   Cudowna   dziewczyna.   Mam   teraz   jednak   pewną   inną   rzecz   do   opisania.   Ja   z 

Agnieszką, to ja z Agnieszką. A ja, to ja. Niestety, tylko Lilka. Zbiórka!

19 lipca 1949 r.

Położyłam się pod pagórkiem, ciepło i zielono. Nikt mnie tu chyba nie dojrzy, mogę 

sobie popisać, bo ciągle przeszkadzają. A to zbiórka, a to praca jakaś, a to gotowanie. Z 

gotowaniem mamy z Agnieszką na pewien czas spokój, tak chyba do końca obozu. Agnieszka 

jest zastępową i właśnie nasz zastęp miał ugotować obiad dla całej drużyny. Rozpaliłyśmy 

ogień pod tą okropną polową kuchnią, przyniosłyśmy wodę i wiadro makaronu i zaczęłyśmy 

się śmiać z harcerzyka, który gapił się na nas i grał na gitarze. Wsypałyśmy makaron do kotła 

i zalały zimną wodą. Zanim się ugotowało, zrobiła się zupa. Przegotowałyśmy sobie w ten 

sposób zabawę. Za karę siedziałyśmy w namiocie, nie było nam źle, tylko... właśnie. Muszę o 

wszystkim po kolei. Zaraz na początku obozu zorganizowano nam jakieś biegi. Ciekawe po 

co, kiedy było jasne, że wygra Agnieszka. W sporcie to jej nigdy nie dorównam. Zresztą, 

miałam   inne   powody.   Z   komendantką   nie   chciałam   pertraktować,   powiedziałaby,   że   się 

„migam”. Co innego ustawiać namioty, budować prycze czy kuchnię. To lubię. Ale biegać nie 

mogłam,   a   przynajmniej   nie   powinnam.   Podeszłam   więc   do   takiego   mocno   ważnego   ze 

stoperem i pyszną - miną. Mówię:

- Miły panie, Walasiewiczówna to ja nie jestem i wobec tego proszę mnie wykreślić z 

listy. Poza tym brzuch mnie boli.

Zauważyłam jednak, że ma złociste włosy, ciemnoniebieskie oczy przechodzące aż w 

granat, delikatne rysy jak na rysunkach Leszka Górskiego, chociaż ten rysuje przeważnie 

chłopów,   piękne,   wypielęgnowane   ręce   o   długich   palcach   i   czystych   paznokciach,   czego 

wśród moich kolegów tak często nie oglądam. Stała przy nim, niestety, komendantka. Ale ja 

nic. Też stanęłam. Podniósł na mnie te błękitne oczy i powiedział:

background image

- Dobrze, oczywiście.

Komendantkę ktoś odwołał, więc powiedziałam jeszcze ogólnikowo:

- To wdechowo.

Stałam boso, miałam podrapane nogi, więc wyrównałam te braki królewską miną, 

podziękowałam i poszłam.

Ale nie zaszłam daleko. Już po dwóch susach dopędził mnie nowy rozdział mojego 

życia. Mówi:

- Druhno, czy druhna nie wybrałaby się ze mną dziś na spacer?

Odpowiedziałam, że w wolniutkim spacerze brzuch mi nie przeszkadza i że owszem, o 

szesnastej na drodze za zamkiem.

Do szesnastej nóg wprawdzie wyleczyć się nie dato, ale miałam bielusieńkie skarpetki 

i   tenisówki   wyczyszczone   różowym   proszkiem   do   zębów,   włosy   upięte   i   nieśmiałość   w 

spojrzeniu; Szłam na pierwszą randkę z człowiekiem zupełnie dorosłym. Wlazłam w ruiny 

zamczyska,   gdzie   pod   cegłą   Lidka   ukrywała   wodę   kolońską,   pokropiłam   się   trochę   i 

wyjrzałam przez dziurę w murze. Spacerował.  Naprzód - lecz nigdy w tył, nigdy w tył  - 

zanuciłam sobie.

- Spóźniłam się trochę, chociaż bardzo nie lubię tego robić. To po prostu nie leży w 

moim zwyczaju - wyjaśniłam mu.

Obejrzał sobie tenisówki, włosy, musiało wypaść pomyślnie, bo zrobił się milutki.

- A jak się czuje druhna? Już dobrze?

Ten brzuch to sobie wykrakałam. Zaczynał mnie naprawdę boleć.

- Ach, świetnie, nareszcie trochę innej atmosfery. Tęsknię nieco do światowego życia, 

więc chętnie sobie z panem pospaceruję.

Miał błękitną koszulę, co w bezczelny sposób podnosiło jego męską urodę. Nawet nie 

zauważyłam, jak zeszliśmy z drogi i wkroczyliśmy w las. Objął mnie za plecy. Nie drgnęłam 

nawet. Jak życie światowe, to światowe, choćby nawet w lesie. Ptaki śpiewały, las szumiał, 

nie zapowiadało się nic złego. Najgorsze było, że on przez cały czas coś mówił, a ja nie 

wiedziałam co. Nawet na jaki temat. Czy to” o polityce, czy o miłości.

Dosyć,   myślę   sobie,   mimo   wszystko   mam   piątkę   z   matematyki,   niech   sobie   nie 

wyobraża, że spotkał idiotkę.

- Ach, nużą mnie te dyskusje (chociaż to był monolog) mam tego dosyć (?) w mieście, 

niech pan spojrzy, jak pięknie w lesie - powiedziałam.

Nareszcie przemówił ludzkim językiem, bo orzekł, że ten las beze mnie zupełnie nie 

miałby uroku.

background image

- Taaak?   -   zapytałam   przeciągle   i   zrobiłam   minę,   która   mnie   samej   wydała   się 

kokieteryjna.

- Nie wierzy mi pani? Chyba często słyszy pani takie rzeczy - rzekł.

Nooo.   Jemu   nie   miałam   zamiaru   składać   sprostowania.   Przeciwnie,   należało   go 

utrzymać   w   tym   mniemaniu.   Chwalić   Boga,   „druhnę”   już   zgubiliśmy,   chociaż   dopiero 

dochodziliśmy   do   rzeczki.   Oczywiście   ja,   ciemna   pała,   nawet   nie   pomyślałam,   że   taki 

elegancki   mężczyzna   nie   zechce   przechodzić   przez   wodę.   Zdjęłam   tenisówki   i   właśnie 

zabierałam się do skarpetek.

- Co pani robi? - Chciał się widocznie upewnić.

Wyjaśniłam mu, że za rzeczką jest piękna polana, paliłyśmy tam ognisko.

- Ależ nie wolno pani chodzić po wodzie!

Powiedziałam groźnie:

- Niech pan się nie miga i nie udaje hrabiego. Przechodzi pan albo idę sama.

Wtedy on wziął  mnie  za ręce  i powiedział,  że przez  rzekę  mi  iść nie pozwoli,  a 

hrabiego nie udaje, bo jest nim naprawdę i widocznie nie dosłyszałam nazwiska: Prahorecki? 

Ooo! Wpadłam jednak do tej wody. Jak mówił o tym hrabim, to właściwie lewą nogę miałam 

na   kamieniu.   Kamień   był   śliski,   klapnęłam   przed   hrabim   na   kolana,   co   było   efektem 

absolutnie nie zamierzonym.

Wyciągnął mnie szybko, a ja błyskawicznie przywołałam się do porządku. Nie było 

znów powodu do paniki. Ostatecznie, rozparcelowany, nie ma dzieci, więc rola guwernantki, 

tak coś jak Betty Davis, nie przypadnie mi w udziale. Ale czy on dosłyszał moje nazwisko ? 

Raczej   nie,   bo   wymamrotałam   je   cichutko,   brak   mi   jeszcze   trochę   salonowego   -   szlifu. 

Miałam pewną szansę. „Prahorecki”, patrzcie go! Na mnie to nie wywarło najmniejszego 

wrażenia. Mógł gadać od razu: hrabia Prahorecki.

- Moje   nazwisko   nic   panu   nie   mówi?   Skłodowska.   Tak!   Od   Marii   Curie   - 

Skłodowskiej. Pochodzę właśnie z tej rodziny, gdzie najwyżej ceni się intelekt. A że na liście 

było inne nazwisko... Mój ojczym...

Naturalnie, że kłamać i w dodatku z sensem, jest trudno. On się tylko, ach, jak ślicznie 

uśmiechnął. Ja natomiast intensywnie myślałam o mezaliansie, w jaki można by hrabiego 

wpakować. Bardzo zarozumiałego hrabiego. Jeszcze głębiej i bardziej krytycznie dumałam 

nad   przewrotnością,   mojej   natury.   W   szkole   uważałam   się   za   demokratkę   i   troszeczkę 

reakcjonistkę   z   perspektywą   na   zmianę   poglądów   -   to   może   trochę   skomplikowane,   w 

każdym   razie   mnie   to   -   się   klei   -   a   przy   hrabim   poczułam   się   od   razu   bolszewikiem.   i 

wielbiłam reformę rolną. Niech się fircyk nie puszy.

background image

- Rozparcelowali   mająteczek,   podpalili   dworek   i   usmażyli   babcię?   -   zagadnęłam 

hrabiego.

Powiedział, że tak, rozparcelowali, we dworze jest siedziba kierownictwa PGR - u, a 

babcia siedzi na letnisku w Dusznikach.

- Może na wczasach? Na ludowych wczasach? - podsuwałam.

Ale on mówił dalej, że we dworze ma być  szkoła, więc już kompletnie wszystko 

zrujnują, majątek podupadł, słabo dbają o kulturę rolną. Kiedy wreszcie wkroczy Anders,. to 

będzie dużo rzeczy do zrobienia. W oranżerii hodują świnie, w ogóle tylko sobie strzelić w 

łeb.

Bardzo   mi   się   podobało   zestawienie   świń   z   oranżerią,   więc   zaczęłam   ryczeć   ze 

śmiechu ku chwale parcelacji ziemskich majątków.

Nie przechodziliśmy w końcu przez tę rzekę, bo jednak to był człowiek w pewnym 

sensie złamany i nie chciałam go topić do reszty. Miał takie piękne ręce. Oczy. Rysy twarzy. 

Rasa.   Byłam   wdzięczna   władzy   ludowej,   że   zatarła   różnice   klasowe   między   nami. 

Powiedziałam, żeby się odwrócił, to sobie wysuszę mokry dół u spódnicy. Odwrócił się, ale 

tylko profilem (rasowym). Na szczęście, jak jest upał, to z bielizny używam tylko majtek, 

więc nie mógł zobaczyć na przykład podniecającego rąbka koszuli. Miałam tak podrapane 

nogi! Ciszę poobiednią spędzamy z Agnieszką na drzewie.

Znudziło mi się szybko to suszenie, samo wyschnie, - więc obciągnęłam spódnicę i 

pozwoliłam   mu   całą   twarzą   spojrzeć   na   mnie.   Powiedział,   że   robię   wrażenie,,   jakbym 

należała do jego sfery, takie mam szlachetne rysy.

- Nic bardziej, mylnego - odparłam. - Mój dziadek przeprowadza! całą tę rewolucję w 

Rosji. Niewykluczone, że babka w międzyczasie pozwalała sobie z białogwardzistami. Gdyby 

jednak udało mi się tego dowieść, wyrzekłabym, się babki, mimo radu, polonu, bo to była 

stryjeczna siostra Marii.

Świetnym zbiegiem okoliczności nie chciał się wdawać w dalsze światopoglądowe 

dysputy. Mogłabym się zaplątać.

Usiadł   przy   mnie   i   przyciągnął   mnie   do   siebie.   Myślałam,   że   mi   się   oświadczy, 

przecież   często   przedstawiciele   podupadłych   rodów   żenią   się   z   fordanserkami   dla 

odświeżenia linii, a ją jestem harcerka. Nie, jednak ta szlachta jest zdegenerowana. Rząd 

wiedział, co robi, oni zupełnie stracili już fantazję. Pomyśleć, że pod Grunwaldem tak sobie 

świetnie   radzili,   i   z   tą   tragedią   ze   Szwedami,   Oleśnicki,   Lubomirscy,   nie   mówiąc   już   o 

Beresteczku i Wiedniu. I jeszcze mieli czas na rokosze, konfederacje, liberum veto i „nic o 

nas bez nas”. A ten cymbał tak przez tę parcelację stracił polot, że zamiast usiłować mnie 

background image

pocałować, co by na pewno każdy dawny magnat uczynił, zaczął mi rozpinać bluzkę.

- Co pana obchodzą moje zatrzaski, hę? - zapytałam.

On spojrzał mi namiętnie w oczy i czule wyszeptał:

- Czemu bronisz dostępu do pucharu rozkoszy? Czy nie chcesz być szczęśliwa?

Chciałabym   być   szczęśliwa,   ale   niekoniecznie   ze   szlachtą,   może   od   nawet   jest 

zaściankowy - w historii o jego rodzinie nic nie było - zresztą, mój Boże, po co te brednie o 

pucharze   pod   bluzką,   kiedy   człowiek   nie   miał   w   życiu   na   sobie   biustonosza.   Rzekłam 

chłodno, że nie mam tam nic ciekawego. Nie mogłam się kompromitować przed przygodnie 

poznanym mężczyzną, że chodzę właściwie nago. Wzięłam go za rękę i wstaliśmy. Wydał mi 

się trochę zdenerwowany. Mówił coś długo i zawile o komach, na których jeździł prawie w 

pieluchach, o walcu Straussa Kobieta, wino i śpiew oraz o tym, że „oni” się zniszczyć nie 

dadzą,   wykształcą   się   i   przeczekają.   Tales   wmówił   mi   logiczne   myślenie.   Nie   mylił   się 

bardzo, bo przerwałam hrabiemu:

- Jednak ci komuniści nie zamknęli wam drogi do nauki, co?

To małe słówko „wam” postawiło mnie ostatecznie w szeregach proletariatu. On się 

oburzył. Powiedział, że owszem, zamknęli, a jego medycyna kosztowała kolię brylantową tej 

babki,   co   siedzi   w   Dusznikach,   że   wśród   profesorów   są   jeszcze   ludzie.   Po   tej   kolii 

brylantowej zaczęłam mieć znowu rozterki ideologiczne. Takie klejnoty! Stłumiłam jednak 

żądzę i stwierdziłam, że co do poglądów politycznych to się nigdy nie porozumiemy, ale na 

szczęście jesteśmy młodzi i mamy co innego do roboty. Chodziliśmy jeszcze długo po lesie, 

siadając od czasu do czasu. Podczas jednego takiego postoju on się nagle we mnie zakochał, 

bo mi to powiedział. Ale z bluzki w dalszym ciągu nic mu nie wyszło. Odzyskał jednak 

inicjatywę, bo po tym wyznaniu miłosnym  zaczął mnie całować. Byłam tak przerażona i 

zaszokowana, że nie protestowałam. Był zresztą silny i miły w dotyku. No. Będę ja się miała 

z   czego   spowiadać!   I   już   zupełnie   nie   mogę   iść   do   księdza   Kolca,   bo   mimo   tajemnicy 

spowiedzi   na   pewno   obniżyłby   mi   stopień   z   religii   i   zepsuł   świadectwo.   W   ogóle   nie 

mogłabym mu spojrzeć w oczy na lekcji. Jeśli trafię na księdza bez poczucia humoru,, to mi 

zada za pokutę ze trzydzieści litanii albo jeszcze dołoży nowennę do św. Stanisława Kostki. 

Oszołomiły mnie jego pocałunki. Natomiast moje; - jego zupełnie nie. Zapytał mnie nawet:

- Czy ty zupełnie nic nie czujesz?

Powiedziałam,   że   tak,   mrówka   mnie   wściekle   ugryzła,   ale   przez   grzeczność   nie 

dodałam - gdzie.

Jak się żegnaliśmy, bo musiałam zdążyć na apel, był bardzo podniesiony na duchu. 

Powiedział zagadkowo, że powinnam mu być we wszystkim uległa, że to bzdury, co mówią o 

background image

krzywdzie, że przeciwnie, to jest największe szczęście dla kobiety. Po siarczystym pocałunku 

uzupełnił ten filozoficzny wykład zapowiedzią, że zrobi ze mnie monarchistkę. Powiedziałam 

na to wszystko, że w Anglii jest monarchia konstytucyjna. Nie wiem, co tu Anglia miała do 

rzeczy, ale chciałam wykazać swoją wiedzę. Umówiliśmy się na następny dzień. Wróciłam do 

namiotu   prawie   nieprzytomna.   Agnieszka   przelękła   się   okropnie.   Bała   się,   czy   mnie   nie 

„wzięło”. Uspokoiłam ją, że eksperymentuję z autentycznym hrabią.

Nazajutrz znowu poleciałam na drogę. Sławek czekał. Przemierzyliśmy tę samą trasę. 

Mówił, abym się nic nie bała, bo najpierw muszę się trochę oswoić. Z ciekawszych jego 

wypowiedzi   muszę   zanotować   wzniosłe   zdanie,   że   chciałby   ze   mną   zginąć   na   zakręcie 

śmierci w Szklarskiej Porębie. Skoro jego uczucia tak się gwałtownie rozwijały, to zapytałam, 

czy nie wolałby ze mną żyć, bo mnie się na tamten świat nie spieszy, najpierw muszę się 

poprawić. Odrzekł, że owszem, wolałby, tylko niech nie będę taka dzika. Moja bluzka nie 

budziła już w nim takiego zainteresowania. Przerzucił się na nogi, po których mnie głaskał, 

tak do kolan, bo wyżej dostawał po łapie. Wyjaśniłam mu pogodnie, że ja nie Telimena, a on 

nie Tadeusz. W przerwach uświadamiał mnie politycznie, ale we mnie rósł upór i wypadało to 

przeciwnie. Nie dawałam się, czasem udało mi się - wtrącić zręcznie coś z tego, co Brukiew 

mówiła na zagadnieniach.

Nabierałam   za   to   wprawy   w   całowaniu,   ma   taki   śliczny   wykrój   ust.   Zaczął 

przychodzić do naszego obozu, czym byłam zachwycona, bo jak mówił, to wszystkie słuchały 

go  jak  baranki,  nic   nie  rozumiały,   ale   zazdrościły  mi   takiego  wytwornego   amanta.  I  tak 

płynęło   niebo   błękitne,   życie   bez   chmur,   dopóki   nie   przyleciał   do   chłopaków   piegowaty 

Kosiński.

Mówi:

- Uwiodłaś  naszego  lekarza. Nie uwierzyłbym  w  to nigdy, gdybym  nie  słyszał  na 

własne uszy.

Ooo Kosiński ma na co słyszeć. Uszy majak dwa wachlarze.

- Co słyszałeś? - zapytałam.

- Mówił, że ty jesteś śliczna dziewczyna i kto wie, czy sobie z ciebie nie wyhoduje 

żony. Czy on jest pomylony ?

Sama   miałam   wątpliwości   co   do   stanu   umysłu   Prahoreckiego,   ale   imponował   mi 

nadzwyczajnie, to wszystko jednak nie nadawało się do dyskusji z takim Kosińskim, co on w 

ogóle wie o życiu, baran. Poza tym zawrzała we mnie lawa, jak w czynnym wulkanie przed 

wybuchem. Hodować to on sobie może buraki cukrowe w tym swoim Pegeerze, hrabia jeden. 

Kosiński dodał, że dziwi się, co „doktor” we mnie widzi, bo mówił, że wyrosnę na wampa.

background image

Pewnie, Kosiński to widzi we mnie tylko pasztet, którego mu czasem puszkę rąbnę, 

jak mam dyżur w magazynie, bo chłopcy gorzej jedzą niż my, no, a Kosiński podpowiada mi 

na lekcjach. Tego pasztetu nam i tak nie dają. Komenda schowała go sobie pod kartoflami, 

więc   moralnie   jestem   w   porządku.   Tym   „wampem”   trochę   się   udobruchałam,   zawsze 

chciałam być takim typem - coś jak Veronika Lake, ale mimo wszystko postanowiłam, że się 

z Prahoreckim policzę.

Więc na następnym spotkaniu wyjechałam na hrabiego z piekielnym pyskiem, że mój 

wywiad pracuje, że hodować to on sobie może tulipany w Holandii, a nie żony. Uspokajał 

mnie, jak mógł, gładził po rękach i nogach, i przysięgał, że to nic złego, że powinnam być 

zadowolona, że nie traktuje mnie jak przygodę, tylko ma zamiar nade mną popracować i 

rzeczywiście kiedyś się ze mną ożenić, bo jestem młoda, ładna i pełna czegoś tam.

Trochę   się uspokoiłam,  ponieważ  on  nie  zdawał  sobie  sprawy  z tego   mezaliansu, 

zwiodła go Maria Curie - Skłodowska i uwierzył w niemoralność mojej babki - dewotki. Więc 

pomyślałam,   że   to   byłby   niezły   kawał   .i   jak   tylko   zostanę   hrabiną,   to   się   natychmiast 

rozwiodę, bo po co mi taki Arct, jak już będę miała tytuł.

- Kiedy więc ślub ? - spytałam rzeczowo.

Dowiedziałam się, że za dwa lata, jak zdam maturę, a on w tym czasie będzie pisał, 

przyjeżdżał, musi poznać moją mamę. Nic oczywiście nie wiedział o moich machinacjach 

myślowych i do rasowej głowy mu nie przyszło, że myślę o rozwodzie na dwa lata przed 

ślubem.

- W dechę - przyjęłam te oświadczyny.

On pocałował mnie w rękę, jak prawdziwą damę i powiedział, że teraz już należę do 

niego i jestem jego narzeczoną. Więc hrabia, kalkulowałam, jest załatwiony. Mieszka na tyle 

daleko, że nie odczuję ciężaru narzeczeństwa. On dorównywał mi sprytem, bo od razu po tych 

leśnych   zaręczynach   zaczął   mnie   stawiać   w   głupiej   sytuacji.   Pocałował   mnie   w   kolano. 

Musiałam   niestety   przypomnieć   sobie   Zbyszka,   jak   go   za   to   samo,   właściwie   za   łydkę, 

kopnęłam na klasówce. Co ci mężczyźni czują do nóg, rany boskie! Hrabiego jednak kopać 

nie wypadało, zwłaszcza narzeczonego. Dałam mu jakieś wymijające obietnice, że tyle lat 

przed nami i nie ma się do czego spieszyć.

Rzekł, że cóż ja mogę o tym wiedzieć, a ja na to, że więcej niż może przypuszczać. 

Zainteresowało go to na chwilę, ale potem powiedział, że „to nonsens”. No i się zaczęło. 

Bluzkę odpiął mi jednym  dobrym pociągnięciem. Walczyliśmy jak zapaśnicy, ale energia 

mnie opuściła, usiadłam sobie pod krzaczkiem na mchu i zaczęłam okropnie płakać. Płakałam 

już nie tylko przez te idiotyczne zaręczyny, chociaż ' nie omieszkałam mu nadmienić, gdzie 

background image

mam takie małżeństwa, żeby podobne rzeczy z tym się łączyły i że dobrze wiem, o co mu 

chodzi, niech sobie nie myśli. Przy okazji wypłakałam inne żale do świata, że hufcowa taka 

moralna, a spotyka się w lesie w nocy z leśniczym, że świat jest taki piękny, a jak przyjdzie 

co do czego, to nawet wrzos nie ma uroku. On siedział i nic nie mówił. Kiedy mój płacz 

doszedł do momentu usmarkania się, przyszedł mi na pomoc z chusteczką. Sam zaczął mi 

zapinać bluzkę i wycierać nos oraz zakomunikował, że sobie te „dziewicze łzy” zasuszy. 

Deklamator to on jest, poeta z bożej łaski, nie wiedziałam, że z nosa mi kapią „dziewicze 

łzy”.

Nikt mnie jeszcze nie traktował tak brutalnie i tak wersalsko zarazem. A potem, kiedy 

już przestałam buczeć, zapytał, ni z tego, ni z owego, czy jestem wierząca. Znowu była głupia 

sytuacja, bo po pierwsze sama nie byłam jeszcze zdecydowana, a po drugie, nie wiedziałam 

do czego zmierza.

- „Tego” nie zrobię nigdy i z nikim - rozwiałam jego wątpliwość.

Dowiedziałam   się,   że   „już   nie   o   to   chodzi”,   czy   naprawdę   wierzę   w   Boga. 

Wmawiałam mu od początku znajomości, że jestem bolszewikiem i monarchię sobie wybitnie 

lekceważę,   a   przecież   komuniści   odrzucają   religię.   Z   drugiej   strony  ksiądz   Kolec   mówił 

zawsze, że jak przyjdzie ciężka chwila na człowieka, to najpotrzebniejsza jest wtedy religia. 

Zdecydowałam się:

- Mimo wszystko tak.

Wtedy myślałam, że on zwariował. Złapał mnie za rękę i krzyknął:

- Chodź do kościoła!

Myślałam, że już mamy brać ślub. Chryste Panie! Można wychodzić za mąż za dwa 

lata,, ale tak szybko? Przenigdy! Zrobiło mi się żal młodego życia i tak naprawdę, to i za dwa 

lata nie machnęłabym się za ten słownik. Ale już wolałam iść z nim między ludzi, niż tak się 

narażać   w   tym   lesie.   Uświadomiłam   sobie,   że   jestem   niepełnoletnia   i   nie   mam   żadnych 

papierów, a te rzeczy są do ślubu potrzebne.

Może   to   chodzi   tylko   o   zapowiedzi,   na   taką   stypę   mogłabym   się   ostatecznie 

zdecydować.   Kościół   był  bliziutko   mały,   drewniany.  Podobał   mi  się   do  momentu,   kiedy 

poszłyśmy tam całym hufcem na sumę i ksiądz przez trzy godziny mówił kazanie na temat 

zbawienia duszy - , zdaje się. A w moim sercu było mroczno i ciemno, już nie ze strachu 

przed ogniem piekielnym. Miałam szaloną ochotę rzucić w księdza finką. Jak długo można 

zbawiać duszę? Trzy godziny to już tu, na ziemi, urządzenie czyśćca, a tam w obozie Lidki 

zastęp smażył ryby. Księżulo zbawiał mnie i zbawiał, najpierw właściwie „drogich parafian”, 

a potem dopiero ucieszył się, że w kościele tyle młodzieży i zaczął od początku. Myślałam, że 

background image

zemdleję. Ocierał pot - z czoła, grzmiał i grzmiał, zachęcał do pokory, modlitwy i w ogóle 

robił wszystko, żeby zepchnąć mnie na drogę herezji. Tak więc, gdy hrabia ciągnął mnie za 

rękę do tego kościoła, z siłą, z jaką matka wyciąga dziecko ze sklepu z zabawkami, mróz mi 

przechodził po krzyżu, że to właśnie ten, a nie inny ksiądz będzie świadkiem mojej duchowej 

klęski, czyli tych zapowiedzi. Ale piękny Sławek gotował całkiem inny scenariusz. Na środku 

kościoła, przed wielkim ołtarzem, kazał mi klęknąć i powtarzać:

- Przysięgam, że będę czekała na Sławka i żaden inny mężczyzna nigdy mnie nawet 

nie pocałuje.

Przysięgałam, bo nie można drażnić mężczyzn w pewnych sytuacjach, o tym nawet 

dziecko wie, a mój chłodny umysł podpowiedział mi, co mam zrobić, żeby wilk był syty i 

owca cała. Więc tak cichutko, w myśli właściwie, uzupełniłam przysięgę: „Jeśli będę miała na 

to ochotę”. Szybko doszłam jednak do wniosku, że to może być niejasne dla Pana Boga, więc 

wyraźnie zaznaczyłam termin: „Będę czekała na Prahoreckiego do jutra rana”. Narzeczony 

łaskawie   pozwolił   mi   wstać,   powiedział,   że   to   są   duchowe   zaślubiny   i   że   teraz   już   jest 

spokojny i żebym nie zapomniała. Rzekłam:

- Nigdy w życiu - mając na uwadze oczywiście swoją przysięgę.

Zaniepokoiłam się. Jak to?! Ja składam przyrzeczenia, a ten bęcwał ma hulać z jakimiś 

damami! I to tak się zaniepokoiłam, jakby miała być ważna ta głośna przysięga. A poza tym 

mogłam   nareszcie   odegrać   Ewę   Pobratyńską   i   mojego   hrabiego   usidlić   tak,   jak   Ewa   - 

Szczerbica. Jak to dobrze czytać niedozwolone książki.

- A ty będziesz mi wierny? - wypaliłam.

Tylko tego mogłam żądać. Wątpię, czy moje oczy mogły doprowadzić do sprzedaży 

PGR - u. W tym wypadku ustrój demokracji ludowej kolidował z moim życiem prywatnym.

- Zawsze będę myślą przy tobie, jedyna - powiedział wymijająco.

O,   nie   ptaszku!   Wprawdzie   nie   chciałam,   żeby   był   przy   mnie   ciałem,   wprost 

przeciwnie, ale niech cierpi. Byłam już taka wyrafinowana.

- Ale   czy  będziesz   mi   wierny  cieleśnie?   Hę?   Nie  trzeba   mi   przysięgi   w   kościele, 

wystarczy mi „nobile verbum”.

Dosyć człowiek ma tej szlachty w szkole i na historii. Jak się tak pomyśli o Zawiszy 

Czarnym,  a nawet o panu Twardowskim, to może w końcu na nich polegać. Nie byłam 

diabłem, nie będzie mi chyba stosował uników. Należało teraz tylko umiejętnie wycisnąć z 

niego to słowo. Owszem, wycisnęłam. Obiecał mi wszyściutko, co tylko chciałam, a potem 

przystąpił do charakteryzowania różnych rodzajów wierności, ale wypadało to dla mnie tak, 

jakby czytał Wielką Encyklopedię Turecką i w dodatku każde słowo wspak. Poza tym mówił 

background image

„moja śliczna” i inne takie komplementy.

Rany boskie! Zrobiło się ciemno i w obozie nie czeka mnie nic dobrego. Zmiatam. 

Agnieszka mnie jakoś wyciągnie. Mówiła mi, że w zieloną noc ja mam być komendantką 

obozu. To podobno pewne. Będzie wesoło. Już ja się o to postaram.

20 lipca 1949 r.

Jeszcze siedem czy osiem dni do końca obozu. Ze względu na mój narzeczeński stan - 

to trochę dużo. Natomiast jak się tak trochę zastanowić, to szkoda, że człowiekowi życie tak 

upływa,   na   niczym   właściwie.   Życie!   Życie   zacznie   się   po   maturze,   takie   prawdziwe, 

poważne.

Byłam dziś w wiejskiej chałupie. Kupowałyśmy z Agnieszką jajka. Tam pili wódkę, 

ale już nie o to chodzi. Przyjechał jakiś kuzyn z miasta i gospodarze wyprawili przyjęcie. 

Przede wszystkim. - chcieli nas poczęstować. Odmówiłyśmy, przerażone. Wniosek jednak, że 

wyglądamy   dorośle.   Poza   tym,   po   wypiciu   malej   szklanki   resztę   wylewali   na   podłogę. 

Agnieszka   mówi,   że   taki   zwyczaj.   Nie   zamierzam   badać   folkloru,   ale   myślę,   że   tu   nie 

chodziło o zwyczaj. W tym „głębszym” tkwi coś' głębszego. Wytłumaczyłam sobie, że oni po 

każdym  takim „kieliszku” mieli  słodką nadzieję, że to ostatnia kropla w ich życiu.  I tak 

likwidowali, gardząc sobą sprzed pięciu minut, ciemne ślady przeszłości. A potem pili znowu. 

Jajek sprzedali nam dużo i tanio.

Jak   łatwo   usprawiedliwiamy   tych,   których   kochamy!   Mam   na   myśli   Agnieszkę. 

Zapytałam ją wczoraj, co zamierza w życiu robić. A ona spokojnie:

- Pójdę na stomatologię.

Zmartwiałam. Ale zaraz... właśnie natychmiast zaczęłam szukać poważnych przyczyn 

tej 'okropnej decyzji.

- A co twoje radia? - spytałam.

Będzie je nadal robić, ale zbyt je lubi, żeby się tego uczyć. To do mnie dotarło. Bawi 

ją, że samodzielnie dochodzi do jakichś wyników.

- Więc chirurgia szczęki albo dzieci - podpowiedziałam jej.

- Chirurgia szczęki, a skąd wiesz ? - odparła.

Nooo. Jak trochę, pomyślę, to jestem całkiem niegłupia. Powinnam wyjaśnić, skąd się 

u   mnie   wzięła   ta   odraza   do   stomatologii.   Pierwsze,   to   nie   uwierzę,   że   ktoś   może   mieć 

zamiłowanie do dłubania w zębach. Być może to wciąga jak każda nauka, ale po pewnym 

czasie... zgódźmy się. Drugie, że od paru lat matka przy każdej okazji prorokuje mi cudowną 

przyszłość przy bormaszynie. Dodaje przy tym argument, który już całkowicie i na zawsze 

background image

usuwa mnie z szeregu wyrwizębów:

- Będziesz miała zapewniony spokój i dobrobyt.

Nie mam nic przeciw pieniądzom, ale zdobytym w wyniku pracy dającej zadowolenie. 

Na przykład rekordowy nakład. Piąte wydanie. I powód trzeci: na stomatologię wybierają się 

na   ogół   wyrachowane,   tępe   kujony.   Agnieszka   to   co   innego.   Ona   wie,   co   robi.   Jej   na 

prywatnej praktyce nie zależy, tylko na klinice. A może mój każdy sąd jest błędny? Żongluję 

opiniami, a sama nie wiem nic na pewno. Tak, od Sokratesa dzieli mnie nie tylko tak zwana 

płeć, chociaż obydwoje z różnych przyczyn doszliśmy do jednego wniosku: wiemy, że nic nie 

wiemy.

22 lipca 1949 r.

Stałam na warcie. Były podchody, ale ho, ho! Wiedziałam z góry, że się chłopaki 

szykują. Mówię do Kosińskiego:

- W   magazynie   są   skumbrie   w   pomidorach   i   jakieś   amerykańskie   konserwy,   nie 

wybieracie się do nas na podchody?

Piekarski na mękach to przy Kosińskim był szczeniak. To zgrabne zdanko rzuciłam 

tak niby od niechcenia, leciutko, i zaproponowałam mu kogel - mogel. Właściwie dopiero 

jajka go złamały. Przysięgłam mu, że nikt się nie dowie, skąd te wiadomości. Wydębiłam 

dokładnie,   o   której   godzinie,   z   której   strony   i   dosypywałam   mu   cukru   do   menażki. 

Własnoręcznie ubiłam mu pianę, która w tym wypadku była soczewicą. Zeżarł mi pięć jajek, 

pół kilo cukru i zbladł. Już mnie nie obchodziło, czy to uczulenie, czy wyrzuty sumienia.

- Niezła z ciebie świnia - powiedziałam z przekonaniem.

Ale żeby go do reszty nie położyć, potwierdziłam te skumbrie. Poweselał.

Męski   hufiec   się   zblamował.   Byłyśmy   wszystkie   gotowe,   przyczajone.   Przy 

pierwszym szeleście - gwizdek - i chłopaki dostali niezłego koca. Zachodzą tam w głowę, kto 

był zdrajcą. Dziś jest święto, rocznica powstania PKWN. Niestety, nie miało to wpływu na 

obiad. Kasza z gulaszem.

28 lipca 1949 r.

W nocy był alarm. Miałam podniesioną temperaturę, ale poszłam, bo małe szprotki 

miały przyrzeczenie. Ile uroku ma takie ognisko w nocy. Szum lasu, trzask płonących gałęzi, 

majaczenie w pobliżu namiotowych płócien, łopot flagi. Teraz, to już mi trochę przeszedł ten 

romantyzm, ale dwa lata temu marzyłam, żeby młodo umrzeć i kazać się (?) pochować w 

mundurze harcerskim, z krzyżem i lilijką. No, w tej chwili to zwłaszcza lilijka się chwieje. 

Żeby to wszystko opisać, co się działo, potrzeba by mi ze trzy litry atramentu i ze dwa lata 

background image

więzienia.

Więc hrabia. Mówi, że ja nie chcę,, żeby była idylla i widocznie mam nadczynność 

tarczycy, tak mi się zmieniają nastroje. To nie tarczyca, tylko dyplomacja.

Jestem miluchna jak oswojona wiewiórka, ą jak on zaczyna wyciągać błędne wnioski, 

natychmiast zamieniam się w jeża. To najlepsza metoda na mężczyzn. Był groźny moment. 

Brr! Już myślałam, że pan Prahorecki po raz ostatni wystąpi w tym pamiętniku. To byłby cios 

dla mojej ambicji. Jednak wygrałam i to na całej linii. O co chodzi. Już wtedy, kiedy nie 

poszłyśmy  na zabawę przez makaron, Sławek bawił się z piękną Heleną. Pewnie, wojny 

trojańskiej z tego nie byłoby, aleja zakipiałam. Moja energia mogła przeprowadzić słonie i to 

przez Himalaje, a cóż dopiero osadzić tego Parysa.

Jak   tylko   wysłuchałam   meldunków   na   ten   temat,   umówiłam   się   ze   Sławkiem   w 

ustronnym miejscu. Ubrałam się w białą pikową bluzkę, lisi wyraz twarzy i podążyłam z 

myślami urodzonego zbrodniarza.

- Ukochany mój - wypaliłam - podobno na zabawie miałeś jakieś kłopoty, bo Helenie 

rozpuścił się tusz od rzęs. Jakże mi przykro. Ale, mój biedaku, nie byłeś sam w nieszczęściu, 

bo do namiotu, korzystając z nieobecności hufcowej, przyszedł ten lwowiak, który śpiewał na 

ognisku. Chciał tego co ty i wiesz, że...

Nie pozwolił mi dokończyć, zaczął mnie całować w lewy policzek i jakby drapać w 

okolicę karku. Potem oddeklamował jakiś poemat, w którym często powtarzało się słowo - 

”dzieciak”.

Kiedy   jednak   ratując   moją   cześć   dziewiczą,   wyjaśniłam   mu,   że   mam   spiżowy 

charakter i lwowiak nic nie wskórał (tak między Bogiem a prawdą, to lwowiak rzeczywiście 

był, ale interesował go tylko rozkład jazdy, Agnieszka miewa dziwne rzeczy), to baranek 

myślał, że już po narzeczeńskiej awanturze. Ho, ho, bracie! Co ja jeszcze miałam w zanadrzu! 

Walę dalej:

- Ponieważ jako narzeczona zostałam dotknięta w swojej dumie, przyjdziesz jutro do 

obozu, przy Helenie pocałujesz mnie w obydwie ręce i zasznurujesz mi tenisówki. Wiesz, tak 

bardzo ci wierzę (że też się tym nie udławiłam) - i tak się do ciebie przywiązałam, że wczoraj 

w nocy myślałam, żebyś mnie może zwolnił z tej przysięgi w stosunku. do ciebie.

Chciał mnie  naturalnie  zwalniać natychmiast,  po prostu ,.jego  szczęście  nie  miało 

granic”, ale ja to wszystko przewidziałam. Powiedziałam „no więc jutro” i dałam nura. w 

krzaki. Następnego dnia przyczepiłam się do Heleny jak gąsienica do kapusty, bo ona musiała 

być świadkiem, tych tenisówek.

Przyszedł   blady.   Pocałował   mnie   w   obydwie   ręce,   i   to   -   po   kilka   razy,   a   o 

background image

sznurowadłach jakoś zapomniał. Aż - tupnęłam nogą;

- O, do diabła, but mi się rozwiązał.

I wtedy przynaglony hrabia pochylił się nisko, do nóg. przedstawicielki inteligencji 

pracującej.

- Staranniej! - pozwoliłam sobie jeszcze.

Obserwowałam przy tym, czy oni nie porozumieją się spojrzeniami. Nie, Helena była 

marmurowa   i   szybko   odeszła.   Ciekawe,   co   on   jej   nabredził.   Ja   miałam   za   sobą   fakty. 

Widziało to przedstawienie z dziesięć osób. Nikt się nie domyślał, że ja byłam reżyserem i 

wielką cenę miałam „za to zapłacić. Cenę obiecanek - cacanek, naturalnie. Głupiemu - radość.

Na spacerze, po tym wszystkim, ja, zrehabilitowana, miałam humorek jako to ptaszę 

polne. Powiedziałam mu, że jest tak piękny, że aż mi „takie myśli do głowy przychodziły”, 

ale na szczęście opamiętałam się i to co najpiękniejsze mamy w dalszym ciągu przed sobą. 

Nie można powiedzieć, żeby podzielał moje zdanie. Ależ ze mnie taktyk! Gdyby Napoleon 

miał mnie pod Waterloo, trochę inaczej wyglądałyby rozdziały w historii.

Sławek niemalże się oblizywał na te komplementy, ale ja trzymałam go na. stalowej 

linie   jak   tygrysa.   Moja   kobiecość   podpowiadała   mi,   że   kiedy   wyobraźnia   mężczyzn   jest 

pobudzona, nie należy pozwolić na pocałunek. Mogłyby być kłopoty. Skróciłam randkę pod 

pozorem nagłego, śmiertelnego bólu gardła. Przesadziłam nawet, bo zaczęłam mówić cicho - 

że tylko do trumny mnie kłaść. Kłamiąc, zawsze szukam dla siebie okoliczności łagodzących. 

Ostatecznie jakiś ksiądz u łoża konającej kobiety przeczytał jej zawiadomienie o śmierci syna, 

jako   list   od   nieboszczyka   z   zapowiedzią   rychłego   przyjazdu.   Czyli   tak   zwana   wyższa 

konieczność. Kto to, Grecy czy Rzymianie już mieli takie prawo, że jeśli łódź z dwojgiem 

ludzi   nie   ma   szans   dobicia   do   brzegu,   jednego   należy   poświęcić.   Coś   takiego.   To   jest 

ciekawe, muszę o tym pomyśleć. Albo ten kapitan, który ma rozkaz” doprowadzić do brzegu 

nadmiernie obciążoną szalupę. Są na świecie mądre rzeczy, zastanawiające. Przy nich mój 

romans, Sławek i ja, to po prostu pestki.

Znowu   robię   dygresję   jak   Beniowski   na   Madagaskarze,   nie,   to   trochę   inaczej, 

mniejsza z tym.

Kłamiąc   hrabiemu   nigdy   nie   mam   właściwie   wyrzutów   sumienia.   Przeciwnie, 

podziwiam siebie, że taki lew i tak je z ręki jak źrebak. Zostaje rozliczenie mnie - ze mną. I to 

właśnie jest najgorsze. Gardło boli mnie często, więc mogłoby mnie boleć i wtedy. To tylko 

przesunięcie w czasie. Nie darmo mam matkę laryngologa.

Matka, zdaje się, nie wie, że ja też mam „uszy, nos i gardło”. Żeby już nie wracać do 

tej sprawy: koleżanki uważają, że mając matkę lekarza, mam wiadomości o „tych rzeczach” z 

background image

pierwszej ręki. Lidce, która mi się pytała, jak rodzi się dziecko, odpowiedziałam:

- Twoja mama pracuje w handlu, powiedz mi, ile kosztuje beczka śledzi?

Pewnie, że już od ośmiu lat wiem wszystko albo prawie wszystko, przejrzałam atlasy 

anatomiczne, ale z dziećmi to dokładnie” nie wiem. Matka nigdy ze mną na ten temat nie 

rozmawiała. To i lepiej, bo wytworzyła między nami taki układ, że wstydzę się, nigdy przy 

matce się nie rozbiorę. Jak ja będę miała kiedyś córkę, to na pewno wszystko jej powiem. 

Matka jest dziwna, nie wiadomo czym żyje, dni przepływają jakoś obok niej, do niczego nie 

przywiązuje niby wagi, a z drugiej strony mnie stara się wychować w duchu poszanowania 

obowiązujących reguł. Nawet pracy swojej nie lubi, wiem to. Nie mając w matce przyjaciółki 

- mam jedno: książki i swobodę. Matka, zapatrzona w nie znane mi sprawy, nie interesuje się, 

ani co robię, ani co czytam. To wielka zaleta, bo moje kontrolowane koleżanki są ode mnie 

mniej   oczytane,   czyli   głupsze.   Ja   chcę   zerwać   z   tym   wszystkim,   z   tym   zawodem, 

środowiskiem, żyć po cygańsku i pisać. Powtarzam się.

Ach, poznać jakiegoś prawdziwego literata! Prahoreckiemu nie mówię, czemu mam 

zamiar się poświęcić. Powiedziałam mu tylko:

- Po ślubie będę. studiować orientalistykę, nie zraża, cię to?

To przynajmniej jest oryginalne. Orientalistyka. Powiedział, że zobaczymy. Baranek 

boży. Co on tu ma da oglądania! Swoją drogą, on jest bardzo wytworny. Taki facet z książek, 

zgadza się, sztuczny i papierowy. Jakimż. on będzie lekarzem! Być zdanym na samarytanizm 

hrabiego, to już lepiej się otruć. Ta kolia poszła na marne, zamiast ozdabiać pierś przyszłej 

pani hrabiny. Zresztą, może się mylę? Może nie jest taki pusty? W jakimś subiektywnym 

sensie, to nie ma znaczenia. Poznawanie życia - poznawaniem życia, wszystko do granic, 

które jeszcze może; objąć humor.

3 sierpnia 1949 r.

Już w domu. Tak się nudzę i tak mi źle, że mi nawet Sławka brakuje. Przychodzi 

Mirek, ale jednak ja bardzo wydoroślałam przez ten obóz. Rozjaśniło mi się w głowie. Zęby 

jeszcze pobyć trochę w tamtej atmosferze, opiszę, jak to wszystko się skończyło.

Byłam   więc   -   zieloną   komendantką   i   w   pierwszym   rzędzie   rozdałam   wszystkie 

konserwy dla całego obozu. Poza tym hufcową posadziłam do obierania zgniłych kartofli i nie 

chciałam jej zwolnić wieczorem. Wiedziałam, że chce się „pożegnać” z leśniczym. Kosiński 

przebadał   tę   sprawę.   Wieczorem   zorganizowałam   w   ruinach   zamku   zabawę   taneczną. 

Zaprosiłam dwa męskie hufce, żeby żadna nasza dziewczynka nie stała pod ścianą. Orkiestrę 

wypożyczyłam od harcerzy z Radomia. Dwie sale w zamku miały jaką taką podłogę i po 

background image

zrobieniu serpentyn z bibułki było bardzo romantycznie.

Mam zmysł organizacyjny, tylko hufcowa powiedziała nazajutrz, że w złym kierunku. 

No, obóz był zachwycony. Agnieszka była moją przyboczną.

Zamiast więc zwijać namioty do wyjazdu, zarządziłam zabawę do pierwszej w nocy. 

Szyjąc sobie mundur harcerski, zrobiłam dwuczęściowy. To mi pozwala nosić białe bluzki. 

Już ta biała bluzka mnie wyróżniała, zresztą i tak musiałam być na pierwszym planie jako 

komendantka, jednodniowa, ale zawsze. Frencz hufcowej był na mnie za duży. Nie mogąc 

.robić z siebie karykatury króla Filipa, występowałam w szarej spódnicy, wykrochmalonej, 

ostatniej już bluzce, z krajką związaną pod kołnierzykiem.

Sławek był.

- Moja mała, kochana Lileczko, kiedyż cię zobaczę - mamrotał.

Lekceważyłam   go   wybitnie,   bo   było   tylu   miłych,   nie   żeniących   się   chłopców. 

Czujność rodziła się we mnie, kiedy ukazywała się Helena. Wtedy się głupio do Sławka 

mizdrzyłam. Orkiestra zagrała tango tylko dla mnie i już myślałam, że muszę zatańczyć ze 

Sławkiem,   a   ogromnie   mi   się   podobał   taki   brunet.   No   i   uśmiechnęłam   się   do   niego. 

Natychmiast   się   domyślił   i   wyrwał   mnie   z   szlachetnych   dłoni   hrabiego.   Żałuję   tego,   bo 

rozmowa z nim zasiała chaos w mojej łepetynie.

- Niechże pani da sobie spokój z tym  Prahoreckim, to dandys niewart nawet pani 

palca.

Jak on to obliczył, ciekawe.

- Spokojnie, proszę pana, ja sobie z takimi radzę.

To prawda. Można mnie rozczulić, ale nie można mnie oszołomić. A hrabia nie ma w 

sobie nic rozczulającego.

- Co pani będzie studiować? - zapytał brunet.

- Dziennikarstwo w Warszawie - zmyśliłam na poczekaniu.

Ucieszył się.

- Za   dwa   lata   akurat   skończę   polonistykę   w   Krakowie   i   przyjadę   do   stolicy   na 

dziennikarstwo. Do zobaczenia więc za dwa lata w Warszawie.

Zmartwiałam. Jerzy. Na małą chwilę odechciało mi się żyć.

- Nie wiem jeszcze - powiedziałam, ale już byłam smutna.

Życie się powtarza i to na ogół jego smutne fragmenty. Unikałam później bruneta, ale 

jednak dałam mu adres. Obiecał napisać. Ładny chłopak i dziwna historia, poczułam do niego 

wielkie   zaufanie.   Niepotrzebnie   tylko   wyjechał   z   tym   „za   dwa   lata”.   Pan   Prahorecki 

zmontował mi śliczną scenę zazdrości, ale skończyło się na pocałowaniu pod sosną. Ostatni 

background image

raz,   myślę   sobie,   już   i   tak   nic   nie   wskrzesi   cnoty   moich   ust.   Byłam   rozmarzona, 

sentymentalna i w ogóle do niczego. Chciałam być dla wszystkich miła i dobra,, i tylko, 

przysięgam,   tylko   dlatego   przytuliłam   się   do   Sławka.   po   raz   pierwszy   gwałtownie   i   z 

uczuciem. Było mi obojętne,, czy to Sławek, czy kto inny; lecz on wyłowił z tego tylko - 

uczucie i także - po raz pierwszy - był wzruszony i nie posuwał się zbyt daleko.. Rozstanie 

było poważne, melancholijne. Na cześć zielonej komendantki odbyło się trzykrotnie „hip hip 

- hurra.” Podrzucano mnie do góry jak worek kartofli. Niezapomniana noc.

Później

Już   byłam   skłonna   przypuszczać,   że   Sławek   się   we   mnie   naprawdę   zakochał,   że 

poruszyłam w nim jakieś szlachetniejsze struny, gdy tymczasem przyszedł przed chwilą list. 

Z pożegnania mogłam wnioskować, że to będzie prosty, miłosny list. Tymczasem brednie na 

czterech stronach i zakończenie:

Czy miłość jest namiętnością? Lub czy bez niej może istnieć?

Cudowny splot miłości i namiętności śle swojej Psyche - Eros”.

Nie, takiego to już nic nie zmieni. Na mnie takie rzeczy nie działają. Stanął mi przed 

oczami taki, jaki jest w istocie: porcelanowy komediant. Ale odpiszę mu, niech tam.

„Drogi Erosie.” Ha, ha, ha! „Psyche na cienkich nogach.”

17 sierpnia 1949 r.

Jestem   leniwa   jak   stary   kocur,   który   wyleguje   się   u   ciotki   w   ogródku.   Siedzę   u 

wujostwa już trzeci tydzień i nudzę się ponad wszelkie pojęcie. Książek tu mało, towarzystwo 

żadne. W przystępie obłąkanej nudy pomyślałam: „Żebym chociaż miała podręcznik fizyki”. 

Z rozpaczy pisuję tasiemcowe listy do wszystkich osób, których adres znam. Wygrzebałam 

nawet mojego pierwszego nauczyciela angielskiego z czasów okupacji. Był Żydem, ukrywał 

się   na   wsi,   gdzie   przelotnie   byłyśmy   z   matką.   W   braku   innych   rozrywek   kulturalno   - 

oświatowych wtłaczał mi do głowy: „I am, you are, he”. Zrewanżowałam mu się, wyciągając 

go na odpust. Bał się bardzo, ale jak wsiadł na karuzelę, humor mu się od razu poprawił. 

Dobrym był chłopcem, inteligentnym. Przeżył. Po okupacji odnalazł nas,, wtedy zauważyłam, 

że jest przystojny. Powiedział, że ja pomogłam mu przetrwać i że tego odpustu nigdy nie 

zapomni.  Wujkowi   obóz  pozwoliła   przetrwać   cebula,  mnie   okupację  -  głupota,   a  temu  - 

karuzela. Zwłaszcza, że naciągnęłam go ohydnie, za jego pieniądze jeździłam sześćdziesiąt 

razy. Ale rozumiem, musiał być u kresu wytrzymałości psychicznej: stodoły, obory, piwnice - 

i taki zastrzyk życia jako tako normalnego dobrze mu zrobił.

background image

Wymieniają do dziś dnia z matką życzenia noworoczne. No więc ni z tego ni z owego 

napisałam list, a w nim:

Chwile,   które   spędziłam   z   panem   jako   dziecko,   do   dziś   nie   tracą   ma   sile 

oddziaływania.

Dopiero   teraz,   po   tym   wszystkim,   puknęłam   się   w   głowę,   że   to   można   różnie 

przeczytać. On przeczytał niewłaściwie napisał mi wzruszający list i zrobił rzecz najgorszą. 

Pojechał do matki i oświadczył się o moją rękę. Skończył prawo, mieszka w Warszawie, 

przysięgał matce, że będzie mi dobrze, że się będę kształcić itp. Matka powiedziała mu tylko:

- Lilka ma piętnaście lat.

Wycofał się więc z roli konkurenta, przerażony, ale chciał mnie zobaczyć. Matka nie 

wiedząc,   co   z   tym   fantem   .zrobić,   łaskawie   pozwoliła   mu   tu   przyjechać.   Przyjechali 

obydwoje. Leżałam pod jabłonką i omal nie udusiłam się dwudziestą piątą pyzą, bo właśnie 

się nabożnie posilałam. (Na marginesie - jem i jem, a chuda jestem okrutnie). Bardzo miły 

człowiek. O miłości nic nie mówił, tylko żałośnie westchnął:

- Myślałem, że pani ma przynajmniej osiemnaście lat.

Chodziliśmy po lesie, nad rzeką, odprowadziłam go na stację. Kiedy pociąg ruszył - 

krzyknęłam:

- Do zobaczenia w Warszawie, za dwa lata... Do widzenia, Maurycy!

Jemu zrobiłam przyjemność i sama w ten sposób odcięłam •się od pewnych smutnych 

spraw. Ja to powiedziałam.  Za dwa lata. Za dwa lata. Ha. Po powrocie  do domu matka 

przyjrzała mi się uważnie. Może zrozumiała nareszcie, że piątą rocznicę urodzin obchodziłam 

jednak dziesięć lat temu.

25 sierpnia 1949 r.

Jeszcze   tu.   Nie   pisałam,   bo   byłam   zbombardowana   listami,   na   które   trzeba   było 

odpowiedzieć,   no   i   znalazłam   trochę   książek.   Między   innymi   Biblię.   Brnęłam   dzielnie. 

Przeczytałam całą furę romansów, o których istnieniu ciotka nie wiedziała. Jeszcze tylko pięć 

dni do szkoły. O Boże, żeby to szybko zeszło! Przyznać muszę, że nie za nauką tak tęsknię, 

tylko za szkołą.

Brunet przysłał pozdrowienia z Karpacza, matka mi przekazała. Tylko pozdrowienia? 

To   zapewne   ostatni   znak   życia   od   niego,   już   chyba   w   jego   wyobraźni   dokładnie   się 

wymieszałam z szarym tłumem harcerek. A gdybym  była bardziej naiwna, to na nastroju 

jednego   wieczoru   zbudowałabym   sobie   olbrzymią   konstrukcję   romantycznej   miłości   na 

odległość... Jutro stąd wyjeżdżam i budżet ciotki wróci do równowagi.

background image

2 września 1949 r.

Oddałabym wszystkich Erosów świata, z tym greckim i rzymskim Amorem na czele, 

za jednego dobrego kolegę. W tym roku nie rozflancowali nas. Jednak. Zostaliśmy w pełnym 

składzie, z Brukwią jako wychowawczynią na czele. Dyzio zdał dziś poprawkę z matmy. 

Mdlałam prawie pod drzwiami. Jaka to cudowna klasa! Gadamy już z Hindusem. Mówię:

- Jak tam w ZMP, kolego dyktatorze świata?

A on:

- Nie   bądź   głupia,   Lilka,   ja   muszę   walczyć,   obojętnie   w   jaki   sposób.   Nie   mogę 

śniedzieć jak nie naoliwiony zamek.

- I obojętne w jakim celu? - przyparłam go do muru. - • No to zarżnij mnie, bo ja 

jestem reakcja według twoich światłych wskazówek.

Zapytał, czy ja coś z tego rozumiem. Przyznałam lojalnie, że nic a nic.

- To najpierw zrozum - poradził mi.

Jak będę miała trochę czasu, to rzecz przemyślę. Parys - Eros - Sławomir Prahorecki 

pisze. Mówił o mnie swojej matce. Lepiej wybrać się nie mógł, bo błagałam Agnieszkę, żeby 

wybadała Helenę, co jej mój narzeczony komunikował na tamtej zabawie. Kanalia: „Jest pani 

tak piękna, jak moja mama w młodości”. Mnie słowo w słowo to samo. Już żerowanie na 

rodzinnych sentymentach - to koszmar. I wierz tu mężczyznom. Szkoda! Pewnie, nie wszyscy 

są tacy: Odpisuję mu na co drugi list, choć zdaję sobie sprawę z jego wartości (wartości 

hrabiego, a nie listu). Ach, te wszystkie kochliwe pannice są uboższe o całe piękne życie.' Nie 

rozumieją przyjaźni i prawdziwego koleżeństwa. My z Dyziem w ogień byśmy dla siebie 

wskoczyli.   Opowiadamy  sobie   wszyściutko.  Pożyczamy   sobie   pieniędzy. Nie  ma  dla  nas 

żadnej różnicy - że on mężczyzna,  a ja  kobieta. Ja mu doradzam w  sprawach Janki, on 

pochwala moje podejście do chłopców. Cieszy się, że Zbyszek mi •wywietrzał. Boski chłopak 

jest z tego Dyzia. Uczucie, które nas łączy, jest piękne. Coś tak bezinteresownego i trwałego.

Aha, podobno mamy być zorientowani, co się dzieje na świecie. Cacy, cacy, ale to ja 

(?!) mam orientować o tym całą klasę. Brukiew powiedziała swobodnie:

- Sagowska, przygotujesz prasówkę.

U ciotki z nudów czytałam od deski do deski całą prasę, jaka tam tylko docierała, ale 

to co innego. Czytałam w kolejności : opowiadania, felietony, reportaże, korespondencje, a na 

końcu komunikaty PAP. Teraz muszę na odwrót. Trudno.

4 września 1949 r.

Wczoraj słyszałam interesującą rozmowę mamy z panią Lisowską. Mama mówiła:

background image

- Ta Róża, no nauczycielka z ulicy Prostej, spodziewa się dziecka.

Zawachlowałam uszami. Róża nie ma męża, zginął podczas okupacji.

- Mówiłam jej, że jak chce, to jej to jakoś załatwię, bo w tej dziurze ludzie ją zjedzą. 

Ale ona się uparła, słyszeć nie chce. W dużym mieście mogłaby zmienić szkołę, mieszkanie, 

a tu wszędzie ją wytropią.

Dotąd nic nie rozumiałam, ale włączyła się Lisowska:

- A może się boi? Bo ja, jak usuwałam trzecią ciążę, to się okropnie bałam. Może ona 

po prostu chce mieć dziecko ?

Olśniło   mnie.   Więc   to   tak.   Coś   podobnego   już   do   mnie   doszło,   ale   jakoś   nie 

uświadamiałam sobie tego. Co do Róży to nie mogłam jej potępić. Jest zupełnie sama na 

świecie jak ten prawnik z Warszawy. Jak chce mieć dziecko, to niech ma. Nie jest już młoda. 

Tak, ale przecież jest ten ktoś... a może to taki ananas, który uwodzi kobietę i potem ją 

porzuca. Nie mogę jeszcze polegać na swoich opiniach. Dojdę do tego. Róża jest dojrzała i 

mądra. Cokolwiek uczyni, będzie to wybór świadomy. Tylko taki ma wartość, tyle wiem.

12 września 1949 r.

To jest straszne. Nie wiem, czy potrafię o tym napisać. Chcę umrzeć, moje życie już 

nic nie jest warte. Nie przeżyję tego. Powieszę się albo co. Nienawidzę życia. Otruję się albo 

się utopię. Jakże mogłabym dalej żyć! Żyć bez Dyzia, bez Brukwi, bez mojej szkoły???

Dwa dni temu matka powiedziała:

- Lilka,   weź   ze   szkoły   zaświadczenie,   że   od   pierwszego   września   do   dwunastego 

uczęszczałaś na lekcje. Czternastego „wyjeżdżamy.

- Gdzie ? I po co mi zaświadczenie ? - zapytałam, jeszcze nie przewidując tragedii.

- Blisko Katowic, mamy już mieszkanie.

- Jak to, mieszkanie, chyba nie wyjeżdżamy na stałe?

I wtedy strzelił piorun, odbierający mi wzrok, słuch i prawie przytomność:

- Ależ tak, na stałe, opuszczam pana Zubera.

- Dlaczego ? - ryknęłam. Matka widocznie myślała, że mi chodzi o przyczynę  ich 

rozstania. „Dlaczego” było tylko skondensowaną moją rozpaczą.

- Jest między nami duża różnica kultur • - wyjaśniła mi matka.

- Co mnie to wszystko obchodzi - mówiłam trochę za głośno. - Wszyscy ci to mówili. 

Ale ty - nic. Uszczęśliwiłaś mnie i siebie. Ja zostaję w pokoju u Maziarskiej i nigdzie nie jadę.

To   pierwszy   wypadek   w   moim   życiu,   że   powiedziałam   matce   takie   rzeczy   i   to 

nieodpowiednim tonem. Zaczęłam płakać i przysięgłam sobie, że się stąd nie ruszę. Niech 

background image

będzie przedstawienie, niech mnie milicja zakuje w kajdany. Postanowiłam nie mówić matce 

na ten temat ani słowa.

Zignorować to wszystko.

Ach, żeby pani doktor miała trochę znajomości psychologii. Bezwiednie ukąsiła mnie 

najdotkliwiej:

- Przestań płakać, przejdą ci te twoje głupie przyjaźnie. Czy to o Żbikowskiego tak 

buczysz ? Więc milszy ci Żbikowski niż matka?

- No, nie stawiaj mnie wobec takiej alternatywy, bo jeszcze wybiorę Dyzia. Kto wie, 

czy on mi nie jest bliższy niż ty.

Matka   osłupiała,   otworzyła   usta,   ale   nie   dowiem   się   nigdy,   czy   miała   coś   do 

powiedzenia  na  ten   temat.  Poszłam  do  swojego   pokoju,  zastanawiając  się   nad  sposobem 

barykadowania drzwi. Najlepsza byłaby szafa, ale szafy nie było pod ręką. Moje nieliczne 

suknie   wiszą   u   matki.   Co   ja   mam   robić?   Płakałam   parę   godzin,   ale   płacz   osłabia   wolę 

działania.

Nazajutrz poszłam na śniadanie, matka jeszcze była i znów zaczęła:

- Nie zapomnij o zaświadczeniu.

Nie zareagowałam. Matka mnie lekceważy, to jest jasne. Czy jestem tobołem z brudną 

bielizną, żeby mnie przewalać z kąta w kąt? I ten ton, zupełnie jakby mówiła: „Trzeba oddać 

spódnicę do pralni”. Moje życie wali się w gruzy. Ciekawe, czy za tą różnicą kultur nie kryje 

się trzeci mąż mojej mamy. A bardzo kochała ojca, jak to jest? Jakże tak można? Czy to jest 

„coś innego”, czy też po prostu wszystko się zapomina? Do ciotki kiedyś mama powiedziała, 

że wyszła za Zubera, bo była „cholernie zmęczona”. Można nawet pojąć, choć rozumem, nie 

sercem.

Teraz dopiero łączą mi się pewne rzeczy. Pan Zuber wrócił znad morza wcześniej niż 

mama, mama pisała jakieś listy i fakt nadzwyczajny - bywała ożywiona, nawet nuciła coś 

czasami. Pana Zubera nigdy nie lubiłam. Po okresie spazmatycznej nienawiści jego istnienie 

na   tym   świecie   przestało   mi   przeszkadzać.   On   też   nie   zabiegał   o   moje   względy,   nie 

istnieliśmy dla siebie. Mieszkałam osobno, mówiłam mu nawet „dzień dobry”, odzywałam się 

do niego  bezosobowo.   Ani  tak,  ani  tak.  Raz  się  tylko  znalazł   wobec  mnie   na poziomie. 

Widząc, że upycham kolanem do teczki dwa tomy Tołstoja (rzadkie już wydanie), zapytał, po 

co  to  biorę   do  szkoły.  Powiedziałam,   że  nie  mam   pieniędzy  na   wycieczkę   do  Krakowa, 

natomiast kupca na Tołstoja mam. Takiego staruszka - farmaceutę. Matka daje mi miesięcznie 

pieniądze, więcej niż mają zazwyczaj moje koleżanki. Nigdy jednak nie dostanę ani złotówki 

ekstra.   Na   wycieczki   muszę   oszczędzać   miesiącami.   Na   ogół   wtedy   pożyczam   i   oddaję 

background image

ratami. Finansowo marnie stoję, zwłaszcza że kupuję książki.

Zuber wiedział, że apel do matki nie odniósłby najmniejszego skutku. To podobno jest 

metoda wychowawcza. No, ministra finansów się w ten. sposób nie wyhoduje. Wolałabym 

mieć wydatki kontrolowane, dostawać na to, co mi potrzebne. Po uzgodnieniu sumy pan 

Zuber dał mi pieniądze. Tołstoj wjechał z powrotem na półkę. Nic mi nie zawinił (Zuber nie 

Tołstoj), a jednak nie mogę się do niego przekonać. Gdyby matka powiedziała do mnie, jak 

do człowieka, jak do córki: „Słuchaj, zrozum mnie, pomóż, wiem, że ci będzie ciężko”, czy 

coś w tym rodzaju, byłoby mi lżej. To jest pierwsze miejsce na kuli ziemskiej, do którego 

jestem przywiązana. Kocham moją szkołę, moją klasę, leniwe piachy ziemi Żeromskiego. 

Mam   to  wszystko   opuścić   dlatego,   że   poziom   intelektualny   pana   Zubera   przestał   mamie 

odpowiadać. Nie chcę tej ustawicznej zależności od wszystkich i wszystkiego. Nie zamierzam 

w najbliższym czasie przyjąć do wiadomości, że wolność a swoboda działania to nieco inne 

rzeczy. Chcę sobą dysponować. Po co ludzie wymyślili koło? Jednak chyba nie po to, aby 

rozprawiać o jego kwadraturze. Cywilizacja przyniosła nie tylko łazienki, ale także tę głupią 

zależność od rodziny, budy, społeczeństwa. Gdybym była na bezludnej wyspie, mogłabym 

gwizdać koncertowo na tego typu problemy, Zubera i nieudane mariaże.

Być może jestem okrutna. Przecież chciałabym, żeby matka była szczęśliwa, kocham 

ją. Ale poza makabryczną treścią „wyjeżdżamy” jest także forma: „Pluń na wszystko, czym 

żyjesz, przynieś zaświadczenie”. Mam przecież serce, nie jestem stołem, choć chwilami łączę 

głupotę jego czterech nóg.

Na domiar złego matka - mi imponuje. Jest to zimny rodzaj uczucia, zbliżony do chęci 

„walki przeciw”, ale trudno nie wykazać obiektywizmu. Chłodna, opanowana i rzeczowa, 

rozmawia normalnie z Zuberem, a przecież to w końca rozbicie małżeństwa.

- Chcesz ser czy jajka na śniadanie?

Przecież   to   można   oszaleć,   jak   się   dochodzi   do   takiego   zachowania:   Już   nawet 

pomyślałam, że on o niczym nie wie Ale nie. Pali potrójną ilość papierosów i kobieta, która 

przychodzi sprzątać, zapytała przy nim: - A zegar pani doktor zabiera?

Zegar. Rany boskie! Matka na to spokojnie:

- Nie. Ani jednego ciemnego mebla - i smarowała sobie chleb masłem.

Widząc, że mam rękę na klamce, zwróciła się do mnie:

- Nie zapomnij o zaświadczeniu.

Wzruszyłam ramionami, co przyszło mi z trudem, bo czuje się jak paralityk. Wtedy 

matka   wyszła   za   mną   do   przedpokoju   i   zdobyła   się   na   wielki   pedagogiczny   wysiłek. 

Podniosła na mnie głos:

background image

- Rób, co ci każę, egzaltowana smarkulo!

Wyszłam. Egzaltowana smarkula ma pretendentów do ręki, proszę mamy. Do szkoły 

przybyłam z takimi napuchniętymi oczami, że mi rzęs nie było widać.

To   prawie   nie   do   wiary,   jak   mnie   lubią   w   szkole.   Zupełnie   nie   było   lekcji.   Na 

geografii   ryczałam   w   obfity   biust   Brukwi.   Klasa   była   jak   klepsydra:   groźna,   czarna   i 

nieutulona w żalu. Nikt nie jadł i nie ściągał.

- Nie róbcie karawanu, nigdzie nie wyjeżdżam - zdenerwowałam się na przerwie.

Brukiew przyszła do klasy i zaczęła mi tłumaczyć, że opór tu nie ma sensu.

- To   nierozsądnie,   Lilka,   z   czasem   zapomnisz   o   nas   i   przywykniesz   do   nowego 

środowiska.

- Nigdy, nigdy - wypłakiwałam z siebie.

Brukiew wzięła mnie pod rękę, zaprowadziła do dyrektora. Tyle razy wchodziłam do 

tego gabinetu konając ze strachu. Czymże to było wobec tej wizyty? Jedną wielką radością. 

Brukiew wyjaśniła, o co mi chodzi. Dyrektor podpisał in blanco zaświadczenie i sam odniósł 

sekretarce. Mówi do mnie:

- W szkole - będzie trochę spokojniej, ale żal mi ciebie, Sagowska. Byłaś bardzo miłą 

uczennicą, będziemy cię wszyscy pamiętać.

- Z jakiej strony? - zapytałam.

Roześmiał się i dokończył.

- Pilnuj się dziecko, jesteś bardzo niezdyscyplinowana. Musisz sobie narzucić pewne 

rygory. Nie rozpaczaj, w życiu są rzeczy nieodwracalne, kiedyś to zrozumiesz i pogodzisz się 

z tym. Napisz do nas, jak ci się wiedzie w nowej szkole. Mój płacz mógł zagłuszyć setkę 

startujących samolotów.

Tales spotkał nas na korytarzu:

- A   nie   wybij   się   z   rytmu,   bo   możesz   mieć   na   maturze   kłopoty   z   matematyką   - 

usłyszałam poprzez warkot własnego nosa.

- Nie będę ściągać - pocieszyłam jego i siebie. Zrobiło, mi się jakoś cieplej w sercu. 

Szczytem wszystkiego był Calvus.

- Moje   dziecko,   moje   dziecko,   jak   nam   będzie   smutno   bez   ciebie.   Tak   pięknie 

skandowałaś.

Stary miał w oczach najprawdziwsze łzy. Ze mnie była już mokra plama. Pomyśleć, 

ile staremu napsułam krwi! Łacinę umiem, fakt, ale jak błaznowałam na jego lekcjach!

Maria Antonina potrafiła zachować godność i dumę w obliczu szafotu. Ja żebrałam:

- Niech pani profesorka pomówi z mamą, niech mnie tu zostawi.

background image

Ale ona wcisnęła mi tylko coś pod łokieć. Był to zbiór map i dedykacja:

„Mojej” ulubionej uczennicy, Lilce - Brukiew”.

Jak Boga kocham! Więc ona wiedziała, że ją tak nazywamy. Kochana Brukiew!

Ja   przecież   tylko   powiedziałam,   że   wyjeżdża   moja   mama   i   kazała   mi   wziąć   to 

piekielne zaświadczenie. A oni wszyscy zaczęli mnie pocieszać, żegnać, przysięgać, że będą 

pisali.

Zastanowiło mnie to. Musieli dostrzec to, co uszło mojej. uwadze: że ja tu zostać nie 

mogę. Odprowadzona ze szkoły przez sto dwadzieścia osób (w orszaku kroczył Zbyszek,, bez 

Stefki) zaczęłam to pojmować wyraźnie. W moim.. pokoju stała Maziarską ze szczotką.

- Meble odjechały już wagonem towarowym - zaświergotała radośnie.

Kazałam jej wyjść. Była, o dziwo, posłuszna jak przy łożu konającego. Ten pokój nie 

jest z gumy, a jednak jakoś pomieściliśmy się wszyscy.

- Siadajcie - powiedziałam do mojej gwardii, wskazując na podłogę. Siedzieliśmy tak 

dobrych   parę  godzin,  płacząc  i  śmiejąc się,  bo  zrozpaczony Dyzio  ułożył  na poczekaniu 

wiersz pt. Stypa.

Dwóch rzeczy myślałem, że nie przeżyję:

Pierwsze, to jak zobaczyłem, że Zośka ma brudną szyję,

Drugie - kiedy zrozumiałem, że wszystko mija.

Niech się więc Rita Hayworth nadal na próżno do moich okien dobija.

Bez Lilki nawet szampan jest dla mnie zwykłą wodą z rzeki.

Ach, Lilka, Lilka, będziemy kochać cię na wieki!

Przyszła mama i z czarującym uśmiechem powiedziała:

- Jest mi okropnie przykro, że wam przeszkadzam, ale Lilka jest potrzebna.

Albo to obłuda, albo kompletne niezrozumienie mojej tragedii. Przekroczyłam, po raz 

ostatni, próg mojego pokoju. Na werandzie, jak krewni na testament, czyhała na mój klucz 

Maziarską. Przy niej wykazałam postawę zbliżoną do głupiej, ale nieszczęśliwej królowej 

Francji.   To   dziwne,   tak   nie   lubiłam   tej   kobiety,   a   teraz   na   zawsze   zajmie   miejsce   we 

wspomnieniach, nierozerwalnie związana ze scenerią moich bardzo szczęśliwych dni.

13 września 1949 r.

W życiu tylko dwie rzeczy mogą człowieka uratować: poczucie humoru i filozoficzne 

podejście   do  własnego  losu.  Ponieważ   nie  mogę   w  mojej   sytuacji   użyć  pierwszej  części 

recepty, spróbuję  drugiego  wyjścia.  I cóż  by było,  gdybym  tu  została? Tydzień  u jednej 

koleżanki,   tydzień   u   drugiej,   trochę   u   Dyzia.   Czy   moja   mama   zechciałaby   przysyłać   mi 

pieniądze na życie ? Czy wynajęliby mi pokój ? Przecież nie mogę mieszkać w namiocie pod 

background image

szkołą;  Potrzebny mi  jest stół,  krzesło, półka  na książki.  Nie jestem naiwną  bohaterką  z 

powieści   Czarskiej.   Umiem   się   wzruszać,   aż   nazbyt,   ale   niekiedy   trochę   myślę.   Mamie 

byłoby jednak przykro. W jaki sposób potrafiłabym się utrzymać? Zarabiać korepetycjami z 

łaciny i angielskiego? Kto by mi powierzył swoje dziecko?

Gdyby Maryla  Wereszczakówna  wyszła za mąż za Mickiewicza, kto wie, czy on, 

chcąc utrzymać dom na poziomie, nie zacząłby potrójnie pracować zamiast pisać. Czyli nie 

zawsze nieszczęścia wychodzą na złe. A kimże ja postanowiłam być? Pisarzem, bo będę pisać 

pod męskim pseudonimem jak George Sand. A co robię? Ciągnę moją problematyczną duszę 

przez kałuże melancholii. Młodości, gdzież twe orle loty?! Będę cale życie kochała moją 

szkołę, profesorów i wszystkich. Ale trzeba umieć cierpieć, jeśli się umie śmiać.

Prahorecki w ekspresie, który dziś dostałam, pociesza mnie:

Dla miłości nie ma czasu i przestrzeni. W górę serca, Lileczko:

Niech świat wiruje i runie, byle razem, byle z moją Lilią, którą kocha Sławek.

Ziemia wiruje spokojnie bez udziału Sławomira Prahoreckiego. A do tego, czy runie, 

także nie on się przyczyni. Swoją drogą, żal mi siebie, że nie mogę w to wierzyć. Przez to 

tracę dużo złudzeń i tę jakąś mgiełkę sentymentalizmu. Ale gdybym dziś się dowiedziała, że 

inna   już   została   hrabiną,   cieszyłabym   się,   że   moje   rozumowanie   było   rozsądne.   Jakiż 

wniosek? Inny niż to mogłoby wynikać z tych wywodów. Rozczarowań i tak nie uniknę, ale 

nigdy mnie one nie załamią. Matka dobrą mi daje szkołę. Jest oschła, konkretna, kiedy jej 

dałam do przeczytania jeden z jego listów, powiedziała :

- Każdej idiotce natychmiast przewróciłoby się w głowie. Dziewczyna rozsądna bierze 

się w takim wypadku za biologię.

To trochę bez serca, zwłaszcza że matka nie wie, jakie zamiary miał hrabia wobec 

Lilii. Jakaż jest ta moja matka? Wie rozumiem jej zupełnie, podobnie jak ona mnie. Kiedy za 

okupacji   Niemcy   podpalali   dom,   w   którym   mieszkaliśmy,   i   dali   piętnaście   minut   na 

wyniesienie rzeczy, matka powiedziała do służącej:

- I pomyśl, że dwa tygodnie temu zdecydowałam się na, malowanie ścian.

Gdybym  chciała scharakteryzować matkę, straciłabym  rozum. Sprawy, które są jej 

niepotrzebne, odcina jak pędy pomidorów. Ciach, trach, do widzenia i już. Zastanawiam się 

już   nawet,   czy   to   nie   wyższa   forma   samotności.   Udzielała   gościny   partyzantom   i   tym   z 

konspiracji, operowała nawet kogoś w lesie, ale potem zepsuła mi całe wrażenie tego czynu 

słowami:

- Dziwne, że człowiek jest zmuszony dobrze wykonać coś, o czym w istocie nie ma 

pojęcia.

background image

Matka wyjmowała kulę z brzucha, ściągnęli ją, była jedynym  lekarzem w okolicy. 

Gdyby mnie los postawił wobec takiego faktu, powiedziałabym: „Jakże biedak cierpiał”.

Tym,   zdaje   się,   przede   wszystkim   się   różnimy.   Można   mieć   dla   matki   szacunek, 

podziw nawet, ale kochać ją to - wysiłek, a nie rzecz naturalna, choćby dla córki. A poza tym 

- zbyt pewnie stawia na mój zdrowy rozsądek. Mówi o egzaltacji, a w rzeczywistości wierzy, 

że ja przez samo obcowanie - z nią nie mogłabym jej na przykład zrobić babką, chociażby 

przez nieuświadomienie. Uważa na przykład, że ja wraz z jej mlekiem wessałam zamiłowanie 

do   nauki,   rozumiem,,   że   trzeba   się   uczyć   i   nawet   nie   warto   o   tym   wspominać.   No,   ale 

niechbym tak pozwoliła sobie na dwóję! Ileż zatrutych strzał trafiłoby we mnie! Ileż ironii 

musiałabym odparować!

Cała moja „wiedza zgłębiona i niezgłębiona” wypływa wyłącznie z książek i własnych 

obserwacji,  a nie z jej rad. Wie o moich próbach pisarskich, nie czytała,  broń Boże, ale 

skwitowała to:

- To nawet lepiej, niż gdybyś uważała, że masz talent aktorski. Oświadczam ci, że za 

pięć   lat   albo   i   wcześniej   będziesz   się   wstydzić   tego,   co   wypisujesz.   A   dla   kobiety 

najważniejszy jest zawód.

Przepraszam. A pisarz to nie zawód? To przecież podsumowanie wszystkich zawodów 

świata. Kilkadziesiąt tysięcy wybitnych naukowców przyczynia się wprawdzie do postępu: i 

tak dalej, ale o każdym wie najwyżej setka zainteresowanych ludzi. Co innego taki Newton 

czy Kopernik. O nich się uczy w szkole. A jak się napisze książkę, to ludzie się śmieją albo 

plączą, a kto płacze nad czółenkiem latającym?  Albo się śmieje z praw grawitacji? I też 

można dostać nagrodę Nobla. Tak, ale tu już ponosi mnie fantazja. Czy lepiej mieć wielkie 

zamierzenia? Czy to wyzwala zapał i energię? Pomyślę kiedyś o tym gruntowniej. Z tym: 

muszę pomyśleć” powtarzam się beznadziejnie. Zdaję sobie z tego sprawę. Czy to moja wina, 

że nikt mnie nie uczy pracy nad sobą? Moja tak zwana mentalność przypomina płaczącą 

wierzbę, wystawioną na działanie huraganu. Trudno się dziwić, że nie podoba mi się we mnie 

wiele rzeczy. Muszę więc myśleć, to jest oczywiste.

18 grudnia 1949 r.

Z daty,  pod którą dziś piszę, można by wywnioskować, że pochłonięta  życiem  w 

nowym  miejscu nie mam czasu na prowadzenie dziennika. Nic bardziej mylnego. Zaszło 

istotnie wiele nowych rzeczy, opisałam to wszystko dokładnie. Wyszedł z tego gruby brulion, 

była rozpacz, była miłość, były intrygi i nowe miasto, we wszystko to strzelił piorun, .zeszyt 

zginął i nie ma już szans na odszukanie go.

background image

Domyślam   się,   że   to   sprawa   klanu   Haliny   Z.   One   chyba   wiedziały,   że   prowadzę 

pamiętnik, a zaiste, wielka to dla nich gratka, dowiedzieć się, jak to ze mną jest naprawdę. 

Jeśli one w ogóle znają pojęcie świństwa, to cena i tak nie jest słona. A ja zostałam z nowym 

doświadczeniem (jeśli już włóczę do szkoły „zeszyt”, to muszę go pilnować), wściekła do 

zgrzytania zębami i podjudzania do dalszych wyczynów, sobie na hańbę, im na złość. Ja 

chyba normalnie nie umrę, nawet w tej ostatniej chwili coś wykombinuję. I niestety, muszę tu 

krótko streścić to wszystko - co napisane zginęło, a przeżyte - zostanie.

Więc od podróży ? Jechałyśmy nocą, trzecią klasą, z przesiadką. Było dużo bagażu, 

mało pieniędzy - przeprowadzka kosztuje. Najbardziej uciążliwym bagażem byłam ja. Tak 

sobie   postanowiłam.   Bierny   opór   (Gandhi).   Miasto   małe,   .gotycki   kościół,   cuchnąca   od 

dopływów z fabryk rzeczka. Wpływy Górnego Śląska widać nie tylko w uprzemysłowieniu. 

Dość czyste, zamieszkałe przeważnie przez robotników. Aż się chce powiedzieć: i chłopów, 

takie to teraz w szkole modne, zresztą nie byłoby w tym przesady. Na tym tle tym silniej 

świeci  konstelacja   księży,  lekarzy,   adwokatów.   Zwarty,  zamknięty  krąg.  Ja  z  racji   matki 

natychmiast   się   stałam   „lepszą   panienką”.   Oczywiście,   do   czasu,   kiedy   wszyscy   zaczną 

odróżniać „córkę tej nowej lekarki” od Lilki.

Przyznać muszę, że napełnia mnie to nieludzkim zdumieniem, bo primo, w mojej 

szkole nikt na takie hece nie zwracał uwagi, secundo, matka moja, zapewne pod wpływem 

ojca, lekarza - społecznika, nigdy nie miała żadnych  manii wielkości. Trzeciego dnia, po 

jakim takim zainstalowaniu się w malutkich dwóch pokoikach z piecami, matka poszła do 

pracy,   a   ja   poprułam   na   rekonesans.   Torba   -   konduktorka   na   lewym   ramieniu,   beżowy 

płaszczyk,. czerwone pantofle i sztandarowe czerwony beret na głowie. Tylko pończochy 

fildekosowe, bo nylonów, niestety, niet.

W tym, jak się okazało, przebraniu, a nie ubraniu kroczyłam powoli ulicą Kwiatową, 

gdzie mieści  się mój obecny przybytek  wiedzy. Nigdy nie dojdę,  co za idiota nazwał tę 

zaplutą uliczkę, wysadzoną kocimi łbami, tak kwieciście. Z rzeczy najbardziej do kwiatów 

zbliżonych   odnotowałam   jeden   klon   i   to   na   wymarciu.   Może   to   chodzi   o   to,   że   kwiat 

młodzieży chłonie tu naukę. Szary budynek nasuwał niestety banalne skojarzenia: więzienie. 

Tym razem pozory nie myliły. Czerwona tabliczka objaśniła mnie wyczerpująco, że stoję pod 

„Państwowym Gimnazjum i Liceum Żeńskim im. E. Orzeszkowej”.

„No, to poedukujemy się w duchu pozytywizmu” - pomyślałam i jazda naprzód. Było 

piętnaście po ósmej, w gmachu cisza. Z rzeczy godnych uwagi uchwyciłam że podłogi polanę 

są jakąś ciemną cieczą, nie błyszczą zupełnie. Ponuro, ale odpada kłopot' z papuciami. Bez 

wstrząsów i na pewno bez entuzjazmu, na pierwszym  piętrze zapukałam trzy centymetry 

background image

poniżej   wizytówki:   ,Gabinet   dyrektora”.   Miły   głos   zaprosił   mnie   do   środka,   weszłam   i 

spostrzegłam siwą panią z wyblakłymi oczami.

Powiedziałam butnie:

- Dzień dobry, ja do dyrektora.

- Słucham, w jakiej sprawie? - zapytała pani.

- Jestem zmuszona zapisać się tu do szkoły - odparłam.

- Jesteś zmuszona? - W głosie było prawie niedowierzanie.

- Życie ułożyło mi się tak paskudnie - uzupełniłam. - Nie mogę kłamać, że chciałabym 

tu chodzić.

Dowiedziałam się, że rok w pełnym toku i przyjęć żadnych nie ma. Pani robiła miłe 

wrażenie, uśmiechała się.

- Nie, to nie - powiedziałam i skinęłam pożegnalnie głową.

Nie przyszło mi do głowy, że to może być „dyrektor”.

Nie wyobrażałam sobie dyrektora - kobiety.

- Słuchaj no, gdzie ty właściwie przyszłaś? Co to za ubiór? - zapytała pani. - Masz 

świadectwo?

Powiedziałam, że takie zaświadczenie, że do 12 września chodziłam na lekcje. Pani po 

łagodnym wyjaśnieniu mi, że jest dyrektorką, wzięła papiery i kazała mi zdjąć „przynajmniej 

ten okropny beret”.

Chciałam protestować, że manifestuję w ten sposób sympatię do ruchu rewolucyjnego, 

ale ma się szkolny dryl. Zdjęłam.

- Świadectwo masz dobre - potwierdziła dyrektorka rzecz oczywistą. - Bardzo dobrze 

z polskiego, angielskiego, łaciny, matematyki - wyliczała. - A dlaczego czwórka z biologii?

- Zastanawiam się, dlaczego nie trójka - odparłam. Zdobyłam  ją. No, nie przyszła 

głupia   gęś.   tylko   uczennica   z   mojej   szkoły,   Dyrektorka   uśmiechała   się   jakimś   jasnym, 

znużonym uśmiechem. Od razu zrozumiałam: człowiek przez duże C. Zrobiło mi się wstyd za 

moją   arogancję   i   tupet.   Wystarczy   się   do   mnie   tak   uśmiechnąć.   Natychmiast   gubię 

impertynencję i widzę gwiazdy na ziemi.

Powiedziała,   że   tylko   dla   formalności   muszę   napisać   podanie.   Poprosiłam   więc   o 

papier i machnęłam na poczekaniu nowelkę fantastyczną, że proszę itd. Od dwóch lat nic już 

nie piszę na brudno. Potem był cały referat, że w naszej szkole obowiązuje granatowy mundur 

i fartuch, tarcza, karność i coś tam. Po tej tarczy chciałam czmychnąć.

- No, to chodź, zaprowadzę cię do angielskiej klasy, a jutro w granatowym ubraniu i z 

książkami.

background image

Myślałam, że skonam. Pod spodem miałam spódnicę w kwiatki i zieloną matki bluzkę. 

Kazała mi iść do szatni i po zdjęciu płaszcza osłupiała na mój widok.

- No, nic, pamiętaj, że jutro...

Według   dyrektorki,   świetnie   się   składało,   że   właśnie   następna   lekcja   jest   z 

wychowawczynią.   Przed  drzwiami  powiedziałam   bardzo  grzecznie  „dziękuję”,  dyrektorka 

zapukała i byłam już w klasie.

- Panie profesorze, nowa uczennica. Dziewczęta, proszę ją miło przyjąć.

Pan profesor, lat jakieś 26, powiedział, że mu miło, ale „dziewczęta” zamurował mój 

ubiór.   Wszystkie   były   w   makabrycznych   mundurkach   albo   w   fartuszkach   z   podszewki. 

Tarcze. Słaniając się na nogach wylądowałam w trzeciej ławce, gdzie było wolne miejsce. 

Dyrektorka zostawiła mnie już na pastwę losu. W mojej szkole więcej uwag] zwracało się na 

to, co ktoś ma. w głowie, a nie na to, •co nosi na grzesznym ciele. Każdy się ubierał, jak 

chciał, że niby wojenne  trudności i dopiero  piżama zrobiła wrażenie.  Dziwne, ale  wtedy 

czasami oczyma duszy widziałam śliczny mundur z niebieskimi wypustkami. Teraz, kiedy to 

szczęście miałam tuż, tuż, było mi słabo. Wyglądałam jak paw na tle kuropatw.

„No,   Tales,   trzymajmy   się”   -   powiedziałam   sobie   dzielnie,   kiedy   pan   profesor 

oszołomiony, że ma piątkową uczennicę, chciał przy tablicy sprawdzić, co przechodziliśmy.

Po sprawdzeniu powiedział zagadkowe „hmm”, chociaż przysięgam, że chciałam się 

przed kuropatwami popisać.  Już byłam  w ławce,  gdy pan profesor (krótkowidz,  okulary, 

mięsiste wargi) dodał, że trudności chyba nie będę miała. Na przerwie rozejrzałam się po 

klasie. Moje nieomylne  oko wyłowiło  Halinę Zalewską. Najładniejsza,  podszewkę nosi z 

wdziękiem. Ona też pierwsza do mnie podeszła. Powiedziała mi, że tu jest okropny rygor i 

dziwna rzecz, że mnie dyrektorka tak ubraną wpuściła do klasy.

- To chyba trochę ze względu na to, że mama jest lekarzem.

- Słuchaj, to tu są takie idiotyczne stosunki? - spytałam. Jej reakcja ścięła mnie z nóg. 

Myślałam, że pochwyci nutę kpiny w moim głosie. Ona mi na to poważnie:

- Mój ojciec jest dyrektorem odlewni żeliwa ciągliwego.

To było koszmarne. „Gdzie ja przyszłam? Co ja tu robię?” - pytałam bez przerwy.

Wychowawczynią okazała się angielka. I tu zaczęła się tragedia w odcinkach, która 

jeszcze   długo   będzie   się   „ukazywać”.   Pani   wychowawczyni,   po   pytaniu   o   stopień   itd., 

zapytała, kim są rodzice.

- Ojciec został rozstrzelany w 1941 roku - powiedziałam - matka jest lekarzem.

Kiwnęła   głową,   powtórzyła   to   wszystko,   co   już   wiedziałam   na   temat   wyglądu 

uczennicy, i nagle rąbnęła:

background image

- Literaturę angielską braliście?

- Nie   -   odparłam.  -   Przechodziliśmy   Klarę   Jastroch   i  urozmaicaliśmy   sobie   lekcje 

bajkami.

- Bajkami?! Jakimi bajkami?!

Odpowiedziałam   po   angielsku,   że   były   to   bardzo   zabawne   opowiadania   dla 

grzecznych   dzieci,   a   raz   nawet   profesorka   czytała   nam   kawałek   kryminalnej   książki   o 

Sherlocku Holmesie.

- To opowiedz jedną taką bajkę - powiedziała po polsku.

Z tonu wywnioskowałam, że coś jest źle. Nie wiedząc na razie co, dałam się zarżnąć 

jak baran i opowiedziałam  bajkę  o trzech  świnkach. Przede wszystkim:  widziałam,  że w 

klasie nikt nic nie rozumie. Angielka była zielona i przerwała mi ostro:

- Przestań się wysilać, masz okropny akcent i ciekawe, kto cię angielskiego uczył.

O,   to   nie   było   fair!   W   ten   sposób   do   mnie   przemówić   się   nie   da.   Jestem   dosyć 

wrażliwa na punkcie ładnego stawiania spraw. Nawet dystans profesorka - uczennica nic już 

nie mógł pomóc. Zatrzęsło mnie. Przypomniała mi się biedna, niepozorna moja angielka, 

więźniarka z Ravensbruck. Na nią rzucano te gromy.

- Absolwentka   Cambridge   i   doktor   honoris   causa   uniwersytetu   w   Uppsali   - 

powiedziałam tak spokojnie, jakbym mówiła prawdę. Zaczęło się. Nienawistnie zmierzyła 

bluzkę w ulubionym kolorze Scarlett i trzęsąc zeszytem przed moim nosem, wygłosiła taki 

spicz:

- Jesteś   bezczelna!   Jak   śmiałaś   przyjść   do   szkoły  w   takim   maskaradowym   stroju! 

Może myślisz, że będziesz miała u mnie jakieś względy, bo uważasz się za inteligentną! O 

nie, żadnych względów miała nie będziesz! U mnie nikt nie ma względów! Zachciewa ci się 

mówić do mnie po angielsku! Język angielski służy przede wszystkim do tego, żeby poznać 

wspaniałą literaturę tego kraju w oryginale! Pojęcia nie masz o angielskim! Bajki! U mnie 

dziś dostajesz pierwszą dwóję! Czy wiesz kto to był Choser? Na pewno nie wiesz! Uppsala!

To ostatnie wypluła z wściekłością i kazała mi siadać. Zanim jednak to zrobiłam, 

powiedziałam z godnością:

- U mnie w szkole, nawet jeśli ktoś nie umiał lekcji, usprawiedliwiał się po angielsku. 

W ten sposób poszerzaliśmy słownictwo. Gdybym  w tej chwili była w Londynie  i miała 

Stanisławskiego pod ręką, dałabym sobie radę.

I usiadłam zachęcona okrzykiem:

- Bezczelna, bezczelna, do cyrku chodziłaś, a nie do szkoły!

Byłam wstrząśnięta. Niezłe przywitanie. Chleb z solą,, można powiedzieć, z tym że 

background image

więcej soli. Sąsiadka z ławki szepnęła:

- Nie przejmuj się, to wariatka.

Tyle to i ja podejrzewałam. O dwójce z angielskiego w życiu mi się nie śniło. Nauka 

języków przychodzi mi szalenie łatwo. Dwóją przejęta bardzo nie byłam. Liczyłam, że mnie 

wyrzucą i będę dojeżdżać do Katowic. Zawsze to większe miasto i mama w końcu zrozumie, 

że ma nienormalną córkę. Niedostateczny w każdym razie był faktem. Być może to nie było 

w dobrym tonie, ta bluzka i tak dalej. Ale co takiego zrobiłam? Umiem mówić po angielsku i 

to nieźle. Jednak było mi smutno i nawet klon - emeryt nie był w stanie mnie rozweselić. A 

zagląda akurat do tej Masy.

Na pauzie rozglądałam się bystro po kuropatwach. Było kilka ładnych, ale inteligencję 

na   obliczu   trudna   było   dojrzeć.   W   oczach   kuropatw   dojrzałam   natomiast   niezdrową 

ciekawość. No, z nimi R.I.R. - u nie dałoby się założyć.

Kiedy piszę na bieżąco, to wszystko mi się jako tako klei. A to uzupełnienie, mnie, 

jako pisarza in spe, irytuje. Czy mam do końca załatwić angielkę? Czy opisać dalsze lekcje? 

Czy...? Załatwię angielkę.

„Miss" zaczęła pisać na tablicy tekst. Nie przepisywałam, bo nie miałam na czym. Ona 

nie  zareagowała.  Było   to  o Janie  bez  Ziemi.  Czytałam  na  ten  temat  dużo,  słówek znam 

tysiące,   więc   do   głowy   nie   przyszły   mi   skutki   tego   wszystkiego.   Za   dwa   dni   znów   był 

angielski.

— Umiesz? — zapytała sąsiadka z ławki, Pelagia, niewyraźna, czysta i, na szczęście, 

chuda. I po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi, dodała:

— Ona się wścieka, jest nerwowo chora, ale na koniec roku wyciąga na trójkę.

Nooooo! Skończę się, ale nie będę „wyciąganą" uczennicą. Muszę mieć określony 

profil. Spojrzałam na nią z litością i zabrałam się do książki. „Miss" po wejściu do klasy 

szarpnęła   z   miejsca   mnie.   Zaczęłam   mówić   o   Janie.   Przy   drugim   zdaniu   ordynarnie   mi 

przerwała:

— Znowu dwója! Obserwowałam cię! O tak, obserwowałam cię pilnie! Nie raczyłaś 

przepisywać z tablicy! U mnie musisz umieć to, co ja chcę, a nie to, co tobie się podoba!

O dobry Boże! Ja już zrozumiałam jej system nauczania. Trzeba się uczyć na pamięć, 

słówko w słówko, coma, stop, tego, co ona pisze. A ze mną to się nie uda. Mam fizyczną 

odrazę do bezmyślnego wkuwania. Głowa jest mała, więc wszystko tam musi być w porząd-

ku. Słuszność jest po mojej stronie. Mogę się na pamięć uczyć wierszy, wzorów, ale nigdy w 

życiu angielskich tekstów. A cała klasa się uczy. Mówiłam, prosiłam, tłumaczyłam. Na nic. 

Jeśli one pozwolą robić z siebie papugi — trudno. Ja się zacięłam. Przy odpowiedzi, owszem, 

background image

mówię na temat, ale „swoimi słowami".

Powtarza się to często, ona lubi się znęcać nade mną. Po trzech zdaniach dostaję 

dwójkę albo kilka dwój. Za akcent, gramatykę. Czekam, kiedy dostanę za ortografię, tak z 

mowy.   W   tej   chwili,   kiedy   to   piszę,   niedostateczny   z   angielskiego   jest   już   mocny   i 

ugruntowany.  Trzy czwarte klasy dzieli mój los. Dokładnie, obliczyłam. One się uczą na 

pamięć, dwóje dostają mimo to i na koniec roku będą „wyciągnięte". Co będzie ze mną, to 

może jest zapisane w księgach przeznaczenia. Nie wiem. Skóra mi cierpła na grzbiecie, co 

powie mama. Przewidywałam burzę z piorunami, szpilki, docinki. Nic z tego. Powiedziała 

dokładnie:

- No wiesz... zaskoczyłaś mnie. Może chcesz korepetycje?

Ja korepetycje z angielskiego? Nie, to już jakiś obłęd, którego nie mogę przeniknąć. 

Sama wybierałam się udzielać lekcji. Żeby skończyć  już tę ponurą historię z angielskim, 

muszę dodać, że cała klasa okropnie na mnie napadła. Że angielka przeze mnie szaleje na 

lekcji jeszcze bardziej itd. W ich rękach leży przerwanie tego koszmaru. Gdybyśmy wszystkie 

się nie uczyły na pamięć, coś by się musiało zmienić.

Jest jeszcze jedna rzecz. Te zastraszone boże krówki nie mają pojęcia, do czego służy 

język obcy. Gdyby były w Anglii, chcąc kupić 10 dkg cukierków powtarzałyby bezmyślnie 

życiorys Szekspira. A w życiorysie napisanym na tablicy o cukierkach nie było mowy. Wcale 

się nie mądrzę, co mi ostatnio wszyscy zaczęli zarzucać, tylko mam swoje zdanie. I już.

Prowadzę nierówną, samotną walkę. W mocy angielki są wszystkie możliwe represje. 

Ja  —  pionek.  Czuję  się  tym  podniecona.  Każdy przyznać  musi,   że  to  trochę  dziwne   — 

uczennica   ma   bardzo   dobrze   ze   wszystkich   humanistycznych   przedmiotów.   Wszyscy 

twierdzą,   że   jest   na   poziomie.   A   z   angielskiego   dwója   jak   byk.   Pojadę   na   egzamin   do 

kuratorium,   jak   przyjdzie   co   do   czego.   O   żadnych   lekcjach   mowy   nie   ma.   Sprawa 

ambicjonalna.   Mówiąc   między   nami,   powtarzam   gramatykę,   a   za   parę   miesięcy 

Stanisławskiego   będę  miała   w  palcu.  To  jest  na  pewno  robione   na  zasadzie  uspokojenia 

sumienia i przeświadczenia o swoich racjach, ale w tej chwili gramatykę angielską znam le-

piej niż polską. Czuję, że tu dojdzie do rozlewu krwi. Mogę się pogodzić (ostatecznie) z 

rygorem, ale nie pozwolę, żeby mi profesorka przerywała w pół zdania, groziła linijką, plując 

przy   tym   obficie.   Jestem   uczennicą,   ale   mogę   zmienić   szkołę.   O,   w   tej   chwili   już   nie! 

Zobaczymy, co się będzie działo. Na szczęście mogę tę operetkę komentować w myślach i 

dzienniku. To jedno mi zostało.

Profesorów innych opiszę przy okazji. Różni. Nareszcie wielka sztama z polonistką. 

Mańcia z mojej szkoły jest mi droga przez wspomnienia. ale ta jest cudowna. Panna Kasia. U 

background image

niej   się   nie   mądrzę,   tylko   samodzielnie   myślę.   Była   bardzo   zmartwiona,   że   musi   mi   z 

klasówki   postawić   czwórkę.   Zrobiłam   błąd.   Hańba   mi.   To   właściwie   była   pomyłka,   ale 

czarno na białym. Zapisałam: „uważał, że to uwłaszcza jego godności". Zamiast: uwłacza. 

Pomyślałby kto, jakże mnie zajmuje szkoła. A tymczasem moje prawdziwe życie jest poza 

nią. Po tych wszystkich arabskich awanturach, kiedy powiedziałam moim koleżankom, że są 

idiotki, była. zabawa. Zależało mi, żeby je wszystkie zakasować.

Kto   wymyślił   podział   szkół   na   żeńskie   i   męskie,   ten   z   pedagogiką   nie   miał   nic 

wspólnego. W mojej szkole, pewnie, durzyliśmy się w sobie, ale nikt nie dostawał wysypki 

nerwowej   na   widok   płci   odmiennej.   A   tu?   Słowa   „gimnazjum   męskie”   to   jakiś   ołtarz, 

zaklęcie, modlitwa czy coś takiego. U nas, jak się do mnie jakiś chłopak za blisko przysunął, 

przez   nieuwagę   zresztą,   mówiłam:   „Odwal   się   bałwanie”   Tutaj   żadna   kuropatwa   nic 

podobnego by nie powiedziała, bo uprzednio zemdlałaby z wrażenia. Całe towarzystwo lata 

do kościoła, raz, że rozmodlone, dwa, że w kościele jest idealne miejsce spotkań. Można się 

pokazać chłopakom z boku, z przodu j z tyłu, i jest szansa, że po mszy dojdą do nich. Posyłają 

sobie kartki, tropią się po ulicach, kino, jak Boga kocham. Gdzie ja wylądowałam? Przecież 

to pensja pani Latter, z tym, że w Iksinowie. Tak tego wszystkiego nienawidzę i tak tęsknię za 

moją szkołą!

Przed zabawą klasa przypomina szpital psychicznie chorych. „A co, a czy ten będzie 

itd.”   Ponieważ   zabrakło   mi   taktu   i   głośno   wypaliłam   swój   sąd   na   ten   temat,   kuropatwy 

obrażone. Poza tym, jako osoba nowa w mieście stałam się szalenie modna w gimnazjum 

męskim. Kuropatwy są głupie, kiedyś przed polskim błagały mnie, żebym powiedziała, że nie 

przeczytałam ja także Dziewczęcia z Sącza. „A ucho śledziowe” • - myślę sobie. - Nagrywać 

na mózgowe płyty życiorysy po angielsku, to dobrze?

Kiedy więc panna Kasia zapytała:

- No, a ty Sagowska? - Wstałam i odpowiedziałam na wszystkie pytania. Oczywiście, 

w mojej szkole nigdy bym tego nie zrobiła. Tu nie poczuwam się do żadnej solidarności. One 

nie rozumują, działają poprzez strach, uczą się bezmyślnie, ściągają, owszem, ale wtedy są 

już właściwie w trumnie, tak się boją. Lękają się odpowiedzialności za swoje czyny, a tego 

już nienawidzę. Jeśli mnie stać na czyn, to także na wynikające z niego konsekwencje.

Postanowiłam zatruć im resztę młodości i na zabawie wyglądać ładnie, a nawet lepiej 

niż   ładnie.   Nie   mając   się   kogo   poradzić   w   tej   materii,   zwróciłam   się,   do   mamy. 

Powiedziałam,   że   bardzo   mi   zależy   na   dobrym   wyglądzie,   że   czuję   się   szykanowana, 

upośledzona i chcę koleżankom popsuć wieczór.

Ubiór nie mógł być, niestety, sprawą dyskusyjną. Obowiązywała mnie biała bluzka i 

background image

granatowa spódniczka. Mama dała mi natomiast swoje nylony i poradziła iść do fryzjera. 

Poszłam. Fryzjer zrobił mi czterdzieści dwa loki francuskie, żelazkiem. Ściągnęłam włosy 

gładko   do   tyłu,   loki   związałam   granatową   kokardą,   ale   tak.   żeby   się   wymykały. 

Upudrowałam nos, pociągnęłam rzęsy bezbarwnym tłustym ołówkiem, co natychmiast dodało 

głębi mojemu spojrzeniu, i przed samym wyjściem w łazience wtarłam bardzo starannie w 

wargi trochę mamy szminki. W poradach dla kobiet piszą czasem, że dolna warga powinna 

być  mocniej umalowana. Najpierw więc natarłam dolną, ale  wtedy górna okropnie przez 

kontrast zbielała, więc umalowałam usta w pełnym składzie. Nie odmówiłam sobie kropli 

perfum.

W towarzystwie Jadźki Morawskiej z mojej klasy i w bojowym szyku przekroczyłam 

próg sanktuarium pt. „Państwowe Gimnazjum i Liceum Męskie im, A. Witkowskiego” Kto to 

był A. Witkowski?!

W   szatni   dwóch   chłopców   poderwało   się,   żeby   mnie   rozebrać.   Proszę   bardzo. 

Jednocześnie poprosili mnie do tańca. Bardzo proszę, po to przyszłam, ale nie umiem tańczyć 

z   dwoma   jednocześnie.   Jak   ten   Salomon,   wybrałam   trzeciego.   Od   jednego   rzutu   oka 

poznałam,  że  to powinno być bożyszcze  męskiego.  A  jeśli  tak - to  miłość Haliny,  czyli 

Michał. Nie popełniłam błędu. To był Michał i od pierwszej sekundy objęłam prowadzenie w 

grze. Rozmowa była zdawkowa, mało ciekawa, ale Michał - cudo. Wygląda jak nordyk, lubię 

takie typy.  Powinien grać w kosza, ze dwa metry wzrostu, blondyn, twarz bardzo męska. 

Tańczy wprost genialnie. Zaproponowałam przejście na ty, co go wprowadziło w zachwyt, W 

ogóle sprawie nadałam amerykańskie tempo i umiejętnie prowadząc rozmowę, uzyskałam to, 

o co mi chodziło. Zadeklarował się, że mnie odprowadzi do domu, Wtedy ja zgodziłam się z 

widocznym wahaniem i powiedziałam:

- Dobrze, ale dziś więcej - tańczyć nie będziemy. Mam zobowiązania.

Żadnych zobowiązań, naturalnie, nie miałam, ale chciałam, żeby inni zaciągnęli je 

wobec mnie.

O co mi chodziło. Tu, bez wyrozumiałego Talesa, mój zapał do matmy ulotnił się jak 

sen złoty. A profesor matematyki kazał zrobić na milimetrowym papierze wykres sinusoidy i 

cosinusoidy. Musiałam więc jak wąż złapać jakąś ofiarę. Nie jestem materialistką, nie za 

darmo,   jak   zwykle   za   wypracowania.   Pierwszym   pytaniem,   jakie   zadawałam   moim 

tancerzom, było:

- Czy kolega z matematycznego?

Te   ostatnie   klasy,   w   tej   chwili   przedmaturalne,   jeszcze   są   zróżnicowane   na 

humanistów przyrodników i matematyków. Z żalem w sercu odmawiałam więc tańca miłym 

background image

humanistom. Trudno, nie samym Słowackim człowiek żyje. Poza tym przyszłam tu z dwóch 

powodów: złowić matematycznego rycerza i dać po nosie moim koleżankom.

Mój   wielkoświatowy   romans   z   hrabią   dał   mi   jednak,   trochę   szlifu   i   dziwne,   im 

bardziej się oddalam od tej historii, tym większego nabiera ona uroku, jako coś absurdalnego, 

naturalnie. W końcu trafiłam na właściwego człowieka. Zaprosiłam go do domu i od razu 

postawiłam sprawę jasno, nie jestem aż taka perfidna. Handel wymienny. On mi wszystkie 

domowe zadania, wykresy, a także ściągi na klasówkę, jeśli się da (może nitka?), a ja mu 

wypracowania   i   streszczenia   obowiązkowych   i   nadobowiązkowych   lektur.   Pisać 

wypracowania z polskiego o klasę wyżej jest rzeczą daleko łatwiejszą,. niż zrobić zadanie z 

matematyki o trzy klasy niżej. Ma się literaturę, przeczytało się to i owo i rzecz polega tylko 

na zgrabnym ściągnięciu i ładnym napisaniu. Krzyś zgodził się z entuzjazmem. Upewniłam 

się, że ma piątkę i zamierza studiować na politechnice. Po załatwieniu najważniejszej sprawy 

przystąpiłam do drugiej części mojego programu.

Francuskie loki i swoboda w zachowaniu, giętki język w gębie, pozwoliły mi pogrążyć 

w rozpaczy moje klasowe - antagonistki, Bawiłam się jak szalona, ale niestety, jestem „w 

niebezpiecznym   wieku.   Pochwyciłam   smutne,   poważne   spojrzenie   szarych   oczu.   Tak   się 

zaczyna   miłość.,   Nagle   z   pewnej   siebie,   rozhukanej   i   bezczelnej   wariatki,   stałam   się 

zalęknioną gąską. Usiadłam na krześle, policzki mi płonęły, nie odpowiadałam na pytania 

otaczających  mnie chłopców, których  uwodzenie jeszcze dwie minuty temu uważałam za 

swój najświętszy życiowy obowiązek. Czekałam. Modliłam się:

„O   Boże,   spraw,   żeby   zechciał   ze   mną   zatańczyć.   Do   końca   życia   nie   zatrzepię 

rzęsami ot tak, sztuka dla sztuki. Będę sama robić matematykę. Nigdy się nie umaluję. Będę 

wstawać o szóstej rano i czytać dzieła teologiczne, o Boże!”

No i stał się cud. Elastycznym krokiem zbliżył się do mnie. Jeszcze nie widziałam 

ukłonu,   kiedy   poszłam   w   jego   kierunku.   Nie   miałam   odwagi   spojrzeć   w   twarz   mojego 

bóstwa. A jednak widziałam ją. Wymarzoną, ascetyczną twarz o wąskich wargach. Byłam 

urzeczona, nie istniałam niemal. Przemówił dopiero w trzecim tańcu.

Byłam   w   transie,   nie   mogłam   odpowiadać.   Bałam   się,   że   on   wszystko   rozumie   i 

jednocześnie chciałam, żeby rozumiał wszystko. Jego głos parzył mnie, a zetknięcia policzka 

z klapą jego marynarki wywoływały dreszcze. Kiedy powiedział: „cudownie pani tańczy” 

wiedziałam już, że spotkała mnie klęska. Byłam zakochana.

Na   nic   wszystkie   spekulacje,   na   nic   Wierzyński   i   jego   Manifest   Szalony,   na   nic 

postanowienia, na nic smutne - doświadczenia. Na każdego przychodzi godzina miłości. Jak 

ja to ładnie napisałam. Dobrze, że nie mam skłonności do melodramatu. Nagle przemieniona i 

background image

uszlachetniona   pod   wpływem   gwałtownej   miłości,   nie   potrafiłam   przekreślić   ciemnych, 

przeżytych już spraw.

Kiedy mój ideał zaproponował, że mnie odprowadzi, ja, nieprzytomna z wrażenia, 

powiedziałam najgłupszą rzecz w moim życiu, przy której oświadczenie Pelagii na biologii: 

„Witaminy są albo ich nie ma” - było rewelacją naukową. Powiedziałam mianowicie:

- Wprawdzie już jestem umówiona, ale to nieważne.

- Ach tak. Trudno, spóźniłem się więc. Dziękuję pani za wieczór.

I odszedł. Nie umówił się ze mną. Tańczył później z coraz to inną dziewczyną, co 

przytomnie zauważyłam. Wiedział, że ścigam go wzrokiem. Byłam nieuprzejma dla moich 

partnerów. On na mnie nie patrzył. Pocieszałam się, że celowo, że to metoda itp., ale nic mi to 

nie pomogło.

Z szatni odebrał mnie Michał. Co za nieporozumienie. Osiągnęłam na tej zabawie 

wszystko, co chciałam. Halina Z. poszła do domu wściekła. Michał demonstracyjnie pomagał 

mi się ubrać. Krzyś się upewnił, że „jutro o piątej”. Koleżanki patrzyły na mnie z zazdrością i 

nienawiścią. A ja byłam nieszczęśliwa. Nagle chciałam być brzydka, nie stwarzać głupich 

pozorów wokół siebie. Być z nim, iść z nim.

Poszedł   sam.   Mnie   na   pociechę   został   Michał,   o   wiele   bardziej   obiektywnie 

interesujący. Nienawidziłam go. Miałam do wyboru: obnosić cierpiącą twarz nieszczęśliwie 

zakochanej albo udawać, że gwiżdżę na wszystko, „chodzę” z Michałem, bo mnie, Lilce 

Sagowskiej, tak się podoba. Wybrałam drugie wyjście i długo w nocy płakałam. Te skryte 

łzy; to cena za ambicję. Jestem gotowa zapłacić daleko więcej.

Dnia 19 grudnia 1949 r. Na geografii.

Sprawy, które opisywałam wczoraj, są już dość odległe. Bo potem widziałam się z 

nim, jestem rozanielona i rozkochana, ale ostrożna jak kot. Kiedy mnie spotka na ulicy (tylko 

w sobotę i niedzielę, studiuje w Gliwicach) kłania się ślicznie, dochodzi i odprowadza mnie 

do domu. On jest niesłychanie powściągliwy i tylko raz nadmienił, że chętnie by się ze mną 

wybrał na Sylwestra. O Boże, ja bym się z nim w każdej sekundzie wybrała na koniec świata,, 

ale uśmiecham się i mówię o czym innym.

Kiedyś udałam, że nie idę do domu, tylko wywlokłam go na drugi koniec miasta, niby 

że muszę sobie pożyczyć skrypty Wszechnicy Radiowej. Oczywiście, w domu, do którego 

weszłam, nikogo nie zastałam. Przeprosiłam go za błądzenie po błotach i powiedziałam:

- Na pewno pan bardzo się złości za taki długi spacer?

- Chciałbym móc zawsze się tak złościć.

background image

Już,   już,   myślę   sobie,   a   on   o   pogodzie.   Że   pada.   Rzeczywiście,   wyglądałam   jak 

zmokła kura. Bardzo się w nim kocham. Dzwonek. Boski dzwonek w tym  wypadku, bo 

geografia w wydaniu tej profesorki, to nudna pilą. Geografka nie rusza się z miejsca, nie 

korzysta   z   map,   które   bardzo   pobudzają   wyobraźnię.   Siedzi   i   dyktuje   z   podręcznika,, 

jakbyśmy same tego nie mogły przeczytać. Wszystkie piszą, bo zeszyty prowadzić trzeba. Ja 

też przecież piszę, niekoniecznie geografię. Za to prowadzę piękny album. Mapy, wykresy, 

zdjęcia,   ciekawostki.   Wkładam   w   to   dużo   zapału.   Taki   pomnik   na   cześć   „Brukwi”,   bo 

gdybym słuchała tych rygorów, niedługo nie wiedziałabym, gdzie leży Egipt i przez jakie 

miasto przepływa rzeka Hudson.

20 grudnia 1949 r. dla odmiany na fizyce.

Fizyk jest bardzo przystojny, a dziś szczególnie, ponieważ wygląda na zmęczonego. 

Dziś nie pyta i nie prowadzi wykładu, tylko zabawia nas rozmową. Zdarza, mu się to czasami. 

Te   lekcje   więcej   dają   niż   powtórka   prawa   Ohma   czy   prawa   pracy.   Zawsze   najbardziej 

skomplikowanym mechanizmem pozostanie świat i życie. O tak, przeniknąć te rzeczy jest 

nieco trudniej, niż pojąć głębię pola magnetycznego. W klasie świąteczny nastrój. Trzy dni 

dzieli nas •od dwutygodniowych ferii. Fizyk właśnie - dla zachowania twarzy - zapowiada, że 

po feriach zniszczy nas elektro - statyką. Ale zaraz rozjaśnił oblicze i dodał z wdziękiem:

- Jeśli   tylko   na   całe   życie   zapamiętacie,   że   ciepło   się   mierzy   w   kaloriach,   a 

temperaturę .w stopniach, będę bardzo .zadowolony.

Wstałam przed chwilą i powiedziałam, że od nas niech zapamięta cytat:.

- „Lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować, że' się nie grzeszyło”.

Myślałam, że mnie wyrzuci za drzwi, ale powiedział „bez związku z powyższym, że 

organizuje wieczór poezji Gałczyńskiego  i ją (?!) będę głównym  filarem. Nie wiem, czy 

potrafię   interpretować   Gałczyńskiego.   To   nie   koncert   Jankiela.   W   domu   poczytam   sobie 

Gałczyńskiego, postaram się pojąć i zabłysnąć na tym wieczorze. Tak, to jest moja wada. 

Lubię błyszczeć. Nawet przedmiotów', których, nie znoszę, uczę się z samozaparciem, żeby 

się nie ośmieszyć. Fizycznie cierpię, kiedy widzę przy tablicy moje koleżanki z kretyńskim 

wyrazem twarzy.

Wieczorem w domu.

Przyszedł   Krzyś   i   przyniósł   rozwiązane   zadania,   Wręczyłam   mu   mały   traktacik   o 

Prusie, który nawet napisałam na maszynie. Piszę na maszynie, co tylko mogę, bo szanujący 

się pisarz powinien mieć przynajmniej pełne kwalifikacje maszynistki. Krzyś, nie zachęcony 

przeze mnie do rozmowy, poszedł szybko.

background image

Już myślałam, że spokój, wyłączyłam radio z szalejącym Cajrnerera i chciałam się 

wziąć do pisania. Mama poszła na bridża, nastrój miałam niezły. Zamierzałam napisać list na 

wiatr albo opowiadanie o walkach w Indonezji. Indonezja zresztą miała być pretekstem do 

postawienia. 'ciekawego problemu psychologicznego. Zebrałam masę zeszłorocznych gazet z 

nagłówkami: „Indonezja krwawi  znowu”. Bohaterem opowiadania  ma być żołnierz Legii. 

Cudzoziemskiej. Ponieważ nie wiem, czy Legia tam walczyła, oraz wielu innych rzeczy, kraj 

ma być umowny, anonimowy.

I   właśnie   kiedy   machnęłam   pierwsze   zdania,   rozległ   się   srebrzysty   dzwoneczek. 

Otworzyłam drzwi i widząc dwie panie ohydnie uśmiechnięte, odpaliłam z miejsca:

- Doktor Zuberowej nie ma w domu i w ogóle prywatnie - nie przyjmuje.

Panie pokazały mi w uśmiechu po dwa srebrne ząbki (każda!) i powiedziały, że one 

„wobec   tego   do   pani”.   Wpuściłam   je   do   mieszkania   i   po   ich   dalszej   przemowie   nie 

pożałowałam   tego   kroku.   Przedstawiły   mi   się   jako...   kaznodziejki   i   poprosiły,   abyśmy 

wspólnie poczytały Pismo święte. Zrazu nastroszyłam się jak sowa na widok myszki polnej, 

ale ciekawość zwyciężyła.

Jedna z nich wyjęła brudnawy foliał i zaczęła monotonnym głosem czytać Ewangelię 

św. Mateusza. Myślałam,. że zdechnę ze śmiechu. Wątpię, żeby taką metodą uzyskały choć 

jedną neofitkę. Panie poradziły mi się skupić i zaczęły mnie uświadamiać. Że zło panuje na 

świecie. Że Pan Zastępów, że trzeba pomyśleć o zbawieniu. Przerwałam tę zabawę, bo stały 

się natarczywe. Powiedziałam chłodno, że zbawienie duszy interesuje mnie w minimalnym 

stopniu, a dobry Jehowa nie wstawi się za mną do angielki. I jest rzeczą pewną, że piekło jest 

ciekawym miejscem, a ludzie potępieni przynajmniej coś przeżywają. Że Mateusz jako imię - 

to nawet niebrzydkie,, ale wolę mężczyzn o pociągłej bladej twarzy, którzy chcą ze mną 

spędzić grzesznego Sylwestra. One zaniemówiły. Ja mam duże oczy, przez to twarz moja 

wygląda ładnie i z pozorów nie przypominam diabła. Około kwadransa zajęło mi wyrzucanie 

kaznodziejek   z   mieszkania.   To   jakieś   wariatki,   nic   innego.   Jeśli   się   nie   mylę,   to   mnie 

przeklęły.   Czekałam,   której   z   nich   w   pierwszej   kolejności   wyleci   górna   szczęka.   Po   ich 

wyjściu byłam tak osłabiona, ze ponownie włączyłam radio i złapałam Monte Carlo. Od razu 

powiało  kasynem  gry,  nieznanymi  mi zapachami  perfum, pięknymi  kobietami, rozpustą i 

całym   jakimś   fascynującym   światem.   Potem,   żeby   nie   osłabiać   efektu   uzyskanego   przez 

szacowne te damy, wypiłam łyk wina i długo patrząc w lustro usiłowałam zapalić papierosa. 

Muszę się nauczyć palić, a dlaczego, to przy okazji. Opowiadania dzisiaj nie napiszę, lekcji 

nie odrobię, pogrążę się w chaosie myśli.

Życie jest cudowne, ma tyle paskudnych wad.

background image

21 grudnia 1949 r.

Co znaczy puste pojęcie: „rywalka”? To jest słowo wyciśnięte z wszelkiego sensu. 

Albo się jest kochanym, albo nie.

A   jednak   jestem   wściekła,   wściekła!   Moja   kalkulacja   do   tej   pory   była   dziecinna. 

Zaczynam to pojmować. Otóż zakładałam, że nie może i nie powinno być nieszczęśliwego 

małżeństwa.   Uważałam,   że   jeśli   mnie   spotka   taka   katastrofa,   że   wyjdę   za   mąż,   będę 

szczęśliwa w każdym przypadku. Jeśli on będzie mnie bardzo kochał, to będzie dla mnie 

najlepszy, będzie mnie ubóstwiał, rozumiał i ja oceniając to właściwie, nie zamienię go na 

żadnego   innego.   Jeżeli   ja   będę   tą   modlącą   się   stroną   -   muszę   być   szczęśliwa   dzięki 

możliwości   przebywania   z   ukochanym,   szczęśliwa   nawet   przez   łzy   i   cierpienie,   bo   te 

powinny dodawać miłości swoistego uroku. Tymczasem, zdaje się, nie wzięłam pod uwagę 

szeregu wariantów. Na przykład zazdrości. Widziałam  dziś Grzegorza na ulicy z jedną z 

naszych   przyrodniczek.   Zignorowałam   ukłon,   co   było   posunięciem   idiotycznym,   i 

sprzecznym z nakreślonym planem działania. Poleciałam, jak szalona do domu, rozpaczać. 

No i siedzę, I rozpaczam. Mama jest u siebie i robi sobie manicure. Może iść do jej pokoju i 

wyrąbać:  „Podziel  się doświadczeniem,  bo twoja  córka  szaleje z miłości”.  Poleciłaby mi 

zimne okłady. Co ta robić? Czyżby i mnie nie ominęło głupie słowo: „rywalka?” Mogła mnie 

bawić rozgrywka z Heleną o Sławka, ale nie tu. W tym wypadku czuję się niczym, bo ja 

jestem stroną zaangażowaną. On jest poważny, piękny i w ogóle same wzniosłe przymiotniki. 

Ja go kocham, naprawdę. Mając za sobą wmówioną sobie miłość do Zbyszka, świetnie się 

orientuję.   A   może   oblać   ją   kwasem   solnym   ?   Zginęłabym   w   więzieniu,   ale   z   pełną 

świadomością człowieka, który wie, za co ginie. Ale kwas solny wypadłby tu słabo. Daleko 

lepszy pistolet. Napiszę do Hindusa albo ukradnę na posterunku MO.

Ten ksiądz, który mnie pocałował za okupacji, miał na plebanii taką płytę, którą sobie 

puszczał podczas czytania brewiarza:

Nie igraj, seniorito,

i we mnie płynie andaluzyjska wrząca krew.

Nie igraj, Carmensito, pogardą swą rozpętasz

rozpacz mą i gniew.

Nie igraj, bo na Boga, z miłości mojej już

po kątach ludzie drwią.

I choć jesteś nad życie mi droga

za zniewagę zapłacisz własną krwią.

Z pieśni tej wynika, że powinnam zabić jego. Nie. Lepiej ją. Może mnie obronić w 

background image

sądzie jakiś adwokat, a Grzegorz oszołomiony potęgą mojej miłości... Tak, jeśli tak dalej to 

czeka mnie kariera Mniszkówny. Pochlebiam sobie, te przy czytaniu Trędowatej płakałam ze 

śmiechu, a tu...

To dlatego krztuszę się przy paleniu papierosów! Po to kocham się platonicznie we 

wspomnieniu   o  Kalininie.   Nie   napisałam   bowiem   o   rzeczy  aktualnie   najbardziej   istotnej: 

należę do ZMP. Jeszcze tego nie przemyślałam do końca, co jest dla mnie charakterystyczne.

Jasną jest rzeczą, że wpływ, jaki mieli na mnie partyzanci, nie należał do tak zwanych 

przemożnych. Oni niby byli anty”, ale także nie z głębokiego przekonania, tylko z kokieterii. 

Przyzwyczaili się chłopcy do ataków, do „cel, pal”, a tu nagle zapędzili ich do ławek i kazali 

odmieniać  „puer, pueri”. Należy ich więc trochę usprawiedliwić, że nie w smak im była 

polityczna  stabilizacja.  W okresie, kiedy kształtuje się jakoś charakter, tj. kiedy mieli po 

szesnaście   lat   (ciekawe,   jak   to   się   u   mnie   ukształtuje),   z   karabinem   w   ręku   czuli   się 

niesłychanie ważni. A kiedy byli już naprawdę dorośli, mieli po osiemnaście, dziewiętnaście 

wiosen, dali im ołówek, spychając ich w ten sposób w przeciętność. Tylko niezwykle silne 

charaktery   mogłyby   tu   nie   ponieść   uszczerbku.   W   głębi   serca   zawsze   miałam   dla   nich 

mieszane uczucia: podziw, żal, lekceważenie i zazdrość. A proszę, jak chłopcy się wyrobili. 

Pisze   mi   Kasia”,   że   Hindus...   organizuje   pomoc   dla   słabszych   w   nauce   i   jest   szkolnym 

aktywistą numer jeden. Ludzie kochani, wierzę w to! Hindus nie jest sprzedawczykiem i 

duszę mógłby przehandlować wyłącznie diabłu.

Już   widzę,   jak   płoną   zapałem   jego   przepastne   oczy..   Godzinami   myślałam   na   te 

tematy.   Mamie,   jeśli   się   nie   mylę,   jest   wszystko   jedno.   Polska   Ludowa   czy   Polska 

kapitalistyczna, byle nie okupacja i nie na przykład faszyzm. Miałam więc do wyboru - być za 

albo przeciw. Nie mogę stać na uboczu i biernie czekać nie wiadomo na co. Koncepcja 

młodości niezaangażowanej jest dla mnie nie do przyjęcia i obiektywnie wstrętna. Przeciwko 

komu ? Przeciwko czemu ? Przecież zawsze co światlejsi ludzie walczyli o sprawiedliwość 

społeczną. Ten ustrój daje takie szansę. Hasła międzynarodowego proletariatu są piękne i 

zatykają dech w piersiach. Kiedy pierwszy raz przeczytałam „Za waszą i naszą wolność”, 

rozbeczałam   się  ze   wzruszenia,  co   mnie   raczej  na  marksistkę   wysokiej  klasy nie  kreuje. 

Ponieważ jakieś takie wewnętrzne ustawienie się wobec tych spraw będzie mnie kosztować 

jeszcze wiele trudu, postanowiłam działać choć zewnętrznie. W związku z tym dokonałam 

następujących   pociągnięć:   1)   Obcięłam   włosy   po   męsku,   żeby   się   upodobnić   do 

rewolucjonistek i żeby to harmonizowało z czerwonym krawatem. 2) Przeczytałam Manifest 

Komunistyczny. 3) Na duchowych przywódców wytypowałam sobie Gorkiego i Swierdfowa. 

4) Pojechałam na wagary do Częstochowy i kupiłam sobie malutkie popiersie Karola Marksa. 

background image

5) Podarłam fotos James'a Masona - nie licował z moją obecną postawą życiową. 6) Zbieram 

wszystkie książki dotyczące walk Brygad Międzynarodowych w Hiszpanii - bo w Hiszpanii 

najpiękniej   uwydatniła   się   solidarność   komunistów   i   humanitaryzm.   7)   Uczę   się   palić 

papierosy.  Niestety wszystkie szczytne  hasła i założenia przeszczepione na teren naszego 

gimnazjum   stają   się   jakby   mniejsze   i   niepełne.   Rozumiem,   w   szkole   nie   dzieje   się   nic 

patetycznego, nic co wyzwala energię, nie ma żadnej walki klas (a jeśli, to francuskiej z 

angielską o chłopaków od Witkowskiego), o czym się tyle pisze w prasie. Rozumiem, ale mi 

przykro.   Chciałabym   działać.   Już   tylko   fakt   przyjęcia   mnie   do   ZMP   był   malutkim 

rozczarowaniem. Marysia Stokoniówna zapytała na przerwie:

- Kto się chce zapisać do ZMP?

- Ja chcę - powiedziałam.

- No to masz deklarację.

I   już.   Należy   sobie   wyobrazić,   że   teraz   Wysoki   Autorytet,   koło   klasowe,   zyskał 

możliwość   krytykowania   mnie   na   zebraniach   ogólnych.   Na   pewno   marzę   o 

podporządkowaniu   się   czemuś   lub   komuś   -   to   chodzenie   samopas   jest   męczące   -   ale 

kuropatwom?. Coś tu nie tak. Zapalę sobie, to podobno dobrze robi na duchowe rozterki.

Akurat zrobiło mi źle i to tak, że interweniowała mama. Kategorycznie zabroniła mi 

palić,   wywietrzyła   pokój   i   dała   mi   belladonny   czy   czegoś.   Spróbuję   jeszcze   raz,   będę 

dmuchała do pieca. Tam są takie lufty, że dym od razu wali do góry i w pokoju nic nie czuć.

Wszystko mi ostatnio idzie ciężko, nawet głupie palenie papierosów.

22 grudnia 1949 r.

Gdzie moja ambicja? Popłakuję tu sobie, a Grzegorz może tego niewart.  Mógł tę 

przyrodniczkę po prostu spotkać na ulicy. Ukłonił mi się jednak obojętnie. A chyba będę 

musiała zniknąć z frontu na jakiś czas. Chcą mnie wysłać na kurs ZMP do Katowic. Kurs 

polityczny. Plac boju opustoszeje więc na kilka dni, w tym Sylwester. To jest dramat. Wcale 

nie ja miałam jechać. W ostatniej chwili okazało się, że jedna z tych kursantek przyszłości jest 

córką   właściciela   cegielni.   Zarząd   Miejski   ZMP   okropnie   zmył   głowę   naszej 

przewodniczącej. Ja na nieszczęście mam piątkę z ekonomii i będę (w założeniu) godnie 

reprezentować nasze koło.

Ach, te długie, nudne zebrania, to przelewanie z pustego w próżne. I te jakieś mgliste 

wytyczne  pracy.  Ja też  gadam,  jak najęta,  niestety, przeważnie  nie  „po linii”. Mogą być 

przekonani, że sobie bezkrytycznie nie pozwolę narzucić szablonowego sposobu myślenia.

background image

Dnia 28 grudnia 1949 r. Na kursie.

Stanę   się   wielką   zetempowską   działaczką.   Ja,   inteligencja   pracująca,   jestem   tu 

właściwie zamiast cegielni, ale podoba mi się wszystko niesłychanie. Kierownik kursu to 

porywający człowiek, inteligentny, mówi prosto, z patosem, pięknie. Zrozumiałam, że ZMP 

w   interpretacji   naszego   gimnazjum,   to   jak   Adolf   Dymsza   w   roli   lady   Makbet.   Gdybym 

zawzięcie nie dławiła się tęsknotą za widokiem Grzegorza, chętnie zostałabym tu całe życie. 

Często zabieram głos w dyskusji, wyjaśniają mi niezrozumiałe sprawy i nikt mnie jeszcze za 

to nie pożarł. Natomiast po raz pierwszy w życiu ktoś się mną zajął, mam do dyspozycji jego 

wiedzę i doświadczenie, czuję, że im na mnie zależy, że chcą rozjaśnić mi mroki spraw 

społeczno - politycznych, że chcą mnie ukształtować.

Palę damskie i byłam  z kierownikiem w kawiarni  na winie...  Więc co to była  za 

brednia, że ZMP to gorsza odmiana klasztoru, że terror itd.

Kierownik wyjaśnił mi strukturę kołchozów i sowchozów w ZSRR. Jasna sprawa, że 

bez kolektywizacji, a co za tym idzie, bez mechanizacji rolnictwa w dwudziestym wieku nic 

się nie zrobi. I co jest urzekające, że koledzy z kursu i kierownik nie widzą w nas kobiet, 

tylko   aktywistki.   Jestem   zachwycona,   chociaż   do   aktywności   mi   jeszcze   daleko,   daleko. 

Powiedziałam   kierownikowi   śmiało   i   otwarcie,   że   kocham   się   w   historii   Stanów 

Zjednoczonych. Krótka, węzłowata i jakże wymowna. Zgodził się ze mną, a potem znacznie 

lepiej   niż   historyczka   na   ekonomii   wyjaśnił   mi   mechanizm   imperializmu.   Rzeczywiście, 

Amerykanie zaprzepaścili piękny kawał roboty niepodległościowo - wyzwoleńczej. Do tej 

pory na to nie wpadłam. Jedno spędza mi sen z moich liliowych powiek. Kierownik potępiał 

w czambuł Baden - Powella i jego ideologię, a ja nie zaprotestowałam. Trochę zbyt szybko 

dałam się przekonać, porwać patosowi tego, co się dzieje wokół mnie. Kiedy śpiewaliśmy: 

My nowe życie stworzymy i nowy ład, miałam wilgotne oczy. Już ja tym gęsiom w szkole 

powiem, co to jest ZMP.

1 stycznia 1950 r.

Sylwestra spędziłam na zabawie, którą urządziło nam kierownictwo kursu. Byłam w 

krawacie i białej bluzce. Niestety nie dorosłam do stojących przede mną zadań. Zapomniałam 

się i okrutnie kokietowałam jednego kolegę z Bytomia. Kiedy się ocknęłam, było za późno. 

Kolega się zadurzył. Natychmiast stałam się bardziej polityczna, ale kolega mówił już tylko o 

moich rzęsach. Cholera! A może ja się nie nadaję na rewolucjonistkę? Jutro się zapytam 

kierownika kursu, czy zrobiłam byka i czy to się godzi z nową moralnością.

background image

6 stycznia 1950 r. W domu.

Wczoraj byłam z Grzegorzem na występie Fogga. Łżę jak pies, poszłam z Krzysiem, 

ale   przemyślnie   go   zgubiłam.   Dom   Ludowy   był   przepełniony,   więc   siedzieliśmy   z 

Grzegorzem na jakimś stole. Grzegorz położył mi głowę na ramieniu i powiedział cicho:

- Panno Lilko!

Marzyłam, żeby mnie pocałował. Ręce mieliśmy splecione, byłam nieprzytomna - ze 

szczęścia.   Było   mi   lekko,   dobrze,   takiego   go   kocham   i   takiego   chcę   widzieć:   czułego   i 

nieśmiałego. Szaleję za nim. Dotyku jego dłoni nie zapomnę nigdy w życiu. Kochany Fogg. 

jak bardzo mi pomógł.

Grzegorz mnie odprowadził, przytulił, a ja wprost rzuciłam się w jego ramiona. Nie 

pocałował mnie jednak. To lepiej, gdyż czuję, że w ostatniej chwili stchórzyłabym, a po co 

przykry akcent. Mógłby pomyśleć, że moje uczucie jest jakąś grą.

7 stycznia 1950 r.

Już   niestety,   lekcje.   Na   szczęście,   myśl   moja   przebija   te   ponure   mury,   jestem 

uskrzydlona i nieludzko zakochana. Ach, żeby już zdawać maturę, żeby zdać! Mieć przed 

sobą całe życie, które można roztrwonić według własnych pragnień. Szaleć, szaleć, szaleć, 

ciągły ruch, zmiany, pasje, porywy, upadki i wzloty!

8 stycznia 1950 r.

Owszem, upadek to już nawet jest. I to żeby jeszcze na ciele, ale niestety, na umyśle. 

Ponieważ słynęłam z długich i podwiniętych rzęs, postanowiłam mieć jeszcze dłuższe. No i 

się wymądrzyłam. Chciałam uciąć koniuszki, żeby pobudzić ich wzrost. Światło było słabe, 

mrugało.   Chlasnęłam   nożyczkami   tuż   przy   powiekach.   Chciałam   sobie   tymi   samymi 

nożyczkami wykłuć oczy. Zaczęłam głośno płakać. Weszła mama i dostała ataku śmiechu. Po 

czym powiedziała, że odrosną, ale radzi mi także wyrwać włosy i zgolić brwi, co mi to niby 

szkodzi. Płakałam parę godzin. Mama weszła ponownie z butelką rycyny. Myślałam, że to 

dalsze kpiny. Nie, już nie żartowała, olej rycynowy dobrze wpływa na porost włosów. Mam 

smarować co drugi dzień na noc. Podobno odrosną takie długie, jak były jeszcze wczoraj, 

może   nawet   dłuższe,   ale   nigdy   nie   odzyskają   dawnej,   intensywnej   czerni,   Widocznie   do 

mamy przemówiła moja rozpacz, bo niemalże siłą zabrała mnie do kina na Milczenie jest 

zlotem. Dobry film, to mnie trochę podniosło na duchu.

15 stycznia 1950 r.

Jestem   bohaterką   najprawdziwszej   filmowej   historii.   Dlatego   przez   tydzień   nie 

background image

pisałam, bo byłam zajęta korespondencją, a właściwie notami dyplomatycznymi. Otóż siostra 

Irki A., koleżanki z mojej klasy studiuje medycynę na jednym roku z Prahoreckim. Nie, to 

wszystko, co piszę, jest nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności. Siostra odwiedziła Irkę 

w szkole na dużej przerwie. Pytałyśmy się właśnie słówek łacińskich. Następna miała być 

gimnastyka, ale nie było nauczycielki. Siostra robiła wielkoświatowe miny i starała się nas 

wyraźnie oszołomić cudami studenckiego życia, a swoją wiedzą w szczególności. Ponieważ 

nie   cierpię   pseudopopisów,   pseudoerudytek,   miałam   zamiar   odejść   i   podukać   w   ciszy   i 

skupieniu: „puto, are avi, atum - sądzę, mniemam”, kiedy Irka zapytała:

- A co z tą Kasią, którą poznałam, jak byłam u ciebie w akademiku ? No wiesz, co się 

tak kochała w tym Sławku z twojego roku. Ona mi się bardzo podobała.

Sławek,   medycyna,   tajemnicza   Kasia   -   zaczęłam   odczuwać   nerwowe   podniecenie. 

Intuicja   mówiła   mi,   że   się   dowiem   czegoś   ciekawego.   Przerzucałam   kartki   łacińskiego 

podręcznika. Uszy płonęły mi z ciekawości. I dowiedziałam się, cytuję prawie dosłownie:

- Tak, to bardzo ładna dziewczyna i zakochała się w takim typku. Nawet u niego już 

mieszkała, nie w domu, tylko wynajął jakiś pokój. Okazało się, że Kasia jest w ciąży. Pan 

Prahorecki   (jednak   myślałam,   że   zemdleję,   uwaga   własna)   pieniążki   ma.   Załatwił   jej 

ginekologa.   Ona   nie   chciała,   płakała.   Truła   się   luminalem.   Odratowali   ją.   Wtedy   piękny 

Sławek, jak się już rozniosło, że dziewczyna oczekuje dziecka, nie tylko nie poszedł do niej 

do szpitala,  ale   głośno rozgłaszał,  że  tylko  biegły wróżbita   mógłby  dojść,   kto  może  być 

ojcem. Kasia błagała go o rozmowę, ja nawet do niego chodziłam. Nic. Na adres tego ich 

pokoju, gdzie mieszkała po wyjściu ze szpitala, przysłał pieniądze.

- Co napisał? - zagadnęłam spokojniutko.

- O, umiem to na pamięć: „Nie można serca zmusić do kochania, nie uwierzę ci nigdy. 

To wszystko, co mogę zrobić dla ciebie, Katarzyno, a Ty wymaż mnie ze swojej pamięci. 

Kobiety   natrętne   i   pokrzywdzone   nie   przemawiają   do   mojej   wyobraźni.   Zmień   się, 

Katarzyno, to dobra rada (ostatnia) od Sławka. Żegnaj”.

Każde słowo chłonęłam jak bibuła atrament. Usłyszałam jeszcze, że Kasia przyznała 

się do wszystkiego matce, rodzice ją zabrali. Miała piekło. Dziecka nie będzie, ale na studia 

dotychczas nie wróciła.

Trzeba tu nadmienić, że dwa dni przed tą rozmową dostałam list od Sławka, a w nim:

Mój   cudny,   niewinny   kwiecie.   Twój   Sławek,   pomny   przysięgi,   cierpi   mękę 

pożądania ciebie i tylko ciebie, zjaw się i zerwij te, kajdany.

I takie dyrdymałki. Na szczęście nie odpisałam. Więc po tym, czego się dowiedziałam, 

wystosowałam taki poemat:

background image

Nie można serca zmusić do kochania, nie uwierzę Ci nigdy. To wszystko, co mogę 

zrobić dla Ciebie, Sławomirze, a Ty wymaż mnie ze swojej pamięci. Mężczyźni 

natrętni   i   pokrzywdzeni   nie   przemawiają   do   mojej   wyobraźni.   Zmień   się, 

Sławomirze, to dobra rada (ostatnia!) od Lidii, Żegnaj.

Odpowiedź przyszła błyskawicznie:

W niezrozumiały dla mnie sposób dojść musiały do ciebie jakieś ohydne plotki, 

które krzywdzą Sławka, nie znającego smaku innych ust niż Twoje. Lilio...

Ja starannie i kaligraficznie, ekspresem:

Jedynie moja wrodzona skromność nie pozwala mi zaproponować miejsca, w które 

chętnie kazałabym  ci się pocałować. Zrozum, zarozumialcze, że to ja, a nie Ty, 

bawiłam się tą „miłością”. I przestań zanudzać mnie tymi bredniami. Na piątym 

roku   jest   egzamin   z   medycyny   sądowej.   Gwarantuję,   że   oblejesz,   ze   trzy   razy. 

Czołem. Lilka.

Nie   odpisał,   czyli   osadziłam   trochę   tego   fircyka.   I   koniec.   Tak   się   skończył   mój 

pierwszy   występ   na   szerokim   świecie.   I   pomyśleć,   że   podobna   kreatura   należy   do   tego 

samego rodzaju ludzkiego, co subtelny Grzegorz. Jakoś po tym wszystkim chce mi się płakać. 

Nie z żalu za Sławkiem, brr! Ale może właśnie z żalu, że to wszystko jest takie brudne.

18 stycznia 1950 r.

Nematodes, Cestodes, Sporozoa, Rizopoda i inne podobne maszkary trzeba powtórzyć 

z   zoologii.   Historyczka   się   rozszalała   i   na   każdej   lekcji   mnie   pyta.   Kiedyś   okropnie 

skomplikowałam walkę o Inflanty, to równie dobrze mogłaby być wojna trzydziestoletnia. 

Teraz   nie   daje   mi   spokoju.   Ogromnie   lubi   mnie   pytać.   O   dwunastej   w   nocy,   i   to   na 

„prywatce”, mogę recytować najbłahsze daty. Oczywiście, gdyby tam nie było Grzegorza. 

Przy   nim   Zygmunt   Stary   może   śmiało   pochodzić   z   rodu   Yorków,   a   Cromwell   mógłby 

świetnie przewodzić konfederacji barskiej. Historyczce wszystko mało. Zauważyłam, że im 

uczeń więcej umie, tym bardziej się go piłuje. Właściwie nie umie, tylko mógłby umieć. 

Wyjątek - angielski, na który machnęłam ręką. Co mam z tym fantem zrobić? Cooo??°

Moje stosunki z klasą pogorszyły się. Główna przyczyna - Michał, który po próbie 

Gałczyńskiego czekał na mnie pod budą z parasolką. Poza tym,  panna Kasia, polonistka, 

bezwiednie dolała oliwy do ognia. Była klasówka z polskiego: „Droga duchowa Mickiewicza 

od Gustawa do Konrada”. Po sprawdzeniu” połowy zeszytów, powiedziała na lekcji:

- Dotychczas najlepsze wypracowanie jest Haliny Zalewskiej.

Przełknęłam, ale to był dla mnie cios. Na następnym polskim, rozdając drugą część 

zeszytów, rzekła:

background image

- Zalewską zakasowała Sagowska. Celująco. Pierwszy - celujący w mojej praktyce, 

gratuluję ci.

Klasa   zawyła.   W   tym   „zakasowaniu”   wszystkie   widziały;'   Michała.   Żeby   trochę 

ostudzić moje humanistyczne szczęście, tego samego dnia dostałam solidną i mocną dwóję? z 

angielskiego. Jeszcze  jakiś czas  upłynie  i zacznę mówić,  że nie  cierpię języka  gnijących 

imperialistów.

Grzegorz, kochany, cudny Grzegorz fruwa w swoim; dalekim ode mnie świecie.

Najwybitniejszym   przedstawicielem   stawonogów   jest...   -   Tak,   twardy   jest   żywot 

człowieka poczciwego. Kochaj Grzegorza, a ucz się o rakach i dżdżownicach.

22 stycznia 1950 r.

Dziś jest Grzegorz, muszę odbyć długi spacer. Dostałam list od tego kolegi z kursu 

ZMP.  Zapomniałam,  jak  on wygląda.  Pisze o firankach  moich  rzęs. To, co  w tej  chwili 

sterczy z moich półłysych powiek, przypomina włoski na liszce. Ohyda. Rosną, rosną, ale 

bardzo powoli. Przestałam się tym przejmować. Gorące dni przed półroczem. Klasówka z 

matematyki.   Cosinusy,   cotangesy,   logarytmy,   rzuty   graniastosłupa   prostego,   sześciokąty 

umiarowe, skróty wynoszące 1/3, kąt beta 22°16 — no, przez dwie godziny byłam na prostej 

drodze do obłąkania. Jak przez tę dżunglę przebrnęłam, pojąć trudno.

Mróz   siarczysty,   więc   jako   dyżurna   wypędziłam   wszystkie   dziewczynki   z   klasy   i 

otworzyłam okna. Naiwnie myślałam, że puszczą nas do domu ze względu na zimno. A po 

tangensach   dobrze   byłoby   odpocząć.   Źle   to   się   dla   mnie   skończyło.   Wpadła   angielka   i 

przepowiedziała mi obniżenie stopnia ze sprawowania. Ona jedna będzie na mnie nalatywać 

na konferencji. Nie da rady. Jednostka — zerem. Moja pozycja w szkole staje się ostatnio 

mocna. Aż mnie to zobowiązuje do Jakichś wysiłków.  Wszystko,  jak widać, ma ujemne 

strony.

31 stycznia 1950 r.

Dziś było rozdanie świadectw. Ze sprawowania jednak piątka. Ani jednej trójki, tylko 

jak egzotyczny kwiat na bagnie - dwójka z angielskiego. Wpadłam w panikę. Może ja się 

mylę? Może rację ma angielka? Teraz już nic nie pomoże, ona się zacięła jak stary scyzoryk.

22 stycznia 1950 r.

Dziś jest Grzegorz, muszę odbyć długi spacer. Dostałam list od tego kolegi z kursu 

ZMP.  Zapomniałam,  jak  on wygląda.  Pisze o firankach  moich  rzęs. To,  co w  tej  chwili 

sterczy z moich. półłysych powiek, przypomina włoski na liszce. Ohyda. Rosną, rosną, ale 

background image

bardzo powoli. Przestałam się tym przejmować. Gorące dni przed półroczem. Klasówka z 

matematyki.   Cosinusy,   cotangensy,   logarytmy,   rzuty   graniastosłupa   prostego,   sześciokąty 

umiarowe, skróty wynoszące pi, kąt beta 22°16 - no, przez dwie godziny byłam na prostej 

drodze do obłąkania. Jak przez tę dżunglę przebrnęłam, pojąć trudno.

Mróz jest siarczysty, więc jako dyżurna wypędziłam wszystkie dziewczynki z klasy i 

otworzyłam okna. Naiwnie myślałam, że puszczą nas do domu ze względu na zimno.

6 lutego 1950 r.

Nowa bieda. Ta małpa z przyrodniczej klasy (z „zoologicznej”) zaprosiła Grzegorza 

na   wieczorek,   który   urządzały   w   sali   gimnastycznej.   Grzegorz   poszedł.   Rażona   gromem 

napisałam do Irki. A. kartkę na fizyce:

Czy wiesz, jak tam się bawili i kto był?

Irka odpisała:

Była angielka, fizyk, dyrektorka. Podobno nieźle wypadło.

Na to ja na tej samej kartce:

Napisz   coś   konkretniejszego.   Pewnie,   że   się   bawili   przyzwoicie,   to   inaczej   nie 

mogli.

I   tu   wkroczył   w   akcję   fizyk.   Wziął   kartkę,   przeczytał   i   dopisał   coś   ołówkiem,   a 

później położył ten elaborat na mojej ławce. Dopisek brzmiał:

Mogli, ale nie Chcieli, bo nie było Sagowskiej.

To można było dwojako zrozumieć, nawet na upartego, że on by się chciał bawić ze 

mną   nieprzyzwoicie.   Ja   to   jednak   przeczytałam   jako   obelgę   i   jak   zwykle,   impulsywna, 

dopisałam:

Hipokryzja, musieli chcieć, skoro był fizyk.

I zaniosłam mu kartkę do stolika. To także mogło mieć podwójny wydźwięk: mógł 

potraktować   jako  komplement  lub   zniewagę,   jak  woli.   Dumna   ze  swojego  refleksu,   zbyt 

późno zaczęłam medytować nad pustą moją głową. Przeczytał, zaczerwienił się i zaczął tak 

szybko   wykładać,   że   nikt   nie   zdążył   nic   zanotować.   Na   przerwie   podeszłam   do   niego   i 

powiedziałam wprost z serca:

- Przepraszam.

- Więcej Osmańczyka, mniej Grottgera, a wszystko będzie cacy - odparł.

Muszę to rozebrać.

W  ogóle  nie  opisałam  sobotniej  zabawy. Grzegorza  nie  było,  a  Michał  był lekko 

background image

pijany,   co   mi   odrobineczkę   zaimponowało.   Gdyby   mógł   handlować   bronią,   byłby 

wykapanym  Rettem Butlerem. Cyniczny, a także by chyba  poszedł: walczyć o przegraną 

sprawę. Zważywszy wszystkie jego walory i pałający wzrok tej żmii Haliny, Grzegorza plus 

„zoologię”, zajęłam się Michałem. Wytańczyłam się cudnie. Potem ugryzła mnie jakaś pchła 

w okolicę serca i kiedy Michał powiedział pewnym siebie tonem:

- Wychodzimy już, prawda ? - odparłam: - Niestety, odprowadza mnie Krzysztof.

I   rzeczywiście   wracałam   z   Krzysiem,   który   nie   mógł   nic   zrozumieć   i   stał   się 

sentymentalny. Zielony ze złości Michał bawił mnie. Ostatecznie mężczyźni nie liczą się tak 

znów bardzo z kobietami (Katarzyna - Sławek), żebym ja nie mogła się pobawić kosztem 

Michała.   Obym  tylko   znowu  nie   wpędziła   się   w   jakąś   kabałę.   Nie  wiem,   źle   robię,   czy 

dobrze. W każdym razie: Michał jest jakiś zwarty i mocny i żaden numer z mojej strony nie 

będzie miał dla niego przykrych następstw.

Dnia 7 lutego 1950 r.

Fizyk się do mnie jednak nie odzywa, co ma problematyczną dobrą stronę, że z fizyki 

mam na długo spokój. Ponieważ mnie nie dostrzega, więc mnie pytał nie będzie. Tylko, czy w 

tych  warunkach ja będę się - uczyć?  Bat szkoły wyrabia w człowieku duszę niewolnika. 

Trzeba, to się uczę. To jest okropne. Muszę sobie udowodnić, że jest przeciwnie, że uczę się 

dla siebie. Ale że też akurat mi wypadło przeprowadzać ten dowód z takim przedmiotem, jak 

fizyka.   Trudno.   Muszę   nad   sobą   popracować.   Tak   bardzo   się   boję,   żebym   nie   była 

schematyczna.   Typowa   uczennica   z   żeńskiego   gimnazjum.   Na   wieczną   rzeczy   pamiątkę 

utrwalam te słowa na biologii. Dobiega mnie z oddali głos:

- Otworki narządów wydzielniczych.

Hm. Znowu będzie szkolna zabawa, w naszej sali. Z kotylionami. Mama w związku z 

kotylionem przeżyła kiedyś jakąś romantyczną historię. Może mnie także coś się przytrafi? 

Mam powodzenie, to pewne, tylko co mi z tego? Jak dotąd przynosi mi to same komplikacje. 

Trzeba   by   to   jakoś   nareszcie   zrozumieć,   co   warto,   a   czego   nie   warto.   Chryste   Panie! 

Dziargnął mnie do odpowiedzi i chciał koniecznie zobaczyć, co ja z takim zapałem piszę. 

Odmówiłam.   Dostałam   dwóję,   bez   specjalnego   wysiłku   z   obydwu   stron.   Koniec   z 

pamiętnikami na lekcji. Amen.

Wieczorem

Mama   wyjeżdża   na   sprawę   rozwodową.   Błagałam,   żeby   mnie   zabrała   z   sobą,   że 

wszystkie   lekcje   nadrobię.   Nie,   nie   mogę   opuszczać   lekcji   dla   „widzimisię”.   Zobaczyć 

Agnieszkę, Brukiew, Dyzia! O Boże! Dobrze, nie pojadę. Ale w szkole nikt mnie oglądał nie 

background image

będzie. W tym roku byłam dopiero raz na wagarach i to spędziłam je żenująco poprawnie.

8 lutego 1950 r. Katowice

Słowo stało się ciałem. Siedzę sobie w tej chwili w „Cyganerii”, piję kawę, piszę te 

słowa i mam założoną nogę na nogę. Żadnego granatu, żadnej tarczy, żadnej teczki. Zielona 

apaszka na głowie i futrzana kurtka mamy. Czuję się jak Alicja w Krainie Czarów. Byłam po 

raz   trzeci   na   Pustelni   Parmeńskiej.   Dwie   serie.   Mężczyźni   przyglądają   mi   się   z 

zainteresowaniem.   Myślę   o   Fabrycym.   Zupełnie   ale   rozumiem,   że   mając   miłość   takiej 

pięknej,  dojrzałej,   interesującej   kobiety,   jak   Sanseverina,   kochał   gąskę   marki   Clelia.   Tak 

samo, będąc Tadeuszem, nigdy nie porzuciłabym Telimeny dla Zosi. Tu rację ma Balzac, 

który jak wiadomo, nie znosił młodych kobiet. Chociaż to przemawia przeciwko mnie, jestem 

gotowa walczyć o swoje zdanie.

Podtrzymuje mnie w tym sądzie obserwacja moich koleżanek. Przeciętności. A może 

to   epoka   nie   sprzyja   powstawaniu   wielkich   indywidualności?   Przysięgam,   obejdę   całe 

Katowice i nie spotkam Sorella ani Matyldy de lae. Czasami myślę, że większość ludzi składa 

się z żołądków i języków. Nie ma umysłów ani serc. Dlaczego ludzie robią wszystko, żeby się 

oszpecić?   Dlaczego   ten   łysy   brzuchacz   pożera   mnie   oczami   ?   Wyobraża   sobie,   że   jest 

amantem. Przysięgłabym, że pija na czczo cholagogę, a tu dandys. I w jaki wstrętny sposób 

pożarł ptysia! Wyciera usta, przypominające dwie dżdżownice, serwetką, łypie na moje nogi i 

wyraźnie chce jakoś „zagaić”. No to pójdę stąd. Owszem, szukam przygód, tylko nie na miarę 

jego ciasnego umysłu. Mogłabym uratować na przykład tonącą angielkę, a potem powiedzieć 

jej   coś   obraźliwego.   Mogłabym   zostać   służącą   Putramenta   albo   Kazimierza   Brandysa. 

Wyjechać   do   Holandii   w   charakterze   konserwatora   wiatraków.   Wyznawać   islam.   Palić 

opium. Dać się zasztyletować jakiemuś pijanemu marynarzowi za niewierność. Pracować w 

policji międzynarodowej. Zmykam, bo brzuchacz zmierza do mojego stolika.

9 lutego 1950 r.

Ale go przerobiłam! Zaledwie zapytał:

- Czy pani na kogoś czeka? - odpaliłam:

- Co pan sądzi o ostatnich doniesieniach egiptologów; na temat królowej Nefretete?

Zostawiłam pieniądze na stoliku i czmychnęłam na dworzec.

To,   że   budzę   zainteresowanie   swoim   wyglądem,   w   wielu   wypadkach   bardzo   mi 

przeszkadza. Chętnie poszłabym wieczorem do „Monopolu” na kolację i przyjrzała się, jak to 

ludzie żyją. Sama, bo na przykład z Michałem to żadna sztuka. Tylko żeby mnie nikt nie 

poprosił do tańca ani nie zaczepił, bo jednak się okropnie peszę.

background image

Tak, a na znanym mi terenie jestem bezczelna. Czy z tym się urodziłam? Czy to jest 

forma   samoobrony   przed   zaplutym   życiem   w   szkole?   Otóż   porachunki,   takie   zaoczne,   z 

mamą, wymagały dwóch dni wagarowania. Dzisiaj jednak zupełnie odruchowo (!) polazłam 

do szkoły i dopiero na angielskim przypomniałam sobie, że zaszła pomyłka. Na pocieszenie 

wyskoczyłam do cukierni i kupiłam sześć czekoladowych butelek. Trzy zjadłam, trzy dałam 

Pelagii. Kosztowało mnie to prawie dwieście złotych, ale w jakich proporcjach do tej sumy 

jest obrazek, że butelki były napełnione czystą wódką i Pelagia urżnęła się w trupa. Leżała na 

ławce, a ja im każdej lekcji komunikowałam odnośnemu profesorowi, że boli ją wyrostek 

robaczkowy.

Mnie nawet nie szumiało w głowie, tak byłam zajęta obserwowaniem cierpiącej na 

alkoholizm Pelagii. Wreszcie przyszła matematyka, a z nią zeszyty z klasówkami. Już dawno 

Fredzio wyczytał stopnie (czwórka). Zapomniałam jednak, że podczas tamtych dwóch godzin 

męczarni   zrobiłam   na   marginesie   głęboką   uwagę.   Przy   zadaniu:   „Wyznaczyć   rzut 

graniastosłupa umiarowego... - dopisałam: „To równa się rzutowi graniastosłupem w głowę 

nękanej matematyką  uczennicy”.  Fredzio spojrzał  rai przenikliwie w oczy i polecił zająć 

miejsce przy tablicy. Po czym grobowym głosem zapytał:

- Proszę mi powiedzieć, jaki ma przebieg funkcja tangens a w trzeciej ćwiartce?

Błyskawiczne skojarzenie „trzeciej ćwiartki” z chorą na wyrostek Pelą zwaliło mnie z 

nóg. Zaczęłam się śmiać, ale widząc, że bierze notes, oprzytomniałam. Zaczęłam odpowiadać, 

a ponieważ marszczył nos, pozwoliłam sobie:

- Widzę, że pan profesor także niezdecydowany co do tego przebiegu. - Klasa w ryk.

Na to on:

- Poleciłbym więcej zajmować się matematyką, a mniej dowcipami.

Ja z nabożnym westchnieniem:

- Gdybyż wszyscy uczyli się matematyki tak gorliwie jak Sagowska!

On, wzniósłszy oczy na sufit:

- To byłby koniec świata. Wrócilibyśmy do epoki kamienia łupanego.

Zdenerwowałam się:

- Jakoś Sagowska dwójki nie ma i nie będzie miała, oświadczam to uroczyście.

On:

- Wypadki chodzą po ludziach.

W czasie tego dialogu, którego klasa słuchała jak mszy świętej, przypomniałam sobie 

wszystko, co obowiązana jestem wiedzieć o tangensie w X klasie w miesiącu lutym. Rozjaśnił 

twarz i całe swoje wnętrze do tego stopnia, że przy mojej pomocy wyprowadził szatański 

background image

wzór   na   postępy.   Ja   spełniłam   naturalnie   rolę   kredy.   Kazał   wzór   przepisać   i   oprawić   w 

czerwone ramki.

- Ja oprawię w zielone, to kolor nadziei - poinformowałam go.

Kazał mi siadać nie wdając się już w żadne dyskusje. Coś postawił w notesie. Ja go 

naprawdę nie lekceważę, tylko  on w dziwny sposób  wyzwala  we mnie pokłady głupoty. 

Chwilami   żal   mi   go,   jest   bezbronny   wobec   pannie   z   naszej   klasy.   Przy   tym   na   tyle 

inteligentny, że nie obraża się o byle co i nie walczy o autorytet przy pomocy dwój. Kocham 

inteligencję.

11 lutego 1950 r.

Ostatnie chwile przed zabawą. Klasówka z angielskiego. Niezwykle interesuje mnie 

jej wynik i to nie ze względu na stopień. Na zebraniu aktywu ZMP (po tym kursie jut prawem 

ciągłości jestem aktywem, chociaż to już nie to) w męskim, dowiedziałam się, że była u nich 

klasówka   i   angielka   (nasza   angielka)   dała   temat:   „Dzień   na   farmie”.   Zważywszy   jej 

ograniczenia w systemie nauczania - temat śmiały. Wyłuskaliśmy z Krzysiem piątkowego 

ucznia „Miss” z dziesiątej klasy. Bez większych trudności udało nam się posłać go do domu 

po zeszyt. Przyniósł, pożyczył. Dostał z tej klasówki piątkę. Dzisiaj właśnie, mimo wielkich 

trudności, jakie miałam przy ściąganiu, przepisałam to bardzo dokładnie. Zobaczymy. Poza 

tym „Miss” spotkała mnie na korytarzu:

- Co ty masz na twarzy ? - zapytała.

Dotknęłam ręką swojego oblicza, ale ona powiedziała szybko:

- Darwin, Darwin.

I poszła. Osłupiałam. Czyżbym była aż tak świetną ilustracją przykładu, że człowiek 

pochodzi od małpy? To pechowo, bo za godzinę idę na zabawę. Będzie Grzegorz. Grzesio. 

Grzesiątko. Grzesiulek. Grzesiek. On jest dla mnie wszystkim.

Są pocałunki jak sny swobodne,

Jaskrawo cudne, dziko szczęśliwe.

To nie ja. Belmont, a szkoda.

Więc strzeż się szalu rozcałowania.

Tragedia w tym, że nie zamierzam się strzec. Tak jakoś teoretycznie nie zamierzam. 

Jeśli   zechce   mnie   pocałować,   pozwolę,   na   to.   Chyba   pozwolę.   Na   pewno   pozwolę.   Czy 

pozwolę? No, tylko bez spekulacji na te tematy, Lilka.

background image

Dnia 12 lutego 1950 r.

Wczorajszy   wieczór   wyryje   się   „złotymi   zgłoski”   na   czarnym   jednak   tle.   Przez 

pierwszą godzinę miałam dyżur w szatni. Mogłam wieszać palta wszystkim, ale nie im. Nie 

Grzegorzowi i nie Michałowi. Przyszli razem, uśmiechając się do siebie, co napełniło mnie 

jak najgorszymi  przeczuciami. W sekundę ulotniłam się z tego miejsca pracy zostawiając 

wieszaki   na   opiece   dziewczynki   z   francuskiej   klasy.   Kiedy   obydwaj  panowie   zostali   już 

obsłużeni, wróciłam na posterunek. Grzegorz zapytał, czy długo to jeszcze potrwa. Byłam 

czerwona,   zdenerwowana   i   mamrotałam   niewyraźnie.   Na   dopełnienie   nieszczęścia   w 

charakterze skały przycumował przy mnie jakiś przyrodnik, wyobrażając sobie zapewne, że 

jego   adoracja   wprawia   mnie   w   zachwyt.   Nie   pomogło   patrzenie   na   niego   jak   na   czysto 

wymytą szybę, brak odpowiedzi, nic. Chłopak się zaciął:

- A ile jeszcze koleżanka tu będzie? Czy mogę z koleżanką zatańczyć?

Dobrze, że  nie  miałam  noża.  Grzegorz poszedł  na salę.  Kiedy nareszcie  zostałam 

zmieniona i weszłam na salę, Michał tańczył z Haliną. Nie próżnowała, jędza! Nie widząc 

Grzegorza,   zaczęłam   tańczyć   z   jakimś   „nieobiektem”.   Muzyka   szybko   umilkła   i   moja 

gwiazda'   przypomniała   sobie   o   własnym   istnieniu.   Grzegorz,   słoneczko   moje,   doszedł   i 

powiedział dokładnie tak:

- No, jest nareszcie moja królewna.

Słowa te powtórzyłam sobie do dziś przynajmniej dwa tysiące sześćset pięćdziesiąt 

trzy razy. Tańczyłam tylko z nim, nie reagując w ogóle na inne zaproszenia. W pewnym 

momencie Grzegorz przeprosił mnie i odszedł. Zagrali tango. Siedziałam blisko Haliny. W 

naszym kierunku szedł Michał. Było sprawą prestiżową, że powinien mnie poprosić. Byłam 

taka   tego   pewna.   Już   nawet   posłałam   Halinie   spojrzenie   pełne   satysfakcji,   kiedy   nie 

dowierzając własnym oczom zobaczyłam, że on się kłania jej, a nie mnie. To było dla mnie 

takie upokorzenie, że wolę zostać mniszką, niż przeżyć jeszcze raz coś podobnego. Mój cień, 

przyrodnik, wprawdzie wybawił mnie z kryzysu, ale tańczyłam już z gracją szafy orzechowej 

i  nie   wiedziałam,   jak  mi   na  drugie   imię.  A   drugie  imię   interesujące.  Magdalena.  Od  tej 

jawnogrzesznicy, której przebaczono. Koszmar się skończył, Grzegorz wrócił, kochałam go 

tak bardzo. A jednocześnie patrzyłam w kierunku Michała, przysięgając mu krwawą zemstę.

I zrobiłam rzecz, której zrozumieć nie jestem w stanie. Powiedziałam Grzegorzowi:

- Proszę na mnie nie czekać, wracam z koleżankami. Jeśli pan chce, spotkamy się w 

przyszłą sobotę, o siedemnastej, w uliczce koło stacji.

Powiedział tylko jedno słowo:

background image

- Dobrze.

Pożegnał   mnie   i   poszedł.   Chciałam   biec   za   nim,   zatrzymałam   się,   byłam   bardzo 

nieszczęśliwa. Ja mam chorą ambicję, w tym sęk. Teraz należało przystąpić do drugiej rundy. 

Tańczyłam   już   „jak   leci”,   nadaremnie   czekając   na   Michała.   Wreszcie   poprosił   mnie. 

Odmówiłam. Ja jestem obłąkana, po to zostałam przecież. Ale to, że nie chciałam z nim 

tańczyć, widziała Halina. To właśnie okazało się ważne. Wracałam z Krzysiem, powtarzałam 

sobie   w   myśli   „moja   królewna”.   Płakałam.   Wyprzedziła   nas   Halina   z   Michałem.   Krzyś 

wycierał mi twarz i przysięgał, że wszystko rozumie, a Michał to znany uwodziciel, karciarz 

itd. Nie płakałam o Michała. Kocham Grzegorza. W Krzysia matematycznej głowie nie mogła 

się zrodzić myśl, że płaczę, bo przeniosłam ambicję ponad uczucie. W wyniku tej transakcji 

został mi on, Krzysztof, który mówił:

- Żebyś ty płakała o chłopca, to już świat się wali. I nic nie rozumiał. Nic. Zupełnie 

nic.

14 lutego 1950 r.

...wtedy Eneasz, z bogami Penatami, z małym synem i nielicznymi przyjaciółmi do 

nowej ojczyzny pożeglował... nie dowiem się dzisiaj, co spotkało Eneasza w nowej ojczyźnie, 

bo dalej mi się nie chce tłumaczyć.

Sny me bezkresne są bez imienia. 

Jam dziś potężna wola kochania

I bezczelności i oburzenia.

Znacznie bardziej odpowiada mi nastrój tego wiersza. Kocham się, jestem zakochana: 

Przyglądam się tym słowom i stwierdzam z przerażeniem, że to pojęcia umowne. Jak czas. 

Jak prawo. Jak moralność. Jak dziesięcioro przykazań. Jak Sezam. Do nauki brak nastroju, 

zabawimy się w filozofa z X A.

Co by było, gdyby... tak, właśnie, gdyby kiedyś się okazało, że cała ludzkość tkwi w 

koszmarnym   niezrozumieniu,   że   to   wszystko   jest   inaczej   i   powinno   być   inaczej.   Że   na 

przykład wszyscy ludzie normalni to obłąkani i vice versa: psychicznie chorzy to ci właśnie, 

którzy   przechodzą   barierę   pewnej   niedostępności.   To   takie   ubezpieczenie,   na   wypadek, 

gdybym  zwariowała. Swoją drogą, mieć  szesnaście lat i zupełnie nie wiedzieć, co z tym 

zrobić, to trochę żenujące. Na pewno lekcje nie są najważniejszą sprawą, poza tym należałoby 

jakoś działać, żebym  kiedyś  nie musiała  się przyznać  wnuczkom: „Wiecie, wasza babcia 

zmarnowała młodość wyłącznie przez własną głupotę”. Szczęśliwi są ci ludzie, którzy w coś 

głęboko wierzą, obojętne, komuniści czy mahometanie. Ja??? Co to za śmieszny zaimek! I 

background image

jaki obowiązujący! Kiedy się leży na plaży na gorącym piachu i z dala dochodzi szum morza, 

wydaje się biednemu człowiekowi, że słońce świeci tylko dla niego, h że to niemożliwe, aby 

te ciała wyciągnięte obok łapały choćby jeden promień słoneczny. Zalewa pot, serce wali. 

Otwiera się oczy i obłęd trwa dalej - jest mroczno wszędzie - poza mną. I znów praży. Dla 

mnie.

Człowieka wszystko oszukuje. Podobnie jest w życiu codziennym. Wydaje mi się, że 

jestem czymś jedynym i niepowtarzalnym, że patrzę w inny sposób, widzę inne rzeczy, a 

przecież jeśli stwierdzam: „Jaka cudowna zieleń”, to w tej chwili parę milionów ludzi odnosi 

podobne wrażenie. Inni też mają oczy, uszy,  jedni reagują na zjawiska tego świata tak - 

drudzy inaczej, ale wszyscy czują. Jednakowy ból, głód, szansę na śmierć czy zakażenie.

Skąd więc wypływa moje poczucie odrębności, dlaczego zamykam się, dlaczego się 

nie zwierzam ze swoich nastrojów koleżankom? Jestem może śmieszna z wyobrażeniem, że 

jestem pępkiem świata i że dwadzieścia wieków nowożytnej cywilizacji czeka na mój wyrok. 

Jakże mam wydać sąd o urządzeniu świata, skoro dobrze nie wiem, jak on powstał (Pan Bóg? 

Oparin?)   i   nie   potrafię   rozróżnić,   czy   większą   rolę   odegrał   węglowodór,   czy   też   może 

węglowodan. Zaledwie dowiedziałam się, że nazywam się „Lidia Sagowska, a mamusia jest, 

lekarzem i tatuś też jest lekarzem, a ja to jeszcze nie wiem, czym będę, a mamusia z Krynicy 

przywiozła mi taką wielką lalkę”, wybuchła wojna, zginął ojciec i wszystko się skończyło. I 

też nikt nie raczył mnie się zapytać, czy ja bym ewentualnie te zmiany pochwalała, czy też 

jestem zdecydowanie przeciw. Nikt więc ze mną się nie liczy, natomiast ja powinnam się 

liczyć ze wszystkimi i ze wszystkim, co zostało ustalone bez mojego udziału, ponieważ ja 

mam lat szesnaście, a dorośli, „wiedzą lepiej”.

Moje niepotrzebne narodziny do złudzenia przypominają ślub młodej dziewczyny z 

bogatym wdowcem. On jej wyświadcza wielką łaskę, bo bierze ją „w jednej koszuli”, a ona 

„przychodzi na gotowe”. Stary jest despotą, nie pozwala w „gotowym” nic zmienić, za to 

dziewczyna   może   zjeść   trzy   razy   dziennie.   Może   wprawdzie   schować   swoją   koszulę   do 

komody po nieboszczce, ale nie wolno tej komody przestawić. Ja taki interes lekceważę. W 

moim pokoju komoda musi stać tam, gdzie mnie się spodoba, a koszula może leżeć na stole. 

Sama sobie urządzę życie i nie pozwolę się nikomu mieszać w te sprawy. Nikt nie będzie za 

mnie egzystował.  Cokolwiek  zrobię, będę mogła  mieć  tylko  do siebie pretensję,  gdybym 

spudłowała.

15 lutego 1950 r.

Dostałam list od Sławka. Nie mogłam w to uwierzyć po prostu. Pisze, że podły świat 

background image

chce nas rozdzielić, że on mi wybacza i że miłość musi się spełnić. Odpisałam ordynarnie, 

jednym  zdaniem.  Wymieniłam  dokładnie  miejsce,  w  które  ma  mnie  pocałować.   Może  w 

poprzednim liście zbyt zawoalowałam tę propozycję i wielki intelektualista nie zrozumiał ? 

Mężczyźni tracą ambicję, jeśli nie osiągną swych zamierzeń. Tak, byłam ordynarna, ale tylko 

dlatego, że nie pozwolono mi widzieć subtelności choćby tylko w zwykłym „sportowym” 

flircie.

16 lutego 1950 r. Czwartek, jeśli to ma coś do rzeczy.

Fredzio mi powiedział, że mocno się dziwi, iż tak gwałtownie bronię się przed piątką. 

Ja się dziwię, że mam czwórkę, czego mu nie omieszkałam powiedzieć w formie:

- Czymże zasłużyłam na dobrą notę tak wymagającego profesora?

- Quo usque tandem abutere Lidia patientam meam?

Pochwaliłam go za łacinę. On jest w dechę, biedny brzydal. Ożeni się z jakąś szarą 

postacią, która poleci na niego dla kariery. Magister - inżynier, nie żarty.

Być dobrą uczennicą, to ma jednak dodatnie strony. Można sobie na wiele pozwolić. 

Kiedy   profesor   się   nie   boi,   że   straci   autorytet,   to   traktuje   ucznia   jak   równego   sobie. 

Autorytetu jeszcze nikt nie stracił przez poważne traktowanie innych.

Przeżyłam noc pełną koszmarów i widziadeł. Wczoraj w zarządzie miejskim ZMP, na 

zebraniu,   'zostawiłam   na   stole   ten   zeszyt.   Kiedy  tam   wróciłam,   było   już   zamknięte.   No, 

wyobrażałam sobie, jak wytrzeszcza oczy kolega przewodniczący czytając to wszystko. I tak 

na zebraniu wywloką wszystkie moje wątpliwości: „Wierzyliśmy w koleżankę Sagowską, ale 

koleżanka Sagowska ma dwa oblicza. Jest epigonem reakcji”. Niejeden raz rozlegają się takie 

mowy. Czy mają klapki na oczach? A cóż wart człowiek bez wątpliwości! Opracowałam 

sobie małe przemówienie, z którego miało wynikać, że moje rozterki są daleko poważniejsze, 

niż to widać z tego, co piszę. I że ja to pochwalam. I że czytać się na Kapitale nie uczyłam, że 

trzeba   mnie   zdobyć,   bo   fakt   podpisania   deklaracji   był   w   moim   przypadku   mało   ważny. 

Przecież nawet taki cymbał, jak Prahorecki, zdobywał mnie, jak umiał. Tam chodziło tylko o 

ciało, a tu o cały mój światopogląd, dalsze życie. Buduj, człowieku, socjalizm i to tylko 

pyskiem, bo żadnej roboty nie ma. A wiadomo z licznych doświadczeń, że prędzej się buduje 

łopatą niż ozorem. Kamieni na piramidy faraonów na językach nie naniesiono. To fakt.

Nie   było   mi   jednak   dane   wygłosić   te   wzniosłe   myśli.   Dziś   w   szkole   Marysia 

Stokoniówna oddała mi ten brulion:

- Zostawiłaś w zarządzie miejskim zeszyt do zagadnień.

Rzeczywiście.   Na   okładce   stoi   jak   wół.   „Zagadnienia   Lidii   Sagowskiej”.   To   są 

background image

niewątpliwie   zagadnienia   Lidii   Sagowskiej.   Szkoda,   że   ich   nie   przewiduje   ministerstwo 

oświaty.

Uratowało mnie to także przed ciekawością Marysi..

19 lutego 1950 r.

Widziałam się z Grzegorzem. Może to nie jest sprawa na skalę światową, ale dla mnie 

-   istota   szarych   dni.   Tak   mało   o   nim   wiem.   To   niedobrze,   że   wystarcza   mi   sama   jego 

obecność do szczęścia. Ma 25 lat i ta różnica wieku jest tragiczna. Ona właśnie go onieśmiela. 

On  mnie  traktuje  jak  smarkulę,   która  ma  wielką  taneczną  intuicję,   ładne  oczy i  czasami 

zabawnie  bredzi.   Ale zauważa,   że  mam  bezbłędny  profil  w  ankiecie  w  szkole  zajęłam  I 

miejsce; nawet - kuropatwy nie mogły zaprzeczyć) i delikatny wykrój ust. Zaprowadziłam go 

na   cmentarz.   Ma   niezwykle   poważny   stosunek   do   nauki.   Mówi   o   tym   z   nerwem,   bez 

przechwalania się. Zgodził się, że najpiękniejsze kolory to zielony,, rudy, fiolet i czarny. 

Zgodził się, że niebieski okropny. Aprobował moje nowe uczesanie. Skąd tyle rezerwy w 

jednym   młodym   człowieku?   Jedno   spotkanie   z   nim   wynagradza   mi   tydzień   w   szkole   i 

dziesięć dni dociekań:, jestem absolutnie zmanierowana czy też coś się ze mnie wykroi?

20 lutego 1950 r.

I na pustynię poszedł człowiek

I przyniósł jadu człowiekowi.

Angielka oddała klasówki. Dwója. Całe wypracowanie - jest pokreślone na krzyż, w 

skos,   w   bok,   poziomo   i   pionowo.   -   I   pod   tym   wiele   (jak   wiele!)   mówiący   mi   wyraz: 

niedostatecznie. Sprawdziłam z tamtym zeszytem. Literka w literkę to samo. I niech mi ktoś 

teraz   powie,   że   to   niemożliwe,   .   iż   profesor   uweźmie   się   na   ucznia.   Sama   przez   lata 

walczyłam z tą teorią. To, co robi ze mną angielka, przeczy logice. Jestem zdruzgotana, ta 

sytuacja nie ulegnie zmianie. Nie traktowałam tego poważnie, po prostu przyzwyczaiłam się 

do myśli, że lekcje mnie nie pogrążą, że zawsze wybrnę itd. Dlaczego ona mnie nienawidzi? 

Za apatyczny wyraz twarzy podczas jej lekcji? Po oddaniu zeszytów raczyła mnie zapytać. 

Ledwie powiedziałam: „The war of independence” - podeszła do mojej ławki, spojrzała w 

sposób jakiś szczególny, zrobiła gest, jakby miała ochotę, uderzyć mnie w twarz. Kopnęłam 

Pelagię, która najwyraźniej modliła się do św. Franciszka z Asyżu. Potem angielka złapała się 

za głowę i mrucząc coś, zapomniała o moim istnieniu. Usiadłam. Co z tego wyniknie? Czego 

ta baba chce od mnie?

W   klasie   przestały   na   mnie   napadać   z   jej   powodu.   Pojęły,   że   to   nie   moja   wina. 

Odpowiadałam kiedyś już niemalże po myśli angielki, przerwała mi ostro:

background image

- Żadnej furtki, ja ci nie dam żadnej furtki, zapamiętaj sobie!

No to furtkę do XI klasy musi mi otworzyć kuratorium. Chyba jest sprawiedliwość na 

świecie? Nie boję się żadnego egzaminu. W tej chwili z angielskiego jestem kozak. Niech 

mnie nawet pyta śp. Franciszek Bacon. Być może, niebezpiecznie sobie poczynam, ale stać 

mnie na to. W razie rozgrywki udowodnię swoje racje.

21 lutego 1950 r., a właściwie już 22, czyli środa popielcowa.

Trzeba   sobie   posypać   popiołu   na   głowę.   Wróciłam   przed   chwilą   z   olbrzymiej, 

kolosalnej prywatki. Bawiłam się świetnie, z Michałem. Triumf na całej linii, była Halina 

(zielona i fioletowa z zazdrości - w jej wypadku kolory, okazały się nietwarzowe). Micha! 

stoi jeszcze pod oknem. Sprawdzę. Tak jest. Stoi. Udaje nieprzytomnie zakochanego, test mu 

z tym  bardzo ładnie. Kiwnę  mu jeszcze ręką i idę spać. Do  szkoły obudzi mnie pewnie 

Archanioł   Gabriel.   Przepełniona   dziwnymi   uczuciami,   ziewam.   Z   Michałem   przyjemnie 

flirtować, nikt tu nikogo nie skrzywdzi, stawka w grze duża, lecz partnerzy obydwaj uczciwi - 

albo szulerzy, kto to wie?

16 kwietnia 1950 r.

Dziś,   w   niedzielę   była   wywiadówka.   Mama   się   pofatygowała.   Wróciła   bardzo 

zdenerwowana. Na trzeci okres mam dwóję z angielskiego. Naprawdę, tragedia. Nie pisałam 

długo, bo przez moje życie przeszedł huragan.

Dnia 17 kwietnia 1950 r.

Nie, ja wiem przecie dobrze,

Jesteś chłopcem tylko

I Bóg nie mieszka w Tobie. Masz ułomne ciało,

Jesteś piękny jak człowiek i kłamiesz co chwilkę,

I chcę, aby po Tobie nic nie pozostało.

Mając   egzaltowaną,   podatną   na   -   rzeczy   przeczytane   naturę,   brak   całkowitego 

rozeznania w życiu i jednocześnie wygórowane pojęcie o swojej logice, często zapędzę się w 

ślepy zaułek. Michał potrafi być romantyczny. To było pierwsze zaskoczenie. Sentymentalny. 

Drugie. Arbitralny. Trzecie. Pełen sprzeczności. Czwarte. Zmusza do myślenia o sobie. Piąte. 

I tak dalej i tak dalej.

Potrafię dotrzymać postanowień. Więc piszę tu niniejszym, zielonym na białym: bez 

używania   w   przyszłości   wielkich   słów.   Przecież   chyba   pióro   mi   się   złamie,   kiedy   będę 

zmuszona wreszcie nagryzmolić: wydawało mi się, że kocham Grzegorza. Był inny, starszy, 

bardzo delikatny. Sytuacja na tamtej naszej zabawie: „uczucie od pierwszego wejrzenia”, 

background image

zafascynowała mnie. Przeżywałam zawrót głowy od sukcesów, a on nie deklarował się zbyt 

szybko. Mogłam go widzieć tylko raz w tygodniu, a więc atrakcja. Liczenie dni, byle do 

soboty.   Wnosił   powiew   innego   niż   szkolne,   życia.   Widziałam   go   ideałem,   mądrym, 

opanowanym.   Mówi   mało,   więc   ciągle   mi   się   zdawało,   że   ma   do   powiedzenia   znacznie 

więcej. Może jest właśnie taki, ale w tej chwili to nie ma żadnego znaczenia. Bardzo mi 

przykro, że wypisywałam te wzniosłe kwestie o miłości do niego. Mogłabym  wprawdzie 

wyrwać kartki, ale cóż by to zmieniło ? W moim wieku tak często coś się wydaje. Był moją 

odskocznią od spraw szkoły. Postawię mu więc w sercu ładny nagrobek, który jednocześnie 

niechaj   stanowi   „memento”   na   moją   dalszą.   drogę:   nigdy   nie   widzieć   kogoś   jedynym   i 

ostatecznym. Nie szaleć i nie płakać. Przejdzie, przeminie, nie wróci. Przeżyłam dzięki niemu 

wiele wzruszeń, marzeń i uniesień. W tym co robiłam i myślałam - byłam szczera. Nie byt 

więc nikim w moim życiu, ale nie mógł stać się wszystkim.

Jeśli jestem niestała w uczuciach - naprawdę nie moja wina. Jakoś akurat do mnie nie 

pasuje pojęcie pierwszej i jedynej miłości. Wiecznej - tak, ale to inna sprawa. Najpierw trzeba 

taką spotkać. Nie widzieć jej w każdym interesującym chłopcu, który być może przelotnie 

zajmuje się moją osobą. Podobnie jak ja nim. A wierzę, że uczestniczę w tragedii. Bzdura. 

Uodporniłam się dość wcześnie.

Może to i cynizm? A może wszystko to, co piszę, zwali się w gruzy jak Grzegorz? O 

moje niewygodne życie! Ileż mam z tobą kłopotów! Potrzebna mi jest dusza życzliwa to 

śmieszne, ale czuję się samotna i zbyt niedojrzała intelektualnie, żeby w tym widzieć powód 

do dumy. Raczej do rozpaczy.

Z fizykiem dobrze. Pytał mnie, rozmawiamy na przerwie, głównie o poezji. Gdzie on 

polazł na fizykę, facet jest wyraźnie „humanistycznie” niewyżyty.  Przyznałam mu się, że 

próbuję pisać i opowiedziałam treść tej nowelki o Indonezji. Zdziwił się trochę, że biorę się za 

takie   rzeczy   i   orzekł,   że   pomysł   jest   kapitalny.   Radził,   żeby   się   nie   zniechęcać.   Kiedy 

wspomniałam o armii grafomanów, rzekł:

- Masz świetnie rozwinięty zmysł krytyczny i dużo autoironii. To cię uratuje. Pracuj 

nad sobą i zadedykuj mi kiedyś egzemplarz autorski.

Po czym ubolewaliśmy wspólnie, że muszę zdawać na maturze fizykę. Są na świecie 

mili ludzie. Nawet przemili. Tylko pochłonięta własnymi zmartwieniami nie mam czasu, aby 

dostrzec piękno w człowieku. Fizyk jest cudowny.

18 kwietnia 1950 r.

Czy modliłaś się tej nocy, Desdemono?

background image

Wkrótce po ostatkach był występ baletu Tacjany Wysockiej. Halina („oczy czarne, 

oczy smętne”) powiedziała głośno przy całej klasie:

- Idę z Michałem.

Zamarłam. To było wyzwanie. Nazajutrz posłałam do Witkowskiego przez Krzysia 

kartkę. Napisałam po angielsku, a Krzyś uczy się francuskiego. Oto treść:

Wyobrażam   sobie,   jak  bardzo   się  cieszysz,   że  obejrzysz  tyle  pięknych   nóg.  Mam 

zamiar ufundować Ci dodatkową przyjemność - swoje towarzystwo. Czekaj przed Domem 

Ludowym. Dostaniesz za to nagrodę w niebie - L.

Na wszelki wypadek poszłam z Krzysiem. Kiedy tylko zobaczyłam wysoką (wysoką i 

smukłą, och, jak smukłą) sylwetkę Michała, kazałam się Krzyśkowi ulotnić, według umowy. 

Byłam tak rozanielona, że chciałam wziąć Michała pod rękę, ale mógł być ktoś z profesorów. 

Miał już bilety. Uśmiechnęłam się do niego, byłam serdeczna i zagadkowa. Gioconda, można 

powiedzieć. Słowo - to było nie tylko wyrachowanie. W pięć minut później przyszła Halina, a 

z   nią   polowa   naszej   klasy.   Usiedliśmy   z   Michałem   w   końcu   sali.   Halina   była   smutna, 

wyniosła i piękna. Zachowała się z godnością, nic ze zdenerwowania pognębionej rywalki, 

jakie pokazała na prywatce. To mi zaimponowało. Miałam ochotę wycofać się nawet z tej 

gry.   W   przerwie   Michał   polecił   mnie   opiece   kolegów   i   doszedł   do   niej.   Wyszła   przed 

zakończeniem  występu,   ale  to  ja  byłam   zdenerwowana.  Wbrew pozorom,  nie  bawi  mnie 

„odbijanie” chłopców koleżankom. To życie pcha mnie w eksperymenty.

- Co jej powiedziałeś? - zapytałam.

- Przeprosiłem   ją   za   zawód   i   wyjaśniłem   ostatecznie,   że   należy   skończyć   z   tym 

wszystkim. Trudno, zwyciężyłaś. Bądź moim szczęściem.

Dosłownie. Wzruszyłam się. Chyba tak bardzo, jak wtedy, kiedy pierwszy raz w życiu 

ukłonił mi się chłopiec. Frunęłam po prostu do szkoły,  zapominając, że mam na plecach 

kompromitujący   tornister.   Michał   potrafił   załatwić   po   męsku   sprawę.   A   wyglądał   na 

uwodziciela. Tego wieczoru pocałował mnie. To jest takie przyjemne wrażenie, chociaż nie 

czułam nic, tylko dumę, że chęć i uczucie odniosły zwycięstwo nad zakłopotaniem. I od tej 

pory   spotykamy   się   niemal   codziennie.   Klasa   mnie   potępia,   ale   gwiżdżę   na   to.   Same 

wciągnęły mnie w tę grę, a kiedy zatriumfowałam, to .przestało być grą. Sukcesem - tak, ale 

niezmiernie ważnym.

Czeka na mnie po szkole. Mamy swoją trasę - na cmentarz i miejsce, w którym się 

zwykle całujemy. Raz, a czasami dwa razy. Ale skąd to motto pod dzisiejszą datą? Robi mi 

karczemne awantury o Krzysia, o wszystkich, z którymi przejdę dwa metry ulicą.

- Rzuciłem wszystko dla ciebie po to, abyś ty była dla mnie.

background image

I   jak   cudownie   ścina   przy   siatkówce!   Byłam   w   ich   sali.   Gdyby   nie   Michał, 

matematycy   wygraliby   turniej.   Gdyby   nie   Michał,   w   dalszym   ciągu   czekałabym   soboty, 

tkwiąc w błędzie. Mamie się nie podoba. Niechętnie puszcza mnie z nim do kina. Więc puka 

Krzyś, wychodzimy, macham, mu ręką, a za rogiem czeka Michał. Boję się go, nie wiem 

dlaczego.

19 kwietnia 1950 r.

Wiem, czego się „boję”. Kiedy wczoraj usiedliśmy z Michałem na zwalonym drzewie 

i on mnie pocałował, pomyślałam: „Gdybym w tej chwili musiała wstać, nie ma siły, która 

byłaby w stanie mi to umożliwić”. Tą siłą okazałam się jednak ja. To był taki chwilowy 

zawrót głowy jak po jeździe na diabelskim młynie. Precz z tym. Poszliśmy dalej. Wieczór był 

wilgotny,   pełen   drgań   cząsteczek   mgły,   latarnie   właściwie   podkreślały   ciemność.   Z 

przyjemnością oparłabym mu głowę na ramieniu i uwierzyła w jego uczucie. Niestety, nie 

udaje  mi się to. Coś niecoś mam do zawdzięczenia Prahoreckiemu. Intensywnie myślę  o 

skończeniu tego flirtu, nic wielkiego nie wnosi w moje życie. Ale primo, nie chcą stracić 

Michała, secundo, on - dotąd zawsze porzucający - z trudem wyglądałby na porzuconego, 

choć w tym przypadku zdaję sobie z tego sprawę - to jest uczucie niskie i małe.

Całą tę historię skończy czas. Michał w tym roku zda maturę i pójdzie na studia. Zdaję 

się   więc   na  tak   zwany  los.   Jeden   brzydki   rys  charakteru   Michała.   Chełpi   się   miłosnymi 

sukcesami i nawet pokazał mi list Haliny:

Twoje pocałunki były tak mocne, że nawet mi się śniły.

Nie czuję ani cienia zazdrości, nawet mi się to podoba, że inne za nim szaleją. Gdzie ta 

Halina ma głowę, żeby chłopcu pisać prawdę i w taki sposób. Jeśli już list miłosny - to 

dwuznaczny i szyfrowy, żeby nigdy nie miał adresat postawionej kropki nad i. W ogóle trzeba 

ich trzymać krótko, a nic tak nie uwodzi jak lekka kpina. Więc albo mówić rzeczy poważne 

drwiącym   głosem   (wtedy   go   oszałamia:   „żeby   to   była   prawda”)   albo   drwić   na   nutę 

sentymentalną („taka wspaniała dziewczyna, trzeba zrobić wszystko, żeby przestała widzieć 

w tym zabawę”). Dosyć wcześnie przystępuję do opracowywania KP (Kodeks Podbojów). 

Mam w tym już pewne doświadczenie i dobre wyniki. Pewną jest rzeczą, że dziewczyna 

„cierpiąca i znosząca” daleko nie zajdzie. Chłopcy ganiają za mną tylko dlatego, że nic sobie 

z nich nie robię. Świetnie zdają sobie z tego sprawę. To drażni ich ambicję i zmusza do 

gwałtownych wysiłków w celu podobania się.

Przestanę być taka podła, jeśli spotkam mężczyznę, przy którym poczuję się pyłkiem. 

Przede wszystkim: intelekt, subtelność, kultura. Żeby zawsze można powiedzieć to, co się 

background image

czuje, nie obawiając się, że obiekt rozpłynie się w samouwielbieniu. Żeby to potrafił ocenić. 

Michałek chybaby się rozpłynął. Dlatego milczę.

Dnia 20 kwietnia 1950 r.

Awantura z mamą. I to w dziwnym okresie, bo ostatnio mama się bardzo wyrobiła. 

Powiedziała mi ostrym głosem rzeczy, o których dobrze wiedziałam:

1). Za rok czeka mnie matura.

2). Michał nie budzi zaufania.

3). Jeśli nie przyszła gosposia, to moim obowiązkiem było posprzątać.

4) Z angielskim sprawa jest niejasna.

5) Binibam sobie.

Wiem, że mam kilkakrotnie lepsze warunki w domu niż inne moje rówieśnice. I to nie 

mówię o stronie materialnej, o warunkach do nauki. Nie ma między mną a mamą konfliktu 

pokoleń. Matka mnie lekceważy.  To mnie boli, ale nie przesadzajmy. Nie jest źle. Mam 

absolutną swobodę.

Na   szczęście   byłam   w   domu,   kiedy   listonosz   przyniósł   list   od   hrabiego   „do   rąk 

własnych”. Podejrzewając, że pismo to zawiera stek niewymyślnych obelg, nie chciałam dać 

pięknemu Sławkowi satysfakcji. („Przeczytała i teraz sobie myśli”). Napisałam na kopercie: 

„Adresatka odmówiła przyjęcia” i kazałam odesłać na adres nadawcy. Listonosz podrapał się 

w głowę i oświadczył mi, że „tego się nie praktykuje”.

O tym, że jest inaczej, przekonała go dopiero paczka damskich i resztki mojego „stanu 

posiadania w gotówce”. W ten sposób nigdy się nie dowiem, jak reaguje mężczyzna na tak 

interesującą ofertę złożoną w sposób dosłowny przez ukochaną kobietę. Jeśli nie ma w żadnej 

gramatyce   takiego   czasu   -   niniejszym   go   tworzę:   nieszczęścia   występują   w   czasie 

teraźniejszym dokonanym. Wszystko, co aktualne, musimy przyjąć do wiadomości, chcemy 

czy nie chcemy. Można okpić smętnego amanta, ale nie można okpić życia. Te złote myśli 

napisała Lidia Sagowska, zabierając się bez cienia entuzjazmu do chemii.

21 kwietnia 1950 r.

Skończyliśmy   chlorowce,   znamy   wiele   metod   otrzymywania   sody.   To   jest   raczej 

szaleństwo, bez metody,  i duch Hamleta - seniora nie patronuje zjawisku. Na angielskim 

wylałam   butelkę   kropli   Valeriana,   narobiłam   okropnego   smrodu,   bo   trudno   to   nazwać 

zapachem. Angielka wyrzuciła mnie za drzwi i kazała iść do dyrektorki. Postawiła mi także 

kilka dwój, bez pytania. Gdybym się nie martwiła, co z tego wyniknie, napisałabym o tym 

opowiadanie do „Szpilek”, które nałogowo czytuję.

background image

Zadziwiła   mnie   dyrektorka.   Kiedy   tylko   weszłam   do   gabinetu   i   ogłosiłam,   że 

wyrzuciła   mnie   pani   Zieleńska   (angielka),   dyrektorka   przyjrzała   mi   się   z   niekłamanym 

współczuciem i powiedziała:

- Moje biedne dziecko, czy ty przypadkiem nie jesteś arogancka ?

- Już nie - powiedziałam szczerze. - Jeśli byłam, to nie ze złej woli, tylko z głupoty. 

Na pierwszej lekcji pani Zieleńska zadała mi pytanie, które obrażało moją byłą nauczycielkę.

Dyrektorka badała moją twarz, szczegół po szczególe, jakbym była okazem ciekawym 

przez zwyrodnienie.

- A te krople, o których mówisz? - zapytała.

- Wygłupiłam się, bardzo mi przykro, to także trochę przez nieuwagę.

- Przeproszenie pani Zieleńskiej nic nie da - powiedziała szybko. - Będziesz, niestety, 

miała poprawkę z angielskiego. Idź do klasy i staraj się być idealna, nadzwyczaj grzeczna i 

cicha, rozumiesz?

- Pani dyrektorko, ja umiem angielski - ryknęłam płaczem. - Tyle, ile w programie, to 

już na pewno.

Dyrektorka   jest   mądrym   i   doświadczonym   pedagogiem.   Nie   zgromiła   mnie,   tylko 

wymówiła dziwne słowa:

- Kiedyś   wszystko   zrozumiesz,   pani   Zieleńska   przeżyła   powstanie   warszawskie, 

straciła męża i jedynego syna. No, idź już do klasy i nie denerwuj jej. Wiem, że jesteś solidną 

uczennicą, ale czasami zbyt głośną.

Powstanie warszawskie. Tragedia narodu i tragedia jednostki. Bardzo mi żal angielki. 

Ale dlaczego ja mam płacić dwóją z angielskiego za nie przemyślane decyzje dowództwa 

AK? Już i tak dość się napłakałam oglądając zdjęcia płonącej Warszawy. W ogóle, z tym 

płaczem   u   mnie   jest   słabo.   Wydarzenie   wielkie   czy   małe   i   już   ryczę.   Życie   jest   jak 

uspokajające tykanie licznika w taksówce podczas postoju na skrzyżowaniu: przyjemne, a 

jednocześnie działa na naszą niekorzyść.

22 kwietnia 1950 r.

Poemat Fibicha w Katowicach. Teatr, lody, Michał, lody, spacer, lody, lody, lody.

Michał jest taki czarujący, że powinnam z nim natychmiast zerwać. Oglądają się za 

nim prawdziwe, eleganckie kobiety. I to w nadmiarze. Gardzę podłością, a jestem podła, 

brzydzę się kłamstwem, a kłamię. Michał mówi na mnie Liana. Chciałby widzieć we mnie 

kobietę - pnącze, uczepione jego ramion. Mnie ideologia tych krzewów jest obca, ale jest w 

tym coś zniewalającego. Na pewnym, - małym odcinku życia mogę być Lianą. Jednak tak 

background image

ogólnie   nie   widzę   się   w   tej   roli.   W   ogóle,   budowanie   życia   na   drugim   człowieku   jest 

ryzykiem,   co   najmniej,   jeśli   nie   wręcz   nonsensem.   -   Chcę   osiągnąć   jakąś   dojrzałą 

samodzielność i jeśli „Liana” - to wyłącznie dlatego, że aktualnie jest mi z tym dobrze.

Micha! powinien grywać w amerykańskich filmach dzielnego szeryfa, takiego co to za 

jednym   strzałem   -   sześć   trupów,   w   imię   sprawiedliwości.   Albo   szlachetnego   Jima   - 

zawadiakę, którego ściga ciemna przeszłość. A potem na szybkim koniu przez prerię, ze mną 

na siodełku wyrwaną ze szponów zbirów.

Michała   można   widzieć   w   marzeniach   -   to   duży   i   ostateczny   znak,   żeby   z   nim 

skończyć.   Okropnie   się   boję   poczucia   przynależności.   Mam   szesnaście   lat,   a   poglądy   i 

doświadczenie jak dwudziestoletnia kobieta. Chyba stąd, że dużo czytam i dużo piszę.

To byłby numer, gdyby uczennica wydała książkę! Na pewno na maturze zamknęliby 

oczy   na   ewentualne   brednie.   Niestety,   wszystkie   moje   arcydzieła   są   rozmamłane, 

niedokończone. Nikt tego nie czytał poza mną i Bóg tylko wie, czy to coś warte, a ten, jak 

wiadomo, nie używa atramentu i nie zaproteguje mnie do wydawnictwa. Zdam maturę, pojadę 

do Warszawy i tam wtrynię się w środowisko literackie. Czasami ogarnia mnie obłęd, marzę, 

że siedzę naprzeciwko Jarosława Iwaszkiewicza, czytam mu zawartość mojej walizy, a On 

nie ziewa, tylko na zakończenie mówi:

- Nie dopracowane... „bo chcę iść coraz dalej, coraz głośniej śpiewać” i jeszcze pani 

(!) nie rozumie, że to znaczy: praca.

„Bo chcę iść coraz dalej, coraz głośniej śpiewać”. Są mv życiu rzeczy tak piękne, że 

można   od   tego   oszaleć.   Ach,   żeby   już   zdać   maturę!   Matura   jest   koszmarem,   ale   jednak 

istnieje po to, żeby ją zdać. Ciekawa jestem, jak będą wyglądać moje losy za dziesięć lat. A w 

czwartek ? Czy w czwartek skończę z Michałem? Jakoś w to nie wierzę, chociaż to byłaby 

rzecz rozsądna. Cios dla zarozumialca. Poczucie własnej godności. Wyrwanie się z dziwnych 

nastrój  ów.  Protest przeciwko  mojej niemoralności.  Bunt w  imieniu  kobiet  ciemiężonych 

przez pięknisiów.

Czwartek.

Moja moralność jest jak ameba. Za każdym krokiem zmienia kształt. Powiedziałam 

zaledwie:

- Michał, koniec spotkań, ty masz maturę, a ja nie jestem zakochana.

Roześmiał się, wyjął chusteczkę i starannie wytarł mi wargi. Umalowałam je trochę, 

żeby w pięknej scenie rozstania wypaść niezapomnianie.

- Jeśli to powtórzysz po piątym pocałunku, to zgoda - powiedział. - I nie maluj warg, 

background image

głównym akcentem w twojej twarzy są oczy. Psuje smak taka szminka.

Przy szóstym pocałunku wspięłam się na palce. On jest taki wysoki i tak cudownie 

zepsuty.  Trafiła  kosa  na kamień.  On  wie, podobnie  jak ja,  że tylko  pewność  siebie  daje 

rezultaty.   A   ja   tę   pewność   tracę,   z   każdym   spotkaniem   coraz   bardziej.   Z   jednej   strony 

wzruszają mnie chłopcy, którzy pytają:

- Lilka, czy mógłbym cię pocałować?

A z drugiej strony... sami widzimy. Należałoby jednak z nim zerwać. Może w sobotę. 

Idem per idem. Czy to wszystko przypadkiem nie znaczy, że Michał. stanowi groźbę dla 

mojej duchowej swobody?

25 kwietnia 1950 .

W klasie wrzenie niczym w Serajewie po zamordowaniu arcyksięcia austriackiego. 

Okazało się, że Zosia Ogonikówna, tłusta, apatyczna blondynka, jest w ciąży. Usunięto ją od 

razu ze szkoły bez podania nam przyczyn, abyśmy się nie zepsuły. Zosia miała koło prawego 

ucha   trzy   czarne   ohydne   y,   włosy   zawsze   tłuste.   Uczyła   się   średnio,   z   mozołem,   raczej 

zdałaby maturę.

Z   kronikarskiego  obowiązku   odnotuję   fakt  i   więcej   sprawie  nie   poświęcę  słówka. 

Kuropatwy szaleją. Ja na przerwach czytam.

- Lilka, co o tym myślisz ? - zapytała Janka.

Powoli zamknęłam „Klub Pickwicka” i powiedziałam głośno:

- Myślę, że jesteście malutkie idiotki, nie warto się tym zajmować.

Nawet Pelagia, mój cień i gorąca wielbicielka, otworzyła szeroko oczy.

- A dlaczegóż to? - syknęła Halina. W jej pięknych oczach czaiła się wysoka gorączka.

- A dlategóż, dlategóż - odpowiedziałam powoli - że każdy człowiek powinien mieć 

rozum.  A  jeśli  go  nie  ma,  to  ja  się  o to  nie  zamierzam   martwić.   Owszem,  chętnie  dam 

składkę, jak będziecie kupować wyprawkę dla niemowlęcia, ale bardzo proszę, odwalcie się 

ode mnie z tym Romeo i Julią, dobrze? To mnie nic, ale to nic nie obchodzi.

Wróciłam   do   książki.   Już   dawno   tak   bardzo   nie   naraziłam   się   kuropatwom.   Nie 

miałam   zamiaru   motywować   im   mojego   stanowiska.   Obydwa   odłamy   klasy   - 

rzymskokatolicki i socjalistycznie moralny, obrzuciły mnie spojrzeniami pełnymi pogardy. 

Jedne widzą w tym nieszczęście, inne romantyczną miłość, jeszcze inne argument w walce Z 

zacofaniem. Ja nic z tych rzeczy, tylko głupotę. Krostowaty „majster klepka” z czerwonym 

nosem jest okropny. Ale nie o to chodzi. Przymierzałam wszystkie możliwe etykiety, żeby 

usprawiedliwić postępek mojej rówieśnicy. Przy „pożarze zmysłów” zawyłam ze śmiechu.

background image

Wszystkie ubolewamy, że nie traktują nas jak osoby dorosłe. Niestety, ludzi należy 

traktować   tak,   jak   na   to   zasługują,   a   nie   tak,   jak   chcieliby,   żeby   ich   traktowano.   Zosia 

pokazała, że jest głupią smarkulą. Stać na progu życia, być tak blisko matury, nareszcie móc 

rozprostować skrzydła i pokierować swoim życiem i tak się urządzić. powiedzmy, że życie 

jest kołem, ale dlaczego skazywać się na wycinek. Majster ożeni się z Zosią. No i co ją 

jeszcze czeka? Nawet ten ślub będzie smutny, a całe przyszłe życie bez żadnych już tajemnic, 

obdarte z uroku. Czy historia wulgarna ma przemienić się w historię romantyczną dlatego, że 

światu przybędzie niekochana istota? To się nazywa wpaść”. To jest ohydne. Nie ma nic 

wspólnego z szeptem Tatiany do Piotra Rozłuckiego: „Będziemy mieli córeczkę, będę ją 

kochała, pieściła”. To nie ma nic wspólnego z Różą, która chciała urodzić dziecko, żeby mieć 

dla kogo żyć. Tu działać musiały jakieś prymitywne instynkty, potępiam to. Porywy serca 

należy umieć zlokalizować. Zosia mogłaby być inżynierem, lekarzem, czym tylko by chciała. 

Mogłaby podróżować, pracować, bawić się i kiedyś dokonać wyboru. Teraz słusznie ponosi 

odpowiedzialność   za  swoje  czyny.  Będzie   prać  pieluchy, mieszkać  z  teściową  i  gotować 

krupnik na obiad. Ja nad nią łzy nie uronię. Jeśli się czuła tak dorosła, żeby się zdecydować 

na coś podobnego, niech liczy na siebie.

Chciałabym się tym wzruszyć i nie mogę. Każdy jest kowalem swego własnego losu, 

to prawda. Jeśli jestem podła - trudno. Tak to czuję, co mam robić. Poza tym - miłość w takim 

wydaniu napełnia mnie odrazą.

Biedny Michał! Długo chyba poczeka na pocałunek. W ogóle, jeszcze ze dwie takie 

Zosie i spędzę życie w ponurym celibacie.

Ostatni dzień kwietnia. Niedziela

Chce mi się płakać, odchodzę bezpowrotnie od naiwnego podlotka. Teraz mnie czeka 

na pewno trudna młodość. Nienawidzę szkoły, Michała i w ogóle wszystkiego. Nie lubię 

siebie takiej, jaka w tej chwili jestem. Mądrzę się okropnie, a głupia jestem jak but. Dziwnie 

jest na tym świecie. Zerwałam z Michałem i to nie jest, niestety, powód, z którego mogłabym 

poczuć się dumna. Posłałam przez Krzyśka kartkę do Męskiego:

„O miłości idealnej mowy być nie może - przyznasz. Te pocałunki nas odcinają od 

teorii Platona! Nie miej mi za złe, że nie chcę Cię spotykać. Pociesza mnie, że może 

Ci tylko pomagam, prawda? Trzymaj się, «życie nie kończy się dziś», Lilka”.

Wczoraj   Janka,   zauszniczka   Haliny,   jakimś   podejrzanym   sposobem   przyniosła 

odpowiedź:

„Gdybym się z Tobą ożenił, to tylko po to, żeby Ci dać solidnie w skórę. A teraz 

background image

szukaj   sposobów,   żeby   o   mnie   zapomnieć.   «Ofelio,   idź   do   klasztoru».   Książę 

duński”.

Oczywiście,   że   przeczytała.   Byłam   tego   pewna,   to   wynikało   z   ich   ironicznych 

spojrzeń.

Goniąc za duchową i cielesną czystością ciągnę w stronę zła. A jak mam jakiś zryw, to 

się okaże, że wcale nie tak. Inaczej. A jak? Inaczej. Ale jak?

Płonęły mi na lekcjach policzki, nie zrobiło na mnie wrażenia, że fizyk mi gratulował 

za   ten   wieczór   poezji   Gałczyńskiego.   A   mnie   się   wydawało,   że   mamrotałam.   Wróciłam 

tamtego dnia z wizytacji koła ZMP w liceum pedagogicznym, byłam struta. Podsumowałam 

dyskusję,   no  płakać  się  chce,   co  ja   miałam  do  podsumowania.   Moja  błyskotliwa  kariera 

działaczki śmieszy mnie i nie imponuje ani trochę. Po prostu, mam tak zwane „gadanie” i 

podpuszczają mnie do wystąpień, jak jest jakiś delegat z województwa. Znam masę cytatów i 

umiem je w odpowiednim momencie zastosować. Czasami się narażam, ale trudno, jak mi się 

coś nie podoba, to nie zawsze chce mi się zgrywać. Na przykład na jakimś zebraniu w hotelu 

robotniczym. Przeczytałam referat, potem była dyskusja, nic nikomu nie dająca, sztywna, w 

ramach, wreszcie potańcówka. Poczucie koleżeństwa swoją drogą, ale od dawna mi się nie 

podoba, . na zabawach dziewczyna ma jakiś umowny obowiązek tańczenia z każdym, kto ją 

poprosi.

- Co to to nie, kolego - powiedziałam i poszłam do domu.

Mam   wrażenie,   że   socjalizm   nic   by   nie   zyskał   przez   mój   taniec   z   żałobnymi 

paznokciami. Chłopcy, których przyszliśmy uświadamiać (sami niezmiernie uświadomieni!), 

woleliby,   prawdopodobnie,   kielich   gorzały.   Jakieś   wyjątkowo   tępe   typy.   Dyskutować 

mogłam, ale tańczyć nie. Nie lubię tańca dla tańca, byle gdzie i z byle kim. A kolega z 

powiatowego dojrzał przez mój czerwony krawat inteligencję pracującą, „sadzenie się”. Nic 

bardziej   mylnego.   Widzę   piękno   w   klasie   robotniczej,   ale   niekiedy   bywam   trochę   taką 

Katarzyną  Simonidze.  Można mnie  krytykować,  ale trudno  zaprzeczyć  mojemu istnieniu, 

Obiektywnie rzecz biorąc - żyję i może trzeba mnie zmieniać, ale jednocześnie akceptować. 

Tylko ciasto wlewa się do brytfanny i placek ma zamierzony kształt. Ja jestem z zakalcem, 

widocznie słabe drożdże.

Żeby już do reszty zagmatwać sobie mój obraz, muszę się przyznać, że te wszystkie 

rzeczy dzieją się w czasie, kiedy przestałam chodzić do kościoła. „Albo, albo - myślę sobie - 

trzeba  zrobić   cesarskie  cięcie”.  Poszłam  więc  do  spowiedzi,   żeby  sprawę  jakoś   załatwić. 

Odmówiłam formułkę i mówię do księdza:

- Mam   poważne   wątpliwości   co   do   religii,   odchodzę   od   Boga,   nie   czuję   żadnej 

background image

potrzeby modlitwy. Niech mnie ksiądz jakoś przekona. Zaznaczam, że nie mam podbudowy 

do materialistycznego poglądu na świat.

- Moje dziecko, jesteś pod wpływem zła, które panoszy się na świecie. Czy całujesz 

się z chłopcami?

- Całuję się, ale...

- Ile razy?

Byłam czerwona ze wstydu i złości. Już chciałam powiedzieć, że pierwszą, obrzydliwą 

i nie do zatarcia lekcję całowania dał mi jego kolega po fachu. Zmitygowałam się i mówię:

- Proszę księdza, z tym problemem poradzę sobie, sama, sprawa jest poważniejsza, ja 

już nie wiem, jaka jestem, proszę księdza o pomoc.

- Dziecko, postaraj się sobie przypomnieć, ile razy.

- Nie wiem, czy to takie ważne, skoro...

- Więc widzisz, pocałunki prowadzą do rzeczy nieskromnych, do wielkiego grzechu, 

którego Bóg ci nie odpuści. Czy może popełniłaś już nieskromny czyn?

- Niejeden, proszę księdza, ale nie ten, o którym ksiądz myśli. Trudno mi uwierzyć w 

fakt,   że   świat   powstał   za   dotknięciem   czarodziejskiej   różdżki,   uczę   się   chemii   i   przede 

wszystkim biologii... prosiłabym księdza jednak...

- Nie dopuszczaj do siebie takich myśli, materialiści nie mają żadnego dowodu na 

swoje teorie. Trzeba wierzyć gorąco, modlić się, to szatan ci nie podszepnie...

- Kiedy właśnie nie mogę uwierzyć, wychowałam się w religii rzymskokatolickiej, a 

teraz mam coś więcej niż wątpliwości.

- Nie zadawaj się z chłopcami, módl się w pokorze, a spłynie na ciebie łaska...

- A   teraz,  ojcze  duchowny, proszę  cię  o  rozgrzeszenie   i  naznaczenie   mi   pokuty  - 

zakończyłam te wywody.

Otrzymałam   rozgrzeszenie.   Właśnie   w   tej   chwili   rozciągam   sobie   to   pojęcie: 

rozgrzeszona.   Naprawdę   mnie   rozgrzeszył.   Ksiądz   wystawił   z   konfesjonału   stułę   do 

pocałowania.   Udałam,   że   tego   nie   widzę.   Jako   pokutę   za   moje   rozterki   plus   całowanie 

zafundował mi odklepanie dwadzieścia razy litanii do Serca Jezusowego. Padał deszcz, kiedy 

wyszłam z kościoła, było mi tak źle. Nie znalazłszy w kościele nic poza frazesami, a tylko 

normalne   lekceważenie,   następnym   zebraniu   ZMP   przedstawiłam   projekt   zeświecczenia 

szkoły. I tak nie ma lekcji religii tylko klepanie modlitwy. Takie bezmyślne klepanie, że aż 

obelżywe dla religii.

Miałam mściwą satysfakcję, kiedy widziałam popłoch wśród kuropatw. Szalałam z 

radości, kiedy one, bigotki, córki bigotek i wnuczki bigotek, po mniej niż skromnej dyskusji 

background image

podpisywały listę. Będą teraz klęczeć na grochu, błagać o przebaczenie, latać do kościoła i 

łkać (na wszelki wypadek, żeby sobie nie zamykać furtki do nieba): „Zrozum mnie, Boże - 

będzie wionął szept przerażonych ust - musiałam podpisać, bo mogłabym się nie dostać na 

medycynę.   Ty   zrozumiesz.   Panie,   ta   Sagowska   to   świnia,   o   Boże,   ona   ma   kontakty   z 

zarządem powiatowym, to oni ją napuścili”.

Nie chcę obrażać  ich uczuć religijnych.  Wolno  mi jednak w nie wątpić,  nie było 

jednego głosu przeciw. Gdzież pokolenie Stasiów Tarkowskich!

Medycyna ma jednak jakieś uroki, nie znane mi, ani - przyznajmy szczerze - mamie.

Oczywiście,   w   zarządzie   nic   nie   zrozumieli,   poza   tym,   że   „koleżanka   Sagowska 

bardzo się wyrobiła”.

Jakże nikt tego nie  rozumie. Jak bezowocne byłoby tłumaczenie.  Ja się musiałam 

zdecydować.  Nie  wystarcza  sama  wiadomość,  że  się  należy do  „Homo  Sapiens”.  Trzeba 

przynajmniej sobie to udowodnić.

Wróciłam do domu i powiedziałam:

- Mamo,   przestaję   chodzić   do   kościoła,   nie   jestem   dwulicowa.   Nie   budź   mnie   w 

niedzielę.

- Co ty mówisz, Lilka. Słuchaj, pożycz mi na sobotę swojego pokoju, bo robię dużego 

bridża, na dwa stoliki.

- Chętnie. Sprzątnę swoje graty. Wyglądasz na zmęczona. Prześpij się.

I już. To jest cudowne ze strony matki, a jednocześnie znów lekceważące. Sama jest 

niepraktykująca, ale mógłby ją zainteresować przełom w duszy córki. Tak, świat gwiżdże na 

mnie.   Prawem   odwetu   powinnam   gwizdać   na   świat.   Ale   ujmując   rzecz   handlowo,   ja 

wyszłabym na tym gorzej. Społeczeństwo poradzi sobie beże mnie, ale ja bez społeczeństwa? 

Każdego przestępcę najbardziej męczy izolacja od ludzi. To wszystko jest bzdurą, tak jak 

eksport rewolucji jest bzdurą.

Mam   napisać   wypracowanie:   „Wpływ   pieniądza   na   człowieka”   (Balzac).   Jestem 

bardzo nieszczęśliwa, na mnie pieniądz nawet nie ma wpływu.

Michał ma dziś mecz, nie pójdę. Czy komuś się podoba święto robotnicze, czy nie, 

jutro zaczyna się maj.

2 maja 1950 r.

Wczoraj  o dwudziestej  drugiej  wieczorem tańczyłam  na ławce  w  parku rumbę. Z 

Michałem   i   Krzysiem   jednocześnie.   Z   Michałem   przeprosiliśmy   się.   Porwał   mnie   w   tak 

zwane objęcia i usiłował pocałować, nie bacząc na obecność Krzysia. „Jeśli już pogodzenie, 

background image

to   bardziej   kameralne”   -   myślę.   Nie   lubię   miłosnych   demonstracji.   Pożegnałam   się   z 

Krzysiem.

Po dziesiątym chyba pocałunku, Michał dowodził:

- Ja   rozumiem,   nie   chcesz   się   zakochać.   Ale   właściwie   dlaczego?   Pamiętam,   jak 

szalałaś za Grzegorzem.

- Właśnie   dlatego.   Muszę   mieć   pewność,   że   to   ty.   Poza   tym   nie   wierzę   w   twoje 

słówka.

- A Grzegorzowi bardzo się podobałaś. Miałem z nim. męską rozmowę. Onieśmielałaś 

go, smarkaczu.

- No i ustąpiłeś z pola bitwy ? - spytałam.

- Nie. Ale wtedy była jeszcze Halina i chciałem ci dać po nosie. Ty jesteś...

- Jaka? - nie wytrzymałam.

- Cudowna. I bardzo jeszcze głupia.

- To ci wyznanie miłosne! Gorszego durnia niż ty znaleźć trudno. O! „Smutne jest 

życie   kretyna,   życie   kretyna   to  łza,   któraż   pokocha  dziewczyna,  takiego   kretyna  jak   ja”. 

Powtórz!

Powtórzył. Niekoniecznie ten wierszyk. Niech żyje 1 maja!

4 maja 1950 r.

Zdarza się czasami, że wymyślę sobie zgrabne powiedzonko, a potem ku swojemu 

oburzeniu czytam to w jakiejś książce. Telepatia? Czy też rzeczy gdzieś zasłyszane tkwią w 

podświadomości?

Jutro wyjeżdżam na Targi Poznańskie. Ten wyjazd to nagroda dla dobrych uczniów. 

Cudnie. Chyba jedyny w Europie wypadek, że uczeń z dwóją zostaje wyróżniony za dobre 

postępy w nauce. Ciemna sprawa. Dyrektorka uśmiecha się do mnie przyjaźnie, profesorzy 

bardzo mnie lubią, z jednym wyjątkiem. Zakraczą angielkę na sesji.

Pożegnanie z Michałem wypadło lirycznie. Pocałowałam go w policzek, z własnej 

inicjatywy. Dlaczego jestem taka nieufna? Ciągle mi się wydaje, że ktoś chce mnie okpić, 

oszukać, że za moimi plecami coś się knuje. Są milsze sposoby spędzania życia niż siedzenie 

w podejrzeniach.

Chciałabym, żeby mnie kochał. Ale myślę sobie: 15 maja Michał zdaje maturę. Zda, 

bo to mądry chłopiec. Potem wakacje, nie będzie pod moim wpływem. Wyjeżdżam z mamą 

do Krościenka. Później ja wrócę do tej ponurej szkoły, a Michał zacznie studiować chemię 

politechniczną   w   Warszawie.   Pozna   tam   dziewczynę   i   zapomni   o   mnie.   To   mało,   może 

background image

powie: „Była tam taka jedna Lilka, ale to już minęło”. Przede wszystkim dlatego trzeba by 

zerwać. Ubiec los. To ja, a nie on, i nie życie, położyłam kres idylli I teraz nie wiem, czy 

warto się nad tym zastanawiać. Odwróćmy sprawę. Ja też pewnie kiedyś zapomnę o Michale. 

Ale co z tego, jak on może wtedy nie będzie już wiedział, jaki mam kolor oczu. Żadna 

satysfakcja. Gdyby nie moje literackie skłonności, byłby ze mnie niezły chemik. Moje tak 

zwane życie  duchowe głównie polega na analizie. Czasami synteza. Niekiedy wymiana  - 

pojęć.

10 maja 1950 r. W palmiarni, w Poznaniu.

Gorąco   tu.   Obejrzałam   cyprysy,   aloesy,   i   ryby,   a   w   międzyczasie   zgubiłam 

„wycieczkę”. Nie ma Agnieszki ja już nie mam dawnej fantazji ani humoru. Częściej mi się 

chce płakać niż śmiać. Starzeję się. Ooo!

11 maja 1950 r. W Alei Kiermaszowej

To „ooo!” dotyczyło Grzegorza.

Jakiż   świat   mały!   Zaprowadziłam   go   do   Zoo   i   trzy   godziny   trzymałam   przy 

hipopotamach. Potem marsz do ogrodu botanicznego. Ciekawy człowiek, małomówny, miły.

Przed chwilą byłam w pawilonie przemysłu ciężkiego i wpisałam się do książki.

Jutro może zaświeci nam słońce, chociaż dzisiaj jest mglisty dzień.

Podpisałam   pełnym   imieniem   i   nazwiskiem.   Może   mnie   odnajdą   i   zrobią   z   tego 

użytek. Zabawiam się, jak mogę. Targi nie robią na mnie nadzwyczajnego wrażenia. Szkoda, 

że wiszę na zbiorowym bilecie, bo chętnie wróciłabym do domu.

O czwartej - Grzegorz, przy „stoisku chińskim.

Patrzę sobie na przechodzących ludzi i myślę o Atlantydzie. Była czy też jej nie było ? 

Uczestniczę tym samym w zbiorowej nieświadomości. Nikt tego nie wie na pewno, a to już 

cieszy, że się wspólnie taszczy ignorancję.

Potem.

W   parku   Wilsona,   w   muszli   koncertowej,   śpiewały   dziewczęta   z   jakiegoś 

poznańskiego gimnazjum. „Dąbrówki” chyba. Błąkam się po tym obcym mi mieście i nie 

bardzo wiem, co robić. Ludzie, ludzie, obojętny, daleki tłum.

Grzegorz   ma   się   postarać   o   bilety   na   operę,   no,   to   wyjazd   uznałabym   za   udany. 

Chciałabym zobaczyć Cannen.

15 maja 1950 r. W domu.

Odespałam   nareszcie   ten   Poznań.   Wieczorami   ganiałam   po   mieście.   Po   operze 

background image

Grzegorz zaprosił mnie na dansing. Byłam w półbutach i granatowej sukience, ale nikomu to 

nie przeszkadzało.

Na szczęście spałyśmy w olbrzymiej sali i kierowniczka dziewcząt z katowickiego 

nikogo nie pilnowała. Szumiało mi w głowie od muzyki, wina i bliskości kochanego niegdyś 

Grzegorza. Były jakieś słowa, gesty, przytulenia, ale serce we mnie nie drgnęło. Żeby tak 

wtedy!  A on właśnie na pożegnanie chciał mnie pocałować. Teraz! Udałam więc bardzo 

powściągliwą, ja, dla odmiany.

Michał ma dziś pisemny. Bardziej martwię się o Krzyśka, bo dziś polski, a polotu mój 

rycerz  nie  ma  -  za  grosz.  Wieczorem   idę  z Michałem  na  występ Marii   Bogdy i  Adama 

Brodzisza. To przedwojenni filmowi aktorzy.

Czytam Tołstoja. Jestem przy Spowiedzi. A to? Czy to nie o mnie:

Religia zaszczepiona mi w dzieciństwie znikła we mnie, tak jak i w innych, z tą 

tylko różnicą, że ponieważ już w piętnastym roku życia zacząłem czytać 

filozoficzne książki, więc utratę religijności wprędce sobie uświadomiłem.

Grzegorz   powiedział   mi,   nie   tak   dosłownie,   że   łażenie   z   Michałem   szarpie   moją 

opinię. Jaką opinię?! Chcąc mnie sądzić, nie ze mną trzeba żyć, ale we mnie, jak powiedział 

A. Mickiewicz.

W nocy.

Michałowi   poszło   dobrze,   nam   na   randce   też,   ale   ja   nie   odrobiłam   matmy.   „W 

ostrosłup prosty o podstawie sześciokąta foremnego wpisano stożek”. I pomyśleć, że pachną 

bzy, a majowa noc wchodzi do pokoju.

Przerwa na zadanie.





α

+

=

cos

1

1

a

3

2

P

2

No. Nareszcie można spokojnie pomarzyć. Psiakrew. Niestety. Jeszcze powierzchnia 

pobocznicy   stożka   ściętego,   która   coś   tworzy   z   powierzchnią   walca   równobocznego   o 

promieniu podstawy...

Jeśli   zadzieram   z   całą   klasą,   nie   mogę   zerżnąć.   To   by  się   cieszyły!   Krzyś  zajęty 

własną maturą, nie miałabym serca zawracać mu głowę. Gdzie moje tablice logarytmiczne?! 

Mama   puka   w   ścianę,   żeby   zgasić   światło.   Bogda   ładna,   Brodzisz   beznadziejny,   Michał 

cudny, Grzegorz miły. Oszaleć można! Oszaleć!

background image

25 maja 1950 r.

Przyszła kryska na Matyska, uczę się, uczę się. Co ja mam w tej wędrówce do grobu. 

Wypaliłam na zebraniu ZMP:

- Nie podoba mi się jednak, że teraz nie można strajkować.

Pewnie, sama bym postrajkowała.

Kuropatwy zawyły że szczęścia, że jestem skończona w opinii czynników. Ale już się 

ze mną liczą, kolega delegat zaczął mi rzecz tłumaczyć. Ja byłam zbyt przejęta ustną maturą 

Michała i faktem, że angielka widziała, jak chodzę boso po ulicy. Uzna to za wygłup, a ja 

zdjęłam buty dla przyjemności, woda po deszczu zalewała ulice. Nic z tego strajkowania nie 

złapałam, to jest tak, ale niewiele. Po co mieliby teraz strajkować, kiedy sami rządzą. Jak 

będę miała trochę czasu, sama przeczytam. Uratowałam od śmierci wróbla, podkurował się, 

odżył i uciekł przez okno. Nadmieniam, że rzeczownik „wróbel” jest rodzaju męskiego.

28 maja 1950 r.

Kiedy sprawy sercowe mnie drażnią - mówię sobie: ..Jest jeszcze inne życie”. Kiedy w 

książkach   błądzę   między   herezją   a   mistycyzmem,   między   materializmem   a   idealizmem, 

pocieszani się, że na szczęście istnieje miłość. Dziś tak, jutro siak.

30 maja 1950 r.

Fizyk doszedł do mojej ławki na lekcji i mówi:.

- Lilka, słyszałem, że masz bilet do teatru koło Michała.

Fizyk jest świetnie zorientowany w naszych „kto z kim”.

- Tak - odpowiedziałam - prawda. Gnomy się o to postarały.

- Szkoda, że ja nie jadę.

- Zamiast czy także? - spytałam; - Także, naturalnie.

- Bo już się bałam, że zamiast - palnęłam.

Oczywiście, chętnie siedziałabym w teatrze mając fizyka po prawicy, a Michała po 

lewicy, ale tak mi się powiedziało. Nic nie odpowiedział, ale czuję, że topór wojenny znów 

wykopany. Lubię go najbardziej ze wszystkich profesorów, ale po co zaczyna ze mną takie 

dyskusje przy klasie ? Brawuruję wtedy, chcąc pokazać, że pozwalam sobie na więcej niż 

inne. Potem rozdał zeszyty z klasówkami. Dostałam piątkę minus.

- Panie profesorze, może weźmie pan ten zeszyt na pamiątkę, ja młodo umrę, jako że 

wybrańcy bogów...

- Ewentualnie przekażę komuś bardziej zainteresowanemu osobą ofiarodawcy - uciął 

background image

chłodno.

- Ten ktoś zostanie bez tego hojnie obdarowany - powiedziałam.

Klasa zachichotała. Im jednak imponuje poziom naszych rozmów. Żeby jednak móc 

tak mówić do profesora, trzeba wiele godzin spędzić nad końmi mechanicznymi, ale to się 

opłaca i to w podwójnym sensie. Fizyk wyszedł z roli i kazał mi rozwiązać zadanie. Łatwe, 

dobrze mi poszło.

Skąd to się rozniosło, że sprytnie  pokierowałam tymi  biletami  na Balladynę.  I co 

fizyka ukąsiło?

Zeszyt mi zwrócił z napisem:

A że ją Pan Bóg stworzył,

A szatan opętał,

Więc będzie na wieki i grzeszna, i święta.

Cudowny człowiek. Bawi mnie, kiedy wbrew własnej naturze przyobleka się w szaty 

pedagoga.

I zdradliwa, i wierna, 

I dobra, i zła, 

Początek i koniec...

Janka po fizyce powiedziała z podziwem:

- Jak ty to robisz? Mnie wyrzuciłby za drzwi. Z ciebie jest bycza dziewczyna, trzymaj 

ze mną.

- Robię to w ten sposób, że umiem fizykę, moja droga. A twoją ofertę przemyślę. Jak 

chcesz, będziemy się razem uczyć.

Powiedziałam to z grzeczności. Nie lubię się z nikim uczyć, nie mam rodzeństwa, 

wychowywałam   się   zawsze   sama.   Może   to   dlatego.   Mogę   mieć   przyjaciółki,   ale   nie 

odczuwam ich braku. Jestem tak zajęta sobą i otaczającym mnie światem. Nie lubię plotek i 

cudzych   zwierzeń.   Sama   też   nikogo   nie   uszczęśliwiam   nadmiernym   zaufaniem.   Stąd   ten 

pamiętnik. Janka jednak przyczepiła się.

- Dobrze, u mnie czy u ciebie?

- Więc opuszczasz obóz Haliny? - przycisnęłam ją do muru.

- Nie ma żadnego obozu. Bardzo nam się podobałaś, jak przyszłaś, ale byłaś  taka 

wyniosła. A potem uważaliśmy, że z Michałem...

- Nie ukradłam Michała ani go nie schowałam. Poza tym... durzę się w nim.

Powiedziałam to tylko na swoje usprawiedliwienie, ja chwilami nienawidzę Michała i 

w dalszym ciągu chcę z nim zerwać. Nad połową globu ziemskiego rozpościera się noc. I w 

background image

mym sercu mroczno i ciemno. Płakać się chce bez powodu.

3 czerwca 1950.

Byliśmy z Michałem rowerami na .dalekiej wyprawie za miastem. Zwiedzaliśmy ruiny 

zamku, wymyśliłam zabawę: ja jestem zaklętą królewną. On miał mnie odczarować, ale żeby 

to się udało, musiał wejść na szczyt rumowiska. Nogi nie złamał, ale zaklęta królewna wpadła 

do lochu i potłukła sobie głupi łeb. Przerażony Michał zaniósł mnie do nieczynnego młyna i 

wyczarował kwaśne mleko. Ułożył na sianku, robił kompresy, karmił i poił. W nagrodę dałam 

mu wianek z margerytek, który poprzednio uwiłam.

- Ale to nie symbol - powiedziałam (koedukacyjna przeszłości), a on się zaczerwienił.

Był taki kochany i delikatny. Nawet mnie nie pocałował, byłam mu za to wdzięczna. 

Cmentarz, ulica, to mi dodaje pewności. Tu czułabym się głupio. Zdrzemnęłam się z cudowną 

świadomością, że on jest obok. To wszystko jest piękne. Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam 

twarz Michała.

- Kochanie moje - powiedział.

Uśmiechnęłam się, pachniały łąki.

- Mogłabyś tu zostać ze mną na noc - rzekł. - Czy wiesz, co to znaczy?

- Domyślam się - warknęłam.

- To znaczy - powiedział cicho - że cię kocham.

Zrozumiałam, ale straszne podejrzenie przeszło mi przez mózg.

- A z inną nie mógłbyś tu być? To znaczy... czy ona nie mogłaby spać spokojnie?

- Straszny z ciebie głuptas. Jak kolano?

Okazało się, że mowy nie ma o moim powrocie na rowerze. Wiózł mnie Michał, a 

lewą ręką ciągnął mój rower. Potem szliśmy, droga była dla nas zbyt krótka. Zwalnialiśmy. 

Mama zauważyła oschle:

- Trochę późno i trawa we włosach. Wiedz o tym, że najważniejszy dla kobiety w 

twoim wieku jest zdrowy rozsądek.

Nie ma obawy, mamo. Zmysły mnie nigdy nie poniosą to brednia. Chcę być świadoma 

swoich czynów. Życie jest takie piękne, takie bogate. I może być czyste i szlachetne przy 

odrobinie wysiłku. Już się nie przejmuję, że Michał wyjedzie. Ten mój sen w młynie złączył 

nas bardziej niż noc poślubna.

5 czerwca 1950 r.

Oni są bardzo mądrzy, zdali maturę, błąkają się po mieście, organizują wycieczki i 

sprowadzają mnie na złe drogi. Mam słaby charakter, kiedy pogoda jest taka piękna. Nie 

background image

wiem, jak się rozstanę z Krzyśkiem, tak oddanego rycerza jeszcze nie miałam. Zaledwie, 

człowiek przywiąże się do kogoś - żegnaj, wzywa los.

Idę do kina, ogarnia mnie spleen. Do całości brakuje mi milionów. Gdybym je miała, 

udałabym   się   w   nieznane.   Walizka,   charakter   pełen   sprzeczności,   przestrzeń   i   słońce. 

Tymczasem jakieś spotkania przy patefonie, tańce, zbyt rzadko jakiś wygłup. Jak też żyją inni 

ludzie, w dużych miastach? Na pewno ciekawiej niż ja. Będę miała dwóję z angielskiego na 

koniec roku. Satyra. Czytam Hamleta Po angielsku i usiłuję tłumaczyć. Kiedy angielka mnie 

wywołała, powiedziałam do Peli:

- Ona mnie nie pyta, tylko się upewnia, że nie umiem.

Angielka   usłyszała   i   zanotowała   moje   oświadczenie   dosłownie.   Jako   argument   na 

sesję pedagogiczną.

Poszłabym chętnie na wagary, ale jeszcze nie byłam pytana „ostatecznie” z chemii i 

geografii.

18 czerwca 1950 r.

W szkole nic mi już nie grozi, chodzę po mieście w płaszczu przeciwdeszczowym, 

chociaż słońce praży. Pozuję na oryginalną. Spotykam się z chłopcami, którzy mnie nic nie 

obchodzą i w ogóle zbijam bąki. Zupełnie nie umiem powiedzieć, co się ze mną dzieje. Nie 

chce mi się czytać, pisać. Michał wyjechał do Warszawy. Odprowadziłam go na dworzec. 

Była   jego   mama,   przyglądała   mi   się   z   aprobującym   uśmieszkiem.   Sympatyczna.   Pociąg 

odjechał, wracałam sama z pustką w sercu i poczuciem beznadziejności. Dworzec, cmentarz, 

dom - znam na tej trasie każdy kamyk. Szkoda, że życie pozagrobowe nie istnieje. W ten 

sposób tracę szansę, że kiedykolwiek uporam się z myślami i zrozumiem sens życia.

Ten Czesiek, z którym robiliśmy zdjęcia w rowie, doszedł do wniosku, że potrzebny 

mi jest mężczyzna z silnym charakterem, a z tego, co mówił, wynikało, że on takowy posiada. 

Zerwałam pęk zielska i powiedziałam:

- Czy wobec tego mogę pana prosić o rękę?

Ale kiedy zbliżył się do mnie niebezpiecznie, wsadziłam mu garść chrabąszczów za 

koszulę i ze śmiechem uciekłam do domu.

W tej chwili zerwałam firankę i uderzyłam się w głowę karniszem. To mi dobrze 

zrobi.   Nareszcie   jakiś   mocny   akcent.   Zobaczyłam   gwiazdy.   Zabija   mnie   „literackość”   i 

patrzenie na siebie z dystansu.

20 czerwca 1950 r.

Zamiast 4 grządek wyplewiłam na „SP” pół. Kiedy espiaczka zwróciła mi w ostrej 

background image

formie uwagę, rzekłam czasy karbowych się skończyły. Niech mi pani da dobry przykład.

Potem wróciłam do zajęcia obserwowania złotych much. Ona ma sprawę poruszyć. 

Proszę bardzo. Jestem tak duchowo niemrawa, tak dręczą mnie dziwne tęsknoty, że chętnie 

zgubię ten balast, choćby w awanturze.

24 czerwca 1950 r.

Wczoraj był koniec roku. Poprawka z angielskiego. W domu kwaśno jak we wnętrzu 

cytryny. Odwalam stosy zaległej korespondencji. Każde najsłabsze przeżycie jest dla mnie nie 

dekoracyjnym elementem życia, ale powodem zrywu coraz bardziej niezrozumiałych uczuć. 

Poznać   prawdę.   Obiektywną   prawdę   o   człowieku.   Zrobić   coś   dla   ludzi.   Wyzwolić   się   z 

małych problemów. Jestem impulsywna, mani złe instynkty. Chwilami upodabniam się do 

bezmyślnej kokietki. Lubię się podobać, wodzić chłopców za nos. A wcale taka w istocie 

rzeczy nie jestem. Banały, banały, banały.

Dobre, wyblakłe oczy dyrektorki:

- Nie martw się, Lilka. Zdasz poprawkę.

Michał może spaceruje trasą W - Z, ręce w kieszeniach. Żyje „na dziś”, a jeśli o mnie 

myśli, to w czasie przeszłym. Nie. Nie chcę. Wierzę mu.

26 czerwca 1950 r.

Gosposi   wylatywały   wczoraj   z   rąk   szklanki,   bo   dla   uczczenia   nabożeństw 

czerwcowych zawitał do nas biskup. We własnej osobie.

- To święty człowiek, jak panienka może nie iść go zobaczyć.

- W   każdym   ideale   jest   nieco   przesady   -   usiłowałam   ją   bezskutecznie   ostudzić. 

Musiała to zrozumieć, bo się przeżegnała.

Idę sobie dzisiaj ulicą, bez żadnych złych zamiarów wobec tubylczej społeczności. 

Daleko mi do złośliwości Bernarda Shaw. A szkoda. Gdyby on mógł opisać to, co ja dziś 

widziałam!   Pryncypalną   ulicą   naszego   grodu   powoli   majestatycznie   kroczyła   procesja. 

Naprzeciw mnie, bo trudno założyć, że na moje spotkanie. Najpierw przepisowo ksiądz z 

Sakramentem, dziewczynki w bieli, raz po raz dopadane przez matki, które im wygładzały 

falbanki,   ON,   asysta   księży   itd.,   wreszcie   pochód   wiernych   z   transparentami   (cytuję 

dosłownie):   „Słudzy   Serca   Pana   Jezusowego”,   „Miłownicy   Baranka   Świętego”, 

„Zgromadzenie   Sióstr   Świeckich”.   Stanęłam   i   patrzę.   Dalej   „Zgromadzenie   Dziewic   pod 

wezwaniem   Maryi   Niepokalanej”.   Jak   zobaczyłam   te   dziewice   z   naszego   miasta   i 

okolicznych wiosek, usiadłam na krawężniku. Co druga w zaawansowanej ciąży, co trzeciej 

dzieciak drze się przy piersi albo kroczy koło łydek. Wyglądało to jak obchód Święta Matki. 

background image

To był kiepski cyrk. Nie rozumiem, skąd się bierze tyle zacofanych ludzi w kraju dążącym do 

socjalizmu.   „Dziewice”   śpiewały,   co   pozwoliło   mi   się   zorientować,   że   co   druga   nie   ma 

zębów.   Przez   nylonowe   bluzki   wylewały   się   tłuste   cielska,   a   włosy   miały   nerwowo 

poskręcane trwałą ondulacją. Przekonałam się raz na zawsze, że uprzemysłowienie, to nie 

cywilizacja,   ta   jak   widzimy,   nie   wszędzie   jeszcze   sięga.   Tych   problemów   nie   załatwią 

ministerialne dekrety. To długa, uporczywa walka, w której sukces wierzę.

2 lipca 1950 r, Krościenko.

Narkoza, która paraliżowała mnie przez ostatnie dni przestała działać. Odzyskałam 

radość życia i poczucie humoru. W pociągu jakiś pan wmawiał mi, że jestem. podobna do 

Michelle Morgan.

- Bo to jej siostrzenica - powiedziała mama.

W Nowym Targu wsadziłam mamę w autobus, a sama wlazłam na górę ciężarówki 

jadącej do Szczawnicy. Autobus jest za mało wakacyjny, poza tym nie chciałam nic tracić z 

piękna gór. Byłam pijana wiatrem i krajobrazem. W Krościenku bez trudu odnalazłam naszą 

kwaterę. Wspólny pokój z mamą krępuje mnie trochę. Przywykłam do samotności. Mama ma 

tu znajomych ze szpitala, umawiają się na wycieczki. To świetnie, będę miała do dyspozycji 

całe długie dni, Pieniny, Dunajec.

Kończę pisanie, bo armia młodych tubylców okrutnie wydziera się pod oknem. Staram 

się myśleć w języku angielskim. Udaje mi się to coraz lepiej.

16 lipca 1950 r.

Mam tyle wrażeń do odnotowania. Wyzwolona z jakichkolwiek obowiązków - jestem 

niesłychanie zajęta. Biorę życie garściami, jak to się mówi. W towarzystwie mamy przebywa 

facet, którego identyfikuję jako zeszłorocznego adoratora znad morza. Jakże się przez ten rok 

zmieniłam! Wtedy byłam wściekła, że muszę opuszczać ukochaną szkolę. Teraz się cieszę, że 

marna   się   dobrze   bawi.   Nie   razi   mnie   nawet,   że   spotkanie   było   ukartowane,   a   nie 

przypadkowe, jak to usiłowano odegrać przede mną na krościeńskim rynku. Ja się ślicznie 

popisałam, rozlałam śmietanę i rozsypałam zielone jabłka.

- Mamo,   powiedz,   że   jestem   nienormalna.   Będzie   ci   współczuł,   że   jesteś   taka 

nieszczęśliwa - zaproponowałam później.

Mama popatrzyła na mnie dziwnie, może te słowa potwierdziły jej własne domysły. 

Schodzę mamie z drogi, nigdy nie lubiła mnie „wychowywać”. Całe szczęście przynajmniej 

jeden   wielki   problem   młodości   mnie   nie   dotyczy.   Ale   mama   potrafi   interweniować   w 

niezwykle trafnych momentach. To jest zadziwiające.

background image

W trzecim dniu pobytu tutaj poznałam poetę z Wrocławia. Tak mi się przynajmniej 

przedstawił nad Dunajcem. Nie ma on wiele do zakomunikowania temu biednemu światu, ale 

jest wysportowany, bezpośredni, świetny kompan i nie robi ze mnie muzy. Opowiada mi o 

jakiejś Basi. Basia jest kapryśna i ma drobnomieszczańskie obciążenia. Nie potrafi spać w 

namiocie i nie umie pływać. Kobieta - mimoza. Basiu zmień się! Ja natomiast jestem zbyt 

przedsiębiorcza jak na jego gust. Jemu najbardziej odpowiadałoby coś pośredniego między 

Basią a mną. Bo czy ja potrafię być kobieca? Albo zażenowana bliskością mężczyzny? Tak, 

tak, tak, ale nie na pokaz. Lilka, nie zmieniaj się. Dlaczego bliskość poety, który mnie nic nie 

obchodzi, ma na mnie wpływać deprymująco? Hę?

Nie bardzo mogę chodzić po górach. Później się rozkręcam, ale pierwsze wzniesienie 

jest   koszmarne.   Serce   bije   mi   nieprzytomnie,   w   skroniach   szumi   krew.   Piękne   widoki 

wynagradzają   mi   jednak   zmęczenie.   Byliśmy   już   na   Skałce,   hali   Przehyba,   Radziejowej. 

Trzynaście godzin marszu z małym odpoczynkiem. Przed Rytrein skapitulowałam. Zjedliśmy 

półtora kilo suchej kiełbasy, co jak na dominujący w tym udział poety jest ilością pokaźną.

On mówi, ja nie słucham, świetna z nas wakacyjna sra Podobno za naszą marszrutę 

można dostać brązową odznakę turystyczną. Trzeba to tylko zgłosić w PTTK. Nie chodzę dla 

blaszki,   chłonę   piękno   gór.   Schodziliśmy   do   Szczawnicy   Zdroju   ze   śpiewem   na   ustach, 

bardzo szczęśliwi, każde z sobie tylko wiadomych powodów. Przedwczoraj wyruszyliśmy w 

Pieniny, na Trzy Korony. Na Zamkowej górze - herbata u pustelnika. Fascynował mnie ten 

człowiek, niestety, nie zdradził najmniejszej chęci do rozmowy. Śpi w trumnie, mieszka w 

jaskini. Czy to głęboka wiara,, kompleksy czy psychopatia? Miłość do Boga czy nienawiść do 

ludzi   -   ponieważ   tego   podobno   łączyć   nie   można.   Z   „Kudłatej   Marysi”   zeszliśmy   do 

Niedzicy. Poeta wysadził się i wynajął tratwę tylko dla nas. Lunął deszcz. Flisak uciekł gdzieś 

pod dach, ale ja poetę przytrzymałam za pasek:

- Niech pan zostanie, to jest doznanie artystyczne.

Od  najmłodszych  lat   słyszałam  o  pięknie  przełomu, o  niebezpieczeństwie   spływu. 

Byłam   przygotowana   na   kosmiczne   emocje,   dlatego   powrót   tratwą   do   Szczawnicy 

rozczarował   mnie.   Ani   przez   sekundę   nie   czułam   się   bliska   śmierci.   Z   urodą   wodnego 

szczura, kłapiąca zębami krzyczałam do polskich i czechosłowackich rybaków:

- Panie, bierze?

- Bierze, mnie cholera! - wypalił któryś.

To   po   co   sterczy   z   tym   patykiem?   Nieruchomy   jak   posąg,   niepomny   na   deszcz, 

hipnotyzuje biedne pstrągi. Pstrągi można łapać „na rękę”. Poeta mnie nauczył.

Mama dziś jedzie do Szczawnicy na dansing.

background image

- Jak chcesz, to chodź - powiedziała.

Nie   chciałam.   Też   mi   przyjemność.   Tańczyłam   z   poetą   na   tratwie   przy 

niebezpiecznych zakrętach. Flisak miał ochotę przyłożyć mi drągiem, ale miał obydwie ręce 

zajęte. Hej, Austrio, hej Tyrolu! Czy wy macie Pieniny?

20 lipca 1950 r.

Prosty   charakter,   prawy,   bez   niedomówień,   cała   psychika   na   dłoni,   nudziarz. 

Właściwie bez żadnej wady - czyli nie ma punktu zaczepienia dla powierzchownego choćby 

zainteresowania. I sentymentalny w tani sposób. On poeta, ja prozaik i to nie w literackim 

sensie, takie sobie snułam myśli na temat Bolesława.

Zgrywałam się na dońskiego kozaka, bo wyczułam, że to go razi i w jakiś sposób mu 

imponuję. To znaczy, razi go pozornie, on chciałby, żeby go raziło, bo wcielił się w jakieś 

ramki, których opuszczenie uznałby za szarganie swojej poetyckiej duszy. Chciałam go jakoś 

poznać, skoro los zesłał mi już szansę poznania drugiego człowieka. Przyczepiłam się do 

sprzeczności: poezja i kiełbasa, sentymentalizm i Basia jedynaczka, z willą w tak zwanym 

posagu. I ani się obejrzałam, jak dałam się wciągnąć w długie i zawiłe rozmowy. Nie żałuję, 

już wszystko o nim wiem, a on o mnie nic, ponieważ każda moja druga wypowiedź zaprzecza 

pierwszej. To jest celowe. Ja muszę przecież jakoś poznać życie i ludzi - a jemu to chyba nie 

będzie tak bardzo potrzebne. Z tą Basią - mimozą nie czytało się Spinozy przy księżycu. Już 

dawno na podstawie jego  słów doszłam do tego wniosku. Kiedy chodziliśmy po górach, 

rozumiałam, że ten człowiek chce mówić, że coś go gnębi, że nie może się ustosunkować 

wobec   jakichś   nie   znanych   mi   spraw   dlatego   towarzystwo   szesnastolatki,   która   sprawia 

wrażenie dziewczyny bardzo serio (a on dalej nie wie, że to tylko wrażenie, przyjmuje jako 

dobrodziejstwo losu. Początkowo nie chciało mi się pogrążać w cudze intymne wynurzenia 

„kiedy on o Basi, ja zaczynałam go pytać historii, żeby mu się utrwaliło. Sucho stwierdzałam, 

że nic nie umie, on mi był wdzięczny za zwrócenie mu uwagi na ten fakt itd. Później jednak 

sama   sobie   zwróciłam   uwagę,   że   nie   mając   własnych   rozległych   doświadczeń,   należy 

korzystać z cudzych, jeśli cokolwiek da się dopasować do mojej sytuacji. Kiedy więc mama 

pomknęła z amantem do szczawnickiego „Maxima”, zaprosiłam poetę do pokoju, gotowa 

wysłuchać wszystkiego. No i mam nową ludzką tragedię, widzianą męskimi - na szczęście dla 

Basi - poczciwymi oczyma.

- Tracisz humor, poeto, kiedy dostajesz list - zauważyłam.

- To ciężka sprawa, Lilka, ty tego nie zrozumiesz, nie chcę o tym mówić - rzekł, a 

pękał z ochoty, żeby nareszcie to komuś powiedzieć.

background image

- Wal śmiało, tu siedzą ludzie rozsądni - zachęciłam go.

Oto: studiując  we Wrocławiu, wynajmował pokój u rodziców Basi, a dalej to już 

szablon czystej wody. Basia młoda i naiwna, zakochała się od razu, a najgwałtowniej wtedy, 

kiedy jemu wszystko przeszło. Nie można powiedzieć, początkowo bardzo mu się podobała, 

no i „człowiek w pewnych wypadkach jest zwierzęciem”.

Nie do mnie taka mowa i ochotę miałam niemożebną zdjąć ze ściany ślubny portret 

naszej gospodyni i przy pomocy ciosu w głowę uświadomić poecie człowieczeństwo, lecz 

cierpliwie nie przerywałam.  Chciał uciec od „tego wszystkiego” i dlatego do Krościenka 

przyjechał na wakacje ale spóźniona to ucieczka. Dostał tu list:

„Rodzice już wszystko wiedzą. Nie musisz się żenić, jeziora są głębokie, nikt się nie 

dowie, dlaczego my nie chcieliśmy żyć”.

- Będę musiał się ożenić - wyjaśnił mi łopatologicznie.

- A cóż to znaczy „będę musiał”. Raczej staraj się przekonać, że chcesz to zrobić.

- Nie kocham jej. - jęknął.

- To jest maligna, a nie rozumowanie - pocieszyłam go. - Teraz chciałbyś, żeby ona 

była   mistrzynią   skoków   z   trampoliny   albo   czymś   równie   niezwykłym   ale   wtedy 

najważniejszym jej urokiem - była potulność, co?

- Jesteś za młoda, żeby to zrozumieć, choć przyznaję,, każde twoje słowo to naga 

prawda - błysnął szacunkiem dla mojej głowy. - I jak widzisz Baśkę w świetle tego listu ?

- Słabo - przyznałam lojalnie - ale ona jest nieszczęśliwa.

- Ty nie zrobiłabyś nigdy podobnie - rozczulił się nad moją osobą.

- To znaczy jakiś taki moralny szantaż nie wchodziłby w grę, bo ja jestem mocna i 

patrzę życiu w gębę, ale przede wszystkim, poeto, nie łudź się, nie byłbyś w stanie dać mi 

powodu do takiego szantażu. Doszło? '

- Rozumiem, że też ciebie spotkałem w takiej tragicznej sytuacji. '

- Tak, jak się już narozrabiało, to się marzy o dziewczynie nawet ciut za ordynarnej 

jak na poetycki gust, ale za to z gwarancją na. nieprzysparzanie komplikacji. Słuchaj, jeśli 

masz się żenić z litości, nie rób tego. Będziesz miał do niej całe życie pretensje i ona to 

odczuje - popisałam się wnikliwą znajomością literatury. - Jeśli jednak jest jedna szansa na 

sto, że się przełamiesz, opuszczaj w popłochu Krościenko i jazda na ślubny kobierzec.

- Żeby ona była inna...

I w tym stylu rozmowa toczyła się około czterech godzin. Kiedy wychodził z pokoju, 

potknął  się  trzy razy na  chodniku.  Wczoraj  wyjechał  do  Wrocławia.  Odprowadziłam  go, 

skazańca,   do   autobusu.   Rozpłakał   się.   Nie   chciałam   mu   podać   adresu,   bo   i   po   co? 

background image

Zadedykował mi tomik swoich produkcyjniaków, pisanych chyba na siodełku traktora.

Żal mi go, ale zarówno on, jak i bohaterka dramatu nie podobają mi się. Te tragedie po 

fakcie, to dla mnie jest śmieszne. W sądach na ten temat jestem bezwzględna. Rzadkie .to dziś 

przypadki, żeby ktoś kogoś zgwałcił. Więc nie należy winić tylko mężczyzny. Tak już jest, że 

chłopcy tego chcą i tak powinno być, żeby dziewczęta się trzymały. I poeta, nieszczęśliwy 

biedaczek, z tą czarującą bezradnością: to co ja teraz mam robić?” Szczęśliwy oblubieniec, 

krzyżyk z nim. Te moje dywagacje nasuwać mogą, że jestem wyrachowana i nie mam serca. 

Między: nie zrobić czegoś - przez wyrachowanie, a uczynić to z pełną świadomością - jest 

wielka różnica i ja ją już dostrzegam.

5 sierpnia 1950 r. W domu.

W przerwach między jedną wycieczką rowerową a drugą piszę listy i monotonnie 

powtarzam   angielską   gramatykę.   Nocami   śni   mi   się   poprawka.   Czekam   na   nią   z   takim 

drżeniem serca jak na przykład na wizytę Michała. Oczywiście: Anioła Buonarotti. Nie ma 

cudów, zdam, bo będę odpowiadać przy dyrektorce, która na szczęście zna angielski. Nie 

przewiduję   dla   Zieleńskiej   możliwości   skoszenia   mnie.   No,   no,   ostrożnie   z   takimi 

oświadczeniami. Odpukać. Naprawiałam przed chwilą patefon. Teraz rumbę gra w tempie 

angielskiego walca. Straszno mi jakoś, czegoś się. boję. Może to wynik mieszanki, bo czytam 

Ojca zadziwionych na przemian z soczystym kryminałem. Ugotuję sobie jajek. na miękko, to 

podtrzyma choć fizyczne siły.

Czuję   coś   zbliżonego   do   tęsknoty   za   Michałem.   Ostrożnie!   Odpukać,   choć   nie 

jesteśmy zabobonni.

1 września 1950 r., czyli pierwszy dzień ostatniego roku szkolnego.

Staję się refleksyjna. Bo też płaczę wraz ze Słowackim: Smutno, mi Boże...

Jestem małpa, świnia i co kto chce. Angielka odeszła ze szkoły. To jest, nie z własnej 

woli, tylko zabrali ją do szpitala dla nerwowo chorych.

Fizyk powiedział mi zagadkowo:

- Nawet sobie nie wyobrażasz, jaki wielki w tym twój udział. Ale nie ma w tym twojej 

winy, przypadek, zwykły przypadek.

Mizdrzyłam się, błagałam. Na nic. Jest związany słowem honoru. Dowiedziałam się 

tylko tyle, że po maturze dyrektorka mi wszystko wyjaśni. Co ja takiego mogłam zrobić? 

Podobno nigdy w życiu nie zdałabym poprawki, gdyby była Zieleńska. Sprawa jest bardzo 

tajemnicza, przecież z powodu ucznia kuratorium nie zadrze z profesorem. Czy to naprawdę 

jakiś   uraz   popowstaniowy?   Była   więc   na   wpół   obłąkana.   Podejrzewałam   to,   ale   że   ja 

background image

odgrywam w tym jakąś rolę ? Fizyk nic więcej nie powie. Dlaczego więc powiedział tyle? 

Będę się dręczyć, będę miała wyrzuty sumienia. Rzeczywiście, nie może tu być jakiejś mojej 

winy obiektywnej, bo wtedy wylaliby mnie ze szkoły.

Młoda nauczycielka, świeżo po studiach, która ma nas uczyć, przypatrywała mi się 

badawczo na egzaminie poprawkowym.

- Ach, to ty, Sagowska... - chwila przerwy - co wiesz o teatrze elżbietańskim?

Wykute miałam wszystko na blachę, poprawka okazała się formalnością. Dostałam 

czwórkę i wcale nie mogłam się cieszyć. Będę się w tym roku uczyć, uczyć. I przypominam 

ci, Lilka: jesteś matematycznie zupełnie opuszczona. Już ci nic nie pomoże, Nic nie uratuje. A 

maturę chcesz nie tylko zdać, ale otrzymać nagrodę. Weź to pod uwagę, dziewczyno.

10 września 1950 r.

W moje życie wkroczył mężczyzna pod dziwnym tytułem: Hieronim. Jasne włosy, 

łobuzerski   wygląd,   przeciążone   kieszenie,   lat   dwanaście,   filatelista   z   zawodu   i   uczeń   z 

konieczności.   Fantazja   jego   matki   skończyła   się   raczej   z   chwilą,   kiedy   uszczęśliwiła   go 

imieniem Białopiotrowicza, teraz już tylko potrafi chlipać na temat swojego pierworodnego.

- Nic a nic nie chce się uczyć, panno Lilko, co mu dam na składkę, to kupi znaczki.

- Chętnie mu pomogę w lekcjach, czy stoi słabo z polskiego? - łudziłam się.

- Ze wszystkiego, a najgorzej z matematyki.

- Hm. Proszę go do mnie przysłać, zobaczę, czy sobie poradzę.

- Bardzo pannie Lilce dziękuję, ojciec zajęty, a ja nie mam do tego głowy, jeszcze 

dwóch w domu.

Tych dwóch na szczęście w wieku przedszkolnym. Widuję ich, bo mieszkamy w tej 

samej klatce schodowej. Hieronim przyszedł  ślicznie domyty  i ulizany,  niedbale machnął 

książką i od jednego rzutu oka poznałam bratnią duszę: wszystko tylko nie matma mu w 

głowie.   Nie   chciałam   do   reszty   obrzydzić   mu   tej   gałęzi   wiedzy,   więc   nie   zaczęłam   od 

egzaminu, jak każdy szanujący się profesor, tylko od geografii. Dał się nabrać. Około godziny 

recytowaliśmy: Ekwador, Celebes, Jamajka, Taiti, Honolulu i ani się chłopczyna spostrzegł, 

kiedy wyznał, że z matematyki wprawdzie przekroczył próg dziesiątkowy, ale poza tabliczkę 

mnożenia daleko nie wyleciał. Od razu poczułam się profesorem Sierpińskim.

- Możesz mi mówić na ty - zaproponowałam w ramach swojego szatańskiego planu 

pedagogicznego.

- Dobra - zaakceptował. - Czy nie dostajesz jakichś listów z zagranicy?

Wszedł z kaloszami w moje życie prywatne.

background image

- Niestety,   nie,   ale   znam   takich,   którzy   dostają,   zajmę   się   tym.   Lekcje   będziemy 

odwalać na bieżąco i wstecz - zaznaczyłam.

Najbardziej się bałam „na bieżąco”, ale w ułamkach okazałam się orłem. - Skąd ja to 

właściwie umiem? Nigdy się o to nie podejrzewałam. Przez dziewięć dni trwała niczym nie 

zakłócona sielanka, chłopakowi i mnie te „lekcje” sprawiały przyjemność i on sam nawet nie 

wiedział,   kiedy   machnął   swoje   zadanka,   tak   nam   się.   przyjemnie   gadało.   Wczoraj   nie 

przyszedł o umówionej godzinie. Poszła więc góra do Mahometa dowiedzieć się, co się stało. 

Już pod drzwiami zrozumiałam, że Hieronimek zawiera bliższą znajomość z szelkami lub 

pasem   ojca.   Wychowana   w   poczuciu   nietykalności   cielesnej,,   odczułam   to   boleśnie.   Nie 

czekając   na   „proszę”,   weszłam.   Dwóch   w   wieku   przedszkolnym'   wyło   dla   towarzystwa, 

matka płakała przy kuchni, kot chłeptał z garnka zupę, a Hieronim miał głowę niezupełnie 

dobrowolnie wetkniętą między kolana ojca i ryczał jak syrena strażacka. Tatuś rytmicznie 

walił sznurem od żelazka w konwulsyjnie drgające pośladki Hieronima, obiecując mu co 

sekundę:

- A dostaniesz jeszcze, dołożę ci za wszystko.

- Dzień dobry państwu - przerwałam tę rodzinną idyllę. - Chciałam się dowiedzieć, 

dlaczego Hieronim nie przyszedł na lekcje - wyjaśniłam cel wizyty.

- Buty ojca przehandlował. Znaczki kupił. Zaraz mu spalę to wszystko.

- Błagam,   niech   pani   mi   pozwoli   z   nim   pomówić   i   proszę   nie   palić   znaczków, 

odzyskamy te buty - powiedziałam, sama nie wierząc w to, co mówię.

- Ojciec,   pozwól   pannie   Lilce   do   niego   przemówić,   może   jej   się   przyzna,   komu 

sprzedał.

Złapałam delikwenta za rękę i wprowadziłam do swojego pokoju.

- Pokpiłeś sprawę, szefie, zachowałeś się jak dwunastoletni smarkacz. Pokaż no te 

znaczki.

- Zostawiłem w domu.

- To jazda po nie. Nie bój się, powiedz, że idziemy po buty.

Po upływie minuty wrócił. Oczy błyszczały mu żywą inteligencją, podobał mi się ten 

nędzny przedsiębiorca.

- Jasne - wydęłam pogardliwie wargi na widok jakiejś francuskiej serii przyrodniczej - 

połowa to kancery.

- Gdzie kancery ?• - zapytał z oburzeniem.

Musiało   go   dotknąć   zaczepienie   jego   fachowości,   Westchnęłam   w   duchu   do 

Makarenki i brnęłam dalej.

background image

- Przecież widzisz, że tu. było złamanie i tylko jest rozprasowane. Tak się dać nabrać! 

Wstydzę się za ciebie. Komu opędzlowałeś te buty? Musimy mu obić mordę.

- Takiemu z fabryki.

- No to idziemy.

Bez słowa poszedł za mną. Łudziłam' się, że może ten z fabryki pracuje na drugiej 

zmianie,   nie   mógłby   nam   się   wymigać.   Co   innego   w   domu.   Niestety.   .Portier   zawołał 

jakiegoś majstra, który nam tylko podał adres zamieszkania Rocha. Mały na szczęście znał 

nazwisko amatora kokosowych interesów. Adres: pięć kilometrów za miastem.

- Skąd ty wykopałeś' tego Rocha?

- Brat takiego z mojej klasy.

Przez drogę do Rocha nie maltretowałam już, małego śledztwem. Ostatecznie mnie 

powiedział wszystko, a ojciec bił go pół godziny i nic nie wybił. Poza tym bardzo lubię 

szczeniaka i w głębi serca nie mogłam  go potępić. Ostatecznie gdyby  kiedyś  Zuber...  to 

Tołstoj...

Roch nas się przeraził jak - Kowalski po odkryciu fortelu Zagłoby. Był sam w domu.

- Pan   jest   szubrawcem,   wpakujemy   pana   do   więzienia   -   zakomunikowałam   mu.   - 

Byliśmy w fabryce, i jeszcze pójdziemy do MO. Buty, ale już. I ma pan te swoje kancery.

- Masz te kancery; oszuście - podtrzymał mnie mały.

Kazaliśmy sobie zapakować buciki, a jakże. Ponieważ powtórny pięciokilometrowy 

spacer przestał mi się podobać, powiedziałam do Rocha:

- Nie   pójdziemy   do   MO,   jeśli   nam   pan   pożyczy   roweru.   Męskiego,   bo   nie   będę 

Hieronima wiozła na bagażniku. Jutro mały panu odstawi rower pod fabrykę.

- Pani bierze - powiedział Roch.

- Pan na przyszłość nie handluje z nieletnimi - skinęłam mu dumnie głową i wyszłam, 

popychając  przed sobą małego.. Przed domkiem  wsiedliśmy na rower Rocha i. tylko  raz 

wywaliliśmy się do rowu, aczkolwiek bez obrażeń na ciałach. Później rozmawiałam długo z 

ojcem Hieronima. Przyrzekłam, że będę pomagać małemu w nauce, że na niego wpłynę itp., 

w zamian, za puszczenie w niepamięć całego incydentu. Obiecał.

Wniosek z tego wszystkiego' dość prosty: ze wszystkich mężczyzn  na ziemi tylko 

trzech będzie mi wiernych  całe życie:  Wiliam Szekspir, Hieronim Klonek i dobry wojak 

Szwejk.

18 września 1950 r.

Przed   klasówką   wypalam   jednego   damskiego   i   usiłuję   się   skupić.   Monotonnie 

background image

powtarzam w myśli wzory, formuły. Potem się kąpię czytając w wannie porady. kosmetyczne 

dla kobiet dla odprężenia umysłu. Wczoraj byłam na zabawie, przed którą wykorzystałam 

jedną z takich porad - długo płukałam twarz w naparze rumianku i kwiatu lipowego. Nie mam 

żadnych kłopotów z cerą, piję napar bratków polnych i jem drożdże. Zaordynowała mi to 

mama. Początkowo podchodziłam do ziół nieufnie i nie chciało mi się parzyć, bo codziennie 

muszą być świeże. Mama mnie jednak pilnowała. Po dwóch tygodniach, kiedy zobaczyłam 

efekty, sama już o to dbam, a i przyzwyczaiłam się do tych czynności.

Zaczęłam zwracać uwagę na swój strój. Kiedyś interesowała mnie jedynie higiena i. 

wygoda. Teraz przeglądam' się w lustrze, jak w talii, a jak w biuście. Czy to co złego? Mama 

mówi, że „nareszcie”. Niestety, moje ulubione kolory odpadają. Nie tylko przez szkołę. Są za 

poważne.   Nie   szkodzi,   poczekam.   Wkrótce   skończę   siedemnaście   lat.   Równocześnie   z 

maturą. Mimo że tak jest lepiej, chętnie wspominam czasy niewyparzonego podlotka. Nie 

miało się żadnych kwestii - erotycznych. I przychodzi moment zastanowienia. Co zrobię z 

maturą w kieszeni ? Trzeba będzie znaleźć dla siebie jakieś miejsce. Już rozwiałam złudzenia 

mamy co do medycyny i to definitywnie.

- Studiuj, co chcesz, bylebyś to robiła dobrze i później lubiła swoją pracę.

Sądzę, że mama skończyła medycynę wbrew swojej woli i teraz nie chce powtarzać 

błędu moich dziadków. Za łatwo ustąpiła. A może to moje konsekwentne mowy na temat 

pisania? Jednak, czy mam talent? Piszę, bo lubię, jak typowy grafoman. Lubię przesypywać 

słowa   przez   moje   mózgowe   komórki,   tak   jak   brylanty   przez   palce.   Właśnie.   Nawet   nie' 

widziałam, jak żyję, prawdziwego brylantu.

Raczej   trudno   byłoby   powiedzieć:   „jestem   pisarzem”,   nie   wiedząc   właściwie   nic. 

Trzeba najpierw gruntownie poznać jedną dziedzinę, żeby móc pisać o innych. To pozorny 

paradoks. Po prostu, trzeba chociaż jedną rzecz znać na pewno. Każdy, kto ma czy miał 

piątkę z polskiego, uważa się za polonistę. A mnie filologia polska zupełnie nie pociąga. Są 

literatury daleko ciekawsze niż nasza, i na tę prawdę nie pomoże patriotyzm. Na przykład - 

literatura rosyjska. Turgieniew, Tołstoj, Kuprin, Lermontow, Puszkin. Eugeniusza Oniegina 

umiem na pamięć. Zawsze czytałam,, kiedy było mi smutno, płakałam nad pięknem i prostotą 

wiersza,   aż   się   w   końcu   nauczyłam.   Fizyk   mi   nie   wierzył,   ale   mu   to   udowodniłam. 

Recytowałam przez trzy kwadranse, aż mi przerwał ze. słowami:

- Masz fenomenalną pamięć.

Nie o to chodzi, Pana Tadeusza się nigdy nie nauczę. Znam masę wyjątków, lubię i tak 

dalej, ale bliższy memu sercu jest nastrój Oniegina.

A przecież mam dumę narodową. Niejeden raz wilgotniały mi oczy, jak czytałam o 

background image

legionach,  Somosierze  czy  szewcu   Kilińskim.   Kocham  powstanie   styczniowe,.  opłakałam 

mniej więcej co drugą jego ofiarę. Wrócę do tego tematu, na razie nic nie wiem.

24 września 1950 r.

Jak pisarz, który nie może całkowicie aprobować współczesności i sięga po tematykę 

historyczną, pozwolę sobie zanurzyć  się w epokę kamienia łupanego w moim życiorysie. 

Skąd   to   prowokacyjne   zdanie   na   początku   pamiętnika?   Pozostałość   czasów,   kiedy   to 

koniecznie chciałam, aby wszystko w moim życiu było niezwykłe. Wertowałam po kryjomu 

papiery, mozolnie licząc, czy się nie urodziłam przed ślubem rodziców. Niestety. Trzy lata, 

pięć miesięcy i dziewięć dni po ślubie mojej matki z moim ojcem i na dodatek w domu. 

Odpadła więc także możliwość, że zamienili mnie w klinice. Nie okażę się nagle księżniczką 

perską,   której   matce   poród   pokrzyżował   polowanie   w   Górach   świętokrzyskich.   Nie 

napiszemy tu więc: „Ogary poszły w las, a Księżna Roszan Taliwi ciężko zaniemogła. Pięciu 

niewolników na dziesięciu mułach odwiozło ją do miejscowego szpitala”. Jeszcze cztery lata 

temu,   kiedy   utrzymywałyśmy   kontakty   ze   znajomymi   ojca,   byłam   tak   głupia,   że   inna 

kombinacja nie przychodziła mi na myśl. Tylko dlatego przyjaciele ojca zostali pozbawieni 

romansowych  podejrzeń  o mnie. Przez te trzy lata, pięć miesięcy i dziewięć dni rodzice 

wymyślili  dla  mnie   imię:   Paweł.  Było  to  imię  dziadka.  - Niezwykłej   dobroci  człowieka. 

Kiedy   więc   wycięłam   pierwszy   w   życiu   kawał   i   urodziłam   się   dziewczynką,   wybuchła 

panika. Stało się jasne, że imienia po dziadku odziedziczyć nie mogę. Podobnie nie wyszło z 

niezwykłą dobrocią. Przy każdej literze alfabetu dochodziło do wielkich sporów, wreszcie 

stanęło na Lidii - Magdalenie.

Imię Lidia niewiele mi mówi, natomiast Magdalena...

Kiedy   skończyłam   lat   jedenaście,   biskup   podczas   swych   duszpasterskich   wojaży 

zatrzymał się w miasteczku, w którym wtedy przebywałam z mamą. Szansę tę postanowiła 

wykorzystać  podstępnie  owieczka  Lidia - Magdalena  i zdobyć  imię  ubóstwianej  gwiazdy 

filmowej - Marleny Dietrich. Ale biskup zamiast „Marlena” powiedział „Maria” (widocznie 

nie dosłyszał) i uderzył mnie w twarz. To się nazywa bierzmowanie. Za to nie pocałowałam 

go w palec, który mi nadstawił, tylko się schyliłam i wytarłam własny nos własnym palcem.

Tak czy inaczej, jestem nieźle zaopatrzona w imiona, natomiast znacznie gorzej w 

zdrowy rozsądek, co niedwuznacznie wynikać musi z moich zapisków.

Natychmiast po urodzeniu na ręce lekarza przelałam moje lekceważenie do świata, a w 

sekundę   później   zrobiłam   dalszy   nietakt.   Wiem   to   z   mitów   rodzinnych.   Jak   na   kobietę 

wykazywałam   nadwagę,   ważyłam   cztery   i   pół   kilo.   Miałam   olśniewającą   karnację   lekko 

background image

gnijącego   pomidora.   Kruczoczarne   włosy   rosły   na   krzywej   (wtedy!!!)   główce   w 

zorganizowanym szyku: trzy nad czołem, po jednym nad każdym uchem i długa broda na 

karku. Z otwieranego co jakiś czas prawego oka „aż biła” inteligencja.

W tych warunkach ojciec się natychmiast zdecydował, że jestem najpiękniejszym i 

najgenialniejszym dzieckiem na świecie. Wszystkie inne dzieci darły gębę w kąpieli, a ja 

tylko wtedy ją zamykałam. W drugim dniu swojego życia uśmiechałam się radośnie (?!) w 

chwili zapalenia światła. Naturalnie, nie mogło być mowy o konwulsyjnym grymasie. Pewnie 

cieszyłam się, że przyszłam na świat po Edisonie, który wynalazł żarówkę i mnie już nie 

czekał ten obowiązek.

Część swojego młodego żywota przesypiałam. Wierzę, że robiłam to z przekonaniem. 

W mitologii tuż za Amorem drepce u mnie Morfeusz.

Kiedy tylko umiałam siedzieć o własnych siłach, położono przede mną następujące 

przedmioty:   książeczkę   do   nabożeństwa   (którą   Magdalena   odrzuciła   ze   wstrętem),   dzieło 

naukowe, którego  nie obdarzyłam  przesadną uwagą, stetoskop ojca, którym  wyrżnęłam  z 

furią   w   głowę   babci,   skrzypce   -   jako   że   postawienie   fortepianu   na   stole   napotkało   na 

trudności, jasełkową maskę diabła - co miało symbolizować sztukę aktorską, aluminiowy 

garnek - bo życie różne płata figle i kto wie, czy nie „będzie zmuszona gotować”. Wreszcie - 

kryształowy kałamarz, napełniony atramentem, bo bez atramentu wróżba byłaby niepełna. 

Najbardziej zainteresował mnie kałamarz. Oczywiście nie dlatego, że zawsze trzymany był 

ode mnie daleko. Z radością wylałam atrament, na kogo tylko się dało i rycząc zuchwale nie 

pozwoliłam sobie wydrzeć pióra. Dostałam kartkę papieru, gdzie udowodniłam swój talem 

literacki. To, co napisałam, zostało przez ojca zidentyfikowane jako „a”.. Babcia niepewnym 

głosem stwierdziła, że można się tam, dopatrzeć „t”. Gorący aplauz. Przy czym, jak wiemy z 

książki pana Falskiego, odpowiednie połączenie tych liter daje nam dwusylabowy wyraz tata. 

Tak więc umiałam  pisać, zanim nauczyłam  się alfabetu. Moja ręka i umysł  wyprzedzały 

język, który ani rusz nie chciał się ułożyć tak, abym mogła przeczytać to, co już pięknie pisać 

umiałam. Wykrzywiłam się szpetnie na widok diabelskiej maski, więc kto wie, czy nie będę 

krytykiem teatralnym. W każdym razie, jak wiemy, rosnę w przekonaniu, że pióro stanowi 

moją. Przyszłość.

W trzynastym roku życia napisałam pierwszą powieść,. Pracowałam nad nią cztery 

dni. Już wtedy wiedziałam, że geniusze są za życia nie doceniani. Jasne, że nie powierzyłam 

jej nikomu. Przeczytałam więc sama sto trzy razy, co należy rozumieć, że powieść zdobyła 

pewien rozgłos. Przyjmując,, że za każdorazowym czytaniem byłam Jednym Czytelnikiem, 

już mamy stu trzech czytających mnie ludzi. Czy każdy autor może się poszczycić, że miał 

background image

stu trzech czytelników, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli czytali jego dzieło jęcząc z 

zachwytu? Poza tym, byłam w posiadaniu - rękopisu, a wiadomo, jak się za tym rozbijają 

biblioteki..   Dopiero   okrutne   życie   sprawiło,   że   rękopis   zaginął.   Cześć.   Jego   Pamięci! 

Pamiętam treść, którą pozwolę sobie przytoczyć z prawdziwą radością, że mogę wrócić życiu 

choć tyle: .,«Batorym» do Polski wraca piękna dziewczyna  razem z ojcem bisnesmenem. 

który zlikwidował fabryczkę wiecznych piór, żeby ucałować łan ziemi ojczystej. Jedzie także, 

mama - Amerykanka, która była kiedyś manicurzystką. i robiąc tatusiowi manicure, zacięła 

go boleśnie w serce... Oprócz nich - braciszek, którego tylko wpływ polskiej młodzieży może 

uratować przed stoczeniem się na dno.

Na statku nasza bohaterka poznaje mężczyznę - cud. pana Zańskiego. Pokochali się 

miłością czystą i namiętną. Gdynia wita ich deszczem. Zagadka tytułu, bo powieść była pt. 

Deszczowy dzień. Jest to dzień ich rozstania. Marten - bardzo cierpi, bardzo.

Po ożywionej korespondencji jedzie do Gdyni, aby złożyć ukochanemu wizytę. Kocha 

go ponad konwenanse. Drzwi otwiera jej ruda wydra. Marlena mdleje, a potem choruje na 

zapalenie opon mózgowych. Zański ocknął się, zrozumiał, co może stracić. Czuwa przy jej 

łóżku. Następuje w nim wielki przełom, który utrwala się na całe życie. Martena wyzdrowiała 

i padli sobie w ramiona...” Koniec.

Przez   ten   czas   posunęłam   się   trochę   w   rozwoju   i   dziś   już   nie   byłabym   w   stanie 

wymyślić podobnie interesującej fabuły. Gdyby nawet, to kazałabym Martenie puścić jednak 

w trąbę pana Zańskiego.

Od razu po urodzeniu wypędzono (?) ze mnie złego - ducha przy pomocy „chrztu z 

wody”. Planowano huczne chrzciny. Termin był ustalony, goście zaproszeni, a w kościele 

załatwione, co tani trzeba. Przyszłam już jednak na świat ze zmysłem humoru, toteż zakpiłam 

ze   wszystkiego.   O   trzeciej   nad   ranem   lico   przyoblekłam   w   łunę   i   popędziłam   rtęć   w 

termometrze do 40°. Zaraz, ile to będzie w skali Fahrenheita, fizyk by się ucieszył, gdybym 

wiedziała. Mniejsza z tym.  Marzyłam  więc o przejażdżce do Krainy Wiecznych  Łowów. 

Ojciec   robił   z   moim   ciałem,   co   mógł,   a   ciotki,   babki   i   całe   kobiece   zgromadzenie 

zastanawiało się nad ratunkiem dla mojej duszy.

Chrzest   „z   wody”   mógł   być   na   sądzie   ostatecznym   nieważny.   Zrobiono   ze   mnie 

zgrabny tobołek i osobliwa procesja udała się do kościoła. Kościół był, nieprzytomne dziecię 

też,   ale   dawał   się   odczuć   brak   ojca   chrzestnego.   Zdecydowano   się   na   „kościelnego”. 

Chrzestną matką miała być mdlejąca z rozpaczy ciotka. Zdołano tylko ściągnąć zaspanego 

księdza, który sutannę narzucił na piżamę. Ojciec złowił przechodnia, który jakoś podczas 

ceremonii   zdołał   mnie   podtrzymać,   dla   uczczenia   chrześniaczki   zaintonował   w   świątyni 

background image

bojową pieśń. Legiony to - żołnierska nuta.

Niestety, ja już nie widziałam go nigdy w życiu, a jest rzeczą wątpliwą, że on widział 

mnie wtedy. Czasem, z logiką ludzi dorosłych, obwiniano mnie o niego: „Pijaczyna cię .do 

chrztu trzymała”. Byłam taka dumną z całej tej szopki, że natychmiast wyzdrowiałam, co w 

wersji babki Józefy arie tylko graniczy z cudem, ale nim było niewątpliwie. rzecz utrwalił 

Mickiewicz w Panu Tadeuszu mówiąc:

Gdy   od   płaczącej   matki   pod   Twoją   opiekę   ofiarowany,   martwą   podniosłem 

powiekę.

Wieszcz miał dar przewidywania, bo trudno to inaczej tłumaczyć.

Od najwcześniejszych miesięcy życia' lubiłam przedmioty humanistyczne, dlatego też 

te   ciągłe   kłopoty   z   matematyką.   Z   wielką   wnikliwością   psychologiczną   parodiowałam 

Ludwika XIV i za pomocą ciągłego ryku zmusiłam wszystkich do uznania hasła: „Dom - to 

ja”. Brałam więc z góry zadośćuczynienie za stan obecny, teraz nikt się ze mną nie liczy. Za 

to odjadam sobie, bo we wczesnej młodości codziennie powinnam była zemrzeć śmiercią 

głodową. Nie jadłam nic, „Absolutnie, ale to zupełnie nic”. Tajemnicze jest pochodzenie tych 

wałków tłuszczu na moich rękach i nogach, jakie oglądam na kolorowych portrecikach.

Na wakacje wyjeżdżaliśmy na wieś, jakieś dobre sto metrów od naszego domu w 

mieście. Właściwie trzeba było tylko przejść przez łubin i powietrze było już dla dziecka 

zdrowe.   Rodzice   dobrze   zarabiali,   zwłaszcza   w   dni   targowe.   Większość   honorariów 

otrzymywali jednak w jajkach i indykach. Ale i z gotówką nie było źle. Byłoby jeszcze lepiej, 

gdyby ojciec nie poczuł się odcięty od świata, po studiach w Warszawie. Przeprowadził więc 

na własny koszt, przez kilkanaście kilometrów, linię telefoniczną.

Mieliśmy więc telefon, z którego można było zadzwonić do pana Dery, aptekarza, 

albo   nawet   do   powiatowego   miasta,   jak   było   potrzeba.   Później   także   na   plebanię,   bo   - 

proboszcz złakomił się na gotowe i też sobie założył aparat. To tyło już za mojego żywota. 

Przedtem rodzice zaczęli budować jednopiętrowy dom. Ja się urodziłam na etapie parteru i 

tak już zostało, to znaczy nic nie zostało, bo dom spalili Niemcy, a plac sprzedała mama w 

czasie okupacji za dwa. metry cukru i pięć kilo masła. Wykiwali ją. Masło - po przetopieniu 

jadłyśmy całą zimę i jeszcze się upiekło ciasto na Wielkanoc. Z cukrem była historia zupełnie 

makabryczna. Jeszcze dziś, jak słodzę herbatę, uprzednio wącham cukierniczkę. Miałam trzy 

koty, Pawła, Gawła i Kunegundę. Te bydlaki uznały, że to piasek, a miały świetne maniery.. 

Dwa tygodnie pomagałam mamie przetapiać ten cukier na karmel. Zrobiło się .z tego cukierki 

„krówki” i sprzedawała za chleb albo słoninę. Częstowałam także dzieci, nigdy sama nie 

jedząc.

background image

Front naszego domu wychodził na rynek. Po rynku chodziły krowy przez okrągły rok, 

w lecie i w zimie, z wyjątkiem Bożego Ciała, kiedy chodziła procesja. Wtedy tajemniczo 

znikały,   w   każdym   razie   nigdy   w   procesji   nie   widziałam   ani   jednej,   z   wyjątkiem   pani 

Derowej.

Ona mi dziwnie krowę przypominała, ale nie powinna. czuć się obrażona, bo jej to 

szczerze powiedziałam: „Pani to jest podobna do krowy”. Ojciec wtedy dał mi jedynego - w 

życiu   klapsa.   Wspomnienie   to   pieszczę   w   sercu   jak   największy   skarb.   Pani   Derowa 

wyróżniała się jedynie brzuchem: i siedzeniem. Zrobiła tylko jedną rzecz szokującą. Kiedy 

kupiła sobie konia i bryczkę, chciała sama powozić. Wjechała do cukierni pana Kidawki, 

który omal nie umarł na serce, widząc ruinę swojego lokalu. Ten koń też się musiał wyróżniać 

głupotą, bo na przykład „Jaśka” dziadka Pawia odwoziła. go z lumpki pod sam dom, wprost 

w   ramiona   stęsknionej   babki   Zofii.   Babka   Zofia   jest   jędzą.   Odkąd   zginął   ojciec,   nie 

widziałam jej.

Natomiast   dziadek   „przyjeżdżał   do   nas   często.   Umarł   serce.   To   był   cudowny 

człowiek. W odróżnieniu od babki nigdy się nie bał, że mi musi zapisać kamieniczkę w 

Grodzisku pod Warszawą. Kpię z kamieniczek. Przed wojną miałam założoną książeczkę 

PKO. Po dojściu do pełnoletności miałam być panną z pieniędzmi. Oczywiście, wszystko 

przepadło. Tego jednego nie żałuję, bo być „panną z posagiem” to bardzo staroświeckie. Nie 

mogę pojąć, jak ta wiecznie narzekająca babka mogła jakoby rzucić w profesora kałamarzem, 

za co wylali ją z gimnazjum. Albo po sprzeczce z dziadkiem, w podróży poślubnej, wrzuciła 

do rzeki obrączkę i zaręczynowy pierścionek z brylantem. Posądzam ją, że nad rzeką zrobiła 

tylko gest, a biżuterię tajemnie sprzedała. Jest bardzo skąpa i nie ma ani odrobiny fantazji, 

którą w  nadmiarze  miał dziadek. Dziadek był  arystokratycznie  - zubożało obciążony,  ale 

może to nieprawda, tylko odgrywał się na babce, która była córką właściciela piekarni.

Kiedy byłam u dziadków, często chodziłam do restauracji. Zaczynało się zwykle od 

obiadu. Siedziałam zawsze koło dziadka, który ściągał babce - poduszki z otomany, abym 

była „na poziomie”. Jeśli wypadła poduszka z Pierrotem, babka ją brutalnie wyciągała spode 

mnie. Zanim zaczęła rozlewać do talerzy, brała łyżkę, próbowała zupę, siorbiąc głośno.

- Proszę cię, Zosiu, nie próbuj.

- W kuchni sto razy próbuję i dobrze.

- Mogłabyś tego nie mówić.

- Delikatniś, patrzcie go.

Zabieraliśmy   się   do   jedzenia.   Obiady   te   w   niczym   nie   przypominały   moich 

trawiastych, kulek z cielęciny i przecieranych zup. Jeśli były zimne nogi, dziadek obficie 

background image

skrapiał   je   octem,   co   mnie   napawało   zrozumiałym   zachwytem.   Jadło   się   kwaśne   żury, 

kapustę, pierogi, tłuste mięsa, groch, chrzan, ćwikłę. Czasami obiad przebiegał spokojnie. - 

Niekiedy jednak, jeżeli babką zrzędziła, dziadek nie wytrzymał:

- No i czego tak na mnie patrzysz?

- Bo mi się zdaje, żeś sobie dzisiaj kropnął.

- Guciu - zwracał się do swojej córki - co wygaduje twoja matka?

- Mnie się też zdaje, że ojciec sobie kropnął.

- Nie kropnął sobie dziadek, nie kropnął - piszczałam.

- Jedynie dziecko mnie rozumie - mówił dziadek. - Chodź, dziecko., z tego domu, bo 

tu nas chcą otruć.

Zrywałam się jak żołnierz na komendę. Dziadek w jedną rękę brał laskę, w drugą moją 

łapę i ścigani okrzykami babki, wyruszaliśmy do knajpy.

- Demoralizuje dziecko, łobuz jeden - dobiegał nas. krzyk.

- Ona   ma   sztuczną   szczękę   i   w   nocy   trzymają   w   szklance,   wiesz?   Hi!   hi!   hi!   - 

informował mnie dziadek.

- Wiesz, najpierw pójdziemy do Żyda; a potem na lody, charaszo? - ciągnął dziadek.

- Charaszo, niech mi dziadek opowie, jak to się rozpuścił w Petersburgu - prosiłam.

- Hulało się, hulało. Ale co ty, dziecko, wygadujesz?

Wchodziliśmy do knajpy. „Żyd” kłaniał się i pytał, czy dla pana radcy nakryć, jak 

zwykle, w gabinecie. W „gabinecie” była czerwona otomana, muślinowa firanka upstrzona, 

przez muchy i prostokątny stół, który się ciągle kiwał. Dziadek dochodził do lady, na której 

stała gablotka z pozieleniałymi nieco zakąskami i „wystukiwał” laską:

- To, to, to.

Potem   przyglądał   mi   się   krytycznie.   Jako   kumpel   do   kieliszka   nie   musiałam   się 

najlepiej prezentować, bo z troską w głosie pytał „Żyda”: - Rogalskiego nie było?

- Nie.

- A doktora Petruszki?

- Jeszcze nie.

Ale oto wchodził w restauracyjne progi jakiś człowiek - Dziadek napadał na niego:

- Kolego, możeście dzisiaj nie pili?

- W samej rzeczy, panie radco, nie.

- To nie odmówicie nam kieliszeczka.

- Jakżebym mógł.

- W karafce to co zwykle - dysponował dziadek - a dla dziecka...

background image

- Śledzia i lody - podsuwałam.

- Śledzia i lody dla dziecka - powtarzał dziadek.

Czasami   „dobijał”   doktor   Petruszko.   Udzielił   mi   raz   pierwszej   pomocy   w   postaci 

wody sodowej, kiedy zwymiotowałam pod stół. Libacje ciągnęły się długo, ja nikomu nie 

przeszkadzałam. Obserwowałam strzępki dywanu na podłodze i jadłam wszystkie „zakazane 

owoce”.

- Dziecko   powinno   jeść,   co   chce   i   jak   chce.   Ręką   czy  nogą,   byle   jadło   -   dewiza 

dziadka odnośnie pielęgnacji dzieci.

To wszystko było wielką tajemnicą. Nigdy słówkiem nie wspomniałam o „Żydzie”. 

Tylko   raz   wyprowadził   mnie   z   równowagi   doktor   Petruszko.   Ojciec   był   jedynym 

człowiekiem, który mógł wpakować mi łyżkę do gardła i kazać. powiedzieć „aaa”. Mama 

miała do mojej jamy ustnej wstęp kategorycznie wzbroniony. Wychowałam się właściwie 

między  ceratową   kanapką  a  stetoskopem,  ale   przed  łopatką miałam   paniczny lęk.  Ojciec 

wyjechał, a mama podejrzewała u mnie anginę. Przebywałyśmy wtedy u babki.

- No to pójdziemy do Petruszki - zdecydowała mama - zmęczona moim wierzganiem i 

rykiem.

U  Petruszki  przejrzałam  natychmiast  niecne zamiary wobec mojego  gardła.  Kiedy 

tylko zbliżył się do mnie z łyżką, powiedziałam szeptem:

- Jak pan tego nie schowa, to powiem mamie, jak się zakropiliśmy u „Żyda”.

- Nie ma powodu do obaw, pani Lusiu - dał diagnozę przerażony doktor, chowając 

łopatkę.

W ten sposób, mając cztery i pół roku, dokonałam pierwszego w życiu szantażu i jak 

na razie - ostatniego. I pierwsza życiowa lekcja: dobrze wiedzieć coś niecoś o dorosłych. 

Wtedy istotnie miałam anginę i Petruszko dostał nalepkę: „Stary cymbał, prostej choroby nie 

umie rozpoznać.”

Na  „letnisku”  najchętniej  jadałam  w  chlewie  u  pana  Piguły.   Wśród pochrząkiwań 

świń, porykiwania krów byłam w swoim żywiole. Było to jedno z najbardziej interesujących 

towarzystw, w jakich zdarzało mi się jadać. Chodziłam tam z ojcem i Martą. Przy koniku 

byłam zwykle po zupie i Marta szła po drugie danie. Mama miała pewne zastrzeżenia co do 

warunków higienicznych, w których wzrastał mój apetyt, jednakże ojciec nie miał nic przeciw 

moim zainteresowaniom. Chodził za mną z łyżką i powtarzał:

- Uważaj, bo ci krówka zje zupkę.

Te podłe zamiary krówki odbiłam sobie na świni, której podczas samotnej wyprawy 

do obory zjadłam pół korytka kartofli z ospą. U Pana Piguły popiłam to Rurową wodą - („nie 

background image

można pić surowej  wody, bo tam są miliony bakterii”) i jak widzimy - żyję i w szkole 

uchodzę za dobrą uczennicę.

To jest pomylenie pojęć, nie jestem zdolna bardziej niż przeciętnie, mam tylko świetną 

pamięć, a do niej głównie apelują w szkole. Na całe życie zapamiętam, że ciało zanurzone w 

cieczy traci pozornie na wadze tyle, ile waży ciecz wyparta przez to ciało, ale nigdy nie 

zrozumiem, po co ten szum. jeśli to ciało traci na wadze pozornie.

Dalsze życie  zmusiło mnie do postawienia sobie pytania: „Czy wolałabym  się nie 

urodzić”.  Tego  się  jednak   nie  da odwołać.  Urodzenie   się -  to  nie  ogłoszenie  w   gazecie: 

Niniejszym odwołuję obelgę rzuconą na panią Karolinę Maziarską, jakoby ta pani była płatną 

agentką firmy «Ki - wi» - L. S.

Tak, moja pamięć idzie za mną jak chmura za Onieginem. W rozmowach z mamą 

ojciec   zawsze   trafnie   utrzymywał,   że   nie   jestem   infantką   hiszpańską   i   towarzystwo 

kominiarza mi nie zaszkodzi. Kominiarz był amantem Marty. Marta czasami szczypała mnie 

w pośladek, ale pozwalała siadać na ziemi i kazała mi myć kafle w piecach, co wtedy, o 

dziwo, napełniało mnie szczęściem. Lubiłam ją i do kominiarza się z czasem przyzwyczaiłam. 

Potem odeszła, bo jej ojca zabili widłami. Komisarz został, bo przyszła Rózia.

Ojciec   kochał   naszą   mieścinę   i   nigdy   nie   chciał   słyszeć   o   zamieszkaniu   w 

prawdziwym mieście. Może gdyby nie przywiązanie do pracy, pacjentów, żyłby dziś? Jakże 

inaczej   wyglądałby   świat.   O   trzeciej   w   nocy   przyjechało   „SS”,   kazali   ojcu   wziąć   ciepłą 

bieliznę, żywność na drogę. Rozstrzelali go w pół godziny potem w pobliskim lesie. Razem z 

nim czterystu mężczyzn z naszego miasta. Kiedy odnaleziono tę wielką mogiłę i odkopano 

ojca,  mama  „nie zabrała mnie tam, czego do końca życia  jej nie wybaczę. Powodem tej 

egzekucji był fakt, że koło posterunku żandarmerii przeleciał na koniu jak huragan brodaty 

major   i   nie   zdążyli   go   postrzelić.   Pamiętam   tego   majora,   często   u   nas   bywał   i   długo 

konferował z ojcem. Obym go nie spotkała. Wtedy nie bardzo rozumiałam tragedię, miałam 

pięć lat.

Pierwszy raz rozpłakałam się z powodu ojca śmierci, kiedy płonął nasz dom. Dali 

kwadrans na wyniesienie rzeczy. Mama uratowała przytomnie patefon, album i moje lalki. O 

trzy domy dalej znaleziono broń, więc podpalono trzy ulice, na wszelki wypadek. I wtedy, 

patrząc na łunę, płaczące kobiety, hitlerowców w czarnych mundurach z bańkami benzyny w 

ręku, rozryczałam się straszliwie. Zrozumiałam.

W trzy dni później na pogorzelisku domu znalazłam fragment solniczki. Solniczka ta, 

posklejana, stoi odtąd zawsze na honorowym miejscu, gdziekolwiek się znajduję. Nigdy nie 

noszę żadnych fotografii, ale ten przedmiot zabieram na każdą wycieczkę. Od wspomnień 

background image

człowiek się nie wykręci, dlatego trzeba robić wszystko, żeby mogły być najbardziej jasne, a 

przynajmniej dobre.

1 października 1950 r.

Znów   naraziłam   się   klasie.   Połowa   dziewcząt   zaczęła   „szyć”   bez   przyborów, 

naśladować postać symulanta z czechosłowackiego filmu Ostatni Mohikanin. To' było nawet 

dość dowcipne, łacinnik się uśmiechał, a ja już miałam się zabrać do „wykańczania rękawa”, 

kiedy szeptem zaczęty krążyć idiotyczne uwagi na temat choroby pani Zieleńskiej. Jasnym 

jest, że osoby tej nie darzyłam przesadną miłością, ale od dnia, kiedy się dowiedziałam, że 

jest nieszczęśliwa, moja niechęć skapitulowała. Oburzyłam się więc strasznie, aż łacinnik się 

zdziwił.

- Lidio, odkąd to ty przeciwko kawałom?

- Video melipra proboque, deteriora sequor - popisałam się.

Skłonił się dwornie. W ogóle, od pierwszej u niego odpowiedzi mam „bardzo dobrze”. 

Łacina jest dla urnie najpiękniejszym językiem świata. Szkołę Calvusa ciągle ulepszam, stary 

może być ze mnie dumny. Pewnie, nie na wiele w życiu przyda mi się znajomość łaciny, ale 

własna satysfakcja to pies? Lubię, po prostu lubię i niechaj to oświadczenie zamknie kwestię.

Halina kiedyś powiedziała złośliwie:

- I tak masz pięć, więc po co te przysłowia?

- Są piękne, a poza tym któż zabrania używać ich i tobie?

Dobra   znajomość   przedmiotu   daje   gratyfikacje,   choćby   w   postaci   wersalskich 

stosunków z profesorem. Łacinnik traktuje mnie jak osobę dorosłą, poważną i na poziomie. 

Wszystko mogę, u niego przeforsować, nawet wmówiłam mu w ubiegłym roku szkolnym, że 

Pelagia powinna mieć czwórkę.

- Naprawdę tak myślisz?

- Naprawdę. Ona jest solidna, tylko mało błyskotliwa.

Dał jej czwórkę bez żadnych zastrzeżeń, a Pelagię to zmobilizowało, nie tylko do 

łaciny.

Na   przerwie   między   łaciną   a   geologią   powiedziałam   kuropatwom   kolejkowym 

systemem:

- Możliwe, że jestem głupia,. ale wy to już kompletne idiotki...

Na to Halina:

- I to myślałby kto, pupilka Zieleńskiej, Ty jej najwięcej nerwów naszarpałaś.

- Chyba ty, Halina powinnaś rozumieć, że to. nie była zamierzona złośliwość.

background image

- Masz zawsze wyższe racje.

O! To już była aluzja do Michała. Od tego do tego i doszło do karczemnej kłótni na 

temat... filmu Burza nad Azją. Ja - że to dzieło genialne - one, że pozuję itd. Nie pozuję, 

nawet przed sobą, tylko głośno mówię to, co myślę.

9 października 1950 r.

Miałam referat na akademii. Później - ten sam, w hotelu robotniczym, ale innym niż 

poprzednio. No i co? Pięćdziesiąt młodych robotników w nienagannych koszulach, świetnie 

tańczących.   Czarujący   kierownik   bardzo   pomysłowo   zorganizował   potańcówkę.   Hulałam 

cztery godziny bez chwili wytchnienia.

Jestem   przygnębiona   atmosferą   w   klasie.   Wszystkie   budują   zamki   na   lodzie,   trzy 

czwarte klasy wybiera się na medycynę. Jak tak dalej pójdzie, co drugi człowiek w Polsce 

będzie lekarzem. Samarytanki, myślałby kto. Ja powiedziałam:

- Idę   na   turkologię.   Już   mi   się   nie   zdarzy,   żebym   kiedykolwiek   siedziała   „jak   na 

tureckim kazaniu”.

Fizyk orzekł, że po mnie się można wszystkiego spodziewać, więc także i turkologii. 

Nie mam żadnych skrystalizowanych zasad życiowych. Co ja będę robić ? Na razie się uczę z 

samozaparciem   fizyki.   Postanowiłam   do   końca   roku   zrobić   sama   siedemset   żądań   z 

trygonometrii. Jak do tej pory, zrobiłam dwa. Jeżeli przerobię całego Jefremowa, nie wsiąknę 

na maturze. Rozwiążę każde inne zadanie, choćby przez analogię albo na zasadzie odruchu. 

Ostatecznie, słonia nauczą tańczyć, jak trzeba. Będziemy zdawać z polskiego, matematyki, 

historii,   fizyki,   zagadnień   -   tak   się   słyszy.   Lubię   logikę.   Wykłada   dyrektorka   w   świetny 

sposób.   „Logika   jest   nauką   częściowo   praktyczną,   częściowo   spekulatywną,   moralnie 

potrzebna do innych nauk”. Ano dobrze.

Niezbadana jest myśl ministra oświaty. Po co wlepił nam astronomię? Sądziłam, że to 

o gwiazdach, tajemnicach kosmosu. Owszem, ale w sposób czysto matematyczny. Wola i 

dopust ministerski. Panie ministrze, co to jest kąt triangulacji? A kuku! A może to wcale nie 

od ministra leży ten nasz program. Czy nie dość już, że mamy geologię? Może to i ciekawa 

nauka, ale geografka robi, co może, żeby przedmiot obrzydzić. W tych warunkach zaskoczyła 

mnie Pelagia, która „idzie” na geologię. Od razu innymi oczyma na nią spojrzałam. Nigdy nie 

wiadomo, jakie ludzie w sobie mają pokłady. Ale co ja zrobię z tą swoją wiedzą”? Cooo?! 

Czy w ogóle ta moja nauka ma sens? Najciekawszy świat jest między twarzą a poduszką.

10 października 1950 r.

Musiałam zasugerować pannę Kasię, tak intensywnie myślałam, żeby mi nie kazała 

background image

czytać   wypracowania   domowego.   Miałam   napisane   tylko   pół.   Czytałam   więc   powoli   i 

wyraźnie,   żeby   się   nie   rzucało   w   oczy,   iż   obraz   zakłamania   moralnego   w   twórczości 

Zapolskiej   wykańczam   na   poczekaniu.   Nie   rzucało   się.   Lekcje   dłużyły   mi   się   okropnie, 

ciągnęły   się   jak   amerykańska   guma   do   żucia.   Wreszcie   nie   wytrzymałam   nerwowo   i 

zwolniłam się u geografki, która jest teraz naszą wychowawczynią. Coś tam nagadałam i 

poszłam   do   parku.   Wpatrywałam   się   w   żółtoczerwone   liście.   Szeleściły   pod   stopami. 

Przekwitają ostatnie kwiaty, Przesiedziałam dwie godziny bez ruchu.

W tej chwili jest ciepły, październikowy wieczór. A jutro chemia, fizyka, astronomia, 

łacina, angielski, godzina wychowawcza. Na godzinie wychowawczej zwykle czytam głośno. 

Geografka także coś czyta, ale cicho, albo patrzy przez okno.

Ostatnio tylko Hieronim Kloflek dodaje mi wiary w ludzi.

11 października 1950 r.

Nie było żadnych lekcji, miałyśmy pracę społeczną. Zawieźli nas do PGR - u, gdzie 

jedna partia obierała cebulę, a druga wrzucała kamienie z. pola w okoliczne krzaki. Robiłam 

to i to, przypominając sobie, co powiedział Volter o cudzych ogródkach i jak się do tego 

ustosunkował Boy - Żeleński. Jeśli mnie pamięć nie myli, powiedział coś w sensie:

„Oto wypowiedź Voltera, który Cale życie Wrzucał kamienie w cudze ogródki”

Chodzi   mi   o   Kandyda.   Patrzcie,   państwo,   zapomniałam.   Czytałam   to   jeszcze   w 

czasach, kiedy usiłowałam imponować sobie samej, jakież to ja poważne rzeczy rozumiem. 

Muszę wrócić do tego, inaczej denerwowałaby mnie własna ignorancja.

PGR sowicie wynagrodził mój wysiłek: zjadłam ze trzy kilo pomidorów. Gdyby tak 

zrobili bilans wartości naszej pracy i odjęli od tego cenę pożartych przez nas produktów, 

saldo byłoby wysoko minusowe. Widocznie to im się opłaci, inaczej nie przysyłaliby po nas 

ciężarówki.

Jedno   jest   pocieszające.   Przestałam   być   „rozflirtowana”.   Nie   chce   mi   się.   Tylko 

wczoraj zupełnie mechanicznie umówiłam się z Grzegorzem. Miał jakiś wolny dzień, wpadł 

do rodziców. Spotkałam go wracając do domu po tej pracy. Zresztą, dobrze, że się umówiłam, 

gdyż byłam brudna i potargana. Trzeba zmyć to wrażenie.

14 października 1950 r.

Coś okropnego. Czy oni się powściekali, czy jaki piorun. Mamy zdawać egzamin z 

Wszechnicy Radiowej. Mówię do kuropatw:

- Nie bądźcie głupie, nie zawracajmy sobie tym głowy. Trzeba się uczyć do matury.

background image

Niestety, niestety. Wszechnica Radiowa jest dobrze widziana. Może nie przyjęliby na 

medycynę?   Skoro   wyrzekły   się   religii,   będą   zdawać   Wszechnicę.   Poszłam   do   dyrektorki 

prosić ją, żeby przełożyła ten egzamin na czasy pomaturalne.

- Czy ty, Lilka, jesteś przytomna? Która by zdawała. maturze? O co ci zresztą chodzi? 

Nie zdasz z zagadnień?

- Obleję z geografii gospodarczej - powiedziałam.

Dyrektorka ma „zobaczyć”. Jak przyjdzie okólnik, że to jest obowiązkowe, nikt nic 

nie poradzi. Obleję. Mam zaabonowane skrypty Wszechnicy, ale używam ich głównie do 

czyszczenia   zabłoconych   butów.   Gdzieś   tam   w   Warszawie   ktoś   nie   ma   nic   do   roboty   i 

wymyśla wszystko, żeby nas pognębić. A tu już na mnie czyha grabarz Sekans ze swoim 

kumplem Cosekansem. O, „kąt depresji”, to nie jest złe wyrażenie. Abstrahując naturalnie do 

faktu, że to termin matematyczny.

16 października 1950 r.

Można   z   Wszechnicy   zdawać   później.   Brawa   dla   kuratorium!   Ulżyło   mi,   bo 

zaczynałam   się   gubić   w   nawale   pracy   i   nauki.   Połowa   klasy  jednak   zdaje   w   pierwszym 

terminie.  Nadgorliwe. Czy dla nich fakt, że mogą się ośmieszyć,  nic nie znaczy?  Często 

bluffuję na lekcjach, ale iść coś zdawać bez przygotowania, choćby niedokładnego, to mi się 

w głowie nie mieści. Budzić litość swoją niewiedzą? Wywoływać współczucie przy pomocy 

tak często stosowanego chwytu; „Ja się uczyłam, tylko mi się pokręciło”. Nie liczy się czasu 

poświęconego na naukę, tylko aktualny stan. wiadomości. Ale moje wiadomości z geografii 

gospodarczej są żadne. Nie zdaję i kropka. Jeśli rzecz da się odwlec do matury, pokażę klasę, 

przyjdę na egzamin już bez żadnych, presji.

17 października 1950 r.

Te, które teraz nie' zdają Wszechnicy, będą w drugim terminie zdawać w Katowicach. 

Niechta! Liście. Deszcz.

Wieczorem.

Dotarłam aż na cmentarz. Nie jestem przesadnie skłonna do refleksji, ale to miejsce 

nastraja mnie filozoficznie, jak drzewo jakiegoś mędrca w starożytności. Nie wiem, czy to był 

Budda czy Konfucjusz? Iluż rzeczy jeszcze nie wiem! Świadomość własnej ignorancji dodaje 

mi wiary w życie, trzeba żyć, żeby wiedzieć. Nigdy nie bałam się śmierci, nawet wtedy, kiedy 

nie wiedziałam, że „nic w przyrodzie nie ginie” i nie rozumiałam procesów gnicia. Poza 

jedyną nocą w czasie okupacji. Mama wtedy pojechała na wieś po mąkę, uwożąc z sobą 

background image

jedyny   nasz   majątek,   złotą   carską   pięciorublówkę.   Tego   dnia   Niemcy   likwidowali   getto. 

Widziałam to. Wiedziona czymś więcej niż dziecinną ciekawością poszłam za kolumnami na 

stację kolejową. Nie pojmuję własnej odwagi. Mogli mnie przecież dołączyć do transportu. 

Policjant mnie ofuknął, znał mnie z widzenia. To był polski policjant:'

- Uciekaj stąd, bo oberwiesz.

Uciekłam,   ale   nie   tak   całkiem.   Usiłowałam   przedtem   zajrzeć   do   wagonów 

towarowych i naiwnie współczułam Żydom, że pojadą długo do „pracy”, bez sienników na 

podłodze wagonu.

Potem   przyprowadzili   dzieci.   Wmieszana   w   tłum   zwykłych   podróżnych   - 

szmuglerskie życie toczyło się normalnie - jak urzeczona wpatrywałam się w żydowskich 

policjantów, których hitlerowcy używali „do pomocy”. Byłam wtedy taką głupią portugalską 

sardynką, a jednak - przysięgam - zastanawiałam. się, dlaczego, jak mogli się zgodzić na 

podobną rolę.

Potem na pierwszy peron przyjechał pociąg, dzieci stały na drugim. Widziałam tylko 

ich nóżki. Śliczne, chude, sole dziecięce nóżki. Nogi zafalowały, niezdarnie poruszały się w 

marszu   -   zniknęły.   Wróciłam   do   domu,   wyjęłam   spod   wycieraczki   klucz.   Byłam   bardzo 

głodna. W garnku stała marmolada z buraków, brzęczały muchy. Było gorąco i przeraźliwie 

jasno. - Gardło ściskał mi szloch, nie mogłam przełknąć marmolady. Do wieczora czytałam 

Braci zmartwychwstańców Kraszewskiego. Kiedy zapadł zmrok, czytałam już W pustyni i w 

puszczy, po raz dwudziesty chyba. Było mi duszno, otworzyłam okno. Przerzucałam kartki i 

wreszcie dorwałam się do opisu, kiedy Staś chrzci chorych na śpiączkę Murzynów z obozu 

Lindego. W tym momencie ugryzła mnie mucha. Po takim dniu, to musiała być mucha tse - 

tse!   Nareszcie   się   rozpłakałam.   „A   więc   umrę,   może   już   za   chwilkę”   -   lamentowałam. 

Spocona ze strachu, przykleiłam się do ściany. Śmierć w ten sposób mogła nadejść tylko z 

trzech stron, bo między mną a ścianą nie prześliznęłaby się. Widziałam rzędy śniadych łydek, 

twarze   Żydów   z   kolumny,   wyłam.   Uspokoiłam   się   wreszcie   i   z   dorosłą   już   ciekawością 

postanowiłam   śledzić   proces   umierania.   Pobudzona   wyobraźnia   szalała.   Dziecinne   nogi, 

Niemcy w hełmach, a ze środka co chwila zrywał się Murzyn i z piekielnym  wrzaskiem 

uciekał w dżunglę. „Uciekaj stąd, bo oberwiesz” - mówił policjant - z nagą czaszką zamiast 

twarzy.

Modliłam się i z każdą sekundą widziałam u siebie więcej objawów śmierci. „Głowa 

już płonie, teraz mi pewnie ciało zacznie odpadać kawałkami, bo to równie dobrze może być 

trąd”. Niezwykle się ucieszyłam, że żyję, kiedy zbudziłam się nazajutrz i usłyszałam głos 

matki. Mąki nie kupiła, ale za pięciorublówkę dostała 25 kg kaszy jaglanej. Do końca życia 

background image

nie wezmę tego świństwa do ust. Zjadłam już swój cały przydział. Tak więc przeżyłam już 

własną śmierć, może dlatego tak lubię cmentarze?

Cieszę  się,  że   mnie   tam   jeszcze   nie  ma?  Nigdy jednak  .  nie   zatrzymuję   się  przy 

grobach dzieci. Tego nie chcę dopuścić do świadomości. Od razu przypomina mi się tamta 

stacja   i   tamte   dzieci.   Jeszcze   teraz,   stara   idiotka,   potrafiłam   się   rozpłakać   na   widok 

dziewczynki w białych skarpetkach.

W któryś poniedziałek.

Gardzę   poniedziałkiem.   Parę   setek   razy   zaczynałam   życie   na   nowo   właśnie   od 

poniedziałku. Wczoraj rano też tak się mobilizowałam, a tu po południu 'przyjechał Michał. 

Dzisiaj na lekcjach trzęsłam się ze strachu, żeby mnie nikt nie wyrwał. Byłam zupełnie nie 

przygotowana jak plan lekcji długi. 'Pytała mnie z historii, na szczęście nie bieżącej lekcji, 

tylko powtórki.

Z   Michała   student   całą   gębą.   Jeszcze   wyprzystojniał.   Twarz   mu   zeszczuplała. 

Pozbawiony mamusinego wiktu. Najgorsze jest, jeśli ludzie chcą odnaleźć to, czego, być 

może, nie zgubili albo nie było wcale?

Michał   kocha,   a   ja   powiedziałam,   że   kocham.   Starałam   się,   jak   mogłam,   żeby 

przywołać tamte cudowne chwile. Pocałowaliśmy się, ale... gnębiły mnie myśli, czy on w 

międzyczasie  nie   pocałował  innej.   Choćby tak,  dla  sportu.  Zazdrość  o  niewiadome.   Jeśli 

głęboko pokocham, będę żądać absolutnej wyłączności. Zobaczymy się dopiero w święta. To 

długo. Uschnę z tęsknoty. Rozstawaliśmy się, jakby on szedł na wojnę, a ja bym zostawała w 

oblężonym mieście. Nie dałam mu poznać, że coś mnie dręczy. Muszę sama uporać się z 

sobą, a to nie jest łatwe.

Tydzień później.

W akcji rozrywek dla siebie i ucieczki przed otępieniem lałam do Częstochowy na 

wagary. Byłam na Jasnej zez trzy godziny włóczyłam się po wałach. Myślałam o Kmicicu i 

księdzu  Kordeckim. Smutne jest stwierdzenie,  że coś robimy ostatni  raz, A tu zbliża się 

matura i nie mogę opuszczać lekcji. Chciałam zostać do wieczora i zobaczyć, jak wygląda 

klasztor   w   nocy,   ale   bałam   się,   że   wzbudzę   w   mamie   podejrzenia.   Jeszcze   mogłaby 

zadzwonić do szkoły i miałabym niezły bigos.

Nazajutrz.

Trochę lepiej się czuję „duchowo” po tych wagarach. Na dużej przerwie biłyśmy się 

jajkami. Uśmiałam się, jak za dawnych dobrych czasów.

background image

5 listopada 1950 r.

O muzo! Spłyń! I do mnie podejdź blisko!

Czym jest talent, a czym natchnienie?

Panna   Kasia   doradza   mi   dziennikarstwo.   Twierdzi;   że   mam   wszystkie   cechy 

niezbędne   do   tego   zawodu.   Łatwość   pisania,   umiejętność   formułowania   wniosków   (?), 

potrafię gorąco bronić swoich opinii. Widzi też we mnie jakąś pasję, której ja nie notuję. 

Czyżby   wydawała   sądy   na   podstawie   gazetki   ściennej,   którą   redaguję?   To   dziecinada, 

zabawka,   którą   lubię.   Skrytykowałam   na   zebraniu   gazetkę,   uważałam,   że   jeden 

wykaligrafowany frazes plus wycinki z gazet, to tylko odfajkowana pozycja w „pracy”.

- To zrób lepiej, mądralo - powiedziała któraś.

Uniosłam się ambicją i niedbale wyrzuciłam z siebie:

- Ażebyście wiedziały, że zrobię i to na jutro.

Trzeba mieć pokrycie do tego rodzaju wystąpienia. Nie zmrużyłam oka przez całą noc. 

ale nazajutrz weszłam do szkoły z dumnie podniesioną głową i z gigantycznych rozmiarów 

kartonem pod pachą. Jako myśl przewodnią wzięłam cytat z Szekspira:

Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś.

Jesz ze kilka wypowiedzi sławnych ludzi o pięknie pracy, pochwały ludzkiego trudu. 

Ani   jednego   wyświechtanego   banału.   Zgrabny   artykulik   o   historii   tańca.   Jak   prawdziwy 

naukowiec   zerżnęłam   z   piętnastu   książek,   starając   się   nadać   temu   własną   twarz.   Parę 

dowcipów,   które   musiała   przepuścić   cenzura   dyrektorki,   bo   to   tak   zwane   złote   myśli 

klasyków. Nie rysowałam wprawdzie nic pośredniego między Pegazem a krokodylem, ale 

dałam  dwie   kapitalne   prace   Zaruby   i   zdjęcie   plakatu  Trepkowskiego.   Przemyciłam   także 

zdjęcie Nataszy Tańskiej. Zawsze to młoda aktorka. Wszystko było logicznie powiązane i nie 

odzwierciedlało galimatiasu, jaki panuje w mojej głowie.

Opłaciła mi się nie przespana noc. Pod gazetką zebrały się tłumy. Wypadła specjalnie 

dobrze na tle październikowej, antypropagandowej, której nikt nie czytał. To wcale jednak nie 

świadczy o tym, że byłabym dobrym dziennikarzem. Kusi mnie myśl o reportażu, wielkim 

reportażu, psychologicznych opowiadaniach. Wprawdzie wiodę na razie nieciekawe życie, ale 

zawsze patrzę i to, pochlebiam sobie, lepiej niż inni.

30 stycznia 1951 r.

Mam   masę   pamiętnikowych   zaległości,   przede   wszystkim   -   Sylwester   spędzony  z 

Michałem na prywatce (u mnie). Ale muszę opisać rozróbkę na dzisiejszej biologii. Jakoś 

mnie nie wylali ze szkoły, aż dziwne. Od dawna denerwowało nie dzielenie nauki na dwa 

background image

obozy:  Zachód  - witaliści • Wschód - materialiści.  Zapytałam  przeto drżącym  głosikiem, 

jakiej narodowości był Lamarck i Karol Darwin. Profesor nie przewidując podstępu, wyraził 

tylko zdziwienie, że nie znam takich podstawowych rzeczy. Ja na to:

- Chciałabym   bardzo   zobaczyć   dzieło   naukowe   jakiegoś   Francuza   czy   Niemca,   w 

którym naiwna teoria o stworzeniu świata jest podniesiona do rangi naukowej doktryny.

- Uczeni zachodu odcięli się od tych teorii, zrozum Sagowska - odrzekł profesor.

- To znaczy, nie uznają teorii ewolucji?

- Nauka powinna być polityczna - powiedział wymijająco.

- Nie zgadzam się. Ustroje się zmieniają, a każdy uważa się za najwłaściwszy. Jeżeli 

zamieszamy w to. naukę, nie będzie już nic obiektywnego poza regułami matematycznymi.

- Ty nic nie rozumiesz.

- Akceptuję naświetlenie faktów historycznych  do potrzeb danej dyktatury. To jest 

straszne,   ale   nieuniknione.   Każda   propaganda   stara   się   mieć   naukową   bazę.   Natomiast 

biologia...

- Sagowska, nie przeszkadzaj mi w prowadzeniu lekcji. Siadaj.

Był   zły.   Nie   rozumiał   mnie   chyba   i   nic   nie   wyjaśnił.   Kiedy   tłumaczył   teorię 

Miczurina, westchnęłam:

- To jednak był empiryk.

Sądziłam, że na ten nonsens zareaguje i wreszcie powie coś do rzeczy. Obrzucił mnie 

tylko miażdżącym spojrzeniem i ciągnął wykład dalej, jakby nie było w klasie mnie i moich 

wniosków.

O   co   mi   chodzi?   Był   Mieczników,   był  Łomonosow   ale   był   też   Pasteur,   Morgan, 

Weissman i Mendel. Niektóre teorie należy, odrzucić - gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą - na 

przykład Maithusa. Ale to nie znaczy, że Malthus nie wniósł do nauki nic nowego. Wyzwolił 

poglądy w swoich antagonistach. Chociażby to. Tylko  ze ścierania się teorii może drogą 

selekcji   czy   rozumowania   wykwitnąć   prawda.   Wiem   zbyt   mało   o   genach,   żeby 

autorytatywnie zabierać głos, ale nie chcę uczyć się bezmyślnie. Rażą mnie pewne - rzeczy. 

„To jest dobre, a to złe” i koniec. Jak w zasadach etyki chrześcijańskiej. Jeżeli mamy z nią 

zerwać i stworzyć nową, należy pozwolić ludziom dyskutować.

Ten profesor to uroczy człowiek, rozumiem, że mój niewyparzony język postawił go 

w głupiej sytuacji. Wiem, że teraz uczymy się razem. „Za jego czasów” nie wkowalało się 

jednak Łysenki. Uczeni na Zachodzie to idealiści (patrzcie, jakie to piękne: imperialistyczni 

idealiści, zupełnie jak Republika Imperialistycznych  Rewolucjonistów), a na Wschodzie - 

materialiści. Tylko materializm potrafi tłumaczyć  świat i życie. Więc jak oni tam żyją w 

background image

Ameryce ? Nie ma tam prawdziwej nauki? Muszą odrzucać Marksa jako teorię społeczną, bo 

to godzi, w ich ustrój. Ale po co rozciągać rzecz na biologię. To jeden mój numer. Był i drugi. 

Ksiądz, który mnie tak niesławnie spowiadał, przyczepił się do mnie na ulicy.

- Chciałbym z tobą porozmawiać.

- Bardzo chętnie, proszę księdza, przejdźmy się.

Chodziliśmy po ulicach, bo nie miałam najmniejszej ochoty zaprosić go do domu. 

Przed oknami Zarządu Miejskiego. ZMP poinformował mnie, że Tołstoj był brutalem.

- To   mojej   duszy   nic   nie   pomoże   -   wypaliłam.   -   Jestem   konsekwentna.   Kościoły 

interesują mnie już tylko jako zabytki, a z religii kocham wyłącznie mity greckie. Za późno 

Siądź przybywa na ratunek.

Z trudem pożegnałam go, bo zmęczona jego filozoficznymi atakami miałam ochotę 

klęknąć w błocie, bić się w piersi i zaprzeć się Tołstoja. Niestety, stracił już owcę.

Nazajutrz   w   zarządzie   miejskim   kierownik   tak   zwanego   referatu   szkolnego” 

powiedział z przekąsem:

- Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, co?

- Niech   kolega   ZMP   nie   porównuje   do   diabła.   -   Zniżyłam   głos   i   szepnęłam:   - 

Namawiałam go, żeby wstąpił do Partii, ale z niego większy kobieciarz niż demokrata.

Nie   znoszę   wtrącania   się   w   moje   sprawy.   Przez   dwa   •   tygodnie   nie   poszłam   na 

zebranie, ale tylko mnie objechali, zamiast poznać się na rzeczy. Tak to się kręci, to moje 

życie.  Z dnia na dzień gorzej mi z sobą. Prawda, jakie to oryginalne? I pomyśleć, że w 

dziesiątym roku życia rozszyfrowałam tajemnicę tabliczki mnożenia (trzy razy trzy równa się 

trzy dodać trzy dodać trzy), a w czternastym odkryłam, że Sienkiewicz ściągał z Paska. Mając 

siedemnaście,   nie   bardzo   nadążam   za   sobą,   uczennicą   tuż   przed   maturą.   Stanowczo 

powinnam więcej wiedzieć. Czy rzeczywiście Tołstoj, malujący z taką subtelnością portret 

Anny Kareniny i Kitty...? Lewi na nie lubię, to tak, na marginesie.

2 lutego 1951 r.

Jak ja będę mieszkać w Domu Akademickim? To niemożliwe. Mama twierdzi, że 

szybko  się przyzwyczaję.  W moim wieku?! Czym  skorupka za młodu nasiąknie.,. Mamy 

jednak nie stać na wynajęcie mi pokoju w Warszawie, Ma wprawdzie dwa etaty, ale nie jest 

najzaradniejszą gospodynią w Europie. Teraz dojdą koszty mojego samodzielnego utrzymania 

w stolicy. Już zdecydowałyśmy, że nie będę się starać o stypendium, są biedniejsi ode mnie. 

Mama oczywiście traktuje moją maturę jak sprawę niesłychanie naturalną.

- Po maturze, kiedy będziesz na studiach...

background image

Na jakich w ogóle studiach? W tej chwili mam pełne szansę zostać, kim tylko mi się 

zamarzy. Co zrobię? Za kilka miesięcy będę mogła już być tylko tym, co napiszę w ankiecie. 

To straszne. Powiedziałam wczoraj do mamy:

- Ostatnio idę na filozofię.

- Nie  widzę  w  tym  nic  śmiesznego.   Studiuj   sobie  filozofię,  bylebyś  miała  zawód. 

Chociaż wolałabym, jak wiesz...

Wiem, wiem, ale nic z tego. Mam jedną tylko rzecz, własne życie, i nie mogę tęgo 

przehandlować za miraże stabilizacji. Stabilizacja. Okropne słowo. Lidia Sagowska - filozof. 

Ha!   ha!   „W   drugiej   połowie   dwudziestego   wieku   wystąpiła   z   nowym   programem   Lidia 

Sagowska. Teoria jej, wywodząca się z filozofii Szopenhauera, nie wniosła nic nowego, a całe 

rozumowanie,   pełne   mętniactwa,   nie   przyczyniło   jej   wielu   zwolenników”.   Z   jakim 

programem? Wściec się można. Języki obce? Czy jest taki wydział? Same filologie pękające 

od gramatyki. Całe szczęście, że twardo odpadają: politechnika i akademia medyczna. Tak 

więc drogą eliminacji zostaje uniwersytet. I SGPiS. I SGGW. I SGSZ. I CHTW. (Cholera to 

wie) I ASP.

Pewien stary doktor uświadomił mnie kiedyś, że mam zmarnowaną młodość przez 

ustrój. Słusznie. Nawet ja nie mogę studiować na dwóch uczelniach jednocześnie. Chociaż, 

gdy dobrze sprawę przemyśleć... Raz na lewo, raz na prawo? Prawo? To nie jest najgłupsza 

myśl.  Ale... czuję się  zbyt  opuszczona,  żeby ludzi  bronić,  zbyt  mało ich  nie  lubię,  żeby 

oskarżać, a o wiele za mało o nich wiem., żeby sądzić.

Hej, ty na szybkim koniu!

Gdzie pędzisz, kozacze?

9 lutego 1951 r.

Hieronim   Klonek   dostał   pierwszą   w   swoim   hochsztaplerskim   życiu   czwórkę   z 

matematyki. Kiedy mi złożył 0 tym donos, natychmiast wyrzuciłam go z pokoju. Nie mógł 

wiedzieć, że pani profesor płacze ze szczęścia.

15 lutego 1951 r.

Po studniówce. Zaprosiłam Krzysia i Michała. Niby przypadkowo tam się znaleźli, bo 

geografka zaproponowała, żeby zrobić „dziewczęcy wieczór”. Ponieważ mdliło mnie na sam 

dźwięk tych słów, tego samego dnia wystosowałam do nich. petycję. Stawili się obaj, a na 

studniówce trochę się wstawiliśmy winem pod schodami, bo dojrzałość dojrzałością, ale była 

tylko herbata. Także przypadkowo znalazło się wielu chłopców. Dyrektorka nie mogła ich 

wyrzucić, naszych drogich gości, bo to eks - uczniowie zaprzyjaźnionego z nami gimnazjum 

background image

Witkowskiego. Tańczyliśmy do godziny 24. Gdyby nie obecność Michała, cała ta studniówka 

nie zostawiłaby mi  żadnych  wspomnień.  Krzyś,  poirytowany trochę przyjazdem  Michała, 

uwodził angielkę. Ona jest bardzo miła, trochę bezbarwna. Mam u niej pięć. Spacerowaliśmy 

z   Michałem   do   trzeciej   rano,   nie   mogąc   się   rozstać.   Zmienił   pozycje   atakowania   mnie: 

podobno jestem za mało romantyczna, A on dla mnie sfałszował zaświadczenie lekarskie, 

żeby móc przyjechać! Głuptas. Nie chciałam mówić o tym, co czuję, bo dowiedziałby się zbyt 

dużo; Byle do wiosny!

6 lutego 1951 r.

Zupełnie   jak   Napoleon.   Sto   dni.   Tylko   Bonaparte   po   swoich   stu   dniach 

wykombinował   Waterloo,   u   mnie   musi   być   Jena.   Żegnaj,   dzienniczku.   Następne   słowa 

napiszę już jako człowiek dojrzały. Trochę strachu, trochę żalu, a najwięcej niepewności. No 

to cześć. Nad Lilką zapada noc. Z tą maturą to tak, jakby małpie dać sznurek i kazać jej 

zaprowadzić świat do świetlanej przyszłości: uda się: albo się nie uda.

20 marca 1951 r.

Nie dotrzymuję postanowienia, ale też sprawa, którą chcę opisać, jest pierwszorzędnej 

wagi. Trzy dni temu dyrektorka weszła do klasy i powiedziała:

- Dziewczęta, pani Zieleńska wraca ze szpitala, trzeba przygotować mieszkanie na jej 

powrót. Która się zgłasza?

Poczułam,   jak   jakiś   niezmierny   ciężar   trzyma   mnie   w   ławce,   i   zrozumiałam:   nie 

zgłoszę się, choć marzeniem moim było móc to uczynić.

Jakimż mądrym człowiekiem jest dyrektorka! W ciągu minuty rozegrała się tragedia 

godna   najlepszych   klasycznych   wzorów.   Wstała   cała   klasa   z   wyjątkiem   mnie.   Oczy 

dyrektorki spoczęły na mojej twarzy, łagodne, dobre oczy. Wiedziałam, że mnie zrozumiała. 

Miałam ochotę rzucić jej się na szyję, całować jej ręce, kiedy powiedziała spokojnie:

- Pójdzie Lilka z Pelagią, wstąpcie po lekcjach do mojego gabinetu po klucze.

Do mieszkania Zieleńskiej odprowadziła nas dyrektorka, powiedziała, co i jak mniej 

więcej zrobić, i klucze kazała odnieść nazajutrz do szkoły. Nigdy nie byłam tytanem pracy 

domowej, ale jeśli już sprzątam, to dokładnie i w tempie tornado, żeby jak najszybciej rzecz 

zakończyć.   Podzieliłam   pracę:   Pelagia   dostała   okna,   wyszorowanie   kuchni,   a   ja   kurze, 

książki, pastowanie podłóg i takie zupełnie malutkie pranko (dyrektorka dała nam pieniądze 

na  proszki,  pastę   itp.  Mieszkanko   Zieleńskiej   jest   niewielkie  i   znać  wyraźnie,  zawsze  tu 

panował obłędny porządek.

Umeblowanie tak proste, że przez to w jakiś sposób ekstrawaganckie. Szare ściany, a 

background image

na nich ani jednego obrazka, zupełnie nic, jasne biurko z czarną lampką, twardy tapczan, a na 

nim jedyny kolorowy akcent - tak piękny, że mi oddech w piersi zaparło: puszysty włochacz 

w kolorze ognia: żółto - czerwony. Na tle bezbarwnego pokoju kolory krzyczą. Oszklona 

półka na książki. Książek niewiele, ale za to jakie! Angielskie wydania Szekspira i Plutarcha, 

Cervantes de Saawedra (więc ona też musi kochać don Kichota, tak jak ja, wiecznie walcząca 

z wiatrakami), wreszcie Galsworthy. Kilku Francuzów. Czułam, że przed północą nie wyjdę z 

tego pokoju. Huraganowym zrywem wypastowałam podłogę, wzięłam Sagę rodu Forsyiów, 

usiadłam na chodniku i przepadłam. Obudziła mnie Pelagia.

- Ty, bumelantko, nie sprzątnęłaś na biurku. Ja już idę.

- Idź, skończę resztę.

Po jej wyjściu zabrałam się do układania papierów. Jakieś kartki, zeszyty poukładane 

równiutko - przysięgam, nie czytając słowa. Pod stosem papieru maszynowego leżał listowy 

blok   w   kratkę,   z   załamaną   okładką.   Chciałam   to   położyć   na   miejscu,   kiedy   moje   oczy 

uchwyciły   zdanie:   „Nazywa   się   Lidia   Sagowska,   Lidia,   Emilio,   czy   mnie   rozumiesz?”. 

Przerzucałam kartki drżącymi rękami. Było tego około szesnastu stron, pisane widocznie nie 

jednego   dnia,   bo   kolor   atramentu   często   ulegał   zmianie.   Czułam,   że   robię   źle,   ale 

przeczytałam ten list. To było ponad moje siły. Wynotowałam sobie fragmenty dotyczące 

mnie. Zawartość nawiasów moja:

Moja droga Emilio, nie miałam odwagi napisać Ci o tym, pomyślałabyś, że jestem 

szalona. Ale teraz, kiedy sama siebie o to zaczynam posądzać...

Ostatnio marnie się czuję, a wydawało mi się, że w tej mieścinie zapomnianej przez 

Boga i ludzi odzyskam równowagę. Może i udałoby mi się to, gdyby Maria 

(dyrektorka) nie przysłała mi do klasy nowej uczennicy. To było w ubiegłym roku i 

zamiast się jakoś uciszyć - rozwija się. Co ze mną będzie, Emilio? Chcę żebyś Ty 

wiedziała wszystko.

Przez moment byłam pewna, że to ona. Opanowałam się i usiłowałam ją zapytać. 

Ma zły akcent, ale angielski zna lepiej niż moja czwórkowa Stokoniówna. To 

ogarnęło mnie, kiedy się dowiedziałam, że nazywa się Lidia Sagowska, Lidia, 

Emilio, czy mnie rozumiesz ? Jest córką lekarki. Tak jak tamta. „Spokój, spokój, to 

niedorzeczne”, nakazywałam sobie. Spojrzałam na nią i znowu wróciło wszystko. 

Patrzyły na mnie te same bezczelne oczy, w głosie brzmiały impertynenckie tony. 

Zuchwała, z tej samej gliny pewnych siebie, młodych kobiet. Jakże ich wszystkich 

background image

nienawidzę. O wiele lepiej czuję się wśród chłopców. Oni przypominają mi Jacka i 

jego kolegów.

Nie mogłam spokojnie wejść do tej klasy. Ona mnie obserwowała. Przywoływałam 

się do porządku, pytałam ją. Wiedziała, że umie angielski. Mówiła zupełnie 

swobodnie. Zniszczeją, tak jak ona zniszczyła to, co miałam najdroższego.

Ona krytykowała moje metody nauczania. Raczej wiedziała, że nie mam żadnych 

metod. Nie jestem pedagogiem. Usiłuję się trzymać programu i to wszystko. Jestem 

już stara i zmęczona. Ale ona wyzwala we mnie energię. Wpadałam w pasję, kiedy 

Lidia cokolwiek mówiła. Wydawało mi się, że to mówi tamta: „Nie może pani 

trzymać go pod kloszem. Jacek jest człowiekiem czynu”. Posłuchał jej. Nie matki. 

Poszedł i zginął. Zbrodniarka.

Czułam fizyczną rozkosz na myśl, że uderzę ją w twarz.

Wydawało mi się, że ściąga na klasówce. Nie drgnęłam. Mam na nią swoje sankcje. 

Gdyby się okazało, że jestem w błędzie, mogłabym się ośmieszyć.

Czy to możliwe, że kiedyś studiowałam w Oxfordzie i marzyłam o przetłumaczeniu 

liryk Shakespeare'a? Wracam myślą do wieczoru, kiedy upiłam się na imieninach 

Jacka, pamiętasz? A później, przebrałam się za korsarza, zorganizowałam bunt na 

statku. „Jesteś niezrównana, mamo” - mówił Jacek. Czy to wszystko było, czy też to 

wytwór wyobraźni? Jakże byłam szczęśliwa. Po śmierci Zenona już wiedziałam, że 

nienawidzę. Jakiż Jacek był cudowny, pełen miłości. Tak odrzucałam ich koncepcję 

walki. Konspiracja! Smarkateria raczej. Protestować dla zasady? Z maniackim 

uporem stawiać na jedną szansę ? Nie mylił mnie mój paniczny strach ani 

macierzyński instynkt. I gdyby nie ona> potrafiłabym Jacka zatrzymać. Miłością, 

histerią, obojętnie. „To jest inteligentny entuzjazm, a nie naiwność” - powiedział 

kiedyś Jacek. One zawsze są inteligentne, wyniosłe, choć wysilają się na 

serdeczność. Ostrzegałam go, że to jest zła dziewczyna. Idą do celu konsekwentnie, 

z tupetem, nie oglądając się za siebie ani patrząc na boki. Mam satysfakcję, że 

potem nie powiedziałam do niej ani jednego słowa. Ona rozpaczała! To podłe. 

Chciała zostać Ze mną! Brak mi słów.

background image

Spotkałam ją na korytarzu. Słońce padało jej na twarz, którą przecinała czerwona 

pręga. Zmartwiałam ze szczęścia. Więc jednak uderzyłam ją. To musiało być dla 

niej upokorzenie, one są dumne. Ale potem przeraziłam się. To przecież nie ta. To 

moja uczennica, Sagowska. To nie ona, nie ona. Zapytałam ją, co ma na twarzy. 

Spojrzała na mnie ze zdziwieniem, byłam pewna, że także z ironią. Powiedziałam 

coś bez sensu i odeszłam szybko.

Zaczęłam znajdywać sadystyczną przyjemność w maltretowaniu jej. Ma w sobie 

dużo godności. Chwilami bałam się, że moja nienawiść jej nie dotyczy.

Miałam przed sobą zadanie klasowe - Lidii. Obniżyła w ogóle loty, przycichła. Aaa! 

Jednak. Wypracowanie było poprawne, zasadniczo bezbłędne. Co miałam robić? 

Kiedy mam być matką albo nauczycielką, nie mogę mieć wątpliwości.

Z pasją kreśliłam jej zadanie. Wydawało mi się, że to na jej twarzy wykwitają 

krwawe pręgi, O Boże, Boże!

Zachowuję się zupełnie normalnie, ale są momenty, W których mam zaburzenia 

świadomości. Przestaję pamiętać, gdzie jestem.

Do Jacka strzelili na schodach, z roztrzaskaną głową upadł na parter.

Mnie już nie ma. Został ochłap, trochę żywych komórek, które instynktem 

wiedzione chcą żyć. Ale nie jestem zwierzęciem, przecież kiedyś na pewno byłam 

człowiekiem. Postaram się wyciągnąć z tego wnioski.

Katarzyna i Bostal (fizyk) na radzie pedagogicznej atakowali mnie. W ogóle 

wszyscy chcieli wymóc na mnie dostateczną notę dla Lidii. Katarzyna utrzymywała, 

że Lidia łączy duże zdolności z systematyczną pracą (???). Nauczyciel łaciny 

powiedział wprost, że to niemożliwe, żeby nie umiała na trójkę i jeśli będę chciała ją 

zostawić na drugi rok, on osobiście wystąpi z wnioskiem o egzamin komisyjny. 

Jedna Maria wydawała się coś rozumieć.

background image

Kategorycznie trzymałam się swojego zdania. Jestem nauczycielką i zawsze mogę 

uznać, że uczeń nic nie umie. Ściemnieją te bezczelne oczy, ściemnieją.

Kiedy Lidia wstawała do odpowiedzi, zwykle poprawiała włosy tak znanym mi 

ruchem. Jeden taki gest znaczył dla Jacka więcej niż zaklęcia matki. Przestawałam 

zupełnie je rozróżniać. Z każdym dniem Sagowska była dla mnie coraz bardziej 

Lidią.

Te lekcje w żeńskim to jeden wielki koszmar. Nigdy nie lubiłam uczyć, Jackowi w 

lekcjach pomagał Zenon. Gdybym się przemogła! Powinnam była sprzedać futro i 

naszyjnik i wziąć nauczycieli do domu. Ale Jacek ciągnął do młodzieży. Ustąpiłam. 

Poszedł na komplety i tam ją poznał.

Dopóki ona tu jest - nie rzucę szkoły. Dlaczego wtedy nie przyjęłam jej do domu? 

Zamknęłam się w nieszczęściu, nie rozumiałam, że muszę się zemścić. Ambitna. 

Nie przyszła więcej. Kiedy uświadomiłam sobie, że będzie mi potrzebna, nie było 

już Warszawy.

Gdybym miała trochę rozsądku, odeszłabym stąd. To dziwne, przez Lidię. Skąd się 

wzięła w tej szkole ? Po co tu przyszła ?

Ona w jakiś metafizyczny sposób łączy mnie ze światem, który nie istnieje. Jest 

pomostem mojego nieszczęścia i transmisją mojej nienawiści.

Potem zrobiłam jakieś głupstwo. Nie wiem, nie pamiętam. Maria martwi się o mnie. 

Tak, emerytury nie dostanę, uczę dopiero trzy lata. Z czego będę żyć? Może z 

tłumaczeń? To nie ma najmniejszego znaczenia. Po co mam żyć. Lidia. Widzisz, a 

ona żyje.

Inne   fragmenty   dotyczą   uwag   na   temat   ustroju.   Brak   w   nich   jakiegokolwiek 

rozeznania we współczesności. Bez nienawiści, ale z kompletnym niezrozumieniem faktów. 

Są też uwagi dotyczące naszego miasta, szkoły.  Złośliwe, błyskotliwe wypowiedzi.  Dużo 

background image

miłości do zwierząt, uwielbienie dla kota „Pickwicka” (co się z nim stało?). „On jeden został 

mi na świecie, on mnie rozumie”.

Nie wiem, jak doszłam do domu, w jaki sposób oddałam dyrektorce klucze, czy byłam 

przez te dni w szkole i czy mówiłam cokolwiek.

1 lipca 1951 r.

Postawiłam w życiu na chłopców. To chyba jasno wynika z mojego charakteru. Lecz 

nie   cieszcie   się,   moi   wrogowie,   jeśli   was   mam.   Nie   schodzę   na   tak   zwaną   „złą   drogę”. 

Postawiłam   na   takich   do   piętnastu   lat.   Nie   będę   nauczycielką,   nie.   Nigdy   nie   miałam 

upodobania do szablonów.

W   ogóle,   przedstawmy   się:   Lidia   Sagowska   -   magister   psychologii   po   upływie 

najbliższych pięciu lat.

Hieronim Klonek ma mi do zawdzięczenia świadectwo z jedną trójką, ale to ja zostanę 

jego   dłużniczką   do   końca   życia.   Teraz   wydaje   mi   się,   że   rowerem   niejakiego   Rocha 

dojechałam do swojego miejsca na ziemi. Jestem taka szczęśliwa i po raz pierwszy w życiu 

spokojna.   Zdecydowałam   się.   Co   miałam   na   względzie   pisząc   w   ankiecie   „Uniwersytet 

Warszawski, wydział - psychologia” ? Będę pracować w zakładzie dla dzieci trudnych. I jakie 

książki będę mogła pisać, przede wszystkim o rodzicach. A któż zrozumie tych chłopców, 

jeśli nie ja - autorka klepsydry dla profesorki, której nigdy nie życzyłam nic złego? A któż 

zrozumie, że kłamie się nie z wewnętrznej potrzeby, tylko z przeświadczenia, że prawdę źle 

przyjmą,   jeśli   nie   ja,   walcząca   na   każdym   zebraniu   z   zaciekłością   koguta?   I   poczucie 

przydatności,   które   w   tym   zawodzie   bezwzględnie   osiągnę!   Myślę   tak   sobie,   że   jedna 

szczupła, śmiejąca się z byle czego wychowawczyni, wyrozumiała (bo sama palnęła wiele 

błędów) więcej zdziała niż dziesięć nowych paragrafów dotyczących przestępczości wśród 

nieletnich. No, mam słabość do tych łobuzów, nie zawiedziemy się wzajemnie. Pomyślnych 

wiatrów, Lilka, trubadur Klonek głęboko zapadł w twoje rozśpiewane serce. Kupisz mu na 

pożegnanie piękny klaser. Będę pracować z dziećmi. Z tymi najciekawszymi, trudnymi. Będę 

im mówić, jak łatwo się pomylić, nie podając naturalnie, skąd to doświadczenie.

2 lipca 1951 r.

Siała baba mak, nie wiedziała jak. 

Dziadek wiedział, nie powiedział, 

Cztery lata w kozie siedział, 

A to było tak:

Matura. Nie, najpierw przed maturą.

background image

Uczyłam się z Janka. Tysiąc razy miałam chęć iść na wagary Było mi bardzo ciężko. 

Usiłowałam patrzeć na siebie z profilu, en face i od tyłu, także w lustrze. Mówiłam sobie' 

„Lilka,  co  z tobą  będzie  w  pełnej  atrakcji  Warszawie?   Jeśli  teraz  poleziesz  w  plener  na 

ćwierkanie   wróbla   -   zginiesz.   Mocowałam   się   z   sobą   jak   atleta   z   podkową.   W   budzie 

figurowałam niemal wyłącznie  pod postacią  uszu. Płynęły okropne dni. Buda, obiad, pół 

godziny odpoczynku,  Dzwonek - Janka. Dwie godziny bieżących  lekcji. Przerwa, ale nie 

Tetmajer,   tylko   biały   ser   z   chlebem,   herbata.   Cztery   godziny   powtórki.   Monotonne 

zakowalanie,   mozolne   cerowanie   pękającego   w   szwach   mózgowia.   Wreszcie   Janka 

wychodziła. Radio i książka, żeby nie zgłupieć tuż przed przekroczeniem progu dojrzałości. 

Sen. I tak w kółko, w kółeczko przez sto dni, a może więcej. Ale byłam jedyną uczennicą w 

klasie, która nie zarwała ani jednej nocy. Janka uczyła się jeszcze „na lewo”. Na pisemny 

przyszłam nie obciążona zbędnym balastem ściąg, z promienną twarzą. Czułam się pewna. 

Już na kilka tygodni przedtem chodziły słuchy, że w tym roku bardzo modne jest Oświecenie. 

Nie cieszyło  mnie to i byłam zdecydowana wziąć wolny temat. W Nowych Drogach był 

dobry artykuł o Staszicu i Kołłątaju, na wszelki wypadek przeczytałam dwa razy. Oświecenie 

rzeczywiście   było.   Ale   jak   tylko   panna   Kasia   zaczęła   pisać   tematy   na   tablicy,   moja 

humanistyczna dusza zawyła z radości. O piękniejszym maturalnym temacie marzyć trudno: 

„Doktor   Judym   a   Paweł   Własow   jako   wyraziciele   poglądów   społecznych   Żeromskiego   i 

Gorkiego.” Pisałam od razu na czysto. Machnęłam dwadzieścia trzy strony kancelaryjnego 

papieru, w tym na stronach ośmiu w przystępnej formie .wyraziłam przy okazji także swoje 

zapatrywania. To jest właściwie takie, jakie zdecydowanie chciałabym mieć. Oddałam pracę 

jako  ostatnia.  Na  matematykę   przyszłam  także  w  białej  bluzeczce,  ale   nie  przesadzajmy, 

daleko mi było do usposobienia beztroskiego ptaszęcia. O ściąganiu - nie było mowy. Pisało 

się w sali gimnastycznej, stolik od stolika o półtora metra. Między tymi wysepkami dramatów 

jednostek kursowali profesorzy niezrażeni rolą cerberów.

Kiedy Fredzio pochylił się nad moim nieszczęściem,. syknęłam:

- Są tacy profesorzy, którzy na maturze robili ściągi, czyta się o tym. Są także inni,. o 

których czytać się nie będzie.

Spojrzał na mnie, na papier, znowu na mnie i z jego dolnej wargi spłynęło:

- Źle.

- Co źle, gdzie źle ? - chciałam się dowiedzieć.

Nie sprostował mojej zwykłej pomyłki. Zanim ja wpadłam, gdzie to „źle”, minęły 

koszmarne wieki. Jak taternik, który tuż nad przepaścią nadludzkim wysiłkiem chwyta linę, 

trafiłam wreszcie na błąd. Dalej już mi szło. Na końcu tej abrakadabry postawiłam kropkę - 

background image

wielkości guzika.

Tego dnia zrobiłam dwadzieścia kilometrów na rowerze z radością wjechałam na słup, 

ratując życie napuszonemu kogutowi, który ze wszystkich dróg świata chciał przeciąć akurat 

drogę mojego życia. Czas między pisemnym a ustnym spędzałam już mniej pracowicie. Z 

książką   na   kolanach   wprawdzie,   ale   z   plecami   na   słońcu   godzinami   wysiadywałam   na 

parapecie okna, aż do czasu, kiedy jakaś dewota wpadła do mamy z awanturą, że wyleguję się 

nago i to publicznie, że to bezwstyd i coś tam. Mama powiedziała:

- Zejdź z okna.

Nieporozumienie polegało na tym, że nie chcąc mieć pleców w paski, wiązanie od 

górnej części opalacza wsadzałam w część dolną. Z przodu wszystko było w porządku, ale 

tego nie mogła zauważyć dama z vis a vis.

Później spadł deszcz. Ubrałam - się w płaszcz i górną polową tułowia wisiałam za 

oknem. Ubóstwiam deszcz padający mi na twarz. Pod plecy podłożyłam poduszkę było mi 

nawet   wygodnie.   W   sąsiedztwie   mam   jednak   opinię   osoby   niespełna   rozumu.   Mama 

wchodziła   podczas   tych   seansów   do   pokoju,   wzruszała   ramionami.   Powiedziałam   (z 

zewnętrznej strony domu):

- Będę tak wisieć, dopóki nie kupisz mi rudej, skórkowej kurtki. Jest na halach w 

Katowicach.

- Zejdź z okna.

Wtedy zaczęłam powtarzać przez kwadrans:

- Oświęcim, Majdanek, Treblinka, ruda kurtka, Gusen, cała pieczona kura, Oświęcim, 

ruda kurtka, Treblinka, kura pieczona w maśle, kurtka, Oświęcim.

- Ile kosztuje? - zapytała mama, najwyraźniej nie chcąc się dowiedzieć, bo zatkała 

sobie uszy i wyszła z pokoju. Ziarno kurtki zasiano. Ustny. Wcale tego dnia nie miały zdawać 

„S”, ale przyszłam kibicować pod drzwiami i dyrektorka pozwoliła dołączyć mnie do ,.N, O, 

P”. Nie mogłam dłużej znieść atmosfery oczekiwania. Błagałam pannę Kasię, żeby zechciała 

wytłumaczyć dyrektorce, iż daleka w alfabecie pierwsza litera mojego nazwiska odbije się 

ujemnie na moich władzach umysłowych. Z grzeczności, w podziękowaniu za interwencję, 

zdawałam   polski   w   pierwszej   kolejności,   choć   planowałam   to   na   koniec,   żeby   zostawić 

komisji   przyjemne   wrażenie.   Dobrze   się   stało,   bo   polski   poszedł   -   cudownie,   nawet 

przedstawiciel   kuratorium   nie   patrzył   w   papiery,   tylko   najwyraźniej   słuchał,   a   czynnik 

młodzieżowy   z   Zarządu   Miejskiego   ZMP   zrobił   do   mnie   „oko”,   co   miało,   jeśli   dobrze 

zrozumiałam, podkreślić, iż on w pełni akceptuje moje naświetlenie pobytu Mickiewicza w 

Lozannie i w Pieśni o zamordowaniu Jędrzeja Tęczyńskiego dopatruje się identycznych  z 

background image

moimi spostrzeżeniami rysów obyczajowych.

Panna Kasia była ze mnie dumna, potem mi powiedziała, że miała ochotę głośno się 

roześmiać, że najlepsza uczennica wyciągnęła takie łatwe tematy.

Tremy pozbyłam się zupełnie. Od polskiego chciałam Walić do pudełka z historią, ale 

fizyk skinął ręką, więc posłusznie usiadłam naprzeciw niego.

Długo, bardzo długo grzebałam ręką w tematach z fizyki. I równie długo fizyk ciągnął 

mnie   na   piątkę.   Jeżeli   bardzo   chciał,   mógł   mi   tę   piątkę   spokojnie   postawić,   choćbym 

powiedziała,   że   elektromagnes   rozmnaża   się   płciowo,   bo   byliśmy   jedynymi   w   tym 

towarzystwie  osobami, które z grubsza orientowały się w podstawowych  prawach fizyki. 

Delegat z kuratorium był polonistą, czynnik raczej wszech - talentem, a Fredzio przy tablicy 

mordował ofiarę. Reszta . profesorów, naturalnie, musiała kiedyś mieć do czynienia z tym 

przydatnym   przedmiotem,   ale   mroki   niepamięci   przysłoniły   już.   wszystko   z   wyjątkiem 

przekonania,   że   żelazko   należy   włączać   do   kontaktu,   bo   z   garnka   z   bigosem   „prąd   nie 

popłynie”.

- A teraz zadanie - powiedział twardo.

Przyjrzałam się zadaniu uważnie, przeczytałam,  kiwnęłam głową, wzięłam do ręki 

pióro i patrząc fizykowi prosto w oczy, powiedziałam:

- Tu brak jednego elementu.

Robiłam wszystko, żeby został w moich wspomnieniach najmilszym  nauczycielem 

pod słońcem.

- Proszę przeczytać uważnie.

Trudno. Ale musiałam czytać powtórnie, żeby je rozwiązać. Nie było skomplikowane, 

właściwie z X klasy.

Sprawdził, uśmiechnął się, comedia finita. Przy ustnej odpowiedzi wtrącił zręcznie 

słówko, które naprowadziło mnie na odpowiedni tor. Historia, na którą tak liczyłam,, nie 

poszła mi łatwo.

Między   innymi   miałam   temat:   Stosunki   polsko   -   czesko   -   węgierskie   w   epoce 

feudalizmu”.   Myślałam   przez   chwilę,,   że   przepadnę.   Wszystkie   daty   zawirowały   mi   w 

głowie,, ułożyły się gwiaździście, dośrodkowo i... pustka. Przemogłam się. W moich oczach 

wyglądało to tak, jakby na język sączyła mi się wąska struga wprost z mózgu, wreszcie rzeka. 

Dwa dalsze punkty poszły już koncertowo. Przy zagadnieniach martwiłam się o matematykę. 

Dwa przykłady z algebry i zadanie trygonometryczne rozwiązałam kilkoma pociągnięciami 

kredy, szczegółowo objaśniając Fredzia i innych, co robię i z czego mi to wynika. Na koniec 

zostały mi liczby urojone. Wiedziałam tylko, że „i równa się minus jeden” i już chciałam 

background image

Fredzia   o   tym   zawiadomić,   aż   tu   Fredzio,   Boski   Fredzio,   Kłapouch   Przecudowny, 

Przeżuwacz Niepospolity, mruknął:

- Dziękuję, wystarczy.

Było to wynikiem błędnego rozumowania: często na lekcji, kiedy dowodziłam ,,to 

liczby urojone, ale w jakiejś chorej wyobraźni,” on twierdził, że nie ma rzeczy w matematyce 

łatwiejszej. Jemu z tego wynikało,  że skoro kręcąc  trójkątem potrafiłam zrobić  stożek, a 

potem ściąć mu czubek  i obliczyć  stosunek czegoś do czegoś mając niejasne  dane, przy 

liczbach   urojonych   zniszczę   go   elokwencją.   Niech   żyje   dalej   w   tym   przeświadczeniu! 

Ukłoniłam się tablicy I popędziłam do domu.

Mama nie urządziła okolicznościowego przyjęcia, byłam jej za to wdzięczna. Wolę 

sama wytwarzać warunki, w których powinnam być na pierwszym planie.

- Odebrałam., gratulacje od komisji. Duże gratulacje.

- Łączę swoje - powiedziała. - Lilka, ty jesteś okropną idiotką.

- Uzasadnij mi to,, proszę - zdenerwowałam się.

- Życie   mnie   wyręczy   i   w   związku   ż   tym   coś   ci   powiem.   Nigdy   nie   usiłowałam 

wywierać na ciebie żadnych wpływów tak zwanych zbawiennych, prawda? Postawiłam na 

poczucie swobody i rozum. Pozornie wszystko mi się z tobą udało, ale tylko pozornie. Masz 

szaloną głowę i zbyt kategoryczne opinie, nie poparte niczym w zasadzie. Kiedy wypełniałaś 

ankietę na studia, nie zaprotestowałam. Nawet pojęcia nie masz, jak psychologia jest zbliżona 

do medycyny...

- Mam  pojęcie  - przerwałam,  - Fizjologia,  jako czynnik  kształtowania  osobowości 

człowieka, nie przeszkadza mi, natomiast jako przedmiot...

- Najwięcej  trudności będziesz miała  z własną osobowością. Zrozum, każdemu się 

wydaje, że jest bardzo mądry. Chwilami się cieszyłam, kiedy miałaś dwóję z angielskiego... 

Lekceważysz swoje rówieśnice, sądzisz, że przeczytanie iluś tam więcej książek wynosi cię 

na   wyimaginowany   piedestał.   Kiedy   dojdziesz   do   wniosku,   że   nie   jesteś   niczym 

nadzwyczajnym, jesteś uratowana, będziesz mogła swobodnie żyć.

- Nic podobnego o. sobie nie myślę, nie mam tylko kompleksów.

- Bo nie masz powodów, żeby je mieć. Masz duże zdolności, szkoda, że nie bardziej 

wyspecjalizowane. Natomiast nie masz żadnego talentu.

- O, tego nie mów. To jeszcze nie wiadomo. Martin Eden...

- Nie szukaj w literaturze życia, jeśli już, to przeciwnie. Wiele rzeczy może ci się nie 

powieść, a takie osoby jak ty. są przeważnie zdruzgotane małym  nawet niepowodzeniem. 

Ulatnia się ta cała energia. Wierzę wprawdzie, że sobie będziesz doskonale radzić z nauką, 

background image

może   nawet   z   sobą.   Gdybyś   jednak   w   tym   wymarzonym   samodzielnym   życiu   miała 

jakiekolwiek kłopoty, licz na mnie. Bardzo cię lubię, chociaż ci tego nie mówię. Ludzie będą 

cię lubić, bo jesteś miła, ale wrogów sobie potrafisz narobić. Na nową drogę życia kupiłam ci 

tę kurtkę i materiał na spódnicę w identycznym kolorze.

Miękką, cudowną rudą wełnę zaniosłam tego dnia do krawcowej. Kurtka leży jak ulał, 

szkoda, że do jesieni daleko.

3 lipca 1951 r.

Test   jeszcze   do   opisania   największa   bomba   mojego   żywota.   Odłożę   to   jednak   na 

później. Wybrałam psychologię idę się jej uczyć. Skończę studia. Teraz już w to wierzę, bo 

Jefreniowa przerobiłam od deski do deski, a wątpię, że jest na świecie coś mniej frapującego.

Za kilka dni wyjeżdżam do Warszawy. Nie na egzamin wstępny, o nie! Teoretycznie 

już jestem na uczelni. Mogłabym być na każdej i na każdym wydziale. Nasza sąsiadka z 

przeciwka powiedziała:

- To zbrodnia, żeby móc się tak bez niczego dostać na medycynę i iść na jakąś tam 

psychologię.

Tak się delektuję tym, co mam napisać, że przedtem jeszcze co innego. W dzień po 

zakończeniu matury poszłam do szkoły zdawać Wszechnicę. Należy zdawać przy komisji. 

Dyrektorka załamała ręce:

- Lilka, skąd ja ci teraz wezmę komisję? Gdyby zdawało więcej...

- Ale ja bardzo chcę to zdać. Muszę po prostu. Pani dyrektorko...

- Przyjdź za godzinę.

Tamten   katowicki   straszak   nie   wypalił.   Chodziło   tylko   o   to,   żeby   sprawozdanie 

wypadło  procentowo   jak.  najlepiej.  Która  się   dała   zastraszyć,  poszła   na  rzeź.   Dwóm   nie 

zaliczono.  Reszta  uzyskała  świadectwa   z wynikiem   dostatecznym,   były   też  trzy czwórki. 

Przez tę godzinę wymyłam dokładnie twarz kawałkiem żrącego mydła, które dała mi woźna. 

Matura   maturą,   ale   jak   mogłam   zapomnieć,   że   utuszowałam   sobie   rzęsy!   Obeszłam   całą 

szkolę, od góry do dołu, z niesmakiem kładąc pożegnalne spojrzenia na każdym mrocznym 

progu. Wróciłam do gabinetu. Komisja się utworzyła. Dyrektorka, łacinnik, który nie poszedł 

na lekcje, historyczka. Dyrektorka niepewnym głosem zadała mi pytanie:

- Co wiesz o cyrkulacji pieniądza?

Hm. Wiedziałam coś niecoś z ekonomii, komisja wyglądała na usatysfakcjonowaną. 

Okazało się, że jak na geografię gospodarczą to wystarczy. Historyczka orzekła, że zagadnień 

można mnie w ogóle nie pytać. Komisja wyraziła zgodę.

background image

- Historię społeczeństw zna, tyle razy odpowiadała na historii - wyjaśniła historyczka.

Aprobata Komisji.

- W materializmie na pewno się orientuje - zaryzykował łacinnik.

- Wydamy jej więc dyplom I i II stopnia - rzekła dyrektorka.

- Dziękujemy ci, moja droga. To ładnie, że jednak przyszłaś zdawać.

Rzeczywiście   ładnie   odśpiewałam   swoją   arię   w   tej   operetce.   Dostałam   dwa 

bladoniebieskie dyplomy;

„Była   słuchaczką   kursów   Wszechnicy   Radiowej   i   otrzymała   następujące   noty: 

materializm dialektyczny - bardzo dobry, materializm historyczny - bardzo dobry, bardzo 

dobry, bardzo dobry itd.”

W domu starannie podarłam dyplomy na drobne strzępki i wrzuciłam do kosza na 

śmieci. Dotrzymałam słowa, zdawałam wtedy, kiedy na pewno nie musiałam tego robić.

4 lipca 1951 r.

W   dniu   rozdania   świadectw   maturalnych   ostatni   raz   kroczyłam   do   szkoły   z 

obowiązku. Byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa, tak przy tym głupia i bezmyślną, że aż 

cel   mojej   wyprawy   wydawał   mi   się   podejrzany.   To   było   nie   do   uwierzenia,   że   idę   po 

świadectwo dojrzałości, obejrzę je sobie dokładnie, pokażę w domu, a potem muszę dołączyć 

do papierów na uczelnię. Odbierałam jedynie wrażenia czysto zewnętrzne (słońce świeci, 

ptaszki śpiewają, życie jest piękne). Żadnej głębszej myśli.

Przed budą spotkałam smarkate z dziesiątej. Taszczyły olbrzymie pęki czerwonych 

goździków. To tradycyjny sposób żegnania maturzystek przez niższe klasy.

- Lilka, dostałaś dyplom. My już w sali od wczoraj wszystko robimy, to wiemy.

- Dyplom „Przodownika Nauki i Pracy Społecznej”? - zachłysnęłam się.

- Tak. Ty i Kierasówna z francuskiej klasy.

Przez chwilę myślałam, że pęknę z dumy. Tego nigdy nie brałam pod uwagę w moich 

planach.   Myślałam,   że   przeszkadza   mi   pochodzenie.   Wiedziałam,   że   do   dyplomu 

przewidywana była Marysia Stokoń. Dobra uczennica i do ojca strzelał granatowy policjant. 

Jak się okazało, moją kandydaturę wysunęła szkoła, a ZMP łaskawie akceptowało.

Marysia   ma   dwie   czwórki   na   świadectwie.   Z   polskiego   i   z   fizyki.   Tak,   ona   nie 

korespondowała z fizykiem w zeszycie do klasówek (mówiąc między nami). Ja mam bardzo 

dobre od góry do dołu. Gdyby to ktoś obejrzał przez lupę, musiałby dostrzec: sympatię fizyka, 

fantastyczny   gest   Fredzia,   zaćmienie   umysłu   nauczycielki   astronomii.   To   ostatnie   przede 

wszystkim. Biedna, dobra kobieta! Jak łatwo uległa opinii:

background image

- Sagowska to świetna uczennica.

Panna Kasia opowiadała mi potem, że espiaczka koniecznie chciała mi dać czwórkę, 

ale ją jakoś do mnie przekonali. I przy angielskim była dyskusja. W jednym roku dwója, w 

drugim   bardzo   dobrze.   Przeważył   głos   dyrektorki,   która   „wzięła   na   siebie   za   to 

odpowiedzialność”. Kochany biolog rąbnął mi pięć ze słowami:

- To otwarty umysł.

Dyrektorka wygłosiła przemówienie, z którego zapamiętałam jedno żenujące zdanie:

- Nieście wysoko sztandar naszej szkoły.

Skóra mi cierpła od tego banału. Kiedyś była piękną, - na pewno wesołą dziewczyną. 

Dziś jest cudowną dyrektorką, pełną życia i pogody, ma wielki autorytet, ale...

Zresztą,   czy   każdy   musi   dokonać   rzeczy   nadzwyczajnych?   Dlaczego   w   poezji 

zachwycam się prostotą, siłą słowa, a w życiu szukam patosu i to wypowiedzianego w sposób 

skomplikowany?   Odebrałam   dyplom,   wrażenia,   goździki   i   gratulacje.   Fizyk   wręczył   mi 

nagrodę indywidualną: Alchemię słowa Parandowskiego.

- Ale   na   maturze   mścił   się   pan   za   te   brednie   na   lekcjach   -   powiedziałam   po 

podziękowaniu. - Nie można było przymknąć oka na to zadanie?

- Oj,   Lilka,   Lilka,   ciekawe,   jak   to   z   tobą   będzie.   Przyjdź   kiedyś   do   szkoły,   jak 

przyjedziesz na ferie.

No   i   już,   czyli   tak   zwany   koniec   ze   szkołą.   Zaimponowała   mi   jedna   z   nie 

dopuszczonych.  Przyszła   na  całą  uroczystość   zakończenia   roku.  O  trzech  oblanych  słuch 

zaginął. Wiadomo tylko, że jedna będzie powtarzać. Halina zdaje na biologię w Warszawie. 

Czy nigdy się od niej nie odczepię? Więc nawet tam, w wypieszczonej w myślach stolicy, 

będziemy w trójkę? Bo przysięgłabym, że Halina ciągnie do Michała. Ja to po raz pierwszy 

sobie skojarzyłam:  że w Warszawie jest Michał i będę mogła go codziennie widywać. Z 

naszej klasy do Warszawy idzie chmara osób. Janka na farmację. Pela na geologię, Marysia, 

Jadźka, Marzena, Kazia na medycynę. Reszta to Rokitnica, Kraków, jedna na polibudę do 

Gliwic. Ja jedyna z żeńskiego i męskiego na psychologię. Bez egzaminu. Jeśli ktokolwiek 

myśli, że uszczęśliwił mnie tak głęboko dyplomem, jest w błędzie. Owszem, przyjemnie, ale 

w ten sposób nigdy się nie dowiem, czy i jak zdałabym egzamin na uniwersytet. Tam dopiero 

będę  mogła  sprawdzić,   co  się  nauczyłam   przez   lata  bumelowania.  W  bibliotece  szkolnej 

zostawiłam masę moich książek, literatury i wszystkie trudniejsze do zdobycia podręczniki. 

Niech służą smarkatym za te goździki. Niech je gnębią. Kupiłam woźnej kilo cukierków. Ileż 

razy dzwoniła pięć minut wcześniej, kiedy się zanosiło na pytologię! Zamknęłam za sobą 

bramkę   od   parkanu.   Na   ulicy   odłączyłam   się   od   koleżanek.   Przyszłam   tu   sama   i   odejść 

background image

chciałam sama.

6 lipca 1951 r.

Niektórzy   mężczyźni   są   jak   szlagiery:   nudni,   natrętni   i   nic   nie   mówią   o   stanie 

cywilnym. To w związku z epizodem, jaki mi się przytrafił w Katowicach.

Byłam   w   teatrze,   musiałam   być,   bo   grał   ON.   To   genialny   aktor,   filar   teatru 

Wyspiańskiego. On ma klasę. Zawodu aktora nie przeceniam, widzę w tym coś sztucznego, 

komicznego i obserwując kiedyś w kawiarni jedną „gwiazdę” teatru, doszłam do wniosku, że 

to  światek   malutki,   zadufany  w  sobie,  ciasny  i  z mądrością  niewiele  mający  wspólnego. 

Gwiazda krygowała się, zgrywała, oscylowała między słodką idiotką a wielkoświatową damą. 

Pewnie,   nie   wszystkie   aktorki   są   takie,   ale   cóż   z   tego?   Ci   ludzie   przesiąknięci   grą, 

nieprawdziwi   w   geście,   potrafią   mnie   przekonać   tylko   na   scenie   i   to   nie   zawsze.   Poza 

szczenięcym uwielbieniem do Masona (brutal z duszą pełną psychologicznych podtekstów) 

nigdy  nie  zawracałam  sobie  głowy aktorem.  ON   to  co innego.  Rozsadza   ramy  teatralnej 

konwencji.   Jako   postać   sceniczna   jest   autoironiczny,   nie   dopowiedziany,   zostawia 

dziesięciocentymetrowy margines dla widza. Emanuje z niego inteligencja, wielka kultura 

uczuć. Nie mogę sobie go nigdy wyobrazić jako starego ramola żyjącego okruchami dawnej 

sławy.   On   w   każdym   wieku   będzie   sobą.   Jest   interesujący   jako   mężczyzna.   Trudno 

rozstrzygnąć: brzydki czy ładny ? Kanon teatralnej urody w jego wypadku nie wchodzi w 

rachubę. Często oglądając go na scenie myślę, że myli kreowaną postać z sobą, ale to tylko 

cecha  indywidualności.   Ciekawe,  czy żonaty?   Na pewno  w  życiu  nie  powiedział  zdania: 

„Pani tak sama?”

Łaził za mną ordynarny, oślizły typ już w czasie antraktów. Człapał na dworzec, z 

wysiłkiem dotrzymując mi kroku.

- Taka ładna i taka zagniewana - bredził.

- Żona czeka z kolacją, może usmażyła polędwicę, radzę się pośpieszyć - usiłowałam 

się go pozbyć.

- Zjadłbym z panią kolację.

- Jednostronne pragnienie, good by, my uncle.

Angielskiego nie znał. Wlókł się tak na peron, pociąg ruszył, a on jeszcze roztaczał 

miraże   „Monopolu”.   Żałosny   okaz   poławiacza   pereł.   Jak   można   zaczepiać   kobietę!   To 

oburzające, psuje każdą przyjemność. Tak lubię być sama w teatrze i kinie. Nikt mnie nie 

częstuje   cukierkami   podczas   głównej   tyrady   bohatera.   Mogę   się   skoncentrować,   ludzie 

nieznani nie przeszkadzają mi. Z rzeczy, które oglądam samotnie, wyciągam większą korzyść 

background image

niż   wspierana   „męskim   ramieniem”.   Jest   jednak   liczny   zastęp   idiotów,   do   których   takie 

rzeczy nie docierają. To ci, którzy sądzą, że cnota to chroniczny brak okazji. Uchowaj mnie, 

Apollinie, od cnoty, ale wszystko we właściwym czasie i z najgłębszych pragnień.

W powrotnej drodze marzyłam o NIM. To jedyna poważniejsza strata, że wyjeżdżam 

do Warszawy.

Kiedyś   pewna   pani,   która   przyglądała   mi   się   jak   jadowitej   kobrze   pod   szklanym 

kloszem, zapytała:

- A gdybyś się czesała - z grzywką, co ? To naprawdę nie chciałabyś być aktorką?

- Nie chciałoby mi się co wieczór wkładać cudzych, przepoconych kiecek i udawać, że 

czuję to, czego nie miałabym ochoty czuć.

- Lilka   ma   naukowe   zainteresowania   -   próbowała   mnie   ratować   mama,   blada   ze 

wstydu za głupią córkę.

- Tak, tak, jak nie czujesz tego tu, to nic by z tego nie było.

„Tego tu” mówiła z przejęciem, waląc się pięścią w obfity biust. Miała na pewno dużo 

miejsca, żeby to czuć tu. Istotnie, nie czuję tego, a tu w szczególności. Dlaczego - miałabym 

powtarzać   cudze   słowa   innym,   kiedy   mogę   mówić   własne?   Odtwórca   to   nie   twórca, 

przyznajmy.   Teatr   interesuje   mnie   wyłącznie   jako   widza.   Aktorzy   są   konieczni.   „Już 

starożytni”   wpadli   na   to.   Gdybym   była   reżyserem,,   żądałabym   wyłącznie   doskonałości, 

choćby teatr i film stał się przez to sztuką ekstraelitarną. Nie ma nic bardziej żenującego niż 

na scenie aktorzyna małego formatu. Ja się wtedy wstydzę. Usiłuję nie patrzeć, nie słyszeć. 

Jest mi niewypowiedzianie głupio, że są ludzie, którzy dla taniego poklasku gotowi są się 

ośmieszać. Jeśli jeszcze to robią dla forsy. Merkury z nimi. Zawsze wolno mi przelecieć 

wzrokiem   po   afiszu   i   zabrać   się   do   książki.   Znajdą   się   tacy,   którzy   im   zrobią   z   siebie 

publiczność.  Ale  jeżeli  wierzą   w  swoją  misję   dziejową  i  widząc  puste  krzesła,  czują  się 

niezrozumiani   „jak   każda   wielka   sztuka”,   to   już   jest   dramat..   „Bo   widza   należy   trochę 

lekceważyć, to go bierze” - dowodzą niekiedy smutni recenzenci. ON jakoś nie lekceważy. 

Przeto   może   nie   jest   bożyszczem   podlotków,   ale   pozwala   Wierzyc   w   sztukę.   On,   jeśli 

lekceważy, to wszystko. Siebie, autora, reżysera, scenografa, ale w umowie z widownia.

To   właśnie   jest   w   nim   najwspanialsze.   Zobaczę   teraz   stołeczne   teatry,   muzea, 

filharmonię.

Ach, jakież to będzie piękne życie!

7 lipca 1951 r.

Mama wyjechała na urlop do Łeby. Ciągnie ją jednak nad ten Bałtyk. Jeśli mnie nie 

background image

myli   całe   myślowe   spekulowanie,   w   odwiedziny   na   ferie   będę   jeździć   do   Gdańska. 

Chciałabym,   żeby   się   mama   wreszcie   jakoś   urządziła.   Amant,   którego   poznałam   w 

Krościenku, wydał mi się spokojny i inteligentny. Chyba byłoby im dobrze z sobą, mama nie 

znosi gwałtowników.

Chciałabym przeżyć coś wzniosłego i jedynego. Odkąd jestem dojrzała, mam zawsze 

świetne warunki, żeby się stoczyć do rynsztoka, jak to się pisze w brukowych powieściach. 

Powodzenie, swobodę, często jestem sama w domu przez dni i tygodnie. Sama, a czasem z 

kimś.   Do   Michała   czuję   coś   więcej   niż   pociąg   fizyczny,   coś   więcej   niż   zainteresowanie 

mężczyzną i coś więcej niż to wszystko razem. Ale go nie uwielbiam. Widzę, że ma piękne, 

męskie ręce, kocham wprost przytulać się do niego. Michał czeka. Mój jeden gest więcej, 

sekunda braku kontroli i byłabym już inną Lilką.

Nie mogę. To nie moralność. I nie wstyd. I nie brak uczuć czy odczuć. Nie potrafię o 

sobie zapomnieć. Nie, nie, nie, nie. Uczynię to bez namysłu, jeśli ten ktoś zapanuje nade mną 

tak,  żeby  wykluczyć  wszelką  myśl.   Nigdy dla  poznania.  Jak w   teatrze  ON,   tak  w  życiu 

Michał,   pozwalają   mi   myśleć.   W   pierwszym   wypadku   to   jest   twórcze,   w   drugim   raczej 

smutne.

- Michał, kochany mój - mówię absolutnie szczerze. Tak zwana dziewiczość jednak 

mi  nie  ciąży.   Nie chcę   dożyć   chwili,  żeby po  uniesieniach  i  nieznanych:   mi  doznaniach 

zapytać siebie:

- Dlaczego to zrobiłam?

Muszę mieć gwarancję, że potem będę szczęśliwa. Patrząc na Michała, widzę, że on 

mi tej gwarancji dać nie może. Byłby czuły, tkliwy, delikatny i dumny. Prawdopodobnie, 

powiedział dziś coś genialnie niedorzecznego;

- Gdybym wiedział, że będziesz mi wierna, jutro bym się z tobą ożenił.

Po   co   te   słowa,   Michale!   Wierność   nie   jest   sprawą   formalną   jak   ślub.   Wynika 

wyłącznie z pragnień, nie nakazów. Chcę mu być wierna całe życie - znaczy więcej niż - • 

kocham   go.   Ja   wcale   tak   nie   myślę   o   Michale.   Szczęśliwe   te   dziewczęta,   które   się   nie 

zastanawiają. Tak, ale nie zamieniłabym się z nimi na miejsca, jak w klasie przed łaciną, żeby 

móc podpowiadać Jance słówka.

Zabiorę  się   do  pakowania  walizki.   Jakże  mnie   przyjmie  to   wielkie   miasto?  Przed 

mamy wyjazdem, odbyłam z nią następującą rozmowę:

- Idę nadać na pocztę kołdrę i poduszkę na adres .Agnieszki.

- Agnieszka jest w Warszawie?

- Od roku. W zeszłym roku nie dostała się na studia z braku miejsc. W tym rokują 

background image

przyjmą, po raz drugi świetnie zdała egzamin.

- Co robiła przez ten czas?

- Pracowała   w   jakimś   instytucie   chemicznym   jako   pomoc   laborantki   czy   coś. 

Wynajęła   sobie   pokój.   Kupiła   z   rocznej   pensji   półlitrowy   garnczek   na   mleko.   Ona   jest 

cudowna.

- Chciałabyś z nią mieszkać?

- Bardzo. Ona też, ale czy ja wiem? Wmeldować się komuś na głowę... Ona pokój 

zdobyła krwawo, mu.; go bardzo lubić. Rozumiem to.

- Przecież   możesz   się   zatrzymać   na   czas   załatwienia   spraw   formalnych   w   Domu 

Akademickim. W wakacje są do dyspozycji takich jak ty studentów.

- Tak, chyba tak zrobię, ale mam inne plany.

- Ciekawe.

- Udaję się do jaskini lwa.

- ?!

- Do samotnego mężczyzny.

- A cóż to znowu za historia?

- Do Maurycego. Zaprasza mnie. Ma dwa pokoje z kuchnią i chce mi jeden odstąpić.

- Ani mi się waż. To wprawdzie człowiek o wielkiej etyce, ale pomyśl przez chwilę, 

będą cię odwiedzać twoi pomyleni znajomi, a to naukowiec. Potrzebuje ciszy, skupienia. No i 

to nie jest najwłaściwsze, abyś mieszkała z mężczyzną.

- Nie zamierzam mieszkać, tylko się zatrzymać. Jeśli mi przyznają D.A., wyniosę się. - 

Zatrzymaj się u Agnieszki.

- Nie. Ja chcę bliżej poznać tego człowieka. Nie zje mnie. To wielki samotnik. Czuję, 

że się zaprzyjaźnimy. On naprawdę chętnie odstąpi mi pokój. A Agnieszka będzie cierpiała, 

że rozwalam swoje rzeczy po jej kątach. Ja bym cierpiała, a jesteśmy do siebie podobne. To 

nie sprawa egoizmu...

- Pozwolisz, że wystąpię raz z pozycji matki: kategorycznie zabraniam ci mieszkać u 

Maurycego.

- Nie mów tego, bo przecież wiesz, że jestem rozsądna. Chyba nie chodzi ci o to, że 

nie wypada.

- Także i o to.

- W Warszawie będę pewnie miała okazję robić więcej rzeczy, które raziłyby w tej 

dziurze. Będę chodzić na dansingi, jeśli mnie ktoś ciekawy zaprosi.

- Ładnie jedziesz się uczyć.

background image

- Nie jadę na teologię. W każdym razie napisz z Wybrzeża na jego adres. Nie wiem, 

gdzie będę, odwołaj ten zakaz.

- Odwołam, jeśli mi przyrzekniesz, że przed każdym czynem minutę pomyślisz.

- Dwie minuty. Przyrzekam.

- Odwołuję. Licz się z pieniędzmi, niech cię Warszawa nie oszołomi jak typową gęś z 

prowincji.

- Odprowadzę cię na dworzec. Napisz szybko. Ja też jutro wyjadę.

Nie wyjeżdżam jakoś. Zawiadomiony o moim i Pelagii (tego mamie nie powiedziałam 

celowo)   przyjeździe   Maurycy   czeka   w   tej   chwili   na   Dworcu   Głównym.   Mogło   mi   coś 

wypaść. Powód jest jeden: bardzo, bardzo chcę zetknąć się już z tym nowym. Jest jednak 

trochę niepewności. W szkole wyczyściłam wszystkie sprawy na wysoki połysk. Opuszczam 

tę instytucję bez cienia żalu czy sentymentu.

Także   to   miasto.   Czy   wrócę   tu   kiedyś   ?   Sądzę,   że   wyjeżdżam   na   zawsze.   Do   1 

października wprawdzie daleko, ale to już będzie tylko krótki przystanek  wędrowca przy 

źródle,   które   wyschło.   Jakkolwiek   za   lat   kilka   czy   kilkanaście   będę   sądzić   siebie   z 

dzisiejszych dni, jedno wydaje mi się pewne: ładny kawałek życia mam za sobą. Przede mną 

dużo,   nie   ma   co.   Czy   potrafię   udrękę   młodości   -   :   poszukiwanie   prawdy   i   słońca   - 

przeistoczyć w coś konstruktywnego ? Zwłaszcza że wszelkie siły muszę czerpać z siebie. 

Czuję   się   lekka,   jakby   bracia   Montgolfier   napompowali   mnie   rozgrzanym   powietrzem. 

Wstawiłam   kwiaty   do   wanny,   według   instrukcji.   Gosposia   już   odeszła,   dalszy   znak,   że 

znajdzie się inną na Wybrzeżu.

Patrzę   na fibrową  walizkę,   w  której  jutro  powiozę  moją   przyszłość,   ten  dziennik, 

solniczkę, trochę rudych i zielonych kolorków, pierwsze własne pantofle na wysokim obcasie 

i   Alchemię   słowa.   Walizka   nie   będzie   ciężka.   Ale   nie   tylko   dlatego   nie   zechcę   się   w 

Warszawie bawić w damę i nie zafunduję sobie numerowego (co już poprzednio w myślach 

wyreżyserowałam).   Wszak   chcę   być   tragarzem.   Tragarzem   ludzkiej   typowości.   Lubię 

symbole. Przeglądam się w lustrze. Czy przypadkiem nie wyglądam na dziewczę z prowincji. 

Chyba nie. Moje „stroje” są proste i przez to nie będą nigdzie razić. Mogą nawet od biedy 

uchodzić za indywidualny styl. Mało ich, ale za to zapędzę w kozi róg wszystkie nie domyte i 

„nie   doprasowane”   rówieśnice.   Jakoś   sobie   pewnie   poradzę.   I   z   czasem   nabędę   trochę 

towarzyskiej ogłady, a wyrwana z dotychczasowej samotności nauczę się współżyć z ludźmi. 

Trudna   to   będzie   dla   mnie   sztuka,   nigdy   nie   miałam   żadnych   rygorów   poza   bardzo 

powierzchowną dyscypliną szkoły. Mój KP - Kodeks Podbojów, winien się zamienić w KP - 

Kodeks   Postępowania.   Nie   zamienić   się   tak   całkiem,   nie   przesadzajmy.   Niech   sobie 

background image

współistnieją! Będę kontynuować pisanie. A miłość? Przyjdzie, wiem o tym. Potrafię na nią 

czekać   -   nie   wyczekując.   Michał?   Już   za   mnie   odpowiedział   Iwaszkiewicz,   poeta   mój 

ukochany:

Bo jeśli - ja chcę kochać, to już jak należy - 

Bo kto nie całkiem kocha, ten wcale nie kocha. 

Lecz kochać - to się wiązać. A ja muszę w drogę,

I nie możesz się nawet o to na mnie gniewać, 

Że cię całować nie chcę i pieścić nie mogę - 

Bo chcę iść coraz dalej - coraz głośniej śpiewać.

Zwrot „że cię całować nie chcę” nie może być w moim wypadku brany dosłownie. 

Potraktujmy   go   więc   jako   gwiazdę   przewodnią,   literacką   przenośnię,   ostrzeżenie   przed 

własnym, świadomym już sercem. Pójdę sobie na spacer trasą moich romantycznych randek. 

Rozsiałam   tam   wiele   myśli.   Może   coś   zakiełkowało?   Może   z   którejś   z   nich   wyrośnie 

słonecznik, uparcie, jak młodość, szukający jasności?

Godzina szósta rano.

Nie mogę już spać, jak nigdy słyszę daleki gwizd pociągów. Zaraz przyjdzie Pelagia, 

zjemy przyzwoite śniadanie. o” dziewiątej odjeżdżamy.

Warszawo. Życie! Przyjmijcie mnie! Choćby w rewanżu za miłość, jaką was darzę. W 

podzięce   -   może   kiedyś   stanę   się   dobra   i   mądra?   Zaczynam   w   tej   chwili   -   życzliwym 

uśmiechem.


Document Outline