background image

 

 

 

Roger  elazny  

 

 

Amber 

 

 

 

TOM DRUGI 

 

 

Karabiny Avalonu 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

Stan łem na piasku, powiedziałem: " egnaj Motylu", a mały stateczek 

zawrócił i powoli skierował si  ku gł bokim wodom. Wiedziałem,  e zdoła 

powróci  do Cabry, do małej przystani przy latarni. To miejsce le ało blisko 

Cienia.  

      Odwróciłem si  i spojrzałem na niedalek , czarn   cian  lasu. Wiedziałem,  e 

czeka mnie długa w drówka. Ruszyłem w tamt  stron , dokonuj c po drodze 

koniecznych poprawek. Chłód przed witu zaległ pomi dzy milcz cymi drzewami. 

To mi odpowiadało.  

      Miałem około dwudziestu pi ciu kilo niedowagi i od czasu do czasu kłopoty z 

widzeniem. Dochodziłem jednak do siebie. Uciekłem z lochów Amberu i 

odzyskałem nieco sił z pomoc  szalonego Dworkina i pijanego Jopina, wła nie w 

tej kolejno ci. Teraz musiałem znale  pewne miejsce, podobne do innego, które 

ju  nie istniało. Odnalazłem szlak. I wkroczyłem na .  

      Zatrzymałem si  obok drzewa, które musiało tu by . Si gn łem do dziupli i 

wydobyłem mój srebrzysty miecz. Nie miało znaczenia,  e znajdował si  gdzie  w 

Amberze. Teraz był tutaj, poniewa  las, przez który szedłem, le ał w Cieniu.  

      Maszerowałem jeszcze przez kilka godzin. Niewidoczne sło ce  wieciło gdzie  

za moim lewym ramieniem. Odpocz łem chwil . a potem ruszyłem dalej. Dobrze 

było widzie  li cie, głazy, martwe i  ywe pnie drzew, traw  i czarn  ziemi . 

Dobrze było czu  wszystkie słabe zapachy  ycia, dysze  brz cz ce,  wiergoc ce 

głosy. Bogowie! Jak e cenne były moje oczy. Mie  je znowu, po czterech latach 

ciemno ci... Brakowało mi słów, by to opisa . I mogłem swobodnie spacerowa .  

      Szedłem dalej, a poranna bryza szarpała moim podartym płaszczem. 

Wychudzony, ko cisty, z pomarszczon  twarz  musiałem wygl da  na 

pi dziesi ciolatka. Któ  potrafiłby rozpozna  we mnie człowieka, którym byłem 

naprawd ? I tak szedłem, szedłem przez Cie , d

c do pewnego miejsca, i nie 

dotarłem do niego. Pewnie zrobiłem si  troch  za mi kki. A oto, co si  stało...  

       

       

      Przy drodze spotkałem siedmiu ludzi. Sze ciu martwych le ało na ziemi w 

ró nych stadiach krwawego okaleczenia. Siódmy półle ał, wsparty o omszały pie  

starego d bu. Miecz trzymał na kolanach, a w prawym boku miał rozległ  ran , z 

której płyn ła jeszcze krew. Nie nosił zbroi, cho  niektórzy z pozostałej szóstki 

mieli j  na sobie. Jasne oczy były otwarte, cho  szkliste. Miał skór  zdart  z 

kostek palców i oddychał płytko. Spod krzaczastych brwi przygl dał si  ptakom, 

wyjadaj cym oczy zabitych. Nie przypuszczam,  eby mnie zauwa ył.  

      Naci gn łem kaptur i spu ciłem głow , by ukry  twarz. Podszedłem bli ej. 

Znałem go kiedy . Albo kogo  bardzo podobnego.  

      Jego miecz drgn ł; ostrze uniosło si , gdy si  zbli yłem.  

      - Jestem przyjacielem - powiedziałem. - Czy chcesz troch  wody?  

      Zawahał si , lecz skin ł głow .  

      - Tak.  

      Podałem mu otwart  manierk . Łykn ł, zakrztusił si  i wypił jeszcze troch .  

      - Dzi ki ci, panie - powiedział, oddaj c naczynie.  ałuj  tylko,  e to nie 

background image

 

mocniejszy trunek. Niech diabli wezm  to ci cie!  

      - Mam i mocniejszy. Czy jeste  pewien.  e dasz sobie z nim rad ?  

      Wyci gn ł r k , a ja odkorkowałem i podałem mu niedu  flaszk . Krztusił 

si  chyba ze dwadzie cia sekund po jednym łyku tego, co zwykł pija  Jopin. 

Potem u miechn ł si  lew  cz ci  ust i mrugn ł.  

      - Du o lepiej - o wiadczył. - Czy mog  wyla  kropelk  na swoj  ran ? Nie 

znosz  marnowania dobrej whisky, ale...  

      - Wylej wszystko, je eli musisz. R ce masz jednak niezbyt pewne. Mo e lepiej 

ja polej .  

      Kiwn ł głow , a ja rozpi łem mu kurtk  i rozci łem sztyletem koszul , by 

odsłoni  ci cie. Wygl dało brzydko. Biegło do samych pleców, par  cali nad 

biodrem. Były te  inne, mniej gro ne dra ni cia na r kach, piersi i ramionach. Z 

du ej rany lała si  krew, wi c wysuszyłem j  troch  i oczy ciłem swoj  chustk .  

      - W porz dku - o wiadczyłem. - A teraz zaci nij z by i nie patrz tutaj.  

      Polałem. Skoczył w paroksyzmie bólu, a potem dr ał ju  tylko. Nie krzykn ł. 

Zreszt  nie s dziłem,  e b dzie krzyczał. Zło yłem chustk  i przycisn łem do 

rany. Przywi załem j  długim pasem, oddartym od dołu mojego płaszcza.  

      - Napijesz si  jeszcze? - spytałem.  

      - Wody - odparł. - Obawiam si ,  e teraz musz  si  przespa .  

      Łykn ł troch , zaraz głowa mu opadła i broda wsparła si  na piersi. Zasn ł. 

Przykryłem go płaszezami zabitych, a jeden podło yłem mu pod głow .  

      Pó niej usiadłem przy nim i obserwowałem pi kne czarne ptaki.  

       

       

      Nie rozpoznał mnie. Ale, w ko cu, któ  by rozpoznał? Gdybym powiedział, 

kim jestem, okazałoby si  mo e,  e mnie zna. Ten ranny m czyzna i ja nigdy si  

naprawd  nie spotkali my. A jednak, w pewnym sensie, byli my znajomymi.  

      Szedłem przez Cie  i szukałem miejsca. Bardzo szczególnego miejsca. Kiedy  

zostało zniszczone, lecz ja miałem moc odtworzenia go. Amber bowiem rzuca 

niesko czenie wiele Cieni, a dzieci  Amberu mo e je przemierza  - i to wła nie 

było moim dziedzictwem. Je li macie ochot , mo ecie nazwa  te Cienie  wiatami 

równoległymi, je li chcecie - wszech wiatami alternatywnymi, je li wolicie - 

tworami zwichrowanego umysłu. Ja nazywam je Cieniami, jak wszyscy, którzy 

maj  moc chodzenia w ród nich. Wybieramy jak  mo liwo  i idziemy, póki nie 

dotrzemy do niej. W pewnym sensie wi c stwarzamy j . I na razie przy tym 

pozosta my.  

      W łodzi rozpocz łem w drówk  do Avalonu.  

      Mieszkałem tam całe wieki temu. To długa, zło ona, bolesna i pełna chwały 

opowie . By  mo e pó niej do niej powróc . O ile po yj  wystarczaj co długo.  

      Szedłem do mojego Avalonu, gdy spotkałem rannego rycerza i sze ciu 

zabitych. Gdybym zdecydował si  i  dalej, dotarłbym mo e do miejsca, gdzie 

le ało sze ciu zabitych, a rycerz stał nawet nie dra ni ty... albo gdzie , gdzie on 

le ał martwy, a oni  miali si  nad jego ciałem. Niektórzy powiedzieliby,  e to bez 

znaczenia, gdy  wszystkie te sytuacje s  mo liwe, a wi c wszystkie istniej  gdzie  

w Cieniu.  

       adne z moich braci i sióstr - mo e z wyj tkiem Gerarda i Benedykta - nawet 

background image

 

by si  nie obejrzało. Ja jednak zrobiłem si  jakby troch  mi kki. Nie zawsze 

byłem taki, lecz by  mo e Cie -Ziemia, gdzie sp dziłem tak wiele lat, złagodził 

nieco mój charakter. A mo e pobyt w lochach Amberu u wiadomił mi warto  

ludzkiego cierpienia. Nie mam poj cia. Wiem tylko,  e nie mogłem zostawi  

rannego, w którym poznałem kogo , kto kiedy  był mi przyjacielem. Gdybym 

szepn ł mu do ucha swoje imi , usłyszałbym mo e, jak mnie przeklina. A na 

pewno usłyszałbym opowie  o kl sce.  

      Dobrze wi c, spłac  przynajmniej cz  ceny: postawi  go na nogi, a potem si  

urw . Nie stanie si  nic złego, a mo e co  dobrego wyniknie dla tego Cienia.  

      Siedziałem i obserwowałem go, póki, po kilku godzinach, nie obudził si .  

      - Witaj - powiedziałem otwieraj c manierk . - Napijesz si ?  

      - Dzi ki - wyci gn ł r k . - Wybacz - rzekł oddaj c mi naczynie -  e si  nie 

przedstawiłem. Nie byłem w nastroju...  

      - Znam ci  - przerwałem. - Nazywaj mnie Corey.  

      Spojrzał, jakby chciał powiedzie : "Corey sk d?", ale zmienił zdanie i skin ł 

głow .  

      - Dobrze wi c, sir Coreyu - chyba zmalałem w jego oczach. - Pragn  ci 

podzi kowa .  

      - Najlepszym podzi kowaniem jest to,  e wygl dasz lepiej - rzekłem. - Chcesz 

co  zje ?  

      - Tak, bardzo.  

      - Mam tu troch  suszonego mi sa i chleb, który mógłby by   wie szy - 

stwierdziłem. - I jeszcze spory kawał sera. Jedz, ile chcesz.  

      Podałem mu jedzenie.  

      - A ty, sir Coreyu? - spytał.  

      - Jadłem ju , kiedy spałe .  

      Spojrzał na mnie znacz co i u miechn ł si .  

      - Załatwiłe  wszystkich sze ciu całkiem sam? - zapytałem.  

      Kiwn ł głow .  

      - Niezła robota! I co ja teraz z tob  zrobi ?  

      Próbował spojrze  mi w twarz, ale bez rezultatu.  

      - Nie rozumiem - stwierdził.  

      - Dok d zmierzasz?  

      - Mam przyjaciół - wyja nił. - Jakie  pi  lig st d na północ. Szedłem tam, 

kiedy to si  stało. I w tpi , czy jakikolwiek człowiek, a nawet sam demon, 

potrafiłby nie  mnie na plecach cho  jedn  lig . Gdybym zdołał wsta , sir 

Coreyu, zyskałby  lepsze poj cie o moich rozmiarach.  

      Wstałem, wyj łem miecz i jednym ci ciem zwaliłem młode drzewko, jakie  

dwa cale  rednicy. Odr bałem gał zie i przyci łem do odpowiedniej długo ci. 

Powtórzyłem operacj , po czym z pasów i płaszczy zabitych zmontowałem nosze.  

      Przygl dał mi si  w milczeniu, póki nie sko czyłem.  

      - Nosisz gro n  kling , sir Coreyu - zauwa ył. - I to srebrn , jak si  wydaje...  

      - Masz ochot  na niewielk  podró ? - spytałem.  

      Pi  lig to mniej wi cej dwadzie cia pi  kilometrów.  

      - Co z zabitymi? - chciał si  dowiedzie .  

      - Chcesz mo e da  im przyzwoity chrze cija ski pochówek? - zdziwiłem si . - 

background image

 

Do diabła z nimi! Natura sama zatroszczy si  o to, co do niej nale y. Wyno my si  

st d. Oni ju  zaczynaj   mierdzie .  

      - Mo na by chocia  przysypa  ich czym . Dzielnie stawali.  

      Westchn łem.  

      - No dobrze, je eli masz z tego powodu nie sypia  po nocach. Nie mam łopaty, 

wi c usypi  im kopiec. Ale to b dzie wspólny grób.  

      - Wystarczy - o wiadczył.  

      Uło yłem sze  ciał obok siebie. Słyszałem, jak mruczy co , co pewnie było 

modlitw  za zmarłych.  

      Obło yłem ciała kamieniami. W pobli u było ich pełno, wi c pracowałem 

szybko, wybieraj c najwi ksze,  eby nie traci  czasu. I to był mój bł d. Jeden z 

głazów musiał wa y  koło stu czterdziestu kilogramów, a ja nie przetoczyłem go, 

tylko podniosłem i poło yłem na miejsce.  

      Usłyszałem, jak gło no wci ga powietrze, i poj łem,  e zauwa ył. Zakl łem.  

      - Cholera, mało brakowało, a przerwałbym si  przy tym głazie - o wiadczyłem 

i starałem si  odt d wybiera  mniejsze kamienie. - No dobrze - stwierdziłem, 

kiedy robota była sko czona. - Mo emy rusza ?  

      - Tak.  

      Wzi łem go na r ce i uło yłem na noszach. Zacisn ł z by.  

      - W któr  stron ? - spytałem.  

      Machn ł r k .  

      - Z powrotem na szlak i drog  w lewo, do miejsca, gdzie si  rozwidla. Tam 

skr cisz w prawo. Jak masz zamiar..  

      Uniosłem nosze w ramionach trzymaj c je tak, jak si  trzyma niemowl  

razem z kołysk  i cał  reszt . Potem zawróciłem do drogi.  

      - Coreyu - powiedział.  

      - Tak?  

      - Jeste  jednym z najsilniejszych ludzi, jakich w  yciu spotkałem... i mam 

wra enie,  e powinienem ci  zna .  

      Odpowiedziałem nie od razu.  

      - Staram si  trzyma  w dobrej kondycji - wyja niłem. - Zdrowy tryb  ycia i w 

ogóle.  

      - ...I twój głos brzmi znajomo.  

      Spogl dał w gór , cały czas staraj c si  zobaczy  moj  twarz. Postanowiłem 

szybko zmieni  temat.  

      - Kim s  ci przyjaciele, do których idziemy?  

      - Zmierzamy do Twierdzy Ganelona.  

      - Tego skurwiela?! - krzykn łem, niemal wypuszczaj c go z r k.  

      - Nie rozumiem wprawdzie okre lenia, którego u yłe  - powiedział - jednak z 

twego tonu poznaj ,  e jest obra liwe. W takim przypadku musz  by  jego 

obro c  w...  

      - Zaczekaj - przerwałem. - Zdaje si ,  e mówimy o dwóch ró nych osobach 

nosz cych to samo imi . Przepraszam.  

      Wyczułem przez nosze,  e si  odpr ył.  

      - Na pewno - stwierdził.  

      I tak niosłem go, a  dotarli my do szlaku, gdzie skr ciłem w lewo.  

background image

 

      Znów zapadł w sen, wi c mogłem troch  podgoni . Min łem rozwidlenie, o 

którym mówił, i gdy on chrapał, pop dziłem biegiem. Zacz łem si  zastanawia , 

co to za sze ciu typów próbowało go załatwi  i prawie im si  udało. Miałem 

nadziej ,  e ich kumple nie p taj  si  po krzakach.  

      Zwolniłem, kiedy usłyszałem zmian  w rytmie jego oddechu.  

      - Zasn łem - powiedział.  

      - I chrapałe  - dodałem.  

      - Daleko mnie doniosłe ?  

      - Chyba jakie  dwie ligi.  

      - I nie jeste  zm czony?  

      - Troch  - odparłem. - Ale nie na tyle,  eby ju  potrzebowa  odpoczynku.  

      - Mon Dieu! - zawołał. - Ciesz  si ,  e nigdy nie byłe  moim wrogiem. Czy  

pewien,  e nie jeste  demonem?  

      - Pewnie,  e jestem - o wiadczyłem. - Nie czujesz siarki? A prawe kopyto 

okropnie mnie uwiera.  

      Zanim zachichotał, poci gn ł par  razy nosem, co troch  zraniło moje 

uczucia.  

      Według mojego rozeznania przemierzyli my ju  ponad cztery ligi. Miałem 

nadziej ,  e znowu za nie i nie b dzie si  zbytnio interesował odległo ci . 

Zaczynały mnie bole  r ce.  

      - Kim było tych sze ciu ludzi, których zabiłe ? - spytałem.  

      - To Stra nicy Kr gu - odrzekł. - I nie byli ju  lud mi, lecz op tanymi. Módl 

si , sir Coreyu, by ich dusze zaznały spokoju.  

      - Stra nicy Kr gu? - zdziwiłem si . - Jakiego Kr gu?  

      - Ciemnego Kr gu... siedziby nikczemno ci i obydnych bestii - odetchn ł 

gł boko. -  ródła choroby, która dr y t  krain .  

      - Okolica nie wydaje mi si  szczególnie chora - stwierdziłem.  

      - Jeste my daleko od tego miejsca, a dziedzina Ganelona jest wci  zbyt 

pot na dla napastników.  

      Lecz Kr g rozszerza si . Czuj ,  e tutaj rozegra si  ostatnia bitwa.  

      - Rozbudziłe  moj  ciekawo .  

      - Sir Coreyu, je li nie wiedziałe  o niczym, to lepiej zapomnij, co ci rzekłem, 

omi  Kr g i id  swoj  drog . Byłbym zachwycony mog c walczy  u twego boku, 

lecz to nie twoja wojna. I któ  mo e przewidzie  jej wynik?  

      Szlak zacz ł wi  si  w gór . Daleko, pomi dzy drzewami, zobaczyłem co , co 

przypomniało mi inne, podobne miejsce. - Co?!... - rzekł mój baga , i rozejrzał 

si . - No có , szedłe  o wiele pr dzej, ni  s dziłem. To cel naszej w drówki. 

Twierdza Ganelona.  

      Pomy lałem wtedy o tamtym Ganelonie. Nie chciałem tego, ale nie mogłem si  

powstrzyma . Był zdrajc  i skrytobójc . Wygnałem go z Avalonu całe stulecia 

temu. A naprawd , tu przerzuciłem go przez Cie  w inne miejsce i w inny czas, 

tak jak to pó niej zrobił ze mn  mój brat Eryk. Miałem nadziej ,  e to nie tutaj 

go posłałem. Cho  niezbyt prawdopodobne, było to jednak mo liwe. Był 

wprawdzie człowiekiem  miertelnym, z wyznaczon  dla siebie długo ci   ycia, a 

ja wyp dziłem go stamt d jakie  sze set lat temu, lecz niewykluczone,  e w tym 

wiecie min ło kilka lat zaledwie. Czas tak e jest funkcj  Cienia i nawet Dworkin 

background image

 

nie zna wszystkich jego tajników. A mo e i zna? Mo e wła nie od tego oszalał? 

Je li chodzi o czas, jak zd yłem si  nauczy , najtrudniejsze jest tworzenie go. W 

ka dym razie czułem,  e ten tutaj Ganelon nie mógł by  moim byłym zaufanym 

adiutantem i starym nieprzyjacielem. On z pewno ci  nie stawiłby czoła 

zalewaj cej kraj fali nikczemno ci. Zanurzyłby si  w niej razem z ohydnymi 

bestiami. Jestem pewien.  

      Pozostawał jedynie problem człowieka, którego niosłem. Jego odpowiednik 

ył w Avalonie w czasie wygnania, a to oznaczało,  e ró nica czasu mo e by  

mniej wi cej odpowiednia.  

      Wolałbym nie spotyka  Ganelona, którego znałem. Wolałbym te  nie by  

przez niego rozpoznany. On nie miał poj cia o Cieniu. Wiedział tylko,  e rzuciłem 

na niego czary, cho  mogłem go zabi . Prze ył wprawdzie, ale by  mo e była to 

gorsza z dwóch mo liwo ci.  

      Człowiek w moich ramionach potrzebował schronienia i odpoczynku. Szedłem 

wi c dalej. Zastanawiałem si  jednak...  

      Jaka  cz stka mnie skłaniała si  do wyja nienia temu człowiekowi prawdy. 

Jak  form  przybrały wspomnienia o moim cieniu, je li były jakie  w tym 

miejscu tak podobnym, a przecie  ró nym od Avalonu? Jak wpłyn  na moje 

przyj cie, je eli zostan  odkryty?  

      Sło ce chyliło si  ku zachodowi. Powiał chłodny wiatr, zapowiadaj cy 

zbli anie si  zimnej nocy. Mój podopieczny znów zachrapał, postanowiłem wi c 

przeby  biegiem reszt  dziel cej nas od celu odległo ci. Miałem nieprzyjemne 

przeczucie,  e po zmroku las mo e zaroi  si  od nieczystych mieszka ców 

jakiego  przekl tego Kr gu, o których nie miałem poj cia, ale od których si  tu 

pewnie roiło. Pobiegłem wi c, staraj c si  nie my le  o po cigu, zasadzce, 

ledzeniu. Wkrótce jednak przeczucie zamieniło si  w pewno : usłyszałem za 

plecami ciche tup, tup, tup, jakby odgłos kroków. Poło yłem nosze na ziemi i 

wyci gaj c miecz odwróciłem si .  

      Były dwa. Wygl dały dokładnie jak koty syjamskie, tyle  e rozmiarów 

tygrysa. Ich pozbawione  renic oczy miały barw  słonecznej  ółci. Gdy si  

obejrzałem, przysiadły na zadach i przygl dały mi si  bez mrugni cia.  

      Były jakie  trzydzie ci kroków ode mnie. Stałem troch  z boku, pomi dzy 

nimi a noszami. Uniosłem miecz.  

      Ten z lewej otworzył paszcz . Nie wiedziałem, czy powinienem oczekiwa  

ryku, czy mruczenia. A on, zamiast tego, przemówił:  

      - Człowiek. Z pewno ci   miertelny.  

      Nie mógłby to by  głos człowieka. Był zbyt wysoki.  

      - A jednak  yje jeszcze - odrzekł drugi. Głos miał równie piskliwy.  

      - Zabijmy go.  

      - A ten, co go pilnuje i ma miecz, i wcale mi si  nie podoba?  

      -  miertelnik?  

      - Podejd cie i przekonajcie si  - powiedziałem cicho.  

      - Jest chudy i chyba stary.  

      - Ale niósł tamtego od kopca a  tutaj, szybko i bez odpoczynku. Otoczmy go.  

      Skoczyłem do przodu, gdy tylko si  poruszyły. Ten z lewej rzucił si  na mnie. 

Miecz rozpłatał mu czaszk  i wszedł gł biej, w łopatk . Odwróciłem si , by 

background image

 

wyrwa  ostrze, a wtedy drugi kot przemkn ł obok mnie, p dz c do noszy. Ci łem 

na o lep. Klinga trafiła go w grzbiet i przeszła na drug  stron  tułowia. 

Rozpłatany, wydał krzyk ostry, jak zgrzyt kredy po tablicy, upadli zacz ł si  

pali . Pierwszy płon ł tak e.  

      Rozpołowiony nie był jeszcze martwy. Przekr cił głow  i spojrzał na mnie 

błyszcz cymi oczyma.  

      - Umieram ostateczn   mierci  - powiedział. - I dlatego poznaj  Ciebie, Który 

Otworzyłe . Dlaczego nas zabijasz?  

      Wtedy płomienie ogarn ły jego głow .  

      Odwróciłem si , wytarłem miecz i schowałem do pochwy, podniosłem nosze i 

staraj c si  zignorowa  natłok pyta  w mojej głowie, ruszyłem dalej. Gdzie  w 

gł bi mojego umysłu rodziło si  przekonanie,  e wiem, o co w tym wszystkim 

chodzi.  

      Odt d widuj  czasem w snach płon c  koci  głow . Budz  si  wtedy mokry od 

potu, a noc wydaje si  ciemniejsza i pełna kształtów, których nie potrafi  okre li .  

       

      Fosa otaczała Twierdz  Ganelona, a zwodzony most był podniesiony. Na 

czterech rogach wysokiego muru wznosiły si  wie e. a liczne inne wystawały z 

wn trza, wy sze jeszcze, łechtaj ce brzuchy nisko zawieszonych chmur, 

przesłaniaj ce przedwcze nie rozbłysłe gwiazdy i rzucaj ce atramentowoczarne 

cienie na stoki wzgórza, na którym stał zamek. W kilku oknach paliły si  ju  

wiatła i cichy gwar ludzkich głosów dobiegał do mnie z wiatrem.  

      Stan łem przed zwodzonym mostem. Opu ciłem swój ładunek na ziemi , 

zwin łem dłonie w tr bk  i zawołałem:  

      - Halo! Ganelonie! Czeka tu para zbł kanych w drowców!  

      Usłyszałem szcz k metalu o kamie , poczułem,  e jestem obserwowany gdzie  

z góry. Spojrzałem w tamto miejsce, lecz nie zobaczyłem niczego - moim oczom 

daleko jeszcze było do normalnego stanu.  

      - Kto tam jest? - usłyszałem krzyk, dono ny i dudni cy.  

      - Lance, który jest ranny, i ja, Corey z Cabry, który go przyniósł.  

      Czekałem, a tamten przekazał informacj  kolejnemu stra nikowi. Słyszałem 

wraz wi c j głosów, w miar  jak coraz dalej podawano wiadomo . Po kilku 

minutach w ten sam sposób nadeszła odpowied .  

      - Cofnijcie si ! - krzykn ł wartownik. - B dziemy opuszcza  most! Mo ecie 

wej !  

      Zanim doko czył, rozległ si  zgrzyt i po chwili most opadł na ziemi  po naszej 

stronie fosy. Po raz ostatni uniosłem swój ci ar i przeszedłem.  

      I tak wniosłem sir Lancelota du Lac do Twierdzy Ganelona, któremu ufałem 

jak bratu. To znaczy,  eby wyrazi  si  precyzyjniej - ani troch .  

       

      Wokół mnie zaroiło si  od ludzi. Stwierdziłem,  e otacza mnie pier cie  

zbrojnych. Nie przejawiali wrogo ci, jedynie zainteresowanie. Wkroczyłem na 

wielki, wybrukowany dziedziniec, o wietlony pochodniami i zasłany legowiskami. 

Czułem pot, dym, konie i niew tpliwie kuchenne zapachy. Biwakowała tu 

najwyra niej niewietka armia.  

      Wielu ludzi podchodziło i przygl dało mi si , mrucz c co  mi dzy sob . Po 

background image

 

chwili zbli yło si  dwóch  ołnierzy w pełnym ekwipunku, gotowych do bitwy. 

Jeden z nich dotkn ł mego ramienia.  

      - Chod  ze mn  - powiedział.  

      Usłuchałem, a oni szli obok mnie, z obu stron. Pier cie  ludzi rozst pił si , by 

nas przepu ci . Most zgrzytał znowu, powracaj c na dawne miejsce. 

Kierowali my si  w stron  głównego kompleksu budynków z ciemnego kamienia.  

      Wewn trz przeszli my korytarzem mijaj c co , co wygl dało na pokój 

przyj . Dotarli my do schodów, i człowiek id cy po mojej prawej stronie 

pokazał gestem,  e powinienem wej  na gór . Na drugim pi trze zatrzymali my 

si  przed ci kimi drewnianymi drzwiami. Stra nik zapukał.  

      - Wej ! - zawołał głos, który wydał mi si , niestety, bardzo znajomy.  

      Weszli my.  

      Siedział przy ci kim stole obok szerokiego okna, wygl daj cego na 

dziedziniec. Miał na sobie br zow  skórzan  kurtk , wło on  na czarn  koszul . 

Spodnie te  miał czarne, wypuszczone na wysokie ciemne buty. Nosił szeroki pas 

podtrzymuj cy sztylet o r koje ci z racicy. Przed nim, na stole, le ał krótki miecz. 

Włosy i brod  miał rude, a oczy czarne jak heban.  

      Spojrzał na mnie, po czym obrzucił wzrokiem dwóch stra ników, którzy 

weszli z noszami.  

      - Połó cie go w moim łó ku - polecił. - Zajmij si  nim, Roderyku.  

      Lekarz Roderyk był staruszkiem i nie wygl dał mi na takiego, który mógłby 

narobi  choremu szkody. Troch  mi ul yło. Nie po to niosłem Lance'a kawał 

drogi,  eby si  teraz wykrwawił.  

      Ganelon znowu zwrócił si  do mnie.  

      - Gdzie go znalazłe ? - zapytał.  

      - Pi  lig st d na południe.  

      - Kim jeste ?  

      - Nazywaj  mnie Corey - odparłem.  

      Przygl dał mi si  dokładnie, wykrzywiaj c pod w sem w skie wargi w 

niewyra nym u miechu.  

      - Jaki jest twój udział w tej sprawie?  

      - Nie rozumiem, co masz na my li.  

      Przygarbiłem si . Mówiłem powoli, cicho i nieco dr cym głosem. Brod  

miałem dłu sz  ni  on i szar  od kurzu. Miałem nadziej ,  e wygl dam na starego 

człowieka, a jego zachowanie zdawało si  wskazywa ,  e za takiego mnie uwa ał.  

      - Pytam, dlaczego mu pomogłe .  

      - Ludzka solidarno  i w ogóle... - wyja niłem.  

      - Jeste  cudzoziemcem?  

      Kiwn łem głow .  

      - No có , jeste  miłym go ciem tak długo, jak długo zechcesz tu pozosta .  

      - Dzi ki. Prawdopodobnie jutro rusz  dalej.  

      - A teraz wypij ze mn  kielich wina i opowiedz, w jakich okoliczno ciach go 

znalazłe .  

      Tak te  zrobiłem.  

      Ganelon słuchał nie przerywaj c i cały czas wpatrywał si  we mnie swoimi 

widruj cymi oczami. Zawsze uwa ałem,  e przewiercanie kogo  wzrokiem to 

background image

 

10 

tylko banalne powiedzonko, lecz teraz nie byłem ju  tego pewien. Przeszywał 

mnie spojrzeniem. Zastanawiałem si , co o mnie wie i czego si  domy la.  

      Zm czenie dopadło mnie znienacka. Wysiłek, wino, ciepły pokój - wszystko to 

zsumowało si  i nagle poczułem,  e stoj  gdzie  z boku, słucham siebie i 

przygl dam si  sobie z oddalenia. Zdałem sobie spraw ,  e jestem zdolny do 

wielkiego, lecz krótkotrwałego wysiłku i  e nie jest jeszcze zbyt dobrze z moj  

wytrzymało ci . Zauwa yłem te  dr enie mej r ki.  

      - Przepraszam - usłyszałem swój głos. - Trudy dnia zaczynaj  dawa  mi si  we 

znaki.  

      - Oczywi cie - rzekł Ganelon. - Jutro porozmawiamy dłu ej. A teraz  pij.  pij 

dobrze.  

      Przywołał stra nika i kazał mu odprowadzi  mnie do komnaty. Musiałem i  

niezbyt pewnie, pami tam bowiem na swym łokciu r k  tego człowieka, kieruj c  

moimi krokami.  

      Noc przespałem jak zabity. Była czym  wielkim, czarnym i długim na 

czterna cie godzin.  

       

       

      Rankiem wszystko mnie bolało.  

      Umyłem si . Na serwantce stała miednica, a kto  troskliwy poło ył obok niej 

mydło i r cznik. Czułem si  tak, jakbym gardło miał zapchane wiórami i oczy 

pełne piasku.  

      Usiadłem i zastanowiłem si .  

      Były czasy, kiedy mógłbym nie  Lance'a cale pi  lig i nie rozlatywa  si  

potem na kawałki. Były czasy, kiedy wyr bywałem sobie drog  przez  cian  

Kolviru do samego serca Amberu. Te czasy min ły. Nagle poczułem si  wrakiem, 

takim, na jaki zapewne wygl dałem.  

      Co  trzeba było z tym zrobi . Zbyt wolno nabierałem ciała i sił. Musiałem 

przyspieszy  ten proces.  

      Powiedziałem sobie,  e tydzie  czy dwa zdrowego  ycia i intensywnych 

wicze  mogłoby mi w tym pomóc. Nic nie wskazywało,  e Ganelon mnie 

rozpoznał. Doskonale. Skorzystam wi c z go cinno ci, któr  mi zaofiarował.  

      Z tym postanowieniem w duszy odszukałem kuchni  i zjadłem solidne 

niadanie. Wprawdzie pora była raczej obiadowa, wol  jednak nazywa  rzeczy 

ich wła ciwymi imionami. Strasznie chciało mi si  pali  i odczuwałem 

perwersyjn  rado  z faktu,  e nie mam tytoniu. Fata zmówiły si , by nie 

pozwoli  mi szkodzi  zdrowiu.  

      Wyszedłem na dziedziniec, na jasny, rze ki dzie . Przez dłu sz  chwil  

patrzyłem na kwateruj cych tu ludzi i ich  wiczenia.  

      Na przeciwnym ko cu placu łucznicy strzelali do tarcz, przymocowanych do 

bali słomy. Zauwa yłem,  e nie u ywali pier cieni i stosowali orientalny uchwyt 

ci ciwy, nie trójpalcow  technik  preferowan  przeze mnie. Tak, ten Cie  był 

doprawdy zastanawiaj cy. Szermierze równie cz sto stosowali sztychy jak ci cia, 

dostrzegłem te  du  ró norodno  broni i techniki fechtunku. Na oko było tu 

koło o miuset ludzi, a nie miałem poj cia, ilu jeszcze nie widziałem. Włosy, oczy i 

cery zmieniały si , od bladych do całkiem ciemnych. Poprzez brz k ci ciw i 

background image

 

11 

szcz k mieczy słyszałem głosy mówi ce ró nymi akcentami. Na ogół jednak był to 

j zyk Avalonu, który pochodzi od mowy Amberu.  

      Gdy przygl dałem si  walcz cym, jeden z szermierzy podniósł r k , opu cił 

miecz, otarł czoło i cofn ł si . Jego przeciwnik nie wygl dał na szczególnie 

zm czonego. Oto była szansa na mały trening, którego potrzebowałem. 

U miechaj c si  podszedłem bli ej.  

      - Jestem Corey z Cabry - powiedziałem. - Obserwowałem was.  

      Zwróciłem si  do pot nego, smagłego m czyzny, który z u miechem 

spogl dał na zm czonego partnera.  

      - Czy mogliby my po wiczy  chwil , póki twój przyjaciel odpoczywa?  

      Wci  u miechni ty wskazywał na swoje usta i ucho. Spróbowałem kilku 

innych j zyków, lecz bezskutecznie. Pokazałem wi c miecz, jego i siebie. Wtedy 

zrozumiał, o co mi chodzi. Jego kolega uznał to za niezły pomysł i zaproponował 

mi swoj  bro .  

      Wzi łem j . Była krótsza i ci sza ni  Grayswandir (tak si  nazywa mój 

miecz, o czym, wiem, nie wspominałem do tej pory; jest to historia interesuj ca 

sama w sobie i opowiem j  mo e, a mo e i nie, zanim dowiecie si , jak si  to 

wszystko sko czyło; w ka dym razie gdybym znowu u ył tego imienia, b dziecie 

wiedzieli, o czym mowa).  

      Machn łem mieczem kilka razy, by go wypróbowa , zdj łem płaszcz, 

odrzuciłem na bok i i stan łem en garde.  

      Wielkolud zaatakował. Odparowałem i natarłem. On odbił i zripostował. 

Sparowałem ripost , zrobiłem zwód i pchn łem. Et caetera. Po pi ciu minutach 

wiedziałem,  e jest dobry. I  e ja jestem lepszy. Dwa razy przerwał, bym nauczył 

go pchni , których u yłem. Oba oponował bardzo szybko. Po pi tnastu 

minutach jego u miech stał si  szerszy. Domy liłem si ,  e mniej wi cej w tym 

punkcie przełamywał opór swych oponentów sam  wytrzymało ci , o ile zdołali 

dot d odpiera  jego ataki. A był wytrzymały, trzeba to przyzna . Po dwudziestu 

minutach na jego twarzy pojawił si  wyraz zdziwienia. Po prostu nie wygl dałem 

na tu.  e dotrwam tak długo. Ale có , czy ktokolwiek mógł co  wiedzie  o tym, co 

siedzi w  rodku potomka Amberu?  

      Po dwudziestu pi ciu minutach był zlany potem, ale walczył dalej. Mój brat 

Random wygl da i zachowuje si  czasami jak astmatyczny nastolatek, lecz kiedy  

fechtowali my si  ponad dwadzie cia sze  godzin,  eby zobaczy , kto pierwszy 

poprosi o remis. Je li chcecie wiedzie , to tym kim  byłem ja; nast pnego dnia 

miałem randk  i chciałem by  w mo liwie dobrym stanie. Mogli my jednak 

ci gn  dalej. Wtedy nie miałbym nic przeciwko takiej demonstracji. Teraz 

jednak wiedziałem,  e potrafi  przetrzyma  przeciwnika. Był w ko cu tylko 

człowiekiem.  

      Po mniej wi cej półgodzinie dyszał ci ko i opó niał kontrataki. Wiedziałem, 

e jeszcze kilka minut i zacznie si  domy la ,  e go oszcz dzam. Podniosłem r k  i 

opu ciłem miecz tak, jak zrobił to jego poprzedni partner. On te  si  zatrzymał, a 

potem podbiegł i u cisn ł mnie. Nie zrozumiałem, co powiedział, domy liłem si  

jednak,  e jest zadowolony z treningu. Ja te  byłem rad.  

      Niestety, czułem t  zabaw  w ko ciach. I troch  kr ciło mi si  w głowie. Mimo 

wszystko to było to, czego potrzebowałem. Postanowiłem,  e dor n  si  

background image

 

12 

wiczeniami, wieczorem zapcham jedzeniem, wy pi  solidnie i rano zaczn  od 

pocz tku.  

      Poszedłem wi c do miejsca, gdzie stali łucznicy. Po pewnym czasie po yczyłem 

łuk i stosuj c swoj  trójpalcow  technik , wypu ciłem około selki strzał. Nie 

wyszło mi to najgorzej. Pó niej obserwowałem przez chwil  konnych z kopiami, 

tarczami i buzdyganami. Zostawiłem ich,  eby popatrze  na  wiczenia w walce 

wr cz.  

      W ko cu poło yłem trzech ludzi po kolei. I poczułem si  wyko czony. 

Absolutnie. Całkowicie.  

      Spocony i zdyszany usiadłem na ocienionej ławce.  

      My lałem o Lance'u. o Ganelonie i o kolacji. Po jakich  dziesi ciu minutach 

wróciłem do przydzielonej mi komnaty i wyk pałem si .  

      Byłem ju  w ciekle głodny, wyruszyłem wi c szuka  jedzenia i informacji.  

       

       

      Zanim zd yłem oddali  si  od drzew, jeden ze stra ników, którego pami tam 

z wczorajszego wieczoru - ten, który odprowadził mnie do komnaty - zbli ył si  i 

powiedział:  

      - Lord Ganelon prosi ci , by , kiedy zabrzmi gong, zechciał przyby  do jego 

komnat i zje  z nim posiłek.  

      Podzi kowałem, obiecałem,  e przyjd , wróciłem do siebie i odpoczywałem 

le c na posłaniu, póki nie nadszedł czas. Wtedy wyszedłem.  

      Bolały mnie wszystkie mi nie, miałem te  par  nowych siniaków. To dobrze, 

pomy lałem, b d  wygl dał bardzo staro. Zastukałem do drzwi Ganelona. 

Otworzył mi pa  i zaraz pobiegł pomóc innemu młodzikowi, zaj temu 

nakrywaniem do stołu koło ognia.  

      Ganelon, w zielonej koszuli i zielonych spodniach. W zielonych wysokich 

butach i pasie, siedział na krze le z wysokim oparciem. Gdy wszedłem, wstał i 

zbli ył si , by mnie przywala .  

      - Słyszałem, sir Coreyu, o twych dzisiejszych wyczynach - powiedział  ciskaj c 

dło . - Sprawiły one,  e przyniesienie Lance'a stało si  bardziej godne wiary. 

Musz  przyzna ,  e jest w tobie wi cej, ni  mo na s dzi  z wygl du... Mam 

nadziej ,  e ci  nie uraziłem.  

      - Nie uraziłe  - roze miałem si .  

      Podprowadził mnie do krzesła i podał kielich wina, zbyt słodkiego jak dla 

mnie.  

      - Gdy patrz  na ciebie, wydaje mi si ,  e mógłbym ci  pokona  jedn  r k ... A 

jednak niosłe  Lance'a pi  lig, a po drodze zabiłe  dwa z tych piekielnych kotów.  

      A sam Lance opowiedział mi o kopcu, który zbudowałe . Z ci kich głazów...  

      - Jak on si  dzisiaj czuje? - przerwałem.  

      - Musiałem postawi  stra nika w jego komnacie,  eby mie  pewno ,  e 

wypoczywa. Ten w zeł muskułów chciał wsta  i pospacerowa . Zostanie w łó ku 

jeszcze tydzie , jak mi Bóg miły.  

      - Musi zatem czu  si  lepiej.  

      Kiwn ł głow .  

      - Za jego zdrowie.  

background image

 

13 

      Wypili my.  

      - Gdybym miał armi  ludzi takich, jak ty czy Lance - powiedział po chwili 

milczenia - ta historia mogłaby potoczy  si  całkiem inaczej.  

      - Jaka historia?  

      - Kr gu i jego Stra ników - wyja nił. - Nie słyszałe  o nich?  

      - Lance co  wspominał. To wszystko.  

      Jeden z paziów obracał na ro nie wielki kawał mi sa, od czasu do czasu 

spryskuj c go odrobin  wina. Za ka dym razem, kiedy dolatywał do mnie zapach 

jedzenia, mój  oł dek burczał, a Ganelon  miał si  cicho. Drugi pa  poszedł do 

kuchni po chleb.  

      Mój gospodarz miłezał przez dłu sz  chwil . Dopił wina i nalał sobie drugi 

kielich. Ja wolno s czyłem swój pierwszy.  

      - Słyszałe  kiedy o Avalonie? - zapytał w ko cu.  

      - Tak - odrzekłem. - Był taki wiersz... usłyszałem go wiele lat temu od 

w drownego barda: "Za rzek  Błogosławionych usiedli my wszyscy tak, i 

zapłakali my wspomniawszy Avalon. Strzaskane były miecze w naszych r kach, a 

tarcze zawiesili my na d bie. Srebrzyste wie e run ły w morze krwi. Wiele st d 

mil do Avalonu? Ani jedna, odpowiem, i wszystkie. Srebrzyste wie e run ły".  

      - Avalon upadł..? - zapytał.  

      - S dz ,  e ów człowiek był obł kany. Nic nie wiem o  adnym Avalonie, 

jednak ten wiersz pozostał w mej pami ci.  

      Ganelon odwrócił twarz i milczał przez kilka minut.  

      - Był... - odezwał si  w ko cu zmienionym głosem. - Była kiedy  taka kraina. 

yłem tam dawno temu. Nie wiedziałem,  e padła.  

      - Jak doszło do tego,  e przybyłe  tutaj? - spytałem.  

      - Zostałem wygnany przez władc  czarnoksi nika, lorda Corwina z Amberu. 

Posłał mnie przez mrok i szale stwo do tego miejsca, bym cierpiał i zgin ł. I 

cierpiałem, i wiele razy byłem bliski  mierci. Próbowałem odnale  drog  

powrotn , lecz nikt jej nie znał. Pytałem czarowników, pytałem nawet 

schwytanego w Kr gu stwora, nim go zabili my. Nikt jednak nie wiedział, 

któr dy prowadzi droga do Avalonu. Tak jak mówił ten bard: "Ani mili, i 

wszystkie" - niezbyt dokładnie zacytował mój wiersz. - Pami tasz mo e jego imi ?  

      - Przykro mi, ale nie.  

      - A gdzie le y owa Cabra, sk d przybywasz?  

      - Daleko na wschodzie, za morzem - wyja niłem. Bardzo daleko. To 

wyspiarskie królestwo.  

      - Mo e mogliby przysła  nam paru  ołnierzy? Sta  mnie,  eby im nie le 

zapłaci .  

      Pokr ciłem głow .  

      - To niedu y kraj. Ma tylko niezbyt liczn  milicj . I dzieli nas kilka miesi cy 

podró y l dem i wod . Jego mieszka cy nigdy nie walczyli jako najemnicy, 

zreszt  nie przejawiaj  zbytniej wojowniczo ci.  

      - Wydaje si  zatem,  e ró nisz si  od swych rodaków? - zauwa ył i spojrzał na 

mnie badawczo.  

      - Byłem nauczycielem sztuk walki - wyja niłem: - W Gwardii Królewskiej.  

      - Mo e wi c cho  ty dasz si  wynaj  i po wiczysz moich  ołnierzy?  

background image

 

14 

      - Zostan  tu kilka tygodni i zajm  si  tym.  

      Skin ł głow  i króciutko si  u miechn ł.  

      - Zasmuca mnie wzmianka o tym,  e przemin ł pi kny Avalon - powiedział po 

chwili. - Lecz je li to prawda, to ten, który mnie wygnał, tak e zapewne nie  yje - 

wychylił swój kielich. - Zatem nawet demon ma chwile, gdy nie potrafi broni  

swoich - zadumał si . Ta my l dodaje mi otuchy. Oznacza bowiem,  e my tutaj te  

mo emy mie  pewn  szans  w wojnie z demonami.  

      - Wybacz - przerwałem, by wyja ni  spraw , która wydała mi si  istotna. - 

Je li mówisz o owym Corwinie z Amberu, to on nie zgin ł, gdy stało si  to, co si  

stało.  

      Szkło trzasn ło w jego r ku.  

      - Ty znasz Corwina? - spytał.  

      - Nie, ale słyszałem o nim. Kilka lat temu spotkałem jednego z jego braci, 

człowieka o imieniu Brand. Opowiedział mi o miejscu zwanym Amberem i o 

bitwie, w której Corwin i jego brat, Bleys, poprowadzili armi  przeciw innemu 

swemu bratu, Erykowi, panuj cemu w kraju. Bleys run ł w przepa  z góry 

Kolvir, a Corwin dostał si  do niewoli. Po koronacji Eryka Corwinowi wypalono 

oczy i wrzucono go do lochów Amberu, gdzie pewnie jeszcze przebywa. O ile nie 

umarł do tej pory.  

      W miar  jak mówiłem, twarz Ganelona bladła coraz bardziej.  

      - Wszystkie imiona, które wymieniłe : Brand, Bleys, Eryk... - powiedział. - 

Słyszałem niegdy , jak wspominał je... Jak dawno słyszałe  o tym wszystkim?  

      - Jakie  cztery lata temu.  

      - Zasługiwał na co  lepszego.  

      - Po tym, co ci zrobił?  

      - No có  - zamy lił si . - Miałem wiele czasu,  eby to sobie przemy le . Trudno 

było twierdzi ,  e nie dałem mu powodu do takiego post pku. Był silny, silniejszy 

nawet ni  ty czy Lance. I m dry. Potrafił tak e si  bawi , je li zdarzyła si  okazja. 

Eryk powinien zabi  go szybko, nie w taki sposób. Ten demon nie zasłu ył na taki 

los, to wszystko.  

      Pa  powrócił z koszem chleba. A młodzik, który pilnował mi sa, zdj ł je z 

ro na i uło ył na tacy, na  rodku stołu.  

      Ganelon skin ł głow  w tamt  stron .  

      - Jedzmy - powiedział.  

      Wstał i podszedł do stołu. Ruszyłem za nim. Przy posiłku nie rozmawiali my 

prawie wcale.  

       

       

      Napchałem  oł dek tak,  e nie mógłbym ju  wi cej zmie ci . Spłukałem 

wszystko kielichem zbyt słodkiego wina i zacz łem ziewa . Ganelon zakl ł po 

trzecim razie.  

      - Do diabła, Corey! Przesta ! To zara liwe.  

      Stłumił własne ziewni cie.  

      - Wyjd my na powietrze - zaproponował wstaj c.  

      Poszli my zatem wzdłu  murów, mijaj c po drodze stanowiska wartowników. 

Stawali na baczno  i oddawali honory, gdy tylko poznawali zbli aj cego si  

background image

 

15 

Ganelona, a on rzucał im pozdrowienie, i szli my dalej. Przystan li my na 

blankach i siedli my na kamieniach, wdychaj c wieczorne powietrze, zimne, 

wilgotne i pełne zapachów lasu. Jedna po drugiej zapalały si  gwiazdy na 

ciemniejszym niebie. Czułem chłód muru pod sob . W ogromnej dali, zdawało mi 

si , dostrzegłem migotanie morskich fal. Gdzie  z dołu słyszałem krzyk nocnego 

ptaka. Ganelon wyj ł z sakiewki u pasa tyto  i fajk , nabił j , ubił i zapalił. Jego 

o wietlona płomykiem twarz miałaby sataniczny wygl d, gdyby nie co , co 

wykrzywiało usta i  ci gało mi nie policzkowe do k ta, utworzonego przez 

wewn trzne k ciki oczu i ostry grzbiet nosa. Był zbyt przygn biony, jak na 

demona, który przecie  powinien u miecha  si  szyderczo.  

      Poczułem dym. I naraz Ganelon zacz ł mówi , z pocz tku cicho i bardzo 

powoli.  

      - Pami tam Avalon - zacz ł. - Nie pochodziłem z plebsu, lecz cnota nigdy nie 

była moj  mocn  stron . Szybko przepu ciłem swoje dziedzictwo i zacz łem 

napada  podró nych na drogach. Pó niej doł czyłem do bandy takich samych 

jak ja. Kiedy odkryłem,  e jestem najsilniejszy i najlepiej nadaj  si  na 

przywódc , zostałem nim. Naznaczono ceny na nasze głowy, najwy sz  na moj .  

      Mówił teraz szybciej, starannie akcentuj c i dobieraj c słowa, b d ca jakby 

echem jego przeszło ci.  

      - Tak, pami tam Avalon - powiedział. - Krain   wiatła, cienia i spokojnych 

wód, gdzie gwiazdy błyszczały niby nocne ogniska, a ziele  dnia zawsze była 

zieleni  wiosny. Młodo , miło , pi kno.., znałem je w Avalonie. Dumne 

wierzchowce, jasna stal, słodkie usta, ciemne piwo... Honor...  

      Potrz sn ł głow .  

      - Pó niej - mówił - gdy w kraju wybuchła wojna domowa, władca obiecał 

całkowite darowanie win wszystkim przest pcom, którzy pójd  za nim przeciwko 

rebeliantom. To był Corwin. Przył czyłem si  do niego i ruszyłem na wojn . 

Zostałem oficerem, a potem członkiemjego sztabu. Wygrali my bitwy, 

stłumili my rokosz. Corwin znowu rz dził w spokoju, a ja zostałem przy jego 

dworze. To były pi kne czasy, zdarzały si  ró ne potyczki graniczne, lecz zawsze 

wychodzili my z nich zwyci sko. Corwin ufał mi i pozwalał takie sprawy 

załatwia  samodziełnie. A potem, by wynie  ród drobnego szlachcica, którego 

córki zapragn ł za  on , nadał mu ksi stwo. Ja chciałem je otrzyma , a on od 

dawna napomykał,  e pewnego dnia da mi je. Byłem w ciekły i zdradziłem go, 

gdy tylko wyruszyłem, by rozstrzygn  jaki  zatarg na południowej granicy, 

gdzie zawsze wrzało. Wielu moich ludzi zgin ło, a naje d cy wkroczyli na nasze 

ziemie. Zanim zostali rozgromieni, lord Corwin znowu musiał chwyci  za bro . 

Przybyli w wielkiej siłe i miałem nadziej ,  e zdob d  kraj. Chciałem,  eby im si  

udało. Ale Corwin pokonał ich sw  lisi  taktyk . Uciekłem, lecz zostałem 

schwytany i przyprowadzony do niego. Miałem usłysze  wyrok. Przeklinałem go i 

plułem mu pod nogi. Nie chciałem prosi  o lito , nienawidziłem ziemi, po której 

st pał. Człowiek skazany na  mier  nie ma powodów,  eby si  poni a ; mo e 

zachowa  twarz i odej  jak m czyzna. Corwin o wiadczył,  e za dawne zasługi 

oka e mi łask . Powiedziałem,  eby si  udławił swoj  łask , i wtedy poj łem,  e 

kpi ze mnie. Kazał mnie pu ci  zbli ył si . Wiedziałem,  e potrafiłby mnie zabi  

gołymi r koma. Próbowałem walczy , lecz bez skutku. Raz tylko mnie uderzył i 

background image

 

16 

straciłem przytomno . Kiedy przyszedłem do siebie, byłem zwi zany i le ałem 

przerzucony przez grzbiet jego konia. Jechali my, a on naigrawał si  ze mnie. Nie 

odpowiadałem na jego zaczepki. Przeje d ali my przez krainy cudowne i 

koszmarne, i w ten sposób poznałem jego czarnoksi sk  moc -  aden bowiem 

spotkany podró nik nie wiedział nico miejscach, jakie ja tego dnia ogl dałem. A 

potem o wiadczył,  e skazuje mnie na wygnanie, uwolnił tu, w tym miejscu, i 

odjechał.  

      Przerwał, by zapali  wygasł  fajk , i zanim zaczał znowu, przez pewien czas 

pykał w milczeniu.  

      - Wiele ran, si ców, uk sze  i ciosów odebrałem tu od ludzi i bestii, z trudem 

tylko utrzymuj c si  przy  yciu. On pozostawił mnie w najdzikszej cz ci kraju. 

A  pewnego dnia koło fortuny obróciło si . Jaki  zbrojny rycerz kazał mi zej  z 

drogi, któr  szedłem, aby on mógł przejecha . Wtedy nie zale ało mi ju , czy 

b d   ył, czy zgin , wi c nazwałem go dziobatym b kartem i kazałem i  do 

diabła. Natarł na mnie, a ja chwyciłem jego kopi  i wepchn łem ostrze w ziemi , 

w ten sposób zrzucaj c go z konia. Jego własnym sztyletem wyci łem mu u miech 

pod brod , i tak stałem si  posiadaczem wierzchowca i broni. Potem zaj łem si  

wyrównywaniem rachunków z tymi, którzy  le si  ze mn  obeszli. Powróciłem do 

dawnego rzemiosła na drogach i zebrałem now  band . Było nas coraz wi cej. 

Kiedy liczba moich ludzi si gn ła kilku setek, nasze potrzeby stały si  niemałe. 

Zdobywali my całe miasteczka, a miejscowa milicja bała si  nas. To tak e było 

dobre  ycie, cho  nigdy ju  nie zaznam tak wspaniałego, jak w Avalonie. 

Przydro ne zajazdy dr ały z l ku, gdy dobiegał t tent naszych koni, a podró ni 

robili w portki słysz c, jak nadje d amy. Ha! Trwało to par  lat. Du e oddziały 

zbrojnych próbowały nas wytropi  i zniszczy , lecz zawsze udawało si  nam uciec 

lub wci gn  je w zasadzk . A  pewnego dnia pojawił si  Ciemny Kr g, i nikt 

naprawd  nie wie dlaczego.  

      Wpatrzony w dal energiczniej pykn ł z fajki.  

      - Mówiono mi,  e wszystko zacz ło si  od małego pier cienia muchomorów, 

gdzie  daleko na zachodzie. W centrum pier cienia znaleziono martw  

dziewczyn , a człowiek, który j  znalazł - jej ojciec - zmarł w konwulsjach kilka 

dni pó niej. Natychmiast uznano,  e to jest miejsce przekl te. Przez nast pne 

miesi ce zakazany obszar powi kszał si  szybko, a  osi gn ł lig   rednicy. Trawy 

tam ciemniały i l niły jak metal lecz nie umierały. Skr cały si  drzewa i czerniały 

li cie, kołysały si , gdy nie było wiatru, a nietoperze latały i ta czyły mi dzy nimi. 

O zmroku dostrzegano tam dziwne kształty - zawsze wewn trz Kr gu, uwa asz - 

a w nocy wida  było  wiatła podobne do małych ognisk. Kr g rósł nadal i ci, 

którzy mieszkali w pobli u, uciekli. Wi kszo  z nich. Mówiono,  e pozostali 

dobili jakiego  targu ze stworami ciemno ci. A Kr g rozszerzał si , 

rozprzestrzeniał, niby Fala wzburzona rzuconym do stawu kamieniem. Coraz 

wi cej ludzi zostawało, by  y  w jego wn trzu. Rozmawiałem z tymi lud ni, 

walczyłem z nimi, zabijałem ich. Było w nich jakby co  martwego. Ich głosom 

brakowało gł bi, jaka cechuje głosy tych, co smakuj  swoje słowa. Ich twarze 

rzadko cokolwiek wyra ały i przypominały raczej maski po miertne. Wychodzili 

z Kr gu całymi grupami i rabowali. Zabijali dla samego zabijania. Popełniali 

okrucie stwa i bezcze cili  wi tynie. Odchodz c podkładali ogie . Nigdy nie 

background image

 

17 

zabierali przedmiotów ze srebra. A pó niej, wiele miesi cy pó niej, zacz ły 

pojawia  si  inne stwory, niezwykłe, takie jak te piekielne koty, które zabiłe ... 

Potem Kr g zwolnił swój rozrost, jak gdyby zbli ał si  do jakiej  granicy. lecz 

teraz wychodzili stamt d rabusie wszelkiego rodzaju, niektórzy nawet za dnia, i 

pustoszyli tereny wokół jego brzegów. A kiedy wyniszczyli obszar wokół całego 

obwodu, Kr g powi kszał si , by obj  nowe ziemie. Stary król Uther, który tak 

długo na mnie polował, zapomniał o moim istnieniu i posłał swe wojska, by 

patrolowały granice tego przekl tego Kr gu. Ja tak e zaczynałem si  martwi  - 

niezbyt podobała mi si  mo liwo ,  e jaka  pijawka z piekła rodem napadnie 

mnie podczas snu. Wzi łem wi c pi dziesi ciu ludzi - to byli wszyscy, jacy si  

zgłosili, a nie chciałem tchórzy - i pewnego popołudnia pojechali my tam. 

Natrafili my na band  ludzi o martwych twarzach, którzy palili na ołtarzu 

ywego kozła. Rozbili my j . Wzi li my jednego je ca, przywi zali my do jego 

własnego ołtarza i wypytali my. Powiedział,  e Kr g b dzie rósł tak długo. a  

pokryje cały l d od oceanu do oceanu. Pewnego dnia jego granice zetkn  si  po 

drugiej stronie  wiata. Je eli chcemy ocali  swe skóry, to powinni my si  do nich 

przył czy . W tedy jeden z moich ludzi uderzył go no em i on umarł. Naprawd  

umarł. Potrafi  rozpozna  trupa, gdy go zobacz , wystarczaj co cz sto zabijałem. 

Lecz kiedy jego krew polała si  na kamie , otworzył usta i wydał z siebie 

najgło niejsry  miech, jaki w  yciu słyszałem. Był niby grom. A potem usiadł nie 

oddychaj c, i zacz ł si  pali . I zmieniał sw  posta , a  stał si  niby ten płon cy 

na ołtarzu kozioł, tylko wi kszy. Wtedy usłyszeli my jego głos. Mówił: "Uciekaj, 

miertelniku! Lecz nigdy nie opu cisz tego Kr gu!" I uwierz mi, uciekali my! 

Niebo pociemniało od nietoperzy i innych stworze . Słyszeli my t tent koni. 

Gnali my z mieczami w dłoniach morduj c wszystko, co si  zbli yło. Były tam 

koty, takie jak te, które zabiłe , w e i jakie  skacz ce stwory, i Bóg wie co 

jeszcze. Kiedy zbli ali my si  do granicy Kr gu, dostrzegł nas jeden z patroli 

króla Uthera i przybył z pomoc . Z pi dziesi ciu ludzi. którzy poszli ze mn , 

wyjechało szesnastu. A  ołnierze te  stracili ze trzydziestu swoich. I kiedy tylko 

zobaczyli, kim testem, zaci gn li mnie przed trybunał. Tutaj. To był pałac króla 

Uthera. Opowiedziałem mu, czego dokonałem, co widziałem i słyszałem. Zrobił to 

samo, co kiedy  Corwin: zaproponował całkowite darowanie win mnie i moim 

ludziom, je eli przył czymy si  do niego w walce ze Stra nikami Kr gu. 

Przeszedłszy to, co przeszedłem, zrozumiałem,  e trzeba powstrzyma  diabelstwo, 

zgodziłem si  wi c. Potem zachorowałem i podobno przez trzy dni bredziłem w 

gor czce. Byłem słaby jak dziecko, kiedy przyszedłem do siebie. Dowiedziałem 

si ,  e podobnie zostali pora eni wszyscy, który ze mn  wjechali do Kr gu. 

Trzech umarło. Wróciłem do reszty moich ludzi, opowiedziałem im wszystko, a 

oni zaci gn li si . Wzmocnili my patrole wokół Kr gu. Nie mogli my jednak 

powstrzyma  jego wzrostu. Przez nast pne lata stoczyli my wiele potyczek, a on 

rozszerzał si . Awansowałem, a  stałem si  praw  r k  Uthera, tak jak niegdy  

Corwina. A potem starcia stały si  czym  wi cej ni  potyczkami. Coraz wi ksze 

bandy atakowały nas z tej piekielnej dziury. Przegrali my kilka bitew. Zniszczyli 

kilka naszych stanowisk. A  pewnej nocy nadci gn ła stamt d cała armia, horda 

ludzi i innych stworów. Starli my si  wtedy z najwi ksz  sił , z jak  dane nam 

było si  spotka . Król Uther osobi cie wyruszył do walki, cho  odradzałem mu to 

background image

 

18 

- był podeszłego wieku - i zgin ł owej nocy, a kraj pozostał bez władcy. Chciałem, 

by został nim mój kapitan, Lancelot. Był o wiete godniejszym człowiekiem ni  

ja... To dziwne... Znałem Lancelota, takiego jak on, w Avalonie, ale ten tutaj nie 

poznał mnie, kiedy pierwszy raz si  spotkali my. Niezwykłe... W ka dym razie 

odmówił i ja musiałem przej  t  funkcj . Nie cierpi  jej, ale có ... Powstrzymuj  

ich ju  przez trzy lata. Wszystkie moje instynkty ka  mi ucieka . Co jestem 

winien tym przekl tym ludziom! Co mnie obchodzi,  e ten piekielny Kr g si  

rozrasta? Mógłbym odpłyn  za morze, do jakiego  kraju, gdzie nie dotarłby za 

mojego  ycia. Do diabła! Nie chciałem tej odpowiedzialno ci! A jednnk teraz nie 

mog  jej odrzuci .  

      - Dlaczego? - spytałem i zaskoczyło mnie brzmienie mojego głosu.  

      Zapadła cisza.  

      Wypró nił fajk . Nabił j  ponownie. Zapalił. Pykn ł.  

      Cisza panowała nadal. Dopiero po długiej chwili milczenia odezwał si .  

      - Nie wiem - powiedział. - Wbiłbym człowiekowi nó  w piecy dla pary butów, 

gdyby on je miał, a mnie marzły stopy. Zrobiłem to kiedy , wi c wiem. Ale... to 

tutaj co  innego. To zagra a ka demu, a ja jestem jedyny, który potrafi wykona  

t  robot . Na Boga! Wiem,  e kiedy  pochowaj  mnie tutaj razem z nimi 

wszystkimi. A przecie  nie potrafi  si  wycofa . Musz  powstrzymywa  to 

diabelstwo, jak długo zdołam.  

      Chłodne powietrze nocy studziło moj  głow , daj c  e si  tak wyra  - 

dodatkowy ci g mej  wiadomo ci, mimo  e ciało reagowało do  słabo.  

      - Czy Lance nie mógłby ich poprowadzi ? - spytałem.  

      - Moim zdaniem tak. Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego zostaj . My l , 

e ten kozłostwór na ołtarzu, czymkolwiek jest, troch  si  mnie boi. Byłem tam, 

on powiedział,  e nie zdołam wróci , a jednak wróciłem. Prze yłem chorob , na 

któr  potem zapadłem. On wie,  e to ja walcz  z nim przez cały czas. 

Zwyci yli my w tej wielkiej, krwawej bitwie owej nocy, kiedy zgin ł Uther. 

Spotkałem go wtedy w innej postaci i on mnie poznał. Mo e po cz ci wła nie to 

powstrzymuje go teraz.  

      - W jakiej postaci?  

      - Stwora o ludzkim ciele, ale z kozimi rogami i czerwonymi oczami. Dosiadał 

srokatego konia. Starli my si  z sob , lecz rozdzieliła nas fala walcz cych. Zreszt  

dobrze si  stało, bo wygrywał. Kiedy skrzy owali my miecze, przemówił do mnie, 

a ja poznałem ten głos, jak gdyby hucz cy w mojej głowie. Nazwał mnie głupcem 

i powiedział,  ebym nie  ywił nadziei na zwyci stwo. Lecz kiedy nadszedł  wit, 

pole było nasze. Pognali my ich z powrotem do Kr gu. Zabijali my uciekaj cych, 

ale je dziec na srokaczu uszedł. Od tamtej nocy zdarzały si  wypady, lecz  aden 

nie był taki, jak tamten. Gdybym opu cił ten kraj, nadci gn łaby nast pna taka 

armia - ta, która ju  teraz si  przygotowuje. Ten stwór dowiedziałby si  o moim 

wyje dzie, tak jak dowiedział si ,  e Lance wiezie dla mnie kolejny raport o 

ruchach wojsk wewn trz Kr gu, i wysłał Stra ników, by go zabili. Do tej pory 

dowiedział si  tak e i o tobie. Z pewno ci  zastanawia si . Chciałby wiedzie , kim 

jeste  i sk d pochodzi twoja siła... Pozostan  tutaj i b d  walczył, póki nie padn . 

Nie pytaj, dlaczego. Mam tylko nadziej ,  e nim nadejdzie dzie  mojej  mierci, 

dowiem si , sk d wzi ło si  to wszystko i dlaczego istnieje Kr g.  

background image

 

19 

      Usłyszałem trzepot koło głowy. Schyliłem si , by unikn  tego, w nadlatywało. 

Niepotrzebnie. To był tylko ptak. Biały ptak. Usiadł mi na lewym ramieniu i 

wiergotał cicho. Uniosłem dło , a on przeskoczył na ni . Miał przywi zan  do 

nogi karteczk . Odczepiłem j , przeczytałem i zgniotłem w r ku. I zapatrzyłem 

si  w odległe, niewidoczne st d rzeczy.  

      - Co si  stało, sir Coreyu?! - zawołał Ganelon.  

      Wiadomo , któr  wysłałem przed sob  do celu mej podró y, pisana moj  

własn  r k , niesiona przez ptaka moich pragnie , mogła dotrze  jedynie do 

miejsca, które miało by  przystankiem na mojej drodze. Wprawdzie niezupełnie 

to miejsce miałem na my li, potrafi  jednak odczytywa  własne wró by.  

      - Co to jest? - spytał Ganelon. - Co takiego trzymasz w r ku? Wiadomo ?  

      Kiwn łem głow  i podałem mu j . Nie bardzo mogłem wyrzuci  t  karteczk , 

skoro widział, jak j  czytałem. Było na niej napisane: "Przybywam". A ni ej był 

mój podpis.  

      Ganelon pykn ł z fajki i w  wietle jarz cego si  tytoniu odczytał kartk .  

      - On  yje? I przyb dzie tutaj? - zdumiał si .  

      - Tak nate ałoby s dzi .  

      - Dziwne - stwierdził. - Nie rozumiem...  

      - To wygl da na obietnic  pomocy - odrzekłem, odprawiaj c ptaka, który 

zagruchał dwa razy, zatoczył kr g nad moj  głow  i odleciał: Ganelon pokr cił 

głow .  

      - Nie rozumiem.  

      - Po có  darowanemu koniowi zagl da  w z by? Tobie udało si  jedynie 

powstrzyma  Kr g.  

      - To prawda - przyznał. - On go mo e zdoła zniszczy .  

      - A je li to tylko  art? Do  okrutny?  

      Znowu pokr cił głow .  

      - Nie. To nie w jego stylu. Zastanawiam si , o co mo e mu chodzi .  

      - Prze pij si  z tym problemem - zaproponowałem.  

      - Niewiele wi cej mog  teraz zrobi  - odrzekł tłumi c ziewanie.  

      Wstali my i ruszyli my wzdłu  muru. Na korytarzu  yczyli my sobie dobrej 

nocy, po czym ja, zataczaj c si , pow drowałem ku otchłani snu, w któr  

zwaliłem si  na łeb, na szyj .  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

20 

Rozdział 2 

 

Dzie . Wi cej zm czenia. Wi cej bólu.  

      Kto  zostawił mi nowy płaszcz, br zowy. Uznałem,  e dobrze si  zdarzyło. 

Zwłaszcza gdy nabior  ciała, a Ganelon przypomni sobie, jakie kolory nosiłem. 

Nie zgoliłem brody - kiedy mnie znał, nie byłem taki owłosiony. Starałem si  te  

zmieni  głos, ilekro  on był w pobli u. Grayswandira ukryłem pod łó kiem.  

      Przez cały tydzie  orałem sob  bez lito ci,  wiczyłem do siódmych potów. W 

ko cu bóle min ły i mi nie nabrały twardo ci. S dz ,  e w ci gu tych siedmiu 

dni przybrałem na wadze jakie  siedem kilo. Powoli, bardzo powoli zaczynałem 

znowu czu  si  sob .  

      Ta kraina nazywała si  Lorraine, tak jak ona. Gdybym był akurat w 

romantycznym nastroju, powiedziałbym,  e spotkali my si  na ł ce pod murami 

zamku,  e ona zbierała kwiaty, a ja wyszedłem na spacer,  eby rozlu ni  mi nie i 

odetchn   wie ym powietrzem. Bzdura.  

      Wydaje si ,  e mo na okre li  j  słowem: markietanka. Spotkałem j  

wieczorem, po ci kim dniu sp dzonym głównie z mieczem i buzdyganem. Kiedy 

zauwa yłem j  po raz pierwszy, stała obok pala  wicze , czekaj c na tego, z 

którym była umówiona. U miechneła si  do mnie, wi c ja tak e si  

u miechn łem, skin łem głow , mrugn łem i poszedłem dalej.  

      Nast pnego dnia spotkali my si  znowu i mijaj c j  rzuciłem: "Dzie  dobry". 

I tyle.  

      A potem dalej na ni  wpadałem. Pod koniec mojego długiego tygodnia tutaj, 

kiedy mi nie przestały mnie bole , wa yłem osiemdziesi t kilogramów i tak te  

si  czułem, umówiłem sic z ni  na wieczór. Wiedziałem ju , jaki jest jej status, ale 

nie przeszkadzało mi to.  

      Jednak tej nocy nie robili my tego, czego mo na by si  spodziewa . Nie. 

Zamiast tego rozmawiali my, a potem zdarzyło si  jeszcze co .  

      W jej kasztanowych włosach dostrzegłem kilka pasemek szaro ci, s dz  

jednak,  e nie miała jeszcze trzydziestki. Bardzo bł kitne oczy. Lekko szpiczasty 

podbródek. Czyste, równe z by w ustach, które tak cz sto si  do mnie 

u miechały. Głos miała nieco zbyt nosowy, włosy za długie, makija  nało ony 

zbyt grub  warstw , kryj cy za wiele znu enia, cer  za bardzo piegowat , suknie 

zbyt jaskrawe i obcisłe. Jednak lubiłem j . Nie spodziewałem si ,  e tak wła nie 

b d  to odczuwał, gdy umawiałem si  z ni  na t  noc, poniewa  - jak ju  mówiłem 

- nie o lubienie mi chodziło.  

      Nie mieli my gdzie i , chyba  e do mojej komnaty. No wi c poszli my tam. 

Byłem ju  kapitanem i wykorzystałem swoje stanowisko, ka c przynie  kolacj  

i dodatkow  butelk  wina.  

      - Ludzie si  ciebie boj  - powiedziała. - Mówi ,  e nigdy si  nie m czysz.  

      - M cz  si  - odparłem. - Mo esz mi wierzy .  

      - Oczywi cie - zgodziła si  z u miechem, potrz saj c zbyt długimi włosami. - 

Wszyscy si  m czymy.  

      - Tak te  s dz  - potwierdziłem.  

      - Ile masz lat?  

      - A ile ty masz lat?  

background image

 

21 

      - D entelmen nie zadaje takich pyta .  

      - Dama tak e nie.  

      - Kiedy zjawiłe  si  tu, wszyscy my leli,  e ponad pi dziesi t.  

      - I...?  

      - I teraz nie maj  poj cia. Czterdzie ci pi ? Czterdzie ci?  

      - Nie - stwierdziłem.  

- Ja tak nie my lałam. Ale twoja broda zmyliła wszystkich.  

      - Tak to jest z brodami.  

      - Z ka dym dniem wygl dasz lepiej - Jeste  wi kszy...  

      - Dzi kuj . Czuj  si  lepiej ni  wtedy, kiedy tu przybyłem.  

      - Sir Corey z Cabry - powiedziała - gdzie le y Cabra? Co to jest Cabra? Czy 

zabierzesz mnie tam ze sob , je li ci  ładnie poprosz ?  

      - Mógłbym ci to obieca  - odrzekłem - Ale kłamałbym.  

      - Wiem. Mimo to przyjemnie byłoby to usłysze .  

      - Wi c dobrze, zabior  ci  tam ze sob . To paskudne miejsce.  

      - Czy naprawd  jeste  taki dobry, jak mówi ?  

      - Boj  si ,  e nie. A ty?  

      - Nie bardzo - Chcesz ju  i  do ló ka?  

      - Nie. Wol  porozmawia . Napij si  wina.  

      - Dzi ki... Twoje zdrowie!  

      - I twoje.  

      - Jak to si  stało,  e jeste  takim dobrym szermierzem?  

      - Zdolno ci i dobrzy nauczyciele.  

      ...I niosłe  Lance'a przez cały czas... i zabiłe  tamte bestie...  

      - Plotka ro nie w miar  powtarzania.  

      - Ale ja ci  obserwowałam. Naprawd  jeste  lepszy od innych. To dlatego 

Ganelon zaproponował ci to, co ci zaproponował. On poznaje takie rzeczy na 

pierwszy rzut oka. Miałam wielu przyjaciół szermierzy i przygl dałam si  ich 

wiczeniom. Ty mógłby  ich poci  na kawałki. Ludzie mówi ,  e jeste  dobrym 

nauczycielem. Lubi  ci , mimo  e si  ciebie boj .  

      - Dlaczego si  boj ? Bo jestem silny? Na  wiecie jest wielu silnych. Bo potrafi  

sta  i wywija  mieczem przez dłu szy czas?  

      - My l ,  e jest w tym co  nadprzyrodzonego.  

      Roze miałem si .  

      - Nie. Po prostu jestem drugim szermierzem w okolicy. Przepraszam, mo e 

trzecim. Ale staram si .  

      - Kto jest lepszy?  

      - Eryk z Amberu. Mo e.  

      - Kim on jest?  

      - Istot  nadprzyrodzon .  

      - I on jest najlepszy?  

      - Nie.  

      - Wi c kto?  

      - Benedykt z Amberu.  

      - Ten te  jest istot  nadprzyrodzon ?  

      - Je eli jeszcze  yje, to tak.  

background image

 

22 

      - Jeste  dziwnym człowiekiem - o wiadczyła. - Dlaczego? Powiedz. Czy te  

jeste  istot  nadprzyrodzon ?  

      - Napijmy si  jeszcze wina.  

      - Uderzy mi do głowy.  

      - To dobrze.  

      Nalałem do kielichów.  

      - Wszyscy umrzemy - stwierdziła.  

      - W ko cu tak.  

      - Ale tutaj, niedługo, walcz c z tym czym .  

      - Dlaczego tak s dzisz?  

      - To jest zbyt silne.  

      - Wi c dlaczego tu jeste ?  

      - Nie mam dok d i . Dlatego pytałam ci  o Cabr .  

      - I dlatego przyszła  tu wieczorem?  

      - Nie. Przyszłam,  eby si  przekona , jaki jeste .  

      - Jestem atlet , który przerwał treningi. Czy tutaj si  urodziła ?  

      - Tak. W lasach.  

      - Dlaczego spotykasz si  z tymi lud mi?  

      - A dlaczego by nie? Zawsze to lepiej ni  co tydzie  czy ci  obcasy ze  wi skiej 

mierzwy.  

      - Nigdy nie miała  swojego m czyzny? Takiego na stałe?  

      - Tak. Nie  yje. To wła nie on znalazł... Magiczny Pier cie .  

      - Przepraszam.  

      - Nie ma powodu. Miał zwyczaj upija  si , kiedy tylko udało mu si  po yczy  

lub ukra  do  pieni dzy. Potem wracał do domu i bił mnie. Cieszyłam si , kiedy 

spotkałam Ganelona.  

      - Wi c uwa asz,  e to... ta rzecz jest zbyt silna? I  e w walce z ni  przegramy?  

      - Tak.  

      - Mo e masz racj . Ale uwa am,  e raczej si  mylisz.  

      Wzruszyła ramionami.  

      - Czy b dziesz walczył razem z nami?  

      - Boj  si ,  e tak...  

      - Nikt nie wiedział na pewno. Powiedzieliby mi. To mo e by  ciekawe. 

Chciałabym widzie , jak walczysz z kozłoludem.  

      - Dlaczego?  

      - Bo zdaje si ,  e on jest ich przywódc . Gdyby  go zabił, mieliby my jak  

szansy. Mo e potrafisz tego dokona .  

      - Musz  - powiedziałem.  

      - Masz jakie  specjalne powody?  

      - Tak.  

      - Osobiste?  

      - Tak.  

      - Powodzenia.  

      - Dzi ki.  

      Dopiła swoje wino, wi c znów napełniłem jej kielich.  

      - Wiem,  e on jest istot  nadprzyrodzon .  

background image

 

23 

      - Mo e by my zmienili temat?  

      - Dobrze. Ale zrobisz co  dla mnie?  

      - Tylko powiedz.  

      - Włó  jutro zbroj , we  kopi , dosi d  konia i wysad  z siodła Haralda, tego 

wielkiego oficera kawalerii.  

      - Dlaczego?  

      - Pobił mnie w zeszłym tygodniu tak, jak to robił Jarl. Zrobisz to dla mnie?  

      - Jasne.  

      - Naprawd ?  

      - Czemu nie? Mo esz uwa a  go za wysadzonego.  

      Podeszła i przytuliła si  do mnie.  

      - Kocham ci  - powiedziała.  

      - Bzdura.  

      - No dobrze. A co powiesz na: lubi  ci ?  

      - To ju  lepiej. Ja...  

      Zimny, parali uj cy powiew dmuchn ł mi w kark. Zesztywniałem i 

próbowałem oprze  si  temu, co miało nast pi , całkowicie blokuj c swój umysł. 

Kto  mnie szukał. Bez w tpienia był tu kto  z rodu Amber i u ywał mojego Atutu 

czy czego  w tym rodzaju. Tego uczucia nie mo na było pomyli  z  adnym innym. 

Je li to był Eryk, to robił to lepiej, ni  mógłbym si  spodziewa . W ko cu 

ostatnim razem, kiedy byli my w kontakcie, niemal mu wypaliłem mózg. Nie 

mógł to by  Random, chyba  e wydostał si  z wi zienia, w co trudno było 

uwierzy . Julian i Caine mogli i  do diabła. Bleys prawdopodobnie nie  ył. By  

mo e Benedykt tak e. Pozostawali Gerard, Brand i nasze siostry. Z nich 

wszystkich jedynie Gcrard mógł mi dobrze  yczy . Tak wi c opierałem si  

odkryciu, i to z dobrym skutkiem. Zaj ło mi to jakie  pi  minut, po których 

dr ałem mokry od potu. Lorraine patrzyła na mnie dziwnie.  

      - Co si  stało? - spytała. - Nie jeste  przecie  pijany. Ja te  nie.  

      - To tylko atak. Zdarzaj  mi si  czasami - wyja niłem. - Taka choroba, któr  

złapałem na wyspach.  

      - Widziałam twarz - o wiadczyła. - Mo e była na podłodze, a mo e tylko w 

mojej głowie... To był stary człowiek. Kołnierz jego szaty był zielony, a on sam 

bardzo podobny do ciebie. Tylko brod  miał siw . Wtedy j  uderzyłem.  

      - Kłamiesz! Nie mogła ...  

      - Mówi  tylko, co widziałam! Nie bij mnie! Nie wiem, co to znaczyło! Kim on 

był?  

      - My l ,  e to był mój ojciec. Bo e, to dziwne...  

      - Co si  stało? - powtórzyła.  

      - Atak - stwierdziłem. - Kiedy mnie dopadnie, to ludziom wydaje si ,  e widz  

mojego ojca, na  cianie albo na podłodze. Nie przejmuj si . To nie jcst zara liwe.  

      - Bzdury - o wiadczyła. - Oszukujesz mnie.  

      - Wiem. Ale zapomnij o tym, prosz  ci .  

      - Dlaczego?  

      - Bo mnie lubisz - odparłem. - Pami tasz? I dlatego,  e jutro wysadz  z siodła 

Haralda.  

      - To prawda - przyznała.  

background image

 

24 

      Znowu zacz łem si  trz

, wi c zdj ła z łó ka koc i zarzuciła mi go na plecy. 

Podała wino, a ja wypiłem. Potem usiadła obok i oparła mi głow  na ramieniu. 

Obj łem j . Zacz ł wy  piekielny wicher, usłyszałem szybki stukot kropelek 

deszczu, który przyszedł wraz z wiatrem. Przez chwil  zdawało mi si ,  e co  wali 

w okiennice. Lorraine skuliła si .  

      - Nie podoba mi si  to, co dzieje si  tej nocy - powiedziała.  

      - Mnie te  nie. Id  i załó  sztab  na drzwi. S  tylko zaryglowane.  

      Zaj ła si  tym, a ja przesun łem ławk  tak, by stała na wprost jednego okna 

w komnacie. Wyj łem spod łó ka Grayswandira i wyci gn łem go z pochwy. 

Potem wygasiłem wszystkie  wiatła prócz jednej  wiecy, stoj cej na stoliku po 

mojej prawej r ce. Usiadłem z kling  na kolanach.  

      - Co robimy? - spytała Lorraine, siadaj c z lewej strony.  

      - Czekamy - odrzekłem.  

      - Na co?  

      - Nie jestem przekonany, ale ta noc z pewno ci  jest odpowiednia. Zadr ała i 

przysun ła si  bli ej.  

      - Mo e b dzie lepiej, je li sobie pójdziesz - zaproponowałem.  

      - Wiem - odparła. - Ale boj  si  wyj . Potrafisz mnie obroni , je li tu zostan , 

prawda?  

      Pokr ciłem głow .  

      - Nie wiem nawet, czy siebie potrafi  obroni .  

      Dotkn ła Grayswandira.  

      - Jaki pi kny miecz! Takiego nigdy nie widziałam.  

      - Nie ma drugiego takiego - wyja niłem. Za ka dym moim poruszeniem 

wiatło inaczej padało na ostrze, tak  e raz zdawało si  pokryte nieludzk  krwi  o 

pomara czowym odcieniu, a raz le ało zimne i blade jak  nieg lub pier  kobiety, 

dr ce, gdy ogarniał mnie chłód.  

      Zastanawiałem si , jak doszło do tego,  e Lorraine podczas próby kontaktu 

zobaczyła co , czego ja nie widziałem. Nie mogła przecie  po prostu wymy li  

czego  takiego.  

      - W tobie te  jest co  niezwykłego - powiedziałem.  

       wieca zamigotała cztery czy pi  razy, zanim Lorraine si  odezwała.  

      - Mam szcz tkowy dar jasnowidzenia - powiedziała w ko cu. - Moja matka 

była bardziej uzdolniona. Ludzie mówi ,  e babka była czarownic . Ja si  na tym 

nie znam. Zreszt  niewielki to dar. Od lat ju  z niego nie korzystam. Zawsze w 

rezultacie trac  wi cej, ni  zyskuj .  

      - Co masz na my li? - spytałem, kiedy umilkła.  

      - Rzuciłam urok, by zdoby  mojego pierwszego m czyzn  - wyja niła. - I sam 

widzisz, co z tego wynikło. Gdyby nie to, radziłabym sobie du o lepiej. Chciałam 

mie   liczn  córeczk  i sprawiłam,  e tak si  stało...  

      Przerwała nagle i zrozumiałem,  e płacze.  

      - O co chodzi? Nie rozumiem...  

      - My lałam,  e wiesz...  

      - Nie wiem o niczym.  

      - To ona była t  mał  dziewczynk  w Magicznym Kr gu. My lałam,  e wiesz...  

      - Przykro mi.  

background image

 

25 

      - Chciałabym utraci  ten dar. Nie korzystam z niego. Ale on nie daje mi 

spokoju. Ci gle zsyła mi sny i znaki, a one nigdy nie dotycz  spraw, na które 

mogłabym co  poradzi . Chciałabym,  eby mnie opu cił i dr czył kogo innego!  

      - To jedyna rzecz, Lorraine, której twój dar nie uczyni. Obawiam si ,  e 

otrzymała  go na dobre.  

      - Sk d wiesz?  

      - Po prostu znałem kiedy  takich ludzi jak ty.  

      - Ty te  masz podobne zdolno ci? Prawda?  

      - Mam.  

      - Wi c czujesz,  e tam, na zewn trz co  jest?  

      - Tak.  

      - Ja tak e. Czy wiesz co ono robi?  

      - Szuka mnie.  

      - Tak, ja te  to wyczuwam. Ale dlaczego!  

      - Mo e chce wypróbowa  moje siły. Ono wie,  e tutaj jestem. A je eli jestem 

nowym sprzymierze cem Ganelona, to musi si  zastanawia , co sob  

reprezentuj , co potrafi ...  

      - Czy to sam rogaty?  

      - Nie wiem. Ale chyba nie.  

      - Dlaczego tak s dzisz?  

      - Bo je li naprawd  jestem tym, który mo e go zniszczy , to bez sensu byłoby 

mnie szuka  w twierdzy wroga, gdzie otacza mnie siła. S dz ,  e to który  z jego 

pachołków próbuje mnie znale . Mo e to duch mojego ojca... nie wiem. Ale je li 

sługa rogatego odszuka mnie i pozna moje imi , on b dzie wiedział, jak ma si  

przygotowa . Je li ów sługa znajdzie mnie i pokona, problem b dzie rozwi zany. 

A je li ja zwyci

, to on uzyska pewne informacje dotycz ce moich mo liwo ci. 

Zyska wi c, jakkolwiek rzecz si  uło y. Po co wi c miałby na tym etapie gry 

nara a  własn  rogat  czaszk ?  

      Czekali my w spowitej mrokiem komnacie, a  wieca wypalała minuty.  

      - Co miałe  na my li - spytała - kiedy powiedziałe ,  e je li ci  odszuka i pozna 

twoje imi .. - Jakie imi ?  

      - Imi  tego, który z trudem tu dotarł - odrzekłem.  

      - My lisz,  e mo e zna  ci  sk d , w jaki  sposób?  

      - My l ,  e mo e - potwierdziłem.  

      Wtedy odsun ła si  ode mnie.  

      - Nie bój si  - powiedziałem. - Nie skrzywdz  ci .  

      - Boj  si  i skrzywdzisz mnie - o wiadczyła. Wiem o tym. Ale chc  ciebie. 

Dlaczego tak jest?  

      - Nie wiem - odparłem.  

      - Tam, na zewn trz, co  jest - powiedziała z odcieniem histerii w głosie. - Jest 

blisko! Bardzo blisko! Słuchaj! Słuchaj!  

      - Zamknij si ! - rzuciłem. Poczułem, jak chłód opada mi na kark i owija si  

wokół szyi. - Odejd  pod  cian , za łó ko.  

      - Boj  si  ciemno ci - zaprotestowała.  

      - Odejd , bo b d  musiał ci  ogłuszy  i zanie . Zawadzasz mi tutaj.  

      Przez wycie wichru usłyszałem ci kie uderzenie skrzydeł, a gdy Lorraine 

background image

 

26 

poruszyła si , by spełni  moje polecenie, co  zacz ło si  drapa  po murze. A 

potem spogl dałem w dwoje gor cych, czerwonych  lepi, które wpatrywały si  w 

moje oczy. Spu ciłem wzrok. Stwór stał na wyst pie muru za oknem i przygl dał 

mi si . Miał ponad sze  stóp wzrostu, a z czoła wyrastały mu wielkie rogi. Jego 

nagie ciało było barwy jednostajnie szaropopielatej. Wydawał si  bezpłciowy, a 

jego wielkie błoniaste skrzydła rozci gały si  daleko w noc. W prawej dłoni 

trzymał krótki, ci ki miecz; runy pokrywały cał  kling . Lew  r k   ciskał krat  

w oknie.  

      - Wejd , ale na własne ryzyko - powiedziałem gło no i skierowałem ostrze 

Grayswandira w stron  jego piersi.  

      Za miał si . Po prostu stał tam i chichotał. Próbował znów spojrze  mi w 

oczy, ale nie pozwalałem mu na to. Gdyby mu si  udało, poznałby mnie, jak 

poznał mnie tamten piekielny kot. Kiedy si  odezwał, brzmiało to tak, jakby 

Fagot przemówił ludzkim głosem.  

      - Ty nim nie jeste  - powiedział. - Jeste  mniejszy i starszy. A jednak ta 

klinga... mo e nale e  do niego. Kim jeste ?  

      - A kim ty jeste ? - spytałem.  

      - Strygalldwir, to moje imi . Zaklnij na nie, a po r  twoje serce i w trob .  

      - Zakl ? Nie potrafiłbym tego imienia wymówi  - o wiadczyłem. - A moja 

marsko  przyprawi ci  o rozstrój  oł dka. Odejd .  

      - Kim jeste ? - powtórzył.  

      - Misli gammi gra'dil Strlygalldwir - powiedziałem, a on podskoczył, jakby 

przypalono mu pi ty.  

      - Chcesz mnie odegna  tak prostym zakl ciem? - zapytał, gdy znowu 

przysiadł. - Nie nale  do istot ni szych.  

      - Zdaje si ,  e było ci troch  nieprzyjemnie.  

      - Kim jeste ? - zapytał znowu.  

      - Nie twój interes, robaczku. Biedroneczko, le  do nieba...  

      - Cztery razy musz  ci  zapyta  i cztery razy nie otrzyma  odpowiedzi, nim 

b d  mógł wej  i ci  zabi . Kim jeste ?  

      - Nie - odparłem wstaj c. - Wejd  i spło !  

      Wtedy on wyrwał krat , a wiatr, który wpadł wraz z nim do komnaty, 

zdmuchn ł  wiec . Rzuciłem si  naprzód. Iskry trysn ły, gdy Grayswandir 

napotkał ciemne, pokryte runami ostrze. Starli my si  i odskoczyłem. Moje oczy 

przyzwyczaiły si  do półmroku i brak  wiatła nie o lepiał mnie. Stwór tak e 

widział w ciemno ci. Był silniejszy ni  człowiek, ale ja równie  jestem silniejszy. 

Okr ali my komnat . Wokół nas wirował lodowaty wicher, a gdy znowu 

znale li my si  przy oknie, w moj  twarz uderzyły krople deszczu. Za pierwszym 

razem, kiedy go dosi głem - długie ci cie przez pier  - nie wydał z siebie głosa, 

cho  wokół brzegów rany zata czyły male kie płomyki. Kiedy trafiłem go po raz 

drugi - wysoko w rami  - krzykn ł, przeklinaj c mnie.  

      - Dzisiejszej nocy wyssam szpik z twoich ko ci! - zawołał. - Potem wysusz  je i 

przerobi  na niezwykłe instrumenty! A ile razy na nich zagram, tyle razy twój 

duch b dzie si  wił w bezcielesnej agonii!  

      -  licznie si  palisz - odparłem.  

      Zwolnił na ułamek ukundy i w tym zobaczyłem swoj  szans . Odbiłem w bok 

background image

 

27 

ostrze ozdobione runami, a mój wypad był bez zarzutu. Celowałem w jego pier . I 

trafiłem.  

      Zawył, ale nie upadł... Grayswandir, szarpni ty, wypadł mi z reki, a wokół 

rany wykwitły płomienie. Strygalldwir stał płon cy. Potem post pił krok w moj  

stron , a ja chwyciłem małe krzesło i trzymałem je niby tarcz .  

      - Nie mam serca tam, gdzie zwykli ludzie - powiedział.  

      Zaatakował, lecz zablokowałem cios, d gaj c go w oko nog  krzesła. 

Odrzuciłem je, chwyciłem jego prawy nadgarstek, wykr ciłem i z całej siły 

waln łem go kantem dłoni w łokie . Usłyszałem suchy trzask i runiczny miecz 

brz kn ł o podłog . Wtedy on uderzył mnie lew  r k  w głow . Upadłem. Chciał 

skoczy  po bro , ale chwyciłem go za kostk  i szarpn łem. Rozci gn ł si  jak 

długi, a ja podskoczyłem i złapałem go za gardło. Pochyliłem głow  na rami  

opieraj c brod  o pier . On starał si  dosi gn  mej twarzy palcami lewej dłoni. 

Gdy zaciskałem  miertelny chwyt, poszukał spojrzeniem mych oczu. Tym razem 

nie unikałem jego wzroku. W gł bi umysłu poczułem niewielki wstrz s - obaj 

wiedzieli my,  e znamy prawd .  

      - Ty! - zdołał wycharcze , nim mocno skr ciłem r ce i  ycie zgasło w 

czerwonych  lepiach.  

      Wstałem, oparłem mu nog  na piersi i wyszarpn łem Grayswandira z rany. 

Stwór buchn ł ogniem i płon ł, póki nie została po nim jedynie wypalona plama 

na podłodze.  

      Wtedy nadeszła Lorraine. Obj łem j , a ona poprosiła,  eby j  odprowadzi  

na kwater  i do łó ka. Tak uczyniłem, ale nie robili my nic, le eli my tylko obok 

siebie, póki nie zasn ła płacz c. I tak poznałem Lorraine.  

       

       

      Lance, Ganelon i ja, konno, stali my na szczycie wzgórza, a przedpołudniowe 

sło ce grzało nam karki. Patrzyli my w doł. Wygl d okolicy potwierdził to, czego 

ju  si  domy lałem. Spl tane g szcze przypominały dolin  na południe od 

Amberu.  

      O mój ojcze! Có  uczyniłem?! - krzykn łem w duchu, lecz jedyn  

odpowiedzi  był ciemny Kr g, rozci gaj cy si  dalej, ni  si gał wzrok. 

Przygl dałem mu si  przez krat  przyłbicy, spopielonemu, wyniszczonemu i 

cuchn cemu zgnilizn . W ostatnich dniach nie zdejmowałem hełmu. Ludzie 

uwa ali to za poz , lecz ranga dawała mi prawo do dziwactw. Nosiłem go ju  dwa 

tygodnie, od czasu walki ze Strygalldwirem. Wło yłem zaraz nast pnego ranka, 

zanim wysadziłem z siodła Haralda, dotrzymuj c obietnicy danej Lorraine. 

Rozrastałem si ; uznałem wi c,  e lepiej b dzie nie pokazywa  twarzy.  

      Wa yłem jakie  dziewi dziesi t kilo i czułem si  jak za dawnych czasów. 

Gdyby udało mi si  pomóc w sprz taniu bałaganu w krainie zwanej Lorraine, 

wiedziałbym,  e zyskałem przynajmniej mo liwo  spróbowania tego, czego 

pragn łem najbardziej. A mo e i wygranej.  

      - Wi c to jest to - powiedziałem. - Nie widz , by gdzie  gromadziły si  wojska.  

      - Chyba musimy pojecha  dalej na północ - stwierdził Lance. - A i tak tylko w 

nocy zdołamy ich wypatrzy .  

      - Jak daleko na północ?  

background image

 

28 

      - Trzy, cztery ligi. Nie trzymaj  si  jednego miejsca.  

      Dwa dni jechali my, by dotrze  do Kr gu. Wcze niej tego ranka spotkali my 

patrol. Powiedzieli nam,  e ka dej nocy wojska zbierały si  wewn trz,  wiczyły i z 

nadej ciem  witu odchodziływ gł b. Podobno wiecznie huczały nad nimi gromy i 

burza nie stawała ani na chwil .  

      - Zanim ruszymy, zjedzmy  niadanie - zaproponowałem.  

      - Czemu nie? - zgodził si  Ganelon. - Jestem głodny, a czasu mamy do .  

      Zsiedli my wi c z koni i zabrali my si  do suszonego mi sa.  

      - Wci  nie pojmuj , o w chodziło w tej wiadomo ci - powiedział Ganelon, 

kiedy ju  bekn ł, poklepał si  po brzuchu i zapalił fajk . - Czy on stanie z nami 

do decyduj cej bitwy, czy nie? I gdzie jest, je eli naprawd  zamierza nam 

pomóc? Dzie  starcia zbli a si  coraz bardziej.  

      - Zapomnij o nim - poradziłem. - To pewno był  art.  

      - Nie potrafi ! - zawołał. - Niech to licho! Cała ta sprawa jest wi cej ni  

dziwna.  

      - O co chodzi? - spytał Lance i wtedy poj łem,  e Ganelon nic mu nie 

powiedział.  

      - Mój dawny suweren, lord Corwin, przysłał dziwn  wie  - wyja nił Ganelon. 

- Przyniósł j  ptak. Pisze w niej,  e przybywa. My lałem,  e on nie  yje, ale 

napisał t  kartk . Wci  nie wiem, jak to rozumie .  

      - Corwin? - upewnił si  Lance, a ja wstrzymałem oddech. - Corwin z 

Amberu?  

      - Tak, z Amberu i z Avalonu.  

      - Zapomnij o tej wiadomo ci.  

      - Dlaczego?  

      - To człowiek bez bonoru i jego obietnice nic nie znacz .  

      - Znasz go?  

      - Słyszałem o nim. Dawno temu władał t  krain . Nie pami tasz opowie ci o 

władcy - demonie? To był wła nie on, Corwin, w czasach przed moim 

urodzeniem. Najlepsz  rzecz , jak  uczynił, była abdykacja i ucieczka, gdy opór 

stał si  zbyt silny.  

      To była nieprawda!  

      A mo e?  

      Amber rzuca niesko czenie wiele Cieni, a mój Avalon - ze wzgl du na moj  

tam obecno  - tak e niemało. Mog  by  znany w wielu miejscach, w których nie 

stan ła moja stopa, poniewa  przybywały tam moje cienie, w niedoskonały 

sposób kopiuj ce moje czyny i my li.  

      - Nie - rzekł Ganelon. - Nigdy nie po wi całem uwagi dawnym opowie ciom. 

Ale zastanawiam si , czy tutejszy władca mógł by  tym samym człowiekiem. To 

ciekawe.  

      - Był czarownikiem - o wiadczył Lance.  

      - Ten, którego ja znałem, był nim na pewno - stwierdził Ganelon. - Wyp dził 

mnie z krainy, której teraz ani magia, ani wiedza nie potrafi  odnale .  

      - Nigdy o tym nie mówiłe  - zdziwił si  Lance. - Jak to si  stało?  

      - Nie twoja sprawa - odparł Ganelon i Lance umilkł.  

      Wyj łem swoj  fajk  - dostałem j  dwa dni temu - i Lance zrobił to samo. 

background image

 

29 

Moja była z gliny, ci ko ci gn ła i szybko si  grzała. Zapalili my.  

      - No có , chytrze mnie podszedł - powiedział Ganelon. - Zapomnijmy o tym.  

      Nie zapomnieli my, oczywi cie. Ale nie wracali my do tego tematu. Gdyby nie 

ów mroczny obszar w pobli u, byłoby całkiem przyjemnie le e  tak i odpoczywa . 

Poczułem nagle,  e ci dwaj s  mi bliscy. Chciałem co  powiedzie , ale niczego nie 

mogłem wymy li . Ganelon rozwi zał mój problem, wracaj c do spraw 

bie cych.  

      - Wi c proponujesz uderzy  na nich, zanim zd

 nas zaatakowa ? - zapytał.  

      - Zgadza si  - potwierdziłem. - I przenie  wojn  na ich terytorium.  

      - Kłopot w tym,  e to, jest rzeczywi cie ich terytorium. Znaj  je lepiej od nas, 

a kto wie, jakie pot gi b d  mogli tam przywoła  na pomoc?  

      - Trzeba zabi  rogatego, wtedy pójd  w rozsypk .  

      - Mo e. A mo e i nie. Mo e zdołasz tego dokona  - zastanawiał si  Ganelon. - 

Nie wiem, czy ja bym to potrafił, chyba  e miałbym szcz cie. On jest zbyt wa ny, 

by łatwo da  si  zabi . Wydaje mi si  wprawdzie,  e jestem tak samo dobry jak 

par  lat temu, ale niewykluczone -  e oszukuj  sam siebie. Mo e zmi kłem. Do 

diabła, nigdy nie chciałem przyj  tej siedz cej pracy!  

      - Wiem - stwierdziłem.  

      - Wiem - powiedział Lance.  

      - Lance - zapytał Ganelon - czy s dzisz,  e powinni my działa  tak, jak 

proponuje nam przyjaciel? Powinni my atakowa ?  

      Mógł wzruszy  ramionami i wykr ci  si , ale nie zrobił tego.  

      - Tak - o wiadczył. - Ostatnim razem prawie nas dostali. Owej nocy, gdy 

zgin ł król Uther, niewiele ju  brakowało. Je li nie uderzymy na nich teraz, to 

czuj ,  e nast pnym razem mog  nas załatwi . Och, nie b dzie im łatwo i na 

pewno solidnie ich wyszczerbimy. Ale mo e im si  uda . Trzeba teraz zobaczy  

wszystko, co jest do zobaczenia, a po powrocie wzi  si  do planowania ataku.  

      - Dobrze - zgodził si  Ganelon. - Ja te  mam do  czekania. Jak wrócimy, 

powiedz mi to jeszcze raz, a post pi  tak, jak radzisz.  

      I tak te  zrobili my.  

      Po południu pojechali my na północ, ukryli my si  w ród wzgórz i 

obserwowali my Kr g. Po tamtej stronie granicy oni  wiczyli i odprawiali swe 

obrz dy. Siły ich oceniłem na cztery tysi ce  ołnierzy. My mieli my dwa i pół 

tysi ca. Z nimi były jeszcze ró ne niezwykłe, lataj ce, skacz ce i pełzaj ce stwory, 

które hałasowały w ciemno ciach. Z nami - nasze m ne serca. Otó  to.  

      Potrzebowałem jedynie kilku minut sam na sam z ich przywódc . Wtedy 

wszystko si  rozstrzygnie, tak czy inaczej. Wszystko. Nie mogłem tego powiedzie  

swoim towarzyszom, ale taka była prawda. Widzicie, to ja byłem odpowiedzialny 

za cały ten Kr g. Ja go stworzyłem i do mnie nale ało jego zniszczenie.  

      Je eli potrafi  to uczyni .  

      Bałem si ,  e nie potrafi .  

      W wybuchu pasji, spowodowanej w ciekło ci , bólem i zgroz , spu ciłem t  

rzecz z uwi zi, a ona teraz odbijała si  cieniem na ka dej istniej cej ziemi. Taka 

jest moc kl twy ksi cia Amberu.  

      Obserwowali my ich, Stra ników Kr gu, przez cał  noc, by odjecha  o  wicie.  

      Decyzja bamiała: atakowa !  

background image

 

30 

      Przez cał  drog  powrotu  nic nas nie  cigało. Wrócili my do Twierdzy 

Ganelona i usiedli my do planów.  

       ołnierze byli gotowi, mo e nawet za bardzo. Postanowili my uderzy  przed 

upływem dwóch tygodni.  

       

       

      Le c obok Lorraine opowiedziałem jej o wszystkim. Czułem,  e powinna 

wiedzie . Posiadałem wystarczaj c  moc, by ukry  j  gdzie  w Cieniu - 

natychmiast, jeszcze tej nocy, gdyby si  tylko zgodziła.  

      Odmówiła.  

      - Zostan  z tob  - powiedziała.  

      - Jak chcesz.  

      Nie mówiłem jej o swoim przekonaniu,  e wszystko jest w moich r kach. 

Miałem jednak uczucie,  e wie o tym i z jakich  powodow ufa mi. Ja bym nie ufał. 

Ale to w ko cu jej sprawa.  

      - Wiesz, co mo e si  zdarzy  - powiedziałem.  

      - Wiem - odpowiedziała i czułem,  e wie naprawd .  

      I to było to.  

      Potem zaj li my si  innymi sprawami, by w ko cu zasn .  

      Miała sen.  

      - Miałam sen - powiedziała mi rano.  

      - O czym?  

      - O nadchodz cej bitwie - wyja niła. - Widziałam ciebie, jak walczysz z 

rogatym.  

      - Kto zwyci ał?  

      - Nie wiem. Ale gdy spałe , zrobiłe  co , co mo e ci pomóc.  

      - Wolałbym,  eby  dała sobie z tym spokój - odparłem. - Potrafi  sam o siebie 

zadba .  

      - A potem  niłam o własnej  mierci.  

      - Pozwól mi zabra  ci  do pewnego miejsca, które znam.  

      - Nie. Moje miejsce jest tutaj.  

      - Nie twierdz ,  e jeste  moj  własno ci  - przekonywałem j . - Ale potraft  

uchroni  ci  przed tym, co ci si   niło. Uwierz mi, jest to w mojej mocy.  

      - Wierz  ci, ale nie pójd .  

      - Jeste  cholern  idiotk .  

      - Pozwól mi zosta .  

      - Jak chcesz... Posłuchaj, mog  ci  posła  nawet do Cabry.  

      - Nie.  

      - Jeste  idiotk .  

      - Wiem. Kocham ci .  

      - I do tego głupi . To słowo brzmi "lubi ", pami tasz?  

      - Dokonasz tego - powiedziała z przekonaniem.  

      - Id  do diabła.  

      Wtedy zaszlochała i łkała, póki znów jej nie pocieszyłem.  

      Taka była Lorraine. 

 

background image

 

31 

Rozdział 3 

 

Rankiem zacz łem wspomina  wszystko, co przemin ło. My lałem o moich 

braciach i siostrach, jakby byli kartami do gry, co było niesłuszne. Wspominałem 

klinik , w której si  obudziłem, bitw  o Amber i przej cie przez Wzorzec w 

Rebmie. Wspominałem dni z Moire, która teraz mogła ju  nale e  do Eryka. 

Wspominałem Bleysa i Randoma, Deirdre, Caine'a, Gerarda i samego Eryka. Był 

to poranek dnia bitwy i stali my obozem w pobli u Kr gu. Po drodze 

kilkakrotnie nas atakowano, były to jednak drobne potyczki. Dotarli my do 

planowanego miejsca, rozbili my obóz, wystawili my stra e i poszli my spa . Noc 

min ła spokojnie. Zbudziłem si  i zacz łem rozwa a , czy moje siostry i bracia 

my l  o mnie tak, jak ja o nich. Nie był to wesoły temat.  

      Ukryty w niewielkim zagajniku napełniłem hełm wod  z mydłem i zgoliłem 

brod . Potem powoli wło yłem moje własne podarte ubranie. Byłem twardy jak 

skała, smagły jak ziemia i raz jeszcze ostry jak sam diabeł. Dzisiejszy dzie  miał 

zadecydowa . Zało yłem hełm i kolczug , zapi łem pas i przywiesiłem u boku 

Grayswandira. Okryłem si  płaszczem, który spi łem pod szyj  srebrn  ró . 

Wtedy znalazł mnie goniec z wiadomo ci ,  e wszystko ju  prawie gotowe.  

      Pocałowałem Lorraine - uparła si , by z nami jecha  - dosiadłem konia, 

deresza o imieniu Gwiazda, i ruszyłem naprzód, w stron  pierwszej linii. Ganelon 

i Lance ju  na mnie czekali.  

      - Jeste my gotowi - poinformowali.  

      Wezwałem swoich oficerów i wydałem im rozkazy.  

      Zasalutowali i odjechali.  

      - Ju  wkrótce - powiedział Lance, zapalaj c fajk .  

      - Jak twoje rami ?  

      - Teraz ju  dobrze - odrzekł. - Po tym masa u, który zaaplikowałe  mi 

wczoraj, zupełnie dobrze.  

      Odchyliłem przyłbic  i tak e zapaliłem fajk .  

      - Zgoliłe  brod  - zdziwił si  Lance. - Jako  nie mog  sobie wyobrazie ciebie 

bez niej.  

      - Hełm lepiej le y - wyja niłem.  

      - Niech szcz cie sprzyja nam wszystkim - rzekł Ganelon. - Nie znam  adnych 

bogów, ale je li jacy  zechc  nam pomóc, to b d  im wdzi czny.  

      - Jest tylko jeden Bóg - stwierdził Lance. - Modl  si , by był dzisiaj z nami.  

      - Amen - dodał Ganelon. - Za dzisiejszy dzie .  

      - B dzie nasz - o wiadczył Lance.  

      - Na pewno - zgodziłem si . Słoneczny blask rozja nił niebo na wschodzie, a 

piew ptaków wypełnił powietrze. - Sprawiał takie wra enie.  

      Dopalali my fajek. Potem podopinali my paski przy zbrojach.  

      - Bierzmy si  do robory - powiedział Ganelon.  

      Moi oficerowie zdali raporty: oddziały były gotowe.  

      Zjechali my ze wzgórza i stan li my w szyku na granicy Kr gu. W jego 

wn trzu nie było wida   adnego ruchu,  adnego wrogiego  ołnierza.  

      - My l  o Corwinie - odezwał si  Ganelon.  

      - Jest z nami - zapewniłem, a on spojrzał na mnie dziwnie. Zdaje si ,  e 

background image

 

32 

dopiero teraz zauwa ył moj  ró .  

      Skin ł głow .  

      - Lance - polecił, gdy wojsko było gotowe. - Wydaj rozkaz.  

      I Lance uniósł miecz.  

      - Naprzód! - krzykn ł, a echa odpowiedziały mu ze wszystkich stron.  

      Zanim cokolwiek si  zdarzyło, wjechali my ju  pół mili w gł b Kr gu. Było 

nas pi ciuset na przodzie, wszyscy konno. Zjawiła si  czarna kawaleria i 

starli my si  z ni . Po pi ciu minutach rozpierzchli si , a my jechali my dalej.  

      Wtedy usłyszeli my grom. Błysn ło, zacz ł pada  deszcz. W ko cu rozszalała 

si  burza. W ski szyk pieszych, głównie pikinierów, zagrodził nam drog . Ze 

stoickim spokojem oczekiwali starcia. Wszyscy chyba przeczuwali my zasadzk , 

lecz ruszyli my na nich. Wtedy kawaleria run ła na nasze skrzydła. 

Wykonali my zwrot i walka zacz ła si  na serio.  

      To było mo e dwadzie cia minut pó niej... Trzymali my si  czekaj c, a  

nadci gn  główne siły. A potem dwustu z nas, mniej wi cej, pojechało dalej...  

      Ludzie. To ludzi zabijali my i oni nas zabijali - ludzie z szarymi twarzami i 

ponurymi minami. Ludzie. Chciałem wi cej. Jednego wi cej...  

      Musiał ich m czy  na pół metafizyczny problem organizacji tyłów. Ilu mo na 

przepchn  przez Bram ? Nie byłem pewien. Ju  wkrótce...  

      Wyjechali my na wzniesienie. Daleko przed nami, w dole, wznosiła si  czarna 

cytadela.  

      Uniosłem miecz.  

      Zaatakowali, gdy zje d ali my w dół. Syczeli, krakali, trzepali. Byli dla mnie 

znakiem,  e zaczyna im brakowa  ludzi. Grayswandir stał si  płomieniem w mej 

dłoni, błyskawic ,  mierciono n  jak krzesło elektryczne. Zabijałem ich tak 

szybko, jak si  pojawiali, a oni płon li konaj c. Po prawej stronie Lance kre lił 

podobn   cie k  chaosu i mruczał co  pod nosem. Pewnie modlitw  za zmarłych. 

Po lewej kosił Ganelon, a fala ognia biegła za ogonem jego konia. Cytadela rosła 

w rozbłyskach piorunów.  

      Mniej wi cej setka naszych pognała naprzód, a okropie stwa odpadły na 

boki.  

      Gdy dotarli my do bramy, czekała na nas piechota ludzi i bestii. 

Zaatakowali my.  

      Przewy szali nas liczb , tote  nie mieli my wyboru.  

      Mo e za bardzo wyprzedzali my własn  piechot . Chyba jednak nie - według 

mojego rozeznania jedynie czas si  teraz liczył.  

      - Musz  przej ! - krzykn łem. - On jest w  rodku!  

      - Jest mój! - sprzeciwił si  Lance.  

      - Obaj znajdziecie robot ! - orzekł Ganelon kład c wokół siebie wał trupów. - 

Skaczcie, kiedy tylko b dzie mo na! Jestem z wami!  

      Zabijali my, zabijali my, zabijali my, a potem karta odwróciła si  na ich 

korzy ,  cisn li nas - wszystkie te paskudne, mniej lub bardziej człekopodobne 

stwory wymieszane z  ołnierzami lud mi. Zbici w ciasny kr g odpierali my ataki 

ze wszystkich stron, gdy nadci gn ła nasza wym czona piechota i zacz ła rze . 

Raz jeszcze ruszyli my na Bram  i tym razem przebili my si . Wszyscy - 

czterdziestu czy pi dziesi ciu.  

background image

 

33 

      Przedarli my si , a na dziedzi cu stali  ołnierze, których trzeba było wybi .  

      Było nas mniej wi cej dziesi ciu, którzy my dotarli do stóp czarnej wie y, 

gdzie czekała ostatnia grupa stra y.  

      - Id ! - rykn ł Ganelon, gdy zeskakiwali my z koni i brn li my w ich stron .  

      - Id ! - krzykn ł Lance.  

      S dz ,  e obu im chodziło o mnie. A mo e o siebie nawzajem? Uznałem,  e 

wołali do mnie. Wyrwałem si  z zamieszania i pognałem po schodach w gór . 

Wiedziałem,  e znajd  go tam w najwy szej wie y, i  e b d  musiał spotka  si  z 

nim i go pokona . Nie byłem pewny, czy dam rad , ale musiałem spróbowa , gdy  

tylko ja zdawałem sobie spraw , sk d naprawd  przybył... i to wła nie ja go 

sprowadziłem.  

      Dopadłem ci kich drewnianych drzwi u szczytu schodow. Pchn łem je, te 

były zamkni te. Wtedy kopn łem w nie tak mocno, jak tylko potrafiłem.  

      Run ły z trzaskiem.  

      Zobaczyłem go przy oknie: ludzkie z pozoru ciało, okryte lekk  zbroj  i kozi  

głow  na pot nych barach.  

      Przekroczyłem próg i zatrzymałem si .  

      Gdy padły drzwi, obejrzał si , a teraz przez stał w przyłbicy starał si  znale  

moje spojrzenie.  

      - Zbyt daleko doszedłe ,  miertelniku - o wiadczył. - Ale czy naprawd  jeste  

miertelnikiem'  

      - Zapytaj Strygalldwira - odparłem.  

      - To ty go zabiłe  - stwierdził. - Czy poznał twoje imi ?  

      - Mo e.  

      Usłyszałem kroki na schodach. Odst piłem od drzwi.  

      Ganelon wbiegł do komnaty. Krzykn łem: "Stój!", a on posłuchał. Obejrzał 

si  na mnie.  

      - To ten stwór - powiedział. - Co to jest?  

      - To mój grzech przeciw temu, co kochałem - odrzekłem. - Nie zbli aj si . Jest 

mój.  

      - Prosz  ci  uprzejmie.  

      Stan ł, nieruchomy jak pie .  

      - Czy to prawda? - zapytał stwór.  

      - Sprawd  - odparłem i skoczyłem do przodu.  

      Nie próbował zasłony. Zamiast tego zrobił co , co ka dy zwykły szermierz 

uznałby za głupot : cisn ł we mnie swój miecz ostrzem naprzód, niby błyskawic , 

wisn ło rozcinane powietrze, a  ywioły na zewn trz odpowiedziały ogłuszaj cym 

echem. Odbiłem ostrze Grayswandirem tak, jakby to było normalne pchni cie. 

Miecz wbił si  w podłog  i buchn ł płomieniem. Z zewn trz odpowiedziała 

błyskawica. Przez moment  wiatło o lepiało jak błysk magnezji, i w tej wła nie 

chwili stwór dopadł mnie. Przycisn ł mi r ce do boków, a rogami uderzył w 

przyłbic , raz, drugi...  

      A potem - wkładaj c w to cał  sw  sił  - zacz łem uwalnia  r ce i jednym 

szarpni ciem wyrwałem si  z u cisku.  

      W tej wła nie chwili nasze oczy spotkały si . Obaj zadali my ciosy i obaj 

cofn li my si  chwiejnie.  

background image

 

34 

      - Lordzie Amberu - powiedział. - Dlaczego ze mn  watezys ? Ty dałe  nam to 

przej cie, t  drog ...  

      -  ałuj  mego nierozwa nego czynu i próbuj  go odwróci .  

      - Za pó no... i w dziwnym miejscu zacz łe .  

      Uderzył znowu, tak szybko,  e przedostał si  przez moj  gard . Cios rzucił 

mnie na  cian  - jego pr dko  była  miertelnie gro na.  

      Podniósł r k  i uczynił znak, a na mnie spłyn ła wizja Dworców Chaosu - 

wizja, od której zje yły mi si  włosy na głowie, a zimny wiatr dmuchn ł mi w 

dusz , bym wiedział, co uczyniłem.  

      - Widzisz? - mówił. - To ty otworzyłe  nam Bram . Pomó  nam teraz, a 

przywrócimy ci to, co do ciebie nale y.  

      Ogarn ła mnie rozterka. Mo liwe,  e potrafiłby dokona  tego, co mi 

zaproponował, gdybym mu teraz pomógł. Pozostałby jednak wiecznym 

zagro eniem. Krótkotrwali sprzymierze cy, skoczyliby my sobie do gardła, 

gdyby tylko ka dy z nas otrzymał to, czego pragn ł. I moce ciemno ci byłyby 

wtedy o wiele silniejsze. Je libym jednak miał wtedy miasto...  

      - Umowa stoi? - usłyszałem ostry, bekliwy głos.  

      Pomy lałem o Cieniach i o miejscach poza Cieniem. Powoli podniosłem r k  i 

odpi łem hełm. A potem cisn łem go, dokładnie w chwili, kiedy stwór zdawał si  

rozlu nia . S dz ,  e Ganelon musiał wtedy biec ku nam.  

      Skoczyłem do przodu i przycisn łem rogatego do  ciany.  

      - Nie! - krzykn łem.  

      Ludzkie r ce stwora trafiły do mego gardła mniej wi cej w tym samym 

momencie, kiedy zacisn łem palce na jego krtani,  cisn łem z całej siły i 

przekr ciłem. Chyba zrobił to samo. Usłyszałem,  e co  p ka z trzaskiem, niby 

suchy patyk. Nie wiedziałem, czyj to kark si  złamał. Mój bolał na pewno.  

      Otworzyłem oczy i zobaczyłem niebo. Le ałem na wznak, na kocu, na ziemi.  

      - Obawiam si ,  e wy yje - powiedział Ganelon.  

      Wolno odwróciłem głow  w kierunku, sk d dochodził głos. Ganelon siedział 

na skraju koca z mieczem na kolanach. Była przy nim Lorraine.  

      - Jak leci? - spytałem.  

      - Zwyci yli my - poinformował. - Dotrzymałe  słowa. Kiedy zabiłe  tego 

stwora, wrzystko si  sko czyło. Ludzie padli bez zmysłów, a bestie spłon ły.  

      - Dobrze.  

      - Siedziałem tu i zastanawiałem si , czemu przestałem ci  nienawidzi .  

      - Doszedłe  do jakich  wniosków?  

      - Nie, wła nie nie. Mo e dlatego,  e jeste my do siebie podobni. Nie wiem.  

      U miechn łem si  do Lorraine.  

      - Ciesz  si ,  e w sprawach przepowiedni nie jeste  zbyt dobra. Bitwa 

sko czona, a ty wci   yjesz.  

      -  mier  ju  si  zacz ła - odparła bez u miechu.  

      - Co masz na my li?  

      - Wci   yje pami  o tym, jak lord Corwin skazał na  mier  mojego dziada, 

jak kazał wlec go ko mi i publicznie po wiartowa  za to,  e dowodził jednym z 

wcze niejszych powsta  przeciw niemu.  

      - To nie byłem ja - powiedziałem. - To był jeden z moich cieni.  

background image

 

35 

      Ona jednak pokr ciła głow .  

      - Jeste  kim jeste , Corwinie z Amberu - o wiadczyła, po czym wstała i 

odeszła.  

      - Co to było? - zapytał Ganełon, ignoruj c nasz  rozmow . - Czym był ten 

stwór w wie y?  

      - Był mój - odparłem. - Był jedn  z rzeczy, które uwolniłem rzucaj c kl tw  

na Amber. Otworzyłem wtedy drog  do rzeczywistego  wiata wszystkiemu, co 

le y poza Cieniem. I to wszystko pod a po linii najmniejszego oporu, przez 

Cienie, do Amberu. Tutaj t  drog  był Kr g. Gdzie indziej mo e to by  co  

innego. Zamkn łem przej cie t dy. Mo ecie teraz odpocz .  

      - Czy po to przybyłe ?  

      - Nie - wyja niłem. - Niezupełnie. Przechodziłem t dy w drodze do Avalonu i 

znalazłem Lance'a. Nie mogłem go tam zostawi , a kiedy doniosłem go do was, 

zostałem wpl tany w to moje dzieło.  

      - Do Avalonu? Wi c kłamałe , gdy mówiłe ,  e został zniszczony?  

      Pokr ciłem głow .  

      To nie tak. Nasz Avalon padł, ale w Cieniu mog  raz jeszcze znale  taki sam.  

      - Zabierz mnie ze sob .  

      - Zwariowałe ?  

      - Nie. Chc  popatrze  jeszcze na kraj, w którym si  urodziłem. Bez wzgl du 

na ryzyko.  

      - Nie jad , by tam zamieszka  - wyja niłem. - Jad , by uzbroi  si  do walki. W 

Avalonie znany jest pewien ró owy proszek, którego u ywaj  jubilerzy. Kiedy  

spaliłem go w Amberze. Chc  tam teraz dotrze  tylko po to,  eby go znale . A 

potem załatwi  karabiny. Wtedy b d  mógł zdoby  Amber i odzyska  tron, który 

do mnie nale y.  

      - A co z tymi rzeczami spoza Cienia, o których mówiłe ?  

      - Zajm  si  nimi pó niej. A gdybym i tym razem miał przegra , to b dzie 

problemem Eryka.  

      - Mówiłe ,  e ci  o lepił i wrzucił do lochu.  

      - To prawda. Wyrosły mi nowe oczy.  

      - Naprawd  jeste  demonem.  

      - Cz sto tak mówi . Przestałem ju  zaprzecza .  

      - Zabierzesz mnie ze sob ?  

      - Je li naprawd  chcesz... Ale to nie b dzie ten sam Avalon, który znałe .  

      - Do Amberu!  

      - Naprawd  zwariowałe !  

      - Wcale nie. Dawno ju  chciałem zobaczy  to legendarne miasto. Kiedy znów 

spojrz  na Avalon, b d  szukał czego  nowego, czym mógłbym si  zaj . Czy nie 

byłem dobrym generałem?  

      - To prawda.  

      - Wi c opowiesz mi o tych rzeczach, które nazywasz karabinami, a ja pomog  

ci w najwi kszej z bitew. Wiem,  e niewiele ju  lat mi pozostało. Zabierz mnie z 

sob .  

      - Twoje ko ci mog  biele  u stóp Kolviru, obok moich.  

      - Która z bitew jest pewna? Zaryzykuj .  

background image

 

36 

      - Jak chcesz. Mo esz jecha .  

      - Dzi ki, lordzie.  

      Obozowali my tam owej nocy, a rankiem wrócili my do twierdzy. Zacz łem 

szuka  Lorraine i dowiedziałem si ,  e odjechała z jednym ze swych byłych 

kochanków, oficerem o imieniu Melkin. Była zdenerwowana, lecz miałem jej za 

złe,  e nie pozwoliła mi na wyja nienie pewnych spraw, które znała jedynie z 

plotek. Postanowiłem ruszy  za nimi.  

      Dosiadłem Gwiazdy, zwróciłem swój sztywny kark w stron , w któr  

prawdopodobnie odjechali, i ruszyłem.  

      W pewnym sensie trudno było mie  pretensje do Lorraine. W twierdzy, jako 

zabójca rogatego, nie zostałem przyj ty tak, jak witano by kogo  innego. W ród 

ludzi wci  kr yły historie o ich Corwinie, a ka da z etykiet  demona. Ci, z 

którymi pracowałem, obok których walczyłem, teraz rzucali mi spojrzenia 

wyra aj ce co  wi cej ni  l k - krótkie spojrzenia, gdy  szybko spuszczali wzrok 

lub kierowali go gdzie indziej. Mo e si  bali,  e zechc  pozosta  i rz dzi . 

Wszyscy chyba poczuli ulg , kiedy ruszyłem w drog . Oprócz Ganelona - bał si  

pewnie,  e wbrew obietnicy nie wróc  po niego. Dlatego, s dz , zaproponował,  e 

pojedzie ze mn . Jednak te sprawy musiałem załatwi  sam. Lorraine zacz ła 

wiele dla mnie znaczy , co odkryłem ze zdziwieniem. Zdałem sobie spraw ,  e to, 

co zrobiła, sprawia mi ból. Zanim poszła swoj  drog , powinna mnie wysłucha . 

Potem, je li dalej b dzie wolała swego prostego kapitana, mog  im błogosławi . 

Je eli nie... Poj łem,  e chc , by była przy mnie. Avalon musiał zaczeka , a  

rozwi e si  sprawa rozstania lub kontynuacji.  

      Jechałem za nimi, a wokół mnie w koronach drzew  piewały ptaki. Dzie  był 

pi kny, niebia sko - bł kitnie, zielono - drzewnie spokojny - gro ba nie wisiała 

ju  nad t  ziemi .  

      Czułem w sercu co  w rodzaju rado ci, gdy  udało mi si  zniszczy  

przynajmniej cz  zła, które uczyniłem. Zła?  

      Do diabła, miałem go na koncie wi cej ni  wi kszo  ludzi. Gdzie  po drodze 

odkryłem jednak sumienie i teraz pozwalałem mu cieszy  si  jedn  z rzadkich 

chwil satysfakcji. Kiedy zdob d  Amber, dam mu wi cej swobody.  

      Ha!  

      Kierowałem si  na północ, przez nie znany mi teren. Jechałem szlakiem, na 

którym wyra nie było wida   lady przejazdu pary je d ców. Goniłem ich cały 

dzie , o zmroku i wieczorem, co pewien czas zsiadaj c z konia, by zbada  trop. W 

ko cu wzrok zacz ł mi płata  figle, wi c wyszukałem niewielk  kotlin  - par set 

metrów w lewo od drogi - i rozbiłem obóz.  

      To pewnie ból w karku sprowadził na mnie sny o rogatym i kazał na nowo 

prze ywa  bitw . Pomó  nam teraz, a przywrócimy ci to, co do ciebie nale y - 

powiedział. W tym miejscu zbudziłem si  z przekie stwem na ustach.  

      Gdy  wit rozja nił niebo, dosiadłem konia i ruszyłem dalej. Noc była zimna i 

dzie  ci gle trzymał mnie w mro nym u cisku. Szron błyszczał na  d błach 

trawy, a mój płaszez nasi kł wilgoci , gdy  u yłem go zamiast  piwora. Koło 

południa troch  ciepła wróciło na  wiat.  

      Trop był  wie y - doganiałem ich.  

      Kiedy j  znalazłem, zeskoczyłem z konia i pobiegłem do miejsca, gdzie le ała, 

background image

 

37 

pod krzakiem dzikiej ró y bez kwiatów. Ciernie podrapały jej policzki i rami . 

Nie  yła, lecz od niedawna, gdy  krew nie zakrzepła na piersi, gdzie uderzyło 

ostrze, a ciało było jeszcze ciepłe. Zabrał wszystkie pier cionki i wysadzane 

klejnotami grzebienie, w których zawarła swój maj tek.  

      Nie było kamieni, z których mógłbym usypa  kopiec. Wyci łem 

Grayswandirem płat darni i tam zło yłem j  na spoczynek. Nim przykryłem j  

swoim płaszczem, musiałem zamkn  jej oczy. Dło  mi dr ała i wzrok miałem 

zamglony. Stałem tam długo...  

      Pojechałem dalej i niewiele czasu min ło, nim go dop dziłem. Gnał, jakby był 

cigany przez demona. I był. Nie wyrzekłem ani słowa, kiedy zrzuciłem go z 

konia. Ani potem. I nie u yłem miecza, cho  on wyci gn ł swój.  

      Cisn łem jego pogruchotane ciało na wysoki d b, a kiedy po chwili 

obejrzałem si , było czarne od ptaków.  

      Wło yłem na ni  jej pier cionki, jej bransotety, jej grzebienie. Potem 

zasypałem grób - i to była Lorraine. Wszystko, czym była i czego pragn ła, 

sko czyło si  tutaj.  

      I to ju  cała historia o tym, jak si  spotkali my i rozstali my, Lorraine i ja, w 

krainie zwanej Lorraine.  

      Wydaje si ,  e jest taka, jak całe moje  ycie, gdy  ksi

 Amberu jest cz ci  i 

uczestnikiem całego zepsucia, jakie istnieje na  wiecie. To wła nie dlatego ilekro  

mówi  o swoim sumieniu, co  wewn trz mnie musi odpowiedzie  "Ha!" W 

zwierciadłach tak wielu os dów moje r ce maj  kolor krwi. Jestem cz ci  zła 

istniej cego na  wiecie i w Cieniu. Czasem wyobra am sobie,  e jestem złem, 

które ma niszczy  inne zło. Zabijam Melkinów, kiedy ich znajduj , a gdy 

nadejdzie Wielki Dzie , o którym mówi  prorocy, lecz w który naprawd  nie 

wierz , gdy  wiat b dzie całkiem oczyszczony ze zła, wtedy ja tak e odejd  w 

ciemno , połykaj c przekle stwa. A mo e nawet wcze niej. Do tego czasu jednak 

nie umyj  r k i nie pozwol , by zwisały bezczynnie.  

      Zawróciłem do Twierdzy Ganelona, który wiedział, lecz który nigdy by nie 

zrozumiał. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

38 

Rozdział 4 

 

Dalej, wci  dalej jechali my z Ganelonem przedziwnymi dzikimi drogami 

wiod cymi do Avalonu, alejami marze  i koszmarów, pod mosi n  barkentyn  

sło ca i rozpalonymi białymi wyspami nocy, póki nie zmieniły si  w diamentowe i 

złote odpryski, gdzie ksi yc pływał jak łab d . Dzie  wydzwonił ziele  wiosny, 

przebyli my rzek  i noc zmroziła góry pod nami. Wypu ciłem w mrok strzał  

mego pragnienia, a ona rozbłysła nam nad głowami i niby meteor rozpłomieniła 

niebo. Jedyny smok, jakiego napotkali my, był kulawy i ku tykaj c skrył si  

szybko, osmaliwszy stokrotki swoim sapaniem. Klucze barwnych ptaków 

wskazywały nam kierunek, a kryształowe głosy z jeziora powtarzały echem nasze 

słowa,  piewałem jad c, a po pewnym czasie Ganelon przył czył si  do mnie. 

Byli my w drodze ju  ponad tydzie , a ziemia, niebo i wiatr mówiły mi,  e 

jeste my niedaleko Avalonu.  

      Rozbili my obóz w lesie, nad jeziorem, gdzie sło ce w lizn ło si  za skały, a 

dzie  skonał i przemin ł. Poszedłem si  wyk pa , a Ganelon wypakowywał nasze 

rzeczy. Woda była zimna i orze wiaj ca. Chlapałem si  długo.  

      W k pieli zdawało mi si , ze słysz  jakie  krzyki, ale nie byłem pewien. To był 

dziwny las, wi c nie przejmowałem si  zbytnio. Mimo to ubrałem si  i ruszyłem 

do obozu.  

      Po drodze znów usłyszałem jaki  głos, j kliwy i prosz cy. Zbli ywszy si  

zobaczyłem,  e rozmowa ju  trwa.  

      Ganelon siedział po turecku pod d bem. Nasze rzeczy le ały porozrzucane, na 

rodku polany zauwa yłem troch  drewna na ognisko. Na drzewie wisiał 

człowiek.  

      Był młody, o jasnych włosach i jasnej cerze. Poza tym trudno było cokolwiek 

powiedzie . Niełatwo jest - wła nie to odczułem - rozpozna  rysy i wzrost tego, 

kto wisi głow  w dół kilka stóp od ziemi.  

      Miał zwi zane na plecach r ce i zwisał z niskiego konara na linie zap tlonej 

wokół lewej kostki. Mówił - krótkimi, urywanymi zdaniami odpowiadał na 

pytania Ganelona - a jego twarz była mokra od  liny i potu.  

      Nie wisiał nieruchomo, lecz kołysał si  w przód i w tył.  

      Miał obtarty policzek i kilka plamek krwi na koszuli.  

      Zatrzymałem si . Postanowiłem na razie si  nie wtr ca . Obserwowałem. 

Ganelon nie post piłby z nim w ten sposób bez powodu, wi c sympatia dla 

chłopaka zbytnio mi nie ci yła. Poza tym, cokolwiek skłoniło Ganelona do 

takiego przesłuchania, wiedziałem,  e uzyskane informacje mnie te  zainteresuj . 

Byłem te  ciekaw wszystkiego, a ta sesja mogła mi powiedzie  o samym 

Ganelonie, b d cym teraz czym  w rodzaju sprzymierze ca. A dodatkowe kilka 

minut do góry nogami nie mogło spowodowa  wi kszych szkód.  

      Wi zie  znieruchomiał. Ganelon dotkn ł mieczem jego piersi i silnym 

pchni ciem rozhu tał znowu. Stal rozci ła lekko skór  i na koszuli pojawiła si  

kolejna czerwona plamka. Chłopak krzykn ł. Teraz wyra nie widziałem,  e był 

młody. Ganelon wysun ł ostrze o kilka cali poza punkt, w którym przy 

powrotnym wahaniu znalazłaby si  krta  je ca. Cofn ł je w ostatnieju chwili i 

zachichotał, kiedy tamten zwin ł si  i krzykn ł:  

background image

 

39 

      - Błagam!  

      - Dalej! - rozkazał Ganelon. - Powiedz wszystko.  

      - To jest wszystko! - zawołał wi zie . - Nic wi cej nie wiem.  

      - Dlaczego nie?  

      - Wyprzedzili mnie! Nic nie widziałem!  

      - Dlaczego nie ruszyłe  za nimi?  

      - Byli konno, a ja na piechot .  

      - Dlaczego nie ruszyłe  za nimi pieszo?  

      - Byłem oszołomiony.  

      - Oszołomiony? Byłe  przera ony! Zdezerterowałe !  

      - Nie!  

      Ganelon znowu wysun ł ostrze i cofn ł je w ostatniej chwili.  

      - Nie! - wrzasn ł młodzik.  

      Ganelon poruszył mieczem.  

      - Tak! - krzykn ł chłopak. - Bałem si !  

      - I uciekłe .  

      - Tak! Biegiem! Ci gle uciekam, odk d...  

      - I nie wiesz, jak pó niej potoczyły si  sprawy?  

      - Nie.  

      - Kłamiesz! - Znowu si gn ł do miecza.  

      - Nie! - j kn ł chłopiec. - Błagam...  

      Zbli yłem si .  

      - Ganelonie - powiedziałem.  

      Spojrzał na mnie, wyszczerzył z by i odło ył miecz. Chłopiec starał si  

pochwyci  moje spojrzenie.  

      - Có  my tu mamy? - spytałem.  

      - Ha! - zawołał klepi c chłopaka po wewn trznej stronie uda tak mocno,  e 

tamten krzykn ł. - Złodzieja i dezertera, ale z ciekaw  histuri  do opowiadania.  

      - Wi c odetnij go i pozwól mi posłucha  - poleciłem.  

      Ganelon odwrócił si  i jednym ciosem miecza odci ł lin . Chłopak upadł na 

ziemi  i zaszlochał.  

      - Złapałem go, jak próbował ukra  nasze zapasy, i pomy lałem,  e troch  go 

przepytam - wyja nił Ganelon. - Przybył z Avalonu, i to raczej szybko.  

      - Co to znaczy?  

      - Był piechurem podczas bitwy, która rozegrała si  dwie noce temu. W walce 

okazał si  tchórzem i zdezerterował.  

      Chłopak próbował wykrztusi  jakie  zaprzeczenie, wi c Ganelon kopn ł go.  

      - Cisza! - rozkazał. - Ja teraz mówi ... tak jak mi opowiadałe !  

      Chłopiec jak krab odczołgał si  na bok i szeroko otwartymi oczami spojrzał 

na mnie błagalnie.  

      - Bitwa? Kto walczył? - spytałem.  

      Ganelon u miechn ł si  pos pnie.  

      - Rzecz wygl da znajomo - stwierdził. - Wojska Avalonu spotkały si  w 

najwi kszym, jak si  zdaje, i by  mo e ostatnim z długiej serii star  z istotami 

niezupełnie z tego  wiata.  

      - Tak?  

background image

 

40 

      Spojrzałem na chłopca. Spu cił wzrok, lecz zd yłem dostrzec w jego oczach 

l k.  

      - ...Kobiety - wyja nił Ganelon. - Blade furie z jakiego  piekła, pi kne i zimne. 

Uzbrojone i w zbrojach. Długie, jasne włosy. Oczy jak lód. Na białych, ziej cych 

ogniem wierzchowcach,  ywi cych si  ludzkim mi sem, wyje d ały nocami z 

labiryntu jaski , które par  lat temu odsłoniło trz sienie ziemi. Napadały, brały 

w niewol  młodych m czyzn i zabijały wszystkich pozostałych. Je cy pojawiali 

si  pó niej jako id cy za nimi bezduszni  ołnierze. To brzmi jak historia o 

ludziach z Kr gu, których my znali my.  

      - Lecz z tamtych wielu prze yło, gdy zostali wyzwoleni - zaprotestowałem. - I 

wcale nie wydawali si  bezduszni. Raczej w amnezji, jak ja sam kiedy . Dziwi 

mnie - mówiłem dalej -  e nikt nie próbował zablokowa  tych jaski  za dnia, 

skoro kobiety wyruszały jedynie w nocy.  

      - Ten dezerter twierdzi,  e próbowano tego - wyja nił Ganelon. - I po pewnym 

czasie zawsze wyrywały si  znowu, silniejsze ni  przedtem.  

      Chłopiec był szary jak popiół, lecz kiwn ł głow , gdy spojrzałem na  

pytaj co.  

      - Tutejszy dowódca, którego on nazywa Protektorem, gromił je wielokrotnie - 

kontynuował Ganelon. - Raz sp dził nawet cz  nocy z ich przywódczyni , blad  

dziwk  imieniem Lintra. Nie wiem, flirtował z ni  czy pertraktował, ale nic z tego 

nie wyszło. Napady powtarzały si  i jej siły były coraz liczniejsze. W ko cu 

Protektor zdecydował si  na masowy atak w nadziei,  e uda mu si  zniszczy  je 

całkowicie. Wła nie podczas bitwy ten tutaj uciekł - skin ł mieczem w stron  

chłopca. - I dlatego nie znamy ko ca tej historii.  

      - Tak było? - spytałem.  

      Chłopiec oderwał spojrzenie od miecza i wolno kiwn ł głow .  

      - Ciekawe - zwróciłem si  do Ganelona. - Bardzo. Mam uczucie,  e ich 

problem wi e si  jako  z tym, który ostatnio rozwi zali my. Chciałbym wiedzie , 

jak zako czyła si  bitwa.  

      Ganelon kiwn ł głow  i mocniej chwycił miecz.  

      - No có  - zacz ł. - Je eli ju  z nim sko czyli my...  

      - Czekaj. Przypuszczam,  e próbował ukra  co  do jedzenia?  

      - Tak.  

      - Rozwi  mu r ce. Nakarmimy go.  

      - Przecie  chciał nas okra .  

      - Czy nie wspominałe ,  e kiedy  zabiłe  człowieka dla pary butów?  

      - Tak, ale to co innego.  

      - A to czemu?  

      - Mnie si  udało.  

      Roze miałem si . Ganelon był poirytuwany, potem zdziwiony, wreszcie sam 

zacz ł si   mia . Chłopiec przygl dał si  nam, jakby my byli par  wariatów.  

      - No dobrze - rzekł w ko cu Ganelon. - Dobrze.  

      Nachylił si , jednym szarpni ciem odwrócił je ca i rozci ł powróz krepuj cy 

mu r ce.  

      - Chod , chłopcze - powiedział. - Dostaniesz je .  

      Podszedł do baga y i wyci gn ł kilka pakietów z jedzeniem.  

background image

 

41 

      Chłopiec wstał i kulej c pod ył za nim. Chwycił ofiarowan  mu  ywno  i 

zacz ł je  łapczywie i gło no, nie spuszczaj c wzroku z Ganelona. Jego 

informacje, je li były prawdziwe, powodowały pewne komplikacje. 

Najpowa niejsz  było to,  e w wyniszczonym wojn  kraju trudniej b dzie znale  

rzecz, której potrzebowałem. Pogł biły si  te  moje l ki co do natury i rozmiarów 

uszkodzenia - czy te  naruszenia - Wzorca.  

      Pomogłem Ganelonowi rozpali  niewielkie ognisko.  

      - Jak to wszystko wpływa na nasze plany? - zapytał.  

      Naprawd  nie miałom wyboru. We wszystkich Cieniach w okolicy sytuacja 

byłaby podobna. Mogłem wybra  taki, który nie był w to wmieszany, lecz 

docieraj c tam trafiłbym do niewła ciwego punktu. Nie dostałbym tam tego, co 

było mi potrzebne. Je eli ataki Chaosu stale zdarzały si  na trasie marszu mych 

pragnie  przez Cie , to musiały by  powi zane z natur  owych pragnie . I 

wcze niej czy pó niej b d  musiał stawi  im czoło. Nie zdołam ich unikn . Takie 

były zasady tej gry i nie mogłem si  skar y , gdy  sam je ustaliłem.  

      - Jedziemy dalej - o wiadczyłem. - To jest cel moich pragnie .  

      Młodzik j kn ł i - pewno z wdzi czno ci,  e powstrzymałem Ganelona od 

wycinania dziur w jego ciele - ostrzegł:  

      - Nie jed  do Avalonu, panie! Nie ma tam nic, czego mógłby  potrzebowa . 

Zabij  was!  

      Podzi kowałem mu u miechem. Ganelon zachichotał.  

      - Zabierzmy go ze sob  - zaproponował. - Niech stanie przed s dem za 

dezercj .  

      Chłopiec wstał z wysiłkiem i rzucił si  do ucieczki. Wci  roze miany Ganelon 

wyj ł sztylet i wzniósł r k  do rzutu. Uderzyłem go w rami  i bro  poleciała 

daleko od celu. Chłopak znikł w ród drzew, a Ganelon  miał si  bez przerwy. 

Kiedy si  uspokoił, odszukał swój sztylet.  

      - Powiniene  pozwoli  mi go zabi  - powiedział. Sam wiesz.  

      - Postanowiłem inaczej.  

      Wzruszył ramionami.  

      - Jak wróci noc  i poder nie nam gardła, mo e zmienisz zdanie.  

      - Pewnie zmieni . Ale on nie wróci. Wiesz o tym.  

      Znów wzruszył ramionami. Nabił na sztylet kawałek mi sa i zacz ł 

przypieka  nad ogniskiem.  

      - Trzeba przyzna ,  e wojna nauczyła go dobrze pracowa  nogami - 

stwierdził. - By  mo e istotnie zbudzimy si  rankiem.  

      Ugryzł kawałek i zacz ł prze uwa . Uznałem to za słuszn  ide  i 

przygotowałem co  takiego dla siebie.  

      Wiele godzin pó niej zbudziłem si  z niespokojnego snu, by przez zasłon  li ci 

popatrze  na gwiazdy. Jaka  skłonna do złych wró b cz  mej pod wiadomo ci 

przywołała obraz chłopca i w niemiły sposób wykorzystała jego i mnie. Długo nie 

mogłem zasn .  

      Rankiem zadeptali my popioły ogniska i ruszyli my dalej. Tego popołudnia 

dotarli my do gór i nast pnego dnia przekroczyli my je. Na naszym sziaku 

trafiały si  czasem  wie e  lady ludzi i koni, lecz nie spotkali my nikogo.  

      Dzie  pó niej min li my kilka zagród, lecz nie zatrzymywali my si  przy 

background image

 

42 

adnej. Nie korzystałem z szalonej, diabelskiej trasy, któr  wybrałem wyp dzaj c 

Ganelona. Była krótka, lecz dla niego byłaby przykrym wspomnieniem. 

Potrzebowałem tak e czasu do namysłu i taka podró  niezbyt by mi odpowiadała. 

Teraz, jednak długa droga zbli ała si  do ko ca. Po południu osi gn li my niebo 

Amberu. Podziwiałem je w milczeniu. Las, przez który jechali my, mógłby by  

niemal Lasem Arde skim. Tyle  e nie słyszałem głosu rogów, nie było Juliana ani 

Morgensterna, nie było ogarów burzy, które by nas  cigały jak w Ardenie, kiedy 

przeje d ałem tamt dy ostatnim razem. Był tylko  piew ptaków w koronach 

wielkieh drzew, skarga wiewiórki, szczekni cie lisa, plusk wodospadu, biele, 

bł kity i ró e kwiatów w cieniu li ci.  

      Wieczorny wietrzyk, chłodny i delikatuy, u pił mnie niemal i byłem zupełnie 

nie przygotowany na widok rz du  wie ych grobów obok drogi, zaraz za 

zakr tem. Trawa wokół nich była zgnieciona i stratowana. Przystan li my na 

chwil , lecz nie zauwa yli my niczego, czego nie byłoby wida  na pierwszy rzut 

oka.  

      Kawałek dalej min li my jeszcze jedno takie miejsce, a potem kilka 

wypalonych zagajników. Droga była porz dnie wyje d ona, a krzaki na 

poboczach połamane i zdeptane, jakby przechodziło t dy wiele ludzi i zwierz t. 

W powietrzu unosił si  zapach spalenizny. Przejechali my obok rozkładaj cego 

si , na pół po artego ko skiego  cierwa.  

      Niebo Amberu nie dodawało mi ju  otuchy, cho  potem przez dłu szy czas 

szlak był czysty.  

      Dzie  zbli ał si  ku ko cowi i drzewa rosły coraz rzadziej, gdy Ganelon 

zauwa ył smugi dymu na południowym wschodzie. Skr cili my w pierwsz  

cie k , która zdawała si  biec w tamt  stron , mimo  e nie prowadziła do 

Avalonu. Trudno było dokładnie oceni  odległo , lecz widzieli my,  e nie 

dotrzemy na miejsce przed noc .  

      - Ich wojska... jeszcze obozuj ? - zastanawiał si  Ganelon.  

      - Albo armia tego, co ich zwyci ył.  

      Potrz sn ł głow  i sprawdził, czy miecz lekko wychodzi z pochwy. Przed 

zmrokiem zjechałem ze  cie ki zwabiony odgłosem płyn cej wody. Był to  wie y, 

czysty potok płyn cy od gór i wci  nios cy odrobin  ich chłodu. Umyłem si , 

przyci łem brod , która zd yła ju  odrosn , i oczy ciłem ubranie z pyłu dróg. 

Zbli ali my si  do celu podró y i chciałem wyst pi  z t  odrobin  splendoru, na 

jak  mogłem sobie pozwoli . Ganelon uznał moje racje. Zdobył si  nawet na 

ochlapanie sobie wod  twarzy i gło ne wytarcie nosa.  

      Stoj c nad brzegiem i mrugaj c w stron  nieba oczami, z których wypłukałem 

kurz, zobaczyłem,  e kr g ksi yca staje si  czysty i ostry, a zm tnienie jego 

kraw dzi znika. Zdarzyło si  to po raz pierwszy. Wstrzymałem oddech i 

patrzyłem. Potem odnalazłem na niebie gwiazdy, prze ledziłem kształty chmur, 

odległych szczytów i najdalszych drzew. Raz jeszcze spojrzałem na ksi yc, nadal 

czysty i wyra ny. Mój wzrok wrócił, ju  do normy.  

      Ganelon cofn ł si  słysz c mój  miech. Nie spytał o powód.  

      Tłumi c pragnienie  piewu dosiadłem konia i wróciłem na  cie k . Cienie 

pogł biały si , a ponad koronami drzew rozkwitały gromady gwiazd. 

Wci gn łem w płuca pot n  porcj  nocy, przytrzymałem chwil  i wypu ciłem. 

background image

 

43 

Znów byłem sob  i było to przyjemne uczucie.  

      Ganelon podjechał bli ej.  

      - Na pewno rozstawili warty - powiedział cicho.  

      - Tak - zgodziłem si .  

      - Wi c mo e lepiej zjedziemy ze szlaku?  

      - Nie. Nie chc ,  eby kto  pomy lał,  e si  kryjemy. Mo emy dojecha  na 

miejsce z eskort , to nie ma znaczenia. Jeste my par  zwyczajnych podró nych.  

      - Mog  pyta  o powód tej podró y.  

      - Wi c b dziemy par  najemników, którzy słyszeli o jakiej  wojnie i przybyli 

szuka  pracy.  

      - Dobrze. Wygl damy na takich. Miejmy nadziej ,  e zd

 to zauwa y .  

      - Je eli nie b d  nas dobrze widzie , to b dziemy marnym celem.  

      - To prawda. Lecz jako  mnie to nie uspokaja.  

      Nasłuchiwałem stukotu ko skich kopyt na szlaku. Droga nie prowadziła 

prosto. Wiła si , skr cała, biegła w t  i w tamt  stron , w ko cu wykr ciła pod 

gór . Gdy wje d ali my na zbocze, drzewa przerzedziły si  jeszcze bardziej.  

      Wierzchołek pagórka był prawie nagi. Jeszcze kawałek i niespodziewanie 

roztoczył si  przed nami widok na najbli sze kilka mil. Zatrzymali my si  tu  

przed stromym uskokiem, kilkana cie metrów ni ej przechodz cym w łagodne 

zbocze. Dalej wida  było rozległ  równin , a o mil  stamt d wzgórza i niewielkie 

zagajniki. Zobaczyli my obóz: liczne ogniska i sporo namiotów, do  du e stado 

koni pas ce si  w pobli u. Uznałem,  e było tam kilkuset ludzi, grzej cych si  

przy ogniu lub chodz cych po obozowisku.  

      Ganelon odotchn ł z ulg .  

      - Ci przynajmniej wydaj  si  normalnymi lud mi - stwierdził.  

      - Fakt.  

      - A je eli s  normalnymi lud mi w normalnym wojsku, to na pewno jeste my 

ju  obserwowani. To zbyt dogodny punkt, by pozostał nie obsadzony.  

      - Zgadza si .  

      Z tyłu doleciał hałas. Zacz li my si  odwraca , gdy jaki  głos rozkazał:  

      - Nie rusza  si !  

      Spojrzałem za siebie. Stało tam czterech m czyzn; dwóch trzymało 

wycelowane w nas kusze, dwaj pozostali mieli w r kach nagie miecze. Jeden z 

nich ruszył ku nam i zatrzymał si  o dwa kroki.  

      - Zsiada ! - polecił. - Na lew  stron ! Powoli!  

      Zeszli my na ziemi  i stan li my przed nim, trzymaj c r ce z daleka od broni.  

      - Kim jeste cie? I sk d? - zapytał. - Jeste my najemnikami - wyja niłem. - Z 

Lorraine. Słyszeli ny,  e trwa tu jaka  wojna. Szukamy zaj cia. Jechali my do 

tego obozu w dole. To wasz, mam nadziej ?  

      - A je li powiem,  e nie,  e jeste my patrolem armii, która ma wła nie ten 

obóz zaatakowa ?  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - W takim razie mo e wasza armia byłaby zainteresowana zatrudnieniem 

dwóch ludzi?  

      Splun ł.  

      - Protektor nie potrzebuje takich jak wy - o wiadczył. Po czym zapytał: - Z 

background image

 

44 

której strony przyjechali cie?  

      - Ze wschodu - odparłem.  

      - A nie mieli cie po drodze jakich ... trudno ci?  

      - Nie - zaprzeczyłem. - A powinni my mie ?  

      - Trudno powiedzie  - stwierdził. - Oddajcie bro . Ode l  was do obozu. Na 

pewno b d  chcieli wiedzie , czy nie widzieli cie czego  na wschodzie... czego  

niezwykłego.  

      - Nie widzieli my nic niezwykłego - poinformowałem.  

      - W ka dym razie dadz  wam je . Cho  w tpi , czy znajdziecie prac . 

Troch  si  spó nili cie. A teraz oddajcie bro .  

      Kiedy odpinali my pasy z mieczami, przywołał jeszcze dwóch ukrytych w ród 

drzew  ołnierzy i polecił doprowadzi  nas do obozu. Mieli my i  pieszo 

prowadz c konie.  ołnierze wzi li nasz  bro  i ju  ruszali my, gdy ten, który z 

nami rozmawiał, zawołał:  

      - Sta !  

      Obejrzałem si .  

      - Ty - zwrócił si  do mnie. - Jak si  nazywasz?  

      - Corey - odparłem.  

      - Nie ruszaj si .  

      Podszedł całkiem blisko i przygl dał mi si  przez jakie  dziesi  sekund.  

      - O co chodzi? - spytałem.  

      Zamiast odpowiedzi pogrzebał dłoni  w sakiewce, wyci gn ł gar  monet i 

podniósł je do oczu.  

      - Niech to licho! Jest za ciemno - stwierdził. - A nie mo emy pali   wiatła.  

      - A po co? - zdziwiłem si .  

      - Nie wa nego - wyja nił. - Zdawało mi si ,  e ju  ci  gdzie  widziałem, i 

próbowałem sobie przypomnie  gdzie. Twój profil podobny jest do wybitego na 

naszych starych monetach. Troch  ich jeszcze kr y. Prawda? zwrócił si  do 

jednego ze strzelców. Tamten odło ył kusz , podszedł i z odległo ci kilku kroków 

przyjrzał mi si  uwa nie.  

      - Zgadza si  - stwierdził. - Jest podobny.  

      - A kto to był? Ten, o którego wam chodzi?  

      - Jeden z tych dawnych typów. Przed moim urodzeniem. Nie pami tam.  

      - Ja te  nie. Zreszt ... - wzruszył ramionami. Niewa ne. Ruszaj, Coreyu. 

Odpowiadaj na pytania szczerze, a nic ci si  nie stanie.  

      Odwróciłem si  i odszedłem, a on został na zalanej ksi ycowym  wiatłem 

polanie. Spogl dał za mn  drapi c si  po głowie.  

       ołnierze z naszej eskorty nie byli zbyt rozmowni. I bardzo dobrze.  

      Przez cał  drog  my lałem o tym, co opowiedział nam ten chłopak, i o tym, 

jak zako czył si  tutejszy konflikt. Osi gn łem bowiem fizyczn  zgodno  ze 

wiatem moich pragnie  i teraz musiałem działa  w granicach zaistniałej sytuacji.  

      Nad obozowiskiem unosił si  przyjemny zapach ludzi i zwierz t, dymu ognisk, 

pieczonego mi sa, skóry i oliwy. W  wietle ogni  ołnierze rozmawiali, ostrzyli 

miecze, naprawiali uprz e, jedli, grali, spali, pili i prrygl dali si , jak 

prowadzimy mi dzy nimi nasze konie, eskortowani w stron  trzech centralnych 

namiotów. Im dalej szli my, tym bardziej poszerzał si  wokół nas kr g ciszy.  

background image

 

45 

      Zatrzymali my si  przy drugim co do wielko ci namiocie. Jeden z naszych 

stra ników zapytał o co  przechadzaj cego si  wartownika. Ten pokr cił głow  i 

wskazał r k  najwi kszy namiot. Wymiana zda  trwała kilka minut. Wreszcie 

stra nik wrócił. Powiedział co  swemu czekaj cemu przy nas towarzyszowi, a ten 

skin ł głow  i przywołał jednego z ludzi siedz cych przy najbli szym ognisku. 

Stra nik podszedł do mnie.  

      - Wszyscy oficerowie s  na naradzie u Protektora - wyja nił. - Sp tamy wasze 

konie i pu cimy je na pastwisko. Zdejmijcie z nich rzeczy i złó cie je tutaj. 

Musicie poczeka , póki kapitan nie wróci.  

      Kiwn łem głow . Wzi li my si  do wypakowywania baga u i czyszczenia 

koni. Poklepałem Gwiazd  po szyi, a potem patrzyłem, jak niewysoki kulawy 

człowieczek prowadzi j  do innych koni razem ze  wietlikiem Ganelona. 

Usiedli my na jukach i czekali my. Jeden ze stra ników w zamian za tyto  do 

fajki przyniósł nam gor cej herbaty. Obaj siedli potem troch  z tyłu.  

      Patrzyłem na wielki namiot, s czyłem herbat  i my lałem o Amberze i o 

małym nocnym klubie przy Rue de Char et Pain w Brukseli, na Cieniu-Ziemi, 

gdzie  yłem tek długo. Kiedy dostan  ju  ten jubilerski proszek, rusz  do 

Brukseli, aby znowu spotka  si  z handlarzami z Gun Burse. Wiedziałem,  e moje 

zlecenie b dzie kosztowne i trudne w realizacji. Trzeba b dzie przekona  

którego  z producentów amunicji, by zało ył osobn  lini  produkcyjn . Na 

szcz cie dzi ki mym rozmaitym militarnym do wiadczeniom znałem na tamtej 

Ziemi innych kupców ni  tylko ci z Interarmco. Zdobycie sprz tu nie powinno mi 

zaj  wi cej ni  kilka miesi cy. Zacz łem obmy la  szczegóły i czas upływał 

szybko i przyjemnie.  

      Min ło chyba ponad półtorej godziny, nim poruszyły si  cienie na  cianie 

wielkiego namiotu. Jeszcze kilka minut i płachta zakrywaj ca wej cie została 

odrzucona w bok. Powoli zacz li wychodzi  ludzie. Ogl dali si  i rozmawiali. 

Ostatnia dwójka zatrzymała si , dyskutuj c z kim , kto pozostał w  rodku. 

Reszta rozeszła si  do innych namiotów.  

      Ci w wej ciu cofali si  powoli, wci  zwróceni twarzami do wn trza. 

Słyszałem ich głosy, cho  nie mogłem rozró ni  słów. Ten, z którym rozmawiali, 

tak e si  poruszył i w ko cu mogłem go zobaczy .  wiatło padało na niego z tyłu, 

a dwaj oficerowie zasłaniali prawie cały widok, zauwa yłem jednak,  e jest 

szczupły i bardzo wysoki.  

      Nasi stra nicy jeszcze si  nie ruszyli, z czego wywnioskowałem,  e kapitanem, 

o którym mówili, był jeden z dwójki oficerów. Patrzyłem z nadziej ,  e si  cofn  i 

odsłoni  swego zwierzchnika. Istotnie uczynili to w chwil  pó niej, a po jeszcze 

kilku sekundach on sam post pił krok do przodu.  

      Z pocz tku zdawało mi si ,  e to tylko gra  wiateł i cieni... Lecz nie! Poruszył 

si  znowu i zobaczyłem go wyra nie. Nie miał prawej dłoni. R ka ko czyła si  tu  

poni ej łokcia. Kikut był grubo obanda owany i pomy lałem,  e musiał niedawno 

odnie  t  ran .  

      Wykonał lew  r k  szeroki gest, wyci gaj c j  daleko przed siebie. Kikut 

prawej poruszył si  tak e i równocze nie co  drgn ło w mej pami ci. Miał długie, 

proste, kasztanowe włosy i lekko wystaj c  doln  szcz k ...  

      Wyszedł na zewn trz, a wiatr pochwycił jego płaszcz i zarzucił na prawe 

background image

 

46 

rami . Zauwa yłem,  e nosił  ółt  koszul  i br zowe spodnie. Sam płaszcz był 

płomiennie pomara czowy. Chwycił jego brzeg nienaturalnie szybkim ruchem 

lewej r ki i przykrył kikut prawej.  

      Wstałem, a on zwrócił głow  w moj  stron . Nasze spojrzenia spotkały si . 

Przez kilka uderze  pulsu  aden z nas si  nie poruszył.  

      Obaj oficerowie patrzyli na to zdnmieni. Rozepchn ł ich i ruszył do mnie. 

Usłyszałem,  e Ganelon chrz ka i wstaje pospiesznie. Nasi stra nicy tak e byli 

zaskoczeni.  

      Stan ł kilka kroków przede mn  i zmierzył mnie uwa nym spojrzeniem 

swych orzechowych oczu. Rzadko si  u miechał, lecz tym razem jako  mu si  to 

udało.  

      - Chod cie - powiedział i zawrócił do namiotu.  

      Poszli my zostawiaj c rzeczy tam, gdzie le ały.  

      Jednym spojrzeniem odprawił obu oficerów, zatrzymał si  przed wej ciem do 

namiotu i przepu cił nas przodem. Potem wszedł i spu cił płacht . Wewn trz był 

materac, mały stolik, ławy, bro  i wielki kufer. Na stoliku płon ł kaganek, le ały 

ksi ki i mapy, stała butelka i kilka kubków. Drugi kaganek migotał na pokrywie 

kufra.  

      U cisn ł mi dło  i znów si  u miechn ł.  

      - Corwin - rzekł. - I to  ywy.  

      - Benedykt - powiedziałem, tak e z u miechem. Jeszcze dychasz, jak widz . 

Diabelnie długo to trwało.  

      - To prawda. Kim jest twój przyjaciel?  

      - Nazywa si  Ganelon.  

      - Ganelonie - powiedział i skłonił głow , nie wyci gaj c jednak r ki. Potem 

podszedł do stołu i nalał trzy kubki wina. Jeden podał mnie, drugi Ganelonowi, 

trzeci wzniósł do góry.  

      - Twoje zdrowie, bracie - powiedział.  

      - I twoje.  

      Wypili my  

      - Siadajcie - rzucił, wskazuj c najbli sz  ław . Sam tak e usiadł. - I witajcie w 

Avalonie.  

      - Dzi ki... Protektorze.  

      Skrzywił si .  

      - Ten przydomek nie jest niezasłu ony - stwierdził spokojnie, wpatruj c si  w 

moj  twarz. - Zastanawiam si , czy poprzedni Protektor mógłby powiedzie  to 

samo.  

      - To nie było to samo miejsce - odparłem. - Ale s dz ,  e mógłby.  

      Wzruszył ramionami.  

      - Mo e i tak - powiedział. - Ale do  o tym! Co si  z tob  działo? Co 

porabiałe ? Dlaczego przybyłe  tutaj? Opowiedz. To ju  tyle czasu...  

      Kiwn łem głow . Niezbyt szcz liwie si  zło yło, lecz etykieta rodzinna oraz 

układ sił wymagały, bym odpowiadał, zanim sam zaczn  pyta . Był starszy, a 

poza tym ja - co prawda nie wiadomie - naruszyłem stref  jego wpływów. Nie to, 

ebym mu  ałował tej uprzejmo ci - był jednym z niewielu moich licznych 

krewnych, którego szanowałem, a nawet lubiłem. Po prostu paliłem si  do 

background image

 

47 

zadawania pyta . Sam powiedział, to ju  tyle czasu...  

      Ale jak wiele powinienem mu wyja ni ? Nie miałem poj cia, któr  ze stron 

popiera. Nie chciałem te , mówi c o niewła ciwych sprawach, odkrywa  

powodów jego dobrowolnego wygnania z Amberu. Nale ało zacz  od czego  

mo liwie neutralnego i sondowa  go w miar  rozwoju opowie ci.  

      - Musi by  jaki  pocz tek - odezwał si  po chwili. - Niewa ne, jak go 

przedstawisz.  

      - Jest wiele pocz tków - wyja niłem. - To do  trudne... Powinienem chyba 

wróci  do czasu, kiedy to wszystko si  zacz ło, i potem ci gn  dalej.  

      Łykn łem wina.  

      - Tak - zadecydowałem. - To b dzie najprostsze... cho  dopiero stosunkowo 

niedawno przypomniałem sobie wiele z tego, co si  zdarzyło. Kilka lat po 

rozgromieniu Ksi ycowych Je d ców z Ghenesh i po twoim wyje dzie Eryk i ja 

poró nili my si  ostatecznie - zacz łem. - Tak, chodziło o sukcesj . Tato znowu 

zacz ł mówi  o abdykacji i wci  nie chciał wyznaczy  nast pcy. Od yły dawne 

spory o to, ktu ma wi ksze prawo do tronu. Oczywiscie, ty i Eryk jeste cie starsi 

ode mnie, lecz o ile Faiella, matka Eryka i moja, była  on  ojca po  mierci 

Cymnei, to jednak..  

      - Do ! - zawołał Benedykt i waln ł w stół tak mocno,  e deski zatrzeszczały.  

      Kaganek podskoczył i chlapn ł oliw , lecz - chyba dzi ki jakiemu  drobnemu 

cudowi - nie przewrócił si : Płachta zasłaniaj ca wej cie odsun ła si  natychmiast 

i do namiotu zajrzał zaniepokojony stra nik. Benedykt spojrzał tylko i tamten 

wycofał si .  

      - Nie mam ochoty pakowa  si  w te wasze dochodzenia - o wiadczył mój brat 

cichym głosem. - To wła nie te plugawe rozgrywki były pocz tkowo powodem, 

dla którego porzuciłem rozkosze Amberu. Prosz , mów dalej, ale ju  bez 

odno ników.  

      - No... tak - chrz kn łem. - Jak mówiłem, odbyli my kilka burzliwych 

dyskusji na ten temat. A  pewnego wieczora słowa przestały wystarcza . 

Podj li my walk .  

      - Pojedynek?  

      - Nic tak formalnego. Raczej równoczesn  decyzj  zabicia tego drugiego. W 

ka dym razie walczyli my do  długo. Eryk uzyskał przewag  i zacz ł  ciera  

mnie na proszek. Uprzedz  troch  fakty i powiem,  e wszystko przypomniałem 

sobie dopiero jakie  pi  lat temu.  

      Benedykt pokiwał głow , jakby rozumiał, o czym mówi .  

      - Mog  si  tylko domy la , co zaszło po tym, jak straciłem przytomno  - 

mówiłem dalej. - Eryk powstrzymał si  od zabicia mnie. Doszedłem do siebie w 

Cieniu - Ziemi, w miejscu zwanym Londynem. Szalała tam zaraza i 

rozchorowałem si . Wyzdrowiałem nie maj c  adnych wspomnie  sprzed 

Londynu.  yłem w tym  wiecie - Cieniu przez całe wieki, szukaj c jakiej  

wskazówki co do mojej to samo ci. Przemierzałem go wszerz i wzdłu , zwykle 

jako uczestuik kampanii wojskowych. Ucz szczałem na ich uniwersytety, 

rozmawiałem z najm drzejszymi lud mi, konsultowałem si  ze słynnymi 

lekarzami. Nigdzie nie znalazłem klucza do swej przeszło ci. Było dla mnie 

oczywiste,  e ró niłem si  od innych ludzi, i z wielkim wysiłkiem starałem si  to 

background image

 

48 

ukry . Byłem jak w ciekły, gdy  mogłem mie  wszystko z wyj tkiem tego, czego 

pragn łem najbardziej: mojej to samo ci, mojej pami ci. Mijały lata, lecz nie 

malał mój gniew, nie gasła t sknota. Trzeba było wypadku i p kni cia czaszki, 

eby zacz ła si  seria przemian prowadz cych do odzyskania wspomnie . To było 

jakie  pi  lat temu, a cała ironia potega na rym,  e Eryk był odpowiedzialny za 

ów wypadek. Wydaje si ,  e Flora przez cały czas mieszkała w tym Cieniu - Ziemi 

i pilnowała mnie. Wracaj c do hipotez: Eryk musiał si  powstrzyma  w ostatniej 

chwili. Pragn ł mojej  mierci, lecz nie chciał, by  lady prowadziły do niego. 

Przetransportował mnie wi c przez Cie  do miejsca, gdzie czekała szybka i 

niemal pewna  mier . Bez w tpienia zamierzał wróci  i powiedzie ,  e si  

pokłócili my i  e odjechałem w gniewie, krzycz c,  e znowu odchodz . Owego 

dnia polowali my w Ardenie. Tylko my dwaj, razem.  

      - To dziwne - wtr cił Benedykt -  e tacy rywale jak wy zdecydowali cie si  na 

wspólne polowanie w takich okliczno ciach.  

      Łykn łem wina i u miechn łem si .  

      - By  mo e nie było to tak zupełnie przypadkowe, jak mo na by s dzi  z 

mojego opowiadania - wyja niłem. - Mo e obaj ucieszyli my si  z mo liwo ci 

wspólnych łowów: tylko my dwaj i nikt wi cej.  

      - Rozumiem - stwierdził. - Nie jest wi c wykluczone,  e sytuacja mogła uło y  

si  odwrotnie.  

      - No có , trudno powiedzie . Nie wierz , bym posun ł si  tak daleko. 

Przynajmniej teraz tak to odczuwam. Sam wiesz, ludzie si  zmieniaj . A wtedy...? 

Tak, mógłbym zrobi  to co on. Trudno by  pewnym, ale to mo liwe.  

      Znów pokiwał głow . Nagle ogarn ł mnie gniew, który jednak szybko zmienił 

si  w rozbawienie.  

      - Na szcz cie nie musz  szuka  usprawiedliwie  - stwierdziłem. - Wró my do 

moich domysłów. S dz ,  e Eryk po tym wszystkim pilnował mnie, zapewne 

rozczarowany,  e prze yłem, ale usatysfakcjonowany moj  bezradno ci . 

Nakazał, by Flora miała na mnie oko, i przez jaki  czas  wiat kr cił si  spokojnie. 

Potem przypuszczalnie tato abdykował i znikł, nie rozwi zuj c problemu 

nast pstwa tronu...  

      - Niech go diabli! - przerwał mi Benedykt. - Nie było  adnej abdykacji. Po 

prostu znikł. Pewnego dnia zwyczajnie nie zastano go w pokojach. Nawet łó ko 

nie było ruszone.  adnych wiadomo ci. Widziano, jak wracał do siebie 

wieczorem, ale nikt nie zauwa ył, jak wychodzi. Lecz nawet tego nie uznano za 

niezwykłe. Z pocz tku wszyscy my leli,  e znowu wyruszył w Cie , by  mo e na 

poszukiwanie kolejnej panny młodej. Długo trwało, nim ktokolwiek zacz ł 

podojrzewa  nieczyst  gr  lub domy la  si  nowej formy abdykacji.  

      - Nie wiedziałem o tym - rzekłem. - Twoje  ródła informacji znajdowały si  

wtedy bli ej centrum ni  moje.  

      Skin ł tylko głow  pozostawiaj c mi pole do niepokoj cych domysłów. 

Mogłem przypuszcza ,  e był wtedy po stronie Eryka.  

      - Kiedy tam byłe  ostatnio? - zaryzykowałem.  

      - Jakie  dwadzie cia lat temu - odrzekł. - Mo e troch  wi cej. Ale jestem w 

kontakcie.  

      Na pewno nie z kim , kto uznałby za stosowne wspomnie  mi o tym! Musiał to 

background image

 

49 

wiedzie , kiedy mówił. Czy by miało to by  ostrze enie? A mo e gro ba? 

My lałem intensywnie. Miał oczywi cie komplet Wielkich Atutów. Przerzucałem 

je w my lach. Random wyznał mi,  e nie wie nic o sytuacji Benedykta. Brand 

znikł do  dawno. Mogłem si  domy la ,  e  yje jeszcze uwi ziony w takim czy 

innym nieprzyjemnym miejscu, raczej bez mo liwo ci przekazywania wie ci z 

Amberu. Tak e Flora nie mogła by  informatork , jako  e samn do niedawna 

przchywała wła ciwie na wygnaniu. Llewella była w Rebmie. Deirdre tak e, a 

kiedy ostatnio j  widziałem, nie była w łaskach w Amberze. Fiona? Julian mówił, 

e jest "gdzie  na południu". Nie był pewien, gdzie dokładnie. Kto wi c 

pozostawał?  

      Sam Eryk, Julian, Gerard lub Caine, uznałem. Eryka mo na skre li . Nie 

przekazałby szczegółów nieabdykacji taty w sposób dopuszczaj cy tak  

interpretacj , jak  przedstawił mi Benedykt. Julian popierał Eryka, lecz sam nie 

był wolny od osobistych ambicji, i to si gaj cych wysoko. Przesłałby wiadomo , 

gdyby mogło mu to przynie  korzy ci. To samo Caine. Za to Gerard zawsze 

wydawał mi si  człowiekiem, którego bardziej interesowało dobro Amberu od 

tego, kto zasiada na tronie. Nie przepadał jednak za Erykiem i swego czasu chciał 

pomóc mnie lub Bleysowi w walce przeciw niemu. Z pewno ci  uznałby 

poinformowanie Benedykta o przebiegu wydarze  za co  w rodzaju polisy 

ubezpieczeniowej kraju.  

      Tak, tu prawie na pewno kto  z tej trójki. Julian mnie nienawidził, Caine ani 

specjalnie lubił, ani nie, a z Gerardem ł czyły mnie miłe wspomnienia, si gaj ce 

naszego dzieci stwa. B d  si  wi c musiał dowiedzie , który to z nich, i to szybko. 

Benedykt, nie znaj c moich planów, nie zamierzał mi powiedzie . Zale nie od 

celów jego i tego kogo  na drugim ko cu, kontakt z Amberem mógł zosta  

wykorzystany na m  korzy  lub niekorzy . Dla Benedykta był to wi c zarówno 

miecz, jak tarcza. Troch  mnie zabolało,  e tak wła nie si gn ł po t  bro . 

Uznałem,  e to rana odniesiona niedawno uczyniła go przesadnie ostro nym, gdy  

ja sam nigdy nie dawałem mu powodow do zmartwie . W rezultacie jednak ja 

tak e stałem si  przesadnie ostro ny - smutny fakt, kiedy po raz pierwszy od tylu 

lat spotyka si  własnego brata.  

      - To ciekawe - mrukn łem mieszaj c wino w kubku. - W tej sytuacji wydaje 

si ,  e wszyscy zacz li my działa  przedwcze nie.  

      - Nie wszyscy - zauwa ył.  

      Poczułem,  e si  czerwieni .  

      - Wybacz - powiedziałem.  

      Skłonił si  uprzejmie.  

      - Mów dalej, prosz .  

      - Wró my do mego ła cucha hipotez - zacz łem. Gdy Eryk uznał,  e tron 

wystarczaj co długo stoi pusty i  e nadszedł czas na kolejne posuni cie, musiał 

tak e doj  do wniosku,  e owa amnezja to mało, trzeba ostatecznie upora  si  z 

moimi pretensjami. Zaaran ował wi c mój wypadek na owym Cieniu - Ziemi - 

wypadek, który powinien okaza  si   miertelny. Tak si  jednak nie stało.  

      - Sk d o tym wiesz? A mo e tylko si  domy lasz?  

      - Flora mi powiedziała, kiedy j  pó niej pytałem. Tak e o swoim 

współudziale.  

background image

 

50 

      - To interesuj ce. Mów dalej.  

      - Walni cie w głow  sprawiło to, czego wcze niej nie potrafił osi gn  nawet 

Zygmunt Freud - stwierdziłem. - Zacz łem sobie przypomina , z pocz tku słabo, 

potem coraz lepiej, zwłaszcza po spotkaniu z Flor , gdy zetkn łem si  z mas  

spraw stymuluj cych moj  pami . Udało mi si  przekona  j ,  e pami tam 

wszystko, mówiła wi c otwarcie o ludziach i zdarzeniach. Potem pojawił si  

Random uciekaj cy przed czym ...  

      - Uciekaj cy? Przed czym? Dlaczego?  

      - Przed jakimi  dziwnymi istotami z Cienia. Nigdy si  nie dowiedziałem 

czemu.  

      - Ciekawe - stwierdził, i musiałem mu przyzna  racj .  

      W celi cz sto si  zastanawiałem, dlaczego Random pojawił si  na scenie 

cigany przez furie. Odk d si  spotkali my, a  do chwili rozstania, stale co  nam 

bru dziło. Byłem zaj ty własnymi sprawami, a on nie wyjawił  adnych 

szczegółów swego przybycia. Oczywi cie byłem zdziwiony. S dziłem jednak,  e 

mo e jest to co , o czym powinienem wiedzie . I tak ju  zostało. Bieg zdarze  

wypchn ł t  kwesti  z mej pami ci do czasu uwi zienia, a potem teraz i tutaj. 

Ciekawe? Istotnie. A tak e niepokoj ce.  

      - Zdołałem oszuka  Randoma co do swego stanu - podj łem. - Uwierzył,  e 

chc  tronu, podczas gdy  wiadomie pragn łem jedynie swojej pami ci. Zgodził si  

pomóc mi w powrocie do Amberu i udało mu si  mnie tam dostarczy . No, prawie 

- poprawiłem si . - Doci gn li my do Rebmy. Do tego czasu zd yłem mu 

wyjawi , jak ze mn  jest naprawd . Zaproponował,  ebym przeszedł przez 

Wzorzec w Rebmie, co w pełni przywróciłoby mi pami . Nadarzyła si  okazja, 

wi c pochwyciłem j . Sposób podziałał, a ja u yłem mocy Wzorca, by przerzuci  

si  do Amberu.  

      U miechn ł si .  

      - Random musiał by  wtedy bardzo nieszcz liwy - zauwa ył.  

      - Istotnie, raczej nie  piewał z rado ci - potwierdziłem. - Uznał wyrok Moire i 

miał po lubi  kobiet , któr  mu wybrała, niewidom  dziewczyn  imieniem Vialle. 

Miał z ni  tam zosta  przez co najmniej rok. Zostawiłem go, lecz dowiedziałem 

si  pó niej,  e faktycznie to zrobił. Była tam tak e Deirdre. Spotkali my j  po 

drodze uciekaj c  z Amberu. Razem weszli my do Rebmy. Została tam.  

      Wypiłem wino do ko ca. Benedykt wskazał głow  butelk . Była ju  jednak 

prawie pusta, wyj ł wi c z kufra pełn  i nalał do kubków. Wino było lepsze ni  

poprzednie, pewnie z jego prywatnych zapasów.  

      - W pałacu - podj łem - przedostałem si  do biblioteki, gdzie znalazłem tali  

do taroka. Po ni  przede wszystkim przyszedłem. Eryk zaskoczył mnie, zanim 

zd yłem cokolwiek przedsi wzi . Walczyli my, tam, w bibliotece. Udało mi si  

go zrani  i pewnie zako czyłbym spraw , gdyby nie przybyły posiłki. Musiałem 

ucieka . Skontaktowałem si  z Bleysem, a on dał mi przej cie do siebie, do Cienia. 

Reszt  znasz pewnie z własnych  ródeł. Słyszałe ,  e Bleys i ja poł czyli my swe 

siły, zaatakowali my Amber i przegrali my. Bleys run ł ze  ciany Kolviru. 

Rzuciłem mu swoj  tali , a on j  złapał. Jak rozumiem, nigdy nie znaleziono jego 

ciała. Ale spadał z wysoka, a był wtedy przypływ. Nie wiem, czy zgin ł tamtego 

dnia, czy nie.  

background image

 

51 

      - Ja tak e nie wiem - wtr cił Benedykt.  

      - Tak wi c zostałem uwi ziony, a Eryk zasiadł na tronie. Mimo pewnych 

sprzeciwów z mojej strony skłoniono mnie, bym asystował przy koronacji. Udało 

mi si  ukoronowa  siebie, zanim ten b kart - w sensie genealogicznym - zabrał mi 

koron  i wsadził j  sobie na głow . Potem kazał mnie o lepi  i wrzuci  do lochów.  

      Benedykt pochylił si  i przyjrzał mojej twarzy.  

      - Tak - powiedział. - Słyszałem o tym. Jak to zrobiono?  

      - Gor cym  elazem - wyja niłem. Zadr ałem mimo woli i stłumiłem 

pragnienie zaci ni cia powiek. - Straciłem przytomno  podczas tej procedury.  

      - Czy nast pił kontakt z gałkami ocznymi?  

      - Tak - potwierdziłem. - Chyba tak.  

      - A ile czasu trwała regeneracja7  

      - Min ły prawie cztery lata, zanim znów mogłem widzie  - odparłem. - A 

wzrok wrócił do normy dopiero niedawno. Tak  e... razem jakie  pi  lat. Chyba 

tak.  

      Wyprostował si , odetchn ł i u miechn ł si  słabo.  

      - To dobrze - powiedział. - Dajesz mi nadziej . Inni tracili swe cz stki 

anatomiczne i te  do wiadczyli regeneracji, lecz ja nigdy nie utraciłem niczego 

znacz cego. A  do teraz.  

      - A tak - potwierdziłem. - Ta lista robi wra enie. Przez całe lata uzupełniałem 

j  regularnie. Cała kolekcja strz pków i kawałeczków. Wiele z nich pewnie 

zapomnianych przez wszystkich prócz wła cicieli i mnie: palce r k, nóg, uszy... 

Na pewno jest nadzieja dla twojej r ki. Naturalnie troch  to potrwa. Dobrze, ze 

jeste  obur czny - dodałem.  

      U miech na jego twarzy pojawił si  i znikł. Łykn ł wina. Nie, jeszcze nie był 

gotów, by mi opowiedzie , co si  z nim działo. Poci gn łem ze swojego kubka. Nie 

chciałem mu mówi  o Dworkinie. Wolałem zachowa  go jako swego rodzaju asa 

w r kawie. Nikt z nas nie rozumiał w pełni mocy tego człowieka. Był w oczywisty 

sposób szalony, cho  dało si  nim manipulowa . Nawet tato zacz ł si  w ko cu 

ba  i dlatego kazał go zamkn . Co to było, co powiedział mi wtedy w celi?  e 

ojciec uwi ził go, kiedy Dworkin powiadomił o odkryciu sposobu zniszczenia 

Amberu. Je eli nie był to tylko bełkot szale ca, a prawdziwy powód, by znalazł 

si  tam, gdzie si  znalazł, to tato okazał si  o wiele bardziej wielkoduszny, ni  ja 

bym był. Ten człowiek był zbyt niebezpieczny, by  y . Z drugiej strony jednak 

tato próbował go wyleczy . Dworkin wspominał o lekarzach - ludziach, których 

wystraszył lub zniszczył - gdy obrócił przeciwko nim sw  moc.  

      Pami tałem go przede wszystkim jako m drego i miłego staruszka, całkowicie 

oddanego ojcu i reszcie rodziny. Trudno by było kogo  takiego zlikwidowa , je li 

istniała nadzieja na wyleczenie. Został zamkni ty w miejscu, z którego ucieczka 

powinna by  niemo liwa. A jednak kiedy pewnego dnia znudził si , po prostu 

wyszedł. Nikt nie mo e chodzi  przez Cie  w Amberze, gdzie nie istnieje Cie , 

wi c Dworkin musiał uczyni  co , czego nie rozumiałem, a co wykorzystywało 

zasad  działania Atutów. I wyszedł. Zanim wrócił, zdołałem go namówi , by 

udost pnił mi metod  opuszczenia celi. Tak dotarłem do latarni morskiej na 

Cabrze, gdzie troch  doszedłem do siebie. Potem ruszyłem w drog , która 

doprowadziła mnie do Lorraine. Najprawdopodnbniej nikt dot d nie wpadł na 

background image

 

52 

lad działalno ci Dworkina. Moja rodzina zawsze miała pewne szczególne 

umiej tno ci, ale to wła nie on zanalizował je i sformalizował poprzez Wzorzec i 

Wielkie Atuty. Cz sto próbował rozmawia  z nami o tych sprawach, lecz 

wi kszo  uznawała je za straszliwie abstrakcyjne i nudne. Do licha, jeste my 

niezwykle pragmatyczn  rodzin . Jedynie Brand wykazywał pewne 

zainteresowanie tematem. I Fiona. Zapomniałem o niej. Fiona czasem słuchała. I 

tato. Tato wiedział o całej masie spraw, o których nigdy nie mówił. Nigdy nie miał 

dla nas czasu, a wokół niego działy si  sprawy, o których nie mieli my poj cia. 

Prawdopodobnie był równie sprawny w teorii jak Dworkin. Ró nica tkwiła w 

zastosowaniach. Dworkin byt artyst , a czym był tato, nie wiem. Nie zach cał nas 

do poufało ci, cho  nie był złym ojcem. Kiedy ju  zwrócił na nas uwag , hojnie 

szafował podarkami i rozrywkami. Nasze wychowanie pozostawiał jednak 

licznym ludziom ze swego dworu. Wydaje mi si ,  e tolerował nas jako 

nieuniknione rezultaty porywów nami tno ci. I tak si  dziwi ,  e rodzina nie jest 

liczniejsza. Nasza trzynastka plus dwaj bracia i siostra, których znałem i którzy 

ju  nie  yli, stanowili my efekt prawie tysi ca lat rodzicielskiej działalno ci. 

Przed nami było jeszcze kilkoro innych, o których tylko słyszałem, gdy  nie 

prze yli. To niezbyt imponuj ca  rednia jak na chutliwego władc . No có , tak e 

adne z nas nie było zbyt płodne. Gdy tylko potrafili my sami si  o siebie 

zatroszczy  i chodzi  poprzez Cie , tato zach cał nas, by my znale li sobie 

miejsce, gdzie b dziemy szcz liwi, i tam osiedli. St d wzi ł si  mój zwi zek z 

Avalonem, którego ju  nie ma. O ile mam spraw , nikt prócz samego taty nie 

wiedział niczego na temat jego pochodzenia. Nigdy nie spotkałem nikogo, kto 

potrafiłby si gn  pami ci  do czasów, kiedy nie było Oberona. Dziwne? Nie 

wiedzie , sk d pochodzi własny ojciec, kiedy ma si  całe wieki na zaspokajanie 

ciekawo ci? Tak. Ale on był tajemniczy, pot ny i przebiegły - do pewnego 

stopnia wszyscy odziedziczyli my po nim te cechy. Pragn ł, jak s dz , by my byli 

dobrze urz dzeni i zadowoleni z  ycia, lecz nigdy w pozycji, z której mogliby my 

zagrozi  jego panowaniu.  ywił pewn  - nie całkiem nie usprawiedliwion  - 

ostro no  w kwestii naszej wiedzy o nim i o czasach dawno minionych. Nie 

wierz , by kiedykolwiek naprawd  my lał o sytuacji, gdy nie b dzie władał 

Amberem. Czasem - w  artach lub narzekaj c - wspominał o abdykacji. Zawsze 

jednak wyczuwałem,  e robi to, by obserwowa  nasze reakcje. Musiał zdawa  

sobie spraw  ze stanu rzeczy, jaki spowodowałoby jego odej cie. Lecz nie chciał 

uwierzy , by co  takiego mogło si  zdarzy . A  adne z nas nie znało cało ci jego 

prac i obowi zków, wszystkich jego tajemnych powi za . Niech tnie wprawdzie, 

ale musz  wyzna ,  e chyba nikt nie był gotowy do przej cia tronu. Za to 

nieprzygotowanie najch tnej obarczyłbym win  tat , lecz na nieszcz cie zbyt 

długo znałem Freuda, by nie czu  si  współodpowiedzialnym. W dodatku 

zacz łem teraz rozwa a  zasadno  naszych roszcze . Je eli nie było abdykacji, a 

on rzeczywi cie jeszcze  ył, ka de z nas mogło liczy  najwy ej na regencj . Jego 

powrót, gdyby zastał inny stan rzeczy, byłby niezbyt mił  perspektyw , zwłaszeza 

z wysoko ci tronu. Powiedzmy to szczerze: bałem si  go, i to nie bez powodu. 

Tylko dure  nie l ka si  realnej siły, której nie pojmuje. Niezale nie jednak od 

tego, jak miał brzmie  rytuł: "regent" czy "król", miałem do niego wi ksze 

prawa ni  Eryk i byłem zdecydowany go zdoby . Je eli jaka  siła z mrocznej 

background image

 

53 

przeszło ci taty - której nikt z nas naprawd  nie znał - mogła pomóc mi w tych 

d eniach i je eli Dworkin był tak  sił , to musiał pozosta  w ukryciu, póki nie 

b d  mógł go wykorzysta .  

      Nawet je li - zapytywałem sam siebie - siła, któr  on reprezentuje, mo e 

zniszczy  Amber, a tym samym zdruzgota   wiaty - Cienie i wywróci  ich 

egzystenej  tak, jak ja j  pojmuj .  

      Zwłaszcza wtedy - odpowiadałem sobie. - Któ  bowiem inny byłby godzien 

posi

 tak  moc?  

      Doprawdy, jeste my niezwykle pragmatyczn  rodzin , łykn łem jeszcze wina, 

po czym zaj łem si  fajk . Oczy ciłem j  i nabiłem ponownie.  

      - I to w zasadzie cała historia - powiedziałem.  

      Popatrzyłem na swoje dzieło, wstałem i przypaliłem fajk  od płomienia 

kaganka. - Kiedy odzyskałem wzrok, udało mi si  wydosta . Uciekłem z Amberu, 

przez pewien czas bawiłem w miejscu zwanym Lorraine, gdzie spodkałem 

Ganelona, a potem dotarłem tutaj.  

      - Dlaczego?  

      Usiadłem i spojrzałem na niego uwa nie.  

      - Poniewa  to blisko Avalonu, który kiedy  znałem - wyja niłem.  

      Celowo nie wspomniałem o swej wcze niejszej znajomo ci z Ganelonem i 

miałem nadziej ,  e on zrozumie dlaczego. Ten Cie  był na tyle bliski tamtemu 

Avalonowi, by mój wspólnik orientował si  w jego topografii i miejscowych 

zwyczajach. Cokolwiek ta orientacja była warta, ukrycie jej przed Benedyktem 

uznałem za politycznie uzasadnione.  

      Nie skomentował mojego tłumaczenia. Zaj ł si  za to spraw , która bardziej 

go interesowała.  

      - A twoja ucieczka? - spytał. - Jak ci si  to udało?  

      - Naturalnie, kto  mi pomógł wydosta  si  z celi - przyznałem. - A na 

zewn trz... no có , jest jeszcze par  tras, o których Eryk nie ma poj cia.  

      - Rozumiem - pokiwał głow . Miał pewnie nadziej ,  e powiem, kim byli moi 

wspólnicy. Wiedział jednak,  e lepiej o to nie pyta .  

      Pykn łem z fajki i usiadłem wygodniej. U miechn łem si .  

      - Dobrze jest mie  przyjaciół - stwierdził, jakby ko cz c moj  nie 

dopowiedzian  kwesti .  

      - S dz ,  e ka dy z nas ma kilku w Amberze.  

      - Chciałbym w to wierzy  - odrzekł.- O ile wiem, próbowałe  sforsowa  drzwi 

w celi, ale w ko cu zostawiłe  je zamkni te, spaliłe  materac i malowałe  rysunki 

na  cianach.  

      - Zgadza si  - przyznałem. - Długie uwi zienie  le wpływa na równowag  

umysłu. W ka dym razie mojego. Wiem,  e były okresy, kiedy zachowywałem si  

irracjonalnie.  

      - Nie zazdroszcz  ci tych do wiadcze , bracie - o wiadczył. - Wcale nie. Jakie 

masz teraz plany?  

      - Nie wiem jeszcze - wyja niłem. - A jak stoj  sprawy tutaj?  

      - Ja tu rz dz  - poinformował, bez przechwałki w głosie; po prostu 

skonstatował fakt. - S dz ,  e wła nie udało mi si  zako czy  spraw  jedynego 

powa nego zagro enia dla kraju. Je li mam racj , to zbli a si  stosunkowo 

background image

 

54 

spokojny okres. Cena była wysoka - spojrzał na to, co pozostało z jego r ki - ale 

warto było j  zapłaci . Oka e si  to ju  wkrótce, kiedy wszystko wróci do normy.  

      Zacz ł relacjonowa  sytuacj , w ogólnych zarysach zgodn  z tym, co mówił 

nam tamten młodzik. Potem opowiedział, w jaki sposób wygrali bitw . Kiedy 

zgin ła przywódczyni tych diablic, amazonki rzuciły si  do ucieczki. Wybito 

wi kszo  z nich i zablokowano wyj cia z jaski . Benedykt postanowił z niewielk  

sił  pozosta  jeszcze na polu bitwy, by oczy ci  teren. Jego ludzie wci  

przeszukiwali okolic  w poszukiwaniu niedobitków.  

      Nie uczynił  adnej wzmianki na temat spotkania z ich przywódczyni , Lintr .  

      - Kto zabił ich wodza? - zapytałem.  

      - Mnie si  to udało... - machn ł kikutem. - Cho  zbyt długo zwlekałem z 

pierwszym ciosem.  

      Odwróciłem wzrok. Ganelon tak e. Po krótkiej chwili twarz Benedykta 

przybrała normalny wygl d. Opu cił rami .  

      - Szukali my ci , Corwinie. Wiedziałe  o tym? - zapytał. - Brand przeszukał 

wiele Cieni, podobnie Gerard. Słusznie przewidywałe , co powie Eryk po twoim 

znikni ciu. Woleli my jednak nie polega  wył cznie na jego słowie. Po wielekro  

próbowali my twojego Atutu, te  bez odpowiedzi. Zapewnie blokowało go 

uszkodzenie mózgu. To ciekawy problem. Poniewa  nie reagowałe  na Atut, 

uznali my,  e nie  yjesz. Wtedy Julian, Caine i Random przył czyli si  do 

poszukiwa .  

      - Wszyscy? Naprawd ? Jestem zdnmiony.  

      U miechn ł si .  

      - Ach - powiedziałem pojmuj c i tak e si  u miechn łem.  

      Wł czenie si  braci do akcji w takim momencie oznaczało,  e nie mój los ich 

interesował, lecz mo liwo  uzyskania dowodów,  e Eryk popełnił bratobójstwo. 

Mogliby wtedy usun  go lub szanta owa .  

      - Ja sam poszukiwałem ci  w okolicy Avalonu - mówił dalej. - Znalazłem to 

miejsce i ju  tam zostałem. Znajdowało si  wtedy w opłakanym stanie i 

pracowałem przez całe pokolenia, by przywróci  mu dawn  chwał . Zacz łem to 

robi  dla uczczenia twojej pami ci, lecz z czasem polubiłem kraj i ludzi. Zacz li 

uwa a  mnie za swego protektora. Ja tak e si  nim poczułem.  

      Byłem poruszony i troch  zakłopotany t  opowie ci . Czy by sugerował,  e 

zapaskudziłem tutaj sytuacj , i musiał wsta , by j  uporz dkowa  - ostatni ju  

raz posprz ta  po młodszym bracie? A mo e chciał powiedzie ,  e wiedz c, jak 

kochałem to miejsce - albo bardzo do tego podobne - starał si  działa  tak, jak 

s dził,  e nie  yczyłbym sobie? Có , by  mo e robiłem si  nieco przeczulony.  

      - Dobrze wiedzie ,  e mnie szukali cie - stwierdziłem. - I jeszcze lepiej 

wiedzie ,  e jeste  obro c  tej krainy. Chciałbym j  zobaczy , gdy  przypomina 

mi Avalon, który znałem. Czy masz co  przeciwko mojej wizycie?  

      - Czy tylko oto ci chodzi? O wizyt ?  

      - O niczym wi cej nie my lałem.  

      - Dowiedz si  zatem,  e wspomnienia o twoim cieniu, który tu kiedy  władał, 

nie s  najlepsze. Dzieciom nie nadaje si  tutaj imienia Corwin. Ja tak e nie jestem 

tu bratem  adnego Corwina.  

      - Rozumiem - odrzekłem. - Nazywam si  Corey. Czy mo emy by  starymi 

background image

 

55 

przyjaciółmi?  

      Kiwn ł głow .  

      - Odwiedziny starych przyjaciół zawsze sprawiaj  rado  - o wiadczył.  

      U miechn łem si . Czułem si  troch  ura ony,  e pos dził mnie o jakie  plany 

wobec tego Cienia; mnie, który - wprawdzie przez chwil  - czułem na swym czole 

zimny płomie  korony Amberu. Zastanawiałem si , co by zrobił, gdyby wiedział, 

e tak naprawd  wła nie ja jestem odpowiedzialny za ataki amazonek. 

Przypuszczam,  e mo na by mnie obarczy  win  tak e za to,  e stracił r k . 

Wolałem jednak pój  krok dalej i uzna  za winnego Eryka. W ko cu to jego 

działanie stało si  przyczyn  mej kl twy. Miałem jednak nadziej ,  e Benedykt 

nigdy si  o tym nie dowie. Zale ało mi, nawet bardzo.  eby si  dowiedzie , jakie 

stanowisko zajmuje wobec Eryka. Czy pomógłby jemu, czy te  stan ł za mn ? A 

mo e po prostu usun łby si ? Byłem te  zupełnie pewien,  e Benedykt zastanawia 

si  teraz, czy moje ambieje ju  wygasły, czy te  tl  si  jeszcze. A je eli to drugie, 

to jak mam zamiar je realizowa . A wi c... Kto pierwszy poruszy t  kwesti ?  

      Wypu ciłem kł b dymu z fajki, dopiłem wino, dolałem go sobie, znowu 

pykn łem. Wsłuchiwałem si  w odgłosy obozu, wiatru, mojego  oł dka.  

      Benedykt te  łykn ł wina.  

      Wreszcie zapytał niedbale:  

      - Czy masz jakie  długofalowe plany?  

      Mogłem powiedzie ,  e nic jeszcze nie postanowiłem,  e po prostu ciesz  si  

wolno ci , wzrokiem,  yciem... Mogłem go zapewni ,  e na razie mi to wystarcza, 

e nie mam  adnych konkretnych planów...  

      ...A on wiedziałby,  e kłami  jak naj ty. Zbyt dobrze mnie znał.  

      A wi c:  

      - Sam wiesz, jakie mog  mie  plany - odparłem.  

      - Je li masz zamiar prosi  mnie o pomoc - o wiadczył - to nie otrzymasz jej. 

Sytuacja Amberu jest fatalna bez wewn trznych star .  

      - Eryk to uzurpator.  

      - Wol  patrze  na niego jako na regenta. W obecnej sytuacji ka dy, kto  da 

tronu, jest uzurpatorem.  

      - Wi c wierzysz,  e tato jeszcze  yje?  

      - Tak.  yje i ma kłopoty. Kilkakrotnie próbował nawi za  kontakt.  

      Udało mi si  niczego po sobie nie pokaza . Nie byłem wi c jedyny. Ale 

gdybym teraz próbował opowiedzie  o swoich do wiadozeniach, zabrzmiałoby to 

jak oportunistyczna hipokryzja czy wr cz jaskrawy fałsz. Przecie  podczas tego 

niby - kontaktu pi  lat temu udzielił mi zgody na obj cie tronu. Oczywi cie, 

mogło mu chodzi  o regencj ...  

      - Nie pomogłe  Erykowi, gdy si gał po władz  - powiedziałem. - Czy 

pomógłby  teraz, gdyby kto  próbował mu j  odebra ?  

      - Jest tak, jak powiedziałem - odparł. - Uwa am go za regenta. Nie twierdz , 

e mi si  to podoba, ale nie chc  wi cej konfliktów w Amberze.  

      - Wi c pomógłby  mu?  

      - Powiedziałem ju  wszystko, w miałem do powiedzenia w tej kwestii. Z 

rado ci  powitam ci  w Avalonie, lecz nie pozwol  u y  go jako terenu, z którego 

wyprowadzisz atak na Amber. Czy to wyja nia sprawy, je li chodzi o twoje plany, 

background image

 

56 

jakiekolwiek by były?  

      - Wyja nia - potwierdziłem.  

      - A wi c czy nadal chcesz tu pozosta ?  

      - Nie wiem - odparłem. - Czy twoje pragnienie, by zapobiec konfliktom w 

Amberze, działa w obie strony?  

      - Nie rozumiem.  

      - Widzisz, gdybym wbrew swojej woli musiał wróci  do Amberu, to mo esz 

by  cholernie pewny,  e rozp tałbym tyle konfliktów, ile bym tylko potrafił, byle 

unikn  znalezienia si  w sytuacji, w jakiej byłem poprzednio.  

      Zbladł i spu cił wzrok.  

      - Nie zdradziłbym ci , Corwinie. Czy s dzisz,  e jestem pozbawiony uczu ? 

Nie chciałbym widzie  ci  na powrót uwi zionego, o lepionego, mo e jeszcze 

gorzej. Zawsze ch tnie ci  powitam. Swe l ki, razem ze swymi ambicjami, mo esz 

pozostawi  na granicy.  

      - W takim razie chciałbym tu jeszcze pozosta  - o wiadczyłem. - Nie mam 

armii i nie przybywam tu, by j  zdoby .  

      - Wiedz zatem,  e ch tnie ci  widz .  

      - Dzi ki, Benedykcie. Nie spodziewałem si ,  e spotkam ci  tutaj. Ciesz  si ,  e 

tak si  stało.  

      Zarumienił si  lekko.  

      - Ja tak e - powiedział. - Czy jestem pierwszy, którego spotykasz... po swojej 

ucieczce?  

      - Tak - kiwn łem głow . - I jestem bardzo ciekawy, co si  dzieje z reszt . Masz 

jakie  wiadomo ci?  

      -  adnych zgonów - odparł.  

      Roze mieli my si  obaj i wiedziałem,  e sam b d  musiał dotrze  do 

rodzinnych plotek. No có , warto było spróbowa .  

      - Chc  tu zosta  jeszcze przez jaki  czas - poinformował Benedykt. - B d  

utrzymywał stałe patrole, by si  przekona , czy nie ma ju  nieprzyjaciół w 

okolicy. Mo e to potrwa  jaki  tydzie , nim si  wycofamy.  

      - Och? Wi c to nie było całkiem zwyci stwo?  

      - Wierz ,  e tak, ale po co podejmowa  niepotrzebne ryzyko? Warto po wi ci  

par  dni,  eby si  przekona .  

      - Rozs dnie - pokiwałem głow .  

      ...Tak wi c, je eli nie masz ochoty siedzie  w obozie, to nie widz  powodow, 

by  nie ruszył dalej, w stron  miasta. Utrzymuj  w Avalonie kilka rezydencji i 

pomy lałem sobie,  e mógłby  zaczeka  w jednej z nich. To niewielki dworek, 

moim zdaniem, całkiem miły. Le y niedaleko od miasta.  

      - Ch tnie go zobacz .  

      - Rano dam ci map  i list do zarz dcy.  

      - Dzi ki, Benedykcie.  

      - Doł cz  do ciebie, gdy tylko zako cz  swoje sprawy tutaj - dodał. - A do tego 

czasu moi go cy codziennie b d  tamt dy przeje d a . Przez nich b d  si  z tob  

kontaktował.  

      - Doskonale.  

      - A wi c... znajd  sobie jaki  wygodny kawałek ziemi - zako czył. - Jestem 

background image

 

57 

pewien,  e nie prze pisz sygnału na  niadanie.  

      - Rzadko mi si  to zdarza - przyznałem. - Czy mo emy spa  tam, gdzie le  

nasze rzeczy?  

      - Oczywi cie - zgodził si , po czym doko czyli my wino.  

      Kiedy wychodzili my z namiotu, chwyciłem wysoko płacht  u wej cia i 

ci gn łem kilka cali w bok. Benedykt  yczył mi dobrej nocy i odwrócił si  

pozwalaj c jej opa  swobodnie. Nie zauwa ył szczeliny, która powstała wzdłu  

jednego z boków.  

      Przygotowałem sobie legowisko spory kawałek na prawo od naszych rzeczy, 

tak bym mógł patrze  na namiot Benedykta. Grzebi c w baga u przeniosłem go 

tak e. Ganelon spojrzał na mnie pytaj co, lecz skin łem tylko głow  i wskazałem 

wzrokiem namiot. Spojrzał tam, przytakn ł i rozło ył swoje koce jeszcze bardziej 

na prawo.  

      Zmierzyłem wzrokiem odległo  i podszedłem do niego.  

      - Wiesz - powiedziałem - wolałbym spa  w tym miejscu. Mo esz si  zamieni ? 

- I mrukn łem znacz co.  

      - Mnie tam bez ró nicy - wzruszył ramionami.  

      Ogniska pogasły lub dogasały i wi kszo  ludzi ju  spała. Stra nik zwracał na 

nas uwag  jedynie przy kilku pierwszych obchodach. W obozie panowała cisza. 

adna chmura nie przysłaniała  wiatła gwiazd. Byłem zm czony; zapach dymu i 

wilgotnej ziemi przyjemnie dra nił moje nozdrza, przypominaj c o innych 

czasach i miejscach, o odpoczynkach u kresu dni.  

      Zamiast jednak zamkn  oczy, oparłem si  o swój worek, nabiłem i zapaliłem 

fajk . Dwukrotnie zmieniałem pozycj , kiedy Benedykt przechadzał si  po 

namiocie. Raz znikł mi z pola widzenia i przez kilka chwil pozostawał w ukryciu. 

Wtedy jednak poruszyło si   wiatło i wiedziałem,  e otwiera kufer.  

      Pojawił si  znowu, sprz tn ł ze stołu, cofn ł si , wrócił i usiadł na swoim 

poprzednim miejscu. Przesun łem si , by widzie  jego lew  r k . Kartkował 

ksi k  lub co  mniej wi cej tego samego formatu. Mo e karty?  

      Jasne.  

      Wiele bym dał, by móc cho  raz spojrze  na Atut, który w ko cu wybrał i 

poło ył przed sob . Wiele bym dał, by mie  teraz pod r k  Grayswandira na 

wypadek, gdyby kto  nagle zjawił si  w namiocie inn  drog  ni  wej cie, przez 

które podgl dałem. Czułem mrowienie w dłoniach i podeszwach stóp, jakbym 

spodziewał si  walki lub ucieczki.  

      On jednak pozostał sam. Siedział nieruchomo przez jaki  kwadrans, a kiedy 

si  w ko cu poruszył, to tylko po to, by schowa  karty w kufrze i pogasi   wiatła.  

      Stra nik ci gle obchodził obóz dookoła, a Ganelon zacz ł chrapa .  

      Wypró niłem Fajk  i obróciłem si  na bok. Jutro, powiedziałem sobie. Je eli 

jutro obudz  si  tutaj, wszystko b dzie dobrze... 

 

 

 

 

 

 

background image

 

58 

Rozdział 5 

 

Ssałem  d bło trawy i przygl dałem si , jak wiruje mły skie koło. Le ałem 

nad strumykiem, na brzuchu, z głow  podpart  r kami. W mgiełce nad wirami i 

pian  wodospadu powstała male ka t cza. Czasem jaka  kropla wody dolatywała 

a  tutaj. Jednostajny szum i plusk koła stłumiły wszystkie odgłosy lasu. Młyn był 

opuszczony i przygl dałem mu si , gdy  od wieków niczego takiego nie 

widziałem. Ruch koła i chlupot wody nie tylko uspokajały - hipnotyzowały 

niemal.  

      Ju  trzy dni mieszkali my w rezydencji Benedykta. Ganelon pojechał zabawi  

si  w mie cie. Towarzyszyłem mu wczoraj i dowiedziałem si  wszystkiego, co 

mnie interesowało. Nie miałem czasu na turystyk . Musiałem my le  i działa . 

Szybko. W obozie nie mieli my  adnych kłopotów. Benedykt dopilnował, by nas 

nakarmiono, po czym wr czył mi obiecan  map  i list. Wyruszyli my o wschodzie 

sło ca i koło południa byli my na miejscu.  

      Przyj to nas dobrze i gdy tylko urz dzili my si  we wskazanych nam 

pokojach, wyruszyli my do miasta, gdzie sp dzilismy czas do wieczora. Benedykt 

zamierzał jeszcze przez kilka dni pozosta  w obozie. B d  musiał załatwi  swoje 

sprawy, zanim wróci do domu. Trzeba b dzie przygotowa  si  do piekielnego 

rajdu. Nie było czasu na spokojn  podró . Musiałem przypomnie  sobie wła ciwe 

Cienie i rusza  wkrótce.  

      Miło by było pozosta  w tym miejecu, tak podobnym do mojego Avalonu. Na 

przeszkodzie stały jednak plany, si gaj ce ju  granic obsesji. Zrozumienie tego 

nie było wcale równowa ne z kontrolowaniem owej obsesji. Znajome obrazy i 

d wi ki rozproszyły mnie tylko na moment, ju  po chwili znowu wróciłem do 

swych planów.  

      Wszystko powinno si  uda . Je li tylko nie wzbudz  podejrze , to jedna 

podró  rozwi e dwa problemy. B d  musiał wyruszy  nast pnego ranka, ale 

przewidziałem to i udzieliłem instrukcji, jak ma mnie kry .  

      Kiwaj c głow  w rytm plusku łopatek koła starałem si  oczy ci  swój umysł, 

by przypomnie  sobie niezb dn  grubo  piasku, jego zabarwienie, temperatur , 

wiatry, smak soli w powietrzu, obłoki...  

      Wtedy zasn łem,  niłem, lecz nie o miejscu, którego szukałem. Zobaczyłem 

gigantyczne koło ruletki, na którym stali my wszyscy - moi bracia, siostry, ja sam 

i inni, których znałem teraz lub dawniej - wznosz c si  i opadaj c, ka dy na 

przydzielonym mu miejscu. Krzyczeli my wszyscy mijaj c szczyt, j czeli my, by 

si  zatrzyma . Koło zacz ło zwalnia , gdy wje d ałem w gór . Jasnowłosy 

młodzik przede mn  wisiał głow  w doł, wykrzykuj c pro by i ostrze enia ton ce 

w kakofonii d wi ków. Jego twarz pociemniała i wykrzywiła si , stała si  

straszna. Odci łem powróz przytrzymuj cy jego nog  i chłopak spadł, znikł z 

pola widzenia. Koło zwolniło jeszcze bardziej. Zbli yłem si  do szczytu i wtedy 

zobaczyłem Lorraine. Gestykulowała gwałtownie i wymachiwała r kami 

wykrzykuj c moje imi . Pochyliłem si  w jej stron .  

      Widziałem j  wyra nie, pragn łem jej, chciałem pomóc - lecz koło kr ciło si  

dalej i straciłem j  z oczu.  

      - Corwinie!  

background image

 

59 

      Próbowałem zignorowa  jej krzyk, gdy  byłem ju  niemal u szczytu. 

Ustyszałem go znowu, lecz tylko napi łem mi nie szykuj c si  do skoku. Je li 

koło nie zatrzyma si  dla mnie, spróbuj  je oszuka , cho  upadek w dół 

oznaczałby kl sk . Byłem gotów. Jeszcze jeden szczebel...  

      - Corwinie!  

      Rutetka rozpłyn ła si , powróciła, znikła i znów patrzyłem na mły skie koło, 

a moje imi  d wi czało mi w uszach, zlewało si  z szumem strumienia i wnikało 

we .  

      Zamrugałem i przeci gałem palcami po włosach. Na ramiona spadło mi kilka 

mleczy i usłyszałem  miech.  

      Obejrzałem si  szybko.  

      Stała dziesi  kroków ode mnie - wysoka, szczupła dziewczyna o ciemnych 

oczach i gładko zaczesanych kasztanowych włosach... Miała na sobie szermiercz  

kurtk , w prawej r ce trzymała rapier, a w lewej mask . Patrzyła na mnie i 

miała si . Miała równe, białe, odrobin  za długie z by, pas piegów biegł jej przez 

nos i górn  cz  opalonych policzków. Miała w sobie jak   ywotno , 

atrakcyjn , lecz inaczej ni  zwykła uroda, zwłaszcza gdy ocenia si  to z 

perspektywy wielu lat  ycia. Zasalutowała kling .  

      - En garde, Corwinie! - powiedziała.  

      - Kim jeste , do diabła? - zapytałem. Teraz dopiero zauwa yłem kurtk , 

mask  i rapier le ce obok mnie na trawie.  

      -  adnych pyta ,  adnych odpowiedzi - odparła. - Najpierw szermierka.  

      Wło yła mask  na głow  i czekała. Wstałem i podniosłem kurtk . Wiedziałem, 

e łatwiej b dzie z ni  walczy  ni  si  spiera . Znała moje imi , co hyło 

niepokoj ce, a w dodatku im dłu ej si  nad tym zastanawiałem, tym bardziej 

wydawała mi si  znajoma. Lepiej b dzie ust pi , zadecydowałem, po czym 

narzuciłem i zapi łem kaftan. Podniosłem rapier i nasadziłem na głow  mask .  

      - No dobrze - powiedziałem, zasalutowałem szybko i zbli yłem si  do niej.  

      Zrobiła krok naprzód i zacz li my. Pozwoliłem jej atakowa .  

      Rozpocz ła bardzo szybk  seri  zbicie - finta - finta - pchni cie. Moja riposta 

była dwa razy szybsza, lecz udało jej si  odparowa  i zaatakowała z równ  

pr dko ci . Powoli zacz łem si  cofa , a ona roze miała si  i natarła mocniej. 

Była dobra i wiedziała o tym. Chciała si  pokaza . Dwa razy prawie mnie 

dosi gła, a to wcale mi si  nie podnbało. Trafiłem j  pchni ciem stopuj cym. 

Uznaj c punkt zakl ła cicho i z humorem, po czym znowu ruszyła do przodu. 

Zwykle nie lubi  fechtowa  si  z kobietami, cho by były dobre. Teraz jednak 

stwierdziłem,  e walka daje mi rado . Kunszt i gracja jej ataków sprawiały,  e z 

przyjemno ci  j  obserwowałem. Zastanawiałem si , czyj umysł kryje si  za tym 

stylem. Na pocz tku chciałem zm czy  j  szybko, zako czy  spotkanie i 

porozmawia . Teraz pragn łem, by trwało jak najdłu ej.  

      Nie miałem si  czym martwi  - nie m czyła si  łatwo.  

      Straciłem poczucie czasu, gdy przesuwali my si  tam i z powrotem na brzegu 

strumienia, a nasze klingi d wi czały jednostajnie. Min ło sporo czasu, nim 

wyprostowała si  i uniosła ostrze w ko cowym pozdrowieniu. Zerwała mask  z 

twarzy i u miechn ła si .  

      - Dzi kuj  - powiedziała zdyszana.  

background image

 

60 

      Zasalutowałem i zrzuciłem klatk  z głowy. Zacz łem rozpina  kaftan i zanim 

si  zorientowałem, ona podbiegła i pocałowała mnie w policzek. I nie musiała do 

tego stawa  na palcach. Przez chwil  czułem zakłopotanie, tote  u miechn łem 

si . A zanim zd yłem cokolwiek powiedzie , wzi ła mnie pod r k  i odwróciła w 

stron , z której przyszli my.  

      - Przyniosłam koszyk z jedzeniem - powiedziała.  

      - Bardzo dobrze. Jestem głodny. A tak e ciekawy...  

      - Powiem ci wszystko, co zechcesz usłysze  - zapewniła.  

      - Mo e najpierw jak ci na imi ?  

      - Dara - odrzekła. - Nazywam si  Dara. Po mojej babce.  

      Spojrzała na mnie, jakby czekała na jak  reakcj . Przykro mi było j  

rozczarowa , lecz tylko kiwn łem głow .  

      - Dara - powtórzyłem. - Dlaczego nazwała  mnie Corwinem?  

      - Bo to twoje imi  - wyja niła. - Znam ci .  

      - Sk d?  

      Pu ciła moje rami .  

      - O, tu jest - powiedziała, si gn ła za drzewo i wzi ła stoj cy na nagich 

korzeniach koszyk. - Mam nadziej ,  e mrówki nie dobrały si  do jedzenia.  

      Przeszła do cienia nad strumykiem i rozło yła na ziemi mały obrus.  

      Powiesiłem sprzet szermierczy na najbli szym krzaku.  

      - Sporo rzeczy nosisz ze sob  - zauwa yłem.  

      - Mój ko  czeka tam dalej - wyja niła i wskazała głow  w dół strumienia. 

Przycisn ła obrus kamieniami i zacz ła wypakowywa  koszyk.  

      - Dlaczego tam dalej? - zdziwiłem si .  

      -  ebym mogła ci  zaskoczy , oczywi cie. Gdyby  usłyszał stuk kopyt, 

obudziłby  si  na pewno.  

      - Chyba masz racj .  

      Znieruchomiała, jakby gł boko zamy lona, lecz zachichotała i zdradziła si :  

      - Wprawdzie za pierwszym razem si  nie obudziłe , lecz mimo to...  

      - Za pierwszym razem? - spytałem widz c,  e na to czeka.  

      - Tak. Prawie na ciebie najechałam jaki  czas temu - wyja niła. - Spałe  

gł boko. Kiedy zobaczyłam, kto to, wróciłam po koszyk i sprz t.  

      - Rozumiem.  

      - Chod  i siadaj - poleciła. - I otwórz butelk , dobrze?  

      Postawiła flaszk  obok mojego miejsca, po czym ostro nie odpakowała dwa 

kryształowe puchary. Postawiła je na obrusie.  

      Podszedłem i siadłem.  

      - Najlepsze kryształy Benedykta - zauwa yłem, wyci gaj c korek.  

      - Tak - potwierdziła. - Uwa aj,  eby  ich nie przewrócił, jak b dziesz nalewał. 

I chyba lepiej si  nimi nie tr ca .  

      - Chyba lepiej nie - zgodziłem si  i nalałem.  

      Podniosła kielich.  

      - Za ponowne spotkanie - powiedziała.  

      - Czyje spotkanie?  

      - Nasze.  

      - Nigdy ci  przedtem nie widziałem.  

background image

 

61 

      - Nie b d  taki prozaiczny - powiedziała i upiła troch  wina.  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Za ponowne spotkanie.  

      Wzi ła si  do jedzenia, wi c poszedłem za jej przykładem. Była tak 

zachwycona atmosfer  tajemniczo ci, któr  udało si  wytworzy ,  e miałem 

ochot  pomóc jej, by si  nie rozczarowała.  

      - Gdzie ja mogłem ci  spotka ? - spróbowałem. - Na jakim  dworze? A mo e 

w haremie?  

      - A mo e w Amberze? - zasugerowała. - Byłe  tam...  

      - W Amberze? - powtórzyłem. Pami tałem,  e trzymam w r ku najlepszy 

kryształ Benedykta, i dlatego ograniczyłem wyra enie emocji jedynie do tonu 

głosu. - Kim ty wła ciwie jeste ?  

      ...Byłe  tam, przystojny, dumny, adorowany przez damy - mówiła dalej. -I ja 

tam byłam, mała myszka, podziwiaj ca ci  z daleka. Szara, wyblakła, nieciekawa 

mała Dara - pó niej rozkwitła, musz  zauwa y  -  e złamanym przez ciebie 

sercem...  

      Mrukn łem jakie  niezbyt ostre przekle stwo, a ona roze miała si .  

      - Wi c nie tam? - spytała.  

      - Nie - potwierdziłem. Ugryzłem kawał chleba z masłem. - To był raczej 

burdel, gdzie nadwer yłem sobie grzbiet. Byłem wtedy pijany...  

      - Wi c pami tasz? - ucieszyła si . - Tam tylko sobie dorabiałam. W ci gu dnia 

uje d ałam konie.  

      - Poddaj  si  - o wiadczyłem, dolewaj c wina.  

      Irytował mnie fakt,  e było w niej co  diabelnie znajomego. Wygl d jednak i 

zachowanie  wiadczyły,  e mo e mie  około siedemnastu lat. A to praktycznie 

wykluczało mo liwo , by nasze drogi kiedy  si  skrzy owały.  

      - Czy to Benedykt uczył ci  szermierki? - spytałem.  

      - Tak.  

      - Kim on jest dla ciebie?  

      - Moim kochankiem, naturalnie - odparła. - Obsypuje mnie klejnotami, 

futrami... i fechtuje si  ze mn .  

      Znów si  roze miała.  

      Tak, to było mo liwe...  

      - Czuj  si  ura ony - stwierdziłem.  

      - Dlaczego? - zdziwiła si .  

      - Benedykt nie dał mi cygara.  

      - Cygara?  

      - Jeste  jego córk , prawda?  

      Zaczerwieniła si , lecz pokr ciła przecz co głow .  

      - Nie. Ale jeste  blisko.  

      - Wnuczk ? - spróbowałem.  

      - Co  w tym rodzaju.  

      - Obawiam si ,  e nie rozumiem.  

      - Lubi, kiedy nazywam go dziadkiem. W rzeczywisto ci jednak jest ojcem 

mojej babki.  

      - Rozumiem. Czy w domu jest wi cej takich osóh jak ty?  

background image

 

62 

      - Nie. Jestem sama.  

      - A twoja matka? I babka?  

      - Obie nie  yj .  

      - Jak umarły?  

      - Tragicznie. Był w Amberze oba razy, kiedy to si  stało. Chyba dlatego nie 

wraca tam ju  od dłu szego czasu. Nie chce zostawia  mnie samej, cho  wie,  e 

potrafi  si  obroni . Ty te  to wiesz, prawda?  

      Kiwn łem głow . To wyja niało kilka spraw, mi dzy innymi dlaczego był 

tutaj protektorem. Musiał j  gdzie  trzyma , a pewnie wolałby nie wraca  z ni  

do Amberu. Nie chciałby nawet,  eby my wiedzieli o jej istnieniu. Zbyt łatwo 

mo na by jej u y  przeciw niemu. Niemo liwe, by  yczył sobie, abym j  poznał. A 

wi c...  

      - Nie wierz ,  eby  miała by  tutaj - powiedziałem. - I czuj ,  e Benedykt 

gniewałby si , gdyby si  dowiedział,  e jeste .  

      - Mówisz tak samo jak on! Do licha, jestem ju  dorosła.  

      - Czy bym twierdził co  innego? Ale powinna  by  teraz gdzie indziej, 

prawda?  

      Nie odpowiedziała i zaj ła si  jedzeniem. Zrobiłem to samo. U płyn ło kilka 

nieprzyjemnych minut wypełnionych milcz cym prze uwaniem. Spróbowałem 

innego tematu -  

      - Jak mnie rozpoznała ? - spytałem.  

      Przełkn ła, popiła winem i u miechn ła si .  

      - Z twojego portretu, oczywi cie - wyja niła.  

      - Jakiego portretu?  

      - Na karcie - odparła. - Grali my tymi kartami, kiedy byłam mała. W ten 

sposób poznałam wszystkich krewnych. Ty i Eryk jeste cie dobrymi 

szermierzami. To dlatego...  

      - Czy masz komplet Atutów? - przerwałem.  

      - Nie - nad sała si . - Nie chciał mi da . A wiem,  e sam ma kilka.  

      - Naprawd ? Gdzie je trzyma?  

      Spojrzała na mnie przez zmru one powieki. Do diabła, nie chciałem, by 

poznała, jak bardzo mnie to interesuje. Ale...  

      - Zawsze trzyma jeden komplet przy sobie - poinformowała. - Nie mam 

poj cia, gdzie chowa pozostałe. Czemu pytasz? Nie pozwoliłby ci ich obejrze ?  

      - Nie prosiłem go - wyja niłem. - Czy rozumiesz ich znaczenie?  

      - Było kilka rzeczy, których nie pozwalał mi robi  w ich pobli u. Rozumiem, 

e te karty maj  jakie  specjalne zastosowanie, ale nigdy mi nie powiedział, o co 

chodzi. S  do  wa ne, prawda?  

      - Prawda.  

      - Tak my lałam. Jest z nimi bardzo ostro ny. Czy ty masz swoj  tali ?  

      - Tak, ale wypo yczyłem j  na pewien czas.  

      - Rozumiem. I chciałby  jej u y  do czego  skomplikowanego i gro nego.  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Chciałbym u y , ale do zupełnie prostych i prymitywnych celów.  

      - Na przykład jakich?  

      Pokr ciłem głow .  

background image

 

63 

      - Je li Benedykt nie chce, by  znała działanie tych kart, to nie b d  ci nic 

wyja niał.  

      Mrukn ła co  pod nosem.  

      - Boisz si  go - stwierdziła.  

      -  ywi  dla niego szacunek,  e ju  nie wspomn  o uczuciach.  

      Roze miała si .  

      - Czy on walczy lepiej od ciebie? Jest lepszym szermierzem?  

      Odwróciłem wzrok. Musiała wróci  gdzie  z bardzo daleka. W mie cie 

wszyscy, których spotkałem, wiedzieli ju  o r ce Benedykta. Takie wie ci szybko 

si  rozchodz .  

      Nie miałem ochoty by  pierwszym, który jej o tym powie.  

      - Mo esz sobie my le , co ci si  podoba - o wiadczyłem. - Gdzie była  dot d?  

      - W wiosce - odparła. - W górach. Dziadek zawiózł mnie tam do swoich 

przyjaciół. Nazywaj  si  Tecysowie. Znasz ich?  

      - Nie, nie znam.  

      - Byłam tam ju  - powiedziała. - Dziadek zawsze mnie tam zabiera, kiedy 

szykuj  si  jakie  kłopoty. To miejsce nie ma nazwy. Mówi  na nie po prostu: 

wioska.  

      Jest dziwna... i ludzie te  jacy  dziwni. Wydaje si ,  e... no, czcz  nas. 

Traktuj  mnie jak jak   wi to  i nigdy nie mówi  niczego, o czym chciałabym 

si  dowiedzie . To niedaleko st d, ale góry s  tam inne, niebo jest inne... 

wszystko! I jest tak, jakby nie było drogi powrotnej, kiedy ju  si  tam dotrze. 

Próbowałam wróci  na własn  r k , ale tylko si  zgubiłam. Dziadek musi po mnie 

przyjecha  i wtedy powrót jest łatwy. Tecysowie wypełniaj  wszystkie jego 

polecenia i traktuj  go niczym boga.  

      - Jest bogiem - wyja niłem. - Dla nich.  

      - Mówiłe ,  e ich nie znasz.  

      - Nie musz  ich zna . Znam Benedykta.  

      - Jak on to robi? Powiedz.  

      Pokr ciłem głow .  

      - A jak ty to zrobiła ? - spytałem. - Jak udało ci si  wróci  tym razem?  

      Dopiła wino i wyci gn ła r k  z kielichem. Napełniłem go, a kiedy znów na 

ni  spojrzałem, przechyliła głow  na prawe rami , zmarszczyła brwi i utkwiła 

spojrzenie w czym  bardzo dalekim.  

      - Tak naprawd  to sama nie wiem - powiedziała, uniosła kielich i z 

roztargnieniem wypiła łyk wina - Nie jestem pewna, jak zdołałam tego dokona .  

      Palcami lewej dłoni zacz ła obraca  swój nó . Potem podniosła go.  

      - Byłam w ciekła. W ciekła jak diabli o to,  e znów chce mnie tam wpakowa . 

Powiedziałam,  e chc  zosta  tutaj i walczy , ale zabrał mnie i po pewnym czasie 

trafili my do wioski. Nie wiem jak. To nie była długa podró . Nagle znale li my 

si  na miejscu. Znam t  okolic , urodziłam si  tutaj i wychowałam, przejechałam 

setki lig we wszystkich kierunkach. I nigdy nie potrafiłam znale  wioski, kiedy 

jej szukałam. A jednak zdawało mi si ,  e po niedługiej je dzie byli my ju  u 

Tecysów. Od ostatniego razu min ło kilka lat i teraz, kiedy ju  dorosłam, potrafi  

by  bardziej zdecydowana. Postanowiłam wróci  samodzielnie.  

      Drapała i grzebała no em w ziemi, chyba nie zdaj c sobie sprawy z tego, co 

background image

 

64 

robi.  

      - Poczekałam do wieczora - mówiła dalej. - Obserwowałam gwiazdy,  eby 

ustali  kierunek. To było jakie  nierzeczywiste. Gwiazdy były zupełnie inne. Nie 

mogłam rozpozna   adnej konstelacji. Wróciłam do chaty i zacz łam si  

zastanawia . Byłam troch  przestraszona i nie bardzo wiedziałam, co robi . Przez 

cały nast pny dzie  starałam si  uzyska  jak  informacj  od Tecysów i innych 

ludzi z wioski. Ale to było jak zły sen. Albo wszyscy byli głupi, albo specjalnie 

starali si  wszystko pogmatwa . Nie tylko nie było sposobu,  eby przedosta  si  

stamt d tutaj, ale w dodatku nie mieli poj cia, gdzie jest "tutaj" i nie byli zbyt 

pewni co do "tam". Noc  raz jeszcze przyjrzałam si  gwiazdom,  eby si  

upewni , i ju  prawie byłam gotowa im uwierzy .  

      Przesuwała nó  tam i z powrotem, jakby go ostrzyła, wygładzaj c i 

wyrównuj c ziemi . Potem zacz ła kre li  jakie  linie.  

      - Przez kilka dni próbowałam odnate  drog  powrotn  - mówiła. - Miałam 

nadziej ,  e uda mi si  odszuka  nasze  lady i wróci  po nich, ale one jakhy 

znikały. Potem zrobiłam jedyn  rzecz, jak  potrafiłam wymy li . Ka dego ranka 

wyruszałam w innym kierunku, jechałam a  do południa i wracałam do wioski. 

Nie natrafiłam na nic znajomego. To było niesamowite. Ka dej nocy kładłam si  

spa  bardziej zła i zirytowana na cał  t  sytuacj  - i coraz bardziej zdecydowana 

znale  swoj  drog  do Avalonu. Musiałam pokaza  dziadkowi,  e nie mo e 

dłu ej traktowa  mnie jak małe dziecko, zamyka  i oczekiwa ,  e b d  grzeczna.  

      Umilkła na chwil .  

      - Po tygodniu zacz ły mnie nawiedza  sny. A raczej koszmary. Czy  niłe  

kiedy ,  e biegniesz i biegniesz, i nie ruszasz si  z miejsca? To było co  w tym 

rodzaju... I płon ca paj czyna. Tyte  e to nie była paj czyna, nie było w niej 

adnego paj ka, i ona nie płon ła. Ale wpadłam w ni , biegałam dookoła i przez 

rodek, ale nie poruszałam si . To nie było dokładnie tak, ale nie wiem, jak lepiej 

tu wytłumaczy . Musiałam ci gle próbowa , chciałam tego, chciałam po niej 

chodzi . Budziłam si  zm czona, jakbym rzeczywi cie wysilała si  przez cał  noc. 

Ten sen powtarzał si  przez wiele dni i za ka dym razem był wyra niejszy, 

dłu szy, bardziej realny. A  pewnego ranka wstałam, a wizja trwała jak  ywa w 

mojej głowie i wiedziałam,  e potrafi  wróci  do domu. Ruszyłam, zdaje si ,  e 

cały czas na pół we  nie. Przejechałam bez zatrzymania cał  odległo . Tym 

razem nie zwracałam uwagi na okolic , tylko my lałam o Avalonie... A kiedy 

jechałam, wszystko stawało si  coraz bardziej i bardziej znajome, a  w ko cu 

byłam ju  tutaj. Chyba dopiero wtedy przebudziłam si  do ko ca. A teraz 

wioska, Tecysowie, tamto niebo, gwiazdy, tamten las i góry, wszystko wydaje mi 

si  snem. Wcale nie jestem pewna, czy potrafiłabym tam wróci . Czy to nie 

dziwne? Mo esz to wytłumaczy ?  

      Wstałem i okr yłem resztki naszego posiłku, by usi

 obok niej.  

      - Czy pami tasz, jak wygl dała ta płon ca paj czyna, która nie płon ła i nie 

była paj czyn ? - spytałem.  

      - Tak... mniej wi cej - odparła.  

      - Daj mi ten nó  - poprosiłem.  

      Wyci gn ła go w moj  stron .  

      Zacz łem ko cem ostrza poprawia  jej bazgranin ; wydłu ałem niektóre 

background image

 

65 

linie, zacierałem inne, dodawałem nowe. Przez cały czas nie powiedziała ani 

słowa, ale bacznie obserwowała ka dy mój ruch. Sko czyłem, odło yłem nó  i w 

milczeniu czekałem przez dług  chwil .  

      Odezwała si  w ko cu, bardzo cicho.  

      - Tak, to jest to - o wiadczyła, odwracaj c si  od rysunku, by spojrze  na 

mnie. - Sk d wiedziałe ? Sk d mogłe  wiedzie , o czym  niłam?  

      - Poniewa   niła  o czym , co jest wyryte w twoich genach - wyja niłem. - Nie 

wiem jak ani dlaczego. To jednak dowód,  e istotnie jeste  córk  Amberu. To, 

czego dokonała , to przej cie przez Cie . Twój sen to Wielki Wzorzec Amberu. 

Dzi ki jego mocy ci, którzy s  królewskiej krwi, maj  władz  nad Cieniami. Czy 

rozumiesz, o czym mówi ?  

      - Nie jestem pewna - odparła. - Chyba nie. Cz sto słyszałam, jak dziadek 

przeklina Cienie, ałe nigdy nie wiedziałam, co ma na my li.  

      - Wi c nie wiesz, gdzie naprawd  le y Amber?  

      - Nie zawsze odpowiadał wymijaj co. Opowiedział mi o rodzinie i o Amberze, 

ale nie wiem nawet, w któr  to stron . Tyle tylko,  e to daleko.  

      - Amber le y we wszystkich kierunkach - powiedziałem. - Albo w ka dym, 

który wybierzesz. Trzeba tylko...  

      - Tak! - przerwała. - Zapomniałam, a mo e po prostu zdawało mi si ,  e chce 

by  tajemniczy. Brand mówił dokładnie to samo, dawno temu. Co to znaczy?  

      - Brand! Kiedy on tu był?  

      - Wiele lat temu - odparła. - Byłam wtedy mał  dziewczynk . Cz sto tu bywał. 

Kochałam si  w nim, nie dawałam mu spokoju. Opowiadał mi ró ne historie, 

uczył gier...  

      - Kiedy ostatnio go widziała ?  

      - Osiem, mo e dziewi  lat temu.  

      - A znasz mo e kogo  z pozostałych?  

      - Tak - przyznała. - Julian i Gerard byli tu całkiem niedawno. Par  miesi cy 

temu.  

      Nagle poczułem si  niepewnie. Benedykt z pewno ci  nie poinformował mnie 

o wielu sprawach. Wolałbym raczej,  eby mnie okłamał, ni   ebym miał pozosta  

w nie wiadomo ci. Łatwiej si  wtedy rozgniewa , gdy człowiek si  dowie. Kłopot 

z Benedyktem polegał na tym,  e był on zbyt uczciwy. Wolał nic nie mówi  ni  

kłama .  

      Czułem jednak,  e zbli a si  co  niezbyt przyjemnego i nie mog  ju  sobie 

pozwoli  na marnowanie czasu,  e b d  musiał działa  najszybciej, jak si  da. 

Tak, czekaj cy mnie piekielny rajd nie b dzie łatwy. Lecz zanim wyrusz , mog  

si  jeszcze dowiedzie  wielu rzeczy. Czas... Niech to diabli!  

      - Czy spotkała  ich wtedy po raz pierwszy?  

      - Tak - potwierdziła. - I zostałam obra ona - westchn ła. - Dziadek nie 

pozwolił mi mówi  o naszym pokrewie stwie. Przedstawił mnie jako swoj  

wychowanic  i nie chciał powiedzie  czemu. Nieładnie.  

      - Jestem pewien,  e miał wa ne powody.  

      - Och, ja tak e. Ale jak mo e czu  si  dobrze kto , kto całe  ycie czeka, by 

pozna  swoich krewnych. Mo e ty wiesz, dlaczego mnie tak potraktował?  

      - Dla Amberu nadeszły ci kie czasy - wyja niłem. - I zanim si  co  poprawi, 

background image

 

66 

b dzie jeszeze gorzej. Im mniej ludzi wie o twoim istnieniu, tym mniejsza jest 

gro ba,  e zostaniesz w co  wpl tana i ucierpisz przy tym. Zrobił to tylko dla 

twojego dobra.  

      - Nie potrzebuj  ochrony - parskn ła. - Sama sobie poradz .  

      - Jeste   wietnym szermierzem - przyznałem. - Niestety,  ycie jest bardziej 

skomplikowane ni  uczciwy pojedynek.  

      - Wiem. Nie jestem dzieckiem. Ale...  

      -  adne "ale"! Zrobił to, co i ja bym zrobił, gdyby  była moja. Chroni siebie 

tak samo jak ciebie. Dziwi  si ,  e pozwolił Brandowi dowiedzie  si  o tobie. I 

pewnie b dzie w ciekły jak diabli, kiedy si  dowie,  e ja wiem.  

      Potrz sn ła gwałtownie głow  i spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.  

      - Ale ty nie zrobisz niczego, co by nam zaszkodziło - powiedziała. - Jeste my... 

jeste my spokrewnieni...  

      - A sk d, do diabła, wiesz, po co tu przyjechałem i jakie mam zamiary? By  

mo e wła nie oboje wkładacie sobie p tl  na szyj ?  

      -  artujesz, prawda? - wolno podniosła lew  r k , jakby chciała si  przede 

mn  zasłoni .  

      - Nie wiem - mrukn łem. - Mo e i nie.., ale nie mówiłbym o tym, gdybym 

naprawd  my lał o czym  paskudnym, prawda?  

      - Nie... chyba nie.  

      - Powiem ci co , co Benedykt powinien ci powiedzie  ju  dawno - rzekłem. - 

Nigdy nie ufaj krewnym. O wiele lepiej jest zaufa  obcemu. Z obcym zawsze masz 

szans ,  e b dziesz bezpieczna.  

      - Mówisz powa nie?  

      - Tak.  

      - Tobie te  nie?  

      - Mnie to, oczywi cie, nie dotyczy - u miechn łem si . - Jestem uosobieniem 

honoru, uczciwo ci, miłosierdzia i dobroci. Ufaj mi we wszystkim.  

      - B d  - odparła.  

      Roze miałem si .  

      - Naprawd  - upierała si . - Ty nas nie skrzywdzisz. Wiem o tym.  

      - Opowiedz mi o Gerardzie i Julianie - poprosiłem nieco zakłopotany, jak 

zwykle wobec spontanicznych przejawów zaufania. - Jaki był powód ich wizyty?  

      Milczała przez chwil  i przygl dała mi si  uwa nie.  

      - Powiedziałam ci ju  do  du o - o wiadczyła w ko cu. - Prawda? Miałe  

racj . Nigdy do  ostro no ci. Uwa am,  e teraz twoja kolej.  

      - Brawo. Uczysz si  prawidłowego post powania. Co chciałaby  wiedzie ?  

      - Gdzie naprawd  le y wioska? I Amber? S  troch  do siebie podobne, 

prawda? Co miałe  na my li mówi c,  e Amber le y we wszystkich kierunkach 

albo w ka dym? Co to s  Cienie?  

      Wsmłem. Spojrzałem na ni  i wyci gn łem r k . Wygl dała na bardzo młod  

i bardziej ni  troch  przestraszon , lecz podała mi dło .  

      - Gdzie...? - zapytała wstaj c.  

      - T dy - odparłem i poprowadziłem j  w miejsca, gdzie spałem i sk d 

obserwowałem wodospad i mły skie koło.  

      Zacz ła mówi , lecz przerwałem jej.  

background image

 

67 

      - Patrz. Po prostu patrz - powiedziałem.  

      Stali my wi c obserwuj c p d, plusk i obroty, a ja starałem si  uporz dkowa  

my li. Wreszcie...  

      - Chod  - rzekłem, bior c j  za r k  i kieruj c si  w stron  lasu.  

      Weszli my pomi dzy pnie. Chmura przesłoniła sło ce i cienie pogł biły si . 

Głosy ptaków nabrały ostro ci i wilgo  uniosła si  z ziemi. Szli my od drzewa do 

drzewa, a ich li cie były coraz dłu sze i szersze. Znów pojawiło si  sło ce, lecz 

blask był bardziej  ółty. Za zakr tem napotkali my zwisaj ce liany. Krzyki 

ptaków były coraz bardziej chrapliwe, coraz gło niejsze. Nasza droga prowadziła 

pod gór . Przeszli my obok nagiej skały, dostaj c si  na wy szy teren. Gdzie  z 

tyłu dobiegał daleki, ledwie słyszalny grzmot. Kiedy szli my po odkrytym terenie, 

niebo nad nami miało inny odcie  bł kitu. Przestraszyli my wielk  brunatn  

jaszczurk , wygrzewaj c  si  na kamieniu.  

      - Nie wiedziałam,  e jest tu co  takiego - powiedziała, gdy okr ali my kolejne 

rumowisko głazów. - Nigdy tu nie byłam.  

      Nic nie odpowiedziałem. Byłem zbyt zaj ty kształtowaniem tworzywa Cienia.  

      Znowu weszli my w las, lecz droga wiodła w gór . Drzewa były teraz 

tropikalnymi olbrzymami, mi dzy którymi g sto rosły paprocie. Dały si  słysze  

nowe głosy - szczekni cia, syki, brz czenia. Wchodzili my coraz wy ej, a grzmot 

wokół nas narastał, a  ziemia zdawała si  dygota . Dara  ciskała moje rami , 

milczała, lecz chłon ła wszystko spojrzeniem. Spotkali my wielkie, blade kwiaty i 

kału e w miejscach, gdzie skraplała si  wilgo . Temperatura wzrosła i oboje 

byli my spoceni. Huk zmienił si  w pot ny ryk, a kiedy w ko cu wyszli my 

spomi dzy drzew, był ju  grzmotem bij cych bez przerwy gromów. 

Poprowadziłem j  na kraw d  urwiska i skin łem r k  przed siebie i w doł.  

      Miała ponad trzysta metrów: pot na katarakta, niby młot bij ca szar  wod  

rzeki. Silny pr d daleko unosił b ble powietrza i strz py piany, nim w ko cu 

rozpływały si  w nico . Naprzeciw nas, odległe o jakie  pół mili, cz ciowo 

przesłoni te mgł  i t cz , podobne do wyspy poruszanej ciosem tytana, obracało 

si  wolno gigantyczne koło, ci kie i l ni ce. Wysoko w górze ogromne ptaki, niby 

szybuj ce krucyfiksy, chwytały powietrzne pr dy.  

      Stali my tam do  długo. Rozmowa była niemo liwa, czego nie  ałowałem. 

Kiedy po pewnym czasie, mru c oczy, spojrzała na mnie w zamy leniu, 

kiwn łem głow  i wskazałem wzrokiem las. Zawrócili my w stron , z której tu 

przyszli my.  

      Nasz powrót był odwróceniem przebytej drogi i przyszedł mi z wi ksz  

łatwo ci . Znów mo na było rozmawia , lecz Dara zachowała milczenie, 

najwyra niej pojmuj c ju ,  e jestem cz ci  zmian zachodz cych wokół.  

      Odezwała si  dopiero wtedy, gdy stan li my nad naszym strumieniem i 

spojrzeli my na wiruj ce tu niewielkie mły skie koło.  

      - Czy to miejsce było takie jak wioska?  

      - Tak. To Cie .  

      - I jak Amber.  

      - Nie. Amber rzuca Cie . Je eli wie si  jak, mo na go uformowa  w dowolny 

kształt. Tamto miejsce było Cieniem, twoja wioska była Cieniem - i to miejsce jest 

Cieniem. Wszystko, co potrafsz sobie wyobrazi , istnieje gdzie  w Cieniu.  

background image

 

68 

      - A ty i dziadek, i reszta mo ecie chodzi  w ród tych Cieni i wybiera , który 

chcecie?  

      - Tak.  

      - I to wła nie zrobiłam wracaj c z wioski?  

      - Tak.  

      Jej twarz odmieniła si  w ol nieniu. Prawie czarne brwi opadły w dół, a szybki 

oddech rozszerzył nozdrza.  

      - Ja tak e to potrafi ... - powiedziała. - Trafia , gdzie zechc , robi , co zechc !  

      - Masz takie mo liwo ci - potwierdziłem.  

      Pocałowała mnie nagle. Potem odwróciła si . Włosy falowały na jej w skieh 

ramionach, gdy starała si  ogarn  spojrzeniem wszystko jednocze nie.  

      - A zatem potrafi  wszystko - o wiadczyła nieruchomiej c.  

      - S  pewne ograniczenia, niebezpiecze stwa...  

      - Takie jest  ycie - stwierdziła. - Jak nauczy  si  to kontrolowa ?  

      - Kluczem jest Wielki Wzorzec Amberu. Musisz przez niego przej , by naby  

t  umiej tno . Jest wyryty na podłodze komory pod pałacem w Amberze. Jest 

do  rozległy. Trzeba zacz  od zewn trz i dotrze  do  rodka nie zatrzymuj c si . 

Opór jest silny i stanowi to ci k  prób . Je li si  zatrzymasz, je li spróbujesz 

opu ci  Wzorzec przed ko cem, on ci  zniszczy. Je li go jednak dopełnisz, twoja 

władza nad Cieniem stanie si  podległa  wiadomej kontroli.  

      Pop dziła na miejsce naszego pikniku i zacz ła studiowa  nakre lony na 

piasku Wzorzec.  

      Powoli ruszyłem za ni .  

      - Musz  jecha  do Amberu! - zawołała, gdy si  zbli yłem. - I przej  przez 

niego!  

      - Jestem pewien - stwierdziłem -  e Benedykt zamierza ci to kiedy  umo liwi .  

      - Kiedy ! - krzykn ła. - Teraz! Musz  przez niego przej ! Dlaczego nigdy mi 

o tym nie powiedział?  

      - Poniewa  na razie to niewykonalne. Sytuacja w Amberze jest taka,  e byłoby 

niebezpieczne dla was obojga, gdyby kto  tam dowiedział si  o twoim istnieniu. 

Chwilowo Amber jest dla cichie zamkni ty.  

      - To nieuczciwe! - o wiadczyła, obrzucaj c mnie gniewnym spojrzeniem.  

      - Oczywi cie,  e nie - przyznałem. - Ale tak to teraz wygl da. To nie moja 

wina.  

      Ostatnie zdanie przeszło mi przez usta z pewnym trudem. Cz  winy, 

oczywi cie, była moja.  

      - Nie wiem, czy nie lepiej by  zrobił nie mówi c mi o tym wszystkim - 

stwierdziła. - Skoro i tak nie mog  tego osi gn .  

      - Nie jest a  tak  le - zapewniłem. - Sytuacja w Amberze znów si  ustabilizuje. 

Ju  niedługo.  

      - A jak ja si  o tym dowiem?  

      - Benedykt b dzie wiedział. Powie ci.  

      - Do tej pory nie uznał za stosowne powiedzie  mi o czymkolwiek.  

      - A po co?  eby ci było przykro? Wiesz,  e był dla ciebie dobry i troszczył si  

o ciebie. Kiedy nadejdzie pora, zacznie działa  w twoim imieniu.  

      - A je li nie? Pomo esz mi wtedy?  

background image

 

69 

      - Zrobi , w b d  mógł.  

      - Jak b d  mogła ci  znale ?  eby da  ci zna ?  

      U miechn łem si . Doszedłem do tego punktu bez specjalnych wysiłków. Nie 

było potrzeby mówi  jej o tym, co było naprawd  wa ne. Wystarczy tyle,  eby 

mogła mi si  pó niej przyda ...  

      - Karty - wyja niłem. - Rodzinne Atuty. To co  wi cej ni  objaw sentymentu. 

S   rodkiem komunikacji. We  mój, spójrz na niego, skoncentruj si , postaraj si  

odsun  od siebie wszystkie inne my li, spróbuj uwierzy ,  e to naprawd  ja i 

mów. Zobaczysz,  e to działa. Odpowiem ci.  

      - To wła nie tego dziadek nie pozwolił mi robi  w czasie zabawy kartami!  

      - Oczywi cie.  

      - Jak to działa?  

      - O tym kiedy indziej - odparłem. - Co  za co . Pami tasz? Opowiedziałem ci 

ja  o Amberze i o Cieniu. Teraz ty mi opowiesz o wizycie Gerarda i Juliana.  

      - Dobrze - zgodziła si . - Cho  nie ma wiele do opowiadania. Pewnego ranka, 

pi  czy sze  miesi cy temu, dziadek zwyczajnie przerwał to, co akurat robił. 

Przycinał drzewa w sadzie - lubi sam si  tym zajmowa  - a ja mu pomagałam. Był 

na drabinie, obcinał gał zki i nagle zatrzymał si , opu cił no yce i nie ruszał si  

przez kilka minut. My lałam,  e po prostu odpoczywa, i grabiłam dalej.  

      Wtedy usłyszałam,  e co  mówi; nie mruczy do siebie, ale mówił, jakby 

prowadził rozmow . Z pocz tku s dziłam,  e odezwał si  do mnie, i zapytałam, co 

powiedział. Ale on nie zwrócił na mnie uwagi. Teraz, kiedy wiem o Atutach, zdaj  

sobie spraw ,  e musiał rozmawia  z jednym z nich. Chyba z Julianem. A potem 

zszedł szybko z drabiny, powiedział,  e musi wyjecha  na dzie  czy dwa, i ruszył 

w stron  domu. Zaraz jednak zatrzymał si  i zawrócił. To wła nie wtedy 

powiedział mi,  e gdyby Julian i Gerard si  zjawili, mam by  przedstawiona jako 

jego wychowanica, osierocona córka wiernego sługi. Odjechał niedługo potem, 

bior c dwa lu ne konie. Miał z sob  miecz. Wrócił w  rodku nocy przywo c ich 

obu. Gerard był ledwie przytomny. Miał złaman  lew  nog  i cały lewy bok 

strasznie poobcierany. Julian te  mocno ucierpiał, ale ko ci miał całe. Zostali u 

nas ponad pół miesi ca. Wyzdrowieli szybko. Potem po yczyli dwa konie i 

odjechali. Wi cej ich nie widziałam.  

      - Czy mówili, jak zostali ranni?  

      - Tylko tyle,  e to był wypadek. Nie rozmawiali o tym ze mn .  

      - Gdzie? Gdzie tu si  stało?  

      - Na czarnej drodze. Kilka razy słyszałam, jak o tym mówili.  

      - Gdzie jest czarna droga?  

      - Nie wiem.  

      - Co o niej mówili?  

      - Przeklinali j  mocno. To wszystko.  

      Zauwa yłem,  e w butelce zostało jeszcze troch  wina. Schyliłem si  i nalałem 

do kielichów. Podałem jej jeden.  

      - Za ponowne spotkanie - u miechn łem si .  

      - Za spotkanie - przytakn ła i wypili my.  

      Zacz ła sprz ta  naczynia. Pomagałem jej, znów silnie odczuwaj c 

konieczno  po piechu.  

background image

 

70 

      - Jak długo mam czeka , zanim si  z tob  skontaktuj ? - spytała.  

      - Trzy miesi ce. Daj mi trzy miesi ce.  

      - Gdzie wtedy b dziesz?  

      - Mam nadziej ,  e w Amberze.  

      - A jak długo zostaniesz tutaj?  

      - Niedługo. Szczerze mówi c, musz  zaraz wyjecha . Jutro powinienem by  z 

powrotem. Potem zostan  jeszcze pewnie kilka dni.  

      - Chciałabym,  eby  był tu dłu ej.  

      - Ja te  bym chciał. Zwłaszcza teraz, kiedy poznałem ciebie.  

      Zarumieniła si  i cał  - na pozór - uwag  skupiła na pakowaniu koszyka. 

Wzi łem sprz t do fechtunku.  

      - Wracasz teraz do domu? - spytała.  

      - Do stajni. Wyje d am narychmiast.  

      Podniosła koszyk.  

      - Pójdziemy razem. Mój ko  czeka z tamtej strony.  

      Kiwn łem głow  i poszedłem za ni  w prawo, do  cie ki.  

      - Przypuszczam - stwierdziła -  e lepiej b dzie nie wspomina  o tym 

wszystkim nikomu, a zwłaszcza dziadkowi. Prawda?  

      - Tak b dzie najrozs dniej.  

      Plusk i bulgot strumyka płyn cego ku rzece d

cej do morza cichł, zanikał, 

milkł - i tylko stuk przykutego do ziemi koła, rozcinaj cego potok w jego drodze, 

przez jaki  czas jeszcze unosił si  w powietrzu. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

71 

Rozdział 6 

 

Stałe posuwanie si  naprzód jest zwykle wa niejsze od pr dko ci. Jak długo 

dopływa równomierny ci g bod ców, o które da si  zaczepi  umysł, mo na sobie 

pozwoli  na ruch poprzeczny. A kiedy ten si  zacznie, to jego tempo jest tylko 

kwesti  rozwagi.  

      Tak wi c, zgodnie ze wskazaniami rozs dku, jechałem wolno. Nie warto było 

niepotrzebnie m czy  Gwiazdy. Szybkie zmiany s  trudne nawet dla ludzi. 

Zwierz ta nie potrafi  tak dobrze si  okłamywa  i prze ywaj  je jeszcze ci ej. 

Czasem nawet szalej .  

      Po małym drewnianym mostku przejechałem nad strumieniem i przez jaki  

czas pod ałem równolegle do jego koryta. Miałem zamiar omin  miasto i 

trzyma  si  strumienia, póki nie dotr  do wybrze a. Było wczesne popołudnie. 

Grayswandir wisiał u mego boku.  

      Zboczyłem nieco na zachód, by dotrze  do le cego tam pasma wzgórz. 

Wolałem nie zaczyna  zmiany, póki nie stan łem w miejscu, z którego mogłem 

popatrze  na miasto - najwi ksze skupisko ludno ci w tej krainie, tak podobnej 

do mojego Avalonu. Nazywało si  tak samo;  yło w nim i pracowało kilka tysi cy 

ludzi. Brakowało srebrnych wie  i strumie  przecinał je pod innym k tem, 

bardziej z południa, o miokrotnie szerszy czy mo e poszerzony. Widziałem, jak 

południowy wietrzyk rozwiewa dymy unosz ce si  z karczmy i ku ni.  

      Ludzie - konno, pieszo, wozami i karetami - poruszali si  po w skich ulicach, 

wchodzili i wychodzili ze sklepów, zajazdow i rezydencji. Chmary ptaków 

kr yły, siadały i wzlatywały wokół miejsc, gdzie stały konie. Poruszały si  

jaskrawe proporce i flagi, skrzyła si  woda i delikatna mgiełka przesłaniała 

widok. Byłem zbyt daleko, by słysze  głosy ludzi, brz czenie, kucie, piłowanie, 

turkot i w ogóle cokolwiek poza szumem. Nie mogłem rozró ni   adnych 

odr bnych zapachów, ale nawet gdybym ci gle jeszcze był  lepcem, poznałbym, 

e miasto jest blisko.  

      Obserwuj c je z góry poczułem nagle przypływ smutnej zadumy i t sknoty za 

miejscem o tej samej nazwie, le cym gdzie  w krainie Cienia, która dawno ju  

znikn ła:  ycie było w niej proste, ja sam za  szcz liwszy ni  teraz.  

      Nie da si  jednak przej  przez  ycie tak długie jak moje nie osi gaj c 

pewnych cech umysłu, które tłumi  naiwne uczucia i niech tnie traktuj  

wszelkiego rodzaju sentymenty.  

      Dawne dni min ły, sprawa była sko czona i teraz Amber pochłaniał mnie 

całkowicie. Zawróciłem i ruszyłem na południe z mocnym postanowieniem 

odniesienia zwyci stwa. O Amberze nie potrafiłbym zapomnie ...  

      Sło ce nad moj  głow  stało si  o lepiaj co jaskrawym b blem. Zawył wiatr. 

Jechałem, a niebo było coraz bardziej  ółte i błyszcz ce, a  wreszcie zdało mi si , 

e to pustynia rozci ga si  w górze od horyzontu po horyzont. Zje d ałem ku 

nizinom po wci  bardziej kamienistych zboczach, wymijaj c wyrze bione 

wiatrem groteskowe, pos pnie ubarwione kształty. Gdy opu ciłem osłon  wzgórz, 

uderzyła mnie burza piaskowa. Musiałem zakry  twarz płaszczem i zmru y  

oczy. Gwiazda st kała i prychała co chwila, lecz posuwała si  naprzód. Piach, 

skały, wicher i pomara czowe ju  niebo: kł by chmur i zmierzaj ce ku nim 

background image

 

72 

sło ce...  

      Długie cienie, zamieraj cy wiatr, cisza... Tylko oddech i stukot kopyt po 

kamieniach... Mrok, kiedy gromadz  si  chmury zakrywaj ce sło ce... Rozci te 

gromem  ciany dnia... Nienaturalna ostro  widzenia rzeczy odległych...Spokój, 

bł kit i naładowane elektryczno ci  powietrze... Znowu grom... Zbli aj ca si  z 

prawej strony szklista  ciana deszczu... Bł kitny rozłam w zasłonie chmur... 

Temperatura opada,  wiat staje si  monochromatyczn  kurtyn ... Dudnienie 

grzmotu, biały błysk, kurtyna wygina si  w nasz  stron ... Dwie cie metrów... Sto 

pi dziesi t... Do !  

      Jej dolny brzeg ryje grunt, orze, pieni si ... Zapach wilgotnej ziemi. R enie 

Gwiazdy... P d... W skie stru ki wody pełzn  po gruncie, wsi kaj  pozostawiaj c 

lad... Czasem bulgoc  błoci cie, czasem s cz  si  wolno... Równy pr d, strumyki 

dookoła, plusk...  

      Przed nami wzniesienie, a pode mn  napinaj  si , rozlu niaj , napinaj  i 

rozlu niaj  mi nie Gwiazdy, gdy przeskakuje przez strumienie i pagórki, 

przedziera si  przez płynn  faluj c  tafl  i wbiega na zbocze. Podkowy krzesz  

iskry na kamieniach. Wspinamy si  wy ej. Pod nami plusk wody zmienia si  w 

jednostajny huk...  

      Wy ej wi c, gdzie sucho, stajemy, bym mógł wy

 skraj mego płaszcza... W 

dole, z tyłu, po prawej szare, wzburzone morze atakuje podnó e urwiska, na 

którym stoimy...  

      Teraz w gł b l du, w stron  wieczoru i pól koniczyny... Huk przyboju za 

plecami...  cigamy gwiazdy spadaj ce ku ciemniej cemu zachodowi, ku 

ostatecznej ciszy i nocy... Czyste niebo i jasne gwiazdy; tylko niewielkie pasemka 

chmur...  

      Wyj ce stado czerwonookich stworów, ci gn ce naszym  ladem... Cie ... 

Zielonookicb... Cie ...  ółto... Koniec... Tylko mroczne szczyty  cieraj ce si  

wokół mnie... Zamro ony  nieg suchy jak piasek, wzniesiony w fale lodowatymi 

podmuchami gór...  nieg sypki niby m ka... Wspomnienie włoskich Alp, narty... 

Fale  niegu dryfuj ce przez kamienne zbocze... Stopy szybko trac  czucie w 

przemoczonych butach. Gwiazda zdumiona parska i potrz sa głow , jakby nie 

mogła uwierzy ... I cienie za skał , łagodniejszy stok, wysuszaj cy wiatr, mniej 

niegu...  

      Kr ty, wij cy si  szlak - korytarz w ciepło... Dalej, dalej, dalej w noc, pod 

zmieniaj cymi si  gwiazdami... Odległe ju   niegi sprzed godziny, teraz 

karłowata ro linno  i równina... Dal, a tu nocne ptaki wiruj  w powietrzu, kr

 

nad  cierwem, kracz  chrapliwie i protestuj co, gdy przeje d amy...  

      Znów wolniej ku miejscu, gdzie faluje trawa poruszana nie tak ju  zimnym 

wiatrem... Parskanie dzikiego kota ruszaj cego na łowy... Bezszelestna ucieczka 

jakiego  skocznego zwierz cia, przypominaj cego jelenia... Wskakuj ce na swoje 

miejsca gwiazdy i powracaj ce czucie w stopach...  

      Gwiazda staje d ba i p dzi naprzód wystraszona czym  niewidocznym... Długi 

czas na uspokojenie i jeszcze dłu szy, nim min  dreszcze...  

      Sople ksi yca w kwadrze opadaj ce na korony dalekich drzew... Witgotna 

ziemia oddycha błyszcz c  mgł ...  my ta cz ce w ród  wiateł nocy... Grunt 

kołysze si  przez chwil  i trz sie, jakby góry przest powały z nogi na nog ... 

background image

 

73 

Ka da gwiazda podwójna... Halo wokół ksi yca niby hantle... Równina i 

przestrze  ponad ni  pełna  migaj cych kształtów... Ziemia zwalnia i 

nieruchomieje jak stary zegar... Stabilno ... Bezwład... Gwiazdy i ksi yc na 

nowo zł czone duchem...  

      Mijamy poszerzaj cy si  pas drzew od zachodu... Wra enie  pi cej d ungli. 

Kł bowisko w y pod przykryciem... Dalej na zachód... Gdzie  tam płynie rzeka o 

szerokich, gładkich brzegach, by ułatwi  drog  do morza... T tent kopyt, 

korowód cieni... Tchnienie nocy na mej twarzy... Ulotna wizja jasnych istot na 

wysokich, mrocznych murach i l ni cych wie ach... Słodki zapach... Obraz 

rozpływa si ... Cienie...  

      Jeste my zespoleni niby centaur, Gwiazda i ja, pod jedn  skór  potu... 

Wdychamy powietrze i oddajemy je we wspólnych eksplozjach wysiłku... Szyja 

okryta gromem, straszna pot ga nozdrzy... Pochłaniamy przestrze ...  

       miech, zapach wody, drzewa po lewej, bardzo blisko... Mi dzy nie... Gładka 

kora, zwisaj ce pn cza, szerokie li cie i kropelki wilgoci... O wietlona ksi ycem 

paj czyna i zmagaj ce si  w niej kształty... G bczasta dar ... Próchno 

fosforyzuj ce na powalonych pniach... Otwarty teren... Szelest wysokich traw... 

Wi cej drzew... Znów zapach rzeki... D wi ki, pó niej... Głosy... Szklisty plusk 

wody... Bli ej, gło niej, wreszcie na brzegu... Niebiosa kołysz  si  i wybrzuszaj , i 

drzewa... Czysta o chłodnym, wilgotnym aromacie... Ruszamy w lewo wzdłu  

niej... Lekko i płynnie idziemy z pr dem... Pi ... Chlapi c si  na płyci nie, potem 

gł biej, do p cin.  

      Gwiazda pije jak pompa, wydmuchuj c nozdrzami wodn  zawiesin ... Troch  

wy ej woda obmywa mi buty...  cieka z włosów, spływa po ramionach... Gwiazda 

odwraca głow  słysz c  miech... Znów z pr dem, czystym, powolnym, kr tym... 

Potem prosrym, szerszym... Drzewa g stniej , potem rzedn ... Długi, równy, 

spokojny... Delikatny blask na wschodzie... Zjazd w dół, mniej drzew... 

Kamienisto i ciemno  znów nieprzenikniona...  

      Pierwsza niewyra na oznaka morza - zagubiony po chwili zapach... Szcz k 

podków w ród chłodu nocy... Znowu sól... Skały, bez drzew... Ci ko, stromo, 

pos pnie, w dół... Coraz wi ksza stromizna... Błysk pomi dzy kamiennymi 

cianami... Poruszone kamyki znikaj  w bystrym teraz nurcie, głos ich upadku 

niknie w ród szumu... Coraz gł bszy w wóz, coraz szerszy... W dół, w dół... 

Jeszcze dalej... Raz jeszcze jasno  na wschodzie, łagodniejszy zjazd...  

      Znów posmak soli, silniejszy... Łupki i  wir.. Zakr t, w dół, coraz ja niej... 

Równo i mi kko,  liski grunt... Bryza i  wiatło, bryza i  wiatło... Za stos kamieni... 

ci gn  cugle.  

      Pode mn  le ał szeroki pas wybrze a, gdzie szeregi p dzonych wiatrem wydm 

rzucały w powietrze sw  piaskow  pian , przesłaniaj c czasem odległy morski 

brzeg.  

      Patrzyłem, jak od wschodu rozci ga si  na wodzie ró owa błona. Tu i tam 

ruchome piaski odsłoniły pasy  wiru. Poszarpane skalne masy wznosiły si  nad 

falami. Pomi dzy mn  a wielkimi - dziesi tki metrów wysoko ci - wydmami, 

wysoko ponad tym pos pnym brzegiem rozci gała si  nierówna płaszczyzna 

pokryta głazami i  wirem, pełna cieni, wła nie wynurzaj ca si  z piekła - lub z 

mroku - ku pierwszym blaskom  witu.  

background image

 

74 

      Tak, to si  zgadzało.  

      Zsiadłem z konia i patrzyłem, jak sło ce wypełnia krajobraz smutn  jasno ci  

dnia. Szukałem twardego, jasnego blasku. Tutaj znalazłem odpowiednie miejsce, 

bez ludzi - takie, jakie widziałem kilkadziesi t lat temu na Cieniu - Ziemi mojego 

wygnania. Bez buldo erów, sit i czarnych z miotłami, bez strze onego pilnie 

miasta Oranjemund.  adnych promieni Roentgena, drutu kolczastego czy 

uzbrojonych stra ników. Nie, nic z tych rzeczy. Ten Cie  bowiem nie znał sir 

Ernesta Oppenheimera i nigdy tu nie istniały Zjednoczone Kopalnie Diamentów 

Afryki Południowo - Zachodniej ani te  rz d, który mógłby przyzna  im władz  

nad wszystkimi kopalniami wybrze a. Tu była pustynia zwana Namib, tam le cy 

jakie  czterysta mil na północny zachód od Cape Town pas wydm i skał 

szeroko ci od kilku do kilkunastu i długo ci mniej wi cej trzystu mil, ci gn cy si  

pomi dzy zakazanym wybrze em a Górami Richtersveld, w których cieniu 

wła nie stałem. Tutaj, inaczej ni  w jakiejkolwiek kopalni, diamenty le ały 

rozrzucone w piasku jak ptasie odchody. Oczywi cie, przywiozłem ze sob  grabie 

i sito.  

      Odpakowałem  ywno  i przyszykowałem sobie  niadanie. Dzie  zapowiadał 

si  gor cy i pełen kurzu. Pracowałem my l c o Doyle'u z Avalonu, niskim 

jubilerze o włosach barwy popiołu i ceglastej cerze, z naro lami na policzkach. 

Jubilerski proszek? Po co mi go tyle? - do , by dwudziestokrotnie zaopatrzy  

cał  armi  jubilerów! Wzruszyłem ramionami; co go obchodzi, na co mi 

potrzebny, je eli mog  zapłaci ? No có , je li znalazło si  jakie  nowe 

zastosowania i dałoby si  na tym zarobi , to trzeba by by  głupcem... Jednym 

słowem, nie da rady dostarczy  mi tej ilo ci w ci gu tygodnia? Tygodnia? Och 

nie! Oczywi cie,  e nie! To  mieszne, niewykonalne... Rozumiałem. No có , 

dzi kuj . Mo e jego konkurent kawałek dalej zdoła zorganizowa  ten proszek i 

zainteresuje go wi ksza partia nie szlifowanych diamentów, której oczekuj  za 

par  dni...  

      Czy powiedziałem: diamenty? Chwileczk . On sam zawsze interesował si  

diamentami... Tak, lecz niestety był mało wydajny, je li chodzi o jubilerski 

proszek. R ka w górze. By  mo e nazbyt pospiesznie ocenił mo liwo ci 

dostarczenia mi materiału szlifierskiego. To ilo  go zaskoczyła. Składniki jednak 

były łatwo dost pne, a receptura w miar  prosta. Tak, istotnie nie ma przeszkód, 

by nie dało si  czego  zorganizowa . A wi c za tydzie ... A wracaj c do 

diamentów...  

      Zanim wyszedtem ze sklepu, dało si  co  zorganizowa .  

      Znam wiele osób przekonanych,  e proch strzelniczy wybucha, co oczywi cie 

nie jest prawd . Proch pali si  szybko wydzielaj c gazy, których ci nienie wyrywa 

pocisk z łuski i przepycha go przez luf . Zapala si  od spłonki - to wła nie ona 

wybucha, gdy uderza w ni  iglica. Z typow  dla naszej rodziny przezorno ci  

przez cale lata eksperymentowałem z wszelkiego rodzaju materiałami palnymi. 

Gdy odkryłem,  e proch strzelniczy nie chce si  w Amberze pali  i  e wszystkie 

typy spłonek, jakie sprawdziłem, były równie bierne, moje rozczarowanie 

przytłumił jedynie fakt,  e tak e  adne z moich krewnych nie b dzie mogło u y  

tam broni palnej. Dopiero du o pó niej, kiedy podczas wizyty w Amberze 

polerowałem bransolet  przywiezion  dla Deirdre, odkryłem t  cudown  

background image

 

75 

wła ciwo  jubilerskiego proszku z Avalonu. Po prostu wrzuciłem zu yt  szmatk  

do kominka. Na szcz cie ilo  materiału nie była du a i byłem wtedy sam.  

      Proszek znakomicie - bez  adnej obróbki - nadawał si  na spłonk . Mieszaj c 

go z odpowiedni  ilo ci  materiału oboj tnego, mo na było sprawi , by palił si  

jak trzeba.  

      Zatrzymałem t  informacj  dla siebie przeczuwaj c,  e pewnego dnia b dzie 

mo na j  wykorzysta  dla rozstrzygni cia zasadniczych dla Amberu kwestii. 

Niestety, konfrontacja z Erykiem nast piła, zanim nadszedł ów dzie , i wiedza o 

tym trafiła do lamusa razem z reszt  moich wspomnie . Kiedy w ko cu sprawy 

si  wyczy ciły, szybko zwi załem si  z Bleysem, szykuj cym atak na Amber.  

      Nie potrzebował mnie wtedy zbytnio. Mimo to wci gn ł do swego 

przedsi wzi cia,  eby - mam wra enie - mie  mnie na oku. Gdybym dał mu 

karabiny, stałby si  nie da pokonania, a ja nie byłbym ju  u yteczny. A gdyby 

udało mu si  zdoby  miasto, sytuacja stałaby si  raczej napi ta. On miałby po 

swojej stronie siły okupacyjne i lojalno  oficerów. Ja zatem potrzebowałbym 

czego , co zrównowa yłoby te siły. Na przykład paru bomb i kilku automatów.  

      Gdybym cho  miesi c wcze niej odzyskał pami , sprawy potoczyłyby si  

inaczej. Siedziałbym teraz w Amberze, zamiast przypieka  si , zdziera  skór  i 

wysycha  tutaj, z nast pnym piekielnym rajdem przed sob  i cał  mas  

problemów do rozwi zania zaraz potem.  

      Wyplułem z ust piach, by si  nie zadławi  wybuchami  miechu. Do diabła, 

ka dy sam sobie tworzy własne "gdyby". Miałem wa niejsze sprawy do 

przemy lenia ni  to, co mogłoby si  wydarzy . Na przykład Eryk...  

      Pami tam ten dzie , Eryku. Byłem w ła cuchach, zmuszony do kl kni cia 

przed tronem. Zd yłem si  ju  ukoronowa ,  eby zakpi  z ciebie. I oberwałem 

za to.  

      Gdy mowu dostałem do r k koron , cisn łem ni  w ciebie. Złapałe  j  i 

u miecbn łe  si . To dobrze,  e nie doznała szkody, skoro tobie nie zdołała 

zaszkodzic.  

      Taka pi kna rzecz... Cała ze srebra, o siedmiu pałkach, wysadzana 

szmaragdami pi kniejszymi ni  wszystkie brylanty. Dwa wielkie rubiny na 

skroniach... Sam wło yłe  j  sobie na głow , arogancki, w ród pospiesznie 

zorganizowanej gali. Potem pierwsze słowa wyszeptałe  do mnie, zanim jeszcze 

zamarło w sali echo "Niech  yje król!". Pami tam ka de z tych słów. "Twoje oczy 

ujrzały najpi kniejszy widok, jaki kiedykolwiek zobacz ", powiedziałe . A 

potem: "Stra ! - rozkazałe  - zabierzcie Corwina do ka ni i niech wypal  mu 

oczy! Niech zapami ta dzisiejszy widok jako ostatni, który w  yciu ogl dał! 

Potem rzu cie go w ciemno  najgł bszego lochu pod Amberem i niech imi  jego 

zostanie zapomniane".  

      - Rz dzisz teraz w Amberze - powiedziałem na głos. - Lecz ja znowu mam 

oczy. Nie zapomniałem i nie zostan  zapomniany. Nie, pomy lałem. Kryj si  za 

sw  władz , Eryku. Mury Amberu s  wysokie i grube. Nie wychod  zza nich. 

Otaczaj si  bezu yteczn  stal  mieczy. Jak mrówka uzbrajaj swój kruchy dom. 

Wiesz teraz,  e póki  yj , nie b dziesz bezpieczny - a powiedziałem ci,  e wróc . 

Id , Eryku. Przynios  z sob  karabiny z Avalonu, wyłami  twoje bramy i zgniot  

twoich obro ców.  

background image

 

76 

      Znów b dzie tak, jak było kiedy , przez chwil  tylko, zanim twoi ludzie 

nadbiegli, by ci  ratowa . Tamtego dnia wytoczyłem tylko kilka kropel twej krwi. 

Tym razem b d  miał j  cał .  

      Odkopałem kolejny surowy diament, szesnastk  czy co  koło tego, i wrzuciłem 

go do torby u pasa.  

       

       

      Patrzyłem na zachodz ce sło ce my l c o Benedykcie, Julianie i Gerardzie. 

Co ich ł czyło? I cokolwiek to było, nie podobał mi si   aden układ interesów 

wi

cy si  z Julianem. Gerard był w porz dku. Potrafiłem zasn  tam, w obozie, 

gdy pomy lałem,  e to z nim Benedykt si  kontaktuje. Je li jednak poł czył si  

teraz z Julianem, to s  powody do niepokoju. O ile bowiem kto  nienawidzi mnie 

bardziej ni  Eryk, to wła nie Julian. Gdyby dowiedział si , gdzie jestem, 

znalazłbym si  w wielkim niebezpiecze stwie. A nie byłem jeszcze gotów do 

konfrontacji.  

      Przypuszczałem,  e gdyby Benedykt mnie sprzedał, potrafiłby znale  dla 

siebie moralne usprawiedliwienie. W ko cu zdawał sobie spraw ,  e cokolwiek 

zrobi  - a wiedział,  e zamierzam co  zrobi  - sko czy si  walk  w Amberze. 

Mogłem go zrozumie , mogłem nawet sympatyzowa  z jego odczuciami. Po wi cił 

swe siły ratowaniu kraju. W przeciwie stwie do Juliana był człowiekiem z 

zasadami i  ałowałem,  e nie stoimy po tej samej stronie. Miałem nadziej ,  e 

moja akcja b dzie równie szybka i bezbolesna, jak wyrwanie z ba ze 

znieczuleniem, i  e wkrótce znów znajdziemy si  obok siebie. Po spotkaniu z Dar  

pragn łem tego tak e ze wzgl du na ni . Zbyt mało mi powiedział, bym mógł 

czu  si  spokojny. Sk d miałem wiedzie , czy rzeczywi cie zamierza cały tydzie  

pozosta  na polu bitwy? A mo e nawet w tej chwili razem z siłami Amberu 

zastawia na mnie pułapk , buduje wi zienie, kopie dla mnie grób? Musiałem si  

spieszy , cho  tak chciałem zatrzyma  si  na dłu ej w Avalonie.  

      Zazdro ciłem Ganelonowi, w którymkolwiek burdelu pił, łajdaczył si  czy 

toczył bójk , gdziekolwiek polował. On wrócił do domu. A mo e powinienem 

pozostawi  go tym przyjemno ciom, mimo jego ch ci towarzyszenia mi do 

Amberu? Lecz nie; na pewno b d  go przesłuchiwa  po moim wyje dzie, a nie 

b dzie to miłe prze ycie, zwłaszcza je li Julian ma co  do powiedzenia w tej 

sprawie. Potem stanie si  wyrzutkiem w krainie, która musi mu si  wydawa  

ojczyzn . Pewnie mowu zostanie bandyt  i ten trzeci raz doprowadzi go do 

zguby. O ile w ogóle go wypuszcz . Nie, dotrzymam obietnicy. Pojedzie ze mn , 

je li jeszcze tego chce. Je eli zmienił zdanie, có ... zazdro ciłem mu nawet banicji 

w Avalonie. Chciałbym zosta  tu dłu ej, je dzi  z Dar  w góry, obozowa  w ród 

pól,  eglowa  po rzekach...  

      Pomy lałem o dziewczynie. Wiedza o jej istnieniu zmieniła układy, cho  nie 

byłem całkiem pewien jak. Pomimo wszelkiej nienawi ci i drobnych niesnasek my 

z Amberu mamy silnie rozwini te uczucia rodzinne. Zawsze ch tnie posłuchamy 

rodzinnych wie ci i dowiemy si  o najnowszych układach w tym zmiennym 

obrazie.  

      Hez w tpienia przerwy na plotki zapobiegły wielu  miertelnym ciosom. 

Czasami wydaje mi si ,  e przypominamy gromad  starszych pa   yj cych w 

background image

 

77 

czym  pomi dzy sanatorium a ringiem.  

      Nie potrafiłem wpasowa  Dary w cały schemat, gdy  ona sama nie wiedziała 

jeszcze, jak si  ustawi . Och, dowie si  w ko cu. Otrzyma znakomite wychowanie, 

gdy tylko wszyscy si  dowiedz ,  e istnieje. A to - teraz, kiedy jej u wiadomiłem, 

jak jest wyj tkowa - było tylko kwesti  czasu. A wtedy Dara wł czy si  do gry. W 

trakcie naszej rozmowy w lasku czułem si  czasem jak w ... ale, do diabła, miała 

prawo wiedzie . Pr dzej czy pó niej musiała to odkry . A im pr dzej to si  stało, 

tym szybciej mogła zacz  umacnia  swe linie obronne. To wszystko było dla jej 

dobra.  

      Mo liwe oczywi cie - a nawet prawdopodobne -  e jej matka i babka prze yły 

ycie nie maj c poj cia o swym dziedzictwie... I co im z tego przyszło? 

Powiedziała,  e zgin ły tragicznie. Czy to mo liwe, zastanawiałem si , by długie 

rami  Amberu si gn ło do nich w Cie ? I  e mo e uderzy  znowu?  

      Benedykt, gdy chciał, potrafił by  tak samo twardy i niebezpieczny, jak ka de 

z nas. Nawet bardziej. Potrafił walczy  o to, co uwa ał za swoje. Potrafiłby nawet 

zabi , gdyby uznał to za konieczne. Zało ył pewnie,  e utrzymanie w tajemnicy 

jej istnienia, a samej Dary w niewiedzy, mo e j  ochroni . Byłby zły, gdyby si  

dowiedział, co zrobiłem. A przecie  nie powiedziałem jej tego wszystkiego z 

czystej przekory. Chciałem,  eby prze yła, ale czułem,  e Benedykt nie post puje 

wła ciwie. Nim wróc , b dzie miała do  czasu,  eby sobie wszystko przemy le .  

      Na pewno b dzie miała mas  pyta . Wykorzystam okazj , by j  ostrzec i 

udzieli  dokładniejszych wyja nie .  

      Zgrzytn łem z bami. Sprawy inaczej by wygl dały, gdybym rz dził w 

Amberze. Wszystko to byłoby zb dne. Na pewno. Dlaczego nikt nigdy nie 

wymy lił sposobu, by zmieni  ludzk  natur ? Nawet wymazanie wszystkich 

moich wspomnie  i nowe  ycie w nowym  wiecie dały w rezultacie tego samego 

starego Corwina. Gdybym nie podobał si  sobie, jaki jestem, pozostawałaby mi 

tylko rozpacz.  

      Znalazłem miejsce, gdzie rzeka płyn ła spokojnie, i spłukałem z siebie kurz i 

pot. My lałem o czarnej drodze, która okazała si  tak fatalna dla moich braci. 

Było jeszcze wiele rzeczy, o których chciałbym si  czego  dowiedzie . Podczas 

k pieli Grayswandir cały czas le ał w zasi gu r ki. Ka dy z nas potrafił  ledzi  

innego przez Cie , zwłaszcza je li trop jest jeszcze ciepły.  

      Umyłem si  jednak bez przeszkód. Wprawdzie w drodze powrotnej u yłem 

miecza trzykrotnie, lecz przeciw istotom mniej gro nym ni  bracia. Tego jednak 

mo na było oczekiwa , jako  e znacznie przyspieszyłem kroku.  

       

       

      Było jeszcze ciemno, cho   wit był ju  bliski, kiedy dotarłem do stajni w 

rezydencji mojego brata. Oporz dziłem oszołomionego konia, przemówiłem do 

niego uspokajaj co i przygotowałem solidny zapas obroku i wody. Z 

przeciwległej przegrody powitał mnie  wietlik Ganelona. Sprz taj c koło pompy 

na tyłach stajni zastanawiatem si , gdzie b d  mógł si  przespa .  

      Potrzebowałem odpoczynku. Par  godzin snu postawiłoby mnie na nogi. 

Wolałem jednak nie zasypia  pod dachem domu Benedykta. Nie dałbym si  wzi  

zbyt łatwo. Cz sto wprawdzie mówiłem,  e chciałbym umrze  w łó ku, Lecz 

background image

 

78 

oznaczało to tyle,  e pragn łbym, aby w pó nej staro ci nadepn ł mnie sło  w 

chwili, kiedy b d  si  kochał.  

      Nie miałem jednak nic przeciw piciu alkoholu Benedykta, a chciało mi si  

czego  mocnego. Dom był ciemny; wszedłem cicho i odnalazłem kredens.  

      Nalałem sobie bez wody, wypiłem, nalałem jeszcze i przeszedłem do okna. 

Widok był rozległy. Dom stał na wzgórzu, a Benedykt potrafił dobra  krajobraz.  

      - W ksi ycowych płomieniach biała le y droga - zadeklamowałem 

zaskoczony brzmieniem własnego głosu. - I ksi yc czysty nad głow ...  

      - Otó  to, Corwinie, mój chłopcze. Otó  to - odezwał si  głos Ganelona.  

      - Nie zauwa yłem,  e tu siedzisz - powiedziałem cicho, nie odwracaj c si  od 

okna.  

      - To dlatego,  e si  nie ruszam - wyja nił.  

      - Aha... Jak bardzo jeste  pijany?  

      - Prawie wcale - zapewnił. - Teraz. Ale gdyby  był porz dnym facetem i te  mi 

nalał...  

      Odwróciłem si .  

      - Dlaczego sam sobie nie we miesz?  

      - Boli, kiedy si  ruszam.  

      - No dobrze.  

      Podałem mu napełniony kielich. Podniósł go wolno, skin ł głow  w 

podzi kowaniu i upił troch .  

      - Znakomite - westchn ł. - Mo e mnie troch  znieczuli.  

      - Biłe  si  - stwierdziłem.  

      - Owszem - przytakn ł. - Par  razy.  

      - Wi c zno  swe rany jak dzielny  ołnierz i pozwól mi zaoszcz dzi  sobie 

wyrazów współczucia.  

      - Ale  ja wygrałem!  

      - O Bo e! Gdzie zostawiłe  ciała?  

      - Och, nie było z nimi a  tak  le. To dziewczyna mnie tak załatwiła.  

      - Powiedziałbym,  e warto było zapłaci .  

      - To nie było to, o czym my lisz. Chyba nas wrobiłem.  

      - Nas? Jak?  

      - Nie wiedziałem,  e to dziedziczka. Wróciłem w do  wesołym nastroju i 

uznałem,  e to jaka  pokojówka...  

      - Dara? - spytałem sztywniej c.  

      - Tak, ta sama. Klepn łem j  w pupci  i próbowałem namówi  na całusa czy 

dwa... - j kn ł. - Złapała mnie, podniosła do góry i przetrzymała nad głow . 

Potem powiedziała, kim jest, i pozwoliła mi spa . Człowieku, mam sto dziesi  

kilo  ywej wagi, a lot w dół trwał długo.  

      Napił si , a ja zachichotałem.  

      - Ona te  si   miała - powiedział ponuro. - Pomogła mi wsta  i wcale nie była 

obra ona. Przeprosiłem oczywi cie... Ten twój brat musi by  chłopem nie lada. 

Jeszcze nie spotkałem tak silnej dziewczyny. To, co potrafi zrobi  z m czyzn ... - 

w jego głosie zabrzmiał szacunek. Pokr cił głow  i wychylił kielich do ko ca. - To 

było przera aj ce. Nie mówi c ju  o tym,  e kr puj ce - doko czył.  

      - Przyj ła twoje przeprosiny?  

background image

 

79 

      - O tak. Zachowała si  bardzo uprzejmie. Powiedziała,  e mog  zapomnie  o 

całej sprawie i  e ona te  zapomni.  

      - Wi c czemu nie jeste  w łó ku i nie odsypiasz tego wszystkiego?  

      - Czekałem tu, bo spodziewałem si ,  e wrócisz o dziwnej porze. Chciałem jak 

najszybciej z tob  pogada .  

      - No to ci si  udało.  

      Wstał pomału i wzi ł swój kielich.  

      - Mo e wyjdziemy? - zaproponował.  

      - Niezła my l.  

      Po drodze zabrał karafk  brandy, co tak e uznałem za dobry pomysł. 

Poszli my obok domu  cie k  w gł b ogrodu. W ko cu siadł na starej kamiennej 

ławce pod wielkim d bem. Nalał sobie i mnie, wypił troch .  

      - Tak. Twój brat ma te  niezły gust, je li chodzi o trunki - zauwa ył.  

      Usiadłem przy nim i nabiłem fajk .  

      - Kiedy j  przeprosiłem i przedstawiłem si , rozmawiali my jeszcze chwil  - 

powiedział. - Gdy si  dowiedziała,  e jestem z tob , zadała mi mas  pyta  na 

temat Amberu, Cieni, ciebie i reszty rodziny.  

      Skrzesałem ognia.  

      - Powiedziałe  jej co ? - spytałem.  

      - Nie mógłbym, cho bym nawet chciał. Nie znałem odpowiedzi.  

      - To dobrze.  

      - Dało mi to jednak do my lenia. Benedykt chyba nie mówił jej zbyt wiele i 

rozumiem go. Lepiej przy niej uwa a , co si  mówi, Corwinie. Jest zanadto 

ciekawa.  

      Kiwn łem głow  i wypu ciłem z fajki kł b dymu.  

      - S  ku temu powody - wyja niłem. - I to bardzo istotne powody. Ale ciesz  

si ,  e zachowujesz rozs dek, nawet kiedy jeste  pijany. Dzi kuj ,  e mi 

powiedziałe .  

      Wzruszył ramionami i łykn ł brandy.  

      - Dobre ci gi działaj  trze wi co. Poza tym twój sukces tu mój sukces.  

      - To fakt. A jak ci si  podoba ta wersja Avalonu?  

      - Wersja? To jest mój Avalon - o wiadczył. -  yje ju  nowe pokolenie, ale to ta 

sama kraina. Odwiedziłem dzi  Cierniowe Pote, gdzie w twojej słu bie rozbiłem 

band  Jacka Haileysa. To było to samo miejsce.  

      - Cierniowe Pole - westchn łem.  

      - Tak, to jest mój Avalon - mówił dalej. - I wróc  tu na staro , o ile 

prze yjemy Amber.  

      - Wci  jeszcze chcesz jecha ?  

      - Cale  ycie marzyłem,  eby zobaczy  Amber... no, odk d pierwszy raz 

usłyszałem o nim od ciebie, w szcz liwszych czasach.  

      - Szczerze mówi c, nie pami tam, co mówiłem. Ale musiała to by  dobra 

opowie .  

      - Tej nocy byli my obaj cudownie pijani i zdawało mi si ,  e mówisz przez 

krótk  chwil  tylko. Płacz c opowiadałe  o pot nej górze Kolvir, o 

szmaragdowych i złotych wie ach miasta, o promenadach, balkonach, tarasach, 

kwiatach i fontannach... Zdawało si ,  e chwila ledwie min ła, lecz przeszła 

background image

 

80 

prawie cała noc, gdy   wit ju  był, gdy dotoczyli my si  do łó ek. Bo e! 

Potrafiłbym chyba naszkicowa  map  tego miejsca! Musz  je zobaczy , nim 

umr .  

      - Nie pami tam tej nocy - powiedziałem powoli. - Musiałem by  bardzo, ale tu 

bardzo pijany.  

      - W tamtych czasach umieli my si  bawi  - zachichotał. - I pami taj  nas 

tutaj. Ale jako tych, którzy  yli bardzo dawno temu... I wiele historii jest 

nieprawdziwych. Ale, do diabła, ilu ludzi potrafi porz dnie zapami ta  cho by to, 

co si  działo poprzedniego dnia?  

      Milczałem, paliłem i wspominałem dawne dzieje.  

      - ...Co nasuwa mi par  pyta  - dodał.  

      - Wal.  

      - Czy twój atak na Amber mocno skłóci ci  z Benedyktem?  

      - Sam chciałbym wiedzie , naprawd  - odparłem. My l ,  e tak, z pocz tku. 

Ale powinno mi si  uda  doko czy  moje przedsi wzi cie, zanim jakiekolwiek 

wezwanie zd y  ci gn  go do Amberu. To test, zanim zd y tam dotrze  z 

pomoc . On sam potrafi si  tam zjawi  natychmiast, je li tylko pomaga mu kto  z 

tnmtej strony. Ale to niewiele zmieni. Jestem pewien,  e zamiast rozbija  Amber 

na cz ci, raczej poprze ka dego, kto zdoła utrzyma  go w cało ci. Kiedy ju  

usun  Eryka, b dzie chciał mo liwie szybko zako czy  walk  i pogodzi si  z tym, 

e siedz  na tronie. Oczywi cie, przede wszystkim nie zaaprobuje ataku.  

      - O to wła nie mi chodzi. Czy to popsuje układy mi dzy wami?  

      - Nie przypuszczam. To czysto polityczna sprawa. Znamy si  od dzieci stwa i 

zawsze ł czyły nas obu lepsze stosunki ni  z Erykiem.  

      - Rozumiem. Siedzimy w tym razem, a Avalon zdaje si  teraz nale e  do 

Benedykta, zastanawiałem si  wi c, co powie na mój powrót tutaj. Czy 

znienawidzi mnie za to,  e ci pomagałem?  

      - Bardzo w tpi . To nie ten typ.  

      - Posun  si  wi c o krok dalej. Bóg mi  wiadkiem,  e jestem do wiadczonym 

ołnierzem, a je li zdob dziemy Amber, to Benedykt b dzie miał oczywisty tego 

dowód. Z unieruchomion  praw  r k , czy zgodziłby si  rozwa y  mianowanie 

mnie dowódc  swojej milicji?  wietnie znam teren. Mógłbym go zabra  na 

Cierniowe Pole i opowiedzie  o bitwie. Do diabła! Słu yłbym mu dobrze. Równie 

dobrze jak tobie.  

      Roze miał si .  

      - Przepraszam. Lepiej ni  tobie.  

      Zachichotałem i łykn łem brandy.  

      - To by było niezłe - stwierdziłem. - Oczywi cie, pomysł mi si  podoba. W tpi  

jednak, czy kiedykolwiek udałoby ci si  zdoby  jego zaufanie. Cała sprawa 

wydałaby mu si  moj , a  zbyt oczywist  intryg .  

      - Cholerna polityka! Nie oto mi idzie!  ołnierka jest wszystkim, co potrafi  

robi ! I kocham Avalon!  

      - Wierz  ci. Ale czy on ci uwierzy?  

      - B dzie mu potrzebny dobry oficer, skoro ma tylko jedn  sprawn  r k . 

Mógłby...  

      Wybuchn łem  miechem, lecz zaraz spowa niałem, gdy  głos mógł nie  si  

background image

 

81 

daleko. Chodziło mi te  o uczucia Ganelona.  

      - Przepraszam - powiedziałem. - Wybacz, prosz . Nic nie rozumiesz. Nie 

zdajesz sobie sprawy, kim był człowiek, z którym tamtej nocy rozmawiali my w 

namiocie. Mógł wyda  ci si  kim  zwyczajnym, do tego kalek . Ale to nie tak. 

Boj  si  Benedykta. Nie jest podobny do  adnej innej istoty ani w Cieniu, ani w 

realnym  wiecie. To Wielki Hetman Amberu. Czy potrafisz wyobrazi  sobie 

millennium? Tysi c lat? Kilka tysi cy? Czy mo esz poj  człowieka, który ka dy 

niemal dzie  tak długiego  ycia po wi cał na  wiczenia z broni , na strategi  i 

taktyk ? Widzisz go w male kim królestwie, dowodz cego skromn  milicj , z 

zadbanym sadem koło domu; lecz nie daj si  zwie . W jego głowie mie ci si  cała 

istniej ca wiedza wojskowa. Aby sprawdzi  swe teorie na temat sztuki wojennej, 

podró ował cz sto od Cienia do Cienia, obserwuj c kolejne warianty tej samej 

bitwy w minimalnie zmienionych okoliczno ciach. Dowodził armiami tak 

pot nymi,  e całymi dniami mógłby  patrze , jak maszeruj , i nie zobaczy  

ko ca kolumn. Strata r ki troch  go ogranicza, lecz z broni  czy bez, nie 

chciałbym z nim walczy . To szcz cie,  e nie ma  adnych planów co do tronu. 

Inaczej ju  by na nim zasiadł. A wtedy chyba zrezygnowałbym natychmiast i 

zło ył mu hołd. Boj  si  Benedykta.  

      Ganelon milczał przez chwil , a ja napiłem si , gdy  zaschło mi w gardle.  

      - To prawda, nie wiedzialem o tym - odezwał si  w ko cu. - B d  szcz liwy, 

je eli po prostu pozwoli mi wróci  do Avalonu.  

      - Na to mo esz liczy . Jestem pewien.  

      - Dara mówiła,  e miała od niego wiadomo ci. Postanowił skróci  swój pobyt 

na polu bitwy. Wraca prawdopodobnie jutro.  

      - Niech to szlag! - zakl łem wstaj c. - W takim razie musimy wyruszy  

wkrótce. Mam nadziej ,  e Doyle przygotował towar. Rano trzeba b dzie do 

niego pojecha  i załatwi  spraw . Chc  si  st d wynie , zanim wróci Benedykt.  

      - Wi c masz ju  te cude ka?  

      - Tak.  

      - Mog  je obejrze ?  

      Odwi załem od pasa i podałem mu sakiewk . Otworzył j  i wyj ł kilka 

kamieni. Poło ył je na lewej dłoni i wolno obracał palcami.  

      - Nie wygl daj  nadzwyczajnie - o wiadczył. O ile mog  to oceni  przy tym 

o wietleniu. Chwileczk ! Co  tu błyszczy! Nie...  

      - Naturalnie s  surowe. Trzymasz w r ku maj tek.  

      - Wstrz saj ce - stwierdził, wsypał kamienie do sakiewki i zawi zał j . - To 

było dla ciebie takie łatwe...  

      - Nie a  takie.  

      - Mimo wszystko tak szybko zebra  fortun , to wydaje si  troch  nie w 

porz dku.  

      Oddał sakiewk .  

      - Dopilnuj ,  aby  te  stał si  bogaty, kiedy ju  zako czymy robot  - 

obiecałem. - B dziesz miał rekompensat , gdyby Benedykt nie zaproponował ci 

stanowiska.  

      - Teraz, kiedy wiem, kim on jest, bardziej ni  kiedykolwiek jestem 

zdecydowany, by kiedy  dla niego pracowa .  

background image

 

82 

      - Zobaczymy, co da si  zrobi .  

      - Dzi ki, Corwinie. A co z naszym wyjazdem?  

      - Id  teraz i prze pij si , bo  ci gn  ci  z łó ka o  wicie. Gwiazda i  wietlik nie 

b d  zachwywne rol  koni poci gowych, ale trudno. Po yczymy jeden z wozów 

Benedykta i ruszymy do miasta. Pogonimy z robot  Doyle'a, tego jubilera, 

zabierzemy ładunek i odjedziemy w Cie  tak szybko, jak tylko st  da. Im wi ksz  

b dziemy mie  przewag , tym trudniej Benedyktowi b dzie nas wytropi . 

Gdyby my zyskali pół dnia, byłoby to praktycznie niemo liwe.  

      - A wła ciwie dlaczego miałoby mu tak zale e  na dogonieniu nas?  

      - Nie ufa mi ani troch . I słusznie. Czeka na mój ruch. Wie,  e jest tu co , 

czego potrzebuj , ale nie wie co. Chce si  dowiedzie , bo dzi ki temu uwolni 

Amber od jeszcze jednego zagro enia. Gdy tylko zrozumie,  e odjechali my na 

dobre, domy li si ,  e ju  to mamy, b dzie chciał to zobaczy .  

      Ganelon przeci gn ł si , ziewn ł i dopił brandy.  

      - Tak - powiedział. - Lepiej teraz odpocz ,  eby mie  potem siły na po piech. 

Teraz, kiedy wiem wi cej o Benedykcie, ta druga sprawa, o której chciałem ci 

powiedzie , wydaje si  mniej zaskakuj ca. Ale wcale nie mniej niepokoj ca.  

      - To znaczy...  

      Wstał, chwycił ostro nie karafk  i skin ł w stron   cie ki.  

      - Je li pójdziesz w tym kierunku - powiedział - miniesz  ywopłot znacz cy 

koniec tej altanki, wejdziesz w las, a potem przejdziesz jeszcze jakie  dwie cie 

kroków, dotrzesz do miejsca, gdzie ro nie niewielki zagajnik, na lewo, w 

zagł bieniu, ze cztery stopy poni ej  cie ki. W dole, przysypany li mi i przykryty 

gał ziami, jest  wie y grób. Znalazłem go, kiedy poszedłem na spacer i skr ciłem 

tam,  eby sobie ul y .  

      - Sk d wiesz,  e to grób?  

      Zachichotał.  

      - Kiedy doły zawieraj  ciała, to tak si  je zwykle nazywa. Jest do  płytki, a ja 

pogrzebałem troch  kijem. S  w nim cztery ciała: trzech m czyzn i kobieta.  

      - Od dawna nie  yj ?  

      - Od niedawna. Na oko par  dni.  

      - Zostawiłe  wszystko tak, jak było?  

      - Nie jestem durniem, Corwinie.  

      - Przepraszam. Ale ta sprawa mnie niepokoi, poniewa  w ogóle jej nie 

rozumiem.  

      - Najwyra niej sprawiali Benedyktowi kłopoty, a on zrewan ował im si  tym 

samym.  

      - By  mo e. Jacy oni byli? Jak zgin li?  

      - Nie szczególnego. Wszyscy w  rednim wieku, mieli poder ni te gardła, z 

wyj tkiem jednego z m czyzn, który dostał w brzuch.  

      - Dziwne. Tak, dobrze,  e ju  wyje d amy. Mamy za du o własnych 

problemów,  eby miesza  si  do cudzych.  

      - Zgadza si . No, to chod my do łó ek.  

      - Ty id . Ja jeszcze troch  posiedz .  

      - Skorzystaj z własnej rady i spróbuj troch  odpocz  - poradził ruszaj c w 

stron  domu. - Nie sied  tu i nie martw si .  

background image

 

83 

      - Nie b d .  

      - No to dobranoc.  

      - Zobaczymy si  rano.  

      Przygl dałem mu si , jak idzie  cie k . Miał racj , oczywi cie, lecz nie byłem 

jeszcze gotów, by pogr y  si  w nie wiadomo ci. Jeszcze raz przemy lałem swoje 

plany, by by  pewnym,  e niczego nie przeoczyłem, dopiłem brandy i odstawiłem 

kielich na ław . Potem wstałem i znacz c swój szlak obłoczkami fajkowego dymu, 

poszedłem przed siebie. Postanowiłem sp dzi  reszt  nocy na dworze i szukałem 

miejsce, gdzie mógłbym si  poło y .  

      Naturalnie zaw drowałem w ko cu  cie k  do zagajnika. Pogrzebałem troch  

w ziemi i stwierdziłem,  e istotnie kopano tu niedawno. Nie miałem nastroju, by 

przy ksi ycu dokonywa  ekshumacji - bez oporów uwierzyłem opowie ci 

Ganelona o tym, co tutaj znalazł. Sam wła ciwie nie wiem, po co tu przyszedłem. 

Ponure ci goty, jak s dz . Wolałem jednak nie kła  si  spa  w pobli u.  

      Przeszedłem na północno - zachodni kraniec ogrodu i odszukałem 

niewidoczne z domu miejsce. Rósł tu wysoki  ywopłot, a trawa była długa, 

mi kka i pachn ca słodko.  

      Roz cieliłem płaszcz i usiadłem. Wyci gn łem stopy pomi dzy chłodne  d bła 

i westchn łem. Ju  niedługo, pomy lałem. Cienie, diamenty, karabiny, Amber. 

Byłem w drodze. Rok temu gniłem w lochu, tak cz sto przekraczaj c tam i z 

powrotem granic  pomi dzy rozs dkiem a szale stwem,  e prawie j  zatarłem. 

Teraz widziałem znowu, byłem wolny, silny i miałem plan. Byłem szukaj c  

spełnienia gro b , bardziej  mierteln  ni  poprzednim razem. Teraz mój los nie 

wi zał si  z cudzymi zamiarami. Tylko ode mnie zale ał sukces b d  pora ka.  

      To było przyjemne uczucie, równie miłe jak trawa pod stopami i alkobol 

przes czaj cy si  do krwi i rozgrzewaj cy ciało. Wyczy ciłem fajk , odło yłem j  

na bok, przeci gn łem si , ziewn łem i zacz łem układa  do snu.  

      Co  poruszyło si  w dali. Oparłem si  na łokciach i próbowałem to co  

dostrzec. Nie musiałem długo czeka . Jaka  posta  sun ła powoli  cie k . Szła 

cicho i zatrzymywała si  cz sto. Znikn ła pod d bem, gdzie siedzieli my przedtem 

z Ganetonem, i nie pojawiła si  przez dłu sz  chwil . Potem przeszła jeszcze z 

pi dziesi t kroków, stan ła i zdawało mi si ,  e patrzy w moj  stron . A potem 

ruszyła prosto na mnie. Przechodziła obok k py krzaków i wynurzyła si  z cienia, 

gdy ksi yc o wietlił nagle jej twarz. Najwym niej wiedziała o tym, gdy  

u miech ła si  w moj  stron . Zwolniła podchodz c i zatrzymała si  tu  przede 

mn .  

      - Jak widz  - stwierdziła - twoja kwatera niezbyt ci odpowiada, lordzie 

Corwinie.  

      - Ale  nie - zaprzeczyłem. - Lecz noc jest tak pi kna,  e taki włócz ga jak ja 

nie potrafi si  oprze .  

      - Poprzedniej nocy zapewne tak e nie mogłe  si  oprze  - zauwa yła. - Mimo 

deszczu.  

      Usiadła na płaszczu obok mnie.  

      - Spałe  pod dachem, czy pod gołym niebem? - zapytała.  

      - Na dworze - odparłem. - Ale nie spałem. Prawd  mówi c nie spałem, odk d 

si  ostatnio widzieli my.  

background image

 

84 

      - A gdzie byłe ?  

      - Nad morzem. Przesypywałem piasek.  

      - Nie brzmi to przyjemnie.  

      - I nie było przyjemne.  

      - Wiele my lałam, odk d razem chodzili my w Cieniu.  

      - Wyobra am sobie.  

      - Tak e nie spałam wiele. Dzi ki temu słyszałam, jak wracasz, jak rozmawiasz 

z Ganelonem, wiedziałam,  e jeste  gdzie  tutaj, kiedy on wrócił sam.  

      - Miała  racj .  

      - Musz  si  dosta  do Amberu. Wiesz o tym. Musz  przej  Wzorzec.  

      - Wiem. Zrobisz to.  

      - Ale pr dko, Corwinie. Pr dko.  

      - Jeste  młoda, Daro. Masz mnóstwo czasu.  

      - Do licha! Czekałam całe  ycie... i nawet o tym nie wiedziałam! Czy nie ma 

sposobu,  ebym mogła wyruszy  zaraz?  

      - Nie.  

      - Dlaczego? Mógłby  szybko przeprowadzi  mnie przez Cienie, wprowadzi  

do Amberu, pozwoli  przej  Wzorzec...  

      - Gdyby nie zabili nas od razu, to przy odrobinie szcz cia mogliby my dosta  

na pewien czas s siednie cele. Albo dyby. Do egzekucji.  

      - Za co? Jeste  ksi ciem tego miasta. Mo esz robi , co chcesz.  

      Roze miałem si .  

      - Jestem banit , moja droga. Je eli wróc  do Amberu, to zostan   ci ty, o ile 

b d  miał szcz cie. Je eli nie, to czeka mnie co  znacznie gorszego, Jednak 

bior c pod uwag  wszystko, co zdarzyło si  poprzednim razem, s dz ,  e zabij  

mnie od razu. A ta uprzejmo  z pewno ci  obejmie tak e tych, co b d  mi 

towarzyszy .  

      - Oberon nie zrobiłby niczego takiego.  

      - Zrobiłby, gdyby został dostatecznie mocno sprowokowany. Zreszt  nie ma 

si  nad czym zastanawia . Oberona ju  nie ma. Eryk zasiada na tronie i nazywa 

siebie włado .  

      - Kiedy to si  stało?  

      - Kilka lat temu, według rachuby czasu Amberu.  

      - A dlaczego miałby pragn  ci  zabi ?  

      - Oczywi cie dlatego,  ebym ja nie mógł zabi  jego.  

      - Zrobiłby  to?  

      - Tak. I zrobi . S dz ,  e ju  niedługo.  

      Zwróciła do mnie twarz i spojrzała mi w oczy.  

      - Dlaczego?  

      -  eby samemu zasi

 na tronie. Widzisz, prawnie nale y do mnie. Eryk jest 

uzurpatorem. Dopiero niedawno, po torturach i kilku latach w lochu, udało mi si  

wymkn  z jego r k. Zrobił bł d i pozwolił sobie na luksus pozostawienia mnie 

przy  yciu, by móc si  napawa  moim nieszcz ciem. Nie przypuszczał,  e uda mi 

si  odzyska  wolno  i  e powróc , by znów mu zagrozi . Szczerze mówi c, ja te  

nie. Ale poniewa  miałem szcz cie i dostałem jeszcze jedn  szans , postaram si  

nie popełni  tej samej pomyłki co on.  

background image

 

85 

      - Ale on jest twoim bratem!  

      - Zapewniam ci ,  e niewielu jest ludzi bardziej  wiadomych tego faktu ni  on 

i ja.  

      - Jak s dzisz, kiedy zdołasz... zrealizowa  swój cel?  

      - Powiedziałem wczoraj,  e je li zdołasz zdoby  Atuty, masz skontaktowa  si  

ze mn  za jakie  trzy miesi ce. Je eli nie dasz rady, a wszystko pójdzie tak, jak 

zaplanowałem, dotr  do ciebie wkrótce po przej ciu władzy. Powinna  otrzyma  

mo liwo  spróbowania Wzorca przed upływem roku.  

      - A je li przegrasz?  

      - Wtedy b dziesz musiała poczeka  dłu ej. Dopóki Eryk nie zabezpieczy swej 

pozycji i póki Benedykt nie uzna go za króla. Widzisz, Benedykt wcale nie ma na 

to ochoty. Przez długi czas trzymał si  z dala od Amberu i, zdaniem Eryka, nie 

ma go ju  w ród  ywych. Gdyby pojawił si  teraz, musiałby si  opowiedzie  albo 

za, albo przeciw Erykowi. Je eli zrobi to pierwsze, to władza Eryka b dzie 

zapewniona, a za to Benedykt nie chce by  odpowiedzialny. Je li to drugie, to 

wybuchn  walki, a tego tak e nie chce mie  na sumieniu. Nie chce korony dla 

siebie. Jedynie pozostaj c całkowicie poza scen  mo e zapewni  spokój. Gdyby 

si  zjawił i odmówił zaj cia jakiegokolwiek stanowiska, byłoby tu równowa ne z 

zanegowaniem prawa Eryka do tronu, wi c tak e spowodowałoby kłopoty. A 

gdyby przybył tam razem z tob , to musiałby zrerygnowa  z własnego zdania, 

gdy  Eryk wywierałby na niego nacisk przez ciebie.  

      - Wi c je eli przegrasz, mog  nigdy nie zobaczy  Amberu?  

      - Przedstawiam ci tylko sytuacj  tak, jak j  widz . Na pewno istnieje wiele 

czynników, o których nie mam poj cia. Przez dłu szy czas byłem wył czony z 

obiegu.  

      - Musisz wygra ! - o wiadczyła. - Czy dziadek ci  poprze? - dodała po chwili.  

      - W tpi . Sytuacja jednak b dzie inna. Wiem o nim i o tobie. Nie b d  go 

prosił o pomoc. Jak długo nie wyst puje przeciwko mnie, jestem zadowolony. A 

nie wyst pi, je eli b d  szybki, skuteczny i zwyci ski. Nie b dzie zachwycony,  e 

dowiedziałem si  o tobie, ale kiedy si  przekona,  e nie chc  ci zrobi  krzywdy, 

wszystko uło y si  dobrze.  

      - Dlaczego mnie nie wykorzystasz? To wydawałoby si  logiczne.  

      - Zgadza si . Ale odkryłem,  e ci  lubi  - wyja niłem. - To załatwia spraw .  

      Roze miała si .  

      - Oczarowałam ci ! - stwierdziła.  

      Parskn łem.  

      - Tak, na swój własny, delikatny sposób: ostrzem miecza.  

      Spowa niała nagle.  

      - Dziadek wraca jutro - powiedziała. - Czy ten twój człowiek, Ganelon, mówił 

ci o tym?  

      - Tak.  

      - I jak to wpływa na twoje plany?  

      - Zanim wróci, mam zamiar by  ju  piekielnie daleko st d.  

      - A co on zrobi?  

      - Przede wszystkim rozgniewa si  na ciebie za to,  e jeste  tutaj. Potum b dzie 

chciał wiedzie , jak udało ci si  wróci  i ile mi o sobie powiedziała .  

background image

 

86 

      - I co mam mu powiedzie?  

      - Prawd  o swoim powrocie. To mu da do my lenia. Co do twojego statusu, to 

kobieca intuicja ostrzegła ci  przede mn  i obrała  wobec mnie t  sam  lini  

post powania, co wobec Juliana i Gerarda. 0 mnie powiedz,  e po yczyłem wóz i 

pojechałem z Ganelonem do miasta, i  e wrócimy pó no.  

      - A gdzie pojedziecie naprawd ?  

      - Do miasta, ale na krótko. I nie wrócimy. Potrzebuj  mo liwie du ej 

przewagi, gdy  Benedykt potrafi tropi  mnie poprzez Cie . Do pewnego czasu.  

      - Zatrzymam go dla ciebie najlepiej, jak potrafi . Czy nie miałe  zamiaru 

zobaczy  si  ze mn  przed wyjazdem?  

      - Cbciałem przeprowadzi  t  rozmow  rano. Załatwiła  j  przed czasem, bo 

była  niespokojna.  

      - Wi c ciesz  si ,  e byłam... niespokojna. Jak chcesz zdoby  Amber?  

      Pokr ciłem głow .  

      - Nie powiem ci, drogi Daro. Ka dy spiskuj cy ksi

 musi zachowa  dla 

siebie kilka drobnych sekretów. To wła nie jeden z nich.  

      - Dziwie si ,  e w Amberze jest tyle nieufno ci i intryg.  

      - Dlaczego? Wsz dzie masz takie same konflikty. S  wokół ciebie zawsze, gdy  

wszystkie Cienie bior  sw  form  z Amberu.  

      - Trudno to zrozumie .  

      - Zrozumiesz to pewnego dnia. I na razie na tym poprzesta my.  

      - Wi c wytłumacz mi co innego. Poniewa  radz  ju  sobie troch  z Cieniami, 

nawet bez Wzorca, powiedz mi dokładniej, jak to robisz. Chc  by  w tym lepsza.  

      - Nie! - powiedziałem stanowczo. - Nie chc , by  bawiła si  z Cieniem, dopóki 

nie b dziesz gotowa - To niebezpieczne, nawet po przej ciu Wzorca. Robienie 

tego wcze niej jest szale stwem. Wtedy miała  szcz cie, ale nie próbuj po raz 

drugi. Pomog  ci w tym nie mówi c wi cej na ten temat.  

      - Dobrze - zgodziła si . - Chyba mog  zaczeka .  

      - Chyba mo esz. Nie gniewasz si ?  

      - Nie. Zreszt ... - za miała si . - Nic by mi to nie dało. Na pewno wiesz, co 

mówisz. Ciesz  si ,  e troszczysz si  o mnie.  

      Mrukn łem co , a ona wyci gn ła r k  i dotkn ła mojego policzka. 

Spojrzałem na ni . Jej twarz wolno zbli ała si  do mojej, bez u miechu, z lekko 

rozchylonymi wargami i przymkni tymi oczyma. Pocałowali my si . Poczułem, 

jak jej r ce obejmuj  moj  szyj  i ramiona, a moje czyni  to samo. Zaskoczenie 

przemieniło si  w słodycz, a potem w uczucie ciepła i ekscytacji.  

      Je li Benedykt dowie si  o tym kiedykolwiek, b dzie na mnie bardziej ni  

troch  rozgniewany.  

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

87 

Rozdział 7 

 

Wóz skrzypiał monotonnie, a sło ce, cho  ju  niskie nad zachodnim 

horyzontem, wci  zalewało nas gor cymi potokami  wiatła. Z tyłu mi dzy 

skrzyniami chrapał Ganelon. Zazdro ciłem mu tego hała liwego zaj cia - spał ju  

od kilku godzin, a dla mnie był to trzeci dzie  bez odpoczynku.  

      Byli my pi tna cie mil od miasta i zmierzali my na północny wschód. Doyle 

nie załatwił mojego zamówienia do ko ca, ale przekonali my go z Ganelonem, 

eby zamkn ł sklep i przyspieszył produkcj . Spowodowało to przekl te 

kilkugodzinne spó nienie. Byłem zbyt spi ty, by wtedy zasn . Teraz tak e nie 

mogłem sobie na to pozwoli , jad c na skróty przez Cienie.  

      Zepchn łem na bok zm czenie i wieczór; znalazłem kilka chmur daj cych 

cie . Jechali my such  gliniast  drog , z gł bokimi koleinami. Glina miała 

paskudny  ółty odcie ; trzeszczała i sypała si  pod kołami. Na obu poboczach 

zwisały bezsilnie brunatne  d bła trawy, niskie i poskr cane drzewa wystawiały 

s kate konary. Cz sto mijali my łupkowe wychodnie.  

      Dobrze zapłaciłem Doyle'owi za jego mieszank . Kupiłem te  niebrzydk  

bransolet , któr  poleciłem nast pnego dnia dostarczy  Darze. Sakiewk  z 

diamentami miałem u pasa, Grayswandir le ał pod r k . Gwiazda i  wietlik szły 

równo i bez wysiłku.  

      Znalazłem si  na drodze do zwyci stwa.  

      Ciekawe, czy Benedykt wrócił ju  do domu. Zastanawiałem si , jak długo 

pozwoli si  oszukiwa  w kwestji miejsca mojego pobytu. Nadal był gro ny. 

Bardzo daleko mógł pod a  tropem przez Cie , a ja zostawiałem wyra ny  lad. 

Có , nie miałem wyboru. Potrzebowałem wozu, wi c nie mogłem jecha  szybciej, 

a nie dałbym sobie rady z jeszcze jednym piekielnym rajdem. Dokonywałem 

zmian powoli i ostro nie, a  nadto  wiadom swych przyt pionych zmysłów i 

narastaj cego zm czenia. Miałem nadziej ,  e stopniowe nakładanie si  zmian i 

odległo  zbuduje mi dzy mn  a Benedyktem barier , która wkrótce stanie si  

nie do przebycia.  

      Znalazłem drog  z pó nego popołudnia z powrotem w  rodek dnia, cho  

zatrzymałem pochmurne niebo - potrzebne mi było jedynie  wiatło, nie upał. 

Potem udało mi si  zlokalizowa  lekki wietrzyk. Zwi kszał prawdopodobie stwo 

deszczu, ale opłacał si . Nie mo na mie  wszystkiego.  

      Walczyłem z ogarniaj c  mnie senno ci  i pragnieniem, by zbudzi  Ganelona. 

Mogłem zwyczajnie zwi kszy  dystans o par  mil pozwalaj c mu powozi , kiedy 

ja b d  spał. Bałem si  tego jednak na pocz tkowym etapie podró y. Zbyt wiele 

rzeczy pozostało jeszcze do zrobienia. Cbciałem mie  wi cej dziennego  wiatła, 

ale pragn łem te  lepszej drogi i niedobrze mi si  robiło od tej cholernej  ółtej 

gliny. Musiałem zrobi  co  z chmurami i cały czas pami ta , dok d zmierzamy...  

      Przetarłem oczy i kilka razy odetchn łem gł boko. W głowie wszystko 

zaczynało mi skaka , a monotonne klap - klap ko skich kopyt i skrzypienie wozu 

działały usypiaj co. Nie czułem ju  kołysania i wstrz sów. Lejce lu no zwisały mi 

w r kach, a raz zdrzemn łem si  i wypu ciłem je. Na szcz cie konie  wietnie 

wiedziały, czego si  od nich oczekuje.  

      Po pewnym czasie pokonali my długi łagodny podjazd wiod cy w 

background image

 

88 

przedpołudnie. Niebo było ju  całkiem ciemne. Kilka mil i z dziesi  zakr tów 

zaj ło mi cz ciowe rozproszenie płaszcza chmur. Burza szybko zmieniłaby nasz 

szlak w rz k  błota. Skrzywiłem si  na t  my l, zostawiłem niebo i znowu zaj łem 

si  drog .  

      Dotarli my do wal cego si  mostu, zawieszonego nad korytem wyschni tego 

strumienia. Po drugiej stronie droga była bardziej równa i mniej  ółta. W miar  

dalszej jazdy stawała si  coraz ciemniejsza, gładsza i twardsza, a trawa 

zazieleniła si  po bokach.  

      Tymczasem jednak zacz ło pada .  

      Walczyłem z tym przez chwil , zdecydowany nie rezygnowa  z mojej trawy i 

ciemnego, łatwego szlaku. Głowa mnie rozbolała, lecz deszcz ustał  wier  mili 

dalej i znowu wyszło sło ce.  

      Sło ce... ach tak, sło ce.  

      Toczyli my si  dałej; droga opadała w doł, wij c si  po ród jasnych drzew. 

Zjechali my w chłodn  kotlink  i przejechali my jeszcze jeden mostek, tym 

razem z płyn c  w dole stru k . Owin łem lejce wokół nadgarstka, bo raz po raz 

zapadałem w drzemk . Jakby z wielkiej odległo ci koncentrowałem uwag , 

prostuj c, wybieraj c...  

      W gł bi lasu po prawej stronie ptaki pow tpiewały w nastanie dnia. Krople 

rosy l niły na trawie i li ciach. Było chłodno; sko ne promienie porannego sło ca 

przebijały si  przez korony drzew...  

      Moje ciało nie dało si  jednak oszuka  przebudzeniem tego Cienia. Z ulg  

dosłyszałem, jak Ganelon z tyłu rusza si  i klnie. Gdyby nie oprzytomniał sam, 

wkrótce musiałbym go obudzi .  

      Wystarczy. Delikatnie  ci gn łem lejce, a konie poj ły mój zamiar i 

zatrzymały si . Byli my wci  na podje dzie, wi c zaci gn łem hamulec i 

si gn łem po butl  z wod .  

      - Hej! - odezwał si  Ganelon, kiedy piłem. - Zostaw dla mnie kropelk !  

      Oddałem mu butl .  

      - Ty teraz powozisz - powiedziałem. - Ja musz  si  przespa .  

      Pił przez pół minuty, po czym gło no wypu cił z płuc powietrze.  

      - Dobra - zgodził si , przechodz c przez klap  i zeskakuj c na drog . - Ale 

czekaj chwil . Natura wzywa. Zszedł na bok, a ja wczołgałem si  do wozu i 

uło yłem na jego miejscu, ze zwini tym płaszczem pod głow . Chwil  pó niej 

usłyszałem, jak wspina si  na kozioł. Poczułem wstrz s, kiedy zwolnił bamulec. 

Cmokn ł i potrz sn ł lejcami.  

      - Czy to ranek? - zawołał w moj  stron .  

      - Tak.  

      - Bo e, przespałem cały dzie  i cał  noc!  

      - Nie. Dokonałem paru zmian w Cieniach - wyja niłem. - Spałe  sze  czy 

siedem godzin.  

      - Nie rozumiem. Ale nie szkodzi, wierz  ci. Gdzie jeste my?  

      - Wci  jedziemy na północny wschód - odparłem. - Jakie  dwadzie cia mil od 

miasta i mo e dwana cie do domu Benedykta. Poruszali my si  tak e w Cieniu.  

      - Co mam robi ?  

      - Trzymaj si  drogi. Potrzebna nam jest odległo .  

background image

 

89 

      - Czy Benedykt mo e nas jeszcze dogoni ?  

      - Chyba tak. Dlatego nie mo emy da  koniom odpocz .  

      - W porz dku. Jest co  specjalnego, na co powinienem uwa a ?  

      - Nie.  

      - A kiedy ci  obudzi ?  

      - Nigdy.  

      Umilkł. Czekałem, a  zga nie moja  wiadomo  i oczywi cie my lałem o 

Darze. Z niewielkimi przerwami my lałem o niej cały dzie . Zaj cie nie było 

przeze mnie zaplanowane. Nawet nie my lałem o niej jako o kobiecie, póki nie 

znalazła si  w moich ramionach i nie zmieniła mojego pogl du na t  spraw . W 

chwil  pó niej kontrol  przej ł rdze  kr gowy redukuj c prac  mózgu do 

odruchów podstawowych, tak jak tłumaczył mi to kiedy  Freud. Nie mog  

zrzuca  winy na alkohol, gdy  nie wypiłem go a  tyle i niespecjalnie na mnie 

podziałał. A dlaczego w ogóle chciałem zrzuci  win  na cokolwiek? Bo czułem si  

nie całkiem w porz dku. Nie chodziło o pokrewie stwo - było zbyt dalekie, by 

bra  je pod uwag . Nie s dz , bym nieuczciwie wykorzystał sytuacj  - wiedziała, 

co robi, kiedy mnie szukała. To okoliczno ci skłaniały mnie do kwestionowania 

moich motywów, nawet w trakcie zaj cia. Nie tylko na jej przyja ni mi zale ało, 

gdy rozmawiałem z ni  za pierwszym razem i brałem na spacer w Cie . 

Chciałem, by cz  jej lojalno ci, przywi zania, uczucia dla Benedykta przeszła 

na mnie. Pragn łem mie  j  po swojej stronie jako potencjalnego sprzymierze ca 

w miejscu; które mogło si  sta  wrogim obozem. Miałem nadziej ,  e b d  mógł 

j  wykorzysta , gdyby sprawy poszły  le. To prawda, lecz nie chciałem uwierzy , 

e tylko dlatego si  z ni  kochałem. Bałem si  jednak,  e tak wła nie było, 

przynajmniej po cz ci. A to sprawiało,  e czułem si  troch  nieprzyjemnie i 

bardziej ni  troch  niegodziwie. Dlaczego? W swoim czasie dokonywnłem 

czynów, które wielu ludzi uznałoby za du o gorsze. i niespecjalnie si  tym 

przejmowałem. Było mi ci ko, bo znałem wyja nienie, cho  nie bardzo chciałem 

je uzna . Zale ało mi na tej dziewczynie. To było oczywiste. Uczucie to było 

zupełnie inne od przyja ni, która ł czyła mnie z Lorraine - przyja  pary 

weteranów, zawieraj cej element wspólnego zm czenia  yciem. Nie miało te  w 

sobie tej niedawnej zmysłowo ci, która zaistniała na krótko pomi dzy Moire i 

mn , zanim po raz drugi przeszedłem Wzorzec. Znałem Dar  tak krótko,  e 

wszystko to było niemal alogiczne. Byłem człowiekiem, któremu ci yły prze yte 

stuiecia. A jednak... Od wieków nie odczuwałem niczego takiego. Nie pami tałem 

ju , jak to jest. Do tej chwili. Nie chciałem jej kocha . Nie teraz. Mo e kiedy , 

pó niej. Ale jeszcze lepiej wcale. Nie była odpowiednia dla mnie. Była dzieckiem. 

Cokolwiek zechciałaby zrobi , cokolwiek uznałaby za nowe i fascynuj ce, 

wszystko to miałem ju  za sob . Nie, to nie mogło si  zdarzy . Nic by mi nie 

przyszło z tego uczucia. Nie powinienem pozwoli ...  

      Ganelon zarzucił fałszywie jak  spro n  przy piewk .  

      Wóz trz sł i skrzypiał, wspinaj c si  w gór . Sło ce za wieciło mi w oczy, wi c 

zasłoniłem twarz ramieniem.  

      Mniej wi cej wtedy chwyciło mnie i  cisn ło mocno zapomnienie.  

       

       

background image

 

90 

      Gdy si  przebudziłem, min ło ju  południe. Czułem si  lepki od brudu. 

Napiłem si  wody, wylałem troch  na dło  i przemyłem oczy. Przeczesałem 

palcami włosy i rozejrzałem si .  

      Wokół nas pełno było zieleni i wysoka trawa rosła mi dzy k pami drzew. Poza 

kilkoma chmurkami niebo było czyste. Blask i cie  zast powały si  nawzajem w 

do  regularnych odst pach czasu. Dmuchał lekki wietrzyk.  

      - Znowu mi dzy  ywymi! Dobrze! - odezwał si  Ganelon, kiedy przecisn łem 

si  do przodu i zaj łem miejsce obok niego. - Konie s  zm czone, Corwinie, a ja 

tak e ch tnie bym rozprostował ko ci. Jestem porz dnie głodny, a ty?  

      - Ja te . Skr  w t  ocienion  polank ; zrobimy krótki postój.  

      - Wolałbym przejecha  kawałek dalej - o wiadczył.  

      - Masz jakie  wa ne powody?  

      - Tak. Chc  ci co  pokaza .  

      - No to jazda.  

      Przeczłapali my jeszcze mił . Droga skr ciła bardziej na północ, potem było 

wzgórze, a kiedy dotarli my na wierzchołek, zobaczyli my drugie, jeszcze wy sze.  

      - Jak daleko chcesz jeszcze jecha ? - spytałem.  

      - Podjed my na tamt  górk  - odparł. - Stamt d powinni my ju  to zobaczy .  

      - Dobrze.  

      Konie z wysiłkiem wspinały si  w gór , a ja wysiadłem i popychałem wóz z 

tyłu. Kiedy stan li my wreszcie na szczycie, czułem,  e lepi  si  jeszcze bardziej 

od potu, ale obudziłem si  ju  zupełnie. Geneton szarpn ł lejce, zaci gn ł 

hamulec, przeszedł do wn trza wozu i wspi ł si  na skrzynie. Osłaniaj c dłoni  

oczy spojrzał w lewo.  

      - Corwinie, chod  tu na gór !  

      Wszedłem na tyln  klap , a on przykucn ł, podał mi dło  i pomógł wspi  si  

na paki. Stan łem obok niego. Wyci gn ł r k , a ja spojrzałem tam, gdzie 

wskazywał.  

      Jakie  trzy czwarte mili od nas, od lewej do prawej i tak daleko, jak tylko 

si gałem wzrokiem, biegła szeroka czarna wst ga. Znajdowali my si  o par set 

metrów powy ej i mogli my widzie  mniej wi cej pół mili jej długo ci. Miała 

kilkadziesi t metrów szeroko ci i cho  zakrzywiała si  i dwukrotnie skr cała w 

polu widzenia, odległo  od brzegu do brzegu wydawała si  w przybli eniu stała. 

Wewn trz rosły drzewa, wszystkie czarne.  

      Zdawało mi si ,  e dostrzegam jaki  ruch, ale nie wiem, co to było. Mo e tylko 

wiatr poruszał rosn c  u jej brzegów czarn  traw . Miałem jednak wra enie,  e 

wst ga płynie niby szeroka ciemna rzeka.  

      - Co to jest? - spytałem.  

      - Miałem nadziej ,  e mo e ty mi wyja nisz - odrzekł Ganeton. - My lałem,  e 

to mo e cz  tej twojej magii cieni.  

      Powoli pokr ciłem głow .  

      - Byłem senny, ale pami tałbym, gdybym spowodował pojawienie si  czego  

tak niezwykłego. Sk d wiedziałe ,  e to tam jest?  

      - Kiedy spałe , przejechali my par  razy w pobli u tego czego , nim 

oddalili my si  znowu. Zrobiło to na mnie bardzo nieprzyjemne wra enie... ale 

jakby znajome. Czy tu ci czego  nie przypomina?  

background image

 

91 

      - Tak, przypomina. Niestety.  

      Kiwn ł głow .  

      - Podobne jest do tego przekl tego Kr gu w Lorraine. Wła nie do niego.  

      - Czarna droga... - mrukn łem.  

      - Co?  

      - Czarna droga - powtórzyłem. - Wspominała o niej. Nie wiedziałem, o co 

chodzi, ale teraz zaczynam rozumie . Nie jest dobrze.  

      - Jeszcze jeden zły omen?  

      - Boj  si ,  e tak.  

      Zakl ł.  

      - Czy ju  zaraz b dziemy mie  kłopoty?  

      - Chyba nie, ale nie jestem pewien.  

      Zlazł ze skrzy  na dół, a ja za nim.  

      - Wi c poszukajmy jakiej  trawy dla koni, a przy okazji mo emy si  

zatroszczy  o własne  oł dki.  

      - Tak.  

      Przeszli my na kozioł i Ganelon chwycił lejce. Odpowiednie miejsce 

znale li my u stóp wzgórza. Zabawili my tam prawie godzin , rozmawiaj c 

głównie o Avalonie. Nie mówili my wi cej o czarnej drodze, cho  my lałem o niej. 

Naturalnie, trzeba było przyjrze  si  jej z bliska.  

      Kiedy byli my ju  gotowi, ja wzi łem lejce. Konie, które zd yły troch  

odpocz , szły równym krokiem.  

      Ganelon siedział przy mnie, wci  w nastroju do rozmów.  

      Teraz dopiero zaczynałem pojmowa , jak wiele znaczył dla niego ten powrót. 

Odwiedził kilka spelunek z okresu swej banicji i ze cztery pola bitew, gdzie 

odznaczył si  ju  jako szanowany oficer. Poruszyły mnie jego wspomnienia. Ten 

człowiek był tak niezwykł  mieszanin  złota i gliny,  e powinien urodzi  si  w 

Amberze.  

      Szybko mijała mila za mil , i zbli yli my si  znowu do czarnej drogi, kiedy 

poczułem znajome ukłucie. Podałem lejce Ganelonowi.  

      - Trzymaj! - rozkazałem. - I jed !  

      - Co si  stało?  

      - Pó niej. Po prostu jed  dalej.  

      - Mam pop dzi  konie?  

      - Nie. Normalne tempo. Nie odzywaj si  przez chwil .  

      Zamkn łem oczy, oparłem głow  na r kach, opró niłem umysł z wszelkich 

my li i wzniosłem mur wokół tej pustki. Nie ma nikogo w domu. Wyszedłem na 

lunch. Biuro nieczynne. To mieszkanie jest wolne. Nie przeszkadza . Wst p 

wzbroniony. Uwaga, zły pies. W czasie deszczu niebezpiecze stwo po lizgu. 

Uwaga, spadaj ce skały. Do wyburzenia w zwi zku z przebudow ... Nacisk 

zmalał, a potem uderzył znowu, mocno. Zablokowałem go. Pó niej nadeszła 

trzecia fala - i t  tak e powstrzymałem. Potem wszystko min ło. Odetchn łem, 

masuj c palcami powieki.  

      - Ju  dobrze - powiedziałem.  

      - Co si  stało?  

      - Kto  próbował poł czy  si  ze mn  poprzez bardzo szczególne  rodki. 

background image

 

92 

Benedykt, prawie na pewno. Do tej pory musiał si  dowiedzie  o wielu sprawach i 

pewnie chce nas zatrzyma . Teraz ja b d  powoził. Boj  si ,  e niedługo b dzie 

ju  na naszym tropie. Ganelon oddał mi lejce.  

      - Jakie mamy szanse,  eby mu si  wymkn ?  

      - Powiedziałbym,  e całkiem niezłe teraz, kiedy dzieli nas spora odległo . Jak 

tylko przestanie mi si  kr ci  w głowie, spróbuj  przeskoczy  jeszcze par  Cieni. 

Jechali my, szlak wił si  i skr cał, przez pewien czas prowadził równolegle do 

czarnej drogi, potem zbli ył si  do niej. W ko cu dzieliło nas ju  ledwie kilkaset 

jardow. Ganelon przygl dał si  jej przez chwil  w milczeniu.  

      - Za bardzo przypomina tamto miejsce - o wiadczył. - Te kł bki mgły, to 

wra enie,  e cały czas dostrzegasz k tem oka jaki  ruch...  

      Przygryzłem warg . Byłem zlany potem. Próbowałem oddali  si  od tej drogi, 

lecz napotkałem opór. Nie było to owo uczucie monolitycznej niewzruszalno ci, 

jakie pojawia si  przy próbie ruchu przez Cie  w Amberze.  

      To była raczej... nieuchronno . Oczywi cie, przemieszczali my si  w Cieniu. 

Sło ce wzeszło wy ej, powracaj c do południa, gdy  wolałem wieczorem nie 

znale  si  w pobli u tego czego . Niebo straciło nieco bł kitu, drzewa wokół 

strzeliły w gór , a na horyzoncie pojawiło si  pasmo gór.  

      Czy by ta droga przecinała Cie ?  

      Na pewno. Gdyby nie, to czemu Julian i Gerard by jej szukali i byli 

zaintrygowani na tyle, by próbowa  j  zbada ?  

      Nie byłem z tego zadowolony, lecz wydawało si ,  e ta droga i ja mamy ze 

sob  wiele wspólnego.  

      Niech to diabli!  

      Jechali my wzdłu  niej, a odległo  stopniowo malała. W ko cu nie była 

wi ksza ni  trzydzie ci metrów. Dwadzie cia...  

       ci gn łem lejce. Nabiłem fajk  i pal c spogl dałem na t  przeszkod . 

Gwiazda i  wietlik najwyra niej nie były zachwycone czarnym pasmem, które 

przeci ło nam drog ; r ały i starały si  skr ci  w bok. Je li chcieli my trzyma  si  

drogi, musieli my przeci  czarn  wst g  na ukos. Cz  jej obszaru była 

niewidoczna, ukryta za szeregiem niewysokich kamiennych pagórków. Na 

granicy czerni rosła g sta trawa, której w skie pasma wida  było tak e u stóp 

wzgórz. Przemykały w ród nieh strz py mgły, a wokół unosił si  ledwo widoezny 

opar. Niebo ogl dane przez powietrze tego miejsce było o kilka odcieni 

ciemniejsze i wydawało si  brudne, jakby okopcone. Zalegała cisza, nie b d ca 

jednak spokojem. Zdawało si  niemal,  e jaka  niewidoczna istota czai si  

wstrzymuj c oddech.  

      A potem usłyszeli my krzyk. Głos nale ał do kobiety. Czy by stary numer z 

dziewic  w niebezpiecze stwie? Wołanie dochodziło gdzie  z prawej strony, zza 

skałek.  

      Było bardzo podejrzane, lecz mimo to - do licha - mogło by  prawdziwe.  

      Rzuciłem Ganelonowi lejce i chwyciwszy Grayswandira zeskoczyłem na 

ziemi .  

      - Zobacz , o co chodzi - rzuciłem i skoczyłem na prawo, przeskakuj c 

biegn cy wzdłu  drogi rów.  

      - Wracaj szybko!  

background image

 

93 

      Przedarłem si  przcz jakie  krzaki i wspi łem na kamieniste zbocze. Potem 

przepchn łem si  przez kolejny g szcz. Zacz łem wchodzi  wy ej. Znów dobiegł 

mnie krzyk, lecz teraz słyszałem te  inne głosy. W ko cu dotarłem na wierzchołek 

i mogłem si gn  spojrzeniem dalej.  

      Czarny obszar zaczynał si  o jakie  pi tna cie metrów ode mnie, w dole, a 

scena, któr  zobaczyłem, rozgrywała si  pi dziesi t metrów od granicy.  

      Je li nie liczy  płomieni, obraz był czarno - biały. Kobieta, cała w bieli i z 

rozpuszczonymi czarnymi włosami, si gaj cymi do pasa, przywi zana była do 

jednego z ciemnych drzew. U jej stóp płon ły zło one na stos gał zie. Pół tuzina 

włochatych m czyzn - albinosów, prawi  całkiem nagich i rozbieraj cych si  

dalej, chodziło dookoła, poszturchuj c kijami kobiet  i płon cy stos. Raz po raz 

chwytali si  za l d wie. Płomienie były ju  wysokie i suknia ofiary zaczynała si  

tli . Jej szaty były poszarpane i podarte. Dostrzegłem pod nimi pi kne, zmysłowe 

kształty. Przez kł by dymu nie mogłem dojrze  twarzy.  

      Ruszyłem naprzód i przekroczyłem granic  czerni, przeskakuj c długie, 

spl tane trawy. Wpadłem pomi dzy m czyzn i zanim si  zorientowali,  ci łem 

głow  jednemu i przebiłem drugiego na wylot. Pozostali krzycz c starali si  

dosi gn  mnie kijami. Grayswandir pracował wytrwale, póki wszyscy nie padli 

bez ruchu. Ich krew była czarna.  

      Odwróciłem si  i wstrzymuj c oddech rozrzuciłem nogami płon ce gał zie. 

Potem zbli yłem si  do kobiety i rozci łem jej wi zy. Szlochaj c padła mi w 

ramiona. Wtedy dopiero zobaczyłem jej twarz - a raczej nie zobaczyłem. Nosiła 

mask  z ko ci słoniowej, owaln  i wypukł , zupełnie gładk  poza dwoma 

prostok tnymi wyci ciami na oczy. Odci gn łem j  od ognia i krwi. Dyszała 

ci ko przyciskaj c si  do mnie całym ciałem. Odczekawszy nale ycie - moim 

zdaniem - dług  chwil , spróbowałem si  uwolni . Lecz ona nie chciała mnie 

pu ci , a była przy tym zaskakuj co silna.  

      - Ju  po wszystkim - zapewniłem j  jako  tak czy podobnie, równie banalnie.  

      Niezgrabnie pieszczotliwymi ruchami przesuwała dłonie po moim ciele. Miało 

to niepokoj cy efekt - z ka d  chwil  była bardziej atrakcyjna. Stwierdziłem,  e 

głaszcz  jej włosy. I cał  reszt .  

      - Ju  po wszystkim - powtórzyłem. - Kim jeste ? Dlaczego chcieli ci  spali ? 

Kim byli?  

      Nie odpowiedziała. Przestała szlocha , cho  wci  oddychała ci ko. Tyle  e 

ju  w inny sposób.  

      - Dlaczego nosisz mask ?  

      Si gn łem po ni , lecz gwałtownym ruchem cofn ła głow .  

      Zreszt  problem nie wydawał mi si  specjalnie wa ny. Jaka  chłodna, 

logiczna cz  mego umysłu wiedziała wprawdzie,  e ta nami tno  jest 

nieracjonalna, lecz byłem bezsilny niczym bogowie epikurejczyków. Pragn łem 

jej i byłem gotów j  posi

.  

      Wtedy usłyszałem Ganelona wykrzykuj cego moje imi . Spróbowałem 

odwróci  si  w tamt  stron . Powstrzymała mnie. Byłem zdumiony jej sił .  

      - Dzieci  Amberu - dobiegł mnie jej jakby znajomy głos. - Jeste my ci to winni 

za wszystko, co nam dałe , i teraz b dziemy mie  ci  całego.  

      Znów usłyszałem głos Ganelona, jednostajnie wykrzykuj cy przekle stwa.  

background image

 

94 

      Wyt yłem siły i u cisk osłabł. Wyci gn łem r k  i zerwałem mask  z jej 

twarzy. Uwalniaj c si , słyszałem jej gniewny okrzyk, a gdy maska opadła, cztery 

ko cowe słowa, coraz cichsze:  

      - Amber musi by  zniszczony!  

      Pod mask  nie było twarzy. Nie było nic.  

      Suknia opadła i zawisła mi na ramieniu. Kobieta - czy cokolwiek to było - 

znikn ła.  

      Obejrzałem si  szybko. Genelon le ał na samej granicy czerni ze skr conymi 

nienaturalnie nogami. Jego miecz wznosił si  wolno i opadał, lecz nie widziałem, 

w co uderza. Ruszyłem do .  

      Czarne trawy, nad którymi przedtem przeskakiwałem, owin ły si  wokół jego 

kostek. Nawet gdy je odcinał, inne si gały ku niemu, jakby chciały pochwyci  

r k  z mieczem. Udało mu si  cz ciowo oswobodzi  praw  nog . Pochyliwszy si  

mocno do przodu, załatwiłem to do ko ca. Potem stan łem za nim, poza 

zasi giem trawy, i odrzuciłem mask . Dopiero teraz zauwa yłem,  e ci gle j  

ciskam. Upadła na ziemi  tu  poza granic  czarnego pasa i natychmiast zacz ła 

dymi .  

      Złapałem Ganelona pod pachy i z wysiłkiem odci gn łem do tyłu. Zielsko 

stawiało gwałtowny opór, tecz w ko cu udało mi si . Trzymaj c go 

przeskoczyłem przez pas ciemnej trawy, oddzielaj cy nas od jej spokojniejszej, 

zielonej odmiany, rosn cej ju  poza kraw dzi  czarnej drogi.  

      Ganelon stan ł samodzielnie, lecz wci  opierał si  na mnie, pochylał i klepał 

po goleniach.  

      - Nic nie czuj  - poinformował. - Nogi całkiem mi zdr twiały.  

      Pomogłem mu doj  do wozu. Cbwycił burt  i zacz ł mocno tupa .  

      - Czuj  - o wiadczył. - Chyba wraca czucie... Uuch!  

      W ko cu utykaj c przeszedł na przód wozu. Pomogłem mu wdrapa  si  na 

kozioł i wszedłem za nim.  

      - Ju  lepiej - westchn ł. - Poprawiaj  si . To paskudztwo zwyczajnie wysysało 

z nich energi . I z całej reszty mnie te . Co si  stało?  

      - Nasz zły omen zrealizował swoje przepowiednie.  

      - I co teraz?  

      Chwyciłem lejce i zwolniłem hamulec. - Przeje d amy - stwierdziłem. - Musz  

dowiedzie  si  czego  wi cej. Trzymaj miecz w pogotowiu.  

      Odmrukn ł mi co  i poło ył bro  na kolanach. Koniom nie spodobała si  idea 

tej jazdy, ale uderzyłem je lekko batem po bokach i ruszyły. Wjechali my w 

obszar czerni i było tak, jakby my weszli w kronik  filmow  z drugiej wojny 

wiatowej - wszystko odległe, cho  niemal pod r k , sztywne, przygn biaj ce, 

pos pne. Nawet skrzypienie kół i odgłos kopyt były jakie  stłumione i dalekie. 

Zacz ło mi cicho, lecz natr tnie dzwoni  w uszach. Trawa przy drodze zadr ała, 

cho  trzymałem si  od niej z daleka. Przeci li my kilka pasemek mgły - nie miała 

zapachu, lecz za ka dym razem oddychało si  trudniej. Zbli ali my si  do 

pierwszego pagórka, gdy rozpocz łem zmian , która migła przerzuci  nas przez 

Cie .  

      Okr yli my wzgórze.  

      Nic.  

background image

 

95 

      Mroczny pos pny widok nie zmienił si .  

      Wtedy si  zdenerwowałem. Wyrysowałem z pami ci gł boki Wzorzec; i 

utrzymuj c ten obraz przed oczyma duszy spróbowałem raz jeszcze.  

      Natychmiast zabolała mnie głowa. Ból si gał od czoła do tylnej cz ci czaszki i 

tam pozostał niby roz arzony drut. To tylko roznieciło mój gniew. Jeszcze 

mocniej starałem si  przerzuci  czarn  drog  w nico . Obraz zafalował. Mgła 

zg stniała i w kł bach płyn ła ponad drog . Kontury zacz ły si  rozmywa . 

Potrz sn łem lejcami i konie ruszyły szybszym krokiem. Czułem w głowie 

pulsuj cy ból i miałem wra enie,  e za chwil  moja czaszka rozleci si  na kawałki.  

      Zamiast niej rozleciało si  wszystko inne. Ziemia drgn ła i zacz ła 

gdzieniegdzie p ka . Nie koniec na tym. Wszystko drgało spazmatycznie, a 

p kanie było czym  wi cej ni  tylko szczelinami w gruncie. Wygl dało to tak, 

jakby kto  kopn ł w stół na którym le ały lu no zestawione kawałki układanki. 

Luki pojawiły si  w całym obrazie: tu zielona gał , tam błysk wodnej 

powierzchni, fragment bł kitnego nieba, czer , biała nico , front budynku z 

cegły, twarze za oknem, kawałek nieba usianego gwiazdami...  

      Konie galopowały, a ja starałem si , jak mogłem, by nie krzycze  z bólu.  

      Przesun ła si  nad nami fała zmieszanych głosów; ludzkich, zwierz cych, 

mechanicznych. Wydało mi si ,  e słysz  przeklinaj cego Ganelona, ale nie byłem 

pewien.  

      My lałem,  e zemdlej  z bólu, lecz do tego czasu zdecydowany byłem - 

wył cznie ze zło ci i uporu - nie rezygnowa . Skupiłem swe my li na Wzorcu tak, 

jak konaj cy człowiek wzywa swego Boga. Cał  wol  rzuciłem przeciwko 

istnieniu czarnej drogi.  

      A potem nagle u cisk znikn ł, a konie p dziły jak szalone, wci gaj c nas w 

pole zieleni. Ganelon si gn ł po lejce, lecz sam je  ci gn łem i krzyczałem na 

zwierz ta, dopóki si  nie zatrzymały.  

      Przejechali my przez czarn  drog .  

      Obejrzałem si  natychmiast. Obraz falował troch , jakbym ogl dał go przez 

wzburzon  wod . Nasza trasa trwała jednak równa i czysta niby most lub tama, a 

po obu jej stronach trawa była zielona.  

      - Wiesz co - powiedział Ganelon. - To było gorsze ni  ta jazda wtedy, kiedy 

mnie wygnałe .  

      - Te  tak my l  - odparłem. Przemówiłem łagodnie do koni i w ko cu udało 

mi si  je namówi , by wróciły na szlak i ruszyły dalej.  

       wiat tutaj miał ja niejsze barwy. Wjechali my mi dzy drzewa - wysokie 

sosny, których zapachem przesi kni te było powietrze. Ptaki i wiewiórki  migały 

w ród gał zi, a gleba była ciemniejsza i bardziej  yzna. Dobrze,  e dokonali my 

przeskoku, i to w po danym kierunku.  

      Szlak skr cił, cofn ł si  troch , wyprostował. Co pewien czas widzieli my 

czarn  drog , niezbyt daleko od nas po prawej stronie. Teraz byłem ju  pewien, 

e przecina Cie . Z tego, co mogłem zaobserwowa , znów powróciła do swej 

normalnej, wrogiej natury.  

      Ból głowy min ł i mój nastrój troch  si  poprawił. Dostali my si  nieco wy ej i 

przed nami roztoczył si  pi kny widok pokrytego tasami i wzgórzami terenu. 

Przypominał mi niektóre cz ci Pensylwanii, gdzie tak lubiłem je dzi  wiele lat 

background image

 

96 

temu. Przeci gn łem si .  

      - Jak twoje nogi? - spytałem.  

      - Nie le - odparł Ganelon i spojrzał w tył. - Mam dobry wzrok, Corwinie...  

      - Tak?  

      - I widz  je d ca. Zbli a si  szybko.  

      Wstałem i obejrzałem si . Chyba j kn łem opadaj c z powrotem na kozioł. 

Szarpn łem lejce. Był jeszcze zbyt daleko,  eby go rozpozna  - po przeciwnej 

stronie czarnej drogi. Ale kto inny mógłby to by , p dz cy z tak  szybko ci  

naszym tropem?  

      Zakl łem.  

      Zbli ali my si  do wierzchołka wzniesienia.  

      - Przygotuj si  na piekielny rajd - powiedziałem do Ganelona.  

      - To Benedykt?  

      - Chyba tak. Za du o stracili my czasu. Jest sam, wi c mo e jecha  

niesamowicie szybko. Zwłaszcza przez cie .  

      - My lisz,  e damy jeszcze rad  go zgubi ?  

      - Przekonamy si  - stwierdziłem. - Ju  niedługo.  

      Cmokn łem na konie i potrz sn łem lejcami. Wjechali my na wierzchołek i 

uderzył w nas lodowaty wicher. Droga biegła poziomo, a z lewej strony zaciemnił 

niebo cie  wielkiego głazu. Min li my go, lecz mrok pozostał i kryształki 

drobnego  niegu kłuły nam twarze i dłonie.  

      Kilka chwil pó niej znów zje d ali my w dół, a płatki  niegu przekształciły si  

w o lepiaj c  zawiej . Wiatr gwizdał w uszach; wóz trzeszczał i ze lizgiwał si . 

Szybko wyrównałem drog . Dookoła potworzyły si  zaspy, a szlak był biały. 

Oddechy skraplały si  w par ; lód l nił na drzewach i skałach.  

      Ruch i chwilowa dezorientacja zmysłów. Nie do unikni cia... P dzili my dalej, 

a wiatr zawodził, uderzał i gryzł. Zaspy pokrywały szlak.  

      Min li my zakr t i wynurzyli my si  z burzy.  wiat był ci gle pokryty lodem, 

z rzadka opadał  niegowy płatek, lecz sło ce uwolniło si  z chmur i zalało ziemi  

wiatłem. Znowu zjechali my w dół...  

      ...Poprzez mgł , by wynurzy  si  na nagim i bez nie nym skalnym 

pustkowiu...  

      ...Gdzie skr cili my w prawo, odzyskali my sło ce i pod ali my kr tym 

szlakiem wij cym si  po równinie pomi dzy wysokimi, bezkształtnymi stosami 

bł kitnoszarego kamienia...  

      ...Za którymi, daleko po prawej, biegła wraz z nami czarna droga.  

      Oblewały nas fale gor ca. Ziemia parowała. B ble gazu p kały we wrz cej 

mazi wypełniaj cej kratery, a ich wyziewy unosiły si  w wilgotnym powietrzu. 

Płytkie kału e wygl dały jak rozrzucana gar  nowych br zowych monet.  

      Konie ruszyły jak oszalałe, kiedy wzdłu  szlaku zacz ły wybucha  gejzery. O 

włos od nas wrz ca woda zalewała drog  paruj cymi strugami. Niebo było jak 

mosi dz, sło ce jak przegniłe jabłko, a wiatr jak zdyszany pies z cuchn cym 

oddechem.  

      Ziemia zadr ała. W dali, z lewej strony, góra cisn ła w niebo swój wierzchołek 

i rzuciła za nim płomienie. Biły w nas fale wstrz sów i huki, od których p kały 

b benki w uszach. Wóz kołysał si  i podskakiwał. Grunt dygotał i wicher walił z 

background image

 

97 

sił  huraganu, a my p dzili my w stron  szeregu wzgórz o czarnych szczytach. 

Drog  pozostawili my, gdy skr ciła w niepo danym kierunku, i podskakuj c, 

trz s c si  ruszyli my przez nag  równin .  

      Wzgórza wirowały we wzburzonym powietrzu.  

      Obejrzałem si , czuj c dło  Ganelona na ramieniu. Krzyczał co , lecz nie 

słyszałem ani słowa. Potem wyci gn ł r k  do tyłu. Pod yłem wzrokiem za jego 

gestem, lecz nie zobaczyłem nic, czego bym nie oczekiwał. Szalał wicher, wirował 

kurz, jakie   mieci i popioły. Wzruszyłem ramionami i skupiłem uwag  na 

wzgórzach.  

      Ciemno  pojawiła si  u podstawy najbli szego. Skierowałem si  ku niej. 

Grunt znów si  pochylił, a ciemno  rozrastała si  przede mn , póki nie stała si  

rozłegł  bram  jaskini, ukryt  za zasłon  pyłu i piasku.  

      Strzeliłem z bata. Galopem przebyli my ostatnie pół kilometra i wjechali my 

do wn trza. Natychmiast zacz łem hamowa  konie. Pozwoliłem im odpocz  w 

niespiesznym kłusie.  

      Zje d ali my coraz ni ej. Skr cili my i znale li my si  w obszernej, wysoko 

sklepionej grocie,  wiatło przeciekało do wn trza przez otwory w odległym 

stropie, malowało na stalaktytach jasne plamki i padało na rozedrgane zielone 

sadzawki. Grunt si  kołysał, a mój słuch zacz ł chyba wraca  do normy, gdy  

zobaczyłem, jak kruszy si  masywny stalagmit, i usłyszałem delikatny stuk jego 

upadku.  

      Przejechali my nad czarnodenn  otchłani  po mo cie, który był chyba z 

wapienia, bo rozsypał si  za nami i znikł. Z góry spadały kawałki skały, a czasem 

tak e wi ksze głazy. W zak tkach i szczelinach l niły plamy zielonego i 

czerwonego próchna, skrzyły si   yły minerałów, wielkie kryształy i płaskie 

kwiaty białego kamienia dodawały temu wilgotnemu miejscu pos pnego pi kna. 

Toczyli my si  przez jaskinie niby ba ki i jechali my z biegiem spienionego 

potoku, póki nie znikn ł w czarnej dziurze.  

      Długa, spiralna galeria raz jeszcze poprowadziła nas w gór . Usłyszałem cichy 

głos Ganelona, odbijaj cy si  echem:  

      - Zdawało mi si ,  e zauwa yłem jaki  ruch... to mógł by  je dziec... na 

szczycie... tylko chwil ... za nami.  

      Przedostali my si  do odrobin  ja niejszej komory.  

      - Je li to był Benedykt, to trudno mu b dzie jecha  za nami - krzykn łem. 

Dobiegło nas dr enie i stłumiony huk, kiedy coraz wi cej skał waliło si  z tyło. 

Jechali my dalej, naprzód i w gór , a  w sklepieniu zacz ły pojawia  si  otwory, 

ust puj ce miejsca łatom czystego bł kitnego nicha. Stuk ko skich kopyt i 

skrzypienie wozu nabrały z wolna normalnej gło no ci. Słyszeli my tak e echo. 

Drgania ustały, ptaki  migały nam nad głowami i  wiatło było coraz ja niejsze. 

Droga skr ciła raz jeszcze i zobaczyli my wyj cie - szeroki, jasny korytarz w 

dzie . Musieli my pochyli  głowy przeje d aj c pod wyszczerbionym stropem. 

Podskoczyli my na wystaj cej kraw dzi omszałego głazu. Przed nami le ał 

kamienisty  leb, niby wykoszony na zboczu mi dzy gigantycznymi drzewami i 

znikaj cy pod nimi w dole. Cmokn łem na konie, zach caj c je do dalszej drogi.  

      - S  ju  zm czone - zauwa ył Ganelon.  

      - Wiem. Tak czy inaczej, wkrótce b d  mogły odpocz .  

background image

 

98 

       wir chrz cił pod kołami. Przyjemnie było znowu poczu  zapach drzew.  

      - Zauwa yłe ? Tam w dole, na prawo...  

      - Co..? - zacz łem odwracaj c głow  w tamt  stron . I doko czyłem: - Och! 

Piekielna czarna droga znów była z nami, odległa mo e o siedem - osiem 

kilometrów.  

      - Ile cieni mo e przecina ? - zastanowiłem si  gło no.  

      - Wydaje si ,  e wszystkie - stwierdził Ganelon.  

      - Mam nadziej ,  e nie - odparłem.  

      Zje d ali my w dół pod bł kitnym niebem i złotym sło cem, które - tak jak 

powinno - chyliło si  ku zachodowi.  

      - Troch  si  bałem wyjazdu z tej jaskini - odezwał si  Ganelon. - Nigdy nie 

wiadomo, co czeka po drugiej stronie.  

      - Konie nie wytrzymałyby dłu ej. Musiałem troch  popu ci . Je li to 

Benedykta widzieli my, to lepiej dla jego konia,  eby był w dobrej formie. 

Poganiał go ostro. I musiał znie  to wszystko... Chyba nie da rady.  

      - Mo e jest przyzwyczajony - zasugerował Ganelon, gdy z chrz stem kół na 

wirze skr cili my w prawo i stracili my jaskini  z oczu.  

      - To zawsze jest mo liwe - zgodziłem si  i znów pomy laiem o Darze. Ciekawe, 

w robi w tej chwili.  

      Droga prowadziła w doł. Wolno dokonywałem ledwie zauwa alnych zmian. 

Nasz szlak zbaczał ci gle w prawo, i zakl łem zdaj c sobie spraw ,  e cały czas 

zbli amy si  do czarnej drogi.  

      - Cholera! Jest natr tna jak agent ubezpieczeniowy - stwierdziłem, czuj c,  e 

mój głos przekształca si  w co  zbli onego do nienawi ci. - Zniszcz  j , kiedy 

nadejdzie czas!  

      Genelon nie odpowiadał. Pił wod . Potem podał mi butelk , wi c tak e si  

napiłem.  

      Z czasem osi gn li my bardziej płaski teren. Szlak nadal wyginał si  i 

zakr cał z byle powodu. Dawało to koniom nieco odpocz  i nie pozwalało na 

szybki po cig. Min ła godzina i troch  si  uspokoiłem. Zatrzymali my si ,  eby 

co  zje . Ko czyli my wła nie, kiedy Ganelon - cały czas wpatruj cy si  w zbocze 

- wstał i osłonił oczy.  

      - Nie! - skoczyłem na równe nogi. - Nie wierz !  

      Z jaskini wynurzył si  samotny je dziec. Widziałem, jak zatrzymuje si  na 

chwil , by po chwili ruszy  dalej.  

      - Co robimy? - spytał Ganelon.  

      - Zbieramy rzeczy i jedziemy. Przynajmniej odsuniemy troch  to, czego nie da 

si  unikn . Chc  mie  troch  czasu do namysłu.  

      Ruszyli my w umiarkowanym tempie, lecz moje my li gnały z pełn  

szybko ci . Musiał by  jaki  sposób,  eby go zatrzyma . Je li si  da, to nie 

zabijaj c.  

       adnego jednak nie potrafiłem wymy li .  

      Je liby nie bra  pod uwag  czarnej drogi, która znowu si  przybli yła, to 

nastało  liczne popołudnie w pi knym miejscu. Ha b  byłoby plamienie go krwi . 

Tym bardziej  e mogła to by  moja krew. Bałem si  spotkania z Benedyktem, 

nawet walcz cym lew  r k . Ganelon nie na wiele mógł mi si  przyda  - tamten 

background image

 

99 

nawet go nie zauwa y.  

      Dokonałem zmiany, gdy byli my na zakr cie. Po chwili do moich nozdrzy 

doleciał słaby zapach dymu. Znowu przeskok, minimalny...  

      - Zbli a si  szybko - poinformował Ganelon. - Widziałem wła nie... Dym! 

Ogie ! Las si  pali!  

      Obejrzałem si  ze  miechem. Dym zakrywał połow  zbocza, w ród zieleni 

błyskały pomara czowe j zyki ognia. Teraz dopiero usłyszałem trzask płomieni. 

Konie bez pop dzania przyspieszyły kroku.  

      - Corwin! Czy to ty...?  

      - Tak. Gdyby było bardziej stromo i bez drzew, spróbowałbym lawiny.  

      W powietrze uniosły si  stada ptaków. Zbli ali my si  do czarnej drogi. 

wietlik potrz sn ł głow  i zar ał; na pysku miał krople piany. Szarpn ł uprz , 

potem stan ł d ba i kopał przednimi nogami. Gwiazda parskała przestraszona i 

ci gn ła w prawo. Po krótkiej walce odzyskałem kontrol . Postanowiłem,  e 

pozwol  im pogalopowa .  

      - On ci gle jedzie! - krzykn ł Ganelon.  

      Zakl łem. Pop dzili my naprzód. Szlak doprowadził nas w ko cu na sam 

skraj czarnej drogi. Wjechali my na długi prosty odcinek. Spojrzałem w tył - całe 

zbocze stało w ogniu, a droga - niby brzydka blizna - biegła samym jego 

rodkiem. Wtedy dostrzegłem je d ca. Był ju  w połowie zjazdu i gnał, jakby 

startował w derbach Kentucky. Bo e! Có  to musiał by  za ko ! Ciekawe, jaki 

cie  go zrodził.  

       ci gn łem lejce, lekko z pocz tku, potem coraz mocniej. Zacz li my 

zwalnia . Znale li my si  ledwie kilkadziesi t metrów od czarnej drogi i 

dopilnowałem, by niezbyt daleko w przodzie odległo  zmalała do o miu - 

dziesi ciu metrów. Udało mi si  zatrzyma  konie, kiedy dotarli my do tego 

punktu. Stan ły dr ce. Oddałem lejce Ganelonowi, wyci gn łem Grayswandira i 

zeskoczyłem na ziemi .  

      Czemu nie? Teren był płaski, równy i otwarty, a ten przekl ty czarny pas tu  

obok, tak ostro kontrastuj cy z barwami  ycia i rozkwitu, przemawiał mo e do 

moich mrocznych instynktów.  

      - Co teraz? - spytał Ganelon.  

      - Nie damy rady odskoczy  - odparłem. - Je li przejedzie przez ogie , to 

b dzie tu za par  minut. Dalsza ucieczka nie ma sensu. Spotkam si  z nim tutaj.  

      Ganelon zawi zał lejce na por czy i si gn ł po miecz.  

      - Nie - powstrzymałem go.- W  aden sposób nie zdołasz wpłyn  nu wynik 

starcia. Oto co chc , by  zrobił: podci gnij wóz troch  dalej i czekaj. Je li sprawy 

uło  si  po mojej my li, pojedziemy. Je li nie, natychmiast poddaj si  

Benedyktowi. Jemu zale y na mnie. A b dzie jedyn  osob , która potrafi z tob  

wróci  do Avalonu. I zrobi to. Przynajmniej prze yjesz reszt  swych dni w 

ojczy nie.  

      Zawahał si .  

      - Jed  - przynagliłem. - I rób, co powiedziałem.  

      Spu cił wzrok. Odwi zał lejce. Spojrzał na mnie.  

      - Powodzenia - powiedział i pop dził konie.  

      Zszedłem ze szlaku, by zaj  pozycj  za niewielk  k p  drzewek, i czekałem. 

background image

 

100 

Nie wypuszczałem z r k Grayswandira. Raz spojrzałem na czarn  drog , a potem 

patrzyłem ju  tylko na szlak.  

      Po krótkiej chwili pojawił si  w pobli u linii ognia, otoczony płomieniami i 

dymem, po ród padaj cych na ziemi  płon cych konarów. Tak, tu był Benedykt z 

cz ciowo zasłoni t  twarz , z oczami zakrytymi kikutem prawej r ki, zbli aj cy 

si  niby upiorny uciekinier z piekła. Przejechał pod deszczem iskier i popiołu, 

dotarł do czystego terenu i pognał naprzód.  

      Wkrótce słyszałem ju  t tent kopyt. By  mo e póki czekałem, uprzejmie z 

mojej strony było schowa  miecz do pochwy. Gdybym jednak to zrobił, mo e nie 

miałbym ju  szansy, by wyci gn  go z powrotem.  

      Zdałem sobie spraw ,  e zastanawiam si , jak Benedykt b dzie u ywał 

miecza. I jaki to b dzie miecz? Prosty? Zakrzywiony? Długi? Krótki? Ka dym 

władał równie skutecznie. To on uczył mnie szermierki.  

      Schowanie Grayswandira mo e by  nie tylko uprzejme, ale i sprytne. Mo e 

b dzie chciał najpierw porozmawia ... a tak sam  ci gam na siebie kłopoty. Gdy 

jednak t tent narastał, stwierdziłem,  e boj  si  odło y  bro .  

      Zd yłem raz wytrze  spocon  dło , zanim zjawił si  w polu widzenia. 

Zwolnił przed zakr tem i musiał mnie dostrzec w tej samej chwili. w której ja go 

zobaczyłem. Ruszył prosto na mnie, coraz wolniej. Nie wydawało si  jednak, by 

miał zamiar si  zatrzyma .  

      To było niemal mistyczne prze ycie - nie wiem, jak mo na inaczej je okre li . 

Podje d ał, a mój umysł wyprzedzał czas i było tak, jakbym miał cał  wieczno , 

by obserwowa  zbli anie si  tego człowieka, który był moim bratem. Ubranie 

miał brudne, poczerniał  twarz, uniesiony kikut prawej r ki wskazywał pustk . 

Wielka bestia, której dosiadał, była pasiasta, czarno - ruda, z płomiennie rud  

grzyw  i ogonem. Ale to naprawd  był ko  - przewracaj cy oczami, z pian  na 

pysku i bole nie ci kim oddechem. Zauwa yłem te ,  e Benedykt nosi miecz 

przymocowany na plecach, gdy  r koje  sterczała wysoko ponad jego prawym 

ramieniem. Wpatrzony we mnie, zwalniaj c ci gle, zjechał z drogi, kieruj c si  

troch  w lewo od miejsca, gdzie stałem. Raz tylko szarpn ł cugle i pu cił je, by 

prowadzi  konia jedynie naciskiem kolan. Uniósł lew  dło  - jakby salutuj c - 

przesuwał j  nad głow  i chwycił r koje  broni. Miecz wyszedł z pochwy bez 

d wi ku, zakre lił pi kny łuk i znieruchomiał w  miertelnym układzie, na ukos w 

tył od lewego ramienia, niby pojedyncze skrzydło z matowej stali, z lini  ostrza 

błyszcz c  jak zwierciadlana nitka. Obraz ten wrył mi si  w pami  jako wzniosły 

i dziwnie poruszaj cy swym splendorem. Miecz miał długie, podobne do kosy 

ostrze. Widziałem kiedy , jak si  nim posługiwał. Wtedy jednak stali my obok 

siebie, naprzeciw wspólnego wroga, o którym zaczynałem ju  s dzi ,  e jest 

niezwyci ony. Owej nocy Benedykt wykazał,  e jest inaczej. Teraz, gdy 

zobaczyłam t  kling  wzniesion  przeciwko sobie, ognrn ło mnie przemo one 

uczucie własnej  miertelno ci, którego nigdy dot d nie do wiadczyłem tak silnie. 

Miałem wra enie,  e kto  zdarł ze  wiata zasłon ; i nagle w pełni poj łem istot  

mierci.  

      Chwila min ła. Cofn łem si  do zagajnika i stan łem tak, by wykorzysta  

osłon  drzew. Wszedłem mi dzy nie na jakie  cztery metry i zrobiłem dwa kroki 

w lewo. Ko  stan ł d ba w ostatniej mo liwej chwili, parskn ł, zar ał 

background image

 

101 

rozszerzaj c wilgotne nozdrza i zdzieraj c muraw  skr cił w bok. Rami  

Benedykta poruszyło si  tak szybko,  e niemal niewidocznie, jak j zyk ropuchy, a 

ostrze miecza przeszło przez pie  drzewka dziesi ciocentymetrowej - na oko - 

rednicy. Drzewo stało jeszcze przez moment, po czym wolno run ło.  

      Jego buty uderzyły o ziemi . Ruszył w moj  stron . Zagajnik był mi 

potrzebny, tak e po to, by to on musiał przyj  za mn  w miejsce, gdzie długie 

ostrze b dzie zawadza  o pnie i gał zie. Lecz on zbli aj c si  poruszał niedbale 

mieczem tam i z powrotem, a wokół niego padały drzewa. Gdyby tylko nie był tak 

piekielnie fachowy. Gdyby tylko nie był Benedyktem...  

      - Benedykcie - odezwałem si  normalnym głosem. - Ona jest ju  dorosła i 

mo e sama decydowa  o pewnych rzeczach...  

      Je li mnie słyszał, to nie dał mi tego pozna . Po prostu szedł dalej machaj c 

mieczem w prawo i w lewo. Ostrze dzwoniło niemal rozcinaj c powietrze, potem 

nast powało ciche tukk!, i minimalnie tylko zwalniaj c przecinało kolejny pie .  

      Wycelowałem w jego pier  ostrze Grayswandira.  

      - Nie podchod  bli ej. Benedykcie - ostrzegłem. - Nie chc  z tob  walczy .  

      Uniósł miecz do ataku i wyrzekł jedno jedyne słowo:  

      - Morderca!  

      Poruszył dłoni  i jednocze nie moja klinga odskoczyła na bok. Sparowałem 

jego pchni cie, a on odbił moj  ripost  i znów poszedł do przodu.  

      Tym razem nawet si  nie trudziłem kontratakiem. Odparowałem tylko i 

cofn łem si  za drzewo.  

      - Nie rozumiem - powiedziałem i zbiłem w dół jego ostrze, które dosi gło mnie 

niemal, prze lizgn wszy si  obok pnia. - Nikogo ostatnio nie zabiłem. A ju  na 

pewno nie w Avalonie.  

      Jeszcze jedno tukk! i drzewo run ło na mnie. Odskoczyłem. cofałem si  i 

broniłem.  

      - Morderca! - powtórzył.  

      - Nie wiem, o czym mówisz Benedykcie.  

      - Kłamca!  

      Zatrzymałem si  i wytrzymałem jego atak. Niech to dtabli! To idiotyczne 

gin  przez pomyłk ! Ripostowałem najszybciej, juk mogłem, szukaj c 

jakiejkolwiek luki w jego obronie. Nie było  adnej.  

      - Wytłumacz przynajmniej! - krzykn łem.  

      On chyba sko czył ju  z rozmowami. Przycisn ł mocniej, a ja znów si  

cofn łem. To było jak próba walki z lodowcem. Zaczynałem nabiera  

przekonania,  e zwariował, ale tu niczego nie zmieniało. U kogokolwiek innego 

szale stwo spowodowałoby przynajmniej cz ciow  utrat  kontroli. Benedykt 

jednak wykonywał swoje odruchy przez stulecia i całkiem powa nie s dziłem,  e 

usuni cie kory mózgow j nie wpłyn łoby na perfekcj  jego ruchów.  

      Ci gle spychał mnie w tył. Kryłem si  za drzewami, a on je  cinał i szedł daiej. 

Popełniłem bł d i zaatakowałem, po czym ledwie mi si  udało powstrzyma  jego 

ripost , o włos od mojej piersi. Z trudem stłumiłem pierwsz  fal  grozy, gdy 

zauwa yłem,  e zmusza mnie do cofania si  w stron  kra ca zagajnika. Wkrótce 

b dzie mnie miał na otwartym polu, bez drzew, które by go hamowały.  

      Cała moja uwaga było skupiono na nim tak dokładnie,  e nie miałem poj cia, 

background image

 

102 

co ma si  zdarzy , dopóki to nie nast piło.  

      Ganelon wyskoczył sk d  z gło nym okrzykiem i chwycił Benedykta od tyłu, 

przyciskaj c mu lew  r k  do tułowia.  

      Cho bym nawet chciał, nie miałem szans, by go wtedy zabi . Był zbyt szybki, 

a Ganelon nie miał poj cia o jego siłe.  

      Benedykt skr cił ciało w prawo, ustawiaj c napastnika mi dzy sob  a mn , a 

równocze nie machn ł kikutem r ki jak maczug . Trafił Ganelona w skro . 

Potem uwolnił lewe rami , chwycił go za pas i cisn ł we mnie. Odskoczyłem, a on 

podniósł miecz le cy tam, gdzie go upu cił, i znów ruszył do ataku. Ledwie 

miałem czas zauwa y ,  e Ganelon upadł bezwładnie jakie  dziesi  kroków za 

mn .  

      Odparowałem atak i zacz łem si  cofa . Pozostała mi ju  tylko jedna sztuczka 

i smutna była my l,  e gdy i ona zawiedzie, Amber zostanie pozbawiony swego 

prawowitego władcy.  

      Troch  trudniej jest walczy  z dobrym lewor cznym przeciwnikiem ni  z 

równie dobrym prawor cznym. To tak e działało przeciwko mnie. Musiałem 

jednak troch  poeksperymentowa . Było co , czego musiałem si  dowiedzie  

niezale nie od ryzyka.  

      Zrobiłem długi krok do tyłu i na moment znalazłem si  poza jego zasi giem. 

Potem wychyliłem si  do przodu i zaatakowałem. Wszystko było dokładnie 

wyliczone i bardzo szybkie.  

      Nieoczekiwanym rezultatem mojej akcji, a tak e - jestem pewien - szcz cia, 

było to,  e przedostałem si  przed osłon , cho  nie si gn łem celu. Grayswandir 

znalazł si  wysoko ponad blokiem i zaci ł Benedykta w ucho. Zwolniło to jego 

ruchy, ale bez konsekweneji. Je eli w ogóle był jaki  efekt, to tylko wzmocnienie 

obrony. Dalej atakowałem, ale tam zwyczajnie nie było  adnej luki. Skaleczenie 

było niewielkie, lecz krew ciekła po uchu i kapała w dół, po kilka kropel naraz. 

Mogłoby to nawet rozprasza , gdybym pozwolił sobie na co  wi cej ni  

odnotowanie faktu.  

      A potem zrobiłem to, czego si  bałem, ale nie miałem wyboru. Pozostawiłem 

male k  luk , tylko na moment. Wiedziałem,  e zaatakuje przez ni , mierz c mi 

w serce.  

      Zrobił to. Sparowałem w ostatniej chwili. Nie lubi  wspomina , jak niewiele 

wtedy brakowało.  

      Znów zacz łem ust powa  oddaj c teren i wycofuj c si  z zagajnika. 

Parowałem i odst powałem; przeszedłem obok miejsca, gdzie le ał Ganelon, i 

cofn łem si  jeszcze z pi  metrów. Walczyłem defensywnie i ostro nie.  

      A potem dałem Benedyktowi kolejn  szans .  

      Poszedłem do przodu tak samo jak poprzednio i znów udało mi si  go 

zatrzyma . Potem jeszcze bardziej wzmocnił swoje ataki, spychaj c mnie na sam 

brzeg czarnej drogi.  

      Zatrzymałem si  tam i ust powałem, wolno przesuwaj c si  do wybranego 

punktu. Musiałem powstrzyma  go jeszcze przez kilka chwil. Wtedy b d  mógł to 

dobrze rozegra .  

      To były trudne chwile, gdy broniłem si  w ciekle i przygotowywałem.  

      Potem otworzyłem mu tak  sam  luk .  

background image

 

103 

      Wiedziałem,  e zaatakuje tak samo jak poprzednim razem. Odstawiłem 

praw  nog  w bok i do tyłu, za lew . Wyprostowałem si  tak, jak on. Minimalnie 

tylko odbiłem w bok jego kling  i odskoczyłem na czarn  drog , wyci gaj c przed 

siebie prawe rami , by uniemo liwi  zwarcie.  

      Zrobił to, na co liczyłem. Zbił moj  kling  i kiedy opu ciłem j  do kwarty, 

zaatakował...  

      ...co spowodowało,  e stan ł na pasie czarnej trawy, nad którym ja 

przeskoczyłem.  

      Z pocz tku nie  miałem nawet spojrze  w doł. Po prostu nie cofałem si  daj c 

ro linom szans .  

      Trwało to tylko chwil . Benedykt zrozumiał, co si  dzieje, gdy tylko 

spróbował si  poruszy . Dostrzegłem na jego twarzy zdumienie, potem wysiłek. 

Wiedziałem ju ,  e go mam. Nie byłem jednak pewny, czy trawa zdoła utrzyma  

go dłu ej, wi c natychmiast zrobiłem, co trzeba. Krok w prawo usun ł mnie z 

zasi gu jego miecza. Podbiegłem i przeskoczyłem przez traw , poza czarn  drag . 

Próbował si  odwróci , ale  d bła oplotły mu nogi a  do kolan. Zachwiał si , lecz 

szybko odzyskał równowag .  

      Przeszedłem za nim na jego praw  stron . Jedno proste pchni cie i byłby 

trupem. Ale teraz nie miałem  adnego powodu, by go zabija .  

      Si gn ł r k  za plecy, odwrócił głow  i skierował ostrze w moj  stron . A 

potem zacz ł uwalnia  lew  nog .  

      Zrobiłem zwód w prawo, a gdy próbował go odparowa , waln łem płazem 

Grayswandira w tył głowy. To go oszołomiło, mogłem wi c podej  i lew  r k  

wyprowadzi  cios w nerki. Pochylił si  lekko, a ja zablokowałem mu lewe rami  i 

znów uderzyłem z tyłu w szyj , tym razem pi ci  i mocno. Padł nieprzytomny.  

      Wyj łem mu z r ki miecz i odrzuciłem na bok. Płyn ca z ucha krew kre liła 

na jego szyi wzór przywodz cy na my l kształt jakiego  egzotycznego kolczyka.  

      Odło yłem Grayswandira, chwyciłem Benedykta pod pachy i  ci gn łem z 

czarnej drogi. Trawy trzymały mocno, lecz wyt yłem wszystkie siły i w ko cu mi 

si  udało.  

      Tymczasem podniósł si  Ganelon. Przyku tykał do mnie i popatrzył na 

Benedykta.  

      - Co to za człowiek - powiedział. - Co to za człowiek... Co z nim zrobimy?  

      - Na razie zaniesiemy do wozu - odparłem.- We miesz miecze?  

      - Jasne.  

      Poszli my drog . Benedykt był ci gie nieprzytomny - na szez cie, bo nie 

miałem ochoty znowu go bi , dopóki nie było potrzeby. Uło yłem go obok sporego 

drzewa niedaleko wozu.  

      Gdy nadszedł Ganelon, schowałem miecze do pochew i kazałem mu odwi za  

liny z kilku skrzy . Sam tymczasem obszukałem Benedykta i znalazłem to, co 

było mi potrzebne.  

      Potem przywi załem go do drzewa. Ganelon przyprowadził jego konia, 

którego uwi załem do jakiego  krzaka w pobli u. Tam te  powiesiłem miecz 

Benedykta.  

      W ko cu wspi łem si  na kozioł. Ganelon usiadł przy mnie.  

      - Chcesz go zwyczajnie tak zostawi ? - zapytał.  

background image

 

104 

      - Na razie - odrzekłem.  

      Ruszyli my. Nie ogl dałem si  za siebie, w przeciwie stwie do Ganelona.  

      - Jeszcze si  nie rusza - oznajmił. I dodał: - Nikt nigdy tak mnie nie podniósł i 

nie rzucił. I to jedn  r k .  

      - Dlatego kazałem ci czeka  przy wozie i nie walczy  z nim, gdybym przegrał.  

      - Co si  teraz z nim stanie?  

      - Postaram si ,  eby kto  si  nim zaj ł.  

      - Ale nic mu nie b dzie?  

      Pokr ciłem głow .  

      - To dobrze.  

      Przejechali my jeszcze ze dwie mile. Dopiero wtedy zatrzymałem konie i 

zszedłem na ziemi .  

      - Nie denerwuj si , cokolwiek by si  działo - powiedziałem. - Musz  załatwi  

pomoc dla Benedykta.  

      Zszedłem z drogi i stan łem w cieniu. Wyj łem komplet Atutów, które miał 

przy sobie Benedykt, przerzuciłem je, znalazłem Gerarda i wyj łem go z talii. 

Reszt  schowałem do wy ciełanego jedwabiem, inkrustowanego ko ci  słoniow  

drewnianego pudełka, w którym je znalazłem.  

      Trzymałem przed sob  Atut Gerarda i wpatrywałem si  we . Po pewnym 

czasie obraz stał si  ciepły, realny, jakby ruchomy. Poczułem obecno  Gerarda. 

Był w Amberze. Szedł ulic , któr  znałem. Jest bardzo podobny do mnie, tyle  e 

wi kszy i ci szy. Nadal nosi brod .  

      Zatrzymał si  i wytrzeszczył oczy.  

      - Corwin!  

      - Tak, Gerardzie. Dobrze wygl dasz.  

      - Twoje oczy! Ty widzisz!  

      - Tak, znowu widz .  

      - Gdzie jeste ?  

      - Chod  do mnie, to sam zobaczysz.  

      Zesztywniał.  

      - Nie jestem pewien, czy mog  to zrobi , Corwinie. Jestem akurat bardzo 

zaj ty.  

      - Chodzi o Benedykta - wyja niłem. - Jeste  jedynym człowiekiem, któremu 

mog  zaufa  na tyle, by prosi  o pomoc dla niego.  

      - Benedykt! Czy ma jakie  kłopoty?  

      - Tak.  

      - Wi c dlaczego sam mnie nie wezwał?  

      - Nie mo e. Nie ma swobody ruchów.  

      - Jak? Dlaczego?  

      - To zbyt długa i skomplikowana historia, by teraz j  opowiada . Uwierz mi, 

on potrzebuje twojej pomocy, i to szybko.  

      Przygryzł z bami pasemko włosów z brody.  

      - I nie mo esz sam tego załatwi ?  

      - Absolutuie nie.  

      - I s dzisz,  e ja mog ?  

      - Wiem,  e mo esz.  

background image

 

105 

      Poluzował miecz w pochwie.  

      - Nie chciałbym ci  pos dza  o jaki  podst p, Corwinie.  

      - Zapewniam ci ,  e to nie podst p. Maj c tyle czasu na my lenie 

zorganizowałbym co  bardziej subtelnego, nie s dzisz?  

      Westchn ł. Potem kiwn ł głow .  

      - Dobrze. Id  do ciebie.  

      - No to chod .  

      Przez chwil  stał nieruchomo, a potem post pił krok do przodu.  

      Stan ł obok mnie. Wyci gn ł r k  i poło ył mi dło  na ramieniu.  

      - Corwin! - powiedział. - Ciesz  si ,  e znowu masz oczy.  

      Odwróciłem wzrok.  

      - Ja tak e. Ja tak e.  

      - Kto to jest, tam koło wozu?  

      - Przyjaciel. Nazywa si  Ganelon.  

      - Gdzie jest Benedykt? Co si  stało?  

      - Tam - skin łem r k . - Jakie  dwie mile st d, koło drogi. Jest przywi zany 

do drzewa. Jego ko  stoi obok.  

      - Wi c czemu jeste  tutaj?  

      - Uciekam.  

      - Przed czym?  

      - Przed Benedyktem. To wła nie ja go zwi załem.  

      Zmarszczył brwi.  

      - Nie rozumiem.  

      Potrz sn łem głow .  

      - Nast piło nieporozumienie. Nie mogłem mu wytłumaczy . Walczyli my. 

Uderzyłem go i stracił przytomno . Potem go zwi załem. Nie mog  go uwolni  - 

bo znów si  na mnie rzuci. I nie mog  tak zostawi . Co  mo e mu si  sta , zanim 

si  wypl cze. Dlatego wezwałem ciebie. Prosz  ci , id  do niego, uwolnij i 

odprowad  do domu.  

      - A co ty b dziesz robił w tym czasie?  

      - B d  st d wiał najszybciej, jak si  da,  eby si  zgubi  w Cieniu. 

Wy wiadczysz nam obu przysług , powstrzymuj c go od po cigu. Nie chc  si  z 

nim bi  po raz drugi.  

      - Rozumiem. Powiesz mi, co si  stało?  

      - Nie jestem pewien. Nazwał mnie morderc . Daj  słowo,  e nie zabiłem 

nikogo przez cały czas, gdy byłem w Avalonie. Powtórz mu to, prosz . Nie mam 

powodow, by ci  oszukiwa , i przysi gam,  e to prawda. Jest jeszcze jedna 

sprawa, która mogła go zirytowa . Je li o niej wspomni, powiedz mu,  e musi 

polega  na wyja nieniach Dary.  

      - A o co chodzi?  

      Wzruszyłem ramionami.  

      - Dowiesz si , je li zacznie o tym mówi . Je eli nie, zapomnij o wszystkim.  

      - Dara, powiadasz?  

      - Tak.  

      - Dobrze, zrobi , o co prosisz. A teraz, czy mógłby  mi powiedzie , jak udało 

ci si  uciec z Amberu?  

background image

 

106 

      U miechn łem si .  

      - Akademicka ciekawo ? Czy te  obawa,  e pewnego dnia sam b dziesz 

musiał skorzysta  z tej trasy?  

      Roze miał si .  

      - Taka informacja mo e okaza  si  bardzo u yteczna.  

      -  ałuj , drogi bracie, ale  wiat jeszcze nie jest gotów do przyj cia tej wiedzy. 

Gdybym musiał komu  powiedzie , powiedziałbym tobie. W  aden sposób jednak 

ci si  tu nie przyda, podczas gdy zachowanie tajemnicy mo e mi jeszcze kiedy  

posłu y .  

      - Innymi słowy, masz prywatne wej cie i wyj cie z Amberu. Co ty planujesz, 

Corwinie?  

      - A jak my lisz?  

      - Odpowied  jest oczywista. Lecz ja  ywi  w tej sprawie do  mieszane 

uczucia.  

      - Opowiesz mi o nich?  

      Skin ł r k  w stron  widocznego z naszego miejsca odcinka czarnej drogi.  

      - To co  si ga teraz stóp Kolviru - powiedział. - Najró niejsze gro ne stwory 

docieraj  t  drog  do Amberu. Bronimy si  i jak na razie zawsze zwyci amy. 

Lecz ataki s  coraz niebezpieczniejsze i zdarzaj  si  coraz cz ciej. Nie jest to 

dobry czas na wykonanie twego ruchu, Corwinie.  

      - A mo e wła nie najlepszy - odrzekłem.  

      - Mo e dla ciebie. Ale niekoniecznie dla Amberu.  

      - Jak Eryk radzi sobie z sytuacj ?  

      - Nale ycie: Jak powiedziałem, zawsze zwyci amy.  

      - Nie chodzi mi o te ataki, ale o cało  problemu, o jego przyczyn .  

      - Sam wyruszyłem czarn  drog  i dotarłem daleko.  

      - I...?  

      - Nie zdołałem dojecha  do ko ca. Wiesz,  e w miar  oddalania si  od Amberu 

cienie staj  si  coraz dziksze i dziwaczniejsze?  

      - Tak.  

      - ...A  sam umysł zwraca si  ku szele stwu?  

      - Tak.  

      ...A gdzie  poza tym wszystkim le  Dworce Chaosu. Droga biegnie dalej, 

Corwinie. Jestem przekonany,  e dociera a  do nich.  

      - Tego si  wła nie obawiałem.  

      - Wła nie dlatego, czy ci  popieram czy nie, nie zach całbym do działania w 

takich czasach. Bezpiecze stwo Amberu jest wa niejsze ni  wszystko inne.  

      - Rozumiem. W takim razie dalsza dyskusja jest zb dna.  

      - A twoje plany?  

      - Poniewa  ich nie znasz, nie ma sensu ci  informowa ,  e si  nie zmieniły. Ale 

si  nie zmieniły.  

      - Nie wiem, czy  yczy  ci powodzenia, ale  ycz  ci jak najlepiej. Ciesz  si ,  e 

odzyskałe  wzrok - u cisn ł mi r k . - Lepiej ju  pójd  po Benedykta. Jak 

rozumiem, nie jest zbyt poraniony?  

      - Nie przeze mnie. Uderzyłem go tylko par  razy. Nie zapomnij przekaza  

wiadomo ci.  

background image

 

107 

      - Nie zapomn .  

      - I zabierz go z powrotem do Avalonu.  

      - Spróbuj .  

      -  egnaj. Do zobaczenia, Gerardzie.  

      - Do widzenia, Corwinie.  

      Odwrócił si  i odszedł drog . Nie wróciłem do wozu, zaczekałem, a  zniknie 

mi z oczu. Potem doło yłem jego Atut do pozostałych i podj łem sw  podró  do 

Antwerpii. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

108 

Rozdział 8 

 

Stałem na szczycie wzgórza i patrzyłem na dom. Dookoła rosły jakie  krzaki, 

wi c nie rzucałem si  specjalnie w oczy.  

      Nie wiem doprawdy, co spodziewałem si  zobaczy . Wypalon  skorup ? 

Samochód na podje dzie? Rodzin  wypoczywaj c  w ogrodowych fotelach? 

Uzbrojonych stra ników?  

      Zauwa yłem,  e na dachu przydałoby si  kilka nowych dachówek, a trawnik 

ju  dawno powrócił do naturalnego stanu. Byłem zdziwiony,  e wida  tylko jedno 

wybite okno, na tyłach.  

      A wi c to miejsce miało robi  wra enie opuszczonego, pomy lałem.  

      Rozło yłem na ziemi kurtk  i usiadłem. Zapaliłem papierosa. Najbli sze domy 

dzieliła ode mnie spora odległo .  

      Dostałem za diamenty prawie siedemset tysi cy dolarów, a dobicie targu 

zaj ło niemal półtora tygodnia. Z Antwerpii przenie li my si  do Brukseli. 

Sp dzili my kilka wieczorów w klubie przy Rue de Char et Pain, nim znalazł 

mnie człowiek, którego potrzebowałem.  

      Arthur był troch  zdziwiony zamówieniem. Niewysoki siwowłosy m czyzna z 

niewielkim w sikiem, oksfordczyk i były oficer RAF-u, zacz ł kr ci  głow  ju  po 

dwóch minutach rozmowy i stale mi przerywał pytaniami o sposób dostawy. Nie 

był co prawda sir Basilem Zaharoffem, ale naprawd  si  przejmował, gdy 

yczenia klienta wydawały si  zanadto zwariowane. Nie lubił, by co  si  waliło 

zaraz po odbiorze. S dził chyba,  e w jaki  sposób rzutuje to na jego opini . Z 

tego te  powodu bardziej ni  inni pomagał przy ekspedycji towaru. Przej ł si  

moimi planami dotycz cymi transportu, poniewa  - jak mu si  zdawało - nie 

miałem  adnych.  

      Przy tego typu transakcjach zwykle jest potrzebne  wiadectwo ko cowego 

u ytkownika. W zasadzie jest to dokument stwierdzaj cy,  e pa stwo X zamówiło 

bro , o któr  chodzi. Konieczny jest dla uzyskania zezwolenia na wywóz z kraju 

producenta, który dzi ki temu mo e czu  si  uczciwy, nawet je li dostawa zaraz 

po przekroczeniu granicy zostaje skierowana do kraju Y. Aby uzyska  takie 

wiadectwo, zazwyczaj kupuje si  pomoc jakiego  urz dnika ambasady pa stwa 

X, najlepiej posiadaj cego krewnych lub przyjaciół powi zanych z jego 

ojczystym ministerstwem obrony. Nie jest to tanie i nie w tpi ,  e Arthur miał w 

głowie pełn  list  aktualnie obowi zuj cych cen.  

      - Ale jak chce je pan przewie ? - pytał bez przerwy. - Jak je pan przerzuci 

tam, gdzie maj  trafi ?  

      - To moja sprawa - odpowiedziałem. - Pozwól,  e sam b d  si  oto martwił.  

      On jednak ci gle kr cił głow .  

      - Nie opłaca si   cina  zakr tów w ten sposób, pułkowniku - powiedział (byłem 

dla niego pułkownikiem od czasu naszego pierwszego spotkania kilkana cie lat 

temu; zreszt  nie jestem pewien). - Zupełnie si  nie opłaca. Próbuje pan 

zaoszcz dzi  par  dolarów, a mo e pan straci  cały ładunek i wpakowa  si  w 

powa ne kłopoty. Mógłbym to załatwi  przez które  z tych młodych pa stw 

afryka skich, i tu za całkiem rozs dn ...  

      - Nie. Po prostu załatw mi bro .  

background image

 

109 

      Podczas tej rozmowy Ganelon siedział przy nas popijaj c piwo, rudobrody i 

jak zawsze gro nie wygl daj cy, i przytakiwał ka demu mojemu słowu. Nie znał 

angielskiego, wi c nie miał poj cia, w jakim stadium znajduj  si  negocjacje, i 

zapewne niewiele go to obchodziło. Stosował si  jednak do moich instrukcji i od 

czasu do czasu odzywał si  do mnie w thari. Zamienili my w tym j zyku kilka 

słów na tematy ogólne. Czysta perwersja. Biedny stary Arthur był niezłym 

lingwist  i bardzo chciał pozna  przeznaczenie sprz tu. Widziałem, jak za 

ka dym razem stara si  zidentyfikowa  j zyk, którym si  posługujemy. W ko cu 

zacz ł kiwa  głow , jakby mu si  udało.  

      Po chwili dalszej rozmowy wyci gn ł szyj  i oznajmił: - Czytuj  gazety. Jego 

grup  sta  na zabezpieczenie towaru.  

      Było to dla mnie prawie warte przyj cia propozycji.  

      - Nie - powiedziałem jednak. - Uwierz mi, gdy tylko je przejm , te karabiny 

znikn  z powierzchni Ziemi.  

      - To niezły numer - stwierdził - zwłaszcza  e jeszcze nie wiadomo, gdzie b dzie 

je pan odbierał.  

      - To bez znaczenia.  

      - Pewno  siebie jest pi kn  rzecz . Istnieje równie  głupota... - wzruszył 

ramionami. - Niech b dzie, jak pan chce. To pa ska sprawa.  

      Powiedziałem mu o amunicji i wtedy musiał nabra  pewno ci,  e postradałem 

zmysły. Po prostu gapił si  na mnie i nawet nie kr cił głow . Dobre dziesi  minut 

trwało namawianie go, by cbocia  popatrzył na specyfikacj . Wtedy dopiero 

zacz ł potrz sa  głow  i mamrota  co  na temat srebrnych kul i niepalnych 

spłonek.  

      Ostateczny argument - forsa - przekonał go jednak,  e załatwimy t  spraw  po 

mojemu. Nie b dzie wi kszych problemów z karabinami i ci arówkami, 

stwierdził, ale przekonanie producenta, aby wyprodukował moj  amunicj , mo e 

sporo kosztowa . Nie był nawet pewien, czy zdoła znale  takiego, który by si  

zgodził. Moje zapewnienie,  e koszty nie graj  roli, zdenerwowało go jeszcze 

bardziej. Je eli mog  sobie pozwoli  na t  zwariowan  eksperymentaln  

amunicj , to  wiadectwo ko cowego u ytkownika b dzie stosunkowo tanie...  

      Nie, powiedziałem mu. Po mojemu, przypomniałem.  

      Westchn ł i szarpał koniec w sika. Potem pokiwał głow . Prosz  bardzo, 

niech b dzie, jak sobie  ycz .  

      Zdarł ze mnie, oczywi cie. Poniewa  wszystkie inne kwestie omawiałem 

rozs dnie, uznał,  e je eli nie jestem chory umysłowo, to musz  mie  powi zania z 

jakim  bogatym frajerem. Na pewno intrygowały go odgał zienia tej transakcji 

lecz najwyra niej postanowił nie wtyka  zbyt daleko nosa w takie podejrzane 

przedsi wzi cie. Gotów był wykorzysta  ka d  stworzon  przeze mnie 

sposobno , by wypl ta  si  z całej sprawy. Gdy tylko znalazł ludzi od amunicji - 

w Szwajcarii, jak si  okazało - ochoczo skontaktował mnie z nimi i umył r ce od 

wszystkiego z wyj tkiem pieni dzy.  

      Na fałszywych papierach wyruszyli my wi c z Ganelonem do Szwajcarii. On 

był Niemcem, a ja Portugalczykiem. Nie obchodziło mnie specjalnie, co stwierdzał 

mój paszport, byle był dobrze podrobiony, ale dla Ganelona zdecydowałem si  na 

niemiecki. Jakiego  j zyka musiał si  nauczy , a tam wsz dzie było pełno 

background image

 

110 

niemieckich turystów. Uczył si  zreszt  bardzo szybko. Ka demu prawdziwemu 

Niemcowi i ka demu Szwajcarowi, który by o to pytał, kazałem mówi ,  e 

wychowywał si  w Finlandii.  

      Siedzieli my w Szwajcarii trzy tygodnie, dopóki nie byłem w pełni zadowolony 

z mojej amunicji. Jak przypuszczałem, w tym cieniu proszek był oboj tny. 

Opracowałem jednak jego formuł  i tylko to si  liczyło. Srebro oczywi cie 

kosztowało sporo. Byłem mo e przesadnie ostro ny, s  jednak w Amberze istoty, 

które najłatwiej zabi  tym metalem. A zreszt , czy  mo e by  lepszy pocisk - poza 

złotym - dla króla? Gdybym w ko cu zastrzelił Eryka, nie byłoby  adnego lese-

majeste. Darujcie mi, bracia.  

      Potem zostawiłem Ganelona,  eby sam si  sob  zaj ł. Wprawił si  do swej roli 

turysty w stylu godnym Stanisławskiego. Odwiozłem go do Włoch, z bł dnym 

spojrzeniem i aparatem fotograficznym na szyi, po czym poleciałem z powrotem 

do Stanów.  

      Z powrotem? Tak. Opuszczony budynek na wzgórzu przez prawie dziesi  lat 

był moim domem. Tam wła nie jechałem, kiedy zepchn ło mnie z drogi i zdarzył 

si  wypadek, b d cy pocz tkiem wszystkich przyszłych zdarze .  

      Zaci gn łem si  papierosem i przyjrzałem si  domkowi. Wtedy nie był 

opuszczony. Zawsze o niego dbałem. Spłaciłem go całkowicie. Sze  pokoi i gara  

na dwa samochody w przybudowce. Jakie  siedem akrów - praktycznie całe 

wzgórze. Na ogół mieszkałem tu sam. Lubiłem to. Wiele czasu sp dzałem w tych 

k tach, w moim warsztacie. Ciekawe, czy drzeworyt Moriego ci gle jeszcze wisi w 

gabinecie? Nazywał si  "Twarz  w twarz" i przedstawiał dwóch wojowników w 

miertelnym starciu. Miło by było go odzyska . Có , pewnie ju  go nie ma. 

Pewnie wszystko, czego nie ukradziono, zostało zlicytowane na zaległe podatki. 

Wyobra ałem sobie,  e tak wła nie post piłyby władze stanu Nowy Jork. Byłem 

zaskoczony,  e sam dom - przynajmniej tak si  zdawało - pozostał nie 

zamieszkany. Przygl dałem mu si , by mie  pewno . Do diabła, nie musiałem si  

spieszy . Nigdzie si  nie wybierałem. Z Gerardem skontaktowałem si  wkrótce po 

przybyciu do Belgii. Wolałem przez pewien czas nie próbowa  rozmów z 

Benedyktem. Bałem si ,  e w ten czy inny sposób spróbuje mnie zaatakowa .  

      Gerard przygl dał mi si  uwa nie. Był gdzie  w otwartym terenie, chyba sam.  

      - Corwin? - zapytał. - Tak...  

      - Zgadza si . Co z Benedyktem?  

      - Znalazłem go, tak jak mówiłe , i uwolniłem. Chciał dalej ci   ciga , ale 

przekonałem go jako ,  e min ło ju  sporo czasu, odk d si  z tob  rozstałem. 

Mówiłe ,  e zostawiłe  go nieprzytomnego, wi c pomy lałem -  e to najlepszy 

sposób. Zreszt  jego ko  był bardzo zm czony. Wrócili my razem do Avalonu. 

Zostałem z nim do pogrzebów, potem po yczyłem konia. Teraz wracam do 

Amberu.  

      - Pogrzebów? Jakich pogrzebów?  

      Znów to badawcze spojrzenie.  

      - Naprawd  nie wiesz?  

      - Do licha, gdybym wiedział, tobym nie pytał!  

      - Jego słudzy. Kto  ich pomordował. On uwa a,  e to ty.  

      - Nie - powiedziałem. - Nie. To  mieszne. Po co miałbym zabija  jego 

background image

 

111 

słu cych? Nie rozumiem...  

      - Zaraz po swoim powrocie zacz ł ich szuka , bo nie zjawili si , by go powita . 

Znalazł trupy, a ty i twój towarzysz odjechali cie.  

      - Teraz widz , jak to wygl dało - mrukn łem. Gdzie były ciała?  

      - Zakopane, ale niezbyt gł boko, w małym lasku za ogrodem na tyłach domu.  

      Wi c tak... Lepiej nie wspomina ,  e wiedziałem o tym grobie.  

      - A jak on s dzi, dlaczego miałbym zrobi  co  takiego?  

      - Jest zaintrygowany. Teraz nawet bardzo zintrygowany. Nie mógł zrozumie , 

dlaczego go nie zabiłe , gdy miałe  tak  mo liwo . I dlaczego mnie wezwałe , 

kiedy mogłe  po prostu go tam zostawi .  

      - Teraz rozumiem, dlaczego w czasie walki nazwał mnie morderc , ale... Czy 

powtórzyłe  mu to, co ci powiedziałem...  e nie zabiłem nikogo?  

      - Tak. Najpierw wzruszył tylko ramionami. Uznał to za normaln  wymówk . 

Powiedziałem mu,  e moim zdaniem mówiłe  szczerze i sam byłe  zaskoczony. 

S dz ,  e troch  si  przej ł twoim naleganiem, bym mu to wszystko powtórzył. 

Par  razy pytał, czy ci uwierzyłem.  

      - A uwierzyłe ?  

      Spu cił wzrok.  

      - Do licha. Corwinie! W co powinienem wierzy ? Wszedłem w sam  rodek 

historii. I tak długo si  nie widzieli my...  

      Spojrzał mi w oczy.  

      - Jest jeszcze co  - powiedział.  

      - O co chodzi?  

      - Dlaczego wła nie mnie wezwałe  na pomoc? Miałe  pełn  tali , mogłe  

przywoła  kogokolwiek z nas.  

      - Chyba  artujesz - o wiadczyłem.  

      - Nie. Chc ,  eby  mi odpowiedział.  

      - Prosz  bardzo. Jeste  jedyny, któremu ufam.  

      - I to wszystko?  

      - Nie. Benedykt nie chce, by w Amberze znano miejsce jego pobytu. Ty i 

Julian jeste cie jedyni, o których wiem na pewno,  e je znaj . Nie lubi  Juliana i 

nie ufam mu. No wi c wezwałem ciebie.  

      - Sk d wiedziałe ,  e Julian i ja wiemy o Benedykcie?  

      - Pomogł wam, kiedy mieli cie kłopoty na czarnej drodze. Zajmował si  wami, 

dopóki nie wrócili cie do zdrowia. Dara mi o tym powiedziała.  

      - Dara! A wła ciwi  kim jest Dara?  

      - Sierota. córka mał e stwa, które kiedy  pracowało dla Benedykta - 

wyja niłem. - Była tam, kiedy przyjechali cie z Julianem.  

      - A ty posłałe  jej bransoletk . Wspominałe  te  o niej na drodze, kiedy mnie 

przywołałe .  

      - Zgadza si . A o co chodzi!  

      - O nic, tylko naprawd  jej nie pami tam. Powiedz, dlaczego wyjechałe  

nagle? Musisz przyzna , wygl dało to tak, jakby  był winien.  

      - Tak - zgodziłem si . - Byłem winien... ale nie morderstwa. Przybyłem do 

Avalonu,  eby co  znale . Dostałem to i wyniosłem si . Widziałe  wóz i widziałe  

ładunek. Wyjechałem, zanim wrócił Benedykt,  eby nie odpowiada  na jego 

background image

 

112 

pytania. Do diabła! Gdybym chciał po prostu uciec, nie ci gn łbym za sob  tej 

fury! Pojechałbym konno, szybko i bez obci enia.  

      - A co było w wozie?  

      - Nie pytaj - odparłem. - Nie chciałem tłumaczy  Benedyktowi i nie chc  

mówi  tobie. Och, przypuszczam,  e on si  dowie. Ale je li ju  musi tak by , to 

nie b d  mu ułatwiał. Zreszt  to nieistotne. Powinien wystarczy  fakt,  e 

przyjechałem po co  i zdobyłem to. Rzecz nie ma tam szczególnej warto ci, ale 

nabiera jej w innym miejscu. Wystarczy?  

      - Tak - przyznał. - To ma jaki  sens.  

      - W takim razie powiedz mi jedno: czy my lisz,  e to ja ich zabiłem?  

      - Nie - odparł. - Wierz  ci.  

      - A co z Benedyktem? Co on s dzi?  

      - Porozmawia, zanim znów ci  zaatakuje. Nie jest ju  całkiem pewny. Tyle 

wiem.  

      - Dobrze. To ju  jest co . Dzi ki, Gerardzie. Odchodz .  

      Poruszyłem si , by przerwa  kontakt.  

      - Chwileczk , Corwinie! Zaczekaj!  

      - O co chodzi?  

      - Jak przejechałe  czarn  drog ? Zniszczyłe  j  na odcinku, gdzie j  

przekraczali cie. Jak to zrobiłe ?  

      - To Wzorzec - wyja niłem. - Je li b dziesz kiedy  miał problemy z czarn  

drog , zaatakuj Wzorcem. Wiesz,  e czasem trzeba go sobie wyobrazi , kiedy 

Cie  przestaje ci  słucha  i wszystko wariuje?  

      - Tak. Próbowałem, ale to nic nie dało. Tylko głowa mnie rozbolała. Ta droga 

nie nale y do Cienia.  

      - I tak, i nie - stwierdziłem. - Wiem, czym ona jest. Nie próbowałe  

dostatecznie mocno. Ja atakowałem Wzorcem tak,  e głowa mało mi si  nie 

rozpadła na kawałki, prawie przestałem widzie  z bólu i zaraz, miałem zemdle . I 

wtedy droga rozpadła si  przede mn . Nie było to przyjemne, ale odniosło skutek.  

      - B d  pami tał - zapewnił. - Czy masz zamiar porozmawia  teraz z 

Benedyktem?  

      - Nie - odparłem. - On wie ju  wszystko. Kiedy si  uspokoi, zacznie zestawia  z 

sob  fakty. A nie chc  ryzykowa  jeszcze jednej walki. Teraz, kiedy przerw , 

b d  milczał przez dłu szy czas i b d  si  opierał wszelkim próbom 

skontaktowania ze mn .  

      - A co z Amberem, Corwinie? Co z Amberem?  

      Spu ciłem wzrok.  

      - Nie wchod  mi w drog , kiedy wróc . Gerardzie. Wierz mi, to nie b dzie 

równa walka.  

      - Corwinie... Czekaj. Chc  ci  prosi , by  jeszcze raz to rozwa ył. Nie uderzaj 

teraz na Amber. Jest skrajnie osłabiony.  

      - Przykro mi, Gerardzie, lecz jestem przekonany,  e przez ostatnie pi  lat 

my lałem o tej sprawie wi cej ni  wszyscy pozostali razem wzi ci.  

      - W takim razie mnie tak e jest przykro.  

      - Chyba b dzie lepiej, jak ju  sobie pójd .  

      Kiwn ł głow .  

background image

 

113 

      - Do widzenia, Corwinie.  

      - Do widzenia, Gerardzie.  

      Odczekałem kilka godzin - a  sło ce skryło si  za wzgórzem, zanurzaj c dom 

w przedwczesnym półmroku. Zgasiłem papierosa, wstałem, strzepn łem i 

zało yłem kurtk . W domu nie działo si  nic. Za brudnymi szybami okien nie 

dostrzegłem  adnego ruchu. Powoli zacz łem schodzi  w dół.  

      Mieszkanie Flory w Westchestcr zostało sprzedane kilka lat temu. Nie 

zaskoczyło mnie to, sprawdziłem z czystej ciekawo ci, skoro ju  znalazłem si  w 

mie cie. Raz nawet przejechałem pod jej niegdy  oknami. Nie było powodów, by 

nadal pozostawała na Cieniu-Ziemi. Wieloletnia warta Flory dobiegła 

szcz liwego ko ca. Otrzymała nagrod  w Amberze. By  tak blisko niej przez tyle 

lat i nawet nie wiedzie  o jej obecno ci - to było troch  irytuj ce.  

      Zastanawiałem si , czy nie spróbowa  kontaktu z Randomem, ale 

postanowiłem tego nie robi . Zyskałbym najwy ej kilka informacji na temnt 

aktualnej sytuacji w Amberze. Owszem, ch tnie bym si  czego  dowiedział, ale 

nie było to konieczne. Byłem mniej wi cej pewien,  e mog  mu ufa . W ko cu 

wiele wtedy dla mnie zrobił. Nie z czystego altruizmu, to prawda... ale posun ł si  

dalej, ni  musiał. Min ło jednak pi  lat i wiele si  w tym czasie wydarzyło. Znów 

był tolerowany w Amberze. No i miał teraz  on . Mo e ch tnie wzmocniłby swoj  

pozycj ?... Nie wiedziałem tego, zwa ywszy jednak na mo liwe zyski i straty 

uznałem,  e lepiej zrobi , je li zaczekam i pomówi  z nin, osobi cie, kiedy 

nast pnym razem b d  w mie cie.  

      Dotrzymałem danego Gerardowi słowa i opierałem si  wszelkim próbom 

kontaktu. Zdarzały si  prawie codziennie w czasie moich pierwszych dwóch 

tygodni na Cieniu - Ziemi. Min ło jednak jeszcze troch  czasu i zostawili mnie w 

spokoju. Po có  miałbym dawa  komu  swobodny wgl d w moj  my l c  

maszyneri ? Nie, nie, bracia. Dzi kuj .  

      Dotarłem na tyły domu, znalazłem okno i wytarłem je r kawem. 

Obserwowałem to miejsce od dwóch dni i wydawało si  wysoce 

nieprawdopodobne,  e ktokolwiek był w  rodku. Jednak...  

      Zajrzałem.  

      Był tam, oczywi cie, straszny bałagan i brakowało wielu moich rzeczy. Ale 

troch  zostało. Skr ciłem w prawo i podszedłem do Drzwi. Były zamkni te. 

Zachichotałem.  

      Obszedłem patio. Dziewi ta cegła od rogu, czwarta od dołu. Klucz ci gle był. 

Wytarłem go o kurtk  i wróciłem do drzwi. Otworzyłem.  

      Wsz dzie zalegała równa powłoka kurzu, naruszona w kilku miejscach. Tu i 

tam te ały kubki po kawie, opakowania po kanapkach, a w kominku zeschni ty 

na kamie  hamburger. Sporo deszczówki wlało si  do  rodka przewodem 

kominowym. Podszedłem i zamkn łem szyber.  

      Frontowe drzwi miały wyłamany zamek. Sprawdziłem - były zabite 

gwo dziami. Kto  wydrapał spro ny rysunek nn  cianie hallu. Poszedłem do 

kuchni. Tutaj bałagan był totalny. Wszystko, co pozostało po spl drowaniu 

domu, le ało na podłodze. Po kuchence i lodowce pozostały jedynie rysy w 

miejscach, gdzie przepychano je do drzwi.  

      Potem obejrzałem warsztat. Był całkowicie ogołocony.  

background image

 

114 

      Mijaj c sypiałni  ze zdziwieniem zauwa yłem swoje łó ko, wci  nie 

po cielone, i dwa kosztowne fotele, jeszcze całe. Gabinet sprawił mi przyjemn  

niespodziank ,  mieci i odpadki pokrywały wprawdzie blat wielkiego biurka, ale 

w ko cu zawsze tak było. Usiadłem i zapaliłem papierosa. No có , pewnie było 

zbyt du e i ci kie,  eby je wynie . Ksi ki w komplecie stały na półkach. Nikt 

nie kradnie ksi ek oprócz przyjaciół. A tam...  

      Nie mogłem uwierzy . Wstałem i podszedłem do  ciany, by przyjrze  si  z 

bliska.  

      Przepi kny drzeworyt Yoshitoshi Moriego wisiał tam, gdzie zawsze, czysty, 

wyra ny, elegancki, pełen gwałtowno ci. Pomy le ,  e nikt nie wyniósł mego 

najcenniejszego nabytku...  

      Czysty?  

      Przyjrzałem si  dokładnie. Przejechałem palcem po obrze u.  

      Za czysty. Nie było na nim nawet  ladu kurzu i brudu, pokrywaj cych 

wszystko inne w tym domu. Sprawdziłem, czy nie ma pod nim jakich  

przewodow, nie znalazłem  adnych i zdj łem go. Nie,  ciana pod nim nie była 

ja niejsza. Była dokładnie taka sama jak reszta.  

      Odło yłem dzieło Moriego nu parapet i wróciłem za biurko. Byłem zdziwiony; 

niew tpliwie kto  chciał,  ebym si  zdziwił. Kto  najwyra niej zabrał drzeworyt i 

zaj ł si  nim - za co byłem mu wdzi czny - a potem zwrócił. I to całkiem 

niedawno. Jak gdyby spodziewał si  mego powrotu.  

      Powinno to by  wystarczaj cym powodem do natychmiastowej ucieczki. 

Nonsens! Je eli to pułapka, to ju  si  zatrzasn ła. Wyj łem z kieszeni kurtki 

rewolwer i wepchn łem go za pasek. Ja sam nie wiedziałem,  e tu wróc . 

Zdecydowałem.si , bo miałem troch  wolnego czasu. Nie byłem nawet pewien, 

dlaczego wła nie chciałem znowu zobaczy  to miejsce.  

      Rzecz była zatem zaplanowana na wszelki wypadek. Gdybym tak trafił znowu 

na stare  mieci, to mo e po to, by zabra  jedyn  rzecz warta zabrania. Trzeba 

wi c j  zachowa  i wystawi  tak, bym zwrócił na to uwag .  

      No dobra, zwróciłem. Nikt mniejeszcze nie napadł, wi c chyba nie chodziło o 

zasadzk . A o có ?  

      Wiadomo . To była jaka  wiadomo .  

      Jaka? Gdzie? I od kogo?  

      Najbezpieczniejszym miejscem w tym domu powinien by  sejf. O ile nikt go 

jeszcze nie obrobił. Otworzenie go nie przekraczało mo liwo ci mojego 

rodze stwa. Podszedłem do  ciany, odsun łem pokryw , ustawiłem wła ciw  

kombinacj  i otworzyłem drzwiczki star  lask .  

      Nic nie wybuchło. To dobrze. Zreszt  nie oczekiwałem wybuchu.  

      W  rodku nie było nic warto ciowego - par set dolarów gotówk , jakie  

umowy, rachunki, listy...  

      I koperta. Czysta, biała koperta le ca na samym wierzchu. Nie pami tałem 

jej.  

      Eleganckim charakterem wypisano na niej moje imi .  

      I to nie długopisem.  

      Zawierała list i kart .  

       

background image

 

115 

       

      Bracie mój, Corwinie, było tam napisane, je eli czytasz ten list. to znaczy,  e 

wci  my limy na tyle podobnie, bym w pewnej mierze potrafił przewidzie  twoje 

post powanie.  

      Dzi kuj  Ci za wypo yczenie drzeworytu - według mnie jednej z dwóch 

mo liwych przyczyn twojego powrotu do tego n dznego Cienia. Niech tnie go 

zwracam, gdy  gusty tak e mamy podobne i od kilku lat zdobił on moj  komnat . 

Jego tematyka poruszała we mnie jak  znajam  strun . Zwrot tego dzieła niech 

b dzie dowodem mej dobrej woli i pro b  o uwag . Je li chc  przekona  Ci  o 

czymkolwiek, musz  by  z Tob  szczery; nie b d  wi c prosił o wybaczenie tego, 

co zaszło mi dzy nami. Prawd  mówi c  ałuj  tylko jednego -  e nie zabiłem Cl , 

gdy miałem ku temu okazj . To własna pró no  wystrychn ła mnie na dudka. 

Co prawda czas zdołał przywróci  Ci wzrok, w tpi  jednak, czy kiedykolwiek 

odmieni nasze wobec siebie uczucia. Twój list - "Wróc " - le y teraz na moim 

biurku. Gdybym to ja go napisał, to wróciłbym z cał  pewno ci , nie bez 

zrozumienia oczekuj  wi c Twego przybycia. A wiedz c,  e nie jeste  głupcem, 

spodziewam si ,  e nie zjawisz si  samotny. W tym miejscu dzisiejsza duma 

zapłaci  musi za dawn  pró no . Chc  Zawrze  pokój, Corwinie, dla dobra 

kraju, nie dla mnie. Pot ne siły regularnie wynurzaj  si  z Cienia, by atakowa  

Amber. Nie w pełni pojmuj  ich natur . Przeciwko tym siłom - najgro niejszym 

ze wszystkich, jakie za mojej pami ci naruszały spokój Amberu - cała rodzina 

zjednoczyła si  pod moim dowództwem. Chciałbym otrzma  Tw  pomoc w tej 

walce. Gdyby  odmówił, to prosz , zaniechaj na pewien czas inwazji. Je li za  

zechcesz pomóc, nie b d  wymagał  adnego hołdu. Wystarczy,  e na czas kryzysu 

uznasz mnie za przywódc .  

      Mo esz oczekiwa  swych normalnych przywilejów. Wa ne jest, by  

skomaktował si  ze mn  i na własne oczy przekonał o prawdziwo ci mych słów. 

Nie udało mi si  osi gn  Ciebie poprzez Twój Atut, zał czam wi c własny do 

Twego u ytku. My l,  e mog  kłama , nasuwa Ci si  zapewne, daj  jednak słowo, 

e tak nie jest. - Eryk lord Amberu.  

       

       

      Przeczytałem list jeszcze raz i roze miałem si . Có  on my lał do czego słu  

kl twy?  

      Nic z tego, drogi bracie. To miło z twojej strony,  e w potrzebie pomy lałe  o 

mnie - i wierz  ci, oczywi cie, przecie  wszyscy jeste my lud mi honoru - ale 

nasze spotkanie nast pi wtedy, kiedy ja je zaplanuj , nie ty. Co do Amberu, to, 

naturalnie, martwi mnie jego sytuacja i zajm  si  ni  - w swoim czasie i na swój 

sposób.  

      Popełniasz bł d, Eryku, uwa aj c si  za kogo  niezb dnego. Cmentarze s  

pełne ludzi niezast pionych. Poczekam jednak, by ci to powiedzie  osobi cie.  

      Wepchn łem list i Atut do kieszeni kurtki. Zgniotłem papierosa w brudnej 

popielniczce na biurku. Potem wzi łem z sypialni jak  powłoczk  i owin łem w 

ni  moich wojowników. Tym razem zaczekaj  na mnie w bezpiecznym miejscu.  

      Raz jeszcze obszedłem cały dom. Zastanawiałem si , po co wła ciwie 

wróciłem. My lałem o ludziach, których znałem, gdy mieszkałem tutaj, i o tym, 

background image

 

116 

czy wspominaj  mnie czasem, czy martwili si , gdy znikn łem. Nigdy si  tego nie 

dowiem.  

      Nadeszła noc. Niebo było czyste i pierwsze gwiazdy  wieciły jasno, kiedy 

wyszedłem i zamkn łem za sob  drzwi. Klucz schowałem na miejsce, za cegł  

przy patio.  

      Potem ruszyłem w gór .  

      Na szczycie obejrzałem si . Dom zmalał jakby w ciemno ci, stał si  cz stk  

pustki, niby rzucona na pobocze puszka po piwie. Zacz łem schodzi  do miejsca, 

gdzie zaparkowałam wóz,  ałuj c,  e spojrzałem za siebie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

117 

Rozdział 9 

 

Opu cili my z Ganelonem Szwajcari  w dwóch ci arówkach, którymi 

przyjechali my z Belgii. W mojej były karabiny: licz c po pi  kilogramów na 

sztuk , trzysta dawało jakie  półtorej tony - całkiem nie le.  

      Po załadowaniu amunicji zostało jeszcze mnóstwo miejsca na paliwo i zapasy. 

Oczywi cie skorzystali my ze skrótu przez Cie , by unikn  ludzi, którzy czekaj  

na granicach i tamuj  ruch. Wyjechali my w ten sam sposób. Ja prowadziłem, by 

-  e tak powiem - otwiera  drog .  

      Prowadziłem nas przez krain  mrocznych wzgórz i rozci gni tych wzdłu  

drogi wiosek, gdzie mijali my jedynie konne wozy. Kiedy niebo stało si  

jaskrawocytrynowe, zwierz ta poci gowe zrobiły si  pasiaste i upierzone.  

      Jechali my długie godziny. Spotkali my w ko cu czarn  drog , przez jaki  

czas ci gn li my równolegle do niej, by potem skr ci  w inn  stron . Niebo nie 

zmieniało si  przez kilka przeskoków, a teren stapiał si  i przekształcał, od gór do 

równin i z powrotem. Pełzli my wolno po fatalnych drogach i  lizgali my si  po 

nawierzchniach twardych i gładkich jak szkło. Wspinali my si  na górskie zbocza 

i p dzili my brzegiem ciemnego jak wino morza. Przebijali my si  przez burze i 

mgły. Pół dnia trwało, zanim znów ich znalazłem - ich cie  na tyle podobny, by 

nie robiło tu ró nicy. Tak, tych samych, których ju  kiedy  wykorzystałem. Byli 

niscy, mocno owłosieni, mieli bardzo ciemn  skór , długie siekacze i wysuwane 

szpony, ale tak e palce do naciskania spustów. I czcili mnie. Byli zachwyceni 

moim powrotem.  

      Nie miało znaczenia,  e pi  lat temu poprowadziłem na  mier  w obcym 

kraju ich najlepszych m czyzn. Nie kwestionuje si  boskich działa  - bogów si  

wielbi. Byli rozczarowani,  e potrzebuj  tylko kilkuset najemników. Tysi ce 

ochotników musiałem odprawi  z niczym. Nie przejmowałem si  specjalnie 

moraln  stron  mego post powania. Mo na było spoj e  na nie cho by tak,  e 

zatrudniaj c owych kilkuset dbałem, by tamci nie umierali daremnie. Oczywi cie, 

ja nie rozumowałem w ten sposóh. Po prostu lubi  czasem tego typu sofistyk  

stosowan . Przypuszczam,  e mogłem tak e uzna  ich za najemników opłacanych 

duchow  monet . Co za ró nica, czy walczyli za pieni dze czy za wiar ? Kiedy 

potrzebowałem  ołnierzy, mogłem zdoby  i jedno, i drugie.  

      Zreszt  ci akurat byli bezpieczni jako jedyni w okolicy dysponuj cy broni  

paln . Co prawda w ich ojczy nie moja amunicja była ci gle bezu yteczna i kilka 

dni musieli my maszerowa  przez Cie , nim znale li my kraj na tyle podobny do 

Amberu, by zacz ła działa . Problem polegał na tym,  e Cienie podlegaj  prawu 

przylegania podobie stw, wi c to miejsce le ało naprawd  blisko Amberu. 

Niepokoiłem si  tym przez cały czas  wicze .  

      Było wprawdzie mało prawdopodobne, by zabł kał si  tutaj który  z moich 

braci, ale zdarzały si  ju  gorsze przypadki.  

       wiczyli my prawie trzy tygodnie, zanim uznałem,  e jeste my gotowi. 

Wtedy, o pi knym,  wie ym poranku, zwin li my obóz i ruszyli my w Cie  - 

kolumny  ołnierzy za ci arówkami. Kiedy zbli ymy si  do Amberu, ich silniki 

zgasn  - ju  teraz sprawiaj  kłopoty - ale na razie mo na je wykorzysta  do 

przerzucenia sprz tu tak daleko, jak tylko si  da. Tym razem postanowiłem 

background image

 

118 

osi gn  szczyt Kolviru od północy, zamiast znowu szturmowa   cian  zwrócon  

ku morzu. Ludzie zapoznali si  z uksztaltowaniem terenu, wyznaczyłem te  i 

prze wiczyłem rozlokowanie oddziałów.  

      Zatrzymali my si  koło południa, podjedli my nie le i ruszyli my dalej, a 

cienie prze lizgiwały si  wokół nas. Niebo nabrało ciemnej, lecz intensywoie 

niebieskiej barwy - to było niebo Amberu. Ziemia miedzy skałami była czarna, a 

trawa jasnozielona. Li cie drzew i krzewów l niły wilgoci , czyste powietrze 

pachniało słodko.  

      Przed wieczorem weszli my mi dzy pot ne drzewa na skraju Ardenu. 

Wystawili my silne warty i rozbili my obóz. Ganelon, ubrany teraz w mundur 

koloru khaki i beret, długo w noc siedział ze mn  nad mapami, które kre liłem. 

Od gór dzieliło nas jeszcze czterdzie ci mil.  

      Ci arówki odmówiły posłusze stwa nast pnego popołudnia. Przeszły przez 

ci g przekształce , gasły co chwila, a  wreszcie silniki nie chciały wi cej zapali .  

      Zepchn li my je do w wozu, maskuj c naci tymi gał ziami. Amunicj  i reszt  

zapasów rozdzielili my mi dzy ludzi i szli my dalej. Zeszli my tylko z drogi i 

maszerowali my przez las. Dobrze go znałem, wi c nie było to trudne. Tempo 

oczywi cie zmalało, lecz wraz z nim tak e szanse na spotkanie którego  z patroli 

Juliana. Drzewa były wysokie, gdy  wkroczyli my ju  do wła ciwego Lasu 

Arde skiego; szybko przypominałem sobie szczegóły topografii.  

      Tego dnia nie napotkali my  adnych istot gro niejszych od lisów, saren, 

królików i wiewiórek. Zapach tych miejsc, ich ziele , br z i złoto o ywiały w 

pami ci wspomnienia szcz liwych dni. Pod wieczór wspi łem si  na le nego 

olbrzyma i zdołałem dostrzec na horyzoncie ła cuch górski, gdzie wznosił si  

Kolvir. Nad szczytami szalała burza i chmury skrywały wy sze partie.  

      Nast pnego dnia w południe wpadli my na jeden z patroli Juliana. Naprawd  

nie wiem, kto kogo zaskoczył i kto był bardziej zaskoczony. Strzelanina wybuchła 

niemal natychmiast. Do zachrypni cia musiałem krzycze , by przerwano ogie , 

gdy  zdawało si ,  e wszyscy marz  wył cznie o wypróbowaniu broni na  ywych 

celach. Patrol nie był zbyt liczny - półtora tuzina ludzi - i wybili my wszystkich. 

My mieli my tylko jednego lekko rannego: jeden z naszych postrzelił drugiego, 

czy te  ten drugi sam si  postrzelił - nie udało mi si  tego wyja ni . Oddalili my 

si  pospiesznie, poniewa  narobili my sporo hałasu, a nie byłem pewien, czy w 

okolicy nie ma innych oddziałów.  

      Do wieczora przebyli my spor  odległo  i znale li my si  do  wysoko. Gdy 

nic nie przeskaniało pola widzonia, mogli my zobaczy  góry; wokół szczytów 

wci  kł biły si  chmury burzowe. Podnieceni potyczk   ołnierze zasypiali z 

trudem.  

      Nast pnego dnia dotarli my do podnó a gór, unikaj c po drodze spotkania z 

dwoma patrolami jeszcze po zmroku szli my naprzód i w gór , by osi gn  

zaplanowany punkt. Zatrzymali my si  o jaki  kilometr wy ej ni  poprzedniej 

nocy. Chmury zakrywały niebo; nie padało, cho  w powietrzu czuło si  napi cie, 

jakie zwykle zapowiada burzy. Tej nocy nie spałem dobrze.  

       niłem o płon cej kociej głowie i o Lorraine.  

      Wyruszyli my rankiem. Niebo było szare, a ja bezlito nie poganiałem ludzi - 

ci gle pod gór . Słyszeli my dalekie grzmoty; atmosfera była naładowana 

background image

 

119 

etektryczno ci .  

      Tu  przed południem, gdy prowadziłem oddział kr tym szlakiem mi dzy 

skałami, usłyszałem z tyłu krzyk, a potem kilka strzałów. Pobiegłem tam 

natychmiast.  

      Kilku ludzi, w ród nich Ganelon, przygl dało si  czemu  le cemu na ziemi. 

Rozmawiali cicho. Przepchn łem si  mi dzy nimi.  

      Trudno było uwierzy . Nigdy za mej pami ci nie widziano  adnej z nich tak 

blisko Amberu. Cztery metry długo ci, ohydna parodia ludzkiej twarzy na lwich 

barkach, orle skrzydła zło one na pokrwawionych teraz bokach, drgaj cy jeszcze 

ogon jak u skorpiona. Na wyspach daleko na południu widziałem ju  raz 

manticor , przera aj c  besti , zawsze mieszcz c  si  w czołówce mojej czarnej 

listy.  

      - Rozerwał Ralla na pół... rozerwał Ralla na pół - bełkotał jeden z ludzi.  

      Dwadzie cia kroków dalej zobaczyłem to, co zostało z Ralla. Przykryli my go 

brezentem i przycisn li my kamieniami; to naprawd  wszystko, co mo na było 

zrobi . Ale całe zaj cie na nowo rozbudziło czujno  u pion  poprzednim łatwym 

zwyci stwem. Ostro nie i w ciszy ruszyli my w dalsz  drog .  

      - Niezły potwór - mrukn ł Ganelon. - Czy jest tak inteligentny jak człowiek?  

      - Naprawd  nie wiem.  

      - Mam jakie  dziwne, denerwuj ce przeczucie, Corwinie. Jakby miało si  sta  

co  strasznego. Nie wiem, jak inaczej to wyrazi .  

      - Wiem, o co ci chodzi.  

      - Ty te  to czujesz?  

      - Tak.  

      Pokiwał głow .  

      - Mo e to ta pogoda - powiedziałem.  

      Kiwn ł głow  jeszcze raz, wolniej.  

      Wchodzili my wci  wy ej, a nicho ciemniało i grzmoty nie cichły nawet na 

chwil . Na zachodzie błyskało, a wiatr dmuchał coraz mocniej. Ogromne masy 

chmur kł biły si  nad szczytami, a wokół kr yły czarne ptasie kształty.  

      Spotkali my jeszcze jedn  manticor , ale załatwili my j  szybko i bez strat. A 

jak  godzin  pó niej zaatakowało nas stado wielkich ptaków o ostrych jak 

brzytwa dziobach. Przep dzili my je, lecz byłem coraz bardziej niespokojny. 

Wspinali my si  w gór , w ka dej chwili oczekuj c wybuchu burzy. Pr dko  

wiatru wzrosła.  

      Było ciemno, cho  wiedziałem,  e sło ce jeszcze nie zaszło. Pojawiła si  mgła - 

zbli ali my si  do chmur.  

      Skały były  liskie, a wilgo  przenikała na wskro . Ch tnie ogłosiłbym postój, 

ale do Kolviru było jeszcze daleko, a wolałem unikn  problemów z  ywno ci , 

której ilo  była dokładnie wyliczona.  

      Przeszli my jeszcze pi  kilometrów i kilkaset metrów w gór , zanim 

musieli my si  zatrzyma . Zapadła całkowita ciemno  i tylko błyskawica dawały 

troch   wiatła. Szerokim kr giem rozło yli my si  na nagim skalnym zboczu, 

wystawiaj c warty ze wszystkich stron. Grzmoty huczały niby werble, a 

temperatura spadała. Gdybym nawet zezwolił na ogniska, to i tak nie było nic, co 

mo na by spali . Przygotowali my si  na zimn , ciemn  i wilgotn  noc.  

background image

 

120 

      Manticory zaatakowały kilka godzin pó niej, nagle i cicho. Zgin ło siedmiu 

ludzi, zabili my szesna cie bestii.  

      Nie mam poj cia, ilu udało si  uciec. Opatruj c swe rany przeklinałem Eryka 

i zastanawiałem si , z jakiego cienia  ci gn ł te potwory. Podczas tego, co 

nast piło zamiast poranka, przeszli my jakie  osiem kilometrów w stron  

Kolviru, po czym odbili my na zachód. Była to jedna z trzech mo liwych tras i 

zawsze uwa ałem j  za najlepsz  do przeprowadzenia ataku. Ptaki n kały nas 

nadal.  

      Nadlatywały w wi kszej liczbie i były bardziej uparte.  

      Wystarczyło jednak zastrzeli  kilka, by przepłoszy  całe stado.  

      Okr yli my wielkie urwisko. Nasza droga wiodła dalej, w gór , poprzez 

gromy i mgł , a  nagle roztoczyła si  przed nami panorama dziesi tków 

kilometrów Doliny Garnath, któr  mijali my po prawej.  

      Zarz dziłem postój i poszedłem si  rozejrze . Kiedy ostatnio widziałem t  

pi kn  niegdy  dolin , była dzikim pustkowiem. Teraz wygl dała jeszcze gorzej.  

      Czarna droga przecinała j , dobiegała do samych stóp Kolviru i tam si  

ko czyła. W dolinie wrzała bitwa. Kawaleria nacierała i odskakiwała. Szeregi 

pieszych  ołnierzy szły naprzód,  cierały si  i wycofywały. Błyskawice biły bez 

przerwy, a czarne ptaki kr yły w ród nich jak zw glone strz py na wietrze.  

      Niby lodowaty dywan zalegała wsz dzie wilgo . Grzmoty odbijały si  echem 

od szczytów, a ja oszołomiony patrzyłem na tocz c  si  w dole bitw .  

      Odległo  była zbyt wielka, bym mógł rozpozna  walcz cych. Z pocz tku 

zdawało mi si ,  e kto  próbuje dokona  tego, co ja zaplanowałem,  e mo e Bleys 

prze ył i powrócił z now  armi .  

      Lecz nie, Ci przybywali z zachodu, czarn  drog . Teraz widziałem wyra nie, 

e to z nimi były ptaki, a tak e skacz ce bestie - ani ludzie, ani konie. By  mo e 

manticory.  

      Szli, a błyskawice uderzały w nich, rozpraszaj c, pal c, zabijaj c... Za 

uwa yłem,  e nigdy nie trafiały w obro ców, i pomy lałem,  e Eryk uzyskał 

pewn  kontrol  nad urz dzeniem znanym jako Klejnot Wszechmocy, którym 

tato zmuszał do posłusze stwa pogod  nad Amberem. Pi  lat temu Eryk z 

niezłym rezultatem u ył go przeciwko nam.  

      A wi c siły z Cienia, o których słyszałem tak wiele, były pot niejsze ni  

s dziłem. Wyobra ałem sobie jakie  drobne starcia, ale nie za art  bitw  u stóp 

Kolviru. Spojrzałem w dół próbuj c dostrzec jakie  poruszenia w ród czerni. 

Droga roiła si  niemal od ci gn cych wojsk.  

      Ganelon zbli ył si  i stan ł obok mnie. Nie odzywał si . Nie chciałem, by mnie 

pytał, ale nie potrafiłbym tego powiedzie  inaczej ni  odpowiadaj c.  

      - Co teraz, Corwinie?  

      - Musimy przyspieszy  marsz - powiedziałem.  

      Chc  by  w Amberze dzi  wieczorem. Ruszyli my. Przez jaki  czas drogi była 

łatwiejsza. To pomagało. Burza bez deszczu trwała nadal, błyskawice i gromy 

były coraz bardziej jaskrawe, coraz gło niejsze.  

      Szli my w półmroku.  

      Gdy osi gn li my miejsce, które wydawało si  bezpieczne - mniej ni  pi  

kilometrów od granic Amberu - kazałem si  zatrzyma  na odpoczynek i ostatni 

background image

 

121 

posiłek. Musieli my krzycze , by si  usłysze , wi c nie mogłem przemówi  do 

ludzi. Przekazałem tylko,  e jeste my ju  blisko i  eby byli gotowi.  

      Oni wypoczywali, a ja wzi łem swoj  racj  i poszedłem na zwiady. 

Przeszedłem mo e mil , wspi łem si  na stromy stok i zatrzymałem na grani. Na 

zboczu naprzeciw mnie trwała bitwa.  

      Przygl dałem si  z ukrycia. Siły Amberu potykały si  z du ym oddziałem 

napastników, którzy przeszli t dy przed nami albo trafili innym sposobem. 

Podejrzewałem to drugie, gdy  nie zauwa yli my  ladow niedawnego 

przemarszu. To starcie tłumaczyło te , dlaczego sprzyjało nam szcz cie i nie 

spotkali my po drodze  adaych patroli.  

      Przysun łem si  bli ej. Atakuj cy mogli wprawdzie posłu y  si  jedn  z 

dwóch pozostałych tras, lecz coraz wi cej przemawiało przeciw temu. Wci  si  

pojawiali, a widok robił tym gro niejsze wra enie,  e przybywali drog  

powietrzn , od zachodu, jak chmury niesionych wiatrem li ci.  

      Siły powietrzne, które obserwowałem z daleka, składały si  nie tylko z 

wojowniczych ptaków. Napastnicy przybywali na skrzydłach dwuno nych, 

podobnych do smoków, stworów, których najbli szym znanym mi 

odpowiednikiem byłaby heraldyczna bestia - wyvern.  

      Nigdy dot d nie widziałem  ywego wyverna, ale te  nigdy nie czułem 

specjalnej ch ci, by go szuka .  

      Mi dzy obro cami było sporo łuczników, który zbierali krwawe  niwo w ród 

wrogów w powietrzu. Wybuchały mi dzy nimi wiry piekielnego ognia, gdy 

pioruny, błyskaj c i pal c, str cały ich, spopielonych, na ziemi .  

      Wci  jednak pojawiali si  nowi i l dowali, by i bestie, i je d cy mogli wł czy  

si  do walki. Rozejrzałem si  i dostrzegłem w centrum najwi kszej grupy 

obro ców, okopanej u stóp urwiska, pulsuj cy blask działaj cego Klejnotu 

Wszechmocy.  

      Przygl dałem si  i obserwowałem koncentruj c uwag  na tym, który nosił 

Klejnot. Tak, nie mogło by  w tpliwo ci. To był Eryk.  

      Poło yłem si  na brzuchu i przeczołgałem jeszcze dalej.  

      Przywódca najbli szego oddziału obro ców jednym ci ciem miecza odci ł 

głow  l duj cemu wyvernowi, potem chwycił lew  r k  je d ca i cisn ł nim na 

dziesi  metrów, poza kraw d  przepa ci. Gdy si  odwrócił, by rzuci  jaki  

rozkaz, poznałem Gerarda. Jak si  zdawało, prowadził ze skrzydła uderzenie na 

napastników atakuj cych grup  pod urwiskiem. Po przeciwnej stronie podobny 

oddział  ołnierzy przeprowadzał analogiczny manewr. Jeszcze jeden z moich 

braci?  

      Zastanawiałem si , jak długo ju  trwała bitwa, ta w dolinie i ta tutaj, na 

górze. Chyba do  długo, je eli s dzi  po czasie trwania tej niezwykłej burzy. 

Przesun łem si  w prawo i spojrzałem w stron  zachodu. Walka w dolinie wrzała 

nadal z nie słabn c  sił .  

      Z daleka nie sposób było rozpozna , kto jest kim, a tym mniej, kto zwyci a. 

Widziałem jednak,  e nie przybywaj  ju  nowe siły, by wspomaga  atakuj cych.  

      Nie wiedziałem, co powinienem robi . Nie mogłem przecie  zaatakowa  

Eryka, zaanga owanego teraz w akcj  o kluczowym znaczeniu dla obrony samego 

Amberu. Poczeka , a potem pozbiera  to, co zostanie - wydawało si  

background image

 

122 

najrozs dniejszym wyj ciem. Ju  jednak czułem, jak wgryzaj  si  w t  ide  z by 

zw tpienia. Nawet bez posiłków dla atakuj cych rezultat bitwy wcale nie był 

pewny. Naje d ey byli liczni i silni, a nie miałem poj cia, co mo e mie  w 

odwodzie Eryk. W tej chwili trudno było przewidzie , czy warto stawia  na 

Amber.  

      Je eli Eryk przegra, sam b d  musiał zaj  si  napastnikami, i to po 

zmarnowaniu znacznej cz ci rezerw siły ludzkiej miasta.  

      Gdyby my teraz bez zwłoki wł czyli ai  do bitwy z broni  automatyczn , to 

nie miałem w tpliwo ci,  e szybko zmieciemy je d ców na wyvernach. W dolinie 

musi by  przynajmniej jeden z moich braci, wi c mo na by ustawi  przej cie 

przez Atuty dla cz ci naszych  ołnierzy. Strzelcy byliby z pewno ci  przykr  

niespodziank  dla czegokolwiek, co było tam na dole.  

      Powróciłem do obserwacji rozgrywaj cego si  bli ej mnie starcia. Nie, nie 

działo si  tam za dobrze. Zastanawiałem si , jakie b d  rezultaty mojej 

interwencji. Na pewno Eryk znajdzie si  w takim poło eniu,  e nie b dzie mógł 

zwróci  si  przeciwko mnie.  

      Oprócz współczucia zyskanego tym, co na jego rozkaz przeszedłem, zdob d  

te  podziw wyci gaj c z ognia jego kasztany. A on, wdzi czny za okazan  pomoc, 

na pewno nie b dzie zachwycony ogóln  sympati  dla mnie. Znowu znajd  si  w 

Amberze, tym razem w otoczeniu  miertelnie gro nej ochrony osobistej i 

popieraj cych mnie tłumów.  

      Interesuj ca my l. Tak, to powinno mi zapewni  gładsz  drog  do tronu ni  

planowany frontalny atak zako czony królobójstwem.  

      Tak.  

      U miechn łem si . Miałem zosta  bohaterem.  

      Musz  jednak przyzna  si  do odrobiny przyzwoito ci. Gdyby mój wybór 

ograniczony był jedynie do Amberu z Erykiem na tronie i Amberu pobitego, to 

moja decyzja byłaby z pewno ci  taka sama: atakowa ! Sprawy nie szły na tyle 

dobrze,  eby by  pewnym. Wprawdzie zwyci stwo działałoby na moj  korzy , to 

jednak owa korzy  nie byłaby w ostatecznym rozrachunku a  tak istotna. Nie 

mógłbym tak ci  nienawidzi , Eryku, bym Amberu nie kochał bardziej.  

      Wycofałem si  i pobiegłem zboczem w doł, a  wiatło błyskawic rzucało we 

wszystkie strony mój cie . Zatrzymałem si  na skraju naszego obozowiska. Na 

drugim ko cu Ganelon krzyczał co  do samotnego je d ca. Rozpoznałem konia.  

      Zbli yłem si . Na znak je d ca ko  ruszył z miejsca i wymijaj c  ołnierzy 

skierował si  w moj  stron . Ganelon pokr cił głow  i poszedł za nim.  

      Je d cem była Dara.  

      - Co ty tu robisz, do diabła! - krzykn łem, gdy tylko mogła mnie usłysze .  

      Zsiadła i stan ła przede mn  z u miechem.  

      - Chciałam si  dosta  do Amberu - powiedziała. - Wi c jestem.  

      - Jak si  tu dostała ?  

      - Jechałam za dziadkiem - wyja niła. - Odkryłam,  e łatwiej jest pod a  

przez Cie  za kim , ni  próbowa  samemu.  

      - Benedykt jest tutaj?  

      Kiwn ła głow .  

      - Tam, w dole. Dowodzi wojskami w dole. Julian te  tam jest.  

background image

 

123 

      Ganelon stan ł obok nas.  

      - Mówi,  e pod ała za nami! - krzykn ł. - Jedzie za nami od paru dni.  

      - Czy to prawda? - spytałem.  

      U miechn ła si  i kiwn ła głow .  

      - To nie było zbyt trudne - stwierdziła.  

      - Ale dlaczego to zrobiła ?  

      -  eby dosta  si  do Amberu, oczywi cie. Chc  przej  Wzorzec. Przecie  tam 

wła nie zmierzasz, prawda?  

      - Naturalnie. Ale tak si  zło yło,  e po drodze jest wojna.  

      - I co masz zamiar zrobi ?  

      - Wygra  j , ma si  rozumie .  

      - Dobrze. Poczekam.  

      Kl łem przez kilka minut, by zyska  nieco czasu do namysłu.  

      - Gdzie była , kiedy wrócił Benedykt? - spytałem w ko cu.  

      U miech znikn ł.  

      - Nie wiem - stwierdziła. - Kiedy wyjechałe , wybrałam si  na przeja d k . 

Nie było mnie cały dzie . Chciałam zosta  sama,  eby troch  pomy le . Kiedy 

wróciłam wieczorem jego ju  nie było. Rankiem wyruszyłam znowu. Odjechałam 

do  daleko i kiedy si   ciemniło, postanowiłam zanocowa  na dworze. Cz sto to 

robi . Nast pnego dnia po południu, kiedy wróciłam do domu, wyjechałam na 

wzgórze i zobaczyłam w dole,  e przeje d a kieruj c si  na wschód. 

Postanowiłam ruszy  za nim. Droga wiodła przez Cie , teraz to rozumiem. Miałe  

racj , łatwiej i  za kim . Nie wiem, jak długo to trwało: czas całkiem si  popl tał. 

Dojechał a  tutaj. Poznałam to miejsce: było przedstawione na karcie.  

      Spotkał si  z Julianem w tym lesie na północy, a potem obaj wrócili tutaj, do 

bitwy - skin ła w stron  doliny. - Kilka dni kryłam si  w lesie. Nie wiedziałam, co 

robi . Bałam si  zgubi . gdybym próbowała wróci . Wtedy zobaczyłam twój 

oddział wspinaj cy si  w gór . Dostrzegłam ciebie i Ganelona na czele. 

Wiedziałam,  e Amber le y w tamtej stronie, wi c ruszyłam za wami. Nie 

zbli ałam si  a  do teraz, bo chciałam, by  był ju  zbyt blisko Amberu,  eby 

odesła  mnie z powrotem.  

      - Nie wierz ,  eby to była cała prawda - o wiadczyłem. - Ale nie mam teraz 

czasu, by jej dochodzi . Zaraz ruszamy. B dziemy walcry . Najbezpieczniej dla 

ciebie b dzie, je li zostaniesz tutaj. Zostawi  ci paru ludzi do ochrony.  

      - Nie chc !  

      - Nie obchodzi mnie, czy chcesz. Zostan  z tob . Przy l  po ciebie, gdy tylko 

bitwa si  sko czy.  

      Odwróciłem si , wybrałem dwóch pierwszych z brzegu ludzi i kazałem im 

zosta  i pilnowa  jej. Nie wydawali si  zachwyceni tym poleceniem.  

      - Co to za bro  maj  twoi  ołnierze? - spytała Dara.  

      - Pó niej - rzuciłem. - Jestem zaj ty.  

      Zrobiłem krótk  odpraw  i wydałem rozkazy.  

      - Zdaje si ,  e masz bardzo niewielu ludzi - zauwa yła.  

      - Wystarczy - odparłem. - Zobaczymy si  pó niej.  

      Zostawiłem j  ze stra nikami.  

      Wyruszyli my t  sam  drog , któr  przedtem szedłem sam. Grzmoty ucichły 

background image

 

124 

w czasie marszu, a cisza, która nast piła, nie przynosiła ulgi, raczej zwi kszała 

napi cie. Znowu ogarn ł nas mrok. Pociłem si  mocno w wilgotnym powietrzu.  

      Zatrzymali my si  przed pierwszym moim punktem obserwacyjnym. 

Poszedłem tam tylko z Ganelonem.  

      Je d cy na wyvernach byli wsz dzie, a ich wierzchowce walczyły wraz z nimi. 

Coraz mocniej przyciskali obro ców do urwiska. Rozgl dałem si , ale nie 

mogłem dostrzec ani Eryka, ani l nienia jego klejnotu.  

      - Którzy s  nieprzyjaciółmi? - zapytał Ganelon.  

      - Ci na smokach.  

      Teraz, kiedy ucichła niebia ska artyleria, l dowali wszyscy i gdy tylko 

dotkn li stałego gruntu, ruszali do ataku. Patrzyłem uwa nie, lecz nie 

dostrzegłem Gerarda w ród obro ców.  

      - Przyprowad  naszych - poleciłem unosz c bro . - Powiedz im,  eby strzelali 

do ludzi i do zwierz t. Ganelon odszedł, a ja wymierzyłem w zni aj cego si  

wyverna. Strzeliłem i obserwowałem, jak spokojny lot zmienia si  w szale czy wir 

skrzydeł. Zwierz  uderzyło o zbocze i zacz ło ku tyka  bezradnie. Strzeliłem po 

raz drugi. Konaj cy potwór wybuchn ł płomieniem. W krótkim czasie miałem na 

koncie trzy takie ogniska. Przeczołgałem si  na drug  z moich poprzednich 

pozycji i bezpieczny wymierzyłem znowu. Trafiłem nast pnego, lecz tymczasem 

inne zawracały ju  w moj  stron . Wystrzelałem reszt  amunicji i w po piechu 

zacz łem przeładowywa . One ju  do mnie leciały. I były szybkie. Udało mi si  

jako  je powstrzyma  i wła nie ładowałem znowu, kiedy nadci gn ła pierwsza 

grupa moich ludzi.  

      Wzmocnili my ogie , a kiedy nadeszli pozostali, przeszli my do natarcia. W 

dziesi  minut było po wszystkim. W ci gu pierwszych pi ciu minut wrogowie 

najwyra niej poj li,  e nie maj  szans, i pognali w stron  kraw dzi, gdzie rzucali 

si  w przepa  i przechodzili do lotu. Strzelali my do nich cały czas, a płon ce 

ciała i tl ce si  ko ci za cieliły ziemi  dookoła.  

      Po lewej stronie wznosiła si  stroma skała; jej szczyt gin ł w chmurach i 

zdawało si ,  e mo e ci gn  si  w gór  bez ko ca. Wiatr rozwiewał dym i mgł , a 

kamienie były splamione i zbryzgane krwi .  

      Szli my naprzód strzelaj c, a obro cy Amberu szybko zrozumieli,  e 

przybywamy z odsiecz , i rozpocz li natarcie pod urwiskiem. Zobaczyłem,  e 

prowadzi ich mój brat Caine. Nasze spojrzenia spotkały si  na moment; potem 

rzucił si  w wir walki.  

      Napastnicy wycofywali si  w po piechu, a rozproszone oddziały  ołnierzy 

Amberu tworzyły drug  lini  ataku. Ograniczali nam pole ostrzału nacieraj c z 

flanki na ludzi - bestie i ich wyverny, ale nie mogłem ich o tym powiadomi . 

Przybli yli my si  i strzelali my celnie.  

      Niewielka grupka ludzi pozostała pod urwiskiem.  

      Wyczuwałem,  e pilnuj  Eryka, zapewne rannego, skoro burza nagle min ła. 

Wolno torowałem sobie drog  w tamtym kierunku.  

      Strzelanina zaczynała ju  cichn , kiedy zbli yłem si  do tych ludzi. Zbyt 

pó no poj łem, co si  zdarzyło.  

      Co  du ego p dziło z tyłu i w jednej chwili było przy mnie. Padłem na ziemi  i 

przetoczyłem si  w bok, automatycznie unosz c karabin do strzału. Mój palec 

background image

 

125 

jednak nie przycisn ł spustu - to była Dara. Przemkn ła obok mnie. Obejrzała si  

i roze miała, kiedy wrzasn łem:  

      - Wracaj i zła  natychmiast! Niech ci  diabli! Zabij  ci !  

      - Zobaczymy si  w Amberze! - krzykn ła, przeje d aj c po zalanych krwi  

skałach, i po chwili było ju  na drodze.  

      Byłem w ciekły, ale nie nie mogłem zrobi . Kln c ze zło ci wstałem i 

poszedłem dalej.  

      Gdy byłem blisko, usłyszałem kilka razy powtórzone swoje imi . Ludzie 

odwracali si  w moj  stron  i cofali, by zrobi  mi przej cie. Wielu z nich 

rozpoznałem, ale nie zatrzymałem si .  

      Dostrzegłem Gerarda chyba w tej samej chwili, w której on mnie zobaczył. 

Kl czał, ale podniósł si  i czekał. Jego twarz nie wyra ała niczego.  

      Podszedłem bli ej i przekonałem si ,  e miałem racj . Kl czał przy rannym: 

to był Eryk.  

      Stan łem obok Gerarda i skin łem mu głow . Patrzyłem w dół, na Eryka. 

Trudno powiedzie , co wtedy czułem. Krew płyn ła z kilku ran na jego piersi; 

była bardzo jasna i było jej du o. Całkiem pokryła zwisaj cy wci  na ła cuchu z 

jego szyi Klejnot Wszechmocy.  

      Nadal pulsował słabym, niesamowitym blaskiem, w rytmie uderze  serca. 

Oczy Eryka były zamkni te, głowa spoczywała na zrolowanym płaszczu. 

Oddychał z trudem.  

      Ukl kłem, niezdolny oderwa  oczu od jego poszarzałej twarzy. Umierał. 

Starałem si  uciszy  moj  nienawi , by mie  szans  zrozumienia tego człowieka, 

który przez kilka pozostałych mu jeszeze chwil był moim bratem.  

      Potrafiłem wzbudzi  w sobie co  w rodzaju sympatii my l c o wszystkim, co 

tracił wraz z  yciem, i zastanawiaj c si , czy to ja bym tu le ał, gdybym zwyci ył 

pi  lat wcze niej. Starałem si  wymy li  co , co przemawiałoby za nim, ale 

jedyne, co przychodziło mi do głowy, to kilka słów brzmi cych jak epitafium:  

      "Zgin ł walcz c o Amber!". To ju  było co . To zdanie stale brzmiało mi w 

uszach.  

      Jego powieki zadr ały i rozchyliły si . Twarz wci  była bez wyrazu. kiedy 

popatrzył na mnie. Zastanawiałem si , czy w ogóle mnie rozpoznał. Wymówił 

jednak moje imi .  

      - Wiedziałem,  e to ty - przerwał i odetchn ł kilka razy. - Zaoszcz dzili ci 

kłopotu, co?  

      Milczałem. Sam znał odpowied .  

      - Pewnego dnia nadejdzie twoja kolej - mówił dalej. - Wtedy b dziemy równi.  

      Zachichotał, zbyt pó no zdaj c sobie spraw ,  e nie powinien tcgo robi . Przez 

chwil  kasłał spazmatycznie. Potem spojrzał na mnie.  

      - Czułem twoj  kl tw  - powiedział. - Wsz dzie. Cały czas. Nic musiałe  

umiera ,  eby zadziałała. U miechn ł si  słabo, jakby czytał z moich my li.  

      - Nie - o wiadczył. - Nie mam zamiaru rzuca  mej  miertelnej kl twy na 

ciebie. Rezerwuj  j  dla wrogów Amberu, tam - wskazał ruchem oczu.  

      A potem wypowiedział j  szeptem, a ja zadr ałem.  

      Przez chwil  wpatrywał si  w moj  twarz. Potem poci gn ł za ła cuch 

wisz cy mu na szyi.  

background image

 

126 

      - Klejnot... - powiedział. - Zabierz go do centrum Wzorca. Podnie . Bardzo 

blisko do oka. Spójrz w niego. Pomy l,  e to miejsce. Spróbuj przerzuci  si ... do 

wn trza. Nic uda ci si . Ale jest w tym... prze ycie... Potem b dziesz wiedział, jak 

go u ywa ...  

      - Jak...? - zacz łem i urwałem. Powiedział mi ju , jak dostroi  si  do Klejnotu. 

Po co ma marnowa  oddech na wyja nianie, w jaki sposób do tego doszedł?  

      Usłyszał jednak.  

      - Notatki Dworkina... - zdołał wymówi . W kominku... moim...  

      Chwycił go kolejny atak kaszlu i krew popłyn ła z nosa i ust. Wci gn ł do 

płuc powietrze i usiadł z wysiłkiem, dziko tocz c wzrokiem.  

      - Oby  spisał si  tak dobrze jak ja... b karcie! - powiedział, po czym upadł mi 

w ramiona i wydał z siebie ostatnie, krwawe tchnienie.  

      Trzymałem go przez chwil , zanim poło yłem z powrotem na ziemi. Oczy miał 

wci  otwarte, wi c wyci gn łem r k  i zamkn łem je. Niemal odruchowo 

zło yłem mu r ce na martwym teraz krysztale. Nie potrafiłem go zabra . 

Wstałem, zdj łem płaszez i przykryłem ciało Eryka. Obejrzałem si . Wszyscy 

patrzyli na mnie. Tak wiele znajomych twarzy. Kilku obcych.  

      Tak wielu z nieh było tam owej nocy, kiedy w ła cuchach przybyłem na 

uczt ...  

      Nie, to nie był odpowiedni czas na takie my li.  

      Uciszyłem je. Strzelanina uciehła; Ganelon zbierał ludzi i ustawiał ich w lu ny 

szyk.  

      Ruszyłem z miejsca. Poszedłem mi dzy lud mi Amberu. - Przeszedłem mi dzy 

poległymi. Min łem wlasnych  ołnierzy i zbli yłem si  do skraju przepa ci. Pode 

mn  w dolinie trwała walka. Kawaleria p dziła jak wzburzona fala, uderzała, 

wirowała, cofała si ; roiła si  piechota.  

      Wyj łem karty Benedykta i znalazłem jego Atut.  

      Zamigotałmi przed oczami i po chwili miałem ju  kontakt.  

      Dosiadał tego samego rudo - czarnego konia, na którym mnie  cigał. Jechał 

naprzód, a wokół niego wrzała bitwa.  

      Milczałem widz c,  e starł si  z innym je d cem. On wymówił rylko jedno 

słowo.  

      - Czekaj - powiedział.  

      Dwoma szybkimi ci ciami rozprawił si  z przeciwnikiem, potem zawrócił 

konia i zacz ł wycofywa  si  z bitwy. Zauwa yłem,  e cugle jego konia były 

przedłu one i lu n  p tl  obwi zane wokół tego, co pozostało z jego prawej r ki. 

Min ło prawie dziesi  minut, nim znalazł stosunkowo spokojne miejsce. Wtedy 

spojrzał na mnie. Widziałem,  e obserwuje obraz za moimi plecami.  

      - Tak, jestem na górze - potwierdziłem. - Zwyci yli my. Eryk zgin ł w walce.  

      Nadal mi si  przygl dał czekaj c, co jeszcze powiem. Jego twarz nie zdradzała 

adnych uczu .  

      - Wygrali my, gdy  przyprowadziłem ludzi z karabinami - o wiadczyłem. - 

Znalazłem w ko cu materiał wybuchowy, który mo e tu funkcjonowa .  

      Jego oczy zw ziły si . Kiwn ł głow . Wiedziałem,  e zrozumiał od razu, co to 

jest i sk d to wzi łem.  

      - Jest wiele spraw, które chciałbym z tob  omówi  - ci gn łem. - Najpierw 

background image

 

127 

jednak musz  zaj  si  nieprzyjacielem. Je eli utrzymasz kontakt, po l  ci 

paruset strzelców.  

      U miechn ł si .  

      - Spiesz si  - powiedział.  

      Krzykn łem na Ganelona - stał kilka kroków za mn . Kazałem mu 

uformowa  ludzi w pojedyncz  kolumn . Kiwn ł głow  i wykrzykuj c rozkaz 

wzi ł si  do dzieła.  

      Czekałem.  

      - Benedykcie - powiedziałem. - Dara jest tutaj. Udało si  jej pod a  za tob  

przez Cie , kiedy jechałe  tu z Avalonu. Chciałbym...  

      Wyszczerzył z by.  

      - Kim, do diabła, jest ta Dara, o której stale wspominasz?! - krzykn ł. - Nie 

słyszałem o niej, dopóki si  nie pojawiłe . Powiedz, prosz ! Naprawd  ch tnie si  

dowiem!  

      - To na nic - pokr ciłem głow  i u miechn łem si  słabo. - Wiem o niej. Ale 

nikomu nie powiedziałem,  e masz prawnuczk .  

      Mimowolnie otworzył usta i wytrzeszczył oczy.  

      - Corwinie - rzekł. - Jeste  szalony albo zostałe  oszukany. Nie wiem nic o 

adnym moim potomstwie. A co do jazdy za mn  przez Cie , to przybyłem tu 

przez Atut Juliana.  

      A wi c to tak! Zaabsorbowanie bitw  było jedynym usprawiedliwieniem 

faktu,  e jej od razu nie przyłapałem. Benedykt został powiadomiony o ataku 

przez Atut. Po có  miałby traci  czas na podró , je eli miał pod r k  

błyskawiczny  rodek transportu?  

      - Diabli! - mrukn łem. - Teraz ju  jest w Amberze. Słuchaj, Benedykcie! 

Złapi  Caine'a albo Gerarda,  eby zaj li si  przerzuceniem ludzi. Ganelon te  

pójdzie. Rozkazy wydawaj przez niego.  

      Rozejrzałem si  i dostrzegłem Gerarda rozmawiaj cego z kilkoma ze szlachty. 

Zawołałem do niego rozpaczliwie. Obejrzał si  natychmiast i biegiem ruszył w 

moj  stron .  

      - Corwinie! Co si  dzieje? - krzykn ł Benedykt.  

      - Nie wiem! Ale co  bardzo niedobrego.  

      Wcisn łem Gerardowi Atut do r ki, kiedy tylko si  zbli ył.  

      - Dopilnuj,  eby moi ludzie dotarli do Benedykta! - powiedziałem. - Czy 

Random jest w pałacu?  

      - Tak.  

      - Wolny czy w zamkni ciu?  

      - Wolny, mniej wi cej. B dzie z nim paru stra ników. Eryk ci gle mu nie 

ufa... to znaczy nie ufał.  

      Obejrzałem si .  

      - Ganelon! - zawołałem. - Rób, co Gerard ci powie. Po l  ci  na dół - skin łem 

głow . - Przypilnuj,  eby ludzie wykonywali rozkazy Benedykta. Ja musz  si  

teraz dosta  do Amberu.  

      - Dobrze! - odkrzykn ł.  

      Gerard ruszył ku niemu, a ja, jeszcze raz wyj łem Atuty.  

      Znalazłem Randoma i skoncentrowałem si . W tej samej chwili zacz ł pada  

background image

 

128 

deszcz. Kontakt nast pił niemal natychmiast.  

      - Cze , Random - powiedziałem, gdy tylko jego obraz nabrał  ycia. - 

Pami tasz mnie?  

      - Gdzie jeste ? - zapytał.  

      - W górach - wyja niłem. - Wygrali my wła nie t  cz  bitwy i posyłam 

Benedyktowi pomoc,  eby mógł oczy ci  dolin . Teraz jednak potrzebuj  twojej 

pomocy. Przeci gnij mnie do siebie.  

      - Nie wiem, Corwinie, Eryk...  

      - Eryk nie  yje.  

      - Wi c kto jest teraz szefem?  

      - A jak my lisz! Przeci gnij mnie!  

      Skin ł głow  i wyci gn ł r k . Klepn łem w ni . Post piłem krok naprzód. 

Stan łem obok niego na balkonie wisz cym nad którym  z dziedzi ców. Por cz 

była z białego marmuru, a w dole nie kwitło zbyt wiele.  

      Byli my dwa pi tra nad ziemi . Zatoczyłem si , a on chwycił mnie za rami .  

      - Jeste  ranny! - zawołał.  

      Potrz sn łem głow . Teraz dopiero zdałem sobie spraw , jak bardzo jestem 

zm czony. Niewiele spałem w ci gu kilku ostatnich nocy. A jeszcze cała reszta...  

      - Nie - powiedziałem spogl daj c na pokrwawione strz py, które były kiedy  

moj  koszul . - Po prostu zm czony. To krew Eryka.  

      Przeczesał palcami swe słomiane włosy i zacisn ł wargi.  

      - Dostałe  go w ko cu... - powiedział cicho.  

      - Nie. Umierał ju , kiedy si  do niego dorwałem. Chod  teraz ze mn ! Szybko! 

To wa ne!  

      - Ale gdzie? O co chodzi?  

      - Do Wzorca - wyja niłem. - Dlaczego? Nie jestem pewien, ale wiem,  e to 

wa ne. Chod !  

      Weszli my do wn trza i ruszyli my w stron  najbli szych schodów. Tkwiło 

tam dwóch stra ników, ale na nasz widok stan li na baczno  i nie próbowali 

przeszkadza .  

      - Ciesz  si ,  e to prawda z twoimi oczami! - mówił Random, kiedy zbiegli my 

w doł. - Czy wzrok masz ju  zupełnie dobry?  

      - Tak. Słyszałem,  e nadal jeste   onaty.  

      - Tak. Jestem.  

      Znale li my si  na parterze i skr cili my w prawo. U dołu schodow była 

jeszeze jedna para stra ników, ale i ci nie próbowali nas zatrzyma .  

      - Tak - powtórzył gdy biegli my w stron   rodkowej cz ci pałacu. Jeste  

zaskoczony, prawda?  

      - Owszem. S dziłem,  e zechcesz przetrzyma  jako  ten rok i sko czy  cał  

spraw .  

      - Ja te  tak my lałem - przyznał. - Ale pokochałem j . Naprawd .  

      - Zdarzały si  ju  dziwniejsze rzeczy.  

      Min li my marmurow  sal  bankietow  i znale li my si  w długim w skim 

korytarzu, prowadz cym przez mrok i kurz daleko na tyły.  

      - Jej naprawd  na mnie zale y - dodał. - Jak nigdy nikomu przedtem.  

      - Bardzo si  ciesz .  

background image

 

129 

      Dotarli my do drzwi. Otwierały si  na platform , z której biegły w dół długie 

spiralne schody. Drzwi nie były zamkni te. Min li my je i zacz li my zej cie. - A 

ja nie - o wiadczył, gdy przebiegali my kółko za kółkiem. - Nie chciałem si  

zakocha . Nie wtedy. Wiesz, cały czas byli my wi niami. Jak mogła by  ze mnie 

dumna?  

      - Teraz ju  si  sko czyło - zapewniłem. - Stałe  si  wi niem, bo poszedłe  za 

mn  i próbowałe  zabi  Eryka, prawda?  

      - Tak. Ona doł czyła do mnie ju  tutaj.  

      - Nie zapomn  ci tego.  

      Biegli my. Do ko ca schodów było bardzo daleko, a latarnie paliły si  tylko co 

jakie  dziesi  metrów.  

      Byli my w olbrzymiej naturalnej grocie. Zastanawiałem si , czy ktokolwiek 

wiedział, ile przylegało do niej tuneli i korytarzy. Ogarn ła mnie nagle lito  dla 

wszystkich tych nieszcz snych wyrzutków gnij cych w lochach, niewa ne, z 

jakich powodow. Postanowiłem uwolni  ich albo wymy li  dla nich co  lepszego.  

      Mijały minuty. Widziałem ju  w dole migotanie lamp i pochodni.  

      - Jest tam dziewczyna - zacz łem. - Ma na imi  Dara. Mówiła,  e jest 

prawnuczk  Benedykta, i dałem si  przekona . Opowiedziałem jej troch  o 

Cieniu, rzeczywisto ci i Wzorcu. Ma pewn  władz  nad Cieniem i bardzo jej 

zale ało,  eby przej  Wzorzec. Zmierzała tutaj, kiedy ostatni raz j  widziałem. A 

teraz Benedykt przysi ga,  e nic o niej nie wie. Przestraszyłem si  nagle. Nie chc  

dopu ci  jej do Wzorca. Musz  jej zada  kilka pyta .  

      - Dziwne - przyznał. - Nawet bardzo. Masz racj . Czy s dzisz,  e ona ju  tam 

jest?  

      - Je li nawet nie, to mam przeczucie,  e niedługo b dzie.  

      W ko cu stan li my na ziemi. Wystartowałem do biegu przez ciemno  w 

stron  wła ciwego tunelu.  

      - Czekaj! - krzykn ł Raudom.  

      Zatrzymałem si  i obejrzałem. Min ła chwila, zanim go zauwa yłem. Był za 

schodami. Zawróciłem. Nie zd yłem wypowiedzie  cisn cego mi si  na usta 

pytania. Random kl czał przy pot nym brodatym m czy nie.  

      - Nie  yje - poinformował. - Bardzo w skie ostrze. Czyste pchni cie. Przed 

chwil .  

      - Chod my!  

      Ruszyli my biegiem do tunelu, potem dalej. Siódme odgał zienie było tym 

wła ciwym. Zbli ywszy si  chwyciłem Grayswandira, gdy  wielkie okute  elazem 

odrzwia stały otworem.  

      Skoczyłem do  rodka. Random był tu  za mn .  

      Podłoga tej olbrzymiej sali jest czarna i wydaje si  gładka jak szkło, cho  nie 

jest  liska. Płonie na niej Wzorzec, skomplikowany labirynt krzywych linii, długi 

mo e na pi dziesi t metrów. Zatrzymali my si  na jego skraju i patrzyli my.  

      Co  tam było wewn trz, i szło naprzód. Poczułem znajomy chłód i mrowienie, 

jakie zawsze odczuwam, kiedy na to patrz . Czy była to Dara? Trudno było 

dostrzec sylwetk  po ród gejzerów iskier tryskaj cych wokół niej. Ktokolwiek to 

był, musiał by  królewskiej krwi, gdy  powszechnie wiadomo,  e Wzorzec 

zniszczyłby kogo  innego. Tymczasem ten kto  przekroczył ju  Wielk  Krzyw  i 

background image

 

130 

zmagał si  wła nie ze skomplikowan  seri  łuków prowadz cych do Ko cowej 

Zasłony.  

       wietlista sylwetka zdawała si  zmienia  swój ksztalt w czasie marszu. Moje 

zmysły przez chwil  odrzucały momentalne, pod wiadome obrazy, które miały 

przecie  do mnie dociera . Usłyszałem, jak obok sapn ł Random, i to chyba 

przełamało tam  mej  wiadomo ci. Masa wra e  zalała mój umysł.  

      Posta  zdawała si  wznosi  pod strop tej zawsze troch  nierzeczywistej 

komory. Potem zmalała, prawie znikła. Przez chwil  zdawała si  szczupł  kobiet  

- by  mo e Dar , o włosach rozja nionych blaskiem, mi kkich, trzaskaj cych 

iskrami wyładowa . A potem to ju  nie były włosy, lecz wielkie zakrzywione rogi, 

wyrastaj ce z szerokiego, ledwo widocznego czoła. Ich krzywonogi posiadacz z 

trudem przesuwał kopyta po l ni cej  cie ce. Jeszcze co  innego... Olbrzymi kot... 

Kobieta bez twarzy... Jasnoskrzydła, nieopisanie pi kna istota... Wie a 

popiołów...  

      - Dara! - krzykn łem. - Czy to ty?  

      Echo powtórzyło mój krzyk, i to była jedyna odpowied . Kimkolwiek lub 

czymkolwiek to było, teraz zmagało si  z Ko cow  Zasłon . Mimowolnie 

napi łem mi nie, jakbym chciał pomóc w tym wysiłku.  

      W ko cu przebiło si .  

      Tak, to była Dara! Wysoka teraz i wyniosła, pi kna i jednocze nie jakby 

straszna. Jej obraz rozdzierał osnow  mego umysłu. Tryumfalnie uniosła w gór  

ramiona i z jej ust wydobył si  nieludzki  miech. Chciałem odwróci  wzrok, lecz 

nie mogłem. Czy bym naprawd  trzymał w ramionach, pie cił, kochał... to? 

Czułem odraz , a równocze nie poci gała mnie jak nigdy przedtem. Nie mogłem 

poj  tego rozdwojenia uczu .  

      Spojrzała ma mnie.  miech ucichł. Usłyszałem jej zmieniony głos.  

      - Lordzie Corwinie, czy jeste  teraz władc  Amberu?  

      Znalazłem gdzie  do  sił, by odpowiedzie .  

      - Praktycznie rzecz bior c, tak.  

      - Dobrze! Ujrzyj zatem sw  zgub !  

      - Kim jeste ? Czym jeste ?  

      - Nigdy si  nie dowiesz - odrzekła. - Teraz jest ju  za pó no.  

      - Nie rozumiem. Co masz na my li?  

      - Amber - powiedziała - b dzie zniszczony.  

      I znikła.  

      - Co to było, do diabła? - odezwał si  wtedy Random.  

      Pokr ciłem głow .  

      - Nie wiem. Naprawd  nie wiem. A czuj ,  e jest najwa niejsz  spraw  na 

wiecie,  eby my si  dowiedzieli.  

      - Corwinie -  cisn ł mnie za r k . - Ona.., to co ... mówiło powa nie. A sam 

wiesz,  e mogłohy to by  mo liwe.  

      Kiwn łem głow .  

      - Wiem.  

      - I co masz zamiar zrobi ?  

      Wsun łem Grayswandira do pochwy i zawróciłem do drzwi.  

      - Pozbiera  to, co zostało - odparłem. - Rzecz, o której zawsze my lałem,  e jej 

background image

 

131 

najbardziej pragn , jest teraz w zasi gu r ki. Musz  j  zabezpleczy . I nie mog  

czeka  na to, co nadejdzie. Musz  to odszuka  i powstrzyma , zanim jeszcze 

dosi gnie Amberu.  

      - A wiesz, gdzie trzeba szuka ? - zapytał.  

      Skr cili my do tunelu.  

      - S dz ,  e le y na drugim ko cu czarnej drogi - odparłem.  

      Dotarli my przez grot  do schodów, gdzie le ał martwy m czyzna, a potem 

szli my w koło, w koło ponad nim, w ciemno .