background image

Stało się jutro

zbiór dwudziesty czwarty

background image

Andrzej Zimniak

”Zręby władzy”

Otworzyłem   drzwi   obite   grubą   warstwą   dźwiękochłonnego   tworzywa   i   wszedłem.   Profesor, 

kwadratowy łysy mężczyzna  o stalowych oczach, siedział za masywnym  biurkiem zawalonym papierami. 

Rozmawiał właśnie przez telefon, składając komuś uniżenie podziękowania i życzenia, lecz dostrzegł mnie po 

chwili i zaprosił nieznacznym gestem do zajęcia miejsca. Gdy skończył, zaproponował mi kawę, po czym 

zamówił ją u sekretarki. Nie wiedziałem, po co mnie wezwał, on zaś zdawał się smakować tę chwilę mojej 

niepewności, którą niezbyt dobrze maskowałem obojętnym wpatrywaniem się w rozrzucone po biurku ołówki. 

Wreszcie, nie spuszczając ze mnie ciężkiego wzroku, odezwał się niskim głosem 

- Panie kolego - tu zaciągnął się papierosem - jak idą pańskie badania? 

Oho - pomyślałem - trochę za dużo teatru i oficjalnego stylu jak na zwykłą rozmowę. Tylko o co mu 

chodzi? 

- Doskonale, panie profesorze - starałem się, aby mój głos brzmiał swobodnie - właśnie rozpocząłem 

próby nad elektrycznymi właściwościami włókien nerwowych w obniżonych temperaturach. Sądzę... 

- Taak - przerwał mi profesor cichym, lecz nie dopuszczającym sprzeciwu głosem. - Rozpoczął pan, 

sądzi pan. To też ciekawe. Ale - i tu ton jego głosu podniósł się nieznacznie - mnie teraz interesują wyniki już 

otrzymane. Chciałem zauważyć, że właśnie upływa pół roku pana a stypendium. Słucham pana. 

Wejście było ostre, nie spodziewałem się właściwie takiego ataku. Straciłem więc nawet tę uprzednio 

wymuszoną swobodę, i o to pewnie staremu chodziło. Pierwsza runda była przegrana. 

- A więc, panie profesorze, zaraz po okresie wstępnego instalowania się rozpocząłem próby, to jest 

badałem procesy chemicznej transmisji impulsów przez nerwy w różnych temperaturach. 

- I..? 

-   Stwierdziłem,   że   już   w   okolicach  zera   stopni   Celsjusza   zanikają   one   zupełnie,   a   kilka   prób  w 

temperaturach   niższych   nie   wykazywało   wzrostu   aktywności,   co   było,   to   znaczy,   co   przewidzieliśmy 

uprzednio. 

- Ej; panie kolego, znów ten brzydki żargon naukowy profesor pokręcił z niesmakiem głową, a ja 

pomyślałem z satysfakcją, że taki łysy to już niedługo pożyje. - Pan może być w okolicach Koziej Wólki, ale 

nie zera stopni. Ale wracajmy do meritum sprawy. Młody człowiek na pana miejscu, z pana aspiracjami, może 

sobie   pozwolić,   aby   spośród   dziesięciu   eksperymentów   jeden,   no   powiedzmy   dwa   były   nieudane   lub 

negatywne. A pan przychodzi po pół roku pracy i mówi mi, że owszem, parę doświadczeń panu nie wyszło, a 

inne są w planie. To jest sygnał, że trzeba się poważnie zastanowić. 

Byłem   coraz   bardziej   zdenerwowany,   maska   wystudiowanej   obojętności   dawno   ze   mnie   opadła. 

Czułem   w   ustach   suchość   języka,   a   nieprzyjemna   chrypka   przeszkadzała   w   mówieniu.   -   Ależ,   panie 

profesorze, w tej nowej dziedzinie każdy wynik... 

- Byle jaki wynik nie jest dobry w żadnej dziedzinie stary wszedł mi w słowo. - Liczą się dobre 

wyniki, i tylko takie - dodał z naciskiem.  - A samymi  hipotezami  daleko nie zajedziemy.  W związku z 

brakiem wyników w dotychczas badanym przez pana kierunku - zaczął znów spokojnym niskim głosem - 

background image

proponuję zmianę tematyki. Będzie to dla pana jeszcze jedna szansa wykazania się. 

- Panie profesorze, ja właśnie zacząłem najważniejsze doświadczenia! 

-   W   naszym   Instytucie   -   głos   szefa   grzmiał   teraz   donośnie   po   wszystkich   kątach   gabinetu   -   nie 

przeprowadza się doświadczeń nieważnych. Wszystkie bez wyjątku są ważne zakończył konfidencjonalnym 

szeptem, jakby zdradzał tajemnicę państwową. - To byłoby wszystko, panie kolego - znów zahuczał gromko - 

za pięć minut mam zebranie, przepraszam, ale muszę już iść. Aha, proponuję, aby zajął się pan preparatami 

ułatwiającymi przejście w stan hibernacji. Doktor Agira wprowadzi pana w zagadnienie. Życzę powodzenia i 

wydajniejszej niż dotychczas pracy spojrzał niemal wesoło; wstając. Nie dał mi żadnych szans. 

Przez   grubą   szybę   okienną,   nastawioną   przez   kogoś   na   maksimum   przepuszczalności,   wpadało 

czerwone   światło  wieczoru  i załamywało   się  obłymi   krwistymi  refleksami  w  szkle  ustawionej  aparatury. 

Przypatrywałem się bezmyślnie tym barwnym plamom o karminowych wnętrzach i żółknących obrzeżach, 

pełzającym po kolbach i chłodnicach w rytmie zachodzącego słońca. Wypełniony aparaturą pokój tonął w 

mroku, tylko w odległym kącie pracował przy swoim biurku Stef. Jego lampa jawiła mi się jako przewodnie 

światełko u kresu ciemnego szlaku, wiodącego wśród nieokreślonych kształtów i niezrozumiałych zdarzeń. 

Stef odwrócił się, jakby moja zmaterializowana myśl dotknęła jego ramienia. - Hallo. En! - zawołał do mnie. 

Dlaczego En? Nie mogłem sobie przypomnieć, kto pierwszy tak mnie  nazwał. Potem przyjęło się. - Nie 

słyszałem, jak wchodziłeś. Co masz taką grobową minę? - gadał wesoło, podchodząc z rękami w kieszeniach. 

- Oho, widzę, że nie na żarty przejąłeś się Starym. A w dzisiejszych czasach... 

- Zażądał zmiany tematu - przerwałem jego potok słów. Twarz mu spoważniała, ale widać było, że 

usilnie szuka dla mnie jakiegoś pocieszenia. Poklepałem go po ramieniu. 

- Nie jest tak źle, stary - mój głos zabrzmiał nawet dosyć swobodnie. - Dam sobie radę, nie martw się 

o mnie. Dziś idę się zabawić, nie mam już ochoty na pracę, a jutro na przekór wszystkiemu i wszystkim 

skończę ten eksperyment, być może kluczowy dla całego problemu. 

- To jest męskie podejście do sprawy - Stef uśmiechnął się zadowolony, że nie musi występować w 

roli pocieszyciela. - Jutro mam trochę luzu przy moich próbach, pomogę ci. 

Wyszedłem w szarość korytarza, również gęsto zastawionego aparaturą i sprzętem pomocniczym. Na 

chropowatej   betonowej   ścianie   przymocowany   był   telefon.   Nakręcałem   kolejno   numery   kilku   moich 

przyjaciółek   lub   znajomych,   lecz   żadna   z   tych,   które   zgłosiły   się,   nie   miała   wolnego   wieczoru.   Zły, 

odwiesiłem słuchawkę. Przyjdzie mi upić się samemu - pomyślałem, lecz jednocześnie narastał wewnętrzny 

bunt. I nagle, wtedy po raz pierwszy, doznałem tego niesamowitego uczucia. 

Głowę przebiegały mi naprzemienne fale gorąca i zimna lub raczej - zgęszczonej rozrzedzonej materii. 

I   choć   zjawisko   trwało   krótko,   zdawało   mi   się   pod   koniec,   że   czaszka   staje   się   elastyczna   niby   balon 

napełniony wodą, a deformują ją w jednostajnie identyczny sposób dwa szeregi przemykających z obu stron, 

swobodnie  zawieszonych   walców.  Na  płaszczyznę  zamazanego.  pola  widzenia  wpełzły świetliste  punkty, 

rozlały się szeroko jak kręgi na wodzie i wsiąkły w obraz. 

Dolegliwości ustąpiły,  pozostał jedynie lekki ból w skroniach. Nadal stałem oparty o chropowatą 

ścianę tuż przy telefonie. Na szczęście nikt nie zauważył tej chwilowej niedyspozycji jeszcze brakowało, żeby 

zaczęto mnie cucić! Byłby temat do żartów w całym Instytucie. 

Ruszyłem   przed   siebie.   Czułem   się   dziwnie   lekki,   nogi   jakby   same   niosły   mnie   naprzód. 

background image

Przypisywałem   to   doskonałej   kondycji   fizycznej,   co   z   kolei   wprawiało   mnie   w   dobry   nastrój.   Zmory 

dzisiejszego   popołudnia   prysły   i   miałem   nadzieję,   że   nie   będą   zakłócały   zbliżającej   się   zabawy.   Nie 

wiedziałem jeszcze, dokąd i z kim pójdę, ale miałem pewność, że wieczór będzie udany. 

Aksamitny, wilgotny zmierzch opadł już na trawiaste boisko, pod którym rozlokowane zostały trzewia 

cyklotronu. 

Spóźnieni   biegacze   w   swoich   odcinających   się   od   tła   białych   szortach   powracali   z   wieczornego 

treningu. Pod jasną płachtą pomarańczowo-zielonego nieba zawisły nieruchomo małe, rozświetlone od dołu 

chmury. 

Wsiadłem  do   samochodu   i   ruszyłem   ostro;   rozkoszowałem  się   prędkością.   Odczuwałem   fizyczną 

przyjemność, gdy stalowe cielsko maszyny z łatwością wnikało w masy napływającego naprzeciw chłodnego, 

wieczornego powietrza. 

Czułem się znów dziwnie lekki, chwilami zdawało mi się, że, to kto inny prowadzi wóz, że obce ręce 

dotykają kierownicy, ` a ja przyglądam się z boku. Może ktoś podsunął mi papierosa z marihuaną? 

Pędziłem w kierunku swojego hotelu, kiedy nagle zauważyłem z boku wystawowe  okna centrum 

handlowego. Zahamowałem gwałtownie i skręciłem na parking. Ależ to jasne! Że też wcześniej nie wpadłem 

na ten prosty pomysł. 

-   Dobry   wieczór,   panno   Krystyno   -   zacząłem,   opierając   się   o   kasę.   Poszło   łatwiej,   niż   się 

spodziewałem. Już w piętnaście minut po zamknięciu sklepu siedzieliśmy w nocnym barze przy butelce dobrej 

brandy,  a wokół nas migotały kolorowe światła, płynęła muzyka  i wytwarzał się nastrój wesołej zabawy. 

Alkohol   palił   mnie   w   gardle,   po   członkach   rozchodziło   się   przyjemne   ciepło.   Doświadczałem   uczucia 

poprzedzającego lekki zawrót głowy - coś jakby drobne przesunięcie świadomości w kierunku beztroski. 

- Wiesz, Kris - nachyliłem się do siedzącej obok dziewczyny - dobrze mi z tobą. Bardzo dobrze. A 

teraz wypijmy za zdrowie mojego szefa. Dał mi dziś wspaniały temat, rokujący nie byle jakie perspektywy 

- Będzie mu to policzone - Kris zaśmiała się głosem może o ton za głębokim jak na filigranową 

blondyneczkę   o   sarnich   oczach   i   pełnych,   nieco   wysuniętych   do   przodu   ustach.   Z   każdym   kieliszkiem 

wydawała mi się piękniejsza i powabniejsza. 

Potem poszliśmy tańczyć. Czułem ją taką drobną, ciepłą tuż koło siebie, oparła czoło o mój policzek, 

płynęliśmy gdzieś w takt melodii, której już nie słyszeliśmy. I wtedy znów coś zaczęło się dziać. Stawałem się 

lekki, nieobecny. Oglądałem rzeczywistość wokół niby kiepski film, a może raczej śniłem? Trzymałem w 

objęciach jakąś dziewczynę, dosyć chyba ładną, ale zdecydowanie zbyt szczupłą. Czułem się tak, jakbym 

tańczył z manekinem pośród przetaczających się wokół bezkształtnych mas ludzkich. Chciałem przerwać ten 

koszmar, ale spostrzegłem, że zupełnie nie panuję nad własnym ciałem. Dalej ciężko tańczyłem niby jakaś 

kukła   w   kiepskim   teatrzyku   gałganiarzy,   obłapiając   coraz   mocniej   tę   chudą   dziewczynę,   a   wszystko 

rejestrowałem   jakby  zza   półprzejrzystej   zasłony  w   dusznym,   wilgotnym   powietrzu.   Dopiero  przy  stoliku 

puściły kleszcze, trzymające moją świadomość w żelaznym uścisku. Płaski, mdły obraz wyostrzył się, nabrał 

stopniowo trzeciego wymiaru, barw, woni i dźwięków. Jak poprzednio wokół nas płynęła muzyka, a Kris 

znów piękna i pociągająca, przyglądała mi się z troską. Miałem przez chwilę wrażenie, że to nie ja, a świat 

zewnętrzny   ulega   kolejnym   dewiacjom,   jakimś   chwilowym   odchyleniom   od   maksymalnej   wartości 

prawdopodobieństwa istnienia. W każdym jednak przypadku moja osoba w zmienionej rzeczywistości musiała 

background image

wydawać się równie osobliwa, jak odmienione otoczenie dla mnie. 

- Kris, kochanie, te tutejsze chińskie przyprawy... widocznie mi nie służą. W przyszłym  tygodniu 

zaprowadzę cię gdzie indziej, zobaczysz. 

- Wiesz co, En - dziewczyna była lekko przestraszona posiedźmy tu jeszcze trochę. Jesteś cały mokry. 

- W porządku, skończymy nasze koktajle. Wiesz, Kris, ja myślałem, to jest... nigdy nie miałem czegoś 

takiego. To zdarzyło się po raz pierwszy. 

- Nie przejmuj się tym teraz, En. Odpocznij. Następnym razem wszystko ułoży się lepiej - nieszczerze 

mówiła Kris. Oboje wiedzieliśmy, że następnego razu nie będzie. Z oczu dziewczyny wyzierał strach, uważała 

mnie z pewnością za nienormalnego, a przynajmniej za nerwowo chorego. 

Aby   zatuszować   zmieszanie,   zacząłem   rozglądać   się   po   sali:   Panował   gwar,   wielobarwny   tłum 

falował, a wśród czerwonych lamp unosiła się mgła dymu tytoniowego. 

W   pewnym   momencie   drgnąłem   -   prawie   zasłonięty   szerokim   ozdobnym   filarem,   przy   stoliku 

wciśniętym   pomiędzy   palmę   a   barek,   siedział   łysy,   kwadratowy   grubas.   Przeprosiłem   Kris   i   wstałem.   . 

Obszedłem   powoli   filar,   kierując   się   w   stronę   toalety.   Przechodząc   w   okolicach   barku   od   niechcenia 

odwróciłem głowę, niby rozglądając się po sali. Przy stoliku obok palmy nie było nikogo! Na białej serwetce 

stała tylko nie dopita filiżanka kawy.  Dalsze spacerowanie nie miało sensu, powróciłem więc do swojego 

stolika. Gdy zapalałem papierosa Kris, łysy grubas znów siedział na dawnym miejscu. I choć z tej odległości 

nie mogłem dojrzeć jego twarzy, byłem pewien, że do ust ma przylepiony swój zwykły, ironiczny uśmiech. 

Odczuwałem wściekłość, lecz jednocześnie paraliżujący lęk. Wokół mnie czaiło się coś nieznanego, 

działały nieprzyjazne siły, których nie potrafiłem zrozumieć, a więc tym bardziej przeciwstawić się im. 

Ten łysy, kwadratowy grubas. Czy chce mnie tylko pognębić, ośmieszyć, czy też zniszczyć za to, że 

śmiałem być różny od stereotypu nadskakującego stypendysty? A może jest mu to obojętne, po prostu stałem 

się przypadkowym obiektem jego rutynowych przyjemnostek? 

Pośpiesznie zapłaciłem, odwiozłem Kris do domu i udałem się do siebie. Natychmiast zapadłem w 

ciężki, lecz krótki sen człowieka odurzonego alkoholem. 

- Pani Heleno, co pani robi? 

-  Przygotowuję   panu  szkło  -  odrzekła   dziewczyna   spokojnym,   miłym   głosem  panienki   z   centrali 

telefonicznej, kontynuując wprawnymi ruchami demontowanie mojej aparatury. 

- To jakaś pomyłka, ja tego wszystkiego będę dzisiaj używał! 

- Jutro zaczynamy eksperyment z lekami prohibernacyjnymi, chcę więc przygotować wszystko jak 

należy. Jestem teraz pana nową pomocnicą - jej miły, lecz bezbarwny głos w innych okolicznościach działałby 

zapewne uspokajająco. 

- Proszę to natychmiast zostawić ! 

- Ależ, proszę pana, ja pracuję tylko do czwartej, mam niewiele czasu - mój wybuch nie wpłynął w 

najmniejszej mierze na jej zachowanie. Nadal myła zręcznymi ruchami szkło i układała je równo w suszarce. 

- Niech pani mnie posłucha, pani Heleno - zacząłem znowu, zmuszając się do spokoju. - To dla mnie 

bardzo   ważny   eksperyment,   który   -   być   może   -   pozwoli   podsumować   półroczną   pracę!   -   mimo   woli 

podniosłem głos - A pani ot, tak, demontuje mi aparaturę ! Czy pani to rozumie . 

- Chcę panu pomóc. Zaraz rozpocznę instalowanie zestawu do jutrzejszego doświadczenia - była zbyt 

background image

głupia albo zbyt mądra, aby wdawać się ze mną w dyskusję. 

Zacisnąłem pięści z bezsilnej wściekłości. Przecież nie będę się z nią bił! Warknąłem: 

- Kto panią przysłał? 

- Znalazłam dziś rano na swoim biurku kartkę z poleceniem. Sądzę, że od doktora Agira, ale może od 

profesora - jej głos nie podniósł się ani o jotę podczas naszej rozmowy, nie zaprzestała również precyzyjnego 

układania szkła. 

- I nie ma wątpliwości, że to pani jest moim pomocnikiem, a nie na odwrót? 

Połykała wszystko gładko. 

-   Oczywiście.   Postaram   się   pomóc   panu   jak   najwięcej   w   grymasie   mającym   oznaczać   uśmiech 

odsłoniła solidne, szeroko rozstawione zęby. 

Byłem bezsilny. Wyszedłem, trzasnąwszy drzwiami. 

Musiałem komuś o tym wszystkim opowiedzieć. Stefa nie było w bibliotece, znalazłem go dopiero w 

laboratoryjnej chłodni. Ubrany w zbyt obszerny waciak, ekstrahował coś z szarych płatów tkanki za pomocą 

szeregu buforów. 

Nie zdziwił się specjalnie, widząc mnie mocno wzburzonego; widocznie wiedział już o likwidacji 

mojego stanowiska pracy. Uzgodniliśmy, że zjemy razem obiad. 

Kierując się ku wyjściu minęliśmy szereg potężnych agregatów, chronionych przed niepowołanymi 

specjalną instalacją alarmową. Było to królestwo doktora Agira i oczko w głowie profesora - w każdym z tych 

oszronionych, podłużnych pudeł, w temperaturze niewiele odbiegającej od zera bezwzględnego, spoczywał 

człowiek. Ci zahibernowani ludzie czekali na rozwój medycyny albo byli ciekawi jutra, a może mieli nadzieję 

odnaleźć w świecie przyszłości coś, czego próżno poszukiwali teraz i tutaj. Udaliśmy się do małej włoskiej 

restauracji na wolnym powietrzu. Tam nad kuflem piwa uspokoiłem się prawie zupełnie, choć nadal snułem 

pełne determinacji plany. Jednego byłem pewien : powinienem opuścić Instytut. 

- Co to jest władza? - rzuciłem na wpół do siebie, na wpół do Stefa. 

- System represji stosowanych przez państwo w celu zapewniania sprawnego funkcjonowania jego 

mechanizmów - wyrecytował. 

- Nie, chodzi mi o coś innego. O władzę człowieka nad człowiekiem, o wpływ jednostek na inne 

jednostki. Widzisz, hierarchia administracyjna  nie zawsze odpowiada rzeczywistej  sytuacji. A nawet jeśli 

odpowiada, to ukształtowała się pod wpływem takich, a nie innych osobowości ludzkich. Formułki "urodzony 

kierownik" lub "zdolności organizacyjne" to tylko parawany, próby obejścia zagadnienia. 

Przez rzadkie liście figowca przeświecało ciężkie, popołudniowe słońce, tworząc na obrusie stolika 

plątaninę roztańczonych żółtych plam podobnych do refleksów fal morskich na piaszczystym dnie. Mocne 

piwo rozleniwiało ciało, lecz stymulowało myśli, pobudzało do skojarzeń. Władza. To problem, który ciekawił 

mnie   naprawdę.   Nie   biochemia,   fizyka   i  chemia,   bo  w  tych   dziedzinach,   po  zachłannych   i   z  pewnością 

pasjonujących studiach, doszedłem w końcu do etapu drobiazgowych analiz zamiast  frapującej syntezy, do 

wyświetlania drobnych obrazków zamiast ogólnego, całościowego spojrzenia. Lecz nie pragnąłem posiąść 

władzy, zupełne nie o to mi chodziło. Chciałem zrozumieć jej istotę, dotrzeć do korzeni, do praprzyczyn. 

Dlaczego jeden człowiek ma  wyraźny wpływ na innych? Co kryje się pod pojęciami silnej albo ujmującej 

osobowości ? Czy władza to tylko brutalna przewaga fizyczna, czy coś znacznie więcej ? Przecież przemoc 

background image

nie oznacza jeszcze zapanowania nad umysłem, a to daje dopiero całkowite uzależnienie. Rozwój cywilizacji 

technicznej polega w pewnym  sensie na rozszerzaniu władzy nad przyrodą  ożywioną  i nieożywioną, nad 

czasem i przestrzenią. A czy życie jako takie nie polega na władaniu materią i energią, na odpowiednim 

sterowaniu   ich   przetwarzaniem?   Immanentną   cechą   życia   w   ogóle   jest   ciągła   ekspansja,   żarłoczne 

podporządkowywanie   sobie   wszystkiego   po   drodze;   spostrzeżenie   to   będzie   słuszne   dopóty,   dopóki   nie 

poznamy ożywionych form materii opartych na odmiennych od naszych prawach rozwojowych. Na razie zaś 

nowe światy możemy kreować tylko na zasadzie łamigłówki, kombinując dobrze znane elementy w innym niż 

dotychczas porządku. Lecz czy wtedy powstają nowe jakości? Pytania, pytania! Czy kiedykolwiek znajdę na 

'tnie   odpowiedzi,   choćby  na   jedno   z  nich?   Może   uda   mi   się   zastosować   jakąś   nową   metodę   badawczą, 

doskonalsze narzędzie poznania. Wtedy miałbym szansę. 

Monotonny głos Stefa z wolna zaczął przesączać się przez kłębowisko moich bezładnych myśli. 

- Ci,  którzy  łatwo uzyskują  supremację  nad otoczeniem,   muszą   mieć   jakąś  szczególną  cechę  lub 

wyższe   niż   inni   parametry   tej   cechy  osobowości.   Jeden   z   wektorów   ich  pola   bioelektrycznego   ma   duże 

natężenie... 

Po kilku solidnych łykach piwa zaczęło mnie to wszystko bawić. I te dziwne zdarzenia wokół mnie, i 

teoria Stefa. 

- To niezłe. Pomyśl, gdyby ten wektor odpowiednio wzmocnić, można byłoby kreować władców... - 

urwałem nagle w pół zdania. Znów tam był! Wstałem raptownie i, potykając się w slalomie między stolikami, 

rzuciłem się ku wyjściu. Teraz nie może mi ujść! 

Omal nie zderzyłem się z kelnerem,  otarłem się o mur kamienicy w wąskim przejściu na ulicę i 

wypadłem   Ta   furtkę.   Oddalony   o   jakieś   dwadzieścia   metrów,   stromym   chodnikiem   schodził   w   dół 

kwadratowy łysy grubas w ciemnym garniturze. Ruszyłem za nim biegiem. Słysząc pościg zaczął uciekać, 

lecz byłem znacznie szybszy i już po chwili rzucałem mu w twarz dyszące, złe słowa. Ale urwałem nagle, bo 

ujrzałem starego, nieznajomego człowieka. Słowa przeprosin uwięzły mi w gardle. Powlokłem się ciężko z 

powrotem, przygarbiony i zawstydzony. 

Seminarium   było   długie   i   nudne.   Prelegent   mamrotał   do   tablicy,   pokazywał   dziesiątki   tabel   i 

rysunków i stawiał mnóstwo hipotez. 

Spojrzałem po audytorium. Najbliżsi współpracownicy prelegenta słuchali uważnie, ciekawi raczej 

formy, ponieważ treść znali doskonale, natomiast inni uczestnicy wyglądali na mniej lub bardziej znudzonych 

beznamiętnym tokiem wykładu. 

Ewa. Siedziała w ostatnim, najwyższym rzędzie. Chociaż twardo postanowiłem usunąć ją ze swoich 

myśli i pragnień, nie mogłem teraz oderwać wzroku od delikatnego owalu jej twarzy, gładko zaczesanych do 

tyłu i związanych w węzełek krótkich włosów, oczu o aksamitnym wejrzeniu, drobnej figury. Wyobraziłem 

sobie, jak schodzi w kierunku wyjścia - miała jedyny,  tak bardzo kobiecy sposób poruszania się, drobne, 

niemal   niedostrzegalne   ruchy   głowy,   ramion   i   bioder,   które   zawierały   całą   jej   kruchość,   nieporadną 

delikatność, a jednocześnie giętkość kotki. 

Co z tego, kiedy była niegrzeczna. Wprost opryskliwa, kiedy usiłowałem zalecać się do niej. Miała 

swojego Larry'ego i była absolutnie monogamiczna. 

Głos prelegenta dudnił nadal przed wykresami, tabelami, plątaniną krzywych. 

background image

Ręce o pomarszczonej skórze, starej i zniszczonej chemikaliami. Moje ręce? Czułem się tak, jakbym 

swoje młode, lekkie dłonie trzymał w kieszeniach, a na pulpicie pozostawił te zewnętrzne, obce powłoki, jak 

skóry po przepoczwarzeniu. Ale one ruszały się! Chyba robiły notatki czy po prostu mazały coś bezmyślnie w 

notesie,   który  leżał   jak   wielka   księga   na   ogromnej  czerni   pulpitu.   Inni   ludzie   siedzieli   daleko,   wielcy  i 

dostojni, jak nieruchome posągi. I to dudnienie, tak głuche i odległe... jakby pusty beczkowóz po bruku... Co 

to za  dziewczyna,  tam w górze  schodów o coraz  wyższych  stopniach,  jak wycięta  z komiksu,  siedzi  na 

wysokim   stołku   i   uśmiecha   się   z   pobłażaniem;   te   ręce   zgrabiałe;   chyba   moje?,   coś   piszą   w   księdze 

pamiątkowej Uczelni, podanie do Pana o przeniesienie w stan Wiecznej Szczęśliwości, jeszcze podpis, i już 

mogę   wyjąć   swoje   własne   ręce   z   kieszeni,   położyć   na   pulpicie,   słyszę   szmer,   to   posągi   zadają   pytania, 

prelegent już odwrócił się do audytorium, odpowiada normalnym głosem, a w górze, w ostatnim rzędzie, 

siedzi ta_ drobna mała Ewa, o której miałem już nie myśleć. 

Było   mi   lekko i  dobrze.  Odczekałem do końca  seminarium  i udałem się  do profesora.  Płynąłem 

korytarzami jak balonik napełniony gazem rozweselającym, a sprzęty wokół opalizowały i miały opływowe, 

obłe kształty. 

Bez słowa położyłem podanie na biurku szefa. Kwadratowy łysy starzec z obojętnym wyrazem twarzy 

przeczytał pismo. 

- Więc pan chce odejść - w beznamiętnym głosie wyczułem nutę ironii. - Czy pan sądzi, że to właśnie 

jest najlepszy sposób? 

- Można to nazwać odejściem. Przemyślałem tę kwestię dokładnie. Chcę mieć szansę... 

Szef ponownie rzucił okiem na trzymany w ręku arkusz. 

- Czy pan rzeczywiście cierpi na nowotwór? 

- Nie, ale... 

Profesor obojętnie przedarł moje podanie i wyrzucił do kosza. 

- Panie kolego, w poważnych sprawach etyka obowiązuje nas również. 

Grzebał chwilę w biurku, po czym wyciągnął formularz i dał mi do wypełnienia. 

- Proszę wpisać, że zgadza się pan na eksperyment naukowy, a całą odpowiedzialność sam pan ponosi. 

I podpis. Zwykle - dodał po chwili - poddajemy hibernacji ludzi wybitnych i starszych lub chorych. 

Ale tym razem zrobię wyjątek. 

Zaaplikowano   mi   serię   zastrzyków   nasennych   i   przygotowujących.   Świat   zamazał   się   jak   na 

poruszonym zdjęciu i osunął do tyłu, zapadłem głęboko w studnię nieświadomości. Ciało umieszczono w 

chłodni, gdzie procesy życiowe poczęły zwalniać swój bieg, aż zamarły całkowicie. Wtedy, w temperaturze 

ciekłego azotu, moje ciało stało się lodową martwą bryłą, pozbawioną duszy. 

Aby   zapobiec   szczątkowym   procesom   degradacji,   temperaturę   obniżono   niemalże   do   zera 

bezwzględnego. Spoczywałem teraz w potężnym agregacie, zanurzony w ciekłym helu. Przez wiele lat to 

otoczenie miało być moim domem. I w tych warunkach, kiedy atomy zatrzymują się w swoim odwiecznym 

biegu, a oscylacje molekuł niemal zamierają, przemieniając się w najcichszy szept materii, dusza powróciła do 

zaklętego w krystaliczne struktury ciała. Sploty nerwów i pajęcza sieć neuronów, przechwytując niby antena 

energię   impulsów   bioelektrycznych   ludzi   żyjących   w  świecie   wysokich   temperatur,   wytwarzały  prądy  w 

background image

swoich nadprzewodzących wnętrzach. Owe impulsy nerwowe, mozolnie przenoszone przez gęstwę atomów 

rozszalałych w zwykłej temperaturze ciała, teraz przemierzały nadprzewodzącą sieć krystaliczną swobodnie i 

bez żadnych strat energii. Mózg w swojej nowej funkcji potrafił znacznie więcej niż dawniej. Oszołomił mnie 

potok  nowych   wrażeń,   odbierałem  siebie   i  świat   innymi   zmysłami,   musiałem   uczyć   się   wszystkiego   jak 

niemowlę.   Pole   bioelektryczne   interferowało  teraz   w   wyraźnie   wyczuwalny  sposób  z   wysepkami   materii 

ożywionej. Zalał mnie i przygniótł potężny strumień odczuć z tego samego, lecz jakże innego świata ! Byłem 

bezradny. 

Wtedy   rozległ   się   Głos.   I   natychmiast   dojrzałem   ich   tuż   obok   -   kruche,   nadprzewodzące   siatki 

neuronów, mieniące się intensywną  cyrkulacją bioprądów - ludzkie, a jednocześnie tak inne intelekty,  do 

których teraz i ja należałem. Głos wyjaśniał i uczył mnie, wprowadzał w nowy rodzaj życia, odkrywał przed 

moim raczkującym umysłem rozległe możliwości, jak również niemałe trudności. Okazało się, że nad swoimi 

żywicielami i opiekunami mamy rozległą władzę, przy czym nawet nie podejrzewają, jak wiele dziedzin ich 

działalności znajduje się pod kontrolą. Nie wiedzą oni nawet o istnieniu naszego intelektu i dowiedzieć się nie 

powinni. 

Teraz zrozumiałem wiele dziwnych zdarzeń ze schyłku mojego poprzedniego życia. Pojąłem wkrótce 

po przebudzeniu, że niemalże cały program badawczy Instytutu był inspirowany, więcej - kierowany właśnie 

stąd. Dlatego tak wielkie środki przeznaczono na eksperymenty hibernacyjne; wszak służyły one doskonaleniu 

warunków istnienia naszej inteligencji cieplnego obszaru brzegowego. 

Rozkaz przerwania moich doświadczeń, .mogących odsłonić rąbek tajemnicy, pochodził również od 

istot, które teraz powołały mnie  do swego grona. Nasza władza rozciągała się już daleko poza Instytut  i 

stopniowo   sięgała   coraz   dalej.   Zrozumiałem   również,   dlaczego   zostałem   przyjęty   do   społeczności   tych 

krystalicznych intelektów, zrodzonych z ludzkich układów nerwowych. Moje badania naukowe, które mogły 

niepotrzebnie rzucić światło na niektóre biochemiczne zjawiska niskotemperaturowe, nie stanowiły wielkiego 

problemu, nie one więc były bezpośrednią przyczyną. W skład grupy włączano po prostu jednostki zdolne, 

aby zwiększyć siłę jej oddziaływania, a tym samym umocnić jej władzę nad otoczeniem. Przy czym zdolności 

stanowiły  w  tym  świecie   synonim  potencji  twórczej.   Inteligencja   indywidualna   rozumiana   jako  szybkość 

korzystania z zakodowanej w mózgu informacji oraz wiedza będąca zbiorem tych informacji nie miały dużego 

znaczenia na tym poziomie rozwoju możliwości integracyjnych grupy. Natomiast zdolności twórcze cecha 

wybitnie  jednostkowa - stanowiły podstawę dalszego postępu i każdy,  kto mógł  wnieść coś nowego, był 

preferowany przy wyborze. Moje rozważania nad istotą problemu władzy, tak fantastyczne i błahe w świecie, 

który   opuściłem,   tutaj   wzbudziły   zainteresowanie.   Mogłem   wreszcie   urzeczywistnić   swoje   marzenia   i 

poświęcić się pracy, do której czułem powołanie. O ileż większe miałem teraz możliwości jej realizacji ! 

W   tej   perspektywie   profesor   wydał   mi   się   małym   i   posłusznym   wykonawcą   naszych   poleceń, 

jednostką o umiejętnie wykorzystywanych skłonnościach do megalomanii. Teraz byłem w stanie upokorzyć 

go, doprowadzić do załamania - lecz nie odnalazłem w sobie ani śladu zwykłej ludzkiej chęci zemsty, jawiła 

się ona jako puste pojęcie. Skojarzyłem też wiele faktów po odkryciu, że możemy i władać, i poznawać, i 

rozumieć piękno, lecz nie potrafmy jednego: odczuwać doznań związanych z funkcjami ciała. Wszak nasze 

ciała są lodowymi bryłami, funkcjonują tylko intelekty. Ale i tutaj możliwe było rozwiązanie - podłączenie się 

do sfery przeżyć zwykłych żywych ludzi. Postanowiłem spróbować tej metody jeszcze dziś wieczorem. 

background image

Larry był  w doskonałym nastroju. Miał dzisiaj dobry dzień, a teraz siedział wygodnie rozparty w 

fotelu w swoim mieszkaniu, sączył koktajl dżinowy z lodem i czekał na Ewę. Powinna zjawić się lada chwila. 

Niecierpliwe, pełne napięcia oczekiwanie sprawiało mu fizyczną przyjemność. 

Nie zwlekałem dłużej - nawiązałem kontakt falowy. Nasze częstotliwości były różne, jak zwykle przy 

pierwszej próbie, czułem więc przez chwilę lekkie pulsowanie, zanim nie dostroiłem swojego biopola. Dla 

Larry'ego synchronizacja okazała się bardziej uciążliwa - chwycił się oburącz za głowę i zbladł wyraźnie. 

Lecz   po   chwili   dobry  humor   powrócił.   Czuł   się   teraz   jakby  lżejszy,   ponieważ   odbierałem   mu,   na   razie 

niewielką, część wrażeń, również fizycznego poczucia wagi ciała. 

Wtedy   weszła   Ewa,   pełna   nieodpartego   dla   mnie   powabu.   Miała   na   sobie   tylko   zwiewną   letnią 

sukienkę, tak że niecierpliwe dłonie Larry'ego nie napotykały na swojej drodze wielu przeszkód. Na razie 

rejestrowałem bieg wypadków jak scenę z sugestywnego filmu, choć miałem już drobny udział w odczuciach 

kochanków. Dotychczas powstrzymywałem się całą siłą woli, aby nie wkroczyć zbyt. wcześnie - mógłbym 

wszystko zepsuć. Ewa, na początku nie-wciągnięta jeszcze w wir namiętności, od razu spostrzegłaby inność 

Larzy'ego i istniała ewentualność, że mogłaby usunąć się. Więc nie chciałem ryzykować, lecz teraz nadszedł 

właściwy moment. 

Wniknąłem zdecydowanie w umysł młodego mężczyzny,  nie napotykając prawie żadnego oporu, i 

zepchnąłem   jego   świadomość   gdzieś   daleko   w   bok,   na   peryferyjne   obwody   neuronowych   splotów, 

pozostawiając   jej   tylko   niezbędne   minimum   swobody  koniecznej   do   przeżycia.   Od   tej   chwili   Lamy   śnił 

jedynie mętny i niespójny sen o biegu wydarzeń, nad którym ja panowałem całkowicie. To ja odczuwałem 

gibkość i sprężystość jego ciała, nad którym miałem teraz całkowitą władzę. To mnie przebiegały drżące fale 

gorąca,  kiedy   tuliłem   tę   kobietę,   której   ruchy   były   nieporadne   jak   zawsze,   lecz   teraz   stokroć   bardziej 

fascynujące. 

Ewa musiała spostrzec odmienne zachowanie partnera. Wyczuwałem ogrom szczęścia tej małej istoty, 

kiedy opadła bez tchu na moją (czy rzeczywiście moją?) pierś, patrząc na mnie z bezgranicznym zdumieniem. 

Przez moment poczułem muśnięcie żalu i tęsknoty za dawnym, prostym i ograniczonym życiem, i może za 

losem, który mógłbym z nią dzielić. Gdyby kiedyś wybrała mnie, może wszystko potoczyłoby się inaczej. Czy 

całe życie zbudowane jest na zdarzeniach przypadkowych? 

Musiałem już wracać do siebie. Ten głupi, nieświadomy niczego Larry, którego teraz było mi trochę 

żal, z jękiem zasłonił sobie oczy - jego świadomość odzyskała całe terytorium i rozlała się po siatce neuronów, 

niby człowiek prostujący kości po przydługim przebywaniu w wymuszonej, a niewygodnej pozycji. Wstał i 

pijanym krokiem zmierzał w kierunku barku, a dziewczyna odprowadzała go przestraszonym wzrokiem. 

Już rok minął od chwili powołania mnie do społeczności tych dziwnych kriolitycznych intelektów 

ludzkich. Przez ten czas stałem się jej doświadczonym członkiem - otworzył się przede mną inny, bogatszy i 

jakże przestronny świat. 

Mogłem zachować ogrom swobody, albowiem byliśmy nieliczni, a odkrywaliśmy wciąż nowe tereny 

eksploracji.   Niemal   od   początku   egzystencji   w   nowym   wcieleniu   prowadziłem   intensywne   studia   nad 

zagadnieniem   istoty   władzy   i   mechanizmami-jej   oddziaływania.   W   radosnym   uniesieniu,   graniczącym 

częstokroć   z   euforią,   odkrywałem   wspaniałe,   dziewicze   tereny.   Jakże   to   było   piękne!   Teraz   żałuje,   że 

spieszyłem się tak bardzo, że nie przystanąłem ani na chwilę, aby delektować się dostępną mi  na krótko 

background image

wyższą jakością istnienia. Na krótko, bo niebawem znów dotarłem do jakiejś mrocznej zasłony, za którą 

poruszały się tylko dziwne, niemożliwe do określenia kształty. I tak samo jak niegdyś ześlizgiwałem się z 

powrotem usiłując przeniknąć dalej, zdawało mi się, że mijam gdzieś prawdę, czasami chyba zupełnie blisko, 

choć może były to jedynie miraże; znowu stawiałem pytania, na które było wiele odpowiedzi, lecz brakło tej 

właściwej.   Podobnie   jak   poprzednio,   wyświetlałem   obrazki,   dokonywałem   żmudnej   analizy,   drepcząc   w 

miejscu. Czułem się tak, jakbym przesunął o trochę słupek graniczny w krainie tak  wielkiej, że w zasadzie 

nieskończonej. Była to gorzka pigułka dla porywczego, ambitnego młodzieńca, ale jej przełknięcie skłoniło 

mnie do istotnych refleksji i przemyśleń. Tymczasem przywykłem już do swojego świata, przyjąłem go za 

własny. Również poza moją dziedziną badań niewiele ostało się w nim tajemnic ogólniejszej natury, mogłem 

poznawać   w   zasadzie   tylko   szczegóły.   Czasami   w   fantastycznych   marzeniach   tęskniłem   za   następnym 

wcieleniem, za powołaniem do jakiegoś hipotetycznego jeszcze wyższego poziomu cywilizacji ludzkiej, gdzie 

znów mógłbym zacząć od początku. 

Lecz pomimo niemal pełnej harmonii nie mogłem nie dostrzec pewnych drobnych niekonsekwencji, 

jakichś chwilowych niespójności i zakłóceń w obrazie i trwaniu naszego świata. Nie wiedzieliśmy przecież 

wszystkiego, a odkryte przez nas prawa były z pewnością także szczególne i pasowały tylko do chwilowej 

rzeczywistości, w której przebywaliśmy. I kiedyś, podczas rozmyślania nad kolejnymi zrębami intelektu tej 

samej   cywilizacji   i   nad   problemami   zależności  i   władzy,   zimnym   lękiem   przeniknęło   mnie   natarczywie 

powracające pytanie : my rządzimy ludźmi, ale kto rządzi - nami?

background image

Andrzej Zimniak

”Pojedynek”

Zbliżał się do Miasta. Opuścił już piaszczyste równiny i wspinał się na rozległy granitowy płaskowyż, 

przeniknięty silnym strumieniem energii z wnętrza Ziemi. Czuł, jak jego tkanki regenerują się, a myśli stają 

się szybsze i jaśniejsze. Wyczuł bliskość Miasta. Po dalekim niebie płynęły zeń ogromne rzeki rzadkich fal 

radiowych.   Miasto   pulsowało   tysiącami   istnień   ludzkich   -   namiętnościami,   pragnieniami,   -   smutkiem, 

radością, dobrocią i złem. Ogólną wrzawę życia co chwila przeszywał cichnący krzyk umierającego, ponad 

tysiącem   głosów   i   szmerów   wypływał   ogrom   ulgi   rodzącej   kobiety   lub   wzlatywała   bezwolna   rozkosz 

kochanków. Jonat uśmiechnął się bezgłośnie Oto trzy krzyki życia: poczęcie, narodzenie i śmierć. Reszta - to 

tylko szepty o tych trzech wyznacznikach istnienia. 

  Miasto ukazało się  wreszcie jak na dłoni.  Jego Miasto. Mrugało tysiącem świetlistych  języków, 

sypało kaskadami barwnych iskier, buzowało rozrzedzonym promieniowaniem. Lecz te sygnały cywilizacji 

technicznej nie obchodziły Jonata. Interesowali go ludzie. Mali i wielcy.  Dobrzy i źli. Te niepowtarzalne 

hybrydy nieklasyfikowalnych cech. Ludzie, których nikt nie rozpoznał, którzy nie znają siebie samych i nie 

mogą   się   sprawdzić   w   codziennym,   przypisanym   im   rytuale   życia.   Jonat   kochał   to   Miasto.   Chętnie 

przebiegłby ulicami, i zajrzał na podwórza pełne kwietnych klombów i odwiedził poddasza starych domów z 

palonej  cegły.  Niegdyś  lubił zatrzymywać  się o zmierzchu pod nagrzanymi  jeszcze  słońcem murami,  po 

których rozpełzło się dzikie wino, i dawał się przenikać wirem namiętności ludzkich. Teraz jednak musiał 

odłożyć to wszystko na później; a być może zaniechać na zawsze. 

Stłumił w sobie wzruszenie i szybkim spojrzeniem obrzucił całe Miasto. Wśród masy ludzkiej w wielu 

miejscach jarzyły się umysły obiecujące i zdolne, nawet wybitne, lecz żaden z nich nie przekroczył jeszcze 

progu   samouświadomienia.   I   Jonat   odetchnął   z   ulgą.   W   Mieście   nie   było   Olsena.   Szedł   wmieszany   w 

różnobarwny tłum przechodniów. Przygarbił się, głowę wciągnął między ramiona. Nikt go nie poznał, lecz 

Jonat   przypominał   sobie   wielu   mieszkańców,   każdy   dom,   plac,   ulicę.   Z   ulicznych   kawiarenek,   spośród 

kolorowych lamp, młode dziewczyny posyłały nieznajomemu uśmiechy. Skręcił w boczną aleję i znalazł się 

przed domem Ojca. Ścieżka jego zabaw dziecięcych porosła trawą, rozbuchany gąszcz gałęzi muskał go po 

głowie   i   karku.   Drzwi   były   otwarte,   po   podłodze  biegały   małe,   zielone   jaszczurki.   Widok   biurka   z 

rozrzuconymi na nim książkami sprawiał wrażenie, że Ojciec wyszedł tylko do sąsiedniego pokoju. 

W przyległym  pomieszczeniu stał stary,  zniszczony stół. To na nim uczyłem się ustawiać klocki, 

czytać i pisać - Jonat położył dłoń na chropowatym blacie i ciepło wspomnień przeniknęło mu palce. "Przy 

stole siedzi złotowłosy, rumiany chłopczyk i ze złością odrzuca nieudane rysunki. Wreszcie wściekłość malca 

nie daje mu pracować, po policzkach spływają łzy, bieleją  palce zaciśnięte na krawędzi blatu. Nienawistny 

wzrok skierowany jest na stos kartek, które w pewnym momencie... zaczynają falować, miąć się i zgniatać w 

papierową kulę. Gorąca fala złości odpływa, pozostawiając tylko ogrom zdziwienia. 

Za plecami chłopca stoi Ojciec. Wyciąga rękę w stronę jasnej główki. Będziesz silny, bardzo silny - 

mówi".   Jonat   przerwał   pasmo   wspomnień   i   wyszedł   w   zieloną,   pachnącą   ciemność   ogrodu.   Na   tle 

przepastnego   aksamitu   nieba   z   przyszytymi   perełkami   gwiazd   pędziły   rwące   rzeki   fal  radiowych,   ostre 

background image

strumienie w pasmach telewizyjnych, słabe, lecz charakterystyczne odblaski telepatyczne. Nieforemne kłęby 

fal   zamkniętych,   przypominające   sny   o   bezpańskich   myślach,   zwiastowały   bliskość   silnej   burzy 

magnetycznej. 

W głębi wąskiej ulicy jakaś dziewczyna w długiej, ciemnej szacie pośpiesznie ukryła się w bramie. Z 

mroku ktoś nadchodził - wysoka, szczupła postać mężczyzny. Jonat skupił się jak umiał, ale nie był w stanie 

spenetrować   jego  mózgu.   "Olsen?"  -  przemknęło   mu   przez   głowę.  Zbliżający  się   mężczyzna   wykazywał 

czujność i gotowość do konfrontacji. Był już bardzo blisko - płowe włosy, wysokie czoło, czujne, nerwowe 

spojrzenie, głowa wciągnięta między szerokie ramiona. 

Zimny strach. A potem szok - to przecież on sam! Jonat wyprostował się i popatrzył na siebie - wtedy 

lustrzany obraz wybrzuszył się, rozmazał i spłynął gdzieś w bok. 

Z bramy wybiegła dziewczyna owinięta w szary, długi szal. Przysunęła swoją mokrą twarz tak blisko, 

że   czuł   jej   płytki,   urywany   oddech.   "Uciekaj   stąd  -   szepnęła   zduszonym   głosem.   -   Odejdź   natychmiast, 

błagam". Głos przeszedł w niezrozumiały bełkot, w rozbieganych oczach czaił się obłęd. Usta miała wypukłe, 

pełne, namiętne. "Odnajdę cię" - rzucił za nią, kiedy już zdjął z niej hipnozę i uciekła przestraszona. "Nie 

odejdę!"   -   krzyczał   bezgłośnie,   odrzucając   ostrzeżenie   Olsena.   Musiał   podwoić   czujność.   Ostateczna 

rozgrywka zbliżała się szybko. 

Wąskie uliczki Starego Miasta wyludniały się. Późna pora i ból głowy spowodowany rozwichrzoną, 

zasnuwającą Miasto burzą magnetyczną zapędzały mieszkańców w zacisze sypialni. Jonat przeciskał się przez 

gęsty, niemal lepki mrok zaułków wyłożonych gładkim kamieniem rzecznym. Uwagę miał napiętą aż do bólu. 

Chce   mnie   zmęczyć   -   pomyślał.   W  miarę   jak  jego  ciało  słabło,   duch  zdawał   się  potężnieć   i  uzupełniać 

niedostatki fizyczne. Pomarszczona jak zasuszony owoc twarz Matki, mlecznosiwe włosy zaczesane gładko 

do tyłu. Gdy Ojciec uczył go władzy nad umysłami innych, Matka zawsze mówiła: "Synu, bądź również dobry 

i   sprawiedliwy.   Używaj   wielu  oczu,   bowiem   jedna   para   może   okazać   się   zawodna.   Wyczuwaj   wiele 

wymiarów. Kochaj". 

Agresja! Jak swąd palonej skóry, jak zduszony trzask ze zgniatanego lustra. Jonat nie ruszając się z 

miejsca  odbił  uderzenie  i  odruchowo  wypuścił   potężną  kontrę  o szerokim spektrum  działania,  raczej  dla 

osłony i zyskania na czasie niż w celu unicestwienia przeciwnika. Natychmiast uchwycił słabe punkty w 

mózgu napastnika i zaczął już wypuszczać skoncentrowane, dobrze dostrojone uderzenie, kiedy nagle poczuł 

bezcelowość akcji. Przeciwnik został unieszkodliwiony pierwszym ciosem obronnym. 

Jonat pchnął zmurszałe drzwi i w ciemności wszedł na górę skrzypiącymi schodami, wśród zapachu 

moczu   i   zbutwiałego   drewna.   Na   podeście   leżał   stary,   licho   ubrany   człowiek   w   pozycji   świadczącej   o 

bezwładnym upadku. "Zimny okład na czoło!" - rozkazał dziewczynie, skulonej w najdalszym kącie. Zły na 

siebie wyszedł w mrok nocy. Omal nie zabił ulicznego rzezimieszka. 

Burza rozszalała się na dobre. Zmierzwiona wełna kłębów falowych zawładnęła niebem, przytępiła 

słabe promyki gwiazd, wyciszyła potoki długości radiowej. W miejscach silnego promieniowania urządzeń 

elektrycznych   interferencja   wyzwalała   istne   kaskady   barwnych   rozbłysków   lub   wiry   na   kształt   trąb 

powietrznych   z   rozjarzonego   pyłu.   Co   chwila  nabrzmiałe   energią   niebiosa   z   głuchym   mlaśnięciem 

przekazywały jej nadmiar do wstrząsanej razami Ziemi. 

Na początku poczuł małą mrówkę biegającą pod włosami, po czaszce. Zanim zorientował się i zaczął 

background image

stawiać osłonę, było już za późno. Potężne uderzenie, mogące z łatwością zabić, zwaliło go z nóg. Było na 

szczęście w dużym stopniu chybione - zwiad trwał zbyt krótko na pełne rozeznanie. Następny cios, nie mniej 

potężny i wymierzony o wiele precyzyjniej, Jonat odbił już z łatwością. Błyskawicznie zlokalizował Olsena, 

który zdemaskował  swoją pozycję  atakiem,  i wypuścił szerokie kontruderzenie. Szybko penetrował mózg 

przeciwnika i bił w słabe punkty krótkimi, lecz dokładnymi  ciosami. Sam odparowywał  serie podobnych 

uderzeń. 

Zaprzestali   tych   wściekłych,   chaotycznych,   bezcelowych   razów   i   zmęczeni   przyglądali   się   sobie 

nawzajem. Olsem stary i doświadczony mistrz; który niejednemu niebezpieczeństwu stawiał już czoło, zajął 

pozycję obronną. Jonatan mógłby być jego synem - zdolny, uparty, entuzjazmem młodości pokrywał brak 

rutyny. Tylko jeden z nich mógł pozostać w Mieście. 

Jonat   wyszedł   już   poza   przedmieścia.   Minął   ostatnie   małe   domki   z   czerwonej   cegły,   otulone 

kożuchem pnącej roślinności, i posuwał się brzegiem rozigranego potoku. Lecz świat ten nie istniał teraz dla 

niego - poruszał się w krainie rozbieganych  prądów, wezbranych  rzek falowych  i skłębionej wełny burz 

magnetycznych. A przed nim rozbłyskiwał podstępnymi ciosami umysł Olsem, człowieka, który po raz drugi 

chciał wypędzić go z Miasta. Wypędzić już na zawsze. Jonat spróbował zastosować stary fortel. Klucząc dla 

niepoznaki zbliżył się do płytkiej niecki geologicznej, szybko wskoczył w jej ognisko i posłał przeciwnikowi 

grad  uderzeń.  Olsen ugiął  się  pod ich  ciężarem,  lecz  zdołał  wypuścić   kontrę.  Ten zaprawiony  w bojach 

weteran wiedział doskonale, że zagłębienie wymyte w pokładach rudy może być równie dobrym emiterem, jak 

i kolektorem wiązki fal. Cios przedarł się przez gardę i tępym obuchem zdzielił Jonata, który z największą 

trudnością odczołgał się na bok.  Na szczęście Olsen też dostał swoje - pomyślał. - Inaczej mógłby teraz 

wykończyć mnie w ciągu sekundy. Postrzępiona wełna burzy falowej odpłynęła, a w czarną otchłań nieba 

wylały   się   ogniste,   rozszalałe   rzeki   promieniowania   wschodzącego   słońca.   Jonat   za   każdym   razem   był 

zdziwiony  bogactwem   i   grozą   tego  widowiska.   I   zawsze   wtedy  szkoda   mu   było   innych   ludzi,   zdolnych 

obserwować jedynie tak żałośnie mały wycinek widma. 

Taki   właśnie   ranek   wstawał   przed   wielu   laty,   kiedy  był   jeszcze   małym   chłopcem.   Wtedy  Olsen 

zwyciężył Ojca, zadał mu ostatni cios po całonocnych zmaganiach. Lecz nie zabił, stosując się do niepisanego 

prawa walki mistrzów. Ojciec wraz z rodziną został wygnany z Miasta. Od tego czasu nigdy już nie doszedł 

do dawnej świetności, żyjąc z dala od rodzinnych stron coraz bardziej zapadał na zdrowiu. 

A Olsen... 

Jonat, tknięty nagłą myślą, rozpoczął znów ostrożną penetrację mózgu odpoczywającego, ale czujnego 

Olsem. Lecz nie mógł znaleźć tego, czego chciał, choć ślizgał się po powierzchniach myśli, zapuszczał w 

meandry wspomnień, przebiegał pokłady pamięci. Zupełnie nic?! Wydawało się to niemożliwe. Owszem, w 

zwojach pamięciowych trafił na zapis zdarzeń tamtego dnia, lecz była to tylko kronika z zachowaniem ścisłej 

chronologii, i na tym koniec. 

Poprzez  stare,  infantylne   pokłady pamięci  dostał  się  w  obszar  płytkiej  podświadomości.  Czuł  się 

nieswojo i nie całkiem w porządku, ale jakie było inne wyjście? Jak w nieprzejrzystej wodzie przesuwały się 

zagmatwane kształty myśli, pragnień i wyobrażeń, dające nigdy w pełni nie uzewnętrzniany obraz człowieka. 

Jonat czuł się jak złodziej w sanktuarium świętości, bo cóż bardziej świętego i intymnego można mieć poza 

własną nagą podświadomością, o której naturze mamy tylko mgliste pojęcie, poza bezbronnym ja, odartym z 

background image

wszelkich ozdób, masek i konwenansów? 

Aby przeniknąć głębiej, Jonat musiał skorzystać z energii swojej osłony obronnej. Należało teraz 

działać   szybko,   ponieważ   przeciwnik   mógłby   go   dosięgnąć   z   łatwością.   Szukał   więc   gorączkowo   wśród 

wspomnień,  marzeń,  pragnień.  I choć  nie  wnikał  głębiej  w  żadne  z  nich,  ślizgał  się  raczej  tylko  po ich 

powierzchni, zadziwiło go bogactwo wewnętrzne sprzeczności tego człowieka. 

Wreszcie znalazł. Zepchnięte na dno podświadomości, pełne bólu i poczucia winy wspomnienie walki 

z Ojcem Jonata, obraz zsyłanych na wygnanie. Długie, bezsenne noce. Wyrzuty sumienia, ledwie zaprawione 

dumą zwycięzcy. 

Lecz jaki bezmiar goryczy! Goryczy wypędzanego z wielu miast. Zgorzknienie tułacza. Zapiekły żal 

do   ludzi.   Olsen   od   najmłodszych   lat   nie   miał   Domu.   Walka   z   Ojcem   o   Miasto   była   ostatnią   szansą 

starzejącego się, steranego życiem człowieka. Jonat żałował teraz, że tak głęboko spenetrował to miejsce. Nie 

było   czasu   na   rozważania   etyczno-moralne,   lak   zwykle   zresztą.   Ciśnienie   faktów   pchało   do   rozwiązań 

dyktowanych prostą walką o byt. Zastanowienie przychodziło później, lecz znów nie zmieniało w niczym 

dalszych   działań.   Jonat   pośpiesznie   przepisał   do   swojej   świadomości   poczucie   winy   Olsena,   jego   ból   i 

wyrzuty sumienia. Następnie znowu " osłonił się podwójną gardą i przygotował do ostatecznej rozgrywki. 

Rozpoczął bezładną wymianę ciosów, w którą stary mistrz, nie podejrzewający pułapki, dał się bez 

trudu wciągnąć. Gdy przerwali, zmęczeni, Jonat skupił się aż do bólu, wskoczył błyskawicznie do ogniska 

niecki geologicznej, tej samej, którą wykorzystywał uprzednio, i wypuścił skoncentrowaną wiązkę. Zawarł w 

niej cały żal, ból i świadomość popełnionego okrucieństwa, cały dokonany przed chwilą wypis z zakamarków 

mózgu Olsem. Wiązkę wzmocnił na tyle, na ile potrafił. Wyrzuty sumienia mogą męczyć, lecz wzmocnione 

stukrotnie poczucie winy - może zabić. Mózg Olsena próbował się bronić, stawiać jakąś zaporę, wypuścić 

kontrę, tak jak ranne zwierzę usiłuje niezdarnie uciekać, ciężko potykając się i kąsając powietrze, aż zwali się 

bezwładnie na ziemię. Był zwyciężony. 

Droga do Miasta dla Ojca, całej rodziny i dla niego stała otworem, lecz Jonat w pełni czuł gorycz tego 

zwycięstwa. Położył  się na fragmencie muru, otaczającego niegdyś  Miasto. Przyroda wokół budziła się z 

nocnego odpoczynku w życiodajnych promieniach słońca. Poczuł ciepłą falę radosnego podniecenia kilku 

dziewcząt,   biegnących   brzegiem   strumienia.   Młode   pędy   roślin   stroiły   się   w   delikatne   korony   fal 

wzrostowych,   życie   zdawało   się   cieszyć   samym   faktem   swojego   istnienia.   ,   Jonat   biernie   rejestrował 

zachodzące wokół zjawiska. 

Stał się ślepy na barwy zdarzeń, jego mózg maskował wszelkie emocje i wzruszenia. Postarzał się o 

wiele lat w ciągu tej nocy. 

Białą, pylistą drogą, ciężko stawiając kroki, odchodził stary, pokonany człowiek. Tak jakby to mogło 

pomóc, Jonat uścisnął mu dłoń.

background image

Andrzej Zimniak

”Thor”

Opowieść ta zaczyna  się w bardzo dawnych czasach, kiedy jeszcze Ziemię przemierzali wzdłuż i 

wszerz Kosmici na swoich ognistych rydwanach. Wśród białych, kruchych wzgórz była zielona i pełna słońca 

dolina, a w niej, w chacie z ciosanych kamiennych bloków, mieszkał jasnowłosy młodzieniec imieniem Thor. 

W podobnych chatach wokół mieszkali inni ludzie, mężczyźni, kobiety, dzieci i starcy. Thor siedział właśnie 

przed progiem i zastanawiał się, którą dziewczynę wziąć sobie za żonę: jasnowłosą Ene, którą znał, od kiedy 

sięgał pamięcią, czy ciemną  i smagłą  Nom aż z przeciwległego krańca wioski, kiedy przed jego domem 

zatrzymał  się ognisty rydwan, a z niego wysiedli  ogromni  Kosmici. Thor nie zdziwił się ani nie przejął, 

ponieważ było to zdarzenie zwykłe i częste w owych czasach; wstał tylko i podszedł do rydwanu, pytając 

Kosmitów, czego im trzeba, albowiem brali oni często wodę od mieszkańców wioski i wlewali ją do dzioba 

ognistego ptaka. Lecz Kosmici nie potrzebowali niczego; usiedli z nim na kamiennym progu jego domu i 

pytali go, czy naprawdę chce Ene lub Nom za żonę. Odpowiedział zdziwiony, bo cóż Kosmitów obchodzą tak 

małe sprawy jego, Thora?, że właśnie zastanawia się, bo pora już wstąpić w stadło małżeńskie. Wtedy oni mu 

rzekli, żeby wsłuchał się w te kobiety,  czy lubi ich muzykę,  czy też ich granie go razi i czy owe głosy 

nastrajają   go   dobrze   do   pracy,   którą   zamierza   w   przyszłości   wykonywać.   Dziwił   się   Thor   wielce   ich 

niezrozumiałym radom, gdyż nieraz już przykładał głowę do niewieściego łona, lecz słyszał naonczas tylko 

bicie serca. Wtedy Kosmici zasmucili się, że ludzie żyjąc ze sobą tak niewiele o sobie nawzajem wiedzą, i 

nauczyli go wsłuchiwać się w muzykę  ludzkiej duszy. Bo każdy człowiek i wszystko, co żyje, gra swoją 

najpiękniejszą muzykę, na jaką może się zdobyć; Kosmici słyszą te dźwięki i u ludzi, lecz nie mogą ich 

zrozumieć, ale ludzie powinni rozumieć siebie nawzajem. Ucząc go przykazali więc, aby nauczył i innych, 

lecz Thorowi nie udało się to nigdy.  Może nie potrafił tyle,  a może  ludzie pozostali głusi, bo nigdy nie 

wierzyli w jego nauki? 

Tak więc tego wieczora Kosmici nauczyli Thora słyszeć muzykę duszy, Najpierw usłyszał dziwne i 

niezrozumiałe melodie swoich nauczycieli, a potem cały chór głosów z wioski, co dało razem wielką, rzewną 

muzykę, wśród której narodził się, wzniósł, pracował i kochał. Kosmici dosiedli swojego rydwanu i ulecieli w 

jasne niebo, Thor zaś został na progu swojej chaty, upojony otaczającą go zewsząd ogromną melodią życia. 

Już wkrótce udało mu się rozróżnić wśród innych dźwięków muzykę Ene - była to powolna i smutna 

melodia, od której ścisnęło mu się serce. Udał się więc na drugi koniec wioski do Nom, lecz po drodze 

usłyszał muzykę tak cudną, że aż przystanął; dźwięki lekkie jak pocałunek porannego wiatru pieściły go niby 

najczulsza  kochanka.  Poszedł  za  tym   czarownym   głosem  i znalazł  dziewczynę   imieniem Noa   o  jasnych, 

wilgotnych oczach; to ją wziął sobie za żonę. Thor był szczęśliwy jak nigdy dotąd. Dom jego wypełniała 

piękna muzyka,  choć swojej żony nigdy nie nauczył  słyszeć  melodii  dusz. Ranek upływał  mu  na pracy, 

popołudnie na wypoczynku, wieczór na miłości. Jako człowiek dobry i pogodny, miał wielu przyjaciół, toteż 

w wesołej  kompanii często siadywał w cieniu wielkich morw i raczył się dzbanem wina. Wsłuchiwał się 

wtedy w Harmonijną melodię, którą razem tworzyli, i czuł, jak wsącza ona na powrót siłę w jego zmęczone, 

starzejące się członki. I było mu dobrze. 

background image

Noa powiła mu synka, który kwilił cieniutko i grał tak słodko, że Thor nie mógł ukryć wzruszenia. 

Tulił go do piersi i powtarzał sobie, że przynajmniej jego musi nauczyć słyszeć. Ale Thor, syn Thora, słyszał i 

rozumiał muzykę dusz od początku, bez jego nauk. Więcej - czuł muzykę ludzi, ptaków i drzew lepiej niż 

ojciec. Najpiękniejszy dla młodego Thora był śpiew wysokich traw nad jeziorem,a grzmiące granie starych 

drzew dawało mu tyle siły, że pokonywał wtedy w zapasach każdego chłopca z wioski. Czuł jednak, że gdzie 

indziej  może usłyszeć inną, piękniejszą muzykę, więc po śmierci ojca wziął matkę i ruszyli poprzez białe, 

kruche wzgórza, aby znaleźć swoje miejsce. 

W drodze odwiedzili wiele wiosek o smutnych, radosnych, spokojnych lub hałaśliwych melodiach ich 

mieszkańców   i   wiele   miast,   w   których   potężny  chór   tysięcy   istnień   sięgał   niebios.   Thor   uparcie   szukał 

miejsca,   gdzie   byłby   szczęśliwy,   lecz   zawsze   wydawało   mu   się,   że   muzyka   następnej   osady   będzie 

piękniejsza. Zgodnie z wolą ojca próbował także nauczać ludzi, ale ci tylko wzruszali ramionami; pozostawali 

głusi i pełni zacietrzewienia. Gdy dobierali się według wspólnych upodobań, możliwości, zasobności - mówił 

im, że to nieważne, żeby wsłuchali się w siebie nawzajem; wtedy wyśmiewali go. 

Kiedy gdzieś w pyle drogi ucichła piękna i ostatnio coraz smutniejsza muzyka matki, Thor zapłakał 

gorzko.   Zaprzestał   swojej   wędrówki,   wziął   za   żonę   kobietę,   której   melodia   przypominała   tęskny   głos 

skrzypiec, i zbudował jasny, przestronny dom nad rzeką. Przy cichej i poważnej grze okolicznych wiosek i 

miasteczek o domach z czerwonej cegły i strzelistych wieżach kościołów, przeżywał pogodnie swoje dojrzałe 

lata i wychowywał syna o imieniu Thor. Chłopiec jeszcze bardziej niż ojciec wczuwał się w muzykę życia i to 

stanowiło o jego sile i słabości.  Gdy gra wokół była przyjazna i życzliwa, okazywał się tytanem, jeśli zaś 

brzmiała jak zgrzytliwa negacja, malał i kurczył się niby przestraszone zwierzę. Lecz Thor umiał wyłowić 

spośród szumu miernego chóru te wspaniałe, czyste dźwięki prawdziwie uduchowionej muzyki, składające się 

na potężną symfonię piękna ludzkiej duszy, która mówiła o miłości i oddaniu, o zrozumieniu, wybaczaniu, 

pięknie i mądrości i była źródłem jego siły. Marzeniem życia Thora stało się połączenie takich pojedynczych 

melodii   w   jeden  potężny   chór,   żeby   ludzie   mogli   kiedyś   usłyszeć   i   dostrzec   siebie   nawzajem,   wyjść   z 

rozszalałych techniką miejskich mrowisk, zrozumieć piękno swojej muzyki i czerpać z niej siłę. Lecz jak ich 

obudzić? 

Gdzieś daleko pośród gwiazd Thor słyszał daleką muzykę Kosmitów tak cichą jak drganie skrzydeł 

motyla,   dziwne   i   niepokojące   granie   innego   Intelektu.   Czuł,   że   tam   może   znaleźć   odpowiedź.   Kiedyś 

objawienie przyszło spomiędzy obcych słońc, więc i teraz resztę tajemnicy trzeba wydrzeć niebu. 

Thor czuł, że może  sięgnąć gwiazd. Szukał muzyki  dostatecznie potężnej, która dałaby mu  moc. 

Szukał ludzi, wśród których byłby tak szczęśliwy, aby wesprzeć się o niebo. Szedł z miasta do miasta; z kraju 

do kraju z pogodnym czołem, albowiem wierzył, że tacy ludzie są na jego drodze.

background image

Andrzej Zimniak

Konstrukcja

Krys niecierpliwie przeszukiwał swój sektor, ale wszędzie napotykał tylko puste, bezpłodne globy. Na 

jednym   zauważył   pierwiastki   o   wielkich   ciężarach   atomowych,   lecz   i   te   można   było   już   wytwarzać   w 

dowolnych ilościach, minął więc planetę w pełnym pędzie. Czyżby w całym sektorze, a może i w tej części 

Galaktyki, nie występowały żadne bogactwa naturalne? 

Nie było jednak aż tak źle. Pod koniec swojej misji  Krys  natrafił wreszcie na średniej wielkości 

gwiazdę z kilkunastoma planetami, spośród których druga, trzecia i czwarta okazały się ciekawe. Było na nich 

coś, co mogło przydać się Krystalitom. 

Zaraz po wstępnej analizie okazało się, że tylko trzecia planeta posiada bogactwa naturalne, nadające 

się   do   eksploatacji.   Krys   nie   mógł   powstrzymać   się   i   po   przelaniu   swojej   świadomości   w   kilka 

monokrystalicznych meteorów platynowo - tytanowych opuścił się w nich na powierzchnię globu. Na widok 

bogactw wokoło aż zaparło mu grawitacyjne pulsacje. Przemykając poprzez rzadkie granity i bazalty oglądał 

dorodne   korzenie   roślin   i   stąpające   po   głazach   zwierzęta.   Wreszcie   wygodną   żyłą   miki   wydostał   się   na 

wzniesienie,   po   którym   w   śmiesznych   nieregularnych   podrygach   posuwała   się   gromada   pokracznych 

stworzeń, poruszających się za pomocą dwóch  spośród czterech posiadanych odnóży. Chociaż był znawcą 

różnych formacji zasobów naturalnych,  okazów o takiej symetrii i prawidłowościach budowy jeszcze nie 

widział. Dokonał więc wstępnych pomiarów ich parametrów i stwierdził z rosnącym zadowoleniem średni 

poziom   inteligencji,   krótki   cykl   rozwojowy,   trwałość   w   dosyć   wąskich   granicach,   lecz   niezłą 

przystosowalność, a także dużą podatność. Trochę zaniepokoił go stosunkowo wysoki współczynnik histerezy 

anarchicznej, ale i tak jakość złoża przeszła najśmielsze  oczekiwania! Taki surowiec należy odpowiednio 

wykorzystać. 

Stado   rozproszyło   się   w   panicznym   strachu,   gdy  kamienny   wierzchołek   wzgórza,   wokół   którego 

żerowało, rozjarzył się czerwonym blaskiem. Tylko jeden osobnik nie zdążył przylgnął do świecącej skały i, 

wyjąc   zachryple,   próbował   wyrwać   się   z   kleszczy   nieznanej   i   groźnej   siły,   która   przygważdżała   go   do 

kamieni. 

Jednak po chwili  ucisk  zelżał,  czerwień  skał  stopniowo przygasła,  a  małpolud  pognał  na  swoich 

krótkich nogach za znikającym już w buszu stadem. Niebawem trwożne pochrapywania zwierząt ucichły i 

tylko wiatr hulał nad pustym wzniesieniem. 

Krys pomknął żyłą miki z powrotem do swoich meteorów i już po chwili mógł z rozkoszą rozpłynąć 

się   po  wszystkich  regularnościach  macierzystej   sondy.   Odpoczywając,   nie   zaprzestał   intensywnej   analizy 

dokładnych już danych. 

Z odkrytego właśnie złoża dało się zrobić prawie wszystko.  Kierując się interesem Krystalitów i 

własnym   doświadczeniem,   podjął   decyzję.   On,   Krys,   skonstruuje   z   zasobów   złota   tej   planety   ogromną 

Maszynę, która będzie rozwiązywała problemy techniczne jego cywilizacji, problemy nastręczające zawsze 

najwięcej kłopotów. Umieścić funkcje analityczne i wykonawcze w jednym urządzeniu! Korzyści z obecnej 

misji mogłyby wówczas okazać się wprost niewymierne. 

background image

Należało teraz postępować ostrożnie, aby nie uszkodzić lub nie zniszczyć cennego złoża. Krys długo 

opracowywał   wszelkie   możliwe   warianty   planu   działania,   aż   wreszcie   przystąpił   do   realizacji   Wielkiej 

Konstrukcji. Najpierw, jak zwykle,  dokonał wstępnej modyfikacji złoża. Surowiec był  podatny i należało 

ingerować niezwykle delikatnie, ponieważ w przypadku przesterowania równowaga układu mogłaby zostać 

zakłócona, a wtedy poprawkom nie byłoby końca. Krys uznał, że najłatwiej operować ośrodkiem kodującym 

cechy  osobnicze z pokolenia na pokolenie, i poprzez ten układ poprawił nieco materiał: wzmógł symetrię, 

zmniejszył   emocjonalność,   zwiększył   logiczność   działania   oraz   przestroił   mózg   tak,   aby   możliwe   było 

ostateczne  scalenie  Konstrukcji.  Po  wykonaniu  tej  trudnej  pracy,  mającej  kluczowe   znaczenie  dla  całego 

przedsięwzięcia,   pozostawało   tylko   umiejętne   stymulowanie   inkubacji   złoża,   czuwanie   nad   jego 

dojrzewaniem. Cóż za wspaniałe uczucie tak płynąć nad globem pulsującym wzrastającą Konstrukcją! 

Gobina zawsze zastanawiał problem,  skąd biorą się geniusze. Przebywał od dawna w środowisku 

naukowym, pracował w uczelni o świetnej renomie, ale nawet wśród laureatów Nagrody Nobla nie dostrzegł 

tych umysłów, które wnoszą wartości przełomowe i decydujące. Owszem, mrówczą pracą tworzyli oni nowe 

obrazki z już istniejących fragmentów, a później szeregi następców wybierały znów dogodne dla siebie cząstki 

z ich własnych  prac. Znawcy techniki, opierając się na symptomach  awarii, umieli bezbłędnie wymienić 

uszkodzony panel w maszynie, lecz kto wymyślił i zbudował całe urządzenie? Kto podawał ogólne teorie? 

Gobin nie widział wokół siebie takich ludzi. 

Kiedyś Ben, jego bliski współpracownik, z którym od dawna próbował rozwiązać pewien złożony 

problem, wpadł radosny do pracowni. Mam! - krzyczał już od drzwi. Gdy przedstawił swoje rozwiązanie, 

Gobin był  zaszokowany.  Projekt okazał się wprost genialny,  tak pięknie, dogłębnie i elegancko ujmował 

zagadnienie.   Ben   rozważał   problem   od   dawna,   lecz   rozwiązanie   przyszło   mu   do   głowy   właśnie   dzisiaj, 

podczas wypoczynku w parku, kiedy wpatrywał się dość bezmyślnie w brudną powierzchnię stawu. 

Wyznał później, że było to jak... olśnienie. 

Co to jest olśnienie? 

Od momentu rozpoczęcia budowy Krys wysyłał na powierzchnię planety wiele sond kontrolujących, 

najczęściej w postaci meteorów jednorazowego użytku. Dostarczały one informacji, ale spełniały również 

daleko   ważniejsze   zadanie:   niosły   zaczyn   postępu.   Był   to   głównie   postęp   techniczny,   albowiem   w   tym 

kierunku,   zgodnie   ze   swoim   wstępnym   założeniem,  Krys   zaprogramował   ewolucję   złoża.   Każdy  meteor 

inicjujący pobudzał tylko jednego osobnika w ściśle określony i specyficzny sposób, i tak rodzili się geniusze, 

powstawały odkrywcze idee i pomysły. Pozostała masa złoża uczyła się i rozwijała za sprawą tych punktów 

zarodnikowych. 

Krys zachował bezpieczną szybkość w dawkowaniu informacji technicznej i w prowadzeniu procesu 

dojrzewania   złoża,   choć   często   osiągał   górny   jej   pułap,   śrubując   tempo   rozwoju   technologicznego   do 

ostatecznych   granic.   Spieszył   się,   lecz   musiał   balansować   pomiędzy   naglącymi   potrzebami   cywilizacji 

Krystalitów a wymogami bezpieczeństwa budowy. Wiedział dobrze, że pochopne, oszczędnościowe skrócenie 

cyklu   o  sto  lub  dwieście   tutejszych   obiegów   wokółsłonecznych   mogło   pociągnąć   za   sobą   nieodwracalną 

destrukcję   złoża.   Początkowo,   przy   wstępnej   modyfikacji   surowca,   Krys   pominął   stosunkowo   niewielką 

agresywność osobniczą; teraz żałował, że nie zlikwidował tej cechy, tak rzadko występującej wśród bogactw 

naturalnych.   Po uzyskaniu   supremacji  wobec   otoczenia  złoże   rozpoczęło  wyniszczanie   wewnętrzne.  Zbyt 

background image

późno   już   było   na   poprawki   w   kodzie   rozwojowym,   Krys   skierował   więc   ów   destrukcyjny   popęd   do 

rozładowania w rywalizacji. Jednak to nie wystarczyło, i konstruktor zdecydował się na ryzykowne posunięcie 

: dostarczył  złożu środków do samounicestwienia i wytworzył  względny spokój, oparty na strachu przed 

zagładą. 

Krys   obawiał   się   niepowodzenia.   Nie   wiedział,   na   jak   długo   śmiertelna   broń   powstrzyma 

samoniszczące tendencje w fermencie białkowym. Zgodnie z pierwotnym założeniem konstrukcyjnym złoże 

uległo stopniowej integracji, dążąc powoli ku ostatecznemu scaleniu; rola jednostek malała i coraz bardziej 

ograniczała   się   do   funkcji   służebnych   wobec   całkowitej   masy   surowca.   Ten   wyraźny   trend   rozwojowy 

zakłócały  jednakże   zjawiska   konglomeracji   lokalnej   powstawały   skupiska   jednostek   podstawowych, 

prowadzące działalność bez stymulacji Krysa i wymykające się spod kontroli. Zbliżał się więc typowy na tego 

rodzaju   budowach   moment   przesilenia   i   substancji   groził   rozwój  w   niewiadomym   kierunku,   proces 

dojrzewania  niesterowanego,   co mogło   obniżyć   jej  przydatność.   Z tych  powodów,  choć  inkubacja  wciąż 

przynosiła   dobre   efekty   i   zwiększała   przyszłe   możliwości   Maszyny,   Krys   zdecydował   się   już   teraz   na 

zespolenie Konstrukcji. 

Do  operacji  przygotował   się  starannie,  wszak miała   ona  wieńczyć   jego długą  i niełatwą  pracę.  I 

nadeszła   chwila,   kiedy   spokojne   niebo   nad   ludnymi   mrowiskami   miast,   cichymi   obejściami   wiejskimi, 

zielonymi górami i bezkresnymi równinami przeciął oślepiający grad tysięcy, milionów meteorów, i odbił się 

przerażającym ogniem w wodach oceanów, w lustrzanych taflach jezior i w oczach strwożonych ludzi. A 

każdy z tych błysków ponaglał. 

Sharon pisała. Mała lampka oświetlała tylko część powierzchni stolika i kilka kartek, reszta pokoju 

tonęła w mroku. Skończyła wiersz, który był  jakby nie jej w strofach pulsował ledwie wyczuwalny,  lecz 

głuchy niepokój. 

Może   zbliża   się   nie   zapowiedziana   burza?   -   pomyślała.   Lecz   niebo   za   oknem   przeszklonego 

apartamentu było pełne gwiazd i nic nie wróżyło gwałtownych zmian pogody. Daleko w dole, pół kilometra 

poniżej jej poziomu mieszkalnego, jaśniała jak okiem sięgnąć feeria barwnych świateł miejskich. Lecz zamiast 

doznać   ukojenia   odczuła   ponowny,   gwałtowny   przypływ   przenikliwego   niepokoju.   Pragnęła   natychmiast 

uciekać lub schować się, choćby w kąt pokoju. Jednakże i tam dosięgły ją oślepiające błyski, których dzikie 

kaskady   rozszalały   się   na   spokojnym   przed   chwilą   niebie.   Mózg   zalała   fala   chłodu,   wciekającego   niby 

lodowaty płyn w najdrobniejsze przewody i kanaliki, napełniającego głowę przejmującym, zimnym parciem. 

Ciśnienie wzrastało, ból potężniał, rozsadzał czaszkę. Sharon w konwulsjach wiła się po podłodze. Lecz wtem 

jakieś niedrożne dotychczas kanały puściły, lodowaty płyn uszedł gdzieś natychmiast, mózg stał się czysty, a 

myśl jasna i spokojna. 

Kobieta wstała powoli i wyprostowała się. Szeroko rozwarte oczy patrzyły,  lecz nie widziały ani 

pokoju, ani niepotrzebnych  już książek, ani nawet płaskiego nieba z rozsypanym  piaskiem gwiazd. Lecz 

widziały całą Ziemię, obce gwiazdy i planety. Ta drobna istota czuła jasną, potężną jedność. Nie było już 

Sharon. Kobieta stojąca z wyciągniętymi  w górę rękoma była wszystkim, bo ludzkością, i niczym,  bo jej 

zniknięcie nie miałoby żadnego znaczenia. Stanowiła obdarzony co prawda wspaniałą świadomością istnienia, 

ale tylko pojedynczy neuron potężnego nadmózgu, nowego wcielenia człowieka. 

Krys   poczuł   liźnięcie   gorąca   -   postawił   ekran   zaporowy.   Wciąż   nie   kontrolował   Maszyny,   nie 

background image

rozumiał, co się stało. Wysłał zwiadowców. 

Próba nie powiodła się. Elementy złoża zespoliły się w nadrzędny mózg, Maszyna powstała, ale nie 

słuchała jego, Krysa! Żyła własnym życiem swojego nowego, potężnego intelektu, znajdowała się na początku 

drogi w innym wymiarze istnienia. 

Krys rozpłynął się wygodnie po swojej sondzie i naprędce dokonał analizy. Należało niezwłocznie 

usunąć usterki i zakończyć budowę, oczekiwano bowiem niecierpliwie na włączenie Maszyny do eksploatacji. 

Krys podwyższył nieco swój poziom świadomości, lecz nie bardziej, niż to było konieczne; znów górował nad 

złożem w takim samym  stopniu jak przy rozpoczynaniu budowy,  czyli różnica była optymalna. Sprawnie 

wziął się do reperacji, a krystaliczny szept niósł w przestrzeń wesołą nowinę. 

background image

Andrzej Zimniak

Kuracja

Tego   dnia   wszystko   wydawało   się   inne,   nawet   w   powietrzu   unosiła   się   nieuchwytna   mgiełka 

odmienności.   Szedłem   polną   ścieżką   wśród   bujnych   traw,   a   nad   łąką   w   ciepłym   słonecznym   powietrzu 

czerwcowego popołudnia polatywały ważki. Lecz zapach pól był jakiś dziwny, jakby to śmieszne, ale wtedy 

tak   naprawdę   mi   się   wydawało   świeżo   skoszoną   trawę   na   dalekich   pagórkach   posypano   cynamonem; 

opalizujące w słońcu szkliste skrzydła ważek rzucały zbyt barwne, o ton za ostre refleksy, a nawet głosy 

bawiących  się   nad rzeką  dzieci   brzmiały  piskliwie  i   zdawały  się  wprowadzać   moją  czaszkę   w  wibrację. 

Powtarzałem sobie stanowczo, że coś jest nie w porządku - ale co? Próbowałem skupić się na tym problemie, 

ale   myśli   wciąż   rozbiegały  się   chaotycznie,   uchodząc   spod   kontroli   jak   zgraja   rozfiglowanych   urwisów. 

Chwilami miałem wrażenie, że moje zmysły przesunęły się o jakąś jednostkę na skali odczuwania, powodując 

zmiany   w   percepcji   zjawisk.   A   może   to  świat   wokół   uległ   przemianie,   dążąc   nieuchronnie   ku  swojemu 

przeznaczeniu? 

Przyspieszyłem kroku, starając się odpędzać niechciane refleksje. Ścieżka wiła się wzdłuż strumienia 

wśród   młodych   drzew,   co   chwila   musiałem   więc   schylać   głowę,   aby   prześliznąć   się   pod   zwisającymi 

gałęziami. I chociaż wszystkie szczegóły drogi znałem na pamięć, przy każdym  pochyleniu dostrzegałem 

jasnozielone,   nienaturalnie   jaskrawe   pędy   traw,   wyglądające   spod   wielkich   kęp   zielska.   Zaczęło   się   to 

wszystko dzisiaj w szkole, a być  może już znacznie wcześniej, tylko z powodu nikłości symptomów  nie 

zwróciłem   uwagi   na   zmiany.   Tak,   dzisiaj   po   raz   pierwszy   dzieci   zaczęły   mnie   denerwować.   Ich   głosy 

piskliwym  dyszkantem wdzierały się pod czaszkę, rozbiegana ruchliwość tych Bogu ducha winnych istot 

wyprowadzała mnie z równowagi. Byłem surowy, lecz w porę zdołałem powściągnąć rozdrażnienie. Co działo 

się ze mną? 

Prawie biegiem dotarłem do domu. Tam wreszcie odpocznę. Żona kończyła przygotowywanie obiadu. 

Sądząc po gwałtowności, z jaką wybierała talerze i sztućce, nie była w najlepszym humorze. 

- Jak spędziłaś dzień? - spytałem;  błądząc jeszcze myślami  po ogromnej  niecce rozgrzanych  łąk, 

pełnych dziwnego niepokoju. 

- A jak mogłam go spędzić - jej głos sprawiał wrażenie spokojnego, lecz nasycony był wyczuwalnym 

zgorzknieniem,   a   agresywność   odpowiedzi   wynikała   z   obwiniania   o  ten   stan   rzeczy  mnie,   innych   ludzi, 

zwierząt i całego świata w ogóle. Przyglądałem się jej chudym nogom i zbyt szczupłej figurze, wspominając 

czasy   sprzed   dziesięciu   lat,   kiedy   to   ten   sam   widok   (żona   nie   zmieniła   się   wiele)   wzbudzał   we   mnie 

uwielbienie i radosne pożądanie. Niestety, czas uczynił z nas dwoje innych ludzi. Porozumienie utrudniała 

twarda opoka niewrażliwości, potrzebne nam były coraz silniejsze bodźce, aby odczuwać cokolwiek. 

- Dom, dom i jeszcze raz dom, oto cały mój świat kontynuowała w tym samym tonie. Dyskusja byłaby 

bezsensowna, albowiem niepogodzona kobieta miała na swój sposób rację, a jednocześnie nie miała jej, tak 

jak każdy z nas, uskarżający się na przypisanie do swojego losu. 

Do kuchni wpadła jak bomba nasza córka, złotowłosy urwis o chabrowych oczach. 

- Mamusiu, ona parzy! 

background image

- Miałaś narwać marchwi na obiad - głos żony tajał niby wiosenny śnieg. 

- No właśnie, tak, o tym przecież mówię ! - piszczała dziewczynka. - O, zobacz, jak parzy! 

- Chodź, obejrzymy tę marchew - wziąłem małą za rękę. - Pewnie dotknęłaś pokrzywy. Pomogę ci. 

Wyszliśmy do ogródka, w którym kwietne rabatki przeplatały się z zagonami warzywnymi.  Znów 

poczułem   niepokój,   rozbiegający   się   po   piersi   delikatną   siatką   drażniących   impulsów.   Te   kwiaty   miały 

nienaturalne barwy, jak na jakimś kiczowatym obrazie lub w liliowym zmierzchu pogodnego dnia. A może... 

może to nie zmiany w moim sposobie odbioru stanowią przyczynę? Może coś dzieje się wokół, na co ja 

reaguję zmysłem wzroku, zaś moja córka - zmysłem dotyku? 

Skierowaliśmy się ku grządce. Marchew rosła równymi rzędami, nie dostrzegłem tam ani pokrzyw, 

ani żadnych innych roślin. 

- To cię oparzyło? 

- Tak, tak, tatusiu, właśnie to! Ja boję się tej marchwi ! Wyrwałem rośliny, otrzepałem starannie z 

ziemi i wróciłem do domu. Wzbierała we mnie złość. Ciąg nieistotnych zbiegów okoliczności, bzdurnych 

skojarzeń i wytworów wyobraźni byłem skłonny wziąć za tajemniczą prawidłowość, a nieznane zjawiska. 

Bardziej racjonalnych wytłumaczeń można by znaleźć wiele - chociażby proszek nasenny z luminalem,  o 

którego zażyciu zdążyłem od wczoraj zapomnieć. A marchew? Córka kiedyś skaleczyła się o zwykłą trawę, 

więc cóż dziwnego z marchwią? 

Po obiedzie miałem zamiar trochę poczytać, lecz przeszkodził mi hałas na dole. Dzieci, jedno nasze i 

dwójka   od   sąsiadów,   których   nigdy   nie   można   było   ściągnąć   do   domu   przed   zmrokiem,   harcowały   w 

najlepsze w gościnnym pokoju. Dziś nie chciały wyjść i już; tutaj czuły się świetnie, ustawiając piramidy z 

krzeseł i włażąc na kredens. Wrzeszczały przy tym wniebogłosy, a potem zanosiły się suchym kaszlem. 

Wyszedłem na taras. Przed szybą  drzwi leżały setki martwych  owadów, może  żona znowu użyła 

środków   chemicznych,   a   może...   Myśl,   błądząca   nie   kontrolowanymi   ścieżkami   intuicji,   zgasła   nagle. 

Czyżbym pogrążał się w stanach maniakalnych? 

Słońce   pogodnie   zachodziło   za   dalekie,   lesiste   wzgórza,   do   których   nigdy   nie   dotarłem,   choć 

wielekroć wyobrażałem sobie ich kręte, cieniste ścieżki i pełne światła polany. Chciałem tam iść, lecz zawsze 

coś powstrzymywało mnie i zmuszało do pozostania w bezpiecznym domu. Może przyczyną  była zwykła 

ociężałość, typowa dla drugiej połowy życia, a może lęk przed nieznanym, którego duch unosił si.ę w każdym 

lesie? Lasy, łąki, strumienie, ta niwa życia, od której człowiek odgrodził się jednak ścianami z betonu i stali, 

lękając się zaczajonej w każdych zaroślach groźby. Ludzie nie mogą obejść się bez roślin, używają ich do 

wszystkiego: jako pożywienia, jako karmy dla swoich zwierząt hodowlanych, jako budulca. Bezwzględna jest 

eksploatacja tego innego życia, lecz człowiek nie może zastanawiać się nad alternatywą, bo jej po prostu nie 

ma. Czy huba drzewna mogłaby przenieść się pewnego dnia na kamień? Zastanawiałem się nieraz, dlaczego 

ludzie obawiają się przebywać w ostępach leśnych. Czy powoduje nimi jedynie lęk przed samotnością? 

Zszedłem   do   ogrodu,   stąpając   po   trawie   ciężkiej   od   wieczornej   rosy.   Duszna   woń   kwiatów, 

pomieszana   z   wilgotnym   zapachem   gnijącego   zielska,   wypełniła   mi   krtań   i   płuca   drażniącym   obłokiem. 

Zaniosłem   się   męczącym   kaszlem.   Dokuczliwy   atak   minął   dopiero   w   domu,   po   zażyciu   odpowiednich 

środków uśmierzających. 

Tego wieczora długo nie mogłem zasnąć, oddychałem z wysiłkiem.  Słyszałem,  że córka również 

background image

miała ataki suchego kaszlu. Uczulenie na pyłek kwiatowy - rozwiązanie uspokoiło mnie, lecz sen nadal nie 

przychodził. Nasz pies wył przeraźliwie, inne odpowiadały mu z bliższej i dalszej okolicy. Wreszcie zapadłem 

w niespokojną drzemkę.  Widziałem całe stada szczurów maszerujące drogą, chmary ptaków odlatujące z 

piskiem i ujadające na łańcuchach psy. W pewnym momencie wycie ustało i zapadłem w spokojniejszy sen. 

Nie przeczuwałem nawet, że wtedy właśnie nasz poczciwy pies zastygł  w śmiertelnym skurczu na progu 

domu. A był to dopiero początek. 

Na drugi dzień rano w podłym nastroju powlokłem się do szkoły. Słabą kondycję fizyczną po źle 

przespanej nocy pogarszały męczące ataki kaszlu. Nie zwracałem już nawet uwagi na jaskrawozieloną trawę i 

bladozielone niebo czułem wciąż narastający niepokój. Coś działo się wokół, coś, co zagrażało nie  tylko 

zwierzętom - byłem o tym przekonany. 

Na zajęcia zgłosiło się zaledwie kilkoro dzieci, a i te wciąż pochylały blade, zmęczone twarze w 

napadach uporczywego kaszlu. Odwołałem lekcje i wróciłem do domu, gdzie już oczekiwał mnie doktor Hart. 

Z jego zachowania wynikało, że ma coś ważnego do powiedzenia, więc udaliśmy się od razu do gabinetu na 

górze. 

- Niech pan posłucha, Glenn - stary lekarz nie ukrywał zdenerwowania - mamy w naszej okolicy 

początki jakiejś poważnej epidemii. Objawy choroby są niezwykłe i prawie wszyscy odczuwają je podobnie, 

pan również - poczekał, aż przejdzie mi nagły atak kaszlu. - Nie wiem, czy dotarły już do pana ostatnie wieści 

- zawiesił na chwilę głos w osiedlu padły niemal wszystkie psy, a teraz przyszła kolej na bydło. 

- Co na to szpital w mieście? 

- Nic - odparł - są zaskoczeni w równym stopniu co my.  Ale nie przyszedłem do pana na plotki. 

Chciałbym  przedyskutować   pewne  dane.  Otóż  -  kontynuował  po krótkiej  przerwie  -  prowadzę,  jak papu 

wiadomo, badania w zakresie żywienia. W efekcie, z laboratoryjno-technicznego punktu widzenia, sprowadza 

się to do podawania odpowiednio spreparowanych pokarmów kontrolnych grupom szczurów. Nie wdając się 

w zbędne szczegóły, sprawa wygląda tak: zwierzęta żywione świeżym pokarmem roślinnym chorują już od 

około dziesięciu dni, podczas gdy podawanie karmy konserwowanej nie wywoływało żadnych ubocznych 

efektów. Na początku sądziłem, że to jakaś przypadkowa infekcja, ale zapadło na nią sto procent szczurów 

karmionych   różnymi   rodzajami   świeżych   odżywek!   Oto   objawy,   w   kolejności   występowania:   wzmożony 

zanik pewnych wyuczonych odruchów, podrażnienie dróg oddechowych, następnie rodzaj odurzenia, coś na 

kształt   stanu   narkotycznego,   cofającego   się   i   powracającego   w   coraz   silniejszych   atakach,   a   w   końcu 

rozprzężenie funkcji centralnego układu nerwowego, zwłaszcza mózgu i rdzenia. Jako biolog wie pan, co to 

oznacza. Wie pan również, że szczury i ludzie reagują podobnie. 

-   To   nie   jest   lokalna   infekcja   -   przerwałem   lekarzowi.   Dziś   rano   miałem   telefon   od   ludzi 

zamieszkałych na przeciwległym krańcu kontynentu - u nich jest to samo. To samo i w tym samym czasie - 

czyli epidemia raczej wykluczona. 

- W każdym razie czynnik przenoszony jest przez rośliny, i to od niedawna - podjął Hart. 

- Albo też składniki, roślinne pobudzają coś innego, są aktywatorem lub pożywką. 

- Więc co jest przyczyną? - pytanie miało charakter retoryczny, nie tylko bowiem my dwaj, ale nikt 

nie znał na nie odpowiedzi. 

Odprowadziłem doktora aż do furtki alejką wśród wysokich malw. Ich długie łodygi kołysały się w 

background image

ostrych porywach wiatru i zdawały się wychylać w naszym kierunku. Chmury żółtego kurzu z poboczy drogi 

rozwiewały się w zielonkawym powietrzu wysoko ponad dachami domów, wśród wierzchołków smukłych 

topoli. 

Hart wcisnął mi do ręki fiolkę. - Barbiturany - starał się przekrzyczeć wicher i własny kaszel. - To 

trochę łagodzi atald. 

Walcząc z zawieją znikł w chmurze pyłu, usiłując utrzymać na miejscu kapelusz i obciągnąć poły 

płaszcza. 

- Tato, szybko! - piskliwy, świdrujący w uszach głosik niósł się od ganku. Mała dziewczynka biegła 

alejką wysypaną  różową  kruszoną cegłą. Jej białe włosy powiewały na wietrze, a teraz już zielone oczy 

wyrażały podniecenie. - Chodź do domu! Komunikat! 

Żona siedziała przy radiu, a z głośnika płynął nabrzmiały powagą głos spikera. 

"...zachować szczególną ostrożność. Świeżą żywność należy poddać gotowaniu w ciągu pięciu godzin, 

co   spowoduje   obniżenie   zawartości   szkodliwych   substancji   do   dziesięciu   procent   stężenia   wyjściowego. 

Należy unikać przebywania w pobliżu większych skupisk roślin, jak lasy i łąki, ponieważ czynniki aktywne są 

lotne. Prosimy o zachowanie spokoju, lekarstwa i żywność będą dostarczane w miarę możliwości. Następny 

komunikat nadamy za pół godziny." 

Patrzyliśmy na siebie. Oczy żony były teraz szaroniebieskie, włosy popielate z przeświecającym jakby 

od wewnątrz sinym odcieniem fioletu. Wziąłem ją w ramiona - była znów jak dawniej, taka mała i bezbronna, 

trochę niecierpliwa, lecz pełna spokojnego ciepła. 

- Jak szkoda - mówiła mi w ramię, a jej głos wyrażał bezmiar smutku. Jak szkoda. 

Gładziłem ją po zmierzwionych, niedawno jeszcze kruczoczarnych włosach i czułem ucisk w gardle. 

Widziałem  wszystkie   zmarnowane   lata,   bezcenny  czas   rozmieniony  na   drobne,   kiedy  to  pod  ogłupiającą 

narkozą codzienności, wygrywając swoje drobne sprawy bez znaczenia, straciliśmy się nawzajem z oczu. 

Pozwoliliśmy wyschnąć życiodajnemu strumieniowi - wymianie myśli i rozumieniu. Pojęliśmy to zbyt późno. 

Tej nocy miałem pierwszy atak. Po odurzeniu podobnym do upojenia alkoholowego przyszły omamy i 

halucynacje. Niebo zdawało się rozpadać, a na ziemię lały się kaskady barwnych ogni, żar i przejmujący chłód 

na przemian. Pod koniec czułem, jak moje ciało sztywnieje w strasznych skurczach, jednakże były to tortury 

niemal bezbolesne. Chwilami zdawało mi się, że dusza wyszła z ciała i z zewnątrz przygląda się jego mękom. 

Nad ranem, zbity i zmaltretowany, powlokłem się na dół. Po nocy pozostał mi lekki ,paraliż lewej 

połowy   twarzy.   Czułem,   że   nie   jestem   już   taki   sam   jak   wczoraj.   Coś   we   mnie   pękło,   puściła   jakaś 

synchronizacja zmysłów i rozumu. Pojmowałem na tyle, aby to stwierdzić. Ale co będzie następnym razem? 

Otworzyłem jakąś puszkę i właśnie zabierałem się do jedzenia, gdy coś ciężko uderzyło w drzwi wejściowe. 

Może to jeszcze jedno przywidzenie? - pomyślałem. Spojrzałem jednak w głąb hallu i puszka wypadła mi z 

rąk. W małym,  wysoko umieszczonym okienku w drzwiach frontowych ukazał się przez moment ciemny, 

kudłaty łeb i wyłupiaste ślepia, po czym powtórnie rozległo się głuche uderzenie. Zimny dreszcz połaskotał 

mnie po karku i spłynął na plecy. Za drzwiami zaległa cisza, pełna napiętego wyczekiwania. Tak, to wszystko 

zwidy - uśmiechnąłem się krzywo do kredowobladej twarzy o wodnistych, bezbarwnych oczach w lustrze 

naprzeciwko. Z nagłą determinacją przebiegłem hall i jednym szarpnięciem rozwarłem drzwi na oścież. Na 

progu leżała sarna, nienaturalnie wygięta do tyłu w śmiertelnym skurczu. 

background image

Wyszedłem białą alejką wśród białych malw w biały kurz drogi. Zataczałem się szeroko i potykałem 

raz po raz o nie istniejące przeszkody. W swoim wnętrzu byłem zimny jak wygaszony piec. Nie chciało mi się 

niczego, zewnętrzna pijacka beztroska nie zawierała nawet nikłego cienia smutku. Po różowym niebie pełzały 

jakieś barwne kręgi czy obręcze, ale nie zwracałem na nie żadnej uwagi. Szedłem na chybił trafił, byle stawiać 

kroki, nie patrząc ani wokół, ani za siebie. Iść, za wszelką cenę iść, posuwać się naprzód, niosąc donikąd 

wewnętrzną pustkę. Czy dawniej też bywało podobnie? Umazany białym kurzem, na wpół zaślepiony, wśród 

przemykających drogą w szaleńczym galopie saren (tak, nasze lasy pełne były zwierzyny), kierowałem się do 

domu doktora Harta. 

Przed gankiem falował ogród, choć wiatr ledwie muskał wierzchołki drzew, drzew tańczących po 

różowym nieboskłonie i obwieszonych mięsistymi liśćmi o cielistej barwie. Dom zdawał się również poruszać 

- raz wyginał się, pęczniał, aby za moment ulec raptownemu kolapsowi, jakby wysysano z niego zawartość. 

Gdy wchodziłem przez marmurową furtkę z polerowanej kredy, zdałem sobie sprawę, że złudzenie ruchu dają 

przebiegające   przez   przestrzeń   refleksy   lub   raczej   ciągłe   zmiany   barw   w   jakimś   obłędnym   kontinuum 

rozciągających się świateł. Sądziłem, że to wszystko jest we mnie, w moim wnętrzu, ale to i tak nie miało 

znaczenia. 

U Harta było już kilka osób. Ich stan, podobny do mojego lub nawet gorszy,  nie zrobił na mnie 

żadnego wrażenia. Chyba było mi dobrze - świat wokół falował, wybrzuszał się i kurczył, ale to wszystko 

działo się gdzieś obok, nie dotyczyło  przecież mojej  osoby.  Jakiś grubas pod oknem (chyba  go znałem) 

prowadził bełkotliwy monolog: 

- Wyrzucę z domu wszystkie doniczki! Co do jednej. 

A w, ogóle to przechodzę na mięso. Tym sposobem uchronię się przed może przyjemnymi, lecz mało 

zabawnymi przypadłościami. 

- Moi drodzy!  - Hart upił nieco białego płynu  (kiedyś  to mogło być  czerwone wino) z wysokiej 

szklanki. - Sądzę, że to wszystko niedługo się skończy - mówił z trudem. 

"Dobrze zalany" - pomyślałem nie bez złośliwej uciechy. - Wiedziałem - twarz grubasa rozpromienił 

uśmiech. 

- Nie wiem tylko, czy prędzej zginiemy, czy dostaniemy kompletnego fioła. Jedynym pocieszeniem 

jest fakt, że będzie to "zejście w stanie upojenia" - zaśmiał się chrapliwie. Cokolwiek lub ktokolwiek zmusza 

nas do tego kroku, robi to w sposób humanitarny. Czyli wczuwa się w człowieka! 

To wszystko pasuje do scenerii - pomyślałem. 

- Ale bądźmy przez chwilę poważni - Hart wstał dopóki jeszcze się da. Oczywiście, może zdarzy się 

jakiś   nieprzewidziany  wypadek,   zajdzie   coś,   co   uratuje   nas   z   opresji.   Na   przykład   spłynie   z   niebios   na 

spadochronie serum przeciwko temu świństwu. Źródłem wielu sukcesów człowieka był właśnie brak wiary w 

klęskę. Ale, wracając do meritum sprawy: to coś jest w roślinach. Prawdę mówiąc dziwię się, że tak późno 

powstało.   Choć  rośliny to stwory powolne,  mówię  wam,   moi   drodzy  -  powiódł   czerwonymi  oczyma   po 

zebranych   -   to   powinno   już   dawno   nastąpić!   Krowie   wyrósł   ogon,   żeby   mogła   odganiać   się   od   much, 

kameleon przybiera barwę otoczenia, osa ma żądło do obrony, antylopa długie nogi - a co ma drzewo?! Kolce 

to zbyt słaba obrona, aby nie można go było oskubać, posypać, zatruć i wyciąć! Do licha!! Ewolucja jest zbyt 

mądra na taką tolerancję ! 

background image

Stary doktor zmęczył się i usiadł, ciężko dysząc. Lecz po chwili ciągnął dalej, już nieco słabszym 

głosem: 

- Nie oznacza to zagłady świata zwierzęcego, nie sądzę, aby tak było. Z każdego kataklizmu coś 

zawsze przetrwa. Może to już będzie co innego, kto wie. W każdym razie podniósł głos - głupie rośliny są, jak 

widać, najważniejsze na Ziemi ! A w każdym razie najsilniejsze - zamruczał na koniec. 

Wyszedłem.   Hart   powiedział   wystarczająco   wiele.   Posuwałem   się   nie   widząc   staloworóżowego 

zmierzchu i popielatego pyłu pod stopami. Powoli zaczynałem trzeźwieć - kontury domów, płotów i drzew 

wyostrzyły się, wiedziałem, że zbliżał się następny atak. 

Pod   czaszką   czułem   ciężki   wir   myśli.   Dlaczego   tak   nagle?   I   wszędzie   jednocześnie?   Naraz 

przystanąłem. Przypomniałem sobie ostatnią lekcję biologii - mówiłem dzieciom o chorobie. Człowiek nosi w 

sobie   praktycznie   wszystkie   groźne   zarazki   lub   prawie   wszystkie.   Lecz   dopiero   gdy  jeden   ze   szczepów 

znajdzie się w korzystnych  warunkach rozwojowych  i uaktywni  się, atakuje organizm,  i to jest początek 

choroby.   Wtedy   przystępują   do   akcji   przeciwciała   lub...   człowiek   zażywa   lekarstwo!   Właśnie,   zażywa 

lekarstwo,   działające   natychmiast,   w   całym   organizmie!   Myśl   była   zbyt   absurdalna,   aby   mogła   być 

prawdziwa.   Czyżby   ta   ponura   katastrofa,   w   której   najwyraźniej   brałem   udział,   była   efektem   świadomie 

zaaplikowanej kuracji, mającej  na celu pozbycie się uciążliwych i niebezpiecznych pasożytów? Nie, lepiej 

pozostać przy wersji ewolucyjnego przystosowania, zresztą znajomość prawdy nie jest nam już do niczego 

potrzebna. 

Byłem w swoim domu. Czułem zamęt w głowie, gdy barwne kręgi poczęły rozdzierać pokój. Zbliżał 

się atak. A za oknem szumiał odwieczny bór, taki sam, który kiedyś oglądał narodziny człowieka. 

background image

Andrzej Zimniak

PI = 3,13

"Położyłem się około jedenastej wieczorem po całym dniu wyczerpującej pracy. Konferencja okazała 

się bardzo trudna, partnerzy wymagający i drobiazgowi. Tego dnia udało nam się posunąć naprzód tylko w 

sprawach proceduralnych. Byłem bardzo zmęczony, zapadłem więc natychmiast w ciężki sen. Nie wiem, jak 

długo spałem, ale w nocy obudziłem się nagle i wtedy usłyszałem te dziwne odgłosy. Trudno powiedzieć, czy 

właśnie   one   wyrwały   mnie   ze   snu,   choć   sądząc   po   natężeniu   dźwięku   wydawało   się   to   bardzo 

prawdopodobne. Czegoś takiego nie słyszałem nigdy przedtem - zza ściany dobiegały głośne, zawodzące jęki, 

które jednak  nie miały w sobie wiele ludzkiego. Jedne trwały długo, inne parę sekund tylko, a wszystkie 

kończyły   się   pulsującą   wibracją,   ginącą   w   głębokich   infradźwiękach.   Narzuciłem   pośpiesznie   szlafrok   i 

wybiegłem na korytarz. W słabym świetle nocnych lamp lśniły szeregi zamkniętych drzwi, a przejmujący jęk 

niósł się wzdłuż nich, jakby w każdym pokoju dokonywano egzekucji. Przyłożyłem ucho do ściany - wyraźnie 

wyczuwałem   głuche   dudnienie.   Podobne   odgłosy   mogłaby   wydawać   wielka   ołowiana   kula,   toczona   po 

podkładach torów kolejowych. Po paru minutach znów narastał przeciągły jęk. 

Nagle   zrozumiałem   -   przynajmniej   tak   mi   się   wtedy   wydawało.   Zbliża   się   trzęsienie   ziemi! 

Znajdowałem się przecież w obszarze strefy sejsmicznej. Niedawno oddany do użytku potężny hotel o śmiałej 

konstrukcji,   stanowiący   szczytowe   osiągnięcie   techniki   budowlanej,   posiadał   doskonałe   zabezpieczenia 

przeciw wstrząsom podziemnym,  jednak wolałem nie ryzykować. Narzuciłem płaszcz, chwyciłem teczkę i 

zjechałem na dół. Na niższych  poziomach dołączyło jeszcze parę osób, podobnie jak ja zaniepokojonych 

sytuacją. W szybie zjazdowym odgłosy potęgowały się do nieznośnego, metalicznego wycia; wyczuwało się 

też   nierównomierne   drżenie   konstrukcji.   Dotarliśmy   szczęśliwie   na   dół.   Pośpiesznie   opuściłem   hall   i 

pobiegłem na otwarty teren pobliskiego parku. Temu zawdzięczam swoje ocalenie. 

Dotychczas   nie   mogę   zrozumieć,   dlaczego   tak   nieliczni   mieszkańcy   hotelu   opuścili   budynek. 

Niezwykle silne jest przekonanie ludzi, że wszystko zawsze musi potoczyć się zwykłym trybem. 

Na zewnątrz nie zauważyłem niczego nienormalnego ziemia nie drżała, noc była ciepła i pogodna, 

ulicami przejeżdżały spóźnione samochody, ławki w parku okupowały gruchające pary. Musiałem wyglądać 

zabawnie w narzuconym na piżamę płaszczu i z teczką w ręku, lecz nie odważyłem się zawrócić. Strzelista 

wieża hotelu rozbrzmiewała przenikliwym, żałosnym jękiem. I wtedy spostrzegłem, że zaczyna wyginać się w 

kierunku ruchliwej arterii miejskiej kreśląc swoim czarnym konturem wielki łuk na wygwieżdżonym niebie. 

Nie wiem, co było dalej, bo padłem twarzą na trawnik i zatkałem uszy dłońmi. Usłyszałem jednak 

ogłuszający łoskot, ziemia zatrzęsła się, a w nocne niebo uderzył przeraźliwy krzyk i wycie syren. Na tym 

zakończę swoje zeznanie, ponieważ dalszy przebieg wydarzeń drobiazgowo relacjonowała prasa codzienna. 

Dodać muszę jedynie, że ani tej nocy, ani później w mieście i jego okolicach nie zaszło nic nadzwyczajnego, 

nie   wystąpiło   trzęsienie   ziemi   ani   wróg   zewnętrzny   nie   rozpoczął   ataku.   Po   dokładnym   dochodzeniu 

wykluczono również możliwość sabotażu". 

"Jestem   chemikiem   i   od   dawna   piastuję   stanowisko   profesora   w   uczelni   o   znanej   renomie; 

background image

szczegółowe dane wraz z dokumentacją dołączam do niniejszego doniesienia. Sprawa, o której piszę, jest 

niezwykła i niezrozumiała, a dla mnie miała i wciąż ma głębokie reperkusje w dziedzinie zawodowej. Swego 

czasu nieomal przyczyniła się do złamania mojej kariery naukowej, a i obecnie wielu kolegów nie ufa mi tak 

jak dawniej, jestem również rzadziej cytowany niż niegdyś. 

Od   dawna   prowadzę   zespół   zajmujący   się   badaniem   różnych   problemów   korozji.   Nie   muszę 

podkreślać, jak ważne są nasze prace; obecnie rocznie ulega utlenieniu, lub inaczej zamienia się w rdzę, aż 

10% wszystkich wyrobów żelaznych na Ziemi! Tak, nasze badania mają ogromne  znaczenie. Oprócz prac 

podstawowych  zespół udziela porad, dokonuje ekspertyz,  opracowuje dane na specjalne zlecenia. Między 

innymi  już dawno opublikowaliśmy tablice szybkości utleniania żelaza w różnych warunkach wilgotności, 

temperatury, kwasowości środowiska i tak dalej. Dane te cieszyły się dużą renomą w świecie i były szeroko 

stosowane jako podstawa do standardowvch obliczeń i projektów. 

I wtedy wybuchła bomba. Dwóch młodych naukowców, odbywających jeszcze straże podoktoranckie, 

ogłosiło odmienne od moich wyniki  analogicznych eksperymentów! Zignorowałem ich prace, lecz wokół 

sprawy wytworzyła się nieprzyjemna atmosfera. Ludzie zaczęli sami sprawdzać i szeptać za moimi plecami. 

Niektórzy sugerowali mi oględnie, abym powtórzył doświadczenie sprzed lat trzydziestu. Oni nie rozumieli, 

że nie mogłem się mylić!  Zawsze każdy eksperyment  powtarzałem wielokrotnie,  a później  robili  to moi 

asystenci, zanim wyniki podane były do ogólnej wiadomości. 

I wreszcie stało się, co się stać musiało: jeden z moich ludzi przeprowadził powtórne pomiary. Kiedy 

przyszedł   do   mnie   zmieszany,   nie   mogąc   wytrzymać   mojego   bezpośredniego   spojrzenia,   wiedziałem   - 

otrzymał wynik naszych adwersarzy. Pracowałem wtedy sami przez całą noc, nastawiając próby, czuwając 

nad   termostatami   i   dokonując   obliczeń.   I   nazajutrz   nie   pozostało   mi   nic   innego,   jak   przyznać   się   do 

popełnionej przed laty pomyłki. Fatalnej pomyłki, która kosztowała niewyobrażalne pieniądze i... zaufanie do 

mnie. Musiałem przyznać się, aby uchronić resztki reputacji i móc nadal pracować naukowo, lecz wciąż nie 

wierzę. Nie mogę uwierzyć. Czasami nie wierzę w siebie, a czasem - w naukę w ogóle. I wtedy jest mi 

najciężej, ponieważ nauka to moja jedyna pasja w życiu, więcej - jego treść i sens. Jestem bliski załamania 

nerwowego". 

"Nazywam się John Brown i jestem policjantem w Brighton. Służę nienagannie już od piętnastu lat 

Królowej w imię dobra publicznego. 

Mój raport dotyczy pożarów, wybuchających w naszym mieście od trzech miesięcy ze zwiększającą 

się częstością. Podejrzewając akcje terrorystyczne, nasze grupy operacyjne podwoiły czujność. Zwiększyliśmy 

liczbę   nocnych   patroli,   obserwowaliśmy   osoby   podejrzane,   penetrowaliśmy   środowiska   anarchistyczne, 

lewackie i faszystowskie. Wszystko bez rezultatu. 

W   nocy  z   14  na   15  sierpnia   byłem   świadkiem  wy8uchu   pożaru.   W   wyżej   wymienionej   sprawie 

złożyłem  nazajutrz raport, lecz nie dano mi  wiary i wysłano  na tygodniowy wypoczynek  do sanatorium. 

Wiem, że to dla mojego dobra i że zasłużyłem sobie na urlop długoletnią nienaganną służbą, jednak mam 

niejasne wrażenie, że sprawę można było zbadać dokładniej. Mogłoby to okazać się ciekawe, ale może zbyt 

dla kogoś niewygodne? No cóż, w końcu prefekt najlepiej wie, co robi. 

Piszę ten raport, korzystając z obiecanej przez Was pełnej dyskrecji. Było to tak : 

Tej nocy patrolowałem ulicę Czternastą. Stare kamienice czynszowe, nie najlepsza dzielnica. Na rogu 

background image

znajdował się nowoczesny pawilon spożywczy,  taki ze szkła i aluminium,  a w środku pełno kolorowych 

pudełeczek. Przyglądałem się, jak go myją z zewnątrz długimi szczotkami z podłączonymi do nich wężami 

gumowymi. Wyglądał potem jak cacko wśród tych szarych zakazanych kamienic. 

I wtedy, w godzinę po zamknięciu sklepu, coś zaczęło się dziać. Najpierw poczułem dziwny swąd, 

jakby przypalonej gumy.  Potem z hukiem wyleciała jedna z wielkich szyb w tym  pawilonie. Podniosłem 

alarm.   W   chwilę   później   posypały   się   następne   szyby!   A   potem   zaczęły   dziać   się   rzeczy   zupełnie 

niezrozumiałe. Gdybym sam nie widział wszystkiego na własne oczy i nie czuł bijącego żaru, nigdy bym w to 

nie   uwierzył.   Czysty,   wymyty   przed   chwilą   aluminiowy   szkielet   pawilonu   począł   dymić   i   buchnął 

płomieniem! I to kolejno w kilku miejscach. Wyciągnąłem ze środka gaśnicę i skierowałem ją na ogień, ale 

bez żadnego rezultatu. Po chwili zostałem zmuszony do wycofania się, ponieważ zajęło się wnętrze sklepu i 

wszystko   stanęło  w   płomieniach.   Gdy  wreszcie   nadjechały  wozy  strażackie   i   policyjne,   ogień   sięgał   już 

drugiego piętra. Jeszcze raz proszę o dyskrecję, mimo że mój raport nie został zakwalifikowany jako tajny". 

"Niniejsze   sprawozdanie   piszę   z   mieszanymi   uczuciami.   Z   wykształcenia   jestem   prawnikiem, 

jednakże podziwiam współczesne nauki przyrodnicze i zazdroszczę im krystalicznej jednoznaczności, która 

bardzo   przydałaby   się   wielu   naszym   kodeksom.   Uważam,   że   dyscypliny   ścisłe   oparte   są   na   solidnych 

logicznych podstawach i temu zawdzięczamy szybki i wszechstronny rozwój naszej cywilizacji. 

Moja pewność i wiara w naukę nie została bynajmniej zachwiana wydarzeniami, stanowiącymi treść 

niniejszego raportu, nie pretenduję również do wystąpień z pozycji oskarżyciela względem przyjętych metod 

poznawania przyrody. Uważam po prostu, że przed badaczami stanął jeszcze jeden problem do wyjaśnienia, a 

co do jego wagi wolę nie wypowiadać się jako niedostatecznie biegły w przedmiocie jurysta. 

Nie   sądzę   również,   abym   popełnił   błąd   podczas   wykonywania   eksperymentów   lub   obliczeń. 

Doświadczenia   były   względnie   proste,   a   rachunki   na   poziomie   elementarnym.   Jednakże,   aby  całkowicie 

wyeliminować niebezpieczeństwo omyłki, proponuję powtórzenie badań przez bardziej kompetentne grono. 

Ale po kolei powróćmy do początku problemu. 

Cała sprawa zaczęła się bardzo zwyczajnie, można by powiedzieć - banalnie. Mój dziesięcioletni syn 

wykonywał prace domowe, zadane mu w szkole. Uczył się od pierwszej klasy doskonale i nigdy nie miałem z 

nim żadnych problemów, zdziwiłem się więc wielce, gdy wszedł ze łzami w oczach do mojej kancelarii i 

począł użalać się na swój ulubiony przedmiot, na matematykę. Okazało się, że w szkole obliczano liczbę PI, 

która jest, jak wiadomo, stosunkiem obwodu koła do jego średnicy. I wszystkim dzieciom wyszło dobrze, 

tylko mój syn otrzymał inny wynik, mianowicie 3,13, zamiast prawidłowej wartości 3,14. Nauczyciel polcił 

mu   powtórzyć   pomiary   w   domu   i   skarcił   za   brak   precyzji   w   doświadczeniach.   Lecz   w   domu   nadal 

wychodziło.3,13, co zdenerwowało i zniechęciło syna. Postanowiłem mu pomóc. 

Użyliśmy blaszanej puszki po kawie i na nią nawijaliśmy cienki drut, którego długość mierzyliśmy po 

rozprostowaniu. Pomiar średnicy puszki nie nastręczał trudności. Dokonaliśmy kolejnych obliczeń, nawijając 

drut również wielokrotnie, tak by zmniejszyć błąd do minimum. 

I proszę sobie wyobrazić moje zaskoczenie, gdy prawie za każdym razem otrzymywaliśmy 3,13 ! Nie 

potrafiłem tego zrozumieć. Najpierw sprawdziłem w tablicach i encyklopediach, a następnie zatelefonowałem 

do mojego przyjaciela, fizyka  z wykształcenia i zawodu. Obrócił on całą sprawę w żart, naigrawając się 

zwłaszcza z instrumentów, używanych w doświadczeniu. Z pewną niechęcią i tylko po usilnych naleganiach 

background image

zgodził się na wspólny eksperyment w swoim laboratorium, aby dowieść niewzruszonej prawdy. 

Nazajutrz   wykonywaliśmy   pomiary   za   pomocą   o   wiele   precyzyjniejszej   aparatury   i 

przeprowadziliśmy obliczenia z dokładnością aż do siedmiu miejsc po przecinku. Byłem niemalże dumny, gdy 

wynik wynosił za każdym razem 3,13 w zaokrągleniu do dwóch miejsc. Mój przyjaciel długo wyjaśniał, że 

użyta   aparatura   nie   została   przystosowana   do  tego  rodzaju  badań,   że   drut   i   obręcze   mogą   kurczyć   się   i 

rozszerzać wraz ze zmianami temperatury, miał też wiele innych teorii, których nie zapamiętałem. 

Wtedy coś zachwiało się w moim prostym i jednoznacznym obrazie świata. Dumny gmach nauki 

wydał się mniejszy, na jego murach zarysowały się pęknięcia i szczeliny. 

Odczułem wielką ulgę mojego przyjaciela, kiedy wreszcie odprowadził mnie do furtki i powiedział 

»do widzenia«. Wolał nie zajmować się tą sprawą, która mieszała mu szyki i powodowała zamęt w głowie. 

Tyle miał przecież przed sobą wygodniejszych i jeszcze nie ruszanych dziedzin badawczych, gdzie nikt nie 

odważy się kwestionować wyników, ba, inni zacytują je w swoich pracach! Byłem przekonany, że nikomu nie 

wspomni o eksperymentach przeprowadzonych tego wieczoru, chociażby z obawy przed narażeniem się na 

śmieszność. 

Ja sam odpowiadam na waszą ankietę tylko dla spokoju własnego sumienia, ponieważ i tak nie wierzę, 

aby   niniejsza   wypowiedź   spoczęła   w   miejscu   innym   niż   kosz   na   śmieci.   Pragnę   zakończyć   swój   list 

optymistycznym akcentem, dodam więc, że wciąż ufam nauce, jednakże musi ona stopniowo dojrzewać do 

wielu problemów, które już od dawna, świadomie lub nie, obejmuje swoim zasięgiem". 

Przekładałem   grube   teczki,   pełne   relacji   i   sprawozdań   z   całego   świata.   Dotyczyły   niemal   każdej 

dziedziny życia ludzkiego. W materiale, gromadzonym przez wiele lat, można było znaleźć opisy zdarzeń 

dziwnych,   nieprawdopodobnych   lub   wprost   zakrawających   na   fantazję.   Odchylenia   od   precyzyjnie 

obliczonych trajektorii rakiet i pocisków balistycznych, nieścisłości w sprawdzonych i uznanych równaniach, 

sprzeczne dane na temat dawno wyliczonych i stabelaryzowanych wielkości, niewytłumaczalne cofanie się lub 

rozprzestrzenianie różnych chorób, zmiany w aktywności drobnoustrojów, relacje o wypadkach i katastrofach, 

które   w   zasadzie   nie   powinny  mieć   miejsca,   nie   stwierdzono   bowiem  żadnej   możliwej   do   przyjęcia   ich 

przyczyny - oto niektóre przykłady opracowań i doniesień. Spojrzałem ponad plikami zadrukowanych kartek, 

z których każda kryła swoją tajemnicę, na pustą salę konferencyjną z półkolistymi rzędami foteli. Za niespełna 

godzinę   przestronne   pomieszczenie   wypełni   się   ludźmi,   naprzeciw   mnie   zajmą   miejsca   wybitni 

przedstawiciele   światowej   nauki.   Czy   wytrzymam   ciężar   ciekawych   spojrzeń   ludzi,   zaproszonych   na   tę 

zakonspirowaną konferencję z wszystkich kontynentów? I co będę miał im do powiedzenia? Czy truizmy o 

świecie pełnym sprzeczności, czy może znaną prawdę, że w nauce każda odpowiedź rodzi wiele nowych pytań 

- nie wiedziałem. Wciąż nie mogłem zdecydować się na przyjęcie planu swojego wystąpienia. Przedstawienie 

luminarzom nauki hipotez podważających, ich własne badania byłoby równie lekkomyślnym posunięciem, jak 

przyznanie się do niewiedzy. Niewiedzy biorącej swój początek w żałośnie skąpym strumieniu informacji, 

odbieranych przez nas z otoczenia. 

Sala wypełniała się powoli. Każda z tych dumnych postaci nauki, dostojnie zajmująca należne jej 

miejsce,   byłaby   może   skłonna   zrewidować   wiele   hipotez   i   teorii,   byle   dostatecznie   odległych   od   swojej 

profesji,   a   zwłaszcza   od   własnego   dorobku.   I   choć   kładłem   głowę   pod   topór,   musiałem   przedstawić 

obserwacje,   co   do   których   znaczenia   nie   miałem   żadnych   wątpliwości.   Wnioski   praktyczne   należało 

background image

wyciągnąć bezzwłocznie, zostawiając korekty światopoglądowe na później, chociaż nie na ostatek. 

Tak, ale od czego tu zacząć? 

Zacząłem  od  powitania   szacownego   grona,   które   było   uprzejme   przybyć   z   tak  daleka.   Następnie 

rzuciłem   dowcipną   anegdotę,   czym   miałem   nadzieję   zyskać   sobie   przychylność   audytorium.   Jednakże 

towarzystwo naprzeciw mnie składało się ze starych bywalców seminariów, odczytów i konferencji, i wciąż 

wyczuwałem pełną nieufności rezerwę, która niestety pogłębiała się w miarę toku wykładu.  Możliwe, że 

popełniłem błąd relacjonując na wstępie przypadki niezrozumiałe i niewyjaśnione, do których wielka nauka 

zwykłą   odwracać   się   tyłem,   nie   wiadomo,   czy   z   obawy   przed   śmiesznością,   czy   z   przeświadczenia   o 

niemożności ich interpretacji. Wybitnym uczonym słuchającym mojej prelekcji nie wypadało czynić niczego 

innego, jak tylko uśmiechać się ironicznie lub wzruszać ramionami. 

- Czy to zebranie sekty mistycznej?  - spytał  ktoś półgłosem.  W sali narastały szmery i tłumiona 

wesołość. 

-   Szanowni   państwo   -   podniosłem   nieco   głos   -   nie   zabierałbym   wam   cennego   czasu   na 

pseudonaukowe spotkania. Wszystkie dane, które przed chwilą przytoczyłem jako pewnego rodzaju ilustrację 

do   tematu   zasadniczego,   pochodzą   z   wiarygodnych   i   w   każdej   chwili   sprawdzalnych   źródeł.   Istnieją 

drobiazgowe opracowania i raporty odpowiedzialnych organów, nie są to więc historie zasłyszane od osób 

trzecich. 

Sala umilkła. Wszyscy czuli; że teraz powinienem odkryć karty. 

- Chciałbym przedstawić państwu - kontynuowałem już nieco spokojniej - swoją koncepcję, łączącą w 

jedną całość przedstawione uprzednio oraz inne zagadkowe wydarzenia. Podkreślam z naciskiem, że jest to 

jedynie koncepcja, nie pretendująca do miana spójnej teorii. Moja nadzieja w tym, że właśnie najznamienitsze 

postacie   dzisiejszej   nauki   -   tu   skłoniłem   się   kurtuazyjnie   w   stronę   zebranych   -   krytycznie   i   twórczo 

ustosunkują się do prezentowanych danych  i wyciąganych  wniosków, a może  nawet uzupełnią je swoim 

doświadczeniem lub, w przyszłości, badaniami. Wspólne działanie z pewnością pozwoli nam rozwikłać te 

problemy lub też odrzucić je i uznać za niebyłe. 

Teraz dopiero zacząłem pozyskiwać sobie audytorium. Siwi profesorowie powyciągali notesy. 

- Materię - przeszedłem od razu do meritum sprawy, wykorzystując przychylne zainteresowanie sali - 

dzielimy wygodnie pomiędzy mikro - i makrokosmos. My, z naszymi codziennymi problemami, znajdujemy 

się gdzieś pośrodku. W każdym z tych światów rządzą nieco odmienne prawa inaczej zachowują się cząstki 

elementarne, inaczej gwiazdy. Jednak ogólna teoria pola pozwoliła nam zjednoczyć te, zdawałoby się zupełnie 

różne jakościowo, obszary. Obecnie mikro - i makroświaty jawią się nam jako kontinuum, jako wielki ciąg 

form istnienia materii wzdłuż osi wymiarów. Jego oba obszary brzegowe leżą w mroku nieznanego, lecz 

rozsuwają się w miarę wzrostu wiedzy. Odsłaniają wszakże wciąż nowe tajemnice. 

Mamy więc kontinuum, dla którego obecnie jesteśmy w stanie ułożyć ogólne prawa. Wiemy dużo o 

ewolucji , makrokosmosu, o przemianach we wnętrzach gwiazd, gdzie z wodoru drogą reakcji jądrowych 

powstają coraz cięższe pierwiastki. Czerwone olbrzymy, białe karły lub gigantyczne wybuchy supernowych to 

nić innego, jak punkty przetwarzania, miejsca ewolucji materii. Wiemy sporo o tej ewolucji w odniesieniu do 

mgławic, gwiazd i planet. Lecz ciągle jesteśmy skłonni uważać atomy za maleńkie, w zwykłych warunkach 

niepodzielne i niezmienne kuleczki, stanowiące podstawowy budulec materii. Jeśli mamy te same prawa dla 

background image

całego Wszechświata, to pora zrewidować ten pogląd, proszę państwa! 

Po   sali   podniósł   się   szmer   niedowierzania   i   dezaprobaty.   Audytorium   zaklasyfikowało   w   tym 

momencie mój wykład do nieszkodliwych, lecz także nienaukowych ciekawostek i - słuchało dalej. 

- Moją pierwszą tezę można ująć nieco pretensjonalnie, ale za to krótko: panta rei. Wszystkie formy 

materii ulegają ewolucji, począwszy od cząstek elementarnych (bo te na razie znamy jako najmniejsze), a 

skończywszy na skupiskach galaktyk. Przy czym, w przypadku na przykład atomów, nie jest to znana reakcja 

rozpadu i tworzenie się nowych pierwiastków. Proszę państwa, żelazo pozostaje żelazem, a krzem krzemem, 

lecz   w   sposób   ciągły   (lub   swego   rodzaju   "kwantowy")   zmieniają   się   ich   właściwości!   Oczywiście,   po 

dostatecznie długim czasie żelazo może ulec tak daleko idącej transformacji, że nie będzie przypominało już 

swojego   pierwowzoru,   a   raczej   poprzedniego   etapu   ewolucyjnego.   W   końcu   cały   układ   okresowy   może 

przesunąć się o jedno miejsce lub, kto wie, przemieścić się w zupełnie innym,  trudnym do przewidzenia 

kierunku... 

Na sali wybuchła wrzawa. Jedni żądali dowodów, inni okazywali swoje lekceważenie, część opuściła 

pomieszczenie; większość jednak chciała słuchać dalej i domagała się spokoju. 

-   Zmiany   reaktywności   poszczególnych   pierwiastków,   zwłaszcza   metali   -   kontynuowałem   - 

stwierdzone w wielu laboratoriach, zdają się potwierdzać moje przypuszczenia. 

I   to   jest   pierwszy,   ważny   powód   zwołania   tego   seminarium   mówiłem   niezbyt   głośno,   lecz   z 

naciskiem.   -   Należy   przebadać   i   stale   poddawać   testom   substancje   i   materiały   używane   w   technice. 

Wprowadzanie ciągłych korekt jest wymogiem chwili, zwłaszcza wobec, jak mi się wydaje, przyspieszonej 

ewolucji pierwiastków w ostatnim okresie. Inaczej nasza cywilizacja może niebawem pogrążyć się w chaosie ! 

Głuchy szmer sali wyrażał tym razem aprobatę. Propozycja była jasna i do przyjęcia: należało wziąć 

się do badań. 

-   Proszę   państwa,   jeśli   przyjmiemy   hipotezę   o   ewolucji   materii   za   punkt   odniesienia,   następny 

wniosek nasuwa się niejako sam. Poznane przez nas dotychczas prawa natury odnoszą się do materii, bez niej 

nie   mają   racji   bytu.   Jeśli   materia   ewoluuje,   zmieniają   się   również   wynikające   z   jej   właściwości   prawa 

rządzące   zarówno   mikro   -   jak   i   makrokosmosem.   Wszystko   jest   zmienne   !   Znajdujemy   się   wewnątrz 

wartkiego nurtu istnienia i nie możemy zadowalać się chwilowym, statycznym obrazem świata. Osiągnęliśmy 

na to zbyt wysoki poziom rozwoju! 

Sala odpowiedziała głuchą ciszą. Nikt nie rozmawiał, nie zadawał pytań i nie komentował. Tą ciszą 

audytorium domagało się dalszego ciągu. 

- Stąd biorą się nieścisłości pewnych równań, które nie korygowane stracą po pewnym czasie swój 

sens fizyczny. Stosunek obwodu koła do jego średnicy wynosi teraz już tylko 3,13 i nadal maleje ! To jest 

fakt, proszę państwa, a wytłumaczyć go możemy sobie w sposób najlepiej trafiający do naszych zmysłów. Na 

przykład zakrzywianiem się przestrzeni, co powoduje wzrost średnicy, mierzonej po jakiejś hipotetycznej dla 

nas powierzchni krzywej. Stąd stałe zwiększanie się liczby katastrof w najnowszym budownictwie, opartym 

na fałszywych obliczeniach. 

W nienaturalną ciszę sali buchnął czyjś nerwowy śmiech, lecz urwał się nagle, nie podchwycony przez 

innych. Zainteresowanie osiągało punkt kulminacyjny. 

-   Dotychczas   przedstawiałem   państwu   w   zasadzie   jedynie   wnioski,   wynikające   bezpośrednio   z 

background image

obserwowanych faktów. Teraz pora na kilka hipotez. Z moich kilkuletnich badań wynika, że prawa fizyczne 

komplikują   się   i   wzbogacają   o   nowe   elementy,   a   pewne   granice   istnienia   materii   -   ulegają   ciągłemu 

rozszerzaniu. Na przykład prędkość światła zdaje się rosnąć, a zero absolutne, według wszelkich danych, stale 

obniża się na skali temperatury.  Odkrywane w ostatnich czasach superciężkie pierwiastki z końca układu 

okresowego dawniej po prostu nie istniały, dopiero teraz nastał ich czas. Tę koncepcję można połączyć z 

teorią big bangu, czyli ciągłego rozszerzania się Wszechświata od momentu hipotetycznego prawybuchu. W 

miarę rozbiegania się przestrzeni materia komplikuje się coraz bardziej, rodzą się nowe formy jej istnienia, a 

dawne ulegają permanentnej ewolucji. Zakładam, że w punkcie zerowym owego wybuchu temperatura była 

nieskończenie   wysoka   i   równała   się   jednocześnie   chwilowemu   zeru   bezwzględnemu,   prędkość   światła 

wynosiła zero (więc nikt nie byłby w stanie dokonać jakichkolwiek obserwacji), zaś materia istniała tylko w 

jakiejś   najprostszej,   nieznanej   obecnie   postaci.   Natomiast   w   hipotetycznej   nieskończonej   odległości   od 

centrum prędkość światła jest nieskończenie wielka, temperatura może opadać bez ograniczeń, zmniejszając 

stale wartości obecnie jeszcze nie istniejących cech materii, która występuje w niewyobrażalnie wielkiej ilości 

form. Tak, proszę państwa, ale to jedynie hipoteza. Zapewne można tłumaczyć opisywane zjawiska na wiele 

sposobów. Mam nadzieję, że zajmą się tym tęższe umysły niż mój. 

Spojrzałem   po   sali.   Wszyscy   słuchali   w   skupieniu,   choć   napięcie   opadło   i   poczęły  pojawiać   się 

ironiczne uśmiechy.  Głos zabrał specjalista od niskich temperatur, wysoki zasuszony profesor z uczelni o 

Światowej sławie. 

- Na wstępie chciałem pana przeprosić. Byłem nietaktowny, a jedynym  pocieszeniem jest fakt, że 

zrobiłem to po cichu. Po prostu sądziłem, że cały ten wykład to jeden kosmiczny lub kosmogoniczny stek 

bzdur, ale moją  opinią zachwiała pańska uwaga o obniżającym  się zerze bezwzględnym.  Otóż, szanowni 

słuchacze, prowadziłem ostatnio eksperymenty około O°K, i wyobraźcie sobie, że udało mi się zejść o cały 

stopień niżej od wartości podręcznikowej! Jak zareagowałem? Natychmiast wyrzuciłem asystenta, który robił 

eksperyment. Lecz kiedy drugiemu wyszło to samo, winę zwaliłem na niedokładność aparatury. Teraz widzę, 

że może być  trzecie wyjaśnienie, i choć nieprawdopodobne, to najbardziej prawdopodobne z tych trzech! 

Dziękuję. 

Po   sali   przebiegła   fala   szeptów,   ale   nikt   nie   kwapił   się   do   zabrania   głosu.   Postanowiłem   więc 

zakończyć spotkanie. - Tyle byłoby obserwacji, wniosków i hipotez, szanowni słuchacze. Co należy robić 

dalej? Mam pewność, że tak dostojne gremium wie to znacznie lepiej ode mnie. A jakie wnioski płyną stąd dla 

wszystkich   ludzi?   Sądzę   -   zawahałem   się   -   taak,   należy   po   prostu   dostosowywać   się   do   zmiennej 

rzeczywistości, stale uaktualniać dane i zachowywać czujność... Wiele może się zdarzyć, albowiem z moich 

obserwacji   wynika,   że   szybkość   zmian   wzrasta.   Jeśli   nikt   nie   wyraża   chęci   zabrania   głosu,   uważam 

sympozjum za zamknięte. Dziękuję państwu za przybycie i życzę miłego powrotu. 

Kiedy zajmowałem miejsce w samochodzie, dogonił mnie jeden z uczestników konferencji, mój stary 

znajomy. 

- Słuchaj, znam cię zbyt dobrze na to, abyś robił takie uniki. Mnie nie nabierzesz. 

- ..... ? 

- Nie udawaj. Nie dokończyłeś wykładu. Z czegoś zrezygnowałeś w ostatniej chwili. Co to było? 

- No; nic takiego istotnego... 

background image

- Stary, nie odgrywaj zbawiciela ludzkości, ale też nie oszczędzaj nas zbytnio. Wszelka przesada nie 

prowadzi do niczego dobrego. 

- Jak chcesz. I tak rzecz wyjdzie na jaw, może im prędzej, tym lepiej. Chciałem dodać coś o nas, 

ludziach.   Widzisz...   my   też   zmieniamy   się.   Ewolucja,   mutacje.   Myślisz,   że   to   efekt   promieniowania 

kosmicznego?! Bzdury. Wszystko płynie. Planety starzeją się, spójrz na Księżyc. 

A zmiany naszej świadomości? Są to rzeczy niepojęte, w zasadzie poza zasięgiem ludzkiego poznania. 

Jednak jesteśmy w stanie badać prostsze problemy. Na przykład strukturę węgla, który jest podstawowym 

budulcem naszego ciała. Pierwiastek ten występuje w organizmach głównie w stanie hybrydyzacji sp3. Ale 

widzisz...   ona   zmienia   się,   powoli   oczywiście,   na   sp2   Tak,   dobrze,   opiszę   rzecz   prościej.   Oznacza   to 

kompletną zmianę właściwości chemicznych, która, według moich obliczeń, może nastąpić już za 300 - 500 

lat! Nie ma mowy o przestrojeniu budowy i funkcji organizmu w tak krótkim czasie. Już teraz mamy pierwsze 

zwiastuny   zmian:   nowotwory.   Zrozum,   że   dotychczas   względną   stabilność   świat   zawdzięczał   ogromnej 

różnicy w szybkości obu procesów: "starzenie się" materii było nieporównanie powolniejsze od uwijania się 

takich mróweczek jak my. Teraz te pierwsze zjawiska zwiększyły swoją szybkość - dostaliśmy się, być może, 

w jakieś lokalne "zawirowanie przestrzeni". I co ty na to? 

- Z tego, co mówisz... Czyli właściwie możemy być jeszcze świadkami agonii życia ziemskiego? 

- To dosyć  pesymistyczne  stwierdzenie. Kto wie, może  dlatego właśnie stworzyliśmy  cywilizację 

techniczną, aby umożliwić sobie wyjście z podobnych sytuacji? Mam na myśli coś w rodzaju ewolucyjnej 

przypadkowej celowości. Według tej hipotezy cała działalność ludzką w okresie nowożytnym byłaby jeszcze 

jednym ogniwem ewolucji, końcowym etapem przystosowawczym życia ziemskiego. Etapem, który oby nie 

zakończył się zbyt późno. 

- Masz na myśli walkę z rakiem? 

- Mój drogi, widocznie nie wyrażam się dostatecznie jasno. Tu chodzi o rozwiązanie globalne, nie o 

drobne   środki   leczące   objawy.   Rozwiązań   może   być   wiele;   sądzę,   że   właściwą   drogę   odnajdziemy   w 

nadchodzących latach. Trudno o prognozy przy obecnym szaleńczym wyścigu cywilizacyjnym, ale jego cel 

stał się obecnie dla mnie jasny: jest to kwestia przeżycia. Wykładnicza krzywa rozwoju oznacza po prostu 

morderczy bieg o przetrwanie. 

Wciąż patrzał na mnie pytająco, aż w końcu dałem za wygraną. 

- Nie chcę bawić się w proroka, ale dam ci dwa przykłady dróg, jakimi mogłoby pójść dalej ziemskie 

życie. Temat przeniesienia świadomości ludzkiej do maszyn cyfrowych stanowi wdzięczną pożywkę dla wielu 

komiksowych opowieści, ale w rzeczywistości niebawem będzie to realna możliwość. Gdybyśmy zaś chcieli 

pozostać przy obecnych formach białkowych, należałoby zastosować nieznane dotychczas prawa fizyki, a w 

efekcie zahamować lub nawet zawrócić lokalną ekspansję Przestrzeni. Odbyć jedyną realną podróż w czasie, 

byle nie za daleko, bo odmienne cechy materii mogłyby znów rozstroić nasze organizmy. Być może wtedy, 

tak jak ci się marzy, odnieślibyśmy totalne zwycięstwo nad rakiem, żelazo stałoby się nierdzewne, ale nie 

sposób przewidzieć, co stałoby się z naszą świadomością. 

Miał dosyć. Pożegnał się pospiesznie i odszedł, a ja jechałem najpierw krótką cienistą aleją, aby po 

chwili wydostać się na lśniącą lustrem gorąca drogę wśród ruchomych piasków. 

background image

Andrzej Zimniak

”O tym, który słyszał woń nenufarów”

Pewnego dnia, który z pozoru niczym nie różnił się od innych w nieskończonym ich szeregu, Jan 

zbudził się o bladym brzasku rześki i wypoczęty. I usłyszał wyraźnie, o czym sąsiedzi rozmawiają za ścianą 

sennymi jeszcze głosami. Po pierwszym zdziwieniu ogarnęła go złość, bo czy naprawdę muszą wydzierać się 

w taki sposób od samego rana? Ale zdziwienie znów wzięło górę, kiedy dobiegały doń również głosy z dołu i 

z górnych pięter, nie mówiąc już o chichotach na mansardzie. Skromna kawalerka Jana wypełniła się szmerem 

wielu rozmów, chrapaniem tudzież porannym brzękiem filiżanek do kawy. Czuł, a właściwie  słyszał życie 

wszystkich mieszkańców budynku o tej wczesnej godzinie. Co to może, u diabla, znaczyć? Czy ktoś robi mu 

głupi kawał? A może jakiś szef od badania opinii publicznej pomylił końcówki, dając mu do domu odbiornik 

zamiast nadajnika? Ale Jan, mimo gwałtownych poszukiwań, nie znalazł ani śladu tego typu instalacji. 

Tymczasem sytuacja uległa pogorszeniu: W pokoju, a raczej pod czaszką Jana rozbrzmiewały łagodne 

głosy amatorów świeżych bułeczek, czekających na otwarcie sklepu za rogiem, a także pełne rubasznej treść 

rozmowy taksówkarzy na pobliskim postoju. Prawda była oczywista, i wypłynęła z głębi świadomości Jana 

niby tłusta plama oliwy na powierzchnię wody: słuch mu się poprawiał! Niestety, proces ów nie ustawał. 

Nasz bohater okazał się nagle hojny - byłby skłonny scedować natychmiast nadwyżkę czułości swego 

nazbyt wyostrzonego zmysłu niedosłyszącym, głuchym, nasłuchowcom - komukolwiek, głowa jego bowiem 

wypełniała się męczącym szumem. Lecz altruistyczne ciągoty przyszły w nieodpowiednim miejscu i czasie, 

jak to często między ludźmi bywa, i pozostały niezaspokojone. Skąd się to wszystko wzięło? Wczoraj był w 

drogerii, mógł więc coś powąchać. A może to przez seanse spirytystyczne, w których ostatnio uczestniczył? 

Mógł   go   jeszcze   Bóg   wynagrodzić   lub  diabeł   ukarać   (albo   odwrotnie)   za   tę   jego   wieczna   ciekawość 

wszystkiego, co istnieje i co nie istnieje, zresztą powód zawsze się znajdzie, jeśli dobrze poszukać. Ale... 

zaraz! Wczoraj przecież uderzył się o szafkę, aż gwiazdy zatańczyły mu na tle brudnej ściany kuchennej. 

Szansa leży w kuracji wstrząsowej ! Nie zwlekając, Jan zdjął z półki kilka opasłych tomów encyklopedii w 

twardej oprawie. Wyrznął się nimi w ciemię, aż świat pociemniał, a rozmowy wokół też przycichły. Uff.. 

Wtem usłyszał, jak jego ciotka Adelajda mówi po angielsku. Właściwie nic w tym dziwnego, wszak 

już dziesięć lat temu osiadła w Montrealu. W... Montrealu!! 

Jan   przyodział   się   naprędce   i   pognał   do   lekarza.   Przed  gabinetami   laryngologa   i   neurologa   były 

kolejki, wpadł więc do psychiatry. 

- Ja... - zająknął się - słyszę sąsiadów i innych... 

- Wiem - przerwał mu lekarz przyjacielskim tonem niech się pan nie martwi. Poradzimy. 

- Ale ja ich wszystkich słyszę. Ja słyszę... o wiele za dużo! 

- Rozumiem. Czopki, proszę. 

- Do uszu? 

- Nie. Normalnie, per rectum. Rano i wieczorem. Zobaczy pan, wszystko będzie po pańskiej myśli ! 

Jan   powlókł   się   do   domu   i   bezzwłocznie   zaaplikował   lek.   Po   chwilowym,   lekkim   podnieceniu, 

wywołanym   zapewne   czynnikami   pozafarmakologicznymi,   odczuł   muskanie   słabych  prądów  oplatających 

background image

delikatną siatką całe ciało. Dziwne drżenie przeniknęło mu członki. Zaraz potem usłyszał monotonny szum, w 

którym wkrótce rozróżnił wielość szmerów o różnej wysokości dźwięku i rozmaitym natężeniu, niby odgłos 

dziesiątków górskich strumyków pod topniejącym wiosennym śniegiem. Był to dźwięk prądu elektrycznego. 

Nagle usłyszał grzmot, jakby wodospad przynajmniej rozmiarów Niagary walił po kuchennej ścianie; 

to sąsiad, dysponujący nowoczesnym sprzętem domowym, włączył kuchenkę elektryczną. 

Jan uciekł. Po prostu wybiegł z domu tak, jak stał. Przechadzał się po parkach, ulicach, muzeach, a 

wszędzie przestrzeń pełna była dziwnych głosów, których pochodzenia w większości przypadków nie mógł 

ustalić. Był jednak absolutnie przekonany, że słyszał basowy krzyk drzew, którym przycinano gałęzie, iż woń 

lilii wodnych i nenufarów miała przyjemny, ciepły dźwięk, a błękit nieba był nieznośnie piskliwy, natomiast 

czerwony blask zachodu słońca stanowił prawdziwie kojącą symfonię. 

Jan zmęczył się tym wszystkim, lecz obawiał się powrotu do domu ze względu na elektrotechniczny 

sprzęt idącego z duchem czasu sąsiada. Wstąpił więc do znajomego. 

Ten   wytrzeszczył   oczy   zaraz   na   początku   niesłychanej   opowieści   i   przystąpił   niezwłocznie   do 

rozczyniania wódki, co dla niektórych stanowiło wyjście z każdej sytuacji. Spirytus mieszał się z wodą z tak 

przenikliwym świstem, że Jan odruchowo zakrył uszy dłońmi; na nic się to jednak nie zdało. Gdy wreszcie 

przykry   odgłos   ustał,   napój   był   gotowy.   Po   pierwszym   kieliszku   poczuł   błogie   odprężenie.   Złowrogie, 

napierające zewsząd dźwięki jakby cofnęły się nieco, odpłynęły. Lecz po powtórnym przepiciu Jan stwierdził, 

że jego kumpel... trzeszczy, trzeszczy jak stare krzesło, na którym bezustannie buja się niesforny dzieciak. Ów 

dźwięk  to przycichał, to wzmagał się niespodziewanie, i tak trwał, ciągły i charakterystyczny.  Sąsiadka z 

pierwszego piętra, jejmość będąca właścicielką bujnych kształtów i kilkunastu kanarków wydawała zajadłe 

terkotanie, natomiast stróż z sutereny, człek o podejrzanej fizjonomii, szemrał niby brudna woda w dolnym 

biegu zanieczyszczonej rzeki. Wszystkie te dźwięki były nie do pomylenia lub zamiany, a mówiły o swoich 

właścicielach znacznie więcej niż kryminalny odcisk palca. Jan z przestrachem począł wsłuchiwać się  w 

siebie, ale wyczuł tylko bulgotanie. Był głodny. 

Ponieważ kolega nie spieszył  się z poczęstunkiem,  udał się do narożnej knajpki. W czasie kiedy 

spożywał zupę, bufetowa wydawała przenikliwy pisk niby stary i zużyty wagon kolejowy,  a siedząca nie 

opodal rozłożysta dziewczyna zanosiła się nieprzerwanym wewnętrznym chichotem, żywo przypominającym 

śmiech hieny w noc bezksiężycową. Jan nie skończył  posiłku i spiesznie oddalił się. Na ulicy wszystkie 

dziewczyny spośród tych, które kląskały jak słowiki, miały pewną siebie asystę, przeto bliższe badanie owych 

dosyć rzadkich fenomenów okazało się bezcelowe. 

Jan w zasadzie nie był wierzący, lecz gdy zobaczył ciemną bryłę kościoła, grzmiącą dostojną powagą 

na tle ciepłych dźwięków wieczornej zorzy,  poczuł nieodpartą chęć spojrzenia w głąb własnej duszy pod 

osłoną szacownych murów. Wszedł. Niezdarnie rozpoczął modlitwę, lecz zaraz otoczyły go jakieś szepty, 

przytłumione głosy, piski... Myśli rozbiegały się, to znów schodziły jakby dziesiątkami poplątanych ścieżek. 

W  głowie miał chaos. Przestraszony wybiegł na dwór. Słyszał - myśli innych ludzi! Tam, w kościele, były 

nabożne,   uduchowione   i   trochę   niesamowite,   otaczały   Jana   jak   duchy   i   zjawy   nie   z   tej   Ziemi   (może 

rzeczywiście to były duchy?). Na ulicy natomiast nasz bohater czerwienił się i bladł na przemian, wstydził się 

i ogarniało go przerażenie, gdy przeciskał się przez dystyngowany wieczorny tłum, a w uszach brzmiały mu 

nagie, nieskrępowane rozmyślania przechodniów. 

background image

Jan posuwał się coraz dalej, pędził niby meteor, który nie może się już zatrzymać. Wiedział, że jego 

zmysł   słuchu   osiąga   nieosiągalne,   bał   się   jakiejś   bariery,   której   bliskość   wyczuwał.   Przemknął   przez 

niesamowite szepty podświadomości i osiągnął na koniec kres swojej wędrówki dotarł do siedliska duszy. 

I otoczyła go cisza, albowiem dalekie tło odgłosów świata stało się niczym w tym sanktuarium. Wtem 

- zagrzmiał karzący Głos, w którym jednakże pobrzmiewały nutki zdziwienia wobec bezczelności śmiałka: 

- Ty nachalny natręcie, który nabrałeś niecnej chęci podsłuchiwania, czy dociera do ciebie moje słowo 

w   ciemnej   otchłani   twojego   istnienia?   Ty,   co   mącisz   mi   spokój,   abyś   zrozumiał,   powiem   ci   używając 

dostępnych ci pojęć, że jesteś teraz niby zwierz, zanieczyszczający swoimi odchodami własną czystą źrenicę! 

Wynocha z powrotem, do siebie! 

I nagle Janowi wydało się, że spada przez kolejne przestrzenie, z których każdą wypełniają inne, 

dziwne dźwięki, a jego lot jest coraz szybszy, prędkość staje się zawrotna, że przebija za każdym razem z 

głuchym łomotem membranę jakiegoś gigantycznego bębna, aż wreszcie... ogłuchł zupełnie, i głuchy był jak 

pień do końca swoich dni. Widocznie szybciej niż inni wyczerpał życiowy przydział wrażeń na zmysł słuchu. 

Po   latach   opowiadał   wnukom,   póki   jeszcze   byli   mali,   że   w   dawnych,   dawnych   czasach   słyszał 

upajający zapach nenufarów i lilii wodnych. Lecz na wspominanie o duszy byli najpierw za mali, a potem - 

już za mądrzy. 

background image

Andrzej Zimniak

”Tchnienie szaleństwa”

Samochód zatrzymał się z piskiem hamulców. Dwaj mężczyźni, którzy opuścili szoferkę, udali się 

wprost do Komendanta. Byli zmęczeni i pokryci kurzem drogi. 

- O'Hara, Scoyt - przedstawili się małemu, śniademu krajowcowi, który zdawał się ginąć za swoim 

masywnym   biurkiem.   Przyglądał   się   przybyszom   przenikliwym,   nieco   drapieżnym   wzrokiem.   Przemówił 

dopiero po chwili : 

-   Dostałem   telefonogram   przed   tygodniem.   Do   waszej   dyspozycji   jest   chata   trzcinowa,   niestety, 

niczego lepszego nie mogłem przygotować. Jedna z tutejszych dziewcząt będzie wam pomagać, nazywajcie ją 

Baloo. Gdybyście potrzebowali czegoś, zwróćcie się bezpośrednio do mnie. Czy są jakieś pytania? 

O'Harę uprzedzano o surowości obyczajów szczepu Baali i niechęci do obcych, lecz brak wszelkich 

form grzecznościowych spowodował lekki szok. Poczuł wzbierający gniew, mruknął więc coś niewyraźnie i 

skierował się ku wyjściu. Nie zamierzał zaczynać od sprzeczki. Lecz piskliwy głos Komendanta osadził go na 

miejscu. 

- Jeszcze chwileczkę. Chciałem udzielić wam pewnej rady, dla waszego bezpieczeństwa. Dopóki nie 

będziecie niepokoić naszych ludzi, oni też dadzą wam spokój. W przeciwnym wypadku... Po prostu, u nas 

przetrwało wiele zwyczajów z dawnych czasów. Ci przybysze, którzy o tym pamiętali, zawsze opuszczali 

osadę zadowoleni. I jeszcze jedno weźcie te amulety. To znak rozpoznawczy, że jesteście ze mną w zgodzie - 

dodał wyjaśniająco. 

Komendant   osiedla   czy   zabobonny   szaman?   Oto   do   czego   prowadzi   polityka   nieinterwencji   - 

pomyślał O'Hara z niesmakiem. Wziął jednak amulet i schował go do kieszeni. 

Wyszli w duszny, tropikalny zmrok, który zapadł nagle, zdawałoby się, że jeszcze w trakcie trwania 

pełnego dnia. Dżungla piętrzyła się groźnie wokół, waliła się jakby szarą, ogromną falą ze wszystkich stron na 

rachityczne chaty osiedla. Dziki śpiew cykad zdawał się wprowadzać czaszkę w wibracje. O'Hara dopiero 

teraz zrozumiał, dlaczego lasy północy, w których słychać tylko szum sosen, sprawiają wrażenie uśpionych. 

Jak spod ziemi wyrosła przed nimi drobna, naga dziewczyna, wskazała drogę do rozpadającej się 

trzcinowej chaty, rozwiesiła hamaki i przyrządziła strawę. Potem znikła równie nagle, jak pojawiła się. 

Mężczyźni  jeszcze długo w noc przenosili i ustawiali w chacie sprzęt i aparaturę. Wreszcie legli 

zmęczeni w hamakach, lecz sen nie chciał przyjść. Otaczało ich nienaturalnie bujne, rozpasane życie tropików, 

słyszeli, jak pulsuje tysiącami dźwięków, niemal czuli przewalanie się dziwnych stworów w lepkim błocie 

między mangrowcami, ciche zbliżanie się drapieżników i śliski ruch węży pośród lian. Duszne powietrze 

dławiło ich niby gęsta, podgrzana ciecz. 

O'Hara oddychał płytko i z trudem. Nie mógł zasnąć, czuł dziwne podniecenie; zapadał jedynie w 

krótkie drzemki, wypełnione koszmarnymi obrazami bagnistej dżungli. Ubranie oblepiało spocone, rozgrzane 

ciało. 

Gdy   nagły,   tropikalny   brzask   wsączył   się   strumyczkami   zamglonego   światła   przez   szpary   w 

trzcinowych   ścianach,   mężczyźni   z   ulgą   zwlekli   się   z   hamaków,   przełknęli   śniadanie   i   niezwłocznie 

background image

rozpoczęli  pracę. Trzeba  zrobić co należy i wynosić  się czym  prędzej z  tego nieprzyjaznego  zakątka do 

cywilizowanych okolic, gdzie można wziąć prysznic i gdzie ludzie stwarzają pozory wzajemnej życzliwości. 

O'Hara miał trudności z wyzerowaniem aparatu, pokrętła i przyciski wydawały mu się toporne, a 

konstrukcja urządzenia zupełnie niepraktyczna. Czuł się nienormalnie podekscytowany, zupełnie jak po kilku 

filiżankach mocnej kawy. 

Skinął na Baloo, która siedziała w kucki pod trzcinową ścianą. Gdy podeszła, sięgała mu zaledwie do 

ramienia, a różnicę potęgowała jeszcze jej filigranowa budowa. O'Hara był mężczyzną słusznego wzrostu i 

wagi i wyglądał przy niej jak niedźwiedź. Dziewczyna zgodziła się na kilka elektronicznych pomiarów. 

O'Hara musiał usiąść, aby umocować na głowie Baloo elektrody. Musnął przypadkowo łokciem jej 

nagą,   jędrną   pierś   i   poczuł   łagodny  zapach   kobiecego   ciała.   Dotychczas   miał   ją   za   dziecko   jeszcze,   za 

podlotka.   Poczuł   wzmagające   się   podniecenie.   Raptownie   wstał,   sięgnął   do   skrzyni   i   rzucił   dziewczynie 

prześcieradło. - Zakryj się tym - warknął. 

Baloo pokazała w uśmiechu szereg białych zębów. O'Hara mógłby przysiąc, że wszyscy krajowcy 

mają w twarzach coś drapieżnego, niezależnie od nastroju, w jakim się znajdują. 

- Jak pan sobie życzy, sir. 

- I noś to zawsze. 

- Dobrze, sir. 

Szybko dokonał pomiarów i odprawił dziewczynę, albowiem jej wdzięki, chociaż spowite teraz w 

białą tunikę, stopniowo przesłaniały mu ekrany i wskaźniki. Co się ze mną dzieję! myślał. Ze statecznym 

obywatelem, poważnym naukowcem, który nigdy nie uganiał się za spódniczkami! Przebadał jeszcze kilku 

krajowców, lecz ciągle widział Baloo i czuł delikatny zapach jej skóry. 

- Co tam u klimatologa? - rzucił w stronę Scoyta, aby odwrócić tok myśli. - Potwierdzasz czy obalasz 

teorię? 

-   Do   licha   z   teorią   -   burknął   niegrzecznie   Scoyt,   lecz   zaraz   zreflektował   się   i   dalej   ciągnął   już 

normalnym   tonem.   -   Z   danych   odbiegających   od   przeciętnej   warto   zanotować   podwyższony   poziom 

promieniowania   jonizującego,   a   w   glebie   spore   stężenie   litu,   cynku,   no   i   dużo   kadmu.   Poza   tym   nic 

specjalnego. 

- Czy gdzieś na świecie występuje podobna kombinacja? 

- Owszem. W Norwegii i na Alasce - odczytywał Scoyt z ekranu komputera. 

- A między zwrotnikami ? 

- Zaraz... Są nieco podobne układy,  ale zawsze któraś komponenta jest o wiele niższa. Tylko na 

Florydzie mamy coś podobnego. Oczywiście biorę pod uwagę jedynie dane skatalogowane. 

- Gdybyś podawał inne, byłbyś w najgorszym przypadku wróżką - mruknął O'Hara, lecz Scoyt gładko 

przeszedł nad zaczepką. 

- A co u ciebie? 

-   U   wszystkich   osób,   które   przebadałem,   stwierdziłem   podwyższone   ciśnienie   krwi,   podrażnienie 

centralnego   ośrodka   nerwowego,   silne   reakcje   emocjonalne   i   cały   zespół   innych   cech,   charakteryzujący 

osobniki w stanie stresu lub gotowości do konfrontacji. Jeśli dane pozostaną podobne w ciągu dłuższego 

okresu, będą oznaczać tutejszy stan normalny. Stąd wniosek, że klimat i środowisko tego obszaru wywołuje 

background image

obserwowane przez nas niezwykłe objawy emocjonalne. A wtedy... 

- Mówisz jak zwolennik teorii - przerwał Scoyt, a jego żółte oczy zwęziły się. 

- Mówię o faktach! - prawie krzyknął O'Hara i zacisnął wielkie pięści. Przez chwilę mierzyli się złym 

wzrokiem. Pierwszy opadł na trzcinowy fotel Scoyt. 

- Oto był dowód na wiarygodność twoich wyników. Kończmy szybko robotę i zwijajmy obóz, bo 

będzie   źle.   Mężczyźni   wzięli   się   raźno   do   pracy   i,   choć   niewyspani   i   rozdrażnieni,   nazajutrz   zdołali 

zgromadzić pokaźny materiał. 

Jednakże niewiele z niego wynikało. 

- To tylko poszlaki, a nie dowody - O'Hara wstał zniechęcony i przeciągnął potężne ramiona, aż 

zatrzeszczały stawy. 

- Sporo jednak tych poszlak - Scoyt próbował być optymistą. - Zaczynam poważnie brać pod uwagę 

możliwość ewentualnego rozważenia... 

- Nie próbuj być dowcipny - przerwał szorstko O'Hara. - Tak jest, szefie. Ale zauważ, że w punktach o 

podobnej charakterystyce geologicznej w innych miejscach kuli ziemskiej też występują poważne zaburzenia 

atmosferyczne. Morze Północne lub Ochockie, Trójkąt Bermudzki... 

-   Nigdzie   tak   silnie   jak   tutaj.   Te   niszczycielskie   cyklony!   -   Ale   też   ludzie   Baali   żyją   bardziej 

gromadnie, całe plemię tworzy jakby jedną rodzinę. Wszyscy zajmują się i przejmują na raz tym samym. 

-   Myślałem   już   na   ten   temat.   Wszystko   poszlaki,   a   nam   potrzeba   dowodów.   Nic   więcej   tu   nie 

zdziałamy,   jutro   pakujemy   sprzęt.   A   teraz   idę   rozerwać   się   trochę.   Obejrzę   grę   w   piłkę   w   wykonaniu 

tubylczych reprezentacji, podobno ciekawe widowisko. 

-   Poczekaj,   pójdę   z   tobą   -   Scoyt   również   miał   już   dosyć   jałowej   pracy,   polegającej   na 

kolekcjonowaniu danych. Obaj mężczyźni ruszyli w duszny żar tropikalnego popołudnia, czując palący ciężar 

promieni słonecznych na ramionach i plecach. Pot spływał im spod kapeluszy na . szyję i dalej każda kropla 

torowała sobie drogę po piersiach lub łopatkach. 

Mimo potwornego upału napięcie wokół wyczuwalnie rosło; krajowcy biegali między chatami, a na 

głównym placu pośrodku wioski zebrał się już gwarny tłum. Gracze obu drużyn, z naszej osady i sąsiedniej, 

blisko położonej wioski, rozgrzewali się już, miotając na siebie obelgi. Tłumnie przybyli  mieszkańcy obu 

wiosek również nie żałowali sobie, tak że harmider zagłuszał nawet odwieczne głosy dżungli. Co tu będzie 

działo się za chwilę - pomyślał O'Hara i nagle w olśnieniu spojrzał na Scoyta, lecz ten był zbyt zmęczony na 

wszelkie dysputy. Dowlókł się do zacienionego miejsca i usiadł na piasku, skąd smętnie obserwował coraz 

bardziej podnieconych krajowców. 

Rozpoczął się mecz. Ogólnie gra polegała na waleniu małej piłeczki wielką pałką w taki sposób, aby 

kauczukowa kulka spadła na pole przeciwnika. Zarówno gracze, jak i kibice krzyczeli  ile sił w płucach, 

wymachiwali rękami, tańczyli, niektórzy wpadali w ekstazę. Coraz częściej wybuchały bójki lub większe 

awantury. O'Hara i Scoyt woleli wycofać się zawczasu, krajowcy byli bowiem coraz bardziej nieobliczalni i 

niebezpieczni. 

Tej nocy obydwaj mężczyźni nie zmrużyli oka. Czuwali, . łowiąc niecierpliwie odgłosy z zewnątrz. 

To jeden, to drugi podnosił nagle głowę, aby lepiej ocenić jakieś słabe, ledwie uchwytne dźwięki. Lecz gdy 

wreszcie   ucichły   chrapliwe   nawoływania   krajowców,   którzy   nie   spieszyli   się   do   swoich   chat,   zewsząd 

background image

dobiegało tylko granie milionów cykad. I nic ponadto. 

Myśli O'Hary błądziły wciąż wokół tego samego tematu. Tak, teraz właśnie, jeszcze tej nocy wszystko 

powinno się wyjaśnić. Może nie będzie to rozwiązanie ostateczne, ale przynajmniej bardzo istotna przesłanka. 

A wszystko zaczęło się tak niedawno, zaledwie kilka lat temu, kiedy Lemour wziął się do obliczania entropii 

informacji i emocji. O'Hara pamiętał, jak łysy niby wygolone kolano, lecz za to brodaty Lemour przychodził 

do niego i grzmiał: no, stary, mam problem akurat na nasze możliwości ! Jaka jest różnica w entropii między 

tomem encyklopedii i książką, w której hasła i litery tego tomu zostały wydrukowane chaotycznie? Albo jak 

zmienia się entropia człowieka przeżywającego silną, emocję? Hę? To przecież proste - bierzesz całkę... Nie 

było to proste, ale w końcu Lemour ułożył równania i rozwiązał je. Uznano wtedy, że jest nieszkodliwym 

wariatem lub w najlepszym razie szarlatanem. 

Wspomnienia O'Hary przerwał gwałtowny podmuch wiatru, który z furią uderzył w ażurowe ściany 

chaty. Obaj mężczyźni jak na komendę zeskoczyli na ziemię i wybiegli w ciemność. Po niebie pędziły niskie, 

wełniaste chmury, a pełna rozbudzonych krzyków dżungla gięła się pod nagłymi ciosami wichury. 

- Oto dowód! - Scoyt usiłował przekrzyczeć szum huraganu. 

- Powiedzmy, że połowa dowodu - O'Hara był nieco ostrożniejszy, lecz jego oblicze promieniało. 

Nazajutrz obydwaj mężczyźni wzięli się od rana do pracy; nie zauważyli nawet, że Baloo przyszła 

dopiero koło południa. Była naga, a włosy miała zaplecione w misterne warkoczyki. 

- Dlaczego nie ubrałaś się? - spytał szorstko O'Hara. Dziewczyna spuściła oczy. 

- Przyszłam... pożegnać się. 

- Co? 

- Wczoraj urodziło się białe cielę. To znak. 

- Do czego? 

- Do składania ofiar Bogom. Ja będę... dawała ofiarę. Nie mogę potem wam służyć. 

- Dlaczego? 

Nie odpowiedziała, schyliła tylko jeszcze bardziej głowę. O'Hara spojrzał na jej kształtne piersi i 

wysokie sklepienie bioder i myślami był bardzo daleko od składania ofiar bogom ludu Baali. 

- Jak wygląda takie składanie ofiar? - zainteresował się Scoyt. 

- To bardzo dawny zwyczaj. Nie dla białych. 

- Z tańcami, śpiewami? 

- Tak, na początku. 

- A później? 

Znów nie odpowiedziała, tylko schyliła głowę i ciemna fala drobno splecionych włosów opadła na 

delikatne ramiona, odsłaniając subtelny łuk pleców. O'Hara ledwie powstrzymał się, żeby ich nie odgarnąć; 

czuł, jak puls wali mu w skroniach, Otarł pot z czoła. 

- Często odbywają się takie ceremonie? - badał dalej Scoyt. 

- Nie - dziewczyna usiłowała sobie przypomnieć. Chyba... w tym roku dwa lub trzy razy. 

Scoyt założył jej kask, uruchomił baterie i wsunął w otwór kasetę synchronizującą. 

- Spróbuj przypomnieć sobie, kiedy to było. 

- Zaraz... na pewno trzeciego stycznia, potem chyba dziesiątego czy jedenastego kwietnia, no i w 

background image

maju, tak, piątego maja. Dokładnie piątego wieczorem. Wszyscy dorośli członkowie szczepu idą do lasu, 

pozostają dzieci i starcy. 

Lecz Scoyt już nie słuchał, tylko wywoływał dane z komputera. Po chwili wydał triumfalny krzyk i 

odczytał: 

- Dwa cyklony, Daisy i Betty, i tajfun Cleopatra. 

Z tego zbieżność dwóch zupełnie niezła. Co ty na to? Nie czekając na odpowiedź zaskoczonego 

O'Hary pytał dalej dziewczynę: 

- A co z meczami, no, w piłkę? Kiedy były urządzane? 

- Nie wiem, to nie dla kobiet - odrzekła jakby zawstydzona. 

- Dobra - Scoyt zerwał się z miejsca - idę do Komendanta, on na pewno zna daty - i wybiegł na dwór. 

- Co to jest? - Baloo wskazała na jeden z przyrządów. Co wy robicie? 

- To za trudne dla ciebie, dziecko - roześmiał się O'Hara, ale widząc jej obrażoną minę dodał: 

- My, jakby to powiedzieć... próbujemy wyjaśnić, skąd biorą się wiatry. Widzisz, nam wydaje się, że 

one nieraz zaczynają się w nas samych. Zresztą, poczekaj. 

Pogrzebał chwilę w skrzyni i wyciągnął kasetę, którą wepchnął do drugiej szczeliny w kasku Baloo. 

Dziewczyna zachwiała się lekko, lecz po chwili odzyskała równowagę i poczuła się normalnie. 

- Pożyczyłem ci taką biblioteczkę, z której twój mózg może czerpać dane - zaśmiał się O'Hara. - 

Będzie ci łatwiej zrozumieć. 

- To jest... takie dziwne. Jakby jakaś ręka przeszukiwała moją głowę - wyszeptała dziewczyna i nagle 

umilkła, przestraszona własnymi słowami. 

- Nie zwracaj  na to uwagi, tego typu  odczucie występuje  zawsze - O'Hara  mówił  nienaturalnym 

głosem, nie mogąc oderwać wzroku od długich ud Baloo. Miał wrażenie, że w żyłach pulsuje mu stopiony, 

łaskoczący metal. 

A   dziewczyna,   doskonale   wyczuwając   jego   zainteresowanie,   jakby   umyślnie   eksponowała   swoje 

wdzięki. Bawi się kosztem starego durnia - pomyślał ze złością. Zaczął mówić, gwałtownie wyrzucając słowa 

i usiłując stłumić wzbierające ciepłą falą pożądanie. 

- Znasz już teraz pojęcie entropii, prawda? Przyjmijmy po prostu, że jest to miara chaosu. Bezład - to 

maksimum   entropii,   zaś   celowe   organizowanie   to   jej   zmniejszenie.   Rozwijający   się   ludzie   są   jakby 

wysepkami malejącej entropii w środowisku jej ogólnego wzrostu. Chociaż procesy samorzutne... 

-   To   wiem.   Mówi   pan   w   sposób   prosty   o   rzeczach   ogólnie   znanych   -   przerwała   dzika,   lecz 

wyposażona w kasetkę dziewczyna z plemienia Baali. 

- Przepraszam najmocniej - O'Hara nie mógł powstrzymać uśmiechu. - Wobec tego przechodzę do 

sedna sprawy. 

Jeden z moich przyjaciół, Lemour, przyjął, że entropia człowieka w stanie równowagi psychicznej jest 

większa niż po doprowadzeniu go do silnego wzburzenia. Po prostu bezruch i stagnacja, charakteryzujące 

spokój   wewnętrzny,   to   stany  poprzedzające   działanie   bodźca,   który  powoduje   ukierunkowaną,   a   więc   w 

pewnym sensie uporządkowaną koncentrację reakcji psychofizjologicznych, czyli  w końcowym efekcie po 

prostu wzburzenie emocjonalne. Lemour nie poprzestał na spekulacji abstrakcyjno - filozoficznej, lecz... 

Dlaczego ja to wszystko jej tłumaczę? Przecież tracę cenny czas... Nie, bo piersi tej dziewczyny są 

background image

niesamowite, takie ostre, jak wykute w kamieniu, chciałbym wziąć je w rękę chociaż na chwilę, nie dbam o 

resztę, po co mi stanowisko uniwersyteckie... 

-   Czy   wszystko   jest   w   porządku?   -   w   głosie   dziewczyny   dźwięczał   niepokój.   Poczuł   raczej   niż 

zobaczył, że zbliżyła się. 

- Tak!! - rzucił przez zęby, odwracając się tyłem. Po chwili mówił dalej : 

- Więc ten mój przyjaciel, zresztą stał się on wkrótce przyjacielem wielu osób, a nawet osobistości, 

które przedtem raczyły zwykle nie zauważać jego istnienia, tak więc Lemour obliczył swoją całkę. Wartość 

entropii,   a   raczej   wartość   jej   spadku   w   wyniku   wzburzenia   emocjonalnego,   wyszła   monstrualna, 

nieprawdopodobnie wielka. Było jasne, że w rozumowaniu tkwił błąd lub że... Można było założyć, że w 

otoczeniu   jednocześnie   zachodzi   ogromny   kompensujący   wzrost   entropii,   i   wtedy   proces   nie   przeczył 

podstawowym prawom termodynamiki. A wzrost entropii to ujednolicenie, uśrednienie. Jeśli w głębi ziemi 

istniały  naprężenia,   powinno   w   tym   momencie   lub   niewiele   później   następować   ich   wyrównywanie.   Na 

przykład:   intensywnie   przeżywane   emocje   grupy   ludzi   mogłyby,   według   jego   hipotezy,   spowodować 

gwałtowne   trzęsienie   ziemi   w   rejonach   sejsmicznych.   Dalej   -   jeśli   w   atmosferze   istniałaby   różnica 

potencjałów, to wedle teorii wyładowanie w postaci pioruna miałoby zostać zainicjowane w analogiczny 

sposób. To samo przy różnicy ciśnień między dwoma obszarami, która powinna być niwelowana huraganem 

lub tylko wiatrem, w zależności od gradientu wielkości fizycznej i od mocy impulsu emocjonalnego. Stąd 

burze i wiatry wiosenne, kiedy wszystko co żywe dostaje gorączki rozmnażania, stąd też straszliwe tajfuny i 

cyklony   w   obszarach   tropikalnych,   bo   ludzie   są   tu   szaleni,   a   życie   zwariowane   w   porównaniu   z   zimną 

północą. 

O'Hara gadał urywanymi zdaniami jak nakręcony, zupełnie jakby wypluwał z siebie ten najkrótszy w 

życiu wykład. 

W   nerwowym   podnieceniu   zaciskał   wielkie,   spocone   pięści.   Pragnął   wyrzucić   stąd   tę   drobną 

dziewczynę, i to jak najprędzej; tylko jeszcze choć raz spojrzy na jej smukłe plecy i wiotką talię. 

- Jaka to piękna hipoteza - zawołała z podziwem, patrząc, zdumiona na O'Harę - i jaka naciągana! 

Przecież... 

- Ależ oczywiście! - jednym szarpnięciem zerwał jej kask z głowy. Wiem, że są jeszcze tysiące innych 

czynników! Lecz gniew zgasł w nim natychmiast, gdy ujrzał jej zalęknione oczy i skuloną postać. Poczuł się 

paskudnie, jakby zabił noworodka. 

- Zimno tutaj, sir. Czy ja... spałam? 

- Nie, to jest... tak, przez chwilę. 

- Przepraszam! 

-   To   był   eksperyment,   pomiar   -   tłumaczył   niezręcznie.   Czuł,   że   dłużej   nie   zniesie   widoku   tej 

dziewczyny, a raczej kobiety, podlotka czy wampa - wszystko jedno. Chciał wybiec, uciec, lecz wtedy ona 

podeszła i dotknęła go. Zwyczajnie dotknęła, idąc za głosem naturalnego, pierwotnego odruchu. Zobaczył 

wokół czerwień i już nie czuł nic - tylko jej mokrą, rozgrzaną twarz i gibkie kocie ciało. Czas zatrzymał się i 

pędził jednocześnie w obłędnym rytmie osuwającego się świata, a gorąca rozkosz napływała kumulującą się 

aż do bólu falą. 

Poczuł słony smak krwi. Dopiero drugie uderzenie dotarło do jego świadomości. Zwalił się ciężko na 

background image

ziemię; między zębami zazgrzytał piach. Czyjaś twarda dłoń przewróciła go na plecy, spostrzegł nad sobą 

czerwoną, wykrzywioną wściekłością twarz i żółte ślepia Scoyta. 

- Coś ty narobił, skończony idioto! 

O'Hara   podniósł   się   na   łokciu.   Zdążył   jeszcze   zobaczyć,   jak   Komendant   i   kilku   krajowców 

pospiesznie opuszcza chatę; pozostał sam ze Scoytem,  który usiadł ciężko i złapał się za głowę. Powoli 

wracali do równowagi. 

Powietrze   było   gęste   od   straszliwego,   dusznego   gorąca.   Ubrania   oblepiały   dokładnie   ciała   obu 

mężczyzn. Na zewnątrz gardłowe wrzaski krajowców przybierały na sile. 

- Odprawiają taniec wojenny. Trzeba uciekać - Scoyt mówił z trudem, po raz pierwszy jąkał się. 

- A aparatura? - O'Hara dźwignął się z trudem i bezskutecznie usiłował doprowadzić ubranie do 

porządku. 

- Jaki ty jesteś głupi - wycedził Scoyt, a jego żółte oczy zwęziły się do szparek. - Nawet jeśli oni nie 

zdążą podziurawić nas swoimi włóczniami, nie domyślasz się, co stanie się za godzinę lub dwie?! - krzyczał z 

bezradnym,  trochę dziecinnym wyrazem twarzy. - Całe plemię, łącznie z kobietami i dziećmi, pała żądzą 

zemsty na  tobie,  teraz już  na nas obu. Powietrze  aż drga od emocji.  Uciekajmy!  Wybiegli  w ciężki  żar 

popołudnia. W szoferce nie było czym  oddychać, a fotele parzyły niby rozgrzany piec. Silnik prychnął parę 

razy i zgasł. Scoyt zaklął i spróbował ponownie - tym razem zapalił i zawył od razu na najwyższych obrotach, 

lecz wóz zarzucił i zakopał się w piachu. Wszystkie dętki były przedziurawione. 

O'Hara poczuł ucisk strachu na krtani. Rzucił się ciężko w ślad za biegnącym  Scoytem.  Wkrótce 

dotarli do podmokłej dżungli, gdzie wpadali w głębokie błoto między korzeniami mangrowców, ostre kolce 

boleśnie raniły skórę, a tysiące moskitów cisnęły się do ust i oczu. Lecz nawet tam doganiały ich krzyki 

rozwścieczonych   mieszkańców   wioski   -   nie   mogli   ujść   daleko.   Już   po   chwili   zdali   sobie   sprawę   z 

beznadziejności sytuacji; nie mieli żadnych szans. Wtedy dżungla zamilkła. Zwierzęta jakby straciły głos i 

wpełzły w najgłębsze zakamarki swoich kryjówek. 

W złowrogiej ciszy nawet krajowcy zaprzestali nawoływań. Nagle uderzył huragan. Rozszalał się od 

razu   całą   mocą,   jakby  chciał   natychmiast   wyładować   długo   gromadzoną   wściekłość.   Dżungla   krzyknęła 

strasznie jak rozdzierany i miażdżony potwór i poddała się. Wielkie drzewa padały z łoskotem, a mangrowce 

legły od razu niby trawa  pod kosą. Powietrze wypełniły strzępy lian, liście i grudy ziemi;  martwe  ptaki 

przypominały wirujące strzępy rozdmuchanego pierza. 

O'Hara, który jako jedyny jakimś  cudem ocalał z pogromu, czasami  wspomina  te wydarzenia jak 

nierealny, zły sen, choć musi przyznać, że przez całe swoje spokojne życie nie doznał tylu wrażeń, co w ciągu 

owych kilku szalonych dni. 

Natomiast teoria, jak to często bywa, nie została nigdy ani całkowicie obalona, ani dowiedziona ponad 

wszelką wątpliwość; po prostu zastąpiono ją inną, lepszą i nowocześniejszą, co nie znaczy, że ostateczną, a 

tym bardziej prawdziwą. 

background image

Andrzej Zimniak

”Szlaki istnienia”

Boja   fascynowała   mnie   zawsze,   ilekroć   spoglądałem   na   jej   smukłą,   obłą   sylwetkę,   zawieszoną 

nieruchomo   na   tle   głębokiego  seledynu   przestrzeni.   Z  dala   wydawała   się   szara,   czarna   niemal,   lecz   gdy 

zbliżałem się ukradkiem,  z niewyjaśnionym  lękiem ściskającym  krtań łaskotliwą obręczą, na powierzchni 

ciemnej bryły rozjarzały się delikatne ogniki i pląsały jak robaczki świętojańskie, a później cały elipsoidalny 

kształt rozpalał się wiśniowym świeceniem. Wtedy zawsze cofałem się szybko, a uczuciu opuszczającego 

mnie strachu, który uchodził raptem niby zimny płyn wypełniający uprzednio pierś, towarzyszył wzbierający 

gniew i niechęć do samego siebie. 

Często   opowiadałem   ludziom   o   boi.   Zrazu,   na   samym   początku,   były   to   nieśmiałe   zwierzenia, 

wstydliwe szeptanie; potem mówiłem coraz głośniej, aż w końcu stałem się natarczywy. Niektórzy słuchali 

mnie z przylepionym do warg uprzejmym uśmiechem, myśląc zupełnie o czym innym, byli też tacy, którzy ze 

zniecierpliwieniem wzruszali ramionami. Te drobne różnice w zachowaniu zależały zapewne od nabytej w 

młodości ogłady; wszyscy jednakże jednakowo uparcie biegli wyznaczonymi im ścieżkami, zaś żadna z ich 

tras   nawet   nie   zbliżyła   się   do   przestrzeni   za   boją.   Tylko   nieliczni   spośród   tych,   którym   opowiadałem   o 

strażniku dziwnego obszaru, dali się skłonić do wspólnego rekonesansu; ich śmiechy i gesty były nawet pełne 

zrozumienia, gdy wskazywałem na jajowatą plamę czerni z roztańczonym rojem świetlików. Lecz żaden z 

nich nie widział boi lub może nie chciał jej widzieć - mogłem wskazywać dowolny kierunek w przestrzeni, a 

oni wciąż byli pełni zrozumienia i aprobaty, po czym wymieniali uściski dłoni i z ulgą powracali na swoje 

ścieżki. 

Lecz   ja   potrzebowałem   towarzysza.   Czułem,   że   sam   nie   podołam   lękom,   nie   przełamię   bariery 

strachu, którą wytwarzała we mnie złowroga wiśniowa poświata. Kiedyś ku mojej niezmiernej radości jeden z 

uprzejmych słuchaczy zgodził się na wspólną eskapadę. 

Ruszyłem przodem, czując się znacznie raźniej w towarzystwie i tłamsząc w sobie resztki strachu 

przed pulsującym świeceniem. Gdy mijałem jajowaty, wiśniowy kształt, boja nagle zgasła i znikła. Po prostu 

znikła, a ja zanurkowałem w tę zagadkową przestrzeń po drugiej stronie, w przestrzeń, która okazała się 

wewnątrz błękitna jak sen. Otoczyła mnie niebieska mgiełka, w której płynnym ruchem przesuwały się niby w 

rozbujanej toni oceanu jakieś zrazu nierozpoznawalne kształty. 

- Jak tutaj inaczej - rzuciłem przez ramię i odwróciłem się, nie otrzymawszy odpowiedzi. Byłem 

znowu sam, mój towarzysz znikł gdzieś, zapewne podążał od dawna ścieżką swojej konieczności lub szlakiem 

głębokiego przekonania o jej istnieniu. 

Lecz   nie   bałem   się   już.   Miejsce   lęku   zajęła   pełna   podniecenia   ciekawość.   Przenikałem   błękitną, 

eteryczną toń, dążąc zdecydowanie na spotkanie niewyraźnych kształtów unoszących się gdzieś w lśniącej 

mgle oddalenia. 

Ogromne   kule,   jakby  zacumowane   w   bladej,   niebieskiej   poświacie,   wykonywały   delikatny  taniec 

płynnych,   powolnych   wahnięć   wokół   punktów   kotwiczenia.   Ich   powierzchnie,   szare   lub   mlecznosine, 

wydawały się nieruchome, dopóki nie wypełzły na nie pędzącymi wirami plątaniny finezyjnych linii, jaskrawe 

background image

pasy lub nakładające się pierścienie w rozszalałej feerii barw. 

Było   to   tak   piękne,   że   bezwiednie   zbliżyłem   się   do   opalizującej   ściany,   gładkiej   jak   lustro. 

Wyciągnąłem dłoń. Ręka pokonała ledwie wyczuwalny opór, nie większy niż przy zanurzaniu do wody, i 

zagłębiła się w nieprzejrzystą zasłonę. W środku było ciepło. Cofnąłem się raptownie, a moje ramię, całe i 

zdrowe,   opuściło   wnętrze   kuli.   Zachęcony  powodzeniem   spróbowałem   zajrzeć   do   środka.   Moja   głowa   i 

ramiona gładko przeszły na drugą stronę. Było tam rzeczywiście znacznie cieplej niż w błękitnej przestrzeni 

zewnętrznej ; widziałem wokół białą, rzedniejącą mgłę. Poczułem zawrót głowy - daleko w dole rozpłaszczył 

się   pomarszczoną   powierzchnią   bezmiar   oceanu.   Granatowoczarne   rowy   głębin   biegły   rozłamanym   na 

nieforemne człony szeregiem aż po zamglenie widnokręgu, a zielone i żółte pierścienie. szelfowych płycizn 

opasywały jasną wyspę, leżącą wprost pode mną. Nalot roślinności delikatnie cieniował białe wzgórza, a tuż 

nad osłoniętą,  spokojną  zatoką drobnymi,  lecz  foremnymi  kamiennymi  bryłami  zabudowań rozsypało  się 

wzdłuż brzegu miasteczko. Wycofałem się i posuwałem wzdłuż rozigranej barwnym  blaskiem ściany tak 

długo, że powinienem osiągnąć poziom wewnętrznego morza. Istotnie tak było; gdy zajrzałem przez zasłonę, 

leniwe fale przetaczały wały, zielonkawej, przejrzystej wody o parę metrów niżej. Zdecydowanym ruchem 

prześliznąłem się do środka i z pluskiem wskoczyłem do morza. Lustrzana powierzchnia fal zamknęła się nad 

moją  głową,  a głębia w dole zdawała  się  ogniskować  wszystkie  promienie  słoneczne  w jednym  punkcie 

zielonej  czeluści.  Wynurzyłem  się   i  popłynąłem   do pobliskiego brzegu,   na  którym  dostrzegłem  rybaków 

układających   sieci.   Wyszedłem  na   kamienistą   plażę   i   pozdrowiłem   ich   przyjaznym   skinieniem   ręki; 

odpowiedzieli mi, uchylając czapek. Byli to młodzi, zdrowi mężczyźni. Poczułem się nieswojo, albowiem 

widziałem wokół tylko uśmiechnięte twarze. Jakby wszyscy cieszyli się, że właśnie ja tutaj i teraz zawitałem. 

Gdy po kamiennych stopniach wspiąłem się na wysoki brzeg, moje ubranie było już suche. Niemal 

dotykalna   pieszczota   promieni   słonecznych   i   łagodne   ciepło   płynące   od   nagrzanych   głazów   stawały   się 

stopniowo uciążliwe, aż zamieniły się w duszny upał. Młody śmiech rybaków z plaży rozbrzmiewał coraz 

rzadziej,   aż   ucichł   zupełnie;   widocznie   i   oni   odczuli   żar,   lejący   się   z   bezchmurnego   nieba.   Chodziłem 

uliczkami kamiennego miasteczka, szukając skrawka cienia, ale na próżno: wszystko zalane było  jasnym i 

mocnym światłem słonecznym. Nawet drzewa o najgęstszych koronach nie dawały żadnej osłony, a wnętrza 

domów jaśniały równie intensywnym blaskiem, co środek ulicy. 

Wszyscy napotkani ludzie byli młodzi i często widziałem uśmiechy na ich twarzach; nie spotkałem 

nikogo zatroskanego lub płaczącego. 

Gdy szedłem stromą  uliczką, wypatrując źródła wody,  zatrzymał  mnie  człowiek nieco starszy od 

innych. Ten mężczyzna nie uśmiechał się, a w głębi oczu miał smutek. - Przybyszu - zagadnął - pójdź za mną, 

coś ci pokażę. Weszliśmy na mały rynek, okolony rzędem drzew oliwnych umieszczonych w kamiennych 

donicach. Mój przewodnik wskazał na starą wieżę, na której zegar wybijał właśnie południe. 

- Zawsze wskazywał  za kwadrans jedenastą. Wykonałem lekceważący gest, lecz on ciągnął dalej 

takim samym, bezbarwnym tonem. 

- Nigdy nie było tak gorąco jak teraz. Nigdy nie miałem suchych warg. 

Mężczyzna   podszedł   do   drzewa   oliwkowego,   tkwiącego   w   spękanej,   spopielałej   ziemi,   i   dotknął 

więdnącej gałęzi, strącając kilka zwiniętych liści. 

- Dlaczego u was nikt nie płacze? Nie cierpi? - pytałem gwałtownie, uchwyciwszy jego ramię. - Czy 

background image

kiedyś chorowałeś? Czy umarł ci ktoś bliski? 

W widocznym wysiłku zmarszczył czoło. 

- Umarł? 

- Czy czujecie smak szczęścia? - rzuciłem pytanie, zdając sobie jednocześnie sprawę z jego bezsensu. 

Szybko zbiegłem uliczką w kierunku morza. Na plaży rybacy siedzieli na kamieniach jak wielkie, 

zmęczone kormorany, a pot pozlepiał im włosy w wilgotne kosmyki. Patrzyli obojętnie, jak dałem nura w 

ciepłe fale. Modliłem się, aby stary zegar zatrzymał swój bieg jak najprędzej. 

Znów   przemierzałem   wypełnioną   wirującym   lśnieniem   przestrzeń,   w   której   szybowały   dziesiątki 

baniek mydlanych o gigantycznych rozmiarach. Ciekawość pchała mnie coraz dalej i czyniła coraz śmielszym. 

Kiedy   wniknąłem   do   jednej   z   bladomlecznych   kul,   których   wiele   kołysało   się   leniwie   w   zbitej 

gromadzie, ujrzałem nieprzeliczony tłum mężczyzn, kobiet i dzieci, pędzący niby rzeka bez początku i końca. 

Ów wezbrany potok ludzi omijał zielone pagórki na swojej drodze, tkwiące w ruchomej  gromadzie niby 

wyspy we wzburzonym nurcie skotłowanej wody. Zszedłem do biegnących, aby spytać, dokąd zdążają. Nikt 

nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi, kiedy stanąłem w białym pyle drogi. Ludzie ci nie rozmawiali między 

sobą; ich jedynym celem był sam bieg, zaś jedyną przyjemnością - wyprzedzanie innych. Rodzenie, rozwój, 

umieranie - wszystko to odbywało się w trwającym bez przerw pędzie. Młodzi posuwali się lekkimi zrywami, 

ciężko kłusowały dostojne, rozbujałe matrony, nawet rachityczni staruszkowie kuśtykali zawzięcie, pokryci 

wieloletnim pyłem drogi. Gdy ktoś zatrzymywał się lub padał, rozsypywał się natychmiast. w biały kurz. 

Potrącany   i   popychany   przez   biegnących,   postanowiłem   odpocząć   na   jednej   z   zielonych   wysp. 

Spokojny   gaj,   pełen   zapachu   żywicy   i   ciepłych   podmuchów   wiatru,   dawał   prawdziwe   wytchnienie; 

zastanawiałem się, dlaczego nikt z pędzącego tłumu nie zatrzymuje  się tutaj, aby nabrać sił. Lecz wtedy 

spostrzegłem kilkoro ludzi opodal świerków. Chociaż sprawiali wrażenie wypoczętych, leżeli wygodnie w 

wysokiej trawie pełnej kwiatów polnych. Ta grupa najwyraźniej zrezygnowała z dalszej gonitwy. 

Gdy postawiłem stopę na polanie, ich czas począł biec. 

Wykazywali   rosnące   zaniepokojenie,   spoglądali   jedni   na   drugich,   niektórzy   wstali   i   zajęli   się 

zbieraniem owoców lub polowaniem, przy czym każdy chciał uzbierać czy upolować więcej niż pozostali. 

Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie łupu; ci, którzy dotarli do krańców wyspy, włączali się w pędzącą 

ludzką rzekę, nie mogli bowiem ścierpieć, że ktoś biegnie prędzej od nich. 

Z tymi, którzy pozostali w trawie, działy się dziwne rzeczy: kurczyli się, schli w oczach, mięśnie im 

wiotczały, a członki ulegały błyskawicznemu zanikowi lub zwyrodnieniu. Po chwili tylko rozłażąca się skóra 

niby  szary  pergamin   pokrywała   nagie   piszczele,   czaszka   miękła   i   zmniejszała   się   jak  przekłuty  balon,   i 

wreszcie zostawały tylko białe włosy, rozwłóczone po lesie przez wiatr nici babiego lata. Straciłem ochotę na 

odwiedzanie innych - wysp i opuściłem tę smutną krainę. 

Świat, w który wszedłem, otoczył mnie drgającym od gorąca. powietrzem, wonnym dymem i dziwnie 

drażniącą, choć cichą muzyką; zmierzch zachlapał połowę nieba różem, karminem i szkarłatem. Nie zdążyłem 

jeszcze rozejrzeć się po okolicy, kiedy zamknęły się wokół mnie białe ramiona; w oczach, nosie i ustach 

miałem pełno włosów, a na szyi czułem wargi i zęby. Zapach perfum i potu był tak ostry, że pasował do 

gwałtowności zajścia - pomyślałem o tym bezwiednie, podczas gdy, obca dłoń usiłowała wepchnąć mi do ust 

jakąś pigułkę, Tego było już za wiele - po chwilowym szoku odzyskałem panowanie nad sobą i kilkoma 

background image

energicznymi   ruchami   zdołałem   się   wyswobodzić.   Na   twarzy  kobiety,   którą   odepchnąłem,   malowało   się 

zdziwienie tak wielkie, że graniczące ze strachem. Była to młoda dziewczyna, smukła i bardzo ładna, ubrana 

jedynie   w   półprzejrzystą   nocną   koszulę;   biała   karnacja   skóry  wydawała   się   jeszcze   delikatniejsza   wobec 

ciężkich splotów kruczoczarnych włosów, opadających na szyję i wiotkie ramiona. Spomiędzy delikatnych 

palców wypadła pastylka o cielistym zabarwieniu i potoczyła się po chodniku z gładkich kamieni wprost pod 

nogi kilku mężczyzn i kobiet, przyglądających się ze zdziwieniem całej scenie. Wszyscy nosili, podobnie jak 

dziewczyna, przezroczyste i lekkie tuniki; można było śmiało powiedzieć, że chodzili właściwie nago. 

Zmieszany i przestraszony, spróbowałem oddalić się. Żaden ze świadków zajścia mi nie przeszkodził, 

tylko wodzili za mną zdumionym wzrokiem. Dopiero po dłuższej chwili, gdy straciłem ich z oczu, ochłonąłem 

nieco, zebrałem myśli i rozejrzałem się po okolicy. 

Wokół. piętrzyły się jakieś dziwne budowle, ni to szałasy, ni to gliniane chatki; uliczki, wyłożone 

białym kamieniem, wygładzonym najpierw przez fale morskie, potem tysiącami stóp, meandrowały wśród 

nich jak łożyska wyschniętych potoków. W świetle kolorowych lamp spacerował roześmiany tłum młodych 

mężczyzn   i   kobiet.   Wciąż   wszyscy   byli   młodzi   i   roześmiani,   choć   wiedziałem,   że   swoim   przybyciem 

uruchomiłem niweczący ich kruche szczęście mechanizm, że czas począł płynąć i słodkie wino uchodziło już 

z pękniętego dzbana. 

Co   parę   kroków   widziałem   przytulone   pary.   Ani   kochankowie   nie   krępowali   się,   ani   też   nikt   z 

przechodzących nie dziwił się w najmniejszym stopniu. Sięgali przy tym do ustawionych co parę kroków 

kolumienek   z   zagłębieniami,   pełnymi   cielistych   pigułek;   zażycie   specyfiku   wyraźnie   zwiększało   ich 

podniecenie. Zauważyłem, że nikt nigdy nie odmawiał. Czym prędzej dałem nura w boczną uliczkę. Szedłem 

jakimiś ciemnymi,  zapomnianymi  schodami, mając nad głową tylko wąski pasek szarostalowego już teraz 

nieba. Gdy ucichł wreszcie rozpasany gwar ulicy, ujrzałem przed sobą w świetle żółtej latarni dwie postacie. 

Dałbym głowę, że nikt nie nadchodził; jakby wyrosły nagle z kamiennej płyty. Stary, przygarbiony człowiek 

trzymał za rękę dziecko o twarzy zastygłej w piękną maskę. Odeszli powoli, a ich kroki stukały głuchym 

echem po kamiennych zaułkach. 

Lekko, bez wysiłku przemierzałem rzadki woal mgły,  spowijającej zawojem srebrzystego lśnienia 

setki barwnych globów, planet, światów. Wiedziony nieprzepartą ciekawością, oglądałem wiele z nich po 

drodze; widziałem miasta, góry,  ogrody,  nieprzebyte  lasy i pasma  nadmorskich plaż. Wszystko tam było 

piękne,   zarówno   śmiałe   konstrukcje   niebotycznych   osiedli   przyszłości,   jak   i   tchnące   wiekową   wilgocią 

wnętrza gotyckich katedr; rośli mężczyźni i powabne kobiety; zaczarowane kwiaty i tresowane zwierzęta. Nie 

brakło   również   bytów   odrażających,   pełnych   okrucieństwa,   sadyzmu   i   wyuzdania,   choć   stanowiły   one 

wyraźną   mniejszość.   Niektóre   światy   były   proste,   nawet   prymitywne,   jak   scena   w   jakimś   podrzędnym 

teatrzyku, inne zadziwiały swoją złożonością, oryginalnością i swoistym pięknem, płynącym z harmonii. 

Aż kiedyś, w trakcie mojej długiej wędrówki, kiedy już nieco znużony i zawiedziony zamierzałem 

zaniechać   dalszej   podróży,   ujrzałem  przed  sobą   glob,   który  wydał   mi   się   najwspanialszy  ze   wszystkich. 

Półprzejrzysta   powłoka   mieniła   się   ażurowymi,   efemerycznymi   postaciami,   a   wewnątrz   przemykały 

rozmazane cienie. Zdawało mi się, że już kiedyś je widziałem, lecz z zawodnej pamięci nie mogłem wydobyć 

niczego więcej. Zbliżyłem się przeto i rozchyliłem pulsujące zasłony, aby obejrzeć jeszcze jeden spektakl. 

Był   tam   świat   podobny   do   wszystkich   poprzednich:   taki   ładny,   cukierkowy,   trochę   naiwny   i 

background image

niedorobiony, i przesycony pięknem marzeń. Jednocześnie był jakby inny: głębokie niebo podcieniowane na 

brzegach seledynem, strzeliste wieże i czerwone dachy z kępami mchu wczepionego między dachówki, ulice i 

ogrody  pełne   słońca   i   świeżego   wiatru,   ludzie   cieszący   się   życiem   i   sobą   nawzajem   -   to   wszystko   już 

widziałem i dobrze znałem. Tak, to był na pewno mój własny świat. 

Często myślałem o nim w bezsenne noce, kiedy księżyc rozlewał dziwaczne plamy bladej poświaty po 

podłodze  i  zdawał  się   poruszać  firanką,   lub też   po prostu  w  korowodzie   codziennych  zdarzeń;  próbując 

poprawiać jakiś fragment rzeczywistości. Za każdym razem dodawałem inną cegiełkę do rosnącej budowli. 

Przekonałem się teraz, jak wiele z nich nie pasowało do siebie i jak znaczne luki widniały w konstrukcji. 

Nie byłem zadowolony ze swego dzieła, postanowiłem przeto je poprawić. Poprawić w taki sposób, 

aby nawet po uruchomieniu niszczycielskiego zegara mój świat mógł istnieć w szczęściu i spokoju, na przekór 

kruchym światom innych marzeń. 

Wziąłem się do pracy. Samą świadomością mogłem dowolnie kształtować tutejszą rzeczywistość; cóż 

za potęga władzy absolutnej ! Jeden lekki dotyk  myśli  kreował ludzi lub ich unicestwiał, kazał miastom 

rozkwitać lub obracać się w gruzy, wyciskał łzy lub rozjaśniał twarze uśmiechem. Lecz uśmiech ten nikł, 

rozwiewał się w następnej sekundzie, likwidowany nieubłaganym ruchem wskazówek zegara. 

Z uporem próbowałem zbudować dobry świat, który zarazem mógłby istnieć w wymiarze czasu. A 

tyle było do zrobienia! Usiłowałem godzić miłość i poczucie tożsamości, ofiarność i wolę przetrwania, dobroć 

i   biologiczne   zasady   rozwoju,   mądrość   filozofów   i   twarde   drogi   życia.   Wiele   systemów,   często 

przeciwstawnych, poddałem po prostu próbie czasu, albowiem były zbyt złożone, abym śmiał decydować 

natychmiast.   Szedłem   wciąż   na   kompromisy,   choć   robiłem   to   z   największą   niechęcią   i   pod   przymusem 

konieczności. Szeroko wykorzystywałem wiedzę, nabytą przy poznawaniu innych bytów soliptycznych, w 

czasie wędrówki po dziesiątkach szlaków istnienia; teraz, już blisko celu, szlaki te schodziły się, zbiegały w 

jeden wielki gościniec, którym pragnąłem dojść do doskonałości. Byłem tak pochłonięty konstruowaniem 

swojego świata, świata najlepszego z możliwych, że nawet nie spostrzegłem, kiedy mój glob ruszył z miejsca. 

Niewidzialne cumy puściły i owiana poświatą kula pędziła z rosnącą szybkością, zostawiając w tyle planety 

utopii,   których   tęczowe   kształty   z   oddalenia   przypominały   rój   baniek   mydlanych,   wypuszczonych   przez 

rozbawione dzieci w pogodny błękit nieba. 

Minąłem żarzącą się wiśniowym blaskiem boję i wtedy moja bańka mydlana pękła i znikła nagle, lecz 

świat pozostał taki, jaki był. Niczego nie zauważyłem, tak pochłaniała mnie praca; wciąż miałem mnóstwo 

planów. Stwierdziłem tylko, że materia stała się dużo bardziej oporna. 

background image

Andrzej Zimniak

”Baśń o błędnych ognikach”

Łomot   spiralnych   ogni,   kłębiących   się   rozwichrzonymi   splotami   wokół   wirującego   leja,   sprawiał 

władcy Toh prawdziwą  rozkosz. Zbliżała się pora przypływu  i w rozbudzonym  kraterze narastał różowy 

pęcherz, prześwitujący od wewnątrz migotliwą żółcienią ciężkich jak ołów płomieni; już wkrótce otoczą one 

umęczone   ciało   króla   kojącym   bezmiarem;   ukołyszą   i   nieważkie   uniosą   daleko   w   górę,   aż   do   samego 

Nwotemalf.  A  tam,   pośród   roztrzepanych   karminew,   wybiegnie   na   spotkanie   jego   najukochańsza   córa, 

księżniczka Taeh, i złoży mu na czole płomienny pocałunek. 

I   już   nic   nie   zakłócałoby   błogostanu   ognistego   włodarza,   niesionego   przez   roziskrzony   żywioł, 

którego ślepą potęgę umiał wykorzystać w sposób niemalże doskonały, gdyby nie mała acz dokuczliwa myśl, 

krążąca zrazu daleko niby stado nachalnych  żółcierni, i osaczająca stopniowo umysł  podobnie jak zgraja 

napastliwych   szarkai   obiega   pływaka   piekielnego   oceanu   stopionego  żelaza.   Król   z   łatwością   odgonił 

żółciernie i przepędził obrzydliwe szarkaje, jednakże nie mógł nijak poradzić sobie z upartą myślą, pastwiącą 

się nad jego umysłem jak żarłupnie nad wystyglakiem. 

Skutkiem   tego   dotarł   do   Nwotemalf   w   tak   złym   nastroju,   iż   nawet   płomienne   powitanie   przez 

najdroższą księżniczkę Taeh, najgorętsze z jego dzieci, nie sprawiało mu takiej przyjemności, jaką sprawić 

powinno.   Zrezygnował   więc   z   wypoczynku   w   cieple   domowego   ogniska   i   udał   się   wprost   do   pałacu 

Esuoherif, skąd rządził swoim królestwem przeważnie mądrze i zwykle sprawiedliwie. Bezzwłocznie zasiadł 

na purpurowym  tronie i kazał sprowadzić mędrca. Ów przybył  natychmiast i widząc gniewnie zasępione 

oblicze monarchy począł w trwodze pełzać wiernopoddańczym  płomykiem tuż nad karminową  posadzką, 

albowiem król Toh znany był z bezwzględności, jak długa, szeroka i głęboka jest Kraina Ognia. Lecz władca 

począł opowiadać, wpatrzony niewidzącym wzrokiem w rozpląsane ogliki, figlujące wokół nich różem swoich 

gibkich języczków. Mówił o strasznej krainie rozpościerającej się gdzieś hen w górze, w mrocznych i skutych 

wiecznym chłodem ostępach, i o jej agresywnych, odpornych na trudy i niewygody mieszkańcach łakomie 

spozierających   na   cieplejsze,   niżej   położone   tereny.   Mówił   o   okropnej   wojnie,   która   wydaje   się   zbliżać 

nieuchronnie, o miotaczach zimna niszczących piękne, roziskrzone miasta i o ich gospodarzach, gasnących 

jeden po drugim w zabójczym chłodzie. 

Gdy skończył, obydwaj milczeli długo, a ciszę zakłócało jedynie jednostajne buzowanie  ozdobnych 

kolumn królewskiej komnaty. 

Wreszcie   przemówił   mędrzec:   wszak   musiał   to   zrobić,   chcąc   wyjść   z   Esuoherif   cały   i   nie 

przygaszony. Ba, jeśli jego rada przypadłaby do gustu królowi, mógł spodziewać się miechowania i, co za tym 

idzie, podniesienia temperatury własnej przynajmniej o kilka stopni! To nie byle gratka. Opowiedział władcy, 

starając się utrzymać  mowę w tonie służalczym,  skwierczącym i przygasającym,  że zwaśnione monarchie 

najłatwiej pogodzić przez skoligacenie panujących. Król Looc, rządzący Krainą Chłodu, ma syna, królewicza 

imieniem Relooc, więc może by on i księżniczka Taeh... Jednakże na taką radę władca Toh rozgniewał się 

wielce, aż sypnął wokół iskrami i strzelił ogniem Świętego Wita. Przecież żeby małżeństwo było ważne, musi 

się spełnić i wydąć potomstwo. 

background image

A jak ma się spełnić przy różnicy temperatur obu partnerów dochodzącej do tysiąca stopni?! Brr, moja 

płomienna   Taeh   zgasłaby  natychmiast,   gdyby   tylko   dotknął   ją   taki   przeraźliwy  sopel   wystyglaka   !   Jeśli 

wszystkie twoje rady, mędrcze, są takie... 

Lecz mędrzec śmiał przerwać królowi w tym momencie, bał się bowiem nawet słuchania strasznych 

gróźb,   jakimi   ponad   wszelką   wątpliwość   zacząłby   ziać   włodarz   Krainy   Ognia.   Przeto   przerwał   mu   i 

zakrzyknął, iż zna on sposób, a właściwie zna osobę, która ów sposób może przedstawić ze szczegółami ! 

Władca uspokoił się nieco, tylko nosem wypłynął mu jeszcze niebieski gazowy płomień, i zaczął słuchać słów 

mędrca, który opowiadał długo o Krainie Wiecznych Mrozów, tajemniczej otchłani, poza którą jest już tylko 

pustka, leżącej gdzieś w niezmierzonej dali, jeszcze ponad kresami Krainy Chłodu. Potem snuł opowieść o 

mędrcu nad mędrcami imieniem Nezorf, wielkim uczonym i czarowniku, rezydującym w tym dziwnym kraju 

właśnie. Nie zdarzyło się jeszcze, by ten wielki umysł i geniusz pozostawił jakiś problem nie rozwiązany lub 

by odmówił komuś pomocy. Może więc pchnąć płomsłańca i nie dać mu popalić, aż przyniesie recepturę na 

spełnienie małżeńskie... 

Na to władca złagodniał nieco, kazał mędrcowi zamilknąć i oświadczył, iż sam wyruszy do uczonego 

Nezorf,   albowiem   musi   upewnić   się   osobiście,   że   jego   płomiennej   Taeh  nie   będzie   zagrażał   nawet   cień 

chłodnego niebezpieczeństwa. 

Po czym rzucił zawiedzionemu mędrcowi parę groszy i zaczął gotować się do drogi. I nie minęły 

nawet   dwa   przypływy   od   tej   rozmowy,   gdy   już   gnał   w   górę   swoim   ognistym   rydwanem,   buchając 

płomieniami i pozostawiając za sobą kurzawę drobnych szkarłatnych języczków. Podwójnie izolowane ściany 

jego pojazdu napierały na warstwy coraz chłodniejszej materii, aż. w końcu na oknach pojawił się drobny 

szron tytanowy, a z dachu zwieszały się dziwaczne sople krystalicznego żelaza. Lecz władca Toh pozostał 

nieustraszony   również   wobec   tych   nieznanych   i   przerażających   zjawisk,   zwłaszcza   że   wnętrze   rydwanu 

szczelnie wypełniało kłębowisko przyjaźnie falującego ognia. I choć król nie bał się wcale, gdzieś na dnie jego 

zapiekłej duszy tliło się pragnienie rychłego dotarcia do mędrca Nezorf i marzenie o prędkim zakończeniu 

całej   wyprawy.   Rydwan   pędził   przez   puste,   nie   zamieszkane   krainy  purpurowych   mórz   toczących   swoje 

leniwe,   przejmujące   chłodem   fale   aż   do   zimnych   brzegów,   gdzie   półpłynne   skały   budowały   już   zręby 

pierwotnej struktury krystalicznej, i gnał dalej wskroś skutych mroźnym  gorsetem,  lecz jeszcze miękkich 

granitów i bazaltów, roztapiając je swoim potężnym tchnieniem i pozostawiając za sobą tunel rozhukanego 

ognia. Często również przemykał przez tereny różnych dziwnych plemion i ludów, których król Toh nie znał 

nawet ze słyszenia i których obawiał się, tak srogi  i  dziki mieli wygląd, a ciała ich musiały być  jeszcze 

zimniejsze od powłok wystyglaków. Brr... z kimś takim ma współżyć jego ukochana Taeh, biedne dziecko 

racji stanu złożone w ofierze! I zaciął się w sobie władca Toh, aż sypnął snopami iskier, i pognał swój rydwan 

jeszcze szybciej przez skute śmiertelnym mrozem krainy, których mieszkańcy ustępowali mu drogi, czy to z 

szacunku dla monarszego majestatu, czy po prostu ze strachu przed pędzącą pożogą. Wreszcie temperatura na 

zewnątrz osiągnęła tak niewyobrażalnie niskie wartości, że pojazd zaczął, o zgrozo ! - stygnąć. Rydwan parł 

teraz przez skały zestalone w kruche struktury, które jednakże były tak lekkie jak pajęczyna, choć tysiąckroć 

od niej chłodniejsze. 

I wreszcie, tak jak przepowiadał mędrzec, pojazd wypadł  w nicość, w próżnię niemal  doskonałą. 

Trzymając się delikatnej, iluzorycznej powierzchni pajęczynowych skał, poza którą rozciągała się już tylko 

background image

niepojęta   pustka,   władca   Toh   pełzł   naprzód   niby   ognisty   smok   z   czeluści   piekielnych   rodem,   i   wciąż 

poszukiwał mistrza Nezorf. Kiedy już prawie stracił nadzieję, a jego płomień czerwieniał z wolna i przygasał, 

i kiedy sposobił już swój rydwan do zjazdu w dół, wtedy dopiero tuż nad nim, obok niego, w nim. - rozległ się 

Głos. Król oniemiał, a Głos mówił, żeby zatrzymał się i nie ruszał nigdzie, bo jest już na miejscu. I żeby pytał, 

a odpowiedź będzie mu udzielona. 

Władca Krainy Ognia zająknął się, przygasł i nie zdołał wykrzesać z siebie żadnej rozsądnej myśli; ba, 

zapomniał  nawet, po co tu przybył.  Dopiero gdy Głos uspokoił go łagodnymi  słowy,  tak że mógł  znów 

rozniecić pamięć i odczuć kojącą siłę swoich ciężkich płomieni, począł mówić, a gdy upewnił się, że słuchano 

go z uwagą, wyłożył cały swój problem jasno i dobitnie, bez upiększeń i zbędnych opisów, tak jak  zwykł 

zawsze to czynić. Po czym zamilkł i czekał, drżąc niecierpliwie w swoim ognistym puklerzu, zawieszonym 

wśród pozornie martwych, przeraźliwie zimnych  i efemerycznie zwiewnych, a jednak myślących  struktur. 

Minęła  długa  chwila,   dla   porywczego   władcy  niemal  granicząca  z  wiecznością,   zanim Głos   odezwał   się 

znowu,   uspokajający,   dobrotliwy,   przyjazny   Głos,   który   trwał   wokół   niego   jednostajnym   monologiem, 

wyrażającym zastanowienie i chłodne myśli. Królem Toh, oczekującym recepty na szczęście zawartej w kilku 

prostych zdaniach, wstrząsnęły gniewne erupcje, lecz później wciągnął go ów traktat, bo tak można by nazwać 

skierowaną do niego wypowiedź. Wciągnął go i przygasił jednocześnie, wszystko bowiem komplikowało się i 

gmatwało jeszcze bardziej, tak że po posępnym obliczu władcy zaczęły pełzać błędne ogniki zagubienia. Głos 

zaś mówił, że rzeczywiście teoretycznie możliwe jest zbliżenie się obszarów dwóch cywilizacji podążających 

w   głąb   stygnącej   Ziemi   w   ślad   za   swoimi   biostrefami   termicznymi,   lecz   jest   to   zdarzenie   mało 

prawdopodobne.   A   to   z   tego   względu,   że   odstępy   między   nimi   są   zwykle   zbyt   wielkie,   albowiem   po 

wniknięciu jednego gatunku uchodzącego przed wrogim mrozem kosmosu w głąb rodzinnego globu, następny 

przystosowuje się i dojrzewa do takiego kroku przez wiele milionów lat. 

Głos  w  końcu zaproponował  królowi   Toh,   aby ten,   jako  władca   absolutny  swojej   Krainy  Ognia, 

przyspieszył i tak nieprzerwanie trwający pochód jej mieszkańców w dół, w cieplejsze regiony. Dzięki temu 

jego królestwo oddaliłoby się od terytorium włodarza Looc i niebezpieczeństwo bezpośredniego konfliktu 

zostałoby zażegnane. 

Lecz ognisty monarcha, który w końcu niewiele z tej całej mowy rozumiał, a słuchał tylko po to, aby 

dotrwać do końcowych praktycznych rad, strzelił gniewnie jęzorami złych płomieni. Potężny fajerwerk, z 

pewnością   dorównujący   mocą   najstraszliwszym   erupcjom   wulkanicznym,   musiał   zrobić   nie   byle   jakie 

wrażenie na mędrcu Nezorf, Głos przystąpił bowiem niemal natychmiast do wspomnianej uprzednio przez 

króla   sprawy   mariażu   księżniczki   Taeh   i   Księcia   Relooc,   porzucając   dotychczasowe   jałowe   wywody 

filozoficzne i nieprzydatne rozważania ogólne. 

Władca - pielgrzym znów zapłonął różową nadzieją. 

A mędrzec mówił dalej, że kwestie formalne można zawsze wynegocjować przy dobrych chęciach 

obu stron, mających wspólny interes, nawet jeśli te strony reprezentowane są przez ogień i wodę; gorzej jest 

natomiast z czynnikami fizycznymi, które nie dają się dostosować do wymogów chwili. Lecz na wszystko 

znajdzie się rada: aby małżeństwo córki króla Toh i syna władcy Looc mogło się spełnić, a może nawet wydać 

potomstwo, należy bezwzględnie zrównać temperatury obojga partnerów, przynajmniej w punkcie zetknięcia i 

na czas obcowania. W przypadku niezrealizowania tego warunku następstwa choćby tylko próby współżycia 

background image

mogą okazać się katastrofalne, przed czym lojalnie ostrzega on, mistrz Nezorf. Ale, wracając do współżycia - 

istnieje wiele pomocnych w tym przypadku instrumentów, jak wszelkiego rodzaju przedłużacze, reduktory 

gorąca itd., choć powszechnie wiadomo, że środki mechaniczne są nieprzyjemne i niezdrowe. On, mędrzec z 

Krainy   Mrozu,   radzi   co   innego:   należy   przez   koncentrację   psychofizjologiczną,   w   wyniku   odpowiednio 

długiej gry przygotowawczej, wytworzyć u obu stron przeciwny gradient temperatury w taki sposób, aby w 

punkcie zetknięcia ciepłota była jednakowa! Da się to osiągnąć po specjalnym treningu obojga partnerów, 

który to trening on, mistrz Nezorf, gotów jest poprowadzić dla młodej pary zamiast prezentu ślubnego. Muszą 

tylko uważać, aby nigdy nie weszli w kontakt bezpośredni niczym innym, niż organami przeznaczonymi do 

podtrzymywania gatunku. 

W przeciwnym przypadku grozi katastrofa o nie dających się przewidzieć następstwach. 

Te rady król Toh zrozumiał w pełni i przedstawione sposoby zadowoliły go tak dalece, że zagrzmiał 

potężnym słupem dziękczynno - radosnego ognia w czarną otchłań nicości nad sobą, a potem poderwał swój 

rydwan i pognał w dół poprzez kruche, pryskające nawet pod spojrzeniem siatki zmrożonych skał, przez 

różowe bagna półpłynnych mas, wśród mórz gorejącej lawy, aż do Krainy Ognia, aby zakomunikować córce, 

księżniczce Taeh, radosną nowinę. Pędził jak burza tektoniczna, jak dzikie podziemne tąpnięcie, a ławice 

zdumionych szarkai kłębiły się w rozhuśtanej pożodze znaczącej szlak rydwanu. Wreszcie dotarł szczęśliwie 

do Nwotemalf i wziął swoją ognistą córę w ramiona, a ona posłuszna woli rodzica zgodziła się na wszystko, 

co   zaplanował.   Wnet   pchnięto   płomsłańca   do   władcy   Krainy   Chłodu,   króla   Looc,   i   nie   minęły   cztery 

przypływy ognistego morza, jak młoda para kandydatów na mieszane ciepłozimne małżeństwo udała się na 

kurs przygotowawczy do mistrza Nezorf. Wkrótce odbyło się huczne i ogniste weselisko, a niedługo potem 

płomienna Taeh spłodziła dwoje czarujących dzieci, które mogły wedle potrzeby z łatwością zmieniać ciepłotę 

ciała od temperatury matki do temperatury ojca. I wszyscy byli szczęśliwi: król Toh, bo spokój panował na 

górnych   rubieżach,   księżniczka   Taeh,   bo   jej   ojciec   był   zadowolony,   dzieci   -   bo   mama   uśmiechała   się   i 

opowiadała bajki o lodowych smokach ziejących śniegiem, no i książę Relooc, który... właściwie nie był tak 

zupełnie   szczęśliwy.   Gdy   rozpoczynali   grę   miłosną;   stał   naprzeciwko   swojej   małżonki   pełen   rosnącego 

napięcia, a ona jawiła się w bezpiecznej od niego odległości  jako efemeryczna postać owiana splątanymi 

smugami pełgających płomieni. Potem zbliżali się z wolna do siebie i żar ognia kładł mu się na piersiach 

łaskotliwym ciężarem. W drżącym uniesieniu miłosnym musiał być niezwykle precyzyjny.  Już po wzlocie 

namiętności,   ogarniał   tęsknym   spojrzeniem  wciąż   pałającą   ogniem  figurę   żony  i   kochanki   i  marzył,   aby 

dotknąć ją i pieścić, aby czuć ją całym ciałem, aby wesprzeć się czołem o jej czoło i wiedzieć wszystko, co 

myśli... Marzenia Relooca, odpychane zawsze piekącym tchnieniem żaru, powracały wciąż uparcie i zmieniły 

się wkrótce w obsesję. Męczył się w czasie przypływu i odpływu, nawet we śnie tulił płomienne ciało żony. 

Przenikał do jej myśli, czując parzący dotyk jasnego czoła na swojej skroni, był nią, a ona nim, stanowili parę, 

lecz także wspaniałą jedność. 

Nazajutrz, po jednym z takich marzeń sennych, książę Relooc, jako że był młody i porywczy, popełnił 

głupstwo na skalę iście kosmiczną, głupstwo, które było jednakże nieubłaganą prawidłowością, albowiem jeśli 

nie on, to kto inny popełniłby je niebawem. Bo po prostu nadszedł czas, czas odpowiedni i konieczny, Ziemia 

minęła następny słup milowy. 

Zaraz   po   zbliżeniu   ze   swoją   płomienną   małżonką,   która   rozpoczęła   już,   jak   zwykle,   powolne 

background image

wycofywanie  się, książę Relooc, ogarnięty gwałtownym  przypływem  uczucia miłości, ciekawości tudzież 

innymi pragnieniami wyższego rzędu pulsującymi gwałtownie w jego piersi, schylił się niespodziewanie i, 

pogwałciwszy wszystkie zakazy mistrza Nezorf, dotknął swoim chłodnym czołem skroni księżniczki Taeh. 

Nagle ujrzał wszystko. Cała jej dusza stała się przezroczysta, wyrosła przed nim niby szklany posąg w 

obcej, trywialnej masce. Miał wrażenie, że dotarł do przeraźliwie pustego końca tajemniczej drogi, którą 

dotychczas podążał. Chciał cofnąć się, uciec, lecz było już za późno. Nastąpiła nieunikniona katastrofa - i 

wszystko znikło w oślepiającym rozbłysku iluminacji. 

Pod   musującym   jak   czerwony   szampan   niebem,   na   pienistych,   falujących   zmiennym   rytmem 

ciężkiego   oddechu   bryłach   tkwiących   w   zwalistych   objęciach   oceanu,   wylegiwały   się   w   świetle   gwiazd 

galaretowate,   lepkie   stwory.   Wyglądałyby   jak   szlam   czy   piana   morska,   gdyby   nie   delikatne   rozbłyski 

międzytkankowe przenoszące się bezgłośnymi impulsami rozmowy pomiędzy poszczególnymi osobnikami, 

rozlanymi na żywych wyspach. Pośród amarantu niespokojnego nieba lśniła dostojnym blaskiem supernowa. 

- Co to? - spytała mała kupka galarety. 

- Gwiazda olśnienia - odrzekła większa. - Mieszkańcy pewnej dalekiej planety dokonali odkrycia. 

- A u nas? Przecież ciągle... 

- To musi  być  bardzo wielkie  odkrycie.  U nas  było  pięć takich wybuchów,  dopiero po ostatnim 

przybraliśmy obecną postać. Dawniej byliśmy naprawdę piękni ! Ostatnia eksplozja nastąpiła natychmiast po 

odkryciu, że najprzyjemniej jest wylegiwać się w świetle gwiazd. 

- A... oni ? 

- Są w początkowym stadium rozwoju. Odkryli dopiero pierwszą swoją prawdę, przypadkowo zresztą, 

tak jak i my niegdyś. 

- Jaką prawdę? 

- Ich prawdy są wyłącznie dla nich, mój mały. Sami je zdobywają i sami muszą się z nimi uporać, nam 

nic do tego. Poza tym  nie odczuwam nawet cienia zainteresowania, naprawdę  dosyć  mam już kolejnych 

eksplozji olśnienia. 

Pora na odpoczynek - czyż nie wspaniale jest dawać się pieścić delikatnym promykom gwiazd? 

Tymczasem wściekły impet wybuchu supernowej nieco zelżał, tak że błąkające się w rozhukanym 

morzu ognia dusze mogły rozpocząć poszukiwania swoich nowych wcieleń. 

background image

Andrzej Zimniak

”Korona życia”

Trwał przez chwilę w gęstej atmosferze planety, analizując jej niezwykłą biosferę. Zewsząd docierały 

promienie   życia   z   przemieszczających   się   warstwowo   prostych   mieszanin   gazowych,   z   nieregularnie 

rozczłonkowanych,   elastycznie   odkształcających   się   konstrukcji   i   z   ciężkich   powłok   skorupy   globu. 

Intensywność  świecenia była  zróżnicowana najsłabsza, podstawowa  radiacja dobiegała od kłębów materii 

unoszonej w gazach, zaś najsilniej promieniowały twory poruszające się powoli po powierzchni planety. Ich 

widmo okazało się bogate i złożone. 

Wtem  jeden  z  promieni   zatrzepotał  i przygasł,  aby rozbłysnąć   za  chwilę  niepokojącym,  ostatnim 

blaskiem. Tam kończyło się życie. Tam należało dotrzeć. Natychmiast. 

Po gasnącym promieniu opuścił się poprzez gęstą, płynącą nieregularnymi spiętrzeniami atmosferę, 

przeniknął zwartą, lecz nietrudną do sforsowania przeszkodę i wreszcie znalazł się u celu akurat wtedy, kiedy 

radiacja znikła ostatecznie. Lecz wiedział dokładnie, gdzie znajdowało się jej źródło, wszelka pomyłka nie 

wchodziła przeto w rachubę. 

Przez krótką jak błysk chwilę przygotował się do wykonania zadania, a potem szybko wniknął w 

obiekt. Trwał w nim rozbieganym  splotem impulsów,  aż w końcu skupił się w punktach o największym 

powinowactwie i stamtąd prowadził dalszą akcję.. A musiał się spieszyć, procesy destrukcyjne przebiegały 

bowiem coraz szybciej. Natychmiast  otoczył  ogniska lokalnie rosnącej entropii i spowodował jej spadek, 

odwracając   reakcje   degeneracji.   Czynił   przy  tym   ciekawe   spostrzeżenia,   obserwując   przebieg  zjawisk  na 

poziomie   molekularnym.   Gdy  promieniowanie   życia   znów   rozjarzyło   się   pełnym   blaskiem,   rozpłynął   się 

równomiernie po całym obiekcie, bo wciąż nie wiedział, jak najlepiej będzie nim zawładnąć. 

Skoncentrował   się   w   najwyższym   stopniu   w   momencie,   w   którym   człowiek   otworzył   oczy. 

Spodziewał się odmiennej percepcji, lecz pierwsze wrażenie daleko prześcignęło wszelkie przewidywania. 

Wielu zjawisk nie rozumiał, chociaż czuł je za pośrednictwem mózgu ludzkiego, którego składnik wszak już 

stanowił.   Oślepiający,   niespotykanej   mocy   potok   światła   słonecznego   wlewał   się   przez   otwarte   okno   i 

wzbudzał   dziesiątki   barw   w   surowym   szałasie   z   żywicznych   sosnowych   bali.   Zimne   górskie   powietrze 

nasycone było zapachem świerków. 

Nie mógł wytrzymać takiej dawki inności. Wdarł się siłą do tętniących życiem splotów nerwowych, 

przemocą spowolnił falujący bieg impulsów, narzucił im swój własny rytm. 

Wściekła gra barw przygasła, w szarej atmosferze planety znów widział gęste chmury molekuł azotu i 

tlenu,   szałas   stanowił   nieistotną,   łatwą   do   sforsowania   przeszkodę   składającą   się   ze   zmartwiałej   tkanki. 

Nijakość półprzejrzystych zasłon gazowych i niestabilnych, bezkształtnych konstrukcji rozjaśniały roje iskier 

życia, życia, którego tak pragnął. 

Lecz   człowiek   ponownie   umierał.   Jego   promień   gasł   w   ostatnich,   rozpaczliwych   rozbłyskach. 

Należało natychmiast powrócić do biernej obserwacji, odblokować przepusty ludzkich impulsów i dać się 

ponownie znarkotyzować feerią nierealnych doznań tego dziwnego świata, w którym nie ma rzeczy i zjawisk, 

tylko wysublimowane ich wrażenie. Nie mógł wybierać, jeśli chciał mieć swoje życie. 

background image

Osłosłonił dłonią oczy - ostry słoneczny blask wciskał się siłą pod powieki, kłując aż do bólu. Wypełzł 

przed   chwilą   z   ciemnej   jamy,   wyczołgał   się   z   lepkiej   cuchnącej   mazi,   która   zalewała   mu   usta,   dusiła, 

napełniała płuca stęchlizną. Tam w głębi była śmierć, wiedział to. Więc... żyje?! 

Sięgnął niepewnie do boku i namacał grube, swędzące blizny. Zdarł koszulę i zobaczył różowe pręgi 

świeżych zrostów. Wyszedł z tego! Żyje! Jednym susem był na podłodze, uderzył barkiem w bierwionową 

ścianę,   aż   szałas   zatrzeszczał   pod   potężnym   ciosem.   Szybko   wciągnął   ubranie,   narzucił   futrzaną   kurtę   i 

wybiegł w skrzypiący pod butami śnieg, pomiędzy świerki tańczące w szebrnym woalu na tle przepastnego 

błękitu. Wpadł w biały puch i śmiał się do łez jak dziecko. 

To było na granicy wytrzymałości. Dziki potok subiektywnych wrażeń, które zmuszony był przez 

siebie przepuścić, stanowił coś na kształt irracjonalnie silnego wzmocnienia nieistotnego szumu, wywołanego 

niewielką zmianą konstelacji molekuł. Czy ten biedny człowiek naprawdę nie jest w stanie pojąć istoty rzeczy, 

dostrzec  procesów podstawowych?   Największym  wysiłkiem  powstrzymywał  się  przed  ucieczką,   gdy Orz 

poruszał się zbyt  blisko niebezpiecznej skorupy planety.  Wniknięcie w nią groziło dezintegracją. Lecz w 

promieniach życia było mu tak dobrze, że zaryzykował i pozostał. 

Poprzez kopny śnieg Otr dobrnął do wioski, której chaty przypominały wielkie białe kopce. Wiatr 

unosił delikatny zapach dymu i strawy; z daleka jękliwie przywoływał czysty dźwięk dzwonów. Na widok 

przybysza   ludzie   przystawali   zaskoczeni,   aby   zą   chwilę   przyłączyć   się   do   niego,   obejmując   i   klepiąc 

przyjaźnie po plecach. W karczmie było ciepło i ciemno, na kominku trzaskały w ogniu sosnowe szczapy, 

woń żywicy mieszała się z zapachem pieczeni. Dziewczęta roznosiły mocne piwo w drewnianych kuflach. 

Było przytulnie i bezpiecznie; po paru tęgich łykach przybyszowi zaszumiało w głowie. Wygłodniały, rzucił 

się na dymiące mięsiwo. 

Nie próbował nawet zapanować nad układem. Rozlokował się w ośrodkach nerwowych nie ingerując 

w ich czynności i pił z czystego zdroju życia. Wewnętrzny głos wciąż ostrzegał go przed bezkrytycznym 

otwarciem na obcy sposób percepcji, lecz jednocześnie odczuwał niepokojąco drażniącą przyjemność. Obawa 

przed nieznanym spychana była na dalszy plan przez leniwe i zniewalające doznania zapachów, smaków, 

barw, głodu i pragnienia. Wiedział, że mógłby natychmiast określić genezę owych wrażeń, ukazać prawdziwe 

ich przyczyny na poziomie submolekularnym i odpowiednio posterować całym procesem, lecz nie zdobył się 

na to. Przecież i tak ostateczny wynik wszystkich reakcji ma przed sobą, w sobie, jest tym wielkim płowym 

mężczyzną, połykającym pachnące kęsy pieczeni. 

Wtem miękkie białe ramiona zamknęły się wokół niego, w złotym strumieniu włosów, wśród zapachu 

młodego kobiecego ciała szukał jej ust. Wyszli splecieni w uścisku. Miał żar w piersi, nie dbał o nic, była 

tylko ona i jeszcze raz ona. Kiedy przytulał ją z całych sił, wiedział, że to właśnie jest wszystko: życie i śmierć 

tańczyły razem w dzikim rytmie, spięte klamrą szaleństwa. Gdy potem leżał bez tchu, nie wiedział, gdzie jest, 

choć świat powoli powracał na swoje miejsce. 

Nie wiedział, gdzie jest i kim jest. Czy sobą - przybyszem z daleka, czy już stał się człowiekiem - tym 

młodym   mężczyzną,   szalonym   kochankiem.   Przez   chwilę   rozważał   natychmiastowe   podjęcie   badań,   lecz 

zrezygnował i poddał się całkowicie ludzkiej psychice. O ile to było przyjemniejsze! Nie dbać o podstawowe 

przyczyny,   nie   budować   gradientów   entropii,   nie   analizować   interakcji   cząstek  elementarnych.   Tutaj   to 

wszystko   działo   się   samo,   poza   wiedzą   ludzi   bez   potrzeby   ich   ingerencji.   I   jak   przekonał   się,   działało 

background image

doskonale! On sam niczego podobnego skonstruować nie byłby w stanie, nawet przy krańcowej koncentracji i 

w najlepszych warunkach. Jeszcze nie osiągnął tak wysokiego stopnia rozwoju, choć może jego ewolucja ku 

temu właśnie zmierzała. A tutaj, na Ziemi, po prostu przeskoczył ów etap, zdołał dołączyć do wspaniałej 

cywilizacji tubylców! Naprawdę, miał w tym  wszystkim wiele szczęścia. Przybył,  aby pożywić  się nieco 

prostym promieniowaniem życia, a wyższy wymiar istnienia stał się również jego udziałem ! 

Uniósł   Ane   z   łoża,   ciepłą   i   rozmarzoną,   i   przycisnął   tak,   że   aż   oboje   stracili   oddech.   Potem   z 

tkliwością   gładził   niewidoczny   puch   na   gładkiej   skórze   jej   pleców..   Wyszli   w   fioletowy   zmierzch,   w 

skrzypiący wieczornym mrozem śnieg. 

Czuł obecność resztek niechcianych już teraz myśli. Czy wysłać wiadomość? Oni... i tak nie znajdą 

tutaj tego, czego szukali. Ale znaleźliby więcej... Lepiej już milczeć. 

Gdzieś   za   ściętą   mrozem   szybą,   w   migotliwym   świetle   oliwnej   lampy,   starzec   pochylał   się   nad 

księgami, ustawiał instrumenty. Orz poczuł dla niego współczucie. Oto człowiek próbujący opuścić swój świat 

zmysłowej ułudy, człowiek szukający prawdziwego kształtu zdarzeń, obiektywnej prawdy. Ludzkość patrząca 

wstecz   na   własne   ślady,   cofająca   się   w   lukę   po   poprzednim   etapie,   którego   nie   było.   Który  szczęśliwie 

ominęła. 

Na dalekim niebie obcym  blaskiem lśniły gwiazdy.  Mocno objął drżące ciało Ane i poszli przez 

zeszklony   mrozem   śnieg,   pod   ciężkimi   żywicznymi   gałęziami,   poprzez   granatowy   wieczór,   zapatrzeni   i 

zasłuchani w siebie nawzajem i w cały swój wielki świat. W świątyni zapalono już świece, a ciepła woń 

kadzideł ścieliła się nisko między świerkami. 

background image

Andrzej Zimniak

”Numen”

W otchłani przestrzeni, dokąd nie dociera nawet najsłabsze echo dalekiego życia gwiazd, gdzie w 

niemal zupełnej pustce pojęcie czasu zatraca swój sens, pojawił się szept. Szept odległego Istnienia, płynący 

od gorejącego jądra Galaktyki. Nie był  to jeszcze impuls, lecz jego siła sprawcza, nie sygnał - lecz jego 

zwiastun. Dopiero gdy zagłębił się w gęstniejących zwojach pól, spowijających ziarna pyłu kosmicznego, gdy 

począł wchłaniać niezbędną mu energię, wytworzył pierwsze elementy materialnej struktury. Już jako dobrze 

zorganizowana   wiązka   fal   mijał   młode   słońca,   rozdęte   i   dogasające   gwiazdy   i   wystygłe,   wirujące   w 

ciemnościach globy.  Ostrym  promieniem załamał  się w atmosferze gorącej  pustynnej  planety,  przemknął 

ponad   rozpełzającą   się   na   wszystkie   strony  równiną   i   wniknął   w   jedno  z   piaszczystych   wzniesień.   Tam 

dostroił się do warunków zewnętrznych i niezwłocznie rozpoczął pracę. Czerpiąc do woli energię z gorącego 

wnętrza   planety,   Numen   jął   przebudowywać   materię,   tworzyć   zręby  złożonych   struktur,   wzbogacać   je   i 

modelować   w   sposób   odpowiedni   do   zastanej   rzeczywistości.   Po   raz   ostatni   skorelował   swój   projekt   z 

parametrami planetarnymi, wprowadził drobne poprawki i odcisnął gotową - matrycę w gliniastym zboczu 

wzgórza.

Mężczyzna   zmrużył   oczy   w   ostrym   blasku   słonecznym   i   powstał   ociężale.   U   stóp   wzniesienia 

rozciągał  się  nierówny,   kamienny  płaskowyż,   a poza  nim falowała  w gorących   smugach   powietrza  biała 

pustynia. W bladej mgle oddalenia rozsiadły się szare skaliste wzgórza otulone trenami  rozwianego piasku, 

lecz   to   wszystko   nie   interesowało   go   w   najmniejszym   nawet   stopniu.   Zszedł   z   pagórka   i   posuwał   się 

niespiesznie   wzdłuż   szeregu   potężnych   maszyn   błyszczących   niklowanymi   powierzchniami   metalowych 

konstrukcji   i   urządzeń   świecących   jaskrawym   lakierem.   Bez   zastanowienia   wspiął   się   po   drabince 

pomalowanego na żółto kolosa i zajął miejsce w wysokiej przeszklonej kabinie, skąd doskonale widział cały 

płaskowyż. Przerzucił dźwignie i mechaniczny potwór ożył, w jego trzewiach zbudził się ruch, a cielsko 

zadrżało od głębokiego głuchego dudnienia. Z jazgotem gąsienic machina powoli ruszyła i z impetem wbiła 

stalowe kły w zbocze wzniesienia. Szczęki zwarły się, wyrywając kawał gliny, a podajniki przetransportowały 

materię dalej, do wnętrza, gdzie pod ogromnym ciśnieniem i w temperaturze mięknięcia substancji uformował 

się  płaski  równoległościan.   Po godzinie   pracy maszyna   wyrzuciła  z  siebie   kilkadziesiąt  gładkich bloków 

skalnych. Mężczyzna obojętnie spoglądał na swoje dzieło. Potem przesiadł się do innej maszyny. Zniwelował 

teren   i   rozpoczął   spajanie   wytworzonych   wcześniej   bloków.   Słońce   zachodzące   za   blade   mgły   pustynne 

wycieniowało ciepłą czerwienią gotowy dom z płyt skalnych. Mężczyzna spoczął na progu i czekał. 

Kobieta przyszła tuż po zachodzie słońca. Widział ją już wcześniej, zanim szary mrok wypełzł z 

pustyni i objął cały płaskowyż. Oderwała się od czerwonej ściany wzniesienia i szła prosto ku niemu, wysoka 

i złotowłosa, a jej jasne ciało miało odcień różu. Gdy przyszła, pomógł jej otrzepać się z gliny i oboje zasiedli 

bez słowa przy kamiennym stole, na którym parowały misy ze strawą. Po posiłku udali się na spoczynek, 

układając się wprost na miękkim piasku. 

Jak tylko tarcza słońca wynurzyła się z porannego zamglenia i pastelowym blaskiem zalała płaskowyż 

z szeregiem gotowych do akcji maszyn, oboje wstali i udali się do pracy. Mężczyzna znów atakował zbocze 

background image

wzniesienia,   składał   i   spajał   płyty,   polerował   wieże,   wycinał   i   ustawiał   obeliski.   Kobieta   zajmowała   się 

wykańczaniem wnętrz powstających budowli lub wytyczaniem i układaniem ulic. O zmroku na pociemniałym 

niebie zawisła sina i ospowata twarz księżyca, lecz ludzie niczego nie zauważyli. Odstawili maszyny, wrócili 

do domu i zasiedli nad parującymi misami ze strawą. 

W ciągu pięciu dni zbudowali całą dzielnicę Miasta. Nad płaskowyżem wznosiły się coraz wyższe i 

śmielsze konstrukcje, a ponad dachami domów górowały strzeliste wieże. Kamienny las budowli był szary, 

ponury i dostojny. Szóstego dnia zajęli się konserwacją maszyn. Używając innych mechanizmów sprawdzali 

układy sterujące, czyścili silniki, smarowali łożyska. 

Siódmego dnia nie poszli do pracy. Mężczyzna wylegiwał się na swoim posłaniu lub wygrzewał na 

słońcu. Raz otarł się przypadkiem o Kobietę, przyciągnął ją ku sobie i odczuł krótką, ostro szarpiącą trzewia 

przyjemność. Puścił ją bez słowa. 

Następnego dnia rozpoczęli budowę drugiej dzielnicy. Pracowali w zapamiętaniu wiedząc dobrze, co 

mają robić. Praca była ich żywiołem, kamienne Miasto - celem. Niczego innego nie potrzebowali ani nie 

chcieli. Myśleli tylko o budowaniu, a także o ulepszaniu maszyn, które na drugi dzień znajdowali zawsze 

przestrojone zgodnie ze swoimi życzeniami. Przyjmowali to obojętnie i brali się w milczeniu do roboty. 

W ten sposób powstawały coraz to nowe dzielnice, rozrastał się i gęstniał szary kamienny labirynt. 

Kiedyś Mężczyzna skierował jedną z maszyn pionowo w dół i wrył się pod ziemię, gdzie rozpoczął budowę 

drugiego Miasta. Kobieta podążyła za nim. Tak budowali i budowali w dzikiej pasji zwielokrotniania. 

Aż   nadszedł   kiedyś   wieczór   pełen   niepokoju   i   napięcia.   Powietrze   co   chwila   rozjaśniały  dalekie 

stłumione błyski, a na ostrych szczytach najwyższych  wież paliły się blade ognie. Wtedy Kobieta po raz 

pierwszy spojrzała w niebo. Na tle głębokiego granatu gwiazdy rozsypały się srebrnym pyłem. Mężczyzna 

powędrował czujnym wzrokiem za spojrzeniem Kobiety, lecz nie dostrzegł niczego. Wzruszył ramionami i nie 

czekając na swoją towarzyszkę ruszył przed siebie szeroką ulicą, wyłożoną gładkimi kamiennymi  płytami, 

spoglądając z dumą na wzniesione ostatnio budowle. 

Lecz   pewnego   wieczora   i   on   dostrzegł   gwiazdy.   Odstawił   właśnie   swoją   żółtą   maszynę,   którą 

posługiwał się najczęściej, na parking pod wzgórzem, odwrócił się ku Miastu i wtedy ujrzał je. W trójkątnym 

wycinku   czarnoniebieskiego   nieba,   pozostawionym   między   spadzistymi   dachami,   zawisły   wielkie, 

nieruchome,   jasnobłękitne.   Wieczorne   zamglenie   starło   z   firmamentu   drobny   pył   dalekich   słońc,   tak   że 

pozostały tylko te płonące najsilniejszym blaskiem. 

- One tam są - odezwał się powoli po raz pierwszy, niezgrabnie wymawiając słowa. 

- Tak - dodała cicho towarzysząca mu Kobieta. Pracowali potem ciężko przez wiele dni, jakby chcąc 

za wszelką cenę wymazać z pamięci to, co zaszło. Lecz kiedyś o pogodnym zmierzchu wpatrywali się jak 

urzeczeni w głębokie, pełne odległych i niedostępnych światów niebo. Mężczyzna poczuł, że w jego ciężką, 

stwardniałą dłoń wsuwają się smukłe palce Kobiety. Nie odepchnął jej. 

Nie   wstydzili   się   już   teraz   spoglądania   w   niebo.   Codziennie   o   zmierzchu,   po  powrocie   z   pracy, 

przystawali przed progiem swojego domu i długo patrzyli. Pełna surowego uroku, starczo pomarszczona twarz 

księżyca była dla nich następnym odkryciem. 

Tymczasem   miasto   rosło i  potężniało.   Prawie   cały płaskowyż  zapełniały  zwaliste   szare  budowle. 

Kiedyś Kobieta poczęła ozdabiać ścianę świeżo ukończonego domu prostym reliefem. Mężczyzna opuścił 

background image

swój pojazd i podszedł aby jej przeszkodzić w tej bezużytecznej pracy, lecz przystanął zdumiony - prosty, 

surowy gmach stał się jakby lżejszy, zgrabniejszy, wyróżniał się spośród innych ciężkich konstrukcji. I wtedy 

dostrzegł też, że Kobieta jest piękna : jej nogi były długie i smukłe, kształtne biodra sklepione wysoko, a 

wąskie plecy pełne życia pod miedzianozłotą skórą, gdy z pasją pracowała nad kamienną rzeźbą. Podniósł ją z 

klęczek i przytulił, i po raz pierwszy poczuł ciepło tak dobrze znanego ciała, a w jej wielkich oczach pełnych 

teraz złotych iskier ujrzał kuszące odbicie nie znanego mu świata. Nadal pracowali całymi dniami, lecz teraz 

więcej piękna  usiłowali zawrzeć we wznoszonych budowlach. Pod ścianami pojawiły się zadumane posągi, 

powierzchnie placów stroiły się w barwne mozaiki, a gmachy odznaczały się śmiałą i lekką konstrukcją. 

Z   wysokości   swojej   oszklonej   kabiny   dyspozycyjnej   Mężczyzna   coraz   częściej   spoglądał   ponad 

najeżonym wieżami i dachami płaskowyżem na morze ruchomych piasków, omywające ciemne kurhany skał. 

Gromady kamiennych wzgórz, które majaczyły dawniej we mgłach widnokręgu, zbliżały się teraz do Miasta, 

stały niemalże na wyciągnięcie ręki. Ich otchłanne pieczary kusiły, szerokie granitowe tarasy zapraszały, a 

pustynny wicher wyśpiewywał w skalnych szczelinach melodię tak bardzo nęcącą w swojej inności. 

Gdy wieczorem przytuleni wracali pod granatowym niebem, na którym tak nisko jak nigdy zawisły 

gwiazdy podobne do wielkich kropli rtęci, Mężczyzna postanowił powiedzieć swojej towarzyszce o skałach na 

zewnątrz, poza Miastem. Rozmawiali rzadko, zwykle wystarczały gesty. Lecz gdy weszli do domu, Kobieta 

przemówiła pierwsza. 

- Co to jest za strawa, która daje nam życie? - pytała jak zwykle powoli, pochylając się nad parującą 

misą. Mężczyzna milczał. Myślami był daleko, pośród ciemnych zastępów skalnych postaci. 

- Po co... - Kobieta przerwała, czując ucisk w gardle po co budujemy Miasto? 

Nastało długie milczenie. Później, gdy leżeli koło siebie na piaskowym posłaniu, także nie odezwali 

się ani słowem. 

Trzymając się za ręce spędzili bezsenną noc; oboje czuli, że wkrótce wydarzy się coś ważnego. Może 

już jutro. 

Kolejny siódmy dzień wstał pośród mgieł, które snuły się powłóczystymi pasmami między wieżycami 

kamiennego Miasta. Potoki ostrego światła rozpędziły wkrótce nocne zjawy i nagromadzenie masywnych 

budowli ukazało się w całym swoim przytłaczającym majestacie, poza nim zaś, tuż za krawędzią płaskowyżu, 

zastygła jasnymi jęzorami piasku pustynia, nie zmącona jeszcze falami gorącego wiatru. 

Oboje stali tuż przy krawędzi i patrzyli. Miasto otaczały ciasnymi  pierścieniami potężne bastiony, 

zamki, pałace z szarej lub czarnej skały, rzeźbione w fantastyczne krużganki, korytarze, prześwity, obeliski i 

tarasy. Każdy z nich wypiętrzał się znacznie wyżej niż nąjwynioślejsze wieże Miasta i wpierał się dumnie w 

blady błękit nieba. Nie spostrzegł nawet, kiedy to zrobiła. Puściła jego rękę, lekko podbiegła do urwiska i 

skoczyła. Płaskowyż wznosił się ponad pustynią nieznacznie tylko, na wysokość człowieka. Kobieta znikła. 

Znikła, zanim dotknęła stopami białej wydmy pustynnego piasku. 

Mężczyzna poczuł ostre ukłucie w sercu, żelazna dłoń chwyciła go za krtań. Lecz po chwili odetchnął 

głęboko i wyprostował przygarbione plecy. Spojrzał na groźny swoją tajemnicą labirynt czarnych skał, a w 

jego wzroku było wyznanie. Zdawał się rosnąć i potężnieć, ponad własne ciało i możliwości. 

"Muszę tam pójść. Dotknąć czarno opalizujących skał, postawić stopę na gładzi gorących tarasów. 

wesprzeć czoło o rosnące kolumny i wsłuchać się w ich wewnętrzny rytm. Czy fakt, że tutaj powstałem, ma 

background image

oznaczać, że także tutaj obrócę się w pył? Że jeśli należę do Miasta, nie mogę przekroczyć jego granicy?" 

Mając w oczach błękit dalekiego nieba, skoczył  w ślad za Kobietą. I czuć przestał, zanim zaczął 

rozumieć. 

Numen   przestroił   swoje   wewnętrzne   struktury   w   bazaltowym   rdzeniu   wzniesienia,   gdzie   był   się 

niegdyś zainstalował, i jeszcze raz sprawdził wszystkie grupy danych, zwłaszcza zapis czasu początku i końca 

Życia. Za każdym razem, w tysiącach przypadków, wyglądało to podobnie. Tyle  razy i w tylu zakątkach 

przestrzeni był  potęgą bóstwa dla wskrzeszanego przez siebie rozumnego istnienia,  i zawsze dojrzały już 

intelekt odrywał się od własnego podłoża. Tak widocznie już musi być. 

Ostry jak błyskawica promień wytrysnął z rozkopanego wzniesienia, świetlistą iskrą przemknął nad 

martwym Miastem, białym oceanem pustyni i dalekimi kurhanami kruchych szarych skał, za którymi lotny 

piasek i gorący wiatr usypywały długie treny, i ognistą iskrą przebił się przez szare zamglenie atmosfery. 

Oddalał się szybko od planety, w sposób ciągły dostrajając swoją strukturę do warunków lotu i procesów 

wewnętrznych. 

"Życie planetarne, które tak lubi, stanowi obszerny, lecz już zamknięty okres egzystencji. Będzie teraz 

wypełniał inne zadania, które wyłonią się z kompozycji  istnień: jego twórców i jego własnego. Kim oni 

właściwie są? I po co go stworzyli? 

Kim jest on sam? Dlaczego musi wskrzeszać inne życia?" W otchłani przestrzeni. dokąd nie dociera 

nawet najsłabsze echo dalekiego życia gwiazd, szept odległego Istnienia wyzwolił się z ostatnich elementów 

dawnej struktury. Wokół niego zapłonął potężnym blaskiem inny Wszechświat, lecz on sam przestał istnieć, 

zanim zaczął rozumieć. 

background image

Andrzej Zimniak

”Schronisko”

Nick   otworzył   okno   i   pokój   napełniło   chłodne   górskie   powietrze.   Las   wspinał   się   korowodem 

strzelistej zieleni świerków na stromiznę, która zdawała się walić ogromem skalnego masywu wprost na wątłą 

ścianę budynku. 

W szczotce igliwia uwięzły kłęby mgły, ziemia i drzewa parowały po niedawnym deszczu. Z gałęzi 

opadały  duże   krople.   zabielone   refleksem   mlecznoszarego   nieba.   Nick  wychylił   się,   wsparłszy  łokcie   na 

wilgotnym   parapecie.   Odetchnął   głęboko   i   poczuł   ostrą   woń   lasu:   igliwia,   mokrego   mchu,   zbutwiałego 

drewna. Jak to wszystko  trzyma  się na takiej pochyłości?  - pomyślał  machinalnie, obserwując  kurczowo 

wrzepione w ziemię drzewa. obnażające splątane ścięgna korzeni. Pomiędzy stojącymi dumnie jak kolumny 

prostymi olbrzymami świerków lekko przysiadły barwne drzewka jarzębiny. Kiedyś Nick porównywał je do 

płomieni   strzelających   pośród   szarozielunej   masy   leśnej.   Dziś   nie   mógł   zdobyć   się   na   takie   skojarzenia 

widział tylko na wpół martwe liście, ledwie trzymające się gałęzi. Pewnie dlatego, że przyjechał zbyt późno: 

ostatnie dni października to w górach już początek zimy. Tylko patrzeć, jak któregoś ranka szyby zawiane 

będą śniegiem, a białe czapy przygniotą gałęzie do ziemi. Tak, i tym razem spóźnił się. Często spóźniał się, 

czasem o lata, czasem o minuty - efekt bywał podobny. 

Po prawej nodze przebiegła mrówka. łaskocząca, nieznośna. Strzepnął dłonią, jakby chciał pozbyć się 

natręta; zawsze tak robił i zawsze potem śmiał się krótko, chrapliwie, bez cienia radości. Mięśnie poczynały 

palić   i   drętwieć,   zdawały   się   dzielić   na   dziesiątki   małych   kłębków   napiętych   do   granic   ostatecznej 

wytrzymałości materii. Wtedy musiał położyć się. Położyć i myśleć, myśleć za wszelką cenę! 

,,Sucha, pustynna planeta pod bladoróżową kopułą nieba. Kruche skały zalegają szkliwem spękanych 

odłamków   jej   nierówną   powierzchnię,   spod   hałd   błyszczących   odprysków   wyrastają   czarne   kominy 

podskórnych   złóż,   w   których   głębi   trwają   nieodgadnione   procesy,   przemieszczają   się   masy   materii   w 

konwulsyjnych drganiach trzewi globu. Planeta matka, sucha, surowa, wyniosła. Tu ona wydała życie, swoje 

ukochane dziecię, wypieszczone, jedyne. Miast oszałamiać świat paletą spłowiałych barw - wielością lichych 

form,   rozmaitością   kiepskiego   intelektu,   zrodziła   pośród   pustynnych,   jałowych   wzgórz   jedną   jedyną   - 

doskonałość". 

Nick poczuł sztywność zaciśniętych aż do bólu szczęk i delikatne mrowienie wokół warg. Wrażenia te 

dobiegały go zza ochronnej powłoki, wytworzonej koncentracją myśli i zdawały się nie dotyczyć jego, lecz 

jakiegoś  innego,  obcego  ciała.  Przez  lata  choroby,   wobec  której  medycyna   była  bezradna,  wyrobił   sobie 

przedziwny odruch obronny:  osiągał niemal  pełne oderwanie od rzeczywistości, a więc i od chwilowego 

cierpienia,   przez   niezwykle   intensywne   skupienie   myśli.   Czy   myśli?   Sam   tego   nie   wiedział.   Na   pewno 

nośnikami owego transu były również zwielokrotnione uczucia tęsknoty i wiary, wiary w coś innego lepszego. 

Drętwota warg powoli nikła i równocześnie ochronny nierealny świat odpływał, rozwiewał się jak 

mgiełka snu. Gmatwanina białych i brązowych plam z trudem ukonstytuowała się w nieostry jeszcze obraz 

pokoju z wyciętym jasnym prostokątem okna. 

Ach tak - pomyślał  - jestem w górskim schronisku, przyjechałem tutaj dzisiaj rano. Świadomość 

background image

miejsca i czasu powracała powoli jak skotłowana fala przyboju, zalewający odsłonięty przed chwilą lśniący 

wilgocią piasek. 

Unosząc się lekko na łokciu ostrożnie poruszył prawą nogą. Była jeszcze jak z drewna, lecz spełniała 

swoje funkcje. Wstał i przeszedł się po izbie, każdym stąpnięciem wyduszając z rozeschłych desek podłoga 

przeciągłe, podobne do skargi skrzypienie. 

Znów powędrował myślą  pomiędzy odległe światy,  aż do wyśnionej  planety,  zasypanej  szkliwem 

spękanych skał. Wiedział, że według dostępnych  danych  prawdopodobieństwo jej istnienia jest właściwie 

równe   zeru,   lecz   wierzył,   że   gdzieś   musiała   jednak   być,   zawieszona   pośród   obcych   słońc   w   bezkresie 

przestrzeni, utoczona różowym obłokiem atmosfery. Dlaczego w końcu nie?' Jeśli nie ma jej w pobliżu Ziemi, 

to znajduje się gdzieś dalej, a jeżeli nie tam, to jeszcze dalej. Przestrzeń jest nieskończona... A jeśli nie jest 

różowa to może żółta czy czarna. Co za różnica? Nie to jest ważne. 

Nick odzyskał już pełna sprawność. Nic wiedział, kiedy przyjdzie kolejny atak; następowały coraz 

częściej, choć zawsze trwały krótko. Wciągnął ciężkie górskie buty. narzucił brezentową kurtkę i wyszedł. 

Wieczorny las parował i szeleścił tysiącami kropel spadających z ciężkich wilgocią gałęzi. Deszcz 

ustał zupełnie nawet mlecznobure  niebo jakby nieco pojaśniało, u ciężka warstwa chmur  przybrała żółty 

odcień zachodu. Nick szedł szybko wysiłek sprawiał mu  teraz wyraźną  przyjemność.  Krew pulsowała w 

przyspieszonym rytmie, ciało słuchało każdego rozkazu myśli i było znów młode, las prędko umykał do tyłu. 

Wilgotne powietrze pachniało świeżym igliwiem i mchem. 

Kiedyś,  dwadzieścia,  a  może  trzydzieści  lat   temu;   było   tu  mnóstwo   jagód.  Najwięcej   tam,   gdzie 

kończył się już las świerków i zaczynała kocówka. Całe łąki granatowo - złote. od jagód i wrześniowych liści 

ich krzewów. Jeszcze wyżej, na wypalonych słońcem stokach. rdzaworude jagodziny rodziły wielkie owoce 

nabrzmiałe sokiem pod pokryty białym nalotem skórką. A najwyżej, wprost nad głową. jaśniał głęboki błękit 

nieba.   przykrywającego   wklęsłą   misą   cały  ten   świat.   pełen   zapachu,   wiatru,   słońca   i   radosnego   wysiłku 

wspinaczki. 

Nick poczuł zmęczenie akurat w chwili, gdy doszedł do potoku. Wzdłuż jego brzegów rosły kępy 

anemicznych jagodzin, pewnie miały jeszcze owoce. Ale komu chciałoby się ich szukać w mokrym gąszczu 

łodyg, w deszczu kropel spadających za kołnierz? 

Gdy zatrzymał się tuż nad brzegiem. zmęczenie rozbiegło się po mięśniach nóg łaskotliwymi językami 

odrętwienia.   Potok   toczył   wodę   szklistymi   zwałami   po   obłych   kamieniach   pośród   szpalerów   krzewów   i 

paproci. Tu i ówdzie nurt przedostawał się do rozległych, jasnozielonych niecek, na których dnie utrzymywał 

się piasek kuszący błyszczącymi  kryształkami  miki. Woda zdawała się tam zatrzymywać  w pędzie. dając 

przybyszowi czas na kąpiel w doskonale wypolerowanej, naturalnej wannie. 

To było wciąż piękne, także wśród szarzejącego leśnego zmierzchu. choć nawet nie w części tak 

szokujące doskonałą harmonią i dynamiką jak wtedy, nie tak dawno przecież... 

Wrócił na ścieżkę, lecz zatrzymał  się w pół kroku. Nogi obejmowało wzmagające się drętwienie, 

wigor sprzed chwili zniknął bez śladu. Las szarzał, za ciemnym zakrętem drogi czaił się głęboki ponury cień. 

Tak, ale uszedł od schroniska zaledwie dwieście metrów! Solidna wycieczka... 

Zatrzymał się niezdecydowany. A może oni są tam, na polanie pozostałej po ostatnim wyrębie, zaraz 

za zakrętem? Zaśmiał się cicho i oparł przedramieniem o mokry świerkowy pień. 

background image

Niezdecydowanie... Zawsze taki był, od dzieciństwa. Zwykle przeszkadzało w działaniu, lecz nieraz 

tłumiło nierozważne odruchy i dawało czas na zastanowienie. Zbyt  dużo czasu. Kiedyś  niezdecydowanie 

uratowało mu życie. Miał wtedy sześć, może siedem lat. W spiął się aż do nisko biegnących przewodów 

elektrycznych. Rówieśnicy zachęcali go z dołu. aby ich dotknął. Każdy zapewniał, że on sam robił to już wiele 

razy. ł tak stał na oparciu ławki pełen strachu i zaciekawienia; kilkakrotnie wyciągał i cofał rękę, pot ściekał 

mu strużkami po plecach. Bał się dotknąć i jednocześnie ogarniał go wstyd przed porażką. 

W końcu jednak strach zwyciężył.  Właściwie wtedy to był  chyba  czysty strach, niezdecydowanie 

przyszło później, wraz ze sceptycyzmem, z nawykiem wątpienia. 

Nick odepchnął wilgotny pień i zawrócił w stronę schroniska. Może oni rzeczywiście są już tutaj, 

zupełnie  blisko,  zaraz  na  polanie  za  ciemnym  zakrętem drogi'?  Opuścili  się  na  ziemię  w  miejscu,   gdzie 

wyrąbany las odsłonił rosochate, ledwie przyprószone zielenią zbocze. Ich pojazd wypączkował galeriami, 

owalnymi i prostopadłościennymi konstrukcjami, w których otworzyły się wejścia podświetlone fioletowym 

blaskiem.  Całość sprawiała  wrażenie bajecznego zamku  wykutego w szarobłękitnej  stali. w którym  okna 

jarzyły się niebieskim światłem,  tylko  trochę  jaśniejszym  od  granatu wieczornego nieba. Wokół  budowli 

tłoczyli się już ludzie: trzęsący się starcy i młodzieńcy, których gładkie twarze mokre były od potu; dojrzałe 

kobiety o oczach powleczonych szarym smutkiem i mężczyźni, śmiesznie bezradni przy całej swojej samczej 

arogancji; dzieci, jeszcze nie rozumiejące, lecz już z piętnem strachu odciśniętym na zbyt dużych, poważnych 

twarzach. Każdy z nich potrzebował czego innego, lecz wszyscy chcieli tego samego. 

W gęstniejącym mroku Nick dojrzał wreszcie prześwitujące między drzewami żółte plamy świateł 

schroniska. Przyspieszył kroku i potknął się o ukryty w ciemności korzeń. Z trudem odzyskał równowagę, 

okupując ją ostrym  bólem naciągniętych mięśni. Klnąc pod nosem dowlókł się do kamiennych  schodów, 

wiodących ku wejściu. 

Oddać   ciało  do  remontu,   najlepiej   generalnego  -   śmiał   się   z   własnej   nieudolności,   wspinając   się 

powoli na górę. Tak, oczywiście terminy są krótkie. Zrobimy pana do piątej, ciało najlepiej postawić tam. na 

końcu trzeciego szeregu. Proszę się nie martwić, wymienimy wszystko co trzeba, a co się da - zregenerujemy. 

Duszyczkę zaraz odwieziemy do domu, tam może spokojnie zaczekać: chyba że ma pan coś do załatwienia. 

wtedy może pan wziąć na parę godzin ciało zastępcze. Tam, pod ścianą, mamy troje rezerwowych: dwie 

kobiety   i   mężczyznę.   Wszyscy   w   średnim   wieku   mało   zużyci,   z   niewielkim   przebiegiem...   Nie   trzeba? 

Dobrze, o piątej przyślemy kogoś po pana. Oczywiście, dajemy roczną gwarancję! 

Tak,   poczucie   humoru   było   obok   niedorzecznej   i   upartej   nadziei   jego   najsilniejszym   atutem. 

Pozwoliło mu przetrwać niejeden kryzys. 

W   sali   jadalnej   ciemne,   dębowe   stoły   rozkraczały   się   pod   naporem   ludzi,   którzy   w   hałaśliwych 

grupach łapczywie spożywali kolację. Migały kraciaste koszule mężczyzn niosących talerze ze strawą, znad 

parujących   kubków   podnosiły  się   roześmiane   twarze   chłopców   i   dziewcząt,   na   rozłożonych   na   gładkich 

blatach serwetkach kobiety układały posmarowane masłem grube pajdy chleba. W kącie ktoś cicho brzdąkał 

na gitarze. 

Nick   wszedł   w   tłum,   wgłębił   się   weń   jak   w   gąszcz   szeleszczących   łodyg,   pokrytych   pączkami, 

kwiatami i owadami, lecz także cierniami z trującym śluzem, w gąszcz pełen basowego brzęczenia polujących 

owadów i nerwowego trzepotania motyli. W tej chwili gorąco pragnął odnaleźć się w jego wnętrzu, być tam 

background image

razem z nimi, być jednym z nich. Lecz ślizgał się stale po powierzchni szklanego klosza, a gdy posuwał się do 

przodu,   niewidzialne   płaszczyzny   rozpychały   przed   nim   ten   skłębiony  świat,   jak   burty  okrętu   prującego 

wzburzone fale, i był ciągle sam. Sam pośród nieważnych zdarzeń, bezsensownej krzątaniny, morza niechęci i 

wrogości, w którym tak rzadko i jakby nieśmiało zapalał się tylko na chwilę błędny ognik miłości. Zdawało 

mu się, że przechadza się bez celu między kiepskimi dekoracjami do jakiegoś chaotycznego przedstawienia 

pomylonego reżysera. Z mieszaniną niechęci i podziwu graniczącego z zazdrością patrzał na grupę młodych 

ludzi,   którzy   nie   zdążyli   jeszcze   strzepnąć   z   butów   kurzu   dalekiej   wędrówki,   zmęczonych.   Lecz   jakże 

szczęśliwych. Cieszyli się z każdego  drobiazgu, błahego słowa, a właściwie - to szczęście było już w nich 

wewnątrz, oni mieli je ze sobą na co dzień, i wystarczyło cokolwiek, aby wypłynęło radosną falą istnienia. 

I wtedy Nick zrozumiał swój błąd. Przyjechał właśnie po chwilę szczęśliwej beztroski. Był tu niegdyś, 

przecież nie tak bardzo dawno, przy tym samym stole otwierał nożem puszkę konserw wśród śmiechu wesołej 

kompanii. Teraz żądał od tej sali, tych gór i lasów, aby wykrzesały w jego wystygłym wnętrzu nową iskrę. 

Pragnął, żeby szczęście przyszło doń z zewnątrz, dałby wiele za jedną jego chwilę, bo przybył tu pusty. 

Zamówił cokolwiek i usiadł przy wielkim, zgiełkliwym stole. Pora była późna, kolejka przy bufecie 

zmniejszyła   się   wyraźnie.   Wśród   kilku   oczekujących   osób  zauważył   dziewczynę   niezwykłej   urody.   Była 

bardzo młoda,  o  twarzy prawie  dziecięcej,  lecz   już   całkowicie   ukształtowane  kobiece   ciało,   długie  nogi, 

wysoko sklepione biodra i sterczące jędrne piersi, żyjące jakby własnym życiem pod napiętym materiałem 

bluzki, zadawały kłam niewinności oczu. Rozmawiała z o wiele od siebie starszym mężczyzną. który mógł 

być jej ojcem, a może - był kochankiem? Facet w widoczny sposób dbał o młodzieńczy wygląd: nosił się z 

zamierzoną niedbałością, w młodzieżowym stylu, poruszał się szybko i energicznie, choć sprawiało mu to 

nieraz wyraźną trudność. Śmieszne, ostatnie podrygi - pomyślał Nick, stwierdzając z satysfakcją zaprawioną 

odrobiną żalu, że on sam je sobie darował. Spojrzał jeszcze raz na dziewczynę, teraz już z pewną niechęcią. 

Była  na pewno dość ładna, ale zbyt  potężna: wysoka,  szeroka w plecach. miała  trochę za grube nogi. Z 

wiekiem roztyje się jak krowa - mruknął niechętnie. Gdy przechodziła obok niego niosąc parujące talerze, 

spostrzegł, jak bardzo była młoda. To chyba jednak ojciec - pomyślał - albo wyjątkowy smakosz. W czasach 

kiedy zatrzymałem się tu po raz ostatni, nie byłaś jeszcze planowana, moja mała. Więcej - twoi rodzice pewnie 

nie znali się nawet, nie mieli pojęcia o swoim istnieniu oraz o przeznaczeniu, jakim było spłodzenie ciebie. 

Jaka była szansa, że właśnie ich dwoje spotka się w tym określonym celu wśród miliardowej masy ludzkiej? 

Pewnie   podobna   do   prawdopodobieństwa   istnienia   jednej   jedynej,   określonej   planety   w   niezmierzalnym 

morzu światów... 

Nick wstał i wyszedł z jadalni, pragnąc jakoś przerwać ten ciąg bezsensownych skojarzeń. Poza tym 

powinien już być sam - w każdej chwili mógł przyjść następny atak. 

Pokój pełen był rześkiego, nocnego powietrza. Nick zamknął okno i wyciągnął się na skrzypiącym 

łóżku, z przyjemnością rozluźniając zmęczone mięśnie. Lubił ten moment, kiedy gasło światło, a pod plecami 

wyczuwał śliską gładź pościeli, kiedy członki wypełniały się ciężkim, rozkosznym bezruchem. 

Na szyi dziewczyny widział złoty łańcuszek z krzyżem. Czyżby była wierząca? A może nosi krzyżyk 

z przyzwyczajenia, dla fasonu, lub po to, aby sprawić przyjemność rodzicom? Na pewno jest jej dobrze z 

wiarą. Trzeba w coś wierzyć, w coś, co nie poddaje się ocenie zmysłów, gdyż sam świat materialny nie daje 

żadnej szansy,  nie daje nawet nadziei. Pewien filozof napisał, że gdyby życie nie było tylko przejściem, 

background image

byłoby nieznośne. Coraz częściej myślę, że mógł mieć rację. Właściwie chciałbym wierzyć w Boga - dalej 

snuł   senne   rozważania   -   lecz   doszedłem  do  tego  za   późno.   Światopogląd  w  ogromnej  mierze   zależy  od 

wychowania, znacznie mniej od wykształcenia. Wiara leży poza wiedzą, daleko poza nią. Przecież aby być 

wierzącym, nie trzeba ślepo wierzyć w dogmaty... 

Czy  ta   dziewczyna   jest   szczęśliwa?   -  zastanawiał   się.   Wiara   na   pewno  nie   jest   jej   potrzebna   do 

osiągnięcia szczęścia, najwyżej towarzyszy smutkom i żywiołowym radościom. którymi jest wypełniony jej 

każdy dzień. Wiara potrzebna jest ludziom zamiast namiętności, aby zapełnić pustkę i dać nadzieję. 

Już zasypiał, gdy nagle zbudził go ostrzegawczy skurcz mięśni. Po prawej nodze przebiegło tchnienie 

żaru, niewidzialny płomień jął lizać pękającą skórę, wżerać się w miąższ mięśni i ścięgien, wysuszać i palić 

kości. Z winy półsennych rozważań Nick nie zdążył  na czas, lecz teraz, zwarłszy szczęki z całych sił, z 

największym trudem wyswobodził spętaną oszalałym bólem myśl i skierował ją ku swojej własnej nadziei. 

"Różowe, zawsze pogodne niebo ugięło się łagodnie i spłynęło miękkim lejem w kierunku otwartego 

na   spotkanie   wzgórza,   które   wyłoniło   się   spod   szkliwa   pobrużdżonej   powierzchni   planety.   W   miejscu 

zetknięcia działo się coś dziwnego, zachodziły niezrozumiałe procesy tworzenia, materia przeobrażała się w 

struktury   wyższego   rzędu,   stawała   się   powolna   Istnieniu,   które   kształtowało   ją   wedle   swojej   chwilowej 

potrzeby. Lśniący, pełen pylistych zawirowań obłok, który powstał w tym procesie, uniósł się błyskawicznie 

w różowy przestwór nieba i połączył  z nim tysiącem świetlnych wypustek. Ogromna  antena, zakończona 

żywymi   receptorami,   odczuwała   najodległejszą   skargę   Wszechświata,   wyławiała   z   dalekich   zakątków 

Galaktyki każdy szept czułości, spazm rozkoszy, lecz przede wszystkim krzyk bólu i płacz duszy. A potem 

wirujący obłok podzielił się na setki świecących punktów, które rozjarzając się do białości pędziły  coraz 

szybciej przez kosmiczną pustkę, pogrążając się w końcu w nurtach ponadświetlnych wiatrów kosmicznych, 

aby zdążyć na czas i być tam, gdzie być powinny i gdzie były potrzebne. Aby ukoić ból i zapełnić nadzieją 

puste dusze". 

Nick obudził się, gdy słońce stało już wysoko. Słońce! Jakaś radosna struna nieśmiało zadrgała w jego 

piersi. Koniec słoty i deszczu. Może na krótko, więc trzeba to wykorzystać. Po wczorajszym niezwykle silnym 

ataku odczuwał wciąż osłabienie. Ubierał się więc powołi, mimowiednie rozmyślając o Różowej Planecie. 

Może ona naprawdę istnieje? Bzdury ~ Ale przecież wystarczy mocno uwierzyć... Lecz i na to nie .mógł się 

zdecydować. Znów sceptycyzm i niezdecydowanie! Nie był w stanie ani wyrzec się tej wiary ani przyjąć jej 

bez zastrzeżeń. 

I wtedy stało się coś dziwnego, nastąpiło jedno z tych rzadkich zdarzeń, których wpływ nie ogranicza 

się tylko do chwilowego oddziaływania na zmysły.  W słoneczną przestrzeń za otwartym oknem popłynął 

dźwięczny, dziecięcy śpiew. ruty znanej melodii, w którą ten świeży głos, a może i górskie hale. i wesoły 

blask słońca tchnęły nową. wspaniałą treść. Nick podszedł wzruszony do okna. Hale rozśpiewały się tysiącem 

srebrnych   dzwonków,   zupełnie   tak,   jakby  wskrzeszone   nieznaną   mocą   młode   pędy  traw   i   pękające   pąki 

kwiatów odpowiadały własnymi głosami, a zwielokrotniony dziecięcy, łamiący się, ciepły śpiew płynął coraz 

dalej i zdawał się sięgać słońca. 

Nick pomyślał, że warto było przyjechać już po to tylko, aby usłyszeć taką melodię. I że, być może, 

właśnie w tej chwili dotarł do niego promień wysłany z dalekich światów.