background image

Ś

WIAT NOCY 

Tom 1 
DOTYK WAMPIRA 

    
 
 
 
 

Smith Lisa Jane 

 
 
 
 

   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Smith Lisa Jane

 

 

 

Lisa Jane (L. J. lub Ljane) Smith – amerykańska autorka 
tworząca powieści i opowiadania skierowane głównie do 
nastoletnich odbiorców. 
Do tej pory napisała dwie serie ksiąŜkowe: liczący sobie 
juŜ 10 tomów Nightworld i sześciotomowe Pamiętniki 
Wampirów (The Vampire Diaries) oraz trzy trylogie 
(czwarta jeszcze się nie ukazała). Poza tym spod jej pióra 
wyszło kilka krótkich opowiadań. 
W Polsce nakładem wydawnictwa Amber ukazało się 
sześć tomów z serii Pamiętniki Wampirów oraz sześć 
tomów z serii Świat Nocy. 
 
Pamiętniki Wampirów: 
- Przebudzenie 2008 
- Walka 2008 
- Szał 2009 
- Mrok 2009 
- Powrót o zmierzchu / Uwięzieni 2009 
 
Ś

wiat nocy: 

- Dotyk Wampira 2009 
- Córki Nocy 2009 
- Zaklinaczka 2009 
- Anioł Ciemności 2009 
- Wybrani 2009 
- Pakt Dusz 2009 

background image

Rozdział 1 

 
 

Pierwszego  dnia  wakacji  Poppy  dowiedziała  się,  Ŝe  umrze.  Stało  się  to  w  poniedziałek,  w 

pierwszy  prawdziwy  dzień  wakacji  (weekend  się  nie  liczy).  Obudziła  się  cudownie  beztroska  i 
pomyślała:  wolne.  Przez  okno  sączyło  się  słoneczne  światło,  które  nadawało  przezroczystym 
zasłonom  wokół  łóŜka  złocistą  poświatę.  Poppy  rozsunęła  je,  wyskoczyła  z  łóŜka...  i  się 
skrzywiła.  

Aua.  Znów  ten  ból  w  Ŝołądku.  Jakby  coś  ją  gryzło,  przeŜerało  się  w  stronę  pleców.  Trochę 

ulŜyło, kiedy się skuliła. 

Nie, pomyślała. Odmawiam chorowania w wakacje. Odmawiam. Muszę myśleć pozytywnie. 

Z  ponurą  miną,  zgięta  wpół  -  myśl  pozytywnie,  idiotko!  -  przeszła  korytarzem  do  łazienki 

wyłoŜonej  turkusowo-złotymi  kaflami.  Bała  się.  Ŝe  będzie  wymiotować,  ale  ból  ustąpił  równie 
nagle  jak  się  pojawił.  Wyprostowała  się  i  triumfalnie  spojrzała  na  odbicie  potarganej  głowy  w 
lustrze. 

Trzymaj  się  mnie,  mała,  a  wszystko  będzie  dobrze  -  wyszeptała,  puszczając 

porozumiewawczo  oko.  Przysunęła  twarz  do  lustra,  wpatrując  się  w  swoje  podejrzliwie 
zmruŜone zielone oczy.  Na nosie miała cztery piegi. Cztery i pół, jeŜeli ma być zupełnie szczera, 
a na ogół była  szczera do bólu. Ale dziecinne, ale .... słodkie!  Pokazała język i odwróciła się z 
wielką godnością, nie zawracając sobie głowy tym, Ŝeby uczesać niesforne rudomiedziane loki. 

Z taką wyniosłością dotarła do kuchni, gdzie Phillip, jej brat bliźniak, jadł płatki Special K. 

Znów zmruŜyła oczy. tym razem patrząc na niego. Nic dość. Ŝe jest mała. drobna, ma kręcone 
włosy i Ŝe właściwie wygląda jak siedzący na jaskrze elf z obrazka w ksiąŜce dla dzieci, to w 
dodatku  ma  brata  bliźniaka  -  wysokiego,  z  jasnymi  włosami  wikinga,  o  klasycznej  urodzie... 
cóŜ, to tylko dowodzi jawnej niesprawiedliwości we wszechświecie. 

- Cześć, Phillip - odezwała się groźnie. 
Na Phillipie nie zrobiło to wraŜenia; przywykł do humorów siostry. Na chwile uniósł wzrok 

znad komiksu w „L.A. Timesie". Poppy musiała przyznać, Ŝe brat ma ładne oczy - intrygujące, 
zielone, z bardzo ciemnymi rzęsami. Tylko to mieli wspólne. 

-

 

Cześć - odpowiedział krótko i wrócił do komiksu.  

 

Niewielu  znała  nastolatków,  którzy  czytali  gazety,  ale  to  w  końcu  Phil.  Tak  jak  Poppy,  w 

zeszłym  roku chodził do  pierwszej klasy liceum  El  Camino.  ale  w przeciwieństwie do niej, do-
stawał najlepsze stopnie, a przy tym był gwiazdą druŜyny piłkarskiej, hokejowej i koszykarskiej. 
I przewodniczącym klasy, Uwielbiała go draŜnić. Jej zdaniem był za sztywny. 

Zachichotała, wzruszyła ramionami i dala sobie spokój z groźną miną. 
- Gdzie Cliff i mama? 

Cliff Hilgard, jeszcze większy sztywniak i bardziej zasadniczy niŜ Phil. od trzech lal był ich 

ojczymem. 

- Cliff jest w pracy Mama się ubiera. A ty lepiej coś zjedz, bo się będzie czepiać. 
- Dobra,  dobra,..  -  Wspięła  się  na  palce  i  zaczęła  szperać  w  kredensie,  Znalazła  pudełko  z 

lukrowanymi płatkami, zanurzyła rękę i delikatnie wyjęta jeden. Zjadła go na sucho. 

Wcale nie tak źle być niską i drobną. Tanecznym krokiem podeszła do lodówki, potrząsając 

w rytm pudelkiem z płatkami. 

-

 

Jestem... demonem seksu! - zaśpiewała, przytupując. 

-

 

Nie, nie jesteś - zgasił ją Phillip z miaŜdŜącym spokojem. - MoŜe byś się ubrała? 

background image

Poppy  spojrzała  na  siebie,  przytrzymując  otwarte  drzwi  lodówki,  Miała  na  sobie  za  duŜy  T-

shirt, w którym spala. Wyglądał jak minisukienka.  

- Jestem ubrana - odpowiedziała pogodnie, wyciągając z lodówki colę light. 

Rozległo  się  pukanie  do  kuchennych  drzwi.  Poppy  przez  szklaną  szybę  widziała,  kto 

przyszedł. 

- Cześć, James! Wejdź. 

James  Rasmussen  wszedł  i  zdjął  przyciemniane  ray-bany.  Na  jego  widok  Poppy  poczuła 

skurcz - jak zwykle. Nie miało znaczenia, Ŝe od dziesięciu lal widuje go  właściwie codziennie. 
Zawsze czuła krótkie szarpnięcie w piersi, coś pomiędzy słodyczą a bólem. 

Nie tylko dlatego, Ŝe wyglądał jak przystojny buntownik, i kojarzył jej się mgliście z Jamesem 

Deanem.  Miał  jedwabiste  jasnobrązowe  włosy,  subtelna,  inteligentną,  twarz  i  szare  oczy,  na 
zmianę  przenikliwe  i  zimne.  Był  najprzystojniejszym  chłopakiem  w  El  Camino,  ale  nie  to 
przyciągało uwagę Poppy. Miał w sobie coś – tajemniczego, fascynującego i niedostępnego. Na 
jego widok serce zaczynało jej mocniej bić i dostawała gęsiej skórki, 

Phillip  miał  na  temat  Jamesa  inne  zdanie.  Jak  tylko  go  zobaczył,  zesztywniał  i  twarz,  mu 

zastygła. Nie potrafił ukryć niechęci. 

James uśmiechnął się blado, jakby reakcja Plillipa go rozbawiła. 
-

 

Cześć. 

-

 

Cześć - rzucił Phil ani trochę nie wzruszony. 

Poppy miała nieodparte wraŜenie, Ŝe najchętniej wziąłby ją pod pachę i czym prędzej wyniósł 

z kuchni, Zawsze robił się nadopiekuńczy, kiedy w pobliŜu pojawiał się James. 

-

 

Jak tam Jacklyn i Michaela? - dodał złośliwie. 

 James zastanawiał się chwilę. 
-

 

Właściwie nie wiem. 

-

 

Nie wiesz? No tak, przed wakacjami zawsze rzucasz dziewczyny. Chcesz być wolny, co? 

-

 

Oczywiście - odparł uprzejmie James. Uśmiechnął się.  

Phillip spojrzał na niego z nieskrywaną nienawiścią.  
Poppy natomiast ogarnęła radość. śegnaj, Jacklyn, Ŝegnaj, Michaela. śegnajcie zgrabne długie 
nogi Jacklyn i niesamowite balony Michaeli. Lato zapowiada się wspaniale. 

Wielu ludzi myślało, Ŝe znajomość Poppy i Jamesa test czysto platoniczna. Ale to nieprawda. 

Poppy  od  lat  wiedziała,  Ŝe  za  niego  wyjdzie.  To  jedna  z  jej  dwóch  wielkich  ambicji.  Druga  - 
poznać  świat.  Na  razie  nie  zdobyła  się  jednak  na  to.  Ŝeby  poinformować  o  tym  Jamesa.  Niech 
mu  się  jeszcze  zdaje,  Ŝe  uwielbia  długonogie  dziewczyny  z.  paznokciami  od  manikiurzystki  i 
filmowymi cyckami 

- To nowa płyta? - spytała, Ŝeby James oderwał surowy wzrok od przyszłego szwagra. 

James połknął haczyk. 

 

- Tak. etno-techno. 

-

 

Więcej gardłowych śpiewów Tuvy, nie mogę się doczekać. Chudziny posłuchać. 

Ale w tej chwili weszła jej matka - zimna idealna blondynka jak z filmów Hitchcocka. Na jej 

twarzy  na  ogól  gościł  wyraz  niewymuszonej  stanowczości.  Poppy  omal  na  nią  nie  wpadła, 
wychodząc z kuchni. 

 

- Przepraszam, dobry! 

-

 

Zaczekaj. - Matka chwyciła ją za koszulkę na kuaku. - Dzień dobry Phil; dzień dobry. James 

– dodała. 

Phil odpowiedział, a James skinął jej głową, ironicznie uprzejmy. 

background image

- Zjedliście  śniadanie?  -  spytała,  a  kiedy  chłopcy  potwierdzili,  spojrzała  na  córkę.  -  A  ty?  - 

spytała, wpatrując się w twarz Poppy. 

Poppy zagrzechotała, pudelkiem lukrowanych płatków, matka, się skrzywiła. 

      -Czemu przynajmniej nie zjesz ich z mlekiem? 

-

 

Takie  są  lepsze  -  odpowiedziała  stanowczo,  ale  kiedy  matka  lekka  pchnęła  ją  w  stronę 

lodówki, podeszła i wyjęła litrowy karton odtłuszczonego mleka. 

-  Jakie  macie  plany  na  pierwszy  dzień  wolności?  -  spytała  matka,  spoglądając  najpierw  na 
Jamesa, później na Poppy. 
- Oj, nie wiem. - Poppy zerknęła na Jamesa - Posłuchamy muzyki, moŜe pójdziemy w góry? 
Albo przejedziemy się na plaŜę? 

-

 

Jak chcesz - powiedział James. - Mamy cale lalo.  

Przed oczami Poppy rozciągnęło się lalo, gorące, złociste i olśniewające. Pachnące chlorem  z 
basenu i morską solą. Czuła je jak ciepłą trawę pod plecami. Trzy długie miesiące, pomyślała. 
Cała wieczność. Trzy miesiące to wieczność. 

Dziwne, Ŝe myślała akurat o tym, kiedy to się stało. 

- MoŜemy  zajrzeć  do  nowych  sklepów  w  Village  -  zaczęła,  ale  nagłe  dopadł  ją  ból  i  słowa 

uwięzły jej w gardle. 

Niedobrze. Gwałtowny, skręcający ból sprawiał, Ŝe zgięła się wpół. Karton mleka wypadł jej z 

rąk i wszystko zrobiło się szare. 

 
 

Rozdział 2 

 
 
Poppy!  -  Słyszała  głos  matki,  ale  nie  nic  widziała.  Kuchenną  podłogę  przeszywały  tańczące 
czarne plamy. – Poppy, nic ci nie jest? - Teraz poczuła, Ŝe dłonie matki ściskają ją kurczowo za 
ramiona. Ból ustępował i zaczynała widzieć. 

Kiedy  się  wyprostowała,  zobaczyła  przed  sobą  Jamesa.  Twarz  miał  prawie  bez  wyrazu,  ale 

znała go na tyle dobrze, Ŝeby dostrzec w jego oczach troskę. Trzymał karton z mlekiem. Musiał 
go złapać w locie. Niesamowity refleks, pomyślała leniwie. Naprawdę niesamowity. Phillip stał. 

-

 

Nic ci nie jest? Co się stało? 

-

 

Nie... wiem. - Poppy rozejrzała się i zakłopotana wzruszyła ramionami. Czuła się juŜ lepiej i 

wolała, Ŝeby przestali się tak na nią gapić.  

-

 

 To tylko głupi ból Ŝołądka... Mam chyba gastro coś tam. Pewnie mi jedzenie zaszkodziło. 

-

 

 Poppy, to nie jest gastroenteritis. – Matka potrząsnęła nią lekko. – Bolało cię juŜ wcześniej, 

miesiąc temu, prawda? To taki sam ból? 

-

 

Poppy poruszyła się niespokojnie. Prawdę mówiąc, ból nigdy nie zniknął. Cudem, w gorączce 

zajęć pod  koniec roku, udawało jej się nie zwracać na niego uwagi, a do  tej pory zdąŜyła się z 
nim oswoić.   

-

 

Tak jakby... – Grała na zwłokę. – Ale... 

Matce nie trzeba było więcej. Delikatnie ścisnęła córkę i ruszyła do kuchennego telefonu. 
-

 

Wiem, Ŝe nie lubisz lekarzy, ale dzwonię do doktora Franklina. Chcę, Ŝeby cię obejrzał. Nie 

moŜemy tego ignorować. 

-

 

Oj mamo, są wakacje... 

-

 

Poppy, bez dyskusji. – Matka zakryła dłonią mikrofon słuchawki. – Idź się ubrać. 

 

Poppy jęknęła, ale wiedziała, Ŝe nic nie wskóra.  

background image

-

 

Posłuchajmy  przynajmniej  płyty,  zanim  pójdę.  –  Skinęła  na  Jamesa,  który  patrzył  w  próŜnię 

zamyślony. 
 

Zerknął  na  płytę,  jakby  o  niej  zapomniał,  i  odstawił  karton  z  mlekiem.  Phillip  wyszedł  za 

nimi na korytarz. 

-

 

Hej, koleś, poczekaj tu, aŜ się ubierze. 

-

 

Wyluzuj Phil, powiedział James niemal nieobecnym głosem. 

-

 

Ręce z daleka od mojej siostry, niecnoto. 

Poppy wchodziła do pokoju, kręcąc głową. James wcale nie marzy o tym, Ŝeby zobaczyć ją 

nago.  Niestety,  pomyślała  ponuro,  wyciągając  z  szafy  krótkie  spodenki.  Wskoczyła  w  nie,  nie 
przestając kręcić głową. James był jej najlepszym przyjacielem, najlepszym z najlepszych, a ona 
jego  przyjaciółką.  Ale  nigdy  nie  okazał  nawet  cienia  chęci,  Ŝeby  się  do  niej  dobrać.  Czasami 
zastanawiała się, czy on w ogóle zauwaŜa, Ŝe ma do czynienia z dziewczyną. 

Kiedyś zauwaŜy, pomyślała i krzyknęła na niego zza drzwi. 
Wszedł i uśmiechnął się do niej. To był uśmiech, jaki inni rzadko oglądali – nie szyderczy czy 

ironiczny, ale miły, lekki. 

-

 

Przepraszam za tego lekarza – powiedziała. 

-

 

Daj  spokój.  Powinnaś  pojechać.  –  James  spojrzał  na  nią  przenikliwie.  –  Twoja  mama  ma 

rację. To trwa juŜ za długo. Schudłaś, nie śpisz po nocach... 
 

Spojrzała  na  niego  przestraszona.  Nikomu  nie  mówiła,  Ŝe  najgorszy  ból  czuje  nocą,  nawet 

Jamesowi. Ale on niektóre rzeczy po prostu wiedział. Jakby czytał w jej myślach. 
 

- Znam cię, to wszystko. – Figlarnie spojrzał na nią z ukosa. Rozpakował płytę. 

Poppy wzruszyła ramionami, opadła na łóŜko i wlepiła wzrok w sufit. 
-

 

Chciałabym, Ŝeby mama dała mi spokój chociaŜ w wakacje. – Odwróciła głowę i przyjrzała się 

badawczo  Jamesowi.  –  Szkoda,  Ŝe  nie  jest  jak  twoja.  Zawsze  się  zamartwia  i  próbuje  mnie 
ustawić. 

-

 

A mojej właściwie nie obchodzi, co robię. Nie wiem co gorsze – stwierdził z goryczą. 

-

 

Twoi rodzice pozwalają ci mieszkać samemu. 

-

 

Tak,  bo  to  tańsze,  niŜ  zatrudnianie  zarządcy  nieruchomości.  –  James  pokręcił  głową, 

wpatrując  się  w  płytę,  którą  wkładał  do  odtwarzacza.  –  Nie  narzekaj  na  swoich  rodziców, 
dzieciaku. Chyba nie wiesz, jaką jesteś szczęściarą. 
 

Poppy zastanawiała się nad tym, kiedy włączyła się płyta. 

Razem z Jamesem lubili trans – undergroundowe elektroniczne dźwięki, które przyszły z Europy. 
James był miłośnikiem techno. Poppy teŜ przepadała za tymi rytmami. UwaŜała, Ŝe to prawdziwa 
muzyka, ostra i  nieprzetworzona,  grana przez ludzi, którzy w nią wierzą.  Ludzi z pasją,  a nie z 
pieniędzmi.  
 

Poza  tym  dzięki  etno  –  techno  Poppy  czuła  się  częścią  innych  miejsc.  Uwielbiała  inność  i 

obecność tej muzyki. 
 

Jamesa  chyba  teŜ  właśnie  za  to  lubiła.  Za  jego  odmienność.  Zadarła  głowę  i  spojrzała  na 

niego. Przestrzeń wypełniały dziwne rytmy bębnów Burundi. 

Znała  Jamesa  lepiej  niŜ  ktokolwiek  inny,  ale  było  w  nim  coś,  co  nawet  dla  niej  stanowiło 

tajemnice. Coś, czego nikt nie mógł uchwycić. 

Inni  brali  to  za  arogancję,  chłód,  wyniosłość,  ale  się  mylili.  To  była  po  prostu  odmienność. 

Wydawał  się  bardziej  „inny"  niŜ  uczniowie  z  zagranicy.  Czasami  Poppy  myślała,  Ŝe  juŜ  jest 
bliska  znalezienia  przyczyny  tej  odmienności,  ale  zawsze  jej  się  wymykała.  A  kilka  razy, 
zwłaszcza  późnym  wieczorem,  kiedy  słuchali  muzyki  albo  wpatrywali  się  w  ocean,  czuła,  Ŝe 
zaraz wyzna jej swój sekret. 

background image

I Ŝe to, co usłyszy, okaŜe się czymś waŜnym, tak szokującym i cudownym, jakby przemówił 

do niej dziki kot. 

Teraz,  kiedy  patrzyła  na  Jamesa,  na  jego  wyraźny,  nieruchomy  profil  i  na  faliste  brązowe 

włosy na czole, odnosiła wraŜenie, Ŝe jest smutny. 

Jamie,  chyba  nic się  nic  stało, co? To znaczy, w  domu ani nigdzie? -  Tylko ona  jedyna  na 

ś

wiecie  mogła  mówić  do  niego  „Jamie".  Nawet  Jacklyn  ani  Michaela  nigdy  się  na  to  nie 

odwaŜyły. 

- A  co  miałoby  się  stać  w  domu?  -  spytał  z  uśmiechem,  którego  nie  było  widać  w  oczach. 

LekcewaŜąco pokręcił głową. - Nic martw się Poppy. To nic waŜnego, ma przyjechać w odwie-
dziny  krewny.  Niemile  widziany  krewny.  -  Jego  uśmiech  dotarł  do  oczu  i  zalśnił  w  nich.  -  A 
moŜe po prostu się o ciebie martwię - powiedział. 

Poppy chciała powiedzieć: „akurat”, ale wymamrotała tylko: 

- Naprawdę? 

Jej powaga chyba poruszyła w nim czułą strunę. Jego uśmiech zniknął. Siedzieli i po prostu 

patrzyli sobie w oczy. James sprawiał wraŜenie niepewnego, niemal bezbronnego. 

-

 

Poppy 

-

 

Tak? - Z trudem przełknęła ślinę. 

Otworzył  usta,  nagle  wstał  i  podszedł,  Ŝeby  wyregulować  wysokie  stojące  głośniki.  Kiedy 

wrócił, oczy miał ciemne i nieprzeniknione. 

- Pewnie, Ŝe bym się  martwił,  gdybyś naprawdę była chora - przyznał  swobodnie. -  Na  tym 

chyba polega przyjaźń? 

Poppy wypuściła powietrze z płuc. 
-

 

Racja - odparła melancholijnie i obdarzyła go stanowczym uśmiechem 

-

 

Ale  nie  jesteś  chora  -  stwierdził.  -  Po  prostu  trzeba  się  tym  zająć.  Lekarz  pewnie  da  ci 

antybiotyk albo coś innego... wielką strzykawą - dodał złośliwie. 

-

 

Zamknij się. 

James  dobrze  wiedział,  ze  Poppy  potwornie  boi  się  zastrzyków.  Sama  myśl  o  igle 

przebijającej skórę... 

- Idzie twoja mama - Zerknął w stronę uchylonych drzwi. 

Poppy  nie  bardzo  wiedziała,  jakim  cudem  usłyszał,  Ŝe  ktoś  się  zbliŜa  -  w  pokoju  głośno  grała 
muzyka, a na korytarzu leŜał dywan. A jednak po chwili matka otworzyła drzwi. 

-

 

No,  kochanie  -  ponagliła  energicznie  -  Doktor  Franklin  kazał  przyjeŜdŜać.  Przykro  mi, 

James, ale zabieram Poppy. 

-

 

Nie szkodzi. Wpadnę po południu. 

Poppy wiedziała, kiedy jest na straconej pozycji. Pozwoliła matce zaciągnąć się do garaŜu, nie 

zwracając uwagi na Jamesa parodiującego kogoś, kto dostaje wielki zastrzyk. 

Godzinę  później  grzecznie  leŜała  w  gabinecie  doktora  Franklina,  odwracając  wzrok,  kiedy 

delikatnie  badał  jej  brzuch.  Był  wysoki,  szczupły,  szpakowały  i  emanował  z  niego  autorytet 
wiejskiego lekarza, któremu się bezgranicznie ufa. 

-

 

Tu cię boli? - spytał 

-

 

Tak... Ale jakby szło do pleców. MoŜe naciągnęłam sobie mięsień. 

Delikatne  palce  przesuwały  się,  badając  brzuch.  Nagle  się  zatrzymały.  Twarz  lekarza  się 

zmieniła. Poppy wiedziała juŜ, Ŝe to nie naciągnięty mięsień. Ani rozstrój Ŝołądka czy coś banal-
nego, i Ŝe wszystko zmieni się raz na zawsze. 

-

 

Chciałbym zlecić dodatkowe badanie - oznajmił doktor Franklin. 

background image

Miał rzeczowy i opanowany głos, a jednak Poppy ogarnęła panika. Nie potrafiła wytłumaczyć 

tego,  co się  w niej działo - miała nieodparte wraŜenie, Ŝe otwiera się przed  nią w ziemi czarna 
dziura. 

-

 

Dlaczego? - spytała matka. 

-

 

CóŜ...  -  Doktor  Franklin  się  uśmiechnął  i  przesunął  okulary  na  czoło.  Uderzał  dwoma 

palcami o leŜankę. - Właściwie w celu eliminacji. Poppy mówi, Ŝe ma bóle w górnej części brzu-
cha,  które  promieniują  do  pleców  i  nasilają  się  w  nocy.  Ostatnio  straciła  apetyt  i  schudła. 
Wyczuwam  powiększony  woreczek  Ŝółciowy  To  objawy  typowe  dla  wielu  chorób,  a  USG 
pozwoli niektóre wykluczyć. 

Poppy  się  uspokoiła.  Nie  mogła  sobie  przypomnieć,  po  co  jest  woreczek  Ŝółciowy,  ale  była 

przekonana,  Ŝe  go  nie  potrzebuje.  PrzecieŜ  organ  o  tak  głupiej  nazwie  nie  moŜe  pełnić  Ŝadnej 
waŜnej  funkcji.  Doktor  Franklin  mówił  dalej  -  o  trzustce,  zapaleniu  trzustki  i  powiększonej 
wątrobie, a matka kiwała głową, jakby wszystko rozumiała. Poppy czuła, Ŝe panika mija. Jakby 
czarną dziurę szczelnie zasłoniła pokrywa, nie pozostawiając po przepaści najmniejszego śladu. 

- Badania  moŜna  zrobić  w  szpitalu  dziecięcym  po  drugiej  stronie  ulicy  -  mówił  doktor 

Franklin - Proszę do mnie wrócić z wynikami. 

Matka pokiwała głową: spokojna, powaŜna i dzielna. Jak Phil. Albo Cliff. Dobrze, zajmiemy 

się tym. 

Poppy  w  pewnym  sensie  czuła  się  wyróŜniona  Nie  znała  nikogo,  kto  byłby  w  szpitalu  na 

badaniach. 

Kiedy wychodziły z gabinetu, matka zmierzwiła jej włosy. 

- No. Poppy? Co tym razem wywinęłaś. 

Poppy uśmiechnęła się figlarnie. Strach całkowicie się ulotnił. 

-

 

MoŜe  będę  musiała  mieć  operację  i  zostanie  mi  intrygująca  blizna  -  zaŜartowała,  Ŝeby 

rozśmieszyć matkę. 

-

 

Miejmy nadzieję, Ŝe nie - odparta matka, wcale nie rozbawiona. 

Szpital  Dziecięcy  Suzanne  G.  Monteforte  mieścił  się  w  okazałym  szarym  budynku  z  falistymi 
ś

cianami  i  wielkimi  panoramicznymi  oknami.  Poppy  zajrzała  do  sklepu  z  upominkami  przy 

wejściu.  Na  pierwszy  rzut  oka  widać  było,  Ŝe  to  sklep  dla  dzieci,  pełen  tęczowych  zabawek  i 
pluszowych  zwierzaków,  które  przychodzący  z  wizytą  dorośli  mogli  kupić  w  prezencie  w 
ostatniej chwili. 

Ze sklepu wyszła dziewczyna niewiele starsza od Poppy: siedemnasto-, osiemnastoletnia. Była 

ładna,  miała  subtelny  makijaŜ  i  fajną  bandanę,  która  nie  do  końca  ukrywała  brak  włosów. 
Wyglądała  na  szczęśliwą,  miała  pełne  policzki,  a  spod  chustki  wystawały  dyndające  wesoło 
kolczyki, jednak Poppy ogarnęło współczucie... Ta dziewczyna jest powaŜnie chora. Szpitale są 
właśnie  dla  takich  jak  ona  -  dla  powaŜnie  chorych.  Poppy  chciała  juŜ  jak  najszybciej  być  po 
badaniach i stąd wyjść. 

USG  nie  było  bolesne,  ale  dość  nieprzyjemne.  Pielęgniarka  posmarowała  jej  brzuch 

maziowatą  galaretą, a potem przesuwała po  nim  zimnym skanerem,  który bombardował  falami 
dźwiękowymi, Ŝeby wydobyć obraz wnętrza. Poppy wróciła myślami do ładnej dziewczyny bez 
włosów. 

Wolała  myśleć  o  czymś  innym...  o  Jamesie.  Nie  wiedzieć  czemu,  przypomniał  jej  się  dzień, 

kiedy zobaczyła go pierwszy raz w przedszkolu. Blady, chudy, z duŜymi szarymi oczami. Miał w 
sobie coś niezwykłego. Starsi chłopcy od razu wzięli go na cel. Na podwórku ganiali za nim jak 
psy myśliwskie za lisem - aŜ w końcu Poppy się zorientowała, co jest grane. 

background image

JuŜ  w  wieku  pięciu  lat  miała  porządny  prawy  sierpowy,  Wparowała  w  środek  gromady, 

zaczęła walić po twarzach i kopać w piszczczeie, aŜ tamci pouciekali. Później odwróciła się do 
Jamesa. 

- Chcesz się kolegować? 

Po krótkiej chwili wahania nieśmiało kiwnął głową. W jego uśmiechu była dziwna słodycz. 
Poppy szybko się zorientowała, Ŝe jej nowy kolega jest trochę dziwny. Kiedy zdechła klasowa 

jaszczurka, bez obrzydzenia wziął ją do ręki i spytał Poppy. czy chce potrzymać. Nauczycielka 
była przeraŜona. 

Wiedział  teŜ,  gdzie  znaleźć  martwe  zwierzęta.  Pokazał  jej  pustą  działkę  –  tam,  w  wysokiej 

brązowej trawie leŜały szkielety kilku królików. W ogóle go to nie ruszało. 

Kiedy podrósł, starsze dzieciaki przestały go dręczyć. Dogonił ich wzrostem, był zadziwiająco 

silny i szybki; przylgnęła do niego opinia twardego i niebezpiecznego. Kiedy się wkurzył, w jego 
szarych oczach pojawiał się przeraŜający blask. 

Ale na Poppy nigdy się nie złościł. Byli najlepszymi przyjaciółmi. W pierwszej klasie liceum 

zaczął się umawiać z dziewczynami - marzyły o nim wszystkie w szkole - ale z Ŝadną nie chodził 
długo.  I  nigdy  im  się  nie  zwierzał,  był  tajemniczy  i  skryty.  Tylko  Poppy  znała  jego  drugie 
oblicze - bezbronnego i troskliwego chłopaka. 

-

 

Dobrze.  –  Pielęgniarka  potrząsnęła  Poppy,  przywołując  ją  do  rzeczywistości.  -  Skończone, 

zetrzemy z ciebie ten Ŝel. 

-

 

I co wyszło? - Poppy spojrzała na monitor. 

-

 

Lekarz  prześle  opis  do  gabinetu  twojego  lekarza  -  poinformowała  pielęgniarka  zupełnie 

obojętnym tonem. 

Poppy spojrzała na nią surowo. 

W poczekalni u doktora Franklina Poppy wierciła się niespokojnie, a matka przeglądała 
nieaktualne czasopisma. W końcu z gabinetu wychyliła się pielęgniarka. 

- Pani Hilgard? Wstały obie. 
- Hm.  nie  -  Pielęgniarka  wyglądała  na  spłoszoną.  -  Pani  Hilgard,  doktor  chce  porozmawiać 

tylko z panią. 

Poppy i matka spojrzały na siebie. Po chwili matka odłoŜyła czasopismo ..People" i poszła za 
pielęgniarką.  

Poppy patrzyła za nią. 
O co tu chodzi? Doktor Franklin nigdy wcześniej tego nie robił. 

Serce biło jej mocno. Nie szybko, właśnie mocno. Bum, bum. bum. Wstrząsało wnętrznościami, 
aŜ Poppy kręciło się w głowie.  

Nie myśl o tym. To pewnie nic takiego. Poczytaj gazetę.  
Ale jej palce odmawiały posłuszeństwa. Kiedy w końcu zdołała otworzyć czasopismo, 

błądziła wzrokiem po wyrazach, ale treść nie docierała do mózgu. 

O czym matka i doktor Franklin tam rozmawiają? Co jest grane? Tyle czasu... 
Chwila się przeciągała. Poppy czekała, miotając się między dwiema skrajnymi myślami: to nic 

powaŜnego, matka wyjdzie i będzie się śmiała, Ŝe coś takiego w ogóle przyszło córce do głowy; 
dzieje  się  coś  okropnego  i  trzeba  się  poddać  jakiemuś  strasznemu  leczeniu.  Zakryta  dziura  i 
odkryta  dziura.  Raz  wszystko  wydawało  się  śmiechu  warte  i  Poppy  czuła  się  zawstydzona 
melodramatycznymi myślami, a po chwili miała wraŜenie, Ŝe całe jej dotychczasowe Ŝycie było 
snem, a teraz dopada ją brutalna rzeczywistość. 

Szkoda, Ŝe nie mogę zadzwonić do Jamesa. pomyślała. 

- Poppy? Wejdź - powiedziała w końcu pielęgniarka. 

background image

W  gabinecie  doktora  Franklina,  na  ścianach  wyłoŜonych  boazerią  wisiały  zaświadczenia  i 

dyplomy. Poppy usiadła w skórzanym fotelu i starała się nie wpatrywać nachalnie w twarz matki 

Matka wyglądała... zbyt spokojnie. Spokój podszyty był napięciem. Uśmiechała się, ale jakoś 

dziwnie. Wargi lekko jej drŜały. 

O BoŜe. pomyślała Poppy. Coś jest nie tak. 

-

 

Nie  ma  powodu  do  paniki  -  zaczął  lekarz,  a  Poppy  natychmiast  ogarnęła  jeszcze  większa 

panika. Jej dłonie przywarły do skórzanych poręczy fotela. - Na twoim USG widać coś niezbyt 
typowego, dlatego chciałbym wykonać kilka innych badań - ciągnął doktor Franklin rzeczowym 
tonem, Ŝeby ją uspokoić. - Do jednego  musisz być na czczo. Twoja mama  mówi,  Ŝe nie jadłaś 
dziś śniadania... 

-

 

Zjadłam jeden płatek kukurydziany - odpowiedziała mechanicznie. 

-

 

Jeden  płatek?  CóŜ,  moŜemy  uznać,  Ŝe  to  nic.  W  takim  razie  zaczniemy  dzisiaj.  Moim 

zdaniem najlepiej połoŜyć cię do szpitala Zrobimy  tomografię  komputerowa, i ERCP. To skrót 
nazwy,  której  nawet  ja  nie  potrafię  wymówić.  -  Uśmiechnął  się.  Poppy  mu  się  przyglądała. 
Niczego się nie bój - dodał łagodnie - Tomografia przypomina prześwietlenie. ERCP polega na 
wprowadzeniu  rurki  przez  gardło  i  Ŝołądek  do  trzustki.  Do  rurki  wstrzykuje  się  płyn,  który 
umoŜliwi kontrast... 

Jego  wargi  się  poruszały,  ale  Poppy  przestała  słyszeć  słowa.  Nie  mogła  sobie  przypomnieć, 

kiedy ostatnio była tak przeraŜona. 

Z tą intrygującą blizną tylko Ŝartowałam, pomyślała. Nie chcę być naprawdę chora. Nie chcę 

iść do szpitala i nie chcę mieć Ŝadnych rurek w gardle. 

Spojrzała na matkę w milczącym błaganiu. Matka wzięła ją za rękę. 

To nic takiego, kochanie. Pojedziemy do domu i spakujemy trochę rzeczy, a potem wrócimy. 

- Muszę iść do szpitala dzisiaj? 

Tak byłoby najlepiej, stwierdził doktor Franklin. Poppy zacisnęła dłoń na dłoni matki. 

Pociemniało jej przed oczami. 
 

- Dziękuję, Owen - powiedziała matka, kiedy wychodziły z gabinetu. 

Poppy nigdy nie słyszała, Ŝeby wcześniej matka zwracała się do doktora Franklina po imieniu. 

Ale o nic nie pytała. Nie odzywała się, kiedy wychodziły z budynku i wsiadały do samochodu. 

Po drodze do domu matka zaczęła mówić o zwykłych rzeczach przyjemnym, spokojnym głosem, 
a Poppy zmuszała się, Ŝeby odpowiadać. - Udawała, Ŝe wszystko jest jak zwykle, mimo Ŝe cały 
czas szalał w niej potworny niepokój. 

Dopiero  kiedy  znalazły  się  w  jej  pokoju  i  pakowały  do  małej  walizki  ulubione  ksiąŜki  i 

bawełnianą piŜamę, spytała prawie od niechcenia: 

- A tak właściwie, co mi jest? 

Matka nie odpowiedziała od razu. Spoglądała w dół na walizkę. 

-

 

Doktor Franklin nie wie, czy w ogóle coś ci jest - odparła w końcu. 

-

 

Ale  co  podejrzewa?  PrzecieŜ  musi  coś  podejrzewać.  Mówił  o  trzustce,  więc  pewnie 

przypuszcza, Ŝe mam coś z trzustką. Badał teŜ chyba woreczek Ŝółciowy... 

- Kochanie. - Matka chwyciła ją za ramiona. 

Poppy zaczęła się denerwować. Wzięła głęboki wdech. 

 

- Ja tylko chcę znać prawdę. To moje ciało i mam prawo wiedzieć, czego szukają, tak? 

Trochę się zagalopowała. Tak naprawdę chciała powiedzieć coś zupełnie innego. Potrzebowała 

otuchy,  zapewnienia,  Ŝe  doktor  Franklin  szuka  jakiejś  banalnej  choroby.  śe  nic  złego  się  nie 
wydarzy i nie będzie Ŝadnej tragedii. Niestety, nie usłyszała tego. 

background image

-

 

Tak.  masz  prawo  wiedzieć.  -  Matka  powoli  wypuściła  powietrze,  potem  zaczęła  wolno:  - 

Poppy, doktor Franklin od początku niepokoił się o twoją trzustkę. To, co się dzieje w trzustce, 
moŜe powodować zmiany w innych organach, w woreczku Ŝółciowym i wątrobie. Kiedy doktor 
Franklin wyczuł te zmiany, wysłał cię na badania... 

-

 

Powiedział,  Ŝe  USG  jest  nietypowe.  Jak  bardzo  nietypowe?  -  Poppy  z  trudem  przełknęła 

ś

linę. 

-

 

To wszystko tylko wstępne... - Matka zauwaŜyła jej minę i westchnęła. Niechętnie ciągnęła 

dalej. - USG wykazało, Ŝe moŜesz mieć coś w trzustce. Coś, czego nie powinno tam być. Dlatego 
doktor Franklin chce zrobić inne badania, które dadzą nam pewność. Ale... 

-

 

Coś, czego nie powinno tam być? Mamo, masz na myśli... nowotwór? Raka? - Dziwne, jak 

bardzo trudno było wypowiedzieć te słowa. 

Matka skinęła głową. 

- Tak. Raka. 

 
 

Rozdział 3 

    
 

Poppy nie mogła myśleć o niczym innym niŜ ładna łysa dziewczyna w sklepie z upominkami. 
Rak. 

-

 

Ale... ale oni chyba mogą coś z tym zrobić, co? - Nawet we własnych uszach jej glos brzmiał 

bardzo młodo. - NajwyŜej wytną mi trzustkę. 

-

 

Och, kochanie, oczywiście. - Matka wzięła ją w ramiona. - Obiecuję, jeŜeli coś jest nie tak, 

zrobimy  wszystko,  Ŝeby  to  naprawić.  Poszłabym  na  koniec  świata,  Ŝeby  ci  pomóc.  PrzecieŜ 
wiesz. Na razie wcale nie wiadomo, czy coś jest nie w porządku. Doktor Franklin powiedział, Ŝe 
u nastolatków rak trzustki zdarza się niezwykle rzadko. Nie martwmy się na zapas. 

Poppy trochę ulŜyło. Znów nie widziała dziury. Ale gdzieś w głębi duszy nadal czuła chłód. 

-

 

Muszę zadzwonić do Jamesa. Matka skinęła głową. 

-

 

Tylko się nie rozgaduj. 

Poppy zaciskała kciuki, wybierając numer. Proszę. James, bądź tam, proszę, bądź, myślała. I 

był. 

- Co się stało? - spytał krótko, gdy tylko się odezwała. 

-

 

Nic. to znaczy... wszystko. MoŜe. - Poppy usłyszała swój dziki śmiech, zupełnie nieszczery. 

-

 

Co się, stało? - powtórzył ostro James. - Pokłóciłaś się z Cliffem? 

-

 

Nie. Cliff jest w biurze. A ja idę do szpitala. 

-

 

Czemu? 

-

 

Podejrzewają, Ŝe mam raka. 

Kiedy to wypowiedziała, poczuła ulgę, coś w rodzaju emocjonalnego uwolnienia. Znów się 
roześmiała. Cisza na drugim końcu linii. 

-

 

Halo? 

-

 

Jestem - odezwał się James. - JuŜ jadę. 

-

 

Nie, nie ma sensu. Za chwilę muszę wychodzić. - Czekała, Ŝeby powiedział, Ŝe przyjedzie do 

niej do szpitala, ale nie zrobił tego. 

-

 

James, mogę cię o coś prosić? Dowiedz się wszystkiego o raku trzustki, dobrze? Na wszelki 

wypadek. 

-

 

Podejrzewają raka trzustki? 

background image

-

 

Nie są pewni. Zrobią mi badania. Mam tylko nadzieję, Ŝe obejdzie się bez kłucia. - Znowu 

się roześmiała, chociaŜ czuła niepokój. Chciała, Ŝeby James ją pocieszył. 

-

 

Zobaczę,  co  mi  się  uda  znaleźć  w  necie.  -  Jego  głos  był  pozbawiony  emocji,  niemal  bez 

wyrazu. 

-

 

MoŜesz do mnie później zadzwonić. Pewnie pozwolą ci zatelefonować do szpitala. 

-

 

Jasne. 

-

 

Dobra, muszę iść. Mama czeka. 

-

 

Trzymaj się. 

Poppy odłoŜyła słuchawkę z uczuciem pustki. Matka stała w drzwiach. 

- Chodź. Poppy. Idziemy. 

James siedział bez ruchu, wpatrując się w telefon pustym wzrokiem. 

Poppy była przeraŜona, a on nie potrafił jej pomóc. Nic umiał sypać jak z rękawa krzepiącymi 

frazesami. To nie w moim stylu, pomyślał ponuro. 

ś

eby dzielić się pozytywnymi myślami, trzeba mieć pozytywne podejście do Ŝycia. A James zbyt 

dobrze poznał świat, Ŝeby mieć jakiekolwiek złudzenia. 

Jednak  mógł  poradzić  sobie  z  suchymi  faktami.  Odsunął  na  bok  stos  rozmaitych  klamotów. 

włączył laptop i połączył się z Internetem. 

Po  kilku  minutach  przeszukiwał  zasoby  Krajowego  Instytutu  Onkologicznego  CancerNet. 

Znalazł  pierwszy  plik:  ..Rak  trzustki",  przeznaczony  dla  pacjentów.  Przebiegł  treść  wzrokiem. 
Opowiadała o funkcji trzustki, o stadiach choroby i leczeniu. Nic strasznego. 

Później przeszedł do: „Rak trzustki. Dla lekarzy”. SparaliŜowała go juŜ pierwsza linia. 
Rak gruczołu trzustki jest rzadko uleczalny. 

Czytał dalej. 

DuŜy odsetek zgonów... przerzuty... słaba reakcja na chemioterapię, naświetlanie i operację... 

ból... 

Ból.  Poppy  jest  dzielna,  ale  zmaganie  się  z  ciągłym  bólem  złamałoby  kaŜdego.  Zwłaszcza 

kiedy widoki na przyszłość są tak marne. 

Jeszcze raz spojrzał na górę artykułu. Przeciętna przeŜywalność mniej niŜ trzy procent. JeŜeli 

rak się rozprzestrzenił, niecały jeden procent. 

Na  pewno  jest  więcej  informacji.  James  natrafił  na  kilka  artykułów  z  gazet  i  czasopism 

medycznych. Były jeszcze gorsze niŜ pliki z CancerNetu. 

Eksperci  twierdzą,  Ŝe  zdecydowana  większość  pacjentów  umrze,  i  to  w  krótkim  czasie.  Rak 

trzustki  jest  na  ogół  nieoperacyjny,  szybko  postępuje  i  wyniszcza  organizm.  Średnia  długość 
przeŜycia z rakiem w zaawansowanym stadium wynosi od trzech tygodni do trzech miesięcy... 

Trzy tygodnie do trzech miesięcy. 

Wpatrywał się w ekran komputera. Miał ściśnięte gardło, kłuło go w piersiach i prawie nic nie 

widział.  Usiłował  wziąć  się  w  garść.  Powtarzał  sobie,  Ŝe  to  jeszcze  nic  pewnego.  Poppy  robią 
badania, ale to nie znaczy, Ŝe ma raka. 

Jednak przeczytane informacje nie dawały mu spokoju. JuŜ jakiś czas temu się zorientował, Ŝe 

Poppy coś jest. Coś w niej było zakłócone. Wyczuwał inny rytm ciała, wiedział, Ŝe dziewczyna 
mało śpi.  I ból - zawsze  go wyczuwał.  Tylko nie zdawał sobie sprawy,  Ŝe teraz ból jest aŜ tak 
powaŜny. 

Poppy teŜ wie, pomyślał. Głęboko w duszy wie, Ŝe dzieje się z nią coś bardzo złego, inaczej 

nie prosiłaby mnie, Ŝebym szukał informacji. Ale czego właściwie się spodziewa? śe wejdę do 
niej i powiem, Ŝe za kilka miesięcy umrze? 

A ja mam stać z boku i się przyglądać? 

background image

Jego  wargi  lekko  odsłoniły  zęby.  Nie  był  to  miły  uśmiech,  raczej  dziki  grymas.  Przez 

siedemnaście  lal  widział  wiele  zgonów.  Znał  stadia  umierania.  Wiedział,  Ŝe  istnieje  róŜnica 
między chwilą, kiedy ustaje oddychanie, a momentem, kiedy przestaje pracować mózg. Widział 
charakterystyczną  bladość  świeŜego  trupa.  Wiedział,  Ŝe  gałki  oczne  zapadają  się  po  pięciu 
minutach od wyzionięcia ducha. Ten akurat szczegół zna mało kto. Pięć minut po śmierci oczy 
robią się płaskie i mętnoszare. Ciało zaczyna się kurczyć. Człowiek robi się mniejszy. Poppy juŜ 
jest taka malutka... 

Zawsze  się  bał,  Ŝeby  nie  zrobić  jej  krzywdy.  Wyglądała  na  bardzo  kruchą,  a  on,  gdyby  był 

nieostroŜny,  mógł  skrzywdzić  kogoś  o  wiele  silniejszego.  Między  innymi  dlatego  utrzymywał 
między nimi dystans. 

To jeden z powodów. Nie najwaŜniejszy. 

Innym  było  coś,  czego  nic  potrafił  ubrać  w  słowa,  nawet  przed  samym  sobą.  ZbliŜał  się  do 

tego, co zakazane. Ale musiał przestrzegać zasad, które wpajano mu od urodzenia. 

Ludziom nocy nic wolno się zakochać w człowieku. Karą za przekroczenie prawa jest śmierć. 
W tej chwili to nie miało znaczenia. Wiedział, co musi zrobić. Dokąd jechać. 

Wylogował  się  z  Internetu.  Był  opanowany  i  myślał  racjonalnie.  Wstał,  wziął  okulary 

przeciwsłoneczne i wsunął je na nos.  Wyszedł na bezlitosne czerwcowe słońce, zatrzaskując za 
sobą drzwi. 

Poppy  z  nieszczęśliwą  miną  rozejrzała  się  po  pomieszczeniu.  W  zasadzie  nie  wyglądało  tak 

strasznie poza tym, Ŝe było za zimne... no ale to w końcu szpital. Taka prawda kryła się za ład-
nymi niebiesko-róŜowymi zasłonkami, telewizją sieciową i menu kolacji ozdobionym postaciami 
z bajek. Wiadomo Ŝe tutaj człowiek ląduje tylko wtedy, gdy jest naprawdę cięŜko chory. 

Oj,  przestań,  zganiła  siebie.  Rozchmurz  się  trochę.  Co  się  stało  z  mocą  Poppytywnego 

myślenia? Gdzie się podziała Poppyanna, kiedy jest ci potrzebna? Gdzie Mary Poppyns? 

BoŜe! JuŜ sama siebie usiłuję rozbawić, pomyślała. 

Uśmiechnęła  się  blado,  mimo  Ŝe  niewiele  ją  bawiło.  Pielęgniarki  były  miłe,  a  łóŜko  bardzo 

wygodne. Z boku miało pilota, którym ustawiało się materac w kaŜdej moŜliwej pozycji. 

Akurat kiedy się nim bawiła, weszła matka. 
- Złapałam Cliffa. Przyjedzie tu później. Chyba powinnaś się przebrać do badań. 
Poppy spojrzała na swój szpitalny szlafrok z krepy w niebiesko-białe paski i poczuła bolesny 

spazm,  promieniujący  od  Ŝołądka  do  pleców.  W  najgłębszym  zakamarku  duszy  pomyślała: 
Proszę, jeszcze nie teraz. Nigdy nie będę gotowa. 

James  podjechał  integrą  na  parking  przy  Ferry  Street,  niedaleko  Stoneham.  To  nie  była 

przyjemna część miasta. Turyści zwiedzający Los Angeles omijali tę okolicę. 

Zrujnowany  budynek,  kilka  opustoszałych  pięter,  okna  zabite  dyktą,  graffiti  na  ścianach  z 

pustaków pokrytych wyblakłą farbą. 

Nawet smog wydawał się tu gęstszy. Powietrze było Ŝółte i mdłe. Jak trujące wyziewy, nawet 

najjaśniejszy dzień oblekało w szarość. Wszystko wyglądało nierealnie i złowieszczo. 

OkrąŜył  budynek.  Z  tyłu  znajdowały  się  drzwi  na  zaplecze  sklepów.  Na  jednych  nie  było 

graffiti. Na szyldzie nad nimi zamiast napisu narysowano czarny kwiat. 

Czarny irys. 

Zapukał. Drzwi uchyliły się na kilka centymetrów, a przez szparę wyjrzał kościsty dzieciak w 

pogniecionej koszulce, z zaspanymi oczami. 

- To  ja.  Ulf  -  powiedział,  opierając  się  pokusie,  Ŝeby  otworzyć  drzwi  kopniakiem.  Ach.  te 

wilkołaki, pomyślał. Dlaczego muszą tak bronić swojego terytorium? 

background image

Drzwi  otworzyły  się  tylko  na  tyle.  Ŝeby  James  mógł  wejść  do  środka.  Kościsty  chłopak 

wystawił głowę na zewnątrz, rozejrzał się podejrzliwie, potem zatrzasnął drzwi 

- Najlepiej idź obsikaj swój rewir - rzucił James przez ramię. 

Miejsce  przypominało  kawiarenkę.  W  mrocznym  pomieszczeniu  jeden  przy  drugim  stały 

okrągłe  stoliki.  Na  drewnianych  krzesłach  siedziało  kilkoro  nastolatków.  Z  tyłu  sali  dwóch 
chłopaków grało w bilard. 

James podszedł do stolika, przy którym siedziała dziewczyna. Zdjął okulary przeciwsłoneczne 

i usiadł. 

-

 

Cześć. Gisele. 

 

Podniosła wzrok. Miała ciemne włosy i niebieskie oczy. Skośne, tajemnicze, obrysowane 

czarną konturówką - w stylu staroŜytnego Egiptu. 

Wyglądała jak czarownica i to nie był zbieg okoliczności. 

- James. Tęskniłam za tobą. - Mówiła cichym, chropawym głosem. - Co słychać? - Wzięła ze 

stołu niezapaloną świeczkę i energicznie machnęła dłońmi, jakby uwalniała uwięzionego ptaka. 
Knot  świeczki  zapłonął.  -  Wyglądasz  wspaniale,  jak  zwykle.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego  w 
rozedrganym złotym świetle. 

-

 

Ty teŜ. Prawdę mówiąc, sprowadza mnie tu interes.  

Uniosła brew. 
-

 

Chyba jak zawsze? 

- Tym razem to coś innego. Chcę cię prosić... o profesjonalną opinię w pewnej kwestii. 

RozłoŜyła  szczupłe  dłonie,  połyskując  w  blasku  świecy  srebrnymi  paznokciami.  Na  palcu 

wskazującym miała pierścień z czarną dalią. 

-

 

Moja moc jest do twojej dyspozycji. Chcesz kogoś przekląć? A moŜe przyciągnąć szczęście i 

powodzenie? Bo zaklęcia miłosne nie są ci potrzebne. 

-

 

Potrzebuję czaru który wyleczy chorobę. Nie wiem, czy musi być dostosowany do choroby, 

czy podziała coś bardziej ogólnego. Jakieś ogólne zaklęcie dla zdrowia... 

-

 

James - Roześmiała się leniwie, połoŜyła dłoń na jego dłoni i lekko ją potarła. - Jesteś mocno 

zdenerwowany, prawda? Nigdy cię takiego nie widziałam. 

To fakt, zupełnie stracił głowę. Przywołał się do porządku. 

- O jakiej konkretnie chorobie mówimy? - spytała, bo James się nie odezwał. 
-

 

O raku. 

Odrzuciła głowę do tylu i się roześmiała 
- Chcesz,  powiedzieć,  Ŝe  tacy  jak  ty  mogą  mieć  raka?  Nie  wierzę.  Mów  co  chcesz,  ale  nie 

próbuj mnie przekonywać, Ŝe lamie chorują na ludzkie choroby. 

To była najtrudniejsza część. 

- Nie chodzi o osobę taką jak ja ani jak ty. To człowiek - powiedział cicho. 

Uśmiech Gisele zniknął. 

-

 

Ktoś z zewnątrz? - Jej głos nie był juŜ leniwy ani chropawy. - Obcy? Oszalałeś, James? 

-

 

Ona nie wie nic o mnie  ani  o świecie nocy.  Nie  zamierzam łamać zasad. Chce tylko, Ŝeby 

była zdrowa. 

-

 

Jesteś pewien, Ŝe juŜ nie złamałeś zasad? - Jej skośne niebieskie oczy przesunęły się na jego 

twarz. - Na pewno się w niej nie zakochałeś? - dodała szeptem, bo James sprawiał wraŜenie, Ŝe 
zupełnie nie rozumie, o co jej chodzi. 

Zmusił się. Ŝeby wytrzymać badawcze spojrzenie. 
- Nie mów tak. Chyba Ŝe chcesz konfrontacji - odezwał się spokojnie, ale groźnie. 
Gisele odwróciła wzrok. Bawiła się pierścionkiem. Płomień świecy zamigotał i zgasł. 

background image

-

 

James, znam cię od dawna - powiedziała nie podnosząc wzroku. - Nie chcę, Ŝebyś wpakował 

się  w  kłopoty.  Wierzę  ci.  skoro  twierdzisz,  Ŝe  nie  złamałeś  zasad,  ale  lepiej  zapomnijmy  o  tej 
rozmowie. Po prostu wyjdź, a ja będę udawać, Ŝe nigdy nie zamieniliśmy na ten temat ani słowa. 

-

 

A zaklęcie? 

-

 

Nie ma takiego zaklęcia. A nawet jeśli, na pewno bym ci nie pomogła. Idź. 

Wyszedł. 

Wpadł  mu  do  głowy  jeszcze  jeden  pomysł.  Pojechał  do  Brentwood.  Okolica  róŜniła  się  od 

poprzedniej  jak  diament  od  węgla.  Zatrzymał  samochód  na  zadaszonym  parkingu  przy 
osobliwym  ceglanym  budynku  z  fontanną.  Po  ścianach,  aŜ  na  hiszpańską  dachówkę,  pięła  się 
czerwona i fioletowa bugenwilla. 

Przeszedł  pod  łukiem  na  dziedziniec  i  znalazł  się  przed  biurem  ze  złotym  napisem  na 

drzwiach. Doktor Jasper J. Rasmussen. Jego ojciec był psychoterapeutą. 

Nic  zdąŜył  wyciągnąć  ręki  do  klamki,  bo  drzwi  otworzyły  się  i  z  budynku  wyszła  kobieta. 

Typowa klientka ojca - po czterdziestce, bogata, w designerskim dresie i sandałach na obcasach. 

Wyglądała  na  lekko  otumanioną  i  rozespaną,  a  na  szyi  miała  dwie  małe,  szybko  gojące  się 

punktowe ranki. 

James  wszedł  do  biura.  Miało  poczekalnię,  ale  bez  recepcjonistki.  Z  gabinetu  dobiegała 

muzyka Mozarta. Zapukał. 

- Tato? 

W  drzwiach  stanął  przystojny  ciemnowłosy  męŜczyzna,  w  doskonale  skrojonym  szarym 

garniturze i koszuli z mankietami na spinki. Wyczuwało się w nim siłę i stanowczość. 

Ale nie ciepło. 

-

 

Co jest. James? - spytał takim tonem, jakim zwracał się do klientów: uwaŜnym, wywaŜonym 

i uprzejmym. 

-

 

Masz minutę? 

Ojciec spojrzał na roleksa. 

-

 

Następny klient przychodzi za pół godziny. 

-

 

Muszę z tobą porozmawiać. 

Ojciec spojrzał na niego surowo i wskazał tapicerowany fotel. James usiadł na samym brzegu 

- Co jest? 

James szukał odpowiednich słów. Wszystko zaleŜy od tego. czy ojciec go zrozumie. Ale jakie 

słowa będą odpowiednie? Postawił na brutalną szczerość. 

-

 

Chodzi o Poppy - Od jakiegoś czasu choruje, podejrzewają nowotwór. 

-

 

Przykro mi to słyszeć. - Doktor Rasmussen sprawiał wraŜenie zaskoczonego, jednak w jego 

glosie nie było smutku. 

-

 

To rak. Niesamowicie bolesny i prawie w stu procentach nieuleczalny. 

-

 

Szkoda. - W glosie ojca znów dało się słyszeć tylko lekkie zaskoczenie. 

James  nagle  zrozumiał,  skąd  ono  wynika.  Ojca  nie  dziwiło,  Ŝe  Poppy  jest  chora,  ale  to,  Ŝe 

James wybrał się do niego, Ŝeby o tym powiedzieć. 

- Tato. jeśli to rak, ona umrze. To dla ciebie nic nie znaczy? 

Doktor Rasmussen splótł palce i wpatrywał się w rudawy blat mahoniowego biurka. 
- James,  juŜ  to  przerabialiśmy  -  mówił  powoli  i  stanowczo.  -  Wiesz,  Ŝe  twoja  matka  i  ja 

martwimy się, Ŝe za bardzo się zbliŜyłeś do Poppy. Za bardzo... się z nią związałeś. 

James poczuł nagły przypływ głuchej wściekłości. 
-

 

Tak jak z panną Emmy?  

Ojciec nawet nie mrugnął. 

background image

-

 

Mniej więcej. 

James odpędził obrazy, które zaczęły pojawiać się w jego myślach. Nie moŜe teraz myśleć o 

pannie Emmie, musi być bezstronny. Inaczej nie przekona ojca. 

- Tato, znam Poppy cale Ŝycie. Potrzebuję jej. 
- Po co? Nie w celach oczywistych. Chyba nigdy nie piłeś jej krwi, co? 
James z trudem przełknął ślinę, czując mdłości. Pić krew Poppy? Tak ją wykorzystywać? Na 

samą myśl o tym zrobiło mu się niedobrze 

-

 

Tato,  ona  jest  moją  przyjaciółką  -  Przestał  się  silić  na  obiektywizm.  -  Po  prostu  nie  mogę 

patrzeć, jak cierpi. Nie mogę. Muszę coś zrobić. 

-

 

Rozumiem. - Twarz ojca się rozjaśniła. 

-

 

Rozumiesz? - Jamesowi zakręciło się w głowie od niespodziewanego poczucia ulgi. 

-  James,  czasami  nic  nie  poradzisz  na  pewien  przypływ...  współczucia  dla  ludzi.  W  innym 

wypadku  bym  tego  nie  przyznał,  ale  znasz  Poppy  długo.  śal  ci,  Ŝe  cierpi.  JeŜeli  chcesz,  Ŝeby 
cierpiała krócej.. tak, potrafię to zrozumieć. 

Poczucie ulgi prysnęło jak bańka mydlana. James wpatrywał się w ojca przez kilka sekund. 

-

 

Zabójstwo z litości? Myślałem, Ŝe Starsi zakazali zabójstw na tym terenie. 

-

 

Zachowaj rozsądek i dyskrecję. Nie będzie trzeba angaŜować w to Starszych. 

James poczuł metaliczny smak w ustach. Wstał i roześmiał się lekko. 

-

 

Dzięki tato. Naprawdę bardzo mi pomogłeś. Ojciec najwyraźniej nie usłyszał 

sarkazmu.  
-

 

Cieszę się, James. A przy okazji, jak tam mieszkanie? 

-

 

Dobrze - odpowiedział nieobecnym głosem James. 

-

 

A w szkole? 

-

 

Są wakacje, tato - rzucił i wyszedł. 

Na dziedzińcu oparł się o ceglany mur i wpatrywał w pluskającą fontannę. 
Skończyły mu się pomysły. Skończyła się nadzieja. Trzeba się trzymać zasady świata mocy. 
JeŜeli Poppy naprawdę ma raka, to umrze. 

 
 

Rozdział 4 

 
 

Kiedy Poppy bez apetytu wpatrywała się w tacę z kolacją - kawałki kurczaka i frytki, do sali 

wszedł doktor Franklin. 

Badania  miała  juŜ  za  sobą.  Tomografia  okazała  się  nie  taka  najgorsza  poza  tym,  Ŝe  mogła 

przyprawić o klaustrofobię, ale ERCP było straszne. Poppy czuła w gardle nieistniejącą rurkę za 
kaŜdym razem, kiedy przełykała ślinę. 

- Gardzisz takim wykwintnym szpitalnym posiłkiem - zaŜartował ostroŜnie lekarz. Zdobyła się 

na uśmiech. 

Mówił  o  rzeczach  bez  znaczenia.  Ani  słowa  o  wynikach  badań,  a  Poppy  nie  miała  pojęcia, 

kiedy  moŜna  się  ich  spodziewać.  Jednak  wobec  doktora  Franklina  była  podejrzliwa.  Coś 
wzbudzało jej niepokój – to, Ŝe delikatnie pogłaskał jej stopę pod kołdrą, a moŜe jego podkrąŜone 
oczy... 

Kiedy  od  niechcenia  zaprosił  jej  matkę  „na  mały  spacer  po  korytarzu”,  utwierdziła  się  w 

podejrzeniach. 

Powie jej. Ma wyniki, ale nie chce, Ŝebym wiedziała. 

background image

W jednej chwili w jej głowie zrodził się plan. 

-  Idź. Mamo, jestem trochę śpiąca. - Ziewnęła. PołoŜyła się i zamknęła oczy. 

Jak  tylko  wyszli,  wyskoczyła  z  łóŜka.  Obserwowała  ich  oddalające  się  plecy  na  korytarzu. 

Poszła za nimi cicho w samych skarpetkach. 

Kilka minut postała przy dyŜurce pielęgniarek. 
- Chciałam rozprostować nogi - wyjaśniła, kiedy pielęgniarka spojrzała na nią pytająco. 
Musiała  udawać,  Ŝe  tak  sobie  spaceruje,  i  dopiero  kiedy  pielęgniarka  poszła  do  jednej  z  sal, 

szybko ruszyła dalej korytarzem. 

Na  końcu  znajdowała  się  poczekalnia.  Widziała  ją  juŜ  wcześniej  Był  tam  telewizor  i  sprzęt 

kuchenny,  Ŝeby  oczekującym  krewnym  zapewnić  komfortowe  warunki.  Poppy  podeszła  na 
palcach do uchylonych drzwi. Słyszała głos doktora Franklina, ale nie wyłapywała słów. 

Bardzo ostroŜnie podeszła bliŜej. Zaryzykowała i zajrzała do środka. 

Od  razu  się  zorientowała,  Ŝe  nie  musi  szczególnie  uwaŜać.  Wszyscy  byli  pochłonięci 

rozmową. 

Na  jednej  kanapie  siedział  doktor  Franklin.  Obok  niego  Afroamerykanka  w  okularach  z 

łańcuszkiem, w białym fartuchu lekarskim. 

Na drugiej kanapie - ojczym Poppy, Cliff. Zwykle idealnie ułoŜone ciemne włosy miał lekko 

rozczochrane, a na ogól nieruchoma jak skała szczęka ciągle drgała. Ramieniem obejmował Ŝonę. 
Doktor Franklin mówił do obojga, trzymając matkę za rękę. 

Matka szlochała. 
Poppy odsunęła się od drzwi. 

O BoŜe. Mam raka. 
Nigdy  wcześniej  nic  widziała,  Ŝeby  matka  płakała.  Ani  kiedy  umarła  babcia,  ani  w  trakcie 

rozwodu  z  ojcem.  Matka  była  specjalistką  od  radzenia  sobie  ze  wszystkim.  Poppy  nie  znała 
drugiej tak twardej osoby. 

A teraz... 
Mam go. To pewne, bez dwóch zdań. 
Ale  moŜe  nie  jest  aŜ  tak  źle?  Mama  przeŜyła  szok,  dobra,  to  normalne.  Ale  to  wcale  nie 

znaczy od razu, Ŝe umrę. Stoi za mną cała współczesna medycyna. 

Powtarzała to sobie, oddalając się od poczekalni. 
Nie zdąŜyła jednak odejść w porę. Jeszcze usłyszała zmieniony, zbolały głos matki. 
-

 

Moje dziecko. Och, moja mała dziewczynka.  

Poppy zamarła. 

- Chce mi pan powiedzieć, Ŝe nie ma ratunku? - odezwał się Cliff głośno i ze złością. 

Poppy nie czuła własnego oddechu. Mimowolnie wróciła do drzwi. 

- Doktor  Loftus  jest  onkokigiem,  ekspertem  jeśli  chodzi  o  ten  rodzaj  raka.  Wytłumaczy  to 

państwu lepiej niŜ ja - oznajmił doktor Franklin. 

Wtedy  włączył  się  nowy  glos  drugiej  lekarki  Z  początku  Poppy  wyłapywała  tylko  strzępy 

zdań,  które  nic  jej  nie  mówiły:  adenocacrinoma,  niedroŜność  Ŝył  nerkowych,  stadium  trzecie. 
Medyczny Ŝargon. 

-

 

Ujmując rzecz prościej - powiedziała w końcu doktor Loftus - ... problem w tym, Ŝe rak się 

rozprzestrzenił. Są przerzuty w wątrobie i naczyniach limfatycznych wokół trzustki. To znaczy, 
Ŝ

e jest nieresekcyjny, nie moŜemy operować. 

-

 

Ale chemioterapia... - zaczął Cliff. 

-

 

Spróbujemy  połączyć  naświetlanie  i  chemioterapię  substancją  zwaną  5-fluorouracil.  Daje 

pewne  rezultaty.  Ale  nic  będę  państwa  oszukiwać.  W  najlepszym  przypadku  przedłuŜy  chorej 

background image

Ŝ

ycie o kilka tygodni. Na tym etapie szukamy środków paliatywnych. Ŝeby zmniejszyć ból i Ŝeby 

czas. który jej został, przeŜyła jak najlepiej. Rozumieją państwo? 

Tłumiony szloch matki. Poppy nie była  w sianie się ruszyć.  Miała wraŜenie, Ŝe słucha radia. 

Jakby to zupełnie jej nie dotyczyło. 

- Tu,  w  południowej  Kalifornii,  prowadzi  się  pewne  programy  badawcze.  Eksperymenty  z 

immunoterapią i chirurgią kriogeniczną. Ale powtarzam, mówimy o metodach paliatywnych, nie 
o leczeniu... 

-

 

Do jasnej cholery! - wybuchnął Cliff. - Tu chodzi o młodą dziewczynę! Jak to moŜliwe, Ŝe 

doszło do... do trzeciego stadium i nikt tego nie zauwaŜył? PrzecieŜ dwa dni temu tańczyła przez 
całą noc! 

-

 

Przykro mi, panie Hilgard. - Doktor Loftus mówiła tak łagodnie, Ŝe Poppy ledwie słyszała jej 

słowa.  -  To  rak  bezobjawowy.  Symptomy  pojawiają  się  dopiero,  kiedy  choroba  jest  bardzo 
zaawansowana. Dlatego wskaźnik przeŜycia jest tak niski. Muszę państwu powiedzieć, Ŝe Poppy 
jest  drugim  nastolatkiem,  u  którego  widzę  ten  rodzaj  nowotworu.  Doktor  Franklin  postawił 
bardzo trafną wstępną diagnozę. 

-

 

Powinnam  była  wiedzieć  -  wychrypiała  matka  -  Powinnam  przyprowadzić  ją  wcześniej... 

Powinnam... 

Rozległ się łomot. Poppy odruchowo zajrzała przez drzwi. Matka jak opętana waliła pięściami 

w stół z formiki. Cliff usiłował ją powstrzymać. 

Poppy się wycofała. 

O BoŜe. Muszę stad iść. Nie chcę tego widzieć. Nie mogę na to patrzeć. 

Ruszyła  z  powrotem  przez  korytarz.  Jej  nogi  poruszały  się.  Jak  zwykle.  Zadziwiające,  Ŝe 

normalnie funkcjonują. 

Dookoła nic się nie zmieniło. DyŜurka pielęgniarek jeszcze udekorowana z. okazji czwartego 

lipca.  Na  wyściełanym  siedzisku  okiennym  w  jej  sali  nadal  leŜy  walizka.  Drewniana  podłoga 
ciągle jest twarda. 

Wszystko takie samo jak wcześniej. Jak to moŜliwe? Jakim cudem ściany nadal stoją? Jakim 

cudem w sąsiedniej sali ryczy telewizor? 

Umrę, pomyślała Poppy. 
Dziwne, ale nie była przeraŜona. Czuła tylko niebywale zaskoczenie, które narastało z kaŜdą 

myślą, przerywaną tym jednym słowem. 

To moja wina, bo (umrę) nie poszłam wcześniej do lekarza. 

Cliff przeze mnie powiedział: „do jasnej cholery" (umrę). Nie wiedziałam, Ŝe aŜ tak mnie lubi, 
Ŝ

eby zakląć.  

Myśli wirowały jak oszalałe. 
Umrę przez coś, co siedzi we mnie, jak obcy w filmie. To jest we mnie teraz. Teraz. 

PołoŜyła  dłonie  na  brzuchu  i  zadarła  koszulkę.  Skóra  była  gładka,  nieskazitelna.  śadnego 

bólu. 

Ale  to  tam  jest  i  przez  to  umrę.  Niedługo.  Ciekawe,  jak  szybko?  Nie  słyszałam,  jak  o  tym 

mówili. 

Potrzebuję Jamesa. 

Sięgając  po  telefon,  miała  wraŜenie,  Ŝe  ręka  jest  odłączona  od  ciała.  Wybrała  numer, 

powtarzając w myślach: „Proszę, bądź". 

Tym  razem  nie  zadziałało.  Telefon  dzwonił  i  dzwonił.  Po  sygnale  Poppy  zostawiła 

wiadomość:  „oddzwoń  do  mnie  do  szpitala  ".  Rozłączyła  się  i  wpatrywała  w  plastikowy  dzban 
lodowatej wody przy łóŜku. 

Wróci i do mnie zadzwoni. Muszę tylko wytrzymać do tego czasu. 

background image

Nagle  to  stało  się  jej  celem.  Wytrzymać  do  rozmowy  z  Jamesem.  Do  tego  czasu  nie  musi 

myśleć  o  niczym,  wystarczy,  Ŝe  przeŜyje.  Dopiero  potem  się  zastanowi,  co  powinna  czuć  i  co 
powinna zrobić. 

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi. Przestraszona Poppy uniosła wzrok; zobaczyła matkę 

i Cliffa. Przez chwilę była w stanic skupić się tylko na ich twarzach i odnosiła dziwne wraŜenie, 
Ŝ

e głowy unoszą się w powietrzu. 

Matka  miała  czerwone,  zapuchnięte  oczy.  Cliff  był  biały  jak  kreda,  co  podkreślało  ciemny 

zarost na twarzy. 

O mój BoŜe, czyŜby zamierzali mi powiedzieć? Nic mogą. Nie mogą kazać mi tego słuchać. 

Poppy poczuła nieodpartą chęć ucieczki. Była na skraju paniki. 

- Kochanie, przyszło do ciebie kilkoro przyjaciół - powiedziała matka - Phil powiedział im. Ŝe 

jesteś w szpitalu, no i właśnie są. 

James, pomyślała Poppy i coś chwyciło ją za serce. Ale Jamesa nie było wśród osób 

tłoczących się w drzwiach. Stały tam głównie dziewczyny ze szkoły. 

Nic nie szkodzi. Zadzwoni później. Nie musisz teraz o tym myśleć. 
Zresztą przy tylu gościach nawet nie dało się myśleć. I dobrze. Nie do wiary, Ŝe potrafiła tak z 

nimi siedzieć i gadać, chociaŜ duchem była dalej niŜ Neptun. A jednak rozmawiała i dzięki temu 
mogła wyłączyć umysł. 

Nikt nie miał pojęcia, Ŝe jest powaŜnie chora. Nawet Phil, który z zapałem okazywał braterską 

miłość. Rozmawiali o zwykłych rzeczach, o imprezach, rolkach, muzyce i ksiąŜkach. O rzeczach 
z dawnego Ŝycia Poppy, które nagle oddaliło się o sto lat. 

Cliff odnosił się do niej milej niŜ wtedy, kiedy zalecał się do matki. 
Goście w końcu wyszli, została tylko matka. Co chwilę dotykała córki lekko drŜącymi dłońmi 

Nawet  gdybym  nie  wiedziała,  tobym  się  domyśliła,  pomyślała  Poppy.  Mama  zachowuje  się 
zupełnie inaczej niŜ zwykle.  

- Chyba  zostanę  na  noc  –  oznajmiła.  Nie  bardzo  jej  się  udał  beztroski  ton.  -  Pielęgniarka 

powiedziała,  Ŝe  mogę  spać  na  siedzeniu  przya  oknie,  bo  to  właściwie  leŜanka  dla  rodziców. 
Zastanawiam się tylko, czy nie wpaść do domu po kilka rzeczy. 

- Jasne,  jedź.  -  Poppy  nie  mogła  powiedzieć  nic  innego,  jeŜeli  nadal  chciała  udawać,  Ŝe  nie 

wie. Poza tym, mama na pewno potrzebuje trochę czasu dla siebie z daleka od szpitala. 

Jak  tylko  matka  wyszła,  pielęgniarka  w  bluzce  w  kwiaty  i  szpitalnych  spodniach  zmierzyła 

Poppy gorączkę i ciśnienie. I zostawiła Poppy samą. 

Zrobiło się późno. Z daleka nadal dochodziły odgłosy telewizji. Przez uchylone drzwi widać 

było korytarz, pogrąŜony w mroku. Na oddziale najwyraźniej zapanowała cisza nocna. 

Poppy  czuła  się  bardzo  samotna,  a  ból  poŜerał  ją  głęboko  od  środka.  Spod  gładkiej  skóry 

brzucha dawał o sobie znać rak. 

Najgorsze, Ŝe James nie zadzwonił. Jak mógł. Chyba wic, Ŝe go potrzebuję? 

Jak długo jeszcze uda jej się nie myśleć o nadchodzącej śmierci. 

MoŜe powinna postarać się zasnąć. Wyłączyć świadomość. Wtedy nie będzie mogła myśleć. 

Kiedy  tylko  zgasiła  światło  i  zamknęła  oczy,  wokół  niej  roztańczyły  się  duchy.  Nie  obrazy 

ładnej łysej dziewczyny, ale szkielety. Trumny.  A najgorsza  ze  wszystkiego była nieskończona 
ciemność. 

JeŜeli  umrę,  nie  będzie  mnie  tutaj.  Ale  czy  w  ogóle  gdzieś  będę?  Czy  po  prostu  nie  będzie 

mnie wcale 

To najbardziej przeraŜająca rzecz, jaka kiedykolwiek przyszła jej do głowy. Niebycie. Zaczęła 

o  tym  myśleć  i  nie  mogła  nic  na  to  poradzić.  Straciła  panowanie.  Zaczął  ją  zŜerać  potworny 
strach, przyprawiający o dreszcze pod sztywną poszwą i cienkim kocem. Umrę, umrę. umrę... 

background image

- Poppy. 
Otworzyła  oczy.  Przez  sekundę  nie  rozpoznawała  czarnej  postaci  w  ciemnym  pokoju. 

Przemknęła jej szalona myśl: oto przyszła śmierć we własnej osobie. 

-

 

James? 

-

 

Nie wiedziałem, czy śpisz. 

Wyciągnęła rękę do przycisku przy łóŜku, Ŝeby włączyć światło. 
- Nie.  nie  zapalaj  poprosił  -  Musiałem  przemknąć  obok  pielęgniarek,  nie  chcę  Ŝeby  mnie 

wyrzuciły. 

Poppy z trudem przełknęła ślinę, zaciskając dłonie na fałdzie koca. 

- Cieszę  się,  Ŝe  jesteś  -  powiedziała.  -  Myślałam,  Ŝe  juŜ  nie  przyjdziesz  -  Tak  naprawdę 

pragnęła rzucić mu się w ramiona, szlochać i krzyczeć. 

Ale nie zrobiła lego. Nie dlatego, Ŝe nigdy wcześniej tak się nie zachowywała. Powstrzymało 

ją coś w Jamesie. Coś nieuchwytnego, a jednak niemal... przeraŜającego. 

To, jak stoi? To, Ŝe nie widzi jego twarzy? Wiedziała tylko, Ŝe nagle wydał jej się obcy. 

Odwrócił się i bardzo ostroŜnie zamknął cięŜkie drzwi. 

Ciemność.  Jedyne  światło  wpadało  przez  okno.  Poppy  czuła  się  dziwnie  odcięta  od  reszty 

szpitala, od reszty świata. 

Przebywanie sam na sam z Jamesem powinno być miłe. Gdyby nie to przejmujące uczucie, Ŝe 

jest jakiś inny. 

-

 

Znasz wyniki - powiedział cicho. To nie było pytanie. 

-

 

Mama  nie  wie.  Ŝe  wiem  -  odparła.  Skąd  się  biorą  takie  sensowne  słowa,  skoro  ma  ochotę 

tylko  krzyczeć?  -  Podsłuchałam,  jak  doktor  mówił...  James,  mam  go.  I...  to  zły  rodzaj  raka 
Podobno  juŜ  są  przerzuty.  I  chyba...  -  Nie  mogła  wydobyć  z  siebie  ostatniego  stówa,  chociaŜ 
skrzeczało jej w myślach. 

-

 

Umrzesz  -  powiedział  James.  Wydawał  się  cichy  i  skupiony.  Nieobecny.  -  Przeczytałem  o 

tym. - Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Wiem, Ŝe jest groźny. Piszą, Ŝe powoduje wielki 
ból. 

-

 

James. - Poppy westchnęła. 

-

 

Czasami operują, tylko po to, Ŝeby zmniejszyć cierpienie. Ale niewaŜne, co zrobią, i tak cię 

nie uratują. Chemia, naświetlania nic nie dadzą, umrzesz. Pewnie zanim skończy się lato. 

-

 

James... 

-

 

To twoje ostatnie lato. 

-

 

James,  zmiłuj  się!  -  To  był  niemal  krzyk,  Poppy  łapczywie  nabierała  powietrza,  ściskając 

koc. - Czemu mi to robisz? 

Odwrócił się i jednym ruchem złapał ją za nadgarstek. Chcę, Ŝeby do ciebie dotarło, Ŝe oni ci nie 
pomogą - powiedział wzburzony, - Rozumiesz? 

-

 

Tak,  rozumiem.  -  Poppy  słyszała  narastającą  histerię  w  swoim  głosie.  -  Przyszedłeś  mi  to 

powiedzieć? Chcesz mnie zabić. 

-

 

Nie!  -  jego  palce  zacisnęły  się  boleśnie,  -  Chcę  cię  uratować.  -  Wypuścił  powietrze  i 

powtórzył to ciszej, ale równie stanowczo. - Chcę cię uratować. Poppy. 

Przez  kilka chwil  skupiała się na tym, Ŝeby regularnie oddychać. Robiła wszystko,  Ŝeby nie 

wybuchnąć płaczem. 

-

 

Ale nie jesteś w stanie - odezwała się w końcu. - Nikt nie jest w stanie. 

-

 

Tu się mylisz. - Powoli oswobodził jej nadgarstek i ścisnął metalową poręcz łóŜka. – Poppy, 

muszę ci coś wyznać. O sobie. 

background image

- James...  -  Zabrakło  jej  słów.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  po  prostu  zwariował,  W  pewnym  sensie, 

gdyby wszystko inne nie było tak okropne, potraktowałaby to jako komplement. James przez nią 
wpadł  w  popłoch.  Tak  się  przejął  jej  chorobą,  Ŝe  całkiem  oszalał.  -  Tobie  naprawdę  na  mnie 
zaleŜy  -  wyszeptała  ze  śmiechem  i  szlochem  jednocześnie.  PołoŜyła  dłoń  na  jego  dłoni,  na 
poręczy łóŜka. 

On teŜ roześmiał się krótko. Chwycił mocno jej dłonie, a później odsunął od siebie. 

- Ty  nic  nie  rozumiesz  -  powiedział  spiętym  głosem.  -  Wydaje  ci  się,  Ŝe  wiesz  o  mnie 

wszystko... - ciągnął, wyglądając przez okno. - A jednak nie wiesz czegoś bardzo waŜnego. 

Poppy  czuła  się  jak  sparaliŜowana.  Nie  mogła  pojąć,  dlaczego  James  nawija  o  sobie.  skoro 

ona umiera. Ale zdobyła się na wyrozumiałość. 

-

 

MoŜesz mi powiedzieć wszystko, PrzecieŜ wiesz. 

-

 

Nie uwierzysz. Nie mówiąc o tym, Ŝe złamię zasady. 

-

 

Złamiesz prawo? 

-

 

Zasady. Mnie obowiązują inne przepisy niŜ ciebie. Ludzkie prawa niewiele dla nas znaczą, 

ale nasze własne są nieubłagane. 

-

 

James... - Poppy oniemiała ze strachu. On naprawdę stracił głowę. 

-

 

Nie  wiem.  jak  to  powiedzieć.  Czuję  się  jak  bohater  kiepskiego  horroru.  -  Wzruszył 

ramionami. - Wiem. jak to brzmi, ale,... - zaczął, nie odwracając się. - Poppy, jestem wampirem. 

Przez chwilę siedziała bez ruchu. Nagle rzuciła się do stolika przy łóŜku. Zacisnęła palce na 

stosie małych misek w kształcie półksięŜyca i cisnęła w niego wszystkimi. 

- Bydlaku! - wrzasnęła i znów sięgnęła po coś, Ŝeby rzucić. 

 
 

Rozdział 5 

 
 

James uchylił się, kiedy Poppy celowała w niego ksiąŜką. - Poppy... 

-

 

Ty gnojku! Padalcu! Jak moŜesz mi to robić? Ty zepsuty, samolubny, niedojrzały... 

-

 

Cśśś... Usłyszą cię... 

-

 

Niech słyszą! Jestem w szpitalu, dopiero co się dowiedziałam, Ŝe umrę, a tobie w głowie głupie 

kawały. Durne, obrzydliwe kawały. Po prostu nie wierzę. Myślisz, Ŝe to śmieszne? - Z 
wściekłości zabrakło jej tchu. 

James, który machał rękami, Ŝeby ją uciszyć, zamarł i spojrzał w stronę drzwi. 

-

 

Pielęgniarka tu idzie - powiedział. 

-

 

I dobrze, poproszę ją, Ŝeby cię wyrzuciła - odparła Poppy. Złość opadła, doprowadzając ją 

prawie do łez. Nigdy w Ŝyciu nie czuła się tak strasznie zdradzona i samotna. - Wiesz co? 
Nienawidzę cię. 

W drzwiach stanęła pielęgniarka w bluzce w kwiaty i szpitalnych zielonych spodniach. 

-

 

Co tu się dzieje? - spytała, włączając światło. Dostrzegła Jamesa. - No, no, chyba nie jesteś z 

rodziny. - Uśmiechała się, ale w jej głosie słychać było autorytet, którego zaraz miała uŜyć. 
-

 

Nie jest i chcę, Ŝeby stąd wyszedł - oznajmiła Poppy. Pielęgniarka poprawiła poduszki i 

delikatnie połoŜyła dłoń na czole Poppy. 

- Tylko członkowie rodziny mogą zostawać na noc - zwróciła się do Jamesa. 

background image

Poppy wpatrywała się w telewizor i czekała, aŜ James wyjdzie. Nie wyszedł. Obszedł łóŜko i 

stanął  przy  pielęgniarce.  Ta  zadarła  głowę,  Ŝeby  na  niego  spojrzeć,  nie  przestając  poprawiać 
pościeli. Nagle jej dłonie zwolniły i znieruchomiały. 

Poppy  rozejrzała  się  zdumiona.  Pielęgniarka  wpatrywała  się  w  Jamesa.  Dłonie  trzymała 

nieruchomo na kołdrze i patrzyła na niego jak zaczarowana. 

A  James  wpatrywał  się  w  nią.  Przy  włączonym  świetle  Poppy  widziała  jego  twarz  i  znów 

miała dziwne wraŜenie, Ŝe go nic poznaje. Był bardzo blady i wyglądał niemal srogo, jakby robił 
coś,  co  wymaga  nie  lada  wysiłku.  Miał  zaciśnięte  zęby,  a  oczy  nabrały  barwy  srebra. 
Prawdziwego, mieniącego się w świetle. Przypominał wygłodniałą panterę. 
-

 

JuŜ pani wie, Ŝe nic złego się tu nie dzieje - powiedział zupełnie spokojnie. Kobieta 

zamrugała i rozejrzała się po sali, jakby właśnie obudziła się z drzemki. 
-

 

Tak, tak, wszystko w porządku - wymamrotała. - Zawołaj mnie, gdybyś... - Znów 

wyglądała na trochę nieobecną. - 

- gdybyś, hm... czegoś potrzebowała - wyszeptała w końcu. 

Wyszła, Poppy przyglądała się jej z zapartym tchem. Potem powoli, poruszając tylko oczami, 

spojrzała na Jamesa. 

-

 

Wiem, Ŝe to banał - westchnął James. - Demonstracja mocy. Ale zadziałało. 

-

 

Uknułeś to z nią - wyszeptała Poppy. 

-

 

Nie. 

-

 

W takim razie to jakaś psychologiczna sztuczka. Zadziwiające coś tam. 

-

 

Nie. - James usiadł na pomarańczowym plastikowym krześle. 

-

 

Więc zwariowałam. - Po raz pierwszy tego wieczoru Poppy nie myślała o swojej chorobie. Nie 

mogła się skupić, bo jej myśli wirowały chaotycznie. Miała wraŜenie, Ŝe jest jak dom porwany 
przez tornado. 
-

 

Nie zwariowałaś. Pewnie źle się do tego zabrałem. Mówiłem, Ŝe nie wiem, jak to wytłumaczyć. 

Rozumiem, Ŝe trudno ci uwierzyć. Wszystko jest tak zorganizowane, Ŝeby ludzie nie wierzyli. Od 
tego zaleŜy nasze Ŝycie. 
-  James, przepraszam, po prostu...- Poppy drŜały ręce. Zamknęła oczy. - MoŜe powinieneś 

lepiej... 

-  Poppy,  spójrz  na  mnie.  Mówię  prawdę.  Przysięgam.  -  Przez  chwilę  obserwował  jej  minę,  w 
końcu westchnął. - Dobra. Nie zamierzałem tego robić, ale... 

Wstał i pochylił się nad Poppy. Nie skrzywiła się, ale czuła, Ŝe oczy otwierają jej się szeroko. 

-  Popatrz. - Odsłonił zęby. 

Prosta  czynność,  zaskakujący  skutek.  Transformacja.  W  jednej  chwili  zmienił  się  z  bladego, 

ale dość zwykłego Jamesa, w coś, czego nigdy wcześniej nic widziała - inne ludzkie stworzenie. 

Jego oczy migotały srebrem, a cała twarz nabrała drapieŜnego wyglądu. Poppy prawie tego nie 

zauwaŜyła. Przyglądała się jego zębom. 

Nie  zębom.  Kłom.  Miał  kły  jak  kot.  WydłuŜone,  zagięte,  ostro  zakończone.  Zupełnie  nie 

przypominały sztucznych zębów wampira sprzedawanych w sklepach z gadŜetami. Wyglądały na 
bardzo mocne, bardzo ostre i bardzo prawdziwe. Poppy krzyknęła. James zakrył jej usta dłonią. 
-

 

Nie chcemy tu znów pielęgniarki. 

-

 

O mój BoŜe. O mój BoŜe - wybełkotała Poppy, kiedy uniósł rękę. 

-

 

Pamiętasz, ile razy mówiłaś, Ŝe czytam w twoich myślach? - odezwał się James. - Pamiętasz, 

Ŝ

e słyszałem odgłosy, których nie byłaś w stanie usłyszeć, i Ŝe poruszałem się szybciej niŜ ty? 

-

 

O mój BoŜe... 

-

 

To prawda, Poppy. - Uniósł pomarańczowe krzesło i skręcił jedną metalową nogę. Bez 

wysiłku, z lekkością. - Jesteśmy silniejsi niŜ ludzie - wyjaśnił. Przywrócił nodze pierwotny 

background image

kształt i odstawił krzesło. - Lepiej widzimy w ciemności. Zostaliśmy stworzeni do polowania. 
Poppy w końcu udało się zebrać jedną pełną myśl. 
-

 

NiewaŜne,  co  potrafisz  zrobić  -  powiedziała  przenikliwym  głosem.  -  NiemoŜliwe,  Ŝebyś  był 

wampirem. Znam cię, odkąd miałeś pięć lat. Rosłeś jak ja. Wytłumacz to. 
-

 

Wszystko, co wiesz, to nieprawda. -Westchnął. - O wampirach naczytałaś się w ksiąŜkach albo 

naoglądałaś w telewizji - zaczął jeszcze raz. - Wszystko to zostało wymyślone przez ludzi, 
zapewniam cię. Nikt ze świata nocy nie zdradziłby tajemnic. 
-

 

Ś

wiat nocy? Gdzie jest ten świat nocy? 

-

 

To nie miejsce. To coś w rodzaju tajnego stowarzyszenia wampirów, czarownic i wilkolaków. 

Samych najlepszych stworzeń. Wyjaśnię ci to później - dodał ponuro. - A na razie słuchaj, to 
proste. Jestem wampirem, bo moi rodzice są wampirami. Taki się urodziłem. Jesteśmy lamiami. 

Poppy  była  w  stanie  myśleć  tylko  o  panu  i  pani  Rasmussen,  ich  luksusowym  domu  w  stylu 

rancza i złotym mercedesie. 
-

 

Twoi rodzice? 

-

 

Lamia to dawne określenie wampira, ale dla nas oznacza łych, którzy się takimi urodzili -

ciągnął James. - Rodzimy się i starzejemy jak ludzie, tyle tylko Ŝe proces starzenia moŜemy 
zatrzymać, kiedy zechcemy. Oddychamy. Chodzimy w dziennym świetle. MoŜemy nawet Ŝywić 
się normalnym jedzeniem. 
-

 

Twoi rodzice... - powtórzyła Poppy słabym głosem. Spojrzał na nią. 

-

 

Tak. Moi rodzice. Słuchaj, jak myślisz, dlaczego moja mama jest dekoratorką wnętrz? Nie dla 

pieniędzy. Dzięki temu poznaje wielu ludzi. Tak jak mój tata, psychoterapeuta snobów. 
Wystarczy kilka minut sam na sam z człowiekiem, który potem tego nie pamięta. 

Poppy poruszyła się niespokojnie. 

-

 

Więc ty pijesz ludzką krew? - Mimo tego, co widziała, nie potrafiła zachować powagi. 

James spojrzał na sznurówki swoich adidasów. 
-

 

Tak, oczywiście - odparł łagodnie. Znów popatrzył jej prosto w oczy. 

Ź

renice miał koloru czystego srebra. 

Poppy  oparła  się  o  stos  poduszek.  MoŜe  łatwiej  było  jej  uwierzyć  dlatego,  Ŝe  dziś  rano 

wydarzyło się w jej Ŝyciu coś niewiarygodnego. Rzeczywistość wywróciła się do góry nogami i, 
prawdę mówiąc, jeszcze jedno nieprawdopodobieństwo nie robiło wielkiej róŜnicy. Umrę, a mój 
przyjaciel  jest  krwiopijcą,  pomyślała.  Sprzeczka  wyssała  z  niej  resztki  sił.  Patrzyli  na  siebie  w 
milczeniu. 
-

 

Dobra- powiedziała w końcu; w tym słowie miało zawierać się wszystko, co przed chwilą do 

niej dotarło. 
-

 

Nie wyznałem ci tego, Ŝeby sobie ulŜyć - oznajmił James stłumionym głosem. -

Powiedziałem, Ŝe mogę cię uratować, pamiętasz? 
-

 

Jak przez mgłę. - Poppy zamrugała wolno. - Niby jak uratować? - spytała szorstko. 

-

 

Tak jak myślisz. - Jego wzrok powędrował w pustkę. 

-

 

Jamie, ja juŜ nie jestem w stanie myśleć. 

Łagodnie,  nie  patrząc  na  nią,  połoŜył  dłoń  na  jej  piszczeli  pod  kołdrą.  Delikatnie,  z 

czułością, potrząsnął jej nogą. 
-  Zrobię z ciebie wampira, mała. 

Uniosła obie pięści do twarzy i zaczęła płakać. 

-

 

Hej. -  Wypuścił łydkę i  objął Poppy  ramieniem,  pomagając jej usiąść. -  Przestań. Nic się nie 

stało. To lepsze niŜ druga opcja. 

background image

-

 

Jesteś skończonym świrem - szlochała. Łzy, kiedy juŜ zaczęły płynąć, ciekły ciurkiem i nie 

mogła ich powstrzymać. Płacz przynosił ulgę, podobnie jak uścisk Jamesa. Czuła, Ŝe jest silny, 
Ŝ

e ma w nim wsparcie i Ŝe ładnie pachnie. 

-

 

Mówiłeś, Ŝe takim trzeba się urodzić - dodała niewyraźnie, szlochając. 

-

 

Nie, nie, powiedziałem, Ŝe ja się taki urodziłem. Wielu dopiero stało się wampirami. Byłoby 

ich więcej, ale zasady nie pozwalają zamieniać pierwszego lepszego łazęgi w wampira. 
-

 

Ale ja... Jestem tym, kim jestem, sobą. Nie mogę być.. taka. 

Odsunął ją delikatnie, Ŝeby móc spojrzeć jej w twarz. 
-

 

Więc  umrzesz.  Nie  masz  wyboru.  Rozejrzałem  się,  pytałem  nawet  czarownicy.  W  świecie 

nocy  nie  istnieje  nic  innego,  co  by  ci  pomogło.  Wszystko  sprowadza  się  do  jednego  pytania: 
chcesz Ŝyć czy nie? 

Umysł Poppy, który znów pogrąŜył się w chaosie, nagle .kupił się na tym pytaniu. Było jak 

ś

wiatło latarki w czarnym pokoju. 

Czy chce Ŝyć? 
O BoŜe; jasne, Ŝe tak. 
AŜ do dzisiejszego dnia zakładała, Ŝe ma bezwarunkowe prawo do Ŝycia. Nie odczuwała nawet 

wdzięczności  za  ten  przywilej.  Teraz  juŜ  zrozumiała,  Ŝe  nie  naleŜy  przyjmować  tego  za  rzecz 
oczywistą, i wiedziała teŜ, Ŝe o to będzie walczyć. 

   Obudź się Poppy, wołał jej zdrowy rozsądek. On mówi, Ŝe moŜe uratować ci Ŝycie. 

 - Poczekaj chwilę. Muszę się zastanowić - powiedziała trzeźwo. Łzy przestały płynąć. 

Odsunęła Jamesa od siebie i intensywnie wpatrywała się w białą szpitalną poszwę. 
   Dobra. Dobra. Myśl logicznie, dziewczyno. Wiedziałaś, Ŝe James skrywa tajemnicę. Nigdy nie 
przypuszczałaś, Ŝe to coś takiego. No i co? To nadal James. MoŜe i jest przeraŜającym 
krwiopijcą, ale mu na tobie zaleŜy. Nikt inny nie jest w stanie ci pomóc. 
   Zorientowała się, Ŝe ściska go za rękę. 
-

 

Jak to jest? - spytała przez zaciśnięte zęby, nie patrząc na niego. 

-

 

Inaczej - wyznał spokojnie i rzeczowo. - Nie polecałbym tego, gdyby istniało inne wyjście, 

ale... jest w porządku. Kiedy twoje ciało zacznie się zmieniać, będziesz się źle czuć, ale później 
nigdy juŜ na nic nie zachorujesz. Będziesz silna, szybka i nieśmiertelna. 

-

 

Nieśmiertelna? A będę mogła zatrzymać swój wiek? - JuŜ widziała się jako wieczną 

starowinkę. Skrzywił się. 
-

 

Poppy, przestaniesz się starzeć w jednej chwili. Tak się dzieje się z ludźmi przemienionymi w 

wampiry. W zasadzie umrzesz jako śmiertelnik. Będziesz wyglądać jak martwa. A potem... się 
obudzisz. 
-

 

Rozumiem. - Coś jak Julia w grobie, pomyślała Poppy. I nagle się przeraziła. O BoŜe. 

mama i Phil... 
-

 

Powinnaś wiedzieć jeszcze jedno - ciągnął James. - Niektórym się nie udaje. 

-

 

Co się nie udaje? 

-

 

Przemiana. Ludziom, którzy skończyli dwadzieścia lat, prawie nigdy. Nie budzą się. Ich ciała 

nic potrafią przystosować się do nowej formy i umierają. Nastolatki na ogół przeŜywają, ale nie 
zawsze. 

Dziwne,  ale  ta  informacja  pokrzepiła  Poppy.  Warunkowa  nadzieja  wydawała  się  bardziej 

wiarygodna niŜ absolutna pewność. śeby Ŝyć, musi zaryzykować. 
-

 

Jak to zrobisz? - Spojrzała na Jamesa. 

-

 

Tradycyjnie - stwierdził z uśmiechem jak u ducha. - Wymienimy się krwią - dodał 

powaŜnie. 

background image

No, świetnie. A ja się bałam zastrzyku. Teraz wbiją się we mnie kły. Z trudem przełknęła ślinę 

i zamrugała, wpatrując się w próŜnię. 

-

 

To twój wybór, Poppy. Decyzja naleŜy do ciebie. 

-

 

Chcę Ŝyć, Jamie - powiedziała po długiej przerwie. 

-

 

Będziesz musiała stąd odejść. Zostawić rodziców, Oni nie mogą wiedzieć. 

-

 

Tak przypuszczałam. Jakbym dostała nową toŜsamość od FBI? 

-

 

To coś więcej. Zaczniesz Ŝyć w nowym świecie, w świecie nocy. Samotnym, pełnym sekretów. 

Ale będziesz się po nim poruszać, zamiast leŜeć w ziemi. - Ścisnął ją za rękę. -Chcesz zacząć 
teraz? - spytał bardzo cicho i bardzo powaŜnie. 

Poppy zamknęła oczy i skuliła się tak, jak przed zastrzykiem. 

-

 

Jestem gotowa - wydusiła przez zaciśnięte usta. James nie zdołał opanować śmiechu. 

Opuścił poręcz łóŜka i usiadł przy Poppy. 
-

 

Na ogół kiedy to robię, ludzie są zahipnotyzowani. 

-

 

No, trudno, gdybym krzyczała, moŜesz mnie zahipnotyzować - wycedziła Poppy, nie 

otwierając oczu. 

Rozluźnij  się,  nakazała  sobie  stanowczo.  Choćby  nie  wiem  jak  bolało  i  było  okropne, 

wytrzymasz.  Musisz.  Od  tego  zaleŜy  Twoje  Ŝycie.  Serce  waliło  jej  tak  mocno,  Ŝe  wstrząsało 
całym ciałem. 

- Tutaj. - James dotknął jej szyi zimnymi palcami, jakby szukał pulsu. 

No, dalej, pomyślała Poppy. Zaczynaj. 

Czuła ciepły oddech, kiedy pochylał się nad nią i delikatnie chwycił za ramiona. KaŜdy jej 
nerw reagował na jego obecność. Nagle poczuła zimno na szyi i zaraz potem, zanim zdąŜyła 
cofnąć głowę, podwójne ukąszenie. Kły zanurzyły się w jej ciele, robiąc dwie małe ranki, 
przez które James mógł napić się jej krwi... 

Teraz naprawdę zacznie boleć, pomyślała. Nic juŜ nie pomoŜe. Znalazła się w rękach 

myśliwego. Była jak królik owinięty zwojami węŜa, jak mysz w pazurach kota. Nie czuła się jak 
najlepsza przyjaciółka Jamesa, tylko jak jego obiad... 

Poppy, co robisz? Nie walcz. Przykro mi, kiedy się opierasz. James do niej mówił, 

chociaŜ ciepłe wargi na jej szyi się nie poruszały. Glos słyszała w swojej głowie. 

Nie opieram się, pomyślała. Nastawiam tylko na to, Ŝe będzie bolało. Poczuła pieczenie w 

miejscu ukłucia. Czekała na coś gorszego - ale nic takiego nie nastąpiło. Było niezwykle. 

Och, pomyślała. 

Poczucie ciepła okazało się nawet przyjemne. WraŜenie ulgi, dawania. I bliskości. Ona i James 

stawali  się  coraz  bliŜsi,  jak  dwie  krople  wody  dąŜące  ku  sobie,  Ŝeby  się  połączyć.  Dotykała 
umysłu Jamesa. Wyczuwała jego myśli i doznania. Przepływały przez nią jego emocje. Czułość... 
troskliwość...  opiekuńczość.  Bezwzględna  czarna  wściekłość  na  chorobę.  Rozpacz,  Ŝe  nie  ma 
innego sposobu, Ŝeby pomóc, l tęsknota... za tym, Ŝeby z nią być, Ŝeby ją uszczęśliwić. 

Tak, pomyślała. 

Fala słodyczy przyprawiła o zawrót głowy. Poppy wyciągnęła rękę po dłoń Jamesa. Ich palce 

się  splotły.  James,  pomyślała  z  zadziwieniem  i  radością.  Słowo,  które  do  niego  posłała,  było 
nieśmiałą pieszczotą. Poppy czuła jego zaskoczenie i rozkosz. 

Nierzeczywista  przyjemność  cały  czas  narastała.  Była  tak  intensywna,  Ŝe  Poppy  drŜała.  Jak 

mogłam być tak głupia, Ŝeby się tego bać. To nie jest okropne. Jest... miłe. Nigdy wcześniej nie 
doświadczyła takiej bliskości. Miała wraŜenie, Ŝe są jedną istotą, połączeni, nie jak drapieŜnik i 
ofiara, ale partnerzy w tańcu. Poppy i James. Czuła dotyk jego duszy. Dziwne, ale on się tego bał. 
To teŜ wyczuwała. Poppy, nie... - tyle mrocznych rzeczy... - lepiej, Ŝebyś nie wiedziała... 

background image

Mrok,  zgadza  się,  pomyślała,  Ale  nie  mrok  i  potworność.  Mrok  i  samotność.  Bezgraniczna 

samotność.  WraŜenie,  Ŝe  nie  przynaleŜy  do  Ŝadnego  z  dwóch  światów,  które  zna.  Nie  naleŜy 
nigdzie.  Poza...  Nagle  ujrzała  obraz  siebie.  W  jego  umyśle  była  krucha  i  słodka  jak 
szmaragdowooki duszek powietrzny. Sylf - z duszą z czystej stali. To niezupełnie ja. Nie jestem 
wysoka i piękna jak Jacklyn czy Michaela... 

Słowa,  które  usłyszała,  nie  były  skierowane  do  niej  -  wyraŜały  coś,  co  James  myśli  o  sobie 

samym albo są wspomnieniem z dawno przeczytanej ksiąŜki. 

Dziewczyny nie kocha się za jej urodę. Kocha się ją dlatego, Ŝe śpiewa pieśń, którą 

tylko ty rozumiesz... 

Tej myśli towarzyszyło silne poczucie troski. Wreszcie się dowiedziała, co czuje wobec niej 

James. Jest dla niego czymś niezwykle waŜnym, co naleŜy chronić za wszelką cenę...Za wszelką 
cenę. Bez względu na to, co się z nim stanie. Poppy usiłowała zanurzyć się głębiejw jego umysł, 
podąŜając za tą myślą. Wyczuła zasady, a właściwie prawa... 

Poppy,  niekulturalnie  przeszukiwać  czyjś  umysł  bez  pozwolenia.  Słowa  Jamesa  naznaczone 

były desperacją. Poppy się wycofała. Nie zamierzała być wścibska. Chciała tylko pomóc... 

Wiem, przyszła do niej myśl Jamesa, a wraz z nią strumień ciepła i wdzięczności. Rozluźniła 

się i rozkoszowała uczuciem jedności. 

Chciałabym, Ŝeby to trwało wiecznie, pomyślała, i właśnie wtedy się skończyło. Ciepło z szyi 

zniknęło , a James się odsunął i wyprostował. 

Westchnęła,  protestując,  i  usiłowała  z  powrotem  go  do  siebie  przyciągnąć,  ale  jej  nie 

pozwolił. 
-

 

Nie. To nie wszystko - wyszeptał. Ale nic więcej nie zrobił. Przytulał ją, przyciskając wargi do 

jej czoła. Była spokojna i rozleniwiona. 
-

 

Nie mówiłeś, Ŝe to tak wygląda. 

-

 

Nie wiedziałem - odpowiedział po prostu. - Nigdy wcześniej tak nie było. 

Siedzieli razem w ciszy, a James bardzo delikatnie głaskał ją po głowie. 

Dziwne, pomyślała Poppy. Wszystko jest takie samo, a jednak inne. Czuła się, jakby 

wydostała się na suchy ląd po tym, jak niemal utonęła w oceanie. Zniknęło przeraŜenie, które ją 
dręczyło przez cały dzień, i po raz pierwszy w Ŝyciu poczuła się zupełnie bezpieczna. Po chwili 
James pokręcił głową i wstał, 

-  Co jeszcze musimy zrobić? - spytała. 

Uniósł  nadgarstek  do  ust.  Energicznie  machnął  głową,  jakby  zdzierał  kawałek  materiału 

trzymany w zębach. Kiedy odsunął rękę, Poppy zauwaŜyła krew. Ciekła wąską stróŜką. Była tak 
czerwona, Ŝe nie wyglądała jak prawdziwa. Zaskoczona Poppy z trudem przełknęła ślinę. 

- To nic wielkiego - powiedział łagodnie James. - Musisz to zrobić. JeŜeli nie będziesz miała w 

sobie mojej krwi, po śmierci nie staniesz się wampirem. Po prostu umrzesz. Jak kaŜdy człowiek. 

A  ja  chcę  Ŝyć,  pomyślała.  Trudno.  Zamknęła  oczy  i  pozwoliła,  Ŝeby  James  naprowadził  jej 

głowę do swojego nadgarstka. Czerwona ciecz nie smakowała jak krew, a w kaŜdym razie nie jak 
ta,  którą  czuła,  kiedy  ugryzła  się  w  język  albo  wkładała  do  ust  rozcięty  palec.  Smak  miała... 
dziwny.  Intensywny.  Jak  magiczny  eliksir,  pomyślała  oszołomiona  Poppy.  I  znów  dotknęła 
umysłu  Jamesa.  Upojona  bliskością,  piła  jego  krew.  Dobrze.  Musisz  duŜo  wypić,  powiedział. 
Głos jego umysłu był cichszy niŜ wcześniej. Nagle Poppy się przeraziła. A co się stanie z tobą? 

- Nic mi nie będzie - odpowiedział głośno. - Martwię się o ciebie. JeŜeli wypijesz za mało mojej 

krwi, znajdziesz się w niebezpieczeństwie. 

No cóŜ, on  się zna. Poppy z radością chłonęła dziwny,  esencjonalny płyn. Pławiła się w 

blasku,  który  -  jak  jej  się  wydawało  -  bił  z  niej  na  zewnątrz.  Czuła  się  taka  wyciszona, 

background image

spokojna...  I  nagle,  bez  ostrzeŜenia,  spokój  został  zniszczony.  Wdarł  się  w  niego  ostry 
zaskoczony głos. 

- Co ty wyprawiasz? 

Poppy uniosła głowę. W drzwiach zobaczyła Phillipa. 

 
 

Rozdział 6 

   
 

James  działał  szybko.  Chwycił  plastikowy  kubek  ze  stolika  przy  łóŜku  i  podał  go  Poppy. 

Zrozumiała.  Oszołomiona  niezdarnie  wzięła  duŜy  łyk  wody  i  oblizała  wargi,  Ŝeby  zmyć  ślady 
krwi. 
-

 

Co  ty  wyprawiasz?  -  powtórzył  Phillip,  wpadając  do  pokoju.  Na  szczęście  wzrok  miał 

skupiony na Jamesie, więc Poppy zdąŜyła usiąść tak, Ŝeby ukryć ślad ugryzienia na szyi. 
-

 

Nie twoja sprawa - wypaliła i natychmiast zrozumiała, Ŝe popełniła błąd. 

Phillip,  który  mógłby  nosić  przydomek  „Opanowany",  dziś  uprawiał  wraŜenie  zupełnie 

niezrównowaŜonego. Mama mu powiedziała, pomyślała Poppy. 
-

 

To  znaczy,  nic  nie  robimy  -  poprawiła  się.  Nie  pomogło.  Phil  najwyraźniej  był  w  takim 

nastroju,  Ŝe  wszystko  w  jego  oczach  stanowiło  zagroŜenie  dla  siostry.  Poppy  w  zasadzie  nie 
mogła go winić, wszedł i zastał ją z Jamesem w dziwnym uścisku na szpitalnym łóŜku. - James 
mnie pocieszał, bo byłam wystraszona - dodała. Nawet nie próbowała tłumaczyć, dlaczego James 
przytulał  jej  głowę  do  swojej  ręki.  Ukradkiem  zerknęła  na  przedramię  Jamesa;  rana  juŜ  się 
zasklepiła, a ślad zaczął znikać. 
-

 

Wszystko  w  porządku.  -  James  rzucił  Phillipowi  hipnotyzujące  spojrzenie.  Ale 

Phil prawie na niego nie patrzył. Przyglądał się Poppy. 

Nie działa, pomyślała. MoŜe Phil jest za bardzo rozwścieczony? Albo zbyt uparty. Spojrzała 

pytająco na Jamesa. Odpowiedział jej ledwie zauwaŜalnym ruchem głowy. On teŜ nie wiedział, 
w czym problem. Oboje wiedzieli za to, co to znaczy. James będzie musiał wyjść. Poppy czuła 
się  oszukana  i  sfrustrowana.  Nie  zaleŜało  jej  na  niczym  poza  rozmową  z  Jamesem.  Chciała 
rozkoszować się tym, co odkryli na swój temat - i nie mogła. Nie przy Philpie. 

 - A w ogóle, skąd się tu wziąłeś? - spytała poirytowana. 

   -  Podrzuciłem  mamę.  Wiesz,  Ŝe  nie  lubi  jeździć  po  ciemku.  I  przywiozłem  to.  -  Postawił 
boomboksa  na  stoliku  przy  łóŜku.  -I  to.  -  PołoŜył  obok  niego  czarną  skrzynkę  z  płytami.  -Cała 
twoja ulubiona muzyka. 

Poppy poczuła, Ŝe złość znika. 

 -  Dzięki.  -  Była  wzruszona,  tym  bardziej  Ŝe  Phil  nie  powiedział:  „Cała  twoja  pokręcona 

muzyka", chociaŜ zwykle tak to określał. 

Phil  wzruszył  ramionami,  rzucając  gniewne  spojrzenie  Jamesowi. 

Biedny Phil, pomyślała. Byt rozczochrany. I miał podpuchnięte oczy. 
-

 

Gdzie mama? - Ledwie zdąŜyła zapytać, do pokoju weszła matka. 

-

 

JuŜ  jestem,  skarbie  -  powiedziała  z  godnym  uznania  promiennym  uśmiechem.  Spojrzała 

zaskoczona. - James. Miło, Ŝe przyjechałeś. 
-

 

Właśnie  wychodzi  -  oznajmił  stanowczo  Phil.  -  Odprowadzę  go  do  wyjścia. 

James nie tracił energii na walkę, której nie miał szans wygrać. 
-

 

Do zobaczenia jutro - zwrócił się do Poppy. 

background image

W  spojrzeniu jego szarych oczu - szarych, nie srebrnych - było coś  tylko dla niej. Tego 

czegoś nie widziała nigdy wcześniej, przez wszystkie lata, kiedy go znała. 

Do zobaczenia, James - poŜegnała go miękko. - I... dziękuję. -Wiedziała, Ŝe zrozumie, co 

miała na myśli. 

Dopiero  kiedy  znalazł  się  za  drzwiami,  z  depczącym  mu  po  piętach  Phillipem,  który 

zachowywał  się  jak  bramkarz  wyprowadzający  niesfornego  klienta,  Poppy  przyszła  do  głowy 
niepokojąca myśl. 

„JeŜeli  wypijesz  za  mało  mojej  krwi,  znajdziesz  się  w  niebezpieczeństwie".  Tak  powiedział. 

Zaraz  potem  im  przerwano.  Wystarczy  jej  tyle,  ile  wypiła?  A  jeśli  nie?  Nie  miała  pojęcia,  a 
Jamesa zapytać nie mogła. 

Phil szedł tuŜ za Jamesem przez całą drogę do wyjścia. 
Nie  dziś,  pomyślał  James.  Dziś  nie  moŜe  sobie  zawracać  głowy  Phillipem  Northernem.  Nie 

miał  cierpliwości;  poza  tym  ciągle  się  zastanawiał,  czy  Poppy  wypiła  wystarczająco  duŜo  jego 
krwi. Wydawało mu się, Ŝe tak, ale im wcześniej napije się znowu, tym lepiej. 
-

 

Do  zobaczenia  jutro?  Niestety,  nic  z  tego,  stary  -  oznajmił  ostro  Phil,  kiedy  wchodzili  na 

parking. 
-

 

Phil, daruj sobie. 

Phillip  wyprzedził  Jamesa  i  stanął  przed  nim  jak  słup  soli.  Oddychał  szybko,  a  jego  zielone 

oczy były rozpalone. 

-  Dobra,  koleś  -  zaczął.  -  Nie  wiem,  co  kombinujesz,  ale  koniec  z  tym.  Od  tej  pory  masz  się 

trzymać od Poppy z daleka. jasne? 

James oczami wyobraźni widział, jak z trzaskiem łamie Phillipowi kark. Ale się powstrzymał 

-

 

to w końcu brat Poppy, a jego zielone oczy są zdumiewająco podobne do jej oczu. 

-

 

Nigdy nie zrobiłbym Poppy krzywdy - powiedział ze znuŜeniem. 

-

 

Daruj sobie. Będziesz tak stał i mi opowiadał, Ŝe nic od niej nie chcesz? Jamesowi nie przyszła 

do głowy Ŝadna sensowna odpowiedź. Jeszcze wczoraj, zgodnie prawdą, mógłby powiedzieć, Ŝe 
nie zamierza nawet tknąć Poppy. Bo to oznaczałoby wyrok śmierci dla niego i dla niej. Dopiero 
kiedy usłyszała wyrok śmierci wydany przez kogo innego, pozwolił sobie zbadać swoje uczucia. 

A  teraz...  Był  blisko  niej.  Dotykał  jej  umysłu  i  przekonał  się,  Ŝe  jest  jeszcze  odwaŜniejsza  i 

dzielniejsza,  niŜ  przypuszczał,  jeszcze  bardziej  współczująca  i  bezbronna.  Chciał  znów  znaleźć 
się  przy  Poppy.  ZaleŜało  mu  na  niej  tak  Ŝe  ledwie  mógł  oddychać.  Jego  miejsce  jest  przy  niej. 
Dotarło  równieŜ  do  niego,  Ŝe  to  moŜe  nie  wystarczyć.  Kiedy  dwoje  ludzi  wymienia  się  krwią, 
rodzi się między nimi silna więź. Źle by postąpił, gdyby wykorzystał tę więź albo wdzięczność 
Poppy.  Dopóki  nie  nabierze  pewności,  Ŝe  ona  myśli  trzeźwo  i  podejmuje  przemyślane  decyzje, 
powinien trzymać ją w  pewnej odległości. To jedyne honorowe wyjście. 
-

 

Nie  chcę  jej  zranić  -  powtórzył.  -  Dlaczego  nie  moŜesz  w  to  uwierzyć?  -  Bez  większej 

nadziei  spróbował  uchwycić  spojrzenie  Phila.  Nie  udało  mu  się,  podobnie  jak  w  szpitalu. 
najwyraźniej  Phillip  naleŜy  do  tych  nielicznych  ludzi,  na  których  nie  da  się  wpływać  siłą 
umysłu. 
-

 

Dlaczego?  Bo  cię  znam.  Ciebie  i  twoje...  dziewczyny.  -  Phil  postarał  się,  Ŝeby  to  słowo 

zabrzmiało  jak  przekleństwo.  -  Masz  ich  sześć  albo  siedem  na  rok.  a  kiedy  je  zaliczysz, 
rzucasz jak śmieci. 

Jamesa  na  chwilę  ogarnęło  rozbawienie,  bo  Phil  mówił  śmiertelnie  powaŜnie.  Potrzebował 

sześciu dziewczyn na rok. Po dwóch miesiącach więź między nimi stawała się niebezpieczna. 

-

 

Poppy  nie  jest  moją  dziewczyną  i  nie  zamierzam  jej  rzucać  -  powiedział  zadowolony  z 

własnego  sprytu.  Niezupełnie  kłamał.  Poppy  przecieŜ  nie  jest  jego  dziewczyną  w  normalnym 

background image

tego  stówa  znaczeniu.  Połączyli  się  tylko  duszami,  nie  rozmawiali  o  tym,  Ŝe  będą  ze  sobą 
chodzić. 
-

 

To  znaczy,  Ŝe  nie  chcesz  jej  podrywać.  Zgadza  się?  Lepiej  bądź  pewien.  -  Mówiąc  to,  Phil 

zrobił chyba najgroźniejszy ruch w swoim Ŝyciu. Chwycił Jamesa za koszule. 

Ty  głupi człowieku, pomyślał James.  Przez chwilę miał ochotę  zmiaŜdŜyć mu dłoń. Albo  go 

podnieść i rzucić nim przez parking na czyjąś przednią szybę. Albo... 

-  Jesteś bratem Poppy - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Dlatego dam ci szansę, Ŝebyś się ode 

mnie odczepił. 

Phil  przez  kilka  sekund  wpatrywał  się  w  jego  twarz,  potem  go  wypuścił.  Sprawiał  wraŜenie 

wstrząśniętego. Ale nie na tyle. Ŝeby milczeć. 

-  Masz ją zostawić w spokoju - powtórzył. - Nic nie rozumiesz. Jej choroba... jest powaŜna. Nie 

moŜna  jeszcze  dodatkowo  mieszać  jej  w  Ŝyciu.  Ona  potrzebuje  tylko...  -  Przerwał  i  przełknął 
ś

linę. 

James nagle poczuł się bardzo zmęczony. Nie mógł winić Phillipa za to, Ŝe jest zdenerwowany 

-  jego  umysł  był  pełen  wyraźnych  obrazów  umierającej  siostry.  James  zwykle  widział  tylko 
ogólny  zarys  ludzkich  myśli,  ale  te  Phillipa  promieniowały  bardzo  jasno,  niemal  oślepiały. 
Półprawdy i uniki nie zadziałały. Czas na prawdziwe kłamstwa. Byle zadowolić Phila i uwolnić 
siebie. 

-  Wiem, Ŝe choroba Poppy jest powaŜna - powiedział. - Znalazłem artykuł w necie. Dlatego tu 

przyjechałem, jasne? śal mi jej. Poppy interesuje mnie tylko jako przyjaciółka, ale dla jej dobra 
chcę udawać, Ŝe mi się podoba. 

Phillip zawahał się, patrząc na niego bacznie i podejrzliwie. Powoli pokręcił głową. 

-

 

Przyjaźń  przyjaźnią,  ale  nie  ma  co  mieszać  jej  w  głowie.  Udawanie  nie  przyniesie  jej  nic 

dobrego. Nie wiem nawet, czy dzięki temu chociaŜ na chwilę poczuła się lepiej. Wyglądała źle 
-

 

Ź

le? 

-

 

Była  blada  i  roztrzęsiona.  Znasz  Poppy,  wiesz,  Ŝe  wszystko  za  bardzo  przeŜywa.  Nie 

powinieneś igrać z jej uczuciami. - ZmruŜył oczy. - MoŜe lepiej przez jakiś czas trzymaj się od 
niej z daleka. śeby się upewnić, Ŝe nie odebrała twojego zachowania niewłaściwie. 
-

 

Jak chcesz - mruknął James. Tak naprawdę wcale go nie słuchał. 

-

 

Dobra  -  powiedział  Phillip.  -  Umowa  stoi.  Ale  ostrzegam,  jeśli  jej  nie  dotrzymasz,  będziesz 

miał kłopoty. 

Tego  teŜ  James  nie  słuchał.  Niestety.  Poppy  leŜała  w  ciemnej  szpitalnej  sali  i  słuchała 

oddechu matki. 

Nie śpisz, pomyślała. Ja teŜ nie śpię. Ty wiesz, Ŝe nie śpię, i ja wiem, Ŝe nie śpisz... A jednak 

nie rozmawiały. Poppy rozpaczliwie chciała powiedzieć matce, Ŝe wszystko będzie dobrze - ale 
jak? Nie moŜe przecieŜ wydać sekretu Jamesa.  A nawet  gdyby  mogła,  matka by nie uwierzyła. 
Muszę znaleźć sposób. Muszę. I wtedy ogarnęła ją wielka fala senności. To był najdłuŜszy dzień 
w  jej  Ŝyciu,  a  do  tego  miału  w  sobie  pełno  cudzej  krwi,  która  juŜ  zaczęła  działać  w  dziwny, 
magiczny  sposób.  Poppy  nie  była  w  stanie...  po  prostu  nie  była  w  stanie  utrzymać  otwartych 
powiek.  Kilka  razy  w  nocy  przychodziła  pielęgniarka,  ale  Poppy  tego  nie  słyszała.  Po  raz 
pierwszy  od  tygodni  jej  snu  nie  zakłócał  Ŝaden  ból.  Następnego  ranka  obudziła  się 
zdezorientowana i słaba. Kiedy usiadła, przed oczami pojawiły się czarne plamy. 
- Jesteś głodna? - spytała matka. - Zostawili dla ciebie tacę ze śniadaniem. 

Zapach  jajek  przyprawił  Poppy  o  mdłości.  Ale  matka  obserwowała  ją  z  niepokojem,  więc 

trochę podziubała jedzenie na talerzu, a potem poszła się umyć. W łazienkowym lustrze obejrzała 
szyję z boku. Zadziwiające - ani śladu po ranie. Kiedy  wróciła do sali, matka płakała. Nie było 
powodzi łez ani szlochów. Tylko przecierała oczy chusteczką, ale Poppy nie mogła tego znieść. 

background image

- Mamo,  jeŜeli  się  martwisz,  jak  mi  to  powiedzieć...  Ja  wiem  -  wyrwało  jej  się,  zanim  zdąŜyła 
pomyśleć. 

Matka poderwała głowę przeraŜona. Przyjrzała się Poppy i rozpłakała na dobre. 

-

 

Kochanie... wiesz...? 

-

 

Wiem, co mi jest i na ile to powaŜne. - JeŜeli przyjęła złą taktykę, trudno, ale juŜ za późno. 

-

 

Słuchałam, kiedy ty i Cliff rozmawialiście z lekarzami. 

-

 

O mój BoŜe. 

Co mam powiedzieć? - zastanawiała się Poppy. Nie martw się, mamo, bo nie umrę, tylko stanę 

się  wampirem.  Taką  mam  nadzieję.  Pewna  nie  jestem,  bo  czasami  transformacja  się  nie  udaje. 
Ale jeśli  mi się  poszczęści,  za  kilka tygodni będę się Ŝywić  krwią.  Myśląc o tym, uświadomiła 
sobie, Ŝe nie spytała Jamesa, ile potrwa przemiana. Matka oddychała głęboko, Ŝeby się uspokoić. 

- Poppy, chcę, Ŝebyś wiedziała, Ŝe bardzo cię kocham. Cliff i ja zrobimy wszystko, dosłownie 

wszystko,  Ŝeby  ci  pomóc.  On  w  tej  chwili  przegląda  raporty  kliniczne,  badania  nad  nowymi 
sposobami leczenia ludzi. JeŜeli uda nam się zyskać na czasie, aŜ ktoś wynajdzie lek... 

Poppy  nie  mogła  tego  znieść.  Czuła  ból  matki.  Dosłownie.  Nachodził  ją  pulsującymi  falami, 

które odbijały się echem w Ŝyłach i przyprawiały o zawroty głowy. To ta krew, pomyślała. Coś 
ze mną robi, zmienia mnie. Podeszła do matki, Ŝeby ją przytulić, pocieszyć. 
- Mamo, ja się nie boję - wyszeptała. - Nie umiem tego wytłumaczyć, ale nie czuję strachu. I nie 
chcę, Ŝebyś przeze mnie była nieszczęśliwa. 

Matka tuliła Poppy z całych sił, jakby śmierć właśnie teraz mogła wydrzeć jej córkę z ramion. 

Płakała.  Poppy  teŜ  płynęły  łzy.  Bo  nawet  jeśli  nie  umrze  naprawdę,  wiele  straci.  Swoje  dawne 
Ŝ

ycie, rodzinę, wszystko co znajome. Czuła ulgę, opłakując to; musiała dać upust emocjom. Ale 

kiedy juŜ skończyła, spróbowała jeszcze raz. 
-

 

Nie chcę tylko jednego: Ŝebyś była nieszczęśliwa czy smutna. - Spojrzała w górę na matkę. 

-

 

Mogłabyś chociaŜ spróbować? Dla mnie? 

BoŜe,  zachowuję  się  jak  jakaś  święta  w  Małych  Kobietkach,  pomyślała.  A  gdybym 

naprawdę  miała  umrzeć,  wściekałabym  się  i  darła  do  samego  końca.  Jednak  udało  jej  się 
pocieszyć matkę, która odsunęła się zapłakana, ale dumna. 
- Jesteś wyjątkowa, Poppy - wymamrotała drŜącymi wargami. 

Ś

więta  Poppy  odwróciła  wzrok  potwornie  zawstydzona.  Wybawiła  ją  kolejna  fala  zawrotów 

głowy. Matka pomogła jej się połoŜyć.. 
  I nagle Poppy wpadła na to, jak zadać pytanie, na które pragnęła znać odpowiedź. 
-

 

Mamo - odezwała się ostroŜnie. - Gdyby gdzieś było dla mnie lekarstwo, na przykład w innym 

kraju,  i  mogłabym  tam  pojechać  i  wyzdrowieć,  ale  nie  pozwolono  by  mi  wrócić?  To  znaczy, 
gdybyś  wiedziała,  Ŝe  jestem  zdrowa,  ale  nigdy  więcej  mnie  nie  zobaczysz...  -  Przyglądała  się 
matce badawczo. - Chciałabyś. Ŝebym to zrobiła?  
Matka   odpowiedziała bez zastanowienia. 
-

 

Skarbie,  puściłabym  cię  nawet  na  KsięŜyc.  Byle  byś  była  szczęśliwa.  -  Musiała  na  chwilę 

przerwać. - Niestety, kochanie, nie ma takiego miejsca. Inaczej dałabym wszystko, Ŝeby... 
-

 

Wiem. - Poppy delikatnie poklepała ją po ręce. - Tylko pytałam. Kocham cię, mamo.  

  Później przyszli doktor Franklin i doktor Loftus. Spotkanie z nimi nie było aŜ tak potworne, ale 
Poppy czuła się jak hipokrytka, kiedy zachwycali się jej „wspaniałą postawą". Mówili o dobrze 
przeŜytym czasie i o tym, Ŝe nie ma dwóch takich samych przypadków raka, o ludziach, którzy 
przeciwstawili się statystykom. Święta Poppy skręcała się w środku, ale słuchała. I potakiwała - 
aŜ zaczęli rozmawiać o kolejnych badaniach. 
-

 

Zamierzamy zrobić angiogram i laparotomię - oznajmiła doktor Loftus. - Angiogram to... 

-

 

Rury wbite w Ŝyły? - Poppy nie zdołała się powstrzymać. 

background image

Wszyscy wyglądali na przestraszonych. Doktor Loftus uśmiechnęła się smutno. 

-

 

Chyba coś o tym czytałaś? 

-

 

Nie, tylko... chyba skądś to kojarzę. - Poppy wiedziała, skąd wzięły się obrazy. Z głowy doktor 

Loftus.  Powinna  przestać  gadać, Ŝeby nie wzbudzać podejrzeń, ale nie mogła  się powstrzymać, 
była zbyt przejęta. - A laparotomia to operacja, prawda? 

Doktor Franklin i doktor Loftus spojrzeli na siebie wymownie. 

-

 

Operacja w celach diagnostycznych, zgadza się - przyznał doktor Franklin. 

-

 

Ale  mnie  te  badania  nie  są  potrzebne.  To  znaczy,  juŜ  wiadomo,  co  mi  jest.  A  badania  są 

bolesne. 
-

 

Poppy - odezwała się łagodnie matka. Doktor Loftus weszła jej w słowo. 

-

 

CóŜ,  czasami  trzeba  potwierdzić  diagnozę.  Ale  w  twoim  przypadku...  nie,  Poppy.  Prawdę 

mówiąc, nie musimy ich wykonywać. Mamy pewność. 
-

 

W takim razie wolę wrócić do domu - stwierdziła Poppy. 

Lekarze znów spojrzeli po sobie, potem na matkę. Po chwili, nawet nie siląc się na subtelność, 

we troje wyszli na korytarz, Ŝeby się naradzić. Kiedy wrócili, Poppy wiedziała, Ŝe wygrała. 
-

 

MoŜesz  wracać  do  domu  -  powiedział  cicho  doktor  Franklin.  -  Przynajmniej  do  czasu 

nasilenia się objawów. Pielęgniarka wytłumaczy twojej mamie, na co zwracać uwagę. 
  Poppy od razu zadzwoniła do Jamesa. Odebrał po pierwszym sygnale. 
-

 

Jak się czujesz? - spytał. 

-

 

Kręci  mi  się  w  głowie.  Poza  tym  dość  dobrze  -  wyszeptała,  bo  za  drzwiami  stalą  matka  i 

rozmawiała z pielęgniarką. - Wracam do domu. 
-

 

Wpadnę  po  południu.  Zadzwoń,  kiedy  będziesz  wiedziała,  Ŝe  przez  godzinę  dadzą  ci 

spokój. I, Poppy... nie mów Philowi, Ŝe przychodzę. 
-

 

Czemu? 

-

 

Później ci wyjaśnię. 

W  domu  było  dziwnie.  Cliff  i  Phil  niemal  skakali  przy  niej,  a  jednocześnie  udawali,  Ŝe  nie 

dzieje  się  nic  niezwykłego.  Popy  słyszała,  jak  pielęgniarka  radziła  matce,  Ŝeby  się  starać 
zachować  zwykły  porządek  dnia.  Jakbym  miała  urodziny,  pomyślała  Poppy  oszołomiona.  Co 
kilku  minut  rozlegał  się  dzwonek  do  drzwi  i  dostawała  nowy  bukiet  kwiatów.  Jej  sypialnia 
przypominała ogród. Czuła się źle z powodu Phila. Wyglądał na zdruzgotanego, ale dzielnie się 
trzymał. Jego teŜ chciała pocieszyć, ale jak? 
-

 

Chodź no. - Postanowiła działać od razu. Kiedy podszedł, przytuliła go mocno. Poradzisz sobie 

z tym - wyszeptał. - Wiem. Nikt nie ma takiej woli Ŝycia jak ty. I nigdy, przenigdy nie był taki 
uparty.  
  Wtedy do  Poppy dotarło,  jak strasznie będzie za nim tęsknić.  Kiedy  go puściła, zrobiło jej się 
słabo. 
-

 

Lepiej się połóŜ - powiedział łagodnie Cliff. Matka pomogła jej przejść do sypialni. 

-

 

Tata wie? - spytała Poppy, kiedy mama krzątała się po pokoju, porządkując rzeczy. 

-  Próbowałam  się  z  nim  wczoraj  skontaktować,  ale  podobno  przeprowadził  się  gdzieś  w 
okolice Vermont, Nie wiadomo dokładnie gdzie. 

Poppy skinęła głową. Typowe dla ojca - ciągle w ruchu. Był Dj-em, a w przerwach artystą lub 

magikiem cyrkowym. Rozstał się z mamą, bo nic dobrze mu nie wychodziło, kaŜdym razie nie na 
tyle, Ŝeby na tym przyzwoicie zarabiać. 

Cliff był całkowitym przeciwieństwem ojca - odpowiedzialny, zdyscyplinowany i pracowity. 

Idealnie  pasował  do  mamy  i  Phila.  Tak  doskonale,  Ŝe  Poppy  czasem  czuła  się  czarną  owcą  w 
rodzinie. 
-

 

Tęsknię za tatą - powiedziała cicho. 

background image

-

 

Wiem.  Ja  czasami  teŜ  -  wyznała  matka,  ku  zaskoczeniu  Poppy.  -  Znajdziemy  go,  kochanie  -

zapewniła stanowczo. - Jak tylko się dowie, na pewno przyjedzie, 

Poppy miała taką nadzieję. To ostatnia okazja, Ŝeby go zobaczyć.  
Dopiero około godziny przed kolacją Phil i Cliff pobiegli pozałatwiać swoje sprawy, a matka 

poszła się zdrzemnąć, więc Poppy mogła w końcu zadzwonić do Jamesa. 
-  JuŜ jadę - rzucił. - Wejdę sam. 

Dziesięć minut później znalazł się w sypialni. Poppy czuła się dziwnie onieśmielona. Między 

nią a Jamesem coś się zmieniło. JuŜ nie byli zwykłymi przyjaciółmi. Nawet nie powiedzieli sobie 
„cześć".  Przez  długą  chwilę  po  prostu  na  siebie  patrzyli.  Tym  razem  szarpnięcie  w  piersiach, 
które Poppy zawsze czuła na widok Jamesa, zmieniło się w lawinę czystej słodyczy. ZaleŜy mu 
na  niej.  Widziała  to  w  jego  oczach.  Chyba  się  trochę  zagalopowałaś,  szeptał  jej  umysł.  Nie 
wyciągaj  pochopnych  wniosków.  Owszem,  zaleŜy  mu  na  tobie,  ale  nie  powiedział,  Ŝe  jest 
zakochany. A to róŜnica. Zamknij się, nakazała trzeźwo Poppy swojemu umysłowi. 
-

 

Dlaczego nie chciałeś, Ŝeby Phil wiedział, Ŝe tu jesteś? - spytała.  

  James rzucił jasną wiatrówkę na krzesło i przysiadł na łóŜku. 
-

 

Hm... Po prostu lepiej, Ŝeby nikt nam nie przerwał. - LekcewaŜąco machnął dłonią. - Jak tam 

ból? 

-  Zniknął.  To  chyba  dziwne?  Wczoraj  przespałam  całą  noc.  I  jeszcze  jedno.  Chyba 

zaczynam...  jakby  to  powiedzieć...  czytać  w  ludzkich  myślach.  James  uśmiechnął  się 
lekko, unosząc zaledwie kącik warg. 

- To dobrze. Martwiłem  się... -  Przerwał i podszedł  włączyć odtwarzacz.  Rozległo się Ŝałosne 

zawodzenie Bantu. - Martwiłem się, Ŝe wczoraj wypiłaś za mało krwi - dokończył cicho, znowu 
siadając. - Dzisiaj będziesz musiała wypić więcej, ja zresztą teŜ. 

Poppy  zadrŜała.  Nie  czuła  juŜ  odrazy.  Nadal  się  bała,  ale  tylko  skutków  tego,  co  zamierzali 

zrobić. Cieszyła się, Ŝe dzięki temu moŜe być bliŜej Jamesa i go karmić, ale pamiętała, Ŝe to ma 
ją zmienić. 

-  Nie  rozumiem  jednego:  dlaczego  nie  ugryzłeś  mnie  nigdy  wcześniej  -  odezwała  się  lekkim 

tonem,  ale  pytanie  było  bardzo  powaŜne.  -  To  znaczy...  -  ciągnęła  powoli  -  ...  robiłeś  to  z 
Michaelą i z Jacklyn, prawda? A z innymi dziewczynami? 

Odwrócił wzrok. 

-

 

Nie  wymieniałem  się  z  nimi  krwią  -  odparł  opanowanym  głosem.  -  Ale  Ŝywiłem  się  nimi,  to 

prawda. 
-

 

A mną nie. 

-

 

Nie. Jak ci to wytłumaczyć? - Uniósł wzrok. - Poppy, picie czyjejś krwi moŜe oznaczać wiele 

róŜnych  rzeczy.  Starsi  chcą,  Ŝeby  słuŜyła  tylko  do  odŜywiania.  Mówią,  Ŝe  powinno  się  czuć 
jedynie radość ze zdobyczy. I nic innego wcześniej nie czułem. 

Poppy skinęła głową; cieszyła się z takiej odpowiedzi. Nic pytała, kim są Starsi. 

-  Poza  tym  to  niebezpieczne  -  mówił  dalej  James.  -  MoŜna  to  robić  z  nienawiścią  i  zabić.  Na 

dobre. 

Poppy poczuła niemal rozbawienie. 

-  Ty byś nie zabił. 

James patrzył na nią przenikliwie. Na dworze było pochmurno, a w słabym świetle sypialni 

Poppy twarz Jamesa wyglądała blado, oczy wydawały się srebrne. 

  - A jednak zabiłem - wyznał ponuro i bez wyrazu. - Oddałem za mało krwi, Ŝeby ktoś mógł się 
odrodzić jako wampir. 

 

background image

Rozdział 7 

 
 

Widocznie  miałeś  powód  -  stwierdziła  stanowczo  Poppy.  Spojrzał  na  nią,  a  ona  wzruszyła 

ramionami. - Znam cię. - Znała go tak, jak nigdy nikogo innego. 

   -  Nie  miałem  powodu...  -  odwrócił  wzrok  -  ...ale  w  pewnym  stopniu  moŜna  mnie 

usprawiedliwić.  Zostałem  podstawiony.  Do  tej  pory  mam  przez  to  koszmary.  Słychać  było,  Ŝe 
jest zmęczony i strasznie smutny. To samotny świat, pełen sekretów, przypomniała sobie Poppy. 
A James musi ukrywać największy przed wszystkimi, nawet przed nią. 

-

 

To na pewno dla ciebie okropne - powiedziała mimo woli. - Całe twoje Ŝycie, trzymanie tego w 

tajemnicy. To, Ŝe nic moŜesz nikomu powiedzieć. śe musisz udawać... 
-

 

Poppy. -Wstrząsnął nim dreszcz skrywanych emocji. - Nie. 

-

 

Nie współczuć ci? Pokręcił głową. 

-

 

Nikt wcześniej tego nie rozumiał. Czemu ty się o mnie martwisz? - dodał po chwili. - W twojej 

sytuacji. 
-

 

Chyba dlatego, Ŝe... mi na tobie zaleŜy. 

-

 

A ja chyba dlatego nie potraktowałem cię jak Michaeli czy Jacklyn - wyznał. Poppy spojrzała 

na  regularne  rysy  jego  twarzy,  na  faliste  brązowe  włosy,  jak  jedwab  opadające  na  czoło...  i 
wstrzymała  oddech.  Powiedz:  „Kocham  cię",  nakazała  mu  w  myślach.  No,  powiedz,  ty  tępy 
facecie. 

Ale ich umysły nie były połączone i James nie dał najmniejszej oznaki, Ŝe to usłyszał. 

- Lepiej  zaczynajmy.  -  Wstał  i  zasłonił  okna.  -  Światło  dzienne  odbiera  wampirom  całą  moc  -
poinformował głosem prelegenta dającego gościnny wykład. 

Poppy  skorzystała  z  przerwy  i  podeszła  do  odtwarzacza.  Muzyka  się  zmieniła  -  leciały  teraz 

duńskie  klubowe  rytmy,  odpowiednie  do  ludowych  tańców,  ale  niezbyt  romantyczne.  Poppy 
wcisnęła  przycisk  i  z  głośników  popłynęło  aksamitne  portugalskie  zawodzenie.  Zaciągnęła 
przezroczyste  firanki  wokół  łóŜka.  Znaleźli  się  z  Jamesem  w  swoim  małym  świecie, 
przyciemnionym i odosobnionym, spowitym mglistą kremową bielą. 
- Jestem gotowa. 

James przysunął się do niej. Mimo półmroku uległa hipnotycznemu spojrzeniu. Jego oczy 

były jak okna do innego świata, do odległego i magicznego miejsca.Świat nocy. Odchyliła głowę, 
kiedy James wziął ją  w ramiona.Tym razem podwójne  ukłucie w szyję porządnie zabolało. Ale 
wszystko  wynagrodziłmoment,  w  którym  umysł  Jamesa  dotknął  jej  myśli.  Poczucie  jedności, 
nagiego  połączenia,zalało  ją  jak  gwiezdny  blask.  Znów  miała  wraŜenie,  Ŝe  rozpływają  się  i 
stapiają  ze  sobą  wkaŜdym  miejscu,  którego  dotykają.  Czuła,  jak  bije  w  nim  jej  własny  puls. 
BliŜej, bliŜej...bliŜej, aŜ nagle poczuła, Ŝe się wycofał. James? Co się stało? 

Nic,  odpowiedział.  Wyczuła  jednak,  Ŝe  to  nie  do  końca  prawda.  Usiłował  osłabić 

wzmacniającą się między nimi więź... dlaczego? 

Poppy,  po  prostu  nic  chcę  cię  do  niczego  zmuszać.  To,  co  czujemy,  jest...  nieprawdziwe... 

Nieprawdziwe?  To  najbardziej  realna  rzecz,  jakiej  w  Ŝyciu  doświadczyła.  Prawdziwsza  niŜ 
rzeczywistość. Radość zmącił przypływ złości na Jamesa. 

Nie chcę, Ŝeby tak było, powiedział zdesperowanym tonem. Więzi krwi nie moŜna się oprzeć. 

Nie oparłabyś się jej nawet gdybyś mnie nienawidziła. To nie w porządku...  

Poppy nie obchodziło, co jest w porządku. Skoro nie moŜna się oprzeć, to dlaczego próbujesz? 

- spytała tryumfująco. 

background image

W  myślach  usłyszała  coś,  co  przypominało  śmiech.  Znów  przywarli  do  siebie,  dając  się 

ponieść fali czystych uczuć. 

Więź  krwi,  pomyślała  Poppy,  kiedy  James  w  końcu  uniósł  głowę.  To  bez  znaczenia,  czy  mi 

powie,  Ŝe  mnie  kocha  -  teraz  jesteśmy  związani.  I  nic  tego  nie  zmieni.  Za  chwilę  sama 
przypieczętuje tę więź, pijąc jego  krew. No, spróbuj się temu oprzeć, pomyślała i przestraszyła 
się, kiedy James zaśmiał się cicho. 

-

 

Czytasz w moich myślach? 

-

 

Niezupełnie.  To  ty  je  przesyłasz  i  jesteś  w  tym  bardzo  dobra.  Będzie  z  ciebie  silny  telepata. 

Ciekawe...  W tej chwili  nie czuła się silna. Nagle zrobiła się słaba jak nowo narodzony  kociak. 
Oklapnięta jak zwiędnięty kwiat. Potrzebowała... 
-

 

Wiem  -  wyszeptał  James.  Podtrzymując  ją,  zaczął  unosić  jeden  nadgarstek  do  jej  ust. 

Poppy go powstrzymała. 
-

 

James? Ile razy trzeba to zrobić, Ŝebym... się zmieniła? 

-

 

Chyba  jeszcze  raz  -  odparł  cicho.  -  Teraz  wypiłem  duŜo  i  chcę,  Ŝebyś  ty  teŜ  duŜo  wypiła.  A 

następnym razem, kiedy to zrobimy... 

Umrę, pomyślała Poppy. Ale przynajmniej wiem, ile Ŝycia mi zostało jako człowiekowi. James 

obnaŜył długie, delikatne kły i rozciął nimi swój nadgarstek. Poruszał się zwinnie jak wąŜ. Krew, 
która  się  pojawiła,  miała  kolor  syropu  wiśniowego.  W  chwili,  kiedy  Poppy  pochylała  się  z 
rozchylonymi wargami, rozległo się pukanie do drzwi. Poppy i James zamarli przeraŜeni. Znów 
pukanie. Poppy, skołowana  i osłabiona, nie była w  stanie się  ruszyć.  W  jej  głowie pojawiła się 
jedna myśl: Och, proszę. Proszę, tylko nie... Drzwi się otworzyły. ...Phil. 

Phillip zdąŜył juŜ wetknąć głowę do pokoju. 

- Poppy,  nie  śpisz?  Mama  mówi...  -  zaczął,  szukając  włącznika  na  ścianie. 
Nagle w pokoju zrobiło się jasno. 

No, świetnie. Phil zaglądał przez przezroczyste draperie przy łóŜku. Poppy patrzyła na niego 

załamana. 

-

 

Co  tu  się  dzieje?  -  spytał  głosem  godnym  aktora  w  filmie  dziesięć  przykazań.  Zanim  Poppy 

zdąŜyła zebrać myśli, pochylił się i chwycił Jamesa za rękę. 
-

 

Phil, nie - zaprotestowała. - Phil, ty idioto... 

-

 

Mieliśmy umowę - warknął na Jamesa. - A ty ją złamałeś. 

James ściskał Phila za ręce równie mocno jak Phil jego. Poppy z niepokojem czekała, czy nie 

zaczną się tłuc głowami. 

O BoŜe, gdyby tylko mogła trzeźwo myśleć... Czuła się, jakby nie miała mózgu. 

-

 

Ź

le to odbierasz - wycedził James przez zaciśnięte zęby. 

-

 

Ź

le odbieram? Wchodzę i zastaję was w łóŜku, z zasłoniętymi kotarami, a ty mi mówisz, Ŝe źle 

to odbieram? 
-

 

Na  łóŜku  -  poprawiła  Poppy.  Phil  w  ogóle  na  to  nie  zareagował.  James  potrząsnął  nim  -  bez 

wysiłku, swobodnie, a mimo to głowa latała Philowi do przodu i do tym. Poppy zorientowała się, 
Ŝ

e James stracił nad sobą panowanie. Pamiętała skręconą nogę krzesła; pora interweniować. 

-

 

Przestańcie. - Sięgnęła między nich, Ŝeby złapać któregoś za rękę. - No, spokój, chłopaki! Phil, 

wiem, Ŝe nie rozumiesz, ale James stara się mi pomóc... - krzyknęła w końcu zdesperowana. 
-

 

Pomóc?  Nie  sądzę.  -  Odwrócił  się  do  Jamesa.  -  Spójrz  na  nią.  Nie  widzisz,  Ŝe  od  tego 

głupiego  udawania  jest  jej  jeszcze  gorzej?  Zawsze,  kiedy  cię  z  nią  zastaję,  jest  blada  jak 
ś

ciana. tylko pogarszasz sytuację. 

-

 

Nic nie wiesz - prychnął James  Phillowi w twarz. Poppy  cały czas przyswajała słowa,  które 

padły chwilę wcześniej. 

background image

-

 

Głupie  udawanie?  -  spytała  niezbyt  głośno,  ale  w  pokoju  panowała  juŜ  cisza.  Spojrzeli  na 

nią.  Wtedy  wszyscy  popełnili  błąd.  Później  Poppy  zrozumie,  Ŝe  gdyby  którekolwiek  z  nich 
zachowało trzeźwy umysł, uniknęliby tego, co nastąpiło. A jednak kaŜde straciło głowę. 
-

 

Przepraszam - powiedział Phil do Poppy. - Nie chciałem ci mówić. 

-

 

Zamknij się! - odezwał się rozwścieczony James. 

-

 

Ale muszę. Ten... bydlak... po prostu się tobą bawi. Przyznał mi się. Powiedział, Ŝe mu ciebie 

szkoda, i myśli, Ŝe poczujesz się lepiej, kiedy będzie udawał, Ŝe mu się podobasz. Mniemanie o 
sobie ma wyŜsze niŜ wieŜowce na Flower Street. 
-

 

Udawał? - powtórzyła Poppy, siadając. W głowic jej szumiało, krew w niej wrzała. 

-

 

Poppy, on bredzi - powiedział James. - Słuchaj... 

Ale  ona  nie  słuchała.  Czuła,  Ŝe  Phil  jest  smutny,  a  to  było  dla  niej  o  wiele  bardziej 

przekonujące  niŜ  złość  Jamesa.  W  dodatku  Phillip  -  uczciwy,  prostolinijny  i  godny  zaufania  -
prawie zawsze mówił prawdę. Tak jak teraz. A to znaczy, Ŝe James kłamie. Wybuch. 

Ty...  -  syknęła  do  Jamesa.  -  Ty...  -  Nie  mogła  wymyślić  wystarczająco  mocnego 

przekleństwa. Czuła się bardziej zraniona i zdradzona niŜ kiedykolwiek w Ŝyciu. Myślała, Ŝe zna 
Jamesa,  ufała  mu  bezgranicznie.  Dlatego  zdrada  tym  bardziej  bolała.  -  Więc  to  wszystko  było 
udawane? Tak? 

Wewnętrzny  głos  podpowiadał  jej,  Ŝeby  poczekała  i  ochłonęła,  Ŝe  w  tym  stanie  nie  powinna 

podejmować  ostatecznych  decyzji.  Ale,  niestety,  tak  wzburzona  nie  potrafiła  słuchać  we-
wnętrznego głosu. Złość nie pozwalała jej spokojnie przeanalizować sytuacji. 
-

 

Po prostu ci mnie szkoda? - wyszeptała i nagle wylał się  z niej cały Ŝal tłumiony przez ostatnie 

półtora  dnia.  Ból  ją  oślepił  i  nie  liczyło  się  nic  innego  poza  tym,  Ŝeby  James  cierpiał  równie 
mocno. 
-

 

Poppy...  to  dlatego  nie  chciałem,  Ŝeby  Phil  wiedział.  -  James  oddychał  cięŜko  i  mówił 

szybko. 
-

 

Nic  dziwnego  -  wściekała  się.  -  Teraz  rozumiem,  dlaczego  nie  powiedziałeś,  Ŝe  mnie 

kochasz  -  ciągnęła,  wcale  nie  przejmując  się  tym,  Ŝe  Phil  słucha.  -  I  juŜ  wiem,  dlaczego 
robiłeś  wszystko  inne,  ale  nigdy  mnie  nawet  nie  pocałowałeś.  Nie  potrzebuję  twojego 
współczucia... 
-

 

Co  to  znaczy  „wszystko  inne"?  Jakie  „wszystko  inne"?  -  krzyczał  Phil.  -  Zabiję  cię, 

Rasmussen! - Rzucił się na niego. 

James uchylił się tak, Ŝe pięść Philla ledwie musnęła mu włosy. Phil zamierzył się znowu, ale 

James zrobił unik i chwycił go od tyłu za kark. Poppy usłyszała odgłos kroków na korytarzu. 
-

 

Co tu się dzieje? -  Matka zaniemówiła na widok sceny w pokoju  Poppy. Niemal w tej samej 

chwili pojawił się Cliff. 
-

 

Co to za krzyki? - spytał z wyjątkowo surową miną. 

-

 

To  ty  naraŜasz  ją  na  niebezpieczeństwo  -  warknął  James  do  ucha  Phillipowi.  -  Teraz, 

wyglądał poraŜająco. Dziko. Nieludzko. 
-

 

Puść mojego brata! -wrzasnęła Poppy. Jej oczy napełniły się łzami. 

-

 

O  mój  BoŜe,  kochanie...  -  jęknęła  matka.  Dwoma  krokami  dobiegła  do  łóŜka  i  przytuliła 

Poppy. - Wyjdźcie stąd, i chłopcy. 

Dzika mina zniknęła z twarzy Jamesa. Wypuścił Phillipa z uścisku, 

-  Przepraszam, ale ja muszę zostać. Poppy... Phillip wbił mu łokieć w brzuch. 

Być  moŜe  Jamesa  nie  zabolało  to  tak,  jak  zabolałoby  człowieka,  ale  Poppy  dostrzegła,  Ŝe 

wściekłość zalała jego twarz, kiedy się powstrzymywał, Ŝeby nie zgiąć się wpół. Podniósł Phila i 
cisnął nim głową w przód, w szafę. Matka krzyknęła. Cliff wskoczył między Phila a Jamesa. 

background image

- Dość! - ryknął. Odwrócił się do Phila. - Nic ci nie jest? - Spojrzał na Jamesa. - Co tu się 

dzieje? 

Phil rozcierał głowę. James milczał. Poppy zaniemówiła. 

-

 

NiewaŜne  -  mruknął  Cliff.  -Wszyscy  są  trochę  zdenerwowani.  Lepiej  idź  do  domu,  James. 

James  spojrzał  na  Poppy.  Ta,  cała  rozedrgana,  odwróciła  się  do  niego  plecami.  Ukryła  się  w 
ramionach matki. 
-

 

Wrócę - wysyczał. MoŜe to miała być obietnica, ale zabrzmiało jak groźba. 

-

 

Nie  spiesz  się  -  powiedział  Cliff  takim  tonem,  jakby  wydawał  wojskową  komendę. 

Spoglądając ponad ramieniem matki, Poppy zauwaŜyła krew na jasnych włosach Phila. 
-

 

Potrzebujemy  trochę  czasu,  Ŝeby  ochłonąć.  No,  dalej,  zmykaj  -  dodał  Cliff.  Wyprowadził 

Jamesa. Poppy pociągała nosem i drŜała, starając się nie zwracać uwagi na ogarniające ją falami 
zawroty  głowy  ani na  wzburzone szepty,  które słyszała w umyśle. Z  głośników dobiegał łomot 
hardcorowej angielskiej kapeli. 

W  ciągu  ostatnich  dwóch  dni  James  dzwonił  osiem  razy.  Pierwszy  raz  telefon  w  jej  pokoju 

zadzwonił po pomocy. Odebrała w półśnie. 

- Poppy, nie rozłączaj się - poprosił. 

OdłoŜyła słuchawkę. Chwilę później telefon znów zadzwonił. 

-

 

Poppy, jeŜeli nie chcesz umrzeć, musisz mnie wysłuchać. 

-

 

To  szantaŜ.  -  Mocno  ściskała  słuchawkę.  Język  miała  jak  kołek  i  bolała  ją  głowa.  -  Jesteś 

nienormalny. 
-

 

Fakt.  A  teraz  posłuchaj.  Dzisiaj  nie  piłaś  krwi.  Ja  cię  osłabiłem,  a  ty  nie  dostałaś  nic  w 

zamian. To cię moŜe zabić. 

Poppy słyszała słowa, ale wydawały się nierealne. Złapała się na tym, Ŝe są jej obojętne. Nie 

potrafiła zebrać myśli. 
-

 

Mam to gdzieś. 

-

 

Guzik  prawda.  Problem  w  tym,  Ŝe  nie  moŜesz  trzeźwo  myśleć.  Wszystko  dlatego,  Ŝe  się 

zmieniasz. Jesteś zupełnie skołowana, popadasz w paranoję, nie rozumujesz logicznie, ale nawet 
nie zdajesz sobie z tego sprawy. 

Słowa  Jamesa  potwierdzały  jej  wcześniejsze  przypuszczenia.  Jak  przez  mgłę  do  Poppy 

docierało, Ŝe zachowuje się jak Marissa Schaffer po sześciu piwach na sylwestrowej imprezie u 
Jana Nedjara. śe robi z siebie skończoną kretynkę. Ale nie mogła nic na to poradzić. 

- Chcę tylko wiedzieć jedno - oznajmiła. - Czy to prawda, Ŝe powiedziałeś to wszystko 

Phillipowi? 
James westchnął. 

-

 

Owszem, prawda. Ale powiedziałem tak tylko po to, Ŝeby dał mi spokój.  

   W Poppy znów zaczęła wzbierać niepohamowana złość. 
-

 

Dlaczego  miałabym  wierzyć  komuś,  kto  całe  Ŝycie  kłamał?  -  OdłoŜyła  słuchawkę,  a  po 

policzku spłynęła pierwsza łza 

Przez  cały  następny  dzień  niewiele  do  niej  docierało.  Wszystko  wydawało  się  takie 

nierzeczywiste  -  kłótnia  z  Jamesem,  jego  ostrzeŜenie,  a  nawet  jej  choroba.  Zwłaszcza 
choroba.  ZdąŜyła  się  przyzwyczaić,  Ŝe  wszyscy  traktują  ją  w  szczególny  sposób,  ale  nie 
roztrząsała powodów takiego traktowania. 

Nie przejęła się nawet przekazywanymi Philowi szeptem uwagami, Ŝe choroba bardzo szybko 

postępuje.  śe  biedna  Poppy  blednie,  słabnie  i  Ŝe  jej  stan  się  pogarsza.  Tylko  ona  wiedziała,  Ŝe 
rozmowy w korytarzu słyszy teraz tak wyraźnie, jakby odbywały się w jej pokoju. 

background image

Wszystkie  zmysły  miała  wyostrzone,  choć  umysł  pozostawał  przyćmiony.  Kiedy  spojrzała  w 

lustro, przestraszyła się - była blada, przezroczysta jak wosk. Oczy miała tak intensywnie zielone 
i rozpalone, Ŝe niemal parzyły. 

James dzwonił jeszcze sześć razy, ale za kaŜdym matka mówiła mu, Ŝe Poppy odpoczywa. 
Cliff naprawił uszkodzony zawias szafy. 
Kto by pomyślał, Ŝe ten chłopak ma taką siłę? - powiedział. 

 

James  zamknął  telefon  komórkowy  i  walnął  pięścią  w  deskę  rozdzielczą  integry.  Było 

czwartkowe popołudnie. 

Kocham cię. Powinien to wyznać Poppy. Niestety juŜ za późno. 
Czemu tego nie powiedział? Teraz powody wydawały mu się głupie. Nie chciał wykorzystać 

niewinności i  wdzięczności Poppy...  No, brawo.  Za to dobrał się do  Ŝył i złamał dziewczynie 
serce. Tylko przyspieszył jej śmierć. 

Trudno, nie ma czasu tego roztrząsać. Trzeba odstawić teatrzyk. Wysiadł z samochodu i ruszył 

w  stronę  olbrzymiego  domu  w  stylu  rancza,  mnąc  w  dłoniach  wiatrówkę.  Przekręcił  klucz  w 
zamku  i  otworzył  drzwi,  nie  informując  o  swojej  obecności.  Nie  musiał  -  matka  sama  go 
wyczuje. 

Wnętrze  o  stylowych,  surowych  ścianach  wieńczyły  katedralne  sklepienia.  Uwagę  zwracały 

liczne okna zasłonięte eleganckimi, szytymi na zamówienie kotarami. Dzięki nim pomieszczenie, 
choć ponure, wydawało się przestronne. Niemal przepastne. 

-

 

James. - Matka wyszła z tylnego skrzydła. Jej kruczoczarne włosy lśniły od lakieru. Doskonałą 

figurę podkreślała srebrno złota haftowana tunika. Kobieta miała ciemnoszare oczy i gęste rzęsy, 
jak James. Pocałowała powietrze obok jego policzka. 
-

 

Odsłuchałem twoją wiadomość - powiedział. - Co chcesz? 

-

 

Wolałabym poczekać, aŜ wróci twój ojciec... 

-

 

Mamo,  przepraszam,  ale  się  spieszę.  Mam  duŜo  spraw  do  załatwienia,  jeszcze  nic  dzisiaj  nie 

jadłem. 
-

 

Widać - stwierdziła matka. Przez moment przyglądała mu się badawczo. W końcu westchnęła i 

odwróciła się w stronę salonu. - Usiądź chociaŜ na chwilę... Od kilku dni jesteś trochę przybity. 

James  usiadł  na  kanapie  z  wybarwionej  na  purpurowo  skóry.  Czekał  go  sprawdzian 

umiejętności  aktorskich.  JeŜeli  uda  mu  się  przetrwać  kolejną  minutę  tak,  Ŝeby  matka  nie 
domyśliła się prawdy, będzie wolny. 

-

 

Tata na pewno ci powiedział dlaczego - odparł pewnym głosem. 

-

 

Tak. Biedna Poppy. To rzeczywiście bardzo smutne. - Podłogowa lampa w kształcie drzewa z 

kloszem w kolorze głębokiej czerwieni rzucała rubinowe światło na połowę twarzy matki. 
-

 

Z początku byłem zdenerwowany, ale juŜ się chyba z tym uporałem. - James starał się mówić 

beznamiętnym głosem i skupiał się na tym, Ŝeby nie wysyłać Ŝadnych sygnałów poza swoją aurę. 
Wyczuwał, Ŝe matka lekko dotyka granic jego umysłu. Jak owad, który delikatnie bada czułkami 
teren, albo wąŜ wysuwający czarny rozwidlony język. 
-

 

Dziwne - stwierdziła. - Wydawało mi się, Ŝe ją lubisz. 

-

 

Bo lubię. Ale ostatecznie to istota  gorszego  gatunku. -  Odczekał  chwilę.  - Czuję się tak, 

jakbym stracił zwierzaka. Po prostu muszę znaleźć sobie innego. 

Z  trudem  wygłosił  to  politycznie  poprawne  stanowisko.  Usiłował  rozluźnić  mięśnie.  Nagle 

zorientował się, Ŝe myśli matki zaczynają oplątywać jego umysł, szukając słabego punktu. Skupił 
się  na  wspomnieniu  Michaeli  Vasquez,  Ŝeby  dało  się  od  niego  wyczuć  niezobowiązujące 
zauroczenie.  Zadziałało.  Badające  czułki  wycofały  się  z  jego  umysłu,  matka  uspokoiła  się  i 
uśmiechnęła. 

background image

- Cieszę się, Ŝe tak dobrze to zniosłeś. Ale gdybyś jednak zapragnął z kimś porozmawiać... twój 

ojciec zna kilku bardzo dobrych terapeutów. 

Terapeutów  wampirów,  oczywiście.  Nafaszerują  mu  głowę  tym,  Ŝe  ludzie  są  tylko  po  to, 

Ŝ

eby się nimi Ŝywić. 

-

 

Wiem,  Ŝe  nie  chcesz  kłopotów  tak  samo  jak  ja  –  dodała  -  Wszystko  odbija  się  na  rodzinie, 

rozumiesz? 
-

 

Jasne.  -  James  wzruszył  ramionami.  -  Muszę  juŜ  iść.  Pozdrów  ode  mnie  tatę,  dobra? 

Pocałował powietrze obok jej policzka. 
-

 

Aha, jeszcze jedno - powiedziała, odwracając się w stronę drzwi. - Twój kuzyn Ash przyjeŜdŜa 

w przyszłym tygodniu. Planuje zatrzymać się u ciebie, na pewno ucieszysz się z towarzystwa. 

Po  moim  trupie,  pomyślał  James.  Zupełnie  zapomniał,  Ŝe  wisi  nad  nim  groźba  wizyty  Asha. 

Ale  to  nie  był  dobry  moment  na  kłótnie.  Wychodził,  czując  się  jak  Ŝongler,  który  podrzuca  za 
duŜo piłek. 

Kiedy wrócił do samochodu, wziął telefon komórkowy, zawahał się i po chwili go odłoŜył. Nie 

ma sensu dzwonić. Pora zmienić strategię. 

Koniec z półśrodkami.  Czas na  powaŜną ofensywę wymierzoną tam,  gdzie powinna  zdziałać 

najwięcej. 

Przez  kilka  minut  się  zastanawiał,  aŜ  w  końcu  pojechał  na  McDonnell  Drive,  parking 

oddalony o kilka domów od mieszkania Poppy. 

Czekał. 

Był gotowy siedzieć tak całą noc, ale na szczęście nie musiał. Kiedy stonce zaczęło zachodzić, 

drzwi  garaŜu  się  otworzyły  i  wyjechał  z  niego  tyłem  biały  volkswagen  jetta.  James  dostrzegł 
jasną czuprynę po stronie kierowcy. Cześć, Phil. Miło cię widzieć. Ruszył za jettą. 

 
 

Rozdział 8 

 
 

James  się  uśmiechnął,  kiedy  jetta  skręciła  na  parking  7-Eleven.  Za  sklepem  znajdowało  się 

miłe ustronne miejsce. Zaczynało się ściemniać. 

Podjechał  tyłem  i  wysiadł,  Ŝeby  mieć  na  oku  wejście  do  sklepu.  Kiedy  Phil  wychodził  z 

torbą, zaskoczył go od tyłu. 

Phil jęknął i szarpiąc się, wypuścił z rąk torbę. James się tym nie przejął. Słońce zaszło, więc 

był w pełni sił. 

Zaciągnął  Phila  na  tyły  sklepu  i  ustawił  go  przodem  do  ściany  za  kontenerem  na  śmieci. 

Klasyczna pozycja policyjna. 
-

 

Teraz cię puszczę - powiedział. - Tylko nie uciekaj. Bo poŜałujesz.  

   Phil zastygł w bezruchu, słysząc jego głos. 
-

 

Nie zamierzam uciekać. Rozkwaszę ci gębę, Rasmussen 

-

 

Spróbuj. - Chciał dodać: „a staniesz się moją ofiarą", ale ugryzł się w język. Opuścił ręce. Phil 

odwrócił się i spojrzał na niego z najwyŜszą pogardą. 
-

 

O co chodzi? Skończyły ci się dziewczyny? - wydyszał. 

James  zacisnął  zęby.  Wiedział,  Ŝe  z  obrzucania  się  wyzwiskami  na  pewno  nie  wyniknie  nic 

dobrego, ale ledwo nad sobą pilnował. Phil doprowadzał go do szału. 

-

 

Nie wywlokłem cię tu po to, Ŝeby się bić. Chcę cię o coś zapytać. ZaleŜy ci na Poppy? 

background image

-

 

Na głupie pytania nie ma odpowiedzi - parsknął Phil i zaczął poruszać ręką, jakby szykował się 

do ataku. 

-  JeŜeli  tak,  to  ją  namówisz,  Ŝeby  ze  mną  porozmawiała.  To  przez  ciebie  nie  chce  mnie 

widzieć, więc teraz musisz ją przekonać, Ŝeby pozwoliła mi przyjść 

Phil  rozejrzał  się  po  parkingu,  jakby  szukał  jakiegoś  świadka  zajścia.  James  mówił  wolno  i 

dobitnie, podkreślając kaŜde słowo. 

-

 

Mogę jej pomóc. 

-

 

Bo  jesteś  Don  Juanem,  tak?  Uzdrowisz  ją  swoją  miłością  -  Słowa  Phila  przepełniało 

szyderstwo, a głos drŜał mu z czystej nienawiści. Nie tylko do Jamesa, ale do całego świata o to, 
Ŝ

e Poppy ma raka. 

-

 

Nie.  Nic  nie  rozumiesz.  UwaŜasz,  Ŝe  ją  zwodzę,  zabawiam  jej  uczuciami.  A  to  totalna 

bzdura.  Pozwoliłem  ci  tak  myśleć,  bo  miałem  dość  przesłuchania  i  nie  chciałem,  Ŝebyś 
wiedział, co robiliśmy naprawdę. 
-

 

Jasne,  jasne.  -  W  głosie  Phila  pobrzmiewały  sarkazm  i  pogarda.  -  No  więc  co  robiliście? 

Ć

paliście? 

-

 

To. 

Po  rozmowie  z  Poppy  w  szpitalu  James  wyciągnął  odpowiednie  wnioski.  Najpierw  naleŜy 

pokazywać, dopiero potem mówić. Bez słowa chwycił Phila za włosy i odciągnął mu głowę do 
tyłu. 

Za  sklepem  stała  tylko  jedna  latarnia,  ale  jej  światło  wystarczyło,  Ŝeby  Phil  dobrze  się 

przyjrzał  szczerzącym  się  nad  nim  kłom.  James  swoim  kocim  wzrokiem  nawet  w  ciemności 
zauwaŜyłby, Ŝe zielone oczy Phila robią się coraz większe. Phillip wrzasnął i zesztywniał. James 
wiedział,  Ŝe  nie  ze  strachu.  Phil  nie  był  tchórzem.  Krzyknął  poraŜony  tym,  Ŝe  jego  niewiara 
zamienia się w wiarę. Phillip zaklął. 

-

 

Jesteś... 

-

 

Zgadza się. - James go wypuścił. 

Phil mało nie stracił równowagi. śeby ustać, chwycił się kontenera na śmieci. 

-

 

Nie wierze. 

-

 

Owszem,  wierzysz  -  stwierdził  James.  Nie  schował  kłów  i  wiedział,  Ŝe  jego  srebrne  oczy 

błyszczą. 

Phil musiał uwierzyć. 
Wpatrywał się w Jamesa  jak zahipnotyzowany.  Krew odpłynęła  mu z twarzy. Cały czas 

przełykał ślinę, jakby zbierało mu się na wymioty. 

-

 

BoŜe - wybełkotał w końcu. - Wiedziałem, Ŝe z tobą coś nie tak. śe jesteś pokręcony. Ale nigdy 

nie  potrafiłem  sprecyzować,  dlaczego  dostaję  dreszczy  na  twój  widok.  No  nieźle.  Brzydzi  się 
mną, zorientował się James. Nienawiść mu minęła. Bierze mnie za kogoś gorszego od człowieka. 
To nie wróŜyło dobrze dalszej części planu. 
-

 

Teraz rozumiesz, dlaczego mogę pomóc Poppy? 

Phil powoli pokręcił głową. Opierał się plecami o ścianę, jedną ręką nadal przytrzymując się 

ś

mietnika. James zaczął tracić cierpliwość. 

-

 

Poppy jest chora. Wampiry nie chorują. Kapujesz?  

 Po minie Phillipa domyślił się, Ŝe nie. 
-

 

JeŜeli  wymienię  się  z  Poppy  odpowiednią  ilością  krwi,  zamieni  się  w  wampira  i  nie  będzie 

miała raka - wycedził James przez zaciśnięte zęby. - Stanie się istotą doskonałą, bez dolegliwości 
i chorób. Zyska moc, jaka ludziom nawet się nie śniła. I... nigdy nie umrze. Nastąpiła długa cisza. 
James  przyglądał  się  reakcji  Phillipa.  Z  jego  myśli  nie  mógł  nic  wyczytać,  bo  były  zbyt 
rozbiegane, wzburzone, ale oczy zrobiły mu się jeszcze większe, a twarz bardziej blada. 

background image

-

 

Nie moŜesz jej tego zrobić - odezwał się w końcu. 

Co  za  ton!  Phil  nie  sprzeciwiał  się  dlatego,  Ŝe  uwaŜał  pomysł  za  zbyt  radykalny  albo 

niezwykły.  Nie  wpadł  w  szał  jak  Poppy.  Powiedział  to  z  bezwzględną  stanowczością  i  ze 
ś

miertelnym przeraŜeniem. Jakby James właśnie zagroził, Ŝe zabierze Poppy duszę. 

- Tylko tak moŜna uratować jej  Ŝycie - przekonywał James. 

-

 

Nie, nie. Nie będzie chciała. Nie za taką cenę. - Phil znów powoli pokręcił  głową. Oczy  miał 

wielkie jak osoba w transie. 
-

 

Jaką  cenę?  -  James  był  juŜ  potwornie  zniecierpliwiony  i  rozdraŜniony.  Przyjął  taktykę 

obronną.  Gdyby  wiedział,  Ŝe  rozmowa  przerodzi  się  w  debatę  filozoficzną,  poszukałby 
bardziej  ustronnego  miejsca.  Tutaj  musiał  wytęŜać  zmysły,  wyłapując  ewentualnych 
intruzów. 

Phil zdjął rękę z kontenera i stanął o własnych siłach. W jego oczach byt strach graniczący z 

przeraŜeniem, ale patrzył Jamesowi prosto w twarz. 

-  Wiesz,  co?  Nie  dla  wszystkich  ludzi  najwaŜniejsze  jest  to,  Ŝeby  przeŜyć  -  wyjaśnił.  - 

Przekonasz się. 

Nie wierzę, pomyślał James. Mówi jak kapitan statku kosmicznego do obcych z innej planety 

w filmie science fiction: „Przekonasz się, Ŝe ludzie na Ziemi nie są takim łatwym celem, jak ci 
się zdaje". 

-

 

Oszalałeś?  -  powiedział  głośno.  -  Słuchaj,  Phil,  urodziłem  się  w  San  Francisco.  Nie  jestem 

jajogłowym potworem z Alfa Centauri. Na śniadanie jem płatki. 
-

 

A na przekąskę o północy? - Zielone oczy Phila zrobiły się ponure i niemal dziecinne. - A moŜe 

kły są tylko do ozdoby? 

Chwyć się tego, podpowiedział Jamesowi umysł. Odwrócił wzrok. 

-

 

Dobra. Masz rację. Trochę się róŜnimy. Nigdy nie twierdziłem, Ŝe jestem człowiekiem. Ale teŜ 

nie... 
-

 

Nie potworem? Dobre sobie. 

Nie zabijaj go, uspokajał się gorączkowo James. Musisz go przekonać. 

-

 

Phil,  w  filmach  pokazują  bzdury.  Nie  jesteśmy  wszechmocni.  Nie  moŜemy  się 

zdematerializować, przenikać przez ściany ani przenosić się w czasie i nie musimy zabijać, Ŝeby 
się poŜywić. Nie jesteśmy źli, w kaŜdym razie nie wszyscy. 
-

 

Jesteście  wynaturzeniem  -  skwitował  Phillip,  a  James  czuł,  Ŝe  te  słowa  płyną  z  głębi  serca.  -

Istniejecie na skutek jakiejś pomyłki. Was nie powinno być. 
-

 

Bo znajdujemy się wyŜej w łańcuchu pokarmowym niŜ ty? 

-

 

Bo ludzie nie powinni... Ŝywić się... innymi ludźmi. James nie powiedział, Ŝe jemu podobni nie 

uwaŜają takich jak Phillip za ludzi. 
-

 

Robimy  tylko  to,  co  musimy,  Ŝeby  przeŜyć  -  odparł.  -  A  Poppy  juŜ  się  zgodziła. 

Phillip zamarł. 
-

 

Nie. Na pewno nie chciałaby się stać taka jak ty. 

-

 

Pragnie  Ŝyć,  a  w  kaŜdym  razie  pragnęła,  zanim  się  na  mnie  wściekła.  Teraz  nie  myśli 

racjonalnie, bo  ma  za  mało mojej  krwi, Ŝeby  mogła się  zmienić do  końca. Przez  ciebie. -  Prze-
rwał. -  Widziałeś  kiedyś trupa, Phil? - spytał.  - Jak nie, to zobaczysz, bo stanie się nim Poppy, 
jeŜeli do niej nie dotrę. 

Phil się skrzywił, obrócił i walnął pięścią w metalową ściankę kontenera. 

- Myślisz, Ŝe nie wiem? śyję z tą myślą od poniedziałku. 

James stał nieruchomo z łomoczącym sercem. Czul cierpienie, jakie biło od Phila, i ból jego 

zranionej ręki. Dopiero po kilku sekundach zdołał odezwać się spokojnie. 

-

 

I myślisz, Ŝe to lepsze niŜ to, co ja mogę jej dać? 

background image

-

 

Trup  jest obrzydliwy.  I śmierdzi. Ale wolałbym to, niŜ  stać  się kimś, kto poluje na ludzi. Kto 

wykorzystuje ludzi. Po to ci te wszystkie dziewczyny, co? 

James znowu nie był w stanie odpowiedzieć od razu. Teraz  zrozumiał, Ŝe problem polega na 

tym, Ŝe Phil jest za bystry i sam sobie tym szkodzi. Za duŜo myśli. 

-

 

Tak.  Po  to  te  wszystkie  dziewczyny  -  odparł  zmęczony,  Starając  się  nie  patrzeć  na  to  z 

punktu widzenia Phila. 
-

 

Powiedz  mi  tylko  jedno,  Rasmussen.  -  Phillip  wyprostował  się  i  ze  śmiertelnie  powaŜną 

miną spojrzał mu w oczy. - Czy... - przerwał i przełknął ślinę, - ...piłeś krew Poppy, zanim 

zachorowała? 

- Nie. 

Phil odetchnął. 

- Masz szczęście. Inaczej bym cię zabił. 

James mu wierzył. Był o wiele silniejszy niŜ Phil, szybszy, i nigdy wcześniej nie bał się 

człowieka. Ale jakoś nie miał wątpliwości, Ŝe Phil znalazłby na to sposób. 

-  Słuchaj,  nie  rozumiesz  jednego  -  powiedział.  -  Poppy  naprawdę  tego  chce  i  my  juŜ  się  tym 

zajęliśmy.  Zaczęła  się  przemieniać.  JeŜeli  teraz  umrze,  nie  stanie  się  wampirem.  Ale  wcale  nie 
wiadomo, czy umrze. MoŜe skończyć jako Ŝywy trup. Zombie. Bez mózgu. Z gnijącym ciałem, 
ale nieśmiertelną duszą. 

Wargi Phila zadrŜały z odrazy. 

-

 

Mówisz tak, Ŝeby mnie przerazić. 

-

 

Znam taki przypadek. - James odwrócił wzrok. 

-

 

Nie wierzę ci. 

-

 

Widziałem na własne oczy! - Jak przez mgłę docierało do niego, Ŝe krzyczy i Ŝe chwyta Phila 

za koszulę. Nie panował nad sobą, i co z tego. - Widziałem, jak to się stało komuś, kto był dla 
mnie waŜny. 

Phil ciągle kręcił głową. 

-

 

Miałem  zaledwie  cztery  lata.  Opiekowała  się  mną  niania.  Jak  to  bogatym  dzieciakiem  w  San 

Francisco. Była człowiekiem. 
-

 

Puść mnie - wymamrotał Phil, szarpiąc Jamesa za nadgarstek. CięŜko dyszał i nie chciał tego 

słuchać. 
-

 

Szalałem  za  nią.  Dawała  mi  wszystko,  czego  nie  dostawiłem  od  matki.  Miłość,  troskę... 

zawsze poświęcała mi duŜo uwagi . Mówiłem na nią panna Emma. 
-

 

Puszczaj. 

-

 

Ale  rodzice  stwierdzili,  Ŝe  za  bardzo  się  do  niej  przywiązałem.  Więc  zabrali  mnie  na  krótkie 

wakacje  i  przez  ten  czas  nie  pozwalali  mi  pić  krwi.  Przez  trzy  dni.  Kiedy  przywieźli  mnie  z 
powrotem, umierałem z głodu. Wysłali pannę Emmę na górę, Ŝeby połoŜyła mnie spać. 

Phil przestał się szarpać. Stał ze spuszczoną głową i odwrócił się tak, Ŝeby nie patrzeć na 

Jamesa. 

Nie mogłem się powstrzymać, chociaŜ chciałem. Gdybyś mnie spytał, kto ma umrzeć: ja 

czy panna Emma, bez wahania wskazałbym na siebie. Ale kiedy jesteś wygłodniały, nie panujesz 
nad  sobą.  Więc  się  napiłem  jej  krwi.  Cały  czas  płakałem,  ale  nie  mogłem  się  od  niej  oderwać. 
Potem wiedziałem, Ŝe jest za późno. 

Zapadła cisza. James nagle uświadomił sobie, Ŝe zaciśnięte palce chwycił bolesny skurcz. 

Powoli wypuścił koszulę Phila, który cały czas milczał. 

-

 

LeŜała  na  podłodze.  Pomyślałem,  Ŝe  kiedy  dam  jej  własnej  krwi,  stanie  się  wampirem  i 

wszystko  będzie  dobrze.  -  JuŜ  nie  krzyczał.  Teraz  właściwie  nie  mówił  do  Phillipa,  tylko 
wpatrywał się w ciemny parking. - Więc przeciąłem sobie skórę i moja krew spływała do jej ust. 

background image

Połknęła trochę, ale zaraz przyszli rodzice i mnie powstrzymali. Nie wystarczyło. - James zrobił 
dłuŜszą  przerwę  i  przypomniał  sobie,  dlaczego  opowiada  tę  historie.  Spojrzał  na  Phillipa.  - 
Umarła tamtej nocy, ale niezupełnie. Walczyły w niej dwa róŜne rodzaje krwi. Rano wstała, ale 
nie była to juŜ panna Emma. Śliniła się, miała szarą skórę, a oczy wklęsłe jak u trupa. A kiedy 
zaczęła... gnić... mój tata zabrał ją do Inverness i zakopał. Ale najpierw zabił. 
-

 

Gorycz podeszła Jamesowi do gardła. - Mam nadzieję - dodał szeptem. 

Phil powoli się odwrócił i spojrzał na niego. Pierwszy raz tego wieczoru jego twarz wyraŜała 

coś  innego  niŜ  przeraŜenie  i  strach.  To  chyba  Ŝal.  pomyślał  James.  Wziął  głęboki  oddech.  Po 
trzynastu  latach  milczenia  w  końcu  opowiedział  tę  historię.  W  dodatku  komu  -  Phillipowi 
Northowi. Nie ma sensu zastanawiać się nad absurdami. Chciał jechać do domu. 

- Posłuchaj mojej rady. JeŜeli nie przekonasz Poppy, Ŝeby się ze mną zobaczyła, dopilnuj, Ŝeby 

nie  zrobili  jej  sekcji  zwłok.  Nie  chciałbyś,  Ŝeby  chodziła  pusta  w  środku.  I  miej  przygotowany 
drewniany kołek, bo w końcu nie będziesz mógł dłuŜej na to patrzeć.  

 śałość zniknęła z oczu Phila. Jego wargi ułoŜyły się w surową, drŜącą linię. 

Nie dopuścimy do tego, Ŝeby się zamieniła w... jakiegoś półŜywego potępieńca - wymamrotał. 

-  Ani  w  wampira.  Przykro  mi  z  powodu  tego,  co  się  stało  z  panną  Emma,  ale  to  niczego  nie 
zmienia. 

- O tym powinna decydować Poppy...  
Phillip miał juŜ dość. Kręcił tylko głową. 

-

 

Trzymaj się z daleka od mojej siostry. Nic więcej nie chcę. Wtedy zostawię cię w spokoju. A 

jeŜeli nie, to... 
-

 

To co? 

-

 

Powiem wszystkim w El Camino, kim jesteś. Zadzwonię na policję, wezwę burmistrza, i wyjdę 

na środek ulicy, i będę o tym krzyczał co sił w płucach. 

Dłonie Jamesa stały się zimne jak lód. Phil nie zdawał sobie sprawy, Ŝe z powodu tych słów 

James ma obowiązek go zabić. KaŜdy człowiek, który natknie się na tajemnice świata nocy, musi 
umrzeć. A ten, kto  grozi, Ŝe wyjawi o nim prawdę, musi zginąć natychmiast, bez dodatkowych 
pytań i bez miłosierdzia. 

Nagle  James  poczuł  się  tak  zmęczony,  Ŝe  przestał  widzieć  wyraźnie"  Odejdź  stąd,  Phil  - 

odezwał się głosem pozbawionym emocji. I to juŜ. A jeŜeli naprawdę chcesz chronić siostrę, nic 
nikomu  nie  powiesz.  Bo  oni  zaczną  tropić  i  się dowiedzą,  Ŝe  Poppy  teŜ  zna  sekret.  A  wtedy  ją 
zabiją, ale najpierw zabiorą na przesłuchanie. Będzie niewesoło.  

- Jacy „oni"? Twoi rodzice? 
-  Ludzie  nocy.  Otaczamy  was,  Phil.  Człowiekiem  nocy  moŜe  być  kaŜdy,  nawet  burmistrz. 

Więc lepiej trzymaj gębę na kłódkę.  

Phillip spojrzał na niego zmruŜonymi oczami. W końcu się odwrócił i odszedł w stronę drzwi 

wejściowych do sklepu. 

 James  nie  pamiętał,  kiedy  czuł  się  tak  pusty.  Wszystko  potoczyło  się  źle.  Poppy  groziło 

mnóstwo niebezpieczeństw. A Phillip North ma go za potwora. Ale nie wie, Ŝe James na ogół jest 
tego samego zdania.  

Phillip był juŜ w połowie drogi do domu, kiedy sobie przypomniał, Ŝe zostawił torbę z sokiem 

Ŝ

urawinowym dla Poppy i wiśniowymi lizakami lodowymi. Przez ostatnie dwa dni prawie nic nie 

jadła,  a  kiedy  juŜ  robiła  się  głodna,  miała  dziwne  zachcianki.  Kiedy  po  raz  drugi  płacił  w  7-
Eleven, dotarto do niego, Ŝe prosiła o coś czerwonego. Poczuł mdłości. Ostatnio ma ochotę tylko 
na  czerwone  rzeczy,  w  dodatku  półpłynne.  Czy  ona  zdaje  sobie  z  tego  sprawę?  Przyjrzał  się 
siostrze, kiedy wchodził do sypialni dać jej lizaka. Większość czasu spędzała teraz w łóŜku. Była 
strasznie  blada  i  nieruchoma.  Jedyną  Ŝywą  części  były  jej  zielone  oczy;  zdominowały  twarz, 

background image

lśniły niemal dziki obłędem. Cliff i matka rozmawiali, Ŝeby załatwić dla niej pielęgniarkę która 
czuwałyby całą dobę. 

- Nie lubisz lodów? - spytał Phil, przysuwając krzesło łóŜka. 

Poppy  z  obrzydzeniem  przyjrzała  się  lizakowi  lodowemu  Liznęła  delikatnie  i  się  skrzywiła. 

Phillip ją obserwował. 

Kolejne liźnięcie. OdłoŜyła loda do pustego plastikowego kubka na nocnej szafce. 

-

 

Nie  wiem...  Po  prostu  nie  jestem  głodna.  -  Oparła  o  poduszki.  -  Przepraszam,  Ŝe  jechałeś  na 

darmo. 
-

 

Nie szkodzi. - BoŜe, wygląda, jakby ją mdliło. - Mogę jakoś pomóc?  

-

 

Z zamkniętymi oczami pokręciła głową. Ledwie dostrzegany ruch. – Jesteś 

dobrym bratem - wyszeptała nieobecnym głosem 

Kiedyś  nie  mogła  usiedzieć  na  miejscu,  pomyślał  Phil.  Tata  mówił  na  nią  Kilowat  albo 

Bączek. Rozsadzała ją energia. 
-

 

Widziałem  dziś  Jamesa  Rasmussena  -  powiedział,  chociaŜ  wcale  nie  zamierzał. 

Zesztywniała. Jej dłonie na pościeli zamieniły się nie w pięści, a w szpony. 
-

 

Lepiej niech się trzyma ode mnie z daleka! 

Trochę dziwna reakcja. Nie w stylu Poppy. Owszem, bywała agresywna, ale nigdy wcześniej 

Phil nie słyszał w jej głosie takiego zwierzęcego tonu. 

W  jego umyśle pojawił  się obraz: istota z  Nocy  Ŝywych trupów,  poruszająca się  mimo 

wyrwanych trzewi. śywy trup, jak panna Emma. 

Czy naprawdę to samo stałoby się z Poppy, gdyby teraz umarła? CzyŜby do tej pory zdąŜyła 

się aŜ tak zmienić? 

-

 

Wydrapię mu oczy, jak się tu pojawi. - Gniotła palcami poszewkę. 

-

 

Poppy, on mi się przyznał, kim naprawdę jest. Dziwne, nie zareagowała. 

-

 

Bydlakiem - rzuciła. - Podłym gadem. Coś w jej głosie przyprawiło Phillipa o ciarki. 

-

 

Powiedziałem mu, Ŝe ty nigdy byś nie chciała stać się kimś takim. 

-

 

Jasne  -  ucięła  krótko.  -  JeŜeli  to  miałoby  oznaczać  włóczenie  się  z  nim  przez  całą 

wieczność. Nigdy więcej nie chcę go widzieć. 

Phil  przyglądał  jej  się  długą  chwilę.  Oparł  się  i  zamknął  oczy,  kciukiem  uciskając  skroń, 

gdzie bolało najbardziej. 

Nie,  to  nie  „trochę  dziwna"  reakcja.  Nie  chciał  wierzyć,  ale  Poppy  była  odmieniona. 

Irracjonalna.  A  teraz,  kiedy  się  nad  tym  zastanowił,  stwierdził,  Ŝe  z  kaŜdą  godziną  od 
wyrzucenia Jamesa robi się coraz dziwniejsza. 

MoŜe znajduje się w jakimś stanie przejściowym? Nie jest ani człowiekiem, ani wampirem. I 

nie potrafi trzeźwo myśleć. Tak jak powiedział James. To Poppy powinna zdecydować. Musi ją 
zapytać. 
-  Poppy? - Odczekał, aŜ na niego spojrzy, zielonymi nieruchomymi oczami. - James twierdzi, Ŝe 
zgodziłaś się, Ŝeby cię... zmienił. Zanim się na niego wściekłaś. To prawda? 

Uniosła brwi. 

-  Jestem  na  niego  wściekła  -  potwierdziła,  jakby  przyswoiła  tylko  tę  część  pytania.  -  I  wiesz, 
dlaczego cię lubię? Bo zawsze go nienawidziłeś. A teraz nienawidzimy go oboje. 

Phil zastanawiał się chwilę, później odezwał się ostroŜnie. 

-  Dobra. Ale wcześniej, kiedy jeszcze się z nim przyjaźniłaś... czy chciałaś zamienić się w... to, 
czym on jest? 

Nagle w oczach Poppy pojawił się przebłysk rozsądku. 

- Ja po prostu bałam się umrzeć - wyznała. - Byłam przeraŜona, pragnęłam Ŝyć. Gdyby lekarze 

mogli  coś  dla  mnie  zrobić,  zdałabym  się  na  nich.  Ale  nie  mogą.  -  Siedziała,  wpatrując  się  w 

background image

pustkę, jakby widziała tam coś strasznego. - Nie wiesz jak to jest, kiedy słyszysz, Ŝe umrzesz - 
wyszeptała. 

Phillipa  przebiegły dreszcze.  Nie, tego nie  wie, ale nagle sobie brutalnie  uzmysłowił, co 

będzie z nim, kiedy Poppy umrze. Jak pusty stanie się świat. Przez długą chwilę siedzieli w 
milczeniu. 

W  końcu  Poppy  znów  opadła  na  poduszki.  Pod  oczami  miała  sine  cienie,  jakby  rozmowa  ją 

wykończyła. 

- To chyba nie ma znaczenia - powiedziała słabym, ale przeraŜająco rezolutnym głosem. - I tak 

nie umrę. Lekarze wszystkiego nie wiedzą. 

Więc tak sobie z tym radzi, pomyślał Phillip. Całkowita negacja. 
JuŜ się dowiedział, czego chciał. Miał jasny obraz sytuacji i wyraźny plan, co musi zrobić. 

-  Zostawię  cię,  odpocznij.  -  Poklepał  Poppy  po  ręce.  Była  bardzo  zimna  i  krucha,  pełna 

maleńkich kości jak skrzydło ptaka. - Do zobaczenia. 

Bez  słowa  wymknął  się  z  domu.  Kiedy  juŜ  wyjechał  na  drogę,  dodał  gazu.  Zaledwie  w 

dziesięć minut dotarł pod blok. Nigdy wcześniej nie był u Jamesa. 

- Co ty tu robisz? - James chłodno powitał go w drzwiach.  
- Mogę wejść? Muszę ci coś powiedzieć. 

Miejsce  było  przestronne  i  puste:  zabałaganiony  stół  i  jedno  krzesło,  zagracone  biurko, 

nieładny  naroŜnik.  W  kątach  stały  poutykane  kartonowe  pudła  z  ksiąŜkami  i  płytami.  Za 
drzwiami znajdowała się spartańska sypialnia. 
-

 

Czego chcesz? 

-

 

Po pierwsze, muszę ci coś wytłumaczyć. Jesteś tym, kim jesteś, i nic na to nie poradzisz, ale ja 

teŜ nic nie poradzę na to, co z tego powodu czuje. Ty nie moŜesz się zmienić, ja teŜ nie. Chce, 
Ŝ

ebyś najpierw to zrozumiał. 

-

 

Daruj  sobie  kazania.  -  James  splótł  ręce  na  piersiach;  przyjął  nieufną,  buntowniczą  pozę. 

Muszę tylko wiedzieć, Ŝe zrozumiałeś. 

Czego chcesz? - powtórzył James. 

Phil z trudem przełknął ślinę. Dopiero po drugiej albo trzeciej próbie, mimo powstrzymującej 

go dumy, udało mu się wydusić: 

- PomóŜ mojej siostrze. 

 
 

Rozdział 9 

   
 

Poppy obróciła się na łóŜku. Czuła się nieszczęśliwa. Było to dręczące uczucie, które paliło ją 

pod skórą. Brało się nie z głowy, ale z ciała. Gdyby nie osłabienie, wstałaby i pobiegła, Ŝeby się 
go pozbyć. Ale zamiast mięśni miała spaghetti. 

Umysł pozostawał zamroczony. Nie próbowała juŜ myśleć. Najszczęśliwsza była, kiedy spała. 

Ale  dziś  wieczorem  nie  mogła  zasnąć.  W  kącikach  ust  ciągle  czuła  smak  wiśniowego  lizaka 
lodowego. Spróbowałaby zmyć ten smak, ale myśl o wodzie przyprawiała ją o mdłości. Woda nie 
jest dobra. Nie tego potrzebuję. Wcisnęła twarz w poduszkę. Nie wiedziała, czego potrzebuje, ale 
wiedziała, Ŝe tego nie dostanie. 

Z  korytarza  dobiegł  łagodny  odgłos.  Kroki.  Co  najmniej  dwóch  osób.  Nie  przypominały 

kroków  mamy  i  Cliffa;  poza  tym  oni  juŜ  poszli  spać.  Rozległo  się  delikatne  pukanie,  a  potem 
drzwi się otworzyły i na podłodze pojawił się wachlarz światła. 

background image

  - Poppy, śpisz? Mogę? -wyszeptał Phil. 

Oburzyła się, kiedy wszedł, nie czekając na odpowiedź. Ktoś z nim był. 

Mało, Ŝe ktoś. Ten ktoś. Ten, który najbardziej ze wszystkich ją zranił. Zdrajca. James. 
Złość dała jej silę, Ŝeby usiąść. 

-

 

Odejdź! Bo poŜałujesz! - Najbardziej prymitywne ostrzeŜenie. Zwierzęca reakcja. 

-

 

Poppy, proszę, pozwól mi z tobą porozmawiać - odezwał się James. 

I wtedy stało się coś zadziwiającego. Nawet Poppy, mimo zamroczenia, zorientowała się, Ŝe 

to zadziwiające. 
-

 

Proszę  cię,  Poppy.  Tylko  go  wysłuchaj  -  poprosił  Phil.  Phil  po  stronie  Jamesa? 

Była zbyt zdezorientowana, Ŝeby się sprzeciwiać. James uklęknął przy jej łóŜku. 
-

 

Wiem, Ŝe jesteś zdenerwowana. To wszystko moja wina. Popełniłem błąd. Nie chciałem, Ŝeby 

Phil wiedział, co naprawdę się dzieje, dlatego  mu powiedziałem, Ŝe tylko udaję, Ŝe mi  na tobie 
zaleŜy. Ale to nieprawda. Poppy zmarszczyła czoło. 
-

 

JeŜeli zajrzysz w głąb swojego serca, przekonasz się, Ŝe nie kłamię. Stajesz się telepatką; chyba 

masz juŜ na tyle mocy, Ŝeby mnie przejrzeć. 

Stojący  za  Jamesem  Phil  zmieszał  się,  jakby  wzmianka  o  telepatii  wprawiła  go  w 

zakłopotanie. 
-  Ja  mogę  powiedzieć,  Ŝe  teraz  mówi  prawdę  -  oznajmił,  a  Poppy  i  James  spojrzeli  na  niego 
zaskoczeni. - Wywnioskowałem to z rozmowy to z tobą - zwrócił się do Jamesa. nie patrząc 

na  niego.  -  MoŜe  i  jesteś  potworem,  ale  na  pewno  zaleŜy  ci  na  Poppy.  Nie  chcesz  jej 
skrzywdzić. 

- W końcu zrozumiałeś? Najpierw musiałeś zrobić to całe... - James przerwał i pokręcił głową. - 

Poppy, skup się. Poczuj to, co ja czuję. Odkryj prawdę.  

Nie, i nie zmusisz mnie do tego, pomyślała Poppy. Ale część jej wnętrza, która chciała poznać 

prawdę,  okazała  się  silniejsza  niŜ  ta  ogarnięta  wściekłością.  Poppy  niepewnie  dotknęła  Jamesa 
nie dłonią, ale umysłem. Nie potrafiłaby opisać, jak to zrobiła. Po prostu zrobiła. 

I  zobaczyła,  Ŝe  umysł  Jamesa  lśni  jak  diament  i  płonie  intensywnie.  Czuła  się  inaczej  niŜ 

wtedy, gdy była z nim jednością, kiedy wymienili się krwią. Teraz zaglądała do niego z zewnątrz, 
z oddali wyczuwając emocje. Ale to wystarczyło. Ciepło, tęsknota i troska były całkiem wyraźne. 
Tak jak udręka, którą odczuwał, wiedząc, Ŝe ona cierpi i go nienawidzi. 
-

 

Naprawdę  ci  zaleŜy  -  wyszeptała  ze  łzami  w  oczach.  Szare  oczy  Jamesa  spotkały  się  z  jej 

wzrokiem i Poppy dostrzegła w nich coś, czego wcześniej nie widziała. 
-

 

W  świecie  nocy  obowiązują  dwie  podstawowe  zasady  -  odezwał  się  opanowanym  głosem.  -

Pierwsza, nie mówić ludziom, Ŝe on istnieje. Druga, nie zakochiwać się w człowieku. Złamałem 
obie. 

Poppy  jak  przez  mgłę  zorientowała  się,  Ŝe  Phillip  wychodzi  z  pokoju.  Smuga  światła 

zwęziła się, kiedy przymknął za sobą drzwi. Twarz Jamesa częściowo znalazła się w mroku. 

-

 

Nigdy nie  mogłem  ci wyznać, co do ciebie czuję - ciągnął James. - A nawet przyznać się do 

tego przed samym sobą. Bo to naraŜa cię na powaŜne niebezpieczeństwo. Nie wyobraŜasz sobie 
jak powaŜne. 
-

 

Ciebie  teŜ.  -  Właściwie  po  raz  pierwszy  przyszło  jej  i  do  głowy.  Ta  myśl  wydobyła  się  z 

zamulonej  świadomości  bańka  z  garnka  gotującego  się  gulaszu.  -  To  znaczy...  -  powiedziała 
powoli,  wyciągając  wnioski  -  ...jeŜeli  postąpiłeś  wbrew  zasadom,  musi  cię  spotkać  kara.  -
Instynktownie wyczuwała, co to za kara. 

Większa część twarzy Jamesa pogrąŜyła się w cieniu. 

-

 

Nie martw się tym - odparł dawnym głosem fajnego chłopaka.  

background image

  Poppy  nigdy  nie  słuchała  rad,  nawet  tych  Jamesa.  Ogarnął  ją  przypływ  irytacji  i  złości  i 
gorączkowy niepokój. Czuła, Ŝe oczy jej się mruŜą, a palce zaciskają. 
-

 

Nie mów mi, czym mam się martwić!  

  Zmarszczył czoło. 
-

 

A ty mi nie rozkazuj... - zaczął i przerwał. - Co ja wyprawiam? Tobie jest ciągle niedobrze, a ja 

sobie siedzę w najlepsze. - Podciągnął rękaw wiatrówki i  przesunął paznokciem po nadgarstku. 
W miejscu draśnięcia zebrała się krew. 

W ciemności wyglądała na czarną. Poppy zafascynowana wlepiła wzrok w sączący się płyn. 

Rozchyliła wargi i zaczęła szybciej oddychać. 

 - No, juŜ. - James podsunął nadgarstek. 

Przywarła  do  niego  ustami,  jakby  chciała  ratować  Jamesa  po  ukąszeniu  przez  węŜa.  To  było 

takie naturalne, takie proste. Tego właśnie potrzebowała, kiedy wysyłała Phila po lizaki lodowe i 
sok  Ŝurawinowy.  Ta  słodka,  gęsta  substancja  była  wyjątkowa  i  nic  innego  nic  mogło  się  z  nią 
równać. Poppy ssała łapczywie. 

Wspaniałe  doznania  -  bliskość,  intensywny  smak  czerwonego  płynu,  siła  i  Ŝywotność,  które 

zalewały  jej  ciało,  ogrzewając  po  czubki  palców.  Ale  najlepsze  ze  wszystkich  było  poczucie 
kontaktu  z  umysłem  Jamesa.  Z  rozkoszy  kręciło  jej  się  w  głowie.  Jak  mogła  w  niego  zwątpić? 
Teraz, kiedy na własnej skórze czuła to, co on czuje do niej, wydawało jej się to śmieszne. Nigdy 
nie pozna nikogo tak dobrze jak Jamesa. Przepraszam, powiedziała do niego w myśli i poczuła Ŝe 
przyjął to przesłanie, wybaczył i rozkoszował odzyskaną jednością. To nie twoja wina, odparł. 

Umysł  Poppy  z  kaŜdą  chwilą  odzyskiwał  trzeźwość.  Jakby  budziła  się  z  głębokiego, 

nieprzyjemnego snu. Chciałabym Ŝeby to się nigdy nie skończyło. Właściwie nie kierowała tych 
słów do Jamesa, po prostu przemknęła jej przez głowę taka myśl. 

Zareagował,  choć  szybko  starał  się  to  ukryć.  Nie  zdąŜył.  Poppy  to  wyczula. 

Wampiry nie robią tego między sobą. 

Szok.  JuŜ  nigdy  po  przemianie  nie  będą  cieszyli  się  tą  rozkoszą?  Nie,  nie  wierzę, 

zaprotestowała w duchu. Na pewno jest jakiś sposób... 

Znów wyczuła reakcję Jamesa, ale kiedy chciała ją zgłębić, delikatnie odsunął nadgarstek. 

 - Dzisiaj lepiej nie pij juŜ więcej. 

Jego prawdziwy głos zabrzmiał dziwnie w uszach Poppy. Bardziej utoŜsamiała z Jamesem głos 

jego  myśli,  ale  teraz  nie  potrafiła  ich  dobrze  wyczuć.  Stali  się  dwiema  odrębnymi  istotami. 
Potworne.  Jak  przeŜyje,  jeŜeli  juŜ  nigdy  więcej  nie  dotknie  jego  umysłu?  JeŜeli  będzie  musiała 
posługiwać  się  słowami,  które  nagle  wydały  jej  się  tak  nieporadne  jak  sygnały  dymne?  JeŜeli 
nigdy  więcej  nie  poczuje  go  w  pełni,  całej  jego  istoty  otwartej  na  nią?  To  okrutne  i 
niesprawiedliwe. Wszystkie wampiry muszą być idiotami, jeŜeli zadowalają się czymś gorszym. 
Zanim  zdąŜyła  otworzyć  usta,  Ŝeby  chociaŜ  spróbować  to  wytłumaczyć  Jamesowi,  drzwi  się 
otworzyły. Zaglądał zza nich Phillip. 
-

 

Wejdź - powiedział James. - Mamy mnóstwo spraw do obgadania.  

Phil wpatrywał się w Poppy. 
-

 

Czy... - przerwał i przełknął ślinę -  czujesz się lepiej? - dokończył ochrypłym szeptem. 

I  bez  telepatii  wychwytywało  się  jego  odrazę.  Spojrzał  na  jej  wargi,  potem  szybko  odwrócił 

wzrok. Poppy zorientowała się, co zobaczył. Plamę jak po jagodach. Otarła usta grzbietem dłoni. 

Chciała  powiedzieć,  Ŝe  to  nie  jest  odraŜające.  To  część  natury.  Sposób  dawania  Ŝycia. 

Tajemniczy i piękny. Dobry. 

- Nie moŜna krytykować czegoś, czego się nie spróbowało - wymamrotała tylko. 

background image

Twarz Phillipa wykrzywiła się z przeraŜenia. Dziwne, ale James całkowicie się z nim zgadzał. 

Poppy  to  wyczuwała.  UwaŜał,  Ŝe  wymiana  krwi  jest  czymś  mrocznym  i  złym.  Przepełniało  go 
poczucie winy. Poppy westchnęła przeciągłe, ze znuŜeniem. 
-

 

Czujesz się lepiej - zauwaŜył Phil i zdobył się na słaby uśmiech. 

-

 

Pewnie przedtem zachowywałam się dość dziwnie -stwierdziła Poppy. - Przepraszam. 

-

 

„Dość" to niewłaściwe słowo. 

-

 

To nie jej wina - zwrócił się James do Phillipa. - Umierała i miała halucynacje. Za mało krwi 

docierało do mózgu. 

Poppy pokręciła głową. 

-

 

Nie rozumiem. PrzecieŜ ostatnim razem nie wypiłeś ode mnie aŜ tak duŜo. 

-

 

Nie w tym rzecz. Reagowały ze sobą dwa rodzaje krwi, zwalczały się. Mogę ci to mniej więcej 

wyjaśnić z naukowego punktu widzenia. Krew wampira niszczy hemoglobinę, ludzkie czerwone 
krwinki.  Po  pewnym  czasie  do  mózgu  dociera  za  mało  tlenu,  Ŝeby  człowiek  logicznie  myślał. 
Potem brakuje tlenu potrzebnego do Ŝycia. 
-

 

To  znaczy,  Ŝe  krew  wampira  działa  jak  trucizna  -  podsumował  Phil  takim  tonem,  jakby 

wiedział to od samego początku. 

James wzruszył ramionami. Nie patrzył ani na Poppy, ani na Phila. 

-  W  pewnym  sensie.  Ale  działa  teŜ  jak  uniwersalny  lek.  Rany  się  szybko  goją,  ciało  się 

regeneruje. Komórki wampirów są tak odporne, Ŝe wystarcza im bardzo  mała ilość tlenu. Krew 
wampira moŜe wszystko, poza przenoszeniem tlenu. 

W umyśle Poppy zapaliła się lampka. Olśnienie - wyjaśniła się tajemnica Drakuli. 

-

 

Poczekaj - powiedziała, - To dlatego potrzebujecie ludzkiej krwi? 

-

 

Między  innymi  -  przyzna!  James.  -  Ludzka  krew  zaspokaja  jeszcze  kilka...  mistycznych 

potrzeb,  ale  przede  wszystkim  utrzymuje  nas  przy  Ŝyciu.  Wypijamy  trochę  tej  krwi,  a  ona 
rozprowadza  tlen  po  naszym  organizmie,  aŜ  w  końcu  nasza  własna  krew  ją  niszczy.  Wtedy 
pijemy znowu. 

Poppy oparła się o poduszki. 

-

 

Więc to tak. I to jest naturalne... 

-

 

Nie ma w tym nic naturalnego - uciął Phil z odrazą na twarzy. 

-

 

Owszem, jest. Jak to się nazywa w przyrodzie? Symbioza... 

-

 

NiewaŜne  -  wtrącił  się  James.  -  Nie  moŜemy  siedzieć  i  gadać.  Musimy  porobić  plany. 

Nagle zapadła cisza. Poppy zrozumiała, o jakich planach mowa. Phil na pewno teŜ. 
-

 

Nadal  grozi  ci  niebezpieczeństwo  -  podjął  łagodnie  James,  wpatrując  się  w  oczy  Poppy.  -

Będzie potrzebna jeszcze jedna wymiana i to jak najszybciej. Inaczej znów moŜesz mieć zapaść. 
Ale następną wymianę musimy starannie zaplanować. 
-

 

Czemu? - spytał Phil zupełnie nieskory do współpracy. 

-

 

Bo to mnie zabije - odparła rzeczowo Poppy, zanim James zdąŜył odpowiedzieć. - W tym cała 

rzecz,  Phil  -  ciągnęła  bezlitośnie.  -  Nie  prowadzimy  z  Jamesem  Ŝadnych  gierek.  Musimy  sobie 
radzić z rzeczywistością, a ona wygląda tak, Ŝe niedługo umrę. I wolę obudzić się jako wampir 
niŜ nie obudzić się wcale. 

Znowu  zapadła  cisza.  James  połoŜył  dłonie  na  jej  dłoniach.  cały  się  trząsł. 

Phil uniósł wzrok. Twarz miał skupioną, a oczy ciemne. 

-  Jesteśmy  bliźniakami.  Więc  jakim  cudem  stałaś  się  o  tyle  starsza  ode  mnie?  -  spytał 

ś

ciszonym głosem. 

Chwila szeptów. 

-  Jutrzejszy dzień będzie dobrą porą - oznajmił w końcu James. - Jest piątek. Myślisz, Ŝe uda ci 
się wieczorem wywabić mamę i Cliffa z domu? 

background image

Phil zamrugał. 

-

 

Chyba...  jeŜeli  Poppy  będzie  lepiej  wyglądała,  moŜe  wyjdą  na  chwilę.  Powiem,  Ŝe  ja  z  nią 

zostanę. 
-

 

Przekonaj ich, Ŝe muszą się trochę rozerwać. Nie chcę, Ŝeby się tu kręcili. 

-

 

A  nie  moŜesz  zrobić  tak,  Ŝeby  niczego  nie  zauwaŜyli?  Jak  z  pielęgniarką  w  szpitalu?  -

spytała Poppy. 
-

 

Nie,  bo  będę  skupiony  na  tobie  -  odparł  James.  -  A  niektórych  umysłów  w  ogóle  nie  da  się 

kontrolować, Phil jest tego najlepszym przykładem. Twoja mama moŜe być kolejnym. 
-

 

Dobra,  namówię  ich,  Ŝeby  wyszli  -  obiecał  Phil.  Załkał  i  najwyraźniej  się  zawstydził,  bo 

próbował to ukryć. - A kiedy juŜ wyjdą... to co? 

James spojrzał na niego tajemniczo. 

-

 

Wtedy zrobimy z Poppy to, co musimy. Potem ty i ja będziemy oglądać telewizję. 

-

 

Oglądać telewizję - powtórzył głucho Phil. 

-

 

Muszę tu być, kiedy przyjdzie lekarz i obsługa z zakładu pogrzebowego. 

PrzeraŜenie  niemal  sparaliŜowało  Phila,  kiedy  usłyszał  wzmiankę  o  zakładzie  pogrzebowym. 

Poppy  zresztą  teŜ  lekko  zmroziło.  Gdyby  nie  krąŜąca  w  niej  poŜywna  obca  krew,  która  ją 
uspokajała... 

- Czemu? - spytał kategorycznie Phil. 

James bardzo dyskretnie pokręcił głową. Twarz miał bez wyrazu. 

-

 

Bo tak - odpowiedział. - Później zrozumiesz. Na razie po prostu mi zaufaj. Poppy 

postanowiła nie drąŜyć tematu. 
-

 

No  to,  chłopaki,  jutro  musicie  się  pogodzić.  Przy  mamie  i  Cliffie.  Inaczej  będzie 

podejrzane, Ŝe trzymacie się razem. 
-

 

Tak czy siak będzie podejrzane - mruknął Phil pod nosem. - Dobra. Przyjdź po południu i się 

pogodzimy. A ja ich namówię, Ŝeby zostawili nas z Poppy. 

James skinął głową. 

-  Pójdę  juŜ.  -Wstał.  Phil  się  odsunął,  Ŝeby  zrobić  mu  przejście,  ale  James  zatrzymał  się  przy 
Poppy. - Nic ci nie będzie? - zapytał szeptem. 

Poppy skwapliwie skinęła głową. 

 - No to do jutra. - Dotknął z czułością jej policzka opuszkami palców. 

Przelotny  kontakt  sprawił,  Ŝe  serce  Poppy  zaczęło  bić  mocniej.  Tak,  na  pewno  nic  mi  nie 

będzie.  Patrzyli  na  siebie  przez  chwilę,  później  James  się  odwrócił.  Jutro,  pomyślała  Poppy, 
spoglądając  na  zamykające  się  za  nim  drzwi.  Jutro  jest  dzień  mojej  śmierci.  Poppy  dostrzegła 
jedną  zaletę  tego  wszystkiego  -  niewiele  osób  zna  dokładną  datę  swojej  śmierci.  Więc  tylko 
nieliczni  mogą  poŜegnać  się  tak,  jak  ona  zamierza.  To  bez  znaczenia,  Ŝe  w  rzeczywistości  nie 
umiera. Kiedy gąsienica zamienia się w motyla, kończy się dla niej Ŝycie gąsienicy. Kończy się 
wygrzewanie na gałęziach i jedzenie liści. 

Kończy się El Camino. Nie będzie juŜ spania w tym łóŜku. 
Trzeba  zostawić  to  wszystko  za  sobą.  Rodzinę,  miasto.  Całe  ludzkie  Ŝycie.  Czekała  ją 

zupełnie  nowa  przyszłość  i  nie  miała  pojęcia  jaka.  Mogła  tylko  zaufać  Jamesowi  i  swojej 
zdolności przystosowania. 

Czuła się tak, jakby spoglądała na rozciągającą się przed nią niewyraźną, krętą drogę i nie była 

w stanie dostrzec, dokąd prowadzi, bo znikała w ciemności. 

Koniec  z  jeŜdŜeniem  na  rolkach  po  deptaku  przy  Yenice  Heach.  Z  plaskaniem  mokrymi 

stopami po betonie  przy  szkole publicznej Tamashaw. Koniec z zakupami w Yillage. Spojrzała 
na kaŜdy kąt swojego pokoju. Zegnaj, pomalowana na biało szafo. śegnaj, biurko. Napisała przy 

background image

nim  setki  listów  -  na  blacie  zostały  plamy  po  laku.  śegnaj,  łóŜko;  Ŝegnajcie,  zwiewne  białe 
zasłony przy łóŜku, dzięki którym czuła się; jak arabska księŜniczka z bajki. śegnaj, stereo. 

O rany. Moje stereo. I płyty. Nie mogę ich zostawić, nie mogę...  

CóŜ, nie ma wyjścia. 

MoŜe  i  dobrze,  Ŝe  musiała  uporać  się  ze  stratą  sprzętu,  zanim  wyszła  z  pokoju.  Dzięki  temu 

przygotowała się na to, Ŝeby zacząć się oswajać ze stratą ludzi. 
-

 

Cześć, mamo - odezwała się niepewnie, stając w kuchni 

-

 

Poppy! Nie wiedziałam, Ŝe wstałaś. 

Mocno  przytuliła  matkę,  w  jednej  chwili  świadoma  wielu  drobnych  doznań.  Chłód 

kuchennych  płytek  pod  gołymi  stopami,  mdły  zapach  kokosa,  który  po  szamponie  pozostał  na 
włosach matki. Ciepło matczynego ciała. 
-

 

Jesteś  głodna,  kochanie?  Wyglądasz  o  wiele  lepiej.  Poppy  nie  była  w  stanie  znieść  widoku 

pełnej  niespokojnej  nadziei  twarzy  matki,  a  myśl  o  jedzeniu  przyprawiła  ją  o  mdłości.  Z 
powrotem ukryła się w objęciach. 
-

 

Przytul mnie - poprosiła. 

Wtedy dotarło do niej, Ŝe mimo wszystko nie będzie mogła się  ze wszystkimi poŜegnać. Nie 

jest w stanie w jedno popołudnie związać wszystkich luźnych końców swojego Ŝycia. To prawda, 
ma  ten  przywilej,  wie,  Ŝe  to  jej  ostatni  dzień  Ŝycia  tutaj,  ale  odchodzi  jak  wszyscy  inni  - 
nieprzygotowana. 

- Pamiętaj, Ŝe cię kocham - wyszeptała, mrugając, Ŝeby się nie rozpłakać. 

Później  pozwoliła  matce  odprowadzić  się  do  łóŜka.  Resztę  dnia  spędziła  przy  telefonie. 

Starała się szybko docenić wszystko, zanim będzie musiała to zostawić. 

-

 

Elaine,  tęsknię  za  tobą  -  powiedziała  do  słuchawki,  wpatrując  się  w  promienie  słońca 

wpadające przez okno. 
-

 

No, Brady, jak leci? 

-

 

Lauro, dzięki za kwiaty. 

-

 

Poppy, jak się czujesz? - pytali wszyscy. - Kiedy znów się zobaczymy? 

Nie  mogła  odpowiedzieć.  Chciała  zadzwonić  do  ojca,  ale  nikt  nie  wiedział,  gdzie  on  jest. 

ś

ałowała  teŜ,  Ŝe  w  zeszłym  roku  nie  przeczytała  dramatu  Nasze  miasto,  tylko  skorzystała  z 

notatek Phila i z własnego refleksu. Pamiętała jedynie, Ŝe to było o zmarłej dziewczynce, Mora 
dostała  szansę,  Ŝeby  jeszcze  raz  spojrzeć  na  jeden  zwykły  dzień  swojego  Ŝycia  i  naprawdę  go 
docenić.  MoŜe  taka  lektura  pomogłaby  jej  uporządkować  swoje  uczucia,  ale  juŜ  za  późno. 
Zmarnowałam  duŜo  czasu  w  liceum,  uświadomiła  sobie.  Przechytrzałam  nauczycieli,  ale  to 
wcale nie było takie sprytne. Odkryła w sobie nowy wymiar szacunku dla Phila, który zaprzęgał 
swój umysł do pracy. MoŜe jednak mój brat nie jest Ŝałosnym purytańskim kujonem. MoŜe to on 
zawsze miał rację... Bardzo się zmieniam, pomyślała i zadrŜała. Nie wiedziała, czy to z powodu 
obcej krwi w organizmie, raka czy dorastania. Ale się zmieniała.  

Zadzwonił  dzwonek  u  drzwi.  Poppy  bez  wychodzenia  z  pokoju  wiedziała,  kto  to.  Wyczuła 

Jamesa. Przyszedł, Ŝeby zacząć przedstawienie. Spojrzała na zegarek. Nie do wiary. JuŜ prawie 
czwarta. 

Miała  wraŜenie,  Ŝe  czas  dosłownie  ucieka.  Nie  panikuj.  Masz  jeszcze  kilka  godzin, 

powiedziała sobie l znów wzięła telefon. Kilka minut później do sypialni zapukała matka. 
-

 

Skarbie, Phil mówi, Ŝe powinniśmy wyjść. Przyszedł James, ale chyba nie chcesz go widzieć... 

Prawdę mówiąc, wolałabym cię nie zostawiać... - Matka była dziwnie zmieszana. 
-

 

Powinniście  się  rozerwać.  I  cieszę  się,  Ŝe  wpadł  James.  Naprawdę. 

Hm... To dobrze, Ŝe się z nim pogodziłaś. Mimo wszystko nie wiem... 

background image

Matka nie od razu dała się przekonać, Ŝe Poppy czuje się o wiele lepiej, Ŝe jeszcze przed nią 

trochę Ŝycia i nie ma co przejmować się akurat tym piątkiem. 

W końcu dała się namówić i pocałowała córkę na do widzenia. Poppy zostało jeszcze poŜegnać 

się  z  Cliffem.  Przytulił  ją  a  ona  wreszcie  mu  wybaczyła,  Ŝe  nie  jest  jej  ojcem.  Starałeś  się,  jak 
mogłeś, pomyślała. Odsunęła się od jego świeŜo wyprasowanego ciemnego garnituru i spojrzała 
na  prostokątną  szczękę.  I  to  ty  zaopiekujesz  się  mamą...  później.  Więc  ci  wybaczam.  Jesteś  w 
porządku, naprawdę. Cliff i mama ruszyli do drzwi i to był juŜ zupełnie ostatni moment, Ŝeby ich 
poŜegnać. Poppy zawołała za nimi, oboje się, odwrócili uśmiechnęli do niej. Kiedy zniknęli, do 
pokoju  weszli  James  i  Phil.  Popatrzyła  na  Jamesa.  Jego  szare  oczy  były  mętne  i  nie  wyraŜały 
Ŝ

adnych uczuć. 

-

 

Teraz? - spytała lekko drŜącym głosem. 

-

 

Teraz. 

 
 

Rozdział 10 

 
 

Wszystko  musi  być  jak  naleŜy  -  stwierdziła  Poppy.  -  Na  taką  okazję  wszystko  musi  być  jak 

naleŜy. Phil, wyjmij kilka świec. 

-

 

Ś

wiec? - Phil miał ziemistą cerę i wyglądał mizernie. 

-

 

Przynieś,  ile  tylko  znajdziesz.  I  poduszki.  Potrzebuję  mnóstwo  poduszek.  -  Uklęknęła  przy 

sprzęcie, Ŝeby się rozejrzeć w chaotycznym stosie płyt. 

Phil spojrzał na nią przelotnie i wyszedł. 

-

 

Structures  from  Silence...  nie.  Zbyt  powtarzalne  -  oceniła,  przeszukując  stos.  -  Deep 

Forest... nie. Za bardzo przejmujące. Potrzebuję czegoś przyjaznego. 
-

 

MoŜe  to?  -  James  wyjął  płytę.  Poppy  zerknęła  na  tytuł.  Muzyka,  w  której  się  znika. 

Oczywiście.  Idealna.  Poppy  wzięła płytę i spojrzała Jamesowi w  oczy.  Na nieziemskie łagodne 
dźwięki ambient musie mówił zwykle: „Szmira New Age". 
-

 

Rozumiesz - powiedziała cicho. 

-

 

Tak. Ale ty nie umierasz, Poppy. Nie szykujesz się do sceny śmierci. 

-

 

Ale  odchodzę.  Zmieniam  się.  -  Nie  potrafiła  dokładnie  tego  wytłumaczyć,  jednak  w  głębi 

duszy  czuła,  Ŝe  postępuje  właściwie.  Umiera  dla  dawnego  świata.  To  wyjątkowa  chwila. 
Przejście. 

Poza  tym  -  chociaŜ  Ŝadne  z  nich  o  tym  nie  wspominało  -  oboje  wiedzieli,  Ŝe  moŜe  umrzeć 

naprawdę. James był w tej kwestii szczery: niektórym ludziom transformacja się nie udaje. 

Phil wrócił ze świecami - świątecznymi, zwykłymi, zapachowymi i wotywnymi. Poppy 

poleciła,  Ŝeby  porozstawiał  je  po  pokoju  i  zapalił.  Sama  poszła  do  łazienki,  Ŝeby  włoŜyć 
najlepszą koszulę nocną - flanelową, w małe truskawki. 

Tylko sobie wyobraź, pomyślała. Ostatni raz idziesz tym korytarzem, po raz ostatni otwierasz 

drzwi łazienki. 

Łazienka była piękna. Łagodny  blask świecznika tworzył  aurę świętości i tajemnicy.  Płynęła 

nieziemska słodka muzyka. Poppy poczuła, Ŝe mogłaby się w niej zanurzyć na zawsze, tak samo 
jak  zapada  się  w  sen.  Otworzyła  szafkę  i  wieszakiem  strąciła  z  górnej  półki  płowego 
wypchanego lwa i pluszowego Kłapouchego. Zabrała zwierzaki ze sobą do łóŜka i połoŜyła obok 
stosu  poduszek.  MoŜe  to  głupie,  dziecinne,  ale  chciała  je  mieć  ze  sobą.  Spojrzała  na  Jamesa  i 
Phillipa. 

background image

Obaj  na  nią  patrzyli.  Phil  był  wyraźnie  zdenerwowany,  dotykał  palcami  warg,  Ŝeby 

powstrzymać ich drŜenie. James teŜ się denerwował chociaŜ tylko ktoś, kto zna go tak dobrze jak 
Poppy, potrafiłby to zauwaŜyć. 

-  Wszystko  w  porządku  -  powiedziała.  -  Nie  widzicie?  Nic  mi  nie  jest,  więc  nie  ma  powodu, 

Ŝ

eby z wami było coś nie tak. 

Dziwne, ale to prawda. Nic jej nie było. Czuła się spokojna i opanowana, jakby wszystko stało 

się bardzo proste.  Widziała przed sobą drogę.  Wystarczyło tylko, Ŝeby nią szła, krok po kroku. 
Phil ścisnął ją za rękę. 
-

 

Jak to działa? - spytał szorstko Jamesa. 

-

 

Najpierw  wymienimy  się  krwią.  -  James  mówił  do  Poppy  i  tylko  na  nią  patrzył.  -  Wystarczy 

nieduŜo,  jesteś  juŜ  na  granicy  przemiany.  Później  dwa  rodzaje  krwi  zaczną  ze  sobą  walczyć  i 
rozegra się coś w rodzaju ostatniej bitwy. Rozumiesz, co mam na myśli? - Uśmiechnął się słabo i 
boleśnie,  a  Poppy  skinęła  głową.  -  Będziesz  stawała  się  coraz  słabsza.  A  potem  po  prostu... 
zaśniesz. Zmiana dokona się we śnie. 
-

 

A kiedy się obudzę? 

-

 

Dam ci sygnał, hipnotyczną wskazówkę. Powiem, Ŝebyś się obudziła, kiedy po ciebie przyjdę. 

Nie martw się, wszystko dokładnie zaplanowałem. Ty musisz tylko odpoczywać. Phil nerwowo 
przeczesywał palcami włosy, jakby zastanawiał się, co z Jamesem będą musieli zrobić. 
-

 

Chwileczkę  -  odezwał  się,  niemal  skrzecząc.  -  Kiedy  mówisz,  „Ŝe  zaśnie",  ona  będzie 

wyglądała jak... 
-

 

NieŜywa  -  podsunęła  Poppy,  kiedy  załamał  mu  się  głos.  James  obrzucił  Phila  chłodnym 

spojrzeniem. 
-

 

Tak. JuŜ to omawialiśmy. 

-

 

A wtedy... Co się z nią stanie? James spojrzał gniewnie. 

-

 

Nie denerwuj się - poprosiła łagodnie Poppy. - Powiedz mu, James. 

-

 

Wiesz,  co  się  stanie  -  wycedził  przez  zaciśnięte  zęby.  Nie  moŜe  po  prostu  zniknąć. 

Ś

cigałaby  nas  policja  i  ludzie  nocy  szukaliby  Poppy.  Wszystko  musi  wyglądać  tak,  jakby 

rzeczywiście umarła na raka. 

Przestraszona mina Phila wskazywała, Ŝe nie jest do końca przekonany. 

-

 

Na pewno nie ma innego sposobu? 

-

 

Nie - odparł krótko James. 

-

 

O BoŜe. - Phil oblizał wargi. 

Poppy teŜ nie chciała się nad tym rozwodzić. 

- Poradzisz sobie, Phil - powiedziała stanowczo. - Musisz. Pamiętaj, jeŜeli nie stanie się to teraz, 

to umrę za kilka tygodni naprawdę. 

Phil tak mocno ściskał mosięŜny pręt ramy łóŜka, Ŝe aŜ pobielały mu palce. Ale osiągnął cel 

- wziął się w garść. Prawie. 

- Masz rację - przyznał niepewnie. - W porządku, poradzę sobie. 

-

 

No  to  zaczynajmy  -  poleciła  Poppy  spokojnym  i  opanowanym  głosem,  jakby  bez  trudu 

radziła sobie ze wszystkim. 
-

 

Lepiej,  Ŝebyś  nie  widział  tej  części  -  zwrócił  się  James  do  Phillipa.  -  Idź  pooglądać 

telewizję. 

Phil wahał się przez chwilę, potem skinął głową i wyszedł. 

-

 

Zaraz, jeszcze jedno - odezwała się Poppy do Jamesa, odskakując na środek łóŜka. Cały czas 

rozpaczliwie siliła się, Ŝeby jej słowa brzmiały beztrosko. - Po pogrzebie... będę spała, tak? Nie 
obudzę  się...  no,  wiesz.  W  mojej  malej  ładnej  trumnie.  -  Uniosła  wzrok  i  spojrzała  na  niego.  - 
Mam lekką klaustrofobie. 

background image

-

 

Nie  obudzisz  się  tam  -  zapewnił  James.  -  Nigdy  bym  do  tego  nie  dopuścił.  Uwierz  mi, 

pomyślałem o wszystkim. 

Skinęła  głową.  Wierzę  ci,  pomyślała.  Wyciągnęła  do  niego  ręce.  Kiedy  dotknął  jej  szyi, 

odchyliła głowę. Wraz z upływem krwi czuła, Ŝe jej umysł jest przyciągany do jego umysłu. Nie 
martw się, Poppy. Nie bój się. Z jego myśli biła głęboka troska, która właściwie potwierdzała, Ŝe 
jednak jest  się czego bać i Ŝe coś moŜe pójść nie tak. Poppy  czuła się jednak spokojna. Miłość 
Jamesa ją uspokajała i zalewała światłem. 

Nagle poczuła bezmiar przestrzeni. Jakby horyzonty rozciągnęła się w nieskończoność. Jakby 

odkryła nowy wymiar. Jakby nie było ograniczeń ani przeszkód w tym, co wspólnie z Jamesem 
są w stanie zrobić. Czuła się... wolna. 

Zaczęła odpływać. Słabła w ramionach Jamesa. Opadała jak zwiędnięty kwiat. 
Wypiłem juŜ dosyć, powiedział James do jej umysłu. Ciepłe i zwierzęce wargi odsunęły się 

od jej szyi. - Teraz twoja kolej. 

Jednak  tym  razem  nie  naciął  sobie  nadgarstka.  Zdjął  koszulkę  i  energicznie  przeciągnął 

paznokciem u dołu szyi. 

Jejku,  pomyślała  Poppy.  Pochyliła  się  powoli,  niemal  z  namaszczeniem.  Dłonie  Jamesa 

podtrzymywały  jej  głowę  z  tyłu.  Objęła  go  ramionami,  czując  jego  nagą  skórę  pod  swoją 
flanelową koszulą. 

Nieopisane doznanie. Ale jeŜeli James mówił prawdę, to był ostatni raz w jej Ŝyciu. JuŜ 

nigdy więcej nie wymienią się krwią. 

Nie  mogę  się  z  tym  pogodzić,  przemknęło  jej  przez  myśl,  ale  na  niczym  nie  mogła  się  zbyt 

długo skupić. Tym razem dzika i trująca krew wampira zamiast rozjaśnić umysł przyprawiała ją o 
jeszcze większą dezorientację. James? 

Spokojnie. To początek przemiany. 

Czuła  się  ocięŜała...  śpiąca...  Było  jej  ciepło.  Zapadała  się  w  słone  fale  oceanu.  Niemal 

wyobraŜała  sobie,  jak  krew  wampira  przedostaje  się  do  jej  Ŝył,  pokonuje  wszystko,  na  co 
natrafiła po drodze. Pradawna krew, pierwotna. Zmieniała ją w coś odwiecznego, co istnieje od 
zarania dziejów. Coś prymitywnego. KaŜda molekuła w jej ciele się zmienia... 
-

 

Poppy,  słyszysz  mnie?  -  James  delikatnie  nią  potrząsnął.  Poppy  była  tak  zanurzona  w 

doznaniach, Ŝe nawet nie zorientowała się, Ŝe juŜ nie pije. James ją tulił. 
-

 

Poppy. 

Z trudem otworzyła oczy. 

- Nic mi nie jest... chce mi się tylko spać. 

Mocniej  zacisnął  wokół  niej  ramiona,  później  ostroŜnie  połoŜył  ją  na  spiętrzonych 

poduszkach. 

- Teraz odpoczywaj. Zawołam Phila.  
Zanim  wyszedł,  pocałował  ją  w  czoło.  Mój  pierwszy  pocałunek,  pomyślała 

sennie. A ja jestem w śpiączce. Super. 

Poczuła,  jak  łóŜko  ugina  się  pod  czyimś  cięŜarem.  Spojrzała  w  górę.  Phil.  Wyglądał  na 

bardzo zdenerwowanego, siedział na samym brzegu i się przyglądał. 

-

 

Co się teraz dzieje? - spytał. 

  - Zalewa ją krew wampira - wyjaśnił James. 
  - Jestem bardzo śpiąca - wymamrotała Poppy. 

Nic ją nie bolało. Miała tylko ochotę odpłynąć. Jej ciało było ciepłe i bezwładne, jakby 

spowiła je gęsta, delikatna mgła. 

Phil?  Zapomniałam  ci  powiedzieć...  dziękuję.  śe  nam  pomogłeś.  I  za  wszystko.  Jesteś 

dobrym bratem. 

background image

-  Nie  musisz  mi  tego  mówić  teraz  -  odparł  zwięźle.  -  Podziękujesz  mi  później.  Ja  tu  będę, 

przecieŜ wiesz. 

Ale mnie moŜe nie być, pomyślała Poppy. To jedna wielka niewiadoma. Nigdy bym się na to 

nie  zgodziła,  gdybym  imała  filie  wyjście.  Mogłam  tylko  poddać  się  bez  walki.  Ale  walczyłam, 
prawda? Przynajmniej tyle. 

-  Tak,  walczyłaś  -  przytaknął  Phil.  Poppy  nie  zdawała  sobie  prawy,  Ŝe  mówi  na  głos.  -

Zawsze byłaś waleczna. Wiele się od Ciebie nauczyłem. 

Zabawne,  bo  to  ona  się  od  niego  duŜo  nauczyła  -  co  prawda  najwięcej  w  ciągu  ostatnich 

dwudziestu czterech godzin. 

Chciała  mu  to  powiedzieć,  ale  czulą  się  taka  zmęczona...  Język 

miała sztywny, cale ciało słabe i omdlałe. 

Tylko...  trzymaj  mnie  za  rękę.  -  Jej  słowa  były  zaledwie  trochę  głośniejsze  od  oddechu. 

Phillip chwycił jedną jej dłoń, James drugą. 

Tak  było  dobrze.  Tak  naleŜało  to  zrobić,  z  Kłapouchym  i  lwem  na  poduszkach,  z  Philem  i 

Jamesem trzymającymi ją za ręce. Dzięki nim czuła się bezpieczna. Jedna ze świec miała zapach 
wanilii,  ciepły  i  miły.  Przypominał  Poppy  dzieciństwo.  Waniliowe  wafle  i  popołudniowa 
drzemka.  Z  tym  właśnie  jej  się  kojarzył.  Z  drzemką  w  przedszkolu  pani  Spurgeon;  promienie 
słońca padały na podłogę, a leŜaku obok spał James. Tak bezpieczna, spokojna... 
-

 

Och, Poppy - wyszeptał Phil. 

-

 

Dobrze sobie radzisz, dzieciaku - odezwał się James. -Wszystko idzie, jak trzeba. 

To  właśnie  chciała  usłyszeć.  Zanurzyła  się  w  muzyce,  jakby  zapadała  w  sen,  bez  strachu. 

Kropla wpadająca do oceanu... 

Nie  jestem  gotowa,  pomyślała  w  ostatniej  chwili.  Ale  juŜ  znała  odpowiedź.  Nikt  nigdy  nie 

jest gotowy. 

AleŜ  ona  głupia,  zapomniała  o  najwaŜniejszym.  Nie  powiedziała  Jamesowi,  Ŝe  go  kocha. 

Nawet wtedy, kiedy on wyznał jej miłość. Starała się nabrać powietrza w płuca, zebrać siły... Za 
późno.  Świat  zewnętrzny  zniknął,  a  ona  nie  czuła  juŜ  swojego  ciała.  Unosiła  się  w  ciemności  i 
muzyce. Teraz mogła tylko usnąć. 

Ś

pij.  -  James  pochylił  się  nad  Poppy.  -  Nie  budź  się,  do  póki  ci  nie  powiem.  Po  prostu 

ś

pij.  Phil  miał  napięte  wszystkie  mięśnie.  Poppy  wyglądała  tak  spokojnie  -  była  blada,  loki 

koloru  miedzi  rozsypały  się  po  poduszce,  czarne  rzęsy  rzucały  cień  na  policzki,  a  wargi 
rozchyliły się, kiedy lekko oddychała. Przypominała porcelanową lalkę. Ale im spokojniej leŜała, 
tym większe przeraŜenie ogarniało Phila. 

Poradzę sobie z tym, powtarzał sobie. Muszę. 

Poppy łagodnie wypuściła powietrze i nagle jej mostek uniósł się raz, drugi. Dłoń zacisnęła się 

na dłoni Phila, a oczy otworzyły się, a jednak jakby nic nie widziała. Wyglądała na zaskoczoną. 

- Poppy! - Phil chwycił ją za flanelową koszulę. Była w niej taka mała i krucha. - Poppy! 

CięŜkie  sapanie  ustało.  Poppy  na  chwilę  zawisła  w  próŜni,  a  potem  powieki  się  zamknęły, 
ciało opadło na poduszki. Phil trzymał jej bezwładną dłoń. 

Stracił resztki panowania nad sobą. 

-

 

Poppy.  -  Słyszał  niebezpieczny,  niezrównowaŜony  ton  własnego  głosu.  -  Poppy,  przestań. 

Obudź  się!  -  krzyczał  coraz  głośniej.  Potwornie  rozedrgane  ręce  drapały  ramiona  siostry. 
Odsunęły je inne dłonie. 
-

 

Do cholery, co ty wyczyniasz? - odezwał się cicho James. 

-

 

Poppy? Poppy? - Phil nie przestawał się w nią wpatrywać. Jej mostek się nie ruszał. Na twarzy 

miała wyraz... niewinnej ulgi. Takiej świeŜości, jaką widuje się tylko u niemowląt. Jednak i twarz 

background image

się  zmieniała.  Stawała  się  biała,  przezroczysta,  niesamowita  i  upiorna.  I  chociaŜ  Phil  nigdy 
wcześniej nie widział trupa, instynktownie wiedział, Ŝe to śmiertelna bladość. 

Dusza opuściła Poppy. Jej ciało było bez Ŝycia, bez ducha, pozbawione sił witalnych. Dłoń w 

dłoni  Phila  tkwiła  bezwładnie,  inaczej  niŜ  dłoń  śpiącego.  Skóra  straciła  blask,  jakby  ktoś 
delikatnie na nią nachuchał. 

 

Phil odrzucił głowę do tyłu i wydał z siebie zwierzęcy ryk. Nieludzki. Wył. 

-

 

Zabiłeś  ją!  -  Zerwał  się  z  łóŜka  i  doskoczył  do  Jamesa  -  Powiedziałeś,  Ŝe  tylko  zaśnie,  ale  ją 

zabiłeś!  Ona  nie  Ŝyje!  James  nie  uchylił  się  przed  atakiem.  Chwycił  Phila  i  wyciągnął  na 
korytarz. 

Zmysł słuchu zanika ostatni - warknął mu do ucha. - ona moŜe cię słyszeć. 
Phil wyrwał się i pobiegł do salonu. Nie wiedział, co robić. Po prostu musiał coś zniszczyć. 
Poppy nie Ŝyje. Nie ma jej. 
Przewrócił  fotel,  potem  ławę.  Podniósł  lampę,  wyrwał  kabel  z  gniazdka  i  rzucił  nią  w 

kominek. 

- Przestań! - James usiłował przekrzyczeć hałas. 

Phil podbiegł do niego. Sama siła jego uścisku powaliła Jamnu do tyłu, na ścianę. Obaj runęli 

na podłogę. 

- Zabiłeś ją! - sapnął Phil, próbując dosięgnąć gardła Jamesa. 

Srebro.  Oczy  Jamesa  płonęły  jak  roztopiony  metal.  Złapał  Phila  za  nadgarstki  i  ścisnął 

boleśnie. 

- Przestań natychmiast, Phillip - syknął. 

Phil się uspokoił. Niemal szlochając, walczył o oddech. 

-  Zabiję  cię,  jeŜeli  będę  musiał,  Ŝebyś  nie  zagraŜał  Poppy  -  ostrzegł  James  nadal  dzikim  i 

złowieszczym głosem. - A nic się jej nie stanie, jak się uspokoisz i będziesz robił dokładnie to, co 
ci  powiem.  Jasne?  -  Mocno  potrząsnął  Philem,  niemal  waląc  jego  głową  o  ścianę.  Dziwne,  ale 
podziałało.  Powiedział,  Ŝe  zaleŜy  mu  na  Poppy.  I  chociaŜ  wydawało  się  to  nieprawdopodobne, 
Phii zaczął wierzyć, Ŝe James mówi prawdę. 

Rozpalona do czerwoności wściekłość wyparowała z głowy Phila. Wziął głęboki oddech. 

-

 

Dobra,  rozumiem  -  wychrypiał.  Przywykł  do  tego,  Ŝe  to  on  rozkazuje  zarówno  sobie,  jak  i 

innym.  Nie  podobało  mu  się  Ŝe  James  wydaje  mu  polecenia.  Teraz  nie  miał  jednak  wyjścia. 
Ale... ona nie Ŝyje, tak? 
-

 

To zaleŜy od definicji. - James puścił Phila i powoli wstał z podłogi. Z  ponurą miną rozejrzał 

się  po  pokoju.  -  Wszystko  poszło  zgodnie  z  planem.  Oprócz  tego.  -  Wskazał  głową  bałagan  w 
salonie.  -  Chciałem,  Ŝeby  to  twoi  rodzice  ją  znaleźli,  kiedy  wrócą,  ale  ta  wersja  odpada.  Ten 
bałagan wytłumaczy tylko prawda. 
-

 

To znaczy? 

-

 

ś

e wszedłeś tam, znalazłeś Poppy martwą i dostałeś szału. A wtedy ja zadzwoniłem do twoich 

rodziców. Chyba wiesz w jakiej są restauracji? 
-

 

W Valentino's. Mama mówiła, Ŝe mają szczęście, bo  zarezerwowali ostatni wolny stolik. 

-

 

Dobra.  Uda  się.  Tylko  najpierw  musimy  posprzątać  w  sypialni.  Wynieś  wszystkie  świeczki  i 

resztę rzeczy. To musi i wglądać tak, jakby po prostu zasnęła. 

Phii zerknął na rozsuwane szklane drzwi. Dopiero zaczynało się ściemniać. Ale przecieŜ 

ostatnio Poppy duŜo spała. 

-

 

Powiemy,  Ŝe  się  zmęczyła  i  kazała  nam  iść  oglądać  telewizję  -  podsunął,  starając  się 

przezwycięŜyć  wzburzone  emocje  i  myśleć  trzeźwo.  -  A  po  jakimś  czasie  ja  do  niej 
wszedłem. 
-

 

Dobra - zgodził się James z nikłym uśmiechem, który nie rozjaśnił oczu. 

background image

Sprzątanie  sypialni  nie  trwało  długo.  Najtrudniejsze  dla  Phila  było  to,  Ŝe  cały  czas  musiał 

patrzeć  na  Poppy.  A  za  kaŜdym  razem,  kiedy  na  nią  spoglądał,  coś  ściskało  go  za  serce. 
Wydawała się, jak delikatna kruszynka... boŜonarodzeniowy aniołek w czerwcu. 

Ź

le się czuł, zabierając pluszowe zwierzaki. Obudzi się, prawda? - spytał. 

BoŜe,  mam  taką  nadzieję  -  odparł  James  bardzo  zmęczonym  głosem.  Zabrzmiało  to  bardziej 

jak modlitwa niŜ Ŝyczenie. Jeśli nie, to nie będziesz mnie musiał ścigać z osikowym kołkiem. 

Sam się tym zajmę. 

Nie gadaj głupot - warknął Phii, wstrząśnięty i zły. - JeŜeli Poppy na czymś zaleŜało... zaleŜy, 

to  właśnie  na  Ŝyciu.  Gdyby  popełniła  samobójstwo,  to  tak  jakbyś  dał  jej  w  twarz.  Poza  tym, 
gdyby  nawet  się  nie  udało,  to  przecieŜ  zrobiłeś,  co  mogłeś.  Nie  obwiniaj  się,  bo  to  idiotyczne. 
James wpatrywał się w niego zaskoczony, oniemiały. W końcu powoli skinął głową. Dzięki. 

To był siedmiomilowy krok - po raz pierwszy znaleźli się po jednej stronie barykady. Phillip 

poczuł, Ŝe łączy ich dziwna nić zrozumienia. 

Trzeba  chyba  zadzwonić  do  restauracji  -  powiedział  tylko,  odwracając  wzrok,  James 

spojrzał na zegarek. 
-

 

Za kilka minut. 

-

 

To zdąŜą wyjść, zanim zadzwonimy. 

-

 

Trudno.  WaŜne  tylko,  Ŝeby  lekarze  nie  starali  się  jej  reanimować  albo  nie  zabrali  do 

szpitala. Musi być zimna, zanim ktokolwiek się tu zjawi. 

Philla ogarnęło przeraŜenie. Wyrachowany padalec. 

-Jestem  po  prostu  praktyczny  -  mruknął  James  ze  znuŜeniem,  jakby  tłumaczył  coś  dziecku. 

Dotknął  marmurowo  białej  dłoni  Poppy.  -  Dobra.  Dzwonię.  Ty  moŜesz  znów  wpaść  w  szał, 
proszę bardzo. 

Phill  pokręcił  głową.  Nie  miał  juŜ  sił.  Chciało  mu  się  tylko  płakać,  jak  dziecku,  które  się 

zgubiło albo zostało skrzywdzone. 

Uklęknął przy łóŜku Poppy i czekał. Muzyka się skończyła; słyszał telewizor z salonu. Stracił 

poczucie  czasu  do  chwili,  kiedy  rozległ  się  warkot  samochodu  na  podjeździe.  Oparł  czoło  o 
materac. Nie zmuszał się do łez. Płakał naprawdę. W tej chwili był przekonany, Ŝe stracił ją na 
zawsze. 

   -   Weź się w garść - powiedział James, stając za nim. - Przyjechali. 

 
 

Rozdział 11 

 
 

Następnych kilka godzin było najgorszych w Ŝyciu Phila. Przede wszystkim z powodu matki. 

Jak tylko weszła, chciał ją pocieszyć. Rzecz jasna, Ŝadne pocieszenie nie istniało. Mógł się tylko 
do niej przytulić. 

To zbyt okrutne, pomyślał zamroczony. Musi być jakiś sposób, Ŝeby jej powiedzieć. Ale ona 

nigdy  w  to  nie  uwierzy,  a  nawet  gdyby,  wtedy  sama  znajdzie  się  w  niebezpieczeństwie...  W 
końcu przyjechała karetka, ale wcześniej zjawił się doktor Franklin. 
-

 

Zadzwoniłem po niego - powiedział Philowi James, kiedy matka wypłakiwała się Cliffowi w 

rękaw. 
-

 

Po co? 

background image

-

 

ś

eby  uprościć  sprawę.  Lekarz  moŜe  wystawić  świadectwo  zgonu,  jeŜeli  widział  chorego  w 

ciągu ostatnich dwudziestu dni i zna przyczynę śmierci. Nie chcemy Ŝadnych szpitali ani lekarzy 
sądowych. 
-

 

Czemu? - Phil pokręcił głową. 

-

 

Temu...  -  odezwał  się  James  zmienionym  głosem  -  Ŝe  w  szpitalach  robią  sekcje  zwłok.  Phil 

zamarł. Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich Ŝaden dźwięk. 

A w zakładach pogrzebowych balsamują ciało. Dlatego muszę tu być, kiedy przyjadą zabrać 

zwłoki. Wpłynę na ich umysł, Ŝeby jej nie zabalsamowali, nie zaszyli warg ani... 

Phill wpadł do łazienki, bo zrobiło mu się niedobrze. Znów nienawidził Jamesa. 
Nikt nie zawiózł Poppy do szpitala, a doktor Franklin nawet nie wspomniał o sekcji. Trzymał 

panią  Hilgard  za  rękę  i  mówił  cicho,  Ŝe  takie  rzeczy  mogą  zdarzyć  się  nagle  i  Ŝe  przynajmniej 
Poppy nie cierpiała. 
-

 

Ale  przecieŜ  czuła  się  dzisiaj  znacznie  lepiej  -  wyszeptała  matka  przez  łzy.  -  Och,  moje 

maleństwo, moje maleństwo. Pogarszało jej się, ale dzisiaj czuła się całkiem dobrze. 
-

 

Czasami  tak  się  dzieje  -  tłumaczył  łagodnie  doktor  Franiklin.  -  Jakby  umierający  chcieli 

zaczerpnąć ostatni haust Ŝycia. 
-

 

Ale  mnie  przy  niej  nie  było  -  powiedziała,  juŜ  bez  łez,  ale  z  potwornym  poczuciem  winy  w 

głosie. - Umierała sama. 
-

 

Zasnęła  -  wtrącił  się  Phil.  -  I  po  prostu  juŜ  się  nie  obudzi.  Popatrz  na  nią,  to  zobaczysz,  jak 

spokojnie odeszła. 

Ciągle  to  powtarzał,  Cliff  teŜ,  lekarz  teŜ,  a  karetka  w  końcu  odjechała.  Potem,  kiedy 

matka  siedziała  na  łóŜku  i  głaskała  Poppy  po  głowie,  zjawili  się  ludzie  z  zakładu 
pogrzebowego. 

Dajcie mi tylko kilka minut - odezwała się z suchymi oczami, blada. - Chcę przez chwilę 

pobyć z nią sama. 

Grabarze  zakłopotani  siedzieli  w  salonie,  a  James  wpatrywał  się  w  nich  uporczywie.  Phil 

wiedział czemu. James wpajał im w umysły, Ŝe nie będzie Ŝadnego balsamowania. 
-

 

Powody religijne? - spytał Cliffa jeden z męŜczyzn, przerywając długie milczenie. 

-

 

O  czym  pan  mówi?  -  Cliff  przyglądał  mu  się  z  uniesionymi  brwiami. 

MęŜczyzna skinął głową. 
-

 

Rozumiem. Nie ma sprawy. 

Phil teŜ rozumiał. Tego, co usłyszał męŜczyzna, nie powiedział Cliff. 

-

 

W  takim  razie  pozostaje  tylko  jedna  kwestia.  Wystawiamy  zwłoki?  -  odezwał  się  drugi 

męŜczyzna. - Czy trumna ma być zamknięta? 
-

 

To  była  nagła  śmierć  -  powiedział  Cliff  ze  spokojem  na  twarzy.  -  Po  bardzo  krótkiej 

chorobie. 

Więc  on  z  kolei  nie  słyszał,  co  mówią  męŜczyźni.  Phill  spojrzał  na  Jamesa  i  dostrzegł  pot 

cieknący mu po twarzy. Jednoczesne panowanie nad trzema umysłami kosztowało go  mnóstwo 
wysiłku. 

W końcu Cliff wyprowadził Ŝonę do małŜeńskiej sypialni, Ŝeby nie musiała patrzeć na to, co 

będzie się działo dalej. 

Dwaj męŜczyźni weszli do pokoju Poppy z pokrowcem na ciało i noszami na kółkach. Kiedy 

wychodzili, pokrowiec miał kształt małego, łagodnego wzgórka. 

Phil znów zaczął tracić panowanie nad sobą. Chciał wszystko kopać, przebiec maraton, Ŝeby 

stąd uciec. Ale nagle ugięły się pod nim kolana i pociemniało mu w czach. Podtrzymały go silne 
ramiona i zaprowadziły do krzesła. 

- Wytrzymaj - szepnął James. - Jeszcze tylko kilka minut. JuŜ prawie koniec. 

background image

W  tej  chwili  Phil  był  niemal  w  stanie  mu  wybaczyć,  Ŝe  jest  krwioŜerczym  potworem. 

Wszyscy  połoŜyli  się  bardzo  późno,  ale  nikt  nie  zasnął.  Phill  zrozpaczony  leŜał  przy 
zapalonym świetle do wschodu słońca. 

 

Dom pogrzebowy przypominał wiktoriańską posiadłość, a kaplica, gdzie stała biała trumna ze 

złotymi  wykończeniami,  wypełniona  była  kwiatami  i  ludźmi.  Z  daleka  Poppy  wyglądała  jakby 
spała. 

Phil nie chciał na nią patrzeć. Przyglądał się za to osobom które wchodziły do sali poŜegnań i 

zapełniały  dziesiątki  drewnianych  ławek.  Nigdy  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  ilu  ludzi 
kochało Poppy. 

 - Była taka pełna Ŝycia - powiedział nauczyciel angielskiego. 

Nie mogę uwierzyć, Ŝe umarła - stwierdził chłopak z druŜyny piłkarskiej Philla. 

Nigdy jej nie zapomnę - wyjąkała jedna z jej przyjaciółek. 

Phil w ciemnym garniturze stał razem z matką i Cliffem. Scena kojarzyła mu się ze składaniem 

Ŝ

yczeń  ślubnych.  Matka  powtarzała:  „Dziękuję  za  przybycie"  i  obejmowała  gości.  Krewni, 

znajomi,  przyjaciele  podchodzili,  delikatnie  dotykali  trumny,  płakali.  Przy  odbieraniu 
kondolencji od tylu Ŝałobników wydarzyło się coś dziwnego. Phil się nabrał. Śmierć Poppy była 
na  tyle  realna,  Ŝe  wszystko  związane  z  wampirami  wydało  mu  się  snem.  Stopniowo  zaczynał 
wierzyć w to, w czym brał udział. 

PrzecieŜ nikt nie miał najmniejszych wątpliwości. Poppy chorowała na raka, a teraz nie Ŝyje. 

Wampiry to zwykły zabobon. James nie przyszedł do kaplicy.  

Poppy miała sen. 

Spacerowała  nad  oceanem  z  Jamesem.  Było  ciepło  i  czuła  zapach  soli;  stopy  miała  mokre  i 

zapiaszczone.  WłoŜyła  nowy  kostium  kąpielowy,  taki,  który  zmienia  kolor,  kiedy  się  zmoczy. 
Miała  nadzieję,  Ŝe  James  zwróci  na  to  uwagę,  ale  nic  nie  powiedział  na  ten  temat.  Nagle 
zorientowała się, Ŝe James ma na sobie maskę. Dziwne - krzywo się opali, skoro ma zasłoniętą 
część twarzy. 
-

 

MoŜe powinieneś to zdjąć? - odezwała się przekonana, Ŝe trzeba mu pomóc. 

-

 

Noszę  ją  ze  względów  zdrowotnych  -  powiedział,  ale  to  nie  był  głos  Jamesa. 

Poppy wstrząśnięta zdarta maskę. 

To nie James. Chłopak  miał blond włosy, jeszcze jaśniejsze od  Phila. Dlaczego nie 

zauwaŜyła tego wcześniej? Jego zielone oczy nagle stały się niebieskie. 
-

 

Kim jesteś? - spytała wystraszona. 

-

 

Długa  historia.  -  Uśmiechnął  się.  Jego  oczy  zrobiły  się  fioletowe.  Uniósł  dłoń.  Trzymał  w 

niej  mak.  W  kaŜdym  razie  coś,  co  wyglądało  jak  mak,  ale  było  czarne.  Dotknął  jej  policzka 
kwiatem. - Tylko pamiętaj... - Ciągle uśmiechał się zagadkowo. - Są i złe czary. 
-

 

Co? 

-

 

Są i złe czary - powtórzył, odwrócił  się i odszedł. Nie  zostały po  nim Ŝadne ślady na piasku. 

Poppy  stała  sama  nad  ryczącym  oceanem.  Teraz  ona  trzymała  mak.  Nad  jej  głową  zaczęły  się 
zbierać chmury. Chciała się obudzić, ale nie mogła. Była sama i przestraszona. Ogarnięta paniką 
upuściła kwiat. 
-

 

James! 

Phil  usiadł  na  łóŜku  z  łomoczącym  sercem.  BoŜe, 

co  to  było?  Coś  jakby  krzyk,  glos  Poppy.  Mam 
halucynacje. 

Nic  dziwnego.  Jest  poniedziałek,  dzień  pogrzebu  Poppy  -  spojrzał  na  zegar  -  mniej  więcej 

cztery godziny trzeba być w kościele. Pewnie mu się przyśniło. Ale słyszał, Ŝe jest przeraŜona... 

background image

Odgonił tę myśl. Przekonał siebie, Ŝe Poppy nie Ŝyje, a zmarli nie krzyczą. 

Na pogrzebie przeŜył jednak szok. Zobaczył ojca ubranego w coś, co nawet przypominało 

garnitur, chociaŜ marynarka nie pasowała do spodni, a krawat był przekrzywiony. 
-

 

Przyjechałem, kiedy tylko się dowiedziałem... 

-

 

Gdzie byłeś? - Wokół oczu matki pojawiły się łagodne zmarszczki, jak zawsze, kiedy miała do 

czynienia z pierwszym męŜem. 
-

 

Na wyprawie w Blue Ridge Mountains. Przysięgam, Ŝe następnym razem zostawię adres. Będę 

sprawdzał  wiadomości...  -  Rozpłakał  się.  Matka  nie  mówiła  nic  więcej.  Wyciągnęła  do  niego 
rękę, a Philowi ścisnęło się serce, kiedy przywarli do siebie. 

Wiedział, Ŝe ojciec jest nieodpowiedzialny i beznadziejny, jeŜeli chodzi o wychowanie dzieci, 

postrzelony  i  słaby.  Ale  kochał  Poppy  bardziej  niŜ  ktokolwiek.  W  tej  chwili  Phil  nie  potrafił 
myśleć  o  nim  źle,  mimo  Ŝe  obok  stał  Cliff,  któremu  ojciec  nie  dorastał  do  pięt.  Szok  nastąpił, 
kiedy tata odwrócił się do Phila przed naboŜeństwem. 
-

 

Wiesz, przyszła do mnie zeszłej nocy - wyszeptał. - To znaczy jej dusza. Ukazała mi się. Phil 

spojrzał  na  niego.  Między  innymi  takie  stwierdzenia  doprowadziły  do  rozwodu.  Ojciec  zawsze 
opowiadał  o  dziwnych  snach  i  niestworzonych  rzeczach.  Nie  wspominając  o  tym,  Ŝe  zbierał 
artykuły o astrologii, numerologii czy UFO. 
-

 

Nie  widziałem  jej,  ale  słyszałem,  jak  woła.  Martwi  mnie  to  Ŝe  była  przestraszona.  Nie  mów 

tego matce, ale mam wrŜenie, Ŝe Poppy nie spoczywa w spokoju. - Zakrył twarz dłońmi. Philowi 
przebiegły ciarki po kręgosłupie. 

Ale  uczucie  przyprawiające  o  dreszcz  zniknęło  niemal  natychmiast  w  zalewie  pogrzebowego 

smutku,  w  słowach:  „Poppy  będzie  na  zawsze  Ŝyła  w  naszych  sercach  i  w  pamięci".  Srebrny 
karawan  przejechał  na  cmentarz  Forest  Park,  wszyscy  stanęli  w  czerwcowym  słońcu,  Ŝeby 
wysłuchać  ostatnich  słów  duchownego  nad  trumną  Poppy.  Phil,  zanim  doczekał  chwili,  kiedy 
miał połoŜyć na trumnie róŜę, cały się trząsł. 

Straszny moment. Dwie przyjaciółki Poppy histerycznie  zanosiły się od płaczu. Matka zgięła 

się  wpół  i  została  niemal  siłą  zabrana  od  trumny.  Nic  było  czasu  na  myślenie,  ani  wtedy,  ani 
potem - na stypie. 

W  domu zderzyły się dwa światy.  Phil, w samym środku zamieszania,  dostrzegł Jamesa. Nie 

wiedział,  co  zrobić.  James  nie  pasował  do  tego,  co  się  tu  odbywało.  Phil  był  juŜ  prawie 
zdecydowany,  Ŝeby  go  wyprosić,  bo  jego  chory  Ŝart  się  skończył.  Ale  zanim  zdąŜył  to  zrobić, 
James podszedł do niego. 
-

 

Bądź  gotowy  o  jedenastej  w  nocy  -  rzucił  pod  nosem. 

Phil podskoczył. 
-

 

Do czego? 

-

 

Po prostu bądź gotowy. I weź ze sobą parę ubrań Poppy. Wszystko się przyda. - Rzucił Philowi 

ukradkowe, rozpaczliwe spojrzenie. - Musimy ją wyjąć, głupku. Chcesz ją tam zostawić? 

Bum!  To  byt  odgłos  zderzenia  dwóch  światów.  Phil  przez  chwilę  wirował  w  przestrzeni,  nie 

naleŜąc do Ŝadnego z nich. 
-

 

Nie mogę - wydusił w końcu, widząc wokół siebie realny świat. - Jesteś stuknięty. 

-

 

To ty jesteś stuknięty. Zachowujesz się, jakby to się ci nigdy nie wydarzyło. Musisz mi pomóc, 

bo sam nie dam rady. Z początku będzie zdezorientowana, jak lunatyk. Poppy cię potrzebuje. 

To pobudziło Phila do działania. Wyprostował się energicznie. 

-

 

Słyszałeś ją zeszłej nocy? 

-

 

Nie obudziła się. - James odwrócił wzrok. - To jej sen. 

-

 

Jakim cudem głos dotarł z takiej odległości? Nawet mój tata to usłyszał. - Chwycił Jamesa za 

klapy marynarki. - Na pewno nic jej nie jest? 

background image

-

 

Minutę temu byłeś pewny, Ŝe nie Ŝyje. Teraz mam cię zapewniać, Ŝe nic jej nie jest. CóŜ, nie 

mogę  dać  Ŝadnej  gwarancji.  -  Spoglądał  na  Phila  oczami  zimnymi  jak  szary  lód.  -  Nigdy 
wcześniej czegoś takiego nie robiłem. Kieruję się ksiąŜkami. Zawsze coś moŜe pójść nie tak. 

Ale...  -  powiedział  stanowczo,  kiedy  Phil  otworzył  usta  -  ...wiem  na  pewno,  Ŝe  jeŜeli 

zostawimy  Poppy  w  trumnie,  to  czeka  ją  bardzo  nieprzyjemna  niespodzianka.  Rozumiesz? 
Dłonie Phila rozluźniły się powoli. 
-

 

Tak.  Przepraszam.  Po  prostu  cięŜko  mi  w  to  wszystko  uwierzyć.  -  Spojrzał  na  Jamesa  i 

zauwaŜył, Ŝe twarz lekko mu złagodniała. - Ale skoro wczoraj w nocy krzyczała, to znaczy, Ŝe 
Ŝ

yje, prawda? 

-

 

I jest  silna  - dodał James. - Nigdy nie  zetknąłem się  z silniejszym telepatą. Naprawdę coś  z 

niej będzie. 

Phil  starał  się  nie  wyobraŜać  sobie  co.  James,  oczywiście  jest  wampirem  i  na  ogół  wygląda 

całkiem  normalnie.  Ale  w  głowie  Phila  krąŜyły  obrazy  Poppy  przypominającej  potwora  z 
Hollywood. Czerwone oczy, kredowa cera, ociekające krwią zęby. 

JeŜeli  rzeczywiście  taka  się  stanie...  cóŜ,  spróbuje  ją  pokochać.  Ale  nie  miał  pewności,  czy 

nie będzie chciał sięgnąć po osikowy kołek. 

 

Cmentarz  Forest  Park  w  nocy  był  zupełnie  inny.  Ciemność  wydawała  się  bardzo  gęsta.  Na 

Ŝ

elaznej  bramie  wisiała  tabliczka  „Nie  wchodzić  po  zmierzchu",  ale  brama  była  otwarta.  Nie 

chcę tu być, pomyślał Phil. 

James przejechał jednopasmową jezdnią,  która wiła się wokół cmentarza, i zaparkował pod 

olbrzymim starym miłorzębem. 

- A jak ktoś nas zobaczy? MoŜe mają straŜnika? 
-  Jest  nocny  stróŜ.  Śpi.  Zająłem  się  tym,  zanim  po  ciebie  przyjechałem.  -  James  wysiadł  i 
zaczął wypakowywać z integry zadziwiającą ilość sprzętu. 
Dwie polowe latarki. Łom. Kilka starych desek. Brezentową| folię. I dwa zupełnie nowe 

szpadle. 

PomóŜ mi to przenieść. 

Po co ci to wszystko? - spytał Phil. świr chrzęścił mu pod stopami, kiedy podąŜał za 

Jamesem jedną z wąskich krętych dróŜek. 

Wspięli się po zniszczonych drewnianych schodach, przelali na drugą stronę i znaleźli się w 

Krainie Zabawek. 

Taką nazwę rzucił ktoś na pogrzebie. Phil usłyszał, jak rozmawiali o tym dwaj koledzy Cliffa z 

pracy.  Chodziło  o  część  cmentarza,  gdzie  pochowano  głównie  dzieci.  MoŜna  się  było 
zorientować, nie patrząc nawet na nagrobki, bo wszędzie stały na nich inne zabawki. Grób Poppy 
znajdował się na samym skraju Krainy Zabawek. Rzecz jasna, jeszcze bez nagrobka. 

James rzucił rzeczy na trawę i uklęknął, Ŝeby zbadać ziemię, oświetlając ją latarką. 
Phil  stał  w  milczeniu  i  rozglądał  się  po  cmentarzu.  Ciągle  przestraszony;  częściowo  bał  się 

tego,  Ŝe  ktoś  ich  przyłapie,  a  częściowo  tego,  Ŝe  im  się  nie  uda.  Ciszę  mąciły  jedynie  odgłosy 
ś

wierszczy  i  ruchu  ulicznego  w  oddali.  Gałęzie  drzew  i  krzewów  poruszały  się  łagodnie  na 

wietrze. 
-

 

Dobra - powiedział James. - Najpierw musimy zedrzeć murawę. 

-

 

Co?  -  Phil  nawet  się  nie  zastanawiał  nad  tym,  skąd  na  świeŜym  grobie  wzięła  się  trawa.  Ale 

faktycznie była. James znalazł krawędź jednego pasa i zwinął go w rulon jak dywan. Phil znalazł 
drugi brzeg. Pasy miały około dwóch metrów długości i pół metra szerokości. Były cięŜkie, ale 
bez trudu odsunęli je z grobu. 

background image

-

 

Potem  połoŜymy  z  powrotem  -  mruknął  James.  -  Nie  moŜemy  zostawić  śladów.  W 

głowie Phila zapaliła się lampka. 
-

 

Po to ci te worki i cała reszta? 

-

 

Trochę bałaganu nie wzbudzi podejrzeń. Ale jeśli ktoś zobaczy porozrzucany wszędzie piach, 

zacznie się zastanawiać. James połoŜył deski dookoła grobu, później Phil pomógł mu naciągnąć 
brezent  z  kaŜdej  strony.  W  miejscu,  gdzie  leŜała  sztuczna  trawa,  została  gliniasta  ziemia.  Phil 
odłoŜył  latarkę  i  wziął  szpadel.  Nie  wierzę,  Ŝe  to  robię.  A  jednak.  Próbował  myśleć  tylko  o 
fizycznym  wysiłku  o  wykopywaniu  dziury  w  ziemi.  Skupił  się  na  tym  i  nacisnął  łopatę  stopą. 
Wbiła  się  w  ziemię  bez  oporu.  Nabrał  ziemi,  odrzucił  ją  na  brezent.  Szło  łatwo.  Ale  za 
trzydziestym razem poczuł się zmęczony. 

-

 

To szaleństwo. Potrzebujemy koparki - wysapał, ocierając czoło. 

-

 

Odpocznij, jak chcesz. 

Phil zrozumiał. Funkcję koparki pełnił James. Był silniejszy niŜ ktokolwiek, kogo Phil widział. 

Wybierał ziemię łopata za łopatą, nawet się nie prostując. Wyglądało to tak, jakby się bawił. 
-

 

Dlaczego  nie  jesteś  w  Ŝadnej  druŜynie  szkolnej?  -  spytał  Phill  opierając  się  cięŜko  na 

trzonku. 
-

 

Wolę sporty indywidualne. Na przykład zapasy. - James uśmiechnął się szeroko. Phil od razu 

wyłapał  podtekst  tej  niedwuznacznej  uwagi.  Chodziło  o  zapasy,  na  przykład,  z  Jacklyn  i 
Michaelą. 

Mimowolnie  odwzajemnił  uśmiech.  Nie  potrafił  zdobyć  się  na  święte  oburzenie.  Mimo 

siły  Jamesa  kopanie  zabrało  duŜo  czasu.  Philowi  wydawało  się,  Ŝe  dziura  jest  szersza  niŜ 
potrzeba. W końcu jego łopata dotknęła czegoś twardego. 
-

 

To osłona - wyjaśnił James. 

-

 

Jaka osłona? 

-

 

Grobowa. śeby trumna się nic roztrzaskała, jeŜeli ziemia zapadnie. Wyjdź i podaj mi łom. Phil 

wydostał się z dołu. Osłona była z surowego betonu. Wyglądała jak prostokątna skrzynia. James 
podwaŜał wieko łomem. 

Jest. - Sapnął, stopniowo przesuwając wieko za betonową skrzynię. To dlatego dziura musiała 

być taka szeroka - Ŝeby pomieścić pokrywę z jednej strony i Jamesa z drugiej. Teraz, spoglądając 
prosto w dół, Phil widział trumnę. LeŜała na niej ogromna wiązanka lekko pogniecionych Ŝółtych 
róŜ. James cięŜko dyszał, ale Phil przypuszczał, Ŝe to nie z wysiłku. On sam odnosił wraŜenie, Ŝe 
płuca ma ściśnięte, a serce łomotało mu tak mocno, Ŝe wprawiało w drŜenie całe ciało. 

- O BoŜe - powiedział cicho. 

James spojrzał w górę. Potem przesunął róŜe w nogi trumny i wolno zaczął otwierać zasuwy. 

Kiedy  juŜ  były  rozpięte,  zatrzymał  się  na  chwilę,  trzymając  dłonie  płasko  na  gładkiej 
powierzchni trumny. W końcu uniósł wieko. 

 
 

Rozdział 12 

 
 

Poppy  leŜała  na  białym  aksamitnym  obiciu.  Miała  zamknięte  oczy,  była  bardzo  blada  i... 

piękna. Ale czy martwa? 

- Obudź się - powiedział James. PołoŜył dłoń na jej dłoniach. 

Phillip miał wraŜenie, Ŝe James przywołuje ją zarówno głosem, jak i umysłem. 

background image

Przez śmiertelnie długą minutę nic się nie działo. James wsunął drugą dłoń pod kark Poppy i 

lekko ją uniósł. 

- JuŜ pora. Obudź się, obudź. Powieki Poppy drgnęły . 

Coś  gwałtownie  wstrząsnęło  Phillipem.  Chciał  wydać  okrzyk  zwycięstwa  i  podskakiwać  na 

trawie. Ale teŜ uciekać W końcu bezwładnie opadł przy krawędzi grobu. 
-  Dalej,  Poppy.  Wstawaj.  Musimy  iść.  -  James  mówił  łagodnym,  sugestywnym  głosem,  jakby 
wybudzał kogoś z narkozy. 

Tak  właśnie  wyglądała  Poppy.  Phil  przyglądał  się  zafascynowany  wstrząśnięty  i  przeraŜony, 

jak  siostra  mruga,  lekko  odwraca  głowę  i  otwiera  oczy.  Niemal  od  razu  znów  je  zamknęła,  ale 
James  nie  przestawał  mówić  i  następnym  razem,  juŜ  na  dobre  uniosła  powieki.  James 
przytrzymał ją delikatnie. Usiadła. 

-

 

Poppy  -  odezwał  się  Phil  odruchowo.  Rozsadzało  go  w  piersiach  i  piekło.  Podniosła 

wzrok,  skrzywiła  się  natychmiast  odwróciła  oczy  od  strumienia  światła  latarki.  Wyglądała 
na rozzłoszczoną. 
-

 

Dalej. - James pomógł jej wyjść przez otwartą połowę wieka trumny. 

Wydostała się bez problemu, bo była bardzo drobna. James przytrzymał ją za jedną rękę. Phil 

podciągnął w górę za drugą. Przytulił Poppy konwulsyjnie. 

Kiedy się odsunął, zamrugała, patrząc na niego. Jej czoło przecięła łagodna zmarszczka. 

Oblizała palec wskazujący przesunęła nim po policzku Phila. 

- Jesteś brudny - zauwaŜyła. 

Mówi. Nie ma czerwonych oczu ani białej twarzy. Naprawdę Ŝyje. Z ulgą znów ją przytulił. 

-

 

O BoŜe, Poppy, nic  ci nie  jest. -  Właściwie nie zauwaŜył,  Ŝe nie odwzajemnia jego  uścisku, 

James wyskoczył z dołu. 
-

 

Jak  się  czujesz,  Poppy?  -  spytał  bardzo  rzeczowo,  nie  z  czystej  grzeczności. 

Spojrzała na niego, potem na Phillipa. 
-

 

Czuję się... dobrze. 

 

-  Świetnie  -  odpowiedział  James,  ciągle  jej  się  przyglądając  jakby  była 

trzystukilogramowym schizofrenicznym gorylem. 

-

 

Jestem... głodna - oznajmiła swoim dawnym śpiewnym głosem. 

Chodź tutaj. - James pokazał, Ŝeby Phil stanął za nim. 

Phil zaczął się czuć nieswojo. Poppy... Czy to moŜliwe, Ŝe go obwąchuje? Nie głośnymi, 

wilgotnymi  pociągnięciami  nosa,  ale  delikatnie  jak  kotka.  Przesuwała  nosem  koło  jego 
ramienia. 

Phil, chodź! - polecił James bardziej stanowczo. Ale wszystko wydarzyło się tak szybko, 

Ŝ

e  Phil  nawet  nie  zdąŜył  się  ruszyć.  Delikatne  dłonie  zacisnęły  się  wokół  jego  bicepsów  jak 

stalowe  imadła.  Poppy  uśmiechnęła  się  do  niego,  ukazując  bardzo  ostre  zęby,  a  później 
doskoczyła mu do gardła jak kobra. 

Umrę  - pomyślał Phil ze spokojną ciekawością.  Nie był w stanie walczyć z Poppy. Pierwsza 

próba się nie udała, zęby przejechały mu po szyi jak dwa rozpalone pogrzebacze. 

Nie zrobisz tego. - James objął Poppy w pasie i oderwał ją od Phila. 

Poppy  wydała  pełen  rozczarowania  jęk.  Phil  z  trudem  trzymał  się  na  nogach,  a  ona 

przyglądała  mu  się  tak,  jak  kot  obserwuje  interesującego  owada.  Nie  spuszczała  z  niego 
wzroku, nawet wtedy, kiedy mówił do niej James. 

- To Phil. Twój brat bliźniak, pamiętasz? 

Poppy  wlepiła  w  Phila  ogromnie  powiększone  źrenice.  Wyglądała  na  zdezorientowaną  i 

wygłodniałą. 

background image

-

 

Mój brat? Jest z tych co ty? - Jej nozdrza drŜały, a wargi się rozchyliły. - Nie pachnie tak. 

-

 

Nie, nie jest z tych co my, ale nie moŜna go gryźć. Musisz jeszcze trochę poczekać, Ŝeby się 

najeść. - Odwrócił się do Phillipa. - Szybko zakopmy dół. 

Z początku Phillip nie mógł się ruszyć. Poppy ciągle patrzyła na niego złaknionym, 

intensywnym wzrokiem. Stała tak w ciemności w swojej najlepszej białej sukience, delikatna jak 
lilia, z włosami łagodnie okalającymi twarz. Obserwowała go wzrokiem jaguara. 

Nie była juŜ człowiekiem. Zmieniła się w coś innego. Teraz naleŜała do świata nocy. 

O BoŜe, moŜe powinniśmy po prostu pozwolić jej umrzeć, pomyślał Phil, chwytając łopatę 

drŜącymi dłońmi. James juŜ zdąŜył połoŜyć z powrotem pokrywę grobowca. Phil niemal na 
oślep rzucał ziemię. 

-

 

Nie bądź idiotą - odezwał się głos, a na nadgarstku Phila zacisnęły się na chwilę silne palce. 

Jak przez mgłę Phillip dostrzegł Jamesa. 
-

 

Nie  będzie  lepiej,  jak  umrze.  Na  razie  jest  po  prostu  skołowana.  To  przejściowe,  rozumiesz? 

Ale te słowa, choć dobitne, przyniosły Philowi niewielką pociechę. MoŜe jednak James ma rację. 
ś

ycie jest dobre bez względu na to, w jakiej formie. Poppy dokonała wyboru. 

W kaŜdym razie zmieniła się, i tylko czas pokaŜe, jak bardzo. 
Jedna  rzecz  -  Phil  popełnił  błąd,  myśląc,  Ŝe  wampiry  są  podobne  do  ludzi.  Poczuł  się  przy 

Jamesie na tyle swobodnie, Ŝe prawie zapomniał, co ich róŜni. Drugi raz tego błędu nie popełni. 
Poppy czuła się wspaniale - niemal pod kaŜdym względem. Tajemnicza i silna. Poetycka, pełna 
moŜliwości. Jakby zrzuciła swoje stare ciało - jak wąŜ zrzuca skórę - Ŝeby ukazała się zupełnie 
nowa postać. I wiedziała - chociaŜ nie miała pojęcia skąd - Ŝe nie jest chora na raka. 

Zniknęła  ta  okropna  rzecz,  która  szalała  w  jej  organizmie.  Nowe  ciało  zabiło  tego  potwora, 

wchłonęło. MoŜe dlatego, Ŝe zmieniła się kaŜda komórka dawnej Poppy North. Bez względu na 
powód  czuła  się  zdrowa  i  pełna  energii.  I  nie  tylko  lepiej  niŜ  przed  chorobą,  ale  teŜ  lepiej  niŜ 
kiedykolwiek w Ŝyciu. Była dziwnie świadoma swojego ciała, a mięśnie i stawy wydawało się, Ŝe 
pracują w niemal magiczny sposób. Jedyny problem w tym, Ŝe jest głodna. Musiała zaangaŜować 
całą siłę woli, Ŝeby nie skoczyć na blondyna w dole, Phila. Wiedziała, Ŝe jest jej bratem, ale... teŜ 
człowiekiem. Wyczuwała poŜywną, Ŝyciodajną substancję płynącą w jego Ŝyłach. Elektryzujący 
płyn,  którego  potrzebowała,  Ŝeby  przetrwać.  Skocz  na  niego,  szeptała  jej  część  umysłu.  Poppy 
zmarszczyła czoło i usiłowała odpędzić tę myśl. Poczuła, Ŝe coś w buzi draŜni jej dolną wargę, i 
odruchowo  dotknęła  tego  kciukiem.  Ząb.  Lekko  zakrzywiony.  Oba  jej  kły  były  długie,  ostro 
zakończone i wraŜliwe. Niesamowite. Delikatnie potarła nowe zęby, a potem ostroŜnie badała je 
językiem. Docisnęła je do wargi. 

Skurczyły  się  do  normalnych  rozmiarów.  JeŜeli  pomyślałaby  o  człowieku  pełnym  krwi  jak 

wiśnie soku, wyrosłyby znowu. Hej, patrzcie, co potrafię! 

Ale  nie  zawracała  głowy  dwóm  ponurym  chłopakom  zakopującym  dół.  Spojrzała  dookoła, 

starając się czymś  zainteresować. Dziwne,  ale miała wraŜenie, Ŝe nie  jest to ani dzień, ani noc. 
MoŜe nastąpiło zaćmienie Słońca. Było za ponuro jak na dzień, ale o wiele za jasno jak na noc. 
Widziała  liście  na  klonach  i  szary  hiszpański  mech  zwisający  z  dębów.  Wokół  mchu  latały 
maleńkie  ćmy,  dostrzegła  ich  blade  skrzydełka.  Kiedy  popatrzyła  w  górę,  przeraziła  się.  Na 
niebie  coś  się  unosiło  -  gigantyczna  okrągła  rzecz,  poraŜająca  srebrzystym  blaskiem.  Poppy 
pomyślała  o  statku  kosmicznym,  obcych  światach,  aŜ  w  końcu  dotarta  do  niej  prawda.  To 
księŜyc. Zwyczajny księŜyc w pełni. A wyglądał na tak wielki i powalający blaskiem dlatego, Ŝe 
ona  ma  zdolność  ostrego  widzenia  w  nocy.  Dlatego  teŜ  zauwaŜyła  ćmy.  Wszystkie  jej  zmysły 
były wyostrzone. Wokół niej unosiły się smakowite zapachy: małych gryzoni i drobnych ptaków. 
Powiew wiatru przyniósł apetyczny aromat królika. Bardzo wyraźnie teŜ słyszała. Raz odwróciła 

background image

głowę,  gdy  zaszczekał  pies  tuŜ  obok.  Dopiero  po  chwili  zorientowała  się.  Ŝe  odgłos  dobiegał  z 
daleka, zza cmentarza. Tylko wydawał się bliski. 

Zakład, Ŝe potrafię teŜ szybko biegać, pomyślała. Czuła mrowienie w nogach. Chciała wybiec 

w cudowną, przesycenie rozkosznymi zapachami noc. Pragnęła się z nią zjednoczyć. Teraz była 
jej częścią. 
-

 

James  -  odezwała  się,  nie  wypowiadając  słowa  na  głos.  Umiała  to  robić  odruchowo. 

Uniósł wzrok znad dołu. 
-

 

Poczekaj - odpowiedział w ten sam sposób. - Zaraz kończymy, mała. 

-

 

A później nauczysz mnie polować? 

Skinął lekko  głową.  Włosy opadały  mu  na czoło  i wyglądał uroczo niechlujnie. Poppy  miała 

wraŜenie,  jakby  wcześniej  Jamesa  nie  znała,  bo  teraz  odbierała  go  nowymi  zmysłami. 
Dostrzegała  nie  tylko  jedwabiste  brązowe  włosy,  zagadkowe  szare  oczy  i  zgrabne  umięśnione 
ciało.  Wyczuwała  teŜ  zapach  zimowego  deszczu,  bicie  serca  drapieŜcy  i  srebrzystą  poświatę 
mocy.  Umysł  prosty  i  bystry,  ale  jednocześnie  łagodny  i  niemal  melancholijny.  Teraz  jesteśmy 
partnerami  w  polowaniu,  powiedziała  mu  ochoczo.  Uśmiechnął  się  na  potwierdzenie,  choć...  w 
głębi  duszy  się  martwił.  Był  albo  smutny,  albo  zły  o  coś,  co  przed  nią  ukrywał.  Odpędziła  tę 
myśl.  Głód  ustąpił.  Czuła  się  dziwnie.  Jakby  miała  trudności  z  oddychaniem.  James  i  Phillip 
strzepnęli brezent i  rozwinęli pasy sztucznej trawy, Ŝeby przykryć  grób. Jej grób. Zabawne, nie 
pomyślała o tym wcześniej. LeŜała w grobie - powinna czuć odrazę albo przeraŜenie. 

Nie czuła. W ogóle nic nie pamiętała od momentu, kiedy zasnęła w swojej sypialni, do chwili, 

kiedy się obudziła, słysząc wołanie Jamesa. Poza snem... 
-

 

Dobra. - James złoŜył brezent. - MoŜemy iść. Jak się czujesz? 

-

 

Hm...  Trochę dziwnie. Nie mogę wziąć głębszego oddechu. 

-

 

Ja  teŜ  nie.  -  Phil  dyszał  cięŜko  i  ocierał  czoło.  -  Nie  wiedziałam,  Ŝe  kopanie  grobu  to  taka 

cięŜka robota, James przyjrzał się Poppy. 
-

 

Wytrzymasz drogę do mojego mieszkania? 

-

 

Hm...  Chyba  tak.  -  Poppy  nie  wiedziała,  o  czym  on  mówi.  Jak  to  czy  wytrzyma?  I  co 

takiego jest w jego mieszkaniu? 
-

 

Mam  tam  kilku  bezpiecznych  dawców  -  powiedział  James  -  Wolę,  Ŝebyś  nie  chodziła  po 

ulicach. Tam ci będzie dobrze.  
Poppy  nie  drąŜyła  tematu.  Z  trudem  myślała  trzeźwo.  James  kazał  jej  się  schować  na  tylnym 
siedzeniu integry. Sprzeciwiła się. Musiała siedzieć z przodu i czuć na twarzy nocne powietrze. 
-

 

Dobrze  -  zgodził  się  w  końcu.  -  Ale  przynajmniej  zasłoń  twarz  ręką.  Pojadę  bocznymi 

drogami. Nikt cię nie moŜe zobaczyć Poppy. 

A  kto  miałby  ją  zobaczyć?  Ulice  świeciły  pustkami.  Powietrze,  które  owiewało  jej  policzki, 

było  chłodne  i  przyjemne,  ale  nie  ułatwiało  oddychania.  Za  nic  nie  mogła  wziąć  pełnego 
oddechu. 

Serce  mocno  waliło  Poppy,  wargi  i  język  miała  suche  jak  pergamin.  I  ciągle  brakowało  jej 

tlenu. 

Co się ze mną dzieje? Nagle pojawił się ból. Upiorne drętwienie mięśni, podobne do skurczy, 

która  chwytały  ją  w  czasie  biegów  w  podstawówce.  Jak  przez  mgłę  pamiętała,  co  mówiła 
nauczycielka wuefu. „Skurcze chwytają, kiedy mięśnie dostają za mało krwi. To wołanie mięśni 
zagłodzonych na śmierć". 

Au,  boli.  Boli.  Nie  dała  rady  nawet  zawołać  Jamesa  na  pomoc.  Chwyciła  się  drzwi  i  starała 

oddychać. Kaszlała, charczała, ale nic nie pomagało. Wszędzie łapały ją skurcze, a teraz dostała 
jeszcze  takich  zawrotów  głowy,  Ŝe  widziała  świat  za  zasłoną  migoczących  światełek.  Umiera. 
Jednak coś poszło nie tak. Czuła się, jakby tu tonęła. Rozpaczliwie usiłowała znaleźć dostęp do 

background image

tlenu. Na próŜno. I wtedy zobaczyła ratunek. A właściwie wyczuła. Samochód zatrzymał się na 
czerwonym świetle. Poppy trzymała głowę za oknem i nagle poczuła powiew Ŝycia. śycie. Tego 
potrzebowała. Nie zastanawiała się, po prostu działała. Błyskawicznie wyskoczyła z samochodu. 
Usłyszała  za  sobą  krzyk  Phila  i  Jamesa.  Zignorowała  obu.  Liczyło  się  tylko  to,  Ŝeby 
powstrzymać  ból.  Chwyciła  męŜczyznę  na  chodniku  tak,  jak  tonący  łapie  ratownika. 
Instynktownie. Był wysoki i silny jak na człowieku Ciemny  dres,  kurtka, na twarzy  zarost. Nie 
był  zupełnie  czysty,  ale  to  bez  znaczenia. Nie interesowało  jej opakowanie, tylko słodka,  lepka 
zawartość.  Tym  razem  trafiła  idealnie.  Jej  cudowne  zęby  wydłuŜyły  się  jak  pazury  i  wbiły  w 
szyję przechodnia. Szarpał się trochę, ale potem osłabł. 

Zaczęła pić, a po jej gardle ściekała miedziana słodycz. Czysty zwierzęcy głód wziął nad nią 

górę,  kiedy  opróŜniała  jego  Ŝyły.  Usta  miała  pełne  dzikiego,  surowego,  pierwotnego  płynu,. 
KaŜdy  kolejny  jego  łyk  przynosił  jej  Ŝycie.  Piła  i  piła.  Ból  znikał.  Pojawiła  się  euforyczna 
lekkość. W przerwie na oddech poczuła, jak jej płuca nabrzmiewają od chłodnego, zbawiennego 
powietrza. 

Pochyliła  się, Ŝeby  ssać  dalej, chłeptać, delektować się.  MęŜczyzna  miał  w sobie  czysty 

gorący  strumień,  a  ona  chciała  osuszyć  go  do  reszty.  Wtedy  James  odchylił  jej  głowę. 
Odezwał się jednocześnie na głos i w jej umyśle opanowanym, ale stanowczym tonem. 

-

 

Poppy,  przepraszam.  Strasznie  cię  przepraszam.  To  moja  wina.  Nie  powinienem  dopuścić, 

Ŝ

ebyś  tak  długo  czekała.  Ale  juŜ  ci  wystarczy.  MoŜesz  przestać.  Och...  Dezorientacja.  Poppy 

ledwie  zdawała  sobie  sprawę  z  obecności  Phillipa  patrzącego  z  przeraŜeniem.  Owszem,  moŜe 
przestać,  ale  wcale  nie  musi.  Nie  chciała.  MęŜczyzna  juŜ  nie  stawiał  oporu.  Chyba  był 
nieprzytomny. Znów się pochyliła. James brutalnie pociągnął ją do góry. 
-

 

Słuchaj - odezwał się surowo. - Naprawdę chcesz go zabić? Twój wybór. 

Te  słowa  ją  przeraziły  i  przywołały  do  rzeczywistości.  Zabić...  Wiedziała,  Ŝe  dzięki  temu 

moŜna zdobyć  moc. Krew jest Ŝyciem, energią, poŜywieniem. Gdyby wzięła z tego męŜczyzny 
wszystko,  jak  sok  z  wyciśniętej  pomarańczy,  posiadałaby  moc  całej  jego  istoty.  Kto  wie,  do 
czego byłaby wtedy zdolna? 

Ale to człowiek, nie pomarańcza. Ona teŜ kiedyś taka była. Powoli, niechętnie oderwała się od 

swojej ofiary, a James odetchnął głęboko. Poklepał ją po ramieniu i klapnął na chodnik, jakby juŜ 
nie  mógł  ustać  ze  zmęczenia.  Phil  siedział  pod  ścianą  pobliskiego  budynku.  Był  totalnie 
przeraŜony i Poppy to czuła. Wychwytywała jego myśli: to „upiorne", „niemoralne". Potem: „czy 
warto  ratować  jej  Ŝycie,  skoro  straciła  duszę?"  James  gwałtownie  odwrócił  głowę  i  spojrzał  na 
Phila. Poppy wyczuwała srebrzystą falę jego złości. 

- Nic nie rozumiesz? - powiedział gwałtownie. - Mogła cię zaatakować w kaŜdej chwili, ale nie 

zrobiła tego, chociaŜ umierała. Nie wiesz, co to znaczy Ŝądza krwi. To coś innego niŜ pragnienie. 
Dusisz  się.  Komórki  zaczynają  umierać  z  braku  tlenu,  bo  twoja  własna  krew  nie  moŜe  go 
dostarczyć. To najgorszy ból, jaki istnieje, a jednak cię nic wykorzystała, Ŝeby minął. 

Phillip był wstrząśnięty. Wpatrywał się w Poppy, potem uniósł niepewnie dłoń. 

-

 

Przepraszam. 

-

 

W  porządku  -  odparł  zwięźle  James.  Stanął  tyłem  do  Phlila  i  przyglądał  się  męŜczyźnie. 

Ingerował w jego umysł. 
-

 

Mówię mu, Ŝeby zapomniał - wyjaśnił Poppy. - Potrzebuje tylko odpoczynku, spokojnie moŜe 

tu zostać. Rany juŜ się goją. 

Tak, Poppy to widziała, ale nie potrafiła czuć się szczęśliwa. Wiedziała, Ŝe Phil ciągle ją 

potępia. Nie tylko za to, co zrobiła, ale teŜ za to, kim jest. 

-

 

Co  się  ze  mną  stało?  -  Padła  Jamesowi  w  ramiona.  -  Zmieniłam  się  w  potwora? 

Przytulił ją z całych sił. 

background image

-

 

Po prostu jesteś inna. Phil to dupek. 

To  ją  rozśmieszyło.  Ale  wyczuwała  smutek  w  jego  troskliwej  miłości.  Taki  jak  wcześniej. 

James nie lubił być drapieŜcą, a uczynił nim teŜ Poppy. Ich plan powiódł się znakomicie. Dawna 
Poppy North przestała istnieć. 

ChociaŜ  słyszała  jego  myśli,  nie  przypominało  to  całkowicie  tego  zjednoczenia  jak  wtedy, 

kiedy wymieniali się krwią. MoŜe juŜ nigdy nie połączy ich taka bliskość. 

-

 

Nie było innego wyjścia - przyznała dzielnie. - Zrobiliśmy to, co musieliśmy. Teraz trzeba jak 

najlepiej sobie radzić. 
-

 

Zuch dziewczyna. Czy kiedyś ci to mówiłem? 

-

 

Nie. A nawet gdyby, nie zaszkodzi usłyszeć to jeszcze raz. 

-

 

 

Do mieszkania Jamesa jechali w milczeniu. Phil siedział z tyłu pogrąŜony w depresji. 

-  Słuchaj,  moŜesz  wziąć  samochód,  Ŝeby  wrócić  do  domu  -  zaproponował  James,  wyciągając 
bagaŜe w swojej wiacie. - Nie chcę jeździć z Poppy, a samej jej nie zostawię. 

Phil  wytrzeszczył  oczy  na  ciemny  piętrowy  budynek.  Odkaszlnął.  Mieszkanie  Jamesa  było 

zakazanym miejscem. Poppy nigdy nie mogła tu przychodzić wieczorami. CóŜ, nadal odczuwał 
braterską troskę o swoją siostrę wampirzycę. 
-

 

Uhm, a nie lepiej, Ŝebyś zawiózł ją do swoich rodziców? 

-

 

Ile  razy  mam ci to tłumaczyć? PrzecieŜ oni nie  wiedzą, Ŝe Poppy jest wampirem.  W dodatku 

chwilowo nielegalnym; odszczepieńcem, a to znaczy, Ŝe muszę ją ukrywać, aŜ jakoś uda mi się 
rozwiązać problem. 
-

 

Jak... - Phil przerwał i pokręcił głową. - Dobra. Nie dzisiaj. Porozmawiamy o tym później. 

-

 

Nie, nie porozmawiamy - uciął James. - Ciebie to juŜ nie dotyczy. To sprawa moja i Poppy. Ty 

masz wrócić, normalnie Ŝyć i trzymać gębę na kłódkę. 

Phil chciał powiedzieć coś jeszcze, ale się powstrzymał. Wziął kluczyki od Jamesa. Spojrzał na 

Poppy. 
-  Cieszę się, Ŝe Ŝyjesz. Kocham cię - powiedział. 

Poppy wiedziała, Ŝe chce ją przytulić, ale coś ich powstrzymało. Czuła pustkę w piersiach. 

-  Cześć, Phil. 

Wsiadł do auta i odjechał. 

 
 

Rozdział 13 

   
 

-

 

On nie rozumie - powiedziała łagodnie Poppy, kiedy James otwierał drzwi. 

-

 

Do niego po prostu nie dociera, Ŝe ty teŜ naraŜasz swoje Ŝycie. 

Mieszkanie było urządzone dość ascetycznie, ale i funkcjonalnie. Wysokie sufity i przestronne 

wnętrza - na pewno sporo kosztowało. W salonie stał niski naroŜnik i stolik z komputerem, a na 
ś

cianie  wisiało  kilka  orientalnych  obrazów.  I  ksiąŜki  w  kartonowych  pudłach  poutykanych  po 

kątach. 
-  Jamie... Ja rozumiem. - Poppy spojrzała mu prosto w oczy. 

Uśmiechnął się. Był spocony, brudny i zmęczony. Ale jego mina mówiła, Ŝe Poppy jest warta 

tego całego trudu i poświęcenia. 

-  Nie  obwiniaj  Phila.  -  Machnął  lekcewaŜąco  dłonią.  Prawdę  mówiąc,  całkiem  dobrze  to 

wszystko  znosi.  Nigdy  wcześniej  nie  odsłoniłem  się  przed  człowiekiem,  ale  podejrzewam,  Ŝe 

background image

większość  uciekłaby  z  krzykiem  i  więcej  nie  wróciła.  A  on  przynajmniej  próbuje  sobie  z  tym 
poradzić. 

Skinęła głową i nie ciągnęła tematu. Powinni juŜ połoŜyć się spać. Wzięła worek ze swoimi 

rzeczami i poszła do łazienki. 

Ale  nie  przebrała  się  od  razu.  Zafascynowało  ją  własne  lustrzane  odbicie.  Więc  to  tak 

wygląda wampirzyca Poppy... 

Jestem  ładniejsza,  zauwaŜyła  z  satysfakcją.  Cztery  piegi  na  nosie  zniknęły.  Skórę  miała 

kremowobladą,  jak  w  reklamie  kremu  do  twarzy.  Oczy  -  zielone  niczym  klejnoty.  Włosy 
napuszył wiatr w burzliwe loki koloru lśniącej miedzi. 

JuŜ  nie  przypominam  elfa,  pomyślała.  Wyglądam  dziko,  niebezpiecznie  i  egzotycznie.  Jak 

modelka. Jak gwiazda rocka. Jak James. 

Pochyliła się do lustra i potarła kły, Ŝeby urosły. Nagle od skoczyła, z trudem łapiąc oddech. 
Oczy.  O  BoŜe,  nic  dziwnego,  Ŝe  Phil  był  przestraszony.  Kiedy  wydłuŜały  jej  się  zęby,  oczy 

stawały  się  srebrno-zielone,  niesamowite.  Jak  u  polującego  kota.  Ogarnęło  ją  przeraŜenie. 
Musiała przytrzymać się umywalki, Ŝeby nie upaść. 

Nie  chcę  tego,  nie  chcę...  Opanuj  się,  dziewczyno.  Przestań  jęczeć.  A  myślałaś,  Ŝe  jak 

będziesz  wyglądać?  Jak  Shirley  Tempie?  Teraz  jesteś  myśliwym.  I  Twoje  oczy  robią  się 
srebrne,  a  krew  ma  smak  wiśniowej  konfitury.  I  to  wszystko,  inaczej  spoczywałabyś  w 
pokoju. Więc się opanuj. 

Stopniowo  jej  oddech  się  uspokajał.  Po  kilku  minutach  juŜ  całkiem  ochłonęła.  Znalazła... 

akceptację. Miała wraŜenie, Ŝe coś uwolniło jej gardło i Ŝołądek. Nie była otumaniona ani senna 
tuk  jak  po  przebudzeniu  na  cmentarzu.  Mogła  trzeźwo  myśleć  o  swoim  połoŜeniu.  I  je 
zaakceptować. Zrobiłam to sama i nie pobiegłam do Jamesa, pomyślała nagle przestraszona. JuŜ 
nie potrzebuje jego słów pociechy i zapewnień, Ŝe wszystko się ułoŜy. Sama mogę sprawić, Ŝeby 
było dobrze. 

MoŜe tak  właśnie się dzieje, kiedy człowiek staje  przed najgorszą rzeczą na świecie. Straciła 

rodzinę  i  swoje  dawne  Ŝycie,  ale  odnalazła  siebie.  I  to  musi  jej  wystarczyć.  Ściągnęła  przez 
głowę  białą  sukienkę  i  przebrała  się  w  bawełnianą  koszulkę  i  spodnie  od  dresu.  Wyszła  do 
Jamesa z podniesioną głową. 

LeŜał w sypialni, na wielkim łoŜu w jasnobrązowej pościeli. Nadal miał na sobie brudne 

ciuchy i jedną ręką zakrywał sobie oczy. Wyprostował się, kiedy podeszła. 

-

 

Prześpię się na kanapie - mruknął. 

-

 

Nie  -  powiedziała  stanowczo.  Wskoczyła  na  łóŜko.  -  Jesteś  śmiertelnie  zmęczony.  A  ja  przy 

tobie czuję się bezpieczna. 

Uśmiechnął się szeroko, nie podnosząc ręki. 

-

 

Bo jestem śmiertelnie zmęczony? 

-

 

Bo  zawsze  byłam  przy  tobie  bezpieczna.  -  Wiedziała  to  wtedy  kiedy  jako  człowiek  kusiła  go 

swoją krwią. 

Patrzyła na niego, kiedy tak leŜał rozczochrany, z rozsznurowanymi adidasami, uwalany 

ziemią. 
- Zapomniałam  ci  o  czymś  powiedzieć  -  wyznała.  -  Zorientowałam  się  dopiero,  kiedy... 
zasypiałam. Zapomniałam ci powiedzieć, Ŝe cię kocham. 

Usiadł. 

- Zapomniałaś tylko wyrazić to słowami. 

Poppy uśmiechnęła się mimo woli. Zadziwiająca rzecz, jedyna całkowicie dobra w tym, co się 

z nią stało. Porozumieli się z Jamesem. Ich więź się zmieniła, ale nadal posiadała wszystko, co 
Poppy ceniła w ich dawnej przyjaźni. Zrozumienie, kumpelstwo. Teraz doszła do tego ekscytacja 

background image

odkrywaniem  siebie  nawzajem  jako  kogoś  więcej  niŜ  najlepszego  przyjaciela.  I  dotarła  do  tej 
jego części, do której wcześniej nie mogła się nawet zbliŜyć. Znała jego tajemnice. Ludzie nigdy 
tak nie poznają drugiego człowieka. Nie są w stanie wejść do czyjegoś umysłu. Wszystkie słowa 
ś

wiata to za mało, Ŝeby się przekonać, Ŝe ty i ktoś inny zobaczyliście ten sam odcień czerwieni. I 

nawet  jeŜeli  juŜ  nigdy  nie  stopią  się  z  Jamesem  jak  dwie  krople  wody,  zawsze  będzie  w  stanie 
dotknąć jego umysłu. 

Trochę  nieśmiało  połoŜyła  mu  głowę  na  ramieniu.  Nie  pocałowali  się,  ale  na  razie  tyle  jej 

wystarczało - czuła oddech Jamesa, słyszała bicie serca i chłonęła jego ciepło. A kiedy ją objął, 
doświadczyła  jakby  zbyt  wspaniałych,  intensywnych  doznań,  ale  jednocześnie  spływała  na  nią 
fala bezpieczeństwu i spokoju. 

To było jak słodka, przejmująca pieśń, od której przechodni dreszcze. Chcesz rzucić się na 

podłogę i płakać.  Albo  oprzeć się  wygodnie i całkowicie poddać się  muzyce. James ujął jej 
dłoń i pocałował. 

-

 

A nie mówiłem? Nie kocha się kogoś z powodu wyglądu, ciuchów czy samochodu. Kocha się 

go dlatego, Ŝe śpiewa pieśń, której nikt poza tobą nie potrafi zrozumieć. Serce Poppy urosło aŜ do 
bólu. 
-

 

Zawsze rozumieliśmy tę samą pieśń, nawet w dzieciństwie - powiedziała na głos. 

-

 

W  świecie  nocy  istnieje  pojęcie  pokrewnej  duszy.  KaŜdy  ma  gdzieś  pokrewną  duszę,  tylko 

jedną.  Ta  osoba  jest  dla  ciebie  idealna,  to  twoje  przeznaczenie.  Problem  w  tym,  Ŝe  prawie  nikt 
nigdy  nie  znajduje  bratniej  duszy.  Dlatego  większość  ludzi  Ŝyje  z  poczuciem,  Ŝe  czegoś  im 
brakuje. 
-

 

To chyba prawda. Ty dla mnie zawsze byłeś ideałem. 

-

 

Nie zawsze. 

-

 

Owszem. Odkąd miałam pięć lat... 

-

 

Ja wiedziałbym, Ŝe jesteś idealna, gdyby mnie nie nauczono, Ŝe to niemoŜliwe. - Odkaszlnął 

-

 

Dlatego  umawiałem  się  z  Michaelą  i  innymi  dziewczynami.  Nie  zaleŜało  mi  na  nich. 

Mogłem się do nich zbliŜyć, nie łamiąc zasad. 
-

 

Wiem. To znaczy... W głębi duszy chyba zawsze wiedziałam, Ŝe o to właśnie chodzi. 

-

 

James? Czym ja teraz jestem? - spytała po chwili.  Niektóre rzeczy wyczuwała  instynktownie, 

podskórnie. Ale chciała dowiedzieć się więcej i na pewno rozumiał, dlaczego. To było teraz jej 
Ŝ

ycie. Musiała nauczyć się zasad. 

-

 

CóŜ... -  Oparł się o zagłówek. - jesteś prawie taka  jak ja.  Wampiry się nie starzeją i nie  mają 

rodziny, poza tym właściwie są jak lamie. - Zmienił pozycję. - JuŜ się przekonałaś, Ŝe widzisz i 
słyszysz lepiej niŜ ludzie. I jesteś specem w czytaniu myśli. 
-

 

Nie kaŜdego. 

-

 

ś

aden wampir nie potrafi czytać w myślach kaŜdej osoby Nieraz wyłapuję tylko ogólny zarys 

myśli.  Jedynym  pewnym  sposobem  na  połączenie  jest...  -  James  zgrzytnął  zębami.  Poppy 
zachichotała, kiedy dźwięk poniósł się wewnątrz jej czaszki. 
-

 

A jak często muszę...? - Tym razem ona zazgrzytała zębami.  

-

 

James spowaŜniał. 

-

 

Ś

rednio raz dziennie. Inaczej ogarnie cię Ŝądza krwi. Jak chcesz, moŜesz jeść ludzkie jedzenie, 

ale  nie  ma  Ŝadnych  wartości  odŜywczej.  Dla  nas  liczy  się  krew.  Im  więcej  krwi,  tym  więcej 
mocy. W zasadzie tak. 
-

 

Opowiedz mi o mocy. Czy jesteśmy w stanie... dobra, co moŜemy zrobić? 

-

 

Mamy większą  kontrolę nad naszymi ciałami niŜ ludzie. Rany szybko się na nas  goją, oprócz 

tych zadanych drewnem - prychnął - To jedyna prawdziwa rzecz w filmach: osikowy kołek wbity 
w serce zabije wampira. I spalenie. 

background image

-

 

MoŜemy zamieniać się w zwierzęta? 

-

 

Nie poznałem wampira, który miałby aŜ taką moc. Ale teoretycznie, tak; a zmiennokształtni i 

wilkołaki robią to cały czas. 
-

 

Potrafią zmienić się w mgłę? 

-

 

Nigdy czegoś takiego nie widziałem. 

-

 

I oczywiście nie musimy spać w trumnach. - Poppy walnęła piętą w łóŜko. 

-

 

Nie,  ani  na  ziemi.  Osobiście  wolę  materac  Sealy  Posture  pedic,  ale  jeŜeli  chciałabyś  trochę 

piachu... 

Poppy szturchnęła go łokciem. 

-

 

Hm... MoŜemy przechodzić przez płynącą wodę? 

-

 

Jasne.  I  wpadać  do  domów  ludzi  nieproszeni,  i  wpieprzać  czosnek,  jeŜeli  nie  boimy  się,  Ŝe 

stracimy przyjaciół. Coś jeszcze? 
-

 

Tak. Opowiedz mi o świecie nocy. Teraz to mój dom. 

-

 

Mówiłem ci o klubach? W kaŜdym większym mieście mamy kluby. W wielu małych teŜ. 

-

 

Jakie kluby? 

-

 

Przypominają  knajpy,  kawiarnie,  kluby  nocne  albo  motele,  ale  te  są  głównie  dla  dorosłych. 

Znam jeden dla dzieciaków. DuŜy stary magazyn z rampami skatingowymi. MoŜna posiedzieć i 
pojeździć na desce. Co tydzień w Czarnym Irysie organizuje się wieczory poetyckie. Czarny Irys. 
To jej coś przypomniało. Coś niemiłego. 
-

 

Zabawna nazwa - powiedziała. 

-

 

Wszystkie  kluby  mają  w  nazwie  kwiat.  Czarne  kwiaty  symbolem  ludzi  nocy.  -  Odwrócił 

nadgarstek, Ŝeby pokazać zegarek. Mechaniczny, z czarnym irysem na tarczy. 
-

 

Widzisz? 

-

 

Tak. JuŜ to wcześniej zauwaŜyłam, ale nigdy dobrze się nie przyglądałam. Chyba doszłam do 

wniosku, Ŝe to Myszka Miki. 

Delikatnie wytargał Poppy za nos, Ŝartobliwie ją ganiąc. 

-

 

To  powaŜne  sprawy,  dzieciaku.  Dzięki  temu  jesteś  identyfikowana  przez  innych  ludzi  nocy, 

nawet tak głupich jak wilkołaki. 
-

 

Nie lubisz wilkołaków? 

-

 

Są wspaniali, pod warunkiem Ŝe ci odpowiada dwucyfrowe IQ. 

-

 

Ale wpuszczają ich do klubów? 

Do niektórych. Ludzie nocy mogą się pobierać tylko w obrębie swojego gatunku, ale mieszają 

się między sobą: lamie, wampiry stworzone, wilkołaki, oba rodzaje czarownic... 

Poppy, która bawiła się wykręcaniem palców na róŜne strony, poruszyła się zaciekawiona. 

-

 

Jakie dwa rodzaje czarownic? 

-

 

Nooo...  są  takie,  które  wiedzą  o  swoim  dziedzictwie  i  zostały  przeszkolone,  i  takie  zupełnie 

tego nieświadome. Czyli osoby ze zdolnościami paranormalnymi. Czasami mają po prostu ukryte 
talenty. Ale nie potrafią odnaleźć świata nocy, więc się do niego nie dostają. 
-

 

Dobra.  -  Poppy  skinęła  głową.  -  Rozumiem.  A  co  by  się  stało  gdyby  do  waszego  klubu 

wszedł człowiek? 
-

 

Nikt by go nie wpuścił. Kluby nie rzucają się w oczy i zawsze są chronione. 

-

 

Ale gdyby... 

James wzruszył ramionami. 

-

 

Zostałby  zabity.  -  Odparł  ze  smutkiem.  -  Chyba  Ŝe  ktoś  wziąłby  go  sobie  jako  zabawkę  albo 

zakładnika. To znaczy stałby się człowiekiem, który ma wyprany mózg, mieszka z wampirami, 
ale o tym nie wie, bo jego umysł jest kontrolowany. Kiedyś miałem nianię... - głos go zawiódł. 
-

 

Opowiesz mi o tym później. - Poppy nie chciała, Ŝeby cierpiał. 

background image

-

 

Uhm - mruknął sennie. Poppy oparta się o niego wygodniej. Zadziwiające, biorąc pod uwagę 

jej ostatnie doświadczenie z zasypianiem, Ŝe była w stanie zamknąć oczy. A jednak. Jest ze swoją 
bratnią duszą, więc czego się bać? Tutaj nic jej nie grozi. 
-

 

 

Phil nie mógł zasnąć. 
Za  kaŜdym  razem,  kiedy przymykał powieki, widział  swoją siostrę.  Poppy  śpiąca w trumnie. 

Poppy  wpatrująca  się  w  niego  oczami  wygłodniałej  kocicy.  Poppy  unosząca  głowę  znad  szyj 
przechodnia, z poplamionymi wargami, jakby jadła wiśnie. Nie była juŜ człowiekiem. 

Oczywiście  od  początku  wiedział,  Ŝe  tak  się  stanie,  ale  to  wcale  nic  pomagało  mu  się  z  tym 

pogodzić. 

Po prostu nie potrafił przejść do porządku dziennego nad napadaniem na ludzi i rozdzieraniem 

im  gardeł  w  ramach  kolacji.  I  co  z  tego,  Ŝe  ofiary  były  hipnotyzowane?  Cały  ten  system 
ś

miertelnie go przeraŜał. MoŜe James ma rację? Ludzie nie radzą sobie ze świadomością, Ŝe ktoś 

stoi wyŜej od nich w łańcuchu pokarmowym Utracili kontakt z przodkami jaskiniowcami, którzy 
wiedzieli, co znaczy być obiektem polowania. Wydawało im się, Ŝe pozbyli się całej pierwotnej 
natury. Phillip mógłby im co nieco na ten temat powiedzieć. Niestety on sam nie mógł się z tym 
wszystkim pogodzić, a Poppy juŜ się nie zmieni. Był w stanie to znieść tylko z jednego względu - 
nadal ją kocha. 

 

Poppy obudziła się następnego dnia w ciemnej sypialni z zasłoniętymi kotarami i zorientowała 

się,  Ŝe  druga  połowa  łóŜka  jest  pusta.  Ale  nie  wpadła  w  panikę.  Instynktownie  powędrowała 
myślami i... juŜ. James był w kuchni. Czuła się pełna energii. Jak szczeniak, który nie moŜe się, 
doczekać,  Ŝeby spuszczono  go ze smyczy. Ale  gdy tylko weszła do salonu,  uświadomiła sobie, 
Ŝ

e jej moc jest słabsza. I bolą ją oczy. ZmruŜyła je, spoglądając w przyprawiającą o ból jasność 

w oknie. 
-

 

To przez słońce - wyjaśnił James. - Odbiera wampirowi całą moc, pamiętasz? - Zasłonił kotary, 

które całkowicie zaciemniły pomieszczenie, jak te w sypialni. - To powinno trochę pomóc. Ale 
dziś lepiej zostań w domu, dopóki się nie ściemni. Nowe wampiry są bardziej wraŜliwe. 
-

 

A ty wychodzisz? 

-

 

Muszę.  -  Skrzywił  się.  -  Zapomniałem  o  czymś.  W  tym  tygodniu  przyjeŜdŜa  mój  kuzyn 

Ash. Muszę porozmawiać z rodzicami, Ŝeby go odprawili. 

- Nie wiedziałam, Ŝe masz kuzyna. 

-

 

Prawdę  mówiąc,  mam  wielu.  -  Znów  grymas  na  twarzy.  -  Mieszkają  na  wschodzie,  w 

bezpiecznym  mieście,  całkowicie  kontrolowanym  przez  świat  nocy.  Większość  z  nich  jest  w 
porządku, ale akurat nie Ash. 
-

 

Dlaczego? 

-

 

Jest stuknięty. Do tego bezwzględny, bezlitosny... 

-

 

Jakbym słyszała Phila, który mówi o tobie... 

-

 

Nie, z Ashem nie ma Ŝartów. To nieprzejednany wampir, nie przejmuje się nikim poza sobą i 

uwielbia  sprawiać  kłopoty.  Poppy  była  przygotowana  na  to,  Ŝeby  kochać  wszystkich  kuzynów 
Jamesa, ale musiała przyznać, Ŝe opis Asha brzmi niebezpiecznie. 
-

 

Nie ufałbym nikomu na tyle, Ŝeby mu o tobie teraz powiedzieć - ciągnął James. - Ash w ogóle 

nie wchodzi w rachubę. PrzekaŜę rodzicom, Ŝe nie moŜe tu przyjechać i koniec. 

A co potem? - pomyślała Poppy. PrzecieŜ nie moŜe pozostawać w ukryciu na zawsze. NaleŜy 

do  świata  nocy,  ale  świat  nocy  nie  chce  jej  zaakceptować.  Musi  istnieć  jakieś  rozwiązanie  i 
trzeba mieć tylko nadzieję Ŝe James je znajdzie. 

background image

- Wracaj szybko - poprosiła, a on pocałował ją w czoło. To było bardzo miłe i wyglądało na to, 

Ŝ

e stanie się zwyczajem. 

Kiedy  wyszedł,  wzięła  prysznic  i  włoŜyła  czyste  ubranie.  Dobry  poczciwy  Phil  spakował  jej 

ulubione dŜinsy. Zaczęła się rozglądać po mieszkaniu, Ŝeby nie siedzieć bezczynnie i nie myśleć. 
Zwłaszcza o swoim pogrzebie. 

Obok  naroŜnika  stal  telefon  i  kusił.  Tyle  razy  musiała  opierać  się,  Ŝeby  nie  chwycić  za 

słuchawkę, Ŝe bolała ją ręka. 

Ale do kogo mogłaby zadzwonić? Do nikogo. Nawet do Phila, bo gdyby ktoś go usłyszał... 

A jeśli odebrałaby matka? Nie, nie myśl o mamie, idiotko. 

Za  późno.  Nagle  ogarnęło  ją  nieodparte,  rozpaczliwe  pragnienie,  Ŝeby  usłyszeć  głos  matki, 

zwykłe „halo". Sama by się w ogóle nie odezwała. Potrzebowała tylko potwierdzenia, Ŝe mama 
istnieje. 

Wybrała numer telefonu, nie namyślając się dłuŜej. Liczyli! sygnały. Jeden, dwa, trzy... 

- Halo? 

Głos matki. I juŜ po wszystkim, ale to Poppy nie wystarczyło Siedziała, starając się oddychać 

bezszelestnie.  Łzy  spływały  jej  po  policzkach.  Ściskała  kabel  telefonu  i  słuchała  cichego 
bzyczenia po drugiej stronie. Jak więzień w sądzie przed odczytaniem wyroku. 
- Halo?  Halo?  -  Głos  matki  był  monotonny  i  zmęczony,  ale  nie  zniecierpliwiony.  Ktoś,  kto 
właśnie stracił córkę, nie przejmuje się głuchymi telefonami. 

Po chwili kliknięcie zasygnalizowało rozłączenie. 
Poppy przycisnęła słuchawkę do piersi i płakała, kołysząc się lekko.  W końcu odłoŜyła ją z 

powrotem na widełki. 

JuŜ więcej tego nie zrobi. To gorsze niŜ  gdyby  w ogóle nie mogła usłyszeć  matki. I wcale 

nie pomogło jej poradzić sobie z rzeczywistością. 

Miała wraŜenie, Ŝe znajduje się w dziwnym stanie zawieszenia, kiedy pomyślała, Ŝe jej mama 

jest w domu, wszyscy są w do mu, a jej tam nie ma. śycie toczy się nadal, ale ona juŜ w nim nie 
bierze  udziału.  Nie  moŜe  sobie  tak  po  prostu  do  nich  wejść.  Ty  naprawdę  uwielbiasz  się 
zadręczać, co? MoŜe tak zajęła byś się czymś innym? Przeszukiwała szafkę Jamesa, kiedy drzwi 
mieszkania się otworzyły. 

Usłyszała  metaliczny  brzęk  kluczy,  więc  wywnioskowała,  Ŝe  to  James.  Ale  nagle  wyczuła, 

Ŝ

e to nie on. To nie umysł Jamesa. 

Odwróciła się. Zobaczyła chłopaka z popielatymi włosami do ramion. 

Bardzo przystojny, prawie takiej samej budowy jak James, ale nieco wyŜszy i moŜe rok starszy. 
Miał ładny kształt twarzy, czyste rysy i złośliwe, lekko skośne oczy. 

Ale to nie dlatego się na niego gapiła. 
Posłał jej krótki uśmiech. 

-

 

Jestem  Ash.  Cześć.  Nadal 

się gapiła. 
-

 

Ś

niłeś mi się - wymamrotała. - Powiedziałeś: „Są i złe czary". 

-

 

Więc jesteś telepatką? Co? Twoje sny się sprawdzają? 

-

 

Raczej nie. - Natychmiast wzięła się w garść. - Słuchaj, nie wiem, jak tu wszedłeś, ale... 

-

 

Ciocia  Maddy  mi  to  dała.  -  Zabrzęczał  pękiem  kluczy.  -  zakładam  się,  Ŝe  James  kazał  mnie 

wywalić. 

CóŜ, najlepszą obroną jest dobry atak. 

- A czemu miałby coś takiego powiedzieć? - Splotła ręce na piersiach. 

Rzucił  jej  szelmowskie,  drwiące  spojrzenie.  W  tym  świetle  jego  orzechowe  oczy  wyglądały 

prawie na złote. 

background image

- Bo jestem zły - odpowiedział po prostu. 

Poppy  usiłowała  przywołać  na  twarz  wyraz  słusznego  oburzenia,  jak  Phil.  Nie  wyszło  jej  za 

dobrze. 

-

 

James wie, Ŝe tu przyszedłeś? Gdzie on jest? 

-

 

Nie  mam  pojęcia.  Ciotka  Maddy  dała  mi  klucze  podczas  obiadu,  a  potem  pobiegła 

urządzać komuś wnętrze. Co to był za sen? 

Poppy  tylko  pokręciła  głową.  Usiłowała  zebrać  myśli.  James  teraz  prawdopodobnie  chodzi  i 

szuka  matki.  Kiedy  juŜ  ją  znajdzie,  dowie  się,  Ŝe  Ash  tu  jest,  i  natychmiast  wróci.  Czyli... 
powinna zająć Asha do powrotu Jamesa. Ale jak? Nigdy nie próbowała być czarująca i ujmująca 
dla  chłopaków.  I  martwiła  się,  Ŝeby  nie  powiedzieć  za  duŜo,  Ŝeby  zdradzić.  Hm...  W  razie 
wątpliwości, zamykaj oczy i skacz na głęboką wodę. 
-

 

Znasz  jakieś  dobre  kawały  o  wilkołakach?  -  spytała.  Roześmiał  się.  Miał  miły  śmiech,  a 

oczy jednak nie były orzechowe, tylko szare, jak Jamesa. 
-

 

Jeszcze mi nie powiedziałaś, jak masz na imię, mała jasnowidzko. 

-

 

Poppy  -  rzuciła  odruchowo  i  od  razu  poŜałowała.  A  jeŜeli  pani  Rasmussen  wspomniała,  Ŝe 

właśnie zmarła przyjaciółka Jamesa o imieniu Poppy? śeby opanować  zdenerwowanie wstała  i 
poszła zamknąć drzwi. 
-

 

Dobre  imię  dla  lamii  -  stwierdził.  -  Nie  rozumiem  tej  dziwnej  mody  na  ludzkie  imiona,  a  ty? 

Mam trzy siostry i wszystkie noszą normalne, dawne imiona. Rowan, Kestrel i Jade. Mojego tatę 
krew by zalała, gdyby którejś nagle zachciało się zostać „Susan". 

-

 

A „Maddy"? - spytała Poppy zaintrygowana. 

-

 

Co? To skrót od Madder. 

Poppy nie wiedziała, co to jest „madder". Jakaś roślina? 

-

 

Oczywiście  nie  twierdzę,  Ŝe  mam  coś  przeciwko  Jamesowi  -  powiedział  Ash,  ale  z  tonu  jego 

głosu  wyraźnie  wynika  to,  Ŝe  owszem,  ma  coś  przeciwko  Jamesowi.  -  Wy,  tutaj,  w  Kalifornii 
Ŝ

yjecie inaczej. Musicie wtapiać się w tłum, bardziej uwaŜać. A jeŜeli imię, które nosi robactwo, 

jakoś w tym pomaga... - Wzruszył ramionami. 
-

 

Oj, tak, to robactwo - przyznała od niechcenia Poppy. On się ze mnie nabija, myślała. 

Chyba. 

Miała nieodparte wraŜenie, Ŝe Ash wie wszystko. Ogarnięta niepokojem musiała się ruszyć. 

Podeszła do sprzętu stereo Jamesa. 

-Lubisz  jakąś  robaczywą  muzykę?  Techno?  Acid  jazz,  Trip-hop?  Jungle?  -  Pomachała 

winylową płytą. - To powaŜne jump-up jungle. 

Zamrugał. 

-

 

A to wspaniały industrialny łomot. I naprawdę dobry acid house, z odrobiną madcore'u...- Teraz 

zepchnęła go do obrony. Nikt nie mógł jej powstrzymać, kiedy wpadała w taki trans Otworzyła 
szeroko oczy i patrząc na niego, trajkotała jak szalona. 
-

 

Powiedziałabym,  Ŝe  wraca  freestyle.  Na  razie  zupełnie  undergroundowe,  ale  robi  się 

popularne. No, a z drugiej strony, i eurodance... 

Ash siedział na naroŜniku z wyciągniętymi długimi nogami. Oczy zrobiły mu się granatowe i 

lekko szkliste. 

-  Skarbie  -  wtrącił  się  w  końcu.  -  Bardzo  mi  przykro,  Ŝe  ci  przerywam,  ale  musimy 

porozmawiać. 

Poppy była na tyle bystra, Ŝe nie zapytała, o czym. 

-  Ten  rodzaj  klawiszy  jak  zza  grobu  i  dźwięki  niczym  jęki  troli  sprawiają,  Ŝe  człowiek...  -

Musiała wziąć oddech. Ash wykorzystał tę chwilę. 

- Naprawdę musimy pogadać - oświadczył. - Zanim wróci James. 

background image

Teraz nie miała jak mu się wywinąć. Zaschło jej w gardle Ash pochylił się, a jego oczy stały 

się blękitnozielone, jak tropikalne wody. One naprawdę zmieniają kolor, pomyślała Poppy. 

-

 

To nie twoja wina - zaczął. 

-

 

Co? 

ś

e  nie  moŜesz  ukryć  swoich  myśli.  Nauczysz  się,  dotarły  do  niej  słowa,  których  nie 

wypowiedział na głos. O jasna... Powinna o tym pamiętać. Skupić się i ukryć myśli. Starała się to 
zrobić teraz. 

Daruj  sobie.  Wiem,  Ŝe  nie  jesteś  lamią.  Zostałaś  stworzona  nielegalnie.  Niegrzeczny  James. 

Nie było sensu zaprzeczać, więc zadarła brodę i zmruŜyła oczy. No i co z tego? 
-

 

To 

zaleŜy. 

Od 

czego. 

Uśmiechnął się. 
-

 

Od ciebie. 

 
 

Rozdział 14 

 
 

- Lubię Jamesa - oznajmił Ash. - ChociaŜ, moim zdaniem jest trochę zbyt łagodny dla robactwa, 

ale mimo wszystko nie chcę, Ŝeby miał kłopoty. A juŜ na pewno nie tego, Ŝeby zginął. 

Poppy poczuła się tak jak wczoraj wieczorem, kiedy jej ciału brakowało powietrza. 

-  A  ty  chcesz,  Ŝeby  zginął?  -  spytał,  jakby  to  było  najbardziej  rozsądne  pytanie  na  świecie. 
Pokręciła głową. 

-

 

No cóŜ... - mruknął. Poppy w końcu wzięła oddech. 

-

 

Nie  rozumiem.  Zabiją  go,  jeŜeli  się  o  mnie  dowiedzą?  Nie  czekała  na  odpowiedź.  -  Ale  nie 

muszą się dowiedzieć. O ile im nie powiesz. 

Ash pilnie oglądał swoje paznokcie. Wydawało się, Ŝe sytuacja jest dla niego równie trudna, 

jak dla niej. 

-

 

Przejdźmy do faktów - powiedział. - W zasadzie jesteś dawnym człowiekiem. 

-

 

Zgadza się, byłam robalem. 

-

 

Nie bierz tego aŜ tak do siebie. - Spojrzał na nią z rozbawieniem. - Liczy się to, kim jesteś teraz. 

Ale  co  prawda,  to  prawda.  James  cię  zmienił,  nie  uzgadniając  tego  z  nikim.  Tak,  a  poza  tym 
zdradził ci tajemnicę o świecie nocy, zanim zostałaś przemieniona. Prawda? 
-

 

Skąd wiesz? MoŜe mnie zmienił, nic nie mówiąc? Pogroził jej palcem. 

-

 

Nie, James by czegoś takiego nie zrobił. Te jego tolerancyjne poglądy o wolnej woli ludzi... 

-

 

Skoro  znasz  odpowiedź,  to  po  co  mnie  pytasz?  -  wypaliła  Poppy  spiętym  głosem.  -  A  jeŜeli 

chodzi ci o to, Ŝeby... 
-

 

Chodzi  o  to,  Ŝe  popełnił  co  najmniej  dwa  powaŜne  wykroczenia.  A  podejrzewam,  Ŝe  trzy.  -

Znów błysnął dzikim uwodzicielskim uśmiechem. - Musiał się w tobie zakochać, Ŝe zrobić całą 
resztę. 

Coś  zaczęło  rozsadzać  Poppy,  jakby  w  piersiach  miała  uwięzionego  ptaka,  który  usiłuje  się 

wydostać. 
-

 

Jak moŜecie wymyślać prawa, które zakazują zakochiwaniu się - wyrzuciła z siebie. - To chore! 

-

 

Nie  rozumiesz  dlaczego?  Jesteś  tego  najlepszym  przykładem.  Pod  wpływem  miłości  James 

wyjawił ci sekret, a później przemienił. Gdyby miał dość rozsądku i stłumił uczucia, cała sprawa 
zostałaby zduszona w zarodku. 
-

 

A jeŜeli nie moŜna ich stłumić? Narzucić ludziom, co mają czuć? 

background image

-

 

Oczywiście, Ŝe nie - powiedział Ash, a Poppy zamarła wpatrzona w niego. 

-

 

Teraz ja ci zdradzę tajemnicę. - Kąciki jego warg uniosły się lekko. - Starsi wiedzą, Ŝe nie są w 

stanie  ci  nakazać,  co  masz  czuć.  Ale  potrafią  terroryzować  tak,  Ŝeby  nikt  nie  odwaŜył  się 
okazywać swoich uczuć, a najlepiej, Ŝeby nawet nie przyznawał do nich sam przed sobą.  
  Poppy  poddała  się.  Rzadko  czuła  się  tak  skołowana.  JuŜ  niczego  nie  była  pewna,  zrobiła 
rozpaczliwy i bezradny gest. - No i co teraz? Nie zmienię przeszłości. 
-

 

Nie,  ale  masz  wpływ  na  teraźniejszość.  -  Zwinnie  poderwał  się  na  nogi  i  zaczął  krąŜyć  po 

pokoju. - Trzeba działać. Prawdopodobnie wszyscy tutaj myślą, Ŝe nie Ŝyjesz. 
-

 

Tak, ale... 

-

 

W takim razie rozwiązanie jest proste. Musisz trzymać się z daleka od tego miejsca. Najlepiej 

wyjedź gdzieś, gdzie cię nikt nie rozpozna, gdzie nikogo nie będzie obchodziło, czy jesteś nowa, 
czy  nielegalna.  Czarownice.  To  jest  to!  Mam  w  Las  Vegas  kuzynki,  które  się  tobą  zajmą. 
Zbieramy się, natychmiast 

Poppy  juŜ  nie  kręciło  się  w  głowie,  tylko  dosłownie  wirowało.  Czuła  się  jak  zamroczona  i 

było jej niedobrze, jakby właśnie wysiadła z diabelskiego młyna w wesołym miasteczku. 
-

 

Co? W ogóle nie rozumiem, o czym ty mówisz - wymamrotała anemicznie. 

-

 

Wytłumaczę  ci  po  drodze.  No,  szybko.  Chcesz  wziąć  ze  sobą  jakieś  rzeczy? 

Poppy postawiła nogi na podłodze. Pokręciła głową, Ŝeby się otrząsnąć. 
-

 

Słuchaj, w tej chwili nigdzie się nie wybieram. Muszę poczekać na Jamesa. 

-

 

Czy ty nic nie rozumiesz? - Ash przestał spacerować w kółko i podszedł do Poppy. Jego oczy 

były  zielone  i  hipnotycznie  lśniące.  -  Tego  właśnie  nie  wolno  ci  zrobić.  James  nie  moŜe 
wiedzieć, dokąd jedziesz. 
-

 

Co? 

Nie  rozumiesz?  -  spytał  znów  Ash,  RozłoŜył  ręce  i  zaczął  przemawiać  niemal  ze 

współczuciem.  -  NaraŜasz  Jamesa  na  niebezpieczeństwo.  Jesteś  Ŝywym  dowodem  na  to,  Ŝe 
popełnił przestępstwo. 

To akurat Poppy rozumiała. 

-

 

Ale mogę poczekać i James wyjedzie ze mną. On by tego chciał. 

-

 

To  nie  wypali  -  tłumaczył  łagodnie  Ash.  -  W  twoim  towarzystwie  wszędzie  będzie  mu 

grozić  niebezpieczeństwo.  Porządnemu  wampirowi  wystarczy  jedno  spojrzenie,  Ŝeby 
domyślił się prawdy. 

Poppy zmiękły kolana. 

-

 

Nie twierdzę, Ŝe ty będziesz bezpieczniejsza, jeŜeli wyjedziesz - ciągnął rzeczowo. - Jesteś, kim 

jesteś.  Ale  przynajmniej  nikt  nie  skojarzy  z  tobą  Jamesa.  Tylko  w  ten  sposób  moŜesz  jego 
ochronić. Kapujesz? 
-

 

Tak.  Teraz  tak.  -  Poppy  odnosiła  wraŜenie,  Ŝe  traci  grunt  pod  nogami.  Zapada  się,  nie  w 

muzykę, ale w lodowatą i ciemną próŜnię. Nie miała się czego chwycić. 
-

 

Wiem,  Ŝe  oczekuję  wiele,  prosząc,  Ŝebyś  go  zostawiła.  MoŜe  nie  jesteś  zdolna  do  takiego 

poświęcenia... 

Poppy  dumnie  zadarła  brodę.  Choć  zrozpaczona  i  oszołomioną,  odezwała  się  z  najwyŜszą 

pogardą, cedząc słowa: 

Po  tym  wszystkim,  co  on  poświęcił  dla  mnie?  Za  kogo  ty  mnie  uwaŜasz? 

Ash pochylił głowę. 
-

 

Jesteś  odwaŜną  małą  jasnowidzką.  Nie  do  wiary,  Ŝe  kiedyś  byłaś  człowiekiem.  -  Podniósł 

wzrok. - Więc jak, pakujesz się? - spytał Ŝywo. 

background image

-

 

Za  bardzo  nie  mam  co  pakować  -  odparła  Poppy  powoli,  bo  poruszanie  się  i  mówienie 

sprawiało  jej  ból.  Poszła  do  sypialni  tak,  jakby  stąpała  po  rozbitym  szkle.  -  Właściwie  prawie 
nic, ale muszę zostawić Jamesowi list. 
-

 

Nie, nie - zawołał Ash. - Nie moŜesz. No bo przecieŜ... - dodał , kiedy spojrzała na niego 

-

 

...James jest taki szlachetny, zakochany.. Jeśli mu napiszesz, dokąd jedziesz, to zaraz ruszy za 

Tobą. I co wtedy? 

Poppy pokręciła głową. 

Ja... dobra. - Nie przestając kręcić głową, poczłapała do sypialni. 

Nie miała siły dłuŜej się z nim kłócić, ale teŜ nie zamierzała słuchać jego rad. Zamknęła drzwi 

i ze wszystkich sił starała się osłonić swoje myśli. Wyobraziła sobie wokół nich kamienny mur. 
Na  wciśnięcie  do  worka  spodni  od  dresu,  koszulki  i  białej  sukienki  wystarczyło  jej  trzydzieści 
sekund.  Później  wzięła  ksiąŜkę  z  nocnej  szafki  i  pisak  z  szuflady.  Wydarła  tytułową  stronę  i 
zaczęła szybko bazgrać: 

Kochany  Jamesie!  Bardzo  cię  przepraszam,  ale  gdybym  zostala,  Ŝeby  ci  to  wytłumaczyć,  na 
pewno próbowałbyś mnie powstrzymać. Dzięki Ashowi zrozumiałam prawdę - dopóki będę przy 
tobie,  naraŜam  twoje  Ŝycie  na  niebezpieczeństwo.  A  nie  mogę  tego  robić.  Umarłabym,  gdyby 
przeze mnie coś ci się stało. Naprawdę. Teraz wyjeŜdŜam. Ash zabiera mnie gdzieś daleko stąd, 
gdzie mnie nie znajdziesz. Gdzie nikt się nie zorientuje, kim jestem. Będę tam bezpieczna. A ty 
będziesz  bezpieczny  tutaj.  I  chociaŜ  nie  będziemy  razem,  tak  naprawdę  nigdy  się  nie 
rozstaniemy.  Kocham  cię.  Na  zawsze.  Ale  muszę  to  zrobić.  Proszę,  poŜegnaj  ode  mnie  Phila. 
Twoja bratnia dusza, Poppy. 

Podpisując się, skropiła kartkę łzami. PołoŜyła ją na poduszce i wyszła do Asha. 

-

 

No  juŜ,  juŜ.  Nie  płacz.  Robisz,  co  trzeba.  -  Otoczył  ją  ramieniem.  Poppy,  zbyt  mocno 

pogrąŜona w rozpaczy, nie uwolniła się z objęcia. 
-

 

Jedno pytanie. - Spojrzała na niego. - A ciebie nie będę naraŜać na niebezpieczeństwo? PrzecieŜ 

ktoś moŜe pomyśleć Ŝe to ty zrobiłeś ze mnie nielegalnego wampira.  
-

 

Spojrzał na nią duŜymi, powaŜnymi oczami. Teraz niebieskofioletowymi. 

-

 

Podejmę to ryzyko. Mam dla ciebie wielki szacunek. 

-

 

 

James przeskakiwał po dwa stopnie, wysyłając przed siebie myśli. Nie chciał wierzyć w to, co 

mówiły  mu  zmysły.  Na  pewno  tam  jest.  Na  pewno...  Zaczął  walić  do  drzwi,  jednocześnie 
wsuwając klucz w zamek. 

Poppy! Poppy, odpowiedz mi! Poppy! - krzyczał w duchu 
Kiedy juŜ przekroczył próg, otoczyła go pustka, ale nadal nie  wierzył. Biegał po mieszkaniu, 

zaglądał  do  kaŜdego  pomieszczenia,  a  serce  biło  mu  w  piersiach  coraz  mocniej  i  mocniej.  Nie 
było jej worka, ubrań. Nie było Poppy. 

W końcu oparł się o szybę w salonie. Widział ulicę - ani śladu Poppy. Ani Asha. 
Wszystko przeze mnie, pomyślał rozpaczliwie. Cale popołudnie uganiał się za matką. Tylko po 

to, Ŝeby się dowiedzieć - kiedy w końcu ją złapał - Ŝe Ash jest juŜ w El Camino i kilka godzin 
temu pojechał do jego mieszkania. Z kluczem. Znalazł się sam na sam z Poppy. 

I James od razu zadzwonił do domu. Nikt nie odebrał. W drodze powrotnej łamał wszelkie 

przepisy drogowe. Ale nie zdąŜył. 

-  Ash,  ty  padalcu.  JeŜeli  jej  coś  zrobisz,  choćby  dotkniesz...    Jeszcze  raz  obszedł  mieszkanie, 

próbując zrozumieć, co się stało. W sypialni zauwaŜył białą kartkę na jasnobrązowej poduszce. 

List. Chwycił go i zaczął czytać. Z kaŜdą linijką robiło mu się coraz zimniej. Kiedy dotarł do 

końca, był zimny jak lód i gotowy zabić. Małe  okrągłe plamki rozmazały  pisak. Łzy. Za  kaŜdą 
jedną porachuje Ashowi kości. 

background image

Starannie złoŜył list i schował do kieszeni. Wyjął kilka rzeczy z szafki i schodząc klatką 

schodową, zadzwonił z komórki. 

-

 

Mamo,  to  ja  -  odezwał  się,  kiedy  usłyszał  sygnał  automatycznej  sekretarki.  -  WyjeŜdŜam  na 

kilka dni. Coś mi wypadło.  Gdybyś widziała Asha, daj mi  znać. Chcę z nim  porozmawiać. Nie 
powiedział „proszę".  Wiedział, Ŝe jego głos jest ostry, szorstki. I dobrze. Miał nadzieję, Ŝe jego 
ton  przerazi  matkę.  Poczuł,  Ŝe  byłby  w  stanie  załatwić  rodziców  i  wszystkich  Starszych  świata 
nocy.  Posłałby  ich  na  stos.  Przez  ostatni  tydzień  przechodził  cięŜką  próbę.  Zmierzył  się  ze 
ś

miercią  i  odnalazł  miłość.  Stał  się  dorosły.  A  jego  głucha  wściekłość  zmiotłaby  kaŜdą 

przeszkodę stojącą na drodze do  Poppy.  Wykonał jeszcze  kilka telefonów, zręcznie i wprawnie 
prowadząc integrę po ulicach El Camino. Zadzwonił do Czarnego Irysa, Ŝeby się dowiedzieć, czy 
przypadkiem  Ash  tam  się  nie  pojawił.  I  do  kilku  innych  klubów  czarnych  kwiatów,  chociaŜ 
podejrzewał,  Ŝe  niczego  się  nie  dowie.  Poppy  napisała,  Ŝe  Ash  zabrał  ją  bardzo  daleko.  Ale 
dokąd? Niech cię diabli, Ash. Dokąd? 
 

Phil  gapił  się  w  telewizor,  właściwie  nic  nie  widząc.  Jak  mogło  go  cokolwiek  interesować, 

kiedy  myślał  tylko  o  siostrze,  która  być  moŜe  ogląda  te  same  programy...  albo  gryzie  ludzi. 
Usłyszał  pisk  opon  hamującego  samochodu.  Zerwał  się  na  równe  nogi.  Dziwne,  ale  nie  miał 
Ŝ

adnych wątpliwości, kto to, widocznie zaczął rozpoznawać warkot silnika integry. 

-

 

Co jest? - Otworzył drzwi, kiedy James znalazł się na ganku. 

-

 

Chodź. - James juŜ szedł z powrotem do samochodu. Kierowała nim jakaś śmiertelna energia, 

siła,  nad  którą  nie  panował  i  której  Phil  nigdy  wcześniej  nie  widział.  Czysta  furia,  cudem 
powściągana. 
-

 

Co się stało? 

-

 

Poppy zaginęła! 

Phil  rozejrzał się  gorączkowo. Na ulicy  nie było nikogo, ale drzwi do domu stały otwarte. A 

James  wrzeszczał,  jakby  go  nie  obchodziło,  Ŝe  ktoś  moŜe  usłyszeć.  Po  chwili  do  Phila  dotarło 
znaczenie słów Jamesa. 
-

 

Jak to zaginęła... - Doskoczył do drzwi i je zatrzasnął. Znów podbiegł do integry. 

-

 

Jak to: zaginęła? - spytał Phil,  

wskakuj  na  siedzenie  pasaŜera.  James  odpalił  silnik.  -Zabrał  ją 
gdzieś mój kuzyn Ash. 
-

 

Jaki Ash? 

-  NieŜywy - warknął James. 

Phillip wiedział, Ŝe wcale nie chodzi o to, Ŝe Ash jest zombie. 

To miało znaczyć, Ŝe Ash będzie nieŜywy, zupełnie nieŜywy i to całkiem niedługo. 

-

 

Dokąd ją zabrał? 

-

 

Nie wiem - wycedził James. - Nie mam pojęcia. 

-

 

Dobra.  Dobra.  -  Phil  gapił  się  przez  chwilę.  Nie  rozumiał,  o  co  chodzi,  ale  wiedział  jedno. 

James  jest  za  bardzo  rozwścieczony  i  Ŝądny  zemsty,  Ŝeby  myśleć  logicznie.  Jak  inaczej 
wytłumaczyć  to,  Ŝe  pędzi  setką  po  osiedlowych  uliczkach,  a  nie  miał  pojęcia,  dokąd  jechać. 
Dziwne, Phil czuł się w miarę spokojnie. Przez ostatni tydzień to on zachowywał się jak wariat, a 
James hamował emocje. Ale Phil zawsze w obliczu czyjeś histerii zdawał się na własny rozsądek. 
-

 

Dobra,  słuchaj  -  odezwał  się.  -  Po  kolei.  Najpierw  zwolnij,  okay?  Całkiem  moŜliwe,  Ŝe 

jedziemy dokładnie w przeciwnym kierunku, niŜ powinniśmy. 

James zdjął nogę z gazu. 

-

 

W porządku, a teraz opowiedz mi o Ashu. Dlaczego zabrał Poppy? Porwał ją? 

background image

-

 

Nie.  Nakłonił  do  wyjazdu.  Wmówił  jej,  Ŝe  siedząc  tu,  naraŜa  mnie  na  niebezpieczeństwo. 

Tylko  tak  mógł  ją  przekonać,  Ŝeby  z  nim  pojechała.  -  Trzymając  kierownicę  jedną  ręką, 
wyciągnął z kieszeni złoŜoną kartkę i podał Philowi. 

 

Phil przeczytał list i  przełknął ślinę. Zerknął na  Jamesa tępo wpatrującego się w drogę. Czuł 

się  zakłopotany,  Ŝe  wkroczył  na  prywatny  teren,  zawstydzony  pieczeniem  w  oczach.  „Twoja 
bratnia dusza, Poppy". No, no. 

-

 

Ona  cię  strasznie  kocha  -  wydusił  z  siebie  niezdarnie.  -  Dobrze,  Ŝe  się  ze  mną  poŜegnała.  -

Starannie złoŜył list i wsunął go pod dźwignię ręcznego hamulca. James wziął kartkę i schował z 
powrotem do kieszeni. 
-

 

Ash wykorzystał uczucia Poppy, Ŝeby ją zabrać. Jak mało kto potrafi manipulować innymi. Ale 

dlaczego? 
-

 

Po  pierwsze,  uwielbia  dziewczyny.  On  rzeczywiście  moŜe  uchodzić  za  Don  Juana.  -  James 

spojrzał  na  Phila  zadziornie  -  I  jest  z  nią  sam.  A  po  drugie,  lubi  się  zabawiać.  Jak  kot  myszą. 
Przez chwilę się nią pobawi, potem ją odda. 
-

 

Komu? - Phillip zamarł. 

-

 

Starszym. Komuś z władz, kto będzie wiedział, Ŝe Poppy bezprawnie jest wampirem. 

I co?? 

-

 

Wtedy ją zabiją. 

Phil chwycił się deski rozdzielczej. 

-

 

Chwileczkę. Twój kuzyn zamierza oddać Poppy, Ŝeby ją zabili? 

-

 

Takie prawo. KaŜdy porządny wampir postąpiłby tak samo. Moja własna matka zrobiłaby to 

bez chwili wahania - dodał z goryczą. 
-

 

A  on  jest  wampirem.  Ten  Ash  -  odezwał  się  głupio  Phil. 

James spojrzał na niego. 
-

 

Wszyscy moi kuzyni są wampirami. - Zaśmiał się krótko. Jego twarz się zmieniła. Nagle dodał 

gazu. 
-

 

Do  cholery,  tam  był  znak  stopu!  -  wrzasnął  Phil.  James  wcisnął  hamulec  i  zawrócił  na 

ś

rodku ulicy. Przejechał po czyimś trawniku. 

-

 

Co  jest?  -  spytał  nerwowo  Phil,  cały  czas  przytrzymuj  się  deski  rozdzielczej. 

James miał nieobecny wyraz twarzy. 
-

 

Właśnie  mnie  olśniło,  wiem,  dokąd  pojechali.  Powiedział  Ŝe  zabierze  ją  w  bezpieczne 

miejsce, gdzie ludzie się nie zorientują, kim ona jest. Ale wampiry tak. 
-

 

Więc są z ludźmi? 

-

 

Nie.  Ash  nienawidzi  ludzi.  Weźmie  ją  do  takiego  miejsca  w  świecie  nocy,  gdzie  jest  kimś 

waŜnym. A najbliŜsze miasto kontrolowane przez świat nocy to Las Vegas. 

Philowi opadła szczęka. Las Vegas? Omal nie parskną śmiechem. Niezłe bujdy. 

-

 

Myślałem, Ŝe tam rządzi mafia - powiedział. 

-

 

Zgadza  się  -  odparł  James  powaŜnym  tonem,  gwałtowni  skręcając  na  zjazd  na  autostradę.  -

Tylko Ŝe inna. 
-

 

Ale przecieŜ to duŜe miasto. 

-

 

Właściwie  wcale  nie.  Zresztą  niewaŜne.  Wiem,  gdzie  są.  Nie  wszyscy  moi  kuzyni  to 

wampiry. Mam teŜ kuzynki... czarownice. 

Phil zmarszczył czoło. 

-

 

Co ty nie powiesz. Jak to załatwiłeś? 

-

 

Nic  nie  załatwiałem.  Moi  pradziadkowie  się  tym  zajęli,  kiedy  czterysta  lat  temu. 

Zorganizowali  ceremonię  więzów  krwi  z  rodziną  czarowników.  Nie  jesteśmy  z  nimi 

background image

spokrewnieni.  To  jak  przyszywana  rodzina.  Pewnie  nawet  nie  przyjdzie  im  do  głowy,  Ŝe 
Poppy została wampirem nielegalnie. Do nich pojedzie Ash. 
 
-

 

To przyszywani krewni - powiedział Ash. Prowadził złotego mercedesa Rasmussenów, którego 

podobno  wcisnęła  mu  ciotka.  -  Nie  będą  wobec  ciebie  podejrzliwi.  Czarownicy  nie  rozpoznają 
cech nowego wampira. 

Poppy  wpatrywała  się  w  horyzont.  Zapadał  zmierzch,  czerwone  słońce  zachodziło  za  nimi. 

Dookoła roztaczał się zupełnie ulicy krajobraz - pustynia nie była taka brązowa, jak wyobraŜała 
sobie  Poppy.  Raczej  szaro-zielona,  z  zielono-szarymi  kępami.  Drzewa  Jozuego  wyglądały 
przepięknie.  Do  tej  pory  nie  widziała  rośliny  z  takimi  czułkami.  Prawie  wszystko,  co  tu  rosło, 
miało ciernie. Okolica świetnie nadawała się na miejsce wygnania. Poppy poczuła się tak, jakby 
zostawiała za sobą nie tylko dawne Ŝycie, ale teŜ wszystko, co wydawało jej się znajome. 
-  Zajmę się tobą - obiecał łagodnie Ash. Poppy nawet nie drgnęła powieka. 
 

Phillip  najpierw  zobaczył  Nevadę  -  linię  świateł  w  ciemności.  W  miarę  jak  zbliŜali  się  do 

granicy  stanowej,  światła  zamieniały  się  w  szyldy  z  mrugającymi,  zlewającymi  się  neonami. 
Whiskey  Pete's.  Buffalo  Bill's.  Prima  Donna.  I  w  takie  miejsce  zabrał  Poppy  jakiś  facet  z 
reputacją Don Juana? 
-

 

Jedź  szybciej  -  nakazał  Jamesowi,  kiedy  znaleźli  się  juŜ  w  ciemnej  i  bezkształtnej  pustyni.  -

Dalej, to auto wyciąga sto osiemdziesiąt. 
 
-

 

Jesteśmy.  Las  Vegas  -  poinformował  Ash  takim  tonem,  jakby  dawał  jej  w  prezencie  cale 

miasto. 

Poppy nie widziała miasta, jedynie światło w chmurach. To łuna nad Las Vegas, zorientowała 

się po chwili, kiedy autostrada skręciła. Oczarowana patrzyła na mieniącą się kałuŜe w płaskiej 
niecce  między  górami.  Mimowolnie  ogarnęło  ją  podniecenie.  Zawsze  chciała  zwiedzać  świat. 
Odległe  miejsca.  Egzotyczne  lądy.  Byłaby  zachwycona,  gdyby  tylko  obok  niej  siedział  James. 
Jednak z bliska miasto nie wyglądało tak cudownie jak z oddali. Kiedy Ash zjechał z autostrady, 
Poppy znalazła się w świecie jaskrawego koloru, światła, ruchu i marnej tandety. 
-

 

To Strip - oznajmił Ash. - Tu są wszystkie kasyna. Nie mu drugiego takiego miejsca. 

-

 

Nie wątpię - mruknęła Poppy, przyglądając się ulicy. 

Po  jednej  stronie  miała  masywny  czarny  hotel  w  kształcie  piramidy,  z  ogromnym  sfinksem 

przed wejściem. Oczy sfinksa miotały laserowymi strumieniami. Po drugiej stał obskurny zajazd 
z szyldem: „Pokoje 18". 
-

 

Więc  to  jest  świat  nocy  -  odezwała  się  z  cynicznym  rozbawieniem  w  głosie,  dzięki  któremu 

poczuła się bardzo dorosła. 
-

 

Ee,  to  dla  turystów  -  odparł  Ash.  -  MoŜna  tu  zrobić  dobry  interes  i  zaliczyć  kilka  niezłych 

imprezek. Ja ci pokaŜę prawdziwy świat nocy, ale najpierw zamelduję się kuzynkom. 

Poppy zastanawiała się, czy mu powiedzieć, Ŝe wcale nic chce, Ŝeby pokazywał jej świat nocy. 

Coś  zaczynało  ją  niepokoić  w  Ashu.  Zachowywał  się  tak,  jakby  zabrał  ją  na  randkę,  a  nie 
wywoził na zesłanie. 

Ale  to  jedyna  osoba,  jaką  tu  znam,  uświadomiła  sobie  z  Ŝalem.  A  przecieŜ  nie  mam 

pieniędzy, nawet głupich osiemnastu dolarów na ten lichy motel. 

Martwiło  ją  jednak  coś  gorszego.  Od  jakiegoś  czasu  odczuwała  głód,  a  teraz  zaczynało  jej 

brakować  tchu.  Ale  nie  była  ogłupiałym,  bezmyślnym  zwierzęciem  jak  wczoraj  w  nocy.  Nie 
chciała napadać na ludzi z ulicy. 

- To tutaj - powiedział Ash. 

background image

Wjechali w boczną uliczkę, ciemną i nie tak zatłoczoną jak ulice Strip. 

- Dobra, sprawdzę najpierw, czy są. 

Otaczały  ich  wysokie  budynki  ze  ścianami  z  pustaków.  Niebo  przesłaniały  rzędy  linii 

energetycznych.  Ash  zapukał  do  jakiś  drzwi  bez  klamki.  Nie  było  na  nich  teŜ  Ŝadnego 
oznaczenia, tylko niezdarne graffiti. Czarna dalia. 

Poppy  wpatrywała  się  w  kontener  na  śmieci,  usiłując  zapanować  nad  oddechem.  Wdech, 

wydech. Powoli i głęboko. Nic się nie dzieje, powietrza nie brakuje. Tylko ci się wydaje, Ŝe nie 
ma tlenu. Drzwi się otworzyły i Ash skinął na nią głową. 
-

 

To jest Poppy. - Objął ją ramieniem, kiedy wczłapała do środka. Miejsce przypominało sklep z 

ziołami,  świecami  i  kryształami.  I  mnóstwem  innych  dziwnych  rzeczy,  których  nie 
rozpoznawała. Rekwizyty czarownic. 
-

 

A to moje kuzynki, Blaise i Thea. 

Blaise  -  zjawiskowa  dziewczyna  z  gęstymi  ciemnymi  lokami  i  atrakcyjnymi  krągłościami. 

Thea - szczuplejsza, z blond włosami. Obie znikały Poppy z pola widzenia, bo zamazywał jej się 
obraz przed oczami. 

-

 

Cześć. - Było to najdłuŜsze powitanie, na jakie mogła się zdobyć. 

-

 

Ash,  co  z  tobą?  PrzecieŜ  ona  jest  chora.  Co  jej  zrobiłeś?  -  Thea  spoglądała  na  Poppy  ze 

współczuciem w brązowych oczach. 
-

 

Ja? Nic. - Sprawiał wraŜenie zaskoczonego, jakby dopiero teraz zauwaŜył powaŜny stan swojej 

towarzyszki. Najwyraźniej nie przejmował się samopoczuciem innych. 
-

 

Chyba jest głodna. Lecimy, Ŝeby się napiła... 

-

 

O, nie. Nie tutaj. Poza tym ona nie da rady - stwierdziła Thea. - Chodź, Poppy. Zrobię dla ciebie 

wyjątek. 

Wzięła  Poppy  pod  rękę  i  wprowadziła  do  drugiego  pomieszczenia  za  zasłonę  z  paciorków. 

Poppy nie protestowała. Nie była w stanie myśleć, poza tym bolała ją cała górna szczęka. JuŜ na 
samo słowo „pić" wydłuŜały jej się zęby. 

Potrzebuję... Muszę... Ale nie wiedziała jak. W lustrze pochwyciła swoje odbicie srebrne oczy 

i  dzikie  kły.  Nie  chciała  znów  zachować  się  jak  zwierzę,  naskoczyć  na  Theę  i  dopaść  jej  do 
gardła. Ale nie mogła spytać, jak  ma się poŜywić, bo wydałoby się, Ŝe jest nowym  wampirem. 
Stała, drŜąc. 

 
 

Rozdział 15 

 
 

- Nie krępuj się - powiedziała Thea. Wyglądała na rówieśniczkę Poppy, ale bijąca od niej aura 

łagodności i rozsądku dodawała jej powagi. - Usiądź. Tutaj. - Posadziła Poppy na podniszczonej 
kanapie i wyciągnęła nadgarstek. 

Poppy przez chwilę wpatrywała się w niego, aŜ w końcu sobie przypomniała. Jamesa dającego 

jej krew ze swojej ręki. Więc to tak trzeba zrobić. W przyjazny i cywilizowany sposób. Widziała 
blade niebieskie Ŝyły pod skórą. Ten widok pozbawił ją resztek wahania. Odezwał się instynkt. 
Chwyciła  rękę  Thei.  Zanim  się  zorientowała,  juŜ  piła  krew.  Ciepłą  słono-słodką  substancję. 
Dającą  Ŝycie  i  wybawienie  od  bólu.  Z  rozkoszy  aŜ  chciało  jej  się  płakać.  Nic  dziwnego,  Ŝe 
wampiry  nienawidzą  ludzi,  pomyślała  ponuro.  Ludzie  nie  muszą  polować,  są  pełni  tego 
cudownego płynu. 

background image

Ale przecieŜ Thea nie jest człowiekiem, zauwaŜyła inna część jej umysłu. Tylko czarownicą. 

A  jej  krew  smakuje  dokładnie  tak  samo  jak  ludzka.  KaŜdy  zmysł  Poppy  to  potwierdzał.  Więc 
czarownicy  są  ludźmi,  ale  z  niezwykłą  mocą,  pomyślała  Poppy.  Ciekawe.  Musiała  się 
kontrolować, Ŝeby wiedzieć, kiedy przestać Dała  radę. Uwolniła nadgarstek Thei, oparła się i z 
lekkim  zakłopotaniem  oblizała  wargi.  Nie  miała  odwagi  spojrzeć  w  brązowe  oczy  dziewczyny. 
Właśnie  wtedy  uświadomiła  sobie,  Ŝe  cały  czas  odgradzała  swoje  myśli.  Nie  nastąpiło 
psychiczne  zespolenie  jak  wtedy  kiedy  wymieniała  się  krwią  z  Jamesem.  To  znaczy,  Ŝe  juŜ 
posiadała jedną umiejętność wampira. Szybciej niŜ przypuszczał James czy Ash. 

Poczuła,  Ŝe  ma  w  sobie  tyle  energii,  Ŝe  mogłaby  odtańczyć  skoczny  taniec  niderlandzki.  I 

odzyskała pewność siebie - na tyle, Ŝeby uśmiechnąć się do Thei. 

- Dziękuję - powiedziała. 

Thea  odwzajemniła  uśmiech,  jakby  uznała  Poppy  za  dziwną,  ale  miłą  postać.  Chyba  nic  nie 

podejrzewała. 

- Nie ma sprawy. - Wyprostowała rękę, krzywiąc się lekko. 

Poppy wreszcie rozejrzała się po pokoju. Pomieszczenie bardziej przypominało salon niŜ część 

sklepu. Poza kanapą znajdowało się w nim niewiele rzeczy: telewizor i kilka krzeseł, a po drugiej 
stronie duŜy stół z płonącymi świecami i kadzidłem. 

-

 

To  sala  wykładowa  -  wyjaśniła  Thea.  -  Babcia  odprawia  tu  czary  i  pozwala  przyglądać  się 

uczniom. 
-

 

A w drugiej części jest sklep  - zagadnęła  Poppy  ostroŜnie, jakby nie była pewna,  co powinna 

wiedzieć. Thea nie wyglądała na zaskoczoną. 
-

 

Tak. Pewnie ci się  wydaje, Ŝe nie  ma  tu  tyle  czarownic, Ŝeby taki interes mógł się  kręcić,  ale 

zjeŜdŜają się do nas z całego kraju. Babcia cieszy się sławą. A jej uczniowie duŜo kupują. Poppy 
skinęła  głową,  okazując  naleŜyte  zainteresowanie.  Nie  miała  odwagi  zadawać  kolejnych  pytań, 
ale jej lodowate serce odrobinę się rozgrzało. Jak widać, nie wszyscy ludzie nocy są niemili i źli. 
Czuła,  Ŝe  zaprzyjaźniłaby  się  z  tą  dziewczyną,  gdyby  miała  moŜliwość.  MoŜe  jednak  jakoś  się 
odnajdzie w tym Świecie nocy. 
-

 

Jeszcze raz dzięki - wymruczała łagodnie. 

-

 

Na  zdrowie.  -  Znów  się  uśmiechnęła.  -  Ale  nie  pozwalaj  Ŝeby  Ash  doprowadzał  cię  do 

takiego stanu. Jest strasznie nieodpowiedzialny. 
-

 

Ranisz  mnie,  Theo.  I  to  potwornie.  -  W  progu  stał  Ash.  jedną  ręką  przytrzymując  zasłonę  z 

paciorków. - Ale skoro juŜ o tym mowa, ja teŜ się czuję lekko osłabiony... - Uniósł wysoko brwi. 
-

 

Idź się utop - odparta Thea słodkim głosem. Ash zrobił niewinną i tęskną minę. 

-

 

Tylko troszkę. Troszeczkę. Łyczek... Taka ładna biała szyja... 

-

 

Czyja?  -  Blaise  wkroczyła  do  sali  wykładowej  przez  drugą  połowę  zasłony  z  paciorków. 

Stanęła  na  środku  i  zarzuciła  długimi  czarnymi  włosami,  najwyraźniej  przyzwyczajona  do 
tego, Ŝe to na niej skupia się cała uwaga. 
-

 

Wasza  -  wybrnął  sprytnie  Ash.  Nagle  przypomniał  sobie  o  Poppy.  -  Oczywiście  ta  mała 

jasnowidzka cała jest ładna i biała. 

Blaise spochmurniała. Wpatrywała się w Poppy uporczywie i długo. Z niechęcią i... 

podejrzliwością. Rodzącą się podejrzliwością. 

Poppy to wyczuwała. Myśli Blaise były przejrzyste, ostro i niebezpieczne jak potłuczone 

szkło. 

Nagle Blaise znów się uśmiechnęła. 

-

 

Domyślam się, Ŝe przyjechałeś na imprezę? - Spojrzała na Asha. 

-

 

Nie. Na jaką imprezę? 

background image

-

 

Ś

więtojańską,  a  niby  jaką.  -  Blaise  odetchnęła  całą  piersią,  Ŝeby  podkreślić  głęboki  dekolt 

bluzki. - U Thierryego. Wszyscy tam będą. 

Propozycja najwyraźniej wydala się Ashowi kusząca. W półmroku sali jego oczy rzucały 

ciemny blask. 

-

 

Nie dam rady. Sorry. Chcę pokazać Poppy miasto. 

-

 

To  pokaŜ,  a  później  przyjdź  na  imprezę.  I  tak  rozkręci  się  dopiero  po  północy.  -  Blaise 

wpatrywała się w Asha z dziwnym uporem. 

Zagryzł wargę i z uśmiechem pokręcił głową. 

- Zobaczę - powiedział. - ZaleŜy, czy się wyrobię. 

Pod tymi słowami kryło się coś więcej. Poppy miała wraŜenie, Ŝe Ash i Blaise przesyłają 

sobie ukrytą wiadomość. Ale nie telepatycznie, więc Poppy nie potrafiła jej odczytać. 

-  W  takim  razie  miłej  zabawy.  -  Thea  posłała  Poppy  przelotny  uśmiech,  kiedy  Ash 

wyprowadzał ją na zewnątrz. 

Ash patrzył przed siebie na Strip. 

-

 

Jak  się  pospieszymy,  to  zdąŜymy  obejrzeć  wybuch  wulkanu,  powiedział. 

Poppy zerknęła na niego, ale nie podjęła tematu. 
-

 

Co to za impreza świętojańska? - spytała po chwili. 

-

 

Z okazji letniego przesilenia. NajdłuŜszego dnia w roku. To w świecie nocy nasze święto. Jak 

Dzień Świstaka dla ludzi. 
-

 

Czemu? 

-

 

To  magiczna  pora.  Zabrałbym  cię,  ale  to  by  było  niebezpieczne.  Thierry  jest  Starszym  wśród 

wampirów. A oto wulkan. Pokazał miejsce przed hotelem. Po zboczach wulkanu spływała lawa. 
a ze środka błyskało czerwone światło. Ash zaparkował na dwóch miejscach wzdłuŜ ulicy. 
-

 

Zobacz, stąd mamy świetny widok - ucieszył się. - A wygodę jak w domu. 

Wulkan wydawał hałaśliwe odgłosy. Poppy z niedowierzaniem przyglądała się słupowi ognia, 

który  wystrzelił  wysoko.  Ogień  był  prawdziwy,  a  od  niego  zapaliła  się  lawa.  Po  czarnej  skale 
staczały się czerwone i złote płomienie, aŜ całe jezioro u podnóŜa stanęło w ogniu. 
-

 

Intrygujące, no nie? - wyszeptał jej Ash do ucha. 

-

 

Hm... to... 

-

 

Emocjonujące?  -  drąŜył.  -  Niesamowite?  Podniecające?  Mówił  słodkim  i  hipnotycznym 

głosem, głaszcząc ją po plecach. 

Poppy się nie odezwała. 

-

 

Usiądź tutaj... – wymruczał - ...o wiele lepiej będziesz widziała. Mnie ścisk nie przeszkadza. - 

Delikatnie, ale stanowczo przysunął Poppy bliŜej siebie. Jego oddech mierzwił jej włosy. Poppy 
wbiła mu łokieć w Ŝołądek. 
-

 

Ej! - jęknął. 

Chyba  naprawdę  go  zabolało.  I  dobrze,  pomyślała  Poppy.  Opuścił  rękę  i  patrzył  na  nią 

rozŜalonymi brązowymi oczami. 
-

 

Czemu to zrobiłaś? 

-

 

Bo  czułam  taką  potrzebę  -  odparła  butnie  Poppy.  Tętniła  w  niej  świeŜa  krew  i  miała  siłę 

walczyć. - Słuchaj, Ash nie wiem, skąd ci przyszło do głowy, Ŝe jestem tu z tobą na randce.  W 
kaŜdym razie teraz cię informuję, Ŝe nie jestem. 

Przechylił głowę i uśmiechnął się boleśnie. 

- Po prostu za mało mnie znasz - wyjaśnił. - Kiedy się lepiej poznamy... 

-

 

W  Ŝyciu!  Nie  interesują  mnie  inni  faceci.  Skoro  nie  mogę  mieć  Jamesa...  -  Przerwała,  Ŝeby 

uspokoić głos. - Nie chcę nikogo innego - dokończyła stanowczo. - Nikogo. 
-

 

No, moŜe akurat nie w tej chwili, ale... 

background image

-

 

Nigdy.  -  Nie  wiedziała,  jak  mu  to  wyjaśnić.  Nagle  ją  olśniło.  -  Słyszałeś  o  pokrewieństwie 

dusz? 

Ash otworzył usta, zamknął i znów otworzył. 

-

 

O, nie. Tylko nie te brednie. 

-

 

Tak. James jest moją bratnią duszą. Przykro mi, jeŜeli brzmi głupio, ale taka prawda. Ash 

połoŜył sobie rękę na czole i wybuchnął śmiechem. 
-

 

Mówisz serio. 

-

 

Tak. 

-

 

I to twoje ostatnie słowo? 

-

 

Tak. 

Znów się roześmiał, westchnął i spojrzał w górę. 

- Dobra. Powinienem wiedzieć. - Zachichotał, jakby wyśmiewał sam siebie. 

Poppy  poczuła  ulgę.  Bała  się,  Ŝe  będzie  wkurzony  i  zacznie  się  na  niej  wyŜywać.  A  jednak 

zachowywał  się  czarująco,  chociaŜ  nadal  bił  od  niego  chłód,  jakby  pod  skórą  płynęła  mu 
lodowata rzeka. 

Najwyraźniej jednak nie stracił świetnego nastroju. 

-

 

Dobra - powtórzył. - Skoro romans odpada, chodźmy na imprezę. 

-

 

Mówiłeś, Ŝe jest niebezpieczna? 

-

 

Mały  wybieg.  -  Machnął  ręką.  -  śeby  pobyć  z  tobą  sam  na  sam.  -  Spojrzał  na  nią  z  ukosa.  -

Przepraszam. 

Poppy się zawahała. Nie chciała iść na Ŝadną imprezę. Ale nie miała teŜ ochoty być z Ashem 

sam na sam. 

-

 

MoŜe lepiej zabrałbyś mnie z powrotem do swoich kuzynek? 

-

 

Na pewno juŜ poszły się bawić. Nie wydziwiaj, będzie fajnie. No, zgódź się.  

    Przez Poppy przetaczały się fale niepokoju. Ale Ash sprawiał wraŜenie pokornego i 
przekonującego... a poza tym - czy jest inne wyjście? 
-

 

W porządku. Ale tylko na chwilkę. 

-

 

Na bardzo krótką chwilkę. - Posłał jej olśniewający uśmiech. 

 
-

 

Czyli mogą być w kaŜdym miejscu Strip - powiedział James. 

-

 

Przykro  mi  -  westchnęła  Thea.  -  Mogłam  się  domyślić,  Ŝe  Ash  coś  knuje.  Ale  Ŝeby  tak 

bezczelnie  porwać  twoją  dziewczynę...  -  Bezradnie  uniosła  dłonie.  -  Na  pocieszenie  mogę  ci 
powiedzieć,  Ŝe  nie  była  nim  zainteresowana.  JeŜeli  myśli,  Ŝe  ją  poderwie,  to  się  zdziwi.  Tak, 
odparł  w  duchu  James.  Ona  teŜ  się  zdziwi.  Ash  zatrzyma  Poppy  tylko  do  czasu,  kiedy  ma 
nadzieję, Ŝe się z nią zabawi. A jak się zorientuje, Ŝe nic nie wskóra... 

Wolał  nie  myśleć,  co  wtedy.  Podejrzewał  szybką  wizytę  u  pierwszego  lepszego  Starszego. 

Serce waliło mu jak młotem i dzwoniło mu w uszach. 

-  Blaise  pojechała  z  nimi?  -  spytał.  Nie,  poszła  na  noc  świętojańską.  Próbowała  namówić  teŜ 

Asha,  ale  powiedział,  Ŝe  chce  pokazać  Poppy  miasto.  -  Thea  uniosła  palec.  -  Czekaj,  moŜesz 
sprawdzić na imprezie. Ash wspomniał, Ŝe wpadnie później. 

Jamesa aŜ zatkało. 

-

 

A kto urządza tę imprezę? - spytał w końcu. 

-

 

Thierry Descouedres. Zawsze organizuje wystawne przyjęcia. 

-

 

I jest starszym. 

-

 

Co? 

-

 

Nic, niewaŜne. - James wyszedł ze sklepu. - Dzięki za pomoc. Będę w kontakcie. 

background image

-

 

James...  -  Spojrzała  na  niego  ze  współczuciem.  -  MoŜe  wejdziesz  i  usiądziesz?  Nie 

wyglądasz za dobrze... 

-

 

Nic mi nie jest - rzucił przez ramię. Popędził do samochodu. 

-

 

Wstawaj - powiedział. 

Phil podniósł się z podłogi między przednim a tylnym siedzeniem. 

-

 

I co? Długo cię nie było. 

-

 

Chyba wiem, gdzie jest Poppy. 

-

 

Chyba? 

-

 

Zamknij  się,  Phil.  –  Nie  miał  siły  obrzucać  się  obelgami 

Całkowicie skupiał się na Poppy. 
-

 

No dobra, to gdzie Poppy? 

-

 

Jest  albo  później  będzie  na  imprezie  -  wyjaśnił  szczegółowo.  -  Bardzo  duŜej  i  pełnej 

wampirów. Organizowanej przez Starszego. Idealne miejsce, Ŝeby ją wystawić. 

Phil przełknął ślinę. 

-

 

I myślisz, Ŝe właśnie to chce zrobić Ash? 

-

 

Ja wiem, Ŝe to chce zrobić. 

-

 

No to musimy go powstrzymać. 

-

 

MoŜemy nie zdąŜyć. 

-

 

 

Przyjęcie  było  nietypowe.  Poppy  nie  mogła  się  nadziwić,  Ŝe  większość  gości  jest  w  tak 

młodym wieku. Zaledwie kilku dorosłych i mnóstwo nastolatków. 

-To  stworzone  wampiry  -  wyjaśnił  usłuŜnie  Ash.  Poppy  pamiętała,  co  powiedział  James  - 

stworzone  wampiry  pozostają  w  takim  wieku,  w  jakim  zmarli  jako  ludzie,  albo  sami  decydują, 
kiedy  przestać  się  starzeć.  Czyli  James  moŜe  dorastać,  a  ona  zawsze  będzie  szesnastolatką.  W 
zasadzie dla niej to bez znaczenia. Ale co na to James? 

Dziwny  widok  -  dziewiętnastolatek  powaŜnie  gawędził  z  małym,  na  oko  czteroletnim, 

dzieckiem.  Dzieciak  byt  milutki  z  lśniącymi  czarnymi  włosami  i  skośnymi  oczami,  ale  w 
twarzy miał coś niewinnego i okrutnego zarazem. 

- Zobaczmy. To jest Circe. Znana czarownica. A to Sekhmet, zmiennokształtna. Lepiej jej nie 

wkurzać - wyjaśnił wesoło Ash. 

Stali  na  małej  antresoli,  poziom  wyŜej  niŜ  główna  sala  domu,  a  raczej  posiadłości.  To  była 

najbardziej luksusowa prywatna rezydencja, jaką Poppy widziała. A była przecieŜ i w Bel Air i 
Beverly Hills. 
-

 

Rozumiem.  -  Spojrzała  we  wskazanym  kierunku.  Dostrzegła  dwie  wysokie,  ładne 

dziewczyny, ale nie miała pojęcia, która jest którą. 
-

 

A to Thierry, gospodarz. Starszy. 

-

 

Starszy?  Chłopak  wyglądał  najwyŜej  na  dziewiętnaście  lat.  Jak  kaŜdy  wampir,  był  piękny  -

wysoki blondyn o melancholijnym spojrzeniu. Sprawiał wraŜenie smutnego. 
-

 

Ile ma lat? 

-

 

Oj,  nie  pamiętam.  Dawno  temu  został  ugryziony  przez  któregoś  z  moich  przodków.  W 

czasach, kiedy ludzie Ŝyli w jaskiniach. 

Poppy myślała, Ŝe Ash Ŝartuje. Ale moŜe jednak nie. 

-

 

Czym właściwie zajmują się Starsi? 

-

 

Ustalają zasady. I pilnują, Ŝeby były przestrzegane. - Ash uśmiechnął się podejrzanie i spojrzał 

na Poppy. Czarnymi oczami  węŜa.  Wszystko  zrozumiała. Uciekła szybko, ale  Ash natychmiast 
ruszył za nią. Dostrzegła drzwi w drugim końcu antresoli; pobiegła tam. Niestety, prowadziły na 
balkon. 

background image

Wzrokiem zmierzyła odległość do ziemi. Nie zdąŜyła zrobić kolejnego ruchu, bo Ash chwycił 

ją za rękę. 

Nie  walcz  jeszcze,  rozpaczliwie  doradzał  jej  umysł.  On  jest  silny.  Zaczekaj  na  odpowiedni 

moment. Zmusiła się, Ŝeby się rozluźnić i spojrzała w ciemne oczy Asha. 

To  pułapka...  Chcesz  mnie  wydać. 

Uśmiechnął się. 

- Ale czemu? - wymamrotała. 

Odrzucił głowę do tyłu i się roześmiał - cudownie, melodyjnie. Poppy zrobiło się niedobrze. 

-

 

Jesteś człowiekiem - powiedział. - A w kaŜdym razie powinnaś być. James źle zrobił.  

Serce  Poppy  kołatało,  ale  umysł  miała  zadziwiająco  trzeźwy.  MoŜe  cały  czas  wiedziała,  co 
zamierza  Ash?  MoŜe  nawet  jest  właściwe  rozwiązanie?  Bez  Jamesa,  bez  rodziny  nic  nie  ma 
znaczenia. Czy rzeczywiście chce Ŝyć w świecie nocy, pełny takich istot jak Ash czy Blaise? 
-

 

Więc James cię teŜ nie obchodzi - zauwaŜyła. - śeby się mnie pozbyć, jesteś gotów narazić go 

na niebezpieczeństwo. 

Ash zastanawiał się przez chwilę. 

- James sobie poradzi. 

Najwyraźniej to Ŝyciowa dewiza Asha - niech kaŜdy sobie radzi sam, nikt nikomu nie będzie 

pomagał. 
-

 

Blaise teŜ wiedziała, co knujesz - stwierdziła Poppy w ogóle się tym nie przejęła. 

-

 

Jej nic nie umknie - przyznał Ash. Chciał jeszcze coś dodać, ale Poppy dostrzegła swoją szansę. 

Kopnęła go z całej siły i zaczęła przechodzić przez poręcz balkonu. 
 

-

 

Siedź tu - przykazał Philowi James, zanim zatrzymał samochód. Zajechali przed ogromną białą 

posiadłość  obsadzoną  Palmami.  James  z  rozmachem  otworzył  drzwi.  -  Siedź  tu  -  powtórzył.  - 
Bez  względu  na  to,  co  się  będzie  działo,  nie  wchodź  tam.  -  Wskazał  okazałą  rezydencję.  -  A 
jeŜeli ktoś zbliŜy się do samochodu, natychmiast odjeŜdŜaj. 
-

 

Ale... 

-

 

ś

adnego „ale", Phil! Chyba Ŝe dziś wieczorem chcesz się poznać ze śmiercią. 

James ruszył szalonym pędem w stronę domu. Był tak skupiony na zadaniu, Ŝe nie usłyszał 

otwierających się za nim drzwi samochodu. 

 

- A wyglądałaś na taką  miłą dziewczynkę - sapnął Ash.  Wykręcał Poppy  obie  ręce  za plecami, 
starając się znaleźć poza zasięgiem jej stóp. - Przestań natychmiast, 

Byt za silny. Poppy nie mogła nic zrobić. Wciągał ją centymetr po centymetrze z powrotem 

na antresolę. 

- Nie ma sensu, lepiej się poddaj, mówił umysł Poppy. To na nic. Przegrałaś. Oczyma duszy juŜ 

widziała  całą  sytuację.  Siebie  postawioną  przed  tłumem,  wydaną  na  pastwę  tych  wszystkich 
zgrabnych,  przystojnych  ludzi  nocy.  WyobraŜała  sobie  ich  bezlitosne  spojrzenia. 
Melancholijnego faceta,  któremu na pewno zmieni się wyraz  twarzy.  Stanie się dziki.  WydłuŜą 
mu się zęby. Oczy staną się srebrne. A później warknie i rzuci się na nią. 

I  taki  będzie  jej  koniec.  A  moŜe  przestępców  w  świecie  nocy  skazuje  się  inaczej.  Tak  czy 

owak, nie czeka ją nic miłego. 

Ale ja ci tego nie ułatwię! - pomyślała. Posłała tę myśl wprost do Asha, wyrzucając z siebie 

złość, Ŝal i poczucie zdrady. Instynktownie. Wrzeszczała jak dziecko w napadzie histerii. 

Z  tą  róŜnicą,  Ŝe  osiągnęła  efekt,  jaki  trudno  osiągnąć  krzykiem  -  Ash  się  skrzywił.  O  mały  

włos  nie  wypuścił  jej  rąk  z  uścisku.  To  było  tylko  chwilowe  osłabienie,  ale  mimo  wszystko 
Poppy szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia. Zraniłam go. Zraniłam! 

background image

W  tej  samej  chwili  przestała  zmagać  się  fizycznie.  Całą  swoja  uwagę  i  energię  skupiła  na 

ataku psychicznym. Bombardowaniu myślami. 

Zostaw mnie, ty parszywy wampirzy lizusie! Ash się potknął. Poppy naparła myślami, jakby to 

była woda gniewnie tryskająca z węŜa straŜackiego. Zooostaaaaaaaaw mnieeeeeeee!!!! 

Ash cofnął ręce. Kiedy Poppy wyczerpała się energia, niepewnie spróbował chwycić ją jeszcze 

raz. 

- Lepiej nie - odezwał się głos chłodny jak stal. 

Poppy spojrzała na antresolę. James. Serce mało nie wyskoczyło jej z piersi. Rzuciła mu się 

w ramiona. 
-

 

Och, James, jak mnie znalazłeś? 

-

 

Nic ci nie jest? - powtarzał tylko. 

-

 

Nic - wyszeptała w końcu Poppy. Jak cudownie było znów znaleźć się w jego objęciach. Czuła 

się, jakby obudzona z koszmaru zobaczyła uśmiech matki. Ukryła twarz w jego szyi. 
-

 

Na pewno? 

-

 

Tak, tak. 

-

 

To  dobrze.  Poczekaj,  zabiję  tego  palanta  i  zwiewamy.  Mówił  zupełnie  powaŜnie.  Poppy 

wyczuwała to w jego myślach, w kaŜdym mięśniu i ścięgnie ciała. Chciał zamordować kuzyna. 

Uniosła głowę, słysząc śmiech Asha. 

- Szykuje się niezła walka - stwierdził. 

Nie,  pomyślała  Poppy.  Ash  tryskał  energią,  wyglądał  niebezpiecznie  i  był  bardzo 

rozzłoszczony. Nawet gdyby James zdołał go pokonać, na pewno zostałby ranny. I nawet gdyby 
udało im się wygrać wspólnymi siłami, ponieśliby jakieś straty. 
-

 

Chodźmy. - Pociągnęła Jamesa za rękaw. - Szybko. On gra na zwłokę. Czeka, aŜ zjawi się tu 

ktoś z imprezy - dodała po cichu. 
-

 

Nie,  nie  -  powiedział  Ash  ze  złośliwą  satysfakcją  w  głosie  -  Załatwmy  to  jak  na  wampiry 

przystało. 
-

 

Nie - odezwał się zdyszany znajomy głos. 

Poppy gwałtownie odwróciła głowę. Po poręczy balkonu zwycięsko wspinał się brudny Phil. 

-

 

Czy zawsze musisz postawić na swoim? - skarcił go James. 

-

 

No, no - odezwał się Ash. - Człowiek w domu Starszego. Co my z tym zrobimy? 

-

 

Słuchaj,  koleś  -  zaczął  Phil,  dysząc  i  otrzepując  ręce  -  Nie  wiem,  kim  jesteś,  ani  co 

kombinujesz.  Ale  wciągnąłeś  moją  siostrę  w  jakieś  bagno,  więc  chyba  mam  prawo  pierwszy 
rozwalić ci łeb. 

Zapadła cisza. Poppy, James i Ash patrzyli na niego. Poppy ogarnęła nagła, zupełnie 

niestosowna  ochota,  Ŝeby  się  roześmiać.  Zorientowała  się,  Ŝe  James  teŜ  rozpaczliwie 
powstrzymuje śmiech. 

Ash zmierzył Phila od stóp do głów, później z ukosa spojrzał na Jamesa. 

-

 

Czy ten chłopak ma pojęcie o wampirach? - spytał. 

-

 

O, tak - zapewnił James. 

-

 

I zamierza się ze mną bić? 

-

 

A  co?  -  Phil  zaciskał  pięści.  -  To  coś  niezwykłego?  Znowu  wszyscy  zamilkli.  Poppy 

wyczuwała, Ŝe Jamesem wstrząsają dreszcze. Z trudem powstrzymywał się od śmiechu. 
-

 

Phil  jest  naprawdę  silny,  kiedy  chodzi  o  jego  siostrę,  -  powiedział  w  końcu  godnym 

podziwu spokojnym tonem. 

Ash jeszcze raz spojrzał na Phila, potem na Jamesa, w końcu na Poppy. 

-

 

Hm... was jest troje - stwierdził. 

-

 

Zgadza się - potwierdził James, tym razem groźnym tonem. 

background image

-

 

CóŜ...  macie  nade  mną  przewagę.  Dobra,  poddaję  się.  Podniósł  ręce  i  po  chwili  je  opuścił.  -

Dalej, zmiatajcie. Nie będę walczył. 
-

 

I nas nie wydasz - dokończył James. To nie była prośba. 

-

 

I  tak  nie  miałem  zamiaru  -  oznajmił  Ash  z  zupełnie  niewinną  i  szczerą  miną.  -  Myślicie,  Ŝe 

przywiozłem  tu  Poppy,  Ŝeby  ją  wydać,  ale  naprawdę  nie  chciałem  naraŜać  jej  na 
niebezpieczeństwo. Po prostu się zabawiałem. To tylko Ŝart. 
-

 

Jasne - prychnął Phil. 

-

 

Daruj  sobie  kłamstwa  -  rzucił  James.  Ale  Poppy  nie  wiedziała,  co  o  tym  sądzić.  Patrzyła  w 

szeroko  otwarte  fioletowe  oczy  Asha,  czując  przypływy  i  odpływy  niepewności.  Trudno  było 
go rozgryźć. MoŜe dlatego, Ŝe mówił to, co faktycznie myśli w danej chwili, a moŜe dlatego, Ŝe 
nigdy nie mówił. co myśli. Jedno jest pewne: to najbardziej irytująca i nieznośna osoba, z jaką 
miała w Ŝyciu do czynienia. 

- Dobra, znikamy - oznajmił James. - Wyjdziemy teraz bardzo cicho i ostroŜnie przez ten mały 

pokoik,  korytarzem.  I  nie  będziemy  się  zatrzymywać.  Phillip,  chyba  Ŝe  wolisz  zejść  tak  jak 
wszedłeś - dodał. 

Phil pokręcił głową. James znów wziął Poppy za rękę, ale przystanął i odwrócił się do Asha. 

-  Zawsze  wszystkich  miałeś  gdzieś.  Ale  któregoś  dnia  zacznie  ci  na  kimś  zaleŜeć  i  wtedy  się 

przekonasz, co to ból. Oj przekonasz się. 

Ash  spojrzał  na  niego,  ale  Poppy  nie  mogła  nic  wyczytać  z  jego  ciągle  zmieniających  się 

oczu. 

-

 

Nędzny  z  ciebie  prorok  -  prychnął  Ash,  kiedy  James  znów  się  odwrócił.  -  Ale  z  twojej 

dziewczyny niezły. Od czasu do czasu moŜesz spytać, co jej się śniło. 
-

 

Co? - James przystanął, marszcząc czoło. 

-

 

A  ty,  mała  jasnowidzko,  lepiej  sprawdź  swoje  drzewo  genealogiczne.  Wysyłasz  bardzo  silne 

sygnały. - Uśmiechnął się do Poppy ujmująco. - To na razie. 

Przez  następną  minutę  James  wpatrywał  się  w  kuzyna.  Ash  skromnie  odwrócił  wzrok. 

Poppy liczyła uderzenia serca, kiedy obaj stali bez ruchu. 

W końcu James się otrząsnął i pociągnął ją w stronę antresoli. Phil ruszył tuŜ za nimi. 

Spokojnie opuścili dom. Nikt nie próbował ich zatrzymać. 

Jednak Poppy poczuła się bezpiecznie dopiero, kiedy znaleźli się na drodze. 

-

 

O  co  mu  chodziło  z  tym  drzewem  genealogicznym?  -  spytał  Phil  z  tylnego  siedzenia. 

James rzucił mu dziwne spojrzenie i odpowiedział pytaniem. 
-

 

Phil, skąd wiedziałeś, gdzie znaleźć Poppy? Widziałeś ją na balkonie? 

-

 

Nie, szedłem za krzykiem. 

Poppy odwróciła się i wlepiła w niego wzrok. 

-

 

Za jakim krzykiem? - spytał James. 

-

 

No... Poppy. „Zostaw mnie, ty parszywy wampirzy lizusie'". 

-

 

Jakim cudem on to usłyszał? - Poppy odwróciła się do Jamesa. - Krzyczałam do Asha. Myślisz, 

Ŝ

e słyszeli to wszyscy na imprezie? 

-

 

Nie. 

No to... 

-

 

O jakim śnie mówił Ash? - uciął James. 

-

 

Ś

nił mi się, zanim go poznałam - wyjaśniła zdziwiona. 

-

 

Naprawdę? - James miał taką minę, jakby nie wierzył własnym uszom. 

-

 

Tak. O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego kazał mi sprawdzić drzewo genealogiczne? 

-

 

Hm...  podejrzewa,  Ŝe  ty  i  Phil  właściwie  nie  jesteście  ludźmi.  Wśród  waszych  przodków  był 

czarownik. 

background image

 
 

Rozdział 16 

    
 
-

 

Chyba Ŝartujesz - skwitowała Poppy.  

Phil siedział z otwartymi ustami. 
-

 

Nie,  mówię  całkiem  powaŜnie.  Wygląda  na  to,  Ŝe  jesteście  czarownikami  drugiej  kategorii. 

Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałem? 
-

 

ś

e  są  czarownicy,  którzy  wiedzą  o  swoim  dziedzictwie  i  szkoleni  oraz  tacy,  którzy  po  prostu 

posiadają moc. Ludzie mówią o nich, Ŝe mają zdolności... 
-

 

...nadprzyrodzone - dokończył James.  -  Są telepatami, jasnowidzami - ciągnął.  W jego  głosie 

brzmiały i śmiech i płacz 
-

 

Poppy, ty jesteś jedną z nich. Dlatego tak szybko przyswoiłaś telepatię. I masz prorocze sny. 

-

 

I dlatego Phil mnie usłyszał - dopowiedziała. 

-

 

O, nie. Mnie w to nie mieszaj, bez przesady. 

-

 

Jesteście  bliźniakami  -  zauwaŜył  James.  -  Jesteś  czarownikiem.  Pogódź  się  z  tym,  Phil. 

Teraz rozumiesz, dlaczego nie byłem w stanie zapanować nad twoim umysłem. 
-

 

O, nie - zaprotestował Phil. - Nie. - Opadł na oparcie fotela. - Nie - powtórzył ciszej. 

-

 

Ale po kim my to mamy? - zastanawiała się Poppy. 

-

 

Jak to „po kim"? Po tacie. - Dobiegł z tyłu słaby głos. 

-

 

Hm, niby racja, ale... 

-

 

To prawda. Nie pamiętasz? Tata często twierdził, Ŝe widzi dziwne rzeczy. śe śniło mu się coś, 

zanim to się wydarzyło Poppy, on usłyszał, jak przez sen wolałaś Jamesa. Ja teŜ. 
-

 

W takim razie wszystko jasne. To wiele wyjaśnia. Te nasze przeczucia... Ty teŜ je masz, Phil? 

-

 

Tak, przeczuwałem, Ŝe James jest odraŜający, i się sprawdziło. 

-

 

Phil... 

-

 

I  moŜe  jeszcze  kilka  innych  rzeczy...  -  dodał  zrezygnowany.  -  Wiedziałem,  Ŝe  to  James 

przyjechał  dzisiaj  po  południu.  Myślałem,  Ŝe  po  prostu  potrafię  rozróŜniać  odgłosy  silników. 
Poppy drŜała z zachwytu i zadziwienia, ale James po prostu promieniał. Euforia biła od niego jak 
wystrzelone w powietrze fajerwerki i serpentyny. 
-

 

Co się stało, James? 

-

 

Nie rozumiesz, Poppy? - Z radości walił w kierownicę. - To znaczy, Ŝe jeszcze zanim stałaś się 

wampirem,  byłaś  człowiekiem  nocy.  Nieświadomą  czarownicą.  Masz  pełne  prawo  wiedzieć  o 
istnieniu świata nocy. Zawsze do niego naleŜałaś. 
Poppy aŜ zabrakło tchu. 
-

 

O rany - wyszeptała w końcu. 

-

 

A my naleŜymy do siebie. Nikt nas nie rozdzieli. Nie musimy się ukrywać. 

-

 

Och, James, zjedź na pobocze. Chcę cię pocałować. 

-

 

Ale  dokąd  teraz  pojedziecie?  -  spytał  Phil,  kiedy  znowu  ruszyli.  -  Poppy  nie  moŜe  wrócić  do 

domu. 
-

 

Wiem  -  odparła  łagodnie.  JuŜ  się  z  tym  pogodziła.  Dawne  Ŝycie  się  skończyło.  Trzeba 

budować nowe. 
-

 

Nie będziecie przecieŜ się tułać z miejsca na miejsce - uparcie drąŜył Phil. 

-

 

Jasne - przyznała spokojnie Poppy. - Pojedziemy do taty. Idealne rozwiązanie. Poppy czuła, Ŝe 

James w pełni się z nią zgadza. Pojadą do jej ojca - wiecznie spóźnionego, niepraktycznego, ale 

background image

zawsze kochającego. Do ojca czarownika, który nie zdaje sobie sprawy ze swojego dziedzictwa. 
Prawdopodobnie  myśli,  Ŝe  jest  stuknięty,  kiedy  jego  moc  się  uaktywnia.  Potrzebowali  tylko 
jakiegoś miejsca do Ŝycia. I siebie nawzajem. Cały świat nocy będzie dla nich otwarty, o ile tylko 
zechcą go poznawać. MoŜe kiedyś odwiedzą Theę. Zatańczą na przyjęciu u Thierry'ego. 
-

 

Pod warunkiem Ŝe znajdziemy tatę - zauwaŜyła Poppy lekko przestraszona. 

-

 

Znajdziecie - uspokoił ją Phil. - Wyleciał wczoraj wieczorem, ale zostawił adres. Pierwszy raz 

w Ŝyciu. 
-

 

MoŜe  coś  przeczuwał?  -  zastanawiał  się  James.  Jechali  przez  chwilę  w  milczeniu,  aŜ  w 

końcu Phil odkaszlnął. 
-

 

Tak sobie o czymś pomyślałem - oznajmił. - Ja nie potrzebuję niczego od świata nocy. Mnie nie 

obchodzą  Ŝadne  zdolności.  Chcę  po  prostu  Ŝyć  jak  człowiek  i  Ŝeby  nikt  nie  miał  co  do  tego 
Ŝ

adnych wątpliwości. 

-

 

Nie mamy wątpliwości. Phil - przerwał mu James. - Uwierz mi. Nikt ze świata nocy nie będzie 

cię do niego wciągał na siłę. Rób, co ci się Ŝywnie podoba, bylebyś unikał ludzi nocy i trzymał 
gębę na kłódkę. 
-

 

Dobra.  Jasne.  -  Chwila  ciszy.  -  CóŜ...  Wcale  nie  pochwalam  wampirów,  ale  przyszło  mi  do 

głowy, Ŝe moŜe nie są tak zupełnie złe. To znaczy... nie traktują swojego poŜywienia gorzej niŜ 
ludzie.  Jak  się  zastanowić,  co  robimy  krowom...  Wampiry  przynajmniej  nie  hodują  ludzi  w 
zagrodach. 
-

 

No,  z  tym  bywało  róŜnie.  -  James  nagle  spochmurniał  -  Słyszałem,  Ŝe  w  dawnych 

czasach... 
-

 

Ty się zawsze musisz sprzeczać? Ale poza tym pomyślałem sobie... Ŝe stanowicie część natury, 

a ona jest, jaka jest. Nie zawsze piękna, ale,.. no, to po prostu natura, i tyle - zakończył ponuro. - 
MoŜe to nie ma większego sensu. 
-

 

Dla mnie ma - powiedział całkiem powaŜnie James. I... dzięki. - Przerwał i spojrzał na Phila z 

uznaniem. 

Poppy zapiekły oczy. JeŜeli Phil twierdzi, Ŝe jesteśmy częścią natury, to nie uwaŜa nas juŜ 

za nienormalnych. A to wiele znaczy. 
-

 

Wiecie,  a  mnie  przyszło  do  głowy,  Ŝe  moŜe  są  inne  sposoby  odŜywiania,  Ŝe  niekoniecznie 

trzeba znienacka napadać im ludzi. Czy krew zwierząt nie wystarczy? 
-

 

Jest  inna  niŜ  ludzka  -  stwierdził  James.  -  Ale  zawsze  to  jakieś  rozwiązanie.  Ja  Ŝywiłem  się 

zwierzętami. Jelenie się nadają. Mogą być króliki. Oposy śmierdzą. 
-

 

A  poza  tym  na  pewno  są  ludzie,  którym  nie  przeszkadza...  Thea  dała  mi  swoją  krew. 

MoŜemy poprosić inne czarownice. 

James nagle uśmiechnął się promiennie. 

-

 

Kiedyś znałem czarownicę, która była bardzo chętna. Miała na imię Gisele. Ale nie moŜna ich 

o to prosić codziennie. Trzeba im dać czas, Ŝeby doszły do siebie. 
-

 

No  to  moŜe  na  zmianę.  Jednego  dnia  zwierzęta,  drugiego  czarownice.  A  w  weekendy 

wilkołaki. 
-

 

To juŜ wolałbym oposa! - zaŜartował James. Poppy szturchnęła go w ramię. 

-

 

Zastanawiam  się  tylko,  czy  musimy  być  potwornymi  krwiopijcami.  MoŜe  udałoby  się  być 

przyzwoitym krwiopijcami. 
-

 

MoŜe - powiedział James cicho, niemal tęsknym głosem. 

-

 

Słuchaj Poppy. Dobrze mówi - odezwał się powaŜnie Phil z tylnego siedzenia. 

-

 

Spróbujemy  razem.  Co,  James?  -  zagadnęła  Poppy.  Uśmiechnął  się  do  niej.  W  jego 

spojrzeniu nie było nic tęsknego, ani nic chłodnego, tajemniczego czy skrytego. 

background image

-

 

Razem  -  powiedział  na  głos.  -  Nie  mogę  się  doczekać,  dodał  w  myśli.  Chyba  zdajesz  sobie 

sprawę, co moŜemy zdziałać dzięki twojej telepatii? 

Poppy patrzyła na niego, aŜ poczuła buzujący przypływ ekscytacji. 

-

 

Och, James, tak myślisz? 

-

 

Jestem  pewien.  Wymiana  krwi  jest  niezwykła  z  jednego  powodu  -  wyostrza  telepatyczne 

zdolności. Ale ty tego nie potrzebujesz mała jasnowidzko. 

Poppy oparła się, Ŝeby uspokoić serce, znów będą w stanie połączyć się myślami. Kiedy tylko 

zechcą. JuŜ sobie wyobraŜała, jak przedostaje się do umysłu Jamesa. Zleją się w jedno jak dwie 
krople  wody.  Staną  się  jednością  w  takim  wymiarze,  jakiego  Ŝaden  człowiek  nie  potrafi 
zrozumieć. 
-

 

Ja teŜ nie mogę się doczekać. Chyba spodoba mi się bycie czarownicą.  

Phil odkaszlnął. 
-

 

JeŜeli potrzebujecie trochę prywatności... 

-

 

Niestety to najwyraźniej  niemoŜliwe - mruknął James - Skoro ty tu jesteś. 

-

 

Nic na to nie poradzę - wycedził Phil przez zęby. - To wy krzyczycie. 

-

 

Nie krzyczymy. Podsłuchujesz. 

-

 

Uspokójcie się obaj - przerwała im Poppy. Czuła w sobie ciepło i jasność. - Skoro chcesz nam 

dać  trochę  prywatności,  to  znaczy,  Ŝe  ufasz  Jamesowi  na  tyle,  Ŝeby  zostawić  z  nim  siostrę  - 
zwróciła się do Phila. 
-

 

Tego nie powiedziałem. 

-

 

Nie musiałeś - skwitowała. Była szczęśliwa. 

-

 

 

Dochodziła północ następnego dnia. Godzina duchów. Poppy stała w sypialni matki, chociaŜ 

wcześniej myślała, Ŝe juŜ nigdy więcej nie zobaczy tego miejsca. 

James czekał na zewnątrz, w samochodzie wyładowanym rzeczami. Była tam między innymi 

wielka  waliza  płyt  ukradzionych  z  domu  przez  Phila.  Za  kilka  minut  wyruszą  na  Wschodnie 
WybrzeŜe,  do  ojca  Poppy.  Ale  najpierw  Poppy  musi  coś  zrobić.  Zakradła  się  po  cichu  do 
wielkiego  loŜa,  jak  cień,  nie  budząc  śpiących.  Przystanęła  przy  nieruchomej  postaci  matki. 
Popatrzyła na nią, potem przemówiła myślami. 

Na  pewno  myślisz,  Ŝe  to  sen,  mamo.  Nie  wierzysz  w  duchy!  Ale  muszę  ci  powiedzieć,  Ŝe  u 

mnie wszystko w porządku. Jest mi dobrze, czuję się szczęśliwa i chociaŜ nie rozumiesz, proszę 
postaraj się uwierzyć. Tylko ten jeden raz uwierz w to, czego nie moŜesz zobaczyć. Przerwała. 
Kocham cię, mamo. I zawsze będę kochała. 
   Kiedy wychodziła z sypialni, matka nadal spała. Uśmiechała się przez sen. 
   Phil stał na dworze przy integrze. Poppy go przytuliła, a on odwzajemnił uścisk. Z całej siły. 
-

 

Do widzenia - wyszeptała. Wsiadła do samochodu. James przez okno podał rękę Philowi, który 

uścisnął ją bez wahania. 
-

 

Dziękuję - powiedział James. - Za wszystko. 

-

 

To  ja  dziękuję.  -  Phil  miał  drŜący  głos  i  uśmiech.  UwaŜaj  na  nią...  i  na  siebie.  -  Cofnął  się, 

mrugając. 

Poppy posłała mu całusa i odjechali z Jamesem w ciemną noc.