Ś
WIAT NOCY
Tom 1
DOTYK WAMPIRA
Smith Lisa Jane
Smith Lisa Jane
Lisa Jane (L. J. lub Ljane) Smith – amerykańska autorka
tworząca powieści i opowiadania skierowane głównie do
nastoletnich odbiorców.
Do tej pory napisała dwie serie ksiąŜkowe: liczący sobie
juŜ 10 tomów Nightworld i sześciotomowe Pamiętniki
Wampirów (The Vampire Diaries) oraz trzy trylogie
(czwarta jeszcze się nie ukazała). Poza tym spod jej pióra
wyszło kilka krótkich opowiadań.
W Polsce nakładem wydawnictwa Amber ukazało się
sześć tomów z serii Pamiętniki Wampirów oraz sześć
tomów z serii Świat Nocy.
Pamiętniki Wampirów:
- Przebudzenie 2008
- Walka 2008
- Szał 2009
- Mrok 2009
- Powrót o zmierzchu / Uwięzieni 2009
Ś
wiat nocy:
- Dotyk Wampira 2009
- Córki Nocy 2009
- Zaklinaczka 2009
- Anioł Ciemności 2009
- Wybrani 2009
- Pakt Dusz 2009
Rozdział 1
Pierwszego dnia wakacji Poppy dowiedziała się, Ŝe umrze. Stało się to w poniedziałek, w
pierwszy prawdziwy dzień wakacji (weekend się nie liczy). Obudziła się cudownie beztroska i
pomyślała: wolne. Przez okno sączyło się słoneczne światło, które nadawało przezroczystym
zasłonom wokół łóŜka złocistą poświatę. Poppy rozsunęła je, wyskoczyła z łóŜka... i się
skrzywiła.
Aua. Znów ten ból w Ŝołądku. Jakby coś ją gryzło, przeŜerało się w stronę pleców. Trochę
ulŜyło, kiedy się skuliła.
Nie, pomyślała. Odmawiam chorowania w wakacje. Odmawiam. Muszę myśleć pozytywnie.
Z ponurą miną, zgięta wpół - myśl pozytywnie, idiotko! - przeszła korytarzem do łazienki
wyłoŜonej turkusowo-złotymi kaflami. Bała się. Ŝe będzie wymiotować, ale ból ustąpił równie
nagle jak się pojawił. Wyprostowała się i triumfalnie spojrzała na odbicie potarganej głowy w
lustrze.
Trzymaj się mnie, mała, a wszystko będzie dobrze - wyszeptała, puszczając
porozumiewawczo oko. Przysunęła twarz do lustra, wpatrując się w swoje podejrzliwie
zmruŜone zielone oczy. Na nosie miała cztery piegi. Cztery i pół, jeŜeli ma być zupełnie szczera,
a na ogół była szczera do bólu. Ale dziecinne, ale .... słodkie! Pokazała język i odwróciła się z
wielką godnością, nie zawracając sobie głowy tym, Ŝeby uczesać niesforne rudomiedziane loki.
Z taką wyniosłością dotarła do kuchni, gdzie Phillip, jej brat bliźniak, jadł płatki Special K.
Znów zmruŜyła oczy. tym razem patrząc na niego. Nic dość. Ŝe jest mała. drobna, ma kręcone
włosy i Ŝe właściwie wygląda jak siedzący na jaskrze elf z obrazka w ksiąŜce dla dzieci, to w
dodatku ma brata bliźniaka - wysokiego, z jasnymi włosami wikinga, o klasycznej urodzie...
cóŜ, to tylko dowodzi jawnej niesprawiedliwości we wszechświecie.
- Cześć, Phillip - odezwała się groźnie.
Na Phillipie nie zrobiło to wraŜenia; przywykł do humorów siostry. Na chwile uniósł wzrok
znad komiksu w „L.A. Timesie". Poppy musiała przyznać, Ŝe brat ma ładne oczy - intrygujące,
zielone, z bardzo ciemnymi rzęsami. Tylko to mieli wspólne.
-
Cześć - odpowiedział krótko i wrócił do komiksu.
Niewielu znała nastolatków, którzy czytali gazety, ale to w końcu Phil. Tak jak Poppy, w
zeszłym roku chodził do pierwszej klasy liceum El Camino. ale w przeciwieństwie do niej, do-
stawał najlepsze stopnie, a przy tym był gwiazdą druŜyny piłkarskiej, hokejowej i koszykarskiej.
I przewodniczącym klasy, Uwielbiała go draŜnić. Jej zdaniem był za sztywny.
Zachichotała, wzruszyła ramionami i dala sobie spokój z groźną miną.
- Gdzie Cliff i mama?
Cliff Hilgard, jeszcze większy sztywniak i bardziej zasadniczy niŜ Phil. od trzech lal był ich
ojczymem.
- Cliff jest w pracy Mama się ubiera. A ty lepiej coś zjedz, bo się będzie czepiać.
- Dobra, dobra,.. - Wspięła się na palce i zaczęła szperać w kredensie, Znalazła pudełko z
lukrowanymi płatkami, zanurzyła rękę i delikatnie wyjęta jeden. Zjadła go na sucho.
Wcale nie tak źle być niską i drobną. Tanecznym krokiem podeszła do lodówki, potrząsając
w rytm pudelkiem z płatkami.
-
Jestem... demonem seksu! - zaśpiewała, przytupując.
-
Nie, nie jesteś - zgasił ją Phillip z miaŜdŜącym spokojem. - MoŜe byś się ubrała?
Poppy spojrzała na siebie, przytrzymując otwarte drzwi lodówki, Miała na sobie za duŜy T-
shirt, w którym spala. Wyglądał jak minisukienka.
- Jestem ubrana - odpowiedziała pogodnie, wyciągając z lodówki colę light.
Rozległo się pukanie do kuchennych drzwi. Poppy przez szklaną szybę widziała, kto
przyszedł.
- Cześć, James! Wejdź.
James Rasmussen wszedł i zdjął przyciemniane ray-bany. Na jego widok Poppy poczuła
skurcz - jak zwykle. Nie miało znaczenia, Ŝe od dziesięciu lal widuje go właściwie codziennie.
Zawsze czuła krótkie szarpnięcie w piersi, coś pomiędzy słodyczą a bólem.
Nie tylko dlatego, Ŝe wyglądał jak przystojny buntownik, i kojarzył jej się mgliście z Jamesem
Deanem. Miał jedwabiste jasnobrązowe włosy, subtelna, inteligentną, twarz i szare oczy, na
zmianę przenikliwe i zimne. Był najprzystojniejszym chłopakiem w El Camino, ale nie to
przyciągało uwagę Poppy. Miał w sobie coś – tajemniczego, fascynującego i niedostępnego. Na
jego widok serce zaczynało jej mocniej bić i dostawała gęsiej skórki,
Phillip miał na temat Jamesa inne zdanie. Jak tylko go zobaczył, zesztywniał i twarz, mu
zastygła. Nie potrafił ukryć niechęci.
James uśmiechnął się blado, jakby reakcja Plillipa go rozbawiła.
-
Cześć.
-
Cześć - rzucił Phil ani trochę nie wzruszony.
Poppy miała nieodparte wraŜenie, Ŝe najchętniej wziąłby ją pod pachę i czym prędzej wyniósł
z kuchni, Zawsze robił się nadopiekuńczy, kiedy w pobliŜu pojawiał się James.
-
Jak tam Jacklyn i Michaela? - dodał złośliwie.
James zastanawiał się chwilę.
-
Właściwie nie wiem.
-
Nie wiesz? No tak, przed wakacjami zawsze rzucasz dziewczyny. Chcesz być wolny, co?
-
Oczywiście - odparł uprzejmie James. Uśmiechnął się.
Phillip spojrzał na niego z nieskrywaną nienawiścią.
Poppy natomiast ogarnęła radość. śegnaj, Jacklyn, Ŝegnaj, Michaela. śegnajcie zgrabne długie
nogi Jacklyn i niesamowite balony Michaeli. Lato zapowiada się wspaniale.
Wielu ludzi myślało, Ŝe znajomość Poppy i Jamesa test czysto platoniczna. Ale to nieprawda.
Poppy od lat wiedziała, Ŝe za niego wyjdzie. To jedna z jej dwóch wielkich ambicji. Druga -
poznać świat. Na razie nie zdobyła się jednak na to. Ŝeby poinformować o tym Jamesa. Niech
mu się jeszcze zdaje, Ŝe uwielbia długonogie dziewczyny z. paznokciami od manikiurzystki i
filmowymi cyckami
- To nowa płyta? - spytała, Ŝeby James oderwał surowy wzrok od przyszłego szwagra.
James połknął haczyk.
- Tak. etno-techno.
-
Więcej gardłowych śpiewów Tuvy, nie mogę się doczekać. Chudziny posłuchać.
Ale w tej chwili weszła jej matka - zimna idealna blondynka jak z filmów Hitchcocka. Na jej
twarzy na ogól gościł wyraz niewymuszonej stanowczości. Poppy omal na nią nie wpadła,
wychodząc z kuchni.
- Przepraszam, dobry!
-
Zaczekaj. - Matka chwyciła ją za koszulkę na kuaku. - Dzień dobry Phil; dzień dobry. James
– dodała.
Phil odpowiedział, a James skinął jej głową, ironicznie uprzejmy.
- Zjedliście śniadanie? - spytała, a kiedy chłopcy potwierdzili, spojrzała na córkę. - A ty? -
spytała, wpatrując się w twarz Poppy.
Poppy zagrzechotała, pudelkiem lukrowanych płatków, matka, się skrzywiła.
-Czemu przynajmniej nie zjesz ich z mlekiem?
-
Takie są lepsze - odpowiedziała stanowczo, ale kiedy matka lekka pchnęła ją w stronę
lodówki, podeszła i wyjęła litrowy karton odtłuszczonego mleka.
- Jakie macie plany na pierwszy dzień wolności? - spytała matka, spoglądając najpierw na
Jamesa, później na Poppy.
- Oj, nie wiem. - Poppy zerknęła na Jamesa - Posłuchamy muzyki, moŜe pójdziemy w góry?
Albo przejedziemy się na plaŜę?
-
Jak chcesz - powiedział James. - Mamy cale lalo.
Przed oczami Poppy rozciągnęło się lalo, gorące, złociste i olśniewające. Pachnące chlorem z
basenu i morską solą. Czuła je jak ciepłą trawę pod plecami. Trzy długie miesiące, pomyślała.
Cała wieczność. Trzy miesiące to wieczność.
Dziwne, Ŝe myślała akurat o tym, kiedy to się stało.
- MoŜemy zajrzeć do nowych sklepów w Village - zaczęła, ale nagłe dopadł ją ból i słowa
uwięzły jej w gardle.
Niedobrze. Gwałtowny, skręcający ból sprawiał, Ŝe zgięła się wpół. Karton mleka wypadł jej z
rąk i wszystko zrobiło się szare.
Rozdział 2
Poppy! - Słyszała głos matki, ale nie nic widziała. Kuchenną podłogę przeszywały tańczące
czarne plamy. – Poppy, nic ci nie jest? - Teraz poczuła, Ŝe dłonie matki ściskają ją kurczowo za
ramiona. Ból ustępował i zaczynała widzieć.
Kiedy się wyprostowała, zobaczyła przed sobą Jamesa. Twarz miał prawie bez wyrazu, ale
znała go na tyle dobrze, Ŝeby dostrzec w jego oczach troskę. Trzymał karton z mlekiem. Musiał
go złapać w locie. Niesamowity refleks, pomyślała leniwie. Naprawdę niesamowity. Phillip stał.
-
Nic ci nie jest? Co się stało?
-
Nie... wiem. - Poppy rozejrzała się i zakłopotana wzruszyła ramionami. Czuła się juŜ lepiej i
wolała, Ŝeby przestali się tak na nią gapić.
-
To tylko głupi ból Ŝołądka... Mam chyba gastro coś tam. Pewnie mi jedzenie zaszkodziło.
-
Poppy, to nie jest gastroenteritis. – Matka potrząsnęła nią lekko. – Bolało cię juŜ wcześniej,
miesiąc temu, prawda? To taki sam ból?
-
Poppy poruszyła się niespokojnie. Prawdę mówiąc, ból nigdy nie zniknął. Cudem, w gorączce
zajęć pod koniec roku, udawało jej się nie zwracać na niego uwagi, a do tej pory zdąŜyła się z
nim oswoić.
-
Tak jakby... – Grała na zwłokę. – Ale...
Matce nie trzeba było więcej. Delikatnie ścisnęła córkę i ruszyła do kuchennego telefonu.
-
Wiem, Ŝe nie lubisz lekarzy, ale dzwonię do doktora Franklina. Chcę, Ŝeby cię obejrzał. Nie
moŜemy tego ignorować.
-
Oj mamo, są wakacje...
-
Poppy, bez dyskusji. – Matka zakryła dłonią mikrofon słuchawki. – Idź się ubrać.
Poppy jęknęła, ale wiedziała, Ŝe nic nie wskóra.
-
Posłuchajmy przynajmniej płyty, zanim pójdę. – Skinęła na Jamesa, który patrzył w próŜnię
zamyślony.
Zerknął na płytę, jakby o niej zapomniał, i odstawił karton z mlekiem. Phillip wyszedł za
nimi na korytarz.
-
Hej, koleś, poczekaj tu, aŜ się ubierze.
-
Wyluzuj Phil, powiedział James niemal nieobecnym głosem.
-
Ręce z daleka od mojej siostry, niecnoto.
Poppy wchodziła do pokoju, kręcąc głową. James wcale nie marzy o tym, Ŝeby zobaczyć ją
nago. Niestety, pomyślała ponuro, wyciągając z szafy krótkie spodenki. Wskoczyła w nie, nie
przestając kręcić głową. James był jej najlepszym przyjacielem, najlepszym z najlepszych, a ona
jego przyjaciółką. Ale nigdy nie okazał nawet cienia chęci, Ŝeby się do niej dobrać. Czasami
zastanawiała się, czy on w ogóle zauwaŜa, Ŝe ma do czynienia z dziewczyną.
Kiedyś zauwaŜy, pomyślała i krzyknęła na niego zza drzwi.
Wszedł i uśmiechnął się do niej. To był uśmiech, jaki inni rzadko oglądali – nie szyderczy czy
ironiczny, ale miły, lekki.
-
Przepraszam za tego lekarza – powiedziała.
-
Daj spokój. Powinnaś pojechać. – James spojrzał na nią przenikliwie. – Twoja mama ma
rację. To trwa juŜ za długo. Schudłaś, nie śpisz po nocach...
Spojrzała na niego przestraszona. Nikomu nie mówiła, Ŝe najgorszy ból czuje nocą, nawet
Jamesowi. Ale on niektóre rzeczy po prostu wiedział. Jakby czytał w jej myślach.
- Znam cię, to wszystko. – Figlarnie spojrzał na nią z ukosa. Rozpakował płytę.
Poppy wzruszyła ramionami, opadła na łóŜko i wlepiła wzrok w sufit.
-
Chciałabym, Ŝeby mama dała mi spokój chociaŜ w wakacje. – Odwróciła głowę i przyjrzała się
badawczo Jamesowi. – Szkoda, Ŝe nie jest jak twoja. Zawsze się zamartwia i próbuje mnie
ustawić.
-
A mojej właściwie nie obchodzi, co robię. Nie wiem co gorsze – stwierdził z goryczą.
-
Twoi rodzice pozwalają ci mieszkać samemu.
-
Tak, bo to tańsze, niŜ zatrudnianie zarządcy nieruchomości. – James pokręcił głową,
wpatrując się w płytę, którą wkładał do odtwarzacza. – Nie narzekaj na swoich rodziców,
dzieciaku. Chyba nie wiesz, jaką jesteś szczęściarą.
Poppy zastanawiała się nad tym, kiedy włączyła się płyta.
Razem z Jamesem lubili trans – undergroundowe elektroniczne dźwięki, które przyszły z Europy.
James był miłośnikiem techno. Poppy teŜ przepadała za tymi rytmami. UwaŜała, Ŝe to prawdziwa
muzyka, ostra i nieprzetworzona, grana przez ludzi, którzy w nią wierzą. Ludzi z pasją, a nie z
pieniędzmi.
Poza tym dzięki etno – techno Poppy czuła się częścią innych miejsc. Uwielbiała inność i
obecność tej muzyki.
Jamesa chyba teŜ właśnie za to lubiła. Za jego odmienność. Zadarła głowę i spojrzała na
niego. Przestrzeń wypełniały dziwne rytmy bębnów Burundi.
Znała Jamesa lepiej niŜ ktokolwiek inny, ale było w nim coś, co nawet dla niej stanowiło
tajemnice. Coś, czego nikt nie mógł uchwycić.
Inni brali to za arogancję, chłód, wyniosłość, ale się mylili. To była po prostu odmienność.
Wydawał się bardziej „inny" niŜ uczniowie z zagranicy. Czasami Poppy myślała, Ŝe juŜ jest
bliska znalezienia przyczyny tej odmienności, ale zawsze jej się wymykała. A kilka razy,
zwłaszcza późnym wieczorem, kiedy słuchali muzyki albo wpatrywali się w ocean, czuła, Ŝe
zaraz wyzna jej swój sekret.
I Ŝe to, co usłyszy, okaŜe się czymś waŜnym, tak szokującym i cudownym, jakby przemówił
do niej dziki kot.
Teraz, kiedy patrzyła na Jamesa, na jego wyraźny, nieruchomy profil i na faliste brązowe
włosy na czole, odnosiła wraŜenie, Ŝe jest smutny.
Jamie, chyba nic się nic stało, co? To znaczy, w domu ani nigdzie? - Tylko ona jedyna na
ś
wiecie mogła mówić do niego „Jamie". Nawet Jacklyn ani Michaela nigdy się na to nie
odwaŜyły.
- A co miałoby się stać w domu? - spytał z uśmiechem, którego nie było widać w oczach.
LekcewaŜąco pokręcił głową. - Nic martw się Poppy. To nic waŜnego, ma przyjechać w odwie-
dziny krewny. Niemile widziany krewny. - Jego uśmiech dotarł do oczu i zalśnił w nich. - A
moŜe po prostu się o ciebie martwię - powiedział.
Poppy chciała powiedzieć: „akurat”, ale wymamrotała tylko:
- Naprawdę?
Jej powaga chyba poruszyła w nim czułą strunę. Jego uśmiech zniknął. Siedzieli i po prostu
patrzyli sobie w oczy. James sprawiał wraŜenie niepewnego, niemal bezbronnego.
-
Poppy
-
Tak? - Z trudem przełknęła ślinę.
Otworzył usta, nagle wstał i podszedł, Ŝeby wyregulować wysokie stojące głośniki. Kiedy
wrócił, oczy miał ciemne i nieprzeniknione.
- Pewnie, Ŝe bym się martwił, gdybyś naprawdę była chora - przyznał swobodnie. - Na tym
chyba polega przyjaźń?
Poppy wypuściła powietrze z płuc.
-
Racja - odparła melancholijnie i obdarzyła go stanowczym uśmiechem
-
Ale nie jesteś chora - stwierdził. - Po prostu trzeba się tym zająć. Lekarz pewnie da ci
antybiotyk albo coś innego... wielką strzykawą - dodał złośliwie.
-
Zamknij się.
James dobrze wiedział, ze Poppy potwornie boi się zastrzyków. Sama myśl o igle
przebijającej skórę...
- Idzie twoja mama - Zerknął w stronę uchylonych drzwi.
Poppy nie bardzo wiedziała, jakim cudem usłyszał, Ŝe ktoś się zbliŜa - w pokoju głośno grała
muzyka, a na korytarzu leŜał dywan. A jednak po chwili matka otworzyła drzwi.
-
No, kochanie - ponagliła energicznie - Doktor Franklin kazał przyjeŜdŜać. Przykro mi,
James, ale zabieram Poppy.
-
Nie szkodzi. Wpadnę po południu.
Poppy wiedziała, kiedy jest na straconej pozycji. Pozwoliła matce zaciągnąć się do garaŜu, nie
zwracając uwagi na Jamesa parodiującego kogoś, kto dostaje wielki zastrzyk.
Godzinę później grzecznie leŜała w gabinecie doktora Franklina, odwracając wzrok, kiedy
delikatnie badał jej brzuch. Był wysoki, szczupły, szpakowały i emanował z niego autorytet
wiejskiego lekarza, któremu się bezgranicznie ufa.
-
Tu cię boli? - spytał
-
Tak... Ale jakby szło do pleców. MoŜe naciągnęłam sobie mięsień.
Delikatne palce przesuwały się, badając brzuch. Nagle się zatrzymały. Twarz lekarza się
zmieniła. Poppy wiedziała juŜ, Ŝe to nie naciągnięty mięsień. Ani rozstrój Ŝołądka czy coś banal-
nego, i Ŝe wszystko zmieni się raz na zawsze.
-
Chciałbym zlecić dodatkowe badanie - oznajmił doktor Franklin.
Miał rzeczowy i opanowany głos, a jednak Poppy ogarnęła panika. Nie potrafiła wytłumaczyć
tego, co się w niej działo - miała nieodparte wraŜenie, Ŝe otwiera się przed nią w ziemi czarna
dziura.
-
Dlaczego? - spytała matka.
-
CóŜ... - Doktor Franklin się uśmiechnął i przesunął okulary na czoło. Uderzał dwoma
palcami o leŜankę. - Właściwie w celu eliminacji. Poppy mówi, Ŝe ma bóle w górnej części brzu-
cha, które promieniują do pleców i nasilają się w nocy. Ostatnio straciła apetyt i schudła.
Wyczuwam powiększony woreczek Ŝółciowy To objawy typowe dla wielu chorób, a USG
pozwoli niektóre wykluczyć.
Poppy się uspokoiła. Nie mogła sobie przypomnieć, po co jest woreczek Ŝółciowy, ale była
przekonana, Ŝe go nie potrzebuje. PrzecieŜ organ o tak głupiej nazwie nie moŜe pełnić Ŝadnej
waŜnej funkcji. Doktor Franklin mówił dalej - o trzustce, zapaleniu trzustki i powiększonej
wątrobie, a matka kiwała głową, jakby wszystko rozumiała. Poppy czuła, Ŝe panika mija. Jakby
czarną dziurę szczelnie zasłoniła pokrywa, nie pozostawiając po przepaści najmniejszego śladu.
- Badania moŜna zrobić w szpitalu dziecięcym po drugiej stronie ulicy - mówił doktor
Franklin - Proszę do mnie wrócić z wynikami.
Matka pokiwała głową: spokojna, powaŜna i dzielna. Jak Phil. Albo Cliff. Dobrze, zajmiemy
się tym.
Poppy w pewnym sensie czuła się wyróŜniona Nie znała nikogo, kto byłby w szpitalu na
badaniach.
Kiedy wychodziły z gabinetu, matka zmierzwiła jej włosy.
- No. Poppy? Co tym razem wywinęłaś.
Poppy uśmiechnęła się figlarnie. Strach całkowicie się ulotnił.
-
MoŜe będę musiała mieć operację i zostanie mi intrygująca blizna - zaŜartowała, Ŝeby
rozśmieszyć matkę.
-
Miejmy nadzieję, Ŝe nie - odparta matka, wcale nie rozbawiona.
Szpital Dziecięcy Suzanne G. Monteforte mieścił się w okazałym szarym budynku z falistymi
ś
cianami i wielkimi panoramicznymi oknami. Poppy zajrzała do sklepu z upominkami przy
wejściu. Na pierwszy rzut oka widać było, Ŝe to sklep dla dzieci, pełen tęczowych zabawek i
pluszowych zwierzaków, które przychodzący z wizytą dorośli mogli kupić w prezencie w
ostatniej chwili.
Ze sklepu wyszła dziewczyna niewiele starsza od Poppy: siedemnasto-, osiemnastoletnia. Była
ładna, miała subtelny makijaŜ i fajną bandanę, która nie do końca ukrywała brak włosów.
Wyglądała na szczęśliwą, miała pełne policzki, a spod chustki wystawały dyndające wesoło
kolczyki, jednak Poppy ogarnęło współczucie... Ta dziewczyna jest powaŜnie chora. Szpitale są
właśnie dla takich jak ona - dla powaŜnie chorych. Poppy chciała juŜ jak najszybciej być po
badaniach i stąd wyjść.
USG nie było bolesne, ale dość nieprzyjemne. Pielęgniarka posmarowała jej brzuch
maziowatą galaretą, a potem przesuwała po nim zimnym skanerem, który bombardował falami
dźwiękowymi, Ŝeby wydobyć obraz wnętrza. Poppy wróciła myślami do ładnej dziewczyny bez
włosów.
Wolała myśleć o czymś innym... o Jamesie. Nie wiedzieć czemu, przypomniał jej się dzień,
kiedy zobaczyła go pierwszy raz w przedszkolu. Blady, chudy, z duŜymi szarymi oczami. Miał w
sobie coś niezwykłego. Starsi chłopcy od razu wzięli go na cel. Na podwórku ganiali za nim jak
psy myśliwskie za lisem - aŜ w końcu Poppy się zorientowała, co jest grane.
JuŜ w wieku pięciu lat miała porządny prawy sierpowy, Wparowała w środek gromady,
zaczęła walić po twarzach i kopać w piszczczeie, aŜ tamci pouciekali. Później odwróciła się do
Jamesa.
- Chcesz się kolegować?
Po krótkiej chwili wahania nieśmiało kiwnął głową. W jego uśmiechu była dziwna słodycz.
Poppy szybko się zorientowała, Ŝe jej nowy kolega jest trochę dziwny. Kiedy zdechła klasowa
jaszczurka, bez obrzydzenia wziął ją do ręki i spytał Poppy. czy chce potrzymać. Nauczycielka
była przeraŜona.
Wiedział teŜ, gdzie znaleźć martwe zwierzęta. Pokazał jej pustą działkę – tam, w wysokiej
brązowej trawie leŜały szkielety kilku królików. W ogóle go to nie ruszało.
Kiedy podrósł, starsze dzieciaki przestały go dręczyć. Dogonił ich wzrostem, był zadziwiająco
silny i szybki; przylgnęła do niego opinia twardego i niebezpiecznego. Kiedy się wkurzył, w jego
szarych oczach pojawiał się przeraŜający blask.
Ale na Poppy nigdy się nie złościł. Byli najlepszymi przyjaciółmi. W pierwszej klasie liceum
zaczął się umawiać z dziewczynami - marzyły o nim wszystkie w szkole - ale z Ŝadną nie chodził
długo. I nigdy im się nie zwierzał, był tajemniczy i skryty. Tylko Poppy znała jego drugie
oblicze - bezbronnego i troskliwego chłopaka.
-
Dobrze. – Pielęgniarka potrząsnęła Poppy, przywołując ją do rzeczywistości. - Skończone,
zetrzemy z ciebie ten Ŝel.
-
I co wyszło? - Poppy spojrzała na monitor.
-
Lekarz prześle opis do gabinetu twojego lekarza - poinformowała pielęgniarka zupełnie
obojętnym tonem.
Poppy spojrzała na nią surowo.
W poczekalni u doktora Franklina Poppy wierciła się niespokojnie, a matka przeglądała
nieaktualne czasopisma. W końcu z gabinetu wychyliła się pielęgniarka.
- Pani Hilgard? Wstały obie.
- Hm. nie - Pielęgniarka wyglądała na spłoszoną. - Pani Hilgard, doktor chce porozmawiać
tylko z panią.
Poppy i matka spojrzały na siebie. Po chwili matka odłoŜyła czasopismo ..People" i poszła za
pielęgniarką.
Poppy patrzyła za nią.
O co tu chodzi? Doktor Franklin nigdy wcześniej tego nie robił.
Serce biło jej mocno. Nie szybko, właśnie mocno. Bum, bum. bum. Wstrząsało wnętrznościami,
aŜ Poppy kręciło się w głowie.
Nie myśl o tym. To pewnie nic takiego. Poczytaj gazetę.
Ale jej palce odmawiały posłuszeństwa. Kiedy w końcu zdołała otworzyć czasopismo,
błądziła wzrokiem po wyrazach, ale treść nie docierała do mózgu.
O czym matka i doktor Franklin tam rozmawiają? Co jest grane? Tyle czasu...
Chwila się przeciągała. Poppy czekała, miotając się między dwiema skrajnymi myślami: to nic
powaŜnego, matka wyjdzie i będzie się śmiała, Ŝe coś takiego w ogóle przyszło córce do głowy;
dzieje się coś okropnego i trzeba się poddać jakiemuś strasznemu leczeniu. Zakryta dziura i
odkryta dziura. Raz wszystko wydawało się śmiechu warte i Poppy czuła się zawstydzona
melodramatycznymi myślami, a po chwili miała wraŜenie, Ŝe całe jej dotychczasowe Ŝycie było
snem, a teraz dopada ją brutalna rzeczywistość.
Szkoda, Ŝe nie mogę zadzwonić do Jamesa. pomyślała.
- Poppy? Wejdź - powiedziała w końcu pielęgniarka.
W gabinecie doktora Franklina, na ścianach wyłoŜonych boazerią wisiały zaświadczenia i
dyplomy. Poppy usiadła w skórzanym fotelu i starała się nie wpatrywać nachalnie w twarz matki
Matka wyglądała... zbyt spokojnie. Spokój podszyty był napięciem. Uśmiechała się, ale jakoś
dziwnie. Wargi lekko jej drŜały.
O BoŜe. pomyślała Poppy. Coś jest nie tak.
-
Nie ma powodu do paniki - zaczął lekarz, a Poppy natychmiast ogarnęła jeszcze większa
panika. Jej dłonie przywarły do skórzanych poręczy fotela. - Na twoim USG widać coś niezbyt
typowego, dlatego chciałbym wykonać kilka innych badań - ciągnął doktor Franklin rzeczowym
tonem, Ŝeby ją uspokoić. - Do jednego musisz być na czczo. Twoja mama mówi, Ŝe nie jadłaś
dziś śniadania...
-
Zjadłam jeden płatek kukurydziany - odpowiedziała mechanicznie.
-
Jeden płatek? CóŜ, moŜemy uznać, Ŝe to nic. W takim razie zaczniemy dzisiaj. Moim
zdaniem najlepiej połoŜyć cię do szpitala Zrobimy tomografię komputerowa, i ERCP. To skrót
nazwy, której nawet ja nie potrafię wymówić. - Uśmiechnął się. Poppy mu się przyglądała.
Niczego się nie bój - dodał łagodnie - Tomografia przypomina prześwietlenie. ERCP polega na
wprowadzeniu rurki przez gardło i Ŝołądek do trzustki. Do rurki wstrzykuje się płyn, który
umoŜliwi kontrast...
Jego wargi się poruszały, ale Poppy przestała słyszeć słowa. Nie mogła sobie przypomnieć,
kiedy ostatnio była tak przeraŜona.
Z tą intrygującą blizną tylko Ŝartowałam, pomyślała. Nie chcę być naprawdę chora. Nie chcę
iść do szpitala i nie chcę mieć Ŝadnych rurek w gardle.
Spojrzała na matkę w milczącym błaganiu. Matka wzięła ją za rękę.
To nic takiego, kochanie. Pojedziemy do domu i spakujemy trochę rzeczy, a potem wrócimy.
- Muszę iść do szpitala dzisiaj?
Tak byłoby najlepiej, stwierdził doktor Franklin. Poppy zacisnęła dłoń na dłoni matki.
Pociemniało jej przed oczami.
- Dziękuję, Owen - powiedziała matka, kiedy wychodziły z gabinetu.
Poppy nigdy nie słyszała, Ŝeby wcześniej matka zwracała się do doktora Franklina po imieniu.
Ale o nic nie pytała. Nie odzywała się, kiedy wychodziły z budynku i wsiadały do samochodu.
Po drodze do domu matka zaczęła mówić o zwykłych rzeczach przyjemnym, spokojnym głosem,
a Poppy zmuszała się, Ŝeby odpowiadać. - Udawała, Ŝe wszystko jest jak zwykle, mimo Ŝe cały
czas szalał w niej potworny niepokój.
Dopiero kiedy znalazły się w jej pokoju i pakowały do małej walizki ulubione ksiąŜki i
bawełnianą piŜamę, spytała prawie od niechcenia:
- A tak właściwie, co mi jest?
Matka nie odpowiedziała od razu. Spoglądała w dół na walizkę.
-
Doktor Franklin nie wie, czy w ogóle coś ci jest - odparła w końcu.
-
Ale co podejrzewa? PrzecieŜ musi coś podejrzewać. Mówił o trzustce, więc pewnie
przypuszcza, Ŝe mam coś z trzustką. Badał teŜ chyba woreczek Ŝółciowy...
- Kochanie. - Matka chwyciła ją za ramiona.
Poppy zaczęła się denerwować. Wzięła głęboki wdech.
- Ja tylko chcę znać prawdę. To moje ciało i mam prawo wiedzieć, czego szukają, tak?
Trochę się zagalopowała. Tak naprawdę chciała powiedzieć coś zupełnie innego. Potrzebowała
otuchy, zapewnienia, Ŝe doktor Franklin szuka jakiejś banalnej choroby. śe nic złego się nie
wydarzy i nie będzie Ŝadnej tragedii. Niestety, nie usłyszała tego.
-
Tak. masz prawo wiedzieć. - Matka powoli wypuściła powietrze, potem zaczęła wolno: -
Poppy, doktor Franklin od początku niepokoił się o twoją trzustkę. To, co się dzieje w trzustce,
moŜe powodować zmiany w innych organach, w woreczku Ŝółciowym i wątrobie. Kiedy doktor
Franklin wyczuł te zmiany, wysłał cię na badania...
-
Powiedział, Ŝe USG jest nietypowe. Jak bardzo nietypowe? - Poppy z trudem przełknęła
ś
linę.
-
To wszystko tylko wstępne... - Matka zauwaŜyła jej minę i westchnęła. Niechętnie ciągnęła
dalej. - USG wykazało, Ŝe moŜesz mieć coś w trzustce. Coś, czego nie powinno tam być. Dlatego
doktor Franklin chce zrobić inne badania, które dadzą nam pewność. Ale...
-
Coś, czego nie powinno tam być? Mamo, masz na myśli... nowotwór? Raka? - Dziwne, jak
bardzo trudno było wypowiedzieć te słowa.
Matka skinęła głową.
- Tak. Raka.
Rozdział 3
Poppy nie mogła myśleć o niczym innym niŜ ładna łysa dziewczyna w sklepie z upominkami.
Rak.
-
Ale... ale oni chyba mogą coś z tym zrobić, co? - Nawet we własnych uszach jej glos brzmiał
bardzo młodo. - NajwyŜej wytną mi trzustkę.
-
Och, kochanie, oczywiście. - Matka wzięła ją w ramiona. - Obiecuję, jeŜeli coś jest nie tak,
zrobimy wszystko, Ŝeby to naprawić. Poszłabym na koniec świata, Ŝeby ci pomóc. PrzecieŜ
wiesz. Na razie wcale nie wiadomo, czy coś jest nie w porządku. Doktor Franklin powiedział, Ŝe
u nastolatków rak trzustki zdarza się niezwykle rzadko. Nie martwmy się na zapas.
Poppy trochę ulŜyło. Znów nie widziała dziury. Ale gdzieś w głębi duszy nadal czuła chłód.
-
Muszę zadzwonić do Jamesa. Matka skinęła głową.
-
Tylko się nie rozgaduj.
Poppy zaciskała kciuki, wybierając numer. Proszę. James, bądź tam, proszę, bądź, myślała. I
był.
- Co się stało? - spytał krótko, gdy tylko się odezwała.
-
Nic. to znaczy... wszystko. MoŜe. - Poppy usłyszała swój dziki śmiech, zupełnie nieszczery.
-
Co się, stało? - powtórzył ostro James. - Pokłóciłaś się z Cliffem?
-
Nie. Cliff jest w biurze. A ja idę do szpitala.
-
Czemu?
-
Podejrzewają, Ŝe mam raka.
Kiedy to wypowiedziała, poczuła ulgę, coś w rodzaju emocjonalnego uwolnienia. Znów się
roześmiała. Cisza na drugim końcu linii.
-
Halo?
-
Jestem - odezwał się James. - JuŜ jadę.
-
Nie, nie ma sensu. Za chwilę muszę wychodzić. - Czekała, Ŝeby powiedział, Ŝe przyjedzie do
niej do szpitala, ale nie zrobił tego.
-
James, mogę cię o coś prosić? Dowiedz się wszystkiego o raku trzustki, dobrze? Na wszelki
wypadek.
-
Podejrzewają raka trzustki?
-
Nie są pewni. Zrobią mi badania. Mam tylko nadzieję, Ŝe obejdzie się bez kłucia. - Znowu
się roześmiała, chociaŜ czuła niepokój. Chciała, Ŝeby James ją pocieszył.
-
Zobaczę, co mi się uda znaleźć w necie. - Jego głos był pozbawiony emocji, niemal bez
wyrazu.
-
MoŜesz do mnie później zadzwonić. Pewnie pozwolą ci zatelefonować do szpitala.
-
Jasne.
-
Dobra, muszę iść. Mama czeka.
-
Trzymaj się.
Poppy odłoŜyła słuchawkę z uczuciem pustki. Matka stała w drzwiach.
- Chodź. Poppy. Idziemy.
James siedział bez ruchu, wpatrując się w telefon pustym wzrokiem.
Poppy była przeraŜona, a on nie potrafił jej pomóc. Nic umiał sypać jak z rękawa krzepiącymi
frazesami. To nie w moim stylu, pomyślał ponuro.
ś
eby dzielić się pozytywnymi myślami, trzeba mieć pozytywne podejście do Ŝycia. A James zbyt
dobrze poznał świat, Ŝeby mieć jakiekolwiek złudzenia.
Jednak mógł poradzić sobie z suchymi faktami. Odsunął na bok stos rozmaitych klamotów.
włączył laptop i połączył się z Internetem.
Po kilku minutach przeszukiwał zasoby Krajowego Instytutu Onkologicznego CancerNet.
Znalazł pierwszy plik: ..Rak trzustki", przeznaczony dla pacjentów. Przebiegł treść wzrokiem.
Opowiadała o funkcji trzustki, o stadiach choroby i leczeniu. Nic strasznego.
Później przeszedł do: „Rak trzustki. Dla lekarzy”. SparaliŜowała go juŜ pierwsza linia.
Rak gruczołu trzustki jest rzadko uleczalny.
Czytał dalej.
DuŜy odsetek zgonów... przerzuty... słaba reakcja na chemioterapię, naświetlanie i operację...
ból...
Ból. Poppy jest dzielna, ale zmaganie się z ciągłym bólem złamałoby kaŜdego. Zwłaszcza
kiedy widoki na przyszłość są tak marne.
Jeszcze raz spojrzał na górę artykułu. Przeciętna przeŜywalność mniej niŜ trzy procent. JeŜeli
rak się rozprzestrzenił, niecały jeden procent.
Na pewno jest więcej informacji. James natrafił na kilka artykułów z gazet i czasopism
medycznych. Były jeszcze gorsze niŜ pliki z CancerNetu.
Eksperci twierdzą, Ŝe zdecydowana większość pacjentów umrze, i to w krótkim czasie. Rak
trzustki jest na ogół nieoperacyjny, szybko postępuje i wyniszcza organizm. Średnia długość
przeŜycia z rakiem w zaawansowanym stadium wynosi od trzech tygodni do trzech miesięcy...
Trzy tygodnie do trzech miesięcy.
Wpatrywał się w ekran komputera. Miał ściśnięte gardło, kłuło go w piersiach i prawie nic nie
widział. Usiłował wziąć się w garść. Powtarzał sobie, Ŝe to jeszcze nic pewnego. Poppy robią
badania, ale to nie znaczy, Ŝe ma raka.
Jednak przeczytane informacje nie dawały mu spokoju. JuŜ jakiś czas temu się zorientował, Ŝe
Poppy coś jest. Coś w niej było zakłócone. Wyczuwał inny rytm ciała, wiedział, Ŝe dziewczyna
mało śpi. I ból - zawsze go wyczuwał. Tylko nie zdawał sobie sprawy, Ŝe teraz ból jest aŜ tak
powaŜny.
Poppy teŜ wie, pomyślał. Głęboko w duszy wie, Ŝe dzieje się z nią coś bardzo złego, inaczej
nie prosiłaby mnie, Ŝebym szukał informacji. Ale czego właściwie się spodziewa? śe wejdę do
niej i powiem, Ŝe za kilka miesięcy umrze?
A ja mam stać z boku i się przyglądać?
Jego wargi lekko odsłoniły zęby. Nie był to miły uśmiech, raczej dziki grymas. Przez
siedemnaście lal widział wiele zgonów. Znał stadia umierania. Wiedział, Ŝe istnieje róŜnica
między chwilą, kiedy ustaje oddychanie, a momentem, kiedy przestaje pracować mózg. Widział
charakterystyczną bladość świeŜego trupa. Wiedział, Ŝe gałki oczne zapadają się po pięciu
minutach od wyzionięcia ducha. Ten akurat szczegół zna mało kto. Pięć minut po śmierci oczy
robią się płaskie i mętnoszare. Ciało zaczyna się kurczyć. Człowiek robi się mniejszy. Poppy juŜ
jest taka malutka...
Zawsze się bał, Ŝeby nie zrobić jej krzywdy. Wyglądała na bardzo kruchą, a on, gdyby był
nieostroŜny, mógł skrzywdzić kogoś o wiele silniejszego. Między innymi dlatego utrzymywał
między nimi dystans.
To jeden z powodów. Nie najwaŜniejszy.
Innym było coś, czego nic potrafił ubrać w słowa, nawet przed samym sobą. ZbliŜał się do
tego, co zakazane. Ale musiał przestrzegać zasad, które wpajano mu od urodzenia.
Ludziom nocy nic wolno się zakochać w człowieku. Karą za przekroczenie prawa jest śmierć.
W tej chwili to nie miało znaczenia. Wiedział, co musi zrobić. Dokąd jechać.
Wylogował się z Internetu. Był opanowany i myślał racjonalnie. Wstał, wziął okulary
przeciwsłoneczne i wsunął je na nos. Wyszedł na bezlitosne czerwcowe słońce, zatrzaskując za
sobą drzwi.
Poppy z nieszczęśliwą miną rozejrzała się po pomieszczeniu. W zasadzie nie wyglądało tak
strasznie poza tym, Ŝe było za zimne... no ale to w końcu szpital. Taka prawda kryła się za ład-
nymi niebiesko-róŜowymi zasłonkami, telewizją sieciową i menu kolacji ozdobionym postaciami
z bajek. Wiadomo Ŝe tutaj człowiek ląduje tylko wtedy, gdy jest naprawdę cięŜko chory.
Oj, przestań, zganiła siebie. Rozchmurz się trochę. Co się stało z mocą Poppytywnego
myślenia? Gdzie się podziała Poppyanna, kiedy jest ci potrzebna? Gdzie Mary Poppyns?
BoŜe! JuŜ sama siebie usiłuję rozbawić, pomyślała.
Uśmiechnęła się blado, mimo Ŝe niewiele ją bawiło. Pielęgniarki były miłe, a łóŜko bardzo
wygodne. Z boku miało pilota, którym ustawiało się materac w kaŜdej moŜliwej pozycji.
Akurat kiedy się nim bawiła, weszła matka.
- Złapałam Cliffa. Przyjedzie tu później. Chyba powinnaś się przebrać do badań.
Poppy spojrzała na swój szpitalny szlafrok z krepy w niebiesko-białe paski i poczuła bolesny
spazm, promieniujący od Ŝołądka do pleców. W najgłębszym zakamarku duszy pomyślała:
Proszę, jeszcze nie teraz. Nigdy nie będę gotowa.
James podjechał integrą na parking przy Ferry Street, niedaleko Stoneham. To nie była
przyjemna część miasta. Turyści zwiedzający Los Angeles omijali tę okolicę.
Zrujnowany budynek, kilka opustoszałych pięter, okna zabite dyktą, graffiti na ścianach z
pustaków pokrytych wyblakłą farbą.
Nawet smog wydawał się tu gęstszy. Powietrze było Ŝółte i mdłe. Jak trujące wyziewy, nawet
najjaśniejszy dzień oblekało w szarość. Wszystko wyglądało nierealnie i złowieszczo.
OkrąŜył budynek. Z tyłu znajdowały się drzwi na zaplecze sklepów. Na jednych nie było
graffiti. Na szyldzie nad nimi zamiast napisu narysowano czarny kwiat.
Czarny irys.
Zapukał. Drzwi uchyliły się na kilka centymetrów, a przez szparę wyjrzał kościsty dzieciak w
pogniecionej koszulce, z zaspanymi oczami.
- To ja. Ulf - powiedział, opierając się pokusie, Ŝeby otworzyć drzwi kopniakiem. Ach. te
wilkołaki, pomyślał. Dlaczego muszą tak bronić swojego terytorium?
Drzwi otworzyły się tylko na tyle. Ŝeby James mógł wejść do środka. Kościsty chłopak
wystawił głowę na zewnątrz, rozejrzał się podejrzliwie, potem zatrzasnął drzwi
- Najlepiej idź obsikaj swój rewir - rzucił James przez ramię.
Miejsce przypominało kawiarenkę. W mrocznym pomieszczeniu jeden przy drugim stały
okrągłe stoliki. Na drewnianych krzesłach siedziało kilkoro nastolatków. Z tyłu sali dwóch
chłopaków grało w bilard.
James podszedł do stolika, przy którym siedziała dziewczyna. Zdjął okulary przeciwsłoneczne
i usiadł.
-
Cześć. Gisele.
Podniosła wzrok. Miała ciemne włosy i niebieskie oczy. Skośne, tajemnicze, obrysowane
czarną konturówką - w stylu staroŜytnego Egiptu.
Wyglądała jak czarownica i to nie był zbieg okoliczności.
- James. Tęskniłam za tobą. - Mówiła cichym, chropawym głosem. - Co słychać? - Wzięła ze
stołu niezapaloną świeczkę i energicznie machnęła dłońmi, jakby uwalniała uwięzionego ptaka.
Knot świeczki zapłonął. - Wyglądasz wspaniale, jak zwykle. - Uśmiechnęła się do niego w
rozedrganym złotym świetle.
-
Ty teŜ. Prawdę mówiąc, sprowadza mnie tu interes.
Uniosła brew.
-
Chyba jak zawsze?
- Tym razem to coś innego. Chcę cię prosić... o profesjonalną opinię w pewnej kwestii.
RozłoŜyła szczupłe dłonie, połyskując w blasku świecy srebrnymi paznokciami. Na palcu
wskazującym miała pierścień z czarną dalią.
-
Moja moc jest do twojej dyspozycji. Chcesz kogoś przekląć? A moŜe przyciągnąć szczęście i
powodzenie? Bo zaklęcia miłosne nie są ci potrzebne.
-
Potrzebuję czaru który wyleczy chorobę. Nie wiem, czy musi być dostosowany do choroby,
czy podziała coś bardziej ogólnego. Jakieś ogólne zaklęcie dla zdrowia...
-
James - Roześmiała się leniwie, połoŜyła dłoń na jego dłoni i lekko ją potarła. - Jesteś mocno
zdenerwowany, prawda? Nigdy cię takiego nie widziałam.
To fakt, zupełnie stracił głowę. Przywołał się do porządku.
- O jakiej konkretnie chorobie mówimy? - spytała, bo James się nie odezwał.
-
O raku.
Odrzuciła głowę do tylu i się roześmiała
- Chcesz, powiedzieć, Ŝe tacy jak ty mogą mieć raka? Nie wierzę. Mów co chcesz, ale nie
próbuj mnie przekonywać, Ŝe lamie chorują na ludzkie choroby.
To była najtrudniejsza część.
- Nie chodzi o osobę taką jak ja ani jak ty. To człowiek - powiedział cicho.
Uśmiech Gisele zniknął.
-
Ktoś z zewnątrz? - Jej głos nie był juŜ leniwy ani chropawy. - Obcy? Oszalałeś, James?
-
Ona nie wie nic o mnie ani o świecie nocy. Nie zamierzam łamać zasad. Chce tylko, Ŝeby
była zdrowa.
-
Jesteś pewien, Ŝe juŜ nie złamałeś zasad? - Jej skośne niebieskie oczy przesunęły się na jego
twarz. - Na pewno się w niej nie zakochałeś? - dodała szeptem, bo James sprawiał wraŜenie, Ŝe
zupełnie nie rozumie, o co jej chodzi.
Zmusił się. Ŝeby wytrzymać badawcze spojrzenie.
- Nie mów tak. Chyba Ŝe chcesz konfrontacji - odezwał się spokojnie, ale groźnie.
Gisele odwróciła wzrok. Bawiła się pierścionkiem. Płomień świecy zamigotał i zgasł.
-
James, znam cię od dawna - powiedziała nie podnosząc wzroku. - Nie chcę, Ŝebyś wpakował
się w kłopoty. Wierzę ci. skoro twierdzisz, Ŝe nie złamałeś zasad, ale lepiej zapomnijmy o tej
rozmowie. Po prostu wyjdź, a ja będę udawać, Ŝe nigdy nie zamieniliśmy na ten temat ani słowa.
-
A zaklęcie?
-
Nie ma takiego zaklęcia. A nawet jeśli, na pewno bym ci nie pomogła. Idź.
Wyszedł.
Wpadł mu do głowy jeszcze jeden pomysł. Pojechał do Brentwood. Okolica róŜniła się od
poprzedniej jak diament od węgla. Zatrzymał samochód na zadaszonym parkingu przy
osobliwym ceglanym budynku z fontanną. Po ścianach, aŜ na hiszpańską dachówkę, pięła się
czerwona i fioletowa bugenwilla.
Przeszedł pod łukiem na dziedziniec i znalazł się przed biurem ze złotym napisem na
drzwiach. Doktor Jasper J. Rasmussen. Jego ojciec był psychoterapeutą.
Nic zdąŜył wyciągnąć ręki do klamki, bo drzwi otworzyły się i z budynku wyszła kobieta.
Typowa klientka ojca - po czterdziestce, bogata, w designerskim dresie i sandałach na obcasach.
Wyglądała na lekko otumanioną i rozespaną, a na szyi miała dwie małe, szybko gojące się
punktowe ranki.
James wszedł do biura. Miało poczekalnię, ale bez recepcjonistki. Z gabinetu dobiegała
muzyka Mozarta. Zapukał.
- Tato?
W drzwiach stanął przystojny ciemnowłosy męŜczyzna, w doskonale skrojonym szarym
garniturze i koszuli z mankietami na spinki. Wyczuwało się w nim siłę i stanowczość.
Ale nie ciepło.
-
Co jest. James? - spytał takim tonem, jakim zwracał się do klientów: uwaŜnym, wywaŜonym
i uprzejmym.
-
Masz minutę?
Ojciec spojrzał na roleksa.
-
Następny klient przychodzi za pół godziny.
-
Muszę z tobą porozmawiać.
Ojciec spojrzał na niego surowo i wskazał tapicerowany fotel. James usiadł na samym brzegu
- Co jest?
James szukał odpowiednich słów. Wszystko zaleŜy od tego. czy ojciec go zrozumie. Ale jakie
słowa będą odpowiednie? Postawił na brutalną szczerość.
-
Chodzi o Poppy - Od jakiegoś czasu choruje, podejrzewają nowotwór.
-
Przykro mi to słyszeć. - Doktor Rasmussen sprawiał wraŜenie zaskoczonego, jednak w jego
glosie nie było smutku.
-
To rak. Niesamowicie bolesny i prawie w stu procentach nieuleczalny.
-
Szkoda. - W glosie ojca znów dało się słyszeć tylko lekkie zaskoczenie.
James nagle zrozumiał, skąd ono wynika. Ojca nie dziwiło, Ŝe Poppy jest chora, ale to, Ŝe
James wybrał się do niego, Ŝeby o tym powiedzieć.
- Tato. jeśli to rak, ona umrze. To dla ciebie nic nie znaczy?
Doktor Rasmussen splótł palce i wpatrywał się w rudawy blat mahoniowego biurka.
- James, juŜ to przerabialiśmy - mówił powoli i stanowczo. - Wiesz, Ŝe twoja matka i ja
martwimy się, Ŝe za bardzo się zbliŜyłeś do Poppy. Za bardzo... się z nią związałeś.
James poczuł nagły przypływ głuchej wściekłości.
-
Tak jak z panną Emmy?
Ojciec nawet nie mrugnął.
-
Mniej więcej.
James odpędził obrazy, które zaczęły pojawiać się w jego myślach. Nie moŜe teraz myśleć o
pannie Emmie, musi być bezstronny. Inaczej nie przekona ojca.
- Tato, znam Poppy cale Ŝycie. Potrzebuję jej.
- Po co? Nie w celach oczywistych. Chyba nigdy nie piłeś jej krwi, co?
James z trudem przełknął ślinę, czując mdłości. Pić krew Poppy? Tak ją wykorzystywać? Na
samą myśl o tym zrobiło mu się niedobrze
-
Tato, ona jest moją przyjaciółką - Przestał się silić na obiektywizm. - Po prostu nie mogę
patrzeć, jak cierpi. Nie mogę. Muszę coś zrobić.
-
Rozumiem. - Twarz ojca się rozjaśniła.
-
Rozumiesz? - Jamesowi zakręciło się w głowie od niespodziewanego poczucia ulgi.
- James, czasami nic nie poradzisz na pewien przypływ... współczucia dla ludzi. W innym
wypadku bym tego nie przyznał, ale znasz Poppy długo. śal ci, Ŝe cierpi. JeŜeli chcesz, Ŝeby
cierpiała krócej.. tak, potrafię to zrozumieć.
Poczucie ulgi prysnęło jak bańka mydlana. James wpatrywał się w ojca przez kilka sekund.
-
Zabójstwo z litości? Myślałem, Ŝe Starsi zakazali zabójstw na tym terenie.
-
Zachowaj rozsądek i dyskrecję. Nie będzie trzeba angaŜować w to Starszych.
James poczuł metaliczny smak w ustach. Wstał i roześmiał się lekko.
-
Dzięki tato. Naprawdę bardzo mi pomogłeś. Ojciec najwyraźniej nie usłyszał
sarkazmu.
-
Cieszę się, James. A przy okazji, jak tam mieszkanie?
-
Dobrze - odpowiedział nieobecnym głosem James.
-
A w szkole?
-
Są wakacje, tato - rzucił i wyszedł.
Na dziedzińcu oparł się o ceglany mur i wpatrywał w pluskającą fontannę.
Skończyły mu się pomysły. Skończyła się nadzieja. Trzeba się trzymać zasady świata mocy.
JeŜeli Poppy naprawdę ma raka, to umrze.
Rozdział 4
Kiedy Poppy bez apetytu wpatrywała się w tacę z kolacją - kawałki kurczaka i frytki, do sali
wszedł doktor Franklin.
Badania miała juŜ za sobą. Tomografia okazała się nie taka najgorsza poza tym, Ŝe mogła
przyprawić o klaustrofobię, ale ERCP było straszne. Poppy czuła w gardle nieistniejącą rurkę za
kaŜdym razem, kiedy przełykała ślinę.
- Gardzisz takim wykwintnym szpitalnym posiłkiem - zaŜartował ostroŜnie lekarz. Zdobyła się
na uśmiech.
Mówił o rzeczach bez znaczenia. Ani słowa o wynikach badań, a Poppy nie miała pojęcia,
kiedy moŜna się ich spodziewać. Jednak wobec doktora Franklina była podejrzliwa. Coś
wzbudzało jej niepokój – to, Ŝe delikatnie pogłaskał jej stopę pod kołdrą, a moŜe jego podkrąŜone
oczy...
Kiedy od niechcenia zaprosił jej matkę „na mały spacer po korytarzu”, utwierdziła się w
podejrzeniach.
Powie jej. Ma wyniki, ale nie chce, Ŝebym wiedziała.
W jednej chwili w jej głowie zrodził się plan.
- Idź. Mamo, jestem trochę śpiąca. - Ziewnęła. PołoŜyła się i zamknęła oczy.
Jak tylko wyszli, wyskoczyła z łóŜka. Obserwowała ich oddalające się plecy na korytarzu.
Poszła za nimi cicho w samych skarpetkach.
Kilka minut postała przy dyŜurce pielęgniarek.
- Chciałam rozprostować nogi - wyjaśniła, kiedy pielęgniarka spojrzała na nią pytająco.
Musiała udawać, Ŝe tak sobie spaceruje, i dopiero kiedy pielęgniarka poszła do jednej z sal,
szybko ruszyła dalej korytarzem.
Na końcu znajdowała się poczekalnia. Widziała ją juŜ wcześniej Był tam telewizor i sprzęt
kuchenny, Ŝeby oczekującym krewnym zapewnić komfortowe warunki. Poppy podeszła na
palcach do uchylonych drzwi. Słyszała głos doktora Franklina, ale nie wyłapywała słów.
Bardzo ostroŜnie podeszła bliŜej. Zaryzykowała i zajrzała do środka.
Od razu się zorientowała, Ŝe nie musi szczególnie uwaŜać. Wszyscy byli pochłonięci
rozmową.
Na jednej kanapie siedział doktor Franklin. Obok niego Afroamerykanka w okularach z
łańcuszkiem, w białym fartuchu lekarskim.
Na drugiej kanapie - ojczym Poppy, Cliff. Zwykle idealnie ułoŜone ciemne włosy miał lekko
rozczochrane, a na ogól nieruchoma jak skała szczęka ciągle drgała. Ramieniem obejmował Ŝonę.
Doktor Franklin mówił do obojga, trzymając matkę za rękę.
Matka szlochała.
Poppy odsunęła się od drzwi.
O BoŜe. Mam raka.
Nigdy wcześniej nic widziała, Ŝeby matka płakała. Ani kiedy umarła babcia, ani w trakcie
rozwodu z ojcem. Matka była specjalistką od radzenia sobie ze wszystkim. Poppy nie znała
drugiej tak twardej osoby.
A teraz...
Mam go. To pewne, bez dwóch zdań.
Ale moŜe nie jest aŜ tak źle? Mama przeŜyła szok, dobra, to normalne. Ale to wcale nie
znaczy od razu, Ŝe umrę. Stoi za mną cała współczesna medycyna.
Powtarzała to sobie, oddalając się od poczekalni.
Nie zdąŜyła jednak odejść w porę. Jeszcze usłyszała zmieniony, zbolały głos matki.
-
Moje dziecko. Och, moja mała dziewczynka.
Poppy zamarła.
- Chce mi pan powiedzieć, Ŝe nie ma ratunku? - odezwał się Cliff głośno i ze złością.
Poppy nie czuła własnego oddechu. Mimowolnie wróciła do drzwi.
- Doktor Loftus jest onkokigiem, ekspertem jeśli chodzi o ten rodzaj raka. Wytłumaczy to
państwu lepiej niŜ ja - oznajmił doktor Franklin.
Wtedy włączył się nowy glos drugiej lekarki Z początku Poppy wyłapywała tylko strzępy
zdań, które nic jej nie mówiły: adenocacrinoma, niedroŜność Ŝył nerkowych, stadium trzecie.
Medyczny Ŝargon.
-
Ujmując rzecz prościej - powiedziała w końcu doktor Loftus - ... problem w tym, Ŝe rak się
rozprzestrzenił. Są przerzuty w wątrobie i naczyniach limfatycznych wokół trzustki. To znaczy,
Ŝ
e jest nieresekcyjny, nie moŜemy operować.
-
Ale chemioterapia... - zaczął Cliff.
-
Spróbujemy połączyć naświetlanie i chemioterapię substancją zwaną 5-fluorouracil. Daje
pewne rezultaty. Ale nic będę państwa oszukiwać. W najlepszym przypadku przedłuŜy chorej
Ŝ
ycie o kilka tygodni. Na tym etapie szukamy środków paliatywnych. Ŝeby zmniejszyć ból i Ŝeby
czas. który jej został, przeŜyła jak najlepiej. Rozumieją państwo?
Tłumiony szloch matki. Poppy nie była w sianie się ruszyć. Miała wraŜenie, Ŝe słucha radia.
Jakby to zupełnie jej nie dotyczyło.
- Tu, w południowej Kalifornii, prowadzi się pewne programy badawcze. Eksperymenty z
immunoterapią i chirurgią kriogeniczną. Ale powtarzam, mówimy o metodach paliatywnych, nie
o leczeniu...
-
Do jasnej cholery! - wybuchnął Cliff. - Tu chodzi o młodą dziewczynę! Jak to moŜliwe, Ŝe
doszło do... do trzeciego stadium i nikt tego nie zauwaŜył? PrzecieŜ dwa dni temu tańczyła przez
całą noc!
-
Przykro mi, panie Hilgard. - Doktor Loftus mówiła tak łagodnie, Ŝe Poppy ledwie słyszała jej
słowa. - To rak bezobjawowy. Symptomy pojawiają się dopiero, kiedy choroba jest bardzo
zaawansowana. Dlatego wskaźnik przeŜycia jest tak niski. Muszę państwu powiedzieć, Ŝe Poppy
jest drugim nastolatkiem, u którego widzę ten rodzaj nowotworu. Doktor Franklin postawił
bardzo trafną wstępną diagnozę.
-
Powinnam była wiedzieć - wychrypiała matka - Powinnam przyprowadzić ją wcześniej...
Powinnam...
Rozległ się łomot. Poppy odruchowo zajrzała przez drzwi. Matka jak opętana waliła pięściami
w stół z formiki. Cliff usiłował ją powstrzymać.
Poppy się wycofała.
O BoŜe. Muszę stad iść. Nie chcę tego widzieć. Nie mogę na to patrzeć.
Ruszyła z powrotem przez korytarz. Jej nogi poruszały się. Jak zwykle. Zadziwiające, Ŝe
normalnie funkcjonują.
Dookoła nic się nie zmieniło. DyŜurka pielęgniarek jeszcze udekorowana z. okazji czwartego
lipca. Na wyściełanym siedzisku okiennym w jej sali nadal leŜy walizka. Drewniana podłoga
ciągle jest twarda.
Wszystko takie samo jak wcześniej. Jak to moŜliwe? Jakim cudem ściany nadal stoją? Jakim
cudem w sąsiedniej sali ryczy telewizor?
Umrę, pomyślała Poppy.
Dziwne, ale nie była przeraŜona. Czuła tylko niebywale zaskoczenie, które narastało z kaŜdą
myślą, przerywaną tym jednym słowem.
To moja wina, bo (umrę) nie poszłam wcześniej do lekarza.
Cliff przeze mnie powiedział: „do jasnej cholery" (umrę). Nie wiedziałam, Ŝe aŜ tak mnie lubi,
Ŝ
eby zakląć.
Myśli wirowały jak oszalałe.
Umrę przez coś, co siedzi we mnie, jak obcy w filmie. To jest we mnie teraz. Teraz.
PołoŜyła dłonie na brzuchu i zadarła koszulkę. Skóra była gładka, nieskazitelna. śadnego
bólu.
Ale to tam jest i przez to umrę. Niedługo. Ciekawe, jak szybko? Nie słyszałam, jak o tym
mówili.
Potrzebuję Jamesa.
Sięgając po telefon, miała wraŜenie, Ŝe ręka jest odłączona od ciała. Wybrała numer,
powtarzając w myślach: „Proszę, bądź".
Tym razem nie zadziałało. Telefon dzwonił i dzwonił. Po sygnale Poppy zostawiła
wiadomość: „oddzwoń do mnie do szpitala ". Rozłączyła się i wpatrywała w plastikowy dzban
lodowatej wody przy łóŜku.
Wróci i do mnie zadzwoni. Muszę tylko wytrzymać do tego czasu.
Nagle to stało się jej celem. Wytrzymać do rozmowy z Jamesem. Do tego czasu nie musi
myśleć o niczym, wystarczy, Ŝe przeŜyje. Dopiero potem się zastanowi, co powinna czuć i co
powinna zrobić.
Rozległo się delikatne pukanie do drzwi. Przestraszona Poppy uniosła wzrok; zobaczyła matkę
i Cliffa. Przez chwilę była w stanic skupić się tylko na ich twarzach i odnosiła dziwne wraŜenie,
Ŝ
e głowy unoszą się w powietrzu.
Matka miała czerwone, zapuchnięte oczy. Cliff był biały jak kreda, co podkreślało ciemny
zarost na twarzy.
O mój BoŜe, czyŜby zamierzali mi powiedzieć? Nic mogą. Nie mogą kazać mi tego słuchać.
Poppy poczuła nieodpartą chęć ucieczki. Była na skraju paniki.
- Kochanie, przyszło do ciebie kilkoro przyjaciół - powiedziała matka - Phil powiedział im. Ŝe
jesteś w szpitalu, no i właśnie są.
James, pomyślała Poppy i coś chwyciło ją za serce. Ale Jamesa nie było wśród osób
tłoczących się w drzwiach. Stały tam głównie dziewczyny ze szkoły.
Nic nie szkodzi. Zadzwoni później. Nie musisz teraz o tym myśleć.
Zresztą przy tylu gościach nawet nie dało się myśleć. I dobrze. Nie do wiary, Ŝe potrafiła tak z
nimi siedzieć i gadać, chociaŜ duchem była dalej niŜ Neptun. A jednak rozmawiała i dzięki temu
mogła wyłączyć umysł.
Nikt nie miał pojęcia, Ŝe jest powaŜnie chora. Nawet Phil, który z zapałem okazywał braterską
miłość. Rozmawiali o zwykłych rzeczach, o imprezach, rolkach, muzyce i ksiąŜkach. O rzeczach
z dawnego Ŝycia Poppy, które nagle oddaliło się o sto lat.
Cliff odnosił się do niej milej niŜ wtedy, kiedy zalecał się do matki.
Goście w końcu wyszli, została tylko matka. Co chwilę dotykała córki lekko drŜącymi dłońmi
Nawet gdybym nie wiedziała, tobym się domyśliła, pomyślała Poppy. Mama zachowuje się
zupełnie inaczej niŜ zwykle.
- Chyba zostanę na noc – oznajmiła. Nie bardzo jej się udał beztroski ton. - Pielęgniarka
powiedziała, Ŝe mogę spać na siedzeniu przya oknie, bo to właściwie leŜanka dla rodziców.
Zastanawiam się tylko, czy nie wpaść do domu po kilka rzeczy.
- Jasne, jedź. - Poppy nie mogła powiedzieć nic innego, jeŜeli nadal chciała udawać, Ŝe nie
wie. Poza tym, mama na pewno potrzebuje trochę czasu dla siebie z daleka od szpitala.
Jak tylko matka wyszła, pielęgniarka w bluzce w kwiaty i szpitalnych spodniach zmierzyła
Poppy gorączkę i ciśnienie. I zostawiła Poppy samą.
Zrobiło się późno. Z daleka nadal dochodziły odgłosy telewizji. Przez uchylone drzwi widać
było korytarz, pogrąŜony w mroku. Na oddziale najwyraźniej zapanowała cisza nocna.
Poppy czuła się bardzo samotna, a ból poŜerał ją głęboko od środka. Spod gładkiej skóry
brzucha dawał o sobie znać rak.
Najgorsze, Ŝe James nie zadzwonił. Jak mógł. Chyba wic, Ŝe go potrzebuję?
Jak długo jeszcze uda jej się nie myśleć o nadchodzącej śmierci.
MoŜe powinna postarać się zasnąć. Wyłączyć świadomość. Wtedy nie będzie mogła myśleć.
Kiedy tylko zgasiła światło i zamknęła oczy, wokół niej roztańczyły się duchy. Nie obrazy
ładnej łysej dziewczyny, ale szkielety. Trumny. A najgorsza ze wszystkiego była nieskończona
ciemność.
JeŜeli umrę, nie będzie mnie tutaj. Ale czy w ogóle gdzieś będę? Czy po prostu nie będzie
mnie wcale
To najbardziej przeraŜająca rzecz, jaka kiedykolwiek przyszła jej do głowy. Niebycie. Zaczęła
o tym myśleć i nie mogła nic na to poradzić. Straciła panowanie. Zaczął ją zŜerać potworny
strach, przyprawiający o dreszcze pod sztywną poszwą i cienkim kocem. Umrę, umrę. umrę...
- Poppy.
Otworzyła oczy. Przez sekundę nie rozpoznawała czarnej postaci w ciemnym pokoju.
Przemknęła jej szalona myśl: oto przyszła śmierć we własnej osobie.
-
James?
-
Nie wiedziałem, czy śpisz.
Wyciągnęła rękę do przycisku przy łóŜku, Ŝeby włączyć światło.
- Nie. nie zapalaj poprosił - Musiałem przemknąć obok pielęgniarek, nie chcę Ŝeby mnie
wyrzuciły.
Poppy z trudem przełknęła ślinę, zaciskając dłonie na fałdzie koca.
- Cieszę się, Ŝe jesteś - powiedziała. - Myślałam, Ŝe juŜ nie przyjdziesz - Tak naprawdę
pragnęła rzucić mu się w ramiona, szlochać i krzyczeć.
Ale nie zrobiła lego. Nie dlatego, Ŝe nigdy wcześniej tak się nie zachowywała. Powstrzymało
ją coś w Jamesie. Coś nieuchwytnego, a jednak niemal... przeraŜającego.
To, jak stoi? To, Ŝe nie widzi jego twarzy? Wiedziała tylko, Ŝe nagle wydał jej się obcy.
Odwrócił się i bardzo ostroŜnie zamknął cięŜkie drzwi.
Ciemność. Jedyne światło wpadało przez okno. Poppy czuła się dziwnie odcięta od reszty
szpitala, od reszty świata.
Przebywanie sam na sam z Jamesem powinno być miłe. Gdyby nie to przejmujące uczucie, Ŝe
jest jakiś inny.
-
Znasz wyniki - powiedział cicho. To nie było pytanie.
-
Mama nie wie. Ŝe wiem - odparła. Skąd się biorą takie sensowne słowa, skoro ma ochotę
tylko krzyczeć? - Podsłuchałam, jak doktor mówił... James, mam go. I... to zły rodzaj raka
Podobno juŜ są przerzuty. I chyba... - Nie mogła wydobyć z siebie ostatniego stówa, chociaŜ
skrzeczało jej w myślach.
-
Umrzesz - powiedział James. Wydawał się cichy i skupiony. Nieobecny. - Przeczytałem o
tym. - Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Wiem, Ŝe jest groźny. Piszą, Ŝe powoduje wielki
ból.
-
James. - Poppy westchnęła.
-
Czasami operują, tylko po to, Ŝeby zmniejszyć cierpienie. Ale niewaŜne, co zrobią, i tak cię
nie uratują. Chemia, naświetlania nic nie dadzą, umrzesz. Pewnie zanim skończy się lato.
-
James...
-
To twoje ostatnie lato.
-
James, zmiłuj się! - To był niemal krzyk, Poppy łapczywie nabierała powietrza, ściskając
koc. - Czemu mi to robisz?
Odwrócił się i jednym ruchem złapał ją za nadgarstek. Chcę, Ŝeby do ciebie dotarło, Ŝe oni ci nie
pomogą - powiedział wzburzony, - Rozumiesz?
-
Tak, rozumiem. - Poppy słyszała narastającą histerię w swoim głosie. - Przyszedłeś mi to
powiedzieć? Chcesz mnie zabić.
-
Nie! - jego palce zacisnęły się boleśnie, - Chcę cię uratować. - Wypuścił powietrze i
powtórzył to ciszej, ale równie stanowczo. - Chcę cię uratować. Poppy.
Przez kilka chwil skupiała się na tym, Ŝeby regularnie oddychać. Robiła wszystko, Ŝeby nie
wybuchnąć płaczem.
-
Ale nie jesteś w stanie - odezwała się w końcu. - Nikt nie jest w stanie.
-
Tu się mylisz. - Powoli oswobodził jej nadgarstek i ścisnął metalową poręcz łóŜka. – Poppy,
muszę ci coś wyznać. O sobie.
- James... - Zabrakło jej słów. Miała wraŜenie, Ŝe po prostu zwariował, W pewnym sensie,
gdyby wszystko inne nie było tak okropne, potraktowałaby to jako komplement. James przez nią
wpadł w popłoch. Tak się przejął jej chorobą, Ŝe całkiem oszalał. - Tobie naprawdę na mnie
zaleŜy - wyszeptała ze śmiechem i szlochem jednocześnie. PołoŜyła dłoń na jego dłoni, na
poręczy łóŜka.
On teŜ roześmiał się krótko. Chwycił mocno jej dłonie, a później odsunął od siebie.
- Ty nic nie rozumiesz - powiedział spiętym głosem. - Wydaje ci się, Ŝe wiesz o mnie
wszystko... - ciągnął, wyglądając przez okno. - A jednak nie wiesz czegoś bardzo waŜnego.
Poppy czuła się jak sparaliŜowana. Nie mogła pojąć, dlaczego James nawija o sobie. skoro
ona umiera. Ale zdobyła się na wyrozumiałość.
-
MoŜesz mi powiedzieć wszystko, PrzecieŜ wiesz.
-
Nie uwierzysz. Nie mówiąc o tym, Ŝe złamię zasady.
-
Złamiesz prawo?
-
Zasady. Mnie obowiązują inne przepisy niŜ ciebie. Ludzkie prawa niewiele dla nas znaczą,
ale nasze własne są nieubłagane.
-
James... - Poppy oniemiała ze strachu. On naprawdę stracił głowę.
-
Nie wiem. jak to powiedzieć. Czuję się jak bohater kiepskiego horroru. - Wzruszył
ramionami. - Wiem. jak to brzmi, ale,... - zaczął, nie odwracając się. - Poppy, jestem wampirem.
Przez chwilę siedziała bez ruchu. Nagle rzuciła się do stolika przy łóŜku. Zacisnęła palce na
stosie małych misek w kształcie półksięŜyca i cisnęła w niego wszystkimi.
- Bydlaku! - wrzasnęła i znów sięgnęła po coś, Ŝeby rzucić.
Rozdział 5
James uchylił się, kiedy Poppy celowała w niego ksiąŜką. - Poppy...
-
Ty gnojku! Padalcu! Jak moŜesz mi to robić? Ty zepsuty, samolubny, niedojrzały...
-
Cśśś... Usłyszą cię...
-
Niech słyszą! Jestem w szpitalu, dopiero co się dowiedziałam, Ŝe umrę, a tobie w głowie głupie
kawały. Durne, obrzydliwe kawały. Po prostu nie wierzę. Myślisz, Ŝe to śmieszne? - Z
wściekłości zabrakło jej tchu.
James, który machał rękami, Ŝeby ją uciszyć, zamarł i spojrzał w stronę drzwi.
-
Pielęgniarka tu idzie - powiedział.
-
I dobrze, poproszę ją, Ŝeby cię wyrzuciła - odparła Poppy. Złość opadła, doprowadzając ją
prawie do łez. Nigdy w Ŝyciu nie czuła się tak strasznie zdradzona i samotna. - Wiesz co?
Nienawidzę cię.
W drzwiach stanęła pielęgniarka w bluzce w kwiaty i szpitalnych zielonych spodniach.
-
Co tu się dzieje? - spytała, włączając światło. Dostrzegła Jamesa. - No, no, chyba nie jesteś z
rodziny. - Uśmiechała się, ale w jej głosie słychać było autorytet, którego zaraz miała uŜyć.
-
Nie jest i chcę, Ŝeby stąd wyszedł - oznajmiła Poppy. Pielęgniarka poprawiła poduszki i
delikatnie połoŜyła dłoń na czole Poppy.
- Tylko członkowie rodziny mogą zostawać na noc - zwróciła się do Jamesa.
Poppy wpatrywała się w telewizor i czekała, aŜ James wyjdzie. Nie wyszedł. Obszedł łóŜko i
stanął przy pielęgniarce. Ta zadarła głowę, Ŝeby na niego spojrzeć, nie przestając poprawiać
pościeli. Nagle jej dłonie zwolniły i znieruchomiały.
Poppy rozejrzała się zdumiona. Pielęgniarka wpatrywała się w Jamesa. Dłonie trzymała
nieruchomo na kołdrze i patrzyła na niego jak zaczarowana.
A James wpatrywał się w nią. Przy włączonym świetle Poppy widziała jego twarz i znów
miała dziwne wraŜenie, Ŝe go nic poznaje. Był bardzo blady i wyglądał niemal srogo, jakby robił
coś, co wymaga nie lada wysiłku. Miał zaciśnięte zęby, a oczy nabrały barwy srebra.
Prawdziwego, mieniącego się w świetle. Przypominał wygłodniałą panterę.
-
JuŜ pani wie, Ŝe nic złego się tu nie dzieje - powiedział zupełnie spokojnie. Kobieta
zamrugała i rozejrzała się po sali, jakby właśnie obudziła się z drzemki.
-
Tak, tak, wszystko w porządku - wymamrotała. - Zawołaj mnie, gdybyś... - Znów
wyglądała na trochę nieobecną. -
- gdybyś, hm... czegoś potrzebowała - wyszeptała w końcu.
Wyszła, Poppy przyglądała się jej z zapartym tchem. Potem powoli, poruszając tylko oczami,
spojrzała na Jamesa.
-
Wiem, Ŝe to banał - westchnął James. - Demonstracja mocy. Ale zadziałało.
-
Uknułeś to z nią - wyszeptała Poppy.
-
Nie.
-
W takim razie to jakaś psychologiczna sztuczka. Zadziwiające coś tam.
-
Nie. - James usiadł na pomarańczowym plastikowym krześle.
-
Więc zwariowałam. - Po raz pierwszy tego wieczoru Poppy nie myślała o swojej chorobie. Nie
mogła się skupić, bo jej myśli wirowały chaotycznie. Miała wraŜenie, Ŝe jest jak dom porwany
przez tornado.
-
Nie zwariowałaś. Pewnie źle się do tego zabrałem. Mówiłem, Ŝe nie wiem, jak to wytłumaczyć.
Rozumiem, Ŝe trudno ci uwierzyć. Wszystko jest tak zorganizowane, Ŝeby ludzie nie wierzyli. Od
tego zaleŜy nasze Ŝycie.
- James, przepraszam, po prostu...- Poppy drŜały ręce. Zamknęła oczy. - MoŜe powinieneś
lepiej...
- Poppy, spójrz na mnie. Mówię prawdę. Przysięgam. - Przez chwilę obserwował jej minę, w
końcu westchnął. - Dobra. Nie zamierzałem tego robić, ale...
Wstał i pochylił się nad Poppy. Nie skrzywiła się, ale czuła, Ŝe oczy otwierają jej się szeroko.
- Popatrz. - Odsłonił zęby.
Prosta czynność, zaskakujący skutek. Transformacja. W jednej chwili zmienił się z bladego,
ale dość zwykłego Jamesa, w coś, czego nigdy wcześniej nic widziała - inne ludzkie stworzenie.
Jego oczy migotały srebrem, a cała twarz nabrała drapieŜnego wyglądu. Poppy prawie tego nie
zauwaŜyła. Przyglądała się jego zębom.
Nie zębom. Kłom. Miał kły jak kot. WydłuŜone, zagięte, ostro zakończone. Zupełnie nie
przypominały sztucznych zębów wampira sprzedawanych w sklepach z gadŜetami. Wyglądały na
bardzo mocne, bardzo ostre i bardzo prawdziwe. Poppy krzyknęła. James zakrył jej usta dłonią.
-
Nie chcemy tu znów pielęgniarki.
-
O mój BoŜe. O mój BoŜe - wybełkotała Poppy, kiedy uniósł rękę.
-
Pamiętasz, ile razy mówiłaś, Ŝe czytam w twoich myślach? - odezwał się James. - Pamiętasz,
Ŝ
e słyszałem odgłosy, których nie byłaś w stanie usłyszeć, i Ŝe poruszałem się szybciej niŜ ty?
-
O mój BoŜe...
-
To prawda, Poppy. - Uniósł pomarańczowe krzesło i skręcił jedną metalową nogę. Bez
wysiłku, z lekkością. - Jesteśmy silniejsi niŜ ludzie - wyjaśnił. Przywrócił nodze pierwotny
kształt i odstawił krzesło. - Lepiej widzimy w ciemności. Zostaliśmy stworzeni do polowania.
Poppy w końcu udało się zebrać jedną pełną myśl.
-
NiewaŜne, co potrafisz zrobić - powiedziała przenikliwym głosem. - NiemoŜliwe, Ŝebyś był
wampirem. Znam cię, odkąd miałeś pięć lat. Rosłeś jak ja. Wytłumacz to.
-
Wszystko, co wiesz, to nieprawda. -Westchnął. - O wampirach naczytałaś się w ksiąŜkach albo
naoglądałaś w telewizji - zaczął jeszcze raz. - Wszystko to zostało wymyślone przez ludzi,
zapewniam cię. Nikt ze świata nocy nie zdradziłby tajemnic.
-
Ś
wiat nocy? Gdzie jest ten świat nocy?
-
To nie miejsce. To coś w rodzaju tajnego stowarzyszenia wampirów, czarownic i wilkolaków.
Samych najlepszych stworzeń. Wyjaśnię ci to później - dodał ponuro. - A na razie słuchaj, to
proste. Jestem wampirem, bo moi rodzice są wampirami. Taki się urodziłem. Jesteśmy lamiami.
Poppy była w stanie myśleć tylko o panu i pani Rasmussen, ich luksusowym domu w stylu
rancza i złotym mercedesie.
-
Twoi rodzice?
-
Lamia to dawne określenie wampira, ale dla nas oznacza łych, którzy się takimi urodzili -
ciągnął James. - Rodzimy się i starzejemy jak ludzie, tyle tylko Ŝe proces starzenia moŜemy
zatrzymać, kiedy zechcemy. Oddychamy. Chodzimy w dziennym świetle. MoŜemy nawet Ŝywić
się normalnym jedzeniem.
-
Twoi rodzice... - powtórzyła Poppy słabym głosem. Spojrzał na nią.
-
Tak. Moi rodzice. Słuchaj, jak myślisz, dlaczego moja mama jest dekoratorką wnętrz? Nie dla
pieniędzy. Dzięki temu poznaje wielu ludzi. Tak jak mój tata, psychoterapeuta snobów.
Wystarczy kilka minut sam na sam z człowiekiem, który potem tego nie pamięta.
Poppy poruszyła się niespokojnie.
-
Więc ty pijesz ludzką krew? - Mimo tego, co widziała, nie potrafiła zachować powagi.
James spojrzał na sznurówki swoich adidasów.
-
Tak, oczywiście - odparł łagodnie. Znów popatrzył jej prosto w oczy.
Ź
renice miał koloru czystego srebra.
Poppy oparła się o stos poduszek. MoŜe łatwiej było jej uwierzyć dlatego, Ŝe dziś rano
wydarzyło się w jej Ŝyciu coś niewiarygodnego. Rzeczywistość wywróciła się do góry nogami i,
prawdę mówiąc, jeszcze jedno nieprawdopodobieństwo nie robiło wielkiej róŜnicy. Umrę, a mój
przyjaciel jest krwiopijcą, pomyślała. Sprzeczka wyssała z niej resztki sił. Patrzyli na siebie w
milczeniu.
-
Dobra- powiedziała w końcu; w tym słowie miało zawierać się wszystko, co przed chwilą do
niej dotarło.
-
Nie wyznałem ci tego, Ŝeby sobie ulŜyć - oznajmił James stłumionym głosem. -
Powiedziałem, Ŝe mogę cię uratować, pamiętasz?
-
Jak przez mgłę. - Poppy zamrugała wolno. - Niby jak uratować? - spytała szorstko.
-
Tak jak myślisz. - Jego wzrok powędrował w pustkę.
-
Jamie, ja juŜ nie jestem w stanie myśleć.
Łagodnie, nie patrząc na nią, połoŜył dłoń na jej piszczeli pod kołdrą. Delikatnie, z
czułością, potrząsnął jej nogą.
- Zrobię z ciebie wampira, mała.
Uniosła obie pięści do twarzy i zaczęła płakać.
-
Hej. - Wypuścił łydkę i objął Poppy ramieniem, pomagając jej usiąść. - Przestań. Nic się nie
stało. To lepsze niŜ druga opcja.
-
Jesteś skończonym świrem - szlochała. Łzy, kiedy juŜ zaczęły płynąć, ciekły ciurkiem i nie
mogła ich powstrzymać. Płacz przynosił ulgę, podobnie jak uścisk Jamesa. Czuła, Ŝe jest silny,
Ŝ
e ma w nim wsparcie i Ŝe ładnie pachnie.
-
Mówiłeś, Ŝe takim trzeba się urodzić - dodała niewyraźnie, szlochając.
-
Nie, nie, powiedziałem, Ŝe ja się taki urodziłem. Wielu dopiero stało się wampirami. Byłoby
ich więcej, ale zasady nie pozwalają zamieniać pierwszego lepszego łazęgi w wampira.
-
Ale ja... Jestem tym, kim jestem, sobą. Nie mogę być.. taka.
Odsunął ją delikatnie, Ŝeby móc spojrzeć jej w twarz.
-
Więc umrzesz. Nie masz wyboru. Rozejrzałem się, pytałem nawet czarownicy. W świecie
nocy nie istnieje nic innego, co by ci pomogło. Wszystko sprowadza się do jednego pytania:
chcesz Ŝyć czy nie?
Umysł Poppy, który znów pogrąŜył się w chaosie, nagle .kupił się na tym pytaniu. Było jak
ś
wiatło latarki w czarnym pokoju.
Czy chce Ŝyć?
O BoŜe; jasne, Ŝe tak.
AŜ do dzisiejszego dnia zakładała, Ŝe ma bezwarunkowe prawo do Ŝycia. Nie odczuwała nawet
wdzięczności za ten przywilej. Teraz juŜ zrozumiała, Ŝe nie naleŜy przyjmować tego za rzecz
oczywistą, i wiedziała teŜ, Ŝe o to będzie walczyć.
Obudź się Poppy, wołał jej zdrowy rozsądek. On mówi, Ŝe moŜe uratować ci Ŝycie.
- Poczekaj chwilę. Muszę się zastanowić - powiedziała trzeźwo. Łzy przestały płynąć.
Odsunęła Jamesa od siebie i intensywnie wpatrywała się w białą szpitalną poszwę.
Dobra. Dobra. Myśl logicznie, dziewczyno. Wiedziałaś, Ŝe James skrywa tajemnicę. Nigdy nie
przypuszczałaś, Ŝe to coś takiego. No i co? To nadal James. MoŜe i jest przeraŜającym
krwiopijcą, ale mu na tobie zaleŜy. Nikt inny nie jest w stanie ci pomóc.
Zorientowała się, Ŝe ściska go za rękę.
-
Jak to jest? - spytała przez zaciśnięte zęby, nie patrząc na niego.
-
Inaczej - wyznał spokojnie i rzeczowo. - Nie polecałbym tego, gdyby istniało inne wyjście,
ale... jest w porządku. Kiedy twoje ciało zacznie się zmieniać, będziesz się źle czuć, ale później
nigdy juŜ na nic nie zachorujesz. Będziesz silna, szybka i nieśmiertelna.
-
Nieśmiertelna? A będę mogła zatrzymać swój wiek? - JuŜ widziała się jako wieczną
starowinkę. Skrzywił się.
-
Poppy, przestaniesz się starzeć w jednej chwili. Tak się dzieje się z ludźmi przemienionymi w
wampiry. W zasadzie umrzesz jako śmiertelnik. Będziesz wyglądać jak martwa. A potem... się
obudzisz.
-
Rozumiem. - Coś jak Julia w grobie, pomyślała Poppy. I nagle się przeraziła. O BoŜe.
mama i Phil...
-
Powinnaś wiedzieć jeszcze jedno - ciągnął James. - Niektórym się nie udaje.
-
Co się nie udaje?
-
Przemiana. Ludziom, którzy skończyli dwadzieścia lat, prawie nigdy. Nie budzą się. Ich ciała
nic potrafią przystosować się do nowej formy i umierają. Nastolatki na ogół przeŜywają, ale nie
zawsze.
Dziwne, ale ta informacja pokrzepiła Poppy. Warunkowa nadzieja wydawała się bardziej
wiarygodna niŜ absolutna pewność. śeby Ŝyć, musi zaryzykować.
-
Jak to zrobisz? - Spojrzała na Jamesa.
-
Tradycyjnie - stwierdził z uśmiechem jak u ducha. - Wymienimy się krwią - dodał
powaŜnie.
No, świetnie. A ja się bałam zastrzyku. Teraz wbiją się we mnie kły. Z trudem przełknęła ślinę
i zamrugała, wpatrując się w próŜnię.
-
To twój wybór, Poppy. Decyzja naleŜy do ciebie.
-
Chcę Ŝyć, Jamie - powiedziała po długiej przerwie.
-
Będziesz musiała stąd odejść. Zostawić rodziców, Oni nie mogą wiedzieć.
-
Tak przypuszczałam. Jakbym dostała nową toŜsamość od FBI?
-
To coś więcej. Zaczniesz Ŝyć w nowym świecie, w świecie nocy. Samotnym, pełnym sekretów.
Ale będziesz się po nim poruszać, zamiast leŜeć w ziemi. - Ścisnął ją za rękę. -Chcesz zacząć
teraz? - spytał bardzo cicho i bardzo powaŜnie.
Poppy zamknęła oczy i skuliła się tak, jak przed zastrzykiem.
-
Jestem gotowa - wydusiła przez zaciśnięte usta. James nie zdołał opanować śmiechu.
Opuścił poręcz łóŜka i usiadł przy Poppy.
-
Na ogół kiedy to robię, ludzie są zahipnotyzowani.
-
No, trudno, gdybym krzyczała, moŜesz mnie zahipnotyzować - wycedziła Poppy, nie
otwierając oczu.
Rozluźnij się, nakazała sobie stanowczo. Choćby nie wiem jak bolało i było okropne,
wytrzymasz. Musisz. Od tego zaleŜy Twoje Ŝycie. Serce waliło jej tak mocno, Ŝe wstrząsało
całym ciałem.
- Tutaj. - James dotknął jej szyi zimnymi palcami, jakby szukał pulsu.
No, dalej, pomyślała Poppy. Zaczynaj.
Czuła ciepły oddech, kiedy pochylał się nad nią i delikatnie chwycił za ramiona. KaŜdy jej
nerw reagował na jego obecność. Nagle poczuła zimno na szyi i zaraz potem, zanim zdąŜyła
cofnąć głowę, podwójne ukąszenie. Kły zanurzyły się w jej ciele, robiąc dwie małe ranki,
przez które James mógł napić się jej krwi...
,
Teraz naprawdę zacznie boleć, pomyślała. Nic juŜ nie pomoŜe. Znalazła się w rękach
myśliwego. Była jak królik owinięty zwojami węŜa, jak mysz w pazurach kota. Nie czuła się jak
najlepsza przyjaciółka Jamesa, tylko jak jego obiad...
Poppy, co robisz? Nie walcz. Przykro mi, kiedy się opierasz. James do niej mówił,
chociaŜ ciepłe wargi na jej szyi się nie poruszały. Glos słyszała w swojej głowie.
Nie opieram się, pomyślała. Nastawiam tylko na to, Ŝe będzie bolało. Poczuła pieczenie w
miejscu ukłucia. Czekała na coś gorszego - ale nic takiego nie nastąpiło. Było niezwykle.
Och, pomyślała.
Poczucie ciepła okazało się nawet przyjemne. WraŜenie ulgi, dawania. I bliskości. Ona i James
stawali się coraz bliŜsi, jak dwie krople wody dąŜące ku sobie, Ŝeby się połączyć. Dotykała
umysłu Jamesa. Wyczuwała jego myśli i doznania. Przepływały przez nią jego emocje. Czułość...
troskliwość... opiekuńczość. Bezwzględna czarna wściekłość na chorobę. Rozpacz, Ŝe nie ma
innego sposobu, Ŝeby pomóc, l tęsknota... za tym, Ŝeby z nią być, Ŝeby ją uszczęśliwić.
Tak, pomyślała.
Fala słodyczy przyprawiła o zawrót głowy. Poppy wyciągnęła rękę po dłoń Jamesa. Ich palce
się splotły. James, pomyślała z zadziwieniem i radością. Słowo, które do niego posłała, było
nieśmiałą pieszczotą. Poppy czuła jego zaskoczenie i rozkosz.
Nierzeczywista przyjemność cały czas narastała. Była tak intensywna, Ŝe Poppy drŜała. Jak
mogłam być tak głupia, Ŝeby się tego bać. To nie jest okropne. Jest... miłe. Nigdy wcześniej nie
doświadczyła takiej bliskości. Miała wraŜenie, Ŝe są jedną istotą, połączeni, nie jak drapieŜnik i
ofiara, ale partnerzy w tańcu. Poppy i James. Czuła dotyk jego duszy. Dziwne, ale on się tego bał.
To teŜ wyczuwała. Poppy, nie... - tyle mrocznych rzeczy... - lepiej, Ŝebyś nie wiedziała...
Mrok, zgadza się, pomyślała, Ale nie mrok i potworność. Mrok i samotność. Bezgraniczna
samotność. WraŜenie, Ŝe nie przynaleŜy do Ŝadnego z dwóch światów, które zna. Nie naleŜy
nigdzie. Poza... Nagle ujrzała obraz siebie. W jego umyśle była krucha i słodka jak
szmaragdowooki duszek powietrzny. Sylf - z duszą z czystej stali. To niezupełnie ja. Nie jestem
wysoka i piękna jak Jacklyn czy Michaela...
Słowa, które usłyszała, nie były skierowane do niej - wyraŜały coś, co James myśli o sobie
samym albo są wspomnieniem z dawno przeczytanej ksiąŜki.
Dziewczyny nie kocha się za jej urodę. Kocha się ją dlatego, Ŝe śpiewa pieśń, którą
tylko ty rozumiesz...
Tej myśli towarzyszyło silne poczucie troski. Wreszcie się dowiedziała, co czuje wobec niej
James. Jest dla niego czymś niezwykle waŜnym, co naleŜy chronić za wszelką cenę...Za wszelką
cenę. Bez względu na to, co się z nim stanie. Poppy usiłowała zanurzyć się głębiejw jego umysł,
podąŜając za tą myślą. Wyczuła zasady, a właściwie prawa...
Poppy, niekulturalnie przeszukiwać czyjś umysł bez pozwolenia. Słowa Jamesa naznaczone
były desperacją. Poppy się wycofała. Nie zamierzała być wścibska. Chciała tylko pomóc...
Wiem, przyszła do niej myśl Jamesa, a wraz z nią strumień ciepła i wdzięczności. Rozluźniła
się i rozkoszowała uczuciem jedności.
Chciałabym, Ŝeby to trwało wiecznie, pomyślała, i właśnie wtedy się skończyło. Ciepło z szyi
zniknęło , a James się odsunął i wyprostował.
Westchnęła, protestując, i usiłowała z powrotem go do siebie przyciągnąć, ale jej nie
pozwolił.
-
Nie. To nie wszystko - wyszeptał. Ale nic więcej nie zrobił. Przytulał ją, przyciskając wargi do
jej czoła. Była spokojna i rozleniwiona.
-
Nie mówiłeś, Ŝe to tak wygląda.
-
Nie wiedziałem - odpowiedział po prostu. - Nigdy wcześniej tak nie było.
Siedzieli razem w ciszy, a James bardzo delikatnie głaskał ją po głowie.
Dziwne, pomyślała Poppy. Wszystko jest takie samo, a jednak inne. Czuła się, jakby
wydostała się na suchy ląd po tym, jak niemal utonęła w oceanie. Zniknęło przeraŜenie, które ją
dręczyło przez cały dzień, i po raz pierwszy w Ŝyciu poczuła się zupełnie bezpieczna. Po chwili
James pokręcił głową i wstał,
- Co jeszcze musimy zrobić? - spytała.
Uniósł nadgarstek do ust. Energicznie machnął głową, jakby zdzierał kawałek materiału
trzymany w zębach. Kiedy odsunął rękę, Poppy zauwaŜyła krew. Ciekła wąską stróŜką. Była tak
czerwona, Ŝe nie wyglądała jak prawdziwa. Zaskoczona Poppy z trudem przełknęła ślinę.
- To nic wielkiego - powiedział łagodnie James. - Musisz to zrobić. JeŜeli nie będziesz miała w
sobie mojej krwi, po śmierci nie staniesz się wampirem. Po prostu umrzesz. Jak kaŜdy człowiek.
A ja chcę Ŝyć, pomyślała. Trudno. Zamknęła oczy i pozwoliła, Ŝeby James naprowadził jej
głowę do swojego nadgarstka. Czerwona ciecz nie smakowała jak krew, a w kaŜdym razie nie jak
ta, którą czuła, kiedy ugryzła się w język albo wkładała do ust rozcięty palec. Smak miała...
dziwny. Intensywny. Jak magiczny eliksir, pomyślała oszołomiona Poppy. I znów dotknęła
umysłu Jamesa. Upojona bliskością, piła jego krew. Dobrze. Musisz duŜo wypić, powiedział.
Głos jego umysłu był cichszy niŜ wcześniej. Nagle Poppy się przeraziła. A co się stanie z tobą?
- Nic mi nie będzie - odpowiedział głośno. - Martwię się o ciebie. JeŜeli wypijesz za mało mojej
krwi, znajdziesz się w niebezpieczeństwie.
No cóŜ, on się zna. Poppy z radością chłonęła dziwny, esencjonalny płyn. Pławiła się w
blasku, który - jak jej się wydawało - bił z niej na zewnątrz. Czuła się taka wyciszona,
spokojna... I nagle, bez ostrzeŜenia, spokój został zniszczony. Wdarł się w niego ostry
zaskoczony głos.
- Co ty wyprawiasz?
Poppy uniosła głowę. W drzwiach zobaczyła Phillipa.
Rozdział 6
James działał szybko. Chwycił plastikowy kubek ze stolika przy łóŜku i podał go Poppy.
Zrozumiała. Oszołomiona niezdarnie wzięła duŜy łyk wody i oblizała wargi, Ŝeby zmyć ślady
krwi.
-
Co ty wyprawiasz? - powtórzył Phillip, wpadając do pokoju. Na szczęście wzrok miał
skupiony na Jamesie, więc Poppy zdąŜyła usiąść tak, Ŝeby ukryć ślad ugryzienia na szyi.
-
Nie twoja sprawa - wypaliła i natychmiast zrozumiała, Ŝe popełniła błąd.
Phillip, który mógłby nosić przydomek „Opanowany", dziś uprawiał wraŜenie zupełnie
niezrównowaŜonego. Mama mu powiedziała, pomyślała Poppy.
-
To znaczy, nic nie robimy - poprawiła się. Nie pomogło. Phil najwyraźniej był w takim
nastroju, Ŝe wszystko w jego oczach stanowiło zagroŜenie dla siostry. Poppy w zasadzie nie
mogła go winić, wszedł i zastał ją z Jamesem w dziwnym uścisku na szpitalnym łóŜku. - James
mnie pocieszał, bo byłam wystraszona - dodała. Nawet nie próbowała tłumaczyć, dlaczego James
przytulał jej głowę do swojej ręki. Ukradkiem zerknęła na przedramię Jamesa; rana juŜ się
zasklepiła, a ślad zaczął znikać.
-
Wszystko w porządku. - James rzucił Phillipowi hipnotyzujące spojrzenie. Ale
Phil prawie na niego nie patrzył. Przyglądał się Poppy.
Nie działa, pomyślała. MoŜe Phil jest za bardzo rozwścieczony? Albo zbyt uparty. Spojrzała
pytająco na Jamesa. Odpowiedział jej ledwie zauwaŜalnym ruchem głowy. On teŜ nie wiedział,
w czym problem. Oboje wiedzieli za to, co to znaczy. James będzie musiał wyjść. Poppy czuła
się oszukana i sfrustrowana. Nie zaleŜało jej na niczym poza rozmową z Jamesem. Chciała
rozkoszować się tym, co odkryli na swój temat - i nie mogła. Nie przy Philpie.
- A w ogóle, skąd się tu wziąłeś? - spytała poirytowana.
- Podrzuciłem mamę. Wiesz, Ŝe nie lubi jeździć po ciemku. I przywiozłem to. - Postawił
boomboksa na stoliku przy łóŜku. -I to. - PołoŜył obok niego czarną skrzynkę z płytami. -Cała
twoja ulubiona muzyka.
Poppy poczuła, Ŝe złość znika.
- Dzięki. - Była wzruszona, tym bardziej Ŝe Phil nie powiedział: „Cała twoja pokręcona
muzyka", chociaŜ zwykle tak to określał.
Phil wzruszył ramionami, rzucając gniewne spojrzenie Jamesowi.
Biedny Phil, pomyślała. Byt rozczochrany. I miał podpuchnięte oczy.
-
Gdzie mama? - Ledwie zdąŜyła zapytać, do pokoju weszła matka.
-
JuŜ jestem, skarbie - powiedziała z godnym uznania promiennym uśmiechem. Spojrzała
zaskoczona. - James. Miło, Ŝe przyjechałeś.
-
Właśnie wychodzi - oznajmił stanowczo Phil. - Odprowadzę go do wyjścia.
James nie tracił energii na walkę, której nie miał szans wygrać.
-
Do zobaczenia jutro - zwrócił się do Poppy.
W spojrzeniu jego szarych oczu - szarych, nie srebrnych - było coś tylko dla niej. Tego
czegoś nie widziała nigdy wcześniej, przez wszystkie lata, kiedy go znała.
-
Do zobaczenia, James - poŜegnała go miękko. - I... dziękuję. -Wiedziała, Ŝe zrozumie, co
miała na myśli.
Dopiero kiedy znalazł się za drzwiami, z depczącym mu po piętach Phillipem, który
zachowywał się jak bramkarz wyprowadzający niesfornego klienta, Poppy przyszła do głowy
niepokojąca myśl.
„JeŜeli wypijesz za mało mojej krwi, znajdziesz się w niebezpieczeństwie". Tak powiedział.
Zaraz potem im przerwano. Wystarczy jej tyle, ile wypiła? A jeśli nie? Nie miała pojęcia, a
Jamesa zapytać nie mogła.
Phil szedł tuŜ za Jamesem przez całą drogę do wyjścia.
Nie dziś, pomyślał James. Dziś nie moŜe sobie zawracać głowy Phillipem Northernem. Nie
miał cierpliwości; poza tym ciągle się zastanawiał, czy Poppy wypiła wystarczająco duŜo jego
krwi. Wydawało mu się, Ŝe tak, ale im wcześniej napije się znowu, tym lepiej.
-
Do zobaczenia jutro? Niestety, nic z tego, stary - oznajmił ostro Phil, kiedy wchodzili na
parking.
-
Phil, daruj sobie.
Phillip wyprzedził Jamesa i stanął przed nim jak słup soli. Oddychał szybko, a jego zielone
oczy były rozpalone.
- Dobra, koleś - zaczął. - Nie wiem, co kombinujesz, ale koniec z tym. Od tej pory masz się
trzymać od Poppy z daleka. jasne?
James oczami wyobraźni widział, jak z trzaskiem łamie Phillipowi kark. Ale się powstrzymał
-
to w końcu brat Poppy, a jego zielone oczy są zdumiewająco podobne do jej oczu.
-
Nigdy nie zrobiłbym Poppy krzywdy - powiedział ze znuŜeniem.
-
Daruj sobie. Będziesz tak stał i mi opowiadał, Ŝe nic od niej nie chcesz? Jamesowi nie przyszła
do głowy Ŝadna sensowna odpowiedź. Jeszcze wczoraj, zgodnie prawdą, mógłby powiedzieć, Ŝe
nie zamierza nawet tknąć Poppy. Bo to oznaczałoby wyrok śmierci dla niego i dla niej. Dopiero
kiedy usłyszała wyrok śmierci wydany przez kogo innego, pozwolił sobie zbadać swoje uczucia.
A teraz... Był blisko niej. Dotykał jej umysłu i przekonał się, Ŝe jest jeszcze odwaŜniejsza i
dzielniejsza, niŜ przypuszczał, jeszcze bardziej współczująca i bezbronna. Chciał znów znaleźć
się przy Poppy. ZaleŜało mu na niej tak Ŝe ledwie mógł oddychać. Jego miejsce jest przy niej.
Dotarło równieŜ do niego, Ŝe to moŜe nie wystarczyć. Kiedy dwoje ludzi wymienia się krwią,
rodzi się między nimi silna więź. Źle by postąpił, gdyby wykorzystał tę więź albo wdzięczność
Poppy. Dopóki nie nabierze pewności, Ŝe ona myśli trzeźwo i podejmuje przemyślane decyzje,
powinien trzymać ją w pewnej odległości. To jedyne honorowe wyjście.
-
Nie chcę jej zranić - powtórzył. - Dlaczego nie moŜesz w to uwierzyć? - Bez większej
nadziei spróbował uchwycić spojrzenie Phila. Nie udało mu się, podobnie jak w szpitalu.
najwyraźniej Phillip naleŜy do tych nielicznych ludzi, na których nie da się wpływać siłą
umysłu.
-
Dlaczego? Bo cię znam. Ciebie i twoje... dziewczyny. - Phil postarał się, Ŝeby to słowo
zabrzmiało jak przekleństwo. - Masz ich sześć albo siedem na rok. a kiedy je zaliczysz,
rzucasz jak śmieci.
Jamesa na chwilę ogarnęło rozbawienie, bo Phil mówił śmiertelnie powaŜnie. Potrzebował
sześciu dziewczyn na rok. Po dwóch miesiącach więź między nimi stawała się niebezpieczna.
-
Poppy nie jest moją dziewczyną i nie zamierzam jej rzucać - powiedział zadowolony z
własnego sprytu. Niezupełnie kłamał. Poppy przecieŜ nie jest jego dziewczyną w normalnym
tego stówa znaczeniu. Połączyli się tylko duszami, nie rozmawiali o tym, Ŝe będą ze sobą
chodzić.
-
To znaczy, Ŝe nie chcesz jej podrywać. Zgadza się? Lepiej bądź pewien. - Mówiąc to, Phil
zrobił chyba najgroźniejszy ruch w swoim Ŝyciu. Chwycił Jamesa za koszule.
Ty głupi człowieku, pomyślał James. Przez chwilę miał ochotę zmiaŜdŜyć mu dłoń. Albo go
podnieść i rzucić nim przez parking na czyjąś przednią szybę. Albo...
- Jesteś bratem Poppy - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Dlatego dam ci szansę, Ŝebyś się ode
mnie odczepił.
Phil przez kilka sekund wpatrywał się w jego twarz, potem go wypuścił. Sprawiał wraŜenie
wstrząśniętego. Ale nie na tyle. Ŝeby milczeć.
- Masz ją zostawić w spokoju - powtórzył. - Nic nie rozumiesz. Jej choroba... jest powaŜna. Nie
moŜna jeszcze dodatkowo mieszać jej w Ŝyciu. Ona potrzebuje tylko... - Przerwał i przełknął
ś
linę.
James nagle poczuł się bardzo zmęczony. Nie mógł winić Phillipa za to, Ŝe jest zdenerwowany
- jego umysł był pełen wyraźnych obrazów umierającej siostry. James zwykle widział tylko
ogólny zarys ludzkich myśli, ale te Phillipa promieniowały bardzo jasno, niemal oślepiały.
Półprawdy i uniki nie zadziałały. Czas na prawdziwe kłamstwa. Byle zadowolić Phila i uwolnić
siebie.
- Wiem, Ŝe choroba Poppy jest powaŜna - powiedział. - Znalazłem artykuł w necie. Dlatego tu
przyjechałem, jasne? śal mi jej. Poppy interesuje mnie tylko jako przyjaciółka, ale dla jej dobra
chcę udawać, Ŝe mi się podoba.
Phillip zawahał się, patrząc na niego bacznie i podejrzliwie. Powoli pokręcił głową.
-
Przyjaźń przyjaźnią, ale nie ma co mieszać jej w głowie. Udawanie nie przyniesie jej nic
dobrego. Nie wiem nawet, czy dzięki temu chociaŜ na chwilę poczuła się lepiej. Wyglądała źle
-
Ź
le?
-
Była blada i roztrzęsiona. Znasz Poppy, wiesz, Ŝe wszystko za bardzo przeŜywa. Nie
powinieneś igrać z jej uczuciami. - ZmruŜył oczy. - MoŜe lepiej przez jakiś czas trzymaj się od
niej z daleka. śeby się upewnić, Ŝe nie odebrała twojego zachowania niewłaściwie.
-
Jak chcesz - mruknął James. Tak naprawdę wcale go nie słuchał.
-
Dobra - powiedział Phillip. - Umowa stoi. Ale ostrzegam, jeśli jej nie dotrzymasz, będziesz
miał kłopoty.
Tego teŜ James nie słuchał. Niestety. Poppy leŜała w ciemnej szpitalnej sali i słuchała
oddechu matki.
Nie śpisz, pomyślała. Ja teŜ nie śpię. Ty wiesz, Ŝe nie śpię, i ja wiem, Ŝe nie śpisz... A jednak
nie rozmawiały. Poppy rozpaczliwie chciała powiedzieć matce, Ŝe wszystko będzie dobrze - ale
jak? Nie moŜe przecieŜ wydać sekretu Jamesa. A nawet gdyby mogła, matka by nie uwierzyła.
Muszę znaleźć sposób. Muszę. I wtedy ogarnęła ją wielka fala senności. To był najdłuŜszy dzień
w jej Ŝyciu, a do tego miału w sobie pełno cudzej krwi, która juŜ zaczęła działać w dziwny,
magiczny sposób. Poppy nie była w stanie... po prostu nie była w stanie utrzymać otwartych
powiek. Kilka razy w nocy przychodziła pielęgniarka, ale Poppy tego nie słyszała. Po raz
pierwszy od tygodni jej snu nie zakłócał Ŝaden ból. Następnego ranka obudziła się
zdezorientowana i słaba. Kiedy usiadła, przed oczami pojawiły się czarne plamy.
- Jesteś głodna? - spytała matka. - Zostawili dla ciebie tacę ze śniadaniem.
Zapach jajek przyprawił Poppy o mdłości. Ale matka obserwowała ją z niepokojem, więc
trochę podziubała jedzenie na talerzu, a potem poszła się umyć. W łazienkowym lustrze obejrzała
szyję z boku. Zadziwiające - ani śladu po ranie. Kiedy wróciła do sali, matka płakała. Nie było
powodzi łez ani szlochów. Tylko przecierała oczy chusteczką, ale Poppy nie mogła tego znieść.
- Mamo, jeŜeli się martwisz, jak mi to powiedzieć... Ja wiem - wyrwało jej się, zanim zdąŜyła
pomyśleć.
Matka poderwała głowę przeraŜona. Przyjrzała się Poppy i rozpłakała na dobre.
-
Kochanie... wiesz...?
-
Wiem, co mi jest i na ile to powaŜne. - JeŜeli przyjęła złą taktykę, trudno, ale juŜ za późno.
-
Słuchałam, kiedy ty i Cliff rozmawialiście z lekarzami.
-
O mój BoŜe.
Co mam powiedzieć? - zastanawiała się Poppy. Nie martw się, mamo, bo nie umrę, tylko stanę
się wampirem. Taką mam nadzieję. Pewna nie jestem, bo czasami transformacja się nie udaje.
Ale jeśli mi się poszczęści, za kilka tygodni będę się Ŝywić krwią. Myśląc o tym, uświadomiła
sobie, Ŝe nie spytała Jamesa, ile potrwa przemiana. Matka oddychała głęboko, Ŝeby się uspokoić.
- Poppy, chcę, Ŝebyś wiedziała, Ŝe bardzo cię kocham. Cliff i ja zrobimy wszystko, dosłownie
wszystko, Ŝeby ci pomóc. On w tej chwili przegląda raporty kliniczne, badania nad nowymi
sposobami leczenia ludzi. JeŜeli uda nam się zyskać na czasie, aŜ ktoś wynajdzie lek...
Poppy nie mogła tego znieść. Czuła ból matki. Dosłownie. Nachodził ją pulsującymi falami,
które odbijały się echem w Ŝyłach i przyprawiały o zawroty głowy. To ta krew, pomyślała. Coś
ze mną robi, zmienia mnie. Podeszła do matki, Ŝeby ją przytulić, pocieszyć.
- Mamo, ja się nie boję - wyszeptała. - Nie umiem tego wytłumaczyć, ale nie czuję strachu. I nie
chcę, Ŝebyś przeze mnie była nieszczęśliwa.
Matka tuliła Poppy z całych sił, jakby śmierć właśnie teraz mogła wydrzeć jej córkę z ramion.
Płakała. Poppy teŜ płynęły łzy. Bo nawet jeśli nie umrze naprawdę, wiele straci. Swoje dawne
Ŝ
ycie, rodzinę, wszystko co znajome. Czuła ulgę, opłakując to; musiała dać upust emocjom. Ale
kiedy juŜ skończyła, spróbowała jeszcze raz.
-
Nie chcę tylko jednego: Ŝebyś była nieszczęśliwa czy smutna. - Spojrzała w górę na matkę.
-
Mogłabyś chociaŜ spróbować? Dla mnie?
BoŜe, zachowuję się jak jakaś święta w Małych Kobietkach, pomyślała. A gdybym
naprawdę miała umrzeć, wściekałabym się i darła do samego końca. Jednak udało jej się
pocieszyć matkę, która odsunęła się zapłakana, ale dumna.
- Jesteś wyjątkowa, Poppy - wymamrotała drŜącymi wargami.
Ś
więta Poppy odwróciła wzrok potwornie zawstydzona. Wybawiła ją kolejna fala zawrotów
głowy. Matka pomogła jej się połoŜyć..
I nagle Poppy wpadła na to, jak zadać pytanie, na które pragnęła znać odpowiedź.
-
Mamo - odezwała się ostroŜnie. - Gdyby gdzieś było dla mnie lekarstwo, na przykład w innym
kraju, i mogłabym tam pojechać i wyzdrowieć, ale nie pozwolono by mi wrócić? To znaczy,
gdybyś wiedziała, Ŝe jestem zdrowa, ale nigdy więcej mnie nie zobaczysz... - Przyglądała się
matce badawczo. - Chciałabyś. Ŝebym to zrobiła?
Matka odpowiedziała bez zastanowienia.
-
Skarbie, puściłabym cię nawet na KsięŜyc. Byle byś była szczęśliwa. - Musiała na chwilę
przerwać. - Niestety, kochanie, nie ma takiego miejsca. Inaczej dałabym wszystko, Ŝeby...
-
Wiem. - Poppy delikatnie poklepała ją po ręce. - Tylko pytałam. Kocham cię, mamo.
Później przyszli doktor Franklin i doktor Loftus. Spotkanie z nimi nie było aŜ tak potworne, ale
Poppy czuła się jak hipokrytka, kiedy zachwycali się jej „wspaniałą postawą". Mówili o dobrze
przeŜytym czasie i o tym, Ŝe nie ma dwóch takich samych przypadków raka, o ludziach, którzy
przeciwstawili się statystykom. Święta Poppy skręcała się w środku, ale słuchała. I potakiwała -
aŜ zaczęli rozmawiać o kolejnych badaniach.
-
Zamierzamy zrobić angiogram i laparotomię - oznajmiła doktor Loftus. - Angiogram to...
-
Rury wbite w Ŝyły? - Poppy nie zdołała się powstrzymać.
Wszyscy wyglądali na przestraszonych. Doktor Loftus uśmiechnęła się smutno.
-
Chyba coś o tym czytałaś?
-
Nie, tylko... chyba skądś to kojarzę. - Poppy wiedziała, skąd wzięły się obrazy. Z głowy doktor
Loftus. Powinna przestać gadać, Ŝeby nie wzbudzać podejrzeń, ale nie mogła się powstrzymać,
była zbyt przejęta. - A laparotomia to operacja, prawda?
Doktor Franklin i doktor Loftus spojrzeli na siebie wymownie.
-
Operacja w celach diagnostycznych, zgadza się - przyznał doktor Franklin.
-
Ale mnie te badania nie są potrzebne. To znaczy, juŜ wiadomo, co mi jest. A badania są
bolesne.
-
Poppy - odezwała się łagodnie matka. Doktor Loftus weszła jej w słowo.
-
CóŜ, czasami trzeba potwierdzić diagnozę. Ale w twoim przypadku... nie, Poppy. Prawdę
mówiąc, nie musimy ich wykonywać. Mamy pewność.
-
W takim razie wolę wrócić do domu - stwierdziła Poppy.
Lekarze znów spojrzeli po sobie, potem na matkę. Po chwili, nawet nie siląc się na subtelność,
we troje wyszli na korytarz, Ŝeby się naradzić. Kiedy wrócili, Poppy wiedziała, Ŝe wygrała.
-
MoŜesz wracać do domu - powiedział cicho doktor Franklin. - Przynajmniej do czasu
nasilenia się objawów. Pielęgniarka wytłumaczy twojej mamie, na co zwracać uwagę.
Poppy od razu zadzwoniła do Jamesa. Odebrał po pierwszym sygnale.
-
Jak się czujesz? - spytał.
-
Kręci mi się w głowie. Poza tym dość dobrze - wyszeptała, bo za drzwiami stalą matka i
rozmawiała z pielęgniarką. - Wracam do domu.
-
Wpadnę po południu. Zadzwoń, kiedy będziesz wiedziała, Ŝe przez godzinę dadzą ci
spokój. I, Poppy... nie mów Philowi, Ŝe przychodzę.
-
Czemu?
-
Później ci wyjaśnię.
W domu było dziwnie. Cliff i Phil niemal skakali przy niej, a jednocześnie udawali, Ŝe nie
dzieje się nic niezwykłego. Popy słyszała, jak pielęgniarka radziła matce, Ŝeby się starać
zachować zwykły porządek dnia. Jakbym miała urodziny, pomyślała Poppy oszołomiona. Co
kilku minut rozlegał się dzwonek do drzwi i dostawała nowy bukiet kwiatów. Jej sypialnia
przypominała ogród. Czuła się źle z powodu Phila. Wyglądał na zdruzgotanego, ale dzielnie się
trzymał. Jego teŜ chciała pocieszyć, ale jak?
-
Chodź no. - Postanowiła działać od razu. Kiedy podszedł, przytuliła go mocno. Poradzisz sobie
z tym - wyszeptał. - Wiem. Nikt nie ma takiej woli Ŝycia jak ty. I nigdy, przenigdy nie był taki
uparty.
Wtedy do Poppy dotarło, jak strasznie będzie za nim tęsknić. Kiedy go puściła, zrobiło jej się
słabo.
-
Lepiej się połóŜ - powiedział łagodnie Cliff. Matka pomogła jej przejść do sypialni.
-
Tata wie? - spytała Poppy, kiedy mama krzątała się po pokoju, porządkując rzeczy.
- Próbowałam się z nim wczoraj skontaktować, ale podobno przeprowadził się gdzieś w
okolice Vermont, Nie wiadomo dokładnie gdzie.
Poppy skinęła głową. Typowe dla ojca - ciągle w ruchu. Był Dj-em, a w przerwach artystą lub
magikiem cyrkowym. Rozstał się z mamą, bo nic dobrze mu nie wychodziło, kaŜdym razie nie na
tyle, Ŝeby na tym przyzwoicie zarabiać.
Cliff był całkowitym przeciwieństwem ojca - odpowiedzialny, zdyscyplinowany i pracowity.
Idealnie pasował do mamy i Phila. Tak doskonale, Ŝe Poppy czasem czuła się czarną owcą w
rodzinie.
-
Tęsknię za tatą - powiedziała cicho.
-
Wiem. Ja czasami teŜ - wyznała matka, ku zaskoczeniu Poppy. - Znajdziemy go, kochanie -
zapewniła stanowczo. - Jak tylko się dowie, na pewno przyjedzie,
Poppy miała taką nadzieję. To ostatnia okazja, Ŝeby go zobaczyć.
Dopiero około godziny przed kolacją Phil i Cliff pobiegli pozałatwiać swoje sprawy, a matka
poszła się zdrzemnąć, więc Poppy mogła w końcu zadzwonić do Jamesa.
- JuŜ jadę - rzucił. - Wejdę sam.
Dziesięć minut później znalazł się w sypialni. Poppy czuła się dziwnie onieśmielona. Między
nią a Jamesem coś się zmieniło. JuŜ nie byli zwykłymi przyjaciółmi. Nawet nie powiedzieli sobie
„cześć". Przez długą chwilę po prostu na siebie patrzyli. Tym razem szarpnięcie w piersiach,
które Poppy zawsze czuła na widok Jamesa, zmieniło się w lawinę czystej słodyczy. ZaleŜy mu
na niej. Widziała to w jego oczach. Chyba się trochę zagalopowałaś, szeptał jej umysł. Nie
wyciągaj pochopnych wniosków. Owszem, zaleŜy mu na tobie, ale nie powiedział, Ŝe jest
zakochany. A to róŜnica. Zamknij się, nakazała trzeźwo Poppy swojemu umysłowi.
-
Dlaczego nie chciałeś, Ŝeby Phil wiedział, Ŝe tu jesteś? - spytała.
James rzucił jasną wiatrówkę na krzesło i przysiadł na łóŜku.
-
Hm... Po prostu lepiej, Ŝeby nikt nam nie przerwał. - LekcewaŜąco machnął dłonią. - Jak tam
ból?
- Zniknął. To chyba dziwne? Wczoraj przespałam całą noc. I jeszcze jedno. Chyba
zaczynam... jakby to powiedzieć... czytać w ludzkich myślach. James uśmiechnął się
lekko, unosząc zaledwie kącik warg.
- To dobrze. Martwiłem się... - Przerwał i podszedł włączyć odtwarzacz. Rozległo się Ŝałosne
zawodzenie Bantu. - Martwiłem się, Ŝe wczoraj wypiłaś za mało krwi - dokończył cicho, znowu
siadając. - Dzisiaj będziesz musiała wypić więcej, ja zresztą teŜ.
Poppy zadrŜała. Nie czuła juŜ odrazy. Nadal się bała, ale tylko skutków tego, co zamierzali
zrobić. Cieszyła się, Ŝe dzięki temu moŜe być bliŜej Jamesa i go karmić, ale pamiętała, Ŝe to ma
ją zmienić.
- Nie rozumiem jednego: dlaczego nie ugryzłeś mnie nigdy wcześniej - odezwała się lekkim
tonem, ale pytanie było bardzo powaŜne. - To znaczy... - ciągnęła powoli - ... robiłeś to z
Michaelą i z Jacklyn, prawda? A z innymi dziewczynami?
Odwrócił wzrok.
-
Nie wymieniałem się z nimi krwią - odparł opanowanym głosem. - Ale Ŝywiłem się nimi, to
prawda.
-
A mną nie.
-
Nie. Jak ci to wytłumaczyć? - Uniósł wzrok. - Poppy, picie czyjejś krwi moŜe oznaczać wiele
róŜnych rzeczy. Starsi chcą, Ŝeby słuŜyła tylko do odŜywiania. Mówią, Ŝe powinno się czuć
jedynie radość ze zdobyczy. I nic innego wcześniej nie czułem.
Poppy skinęła głową; cieszyła się z takiej odpowiedzi. Nic pytała, kim są Starsi.
- Poza tym to niebezpieczne - mówił dalej James. - MoŜna to robić z nienawiścią i zabić. Na
dobre.
Poppy poczuła niemal rozbawienie.
- Ty byś nie zabił.
James patrzył na nią przenikliwie. Na dworze było pochmurno, a w słabym świetle sypialni
Poppy twarz Jamesa wyglądała blado, oczy wydawały się srebrne.
- A jednak zabiłem - wyznał ponuro i bez wyrazu. - Oddałem za mało krwi, Ŝeby ktoś mógł się
odrodzić jako wampir.
Rozdział 7
Widocznie miałeś powód - stwierdziła stanowczo Poppy. Spojrzał na nią, a ona wzruszyła
ramionami. - Znam cię. - Znała go tak, jak nigdy nikogo innego.
- Nie miałem powodu... - odwrócił wzrok - ...ale w pewnym stopniu moŜna mnie
usprawiedliwić. Zostałem podstawiony. Do tej pory mam przez to koszmary. Słychać było, Ŝe
jest zmęczony i strasznie smutny. To samotny świat, pełen sekretów, przypomniała sobie Poppy.
A James musi ukrywać największy przed wszystkimi, nawet przed nią.
-
To na pewno dla ciebie okropne - powiedziała mimo woli. - Całe twoje Ŝycie, trzymanie tego w
tajemnicy. To, Ŝe nic moŜesz nikomu powiedzieć. śe musisz udawać...
-
Poppy. -Wstrząsnął nim dreszcz skrywanych emocji. - Nie.
-
Nie współczuć ci? Pokręcił głową.
-
Nikt wcześniej tego nie rozumiał. Czemu ty się o mnie martwisz? - dodał po chwili. - W twojej
sytuacji.
-
Chyba dlatego, Ŝe... mi na tobie zaleŜy.
-
A ja chyba dlatego nie potraktowałem cię jak Michaeli czy Jacklyn - wyznał. Poppy spojrzała
na regularne rysy jego twarzy, na faliste brązowe włosy, jak jedwab opadające na czoło... i
wstrzymała oddech. Powiedz: „Kocham cię", nakazała mu w myślach. No, powiedz, ty tępy
facecie.
Ale ich umysły nie były połączone i James nie dał najmniejszej oznaki, Ŝe to usłyszał.
- Lepiej zaczynajmy. - Wstał i zasłonił okna. - Światło dzienne odbiera wampirom całą moc -
poinformował głosem prelegenta dającego gościnny wykład.
Poppy skorzystała z przerwy i podeszła do odtwarzacza. Muzyka się zmieniła - leciały teraz
duńskie klubowe rytmy, odpowiednie do ludowych tańców, ale niezbyt romantyczne. Poppy
wcisnęła przycisk i z głośników popłynęło aksamitne portugalskie zawodzenie. Zaciągnęła
przezroczyste firanki wokół łóŜka. Znaleźli się z Jamesem w swoim małym świecie,
przyciemnionym i odosobnionym, spowitym mglistą kremową bielą.
- Jestem gotowa.
James przysunął się do niej. Mimo półmroku uległa hipnotycznemu spojrzeniu. Jego oczy
były jak okna do innego świata, do odległego i magicznego miejsca.Świat nocy. Odchyliła głowę,
kiedy James wziął ją w ramiona.Tym razem podwójne ukłucie w szyję porządnie zabolało. Ale
wszystko wynagrodziłmoment, w którym umysł Jamesa dotknął jej myśli. Poczucie jedności,
nagiego połączenia,zalało ją jak gwiezdny blask. Znów miała wraŜenie, Ŝe rozpływają się i
stapiają ze sobą wkaŜdym miejscu, którego dotykają. Czuła, jak bije w nim jej własny puls.
BliŜej, bliŜej...bliŜej, aŜ nagle poczuła, Ŝe się wycofał. James? Co się stało?
Nic, odpowiedział. Wyczuła jednak, Ŝe to nie do końca prawda. Usiłował osłabić
wzmacniającą się między nimi więź... dlaczego?
Poppy, po prostu nic chcę cię do niczego zmuszać. To, co czujemy, jest... nieprawdziwe...
Nieprawdziwe? To najbardziej realna rzecz, jakiej w Ŝyciu doświadczyła. Prawdziwsza niŜ
rzeczywistość. Radość zmącił przypływ złości na Jamesa.
Nie chcę, Ŝeby tak było, powiedział zdesperowanym tonem. Więzi krwi nie moŜna się oprzeć.
Nie oparłabyś się jej nawet gdybyś mnie nienawidziła. To nie w porządku...
Poppy nie obchodziło, co jest w porządku. Skoro nie moŜna się oprzeć, to dlaczego próbujesz?
- spytała tryumfująco.
W myślach usłyszała coś, co przypominało śmiech. Znów przywarli do siebie, dając się
ponieść fali czystych uczuć.
Więź krwi, pomyślała Poppy, kiedy James w końcu uniósł głowę. To bez znaczenia, czy mi
powie, Ŝe mnie kocha - teraz jesteśmy związani. I nic tego nie zmieni. Za chwilę sama
przypieczętuje tę więź, pijąc jego krew. No, spróbuj się temu oprzeć, pomyślała i przestraszyła
się, kiedy James zaśmiał się cicho.
-
Czytasz w moich myślach?
-
Niezupełnie. To ty je przesyłasz i jesteś w tym bardzo dobra. Będzie z ciebie silny telepata.
Ciekawe... W tej chwili nie czuła się silna. Nagle zrobiła się słaba jak nowo narodzony kociak.
Oklapnięta jak zwiędnięty kwiat. Potrzebowała...
-
Wiem - wyszeptał James. Podtrzymując ją, zaczął unosić jeden nadgarstek do jej ust.
Poppy go powstrzymała.
-
James? Ile razy trzeba to zrobić, Ŝebym... się zmieniła?
-
Chyba jeszcze raz - odparł cicho. - Teraz wypiłem duŜo i chcę, Ŝebyś ty teŜ duŜo wypiła. A
następnym razem, kiedy to zrobimy...
Umrę, pomyślała Poppy. Ale przynajmniej wiem, ile Ŝycia mi zostało jako człowiekowi. James
obnaŜył długie, delikatne kły i rozciął nimi swój nadgarstek. Poruszał się zwinnie jak wąŜ. Krew,
która się pojawiła, miała kolor syropu wiśniowego. W chwili, kiedy Poppy pochylała się z
rozchylonymi wargami, rozległo się pukanie do drzwi. Poppy i James zamarli przeraŜeni. Znów
pukanie. Poppy, skołowana i osłabiona, nie była w stanie się ruszyć. W jej głowie pojawiła się
jedna myśl: Och, proszę. Proszę, tylko nie... Drzwi się otworzyły. ...Phil.
Phillip zdąŜył juŜ wetknąć głowę do pokoju.
- Poppy, nie śpisz? Mama mówi... - zaczął, szukając włącznika na ścianie.
Nagle w pokoju zrobiło się jasno.
No, świetnie. Phil zaglądał przez przezroczyste draperie przy łóŜku. Poppy patrzyła na niego
załamana.
-
Co tu się dzieje? - spytał głosem godnym aktora w filmie dziesięć przykazań. Zanim Poppy
zdąŜyła zebrać myśli, pochylił się i chwycił Jamesa za rękę.
-
Phil, nie - zaprotestowała. - Phil, ty idioto...
-
Mieliśmy umowę - warknął na Jamesa. - A ty ją złamałeś.
James ściskał Phila za ręce równie mocno jak Phil jego. Poppy z niepokojem czekała, czy nie
zaczną się tłuc głowami.
O BoŜe, gdyby tylko mogła trzeźwo myśleć... Czuła się, jakby nie miała mózgu.
-
Ź
le to odbierasz - wycedził James przez zaciśnięte zęby.
-
Ź
le odbieram? Wchodzę i zastaję was w łóŜku, z zasłoniętymi kotarami, a ty mi mówisz, Ŝe źle
to odbieram?
-
Na łóŜku - poprawiła Poppy. Phil w ogóle na to nie zareagował. James potrząsnął nim - bez
wysiłku, swobodnie, a mimo to głowa latała Philowi do przodu i do tym. Poppy zorientowała się,
Ŝ
e James stracił nad sobą panowanie. Pamiętała skręconą nogę krzesła; pora interweniować.
-
Przestańcie. - Sięgnęła między nich, Ŝeby złapać któregoś za rękę. - No, spokój, chłopaki! Phil,
wiem, Ŝe nie rozumiesz, ale James stara się mi pomóc... - krzyknęła w końcu zdesperowana.
-
Pomóc? Nie sądzę. - Odwrócił się do Jamesa. - Spójrz na nią. Nie widzisz, Ŝe od tego
głupiego udawania jest jej jeszcze gorzej? Zawsze, kiedy cię z nią zastaję, jest blada jak
ś
ciana. tylko pogarszasz sytuację.
-
Nic nie wiesz - prychnął James Phillowi w twarz. Poppy cały czas przyswajała słowa, które
padły chwilę wcześniej.
-
Głupie udawanie? - spytała niezbyt głośno, ale w pokoju panowała juŜ cisza. Spojrzeli na
nią. Wtedy wszyscy popełnili błąd. Później Poppy zrozumie, Ŝe gdyby którekolwiek z nich
zachowało trzeźwy umysł, uniknęliby tego, co nastąpiło. A jednak kaŜde straciło głowę.
-
Przepraszam - powiedział Phil do Poppy. - Nie chciałem ci mówić.
-
Zamknij się! - odezwał się rozwścieczony James.
-
Ale muszę. Ten... bydlak... po prostu się tobą bawi. Przyznał mi się. Powiedział, Ŝe mu ciebie
szkoda, i myśli, Ŝe poczujesz się lepiej, kiedy będzie udawał, Ŝe mu się podobasz. Mniemanie o
sobie ma wyŜsze niŜ wieŜowce na Flower Street.
-
Udawał? - powtórzyła Poppy, siadając. W głowic jej szumiało, krew w niej wrzała.
-
Poppy, on bredzi - powiedział James. - Słuchaj...
Ale ona nie słuchała. Czuła, Ŝe Phil jest smutny, a to było dla niej o wiele bardziej
przekonujące niŜ złość Jamesa. W dodatku Phillip - uczciwy, prostolinijny i godny zaufania -
prawie zawsze mówił prawdę. Tak jak teraz. A to znaczy, Ŝe James kłamie. Wybuch.
-
Ty... - syknęła do Jamesa. - Ty... - Nie mogła wymyślić wystarczająco mocnego
przekleństwa. Czuła się bardziej zraniona i zdradzona niŜ kiedykolwiek w Ŝyciu. Myślała, Ŝe zna
Jamesa, ufała mu bezgranicznie. Dlatego zdrada tym bardziej bolała. - Więc to wszystko było
udawane? Tak?
Wewnętrzny głos podpowiadał jej, Ŝeby poczekała i ochłonęła, Ŝe w tym stanie nie powinna
podejmować ostatecznych decyzji. Ale, niestety, tak wzburzona nie potrafiła słuchać we-
wnętrznego głosu. Złość nie pozwalała jej spokojnie przeanalizować sytuacji.
-
Po prostu ci mnie szkoda? - wyszeptała i nagle wylał się z niej cały Ŝal tłumiony przez ostatnie
półtora dnia. Ból ją oślepił i nie liczyło się nic innego poza tym, Ŝeby James cierpiał równie
mocno.
-
Poppy... to dlatego nie chciałem, Ŝeby Phil wiedział. - James oddychał cięŜko i mówił
szybko.
-
Nic dziwnego - wściekała się. - Teraz rozumiem, dlaczego nie powiedziałeś, Ŝe mnie
kochasz - ciągnęła, wcale nie przejmując się tym, Ŝe Phil słucha. - I juŜ wiem, dlaczego
robiłeś wszystko inne, ale nigdy mnie nawet nie pocałowałeś. Nie potrzebuję twojego
współczucia...
-
Co to znaczy „wszystko inne"? Jakie „wszystko inne"? - krzyczał Phil. - Zabiję cię,
Rasmussen! - Rzucił się na niego.
James uchylił się tak, Ŝe pięść Philla ledwie musnęła mu włosy. Phil zamierzył się znowu, ale
James zrobił unik i chwycił go od tyłu za kark. Poppy usłyszała odgłos kroków na korytarzu.
-
Co tu się dzieje? - Matka zaniemówiła na widok sceny w pokoju Poppy. Niemal w tej samej
chwili pojawił się Cliff.
-
Co to za krzyki? - spytał z wyjątkowo surową miną.
-
To ty naraŜasz ją na niebezpieczeństwo - warknął James do ucha Phillipowi. - Teraz,
wyglądał poraŜająco. Dziko. Nieludzko.
-
Puść mojego brata! -wrzasnęła Poppy. Jej oczy napełniły się łzami.
-
O mój BoŜe, kochanie... - jęknęła matka. Dwoma krokami dobiegła do łóŜka i przytuliła
Poppy. - Wyjdźcie stąd, i chłopcy.
Dzika mina zniknęła z twarzy Jamesa. Wypuścił Phillipa z uścisku,
- Przepraszam, ale ja muszę zostać. Poppy... Phillip wbił mu łokieć w brzuch.
Być moŜe Jamesa nie zabolało to tak, jak zabolałoby człowieka, ale Poppy dostrzegła, Ŝe
wściekłość zalała jego twarz, kiedy się powstrzymywał, Ŝeby nie zgiąć się wpół. Podniósł Phila i
cisnął nim głową w przód, w szafę. Matka krzyknęła. Cliff wskoczył między Phila a Jamesa.
- Dość! - ryknął. Odwrócił się do Phila. - Nic ci nie jest? - Spojrzał na Jamesa. - Co tu się
dzieje?
Phil rozcierał głowę. James milczał. Poppy zaniemówiła.
-
NiewaŜne - mruknął Cliff. -Wszyscy są trochę zdenerwowani. Lepiej idź do domu, James.
James spojrzał na Poppy. Ta, cała rozedrgana, odwróciła się do niego plecami. Ukryła się w
ramionach matki.
-
Wrócę - wysyczał. MoŜe to miała być obietnica, ale zabrzmiało jak groźba.
-
Nie spiesz się - powiedział Cliff takim tonem, jakby wydawał wojskową komendę.
Spoglądając ponad ramieniem matki, Poppy zauwaŜyła krew na jasnych włosach Phila.
-
Potrzebujemy trochę czasu, Ŝeby ochłonąć. No, dalej, zmykaj - dodał Cliff. Wyprowadził
Jamesa. Poppy pociągała nosem i drŜała, starając się nie zwracać uwagi na ogarniające ją falami
zawroty głowy ani na wzburzone szepty, które słyszała w umyśle. Z głośników dobiegał łomot
hardcorowej angielskiej kapeli.
W ciągu ostatnich dwóch dni James dzwonił osiem razy. Pierwszy raz telefon w jej pokoju
zadzwonił po pomocy. Odebrała w półśnie.
- Poppy, nie rozłączaj się - poprosił.
OdłoŜyła słuchawkę. Chwilę później telefon znów zadzwonił.
-
Poppy, jeŜeli nie chcesz umrzeć, musisz mnie wysłuchać.
-
To szantaŜ. - Mocno ściskała słuchawkę. Język miała jak kołek i bolała ją głowa. - Jesteś
nienormalny.
-
Fakt. A teraz posłuchaj. Dzisiaj nie piłaś krwi. Ja cię osłabiłem, a ty nie dostałaś nic w
zamian. To cię moŜe zabić.
Poppy słyszała słowa, ale wydawały się nierealne. Złapała się na tym, Ŝe są jej obojętne. Nie
potrafiła zebrać myśli.
-
Mam to gdzieś.
-
Guzik prawda. Problem w tym, Ŝe nie moŜesz trzeźwo myśleć. Wszystko dlatego, Ŝe się
zmieniasz. Jesteś zupełnie skołowana, popadasz w paranoję, nie rozumujesz logicznie, ale nawet
nie zdajesz sobie z tego sprawy.
Słowa Jamesa potwierdzały jej wcześniejsze przypuszczenia. Jak przez mgłę do Poppy
docierało, Ŝe zachowuje się jak Marissa Schaffer po sześciu piwach na sylwestrowej imprezie u
Jana Nedjara. śe robi z siebie skończoną kretynkę. Ale nie mogła nic na to poradzić.
- Chcę tylko wiedzieć jedno - oznajmiła. - Czy to prawda, Ŝe powiedziałeś to wszystko
Phillipowi?
James westchnął.
-
Owszem, prawda. Ale powiedziałem tak tylko po to, Ŝeby dał mi spokój.
W Poppy znów zaczęła wzbierać niepohamowana złość.
-
Dlaczego miałabym wierzyć komuś, kto całe Ŝycie kłamał? - OdłoŜyła słuchawkę, a po
policzku spłynęła pierwsza łza
Przez cały następny dzień niewiele do niej docierało. Wszystko wydawało się takie
nierzeczywiste - kłótnia z Jamesem, jego ostrzeŜenie, a nawet jej choroba. Zwłaszcza
choroba. ZdąŜyła się przyzwyczaić, Ŝe wszyscy traktują ją w szczególny sposób, ale nie
roztrząsała powodów takiego traktowania.
Nie przejęła się nawet przekazywanymi Philowi szeptem uwagami, Ŝe choroba bardzo szybko
postępuje. śe biedna Poppy blednie, słabnie i Ŝe jej stan się pogarsza. Tylko ona wiedziała, Ŝe
rozmowy w korytarzu słyszy teraz tak wyraźnie, jakby odbywały się w jej pokoju.
Wszystkie zmysły miała wyostrzone, choć umysł pozostawał przyćmiony. Kiedy spojrzała w
lustro, przestraszyła się - była blada, przezroczysta jak wosk. Oczy miała tak intensywnie zielone
i rozpalone, Ŝe niemal parzyły.
James dzwonił jeszcze sześć razy, ale za kaŜdym matka mówiła mu, Ŝe Poppy odpoczywa.
Cliff naprawił uszkodzony zawias szafy.
Kto by pomyślał, Ŝe ten chłopak ma taką siłę? - powiedział.
James zamknął telefon komórkowy i walnął pięścią w deskę rozdzielczą integry. Było
czwartkowe popołudnie.
Kocham cię. Powinien to wyznać Poppy. Niestety juŜ za późno.
Czemu tego nie powiedział? Teraz powody wydawały mu się głupie. Nie chciał wykorzystać
niewinności i wdzięczności Poppy... No, brawo. Za to dobrał się do Ŝył i złamał dziewczynie
serce. Tylko przyspieszył jej śmierć.
Trudno, nie ma czasu tego roztrząsać. Trzeba odstawić teatrzyk. Wysiadł z samochodu i ruszył
w stronę olbrzymiego domu w stylu rancza, mnąc w dłoniach wiatrówkę. Przekręcił klucz w
zamku i otworzył drzwi, nie informując o swojej obecności. Nie musiał - matka sama go
wyczuje.
Wnętrze o stylowych, surowych ścianach wieńczyły katedralne sklepienia. Uwagę zwracały
liczne okna zasłonięte eleganckimi, szytymi na zamówienie kotarami. Dzięki nim pomieszczenie,
choć ponure, wydawało się przestronne. Niemal przepastne.
-
James. - Matka wyszła z tylnego skrzydła. Jej kruczoczarne włosy lśniły od lakieru. Doskonałą
figurę podkreślała srebrno złota haftowana tunika. Kobieta miała ciemnoszare oczy i gęste rzęsy,
jak James. Pocałowała powietrze obok jego policzka.
-
Odsłuchałem twoją wiadomość - powiedział. - Co chcesz?
-
Wolałabym poczekać, aŜ wróci twój ojciec...
-
Mamo, przepraszam, ale się spieszę. Mam duŜo spraw do załatwienia, jeszcze nic dzisiaj nie
jadłem.
-
Widać - stwierdziła matka. Przez moment przyglądała mu się badawczo. W końcu westchnęła i
odwróciła się w stronę salonu. - Usiądź chociaŜ na chwilę... Od kilku dni jesteś trochę przybity.
James usiadł na kanapie z wybarwionej na purpurowo skóry. Czekał go sprawdzian
umiejętności aktorskich. JeŜeli uda mu się przetrwać kolejną minutę tak, Ŝeby matka nie
domyśliła się prawdy, będzie wolny.
-
Tata na pewno ci powiedział dlaczego - odparł pewnym głosem.
-
Tak. Biedna Poppy. To rzeczywiście bardzo smutne. - Podłogowa lampa w kształcie drzewa z
kloszem w kolorze głębokiej czerwieni rzucała rubinowe światło na połowę twarzy matki.
-
Z początku byłem zdenerwowany, ale juŜ się chyba z tym uporałem. - James starał się mówić
beznamiętnym głosem i skupiał się na tym, Ŝeby nie wysyłać Ŝadnych sygnałów poza swoją aurę.
Wyczuwał, Ŝe matka lekko dotyka granic jego umysłu. Jak owad, który delikatnie bada czułkami
teren, albo wąŜ wysuwający czarny rozwidlony język.
-
Dziwne - stwierdziła. - Wydawało mi się, Ŝe ją lubisz.
-
Bo lubię. Ale ostatecznie to istota gorszego gatunku. - Odczekał chwilę. - Czuję się tak,
jakbym stracił zwierzaka. Po prostu muszę znaleźć sobie innego.
Z trudem wygłosił to politycznie poprawne stanowisko. Usiłował rozluźnić mięśnie. Nagle
zorientował się, Ŝe myśli matki zaczynają oplątywać jego umysł, szukając słabego punktu. Skupił
się na wspomnieniu Michaeli Vasquez, Ŝeby dało się od niego wyczuć niezobowiązujące
zauroczenie. Zadziałało. Badające czułki wycofały się z jego umysłu, matka uspokoiła się i
uśmiechnęła.
- Cieszę się, Ŝe tak dobrze to zniosłeś. Ale gdybyś jednak zapragnął z kimś porozmawiać... twój
ojciec zna kilku bardzo dobrych terapeutów.
Terapeutów wampirów, oczywiście. Nafaszerują mu głowę tym, Ŝe ludzie są tylko po to,
Ŝ
eby się nimi Ŝywić.
-
Wiem, Ŝe nie chcesz kłopotów tak samo jak ja – dodała - Wszystko odbija się na rodzinie,
rozumiesz?
-
Jasne. - James wzruszył ramionami. - Muszę juŜ iść. Pozdrów ode mnie tatę, dobra?
Pocałował powietrze obok jej policzka.
-
Aha, jeszcze jedno - powiedziała, odwracając się w stronę drzwi. - Twój kuzyn Ash przyjeŜdŜa
w przyszłym tygodniu. Planuje zatrzymać się u ciebie, na pewno ucieszysz się z towarzystwa.
Po moim trupie, pomyślał James. Zupełnie zapomniał, Ŝe wisi nad nim groźba wizyty Asha.
Ale to nie był dobry moment na kłótnie. Wychodził, czując się jak Ŝongler, który podrzuca za
duŜo piłek.
Kiedy wrócił do samochodu, wziął telefon komórkowy, zawahał się i po chwili go odłoŜył. Nie
ma sensu dzwonić. Pora zmienić strategię.
Koniec z półśrodkami. Czas na powaŜną ofensywę wymierzoną tam, gdzie powinna zdziałać
najwięcej.
Przez kilka minut się zastanawiał, aŜ w końcu pojechał na McDonnell Drive, parking
oddalony o kilka domów od mieszkania Poppy.
Czekał.
Był gotowy siedzieć tak całą noc, ale na szczęście nie musiał. Kiedy stonce zaczęło zachodzić,
drzwi garaŜu się otworzyły i wyjechał z niego tyłem biały volkswagen jetta. James dostrzegł
jasną czuprynę po stronie kierowcy. Cześć, Phil. Miło cię widzieć. Ruszył za jettą.
Rozdział 8
James się uśmiechnął, kiedy jetta skręciła na parking 7-Eleven. Za sklepem znajdowało się
miłe ustronne miejsce. Zaczynało się ściemniać.
Podjechał tyłem i wysiadł, Ŝeby mieć na oku wejście do sklepu. Kiedy Phil wychodził z
torbą, zaskoczył go od tyłu.
Phil jęknął i szarpiąc się, wypuścił z rąk torbę. James się tym nie przejął. Słońce zaszło, więc
był w pełni sił.
Zaciągnął Phila na tyły sklepu i ustawił go przodem do ściany za kontenerem na śmieci.
Klasyczna pozycja policyjna.
-
Teraz cię puszczę - powiedział. - Tylko nie uciekaj. Bo poŜałujesz.
Phil zastygł w bezruchu, słysząc jego głos.
-
Nie zamierzam uciekać. Rozkwaszę ci gębę, Rasmussen
-
Spróbuj. - Chciał dodać: „a staniesz się moją ofiarą", ale ugryzł się w język. Opuścił ręce. Phil
odwrócił się i spojrzał na niego z najwyŜszą pogardą.
-
O co chodzi? Skończyły ci się dziewczyny? - wydyszał.
James zacisnął zęby. Wiedział, Ŝe z obrzucania się wyzwiskami na pewno nie wyniknie nic
dobrego, ale ledwo nad sobą pilnował. Phil doprowadzał go do szału.
-
Nie wywlokłem cię tu po to, Ŝeby się bić. Chcę cię o coś zapytać. ZaleŜy ci na Poppy?
-
Na głupie pytania nie ma odpowiedzi - parsknął Phil i zaczął poruszać ręką, jakby szykował się
do ataku.
- JeŜeli tak, to ją namówisz, Ŝeby ze mną porozmawiała. To przez ciebie nie chce mnie
widzieć, więc teraz musisz ją przekonać, Ŝeby pozwoliła mi przyjść
Phil rozejrzał się po parkingu, jakby szukał jakiegoś świadka zajścia. James mówił wolno i
dobitnie, podkreślając kaŜde słowo.
-
Mogę jej pomóc.
-
Bo jesteś Don Juanem, tak? Uzdrowisz ją swoją miłością - Słowa Phila przepełniało
szyderstwo, a głos drŜał mu z czystej nienawiści. Nie tylko do Jamesa, ale do całego świata o to,
Ŝ
e Poppy ma raka.
-
Nie. Nic nie rozumiesz. UwaŜasz, Ŝe ją zwodzę, zabawiam jej uczuciami. A to totalna
bzdura. Pozwoliłem ci tak myśleć, bo miałem dość przesłuchania i nie chciałem, Ŝebyś
wiedział, co robiliśmy naprawdę.
-
Jasne, jasne. - W głosie Phila pobrzmiewały sarkazm i pogarda. - No więc co robiliście?
Ć
paliście?
-
To.
Po rozmowie z Poppy w szpitalu James wyciągnął odpowiednie wnioski. Najpierw naleŜy
pokazywać, dopiero potem mówić. Bez słowa chwycił Phila za włosy i odciągnął mu głowę do
tyłu.
Za sklepem stała tylko jedna latarnia, ale jej światło wystarczyło, Ŝeby Phil dobrze się
przyjrzał szczerzącym się nad nim kłom. James swoim kocim wzrokiem nawet w ciemności
zauwaŜyłby, Ŝe zielone oczy Phila robią się coraz większe. Phillip wrzasnął i zesztywniał. James
wiedział, Ŝe nie ze strachu. Phil nie był tchórzem. Krzyknął poraŜony tym, Ŝe jego niewiara
zamienia się w wiarę. Phillip zaklął.
-
Jesteś...
-
Zgadza się. - James go wypuścił.
Phil mało nie stracił równowagi. śeby ustać, chwycił się kontenera na śmieci.
-
Nie wierze.
-
Owszem, wierzysz - stwierdził James. Nie schował kłów i wiedział, Ŝe jego srebrne oczy
błyszczą.
Phil musiał uwierzyć.
Wpatrywał się w Jamesa jak zahipnotyzowany. Krew odpłynęła mu z twarzy. Cały czas
przełykał ślinę, jakby zbierało mu się na wymioty.
-
BoŜe - wybełkotał w końcu. - Wiedziałem, Ŝe z tobą coś nie tak. śe jesteś pokręcony. Ale nigdy
nie potrafiłem sprecyzować, dlaczego dostaję dreszczy na twój widok. No nieźle. Brzydzi się
mną, zorientował się James. Nienawiść mu minęła. Bierze mnie za kogoś gorszego od człowieka.
To nie wróŜyło dobrze dalszej części planu.
-
Teraz rozumiesz, dlaczego mogę pomóc Poppy?
Phil powoli pokręcił głową. Opierał się plecami o ścianę, jedną ręką nadal przytrzymując się
ś
mietnika. James zaczął tracić cierpliwość.
-
Poppy jest chora. Wampiry nie chorują. Kapujesz?
Po minie Phillipa domyślił się, Ŝe nie.
-
JeŜeli wymienię się z Poppy odpowiednią ilością krwi, zamieni się w wampira i nie będzie
miała raka - wycedził James przez zaciśnięte zęby. - Stanie się istotą doskonałą, bez dolegliwości
i chorób. Zyska moc, jaka ludziom nawet się nie śniła. I... nigdy nie umrze. Nastąpiła długa cisza.
James przyglądał się reakcji Phillipa. Z jego myśli nie mógł nic wyczytać, bo były zbyt
rozbiegane, wzburzone, ale oczy zrobiły mu się jeszcze większe, a twarz bardziej blada.
-
Nie moŜesz jej tego zrobić - odezwał się w końcu.
Co za ton! Phil nie sprzeciwiał się dlatego, Ŝe uwaŜał pomysł za zbyt radykalny albo
niezwykły. Nie wpadł w szał jak Poppy. Powiedział to z bezwzględną stanowczością i ze
ś
miertelnym przeraŜeniem. Jakby James właśnie zagroził, Ŝe zabierze Poppy duszę.
- Tylko tak moŜna uratować jej Ŝycie - przekonywał James.
-
Nie, nie. Nie będzie chciała. Nie za taką cenę. - Phil znów powoli pokręcił głową. Oczy miał
wielkie jak osoba w transie.
-
Jaką cenę? - James był juŜ potwornie zniecierpliwiony i rozdraŜniony. Przyjął taktykę
obronną. Gdyby wiedział, Ŝe rozmowa przerodzi się w debatę filozoficzną, poszukałby
bardziej ustronnego miejsca. Tutaj musiał wytęŜać zmysły, wyłapując ewentualnych
intruzów.
Phil zdjął rękę z kontenera i stanął o własnych siłach. W jego oczach byt strach graniczący z
przeraŜeniem, ale patrzył Jamesowi prosto w twarz.
- Wiesz, co? Nie dla wszystkich ludzi najwaŜniejsze jest to, Ŝeby przeŜyć - wyjaśnił. -
Przekonasz się.
Nie wierzę, pomyślał James. Mówi jak kapitan statku kosmicznego do obcych z innej planety
w filmie science fiction: „Przekonasz się, Ŝe ludzie na Ziemi nie są takim łatwym celem, jak ci
się zdaje".
-
Oszalałeś? - powiedział głośno. - Słuchaj, Phil, urodziłem się w San Francisco. Nie jestem
jajogłowym potworem z Alfa Centauri. Na śniadanie jem płatki.
-
A na przekąskę o północy? - Zielone oczy Phila zrobiły się ponure i niemal dziecinne. - A moŜe
kły są tylko do ozdoby?
Chwyć się tego, podpowiedział Jamesowi umysł. Odwrócił wzrok.
-
Dobra. Masz rację. Trochę się róŜnimy. Nigdy nie twierdziłem, Ŝe jestem człowiekiem. Ale teŜ
nie...
-
Nie potworem? Dobre sobie.
Nie zabijaj go, uspokajał się gorączkowo James. Musisz go przekonać.
-
Phil, w filmach pokazują bzdury. Nie jesteśmy wszechmocni. Nie moŜemy się
zdematerializować, przenikać przez ściany ani przenosić się w czasie i nie musimy zabijać, Ŝeby
się poŜywić. Nie jesteśmy źli, w kaŜdym razie nie wszyscy.
-
Jesteście wynaturzeniem - skwitował Phillip, a James czuł, Ŝe te słowa płyną z głębi serca. -
Istniejecie na skutek jakiejś pomyłki. Was nie powinno być.
-
Bo znajdujemy się wyŜej w łańcuchu pokarmowym niŜ ty?
-
Bo ludzie nie powinni... Ŝywić się... innymi ludźmi. James nie powiedział, Ŝe jemu podobni nie
uwaŜają takich jak Phillip za ludzi.
-
Robimy tylko to, co musimy, Ŝeby przeŜyć - odparł. - A Poppy juŜ się zgodziła.
Phillip zamarł.
-
Nie. Na pewno nie chciałaby się stać taka jak ty.
-
Pragnie Ŝyć, a w kaŜdym razie pragnęła, zanim się na mnie wściekła. Teraz nie myśli
racjonalnie, bo ma za mało mojej krwi, Ŝeby mogła się zmienić do końca. Przez ciebie. - Prze-
rwał. - Widziałeś kiedyś trupa, Phil? - spytał. - Jak nie, to zobaczysz, bo stanie się nim Poppy,
jeŜeli do niej nie dotrę.
Phil się skrzywił, obrócił i walnął pięścią w metalową ściankę kontenera.
- Myślisz, Ŝe nie wiem? śyję z tą myślą od poniedziałku.
James stał nieruchomo z łomoczącym sercem. Czul cierpienie, jakie biło od Phila, i ból jego
zranionej ręki. Dopiero po kilku sekundach zdołał odezwać się spokojnie.
-
I myślisz, Ŝe to lepsze niŜ to, co ja mogę jej dać?
-
Trup jest obrzydliwy. I śmierdzi. Ale wolałbym to, niŜ stać się kimś, kto poluje na ludzi. Kto
wykorzystuje ludzi. Po to ci te wszystkie dziewczyny, co?
James znowu nie był w stanie odpowiedzieć od razu. Teraz zrozumiał, Ŝe problem polega na
tym, Ŝe Phil jest za bystry i sam sobie tym szkodzi. Za duŜo myśli.
-
Tak. Po to te wszystkie dziewczyny - odparł zmęczony, Starając się nie patrzeć na to z
punktu widzenia Phila.
-
Powiedz mi tylko jedno, Rasmussen. - Phillip wyprostował się i ze śmiertelnie powaŜną
miną spojrzał mu w oczy. - Czy... - przerwał i przełknął ślinę, - ...piłeś krew Poppy, zanim
zachorowała?
- Nie.
Phil odetchnął.
- Masz szczęście. Inaczej bym cię zabił.
James mu wierzył. Był o wiele silniejszy niŜ Phil, szybszy, i nigdy wcześniej nie bał się
człowieka. Ale jakoś nie miał wątpliwości, Ŝe Phil znalazłby na to sposób.
- Słuchaj, nie rozumiesz jednego - powiedział. - Poppy naprawdę tego chce i my juŜ się tym
zajęliśmy. Zaczęła się przemieniać. JeŜeli teraz umrze, nie stanie się wampirem. Ale wcale nie
wiadomo, czy umrze. MoŜe skończyć jako Ŝywy trup. Zombie. Bez mózgu. Z gnijącym ciałem,
ale nieśmiertelną duszą.
Wargi Phila zadrŜały z odrazy.
-
Mówisz tak, Ŝeby mnie przerazić.
-
Znam taki przypadek. - James odwrócił wzrok.
-
Nie wierzę ci.
-
Widziałem na własne oczy! - Jak przez mgłę docierało do niego, Ŝe krzyczy i Ŝe chwyta Phila
za koszulę. Nie panował nad sobą, i co z tego. - Widziałem, jak to się stało komuś, kto był dla
mnie waŜny.
Phil ciągle kręcił głową.
-
Miałem zaledwie cztery lata. Opiekowała się mną niania. Jak to bogatym dzieciakiem w San
Francisco. Była człowiekiem.
-
Puść mnie - wymamrotał Phil, szarpiąc Jamesa za nadgarstek. CięŜko dyszał i nie chciał tego
słuchać.
-
Szalałem za nią. Dawała mi wszystko, czego nie dostawiłem od matki. Miłość, troskę...
zawsze poświęcała mi duŜo uwagi . Mówiłem na nią panna Emma.
-
Puszczaj.
-
Ale rodzice stwierdzili, Ŝe za bardzo się do niej przywiązałem. Więc zabrali mnie na krótkie
wakacje i przez ten czas nie pozwalali mi pić krwi. Przez trzy dni. Kiedy przywieźli mnie z
powrotem, umierałem z głodu. Wysłali pannę Emmę na górę, Ŝeby połoŜyła mnie spać.
Phil przestał się szarpać. Stał ze spuszczoną głową i odwrócił się tak, Ŝeby nie patrzeć na
Jamesa.
-
Nie mogłem się powstrzymać, chociaŜ chciałem. Gdybyś mnie spytał, kto ma umrzeć: ja
czy panna Emma, bez wahania wskazałbym na siebie. Ale kiedy jesteś wygłodniały, nie panujesz
nad sobą. Więc się napiłem jej krwi. Cały czas płakałem, ale nie mogłem się od niej oderwać.
Potem wiedziałem, Ŝe jest za późno.
Zapadła cisza. James nagle uświadomił sobie, Ŝe zaciśnięte palce chwycił bolesny skurcz.
Powoli wypuścił koszulę Phila, który cały czas milczał.
-
LeŜała na podłodze. Pomyślałem, Ŝe kiedy dam jej własnej krwi, stanie się wampirem i
wszystko będzie dobrze. - JuŜ nie krzyczał. Teraz właściwie nie mówił do Phillipa, tylko
wpatrywał się w ciemny parking. - Więc przeciąłem sobie skórę i moja krew spływała do jej ust.
Połknęła trochę, ale zaraz przyszli rodzice i mnie powstrzymali. Nie wystarczyło. - James zrobił
dłuŜszą przerwę i przypomniał sobie, dlaczego opowiada tę historie. Spojrzał na Phillipa. -
Umarła tamtej nocy, ale niezupełnie. Walczyły w niej dwa róŜne rodzaje krwi. Rano wstała, ale
nie była to juŜ panna Emma. Śliniła się, miała szarą skórę, a oczy wklęsłe jak u trupa. A kiedy
zaczęła... gnić... mój tata zabrał ją do Inverness i zakopał. Ale najpierw zabił.
-
Gorycz podeszła Jamesowi do gardła. - Mam nadzieję - dodał szeptem.
Phil powoli się odwrócił i spojrzał na niego. Pierwszy raz tego wieczoru jego twarz wyraŜała
coś innego niŜ przeraŜenie i strach. To chyba Ŝal. pomyślał James. Wziął głęboki oddech. Po
trzynastu latach milczenia w końcu opowiedział tę historię. W dodatku komu - Phillipowi
Northowi. Nie ma sensu zastanawiać się nad absurdami. Chciał jechać do domu.
- Posłuchaj mojej rady. JeŜeli nie przekonasz Poppy, Ŝeby się ze mną zobaczyła, dopilnuj, Ŝeby
nie zrobili jej sekcji zwłok. Nie chciałbyś, Ŝeby chodziła pusta w środku. I miej przygotowany
drewniany kołek, bo w końcu nie będziesz mógł dłuŜej na to patrzeć.
śałość zniknęła z oczu Phila. Jego wargi ułoŜyły się w surową, drŜącą linię.
Nie dopuścimy do tego, Ŝeby się zamieniła w... jakiegoś półŜywego potępieńca - wymamrotał.
- Ani w wampira. Przykro mi z powodu tego, co się stało z panną Emma, ale to niczego nie
zmienia.
- O tym powinna decydować Poppy...
Phillip miał juŜ dość. Kręcił tylko głową.
-
Trzymaj się z daleka od mojej siostry. Nic więcej nie chcę. Wtedy zostawię cię w spokoju. A
jeŜeli nie, to...
-
To co?
-
Powiem wszystkim w El Camino, kim jesteś. Zadzwonię na policję, wezwę burmistrza, i wyjdę
na środek ulicy, i będę o tym krzyczał co sił w płucach.
Dłonie Jamesa stały się zimne jak lód. Phil nie zdawał sobie sprawy, Ŝe z powodu tych słów
James ma obowiązek go zabić. KaŜdy człowiek, który natknie się na tajemnice świata nocy, musi
umrzeć. A ten, kto grozi, Ŝe wyjawi o nim prawdę, musi zginąć natychmiast, bez dodatkowych
pytań i bez miłosierdzia.
Nagle James poczuł się tak zmęczony, Ŝe przestał widzieć wyraźnie" Odejdź stąd, Phil -
odezwał się głosem pozbawionym emocji. I to juŜ. A jeŜeli naprawdę chcesz chronić siostrę, nic
nikomu nie powiesz. Bo oni zaczną tropić i się dowiedzą, Ŝe Poppy teŜ zna sekret. A wtedy ją
zabiją, ale najpierw zabiorą na przesłuchanie. Będzie niewesoło.
- Jacy „oni"? Twoi rodzice?
- Ludzie nocy. Otaczamy was, Phil. Człowiekiem nocy moŜe być kaŜdy, nawet burmistrz.
Więc lepiej trzymaj gębę na kłódkę.
Phillip spojrzał na niego zmruŜonymi oczami. W końcu się odwrócił i odszedł w stronę drzwi
wejściowych do sklepu.
James nie pamiętał, kiedy czuł się tak pusty. Wszystko potoczyło się źle. Poppy groziło
mnóstwo niebezpieczeństw. A Phillip North ma go za potwora. Ale nie wie, Ŝe James na ogół jest
tego samego zdania.
Phillip był juŜ w połowie drogi do domu, kiedy sobie przypomniał, Ŝe zostawił torbę z sokiem
Ŝ
urawinowym dla Poppy i wiśniowymi lizakami lodowymi. Przez ostatnie dwa dni prawie nic nie
jadła, a kiedy juŜ robiła się głodna, miała dziwne zachcianki. Kiedy po raz drugi płacił w 7-
Eleven, dotarto do niego, Ŝe prosiła o coś czerwonego. Poczuł mdłości. Ostatnio ma ochotę tylko
na czerwone rzeczy, w dodatku półpłynne. Czy ona zdaje sobie z tego sprawę? Przyjrzał się
siostrze, kiedy wchodził do sypialni dać jej lizaka. Większość czasu spędzała teraz w łóŜku. Była
strasznie blada i nieruchoma. Jedyną Ŝywą części były jej zielone oczy; zdominowały twarz,
lśniły niemal dziki obłędem. Cliff i matka rozmawiali, Ŝeby załatwić dla niej pielęgniarkę która
czuwałyby całą dobę.
- Nie lubisz lodów? - spytał Phil, przysuwając krzesło łóŜka.
Poppy z obrzydzeniem przyjrzała się lizakowi lodowemu Liznęła delikatnie i się skrzywiła.
Phillip ją obserwował.
Kolejne liźnięcie. OdłoŜyła loda do pustego plastikowego kubka na nocnej szafce.
-
Nie wiem... Po prostu nie jestem głodna. - Oparła o poduszki. - Przepraszam, Ŝe jechałeś na
darmo.
-
Nie szkodzi. - BoŜe, wygląda, jakby ją mdliło. - Mogę jakoś pomóc?
-
Z zamkniętymi oczami pokręciła głową. Ledwie dostrzegany ruch. – Jesteś
dobrym bratem - wyszeptała nieobecnym głosem
Kiedyś nie mogła usiedzieć na miejscu, pomyślał Phil. Tata mówił na nią Kilowat albo
Bączek. Rozsadzała ją energia.
-
Widziałem dziś Jamesa Rasmussena - powiedział, chociaŜ wcale nie zamierzał.
Zesztywniała. Jej dłonie na pościeli zamieniły się nie w pięści, a w szpony.
-
Lepiej niech się trzyma ode mnie z daleka!
Trochę dziwna reakcja. Nie w stylu Poppy. Owszem, bywała agresywna, ale nigdy wcześniej
Phil nie słyszał w jej głosie takiego zwierzęcego tonu.
W jego umyśle pojawił się obraz: istota z Nocy Ŝywych trupów, poruszająca się mimo
wyrwanych trzewi. śywy trup, jak panna Emma.
Czy naprawdę to samo stałoby się z Poppy, gdyby teraz umarła? CzyŜby do tej pory zdąŜyła
się aŜ tak zmienić?
-
Wydrapię mu oczy, jak się tu pojawi. - Gniotła palcami poszewkę.
-
Poppy, on mi się przyznał, kim naprawdę jest. Dziwne, nie zareagowała.
-
Bydlakiem - rzuciła. - Podłym gadem. Coś w jej głosie przyprawiło Phillipa o ciarki.
-
Powiedziałem mu, Ŝe ty nigdy byś nie chciała stać się kimś takim.
-
Jasne - ucięła krótko. - JeŜeli to miałoby oznaczać włóczenie się z nim przez całą
wieczność. Nigdy więcej nie chcę go widzieć.
Phil przyglądał jej się długą chwilę. Oparł się i zamknął oczy, kciukiem uciskając skroń,
gdzie bolało najbardziej.
Nie, to nie „trochę dziwna" reakcja. Nie chciał wierzyć, ale Poppy była odmieniona.
Irracjonalna. A teraz, kiedy się nad tym zastanowił, stwierdził, Ŝe z kaŜdą godziną od
wyrzucenia Jamesa robi się coraz dziwniejsza.
MoŜe znajduje się w jakimś stanie przejściowym? Nie jest ani człowiekiem, ani wampirem. I
nie potrafi trzeźwo myśleć. Tak jak powiedział James. To Poppy powinna zdecydować. Musi ją
zapytać.
- Poppy? - Odczekał, aŜ na niego spojrzy, zielonymi nieruchomymi oczami. - James twierdzi, Ŝe
zgodziłaś się, Ŝeby cię... zmienił. Zanim się na niego wściekłaś. To prawda?
Uniosła brwi.
- Jestem na niego wściekła - potwierdziła, jakby przyswoiła tylko tę część pytania. - I wiesz,
dlaczego cię lubię? Bo zawsze go nienawidziłeś. A teraz nienawidzimy go oboje.
Phil zastanawiał się chwilę, później odezwał się ostroŜnie.
- Dobra. Ale wcześniej, kiedy jeszcze się z nim przyjaźniłaś... czy chciałaś zamienić się w... to,
czym on jest?
Nagle w oczach Poppy pojawił się przebłysk rozsądku.
- Ja po prostu bałam się umrzeć - wyznała. - Byłam przeraŜona, pragnęłam Ŝyć. Gdyby lekarze
mogli coś dla mnie zrobić, zdałabym się na nich. Ale nie mogą. - Siedziała, wpatrując się w
pustkę, jakby widziała tam coś strasznego. - Nie wiesz jak to jest, kiedy słyszysz, Ŝe umrzesz -
wyszeptała.
Phillipa przebiegły dreszcze. Nie, tego nie wie, ale nagle sobie brutalnie uzmysłowił, co
będzie z nim, kiedy Poppy umrze. Jak pusty stanie się świat. Przez długą chwilę siedzieli w
milczeniu.
W końcu Poppy znów opadła na poduszki. Pod oczami miała sine cienie, jakby rozmowa ją
wykończyła.
- To chyba nie ma znaczenia - powiedziała słabym, ale przeraŜająco rezolutnym głosem. - I tak
nie umrę. Lekarze wszystkiego nie wiedzą.
Więc tak sobie z tym radzi, pomyślał Phillip. Całkowita negacja.
JuŜ się dowiedział, czego chciał. Miał jasny obraz sytuacji i wyraźny plan, co musi zrobić.
- Zostawię cię, odpocznij. - Poklepał Poppy po ręce. Była bardzo zimna i krucha, pełna
maleńkich kości jak skrzydło ptaka. - Do zobaczenia.
Bez słowa wymknął się z domu. Kiedy juŜ wyjechał na drogę, dodał gazu. Zaledwie w
dziesięć minut dotarł pod blok. Nigdy wcześniej nie był u Jamesa.
- Co ty tu robisz? - James chłodno powitał go w drzwiach.
- Mogę wejść? Muszę ci coś powiedzieć.
Miejsce było przestronne i puste: zabałaganiony stół i jedno krzesło, zagracone biurko,
nieładny naroŜnik. W kątach stały poutykane kartonowe pudła z ksiąŜkami i płytami. Za
drzwiami znajdowała się spartańska sypialnia.
-
Czego chcesz?
-
Po pierwsze, muszę ci coś wytłumaczyć. Jesteś tym, kim jesteś, i nic na to nie poradzisz, ale ja
teŜ nic nie poradzę na to, co z tego powodu czuje. Ty nie moŜesz się zmienić, ja teŜ nie. Chce,
Ŝ
ebyś najpierw to zrozumiał.
-
Daruj sobie kazania. - James splótł ręce na piersiach; przyjął nieufną, buntowniczą pozę.
Muszę tylko wiedzieć, Ŝe zrozumiałeś.
Czego chcesz? - powtórzył James.
Phil z trudem przełknął ślinę. Dopiero po drugiej albo trzeciej próbie, mimo powstrzymującej
go dumy, udało mu się wydusić:
- PomóŜ mojej siostrze.
Rozdział 9
Poppy obróciła się na łóŜku. Czuła się nieszczęśliwa. Było to dręczące uczucie, które paliło ją
pod skórą. Brało się nie z głowy, ale z ciała. Gdyby nie osłabienie, wstałaby i pobiegła, Ŝeby się
go pozbyć. Ale zamiast mięśni miała spaghetti.
Umysł pozostawał zamroczony. Nie próbowała juŜ myśleć. Najszczęśliwsza była, kiedy spała.
Ale dziś wieczorem nie mogła zasnąć. W kącikach ust ciągle czuła smak wiśniowego lizaka
lodowego. Spróbowałaby zmyć ten smak, ale myśl o wodzie przyprawiała ją o mdłości. Woda nie
jest dobra. Nie tego potrzebuję. Wcisnęła twarz w poduszkę. Nie wiedziała, czego potrzebuje, ale
wiedziała, Ŝe tego nie dostanie.
Z korytarza dobiegł łagodny odgłos. Kroki. Co najmniej dwóch osób. Nie przypominały
kroków mamy i Cliffa; poza tym oni juŜ poszli spać. Rozległo się delikatne pukanie, a potem
drzwi się otworzyły i na podłodze pojawił się wachlarz światła.
- Poppy, śpisz? Mogę? -wyszeptał Phil.
Oburzyła się, kiedy wszedł, nie czekając na odpowiedź. Ktoś z nim był.
Mało, Ŝe ktoś. Ten ktoś. Ten, który najbardziej ze wszystkich ją zranił. Zdrajca. James.
Złość dała jej silę, Ŝeby usiąść.
-
Odejdź! Bo poŜałujesz! - Najbardziej prymitywne ostrzeŜenie. Zwierzęca reakcja.
-
Poppy, proszę, pozwól mi z tobą porozmawiać - odezwał się James.
I wtedy stało się coś zadziwiającego. Nawet Poppy, mimo zamroczenia, zorientowała się, Ŝe
to zadziwiające.
-
Proszę cię, Poppy. Tylko go wysłuchaj - poprosił Phil. Phil po stronie Jamesa?
Była zbyt zdezorientowana, Ŝeby się sprzeciwiać. James uklęknął przy jej łóŜku.
-
Wiem, Ŝe jesteś zdenerwowana. To wszystko moja wina. Popełniłem błąd. Nie chciałem, Ŝeby
Phil wiedział, co naprawdę się dzieje, dlatego mu powiedziałem, Ŝe tylko udaję, Ŝe mi na tobie
zaleŜy. Ale to nieprawda. Poppy zmarszczyła czoło.
-
JeŜeli zajrzysz w głąb swojego serca, przekonasz się, Ŝe nie kłamię. Stajesz się telepatką; chyba
masz juŜ na tyle mocy, Ŝeby mnie przejrzeć.
Stojący za Jamesem Phil zmieszał się, jakby wzmianka o telepatii wprawiła go w
zakłopotanie.
- Ja mogę powiedzieć, Ŝe teraz mówi prawdę - oznajmił, a Poppy i James spojrzeli na niego
zaskoczeni. - Wywnioskowałem to z rozmowy to z tobą - zwrócił się do Jamesa. nie patrząc
na niego. - MoŜe i jesteś potworem, ale na pewno zaleŜy ci na Poppy. Nie chcesz jej
skrzywdzić.
- W końcu zrozumiałeś? Najpierw musiałeś zrobić to całe... - James przerwał i pokręcił głową. -
Poppy, skup się. Poczuj to, co ja czuję. Odkryj prawdę.
Nie, i nie zmusisz mnie do tego, pomyślała Poppy. Ale część jej wnętrza, która chciała poznać
prawdę, okazała się silniejsza niŜ ta ogarnięta wściekłością. Poppy niepewnie dotknęła Jamesa
nie dłonią, ale umysłem. Nie potrafiłaby opisać, jak to zrobiła. Po prostu zrobiła.
I zobaczyła, Ŝe umysł Jamesa lśni jak diament i płonie intensywnie. Czuła się inaczej niŜ
wtedy, gdy była z nim jednością, kiedy wymienili się krwią. Teraz zaglądała do niego z zewnątrz,
z oddali wyczuwając emocje. Ale to wystarczyło. Ciepło, tęsknota i troska były całkiem wyraźne.
Tak jak udręka, którą odczuwał, wiedząc, Ŝe ona cierpi i go nienawidzi.
-
Naprawdę ci zaleŜy - wyszeptała ze łzami w oczach. Szare oczy Jamesa spotkały się z jej
wzrokiem i Poppy dostrzegła w nich coś, czego wcześniej nie widziała.
-
W świecie nocy obowiązują dwie podstawowe zasady - odezwał się opanowanym głosem. -
Pierwsza, nie mówić ludziom, Ŝe on istnieje. Druga, nie zakochiwać się w człowieku. Złamałem
obie.
Poppy jak przez mgłę zorientowała się, Ŝe Phillip wychodzi z pokoju. Smuga światła
zwęziła się, kiedy przymknął za sobą drzwi. Twarz Jamesa częściowo znalazła się w mroku.
-
Nigdy nie mogłem ci wyznać, co do ciebie czuję - ciągnął James. - A nawet przyznać się do
tego przed samym sobą. Bo to naraŜa cię na powaŜne niebezpieczeństwo. Nie wyobraŜasz sobie
jak powaŜne.
-
Ciebie teŜ. - Właściwie po raz pierwszy przyszło jej i do głowy. Ta myśl wydobyła się z
zamulonej świadomości bańka z garnka gotującego się gulaszu. - To znaczy... - powiedziała
powoli, wyciągając wnioski - ...jeŜeli postąpiłeś wbrew zasadom, musi cię spotkać kara. -
Instynktownie wyczuwała, co to za kara.
Większa część twarzy Jamesa pogrąŜyła się w cieniu.
-
Nie martw się tym - odparł dawnym głosem fajnego chłopaka.
Poppy nigdy nie słuchała rad, nawet tych Jamesa. Ogarnął ją przypływ irytacji i złości i
gorączkowy niepokój. Czuła, Ŝe oczy jej się mruŜą, a palce zaciskają.
-
Nie mów mi, czym mam się martwić!
Zmarszczył czoło.
-
A ty mi nie rozkazuj... - zaczął i przerwał. - Co ja wyprawiam? Tobie jest ciągle niedobrze, a ja
sobie siedzę w najlepsze. - Podciągnął rękaw wiatrówki i przesunął paznokciem po nadgarstku.
W miejscu draśnięcia zebrała się krew.
W ciemności wyglądała na czarną. Poppy zafascynowana wlepiła wzrok w sączący się płyn.
Rozchyliła wargi i zaczęła szybciej oddychać.
- No, juŜ. - James podsunął nadgarstek.
Przywarła do niego ustami, jakby chciała ratować Jamesa po ukąszeniu przez węŜa. To było
takie naturalne, takie proste. Tego właśnie potrzebowała, kiedy wysyłała Phila po lizaki lodowe i
sok Ŝurawinowy. Ta słodka, gęsta substancja była wyjątkowa i nic innego nic mogło się z nią
równać. Poppy ssała łapczywie.
Wspaniałe doznania - bliskość, intensywny smak czerwonego płynu, siła i Ŝywotność, które
zalewały jej ciało, ogrzewając po czubki palców. Ale najlepsze ze wszystkich było poczucie
kontaktu z umysłem Jamesa. Z rozkoszy kręciło jej się w głowie. Jak mogła w niego zwątpić?
Teraz, kiedy na własnej skórze czuła to, co on czuje do niej, wydawało jej się to śmieszne. Nigdy
nie pozna nikogo tak dobrze jak Jamesa. Przepraszam, powiedziała do niego w myśli i poczuła Ŝe
przyjął to przesłanie, wybaczył i rozkoszował odzyskaną jednością. To nie twoja wina, odparł.
Umysł Poppy z kaŜdą chwilą odzyskiwał trzeźwość. Jakby budziła się z głębokiego,
nieprzyjemnego snu. Chciałabym Ŝeby to się nigdy nie skończyło. Właściwie nie kierowała tych
słów do Jamesa, po prostu przemknęła jej przez głowę taka myśl.
Zareagował, choć szybko starał się to ukryć. Nie zdąŜył. Poppy to wyczula.
Wampiry nie robią tego między sobą.
Szok. JuŜ nigdy po przemianie nie będą cieszyli się tą rozkoszą? Nie, nie wierzę,
zaprotestowała w duchu. Na pewno jest jakiś sposób...
Znów wyczuła reakcję Jamesa, ale kiedy chciała ją zgłębić, delikatnie odsunął nadgarstek.
- Dzisiaj lepiej nie pij juŜ więcej.
Jego prawdziwy głos zabrzmiał dziwnie w uszach Poppy. Bardziej utoŜsamiała z Jamesem głos
jego myśli, ale teraz nie potrafiła ich dobrze wyczuć. Stali się dwiema odrębnymi istotami.
Potworne. Jak przeŜyje, jeŜeli juŜ nigdy więcej nie dotknie jego umysłu? JeŜeli będzie musiała
posługiwać się słowami, które nagle wydały jej się tak nieporadne jak sygnały dymne? JeŜeli
nigdy więcej nie poczuje go w pełni, całej jego istoty otwartej na nią? To okrutne i
niesprawiedliwe. Wszystkie wampiry muszą być idiotami, jeŜeli zadowalają się czymś gorszym.
Zanim zdąŜyła otworzyć usta, Ŝeby chociaŜ spróbować to wytłumaczyć Jamesowi, drzwi się
otworzyły. Zaglądał zza nich Phillip.
-
Wejdź - powiedział James. - Mamy mnóstwo spraw do obgadania.
Phil wpatrywał się w Poppy.
-
Czy... - przerwał i przełknął ślinę - czujesz się lepiej? - dokończył ochrypłym szeptem.
I bez telepatii wychwytywało się jego odrazę. Spojrzał na jej wargi, potem szybko odwrócił
wzrok. Poppy zorientowała się, co zobaczył. Plamę jak po jagodach. Otarła usta grzbietem dłoni.
Chciała powiedzieć, Ŝe to nie jest odraŜające. To część natury. Sposób dawania Ŝycia.
Tajemniczy i piękny. Dobry.
- Nie moŜna krytykować czegoś, czego się nie spróbowało - wymamrotała tylko.
Twarz Phillipa wykrzywiła się z przeraŜenia. Dziwne, ale James całkowicie się z nim zgadzał.
Poppy to wyczuwała. UwaŜał, Ŝe wymiana krwi jest czymś mrocznym i złym. Przepełniało go
poczucie winy. Poppy westchnęła przeciągłe, ze znuŜeniem.
-
Czujesz się lepiej - zauwaŜył Phil i zdobył się na słaby uśmiech.
-
Pewnie przedtem zachowywałam się dość dziwnie -stwierdziła Poppy. - Przepraszam.
-
„Dość" to niewłaściwe słowo.
-
To nie jej wina - zwrócił się James do Phillipa. - Umierała i miała halucynacje. Za mało krwi
docierało do mózgu.
Poppy pokręciła głową.
-
Nie rozumiem. PrzecieŜ ostatnim razem nie wypiłeś ode mnie aŜ tak duŜo.
-
Nie w tym rzecz. Reagowały ze sobą dwa rodzaje krwi, zwalczały się. Mogę ci to mniej więcej
wyjaśnić z naukowego punktu widzenia. Krew wampira niszczy hemoglobinę, ludzkie czerwone
krwinki. Po pewnym czasie do mózgu dociera za mało tlenu, Ŝeby człowiek logicznie myślał.
Potem brakuje tlenu potrzebnego do Ŝycia.
-
To znaczy, Ŝe krew wampira działa jak trucizna - podsumował Phil takim tonem, jakby
wiedział to od samego początku.
James wzruszył ramionami. Nie patrzył ani na Poppy, ani na Phila.
- W pewnym sensie. Ale działa teŜ jak uniwersalny lek. Rany się szybko goją, ciało się
regeneruje. Komórki wampirów są tak odporne, Ŝe wystarcza im bardzo mała ilość tlenu. Krew
wampira moŜe wszystko, poza przenoszeniem tlenu.
W umyśle Poppy zapaliła się lampka. Olśnienie - wyjaśniła się tajemnica Drakuli.
-
Poczekaj - powiedziała, - To dlatego potrzebujecie ludzkiej krwi?
-
Między innymi - przyzna! James. - Ludzka krew zaspokaja jeszcze kilka... mistycznych
potrzeb, ale przede wszystkim utrzymuje nas przy Ŝyciu. Wypijamy trochę tej krwi, a ona
rozprowadza tlen po naszym organizmie, aŜ w końcu nasza własna krew ją niszczy. Wtedy
pijemy znowu.
Poppy oparła się o poduszki.
-
Więc to tak. I to jest naturalne...
-
Nie ma w tym nic naturalnego - uciął Phil z odrazą na twarzy.
-
Owszem, jest. Jak to się nazywa w przyrodzie? Symbioza...
-
NiewaŜne - wtrącił się James. - Nie moŜemy siedzieć i gadać. Musimy porobić plany.
Nagle zapadła cisza. Poppy zrozumiała, o jakich planach mowa. Phil na pewno teŜ.
-
Nadal grozi ci niebezpieczeństwo - podjął łagodnie James, wpatrując się w oczy Poppy. -
Będzie potrzebna jeszcze jedna wymiana i to jak najszybciej. Inaczej znów moŜesz mieć zapaść.
Ale następną wymianę musimy starannie zaplanować.
-
Czemu? - spytał Phil zupełnie nieskory do współpracy.
-
Bo to mnie zabije - odparła rzeczowo Poppy, zanim James zdąŜył odpowiedzieć. - W tym cała
rzecz, Phil - ciągnęła bezlitośnie. - Nie prowadzimy z Jamesem Ŝadnych gierek. Musimy sobie
radzić z rzeczywistością, a ona wygląda tak, Ŝe niedługo umrę. I wolę obudzić się jako wampir
niŜ nie obudzić się wcale.
Znowu zapadła cisza. James połoŜył dłonie na jej dłoniach. cały się trząsł.
Phil uniósł wzrok. Twarz miał skupioną, a oczy ciemne.
- Jesteśmy bliźniakami. Więc jakim cudem stałaś się o tyle starsza ode mnie? - spytał
ś
ciszonym głosem.
Chwila szeptów.
- Jutrzejszy dzień będzie dobrą porą - oznajmił w końcu James. - Jest piątek. Myślisz, Ŝe uda ci
się wieczorem wywabić mamę i Cliffa z domu?
Phil zamrugał.
-
Chyba... jeŜeli Poppy będzie lepiej wyglądała, moŜe wyjdą na chwilę. Powiem, Ŝe ja z nią
zostanę.
-
Przekonaj ich, Ŝe muszą się trochę rozerwać. Nie chcę, Ŝeby się tu kręcili.
-
A nie moŜesz zrobić tak, Ŝeby niczego nie zauwaŜyli? Jak z pielęgniarką w szpitalu? -
spytała Poppy.
-
Nie, bo będę skupiony na tobie - odparł James. - A niektórych umysłów w ogóle nie da się
kontrolować, Phil jest tego najlepszym przykładem. Twoja mama moŜe być kolejnym.
-
Dobra, namówię ich, Ŝeby wyszli - obiecał Phil. Załkał i najwyraźniej się zawstydził, bo
próbował to ukryć. - A kiedy juŜ wyjdą... to co?
James spojrzał na niego tajemniczo.
-
Wtedy zrobimy z Poppy to, co musimy. Potem ty i ja będziemy oglądać telewizję.
-
Oglądać telewizję - powtórzył głucho Phil.
-
Muszę tu być, kiedy przyjdzie lekarz i obsługa z zakładu pogrzebowego.
PrzeraŜenie niemal sparaliŜowało Phila, kiedy usłyszał wzmiankę o zakładzie pogrzebowym.
Poppy zresztą teŜ lekko zmroziło. Gdyby nie krąŜąca w niej poŜywna obca krew, która ją
uspokajała...
- Czemu? - spytał kategorycznie Phil.
James bardzo dyskretnie pokręcił głową. Twarz miał bez wyrazu.
-
Bo tak - odpowiedział. - Później zrozumiesz. Na razie po prostu mi zaufaj. Poppy
postanowiła nie drąŜyć tematu.
-
No to, chłopaki, jutro musicie się pogodzić. Przy mamie i Cliffie. Inaczej będzie
podejrzane, Ŝe trzymacie się razem.
-
Tak czy siak będzie podejrzane - mruknął Phil pod nosem. - Dobra. Przyjdź po południu i się
pogodzimy. A ja ich namówię, Ŝeby zostawili nas z Poppy.
James skinął głową.
- Pójdę juŜ. -Wstał. Phil się odsunął, Ŝeby zrobić mu przejście, ale James zatrzymał się przy
Poppy. - Nic ci nie będzie? - zapytał szeptem.
Poppy skwapliwie skinęła głową.
- No to do jutra. - Dotknął z czułością jej policzka opuszkami palców.
Przelotny kontakt sprawił, Ŝe serce Poppy zaczęło bić mocniej. Tak, na pewno nic mi nie
będzie. Patrzyli na siebie przez chwilę, później James się odwrócił. Jutro, pomyślała Poppy,
spoglądając na zamykające się za nim drzwi. Jutro jest dzień mojej śmierci. Poppy dostrzegła
jedną zaletę tego wszystkiego - niewiele osób zna dokładną datę swojej śmierci. Więc tylko
nieliczni mogą poŜegnać się tak, jak ona zamierza. To bez znaczenia, Ŝe w rzeczywistości nie
umiera. Kiedy gąsienica zamienia się w motyla, kończy się dla niej Ŝycie gąsienicy. Kończy się
wygrzewanie na gałęziach i jedzenie liści.
Kończy się El Camino. Nie będzie juŜ spania w tym łóŜku.
Trzeba zostawić to wszystko za sobą. Rodzinę, miasto. Całe ludzkie Ŝycie. Czekała ją
zupełnie nowa przyszłość i nie miała pojęcia jaka. Mogła tylko zaufać Jamesowi i swojej
zdolności przystosowania.
Czuła się tak, jakby spoglądała na rozciągającą się przed nią niewyraźną, krętą drogę i nie była
w stanie dostrzec, dokąd prowadzi, bo znikała w ciemności.
Koniec z jeŜdŜeniem na rolkach po deptaku przy Yenice Heach. Z plaskaniem mokrymi
stopami po betonie przy szkole publicznej Tamashaw. Koniec z zakupami w Yillage. Spojrzała
na kaŜdy kąt swojego pokoju. Zegnaj, pomalowana na biało szafo. śegnaj, biurko. Napisała przy
nim setki listów - na blacie zostały plamy po laku. śegnaj, łóŜko; Ŝegnajcie, zwiewne białe
zasłony przy łóŜku, dzięki którym czuła się; jak arabska księŜniczka z bajki. śegnaj, stereo.
O rany. Moje stereo. I płyty. Nie mogę ich zostawić, nie mogę...
CóŜ, nie ma wyjścia.
MoŜe i dobrze, Ŝe musiała uporać się ze stratą sprzętu, zanim wyszła z pokoju. Dzięki temu
przygotowała się na to, Ŝeby zacząć się oswajać ze stratą ludzi.
-
Cześć, mamo - odezwała się niepewnie, stając w kuchni
-
Poppy! Nie wiedziałam, Ŝe wstałaś.
Mocno przytuliła matkę, w jednej chwili świadoma wielu drobnych doznań. Chłód
kuchennych płytek pod gołymi stopami, mdły zapach kokosa, który po szamponie pozostał na
włosach matki. Ciepło matczynego ciała.
-
Jesteś głodna, kochanie? Wyglądasz o wiele lepiej. Poppy nie była w stanie znieść widoku
pełnej niespokojnej nadziei twarzy matki, a myśl o jedzeniu przyprawiła ją o mdłości. Z
powrotem ukryła się w objęciach.
-
Przytul mnie - poprosiła.
Wtedy dotarło do niej, Ŝe mimo wszystko nie będzie mogła się ze wszystkimi poŜegnać. Nie
jest w stanie w jedno popołudnie związać wszystkich luźnych końców swojego Ŝycia. To prawda,
ma ten przywilej, wie, Ŝe to jej ostatni dzień Ŝycia tutaj, ale odchodzi jak wszyscy inni -
nieprzygotowana.
- Pamiętaj, Ŝe cię kocham - wyszeptała, mrugając, Ŝeby się nie rozpłakać.
Później pozwoliła matce odprowadzić się do łóŜka. Resztę dnia spędziła przy telefonie.
Starała się szybko docenić wszystko, zanim będzie musiała to zostawić.
-
Elaine, tęsknię za tobą - powiedziała do słuchawki, wpatrując się w promienie słońca
wpadające przez okno.
-
No, Brady, jak leci?
-
Lauro, dzięki za kwiaty.
-
Poppy, jak się czujesz? - pytali wszyscy. - Kiedy znów się zobaczymy?
Nie mogła odpowiedzieć. Chciała zadzwonić do ojca, ale nikt nie wiedział, gdzie on jest.
ś
ałowała teŜ, Ŝe w zeszłym roku nie przeczytała dramatu Nasze miasto, tylko skorzystała z
notatek Phila i z własnego refleksu. Pamiętała jedynie, Ŝe to było o zmarłej dziewczynce, Mora
dostała szansę, Ŝeby jeszcze raz spojrzeć na jeden zwykły dzień swojego Ŝycia i naprawdę go
docenić. MoŜe taka lektura pomogłaby jej uporządkować swoje uczucia, ale juŜ za późno.
Zmarnowałam duŜo czasu w liceum, uświadomiła sobie. Przechytrzałam nauczycieli, ale to
wcale nie było takie sprytne. Odkryła w sobie nowy wymiar szacunku dla Phila, który zaprzęgał
swój umysł do pracy. MoŜe jednak mój brat nie jest Ŝałosnym purytańskim kujonem. MoŜe to on
zawsze miał rację... Bardzo się zmieniam, pomyślała i zadrŜała. Nie wiedziała, czy to z powodu
obcej krwi w organizmie, raka czy dorastania. Ale się zmieniała.
Zadzwonił dzwonek u drzwi. Poppy bez wychodzenia z pokoju wiedziała, kto to. Wyczuła
Jamesa. Przyszedł, Ŝeby zacząć przedstawienie. Spojrzała na zegarek. Nie do wiary. JuŜ prawie
czwarta.
Miała wraŜenie, Ŝe czas dosłownie ucieka. Nie panikuj. Masz jeszcze kilka godzin,
powiedziała sobie l znów wzięła telefon. Kilka minut później do sypialni zapukała matka.
-
Skarbie, Phil mówi, Ŝe powinniśmy wyjść. Przyszedł James, ale chyba nie chcesz go widzieć...
Prawdę mówiąc, wolałabym cię nie zostawiać... - Matka była dziwnie zmieszana.
-
Powinniście się rozerwać. I cieszę się, Ŝe wpadł James. Naprawdę.
Hm... To dobrze, Ŝe się z nim pogodziłaś. Mimo wszystko nie wiem...
Matka nie od razu dała się przekonać, Ŝe Poppy czuje się o wiele lepiej, Ŝe jeszcze przed nią
trochę Ŝycia i nie ma co przejmować się akurat tym piątkiem.
W końcu dała się namówić i pocałowała córkę na do widzenia. Poppy zostało jeszcze poŜegnać
się z Cliffem. Przytulił ją a ona wreszcie mu wybaczyła, Ŝe nie jest jej ojcem. Starałeś się, jak
mogłeś, pomyślała. Odsunęła się od jego świeŜo wyprasowanego ciemnego garnituru i spojrzała
na prostokątną szczękę. I to ty zaopiekujesz się mamą... później. Więc ci wybaczam. Jesteś w
porządku, naprawdę. Cliff i mama ruszyli do drzwi i to był juŜ zupełnie ostatni moment, Ŝeby ich
poŜegnać. Poppy zawołała za nimi, oboje się, odwrócili uśmiechnęli do niej. Kiedy zniknęli, do
pokoju weszli James i Phil. Popatrzyła na Jamesa. Jego szare oczy były mętne i nie wyraŜały
Ŝ
adnych uczuć.
-
Teraz? - spytała lekko drŜącym głosem.
-
Teraz.
Rozdział 10
Wszystko musi być jak naleŜy - stwierdziła Poppy. - Na taką okazję wszystko musi być jak
naleŜy. Phil, wyjmij kilka świec.
-
Ś
wiec? - Phil miał ziemistą cerę i wyglądał mizernie.
-
Przynieś, ile tylko znajdziesz. I poduszki. Potrzebuję mnóstwo poduszek. - Uklęknęła przy
sprzęcie, Ŝeby się rozejrzeć w chaotycznym stosie płyt.
Phil spojrzał na nią przelotnie i wyszedł.
-
Structures from Silence... nie. Zbyt powtarzalne - oceniła, przeszukując stos. - Deep
Forest... nie. Za bardzo przejmujące. Potrzebuję czegoś przyjaznego.
-
MoŜe to? - James wyjął płytę. Poppy zerknęła na tytuł. Muzyka, w której się znika.
Oczywiście. Idealna. Poppy wzięła płytę i spojrzała Jamesowi w oczy. Na nieziemskie łagodne
dźwięki ambient musie mówił zwykle: „Szmira New Age".
-
Rozumiesz - powiedziała cicho.
-
Tak. Ale ty nie umierasz, Poppy. Nie szykujesz się do sceny śmierci.
-
Ale odchodzę. Zmieniam się. - Nie potrafiła dokładnie tego wytłumaczyć, jednak w głębi
duszy czuła, Ŝe postępuje właściwie. Umiera dla dawnego świata. To wyjątkowa chwila.
Przejście.
Poza tym - chociaŜ Ŝadne z nich o tym nie wspominało - oboje wiedzieli, Ŝe moŜe umrzeć
naprawdę. James był w tej kwestii szczery: niektórym ludziom transformacja się nie udaje.
Phil wrócił ze świecami - świątecznymi, zwykłymi, zapachowymi i wotywnymi. Poppy
poleciła, Ŝeby porozstawiał je po pokoju i zapalił. Sama poszła do łazienki, Ŝeby włoŜyć
najlepszą koszulę nocną - flanelową, w małe truskawki.
Tylko sobie wyobraź, pomyślała. Ostatni raz idziesz tym korytarzem, po raz ostatni otwierasz
drzwi łazienki.
Łazienka była piękna. Łagodny blask świecznika tworzył aurę świętości i tajemnicy. Płynęła
nieziemska słodka muzyka. Poppy poczuła, Ŝe mogłaby się w niej zanurzyć na zawsze, tak samo
jak zapada się w sen. Otworzyła szafkę i wieszakiem strąciła z górnej półki płowego
wypchanego lwa i pluszowego Kłapouchego. Zabrała zwierzaki ze sobą do łóŜka i połoŜyła obok
stosu poduszek. MoŜe to głupie, dziecinne, ale chciała je mieć ze sobą. Spojrzała na Jamesa i
Phillipa.
Obaj na nią patrzyli. Phil był wyraźnie zdenerwowany, dotykał palcami warg, Ŝeby
powstrzymać ich drŜenie. James teŜ się denerwował chociaŜ tylko ktoś, kto zna go tak dobrze jak
Poppy, potrafiłby to zauwaŜyć.
- Wszystko w porządku - powiedziała. - Nie widzicie? Nic mi nie jest, więc nie ma powodu,
Ŝ
eby z wami było coś nie tak.
Dziwne, ale to prawda. Nic jej nie było. Czuła się spokojna i opanowana, jakby wszystko stało
się bardzo proste. Widziała przed sobą drogę. Wystarczyło tylko, Ŝeby nią szła, krok po kroku.
Phil ścisnął ją za rękę.
-
Jak to działa? - spytał szorstko Jamesa.
-
Najpierw wymienimy się krwią. - James mówił do Poppy i tylko na nią patrzył. - Wystarczy
nieduŜo, jesteś juŜ na granicy przemiany. Później dwa rodzaje krwi zaczną ze sobą walczyć i
rozegra się coś w rodzaju ostatniej bitwy. Rozumiesz, co mam na myśli? - Uśmiechnął się słabo i
boleśnie, a Poppy skinęła głową. - Będziesz stawała się coraz słabsza. A potem po prostu...
zaśniesz. Zmiana dokona się we śnie.
-
A kiedy się obudzę?
-
Dam ci sygnał, hipnotyczną wskazówkę. Powiem, Ŝebyś się obudziła, kiedy po ciebie przyjdę.
Nie martw się, wszystko dokładnie zaplanowałem. Ty musisz tylko odpoczywać. Phil nerwowo
przeczesywał palcami włosy, jakby zastanawiał się, co z Jamesem będą musieli zrobić.
-
Chwileczkę - odezwał się, niemal skrzecząc. - Kiedy mówisz, „Ŝe zaśnie", ona będzie
wyglądała jak...
-
NieŜywa - podsunęła Poppy, kiedy załamał mu się głos. James obrzucił Phila chłodnym
spojrzeniem.
-
Tak. JuŜ to omawialiśmy.
-
A wtedy... Co się z nią stanie? James spojrzał gniewnie.
-
Nie denerwuj się - poprosiła łagodnie Poppy. - Powiedz mu, James.
-
Wiesz, co się stanie - wycedził przez zaciśnięte zęby. Nie moŜe po prostu zniknąć.
Ś
cigałaby nas policja i ludzie nocy szukaliby Poppy. Wszystko musi wyglądać tak, jakby
rzeczywiście umarła na raka.
Przestraszona mina Phila wskazywała, Ŝe nie jest do końca przekonany.
-
Na pewno nie ma innego sposobu?
-
Nie - odparł krótko James.
-
O BoŜe. - Phil oblizał wargi.
Poppy teŜ nie chciała się nad tym rozwodzić.
- Poradzisz sobie, Phil - powiedziała stanowczo. - Musisz. Pamiętaj, jeŜeli nie stanie się to teraz,
to umrę za kilka tygodni naprawdę.
Phil tak mocno ściskał mosięŜny pręt ramy łóŜka, Ŝe aŜ pobielały mu palce. Ale osiągnął cel
- wziął się w garść. Prawie.
- Masz rację - przyznał niepewnie. - W porządku, poradzę sobie.
-
No to zaczynajmy - poleciła Poppy spokojnym i opanowanym głosem, jakby bez trudu
radziła sobie ze wszystkim.
-
Lepiej, Ŝebyś nie widział tej części - zwrócił się James do Phillipa. - Idź pooglądać
telewizję.
,
Phil wahał się przez chwilę, potem skinął głową i wyszedł.
-
Zaraz, jeszcze jedno - odezwała się Poppy do Jamesa, odskakując na środek łóŜka. Cały czas
rozpaczliwie siliła się, Ŝeby jej słowa brzmiały beztrosko. - Po pogrzebie... będę spała, tak? Nie
obudzę się... no, wiesz. W mojej malej ładnej trumnie. - Uniosła wzrok i spojrzała na niego. -
Mam lekką klaustrofobie.
-
Nie obudzisz się tam - zapewnił James. - Nigdy bym do tego nie dopuścił. Uwierz mi,
pomyślałem o wszystkim.
Skinęła głową. Wierzę ci, pomyślała. Wyciągnęła do niego ręce. Kiedy dotknął jej szyi,
odchyliła głowę. Wraz z upływem krwi czuła, Ŝe jej umysł jest przyciągany do jego umysłu. Nie
martw się, Poppy. Nie bój się. Z jego myśli biła głęboka troska, która właściwie potwierdzała, Ŝe
jednak jest się czego bać i Ŝe coś moŜe pójść nie tak. Poppy czuła się jednak spokojna. Miłość
Jamesa ją uspokajała i zalewała światłem.
Nagle poczuła bezmiar przestrzeni. Jakby horyzonty rozciągnęła się w nieskończoność. Jakby
odkryła nowy wymiar. Jakby nie było ograniczeń ani przeszkód w tym, co wspólnie z Jamesem
są w stanie zrobić. Czuła się... wolna.
Zaczęła odpływać. Słabła w ramionach Jamesa. Opadała jak zwiędnięty kwiat.
Wypiłem juŜ dosyć, powiedział James do jej umysłu. Ciepłe i zwierzęce wargi odsunęły się
od jej szyi. - Teraz twoja kolej.
Jednak tym razem nie naciął sobie nadgarstka. Zdjął koszulkę i energicznie przeciągnął
paznokciem u dołu szyi.
Jejku, pomyślała Poppy. Pochyliła się powoli, niemal z namaszczeniem. Dłonie Jamesa
podtrzymywały jej głowę z tyłu. Objęła go ramionami, czując jego nagą skórę pod swoją
flanelową koszulą.
Nieopisane doznanie. Ale jeŜeli James mówił prawdę, to był ostatni raz w jej Ŝyciu. JuŜ
nigdy więcej nie wymienią się krwią.
Nie mogę się z tym pogodzić, przemknęło jej przez myśl, ale na niczym nie mogła się zbyt
długo skupić. Tym razem dzika i trująca krew wampira zamiast rozjaśnić umysł przyprawiała ją o
jeszcze większą dezorientację. James?
Spokojnie. To początek przemiany.
Czuła się ocięŜała... śpiąca... Było jej ciepło. Zapadała się w słone fale oceanu. Niemal
wyobraŜała sobie, jak krew wampira przedostaje się do jej Ŝył, pokonuje wszystko, na co
natrafiła po drodze. Pradawna krew, pierwotna. Zmieniała ją w coś odwiecznego, co istnieje od
zarania dziejów. Coś prymitywnego. KaŜda molekuła w jej ciele się zmienia...
-
Poppy, słyszysz mnie? - James delikatnie nią potrząsnął. Poppy była tak zanurzona w
doznaniach, Ŝe nawet nie zorientowała się, Ŝe juŜ nie pije. James ją tulił.
-
Poppy.
Z trudem otworzyła oczy.
- Nic mi nie jest... chce mi się tylko spać.
Mocniej zacisnął wokół niej ramiona, później ostroŜnie połoŜył ją na spiętrzonych
poduszkach.
- Teraz odpoczywaj. Zawołam Phila.
Zanim wyszedł, pocałował ją w czoło. Mój pierwszy pocałunek, pomyślała
sennie. A ja jestem w śpiączce. Super.
Poczuła, jak łóŜko ugina się pod czyimś cięŜarem. Spojrzała w górę. Phil. Wyglądał na
bardzo zdenerwowanego, siedział na samym brzegu i się przyglądał.
-
Co się teraz dzieje? - spytał.
- Zalewa ją krew wampira - wyjaśnił James.
- Jestem bardzo śpiąca - wymamrotała Poppy.
Nic ją nie bolało. Miała tylko ochotę odpłynąć. Jej ciało było ciepłe i bezwładne, jakby
spowiła je gęsta, delikatna mgła.
Phil? Zapomniałam ci powiedzieć... dziękuję. śe nam pomogłeś. I za wszystko. Jesteś
dobrym bratem.
- Nie musisz mi tego mówić teraz - odparł zwięźle. - Podziękujesz mi później. Ja tu będę,
przecieŜ wiesz.
Ale mnie moŜe nie być, pomyślała Poppy. To jedna wielka niewiadoma. Nigdy bym się na to
nie zgodziła, gdybym imała filie wyjście. Mogłam tylko poddać się bez walki. Ale walczyłam,
prawda? Przynajmniej tyle.
- Tak, walczyłaś - przytaknął Phil. Poppy nie zdawała sobie prawy, Ŝe mówi na głos. -
Zawsze byłaś waleczna. Wiele się od Ciebie nauczyłem.
Zabawne, bo to ona się od niego duŜo nauczyła - co prawda najwięcej w ciągu ostatnich
dwudziestu czterech godzin.
Chciała mu to powiedzieć, ale czulą się taka zmęczona... Język
miała sztywny, cale ciało słabe i omdlałe.
-
Tylko... trzymaj mnie za rękę. - Jej słowa były zaledwie trochę głośniejsze od oddechu.
Phillip chwycił jedną jej dłoń, James drugą.
Tak było dobrze. Tak naleŜało to zrobić, z Kłapouchym i lwem na poduszkach, z Philem i
Jamesem trzymającymi ją za ręce. Dzięki nim czuła się bezpieczna. Jedna ze świec miała zapach
wanilii, ciepły i miły. Przypominał Poppy dzieciństwo. Waniliowe wafle i popołudniowa
drzemka. Z tym właśnie jej się kojarzył. Z drzemką w przedszkolu pani Spurgeon; promienie
słońca padały na podłogę, a leŜaku obok spał James. Tak bezpieczna, spokojna...
-
Och, Poppy - wyszeptał Phil.
-
Dobrze sobie radzisz, dzieciaku - odezwał się James. -Wszystko idzie, jak trzeba.
To właśnie chciała usłyszeć. Zanurzyła się w muzyce, jakby zapadała w sen, bez strachu.
Kropla wpadająca do oceanu...
Nie jestem gotowa, pomyślała w ostatniej chwili. Ale juŜ znała odpowiedź. Nikt nigdy nie
jest gotowy.
AleŜ ona głupia, zapomniała o najwaŜniejszym. Nie powiedziała Jamesowi, Ŝe go kocha.
Nawet wtedy, kiedy on wyznał jej miłość. Starała się nabrać powietrza w płuca, zebrać siły... Za
późno. Świat zewnętrzny zniknął, a ona nie czuła juŜ swojego ciała. Unosiła się w ciemności i
muzyce. Teraz mogła tylko usnąć.
-
Ś
pij. - James pochylił się nad Poppy. - Nie budź się, do póki ci nie powiem. Po prostu
ś
pij. Phil miał napięte wszystkie mięśnie. Poppy wyglądała tak spokojnie - była blada, loki
koloru miedzi rozsypały się po poduszce, czarne rzęsy rzucały cień na policzki, a wargi
rozchyliły się, kiedy lekko oddychała. Przypominała porcelanową lalkę. Ale im spokojniej leŜała,
tym większe przeraŜenie ogarniało Phila.
Poradzę sobie z tym, powtarzał sobie. Muszę.
Poppy łagodnie wypuściła powietrze i nagle jej mostek uniósł się raz, drugi. Dłoń zacisnęła się
na dłoni Phila, a oczy otworzyły się, a jednak jakby nic nie widziała. Wyglądała na zaskoczoną.
- Poppy! - Phil chwycił ją za flanelową koszulę. Była w niej taka mała i krucha. - Poppy!
CięŜkie sapanie ustało. Poppy na chwilę zawisła w próŜni, a potem powieki się zamknęły,
ciało opadło na poduszki. Phil trzymał jej bezwładną dłoń.
Stracił resztki panowania nad sobą.
-
Poppy. - Słyszał niebezpieczny, niezrównowaŜony ton własnego głosu. - Poppy, przestań.
Obudź się! - krzyczał coraz głośniej. Potwornie rozedrgane ręce drapały ramiona siostry.
Odsunęły je inne dłonie.
-
Do cholery, co ty wyczyniasz? - odezwał się cicho James.
-
Poppy? Poppy? - Phil nie przestawał się w nią wpatrywać. Jej mostek się nie ruszał. Na twarzy
miała wyraz... niewinnej ulgi. Takiej świeŜości, jaką widuje się tylko u niemowląt. Jednak i twarz
się zmieniała. Stawała się biała, przezroczysta, niesamowita i upiorna. I chociaŜ Phil nigdy
wcześniej nie widział trupa, instynktownie wiedział, Ŝe to śmiertelna bladość.
Dusza opuściła Poppy. Jej ciało było bez Ŝycia, bez ducha, pozbawione sił witalnych. Dłoń w
dłoni Phila tkwiła bezwładnie, inaczej niŜ dłoń śpiącego. Skóra straciła blask, jakby ktoś
delikatnie na nią nachuchał.
Phil odrzucił głowę do tyłu i wydał z siebie zwierzęcy ryk. Nieludzki. Wył.
-
Zabiłeś ją! - Zerwał się z łóŜka i doskoczył do Jamesa - Powiedziałeś, Ŝe tylko zaśnie, ale ją
zabiłeś! Ona nie Ŝyje! James nie uchylił się przed atakiem. Chwycił Phila i wyciągnął na
korytarz.
Zmysł słuchu zanika ostatni - warknął mu do ucha. - ona moŜe cię słyszeć.
Phil wyrwał się i pobiegł do salonu. Nie wiedział, co robić. Po prostu musiał coś zniszczyć.
Poppy nie Ŝyje. Nie ma jej.
Przewrócił fotel, potem ławę. Podniósł lampę, wyrwał kabel z gniazdka i rzucił nią w
kominek.
- Przestań! - James usiłował przekrzyczeć hałas.
Phil podbiegł do niego. Sama siła jego uścisku powaliła Jamnu do tyłu, na ścianę. Obaj runęli
na podłogę.
- Zabiłeś ją! - sapnął Phil, próbując dosięgnąć gardła Jamesa.
Srebro. Oczy Jamesa płonęły jak roztopiony metal. Złapał Phila za nadgarstki i ścisnął
boleśnie.
- Przestań natychmiast, Phillip - syknął.
Phil się uspokoił. Niemal szlochając, walczył o oddech.
- Zabiję cię, jeŜeli będę musiał, Ŝebyś nie zagraŜał Poppy - ostrzegł James nadal dzikim i
złowieszczym głosem. - A nic się jej nie stanie, jak się uspokoisz i będziesz robił dokładnie to, co
ci powiem. Jasne? - Mocno potrząsnął Philem, niemal waląc jego głową o ścianę. Dziwne, ale
podziałało. Powiedział, Ŝe zaleŜy mu na Poppy. I chociaŜ wydawało się to nieprawdopodobne,
Phii zaczął wierzyć, Ŝe James mówi prawdę.
Rozpalona do czerwoności wściekłość wyparowała z głowy Phila. Wziął głęboki oddech.
-
Dobra, rozumiem - wychrypiał. Przywykł do tego, Ŝe to on rozkazuje zarówno sobie, jak i
innym. Nie podobało mu się Ŝe James wydaje mu polecenia. Teraz nie miał jednak wyjścia.
Ale... ona nie Ŝyje, tak?
-
To zaleŜy od definicji. - James puścił Phila i powoli wstał z podłogi. Z ponurą miną rozejrzał
się po pokoju. - Wszystko poszło zgodnie z planem. Oprócz tego. - Wskazał głową bałagan w
salonie. - Chciałem, Ŝeby to twoi rodzice ją znaleźli, kiedy wrócą, ale ta wersja odpada. Ten
bałagan wytłumaczy tylko prawda.
-
To znaczy?
-
ś
e wszedłeś tam, znalazłeś Poppy martwą i dostałeś szału. A wtedy ja zadzwoniłem do twoich
rodziców. Chyba wiesz w jakiej są restauracji?
-
W Valentino's. Mama mówiła, Ŝe mają szczęście, bo zarezerwowali ostatni wolny stolik.
-
Dobra. Uda się. Tylko najpierw musimy posprzątać w sypialni. Wynieś wszystkie świeczki i
resztę rzeczy. To musi i wglądać tak, jakby po prostu zasnęła.
Phii zerknął na rozsuwane szklane drzwi. Dopiero zaczynało się ściemniać. Ale przecieŜ
ostatnio Poppy duŜo spała.
-
Powiemy, Ŝe się zmęczyła i kazała nam iść oglądać telewizję - podsunął, starając się
przezwycięŜyć wzburzone emocje i myśleć trzeźwo. - A po jakimś czasie ja do niej
wszedłem.
-
Dobra - zgodził się James z nikłym uśmiechem, który nie rozjaśnił oczu.
Sprzątanie sypialni nie trwało długo. Najtrudniejsze dla Phila było to, Ŝe cały czas musiał
patrzeć na Poppy. A za kaŜdym razem, kiedy na nią spoglądał, coś ściskało go za serce.
Wydawała się, jak delikatna kruszynka... boŜonarodzeniowy aniołek w czerwcu.
Ź
le się czuł, zabierając pluszowe zwierzaki. Obudzi się, prawda? - spytał.
BoŜe, mam taką nadzieję - odparł James bardzo zmęczonym głosem. Zabrzmiało to bardziej
jak modlitwa niŜ Ŝyczenie. Jeśli nie, to nie będziesz mnie musiał ścigać z osikowym kołkiem.
Sam się tym zajmę.
Nie gadaj głupot - warknął Phii, wstrząśnięty i zły. - JeŜeli Poppy na czymś zaleŜało... zaleŜy,
to właśnie na Ŝyciu. Gdyby popełniła samobójstwo, to tak jakbyś dał jej w twarz. Poza tym,
gdyby nawet się nie udało, to przecieŜ zrobiłeś, co mogłeś. Nie obwiniaj się, bo to idiotyczne.
James wpatrywał się w niego zaskoczony, oniemiały. W końcu powoli skinął głową. Dzięki.
To był siedmiomilowy krok - po raz pierwszy znaleźli się po jednej stronie barykady. Phillip
poczuł, Ŝe łączy ich dziwna nić zrozumienia.
Trzeba chyba zadzwonić do restauracji - powiedział tylko, odwracając wzrok, James
spojrzał na zegarek.
-
Za kilka minut.
-
To zdąŜą wyjść, zanim zadzwonimy.
-
Trudno. WaŜne tylko, Ŝeby lekarze nie starali się jej reanimować albo nie zabrali do
szpitala. Musi być zimna, zanim ktokolwiek się tu zjawi.
Philla ogarnęło przeraŜenie. Wyrachowany padalec.
-Jestem po prostu praktyczny - mruknął James ze znuŜeniem, jakby tłumaczył coś dziecku.
Dotknął marmurowo białej dłoni Poppy. - Dobra. Dzwonię. Ty moŜesz znów wpaść w szał,
proszę bardzo.
Phill pokręcił głową. Nie miał juŜ sił. Chciało mu się tylko płakać, jak dziecku, które się
zgubiło albo zostało skrzywdzone.
Uklęknął przy łóŜku Poppy i czekał. Muzyka się skończyła; słyszał telewizor z salonu. Stracił
poczucie czasu do chwili, kiedy rozległ się warkot samochodu na podjeździe. Oparł czoło o
materac. Nie zmuszał się do łez. Płakał naprawdę. W tej chwili był przekonany, Ŝe stracił ją na
zawsze.
- Weź się w garść - powiedział James, stając za nim. - Przyjechali.
Rozdział 11
Następnych kilka godzin było najgorszych w Ŝyciu Phila. Przede wszystkim z powodu matki.
Jak tylko weszła, chciał ją pocieszyć. Rzecz jasna, Ŝadne pocieszenie nie istniało. Mógł się tylko
do niej przytulić.
To zbyt okrutne, pomyślał zamroczony. Musi być jakiś sposób, Ŝeby jej powiedzieć. Ale ona
nigdy w to nie uwierzy, a nawet gdyby, wtedy sama znajdzie się w niebezpieczeństwie... W
końcu przyjechała karetka, ale wcześniej zjawił się doktor Franklin.
-
Zadzwoniłem po niego - powiedział Philowi James, kiedy matka wypłakiwała się Cliffowi w
rękaw.
-
Po co?
-
ś
eby uprościć sprawę. Lekarz moŜe wystawić świadectwo zgonu, jeŜeli widział chorego w
ciągu ostatnich dwudziestu dni i zna przyczynę śmierci. Nie chcemy Ŝadnych szpitali ani lekarzy
sądowych.
-
Czemu? - Phil pokręcił głową.
-
Temu... - odezwał się James zmienionym głosem - Ŝe w szpitalach robią sekcje zwłok. Phil
zamarł. Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich Ŝaden dźwięk.
A w zakładach pogrzebowych balsamują ciało. Dlatego muszę tu być, kiedy przyjadą zabrać
zwłoki. Wpłynę na ich umysł, Ŝeby jej nie zabalsamowali, nie zaszyli warg ani...
Phill wpadł do łazienki, bo zrobiło mu się niedobrze. Znów nienawidził Jamesa.
Nikt nie zawiózł Poppy do szpitala, a doktor Franklin nawet nie wspomniał o sekcji. Trzymał
panią Hilgard za rękę i mówił cicho, Ŝe takie rzeczy mogą zdarzyć się nagle i Ŝe przynajmniej
Poppy nie cierpiała.
-
Ale przecieŜ czuła się dzisiaj znacznie lepiej - wyszeptała matka przez łzy. - Och, moje
maleństwo, moje maleństwo. Pogarszało jej się, ale dzisiaj czuła się całkiem dobrze.
-
Czasami tak się dzieje - tłumaczył łagodnie doktor Franiklin. - Jakby umierający chcieli
zaczerpnąć ostatni haust Ŝycia.
-
Ale mnie przy niej nie było - powiedziała, juŜ bez łez, ale z potwornym poczuciem winy w
głosie. - Umierała sama.
-
Zasnęła - wtrącił się Phil. - I po prostu juŜ się nie obudzi. Popatrz na nią, to zobaczysz, jak
spokojnie odeszła.
Ciągle to powtarzał, Cliff teŜ, lekarz teŜ, a karetka w końcu odjechała. Potem, kiedy
matka siedziała na łóŜku i głaskała Poppy po głowie, zjawili się ludzie z zakładu
pogrzebowego.
-
Dajcie mi tylko kilka minut - odezwała się z suchymi oczami, blada. - Chcę przez chwilę
pobyć z nią sama.
Grabarze zakłopotani siedzieli w salonie, a James wpatrywał się w nich uporczywie. Phil
wiedział czemu. James wpajał im w umysły, Ŝe nie będzie Ŝadnego balsamowania.
-
Powody religijne? - spytał Cliffa jeden z męŜczyzn, przerywając długie milczenie.
-
O czym pan mówi? - Cliff przyglądał mu się z uniesionymi brwiami.
MęŜczyzna skinął głową.
-
Rozumiem. Nie ma sprawy.
Phil teŜ rozumiał. Tego, co usłyszał męŜczyzna, nie powiedział Cliff.
-
W takim razie pozostaje tylko jedna kwestia. Wystawiamy zwłoki? - odezwał się drugi
męŜczyzna. - Czy trumna ma być zamknięta?
-
To była nagła śmierć - powiedział Cliff ze spokojem na twarzy. - Po bardzo krótkiej
chorobie.
Więc on z kolei nie słyszał, co mówią męŜczyźni. Phill spojrzał na Jamesa i dostrzegł pot
cieknący mu po twarzy. Jednoczesne panowanie nad trzema umysłami kosztowało go mnóstwo
wysiłku.
W końcu Cliff wyprowadził Ŝonę do małŜeńskiej sypialni, Ŝeby nie musiała patrzeć na to, co
będzie się działo dalej.
Dwaj męŜczyźni weszli do pokoju Poppy z pokrowcem na ciało i noszami na kółkach. Kiedy
wychodzili, pokrowiec miał kształt małego, łagodnego wzgórka.
Phil znów zaczął tracić panowanie nad sobą. Chciał wszystko kopać, przebiec maraton, Ŝeby
stąd uciec. Ale nagle ugięły się pod nim kolana i pociemniało mu w czach. Podtrzymały go silne
ramiona i zaprowadziły do krzesła.
- Wytrzymaj - szepnął James. - Jeszcze tylko kilka minut. JuŜ prawie koniec.
W tej chwili Phil był niemal w stanie mu wybaczyć, Ŝe jest krwioŜerczym potworem.
Wszyscy połoŜyli się bardzo późno, ale nikt nie zasnął. Phill zrozpaczony leŜał przy
zapalonym świetle do wschodu słońca.
Dom pogrzebowy przypominał wiktoriańską posiadłość, a kaplica, gdzie stała biała trumna ze
złotymi wykończeniami, wypełniona była kwiatami i ludźmi. Z daleka Poppy wyglądała jakby
spała.
Phil nie chciał na nią patrzeć. Przyglądał się za to osobom które wchodziły do sali poŜegnań i
zapełniały dziesiątki drewnianych ławek. Nigdy nie zdawał sobie sprawy z tego, ilu ludzi
kochało Poppy.
- Była taka pełna Ŝycia - powiedział nauczyciel angielskiego.
Nie mogę uwierzyć, Ŝe umarła - stwierdził chłopak z druŜyny piłkarskiej Philla.
Nigdy jej nie zapomnę - wyjąkała jedna z jej przyjaciółek.
Phil w ciemnym garniturze stał razem z matką i Cliffem. Scena kojarzyła mu się ze składaniem
Ŝ
yczeń ślubnych. Matka powtarzała: „Dziękuję za przybycie" i obejmowała gości. Krewni,
znajomi, przyjaciele podchodzili, delikatnie dotykali trumny, płakali. Przy odbieraniu
kondolencji od tylu Ŝałobników wydarzyło się coś dziwnego. Phil się nabrał. Śmierć Poppy była
na tyle realna, Ŝe wszystko związane z wampirami wydało mu się snem. Stopniowo zaczynał
wierzyć w to, w czym brał udział.
PrzecieŜ nikt nie miał najmniejszych wątpliwości. Poppy chorowała na raka, a teraz nie Ŝyje.
Wampiry to zwykły zabobon. James nie przyszedł do kaplicy.
Poppy miała sen.
Spacerowała nad oceanem z Jamesem. Było ciepło i czuła zapach soli; stopy miała mokre i
zapiaszczone. WłoŜyła nowy kostium kąpielowy, taki, który zmienia kolor, kiedy się zmoczy.
Miała nadzieję, Ŝe James zwróci na to uwagę, ale nic nie powiedział na ten temat. Nagle
zorientowała się, Ŝe James ma na sobie maskę. Dziwne - krzywo się opali, skoro ma zasłoniętą
część twarzy.
-
MoŜe powinieneś to zdjąć? - odezwała się przekonana, Ŝe trzeba mu pomóc.
-
Noszę ją ze względów zdrowotnych - powiedział, ale to nie był głos Jamesa.
Poppy wstrząśnięta zdarta maskę.
To nie James. Chłopak miał blond włosy, jeszcze jaśniejsze od Phila. Dlaczego nie
zauwaŜyła tego wcześniej? Jego zielone oczy nagle stały się niebieskie.
-
Kim jesteś? - spytała wystraszona.
-
Długa historia. - Uśmiechnął się. Jego oczy zrobiły się fioletowe. Uniósł dłoń. Trzymał w
niej mak. W kaŜdym razie coś, co wyglądało jak mak, ale było czarne. Dotknął jej policzka
kwiatem. - Tylko pamiętaj... - Ciągle uśmiechał się zagadkowo. - Są i złe czary.
-
Co?
-
Są i złe czary - powtórzył, odwrócił się i odszedł. Nie zostały po nim Ŝadne ślady na piasku.
Poppy stała sama nad ryczącym oceanem. Teraz ona trzymała mak. Nad jej głową zaczęły się
zbierać chmury. Chciała się obudzić, ale nie mogła. Była sama i przestraszona. Ogarnięta paniką
upuściła kwiat.
-
James!
Phil usiadł na łóŜku z łomoczącym sercem. BoŜe,
co to było? Coś jakby krzyk, glos Poppy. Mam
halucynacje.
Nic dziwnego. Jest poniedziałek, dzień pogrzebu Poppy - spojrzał na zegar - mniej więcej
cztery godziny trzeba być w kościele. Pewnie mu się przyśniło. Ale słyszał, Ŝe jest przeraŜona...
Odgonił tę myśl. Przekonał siebie, Ŝe Poppy nie Ŝyje, a zmarli nie krzyczą.
Na pogrzebie przeŜył jednak szok. Zobaczył ojca ubranego w coś, co nawet przypominało
garnitur, chociaŜ marynarka nie pasowała do spodni, a krawat był przekrzywiony.
-
Przyjechałem, kiedy tylko się dowiedziałem...
-
Gdzie byłeś? - Wokół oczu matki pojawiły się łagodne zmarszczki, jak zawsze, kiedy miała do
czynienia z pierwszym męŜem.
-
Na wyprawie w Blue Ridge Mountains. Przysięgam, Ŝe następnym razem zostawię adres. Będę
sprawdzał wiadomości... - Rozpłakał się. Matka nie mówiła nic więcej. Wyciągnęła do niego
rękę, a Philowi ścisnęło się serce, kiedy przywarli do siebie.
Wiedział, Ŝe ojciec jest nieodpowiedzialny i beznadziejny, jeŜeli chodzi o wychowanie dzieci,
postrzelony i słaby. Ale kochał Poppy bardziej niŜ ktokolwiek. W tej chwili Phil nie potrafił
myśleć o nim źle, mimo Ŝe obok stał Cliff, któremu ojciec nie dorastał do pięt. Szok nastąpił,
kiedy tata odwrócił się do Phila przed naboŜeństwem.
-
Wiesz, przyszła do mnie zeszłej nocy - wyszeptał. - To znaczy jej dusza. Ukazała mi się. Phil
spojrzał na niego. Między innymi takie stwierdzenia doprowadziły do rozwodu. Ojciec zawsze
opowiadał o dziwnych snach i niestworzonych rzeczach. Nie wspominając o tym, Ŝe zbierał
artykuły o astrologii, numerologii czy UFO.
-
Nie widziałem jej, ale słyszałem, jak woła. Martwi mnie to Ŝe była przestraszona. Nie mów
tego matce, ale mam wrŜenie, Ŝe Poppy nie spoczywa w spokoju. - Zakrył twarz dłońmi. Philowi
przebiegły ciarki po kręgosłupie.
Ale uczucie przyprawiające o dreszcz zniknęło niemal natychmiast w zalewie pogrzebowego
smutku, w słowach: „Poppy będzie na zawsze Ŝyła w naszych sercach i w pamięci". Srebrny
karawan przejechał na cmentarz Forest Park, wszyscy stanęli w czerwcowym słońcu, Ŝeby
wysłuchać ostatnich słów duchownego nad trumną Poppy. Phil, zanim doczekał chwili, kiedy
miał połoŜyć na trumnie róŜę, cały się trząsł.
Straszny moment. Dwie przyjaciółki Poppy histerycznie zanosiły się od płaczu. Matka zgięła
się wpół i została niemal siłą zabrana od trumny. Nic było czasu na myślenie, ani wtedy, ani
potem - na stypie.
W domu zderzyły się dwa światy. Phil, w samym środku zamieszania, dostrzegł Jamesa. Nie
wiedział, co zrobić. James nie pasował do tego, co się tu odbywało. Phil był juŜ prawie
zdecydowany, Ŝeby go wyprosić, bo jego chory Ŝart się skończył. Ale zanim zdąŜył to zrobić,
James podszedł do niego.
-
Bądź gotowy o jedenastej w nocy - rzucił pod nosem.
Phil podskoczył.
-
Do czego?
-
Po prostu bądź gotowy. I weź ze sobą parę ubrań Poppy. Wszystko się przyda. - Rzucił Philowi
ukradkowe, rozpaczliwe spojrzenie. - Musimy ją wyjąć, głupku. Chcesz ją tam zostawić?
Bum! To byt odgłos zderzenia dwóch światów. Phil przez chwilę wirował w przestrzeni, nie
naleŜąc do Ŝadnego z nich.
-
Nie mogę - wydusił w końcu, widząc wokół siebie realny świat. - Jesteś stuknięty.
-
To ty jesteś stuknięty. Zachowujesz się, jakby to się ci nigdy nie wydarzyło. Musisz mi pomóc,
bo sam nie dam rady. Z początku będzie zdezorientowana, jak lunatyk. Poppy cię potrzebuje.
To pobudziło Phila do działania. Wyprostował się energicznie.
-
Słyszałeś ją zeszłej nocy?
-
Nie obudziła się. - James odwrócił wzrok. - To jej sen.
-
Jakim cudem głos dotarł z takiej odległości? Nawet mój tata to usłyszał. - Chwycił Jamesa za
klapy marynarki. - Na pewno nic jej nie jest?
-
Minutę temu byłeś pewny, Ŝe nie Ŝyje. Teraz mam cię zapewniać, Ŝe nic jej nie jest. CóŜ, nie
mogę dać Ŝadnej gwarancji. - Spoglądał na Phila oczami zimnymi jak szary lód. - Nigdy
wcześniej czegoś takiego nie robiłem. Kieruję się ksiąŜkami. Zawsze coś moŜe pójść nie tak.
Ale... - powiedział stanowczo, kiedy Phil otworzył usta - ...wiem na pewno, Ŝe jeŜeli
zostawimy Poppy w trumnie, to czeka ją bardzo nieprzyjemna niespodzianka. Rozumiesz?
Dłonie Phila rozluźniły się powoli.
-
Tak. Przepraszam. Po prostu cięŜko mi w to wszystko uwierzyć. - Spojrzał na Jamesa i
zauwaŜył, Ŝe twarz lekko mu złagodniała. - Ale skoro wczoraj w nocy krzyczała, to znaczy, Ŝe
Ŝ
yje, prawda?
-
I jest silna - dodał James. - Nigdy nie zetknąłem się z silniejszym telepatą. Naprawdę coś z
niej będzie.
Phil starał się nie wyobraŜać sobie co. James, oczywiście jest wampirem i na ogół wygląda
całkiem normalnie. Ale w głowie Phila krąŜyły obrazy Poppy przypominającej potwora z
Hollywood. Czerwone oczy, kredowa cera, ociekające krwią zęby.
JeŜeli rzeczywiście taka się stanie... cóŜ, spróbuje ją pokochać. Ale nie miał pewności, czy
nie będzie chciał sięgnąć po osikowy kołek.
Cmentarz Forest Park w nocy był zupełnie inny. Ciemność wydawała się bardzo gęsta. Na
Ŝ
elaznej bramie wisiała tabliczka „Nie wchodzić po zmierzchu", ale brama była otwarta. Nie
chcę tu być, pomyślał Phil.
James przejechał jednopasmową jezdnią, która wiła się wokół cmentarza, i zaparkował pod
olbrzymim starym miłorzębem.
- A jak ktoś nas zobaczy? MoŜe mają straŜnika?
- Jest nocny stróŜ. Śpi. Zająłem się tym, zanim po ciebie przyjechałem. - James wysiadł i
zaczął wypakowywać z integry zadziwiającą ilość sprzętu.
Dwie polowe latarki. Łom. Kilka starych desek. Brezentową| folię. I dwa zupełnie nowe
szpadle.
-
PomóŜ mi to przenieść.
Po co ci to wszystko? - spytał Phil. świr chrzęścił mu pod stopami, kiedy podąŜał za
Jamesem jedną z wąskich krętych dróŜek.
Wspięli się po zniszczonych drewnianych schodach, przelali na drugą stronę i znaleźli się w
Krainie Zabawek.
Taką nazwę rzucił ktoś na pogrzebie. Phil usłyszał, jak rozmawiali o tym dwaj koledzy Cliffa z
pracy. Chodziło o część cmentarza, gdzie pochowano głównie dzieci. MoŜna się było
zorientować, nie patrząc nawet na nagrobki, bo wszędzie stały na nich inne zabawki. Grób Poppy
znajdował się na samym skraju Krainy Zabawek. Rzecz jasna, jeszcze bez nagrobka.
James rzucił rzeczy na trawę i uklęknął, Ŝeby zbadać ziemię, oświetlając ją latarką.
Phil stał w milczeniu i rozglądał się po cmentarzu. Ciągle przestraszony; częściowo bał się
tego, Ŝe ktoś ich przyłapie, a częściowo tego, Ŝe im się nie uda. Ciszę mąciły jedynie odgłosy
ś
wierszczy i ruchu ulicznego w oddali. Gałęzie drzew i krzewów poruszały się łagodnie na
wietrze.
-
Dobra - powiedział James. - Najpierw musimy zedrzeć murawę.
-
Co? - Phil nawet się nie zastanawiał nad tym, skąd na świeŜym grobie wzięła się trawa. Ale
faktycznie była. James znalazł krawędź jednego pasa i zwinął go w rulon jak dywan. Phil znalazł
drugi brzeg. Pasy miały około dwóch metrów długości i pół metra szerokości. Były cięŜkie, ale
bez trudu odsunęli je z grobu.
-
Potem połoŜymy z powrotem - mruknął James. - Nie moŜemy zostawić śladów. W
głowie Phila zapaliła się lampka.
-
Po to ci te worki i cała reszta?
-
Trochę bałaganu nie wzbudzi podejrzeń. Ale jeśli ktoś zobaczy porozrzucany wszędzie piach,
zacznie się zastanawiać. James połoŜył deski dookoła grobu, później Phil pomógł mu naciągnąć
brezent z kaŜdej strony. W miejscu, gdzie leŜała sztuczna trawa, została gliniasta ziemia. Phil
odłoŜył latarkę i wziął szpadel. Nie wierzę, Ŝe to robię. A jednak. Próbował myśleć tylko o
fizycznym wysiłku o wykopywaniu dziury w ziemi. Skupił się na tym i nacisnął łopatę stopą.
Wbiła się w ziemię bez oporu. Nabrał ziemi, odrzucił ją na brezent. Szło łatwo. Ale za
trzydziestym razem poczuł się zmęczony.
-
To szaleństwo. Potrzebujemy koparki - wysapał, ocierając czoło.
-
Odpocznij, jak chcesz.
Phil zrozumiał. Funkcję koparki pełnił James. Był silniejszy niŜ ktokolwiek, kogo Phil widział.
Wybierał ziemię łopata za łopatą, nawet się nie prostując. Wyglądało to tak, jakby się bawił.
-
Dlaczego nie jesteś w Ŝadnej druŜynie szkolnej? - spytał Phill opierając się cięŜko na
trzonku.
-
Wolę sporty indywidualne. Na przykład zapasy. - James uśmiechnął się szeroko. Phil od razu
wyłapał podtekst tej niedwuznacznej uwagi. Chodziło o zapasy, na przykład, z Jacklyn i
Michaelą.
Mimowolnie odwzajemnił uśmiech. Nie potrafił zdobyć się na święte oburzenie. Mimo
siły Jamesa kopanie zabrało duŜo czasu. Philowi wydawało się, Ŝe dziura jest szersza niŜ
potrzeba. W końcu jego łopata dotknęła czegoś twardego.
-
To osłona - wyjaśnił James.
-
Jaka osłona?
-
Grobowa. śeby trumna się nic roztrzaskała, jeŜeli ziemia zapadnie. Wyjdź i podaj mi łom. Phil
wydostał się z dołu. Osłona była z surowego betonu. Wyglądała jak prostokątna skrzynia. James
podwaŜał wieko łomem.
Jest. - Sapnął, stopniowo przesuwając wieko za betonową skrzynię. To dlatego dziura musiała
być taka szeroka - Ŝeby pomieścić pokrywę z jednej strony i Jamesa z drugiej. Teraz, spoglądając
prosto w dół, Phil widział trumnę. LeŜała na niej ogromna wiązanka lekko pogniecionych Ŝółtych
róŜ. James cięŜko dyszał, ale Phil przypuszczał, Ŝe to nie z wysiłku. On sam odnosił wraŜenie, Ŝe
płuca ma ściśnięte, a serce łomotało mu tak mocno, Ŝe wprawiało w drŜenie całe ciało.
- O BoŜe - powiedział cicho.
James spojrzał w górę. Potem przesunął róŜe w nogi trumny i wolno zaczął otwierać zasuwy.
Kiedy juŜ były rozpięte, zatrzymał się na chwilę, trzymając dłonie płasko na gładkiej
powierzchni trumny. W końcu uniósł wieko.
Rozdział 12
Poppy leŜała na białym aksamitnym obiciu. Miała zamknięte oczy, była bardzo blada i...
piękna. Ale czy martwa?
- Obudź się - powiedział James. PołoŜył dłoń na jej dłoniach.
Phillip miał wraŜenie, Ŝe James przywołuje ją zarówno głosem, jak i umysłem.
Przez śmiertelnie długą minutę nic się nie działo. James wsunął drugą dłoń pod kark Poppy i
lekko ją uniósł.
- JuŜ pora. Obudź się, obudź. Powieki Poppy drgnęły .
Coś gwałtownie wstrząsnęło Phillipem. Chciał wydać okrzyk zwycięstwa i podskakiwać na
trawie. Ale teŜ uciekać W końcu bezwładnie opadł przy krawędzi grobu.
- Dalej, Poppy. Wstawaj. Musimy iść. - James mówił łagodnym, sugestywnym głosem, jakby
wybudzał kogoś z narkozy.
Tak właśnie wyglądała Poppy. Phil przyglądał się zafascynowany wstrząśnięty i przeraŜony,
jak siostra mruga, lekko odwraca głowę i otwiera oczy. Niemal od razu znów je zamknęła, ale
James nie przestawał mówić i następnym razem, juŜ na dobre uniosła powieki. James
przytrzymał ją delikatnie. Usiadła.
-
Poppy - odezwał się Phil odruchowo. Rozsadzało go w piersiach i piekło. Podniosła
wzrok, skrzywiła się natychmiast odwróciła oczy od strumienia światła latarki. Wyglądała
na rozzłoszczoną.
-
Dalej. - James pomógł jej wyjść przez otwartą połowę wieka trumny.
Wydostała się bez problemu, bo była bardzo drobna. James przytrzymał ją za jedną rękę. Phil
podciągnął w górę za drugą. Przytulił Poppy konwulsyjnie.
Kiedy się odsunął, zamrugała, patrząc na niego. Jej czoło przecięła łagodna zmarszczka.
Oblizała palec wskazujący przesunęła nim po policzku Phila.
- Jesteś brudny - zauwaŜyła.
Mówi. Nie ma czerwonych oczu ani białej twarzy. Naprawdę Ŝyje. Z ulgą znów ją przytulił.
-
O BoŜe, Poppy, nic ci nie jest. - Właściwie nie zauwaŜył, Ŝe nie odwzajemnia jego uścisku,
James wyskoczył z dołu.
-
Jak się czujesz, Poppy? - spytał bardzo rzeczowo, nie z czystej grzeczności.
Spojrzała na niego, potem na Phillipa.
-
Czuję się... dobrze.
- Świetnie - odpowiedział James, ciągle jej się przyglądając jakby była
trzystukilogramowym schizofrenicznym gorylem.
-
Jestem... głodna - oznajmiła swoim dawnym śpiewnym głosem.
-
Chodź tutaj. - James pokazał, Ŝeby Phil stanął za nim.
Phil zaczął się czuć nieswojo. Poppy... Czy to moŜliwe, Ŝe go obwąchuje? Nie głośnymi,
wilgotnymi pociągnięciami nosa, ale delikatnie jak kotka. Przesuwała nosem koło jego
ramienia.
-
Phil, chodź! - polecił James bardziej stanowczo. Ale wszystko wydarzyło się tak szybko,
Ŝ
e Phil nawet nie zdąŜył się ruszyć. Delikatne dłonie zacisnęły się wokół jego bicepsów jak
stalowe imadła. Poppy uśmiechnęła się do niego, ukazując bardzo ostre zęby, a później
doskoczyła mu do gardła jak kobra.
Umrę - pomyślał Phil ze spokojną ciekawością. Nie był w stanie walczyć z Poppy. Pierwsza
próba się nie udała, zęby przejechały mu po szyi jak dwa rozpalone pogrzebacze.
-
Nie zrobisz tego. - James objął Poppy w pasie i oderwał ją od Phila.
Poppy wydała pełen rozczarowania jęk. Phil z trudem trzymał się na nogach, a ona
przyglądała mu się tak, jak kot obserwuje interesującego owada. Nie spuszczała z niego
wzroku, nawet wtedy, kiedy mówił do niej James.
- To Phil. Twój brat bliźniak, pamiętasz?
Poppy wlepiła w Phila ogromnie powiększone źrenice. Wyglądała na zdezorientowaną i
wygłodniałą.
-
Mój brat? Jest z tych co ty? - Jej nozdrza drŜały, a wargi się rozchyliły. - Nie pachnie tak.
-
Nie, nie jest z tych co my, ale nie moŜna go gryźć. Musisz jeszcze trochę poczekać, Ŝeby się
najeść. - Odwrócił się do Phillipa. - Szybko zakopmy dół.
Z początku Phillip nie mógł się ruszyć. Poppy ciągle patrzyła na niego złaknionym,
intensywnym wzrokiem. Stała tak w ciemności w swojej najlepszej białej sukience, delikatna jak
lilia, z włosami łagodnie okalającymi twarz. Obserwowała go wzrokiem jaguara.
Nie była juŜ człowiekiem. Zmieniła się w coś innego. Teraz naleŜała do świata nocy.
O BoŜe, moŜe powinniśmy po prostu pozwolić jej umrzeć, pomyślał Phil, chwytając łopatę
drŜącymi dłońmi. James juŜ zdąŜył połoŜyć z powrotem pokrywę grobowca. Phil niemal na
oślep rzucał ziemię.
-
Nie bądź idiotą - odezwał się głos, a na nadgarstku Phila zacisnęły się na chwilę silne palce.
Jak przez mgłę Phillip dostrzegł Jamesa.
-
Nie będzie lepiej, jak umrze. Na razie jest po prostu skołowana. To przejściowe, rozumiesz?
Ale te słowa, choć dobitne, przyniosły Philowi niewielką pociechę. MoŜe jednak James ma rację.
ś
ycie jest dobre bez względu na to, w jakiej formie. Poppy dokonała wyboru.
W kaŜdym razie zmieniła się, i tylko czas pokaŜe, jak bardzo.
Jedna rzecz - Phil popełnił błąd, myśląc, Ŝe wampiry są podobne do ludzi. Poczuł się przy
Jamesie na tyle swobodnie, Ŝe prawie zapomniał, co ich róŜni. Drugi raz tego błędu nie popełni.
Poppy czuła się wspaniale - niemal pod kaŜdym względem. Tajemnicza i silna. Poetycka, pełna
moŜliwości. Jakby zrzuciła swoje stare ciało - jak wąŜ zrzuca skórę - Ŝeby ukazała się zupełnie
nowa postać. I wiedziała - chociaŜ nie miała pojęcia skąd - Ŝe nie jest chora na raka.
Zniknęła ta okropna rzecz, która szalała w jej organizmie. Nowe ciało zabiło tego potwora,
wchłonęło. MoŜe dlatego, Ŝe zmieniła się kaŜda komórka dawnej Poppy North. Bez względu na
powód czuła się zdrowa i pełna energii. I nie tylko lepiej niŜ przed chorobą, ale teŜ lepiej niŜ
kiedykolwiek w Ŝyciu. Była dziwnie świadoma swojego ciała, a mięśnie i stawy wydawało się, Ŝe
pracują w niemal magiczny sposób. Jedyny problem w tym, Ŝe jest głodna. Musiała zaangaŜować
całą siłę woli, Ŝeby nie skoczyć na blondyna w dole, Phila. Wiedziała, Ŝe jest jej bratem, ale... teŜ
człowiekiem. Wyczuwała poŜywną, Ŝyciodajną substancję płynącą w jego Ŝyłach. Elektryzujący
płyn, którego potrzebowała, Ŝeby przetrwać. Skocz na niego, szeptała jej część umysłu. Poppy
zmarszczyła czoło i usiłowała odpędzić tę myśl. Poczuła, Ŝe coś w buzi draŜni jej dolną wargę, i
odruchowo dotknęła tego kciukiem. Ząb. Lekko zakrzywiony. Oba jej kły były długie, ostro
zakończone i wraŜliwe. Niesamowite. Delikatnie potarła nowe zęby, a potem ostroŜnie badała je
językiem. Docisnęła je do wargi.
Skurczyły się do normalnych rozmiarów. JeŜeli pomyślałaby o człowieku pełnym krwi jak
wiśnie soku, wyrosłyby znowu. Hej, patrzcie, co potrafię!
Ale nie zawracała głowy dwóm ponurym chłopakom zakopującym dół. Spojrzała dookoła,
starając się czymś zainteresować. Dziwne, ale miała wraŜenie, Ŝe nie jest to ani dzień, ani noc.
MoŜe nastąpiło zaćmienie Słońca. Było za ponuro jak na dzień, ale o wiele za jasno jak na noc.
Widziała liście na klonach i szary hiszpański mech zwisający z dębów. Wokół mchu latały
maleńkie ćmy, dostrzegła ich blade skrzydełka. Kiedy popatrzyła w górę, przeraziła się. Na
niebie coś się unosiło - gigantyczna okrągła rzecz, poraŜająca srebrzystym blaskiem. Poppy
pomyślała o statku kosmicznym, obcych światach, aŜ w końcu dotarta do niej prawda. To
księŜyc. Zwyczajny księŜyc w pełni. A wyglądał na tak wielki i powalający blaskiem dlatego, Ŝe
ona ma zdolność ostrego widzenia w nocy. Dlatego teŜ zauwaŜyła ćmy. Wszystkie jej zmysły
były wyostrzone. Wokół niej unosiły się smakowite zapachy: małych gryzoni i drobnych ptaków.
Powiew wiatru przyniósł apetyczny aromat królika. Bardzo wyraźnie teŜ słyszała. Raz odwróciła
głowę, gdy zaszczekał pies tuŜ obok. Dopiero po chwili zorientowała się. Ŝe odgłos dobiegał z
daleka, zza cmentarza. Tylko wydawał się bliski.
Zakład, Ŝe potrafię teŜ szybko biegać, pomyślała. Czuła mrowienie w nogach. Chciała wybiec
w cudowną, przesycenie rozkosznymi zapachami noc. Pragnęła się z nią zjednoczyć. Teraz była
jej częścią.
-
James - odezwała się, nie wypowiadając słowa na głos. Umiała to robić odruchowo.
Uniósł wzrok znad dołu.
-
Poczekaj - odpowiedział w ten sam sposób. - Zaraz kończymy, mała.
-
A później nauczysz mnie polować?
Skinął lekko głową. Włosy opadały mu na czoło i wyglądał uroczo niechlujnie. Poppy miała
wraŜenie, jakby wcześniej Jamesa nie znała, bo teraz odbierała go nowymi zmysłami.
Dostrzegała nie tylko jedwabiste brązowe włosy, zagadkowe szare oczy i zgrabne umięśnione
ciało. Wyczuwała teŜ zapach zimowego deszczu, bicie serca drapieŜcy i srebrzystą poświatę
mocy. Umysł prosty i bystry, ale jednocześnie łagodny i niemal melancholijny. Teraz jesteśmy
partnerami w polowaniu, powiedziała mu ochoczo. Uśmiechnął się na potwierdzenie, choć... w
głębi duszy się martwił. Był albo smutny, albo zły o coś, co przed nią ukrywał. Odpędziła tę
myśl. Głód ustąpił. Czuła się dziwnie. Jakby miała trudności z oddychaniem. James i Phillip
strzepnęli brezent i rozwinęli pasy sztucznej trawy, Ŝeby przykryć grób. Jej grób. Zabawne, nie
pomyślała o tym wcześniej. LeŜała w grobie - powinna czuć odrazę albo przeraŜenie.
Nie czuła. W ogóle nic nie pamiętała od momentu, kiedy zasnęła w swojej sypialni, do chwili,
kiedy się obudziła, słysząc wołanie Jamesa. Poza snem...
-
Dobra. - James złoŜył brezent. - MoŜemy iść. Jak się czujesz?
-
Hm... Trochę dziwnie. Nie mogę wziąć głębszego oddechu.
-
Ja teŜ nie. - Phil dyszał cięŜko i ocierał czoło. - Nie wiedziałam, Ŝe kopanie grobu to taka
cięŜka robota, James przyjrzał się Poppy.
-
Wytrzymasz drogę do mojego mieszkania?
-
Hm... Chyba tak. - Poppy nie wiedziała, o czym on mówi. Jak to czy wytrzyma? I co
takiego jest w jego mieszkaniu?
-
Mam tam kilku bezpiecznych dawców - powiedział James - Wolę, Ŝebyś nie chodziła po
ulicach. Tam ci będzie dobrze.
Poppy nie drąŜyła tematu. Z trudem myślała trzeźwo. James kazał jej się schować na tylnym
siedzeniu integry. Sprzeciwiła się. Musiała siedzieć z przodu i czuć na twarzy nocne powietrze.
-
Dobrze - zgodził się w końcu. - Ale przynajmniej zasłoń twarz ręką. Pojadę bocznymi
drogami. Nikt cię nie moŜe zobaczyć Poppy.
A kto miałby ją zobaczyć? Ulice świeciły pustkami. Powietrze, które owiewało jej policzki,
było chłodne i przyjemne, ale nie ułatwiało oddychania. Za nic nie mogła wziąć pełnego
oddechu.
Serce mocno waliło Poppy, wargi i język miała suche jak pergamin. I ciągle brakowało jej
tlenu.
Co się ze mną dzieje? Nagle pojawił się ból. Upiorne drętwienie mięśni, podobne do skurczy,
która chwytały ją w czasie biegów w podstawówce. Jak przez mgłę pamiętała, co mówiła
nauczycielka wuefu. „Skurcze chwytają, kiedy mięśnie dostają za mało krwi. To wołanie mięśni
zagłodzonych na śmierć".
Au, boli. Boli. Nie dała rady nawet zawołać Jamesa na pomoc. Chwyciła się drzwi i starała
oddychać. Kaszlała, charczała, ale nic nie pomagało. Wszędzie łapały ją skurcze, a teraz dostała
jeszcze takich zawrotów głowy, Ŝe widziała świat za zasłoną migoczących światełek. Umiera.
Jednak coś poszło nie tak. Czuła się, jakby tu tonęła. Rozpaczliwie usiłowała znaleźć dostęp do
tlenu. Na próŜno. I wtedy zobaczyła ratunek. A właściwie wyczuła. Samochód zatrzymał się na
czerwonym świetle. Poppy trzymała głowę za oknem i nagle poczuła powiew Ŝycia. śycie. Tego
potrzebowała. Nie zastanawiała się, po prostu działała. Błyskawicznie wyskoczyła z samochodu.
Usłyszała za sobą krzyk Phila i Jamesa. Zignorowała obu. Liczyło się tylko to, Ŝeby
powstrzymać ból. Chwyciła męŜczyznę na chodniku tak, jak tonący łapie ratownika.
Instynktownie. Był wysoki i silny jak na człowieku Ciemny dres, kurtka, na twarzy zarost. Nie
był zupełnie czysty, ale to bez znaczenia. Nie interesowało jej opakowanie, tylko słodka, lepka
zawartość. Tym razem trafiła idealnie. Jej cudowne zęby wydłuŜyły się jak pazury i wbiły w
szyję przechodnia. Szarpał się trochę, ale potem osłabł.
Zaczęła pić, a po jej gardle ściekała miedziana słodycz. Czysty zwierzęcy głód wziął nad nią
górę, kiedy opróŜniała jego Ŝyły. Usta miała pełne dzikiego, surowego, pierwotnego płynu,.
KaŜdy kolejny jego łyk przynosił jej Ŝycie. Piła i piła. Ból znikał. Pojawiła się euforyczna
lekkość. W przerwie na oddech poczuła, jak jej płuca nabrzmiewają od chłodnego, zbawiennego
powietrza.
Pochyliła się, Ŝeby ssać dalej, chłeptać, delektować się. MęŜczyzna miał w sobie czysty
gorący strumień, a ona chciała osuszyć go do reszty. Wtedy James odchylił jej głowę.
Odezwał się jednocześnie na głos i w jej umyśle opanowanym, ale stanowczym tonem.
-
Poppy, przepraszam. Strasznie cię przepraszam. To moja wina. Nie powinienem dopuścić,
Ŝ
ebyś tak długo czekała. Ale juŜ ci wystarczy. MoŜesz przestać. Och... Dezorientacja. Poppy
ledwie zdawała sobie sprawę z obecności Phillipa patrzącego z przeraŜeniem. Owszem, moŜe
przestać, ale wcale nie musi. Nie chciała. MęŜczyzna juŜ nie stawiał oporu. Chyba był
nieprzytomny. Znów się pochyliła. James brutalnie pociągnął ją do góry.
-
Słuchaj - odezwał się surowo. - Naprawdę chcesz go zabić? Twój wybór.
Te słowa ją przeraziły i przywołały do rzeczywistości. Zabić... Wiedziała, Ŝe dzięki temu
moŜna zdobyć moc. Krew jest Ŝyciem, energią, poŜywieniem. Gdyby wzięła z tego męŜczyzny
wszystko, jak sok z wyciśniętej pomarańczy, posiadałaby moc całej jego istoty. Kto wie, do
czego byłaby wtedy zdolna?
Ale to człowiek, nie pomarańcza. Ona teŜ kiedyś taka była. Powoli, niechętnie oderwała się od
swojej ofiary, a James odetchnął głęboko. Poklepał ją po ramieniu i klapnął na chodnik, jakby juŜ
nie mógł ustać ze zmęczenia. Phil siedział pod ścianą pobliskiego budynku. Był totalnie
przeraŜony i Poppy to czuła. Wychwytywała jego myśli: to „upiorne", „niemoralne". Potem: „czy
warto ratować jej Ŝycie, skoro straciła duszę?" James gwałtownie odwrócił głowę i spojrzał na
Phila. Poppy wyczuwała srebrzystą falę jego złości.
- Nic nie rozumiesz? - powiedział gwałtownie. - Mogła cię zaatakować w kaŜdej chwili, ale nie
zrobiła tego, chociaŜ umierała. Nie wiesz, co to znaczy Ŝądza krwi. To coś innego niŜ pragnienie.
Dusisz się. Komórki zaczynają umierać z braku tlenu, bo twoja własna krew nie moŜe go
dostarczyć. To najgorszy ból, jaki istnieje, a jednak cię nic wykorzystała, Ŝeby minął.
Phillip był wstrząśnięty. Wpatrywał się w Poppy, potem uniósł niepewnie dłoń.
-
Przepraszam.
-
W porządku - odparł zwięźle James. Stanął tyłem do Phlila i przyglądał się męŜczyźnie.
Ingerował w jego umysł.
-
Mówię mu, Ŝeby zapomniał - wyjaśnił Poppy. - Potrzebuje tylko odpoczynku, spokojnie moŜe
tu zostać. Rany juŜ się goją.
Tak, Poppy to widziała, ale nie potrafiła czuć się szczęśliwa. Wiedziała, Ŝe Phil ciągle ją
potępia. Nie tylko za to, co zrobiła, ale teŜ za to, kim jest.
-
Co się ze mną stało? - Padła Jamesowi w ramiona. - Zmieniłam się w potwora?
Przytulił ją z całych sił.
-
Po prostu jesteś inna. Phil to dupek.
To ją rozśmieszyło. Ale wyczuwała smutek w jego troskliwej miłości. Taki jak wcześniej.
James nie lubił być drapieŜcą, a uczynił nim teŜ Poppy. Ich plan powiódł się znakomicie. Dawna
Poppy North przestała istnieć.
ChociaŜ słyszała jego myśli, nie przypominało to całkowicie tego zjednoczenia jak wtedy,
kiedy wymieniali się krwią. MoŜe juŜ nigdy nie połączy ich taka bliskość.
-
Nie było innego wyjścia - przyznała dzielnie. - Zrobiliśmy to, co musieliśmy. Teraz trzeba jak
najlepiej sobie radzić.
-
Zuch dziewczyna. Czy kiedyś ci to mówiłem?
-
Nie. A nawet gdyby, nie zaszkodzi usłyszeć to jeszcze raz.
-
Do mieszkania Jamesa jechali w milczeniu. Phil siedział z tyłu pogrąŜony w depresji.
- Słuchaj, moŜesz wziąć samochód, Ŝeby wrócić do domu - zaproponował James, wyciągając
bagaŜe w swojej wiacie. - Nie chcę jeździć z Poppy, a samej jej nie zostawię.
Phil wytrzeszczył oczy na ciemny piętrowy budynek. Odkaszlnął. Mieszkanie Jamesa było
zakazanym miejscem. Poppy nigdy nie mogła tu przychodzić wieczorami. CóŜ, nadal odczuwał
braterską troskę o swoją siostrę wampirzycę.
-
Uhm, a nie lepiej, Ŝebyś zawiózł ją do swoich rodziców?
-
Ile razy mam ci to tłumaczyć? PrzecieŜ oni nie wiedzą, Ŝe Poppy jest wampirem. W dodatku
chwilowo nielegalnym; odszczepieńcem, a to znaczy, Ŝe muszę ją ukrywać, aŜ jakoś uda mi się
rozwiązać problem.
-
Jak... - Phil przerwał i pokręcił głową. - Dobra. Nie dzisiaj. Porozmawiamy o tym później.
-
Nie, nie porozmawiamy - uciął James. - Ciebie to juŜ nie dotyczy. To sprawa moja i Poppy. Ty
masz wrócić, normalnie Ŝyć i trzymać gębę na kłódkę.
Phil chciał powiedzieć coś jeszcze, ale się powstrzymał. Wziął kluczyki od Jamesa. Spojrzał na
Poppy.
- Cieszę się, Ŝe Ŝyjesz. Kocham cię - powiedział.
Poppy wiedziała, Ŝe chce ją przytulić, ale coś ich powstrzymało. Czuła pustkę w piersiach.
- Cześć, Phil.
Wsiadł do auta i odjechał.
Rozdział 13
-
On nie rozumie - powiedziała łagodnie Poppy, kiedy James otwierał drzwi.
-
Do niego po prostu nie dociera, Ŝe ty teŜ naraŜasz swoje Ŝycie.
Mieszkanie było urządzone dość ascetycznie, ale i funkcjonalnie. Wysokie sufity i przestronne
wnętrza - na pewno sporo kosztowało. W salonie stał niski naroŜnik i stolik z komputerem, a na
ś
cianie wisiało kilka orientalnych obrazów. I ksiąŜki w kartonowych pudłach poutykanych po
kątach.
- Jamie... Ja rozumiem. - Poppy spojrzała mu prosto w oczy.
Uśmiechnął się. Był spocony, brudny i zmęczony. Ale jego mina mówiła, Ŝe Poppy jest warta
tego całego trudu i poświęcenia.
- Nie obwiniaj Phila. - Machnął lekcewaŜąco dłonią. Prawdę mówiąc, całkiem dobrze to
wszystko znosi. Nigdy wcześniej nie odsłoniłem się przed człowiekiem, ale podejrzewam, Ŝe
większość uciekłaby z krzykiem i więcej nie wróciła. A on przynajmniej próbuje sobie z tym
poradzić.
Skinęła głową i nie ciągnęła tematu. Powinni juŜ połoŜyć się spać. Wzięła worek ze swoimi
rzeczami i poszła do łazienki.
Ale nie przebrała się od razu. Zafascynowało ją własne lustrzane odbicie. Więc to tak
wygląda wampirzyca Poppy...
Jestem ładniejsza, zauwaŜyła z satysfakcją. Cztery piegi na nosie zniknęły. Skórę miała
kremowobladą, jak w reklamie kremu do twarzy. Oczy - zielone niczym klejnoty. Włosy
napuszył wiatr w burzliwe loki koloru lśniącej miedzi.
JuŜ nie przypominam elfa, pomyślała. Wyglądam dziko, niebezpiecznie i egzotycznie. Jak
modelka. Jak gwiazda rocka. Jak James.
Pochyliła się do lustra i potarła kły, Ŝeby urosły. Nagle od skoczyła, z trudem łapiąc oddech.
Oczy. O BoŜe, nic dziwnego, Ŝe Phil był przestraszony. Kiedy wydłuŜały jej się zęby, oczy
stawały się srebrno-zielone, niesamowite. Jak u polującego kota. Ogarnęło ją przeraŜenie.
Musiała przytrzymać się umywalki, Ŝeby nie upaść.
Nie chcę tego, nie chcę... Opanuj się, dziewczyno. Przestań jęczeć. A myślałaś, Ŝe jak
będziesz wyglądać? Jak Shirley Tempie? Teraz jesteś myśliwym. I Twoje oczy robią się
srebrne, a krew ma smak wiśniowej konfitury. I to wszystko, inaczej spoczywałabyś w
pokoju. Więc się opanuj.
Stopniowo jej oddech się uspokajał. Po kilku minutach juŜ całkiem ochłonęła. Znalazła...
akceptację. Miała wraŜenie, Ŝe coś uwolniło jej gardło i Ŝołądek. Nie była otumaniona ani senna
tuk jak po przebudzeniu na cmentarzu. Mogła trzeźwo myśleć o swoim połoŜeniu. I je
zaakceptować. Zrobiłam to sama i nie pobiegłam do Jamesa, pomyślała nagle przestraszona. JuŜ
nie potrzebuje jego słów pociechy i zapewnień, Ŝe wszystko się ułoŜy. Sama mogę sprawić, Ŝeby
było dobrze.
MoŜe tak właśnie się dzieje, kiedy człowiek staje przed najgorszą rzeczą na świecie. Straciła
rodzinę i swoje dawne Ŝycie, ale odnalazła siebie. I to musi jej wystarczyć. Ściągnęła przez
głowę białą sukienkę i przebrała się w bawełnianą koszulkę i spodnie od dresu. Wyszła do
Jamesa z podniesioną głową.
LeŜał w sypialni, na wielkim łoŜu w jasnobrązowej pościeli. Nadal miał na sobie brudne
ciuchy i jedną ręką zakrywał sobie oczy. Wyprostował się, kiedy podeszła.
-
Prześpię się na kanapie - mruknął.
-
Nie - powiedziała stanowczo. Wskoczyła na łóŜko. - Jesteś śmiertelnie zmęczony. A ja przy
tobie czuję się bezpieczna.
Uśmiechnął się szeroko, nie podnosząc ręki.
-
Bo jestem śmiertelnie zmęczony?
-
Bo zawsze byłam przy tobie bezpieczna. - Wiedziała to wtedy kiedy jako człowiek kusiła go
swoją krwią.
Patrzyła na niego, kiedy tak leŜał rozczochrany, z rozsznurowanymi adidasami, uwalany
ziemią.
- Zapomniałam ci o czymś powiedzieć - wyznała. - Zorientowałam się dopiero, kiedy...
zasypiałam. Zapomniałam ci powiedzieć, Ŝe cię kocham.
Usiadł.
- Zapomniałaś tylko wyrazić to słowami.
Poppy uśmiechnęła się mimo woli. Zadziwiająca rzecz, jedyna całkowicie dobra w tym, co się
z nią stało. Porozumieli się z Jamesem. Ich więź się zmieniła, ale nadal posiadała wszystko, co
Poppy ceniła w ich dawnej przyjaźni. Zrozumienie, kumpelstwo. Teraz doszła do tego ekscytacja
odkrywaniem siebie nawzajem jako kogoś więcej niŜ najlepszego przyjaciela. I dotarła do tej
jego części, do której wcześniej nie mogła się nawet zbliŜyć. Znała jego tajemnice. Ludzie nigdy
tak nie poznają drugiego człowieka. Nie są w stanie wejść do czyjegoś umysłu. Wszystkie słowa
ś
wiata to za mało, Ŝeby się przekonać, Ŝe ty i ktoś inny zobaczyliście ten sam odcień czerwieni. I
nawet jeŜeli juŜ nigdy nie stopią się z Jamesem jak dwie krople wody, zawsze będzie w stanie
dotknąć jego umysłu.
Trochę nieśmiało połoŜyła mu głowę na ramieniu. Nie pocałowali się, ale na razie tyle jej
wystarczało - czuła oddech Jamesa, słyszała bicie serca i chłonęła jego ciepło. A kiedy ją objął,
doświadczyła jakby zbyt wspaniałych, intensywnych doznań, ale jednocześnie spływała na nią
fala bezpieczeństwu i spokoju.
To było jak słodka, przejmująca pieśń, od której przechodni dreszcze. Chcesz rzucić się na
podłogę i płakać. Albo oprzeć się wygodnie i całkowicie poddać się muzyce. James ujął jej
dłoń i pocałował.
-
A nie mówiłem? Nie kocha się kogoś z powodu wyglądu, ciuchów czy samochodu. Kocha się
go dlatego, Ŝe śpiewa pieśń, której nikt poza tobą nie potrafi zrozumieć. Serce Poppy urosło aŜ do
bólu.
-
Zawsze rozumieliśmy tę samą pieśń, nawet w dzieciństwie - powiedziała na głos.
-
W świecie nocy istnieje pojęcie pokrewnej duszy. KaŜdy ma gdzieś pokrewną duszę, tylko
jedną. Ta osoba jest dla ciebie idealna, to twoje przeznaczenie. Problem w tym, Ŝe prawie nikt
nigdy nie znajduje bratniej duszy. Dlatego większość ludzi Ŝyje z poczuciem, Ŝe czegoś im
brakuje.
-
To chyba prawda. Ty dla mnie zawsze byłeś ideałem.
-
Nie zawsze.
-
Owszem. Odkąd miałam pięć lat...
-
Ja wiedziałbym, Ŝe jesteś idealna, gdyby mnie nie nauczono, Ŝe to niemoŜliwe. - Odkaszlnął
-
Dlatego umawiałem się z Michaelą i innymi dziewczynami. Nie zaleŜało mi na nich.
Mogłem się do nich zbliŜyć, nie łamiąc zasad.
-
Wiem. To znaczy... W głębi duszy chyba zawsze wiedziałam, Ŝe o to właśnie chodzi.
-
James? Czym ja teraz jestem? - spytała po chwili. Niektóre rzeczy wyczuwała instynktownie,
podskórnie. Ale chciała dowiedzieć się więcej i na pewno rozumiał, dlaczego. To było teraz jej
Ŝ
ycie. Musiała nauczyć się zasad.
-
CóŜ... - Oparł się o zagłówek. - jesteś prawie taka jak ja. Wampiry się nie starzeją i nie mają
rodziny, poza tym właściwie są jak lamie. - Zmienił pozycję. - JuŜ się przekonałaś, Ŝe widzisz i
słyszysz lepiej niŜ ludzie. I jesteś specem w czytaniu myśli.
-
Nie kaŜdego.
-
ś
aden wampir nie potrafi czytać w myślach kaŜdej osoby Nieraz wyłapuję tylko ogólny zarys
myśli. Jedynym pewnym sposobem na połączenie jest... - James zgrzytnął zębami. Poppy
zachichotała, kiedy dźwięk poniósł się wewnątrz jej czaszki.
-
A jak często muszę...? - Tym razem ona zazgrzytała zębami.
-
James spowaŜniał.
-
Ś
rednio raz dziennie. Inaczej ogarnie cię Ŝądza krwi. Jak chcesz, moŜesz jeść ludzkie jedzenie,
ale nie ma Ŝadnych wartości odŜywczej. Dla nas liczy się krew. Im więcej krwi, tym więcej
mocy. W zasadzie tak.
-
Opowiedz mi o mocy. Czy jesteśmy w stanie... dobra, co moŜemy zrobić?
-
Mamy większą kontrolę nad naszymi ciałami niŜ ludzie. Rany szybko się na nas goją, oprócz
tych zadanych drewnem - prychnął - To jedyna prawdziwa rzecz w filmach: osikowy kołek wbity
w serce zabije wampira. I spalenie.
-
MoŜemy zamieniać się w zwierzęta?
-
Nie poznałem wampira, który miałby aŜ taką moc. Ale teoretycznie, tak; a zmiennokształtni i
wilkołaki robią to cały czas.
-
Potrafią zmienić się w mgłę?
-
Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
-
I oczywiście nie musimy spać w trumnach. - Poppy walnęła piętą w łóŜko.
-
Nie, ani na ziemi. Osobiście wolę materac Sealy Posture pedic, ale jeŜeli chciałabyś trochę
piachu...
Poppy szturchnęła go łokciem.
-
Hm... MoŜemy przechodzić przez płynącą wodę?
-
Jasne. I wpadać do domów ludzi nieproszeni, i wpieprzać czosnek, jeŜeli nie boimy się, Ŝe
stracimy przyjaciół. Coś jeszcze?
-
Tak. Opowiedz mi o świecie nocy. Teraz to mój dom.
-
Mówiłem ci o klubach? W kaŜdym większym mieście mamy kluby. W wielu małych teŜ.
-
Jakie kluby?
-
Przypominają knajpy, kawiarnie, kluby nocne albo motele, ale te są głównie dla dorosłych.
Znam jeden dla dzieciaków. DuŜy stary magazyn z rampami skatingowymi. MoŜna posiedzieć i
pojeździć na desce. Co tydzień w Czarnym Irysie organizuje się wieczory poetyckie. Czarny Irys.
To jej coś przypomniało. Coś niemiłego.
-
Zabawna nazwa - powiedziała.
-
Wszystkie kluby mają w nazwie kwiat. Czarne kwiaty symbolem ludzi nocy. - Odwrócił
nadgarstek, Ŝeby pokazać zegarek. Mechaniczny, z czarnym irysem na tarczy.
-
Widzisz?
-
Tak. JuŜ to wcześniej zauwaŜyłam, ale nigdy dobrze się nie przyglądałam. Chyba doszłam do
wniosku, Ŝe to Myszka Miki.
Delikatnie wytargał Poppy za nos, Ŝartobliwie ją ganiąc.
-
To powaŜne sprawy, dzieciaku. Dzięki temu jesteś identyfikowana przez innych ludzi nocy,
nawet tak głupich jak wilkołaki.
-
Nie lubisz wilkołaków?
-
Są wspaniali, pod warunkiem Ŝe ci odpowiada dwucyfrowe IQ.
-
Ale wpuszczają ich do klubów?
Do niektórych. Ludzie nocy mogą się pobierać tylko w obrębie swojego gatunku, ale mieszają
się między sobą: lamie, wampiry stworzone, wilkołaki, oba rodzaje czarownic...
Poppy, która bawiła się wykręcaniem palców na róŜne strony, poruszyła się zaciekawiona.
-
Jakie dwa rodzaje czarownic?
-
Nooo... są takie, które wiedzą o swoim dziedzictwie i zostały przeszkolone, i takie zupełnie
tego nieświadome. Czyli osoby ze zdolnościami paranormalnymi. Czasami mają po prostu ukryte
talenty. Ale nie potrafią odnaleźć świata nocy, więc się do niego nie dostają.
-
Dobra. - Poppy skinęła głową. - Rozumiem. A co by się stało gdyby do waszego klubu
wszedł człowiek?
-
Nikt by go nie wpuścił. Kluby nie rzucają się w oczy i zawsze są chronione.
-
Ale gdyby...
James wzruszył ramionami.
-
Zostałby zabity. - Odparł ze smutkiem. - Chyba Ŝe ktoś wziąłby go sobie jako zabawkę albo
zakładnika. To znaczy stałby się człowiekiem, który ma wyprany mózg, mieszka z wampirami,
ale o tym nie wie, bo jego umysł jest kontrolowany. Kiedyś miałem nianię... - głos go zawiódł.
-
Opowiesz mi o tym później. - Poppy nie chciała, Ŝeby cierpiał.
-
Uhm - mruknął sennie. Poppy oparta się o niego wygodniej. Zadziwiające, biorąc pod uwagę
jej ostatnie doświadczenie z zasypianiem, Ŝe była w stanie zamknąć oczy. A jednak. Jest ze swoją
bratnią duszą, więc czego się bać? Tutaj nic jej nie grozi.
-
Phil nie mógł zasnąć.
Za kaŜdym razem, kiedy przymykał powieki, widział swoją siostrę. Poppy śpiąca w trumnie.
Poppy wpatrująca się w niego oczami wygłodniałej kocicy. Poppy unosząca głowę znad szyj
przechodnia, z poplamionymi wargami, jakby jadła wiśnie. Nie była juŜ człowiekiem.
Oczywiście od początku wiedział, Ŝe tak się stanie, ale to wcale nic pomagało mu się z tym
pogodzić.
Po prostu nie potrafił przejść do porządku dziennego nad napadaniem na ludzi i rozdzieraniem
im gardeł w ramach kolacji. I co z tego, Ŝe ofiary były hipnotyzowane? Cały ten system
ś
miertelnie go przeraŜał. MoŜe James ma rację? Ludzie nie radzą sobie ze świadomością, Ŝe ktoś
stoi wyŜej od nich w łańcuchu pokarmowym Utracili kontakt z przodkami jaskiniowcami, którzy
wiedzieli, co znaczy być obiektem polowania. Wydawało im się, Ŝe pozbyli się całej pierwotnej
natury. Phillip mógłby im co nieco na ten temat powiedzieć. Niestety on sam nie mógł się z tym
wszystkim pogodzić, a Poppy juŜ się nie zmieni. Był w stanie to znieść tylko z jednego względu -
nadal ją kocha.
Poppy obudziła się następnego dnia w ciemnej sypialni z zasłoniętymi kotarami i zorientowała
się, Ŝe druga połowa łóŜka jest pusta. Ale nie wpadła w panikę. Instynktownie powędrowała
myślami i... juŜ. James był w kuchni. Czuła się pełna energii. Jak szczeniak, który nie moŜe się,
doczekać, Ŝeby spuszczono go ze smyczy. Ale gdy tylko weszła do salonu, uświadomiła sobie,
Ŝ
e jej moc jest słabsza. I bolą ją oczy. ZmruŜyła je, spoglądając w przyprawiającą o ból jasność
w oknie.
-
To przez słońce - wyjaśnił James. - Odbiera wampirowi całą moc, pamiętasz? - Zasłonił kotary,
które całkowicie zaciemniły pomieszczenie, jak te w sypialni. - To powinno trochę pomóc. Ale
dziś lepiej zostań w domu, dopóki się nie ściemni. Nowe wampiry są bardziej wraŜliwe.
-
A ty wychodzisz?
-
Muszę. - Skrzywił się. - Zapomniałem o czymś. W tym tygodniu przyjeŜdŜa mój kuzyn
Ash. Muszę porozmawiać z rodzicami, Ŝeby go odprawili.
- Nie wiedziałam, Ŝe masz kuzyna.
-
Prawdę mówiąc, mam wielu. - Znów grymas na twarzy. - Mieszkają na wschodzie, w
bezpiecznym mieście, całkowicie kontrolowanym przez świat nocy. Większość z nich jest w
porządku, ale akurat nie Ash.
-
Dlaczego?
-
Jest stuknięty. Do tego bezwzględny, bezlitosny...
-
Jakbym słyszała Phila, który mówi o tobie...
-
Nie, z Ashem nie ma Ŝartów. To nieprzejednany wampir, nie przejmuje się nikim poza sobą i
uwielbia sprawiać kłopoty. Poppy była przygotowana na to, Ŝeby kochać wszystkich kuzynów
Jamesa, ale musiała przyznać, Ŝe opis Asha brzmi niebezpiecznie.
-
Nie ufałbym nikomu na tyle, Ŝeby mu o tobie teraz powiedzieć - ciągnął James. - Ash w ogóle
nie wchodzi w rachubę. PrzekaŜę rodzicom, Ŝe nie moŜe tu przyjechać i koniec.
A co potem? - pomyślała Poppy. PrzecieŜ nie moŜe pozostawać w ukryciu na zawsze. NaleŜy
do świata nocy, ale świat nocy nie chce jej zaakceptować. Musi istnieć jakieś rozwiązanie i
trzeba mieć tylko nadzieję Ŝe James je znajdzie.
- Wracaj szybko - poprosiła, a on pocałował ją w czoło. To było bardzo miłe i wyglądało na to,
Ŝ
e stanie się zwyczajem.
Kiedy wyszedł, wzięła prysznic i włoŜyła czyste ubranie. Dobry poczciwy Phil spakował jej
ulubione dŜinsy. Zaczęła się rozglądać po mieszkaniu, Ŝeby nie siedzieć bezczynnie i nie myśleć.
Zwłaszcza o swoim pogrzebie.
Obok naroŜnika stal telefon i kusił. Tyle razy musiała opierać się, Ŝeby nie chwycić za
słuchawkę, Ŝe bolała ją ręka.
Ale do kogo mogłaby zadzwonić? Do nikogo. Nawet do Phila, bo gdyby ktoś go usłyszał...
A jeśli odebrałaby matka? Nie, nie myśl o mamie, idiotko.
Za późno. Nagle ogarnęło ją nieodparte, rozpaczliwe pragnienie, Ŝeby usłyszeć głos matki,
zwykłe „halo". Sama by się w ogóle nie odezwała. Potrzebowała tylko potwierdzenia, Ŝe mama
istnieje.
Wybrała numer telefonu, nie namyślając się dłuŜej. Liczyli! sygnały. Jeden, dwa, trzy...
- Halo?
Głos matki. I juŜ po wszystkim, ale to Poppy nie wystarczyło Siedziała, starając się oddychać
bezszelestnie. Łzy spływały jej po policzkach. Ściskała kabel telefonu i słuchała cichego
bzyczenia po drugiej stronie. Jak więzień w sądzie przed odczytaniem wyroku.
- Halo? Halo? - Głos matki był monotonny i zmęczony, ale nie zniecierpliwiony. Ktoś, kto
właśnie stracił córkę, nie przejmuje się głuchymi telefonami.
Po chwili kliknięcie zasygnalizowało rozłączenie.
Poppy przycisnęła słuchawkę do piersi i płakała, kołysząc się lekko. W końcu odłoŜyła ją z
powrotem na widełki.
JuŜ więcej tego nie zrobi. To gorsze niŜ gdyby w ogóle nie mogła usłyszeć matki. I wcale
nie pomogło jej poradzić sobie z rzeczywistością.
Miała wraŜenie, Ŝe znajduje się w dziwnym stanie zawieszenia, kiedy pomyślała, Ŝe jej mama
jest w domu, wszyscy są w do mu, a jej tam nie ma. śycie toczy się nadal, ale ona juŜ w nim nie
bierze udziału. Nie moŜe sobie tak po prostu do nich wejść. Ty naprawdę uwielbiasz się
zadręczać, co? MoŜe tak zajęła byś się czymś innym? Przeszukiwała szafkę Jamesa, kiedy drzwi
mieszkania się otworzyły.
Usłyszała metaliczny brzęk kluczy, więc wywnioskowała, Ŝe to James. Ale nagle wyczuła,
Ŝ
e to nie on. To nie umysł Jamesa.
Odwróciła się. Zobaczyła chłopaka z popielatymi włosami do ramion.
Bardzo przystojny, prawie takiej samej budowy jak James, ale nieco wyŜszy i moŜe rok starszy.
Miał ładny kształt twarzy, czyste rysy i złośliwe, lekko skośne oczy.
Ale to nie dlatego się na niego gapiła.
Posłał jej krótki uśmiech.
-
Jestem Ash. Cześć. Nadal
się gapiła.
-
Ś
niłeś mi się - wymamrotała. - Powiedziałeś: „Są i złe czary".
-
Więc jesteś telepatką? Co? Twoje sny się sprawdzają?
-
Raczej nie. - Natychmiast wzięła się w garść. - Słuchaj, nie wiem, jak tu wszedłeś, ale...
-
Ciocia Maddy mi to dała. - Zabrzęczał pękiem kluczy. - zakładam się, Ŝe James kazał mnie
wywalić.
CóŜ, najlepszą obroną jest dobry atak.
- A czemu miałby coś takiego powiedzieć? - Splotła ręce na piersiach.
Rzucił jej szelmowskie, drwiące spojrzenie. W tym świetle jego orzechowe oczy wyglądały
prawie na złote.
- Bo jestem zły - odpowiedział po prostu.
Poppy usiłowała przywołać na twarz wyraz słusznego oburzenia, jak Phil. Nie wyszło jej za
dobrze.
-
James wie, Ŝe tu przyszedłeś? Gdzie on jest?
-
Nie mam pojęcia. Ciotka Maddy dała mi klucze podczas obiadu, a potem pobiegła
urządzać komuś wnętrze. Co to był za sen?
Poppy tylko pokręciła głową. Usiłowała zebrać myśli. James teraz prawdopodobnie chodzi i
szuka matki. Kiedy juŜ ją znajdzie, dowie się, Ŝe Ash tu jest, i natychmiast wróci. Czyli...
powinna zająć Asha do powrotu Jamesa. Ale jak? Nigdy nie próbowała być czarująca i ujmująca
dla chłopaków. I martwiła się, Ŝeby nie powiedzieć za duŜo, Ŝeby zdradzić. Hm... W razie
wątpliwości, zamykaj oczy i skacz na głęboką wodę.
-
Znasz jakieś dobre kawały o wilkołakach? - spytała. Roześmiał się. Miał miły śmiech, a
oczy jednak nie były orzechowe, tylko szare, jak Jamesa.
-
Jeszcze mi nie powiedziałaś, jak masz na imię, mała jasnowidzko.
-
Poppy - rzuciła odruchowo i od razu poŜałowała. A jeŜeli pani Rasmussen wspomniała, Ŝe
właśnie zmarła przyjaciółka Jamesa o imieniu Poppy? śeby opanować zdenerwowanie wstała i
poszła zamknąć drzwi.
-
Dobre imię dla lamii - stwierdził. - Nie rozumiem tej dziwnej mody na ludzkie imiona, a ty?
Mam trzy siostry i wszystkie noszą normalne, dawne imiona. Rowan, Kestrel i Jade. Mojego tatę
krew by zalała, gdyby którejś nagle zachciało się zostać „Susan".
-
A „Maddy"? - spytała Poppy zaintrygowana.
-
Co? To skrót od Madder.
Poppy nie wiedziała, co to jest „madder". Jakaś roślina?
-
Oczywiście nie twierdzę, Ŝe mam coś przeciwko Jamesowi - powiedział Ash, ale z tonu jego
głosu wyraźnie wynika to, Ŝe owszem, ma coś przeciwko Jamesowi. - Wy, tutaj, w Kalifornii
Ŝ
yjecie inaczej. Musicie wtapiać się w tłum, bardziej uwaŜać. A jeŜeli imię, które nosi robactwo,
jakoś w tym pomaga... - Wzruszył ramionami.
-
Oj, tak, to robactwo - przyznała od niechcenia Poppy. On się ze mnie nabija, myślała.
Chyba.
Miała nieodparte wraŜenie, Ŝe Ash wie wszystko. Ogarnięta niepokojem musiała się ruszyć.
Podeszła do sprzętu stereo Jamesa.
-Lubisz jakąś robaczywą muzykę? Techno? Acid jazz, Trip-hop? Jungle? - Pomachała
winylową płytą. - To powaŜne jump-up jungle.
Zamrugał.
-
A to wspaniały industrialny łomot. I naprawdę dobry acid house, z odrobiną madcore'u...- Teraz
zepchnęła go do obrony. Nikt nie mógł jej powstrzymać, kiedy wpadała w taki trans Otworzyła
szeroko oczy i patrząc na niego, trajkotała jak szalona.
-
Powiedziałabym, Ŝe wraca freestyle. Na razie zupełnie undergroundowe, ale robi się
popularne. No, a z drugiej strony, i eurodance...
Ash siedział na naroŜniku z wyciągniętymi długimi nogami. Oczy zrobiły mu się granatowe i
lekko szkliste.
- Skarbie - wtrącił się w końcu. - Bardzo mi przykro, Ŝe ci przerywam, ale musimy
porozmawiać.
Poppy była na tyle bystra, Ŝe nie zapytała, o czym.
- Ten rodzaj klawiszy jak zza grobu i dźwięki niczym jęki troli sprawiają, Ŝe człowiek... -
Musiała wziąć oddech. Ash wykorzystał tę chwilę.
- Naprawdę musimy pogadać - oświadczył. - Zanim wróci James.
Teraz nie miała jak mu się wywinąć. Zaschło jej w gardle Ash pochylił się, a jego oczy stały
się blękitnozielone, jak tropikalne wody. One naprawdę zmieniają kolor, pomyślała Poppy.
-
To nie twoja wina - zaczął.
-
Co?
ś
e nie moŜesz ukryć swoich myśli. Nauczysz się, dotarły do niej słowa, których nie
wypowiedział na głos. O jasna... Powinna o tym pamiętać. Skupić się i ukryć myśli. Starała się to
zrobić teraz.
Daruj sobie. Wiem, Ŝe nie jesteś lamią. Zostałaś stworzona nielegalnie. Niegrzeczny James.
Nie było sensu zaprzeczać, więc zadarła brodę i zmruŜyła oczy. No i co z tego?
-
To
zaleŜy.
Od
czego.
Uśmiechnął się.
-
Od ciebie.
Rozdział 14
- Lubię Jamesa - oznajmił Ash. - ChociaŜ, moim zdaniem jest trochę zbyt łagodny dla robactwa,
ale mimo wszystko nie chcę, Ŝeby miał kłopoty. A juŜ na pewno nie tego, Ŝeby zginął.
Poppy poczuła się tak jak wczoraj wieczorem, kiedy jej ciału brakowało powietrza.
- A ty chcesz, Ŝeby zginął? - spytał, jakby to było najbardziej rozsądne pytanie na świecie.
Pokręciła głową.
-
No cóŜ... - mruknął. Poppy w końcu wzięła oddech.
-
Nie rozumiem. Zabiją go, jeŜeli się o mnie dowiedzą? Nie czekała na odpowiedź. - Ale nie
muszą się dowiedzieć. O ile im nie powiesz.
Ash pilnie oglądał swoje paznokcie. Wydawało się, Ŝe sytuacja jest dla niego równie trudna,
jak dla niej.
-
Przejdźmy do faktów - powiedział. - W zasadzie jesteś dawnym człowiekiem.
-
Zgadza się, byłam robalem.
-
Nie bierz tego aŜ tak do siebie. - Spojrzał na nią z rozbawieniem. - Liczy się to, kim jesteś teraz.
Ale co prawda, to prawda. James cię zmienił, nie uzgadniając tego z nikim. Tak, a poza tym
zdradził ci tajemnicę o świecie nocy, zanim zostałaś przemieniona. Prawda?
-
Skąd wiesz? MoŜe mnie zmienił, nic nie mówiąc? Pogroził jej palcem.
-
Nie, James by czegoś takiego nie zrobił. Te jego tolerancyjne poglądy o wolnej woli ludzi...
-
Skoro znasz odpowiedź, to po co mnie pytasz? - wypaliła Poppy spiętym głosem. - A jeŜeli
chodzi ci o to, Ŝeby...
-
Chodzi o to, Ŝe popełnił co najmniej dwa powaŜne wykroczenia. A podejrzewam, Ŝe trzy. -
Znów błysnął dzikim uwodzicielskim uśmiechem. - Musiał się w tobie zakochać, Ŝe zrobić całą
resztę.
Coś zaczęło rozsadzać Poppy, jakby w piersiach miała uwięzionego ptaka, który usiłuje się
wydostać.
-
Jak moŜecie wymyślać prawa, które zakazują zakochiwaniu się - wyrzuciła z siebie. - To chore!
-
Nie rozumiesz dlaczego? Jesteś tego najlepszym przykładem. Pod wpływem miłości James
wyjawił ci sekret, a później przemienił. Gdyby miał dość rozsądku i stłumił uczucia, cała sprawa
zostałaby zduszona w zarodku.
-
A jeŜeli nie moŜna ich stłumić? Narzucić ludziom, co mają czuć?
-
Oczywiście, Ŝe nie - powiedział Ash, a Poppy zamarła wpatrzona w niego.
-
Teraz ja ci zdradzę tajemnicę. - Kąciki jego warg uniosły się lekko. - Starsi wiedzą, Ŝe nie są w
stanie ci nakazać, co masz czuć. Ale potrafią terroryzować tak, Ŝeby nikt nie odwaŜył się
okazywać swoich uczuć, a najlepiej, Ŝeby nawet nie przyznawał do nich sam przed sobą.
Poppy poddała się. Rzadko czuła się tak skołowana. JuŜ niczego nie była pewna, zrobiła
rozpaczliwy i bezradny gest. - No i co teraz? Nie zmienię przeszłości.
-
Nie, ale masz wpływ na teraźniejszość. - Zwinnie poderwał się na nogi i zaczął krąŜyć po
pokoju. - Trzeba działać. Prawdopodobnie wszyscy tutaj myślą, Ŝe nie Ŝyjesz.
-
Tak, ale...
-
W takim razie rozwiązanie jest proste. Musisz trzymać się z daleka od tego miejsca. Najlepiej
wyjedź gdzieś, gdzie cię nikt nie rozpozna, gdzie nikogo nie będzie obchodziło, czy jesteś nowa,
czy nielegalna. Czarownice. To jest to! Mam w Las Vegas kuzynki, które się tobą zajmą.
Zbieramy się, natychmiast
Poppy juŜ nie kręciło się w głowie, tylko dosłownie wirowało. Czuła się jak zamroczona i
było jej niedobrze, jakby właśnie wysiadła z diabelskiego młyna w wesołym miasteczku.
-
Co? W ogóle nie rozumiem, o czym ty mówisz - wymamrotała anemicznie.
-
Wytłumaczę ci po drodze. No, szybko. Chcesz wziąć ze sobą jakieś rzeczy?
Poppy postawiła nogi na podłodze. Pokręciła głową, Ŝeby się otrząsnąć.
-
Słuchaj, w tej chwili nigdzie się nie wybieram. Muszę poczekać na Jamesa.
-
Czy ty nic nie rozumiesz? - Ash przestał spacerować w kółko i podszedł do Poppy. Jego oczy
były zielone i hipnotycznie lśniące. - Tego właśnie nie wolno ci zrobić. James nie moŜe
wiedzieć, dokąd jedziesz.
-
Co?
-
Nie rozumiesz? - spytał znów Ash, RozłoŜył ręce i zaczął przemawiać niemal ze
współczuciem. - NaraŜasz Jamesa na niebezpieczeństwo. Jesteś Ŝywym dowodem na to, Ŝe
popełnił przestępstwo.
To akurat Poppy rozumiała.
-
Ale mogę poczekać i James wyjedzie ze mną. On by tego chciał.
-
To nie wypali - tłumaczył łagodnie Ash. - W twoim towarzystwie wszędzie będzie mu
grozić niebezpieczeństwo. Porządnemu wampirowi wystarczy jedno spojrzenie, Ŝeby
domyślił się prawdy.
Poppy zmiękły kolana.
-
Nie twierdzę, Ŝe ty będziesz bezpieczniejsza, jeŜeli wyjedziesz - ciągnął rzeczowo. - Jesteś, kim
jesteś. Ale przynajmniej nikt nie skojarzy z tobą Jamesa. Tylko w ten sposób moŜesz jego
ochronić. Kapujesz?
-
Tak. Teraz tak. - Poppy odnosiła wraŜenie, Ŝe traci grunt pod nogami. Zapada się, nie w
muzykę, ale w lodowatą i ciemną próŜnię. Nie miała się czego chwycić.
-
Wiem, Ŝe oczekuję wiele, prosząc, Ŝebyś go zostawiła. MoŜe nie jesteś zdolna do takiego
poświęcenia...
Poppy dumnie zadarła brodę. Choć zrozpaczona i oszołomioną, odezwała się z najwyŜszą
pogardą, cedząc słowa:
Po tym wszystkim, co on poświęcił dla mnie? Za kogo ty mnie uwaŜasz?
Ash pochylił głowę.
-
Jesteś odwaŜną małą jasnowidzką. Nie do wiary, Ŝe kiedyś byłaś człowiekiem. - Podniósł
wzrok. - Więc jak, pakujesz się? - spytał Ŝywo.
-
Za bardzo nie mam co pakować - odparła Poppy powoli, bo poruszanie się i mówienie
sprawiało jej ból. Poszła do sypialni tak, jakby stąpała po rozbitym szkle. - Właściwie prawie
nic, ale muszę zostawić Jamesowi list.
-
Nie, nie - zawołał Ash. - Nie moŜesz. No bo przecieŜ... - dodał , kiedy spojrzała na niego
-
...James jest taki szlachetny, zakochany.. Jeśli mu napiszesz, dokąd jedziesz, to zaraz ruszy za
Tobą. I co wtedy?
Poppy pokręciła głową.
-
Ja... dobra. - Nie przestając kręcić głową, poczłapała do sypialni.
Nie miała siły dłuŜej się z nim kłócić, ale teŜ nie zamierzała słuchać jego rad. Zamknęła drzwi
i ze wszystkich sił starała się osłonić swoje myśli. Wyobraziła sobie wokół nich kamienny mur.
Na wciśnięcie do worka spodni od dresu, koszulki i białej sukienki wystarczyło jej trzydzieści
sekund. Później wzięła ksiąŜkę z nocnej szafki i pisak z szuflady. Wydarła tytułową stronę i
zaczęła szybko bazgrać:
Kochany Jamesie! Bardzo cię przepraszam, ale gdybym zostala, Ŝeby ci to wytłumaczyć, na
pewno próbowałbyś mnie powstrzymać. Dzięki Ashowi zrozumiałam prawdę - dopóki będę przy
tobie, naraŜam twoje Ŝycie na niebezpieczeństwo. A nie mogę tego robić. Umarłabym, gdyby
przeze mnie coś ci się stało. Naprawdę. Teraz wyjeŜdŜam. Ash zabiera mnie gdzieś daleko stąd,
gdzie mnie nie znajdziesz. Gdzie nikt się nie zorientuje, kim jestem. Będę tam bezpieczna. A ty
będziesz bezpieczny tutaj. I chociaŜ nie będziemy razem, tak naprawdę nigdy się nie
rozstaniemy. Kocham cię. Na zawsze. Ale muszę to zrobić. Proszę, poŜegnaj ode mnie Phila.
Twoja bratnia dusza, Poppy.
Podpisując się, skropiła kartkę łzami. PołoŜyła ją na poduszce i wyszła do Asha.
-
No juŜ, juŜ. Nie płacz. Robisz, co trzeba. - Otoczył ją ramieniem. Poppy, zbyt mocno
pogrąŜona w rozpaczy, nie uwolniła się z objęcia.
-
Jedno pytanie. - Spojrzała na niego. - A ciebie nie będę naraŜać na niebezpieczeństwo? PrzecieŜ
ktoś moŜe pomyśleć Ŝe to ty zrobiłeś ze mnie nielegalnego wampira.
-
Spojrzał na nią duŜymi, powaŜnymi oczami. Teraz niebieskofioletowymi.
-
Podejmę to ryzyko. Mam dla ciebie wielki szacunek.
-
James przeskakiwał po dwa stopnie, wysyłając przed siebie myśli. Nie chciał wierzyć w to, co
mówiły mu zmysły. Na pewno tam jest. Na pewno... Zaczął walić do drzwi, jednocześnie
wsuwając klucz w zamek.
Poppy! Poppy, odpowiedz mi! Poppy! - krzyczał w duchu
Kiedy juŜ przekroczył próg, otoczyła go pustka, ale nadal nie wierzył. Biegał po mieszkaniu,
zaglądał do kaŜdego pomieszczenia, a serce biło mu w piersiach coraz mocniej i mocniej. Nie
było jej worka, ubrań. Nie było Poppy.
W końcu oparł się o szybę w salonie. Widział ulicę - ani śladu Poppy. Ani Asha.
Wszystko przeze mnie, pomyślał rozpaczliwie. Cale popołudnie uganiał się za matką. Tylko po
to, Ŝeby się dowiedzieć - kiedy w końcu ją złapał - Ŝe Ash jest juŜ w El Camino i kilka godzin
temu pojechał do jego mieszkania. Z kluczem. Znalazł się sam na sam z Poppy.
I James od razu zadzwonił do domu. Nikt nie odebrał. W drodze powrotnej łamał wszelkie
przepisy drogowe. Ale nie zdąŜył.
- Ash, ty padalcu. JeŜeli jej coś zrobisz, choćby dotkniesz... Jeszcze raz obszedł mieszkanie,
próbując zrozumieć, co się stało. W sypialni zauwaŜył białą kartkę na jasnobrązowej poduszce.
List. Chwycił go i zaczął czytać. Z kaŜdą linijką robiło mu się coraz zimniej. Kiedy dotarł do
końca, był zimny jak lód i gotowy zabić. Małe okrągłe plamki rozmazały pisak. Łzy. Za kaŜdą
jedną porachuje Ashowi kości.
Starannie złoŜył list i schował do kieszeni. Wyjął kilka rzeczy z szafki i schodząc klatką
schodową, zadzwonił z komórki.
-
Mamo, to ja - odezwał się, kiedy usłyszał sygnał automatycznej sekretarki. - WyjeŜdŜam na
kilka dni. Coś mi wypadło. Gdybyś widziała Asha, daj mi znać. Chcę z nim porozmawiać. Nie
powiedział „proszę". Wiedział, Ŝe jego głos jest ostry, szorstki. I dobrze. Miał nadzieję, Ŝe jego
ton przerazi matkę. Poczuł, Ŝe byłby w stanie załatwić rodziców i wszystkich Starszych świata
nocy. Posłałby ich na stos. Przez ostatni tydzień przechodził cięŜką próbę. Zmierzył się ze
ś
miercią i odnalazł miłość. Stał się dorosły. A jego głucha wściekłość zmiotłaby kaŜdą
przeszkodę stojącą na drodze do Poppy. Wykonał jeszcze kilka telefonów, zręcznie i wprawnie
prowadząc integrę po ulicach El Camino. Zadzwonił do Czarnego Irysa, Ŝeby się dowiedzieć, czy
przypadkiem Ash tam się nie pojawił. I do kilku innych klubów czarnych kwiatów, chociaŜ
podejrzewał, Ŝe niczego się nie dowie. Poppy napisała, Ŝe Ash zabrał ją bardzo daleko. Ale
dokąd? Niech cię diabli, Ash. Dokąd?
Phil gapił się w telewizor, właściwie nic nie widząc. Jak mogło go cokolwiek interesować,
kiedy myślał tylko o siostrze, która być moŜe ogląda te same programy... albo gryzie ludzi.
Usłyszał pisk opon hamującego samochodu. Zerwał się na równe nogi. Dziwne, ale nie miał
Ŝ
adnych wątpliwości, kto to, widocznie zaczął rozpoznawać warkot silnika integry.
-
Co jest? - Otworzył drzwi, kiedy James znalazł się na ganku.
-
Chodź. - James juŜ szedł z powrotem do samochodu. Kierowała nim jakaś śmiertelna energia,
siła, nad którą nie panował i której Phil nigdy wcześniej nie widział. Czysta furia, cudem
powściągana.
-
Co się stało?
-
Poppy zaginęła!
Phil rozejrzał się gorączkowo. Na ulicy nie było nikogo, ale drzwi do domu stały otwarte. A
James wrzeszczał, jakby go nie obchodziło, Ŝe ktoś moŜe usłyszeć. Po chwili do Phila dotarło
znaczenie słów Jamesa.
-
Jak to zaginęła... - Doskoczył do drzwi i je zatrzasnął. Znów podbiegł do integry.
-
Jak to: zaginęła? - spytał Phil,
wskakuj na siedzenie pasaŜera. James odpalił silnik. -Zabrał ją
gdzieś mój kuzyn Ash.
-
Jaki Ash?
- NieŜywy - warknął James.
Phillip wiedział, Ŝe wcale nie chodzi o to, Ŝe Ash jest zombie.
To miało znaczyć, Ŝe Ash będzie nieŜywy, zupełnie nieŜywy i to całkiem niedługo.
-
Dokąd ją zabrał?
-
Nie wiem - wycedził James. - Nie mam pojęcia.
-
Dobra. Dobra. - Phil gapił się przez chwilę. Nie rozumiał, o co chodzi, ale wiedział jedno.
James jest za bardzo rozwścieczony i Ŝądny zemsty, Ŝeby myśleć logicznie. Jak inaczej
wytłumaczyć to, Ŝe pędzi setką po osiedlowych uliczkach, a nie miał pojęcia, dokąd jechać.
Dziwne, Phil czuł się w miarę spokojnie. Przez ostatni tydzień to on zachowywał się jak wariat, a
James hamował emocje. Ale Phil zawsze w obliczu czyjeś histerii zdawał się na własny rozsądek.
-
Dobra, słuchaj - odezwał się. - Po kolei. Najpierw zwolnij, okay? Całkiem moŜliwe, Ŝe
jedziemy dokładnie w przeciwnym kierunku, niŜ powinniśmy.
James zdjął nogę z gazu.
-
W porządku, a teraz opowiedz mi o Ashu. Dlaczego zabrał Poppy? Porwał ją?
-
Nie. Nakłonił do wyjazdu. Wmówił jej, Ŝe siedząc tu, naraŜa mnie na niebezpieczeństwo.
Tylko tak mógł ją przekonać, Ŝeby z nim pojechała. - Trzymając kierownicę jedną ręką,
wyciągnął z kieszeni złoŜoną kartkę i podał Philowi.
Phil przeczytał list i przełknął ślinę. Zerknął na Jamesa tępo wpatrującego się w drogę. Czuł
się zakłopotany, Ŝe wkroczył na prywatny teren, zawstydzony pieczeniem w oczach. „Twoja
bratnia dusza, Poppy". No, no.
-
Ona cię strasznie kocha - wydusił z siebie niezdarnie. - Dobrze, Ŝe się ze mną poŜegnała. -
Starannie złoŜył list i wsunął go pod dźwignię ręcznego hamulca. James wziął kartkę i schował z
powrotem do kieszeni.
-
Ash wykorzystał uczucia Poppy, Ŝeby ją zabrać. Jak mało kto potrafi manipulować innymi. Ale
dlaczego?
-
Po pierwsze, uwielbia dziewczyny. On rzeczywiście moŜe uchodzić za Don Juana. - James
spojrzał na Phila zadziornie - I jest z nią sam. A po drugie, lubi się zabawiać. Jak kot myszą.
Przez chwilę się nią pobawi, potem ją odda.
-
Komu? - Phillip zamarł.
-
Starszym. Komuś z władz, kto będzie wiedział, Ŝe Poppy bezprawnie jest wampirem.
-
I co??
-
Wtedy ją zabiją.
Phil chwycił się deski rozdzielczej.
-
Chwileczkę. Twój kuzyn zamierza oddać Poppy, Ŝeby ją zabili?
-
Takie prawo. KaŜdy porządny wampir postąpiłby tak samo. Moja własna matka zrobiłaby to
bez chwili wahania - dodał z goryczą.
-
A on jest wampirem. Ten Ash - odezwał się głupio Phil.
James spojrzał na niego.
-
Wszyscy moi kuzyni są wampirami. - Zaśmiał się krótko. Jego twarz się zmieniła. Nagle dodał
gazu.
-
Do cholery, tam był znak stopu! - wrzasnął Phil. James wcisnął hamulec i zawrócił na
ś
rodku ulicy. Przejechał po czyimś trawniku.
-
Co jest? - spytał nerwowo Phil, cały czas przytrzymuj się deski rozdzielczej.
James miał nieobecny wyraz twarzy.
-
Właśnie mnie olśniło, wiem, dokąd pojechali. Powiedział Ŝe zabierze ją w bezpieczne
miejsce, gdzie ludzie się nie zorientują, kim ona jest. Ale wampiry tak.
-
Więc są z ludźmi?
-
Nie. Ash nienawidzi ludzi. Weźmie ją do takiego miejsca w świecie nocy, gdzie jest kimś
waŜnym. A najbliŜsze miasto kontrolowane przez świat nocy to Las Vegas.
Philowi opadła szczęka. Las Vegas? Omal nie parskną śmiechem. Niezłe bujdy.
-
Myślałem, Ŝe tam rządzi mafia - powiedział.
-
Zgadza się - odparł James powaŜnym tonem, gwałtowni skręcając na zjazd na autostradę. -
Tylko Ŝe inna.
-
Ale przecieŜ to duŜe miasto.
-
Właściwie wcale nie. Zresztą niewaŜne. Wiem, gdzie są. Nie wszyscy moi kuzyni to
wampiry. Mam teŜ kuzynki... czarownice.
Phil zmarszczył czoło.
-
Co ty nie powiesz. Jak to załatwiłeś?
-
Nic nie załatwiałem. Moi pradziadkowie się tym zajęli, kiedy czterysta lat temu.
Zorganizowali ceremonię więzów krwi z rodziną czarowników. Nie jesteśmy z nimi
spokrewnieni. To jak przyszywana rodzina. Pewnie nawet nie przyjdzie im do głowy, Ŝe
Poppy została wampirem nielegalnie. Do nich pojedzie Ash.
-
To przyszywani krewni - powiedział Ash. Prowadził złotego mercedesa Rasmussenów, którego
podobno wcisnęła mu ciotka. - Nie będą wobec ciebie podejrzliwi. Czarownicy nie rozpoznają
cech nowego wampira.
Poppy wpatrywała się w horyzont. Zapadał zmierzch, czerwone słońce zachodziło za nimi.
Dookoła roztaczał się zupełnie ulicy krajobraz - pustynia nie była taka brązowa, jak wyobraŜała
sobie Poppy. Raczej szaro-zielona, z zielono-szarymi kępami. Drzewa Jozuego wyglądały
przepięknie. Do tej pory nie widziała rośliny z takimi czułkami. Prawie wszystko, co tu rosło,
miało ciernie. Okolica świetnie nadawała się na miejsce wygnania. Poppy poczuła się tak, jakby
zostawiała za sobą nie tylko dawne Ŝycie, ale teŜ wszystko, co wydawało jej się znajome.
- Zajmę się tobą - obiecał łagodnie Ash. Poppy nawet nie drgnęła powieka.
Phillip najpierw zobaczył Nevadę - linię świateł w ciemności. W miarę jak zbliŜali się do
granicy stanowej, światła zamieniały się w szyldy z mrugającymi, zlewającymi się neonami.
Whiskey Pete's. Buffalo Bill's. Prima Donna. I w takie miejsce zabrał Poppy jakiś facet z
reputacją Don Juana?
-
Jedź szybciej - nakazał Jamesowi, kiedy znaleźli się juŜ w ciemnej i bezkształtnej pustyni. -
Dalej, to auto wyciąga sto osiemdziesiąt.
-
Jesteśmy. Las Vegas - poinformował Ash takim tonem, jakby dawał jej w prezencie cale
miasto.
Poppy nie widziała miasta, jedynie światło w chmurach. To łuna nad Las Vegas, zorientowała
się po chwili, kiedy autostrada skręciła. Oczarowana patrzyła na mieniącą się kałuŜe w płaskiej
niecce między górami. Mimowolnie ogarnęło ją podniecenie. Zawsze chciała zwiedzać świat.
Odległe miejsca. Egzotyczne lądy. Byłaby zachwycona, gdyby tylko obok niej siedział James.
Jednak z bliska miasto nie wyglądało tak cudownie jak z oddali. Kiedy Ash zjechał z autostrady,
Poppy znalazła się w świecie jaskrawego koloru, światła, ruchu i marnej tandety.
-
To Strip - oznajmił Ash. - Tu są wszystkie kasyna. Nie mu drugiego takiego miejsca.
-
Nie wątpię - mruknęła Poppy, przyglądając się ulicy.
Po jednej stronie miała masywny czarny hotel w kształcie piramidy, z ogromnym sfinksem
przed wejściem. Oczy sfinksa miotały laserowymi strumieniami. Po drugiej stał obskurny zajazd
z szyldem: „Pokoje 18".
-
Więc to jest świat nocy - odezwała się z cynicznym rozbawieniem w głosie, dzięki któremu
poczuła się bardzo dorosła.
-
Ee, to dla turystów - odparł Ash. - MoŜna tu zrobić dobry interes i zaliczyć kilka niezłych
imprezek. Ja ci pokaŜę prawdziwy świat nocy, ale najpierw zamelduję się kuzynkom.
Poppy zastanawiała się, czy mu powiedzieć, Ŝe wcale nic chce, Ŝeby pokazywał jej świat nocy.
Coś zaczynało ją niepokoić w Ashu. Zachowywał się tak, jakby zabrał ją na randkę, a nie
wywoził na zesłanie.
Ale to jedyna osoba, jaką tu znam, uświadomiła sobie z Ŝalem. A przecieŜ nie mam
pieniędzy, nawet głupich osiemnastu dolarów na ten lichy motel.
Martwiło ją jednak coś gorszego. Od jakiegoś czasu odczuwała głód, a teraz zaczynało jej
brakować tchu. Ale nie była ogłupiałym, bezmyślnym zwierzęciem jak wczoraj w nocy. Nie
chciała napadać na ludzi z ulicy.
- To tutaj - powiedział Ash.
Wjechali w boczną uliczkę, ciemną i nie tak zatłoczoną jak ulice Strip.
- Dobra, sprawdzę najpierw, czy są.
Otaczały ich wysokie budynki ze ścianami z pustaków. Niebo przesłaniały rzędy linii
energetycznych. Ash zapukał do jakiś drzwi bez klamki. Nie było na nich teŜ Ŝadnego
oznaczenia, tylko niezdarne graffiti. Czarna dalia.
Poppy wpatrywała się w kontener na śmieci, usiłując zapanować nad oddechem. Wdech,
wydech. Powoli i głęboko. Nic się nie dzieje, powietrza nie brakuje. Tylko ci się wydaje, Ŝe nie
ma tlenu. Drzwi się otworzyły i Ash skinął na nią głową.
-
To jest Poppy. - Objął ją ramieniem, kiedy wczłapała do środka. Miejsce przypominało sklep z
ziołami, świecami i kryształami. I mnóstwem innych dziwnych rzeczy, których nie
rozpoznawała. Rekwizyty czarownic.
-
A to moje kuzynki, Blaise i Thea.
Blaise - zjawiskowa dziewczyna z gęstymi ciemnymi lokami i atrakcyjnymi krągłościami.
Thea - szczuplejsza, z blond włosami. Obie znikały Poppy z pola widzenia, bo zamazywał jej się
obraz przed oczami.
-
Cześć. - Było to najdłuŜsze powitanie, na jakie mogła się zdobyć.
-
Ash, co z tobą? PrzecieŜ ona jest chora. Co jej zrobiłeś? - Thea spoglądała na Poppy ze
współczuciem w brązowych oczach.
-
Ja? Nic. - Sprawiał wraŜenie zaskoczonego, jakby dopiero teraz zauwaŜył powaŜny stan swojej
towarzyszki. Najwyraźniej nie przejmował się samopoczuciem innych.
-
Chyba jest głodna. Lecimy, Ŝeby się napiła...
-
O, nie. Nie tutaj. Poza tym ona nie da rady - stwierdziła Thea. - Chodź, Poppy. Zrobię dla ciebie
wyjątek.
Wzięła Poppy pod rękę i wprowadziła do drugiego pomieszczenia za zasłonę z paciorków.
Poppy nie protestowała. Nie była w stanie myśleć, poza tym bolała ją cała górna szczęka. JuŜ na
samo słowo „pić" wydłuŜały jej się zęby.
Potrzebuję... Muszę... Ale nie wiedziała jak. W lustrze pochwyciła swoje odbicie srebrne oczy
i dzikie kły. Nie chciała znów zachować się jak zwierzę, naskoczyć na Theę i dopaść jej do
gardła. Ale nie mogła spytać, jak ma się poŜywić, bo wydałoby się, Ŝe jest nowym wampirem.
Stała, drŜąc.
Rozdział 15
- Nie krępuj się - powiedziała Thea. Wyglądała na rówieśniczkę Poppy, ale bijąca od niej aura
łagodności i rozsądku dodawała jej powagi. - Usiądź. Tutaj. - Posadziła Poppy na podniszczonej
kanapie i wyciągnęła nadgarstek.
Poppy przez chwilę wpatrywała się w niego, aŜ w końcu sobie przypomniała. Jamesa dającego
jej krew ze swojej ręki. Więc to tak trzeba zrobić. W przyjazny i cywilizowany sposób. Widziała
blade niebieskie Ŝyły pod skórą. Ten widok pozbawił ją resztek wahania. Odezwał się instynkt.
Chwyciła rękę Thei. Zanim się zorientowała, juŜ piła krew. Ciepłą słono-słodką substancję.
Dającą Ŝycie i wybawienie od bólu. Z rozkoszy aŜ chciało jej się płakać. Nic dziwnego, Ŝe
wampiry nienawidzą ludzi, pomyślała ponuro. Ludzie nie muszą polować, są pełni tego
cudownego płynu.
Ale przecieŜ Thea nie jest człowiekiem, zauwaŜyła inna część jej umysłu. Tylko czarownicą.
A jej krew smakuje dokładnie tak samo jak ludzka. KaŜdy zmysł Poppy to potwierdzał. Więc
czarownicy są ludźmi, ale z niezwykłą mocą, pomyślała Poppy. Ciekawe. Musiała się
kontrolować, Ŝeby wiedzieć, kiedy przestać Dała radę. Uwolniła nadgarstek Thei, oparła się i z
lekkim zakłopotaniem oblizała wargi. Nie miała odwagi spojrzeć w brązowe oczy dziewczyny.
Właśnie wtedy uświadomiła sobie, Ŝe cały czas odgradzała swoje myśli. Nie nastąpiło
psychiczne zespolenie jak wtedy kiedy wymieniała się krwią z Jamesem. To znaczy, Ŝe juŜ
posiadała jedną umiejętność wampira. Szybciej niŜ przypuszczał James czy Ash.
Poczuła, Ŝe ma w sobie tyle energii, Ŝe mogłaby odtańczyć skoczny taniec niderlandzki. I
odzyskała pewność siebie - na tyle, Ŝeby uśmiechnąć się do Thei.
- Dziękuję - powiedziała.
Thea odwzajemniła uśmiech, jakby uznała Poppy za dziwną, ale miłą postać. Chyba nic nie
podejrzewała.
- Nie ma sprawy. - Wyprostowała rękę, krzywiąc się lekko.
Poppy wreszcie rozejrzała się po pokoju. Pomieszczenie bardziej przypominało salon niŜ część
sklepu. Poza kanapą znajdowało się w nim niewiele rzeczy: telewizor i kilka krzeseł, a po drugiej
stronie duŜy stół z płonącymi świecami i kadzidłem.
-
To sala wykładowa - wyjaśniła Thea. - Babcia odprawia tu czary i pozwala przyglądać się
uczniom.
-
A w drugiej części jest sklep - zagadnęła Poppy ostroŜnie, jakby nie była pewna, co powinna
wiedzieć. Thea nie wyglądała na zaskoczoną.
-
Tak. Pewnie ci się wydaje, Ŝe nie ma tu tyle czarownic, Ŝeby taki interes mógł się kręcić, ale
zjeŜdŜają się do nas z całego kraju. Babcia cieszy się sławą. A jej uczniowie duŜo kupują. Poppy
skinęła głową, okazując naleŜyte zainteresowanie. Nie miała odwagi zadawać kolejnych pytań,
ale jej lodowate serce odrobinę się rozgrzało. Jak widać, nie wszyscy ludzie nocy są niemili i źli.
Czuła, Ŝe zaprzyjaźniłaby się z tą dziewczyną, gdyby miała moŜliwość. MoŜe jednak jakoś się
odnajdzie w tym Świecie nocy.
-
Jeszcze raz dzięki - wymruczała łagodnie.
-
Na zdrowie. - Znów się uśmiechnęła. - Ale nie pozwalaj Ŝeby Ash doprowadzał cię do
takiego stanu. Jest strasznie nieodpowiedzialny.
-
Ranisz mnie, Theo. I to potwornie. - W progu stał Ash. jedną ręką przytrzymując zasłonę z
paciorków. - Ale skoro juŜ o tym mowa, ja teŜ się czuję lekko osłabiony... - Uniósł wysoko brwi.
-
Idź się utop - odparta Thea słodkim głosem. Ash zrobił niewinną i tęskną minę.
-
Tylko troszkę. Troszeczkę. Łyczek... Taka ładna biała szyja...
-
Czyja? - Blaise wkroczyła do sali wykładowej przez drugą połowę zasłony z paciorków.
Stanęła na środku i zarzuciła długimi czarnymi włosami, najwyraźniej przyzwyczajona do
tego, Ŝe to na niej skupia się cała uwaga.
-
Wasza - wybrnął sprytnie Ash. Nagle przypomniał sobie o Poppy. - Oczywiście ta mała
jasnowidzka cała jest ładna i biała.
Blaise spochmurniała. Wpatrywała się w Poppy uporczywie i długo. Z niechęcią i...
podejrzliwością. Rodzącą się podejrzliwością.
Poppy to wyczuwała. Myśli Blaise były przejrzyste, ostro i niebezpieczne jak potłuczone
szkło.
Nagle Blaise znów się uśmiechnęła.
-
Domyślam się, Ŝe przyjechałeś na imprezę? - Spojrzała na Asha.
-
Nie. Na jaką imprezę?
-
Ś
więtojańską, a niby jaką. - Blaise odetchnęła całą piersią, Ŝeby podkreślić głęboki dekolt
bluzki. - U Thierryego. Wszyscy tam będą.
Propozycja najwyraźniej wydala się Ashowi kusząca. W półmroku sali jego oczy rzucały
ciemny blask.
-
Nie dam rady. Sorry. Chcę pokazać Poppy miasto.
-
To pokaŜ, a później przyjdź na imprezę. I tak rozkręci się dopiero po północy. - Blaise
wpatrywała się w Asha z dziwnym uporem.
Zagryzł wargę i z uśmiechem pokręcił głową.
- Zobaczę - powiedział. - ZaleŜy, czy się wyrobię.
Pod tymi słowami kryło się coś więcej. Poppy miała wraŜenie, Ŝe Ash i Blaise przesyłają
sobie ukrytą wiadomość. Ale nie telepatycznie, więc Poppy nie potrafiła jej odczytać.
- W takim razie miłej zabawy. - Thea posłała Poppy przelotny uśmiech, kiedy Ash
wyprowadzał ją na zewnątrz.
Ash patrzył przed siebie na Strip.
-
Jak się pospieszymy, to zdąŜymy obejrzeć wybuch wulkanu, powiedział.
Poppy zerknęła na niego, ale nie podjęła tematu.
-
Co to za impreza świętojańska? - spytała po chwili.
-
Z okazji letniego przesilenia. NajdłuŜszego dnia w roku. To w świecie nocy nasze święto. Jak
Dzień Świstaka dla ludzi.
-
Czemu?
-
To magiczna pora. Zabrałbym cię, ale to by było niebezpieczne. Thierry jest Starszym wśród
wampirów. A oto wulkan. Pokazał miejsce przed hotelem. Po zboczach wulkanu spływała lawa.
a ze środka błyskało czerwone światło. Ash zaparkował na dwóch miejscach wzdłuŜ ulicy.
-
Zobacz, stąd mamy świetny widok - ucieszył się. - A wygodę jak w domu.
Wulkan wydawał hałaśliwe odgłosy. Poppy z niedowierzaniem przyglądała się słupowi ognia,
który wystrzelił wysoko. Ogień był prawdziwy, a od niego zapaliła się lawa. Po czarnej skale
staczały się czerwone i złote płomienie, aŜ całe jezioro u podnóŜa stanęło w ogniu.
-
Intrygujące, no nie? - wyszeptał jej Ash do ucha.
-
Hm... to...
-
Emocjonujące? - drąŜył. - Niesamowite? Podniecające? Mówił słodkim i hipnotycznym
głosem, głaszcząc ją po plecach.
Poppy się nie odezwała.
-
Usiądź tutaj... – wymruczał - ...o wiele lepiej będziesz widziała. Mnie ścisk nie przeszkadza. -
Delikatnie, ale stanowczo przysunął Poppy bliŜej siebie. Jego oddech mierzwił jej włosy. Poppy
wbiła mu łokieć w Ŝołądek.
-
Ej! - jęknął.
Chyba naprawdę go zabolało. I dobrze, pomyślała Poppy. Opuścił rękę i patrzył na nią
rozŜalonymi brązowymi oczami.
-
Czemu to zrobiłaś?
-
Bo czułam taką potrzebę - odparła butnie Poppy. Tętniła w niej świeŜa krew i miała siłę
walczyć. - Słuchaj, Ash nie wiem, skąd ci przyszło do głowy, Ŝe jestem tu z tobą na randce. W
kaŜdym razie teraz cię informuję, Ŝe nie jestem.
Przechylił głowę i uśmiechnął się boleśnie.
- Po prostu za mało mnie znasz - wyjaśnił. - Kiedy się lepiej poznamy...
-
W Ŝyciu! Nie interesują mnie inni faceci. Skoro nie mogę mieć Jamesa... - Przerwała, Ŝeby
uspokoić głos. - Nie chcę nikogo innego - dokończyła stanowczo. - Nikogo.
-
No, moŜe akurat nie w tej chwili, ale...
-
Nigdy. - Nie wiedziała, jak mu to wyjaśnić. Nagle ją olśniło. - Słyszałeś o pokrewieństwie
dusz?
Ash otworzył usta, zamknął i znów otworzył.
-
O, nie. Tylko nie te brednie.
-
Tak. James jest moją bratnią duszą. Przykro mi, jeŜeli brzmi głupio, ale taka prawda. Ash
połoŜył sobie rękę na czole i wybuchnął śmiechem.
-
Mówisz serio.
-
Tak.
-
I to twoje ostatnie słowo?
,
-
Tak.
Znów się roześmiał, westchnął i spojrzał w górę.
- Dobra. Powinienem wiedzieć. - Zachichotał, jakby wyśmiewał sam siebie.
Poppy poczuła ulgę. Bała się, Ŝe będzie wkurzony i zacznie się na niej wyŜywać. A jednak
zachowywał się czarująco, chociaŜ nadal bił od niego chłód, jakby pod skórą płynęła mu
lodowata rzeka.
Najwyraźniej jednak nie stracił świetnego nastroju.
-
Dobra - powtórzył. - Skoro romans odpada, chodźmy na imprezę.
-
Mówiłeś, Ŝe jest niebezpieczna?
-
Mały wybieg. - Machnął ręką. - śeby pobyć z tobą sam na sam. - Spojrzał na nią z ukosa. -
Przepraszam.
Poppy się zawahała. Nie chciała iść na Ŝadną imprezę. Ale nie miała teŜ ochoty być z Ashem
sam na sam.
-
MoŜe lepiej zabrałbyś mnie z powrotem do swoich kuzynek?
-
Na pewno juŜ poszły się bawić. Nie wydziwiaj, będzie fajnie. No, zgódź się.
Przez Poppy przetaczały się fale niepokoju. Ale Ash sprawiał wraŜenie pokornego i
przekonującego... a poza tym - czy jest inne wyjście?
-
W porządku. Ale tylko na chwilkę.
-
Na bardzo krótką chwilkę. - Posłał jej olśniewający uśmiech.
-
Czyli mogą być w kaŜdym miejscu Strip - powiedział James.
-
Przykro mi - westchnęła Thea. - Mogłam się domyślić, Ŝe Ash coś knuje. Ale Ŝeby tak
bezczelnie porwać twoją dziewczynę... - Bezradnie uniosła dłonie. - Na pocieszenie mogę ci
powiedzieć, Ŝe nie była nim zainteresowana. JeŜeli myśli, Ŝe ją poderwie, to się zdziwi. Tak,
odparł w duchu James. Ona teŜ się zdziwi. Ash zatrzyma Poppy tylko do czasu, kiedy ma
nadzieję, Ŝe się z nią zabawi. A jak się zorientuje, Ŝe nic nie wskóra...
Wolał nie myśleć, co wtedy. Podejrzewał szybką wizytę u pierwszego lepszego Starszego.
Serce waliło mu jak młotem i dzwoniło mu w uszach.
- Blaise pojechała z nimi? - spytał. Nie, poszła na noc świętojańską. Próbowała namówić teŜ
Asha, ale powiedział, Ŝe chce pokazać Poppy miasto. - Thea uniosła palec. - Czekaj, moŜesz
sprawdzić na imprezie. Ash wspomniał, Ŝe wpadnie później.
Jamesa aŜ zatkało.
-
A kto urządza tę imprezę? - spytał w końcu.
-
Thierry Descouedres. Zawsze organizuje wystawne przyjęcia.
-
I jest starszym.
-
Co?
-
Nic, niewaŜne. - James wyszedł ze sklepu. - Dzięki za pomoc. Będę w kontakcie.
-
James... - Spojrzała na niego ze współczuciem. - MoŜe wejdziesz i usiądziesz? Nie
wyglądasz za dobrze...
-
Nic mi nie jest - rzucił przez ramię. Popędził do samochodu.
-
Wstawaj - powiedział.
Phil podniósł się z podłogi między przednim a tylnym siedzeniem.
-
I co? Długo cię nie było.
-
Chyba wiem, gdzie jest Poppy.
-
Chyba?
-
Zamknij się, Phil. – Nie miał siły obrzucać się obelgami
Całkowicie skupiał się na Poppy.
-
No dobra, to gdzie Poppy?
-
Jest albo później będzie na imprezie - wyjaśnił szczegółowo. - Bardzo duŜej i pełnej
wampirów. Organizowanej przez Starszego. Idealne miejsce, Ŝeby ją wystawić.
Phil przełknął ślinę.
-
I myślisz, Ŝe właśnie to chce zrobić Ash?
-
Ja wiem, Ŝe to chce zrobić.
-
No to musimy go powstrzymać.
-
MoŜemy nie zdąŜyć.
-
Przyjęcie było nietypowe. Poppy nie mogła się nadziwić, Ŝe większość gości jest w tak
młodym wieku. Zaledwie kilku dorosłych i mnóstwo nastolatków.
-To stworzone wampiry - wyjaśnił usłuŜnie Ash. Poppy pamiętała, co powiedział James -
stworzone wampiry pozostają w takim wieku, w jakim zmarli jako ludzie, albo sami decydują,
kiedy przestać się starzeć. Czyli James moŜe dorastać, a ona zawsze będzie szesnastolatką. W
zasadzie dla niej to bez znaczenia. Ale co na to James?
Dziwny widok - dziewiętnastolatek powaŜnie gawędził z małym, na oko czteroletnim,
dzieckiem. Dzieciak byt milutki z lśniącymi czarnymi włosami i skośnymi oczami, ale w
twarzy miał coś niewinnego i okrutnego zarazem.
- Zobaczmy. To jest Circe. Znana czarownica. A to Sekhmet, zmiennokształtna. Lepiej jej nie
wkurzać - wyjaśnił wesoło Ash.
Stali na małej antresoli, poziom wyŜej niŜ główna sala domu, a raczej posiadłości. To była
najbardziej luksusowa prywatna rezydencja, jaką Poppy widziała. A była przecieŜ i w Bel Air i
Beverly Hills.
-
Rozumiem. - Spojrzała we wskazanym kierunku. Dostrzegła dwie wysokie, ładne
dziewczyny, ale nie miała pojęcia, która jest którą.
-
A to Thierry, gospodarz. Starszy.
-
Starszy? Chłopak wyglądał najwyŜej na dziewiętnaście lat. Jak kaŜdy wampir, był piękny -
wysoki blondyn o melancholijnym spojrzeniu. Sprawiał wraŜenie smutnego.
-
Ile ma lat?
-
Oj, nie pamiętam. Dawno temu został ugryziony przez któregoś z moich przodków. W
czasach, kiedy ludzie Ŝyli w jaskiniach.
Poppy myślała, Ŝe Ash Ŝartuje. Ale moŜe jednak nie.
-
Czym właściwie zajmują się Starsi?
-
Ustalają zasady. I pilnują, Ŝeby były przestrzegane. - Ash uśmiechnął się podejrzanie i spojrzał
na Poppy. Czarnymi oczami węŜa. Wszystko zrozumiała. Uciekła szybko, ale Ash natychmiast
ruszył za nią. Dostrzegła drzwi w drugim końcu antresoli; pobiegła tam. Niestety, prowadziły na
balkon.
Wzrokiem zmierzyła odległość do ziemi. Nie zdąŜyła zrobić kolejnego ruchu, bo Ash chwycił
ją za rękę.
Nie walcz jeszcze, rozpaczliwie doradzał jej umysł. On jest silny. Zaczekaj na odpowiedni
moment. Zmusiła się, Ŝeby się rozluźnić i spojrzała w ciemne oczy Asha.
-
To pułapka... Chcesz mnie wydać.
Uśmiechnął się.
- Ale czemu? - wymamrotała.
Odrzucił głowę do tyłu i się roześmiał - cudownie, melodyjnie. Poppy zrobiło się niedobrze.
-
Jesteś człowiekiem - powiedział. - A w kaŜdym razie powinnaś być. James źle zrobił.
Serce Poppy kołatało, ale umysł miała zadziwiająco trzeźwy. MoŜe cały czas wiedziała, co
zamierza Ash? MoŜe nawet jest właściwe rozwiązanie? Bez Jamesa, bez rodziny nic nie ma
znaczenia. Czy rzeczywiście chce Ŝyć w świecie nocy, pełny takich istot jak Ash czy Blaise?
-
Więc James cię teŜ nie obchodzi - zauwaŜyła. - śeby się mnie pozbyć, jesteś gotów narazić go
na niebezpieczeństwo.
Ash zastanawiał się przez chwilę.
- James sobie poradzi.
Najwyraźniej to Ŝyciowa dewiza Asha - niech kaŜdy sobie radzi sam, nikt nikomu nie będzie
pomagał.
-
Blaise teŜ wiedziała, co knujesz - stwierdziła Poppy w ogóle się tym nie przejęła.
-
Jej nic nie umknie - przyznał Ash. Chciał jeszcze coś dodać, ale Poppy dostrzegła swoją szansę.
Kopnęła go z całej siły i zaczęła przechodzić przez poręcz balkonu.
-
Siedź tu - przykazał Philowi James, zanim zatrzymał samochód. Zajechali przed ogromną białą
posiadłość obsadzoną Palmami. James z rozmachem otworzył drzwi. - Siedź tu - powtórzył. -
Bez względu na to, co się będzie działo, nie wchodź tam. - Wskazał okazałą rezydencję. - A
jeŜeli ktoś zbliŜy się do samochodu, natychmiast odjeŜdŜaj.
-
Ale...
-
ś
adnego „ale", Phil! Chyba Ŝe dziś wieczorem chcesz się poznać ze śmiercią.
James ruszył szalonym pędem w stronę domu. Był tak skupiony na zadaniu, Ŝe nie usłyszał
otwierających się za nim drzwi samochodu.
- A wyglądałaś na taką miłą dziewczynkę - sapnął Ash. Wykręcał Poppy obie ręce za plecami,
starając się znaleźć poza zasięgiem jej stóp. - Przestań natychmiast,
Byt za silny. Poppy nie mogła nic zrobić. Wciągał ją centymetr po centymetrze z powrotem
na antresolę.
- Nie ma sensu, lepiej się poddaj, mówił umysł Poppy. To na nic. Przegrałaś. Oczyma duszy juŜ
widziała całą sytuację. Siebie postawioną przed tłumem, wydaną na pastwę tych wszystkich
zgrabnych, przystojnych ludzi nocy. WyobraŜała sobie ich bezlitosne spojrzenia.
Melancholijnego faceta, któremu na pewno zmieni się wyraz twarzy. Stanie się dziki. WydłuŜą
mu się zęby. Oczy staną się srebrne. A później warknie i rzuci się na nią.
I taki będzie jej koniec. A moŜe przestępców w świecie nocy skazuje się inaczej. Tak czy
owak, nie czeka ją nic miłego.
Ale ja ci tego nie ułatwię! - pomyślała. Posłała tę myśl wprost do Asha, wyrzucając z siebie
złość, Ŝal i poczucie zdrady. Instynktownie. Wrzeszczała jak dziecko w napadzie histerii.
Z tą róŜnicą, Ŝe osiągnęła efekt, jaki trudno osiągnąć krzykiem - Ash się skrzywił. O mały
włos nie wypuścił jej rąk z uścisku. To było tylko chwilowe osłabienie, ale mimo wszystko
Poppy szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia. Zraniłam go. Zraniłam!
W tej samej chwili przestała zmagać się fizycznie. Całą swoja uwagę i energię skupiła na
ataku psychicznym. Bombardowaniu myślami.
Zostaw mnie, ty parszywy wampirzy lizusie! Ash się potknął. Poppy naparła myślami, jakby to
była woda gniewnie tryskająca z węŜa straŜackiego. Zooostaaaaaaaaw mnieeeeeeee!!!!
Ash cofnął ręce. Kiedy Poppy wyczerpała się energia, niepewnie spróbował chwycić ją jeszcze
raz.
- Lepiej nie - odezwał się głos chłodny jak stal.
Poppy spojrzała na antresolę. James. Serce mało nie wyskoczyło jej z piersi. Rzuciła mu się
w ramiona.
-
Och, James, jak mnie znalazłeś?
-
Nic ci nie jest? - powtarzał tylko.
-
Nic - wyszeptała w końcu Poppy. Jak cudownie było znów znaleźć się w jego objęciach. Czuła
się, jakby obudzona z koszmaru zobaczyła uśmiech matki. Ukryła twarz w jego szyi.
-
Na pewno?
-
Tak, tak.
-
To dobrze. Poczekaj, zabiję tego palanta i zwiewamy. Mówił zupełnie powaŜnie. Poppy
wyczuwała to w jego myślach, w kaŜdym mięśniu i ścięgnie ciała. Chciał zamordować kuzyna.
Uniosła głowę, słysząc śmiech Asha.
- Szykuje się niezła walka - stwierdził.
Nie, pomyślała Poppy. Ash tryskał energią, wyglądał niebezpiecznie i był bardzo
rozzłoszczony. Nawet gdyby James zdołał go pokonać, na pewno zostałby ranny. I nawet gdyby
udało im się wygrać wspólnymi siłami, ponieśliby jakieś straty.
-
Chodźmy. - Pociągnęła Jamesa za rękaw. - Szybko. On gra na zwłokę. Czeka, aŜ zjawi się tu
ktoś z imprezy - dodała po cichu.
-
Nie, nie - powiedział Ash ze złośliwą satysfakcją w głosie - Załatwmy to jak na wampiry
przystało.
-
Nie - odezwał się zdyszany znajomy głos.
Poppy gwałtownie odwróciła głowę. Po poręczy balkonu zwycięsko wspinał się brudny Phil.
-
Czy zawsze musisz postawić na swoim? - skarcił go James.
-
No, no - odezwał się Ash. - Człowiek w domu Starszego. Co my z tym zrobimy?
-
Słuchaj, koleś - zaczął Phil, dysząc i otrzepując ręce - Nie wiem, kim jesteś, ani co
kombinujesz. Ale wciągnąłeś moją siostrę w jakieś bagno, więc chyba mam prawo pierwszy
rozwalić ci łeb.
Zapadła cisza. Poppy, James i Ash patrzyli na niego. Poppy ogarnęła nagła, zupełnie
niestosowna ochota, Ŝeby się roześmiać. Zorientowała się, Ŝe James teŜ rozpaczliwie
powstrzymuje śmiech.
Ash zmierzył Phila od stóp do głów, później z ukosa spojrzał na Jamesa.
-
Czy ten chłopak ma pojęcie o wampirach? - spytał.
-
O, tak - zapewnił James.
-
I zamierza się ze mną bić?
-
A co? - Phil zaciskał pięści. - To coś niezwykłego? Znowu wszyscy zamilkli. Poppy
wyczuwała, Ŝe Jamesem wstrząsają dreszcze. Z trudem powstrzymywał się od śmiechu.
-
Phil jest naprawdę silny, kiedy chodzi o jego siostrę, - powiedział w końcu godnym
podziwu spokojnym tonem.
Ash jeszcze raz spojrzał na Phila, potem na Jamesa, w końcu na Poppy.
-
Hm... was jest troje - stwierdził.
-
Zgadza się - potwierdził James, tym razem groźnym tonem.
-
CóŜ... macie nade mną przewagę. Dobra, poddaję się. Podniósł ręce i po chwili je opuścił. -
Dalej, zmiatajcie. Nie będę walczył.
-
I nas nie wydasz - dokończył James. To nie była prośba.
-
I tak nie miałem zamiaru - oznajmił Ash z zupełnie niewinną i szczerą miną. - Myślicie, Ŝe
przywiozłem tu Poppy, Ŝeby ją wydać, ale naprawdę nie chciałem naraŜać jej na
niebezpieczeństwo. Po prostu się zabawiałem. To tylko Ŝart.
-
Jasne - prychnął Phil.
-
Daruj sobie kłamstwa - rzucił James. Ale Poppy nie wiedziała, co o tym sądzić. Patrzyła w
szeroko otwarte fioletowe oczy Asha, czując przypływy i odpływy niepewności. Trudno było
go rozgryźć. MoŜe dlatego, Ŝe mówił to, co faktycznie myśli w danej chwili, a moŜe dlatego, Ŝe
nigdy nie mówił. co myśli. Jedno jest pewne: to najbardziej irytująca i nieznośna osoba, z jaką
miała w Ŝyciu do czynienia.
- Dobra, znikamy - oznajmił James. - Wyjdziemy teraz bardzo cicho i ostroŜnie przez ten mały
pokoik, korytarzem. I nie będziemy się zatrzymywać. Phillip, chyba Ŝe wolisz zejść tak jak
wszedłeś - dodał.
Phil pokręcił głową. James znów wziął Poppy za rękę, ale przystanął i odwrócił się do Asha.
- Zawsze wszystkich miałeś gdzieś. Ale któregoś dnia zacznie ci na kimś zaleŜeć i wtedy się
przekonasz, co to ból. Oj przekonasz się.
Ash spojrzał na niego, ale Poppy nie mogła nic wyczytać z jego ciągle zmieniających się
oczu.
-
Nędzny z ciebie prorok - prychnął Ash, kiedy James znów się odwrócił. - Ale z twojej
dziewczyny niezły. Od czasu do czasu moŜesz spytać, co jej się śniło.
-
Co? - James przystanął, marszcząc czoło.
-
A ty, mała jasnowidzko, lepiej sprawdź swoje drzewo genealogiczne. Wysyłasz bardzo silne
sygnały. - Uśmiechnął się do Poppy ujmująco. - To na razie.
Przez następną minutę James wpatrywał się w kuzyna. Ash skromnie odwrócił wzrok.
Poppy liczyła uderzenia serca, kiedy obaj stali bez ruchu.
W końcu James się otrząsnął i pociągnął ją w stronę antresoli. Phil ruszył tuŜ za nimi.
Spokojnie opuścili dom. Nikt nie próbował ich zatrzymać.
Jednak Poppy poczuła się bezpiecznie dopiero, kiedy znaleźli się na drodze.
-
O co mu chodziło z tym drzewem genealogicznym? - spytał Phil z tylnego siedzenia.
James rzucił mu dziwne spojrzenie i odpowiedział pytaniem.
-
Phil, skąd wiedziałeś, gdzie znaleźć Poppy? Widziałeś ją na balkonie?
-
Nie, szedłem za krzykiem.
Poppy odwróciła się i wlepiła w niego wzrok.
-
Za jakim krzykiem? - spytał James.
-
No... Poppy. „Zostaw mnie, ty parszywy wampirzy lizusie'".
-
Jakim cudem on to usłyszał? - Poppy odwróciła się do Jamesa. - Krzyczałam do Asha. Myślisz,
Ŝ
e słyszeli to wszyscy na imprezie?
-
Nie.
-
No to...
-
O jakim śnie mówił Ash? - uciął James.
-
Ś
nił mi się, zanim go poznałam - wyjaśniła zdziwiona.
-
Naprawdę? - James miał taką minę, jakby nie wierzył własnym uszom.
-
Tak. O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego kazał mi sprawdzić drzewo genealogiczne?
-
Hm... podejrzewa, Ŝe ty i Phil właściwie nie jesteście ludźmi. Wśród waszych przodków był
czarownik.
Rozdział 16
-
Chyba Ŝartujesz - skwitowała Poppy.
Phil siedział z otwartymi ustami.
-
Nie, mówię całkiem powaŜnie. Wygląda na to, Ŝe jesteście czarownikami drugiej kategorii.
Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziałem?
-
ś
e są czarownicy, którzy wiedzą o swoim dziedzictwie i szkoleni oraz tacy, którzy po prostu
posiadają moc. Ludzie mówią o nich, Ŝe mają zdolności...
-
...nadprzyrodzone - dokończył James. - Są telepatami, jasnowidzami - ciągnął. W jego głosie
brzmiały i śmiech i płacz
-
Poppy, ty jesteś jedną z nich. Dlatego tak szybko przyswoiłaś telepatię. I masz prorocze sny.
-
I dlatego Phil mnie usłyszał - dopowiedziała.
-
O, nie. Mnie w to nie mieszaj, bez przesady.
-
Jesteście bliźniakami - zauwaŜył James. - Jesteś czarownikiem. Pogódź się z tym, Phil.
Teraz rozumiesz, dlaczego nie byłem w stanie zapanować nad twoim umysłem.
-
O, nie - zaprotestował Phil. - Nie. - Opadł na oparcie fotela. - Nie - powtórzył ciszej.
-
Ale po kim my to mamy? - zastanawiała się Poppy.
-
Jak to „po kim"? Po tacie. - Dobiegł z tyłu słaby głos.
-
Hm, niby racja, ale...
-
To prawda. Nie pamiętasz? Tata często twierdził, Ŝe widzi dziwne rzeczy. śe śniło mu się coś,
zanim to się wydarzyło Poppy, on usłyszał, jak przez sen wolałaś Jamesa. Ja teŜ.
-
W takim razie wszystko jasne. To wiele wyjaśnia. Te nasze przeczucia... Ty teŜ je masz, Phil?
-
Tak, przeczuwałem, Ŝe James jest odraŜający, i się sprawdziło.
-
Phil...
-
I moŜe jeszcze kilka innych rzeczy... - dodał zrezygnowany. - Wiedziałem, Ŝe to James
przyjechał dzisiaj po południu. Myślałem, Ŝe po prostu potrafię rozróŜniać odgłosy silników.
Poppy drŜała z zachwytu i zadziwienia, ale James po prostu promieniał. Euforia biła od niego jak
wystrzelone w powietrze fajerwerki i serpentyny.
-
Co się stało, James?
-
Nie rozumiesz, Poppy? - Z radości walił w kierownicę. - To znaczy, Ŝe jeszcze zanim stałaś się
wampirem, byłaś człowiekiem nocy. Nieświadomą czarownicą. Masz pełne prawo wiedzieć o
istnieniu świata nocy. Zawsze do niego naleŜałaś.
Poppy aŜ zabrakło tchu.
-
O rany - wyszeptała w końcu.
-
A my naleŜymy do siebie. Nikt nas nie rozdzieli. Nie musimy się ukrywać.
-
Och, James, zjedź na pobocze. Chcę cię pocałować.
-
Ale dokąd teraz pojedziecie? - spytał Phil, kiedy znowu ruszyli. - Poppy nie moŜe wrócić do
domu.
-
Wiem - odparła łagodnie. JuŜ się z tym pogodziła. Dawne Ŝycie się skończyło. Trzeba
budować nowe.
-
Nie będziecie przecieŜ się tułać z miejsca na miejsce - uparcie drąŜył Phil.
-
Jasne - przyznała spokojnie Poppy. - Pojedziemy do taty. Idealne rozwiązanie. Poppy czuła, Ŝe
James w pełni się z nią zgadza. Pojadą do jej ojca - wiecznie spóźnionego, niepraktycznego, ale
zawsze kochającego. Do ojca czarownika, który nie zdaje sobie sprawy ze swojego dziedzictwa.
Prawdopodobnie myśli, Ŝe jest stuknięty, kiedy jego moc się uaktywnia. Potrzebowali tylko
jakiegoś miejsca do Ŝycia. I siebie nawzajem. Cały świat nocy będzie dla nich otwarty, o ile tylko
zechcą go poznawać. MoŜe kiedyś odwiedzą Theę. Zatańczą na przyjęciu u Thierry'ego.
-
Pod warunkiem Ŝe znajdziemy tatę - zauwaŜyła Poppy lekko przestraszona.
-
Znajdziecie - uspokoił ją Phil. - Wyleciał wczoraj wieczorem, ale zostawił adres. Pierwszy raz
w Ŝyciu.
-
MoŜe coś przeczuwał? - zastanawiał się James. Jechali przez chwilę w milczeniu, aŜ w
końcu Phil odkaszlnął.
-
Tak sobie o czymś pomyślałem - oznajmił. - Ja nie potrzebuję niczego od świata nocy. Mnie nie
obchodzą Ŝadne zdolności. Chcę po prostu Ŝyć jak człowiek i Ŝeby nikt nie miał co do tego
Ŝ
adnych wątpliwości.
-
Nie mamy wątpliwości. Phil - przerwał mu James. - Uwierz mi. Nikt ze świata nocy nie będzie
cię do niego wciągał na siłę. Rób, co ci się Ŝywnie podoba, bylebyś unikał ludzi nocy i trzymał
gębę na kłódkę.
-
Dobra. Jasne. - Chwila ciszy. - CóŜ... Wcale nie pochwalam wampirów, ale przyszło mi do
głowy, Ŝe moŜe nie są tak zupełnie złe. To znaczy... nie traktują swojego poŜywienia gorzej niŜ
ludzie. Jak się zastanowić, co robimy krowom... Wampiry przynajmniej nie hodują ludzi w
zagrodach.
-
No, z tym bywało róŜnie. - James nagle spochmurniał - Słyszałem, Ŝe w dawnych
czasach...
-
Ty się zawsze musisz sprzeczać? Ale poza tym pomyślałem sobie... Ŝe stanowicie część natury,
a ona jest, jaka jest. Nie zawsze piękna, ale,.. no, to po prostu natura, i tyle - zakończył ponuro. -
MoŜe to nie ma większego sensu.
-
Dla mnie ma - powiedział całkiem powaŜnie James. I... dzięki. - Przerwał i spojrzał na Phila z
uznaniem.
Poppy zapiekły oczy. JeŜeli Phil twierdzi, Ŝe jesteśmy częścią natury, to nie uwaŜa nas juŜ
za nienormalnych. A to wiele znaczy.
-
Wiecie, a mnie przyszło do głowy, Ŝe moŜe są inne sposoby odŜywiania, Ŝe niekoniecznie
trzeba znienacka napadać im ludzi. Czy krew zwierząt nie wystarczy?
-
Jest inna niŜ ludzka - stwierdził James. - Ale zawsze to jakieś rozwiązanie. Ja Ŝywiłem się
zwierzętami. Jelenie się nadają. Mogą być króliki. Oposy śmierdzą.
-
A poza tym na pewno są ludzie, którym nie przeszkadza... Thea dała mi swoją krew.
MoŜemy poprosić inne czarownice.
James nagle uśmiechnął się promiennie.
-
Kiedyś znałem czarownicę, która była bardzo chętna. Miała na imię Gisele. Ale nie moŜna ich
o to prosić codziennie. Trzeba im dać czas, Ŝeby doszły do siebie.
-
No to moŜe na zmianę. Jednego dnia zwierzęta, drugiego czarownice. A w weekendy
wilkołaki.
-
To juŜ wolałbym oposa! - zaŜartował James. Poppy szturchnęła go w ramię.
-
Zastanawiam się tylko, czy musimy być potwornymi krwiopijcami. MoŜe udałoby się być
przyzwoitym krwiopijcami.
-
MoŜe - powiedział James cicho, niemal tęsknym głosem.
-
Słuchaj Poppy. Dobrze mówi - odezwał się powaŜnie Phil z tylnego siedzenia.
-
Spróbujemy razem. Co, James? - zagadnęła Poppy. Uśmiechnął się do niej. W jego
spojrzeniu nie było nic tęsknego, ani nic chłodnego, tajemniczego czy skrytego.
-
Razem - powiedział na głos. - Nie mogę się doczekać, dodał w myśli. Chyba zdajesz sobie
sprawę, co moŜemy zdziałać dzięki twojej telepatii?
Poppy patrzyła na niego, aŜ poczuła buzujący przypływ ekscytacji.
-
Och, James, tak myślisz?
-
Jestem pewien. Wymiana krwi jest niezwykła z jednego powodu - wyostrza telepatyczne
zdolności. Ale ty tego nie potrzebujesz mała jasnowidzko.
Poppy oparła się, Ŝeby uspokoić serce, znów będą w stanie połączyć się myślami. Kiedy tylko
zechcą. JuŜ sobie wyobraŜała, jak przedostaje się do umysłu Jamesa. Zleją się w jedno jak dwie
krople wody. Staną się jednością w takim wymiarze, jakiego Ŝaden człowiek nie potrafi
zrozumieć.
-
Ja teŜ nie mogę się doczekać. Chyba spodoba mi się bycie czarownicą.
Phil odkaszlnął.
-
JeŜeli potrzebujecie trochę prywatności...
-
Niestety to najwyraźniej niemoŜliwe - mruknął James - Skoro ty tu jesteś.
-
Nic na to nie poradzę - wycedził Phil przez zęby. - To wy krzyczycie.
-
Nie krzyczymy. Podsłuchujesz.
-
Uspokójcie się obaj - przerwała im Poppy. Czuła w sobie ciepło i jasność. - Skoro chcesz nam
dać trochę prywatności, to znaczy, Ŝe ufasz Jamesowi na tyle, Ŝeby zostawić z nim siostrę -
zwróciła się do Phila.
-
Tego nie powiedziałem.
-
Nie musiałeś - skwitowała. Była szczęśliwa.
-
Dochodziła północ następnego dnia. Godzina duchów. Poppy stała w sypialni matki, chociaŜ
wcześniej myślała, Ŝe juŜ nigdy więcej nie zobaczy tego miejsca.
James czekał na zewnątrz, w samochodzie wyładowanym rzeczami. Była tam między innymi
wielka waliza płyt ukradzionych z domu przez Phila. Za kilka minut wyruszą na Wschodnie
WybrzeŜe, do ojca Poppy. Ale najpierw Poppy musi coś zrobić. Zakradła się po cichu do
wielkiego loŜa, jak cień, nie budząc śpiących. Przystanęła przy nieruchomej postaci matki.
Popatrzyła na nią, potem przemówiła myślami.
Na pewno myślisz, Ŝe to sen, mamo. Nie wierzysz w duchy! Ale muszę ci powiedzieć, Ŝe u
mnie wszystko w porządku. Jest mi dobrze, czuję się szczęśliwa i chociaŜ nie rozumiesz, proszę
postaraj się uwierzyć. Tylko ten jeden raz uwierz w to, czego nie moŜesz zobaczyć. Przerwała.
Kocham cię, mamo. I zawsze będę kochała.
Kiedy wychodziła z sypialni, matka nadal spała. Uśmiechała się przez sen.
Phil stał na dworze przy integrze. Poppy go przytuliła, a on odwzajemnił uścisk. Z całej siły.
-
Do widzenia - wyszeptała. Wsiadła do samochodu. James przez okno podał rękę Philowi, który
uścisnął ją bez wahania.
-
Dziękuję - powiedział James. - Za wszystko.
-
To ja dziękuję. - Phil miał drŜący głos i uśmiech. UwaŜaj na nią... i na siebie. - Cofnął się,
mrugając.
Poppy posłała mu całusa i odjechali z Jamesem w ciemną noc.