background image

 
 
 
 
 

GAYLE WILSON 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
PROLOG 
  Po plecach przeszły mu ciarki, bo choć wiedział, że będzie 
źle, rzeczywistość przerosła jego najgorsze obawy. 
  -  A to skurczybyk... - W głosie policjanta Samuelsa 
pobrzmiewał swoisty szacunek. 
  Jared Donovan odwrócił wzrok od dużej kostki 
wybuchowego plastiku, która była ukryta nad windą, i spojrzał 
na swego towarzysza. Na skroniach policjanta widać było 
krople potu, twarz miał jak z wosku. 
- Potrzebuję pomocy - powiedział Jared. 
  - Co ze sprzętem? - zapytał policjant. Na dole budyn 
ku zostawili robota, pancerny pojemnik i stroje ochronne. 
  Jared znów podniósł oczy ku ładunkowi. Wystarczyło 
kilkanaście dekagramów semtexu, by zakończyć lot Pan Am  
nad Lockerbie, a ten był wielkości dwóch regiel Szyb windy, 
w którym się znajdowali, biegł przez sam środek rządowego 
budynku. Nawet Jared nie bardzo wiedział, jakich zniszczeń 
dokonałaby eksplozja, a przecież w tej dziedzinie miał 
ogromne doświadczenie. Wolałby go nie mieć. W jednym z 
wybuchów zginął JeffMatthews. 
     l!mten ładunek nawet w przybliżeniu nie był tak duży, jak 
ten, ale sprawca zastawił pułapkę. Gdy tylko Jeff odsunął 
nieco szufladę, natychmiast wszystko wy- 
    
   Tytuł oryginału: Each Precious Hour Pierwsze wydanie: 
Harlequin Intrigue,  

background image

Redaktor serii: Grażyna Ordąga 
Opracowanie redakcyjne: Władysław Ordąga 
   Korekta: Janina Szrajer Ewa Popławska 
©  by Mona Gay Thomas 
© for the Polish edition by Arlekin - Wydawnictwo Harleąuin 
Enterprises sp. z o.o. Warszawa  
Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji 
części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. 
Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z 
Harleąuin Enterprises II B.V. 
Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. 
Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych - żywych 
czy umarłych -jest całkowicie przypadkowe. 
    Znak firmowy wydawnictwa Harleąuin i znak Harleąuin 
Intryga i Miłość są zastrzeżone. 
Skład i łamanie: Studio Q 
Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona 
ISBN ---X 
Indeks  
INTRYGA- 
 
    
  Po prostu wiedział, że nie wolno mu popełnić błędu, bo 
pierwszy z nich byłby zarazem ostatnim. Prześledził szybko 
druty prowadzące z baterii - jeden do ładunku i jeden do 
zegara. Prosty układ. Chyba... zbyt prosty. Przyjrzał się 
plastikowi, na którym widoczne były ślady ugniatania. Poczuł 
jeszcze silniejsze ciarki. 

background image

  Błyskawicznie przeanalizował wszystkie możliwości. Był 
prawie pewien, że kryła się tu jakaś pułapka. Przełącznik 
rtęciowy albo czujnik wysokości? 
  Delikatnie położył palce na jednym z przewodów 
wychodzących z baterii. Zbyt proste, pomyślał znowu, zbyt 
łatwe. 
  Szybko przeciął drut, oddzielając baterię od plastiku. Serce 
waliło mu w przyspieszonym rytmie. Na razie nic się nie stało. 
  Znalazł drugi przewód, który prowadził do zegara. Przeciął 
go pewną ręką. Czuł pulsowanie krwi w skroniach. 
Wstrzymując oddech, uważnie przyjrzał się staromodnemu 
budzikowi. 
- Wyżej - zwrócił się do Samuelsa. 
 Musiał zajrzeć za ładunek, bo sądząc po kształcie, yło za nim 
coś jeszcze. Spojrzał na wskazówki zegara. Brakowało 
dziesięciu sekund. 
 Powoli i z wielkim wysiłkiem policjant dźwignął Ja-reda o 
dodatkowe piętnaście centymetrów. Wiedział, że Samuels nie 
utrzyma go długo. Wyciągnął szyję, zajrzał oza plastik i 
zobaczył jeszcze jeden przewód. Nie miał D°jecia, dokąd 
prowadził, ale musiał działać natychmiast, bo na nic więcej 
nie miał już czasu. 
Ostrożnie przeniósł szczypce nad bombą, delikatnie 

 
    
leciało w powietrze. Miał na sobie najnowocześniejszy 
pancerz, lecz i to nie pomogło. 
- Muszę się temu przyjrzeć - powiedział Jared. 

background image

  - W porządku - chrapliwie mruknął Samuels. Był 
na granicy wytrzymałości nerwowej. Jared nie miał mu 
tego za złe, jako że on także był głęboko poruszony. Ale 
cóż, sam wybrał tę pracę i nie zamierzał pozwalać sobie 
na najmniejszą choćby chwilę słabości. 
   Policjant złączył dłonie w strzemię, dzięki czemu Jared 
mógł wspiąć się do góry, by spojrzeć śmierci w oczy. Nie 
robił tego po raz pierwszy, i miał nadzieję, że nie ostatni. 
  Teraz mógł dokładnie obejrzeć mordercze dzieło. 
Przełącznik czasowy, baterie i plastik. Budzik był nastawiony 
na dziesiątą, do której, według wskazówki, brakowało 
niespełna trzydziestu sekund. 
  - Długo jeszcze? - zapytał policjant ochrypłym 
szeptem. 
- Niezbyt - spokojnie odpowiedział Jared. 
  Jego głos brzmiał zaskakująco spokojnie. Myślał tylko o 
urządzeniu, które miał przed sobą. Nawet tykanie zegara jakby 
ucichło. 
  Był zdany jedynie na siebie, nie miał bowiem czasu, by 
wezwać kogoś na pomoc lub sprowadzić sprzęt. Jak za 
dawnych czasów: jeden niczym nie osłonięty człowiek - i 
bomba. 
  Ręce policjanta zaczęły lekko drżeć, nie wiadomo, ze 
zmęczenia, czy też z poczucia zbliżającej się śmierci, lecz 
Jared zdawał się być absolutnie spokojny, jakby nie miały do 
niego dostępu żadne ludzkie emocje. 
    
ROZDZIAŁ PIERWSZY 
  - Myślę, że odpowiedzi senatora zadowoliły wszyst 

background image

kich. - Robin McCord pewnym głosem mówiła do mikro 
fonów wyciągniętych w jej stronę. - Wypadek w Wietna 
mie był straszny, ale James McCord postąpił tak, jak zwykł 
to czynić zawsze, to znaczy wybrał najwłaściwsze rozwią 
zanie w trudnej sytuacji. Trudnej zarówno dla niego, jak 
i dla ludzi, którym uratował życie. 
  - Nadal więc uważacie, że senator może uzyskać 
nominację, mimo jego ostatniego... wyznania? - spytał 
Hugh Collins. 
  Collins reprezentował jedną z największych gazet i w 
przeszłości pisał o jej stryju korzystnie. Dzięki temu pytaniu 
Robin mogła przemycić dobre wieści, jakie nadeszły tego 
popołudnia. 
    Według ostatnich sondaży społeczeństwo zaakceptowało 
wyjaśnienie senatora, co zamyka sprawę - powiedziała. - 
Myślę więc, że czas już przejść do innych, dużo ważniejszych 
dla Ameryki tematów. 
  Robin uśmiechnęła się przyjaźnie. Należało to do jej 
obowiązków, z którymi coraz lepiej sobie radziła. Zaraz po 
ukończeniu college'u, jako wolontariuszka została asystentką 
swego stryja, a teraz, po dziesięciu latach, prowadziła 
waszyngtońskie biuro senatora z Teksasu. 
   
    
wsunął dolne ostrze pod drut i przeciął go. Nie dochodziły do 
niego żadne dźwięki, tylko szum krwi i tykanie zegara, 
którego wskazówka zbliżała się do godziny dziesiątej. 

background image

  Nagle budzik zadzwonił, wypełniając zamkniętą przestrzeń 
windy drażniącym hałasem. Samuels gwałtownie cofnął 
dłonie i Jared upadł na marmurową podłogę. 
  Potrzebował nieskończenie długiej sekundy, by zrozumieć, 
że żyje. Głęboko odetchnął. Budzik zadzwonił, bo wskazówka 
doszła do odpowiedniej godziny, ale detonacja nie nastąpiła, 
ponieważ bomba została rozbrojona. 
   -  Nie ostrzegłeś mnie, że zadzwoni - warknął Samu 
els. Kiedy rozległ się dzwonek, policjant runął na podło 
gę. Jego twarz była spocona i szara jak popiół. - Powi 
nieneś to zrobić. - W jego głosie strach i gniew walczy 
ły o prymat. 

Nie pomyślałem o tym - powiedział Jared. 

Zataił, że nie spodziewał się usłyszeć dźwięku budzika, 
był bowiem pewien, iż fala uderzeniowa wybuchu najpierw 
rozszarpie ich obu, a potem zniszczy cały budynek. 
  -  Przykro mi - usprawiedliwił się szczerze. Samuels 
wykazał się wielką odwagą, zostając z nim, i narażanie 
go na dodatkowy stres było niepotrzebne. Jared spojrzał 
na paczkę wiszącą nad nimi. - Powiedz im, by przysłali 
tutaj ludzi z pancernym pojemnikiem na ładunek. 
  Zerknął na policjanta, który spoglądał na niego jak na raroga. 
Może ma rację, pomyślał. 
 

 
    
  -  Myślę, że nie uda się nam zadowolić wszystkich 
- rzuciła Robin do Carltona, który pracował dla jednej 

background image

z sieci telewizji kablowej. 
  Zerknęła na malowniczą grupę, jak zwykle przebraną w 
stroje z czasów biblijnych. Mimo chłodu nawiedzeni prorocy 
na bosych stopach mieli tylko sandały, co niewątpliwie groziło 
przeziębieniem. Ponieważ jednak głosili rychły koniec świata, 
najpewniej nie przejmowali się problemami zdrowotnymi, gdy 
trzeba było ratować duszę. 
  -  A nawet gdyby była taka możliwość, nie skorzy 
stalibyśmy z niej - dokończyła cicho, by nikt z prote 
stujących przeciwko zbliżającemu się przemówieniu 
McCorda jej nie usłyszał. 
  Robin uśmiechnęła się do kontestujących, by złagodzić 
napięcie, które zawsze się pojawiało, gdy wspominano o 
niedawno ujawnionym incydencie z Wietnamu. Nauczyła się 
radzić sobie z tym, ale podobnie jak inni ludzie, była 
wstrząśnięta, kiedy przed dwoma dniami senator wyznał, co 
wydarzyło się podczas katastrofalnej misji. 
  McCord, w tamtych czasach młody porucznik, zastrzeli* 
swego dowódcę, który podczas misji za liniami wroga zaczął 
wydawać bezsensowne rozkazy. Uniemożliwiały one 
osiągnięcie celu ekspedycji, a co gorsza, niepotrzebnie 
wystawiały na śmierć żołnierzy. Gdy podwładni zaczęli się 
buntować, kapitan postanowił zabić jednego z nich, lecz 
McCord był szybszy. 
Robili, po przemyśleniu całej sprawy, doszła do 
   iosku, że jej stryj postąpił właściwie. W skrajnej sytuacji nie 
uciekł od odpowiedzialności i podjął trudną 
    
    

background image

   Whitt Emory, szef kampanii wyborczej McCorda. 
zdecydował, że Robin zostanie rzeczniczką prasową Ponieważ 
szczerze wierzyła w każde słowo, jakie wypowiadała o 
Jamesie Marshallu McCordzie, a przy tym uważała, że jest on 
najlepszym kandydatem na prezydenta Stanów 
Zjednoczonych, nadawała się do tej roli znakomicie i świetnie 
się z niej wywiązywała. 
  Whitt, ku zakłopotaniu Robin, proponując jej tę funkcję, 
powiedział: 
  -  W naszym zespole jesteś najatrakcyjniejszą z ko 
biet. Przyda się nam długonoga blondynka, przekazują 
ca miłym teksaskim akcentem informacje, -którymi za 
mierzamy zalać eter, zanim jeszcze senator oficjalnie 
zgłosi swoją kandydaturę. 
  Od tego czasu bratanica McCorda, tak jak działo się to 
dzisiaj, co i rusz oblegana była przez kamery. 
  -  Wygląda na to, że jednak nie wszyscy zaakcepto 
wali wersję senatora - powiedział Ted Carlton, spoglą 
dając do tyłu. 
  Przed olbrzymim hotelem na Manhattanie, gdzie mniej 
więcej za tydzień senator miał wygłosić swoje „milenijne 
przemówienie", paradowały pikiety. Im bliżej końca wieku, 
pomyślała Robin, tym więcej czubków wypełza na światło 
dzienne. 
  Oni się jednak nie liczyli. Ważne było to, że wśród 
przybyłych na miting byli zarówno znani już Robin 
zwolennicy McCorda, jak i spora grupka nowych osób, w 
oczywisty sposób życzliwie nastawionych do senatora. Od 
kiedy kampania nabrała rozmachu, była to stała tendencja. 

background image

    
    
 
  Jej słowa, choć o niczym nie przesądzały, sugerowały jednak 
wyraźnie, że McCord, mimo hałasu wokół sprawy 
wietnamskiej, zamierza zgłosić swoją kandydaturę na 
prezydenta Stanów Zjednoczonych. 
  - Panie i panowie, proszę mi wybaczyć, że teraz was 
opuszczę - powiedziała Robin. - Jest zimno, a ktoś mi 
powiedział, że udało mu się zarezerwować dla mnie miły i 
ciepły pokoi Sami rozumiecie, że jak najprędzej chciałabym 
sprawdzić tę sensacyjną wiadomość. 
  Dziennikarze znowu wybuchli śmiechem, wiedzieli bowiem, 
że o tej porze niemożliwe było zdobycie pokoju w hotelu na 
Times Sąuare. Rezerwowano je z rocznym wyprzedzeniem, 
ponieważ oczekiwano tłumów gości, pragnących wziąć udział 
w uroczystościach zakończenia roku. Była nawet nowa 
kryształowa kula, która miała opaść o północy. 
Oczywiście James McCord, nim jeszcze ostatecznie 
zdecydował się na wystawienie swojej kandydatury, z 
odpowiednim wyprzedzeniem zarezerwował pokoje, i nawet 
salę balową na szczycie hotelu. Na wypadek gdyby wstępna 
kampania zakończyła się obiecującym Hatem, chciał mieć 
wszystko przygotowane do wygłoszenia deklaracji w wigilię 
Nowego Roku. 
   ? Wspaniale jest znowu być tutaj. Dziękuję za powitanie! - 
Robin szeroko zamachała ręką. 
Ruszyła ku szklanym drzwiom. Przyjemnie było 
 

background image

   leźć się w ciepłym i jasnym holu hotelowym, ale «ea  
zaczęła rozmawiać z parą zwolenników McCor- 
bił    ię-'e^ nieco zbyt °r^c- stało się tak dlatego, że nadal 
miała na sobie 
 
    
decyzję, by ratować życie żołnierzy. Zrobił to samodzielnie i 
we własnym imieniu, jak na człowieka honoru przystało. 
Teraz należało o tym przekonać media, a w konsekwencji 
wyborców. Dzisiejszy wieczór stanowił kolejną ku temu 
okazję. 
  - Czy są jeszcze jakieś pytania? - spytała, rozgląda 
jąc się po tłumie dziennikarzy, których już znała prawie 
tak dobrze, jak członków nielicznego jeszcze sztabu 
wyborczego. 
- Kiedy przybędzie senator? - spytał ktoś. 
  - Senator McCord zjawi się tu kilka dni po Bożym 
Narodzeniu. 
- Czy jest teraz w Teksasie? 
  - Wraz z najbliższymi spędza święta w Altamirze - 
wyjaśniła Robin i spojrzała na coraz obficiej padający 
śnieg. - Żałuję, że mnie tam nie ma - dodała sponta 
nicznie, wspomniawszy rodzinne uroczystości, w ja 
kich uczestniczyła na olbrzymim ranczu McCorda. 
  Gdy usłyszała śmiech, zrozumiała, że popełniła gafę, by więc 
ułagodzić nowojorczyków, którzy są fanatycznie zakochani w 
swoim mieście, szybko powiedziała: 
  - Wówczas jednak nie mogłabym przeżyć tu świąt, 
które w Nowym Jorku są czymś tak bardzo szczegól 

background image

nym. Bardzo się cieszę, że znów jestem w tym cudow 
nym mieście. 
  - A potem senator pojedzie do Iowa i New Hamp- 
shire, gdzie odbędą się pierwsze prawybory - podpo 
wiedział któryś z dziennikarzy. 
  - Może dopisze nam szczęście i zaświeci dla nas 
słońce - odpowiedziała. 
  -  
    
nie, które nawiedzały ją co pewien czas i sprawiały, ze 
dni'wydawały się nie mieć końca. 
  Musiała zastanowić się, czy nadal powinna uczestniczyć w 
kampanii McCorda, natomiast o innej sprawie, przynajmniej 
do sylwestrowego przemówienia senatora, postanowiła na 
razie nie myśleć. 
  - Dziękuję - powiedziała, wciąż onieśmielona swo 
ją eksponowaną pozycją w kampanii. 
  - Lubią cię, a to połowa wygranej. Dodatkowe 
punkty zbierasz swoim podziwem dla senatora. 
- Jest dla mnie jak ojciec - powiedziała. 
Mimo że minęło tyle czasu od śmierci jej taty, takie 
stwierdzenie, choć całkowicie zgodne z prawdą, wciąż 
niełatwo przechodziło jej przez gardło. - Teraz masz okazję 
mu się odwdzięczyć. Pochlebiała jej wiara Whitta, że może 
pomóc swojemu stryjowi, ale przez to wszystko stawało się 
jeszcze trud-liejsze. Miała wielki dług wdzięczności wobec 
Jima Torda i bólem napawała ją myśl, że wycofując się 
kampanii, srodze by go zawiodła. A nie była to jedyna trudna 
decyzja, jaką w najbliższym czasie musiała podjąć. ineła 

background image

głową Whittowi i sięgnęła po kopertę, którą Mozył przed nią 
recepcjonista. W środku był klucz do •telowego pokoju i dwie 
wiadomości. Gdy je przeczytała, jej ręce zadrżały. 
*c od Jareda. Tak jak się tego spodziewała, a jed- 
*-.. No cóż, nie wiedziała nawet, czy był w mieście. 
»e kontaktowali się od czasu jej ostatniego pobytu 
WN owym Jorku. Zadzwoniła wtedy do niego, co oka- 
 się ogromnym błędem. Mimo to... 
 
    
płaszcz, lecz przyczyna mogła być inna. Robin była osobą 
zahartowaną, a jednak ostatnio łatwo ulegała dziwnym 
słabościom. Nadmiernie reagowała na zbyt zadymioną 
atmosferę lub nazbyt wysoką temperaturę co owocowało złym 
samopoczuciem. 
  Mogło to być wynikiem przemęczenia, jako że harmonogram 
zajęć miała wypełniony po brzegi. Sypiała mniej niż zwykle, a 
po przebudzeniu nie miała czasu, by choć kwadrans słodko 
poleniuchować w łóżku... lub też przeczekać w spokoju 
poranną słabość. To dopiero początek kampanii, a ona nie 
miała nawet czasu, by pomyśleć o swoich prywatnych 
marzeniach... mimo że znów była w Nowym Jorku. Gdzie 
przecież mieszkał Jared. 
Obarczona licznymi obowiązkami, nie zamierzała 
 

tym myśleć. Przynajmniej do czasu... 

Dobrze się czujesz? 

  Obok niej stał zatroskany Whitt Emory. Spostrzegła, że w 
zamyśleniu, w nie rozpoznanym przez innych geście przyszłej 
matki, złożyła swe ręce na łonie. 

background image

  - Doskonale - odpowiedziała automatycznie. - Tro 
chę tu za gorąco, szczególnie po tym, jak musiałam 
podczas zamieci odpowiadać na pytania. 
  - Trudno to nazwać zamiecią, przynajmniej jak na 
Nowy Jork. A poza tym, zrobiłaś dobrą robotę - powie 
dział Whitt. Wziął za dobrą monetę wyjaśnienia Robin 
 

zamierzał powrócić do jedynego tematu, który napra 

wdę go interesował, czyli do kampanii McCorda. 
  Dobrze, że mi uwierzył, pomyślała. Nikomu nie powiedziała 
o swojej ciąży, ukrywała mdłości i zmęczę- 
    
 
 
  . Od tej chwili wszystkie będą takie - powiedział  ledwie 
skrywaną radością. 
  No cóż pomyślała, stryj uważał się za szczęściarza, gdy 
udało mu się pozyskać Whitta Emory'ego. Był tytanem pracy, 
a przy tym doskonale potrafił zdobywać fundusze. Równie 
ważne było to, że od dawna zajmował się polityką, oczywiście 
za kulisami. 
  - Wiem - powiedziała. - Nie martw się, rano będę 
w dobrej formie - zapewniła go. 
- Liczę na ciebie. 
  Znów ją chyba ostrzegał... a może jest przewrażliwiona z 
powodu zmęczenia i lekkiej niedyspozycji? Przecież Whitt 
powiedział jej to, co zwykło się mówić w takich sytuacjach. 
Że po prostu na nią liczy. 
A na niej można było polegać. Należała do osób cichych, 
pracowitych, solidnych i bystrych. Dotąd kryła się w cieniu, 

background image

co jej bardzo odpowiadało, i dlatego rodzina była zaskoczona, 
gdy Whitt powierzył jej tak bardzo eksponowaną funkcję. 
Oczywiście dobrze wiedział, co bi. Robin wierzyła w stryja i 
w to, co chciał zrobić dla craju, więc z radością podjęła się 
zadania, by natchnąć rwców swoim zaufaniem. Za dobro, 
jakie od niego rzymata, była Jimowi McCordowi winna dużo 
więcej. Nie zawiodę cię - obiecała. Ani stryja, dodała w 
duchu. 
Nie dziś wieczór, pomyślała. Tylko nie dzisiaj. Teraz 
'owała rozgrzewającej kąpieli i jak najdłuższego 
ed Jutrzejszym spotkaniem. Rano na pewno 
 że 
^ystKo będzie wyglądać znacznie lepiej. 
ku dnia być może poradzi sobie z faktem, ż 
 
    
- Nic ważnego? - spytał Whitt. 
  - To co zawsze. Propozycja wywiadu z senatorem 
i prośba o wygłoszenie przemówienia na forum „Synów 
Samsona". Kimkolwiek oni są. 
  - Sprawdź to - powiedział Whitt. - Zobacz, ile za 
nimi stoi głosów i w jakich okręgach. 
  Przytaknęła. Była naprawdę wyczerpana. To był długi dzień. 
Lot samolotem, droga z lotniska do hotelu, konferencja 
prasowa. 
Tak dawno go nie widziałam, pomyślała nagle. 
  Trzy miesiące, trzy tygodnie i cztery dni, jeśli chciałaby być 
dokładna. Ale kto by tam liczył? 
  - Zadzwonię rano, zjemy śniadanie i zastanowimy 

background image

się nad planami - powiedział Whitt. 
- Dobry pomysł - zgodziła się. 
  Przerzuciła na drugie ramię pasek ciężkiej od papierów 
torebki. Bolał ją krzyż, piekły oczy. W samolocie przeczytała 
większość uwag Whitta, dotyczących przemówienia senatora. 
Organizacja tego wydarzenia była głównym celem jej wizyty 
w Nowym Jorku. Tak wiec rano czekają długa i wyczerpująca 
dyskusja. 
  Sama zgłosiła się do tego zadania, bała się bowiem 
świętować Boże Narodzenie w rodzinnym gronie. Mogłaby 
nie opanować pokusy i zwierzyć się bliskiej osobie, na 
przykład kuzynce Levi lub stryjowi Jimowi. 
  - O siódmej - powiedział Whitt. - Prześpij się, mar" 
nie wyglądasz. - Martwił się jej kondycją, ale jedno 
cześnie jakby ostrzegał, że teraz nie pora na żadne sła 
bości. 
- To był długi dzień. 
-  
    
skupiony, o pewnej ręce i niezawodnej, błyskotliwej in 
tuicji. No i dopisywało mu szczęście. Dlatego mógł ra 
tować ludzkie życie. 

  Do diabła, może zresztą nie ow strach, lecz świąteczna 
iluminacja ulic stała się przyczyną jego udręki? Weseli 
Mikołajowie z dzwoneczkami? Rozbrzmiewające 
wokół kolędy? 
  W ubiegłym tygodniu zrobił zakupy i wysłał paczki do 
rodziny w Connecticut. Wiedział, że gdyby nie obdarował 
najbliższych, w tym siostrzenic i siostrzeńców, matka 

background image

natychmiast zadzwoniłaby do niego i wzięła na spytki, a 
wystarczy, iż bez przerwy zamartwiała się jego pracą. 
  Włączył telewizor, by czymś wypełnić przygnębiającą 
pustkę, choć dobrze wiedział, że jak zwykle nie będzie nic 
ciekawego do oglądania. 
  Poszedł do kuchni. Nie odwiedzał sklepu spożywczego od 
dwóch tygodni, ale w zamrażalniku powinno coś być. 
    Nagle, gdy usłyszał głos dobiegający z telewizora, 
zatrzymał się, a potem szybko wrócił do pokoju i zapa- 
n)> ??!» w ekran. Właśnie nadawano wieczorne wiadomości. 
wi .CZy*!ście dobrze znał to miejsce, podobnie jak 
CKszosc nie tylko nowojorczyków, ale w ogóle Ame- 
yKanow. Każdy z nich choćby raz w życiu oglądał 
^tynne opuszczenie kuli na Times Sąuare. A hotel, na 
sercu ^acu°Wane ^ kamery' znaJdował się w samym 
Rozsiadł się wygodnie na kanapie. 
 

 
    
znalazła się w tym samym mies'cie, co Jared Donovan a nawet 
rozważy, czy nie powinna się z nim ponownie spotkać. 
  Jared zrzucił kurtkę i ustawił ogrzewanie na większa 
temperaturę, bo w mieszkaniu panowały wilgoć i chłód. Czuł 
w sobie ponurą pustkę, co ostatnio nie było niczym 
niezwykłym. 
  Machinalnie sprawdził automatyczną sekretarkę. Jak prawie 
zawsze, nie było żadnych wiadomości, ale dzisiaj fakt ten 

background image

podziałał na niego szczególnie przygnębiająco. Nic na to nie 
mógł poradzić, jako że od dwóch tygodni trapiła go depresja. 
  Od czasu incydentu w budynku rządowym. Nie ma sensu 
dłużej się nad tym rozwodzić. Jego umysł i ciało po raz 
kolejny zdały egzamin, ale Jared podczas akcji był śmiertelnie 
przerażony i teraz musi to zaakceptować, bo w jego zawodzie 
ignorowanie strachu niesie ze sobą śmiertelne 
niebezpieczeństwo. 
  - Spójrz lękom prosto w oczy i zostaw je za sobą - mruknął 
ponuro. 
  Do tej pory zawsze mu się to udawało. Za kazdyfl razem, 
gdy przyszło mu rozbrajać niebezpieczny tedu nek, po pełnej 
napięcia akcji szybko dochodził do si bie. Stawiał czoło 
strachowi i zapominał o nim. 
  J^ecz tym razem było inaczej, bo do tej pory pokonał 
panicznego lęku, jaki poczuł w budynku rz^ wym. Wiedział, 
że musi to zrobić, w innym wypadic^ nie będzie mógł nadal 
wykonywać swego zawodu. 
A był w nim naprawdę dobry. Ostrożny, opanowany' 
 
-Bjsod AJBJSOZ PIUIUB^ oiiusraiz ara ais om nSBZ o: po i 
ipizpsiMod g]ąos ?n(-O^ZSM s?ppj oq 'XQZn fsDiBi o^q 
aijM OMOJS oupaf IUB JBUKJJ uaj BU O I(J 'psoiiui 
BUZZjqzaq qoi BOBZOB{ i|n 
             iqIS  Op OD  'Oips^ZSM  OJ UITOMS IjnOMZOd 
ZBJ ZDZSf   BIUBqDO( DOU OJ Bl/Ca 
 KMOUIZOJ BU DOU B{Xq IU Ol BSMinjBJ/J B^f | 
BDfo IDJIUIS O IUB qDBuXzDjBZ qDXuBMIZ O n 
-SlUUlOdSM IN -ZJJTAVOd /V\ '?- '- 

background image

iqaid k 
-IUIBZ IU Z 'AuflO>[ ZBJ od nUI BJBIzpaiMOd U BUQ 
BiuBjszoj qoi BuXzaXzid 
tS y(jBJS JCJ 'TUIBpOMOd pBU ]S I^BIMBUBJSBZ U 'nv -
pBSZOJ O ipiUUIodBZ 'qDBSUBUMUO{ O ipi^UI ^ O{ 
; i^q qosods jsoadM 
tU  XqOS  §ZDl^ 
PTISJ>[O IS Bp IU 
            •uiaraarapds i uisniBpBzod ui/(uso{iui i\ -opoi;dsi 
jsoadM ADOU foj is ipizpiM sra o§n{Q nro -zsarai UIXJ M 
IUSBJM uiqoy z §is jBqooii ZBJ rajBjso 
JI ]S pjBJjod ara jpupaf ZBJ 
USJq IUJIlUZtU I 
ozpjBq Ąką 'AjizpaiMBu oS SJOJJI 'AZI 
JimS AV yiOlZtA yĆDBZpiMTU JublM I lUpO§ 

----- feufojS 

 
 
    
   - Według  ostatnich   sondaży  społeczeństwo akceptowało 
wyjaśnienie senatora, co zamyka spr ^ Myślę więc, że czas już 
przejść do innych, dużo w^ niejszych dla Ameryki tematów - 
mówiła z ekrai rzeczniczka prasowa Jamesa McCorda. 
   „Czas już przejść do...". To był refren, który Jared powtarzał 
niemal od roku, to znaczy od śmierci Jeffa i od chwili kiedy 
Robin go opuściła. Czas już przyznać, że coś się skończyło, 
pogodzić się z faktami i zacząć żyć inaczej. Bez Robin 
McCord. 

background image

  Tylko jak to zrobić? Niechciane wspomnienia znów 
zaatakowały go z potężną mocą. Nie potrafił się im 
przeciwstawić. Poczuł dojmującą tęsknotę i bolesne poczucie 
straty. 
  Na ekranie usta Robin poruszały się, lecz on nie rozumiał 
słów. Kiedyś ta kobieta należała do niego, a on do niej. Byli ze 
sobą tak blisko, jak tylko jest to możliwe,, przeżywali 
cudowne upojenia miłosne, planowali wspólną przyszłość... 
  Gdy teraz Robin uśmiechała się z ekranu, znów poczuł 
dziwną błogość w sercu. I rozpaczliwą gorycz. 
  Rzeczniczka senatora McCorda znikła za szklanymi 
drzwiami hotelu. 
Tak jak znikła z jego życia. 
   I nagle, po prawie czterech miesiącach, znów pojawiła. 
Senator stworzył komitet, który miał wy dować jego szansę na 
prezydenturę oraz zbadać fli wości pozyskiwania funduszy. W 
tamtym czasie działała w drugiej unii, jej zadaniem było 
dysKi zbieranie potrzebnych informacji. 

 
ROZDZIAŁ DRUGI 
  - J ujrzałem: oto kuń trupioblady, a imię siedzącego na nim 
Śmierć" . 
  Głęboki głos wielebnego Larry'ego Avamore'a, który stał 
przy drugiej przecznicy, przecinał chłodne powietrze jak jeden 
z owych mieczy, które zawsze pojawiały się w jego kazaniach. 
Jednak tego ranka, mimo barwnej postaci pastora, szczęśliwie 
nie przybył ani jeden dziennikarz. 
Robin wiedziała już, że Whitt starannie przygotował 

background image

tę „zaimprowizowaną" konferencję prasową, którą mu- 
ała poprowadzić wczorajszego wieczora. Służyła ona 
u większego rozgłosu wietnamskiej historii. 
Mogłaby mieć mu za złe, że jej nie uprzedził i ledwie 
hała z lotniska, z marszu musiała stawić czoło 
?zom, generalnie jednak zgadzała się z Whit- 
trzeba wykorzystywać każdą okazję, by przeka- 
 publicznej wersję senatora, dotyczącą ponure- 
ydentu z przeszłości. Do tej pory żaden z poten- 
konkurentów   McCorda   nie   wykorzystał 
my sposób wietnamskiej tragedii, by zdyskredy- 
         «y z Apokalipsy św. Jana pochodzą z Biblii Tysiąclecia, 
*"»**. Poznań - Warszaw.  (przyp. red.). 
        
    
wionę i odrzucone, ostatnie ultimatum też nie przyjęte. Nie ma 
do czego wracać. 
  Kiedy Jared obudził się rano, Robin już wyszła Od tego 
czasu nie rozmawiał z nią ani nie widział jej. Dot chwili. Do 
dzisiejszego wieczora, kiedy jej obraz pojawił się na ekranie 
telewizora. 
  I natychmiast odżyły wspomnienia. Jared przycisnął pięści 
do czoła, jakby chciał odepchnąć te obrazy, zniszczyć je. Było 
to jednak niemożliwe. 
  Zgasił lampę, jedynie poświata ekranu telewizyjnego nieco 
rozjaśniała mrok. Zagłębiony w myślach, Jared machinalnie 
obserwował pojawiające siei znikające postacie. Nagle sięgnął 
po telefon, przez długie sekundy trzymał rękę nad słuchawką. 
Wreszcie położył ją na kolanach. 

background image

  To nie był czas na improwizację. Musiał sobie z wczasu 
ułożyć, co powie Robin, przemyśleć jej przypuszczalne 
reakcje i przygotować się na wszelkie ewentualności. Nie 
wiedział, jak się zachowa, gdy znów go 
y•  .      Nic 
Prawie cztery miesiące temu przyszła do niego, nie mówili. 
Teraz on wykona ruch. Może nawet p nien przyznać, że miała 
rację w pewnych sprawach. No cóż, być może tak było... 

 
    
 
Początkowo nie rozumiała, jakim cudem znalazło się 
Idzi, gdy nagle spostrzegła kamery telewizyjne, 

demonstracja   przeciwko   senatorowi 

 została więc starannie zainscemzowana 
 b Rbi 

 
ordowi została więc 
zez dziennikarzy. Chodziło o to, by Robin przemasze-wała 
wśród tłumu wykrzykującego antywojenne hasła, dzięki 
czemu potencjalni wyborcy dowiedzą się, że senator z 
Teksasu jest zapiekłym militarystą... 
  Tyle tylko, że nikt już nie panował nad sytuacją. Tłum 
falował, zapanował ogólny chaos. Gdyby ktoś potknął się i 
upadł na ziemię, z całą pewnością zostałby stratowany. Robin 
przeraziła się, że naprawdę może do tego dojść. 
Nagle ktoś mocno ją pchnął. Zachwiała się i zaczepi- 
obcasem o krawężnik. By odzyskać równowagę, 

background image

chwyciła się czyjegoś ramienia. Natychmiast spostrzeg- 
należało ono do mężczyzny ubranego w polową 
kurtkę. 
  >dacz natychmiast zaczął na nią wrzeszczeć, jego i 
wykrzywiła furia. Krzyczał coś o McCordzie i Ar-mageddonie 

owała wycofać się w kierunku hotelu, lecz nie 
tablic     hlĆ S?przez demonstrantów, którzy trzymali 
isłami. Górujący swym głosem nad tłumem 
re cały        cytowal Apokalipsę. Gdy pozostali 
Wle P*"** dotąd stojący w karnym szeregu, 
^«bSt? *"'Jma {Biblia) "^^ ostatniej bitwy 
a- W znaczeniu ogólniejszym: krwawa wojna, 
 
    
tować senatora z Teksasu, wszyscy obserwował 
wiem wyniki sondaży opinii publicznej, które jak 
razie były mu przychylne. Należało za wszelką cen* 
dopilnować, by tak działo się nadal. 

n? 

   Podjechała taksówka i odźwierny otworzył drzwi jednak gdy 
tylko Robin się w nich pojawiła, z tłumu kłębiącego się przed 
hotelem rozległy się okrzyki i gwizdy. Musiano ją rozpoznać 
dzięki wczorajszemu wystąpieniu w telewizji. 
   - Proszę poczekać - zadysponował odźwierny - 
muszę zorientować się w sytuacji. 
   - Powiedz McCordowi, że nic z tego nie będzie! 
- wrzeszczał jeden z protestujących. - Nie pozwolimy, 
by nasz kraj znów pogrążył się w wojnie. Nie chcemy, 
by nasi chłopcy ginęli za wasze brudne interesy. Już raz 

background image

nas wysyłano w tym celu za ocean, ale powtórki na 
pewno nie będzie! 
   Mężczyzna, który wykrzyczał tę pogróżkę, stał za jednym z 
pracowników hotelu, starającym się <*sa{® tłum. Ubrany był 
w wypłowiały mundur polowy, ^ rozpostarł w górze. Jego 
zaczerwienioną z em i mrozu twarz okalała potargana siwa 
broda. 
   -  Dobrze wiemy, co knuje ten teksaski reWOlWowi 
wiec! - krzyknął w jej kierunku. - Powiedz senato 
że powstrzymamy jego apokalipsę. 

(ju 

   Odźwierny szepnął do niej, by ruszyła do P    ^ szpalerem 
utworzonym przez ochroniarzy. ^oy J zrobiła trzy kroki do 
przodu, tłum zafalował i pękł. Robin, pochłonięta przez ciżbę, 
straciła czekającą na nią taksówkę. 
    
    
wciągał ją w centrum malstromu , z którego prawie udało jej 
się uciec. 
  W tej walce liczyła się tylko siła i Robin zaczęła przegrywać. 
Tłum gęstniał i był coraz bardziej agresywny. Nawet krzyki 
Avamore'a ginęły w tym tumulcie. Wołanie o pomoc nie 
miało sensu. 
  Gwałtownie szarpnęła się i, o dziwo, wyrwała z uścisku 
brodacza. Nabrawszy nadziei, zaczęła przepychać się do 
przodu, gdy nagle spostrzegła, że na jej głowę zaraz opadnie 
gruby kij, od którego ktoś oderwał tablicę z hasłem. Cios 
jednak chybił, uderzenie dosięgło kogoś innego. Rozległ się 
przeraźliwy krzyk. Robin, by uchronić się przed kolejnym 

background image

atakiem, zasłoniła dłońmi głowę. Wiedziała, że nie ma 
żadnych szans. Czyżby nadchodziła śmierć? 
  Nagle jakaś potężna dłoń pochwyciła znów opadający na nią 
kij, a szerokie ramię otoczyło ją w pasie. Nieznany 
wybawiciel, wykorzystując swą siłę, zaczął gwałtownie 
przepychać się przez tłum, a ona, wciąż w jego objęciach, 
podążała wraz z nim. 
  Usłyszała wycie syren, dźwięk policyjnych gwizdków i bicie 
serca tajemniczego mężczyzny, do którego szeiokiej piersi 
była przytulona. 
  Błyskawicznie wyrwali się z tumultu i zatrzymali Przy 
ścianie hotelu. Nieznajomy zasłonił ją swoim ciałem przed 
tłumem. Wyciągnął ramiona ponad ich głowy, a dłonie oparł o 
kamienną fasadę budynku. Nie wi- 
Malstrom - prąd morski na Morzu Norweskim o gwałtownych 
wirach (przyp. red.). 
 
    
zorientowali się, co się dzieje, ruszyli w kierunku hotelu, by 
również ich sfilmowały kamery. Mieli przecież swoje hasła do 
pokazania. 
  Robin otrzymała silny cios z tyłu i wpadła na jednego z 
proroków, przebranego w szaty sprzed dwóch tysięcy lat. 
Mężczyzna brutalnie odepchnął ją łokciem, a kiedy się 
odwrócił, na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, a potem 
nienawiść. 
  Robin podniosła ręce, by złagodzić następny cios. Naprawdę 
zaczęła się bać. Tłoczący się wokół niej ludzie, którzy przed 
chwilą wyglądali jak niewinni dziwacy, przeobrazili się w 

background image

niebezpieczny, bezmyślny mot-łoch, zdolny do wszelkich 
okrucieństw. 
  Tłum znów zafalował i nawiedzony prorok gdzieś odpłynął. 
Robin szybko opuściła ręce, by chronić dziecko. Na razie było 
bezpieczne, gdyby jednak potknęła się i upadła... Na tę myśl 
ogarnęło ją przerażenie. 
  Musi się stąd jak najprędzej wydostać! Zaczęła gorączkowo 
przepychać się do przodu, niestety, znów znalazła się w 
środku ciżby, naciskana ze wszystkich stron. Od parujących 
oddechów zrobiło się duszno, czuła, że brakuje jej tlenu. 
  Nagle ujrzała przed sobą przerwę, a na jej końcu szklane 
drzwi hotelu. Chroniąc brzuch, zaczęła się przepychać w ich 
kierunku. 
  Zagrożenie przyszło z tyłu. Ktoś boleśnie chwycił ją za 
ramię. Nie miała szans, musiała się zatrzymać. Spojrzała przez 
ramię. 
  Brodacz. Tym razem nie wykrzykiwał wściekłych haseł, 
tylko nienawistnie patrząc na Robin, ponownie 
    
    
  Pewnie zaniepokoiły go jej łzy, ponieważ płakała tak rzadko. 
  Robin sądziła, że zużyła swój zapas łez po śmierci ojca, a 
potem, gdy zamieszkała u stryja, zauważyła, że mocno 
przeżywał, gdy ona lub Levi płakały. Pragnął, by jego 
dziewczynki były zawsze szczęśliwe. 
  -  Nie - wyszeptała, a kolejna łza spłynęła po policz 
ku. - Nic mi nie jest. To ty jesteś ranny. 
  Jared zapewne nawet nie czuł, kiedy go uderzono, zbyt 
bowiem podniecony był szaleńczą walką z tłumem. Pomacał 

background image

się za uchem, lekko wzruszył ramionami i znów przyłożył 
dłoń do kamiennej płyty nad głową Robin. 
  Trwali tak przez chwilę w milczeniu, wtuleni w siebie, tak 
bardzo bliscy... Boleśnie siebie spragnieni, zapomnieli o 
otaczającym ich świecie. 
Lecz nie należeli już do siebie. 
  Jared odsunął się nieco i obejrzał za siebie, ona podążyła za 
jego wzrokiem. Po demonstrantach zostały tylko porozrzucane 
tablice i śmiecie. 

Dlaczego posłali właśnie ciebie? - spytała Robin. 

  Jared był członkiem miejskiej brygady pirotechnicznej i nie 
powinien być wykorzystywany podczas ulicznych zamieszek. 
  Spojrzał na nią z góry i leciutko zacisnął usta. Gdyby nie 
znała go tak dobrze, nie dostrzegłaby tego. 
  -  Przyszedłem tu prywatnie, żeby się z tobą zoba 
czyć - powiedział bez ogródek. 
  Jego oczy, poza zastygłym strachem i napięciem, byty 
nieprzeniknione. 
    
    
działa nic poza jego kurtką. Coś uderzyło o ścianę i Ro-bin 
jeszcze mocniej przytuliła się do swego wybawcy. 
  Pachniał wilgotną wełną i zimowym powietrzem, a także, 
ledwie wyczuwalnie, wodą kolońską. Męski, dziwnie 
dodający otuchy zapach... i bardzo znajomy. Dlatego właśnie 
dodawał otuchy! 
  Podniosła głowę i ujrzała ciemny, gładko ogolony policzek 
oraz zarys szczęki. Znała tego mężczyznę. Był ranny, ze 

background image

skroni spływała mu strużka krwi, nie wyglądało to jednak zbyt 
groźnie. 
  Przymknęła oczy. Nie miała pojęcia, jak Jared ją znalazł, ale 
teraz liczyło się tylko to, że tego dokonał. Osłonił ją przed 
nienawistnym szaleństwem, ją i ich dziecko, o którym nawet 
nie wiedział. W jej oczach pojawiły się łzy. 
  Po chwili podniosła głowę, by spojrzeć na niego. Jego twarz, 
wciąż pełna gniewu i strachu, była jak wykuta z kamienia. 
  Nie bał się o siebie, bowiem Jared Donovan był najbardziej 
nieustraszonym człowiekiem, jakiego znała. Na tym właśnie 
polegał problem. Z tego powodu wyrwała się z ramion, które 
teraz ją otaczały. 

Wszystko w porządku - pocieszył ją. 

Skinęła głową, lecz nie była w stanie wydusić słowa. 

Już po wszystkim - dodał. 

  Mógł to ocenić tylko na podstawie ciszy, która nagle 
zapanowała przed hotelem, bo cały czas patrzył jedynie na 
Robin. 
  -  Nie jesteś ranna? - zapytał cichym i zatroskanym 
głosem. 
    
    
szansy na rozmowę „o nas". A była ona bardzo potrzebna, bo 
Robin nosiła pod sercem ich dziecko. 

Mam pokój w tym hotelu - powiedziała. 

  Kiedy na nią patrzył, niemal widziała, jak wspomnienia 
przebiegają mu przed oczami. A może tylko jej się tak 
wydawało, ponieważ te same obrazy kłębiły się i w jej głowie. 

background image

  Nagle, swoim zwyczajem, opanował się i znów jego twarz 
stała się nieprzenikniona. Był w tym zawsze dobry, pomyślała. 

No, to chodźmy tam - powiedział. 

Puścił ją przodem w kierunku szklanych drzwi. 
  Zauważył, że pokojówki nie miały czasu na posprzątanie 
pokoju. Łóżko, choć nie posłane, nie wywoływało wrażenia 
bałaganu w pokoju. Nie walały się też żadne ubrania, gazety 
czy książki. Wszystko było na swoim miejscu, pod kontrolą i 
uporządkowane. O takim życiu marzyła Robin. 
  Dobrze rozumiał, dlaczego tak usilnie dążyła do ładu, 
nienawidziła improwizacji i chaosu. Jako dziecko prze-zyła 
kataklizm, czyli śmierć rodziców. Runął wtedy cały jej świat. 
A teraz za wszelką cenę pragnie zabezpieczyć się przed 
powtórną katastrofą. Wszystko ma być na swoim miejscu, 
zrozumiałe i stabilne. 
To była największa przeszkoda między nimi. 
  Najpierw na raka piersi zmarła jej matka, a w rok PA?niej 
zginął ojciec. Robin miała wtedy dziesięć lat. 
  Wszystko, co kochała, uleciało w powietrze, przepadło. Mała 
dziewczynka mogła tylko łykać łzy rozpa- 
    
    
   - W jakiej sprawie? - zapytała. Natychmiast pomy 
ślała o dziecku. Czyżby dowiedział się o nim? To było 
przecież niemożliwe, musiałby czytać w jej myślach. 
- W naszej - powiedział. 
  Serce zaczęło jej łomotać. „W naszej". Czyżby zmienił 
zdanie i był gotów porzucić tę straszną pracę? Czyżby 
wreszcie zrozumiał, że powinien zająć się własnym życiem? 

background image

Co było niemożliwe w sytuacji, gdy za każdym razem, kiedy 
jakiś szaleniec postanawiał coś wysadzić w powietrze, Jared 
narażał się na śmierć... Ceniła jego heroiczne wysiłki, dzięki 
którym uratował wiele istnień ludzkich, ale nie mogli 
stworzyć prawdziwej rodziny, gdy nie wiedziała, czy żegnając 
się rano przed wyjściem do pracy, nie widzi go po raz ostatni. 
  Mówiła mu to wiele razy, a on przekonywał ją, że inne żony 
dobrze sobie z tym radziły. Choćby jej matka. A po jej śmierci 
Robin, mała dziewczynka, córka policjanta. Tak, radziła sobie, 
nie czuła widma zagłady, gdy jej ojciec wychodził do pracy. 
Był wspaniałym, mocnym mężczyzną i jej ukochanym 
tatusiem, po śmierci mamy całą rodziną. 
  Aż któregoś dnia nie wrócił do domu. A ona wiedziała, że po 
raz drugi nie zniesie takiej straty. Dlatego, gdy dochodzili do 
tego punktu, ich dyskusje zamierały. Nie było już innych 
argumentów. Wreszcie Robin postawiła ultimatum, a Jared je 
odrzucił. Sprawa była skończona. 
  Teraz Jared powiedział, że chce mówić „o nas", musiał więc 
wszystko jeszcze raz przemyśleć i wyciągnąć nowe wnioski. 
W innym wypadku nie byłoby żadnej 
 

 
    
 
bławatkowych oczach. Łudząco podobnych do oczu Ja-mesa 
McCorda. 
  Robin była bardziej podobna do senatora niż jego rodzona 
córka i była mu niezwykle oddana. Czuła się jego dłużniczką, 

background image

ale przede wszystkim go kochała. Jared nigdy nie wątpił w 
szczerość uczuć Robin wobec stryja. 

Przyjrzę się twojej ranie - powiedziała. 

Dopiero gdy mu przypomniała o ranie, uświadomił 
sobie tępy ból głowy. Nawet nie poczuł uderzenia, był zbyt 
zaniepokojony o Robin. 
- To nic - zlekceważył. 
- Może trzeba będzie zszywać. 
 
  - Nie trzeba - powiedział z uśmiechem. -Nawet nie 
wiem, czym dostałem. 
  - Drągiem. Myślę, że ten cios był przeznaczony dla 
mnie. 

Co ich tak rozwścieczyło? - zapytał. 

Robin potrząsnęła głową. 
  - Pewnie kamera. Wszyscy chcą, by pokazano ich 
w telewizji. 
  - I weszłaś w sam środek tłumu? - W jego pytaniu 
brzmiała niezamierzona krytyka. Po prostu nie rozu 
miał, dlaczego tam się znalazła. 
  - Byłam w środku - wyjaśniła. - Czekałam na ta 
ksówkę. Kiedy podjechała, zjawili się operatorzy i za- 
Cz?li filmować. Nie wiem, dlaczego tak bardzo mną się 
zainteresowali. Demonstranci, gdy tylko spostrzegli ka 
mery, dosłownie dostali amoku. Pewnie marzyli jedynie 
 tym, by przez sekundę mignąć w popołudniowych 
wiadomościach... 
  -  
    

background image

czy, a potem, gdy zaczęła dorastać, wyciągnąć wnioski j z 
tragedii, jaką przeżyła. 
  Gdyby wiedziała, w jaki sposób Jared zarabia na życie, nigdy 
nie zaangażowałaby się uczuciowo w ten związek. 
  Brał udział w seminarium szkoleniowym pirotechników w 
Waszyngtonie i przypadkiem znalazł się na imprezie w 
Departamencie Stanu. Tam poznał Robin. Zaczęli ze sobą 
rozmawiać, wokół kłębili się ludzie, było gwarno. 
Przesłyszała się, zrozumiała, że przyjechał na seminarium 
dotyczące komputerów. 
  W czasie tych dwóch tygodni widywali się każdego wieczora 
i nigdy nie rozmawiali o pracy. W ogóle rozmawiali niewiele. 
Zaczęli się kochać dokładnie w siódmym dniu znajomości. 
  Było cudownie i zupełnie inaczej, niż w dotychczasowych jej 
związkach. Ostatnio często zastanawiała się, jak doszło do 
tego, że nie dowiedziała się, czym Jared naprawdę się 
zajmuje. Czasami nawet nachodziła ją gorzka myśl, że byłoby 
lepiej dla nich obojga, gdyby poznała wówczas prawdę. 
Wtedy Robin natychmiast znikłaby z jego życia. Pozostałoby 
wspomnienie po miłej przygodzie miłosnej, lecz nie zdążyłaby 
narodzić się miłość. 
- Przepraszam za bałagan - powiedziała. 
- Nieważne - odparł. 
  Rozpięła płaszcz, zdjęła go i powiesiła w szafie. Starannie 
zawiesiła na wieszaku wełniany szal. Ciemna barwa płaszcza 
podkreślała jasną karnację skóry, a sweter o kolorze mchu 
odbijał się zielenią w jej niebieskich, 
    
    

background image

  - W przeciwieństwie do innych czubków, o których 
nie można tego powiedzieć. 
  - Z tymi znam się całkiem dobrze - stwierdził. - Nie 
zapomnij mi dać znać, kiedy twoi szaleńcy zaczną wy 
sadzać w powietrze domy. 
  Szybko zrozumiał, że popełnił błąd. Mówił tak do Robin już 
wcześniej, i zawsze wywoływało to u niej fatalną reakcję. 
Niestety, mimo że obiecywał sobie dokładnie przemyśleć ich 
rozmowę, nie uczynił tego. Nie potrafił czekać, zbyt mocno 
pragnął ujrzeć kobietę, którą bezgranicznie kochał. 
  -  Będziesz pierwszą osobą, do której zadzwonię - 
powiedziała gorzkim tonem, a w jej oczach pojawił się 
chłód. 
  Wpadamy w stare koleiny, pomyślał. Wszystko sprowadza 
się do tego, abym ustąpił i porzucił moją pracę... To 
niesprawiedliwe. Nigdy nie było. Pamiętał, jak jego ojciec 
zwykł go pytać, czochrając mu przy tym włosy, nawet kiedy 
Jared był już dorosły: 
  - Chłopcze, a kto ci powiedział, że życie jest spra 
wiedliwe? 
  - Robin, kiedykolwiek wezwiesz mnie, przyjdę - 
zapewnił, starając się, by uwierzyła w jego szczerość. 
Przyjdzie. Tak jak przyszedł dziś rano. Ponieważ ją 
kochał i pragnął dać jej to wszystko, czego pragnęła... 
Poza jednym. Poza sobą z jej marzeń. Bo takiego kogoś 
nie było. Istniał tylko jeden Jared Donovan, lecz jego 
Rb   odtrąciła. 

Wiem o tym - powiedziała. Jej oczy złagodniały. 

Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że choć się 

background image

 
    
- Przeciwnicy McCorda? 
   - Niektórzy na pewno tak - przyznała. - Chodzi 
przede wszystkim o jego poglądy dotyczące rozbudowy 
naszego nadwyrężonego systemu obrony. Ale wię 
kszość z nich nie zna Jamesa McCorda, a tym bardziej 
jego programu. Wiedzą tylko tyle, że jest wymieniany 
jako potencjalny kandydat na prezydenta Stanów Zjed 
noczonych. 

A oni nie chcą, by nim został. 

Robin zastanowiła się przez chwilę. 
  - Whitt Emory, szef sztabu wyborczego Jima, wiąże 
ściśle jego kandydaturę z nowym tysiącleciem. Nawet 
planuje, by przemówienie na rozpoczęcie kampanii za 
częło się wraz z uderzeniem zegara o dwunastej w Syl 
westra. Tutaj, na Times Sąuare. Wydawało się, że jest to 
dobry pomysł, coś, co stryj Jim lubi, ale teraz... - Po 
trząsnęła głową, nie patrzyła już na jego twarz. - Teraz 
zaczynam się zastanawiać. Każdy wariat w Ameryce 
uważa, że stanie się coś złego, kiedy wskazówki zegara 
dojdą do dwunastej. 
- I to cię niepokoi? 
  - Tak, bo stryj Jim łączony jest z tymi wszystkimi 
katastroficznymi przepowiedniami. 
  Jared spoważniał, lecz próbował zamaskować to uśmiechem. 
- Ale tylko przez wariatów - powiedział. 
- Sądząc po dzisiejszym poranku, to wystarczy. 
  - Chyba naprawdę nie przejmujesz się tymi czubka 

background image

mi sprzed hotelu? Robią dużo hałasu, ale tak naprawdę 
wydali mi się całkiem nieszkodliwi. 
  -  
ROZDZIAŁ TRZECI 
  W łazience czuć było zapach mydła, szamponu i perfum 
Robin. Jared wdychał tę kombinację niejednego ranka, po 
nocach, które wciąż prześladowały go siłą swoich wspomnień. 
  Stojąc w przejściu, zastanawiał się, czy Robin, tak jak on, 
również ulega magii pamięci i pragnie, by dzisiaj wydarzyło 
się to samo, co podczas ich ostatniego spotkania? 
  Rozum podpowiadał mu, że tamta noc była pomyłką. Po 
prostu znowu poddali się sile pożądania i zawirowali na 
karuzeli namiętności, choć powinni byli się tego wystrzegać. 
Jednak nie żałował tamtej nocy, choć później ze zdwojoną 
mocą cierpiał z powodu utraty Robin. 
  Tak też było dziś rano. Wystarczyło, że tylko ją dotknął, a 
natychmiast poczuł ogromne pożądanie. Nic się nie zmieniło, 
przynajmniej pod tym względem. 
  - Usiądź, będzie mi łatwiej przemyć ranę wodą - 
powiedziała. 
  Zatrzymał się w wejściu do łazienki, wdychając w płuca 
znajomą woń, a potem usiadł na opuszczonej pokrywie 
sedesu. 
Odkręciła kran, zmoczyła ściereczkę, odwróciła się 
 
' ' li I''I . 
 
    
 

background image

 
 
ii I li I ?ŚŚ 
I         I 
\i 
Ml.   i 
• 
 
rozstali, to przecież kochali się nieprzemijającą miłol ścią, 
która sprawia, że ludzie do późnej starości, nimi jedno z nich 
nie odejdzie na zawsze, wciąż z czułościąl trzymają się za 
ręce. 
  Szybko to zrozumieli, lecz potem Robin dowiedziała i się, 
czym naprawdę zajmuje się Jared. I nie potrafiła! tego 
zaakceptować. 
  -  Pozwól, że zobaczę - powiedziała, wskazując na 
przeciętą skórę obok jego oka. 
  Pozwolił jej udawać doktora, chciał bowiem zyskać trochę 
czasu, żeby się zastanowić, jaki podać powód swojej wizyty. 
W ten sposób zyska pretekst, by pozostać tu trochę dłużej. 
  -  Dobrze - zgodził się, udając, że się ociąga. Bez 
wiednie dotknął lepkiej od krwi rany i skrzywił się. 

Wygodniej będzie w łazience - zdecydowała Robin. 

Małe pomieszczenia mają swoje zalety, pomyślał. 
Być może w łazience, gdy będą bliżej siebie, atmosfera nieco 
się... ociepli. Bo ten chłodny dystans był wprost nie do 
zniesienia. 
 
    

background image

- Mnie? Czy siebie? 
- Nas. 
  Na dole powiedział, że właśnie dlatego chce się zobaczyć z 
Robin, nie był jednak pewien, czy ona gotowa jest do takiej 
rozmowy. I czy on sam jest gotów... 
  A może w końcu poradzi sobie z tym wszystkim i za jakiś 
czas znów z zapałem, bez psychicznych obciążeń, zacznie 
wykonywać swoją pracę? W takim razie, po co szuka u Robin 
pomocy? Po co zawraca jej głowę? Gdyby teraz wyznał jej 
wszystko, co naprawdę go nurtuje, postąpiłby uczciwie. Lecz 
nie potrafił. Jeszcze nie teraz. 
- Nas już nie ma - powiedziała Robin. 
- Lecz znów możemy być. 
  Przeklął swoją głupotę. Oczywiście powiedział prawdę, 
znów mogliby być razem, gdyby... No właśnie, gdyby Jared 
zrezygnował ze swojej pracy, która stanowiła sens jego życia, 
w jakiś sposób była nim samym. To takie proste, wystarczy 
zrezygnować z siebie, i po kłopocie... 
Robin znieruchomiała. 

Jak mam to rozumieć? - zapytała. 

  Sam nie wiedział, więc milczał. Sprowokował to pytanie, 
lecz nie potrafił na nie odpowiedzieć. Jak Robin ma to 
rozumieć? No właśnie, jak... Że wycofa się z brygady 
pirotechnicznej i zmieni zawód? Czy przyszedł tutaj, by 
właśnie to jej powiedzieć? 
  A tamte dzieci? Ewakuowano je z przedszkola, bo 
podejrzewano, że ktoś podłożył bombę. Stanęły po drugiej 
stronie ulicy, wystraszone, trzymając się za ręce. 
    

background image

    
do Jareda i przechyliła jego głowę, by lepiej przyjrzeć I się 
ranie. 
  - Nie jest źle - stwierdziła i wilgotną ściereczką za- 
częła ścierać zakrzepłą krew. - Myślę, że nie będzie I 
śladu. 
  - A to pech - mruknął Jared i kątem oka zauważył, 
że Robin lekko się uśmiechnęła. 
  - Jasne, blizna dodałaby ci uroku - powiedziała nie 
mal kuszącym głosem, jakim zwracała się do niego, nim 
nastały gorzkie dni. - Można by wymyślić jakąś gliniar- 
ską historyjkę o tym, jak na nią zapracowałeś. Oczywi 
ście odpowiednio bohaterską. 
  - Na przykład o tym, jak wyciągnąłem z newral 
gicznego obszaru zamieszek kobietę, którą kocham? 
  Ręka trzymająca ściereczkę zawisła na kilka sekund nad jego 
brwią. Po dłuższym milczeniu Robin powiedziała: 
  - Taka wersja niezbyt nadaje się do poderwania mło 
dej, miłej i wolnej panienki. 
- Nie szukam młodej, miłej i wolnej panienki. 
  - A co robisz? - spytała Robin, znowu wracając do 
przemywania rany. 
  Dobre pytanie wymagało równie dobrej odpowiedzi, ale 
Jared jeszcze jej nie wymyślił. Choćby nawet takiej, która 
miałaby jakiś sens. Nie wykrętnej, ale prawdziwej, 
zawierającej w sobie to, co najważniejsze. Że podczas akcji w 
budynku rządowym bał się nie śmierci, lecz tego, że umrze, 
nim zdąży jeszcze raz ujrzeć Robin i wyznać jej swą miłość. 

Po prostu próbuję zrozumieć - powiedział. 

background image

 

 
    
  Z korytarza rozległ się turkot wózka. Pokojówka, zbliżając 
się do pokoju, śpiewała coś po hiszpańsku. 
Robin odwróciła głowę. 
  Jared zamknął oczy. Wiedział, że popsuł nastrój. Nie 
powinien tu przychodzić, nie mając przemyślanych 
wszystkich spraw. Jednak intuicja kazała mu pognać pod 
hotel, dzięki czemu Robin nie ucierpiała podczas zamieszek. 
Czyżby jego szósty zmysł dotyczył również jej? 
Pokojówka zastukała do drzwi, przerywając ciszę. 
  Jared, nim wyszedł z łazienki, obejrzał w lustrze ranę. 
Rozcięcie było wystarczająco duże, by wywołać komentarze 
kolegów. Nie przejmował się tym, choć wolałby, aby chłopcy 
z jednostki nie domyślili się, że był pod hotelem podczas 
zamieszek. Jeśli jednak w prasowych relacjach z rozruchów 
ukaże się nazwisko Robin, zapewne prawda wyjdzie na jaw. 
Powszechnie sądzono, że ich związek należy do przeszłości, 
ale w takim przypadku znajomi zaczną spekulować... 
  No cóż, będzie to musiał jakoś przeżyć. Zresztą, co komu do 
jego prywatnych spraw, o ile nie przeszkadzają f-v w pracy. A 
przecież nie przeszkadzają. Jared Dono-van zawsze robił to, 
co do niego należało. 
  Nie mógł pozwolić sobie na żadne zaniechanie ani pomyłkę. 
Gdyby wtedy nie zaufał swojej intuicji, tamte dzieciaki już by 
nie żyły. On też, ale to jakby się nie Uczyło. Nie myślał o 
sobie, tylko o innych. Taki miał zawód. I to był jego problem. 

background image

  Skinął głową pokojówce, która nie potrafiła ukryć zdumienia 
na widok jego rozoranej skroni. 
   
    
Były o trzy przecznice za blisko od tej bryły semtexu. I Który 
jednak nie wybuchł. 
  Bo to Jared, a nie ktoś inny, rozbrajał ładunek. Jared 
Donovan, który jako jedyny z brygady posiadał szósty j zmysł 
i po prostu wyczuł, że jest jeszcze dodatkowy kabel. Posiadał 
dar, którego nie mieli inni. Dzięki temu dzieci ocalały. Nie 
tylko zresztą one. 
  Wszyscy w wydziale wiedzieli o nadzwyczajnej intuicji 
Donovana. Opowiadano o niej dowcipy, krążyły legendy. 
  Jared nie pysznił się swymi wyjątkowymi zdolnościami, lecz 
uważał je za otrzymany od losu dar, którym ma obowiązek 
dzielić się z innymi. Dar, który ratuje ludzkie życie. 
Lecz Robin tego nie rozumiała. 
  - Nie wiem - powiedział cicho. - Naprawdę nie 
wiem, jak powinnaś to rozumieć. Brakowało mi ciebie. 
To wszystko. 
  - Właśnie to chciałeś mi powiedzieć? Po to tu przy 
szedłeś? - W jej głosie nie słychać było żadnych emocji. 
Ani oskarżenia, ani gniewu, ani żalu. Po prostu nic. 
  - Przyszedłem tutaj, ponieważ... - Sam nie wie 
dział, co ma dalej mówić. Przecież wszystko już sobie 
tyle razy powiedzieli. - Ponieważ cię kocham - wyznał 
wreszcie szeptem. 
Położył swoje dłonie na jej biodrach. 
Robin nie odsunęła się od niego. 

background image

  Pochylił głowę, by ustami dotknąć jej warg, a wtedy 
odwróciła głowę. Zdjął ręce z jej bioder. Cisza wibrowała w 
powietrzu. 
    
    
  _ W tym roku zostaję w Nowym Jorku. - Nie wyjaśnił jej, 
dlaczego podjął taką decyzję. Prawda była taka, że nie chciał, 
by wypytywano go o Robin i jego pracę, gdy on sam nie znał 
odpowiedzi. 
  Widać było po jej oczach, że pragnęła dowiedzieć się wielu 
rzeczy, lecz milczała, podobnie jak on. 
  -  Dziękuję za wyratowanie mnie z opresji - powie 
działa wreszcie. 
  -  Chciałbym cię jeszcze zobaczyć. - Nie powinien 
był tego mówić, ale nie mógł się powstrzymać. 

Po co? - spytała. 

  - Już ci to powiedziałem. - Bo ją kochał. Nie zamie 
rzał znów tego powtarzać. 
  - To nie jest dobry pomysł - stwierdziła Robin. - 
Oboje o tym wiemy. Jared, przecież nic sienie zmieniło. 
  Te pozornie proste słowa były jak dynamit, kryło się w nich 
tak wiele. Odczuł dreszcz niepokoju, jakby dotykał 
tajemniczego ładunku. Najważniejszego sekretu ich związku. 
  Nic się nie zmieniło, to prawda. Lecz jeśli chodzi o niego... 
  ~ Co zamierzasz robić podczas świąt Bożego Narodzenia? - 
spytał. 
Zawahała się, nie miała więc żadnych planów. 
- Jeszcze nie wiem - odparła w końcu. 
- Spędźmy je razem. 

background image

Błagają? Być może. To zależy, jak na to spojrzeć. 

- O co ci chodzi? - zapytała z bólem w oczach. - Przemyśl to - 
nalegał. - Tylko o to proszę. Długo milczała, wreszcie skinęła 
głową. 
 
 
 z oo y - § OUUIM  o <zoo oN 
 
 
    
  -  ...tezy do przemówienia senatora na zjeździe we 
teranów z Wietnamu, Robin? 
Otrząsnęła się z głębokiej zadumy. 
  -  Pracuję nad tym - powiedziała, mając nadzieję, że 
Whitt zadowoli się tą lakoniczną odpowiedzią. 
  Nie była w stanie skupić się na pracy, i dobrze wiedziała, 
dlaczego tak się dzieje. Oczywiście nie chodziło o zamieszki, 
które zresztą pokazano w wieczornych wiadomościach, ale o 
spotkanie z Jaredem. 
  „Kocham cię". Jeżeli Jared to powiedział, musiał być 
naprawdę zdesperowany, ponieważ zawsze z największym 
trudem mówił o swoich uczuciach. Na ogół musiała domyślać 
się, co naprawdę chciał powiedzieć. Rozgryzała jego aluzje, 
analizowała język ciała, notowała w pamięci pytania, na które 
unikał odpowiedzi. Czytała z jego oczu. 
  Dziś rano nie musiała tego robić. Prosił ją, by poszła z nim 
na kolację oraz wspólnie spędziła Boże Narodzenie. Jego 
działania, choć dość niezręczne, były czytelne: szukał z nią 

background image

bliskości. Jego uczucia były oczywiste. Kochał ją. Czy jednak 
zamierzał wreszcie podjąć ową de-tyzję, o którą tyle razy go 
prosiła? 
  * może tylko liczył, że znów mu ulegnie, jak tamtej nocy? 
~ Dopiero pracujesz? - powtórzył Whitt z niedowie-z^niem. - 
Przecież ustaliliśmy, że będzie to gotowe na asiaj. Mamy 
wiele do zrobienia przed Sylwestrem. Robin zignorowała 
krytykę, ^ie jestem pewna, czy to dobry czas. Na konferencję? 
- zapytał zaskoczony Whitt. 
 
    
   -  Dobrze, zastanowię się - powiedziała, by zaraz do 
dać: - Mam umówione spotkanie i jestem już spóź 
niona. Naprawdę muszę iść. 

W porządku. Dziękuję za opiekę medyczną. 

Spojrzała na ranę. 
  -  Słaby ze mnie doktor, nawet cię nie zabandażowa 
łam. Czy chcesz... 
Jared potrząsnął głową, a potem uśmiechnął się. 
  - Jak myślisz, uwierzą mi, gdy powiem, że skaleczy 
łem się przy goleniu? 
- Raczej nie. 
Znowu zapanowała niezręczna, przygniatająca cisza. 
  - Zadzwonię do ciebie - zaproponował wreszcie, 
prawie pewny, że Robin powie, by się nie kłopotał. 
- Będę w różnych miejscach - powiedziała. 
  No cóż, stało się, pomyślał w rozpaczy. Ona jednak mówiła 
dalej głosem cichym i niepewnym: 
- Zostaw wiadomość, jeśli nie będzie mnie w hotelu. 

background image

- Dobrze. 
  Odwrócił się i już miał przejść przez drzwi, lecz nagle, pod 
wpływem impulsu, pochylił się i pocałował J w czoło. By to 
szybki, niewinny, prawie braterski pocałunek, serdeczny, ale 
nic więcej. 
  Zaskoczyła go, gdy pochyliła się do przodu i oparte policzek 
o jego pierś. Jednak po sekundzie odstąpite o krok. I umknęła 
wzrokiem. 
  Teraz powinien już wyjść, wiedział o tym. I zrobił to-
Usłyszał zamykające się za nim drzwi. Ciągle czuł znajomą, 
prowokującą woń perfum. 
    
    
   - Sprawa z Wietnamu nie zaszkodziła senatorowi - 
powiedział z naciskiem Paul Farley. - Wszystkie prze 
prowadzone sondaże dowodzą, że nie spadły przez to 
jego notowania zarówno jeśli chodzi o wiarygodność, 
jak i popularność. 
- Jeszcze nikt nie próbował wykorzystać tej historii 

zauważył Whitt. - Wezmą się za to. Przed końcem 

kampanii na pewno ktoś to zrobi, choćby przez złośli 
wość, ale może okazać się to skuteczne działanie. 
  -  Większość uważa, że McCord, biorąc pod uwagę 
okoliczności, postąpił słusznie i odważnie. Zachował 
się jak prawdziwy przywódca. 
  Katie powiedziała to, co jako człowiek senatora powiedzieć 
powinna, lecz w jej głosie pobrzmiewała cieniutka 
sardoniczna nuta, co zaniepokoiło Robin. Sama uważała, że 
stryj postąpił słusznie w krytycznej sytuacji. By ratować 

background image

oddział przed zagładą, zabił dowódcę, który oszalał. 
Udowodnił, że potrafi podejmować trudne decyzje. Jednak 
Katie w głębi duszy nie akceptuje takiej opinii, z czym 
mimowolnie się zdradziła, nie zapanowawszy nad głosem. 
Jakby drwiła ze zdania Robin, a tym samym z McCorda. 

Sprawa wietnamska nie zaszkodziła Clintonowi 

przypomniał Paul. 

  - Nadal istnieje możliwość, że historia powróci - 
powiedział Whitt. - U wielu ludzi ta wojna do dziś 
wzbudza silne emocje, choć Clintonowi udało się jakoś 
je przezwyciężyć. 
  - Charyzma - zasugerowała Katie. - Wygląd, może 
nawet seksapil. 
  -  
    
   -  Nie, na przemówienie rozpoczynające kampanię. 
Nie wiem, czy to dobry pomysł, wiązać je z początkiem 
nowego tysiąclecia. 
   Whitt był niemile zdziwiony. W spokojną rozmowę, która 
miała zakończyć pracowity dzień, wkradło się napięcie. 
  Naprawdę nie interesowało jej, co myślą inni. Tylko ona, 
spośród osób wchodzących w skład sztabu wyborczego, 
znalazła się dziś rano w środku szalejącego tłumu. Nie 
widzieli tego, co ona zobaczyła, oglądali tylko migawki 
telewizyjne. Robin natomiast poznała gniew tłumu i mogła 
przyjrzeć się demonstrantom. To byli niesamowici i 
niebezpieczni ludzie. 
   -  Wprowadzenie kraju w nowe tysiąclecie jest cen 
tralnym punktem całej kampanii - powiedział Emory. 

background image

Chodzi o zmiany, nowe idee, sprzeciw wobec obecnej 

sytuacji, atak na waszyngtoński establishment. Chodzi 
o wzbudzenie nadziei na lepszą przyszłość z McCor- 
dem jako prezydentem nowego tysiąclecia. 
   -  Dla wielu ludzi nowe milenium oznacza koniec 
naszego świata, a nie początek nowej, świetlanej ery 

ostrzegła. 

   - Może dla czubków - wtrąciła Katie Chang - ale to 
jest dobry trick. I my pierwsi o tym pomyśleliśmy. - Po 
trząsnęła głową, jej błyszczące czarne włosy omiotły 
ramiona. - Nie można porzucać ustalonej linii tylko 
dlatego, że kilku Judzi zniekształca jej sens. 
   - Nie chcę, by stryj Jim był łączony z apokaliptycz 
nymi nastrojami, szczególnie teraz, gdy ma na głowie 
jeszcze inny problem. 
   -  
    
  Aż do czasu demonstracji myślała o dziecku z dystansem, jej 
ciąża i przyszłe macierzyństwo wydawały się jej trochę 
nierealne. Nagle, w samym środku bezsensownej 
szamotaniny, zrozumiała, że ta mała istotka stała się dla niej 
wszystkim. I właśnie wtedy pojawił się Jared. Był to 
niezwykły splot okoliczności, który mógł w istotny sposób 
wpłynąć na sposób postrzegania wydarzeń przez Robin oraz 
wyostrzyć jej reakcję. 
  Przypomniała sobie brodacza, jego wściekłość i miotane 
groźby. Twarze innych ludzi, ogarniętych furią niszczenia. 
Fanatyzm religijny Avamore'a. Wrzaski demonstrantów. 

background image

Nienawistne hasła na plakatach. To nie były wytwory jej 
emocji. Ci ludzie byli rzeczywiści. I przerażający. 
  - Nie przesadziłam. Po prostu ci ludzie... nie wyglą 
dają na normalnych, a ich widzenie świata jest znie 
kształcone. McCord stał się swoistym piorunochronem 
dla wszystkich ruchów milenarystycznych. Ich przed 
stawiciele są obecni podczas każdego jego przemówie 
nia, i przybywa ich coraz więcej. 
  - Nie wydaje mi się, by senator niepokoił się nimi 
- powiedział Whitt. 
  - Taki już jest, nie poddaje się żadnym lękom - 
przyznała - szczególnie wtedy, gdy uważa, że robi to, 
co należy. Jednak naszym zadaniem jest chronić go 
przed wariatami, a nie zachęcać ich do działania. A my 
ich ściągamy do senatora, odliczając dni dzielące nas od 
nowego tysiąclecia. 
Mówiła z coraz większą pasją, bo to przecież jej ro- 
 
    
   - Bardzo dobry wizerunek medialny - dodał cicho 
Whitt. - To twoje zadanie, Robin. Przynajmniej w tej 
chwili. Po oficjalnym zgłoszeniu kandydatury McCorda 
sztab wynajmie kogoś, kto ma większe doświadczenie 
w tych sprawach. Do tego czasu pracujemy bez zmian. 
  - Nie obawiam się incydentu wietnamskiego - po 
wiedziała Robin. - Gdybyście widzieli tych ludzi... 
  - A może przesadzasz? - przerwał jej Paul. - Ponie 
waż byłaś w to zamieszana osobiście. 

background image

  Może tak jest, przyznała Robin w duchu. Była przerażona i 
całkiem możliwe, że jej obraz wydarzeń jest wypaczony. 
  Bała się zresztą nie tyle o siebie, co o dziecko, które nosiła 
pod sercem. To dziwne, ale ten incydent spowodował, że jej 
nie narodzone jeszcze maleństwo stało się istotą bardziej 
rzeczywistą niż dotąd. Wreszcie stało się prawdziwym 
dzieckiem, które trzeba chronić i kochać. Jej dzieckiem. I 
Jareda. 
  Do dzisiejszego rana jej ciąża była problemem, który 
należało w stosownym czasie rozwiązać. Ustalić z Whittem 
dalszy udział Robin w kampanii, wyjaśnić stryjowi Jimowi, że 
nie może wyjść za Jareda, bowiem mimo zbliżającego się 
nowego milenium, wyznaje zasady dotyczące dobra i zła, 
które pochodzą ze starego tysiąclecia. No i oczywiście 
powiadomić Jareda, że niedługo zostanie ojcem. 
  Doszło do tego, ponieważ po zerwaniu z nim przestała 
zażywać pigułki antykoncepcyjne i gdy cztery miesiące temu 
znów się kochali, Robin nie była zabezpieczona. 
    
    
 
  -  Skoro tak uważasz, to może też tam nie powinnaś 
być - zasugerowała Katie. 

Katie - powiedział Whitt ostrzegawczo. 

Spojrzała na Whitta, a następnie na Robin. 
  - Chcę tylko powiedzieć, że jeśli nie. jesteś przekona 
na do tego, co robimy... - Znów wzruszyła ramionami. 
  - Jestem absolutnie przekonana do kampanii moje 
go stryja, lecz nie do jej milenijnego akcentu. To po 

background image

prostu jest niebezpieczne. Dziś rano przekonałam się 
o tym na własnej skórze. 
  - To hasło stało się nośne i coraz więcej ludzi koja 
rzy je z senatorem McCordem - przypomniał jej Whitt. 
- Nie powinniśmy odrzucać pomysłu, który okazał się 
propagandowo nośny. - Na chwilę przerwał. - Jednak 
jeśli ktoś jeszcze myśli podobnie jak Robin, powinien to 
teraz powiedzieć. 
  Rozejrzał się po sali. Byli tu obecni najbliżsi 
współpracownicy McCorda. Jeżeli senator osiągnie dobry 
wynik w pierwszych prawyborach, do sztabu dołączy wielu 
fachowców, którzy pracować będą aż do przyszłorocznych 
listopadowych wyborów. Jeśli jednak wynik będzie słaby, 
wówczas wszystko się skończy. 
  Wtedy Jim McCord i Robin wrócą do Teksasu. Nie 
przerażała jej ta perspektywa. 
  - Podoba mi się to, co dotychczas zrobiliśmy - po 
wiedziała Katie. - Uderzyliśmy we właściwe struny. 
  - Sondaże to potwierdzają - dodał Paul, spoglądając 
na swój komputer. - Naród, pod kierunkiem prawdzi 
wego przywódcy, wkracza w nowe tysiąclecie. Odważ 
ny prezydent, który w razie potrzeby potrafi podejmo- 
 
 
 
    
dzina była zagrożona. Niewiele brakowało, aby dzisiejszego 
ranka straciła swoje dziecko. 
  -  Podjęliśmy decyzję, że rozpoczęcie kampanii se 

background image

natora związane będzie z nowym milenium. Scenariu 
sze do radiowych i telewizyjnych prezentacji promocyj 
nych zostały już napisane, a plakaty wydrukowane. Ma 
china już ruszyła i nie powinniśmy jej zatrzymywać, bo 
wywoła to fatalne wrażenie. Poza tym wydaliśmy na to 
sporo pieniędzy i nie wolno nam ich zmarnować. 
  Whitt uważał, że właśnie finanse zdecydują o tym, kto wygra 
wybory i osobiście kontrolował wpływy i wydatki. Robin nie 
miała o tym zielonego pojęcia, ale stryj powiedział jej, że 
idzie im bardzo dobrze. Teksań-czycy mają głębokie 
kieszenie, szczególnie zamożni ranczerzy, wśród których byli 
liczni przyjaciele McCor-da, a ludzie ekscytowali się 
kampanią. 
  Może spowodował to pomysł Whitta, by przedstawić 
McCorda jako symbol zmiany. Koniec starego porządku i 
początek nowego. To brzmiało wspaniale. 
  - Nadal uważam, że należy zwrócić większą niż do 
tej pory uwagę na tych ludzi. Powinniśmy poprosić FBI 
o sprawdzenie ich przywódców - zaproponowała Ro 
bin. - Przynajmniej tych, którzy stale pokazują się tam, 
gdzie akurat przebywa stryj Jim. 
- Mogę porozmawiać z FBI - zasugerował Emory. 
  - Myślę, że rozdmuchujemy to do karykaturalnych 
rozmiarów - powiedziała Katie i lekceważąco machnę 
ła ręką. 
  - Nie było cię tam - zaoponowała Robin. - Nie wi 
działaś ich. 
  -  
ROZDZIAŁ CZWARTY 

background image

  - Wyglądasz na zmęczoną - powiedział Jared. Sie 
dział w fotelu w jej pokoju i przeglądał program imprez 
kulturalnych. Podniósł głowę, kiedy otworzyła drzwi. 
  - Dzięki, jak miło to usłyszeć - odparła Robin. Zdję 
ła płaszcz i powiesiła go w szafie. - Jeśli jeszcze ktoś mi 
powie, że wyglądam na zmęczoną... 
  Przerwała, zbyt wyczerpana, by wymyślić jakąś dowcipną 
groźbę. Nie była pewna, czy jest w stanie rozmawiać z 
Jaredem. Ale cóż, gdy już tu był, nie miała wyboru. 
  - Jak się tu dostałeś? - zapytała z pewną niechęcią 
w głosie. Naprawdę wolałaby być sama. 
  - Pokojówka mnie zapamiętała, a poza tym pokaza 
łem jej swoją odznakę. Uznała, że skoro jestem gliną 
i rano widziała mnie w twoim pokoju, to można mnie tu 
wpuścić. 
  Jared miał na sobie czarne spodnie i niebieski sweter, który 
podkreślał jego ciemną cerę i oczy. 
  - A kto jeszcze powiedział ci, że wyglądasz na zmę 
czoną? - spytał. 
  - Whitt, wczoraj wieczorem - powiedziała. - Ostat 
nio mam kłopoty z kondycją i po pracy po prostu padam 
z nóg. 
  -  
    
wać trudne decyzje. To ty wymyśliłaś taki wizerunek, Robin, i 
podoba się on wyborcom. Byłoby dużym błędem, gdybyśmy 
teraz cokolwiek zmienili. Ludzie czekają na to przemówienie. 
Myślę, że nie mamy wyboru. 
- Robin, wygląda na to, że zostałaś przegłosowana. 

background image

  - Muszę zaakceptować wasze decyzje. Jednak pro 
szę, abyście nie lekceważyli tych ludzi. 
  - Jak już obiecałem, zwrócę się do FBI - powiedział 
Whitt. - Pamiętaj jednak, Robin, że idzie nam naprawdę 
dobrze, a to się liczy. Nie martw się tak bardzo. 
  Może i miał rację. Na pewno lepiej niż ona znał się na 
problemach bezpieczeństwa, pozostali obecni zresztą też ją w 
tym przewyższali. Powinna skupić się na swojej robocie... i na 
sprawach osobistych. 
  To znaczy w jak najlepszym świetle przedstawić prasie 
ostatnio ujawnione wydarzenia z przeszłości McCorda. 
Musiała też podjąć ostateczne decyzje dotyczące Jareda. I ich 
dziecka. 
 
 
    
innego nie miała w ustach, ponieważ poranny incydent 
zakłócił jej harmonogram zajęć i nie starczyło czasu na lunch. 
- Niewiele - przyznała. 
- Może byś chciała coś przekąsić? 
  Z uwagi na dziecko powinnam się dobrze i regularnie 
odżywiać, pomyślała z troską. Dotąd nigdy nie martwiła się 
takimi sprawami. 
  Była jednak zbyt zmęczona, by gdzieś jeszcze wychodzić. 
Marzyła jedynie o tym, by przebrać się w koszulę nocną i 
wsunąć się pod kołdrę. Oczywiście, z Jare-dem... Dzieliło ich 
tyle nie rozwiązanych spraw, a jednak miło jej było, że jest 
przy niej. 
  -  Może coś zjemy w pokoju? - zapytał, biorąc ze 

background image

stolika kartę dań. - Jak ci się podoba taki zestaw: sand- 
wicz z pieczoną wołowiną i zupa jarzynowa? 
  To był dobry pomysł. Będzie mogła wreszcie zdjąć buty i 
wyciągnąć się na łóżku. 
  -  Albo sałatka z krewetek - kusił, a ona czuła coraz 
większy głód. 
  Było lepiej, niż mógł sobie wyobrazić. Po pierwszej, 
nieprzychylnej reakcji, teraz Robin była wyraźnie 
zadowolona, że Jared jest w jej pokoju. Ucieszyło go to 
ogromnie. 
  Patrzyła na niego z zadumą. Oto siedział przed nią ojciec 
jej... ich dziecka. Jared ma prawo wiedzieć o nim. Przed 
powiedzeniem mu prawdy powstrzymywało ją tylko jedno: 
dokładnie wiedziała, jak zareaguje na tę wiadomość. 

Sam coś wybierz, zdaję się na ciebie - powiedziała. 

 
    
Ciężko usiadła na łóżku. 
  - To był długi dzień - powiedział Jared, spoglądając 
na zegarek. 
- Tak będzie do końca kampanii. 
- Ale lubisz to? 
  - Raczej tak - przyznała. Nie było to do końca pra 
wdą. Kochała i ceniła stryja, dlatego z zaangażowaniem 
pracowała dla niego. To wszystko. 
  - Zauważyłem, że twoi fani do tej pory stoją przed 
hotelem. 
- Weszłam bocznym wejściem. 
- Wprowadzili tutaj funkcjonariuszy. 

background image

- Dodatkowa ochrona hotelu? 
- Najlepsi w Nowym Jorku. 
- To twoja robota? 
  Zaśmiał się. Robin prawie zapomniała, jak przyjemny był to 
dźwięk. 
  - Nie mam takich wpływów. Sądzę, że zrobił to 
McCord. 
  - Albo Whitt - zasugerowała Robin. Może jednak 
Emory potraktował tamto wydarzenie poważniej, niż jej 
się wydawało? 
  - Lub też władze hotelu - powiedział Jared. - Nie 
lubią, gdy coś przeszkadza ich gościom. 
  Miał rację. Wzmocniona ochrona nie musiała mieć nic 
wspólnego z McCordem lub kampanią prezydencką. Jej stryj 
przyjedzie do Nowego Jorku dopiero po świętach, a jutro jest 
Wigilia. 

Jadłaś coś? - spytał Jared. 

Poza śniadaniem i pączkami, przez cały dzień nic 
 
 
    

Dobrze się czujesz? - spytał cicho. 

Przytaknęła. Złączone dłonie trzymała na kolanach, 
z trudem panując nad tym, by nie dotknąć Jareda. 
  - Możesz przebrać się w łazience, a ja w tym czasie 
zadzwonię - zaproponował. 
  - Dziękuję za łaskawe pozwolenie - powiedziała su 
cho - szczególnie że to moja łazienka. 
Znowu uśmiechnął się. 

background image

- Zawsze mówiłaś, że jestem władczy. 
- Zawsze miałam rację. 
  Gdy wstał, wydał się jej teraz wyższy, niż pamiętała, bardziej 
męski i jeszcze potężniejszy. 
  -  To prawda. W wielu sprawach to ja się myliłem, 
a nie ty - powiedział. 
  Zrobiła wielkie oczy, ale zanim zdołała coś odczytać z jego 
twarzy, wziął menu i podszedł do telefonu. 
  Robin wstała i wyjęła szlafrok z szuflady. Jej koszula wisiała 
na haczyku obok drzwi łazienki. Była dość obszerna, a więc 
bezpiecznie maskująca. Wprawdzie ciąża praktycznie była 
jeszcze niewidoczna, ale Jared tak dobrze znał jej ciało... 
  Skierowała się do łazienki, wciąż słysząc jego słowa: „W 
wielu sprawach to ja się myliłem, a nie ty". 
  -  Dobre? - spytał Jared. Pytanie było zbędne, skoro 
prawie nic nie zostało na tacy. 
  Gdy on czekał na przyniesienie jedzenia, Robin wzięła 
prysznic. Przysłuchiwał się szumowi wody i wspominał dni, 
kiedy robili to razem. W obecnej sytuacji lepiej było nie 
przywoływać tych obrazów. 
    
    

Dobrze, a ty się przebierz w cos' wygodniejszego. 

Podszedł do łóżka, pochylił się nad Robin i delikatnie 
zsunął z jej nóg pantofle. Następnie zaczął masować obolałe 
po całym dniu chodzenia stopy. 
  -  Przemarzłaś- powiedział. - Te buty nie nadają się 
na taką pogodę. To nie Teksas. 

background image

   Spojrzał na nią, a ona dostrzegła w jego oczach coś, za czym 
tak bardzo tęskniła... 
  -  Masz rację - przyznała cicho, odpędzając pokusę, 
by pogłaskać go po twarzy. By go pocałować... Tak 
bardzo chciałaby wszystko między nimi naprawić. Lecz 
to nie było takie proste... 
  Jared nadal masował jej stopy, przynosząc Robin olbrzymią 
ulgę. Jego wprawne palce odnajdowały wszystkie bolesne 
miejsca. 

Na co więc masz ochotę? - zapytał. 

Niebezpieczne pytanie, szczególnie w tej chwili... 
To przecież był Jared, mężczyzna, któremu nigdy nie potrafiła 
się oprzeć. Delikatny i miły, dobry i opiekuńczy, a przy tym 
stanowczy i odważny. Rycerski i mądry. Byłby wspaniałym 
mężem i ojcem. 
  Niestety nie potrafiła pominąć zawodu, jaki wykonywał. 
Szanowanego i tak bardzo potrzebnego, a nawet szlachetnego, 
który jednak tak bardzo ją przerażał. Zbyt dobrze pamiętała 
dzień, w którym zginął jej ojciec. To wspomnienie wciąż do 
niej wracało i wiedziała, że nie zniosłaby, gdyby to samo 
przytrafiło się Jaredowi. 
  -  Myślę, że pieczeń wołowa będzie dobra - powie 
działa dziwnym tonem, wciąż zadumana nad smutnymi 
wspomnieniami. Przyjrzał się jej uważnie. 
    
    
   - Nie o to chodzi. Martwię się, jaki będzie następny 
krok tych ludzi. 
- Boisz się, że mogliby ci coś zrobić? 

background image

  - Nie o siebie się boję. Oczywiście byłam przerażo 
na, ale nie ja jestem ich celem. Chodzi im o stryja Jima. 
Oni... - zawahała się - polują na niego. Za wszelką 
cenę nie chcą dopuścić, aby został prezydentem. 
- Z powodu tego wydarzenia w Wietnamie? 
  - Niektórzy być może tak, ale groźniejsze jest co 
innego. Większość pikietujących przejęta jest zbliżają 
cym się nowym tysiącleciem. Krążą różne wróżby na 
ten temat, cytuje się Biblię, głównie Apokalipsę... 
  - To całe gadanie o końcu świata? A jaki ma to zwią 
zek z planami politycznymi McCorda? 
  - Nie miało żadnego, dopóki sami nie powiązaliśmy 
tych dwu spraw, planując zgłoszenie kandydatury na 
ostatni dzień roku. W naszej kampanii pokazujemy stry 
ja jako przywódcę, który najlepiej ze wszystkich będzie 
umiał wprowadzić naród w nowe tysiąclecie, i w tym 
też kontekście wykorzystujemy wietnamski incydent. 
Wyjaśniamy, że w momencie śmiertelnego zagrożenia 
podjął jedyną słuszną, choć bardzo drastyczną decyzję, 
na jaką potrafi się zdobyć tylko prawdziwy przywódca. 
Sugerujemy, że właśnie taki człowiek potrzebny jest 
narodowi w niebezpiecznych czasach. Jednak tym lu 
dziom kojarzy się tylko to, że on jest jakoś... 
  - Związany z niebezpiecznymi czasami - podpo 
wiedział Jared. 
Ich oczy spotkały się. 

Właśnie - przyznała. 

 
    

background image

   Kiedy Robin w końcu wyszła z łazienki, ubrana w obszerną 
aksamitną koszulę, wyglądała znacznie lepiej. 
  A teraz zjadła dobry posiłek. W końcu udało mi się to 
zorganizować, pomyślał. Nie było to wiele, ale tro-skliwszej 
opiekuńczości Robin by teraz zapewne nie zniosła. 

Byłam bardziej głodna, niż sądziłam. 

  Położyła łyżkę obok pustego talerza po zupie i oparła się o 
poduszki. 

Chciałabyś mi o tym opowiedzieć? 

   Więź między nimi była tak silna, że bez trudu wzajemnie 
wyczuwali swoje nastroje i Jared wiedział, że Robin czymś się 
poważnie martwi. 
  - Nie ma wiele do opowiadania. Po prostu nie pod 
oba mi się to, co się dzieje - powiedziała. 
  - Mówisz o tym, co stało się dziś rano? Jeśli tak, to 
nie sądzę, by przy policjantach... 
  - Nie w tym rzecz - przerwała mu - a raczej nie 
tylko w tym. Być może to poranne zamieszanie było 
tylko wierzchołkiem góry lodowej, symptomem poważ 
niejszej choroby. 
  - Nauczyłaś się tak mówić na kursach dla rzeczni 
ków prasowych? - spytał Jared, rozbawiony stylem jej 
wypowiedzi. - Jako policjant mogę ci powiedzieć, że to, 
co widziałem dziś rano, nie było wierzchołkiem nicze 
go. Nic nie znacząca pikieta przypadkowo przerodziła 
siew... 
- Uważasz, że przesadzam? 
  - Miałaś prawo się zdenerwować, przecież znalazłaś 
się w samym środku szalejącego tłumu. 

background image

  -  
    
go z biblijnym końcem świata? Po jakimś czasie wszystko 
wracało do normy, bo ludzkość, w co głęboko wierzę, ma 
potężną wolę przetrwania. A że głupich nie sieją, tylko sami 
się rodzą... Od kiedy tylko pamiętam, zawsze jacyś wariaci 
prorokowali nadejście Armaged-donu. Każda większa 
potyczka na Bliskim Wschodzie czy głośniejszy zamach 
terrorystyczny wywołują takie apokaliptyczne nastroje, ale 
poza tym nic się nie dzieje. Myślę, że przypisujesz tym 
czubkom zbyt wielkie znaczenie. 
- Avamore ma sporo zwolenników. 
- I co z tego? Ilu ich tak naprawdę może być? 
  - Nie wiem, pewnie niewielu w proporcji do całego 
elektoratu, ale są coraz głośniejsi. Avamore, być może 
przypadkiem, wykorzystuje bardzo zręczną sztuczkę pro 
pagandową, to znaczy słowom przeciwnika nadaje nową 
i niekorzystną dla mówcy treść. Stryj Jim ma określone 
poglądy na sprawy międzynarodowe, a w szczególności 
jest zwolennikiem zwiększenia naszej militarnej potęgi, 
natomiast ten nawiedzony prorok, posiłkując się biblijny 
mi przepowiedniami, kojarzy to wszystko z końcem świa 
ta. W ten sposób senator McCord miałby stać się przywód 
cą, który powiedzie naród ku zagładzie. 
  - Dlatego, że zawsze był proizraelski oraz przeciw 
stawiał się pompowaniu pieniędzy w upadający blok 
komunistyczny, bo uważał, że należy je przeznaczyć na 
budowę amerykańskiego systemu obronnego? Wielu 
ludzi tak uważa, ale to przecież nie prowadzi do apoka 

background image

lipsy. 
- Mówi się, że jeśli oparty na komputerach system 
-  
    
- Zrezygnujcie więc zi z milenijnego wątku kampanii 
   - To właśnie zaproponowałam, lecz nikt mnie I 
poparł. Co więcej, wszyscy zlekceważyli moje obawv 
- Może mieli rację? 
   - Może-zgodziła się jS- - Ty również sądzisz żezh 
to wszystko rozdmuchuję f- ~ W jej głosie czuć było znie 
chęcenie. Po raz drugi te.^g° dnia bezskutecznie próbo 
wała przekonać kogoś i^° swoich *& Czyżby napIa 
wdę przesadzała w swoicH^ °'awach? 
   - Nie znam się na tyCH^h sprawach, ale myślę że jesi 
jeszcze zbyt wcześnie, h,py przewidzieć, jak naprawdę 
ludzie zareagują na milenijne hasło waszej kampanii 
Zresztą, jak dla mnie, brzr/™ °no całkiem nieźle 
x. Z,Tak'ak °ni je ^P*^ Przekr^ili. Dla nich James McCord 
jawi się niejako przywódca nowego typu prowadzący kraj ku 
wspania/fej P^yszłości, lecz ku katastrofie. Wierzą, że nowe ty 
/^ciecie przyniesie ludzkości niesłychane zagrożenia i gaśnie z 
nimi stryj im się ko- 
Jared zaśmiał się. 
   - Co najmniej od dw^ch l^ słyszymy, że wkrótce 
niebo zwali się na nasze grf^wy- Sieć energetyczna prze 
stanie funkcjonować, giej^a, banki i gospodarka runą 
system obronny się rozSwPie' a wszystkie komputerv' 
wysiądą.  J 
   - Nie są to obawy zur/We bezzasadne - przyno 

background image

mniałamu. 

**  -^ 

   - Jasne, ale to przeciek nie ^^ koniec świata 
Wielkie awarie, katastrofy, ^zysy i upadki najwię 
kszych imperiów już sięcjj?rzały, ale co to ma wspólne- 
   -  
    

Jak myślisz, co by wtedy zrobili? - spytała Robin. 

Jared uciekł od tematów osobistych i znów skierował 
rozmowę na demonstrantów. Robin przypuszczała, że było to 
wynikiem jego niezdecydowania. 
  - Ci wariaci? Nie wiem, bo kto zrozumie szaleńców. 
Ale normalni ludzie zapewne staraliby się wyprostować 
to wszystko, co było złe w ich życiu - powiedział. 
- A przede wszystkim, co? 
  - Próbowaliby pogodzić się z tymi, których skrzyw 
dzili, staraliby się naprawić to wszystko, co było złe 
w ich stosunkach z bliskimi. 
- Właśnie to byś zrobił? 

A ty nie? - zapytał, patrząc jej w oczy. 

Przytaknęła. 
  -  Nie sądzę jednak, żeby do tego była konieczna aż 
taka groźba. 
  Aluzja była oczywista i Jared świetnie ją zrozumiał. No cóż, 
przyszedł tu, twierdząc, że chce porozmawiać 
 ich związku, lecz teraz unikał tego tematu jak ognia 
 Robin zaczęła go ponaglać. On jednak nie potrafił 
złożyć tej jedynej obietnicy, która mogłaby naprawić 
ich związek. 
 

background image

  - Ludzie często unikają prawdy o sobie i innych, ale 
widmo Sądu Ostatecznego może ich skłonić do głębszej 
refleksji i zmusić do działania. 
- A ty chcesz znać prawdę? 
- Staram się żyć z nią w zgodzie. 
Zapadła dłuższa cisza, którą przerwała Robin. 
  -  Jared, sądzę, że próbujesz mi coś przekazać, lecz 
nie dociera to do mnie. 
    
    
obronny zawiedzie w wyniku pluskwy milenijnej, to Rosjanie 
albo Chińczycy, lub też jacyś terroryści wykorzystają okazję i 
zaatakują. 
- Szczerze w to wierzysz? - spytał. 
- Nie, ale oni tak. 
  - Oczywiście może się zdarzyć totalna awaria kom 
puterów, ale już jest za późno, by temu przeciwdziałać. 
Potem wszystko zostanie naprawione, straty zostaną po 
liczone, i życie potoczy się dalej. To nie ma nic wspól 
nego z końcem świata - powiedział z lekkim rozbawie 
niem. - Gdybym wierzył w apokaliptyczne przepo 
wiednie,   natychmiast  rzuciłbym  pracę  i   wyjechał 
gdzieś, gdzie nie jest tak cholernie zimno. 
  - Naprawdę? - spytała drwiąco. - Na przykład 
gdzie? Zawsze myślałam, że duszą i ciałem należysz do 
Nowego Jorku oraz że twoja praca jest dla ciebie abso 
lutnie wszystkim. 
  - Być może. Tu są moi przyjaciele, a moja robota 
potrzebna jest ludziom. 

background image

  - Rozumiem. Z tego wynika, że niczego nie chcesz 
zmieniać. 
  - Myślałem, że mówimy o sytuacji hipotetycznej, 
czyli o końcu świata. Wtedy rzeczywiście należałoby 
postępować inaczej. 
- A więc przyznajesz, że pewne rzeczy byś zmienił? 
  - Każdy by tak się zachował - powiedział Jared. 
- Gdyby ci wariaci sprzed hotelu naprawdę wierzyli 
w te brednie o Armageddonie, o których prawią kaza 
nia, na pewno nie marnowaliby czasu na paradowanie 
tam i z powrotem po ulicy. 
  -  
    
- To znaczy? 
  - Kiedy zginął Jeff, wmawiałem ci, że to był przypa 
dek i że mnie nic takiego przytrafić się nie może. Nie 
dałaś się na to nabrać, ale po jakimś czasie ja sam 
zacząłem w to wierzyć. - Przerwał na chwilę. Wreszcie 
musiał jej to wyznać, choć nie wiedział, jaka będzie jej 
reakcja. - Teraz jednak wiem, jak bardzo się myliłem. 
To może spotkać każdego z nas, niezależnie od posiada 
nych umiejętności i zastosowanych zabezpieczeń. 
 
- Coś się wydarzyło - domyśliła się. 
Unikając jej wzroku, skinął potakująco głową. 
- Zrozumiałeś, że nie jesteś nieśmiertelny. 
- Nigdy za takiego się nie uważałem. 
 
  - Odrzucałeś jednak myśl, że również tobie może 

background image

przytrafić się coś złego. Nawet wtedy, kiedy zginął Jeff. 
  - Pirotechnik nie powinien zadręczać się takimi oba 
wami, bo nie mógłby wykonywać swojej pracy. 
  - Zacząłeś jednak o tym myśleć - powiedziała bez 
cienia triumfu w głosie. Robin współczuła Jaredowi 
i starała się go zrozumieć. Wiedziała, że nie jest mu 
lekko. - Co to oznacza dla nas? 
- Nie wiem - odparł szczerze. Cały czas pamiętał 
 

tamtych dzieciach, stłoczonych na chodniku. - Była 

bomba - dodał cicho. 
Do tej pory nie udało się ustalić, kto ją tam podłożył. 
 

ten dziwny, dwuznaczny telefon z pogróżką... Cała ta 

sprawa była bardzo niejasna. 
Jedno było pewne: gdyby Jareda tam nie było... Przeszył go 
dreszcz. Wiedział, że gdyby zdjął ręce z kolan, Robin 
zauważyłaby ich drżenie. 

 
    
- Sam nie wiem, czy mam ci coś do powiedzenia... 
  - Mówiłeś, że chcesz porozmawiać o nas - przypo 
mniała mu. - Myślałam, że może... 
- Coś się zmieniło - powiedział otwarcie. 
  To prawda, lecz sam nie wiedział, co. Jednego był pewien: 
pragnął być z Robin do końca swych dni. Nie mógł jednak jej 
tego powiedzieć wprost, bo wszelka aluzja dotycząca śmierci 
działała na nią fatalnie. Nie mogła znieść, że podczas każdej 
poważniejszej akcji narażał swoje życie, tak jak to robił jej 
ojciec. 

background image

  Do incydentu w budynku rządowym Jared właściwie nie 
zastanawiał się nad tym, że w każdej chwili może zginąć. 
Jakby nie przyjmował tego do wiadomości. Jednak tamto 
wydarzenie go odmieniło. Zaczął odczuwać paniczny lęk, że 
nagle i ostatecznie urwie się niespełniona linia jego życia. 
  -  Może coś się zmieniło, ale... nadal nie jestem go 
tów zrezygnować z pracy - powiedział. - Jednocześ 
nie. .. nie potrafię zrezygnować z ciebie. Czyli z nas. 
  Jednym słowem wszystko po staremu, pomyślała ze 
smutkiem Robin. Powiedziała kiedyś, że nigdy nie zostanie 
żoną pirotechnika, i miała ku temu oczywiste powody. 
Ponieważ Jared nie zrezygnował z pracy, ona zrezygnowała z 
niego. Każde z nich podjęło decyzję, sprawa wydawała się 
zakończona. Teraz jednak Jared znów się pojawił, wyznał jej 
miłość oraz oświadczył, że nie zamierza zmieniać zajęcia. 
   - A więc nic się nie zmieniło - powiedziała bezna 
miętnym głosem. 
- Ja się zmieniłem - odparł. 
-  
    
- To nie musiałeś być ty - powtórzyła z uporem. 
  - A gdyby któreś z tych dzieci było naszym dziec 
kiem? Czy również wtedy namawiałabyś mnie, bym 
zostawił tę robotę innym? 
  Źrenice Robin rozszerzyły się nieco. Nigdy dotąd nie mówili 
o dzieciach. Nie zaszli aż tak daleko, bo wcześniej ich 
związek się rozpadł z wiadomego powodu. 
  -  Jeff Matthews był ojcem - powiedziała cicho. - 
Czy po jego śmierci ktoś zatroszczył się o jego synów? 

background image

  Oczywiście cała jednostka. Wciąż ktoś zabierał ich na mecze 
albo na ryby, koledzy Jeffa pamiętali o nich. Lecz nigdy już 
nie zobaczą swojego taty. 

Nie mam żadnej odpowiedzi - powiedział. 

  Bo nie miał. Czuł się jak w labiryncie, z którego nie ma 
wyjścia. Praca stanowiła sens jego życia. Urodził się ze 
szczególnym darem, którym dzielił się z innymi, ratując im 
życie. Kim będzie Jared Donovan, gdy z tego zrezygnuje? 
Odstępcą. Nikim. 
  Nie dopuścił, by tamte przedszkolaki zginęły. Lecz nadal 
pracując jako pirotechnik, nigdy nie będzie miał własnych 
dzieci, bo Robin się na to nie zgodzi. Sama została sierotą w 
wieku dziesięciu lat i nie dopuści, by jej dzieci były narażone 
na to samo. By, jak chłopcy Jeffa, musiały wychowywać się 
bez ojca. 
  Każde z nich pozostało więc przy swoim zdaniu. Sprawa 
była beznadziejna. 
  -  Powinnaś się wyspać - zdecydował, kończąc tym 
samym dyskusję. 
  Spojrzała na niego. Wyczytał w jej oczach, że oskarża go o 
ucieczkę. 
   
    
   -  I niemal wybuchła? - spytała cicho po długim mil 
czeniu. 
  - Na jednym z pięter budynku było przedszkole. Nie 
wiem, czy ten terrorysta wiedział o tym, ale... ładunek 
był na tyle potężny, by zniszczyć wszystko. Nie było już 
czasu, by sprowadzić na górę sprzęt. 

background image

  - Rozbroiłeś ją - powiedziała. - Bez żadnego zabez 
pieczenia. 
  - Przez cały czas myślałem, że wylecę w powietrze. 
Byłem przekonany, że ten drań zastawił pułapkę. Patrząc 
na bombę, oczekiwałem wybuchu. Wtedy jeszcze nie mia 
łem pojęcia o tych dzieciach. Ale już postanowiłem... 
Przerwał, wahając się, czy ma jej to wyznać. 
  - Postanowiłeś wycofać się z tego - powiedziała. - 
Opuścić jednostkę. Pozwolić, by od tej pory ktoś inny 
stąpał po polu minowym. 
  - Gdy wyszedłem z budynku, byłem tak przerażony, 
że prawie nie byłem w stanie iść. I wtedy zobaczyłem te 
dzieci. Ustawili je w rzędzie na chodniku po drugiej 
stronie ulicy. Trzymały się za ręce. Po prostu długi rząd 
dzieciaków. Niektóre były trochę wystraszone, inne po 
traktowały to jako zabawę. No wiesz, przyjechały wozy 
strażackie i policyjne, coś się działo. Te dzieci były 
o krok od śmierci. Gdyby mnie tam nie było... 

Ktoś inny by to zrobił - przerwała Robin. 

Wtedy właśnie tak myślał, ale to nie był dobry argu 
ment. Ani trochę... 
  -  Jednak to moje ręce rozbroiły tę bombę. - Darował 
sobie drastyczne szczegóły akcji, nie chciał jeszcze bar 
dziej przerażać Robin. 
    
    
od końca świata - powiedziała. - Świetnie bym do nich 
pasowała. Zaciekawiony spojrzał na nią. Uśmiechała się. 
  - Chodzą w sandałach - wyjaśniła. - Nawet po 

background image

śniegu. 
  - Trudno, by ktoś, kto uważa, że nadchodzi koniec 
świata, martwił się o przeziębienie. Jednak ty... 
- Wiem - powiedziała, nadal się uśmiechając. 
- Zadzwonię - obiecał. 
  Tym razem nie zatrzymywała go. Zamknął za sobą drzwi i 
oparł się o nie na chwilę. Nie wiedzieć dlaczego, znów 
pomyślał o chłopcach Jeffa... i o dzieciach, które mógłby mieć 
z Robin... 
  Mógłby... No cóż, przynajmniej gdy zginę, nikogo nie 
osierocę, pomyślał nagle. 
  Wiedział jednak, że w najbliższym czasie będzie musiał 
podjąć bardzo ważne i ostateczne decyzje. 
   
    
Lecz odejście z oddziału też byłoby ucieczką. 
- Jutro znów czeka mnie długi dzień - powiedziała. 
- Jutro jest Wigilia. 
- Tak, wiem... 
  Robin obiecała, że zastanowi się nad wspólnym spędzeniem 
świąt, ale do tej pory nie dała żadnej odpowiedzi. Sytuacja 
była niezręczna i Jared wiedział, że nie powinien narzucać 
swojego towarzystwa, bo wszelka presja z jego strony 
pogarszała tylko sprawę, lecz mimo to rzucił na pożegnanie: 
  -  Zadzwonię do ciebie jutro. - A gdy przytaknęła 
zmęczonym gestem, który mógł oznaczać zarówno 
przyzwolenie, jak i rezygnację, szybko dodał: - Chyba 
że sobie tego nie życzysz? 

background image

  To było głupie pytanie. W ten sposób dawał Robin 
możliwość, by raz na zawsze pokazała mu drzwi. 
  - Najbliższe dni mam wypełnione po brzegi. Im bli 
żej Sylwestra, tym robi się coraz bardziej gorąco. Już ci 
to mówiłam. 
- Chcesz, bym zostawił ci wiadomość? 
 
- Tak chyba będzie najlepiej - powiedziała. 
Wreszcie zmusił się, by ruszyć w kierunku drzwi. 
- Załóż łańcuch - przypomniał. 
- Oczywiście. 
- Śpij dobrze, Robin. 
Już w drzwiach zatrzymał go jej głos. 
- Dziękuję za masaż stóp. Bardzo mi pomógł. 
   - Powinnaś kupić sobie wygodniejsze buty - polecił 
jej cicho. Znowu był władczy. 
- Chyba powinnam przyłączyć się do tych proroków 
 
 
    
mnóstwo innych prac, jakie mogłaby wykonywać. Z tym nie 
było problemu. 
  Problemem był jej stryj. Nie spodoba mu się jej panieńska 
ciąża, a już zupełnie nie zaaprobuje faktu, że Robin nie 
zamierza wychodzić za mąż. Z przerażeniem myślała o 
czekającej ją wkrótce rozmowie na ten temat. Nie mogła z tym 
już zwlekać. Jim McCord cenił uczciwość, jedną z wartości, 
które starał się wpoić jej i Levi. 

Nie zazdroszczę ci - powiedziała Katie. 

background image

  Robin wzdrygnęła się. Czyżby Katie czytała w jej myślach? 
- O co ci chodzi? - spytała niezbyt uprzejmie. 
  - Musisz rozmawiać z każdym, kto chce dostać ka 
wałek McCorda - wyjaśniła z uśmiechem. - Decydo 
wać, komu co przypadnie. A to trudne i niewdzięczne 
zadanie. 
  - Dobrze wiem, co jest ważne dla stryja Jima, nato 
miast nie zawsze rozumiem priorytety Whitta. 
  - To proste - powiedziała Katie. - Emory liczy gło 
sy i tylko to jest treścią... 
  - Wydaje się, że usłyszałem coś o głosach - za 
brzmiał głos Whitta za plecami Robin. 
  - Robin zastanawia się, jak rozplanować czas sena 
tora. Zaproponowałam, by zrezygnować z pozornie na- 
vet prestiżowych spotkań na rzecz takich, gdzie zbierać się 
będzie większa liczba potencjalnych wyborców - 
wyjaśniła Katie i uśmiechnęła się do Whitta. 
  Wyjaśnienie Katie nieco przeinaczało sens ich rozmowy, ale 
nie warto było tego prostować. Skoro Katie chce zdobywać 
punkty u szefa kampanii, to niech to 
    
ROZDZIAŁ PIĄTY 

Tak więc wszystko zrobione? - spytała Katie. 

Robin spojrzała znad szklanki lemoniady i zdała so 
bie sprawę, że myślą znowu jest setki kilometrów stąd. 

Chyba tak - powiedziała obojętnym tonem. 

  W ciągu dnia systematycznie wykreślała z listy kolejne 
załatwione sprawy, zdecydowana, by nie dać Whittowi 
powodów do narzekań. Gdyby nie uparł się, by koniecznie 

background image

przyszła na to przyjęcie, na pewno jej by tu nie było. W tym 
tłumie i tak nikt nie zauważyłby nieobecności bratanicy 
senatora McCorda. 
  Z trudem zwalczyła pokusę, by zdjąć pantofle na wysokim 
obcasie i postawić stopy na dywanie. Pewnie i tego nikt by nie 
spostrzegł. Tak jak miała nadzieję, że nie zauważono, iż jej 
koktajlowa sukienka nagle zrobiła się zbyt ciasna w pasie... 
  Będzie musiała sprawić sobie nowe ciuchy lub złożyć 
rezygnację. Wiedziała, że byłaby to dezercja. Od dziesięciu lat 
pracowała dla Jima McCorda i trudno jej było sobie 
wyobrazić, że nie będzie uczestniczyła w jego walce o 
prezydenturę. 
  Niedługo i tak Whitt wycofa ją sprzed kamer, bo niezamężna 
i ciężarna bratanica senatora w roli rzecznika prasowego nie 
jest dobrym pomysłem, było jednak 
    
    
Robin przed powrotem do domu. Jednak teraz mieli już to za 
sobą. Jake Edwards, brat człowieka, którego McCord musiał 
zabić trzydzieści lat temu, umarł, i z jego strony nie groziła już 
zemsta. 
  Robin była przekonana, że zdecydowanie McCorda wcale 
nie osłabło, raczej wręcz przeciwnie. 
- Nie sądzę, byś musiał się tym martwić - zapewniła. 
  - Jeśli McCord zamierza zrezygnować - powiedział 
Whitt - chciałbym wiedzieć o tym wcześniej. 
  - A z pewnością ciebie pierwszą o tym powiadomi 
- zasugerowała Katie, uśmiechając się do Robin. 

background image

  Katie Chang wyglądała tego wieczora szczególnie 
atrakcyjnie. Miała na sobie jaskrawy kombinezon z 
czerwonego jedwabiu, w którym wiele kobiet wyglądałoby 
prostacko, lecz świetnie pasował do jej egzotycznej karnacji i 
delikatnej urody. Powinnam tej kobiecie zazdrościć, 
pomyślała z rozbawieniem Robin, która w trosce o całość 
szwów swej sukienki starała się nie oddychać zbyt głęboko. 
  -  Ho, ho! - z wyraźnym podziwem, cicho zawołała 
Katie. 
  Robin nie powędrowała za jej zachwyconym wzrokiem, 
wiedziała jednak, że obiekt zachwytów Katie musiał być kimś 
naprawdę wyjątkowym. Panna Chang słynna była z tego, że 
bardzo interesuje się mężczyznami i wykazuje się w tej 
materii dużym znawstwem. Żartowano w sztabie, że ma w 
sobie czuły radar, dzięki czemu w największym tłumie zawsze 
potrafi zlokalizować najprzystojniejszego faceta i 
spowodować, by zaprosił ją na kolację. 
    
    
robi. Jim McCord panował nad sytuacją i pozycja Robin w 
sztabie była nie zagrożona, chyba że sama zrezygnowałaby z 
udziału w kampanii. Rodziny teksaskie znane były z 
solidarności. 
   Dla Whitta i Katie, patrzących na Amerykę z nowojorskiej 
perspektywy, Teksas był odległą i prawie egzotyczną 
prowincją. Podobnie zresztą myślał Jared. Jednak dla Robin i 
jej stryja ranczo Altamira i rodzina stanowiły centrum życia. 
To były więzy, które nigdy nie pękną. Nawet wówczas, gdy 

background image

jej ciąża z człowiekiem, który stawiał warunki wykluczające 
małżeństwo, bardzo nie spodoba się senatorowi. 
  Oczywiście Robin była gotowa wycofać się z kampanii, 
gdyby jej osoba okazała się kłopotliwa dla stryja lub gdyby 
musiała ustąpić miejsca komuś bardziej doświadczonemu. Nie 
musiała jednak martwić się, że zostanie wymanewrowana 
przez kogoś takiego jak Katie. 
   - Czy już wszystko zostało opracowane? - zapytał 
Whitt. 
   - Senator będzie miał zajętą prawie każdą godzinę, 
jaką spędzi w Nowym Jorku. Znienawidzi mnie za to 
- powiedziała Robin. 
Whitt zaśmiał się. 
- Nie zrobi tego, bo chce dobrze wypaść w Iowa. 
- Mam nadzieję, że tak będzie - odparła Robin. 
   - W ostatnich tygodniach wiele się zdarzyło i oba 
wiam się, czy determinacja McCorda trochę nie osłabła. 
  Senatorowi grożono śmiercią i musiał na kilka dni zniknąć ze 
sceny publicznej. Tylko zapewnienie szeryfa Richardsa, że jej 
stryj ma się dobrze, powstrzymało 
    
    

Naprawdę? - zdziwił się Emory. 

  Jared przytaknął. Nie lubił podczas towarzyskich pogawędek 
opowiadać o swej pracy, ale większość ludzi reagowała na 
wiadomość, że pracuje w policji, tak jak Whitt, czyli z 
pewnym zaskoczeniem. 
- Tutaj, w Nowym Jorku? - zapytał Whitt. 
- Tak jest - potwierdził Jared powściągliwie. 

background image

- Jakie to interesujące - powiedziała Katie. 
  Jared spojrzał na nią i uśmiechnął się. Może nie w taki sam 
sposób, w jaki zwykł to czynić, gdy patrzył na Robin, ale 
jednak odczuła bolesne ukłucie w sercu. Była zaskoczona 
gwałtownością swej reakcji. 
  - Jeśli ktoś pasjonuje się papierkową robotą, to tak 
- przyznał Jared. 
  - Właśnie tym się zajmujesz? - spytała Katie, której 
prawie udało się nadać pytaniu niewinny ton. - Przekła 
dasz papierki? 
  - Przez większość czasu - wyjaśnił i znów się 
uśmiechnął. - Nasza robota tylko w telewizji wygląda 
podniecająco. 
  - Jared pracuje w jednostce pirotechnicznej - po 
wiedziała Robin. 
  Sama nie wiedziała, dlaczego tak postąpiła. Zachowała się 
jak masochistka, bowiem Katie przepadała za twardymi 
mężczyznami, którzy za nic mieli wszelkie 
niebezpieczeństwa. Bardzo ją to podniecało, a teraz Robin 
wprost sprowokowała ją do działania. 
  -  Jesteś pirotechnikiem? - spytała Katie, a jej oczy 
zrobiły się jeszcze większe. - Czy dobrze usłyszałam? 
To znaczy, że zajmujesz się... 
    
    

Robin? 

  Nie spodziewała się go w tym miejscu. Odwróciła się i 
natychmiast musiała przyznać, że reakcja Katie była jak 
najbardziej zrozumiała. W czarnym smokingu i białej 

background image

wieczorowej koszuli Jared prezentował się wspaniale... i obco. 
Niewiarygodnie przystojny nieznajomy, uznała. 
- Co do diabła robisz tutaj? - spytała. 
   - Nasz wydział zawsze dostaje kilka zaproszeń na 
takie imprezy i poprosiłem o jedno z nich. 
  Zapytał wzrokiem, czy ma coś przeciwko temu. Sama nie 
wiedziała. Oczywiście przyjemnie jej było, że przyszedł tu 
specjalnie dla niej, z drugiej strony jego obecność krępowała 
ją. 
  A może po prostu czuła się nieswojo, ponieważ miała na 
sobie zeszłoroczną, zbyt ciasną sukienkę i stopy bolały 
niemiłosiernie, gdy Jared promieniał elegancją i urodą. No i ta 
Katie, wprost pożerająca go wzrokiem. .. 
  Czyżbym była zazdrosna, zastanawiała się Robin. Nie miała 
do tego prawa, sama przecież z nim zerwała i nadal, z uwagi 
na sytuację, nie żałowała swej decyzji. 
   -  Jestem Katie Chang. - Wyciągnęła ku niemu swą 
śliczną dłoń. 
Zakłopotana Robin pospiesznie zajęła się prezentacją. 
   - To jest Jared Donovan - powiedziała, gdy delikat 
nie ujął palce Katie. - Mój stary przyjaciel. Jared, a to 
jest Whitt Emory, szef kampanii stryja Jima. 
- Wydział? - spytał Whitt, wyciągając rękę. 
- Policja - powiedział Jared, witając się z Whittem. 
-  
    
nastrój jeszcze się pogłębił, gdy dojrzała błysk w oczach 
Katie. 
   - Chciałabym kiedyś posłuchać o tym jednym pro 

background image

cencie - powiedziała panna Chang. - O tym absolut 
nym strachu. 
   - To nie jest budujący widok - odparł Jared i znów 
się uśmiechnął. - Dorośli mężczyźni, którym trzęsą się 
kolana. 
   - To nic złego odczuwać strach - powiedział Whitt. 
- Ważne jest, co z tym uczuciem się robi. 
- Ma pan rację, ale nie wszyscy to rozumieją. 
- Może nigdy nie przeżyli prawdziwego strachu. 
   - Wietnam? - spytał Jared głosem równie cichym, 
jak głos Emory'ego. 
   - Szmery w pompce - wyjaśnił Whitt, dotykając 
piersi. - Może mi pan wierzyć lub nie, ale naprawdę 
chciałem tam pojechać i walczyć. 
  Wszyscy milczeli przez chwilę, onieśmieleni szczerością tej 
wypowiedzi, oczywiście poza Katie. 
   - Może byś udzielił mi szybkiej lekcji rozbrajania 
bomb? - spytała. 
   - Tak naprawdę... - Jared zawahał się. - Tak napra 
wdę, to miałem nadzieję, że uda mi się namówić Robin, 
byśmy poszli gdzieś wypić coś przed snem. 
  Bardzo chciała przyjąć to zaproszenie. Po pierwsze 
usunęłaby Jareda z pola rażenia Katie, no i mogłaby wreszcie 
urwać się z tego przyjęcia, choć to nie spodobałoby się 
Whittowi. Teraz jednak nie dbała o to. 
   -  Robin nie pije - powiedziała Katie. - Czyżbyś nie 
spostrzegł tego podczas waszej dwuletniej znajomości? 
    
    

background image

   - Rozbrajaniem   bomb   -   wpadł  jej   w   słowo 
Whitt i spojrzał na Jareda. - Musisz lubić niebezpieczne 
życie. 
  - Moja praca w dziewięćdziesięciu dziewięciu pro 
centach polega na absolutnej nudzie i w jednym procen 
cie na absolutnym strachu. - Robin niejeden raz słyszała 
tę sentencję. - Stanów pośrednich brak. 
Zaśmiali się, poza Robin oczywiście. 
- Od dawna się znacie? - spytała Katie. 
- Od prawie dwóch lat - odpowiedział Jared. 
  - Robin, czyli nie łączy was stara przyjaźń, jak to 
przedstawiłaś... lub może w tak krótkim czasie zdążyli 
ście się tak dobrze poznać? 
Robin nie odpowiedziała. 
  - Jak dostał się pan do jednostki pirotechnicznej? 
- zapytał Whitt. 
  - Poprzez wojsko - wyjaśnił Jared - podobnie jak 
większość kolegów. - Skoncentrował się na Whitcie, by 
zatuszować   skrępowanie,   spowodowane   pytaniem 
Katie. 
  - Wielu chłopców zaznajamia się w wojsku z amu 
nicją - powiedział Whitt - ale niewielu zostaje zawodo 
wymi pirotechnikami. 
   Jared uśmiechnął się, jak zwykł to czynić, kiedy ktoś 
próbował zgadnąć, dlaczego facet nie wyglądający na szaleńca 
wybrał taką właśnie profesję. 
   Robin wiedziała, że lubił ryzyko, ale nie to było decydujące. 
Ogromne znaczenie miał dla niego fakt, że mógł ratować 

background image

ludzkie życie. I z tym jego pragnieniem przegrałam, 
pomyślała gorzko. Jej wrogi wobec świata 
    
    
   - Cieszę się, że cię poznałam. Mam nadzieję, że 
kiedy nie będziesz miał... innych zajęć, opowiesz mi 
o swojej pracy. 
   - Oczywiście - zgodził się Jared. Wziął Robin pod 
ramię, która, nim wstała, szybko wcisnęła pantofle na 
nogi. 
   - Dobranoc - powiedziała do Katie i Whitta. - Zo 
baczymy się jutro. 
   - Zjedzmy razem śniadanie - zaproponował Emory. 
- Chciałbym usłyszeć, jaki jest rozkład zajęć senatora 
na przyszły tydzień. 
   - Może jednak, z uwagi na okoliczności, będzie to 
późne śniadanie? - rzuciła Katie, lecz Whitt zignorował 
jej złośliwą uwagę. 
- Około dziewiątej - zasugerowała Robin. 
- Dobrze - zgodził się. 
   - Bawcie się dobrze - dodała Katie i swymi czarny 
mi oczami chłodno spojrzała na Robin. 
   - Zrobimy wszystko, co w naszej mocy - zapewnił 
Jared. - Gdzie masz płaszcz? - zapytał Robin. 
   - Zostawiłam w szatni - odpowiedziała i ruszyli do 
wyjścia. - Co o nich myślisz? - nie mogła się powstrzy 
mać od pytania. 
  Spojrzał na nią uważnie,  z dziwnym wyrazem twarzy. 

Wydają się być mili - powiedział ogólnikowo. 

background image

Była rozczarowana tą odpowiedzią, z drugiej jednak 
strony cieszyła się, że Jared nie przejawiał żadnego 
zainteresowania osobą Katie. 

Od kiedy jesteś abstynentką? - zapytał. 

 
    
Znów zapadła krępująca cisza. 
  -  Tak naprawdę chodziło mi o to, by rozładować 
napięcie - powiedział Jared i spojrzał pod stół. Po czym 
radośnie się uśmiechnął. 
  Powędrowała za jego wzrokiem. No cóż, bezwiednie uległa 
pokusie i zrzuciła pantofle, z rozkoszą masując obolałe stopy 
o cudownie szorstki dywan. Zachichotała. 
  -  Rozładować napięcie? - spytała Katie, najwy 
raźniej niezadowolona. 
   Nie mogła ścierpieć, że nie była w centrum zainteresowania, 
w którym, dzięki manewrom Jareda, znalazła się Robin. 
Donovan wyraźnie, choć grzecznie, ignorował piękną Azjatkę, 
całą swą uwagę kierując na pannę McCord. 
Kolejny ruch należał do Robin. 
  -  To taki nasz żart - wyjaśniła, patrząc Jaredowi 
w oczy. 
  Nagle, poza rozbawieniem, dostrzegła w nim coś, czemu 
nigdy nie była w stanie się oprzeć. 
  - Chętnie... rozładowałabym napięcie - powiedzia 
ła z wesołym błyskiem w oczach. 
  - Miło było mi poznać was. - Jared zwrócił się do 
Whitta i Katie. - Na pewno spotkamy się znowu, kiedy 
senator przyjedzie do Nowego Jorku. 

background image

  - Przyjaciele Robin są naszymi przyjaciółmi - po 
wiedział z uśmiechem Emory, ściskając mu dłoń. 

Pani Chang - powiedział Jared, podając jej rękę. 

Katie była wściekła, choć starała się nie pokazać tego 
po sobie. Z trudem rozluźniła usta, by wreszcie promiennie się 
uśmiechnąć. 
 
    
Wreszcie musi mu powiedzieć o dziecku. I tak będzie 
 y, że zbyt długo z tym zwlekała, lecz za nic nie chcia-a, by 
sam wszystkiego się domyślił, od czego był zresztą o krok. 
  Zastanawiała się, czy tę rozmowę lepiej odbyć w ho-elu, czy 
też w mieszkaniu Jareda? Jeśli pójdą do niego, 
  każdej chwili będzie mogła pod byle pozorem wyjść i 
przerwać spotkanie... gdyby zaistniała taka potrzeba. 
 Lecz z tym miejscem wiążą się niebezpieczne wspo-inienia, 
szczególnie dotyczące ostatniej wspólnej nocy, tiedy to 
zostało poczęte ich dziecko... 
- Chodźmy do mnie - powiedziała cicho. 
 
    
   - Nigdy nie piłam dużo. - Tak było w istocie, choć 
miała swoje ulubione trunki. Teraz jednak wszystko się 
zmieniło, ale za nic nie chciała, by Jared domyślił się, że 
przyczyną jej wstrzemięźliwości jest ciąża. - Dobrze 
o tym wiesz - dodała niepotrzebnie. Robiła z tego zbyt 
wielki problem, a Jared był bardzo bystry. 
  - Ze słów Katie wynikało, że nigdy nie pijesz - po 
wiedział. 

background image

  - Niewiele o mnie wie, bo rzadko spotykamy się na 
gruncie towarzyskim. Niedawno, podczas małego party, 
odmówiłam wina, bo byłam bardzo zmęczona, i stąd 
pewnie wyciągnęła takie wnioski. Czasami... 
  Przerwała. Wiedziała, że podaje zbyt wiele szczegółów, jak 
ktoś, kto ma coś do ukrycia. Jared na pewno to spostrzegł. 
- Czasami? - powtórzył jej ostatnie słowo. 
- Źle sypiam po alkoholu. 
- Pierwszy raz o tym słyszę. 
  - Czy to ma jakieś znaczenie? - spytała nieco zbyt 
ostrym tonera. 
- Chyba nie. 
  Na szczęście w tej chwili szatniarka podała jej płaszcz, co 
przerwało rozmowę. 
- Dokąd pójdziemy? - zapytał. 
- Naprawdę chcesz się napić? 
- Nie, chyba że ty masz ochotę na drinka. 
- Nie - powiedziała cicho. 
- To może kolejny masaż stóp? 
- Wystarczy, bym tylko mogła zdjąć buty. 
- Pójdziemy do mnie czy do ciebie? 
-  
    
muszkę i rozluźnił kołnierz koszuli. Te proste zmiany 
sprawiły, że wyglądał jeszcze bardziej pociągająco. Trochę 
rozczochrany, swobodny. 
  Trudno się dziwić, że Katie miała na niego chętkę. Robin 
odczuwała to samo, choć zarazem wiedziała, że za chwilę 
czeka ich bardzo trudna i bolesna rozmowa. 

background image

  - Nie mam apetytu - powiedziała. Przynajmniej nie 
najedzenie, pomyślała. Gdyby nie dziecko, natychmiast 
nalałaby sobie whisky. 
  - Napijesz się czegoś? - spytał Jared, jakby czytając 
w jej myślach. 
  - Nie, ale ty się nie krępuj, jeśli tylko masz ochotę na 
drinka. 
  - To był długi dzień - powiedział. - Co z tym masa 
żem stóp? Zrobić ci? 
  Ta propozycja odroczy wyrok o kilka minut. Być może 
widzą się po raz ostatni. Gdy powie mu o dziecku i odmówi 
małżeństwa, między nimi może dojść do zerwania wszelkich 
kontaktów. 

Tak, proszę. 

  Usiadła na krawędzi łóżka, on jednak nie podszedł do niej od 
razu. Jakby się wahał. Zawsze świetnie wyczuwał jej nastroje i 
wiedział, że jest bardzo zaniepokojona. Zastanawiał się, 
dlaczego tak się dzieje. 
  Jednak po chwili zaczął masować jej stopy. Czuła ciepło jego 
palców. Przymknęła oczy. 
- Dzisiaj nie są tak zmarznięte - powiedział. 
- Nie byłam zbyt długo na dworze. 
- Są trochę spuchnięte. 
- Dużo dzisiaj chodziłam. 
-  
ROZDZIAŁ SZÓSTY 
  Jared siedział w tym samym fotelu, co poprzedniego 
wieczora, gdy Robin, po wzięciu prysznica, wyszła z łazienki. 
Miała na sobie ten sam szlafrok i była bosa. 

background image

- Chcesz coś zamówić do jedzenia? - spytała. 
- A ty jesteś głodna? 
   Sprawdziła w lustrze, że szlafrok dobrze maskował jej ciążę. 
Niestety, poza tym ujrzała bladą, napiętą twarz, spuchnięte 
stopy i lekko drżące dłonie. 
  Pod pretekstem założenia czegoś na siebie, skryła się na 
kilka minut w łazience, by zebrać myśli, teraz jednak uznała, 
że nie był to dobry pomysł. Przebierając się w szlafrok, 
mimowolnie mogła zasugerować Jaredowi, że jest 
zainteresowana nie tylko rozmową, co było jak najbardziej 
niewskazane. 
  Przyprowadziła go tutaj, by powiedzieć mu o swej ciąży, 
choć wcale się do tego nie paliła. Wprawdzie wiedziała, że 
Jared ucieszy się z faktu, iż wkrótce zostanie ojcem, lecz 
reszta nie będzie już zapewne tak miła. 
   Obawiała się jego reakcji na fakt, że tak długo zwlekała z tą 
wiadomością. On pewnie zażąda, by się pobrali, a ona 
odmówi. I wtedy rozpęta się piekło... 
Kiedy przebierała się, Jared zdjął czarną jedwabną 
 

 
    
- Wiem. 
- Ale to nie jest łatwe. 
- Dlaczego? 
- Bałam się twojej reakcji. 
   - Zależy ona od tego, co zamierzasz dalej z tym 
zrobić. 

background image

  - A czego po mnie oczekujesz? - spytała. Coraz bar 
dziej bała się tego, co za chwilę Jared jej powie. 
  - Nigdy nie zadawaj pytania, na które nie chcesz 
usłyszeć odpowiedzi. 
  Wstrzymała oddech. Na samym początku krótko 
zastanawiała się nad przerwaniem ciąży, lecz teraz czuła 
cudowną więź ze swoim dzieckiem. 
  - Jest już trochę za późno na aborcję - powiedziała, 
wyraźnie zdegustowana jego słowami. 
  - Boże! Robin, przecież znasz mnie dobrze - odparł 
ostro. 
  Miał rację, to była niepotrzebna prowokacja z jej strony, 
spowodowana rozdrażnieniem. Jared nosił w portfelu zdjęcia 
wszystkich dzieci swych sióstr i braci i szczerze przejmował 
się ich losem. Z drugiej strony ucieszył ją jego gniew, bo 
rozwiał wszelkie wątpliwości, które jednak gdzieś się w niej 
tliły. 
  -  Tak, znam cię dobrze - powiedziała - lecz mimo 
to nie wiem, o co ci chodziło, kiedy powiedziałeś, abym 
nie zadawała pewnych pytań. Myślę, że będzie lepiej, 
jeśli powiesz mi wprost, czego po mnie oczekujesz. 
Pokiwał smutno głową. 
  -  Tego, co zawsze, od pierwszego dnia naszej znajo 
mości. Pragnę, abyś została moją żoną. 
    
    
   Przytaknął. Wciąż delikatnie masując... a raczej pieszcząc 
jej stopy, zapytał: 

Chciałabyś mi o tym opowiedzieć? 

background image

  Tak samo zwrócił się do niej wczoraj. Była pewna, że nie 
chodziło mu o jej służbowe sprawy lub kłopoty z 
nawiedzonymi prorokami. 

Wiesz, prawda? - spytała cicho. 

  Było coś niewiarygodnie cudownego i intymnego w fakcie, 
że wiedział, choć mu o tym nie wspomniała ani słowem. 
  -  Mam trzy siostry i trzy szwagierki - powiedział 
spokojnie. - Jestem wujkiem i stryjkiem dla dwana- 
ściorga dzieci. Możesz mi wierzyć, dobrze znam obja 
wy ciąży. 
  Wciąż delikatnie masował jej stopy. Nie wiedziała, czy ta 
cisza, która między nimi zapadła, jest zwiastunem burzy, czy 
też pokoju? 
- Gniewasz się? - spytała wreszcie. 
Podniósł wzrok. 
- Dlatego, że jesteś w ciąży? 
- Że ci nie powiedziałam. 
- A zamierzałaś? 
Przytaknęła. 
- Dziś wieczór? 
Znowu przytaknęła. 
- Mogłaś mi powiedzieć wczoraj wieczorem. 
Ruch jego kciuka na stopie działał hipnotyzująco, 
podobnie jak spokojny ton głosu. Nie wyczuwała w nim 
gniewu. 

Próbowałam - powiedziała. 

 
    
   - Czy kiedykolwiek żałowałaś, że go znałaś? - po 

background image

wtórzył pytanie. 
  - Żałowałam, że tak bardzo go kochałam. Kiedy 
umarł, byłam wściekła i rozgoryczona. Nigdy mu tego 
nie wybaczyłam. Chwilami nienawidziłam ich oboje za 
to, że mnie opuścili. Jednak matkę zabrała choroba, i to 
było jakoś zrozumiałe, natomiast on jakby... sam spro 
wokował swoją śmierć. Byłam przeraźliwie samotna, 
czułam się zdradzona. Straciłam moje miejsce na świe 
cie. Chciałam ze sobą skończyć. 
  Nie to pragnął usłyszeć, lecz z niechęcią musiał przyznać, że 
Robin z całą pewnością mówi najgłębszą prawdę o sobie. 
  Stryj Jim włożył wiele pracy i serca, by mogła pokonać 
rozsadzający ją gniew. On jedyny ją rozumiał, zapewne 
dlatego, że sam również poznał to uczucie. 
  Było jeszcze coś. Stryj, gdy postanowił zająć się polityką, 
namawiał brata, by ten porzucił pracę w policji i objął zarząd 
rancza. Gdyby propozycja została przyjęta, ojciec najpewniej 
żyłby do dzisiaj. Towarzyszyłby córce przez wszystkie lata, a 
teraz z radością oczekiwałby wnuka. 
  Jednak odrzucił tę ofertę, przejęty misją dbania o porządek 
publiczny. Podobnie jak Jared. Po kilku miesiącach, podczas 
rutynowej kontroli drogowej, jakiś pijak strzelił mu prosto w 
serce. Odszedł, a Robin... 
  „Nigdy mu tego nie wybaczyłam". Te słowa wstrząsnęły nią. 
Nigdy dotąd świadomie tak nie pomyślała, teraz jednak 
wiedziała, że naprawdę to czuła. Do dziś nie wybaczyła ojcu, 
że zostawił ją samą. 
    
    

background image

   Oczywista szczerość tych słów podniosła ją na duchu. Jared 
nadal ją kochał i chciał tego dziecka. Wyglądało to na 
wysłuchaną modlitwę. W jej sytuacji większość kobiet byłaby 
o tym przekonana... 
Głęboko się zadumała. 
Milczenie przerwał Jared. 
- Czy to coś zmienia? 
- Między nami? 
  - Czy zmieniłaś zdanie na temat naszego małżeń 
stwa? Robin? 
  Wrócili więc do poziomu elementarnego. Niestety, mimo że 
wielokrotnie przerabiali ten temat, nigdy nie udało się jej 
wyjaśnić Jaredowi wielu spraw. Ojej ojcu. O niej samej. O 
tym, co czuje. 
  -  Moja matka umarła, kiedy miałam dziewięć lat, a 
w następnym roku zginaj ojciec. Kochałam go nad ży 
cie. Był wszystkim, co miałam, był moim całym świa 
tem. Kiedy zginął, też chciałam umrzeć. Wiele czasu 
upłynęło, zanim wróciła mi wola życia... 
  Jared utkwił wzrok w jej twarzy. Wciąż trzymał jej stopę w 
dłoniach, lecz już nie masował. Znieruchomiał. 
  -  To był straszny ból - wyszeptała. - Nie jesteś 
w stanie sobie tego wyobrazić. Nie sądzę, by ktokol 
wiek umiał to zrobić. 
   Pragnęła, by coś powiedział i oderwał jej myśli od 
bolesnych wspomnień. On jednak długo milczał. 
  -  Czy ból był tak wielki, że wolałabyś nie poznać 
swojego ojca, byle tylko uniknąć tego cierpienia? - spy 
tał wreszcie. 

background image

W pierwszej chwili nie zrozumiała, o co ją pytał. 
 
    
Puścił jej stopę i wstał. Jego ruchy były gwałtowne. 
  - Nie jesteś już skrzywdzoną małą dziewczynką, 
Robin, tylko dorosłą kobietą. Najwyższa pora, byś to 
zrozumiała i zgodnie z tym zaczęła się zachowywać. 
- Co to, do diabła, ma znaczyć? 
  - Ludzie po prostu umierają - powiedział Jared. - 
Każdego to czeka. Wszyscy tracą swoich rodziców. Jed 
ni wcześniej, inni później. Jutro możesz zginąć, prze 
chodząc przez ulicę, lub też zarazić się jakąś paskudną 
bakterią. Ja też mogę. Nie sposób jednak normalnie żyć, 
gdy wciąż się o tym myśli. Gdy się drży przed tym, co 
nieuniknione. To świadome pielęgnowanie fobii. To in 
fantylne i tchórzliwe! 
- Jak możesz?! 
  - Mogę, bo odrzucasz nasze życie, zabijasz szansę na 
szczęście, które jest w zasięgu naszych rąk. A wszystko 
dlatego, że nie próbujesz przezwyciężyć dziecinnego stra 
chu przed czymś, co zdarzyło się ponad dwadzieścia lat 
temu. Jak długo jeszcze będziesz pozwalać, by śmierć 
twojego ojca niszczyła ci życie? 
- Nie pozwalam na to. 
  - Pozwalasz, pozwalasz - powiedział gniewnym to 
nem, pełnym poczucia wyższości. - Jesteś zbyt wielkim 
tchórzem, by się do tego przyznać, dlatego zasłaniasz się tą 
całą gadaniną, że nie chcesz, by nasze dzieci przeżyły to 
samo, co ty, oraz o moim rzekomym egoizmie. Lecz z nas 

background image

dwojga to nie ja jestem egoistą. Zamierzasz wychować 
nasze dziecko beze mnie, ponieważ tylko jedno jest dla 
ciebie ważne: by wszystko było po twojemu. Zachowujesz 
się jak niedojrzała, widząca tylko czubek własnego nosa 
  -  
 
   Nie wybaczyłaby również Jaredowi, gdyby zginął. Znów 
stałaby się skrzywdzonym dzieckiem, wściekłym na cały 
świat, obrażonym na Boga i ludzi. Być może nie zdołałaby już 
się z tego podnieść. 
  - Byłaś wstrząśnięta, gdy chłopcy Jeffa zostali bez 
ojca... - powiedział w zamyśleniu. 
  - Byłoby lepiej, gdyby nigdy go nie poznali i nie 
pokochali. 
  - Lepiej w ogóle nie mieć ojca, niż stracić go, będąc 
dzieckiem? 
- Tak - powiedziała z uporem. 
- Sama w to nie wierzysz! 
- W co ja wierzę... 
  Głęboko zniechęcona, umilkła. Jared był na granicy wybuchu 
gniewu, tak więc ta rozmowa traciła sens. Zawsze starała się 
postępować rozsądnie i logicznie, wielokrotnie w racjonalny 
sposób próbowała mu wyjaśnić, co czuła, gdy jej ojciec 
zginął, i jak ta tragedia wpłynęła na jej życie. 
  Jared udawał, że słucha, lecz tak naprawdę nic do niego nie 
docierało. Gdyby spróbował ją zrozumieć, wiedziałby, że 
Robin nie będzie w stanie przejść przez takie piekło jeszcze 
raz. A on teraz chce narażać jej dziecko -jego dziecko - na to 
samo... 

background image

  -  Wierzę w to, Jared. Zawsze wierzyłam - powie 
działa z naciskiem. 
  Ją również zaczynał ogarniać gniew. Nie zasłużyła na to, by 
z takim uporem odrzucać jej słowa. By stale ignorować jej 
uczucia. A robił to mężczyzna, którego kochała. 
    
    
  Zdawać by się mogło, że jej cicho wypowiedziane słowa 
zawisły w powietrzu i wciąż emanowały swą treścią. 
  Robin wstała. Była tak blisko Jareda, że mogłaby wyciągnąć 
rękę i poczuć pod dłonią silne bicie jego serca. Bardzo chciała 
tak zrobić. 
  Pragnęła, by ją objął. By powiedział, że nic z tego, czego tak 
bardzo się bała, nigdy nie nastąpi. By obiecał, że zawsze 
będzie przy nich, kiedy ona lub ich dziecko będą go 
potrzebowali. 
  Lecz nie zrobił tego. Zacisnął usta, w jego oczach był chłód. 
Jakby nic z tego, co powiedziała Robin, nie dotarło do jego 
uszu. 
   No cóż, pomyślała z rozpaczą, wszystko stało się jasne. To 
nie ona i dziecko są najważniejsi dla Jareda, lecz ci wszyscy 
bezimienni ludzie. Dla nich gotów jest narażać życie, 
natomiast żona i nie narodzone jeszcze maleństwo rzuceni są 
gdzieś na drugi plan. Pan i władca cierpiący za miliony oraz 
pętająca się w tle rodzina. Taka jest hierarchia ważności 
według Jareda. Taka jest jego wizja szczęśliwego życia. 
  Robin nigdy się na to nie zgodzi. I nigdy mu tego nie 
wybaczy. 

background image

  Odwrócił się, wziął muszkę z oparcia fotela i po sekundzie 
zniknął w ciemnym korytarzu. Dźwięk zatrzaskiwanych drzwi 
zawisł w powietrzu, tak jak jej ostatnie słowa. 
  „Nie chcę bohatera, który tak bardzo będzie zajęty 
narażaniem życia dla innych, że dla nas nic mu już nie 
zostanie". Problem polegał na tym, że zdawała sobie 
    
    
smarkula. W bezmyślny sposób kryjesz się w kokonie, 
wymyśliłaś sobie jakiś mityczny, bezpieczny świat. Ale nic z 
tego, moja droga, bo takiego świata po prostu nie ma! Czas 
dojrzeć i przejrzeć na oczy. 
  - Nie traktuj mnie jak idiotki! - krzyknęła z wście 
kłością w głosie. - Urodziłam się na tej ziemi i nawet ja, 
mimo mego, jak to raczyłeś zauważyć, infantylizmu, 
spostrzegłam, że życie jest pełne zagrożeń. - Czuła się 
głęboko dotknięta jego uwagami. - Dlatego musimy 
zrobić wszystko, by je chronić. Nie wolno ignorować 
niebezpieczeństw, lecz prowokować może je tylko ten, 
kto żyje wyłącznie na własny rachunek. Nie powinien 
tym obarczać innych, a już szczególnie swych najbliż 
szych. Natomiast ryzyko, które ty wciąż podejmujesz... 
  - Jest konieczne! - przerwał jej brutalnie. - Urato 
wałem wiele istnień ludzkich i nie muszę nikogo za to 
przepraszać. Twoja pogarda dla mojej pracy... 
  - Na Boga, nie gardzę twoją pracą, o czym dobrze 
wiesz. Nie chcę też żadnych przeprosin - powiedziała 
zmęczonym tonem. Ta rozmowa coraz bardziej przypo 
minała dialog głuchych. 

background image

- Więc czego chcesz? 
  - Chcę męża, który nie wróci do domu w zamkniętej 
trumnie, bo taką po prostu ma pracę. Chcę prawdziwego 
ojca dla dziecka. Takiego, który przyjdzie na pierwszy 
mecz ligi szkolnej czy na uroczystość ukończenia szko 
ły. Nie chcę bohatera, który tak bardzo będzie zajęty 
narażaniem życia dla innych, że dla nas nic mu już nie 
zostanie. To nie są wielkie wymagania, Jared. Chcę 
normalnej rodziny, tylko tyle. 
  -  
    
energię i pomysłowość swego stryja, by się tego nie obawiać, 
ale na to nie miała już żadnego wpływu. 
  Na rozmowę ze stryjem specjalnie wybrała moment, gdy 
jechali limuzyną z lotniska do hotelu. Dzięki temu zarówno 
nikt im nie przeszkadzał, jak też mieli niewiele czasu, bo 
przed hotelem czekała horda reporterów, a potem McCord był 
już do wieczora bardzo zajęty. 
- Czy chcesz, bym wróciła do domu? - spytała. 
- Teraz? 
  - Whitt uważa, że po twojej deklaracji na moje miej 
sce będzie musiał przyjść ktoś z dużo większym do 
świadczeniem. Będziesz potrzebował naprawdę świet 
nego rzecznika, który poradzi sobie z nowymi proble 
mami.  Zaniepokoiły mnie pewne rzeczy - dodała 
ostrożnie. 
  - Nie zamierzam odstawiać cię na boczny tor, ko 
chanie. Tylko od ciebie zależy, jak długo będziesz dla 
mnie pracować - zdecydował McCord. 

background image

  - Dziękuję, ale wkrótce moje walory, które skłoniły 
Whitta do postawienia mnie przed kamerą, ulegną, jak 
by tu rzec, pewnym zaokrągleniom - powiedziała po 
godnie. 
  - Zawsze będziesz najładniejszą kobietą, jaką ci 
biedni, przemarznięci nowojorczycy mieli szansę ujrzeć 
- zapewnił szarmancko. - Oczywiście oficjalnie tego 
powiedzieć nie mogę, bo byłby to koniec mojej kariery, 
ale uważam, że tylko w Teksasie rodzą się prawdziwie 
piękne dziewczyny. 
  - Oj, stryjaszku, a gdzie się podziała twoja politycz 
na poprawność? - Wybuchli śmiechem. 
  -  
    
sprawę, nawet jeśli on tego nie wiedział, jak wielkie to było 
kłamstwo. 
  - Chcesz, abym z nim porozmawiał? - spytał łagod 
nie James McCord. 
  - Oczywiście, że nie - odpowiedziała Robin, uśmie 
chając się do niego. - Jestem już dużą dziewczynką. Nie 
chcę, byś za mnie rozgrywał moje bitwy. 
   Stryj skinął głową, ale nadal patrzył jej w oczy, jakby 
pragnął dotrzeć do jej myśli, a może serca. 
   Powiadomienie stryja o ciąży okazało sienie tak trudne, jak 
się obawiała. Jim McCord kochał ją, o czym zawsze 
wiedziała. Jego miłość uporządkowała jej chaotyczne 
dzieciństwo, dzięki niej uwierzyła w sens życia. Stryj przejął 
się sytuacją Robin, ale nie zamierzał prawić jej kazań. Po 
prostu przyjął do wiadomości, że jego bratanica jest w ciąży i 

background image

zamierza samotnie wychować dziecko. Nie zdradziła, kto jest 
ojcem, ani nie powiedziała, dlaczego nie chce za niego 
wychodzić, a McCord nie dopytywał się o szczegóły. 
Zachował się z dyskretną tolerancją i głęboką, subtelną 
czułością. 
  Zapewne to, że niedawno sam przyznał się do tego, co 
zdarzyło się w Wietnamie i musiał stawić czoło niewybrednej 
i napastliwej krytyce, złagodziło jego postawę. Tak 
przynajmniej sądziła Robin. W każdym razie James McCord 
okazał jej dużo więcej zrozumienia, niż oczekiwała. 
  Oczywiście było wielce prawdopodobne, że w jakiś sposób 
spróbuje ingerować w sprawy Robin, o ile tylko uzna, że 
będzie to dla niej korzystne. Zbyt dobrze znała 
    
    
   - Nie w tym rzecz - powiedziała Robin. - Nie cho 
dzi również o twoich szacownych oponentów, którzy, 
jak na razie przynajmniej, nie wyciągają tej sprawy, bo 
sondaże są po twojej stronie. 
- W takim razie... 
- Przyciągnęliśmy niezłe stado wariatów. 
  - To nie ma znaczenia. - McCord uśmiechnął się, 
lecz Robin pozostała poważna. 
  - Mamy ekologów, religijnych dziwaków, różnego 
rodzaju proroków, którzy przepowiadają sądny dzień 
i którym słowo milenium nie schodzi z ust. Whitt uwa 
ża, że przesadzam, ale ja się ich boję. 
  - Zawsze się tu plątali i nigdy nic z tego nie wynika 
ło. - McCord, zupełnie jak Katie, zlekceważył obawy 

background image

Robin. 
  Była rozczarowana, liczyła na większe zrozumienie z jego 
strony. W ostatnich tygodniach grożono mu zamachem i 
sądziła, że będzie bardziej uczulony na te sprawy. 
  - Wiem - zgodziła się. - Ale jest ich coraz więcej, 
a ich agresja wzrasta. Mogą stać się naprawdę niebez 
pieczni. 
  - To jest cena, jaką się płaci za uprawianie polityki. 
Każdy kandydat ma swoich oponentów, a nawet nie 
przejednanych wrogów... 
  - Lecz nie każdy kandydat wiąże swoją kampanię 
z nadejściem nowego tysiąclecia - przerwała mu. - Dla 
niektórych jest to synonim końca świata. A to wszystko 
zmienia. Przynajmniej ja tak sądzę. 
Ponieważ była bardzo zaaferowana, a tak naprawdę 
 
    
   - Poważnie mówiąc, dobrze sobie radzisz i chciał 
bym, abyś jak najdłużej pełniła rolę mojej rzeczniczki. 
   - To z oczywistych powodów nie potrwa już długo, 
a ja nie wiem, czy do czasu mojej nieuniknionej dymisji 
uda mi się nadać kampanii taki ton, o jakim myśli Whitt. 
Szczerze mówiąc... - Choć nie chciała się jeszcze wy 
cofywać, musiała to powiedzieć. - Szczerze mówiąc, 
będąc w ciąży, nie jestem tak sprawna, jak dawniej. 
Nieregularne posiłki, bezsenne noce, podróże po całym 
kraju, to wszystko coraz bardziej mnie wyczerpuje. A to 
zaledwie początek walki, wszystko, co najważniejsze, 
dopiero przed nami. 

background image

   - Dobrze się czujesz? - zapytał, bacznie się jej przy 
glądając. 
   - Rewelacyjnie, jak na ciężarną, wyniki badań też 
mam dobre. Jestem jednak przemęczona, potrzebuję 
więcej snu i bardziej regularnego trybu życia. Nie dam 
już dłużej rady być rzecznikiem, nie podołam wymaga 
niom, jakie stawia mi Whitt, natomiast równie ważne 
rzeczy mogę robić w domu albo w waszyngtońskim 
biurze. 
   - Chodzi nie tylko o ciebie, ale także o twoje dziec 
ko. - McCord serdecznie ujął jej dłoń. - Wybierz to, co 
uznasz za najlepsze. 
- Dziękuję. - Robin uśmiechnęła się. 
   - Powiedziałaś, że zaniepokoiłaś się owym incyden 
tem. - Tak określał wietnamską tragedię, jakby starając 
się ukryć ją za tym słowem. Robin wiedziała, że nadal 
trudno mu było mówić o niej wprost. - Paul uważa, że 
nikt się tym specjalnie nie przejmuje. 
   -  
    
wsze pragnął kandydować na prezydenta, a teraz był bliski 
urzeczywistnienia tego marzenia. 
  Sondaże wyraźnie wskazywały, że miał realne szansę na 
zwycięstwo, mimo naturalnych wątpliwości, jakie wśród 
wyborców mógł budzić wietnamski incydent. Senator był 
bliski spełnienia swego życiowego celu i Robin, która 
wspierała go całym sercem i umysłem, za nic nie chciała, by 
pikietujący przed hotelem tłum obrzucił go błotem. By zbrukał 
jego osobę i to, co dotychczas w swym życiu osiągnął. 

background image

  Powiadomiła już dyrektora hotelu, że w związku z 
przyjazdem senatora może być potrzebna dodatkowa ochrona. 
W obecnej sytuacji nie chciała prosić Jareda, by skłonił szefa 
miejscowego posterunku do prewencyjnych działań, liczyła 
jednak, że personel hotelu poważnie potraktuje jej ostrzeżenie. 
  Kiedy samochód zajechał na miejsce, demonstranci stali w 
ciemności, poza oświetlonym obszarem przed wejściem. Nie 
było widać napisów na tablicach, jakie mieli ze sobą, za to ich 
wrzaski rozlegały się z całą mocą. 
  Gdy portier otworzył drzwi limuzyny, rozbłysły telewizyjne 
reflektory i reporterzy zaczęli filmować przyjazd głównego, 
według ostatnich sondaży, kandydata na prezydenta. Robin 
wiedziała, że obecność mediów na pewno skłoni pikietujących 
do bardziej energicznych działań. 
  Wyskoczyła z auta i starała się osłonić stryja przed 
wścibskim okiem kamer, ponieważ McCord, który w 
Wietnamie stracił nogę i nosił protezę, podczas wysiadania z 
samochodu wyglądał dość nieporadnie. 
    
    
wystraszona, McCord przestał się uśmiechać, by jej nie urazić. 
  - Zrozum, kochanie, to jest dobra strategia. Paul 
twierdzi, że odnosi skutek - powiedział. 
- Ale nie taki, jakiego potrzebujesz. 
  - Nie możesz dopuścić, by ci narwańcy wytrącili cię 
z równowagi. Czym tak cię rozdrażnili? 
  - Nieustannie organizują pikiety i demonstracje oraz 
wysuwają pod twoim adresem oskarżenia. 

background image

  Uświadomiła sobie, że zabrzmiało to bardzo niewinnie. 
Jakby ci ludzie, których tak bardzo się obawiała, jedynie 
korzystali z prawa do wolności słowa, chronionego przez 
Konstytucję. 
  Przemilczała jednak szamotaninę przed hotelem i swój w niej 
udział, bowiem przestraszony stryj mógłby odesłać ją do 
Altamiry, by nie narażać dziecka. A ona nie była gotowa do 
odejścia. Jeszcze nie. 

To tylko słowa - powiedział McCord. 

Lecz to nie słowa zraniły Jareda, pomyślała Robin. 
  -  To tylko słowa, dziecinko - powtórzył po chwili 
milczenia. - To, co naprawdę złe, zostawiliśmy już za 
sobą. Chcę, żebyś odpoczęła i myślała tylko o tym, co 
przed nami. A przecież wiesz, ile czeka nas roboty. Nie 
przejmuj się narwańcami, którzy potrafią tylko gadać. 
  W porównaniu z Jakiem Edwardsem, bratem zabitego 
dowódcy McCorda, ci ludzie rzeczywiście, poza gadaniem, 
nie zrobili nic, musiała przyznać Robin. Poza tym nie chciała 
swymi, być może niewczesnymi, obawami, zepsuć stryjowi 
owej szczególnej chwili. Od kiedy tylko sięgała pamięcią, 
James Marshall McCord za- 
    
    
  -  Są naciski, aby Kongres odebrał panu wojskowe 
odznaczenia, ponieważ splamił pan żołnierski honor. Co 
pan o tym sądzi? 
  Senator uniósł ręce i dziennikarze ucichli, oczekując 
odpowiedzi. 

background image

  Nim jednak McCord zdążył cokolwiek powiedzieć, rozległ 
się wysoki i nieco dziwny, ale wyraźny głos: 
  -  Hej, Jimmy! Pamiętasz mnie? Bo ja ciebie nie 
zapomniałem, ty morderco! 
  Senator gorączkowo rozejrzał się, lecz w ciemności nie 
sposób było dostrzec, kto krzyczał. Reporterzy znowu zaczęli 
zadawać pytania, ale McCord, zwróciwszy się do kamer, 
powiedział tylko: 
  -  Wybaczcie, ale muszę zabrać moją bratanicę z tego 
zimna. 
  Drżącą ręką chwycił ją za ramię i ruszył w kierunku 
szklanych drzwi. Robin, zaskoczona jego nagłym odwrotem, 
tak podobnym do ucieczki, uważnie spojrzała na stryja. 
  Twarz miał bladą, a na czole, mimo mrozu, pojawiły się 
krople potu. Idąc do hotelu, nadal rozglądał się, jakby 
wzrokiem pragnął przebić ciemność, z której dobiegł ten 
upiorny, prześmiewczy głos... 
   
    
   Posypały się pierwsze pytania i senator zwrócił się do 
wyciągniętych mikrofonów. Robin starała się nie słyszeć 
wrzasków demonstrantów. 
  Ponieważ sądzono, że McCord już teraz ogłosi swój udział w 
wyborach, przed hotelem zgromadziło się mnóstwo 
dziennikarzy. 
Okrzyki dochodzące z ciemności przybrały na sile: 

Morderca! Armageddon! Dzień Gniewu Bożego! 

Plac   zalała   kakofonia   nienawiści.   Wprawdzie 

background image

McCord zaczął mówić, lecz żądni sensacji dziennikarze coraz 
bardziej byli zainteresowani dochodzącymi z ciemności 
wrzaskami. 
   - Szanowni państwo, niestety, dzisiaj jeszcze nie 
mogę złożyć mojej oficjalnej deklaracji - silnym gło 
sem powiedział McCord. - Chciałbym jednak podzię 
kować, że zechcieliście przyjść w ten zimny wieczór, by 
mnie przywitać. 
   - Panie senatorze, czy zamierza pan zgłosić swoją 
kandydaturę w przededniu Nowego Roku? - spytał je 
den z reporterów. 
   - Mogę jedynie zdradzić, że tuż przed wybiciem 
północy   złożę  ważne   oświadczenie   -   powiedział 
z uśmiechem. - Dlatego mam nadzieję, że w owej wy 
jątkowej chwili spotkamy się na tym placu. 
Natychmiast padły następne pytania: 
   - Senatorze, w jaki sposób może wpłynąć na pań 
skie polityczne losy fakt, że w Wietnamie zabił pan 
dowódcę swojego oddziału? 
   - Czy sądzi pan, że wyborcy zignorują tamto wyda 
rzenie podczas głosowania? 
   -  
     
   Mógłby zająć się szkoleniem kandydatów na pirotechników. 
Piętnaście lat służył w pierwszej linii i wszyscy zrozumieliby 
jego decyzję, nikt nie uznałby tego za dezercję. Oczywiście 
poza nim samym. Lecz to zachowałby dla siebie. 
  Mógłby też przejść do grupy śledczej albo do laboratorium 
FBI. Do obu tych zadań był odpowiednio przygotowany, co 

background image

więcej, z uwagi na jego kwalifikacje już mu proponowano 
takie przeniesienie. 
  Nigdy jednak nie wspomniał o tym Robin, bo wiedział, że 
gdyby się o tym dowiedziała, natychmiast zaczęłaby na niego 
mocno naciskać. Okazałoby się, że z równym pożytkiem może 
robić coś innego, a rozbrajaniem bomb zajmą się inni. 
  - Nie jesteś jedynym pirotechnikiem - mawiała mu często. 
  Te słowa prześladowały go. Za każdym jednak razem, gdy o 
nich pomyślał, widział trzymające się za ręce przedszkolaki, 
stojące przed gmachem rządowym. 
  Otrząsnął się. Zrozumiał, że nie posunął się do przodu ani o 
milimetr, a przecież Robin niedługo wyjedzie z Nowego 
Jorku, by udać się w przedwyborczą trasę i po szesnaście 
godzin na dobę pracować dla swojego stryja. A przez ten cały 
czas w jej łonie rozwijać się będzie ich dziecko, o którym 
powiedziała mu dopiero teraz, i tylko dlatego, że sam 
doprowadził do ich spotkania. Dziecko, które zamierzała 
wychować sama, bez jego udziału. A on się na to w żaden 
sposób nie mógł zgodzić. 
Odebrał telefon, dzwoniła jego matka. Poza Jaredem, 
 
ROZDZIAŁ SIÓDMY 
  Jared na dnie duszy wciąż łudził się, że uda mu się przekonać 
Robin do swoich racji, wiedział jednak, że szansę na to są 
znikome. Od dawna też zdawał sobie sprawę, choć nigdy z 
tym się nie zdradził, że rozwiązanie, jakie proponowała Robin, 
dałoby się wprowadzić w życie. 
  Musiał się spieszyć z podjęciem decyzji, bo czas naglił. 
Robin pod sercem nosiła dziecko, którego tak bardzo pragnął i 

background image

o którym marzył od chwili, gdy tylko się poznali. Powinni być 
razem, powinni stworzyć prawdziwą rodzinę. Przecież są dla 
siebie stworzeni. 
Teraz wszystko zależało od niego. Oskarżał Robin 
 

egoizm, strach i niedojrzałość, lecz czy sam był bez 

winy? Do takich wniosków doszedł podczas długiego, 
samotnego Bożego Narodzenia. 
  W te dni panował wyjątkowy spokój, jakby wszyscy 
szaleńcy i terroryści również postanowili wypocząć, 
 

Jared nie był wzywany do żadnej akcji. Trudno mu 

było wysiedzieć w domu, chętnie zająłby się czymś, co 
rozproszyłoby jego niewesołe myśli, jednak telefon 
uparcie milczał. W samotnej zadumie Jared zastanawiał 
się więc nad sytuacją, w jakiej znalazł się on sam oraz 
Robin i nie narodzone maleństwo. 
 
    

Pański brat? - spytał Jared. 

  Oczywiście wiedział o kogo chodzi, ale pozwolił, by 
konwersacja toczyła się swoim torem. Było mu trudno 
uwierzyć, że siedzi przy kieliszku w małym barze z 
człowiekiem, który według wszelkiego prawdopodobieństwa 
zostanie następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych. W 
jakiś sposób oczekiwał, że nie polubi Jamesa McCorda. Z 
zaskoczeniem stwierdził, że jest inaczej. 
  - Mój brat - powiedział McCord cicho. - Najlepszy 
oficer policji, jakiego miało hrabstwo Star w Teksasie. 
Teraz też mają niezłego. - Uśmiechnął się. - Oczywi 
ście miałem swoje uprzedzenia zarówno wobec brata, 

background image

jak i jego następcy. 
- Rozumiem. - Jared skinął głową. 
  McCord naprawdę posiadał swoisty urok i charyzmę, a przy 
tym dyskretny dystans wobec samego siebie. Emanował tym 
całą swoją postacią. Z całą pewnością dawało mu to wiele 
punktów w prezydenckim wyścigu. 
  - Robin myśli, że jesteś podobny do jej ojca - po 
wiedział senator. - Zapewne dlatego między innymi za 
kochała się w tobie, co zresztą przychodzi jej z wielkim 
trudem. Zawsze było mi z tego powodu przykro. Robi 
łem wszystko, co mogłem, by pomóc jej przyjść do 
siebie po śmierci rodziców, ale chyba nie dość. 
- Ona pana uwielbia - powiedział ostrożnie Jared. 
  - Postępowałem tak, by być jedynym mężczyzną 
w jej życiu. Oczywiście wiedziałem, że nie potrwa to 
długo. Wiem, że zachowałem się egoistycznie, starając 
się uchronić Robin przed wszelkim złem tego świata. 
  -  
    
wszyscy jej synowie i córki wraz z najbliższymi spędzali u 
mej święta. Matka jak zwykle wyczuła, że czymś poważnie się 
martwi. Gdy już zostanie sama, pewnie zadzwoni jeszcze raz, 
by dowiedzieć się, o co chodzi. 
   Gdy znów usłyszał dzwonek, stłumił w sobie nadzieję, ze w 
słuchawce odezwie się Robin. Łudził się, że tak jak obiecała 
zatelefonuje do niego w pierwszy dzień świąt. Miała dac 
odpowiedź, c*y razem spędzą ten czas. Teraz jednak, wbrew 
swoim *asadom, nie dotrzymała słowa. No coz, ich ostatnia 
rozmowa 

background image

  Mimo wszystko trudno było mu uwierzyć, by Robin me była 
tak samo jak on zainteresowana znalezieniem wyjścia z tej 
patowej sytuacji, w jakiej się znaleźli. 
  Podniósł słuchawkę. Był pewien, że znów dzwoni matka. 
- Halo - powiedział. 
- Jared Donovan? 
  Usłyszał dziwnie znajomy głos, choć słyszał go po raz 
pierwszy. Ten sam rozwlekły sposób mówienia, przedłużone 
samogłoski. Zupełnie jak Robin. Ten mężczyzna musiał 
pochodzić z Teksasu. 
- Tak, tu Donovan. 
  - Panie Donovan, tu James Marshall McCord. My 
ślę, ze powinnis'my się spotkać. 
  - To decyzja Robin, a nie moja - powiedział spokoj 
nie Jared. - Nie mogę Zmienić jej zdania. Proszę mi 
wierzyć, próbowałem. 
  - To tradycja rodzinna McCordów. Upór. Jej ojciec 
był najbardziej upartym osłem, jakiego znałem. 
  -  
    

Doceniam to, panie senatorze, ale nie mam pojęcia 

 

prowadzeniu rancza. 

- Tylko o bombach. 
- Wiem o nich dużo - powiedział cicho Jared. 
  - Trzeba mieć wiele odwagi, by stąpać po dyna 
micie. 
  - Większość ludzi uważa to za wariactwo. Za igranie 
ze śmiercią. 
- A ty jej szukasz? 

background image

- Nie, proszę pana. 
  - Znałem takich, którzy jej szukali. W Wietnamie. 
Ludzi, którzy zachowywali się, jakby chcieli zginąć. 
 

kilku takich, którzy pragnęli, by zginęli inni. 

  Jared wiedział z prasowych doniesień, że McCord zastrzelił 
swojego dowódcę, ponieważ ten oszalał i niepotrzebnie 
narażał podwładnych na śmierć. 
  - Czy widziałeś jakieś migawki z mojego wczoraj 
szego przyjazdu do Nowego Jorku? - spytał senator. 
- Niestety, nie - odparł Jared. 
  - To dobrze. Nie jestem z siebie zadowolony. Po 
zwoliłem, by coś odciągnęło moją uwagę - powiedział 
McCord. - To brak profesjonalizmu, czy może po pro 
stu sprytu. Zawsze trzeba wiedzieć, jak się zachować, 
gdy filmują cię kamery. Nawet jeśli twoje myśli błądzą 
gdzieś setki kilometrów stąd, musisz wyglądać, jakbyś 
wszystko kontrolował. Wczoraj wieczorem to mi sienie 
udało. 
  Wypił kolejny łyk whisky, spojrzał uważnie na Jare-da i 
znów się uśmiechnął: 

Czy często przesłuchujesz podejrzanych? 

 
    
Teraz cieszę się, że będę miał wnuki, nie spodziewałem się 
jednak, że dla pierwszego z nich będę nie tylko dziadkiem. Że 
będę musiał stać się dla niego również ojcem. 
  Jareda opanowała fala zazdrości i gniewu. Robin 
postępowała nieuczciwie. Również McCord to rozumiał. 
- Mnie też to się nie podoba - powiedział Jared. 

background image

   - Wiem, trochę dowiedziałem się o tobie. Musiałem 
też spotkać się z tobą osobiście. W dzisiejszych czasach 
nic nie wiadomo. Ludzie miewają dziwne pojęcie 
o odpowiedzialności. 
- Pan mnie sprawdzał? - zapytał Jared. 
   - Nie odpowiada ci to, prawda? Nie licz jednak, że 
będę cię za to przepraszał. Robin jest dla mnie jak rodzo 
ne dziecko. Chciałem się spotkać z mężczyzną, z któ 
rym się związała. Gdy skłoniłem moją córkę, by podała 
mi twoje nazwisko... 
   - Robin nie zamierzała tego zrobić... - przerwał mu 
gwałtownie. 
   - Bo zna mnie zbyt dobrze. Wiedziałaby, że chciał 
bym się z tobą spotkać i jak widać, miała rację. 
   - Ale nie powiedziała panu, dlaczego nie chce za 
mnie wyjść? 
   - Synu, zrozumiałem to od razu, gdy tylko dowie 
działem się, czym się zajmujesz. Wtedy wiele rzeczy 
zaczęło się układać. 
- Z powodu ojca Robin. 
   - Namawiałem go, by stał się zarządcą mojego ran- 
cza. Teraz zaproponowałbym to tobie, ale stanowisko 
jest już zajęte. - Lekko się uśmiechnął. 
   -  
     
tym, co się wydarzyło... lub też zdawało się McCordo-wi, że 
się wydarzyło. Jared nie wierzył w głosy zza grobu. Senator 
chyba też, jak mógł wnosić z jego tonu. 
  - Wczoraj naprawdę myślałem, że słyszę głos Ed- 

background image

wardsa. Mówię ci, ścierpła mi skóra. Ale... - McCord 
zawahał się, jego oczy znowu stały się nieobecne. - Mi 
nęło już trzydzieści lat. Jak po takim czasie można 
dokładnie pamiętać czyjś głos? 
  - Być może chodzi o to, że nazwał pana w sposób, 
w jaki tylko on to robił. Chodziłoby więc o słowa, a nie 
o brzmienie głosu. 
  - Do takiego wniosku w końcu sam doszedłem. 
Z pewnością ktoś wiedział, co może doprowadzić mnie 
do furii. 
- Żeby źle pan wypadł przed kamerami? 
  - Może. Albo tylko chciał przypomnieć mi, co się 
zdarzyło, 
- Kto jeszcze wie, jak Edwards się do pana zwracał? 
  - Wielu chłopców z jednostki, no i wszyscy z naszej 
drużyny. Oczywiście niewielu nas już zostało. 
  Głęboko się zamyślił, a potem nagle wyjął z kieszeni htttkę 
papieru i spojrzał na Jareda. 
  - Mam tu coś, co chciałem ci pokazać, tyle że Robin 
nie powinna się o tym dowiedzieć. To by ją tylko zmar 
twiło. Tak więc nie mów jej o tym, dobrze? 
- Oczywiście, senatorze. 
  Jared nie zamierzał przysparzać dodatkowych stresów Robin. 
Był jednak ogromnie zdziwiony, że McCord dzieli się 
sprawami tak delikatnej natury z kimś, kogo dopiero poznał. 
   
    
- Nie - powiedział Jared. - To nie moja specjalność. 
   - Szkoda, bo bardzo chciałbym ci coś powiedzieć. 

background image

Zastanawiam się, dlaczego o nic mnie nie pytasz. 
   - Na pewno wciąż robią to inni. Jednak zadam panu 
jedno pytanie. Co odciągnęło pańską uwagę wczoraj 
wieczorem? 
- Głos zza grobu - powiedział cicho. 
- Zza grobu? - powtórzył Jared. 
  Czyżby McCord wierzył w spirytystyczne bzdury? No cóż, 
wielu twierdziło, że aby zostać prezydentem Stanów 
Zjednoczonych, nie można być całkiem normalnym... 
   -  Wiem, jak mało wiarygodnie to brzmi. No cóż... 
- Przerwał na chwilę. - Ktoś wczoraj krzyczał do mnie 
z tłumu demonstrantów, który krył się w ciemnościach. 
Nie widziałem jego twarzy, ale wydało mi się, że pozna 
ję jego głos. Intonację, akcent. Coś znajomego. Może to, 
że wołał na mnie „Jimmy". Przez całe życie tylko jeden 
człowiek tak do mnie mówił. Nienawidziłem tego. I nie 
nawidziłem owego faceta. 
Jared czekał. Oczy McCorda nic nie wyrażały. 
- Senatorze, nie bardzo rozumiem... 
   - Zawsze zastanawiałem się, czy to, że go nienawi 
dziłem, odegrało jakąś rolę w tym, że go zabiłem. Mu 
siałem powtarzać sobie miliony razy, że nie, ale gdzieś 
tam we mnie tkwi obawa, że jednak tak. 
   - Chodzi o tego faceta z Wietnamu? - spytał Jared, 
nagle umieszczając tę dziwną rozmowę w jakimś kontek 
ście. Nie rozumiał jednak, dlaczego McCord mu o tym 
opowiada, poza oczywistym faktem, że był poruszony 
   -  
     

background image

z nich może być zapowiedzią groźnych działań. Każdy sygnał 
powinien być sprawdzony. - Jared oddał kartkę McCordowi. - 
Niezależnie od tego, jak śmieszne sprawia wrażenie. Robin 
niepokoiła się charakterem pańskiej kampanii. Uważa, że 
wasze milenijne hasło przyciąga wariatów. 
  - Zgadzam się z panem - przyznał McCord. - Co 
dla pana oznacza „sądny dzień", panie Donovan? - po 
wtórzył słowa użyte w liście. 
  - Koniec świata - powiedział Jared i wzruszył ra 
mionami. 
  - Właśnie, dla mnie też. Ale jak oni zamierzają do 
niego doprowadzić? - McCord uśmiechnął się. - Oczy 
wiście mogą mnie zabić, ale to przecież jeszcze nie 
>ędzie koniec świata... 

Tylko zadzwonię, by ich uprzedzić, że już jadę 

powiedział McCord. - Sztab będzie zaskoczony, że 
iotrę wcześniej. Jestem gadułą i gdy spotkam się : kimś, często 
przedłużam rozmowę. Rozbija to harmonogram ułożony przez 
zespół i doprowadza do szaleństwa faceta odpowiedzialnego 
za mój program - przy-iał z pokorą senator, wyjmując telefon 
komórkowy. 

To zadanie Whitta Emory'ego? - spytał Jared. 

Jechali limuzyną senatora do hotelu, gdzie McCord 
    spotkać się z przewodniczącymi związków nauczy-:ieli. 
Mityng był wyznaczony na godzinę dziewiątą, do Lórej, 
według zegarka Jareda, brakowało jeszcze dwu-ziestu minut. 
Powinni zdążyć przed czasem. Tak więc lokolwiek układał 
plan, będzie zadowolony. 
      

background image

    
   -  To twój rewir, może chciałbyś więc rzucić na to 
okiem - zaproponował senator. 
   Chodziło zatem o sprawę o posmaku kryminalnym, jako że 
Jared służył w policji. Czuło się, że McCord ma wiele 
szacunku dla ludzi tej profesji. 
   -  Oczywiście, jeśli pan sobie tego życzy - powie 
dział Jared. 
  McCord podał mu kserokopię napisu złożonego z liter 
wyciętych z gazet. 
   -  Ktoś wsunął to dziś w nocy pod moje drzwi, kiedy 
spałem. Na szczęście oryginał schowałem w bezpiecz 
nym miejscu. 
  Jared uważnie przeczytał tekst. Ktoś żądał, by McCord 
wycofał się z wyścigu o prezydenturę i ogłosił to w 
przededniu Nowego Roku. 
  Jared nadal nie rozumiał, dlaczego McCord powiedział mu o 
tym głosie, który usłyszał wieczorem, oraz dlaczego pokazał 
mu tę kartkę. Politycy często byli narażeni na różne przykre 
incydenty i nie powinni się nimi specjalnie przejmować. 
   - Ile pogróżek związanych z pańską kandydaturą 
dostał pan do tej pory? 
   - Do diabła, a któż by to zliczył? - odpowiedział 
pytaniem McCord. 
   - I wszystkie okazały się tylko czczymi pogróżkami, 
jak sądzę. 
   - Myślisz, że robię z igły widły - po długiej ciszy 
mruknął senator. 
   - Nie. Kiedy się pracuje w moim fachu, wszystkie 

background image

takie zdarzenia traktuje się poważnie, bowiem każde 
   -  
    
wał też jakiejś rady, dotyczącej jego matrymonialnych 
problemów. 
  - Było mi naprawdę miło poznać cię, Donovan. 
Mam nadzieję, że tobie i Robin uda się dojść do porozu 
mienia. Nie jest łatwo samemu wychowywać dziecko, 
nawet jeśli można liczyć na pomoc ze strony rodziny. 
Oczywiście nie zostawimy Robin samej, niezależnie od 
tego, co się wydarzy. Sądzę jednak, że pragniesz uczest 
niczyć w życiu swojego dziecka. 
  - Oczywiście. Bardzo byłbym wdzięczny... gdyby 
oan dał mi jakąś radę, w jaki sposób mógłbym przeko- 
iać Robin... 
 - 

Mów do mnie Jim - zaproponował McCord, prze- 

ywając jego niezdecydowaną prośbę. - No cóż, nie licz 
la to, że moja bratanica zmieni zdanie na temat twojej pracy. 
Po prostu ma ku temu oczywiste powody, synu. Powinieneś 
poważnie się nad tym zastanowić. 
 Ton głosu senatora był bardzo życzliwy, lecz słowa, tóre 
wygłosił, niezbyt spodobały się Jaredowi. 

Dziękuję za whisky - powiedział. 

  -  Muszę się spieszyć. - McCord szykował się do 
wyjścia z limuzyny, która podjeżdżała na miejsce. - 
Muszę przekonać nauczycieli, że jestem tym, który 
wprowadzi nas bezpiecznie w nowe tysiąclecie. To 
wielka odpowiedzialność. - W jego oczach pojawiła się 
autoironia. - Ale obiecuję ci, że jeszcze porozmawiamy. 

background image

Wiem, gdzie cię szukać. 
   Jared skinął głową. McCord otworzył drzwi ze swojej 
strony. Na chodniku stało wielu ludzi, którzy czekali na 
przyjazd senatora. Ze względu na przyciemnione 
    
    
   -  Nie, za mój harmonogram odpowiedzialna jest 
Robin - powiedział McCord. Jego oczy poweselały. 
Ktoś odebrał jego telefon. - Jestem w drodze. Mówi 
łem, że się nie spóźnię. Będę tam za... - Pytająco spoj 
rzał na Jareda, który pokazał mu dziesięć palców. - Za 
około dziesięć minut. - Przez chwilę słuchał rozmówcy. 
- Dobrze. Do zobaczenia. - Wyłączył telefon i schował 
go do kieszeni. - Czyż te wynalazki nie są wspaniałe? 
- Roześmiał się kpiąco. 
  Powszechnie uważano go za teksaskiego nieokrze-sańca, 
który czuł się nieswojo na salonach władzy. Było to niezgodne 
z prawdą, uznał Jared, ale McCord chętnie taki właśnie 
wizerunek podtrzymywał i robił z niego świetny użytek. 
  Choć był starym politycznym wyjadaczem, który świetnie 
czuł się na Kapitolu, uważano go za prostego, swojskiego 
faceta z głową na karku. Akcentował swoje teksaskie 
pochodzenie, przywiązanie do ziemi i rodziny, jak również 
niezłomność charakteru i umiejętność podejmowania decyzji, 
emanując przy tym niezłomnym urokiem. Nic dziwnego, że 
hasło: „Nowy przywódca na nowe tysiąclecie" zostało tak 
dobrze przyjęte. Wnosił w życie polityczne ożywczą jakość i 
miał duże szansę wygrać jesienią. 

background image

  McCord zaproponował, by Jared pojechał z nim do hotelu, a 
potem wrócił limuzyną do domu. 
  -  Będziemy mogli jeszcze trochę porozmawiać i le 
piej się poznać - powiedział senator. 
  Jared zgodził się na to bez protestów, pozostając 
niewątpliwie pod urokiem stryja Robin. Po cichu oczeki- 
    
     
- Wierzę ci, bo znam dobrze mojego stryja. 
  - Zadzwonił do mnie - powiedział Jared, ciągle czu 
jąc potrzebę usprawiedliwienia się. - Poprosił mnie 
o spotkanie. 
- Próbował nakłonić cię do ślubu? 
  - Dobrze wiedział, kogo tak naprawdę należy nakła 
niać do ślubu. 
Przez chwilę milczała. 
  -  Jest bardzo bystry i domyślny - zgodziła się. - 
Czy zaoferował ci inną pracę? 
  Jared roześmiał się na tak precyzyjne pytanie. Z ulgą 
zauważył, że Robin również, mimo marsa na twarzy, była 
leciutko rozbawiona. 
- Jeszcze nie - powiedział. 
  - Wkrótce to zrobi. Lubi innym urządzać życie. - 
W jej głosie zabrzmiał gorzki ton. 
  - Nie wiem, czy bym poradził sobie na posiedze 
niach, jakie zwołuje senator. 
- A gdybyś potrafił, czy przyjąłbyś wówczas tę pracę? 
  - Nie jestem do kupienia, nawet przez twojego stryja 
- mruknął ze złością. 

background image

- Ja dla niego pracuję. Czy myślisz, że mnie kupił? 
  - Należysz do rodziny. Zresztą, po co w ogóle o tym 
mówimy? Przecież nie zaproponował mi pracy. 
  Pamiętał jednak o wzmiance dotyczącej prowadzenia rancza. 
Formalnie nie była to oferta, ponieważ McCord powiedział, że 
ma kogoś do tej pracy, ale... 
Robin zaśmiała się. 
 . - Zaręczam ci, że to zrobi. Powinieneś być na to 
przygotowany. 
  
    
szyby i to, że siedział po przeciwnej stronie samochodu, Jared 
nie mógł ich rozpoznać. Usłyszał, że McCord po wyjściu z 
auta z kimś rozmawia. 
  Opuścił szybę i spojrzał na demonstrantów. W jakiś sposób 
uniknęli kontroli ochrony, ale poza tym, że tłoczyli się wokół 
auta i wznosili okrzyki, nie sprawiali innych kłopotów. 
  Przez nie zamknięte przez McCorda drzwi ktoś wślizgnął się 
do samochodu. Jared odwrócił się, przekonany, że to senator, 
który pomylił miejsce spotkania z nauczycielami. 
Lecz ujrzał kogoś innego. 
  Robin była tak samo zaskoczona, jak on. Natychmiast 
odwróciła się, by wyjść na zewnątrz, gdy w drzwiach pojawiła 
się głowa McCorda, który powiedział: 
  -  Macie sobie co nieco do powiedzenia. Wasze 
dziecko jest w drodze. Już czas, byście zaczęli myśleć 
 

nim, a nie o własnych odczuciach. Wybierzcie się na 

przejażdżkę. Gus nic nie usłyszy przez przegrodę. 
  - Stryju... - zaczęła Robin z pretensją w głosie. 

background image

Wyraźnie czuła się oszukana. Przypuszczała, że również 
Jared maczał w tym palce. 
  - Nie chcę tego słyszeć, Robin - powiedział senator. 
- Oboje się w to wpakowaliście i jesteście za to odpo 
wiedzialni. A rozmowa nic nie kosztuje. 
Szybko zamknął drzwi, by nie słyszeć jej protestów, 
 

limuzyna ruszyła. W samochodzie zapadła cisza. 

Nie miałem z tym nic wspólnego - wyjaśnił Jared. 

Odwróciła się, wyraźnie zagniewana, gdy jednak 
spojrzała mu w oczy, nieco się rozluźniła. 
 
     
rację. No cóż, podczas wielu samotnych godzin co nieco 
przemyślał. 
  -  Czy mógłbyś wyrazić się jaśniej? - zapytała w na 
pięciu. 
  Przez lata podświadomie był przekonany, że bez niego 
jednostka pirotechniczna przestanie istnieć. Było to 
oczywistym wyrazem jego pychy. Być może również, jak to 
kiedyś sugerowała Robin, był uzależniony od zwiększonych 
dawek adrenaliny? 
  - Myślałem o pewnych innych możliwościach - 
przyznał. 
- Lecz nigdy mi o tym nie wspomniałeś. 
 
- Jeszcze nie podjąłem żadnej decyzji. 
Spojrzała mu w oczy. 
- Po prostu... zastanawiasz się nad tym. 

background image

  Nie spodobał mu się ton jej głosu. Zawahał się. Nie chciał 
podejmować zobowiązań, których nie byłby w stanie 
dotrzymać. 
  Robin zastukała w szybę odgradzającą ich od kierowcy. Gdy 
Gus odwrócił się, pokazała gestem, by podjechał do 
krawężnika. Samochód zaczął przeciskać się w kierunku 
chodnika. 

Co robisz? - spytał zaniepokojony Jared. 

   - Wysiadam - oznajmiła. - Gus zawiezie cię, gdzie 
tylko zechcesz. Miło było cię znowu widzieć, nawet 
jeśli musiał to zorganizować stryj Jim. 
   - Jak rozumiem, nasza rozmowa dobiegła końca - 
powiedział z gniewem Jared. Miał nadzieję, że Robin 
ucieszy się, gdy wyzna jej, iż zastanawia się nad nowy 
mi możliwościami. Jednak zamiast tego... 
   -  
    
- On martwi się o ciebie - powiedział Jared. 
  - Zawsze martwi się o mnie i o Levi. Chce wygła 
dzić wszystkie wyboje na naszej drodze. Dlatego spot 
kał się z tobą. Koniecznie chce nas doprowadzić do 
ołtarza. 
  - Dlatego zaprosił mnie do tego samochodu? - spytał 
Jared. - Pewnie kierowca ma przykazane, by nie wracał do 
hotelu, zanim nie pocałujemy się i nie pogodzimy. 
  Mówił z pełną ironii agresją, lecz gdy wspomniał o 
pocałunku, atmosfera nagle się zagęściła. Wspomnienia 
nasuwały się same. 
  - To bardzo  możliwe  - powiedziała  Robin.  - 

background image

W przypadku Jima McCorda niczego nie można wyklu 
czyć, gdy coś sobie postanowi. 
  - On naprawdę wie, co robi. Nie chcę być z dala od 
naszego dziecka. Nie wierzę też, byś ty tego chciała. 
  - Naprawdę to marzę tylko o jednym, a mianowicie, 
byśmy nie sprzeczali się na ten temat. To do niczego nie 
prowadzi. I boli. 
  - Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić - powiedział 
cicho Jared. 
Pragnął tylko ją kochać oraz troszczyć się o nią i 
 

dziecko. 

  -  Ale ranisz mnie, Jared. Sprawia mi ból, kiedy mó 
wisz, że jestem infantylna, ponieważ nie chcę, abyś 
zginął. Nie rozumiem, dlaczego upierasz się, by co 
 

rusz narażać swoje życie. Możesz zająć się czymś in 

nym, równie przydatnym dla społeczeństwa. 

Wiem - powiedział. 

Otwarła szeroko oczy. Po raz pierwszy przyznał jej 
 
     
nie powietrza pchnęło go do przodu. Nie upadł, tylko w kilku 
susach dopadł Robin, która zastygła w przerażeniu. 
  Rzucił ją na ziemię i przykrył własnym ciałem, by osłonić 
przed deszczem gorącego metalu i roztopionego szkła, który 
zaczął na nich spadać. Właściwie tylko tyle zostało z 
limuzyny, w której siedzieli kilka sekund wcześniej. 
   
    
   - Przynajmniej dla mnie. To do niczego nie pro 

background image

wadzi. Łudziłam się, że coś się zmieni, że ty się zmieni 
łeś. Myślałam, że w końcu zrozumiesz, co naprawdę 
czuję. 
- Wiem, co czujesz. 
  - Być może, ale co z tego wynika? Nic. Nadal nie 
zamierzasz niczego zrobić. 
- To nie jest... 
  - Przyznaję się do wszystkich win, o które mnie 
oskarżasz - przerwała mu. - Być może jestem tchórzli 
wa, niedojrzała i co jeszcze tylko chcesz. Chodzi jednak 
 

to, że nie chcę... nie potrafię żyć w nieustannym stra 

chu - dokończyła cicho, z rezygnacją w głosie. - I nie 
chcę o tym więcej mówić. 

A co postanowimy w sprawie dziecka? - zapytał. 

Limuzyna podjeżdżała już do krawężnika. 
  -  My nic nie postanowimy - powiedziała, chwytając 
klamkę. - Natomiast ja zamierzam je urodzić i kochać. 
 

wychować najlepiej, jak będę potrafiła. Niestety... - 

Jej głos na moment załamał się. - Niestety, innej odpo 
wiedzi już nie mam. 
  Otworzyła drzwi i zaczęła wychodzić z auta. Próbował ją 
powstrzymać, lecz szybko cofnęła ramię. Natychmiast 
wyskoczył z samochodu. 
  -  Do diabła, Robin! - zawołał ze złością i ruszył za 
nią. - Robin, poczekaj! - Nawet nie zwolniła, co jesz 
cze bardziej go rozgniewało. - Nie jesteś już w Teksa 
sie, tu jest niebezpiecznie! Dosyć już tego! - krzyknął. 
- Wygrałaś. 
Wraz z falą uderzeniową usłyszał wybuch. Ciśnie- 

background image

 
    
 
  Za bardzo martwił się o Robin, by zwracać uwagę na swoje 
obrażenia. Dopiero gdy przekonał się, że nic się jej nie stało, 
pobiegł ratować szofera. 
  Gusowi udało się otworzyć drzwi i wydostać z auta. Jego 
ubranie płonęło. Jared ruszył ku niemu. Wydawało mu się, że 
minęła wieczność, zanim tam dotarł. Zarzucił na niego swoją 
kurtkę, którą zdążył zerwać z siebie, a potem przycisnął go do 
ziemi i zaczął gasić ogień. Ostatnie płomienie zdusił gołymi 
dłońmi. 
  Wkrótce usłyszał wycie syren, pojawiły się wozy strażackie, 
policyjne i karetki. Dopiero później dowiedział się, że Robin 
przez telefon komórkowy wezwała pomoc. 
   - To chyba wszystko - powiedział lekarz. - Siostra 
powie panu, jak dbać o ranę i oparzenia, ale poza drobną 
niewygodą... 
  - A co z kobietą, która przyjechała ze mną? - zapy 
tał Jared. - Wysoka, rudawa blondynka. Piękna, miała 
na sobie granatowy płaszcz. 
  - Ach, ta. Czeka na zewnątrz. Przynajmniej była tam 
kilka minut temu - powiedział lekarz. 
- Czy ktoś ją zbadał? - zapytał Jared. 
 
- A powinniśmy? Nie wspominała o żadnych obra- 
niach. 
- Jest w ciąży. 
Lekarz spoważniał. 

background image

- Który miesiąc? - spytał rzeczowo. 
 
- Koniec czwartego. 
  - To wszystko powinno być w porządku - powie 
dział. - Oczywiście możemy ją zatrzymać do jutra na 
  -  
ROZDZIAŁ ÓSMY 
  - Miał pan szczęście, panie Donovan - powiedział lekarz. 
  Nawet nie wiesz, jak duże, pomyślał Jared, krzywiąc się, gdy 
pielęgniarka wbijała mu igłę, by znieczulić okolice rany. 
Doktor stwierdził, że wystarczy kilkanaście szwów oraz kilka 
opatrunków, i będzie po wszystkim. 
  Zaiste, szczęście mieli wprost niewiarygodne. Po kłótni, z 
której jak zwykle nic nie wynikło, Robin, wbrew swoim 
zwyczajom, postanowiła w gwałtowny sposób odejść. Wtedy 
on pobiegł za nią, by wciągnąć ją z powrotem do samochodu. 
Gdyby dyskutowali kilkanaście sekund dłużej, nie żyliby 
oboje. Gdyby on chciał wyskoczyć z limuzyny trzy sekundy 
później... 
  Niestety, Gus nie miał tyle szczęścia. Wciąż był na sali 
operacyjnej, jednak lekarze nie mieli większych nadziei, że 
uda mu się przeżyć. 
  Tak, doktorku, pomyślał Jared, naprawdę miałem szczęście. 
  Ledwie uświadamiał sobie ukłucia igły zszywającej 
krawędzie rany. Kawałek metalu wyrwany z limuzyny 
wyżłobił mu dziurę w ramieniu. Nawet tego nie czuł. Nie 
zdawał sobie sprawy, że krwawi, aż wreszcie któryś z 
policjantów zwrócił mu na to uwagę. 
    

background image

WYŚCIGZ CZASEM    

Dobrze się czujesz? - zapytał. 

  Wyglądała jak żołnierz, który po raz pierwszy znalazł się pod 
ogniem nieprzyjaciela. 
- Dobrze. 
- Dzwoniłaś do stryja? 
Przytaknęła. 
- A co z twoim spotkaniem? 
 
  - Jakim spotkaniem? - spytała, nie rozumiejąc, o co 
chodzi. 
- Wsiadłaś do limuzyny, by gdzieś pojechać. 
  - Whitt powiedział, że stryj Jim chce mnie gdzieś 
posłać i że powie mi o tym w samochodzie. Widocznie 
obmyślił nasze spotkanie już wcześniej. - Zamyśliła się 
na moment. - Ta bomba była przeznaczona dla stryja 
Jima... 
  To było zupełnie oczywiste. W tym czasie, kiedy ładunek 
wybuchł, senator, zgodnie z harmonogramem, miał jeszcze 
być w drodze. Przybył na miejsce dziesięć minut przed 
terminem, choć zazwyczaj, z powodu swojego gadulstwa, nie 
był zbyt punktualny. 
- Na to wygląda - powiedział Jared. 
  - Myślałam, że to już się skończyło. - Robin wes 
tchnęła. 
  - Senator już miał takie... problemy? - zapytał 
ostrożnie. 
  - Ktoś usiłował przekonać go, by zrezygnował 
z kandydowania. Przynajmniej... - Robin zawahała się 

background image

i zmarszczyła brwi. 
  - Dzisiaj ten „ktoś" użył skutecznego argumentu - 
powiedział ironicznie Jared. 
  -  
 
 
    
obserwacji, ale nie sądzę, by było to potrzebne. Czy została 
uderzona jakimś odłamkiem? 

Kiedy bomba wybuchła, powaliłem ją na ziemię. 

- Zawahał się, nie wiedząc, jak wyrazić swoje obawy. 
- Do diabła, nie wiem, ale coś mogło się stać. Myślę, że 
ktoś powinien ją zbadać. 
 
  - Zbadam ją - obiecał lekarz. - Może już pan zało 
żyć koszulę. Czy ma pan płaszcz? 
  - Miałem kurtkę - powiedział. Znowu poczuł za 
pach palącego się ciała. - Ale została zniszczona. 
  - Poszukamy dla pana czegoś w magazynie rzeczy 
znalezionych... 
- Nie trzeba. Obiecał pan zbadać Robin. 
- To pańskie dziecko? 
  - Tak - przyznał Jared. Lekarz był pierwszą osobą, 
której to powiedział. 
  - Rozumiem pańską troskę. - Lekarz dotknął jego 
ramienia w geście pocieszenia. - Zaraz wrócę. I proszę 
się nie martwić, w tym stadium ciąży dziecko jest świet 
nie chronione przez ciało matki. 

background image

  Łatwo ci mówić, pomyślał Jared, bo tu nie chodzi o twoje 
dziecko. Cholernie łatwo. 
  Dostał jakieś pigułki, pakiecik ze sterylnymi tamponami i 
tubę maści na oparzenia ręki. Musiał przyznać, że piekielnie 
bolały. Środek znieczulający przestawał działać. Siedział na 
tylnym siedzeniu taksówki, z tułowiem pochylonym do 
przodu, by nie ocierać ramieniem o oparcie. 
   Szybko się opanował, postanowił nie poddawać się bólowi. 
Spojrzał na Robin. Była bardzo blada. 
    
     
dział, co wydarzyło się w Wietnamie. Myśleliśmy, że jest już 
po wszystkim. 
  - Działa więc ktoś inny, nie związany z Wietnamem. 
Ktoś, komu senator przeszkadza. 
  - Ci demonstranci, ktoś musi nimi sterować. A nie 
którzy z nich sprawiają wrażenie ludzi zdolnych do 
wszystkiego... 
  - To tylko zwyczajna wrzeszcząca zgraja. - Jared 
wciąż nie traktował ich poważnie. - Od protestu do 
zabójstwa daleka droga. Ten, kto wydziera się na ulicy, 
raczej nie planuje skomplikowanych operacji. 
  - Są tam oszaleli z nienawiści fanatycy - powiedzia 
ła cicho. - Podczas tamtego zamieszania jeden z nich 
próbował zatrzymać mnie w tłumie, gdy byłam już przy 
drzwiach do hotelu, schwycił mnie za ramię. Miał mord 
w oczach. 
- Nie mówiłaś mi o tym. 
  - Prawie o tym zapomniałam. Ciągle krzyczał, że 

background image

McCord chce nas wplątać w następną wojnę, że próbuje 
sprowadzić na nas zagładę. Zachowywał się jak szale 
niec. Boże... 
  - Masz rację, pełno tu groźnych wariatów, a jeden 
z nich podłożył bombę w samochodzie twego stryja. 
- Jared nie lekceważył już zdania Robin. 
  - Oni nie wiedzą, że takie działania nie odniosą skut 
ku. Senator podejmie wszystkie możliwe środki bezpie 
czeństwa, ponieważ nie jest głupcem, ale na pewno nie 
wycofa się z walki - zapewniła z przekonaniem. - Nig 
dy tak nie postępuje, po prostu nie potrafi. Jest typem 
wojownika. 
  -  
    
   - On działał w Teksasie i już nie żyje - wyjaśniła 
Robin. - Nie mam pojęcia, kto to mógł być tym razem. 
  - Z tego wniosek, że jeszcze komuś zależy na tym, 
by senator nie został prezydentem. 
  Jared, zgodnie z obietnicą, nie wspomniał o groźnym 
anonimie, jaki otrzymał McCord. Być może po ostatnich 
wydarzeniach dotrzymywanie tajemnicy nie miało sensu, ale 
nie chciał dodatkowo obciążać Robin, która była i tak 
ogromnie przybita. 
  - Oni nie rozumieją, że groźby i próby zastraszenia 
tylko wzmagają jego determinację - powiedziała. - 
Wierzy, że może zrobić rzeczy, których nikt inny nie 
potrafi. Jest zręcznym graczem, ale ma też prawdziwe 
poczucie misji. Może przez to sprawiać wrażenie nawie 
dzonego egocentryka, ale ja w niego wierzę. Jest do 

background image

brym i mądrym człowiekiem, który ma wielkie ambicje. 
Przede wszystkim jednak jest dobry. I nagle za coś ta 
kiego... 
- Powiedz mi, co stało się poprzednim razem. 
  - Zaatakował go brat owego oszalałego kapitana, 
którego stryj Jim musiał zabić w Wietnamie. Jake Ed- 
wards nie mógł znieść myśli, że zabójca jego brata 
mógłby zostać prezydentem. Na początku próbował 
szantażować, groził, że jeśli stryj Jim się nie wycofa, 
wówczas opowie całą historię. Stryj jednak sam zamie 
rzał to zrobić. Życiorysy kandydatów są tak dokładnie 
prześwietlane, że niczego nie da się ukryć. 
- Gdy więc McCord nie ugiął się przed szantażem... 
  - Doszło do nieudanej próby zamachu. Ale Jake Ed- 
wards już nie żyje, natomiast stryj publicznie opowie- 
  -  
     
 

 

  - Czy to wystarczy, by dowiedzieć się, kto ją zrobił? 
- zapytała sceptycznie. 
  - Nie natychmiast, ale kiedyś to ustalimy - zapewnił 
Jared. 
  Pracownicy laboratorium wiele razy dostarczali informacje, 
które pozwalały policji lub FBI dokonać szybkiego 
aresztowania. Tu jednak śledztwo będzie bardzo utrudnione, 
ponieważ w przypadku, gdyby bomba została przyczepiona 
przed hotelem, w grę wchodziły setki podejrzanych. 
  No cóż, pomyślał ze skruchą, niepotrzebnie zlekceważył 
obawy Robin. Ci szaleńcy są naprawdę groźni. 

background image

  Zbliżali się do hotelu, do demonstrantów i dziennikarzy. 
Zaraz rozlegną się wrogie okrzyki, a reporterzy zasypią 
rzeczniczkę prasową senatora McCorda pytaniami... 
  Jared pochylił się do przodu i powiedział do taksówkarza: 

Właśnie zmieniliśmy plan. 

 
    
   McCord pytał Jareda, czy ten pragnie śmierci, lecz to 
pytanie powinien zadać również sobie. 
- Rozumiem. 
  - Lecz oni też nie zrezygnują - powiedziała cicho 
Robin. 
   „Oni". Czyli demonstranci, tłoczący się przed hotelem. 
Szaleńcy, nawiedzeni prorocy, dziwacy. Czy ktoś z nich mógł 
przyczepić bombę do podwozia samochodu? - zastanawiała 
się Robin. 
  Tak, to możliwe. Wszyscy patrzyli na senatora, oczekiwali 
jego słów. To tylko sekunda, schylić się, i po wszystkim. 
  -  To nie McCord był celem - powiedziała nagle. - 
W każdym razie nie tylko on. Stałam w drzwiach hote 
lowych, mogli myśleć, że przyjechał po mnie. Że za 
chwilę ruszymy w dalszą drogę. 
  Trudno było przypuszczać, by demonstranci mieli dostęp do 
harmonogramu zajęć senatora, poprzednia wersja więc 
odpadała. Najpewniej bomba została podłożona dopiero 
wtedy, gdy limuzyna podjechała pod hotel, a nie wcześniej, 
jak Jared początkowo przypuszczał. 

To jest możliwe, prawda? - zapytała z niepokojem. 

Nie mógł znieść tego, co oni z nią robią. 

background image

  - Tak - powiedział niechętnie. - Na tym etapie trze 
ba rozważać wszystkie możliwości. Musimy poczekać 
na wyniki z laboratorium. 
- Coś mogą znaleźć we wraku samochodu? 
  - Zbadają każdy jego kawałek, a przede wszystkim 
fragmenty bomby. Za kilka dni będziemy o niej wie 
dzieć naprawdę dużo. 
  -  
     
   Zaczęła wybierać numer. Musi jak najprędzej z tym 
wszystkim się uporać. 
  Właśnie, uporać się. To czuła, kiedy wyrwała się dziś 
wieczorem z limuzyny, głęboko rozczarowana postawą 
Jareda. Nie chciała dłużej słuchać, że jest infantylna i 
samolubna, ponieważ nie ma ochoty jeszcze raz przeżywać 
śmierci najbliższej osoby. 
Ktoś odebrał telefon, jednak nie był to stryj. 
- Mówi Robin McCord. To ty, Paul? 
- Tak, to ja. 
  - Chciałam rozmawiać ze stryjem. Czy jest gdzieś 
w pobliżu? 
  - Pracuje z Whittem nad komunikatem dla prasy. 
Postanowiliśmy, że w porannych wydaniach powinno 
coś się ukazać. 
  Robin była zaskoczona, że mimo tragedii machina 
promocyjna senatora działa pełną parą. Sądziła, że to nie czas 
na cyzelowanie sformułowań komunikatu prasowego. 
Przynajmniej nie przez kilka najbliższych godzin. 

background image

  Ona i Jared o mało nie zginęli, a Gus został ciężko ranny. 
Robin wiedziała, jak bardzo senator go lubił i zawsze domagał 
się, by podczas jego pobytów w Nowym Jorku był jego 
kierowcą. Mimo to obóz McCorda wydawał się bardziej 
zainteresowany przekazywaniem informacji prasie niż tymi 
dramatycznymi wydarzeniami. 
  - Co jest w tym komunikacie? - spytała, starając się 
stłumić nieuzasadniony, jak podpowiadał rozum, gniew. 
- Fakty, o których w tej chwili wiemy - powiedział. 
- To znaczy? Co już w tej chwili wiadomo? Paul, 
 
 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
  -  Wiem, że nie masz ochoty tutaj być, ale nie przy 
szło mi do głowy inne miejsce. Nikt z tych wariatów 
mnie nie zna, nikt z nich nie wie, gdzie mieszkam. 
Możesz kontaktować się ze swoim stryjem telefonicz 
nie, z dala od zgrai sprzed hotelu. 
  Robin przytaknęła, omiatając wzrokiem tak dobrze znany jej 
pokój. 
  -  Przeciwnie, nigdzie indziej nie byłoby mi lepiej 
- powiedziała, kładąc torebkę na stole obok kanapy. 
  Przypomniała sobie, niemal wbrew swojej woli, kiedy była 
tutaj ostatni raz. Powiedziała prawdę. Chciała być tutaj, z 
Jaredem. Dzięki niemu czuła się bezpieczna, oddalona od tego 
całego szaleństwa. 
  - Powiedziałam mu, że jedziemy do hotelu. Będzie 
się niepokoił, że nas nie ma. 
  - To zadzwoń do niego od razu - zaproponował 

background image

Jared. - Posprzątam trochę. Dowiedz się też, co z kie 
rowcą. 
  Jednak nie podniosła słuchawki, lękała się bowiem rozmowy 
ze stryjem. Obawiała się jego troskliwości. 
  Doszła też do wniosku, że do szpitala powinien zadzwonić 
senator, bo jemu udzielą więcej informacji. Podobnie było z 
policją. 
    
    
ny i widok płonącego samochodu. Światła wozów straży 
pożarnej i samochodów policyjnych, wycie syren. 
  Spodziewała się śmierci Gusa, mimo to była wstrząśnięta. 
- Robin? - Głos Paula przywołał ją do rzeczywistości. 
- Nie wiedziałam - powiedziała. 
  - No cóż, miał tak straszne obrażenia, że może le 
piej, że tak się stało... - powiedział cicho Paul. 
  - Być może. Miałby przed sobą tylko lata cierpień... 
Ale nie nam o tym wyrokować... Powiedz stryjowi Ji- 
mowi, że zadzwonię do niego rano. 
  Odłożyła słuchawkę. Kiedy przyszli do mieszkania Jareda, 
poczuła się tak bezpiecznie, lecz teraz była tylko odrętwiała, 
znużona... i bardzo samotna. 
  Jared, by pozbyć się zapachu spalenizny, wszedł pod 
prysznic. Nie przewidział jednak, jak trudno będzie mu się 
umyć, mając tyle opatrunków na sobie. Musiał jednak 
zniszczyć ohydny zapach śmierci. 
  Usłyszawszy hałas otwieranych drzwi, szybko przetarł 
zamydlone oczy. Przed otwartą kabiną stała Robin. 

background image

  Drobne perełki wilgoci przylgnęły do pasemek włosów, 
które okalały jej bladą twarz i załzawione oczy. Była naga. 
  O stanie jego umysłu może świadczyć fakt, że potrzebował 
kilku długich chwil, by zauważyć, że Robin nie miała na sobie 
ubrania. Gdy wreszcie dotarło to do niego, wprost oniemiał. 
  Ogarnął ukochaną kobietę wzrokiem. Zmiany, jakie 
zauważył, były subtelne, ale niezwykle prowokujące. 
    
    
jestem w to zamieszana i powinnam orientować się we 
wszystkim, co ma z tym związek. 
  Zapanowała długa cisza. Kiedy Paul wreszcie odezwał się, 
jego głos nie był już tak bezosobowy. 
- Robin, czy u ciebie wszystko w porządku? 
   - Tak, poza tym, że niedawno cudem uniknęłam 
podróży do królestwa niebieskiego. 
- Chyba jesteś... zdenerwowana. 
- Można tak powiedzieć. 
- Pozwól, że znajdę twojego stryja. 
   - Nie kłopocz się. Nie chciałabym przeszkadzać 
w tak ważnej sprawie. Powiedz mu tylko... - Zawahała 
się na chwilę. - Powiedz mu, że przenocuję u przyjacie 
la i zadzwonię rano. 
  Zabrzmiało to dość tajemniczo, lecz z niejasnych dla samej 
Robin powodów zależało jej, by nikt ze współpracowników 
nie domyślił się, że jest u Jareda. 

Czy możesz zostawić numer, pod którym jesteś? 

spytał Paul. - Jestem pewien, że senator będzie chciał 

do ciebie zadzwonić. 

background image

- Przekaż tylko moją wiadomość. 
- Dobrze - powiedział Paul, niechętnie ustępując. 

Jeśli jesteś pewna, że tak powinno być. 

   - Dziękuję - powiedziała Robin. - Paul, czy są ja 
kieś wiadomości o Gusie? 
   - Myślałem, że już wiesz - usłyszała po długiej 
chwili milczenia. - Umarł około pół godziny temu. 
   Robin przymknęła oczy. Koszmar znów powrócił. Gus 
zataczający się po ulicy i biegnący w jego kierunku Jared. 
Zapach materiału wybuchowego, rozlanej benzy- 
    
    
policzek do jej głowy. Oczywiście nie było dobrze, próbował 
jednak jakoś ją pocieszyć, ukoić. Po raz pierwszy w życiu była 
świadkiem morderstwa, a sama cudem uniknęła śmierci. 
  Dla niego nie było to nic nowego, jednak też czuł się głęboko 
poruszony. Wiedział, co ona musi przeżywać. Bezradność, 
straszne poczucie winy, że sama ocalała, a Gus zginął. 
Wiedział, że tylko czas i wymierzenie sprawiedliwości zdoła 
złagodzić jej ból. 
  - To mógłbyś być ty - powiedziała. - Od kiedy cię poznałam, 
zawsze drżałam, że zginiesz w taki sposób. Jak Gus. 
  Te ciche słowa uderzyły go boleśnie. „Od kiedy cię 
poznałam, zawsze drżałam, że zginiesz w taki sposób". Nie 
wiedział tego. A przecież powinien! Tyle razy o tym mu 
mówiła... 
  Lecz on nie myślał w ten sposób. Byłoby to bardzo 
niemęskie. Nie dopuszczał do siebie, że może być rozerwany 
na strzępy lub spłonąć żywcem. Jak stało się to z Gusem. 

background image

Nawet po incydencie w budynku rządowym stłumił w sobie te 
obrazy, bo w innym wypadku nie mógłby już wykonywać 
swojej pracy. 
  Oczywiście gdzieś w środku tliła się obawa, ale skutecznie ją 
dusił, natomiast Robin nigdy tego nie potrafiła. A to, co 
zobaczyła dzisiaj, tylko spotęgowało jej strach. „To mógłbyś 
być ty". 
Dzisiaj im obojgu śmierć zajrzała w oczy. 
  Jared nagle zrozumiał, że w każdej chwili może stracić 
Robin. Być może w tej chwili jakiś opętany nienawiścią łajdak 
planuje na nią zamach, by w ten sposób 
    
    
Piersi wypełniły się, w talii też trochę przybyło, a biodra stały 
się jakby dojrzalsze. Ciąża jeszcze nie była widoczna, lecz już 
w niezwykły sposób przeobraziła Ro-bin. Jared poczuł cud 
nowego życia. 
  A potem ogarnęło go pożądanie. Nigdy nie nasycił się tą 
kobietą, jak i ona nim. Pomimo okazywanego na zewnątrz 
spokoju, Robin miała ogromny temperament i świetnie znała 
potrzeby swego ciała. Rozumiała też pragnienia Jareda. Jeśli 
więc to, że przyszła tu naga, nie było zaproszeniem do 
miłości, znaczyłoby, że niczego już nie rozumiał. 

Co to znaczy? - zapytał cicho. 

  Znowu napłynęły jej do oczu łzy. Nie mogła wykrztusić z 
siebie słowa. 
- Robin? 
- Gus nie żyje - powiedziała wreszcie. 

background image

  Jared przymknął oczy. Wiedział, że szansę kierowcy są 
minimalne, ale jednak... Ujrzał jego spaloną twarz, palce 
prawie zupełnie pozbawione ciała. Mimo to miał nadzieję, że 
ten niewinny człowiek przeżyje i po latach rehabilitacji jakoś 
dojdzie do siebie. Lecz teraz... 
  Robin weszła do kabiny i powoli zasunęła drzwi. Stała tuż 
obok. 
  Jej skóra była niewiarygodnie blada, niemal przezroczysta, 
jak to bywa u prawdziwych blondynek. Teraz pokryta była 
gęsią skórką. Od chłodu, jaki panował w mieszkaniu, lub z 
przerażenia. 
  Otworzył ramiona, a Robin skryła się w nich, jakby zawsze 
tego pragnęła. Wciąż drżała. 

Już w porządku - powiedział cicho, przytulając 

 
    
było tych szaleńców, to zbyt ciężka praca dla kobiety w ciąży. 
Brak snu, nieustanne napięcie... 
  - Wiem - powiedziała, patrząc mu w oczy. - Zamie 
rzam niedługo podjąć w tej sprawie jakąś decyzję. Ale 
teraz mamy tak napięty program... 
  - Do diabła z programem! - przerwał jej. - McCord 
ma pieniądze. Niech zatrudni kogoś, kto cię zastąpi. 
  - Nie o to chodzi. Whitt jest pewien, że gdy tylko 
stryj ogłosi, że nadal kandyduje, natychmiast znajdą się 
ludzie o dużych kwalifikacjach, znacznie większych niż 
moje. 
- I to ma nastąpić w ostatni dzień roku? 
- O północy. To niedługo. 

background image

- Zbyt długo - powiedział gniewnie. 
  To było igranie z ogniem, . Jared miał prawie pewność, że 
następny zamach na McCorda jest nieunikniony i dopóki 
Robin będzie przebywać w jego otoczeniu, naraża siebie i 
dziecko na śmierć. Dlatego powinna zrezygnować z tej pracy 
natychmiast. 
  Uśmiechnęła się, widząc jego gniew. Była jeszcze w szoku, 
ale już dochodziła do siebie. Jared wiedział, że dzieje się tak 
dzięki niemu. Ucieszyło go to ogromnie. 
  -  Jeśli wycofam się z kampanii teraz, ktoś może po 
łączyć to z rewelacjami o Wietnamie, co będzie nieko 
rzystne dla stryja Jima. Zawdzięczam mu zbyt wiele, by 
na to pozwolić. Natomiast po jego przemówieniu moja 
rezygnacja na rzecz jakiegoś fachowca będzie zupełnie 
oczywista. To tylko cztery dni. 
Jared wiedział, że Robin jest zbyt lojalna, by udało 
 
    
ugodzić w McCorda. Zginęłoby wówczas również ich 
dziecko... 
Po raz pierwszy zrozumiał, co ona naprawdę czuje. 

Przepraszam - wyszeptał. 

   Tak długo nie słyszał, co do niego mówiła, zarzucał jej 
tchórzostwo, egoizm i niedojrzałość. Nie doceniał, jak wielką 
ranę odniosła w dzieciństwie i że nadal cierpi z tego powodu. 
Był ślepy i głuchy. 
  Teraz, gdy trzymał ją w ramionach, nie umiał sobie 
wyobrazić, że mógłby ją kiedyś stracić. Oczywiście, to się 

background image

zdarza. Ludzie tracą najbliższych, cierpią, składają kawałki 
roztrzaskanego życia i idą dalej, bo nie mają innego wyboru. 
  Lecz wraz ze śmiercią ukochanej osoby sami też w części 
umieramy. Robin to rozumiała, on natomiast nie. Dopiero 
dzisiaj doznał olśnienia. 
  Odwróciła głowę, ocierając się policzkiem o jego pierś. 
Podniosła dłoń, by odgarnąć pasemko włosów z twarzy. 
Potem koniuszkami palców dotknęła lekko jego ramienia i 
zaczęła delikatnieje masować. Pomimo jej łez, pomimo 
śmierci Gusa, tak jak zawsze silnie zareagował na tę 
pieszczotę. 
  -  Nie pozwolę, by coś takiego stało się ze mną - 
obiecał. - Przysięgam, Robin. Przysięgam ci. 
Odchyliła się i spojrzała mu w oczy. 
  - Po prostu chcę, byś był bezpieczny. Zawsze tego 
chciałam. 
  - Wiem. Zrozumiałem to dopiero dzisiaj. Też prag 
nę, byś była bezpieczna. Musisz wycofać się z kampanii 
McCorda. To zbyt niebezpieczne. A nawet gdyby nie 
  -  
    
   Znowu oparła głowę o jego pierś. Ich ciała ponownie 
zetknęły się. 
- Pamiętasz, jak stworzyliśmy tego facecika? - spytał. 
- Lub małą kobietkę - powiedziała z rozbawieniem. 
  - Prawie cztery miesiące temu. Tak źle mi było bez 
ciebie - przyznał. 
  - Nie wiedziałam, że liczyłeś czas od naszego ostat 
niego rozstania. 

background image

- A jak myślisz, co robiłem? 
- Może spotykałeś się z inną kobietą? 
- Wiesz dobrze, że nie - powiedział. 
  - Nie byłam pewna. To znaczy... przez te miesiące 
wyobrażałam sobie... ciebie z kimś innym. 
  Przycisnął jej głowę do siebie, a drugą ręką zaczął gładzić jej 
plecy. 
  -  Chociaż sprawiało mi to prawdziwy ból, to nie tak 
wielki, jak... 
  Myśl o tym, że zginie. Jak Gus. Jared wiedział już o tym. 
  Wyciągnął rękę i zakręcił wodę. Nagle zapanowała dziwna 
cisza i prawie natychmiast chłód mieszkania zaczął przenikać 
do kabiny. 
  Zdjął ręcznik z wieszaka i zaczaj wycierać Robin, bez 
sukcesu próbował też zetrzeć rozmazany tusz z jej rzęs. 
- Muszę wyglądać jak zmokła mysz - powiedziała. 
- Seksowna mysz. 
  - Dobrze - zgodziła się ze śmiechem. - Prawdziwa 
królowa miłości. Mokre włosy, w ciąży, rozmazany ma 
kijaż. Bardzo seksowna całość. 
  -  
    
mu się ją namówić do rezygnacji z podjętych zobowiązań. 
Poza tym, gdy już nieco ochłonął, doszedł do wniosku, że 
prawdopodobieństwo udanego zamachu jest niewielkie. 
Policja i inne służby postawione są w stan pogotowia, senator 
też na pewno zachowa maksymalną ostrożność. A poza tym 
jest jeszcze on, Jared. 
   -  Do sylwestrowego przemówienia - raczej rozka 

background image

zał, niż się zgodził. - Wezmę urlop na kilka dni i dopil 
nuję, by nikt niepowołany nie zbliżył się do ciebie. Ani 
do twojego stryja. 
  Wsunął dłoń pomiędzy ich ciała, przykrywając niemal 
niewidoczną wypukłość jej brzucha. 
   - To on, czy ona? - spytał, wywołując znowu 
uśmiech na jej twarzy. 
- Nie wiem. 
- Nie jesteś ciekawa? To ma być niespodzianka? 
   - Nie myślałam o tym. Aż do ubiegłego tygodnia 
wydawało mi się to takie nierzeczywiste. 
- Dziecko? 
   - Wszystko. Na początku ciąża była... komplikacją. 
Czymś, do czego trzeba się dostosować, na co trzeba 
uważać. Nie myślałam o tym, że rozwija się we mnie 
prawdziwy człowiek, - Położyła rękę na jego dłoni. 
- Pewnie brzmi to okropnie? 
   - Raczej prawdziwie - powiedział. - Ja także nie 
uzmysławiałem sobie do końca, że to jest dziecko. Aż 
do dzisiaj. 
- A teraz? 
- Teraz tak - przyznał cicho. 
-  
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
  Prawie świętokradztwem było położenie jej drobnego, 
cudownego ciała w tej zmiętej pościeli, pomyślał Jared. Nie 
zadał sobie trudu, by rano posłać łóżko. Nie pamiętał, kiedy 
ostatni raz sprzątał, podczas gdy Robin nienawidziła bałaganu. 

background image

  Niewiele mógł z tym teraz zrobić. Szybko przebiegł 
wzrokiem po pokoju. Wczoraj wieczorem rzucił ubranie na 
podłogę. Na nocnym stoliku leżała do połowy opróżniona 
torebka z chrupkami oraz szklanka po mleku. To była jego 
kolacja, którą przełykał, oglądając wieczorne wiadomości. 
  Dawniej, gdy wiedział, że Robin może do niego przyjść, dbał 
o porządek, ale dziś wieczorem... przecież prawie już stracił 
nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze ją ujrzy... Mimo wszystko 
był winien podziękowania McCordowi. 
  - Dlaczego się uśmiechasz? - spytała Robin. - Chętnie 
usłyszę coś zabawnego. 
  No cóż, na pewno zacny senator nie planował, 
doprowadzając do ich spotkania, że tak szybko wylądują w 
łóżku. Swoje już nagrzeszyli, owoc ich miłości miał się 
dobrze, ale do następnych miłosnych figli powinno 
    
    
- To ja decyduję, co jest seksowne. 
  - Pogratulować gustu. Lubisz kobiety grube, nie 
chlujne i rozczochrane. 
  - Być może, ale to za jakiś czas. Teraz jednak wolę 
kobiety szczupłe... 
  Uśmiechając się, zaczął wycierać jej włosy, które, 
pociemniawszy od wilgoci, przybrały głęboki rudozłoty 
odcień. Kiedy skończył, zdjął ręcznik. Wilgotne kędziory 
zatańczyły nad jej ramionami, uwydatniając bladość skóry. 
Nie mógł oderwać od niej oczu. 
  Nagle zdał sobie sprawę, że Robin nadal drży. Wciąż było jej 
zimno. 

background image

  Wziął suchy ręcznik i znów zaczął ją wycierać, najpierw 
szyję i ramiona, potem brzuch i piersi... 
  Westchnęła cicho. Pocałował ją w usta, a potem niżej i 
niżej... 
  -  Chcę się z tobą kochać - powiedział, wodząc usta 
mi po jej piersi. 
   Czekał. Cisza przedłużała się, a jego pytanie wciąż 
pozostawało bez odpowiedzi. Spojrzał na jej twarz. 
Wyglądała, jakby zatraciła się w tym, co robił. 
- Robin? 
- Tak - szepnęła. - Tak. 
-  
     
   - Gdybyś przestał, to kawałek metalu, który uderzył 
cię w ramię, mógłby wylądować w mojej czaszce. Mam 
poobcierane kolana i podrapane dłonie, ale żyję. Jestem 
za to wdzięczna losowi, a raczej tobie. Dziecko też ma 
się doskonałe. 
- Czy czujesz jego ruchy? 
  - Jeszcze nie, ale to już niedługo - powiedziała Ro- 
bin bardzo cichym głosem, uśmiechając się przy tym. 
- Ty pierwszy się o tym dowiesz... 
  Urwała, jakby czegoś nie dopowiedziała. Jared wiedział, o co 
jej chodziło. Tylko od niego zależało, czy będą ze sobą 
naprawdę razem. Czy stanie się prawdziwym ojcem, będzie 
uczestniczył w porodzie i wychowaniu dziecka. Zależało to 
tylko od niego. 
  -  Ale... - wyszeptała -jeśli o to chodzi, nic się nie 
zmieniło. Nie chcę, by coś się zmieniło... 

background image

  Nagle uświadomił sobie, że kochając się z Robin, nigdy nie 
będą już sami. Było to bardzo dziwne, wprost niesamowite 
przeżycie. Pocałował jej brzuch, gdzie kryła się owa niczego 
jeszcze nieświadoma istotka. 
- Znowu się uśmiechasz - powiedziała. 
  - Jak dziecko zmienia nasze życie... Wszystko sta- 
nit do góry nogami. Pojawi się ktoś, o kogo przez nastę 
pne dwadzieścia lat trzeba będzie troszczyć się bardziej 
niż o siebie. 
  Zauważył to u swoich braci i sióstr. Wszyscy się zmienili. 
Ustatkowali się, skoncentrowani na dzieciach.  są szczęśliwi. 
   Chodzi ci o to, że powinniśmy być bardziej ostroż-'• ~ 
spytała Robin, bacznie obserwując jego oczy. 
    
    
dojść dopiero po ślubie. Żeby wreszcie było tak, jak Bóg 
przykazał. 
  - Zastanawiałem się, czy właśnie to miał na myśli 
twój stryj, kiedy podstępem wsadził cię do limuzyny. 
- To dość wątpliwa koncepcja - roześmiała się. 
- Też tak sądzę. 
  - Nie boisz się, że jak to się zdarza w Teksasie, zo 
staniesz doprowadzony do ołtarza pod lufą? 
  - O wiele spraw ostatnio się martwiłem, ale nigdy 
o to. To ty wciąż dajesz mi kosza. 
  - Dobrze wiesz, dlaczego - powiedziała cicho. - Ła 
two wziąć ślub, lecz ja pragnę, by nasz związek był 
naprawdę trwały. I tylko na taki się zgodzę. 

background image

  Jared nie chciał wznawiać starego sporu. W milczeniu 
przytulił się do Robin i zaczął delikatnie głaskać jej policzki, 
ramiona, piersi... 
  - Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć, zanim 
zaczniemy się kochać? - zapytał. 
- A o co chodzi? 
  - Jesteś w ciąży. Nie wiem, czy trzeba... zachować 
ostrożność. Albo może są jakieś ograniczenia? 
- Nic mi nie przychodzi do głowy. 
   Skinął głową. Jego palec ciągle delikatnie okrążał jej pierś. 
  - Lekarz w izbie przyjęć powiedział, że to, co się 
dzisiaj wydarzyło, nie powinno wpłynąć na dziecko. 
- Niepokoiłeś się tym? 
  - Martwiłem się, czy nic się nie stało, kiedy musia 
łem powalić cię na ziemię. Nie przestałem ani na chwil? 
myśleć o dziecku. 
  -  
    
dłuższym czasie rozgoryczenia i gniewu. Ich fizyczna jedność 
tej nocy pomoże zburzyć wszystkie bariery, jakie między nimi 
powstały. 
  Mieli tylko dla siebie wiele godzin. Nic nie powinno ich 
zakłócić. Poświęcą je tylko sobie. Wzajemnie dawanej i 
otrzymywanej rozkoszy. 

Tak - szepnęła cicho Robin. - Teraz... 

  Wpatrywali się w siebie długo, nic nie mówiąc. Wracali z 
daleka, wyczerpani i szczęśliwi. Nagle przez twarz Robin 
przebiegł cień. 
- Coś się stało? - zapytał. 

background image

  - Nic - szepnęła. - Tylko mam takie głupie prze 
czucie. 
- Chodzi o nas? 
- O przyszłość - powiedziała. 
  - Przyszłość? - powtórzył z niedowierzaniem i za 
śmiał się krótko. - Czyżbyś zajęła się wróżeniem? 
  - Powiedziałam, że to głupie. Zapomnij o tym. - 
Odwróciła głowę i zapatrzyła się w jakiś punkt na ścia 
nie. W świetle lampki nocnej zauważył, że po policzku 
Robin płynie łza. 
- Dlaczego płaczesz? - zapytał delikatnie. 
  - Mam przeczucie... że wydarzy się coś złego... 
strasznego. 
  Spojrzała mu pytająco w oczy, lecz on nie wiedział, co ma 
odpowiedzieć. To, co powiedziała, było zupełnie niepodobne 
do osoby tak zazwyczaj praktycznej i rzeczowej. 

Wiem, że to głupie - powtórzyła. 

 
    
   - O to, że nie mamy pojęcia, jak dziecko bardzo 
zmienia nasze życie. Koniec z wylegiwaniem się w łóż 
ku w niedzielny poranek. I tym podobne sprawy. - 
Uśmiechnął się. 
  - Tak, ostatnio nie wylegiwałam się rankami. Dzięki 
dziecku wyskoczę z tej politycznej karuzeli. 
  - I przesiądziesz się na inną: pieluchy, butelki, kar 
mienie o północy. 
- Już się na to cieszę - powiedziała. 
  - Ja też. -Wstrzymał oddech, zastanawiając się, czy 

background image

nadal będzie odmawiać mu prawa do miejsca w życiu 
ich dziecka. 
  - Myślę, że to najbardziej seksowna rzecz, jaką kie 
dykolwiek mi powiedziałeś - szepnęła z uśmiechem. 
Znowu do oczu napłynęły jej łzy. 
  No cóż, wiedział od swojego rodzeństwa, że ciężarne kobiety 
reagują na wszystko dużo bardziej emocjonalnie. Nagle się 
rozmarzył. Zobaczył Robin, jak karmi ich maleńkie dziecko, 
które ssie jej pierś, którą przed paroma minutami on sam 
pieścił swoimi ustami. Zrozumiał, co Robin miała na myśli. 
Ten obraz był naprawdę bardzo erotyczny. 
  Pochylił głowę i pocałował pierś Robin, dłonią dotknął 
lekkiej wypukłości na jej brzuchu. 
  Poczuł głębokie wzruszenie. Jutro, pomyślał, starając się 
zwalczyć nagły impuls, będzie dość czasu, by się martwić, jak 
ochronić ich przed niebezpieczeństwem. Co zrobić z jego 
pracą. 
  Ta noc jest im dana nie po to, by się martwić. Przyszła po 
czterech długich miesiącach oddalenia i jeszcze 
    
    
   - Co za drań - mruknął, chwytając wreszcie słu 
chawkę. - Tu Donovan. 
  - Mówi Jim McCord. Donovan, mam nadzieję, że 
cię nie obudziłem - powiedział senator obłudnie, bo 
na pewno zorientował się, że jest akurat przeciwnie. 
- Próbuję znaleźć Robin. Pomyślałem, że może jest 
u ciebie. 

background image

  Jared nie miał pojęcia, co Robin wczoraj powiedziała 
stryjowi, gdy rozmawiała z nim przez telefon, nie było jednak 
sensu kłamać. Przecież mogło chodzić o coś poważnego. 
- Zaraz ją obudzę. 
  - Do mnie? - szepnęła ledwie przytomna Robin, 
gdy potrącił ją w ramię i podał jej słuchawkę. 

Tak, senator - wyjaśnił cicho. 

Natychmiast oprzytomniała. 
  -  Witaj, stryju - powiedziała. Potem tylko słuchała. 
Jared wywnioskował z jej miny, że niezbyt podoba jej 
się to, co mówił McCord. 
  Nie mógł tylko domyślić się, czy ma to coś wspólnego z 
kampanią, śmiercią Gusa, czy też z faktem, że znowu znalazła 
się w łóżku Jareda. 
  -  Będę tam - zdecydowała kategorycznie i oddała 
Jaredowi słuchawkę. - Muszę iść. 
  Gdy zaczęła wygrzebywać się z łóżka, Jared przytrzymał ją 
za ramię. 
- Był zły? - spytał. 
- Raczej... zatroskany - powiedziała ostrożnie. 
- Myślałem, że o to mu chodziło. 
- Chce, byśmy zostali małżeństwem - poprawiła go. 
-  
    
- Chodzi o coś, co ma się stać z nami? 
   - Nie wiem, ale czuję, że gdzieś, kiedyś, stanie się 
coś złego. 
Zaśmiał się. 
   - Jako jarmarczna wróżka szybko byś zbankrutowa 

background image

ła. Za mało szczegółów, brak pewności - drażnił się. 
- Wiem - zgodziła się z uśmiechem. 
  Wiedział jednak, że wciąż jest poruszona swoim mglistym 
przeczuciem. 
   - Wszystko przeminęło - powiedział pocieszającym 
tonem. - Nic złego się nie wydarzy. Nie nam. Nie dziec 
ku. Nikomu, kogo znamy. 
- Obiecujesz? 
- Prędzej umrę, niż dopuszczę do tego. 
  Jej uśmiech natychmiast zgasł. Zrozumiał, że powiedział coś 
fatalnego. 
   -  Nic złego się nie wydarzy - szybko powtórzyła 
jego słowa, jakby zaklinała rzeczywistość. Jakby odpę 
dzała wszelkie zło. 
Przytuliła się do niego. Znów odkryli swoją jedność. 
  Przenikliwy dźwięk telefonu wyrwał go z niemal 
narkotycznego snu. Powoli odzyskiwał świadomość. Dopiero 
po czwartym dzwonku zrozumiał, co się dzieje. 
  Sięgając po omacku po słuchawkę, uświadomił sobie, że 
znajduje się nie po tej stronie łóżka, gdzie zazwyczaj sypiał. 
Zajmował ją ktoś inny. 
   Robin. Przyprowadził ją wieczorem do mieszkania, by 
zapewnić jej bezpieczeństwo. Był zamach, zginął Gus... 
Telefon uparcie dzwonił. 
    

 
    

background image

mnie nie będzie. Zrób to od razu, gdy tylko poznasz swoje 
plany. Przyjadę do ciebie. 
- Dobrze. 
- I korzystaj z taksówek - rozkazał. 
Spojrzała na niego. 
- Myślisz, że spróbują jeszcze raz? 
 
  - Musisz zachować ostrożność. Trzymaj się z dala 
od samochodów senatora... i od niego. Mówię poważ 
nie, Robin. Odpowiadasz nie tylko za siebie, lecz rów 
nież za dziecko. 
  - Naprawdę sądzisz, że spróbują jeszcze raz? My 
ślisz, że będą chcieli go zabić przed Nowym Rokiem? 
  Tego właśnie się obawiał. Z listu, jaki pokazał mu senator, 
wiedział, że zrobią wszystko, byle tylko McCord nie zgłosił 
swojej kandydatury. 
  Wiedział to wszystko, a jednak jak głupiec zgodził się, by 
Robin pracowała dla senatora. By przez kilka jeszcze dni była 
w środku tej jatki. 
  -  Musimy zakładać, że oni nadal będą próbować 
- powiedział cicho. - A jeśli zaatakują, nie powinno 
was tam być. Ciebie i naszego dziecka. 
    
 
    
 
 
- Ma wątpliwości, czy to, co robimy, w końcu doprowadzi nas 
do ołtarza. 

background image

  -  Taki duży facet, a tak mało wie o życiu. - Jared 
roześmiał się. 
  Lecz Robin zachowała powagę. Była spięta i zaaferowana. 
- Muszę już iść - powtórzyła. - Czekają na mnie. 
- Oni? 
- Niedługo zbierze się sztab. 
  Skinął głową. Wprawdzie ustalili, że do Sylwestra Robin 
będzie brała udział w kampanii, był jednak temu bardzo 
niechętny. Wiedział również, że Robin nie zgodzi się, by jej 
towarzyszył, a McCord byłby zdziwiony jego obecnością. 
Najpewniej grzecznie, ale stanowczo, wyprosiłby go za drzwi. 
W posiedzeniu sztabu wyborczego nie mogą przecież brać 
udziału osoby postronne. 
  Poza tym Jared musiał pokazać się w pracy, by zwolnić się 
na kilka następnych dni. 

Złapię cię-powiedział. 

Spojrzała na niego pytająco. 
  - Muszę się zameldować - wyjaśnił. - Mam dzisiaj 
służbę, muszę też załatwić urlop. Powiedz, gdzie bę 
dziesz po zebraniu. 
  - W apartamencie stryja Jima. Przynajmniej rano. 
Potem... - Zawahała się, próbując sobie przypomnieć 
rozkład dnia. - Nie pamiętam, a notatki mam w hotelu. 
- Zadzwoń do mnie - powiedział. 
- Tutaj? 
- Dam ci numer do pracy. Zostaw wiadomość, jeśli 
-  
    
   - Antychryst - powiedział Whitt, wciąż się uśmie 

background image

chając. - Koniec świata. Rozumiesz, wszyscy noszą na 
sobie znamię bestii. 
- Zagłada i potępienie - dodał Paul. 
- Co to ma wspólnego z senatorem? - spytała Katie. 
  - Według Avamore'a - zaczął wyjaśniać Paul - gdy 
gospodarki światowe załamią się z powodu awarii kom 
puterów, pojawi się jeden przywódca. Przeciwstawi się 
innym krajom i zapanuje nad całym światem po wielkiej 
bitwie. 
  Paul cały czas uśmiechał się. Robin nie była pewna, czy 
bawiły go proroctwa, czy też ludzie, którzy je głosili. Sama 
nie widziała w tym nic śmiesznego. 
  - Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie - zainto 
nował wielebny Avamore. 
  - Teraz rozumiem, jak to się ma do McCorda - po 
wiedziała Katie i też się uśmiechnęła. Jej uwaga była 
oczywistą aluzją do faktu, że McCord zabił swojego 
dowódcę. 
  - Wyłączcie to - poleciła Robin. Spojrzeli na nią 
z zaskoczeniem. Wskutek hałaśliwego zachowania Ava- 
more'a i jego zwolenników nikt jej dotąd nie zauważył. 

Wyłączcie to, proszę. - Złagodziła swój głos, by za 

brzmiał jak prośba. 
  Paul posłusznie wyłączył dźwięk, chociaż postać pastora 
nadal była na ekranie. Od czasu do czasu widać było, jak 
Avamore unosi ręce w geście protestu lub napomnienia. 

Przepraszam, zapomniałem, że on ci przeszkadza 

powiedział Paul. 

 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 
   „I ujrzałem jedną z jej głów jakby śmiertelnie zranioną, a 
rana jej śmiertelna została uleczona. A cała ziemia w podziwie 
powiodła wzrokiem za Bestią". 
   Otworzywszy drzwi do apartamentu, Robin usłyszała 
grzmiący głos wielebnego Avamore'a dochodzący z 
telewizora. 
  Prorok stał na prowizorycznej platformie przed tłumem 
swoich zwolenników, w większości, wzorem mistrza, 
ubranych w suknię i sandały. W odróżnieniu od rumianej cery 
kaznodziei, ich twarze były sine od mrozu. 
  -  Myślę, że nasz chłoptaś przeszedł do następnej 
klasy - powiedział Paul Farley. 
  Robin ruszyła przez korytarz, ale słysząc uwagę Pau-la, 
przystanęła na progu salonu i spojrzała na zgromadzone 
osoby, nieświadome jej obecności. 
  - O co chodzi? - spytał Whitt Emory. Właśnie sło 
dził sobie kawę. 
  - W ubiegłym tygodniu Avamore określał senatora 
mianem jednego z jeźdźców Apokalipsy, zaś dzisiaj 
McCord jest już samą Bestią. Ta gadka o śmiertelnej 
ranie jest oczywistą aluzją do nogi senatora. 
  - Jaka bestia? - spytała Katie tak głośno, by prze 
krzyczeć Avamore'a. - Nie rozumiem. 
  -  
    
   - Wiem, że ktoś podłożył bombę pod limuzynę. Pod 
samochód, w którym stryj Jim siedział kilka minut 
wcześniej. Zginął człowiek. Podaj mi inny powód, dla 

background image

którego ktoś miałby to zrobić. 
  - Tak, ale nie ma żadnych podstaw, by twierdzić, że 
zamachowiec działał pod wpływem Avamore'a. 
  Nie było na to żadnych dowodów i Robin dobrze o tym 
wiedziała. Z drugiej strony była głęboko przeświadczona, że 
ma rację. Pewnie nie uda się jej przekonać o tym Whitta i 
reszty sztabu, miała jednak nadzieję, że stryj ją poprze. 
  - Dla wielu ludzi jego słowa... - spojrzała na ekran, 
gdzie Avamore wciąż głosił swoje kazanie, a potem na 
senatora - .. .nie są fantazją szaleńca. Dla nich jest to 
prawda objawiona, płynąca wprost od Boga przez usta 
Avamore'a. To prorok, wybrany syn boży. A on powta 
rza tylko to, co wszyscy od maleńkości słyszeliśmy 
w kościele, czyli proroctwa Apokalipsy świętego Jana. 
Taka ponura baśń o końcu świata, która być może kiedyś 
się spełni... przynajmniej chrześcijanie powinni w to 
wierzyć. A on umiejscowił to w czasie i personifikuje 
symboliczne postaci. Przecież według Avamore'a stryj 
jest Bestią. To konkret. 
  - Wiara w nadchodzący koniec świata ma swoich 
zwolenników - powiedział McCord - ale... żeby ktoś 
kojarzył te proroctwa ze mną? Jak ktoś może dokonać 
takiego przeskoku? I jak można poważnie traktować 
kogoś, kto to zrobił? 
  - Kładąc nacisk na nadejście nowego milenium, do 
starczyliśmy ludziom pokroju Avamore'a pokarmu. Ty 
  -  
    
 

background image

 
    

Do niego nic nie mam - powiedziała Robin - tylko 

do tego, co głosi. - Położyła swoją torebkę na szafce 
obok drzwi i weszła do salonu. - Wczoraj wieczorem 
zginął Gus. Mógłby to być równie dobrze stryj Jim. 
I ludzie tacy jak ten... - Spojrzała na postać na ekranie. 

Tacy ludzie są odpowiedzialni za atmosferę nienawi 

ści, prowokują do podkładania bomb. Do zamachów na 
mojego stryja. 
  Nikt się nie odezwał. Whitt opuścił głowę i utkwił wzrok w 
kawie. Katie wciąż z fascynacją patrzyła w ekran. Paul 
odwrócił się i Robin nie mogła zauważyć wyrazu jego twarzy. 
Było jednak oczywiste, że wszyscy poczuli się zakłopotani jej 
wybuchem. Nie pasował do ich stylu. O takich ludziach jak 
Avamore zwykli mówić z lekceważeniem, uważali ich za 
niegroźnych dziwaków, za śmiesznych fanatyków. Może tak 
było, ale we wczorajszym wydarzeniu nie było nic 
zabawnego. 
  -  O co chodzi? - spytał Jim McCord. Stał w drzwiach 
prowadzących do sypialni i patrzył prosto na Robin. 
  Widać było, że właśnie wziął prysznic. Jego gęste włosy były 
ciągle wilgotne, a policzki zarumienione po goleniu. Miał na 
sobie białą koszulę i ciemny krawat w paski, ale jeszcze nie 
założył marynarki. Stało się jasne, że słyszał słowa Robin. 

Wielebny Avamore przyrównuje cię teraz do Bestii 

powiedziała. - Uważam, że takie szerzenie nienawiści 

doprowadziło do tego, co wydarzyło się wczoraj wie 
czorem. 

background image

  -  Robin, nie można tak mówić - zaprotestował 
Whitt. 
    

 
    
chciałby cię skrzywdzić? - spytała. Inni milczeli, jakby uznali, 
że to dotyczyło tylko Robin i jej stryja... lub też o wszystkim 
już wiedzieli. - Stryju? 
  McCord sam zastanawiał się niejeden raz, dlaczego ktoś, 
komu przed trzydziestu laty uratował życie, teraz chciałby go 
zabić. 
  -  To nie musi być ktoś z drużyny. Myślę, że również 
nikt z jednostki... - Przerwał na chwilę, a potem, in 
nym już tonem, kontynuował: - Niektórzy weterani 
wietnamscy stali się skrajnymi pacyfistami, są też tacy, 
którzy znienawidzili Stany Zjednoczone. Ja natomiast 
podczas wojny jeszcze bardziej pokochałem i doceni 
łem ten kraj. I jeszcze usilniej zacząłem popierać armię. 
  Znowu nikt nie zareagował, może ze względu na 
emocjonalny ton jego głosu. 
  - Jednak nie popierają moich poglądów i uczuć - 
dodał po chwili. - Wielu nie podoba się, że chcę popra 
wić naszą gotowość bojową, ponieważ zmniejszy to 
fundusze na programy społeczne. Zdaję sobie z tego 
sprawę. Myślę więc, że nie musi to dotyczyć Wietnamu, 
a nawet spraw wojskowych. Wielu ludziom nie podoba 
się to, co proponuję dla naszego kraju. Moje poglądy nie 
są tajemnicą. Albo zwyczajnie mnie nie lubią - przyznał 

background image

cicho. - Wystarczy przyjrzeć się temu, co dzieje się 
przed hotelem. Posłuchać, co mówią. Tak już jest w po 
lityce. Wierzysz w coś mocno, z pasją, i natychmiast 
znajdzie się ktoś inny, kto równie silnie wierzy w coś 
przeciwnego. 
  - Senatorze, wystarczająco silnie, by pana zabić? 
- spytał Paul Farley. 
  -  
    
zaś, jako przywódca nowego typu, zdolny do podejmowania 
trudnych decyzji, stałeś się wręcz wymarzonym obiektem ich 
zainteresowania. „Nowy przywódca na nowe milenium" - 
powtórzyła z sarkazmem slogan. 
  - A ta znowu to samo - powiedziała Katie wystar 
czająco głośno, by Robin ją usłyszała. 
  - Ciągle uważasz, że przesadzam? Nawet po tym, co 
się stało wczoraj? 
  - Wczoraj stała się tragedia - wtrącił Whitt. - Obie 
cuję ci, że podejmiemy wszystkie środki ostrożności, by 
nic takiego już się nie wydarzyło. 
- Skontaktowałeś się z FBI? - zapytała. 
  - Federalni już się zaangażowali w sprawę- powie 
dział senator. 
- Od kiedy? - spytała zaskoczona. 
- Zanim wyjechałem z Teksasu. 
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? 
  - Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale nie chciałem cię 
martwić. 

background image

  To było możliwe, szczególnie po tym, jak poinformowała go 
o swojej ciąży. 

Co sądzą o wczorajszym zamachu? - spytała. 

Senator milczał przez kilka sekund. Robin wiedziała, 
że nadal chce ją chronić, ale musiał już zrozumieć, że nie 
może nadal wszystkiego ukrywać. Ostatecznie wczoraj to ona 
była bliższa śmierci niż on. 
  - Sprawdzają, czy jeszcze ktoś z mojej drużyny po 
został przy życiu - powiedział. 
  - Jeszcze ktoś? Z Wietnamu? - Przez chwilę rozwa 
żała jego słowa. - Dlaczego ktoś z twojego oddziału 
  -  
    
Hinkley. Biedni nieudacznicy, którzy nigdy nic nie osiągnęli. 
  - Tak więc sugerujesz, abyśmy... nic nie robili? - 
spytała Robin. - Po prostu czekali na następną próbę? 
  - FBI wie, co stało się wczoraj. Zajmują się tym. 
Dziecko, z tego, że ktoś raz próbował, jeszcze nie wyni 
ka, że znów spróbuje. 
  - Od tej chwili zastosujemy wszystkie środki ostroż 
ności, by nic podobnego się nie zdarzyło - obiecał 
Whitt. 
  - W takim razie zacznijmy od usunięcia tych ludzi 
z chodnika - zażądała Robin. 
  - Nie możemy narażać się na zarzut, że dławimy 
wolność wypowiedzi - zaoponował Whitt. 
  - Zastosujcie prawo, które wykorzystuje się do usu 
wania demonstrantów spod klinik aborcyjnych - rzuciła 
Robin. 

background image

  - Sprytna dziewczyna - powiedział senator, patrząc 
na Whitta. 
  - Wychował mnie całkiem sprytny facet - mruknęła 
Robin. - Tyle że nie bardzo potrafi zadbać o siebie. 
  - Nie można żyć cały czas w strachu. W przeciw 
nym razie, umierając uświadomisz sobie, że tak napra 
wdę nie żyłeś, tylko się bałeś. 
  Aluzja do niej i Jareda? To było w stylu McCorda. Nie 
mówić wprost, ale coś sugerować, popychać w jakimś 
kierunku, który był mu bliski. 
  -  Zastosujemy wszystkie środki, by od tej chwili 
kampania przebiegała bez zakłóceń - powtórzył Whitt. 
Robin spojrzała na jego swojską, szczerą twarz. 
 
    
   -  Czy mam ci wymienić polityków, którzy z tego 
powodu zginęli? - odparł McCord. Na ustach miał 
uśmiech, lecz jego oczy były poważne. 
  Znowu nikt nie odpowiedział. Lincoln, John i Robert 
Kennedy, Reagan, Ford... Te listę można by ciągnąć długo. 
Politycy, którzy zginęli w zamachach lub też cudem uniknęli 
śmierci. 
   - To, co stało się wczoraj, wcale nie musi mieć 
nic wspólnego z tym, co on z siebie wypluwa - po 
wiedział McCord, wpatrując się w telewizor. - Lub 
z tym, co głoszą ci szaleńcy sprzed hotelu. Albo z Wiet 
namem. 
   - W takim razie... - Robin zawahała się. - Ponieważ 
ktoś chciał cię wczoraj zabić, musi mieć jakiś powód. 

background image

  Tylko ustalenie, dlaczego ktoś podłożył bombę, może 
doprowadzić do odkrycia sprawcy. Inaczej będą błąkać się po 
omacku. Setki, tysiące podejrzanych... 
   -  Może chodzi o to, że znalazł się ktoś taki jak ja 
- zastanawiał się McCord. - Ktoś, kto ma wizję, jak 
rozwiązać najważniejsze problemy tego kraju. To może 
się bardzo nie podobać. Niektórzy nie mogą znieść, gdy 
jakiś polityk zdobywa rzesze zwolenników. Sukces wy 
wołuje wrogie reakcje. Inny polityk lub partia oraz nie 
które media przystępują do wojny. Chcą zniszczyć to, 
co ktoś inny osiągnął. Zniszczyć jego samego. 
  Przerwał na chwilę, zapatrzył się w okno. Wreszcie 
powiedział spokojniejszym tonem: 
   -  Może to być też ktoś, kto myśli, że zabijając czło 
wieka podziwianego przez innych, w końcu sam coś 
osiągnie. Pełno jest takich w historii. Oswald, Bremer, 
    
     
pod samochód. Jeśli, co było tylko jedną z hipotez, dokonał 
tego ktoś z tłumu demonstrantów. 

Do cholery - mruknął Jared. 

Simpkins zaśmiał się. 
  - Wiesz lepiej ode mnie, że to nie jest prosta sprawa. 
Nie oczekiwałeś chyba, że będziesz miał szczęście i na 
filmie zobaczysz, jak ktoś podkłada bombę. 
- Zawsze trzeba mieć nadzieję - powiedział Jared. 
- Popierasz McCorda? 
   Jared spojrzał na kawałki bomby rozłożone na stole jak 
elementy łamigłówki. 

background image

- Nie zastanawiałem się nad tym. 
- Myślałem, że skoro jechałeś w jego limuzynie... 
- Ktoś, kogo znam, pracuje dla McCorda - wyjaśnił. 
- Ta kobieta z samochodu? Bratanica senatora? 
- Tak. 
  - Skłaniałem się ku McCordowi - powiedział Simp 
kins. - Aż do tej historii z Wietnamu. Niezależnie od 
tego, co mówi, nie sądzę, byśmy kiedykolwiek dowie 
dzieli się, co tak naprawdę tam się wydarzyło. Opowia 
da o tym po trzydziestu latach, kiedy nie ma już nikogo, 
kto mógłby zaprzeczyć. Przynajmniej nikt się nie zgło 
sił. Może czekał z wyjawieniem tej historii do chwili, 
gdy zabrakło świadków? 
  Od czasu ujawnienia sprawy media poszukiwały ludzi, 
którzy przeżyli tą niesławną ekspedycję, na razie jednak nikt 
się nie odnalazł. 
  -  Z tego, co o nim wiem, wydaje się być człowie 
kiem honoru - powiedział Jared, przypominając sobie 
charyzmę senatora z Teksasu. I to, jak Robin kochała 
    
    
W końcu Whitt doczepił swój wóz do zaprzęgu McCor-da i 
wiele by stracił, gdyby stryj Jim wycofał się z wyścigu do 
Białego Domu. Robin mu ufała. 
  Poza tym, miała swoją własną tajną broń, czyli faceta, 
którego Emory i stryj Jim nawet nie brali pod uwagę, a który 
wiedział o szaleńcach konstruujących bomby dużo więcej niż 
ktokolwiek z nich. Faceta, który dla FBI mógłby służyć za 
eksperta. 

background image

  -  Nie sądzimy, by zastosował włącznik czasowy - 
powiedział Bradley Simpkins. - Nie znaleźliśmy żadne 
go śladu. Myślę, że zapalnik zadziałał na zdalny sygnał 
radiowy. 
  Przyglądali się fragmentom bomby zebranym na miejscu 
wybuchu. Fachowcy pracowali nad nimi przez cały dzień. Na 
razie mogli podać tylko wstępne wnioski. 
  Zapalnik sterowany radiem, pomyślał zaskoczony Jared. Był 
przekonany, że czas wybuchu wyznaczono, biorąc pod uwagę 
fakt, że senator często się spóźniał. 
  Byli tylko kilka przecznic od hotelu, kiedy Robin nakazała 
Gusowi podjechać do krawężnika. Ulica była zatłoczona, a 
ponieważ nie podali kierowcy, dokąd jadą, więc nie spieszył 
się. Tak więc możliwe, że... 
- Z hotelu? - naciskał Jared. 
  - Nie da się tego aż tak zawęzić - powiedział Simp 
kins, wzruszając ramionami. - A poza tym taśmy nie 
pokazują nic podejrzanego. 
  Jared poprosił rano, by wydział zwrócił się o kopie filmów z 
przybycia senatora. Miał nadzieję, że kamery uchwycą coś, co 
podpowie, kto mógł podłożyć bombę 
 

 
     
- FBI? - Jared był zaskoczony. 
- McCord ubiega się o prezydenturę. 
  - Jeszcze nie - powiedział Jared, starając się przypo 
mnieć sobie, jakie przepisy obowiązują w takim przy 

background image

padku. - Nie oficjalnie. Ale jest senatorem Stanów 
Zjednoczonych. Myślę, że to jest powód. 
  - Posłuchaj - kontynuował Simpkins - z tego, co 
ten człowiek powiedział, wnioskuję, że zanim to cudeń 
ko wybuchło, już prowadzili jakieś śledztwo. 

Przeciwko McCordowi? Albo komuś z jego sztabu? 

Potrząsnął głową. 
  - Nie. O ile dobrze się domyśliłem, nie po raz pierwszy 
ktoś starał się wyeliminować McCorda z wyścigu. 
  - Jeszcze jedna bomba? - zadał oczywiste pytanie 
Jared, sądząc jednocześnie, że chodzi o człowieka, 
o którym wspomniała Robin, czyli o brata dowódcy 
McCorda z Wietnamu. 
  - Nie podał żadnych szczegółów. Mogłem ci przeka 
zać tylko moje spekulacje. Nic więcej nie wiem. 
- Dziękuję, będę ci zobowiązany. 
  - To następnym razem przynieś mi coś naprawdę 
interesującego. Jakieś wstrętne, podstępne urządzenie, 
w które będę mógł wbić swoje zęby. Prawdziwe wyzwa 
nie intelektualne. 
  - Właśnie opisałeś mój najgorszy sen - roześmiał się 
Jared. 
  - No cóż, każdy z nas ma swoje koszmary - powie 
dział Simpkins. 
- Masz rację. 
-  
    
swojego stryja. Zwykła lojalność nakazywała mu bronić 
McCorda. 

background image

Nie istnieje takie zwierzę jak honorowy polityk 

zaprotestował Simpkins. - To jest sprzeczność sama 

w sobie. 
Jared nie miał ochoty się spierać. 
   -  Zadzwoń do mnie, kiedy z tym skończysz. - 
Wskazał na fragmenty bomby. 
  Byle dotrwać do Nowego Roku, pomyślał. Potem Robin i 
dziecku nic już nie będzie zagrażać... 
  Mimowolnie przez głowę przemknęły mu jej słowa: „Mam 
przeczucie... że wydarzy się coś złego... strasznego". 
- Jasne, gdy tylko coś będę wiedział. 
   - Cokolwiek, nawet jeśli będziesz uważał, że nie 
wiele to da. 
Simpkins spojrzał na niego z uwagą. 

Sprawa osobista? - zapytał. 

Jared przytaknął po kilku sekundach wahania. 
- To nie jest najlepszy pomysł. 
   - Nie mam wyboru - powiedział Jared. - Zadzwoń, 
jeśli przyjdzie ci cokolwiek na myśl. Będę ci wdzięczny. 

Ruszył do wyjścia. 

   -  Powiedziałeś „cokolwiek"? - zatrzymał go w pro 
gu Simpkins. 
Jared odwrócił się. 
- Tak. Jest coś? 
   - Nie wiem, czy to ma jakiekolwiek znaczenie, ale 
pewnie z uwagi na pozycję McCorda FBI pytało, co 
wiemy na ten temat. 
   -  
    

background image

gdy spoglądał na Robin. - Dziecko, nie bierz tego tak 
poważnie. Powiedziałem ci dziś rano, że wszystko jest 
opanowane. Whitt też ci to mówił. 
  -  Tak samo mi wmawiałeś, że sprawa Jake'a Ed- 
wardsa nie ma żadnego znaczenia. A była to oczywista 
nieprawda. Teraz dowiaduję się, że jeszcze przed wczo 
rajszym zamachem otrzymałeś kolejne pogróżki. Od 
kiedy to trwa? - spytała. 
McCord zacisnął usta. 
  - Jedno nie ma nic wspólnego z drugim. Pierwsze 
ostrzeżenie przyszło przed Świętem Dziękczynienia, 
kiedy wszyscy byliśmy w Altamirze. Do diabła, zigno 
rowałbym całą sprawę, gdyby nie... - Przerwał, jakby 
spostrzegł, że powiedział więcej, niż zamierzał. 
- Gdyby nie co? - dopytywała się Robin. 
- Gdyby nie chodziło o Olivię. 
- Grozili Levi? - spytała Robin z niedowierzaniem. 
  - Pomyśleli, że podwinę ogon i ucieknę. Tak, prze 
straszyłem się, ale też dostałem furii. 
- I? - zapytał Jared. 
- Posłałem kogoś, kto się nią zaopiekował. 
- Tak więc nie dokonano żadnej próby... 
  - Nie powiedziałem tego - przerwał McCord Jare- 
dowi. - Powiedziałem tylko, że rozwiązanie, jakie ob 
myśliłem dla ochrony Levi, sprawdziło się. 
- Czy wiesz, kto za tym stał? - spytała Robin. 
  - W te dwie sprawy i jeszcze jedną, która nastąpiła 
później, zamieszany był pewien człowiek. 
- Później?-spytałJared. 

background image

- Próbowali jeszcze raz, ale chcieli dobrać się do 
-  
    
   -  To nie pierwszy raz próbowano pana zabić. Mógł 
pan o tym wspomnieć, pokazując mi ten list. 
  McCord najpierw spojrzał na Robin i dopiero potem znów 
zwrócił się do Jareda. 
  - Myślałem, że to już skończone. Myśleliśmy, że 
wszyscy, którzy byli w to zaangażowani... że wszystki 
mi się zajęto. 
- W co zaangażowani? - pytał Jared. 
  Wiedział, że senator nie chce niepokoić Robin, jednak Jared, 
by skutecznie ją ochraniać, musiał wiedzieć wszystko. 
  - W to, co stało się w Teksasie - powiedział McCord 
wymijająco. 
  - Co dokładnie się stało, senatorze, jeśli mogę wie 
dzieć? - spytał z ledwo ukrywanym sarkazmem. 
  Siedzieli w hotelowym apartamencie McCorda, wreszcie 
sami, tylko we troje. Jared ciągle był rozdrażniony faktem, że 
senator nie powiedział mu wszystkiego jasno. Jeśli nie 
zamierzał wyjawić prawdy, to dlaczego pokazał mu list z 
pogróżkami? 
  Być może chciał go uczulić na bezpieczeństwo Robin, ale nie 
zamierzał dopuszczać go do wszystkich tajemnic. To nie jest 
w porządku, pomyślał Jared. Powinien wiedzieć wszystko, by 
skutecznie wykonać swoje zadanie. 
  - Było dwóch ludzi, którzy nie chcieli, bym kandy 
dował - powiedział McCord. 
- Postanowili pana powstrzymać fizycznie? 

background image

  - Można tak powiedzieć - odparł McCord. W jego 
oczach pojawiły się iskierki rozbawienia, przynajmniej 
  -  
    
- Darlene? - spytał Jared. 
  - Stara przyjaciółka. Agent FBI. Poprosiłem ją, by 
przyjechała na moje ranczo i pomogła mi coś zrobić 
z tymi pogróżkami. No i wtedy rozpętało się piekło. 
Zaatakowali mnie i ją. 
- „Oni", czyli kto? Ilu ludzi brało w tym udział? 

spytał Jared. 

  -  Szef ochrony mojego rancza okazał się bratem 
człowieka, którego musiałem zastrzelić w Wietnamie. 

McCord odpowiadał na pytanie Jareda, ale nie odry 

wał wzroku od Robin. - Współpracował z Billym Bo 
bem Larsonem, który miał porwać lxvi. Billy też nale 
żał do naszej drużyny w Wietnamie. Jeden z tych, któ 
rzy po powrocie z wojny mieli problemy. Całe mnóstwo 
problemów. 
  -  Z powodu tego, co stało się podczas tamtej ekspe 
dycji? - spytała Robin. 
  McCord spojrzał na nią, jakby chciał zrozumieć jej myśli i 
uczucia. 
  - Być może - przyznał. - A może nie. Nie przeczę, 
że podczas tej... Myślę, że to możliwe. 
- Larson winił ciebie - powiedziała. 
  - Do diabła, Billy Bob winił wszystkich. Pojechał na 
wojnę jako zupełne dziecko, nic nie umiał, zasmarkany 
dzieciak, zupełnie nie przygotowany na to, co się tam 

background image

działo. W głęboki, fundamentalny sposób Wietnam go 
odmienił, jak również całe jego życie. Do domu wrócił 
nie ten człowiek. Przez te wszystkie lata nienawidził 
mnie, pewnie dlatego, że potrafiłem ułożyć sobie życie, 
a nawet stałem się człowiekiem sukcesu, podczas gdy 
  -  
    
mnie zamiast do Levi. Tym razem byłem zdecydowany, by 
złapać go, niezależnie od tego, kto to mógł być. I zrobiliśmy 
to. 

My, to znaczy kto? - spytała Robin. 

Senator znowu spojrzał na nią. 
   - Ja i Clint Richards. - Zwrócił się do Jareda. - Clint 
jest miejscowym szeryfem. I... moim synem - powie 
dział cicho. 
- Twoim synem? - powtórzyła Robin zaskoczona. 
   - Kolejna stara tajemnica. Nie jestem z niej dumny. 
Od chwili przyjazdu do Nowego Jorku zastanawiałem 
się, jak ci o tym powiedzieć. Clint jest jednym z powo 
dów, dla których chcę, byście się dogadali i razem wy 
chowali dziecko. Kochanie, nie jest dobrze, kiedy dziec 
ko dorasta bez ojca. Nie zrozum mnie źle, naprawdę 
jestem dumny z Clinta. Wyrósł na dzielnego i porządne 
go faceta, ale... choć jest moim synem, nie mogę sobie 
przypisać żadnej zasługi w jego wychowaniu, ponieważ 
mnie przy tym nie było. Straciłem to wszystko. I w re 
zultacie on ma żal do mnie. Rozumiem to. 
   - Stryju Jimie... - szepnęła wciąż oszołomiona 
Robin. 

background image

   - Rozmawiałem z Clintem. Wiemy, że nasze pokre 
wieństwo wyjdzie na jaw i gazety opiszą tę historię. 
Gdyby rzeczy miały się inaczej... - McCord zawahał 
się, zaciskając usta. - Planowałem, by Clint i Levi byli 
tu ze mną podczas ogłaszania mojej kandydatury, lecz 
w tej sytuacji... 
- Ale ufasz Richardsowi. 
- Ufam mu, a także Darlene. 
-  
 
    
- Ilu z tej dwunastki powróciło z ekspedycji? 
- Pięciu - powiedział cicho McCord. 
- Pan, Larson. Kto jeszcze? 
- Carl Bolton, Frank Reamer i John Stover. 
  Jared, tak jak czuł ciarki na plecach, kiedy wiedział, że 
gdzieś jest podłożona bomba, tak i teraz przeszył go dreszcz. 
  - Jakie były ich specjalności, senatorze? W czym 
specjalizowali się ci trzej? - spytał, znając z góry odpo 
wiedź. 
  - Stover zajmował się łącznością, Reamer był sani 
tariuszem, a Bolton pirotechnikiem. 
- Trafiony - powiedział cicho Jared. 
-  
    
on wręcz przeciwnie. Gdy więc zwrócił się do niego brat Hala 
Edwardsa, z pewnością nie musiał długo go namawiać. Ale 
Larson i Edwards już nie żyją, dlatego... 
  - Być może jest jeszcze ktoś, kogo Edwards „zatrud 

background image

nił". Kogoś, kto przyszedł za tobą aż tutaj - zasugero 
wał Jared. - Kogoś, kto krzyczał tamtej nocy. 
- Nie wiem, dlaczego któryś z nich... 
  - W tej drużynie było dwunastu ludzi - przerwał mu 
Jared. - Mam rację, senatorze? 
- Zgadza się. 
- Proszę mi o nich opowiedzieć. 
  - Dowódcą był Edwards. Wszyscy nazywali go 
Czubkiem. Nie w jego obecności, ale musiał wiedzieć, 
co o nim myślimy. Ja byłem zastępcą. Pozostali byli 
sierżantami, specjalistami w swoich dziedzinach. 
- Działaliście za linią wroga, jak rozumiem. 
  - Na ogół. Naszym zadaniem było wspieranie miej 
scowych jednostek. Szkolenie, rekonesans oraz bar 
dziej.. . delikatne zadania. 
  - I podczas tej ekspedycji zaczęło się dziać coś nie 
dobrego. 
  - Nie coś - poprawił McCord. - To z Edwardsem 
stało się coś złego. Oszalał. 
- Dlatego zaczęli ginąć ludzie. 
  - Dobrzy chłopcy umierali tylko dlatego, że ich do 
wódca zwariował. Kiedy zobaczyłem, że właśnie chce 
rozstrzelać jednego ze swoich żołnierzy, który odmówił 
wykonania szaleńczego rozkazu, równoważnego z pew 
ną śmiercią, postanowiłem, że Edwards już nikogo wię 
cej nie zabije. 
  -  
     

background image

dowi o człowieku w mundurze polowym, który próbował 
wciągnąć ją z powrotem w tłum. 
  Jared był przekonany, że brodacz, który ze względu na wiek 
mógł służyć w Wietnamie, miał coś wspólnego z tajemniczym 
okrzykiem: „Hej, Jimmy". A także z bombą. 

No, to sprawdziliśmy - powiedziała Robin. 

Jared polecił policjantom kontrolującym teren wokół 
hotelu, by szukali brodacza i wypytywali o niego. Zrobił to po 
tym, jak McCord poinformował, że pirotechnik ich oddziału 
był jedną z osób, które przeżyły. 
  Robin nadal nie rozumiała, dlaczego McCord, w 
przeciwieństwie do Jareda, natychmiast nie skojarzył Boltona 
z bombą podłożoną pod limuzynę. Może dlatego, że trudno 
mu było uwierzyć, by jeszcze ktoś z drużyny, poza Billym 
Bobem Larsonem, mógłby życzyć mu śmierci. Przecież ten 
facet zawdzięczał późniejszemu senatorowi życie... 
  Oczywiście to, że Carl Bolton był pirotechnikiem i przeżył 
ekspedycję, nie oznaczało jeszcze, że maczał palce w 
zamachu. To było tylko przypuszczenie. Nie było nawet 
wiadomo, czy Bolton jeszcze żyje. Nawet FBI nie zdołało 
dotrzeć do nikogo spośród pozostałych członków oddziału. 
Przynajmniej na razie. 
  - Wszystko wydaje się pasować - powiedział Jared. 
- kiedy znajdzie się coś, co to wszystko powiąże... 
  - Jared, nie mamy nic. To tylko teoria. Żadnych 
dowodów, zeznań, nic. Jest jedynie jakiś brodacz, o któ 
rym wiemy tylko tyle, że jest przeżarty nienawiścią. 
- Jest wyraźny schemat - upierał się Jared. 
-  

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 
- Mówię ci, nie ma go tutaj. 
- Jeszcze raz - poprosił Jared. 
  - To nic nie da. Nie ma tutaj człowieka, który 
chwycił mnie za rękę - powiedziała znużonym głosem 
Robin. 
- Jesteś pewna, że byś go rozpoznała? 
  W mieszkaniu Jareda oglądali taśmy, na których 
zarejestrowano sceny przed hotelem. Limuzyna odjeżdża i 
przyjeżdża, senator wsiada i wysiada, Robin... oraz tłum 
dziennikarzy i demonstranci. 
  -  O ile nie ogolił brody, nie ostrzygł włosów i nie 
zmienił ubrania. Jeśli spytasz mnie, czy ten facet 
w prążkowanym garniturze od Armaniego to on, odpo 
wiem, że to możliwe. Jeśli spytasz się mnie, czy czło 
wiek, którego wtedy widziałam, jest na tej taśmie, odpo 
wiem, że nie, nie ma go tutaj. 
   Ton jej głosu był ostrzejszy, niż chciała, czuła się jednak 
głęboko rozczarowana. Wszystko, czego próbowali w ciągu 
ostatnich dwudziestu czterech godzin, kończyło się fiaskiem, a 
Nowy Rok był coraz bliżej. 

Cóż, trzeba było sprawdzić - powiedział Jared. 

Też była bardzo zawiedziona, cóż jednak mogła na to 
poradzić. Teraz prawie żałowała, że opowiedziała Jare- 
 
    
ogłosił swoją rezygnację. A przecież jedno wyklucza drugie, 
bo gdyby zamach się udał... 
- Dobry Boże! - przerwał jej gwałtownie. 

background image

  - O co chodzi? - Była przerażona wyrazem jego 
twarzy. 

Oni nigdy nie zamierzali zabić McCorda. 

Dotarło to do niej dopiero po sekundzie. Poczuła się 
bardzo dziwnie, jakby na moment zamieniła się w kamień. 
  -  Ja? - wyszeptała. - A więc jednak to mnie zamie 
rzali zabić? 
  Już przedtem rozważali taką możliwość, lecz teraz zamieniła 
się ona w pewność. W ten właśnie sposób zamachowcy 
postanowili ostrzec jej stryja. Byli gotowi poświęcić dwa 
życia, by powstrzymać jednego człowieka od kandydowania 
na prezydenta. Kiedy doszła do siebie po pierwszym 
wstrząsie, zrozumiała, że zginąłby jeszcze ktoś. 
  Jared, który również był w samochodzie. A Gus... Gus już 
nie żyje. Gotowi byli zamordować wielu ludzi, byle tylko 
senator McCord zrezygnował ze swoich ambicji. By 
zrozumiał, że jego upór przynosi śmierć jego ?i Miższym. A 
on sam pewnie był na końcu tej upiornej listy... 
  - Nie mogli dotrzeć do lxvi, więc zabrali się za 
mnie. I gdyby nie ta nasza głupia kłótnia... 
  - Już dobrze - powiedział szybko i chwycił ją w ra 
miona. Z jej oczu płynęły łzy. 
  - Ci ludzie są chorzy - wyszeptała. - Wysadzi 
li w  powietrze  samochód,  nie  zastanawiając  się, 
  -  
    
- Schemat? - powtórzyła ostrożnie. 
  - Grozili rodzinie McCorda, by zmusić go do rezyg 
nacji. Wiedzą, że groźby pod jego adresem tylko go 

background image

rozjuszą, jednak co innego, gdy wzięli na muszkę jego 
córkę i ciebie. 
- Nikt mi nie groził. 
  - Nie, nie groził, tylko próbował wysadzić w powie 
trze. A wcześniej brodacz usiłował wciągnąć cię w tłum. 
To mało? Co by postanowił McCord, gdybyś została 
ranna w czasie tych zamieszek? 
- To nie ma żadnego sensu - powiedziała Robin. 
  A może jednak? - pomyślała. W ujęciu Jareda wszystkie na 
pozór niezrozumiałe wydarzenia układały się w pewien 
logiczny ciąg. 
  - Co by zrobił McCord, gdyby tak się stało? - zapy 
tał znowu. - Gdybyś została ranna? Gdybyś straciła 
dziecko? 
  - Nikt nie wiedział o tym, że jestem w ciąży. - Poło 
żyła rękę na brzuchu. 
  - Z pewnością wiedzieli jednak o twoim pokrewień 
stwie z McCordem. Uznali, że to jest jedyny sposób, 
by zmusić go do wycofania się: skrzywdzić ciebie lub 
Levi. 
  - A gdy im to się nie udało, postanowili go zabić? 
- spytała z niedowierzaniem. 

Właśnie taki schemat zastosowali w Teksasie. 

Wciąż nie mogła uwierzyć, że ktoś gotów był zabić 
McCorda, byle tylko nie został prezydentem. 
  -  Coś tu nie gra, Jared. Organizują zamach na stryja, 
ale z drugiej strony domagają się, by w sylwestrową noc 
    
    

background image

zapowiedziało. Wtedy pokazuje się swoją siłę. Tak na to 
patrząc, atak na ciebie był bez sensu. A przecież musiał 
czemuś służyć. 
- Czemu? - spytała. 
- Nie wiem. Ale tu jest jakiś ukryty cel. 
  - Próbujesz dopasować logikę do szaleństwa - po 
wiedziała po dłuższej chwili milczenia. - Szaleńcy mo 
gą działać bez powodu. 
  - Zawsze jednak czymś się kierują. Zawsze coś chcą 
osiągnąć. 
  Mówił o ludziach, którzy podkładają bomby. Jared wiedział 
o nich dużo i nie zamierzała z nim polemizować, ale też 
wiedziała swoje. Ktoś, kto podłożył bombę pod limuzynę, był 
szaleńcem. 
   Ktoś taki jak Avamore na pewno jest przekonany, że jego 
słowa mają sens. Tak samo brodacz albo Billy Bob Larson. 
Ktoś, komu cierpienie odebrało poczucie rzeczywistości. Ktoś 
żyjący w świecie koszmarów, jakich ona nie jest w stanie 
sobie wyobrazić, w świecie, w którym wysadzanie ludzi w 
powietrze z powodów politycznych jest uznanym sposobem 
działania. 
To nie jest jej świat. Ani ich dziecka. 
  -  Jutro znowu spróbujemy - obiecała. - Znowu przyj 
rzymy się taśmom. Sprawdzimy w FBI. Zrobimy coś. 
  Cokolwiek, pomyślała. Robić cokolwiek, byle nie poddawać 
się szaleństwu i ciemności. 
  Ton jej głosu wyraźnie wskazywał, że jest na granicy 
wytrzymałości. 

background image

  Jared przytulił ją, pocałował, zaczął delikatnie pieścić. 
Przymknęła oczy, odpowiedziała na jego zachętę. 
    
    
kto w nim siedzi. Oni są zdolni zrealizować swoje pogróżki. 
  Otworzyła oczy i przytuliła się do nagiej piersi Jare-da. 
Wsłuchała się w bicie jego serca. 
- Myślałem, że śpisz - mruknął. 
- Trochę się zdrzemnęłam, to wszystko. 
  Znowu zaczęli się kochać, tym razem powoli i bez 
pośpiechu. Starali się za pomocą seksu zagłuszyć koszmar 
ostatnich dni. I porażającą świadomość, że najgorsze dopiero 
przed nimi. Milenijne przemówienie senatora... 
   Ukradziony czas. Cenne minuty uratowane przed zimnym, 
cuchnącym oddechem śmierci. Chcieli się nimi cieszyć, 
zapamiętać je na zawsze. 
- Myślałem... - powiedział Jared. 
   - Nie - wyszeptała, zamykając oczy, chociaż w po 
koju panowała prawie całkowita ciemność. 
- Dlaczego nie ostrzegł McCorda? - zapytał. 
  Otworzyła z żalem oczy, wiedząc, że Jared nie zrezygnuje z 
dociekań. Był przecież policjantem i czuł się jakoś 
odpowiedzialny za to wszystko. Za to, że zbrodniarze nadal są 
na wolności. Robin to rozumiała. 
- Ostrzegł - odparła, starając się skupić myśli. 
   - Ostrzegli go, mówiąc o sądnym dniu - powiedział 
Jared - lecz nie wspomnieli o tobie. Nigdy tego nie 
zrobili. Nie było więc groźby, tylko próba jej zrealizo 
wania. To nie ma sensu. Gdy się chce kogoś zastraszyć, 

background image

sterroryzować, najpierw mu się grozi i ostrzega, a po 
tem, gdy nadal jest oporny, wykonuje się to, co się 
   -  
    

Brad Simpkins. Siedzisz? 

  Spojrzał na Robin. Też się obudziła i najpewniej słyszała 
głos Simpkinsa. 
- Już usiadłem - skłamał. Robin wykrzywiła usta. 
  - Pamiętasz, jak Unabomber podpisywał swoją ro 
botę? Jak wybijał litery w metalu? W jakimś osłoniętym 
miejscu, gdzie wiedział, że je znajdą? 
  - Pamiętam - przyznał. O co chodzi Simpkinsowi? 
Zaczynał się domyślać. W ustach mu zaschło, serce za 
częło bić szybciej. 
  - Taak... - Simpkins przeciągnął słowo, najwyraź 
niej bawiąc się dramaturgią chwili. 
  Jeśli znalazł coś, co pomoże odkryć sprawcę, ma prawo do 
chwili triumfu, pomyślał Jared. 
- Czy na tej bombie było coś podobnego? 
- Nawet lepiej. Znacznie lepiej. 
  Nastąpiła kolejna przerwa. Brad konsekwentnie budował 
napięcie. 
  - Mamy odcisk palca, mój przyjacielu - powiedział 
cicho. - Wyraźny, jak odcisk stopy dziecka na szpital 
nym świadectwie urodzenia. 
  - Właśnie tutaj - pokazał Simpkins, odsuwając się 
od mikroskopu, by pozwolić Jaredowi przyjrzeć się te 
mu, co znalazł. 

background image

  Brad miał rację. Odcisk był wyraźny, jakby został 
rozmyślnie umieszczony. To był podpis. Jak te inicjały, które 
Unabomber wybijał na każdej wysyłanej pocztą bombie. 

Czy już dałeś do sprawdzenia? - spytał Jared. 

 
    
   - Przejdziemy się, paniusiu? - spytał cicho. Jego 
żart nie był specjalnie wyrafinowany, ale okazał się 
bardzo potrzebny. Ot, taki zwyczajny, nic nie znaczący, 
normalny. 
  - Pamiętasz te nalepki na zderzakach? - zapytała. - 
„Dziecko na pokładzie"? 
Roześmiał się. 
- Zawsze uważałem, że to dość głupie. 
Też tak myślała, ale to było kiedyś. 
- Może zabierzesz dziecko na pokład? - zapytał. 
Roześmiała się. 

A nie masz bomby przymocowanej do kilu? 

  Wisielczy humor. Policjanci często żartowali w sposób, który 
wręcz porażał przypadkowych słuchaczy. W ten sposób 
rozładowywali napięcie. Lecz gdy ktoś spogląda śmierci w 
twarz... 
  - Mam, i to kilka - powiedział zmienionym głosem. 
- Gwarantuję ci wspaniałe eksplozje... 
- Brzmi zachęcająco - szepnęła. 
  Zapomnieli o czasie, którego być może mieli już tak 
niewiele. 

background image

  Jeszcze spali, kiedy zadzwonił telefon. Jared sięgnął po 
słuchawkę. Było już jasno. Do pokoju sączyło się słabe 
światło zimowego słońca. 
  - Donovan - powiedział tym razem głosem nie tak 
zniecierpliwionym. 
  - Nie uwierzysz. - Znał ten głos, ale nie potrafił 
przypisać go do konkretnej osoby. 
- Kto mówi? - powiedział wreszcie. 
-  
    
  - Tak - odparła Robin. - W miejscu, które uznał za 
wystarczająco pewne, że przetrwa wybuch. 
- Czy da się to zrobić? - spytał Whitt. 
- Najwyraźniej tak - powiedziała Robin. 
  Te informacje pochodziły oczywiście od Jareda. Robin 
wyraziła te same zastrzeżenia, i teraz powtarzała jego 
odpowiedzi. 
- Ponieważ tak naprawdę to chce, by go złapano? 
  - Policja sądzi, że jest to rodzaj gry. Ten ktoś mówi: 
„Złap mnie, jeśli potrafisz". 
- Jego odcisków może nie być w archiwach. 
  - Nie wiem. Jared tu przyjdzie, kiedy już załatwi 
wszystko w laboratorium, i być może będzie wiedział 
coś jeszcze. Podałam wam to, co dotychczas ustalono. 
  Jared przyjechał do hotelu tą samą co ona taksówką. 
Demonstranci zostali rozproszeni i puste chodniki przed 
hotelem wyglądały dość dziwnie po dniach i nocach 
krzykliwych protestów. Robin jednak nie pozwoliła, by Jared 
odprowadził ją na górę. Uważała, że w hotelu jest bezpieczna. 

background image

  James McCord, w obstawie agentów FBI, był na spotkaniu z 
organizacją weteranów. Jednak wiele pozycji *.c względów 
bezpieczeństwa wykreślono z harmonogramu. 
  Ponadto McCord powiadomił swoją rodzinę w Teksasie o 
nowych groźbach i poprosił FBI, by jego najbliższym również 
przydzielono ochronę. 
Robin była zadowolona, że nie musiała chodzić z ob- 
SvuvV, mimo że Jared był przekonany, iż bomba prze- 
nacz°na była właśnie dla niej. Dopóki znajdował się 
 
    
   - Chciałem, byś pierwszy to zobaczył. Mówiłeś, że 
to sprawa osobista. 
   - Tak - zgodził się Jared. - Czy zrobisz jeszcze coś 
dla mnie? 
   - Znowu będziesz mi zobowiązany. - Simpkins 
uśmiechnął się. 
   - Wyślij to do biura. Poproś, by wydostali z archi 
wum dokumenty ludzi z oddziału McCorda i porównali 
je z tym odciskiem. 
- McCorda też? 
- Wszystkich - powiedział cicho. 
  Simpkins uniósł w zdziwieniu brwi, ale po chwili skinął 
głową. 
- Dam ci znać - obiecał. 
- Za ile? 
- Powiem, że potrzebujemy tego na wczoraj. 
- Czy to pomaga? 
- Nie, nigdy. 

background image

- To wspomnij o McCordzie. 
- Odcisk palca? - powtórzył Whitt Emory. 
   - To musi być ktoś strasznie niedbały. Potrafi zrobić 
bombę, ale zapomina, by włożyć rękawiczki. Nawet ja 
tyle wiem - zakończył ze śmiechem Paul. 
   - To nie jest przypadkowe - powiedziała Robin. - 
Ludzie z laboratorium sądzą, że odcisk został tam zło 
żony po to, by ktoś, czyli policja, go znalazła. 
   - Poczekaj chwilę - wtrąciła się Katie. - Mówisz, że 
ktoś skonstruował bombę i specjalnie zostawił na niej 
swoje odciski palców? 
   -  
     
  - Ktoś chce go zabić - przypomniał im Paul. - Nie 
nazwałbym tego ucieczką. Uznałbym to za racjonalne 
zachowanie. 
  - Jeśli chodzi o to... - zaczęła Robin, po czym ona 
również zawahała się, czy ma mówić dalej. Nie wiedzia 
ła, czy w tej właśnie chwili powinna podzielić się z nimi 
teorią Jareda, ale uważała, że ci ludzie zasługują, by 
wiedzieć wszystko to, co ona. - Tak naprawdę nie je 
stem pewna, czy oni chcą zabić stryja Jima. 
  - Czy to jest opinia twojego przyjaciela z oddzia 
łu pirotechnicznego? - spytała Katie. - Podkładają 
bombę pod samochód senatora, ale wcale nie chcą go 
zabić? 
- Z pewnością nie chodziło im o Gusa - orzekł Paul. 
- Może nie zależało im również na stryju Jimie. 
- To znaczy? - zapytał Whitt. 

background image

  - Jared sądzi, że to ja byłam celem - powiedziała. 
Już mówiąc to, zdała sobie sprawę, jak śmiesznie muszą 
brzmieć jej słowa dla ludzi, którzy nic nie wiedzieli 
o pogróżkach wobec Levi. 
- Nie rozumiem - zdziwił się Whitt. 
  - Pogróżki wobec stryja nie odnoszą skutku. Może 
myślą, że podziałają groźby wobec rodziny. 
  - To wydaje się... nieco zbyt daleko idące - zaopo 
nowała Katie, z trudem hamując drwiący ton. 
  - Chcą, by się wycofał, a przy tym nalegają, by zro 
bił to publicznie - powiedziała Robin. - I to w wigilię 
JNowego Roku. Chcą, by zamiast ogłosić swą kandyda- 
tUrę, publicznie się wycofał. 
- Nie chcą, by kandydował - powiedział Whitt. 
-  
    
przy niej, czuła się bezpiecznie. Jared przejawiał obsesyjną 
wręcz troskliwość, a poza tym znał wszystkie zawodowe 
kruczki, których agenci zapewne nawet nie wzięliby pod 
uwagę. 
  -  W takim razie co robimy? - spytała Katie w ponu 
rej ciszy. 
  Podniecenie wynikające z pracy dla najpoważniejszego 
kandydata z pewnością opadło. W małym sztabie Jamesa 
Marshalla McCorda zapanował podły nastrój. 
  Robin wiedziała, że niezależnie od wyników wyborów, 
również Jamesa Marshalla McCorda pozbawi to dużej części 
radości. Jego marzenie o zostaniu prezydentem, nawet jeśli się 

background image

spełni, będzie kosztować znacznie więcej, niż mógł 
przypuszczać. 
  Najpierw musiał przejść przez prasowe piekło wietnamskiej 
historii. Incydent, który nigdy nie miał ujrzeć światła 
dziennego, teraz już zawsze będzie elementem jego biografii i 
zawsze się znajdą tacy, którzy będą wątpić w jego honor i 
uczciwość. 
  Potem grożono jego córce Ołivii, natomiast Jared był 
przekonany, że próbowano zabić Robin. 
  No i śmierć Gusa. Robin widziała, jak te wydarzenia rzuciły 
cień na optymistyczną wizję przyszłości, jaką przedstawiał 
człowiek, którego kochała jak ojca. Stryj Jim wyglądał teraz 
na człowieka starego i zmęczonego. 
  - Pojedziemy do Iowa - powiedział Whitt. - I do 
New Hampshire. 
- Tak więc myślisz... - Katie zawiesiła głos. 
  - Czy myślę, że senator zamierza zrezygnować? 
Nie, jeśli rozumiem McCorda. On nie ucieknie. 
  -  
ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Dlaczego dopiero teraz się o tym dowiadujemy? 

 

to z tych cholernych gazet? - grzmiał McCord następ 

nego dnia rano, rzucając gazetę na stół konferencyjny 
w swoim apartamencie. 
  - Może dlatego, że dziennikarze poświęcili temu 
więcej wysiłku niż policja - powiedział Paul Farley. 
  - Albo więcej pieniędzy - zasugerował Whitt. - Po- 
trząśniesz kabzą i zaraz pojawią się „fakty" wszelkiego 
rodzaju. 

background image

  - A co z FBI? Czy nie sądzicie, że doszli do te 
go w ciągu ubiegłego tygodnia? Jak do diabła może 
my wiedzieć, czy to w ogóle jest prawda? - spyta! 
McCord. 
  - Myślę, że same fakty są prawdziwe - orzekł Whitt 
- natomiast problematyczne są wnioski, jakie z nich 
wyciągnięto. 
  - Fakt, że ci ludzie nie żyją, nie powinien być tak 
zaskakujący, wziąwszy pod uwagę nasz wiek - powie 
dział McCord. - I z pewnością nie powinno to być po 
wodem tego rodzaju insynuacji. 

Cóż, czynią je bardzo ostrożnie - wtrąciła Katie. 

Prasa podała, że z czterech mężczyzn, którzy razem 
 

McCordem przeżyli tamtą ekspedycję w Wietna- 

 
    
   - Ale niekoniecznie pragną jego śmierci - powtó 
rzyła Robin. Ponownie wyczuła, że jej nie dowierzają. 
  - Może nie chcą robić z niego męczennika? - zasu 
gerował Paul. 
  To mógł być powód, pomyślała. Ktoś chce go poniżyć, 
odebrać mu dobre imię. A gdyby McCord zginął w zamachu, 
jego wizerunek byłby ocalony. Stałby się człowiekiem 
niespełnionych nadziei, mężem stanu, któremu zbrodniarz 
uniemożliwił wypełnienie dziejowej misji. 
- Następny Kennedy - powiedziała Katie. 
  - Nie wiem. Nie rozumiem ich sposobu myślenia, 
ale sądzę, że powinniśmy serio potraktować to, co mó 
wią. Dokładnie to, co powiedzieli. Oni chcą, by ogłosił, 

background image

że nie będzie kandydował. Chcą, by powiedział, że nie 
nadaje się do wprowadzenia tego kraju w nowe tysiąc 
lecie. Tego właśnie chcą od niego. 
- A jak nie? - spytała Katie. 
  To będzie sądny dzień, pomyślała Robin. Cokolwiek by to 
miało znaczyć. 
  To niejasne, a nawet śmieszne sformułowanie służyło za 
ostateczną groźbę. Sądny dzień, pomyślała znowu. Cokolwiek 
by to miało znaczyć, zostały do niego jeszcze tylko dwa dni. 
    
     
kiedy człowiek, którego chcą wybrać na prezydenta, staje się 
ofiarą pogróżek. 
  - Gdyby to był „Times", a nie taki szmatławiec... 
- powiedział Whitt. 
  - Dobrze wiesz, co to znaczy - przerwał mu gwał 
townie McCord. 
  - Prawdopodobnie nic. Przynajmniej dla pańskiego 
twardego elektoratu. 
  - A jak zrezygnuję z kandydowania? - zapytał. - Je 
śli stanę tu jutro wieczorem i powiem, że nie startuję. 
Wiesz, jak te szmatławce to zinterpretują? 
  Nikt nie chciał odpowiadać na to pytanie. Oczywiście 
McCord miał rację. Prasa połączy decyzję o niekan-
dydowaniu z rewelacją, że trzej mężczyźni, którzy wyszli z 
dżungli z McCordem, nie żyją. Trzej ludzie, których życie 
ponoć uratował, są martwi i nie mogą już niczego potwierdzić 
ani niczemu zaprzeczyć. 
- Sukinsyn - powiedział McCord cichym głosem. 

background image

  - Senatorze... - rozpoczął Whitt, lecz senator mu 
przerwał. 
  - Jeśli wycofam się teraz, to na zawsze będą mnie 
wiązać ze śmiercią tych ludzi. I żadne sprostowania tu 
nie pomogą. Jeżeli nie zgłoszę jutro swojej kandydatury 
i nie odrzucę tych oszczerstw, nie przyrzeknę, że odeprę 
wszelkie oskarżenia, to znajdzie się w tym kraju pełno 
ludzi, którzy zawsze będą wierzyć, że miałem z tym coś 
wspólnego. 
  Ma niestety rację, pomyślała Robin. Gdyby McCord wycofał 
się, nieodwołalnie straciłby swą nieposzlakowaną reputację, 
na którą przez wiele dziesiątków lat 

 
    
mie, trzech nie żyje. I wcale nie zmarli w sędziwym wieku. 
  William Robert Larson, zastępca szeryfa, został zastrzelony 
w Montanie niecały miesiąc temu. Frank Rea-mer, który nie 
należał do najbardziej uczciwych obywateli tego świata, został 
zabity przed sześcioma tygodniami podczas napadu 
rabunkowego. Wykrwawił się na śmierć w ciemnej uliczce w 
Detroit, parę przecznic od swojego mieszkania. 
  I wreszcie, niecałe trzy tygodnie temu, John Stover padł 
ofiarą wypadku samochodowego, kiedy jego furgonetka 
uderzyła we wspornik mostu. Warunki atmosferyczne były 
dobre, a badanie krwi nie wykazało, by Stover pił. Mówiono 
nawet o samobójstwie i spekulowano, że rozmyślnie skierował 
swój samochód na betonowy filar. Problem jednak w tym, że 

background image

nikt z przyjaciół i rodziny nie mógł się domyślić motywu, dla 
którego Stover miałby odebrać sobie życie. 
  Te dziwne zgony, które nastąpiły w okresie zaledwie kilku 
tygodni, wywołały lawinę plotek. Gazeta czyniła aluzję, 
wprawdzie subtelną i ostrożną, że ambicja może doprowadzić 
człowieka do morderstwa. 
  - Jak do diabła... - powtórzył McCord, potrząsając 
głową. 
  - Dobrą wiadomością jest to, że odnotowaliśmy 
wzrost w sondażach - powiedział Paul. - Niezbyt duży, 
ale zawsze... 
  - Dzięki temu? - spytała Robin z niedowierza 
niem w głosie. 
- Dzięki bombie - wyjaśnił Paul. - Ludzie nie lubią, 
-  
     
   -  Nie sądzę, byś mógł wycofać się bez poważnego... 
uszczerbku - powiedziała. - Jednak, stryju, tę decyzję 
tylko ty możesz podjąć. 
  Przytaknął, ciągle patrząc jej w oczy, jakby byli sami w 
pokoju. 
  To był długi dzień, pomyślała Robin, czekając na Jareda. 
Długi, brzydki dzień, podczas którego ta historia, rano będąca 
tylko artykułem w jakimś piśmidle, przeniknęła do poważnych 
mediów. Robin przez wiele godzin odpowiadała na telefony, 
mówiąc praktycznie to samo: 
  -  Senator nie miał pojęcia o śmierci tych ludzi aż do 
pojawienia się tego artykułu. Jest wstrząśnięty i skon 
sternowany, ale wierzy, że te wypadki nie mają żadnego 

background image

związku z incydentem w Wietnamie, o którym powie 
dział w ubiegłym tygodniu, a także z pewnością nie ma 
ją nic wspólnego z wyborami. 
Brzmiało to całkiem dobrze. Chciałaby w to wierzyć. 
  Pracowała na górze przez ostatnie dwie godziny całkiem 
sama. Wreszcie nawet telefony, które przedtem dzwoniły 
nieustannie, ucichły nieco. 
  Wzięła torebkę i wyłączyła lampę na biurku. Przeszła przez 
pokój, by zgasić lampę stojącą na szafce. Słabe światło 
prześwitujące z sypialni senatora rzucało długie cienie na 
podłogę, sprawiając, że wszystko wyglądało dziwnie. Na tyle 
dziwnie, że usłyszawszy oczekiwane rzecież pukanie do 
drzwi, nerwowo podskoczyła. Wpuściła Jareda do środka. Po 
wyrazie jego twarzy Poznała, że już wie, co się dzieje. 
   
    
ciężko pracował. Jeśli natomiast zostanie i podejmie twardą 
walkę z insynuacjami prasy, dzięki swej retoryce i charyzmie 
może wygrać. Choć nie będzie to łatwe. 
  Być może bezpowrotnie utracił już szansę na prezydenturę, 
ale może uratować swoje dobre imię. 
  Jeśli jednak nie zgłosi swej rezygnacji, ktoś będzie chciał 
zrealizować swe groźby... 
  Nikt nie wie, jak daleko zamierza posunąć się jego wróg. Ani 
kto nim jest. I dlaczego obrano sobie za cel właśnie McCorda, 
poza faktem, że ktoś nie chce, by został prezydentem. 

Czy myślisz, że to... - Robin wskazała na gazetę 

ma coś wspólnego z pogróżkami, które odebrałeś? 

McCord spojrzał z zaskoczeniem. 

background image

  - Myślisz, że mogli to napisać, by zmusić mnie do 
rezygnacji? 
  - Czas publikacji jest podejrzany. Ciekawe, jakie 
mieli źródło informacji. 
  - Musimy to ustalić - powiedział Whitt. - Mam tro 
chę kontaktów. 
  - Nawet jeśli dowiemy się, od kogo pochodzi ta 
historia - wtrąciła Robin - niewiele będziemy mogli 
z tym zrobić. Już to wydrukowali. Zgadzam się z Whit- 
tem. Podane fakty są zapewne bardzo bliskie prawdy. 
Pewnie zbyt bliskie, by można im zaprzeczyć. 
- Tak więc zgadzasz się, że nie mogę się wycofać? 

spytał McCord. 

  Powinna być mile połechtana, że właśnie ją zapytał o opinię 
w tak ważnej sprawie. Była tu nowicjuszką, ale McCord 
wiedział, że wszelkie dobro leży jej na sercu. 
    
     
   -  Nie chciałem cię rozgniewać - zreflektował się, 
zrozumiawszy, że przekroczył granice. - Porozmawia 
my w domu. 
  Dom. Jego mieszkanie. Robin spędziła tam wszystkie noce 
od czasu wybuchu. Spała bezpiecznie w jego ramionach. Ale 
jeśli on potrafi uwierzyć w coś takiego... 
  - Myślę, że dzisiaj zostanę tutaj - oświadczyła 
chłodno. 
- Co to ma znaczyć do diabła? 
- Może potrzebuję być przez jakiś czas sama. 
  - Słuchaj, przykro mi, że to powiedziałem, ale nie 

background image

zostaniesz tu na noc. Nigdzie nie zostaniesz sama do 
czasu, kiedy to się skończy. 
  - Nic się nie wydarzyło w ciągu ostatnich trzech dni. 
Po prostu czekają na jego decyzję. Może to, co dostało 
się dzisiaj do prasy, miało wywrzeć na niego dodatkowy 
nacisk, ale cokolwiek się dzieje, to nie dotyczy mnie. 
Sam powiedziałeś, że ostrzegliby go, gdyby zamierzali 
mi coś zrobić. Nie ostrzegli wtedy i nie zrobili tego 
teraz. 
  Im dłużej mówiła, tym bardziej była przekonana o swojej 
racji. Poza tym, mimo tego wszystkiego, co się między nimi 
ostatnio wydarzyło, wciąż byli tymi samymi ludźmi, jakimi 
byli w momencie wybuchu bomby. Nie rozwiązali 
najważniejszej sprawy, która ich dzieliła. Byli więc sobie 
jakby... obcy. 
  Przez ostatnie dni przyglądała się, jak umiera marzenie. Od 
dzisiejszego ranka obserwowała śmierć reputa-cJi człowieka, 
którego kochała. Człowieka, któremu 
    
    
- Czytałeś gazety? - spytała. 
- Popołudniówki. Jak McCord to przyjął? 
  - Jest wściekły. Myśli jednak, że teraz nie może się 
wycofać. Że nie może sobie na to pozwolić. Nie po tej 
historii. 
- Zamierza zgłosić swoją kandydaturę? 
  - Nie powiedział tego. Przynajmniej nie słowami, 
ale widziałam to w jego oczach. Czuje się, jakby schwy 
tano go w pułapkę. Jego reputacja będzie zrujnowana na 

background image

zawsze, jeśli teraz podwinie ogon i ucieknie. 
  Jared milczał przez kilka długich sekund, po czym spytał: 
- Czy myślisz, że coś jest na rzeczy w tym, co mówią? 
Skoro Jared mógł zadać takie pytanie... 
- Jak mogłeś choćby o tym pomyśleć? 
 
  - Ponieważ przez całe popołudnie starałem się zgad 
nąć, kto jeszcze mógłby chcieć, by ci trzej ludzie nie 
żyli. 
  - Ty i wszyscy wokół zakładacie, że jest coś podej 
rzanego w tych wypadkach - powiedziała zagniewana. 
- Wiemy, co robił Larson, kiedy dosięgła go śmierć. 
Próbował porwać Levi. Dlaczego sądzisz, że pozostałe 
dwa incydenty nie były tym, co napisano, czyli wypad 
kiem i napadem rabunkowym? 
- Bo jestem od piętnastu lat gliną. 
  Był policjantem i nauczyli go myśleć w ten sposób, ale w tej 
chwili oskarżał jej stryja o morderstwo. 
  -  I właśnie dlatego nie zrezygnuje - powiedziała 
z gniewem. - Obawia się, że każdy uzna to za przyzna 
nie się do winy. 
    
    
stryj zgłosi swoją kandydaturę, będziemy musieli się spieszyć. 
To znaczy oni będą musieli - poprawiła się po chwili. 
- Nie żal ci z tym się żegnać? 
  - Trochę - przyznała. - Jednak polityczna walka nie 
jest tym, co tak naprawdę chciałabym robić w życiu. 
Jest to zbyt... 

background image

- Niebezpieczne? 
  - Nie, nie o to chodzi. Zbyt wiele tu agresji i niena 
wiści. Ale może dotyczy to tylko tej kampanii. Zastana 
wiam się, co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy nie wy 
brali tematu milenium. Albo gdyby incydent wietnam 
ski nie został ujawniony. 
  - Naprawdę nie uważam, że McCord zabił tych lu 
dzi, by powstrzymać ich od mówienia - powiedział. 
Położył dłonie na jej ramionach i zaczął je delikatnie 
masować. - Przykro mi, że to zasugerowałem. To było 
by po prostu... 
- Szalone - przerwała. 
  - Czasami, gdy ludzie czegoś bardzo chcą, potrafią 
się tak uwikłać, że... wszystko wydaje się im uspra 
wiedliwione. 
Odsunęła się od niego. 
- Nie miałem na myśli McCorda - dodał szybko. 
- Kto jeszcze chciałby ich śmierci? - spytała. 
  To było fundamentalne pytanie. Odpowiedź na nie mogła 
wyjaśnić wszystko. 
  Jeśli to potrwa dłużej, zabraknie gorącej wody, po-mys'lał 
Jared. Ale najwidoczniej ani on, ani Robin nie 
   
    
winna jest więcej, niż kiedykolwiek będzie w stanie odpłacić. 
   -  Po prostu... posłuchaj mnie - powiedział cicho, 
tonem, któremu zawsze trudno było jej się oprzeć. - 
Teraz nie potrwa to długo i potem, niezależnie od te 
go,  co się wydarzy,  będzie po  wszystkim.  Może 

background image

masz rację. Może nie masz nic wspólnego z tym, co się 
dzieje, ale co szkodzi zachować ostrożność przez jesz 
cze jedną noc. Dla dziecka, Robin, jeśli nie dla czegoś 
innego. 
  Przed tym argumentem trudno było się jej obronić. Miał 
rację. Chodziło tylko o jedną noc, być może ostatnią, jaką w 
ogóle spędzi z Jaredem. 
  Chciała tego. To było takie kuszące. Po tak ciężkim dniu 
marzyła tylko o tym, by wtulić się w ramiona Jare-da i 
pozwolić mu, by się o nią zatroszczył. Może odzyska siły, 
kiedy to się skończy, ale teraz... 
  Skinęła głową. Na jego twarzy pojawiła się ulga. Odłożyła 
torebkę, a Jared poszedł do szafy, by wyjąć z niej płaszcz 
Robin. 
   - Gdzie się podziali wszyscy? - spytał, spogląda 
jąc w ciemny korytarz prowadzący do jakby wymarłego 
salonu. 
   - Stryj Jim je kolację ze starym znajomym, byłym 
senatorem z Nowego Jorku. Reszta ludzi zapewne pa 
kuje się. 
- Pakuje się? 
- Jadą jutro do Iowa. Wszyscy poza Whittem. 
- Nie będzie ich tutaj podczas przemówienia? 
- Nigdy nie było tego w planach. Nie ma czasu. Jeśli 
-  
     
wiedziałem Bradowi, by wzięli pod uwagę wszystkich 
żyjących, ale... FBI czegoś nie zrozumiało. 

background image

  Czekała, nie mając pojęcia, co chce jej powiedzieć. Że 
sprawdzili również odciski palców stryja Jima? 
- I kiedy wszystko porównali, dopiero się okazało... 
- Stryj Jim? 
  Spojrzał jej głęboko w oczy. Wiedziała, że jej pytanie go 
zaskoczyło, sama też nie rozumiała, dlaczego je zadała. 

Henry Edwards - powiedział Jared. 

  Przez chwilę nie zdawała sobie sprawy, o kim on mówi. Po 
chwili już wiedziała, dlaczego Jared ma taką minę. Kapitan 
Henry Edwards. Człowiek, którego miał zabić Jim McCord. 
  - On nie żyje - szepnęła półprzytomnie. - Nie żyje 
od trzydziestu lat. 
  - Widać jednak żyje. - Głos Jareda brzmiał cicho, 
ale pewnie. 
  To był jedyny logiczny wniosek. Odciski kogoś, kto zginął 
przed wieloma laty, nie mogły znajdować się na bombie. Z 
tego wynikał inny wniosek: ponieważ człowiek, o którym 
McCord sądził, że zabił go dawno temu, żył, tajemnica, którą 
senator ukrywał przez prawie trzydzieści lat, była czymś 
innym, niż myślał. 
  - Teraz wiemy, komu mogło zależeć na śmierci tych 
ludzi. 
  - To niemożliwe - powiedział McCord. - Byłem 
tam. Mówię wam, Edwards nie żył, kiedy go zostawili 
śmy, odchodząc. 
  -  
    
mieli ochoty z tym skończyć. Dawno uporali się z 
praktycznym celem kąpieli, pozostały czas spędzony w małej 

background image

kabinie prysznicowej poświęcili na przyjemności. Udało im 
się przeprowadzić parę przyjemnych inter-ludiów. 
  Nagle Robin zeszty wniała. Tyle czasu poświęciła, by usunąć 
napięcie całego dnia, a tu... 

Słuchaj! - rzuciła. 

   Gdy zakręcił kurek, telefon zadzwonił ponownie. Musiał 
podnieść słuchawkę, zbyt wiele się działo, a stawka jest zbyt 
wysoka. 

Nie ruszaj się, zaraz wrócę. 

   Odsunął skrzypiące drzwiczki i owinął się ręcznikiem. 
Szybko dopadł do telefonu. 
- Donovan - powiedział. 
  - Już wiemy, czyj to odcisk - poinformował Brad 
Simpkins. - Nie uwierzysz, do kogo należy. 
  „Zaraz wrócę" przedłużyło się do kilku minut i 
zaniepokojona Robin wyszła z kabiny. Właśnie owijała się w 
ręcznik, kiedy Jared znowu pojawił się w drzwiach łazienki. 
Od razu wiedziała, że stało się coś złego. 
- Mów - powiedziała szybko. 
  - Wiedzą już, do kogo należy ten odcisk palca. - To 
powinna być dobra wiadomość, ale po tonie głosu po 
znała, że tak nie jest. 
- Mów - powtórzyła z bijącym sercem. 
  Dobry Boże, niech to nie będzie jego odcisk, modliła się w 
duchu. 

Sprawdzili wszystkich - powiedział Jared. - Po- 

 
     
  - Do  diabła,   strzeliłem  do  niego!   -  wrzasnął 

background image

McCord wyprowadzony z równowagi. - Myślałem, że 
go zabiłem. Chciałem zabić sukinsyna. 
  - I po trzydziestu latach on postanawia dobrać się do 
pana? - spytał Whitt sceptycznym tonem. 
  - Wszystko to spowodowała decyzja o kandydowa 
niu - powiedziała Robin. - Edwards nie mógł znieść 
myśli, że człowiek, który... strzelił do niego, może 
osiągnąć takie stanowisko. Że może zrealizować swoje 
marzenie. 
  - Czubek Edwards - powiedział McCord cichym 
głosem, ze wzrokiem skierowanym gdzieś poza okna. 
- Naprawdę taki był? - spytała Robin. 
  McCord odwrócił się. Jego usta były zaciśnięte jak wtedy, 
gdy pokazano mu gazety z sensacjami. 
  -  To był morderca - stwierdził ostro. - Kat. Nigdy 
nie żałowałem, że pociągnąłem wtedy za spust. Ani 
razu. Szkoda, że wpłynęło to tak na moją rodzinę, na 
moją reputację. Ale jeśli kogoś trzeba było zabić, to 
właśnie Hala Edwardsa. Przykro mi, że się nie udało. 
Gdybym... pewnie ci wszyscy by jeszcze żyli. 
Zapadła cisza, którą przerwała Robin: 

Co zamierzasz zrobić? 

  McCord podszedł do stołu, na którym leżały popołudniowe 
wydania gazet z nagłówkami jeszcze śmielszymi niż rano. 
Wziął jedną z nich i przedarł na pół. 
  -  Powiem im. Powiem im wszystko. O bombie i od 
cisku palca. Opowiem im o mściwym bękarcie, który 
czekał trzydzieści lat na odwet. O sukinsynu, który do 
tej pory zabił trzech dobrych ludzi. I kiedy im to po- 

background image

   
    
   Wyciągnęli go z łóżka. Narzucił szlafrok na pidżamę. 
Trochę czasu zabrało mu nałożenie protezy. Teraz, utykając, 
chodził tam i z powrotem wzdłuż szklanej ściany hotelowego 
pokoju. 
   - Jak więc ten odcisk mógł pojawić się na tej bom 
bie? - spytał Jared. 
   - Ktoś go tam umieścił - powiedział McCord upar 
cie. - Do diabła, nie wiem, jak to się stało. Nie wiem, co 
to oznacza, ale ten człowiek już nie żył. To jedno wiem 
z całą pewnością. 
   - A co z tym pirotechnikiem? Ostatnim człowiekiem 
z drużyny? - spytał Whitt Emory. - Jeszcze nic nie wia 
domo? 
   - FBI nadal go poszukuje - przyznał Jared. - Wy 
dział bierze pod uwagę możliwość, że jeden z demon 
strantów przed hotelem może być tym, kogo szukamy. 
To tylko przypuszczenie, ale Bolton musi gdzieś być. 
   - Jeśli znajdziecie Boi tona - powiedział McCord 
- powie wam to samo, co ja. Henry Edwards nie żył, 
kiedy go zostawiliśmy. 
   - Słuchaj - wtrąciła Robin. - To ma sens. To jest 
jedyna rzecz, która ma sens. Każdy wierzył w aluzje 
tych piśmideł, ponieważ byłeśjedyną osobą, która mog 
ła odnieść korzyść ze śmierci tych ludzi. Wszyscy nie 
żyją, więc nikogo nie można już spytać, co się wydarzy 
ło. Lecz jeśli Jared ma rację? Jeśli Edwards chciał, by ta 
historia wyszła na jaw? A co, jeśli chciał, by ona wyszła 

background image

na jaw teraz i w taki sposób, by cię całkowicie zdyskre 
dytować? 
- Dlaczego? - spytał Whitt. 
-  
ROZDZIAŁ CZTERNASTY 
  Robin i Jared spędzili resztę nocy w jej pokoju hotelowym. 
Żadne z nich nie spało dobrze. Zbyt wiele było do 
przemyślenia. Identyfikacja odcisku zostawionego na bombie. 
Decyzja McCorda. I fakt, że już niedługo między nią i 
Jaredem wszystko może powrócić na dawne tory. Nie będzie 
żadnego rozwiązania. Nic się nie zmieni. 
  Nie postanowiła nawet, gdzie się uda po opuszczeniu 
Nowego Jorku. Czy do mieszkania w Waszyngtonie, czy do 
Altamiry? A Jared oczywiście pozostanie tutaj. 
  Nic się nie zmieniło. Ten tydzień, ten czas spędzony razem, 
stanowił jedynie miły przerywnik. 
  Jednak nie żałowała tych dni. I tych nocy. Przynajmniej 
upewniły ją o tym, co zawsze wiedziała. Jared naprawdę ją 
kochał. 
  Może nie tak mocno, by zrezygnować z czegoś, na czym też 
mu zależało. Nalegała, by to uczynił, lecz czy Powinna tak 
robić? A jeśli się myliła? Stryj Jim ostrzegł h, że może 
obudzić się pewnego dnia i spostrzec, że straciła wszystko, co 
w życiu ma wartość. Bomba podłożona pod samochód 
powinna jej to uświadomić, lecz zamiast tego jedynie 
wzmogła dawne obawy. 
- Czym się martwisz? - zapytał Jared. 
 
    

background image

wiem, poproszę ich o pomoc. Ktoś musi wiedzieć, gdzie przez 
te wszystkie lata ukrywał się Hal Edwards. Zamierzam 
poprosić wszystkich, którzy będą jutro oglądać moje 
wystąpienie, by pomogb" mi go znaleźć. 
 
     
   - Detektyw Crocker, południowy Manhattan. Mamy 
demonstranta, którego poszukiwaliśmy dla ciebie. Jeśli 
chcesz, możesz przyjechać i zidentyfikować go. 
  - Sukinkot - powiedział Jared, starając się stłumić 
podniecenie. Być może był to fałszywy trop, ale jeśli 
nie... 
  - O co chodzi? - spytała Robin, wychylając się z ła 
zienki. 
  - Chyba mają naszego demonstranta - poinformo 
wał Jared. 
- Brodacza? 
- Chcą, byś przyszła i przyjrzała się mu. 
  - Myślę, że będę to mogła zrobić w drodze powrot 
nej - powiedziała. 
- W drodze powrotnej? 
  - Muszę kupić sobie jakąś sukienkę. - Znikła w ła 
zience. 
Jared tylko potrząsnął głową. 

Nie spytasz mnie, dlaczego? 

  Usiadł na krawędzi łóżka i kartkował spis telefonów, 
szukając numerów policji nowojorskiej. 
  - Dobrze, zapytam! - zawołał, wystukując numer 
komisariatu Cockera. - Po co ci ona? 

background image

  - Muszę mieć sukienkę ciążową - powiedziała Ro 
bin. Tym razem jej głos nie dochodził już z oddali. 
Stała w drzwiach. Jego oczy spoczęły na jej talii. 
   Sukienka ciążowa. Nie pomyślał o tym. Pamiętał, jak jego 
siostry wyglądały przez kilka miesięcy, jakby połknęły piłkę. 
Robin ciągle była szczupła, ale oczywiście wkrótce... 
 
 
    
Leżeli przytuleni do siebie. 
- Myślę o jutrzejszym dniu - powiedziała. 
- O dzisiejszym - poprawił ją Jared. 
  - Nie mogę nic poradzić na to, co się wydarzy 
dzisiaj. 
  Zamarł na chwilę, a po sekundzie wszystko zrozumiał. 
Przytulił ją jeszcze mocniej. 
  - Zostań ze mną - wyszeptał. - Na Boga, Robin. Nie 
zniosę rozłąki. Przysięgam ci... 
  - Nie mogę - przerwała mu. Nie chciała słyszeć te 
go, co już tyle razy jej mówił. - Nie mogłabym tego 
znowu znieść, Jared. Mogę od ciebie jutro odejść, ale... 
czego innego nie przeżyję. 
  - Robin - wyszeptał, lecz ona zignorowała jego 
sprzeciw. 
  - Pochowałam matkę, a potem ojca. Mogę zrobić 
wszystko, co będzie konieczne, ale... nie mogę pogrze 
bać jeszcze ciebie - powiedziała cicho. 
   Jared oparł się na łokciu, by spojrzeć Robin w oczy. Rysy 
jego twarzy były twardsze niż kiedykolwiek. I wtedy jego 

background image

głowa zaczęła schodzić niżej, bardzo powoli, dając jej czas na 
uniknięcie jego ust, gdyby tego chciała. 
   Ale oczywiście nie chciała. Cokolwiek wydarzy sie jutro, 
ciągle trwał dzień dzisiejszy. Musi cieszyć się każdą chwilą. 
Bo potem pozostanie jej tylko samotność. Wynik jej 
tchórzostwa. Jej porażka. 
  Gdy Jared włączył automatyczną sekretarkę w swoim 
mieszkaniu, usłyszał: 
    
    
  - Czy możesz porównać jego odciski z odciskami 
w archiwach wojskowych? 
  - To zajmie trochę czasu. Czy twoja znajoma zamie 
rza podtrzymać oskarżenie o napad? 
- Jeśli będzie musiała - powiedział Jared. 
  - Dobrze, przytrzymamy go tak długo, jak będziemy 
mogli, ale muszę ci powiedzieć, że jego dowód tożsa 
mości wygląda na autentyczny. 
- Podaj mi jeszcze raz, jak się nazywa. 
- Michael Hartley - odparł Cocker. 
  - Może byś wysłał komplet jego odcisków palców 
do Brada Simpkinsa z laboratorium pirotechnicznego? 
- zaproponował Jared. 
  - Dobrze. Musisz przyjść dzisiaj ze swoją znajomą 
i wypełnić wszystkie papiery. Wiem, że są święta, ale 
jeśli mam przetrzymać faceta do czasu, aż wszystko 
sprawdzimy, to muszę mieć podpis na skardze. 
- Przyjdziemy do ciebie dzisiaj. Dzięki. 
- W takim razie czekam. 

background image

  Jared odłożył słuchawkę. Być może ten człowiek nie jest ani 
Carłem Boltonem, ani Halem Edwardsem. Każda z tych 
możliwości stanowiłaby zgrabne podsumowani; wydarzeń. 
Najwyraźniej w tej sprawie nie ma nic zgrabnego. 
  - Nie wierzą, by miał coś wspólnego z bombą? - 
sPytała Robin. Było oczywiste, że przysłuchiwała się. 
  - Nie sądzą, by był to Bolton. Albo Edwards - przy 
dał niechętnie. 
Atak myślałeś. 

Wydawało się to możliwe. 

 
    
   -  Już nie mieszczę się w swoich ciuchach. Muszę coś 
sobie kupić. 
  Jared przytaknął, wytrącony z równowagi całą sytuacją. 
Oczywiście, jeśli Robin postawi na swoim, ominie go poród... 
w ogóle wszystko. 
- Dzwonisz do niego? - spytała. 
  - Musimy się upewnić, że zatrzymań" właściwego 
człowieka. 
- Myślisz, że to może być Edwards? 
  Nie zakładał tego, ale przecież wszystko było możliwe. 
Sądził, że tym demonstrantem raczej będzie Bolton, więc... 
  -  Zobaczymy. Powinni już wiedzieć coś o nim. Tę 
wiadomość nagrano kilka godzin temu. 
  Robin znikła w łazience. Kiedy Jared w końcu dodzwonił się 
do detektywa Cockera, okazało się, że rzeczywiście już coś 
wiedzieli. 
- Nazywa się Michael Hartley - powiedział Cocker. 

background image

- Wzięliście jego odciski palców? 
  - Oczywiście. Miał trochę na pieńku z prawem. 
Jeden areszt za włóczęgostwo. Dawny nakaz aresztowa 
nia za czek bez pokrycia. Nie ma nic z tych rzeczy, 
których szukasz. Żadnego związku z materiałami wy 
buchowymi. 
- Jesteś pewien, że to ten facet? 
  - Opis się zgadza. Nie zaprzecza, że był przy hotelu 
w dniu zamieszek. Uważa, że sprawa milenium ma ży 
wotne znaczenie dla bezpieczeństwa naszego globu - 
poinformował z sarkazmem detektyw z południowego 
Manhattanu. 
  -  
     

Co myślisz o McCordzie? - spytał Jared. 

Zauważył, że Robin szybko na niego spojrzała. Nie 
miał pojęcia, skąd mu przyszło do głowy to pytanie. 
  - Myślę, że zrobił to, co uważał, że musi zrobić, by 
zachować swoich ludzi przy życiu. Jeśli mówi prawdę. 
Ale śmierć tych pozostałych ludzi... - Detektyw wzru 
szył ramionami. 
- Myślisz, że zapłaci za to nominacją? 
  - Jeśli tego wszystkiego nie wyprostuje. Słyszałem, 
że ma zamiar wszystko wieczorem wyjaśnić. 
- Też o tym słyszałem - przyznał Jared. 
  - McCord powinien się postarać, jeśli chce, by lu 
dzie zmienili zdanie. To musi być najlepsze przemówie 
nie w jego życiu - powiedział Crocker. 

background image

  Wreszcie wrócili do hotelu i wsiedli do windy, by dostać się 
do apartamentu senatora. Na ulicach poustawiano zapory i 
musieli ostatnie przecznice przejść pieszo. Ponad połowa 
wszystkich nowojorskich policjantów była dzisiaj na służbie, 
oczekując rekordowego tłumu na Times Sąuare. 
  Jared myślał, że zdążą przed pojawieniem się tłumu, ale po 
wizycie w komisariacie zjedli obiad, a później Robin przez 
kilka godzin wybierała suknię i buty na dzisiejszy wieczór. W 
końcu wrócili do mieszkania Ja-reda, by mógł się przebrać. 
  Nie potrafił jej wyperswadować, by nie była tego wieczora 
ze stryjem. W końcu wytłumaczył sobie, że może nie ma 
powodów do obaw, skoro przez ostatnie cztery dni nic się nie 
wydarzyło. 
   
    

Tak więc gdzie jesteśmy teraz? - spytała Robin. 

Dokładnie tam, gdzie byliśmy, pomyślał Jared, czyli 
nigdzie. 
  -  Słuchajcie, nigdy nie miałem do czynienia z dyna 
mitem. Robiłem inne rzeczy, to prawda, ale nigdy nie 
miałem nic wspólnego z bombami. 
   Obserwowali przesłuchanie brodatego mężczyzny przez 
weneckie lustro. Robin miała podpisać skargę w sprawie 
napadu, w przypadku gdyby nie mieli wystarczających 
dowodów do zatrzymania go za podłożenie bomby. 
  Jeszcze nie otrzymali potwierdzenia, że jego odciski nie były 
identyczne z odciskami Boltona, jednak przysłuchując się 
Hartleyowi szybko zaczęli tracić wiarę w taką możliwość. 

background image

„Nigdy nie miałem nic wspólnego z dynamitem" nie było 
wyrażeniem, jakiego można było oczekiwać od pirotechnika. 
  Widocznie tamtego ranka zaatakował Robin przypadkiem, 
bez żadnych ukrytych intencji. Po prostu znalazła się w 
nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. 
  - Nie sądzę, by był to człowiek, którego szukacie 
- powiedział Crocker. - Nie mówi jak pirotechnik, 
a znałem ich kilku. Dawno temu, ale wszystko dobrze 
pamiętam. 
- W wojsku? - spytał Jared. 
  - W Wietnamie. Odsłużyłem swoje z zamkniętymi 
oczami, modląc się, by wrócić do domu w jednym ka 
wałku. 
  -  
    
  -  Znajdziemy go - obiecał. Nawet dla niego te sło 
wa brzmiały pusto, a Robin była wystarczająco bystra, 
by wiedzieć, że ani na krok nie przybliżyli się do 
prawdy. 
  Wchodząc do apartamentu senatora, usłyszeli głosy 
dochodzące z salonu. Emory i McCord mówili głośno, 
najwyraźniej z gniewem. Kiedy weszli, Whitt siedział przy 
stole konferencyjnym, a przed nim leżała sterta gazet. James 
McCord stał przy oknie. 
  - Nie można sprzeczać się z liczbami - powiedział 
Whitt. 
  - Do diabła, nie mogę - zawołał z wściekłością 
McCord. 
  - Nie można walczyć z insynuacjami - kontynuo 

background image

wał Whitt. 
- Taktyka obrzucania błotem - odparł senator. 
  - Wiedzieliśmy cały czas, że to może się stać. Samo 
to wystarczy... 
  - Tym zajmiemy się wieczorem - przerwał McCord, 
zagłuszając słowa Emory'ego. - Musimy nabrać rozma 
chu. Ostatnio ludzie słyszeli o mnie same negatywne 
rzeczy. Musimy się odgryźć. Dać im coś pozytywnego 
do myślenia. 
  - Nie można zgłaszać swojej kandydatury w takiej 
atmosferze. 
  Senator zrobił krok w kierunku stołu, położył obie dłonie 
płasko na stole i z twarzą zwróconą w kierunku szefa sztabu 
powiedział mu prosto w oczy. 

Nie poddaję się, do cholery. 

 
    
   Im więcej myślał o bombie podłożonej pod limuzynę, tym 
bardziej był przeświadczony, że to nie Robin była celem. 
Ktoś, kto znał skłonność senatora do spóźniania się, musiał 
zdalnie zdetonować ładunek, nie mając pojęcia, że miejsce 
McCorda zajęła jego bratanica. Bomba mogła zostać 
umieszczona w samochodzie kilka dni przed wybuchem. Po 
wyeliminowaniu brodacza z kręgu podejrzanych taki 
scenariusz wydał się prawdopodobny. 
- I co teraz? - spytała Robin. 
   - Myślę, że McCord wygłosi swoje przemówienie 
i pójdziemy stąd. Może zgłosi się ktoś, kto potrafi po 
wiedzieć coś o Edwardsie. Albo pojawi się Bolton, by 

background image

potwierdzić historię McCorda. 
- Ale nie sądzisz, by tak się stało? 
   - Myślę, że Carla Boltona spotkał taki sam los, jak 
pozostałych - powiedział. - Nie widzę żadnego innego 
powodu, dla którego nie miałby się zgłosić. Myślę, że 
Edwards zapolował na nich wszystkich, zanim skupił 
się na senatorze. 
- Żeby go zabić? 
   - Mógłby go zabić w każdej chwili, gdyby tego 
chciał. Wygląda na to, że nie miał żadnych problemów 
z dotarciem do reszty. Sądzę, że wobec McCorda ob 
myślił sobie zemstę innego rodzaju. Chce zniszczyć 
jego reputację. Jego honor. McCord ceni te wartości 
wyżej niż życie i ten człowiek to wie. 
   - Wszystko, co się zdarzyło, miało na celu zmusze 
nie stryja Jima do wycofania się. A on nie ma zamiaru 
tego zrobić. To sprawia, że zastanawiam się... - urwała. 
   -  
    
córkę, i to ja jestem tym złym? Jaki to ma sens? - spytał 
McCord. 
  - Tu nie chodzi o sens ani o prawdę - sprostował 
Whitt. - Tu chodzi o sposób postrzegania. Przynajmniej 
w tej chwili. 
- W takim razie zmienimy ich sposób postrzegania 

powiedział McCord. 

Co ma pan do zaoferowania, by zmienić te liczby? 

spytał Emory, popychając gazetę w kierunku McCor- 

da. - Jakie nowe informacje? Gdzie jest dowód, że to 

background image

pan mówi prawdę, a nie oni? 
  - Moje słowo. Moja reputacja. Trzydzieści lat służ 
by publicznej. 
  - Może pan do tego dodać dolara i kupić sobie fili 
żankę kawy, tylko nie na Manhattanie - powiedział 
Whitt. - Trzeba prawdzie spojrzeć w oczy - dodał po 
ważnie. - To skończone. W tej sytuacji nie możemy 
wygrać w Iowa lub New Hampshire. Jest już za późno. 
Jeśli nie wygramy w jednym z tych stanów, to wyschną 
nam źródła pieniędzy. 
  - Będę korzystać z własnych zasobów - powiedział 
uparcie McCord. 

Równie dobrze można je wyrzucić przez okno. 

McCord wyprostował się. 
  -  Nie rezygnuję, Whitt. Zamierzam powiedzieć im 
dziś wieczorem prawdę i będę mówił ją dotąd, aż udo 
wodnię, że racja jest po mojej stronie. Możesz przy tym 
tyć lub wycofać się. Nie będę miał ci za złe żadnej 
decyzji. - Senator pokuśtykał przez pokój i znikł w ko 
rytarzu prowadzącym do sypialni. 
   
    

W takim razie jest pan głupcem - stwierdził Whitt. 

Sprawa jest skończona, senatorze. Spadek notowań 

w sondażach jest zbyt gwałtowny, by mógł oznaczać coś 
innego. 
  - Jak gwałtowny? - spytała Robin. Obaj mężczyźni 
odwrócili się ku niej. 
- Wystarczająco duży, by uznać go za śmiertelny 

background image

powiedział Whitt. - Nawet zanim popołudniówki tra 

fią do kiosków. 
  - Czy będzie w nich coś takiego, co nie zostało do tej 
pory powiedziane? 
  - Władze rozpoczynają śledztwo w sprawie tych 
śmierci. Przynajmniej Larsona i Reamera. Media od 
kryły też związek między śmiercią Larsona a pogróżka 
mi wobec córki senatora. 
- Co to oznacza dla kampanii? - spytała. 
  - Jest skończona. Senator ma większe problemy niż 
sondaże przedwyborcze. Mówi się o oskarżeniu go 
o morderstwo. 
  - To cholerny przeskok - wtrącił się Jared. - Od 
otwarcia śledztwa do oskarżenia długa droga. 
  - Rozpoznanie  za pomocą ognia  - powiedział 
McCord z ironią. 
  - Być może, ale cokolwiek postanowią w końcu 
władze, opinia publiczna już powiązała senatora z tymi 
wypadkami. Przed pierwszymi prawyborami nie zdoła 
my już tego odkręcić, a jeśli nie uzyskamy w nich do 
brego wyniku... - Emory wzruszył ramionami i spoj 
rzał na McCorda. 
- Larson został zabity, gdy próbował porwać moją 
-  
    
gdy nastąpi awaria komputerów. Nie ma nic wspólnego z 
bombami - poinformował Jared, nieświadomie powtarzając 
słowa Hartleya. 
  - Niezłe piekło może się rozpętać, prawda? - powie 

background image

dział Whitt. - Jeśli okaże się, że ci wszyscy idioci, Ava- 
more i cała ich reszta, mają rację. To byłby niezły żart 
z nas wszystkich. 
  - Nie sądzę, by wielu ludzi się ucieszyło - powątpie 
wała Robin. 
Whitt spojrzał na nią. 
  - Ja na pewno nie. Nie widzę nic zabawnego w tym, 
co się zdarzyło w ciągu ostatnich dni. Lepiej pójdę 
sprawdzić, jak posuwa się praca przy dekoracjach. - 
Spojrzał na zegarek. - Pozostały tylko dwie godziny do 
nadejścia gości. Jeśli ktoś się pojawi. Przy tym całym 
zamieszaniu bardzo możliwe, że nikt nie przyjdzie. 
  - Nie spisuj go na straty - zaprotestowała Robin. 
- Sprawy Jamesa Marshalla McCorda jakoś się ułożą. 
Zawsze się układały. 
  - Mam nadzieję, ze względu na ciebie i na niego. 
Me dobrze by było, gdyby to , jakoś" zdarzyło się szyb 
ko. - Whitt zniknął w korytarzu. 
- Koniec marzeń - powiedziała cicho Robin. - 
      ma rację. Nie da się zmienić tych liczb. W każdym razie 
nie da się tego zrobić szybko, o ile twój specjalista od 
wysadzania w powietrze nie pojawi się, ty potwierdzić wersję 
stryja Jima. 
  Słowa te wydały się nie na miejscu. Tych samych użył 
Crocker.  Whitt. Gdy jednak powiedziała je Robin. .. 
Ponieważ Robin, podobnie jak Hartley... Pomysł 
   
    
   - Czy naprawdę jest tak źle? - spytała Rpbin wśród 

background image

kłopotliwej ciszy, jaka zapadła po ostatniej uwadze 
McCorda. 
  - Zawsze wiedzieliśmy, że sprawa wietnamska mo 
że nam zaszkodzić. Nikt jej przedtem nie wykorzysty 
wał, ponieważ senator miał wysokie notowania w son 
dażach, ale teraz, w połączeniu z innymi... 
- Nie sądzisz, że uda mu się to odwrócić? 
  - Na pewno nie na czas - powiedział Whitt. - Po 
trzebne są dowody, że nie miał nic wspólnego z tymi 
wypadkami. Te śledztwa mogą ciągnąć się miesiącami, 
aprawybory sięzbliżają. Ale jemu coś tłumaczyć... Czy 
zawsze jest taki uparty? 
- Jeśli uważa, że ma rację. 
  - Chciałbym, by sprawy potoczyły się inaczej - po 
wiedział Whitt. 
  - Ja też - odparła cicho. - Czy pojedziesz do Iowa, 
jeśli zgłosi swoją kandydaturę? 
  - Ten człowiek mi płaci. Jeśli zgłosi kandydaturę, 
nie będę miał wyboru, ale... na twoim miejscu próbo 
wałbym przemówić mu do rozumu. Nie ma sensu wy 
rzucać pieniędzy. 
  Robin przytaknęła, ale Jared wiedział, że tak naprawdę nie 
miała zamiaru odradzać swojemu stryjowi tego, co i tak 
zamierzał uczynić. 
  - Senator powiedział, że poszliście, by zidentyfiko 
wać tego demonstranta - zmienił temat Whitt. - Co to 
za jeden? Przypuszczam, że nie jest on naszym brakują 
cym pirotechnikiem? 
- To ktoś, kto uważa, że świat się skończy o północy, 

background image

-  
    
brodacz nigdy w wojsku nie był. Słowa, których używał, 
były... nieodpowiednie. A Whitta były. 
  - Zadzwoń do recepcji - polecił Jared, kierując się do holu. - 
Powiedz im, by wysłali ochronę do sali balowej. Zrób to, 
Robin! - krzyknął przez ramię i pobiegł. -I powiedz, żeby 
zrobili wszystko, by Emory nie mógł opuścić hotelu. 
   
    
poraził Jareda. Nie mógł myśleć o niczym innym, jak 
 

niestosowności tych właśnie słów w ustach Robin. 

 

Whitta Emory'ego. 

  Nagle jego mózg zaczął działać na pełnych obrotach. Każde 
usłyszane przez niego zdanie, wypowiedziane przez 
Emory'ego w ciągu tych kilku dni, burzyło wszelkie 
wcześniejsze hipotezy, niszcząc obraz przedstawiony przez 
Whitta. 
   Specjalista od wysadzania w powietrze i „wielu chłopaków 
zaznajamia się w wojsku z amunicją". Nawet uwaga 
McCorda, że to, co z nim robią prowadzący śledztwo, jest 
„rozpoznaniem za pomocą ognia". Jared nigdy przedtem nie 
słyszał tego wyrażenia. Instynktownie, dzięki długoletniej 
służbie wojskowej, domyślił się jego znaczenia, ale zabrało 
mu to chwilę. 
  Whitt Emory nie potrzebował na to czasu. Jego odpowiedź 
była natychmiastowa i celna. Odpowiedział bez wahania, a 
więc zrozumiał natychmiast. 
  - Co do diabła powiedział nam o Wietnamie? - spy 

background image

tał Jared, czując szum pulsującej krwi. 
- Kto? - spytała Robin. 
  - Emory.  Wtedy,   na  przyjęciu.   Powiedział,   że 
chciał jechać do Wietnamu, ale ze względu na chorobę 
serca nie mógł. 
  Spojrzała na niego. Między jej brwiami pojawiła się głęboka 
bruzda. 
- I co z tego? 
  - To... - Jared znów posługiwał się tylko intuicją. 
- Whitt wiedział, zanim mu to powiedziano, że dete 
ktyw Crocker jest byłym wojskowym. I obaj poznali, że 
  -  
 
  -  
    
 
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 
  Jestem strasznie wolny, pomyślał Jared raz po raz naciskając 
przycisk, jakby to mogło przyspieszyć windę. Nacisnął jeszcze 
raz, rozczarowany raczej sobą niż techniką. 
  Dał się nabrać na teorię spiskową. Brodacz. Jego własne 
uczucia wobec Robin i dziecka. Nawet jego podejrzenia 
dotyczące skrytości McCorda. Wszystko to przyczyniło się do 
tego, że nie widział, co miał pod nosem. Od kiedy spotkał 
Whitta Emory'ego... 
  Nawet teraz nie miał na to dowodu, ale bezwzględnie wierzył 
swojej intuicji... i dzięki temu żył. 
  Winda zatrzymała się. Jared przebiegł wzrokiem po 
olbrzymim foyer oraz po sali balowej, poszukując człowieka, 

background image

który opuścił apartament McCorda niecałe pięć minut temu. 
Wokół kręciło się wielu techników ustawiających sprzęt, lecz 
ani śladu Emory'ego. 
  Przynajmniej nie próbował znaleźć zdobyczy po omacku, jak 
działo się to jeszcze dwie godziny temu. Poznał znajome 
twarze reporterów obsługujących kampanię. Przeszedł 
pospiesznie przez foyer, by spytać dziennikarzy, czy nie 
widzieli Whitta Emory'ego. 
  Ostatnio nikt go nie spotkał. Jeden z reporterów stal w 
miejscu, skąd doskonale było widać windy. 
 
 
  - Jest pan pewien, że Emory nie wychodził z windy? 
- spytał go Jared. 
  - Jest pan jedyną osobą, jaka pojawiła się tutaj od 
mniej więcej pół godziny. 
  Drzwi windy otworzyły się i wyszło dwóch członków 
ochrony hotelu. Wszyscy reporterzy natychmiast na nich 
spojrzeli. A to oznacza... 
Jared podbiegł do nadchodzących strażników. 
  -  Zadzwońcie na dół. Powiedzcie, że potrzebuję lu 
dzi w holu. Poślijcie też dwóch policjantów do pokoju 
Whitta Emory'ego. Jeśli tam będzie, niech go aresztują 
pod zarzutem morderstwa. 
  Pokazał im swoją odznakę. Natychmiast przystąpili do 
wykonania jego poleceń. 
  Jared wiedział, że na ulicach wokół hotelu gromadzi się tłum 
ludzi. I jeśli Whitt Emory, czyli Hal Edwards, wejdzie weń, 
już nigdy go nie odnajdą. 

background image

  Jared przebiegł wzrokiem zatłoczony hol, ale nie zauważył 
nikogo, kto wyglądałby jak człowiek, którego poszukiwał. 
Oczywiście nie mógł być pewien, że Vvhkt w ogóle zszedł na 
dół. Czy Emory wiedział, że został zdemaskowany? - 
zastanawiał się Jared, przepychając się przez ciżbę. A może 
zrobił to celowo? Tak jak zostawił odcisk palca. Czy tak 
właśnie zaplanował sobie ostateczną rozgrywkę? Owo ostatnie 
pchnięcie noża. 
  Dwóch umundurowanych policjantów weszło przez szklane 
drzwi wejściowe. Najwyraźniej też kogoś poszukiwali w 
dumie. 
   

 
    
   - Wychodzimy tędy na papierosa na zewnątrz - wy 
jaśnił posłaniec. - Nie włącza się tutaj żadnych alar 
mów, dopiero późnym wieczorem. 
  - Dziękuję - powiedział Jared i spojrzał w głąb ko 
rytarza. 
  Ślepa uliczka, do cholery. Ale skoro już tu jest, powinien 
wszystko sprawdzić. Pobiegł wzdłuż korytarza. Jeśli Whittowi 
udało się wyjść z hotelu, następnym krokiem powinno być 
zawiadomienie lotnisk. Należy także jak najprędzej sprawdzić 
przeszłość Emory'ego, która oczywiście została sfabrykowana. 
Lecz z tego, jak to uczyniono, też wiele powinno wynikać. 
  Otworzył ciężkie drzwi. Chłodne powietrze z uliczki wpadło 
do korytarza. Musiał odczekać minutę, by oczy przyzwyczaiły 
się do ciemności. Spojrzał na prawo. Jacyś ludzie przechodzili 

background image

na światłach skrzyżowanie. Następnie popatrzył w drugą 
stronę. W lewo. 
  Mężczyzna szedł w cieniu, trzymając się blisko budynku. 
Uliczka była zbyt ciemna, by można było rozróżnić szczegóły, 
ale ten człowiek z sylwetki przypominał Emory'ego. Chyba 
niósł teczkę. 

Emory! - krzyknął Jared. 

  Mężczyzna przyspieszył kroku, Jared rzucił się w pogoń. 
Gdy Whitt dotarł już prawie do tłumu, na końcu uliczki 
pojawiła się inna postać. 
Był to policjant. 
  -  Zatrzymaj go! Tu policja nowojorska. Zatrzymaj 
tego człowieka! 
  Oczekiwał, że Emory będzie próbował odepchnąć P°licjanta 
lub pobiegnie z powrotem w jego kierunku, 
   
    
   - Nie widzieliście go? - spytał ich. - Nie wychodził 
frontowymi drzwiami? 
  - Prawdę powiedziawszy, mógł wyjść, zanim dosta 
liśmy wiadomość. Opis, jaki otrzymaliśmy, nie był zbyt 
dokładny. Poza tym wielu ludzi wchodzi i wychodzi. 
  Mógł wyjść... Wyjść w ten gęsty tłum, który przyszedł, by 
przyglądać się, jak opada kula oznajmiająca nadejście nowego 
tysiąclecia. 
  -  Łysy, rasy białej, grube okulary, wzrost średni. 
Ubrany w dżinsy- i niebieski sweter. Nie można pozwo 
lić mu wyjść z hotelu pod żadnym pozorem. Być może 
zabił dwóch ludzi. 

background image

  Jared chwycił za ramię przechodzącego obok posłańca. 
  - Gdzie jest wejście służbowe? Jestem z policji - 
dodał, pokazując odznakę. - Tylne wyjście? Rampa do 
stawcza? 
- Kuchnie? - zasugerował chłopak. 
  - Coś innego, coś bardziej prywatnego - powiedział 
Jared. 

Proszę za mną. - Ruszyli przez zatłoczony hol. 

Jared sam nigdy nie byłby w stanie znaleźć drogi 
w labiryncie służbowych pomieszczeń, gdyby nie miał 
przewodnika, lecz Emory mieszkał w tym hotelu ponad 
tydzień i mógł wszystko dobrze zbadać. 
  - To tutaj - powiedział posłaniec. Na końcu długie 
go, pustego korytarza były szare metalowe drzwi. Kory 
tarz był słabo oświetlony. Nigdzie nie było śladu Emo- 
ry'ego. 
- Alarmy? - spytał Jared. 
-  
    
Emory, potrząsając głową i uśmiechając się lekko. Podniósł 
otwartą dłoń do góry. - Nie wiem, co każe wam tak myśleć, 
ale złapaliście nie tego człowieka. 
  -  W takim razie nie będziesz miał nic przeciwko 
temu, by pójść z nami do najbliższego komisariatu, 
gdzie zdejmą ci odciski palców. Możesz wyjaśnić tę 
pomyłkę od razu. 
  Po chwili wahania Emory znowu spojrzał na policjanta 
blokującego koniec uliczki. 
  - Edwards, już jest za późno. Zdradziłeś się - po 

background image

wiedział Jared. - Wiedziałeś dokładnie, co McCord 
miał na myśli, mówiąc „rozpoznanie za pomocą og 
nia". Ja musiałem się nad tym zastanowić, ty nie. 
Nawet nie zawahałeś się. A poza tym cywile nie mó 
wią na to amunicja. Mówią materiały wybuchowe. 
Powinno mi to wyjaśnić wiele już tamtego wieczora, 
ale jakoś to przeoczyłem. Gdyby było inaczej, Gus 
może by żył. 
  - Wszystko poplątałeś. To Bolton jest specjalistą od 
materiałów wybuchowych. Musicie go poszukać. 
  - Ale go nie znajdziemy, prawda? Zabiłeś Carla Bol- 
tona i pozostałych. Nie mogłeś pozwolić, by któryś 
z mci! zgłosił się i potwierdził historię McCorda. A po 
tem próbowałeś zabić senatora, najpierw w Teksasie, 
a potem podkładając bombę pod samochód. Kiedy to się 
We udało, naprowadziłeś gazety na zabójstwa tych lu 
dzi, wiedząc, że postawią pytania, na które McCord nie 
"Cdzie miał czasu odpowiedzieć. I w końcu dostałeś to, 
co chciałeś. Masz swoją zemstę. 
- Przeszłość McCorda ciągnie się za nim. Wiedzieli- 
-  
    
ale nic takiego się nie stało. Zatrzymał się i zwrócił się do 
Jareda. 
  -  Co się stało? - Jego głos brzmiał szczerym zdzi 
wieniem. - Uruchomiłem alarm czy coś takiego? 
  Raczej coś takiego, pomyślał Jared. Coś, co trzeba było 
zrobić już dawno. 
- Musimy porozmawiać - powiedział do Whitta. 

background image

  - Oczywiście - odparł Emory. Policjant, zgodnie 
z poleceniem Jareda, wyjął broń. - O czym? 
  - O człowieku nazwiskiem Hal Edwards. Kapitan 
Henry Edwards - wyjaśnił Jared, patrząc mu w oczy. 
- Pamięta go pan? 
Whitt przytaknął. 
  -  Facet, którego McCord zabił w Wietnamie. Facet, 
którego uważał za zabitego. Znaleźliście go? 
  Dobry jesteś, sukinsynu, pomyślał Jared. Ton głosu Whitta 
był jak najwłaściwszy. Lekkie zaskoczenie i delikatna ulga. 
Oczywiście, gdyby nie był w tym dobry, to nie zrobiłby tego 
wszystkiego. 
  - Myślę, że go znaleźliśmy - powiedział głośno - 
ale dla potwierdzenia musimy mieć pańskie odciski pal 
ców. I to zaraz. 
  - Moje odciski palców? - Whitt był tak samo zasko 
czony, jak poprzednio. - Czy myśli pan, że to ja jestem 
Edwardsem? - spytał głosem wyrażającym niedo 
wierzanie. 
  - Sądzę, że jesteś tym samym sukinsynem, którego 
McCord chciał zlikwidować w Wietnamie. Szkoda, że 
mu się nie udało. 
- Złapaliście niewłaściwego człowieka - powiedział 
 

 
 
    

background image

   Właśnie w tej chwili Whitt zamachnął się szeroko teczką, 
celując w głowę Jareda, który zdążył podnieść ramię, dzięki 
czemu częściowo sparował uderzenie, które było jednak na 
tyle silne, że odepchnęło go pod ścianę budynku. 
  Kiedy policjant przyjął klasyczną postawę strzelecką i zaczął 
wykrzykiwać ostrzeżenie, Edwards odwrócił się i zamachnął 
ponownie teczką, celując tym razem w pistolet. 
  Jared odepchnął się od ściany i skoczył na szefa kampanii. 
Policjant, wciąż krzycząc, zrobił krok do tyłu. Teczka minęła 
o włos pistolet i kontynuowała swój lot w kierunku głowy 
Jareda, który zdołał jednak schylić się. W tym momencie 
wypalił pistolet. Edwards upadł bezwładnie na ziemię. 
  Jared pochylił się nad nim. Policjant stał z rozkraczonymi 
nogami i pistoletem wycelowanym w czoło Edwardsa. Jednak 
widać było, że ten nigdzie się nie wybiera. 
  - Zawołaj pogotowie - rozkazał Jared. Policjant 
zniknął w uliczce. Edwards skupił swe spojrzenie na 
twarzy Jareda. 
  - Powiedz McCordowi... - wyszeptał. - Nigdy nie 
zostanie... prezydentem. 

Czy zabiłeś tych ludzi z drużyny? 

Edwards zamknął oczy. 
  -  Czy to ty podłożyłeś bombę pod samochód senato 
ra? Do diabła, zabiłbyś Robin! 
  Nie było odpowiedzi. Kałuża krwi pod głową Edwardsa 
powiększała się z każdą chwilą. Przyjazd karetki utrudniały 
tłumy na ulicach. 
   
    

background image

śmy cały czas, że to może się zdarzyć. Nie mam z tym nic 
wspólnego. 
   -  I nic wspólnego z bombą? Poza tym, że jest na niej 
twój odcisk palca? Chciałeś, by wiedział, że to byłeś ty. 
Nie mogłeś się temu oprzeć. Chciałeś, by McCord do 
wiedział się, że żyjesz. 
  Mówiąc to, zauważył błąd w rozumowaniu. Gdyby bomba 
zabiła McCorda, nie miałoby sensu pozostawianie odcisków 
palców. McCord nie dowiedziałby się już o tym. 
   - Miałem rację na początku - kontynuował Jared, 
wprost kipiąc z wściekłości. - Zamierzałeś zabić Robin, 
sukinsynu, i zostawiłeś odcisk swojego palca, by sena 
tor wiedział, kto to zrobił. To naprawdę byłaby ostatecz 
na zemsta. Twój brat próbował zabić jego córkę, a kiedy 
mu się nie udało, uznałeś, że Robin jest równie dobra. 
- Nie wiem, o czym mówisz - powiedział Whitt. 
   - Twój brat i Larson pomagali ci w brudnej robocie, 
podczas gdy ty udawałeś, że prowadzisz kampanię 
McCorda. Uznałeś, że w ten sposób znalazłeś się w naj 
właściwszym miejscu, by nie dopuścić do spełnienia się 
jego marzenia. By kontrolować bieg spraw w samym 
centrum dowodzenia. 
- Popełniasz błąd - upierał się Emory. - Ja nigdy... 
• - W takim razie chodź ze mną na komisariat wyjaśnić to 
wszystko - zażądał Jared. - Udowodnij, że nie jesteś Henrym 
Edwardsem. Udowodnij, że to nie twój odcisk palca jest na 
bombie. Daj mi kajdanki - zwrócił się do policjanta, który, by 
spełnić jego polecenie, zdjął jedną rękę z pistoletu. 
 

background image


 
    
  Teraz wiedzieli dużo więcej niż przed kilkoma godzinami. 
Odciski palców Whitta pasowały do pozostawionych na 
bombie. Wiedzieli też, że fałszywy życiorys Emory'ego został 
sfabrykowany dawno temu. 
  Czy stworzony został po to, by zabić McCorda? Może nie, 
przyznał Jared. Edwards musiał ukrywać się przed sądem 
wojennym za swe zbrodnie popełnione w Wietnamie. 
  - Wiesz, on naprawdę był szalony - powiedział 
McCord, wyciągając dłoń do Jareda i jednocześnie po 
chylając się, by pocałować Robin w policzek. - Ed 
wards był prawdziwym szaleńcem. 
- W Wietnamie? - spytał Jared. 
  - Do diabła, wszyscy zachowywaliśmy się tam tro 
chę jak nienormalni. Może ci z nas, którzy przeciwsta 
wiali się .różnym Edwardsom, byli najbardziej stuknię 
ci? Myślę, że pozostanie to na zawsze otwartą kwestią. 
  - Nadal nie rozumiem, jak on to zrobił - zastanawia 
ła się Robin. 
  - Pewnie nigdy nie będziemy tego wiedzieć do koń 
ca - powiedział McCord. - Oczywiste jest, że nie zginął 
od mojego strzału. Jakoś wyczołgał się z ognia, który 
pouiożyliśmy, i ukrył w dżungli do czasu, kiedy ode 
szliśmy. 

Był ranny, poparzony. Jak udało mu się przeżyć? 

~ Myślałem o tym od czasu, kiedy zidentyfikowano 
odcisk jego palca. Jedyną odpowiedzią są Yardowie. 

background image

  Yardowie? - powtórzyła Robin. ~ Górale. Pracowaliśmy z 
nimi jako doradcy. To by-) nasze pierwsze zadanie. 
Nienawidzili Wietnamczy- 
   
    
   Wreszcie usłyszał odległy sygnał. Jared podniósł głowę. Na 
końcu uliczki stało kilku ludzi, których przyciągnął odgłos 
wystrzału. Dwóch mundurowych policjantów 
powstrzymywało ich. Jared spojrzał znowu w dół. Oczy 
Edwardsa były otwarte. 
- Nie... Robin-powiedział. 
  Edwards znowu zamknął oczy, jego powieki opadły powoli 
jak u lalki. Kiedy przybyli sanitariusze, już nie żył. 
  Jeśli nawet McCord był rozczarowany liczbą ludzi, którzy 
przyszli tego wieczora, nie dawał tego po sobie poznać. 
Senator, idąc w kierunku Jareda i swojej bratanicy, wymieniał 
uściski dłoni, poklepywał po plecach i całował w policzki. 
Znów wróciła mu teksaska pewność siebie, której mu ostatnio 
brakowało. 
  O dziesiątej wieczorem stacje podały wiadomość o śmierci 
Whitta Emory'ego, którego zidentyfikowano jako Henry'ego 
Edwardsa. Oglądali telewizję w pokoju Robin przed udaniem 
się do sali balowej. Robin zastanawiała się, jak to zmieni 
dynamikę kampanii, a Jared myślał, jak do diabła mogło mu 
zabrać tyle czasu poskładanie tego wszystkiego. 
  Gdyby był bardziej domyślny, kierowca limuzyny mógłby 
żyć. Oczywiście przed wybuchem bomby nie wiedział, że 
naprawdę coś się dzieje. Podobnie jak Robin uważał, że ich 
największym problemem jest zgraja wariatów. 

background image

  Jednak szaleństwo Edwardsa było innego rodzaju-Jared w 
swej pracy dobrze poznał ludzi tego pokroju, dlatego też tak 
bardzo trapił się swoją nieudolnością. 
    
    
w takiej samej sytuacji zrobiłbym to znowu, nawet wiedząc, 
ile mnie to będzie kosztować. Tyle że tym razem bym się 
upewnił, że drań nie żyje. Wszyscy przysięgliśmy, że to, co 
zrobiliśmy, zostanie pogrzebane tam. Nikt z nas nie był z tego 
dumny, ale przysięgam, nie mieliśmy wyboru. Albo 
Edwards... albo my - dodał cicho. 
  Jared skinął głową. Nie wiedział, czy McCord postąpił 
właściwie. Oceny będzie musiała dokonać historia. Albo 
naród amerykański. Na pewno nie on. Wystarczyło mu, że 
Robin kochała McCorda jak ojca i że jeśli chce być z nią, to 
policjant, który w nim siedzi, musi pogodzić się z tym, co 
McCord zrobił przed trzydziestu laty. 
  - Nie masz o mnie najlepszego zdania, prawda? - 
powiedział senator. 
  - Nie sądzę, by ktokolwiek z nas miał prawo mówić, 
jak należało się zachować w takiej sytuacji. Trzeba by 
być na pana miejscu... Nie do mnie należy osąd tego, co 
pan zrobił, senatorze. I cieszę się z tego. 
  - Wystarczająco szczere - przyznał. - Lubię ludzi, 
którzy mówią, co myślą. W końcu możesz być dość 
dobry - powiedział McCord lekkim tonem. 
  - Ma pan na myśli, że mogę być dość dobry dla 
Robin? 
  - Dla Robin, dla dziecka. Zdecydowaliście już, co 

background image

zamierzacie z tym zrobić? 
  - Jeszcze nie. - Jared spojrzał na Robin. Jej spojrze 
nie było twarde. Już podjęła decyzję. Postawiła sprawę 

  ~ Życie jest zbyt krótkie - poradził McCord. - Może trzeba 
być w moim wieku, by to zrozumieć, ale mam 
   
    
ków, to była jakaś rasowa sprawa, więc współpracowali z 
Amerykanami. Edwards miał wśród nich swojego 
odpowiednika. Jeśli Edwardsowi udało się z nimi 
skontaktować, to mogli się nim zaopiekować, nie pytając o 
nic, a po zakończeniu wojny pomóc mu wydostać się z kraju. 
Może do Tajlandii. Mógł się przyczaić na kilka lat, 
zaoszczędzić na powrót do Stanów i zostać Whittem Emorym. 

Dwadzieścia pięć lat temu - powiedział Jared. 

Tyle wykazało śledztwo przeprowadzone przez FBI. 
Właśnie wtedy narodził się Whitt Emory. Prowadził firmę 
importową mającą związki z Indochinami. Dopiero później 
zajął się polityką, gdy McCord zaczął wspinać się do góry. 
Jared zastanawiał się, czy właśnie od tego czasu planował 
dobrać się do senatora. 
  - Edwards skorzystał z chaosu, jaki zapanował pod 
czas wojny, i zarobił dużo pieniędzy - powiedział 
McCord. 
- Narkotyki? - spytał Jared. 
  - Zapewne. Robiono w ten sposób fortuny. Znam 
dwóch ludzi, którzy po ustaniu działań wojennych wy 
korzystali znajomość regionu, by się wzbogacić. 

background image

Nie rozpoznał go pan. 

McCord potrząsnął głową. 
  -  Łysy, okulary jakby zrobione z dna butelki. Poza 
tym był poparzony i na pewno poddał się poważnej 
operacji plastycznej. Musiał mnie nienawidzić. 
- Ogień miał zniszczyć... dowód? 
W oczach McCorda pojawił się gniew. 
- Nie jestem dumny z tego, co wtedy zrobiłem, ale 
-  
    
   - Co to oznacza dla ciebie, że Richards będzie zaj 
mował się ranczem? 
  - Po prostu... myślę, że to nie będzie to samo - po 
wiedziała. 
- Uważam, że to, o co mnie prosisz, jest nieuczciwe. 

Robin dobrze zrozumiała, o czym mówił. 

  - Wiem, że tak uważasz, ale ciągle o to proszę, Ja 
red. To co się stało z Gusem... 
  - Wiem. - Już rozumiał jej obawy. Podczas ostat 
nich dni sam przeżywał paniczny strach, że coś stanie się 
Robin i dziecku. 
  „Nie... Robin". Edwards powiedział to przed samą śmiercią. 
Jared przypuszczał, że chciał mu przekazać, iż to nie Robin 
była jego celem. Teraz jednak powinien przestać o tym myśleć 
i cieszyć się ostatnią nocą, jaką być może spędza z tą 
wspaniałą kobietą... 

Chodźmy zatańczyć - zaproponował. 

background image

  Grali dużo starych melodii, głównie z lat sześćdziesiątych. 
Pewnie na życzenie McCorda. No cóż, to była noc senatora. 
Niech się nią cieszy. 
  Ledwie zaczęli tańczyć, muzyka ucichła i na scenie pojawił 
się McCord. Stanął przy mikrofonie z uniesionymi do góry 
ramionami i dłońmi odwróconym w kierunku tłumu. 
  - Panie i panowie, proszę o uwagę - grzmiał głos 
senatora. 
  - Co teraz? - spytała Robin wyraźnie zaniepokojo 
nym głosem. 
- Nie wydaje się, by to była jakaś zła wiadomość 

powiedział Jared, oceniając wyraz twarzy senatora. 

 
    
nadzieję, że jest inaczej. Sądzę, że oboje jesteście 
wystarczająco rozsądni, by nie musieć uczyć się na błędach. Ja 
straciłem dzieciństwo mojego syna i nigdy już tego nie 
odzyskam. 
  Robin nie odezwała się. Twarz miała nieruchomą. McCord 
uśmiechnął się do niej, ale nie odwzajemniła mu się. Jared 
zrozumiał, że nic się nie zmieniło. Byli ciągle tymi samymi 
ludźmi, co na początku tych wydarzeń. 
  -  Dobrze - powiedział senator. Położył dłoń na po 
liczku Robin. - Oczekuję, że zastanowicie się nad tym. 
Nie zwlekajcie. To dziecko musi mieć nazwisko. I ojca. 
Moglibyśmy o północy zapowiedzieć nie tylko mój 
start w wyborach. 
  Poklepał Jareda po ramieniu, a następnie przeszedł 
spokojnym krokiem przez salę, nadal witając się z gośćmi. 

background image

Zatrzymał się, by pomówić z policjantem, który wszedł do sali 
balowej z foyer. 
  Jeszcze jedna zapowiedź o północy. Byłoby to miłe, przyznał 
Jared. Gdyby tylko potrafił przekonać Robin... 
- To co teraz będzie? - spytał, patrząc na nią. 
  - Chyba wrócę do Teksasu. Przynajmniej na jakiś 
czas. A potem może znowu do Waszyngtonu. 
- Cieszysz się z powrotu do domu? 
  - Już dawno nie byłam na ranczu. Stryj Jim mówi, że 
wiele się zmieniło. Myślę, że ja też. 
- A co się zmieniło? 
  - Levi wychodzi za mąż i przenosi się do Montany, 
a od tej pory Altamirą będzie zarządzał Clint Richards. 
  -  
ROZDZIAŁ SZESNASTY 
  Jared musiał przyznać, że historia Boltona była naprawdę 
niezwykła. Kiedy mówił, w sali balowej zapadła cisza jak 
makiem zasiał. To, że ktoś inny niż McCord opowiadał o 
incydencie wietnamskim, miało wprost kapitalne znaczenie. 
  Bolton nie skąpił pochwał Jamesowi McCordowi, zarówno 
za to, że wyprowadził ich żywych z dżungli, jak i za to, że 
potrafił wyciągnąć ich z tragicznej sytuacji, spowodowanej 
przez Edwardsa. W powiązaniu z wcześniejszymi rewelacjami 
o długotrwałej maskaradzie Edwardsa, który podawał się za 
Whitta Emory'ego, świadectwo Boltona wywierało ogromne 
wrażenie. Wróżyło to dobrze McCordowi. 
  Zapewne przez kilka następnych dni nic nie będzie wiadomo. 
Poza tym senator jeszcze nawet nie zgłosił swojej 

background image

kandydatury. Ciągle brakowało kilku minut do momentu, w 
którym nowa kryształowa kula miała zacząć opadać. 
  Jared z każdą upływającą minutą miał jednak świadomość, 
że przegrywa najważniejszą sprawę w swoim życiu. Żadne 
argumenty, nawet interwencja McCorda, nie przemówiły do 
Robin. Wygląda na to, że wkrótce klamka ostatecznie 
zapadnie. 
   
    
   McCord położył dłoń na ramieniu stojącego obok 
wysokiego mężczyzny. Obaj uśmiechali się. 
   - Mam honor przedstawić państwu mojego starego 
przyjaciela. Oto Carl Bolton, który właśnie wrócił z 
Hongkongu. Ma wam coś do powiedzenia. Proponuję 
dziennikarzom, by dobrze się przygotowali. Chcę, byście 
przekazali ludziom to, co za chwilę usłyszycie od Carla 
Boltona, który był ze mną w Wietnamie. A będzie to 
dokładnie to samo, co ja mówiłem cały czas. 
    
    

Co on powiedział? 

  „Nie... Robin". Jared wiedział, że bomba nie była 
przeznaczona dla McCorda. W innym wypadku Ed-wards nie 
zostawiłby swego odcisku palca. Nigdy nie zamierzał zabić 
McCorda. Zależało mu na zdyskredytowaniu go. Na 
zmuszeniu do zrezygnowania z marzenia u progu jego 
spełnienia. Ta bomba z pewnością nie była przeznaczona dla 
Gusa. A więc zostaje tylko... 
  -  Co on powiedział, Jared? - spytała zaintrygowa 

background image

nym głosem. 
A więc zostaję tylko ja, pomyślał. 
  - Czy wiedział, że tam byłem? - spytał gorączkowo. 
- Robin, czy Edwards wiedział, że tamtego wieczora 
byłem w limuzynie? 
  - Nie wiem - powiedziała. - Czy to ma jakieś zna 
czenie? 
Sam jeszcze do końca nie wiedział. 
  - McCord dzwonił do kogoś w hotelu. Użył telefonu 
komórkowego, by powiadomić o swoim przybyciu. 
  - To musiał być Whitt. To on mi powiedział, że stryj 
Jim zamierza mnie gdzieś posłać. 
  - Whitt polecił ci, abyś zeszła na dół i wsiadła do 
samochodu? 
Robin przytaknęła. 
  - On cały czas zamierzał mnie zabić. Myliłeś się co 
do jego... 
  - Chodź - powiedział. Chwycił ją za ramię i pociąg 
nął przez tłum ku scenie, z której McCord miał wygło 
sić za kilka minut przemówienie. Miał nadzieję, że sena 
tor będzie krążyć w pobliżu. 
  -  
    
   Sedno sprawy tkwiło w tym, że znał wagę swojej pracy. 
Ratował ludzkie życie, i był w tym dobry. Bardzo dobry. 
Wiedział o tym. Miał szczególny dar intuicji, i nie powinien 
go marnotrawić. Praca w laboratorium tego by mu nie 
zastąpiła, bowiem co innego stanowiło o sensie jego życia. 
- On myślał, że mi się nie uda - powiedziała Robin. 

background image

Przez długi czas okrążali parkiet w milczeniu. 
- On? 
 
   - Whitt. Dlatego powierzył mi kontakty z mediami. 
Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak się przy tym 
upierał. Sam zaś krył się przed kamerami. Mimo że tak 
bardzo się zmienił, jednak się bał, że ktoś go rozpozna. 
Uznał, że nie poradzę sobie z sytuacją, kiedy wyjdzie na 
jaw, co stryj Jim zrobił w Wietnamie. Myślał, że 
wszystko jeszcze bardziej skomplikuję. 
- Skąd wiesz, że właśnie tak myślał? 
   - Czy naprawdę sądzisz, że Whitt chciał, bym skutecz 
nie tłumaczyła prasie, co zdarzyło się w Wietnamie? 
- Nie, oczywiście, że nie. 
   - To śmieszne, ale zawsze myślałam, że Whitt mnie 
lubi - powiedziała gorzkim tonem. 
   - Chyba... lubił - przyznał Jared. „Nie... Robin". 
W końcu takie były jego ostatnie słowa. 
- Tak bardzo, że chciał wysadzić mnie w powietrze. 
- On powiedział... - zaczął Jared. 
  Nagle zrozumiał, że właśnie to go nurtowało prze? całą noc. 
Ta układanka nie była jeszcze złożona do końca. Wiedział, że 
nie spocznie, dopóki nie znajdzie brakujących elementów. 
    
    
nie z tobą powiedziałem Whittowi, że kiedy zadzwonię, 
powinien posłać Robin na dół. Powiedziałem mu, że 
zamierzam zabawić się w swatkę. 

Do cholery. 

background image

  Jared rozejrzał się po sali. Przed przybyciem pierwszych 
gości policja przeprowadziła rutynową kontrolę za pomocą 
psów i wykrywaczy substancji lotnych. Nic nie znaleźli. Ale 
Edwards nie pojawił się tutaj. Podjął ostatnią próbę skłonienia 
McCorda do rezygnacji, która nie powiodła się. Wreszcie 
opuścił hotel, ale przedtem... 
  - Potrzebny mi jest numer pokoju Emory'ego - po 
wiedział. Robin i McCord patrzyli na niego jak na kogoś 
niespełna rozumu. Chciałby, żeby mieli rację. - Proszę 
wezwać ochronę hotelu, by spotkała się ze mną na dole 
i otworzyła ten pokój. Natychmiast. 
  - Pokój  - poinformowała go podenerwowana 
Robin. - Czy myślisz...' 
  - Myślę, że tamtej nocy zamierzał zabić mnie - wyjaś 
nił Jared. - tylko jeden powód przychodzi mi do głowy. 
  - Proszę tędy - powiedział strażnik, otwierając 
drzwi do pokoju . - Policja już tu była. Nie wiem, 
czego jeszcze szukacie, bo tamci wszystko dokładnie 
przejrzeli. Szuflady, szafę. 
  - Dziękuję - odparł Jared, omiatając czujnym wzro 
kiem pokój. Nie miał pojęcia, że policja była już tutaj, ale 
Powinien się tego domyślić. To było śledztwo w sprawie 
Morderstwa i trzeba było przestrzegać procedur. 
  - Muszę zostać. Taki jest przepis. Proszę się nie ob 
rażać. 
  -  
    
   Był tam, otoczony przez grupę słuchaczy. Gestykulował 
energicznie, a twarz miał rozpromienioną. Stał na progu 

background image

swoich wszystkich marzeń. To był szczytowy moment jego 
życia. 
  Przecież Edwards, zanim umarł, powiedział jeszcze coś. Że 
James McCord nigdy nie będzie prezydentem. Wszystko 
pasowało. Wszystkie kawałki, które Edwards porozrzucał w 
ich życiu, zaczynały tworzyć jeden obraz. 
  Jared chwycił McCorda za łokieć. Senator odwrócił się i 
położył mu rękę na plecach. Był wyraźnie zadowolony, że go 
widzi. 
  - Zdecydowaliście się w końcu dołączyć waszą 
zapowiedź do mojej? - spytał, przekrzykując hałas. Cią 
gle się uśmiechał. 
  - Z kim pan rozmawiał przez telefon komórkowy 
tamtego wieczora?! - odkrzyknął Jared. - Wtedy, gdy 
wracaliśmy do hotelu. Kiedy wskutek podstępu Robin 
znalazła się razem ze mną w limuzynie. 
  Czy to jego głos, czy wyraz twarzy sprawił, że uśmiech znikł 
z twarzy McCorda. 
- O czym ty, do cholery, mówisz? 
  - Czy to był Edwards? To jemu pan powiedział, że 
będziemy tam za kilka minut? 
McCord przytaknął. 

I dlatego Edwards posłał Robin na dół? 

McCord przytaknął ponownie. Jego oczy patrzyły 
czujnie. 
- Edwards wiedział, że siedzę w samochodzie? 
  - Na pewno. Zaplanowaliśmy to. Chciałem, żeby 
ście porozmawiali ze sobą. Przed wyjazdem na spotka- 
  -  

background image

    
Nie ma czasu na sprowadzenie psów. Może robił z siebie 
idiotę, przypuszczając, że gdzieś w hotelu jest bomba. Nic nie 
wskazywało, że taki był plan Edwardsa. Nic, poza dwiema 
poszlakami: tym, co Emory powiedział tuż przed śmiercią, i 
kserokopią anonimu, otrzymanego przez McCorda. 
  Co dla ciebie oznacza sądny dzień? Może wysadzenie tego 
hotelu w powietrze, by jego resztki spadły na zgromadzony 
tłum? 
  Robię z siebie idiotę, pomyślał znowu. Wplątał się w coś, z 
czym nie miał nic wspólnego. To, że Hal Ed-wards próbował 
zabić go tamtego wieczora, świadczyło tylko o jego 
szaleństwie. Prawie tak samo jak podłożenie bomby w hotelu i 
powiadomienie go o tym. 
 
  „Nie... Robin". To musiało coś znaczyć. Jared wrócił do 
pokoju, sprawdzając, czy czegoś nie przeoczył. Strażnik nadal 
siedział na brzegu łóżka, przysłuchując się McCordowi. 
Senator musi już kończyć albo przerwą nadawać jego 
wystąpienie i przerzucą kamery na Times Sąuare. I na 
milionowy tłum. Nie mógł sobie przypomnieć, kto... 
  Spojrzał na drzwi przechodnie. Nie miał pojęcia, kto 
zajmował sąsiedni pokój. Może Farley? Byłoby to wygodne. 
Mogli pracować tutaj. Oczywiście, większość pracy 
wykonywali w apartamencie McCorda, ale jednak... 
- Czy możesz to otworzyć? - spytał strażnika. 
  - Tak, być może będę musiał zrobić to od drugiej 
strony, jeśli jest zamknięte na zasuwkę. - Włożył klucz 
do zamka i drzwi otwarły się. - Musiał wynająć dwa 

background image

pokoje - stwierdził, siadając z powrotem na łóżku. 
  -  
    
   Jared potrząsnął głową. Wciąż przyglądał się pokojowi. 
Skoro policjanci otwierali już wszystkie szuflady i drzwi... 
  Zrobił kilka kroków i położył się na podłodze obok łóżka. 
Podniósł krawędź prześcieradła. Nic tam nie znalazł. 
Ostrożnie zbadał spodnią stronę sprężynowego materaca, ale 
nie zauważył niczego podejrzanego. 
  -  Nie ma pan nic przeciwko temu, bym włączył 
telewizję? - spytał strażnik. - Chciałbym zobaczyć, jak 
spada kula. 
  Jared, wstając, spojrzał na zegarek, ale nie zadał sobie trudu, 
by odpowiedzieć strażnikowi. Podszedł do wielkiego okna i 
przykładając głowę do ściany, zajrzał za draperie, uważając, 
by nie dotknąć materiału. Nic. 
  Strażnik najwidoczniej uznał brak odpowiedzi za zgodę, 
ponieważ telewizor był włączony. Gdy Jared usłyszał znajomy 
głos, spojrzał na ekran. Przemówienie McCorda. Senator nie 
może narzekać na brak zainteresowania mediów. Trzeba 
przyznać, że powiązanie kandydatury z nadejściem nowego 
tysiąclecia było pociągnięciem genialnym. Nawet jeśli 
wymyślił to szaleniec. 
  - Czy myśli pan, że on to zrobił? - spytał strażnik. 
Siedział na łóżku z oczami utkwionymi w ekranie. - To 
znaczy, czy zabił tych facetów. 
  - Nie - powiedział Jared, przechodząc do łazienki. 
Zasłona prysznica była odsunięta, w środku nie było nic 
poza kostką hotelowego mydła. Ostrożnie wsunął dłoń 

background image

pomiędzy każdy z czystych ręczników wiszących na 
wieszaku 
Znowu spojrzał na zegarek. Pięć minut do północy. 
 
    
miał wątpliwości, że był to ładunek nuklearny. Bez wątpienia 
wystarczająco silny, by zamienić sporą część Manhattanu w 
parę. 

To już prawie północ - powiedziała Robin. 

  Spojrzał w jej oczy, wyrwany z paraliżującego strachu 
dźwiękiem jej głosu. Nie kazał jej, by została na dole. 
Zakładał, że to rozumie. Sądny dzień. Właśnie mu się 
przyglądał. 
  W pierwszym odruchu chciał jej powiedzieć, by wyszła, ale 
nie miało to sensu. Nigdzie nie można było uciec ani ukryć 
się. To był sądny dzień, bezwstydnie leżący pomiędzy nimi. 

Co to jest? - zapytała. 

  Poznał po jej głosie, że się domyśliła, choć nie mogła 
uwierzyć, że to prawda. Podobnie jak on. 

Zrób coś - wyszeptała. 

  Pomyślał o tych wszystkich filmach, w których otwiera się 
takie rzeczy śrubokrętem i łyżką, po czym przecina się druty i 
przekręca wyłączniki. Tutaj jednak nie było nic do 
przekręcania ani przecinania. Nie mógł rozbroić tej bomby i 
wiedział o tym od początku. Nawet gdyby wiedział, jak się do 
tego zabrać, nie miał odpowiednich narzędzi. 
- Jared - powiedziała Robin głosem bliskim histerii. 
Potrząsnął głową. Jej oczy były wypełnione strachem. 
- Zrób coś - powtórzyła błagalnie. 

background image

  Dotknął więc zegara. Niecałe trzydzieści sekund. Nie ma 
znaczenia, co zrobi. Albo nie zrobi. Ale ponieważ Prosiła go, 
sięgnął do kieszeni i wyjął dziesięciocen-tówkę. Drżącymi 
palcami włożył ją w szczelinę w główce jednej ze śrub i zaczął 
odkręcać. 
    
 
    
   - Dziękuję - powiedział Jared, wchodząc do otwartego 
pokoju. 
  Zastał coś, na co, pomimo swoich podejrzeń, nie był 
przygotowany. 
Na łóżku leżała ogromna czarna torba. 
  Jared poczuł gwałtowny przypływ adrenaliny. Wziął kilka 
głębokich oddechów, zmuszając się do spokoju. Może to 
czyjaś brudna bielizna do prania? Jednak wiedział. Czuł ten 
chłodny palec przesuwający się po plecach. 
  Obszedł łóżko, przyglądając się torbie ze wszystkich stron. Z 
góry był zamek błyskawiczny, biegnący przez całą jej 
długość. 
  Wydawało mu się, że w przyległym pokoju strażnik z kimś 
rozmawia. Trudno mieć nadzieję, by był to ktoś z ich 
oddziału. Spojrzał znowu na zegarek. Dwie minuty do 
północy. Albo on, albo nikt. I było już zbyt późno na 
zachowanie ostrożności. 
  Chwycił suwak zamka i pociągnął go. Poszedł jak po maśle. 
Torba rozchyliła się, nieco zdradzając swoją zawartość. Zdał 
sobie sprawę, że się pomylił tylko w jednym: nie docenił, jak 
bardzo Edwards chciał się zemścić. 

background image

  Jared zsunął płótno z bomby. Wiedział już, że nie musi się 
martwić o przewody detonatora lub przełącznik wysokości. 
Jedynym zmartwieniem były cyferki na zielonym zegarze, 
które milcząco i bezlitośnie odmierzały upływające sekundy. 
  Bomba była produkcji radzieckiej. Pamiętał to ze szkoleń w 
wojsku. Mała i bardzo stara, lecz Jared nie 
    
    
   Śruba była odkręcona. Wsunął palce pod płytę 
przykrywającą zegar. 

Siedem. 

I Robin. Powinni razem się zestarzeć. 

Sześć. 

  Nie tak miało być. Nic jeszcze nie mieli. Ani dziecka. Ani 
życia. Każdej cennej godziny. Każdej minuty, sekundy, którą 
trzeba się radować. Którą należy chronić. 

Pięć. 

  Podniósł płytkę. Żadnych drutów, przycisków. Nie miał tu 
nic do roboty. 

Cztery. 

Zamknął oczy, powstrzymując łzy. 

Trzy. 

  Podniósł głowę i spojrzał na Robin. Jej oczy również lśniły 
łzami. 

Dwa. 

  Każda cenna godzina. Minuta. Sekunda. Powinni spędzić je 
razem, by kochać się. Nic innego nie miało znaczenia i nie 
miał pojęcia, dlaczego tak długo tego nie rozumiał. 
- Jeden. 

background image

- Kocham cię - powiedział. 
  Wiwaty tłumu na ulicy dochodziły poprzez głośniki 
telewizora z sąsiedniego pokoju. Jared potrzebował kilku 
sekund, by zorientować się, o co chodzi, ponieważ nie takich 
wybuchów się spodziewał. 
  Spojrzał na zegar. Zielone cyfry znikły. W tle słychać kylo 
znajomą muzykę. 

Dlaczego to nie wybuchło? - spytała Robin. 

 
    
   Usłyszał telewizor w sąsiednim pokoju. Strażnik nie miał 
pojęcia, co tu się dzieje. Zbyt przejęty był obserwowaniem 
opadającej kuli na Times Sąuare. Jared zastanawiał się, co 
ludzie na całym świecie zobaczą w telewizji za kilka sekund. 
  Zaczął odkręcać drugą śrubę, teraz robił to machinalnie. 
Przynajmniej nie trzęsły mu się już ręce. Robin podeszła bliżej 
do łóżka, poczuł subtelny i prowokujący zapach jej perfum. 
Czuł go ostatniej nocy, trzymając ją w ramionach. Był 
uwięziony w pasemkach jej włosów i na rozgrzanej skórze 
szyi. Między piersiami. 
  Wszystkie te wspomnienia powracały, gdy jednocześnie 
odkręcał śruby. Każdy obraz był wyraźny. Żywy. Cenny. 
  Nieskończenie cenny, pomyślał, zaczynając odkręcać 
przedostatnią śrubę. Dlaczego nie szanuje się każdej chwili 
życia, dopóki nie zostanie ono zagrożone? Dopóki nie zacznie 
uciekać, jak te sekundy na zegarze. 
  Nagle usłyszał, jak tłum pokazywany w telewizji zaczął 
odliczać. Milion głosów. 

Dziesięć. 

background image

  Właśnie włożył monetę w szczelinę ostatniej śruby i zaczął ją 
obracać. 

Dziewięć. 

   Chłopiec czy dziewczynka, zastanawiał się Jared. Wszystkie 
te lata, które mogli spędzić razem, pójdą na marne, bo tak 
zechciał szaleniec. A także zabawy i zakończenia roku 
szkolnego. Wszystko to przestawało zależeć od niego. 

Osiem. 

 
    
   Robin zaśmiała się z cudowną ulgą i zapierającą dech 
radością. 
- Pluskwa milenijna? To cudownie! 
  - Kiedy zegar doszedł do daty , wszystko się 
zatrzymało. 
  Wciągnął głęboko powietrze, napawając się zapachem jej 
perfum. Cieszył się, że krew płynie mu w żyłach. Napawał się 
życiem. 
  Zrobił to, co do niego należało. Swoją porcję bomb już 
rozbroił. Teraz czas na kogoś innego. Może uczyć. Pracować 
w laboratorium. Znajdować ślady, łapać drani i nie pozwalać 
im krzywdzić innych ludzi, ale już nigdy nie będzie rozbrajać 
bomb. 
  -  Miałaś rację - powiedział. - Od tej pory ktoś inny 
będzie musiał to robić. Patrzysz na moją ostatnią bom 
bę. Dwa razy byłem zbyt blisko śmierci. Trzecim razem 
mogę nie mieć tyle szczęścia. 
Czekał, co powie. 
  - W takim razie... to dziecko musi mieć nazwisko. 

background image

Ja ciebie też potrzebuję. Zawsze. Nie mogłam tylko... 
  - Robin, nie mam żadnych wątpliwości. Nie tym 
razem. 
  - Stryj Jim wreszcie odetchnie. - Spojrzała na bom 
bę i znów się zaśmiała. - Wreszcie przywrócisz mi ko 
biecą cześć. Muszę ci powiedzieć, że nikogo jeszcze nie 
zaprowadzono do ołtarza pod groźbą takiej broni. Na 
wet w Teksasie. 
  -  
    
   Jared próbował domyślić się, o co chodzi. Zegar się 
wyłączył. Bomba była uzbrojona, zegar był nastawiony, ale z 
jakiegoś powodu... 
  I nagle zrozumiał, co się stało. Gdy wszyscy bali się, że 
rosyjskie rakiety zaczną przypadkowo startować z powodu 
problemu z datą roku , pewien ekspert przewidział, że może 
stać się właśnie to. Dokładnie to, co zdarzyło się tutaj. 
Powiedział, że bardziej prawdopodobne jest, że te rakiety 
właśnie nie wystartują. Że pluskwa mikroprocesora wyłączy 
wszystko, kiedy zegar dotrze do roku dwutysięcznego. 
  „Przeklęta pluskwa milenijna. Gdyby nas zaatakowała, czyli 
gdyby Avamore miał rację, byłby to największy żart z naszej 
cywilizacji", powiedział kiedyś Edwards. 
  I właśnie ten żart, makabryczny i nieludzko dziwaczny, 
okazał się być żartem z samego Edwardsa. 
- Pluskwa milenijna - wyjaśnił Jared. 
  Po policzkach spływały jej łzy, twarz miała białą jak ściana, 
ale żyła. Właśnie zaczęło to do niego docierać. Oboje nadal 
żyli. 

background image

  Druga szansa. Te słowa rozbrzmiewały mu w głowie. 
Wiedział, jak blisko śmierci znalazł się tamtego dnia w 
budynku rządowym. Był jednak zbyt uparty, by zrezygnować. 
Zbyt dumny. 
Otrzymał drugą szansę na życie. Na wszystko to, 
 

czym mówili mu Robin i McCord. Mecze piłkarskie 

 

przyjęcia urodzinowe. Szkolne uroczystości. Wspólne 

starzenie się. 
Druga szansa. Nie zamierzał jej zmarnować. 
 
    
   Jared stał oparty o ścianę, przyglądając się, jak reszta się 
bawi. James McCord został oficjalnym kandydatem swojej 
partii. I wszystko wskazywało, że - zgodnie z przepowiednią 
Levi - zostanie w styczniu następnym prezydentem. 
  Jej stryj miał za co być wdzięczny Jaredowi, pomyślała 
Robin. Wszyscy mu wiele zawdzięczali. Szczególnie ona. 
Spojrzała na syna, który nadal spoczywał w ramionach 
dziadka. Skoro sam nazwał go wnukiem, co było bardzo miłe, 
z tego wniosek, że mianował się dziadkiem. I niech już tak 
zostanie, pomyślała. Tak jak ona została jego córką, a on jej 
ojcem. 
  Albo Clint. Formalnie nie był nawet jego synem, a mimo to 
powierzył Altamirę jego rękom, ufając, że zatroszczy się o 
dziedzictwo, które pewnego dnia będzie należeć do niego. Tak 
jak powinno być. 
  Levi i Seth żyli szczęśliwie w Montanie. Moja kuzynka 
dosłownie promienieje szczęściem, pomyślała Robin. 

background image

Wznosząc toast, patrzyli sobie w oczy, zapominając o 
wszystkich. Seth pił szampana, Levi wodę mineralną. 
  Oczywiście promienna twarz Levi miała coś wspólnego z 
tajemnicą, jaką powierzyła jej wczoraj wieczorem, kiedy 
pozwoliły sobie na trochę dziewczęcych plotek, do czego nie 
miały już dawno okazji. 
  Niedługo stryj Jim będzie obchodził narodziny drugiego 
wnuka. Levi jeszcze mu o tym nie powiedziała, ale obiecała to 
zrobić wkrótce i wtedy będą się bawić na nowo. Jeszcze przed 
powrotem Levi i Setha do Monta-nY, a Robin i Jareda do 
Waszyngtonu. 
   
EPILOG 
  - Za następnego prezydenta Stanów Zjednoczo 
nych, mojego ojca - powiedziała Levi. 
  - Tutaj, tutaj! - zawołała Darlene Richards, wzno 
sząc kieliszek ku McCordowi. W przeciwieństwie do 
Levi miała w nim szampana. 
  - I za mojego pierwszego wnuka - wzniósł toast 
McCord. 
  Trzymał na prawej ręce Roberta Jamesa McCorda Donovana. 
Robił to bardzo wprawnie. 
  - Ale mały Cord nie może pić bąbelków - zaprote 
stował Clint Richards, patrząc na swego ojca. Uśmiech 
nął się lekko. - Prawo zabrania mu pić alkohol. 
  - Nie jesteś już szeryfem - powiedział senator i od 
wzajemnił uśmiech. - Nie sądzę też, żeby miał ochotę 
na szampana. 

background image

  McCord pochylił siei pocałował małą, okrągłą główkę 
otoczoną puchem delikatnych, ciemnych włosków. Na razie 
Cord przypominał wyłącznie Donovanów, Ro-bin jednak 
wiedziała, że krążyło w nim mnóstwo genów McCordów, 
które ujawnią się w stosownym czasie. 
  Odwaga. Determinacja. Poczucie obowiązku. Przyniesie jej 
to równie wielką radość jak to, że dziecko tak bardzo 
przypomina swego ojca. 
    
    
   Robin, przynajmniej na razie, pracowała w biurze stryja, a 
Jared w laboratorium pirotechnicznym FBI. Początkowo 
niepokoiła się, że będzie żałował swojej decyzji, ale Jared był 
szczęśliwy. Wiedziała o tym. A co ważniejsze, zrozumiał, jak 
wielkie znaczenie miała jego praca. Była równie ważna dla 
ratowania ludzkiego życia, jak poprzednia. 
   I był bezpieczny. Niespodziewanie w jej oczach pojawiły się 
łzy. Nawet gdyby miała żyć tysiąc lat, nie zapomni tej chwili, 
gdy oderwał wzrok od bomby, by spojrzeć w jej oczy. Modliła 
się, by nigdy więcej nic takiego nie zobaczyła. 
  Oby tak było zawsze, pomyślała, widząc z jaką miłością 
Jared patrzy na swego syna. Wychowa go na prawdziwego 
mężczyznę. Jakim był jej ojciec, jaki jest stryj Jim. 
I Jared Donovan. 
  Odwrócił się, spotykając jej wzrok. Bezgłośnie 
wypowiedział ustami te same słowa, co wtedy. Te same, które 
mówił każdego dnia. Słowa, które będzie mówił, miała 
nadzieję, każdego dnia przez następne pięćdziesiąt albo 
sześćdziesiąt lat. 

background image

- Kocham cię - powiedział bezdźwięcznie Jared. 
Wreszcie zrozumiała, jak bardzo.