background image

TERRY PRATCHET

TROLLOWY MOST

OPOWIADANIE Z KSI

Ąś

KI „W HOŁDZIE KRÓLOWI”

Przeło

Ŝ

Piotr W.Cholewa

Tytuł orginału:

 

TROLL BRIDGE

Skanował:

 

Yanks

Wersja tekstu:

 

1.00

Poprawki:

9.I.2002 Yanks (autokorekta)

W

iatr dmuchał od gór, unosz

ą

c w powietrze drobniutkie 

kryształki lodu.
Było zbyt zimno na 

ś

nieg. Przy takiej pogodzie wilki zbli

Ŝ

aj

ą

 si

ę

 do 

wiosek, a zamarzaj

ą

ce drzewa w sercu lasu p

ę

kaj

ą

 z hukiem.

Przy takiej pogodzie ludzie siedz

ą

 w domach, przy kominkach, i 

opowiadaj

ą

 historie o bohaterach.

To był stary ko

ń

. I stary je

ź

dziec. Ko

ń

 wygl

ą

dał jak owini

ę

ta w foli

ę

 

suszarka do naczy

ń

. Je

ź

dziec wygl

ą

dał, jakby nie spadał z siodła 

tylko dlatego, 

Ŝ

e brakowało mu energii. Mimo k

ą

saj

ą

cego mro

ź

nego 

wiatru miał na sobie jedynie skromny skórzany kilt i banda

Ŝ

 na 

kolanie.
Wyj

ą

ł z ust wilgotne resztki papierosa i zgasił go na dłoni.

- No dobrze - powiedział. - Bierzmy si

ę

 do dzieła.

- Łatwo ci mówi

ć

 - odparł ko

ń

. - A co b

ę

dzie, je

ś

li nagle dostaniesz 

zawrotu głowy? Grzbiet te

Ŝ

 odmawia ci posłusze

ń

stwa. Jakbym si

ę

 czuł, 

gdybym został zjedzony tylko dlatego, 

Ŝ

e w nieodpowiednim momencie 

co

ś

 ci strzeli w krzy

Ŝ

u?

- Tak si

ę

 nie stanie - zapewnił je

ź

dziec.

Zsun

ą

ł si

ę

 na zimne kamienie i chuchn

ą

ł w palce. Potem z juków 

wyci

ą

gn

ą

ł miecz z kling

ą

 przypominaj

ą

c

ą

 zaniedbany brzeszczot piły. 

Bez przekonania kilka razy ci

ą

ł na prób

ę

 powietrze.

- Potrafi

ę

 jeszcze to i owo - mrukn

ą

ł z satysfakcj

ą

. Skrzywił si

ę

 i 

oparł o drzewo. - Mógłbym przysi

ą

c, 

Ŝ

e ten przekl

ę

ty miecz codziennie 

robi si

ę

 ci

ęŜ

szy.

- Powiniene

ś

 go zapakowa

ć

 z powrotem - stwierdził ko

ń

. - Na dzisiaj 

wystarczy. Takie rzeczy w twoim wieku... To nie uchodzi. Je

ź

dziec 

wzniósł oczy w gór

ę

.

- Niech licho porwie t

ę

 wyprzeda

Ŝ

. Tak to si

ę

 ko

ń

czy, kiedy kupuje 

si

ę

 co

ś

, co nale

Ŝ

ało do maga - zwrócił si

ę

 ze skarg

ą

 do całego 

background image

ś

wiata. - Obejrzałem twoje z

ę

by, sprawdziłem kopyta, ale nie przyszło 

mi do głowy, 

Ŝ

eby ci

ę

 posłucha

ć

.

- A jak my

ś

lisz, kto przeciw tobie licytował? - zapytał ko

ń

. Cohen 

Barbarzy

ń

ca nadal opierał si

ę

 o drzewo. Nie był pewien, czy potrafi 

si

ę

 wyprostowa

ć

 o własnych siłach.

- Na pewno masz gdzie

ś

 ukryte wielkie skarby - domy

ś

lił si

ę

 ko

ń

. - 

Mo

Ŝ

e wyruszymy do Kraw

ę

dzi? Co ty na to? Przyjemnie i ciepło... 

Znajdziemy sobie jakie

ś

 miłe miejsce na pla

Ŝ

y... Co?

ś

adnych skarbów - burkn

ą

ł Cohen. - Wydałem wszystko. Przepiłem 

wszystko. Wszystko rozdałem. Zgubiłem.
- Powiniene

ś

 zaoszcz

ę

dzi

ć

 co

ś

 na staro

ść

.

- Nigdy nie przypuszczałem, 

Ŝ

e czeka mnie jaka

ś

 staro

ść

.

- Pewnego dnia umrzesz - stwierdził ko

ń

. - To mo

Ŝ

e by

ć

 nawet dzisiaj.

- Wiem. Jak ci si

ę

 wydaje, po co tu przyjechałem?

Zwierz

ę

 odwróciło si

ę

 i spojrzało w stron

ę

 w

ą

wozu. Droga była 

nierówna i pełna dziur, młode p

ę

dy przebijały si

ę

 mi

ę

dzy kamieniami, 

a z obu stron wyrastała puszcza. Za kilka lat nikt ju

Ŝ

 nie b

ę

dzie 

pami

ę

tał, 

Ŝ

e w ogóle była tu jaka

ś

 droga. S

ą

dz

ą

c po wygl

ą

dzie, ju

Ŝ

 

teraz nikt o tym nie wiedział.
- Przyjechałe

ś

 tu, 

Ŝ

eby umrze

ć

?

- Nie. Ale jest co

ś

, co zawsze chciałem zrobi

ć

. Jeszcze jako młody 

chłopak.
- Co takiego?
Cohen spróbował si

ę

 wyprostowa

ć

Ś

ci

ę

gna posłały wzdłu

Ŝ

 nóg swój 

bolesny, gor

ą

cy jak rozpalone 

Ŝ

elazo sprzeciw.

- Mój tato... - wychrypiał. Z trudem odzyskał równowag

ę

- Mój tato - powtórzył - powiedział mi kiedy

ś

... Zasapał si

ę

.

- Synu - podpowiedział uprzejmie ko

ń

.

- Co?
- Synu. 

ś

aden ojciec nie zwraca si

ę

 do swojego chłopaka "synu", je

ś

li 

nie ma zamiaru podzieli

ć

 si

ę

 swoj

ą

 

Ŝ

yciow

ą

 m

ą

dro

ś

ci

ą

. To powszechnie 

znany fakt.
- Nie wtr

ą

caj si

ę

 do moich wspomnie

ń

!

- Przepraszam.
- Powiedział: Synu... Tak, zgadza si

ę

... Synu, je

ś

li w samotnej walce 

potrafisz stawi

ć

 czoło trollowi, wtedy potrafisz dokona

ć

 wszystkiego.

Ko

ń

 zamrugał nerwowo. Potem odwrócił si

ę

 znowu i ponad atakowan

ą

 

przez drzewa drog

ą

 spojrzał w mrok w

ą

wozu. Był tam kamienny most.

Ogarn

ę

ło go straszliwe przeczucie.

Kopyta zastukały nerwowo o zrujnowan

ą

 nawierzchni

ę

.

- Kraw

ę

d

ź

 - powiedział niepewnie. - Miło i ciepło.

- Nie.
- Co komu przyjdzie z zabicia trolla? Co osi

ą

gniesz, zabijaj

ą

trolla?
- Martwego trolla. W tym cała rzecz. Zreszt

ą

 wcale nie musz

ę

 zabija

ć

Wystarczy, 

Ŝ

e go pokonam. Jeden na jednego. Mano a... troll. Gdybym 

nie spróbował, ojciec przewróciłby si

ę

 w grobie.

- Sam mi mówiłe

ś

Ŝ

e przep

ę

dził ci

ę

 z plemienia, kiedy miałe

ś

 

jedena

ś

cie lat.

- To jego najlepszy pomysł w 

Ŝ

yciu. Nauczył mnie sta

ć

 mocno na 

cudzych nogach. Podejd

ź

 tu, dobrze?

Ko

ń

 zbli

Ŝ

ył si

ę

. Cohen chwycił za siodło, podci

ą

gn

ą

ł si

ę

 i 

wyprostował.
- I ty chcesz dzisiaj walczy

ć

 z trollem... - mrukn

ę

ło zwierz

ę

.

Cohen pogrzebał w jukach i wyci

ą

gn

ą

ł kapciuch z tytoniem. Wiatr 

rozwiewał okruchy, gdy osłaniaj

ą

c je dło

ń

mi, zwijał kolejnego 

cienkiego papierosa.
- Tak - stwierdził.
- I przyjechałe

ś

 tu z daleka specjalnie w tym celu?

- Musiałem - wyja

ś

nił Cohen. - Kiedy ostatnio widziałe

ś

 most z 

trollem pod spodem? Kiedy byłem młodym chłopakiem, stały ich setki. 
Teraz wi

ę

cej trolli 

Ŝ

yje w miastach ni

Ŝ

 w górach. Wi

ę

kszo

ść

 z nich 

tłusta jak masło. I po co nam były te wszystkie wojny? A teraz... 
Przejd

ź

 przez ten most.

background image

B

ył to samotny most ponad płytk

ą

, spienion

ą

 i zdradzieck

ą

 

rzek

ą

 w gł

ę

bokiej kotlinie. Takie miejsce, gdzie człowiek...

Szary kształt przeskoczył przez kraw

ę

d

ź

 i wyl

ą

dował na płaskich 

stopach tu

Ŝ

 przed koniem. W r

ę

ku trzymał maczug

ę

.

- No dobra - warkn

ą

ł.

- Och... - st

ę

kn

ą

ł ko

ń

.

Troll zamrugał. Nawet mro

ź

ne i zachmurzone zimowe niebo powa

Ŝ

nie 

redukowało przewodnictwo jego krzemowego mózgu. Dlatego tak długo 
trwało, nim u

ś

wiadomił sobie, 

Ŝ

e w siodle nie ma pasa

Ŝ

era.

Mrugn

ą

ł jeszcze raz, poniewa

Ŝ

 nagle poczuł oparte o kark ostrze 

miecza.
- Witam - odezwał si

ę

 głos przy jego uchu. Troll przełkn

ą

ł 

ś

lin

ę

. Ale 

bardzo ostro

Ŝ

nie.

- Słuchaj - zacz

ą

ł rozpaczliwym tonem. - To przecie

Ŝ

 taka tradycja, 

nie? Na takim mo

ś

cie ludzie powinni spodziewa

ć

 si

ę

 trolla. Ee... - 

dodał, gdy kolejna my

ś

l przeczołgała mu si

ę

 przez głow

ę

. - A dlaczego 

wła

ś

ciwie nie słyszałem, jak si

ę

 do mnie podkradasz?

- Bo jestem dobry w podkradaniu - odparł starzec.
- To si

ę

 zgadza - wtr

ą

cił ko

ń

. - Podkradł si

ę

 do wi

ę

kszej liczby 

ludzi, ni

Ŝ

 ty w 

Ŝ

yciu przestraszyłe

ś

 obiadów. Troll zaryzykował 

zerkni

ę

cie z ukosa.

- Niech to diabli - szepn

ą

ł. - My

ś

lisz, 

Ŝ

e jeste

ś

 Cohenem 

Barbarzy

ń

c

ą

, co?

- A jak ci si

ę

 wydaje?

- Posłuchaj - doradził ko

ń

. - Gdyby nie miał kolana owini

ę

tego 

workiem, poznałby

ś

, jak stuka o drugie. Troll zastanawiał si

ę

 przez 

dłu

Ŝ

sz

ą

 chwil

ę

.

- O rany! -j

ę

kn

ą

ł. - Na moim mo

ś

cie! Ale numer!

- Co? - spytał Cohen.
Troll wyrwał mu si

ę

 i gor

ą

czkowo zamachał r

ę

kami.

- W porz

ą

dku! Zgoda! - krzykn

ą

ł, gdy Cohen ruszył do przodu. - Masz 

mnie! Masz mnie! Nie b

ę

d

ę

 si

ę

 sprzeczał! Chc

ę

 tylko zawiadomi

ć

 

rodzin

ę

, dobrze? Inaczej nikt nie uwierzy. Cohen Barbarzy

ń

ca! Na moim 

mo

ś

cie!

Pot

ęŜ

na kamienna pier

ś

 wypi

ę

ła si

ę

 dumnie.

- Ten mój przekl

ę

ty szwagier cały czas przechwala si

ę

 swoim 

przekl

ę

tym wielkim, drewnianym mostem. 

ś

ona o niczym innym nie mówi. 

Ha! Chciałbym teraz zobaczy

ć

 jego min

ę

... No nie! Co sobie o mnie 

pomy

ś

lisz?

- Dobre pytanie - przyznał Cohen. Troll rzucił maczug

ę

 i chwycił jego 

dło

ń

.

- Jestem Mika - przedstawił si

ę

. - Nie masz poj

ę

cia, jaki to dla mnie 

zaszczyt.
Wychylił si

ę

 przez parapet.

- Beryl! Chod

ź

 tu szybko! Przyprowad

ź

 dzieciaki! Odwrócił si

ę

 do 

Cohena. Oczy błyszczały mu dum

ą

 i wzruszeniem.

- Beryl zawsze powtarza, 

Ŝ

e powinni

ś

my si

ę

 przeprowadzi

ć

, poszuka

ć

 

czego

ś

 lepszego... Ale ja jej tłumacz

ę

Ŝ

e ten most jest w naszej 

rodzinie od pokole

ń

Ŝ

e zawsze mieszkał jaki

ś

 troll pod Mostem 

Ś

mierci. To tradycja.

Na brzeg wdrapała si

ę

 ogromna samica trolla z dwójk

ą

 maluchów na 

r

ę

kach. W 

ś

lad za ni

ą

 maszerował rz

ą

dek mniejszych trolli. Ustawili 

si

ę

 szeregiem za ojcem, wpatrzeni w Cohena niczym sowy.

- To Beryl. - Troll wskazał 

Ŝ

on

ę

. Spojrzała na Barbarzy

ń

c

ę

 z 

niech

ę

ci

ą

. - A to... - Wypchn

ą

ł do przodu mniejsze wydanie samego 

siebie, 

ś

ciskaj

ą

ce młodzie

Ŝ

ow

ą

 wersj

ę

 maczugi. - To mój chłopak, 

Piarg. Prawdziwy odprysk starego kamienia. Kiedy odejd

ę

, przejmie po 

mnie ten most. Prawda, Piarg? Patrz, mój chłopcze, to jest Cohen 
Barbarzy

ń

ca! Co ty na to? Na naszym mo

ś

cie! Nie tacy zwykli bogaci, 

tłu

ś

ci kupcy, jakich spotyka twój wujek Piryt. - Troll zwracał si

ę

 do 

syna, ale nad jego ramieniem zerkał na 

Ŝ

on

ę

. - U nas bywaj

ą

 prawdziwi 

bohaterowie, jak za dawnych czasów.

ś

ona trolla zmierzyła Cohena wzrokiem.

- Bogaty jest? - spytała.
- Bogactwo nie ma tu nic do rzeczy - odparł troll.

background image

- Zabije pan naszego tat

ę

? - rzucił podejrzliwie Piarg.

- Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e tak - zapewnił syna Mika. - To jego zawód. A potem 

b

ę

d

ę

 sławiony w pie

ś

niach i opowie

ś

ciach. To przecie

Ŝ

 Cohen 

Barbarzy

ń

ca, nie jaki

ś

 wiejski głupek z widłami. Słynny bohater! 

Przyszedł do nas z daleka, wi

ę

c oka

Ŝ

cie mu nieco szacunku. 

Przepraszam za to, sir - zwrócił si

ę

 do Cohena. - Ta dzisiejsza 

młodzie

Ŝ

... Wie pan, jak to jest.

Ko

ń

 zacz

ą

ł parska

ć

.

- Posłuchaj... - odezwał si

ę

 Cohen.

- Pami

ę

tam, jak tato opowiadał mi o panu, kiedy byłem jeszcze 

kamykiem - westchn

ą

ł Mika. - Stoi ponad 

ś

wiatem niczym kloss. Tak 

mówił.
Zapadło milczenie. Cohen zastanawiał si

ę

, czym mo

Ŝ

e by

ć

 kloss. I 

nagle poczuł na sobie kamienne spojrzenie Beryl.
- To zwyczajny mały staruszek - oznajmiła. - Nie wydaje si

ę

 

szczególnie bohaterski. Skoro jest taki dobry, to czemu nie jest 
bogaty?
- Posłuchaj, kobieto... - zacz

ą

ł Mika.

- I na to czekali

ś

my całe 

Ŝ

ycie? - przerwała mu 

Ŝ

ona. - Przez tyle 

lat siedz

ą

c pod ciekn

ą

cym mostem? Wypatruj

ą

c ludzi, którzy nigdy nie 

przyszli? Czekali

ś

my na tego krzywonogiego staruszka? Dlaczego nie 

posłuchałam matki? Chcesz, 

Ŝ

eby nasz syn siedział pod mostem i 

czekał, a

Ŝ

 jego te

Ŝ

 zabije jaki

ś

 staruszek? To ma by

ć

 przyszło

ść

 dla 

trolla? Nie, na to nie pozwol

ę

!

- Uspokój si

ę

...

- Ha! Piryt nie spotyka małych staruszków. Do niego przychodz

ą

 grubi 

kupcy. Jest kim

ś

! Powiniene

ś

 z nim jecha

ć

, kiedy miałe

ś

 okazj

ę

!

- Wolałbym je

ść

 robaki!

- Robaki? Odk

ą

d to sta

ć

 nas na robaki?

- Mo

Ŝ

emy chwil

ę

 pogada

ć

? - wtr

ą

cił Cohen. Machaj

ą

c od niechcenia 

mieczem, przeszedł na drugi koniec mostu. Troll poczłapał za nim.
Cohen si

ę

gn

ą

ł po kapciuch z tytoniem. Spojrzał na trolla i wyci

ą

gn

ą

ł 

r

ę

k

ę

.

- Zapalisz?
- Mo

Ŝ

na od tego umrze

ć

 - zauwa

Ŝ

ył troll.

- Owszem. Ale nie dzisiaj.
- Tylko nie stój tam za długo z tym twoim podejrzanym koleg

ą

 - 

hukn

ę

ła Beryl ze swojego ko

ń

ca mostu. - Dzisiaj miałe

ś

 i

ść

 do 

tartaku! Czert mówił, 

Ŝ

e nie mo

Ŝ

e wci

ąŜ

 trzyma

ć

 dla ciebie tej 

posady, je

ś

li nie we

ź

miesz si

ę

 powa

Ŝ

nie do pracy!

Mika u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 przepraszaj

ą

co.

- Mo

Ŝ

na na niej polega

ć

 - powiedział.

- I nie b

ę

d

ę

 włazi

ć

 do rzeki, 

Ŝ

eby ci

ę

 znowu wyci

ą

ga

ć

! - ryczała 

Beryl. - A opowiedz mu o starych capach, panie Wa

Ŝ

ny Trollu!

- Capach? - zdziwił si

ę

 Cohen.

- Nic nie wiem o capach - zapewnił Mika. - Ona zawsze o nich 
wspomina. Ale ja nie mam poj

ę

cia o 

Ŝ

adnych capach. - Skrzywił si

ę

.

Razem patrzyli, jak Beryl sprowadza młode trolle z brzegu w mrok pod 
mostem.
- Rzecz w tym - odezwał si

ę

 Cohen, kiedy zostali sami - 

Ŝ

e nie 

planowałem ci

ę

 zabi

ć

.

Twarz trolla wyra

Ŝ

ała rozczarowanie.

- Nie?
- Najwy

Ŝ

ej zrzuci

ć

 ci

ę

 z mostu i ukra

ść

 twoje skarby.

- Naprawd

ę

?

Cohen poklepał go po ramieniu.
- Poza tym - dodał - lubi

ę

 spotyka

ć

 ludzi, którzy maj

ą

... dobr

ą

 

pami

ęć

. Tego trzeba tej krainie: pami

ę

ci. I tradycji. Troll stan

ą

ł na 

baczno

ść

.

- Staram si

ę

 jak mog

ę

, prosz

ę

 pana - zapewnił. - Mój chłopak chce i

ść

 

szuka

ć

 pracy w mie

ś

cie. Powtarzam mu, 

Ŝ

e trolle mieszkaj

ą

 pod tym 

mostem ju

Ŝ

 prawie pi

ęć

set lat...

- Wi

ę

c gdyby

ś

 oddał mi skarby - doko

ń

czył Cohen - mógłbym ju

Ŝ

 rusza

ć

 

dalej.
Nagła panika wywołała zmarszczki na obliczu trolla.
- Skarby? Nie mam 

Ŝ

adnych skarbów...

background image

- Daj spokój. Na takim dobrze poło

Ŝ

onym mo

ś

cie?

- Tak, ale nikt ju

Ŝ

 nie je

ź

dzi t

ą

 drog

ą

 - wyja

ś

nił Mika. - Pan jest 

pierwszy od miesi

ę

cy. Naprawd

ę

. Beryl mówi, 

Ŝ

e powinienem si

ę

 

przenie

ść

 do jej brata, kiedy zbudowali now

ą

 drog

ę

 do jego mostu. 

Ale... - podniósł głos - powiadam jej: pod tym mostem trolle...
- No tak... - mrukn

ą

ł Cohen.

- Problem w tym, 

Ŝ

e kamienie ci

ą

gle wypadaj

ą

- wyznał troll.

- A nie uwierzy pan, ile 

Ŝą

daj

ą

 ci murarze. Przekl

ę

te krasnoludy. Nie 

mo

Ŝ

na im ufa

ć

. - Pochylił si

ę

 do Cohena. - Przyznam si

ę

 panu, 

Ŝ

e trzy 

dni w tygodniu musz

ę

 pracowa

ć

 w tartaku szwagra, 

Ŝ

eby jako

ś

 zwi

ą

za

ć

 

koniec z ko

ń

cem.

- Zdawało mi si

ę

Ŝ

e twój szwagier ma most - zdziwił si

ę

 Cohen.

- Jeden z nich tak. Ale moja 

Ŝ

ona ma tylu braci, ile psy pcheł.

- Mika wpatrzył si

ę

 ponuro w fale rzeki. - Jeden handluje drewnem nad 

Kwa

ś

n

ą

 Wod

ą

, jeden prowadzi most, a ten wielki i gruby jest kupcem 

przy Gorzkiej Grani. Czy to wła

ś

ciwy fach dla trolla?

- Ale przynajmniej jeden jest w mostowym interesie - pocieszył go 
Cohen.
- Mostowy interes? Cały dzie

ń

 siedzie

ć

 w budce i bra

ć

 od ludzi po 

sztuce srebra za przej

ś

cie? Pół dnia w ogóle go tam nie ma. Wynaj

ą

ł 

sobie krasnoluda do kasowania pieni

ę

dzy. I on nazywa siebie trollem! 

Dopóki nie podejdzie si

ę

 blisko, nie mo

Ŝ

na go odró

Ŝ

ni

ć

 od człowieka.

Cohen pokiwał głow

ą

 ze zrozumieniem.

- I wie pan co? Co tydzie

ń

 musz

ę

 chodzi

ć

 do nich z wizyt

ą

 i je

ść

 u 

nich obiad. Z cał

ą

 trójk

ą

. I słucha

ć

, jak ci

ą

gle gadaj

ą

Ŝ

e trzeba 

i

ść

 z. duchem czasu...

Zwrócił do Cohena sw

ą

 wielk

ą

, smutn

ą

 twarz.

- Co jest złego w byciu trollem pod mostem? - zapytał. - Wychowałem 
si

ę

Ŝ

eby by

ć

 trollem pod mostem. Chc

ę

Ŝ

eby młody

Piarg został trollem pod mostem, kiedy mnie ju

Ŝ

 nie b

ę

dzie. Co w tym 

złego? Musz

ą

 przecie

Ŝ

 istnie

ć

 trolle pod mostami. Inaczej po co to 

wszystko? Jaki to ma sens?
Oparli si

ę

 sm

ę

tnie o parapet, zapatrzeni w spienion

ą

 wod

ę

.

- Wiesz - odezwał si

ę

 wolno Cohen. - Pami

ę

tam czasy, kiedy człowiek 

mógł przejecha

ć

 st

ą

d a

Ŝ

 po Klingowe Góry i nie zobaczy

ć

 

Ŝ

ywego 

stworzenia. - Przesun

ą

ł palcami po ostrzu miecza. - W ka

Ŝ

dym razie 

nie na długo.
Rzucił w wod

ę

 niedopałek papierosa.

- Teraz s

ą

 tam same farmy. Małe farmy małych ludzi. I wsz

ę

dzie płoty. 

Gdziekolwiek spojrzysz, farmy, płoty i mali ludzie.
- Ona ma racj

ę

, oczywi

ś

cie - stwierdził troll, kontynuuj

ą

c jak

ąś

 

wewn

ę

trzn

ą

 dyskusj

ę

. - Takie wyskakiwanie spod mostu nie ma 

przyszło

ś

ci.

- Rozumiesz - mówił Cohen - nie mam nic przeciwko farmom. Albo 
farmerom. Te

Ŝ

 s

ą

 potrzebni. Tyle 

Ŝ

e kiedy

ś

 

Ŝ

yli daleko od siebie, na 

brzegach. A teraz tutaj jest brzeg.
- Spychani przez cały czas - mrukn

ą

ł troll. - Cały czas si

ę

 

zmieniamy. Jak mój szwagier Czert. Tartak! Troll prowadz

ą

cy tartak! A 

gdyby pan zobaczył, co on wyprawia z Ostrocienistym Lasem!
Zaskoczony Cohen podniósł głow

ę

.

- Co? Tym, w którym 

Ŝ

yły gigantyczne paj

ą

ki?

- Paj

ą

ki? Teraz nie ma tam 

Ŝ

adnych paj

ą

ków. Tylko pnie.

- Pnie? Pnie? Lubiłem kiedy

ś

 ten las. Był... no, był mroczny. Teraz 

nie mo

Ŝ

na ju

Ŝ

 znale

źć

 porz

ą

dnej mroczno

ś

ci. W takim lesie człowiek 

pojmował, co to znaczy strach.
- Podobała si

ę

 panu mroczno

ść

? On teraz sadzi tam jodły. Równiutkie i 

czyste.
- Jodły?
- To nie był jego pomysł. On nie odró

Ŝ

nia jednego drzewa od drugiego. 

Wszystko przez Glin

ę

.

Cohen poczuł, 

Ŝ

e kr

ę

ci mu si

ę

 w głowie.

- Kto to jest Glina?
- Mówiłem przecie

Ŝ

Ŝ

e mam trzech szwagrów, prawda? Glina to ten 

kupiec - wyja

ś

nił Mika. - Powiedział, 

Ŝ

e je

ś

li zasadzi si

ę

 młode 

drzewa, łatwiej b

ę

dzie sprzeda

ć

 ziemi

ę

.

Przez dług

ą

 chwil

ę

 Cohen przetrawiał informacje.

background image

- Nie mo

Ŝ

na sprzeda

ć

 Ostrocienistego Lasu - stwierdził w ko

ń

cu. - Nie 

nale

Ŝ

y do nikogo.

- No tak. On mówi, 

Ŝ

e wła

ś

nie dlatego mo

Ŝ

na go sprzeda

ć

. Cohen 

uderzył pi

ęś

ci

ą

 o parapet. Niewielki kamie

ń

 oderwał si

ę

 i run

ą

ł w 

ą

b w

ą

wozu.

- Przepraszam...
- Nic nie szkodzi. Tak jak mówiłem: bez przerwy odpadaj

ą

 jakie

ś

 

kawałki.
Cohen odwrócił si

ę

.

- Co si

ę

 dzieje? Pami

ę

tam wszystkie te wielkie, dawne wojny. A ty? 

Musiałe

ś

 przecie

Ŝ

 walczy

ć

.

- Tak. Niosłem maczug

ę

.

- Mieli

ś

my walczy

ć

 o now

ą

, pi

ę

kn

ą

 przyszło

ść

. O prawo i w ogóle. Tak 

mówili ludzie.
- Ja walczyłem, bo kazał mi wielki troll z batem - wyja

ś

nił ostro

Ŝ

nie 

Mika. - Ale rozumiem, o co panu chodzi.
- Chodzi o to, 

Ŝ

e nie o farmy i nie o jodły. Prawda? Mika zwiesił 

głow

ę

.

- A teraz siedz

ę

 tu z t

ą

 n

ę

dzn

ą

 imitacj

ą

 mostu. Naprawd

ę

 głupio si

ę

 

czuj

ę

. Jechał pan taki kawał drogi...

- Mieli

ś

my wtedy takiego czy innego króla - ci

ą

gn

ą

ł Cohen, wpatruj

ą

si

ę

 w wod

ę

. - I chyba jakich

ś

 magów. Ale króla na pewno. Jestem 

przekonany, 

Ŝ

e był król. Nigdy go nie widziałem. I wiesz? - 

U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do trolla. - Nie pami

ę

tam, jak miał na imi

ę

. Nie 

s

ą

dz

ę

Ŝ

eby nam to powiedzieli.

M

niej wi

ę

cej pół godziny pó

ź

niej ko

ń

 Cohena wynurzył si

ę

 z 

pos

ę

pnej puszczy na omiatane wiatrem, nagie wrzosowiska. Przez chwil

ę

 

człapał w milczeniu, nim w ko

ń

cu si

ę

 odezwał.

- No dobrze... Ile mu dałe

ś

?

- Dwana

ś

cie sztuk złota - odparł Cohen.

- Dlaczego dałe

ś

 mu dwana

ś

cie sztuk złota?

- Bo nie miałem wi

ę

cej.

- Chyba oszalałe

ś

.

- Kiedy zaczynałem karier

ę

 barbarzy

ń

skiego herosa - rzekł Cohen - 

ka

Ŝ

dy most miał pod spodem trolla. I człowiek nie mógł przejecha

ć

 

przez puszcz

ę

, tak jak my wła

ś

nie przejechali

ś

my, 

Ŝ

eby z tuzin 

goblinów nie próbowało odr

ą

ba

ć

 mu głowy. - Westchn

ą

ł. .- Zastanawiam 

si

ę

 czasem, co im si

ę

 przytrafiło.

- Ty - stwierdził ko

ń

.

- No tak... Ale my

ś

lałem, 

Ŝ

e jeszcze troch

ę

 zostanie. My

ś

lałem, 

Ŝ

b

ę

dzie wi

ę

cej brzegów.

- Ile masz lat? - spytał ko

ń

.

- Nie wiem.
- Czyli do

ść

Ŝ

eby zrozumie

ć

.

- Tak... No tak. - Cohen zapalił papierosa i kaszlał, a

Ŝ

 oczy zaszły 

mu łzami.
- Robisz si

ę

 mi

ę

kki!

- Tak.
- Ostatniego dolara oddałe

ś

 trollowi!

- Tak. - Cohen dmuchn

ą

ł dymem w kierunku zachodz

ą

cego sło

ń

ca.

- Dlaczego?
Cohen popatrzył w niebo. Czerwony blask był zimny jak zbocza piekieł. 
Lodowaty wicher dmuchał przez stepy, szarpi

ą

c to, co pozostało z 

włosów bohatera.
- W imi

ę

 tego, jakimi rzeczy by

ć

 powinny - rzekł.

- Ha!
- W imi

ę

 rzeczy, które min

ę

ły.

- Ha!
Cohen spojrzał w dół.
U

ś

miechn

ą

ł si

ę

.

- I 

Ŝ

eby poda

ć

 trzeci powód: pewnego dnia umr

ę

 - stwierdził. - Ale 

chyba jeszcze nie dzisiaj.

background image

W

iatr dmuchał od gór, unosz

ą

c w powietrzu, drobniutkie 

kryształki lodu.
Było zbyt zimno na 

ś

nieg. Przy takiej pogodzie wilki zbli

Ŝ

aj

ą

 si

ę

 do 

wiosek, a zamarzaj

ą

ce drzewa w sercu lasu p

ę

kaj

ą

 z hukiem. Tyle 

Ŝ

e w 

tych dniach wilki spotykało si

ę

 coraz rzadziej i rzadziej, coraz 

mniej i mniej było lasów.
Przy takiej pogodzie rozs

ą

dnie my

ś

l

ą

cy ludzie siedz

ą

 w domach, przy 

kominkach.
Opowiadaj

ą

 historie o bohaterach.