background image

1

Iris Johannes

Błękitny aksamit

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Czy mamy inne wyjście? - spierała się Kate, z roztargnieniem przeczesując loki. -

Wpatrywała się posępnie w drzwi tawerny położonej naprzeciwko, nad wodą.

- Utknęliśmy pomiędzy Scyllą a Charybdą.
- Scyllą a Charybdą? - beznamiętnie spytał Julio.
- Dwoma morskimi potworami - odrzekła, obserwując wciąż drzwi baru Alvareza.
Nie  rozumiał,  czemu  Kate  odwoływała  się  zawsze  do  spraw,  o  których  nie  miał 

pojęcia.

- Czy Jeffrey powiedziałby, że jesteśmy między młotem a kowadłem?
Przytaknęła.
-  Jeśli  nie  odbijemy  Jeffreya  z  tawerny,  skończy  w  kabinie  pilota  z  nożem  przy 

gardle. Albo spiją go, tak że zdradzi położenie cessny.

- O ile wcześniej nie zemdleje - z nadzieją dorzucił Julio. Barman twierdzi, że parę 

minut temu był tego bliski.

- Wtedy go ocucą i zaczną na nowo - powiedziała Kate.
Spuściła głowę.
- Musimy się nim zająć. Kiedy już wyrwiemy go ze szponów Desparda, wywieziemy 

go z Castellano.

-  Jak  chcesz  się  za  to  zabrać?  -  spytał  Julio,  wykrzywiając  usta  w  sceptycznym 

uśmiechu.  –  Despard siedzi  teraz  sam  przy  stole  z  Jeffreyem,  ale  Simmons  i  paru 
innych  ludzi  czatuje  w  jednym  z  pokoi na  zapleczu.  Jeśli  wykonamy  jakikolwiek  ruch, 
wysypią się stamtąd i wtedy po nas.

Kate przygryzła dolną wargę.
- Nie wolno nam działać nieostrożnie. Nie powinien się zorientować, że należysz do 

ludzi  Jeffreya. Kiedy  Despard  odwiedzał  go  w  baraku,  zawsze  gdzieś  na  boku 
pilnowałeś  samolotu.  Jesteś bezpieczny  tak  długo,  dopóki  nie  wie  o  twoim  istnieniu. 
Pójdę tam sama.

- Wykluczone, na to nie pozwolę! - stanowczo uciął Julio. Powinien spodziewać się 

podobnego obrotu sprawy. Kiedy jej na kimś zależało, troszczyła się o niego jak lwica o 
małe,  a  Jeffrey  na pewno  się  dla  niej  liczył.  Po  prostu  działała  we  własnym  interesie. 
Znał  ich  oboje  i  obserwował  od  czterech  lat.  Widział,  jak  pielęgnowała  Brendena. 
Leczyła go z kaca, wyciągała z depresji, wspierała w kłopotach. Nigdy nie żądała nic w 

background image

2

zamian. Kate umiała obdarowywać obiema rękami. Nie potrafił wymawiać Jeffreyowi, że 
wszystko  od  niej  przyjmował;  wielokrotnie  przecież  on  sam nie  odrzucał  jej  uczuć  i 
oddania.  Mimo  to  nie  mógł  zgodzić  się  na  jej  samotną  wyprawę  do  baru. -  Jeśli  to 
konieczne, chodźmy razem.

-  Czekaj,  coś  mi  przyszło  do  głowy.  -  Zmarszczyła  w  zamyśleniu  brwi.  -  Czy 

sprawdziłeś, gdzie są wyłączniki światła?

Skinął głową.
- Na zewnątrz, z tyłu.
- Dobrze. - Zerknęła na zegarek. Właśnie minęła północ. Pójdziesz tam za dziesięć 

minut.  Daj  mi  znak  krótkim  błyśnięciem. Wszyscy  pomyślą,  że  to  spadek  napięcia.  Po 
minucie wyłącz wszystkie światła i wyciągnij bezpiecznik. Jasne?

- Więc ja się będę bawił korkami, a co z tobą?
- Zajmę Desparda przy stole i wynajdę sposób, by się go pozbyć.
- Zajmiesz? - skrzywił się Julio. - Mam nadzieję, że nie myślimy o tym samym. Nie 

potrafisz postępować z kimś takim jak Despard.

- Och, Julio, powiedziałam, że go zajmę, a nie że go uwiodę! Nie powinnam mieć 

większych trudności, by na dziesięć minut odwrócić jego uwagę. Za każdym razem, gdy 
odwiedzał  barak,  przystawiał  się  do  mnie.  -  Dodała  z  grymasem  -   Nie  dlatego,  że 
jestem wyjątkowa. Po prostu podrywa każdą kobietę poniżej osiemdziesiątki.

Julio był zdania, że jednak miała w sobie coś wyjątkowego. Taka ciepła, kochająca, 

uczciwa - niepodobna do innych kobiet. Myśl, że Despard miałby ją dotknąć, przyprawiła 
go o mdłości.

- Nie podoba mi się to. Nie powinnaś nawet wchodzić do takiego baru.
-  Wiesz  dobrze,  ile  razy  tam  byłam.  Umiem  sobie  radzić.  Po  chwili  dorzuciła:  -

Wiesz, że mam doświadczenie.

"Szczera prawda" - pomyślał z ironią. Jeffrey był marzycielem, zawsze w pogoni za 

fantazjami; ona szła w ślad za nim, sprowadzając go na ziemię i pilnując, by nie narażał 
się na zbyt gwałtowne upadki.

- Teraz będzie tak samo, Julio, dam sobie radę.
- Chyba powinienem ...
- Nie, Julio ... - ucięła z łagodną stanowczością. - Zrobimy, jak powiedziałam. Jak 

tylko  zgasisz światła,  przebiegniesz  do  głównych  drzwi  i  wejdziesz  do  środka.  Będę 
potrzebowała pomocy, żeby wydostać stamtąd Jeffreya. Nikt nie  może cię  zobaczyć. -
Uśmiechnęła  się  przekornie,  przebiegając  wzrokiem  po  jego  potężnych  ramionach  i 
imponującym ciele. - Takie zadanie powinno ci wystarczyć.

- Kate, to zbyt...
Przerwała mu.
-  To  nasz  jedyny  realny  plan.  -  Znów  spojrzała  na  zegarek.  Pamiętaj,  dziesięć 

minut.

background image

3

Nie  oglądając  się  przeszła  przez  ulicę.  Nawet  gdyby  sprzeczka  trwała  całą  noc,  i 

tak  postawiłaby  na  swoim.  Powiedziała  mu  już,  utknęli  między  Scyllą  a  Charybdą. W 
zatłoczonym  barze  panował  półmrok.  Woń  whisky  i  potu  mieszała  się  z  drażniącym  i 
słodkim  zapachem  marihuany.  Przystanęła  na  chwilę  przy  długim,  dębowym  barze. 
Błyszczący  kontuar był  dumą  i  radością  Hektora  Alvareza.  Niespokojnym  spojrzeniem 
szukała  znajomej,  szpakowatej głowy. Zauważyła  przy  narożnym  stoliku  pociągającą, 
choć  pulchną  kobietę,  której  twarz  wydawała  jej się  znajoma.  Być  może  kiedyś  się 
spotkały. Jeffrey lubił popić w towarzystwie, tym bardziej jeśli było atrakcyjne.

Mężczyzna,  który  z  nią  był,  choć  wyglądał  na  Amerykanina,  nie  przypominał 

Jeffreya. Miał na sobie czarne dżinsy i trykotową koszulkę z krótkimi rękawkami, czarną 
czy  też  granatową;  trudno było  dostrzec  kolory  w  przytłumionym  świetle.  Mogła  być 
pewna  jedynie  koloru  jego  włosów: były  brązowe  i  lśniące.  Miała  właśnie  przenieść 
wzrok w inną stronę sali, kiedy mężczyzna zerknął na nią, tak jakby poczuł na sobie jej 
wzrok.

Niebezpieczeństwo. Skąd nagle podobna myśl? Mężczyzna miał ładne usta, choć 

wykrzywione nonszalancko.  Uśmiechał  się  zuchwale,  co  z  pewnością  podobało  się 
siedzącej obok dziewczynie. Patrząc na Kate, zmrużył oczy. Poczuła się niepewnie.

Odwróciła  wzrok.  Nic  nie  mogło  tłumaczyć  tak  niemądrego  zachowania.  Przez 

chwilę  lęk  przed  nieznajomym  zdominował  lęk  przed  Despardem.  Zdaje  się,  że 
zszarpane  nerwy  ukierunkowały  jej wyobraźnię.  Wreszcie  w  oddalonym  kącie  sali 
dostrzegła  Desparda.  "Nie  dziw,  że  nie  zauważyłam Jef¬freya"  -  pomyślała  posępnie. 
Zgięty  w  pół  opierał  głowę  na  stole.  Tego  jeszcze  brakowało,  Jeffrey  był  zupełnie 
nieprzytomny. Cóż, muszą sobie jakoś poradzić.

- Hektor pozwala mi korzystać z pokoju za barem. - Gardłowy głos brunetki brzmiał 

zachęcająco. Przesunęła  pod  stołem  dłoń  po  jego  udzie  i  na  śmiałą  pieszczotę 
otrzymała  natychmiastową odpowiedź.  W  jej  oczach  pojawił  się  błysk  zadowolenia. -
Widzisz, wiem, że potrafię ci dogodzić.

Beau  Lantry  nie  interesował  się  tym,  co  miała  do  powiedzenia.  Jak  ona  się

nazywa? Ach tak, Liane. W sumie słowa nie miały znaczenia. To obfite, krągłe ciało ... i 
ta podniecająco grzeszna dłoń pod stołem ... Zostawił Barbarę na Barbados prawie trzy 
tygodnie  temu  i  od tego  czasu  nie  miał  kobiety. W  chwili,  gdy  pojawił  się w tawernie i 
dziewczyna  przy  barze  uśmiechnęła  się  zachęcająco,  zdecydował,  że oto  nastąpił 
koniec  abstynencji.  Dziewczyna  była  zgrabna,  pociągająca  i  gotowa  na  wszystko,  jak
obiecywała  zachrypniętym  szeptem.  Tego  właśnie  szukał  dziś  wieczorem.  Nie 
wiążącego rozładowania frustracji  w zamian za gruby plik  banknotów pozostawiony na 
szafce przy łóżku. Czegoś lepszego mógł się spodziewać jedynie w mieście, jednak nie 
miał  najmniejszej  ochoty,  by  tam  jechać.  Podobno  wyspiarska  republika  Castellano 
stanowi siedlisko połowy światka przestępczego Karaibów, który skorumpował rząd tak 
samo, jak i mieszkańców. Beau nie miał zamiaru spacerować po stolicy wyspy, Maribie, 
by skończyć gdzieś z nożem w piecach. Tak, ten bar mu wystarczał. Zostanie w pokoiku 
Hektora  z  Liane  i  rano  wróci  na  Searchera.  Powie Danielowi,  żeby  wypłynęli  i  do 
południa  będą  w  połowie  drogi  do  Trynidadu.  Kapitan  odetchnie. Kiedy  parę  godzin 
temu dopłynęli do Mariby, Daniel stał się dziwnie ostrożny. Odmówił załodze przepustki i 

background image

4

sam został na pokładzie. Jak zwykle nie przekonywał Beau, by nie opuszczał statku. Ich 
stosunki  oparte  były  na  zasadzie bezwzględnej  nieingerencji.  Daniel  nigdy nie  wyrażał 
swojego  zdania  na  temat  eskapad  Beau... Raz  tylko,  gdy  sam  wrócił  z  podobnej 
zabawy, wyraził się o tym przychylnie.

Kobieta  wciąż  szeptała  mu  do  ucha.  Beau  pożałował,  że  nie  słucha.  Być  może 

mówiła o pieniądzach, nie chciał jej rozdrażnić ani wyjść na skąpca. Miał przecież przed 
sobą  całą  noc,  nigdzie  się  nie  spieszył.  Zachowywał  się  nieco  obojętnie,  co  mogło  ją 
jedynie zachęcić do większej aktywności. Niedbale rozejrzał się po zadymionym barze. 
Przypominał mu setki podobnych miejsc, które odwiedził w ciągu ostatnich dwóch lat.

Jasnoniebieskie  oczy  o  głębokim  i  odważnym  spojrzeniu. Poczuł  przedziwny 

dreszcz, gdy spotkał je w tej sali. Nigdy wcześniej nie widział tak szczerego spojrzenia, 
tym bardziej nie spodziewał się go w sali pełnej ciemnookich Latynos toteż zirytowała go 
własna  reakcja.  Przecież  właścicielka  tych  oczu  nie  była  aż  tak  atrakcyjna.  Miała 
niewiele ponad dwadzieścia lat i jej rysy nie wyróżniały się niczym specjalnym, właśnie 
poza niezwykłymi oczami w oprawie ciemnych długich rzęs. Jej usta miały ładny kształt, 
rysująca  się  w  nich  słabość  mogła  być  pociągająca,  zadarty  nos  nie  pozwalał  jednak 
uznać jej za piękność…

-  Podoba  ci  się?  -  spytała  ostro  Liane,  śledząc  jego  spojrzenie.  -  Jest  za  chuda. 

Zdejmij z niej ubranie, to zostaną skóra i kości.

- Tak myślisz? - wycedził Beau, przyglądając się kobiecie przy barze. Była więcej 

niż  przeciętnego  wzrostu,  ubrana  w  wypłowiałe,  jasnobłękitne  dżinsy.  Męska  koszula
nieco ciemniejszego niebieskiego koloru zakrywała krągłość jej bioder. Dziewczyna już 
nie patrzyła  na  niego,  skupiła  uwagę  na  stole  po  przeciwnej  stronie  sali. -  Przecież  to 
luźne ubranie maskuje sylwetkę. Wiesz coś o niej?

Liane wzruszyła ramionami.
- Kate jakaś tam. Parę razy ją tu widziałam. - Pochyliła się do przodu, odsłaniając 

głębiej bujny dekolt. - Nie jest tu tak popularna, jak ja. Musiałaby cię wziąć gdzie indziej. 
Hektor tylko mnie pozwala korzystać z pokoju.

- Na pewno zasłużyłaś sobie na taki gest.
Zdjął z uda dłoń kobiety. Nagle krągłości Liane wydały mu się śmieszną przesadą, 

a jej wdzięki zbyt zwyczajne jak na jego gust.

Dziewczyna  imieniem  Kate  ruszyła  w  stronę  narożnego  stołu  wdzięcznym  i 

przyjemnym  dla  oka krokiem.  Miała  krótkie,  kręcone  włosy,  których  brąz  rozjaśniło 
miejscami  słońce.  Lśniły jedwabiście  jak  dziecięce  fryzurki  w  reklamach  szamponu. 
Uniósł  do  ust  szklankę  napoju  z imbirem  i  zamyślił  się  nad  gładką  skórą  dziewczyny. 
Poczuł gwałtowne pragnienie, by jej dotknąć.

- Więc idziesz ze mną? - spytała Liane, maskując uśmiechem nadąsanie.
- Co? - spytał. Odstawił szklankę i wstał. - Może innym razem.
Położył na stole banknot i odszedł za błękitnooką, ponętną Kate. Pociągała go jej 

jedwabista skóra, wyobrażał sobie, jak słodko wyglądałaby bez tego chłopięcego stroju. 

background image

5

Być  może  była  za  chuda,  jak  twierdziła  Liane,  ale  jej  mały  tyłeczek  kusił  swą 
kobiecością. Nigdy nie odmawiał tak zachęcającym zaproszeniom.

Niestety  dziewczyna  wyraźnie  miała  jakiś  cel.  Zatrzymała  się  przy  stole  zajętym 

przez dwóch ciemnowłosych mężczyzn. Przed nimi stała opróżniona do połowy butelka 
burbona. Jeden z nich był, zdaje się, nieprzytomny. Nie mógł więc stanowić konkurencji 
w walce o względy Kate, myślał Beau. Musiał pozbyć się tego drugiego, który świńskimi 
oczkami patrzył na Kate, z grymasem uśmiechu na czarnej, brodatej twarzy. Zadecydują 
pieniądze?  Jeśli  nie,  zapowiadał  się  ciekawszy wieczór,  niż  mógł  się  spodziewać. 
Uśmiechnął  się  i  brawurowo  przyspieszył  kroku.  Przeczuwał,  że  noc  z  Kate  o 
jedwabistej skórze warta była lekkiej potyczki.

Mówiła  teraz  do  brodatego  mężczyzny,  którego  ręka  niedbale  spoczęła  na  jej 

pośladkach.  Nie zwracała  uwagi  na  tę  poufałość,  Beau  zaś  ten  gest  rozzłościł. 
Niecierpliwie wzruszył ramionami. Do diabła, chodziło mu tylko o nie wiążącą przygodę, 
o  dziewczynę  na  raz.  Cóż,  do  cholery,  działo się  z nim? Mimo  to,  kiedy  zatrzymał się 
przy  stole,  wciąż  kipiała  w  nim  złość.  Kobieta  przerwała  w  pół  słowa  i  posłała  mu 
zdziwione, błękitne spojrzenie. Skłonił się z ironią.

- Przykro mi przerywać w połowie negocjacji. Nie zapędzajcie się w rozmowie zbyt 

daleko, zanim nie przedstawię własnego zaproszenia czy raczej głosu w licytacji. .

- Spadaj - rzucił brodaty mężczyzna. Wyprostował się wolno na krześle. - Pani i ja 

właśnie doszliśmy do porozumienia.

- Ale to tylko dlatego, że nie słyszała mojej oferty - przeciągle rzekł Beau i spojrzał 

na  Kate  wzrokiem  pełnym  obietnic.  -  Będę  bardziej  niż  hojny.  Chodź  ze  mną,  Kate  -
Powiedział przymilnie. - Nie pożałujesz.

Odwróciła wzrok, zdążył jednak zauważyć błysk strachu w jej oczach.
- Odejdź - rzekła gwałtownie. - Ralph jest w porządku, po prostu rozmawiamy.
Mężczyzna  nazwany  Ralphem  zaśmiał  się  z  satysfakcją,  pieszczotliwie  dotykając 

pośladków Kate.

- Widzisz, wybiera mnie. - Zerknął na nią. - Prawda, Kate?
- Prawda. Czy możesz w to wątpić, Ralph? zawsze mi powtarzałeś, że byłoby nam 

bardzo dobrze.

-  Nam  byłoby  lepiej  -  powiedział  łagodnie  Beau.  -  Dam  ci  co  zechcesz.  Powiedz 

tylko co ...

- Proszę ... - Zwilżyła nerwowo usta, po czym uśmiechnęła się do Ralpha.
Boże,  jaki  miała  piękny  uśmiech!  Rozświetlał  całą  twarz,  przesłaniał  niedostatki 

urody.  Bardziej  zabolało  go,  że  ofiarowała  uśmiech  innemu  mężczyźnie  niż  to,  że 
trzymał  dłonie  na  jej pośladkach.  Nie  potrafił  zrozumieć,  czemu  tak  irracjonalnie  się 
zachowywał.  Wiedział,  że powinien  dać  sobie  z  nią  spokój  i  wrócić  do  Liane.  musiał 
jednak  pokonać  rywala  i  samą  Kate,  by zdobyć  ją  tylko  dla  siebie.  Nie  pojmował  jej 
wyboru. W świńskich oczkach faceta czaiły się chytre błyski. Te oczy przypominały mu 
kogoś.  George;a?  Ależ  tak!  Stary,  pazerny  żarłok,  wuj  George! Poczuł  niezrozumiały 
napływ  niechęci.  Tacy  faceci  jak  George  dostawali  wszystko  na  tym  świecie,

background image

6

niekoniecznie  podane  na talerzu.  Nie  pozwoli  świńskim  oczkom sięgnąć po cokolwiek, 
na co sam miał ochotę. Z każdą chwilą coraz bardziej pragnął Kate. Cisza przedłużała 
się. Kate zerknęła na zegarek na skórzanym pasku i zwróci la się do Beau.

- Proszę, odejdź stąd - rozkazała mu. - Natychmiast! .
- Jeśli pójdziesz ze mną!
Brodaty mężczyzna zdjął rękę z biodra i groźnie spojrzał na Beau.
- Powiedziałem ...
Błysnęło światło, przez twarz Kate przemknął cień napięcia i rozdrażnienia.
- Do cholery! - Sięgnęła po butelkę burbona stojącą na stole. - Do jasnej cholery! -

Z  całej  siły uderzyła  butelką  w  głowę  Ralpha.  -  Powiedziałam,  żebyś  odszedł!  -
wrzasnęła na Beau, podczas gdy Ralph z zamglonym wzrokiem osunął się na podłogę. -
Czemu, do cholery, nie posłuchałeś?

Zgasły  nagle  światła,  wywołując  popłoch  wśród  obsługi  baru.  Głośno  przeklinali, 

potykając  się  o krzesła,  które  przesuwane  z  hałasem  nie  zdołały jednak  zagłuszyć ich 
głosów.

- Następnym razem będę pamiętał, że zawsze upierasz się, by postawić na swoim 

- sucho stwierdził Beau. - Wiesz, że nie musiałaś sama się go pozbywać. Mogłem to za 
ciebie zrobić. Nie dość, że wszedł mi w drogę, do tego przypomniał mi wuja George'a.

- Och,  siedź  cicho  -  mruknęła  Kate.  -  O  mały  włos  wszystkiego  nie  zepsułeś. 

Uśpiłam jego czujność, a przez ciebie znowu się najeżył.

Jego  wzrok  przyzwyczaił  się  do  ciemności.  Widział  teraz,  że  Kate  ominęła  stół  i 

szła w kierunku szpakowatego mężczyzny, który ani na chwilę nie ocknął się z błogiego 
zamroczenia. Cóż, u diabla, teraz szykowała?

- Kate?
Mocny, męski głos zabrzmiał od drzwi.
- Tutaj - zawołała. Szarpała krzesło szpakowatego mężczyzny. - Prosto i do końca.
- Czy mogę pomóc? - spytał uprzejmie Beau.
-  Po  prostu  zejdź  mi  z  drogi  -  odpowiedziała  Kate  zagniewanym  tonem.  -

Wystarczająco  już namieszałeś.  Nie  mamy  czasu.  -  Pojawił  się  przy  niej  ogromny, 
niezdarny cień.

- Kate? - Zabrzmiał nieco przytłumiony głos od drzwi.
- Jestem tuż przy nim, Julio  - z ulgą powiedziała Kate. -  Zajęłam  się Despardem, 

ale  lada  moment  ktoś  zapali  światło.  Musimy  zabrać  stąd  Jeffreya,  zanim  Simmons 
wytoczy, się z zaplecza.

- Nie martw się. Za chwilę wydostanę go stąd całego i zdrowego - odparł łagodnie 

Julio z hiszpańskim akcentem. Pochylił się i wziął na ręce mniejszego mężczyznę. - Idź 
przodem i sprawdzaj, czy nikogo przede mną nie ma. 

background image

7

- Będę  odwracał  uwagę  –  zaproponował Beau,  coraz  bardziej  zainteresowany.  -

Pod  warunkiem,  że  nie  masz  złych  zamiarów  wobec  tego nieruchomego  przedmiotu, 
który trzymasz na rękach. Mam nadzieję, że nie chcesz go napaść ani zamordować?

Julio, ogromny cień, znieruchomiał.
- Kto to?
-  Nikt  ważny  -  odpowiedziała  niecierpliwie  Kate.  -  On  nie  jest  groźny,  Julio. 

Wyjdźmy stąd wreszcie.

- Ależ proszę bardzo! - zgodził się Beau. - Zanim ten jak go tam zwą wytoczy się z 

zaplecza. - Odwrócił się i ruszył do wyjścia. - Chodź za mną, Julio.

Nie obejrzał się, by sprawdzić, czy ktoś go słucha. Zwinnie i z bezlitosną precyzją 

usuwał  z  drogi  przeklinający,  kłębiący  i  przepychający  się  tłum.  Doszedł  w  końcu  do 
drzwi, które Julio zostawił otwarte. Przeszedł przez próg i zerknął do tyłu. Dostrzegł tuż 
za  sobą  olbrzyma  z  nieporęcznym  ciężarem.  Oświetliła  go  częściowo  uliczna  lampa, 
Beau  aż  gwizdnął  cichutko.  Julio  musiał  mieć  co  najmniej  metr  dziewięćdziesiąt  pięć, 
zbudowany był jak prawdziwy atleta.

- Przecznicę stąd jest uliczka - powiedziała Kate. - Możemy tam zostać, aż brzeg 

opustoszeje. - Poprowadziła ich na lewo. - Och, pospiesz się, Julio!

- Jesteśmy za tobą - odpowiedział Beau.
- Nie chodzi o ciebie. - Zniecierpliwiona spojrzała na niego przez ramię. - Idź stąd!
-  Nie  mogę  -  rzekł  Beau,  udając  obojętność.  -  Skąd  mam  wiedzieć,  co  macie 

zamiar  zrobić  z naszym  przyjacielem.  Być  może  zamierzacie  wrzucić  go  do  doku,  a 
wtedy winny będę współudziału w morderstwie. - Pokręcił głową. - Nie, myślę, że lepiej 
będzie, jeśli pójdę z wami i przypilnuję swoich interesów.

-  Nie  mam  zamiaru  robić  nic  podobnego  -  odparła  z  oburzeniem  Kate.  -  Nie 

widzisz, że go ratujemy?

-  Doprawdy?  -  Beau  figlarnie  uniósł  brew.  -  Niezłe  zrobiliście  zamieszanie.  Tylko 

nasz przyjaciel Ralph bezsprzecznie wyglądał na ofiarę. - W jego uśmiechu pojawiło się 
coś  drapieżnego.  –  Choć nie  protestuję  przeciwko  temu,  że  się  go  pozbyliście.  Sam 
miałem podobny zamiar.

-  Cóż,  zrobiłam  to  dla  ciebie  -  odpowiedziała  Kate,  skręcając  w  zupełnie  ciemną 

uliczkę,  cuchnącą  odpadkami  i  wilgotnymi  kartonami.  -  Despard  może  cię  pamiętać, 
kiedy się ocknie, więc lepiej będzie, jeśli opuścisz Castellano, zanim wróci do siebie. Nie 
będzie szczęśliwy, widząc kogoś z nas.

- Co za niefart - mruknął Beau. - Miałem nadzieję na przyjemną znajomość.
Doszli  do końca uliczki. Kate gestem rozkazała, by Julio położył swój  ładunek we 

wnęce przy bocznych drzwiach.

-  To  cię  musi  nieźle  bawić,  nieprawdaż?  Mniej  byś  się  cieszył,  gdyby  Despard 

zorientował się, że nam pomagałeś. To bardzo niebezpieczny człowiek.

background image

8

-  Muszę  przyznać,  że  twoja  gierka  ożywiła  ten  nudny  wieczór  -  powiedział 

spokojnie.  –  Czy  zechciałabyś  mi  powiedzieć,  dlaczego  Despard  stanowi  aż  takie 
zagrożenie?

-  Jest  handlarzem  narkotyków  -  odparła  Kate.  -  Jednym  z  największych  na 

Karaibach.  Ma  koneksje w  wysokich  sferach  rządowych  Castellano.  Obywatelstwo 
amerykańskie  może  cię  ochronić  przed tutejszym  rządem,  ale  nie  przed  ludźmi 
Desparda.  -  Niepewnie  przerwała.  –  Jesteś  Amerykaninem,  prawda?  Masz  bardzo 
dziwny akcent.

-  Jestem  z  Virginii.  -  W  jego  głosie  zabrzmiało  lekkie  podenerwowanie.  -

Południowy akcent wcale nie jest dziwny. To Jankesi śmiesznie mówią.

-  Naprawdę?  -  spytała,  klękając  przy  mężczyźnie,  którego  Julio  oparł  o  ścianę 

wnęki.  Poszperała  w kieszeni  dżinsów  i  nagle  pojawiło  się  migotliwe  światełko 
zapalniczki, rozjaśniając ciemność. - Nigdy nie słyszałam południowego akcentu.

Nigdy wcześniej? Sama mówiła jak rodowita Amerykanka.
- Skąd jesteś?
-  Zewsząd  -  odpowiedziała  niejasno,  unosząc  powiekę  nieprzytomnego 

mężczyzny. - On zupełnie nie kontaktuje, Julio. Wyniesiemy go z miasta pod warunkiem, 
że będziesz go niósł. - Przykucnęła. - Ktoś mógłby nas zobaczyć i donieść Despardowi. 
Kupił prawie całe miasto.

Julio ukląkł koło niej.
- Co w takim razie zrobimy?
Przycisnęła dłoń do skroni.
- Skąd mam wiedzieć, pozwól mi chwilę pomyśleć.
-  Może  mógłbym  co  nieco  doradzić  -  powiedział  Beau.  -  Domyślam  się,  że  wasz 

nieprzytomny  przyjaciel  jest  jednocześnie  poszukiwany  przez  władze  lokalne  i 
Desparda, a wy szukacie miejsca, by go ukryć do czasu, gdy będziecie mogli wywieźć 
go z wyspy. Zgadza się? - Kiedy przytaknęła, ciągnął dalej. - Mam bezpieczne miejsce 
niecałe  dwie  przecznice  stąd.  Mogę  też  obiecać,  że  wywiozę  go  razem  z  wami  z 
Castellano  nawet  na  Trynidad,  jeśli  zechcecie.  -  Pytająco  uniósł  brwi. -  Jesteście 
zainteresowani?

Po krótkim namyśle przytaknęła.
- Gdzie to jest?
-  Mam  własny  szkuner  zacumowany  w  porcie.  Wystarczy  jedno  twoje  słowo  i 

zabierzemy tam uciekiniera.

Jej błękitne oczy jasno błyszczały w migotliwym ogienku zapalniczki.
- Co to za słowo? - spytała spokojnie. Wykrzywił usta w szyderczym uśmiechu.
-  Tak.  -  powiedział.  -  Musisz  po  prostu  zgodzić  się  na  propozycję,  którą 

przedstawiłem  ci  w  barze.  To  chyba  nie  jest  zbyt  wysoka  cena  za  bezpieczeństwo 
twojego przyjaciela?

background image

9

Przez chwilę milczała.
-  Nie,  nie  jest  zbyt  wysoka.  -  Odwróciła  się,  widział  teraz  jedynie  jej  profil,  gdy  z 

czułością patrzyła na twarz nieprzytomnego mężczyzny. - Niska, rzeczywiście.

- Propozycja? - spytał podejrzliwie Julio.
- Nie martw się, Julio - powiedziała spokojnie Kate. - Rozumiemy się z panem.
- Ale jakiego rodzaju ...
-  Powiedziałam,  że  wszystko  w  porządku  -  stwierdziła  stanowczym  głosem.  -

zapomnij  o  tym.  Teraz mamy  ważniejsze  problemy.  -  Napotkała  wzrokiem  spojrzenie 
Beau. - Wszystko w porządku, umowa stoi.

-  Dobrze.  -  Świeżo  odniesione  zwycięstwo  sprawiło,  że  przebiegł  go  niezwykły 

dreszcz

podniecenia. "Podniecenie - zastanawiał się cynicznie - a może czyste żądze? Być 

może  jedno  i  drugie". -  Jeśli  mamy  to  już  za  sobą,  nadeszła  pora  na  prezentację.  -
Schylił głowę, parodiując ukłon. - Beau Lantry, do usług. 

- Kate Gilbert. A to Julio Rodriguez.
- A wasz nietrzeźwy przyjaciel?
Kate łagodnie zsunęła prosty kosmyk włosów z czoła nieprzytomnego mężczyzny.
- Jeffrey Brenden.
-  Coś  was  łączy?  -  Odczuwał  ten  sam  rodzaj  niewytłumaczalnej  zazdrości,  której 

zaznał, gdy uśmiechnęła się do Desparda w barze.

Zaprzeczyła ruchem głowy:
- Nic, to po prostu przyjaciel.
- No  dobrze,  proponuję,  żebyśmy  przenieśli  twojego  przyjaciela  do  bezpiecznej  i 

przytulnej koi.

-  Julio  nie  powinien  go  jeszcze  teraz  zabierać.  Mogliby  ich  zauważyć  -

odpowiedziała. - Ale my możemy już iść. Rzuciła mu chłodne spojrzenie. - Mam jeszcze 
coś do zrobienia, zanim opuszczę Castellano. Chcę, żebyś mi pomógł.

- Składy? - spytał Julio. - To zbyt niebezpieczne, Kate. Jeśli ludzie Desparda złapią 

cię gdzieś w rejonie, zabiją cię.

Zlekceważyła jego słowa, patrząc wyzywająco na Beau.
- On ma rację, to bardzo niebezpieczne. Powinno cię to ubawić jeszcze bardziej niż 

zdarzenie w barze. Idziesz ze mną?

- To nielegalne czy po prostu niemoralne? - spytał Beau z pobłażaniem.
- Nic z tych rzeczy, chyba że na Castellano. Prawdopodobnie amerykański Urząd 

Celny

przyznałby  ci  za  to  medal.  - Uśmiechnęła  się  delikatnie.  -  Spalimy  kokainę  wartą 

sześć milionów dolarów.

background image

10

Beau gwizdnął cicho.
-  Cóż,  muszę  bronić  swych  inwestycji.  Poza  tym  zawsze  interesowały  mnie 

medale.  Od  lat  już żadnego  nie  zdobyłem.  Nadszedł  czas,  żebym  znów  spróbował 
szczęścia.  -  Odwrócił  się  do  Julia.  - Szkuner  nazywa  się  "Searcher".  Kapitanem  jest 
Daniel Seifert, powiedz mu po prostu, że przysłał cię Beau. To go przekona.

Julio zmarszczył niepewnie brwi:
- Nie będzie zadawał żadnych pytań?
Beau pokręcił głową.
-  Może  być  trochę  zaciekawiony,  ale  nie  będzie  się  sprzeciwiał.  Daniel  jest 

przyzwyczajony do mojego dotychczasowego stylu życia.

Jasnoniebieskie spojrzenie znów spoczęło na jego twarzy, tym razem z poważnym 

pytaniem:

- Takie zdarzenia wcale cię nie dziwią? Lubisz ślizgać się po cienkim lodzie?
Zaśmiał się nagle.
-  Dziwne,  że  to  mówisz.  Przez  dwa  lata  nie  pomyślałem  o  łyżwach.  -  Wykrzywił 

usta. - Ale muszę ci przyznać, że cienki lód zdecydowanie urozmaica sprawę. - Podniósł 
się i podał jej rękę, by wstała. - Idziemy? Zobaczymy, czy znajdziemy jakąś ślizgawkę.

ROZDZIAŁ DRUGI

W  świetle  latarni  przy  końcu  ulicy  dostrzegła,  że  jego  oczy  nie  były  naprawdę 

brązowe,  jak  myślała.  Były  piwne,  a  dziwne  złote  plamki  wokół  źrenic  nadawały  mu 
wygląd  człowieka,  którego  pociąga  ryzyko.  Teraz,  kiedy  na  nią  spojrzał,  błyszczały 
podnieceniem.

- Czy będę zbyt wścibski, gdy spytam, gdzie są te składy kokainy?
-Tylko  parę  przecznic  stąd.  Despard  i  jego  ludzie  wykorzystują  na  skład  mały, 

opuszczony magazyn nad wodą. Chcieli transportować kokainę morzem, ale nie byli w 
stanie  zdobyć odpowiedniego  jachtu.  -  Kate  rozejrzała  się  ostrożnie,  zanim  skręciła  w 
prawo, dając Beau znak,

by za nią szedł. - Dojdziemy tam w piętnaście minut.
-  Jeśli  nie  wpadniemy  po  drodze  w  kłopoty.  -  Z  łatwością  podporządkował  rytm 

swych  długich kroków  do  jej  krótkich,  lecz  szybkich  kroczków.  -  Zdaje  się,  że 
wymknęliśmy się tej twojej hordzie kryminalistów, ale to nie znaczy, że nas nie dogonią.

- Nie ma potrzeby, żebyś tracił wszelką nadzieję - powiedziała, patrząc na niego ze 

złością.  –  Być może  ty  bawisz  się  wyśmienicie,  ale  zapewniam  cię,  że  ja  biorę  to 
wszystko serio. - Skrzywiła się. - Poza tym Despard to wcale nie jest "nasza horda". Nie 
znoszę tego człowieka, to cholerny bazyliszek.

- Co? - spytał niepewnie.

background image

11

- Bazyliszek - powtórzyła zniecierpliwiona. - Mityczny smok, który zabijał wzrokiem.
-  Ach  tak,  oczywiście.  -  Zadrżały  mu  usta.  -  Jak  mogłem  zapomnieć?  Proszę, 

wybacz mi.  Traktowanie cię  na równi  z tym  bazyliszkiem  byłoby  ogromnym nietaktem. 
Wydawało się już na pierwszy rzut oka, że stanowicie z Despardem poróżnioną parę.

-  Nie,  Jeffrey  nigdy  nie  bierze  wspólników.  Pracuje  sam.  Spojrzała  na  niego  z 

dumą. - On tak naprawdę nie jest kryminalistą. Nie takim jak te bazyliszki.

- Naprawdę? Kim w takim razie jest? - spytał beznamiętnie Beau. - Domyślam się, 

że  miał szmuglować tę  kokainę  do Stanów.  O  ile  dobrze  pamiętam,  przemyt uważany 
był ostatnio za przestępstwo. Uważasz, że nie jest przemytnikiem?

- Nie. - Zrobiła nieszczęśliwą minę. - No tak, może rzeczywiście trochę jest. Ale on 

na to tak nie patrzy. Nigdy nie przemyca narkotyków, alkoholu ani niczego, co mogłoby 
kogoś skrzywdzić.

- Co za pech, że władze nie uważają szmuglowania rzeczy, które nie mogą nikogo 

skrzywdzić, za działanie zgodne z prawem.

- Jeffrey nie pasuje do naszych czasów. Uważa się za kogoś w rodzaju Henry'ego 

Morgana albo Jeana Laffite'a. - Wzruszyła bezradnie ramionami. - Traktuje przemyt jako 
nowoczesną i pełną przygód rozrywkę dżentelmena.

- Zgadzasz się z nim?
Pokręciła przecząco głową.
- Nie - odpowiedziała z prostotą. - Wiem jednak, że on w to wierzy i ta pewność mi 

wystarczy.

-  Co  za  oddanie  -  zakpił  jadowicie.  -Twój  kochanek  musi  cię  chwalić  za 

wyrozumiałość  i przedsiębiorczość.  Często  wyciągasz  go  z  takich  tarapatów  jak  dziś 
wieczorem?

Otworzyła szeroko zdumione oczy.
-  Jeffrey  nie  jest  moim  kochankiem.  -  Nigdy  by  nie  pomyślała,  że  mógł  odnieść 

takie wrażenie. 

Tak  jednak  było,  że  dla  niejasnych  powodów  nie  odpowiadała  mu  taka 

świadomość. Spojrzał na nią przelotnie.

- A ten drugi?
- Julio? - Nie mogła powstrzymać śmiechu. - Julio ma tylko osiemnaście lat.
- Wygląda poważniej. Dałbym mu co najmniej dwadzieścia pięć. - Znów wykrzywił 

usta.  - Rozumiem,  że  tak  dojrzała  dama  jak  ty  nie  jest  zainteresowana  młodszym 
mężczyzną.

-  Julio  przez  wiele  przeszedł,  miał  bardzo  ciężkie  życie.  Zasmuciła  się  nagle.  -

Jesteśmy po prostu przyjaciółmi. Opiekujemy się sobą nawzajem. - Patrzyła na niego z 
dziecięcą powagą w błękitnych oczach. - Nigdy nie przyjaźniłeś się z kobietą?

-Tylko  raz.  -  Skrzywił  się.  -  To  była  wyjątkowa  kobieta,  ale  ta  przyjaźń,  niestety, 

stała  się  powodem sześciu  lat  niewoli.  Nie  ośmieliłbym  się  nawet  pomyśleć  teraz  w 

background image

12

podobny  sposób  o  jakiejkolwiek kobiecie.  -  Uśmiechnął  się  zmysłowo.  - Wolę  krótsze 
zniewolenie,  które  jest  przyjemne  dla  obu stron.  My  na  przykład  ustaliliśmy  ostatnio 
korzystne warunki.

Przytaknęła zamyślona.
-  Widzę,  że  nie  znosisz  żadnych  ograniczeń.  -  W  jego  zachowaniu  i  komicznym 

sposobie mówienia  wyczuła  coś  dziwnego.  Znamionującą  obciążenia  nerwowość  czy 
nawet wybuchowość. - Być może jesteś typem człowieka, jakim przez całe życie chciał 
być Jeffrey. Czy przypadkiem w twoich żyłach nie płynie piracka krew?

-  Cóż,  jeśli  pytasz,  to  w  czasie  wojny  1812  roku  żył  korsarz  nazwiskiem  Lantry  -

powiedział  od niechcenia.  -  Domyślam  się,  że  nieźle  sobie  radził.  Zbudował  majątek 
rodziny  na  łupach zgarniętych  od  Brytyjczyków.  -  Mrugnął  okiem.  - Oraz  Francuzów, 
Hiszpanów, Holendrów i wszystkich, którzy pojawili się na otwartym oceanie. Wszystko 
to oczywiście, jak sama rozumiesz, w imię patriotyzmu.

- Przypadlibyście sobie do gustu  z Jeffreyem.  Jesteście z pewnością pokrewnymi 

duszami.  - Uśmiechnęła  się  nagle  do  niego.  Zaczerpnął  głęboko  powietrza.  Boże;  jaki 
miała wspaniały uśmiech, stwierdził raz jeszcze. Jak ciepłe promienie słońca w zimowy 
dzień.  – Prawdopodobnie będzie  cię chciał  namówić  do  współpracy  -  ciągnęła  dalej.  -
Czy to by cię interesowało?

- Przemyt? - pokręcił głową. - Interesuje mnie tylko jedna jedyna rzecz związana z 

zajęciami twojego  Jeffreya.  Właśnie  na  nią  patrzę.  -  Utkwił  wzrok  na  krągłościach 
rysujących się pod bawełnianą, niebieską koszulą. - Choć w tym momencie niedokładnie 
na nią.

Kate poczuła falę gorąca emanującą powoli od piersi na całe ciało. Zupełnie jakby 

rozpiął  jej  koszulę  i  pieścił  ją.  Odpowiedź  na  jego  spojrzenie  była  tak  gwałtowna  i 
prymitywna,  że  Kate poczuła  się  wzburzona.  Jeśli  samo  spojrzenie  tych  dziwnych, 
złocistych  oczu  mogło  tak  na  nią zadziałać,  co  stałoby  się,  gdyby  jej  rzeczywiście 
dotknął?  Z  zadowoleniem  pomyślała,  że  ulica oświetlona  jest  jedynie  ciemną  latarnią.
Nie  chciała  pod  żadnym  pozorem,  by  zauważył  rumieniec okrywający  jej  twarz  oraz 
spostrzegł, że oddycha szybciej. Pospiesznie odwróciła wzrok ..

- Kiedy?
Podniósł ze zdziwieniem brwi:
- Kiedy?
- Kiedy chcesz, żebym poszła z tobą do łóżka? - spytała wprost. - Za którym razem 

uznasz, że warunki umowy zostały spełnione? Jeśli można, chciałabym wiedzieć.

-  Nie  myślisz  o  bojaźliwym  wycofaniu  się,  mam  nadzieję?  - powiedział 

zirytowanym, a zarazem ubawionym głosem. - Chciałabyś, żebym  sporządził kontrakt i 
ustalił  dokładnie  warunki?  –  zaśmiał  się  nagle.  -  To  by  było  bardzo  podniecające! 
Moglibyśmy wyliczyć wszystkie oczekiwane przez mnie pozycje, a następnie przystąpić 
do ...

- Lubię po prostu grać w otwarte karty - przerwała. Czuła, że jej policzki płoną. - To

mnie wcale nie bawi.

background image

13

Jej miłe, dziewczęce zakłopotanie wyzwoliło w nim niezwykłą potrzebę opiekuńczej 

czułości.

- To rzeczywiście nie jest zabawne - powiedział łagodnie. - Wiele razy oskarżano 

mnie  o  zbyt frywolne  poczucie  humoru.  Przyzwyczaisz  się  do  tego.  A  co  do  twojego 
upodobania  do  wykładania kart  na  stół,  zobaczymy,  czy  potrafię  cię  zadowolić. -
Szelmowsko  mrugnął  okiem.  – Nie uważałem  tego  za  dwustronne  porozumienie.  Jeśli 
już o tym mówimy,  pozwól mi obiecać, że również będziesz miała w tym przyjemność.
Twoje  pierwsze  pytanie  brzmiało:  "Kiedy?"  -  Z  jego twarzy  znikł  uśmiech,  jeszcze  raz
wyczuła tlącą się w nim zmysłowość. - Jak najszybciej. Wziąłbym cię teraz, jeśli miałbym 
taką możliwość. Pragnę cię aż do bólu.  - Spojrzał w jej błyszczące oczy. - Mnie też to 
piekielnie  dziwi  -  stwierdził  ponuro.  -  Nie  pamiętam,  żebym kiedykolwiek  odczuwał  do 
kogoś taki pociąg. Szczególnie jeśli kobieta sprzedaje swe ciało za cenę mego życia. -
Rozchmurzył się, przybierając charakterystyczny, kpiący wyraz twarzy. – Nie martw się 
o  resztę.  Nie  jestem  zbyt  pokręcony,  nie  zrobię  niczego,  co  nie  sprawiłoby  ci
przyjemności. - Dotknął kciukiem jej policzka. - Wybacz, ale nie ustalę, ile razy będę się 
z  tobą kochać.  Mam  przeczucie,  że  może  to  potrwać  długo,  bardzo  długo.  Może  się 
nawet  rozwinąć  w pełnowymiarowy  romans.  Będę  wymagał,  byś  została  ze  mną  tak 
długo, jak będę cię pragnął. Koniec, kropka. Czy twój przyjaciel Jeffrey wart jest takiego 
poświęcenia? A może moje warunki zmieniają postać rzeczy?

Czuła, że pod lekkim dotykiem palą ją policzki i serce za-o czyn a bić gwałtownie. 

Usiłowała mówić spokojnym głosem.

-  Jest  tego  wart.  -  Odsunęła  się  poza  zasięg  jego  dłoni.  - Nie,  to  niczego  nie 

zmienia. Po prostu chciałam wiedzieć.

-  Teraz  wiesz.  -  Wyczuła,  że  się  odprężył  i  opuszcza  go  napięcie.  -  Możemy  się 

zająć  małym  zadankiem,  które  wyznaczyłaś,  by  wypróbować  mój  temperament.  -
Skrzywił się. - Nie powiem, to rozważne zagranie. Jeśli zabije mnie uroczy dżentelmen, 
z którym coś cię łączy, nie będziesz musiała wyrównywać długów.

-  Nie  mów  tak  -  odrzekła  ostro,  jej  oczy  przepełnił  strach.  -  Nic  ci  się  nie  stanie. 

Nigdy nie nalegałabym, byś poszedł ze mną, gdyby naprawdę coś ci groziło. Zabrałam 
cię  ze  sobą,  ponieważ potrzebuję  czujki.  Poradzę  sobie  sama.  -  Wzięła  głęboki, 
nerwowy oddech. - Nie masz się o co martwić. Zajmę się tobą.

Naprawdę  tak  myślała!  Parsknął  śmiechem,  ale  zamilkł,  gdy  dojrzał  w  jej  oczach 

dziecięcą żarliwość. Powinien  chyba poczuć  się urażony, gdyż  uważała, że potrzebuje 
jej  opieki. Jednak  nie odczuwał żadnej  urazy.  Był  poruszony,  czuł  znów niezrozumiałą 
czułość.

- Dziękuję - odparł kurtuazyjnie. - Jestem pewien, że wspaniale byś mnie chroniła, 

ale  nigdy  nie  odgrywam  drugorzędnej  roli.  Być  może  znajdę  sobie  ciekawsze  zajęcie.
Otwierała już usta, by zaprotestować, ale dodał szybko: - Czy jesteśmy blisko składu?

-  Jesteśmy  prawie  na  miejscu.  To  tuż  za  rogiem,  parę  kroków  stąd.  Skład  na 

szczęście  stoi oddzielnie.  Nie  musimy  się  obawiać,  że  cokolwiek  innego  zajmie  się 
ogniem.

- Jestem pewien, że obywatele Mariby będą ci za to wdzięczni  - wycedził Beau. -

Być  może wystawią  ci  pomnik  w  miejskim  parku.  -  Oblizał  dolną  wargę  w  kpiącej 

background image

14

lubieżności.  – Jeśli obiecasz  mi  pozować  nago,  być  może  załatwię  to  wszystko  za 
ciebie.

- Och, zamknij  się. - Nie potrafiła pohamować lekkiego uśmiechu, który cisnął  się 

jej na usta. Ten facet był zupełnie niemożliwy. - To nie jest śmieszne, Beau. Inaczej bym 
tu nie przyszła.

- Nie. Jesteś zła na Desparda, że usiłował poświęcić twojego przyjaciela Brendena, 

i chcesz to sobie odbić. Nie myślisz, że jest to raczej niebezpieczny rodzaj zemsty?

-  Zemsty?  -  Pokręciła  przecząco  głową.  -  Byłabym  głupia,  narażając  się  na  takie 

ryzyko dla zemsty.

- Więc dlaczego?
- Z powodu narkotyków - odpowiedziała szczerze. - Nienawidzę ich. Widziałam, co 

potrafią uczynić.  -  W  jej  oczach  pojawiły  się  dzikie  błyski.  -  Tutaj  i  w  Ameryce 
Południowej.  Narkotyki  są tańsze.  Handlarze  nie  osiągają  tak  wysokich  cen,  jak  w 
Stanach.  Dlatego  je  eksportują.  -  Zadrżała.  - Jeśli  nie  udaje  im  się  przewieźć  towaru, 
sprzedają  go  każdemu,  kto  zapłaci.  Widziałeś  kiedykolwiek  dziewięcioletniego  ćpuna? 
Ja  widziałam  i  nie  mam  zamiaru  nigdy  więcej  czegoś  podobnego oglądać.  Jeśli 
mogłabym  spalić  wszystkie  zapasy  heroiny  i  kokainy,  jakie  tylko  można  znaleźć  na 
świecie, zrobiłabym to.

"Znów  przypływ  matczynej  opiekuńczości"  -  pomyślał  Beąu.  Najpierw  Brenden, 

potem  on  sam,  aż w  końcu  cały  cholerny  świat!  Znana  już  czułość  powróciła  ze 
zdwojoną  siłą.  Cóż,  u diabła,  ona  z nim  wyczyniała? Z  trudem  odwrócił  wzrok  od tych 
niepokojąco uczciwych oczu.

-  Cóż,  dziś  możemy. Choć spróbować.  Zacznijmy  przedstawienie.  Orientujesz się 

chociaż w sytuacji, czy też musimy przeprowadzić rozpoznanie?

-  Jest tylko  dwóch strażników,  i  obaj  są  w środku. -  Zmarszczył  brwi. -  Chyba  że 

zmienili od zeszłego tygodnia rozstawienie. Śledziłam Desparda aż do baraku, a potem 
rozejrzałam się na tyłach. Jest tam duże okno, niestety zamknięte. Sprawdziłam to.

- Są tylne drzwi?
- Tak, ale też ich nie otwierają.
Jeszcze raz przebiegł spojrzeniem po jej obcisłych dżinsach i obszernej koszuli.
-  Przypuszczam,  że  nie  masz  ze  sobą  czterdziestki  piątki  ani  ręcznego  granatu 

przy  pasie?  –  spytał uprzejmie.  -  W  jaki  sposób  miałaś  zamiar  przeprowadzić 
uderzenie?

Zawahała się, niezadowolona.
- Coś bym wymyśliła - odparła wykrętnie. - Jestem bardzo zaradna.
- Zauważyłem - powiedział sucho. - Zdaje się też, że działasz bardzo impulsywnie.

Następnym razem zostawisz na mojej głowie wszelkie przygotowania, zgoda? Manewry 
taktyczne udają się nieporównywalnie lepiej, jeśli ma się jakiś plan.

background image

15

- Następnym 'razem? Cóż, przygotowałam jedną rzecz - odrzekła triumfalnie. - Dwa 

dni  temu ukryłam  kanister  benzyny  w  tekturowym  pudle  w  kupie  śmieci  na  tyłach  i 
przykryłam je gazetami.

-  To  już  coś.  Pod  warunkiem,  że  nie  przejechały  tędy  śmieciarki  i  nie  zabrały 

wszystkiego.

Pokiwała z przekonaniem głową.
- Nie na Castellano. W Maribie nie ma zakładów oczyszczania miasta. Każdy sam 

pozbywa się własnych śmieci.

-  Nie  dziwne  więc,  że  ta  ulica  ma  nieprzyjemny  zapach.  ¬W  skupieniu  zmrużył 

oczy. - Czy ci strażnicy wiedzą, kim jesteś?

- Przypuszczam, że widzieli mnie gdzieś w Maribie - odpowiedziała. - To  nieduże 

miasto, a Despardod tygodnia usiłował namówić Jeffreya do przewożenia kokainy.

- Może się mimo wszystko uda - powiedział Beau. - Czy tędy dostanę się na tyły? -

Wskazał na małą uliczkę kilka metrów przed  nimi. Kiedy  przytaknęła,  powiedział: - Daj 
mi tę zapalniczkę, z której przed chwilą korzystałaś.

Pomyślała z niechęcią, że Beau zachowuje się bardzo apodyktycznie. Nie była do 

tego przyzwyczajona.  Inni  nigdy  nie  przejmowali  inicjatywy,  teraz  wcale  jej  się  to  nie 
podobało.  Jednak stanowczy  ton  sprawił,  że  sięgnęła  do  kieszeni  i  podała  mu 
zapalniczkę.

- Co masz zamiar zrobić?
- Coś wymyślę. Jestem bardzo zaradny - powiedział, przedrzeźniając ją złośliwie. -

Daj mi piętnaście minut, po czym zacznij walić we frontowe drzwi. Znajdź sposób, żeby 
odwrócić uwagę strażników do czasu, kiedy nie wrócę.

- Powiedziałam ci przecież, że nie ma sposobu na przedostanie się ...
- Pozwól, że ja się będę o to martwił. - Szybko przesuwał się w kierunku przejścia. -

Postaraj się po prostu odwrócić ich uwagę - syknął przez ramię.

- Chyba  taką  mam  rolę  tego  wieczoru  -  westchnęła.  -  Najpierw  Despard,  a  teraz 

jego nieszczęśni ludzie.

Przystanął i spojrzał na nią.
-  Zauważyłem,  jak  "odwróciłaś  uwagę'  Desparda.  -  zabrzmiało  to  jak  pogróżka.  -

Nie  zdejmował  z ciebie  łap.  Teraz,  kiedy  jesteś  moja,  nie  będę  tego  tolerował.  Seks 
absolutnie  nie  wchodzi  w rachubę,  Kate.  Znajdź  inny  sposób,  albo  dowiesz  się,  że 
jestem tysiące razy trudniejszy we współżyciu niż Despard.

Zanim  zdołała  odpowiedzieć,  zniknął  w  przejściu,  zostawiając  ją  w  osłupieniu. 

Patrzyła  za  nim  z  wściekłością  i  strachem.  Zachowała  przelotne  wspomnienie 
pierwszego  wrażenia,  jakie  odniosła dziś  wieczorem  w  barze.  Szydercza  i  cyniczna 
maska  kryła  z  pewnością  niezwykle skomplikowanego  człowieka.  Być  może  był 
rzeczywiście  tak  niebezpieczny,  jak  początkowo myślała.  Lojalnie  uznała,  że  jej  samej 
nic  z  jego  strony  nie  groziło.  Jak  tylko  spłaci  dług,  nie  ujrzy  więcej  tego  mężczyzny. 
Stanowili  parę  nieznajomych,  którzy  spotkali  się  dzięki  serii przedziwnych  zbiegów 

background image

16

okoliczności.  Gdy  Lantry  dostanie  to,  o  co  m  u  chodzi,  pozbędzie  się  jej  z pewnymi 
oporami. Zaborczość zniknie z pewnością wraz z innymi uczuciami. A jeśli chodzi o to,
jakim  jest  kochankiem...  Ale  o  tym  nie  będzie  myśleć.  Poczuła  dziwny,  przejmujący 
skurcz żołądka oraz  dotkliwe mrowienie  między udami.  Zmieszała się.  Zajmie  się  tym, 
kiedy zajdzie taka potrzeba. Teraz musi zastanowić się nad czymś innym. Zerknęła na 
zegarek.  Jeszcze  pięć  minut.  Cóż,  u  diabła,  Beau  miał  na  myśli?  Niedługo  się  dowie.
Miała jedynie nadzieję, że wymyśli coś, co odciągnie od nich strażników.

Przygotował akcję odpowiadającą czy nawet przerastającą jej oczekiwania.
Dwaj  latynoscy strażnicy gapili  się  na nią  nieco  podejrzliwie,  ona  zaś  szlochała  z 

autentyzmem, o jaki się wcześniej nie podejrzewała.

-  Musicie  wiedzieć,  gdzie  jest  Ralph  -  krzyczała  histerycznie.  -  U  Alvareza 

powiedzieli  mi,  że poszedł  w  tym  kierunku.  Powiedział,  że  jeśli  będę  go  potrzebować, 
mogę  tu  przyjść,  że  się  mną zajmie.  -  Łzy  płynęły  jej  po  policzkach.  -  Jeffrey  mnie 
uderzył...

Nagle usłyszeli huk rozbijanego szkła oraz roztrzaskiwanego drewna. Nie musiała 

udawać osłupienia, kiedy ujrzała śmietnik pokaźnych rozmiarów wpadający przez okno z 
drugiej  strony  hali.  Tuż  za  nim  pojawił  się  Beau,  nurkując  głową  w  dół  przez  okno, 
trzymając  w  obu  rękach pochodnie.  Skulił  się,  chroniąc  głowę,  i  tygrysim  skokiem 
godnym  nie  lada  akrobaty  runął  na twardą,  drewnianą  podłogę.  Znalazł  się  w  połowie 
pomieszczenia. Wyprostował się zgrabnie i stanął, nie gasząc pochodni.

Strażnicy  drgnęli  na  pierwsze  odgłosy,  jednak  niecodzienne  wejście  Beau  na 

chwilę  zamieniło  ich w  dwa  słupy  soli.  Kiedy  był  od  nich  o  parę  kroków,  rzucili  się  do 
akcji.

-  Madre  de  Dios!  -  Niski  i  krępy  strażnik  rzucił  się  naprzód,  wyższy  sięgnął  po 

rewolwer zatknięty za paskiem.

Kate zareagowała bezwiednie: skoczyła na sięgającą po broń rękę i uwiesiła się na 

niej  całym ciężarem.  Mężczyzna  usiłował  się  od  niej  uwolnić.  Usłyszał  za  sobą  niski, 
gardłowy  okrzyk, po czym  głuchy  odgłos  padającego ciała.  O  wielkie  nieba,  czy  był  to 
Beau?

- Puta! - wrzasnął mężczyzna, do którego ręki uczepiła się jak pijawka.
Uderzył  ją  z  dziką  siłą.  Poczuła  w  skroniach  oślepiający  ból  i  automatycznie 

poluźniła uścisk. Uwolnił się od niej z łatwością, wyrwał jej pistolet i cisnął jednocześnie 
w Kate  beczką.  Przez chwilę czuła jedynie  jej  ciężar,  po czym  nie  widziała już  nic,  bo 
cały pokój zawirował wokół niej.

-Ty  sukinsynu!  -  Zimny  głos  Beau  zabrzmiał  tak  złowieszczo,  że  ocknęła  się  na 

nowo. A więc to ten drugi upadł, zorientowała się nie całkiem przytomna. Beau stał tuż 
przy nich. Oczy błyszczały mu w gniewie, twarz stała się kamienna. Trzymał wciąż jedną 
z pochodni, szybkim ruchem ogarnął płomieniem uzbrojoną rękę strażnika. Mężczyzna 
wydał  przerażający  okrzyk,  upuścił  pistolet  i  spazmatycznymi  ruchami  okładał  luźny
rękaw bawełnianej koszuli. Po chwili przestał jęczeć, gdy Beau ciosem karate powalił go 
na ziemię.

- Nic ci nie jest? - spytał Beau zatroskanym głosem. 

background image

17

Wpatrywała się w nieprzytomnego mężczyznę, który leżał u jej stóp. Oszołomiło ją 

tempo i brutalność gwałtownej reakcji Beau. zauważyła, że koszula strażnika wciąż się 
tli. Spytała drżącym głosem:

- Czy nie lepiej to ugasić?
- Powinienem  poczekać, aż łotr się spali - odpowiedział z wściekłością. - Zrobił ci 

krzywdę?

-  Nie  -  skłamała,  oblizując  usta.  Była  przekonana,  że  jeśli  odpowie  twierdząco, 

Beau jest w stanie posunąć się do morderstwa. - Jestem tylko trochę zdenerwowana. za 
chwilę dojdę do siebie. - zaśmiała się drżącym głosem. - Widok tlącej się koszulki wcale 
mi nie pomaga. Proszę, ugaś ją.

Wzruszył ramionami.
- Nie rozumiem, czym się tak przejmujesz. - Schylił się i obojętnie strzepnął resztkę 

tlących się iskierek.

-  Ten  śmieć  byłby  pewnie  pierwszy,  gdyby  trzeba  było  sprzedać  narkotyki 

dzieciakom, o które się tak martwiłaś.

-  Być  może.  -  Spojrzała  na  krępego  mężczyznę  leżącego  nieprzytomnie  na 

podłodze.

-  Widać,  że  jesteś  niezłym  karateką.  -  zauważyła  płonącą  pochodnię  obok 

zwalistego ciała innego strażnika. - Jego też oparzyłeś?

- Nie za mocno. Skierowałem na niego pochodnię, kiedy chciał się na mnie rzucić. 

Uderzyłem go w pierś i odskoczyłem. - Uśmiechnął się drapieżnie. - Stracił kontrolę na 
moment i to wystarczyło, bym do niego  podszedł. To  zadziwiające, jak ogień  przeraża 
ludzi. Chyba dlatego, że każdy z nas miał kiedyś przykre doświadczenia z oparzeniami.

-  Chyba  tak.  -  Wyprostowała  się  ostrożnie.  Jeśli  nie  wykonywała  gwałtownych 

ruchów głową, nie czuła bólu.

-To bardzo sprytne, że wykorzystałeś pochodnie jako broń. - Uśmiechnęła się, siląc 

na swobodę. - Wyglądałeś imponująco, wskakując przez okno jak akrobata.

-  Starałem  się  raczej  naśladować  Burta  Lancastera  w  Karmazynowym  Piracie  -

przeciągle odparł Beau. 

Z ulgą stwierdziła, że nie wygląda już tak groźnie.
- Karmazynowy Pirat?
- Klasyka filmów przygodowych. Nie widziałaś? 
Zaprzeczyła  automatycznym  ruchem  głowy, czego  za  chwilę  pożałowała,  gdyż 

pociemniało jej w oczach.

-  Nie,  nigdy  nie  widziałam  żadnego  filmu  -  odpowiedziała  niepewnie.  -  Ale 

oczywiście czytałam o nich. Jeffrey mówi, że wiele nie straciłam.

- Nigdy nie widziałaś... - Wykrzywił usta w bezczelnym uśmiechu. - Lepiej by było, 

gdyby twój Jeffrey zostawił tobie samej ocenę.

background image

18

- Tak myślisz? - spytała z roztargnieniem. - ten stos plastikowych toreb w kącie to 

musi  być kokaina.  Przedziurawię  je,  a  ty  przez  ten  czas  przenieś  strażników  na 
zewnątrz. Potem weź benzynę.

-  Jeśli  nalegasz.  Chociaż  wolałbym  zostawić  naszego  przyjaciela  na  stosie.  -

Odłożył pochodnię na ziemię i z tylnej kieszeni wyciągnął chusteczkę - Odwróć się. - Nie 
czekał, aż go posłucha, stanął za nią i owinął jej chustkę wokół ust i, twarzy. Zawiązał ją 
delikatnie. - Z pewnością nie pomyślałaś o tym, że dym z palącej się kokainy może być 
szkodliwy, a nawet śmiertelnie trujący?

- A jest?
-  Nie  mam  pojęcia,  ale  nie  będziemy  ryzykować.  Zobaczę,  czy  u  któregoś  ze 

strażników nie znajdę czegoś, co mogłoby zastąpić maskę. Przyklęknął obok zwalistego 
ciała  jednego  z  nich  i  przeszukał  mu  kieszenie. -  O,  to  się  może  przydać. -  Nacisnął 
przycisk  na  kieszonkowym  nożu,  który  zabrał  mężczyźnie. Pojawiło  się  groźne  ostrze. 
Podał jej nóż trzonkiem do przodu. - Zaczynaj. Ja szybko przyniosę benzynę.

Znów  ta  arogancja!  Nie  była  jednak  zdolna  do  sprzeciwu. Potulnie  wzięła  nóż  i 

odeszła.  Stąpając  ostrożnie  przez  magazyn,  usłyszała,  jak  ciągnął  ciała strażników  po 
drewnianej  podłodze.  Uklękła  przy  plastikowych  torbach  i  zaczęła  je  jak  najszybciej
przebijać.  Drżały jej  ręce,  toreb  były  chyba  setki.  Przez  dłuższy czas  dziurawiła  worki. 
Czemu, u diabła, kokaina nie może być pakowana w większe torby? Te chyba mieściły 
kilogram  ...  Musi być  na pewno  wiele kilogramowych  paczek,  żeby zrobić  interes  za  6 
milionów.

- Gotowe? - Beau stanął za nią z kanistrem benzyny i chusteczką obwiązaną wokół 

nosa i ust.

Przekłuła dwie ostatnie torby, rzuciła na kupę nóż i bardzo ostrożnie wstała.
- Gotowe.
- Na zewnątrz - rozkazał Beau, odwracając ją i popychając lekko w stronę drzwi. -

Dołączę do ciebie za minutę. - Zabrał się do rozlewania benzyny na kokainę.

Odruchowo  zrobiła  parę  kroków  do  przodu,  po  czym  stanęła  jak  wryta.  Co  ona 

robi!. To jest jej robota, nie Beau. Odwróciła się i zobaczyła, że Beau odrzucił kanister, 
podniósł  płonącą pochodnię  z  podłogi,  cofnął  się  i  cisnął  ją  na  stos  kokainy.  Stos 
zapłonął.  Beau  odwrócił  się szybko i  rzucił w kierunku  drzwi,  ciągnąc ją  po drodze za,
sobą.

-  Powiedziałem,  żebyś  stąd  wyszła  -  ryknął,  z  trudem  hamując  wściekłość.  -

Czemu, do cholery, tego nie zrobiłaś?

- To wszystko było moim pomysłem. Nie mogłam cię zostawić sam na sam z moją 

pracą.

- Czyżby? - W oczach Beau pojawił się dziwny, pytający błysk. Stanął parę metrów 

za drzwiami, by zdjąć jej, potem sobie, maskę. - Nie, chyba nie mogłaś, Kate.

Patrzył na nią tak intensywnie, że poczuła się nieswojo.
-  Czy  nie  lepiej  się  stąd  wydostać,  zanim  cały  budynek  wyleci  w  powietrze?  To 

sprowadzi tu resztę ludzi Desparda.

background image

19

Odwrócił wzrok.
- Masz rację. - trzymał ją za łokieć, prowadząc od składu. - Chodźmy.
Ciepłe  i  wilgotne  powietrze  dotykało  jej  twarzy  jak  mokry,  tłumiący  dywan.  Miała 

nadzieję, że świeży powiew ożywi jej zdrętwiałe myśli, wprowadzał ją jednak w jeszcze 
większe otępienie.

- Więc jak się nazywa twój statek?
- "Searcher" - zmrużył oczy z przyjemnością, patrząc na nią. - Stąd chyba nie jest 

daleko do doków?

- Nie, nie jest daleko - odparła niepewnie. - "Searcher" to dziwna nazwa dla statku. 

Większość  nosi damskie  imiona.  Nikt  nie  wie  dlaczego.  -  "Mówię  bardzo  składnie"  -
pomyślała z dumą. - Większość myśli, że stało się to tradycją, od kiedy starożytni greccy 
żeglarze uhonorowali Atenę.

-  Mam  nadzieję,  że  nie  uraziłem  twoich  feministycznych  uczuć  -  powiedział 

przeciągle. - W końcu to może być tak samo damskie, jak i męskie imię.

- Feministyczne? Co to znaczy?
Chciał się uśmiechnąć, ale spoważniał z niedowierzania.
Nie żartowała, naprawdę nie wiedziała.
-  Wyjaśnię  ci  to  później  -  odpowiedział  powoli.  Przekorny  uśmiech  rozjaśnił  mu 

twarz. - A może wtedy będę wolał tego nie robić!

-  Mój  Boże,  jaki  on  wielki!  -  Kate  otworzyła  szeroko  zdumione  oczy,  patrząc  na 

trójmasztowy szkuner zacumowany w porcie. - Widziałam kiedyś żaglowiec w porcie St. 
Thomas, ten jest prawie tak samo duży.

- Lubię wygodę - odparł swobodnie Beau. - Lubię czasami przyjmować gości. .
- Musisz być bardzo bogaty - zauważyła trzeźwo Kate. - To piękny statek, Beau.
- Cuchnę pieniędzmi - stwierdził nieelegancko. - Powiedziałem ci w barze, że będę 

dla ciebie bardzo hojny, nie musisz się o nic martwić.

- Nie martwię się - Odwróciła wzrok nie chcąc, by dojrzał, jak bardzo zraniły ją te 

słowa. – Już teraz jesteś bardzo hojny. Jeśli tylko wydobędziesz Jeffreya z Castellano, 
przyrzekam, że nie będę o nic więcej prosić.

Pomagał jej przejść przez kładkę, trzymając ją opiekuńczo pod rękę. Teraz dopiero 

zdała  sobie  sprawę,  że  był  troskliwy  przez  całą  drogę  ze  składu  na  statek.  Szli  w 
zupełnej ciszy, jednak Beau zawsze w porę pomagał jej, gdy napotykali niespodziewane 
przeszkody  na  wyłożonej  kocimi  łbami  drodze.  Ta  instynktowna  opiekuńczość  była 
kolejną anomalią w jego skomplikowanej naturze.

-  Być  może  z  czasem  zmienisz  zdanie  -  powiedział  cynicznie.  -  Nie  będę  cię  do 

tego  namawiał.  Jestem  przyzwyczajony,  by  płacić  za  to,  czego  pragnę.  Mimo  to 
postaram się, żebyś już teraz dostała pierwszą zaliczkę. - Wskazał na mężczyznę, który 
leniwie szedł wzdłuż pokładu w ich kierunku. - Powinienem raczej powiedzieć, że zrobi 

background image

20

to  Daniel.  Ma  duże  doświadczenie  w doprowadzaniu  rzeczy  do  pomyślnego  końca. 
Prawda, Danielu?

- A jakże - zgodził się uprzejmie wysoki mężczyzna. - Znam najlepsze sposoby na 

uzyskiwanie  kaucji,  wynajdowanie  najbliższego  ostrego  dyżuru  w  każdym  porcie  na 
Karaibach, nie mówiąc już o moim talencie w dziedzinie dawania łapówek i uspokajania 
rozwścieczonych ojców i braci oraz wszelkiego rodzaju urzędników lokalnych władz. Co 
byś beze mnie zrobił, Beau?

-  W  wolnym  czasie  jest  też  kapitanem  "Searchera"  -  rzekł  z  uśmiechem  Beau.  -

Czasami zapomina o tym powiedzieć. Daniel Seifert, Kate Gilbert. Kate zostanie z nami 
przez pewien czas.

Daniel  Seifert  uścisnął  jej  dłoń  z  delikatnością  zadziwiającą  przy  jego  ogromnych 

łapach.  Miał około  trzydziestu  pięciu  lat.  Był  prawie  tak  samo  postawny  i  dobrze 
zbudowany jak Julio. Ale na tym kończyło się podobieństwo. Miał modnie podstrzyżone 
ciemne  włosy,  niebieskie  oczy  o  przeszywającym  spojrzeniu  i  krótko  przyciętą  ciemną 
bródkę. Wszystko to składało się na silnego, choć nie pozbawionego uroku, mężczyznę. 
Był znacznie bardziej pociągający niż poczciwy Julio.

-Twoja wizyta jest dla mnie szczególnie miła -  powiedział, mrużąc  ciemne oczy.  -

Mamy już dość męskich odwiedzin na statku.

- Julio i Jeffrey dotarli bez problemów? - spytała Kate z ulgą.
Seifert przytaknął:
-  Mniej  więcej półtorej  godziny temu.  Ulokowałem  ich  razem  z  załogą.  -  Podniósł 

pytająco brwi i spojrzał na Beau. - W porządku? 

-  Na  razie  tak  -  odparł  Beau,  wzruszając  ramionami.  -  Czy  jesteśmy  gotowi  do 

drogi?

- Wedle  rozkazu.  -  Daniel  błysnął  szyderczym  uśmiechem.  - Czy  ośmieliłbym  się 

nie zastosować do twoich poleceń?

Beau żachnął się:
- Zrobisz wszystko, co sprawi ci przyjemność. - Spojrzał na ogromne ręce kapitana 

wciąż ściskające dłonie Kate. - Puścisz ją wreszcie, czy masz nadzieję, że to cię z nią 
połączy?

-  Bardzo  kuszący  pomysł.  -  Seifert  z  niechęcią  puścił  ręce  Kate.  -  Ale  chyba  już 

zdobyłeś prawo pierwszeństwa.

- Oczywiście - przytaknął szorstko.
-  Przypuszczam  w  takim  razie,  że  kabina  gościnna,  którą  przygotowałem,  nie 

będzie potrzebna. - Odparł obojętnie Seifert. - Wielka szkoda.

- Muszę zobaczyć się z Jeffreyem i Julio, i powiedzieć im, że jestem cała i zdrowa -

rzekła Kate z przejęciem, przygryzając dolną wargę. - Julio nie zmruży wcześniej oka.

Beau pokręcił przecząco głową.

background image

21

- Nie dziś wieczorem. Zobaczysz się z nimi jutro rano. - Zwrócił się do kapitana. -

Zabieram  ją  do swojej  kabiny.  Wpadnij  do  Rodrigueza  i  daj  mu  znać,  że  Kate  jest 
bezpieczna, dobrze?

Seifert skinął głową.
- W tej  chwili.  Myślę, że nie  będzie  to  wyjątkowym  nietaktem,  jeśli  spytam, przed 

czym jest bezpieczna?

- Potem ci powiem. - Popchnął ją delikatnie do przodu. - Pożałujesz, że to straciłeś.
-  Być  może  - powiedział  z  wolna  kapitan.  -  Twoi  kumple  nie  są  zazwyczaj  tak 

czarujący, jak  pani Gilbert. -  Spojrzał  na Beau, który otworzył  drzwi  na dolny pokład.  -
Nie zapomniałeś o czymś?

Beau spojrzał niecierpliwie przez ramię.
- O czym? 
- Dokąd mamy płynąć? Na 1łynidad?
Beau wzruszył ramionami.
-  Po  prostu  opuść  wody  terytorialne  Castellano.  Jutro  zadecydujemy,  dokąd 

płyniemy dalej.

ROZDZIAŁ TRZECI

Kabina  była  zadziwiająco  obszerna i  wygodna,  jak  na  rozmiary  statku.  Duża  koja 

znajdująca  się naprzeciw  wejścia  pokryta  była  wesołym,  żółtym  płótnem,  które 
kontrastowało  z  eleganckimi dębowymi  boazeriami  i  brązowo-beżowym  tweedowym 
pokryciem podłogi. Wbudowaną w ścianę szafkę zamykały drzwiczki rzeźbione w ładny, 
geometryczny  wzór,  który  nowoczesnemu  pomieszczeniu  dodawał  element 
przyjemnego, śródziemnomorskiego przepychu.

-  Bardzo  ładna  -  powiedziała  Kate,  przebiegając  wzrokiem  po  szafce.  -  teraz 

rozumiem, co miałeś na myśli, mówiąc o wygodzie. - Te wszystkie wspaniałe ksiązki.

Przez drzwiczki można było dojrzeć oprawione w skórę opasłe tomy i małe, jasno 

oprawione książeczki.  Wiele  by  dała,  by  spędzić  nad  nimi  tydzień. Nagle  uderzyła  ją 
myśl,  że  być  może  ten  tydzień  nadejdzie.  Po  to  przecież  trafiła  do  tej  kabiny. Miała 
oddać się Beau na koi, którą tak bezosobowo podziwiała. lej nocy. Powiedział, że chce
dopełnić  ich  umowy  jak  najszybciej,  właśnie  dlatego  przyprowadził  ją  do  kabiny. 
Dlaczego  nie  denerwowała  się  już  tak  bardzo,  myśląc  o  nocy  z  nieznajomym?  Czuła 
jedynie osłabiające zmęczenie i senność, która przenikała do każdej komórki jej ciała.

-  Cieszę się,  że ,ci  się podoba -  powiedział  szorstko Beau.  Trzymał  ją  pod rękę i 

prowadził  w stronę łóżka. - W najbliższej przyszłości będziesz tu spędzać dużo czasu. 
Usiądź.

Trącił ją łokciem i jego prośba zmieniła się w rozkaz. Kate usiadła na brzegu koi i 

podniosła  na niego  zmęczone  oczy.  Zanim  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  co  robi,  Beau 

background image

22

zdążył  jej  rozpiąć  trzy  guziki od  bluzki.  Tak  szybko?  Widać  był  zbyt  niecierpliwy,  by 
dłużej czekać na uiszczenie płatności. Spojrzała w górę na jego spiętą twarz schylającą 
się  nad  nią.  Nie  próbowała  mu  przeszkodzić,  gdy zręcznie  ją  rozbierał.  "Miał 
niezaprzeczalne prawo, by domagać się mego ciała. Kiedy tylko miał ochotę - pomyślała 
ze zmęczeniem. Pragnęła jedynie, by wcześniej pozwolił jej nieco odpocząć.

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałabym wziąć prysznic, zanim to zrobimy –

powiedziała spokojnie. - Pod wieloma względami był to niezwykły wieczór.

Spojrzał na nią z lekkim wyrazem zdziwienia.
- Zanim "to" zrobimy? - W jego głosie słychać było źle hamowaną złość. - Z jakimi 

ty, do cholery, sypiałaś mężczyznami? Czy zamęczają cię, kiedy jesteś tak wyczerpana i 
pobita, że padasz z nóg?

Spojrzała zmieszana na wpół rozpiętą bluzkę.
- Dlaczego więc ...
- Mam zamiar cię umyć i położyć do łóżka - przerwał jej ostrym tonem. - I wcale nie 

chcę  "tego" robić,  do  cholery!  Najpierw  muszę  spojrzeć  na  twoją  głowę.  Ten  łajdak 
uderzył  cię  bardzo  mocno, wbrew  temu  co  mówiłaś.  Chciałem  przyjrzeć  się  ranie 
jeszcze na miejscu, ale myślę, że bez awantury nie zgodziłabyś się na to. To byłoby dla 
ciebie gorsze niż spacer na statek.

- Nic mi nie jest, mówiłam ci ...
Rozpiął jej do końca bluzkę i ściągnął ją z ramion, po czym sprawnie zabrał się do 

odpinania białego biustonosza.

- Bzdura. Zbyt długo byłem profesjonalnym atletą, żeby się nie zorientować. Przez 

całą drogę na statek wlokłaś się, jakbyś za chwilę miała rozpaść się w kawałki.

-  Byłeś  atletą?  -  powtórzyła  zdziwiona.  -Teraz  rozumiem,  dlaczego  tak  sprawnie 

przeskoczyłeś przez okno.

- Przykro mi, że cię rozczaruję, ale nie jestem  akrobatą cyrkowym,  jak myślałaś -

odrzekł z przekąsem. - Byłem solistą w rewii na lodzie, a potem przez sześć lat trenerem 
ekipy olimpijskiej.

- A co robisz teraz?
-  W  tej  chwili  odgrywam  podwójną  rolę:  pokojówki  i  lekarza  okrętowego  -  rzekł 

szorstko,

opuszczając paski od jej stanika. - A przede wszystkim jestem słynnym włóczęgą. 

Moja sława pochodzi z pokaźnego, śmierdzącego majątku.

- Rozumiem.
-  Czyżby?  -  Spojrzał  na  nią  i  zmrużył  oczy.  -  Nie  dyskwalifikujesz  mnie  jako 

nieczułego playboya, nie starasz się mnie nawrócić ze złej, rozwiązłej drogi?

-  Nie  mam  do  tego  prawa  -  powiedziała  poważnie.  -  Nie  wydajesz  się  aż  tak 

rozwiązły.

background image

23

-  Być  może  w  porównaniu  z  twoimi  znajomymi.  -  Zdjął  jej  stanik,  po  czym 

znieruchomiał. zaczerpnął gwałtownie powietrza. - Liane myliła się. Wcale nie jesteś za 
chuda.  –  Dotknął delikatnie  jej  piersi.  -  Jesteś  zwarta,  piękna  i  idealnie  krągła.  -  Jego 
oczy pociemniały i zamgliły się. - I taka jedwabista. - zakreślił palcem krąg wokół ciemno 
różowej  brodawki.  -  Złocisty  jedwab. Boże,  nigdy  nie  widziałem  takiej  skóry,  ciepłej, 
delikatnej  i  jedwabistej  jak  u  dziecka.  Kiedy  cię po  raz  pierwszy  zobaczyłem  w  barze, 
zastanawiałem się, czy właśnie taka będziesz.

-  Teraz  wiesz  -  odpowiedziała  niepewnie.  Czuła,  że  jego  leniwy  palec  pali  ją  i 

czegoś szuka, sunąc wzdłuż jej ciała. Nagle zapomniała o zmęczeniu i świdrującym bólu 
w skroniach. Oblizała wargi. - Czy zmieniłeś zdanie?

- Nie  -  odpowiedział  niewyraźnie. -  Mój  umysł  jest  wciąż tak samo  zdecydowany, 

tylko moje ciało się waha. Czy cała jesteś taka opalona?

Przytaknęła.
- Lubię słońce. W lesie, gdzie trzymamy cessnę, jest mały stawek, czasami tam się 

opalam.

Palcem dotknął różowej, zwartej piersi.
- Nago? - spytał niskim głosem.
- Tak. - Ledwie wykrztusiła. - Nigdy tam nikogo nie ma. - Miała wyschnięte i napięte 

gardło, pewna była, że słyszy bicie swego serca pod delikatnym dotykiem. Nie zdawała 
sobie wcześniej sprawy, jak wrażliwa może być jej skóra; że delikatna pieszczota potrafi 
wysyłać sygnały do całego ciała. Nie musiała spoglądać w dół, by zorientować się, że jej 
pierś napęczniała i rozwinęła się dla niego. Zauważyła to w jego ciemniejących oczach. 
To dziwne, ale czuła, że wszystkie te reakcje są ze sobą związane.

- Kiedyś to zobaczę - powiedział głosem tak aksamitnie łagodnym, jak dotykające 

ją palce. – Będę siedział i patrzył, jak słońce płynie na ciebie jak złoty deszcz, pieszcząc 
cię  i  dodając  ci  blasku.  - Delikatnie  ją  uszczypnął,  poczuła  się  dotkliwie  niepełna.  -
Wtedy  do  ciebie  przyjdę  i  sprawię,  byś  dla  mnie  błyszczała.  Poczujesz  się  otwarta, 
będziesz  kwitła  i  drżała.  -  Widziała  na  jego  czole pulsującą  szaleńczo  żyłkę.  - Chcę 
wiedzieć, że wszystko, co dla ciebie robię, rozpali Cię i roztopi, sprawi, że odpłyniesz. -
zaczerpnął  głęboko  powietrza,  po  czym  potrząsnął  głową,  jakby  chciał  się z  czegoś 
oczyścić. - Chyba oszalałem. Przez chwilę zdawało mi się, że leżysz tam i czekasz, bym
do ciebie przyszedł. - Opuścił dłoń i cofnął się o krok. - No dobrze, lepiej zaprowadzę cię 
pod prysznic, inaczej zapomnę, że chodzi o grę. - Pomógł jej wstać. - Rozbierz się do 
końca, ja przez ten czas znajdę ci coś do ubrania. - Podszedł do szaty wbudowanej w 
ścianę  i  pchnął  drzwiczki.  - Jutro  będziesz  musiała  się  zadowolić  moimi  szortami  i 
koszulką. Twoje ubranie będzie się prało. Często chodzisz w jednej koszuli? 

- Nie, pierwszy raz. - Zrzuciła tenisówki i ściągnęła dżinsy. Wpatrywała się w plecy 

Beau, podczas gdy on przeszukiwał szafę. - W rzeczywistości nie zmieniamy tak często 
miejsca.  Jeffrey  wyznacza  akcje  i  czeka  u  siebie  na  klientów.  Byliśmy  na Castellano
przez mniej więcej cztery lata.

- Mówisz o nim  jak o prawniku  z jakiegoś  przedsiębiorstwa  -  zakpił  Beau. - Ale  z 

tego co  wiem  na temat  Castellano, musiał  tu mieć wspaniałe pole  do popisu  w swoim 

background image

24

zawodzie. - Wyciągnął z szafy niebieski szlafroczek ozdobiony weneckimi wstążkami. -
Tak  mi  się  zdawało,  że  to  tu  widziałem  - powiedział,  patrząc  krytycznie  na  szlafrok.  -
Barbara  musiała  to  zostawić,  kiedy  opuściła  statek  na Barbados.  Kolor  niebieski 
powinien pasować do twoich oczu. Masz coś przeciwko noszeniu ubrań innych kobiet?

Barbara?  Jak  wiele  jego  kochanek  zajmowało  tę  kabinę  i  dlaczego  myśl  o  tych 

kobietach bolała ją tak bardzo?

-  Nie,  to  mi  nie  przeszkadza  -  powiedziała  łagodnie.  -  zachowałabym  się 

niewdzięcznie, gdybym była taka drobiazgowa, prawda?

- Cieszę się, że jesteś na tyle taktowna. Niewiele znam kobiet, które ... - Spojrzał 

przez  ramię  i słowa  zamarły  mu  w  gardle.  Stała  zupełnie  naga,  patrząc  na  niego  z 
całkowicie  nieskrępowaną, czystą  prostotą.  Nie  było  w  niej  wstydu,  jedynie  szczera 
otwartość,  która  go  wcześniej  poruszyła. Miała  podkrążone  ze  zmęczenia  oczy  i 
opuszczone  ramiona,  co  nie  wpływało  na  prężność  jej sylwetki.  "Chyba  się  starzeję'  -
pomyślał. Nigdy wcześniej nie patrzył na śliczną, nagą dziewczynę, zauważając jedynie, 
że  jest  odważna.  A  ona  była  śliczna.  Piękne,  pełne  piersi falowały,  miała  wysmukłe 
biodra, a jej nogi były silne i kształtne. Całe ciało pełne było siły i wdzięku, miała jednak 
bardzo  delikatne  kości,  przez  co  wyglądała  niezwykle  bezbronnie.  Siła  i  bezbronność. 
Te  dwie  przeciwne  fizyczne  cechy  widoczne  były  w  jej  osobowości,  stanowiąc
nadzwyczajną mieszankę. Spojrzał na szlafroczek, który trzymał w ręku i dopiero teraz 
dostrzegł,  'że  jest  zupełnie  bez  gustu.  Powiesił  go  do  szafy  i  wyciągnął  własny,  biały, 
aksamitny  strój. -  To  będzie  wygodniejsze  -  powiedział,  szybko  zamykając  drzwi od 
szafy  i  rzucając  jej  okrycie  na łóżko.  -  Chodź. - Otworzył  drzwi  do  położonej  obok 
łazienki  i  stanął  na  brązowo-beżowych  kafelkach.  Wyregulował  wodę  w  prysznicu  o 
matowych  ściankach  tak,  by  płynęła  łagodnym  strumieniem.  Odsunął  się  z figlarnie 
galanteryjnym gestem.

- Mademoiselle. Dołączę do ciebie, jak tylko wyskoczę z ciuchów.
Oddzieliły ich matowe drzwi.
Z radością uznała, że nagłe ciepło bijące jej z policzków może być teraz przypisane 

parze  unoszącej  się  z  wody.  Wystarczająco  peszył  ją  tajemniczymi  spojrzeniami,  nie 
myślała jednak, że się rozbierze i wejdzie razem z nią pod prysznic. Pod natryskiem było 
niewiele  miejsca  dla  jednej osoby,  co  dopiero  dla  dwóch.  Wzięła  głęboki  oddech  i 
wydęła  policzki.  Cóż  to  za  różnica?  W  końcu dojdzie  między  nimi  do  mniejszej  czy 
większej poufałości. Będzie gotowa, by to zaakceptować.

- Posuń się trochę do przodu, Kate. - Matowe drzwi stały  otworem. Instynktownie 

posłuchała go, kiedy wszedł pod prysznic i zamknął za sobą drzwi. Poczuła na plecach 
ciepłą pierś Beau, kiedy pochylił się, by sięgnąć po mydło. - Pozwól, że usunę z siebie 
ten  smród  i  wtedy  zajmę  się  tobą.  Przerzucanie  śmietników  i  zabawa  z  benzyną  oraz 
kupami  śmieci  nieomylnie  sprawdza skuteczność  męskiego  dezodorantu.  -  Czuła,  jak 
ociera  się  o  nią  co  chwilę,  mydląc  pierś  i  tors.  Patrzyła  jednak  uparcie  w  kafelki  na 
wprost siebie. - Dobrze się czujesz? Nie masz zawrotów głowy ani duszności?

- Nie powiedziałam ci, że wszystko w porządku - odparła szybko. Serce biło jej w 

takim tempie, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Skóra stała się wyczulona na najlżejsze 
muśnięcie, z każdym jego dotykiem zdawała się piec i palić. - Nie zrobił mi krzywdy.

background image

25

- Skąd,  u diabła! - Złapał  ją  w pasie i  przesunął nieco, tak  że teraz cały  strumień 

wody spadał na niego i zmywał zeń mydło. - Powinienem był spalić tego drania.

- Prawie ci się to udało - powiedziała, tracąc oddech. Dotykał jej tylko przez chwilę, 

jednak wciąż czuła na sobie jego ręce. - Przez moment bałam się ciebie bardziej niż ich.

-  Bałaś  się?  -  Poczuła,  że  patrzy  na  nią,  sama  jednak  nie  odwróciła  wzroku  od 

kafelków.  –  Nie  wyglądałaś  na  przestraszoną. Jeśli  dobrze  pamiętam,  miałaś  zamiar 
sama stawić im czoła.

- To nie znaczy, że się nie bałam - odpowiedziała z prostotą. - Musiałam to zrobić. 

Zawsze  trzeba  robić  to,  co  konieczne,  nawet  jeśli  nie  jest  się  zbyt  odważnym. 
Zapominasz wtedy o wszystkim i chcesz jak najszybciej zakończyć sprawę.

- Tak jest z tobą? - W jego głosie zabrzmiała dziwnie czuła nuta. - W takim razie 

rzeczywiście się myliłem. Ominie cię więc czerwona odznaka za odwagę.

-  To  była  wspaniała  książka,  prawda?  -  zapytała  żywo.  Rozjaśniła się  jej  twarz.  -

Znalazłam ją w angielskiej wersji w antykwariacie parę lat temu w Maracaibo. Zazwyczaj 
czytam hiszpańskie albo portugalskie tłumaczenia, ale myślę, że przyjemniej jest poznać 
książkę w oryginale, nie uważasz?

- Och, z pewnością - mruknął. - W ilu językach potrafisz czytać?
-  Po  hiszpańsku  i  portugalsku  -  odrzekła.  -  Mówię  trochę  po  francusku;  ale  nie 

potrafię pisać ani czytać.

- Szkoda- stwierdził łagodnie. - Odwróć się i pozwól, że na ciebie spojrzę. - Położył 

jej  ręce  na  ramionach.  -  Więc  jesteś  wielbicielką  Stephena  Crane'a?  Kogo  jeszcze 
lubisz?

-  Wszystkich  -  odpowiedziała  z  rozmarzonym  uśmiechem,  odwracając  do  niego 

posłusznie twarz. - Szekspira, Samuela Clemensa, Waltera Scotta. - Rozdzielał krótkie 
mokre kosmyki, które oblepiały jej twarz. - Szczególnie lubię Szekspira. W jego słowach 
jest tyle muzyki.

- Masz jakieś zastrzeżenia do dwudziestego wieku? - Delikatnie dotykał guza na jej 

głowie, przybrawszy celowo bezosobowy wyraz twarzy.

- Nie, po prostu za granicą łatwiej jest znaleźć klasyków.
- Nie jest źle - powiedział z ulgą. - Nie boli cię głowa? .
Położył  jej  ręce  na  karku  i  zaczął  łagodnie  masować  zmęczone  mięśnie  szyi  i 

ramion.

- Nie.  - Ze  zdziwieniem  stwierdziła, że mówi prawdę. Dotkliwy ból  prawie zniknął. 

Łagodzący prysznic  i  te  magiczne  palce  roztapiały  jej  mięśnie  jak  rozgrzane  masło. 
Bezwiednie  podsunęła  się do  niego,  składając  mu  głowę  na  ramieniu  jak  zadowolone 
dziecko. - Wszystko przeszło.

-  Dobrze.  -  Poczuła,  że  musnął  ją  ustami  w  czoło.  -  Jaką  sztukę  Szekspira 

najbardziej lubisz?

background image

26

- To Romeo i Julia. Wiem, że uważana jest za najsłynniejszą, ale ma coś takiego w 

sobie, co zawsze mnie wzrusza. I słowa ... - Roztargnionym ruchem objęła go w pasie. -
Są jak słońce, czyste, jaśniejące i piękne.

-  Złoty  deszcz?  -  zasugerował.  Ze  wspaniałą  dokładnością  wynalazł  na  jej  szyi 

napięte ścięgna.

-  Hmm  ...  -  Pokiwała  z  zadowoleniem  głową.  Poczuła  wilgotną  czuprynę  pod 

policzkiem oraz zapach mydła i piżma, który go otaczał. - Nigdy tak o tym nie myślałam, 
ale to ładny sposób,  żeby to opisać. Złoty deszcz słów. - Przysunęła się nieco bliżej. -
Lubię  jak  ...  -  Przerwała,  gdyż  kiedy przytulił  się  do  jej  brzucha,  wyczuła,  że  jest 
podniecony.  Otworzyła  szeroko  oczy  ze zdziwienia, kiedy spojrzeniem  powędrowała  w 
dół po jego ciele.

Zaśmiał się.
-  Czego  się  spodziewałaś?  Te  śliczne  cycuszki  ciągle  mnie  szturchały,  myślałem 

tylko  o  tym,  by  przytulić  ten  mały  wyzywający  tyłeczek  od  chwili,  kiedy  tu  wszedłem. 
Wiesz, nie jestem z żelaza...

Cofnęła się.
- Przepraszam - zająknęła się zmieszana. - Nie chciałam ...
- Szsz ... - powiedział łagodnie. Zacisnął jej ręce na karku i podniósł jej głowę, by 

spojrzała  mu  w oczy.  -  Nie  jestem  z  żelaza,  ale  nie  jestem  też  młodym  chłopcem. 
Oczywiście,  że  cię  pragnę,  ale  też nie  rzucę  cię  na  podłogę  i  nie  zgwałcę.  Wezmę 
sprawę w swoje ręce. - Spojrzał figlarnie w dół na siebie i nagle rozjaśniły mu się oczy. -
Oczywiście, jeśli obiecasz, że ty tego nie zrobisz.

"Ten facet jest naprawdę niemożliwy" - pomyślała, uśmiechając się do siebie.
- Postaram się jakoś powstrzymać.
Zastanawiała się z zakłopotaniem, że właśnie oto stoi naga jak niemowlę i żartuje z 

tym niesamowicie  pociągającym  mężczyzną.  Co  dziwniejsze:  kiedy  minęło  pierwsze 
wrażenie obezwładniającej nieśmiałości, poczuła się całkowicie naturalnie i swobodnie. 
On  jest  takim dziwnym  człowiekiem.  Czułość  i  gwałtowność,  dowcip  i  cynizm,  męskie 
żądze  i  prawie  matczyna  łagodność.  Teraz  jednak  czuła  się  z  nim  tak  dobrze,  jakby 
znała go od lat.

-  Ufam  ci  -  powiedział  beztrosko,  sięgając  po  gałkę,  by  wyłączyć  wodę.  -

Wykazałaś  niezwykle  dużo siły woli  w innych  dziedzinach.  Powinienem  uwolnić  cię  od 
pokusy. - Przeniósł ją szybkim ruchem spod prysznica i owinął delikatnie ręcznikiem, po 
czym  sam  wyszedł  spod  natrysku.  - Biegnij  do  kabiny,  ja  się  wytrę.  Na  półce  u  góry 
szafy znajdziesz suszarkę. Kontakt jest na ścianie przy koi. - Poklepał ją przez ręcznik 
po pośladkach. - I natychmiast się ubierz. Klimatyzacja w kabinie włączona jest na zbyt 
niską temperaturę, byś mogła wyschnąć.

- Dobrze - odparła oszołomiona, otwierając drzwi od łazienki.
Jego  zaborcza  opiekuńczość  nieustannie  wyprowadzała  ją  z  równowagi  i 

przepełniała dziwnym ciepłem. Przecież to ona zawsze żywiła i chroniła. Dziwnie czuła 
się w zupełnie odmiennej roli po tych wszystkich latach. Dziwnie ... i raczej przyjemnie.

background image

27

Siedziała  na  koi  zawinięta  w  białe,  aksamitne  wdzianko  i  kończyła  suszyć  włosy, 

kiedy  Beau  wyszedł  z  łazienki.  Był  nagi,  tylko  na  biodrach  miał  niedbale  zawiązany 
ręcznik.  Miał  wciąż mokre,  zaczesane  zawadiacko  włosy.  "Bez  ubrania  rzeczywiście 
wygląda na atletę'  –  pomyślała rozkojarzona.  Na jego szczupłym  i  muskularnym torsie 
nie było ani grama tłuszczu. Jego ręce i nogi były silne, symetryczne i wdzięczne. Musiał 
być  piękny,  kiedy  jeździł  na  łyżwach,  myślała  z  rozmarzeniem.  Chciałaby  go  wtedy 
zobaczyć.

- Dlaczego rzuciłeś łyżwiarstwo? - spytała spontanicznie.
- Miałem już tego dosyć - powiedział, przechodząc przez kabinę i stając przed nią. 

Wyciągnął  rękę, tak  jakby  chciał  sprawdzić,  czy  ma  suche  włosy,  ale  zatrzymał,  się 
bawiąc się jednym kosmykiem, rozwijając go raz po raz. - Przez pewien czas sprawiało 
mi to przyjemność, ale ja nigdy nie słynąłem ze stałości. Nie ma sensu trzymać się przy 
czymś, co straciło urok.

Poczuła  nagle  niewytłumaczalne  ukłucie  gdzie  w  okolicy  serca.  Nie,  Beau  Lantry 

nigdy  nie  zainteresowałby  się  trwałym  i  stabilnym  związkiem.  Nawet  już  po  krótkiej 
znajomości  powinna sobie  zdać  z  tego  sprawę.  Wszystko  widać  było  w  zuchwałym 
wygięciu tych pięknych, zmysłowych ust oraz w rozbieganych i błyszczących oczach.

-  Podobają  mi  się  twoje włosy  -  powiedział.  -  Są  jak  jedwabista,  delikatna  wełna. 

Cała jesteś jedwabista, twoja skóra, twoje włosy .... - Opuścił dłoń i odwrócił się. - Już 
jesteś sucha. Wskakuj do łóżka, zgaszę światło.

Wyłączyła małą suszarkę i położyła ją na jego wyciągniętej dłoni.
- Po której stronie mam spać. Z lewej czy z prawej? - spytała uprzejmie.
Wykrzywił usta.
- Pod spodem - odpowiedział. - Albo na górze. - Kiedy podniosła w zdumieniu brwi, 

mrugnął  do  niej.  -  Nieważne.  Tak  tylko  pomyślałem.  Śpij  przy  ścianie.  To  mi  da 
wrażenie, że jesteś uwięziona i bezsilna.

- Bo tak jest - mruknęła, podnosząc przykrycie i wślizgując się pod kołdrę. - To nie 

złudzenie.

Przestał się uśmiechać.
- Tak, to prawda. - Przeszedł przez pokój i niedbale  wrzucił suszarkę do szafki. -

Głupi jestem, że o tym zapominam. - Zgasił światło, pokój pogrążył się w ciemności.

Patrzyła,  jak  jego  cień  zbliża  się  do  koi,  zatrzymując  się  jedynie  na  chwilę,  by 

zrzucić  ręcznik. Poczuła,  jak  ugina  się  pod  nim  materac,  kiedy  położył  się  koło  niej. 
Wzięła głęboki oddech, starając się rozluźnić.

-  Przysuń  się,  Kate.  -  Podsunął  się  bliżej,  biorąc  ją  w  ramiona  z  wrodzoną 

pewnością  siebie.  -  Chcę  cię  przytulić.  - Łagodnie  gładził  jej  plecy.  -  Jesteś  sztywna, 
jakbyś  połknęła  kij,  kochanie.  - Jego  lekki,  południowy  akcent  zabrzmiał  niezwykle 
łagodnie, kiedy przytulił twarz do loczków na jej skroni. - Po prostu chwila pieszczoty, to 
wszystko.  Odpręż  się  i  pozwól  się  przez  chwilę  kochać. -  Drażnił  się  z  nią,  ciągnąc 
ustami za jeden z loków. - Kocham twoje włosy. Wciąż mam ochotę, żeby wpleść w nie 
ręce i bawić się nimi jak dziecko. Jak wyglądają, kiedy są dłuższe?

background image

28

- Okropnie - powiedziała cicho. Czuła ciepło jego nagiego ciała nawet przez gruby 

aksamit wdzianka. - Są takie delikatne, że przy najmniejszym podmuchu wiatru zupełnie 
się plączą. Dlatego zawsze je ścinam.

-  Aha  ...  -  Otarł  policzek  o  jej  skroń  w  geście,  który  był  zarazem  zmysłowy  i 

chłopięcy.  –  Wolałbym  chyba  długie.  Wyglądałabyś  trochę  dziko  i  po  cygańsku  -
powiedział. - Choć tak też jest dobrze.

- Cieszę się, że tak myślisz - odrzekła sucho. - Nie mam zamiaru ich zapuszczać.
- Zobaczymy - powiedział rozkojarzonym tonem. Niezadowolony dotykał jej koszuli. 

- To ubranie jest cholernie szorstkie. Chcę się do ciebie dostać. - Westchnął i przysunął 
ją bliżej siebie, kładąc jej głowę w załamaniu swego ramienia. - Jesteś zmęczona? Jeśli 
nie  chcę  zachować  się  jak  ten  łajdak, który  chciał  cię  pobić,  muszę  o  tym  pamiętać, 
prawda? Idź spać, Kate.

- Czy chciałbyś...
- Zrobić "to"? - przerwał jej. - O tak, jak najbardziej. Ale zawsze w takim momencie 

przeważa  we  mnie  kodeks  rycerskiego  południowca.  -  Miał  wyraźnie  podenerwowany 
głos. - W najbardziej nieodpowiednich, diabelskich momentach.

- Jestem ci winna ...
- Kate, słodka Kate, zamknij się. - Przeczesywał jej włosy. - Zdaję sobie sprawę, że 

jesteś mi gotowa podać swoje słodkie ciało na tacy i to wcale nie ułatwia sprawy.

- Dobrze - wyszeptała. Wydarzenia tego wieczoru wraz z uczuciami, które doszły w 

niej  do  głosu, zaczęły  brać  nad  nią  górę  i  prawie  im  uległa.  Powiedziała  zmęczonym 
głosem:

- Czy ci to nie przeszkadza?
- Nie może mi przeszkadzać.
Nagle z sennej mgły wyłoniło się niewyraźne wspomnienie.
- Kto to jest wuj George?
- Słucham? .
-  Wuj  George  -  wymamrotała.  -  Powiedziałeś,  ze  Despard  przypomina  ci  wuja 

George'a.

-  Ach,  to  nikt  ważny.  Po  prostu  jeden  z  moich  bardziej  skąpych  krewnych.  Nie 

myślałem  o  tym starym  łajdaku  przez  lata  aż  do  chwili,  gdy  spotkałem  Desparda.  -
zapadła długa cisza i Kate prawie zasnęła, kiedy Beau zachichotał. - Boże, gdyby Daniel 
mógł mnie teraz zobaczyć.

- Daniel? - spytała sennie.
- Nigdy by nie uwierzył. - Był ubawiony, a jednocześnie walczył z rozdrażnieniem. -

Rozmawiać  o  Szekspirze  i  Samuelu  Ctemensie  z  nagą  kobietą  pod  prysznicem,  po 
czym położyć się z nią do łóżka niewinnie jak niemowlę. Nic by go bardziej nie ubawiło.

-  Naprawdę?  -  Ledwie  mogła  otworzyć  oczy.  -  Jesteście  bardzo  dobrymi 

przyjaciółmi, prawda?

background image

29

- Byliśmy wiele razy w trudnych sytuacjach. To zawsze bardzo zbliża.
-  On  tak  dziwnie  wygląda.  Inaczej  niż  Charon,  którego  widziałam  na  różnych 

obrazach.

- Charon?
- Przewoźnik - mruknęła, wtulając głowę głębiej w jego ramię. - Przez rzekę Styks.
-  Ach,  ten  Charon.  -  Jego  aksamitny  głos  skrył  śmiech.  -  Wybacz,  że  nie 

skojarzyłem.  Rozumiem,  że  wody terytorialne  Castellano  mogą ci  się  kojarzyć  z rzeką 
zmarłych,  jeśli  znalazłaś  się  w  takiej sytuacji,  ale  nie  jestem  pewien,  czy  Danielowi 
schlebiałoby  porównanie  do  tej  akurat mitycznej postaci.  -  Owijał  jedwabisty lok  wokół 
palca. - Był wściekłym, sinobrodym starcem, jeśli dobrze pamiętam.

- Cóż, przynajmniej broda się zgadza. - Powieki jej opadały.
- Dobrze się orientujesz w mitologii. Uczyłaś się tego w szkole?
Pokręciła głową.
-  Nigdy  nie  chodziłam  do  szkoły  -  odpowiedziała  zaspana.  -  Czytałam  o  tym  w 

encyklopedii.

W jego głosie pojawiło się rozczarowanie:
- Nigdy nie chodziłaś do szkoły?
-  W  każdym  razie  przestałam,  kiedy  miałam  siedem  lat.  Dużo  podróżowałam.  -

Bardzo chciała, żeby przestał zadawać jej pytania. Marzyła jedynie o tym, by zasnąć. -
Jeffrey  mówił,  że  to  nie  ma znaczenia.  Kiedy  miałam  osiem  lat,  kupił  mi  komplet 
encyklopedii  i  kazał  mi  czytać  piętnaście stron  dziennie,  aż  przeczytałam  wszystkie. 
Mówił, że, to tak samo skuteczne, jak każda inna, stara i nudna szkoła.

-  Och,  naprawdę?  -  Smutek  pojawił  się  teraz  w  jego głosie  na  miejscu  radości.  -

Twój Jeffrey zna chyba wszelkie recepty, jeśli chodzi o twoje szczęście. - Nic dziwnego, 
że nie poznał jeszcze nikogo podobnego do niej. - Czy zawsze robisz, co ci radzi?

Ale  ona  już  spała.  Oddychała  równo  i  spokojnie,  wtulając  się  w  zagłębienie  jego 

ramienia. Na miłość boską, zestaw encyklopedii! Mitologia, klasycy i miliony faktów bez 
interpretacji!  I młoda  dziewczynka  z  niezaspokojonym  głodem  słowa  pisanego,  z 
zapałem  pochłaniająca  te  fakty i  sięgająca  po  więcej.  Po  chwili  przyszła  mu  do  głowy 
inna myśl. Sufrażystki. Nie słyszała o sufrażystkach. Potrząsnął nią, by się zbudziła.

- Te encyklopedie, Kate. W którym roku zostały wydane?
- Co? - spytała nieprzytomnie.
- W którym roku zostały wydane? - spytał.
- Ach, tak. - mruknęła. - W 1960. - I znów usnęła.
Wolno opadł na poduszkę, wpatrując się w ciemność.
- No, niech mnie szlag trafi!

background image

30

Jeffrey  Brenden  opierał  się  o  nadburcie  statku.  Jego  kręcone,  szpakowate  włosy 

rozwiewał poranny  wiatr.  W  zbyt  obszernych  dżinsach  i  szarej  bluzie,  ubraniu,  które 
pożyczył  od  któregoś  z członków  załogi,  jego  lekko  żylaste  ciało  wyglądało  bardziej 
smukle  niż  zeszłego  wieczoru.  Gdy pojawił  się  Beau,  spojrzał  na  niego  bystro  i 
przenikliwie.

-  Czyż to  mój  hojny  gospodarz?  - Wyciągnął  rękę i  uśmiechnął  się  ciepło.  -  Julio 

powiedział  mi,  że  wiele  panu  zawdzięczam.  -  Skrzywił  się.  -  Obawiam  się,  że  nic  nie 
pamiętam. Byłem nieźle ścięty wczoraj wieczorem.

- Całkiem nieźle - zgodził się Beau. Rozejrzał się po pustym pokładzie. - Gdzie jest 

twój przyjaciel Rodriguez?

-  Je  z  kapitanem  i  załogą  śniadanie.  -  Wykrzywił  ponuro  usta.  -  Nie  jestem  dziś 

rano w stanie spojrzeć na kawę. - W zadumie przebiegł oczyma po wysokich masztach. 
- To piękny statek, panie Lantry. Zawsze chciałem mieć żaglowiec.

-  Dlaczego  nie  kupił  pan  żadnego?  -  spytał  zjadliwie  Beau.  -  Jeśli  wierzyć  Kate, 

pasowałby do pańskiego obrazu bardziej niż samolot. Mówi, że jest pan kimś w rodzaju 
nowożytnego Sir Francisa Drake'a.

- Jestem  przemytnikiem -  rzekł Brenden  po prostu. -  Kate  zawsze usprawiedliwia 

mnie tym romantycznym nonsensem, ale ja wiem, kim jestem. - Uśmiechnął się smutno. 
- Ostatnio trudno tego nie zauważyć. Despard utarł mi nosa.

- I Kate też - dodał umyślnie Beau. - Uważa pan, że to w porządku mieszać ją  w 

ten brudny interes?

- Kate nigdy nie była w  nic wmieszana -  odparł asekuracyjnie Brenden. - Zawsze 

trzymałem ją z dala od tego.

-  Możesz  mieć  kłopoty,  by  przekonać  o  tym  władze.  Mogliby  ją  uznać  za 

współwinną. – Zacisnął usta. - Jednak miałeś kłopoty, by trzymać ją na dystans, o czym 
może świadczyć ostatnia noc.

Brenden uśmiechnął się z dumą i lekkim smutkiem.
-  Masz  rację.  Upiera  się  jak  małpka,  kiedy  chce  coś  zrobić.  Zawsze  skacze  na 

główkę  w  środek bójki  i  wszelkiego  piekła  i  ponosi  wszystkie  tego  konsekwencje.  -
Wspomnienia  zamgliły  mu oczy.  -  Pamiętam,  kiedy  była  małą  dziewczynką, 
zachowywała się jak mała mamusia. Mówiła do mnie: "Nie martw  się, Jeffrey, jakoś to 
będzie. Ja coś poradzę." - Odwrócił się, opierając łokcie o burtę. - I wiesz co? Zazwyczaj 
się jej udawało.

-  Długo  się  znacie -  zauważył  Beau.  -  Powiedziała,  że  jesteście  przyjaciółmi.  Jak 

się spotkaliście?

- Jej matka była Amerykanką, występowała w nocnym klubie  w Rio de Janerio. –

Wzruszył ramionami.  -  Żyliśmy  ze  sobą  przez  mniej  więcej  rok.  Potem  Sally 
zdecydowała  przenieść  się  na bardziej  zielone  pastwiska.  Po  prostu  pewnego  dnia, 
kiedy  byłem  w  Santiago,  spakowała  się  i wyjechała.  Przerwał  na  chwilę.  -  Zostawiła 
Kate.

background image

31

- Urocze - rzucił Beau przez zaciśnięte zęby. Poczuł podobny przypływ złości, jaki 

poraził go, gdy ten łajdak uderzył Kate pistoletem. - Przypuszczam, że po prostu o niej 
zapomniała. Jak o parze starych butów.

- Sally nie była aż tak zepsuta - powiedział spokojnie Brenden. - Ona po prostu nie 

nadawała się na matkę. Nie wiedziała, jak sobie poradzić z siedmiolatką. - Skrzywił się. -
Ja też nie wiedziałem.

- Więc było ci wszystko jedno - powiedział ponuro Beau. - Po prostu wlokłeś ją za 

sobą przez południową półkulę do każdej speluny i każdej piekielnej dziury.

- A powinienem zostawić ją w obcym kraju? - spytał Brenden. - Miała przynajmniej 

dach nad głową. – Spojrzał spokojnie w oczy Beau. - Nigdy nie starałem się zastąpić jej 
ojca, ale zrobiłem wszystko co w mojej mocy. Dobrze się nam układało.

- Na miłość boską, nawet jej nie posłałeś do szkoły!
-  Były ku  temu  powody.  -  Brenden  spojrzał  wymijająco  w  bok.  -  Kate  jest  bardzo 

bystra. Wie z pewnością więcej niż niejeden absolwent uniwersytetu. 

- Nie mam co do tego wątpliwości, jeśli chodzi o tematy sprzed 1960 roku. - Wtrącił 

się Beau. – Ale co z wydarzeniami, które miały miejsce od czasu, gdy się urodziła? Wiek 
kosmosu, wojna w Wietnamie, wyzwolenie kobiet, zabójstwo Kennedy'ego.

- Dużo dowiedziała się na własną rękę  -  powiedział  niepewnie Brenden. - Reszta 

nie jest dla niej tak ważna.

-  Czy  też  jej  powiedziałeś,  że  to  niepotrzebne?-  zaśmiał  się  z  niedowierzaniem 

Beau. - założę się, że to zrobiłeś. Co gorsza, z pewnością ci uwierzyła.

-  Zrobiłem,  co  mogłem  -  upierał  się  Jeffrey.  Wyglądał  na  nadąsanego.  -  I,  do 

cholery, czemu się tym interesujesz? Wyświadczyłeś nam przysługę, ale to nie znaczy, 
że jesteś właścicielem Kate.

-  Potrzebuje  kogoś  takiego -  odpowiedział  szorstko  Beau.  - Nie  spytałeś  nawet, 

gdzie jest Kate. Czy rzeczywiście cię to nie obchodzi?

Brenden zamilkł.
- Obchodzi mnie. - Zmrużył oczy, patrząc na Beau. - Gdzie jest Kate?
- Kiedy ją zostawiłem, spała jak suseł - na chwilę celowo zamilkł. - W moim łóżku.
Przez twarz Brendena przebiegł cień, który mógł zdradzić ból, po czym zniknął, nie 

zostawiając śladu.

- Rozumiem.
- Czy to wszystko, co masz do powiedzenia? - Beau poczuł, że rozpala się w nim 

wściekłość  i  przez chwilę  walczył  ze  sobą,  by  nie  wybuchnąć.  -  To  tak  oczywiste,  że 
nawet nie uniesiesz brwi? Nawet nie spytasz, czy mi się podobało?

- Nie, nie spytam cię o to - odpowiedział Brenden powoli, odwracając się w stronę 

morza. – To sprawa między wami. Nie mam z tym nie wspólnego.

background image

32

-  Śmieszne,  a  ja  myślałem,  że  masz  bardzo  wiele  wspólnego.  Kate  była  gotowa 

rzucić  się  do  mojego  łóżka,  by  wyciągnąć  was  z  tej  kołomyi,  w  którą  ją  wplątaliście. 
Oczywiście, tego rodzaju poświęcenie działa tylko w jedną stronę.

Brenden milczał, wpatrzony w horyzont. Beau zaczerpnął głęboko powietrza.
-  Nie  rozumiem,  czemu,  u  diabła,  ja  się  tym  przejmuję,  skoro  nawet  tak  zwani 

przyjaciele  nie interesują  się  tym,  czy  chce  zrobić  z  siebie  prostytutkę.  Dlaczego  ja 
miałbym  to  robić?  –  Ale przejmował  się  i  ta  świadomość  rozwścieczała  go  jeszcze 
bardziej.

Brenden rzucił mu lodowate spojrzenie.
- Kate nie jest prostytutką.  zanim pierwszy rzucisz  w nią kamieniem,  pamiętaj,  że 

pierwszy zechciałeś  skorzystać  z  jej  hojności  i  że  z  pewnością  zrobisz  to  znowu  przy 
pierwszej okazji. Julio rozmawiał z załogą i to, co słyszał o twoim stosunku do kobiet, nie 
wystawia ci świadectwa aniołka.

- Nigdy nie składałem żadnych ślubów - powiedział Beau, błyskając oczyma. - Ale 

też nie jestem stręczycielem.

- Ja również - odciął się kąśliwie Brenden. - Zresztą i tak bym jej na to nie pozwolił.
- Nie biegniesz jednak do mojej kabiny, by wyciągnąć ją z lubieżnych szponów. –

Powiedział  sarkastycznie  Beau.  - Sprawiasz  wrażenie  zaskakująco  zadowolonego  z 
całego interesu.

-  Nie  jestem  zadowolony  -  powiedział  zmęczonym  głosem  Brenden.  -  Ale  po  raz 

pierwszy w moim życiu staram się być praktyczny. Co się stało, to się nie odstanie. To 
zależy  od  Kate,  gdzie  chce zostać.  Jeśli  nie  będzie  chciała,  pomogę  się  jej  z  tego 
wydostać.

-  Nie  podjęła  chyba  takiej  decyzji,  kiedy  dobijaliśmy  targu  powiedział  Beau  z 

sardonicznym uśmiechem. - Nawet ja znam ją na tyle, by o tym wiedzieć. Co dopiero ty.

- Tak, wiem o tym. - Brenden spojrzał mu w oczy. - Być może chodzi o coś bardziej 

trwałego.

- Dla ciebie?
Brenden pokiwał przecząco głową.
- Dla niej. - Uśmiechnął się smutno. - Wysilałeś się właśnie, by udowodnić mi, jak 

fatalnym jestem  dla  niej  opiekunem.  Może  nadszedł  czas,  bym  pozwolił  spróbować 
komuś innemu.

-  Zadziwiasz  mnie  -  powiedział  chłodno  Beau.  -  Nie  widziałeś  mnie  nigdy 

wcześniej,  a  już  jesteś gotów  powierzyć  mi  Kate.  Czy  cokolwiek  może  mnie 
powstrzymać przed wykorzystaniem jej na wszystkie sposoby oraz przed wyrzuceniem 
jej w pierwszym spotkanym porcie?

- Nic - odrzekł Brenden. - Poza tym, że od chwili, kiedy się spotkaliśmy, robisz mi 

karczemną awanturę,  twierdząc,  że  źle traktuję Kate.  Nie  wydaje  mi  się,  byś  po takim 
zachowaniu sam zrobił to samo. - Wzruszył ramionami. - Kiedy się nią zmęczysz, myślę, 

background image

33

że  będziesz  hojny.  Julio dowiedział  się,  że  jesteś  bogatym człowiekiem. Widzisz  więc, 
jest bezpieczna, dopóki potrafi sama o siebie zadbać.

- Zachowujesz się jak przedstawiciel agencji, dający wolną rękę jakiejś metresie. -

Beau  pokręcił  w  zdumieniu  głową.  - Kate  miała  rację.  Jesteś  jak  z  osiemnastego 
stulecia.

-  Swój  swojego  zawsze  znajdzie.  -  Brązowe  oczy  Brendena  patrzyły  przenikliwie 

zza przymkniętych powiek. - Myślę, że pan, panie Lantry, też jest pozostałością dawnej 
epoki. Niewielu jest mężczyzn, którzy włóczą się żaglowcami po Karaibach i mieszają w 
takie sytuacje, jak wczorajsze zdarzenie w barze Alvareza.

- Niech pan się tym nie sugeruje.
-  Już dawno  nauczyłem  się niczym nie sugerować  -  powiedział  Brenden. - Wciąż 

jednak  trudno  porzucić  nadzieję.  - Wyglądał  teraz  na  znacznie  starszego  niż  był  w 
rzeczywistości.  –  Szczególnie jeśli  chodzi  o  Kate.  Ona  zawsze  wiele  daje  innym. 
Chciałbym wierzyć, że gdzieś na tym okrutnym świecie jest miejsce na sprawiedliwość. -
Ścisnął poręcz dłońmi. - Z pewnością nie dostanie zadośćuczynienia od losu tak długo, 
jak  ze  mną  będzie.  Wczoraj  mogli  ją  zabić.  Despard  nigdy się  nie  patyczkuje.  Strzela 
prosto w tętnicę.

Beau  starał  się  opanować  wściekłość.  Do  cholery,  nie  będzie  się  litował  nad  tym 

starym rozpustnikiem.

- To chyba nie pierwszy raz? Skąd te nagłe wyrzuty sumienia?
- Być może jestem za stary, by wciąż się oszukiwać - rzekł Brenden. - Czas niszczy 

złudzenia. - Wykrzywił usta. - Przemienia zuchwałych piratów w roztrzęsionych, małych 
kryminalistów. Zdecydowałem  się  zrezygnować  z  marzeń  -  powiedział  ze  smutkiem.  -
Mam zamiar się zmienić.

Beau zmrużył oczy i podejrzliwie spojrzał na starszego człowieka.
- Zmienić się?
Brenden potwierdził ruchem głowy.
- Niedaleko stąd, na wyspie Santa Isabella jest miła wdowa, właścicielka plantacji 

kawy.

Przyjaźnię się z nią z przerwami od pięciu lat. - Na jego twarzy pojawił się grymas 

smutku.  - Ona  też  nie  może  pojąć,  o  co  chodzi  piratom  i  przemytnikom.  To  bardzo 
praktyczna  kobieta, Marianna.  -Twarz  mu  złagodniała.  -  I  bardzo,  bardzo  kochająca. 
Myślę,  że  wysadzisz  mnie  po prostu  na  Santa  Isabella  i  zorientuję  się,  czy  ciągle  jest 
zainteresowana bardziej trwałym związkiem.

- A co z waszym przyjacielem Julio?
Pokiwał głową.
- On nigdy nie  zostawi Kate samej.  Ze mną po prostu się ułożył,  ale Kate to cały 

jego  świat.  Jest  tak od  czasu,  kiedy  cztery  lata  temu  w  Salwadorze  wydostała  go  z 
oddziału partyzantów.

background image

34

-  Partyzantów?  -  spytał  Beau.  -  Powiedziała,  że Julio  ma  osiemnaście  lat. Wtedy 

musiał mieć tylko czternaście.

Brenden przytaknął.
- Oddziały penetrują wioski, zbierają wszystkich zdolnych do służby i "wciągają" ich 

do swojej armii. - Grymas wykrzywił jego usta. - Niektórzy nie mają nawet jedenastu czy 
dwunastu lat. Druga strona  wygląda jeszcze gorzej.  Julio już  wtedy był dużym,  mocno 
zbudowanym  chłopcem.  Był  więc  pewnym  kandydatem.  Załatwiał  nasze  sprawunki, 
zajmował się nami i gotował nam przez mniej  więcej trzy miesiące.  Kate naprawdę go 
polubiła. Wpadła we wściekłość, kiedy dowiedziała się, co mu się przytrafiło.

-  Więc  po  niego  poszła.  -  To  było  stwierdzenie,  nie  pytanie.  Takie  odruchowe 

działanie bezsprzecznie pasowało do Kate.

- Poszliśmy po niego - uściślił Brenden. - Przy okazji o mały włos nie pożegnaliśmy 

się  z  życiem. Skończyło  się  na  tym,  że  uciekaliśmy  w  deszczu  pocisków  z  karabinów 
maszynowych. Kate obawiała się, że lokalne władze będą próbować tego samego, nie 
pozwoliła więc nam zostać w tym kraju. - Pokiwał głową. - Szkoda, musiałem zapomnieć 
o interesach, które zacząłem rozkręcać.

-  Co  za  niefart  -  odrzekł  ironicznie  Beau.  -  Domyślam  się,  że  kraje  rozdarte 

rewolucją są doskonałym terenem dla twojej pracy.

- Raczej tak - zgodził się Brenden. - Całe to zamieszanie ... - ciągnął dalej, po czym 

zmienił temat. - Lepiej poszukam kapitana Seiferta i poproszę go, by wziął kurs na Santa 
Isabellę. Mówi, że właśnie opuściliśmy wody terytorialne Castellano, więc jesteśmy tylko 
o parę godzin od tej wyspy. - Uniósł brwi. - Oczywiście, jeśli się zgadzasz.

Beau szybko skinął głową, wyrażając zgodę.
- Powiedziałem ci, że zawiozę cię tam, dokąd zechcesz. To należy do umowy.
Brenden poczerwieniał.
- Ach, ta umowa. Wyglądasz na człowieka, który dotrzymuje słowa. - Ruszył przed 

siebie,  ale  po chwili  przystanął,  zwracając  zadumane  spojrzenie  ku  spienionym  falom. 
Przez  chwilę  na  jego twarzy  pojawił  się  wyraz  rozmarzenia,  który  szybko  zniknął.  -
Wiedział pan, iż podejrzewa się, że John Hancock był przemytnikiem, panie Lantry?

ROZDZIAŁ CZWARTY

Kate czuła, że pieką ją oczy pod naporem skrywanych łez, mrugała jednak uparcie, 

by  się  ich pozbyć.  Jeffrey  wyglądał  bardzo  samotnie,  mimo  że  zachowywał  się 
beztrosko, kiedy lekko zeskoczył z pontonu i szybko odszedł nabrzeżem. Poczekała, aż 
schował  się  za  zakrętem  przy końcu  doku,  po  czym  odwróciła  się  do  Beau,  który  stał 
obok niej przy poręczy "Searchera".

- On będzie miał  problemy - powiedziała zachrypniętym głosem.- Myśli, że potrafi

osiąść spokojnie w jednym miejscu, ale to będzie go tylko irytować.

background image

35

-  Długo  z  nim  rozmawiałaś,  zanim  tu  dotarliśmy  -  zauważył  Beau.  -  Chyba  nie 

starałaś się go odwieść od zmiany stylu życia?

- Oczywiście, że nie - powiedziała Kate, marszcząc czoło. - Marianna to wspaniała 

kobieta, zaopiekuje się nim bardzo dobrze. Ale on powinien to zrobić wiele lat temu.

- Więc o co chodzi?
- Jeffrey zawsze był niezależny. - Przygryzła ze zmartwieniem wargę. - Nie będzie 

mógł  znieść myśli,  że  jest  związany  z  Marianną  dla  zysku.  -  zaostrzyły  się  jej  rysy.  -
Muszę coś z tym zrobić.

- Dlaczego nagle  poczułem nieprzyjemny dreszcz? - spytał  ostrożnie Beau. - Czy 

mogę wiedzieć, co masz zamiar zrobić?

- Nie mogę pozwolić odejść Jeffreyowi, nie mając pewności, że będzie szczęśliwy. 

–  Jak przekonać  Beau?  Jeśli  już  poznał  Jeffreya,  powinien  odnosić  się  do  niego  z 
większą  sympatią. Większość  ludzi  lubiła  Jeffreya,  nawet  jeśli  nie  wszystkim 
odpowiadało jego zachowanie. Mimo to Beau odnosił się wobec niego z zadziwiającym 
chłodem i rezerwą. - On jest bardzo dumnym człowiekiem.

- Więc?
- Mniej więcej rok temu mówił o stworzeniu sieci połączeń komunikacyjnych między 

wyspami. Nigdy nic z tego nie wyszło, ale jest to zajęcie, w którym Jeffrey byłby dobry. 
Jest  doskonałym pilotem  i  potrafi  wylądować  na  dokładnie  wyznaczonym  miejscu  w 
każdych warunkach.

-  Domyślam  się,  że  w  tych  rejonach  zdobył  doświadczenie  - powiedział  Beau  z 

ironicznym uśmiechem. - Do czego ty właściwie zmierzasz?

- Santa Isabella byłaby świetną bazą operacyjną dla takiego serwisu czarterowego. 

Poza  bogatymi plantacjami  jest  tam  luksusowy  hotel  i  ośrodek  wypoczynkowy,  który 
otwarto niedawno po drugiej stronie wyspy - mówiła dalej pospiesznie. - Jest tylko jedna 
przeszkoda.  Byliśmy  zmuszeni  zostawić  cessnę  na  Castellano  i  będę  musiała  po  nią 
wrócić.

- Co takiego? -Twarz Beau stawała się coraz bardziej pochmurna.
-  Żeby  otworzyć  tę  sieć,  potrzebuje  samolotu.  Będę  musiała  przewieźć  cessnę  z 

Castellano  na  plantację  kawy  Marianny.  -  Mówiła  szybko,  starając  się  na  niego  nie 
patrzeć.  -To  nie  powinno zabrać  wiele  czasu.  Możesz  mnie  tam  wysadzić  i  potem 
popłynąć z powrotem na Santa Isabella. Jak tylko dostarczą samolot, przyjdę do portu i 
będziesz mógł mi wysłać ponton.

- Ach tak, będę mógł? - odpowiedział Beau ze zwodniczym spokojem. - Wszystko 

zaplanowałaś? Rozumiem  w  takim  razie,  potrafisz  prowadzić  samolot  i  wylądować 
gdziekolwiek, tak jak Jeffrey?

- Jestem niezła - przyznała. - Oczywiście nie tak dobra jak on, ale latam; od kiedy 

skończyłam czternaście  lat.  Julio  latał  przez  ostatnie  dwa  lata,  ale  jest  niezwykle 
doświadczony.  Odbywał wielogodzinne  loty  -  wyjaśniła  gorliwie.  -  Jeffrey  nigdy  nie 
dopuszcza nas do swoich zajęć, ale czasem musieliśmy dostarczyć cessnę z miejsca na 
miejsce.

background image

36

-  Jeśli  często  popadał  w  takie  stany  jak  wczoraj  wieczorem,  mogę  zrozumieć 

dlaczego - powiedział z uśmiechem Beau.

- Jeffrey nie pił kiedyś tyle - zaprotestowała Kate. - Dopiero ostatnio ...
- Nic mnie nie obchodzą problemy alkoholowe twoich przyjaciół. - Beau z niemałym 

wysiłkiem starał  się  zachować  cierpliwość.  -  Ani  niepewne  doświadczenie  Julia  w 
dziedzinie  pilotażu. Przejmuję  się  jedynie  twoim  szalonym  pomysłem  powrotu  na 
Castellano.

-  To  nie  szaleństwo,  teraz  to  najważniejsza  sprawa  -  odparła  z  uporem  Kate.  -

Jeffrey  będzie  potrzebował  tego  samolotu  i  to  naprawdę  moja  wina,  że  go  nie  ma. 
Powinnam  wcześniej pomyśleć  o  sposobie  wydostania  nas  z  wyspy  cessną.  -
Westchnęła.  -  Masz  rację,  jestem  zbyt  impulsywna.  Powinnam  to  już  dawno  temu 
zaplanować.

-  A  to  nie  jest  impulsywne?  -  wybuchnął  Beau,  błyskając  oczyma.  -  Mój  Boże, 

właśnie zniszczyłaś narkotyki Desparda warte miliony dolarów, a do tego walnęłaś go w 
głowę butelką burbona. Mówisz, że Despard ma układy z rządem Castellano, więc jeśli 
on  cię  przypadkiem  nie  dopadnie,  z  pewnością  zrobią  to  władze.  Mimo  to  mówisz  mi 
spokojnie, że tam wrócisz po jakąś waszą straconą własność? Masz, do cholery, rację, 
to szaleństwo!

- Nie martw się, tym razem cię w to nie wmieszam - powiedziała, chcąc złagodzić 

napięcie.  - Będziesz  mnie  musiał  tylko  wysadzić  na  Castellano  i  zabrać  na  Santa 
Isabella.  - Spojrzała mu poważnie  w oczy.  - Nie staram się  wycofać z naszej umowy. 
Muszę najpierw to po prostu zrobić.

-  Zdaje  się,  że  wolałabyś  poderżnąć  sobie  gardło,  niż  złamać  obietnicę  -  rzucił 

przez  zęby.  –  Nie  musisz  się  mną  przejmować.  Możesz  być  małą  mamusią  dla 
Brendena i reszty świata, ale mnie w to nie mieszaj. Sam sobie poradzę. - Wziął głęboki 
oddech.  -  Potrafię  się  też  zająć  tobą.  Ponieważ nikt  inny  nie  pasuje  do  tej  roli,  wybór 
pada  oczywiście  na  mnie.  Nie  ma  mowy,  bym  cię  wziął  z  powrotem  do  Mariby. 
Pojawienie się tam byłoby dla ciebie czystym samobójstwem.

-  To  nie  jest  takie  niebezpieczne  -  spierała  się  zdesperowana.  -  Nie  proszę  cię 

przecież, żebyś wpłynął bezpośrednio do portu w Maribie. Samolot jest ukryty dokładnie 
po  drugiej  stronie  wyspy.  Ta  część  jest  prawie  nie  zamieszkana.  To  dżungla  i  parę 
rybackich  wiosek  wzdłuż  laguny. Ukryliśmy  cessnę  na  leśnej  polance.  - Zrobiła 
przekorną minę. - Na takiej wyspie jak Castellano lepiej, żeby nikt nie wiedział, gdzie jest 
ukryta. W handlu narkotykami podstawowym środkiem transportu są samoloty i jachty. 
Trzymamy  ją  w  ciągłej  gotowości  do  lotu.  Będę  mogła  wystartować w  ciągu  niecałej 
godziny po przybyciu na plażę. Wszystko będzie w porządku.

- Jeśli jest to takie bezpieczne, czemu nie wyślemy Julia? - spytał łagodnie Beau. -

Właśnie mi opowiadałaś, że jest wspaniałym pilotem.

Do diabła, bała się tego pytania.
- Cóż, istnieje pewne ryzyko, że Despard poleci przeszukać wyspę w poszukiwaniu 

samolotu  -  przyznała  niechętnie.  - Prawdopodobnie  dowiedział  się  już,  kim  jesteś. 
Niewielu  Amerykanów dociera  do  Mariby.  Połączy  jedno  z  drugim  i  zorientuje  się,  że 

background image

37

opuściliśmy Castellano statkiem. Dzięki temu może nie bać się, że ktoś pilnuje cessny. -
zamilkła na chwilę - Jeśli zdoła ją odnaleźć.

-  Więc  nie  możesz  narażać  Julia  na  ryzyko,  ale  jesteś  gotowa  podłożyć  własną 

głowę pod topór. - Jego głos stał się szorstki ze zniecierpliwienia. - Życie ci obrzydło, czy 
co, u diabła?

-To  nie  jest  obowiązkiem  Julia  -  rzekła  uparcie.  -To  mój  obowiązek.  Jeffrey  jest 

moim przyjacielem i potrzebuje mnie. - Spojrzała mu twardo w oczy. - Pomógł mi, kiedy 
go potrzebowałam. Mam wobec niego dług.

Złość znikła, na jego twarzy pojawił się wyraz bezsilności.
-  Dług.  -  Wypowiedział  to  jak  przekleństwo.  -  Dlaczego  to  musi  być  długiem?  -

Zwrócił  się  do kapitana,  który  nieco  dalej  na  pokładzie  opierał  się  o  barierkę, 
rozmawiając  z jakimś  marynarzem. - Daniel!  - krzyknął.  - Jak  tylko  wróci  ten przeklęty 
ponton, płyń na Castellano!

Ciemnoniebieskie oczy Seiferta nie okazały ani krzty zdumienia, gdy odwrócił się i 

spojrzał  na nich.  -  Znowu?  -  spytał  lakonicznie.  -  Tym  razem  nie  będę  potrzebował 
mapy.

-  Bardzo  zabawne -  odpowiedział  Beau.  Zwrócił  się  do Kate.  -  Mam  nadzieję,  że 

twoja  cessna  ma  sprawne  oprzyrządowanie.  Zanim  dotrzemy do  Castellano,  zapadnie 
zmrok, chcę, żebyśmy opuścili wyspę w ciągu godziny.

- Żebyśmy? Ale mówiłam ci ...
-  Żebyśmy  -  powtórzył,  podkreślając  to  słowo  z  niebezpiecznymi  błyskami  w 

oczach.  –  Nie sprzeczałbym  się  na  twoim  miejscu.  Czuję  się  nieco  rozdrażniony, 
mówiąc łagodnie. Jeszcze chwilka, a poślę wszystko do diabła i każę Danielowi płynąć 
na Trynidad.

-  Cessna  ma  sprawne  instrumenty  -  powiedziała  roztargnionym  tonem,  patrząc  z 

ciekawością  na rozdrażnioną  twarz  Beau.  -  Dlaczego  od  razu  nie  poleciłeś  tego 
Danielowi?

- Ponieważ uderzyłaś mnie w najbardziej czułe miejsce - odpowiedział krótko Beau. 

- Zależy mi na spłaceniu długów, do cholery. - Odwrócił się. - A teraz zgłoszę się znów 
dobrowolnie  do  pomocy. Myślę,  że  zmiana  postanowienia  kosztowałaby  mnie  wiele 
wysiłku. - Szedł w stronę kapitana. - Boże, czasami żałuję, że już tak nie piję!

- Powinniśmy zobaczyć lagunę, o której mówiłaś, za około dziesięć minut. - Daniel 

pojawił się koło niej, jego głos zabrzmiał leniwie. - Na razie nie ma ani śladu tutejszych 
strażników wybrzeża. A może uda się, mimo wszystko.

Kate zerknęła na niego ze swego siedziska na luku. Rudowłosy olbrzym wyglądał 

teraz zupełnie jak pirat, w szortach koloru khaki i tenisówkach na gumowej podeszwie. 
Koszulę miał rozpiętą aż do pasa, odsłaniała masywną i opaloną na brązowo pierś.

-  Nie  wyglądasz  na  zbyt  przejętego  -  stwierdziła  z  ciekawością.  -  Jesteś  aż  tak 

przyzwyczajony do wymykania się władzom?

Spojrzał na nią i mrugnął.

background image

38

-  Powiedzmy,  że  mam  w  tej  dziedzinie  pewne  doświadczenie.  Nie  zawsze  byłem 

kapitanem na statku jakiegoś Bogacza.

- Nie, nie myślałam, że tak było - powiedziała z wolna Kate. Pod maską obojętnej 

dobrotliwości kryła się energia życiowa. - Dlaczego teraz nim jesteś?

Wzruszył ramionami i usiadł przy niej, krzyżując silnie umięśnione nogi. Na lewym 

udzie  miał długą,  strzępiastą  bliznę.  Dodawała  brutalności  jego  wyglądowi.  Zanim 
zdążyła  odwrócić  wzrok, dostrzegł,  że  wpatruje  się  w szramę.  Delikatnie  pociągnął  po 
niej palcem.

-  Niezbyt  piękna,  prawda?  -  spytał  z  grymasem.  -  Cóż,  czego  się  można 

spodziewać. Niczego wcześniej nie cerowałem. 

- Sam to zszyłeś? - Kate otworzyła szeroko zdumione oczy.
- Nikt by tego za mnie nie zrobił. Byłem zamknięty w parszywej budzie na środku 

pustyni. Wiedziałem,  że  jeśli  tego  nie  zszyję,  dostanę  zakażenia  krwi,  zanim  Clancy 
wyciągnie mnie stamtąd. Nudno mi było przekonać tych drani, żeby dali mi igłę i nitkę. -
Zacisnął  usta.  -  I  miałem rację,  zostałem  w  tym  ciasnym  piecu  przez  ponad  sześć 
miesięcy.

Patrzyła  na  niego  zafascynowana.  Daniel  Seifert  był  z  pewnością  niezwykle 

ciekawym człowiekiem, w wielu znaczeniach tego słowa.

-To  musiało  być  straszne.  Jaka  to  była  pustynia?  Czy  twój  przyjaciel  Clancy  w 

końcu się do ciebie przedostał?

-  Sedikhan  -  odparł  krótko Seifert.  -  Clancy  Donahue  nie  jest  moim  przyjacielem, 

lecz szefem. Szefem bezpieczeństwa szejka Sedikhanu. - Błysnął zębami w zwierzęcym 
uśmiechu  .-  Tak, wydostał  mnie  stamtąd  i  oczyścił  teren  -  pozbywając  się  też 
rewolucjonistów, którzy mnie tam wsadzili. Dyskretnie, lecz skutecznie. Clancy to bardzo 
niebezpieczny człowiek, ale bardzo dba o swoich ludzi.

- Mówisz w czasie teraźniejszym - zauważyła Kale. - Myślałam, że teraz Beau jest 

twoim szefem.

Mrugnął zdumiony.
-  Chyba  jest.  Mimo  to,  nigdy  o  tym  nie  myślałem.  Po  prostu  pewnego  dnia 

wpadliśmy na siebie i zaczęliśmy razem włóczyć się po Karaibach. - Podciągnął kolana i 
objął je ramionami. – zawsze wiem, że mogę wrócić do Sedikhanu, jak tylko będę miał 
ochotę. To kwestia czasu.

-  Myślę,  że  teraz  chyba  musisz  wrócić  do  swoich  obowiązków  -  powiedziała 

sceptycznie Kate.- Twój Donahue nie zapewniał chyba bezpiecznych warunków pracy.

Zaśmiał się.
- Tu masz rację, ale Beau jest taki sam. Lubię ryzyko. Być może dlatego wcale mi 

się  nie  spieszy  z powrotem  do  Sedikhanu,  choć  czuję  się  już  dobrze.  Beau  potrafi 
czasami dostarczyć tyle samo atrakcji co Clancy.

- Byłeś chory? - Zerknęła na jego bliznę. - Ach tak, oczywiście, noga.
Przytaknął.

background image

39

-  Miałem  od  tego  niezłą  gorączkę.  Ale  zanim  Clancy  mnie  uwolnił,  byłem  już  jak 

nowo  narodzony. -  zacisnął  dłonie  w  nieświadomym  napięciu.  -  oh  mi  nadwerężyło 
nerwy.  Sześć  miesięcy  w  dziurze niewiele  większej  od  trumny  doprowadziło  mnie  do 
obłędu.  Clancy  dobrze  wiedział,  że  nie  jestem zdolny  do  jakiejkolwiek  pracy.  Wypełnił 
moje bankowe konto wystarczającą ilością gotówki, by udławił  się nią koń  i powiedział 
mi,  żebym  wybrał  się  na  odpoczynek.  Najlepiej  tam,  gdzie  nie  będzie  wokół  czterech 
ścian.  -  zaczerpnął  głęboko  ciepłego,  słonego  powietrza.  -  Tak,  naprawdę  tego 
potrzebowałem.

- Ale teraz jest już z tobą w porządku - powiedziała łagodnie. Spodziewała się, że 

poczuje niesmak po wysłuchaniu jego szczerych wyznań, jednak tak się nie stało. W tym 
ogromnym  człowieku była  prostota  dająca  dziwne  poczucie  bezpieczeństwa.  -  Nie 
musisz wracać do Sedikhanu, zanim naprawdę nie będziesz chciał.

- Ale ja chcę. - Nagle się odprężył i jego uśmiech stał się leniwie kpiący. - Dlaczego 

nie? Poza ciekawymi przeżyciami porucznicy Donahue zdobywają szybko duży majątek. 
Żyjąc z Beau, zrozumiałem natychmiast, jaką siłę mają pieniądze.

- Nie rozumiem, jak to się stało, skoro przez cały czas byłeś na statku - powiedziała 

Kate. – Z pewnością życie tu jest bardzo proste i nieskomplikowane.

-  Nie  wygłupiaj  się.  -  Kapitan  wykrzywił  usta.  -  Na  morzu  powracamy  do 

podstawowych wartości, ale jak tylko  dobijamy do portu,  wartości materialne pojawiają 
się na nowo. Korporacja Lantry'ego jest bardzo potężna. Beau wychodzi na brzeg i już 
zaczynają się ukłony i płaszczenie. Może dlatego utrzymuje taki prosty styl.

-  Skromny  styl?  -  powtórzyła  bezbarwnie  Kate.  -  Nie  zauważyłam,  żeby  był 

nieśmiały  lub  cichy.  - Przypomniała  sobie  Beau  wskakującego  do  składu  przez  okno, 
trzymającego pochodnie w dłoniach. - Wręcz przeciwnie.

Seifert uśmiechnął się szeroko.
- Może powinienem powiedzieć, że utrzymuje skromny styl w towarzystwie i wśród 

ludzi będących u władzy. Masz rację, na pewno nie jest nieśmiały. Tego nie można się 
po nim spodziewać. Był sierotą, wszyscy przez cały czas o nim mówili, ciągle miał przy 
sobie  wszelkiego  rodzaju  ochronę. Od  kiedy  wyszedł  z  pieluszek,  dowiadywał  się,  jak 
wartościowy jest dla świata. – Wykrzywił cynicznie usta. - Lub jak wartościowe są jego 
pieniądze.

- Myślę, że to zepsułoby każdego.
-  Beau  nie  jest  zepsuty  -  powiedział  Daniel,  przestając  się  uśmiechać.  -  Jeśli  tak 

myślisz, wcale go nie znasz. Nie znaczy to, że czasami sobie nie pobłaża, ale to robią 
wszyscy.  Może  zrobić  wszystko, na  co  ma  ochotę,  ale  jeśli  cokolwiek  ma  cenę,  jest 
gotów  ją  zapłacić.  -  Miał  poważny  wyraz twarzy.  -  Nie  mówię  tylko  o  pieniądzach. 
Dorastanie z tak sporym majątkiem wcale nie gwarantuje łatwego życia. Czy wiesz, że 
Beau był alkoholikiem?

- Nie! - powiedziała zaskoczona.
-  Przeszedł  przez  to  parę  lat  temu,  a  po  tym  przecież  nie  można  pozostać 

nieodpowiedzialnym dzieckiem. Pod maską playboya jest silny, jak mało kto.

background image

40

-  Nie  dziwne,  że  tak  dobrze  się  rozumiecie.  -  Błękitne  oczy  Kate  pełne  były 

błysków. – Swój znajdzie swojego.

-  Rzeczywiście,  odkryliśmy, że jesteśmy  pokrewnymi  duszami  -  przyznał  z lekkim 

uśmiechem.  -  Obydwaj  jakby  zawieszeni  w  próżni.  Obydwaj  czegoś  szukamy.  -  Znów 
spojrzał na horyzont. - Wiem, że szukałem  odpoczynku, spokoju, może nawet zdrowia 
psychicznego, ale nie myślę, żeby Beau kiedykolwiek wiedział, czego szuka.

- "Searcher" - Zamyśliła się Kate. - Ten statek nazywa się "Searcher".
Seifert przytaknął.
- Zmieniłem mu imię. Beau właśnie go kupił, kiedy spotkaliśmy się w Miami. Wybór 

nowego imienia pozostawił mnie. Nie obchodziło go, jakie wybiorę, jeśli tylko nie będzie 
należało do którejś z jego byłych kochanek. - W jego oczach pojawił się żartobliwy błysk. 
- Nie chciał, by któraś z nich myślała, że budzi w nim wyjątkową namiętność. Myślę, że 
stracił wiele cennego czasu, pozbywając się tych dam.

-  Wyobrażam  sobie.  -  Kate  przypomniała  sobie  z  bólem  uwagę  Beau  o  tym,  że 

może  zmienić decyzję  dotyczącą  rekompensaty.  Czy  doświadczenia  z  chciwymi 
kobietami zbudziły w nim taki cynizm?

Seifert wzruszył ramionami.
-  W  każdym  razie  nie  przejmował  się  zbytnio,  dlaczego  powstał  "Searcher".  -

Zamyślił  się.  –  Często zastanawiałem  się,  czy  właśnie  tego  podświadomie  nie  szukał. 
Czegoś ważnego, na czym by mu zależało.

Kate pokiwała głową z uśmiechem.
-  Nie  powiem,  żebym  zauważyła  w  nim  słabość.  -  Zmarszczyła  nos.  -  Albo  brak 

uczuć. Teraz odnoszę wrażenie, że chce gwałtownie skierować na mnie swe uczucia.

- Zauważyłem, że jest cholernie zdenerwowany - powiedział Seifert. - Byłem trochę 

zdziwiony.  Zazwyczaj  z  przyjemnością  bawił  się  w  ciuciubabkę  z  tutejszymi 
gangsterami. Wybierał to jako rozrywkę na ciepły, tropikalny wieczór.

- Cóż - odparła ponuro Kate.- Nie wydawało mi się, że ubawił go ten pomysł.
- Nie, ani trochę. - Kapitan spojrzał nagle na nią z zastanowieniem. - Był wściekły 

jak rozdrażniony  rekin  i  nawet  trochę  zmartwiony.  To  ostatnie  dziwi  mnie  jeszcze 
bardziej.  Beau uważa,  że  rozmyślania  na  temat  przyszłości  to  czysta  strata  czasu. 
Ciekawe.

-  Cieszę  się,  że  tak  myślisz  -  westchnęła  Kate.  -  Wolałabym,  żeby  puścił  mnie 

samą, jeśli tak bardzo nie podoba mu się ten pomysł.

-  To  oczywiste  -  powiedział  cierpko  Beau,  pojawiając  się  nagle  przy  nich.  On  też 

nie  włożył  koszuli,  jego  smukłe  mięśnie  lśniły  w  promieniach  zachodzącego  słońca.  -
Dostanie  ci  się za wtrącanie  we  wszystkie awantury.  Jak długo  masz  zamiar liczyć  na 
szczęście  z takimi  numerami  jak  wczoraj  wieczorem  w barze  Alvareza?  Jeśli  Despard 
dostanie cię kiedykolwiek w swoje ręce, z całą pewnością cię zamorduje. - Rozciągnął 
usta  w  uśmiechu.  -  Zostawi  może  trochę  czasu  na rekreację  w  czasie  zbiorowego 
gwałtu.

background image

41

- Nie robię tego dla tanich dreszczyków - odpowiedziała z zapałem. - Wiesz, że ...
-  Wiem  tylko,  że  chcesz  wrócić  na  tę  wyspę  i  zaryzykować  życie  dla  jakiegoś 

cholernego samolotu - przerwał jej ostro ze złotymi błyskami w piwnych oczach. - Kupię 
ci inną przeklętą cessnę, jeśli o to ci chodzi. Do diabła, kupię ci odrzutowiec. Nazwij to 
ubocznym zyskiem.

To zabolało głęboko. Odwróciła wzrok, by nie zobaczył błysków w jej oczach.
- Powiedziałam ci, że niczego nie chcę - odparła zachrypniętym głosem. - Pragnę 

tylko odzyskać dla Jeffreya jego samolot.

Beau wymamrotał coś bardzo wulgarnego, na co Daniel gwizdnął przeciągle.
-  W  takim  razie  płyńmy  jak  najszybciej  na  brzeg  i  odzyskajmy  własność 

ukochanego Jeffreya - powiedział z gorzką wściekłością Beau. Odwrócił się do Daniela. 
- Nie myślę, żebyś to zauważył, skoro przewalałeś się tu pół dnia rozmawiając z Kate, 
ale  przypłynęliśmy  wystarczająco  blisko brzegu,  by  wyrzucić  łódkę,  oczywiście  jeśli  to 
nie sprawi ci zbyt dużego kłopotu.

-  Nie  ma  sprawy  -  odpowiedział  dobrotliwie  kapitan,  podnosząc  się  leniwie.  -

zawsze do usług, Beau.

Beau parsknął niegrzecznie.
- Kiedy ci to pasuje.
- To się samo przez się rozumie - powiedział Seifert z błyskiem w oczach. - Czy to 

nie szczęście, że tym razem się zgodzę? - Odszedł wolnym krokiem z wdziękiem, który 
dziwił u tak ogromnego człowieka.

Oddalił się jedynie o parę kroków, po czym stanął, patrząc na horyzont. Tym razem 

gwizdnął krótko i ze zdziwieniem.

- Myślę, że teraz trzeba zapomnieć o łódce. Chyba zaraz będziemy mieć gości.
Kate  skoczyła  na  równe  nogi.  Serce  jej  biło  gwałtownie. Spojrzała  w  tym  samym 

kierunku, co Seifert. zaczerpnęła głęboko powietrza. Szalupa pomalowana w maskujące 
kolory płynęła w ich stronę.

- To chyba tutejsi marynarze - mruknął kapitan. Zerknął na Beau. - Chcesz, żebym 

próbował uciekać?

- Mamy jakąś szansę?
- Niewielką.
-  To  pozwolimy  im  wejść  na  pokład.  Mogą  jedynie  zająć  statek,  z  tym  sobie 

poradzimy. To tylko kwestia czasu.

- Julio! - Ostry krzyk Kate przywołał latynoskiego chłopca z drugiego końca statku. -

Julio, pospiesz się! - Biegła wzdłuż barierki. Przy odrobinie szczęścia maszt mógł ukryć 
ją przed spojrzeniem oczu patrzących przez lornetkę. Julio znalazł się przy niej, Na jego 
twarzy  również malowało  się  napięcie.  -  Nie  mają  szansy,  żeby  nas  dogonić  -
powiedziała pospiesznie, zdejmując tenisówki. - Oni ich wpuszczą na pokład ..

Julio rzucił przekleństwo i zaczął zdejmować buty.

background image

42

Beau i Daniel znaleźli się przy nich. Twarz Beau pociemniała.
- Co ty, do cholery, robisz? - warknął. - Nie mamy się czego bać. Nieważne, jakie 

Despard  ma powiązania  z  rządem,  moja  korporacja  może  kupić  i  sprzedać  całe 
Castellano.

- On ma rację, Kate - dodał szybko kapitan. - Widziałem już, jak to robił. Beau musi 

wysilić tylko trochę swoje finansowe mienie i już jesteśmy bezpieczni.

-  Wy  jesteście  bezpieczni  -  odpowiedziała  poważnie  Kate.  Przechodziła  przez 

barierkę.  -  Bez  trudu  wyciągną  was  z  biurokratycznych  szponów.  Ze  mną  i  z  Julio  nie 
byłoby tak łatwo. – Spróbowała uśmiechnąć się pocieszająco do zmartwionego Seiferta. 
-  Nie  przejmuj  się,  nie  jesteśmy  daleko  od brzegu,  obydwoje  dobrze  pływamy.  Skacz, 
Julio!

Chłopiec  prześliznął  się  przez  barierkę  i  wpadł  do  morza  jak  kamień.  Kate 

zaczerpnęła głęboko powietrza i właśnie miała za nim skoczyć, kiedy Beau schwycił ją 
brutalnie za ramiona.

- Nie! To szaleństwo! Mówię wam, że obydwoje jesteście całkowicie bezpieczni, do 

cholery! Mogę was ochronić!

-  Tak  ci  się  tylko  wydaje.  -  Kate  walczyła  wściekła.  -  Puść  mnie!  Wiesz,  co  się 

dzieje z kobietami, które trafią do więzienia w Castellano? Ten zbiorowy gwałt, o którym 
mówiłeś, byłby w porównaniu z tym krótki i przyjemny!

- Nie dotknęliby cię - odparł z wściekłością Beau. - Nie pozwoliłbym im.
-  Nie  zdołałbyś  ich  powstrzymać  -  krzyknęła  Kate.  Błyszczały  jej  oczy.  -  Twój 

parawan ochronny, z którego jesteś dumny, nie działa dla takich ludzi jak Julio i ja.

- Dlaczego, u licha?
-  Ponieważ  nie  mamy  kraju,  do  którego  można  by  nas  odesłać.  Po  prostu  nas 

zamkną i wyrzucą klucz. - Patrzył wciąż na nią, niczego nie rozumiejąc, szalupa zbliżała 
się z każdą sekundą. – żadne z nas nie ma paszportu, do cholery!

- Co? - Beau poluźnił uchwyt, Kate wyrwała mu się i skoczyła do morza.
- Nie ma paszportu! Jak, do diabła, można się włóczyć po świecie bez pieprzonego 

paszportu? - zapytał z wściekłością Beau, zrzucając buty i przechodząc przez barierkę. 
Głowy Julia i Kate pojawiały się co chwilę nad wodą, płynęli szybko w stronę brzegu. -
Powinienem był się tego spodziewać! Nic zwyczajnego i rozsądnego nie wiąże się z tą 
kobietą!

- Od kiedy podobają ci się zwyczajne i rozsądne rzeczy? - spytał Daniel, unosząc 

jedną brew. - Rozumiem, że masz zamiar rzucić się ... i popłynąć za nią?

- A co, u diabła, innego mogę zrobić? - rzucił szybko Beau. - Nie wiadomo, w jakie 

zaraz popadnie kłopoty! Mój Boże, nie ma paszportu!

- Jakieś instrukcje? Czy mam się bawić z władzami?
- Kryj nas - znów rzucił Beau. - Powiedz im, że zostawiłeś naszą czwórkę na Santa 

Isabella  i  tego się  trzymaj.  Postaram  się  z  tobą  skontaktować,  zanim  korporacja 

background image

43

wyciągnie cię z Castellano. Jeśli mi się to nie uda, zaprowadź statek na Santa Isabella, 
my tam do ciebie dołączymy.

-  W  porządku  -  odparł  Daniel,  zbierając  pozostawione  na  pokładzie  buty  i 

wyrzucając je za burtę. - Lepiej nie zostawiać żadnych śladów, kiedy za chwilę ktoś ma 
wejść na pokład, prawda? Przyjemnej kąpieli!

- Bardzo dziękuję - powiedział ironicznie Beau i wskoczył do morza.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Na początku woda zdawała się zimna, teraz jednak opływała ją jak ciepły jedwab. 

Widziała ginącą,  ciemną  głowę  Julia  parę  metrów  przed  sobą.  Brzeg  wydawał  się 
oddalony o całe kilometry. Poczuła nagłe zwątpienie - czy im się to uda? zagryzła wargę 
i  zaczęła płynąć z większą determinacją. Nie  wolno jej myśleć, że mogą nie dopłynąć. 
Dawno  już  odkryła,  że  wątpliwości  są  największym  wrogiem,  uniemożliwiającym 
osiągnięcie  celu.  Wyłączyła  wszystkie  inne  czynności  poza rytmicznym  ruchem  nóg  i 
rąk, które rozsuwały przed nią masy wody.

Minęła  wieczność,  zanim  dopłynęła  do  brzegu  i  położyła  się  obok  Julia.  Położył 

głowę na kolanach i rozpaczliwie chwytał powietrze. Jej stan nie był lepszy. Wyciągnęła 
się na piasku.

- Na miłość boską, jeszcze jest jasno, a ty bierzesz kąpiel słoneczną wprost w polu 

widzenia statku.

Mętnym  wzrokiem  obrzuciła  Beau,  który  wychodził  z  fal  jak  Posejdon.  Krótkie 

dżinsy  kleiły  mu się  do  bioder  i  silnych  umięśnionych  ud,  a  mokre  włosy  tworzyły  na 
głowie brązowy hełm.

-  Co  ty  tu  robisz?  -  spytała  nieprzytomnie.  "Nawet  nie  jest  bardzo  zmęczony"  -

pomyślała z niechęcią.

-  Usiłuję  zapobiec  temu,  by  was  dostrzeżono  z  tamtej  łajby  -  powiedział  Beau, 

podając  jej  rękę,  by wstała.  -  Chodź,  Julio,  dostańmy  się  do  tych  krzaków,  zanim 
wpadną na pomysł, żeby nam urządzić zabawę na plaży. Daniel stara się odwrócić ich 
uwagę, ale wystarczy jeden rzut oka, by nas dostrzegli.

- Masz rację - sapnął Julio. Wstał i poszedł za nimi do palmowego lasku.
Ręka Beau trzymała ją w pasie, dzięki niej czuła się bezpiecznie. Beau prowadził 

ją, a raczej niósł do schronienia między drzewami. Nieświadomie poddawała się tej sile. 
"zaraz  poczuję  się  lepiej"  - myślała.  Nic  się  nie  stanie,  jeśli  przez  chwilę  on  będzie 
silnym obrońcą. Opadła na ziemię, opierając się o szorstką palmę i zamknęła oczy.

- Dobrze się czujesz?
Podniosła powieki.
- Nie powinieneś za nami iść, Beau - powiedziała zmęczona.

background image

44

-  Miałem  po  prostu  odpłynąć  i  zostawić  cię  na  pastwę  losu?  -  Beau  pokręcił 

przecząco głową. Przez chwilę w jego oczach czaił się gniew. - zapomniałaś wspomnieć 
o tym, co by się stało, gdyby zamiast policji złapał cię Despard.

-  To  by  niczego  nie  zmieniło,  i  tak  musiałabym  pójść  - rzekła  Kate.  -  Muszę  się 

dostać do cessny.

- Bez paszportu niebezpieczeństwo wzrasta sto razy. - Beau przysiadł tuż przy niej. 

-  Wiedziałaś  o  tym,  a  jednak  poszłaś.  -  Otworzyła  usta,  by  coś  powiedzieć,  ale  on 
podniósł rękę. - zapomnij o tym, wszystko już słyszałem. Masz dług. - Jego spojrzenie 
powędrowało  do  Julia  siedzącego  parę  metrów  od  nich.  -  Rozumiem,  że  Julio  nie  ma 
paszportu,  biorąc  pod  uwagę,  w  jaki  sposób wydostał  się  z  Salwadoru,  ale  czemu,  u 
diabła,  ty  go  nie  masz?  Brenden  powiedział,  że  twoja matka  była  Amerykanką  i 
występowała w kabarecie.

-  U  rodziłam  się  w  Rio.  Kiedy  moja  ma  tka  odeszła,  zabrała  ze  sobą  moje 

świadectwo urodzenia.

Bez niego Jeffrey nie mógł się starać o paszport dla mnie. - Wzruszyła ramionami. 

-Wtedy  się  tym nie  przejmował.  Ze  względu  na  swą  pracę  nie  wyjeżdżał  do  żadnego 
kraju normalną drogą, więc tak naprawdę paszport nie był potrzebny.

- Tak, rzeczywiście, nie był potrzebny - powtórzył sarkastycznie Beau. - To jedynie 

nie pozwoliło ci pójść do szkoły i zdobyć wykształcenia, co zapewniałoby ci przyszłość. 
Pozbawiło cię to ochrony, jaką mógłby ci  zapewnić kraj twojej matki.  To trzyma cię na 
obrzeżach życia, nie pozwala ci wziąć w nim udziału. - Wykrzywił usta. - Nie ma o czym 
mówić.

- Dawałam sobie radę - broniła się Kate. - I to zupełnie nieźle.
- Jesteś zupełnie nieprawdopodobna. - Beau pokręcił w zdumieniu głową. - Czy ty 

w to rzeczywiście wierzysz?

- Oczywiście, że wierzę - powiedziała Kate, ocierając zmęczonym gestem czoło. -

Moje życie wcale nie było takie straszne. Byłam wiele razy bardzo szczęśliwa. - Nagle 
zmieniła temat. – Ale teraz to wszystko nie jest ważne. Musimy ruszać, jeśli chcemy się 
dostać do domu przed zmierzchem.

- Do domu? - spytał Beau, zaskoczony. - Masz na myśli chatę Brendena, o której 

mówiłaś?

Skinęła głową.
-  Jest  na  peryferiach  Mariby.  Po  tej  stronie  wyspy  mam  swoje  własne  miejsce. 

Czasami Jeffreyowi nie jest wygodnie zabierać mnie ze sobą.

- No pewnie - mruknął ponuro. - Pozwolił ci więc żyć tu samej, w tej dziczy?
- Tak chciałam - odpowiedziała prosto. - Szczególnie jeśli ktoś taki jak Despard ma 

w zwyczaju składać wizyty o każdej porze dnia i nocy. Miło było mieć własną, samotną 
kryjówkę.  – Spojrzała mu  w  oczy.  -  Poza  tym,  to  było  niedaleko  od  samolotu.  Ktoś 
musiał być blisko i przez cały czas go pilnować.

- Och tak, samolot - rzekł Beau. - Jeśli chcesz dziś wieczorem wydostać cessnę z 

wyspy, lepiej się ruszmy. - Wstał i podał jej rękę. - Słońce już prawie zaszło ..

background image

45

Zerknęła  na  ognisty  szkarłat  i  delikatny,  lawendowy  kolor,  który  zabarwił  pięknie 

chmury i morze migoczącymi i błyszczącymi plamami. 

- Mamy mniej  więcej czterdzieści minut.  To powinno wystarczyć, żeby dotrzeć do 

mojego domu.

Zmarszczył brwi.
- A co z samolotem?
Pokręciła głową.
-  Nie  możemy  teraz  opuścić  wyspy.  -  W  jej  błękitnych  oczach  pojawiło  się 

zakłopotanie.  -  Aż  do momentu,  kiedy  będziemy  pewni,  że  kapitan  Seifert  i  załoga  są 
bezpieczni.  Możesz  być  pewien,  że pomoże  mu  twoja  korporacja,  ale  ja  nie  wyjdę, 
zanim nie będę tego pewna. To moja wina, że ich złapano.

- Ale przecież powiedziałem ci, że ...
- Jestem za nich odpowiedzialna - odrzekła z uporem Kate. - Nie mogę wyjechać, 

zanim nie dowiem się, że są bezpieczni.

W jego oczach czułość mieszała się z bezradnością.
-  Skąd  miałem  wiedzieć,  że  będziesz  się  tak  przejmowała?  - Zmierzwił  jej  mokre 

loki. – W porządku, Kate, zrobimy, jak chcesz. W jaki sposób zdobędziemy wiadomość, 
na której ci tak zależy?

- Potrafię to załatwić - odezwał się Julio. -  Mogę pojechać jutro rano  do Mariby  z 

Consuelo, kiedy uda się do miasta z rybami. Na targu łatwo będzie zadać parę pytań.

- Kto to jest Consuelo?
- Jedna z kobiet Julia - wyjaśniła mimochodem Kate. - Mieszka w rybackiej wiosce, 

tuż  za zatoczką.  Jej ojciec  i  brat są rybakami,  podobnie  jak jej  zmarły mąż.  Teraz jest 
wdową.

-  Jedna  z kobiet  Julia?  -  wymamrotał  Beau.  -  Jesteś  rzeczywiście  bardzo 

doświadczonym osiemnastolatkiem, Julio.

Julio uśmiechnął się, jego ciemna twarz nabrała przebiegłego wyrazu.
- Założę się, że nie byłeś gorszy. Ile miałeś kochanek, kiedy byłeś w moim wieku?
- Jako dżentelmen nie liczyłem ich - odparł Beau. - Powinieneś zrobić to samo.
Julio wzruszył ramionami.
-  Consuelo  jest  samotna.  Po  prostu  spełniam  jej  potrzeby.  - Nagle  zabłysły  mu 

oczy.  -  Tak  naprawdę wiele  potrzeb. - Wstał.  -  Im  więcej  o  tym  myślę,  tym  bardziej
jestem  przekonany,  że  moim świętym  obowiązkiem  jest  nakłonienie  Consuelo,  by 
zabrała mnie do Mariby – stwierdził stanowczo. 

- Nie martw się Kate, zaraz się tym zajmę.
- Tym czy nią? - spytał z grymasem Beau.
Julio mrugnął do niego.

background image

46

-  W  każdym  razie  wrócę  najpóźniej  jutro  wieczorem  z  ostatnimi  wieściami  o 

kapitanie.

-  To  chyba  najbezpieczniejsze  posunięcie.  -  Kate  przygryzła  wargę.  -  Ludzie 

Desparda cię nie znają, a Consuelo będzie dobrym kamuflażem. Tylko uważaj, Julio.

-  Tak,  koniecznie  -  powiedział  Beau.  -  Inaczej  Kate  dokona  oblężenia  lokalnej 

Bastylii, żeby cię z niej wydostać.

- Będę uważał - obiecał Julio, dotykając delikatnie jej policzka. - Ty też, pequelia. -

Zwrócił się z surowym spojrzeniem do Beau. - Uważaj na nią. - Po czym odszedł szybko 
w stronę przylądka, kryjąc się pod drzewami.

Kate poczuła, że coś  ściska ją  w gardle, kiedy  patrzyła na Julia oddalającego się 

raźnym krokiem.

- Jest taki młody - wyszeptała. - A jeśli coś mu się stanie?
- Sama mi powiedziałaś, że jest bardzo dojrzały jak na swoje lata - odparł łagodnie 

Beau. - Nic mu nie będzie, Kate. - Ujął jej dłoń, dodając jej otuchy, siły i pewności. - A 
jeśli stanie się inaczej, pomogę ci zdobyć Bastylię.

Uśmiechnęła się przez łzy.
- Obiecujesz?
Skinął głową.
- Obiecuję. Dobrze, a teraz powiedz mi, jak długo mam czekać, żebyś mnie zabrała 

do  domu?  - powiedział.  -  Mam  nadzieję,  że  jest  tam  łazienka  .  Muszę  zmyć  z  siebie 
słoną wodę. Czuję się, jakbym miał popękać jak wyschnięta ziemia.

-  Tak,  mam  łazienkę  -  odpowiedziała  z  radością  Kate,  bezwiednie  ściskając  jego 

dłoń. Dzięki jego czułej i silnej ręce czuła się bezpieczna. Ruszyła przez palmowy lasek 
w kierunku mrocznej dżungli, która rozciągała się za nim. - Już cię tam prowadzę.

-  Domek  na  drzewie!  -  rzekł  zdumiony  Beau,  wpatrując  się  w  wysokie  gałęzie 

tropikalnego drzewa, pod którym stali. - Chyba żartujesz.

Kate pokręciła głową.
- To naprawdę bardzo praktyczny pomysł - powiedziała, szeroko otwierając pełne 

zapału oczy. - Gałęzie i listowie dają schronienie przed słońcem i deszczem. To bardzo 
odosobnione miejsce. - Wyciągnęła drabinę spod rosnących obok krzaków. Odruchowo 
podszedł, by pomóc oprzeć ją o drzewo. -Zbudowaliśmy go z Juliem. Poświęciliśmy na 
to cztery miesiące, ale warto było.

- Wyobrażam sobie - powiedział łagodnie. Nawet w zapadającym zmierzchu widział

rozświetlający jej twarz zapał, który przepełnił go czułością. Kobieta-dziecko, czystość i 
siła. - Nie mogę się doczekać, żeby zajrzeć do środka.

- Nie ma tam nic specjalnego. - Kate wspinała się szybko po drabinie. Słuchał jej, 

idąc za nią. - Wcale nie było łatwo przenieść tu meble. Musieliśmy użyć małego dźwigu, 

background image

47

niektóre rzeczy udało się nam wnieść własnoręcznie. - Dotarła na drewnianą platformę i 
otworzyła drzwi szerokim gestem. - Mi casa, su casa.

1

- Dziękuję - odparł poważnie Beau, wchodząc przed nią do małego domku.
Poszła za nim szybko.
- Może lepiej puść mnie pierwszą. Tu jest ciemno, a ja znam drogę. - Szperała w 

trzcinowej  szafce. Nagle  błysnęła  zapałka  i  zobaczył,  że  zapala  staromodną  lampkę 
naftową.  Odwróciła  się  do  niego  i otworzyła  szeroko  zdumione  oczy.  W  obciętych 
dżinsach,  bez  koszulki  i  bez  butów  był  dziwną, dziką  postacią  w  jej  małym  swojskim 
pokoiku. Dziką i pełną przejmującej, męskiej siły.

- Trochę tu duszno - powiedziała, tracąc oddech. - Otworzę okiennice. .
-  Ja  to  zrobię.  -  Stanął  przy  dużym,  kwadratowym  oknie  i  otworzył  na  oścież 

ciemnobrązowe, utkane z juty zasłony.  - Wszystko tu  pachnie kwiatami.  - Odwrócił  się 
nagle i uśmiechnął. – Nic dziwnego, masz tu wystarczająco dużo  kwiatów, by zapełnić 
kwiaciarnię.

- Kocham kwiaty - odpowiedziała prosto. - Rosną dziko w dżungli, mogę każdego 

dnia  zbierać świeże.  -  Rozejrzała  się  wokoło  z  błogim  zadowoleniem.  -  Dzięki  nim 
wszystko wygląda tak ładnie.

Proste  umeblowanie pokoju  z  pewnością  potrzebowało  ozdoby,  myślała.  Nie  było 

łóżka, jedynie materac pokryty niebieskim płótnem, leżący na podłodze. Poza tym przy 
dwóch  ścianach  stały  dwie kapitańskie  skrzynie  z  trzciny  i  dwie  nocne  szafki  z  tego 
samego  materiału.  Ale  kwiaty  były wszędzie.  Wspaniałe  koralowe  orchidee  o 
kremowych  środkach  zwieszały  się  z  trzcinowych podstawek  przyczepionych  do  nie 
wykończonych  ścian.  Delikatne  paprotki  otoczone  ciemnymi fiołkami  stały  w 
wypolerowanej,  czarnej  miseczce  na  jednej  ze  skrzyń.  Wysoka  waza  w  kącie
wypełniona była po brzegi zieleniną i dziwnymi białymi kwiatami w złote plamki.

Nie  patrzył  na  rośliny,  lecz  na  nią.  Znów  zrozumiała,  skąd  bierze  się  ten  dziwnie 

przyspieszony oddech.

- Myślę, że mój pokój jest dla ciebie zbyt prymitywny rzekła niepewnie.
Pokręcił wolno głową.
-  Nie,  jest  bardzo  piękny  i  bardzo,  bardzo  wyjątkowy  -  powiedział  spokojnie.  -

Widzę,  że  jesteś  z  niego  dumna.  -  Spojrzał  jej  w  oczy,  poczuła  się,  jakby  otulił  ją 
aksamit,  który  wypełnił  cały świat.  -  W  pewien  sposób  przypomina  ciebie.  Jest  inny, 
uroczy i całkowicie wyjątkowy. – Odwrócił się i spojrzał na kolorowy przedmiot leżący na 
trzcinowym kufrze w przeciwległej części pokoju. - Co to jest?

Ucieszyła  się,  że  odwrócił  wzrok.  Sama  nie  byłaby  w  stanie  przerwać  tego 

intymnego momentu. Pobiegła oczyma za jego spojrzeniem, po czym uśmiechnęła się z 
zapałem.

                                                 

1

 Mi casa, su casa (hiszp.) - Mój dom jest twoim domem. [przyp. red.]

background image

48

-  To  moja  pozytywka. - Przeszła  przez  pokój  i  uklękła  przy  skrzyni.  Podniosła 

ostrożnie  szkarłatne  i  ozdobione  kością słoniową  pudełko,  po  czym  zaczęła  kręcić 
kluczykiem. -  Trafiłam  na  nią  w  lombardzie  w  Port  of  Spain.  Czy  nie  jest  śliczna?  Na 
karuzeli  są  nie  tylko  konie, ale  jednorożce  i  centaury.  Była  w  złym  stanie,  kiedy  ją 
kupiłam,  ale  odmalowałam  ją,  a  Julio znalazł  kogoś,  kto  naprawił  mechanizm.  -
Postawiła pudełko na skrzyni i stała tam, patrząc rozmarzonymi oczyma na kręcącą się 
wolno karuzelę.  -  Bardzo  lubię  tę  melodię.  Próbowałam dowiedzieć  się,  co  to jest,  ale 
nie wiedział tego ani człowiek ze sklepu, ani Julio, ani Jeffrey.

- To Temat Lary z Doktora Żiwago - powiedział niskim. głosem Beau.
- Doktora Żiwago?
- Pięknego filmu nakręconego na podstawie książki Pasternaka. Mam tę książkę w 

kabinie na "Searcherze". Dam ci ją, jak wrócimy na pokład.

-  Dziękuję,  bardzo  bym  chciała.  -  Patrzyła  wciąż  z  rozmarzeniem  na  karuzelę.  -

Wiesz, zawsze chciałam przejechać się na karuzeli. Byłam kiedyś w czasie karnawału w 
małym miasteczku w Nikaragui, ale nie mieli tam żadnej.

- Kupię ci karuzelę.
- Co? - Odwróciła się i spojrzała na niego w osłupieniu.
- Kupię ci, do diabła, najlepszą karuzelę na świecie -  powiedział niskim głosem. -

Kupię  ci  całe  wesołe  miasteczko.  - Chciał  dać  jej  wszystko,  czego  nigdy  nie  miała. 
Doświadczenie, piękno, wiedzę. MUSIAŁ jej to dać.

Zaśmiała się niepewnie.
- Żartujesz. Przez moment myślałam, że mówisz poważnie.
Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił.
-  Potem  o  tym  pomówimy  -  odrzekł.  -  Powiedz  mi,  gdzie  mogę  się  pozbyć  tej 

mieszanki soli  i  potu, która mnie  okleja?  Obiecałaś  mi  kąpiel. -  Rozejrzał się wokoło  z 
kapryśnym uśmiechem. – Nie widzę jednak, by twój niezwykły dom miał łazienkę.

- Niedaleko stąd jest staw i bijące źródełko - powiedziała z uśmiechem. Podniosła 

karuzelę i postawiła ją delikatnie na podłodze, po czym otworzyła skrzynię. - Jest trochę 
zimny, ale bardzo czysty.

- To tam się opalałaś?
Coś  w  jego  ciemnych,  zamglonych  oczach  sprawiło,  że  przebiegł  ją  gorący 

dreszcz.

-  Tak,  właśnie  tam  -  powiedziała,  sięgając  szybko  do  skrzyni  po  mydło  i  duży 

ręcznik oraz szampon. - Teraz nie będzie tam zbyt ciepło, jest prawie ciemno.

- Masz tylko jeden ręcznik.
Rzuciła  mu  spojrzenie  i  spotkała  jego  wzrok.  Nie  czuła  teraz  gorąca,  lecz 

zwilgotniała.

background image

49

-  Będziemy  potrzebowali  co  najmniej  dwóch  -  powiedział  powoli  i  z  rozwagą.  -Ty 

też jesteś w soli. - Zmiękł mu głos. - Ale nie martw się, zmyję z ciebie osobiście każde 
ziarenko. - Uśmiechnął się czule. - Bardzo osobiście.

Wzięła głęboki oddech.
- Chcesz, żebym z tobą poszła?
- Nalegam - wyszeptał. - Zawsze miałem fatalny zmysł orientacji. Mógłbym zgubić 

się gdzieś w lesie i nigdy byś już o mnie nie usłyszała.

-  Lepiej  z  tobą  pójdę  -  powiedziała,  sięgając  po  dodatkowe  ręczniki  i  białe, 

bawełniane  wdzianko. -  Być  może  będziesz  musiał  dotrzymać  złożonej  mi  obietnicy  i 
pomóc  w zdobywaniu  Bastylii.  - Jej  głos  brzmiał  równie lekko jak jego,  nie  było w nim 
słychać gwałtownego, jak po szybkim biegu, bicia serca.

Nie  ośmieliła  się  jednak  podtrzymywać  żartów,  kiedy  schodzili  po  drabinie  i  szli 

ścieżką do stawiku. Nie miała wystarczającego doświadczenia pozwalającego utrzymać 
niewzruszoną  pewność  siebie.  Teraz  z  pewnością  zdradziłaby,  jak  bardzo  czuła  się
niepewnie,  i  jak  bardzo  była  zdenerwowana.  Zdenerwowanie  to  nie  wszystko.  Czuła 
jeszcze coś równie podniecającego i poruszającego, jak piękno otaczającej ich dżungli.

Było  zupełnie  ciemno,  kiedy  dotarli  na  brzeg  stawu.  Wodę  dojrzeć  można  było 

jedynie dzięki rzadkim błyskom księżyca odbitego w lustrzanej tafli. Kate rzuciła ręczniki 
i wdzianko na brzeg.

- Przy brzegach jest wystarczająco płytko, żeby stanąć. Głębiej jest bliżej środka.
- Dobrze. - Beau zrzucił już ubranie i wskoczył do wody. - Do cholery! - krzyknął. -

Skąd to źródło bije, z bieguna?

Wybuchnęła śmiechem.
- Mówiłam ci, że jest zimne.
- Zimne, nie lodowate. Proszę, rzuć mi mydło.
Podała  mu  kostkę  mydła,  po  czym  ściągnęła  koszulkę  przez  głowę.  Nie  było  się 

czego wstydzić. Beau widział już wszystko, co mógł zobaczyć, wczoraj na "Searcherze". 
Poza tym było tak ciemno, że Beau był jedynie brązowym cieniem, choć dzieliło ich tylko 
parę  kroków.  Więc  on  jej  również nie  widział. Zaczerpnęła  głęboko  powietrza  i 
wskoczyła do wody.

Usłyszała śmiech Beau.
- Rzeczywiście biegun, prawda?
- Jak najbardziej - sapnęła. Nalała trochę szamponu na rękę i zaczęła go wcierać w 

głowę. Jej loki stały się sztywne i skręcone od soli, mydliła je i płukała jeszcze dwa razy, 
zanim uznała je za czyste. - Już nie potrzebuję szamponu. Chcesz trochę?

-  Poradziłem  sobie  bez  niego  -  powiedział  niedbale.  Jego  głos  zabrzmiał  z 

mniejszej  odległości  i nagle  zobaczyła  go  o  parę  kroków  od  siebie.  -  Nie  chciałem 
czekać. Chciałem to zrobić jak najszybciej, żeby mieć przyjemność.

- Przyjemność? - Oblizała nerwowo usta.

background image

50

-  Wykąpać  Kate,  urodziwą  Kate,  najśliczniejszą  Kate  w  całym  chrześcijańskim 

świecie.

- Szekspir - rozpoznała ciągle nie mogąc złapać oddechu.
-  Dobrze  -  odparł.  -  Ale  dzisiejszego  wieczoru  nie  będziemy  rozmawiać  o 

literaturze.  To  ci obiecałem,  Kate,  słodka  Kate.  Bardzo  rzadko  zdarza  mi  się  tak 
powstrzymywać.

- Myślę, że zmyłam z siebie całą sól - powiedziała cicho.
- Ale przecież musimy być pewni, prawda? Obiecałem ci, że zmyję każde ziarenko 

soli. - Teraz był blisko, widziała jego ładny uśmiech na ciemnej twarzy. - Wiem, od czego 
zaczniemy.

Zimne mydło dotknęło jej szyi i bezwiednie zadrżała.
- Zimno? - szepnął.  -  Zobaczymy, czy  coś  można na to  poradzić. - Potarł szybko 

mydło w dłoniach. - To mi będzie bardziej odpowiadać, tobie też, Kate. Gwarantuję, że ci 
się spodoba to o wiele bardziej.

Wyjął  jej  z  ręki  szampon  i  razem  z  mydłem  położył  na  brzegu.  Złożył  jej  ręce  na 

szyi  i  zaczął wcierać  w  nią  mydło  z  dokuczliwą  sprawnością.  Stała  zupełnie  prosto  i 
prawie  zapomniała  o oddychaniu,  kiedy  dotykał  jej  nagich  ramion,  polewając  ją  wodą. 
Jego zimne od wody ręce pełne były zgrubień. "Playboy nie powinien mieć zgrubień na 
rękach"  -  pomyślała  odruchowo,  ale przecież  Beau  był  niezwykły.  Sam  dla  siebie 
wyznaczał  zasady.  Jego  ręce  nie  były  tak  naprawdę zimne.  Czuła  żywe  ciepło  pod 
warstwą zewnętrznego chłodu wszędzie, gdzie jej dotykał, rodził się w niej ogień.

- Daj mi lewą rękę.
Podniosła  ramię  nad  wodę;  przejechał  po  nim  dłońmi  od  góry  do  nadgarstka,  co 

powinno. Zadziałać kojąco, lecz zadziałało wręcz przeciwnie. zanim skończył zajmować 
się  jej  ręką, serce  zaczęło jej bić dziko, a ciało  stało  się niezwykle  wyczulone, wszelki 
dotyk  sprawiał  jej  ból.  la  scena  zdawała się  pochodzić  prosto  z  wyobraźni  seksualnej. 
Kate  stała  tak  w  lodowatej  wodzie,  wokół  panowała prawie  całkowita  ciemność,  a 
tajemniczy nieznajomy przebiegał dłońmi po jej ciele w narastającej pasji. Jednak Beau 
nie był jej całkiem obcy. Przeszli razem tak wiele, czuła, że zna go lepiej niż Jeffreya czy 
Julia.

-  A  teraz  piece  de  resistance  -  rzekł  Beau.  zamknął  dłonie  na  jej  piersiach  pod 

powierzchnią  wody.  Krzyknęła  i  bezwiednie  przysunęła  się  do  niego.  -  Chciałem  to 
zrobić  od  chwili,  gdy  zobaczyłem cię  w  barze  -  powiedział  niskim  głosem.  Ściskał  ją 
delikatnie, jego kciuki badały różowe obwódki otaczające twarde czubki piersi. - Myślę, 
że też tego chciałaś, prawda, Kate?

Nie zdawała sobie z tego sprawy, ale chyba tak było. Odpowiedź była tak szybka i 

dotkliwe uczucie pustki tak oczywiste.

- Woda zmyła ci całe mydło z rąk - powiedziała niepewnie przez gorącą mgłę, która 

ją otaczała.

Wydawało się jej niemożliwe, że kiedykolwiek czuła zimno wody.

background image

51

- Nic nie szkodzi, to nam nie przepadnie - zapewnił ją Beau. - Mówią, że pocieranie 

działa tak samo jak mydło.

-  Kto  tak  mówi?  -  spytała  bez  tchu,  nie  okazując  wyraźnego  zainteresowania. 

Paznokciem kciuka bawił się właśnie jej napęczniałą brodawką.

- Zapomniałem - odparł nieobecnym tonem, przysuwając się bliżej. - Ale nie mogę 

się doczekać, żeby sprawdzić tę teorię. Rozsuń nogi, kochanie.

Posłuchała go bez zastanowienia.
- Dlaczego ... - przerwała, czując jego kolano, które wsunął jej gwałtownie między 

uda. Poczuła, że ją podnosi, przenosząc jedną rękę od piersi do pośladków i ciągnąc do 
przodu,  tak  że obejmowała  jego  umięśnione  uda  z  szokującą  poufałością.  Oparł  ją 
plecami o brzeg, wspierając na nim również drugie kolano jako podpórkę.

- Tu jest lepiej. - Głos Beau zdradzał, że również brakowało mu oddechu. - Prawie 

wygodnie.  - Ręka  na  pośladku  przysuwała  ją  i  odsuwała  na  jego  nodze.  -  Bardzo 
wygodna przejażdżka, prawda kochanie?

Wygodna?  Mówił  z  południowym  akcentem,  w  jego  kipiącej  namiętnością 

wypowiedzi wyczuła, że wie, jak śmiesznie  brzmi ten przymiotnik. Pocieranie rozpalało 
ją  z  każdym  ruchem,  uczyła  się BrailIe'em  całej  jego  budowy.  Twarda  kość  pod 
sprężystymi  mięśniami  i  nieco  twardawa  kępka włosów,  która  kłuła  ją  w  najbardziej 
wyczuloną część jej ciała. Obrzękłe piersi kołysały się ciężko i dojrzale, obijały się o jego 
śliską  i  gładką  pierś  przy  każdym  ruchu.  Słyszała,  że  zaczął  oddychać ciężej  przy 
każdym kolejnym zetknięciu z jej ciałem. Ściskał jej pierś regularnymi ruchami w rytmie, 
w  jakim  pocierał  ją  o  siebie.  Kciukiem obrysowywał  jej  napęczniałą  pierś,  był  naraz 
wścibski i pobudzający.

- Masz śliczne małe fałdki wokół tych śliczności - powiedział z zapałem. - To przez 

zimną wodę, czy przez to, co ci robię?

-  Nie  wiem  -  sapnęła.  Nie  czuła  nic  poza  dotkliwym  pragnieniem,  które  dręczyło 

całe jej ciało.

-  W  takim  razie  dowiedzmy  się,  jak  jest.  -  Rękę,  którą  trzymał  dotychczas  na  jej 

pośladkach, wsunął między uda. - Chcę, żebyś była pewna. To kwestia dumy osobistej. 
- Jego  palce  zaczęły  się  poruszać,  pieścić,  napierać  i  drażnić  ją  z  nieludzką 
sprawnością.

- Beau! - rzuciła się w jego kierunku, zaciskając bezsilnie ręce na jego ramionach.

Wydała z siebie niski  dźwięk, po trosze  gardłowy, częściowo  przypominający  kwilenie, 
gdy poczuła, że nieznośnie doświadczone palce dotarły do niej i zaczęły napierać, palić i 
wibrować. Była tak blisko, że słyszała łomot jego serca. Drżał mu głos.

- To przeze mnie, prawda, Kate? Powiedz!
-  Przez  ciebie!  -  powiedziała,  nawet  nie  wiedząc,  co  mówi.    W  tej  chwili 

powiedziałaby wszystko, o co by ją poprosił.

- Taka jesteś napięta  - mruknął. - O tak, Kate, nie mogę się doczekać. Chcę tam 

być.

background image

52

-  Co?  -  Dodał  z  trudem  jeszcze  jeden  palec.  Poddała  się  uczuciu  pełni,  które  ją 

całkowicie opanowało.

-  Też  się  chcę  przejechać,  Kate.  -  zaśmiał  się  nieco  drżącym  głosem.  -  za 

pozwoleniem, droga pani.

Usiłowała mocniej obsunąć się w dół.
- Tak, o tak. - zamknęła oczy. - Co zechcesz.
- Co za bajecznie hojne zaproszenie. Trzymam cię za słowo. To będzie długa noc. 

- Uszczypnął ją delikatnie w pierś dwoma palcami, co sprawiło, że przebiegł ją dreszcz. -
Ale, niestety, nie chcę tu zaczynać. Może jutro będę gotowy do wodnych sportów, lecz 
dziś  chcę  czuć  przy  sobie  twoją gorącą  i  jedwabistą  skórę  -  Jego  palce  posunęły  się 
gwałtownie  do  przodu,  wydała  niski  jęk  rozkoszy.  -  zapamiętaj  to  -  powiedział 
zachrypniętym głosem. - Pamiętaj, jak mnie czułaś. Teraz jesteś moja i ja tam wrócę. -
Jego dłoń opuściła ją niechętnie i przesunęła się aż do jej talii. Podniósł ją ze swych ud 
na brzeg bez żadnego wysiłku.

Usiadła  oszołomiona  i  osłupiała.  Ciepłe  i  wilgotne  powietrze  ziębiło  jej  nagie  i 

mokre ciało, ale różnica temperatur nie była aż tak duża. Beau znalazł się przy niej na 
brzegu. Podniósł ręcznik i wycierał ją z czułą sumiennością. Pieścił ją i ściskał co chwilę 
przez delikatny materiał.

-  Schyl  się,  chcę  ci  wytrzeć  włosy. Zrobił  to  równie  dokładnie,  a  kiedy  skończył, 

przeczesał palcami jej wilgotne loki, po czym lekko je roztrzepał. - Już prawie wyschły -
stwierdził.

- Są tak krótkie, że szybko schną - powiedziała banalnie. Mimo to wcale nie czuła 

się banalnie o parę centymetrów od niego. Czuła zapach mydła i piżma, wyczuwała też 
gorąco jego ciała.

Podał jej prostą, bawełnianą koszulę.
- Lepiej to włóż. - Podniósł drugi ręcznik i sam zaczął się wycierać.
Włożyła  koszulę  przez  głowę  i  obciągnęła  ją  w  dół.  Nawet  dotknięcie  luźnego 

materiału  stanowiło  dla  jej  ciała,  pobudzonego  tak  sprawnie  przez  Beau,  drażniącą 
prowokację. Ledwie zniosła zetknięcie napęczniałych piersi z materiałem. 

- Nie masz się w co ubrać.
- Jedyna rzecz, z jaką chcę się dziś zetknąć, to ty - powiedział, zbierając ręczniki, 

szampon  i  mydło.  -  Weź  swoje  rzeczy.  Chcę  dotrzeć  do  twojego  domku  z  prędkością 
światła.

Była  równie  szybka  jak  on.  Już  po  paru  chwilach  wspinali  się  po  drabinie  do 

domku. Beau upuścił rzeczy na drewnianą platformę i zatrzymał Kate, zanim otworzyła 
drzwi. .

-  Poczekaj  -  powiedział,  nabierając  głęboko  powietrza.  -  Chcę  cię  przez  chwilę 

przytulić, zanim wejdziemy do środka. - Zsunął jej delikatnie ubranie z ramion, po czym 
odrzucił  je  na  stertę ręczników.  -  Po  prostu  przytulić.  Nie  będę  chyba  do  tego  zdolny, 
kiedy już wejdziemy do domku. Jestem zbyt gwałtowny.

background image

53

Wziął ją w ramiona. Poczuła, że jest bardzo podniecony, gdy się do niej przytulił. W 

silnym  uścisku  jego  ramion  i  mocnym  pocałunku,  który  musnął  jej  czoło,  było  jedynie 
uczucie i czułość. Ukołysał ją, przez chwilę zapomniała o pożądaniu, wtulona w ciepłe i 
czułe ramiona. Och, kochany, słodki, dziki Beau. Poczuła przypływ uczuć, objęła go i z 
całej siły przytuliła do siebie.

-  Hej  -  zaśmiał  się.  -  Spokojnie.  Doceniam  twój  entuzjazm,  ale  to  podnieca.  -

Sięgnął  poza  nią,  by  otworzyć  drzwi.  -  Później  do  tego  wrócimy.  -  Pchnął  ją  lekko  do 
pokoju. - O wiele później.

- Oczywiście. - Spojrzała na niego rozmarzonym wzrokiem, kiedy wszedł za nią do 

pokoju.  W świetle  oliwnej  lampki  był  bardzo  smukłym,  silnym,  dominującym  i 
podnieconym mężczyzną. Bardzo podnieconym...

- Zdejmij koszulę, Kate. - Jego oczy były ciemne i zamglone, lecz czaiły się w nich 

złote błyski.

Zdjęła powoli koszulę przez głowę, ale kiedy upuściła ją na podłogę, zauważyła, że 

już  na  nią  nie patrzy.  Obserwował  drugą  stronę  pokoju.  Miał  zachmurzoną  twarz. 
Zdziwiona patrzyła na niego, a on podszedł do skrzyni pod ścianą. Podniósł karuzelę z 
pozytywką, którą postawiła na podłodze, kiedy w trzcinowym kufrze szukała ręczników. 
Postawił ją ostrożnie, dokładnie na środku skrzyni. 

-  Powinnaś  bardziej  uważać - powiedział  z  wyrzutem.  -  Któreś  z  nas  mogło  ją 

kopnąć albo potrącić. O skarby trzeba dbać.

Poczuła ciepło płynące gdzieś z serca.
- Naprawdę?
Przytaknął z poważnym wyrazem twarzy.
- Tak.
- Chyba dużo o tym  wiesz - zaśmiała  się niepewnie. - Tak bogaty człowiek jak ty 

musiał mieć ich sporo.

- Nie całkiem. Masz na myśli wartościowe rzeczy, ale chodzi o coś innego. Musisz 

o  coś  dbać,  by  stało  się  to  skarbem.  - Podszedł  do  niej  z  delikatną  zwinnością.  -  Być 
może  wcześniej  nie zasługiwałem  na  skarby.  Byłem  chyba  zbyt  niedbały  i 
nieodpowiedzialny,  nie  potrafiłem  o  nic zadbać.  -  Stanął  przy  niej,  uśmiechnął  się 
przekornie  i  chłopięco.  -  Teraz  nie  byłbym  tak  niedbały, Kate.  Czy  zostaniesz  moim 
skarbem, jeśli obiecam, że zajmę się tobą najlepiej, jak potrafię?

Wypowiedział  te  słowa  z  prostotą,  miał  przy  tym  tak  ujmujący  wyraz  twarzy,  że 

przez chwilę nie mogła nic powiedzieć przez ściśnięte  gardło. Miała na zawsze zostać 
jego skarbem czy tylko przez tę noc? Jednak w tej chwili było jej wszystko jedno. Noc z 
Beau warta była wszelkich cierpień, które mogły po niej nastąpić.

- Jeśli tego ode mnie oczekujesz - powiedziała bez oddechu.
-  Dokładnie  tego.  -  Dotknął  jej  policzka  niezwykle  delikatnie.  -  Nie  będziesz  tego 

żałować, Kate. - Nagle zachmurzyła mu się twarz. - Ale to nie ma nic wspólnego z naszą 
przeklętą umową, prawda? Spuściliśmy po niej wodę. Naprawdę mnie chcesz, prawda?

background image

54

-  Naprawdę  -  powiedziała.  Uśmiechnęła  się  czule.  Jak  mógł  w  to  wątpić,  jeśli 

widział,  jak  łatwo  ją  rozbudził.  Wydawało  się,  że  może  wywołać  w  niej  wszelkiego 
rodzaju reakcje, nie tylko fizyczne. Czułość, śmiech, szacunek, podziw, miłość. Miłość? 
To słowo przyszło jej tak łatwo na myśl, że nieco się go zlękła. Musi bacznie uważać, by 
o tym nie myśleć. To zbyt niebezpieczne w tak nietrwałym związku.

- W takim razie to dostaniesz - powiedział powoli, znów beztroskim tonem. - Masz 

mnie całego. - Delikatnie schwycił jej pierś. - Teraz.

Objął ją w pasie i poprowadził do pokrytego płótnem materaca w przeciwnej części 

pokoju. Pogłaskał jej biodro w bardziej czuły niż seksualny sposób.

- Nie potrafię się nasycić twoim ciałem. Masz nieprawdopodobnie jedwabistą skórę, 

a  pod  nią  bije żywe  ciepło.  Chciałbym  przez  cały  czas  ocierać  się  o  ciebie  jak  kot  o 
atłasową  poduszkę.  –  Pchnął ją  lekko  na  materac.  Przysiadła  na  materacu,  uklęknął 
obok  niej.  Wpatrzył  się  tak  intensywnie  w  jej piersi,  że  zadrżała  -  Chciałbym  to  teraz 
zrobić, ale obawiam się, że przedstawienie się skończyło.

- Światła? - spytała. Może nie czułaby takiego  wstydu, gdyby mogła  zobaczyć na 

jego twarzy rodzące się podniecenie.

Pokiwał głową. .
- Podobasz mi się, kiedy oświetla cię lampka. Pokrywa cię żywym złotem. - Powoli 

pochylił  głowę i  musnął  ustami  jej  naprężoną  pierś.  -  Zobaczymy,  czy  potrafię  jeszcze 
raz sprawić, żeby na tych ślicznych piersiach pojawiły się małe fałdki.

Odetchnęła głęboko. zamknął usta wokół jej piersi, na zmianę ssąc i gryząc sutek, 

niecierpliwie czekający, aż poświęci mu uwagę. Beau był na początku bardzo łagodny, 
ale  wraz  z  upływem czasu  wyczuła  w nim  pewną  zmianę.  Z  napięciem  i  z  hamowaną 
gwałtownością  pchnął  ją  na materac. Obiema  dłońmi  otaczał  jej  piersi,  coraz  bardziej 
napęczniałe. Ustami starał się ogarnąć całą pierś, podczas gdy językiem błyskawicznie 
jej dotykał. Coraz mocniej ją szczypał. Twarz zarumieniła mu się, spoważniał.

- Nie mogę się tobą nasycić. Chciałbym cię pożreć żywcem.
Stał się gwałtowniejszy, wychyliła się do niego z cichym okrzykiem. Pochylił się nad 

nią,  wciąż  w niezwykłym  tempie  pieszcząc  jej  piersi.  Wcale  nie  przypominał  kota,  do 
którego  się  porównał,  choć ocierał  się  o  nią,  co  było  równie  podniecające  jak  to,  że 
pieścił  jej  piersi.  Składał  się  jednak  z twardych  kości,  delikatnych  mięśni  i  wzbudzonej 
męskości. Czuła jego męskość ocierającą się o jej ciało. Bezwiednie rozchyliła uda, by 
go przywitać. Chciała go całego - jego dotyku, zapachu i widoku. Chciała, by otoczył ją, 
jak tylko potrafił.

-  Pragniesz  mnie?  -  spytał,  rzucając  czysto  złote  spojrzenie.  zaborczo  przeniósł 

dłonie  między  jej uda.  Nie  ruszał  się,  ani  jej  nie  pieścił.  Jednak  ciepły  ciężar  rąk  na 
najbardziej intymnej części jej ciała, całkowicie bezbronnie przed nim otwartej, przepełnił 
ją  nieznośnym  podnieceniem.  Przez  hamowane  pragnienie  zachrypł  mu  głos.  -  Tutaj? 
Jesteś na mnie gotowa?

- Pragnę cię - westchnęła. - Teraz!
Zamknął oczy i wziął głęboki oddech.

background image

55

-  Dzięki  Bogu,  nie  wiedziałem,  czy  wytrzymam  długo  tę  grę.  Bliski  byłem 

szaleństwa. –  Rozsuwał jej  nogi  z dzikim zapałem. Teraz poruszał palcami, pieścił ją i 
docierał  coraz  dalej.  -  jaka  tu  jesteś piękna.  -  Schylił  głowę  do  jej  brzucha,  łagodnie 
skubiąc  delikatne  ciało.  -  I  naprawdę  jesteś  gotowa. -  Zaśmiał  się  niskim  głosem.  -
Chciałem być pewien. Jesteś cudownie napięta, bałbym się wyrządzić ci krzywdę, jeśli 
nie pragnęłabyś mnie tak jak ja ciebie.

"Nie  musi  się  o  to  martwić"  -  pomyślała  nieprzytomnie.  Nieznośnie  i  gorączkowo 

pragnęła spełnienia.

Był pomiędzy jej udami. Trącał ją swym napiętym ciepłem, aż nagle uśmiechnął się 

uroczo.

-  Będę  ostrożny.  wyszeptał.  -  Nie  chcę  cię  w  żadnej  sposób  skrzywdzić. 

Powiedziałem ci, teraz już wiem, jak dbać o skarby.

Jego głos i oczy emanowały ujmującą szczerością i namiętnością ... Na widok tego 

piękna łzy zabłysły jej w oczach - cudowne, złote spojrzenie, zmysłowe wygięcie warg, 
błyszczące  koralowe orchidee  na  ścianie  nad  jego  ramieniem,  a  przede  wszystkim 
uczucie przepełniające ją, gdy się z nią połączył. .

-  Rozluźnij  się  -  powiedział  zniecierpliwionym  tonem.  - Obiecałem,  że  cię  nie 

skrzywdzę. Nie ufasz mi?

Oczywiście,  że  mu  ufała,  ale  chodziło  o  coś  innego.  Miał  nieco  zaniepokojoną 

twarz, nie potrafiła tego zmienić. "Nic nie ma prawa zepsuć piękna tej wspólnej chwili" -
pomyślała rozmarzona. Przecież mogła bez trudu rozwiązać ten problem. Wysunęła się 
zdecydowanie  do  przodu.  Poczuła  krótki,  przeszywający  ból,  natychmiast
zrównoważony  przez  wszechobecną  rozkosz  całkowitego  wypełnienia.  I  uśmiechnęła 
się do niego szczęśliwa.

- Lepiej?
- Lepiej - powtórzył za nią. Wyglądał na oszołomionego.
Ruszył się gwałtownie, przeszedł przez niego dreszcz. zamknął oczy.
- O Boże. Tak, lepiej.
- Dobrze. - Z czułością pieściła jego biodra. - Chcę, żebyś był szczęśliwy, Beau.
Podniósł oczy i spojrzał na nią z dziwnie udręczonym wyrazem twarzy.
- Wiem, że chcesz - powiedział chrapliwie. - Każdy powinien być szczęśliwy, nawet 

jeśli  wiąże się  to  z  nieustannym  dawaniem.  Ponieważ  wszyscy  bierzemy,  prawda?  -
wygiął gorzko usta. - Nawet ja. Raz jedyny w życiu chciałem dać coś i skończyło się na 
tym, że również biorę. – Jedną ręką delikatnie pogłaskał jej policzek. - Najgorsze jest to, 
że nie mogę przestać.

Czuła się oszołomiona. Chciała mu pomóc, ale wyglądał na bardzo zasmuconego.
- Beau, czy powinnam ...
- Szsz ... - Położył jej palec na ustach. - Cicho, wszystko jest w porządku. Wezmę, 

ale  znajdę sposób,  by  dawać.  Może  wszystko  się  wyrówna.  -  Poruszał  się  łagodnymi 
pchnięciami, pozwalając, by się do niego przyzwyczaiła. 

background image

56

Niełatwo było mu się kontrolować. Czuła, że powstrzymuje potrzebę, która stara się 

za  wszelką  cenę  przełamać  więzy.  Pod  dłońmi  wyczuła  napięte  mięśnie jego  bioder. 
Ruszał  się  w  coraz  bardziej  podniecający  sposób,  ale  wciąż  chciała  więcej.  Pragnęła
prymitywnego i zwierzęcego pożądania, które jej wcześniej okazał. Potrzebowała tego.

-  Beau  -  szeptała  gorączkowo,  wbijając  mu  bezwiednie  paznokcie  w  biodra. 

Podniosła się ku niemu gwałtownie. - Proszę, Beau.

Na jego twarzy toczyła się walka. Usłyszała bezsilny jęk.
-  Och,  Kate,  do  cholery.  Kate.  -  Rzucił  się  silnie  do  przodu,  zapierając  jej  dech, 

paląc ją, przytłaczając i penetrując, aż bliska była szaleństwa z rozkoszy.

Skarb.  Karuzela  grająca  powracającą  melodię.  Złote  oczy  Beau,  jej  dłoń  w  jego 

dłoni,  gdy  szli razem  przez  dżunglę,  kpiący  południowy  akcent,  dyskretna  czułość, 
odwaga, uczciwość, szczerość, pasja, piękny, pulsujący rytm. Tak wiele skarbów. Dał jej 
to wszystko, aż po końcowy podarunek, który sprawił, że rozkosz, tak samo cenna jak 
inne dary, dotarła wszędzie.

Schowała  głowę  w  jego  ramionach.  Słyszała  ciężkie  bicie  jego  serca.  Biło  coraz 

spokojniej, podobnie  jak  jej  własne.  Odruchowo  dotknął  jej  loków,  przebierał  w  nich  z 
leniwym zadowoleniem.

-  Są  takie  jedwabiste  -  wymamrotał.  -  Czy  już  ci  mówiłem,  jak  bardzo kocham  te 

małe jedwabiste loczki?

Przytaknęła.
-  Jesteś  zupełnie  realną  osobą,  Beau.  -  Powiedziała  prowokująco,  po  czym 

zaśmiała się. – Nie jestem na tyle niewdzięczna, by narzekać w obecnej sytuacji.

Poczuła, że zesztywniał i zatrzymał na chwile palce w jej włosach.
- Nie skarżyłabyś się niezależnie od tego, co bym zrobił. - powiedział spokojnie. -

Czy  mogłabyś  mi powiedzieć,  w  jaki  sposób  pozostałaś  dziewicą?  Kobieta,  z  którą 
byłem w barze Alvareza, poinformowała mnie dokładnie, że jesteś równie doświadczona 
jak ona.

-  Naprawdę?  -  spytała z błogą  beztroską. -  Chodziłam  tam. często, by odciągnąć 

Jeffreya od whisky. Musiała wyciągnąć mylne wnioski. - Podniosła nagle głowę, patrząc 
na niego z pełną niepokoju niepewnością. - Czy to cię zbiło z tropu?

-  Oczywiście,  do  cholery,  że  tak.  Nie  jestem  przyzwyczajony  do  rozprawiczenia

dziewic.  Do diabła,  dlaczego  mi  nie  powiedziałaś?  -  Wykrzywił  usta.  -  Boże,  a  ja 
zażądałem za swoje usługi takiej ceny!

- To nie  było drogo -  odrzekła spokojnie.  - Wydostanie Jeffreya z Castellano było 

dla mnie ważniejsze. Cena nie grała roli.

- Mimo to aż do dzisiaj zostałaś dziewicą, więc było to ważne.
- Mężczyźni, z którymi miałam do czynienia, traktowali dziewczynę jak przedmiot, z 

którego można skorzystać. Nikt mnie nie wykorzysta! Znam swoją wartość.

- Tak, jesteś wiele warta. - Bardzo delikatnie dotknął jej policzka. - To chyba było 

niełatwe, biorąc pod uwagę twój styl życia.

background image

57

Wzruszyła ramionami.
- Daję sobie radę. Ostatnio było mi łatwiej, kiedy pojawił się Julio.
- A zanim Julio znalazł się przy tobie?
-  Mówiłam  po  prostu  wszystkim,  którzy  mnie  nagabywali,  że  jestem  chora 

wenerycznie  –  odparła  prosto.  -  Jeffrey  powiedział,  że  to  podziała,  i  rzeczywiście  w 
większości  przypadków  wymówka zdawała  egzamin.  Mężczyźni  wyglądali  na  bardzo 
przestraszonych, kiedy o tym wspominałam.

Zaśmiał się.
-  To  cud,  że  kiedykolwiek  się  ich  pozbyłaś,  skoro  patrzyłaś  na  nich,  tak  jak  teraz 

patrzysz na mnie. - Miała niewinne i czyste oczy małej dziewczynki. - Chyba nigdy nie 
umiałaś kłamać.

- Masz rację, nienawidzę tego. - Nagle zadrżała. - Ale jeśli się boję, idzie mi o wiele 

lepiej.

Poczuł nagły przypływ złości na myśl o samotnej i przestraszonej Kate. Nie potrafił 

zapanować nad  tym  silnym  uczuciem.  Nigdy  wcześniej  nie  czuł  się  podobnie.  Musiał 
wziąć głęboki oddech i zmusić się do rozluźnienia mięśni.

- To musieli być jacyś słabeusze. Ja nie pozwoliłbym zbyć się tak łatwo, nawet jeśli 

bym ci uwierzył.

Otworzyła szeroko oczy.
- Naprawdę?
Złapał ją za ramiona i na nowo utulił.
- Nigdy. Nigdy, jeśli chodzi o tak wspaniałą kobietę, jak ty. - Pocałował ją delikatnie 

w czubek  nosa.  -  Najpierw  wysłałbym  cię  do  dobrego  lekarza  na  leczenie.  Potem  zaś 
porwałbym  cię  i pokazał,  jak  wiele  jest  sposobów,  by  sprawić  sobie  przyjemność  i  nie 
narazić się na żadne niebezpieczeństwo.

- Jakich sposobów? - Jej oczy pojaśniały z ciekawości.
- Pokażę ci później. Tracą urok, gdy się o nich mówi.
-  Nie  wyobrażam  sobie  nic  lepszego  od  tego,  co  przed  chwilą  przeżyliśmy.  -

Podniosła głowę i spojrzała na niego zamglonym wzrokiem. - To było piękne.

-  Naprawdę,  Kate?  -  Miał  zachrypnięty  głos.  Była  taka  kochana,  jak  mała, 

szczęśliwa dziewczynka. - Cieszę się, że tak się czułaś.

- O tak.  -  Jej  błękitne oczy  były rozmarzone.  - Th dzięki tobie,  Beau. Chciałabym 

dać  ci  coś  równie  wartościowego.  - Otarła  czule  usta  o  pulsującą  na  jego  szyi  żyłę.  -
Chciałabym  dać  ci  rzadkie przyprawy  korzenne,  drogie  kamienie  i  sto  dwadzieścia 
talentów złota.

- Sto dwadzieścia talentów? - spytał Beau zdziwiony.
Przytaknęła.
- To jest podarunek królowej Saby dla Salomona.

background image

58

Uśmiechnął się do niej, zmarszczki w kącikach oczu pogłębiły się.
-  Powinienem  to  wiedzieć.  -  Potrząsnął  ponuro  głową.  - Twój  umysł  przepełniony 

jest  najdziwniejszymi  bzdurami.  - Pocałował  ją  szybko,  by  zetrzeć  z  jej  twarzy  wyraz 
zakłopotania.  - Fascynujące  bzdurki  od  fascynującej  pani.  Ale  jeśli  już  o  tym  mowa, 
moich usług nie można kupić za sto dwadzieścia talentów złota. W niektórych kręgach 
uważa się je za całkowicie bezcenne. Możesz więc zachować swoje podarunki, Kate.

-  Naprawdę?  -  Nagle  w  jej  oczach  pojawiła  się  nieufność  - Domyślam  się,  jaki 

podarunek  byś przyjął.  -  Wyrwała  mu  się  i  stanęła  na  równe  nogi.  - Jako  prawdziwy 
dżentelmen.  -  Ignorując  jego mrukliwy  protest,  wrzuciła  przez  głowę  białą  koszulę. 
Podbiegła  do  drugiej  części  pokoju  i  zaczęła kręcić  umieszczoną  wysoko  na  ścianie 
korbką.  -  Mocowaliśmy  ją  przez  cały  tydzień  z  Juliem,  ale chyba  było  warto.  Jest 
połączona  z  dźwigiem  na  zewnątrz.  Za  sobą  usłyszała  okrzyk  zdumienia.  Spojrzała  w 
górę  na  odsuwający  się  sufit,  odsłaniający  liściaste  gałęzie  i  oświetlone  księżycem 
niebo. - Chciałam leżeć pod gwiazdami. - Spojrzała przez ramię z uśmiechem. - Niestety 
nie mogę tego robić zbyt często. Ptaki upodobały sobie zbytnio moje kwiaty. Pewnego 
dnia  obudziłam  się  i znalazłam  papugę,  która  usiłowała  uwić  sobie  gniazdo  w  moich 
orchideach.  -  Dach  był  już całkowicie  odsunięty.  zabezpieczyła  korbkę  i  wróciła  do 
niego.  -  To  chyba  dziwne,  miała  tyle innych  orchidei  w lesie.  -  Uklękła  przy  nim.  - Nie 
rozumiem, dlaczego musiała ... - Przerwała. - Dlaczego tak dziwnie na mnie patrzysz?

- Naprawdę? - spytał roztargniony. Światło lampki otaczało jej jasne włosy aureolą. 

Podobne błyski miała w oczach. Przyciągnął ją do siebie, tulił i ukołysał w ramionach. -
Nie  wiem  dlaczego. Być  może  nie  jestem  przyzwyczajony  do  kobiet,  które  żyją  w 
domkach na drzewach,  i mają  w  tych domkach dachy, które rozsuwają  się,  by ukazać 
gwiazdy.

- Tracą w takim razie coś niezwykłego - powiedziała z zapałem, przytulając się do 

niego. – Spójrz na nocne niebo. Wydaje się tak bliskie, jakby można było go dotknąć. -
Zaśmiała  się.  –  To  powinno  ci  się  spodobać.  Nocny,  niebieski  aksamit  dla  ciebie. 
Możesz go dotknąć. Czy podoba ci się mój podarunek?

- O, tak, bardzo mi się podoba. - Delikatny i ciepły powiew poruszył gałęziami nad 

nimi.  Otoczył ich  zapach  bogatej  ziemi,  dzikich  kwiatów  i  wilgotnej  trawy.  Niebo  było 
niebieskie  i  aksamitne, a  gwiazdy  tak  samo  jasne  i  piękne,  jak  oczy  Kate.  Pogładził 
jeszcze  raz  jej  loczki,  walcząc  z  niemęską  słabością,  która  ściskała  mu  gardło.  -  Moja 
kochana, jedwabista Kate i niebieskie, aksamitne niebo. Czy mógłbym się temu oprzeć?

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Pierwsze  promienie  świtu  przebłyskiwały  przez  lśniące,  zielone  liście.  Zadrżała  i 

bezwiednie przysunęła się bliżej Beau. "Jest ciepły - pomyślała sennie - ciepły i twardy, 
a  jednak  ...  "Otworzyła  oczy  i  spojrzała  z  bliska  na  jego  twarz.  Zadrżało  jej  serce. 
Wyglądał bezbronnie. Sen zatarł cały jego cynizm i zjadliwy dowcip. Końce długich rzęs 
złociły  się.  Nie  zauważyła wcześniej,  że  jego  ciemne  włosy  miały  takie  same,  złotawe 
pasma. Był taki piękny. Delikatnie dotknęła palcem rzęsy rzucającej  długi cień na jego 
policzek.  Zamrugał  powieką  i  szybko  cofnęła palce.  Nie  chciała  go  budzić.  Kiedy  się 

background image

59

zbudzi, nałoży znów maskę oddzielającą go od świata. Kiedy śpi, może udawać, że do 
niej należy, kiedy się ocknie, wszelkie podobne fantazje pójdą w niepamięć. Ta smutna 
świadomość wyzwoliła ją z uroczego i euforycznego rozmarzenia.

Oczywiście,  że  do  niej  nie  należy.  Noc  rozkoszy  niewiele  znaczy  dla  mężczyzny. 

Powinna  o  tym  pamiętać.  Julio  i  Jeffrey  byli  tego  idealnymi  przykładami,  podobnie  jak 
inni mężczyźni, z którymi miała do czynienia przez wszystkie lata. Nawet jeśli dla niej ta 
noc  była  niezwykła,  nie  powinna spodziewać  się  podobnej  reakcji  ze  strony  Beau. 
Prawie się nie znali, równie czuły i kochający był pewnie dla każdej innej kobiety, która 
dawała mu seksualną rozkosz. Skąd mogła wiedzieć? Skąd mogła wiedzieć, jak się czuł 
i co myślał?

Zaczęła się ostrożnie odsuwać, starając się go nie zbudzić. Poczuła nagle potrzebę 

usprawiedliwienia.  To  ona  była  bezbronna,  nie  on.  Nie  tylko  z  powodu przedmiotu  ich 
umowy,  ale  ze  względu  na  swoją  m  ilość  do  niego.  Ostatniej  nocy,  niezależnie  od
wszelkich  starań,  nie  była  już  w  stanie  obronić  się  przed  tą  myślą.  Kochała  go,  a  to 
uczucie  było  dla niej  jednoznaczne  z  poddaniem  się.  Poddanie  się  Beau  było  bardzo 
niebezpieczne,  ale  teraz  nie  miała  już  wyboru.  Znała  tylko  jeden  rodzaj  miłości.  W 
porównaniu z nią uczucia, jakie żywiła dla Jeffreya i Julia, wydawały się jej bledsze.

Z  największą  uwagą  zsunęła  się  z  materaca  i  wstała.  Wzięła  ze  skrzyni  parę 

ręczników i podniosła białą koszulę z podłogi obok materaca. Potem cichutko wymknęła 
się  przez  drzwi. Pół  godziny  później,  wykąpana  już,  wyciągnęła  się  na  ręczniku  na 
omszonym brzegu i wygrzewała się w porannym słońcu. Mimo :wczesnej pory promienie 
ogrzewały  mocno  jej  nagie  ciało,  nie  miała  jednak  ochoty chować  się  pod  gałęziami 
zwieszającymi się z drzew lub wchodzić do zimnego stawu. Cudowne ciepło spływające 
na całe ciało dawało niemal zmysłową przyjemność. Zawsze kochała słońce. Jak można 
żyć w chłodnym klimacie, gdzie mróz i śnieg stanowią regułę?

Lód. Beau spędził dwa lata na lodzie zgodnie ze swym powołaniem. A przecież był 

stworzony  dla słońca.  Złote oczy,  złote włosy i  lekki,  złoty czar.  "Może  nie taki  lekki"  -
pomyślała  sennie. Chwilami  był  skomplikowany  i  szorstki,  zadziwiał  ją  i  wprawiał  w 
osłupienie.  W  sumie  takie  chwile  zdarzały  się  dość  często  w  czasie  ich  znajomości. 
Trudno  jej  było  teraz  o  tym  myśleć, kiedy  wciąż  pamiętała  czułą  i  dziką  namiętność. 
Pamiętała złoto ...

Zwinne dłonie, które teraz rozdzieliły jej uda, były silne, delikatne i znajome. Beau. 

Uśmiechnęła się błogo, nie otwierając oczu. To wymagało zbyt wielu wysiłku, a przecież 
tak przyjemnie było tu leżeć, pozwalając, by ,pełne energii słońce spływało na nią i Bea 
u  docierał  do  niej  jednym,  łagodnym  pchnięciem.  Kiedy  się  połączyli,  uspokoił  się  i 
wyglądał na zadowolonego. Pieścił delikatnie jej loki, po czym leniwie gładził jej ramiona, 
piersi  oraz  delikatną skórę  na brzuchu. Grzało ją  gorące słońce,  on głaskał  ją  i  pieścił 
delikatnie,  a  jego  namiętna  i  czuła  męskość  łączyła się  z  nią.  Nigdy  nie myślała,  że 
dwoje  ludzi  może  być  tak  blisko  siebie.  Otworzyła  oczy,  by  mu  o  tym  powiedzieć.
Zobaczyła  nad  sobą  jego  poważną,  napiętą  twarz  i  piękne,  zmysłowe  usta.  Powoli  i 
leniwie zaczął się w niej poruszać.

- Beau.
-  Szsz  -  rzekł  chrapliwie.  -  Nic  nie  mów.  Wyglądasz  w  słońcu  jak  ofiara  złożona 

bogu  Ra.  Nie  potrafiłem  oprzeć  się  pokusie  i  nie  wejść  w  ciebie,  przyjmując  za  niego 

background image

60

ofiarę. Odpręż się i pozwól mi na wszystko. Mamy nieskończenie wiele czasu. Kocham 
Czuć wokół siebie twoje ciepło.

Dłońmi  przebiegł  po jej  ciele,  delikatnie  ją  dotykając,  pieszcząc  i  znów  dotykając. 

Nie był zachłanny, po prostu dotykał jej przez chwilę, po czym puszczał; tak jak gładzi 
się piórka ptaka, zanim odleci. Poruszał się wciąż w tym samym, łagodnym i zaborczym 
rytmie. Znów zamknęła oczy.

- Dobrze, Kate. - Szept Beau był aksamitnie łagodny. - Powiedziałem ci, że chcę na 

ciebie spłynąć jak złoty deszcz. Pozwól się ogrzać i wypełnić. - Palcami dotarł między jej 
uda,  zręcznie poszukując  i  pieszcząc  ją.  Nagle  głęboko  zaczerpnęła  powietrza  i 
otworzyła szeroko oczy.

- Lubisz to? - Beau uśmiechnął się do niej leniwie. - Tak myślałem. Kocham twoje 

westchnienia i twoje spojrzenia małej dziewczynki, która właśnie dostała piękny prezent. 
- Posunął  się gwałtownym pchnięciem  do przodu,  dotykając  jej  i  drażniąc.  Opuściła  ją 
wszelka senność.

- Przykro mi cię rozczarować, Beau, ale ty mnie nie rozgrzewasz. - Straciła oddech. 

- Palisz mnie.

-  Podejmujesz  takie  ryzyko,  leżąc  nago  w  słońcu  -  powiedział  niskim  głosem, 

wsuwając  ręce  pod jej  pośladki  i  wgłębiając  się  jeszcze  mocniej  w  coraz  bardziej 
wilgotne gorąco. - Postaram się, żeby to oparzenie było jak najbardziej przyjemne.

Dotrzymał słowa. Rzeczywiście palił ją, przeszywając ogniem, którego zagaszenie

spowodowałoby  agonię.  Czuła  się  nierealnie,  leżąc  na  małej,  słonecznej  polance,  w 
otoczeniu ciemnej  i  bujnej  zieleni.  Byli  spowici  w  światło,  które  odsłaniało  wszystko, 
kryjąc ich jednocześnie we mgle jak ze snów.

Gorączka  na  zewnątrz,  gorączka  wewnątrz.  Cisza,  jeśli  nie  liczyć  nierównego 

oddechu Beau i jej westchnień satysfakcji i rozkoszy. zapach mydła i piżma, ziemia pod 
nimi.  Gorączka na  zewnątrz, pożar  wewnątrz.  Złote  oczy  Beau  zwęziły  się  nad  nią  ze 
skupieniem.  Poruszał  biodrami  z  łagodnością,  lecz  jednocześnie  z  wybuchową  siłą. 
Strzępy  nieba  widoczne  przez  drzewa  –  nieba już  nie  aksamitnego,  lecz  szafirowego. 
Pożar  na  zewnątrz,  pożar  wewnątrz.  Wznoszące  się  dłonie Beau.  Jej  własny  krzyk, 
prawie szloch. zagłębienie się, siła, pożar. O, słodkie nieba, cudowny, gwałtowny pożar! 
Na zewnątrz, wewnątrz, ogień - pożar!

Beau opadł na nią. Jego klatka piersiowa unosiła się szybko, jakby spragniony był 

tlenu.  Trzymał ją  wciąż  za  biodra  i  przyciągał  do  siebie,  nie  chcąc  zrezygnować  ze 
zdobyczy namiętności. Przyciskała  go do siebie  z taką  samą  desperacją.  Jeszcze nie. 
Niech to trwa. Piękno zawsze tak szybko umyka. Choć tym razem niech trwa.

-  Jestem  dla  ciebie  za  ciężki.  -  Uniósł  się  i  zsunął  z  niej,  powoli  uspokajając 

oddech. - Boże, przepraszam Kate, prawie cię zgniotłem.

- Nie zauważyłam - odpowiedziała beztrosko Kate. Podsunęła się bliżej, wplatając 

palce w kępkę sprężystych włosów na jego piersi. Rzęsy skromnie skryły czający się w 
jej oczach żart. – Byłam wtedy zbyt zajęta.

Zaśmiał się.

background image

61

- Mam nadzieję, że niczym konstruktywnym.
Nagle  uśmiech  znikł  z jego  twarzy.  To  nie  przemyślana  uwaga  była  niestety  zbyt 

prawdopodobna. Pozwalał sobie na żarty jak z każdą inną kobietą. To nie był byle kto, to 
była  Kate.  Trzeba  było  o nią  dbać  i  troszczyć  się.  Pomyślał  ponuro,  że  ostatnio  nie 
wywiązał się skutecznie z tego zadania.

Wstał, po czym zsunął się z brzegu do lodowatej wody.
-  Mam  ochotę  na  zimną  kąpiel-  rzekł  lapidarnie.  -  Szkoda,  że  nie  wziąłem  jej 

przedtem. – Popłynął szybkimi ruchami do środka stawu.

Kate usiadła, patrząc za nim ze zdumieniem. Beau był ewidentnie zmartwiony, ale 

przejście od śmiechu do smutku nastąpiło tak szybko, że trudno go było zrozumieć. Co 
go  tak  poruszyło?  Potem poczuła  lodowaty  dreszcz,  gorszy  od  tego,  którego  doznał 
Beau, wskakując do wody. Ciąża. Beau przestraszył się, że zaszła w ciążę, i że to zmusi 
go do odpowiedzialności. Było to jedyne wytłumaczenie tego nagłego chłodu i ucieczki.

Weszła  do  wody,  nie  czując  prawie  jej  chłodu na  rozgrzanym  przez  słońce  ciele. 

Nie myślała wcześniej o konsekwencjach miłosnej nocy, ale i tak nie zasmuciłoby to ją 
zbytnio.  Nieślubne pochodzenie  nie  musi  koniecznie  oznaczać  braku  miłości,  jakiego 
ona  zaznała.  Jeśli  zaszłaby  w ciążę,  jej  dziecko  wychowane  zostałoby  w  atmosferze 
miłości. Nie wolno więc jej przejmować się reakcją Beau na myśl  o ewentualnej ciąży. 
Nie znał jej na tyle, by wiedzieć, że nie spodziewałaby się wtedy od niego wsparcia ani 
pomocy. Mimo to czuła pewien chłód i nie chciała stanąć oko w oko z Beau, pamiętając
jego szorstkie zachowanie. .

Wyszła na brzeg, osuszyła się szybko i włożyła koszulę. Nie oglądając się poszła 

szybko  ścieżką  w  stronę  domu. Miała  już  na  sobie  dżinsy  i  zapinała  właśnie  miękką, 
białą,  bawełnianą  koszulkę,  kiedy  w  drzwiach pojawił  się  Beau.  Wcisnął  na  siebie 
krótkie, jeszcze wilgotne dżinsy. Twarz miał zachmurzoną, zamknął drzwi.

-  Czemu,  do  diabła,  nie  powiedziałaś,  że  idziesz?  Odwróciłem  się na chwilę  i  już 

cię nie było.

-  Nie  miałam  powodu,  by  zostać  -  powiedziała  cicho,  podwijając  do  łokci  długie 

rękawy koszuli. - Chciałam się ubrać i nie było potrzeby, by cię niepokoić. - Przeczesała 
palcami mokre włosy. – Nie będzie mnie  przez krótką chwilę. Tu i  tak nie mam  nic do 
roboty. Jeśli chcesz, weź sobie jakąś książkę ze skrzyni. Gdybyś był głodny, znajdziesz 
tam szynkę w puszce i trochę soku pomarańczowego.

-  Nie  będzie  cię  -  powtórzył  bezmyślnie,  ściemniały  mu  oczy.  -  Można  wiedzieć, 

dokąd się wybierasz beze mnie?

-  Muszę  sprawdzić  samolot.  Nie  ma  sensu,  żebyśmy  szli  razem.  Przesieka  jest 

niedaleko stąd. Wrócę za godzinę.

Zimna logika jej wywodów nie zbiła go z tropu.
-  Wrócimy  za  godzinę  -  powiedział  srogo.  -  Chyba  ci  jasno  wyjaśniłem,  że 

stanowimy teraz drużynę.

Starała się nie patrzeć mu w oczy. Wsunęła stopy w tenisówki i pochyliła się, by je 

zawiązać.

background image

62

- Między nami nic nie jest dokładnie wyjaśnione. Nie powinieneś czuć się za mnie

odpowiedzialny. - Wstała i spojrzała mu pewnie w oczy. - Potrafię sama o siebie zadbać.
Robiłam to przez wiele lat i nie widzę powodu, by teraz cokolwiek zmieniać. - Na chwilę
przerwała.  -  żadnego  powodu.  - Otworzyła  szeroko  zdziwione  oczy,  słysząc  jak  rzucił
przekleństwo. O co .mu teraz chodziło? Myślała, że ulży mu świadomość, że nie będzie 
mu stwarzała  problemu.  Być  może  ciągle  jej  nie  rozumiał.  -  zawarliśmy  umowę, 
niezależnie od okoliczności uznaję wszystko jako jej część.

-  Na  Boga,  przestań!  -  przerwał  jej.  -  Ta  idiotyczna  umowa  nie  ma  z  nami  nic 

wspólnego. Już nie. Za kogo mnie bierzesz? Kobieta, z którą zawarłem tę umowę, nigdy 
tak  naprawdę  nie  istniała. Jesteś  ofiarą  swego  życia  i  jeśli  myślisz,  że  będę  to 
kontynuować, to chyba postradałaś zmysły. - Przesunął palcami po włosach, rozjaśniony 
słońcem  lok  opadł  mu  na  czoło.  -  Uważasz,  że  jeśli zaszłabyś  ze  mną  w  ciążę, 
powinienem  po  prostu  odwrócić  się  na  pięcie,  odejść  i  zapomnieć  o tobie.  Mała 
męczennica. Szkoda, że w tej dżungli nie ma paru lwów, rzuciłbym cię na pożarcie.

- Nie masz się co denerwować. Chciałam po prostu, żebyś wiedział, jak się czuję.
-  Wiem,  do  cholery,  jak  się  czujesz.  Jesteś  przyzwyczajona  do  zajmowania 

ostatnich  pozycji  i pozwalania  każdemu,  by  narzucał  ci  swoją  wolę.  Po  mnie 
spodziewasz  się  tego  samego.  –  zacisnął usta.  -  Niestety,  nie  zaspokoję  twoich 
masochistycznych  potrzeb.  zaopiekuję  się  tobą,  czy  tego chcesz,  czy  nie.  -  Wziął 
głęboki  oddech.  -  Być  może  jest  już  za  późno,  by  zapobiec  ciąży,  ale  od  tej chwili 
choćbym miał zdechnąć, nie pozwolę sobie cię dotknąć.

Poczuła dotkliwy ból, aż zrobiło się jej słabo.
- To nie jest konieczne - powiedziała otumaniona. - zawarliśmy ...
- Pieprzę tę umowę - odparł szorstko. - Czy ty mnie wreszcie posłuchasz? Nie ma 

żadnej umowy, a ta noc i dzisiejszy poranek w ogóle nie istniały. Kiedy wydostanę cię z 
tej  wyspy,  wyślę  cię  do Stanów  i  urządzę  w  Connecticut  u  moich  przyjaciół.  Dany  i 
Anthony  zajmą  się  tobą.  –  Zmarszczył w  zamyśleniu  czoło.  -  Znajdę  ci  domowego 
nauczyciela,  który  przygotuje  cię  do  egzaminu  na uczelnię.  Potem  wybierzemy  ci 
colIege niedaleko domu, żebyś mogła wracać na weekendy. Spodoba ci się w Briarcliff. 
Dany dobrze cię przyjmie.

- Dany? - spytała Kate ze zdziwieniem.
- Dany Malik, moja stara przyjaciółka. Trenowałem ją przez sześć lat, nim zdobyła 

złoty medal w łyżwiarstwie figurowym na olimpiadzie w Calgary dwa lata temu.

-To  ona  była  w  więzieniu  -  powiedziała  Kate  z  wolna,  czując  ukłucie  zazdrości.  -

Musiałeś się bardzo o nią troszczyć.

- Ona i Anthony są moimi najlepszymi przyjaciółmi - odparł po prostu. - zajmą się 

tobą doskonale. Dany i Anthony są w trasie z rewią na lodzie tylko przez parę miesięcy 
w  roku,  resztę  czasu spędzając  w  Briarcliff.  Takiego  statecznego  życia  właśnie  ci 
,trzeba.

- Poczekaj chwilkę - przytrzymała go za rękę. - Nie bardzo to wszystko rozumiem. 

Gdzie jest w tym wszystkim miejsce dla ciebie?

background image

63

-  Będę  niedaleko  -  powiedział  wymijająco.  -  Przynajmniej  do  czasu,  gdy 

zorientujemy się, czy ...

-  Nie  jestem  w  ciąży  -  dopowiedziała  zgryźliwie.  -  Jak  to  miło  z  twojej  strony.  -

Skrzyżowała ręce na piersi, by opanować drżenie. - Chyba powinnam ci być wdzięczna 
za hojność. Mam nadzieję, że mi wybaczysz, jeśli tego nie uczynię. Nie potrzebuję ani 
twojej  uprzejmości,  ani  hojności.  Niczego od  ciebie  nie  potrzebuję.  -  Przeszła  przez 
pokój i chciała podejść do drzwi. - Teraz, kiedy się już rozumiemy, chciałabym ...

Złapał ją za ramiona i silnie potrząsnął.
- Nie rozumiemy się i nie opuścisz tego pokoju, zanim tak się nie stanie. Zbyt wiele 

razy obserwowałem takie szalone związki i nie pozwolę, by to samo nam się przytrafiło. 
- Patrzył na nią błyszczącymi oczyma. - Nie będę siedział w Briarcliff, kiedy cię już tam 
umieszczę. Czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo cię pragnę? Chcę cię dotykać, pieścić 
i posiadać - niekoniecznie w tej kolejności, jak udowodniłem nad stawem. Powiedziałem 
ci, że nie jestem młodym chłopcem, ale zachowuję się wręcz przeciwnie. Jak długo bym 
wytrzymał,  nie  zaprowadzając  cię  co  tydzień do  najbliższego  motelu,  jeśli  byłabyś  w 
moim  zasięgu?  -  Przyciągnął  ją  bliżej  do  siebie,  tak  by poczuła  wyraźnie  jego 
podniecenie. - Do diabła, spójrz na mnie! Właśnie ci powiedziałem, że cię nie dotknę, a 
wystarczy,  byś  skinęła  głową,  a  ja  rzucę  cię  na  materac  i  powrócimy  do  tego,  co
przerwaliśmy  trzy  kwadranse  temu.  za  bardzo  cię  pragnę,  by  udawać  platonicznego 
przyjaciela i to nie fair z twojej strony, kiedy ty się tak zachowujesz.

-  Nie?  To  chyba  o  wiele  bardziej  uczciwe  niż  układy,  jakie  mi  proponujesz  -

odparła, patrząc mu prosto w oczy. - To jedyny układ, na jaki .się zgodzę. Nie chcę być 
dzieckiem,  które  z  twojej  łaski skubie  okruchy  ze  stołu.  Dawałabym  ci  to,  czego 
oczekujesz  za  swoje  pieniądze.  -  Uśmiechnęła  się gorzko.  -  To  inna  umowa,  nie  tak 
różna od poprzedniej, z tym że sprawdziłeś już próbkę towaru.

Zacisnął ręce na jej ramionach.
-  Czy  wreszcie się  zamkniesz? -warknął  przez  zaciśnięte  zęby.  -  Mówisz  o sobie 

jak  o  prostytutce. Nie  chcę  cię  jako  kochanki  na  weekend,  jesteś  zbyt  niezależna,  by 
przyjąć jakąkolwiek inną formę pomocy.

- I masz rację - odparła jasno. -Tylko dlatego, że tak zdecydowałam. Ja dysponuję 

moim  życiem,  a nie  ty.  -  Wyrwała  mu  się.  -  zaplanowałeś  wszystko  do  ostatniego 
szczegółu.  College,  twój ustatkowany  styl  życia,  twoi  bardzo  pomocni  przyjaciele.  Nie 
wpadło  ci  do  głowy,  by  spytać  mnie  o  zdanie?  BARDZO  chciałabym  pójść  do  szkoły. 
Uczenie  się  nowych  rzeczy  jest  pasjonujące,    czułabym  się  jak  w  niebie  w  otoczeniu 
wspaniałych  książek.  -  Uniosła  dumnie  podbródek.  Ale nie  jestem  taką  ignorantką,  za 
jaką  mnie  uważasz.  Być  może  nie  mam  formalnego  wykształcenia,  ale  pracowałam  i 
uczyłam się równie dużo.

- Wiem o tym- rzekł gburowato. O Boże, teraz ją zranił. Dlaczego słowa nie brzmią 

tak, jak powinny? - Jesteś z pewnością lepiej zorientowana niż większość absolwentów 
uniwersytetów,  których  znam.  Ale  to  nie  wszystko,  jeśli  chodzi  o wykształcenie.  Są 
tańce, zawody baseballowe, wykłady i ...

Zamilkł  bezsilnie.  Jak  mógł  ją  przekonać,  gdy  sam  nigdy  tym  wszystkim  się  nie 

zajmował? A może jej by się to spodobało? Miała w każdym razie prawo poznać życie 

background image

64

wśród  ludzi.  Umożliwienie  jej tego  było  jego  obowiązkiem.  Obowiązek.  Nie  myślał  o 
obowiązku i odpowiedzialności, od kiedy zostawił Dany i Anthony'ego dwa lata temu. O 
dziwo,  nie  było  to  tak  nieprzyjemne,  jak  się spodziewał.  Nie  w  przypadku,  jeśli 
obowiązek oznaczał Kate. Z czasem być może to polubi.

Patrzyła  na  niego  nie  rozumiejąc.  Tańce;  mecze  baseballowe?  Zupełnie  jakby 

mówił  w  obcym języku.  Co  te  rzeczy  miały  z  nią  wspólnego?  Nie  była  dzieckiem,  by 
proponować  jej  podobne rozrywki.  Oczywiście  Beau  myślał  o  niej  w  tych  kategoriach. 
Miała  rację,  traktował  ją  jak  dziecko,  nad  którym  trzeba  się  litować.  Część  jego  uczuć 
stanowiło  być  może  pożądanie,  ale  ich  podstawą była  litość.  Poczuła  urazę  nie 
pozbawioną bólu. Wszystko byłoby łatwiej znieść od tego.

-  Nie,  dziękuję  ci  -  odparła  otępiała,  układnym  głosem  grzecznej  dziewczynki.  -

Jestem pewna, że nie odpowiadałby mi taki styl życia.

- Skąd wiesz, skoro tego nie spróbowałaś? - spytał szorstko. - Czeka na ciebie cały 

świat nowych doświadczeń. Jesteś jak pusta karta, na której nikt nic nie napisał.

- Przykro mi cię rozczarować, ale na tej karcie już pisano. Nie żyłam w klasztorze, 

jeśli chciałbyś wiedzieć. W niektórych dziedzinach mogę być ograniczona, ale w innych 
dorównuję ci doświadczeniem. - Otworzyła drzwi i spojrzała na niego przez ramię. Oczy 
miała pełne łez. - Nic nie wyjdzie z tej umowy. Będziesz musiał poszukać kogoś innego, 
nad kim roztoczysz patronat. - Zeszła zwinnie po drabinie.

Usłyszała  krzyk  dochodzący  z  platformy,  ale  nie  zatrzymała  się  na  jego  wołanie: 

"Kate!" Miała  na  pewien  czas,  a  może  na  zawsze,  dość  walki.  Nie  wolno  jej  było 
rozpłakać się przy nim. To tylko utwierdziłoby go w przekonaniu, że jej egzystencja była 
nieustannym  oczekiwaniem  na wyzwolenie  z  przestępczego  życia.  Nie  była  ani  ofiarą, 
ani nie będzie przedmiotem litości, do diabła!

Ruszył za nią po drabinie, ale była już na dole. zanim dotarł do ostatniego stopnia, 

znikła w gąszczu.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Cessna  była  bezpieczna.  Tak  naprawdę  Kate  nie  spodziewała  się,  że  ludzie 

Desparda  odnajdą samolot.  Schowany  na  skraju  polany  pod  zielono-beżowym 
maskującym brezentem wtapiał się idealnie w krajobraz, gdy obserwowano teren z lotu 
ptaka. Mógł go odkryć jedynie naziemny patrol, a ludzie Desparda nie byli przygotowani 
do  tego  rodzaju  akcji.  Mimo  to  świadomość,  że  stoi bezpiecznie,  przyniosła  ulgę. 
Sprawdziła opony, by upewnić się, czy nie uszło z nich powietrze, i właśnie prostowała 
brezent na skrzydłach, kiedy usłyszała za sobą radosny głos.

-  Wpadliśmy  na  ten  sam  pomysł.  Jest  gotowy  do  drogi?  Odwróciła  się  w  jego 

stronę.

- Julio! Co ty tu robisz? Nie spodziewałam się ciebie przed wieczorem.
Wzruszył ramionami.

background image

65

-  Consuelo  chciała  pójść  do  miasta  wczoraj  wieczorem  zamiast  dziś  rano,  żeby 

zasmakować  uroków grzesznej metropolii.  - Mrugnął ciemnymi  oczyma.  - Starałem się 
ją  przekonać,  że wystarczą jej  uroki  mojego  wspaniałego ciała,  ale chciała  obu rzeczy 
naraz. Bardzo zachłanna seniora. - Podszedł, by pomóc wyrównać brezent. - Zostaliśmy 
więc w hotelu przy porcie, przeszedłem się po kilku barach i nastawiłem ucha. żeby się 
tu dostać, pożyczyłem motocykl jej brata, a przedtem zostawiłem Consuelo w domu.

- I?
- "Searcher" został zarekwirowany. Przycumowano go w przystani, ma dwóch ludzi 

do ochrony.

- A załoga?
- Seifert i załoga trzymani są w areszcie domowym w gospodzie "Black Dragon". -

Skrzywił  się. - Słyszałem,  że  to  bardzo  łagodne  więzienie.  Władze  nie  ryzykują 
nieporozumień  z  korporacją Lantry'ego,  nawet  po  to,  by  przypodobać  się  Despardnwi. 
Dano im najlepszy jamajski rum i najbardziej utalentowane dziewczęta od Alvareza, by 
im  ogrzały  łóżko.  Władze  starają  się oczywiście  uprzyjemnić  im  pobyt  w  Castellano. 
Problem w tym, że ta gościna może potrwać długo.

- Dlaczego?
- Despard szaleje jak wściekły byk. Wszyscy w Maribie słyszeli, że zniszczyłaś mu 

kokainę.  - Pokiwał  głową.  -  Despard  nie  lubi  tracić  pieniędzy,  a  jeszcze  bardziej  nie 
znosi,  gdy  się  z  niego  naśmiewają.  Trochę  wysiłku,  by  potrzymać  przez  pewien  czas 
Seiferta w niepewności, pomoże mu ocalić twarz.

Kate przygryzła wargę.
- Jak długo?
Julio znów wzruszył ramionami.
- Kto to wie? - Położył jej dłoń na ramieniu  w geście pocieszenia.  - Nie rób takiej 

zmartwionej miny. Mówiłem ci, dają im wszystko, czego zapragną.

- Wszystko poza wolnością - powiedziała poważnie Kate.
Dla Daniela mogło to być ważniejsze niż udogodnienia proponowane przez władze.

Po przeżyciach  w  Sedikhanie  nawet  najmniejsze  ograniczenie  mogło  decydująco 
zaważyć na jego nerwach. - To nie jest w porządku, żeby cierpieli za to, że chcieli nas 
uratować.

Julio stał się mniej swobodny.
- Nie torturują ich wymyślnymi przyrządami, Kate - powiedział. - Niewiele możemy 

zrobić. W holu przy ich pokojach jest dwóch uzbrojonych strażników.

-  Jesteś  nieźle  poinformowany  -  powiedziała  z  uśmiechem  Kate.  -  Wszystko  to 

podsłuchałeś w barze?

- Zależało mi na dokładności - odparł Julio. - Wiedziałem, że muszę mieć arsenał 

informacji,  żeby cię przekonać,  jakim  szaleństwem byłoby podejmowanie jakichkolwiek 
kroków.

background image

66

- Dwóch ludzi w korytarzu? - spytała Kate, marszcząc czoło.
Julio przytaknął.
- Nawet jeśli uda ci się wydostać załogę z gospody, nie ma żadnego sposobu na 

to, by doprowadzić ich .tutaj do samolotu i nie zostać złapanym.

-  Nie,  nie  udałoby  się  nam  doprowadzić  ich  do  samolotu  -  zgodziła  się  w 

zamyśleniu. – Będziemy musieli zabrać ich na statek.

Zamknął oczy.
- Madre de Dios

2

, czemu się nie domyśliłem, że na to wpadniesz? - Otworzył usta i 

pokiwał  głową -  Kate,  nie  możesz  po  prostu  odbić  statku  i  wypłynąć  z  portu,  nie 
spodziewając  się  spotkania  z władzami.  Nigdy  nie  udałoby  ci  się  wypłynąć  z  wód 
terytorialnych  Castellano,  oskarżyliby  cię  o  piractwo  i  wszystko,  co  by  im  wpadło  do 
głowy.

- Jeśli mnie nawet złapią, to nic już nie pogorszy mojej sytuacji - odparła poważnie 

.. Słyszałeś, jak tu traktują więźniarki.

-  Właśnie  dlatego  nie  powinnaś  ryzykować  utraty  wolności.  Kate,  dlaczego  nie 

wyślemy Lantry'ego do Santa Isabella i nie pozwolimy mu użyć wszelkich wpływów, by 
uwolnił Seiferta i jego ludzi?

Pokiwała przecząco głową.
- To by za długo trwało. Nie wolno mi zostawić ich na Maribie, jeśli istnieje szansa, 

by ich stąd wydostać. Jestem teraz za nich odpowiedzialna.

- Nie możesz brać na siebie problemów całego świata, Kate. - Ciemne oczy Julia 

były łagodne. - Musisz  dokonywać wyboru. Jeśli zajmiemy się Seifertem i jego ludźmi, 
będziemy  musieli  zapomnieć  o  cessnie.  Czy  uratowanie  Seiferta  z  załogą  jest 
ważniejsze, niż ułatwienie Jeffreyowi wejścia w nowe życie?

-  Nie,  oczywiście,  że  nie  -  odparła  szybko  Kate.  -  Musimy  po  prostu  znaleźć 

sposób, by załatwić obie sprawy.

Patrzył na nią ze zmęczeniem i rezygnacją.
-  Jest  coś  prostszego?  -  spytał  zjadliwie.  -  Jak  się  znudzisz,  znajdziemy  ci  inny 

skład kokainy do spalenia, prawda?

Zmarszczyła niecierpliwie czoło i spojrzała na niego.
- Nie żartuj, Julio, to bardzo poważna sprawa.
- O tym właśnie chcę cię przekonać - powiedział. - Zbyt poważna i niebezpieczna, 

byśmy się jej podejmowali.

Oblizała nerwowo usta, wiedząc, że to nie spodoba się Juliowi.
- Myślałam o tym, żebyśmy się podzielili. - Podniosła rękę, by powstrzymać protest; 

którego  była  pewna  ze  strony  Julia.-  To  jedyny  rozsądny  krok,  jaki  możemy  poczynić.
                                                 

2

Madre de Dios (hiszp.) - Matko Boska. [przyp. red.]

background image

67

Pójdę  do  Mariby  i zastanowię  się,  jak  wydostać  kapitana  i  załogę  z  Castellano,  ty 
możesz zawieźć Beau do Santa Isabella i dostarczyć Jeffreyowi samolot.

- Nie - odparł stanowczo Julio. - Nie puszczę cię samej do Mariby.
-  Musisz  jechać  -  starała  się  go  przekonać  Kate  -  To  nie  będzie  takie 

niebezpieczne.- Nie zwróciła uwagi na jego niedowierzające parsknięcie i szybko mówiła 
dalej. - Pójdę do Consuelo i poproszę, żeby pożyczyła mi motocykl brata. - Przygryzła w 
zamyśleniu wargę. - W luźnej kurtce i hełmie z daszkiem będę nie do rozpoznania.

- A strażnicy? - spytał Julio. - Pstrykniesz po prostu palcami i sprawisz, że znikną?
-  Jeszcze  nie  wiem.  Muszę  o  tym  pomyśleć.  W  każdym  razie,  kiedy  uwolnię 

kapitana  Seiferta, on pomoże  mi  odbić  statek  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Myślę,  że 
byłby  bardzo  dobrym  piratem.  Już go  widzę  z  opaską  na  oku  i  wyszczerbionym 
sztyletem w zębach.

- Jeśli zajdziesz tak daleko - rzekł Julio. - Z pewnością nie uda ci się. Nie mogę ci 

na to pozwolić, Kate.

Zachmurzyła się.
-  Nie  masz  wyboru,  Julio  -  odparła  spokojnie.  -  Będzie  dokładnie  tak,  jak 

powiedziałam. To jedyny sposób, by pomóc załodze i Jeffreyowi.

- Nie - rzekł stanowczo Julio.
-  Tak  -  powiedziała  z  podobnym  uporem  Kate.  -  Jeśli  nie  chcesz  tego  zrobić  dla 

innych  powodów,  traktuj  to  jako  spłatę  długów.  -  Przerwała  celowo  na  chwilę.  -
Salwador, Julio. - Kate, nie rób tego - powiedział tonem niemal błagalnym. - Nie zmuszaj 
mnie, by ci na to pozwolił.

Bitwa  była  wygrana.  Miał  to  wypisane  na  twarzy.  Żałowała  tylko,  że  nie  zdołała 

przekonać go w inny sposób. Uśmiechnęła się z wysiłkiem.

- Nie przejmuj się, wszystko się uda.
- Naprawdę? Chciałbym być tak pewien. Masz to zamiar zrobić dziś wieczorem?
Przytaknęła.
- Nie ma sensu czekać. Być może uda mi się ich zaskoczyć. 
Zniecierpliwiony zaklął dosadnie po hiszpańsku.
- Mówisz, jakbyś dysponowała eskadrą komandosów, a nie była samotną kobietą. 

To szaleństwo. Jestem szalony, że ci na to pozwalam.

-  Pozwalasz?  -  rzekła  ostro.  -  Myślałam,  że  wybiłam  ci  z  głowy  tego  rodzaju 

arogancję.  –  Wciąż miał  zachmurzone  czoło,  poczuła  teraz  wyrzuty  sumienia.  Jej 
staremu  przyjacielowi  trudno  było się  z  takim  faktem  pogodzić,  podobnie jak  jej  samej 
byłoby niełatwo w identycznej sytuacji. - Posłuchaj, jeśli ci to pomoże, możesz poczekać 
do  wieczora,  zanim  polecisz  z  Beau  na  Santa Isabella.  Kiedy  będziemy  na  pokładzie 
"Searchera" przekażę ci przez radio, że jesteśmy bezpieczni.

- Bezpieczni? Masz na myśli, zanim Guardia Costa ...

background image

68

- Być może to się nie zdarzy .. Przerwała mu. - Dobrze. Gdzie zostawiłeś motocykl 

Manuela?

-  Na  skraju  lasu,  niecały  kilometr  od  drogi,  która  prowadzi  do  wioski  Consuelo  –

odpowiedział niechętnie Julio. - Poproś Consuelo o wszystko, w czym ci może pomóc. 
Zawsze cię lubiła.

- O to, co jej nie narazi na niebezpieczeństwo - zgodziła się Kate. Zawahała się. -

Poczekaj tu lepiej do zachodu słońca, potem wróć do domku po Beau i zaprowadź go do 
samolotu. – Wzruszyła niepewnie ramionami. - Może sprawiać trochę kłopotu.

- Bo jest człowiekiem o zdrowych zmysłach - odparł złośliwie Julio. - Nie udałoby ci 

się zmusić go szantażem do tego szaleństwa. Nie zaciągnął u ciebie żadnych długów, 
na które mogłabyś się powołać.

Nie,  to  ona  ciągle  miała  wobec  niego  dług.  Dług,  którego  nie  pozwoliłby  jej  teraz 

spłacić. "Miał większą ochotę, by mnie adoptować, niż żyć jak z kochanką" - pomyślała 
gorzko.  Kto  by  się spodziewał,  że  cyniczny  Beau  Lantry,  którego  spotkała  w  barze 
Alvareza,  właśnie  tak  się  zachowa?  Jeśli  mogłaby.  uwolnić  jego  załogę  i  oddać  mu 
statek,  byłaby  to  niewielka  rekompensata  wobec długu,  który  miała  spłacić  przed 
zniknięciem z jego życia.

- Poczekaj do zachodu słońca - powtórzyła. - Do tego czasu zrozumie, że jest za 

późno, by mnie powstrzymać. Powiedz mu, że spotkam się z nim na Santa Isabella.

Julio spojrzał na nią, mrużąc oczy.
- A spotkasz się?
-  A  gdzie  indziej?  -  spytała  wymijająco.  Wszędzie,  gdzie  mogłaby  uciec  przed 

litością i hojnością Beau. Kochała go tak, że mogła się z nim spotkać jedynie na równym 
poziomie.

- Kate ... Odwróciła się.
- Muszę iść. -Spontanicznie wróciła do niego, stanęła na palcach i musnęła ustami 

jego policzek. - Uważaj, Julio.

-  Ja  mam  uważać?  -  burknął.  Wziął  ją  za  rękę  i  ruszył  równo  za  nią.  -  Nie 

pozbędziesz  się  mnie  tak  szybko.  Odprowadzę  cię  do  motocykla.  Zostawiłem  pod 
siedzeniem  ciuchy, które  pożyczyłem dla Beau  od Manuela.  -  Skrzywił  się,  patrząc  na 
niebieską koszulkę z krótkimi rękawami, której nie mógł dopiąć na swej szerokiej piersi. -
Mam nadzieję, że będą na niego lepiej pasować niż na mnie.

-  Miło  mi  będzie  w twoim  towarzystwie  -  powiedziała  z  uroczym  uśmiechem.  Tak 

wiele  razem podróżowali.  Myśl,  że  może  to  być  na  pewien  czas  ich  ostatnia  wspólna 
przechadzka,  sprawiła  jej przykrość.  Zacisnęła  dłoń  na  ręce  Julia.  -  Przy  okazji,  czy 
wyjeżdżając  z  CasteUano  mógłbyś  zabrać ze  sobą  moją  karuzelę  z  pozytywką?  -
Zaśmiała  się  niepewnie.  -  O  inne  rzeczy  się  nie  boję,  ale chciałabym  wiedzieć,  że 
karuzela jest bezpieczna. Nie zapomnisz?

Skinął głową.
- Będę pamiętał. - Odchrząknął. - Oddam ci ją nietkniętą na Santa IsabeIIa.

background image

69

Odwróciła wzrok i przyspieszyła mimowolnie kroku.
- Tak, zrobisz to - rzekła nie frasobliwie. - Na Santa IsabeIIa.
Julio wchodził po drabinie do domku na drzewie. Sylwetka mężczyzny siedzącego 

na  platformie  i oświetlonego  przez  promienie  zachodzącego  słońca  rzucała  długi  cień. 
"Tak  jakby  zmierzchało"  - pomyślał  Julio.  Z  nieruchomej  postaci  Lantry'ego  wyczytać 
można było napięcie. Julio pomyślał, że nie chciałby tego nigdy więcej oglądać.

- Gdzie ona jest? - Zabrzmiał ostry i szorstki głos Lantry'ego, kiedy Julio pojawił się 

na platformie.  Kiedy  podszedł  bliżej,  dostrzegł,  że  Lantry  miał  równie  napięty  i  ostry 
wyraz twarzy.

- Jest bezpieczna - odparł krótko Julio. Madre de Dios, miał nadzieję, że to prawda. 

Rzucił stertę ubrań u stóp Lan¬try'ego.

- Pożyczyłem ci ciuchy na zmianę. - Spojrzał na nagi tors mężczyzny, który przed 

nim siedział. - Może nie będą pasować doskonale, ale przynajmniej moskity nie zjedzą 
cię żywcem.

- Gdzie ona jest? - powtórzył Beau.
Pierwsza,  przynosząca  ulgę  wiadomość, że  Kate jest  bezpieczna,  zatarta  została 

przez złość. Gdyby miał ją teraz przy sobie, potrząsnąłby nią z całej siły, jak ukochanym, 
ale  nierozsądnym dzieckiem,  które  za  długo  nie  wracało  do  domu.  Ukochane.  Tak, 
właśnie,  ukochane.  Godziny,  które spędził  martwiąc  się  i  umierając  z  niepokoju,  gdy 
Kate znikła w lesie, uświadomiły mu dokładnie ten fakt. Wiedział o tym już wcześniej, ale 
niepokój zatarł wszelkie wątpliwości.

- Do diabła, powiedziała, że samolot jest niedaleko, a nie było jej przez cały dzień. 

– Szybkimi ruchami wbijał ramiona w niebiesko-kremową koszulkę. - Czy przyszło jej do 
głowy, że mógłbym się tym przejąć? Mówił drżącym głosem, zapinając kolorową koszulę 
i  chowając  ją  do  szortów. -  Oczywiście,  nie  miałem  powodu,  by  się  martwić.  W  tym 
przeklętym lesie  jest  tylko  Despard, policja  i  cholera  wie jakie  zwierzęta i  owady. Przy 
okazji,  czy  w  tym  tropikalnym  Edenie  są tarantule?  -  Ze  wszystkich  koszmarów,  jakie 
sobie  wyobrażał  przez  długie  godziny  oczekiwania,  myśl  o  włochatym,  jadowitym 
potworze, pełznącym po jedwabnej skórze Kate, przerażała go najbardziej.

- Nigdy żadnej tu nie widziałem - odparł zjadliwie Julio. - Kate też nigdy o nich nie 

mówiła.

- To mnie nie dziwi. - Sandały ze sterty ubrań były trochę za małe. "Darowanemu 

koniowi  nie  patrzy  się  w  zęby"  -  pomyślał  Beau.  Spojrzał  poważnie  w  górę,  zapinając 
paski.  - Mówi,  że  boi  się wszelkich  tego  rodzaju  świństw,  ale  nie  widać  tego  w  jej 
zachowaniu. Jadowite pająki są pewnie na liście rzeczy, które wyklucza ze swoich myśli.

- Być może - zgodził się Julio. - Przez lata Kate musiała to robić wiele razy. To nie 

było dla, niej łatwe.

Beau  zdawał  sobie  z  tego  sprawę,  poczuł  bolesną  frustrację  i  wściekłość.  Nawet 

wtedy, kiedy był uzależniony od alkoholu, nie czuł się równie bezsilny. Tak wiele chciał 
jej dać, a ona mu na to nie pozwalała. Do diabła, mógł ją mieć, zanim zgodziła się, by ją 
chronił  przed  konsekwencjami  braku  paszportu.  Mógł  się  z  nią  ożenić.  Odrzucił  tę 

background image

70

kuszącą  myśl  z  odrazą.  Oczywiście,  sięgaj  i  bierz,  co  chcesz. Nie  pozwól  się  jej 
wymknąć i wpaść w ręce jakiegoś innego łajdaka. Nawet jeśli to wobec niej nieuczciwie, 
trzymaj  ją  krótko  i  unikaj  ryzyka  ewentualnego  porównania,  gdy  otrzyma  to,  na  co
zasługuje. Nikt naprawdę nią nie wstrząsnął. Dlaczego miałby być pierwszy?

- Więc gdzie jest teraz twoja waleczna tygrysica? Ciągle przy samolocie?
Julio potrząsnął głową z niewyraźną miną.
- Niezupełnie.
Beau znieruchomiał.
- Co ty rozumiesz przez "niezupełnie"? - spytał nieco groźnym tonem.
-  Właściwie  jej  tam  nie  ma -  odparł  zmieszany  Julio.  Głośno  odetchnął.  -  Jest  w 

Maribie.

- W  Maribie? -  Beau  poczuł,  jak serce podskoczyło mu  do gardła  i  krew zmroziła 

się w żyłach. – To szaleństwo. Ona nie mogła tam pójść.

- To właśnie jej mówiłem - zgodził się ponuro Julio. - Jak widzisz, na wiele się to nie 

zdało. Już tam jest.

- Opowiadaj - zażądał Beau. - Mój Boże, Mariba!
Julio  posłusznie  opisał  mu  wyniki  dochodzenia  przeprowadzonego  poprzedniej 

nocy,  a  także  opowiedział  o  porannej  rozmowie  z  Kate.  Starannie  unikał  patrzenia  w 
ciemniejącą  coraz bardziej  twarz  Beau,  ale  zanim  doszedł  do  połowy  opowiadania, 
Lantry zaczął siarczyście i gładko przeklinać. Skończył szybko i jak się Julio spodziewał, 
został zaatakowany całą siłą gniewu Beau.

-  Na  miłość  boską,  czemu  jej  nie  powstrzymałeś?  Powinieneś  przywiązać  ją  do 

najbliższego drzewa, jeśli inne argumenty nie działały. CHCESZ zobaczyć, jak Despard 
położy na niej łapy?

Julio żachnął się.
- Co ty sobie myślisz? - spytał z wściekłością. - Znam ją dłużej niż ty, przeszliśmy 

wiele rzeczy, o których ci się nie śniło. Ocaliła mi życie w Salwadorze. Powiedziałem ci, 
dlaczego pozwoliłem jej iść samej.

-  Długi,  umowy,  wszystkie  te  szlachetne  bzdury  -  odparł  ze  znużeniem  Beau.  -

Mówiąc między nami,  będziemy się cieszyć,  jeśli nam jej nie  zabiją.  Powinniśmy teraz 
zapomnieć o wszystkim i myśleć jedynie o tym, jak wydostać ją z tej przeklętej wyspy w 
jednym kawałku ..

Julio podniósł w zakłopotaniu brwi.
- Ale ja obiecałem... .
- Ale ja nie ... - przerwał mu szorstko Beau. - I jeśli uważasz, że potulnie pozwolę, 

byś mnie wywiózł z tej wyspy, i zostawię ją w Maribie samą, to jesteś tak samo szalony, 
jak ona!

background image

71

- Nie myślałem, że na to pozwolisz. - W uśmiechu Julia pojawił się cień satysfakcji. 

– Byłem ostrożny, przysiągłem jedynie, że ja polecę na Santa Isabellę, nie wspomniałem 
o tobie.

- Bardzo rozsądnie, tym bardziej że i tak nie byłbyś w stanie dotrzymać tej obietnicy 

–  powiedział zjadliwie  Beau.  Podniósł  się  lekko.  -  Co  powiesz  na  to,  byśmy  poszli  do 
cessny?

- Będziemy czekać przy radiu na jej wiadomość?
-  Nie,  do  cholery.  Jak  tylko  się  ściemni,  podlecisz  ze  mną  jak  najbliżej  portu  w 

Maribie.  -  Wykrzywił  usta.  -  Mam  nadzieję,  że  jesteś  tak  dobrym  pilotem,  jak  twierdzi 
Kate. Nie chcę, żebyś się rozbił, lecąc wystarczająco nisko, bym wyskoczył.

-  Masz  zamiar  skoczyć  do  morza  i  płynąć  do  brzegu?  - spytał  Julio,  otwierając 

szeroko oczy.

- Chyba że masz lepszy pomysł. Wierz mi, przyjmę każdą sugestię. tak dużo czasu 

spędzam ostatnio w wodzie, że czuję, jak mi rosną skrzela.

Julio pokiwał głową.
- To rzeczywiście najszybszy sposób na dostanie się do Mariby. Właściwie jedyny, 

jeśli chcesz dotrzeć na czas, by przydać się na coś Kate. - Zmarszczył czoło. - Wiesz, 
ona  ma  rację.  Jeśli  teraz pójdziesz  do  baru,  możesz  pomieszać  i  zaprzepaścić  jej 
ewentualny plan na oswobodzenie załogi.

- Jeśli w ogóle ma jakiś plan - powiedział ponuro Beau. - Z mojego doświadczenia 

wynika, że Kate przez dziewięćdziesiąt pięć procent czasu działa intuicyjnie.

- Aż dziwne, że zawsze się jej udaje - odparł Julio z uśmiechem. - Jeffrey mówi, że 

jest naturalna.

Nie  było  wątpliwości,  że Kate  taka  była. Naturalnie  ożywiona,  naturalnie uczciwa, 

naturalnie  kochająca.  Najpiękniej  bezpośrednia  osoba,  jaką  kiedykolwiek  znał  i  z 
pewnością naturalnie i najskuteczniej doprowadzająca do szewskiej pasji.

- Nie pójdę do baru - zdecydował niechętnie. - Dam Kate szansę, by ich wydostała i 

zobaczę, co mogę zrobić w sprawie statku. Mówisz, że jest dwóch strażników?

Julio skinął głową.
- Tak słyszałem.
-  Miejmy  nadzieję,  że  słyszałeś  dobrze.  Nie  chciałbym  żadnych  nieprzyjemnych 

niespodzianek. - Spojrzał  ponuro  na swoją  kolorową koszulę.  - Trudno mi  będzie grać 
Errola Flynna w tej wzorzystej szmacie, którą mi przyniosłeś.

- Manuel lubi kolory - powiedział Julio roztargnionym głosem. - Boże, chciałbym z 

tobą pójść!

-  Ktoś  musi  prowadzić  samolot,  nie  myślę,  żeby  Kate  była  zadowolona,  jeśli 

zamieniłbyś cessnę w kamikaze.

-  Chyba  nie  -  powiedział  Julio,  otwierając  drzwi  do  domku.  -  zaraz  wrócę. 

Obiecałem Kate, że jej coś wezmę.

background image

72

- Karuzelę?
-Tylko o to prosiła.
- Wiele dla niej znaczy - powiedział Beau, - Idź, przyniosę ją.
Julio zawahał się przez chwilę, patrzył na Beau, po czym wolno pokiwał głową .
- Dobrze. Zaczekam na ciebie na dole.
W  małym  pokoiku  było  niemal  ciemno,  ale  Beau  trafił  do  plecionej  skrzyni  dzięki 

wrodzonej  orientacji.  Drżący  promień  słońca  wpłynął  do  ciemnego  pokoju,  oświetlając 
pozytywkę  ulotnym światłem.  Dumny  łuk  szyi  jednorożca,  bojownicza  śmiałość 
mitycznego centaura, zuchwała radość małego, nakrapianego kucyka. Tak wiele z Kate 
zamknięte  zostało  w  małej,  cudacznej pozytywce.  Tak  wiele  piękna,  tak  wiele  odwagi, 
tak wiele ...

Schylił się po karuzelę troskliwie, czując, jak coś ściska go w gardle. To był jedyny 

skarb, jaki chciała ze sobą wziąć, tak powiedział Julio. Nie pozwoli jej wziąć tylko tego, a 
jego zostawić. Musi się nauczyć, że teraz wszędzie, dokąd pójdzie, będzie go miała przy 
sobie.  Do  diabła  z dotrzymaniem  słowa.  Nie  może  pozwolić,  by  znów  ładowała  się  w 
takie niebezpieczeństwa. Nie wytrzyma oczekiwania na nią na "Searcherze". Da jej czas 
najpóźniej  do  dwunastej  i  pójdzie  do  gospody.  Potem,  niech  go  piekło  pochłonie,  jeśli 
znów straci ją z oczu.

Włożył pozytywkę pod pachę i szybko ruszył w kierunku drzwi

ROZDZIAŁ ÓSMY

-  Dobrze,  a  teraz  powiedz  mi,  w  jaki  sposób  udało  ci  się  pozbyć  strażników?  -

spytał Daniel,  kiedy  przy rogu,  przecznicę  od gospody dogonił  biegnącą Kate. - Byłem 
cholernie szczęśliwy, kiedy zobaczyłem, jak otwierasz drzwi od pokoju, ale przyznaję, że 
jestem teraz ciekaw.

Kate obejrzała się za siebie niespokojnie.
Kapitan  powiedział  czteroosobowej  załodze,  by  podzieliła  się  na  dwójki  i  szła  za 

nimi w pewnej odległości, nie budząc podejrzeń. Tak, byli tam.

-  Och,  to  dzięki  mojej  przyjaciółce,  Consuelo  -  rzekła  z  uśmiechem.  -  Miała  w 

apteczce środki uspokajające. Wsypałyśmy je do butelki wina i wysłałyśmy strażnikom z 
pozdrowieniami od Desparda. - Wykrzywiła się. - Nie byłam pewna, czy zadziałają, miały 
ponad dwa lata.

- Zadziałały - Daniel błysnął białymi zębami. - Kiedy wciągałem ich do pokoju, spali 

jak noworodki. - Nagle przestał się uśmiechać.  - Ale jeśli twój środek uspokajający był 
stary,  może  nie działać  zbyt  długo.  Miejmy  nadzieję,  że  będziemy  już  daleko  od 
CasteIIano na "Searcherze", kiedy się ockną i ogłoszą alarm.

-  Jesteśmy  tylko  o  przecznicę  od  doku,  w  którym  zacumowany  jest  statek  -

powiedziała Kate. Szli teraz szybko i znów znaleźli się w cieniu.

background image

73

- Czy myślisz, że już mogę bezpiecznie zdjąć z siebie to wszystko?
-  Więc  to  jest  przebranie?  -  Wesoły  uśmieszek  pojawił  się  na  jego  ustach,  kiedy 

zmierzył wzrokiem Kate od błyszczącego, czerwonego hełmu do zbyt obszernej, białej, 
płóciennej kurtki, która sięgała jej niemal do kolan. - Tak myślałem, że to raczej dziwnie 
wygląda. Coś pomiędzy najeźdźcą z Marsa a reklamą Pułkownika Sandersa.

-  Pułkownika  Sandersa?  -  Zmarszczyła  czoło,  po  czym  wzruszając  ramionami, 

szybko  odrzuciła tę myśl.  -  Być może  dziwnie  wyglądam,  ale nikt  mnie  nie  pozna. Kto 
podejrzewałby kogoś w takim stroju o poważny szwindel?

-  Masz  rację  -  rzekł  ubawiony  Daniel.  -  Nikt  nie  może  cię  oskarżyć,  że  sobie  nie 

radzisz.  -  Nagle  się zaśmiał.  -  Boże,  chciałbym,  żeby  Clancy  Donahue  mógł  cię 
zobaczyć. Jesteś najdziwniejszym działającym w ukryciu przestępcą.

- To by mu się nie podobało?
- Tego nie powiedziałem - odparł Daniel. - On podziwia skuteczność, nieważne w 

jakim przebraniu, a tego z pewnością ci nie brakuje.

- Miałam szczęście - powiedziała poważnie Kate.
- Tak, miałaś - zgodził się Daniel. - Chyba ci się to często zdarza, prawda? Zresztą 

tak  samo  jest  z Beau.  Widziałem,  jak  odstawiał  niezłe  i  przedziwne  numery 
akrobatyczne. - Spojrzał na nią. – Gdzie jest Beau?

Odwróciła pospiesznie wzrok.
-  W  drodze  do  Santa  Isabella  -  odparła  niefrasobliwie.  - To  moja  wina,  że  was 

złapali i to mój obowiązek, by was uwolnić. Postanowiłam go w to nie mieszać.

Daniel cicho zagwizdał.
- Czy mam rozumieć, że robisz to bez wiedzy Beau? Zdziwiło mnie trochę, że nie 

krąży  nad  tobą  jako  smok-strażnik.  - Pokręcił  z  niedowierzaniem  głową.  -  Nie  mogę 
uwierzyć, że odleciał w nieznane i zostawił cię na pastwę losu.

- Dlaczego nie? - powiedziała, nie patrząc na niego. - W końcu nie ma wobec mnie 

żadnych zobowiązań.

- Może  bym  w  to  uwierzył,  gdybym  nie  widział  tego  faceta,  jak  skakał  za  tobą  i 

płynął jak prawdziwy delfin. - Nagle się uśmiechnął. - Był niemożliwie wściekły, ale to mu 
nie  przeszkodziło  wskoczyć  do  wody.  Powiedziałbym  raczej,  że  takie  zachowanie 
świadczy u Beau o maksymalnym poświęceniu.

- Naprawdę? - spytała niskim głosem. - Nie wiedziałam. Prawie go nie znam. Tak -

zapewniała  z uporem  -  Beau  to  nieznajomy.  Od  nieznajomych  można  się  odwrócić  i 
odejść.  -  To  szalone  uczucie, że  jest  z nim  połączona  duszą  i  ciałem  w  najbardziej 
intymnej  przynależności,  było  tylko  ułudą, która  z  pewnością  szybko  minie  z  czasem. 
Och, na Boga, musi minąć!

-  Powiedz  to  Beau.  -  Daniel  sceptycznie  podniósł  brew.  -  Nie  myślę,  że  on  widzi 

wasze stosunki w ten sam sposób. - Złapał ją nagle za ramię. - Statek jest przed nami. -
Pociągnął  ją  w  cień  pod pobliskim  składem.  -  Mam  nadzieję,  że  Julio  nie  mylił  się, 
mówiąc, że jest tylko dwóch strażników.

background image

74

- Co robimy? - spytała Kate, patrząc na statek oddalony o niecałe sto metrów. Był 

jak  statek  widmo  w  ciemności  rozświetlonej  jedynie  księżycem.  Jego  zazwyczaj 
wdzięcznie falujące żagle zwinięte były jak skrzydła śpiącej mewy. - Tam chyba nikogo 
nie ma.

- Co za cholera!
Spojrzała szybko na zachmurzoną twarz Daniela.
- Jest ktoś po prawej stronie pokładu. Włączono pomocnicze silniki.
- Dlaczego strażnicy mieliby to robić?
-  Nie  powinni,  chyba  że  zabrakło  im  rozumu  i  postanowili  wypłynąć  na  małą 

przejażdżkę. To by mnie nie zdziwiło. Strażnicy w hotelu pili rum jak wodę.

- Jak większość ludzi na Castellano - powiedziała z roztargnieniem Kate. - Alkohol 

jest o wiele tańszy na Karaibach.

- Cóż, mogliby trzymać cholerne łapy z dala od mojego statku.
Wyszedł na ulicę i pomachał władczo do kogoś z załogi stojącego niedaleko.
-  Zostań  tu  -  powiedział  do  Kate.  -  Musimy  dostać  się  na  pokład,  zanim  zaczną 

manewrować  w doku  i  na  coś  wpadną.  Mam  nadzieję,  że  nie  trzeba  będzie  używać 
trapu. - Wzruszył ramionami. - Cóż, czasami ważny jest element zaskoczenia.

- Nie zostanę tutaj - powiedziała ze złością Kate. - Chcę być ...
Ale  Daniel  już  jej  nie  słuchał.  Razem  z  innymi  członkami  załogi,  którzy  do  niego 

dołączyli, biegiem ruszył w stronę statku. Co Daniel sobie myślał, zostawiając ją samą i 
przejmując dowodzenie?  Nie  rozumiał,  że  wydostanie  ich  z  Marimby  było  jej 
obowiązkiem?  Pobiegła  za  nim i  dogoniła  Daniela  przy  kładce. Rzucił  jej  zirytowane 
spojrzenie.

- Odejdź stąd - szepnął. - Zrobiłaś swoje. Nie możesz mieć przez cały czas farta. 

Beau udusi mnie gołymi rękami, jeśli pozwolę, by ci się cokolwiek stało.

-  Och,  nie  wiedziałem.  -  Głos  Beau  zabrzmiał  poważnie,  kiedy  wyszedł  z  cienia 

rzucanego przez maszt blisko trapu. - W tej chwili wolałbym własnoręcznie udusić naszą 
słodką Kate.

Zaskoczona, stanęła jak wryta.
- Beau! - powiedziała z niedowierzaniem. - Miało cię tu nie być.
Daniel zachichotał.
- Spodziewałem się, że niedługo włączysz się do akcji. Gdzie są strażnicy?
- Związani, pod kabinami załogi - rzekł z wolna Beau. - Proponuję, żebyście wzięli 

ich  na  brzeg  i zostawili  gdzieś  w  najbliższej  alejce.  Nie  musimy  być  oskarżeni  o 
porwanie i piractwo jednocześnie. Nawiasem mówiąc, uwinąłem się przy nich w lepszym 
stylu niż wy. Podpłynąłem do liny kotwicznej i wspiąłem się po niej na rękach jak Errol 
FIynn.  Wy  tymczasem  weszliście  na trap  z  taktyką  godną  marynarzy  z  Zatoki  Świń.  -
Beau  pokiwał  lekceważąco  głowę.  -  Jak  na  byłego najemnika  wyglądałeś  zabawnie 
nieprofesjonalnie.

background image

75

-  Miałeś  być  z  Juliem.  -  Kate  zrobiła  krok  do  przodu  i  stanęła  przed  nim.  -  Do 

diabła, dlaczego tego nie zrobiłeś?

- Bądź cicho, Kate. - Łagodność Beau kryła mrożące zimno. - Powiedzmy, że nieco 

mnie zdenerwowałaś.  Bardzo nie lubię,  jeśli  ktoś mnie  zostawia. Skok  z cessny  wcale 
mnie nie ubawił. - Przeczesał dłonią mokre włosy. Wykrzywił się. - A najmniej podobało 
mi  się  czekanie  tu  i zastanawianie  się,  w  jakie  tarapaty  wpakowałaś  się  w  gospodzie. 
Ryzykowałem zdrowie przez tę godzinę.

- To wszystko nie jest moją winą - powiedziała broniąc się. - Miałeś lecieć na Santa 

Isabellę z Juliem.

-  Tak  mi  powiedział  -  warknął przez  zęby. -  Nie  przyjmuję  rozkazów,  tak  jak  twój 

przyjaciel  Julio.  Tak  naprawdę,  w  ogóle  nie  przyjmuję  rozkazów.  Czas,  byś  się  tego 
nauczyła, Kate.

Drżąc  zaczerpnęła  powietrza.  Powinna  się  już  przyzwyczaić  do  jego  gniewu.  Nie 

ma powodu, by czuła dotkliwy ból z tego powodu.

- Wybaczcie, że przerwę. - W głosie Daniela brzmiała ironia. - Czy nie myślicie, że 

byłoby dobrze odłożyć na później wszystkie żale i zabrać się do roboty? Rozumiem, że 
uruchomiłeś silnik, Beau?

Beau przytaknął, wciąż patrząc na ukrytą za hełmem twarz Kate.
- Miałem nadzieję, że kiedy przyjdziecie, będę miał wszystko gotowe do drogi... –

Zmarszczył brwi. - Co ty, do diabła, wyrabiasz w tym szalonym przebraniu? Wyglądasz 
jak wyrzutek Hell's Angels.

- Daniel powiedział, że wyglądam jak pułkownik Sanders - powiedziała. - Kto to ...
-  To  jest  przebranie  -  wtrącił  zniecierpliwiony  Daniel.  - Teraz,  kiedy  już  to 

ustaliliśmy, czy moglibyśmy łaskawie odpłynąć?

Beau podniósł brwi. .
-  Kto  cię  powstrzymuje?  -  powiedział,  uśmiechając  się  lekko.  -  Nie  możesz  się 

spodziewać, że zrobię wszystko. Jesteś w końcu kapitanem, Danielu.

Daniel  wykrzywił  usta,  po  czym  odwrócił  .się  i  zasypał  załogę  gradem  rozkazów, 

które sprawiły, że ludzie błyskawicznie rozbiegli się na wszystkie strony.

-  Staram  się  mieć  maleńki  udział  w  tej  sprawie  -  powiedział  przez  ramię.  -  Pod 

warunkiem, że wy dwoje znikniecie mi z oczu.

Szybko odszedł, rzucając kolejne rozkazy z siłą karabinu maszynowego.
Gest Beau był ostentacyjny.
-  Słyszałaś,  co  powiedział.  Proponuję,  żebyśmy  poszli  do  kabiny  i  pozwolili 

Danielowi robić swoje. Mam ci parę słów do powiedzenia. Coś bardzo istotnego.

Zdjęła hełm i niedbale przeczesała włosy.
- Już je kiedyś słyszałam, jestem tego pewna. Myślę, że teraz powinniśmy pomóc 

Danielowi  i  jego  ludziom  wyprowadzić  na  morze  "Searchera".  Nie  chcę  wszystkiego 
zaprzepaścić teraz, kiedy już tak daleko zaszliśmy.

background image

76

- Będziemy tylko przeszkadzać. - Prowadził ją pod rękę w stronę dębowych drzwi 

zamykających  przejście  na  dolny  pokład.  -  Daniel  wytrenował  swoją  załogę,  by 
pracowała  z  precyzją  zegarka. Uznaje  moją  pomoc  tylko  w  niezwykłych  przypadkach, 
kiedy  nalegam,  że  chcę  się  koniecznie przydać.  W  tak  napiętej  sytuacji  jak  teraz 
wyrzuciłby nas najpewniej z pokładu, gdybyśmy weszli mu w drogę.

Patrząc na ruchliwego olbrzyma na mostku, mogła w to uwierzyć. Nic nie pozostało 

z leniwego i pogodnie usposobionego człowieka, którego niedawno poznała. Żywotność 
i siła otaczały Daniela prawie widoczną aureolą.

- Może masz rację.
Beau  przytrzymywał  jej  drzwi,  ruszyła  niechętnie  w  dół  po  schodach.  Boże,  nie 

chciała teraz konfrontacji z Beau. Napięcia i lęki tego wieczora wyssały z niej wszystko, 
pozostawiając jedynie ciężką senność.

Beau, wręcz przeciwnie, wydawał się naładowany energią jak nigdy.
- Jak długo potrwa, zanim wydostaniemy się z wód terytorialnych Castellano?
-  Nie  więcej  niż  pół  godziny,  jeśli  będzie  nam  sprzyjał  wiatr,  - Otworzył  drzwi  do 

kabiny, zapalając przy okazji światło. - Pomocnicze silniki używane są przede wszystkim 
do  manewrów  i  dokowania. Nie  dają  nam  wystarczającej  energii  ani  zawrotnej 
prędkości. - zamknął drzwi. - Możemy jej potrzebować, kiedy nasz numer się wyda, gdy 
przyjdą strażnicy z kolejnej zmiany.

- Zmiany? - Kate otworzyła zdziwione oczy. Oczywiście, zmieniają strażników. Nie 

tylko na statku, ale i w gospodzie .. Nie pomyślałam o tym ..

-  To  mnie  nie  dziwi.  -  Wziął  od  niej  hełm,  który  trzymała  w  ręku  i  położył  go 

ostrożnie  na  skrzyni.  - To  chyba  twój  modus  operandi  pakować  się  w  kłopoty,  nie 
zastanawiając się nad tym poważnie. Rozpinał zręcznie jej białą, sportową kurtkę, którą 
miała na sobie. - Nie mogę przestać się dziwić, że tak długo przeżyłaś.

-  Mam  wystarczająco  dużo  zmartwień,  by  nie  mieć  siły  na  wyobrażanie  sobie 

każdego  drobiazgu,  który  może  nie  zagrać.  powiedziała  w obronie.  -  Udało mi  się  ...  -
przerwała i spostrzegła zdumiona, że skończył odpinać jej kurtkę. - Co robisz?

-  Nie  martw  się,  nie  zedrę  z  ciebie  ubrań  i  nie  zgwałcę  cię.  - Zdjął  jej  nakrycie  z 

ramion i ściągnął z rąk. - W każdym razie nie teraz. Chcę cię po prostu wydobyć z tego 
"przebrania". - Kurtka trafiła na skrzynię obok hełmu. - To dowód, że kompletnym idiotą 
można zostać bez specjalnego wysiłku. - Przebiegł szybko palcami przez jej krótkie loki, 
przygniecione przez hełm. Nagle zadrżał mu głos. - Kretyńskim, lekkomyślnym idiotą.

Jego oczy  świeciły złoto w ciemnej  twarzy,  zmierzwiony, brązowy lok  ciemniał  na 

ogorzałym czole.  Poczuła  nagłą  ochotę,  by  zaczesać  mu  ten  lok  czule  na  czoło,  jak 
matka  kochanemu,  ale umorusanemu  dziecku.  Pospiesznie  odwróciła  wzrok  i 
bezwiednie  objęła  się  ramionami.  Nie powinna  go  dotykać.  Powiedział,  że  bezmyślnie 
kierowała się impulsami, nie była na tyle głupia, by ryzykować.

- Pozbyłeś się mnie, prawda? - spytała się, siląc się na swobodny ton.
- Jesteś chyba mało rozgarnięta, Kate. - Trzymał ją lekko za ramię, ale czuła ukrytą 

siłę  jego  rąk. - Nie  pozbywam  się  ciebie,  nie  mam  takiego  zamiaru.  Myślisz,  że 

background image

77

przeszedłbym  przez całe  to piekło, w jakie  mnie  władowałaś, gdybym  chciał  się  ciebie 
pozbyć? - zacisnął usta. - Nie ma mowy.

Buntowniczo podniosła podbródek.
- Myślałam, że wyraziłam się jasno. Nie potrzebuję twojej pomocy ani twojej łaski. 

Kiedy  tylko wypłyniemy  z  Castellano,  możesz  poprosić  Daniela,  żeby  wysadził  mnie, 
gdzie zechcesz, i płynąć dalej. Uznamy umowę za wykonaną.

-  Naprawdę?  -  Jego  głos  był  niebezpiecznie  łagodny.  -  A  co  będzie,  jeśli 

zadecyduję,  że  nie  wypełniłaś  warunków  naszej  czarującej  umowy?  Miałem  zamiar 
uznać  ją  za  nieważną  i bezcelową,  ale  ponieważ  jest  jedynym  sposobem,  by  cię 
kontrolować,  znów  wprowadzę ją  w życie. Miałaś tu  zostać tak  długo,  jak  będę chciał. 
Pamiętasz?

Uśmiechnęła się gorzko.
-  Ale  przecież  mnie  nie  chcesz.  Nie  na  poważnie.  Jestem  dla  ciebie  czymś  w 

rodzaju  planu odkupienia.  Chcesz  mnie  głaskać  po  główce  i  wysłać  gdzieś  do 
Connecticut, żebym ...

-  Ja  cię  nie  chcę?  - Teraz  jego  złote  oczy  zwilgotniały.  - Powiedziałem  ci,  co  ze 

mną  robisz.  Jak  mam  cię  przekonać,  na  Boga?  -  Twarz mu  spochmurniała.  -  Och,  do 
cholery!

Złapał ją w ramiona i złożył na jej ustach mocny pocałunek. Dotykali się, chłonęli i 

pochłaniali  z pasją  pozbawioną  czułości,  którą  jej  wcześniej  okazywał.  Rozdzielił  jej 
wargi  językiem  i  dostał  się do  słodkiego,  wyczekującego  ciepła.  Czuła  jego  ręce  na 
ramionach ściskające ją z nieznaną siłą i głos zduszony w gardle, jęk głodu. Oderwał od 
niej  usta  i  zatopił  je  w  lokach  na  jej  skroni.  Rękami pocierał  i  gniótł  jej  ramiona  z 
rytmicznym pośpiechem, słyszała ciężki oddech tuż przy uchu.

-  Pragnę  cię.  -  Głos  tłumiły  jej  włosy.  -  Podniecałabyś  mnie  nawet,  gdybym  był 

eunuchem  w jednym  z  serajów,  o  których  opowiadał  mi  Daniel.  -  Językiem  delikatnie 
dotknął  pulsującej  żyłki na jej  skroni.  -  Siedziałem  wściekły na tej  przeklętej  platformie 
przez  cale  popołudnie.  Martwiłem  się  do  utraty  zmysłów  i  wciąż  cię  pragnąłem. 
Pamiętałem,  jak  ciepła  i  napięta  byłaś  wokół  mnie  i jak  twoja  skóra  lśniła  złotem  na 
słońcu. Pamiętam, jak do mnie pasowałaś, każdym zagłębieniem przylegając do mnie i 
pieszcząc  mnie,  jak  rękawiczka  z  miękkiej  irchy.  - Wziął głęboki  oddech, przeszedł  go 
dreszcz. - O tak, pragnę cię, Kate.

Ona  też  go  pragnęła.  Przemawiał  bardzo  dobitnie  do  jej  zmysłów  siłą  smukłych, 

napiętych  mięśni, lekką  wilgocią  kremowo-niebeskiej  koszulki  pod  jej  policzkiem, 
zapachem soli i piżma – wonią podnieconego mężczyzny. Mroczny głos ocierał się o nią 
aksamitnie, powodując reakcje fizyczne tak naturalne i pięknie prymitywne, jak fala pod 
kadłubem "Searchera".

Przysunęła się bliżej.
- Więc zostanę z tobą - powiedziała po prostu. - Powiedziałam ci, że zostanę. Nie 

wycofałam  się  z naszego  układu.  Zostanę  z  tobą,  aż  się  mną  zmęczysz,  tak  jak 
ustaliliśmy.

background image

78

- O Boże! - W tych słowach było rozbawienie, wyczerpanie i dotkliwa czułość. - Co 

ja z tobą zrobię? zawsze uważałem, że potrafię się wysławiać, ale jeśli chodzi o ciebie, 
gubię się w niedomówieniach. Znów jesteśmy w punkcie wyjścia. - Odsunął ją trochę od 
siebie  i  wziął  w  ręce  jej  twarz.  Nie  wyglądał  już  na  ubawionego.  -  Posłuchaj  mnie 
uważnie, Kate, postaram się mówić bardzo jasno. Po pierwsze, nie zmęczę się tobą. Po 
drugie, jedynym powodem, dla którego chciałem cię wysłać do Briarcliff, było ... - Koniec 
zdania zgubił się w przeszywającym wyciu syren, dochodzącym z niewielkiej odległości.

- Co za czort! - Beau puścił Kate. Wyskoczył z kabiny i biegł po schodach. Pędząc 

tuż za nim, dogoniła go, gdy dotarł do Daniela na mostku.

Na  pokładzie  przeszywające  wycie  brzmiało  głośniej  i  bardziej  świdrująco,  ale 

dzięki  Bogu  łódka  nie  była  tak  blisko,  jak  się  zdawało.  Silna  wiązka  jasnego  światła 
przecinała ciemność, docierając prawie do horyzontu. O Boże, łodzie patrolowe!

- Zdawało się, że są blisko - wyszeptała. - To chyba odbicie od wody.
-  Są  wystarczająco  blisko -  powiedział  poważnie  Daniel.  -Cholera,  zabrakło  nam 

dziesięciu minut!

- Jesteśmy aż tak blisko wód międzynarodowych? - Beau zmrużył oczy, patrząc na 

zbliżającą się łódkę.

Daniel skinął głową.
-  Mieliśmy  wiatr  w  plecy,  od  kiedy  opuściliśmy  port.  - Oderwał  oczy  od  łódki,  by 

spojrzeć na Beau. - Poddamy się znów tym łajdakom?

Beau pokręcił głową.
-  Nie,  jeśli  Kate  jest  na  pokładzie.  Nie  możemy  ryzykować.  -  Uśmiechnął  się.  -

Myślisz,  że możesz  zafundować  im  małą  przejażdżkę  na  własny  koszt,  zanim  nie 
przekroczymy wód terytorialnych?

Dziki uśmiech satysfakcji pojawił się na ustach Daniela.
- Patrz na mnie!
Patrzyli.  Stali  tam  na  mostku  otoczeni  przez  wyjące  przenikliwie  syreny,  ostre 

kropelki  wody uderzały  ich  twarze.  Daniel  stał  przy  sterze,  szeroko  rozstawił  nogi, 
manewrował  statkiem  przez fale,  jakby  był  mitycznym  Charonem,  jak  go  określiła  za 
pierwszym razem Kate. Statek zanurzał się, płynął zygzakiem, przecinał niewiarygodnie 
spienioną  wodę,  żagle  łopotały  w  świetle księżyca,  kiedy  ślizgali  się  na  falach.  Kate, 
biorąc w tym udział, czuła, że serce bije jej z podniecenia, że radość zapiera jej dech.

Wyjąca  łódka  motorowa,  która  ich  ścigała,  była  jak  nowoczesny  smok  pragnący 

dogonić i pożreć prawdziwy statek z innej epoki. Łódka była teraz bliżej, przez megafon 
zabrzmiał  rozkaz  po hiszpańsku,  nawołujący  ich  do  zatrzymania  się  i  wpuszczenia 
strażników  na  pokład.  Odpowiedzią Daniela  był  niski,  radosny  śmiech  oraz  kolejny, 
niewiarygodny manewr.

-  Powinnam  się  bać  -  wyszeptała  roztargnionym  tonem. Mimo  to  nie  bała  się, 

podniecenie i więź intymnej przyjaźni trzymała ich razem. - Dlaczego nie strzelają? Są 
już wystarczająco blisko! 

background image

79

Beau objął ją mocno w pasie.
- To wywołałoby międzynarodową aferę. Chcą wejść na pokład i zaaresztować nas. 

Jeśli się nie poddamy, będą chcieli pewnie nas staranować i unieszkodliwić.

- Jeśli podejdą wystarczająco blisko. - Daniel błysnął jasnym uśmiechem w świetle 

księżyca. - "Searcher" jest o wiele bardziej zwrotny niż ich łódka. Myślę, że nam się uda.

-  Nie  popłyną  za  nami  na  wodach  eksterytorialnych?  - spytała  Kate.  -  Castellano 

nie jest znane z szacunku dla prawa.

- Jeśli to bezpieczne - powiedział Beau. - Wiedzą, że korporacja zatłukłaby ich za 

każdą wyrządzoną  nam  szkodę.  Sankcje  ekonomiczne  są  teraz  o  wiele  bardziej 
skuteczne niż dyplomacja.

Zdawało  się,  że  rozumowanie  jest  poprawne,  skoro  nie  strzelano  z  karabinów 

maszynowych, które można było dostrzec na mostku łodzi. Ale oczywiście wściekłość i 
frustracja  oficerów  rosła  z  każdą  sekundą,  sądząc  z  rozwścieczonych  pogróżek,  jakie 
dochodziły z megafonu. Ruchy łodzi wydawały się pokraczne i niezdarne w porównaniu 
z  "Searcherem",  siła  ich  silników gubiła  się  ciągle  w  niemożności  manewrowania  i 
bezradności  człowieka  za  sterem.  Zabawa  stawała się  ekscytująca,  Daniel  bawił  się  z 
werwą i odwagą, która systematycznie doprowadzała załogę łodzi do szału.

Kate  wybuchnęła  nagłym  śmiechem,  kiedy  Daniel  wykonał  błyskotliwy  zwrot,  w 

wyniku którego łódź dość długo zmierzała w złym kierunku, zanim udało jej się zawrócić 
i nadrobić straty. Spojrzała na Beau i zobaczyła na jego twarzy takie samo rozbawienie i 
podniecenie.

-  Daniel  mógłby  być  wspaniałym  matadorem  -  powiedział  - Nie  myślę  jednak,  że 

nasi przyjaciele na łodzi ocenią właściwie jego zdolności.

-  Macha  im  przed  nosem  czerwoną  płachtą  -  powiedziała  ze  śmiechem  Kate.  -

Bawi się przez cały czas. Spójrz tylko na jego twarz.

- Wolę patrzeć na ciebie. Bawisz się prawie tak samo jak on. - Potrząsnął ponuro 

głową. - A ja chciałem, cię wysłać do sielankowo spokojnej wsi w Connecticul.

-  Jeszcze  tylko  trochę,  moja  pani  -  pocieszył  ich  Daniel  głębokim,  aksamitnym  i 

niemal śpiewnym głosem, głaszcząc wielkimi dłońmi ster. - Już prawie jesteśmy.

- Skąd on wie? - spytała ciekawie Kate.
-  Wie  -  zapewnił  ją  Beau.  -  Nawet  bez  instrumentów.  Myślę,  że  Daniel  ma 

wbudowany kompas i prędkościomierz. To, chyba sprawa genów.

-  Mam  wrażenie,  że  ta  łódź  jest  równie dobrze  wyposażona -  powiedziała  Kate z 

grymasem. - Łatwo się nie poddadzą.

Nagle Daniel  wydał  z siebie okrzyk, podobny  do  wojennego okrzyku Indian, który 

natychmiast został podjęty przez załogę. Serce podskoczyło Kate do gardła.

- Udało się?
-  Tak,  do  diabła,  udało  się!  -  Daniel  odwrócił  się  w  stronę  łodzi  i  wykonał  w  jej 

kierunku triumfalny, niezwykle ordynarny gest. - Do domu, parszywe łajdaki! Zgubiliście 
nas!

background image

80

Oficer  na  łodzi  najpewniej  był  tego  samego  zdania,  gdyż  głos  dochodzący  z 

megafonu  nagle zamilkł.  Potem  zabrzmiał  strumień  przekleństw,  jakie  Kate  słyszała 
jedynie w portowych barach.

- Odpadają, ale ciągle za nami płyną - powiedziała zaniepokojona.
-  Uparci  -  stwierdził  Beau.  -  zaraz  się  poddadzą.  Nikt  nie  lubi  przyznawać  się  do 

porażki.

- Nie wyglądają na bardzo zrezygnowanych - rzekła Kate.
Uświadomiła sobie, że drży. Nie bała się wcale w pełni akcji, kiedy łódź ryczała jak 

byk.  Dlaczego  czuła  to  dziwne  poczucie  zagrożenia,  kiedy  prawdziwe 
niebezpieczeństwo przestało istnieć i na łódce było tak cicho? Wyłączyli nawet syreny i 
zwolnili silniki, ledwie doganiając "Searchera".

-  Nie  podoba mi  się  to.  -  Daniel  zmarszczył  czoło.  -  O  wiele  bezpieczniej  czułem 

się, gdy dostarczaliśmy im tyle zajęć, że nie mieli czasu myśleć. Zupełnie mi się to nie 
podoba.

- Co mogą zrobić? - spytała Kate. - Powiedziałeś, że nie odważą się na nic, kiedy 

dotrzemy na wody eksterytorialne. 

- Nie wiem - powiedział wolno Daniel. - Po prostu nie wiem.
Beau obejmował ją coraz mocniej.
- Zejdź na dół, Kate.
Spojrzała na niego.
- Co?
- Zejdź na dół - rzucił twardo, patrząc na złowieszczo milczącą łódkę. - W tej chwili. 

Nie dyskutuj ze mną. 

- Ale nie rozu ...
Cisza  została  nagle  przerwana,  silniki  zaryczały  i  łódź  ruszyła  na  nich, 

błyskawicznie nabierając szybkości.

- Cholera! - Beau padł na pokład, ciągnąc ją za sobą. Zdążyła zauważyć tuż obok 

nich łódź zakręcającą w lewo.

-  Paść  na  pokład!  -  rozkazał  Daniel,  rzucając  się  na  ziemię,  i  członkowie  załogi, 

którzy nie zrobili tego wcześniej, usłuchali go natychmiast.

Ledwie zdążyli. Śmiertelny grzechot kul zabrzmiał nad nimi. Ciemne dziury pojawiły 

się na białych żaglach, drewno masztu zostało bezlitośnie poorane i poszarpane. Trwało 
to tylko przez chwilę, po czym łódź zawróciła i popędziła w kierunku Mariby.

-  Czy  ktoś  jest  ranny?  -  W  odpowiedzi  na  okrzyk  Daniela  zabrzmiały  przeczące 

głosy załogi. - Łajdaki nie mogły sobie darować małej, pożegnalnej salwy - powiedział, 
podnosząc  się  na  kolana.  - Mam  olbrzymią  ochotę  popłynąć  za  nimi  i  dać  im  lekcję 
dobrych manier. Co o tym myślisz, Beau?

Nie było odpowiedzi i Daniel odwrócił się.

background image

81

-  Pytam,  co  o  tym  ...  -  przerwał  gwałtownie  na  widok  twarzy  Beau,  białej  jak 

marmur. - Beau?

Spojrzał na bezwładną postać Kate w ramionach Beau . Jej rzęsy rzucały głębokie 

cienie na policzki, a cienka strużka ciemnej krwi sączyła się z rany na skroni.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

- Trafili ją. - Oszołomiony Beau patrzył na nią z niedowierzaniem. - Zastrzelili Kate!
Daniel natychmiast przy nim ukląkł.
- Nie mogli jej trafić. Umyślnie celowali do góry. Nawet gdybyśmy stali, kule byłyby 

nad naszymi głowami. Skurwiele chciały nas po prostu przestraszyć. - Znieruchomiał. -
Chyba że jakaś kula odbiła się rykoszetem.

- Co za różnica, jak się to stało? - spytał z wściekłością Beau, błyskając szaleńczo 

złotymi oczyma. - Spójrz na nią, zastrzelili ją, do diabła. O mój Boże, rana na skroni. To
musi być coś poważnego! - A jeśli ona umrze? Jeśli ją utraci, zanim tak naprawdę mogli 
do siebie należeć! Ta myśl przepełniała go paniką i wściekłością, zaczął trząść się jak 
zagubione w ciemności dziecko. Było ciemno. Teraz cały świat będzie ciemny bez Kate. 
- Nie może umrzeć, Daniel! Nie pozwolę jej umrzeć.

Daniel podsunął się bliżej, przenikliwym wzrokiem badając okolice rany.
-  Nie  trać  zimnej  krwi.  Nie  ma  chyba  żadnych  kłopotów  z  oddychaniem.  Trudno 

powiedzieć  coś więcej,  bo  dużo  jest  krwi,  ale  rana  nie  wygląda  na  postrzałową.  Może 
zranił ją lecący odłamek. - Zmarszczył czoło. - Potrzebujemy więcej światła. Nie chcę jej 
ruszać,  zanim  nie  będziemy  pewni.  -  Zawołał  przez  ramię  jednego  z  członków  załogi 
stojących tuż za nim. - Przynieś mi lampę i apteczkę, Jim.

- Ona nie umrze - powtórzył Beau, głosem zachrypniętym z desperacji. - Zbyt wiele 

rzeczy  chcę  jej dać.  Nigdy.  niczego  nie  miała.  Muszę  jej  pokazać,  jak  wiele  dla  mnie 
znaczy.

Ciemne oczy Daniela stały się łagodne.
- Nie możesz kupić wszystkiego, Beau. Kate nie pozwoli, byś ją zastąpił byle czym. 

Jest zbyt niezależna.

- Będzie musiała mi pozwolić. - Delikatnie odgarnął kosmyk jej włosów za ucho. -

Jaki jest z tego wszystkiego pożytek, jeśli nie mogę tego dać Kate? Przez całe życie moi 
kochani  krewni  i  tak zwani  przyjaciele  walczyli,  by  położyć łapę  na  bogactwach 
Lantry'ego.  Pieniądze  nigdy  nie  dawały  mi  tego,  czego  naprawdę  chciałem.  Teraz 
będzie  inaczej.  Dzięki  nim  będę  mógł  zapewnić  Kate  bezpieczeństwo  i  wygodę.  -
Spróbował  przełknąć  ślinę  przez  ściśnięte  gardło.  -  I  szczęście. Chcę,  żeby  Kate  była 
szczęśliwa.

-  Skąd  wiesz,  że  pieniądze  przyniosą  jej  więcej  szczęścia  niż  tobie?  -  spytał 

spokojnie Daniel. – Nie wydaje mi się, żeby Kate była materialistką. Wręcz przeciwnie. -
Podszedł  do  niego  marynarz  i podał  mu  ciemnoniebieskie,  metalowe  pudełko  z 

background image

82

czerwonym  krzyżem. -  Teraz  zobaczymy,  czy  rana  jest  rzeczywiście  poważna.
Przytrzymaj  bliżej  tę  lampę,  Jim.  -  Otworzył  apteczkę  i  wyjął  gazę.  Z  nadzwyczajną 
uwagą zmył krew z twarzy Kate. Nie patrząc w górę, odetchnął z ulgą. - W porządku. To
tylko cięcie, nawet nie głębokie. Nie straciłaby przytomności, gdyby odłamek nie uderzył 
w tak wrażliwe miejsce jak skroń. Zaraz powinna wrócić do siebie.

-  Jesteś  pewien?  -  Beau  spojrzał  na  niego  z  napiętą  i  przejętą  twarzą -  Jest 

zupełnie nieruchoma.

- Jestem całkowicie pewien. Nie jestem lekarzem, ale mam niezłe doświadczenie z 

ranami. Tak, Daniel by wiedział, uznał z ulgą oszołomiony Beau. Będzie w porządku. -
Dzięki Bogu!

"Beau  znów  się  gniewa -  pomyślała  z  niepokojem  Kate  - nigdy  jeszcze  nie 

słyszałam u niego tak szorstkiego głosu". Nawet przez mgłę, z której się budziła, czuła 
napięcie  bijące  od  niego  jak  od zbytnio  napiętej  struny.  Głowa  tętniła  jej  tępym, 
dotkliwym  bólem.  Dlaczego?  Starała  się zastanowić,  wszystko  tonęło  w  ogłupiającej 
mgle.  Ach tak,  uderzyli ją  w głowę  w składzie, kiedy  spalili  kokainę. Ale  to chyba  było 
dawno  temu.  Dlaczego  ciągle  ją  bolało?  Nie,  to  nie  dlatego. Karabin  maszynowy. 
Zesztywniała, gdy wróciło to wspomnienie. Statek, pościg, głos Beau mówiący jej, by nie 
dyskutowała i zeszła na dół, zmiatająca seria z automatu. Otworzyła oczy.

- To nie była moja wina.
- Kate!
Była zbyt pochłonięta myślami, by zauważyć, że ma zachrypnięty głos.
- To nie moja  wina - nalegała. - Nie zdążyłam  zejść na dół - Zmarszczyła brwi.,  -

Pewnie i tak bym tego nie zrobiła. Nie masz prawa wydawać mi rozkazów.

Daniel zaśmiał się.
- I co mówiłem? Niezależna jak licho.
-  Może  być  niezależna,  jeśli  chce,  dopóki  nic  jej  nie  grozi.  -  Beau  pożerał  ją 

wzrokiem w świetle latarni, na jego twarzy malowała się taka czułość i wdzięczność, że 
ją to zdziwiło. Beau nie mógł się gniewać i jednocześnie tak na nią patrzeć. - Czy coś cię 
boli?

Zaprzeczyła ruchem głowy, wpatrzona ciągle w tę cudowną, czułą twarz.
- Nie, czuję się dobrze. Czy wszyscy są w porządku?
Daniel przytaknął.
-Tylko ty byłaś ranna. Czy możesz się ruszać?
- Tak,  oczywiście  -  wykonała  ruch,  jakby  chciała  się  podnieść,  ale  Beau 

powstrzymał ją natychmiast, obejmując ramieniem.

-  Leż  spokojnie  -  rozkazał  poważnie.  -  Jesteś  pewien,  że  wolno  się  jej  ruszać? 

Daniel?

Daniel wzruszył ramionami.
- Nie rozumiem czemu nie. Powiedziałem ci, że to tylko zadrapanie.

background image

83

- W takim razie zabiorę ją do kabiny. Wyślij na dół Jima z apteczką, dobrze? - Stał, 

wciąż tuląc ją opiekuńczo w ramionach. - Od tej chwili zajmę się nią.

Daniel podniósł się i stał naprzeciwko.
- Czy zdecydowałeś, dokąd teraz płyniemy? Na Santa Isahellę?
-  Jeszcze  nie  -  powiedział  Beau  odwracając  się.  -  Wrócę  i  później  ci  powiem. 

Wydostań  nas  po prostu  jak  najszybciej  Castellano,  zanim  ja  wyrażę  całą  swoją 
wdzięczność  za  to,  że  ona  jeszcze  żyje i  znów  będę  chciał  zbierać  skalpy.  Nie  chcę, 
żeby kiedykolwiek w swoim życiu musiała spojrzeć na przeklętą wyspę.

Niósł ją, idąc szybko. Dotykała uchem jedwabnej koszuli pokrywającej jego pierś i 

słyszała  bicie jego  serca.  Czuła  się  niezwykle  w  tym  opiekuńczym  uścisku.  Zbyt 
delikatnie. zbyt łatwo było się odprężyć i pozwolić, by Beau przejął kontrolę. Nie wolno 
jej poddawać się tym chwilowym słabościom.

- Mogę iść. Postaw mnie na ziemi, czuję się dobrze. To naprawdę nie bolało.
Zerknął  na  nią  i  jego  twarz  rozjaśniła  się  pięknym  uśmiechem,  który  rozgrzał  jej 

serce.

- Wiem, że możesz, ale jeszcze nie chcę ci na to pozwolić. Bądź dla mnie dobra, 

kotku.

Co oznaczała ta odrobina wolności, kiedy tak się do niej uśmiechał?
- Dobrze - powiedziała, przysuwając policzek bliżej żywego rytmu serca. Zamknęła 

oczy  i spokojny  metronom  kołysał  ją  w  sennym  zmęczeniu,  kiedy  Beau  niósł  ją  po 
schodach,  a  polem położył  ostrożnie  na  miękkiej  koi.  Rozebrał  ją  zręcznie  i  szybko 
nakrył.  Zagubiona  w  uroczym rozleniwieniu,  nie  usłyszała  pukania  do  drzwi  i  słów 
zaproszenia wypowiedzianych przez Beau. Poczuła, że Beau odgarnął jej włosy z czoła.

- Hej, obudź się. Nie możesz zasnąć, zanim nie obandażuję ci rany. - Materac ugiął 

się  pod  nim, kiedy  usiadł,  otworzył  oczy  i  zobaczyła,  że  bierze  od  smukłego,  dobrze 
zbudowanego  marynarza apteczkę.  Jak się  nazywał? Ach  tak,  Jim. Po chwili  Jima już 
nie  było,  a  Beau  pochylał  się  nad  nią. Wspaniały  uśmiech  znów  pojawił  się  na  jego 
ustach. -  To  może  trochę  boleć  -  powiedział,  kiedy  gaza  dotknęła  jej  skroni.  Wzięła 
głęboki oddech. Środek dezynfekujący mocno ją szczypał. - Cholera - warknął przejęty. -
Za  chwileczkę  wrócę.  Poczekaj, kochanie.  -  Dotrzymał  słowa  i  za  chwilę  rana  była 
czysta i starannie przykryta małym, kwadratowym bandażem. - To powinno wystarczyć. 
- Zamknął na suwak apteczkę. - Teraz możesz zasnąć.

- Mogę? - Patrzyła na niego niepewnie. - Nie kładziesz się?
Pokiwał przecząco głową.
-  Może  później.  Chcę  teraz  czuwać,  żeby  się  przekonać,  że  nie  dostałaś  od 

uderzenia pocisku wstrząsu mózgu. - Znów  czule przesunął dłonią po jej lokach. - Nie 
wiem, dlaczego się martwię. Masz na pewno  żelazną czaszkę. Później zastanowię się 
nad karą dla ciebie.

- Możesz się obok mnie położyć - powiedziała melancholijnie. Dziwne, jak szybko 

można się przyzwyczaić do uścisku mocnych, kochających rąk.

background image

84

Znów pokiwał głową.
-  Jestem  na  to  za  bardzo  zmęczony.  To  był  ciężki  dzień.  Posiedzę  tu  po  prostu, 

póki nie zaśniesz. Muszę pójść do góry i porozmawiać z Danielem, dokąd mamy płynąć, 
ale będę wpadał co pewien czas i sprawdzał, jak się czujesz. Nie będziesz się bała być 
sama?

Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Jestem do tego przyzwyczajona. W porównaniu z dżunglą, "Searcher" jest małą 

planetą, która przeżyła eksplozję demograficzną.

Ścisnął ją mocniej. Całe jej życie to samotna dżungla. Ale to już przeszłość. Nigdy 

już nie pozwoli, by była samotna lub bezbronna.

- Pomyślałem sobie, że twoim alter ego musi być Sheena, dziewczyna z dżungli. -

Nagle  spojrzał  na nią  poważnie.  -  Co  mam  powiedzieć  Danielowi  o  wyspie  Santa 
Isabella? Czy chcesz spotkać się z Brendenem i Juliem, zanim popłyniemy dalej?

- Bardzo bym chciała, ale to zależy od ciebie. - Spojrzała na niego spokojnie. - To 

twoja decyzja.

- Ach tak, nasza umowa. Coraz bardziej mnie męczy mówienie o tym. - Wzruszył 

ramionami.  –  W każdym  razie  wyślę  specjalnego  kuriera,  by  odebrał  od  Julia  twoją 
karuzelę i dostarczył ją nam przy następnym postoju, jeśli nie zatrzymamy się na Santa 
Isabella.

Jej twarz rozjaśniła się. 
- Więc jest bezpieczna?
- Oczywiście, że tak. Powinnaś wiedzieć, że nie pozwolę, by cokolwiek stało się tak 

ważnej dla ciebie rzeczy. - Przerwał. - Więc pozostawiasz mi wybranie celu?

Wzruszyła ramionami.
- Nieważne dokąd płyniemy, wszystkie wyspy są do siebie podobne na Karaibach. 

– Nagle zmarszczyła czoło. - Muszę cię ostrzec, że w kolejnym porcie mogę się okazać 
bardzo  niewygodna. Niewiele  jest  portów,  które  witają  kobiety  bez  dokumentów  z 
otwartymi ramionami. Może byłoby lepiej, gdybyś popłynął sam.

- Tak, tak, twój nie istniejący paszport. Cóż, musimy coś na to zaradzić, prawda? -

Bawił  się  jej  palcami  i  mówiąc  patrzył  na  nie  zamyślony.  -  A  ponieważ  jestem 
przywiązany  do  takiej  właśnie kobiety,  nie  mam  zamiaru  jechać  sam.  -  Uśmiech 
wykrzywił  mu  usta.  -  Nie  mam  takiego przeszkolenia  w  dżungli  jak  ty.  Czułbym  się
samotnie.

-  Naprawdę?  -  To  przyznanie  się  do  słabości  w  ustach  silnego  i  pewnego  siebie 

Beau  przyniosło  jej  rozczulającą  i  zapierającą  dech  nadzieję.  -  Nie  pomyślałabym,  że 
możesz czuć się samotny.

-  Byłem  samotny  przez  całe  życie.  -  Spojrzał  na  nią.  -  Dlatego  chcę,  żebyś  przy 

mnie  została. Obiecałaś kiedyś,  że się  mną  zaopiekujesz.  To  mnie  wtedy ubawiło, ale 
teraz  wcale  mnie  nie  bawi. Pragnę,  byś  się  mną  zajęła,  byś  mnie  strzegła  przed  tą 
samotnością. Zrobisz to?

background image

85

Tak bardzo chciała. Chciała mu dać wszystko. Chciała go żywić, chronić i kochać. 

Tak, przede wszystkim kochać.

- Tak, zrobię to. - Powiedziała łagodnie. Chciała się uśmiechnąć, lecz zbyt drżały 

jej  usta. - Czy to nie podstawowy obowiązek kochanki? Będziesz mnie  musiał niestety 
nauczyć szczegółów dotyczących tej roli. Bardzo szybko się uczę.

Z wyrazem zakłopotania otworzył usta, by coś powiedzieć. Potem znów je zamknął 

i  spojrzał  na jej  dłoń,  którą  trzymał  w  ręce.  W  zamyśleniu  pocierał  kciukiem  o  gładki 
paznokieć jej wskazującego palca.

-  Będziemy  musieli  o  tym  porozmawiać  -  powiedział.  - Ale  nie  dziś  wieczorem. 

Musisz  się  dobrze wyspać  po  tych  wszystkich  przeżyciach.  Porozmawiamy  o  tym 
później. Powinnaś o jednym wiedzieć. - Ciągle na nią nie patrzył. - Teraz wszystko się 
zmieniło. Okazało się, że jeśli chodzi o ciebie, wcale nie jestem taki silny, jak myślałem. 
Chciałem  udawać  dla  ciebie  Galahada  i  Lancelota. Do  diabła,  chciałem  nawet 
spróbować tego słabeusza Ashleya Wilkesa.

- Ashleya Wilkesa? - spytała zdziwiona.
- Przeminęło z wiatrem. - Ponieważ wciąż patrzyła na niego ze zdumieniem, dodał: 

-  To też  cię ominęło? -  Uśmiechnął się  lekko rozdrażniony.  - To klasyka, którą musisz 
przeczytać. Autorka udowodniła, że ma wspaniały gust, pisząc o Południu. Mogę nawet 
cię poprosić, byś zapamiętała parę wersów. - Przestał się uśmiechać. - Nie jestem ani 
Galahadem,  ani  Ashleyem  Wilkesem,  i  nie potrafię  być  nikim  innym,  jak  tylko  Beau 
Lantrym.  -  Wykrzywił  usta.  -  A  on  jest  raczej  samolubnym  łajdakiem.  Chciałbym  być 
zdolny do poświęceń, cierpienia i do wszystkich podobnych bzdur, ale to nie pasuje do 
mojej roli. Rozumiesz?

- Niezupełnie. Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym mówisz.
Rzucił po cichu mocne przekleństwo.
- Jesteś taka bezbronna -  powiedział surowo. - I  jesteś tak strasznie impulsywna, 

że  oszalałbym martwiąc  się,  w  jakie  kłopoty  masz  się  teraz  zamiar  władować.  Może 
uważasz się za krzyżówkę Susan B.Anthony i Joanny D'Arc, ale, do cholery, dzisiaj na 
pokładzie  mogli  cię  zamordować.  - Przebiegł  niedbale  ręką  przez  włosy.  -  Mogłaś 
zresztą wiele razy zginąć przez ostatnie dni.

- Ty też - zaprotestowała.
- To co innego - powiedział z niebywałym brakiem logiki. - Potrafię o siebie zadbać. 

- Potem, kiedy dojrzał w jej oczach rosnącą złość, wzruszył bezsilnie ramionami. - Boże, 
znowu  to  zrobiłem. Wiem,  że  musiałaś  polegać  tylko  na  sobie  i  że  nieźle  się 
napracowałaś  nad  własnym  wychowaniem.-  Podniósł  jej  rękę  i  ucałował  jej  wnętrze.  -
Jesteś piękną osobą, Kate. Po prostu nie będę w stanie stać obok i patrzeć, jak sama 
toczysz  swe  bitwy.  -  Jego  głos  powoli  złagodniał. - Omal  nie  oszalałem,  kiedy 
zobaczyłem  strużkę  krwi  płynącą  po  twoim  policzku.  To  mnie  przeraziło,  kochanie. 
Chyba  nigdy  w  życiu  nie  byłem  tak  przerażony.  -  zaczerpnął  głęboko powietrza  i  jego 
głos nie brzmiał już tak łagodnie. - Nie pozwolę, by to się powtórzyło. Słabeusz Wilkes 
może się utopić w miętowym likierze, jeśli o mnie chodzi.

Patrzyła na niego ze zdziwieniem.

background image

86

- Mam nadzieję, że wiesz o czym mówisz, ponieważ ja nic z tego nie rozumiem.
-  Wiem,  że  nie  rozumiesz  -  westchnął.  -  Mówię  jak  pasażer  pierwszej  klasy  w 

Ekspresie  donikąd.  - Odsunął  jej  rękę  i  pogładził  ją.  -  zapomnij  o  tym  na  razie. 
Porozmawiamy rano. Nie chcę mówić niczego, co by cię mogło zmartwić. Pewnie teraz 
głowa boli cię o wiele bardziej.

-  Nie  zdenerwowałeś  mnie.  -  Wprawił  ją  w  zakłopotanie,  poruszył  i  przepełnił 

nadzieją. - I nie boli mnie głowa. Chcę teraz porozmawiać.

- Nie - odparł twardo. - Idź spać. - Nagle błysnął figlarnie oczyma. - Chcesz, żebym 

zaśpiewał ci kołysankę?

- Mógłbyś? - spytała zaintrygowana.
-Tylko  gdybym  był  w  wystarczająco  sadystycznym  nastroju.  Niestety,  nie  potrafię 

trzymać się melodii, mówiono, że mój śpiew przypomina wyjącego ogara na tropie. Nie, 
po poważnym zastanowieniu myślę, że o wiele bardziej odprężyłaby cię opowiastka do 
poduszki. Co ty na to, mała dziewczynko?

-  Tak,  chciałabym.  -  Nie  pamiętała,  by  z  kimkolwiek  równie  miło  gawędziła.  -

Usiadła, wygodniej opierając się o poduszki i spojrzała na niego z zapałem.

- Jaką historię mi opowiesz, Beau?
-  Cóż,  pomyślałem  o  Doktorze  Żiwago,  ale  to  trochę  za  ciężkie  jak  na  środek 

usypiający. - Podciągnął jej prześcieradło pod brodę. - To może weźmiemy Przeminęło z 
wiatrem, dobrze, kochanie?

Jaki on piękny. Jego uśmiech docierał wprost do jej serca. .
- Przeminęło z wiatrem brzmi dobrze.
- Przy okazji opowiem ci o historii Południa. No dobrze, zaczynamy? Dawno temu 

była  sobie wspaniała  posiadłość  Tara,  w  jej  spokojnych  progach  żyła  urocza, 
południowa piękność, która zwała się Scarlett O'Hara ...

- Ale kto to był Ashley Wilkes? - przerwała.
- Cicho, dojdę do tego. Po za tym, on nie jest bohaterem.
- Jest frajerem, tak?
-  Tak.  Więc  Scarlett  była  zepsutą  damą  o  silnej  woli,  którą  ciągnęło  jedynie  do 

naszego Wilkesa, który z kolei w ten sam sposób przepadał za swą kuzynką Melanią ...

Łagodne i dyskretne pukanie obudziło ją natychmiast.
Usiadła sztywno  na łóżku i  podciągnęła  pod  brodę prześcieradło, które opadło jej 

poniżej pasa. Spojrzała instynktownie na gładką, nie zmiętą poduszkę obok siebie. Nie 
spodziewała  się zobaczyć  tam  ogorzałej  głowy  Beau.  Przypomniała  sobie  jak  przez 
mgłę,  że  zasypiała  gdzieś  po pożarze  Atlanty. Poczuła,  jak  Beau  otulił  ją  jeszcze  raz 
prześcieradłem, i delikatnie, jak płatkami kwiatów, musnął ustami jej czoło. To było takie 
piękne - na wpół cyniczna wersja Beau opowieści o Południu, jego głęboki i niski szept, i 
błyskotliwy wyraz jego spokojnej twarzy. Piękne.

background image

87

Pukanie powtórzyło się tym razem nieco intensywniej. Beau nie pukałby, wszedłby 

w ten, niepowtarzalny i władczy sposób, do którego już się przyzwyczaiła. Przypomniała 
sobie jak przez mgłę, że parę razy zaglądał do niej w środku nocy, tak jak powiedział.

- Proszę.
Jim,  marynarz,  który  poprzedniego  wieczoru  przyniósł  apteczkę,  tego  ranka 

przyszedł z czymś innym. Wszedł szybko do kabiny, trzymając okrągłą, metalową tacę, 
przykrytą serwetką.

- Dzień dobry, pani Gilbert. Przyniosłem pani śniadanko. Pan Lantry powiedział, że 

powinna pani zjeść wszystko, co jest na tacy. - Postawił śniadanie ostrożnie na stoliku 
przy  łóżku.  -  Prosi,  żeby przyszła  pani  do  niego  i  do  kapitana  Seiferta  na  pokład,  jak 
tylko  to będzie  możliwe. Ubranie, które  miała  pani  wczoraj  na  sobie,  zostało  wyprane, 
zaraz  je  pani  przyniosę.  –  Uśmiechnął się.  -  Nie  chciałem  ryzykować  żonglerkę  z 
ubraniem  i  z  tacą.  Nie  jestem  znany  z  wyjątkowej zręczności.  Musiałbym  pewnie  je 
znowu prać.

-  Dziękuję  za  to  jednorazowe  pranie,  Jim  -  odpowiedziała,  uśmiechając  się  w 

odpowiedzi.  –  Nie musiałeś  tego  robić.  Mogłam  zrobić  to  sama.  Nie  jestem 
przyzwyczajona, by mnie obsługiwano.

- Żaden kłopot - powiedział żywo, idąc w kierunku drzwi. - Wyrządziłaś nam sporą 

przysługę, wydostając nas wczoraj z baru. Zmiana frontu to uczciwa gra, jak mówią.

Kiedy  zaniknęły  się  za  nim  drzwi,  postawiła  nogi  na  ziemi  i  owinęła  się  ciaśniej 

prześcieradłem, wciskając  jego  krańce  pod  pachy.  "Co  za  szczęście"  -  pomyślała  z 
grymasem na twarzy, odrzucając serwetkę w czerwoną kratkę, przysłaniającą tacę. Mieli 
naprawdę  szczęście,  że  wczoraj  na pokładzie  nic  się  nikomu  nie  stało.  Być  może 
kierowała  się  dobrymi  intencjami,  ale  Beau  miał chyba  rację,  mówiąc  o  jej 
impulsywności. Cóż, nie będzie traciła czasu na ponure wspomnienia, jeśli na zewnątrz 
słońce świeci tak jasno i  Beau czeka na nią  na pokładzie. Będzie  korzystała w pełni z 
każdego momentu, tak jak zawsze.

Zaczęła  od  śniadania  jajek  na  bekonie  i  domowych  biszkoptów,  przepysznych  i 

lekkich  jak  puch. Wydawało  się  jej,  że  nie  jadła  od  wieków,  bez  trudu  więc 
podporządkowała  się  Beau  i  zjadła wszystko  do  ostatniego  kęsa.  Zjadła  śniadanie  na 
"Searcherze"  przedwczoraj,  potem,  zanim wyruszyły  do  Mariby,  dostała  gulasz  u 
Consuelo. Beau  też  nie  przejadał  się  ostatnio,  musiał  tak  samo  jak  ona  docenić 
śniadanie.  Co  lubił  jeść?  -  zastanawiała  się.  Tak,  jeszcze  musieli  się  o  sobie  wiele 
nauczyć.  Niebezpieczeństwo  i  nagłe fizyczne  zespolenie  stworzyło  między  nimi 
pewnego  rodzaju  intymność.  Czuła  się  dziwnie,  nie  znając  małych,  przyziemnych 
szczegółów  z  życia  Beau.  Cóż,  teraz  mają  czas,  by  nauczyć  się wszystkich  rzeczy, 
których są ciekawi. Nie mogła się spodziewać, by jego namiętność trwała zawsze, ale z 
tego,  co  mówił  wczoraj  wieczorem,  wynikało,  że  czuł wobec  niej  coś  więcej  niż
pożądanie.  Być  może,  jeśli  naprawdę  się  postara  i  wypracuje  w  sobie  wyszukany 
sposób  bycia  i równowagę,  do  których  był  przyzwyczajony  u  innych  kobiet,  wywoła  w 
nim nieco tej miłości, która zaczynała roztaczać władzę nad każdą cząsteczką jej ciała.

Czterdzieści  pięć  minut  później  przeczesała  po  raz  ostatni  swe  lśniące  loki  i 

wsunęła dokładniej białą, bawełnianą koszulkę do spodni. Wykrzywiła się do odbicia w 

background image

88

lustrze  w  łazience.  Z  pewnością  wyglądała  jak  spod  igły,  ale  nagle  brakowało  jej 
romantycznego  smaku  i  polotu.  Bardziej  przypominała  kuzynkę  Melanię  niż  Scarlett.
Mimo  to,  kiedy  dotarła  na  pokład  i  zobaczyła  Beau  niedbale  opartego  o  barierkę  i 
rozmawiającego od niechcenia z Danielem, nie czuła się ani trochę jak słodka i spokojna 
Melania.  Poczuła  się beznadziejnie  romantyczna  jak  Julia,  Heloiza  i  Ginevra. Beau 
musiał  się  przebrać  w  nocy,  gdyż  teraz  miał  na  sobie  obcisłe,  jasnobeżowe  dżinsy, 
brązową jak  czekolada  koszulę  z  podwiniętymi  do  łokci  rękawami.  Jego  włosy  lśniły. 
Miał dziś bardziej piwne niż złote oczy, pod którymi zarysowały się ciemne sińce. Czy on 
w ogóle nie spał? Zrobił rozczarowaną minę, kiedy podeszła do nich.

- Zdjęłaś opatrunek?
- Zmoczył się pod prysznicem. - Tyle jeśli chodzi o wygląd spod igiełki. - Zauważył 

,tylko brak przeklętego bandaża. - I tak go już nie potrzebowałam. Rana lepiej się zagoi 
bez  niego.  - Odetchnęła  głęboko  czystym,  słonym  powietrzem.  -  Żadna  szanująca  się 
rana nie odważy się nie goić w takich okolicznościach: błękitne morze, szafirowe niebo i 
pełne słońce ... - Zatrzymała się, szukając zdania, by opisać promienną radość, która z 
niej biła. - Takiego właśnie ranka Noe musiał zauważyć, że ziemia narodziła się na nowo 
i wyprawił w drogę gołębia.

Beau uśmiechnął się rozbawiony.
- Najpierw porównuje cię do Charona, a teraz do Noego, Daniel. Niedługo będziesz 

musiał  poważnie  pomyśleć  o  zgoleniu  brody.  Oczywiście  to  nie  wpłynie  na  twój  styl, 
gdyż prezentujesz się wszystkim jako ogier.

Daniel nie był równie ubawiony.
-  Zabawa  w  przewoźnika  spragnionych  miłości  zwierzaków  wydaje  się  o  wiele 

ciekawszym zajęciem od tego, co ty dla mnie wymyśliłeś - powiedział nachmurzony. - To 
by nawet nie było legalne, do cholery. Trzeba wielu marynarskich papierów, żeby dostać 
taką robotę.

-  W  takim  razie  musimy  przejść  do  drugiego  planu  -  rzekł  poważnie  Beau.  -

Wszystko musi być zgodne z prawem. Jeśli weźmiemy na pokład kogoś z papierami w 
porządku i wszystko odbędzie się na wodach amerykańskich ...

Kate patrzyła na nich ze zdumieniem.
- O co chodzi? Chyba coś mi po drodze umknęło.
-  Tak,  Beau,  powiedz  jej,  o  co  chodzi  -  powiedział  Daniel  jedwabistym  głosem.  -

Mimo wszystko to jej przecież dotyczy. Oczywiście marginalnie.

- Zamknij się, Daniel - rzucił Beau. - Wcale mi tego nie ułatwiasz. - Odwrócił się do 

Kate  z  poważnym  wyrazem  twarzy.  -  Mamy  mały  problem.  Wczoraj  wieczorem,  kiedy 
wróciłem  na pokład,  żeby  porozmawiać  z  Danielem,  musiałem  zadecydować,  dokąd 
płyniemy.

- Tak?
- Zdecydowałem. Jesteśmy teraz mniej więcej pół dnia drogi od naszego celu.
- To znaczy? - spytała zdezorientowana. 

background image

89

- Santa Isabella .. Przerwał. - Najpierw ...
- Najpierw?
- Potem popłyniemy dalej, do Norfolk w Wirginii.
- Wirginii! - powtórzyła. - Ale to są  Stany  Zjednoczone! Nigdy nie  wpuszczą mnie 

bez paszportu.

- Stwierdziłem, że zmęczyło mnie pływanie wokół Karaibów. Chcę wrócić do domu 

– powiedział spokojnie. - A ty popłyniesz ze mną, ponieważ zgodziłaś się.

- Ale nie mogę bez ...
-  Wyrobimy  ci  paszport,  trochę  może  potrwać  zdobycie  wszystkich  dokumentów. 

Dlatego zatrzymamy  się  na  Santa  Isabella.  Musimy  zebrać  od  Brendena  wszystkie 
informacje na temat twojego urodzenia i możliwego miejsca pobytu twojej matki. W tym 
czasie  oczywiście  nie  mogę pływać  w  kółko  jak  Latający  Holender,  czekając,  aż 
adwokaci coś wymyślą.

-  W  takim  razie  będziesz  musiał  jechać  beze  mnie  -  powiedziała,  siląc  się  na 

uśmiech.

-  Nie  ma  mowy  -  odparł  z  wolna.  -  Nie  teraz,  kiedy  jest  możliwość,  by  wszystko 

załatwić. Daniel może nam pomóc. 

- Pomóc?
- Teraz jesteśmy niecałą milę od Lanique, posiadłości USA To znaczy, że płyniemy 

po amerykańskich wodach terytorialnych. Ponieważ Daniel nie jest sam upoważniony do 
podobnych  zadań,  popłynie  na  brzeg  i  znajdzie  jakiegoś  urzędnika  albo prawnika  i 
przyprowadzi go na pokład "Searchera". - Zaczerpnął głęboko powietrza. - żeby dał nam 
ślub.

- Ślub?
-  Ślub  -  powtórzył,  nieco  dotknięty.  -  Oczywiście  patrzysz  na  to  z  raczej  małym 

entuzjazmem.

-  Bardzo  inteligentna  kobieta  -  rzekł  szybko  Daniel.  -  Zapomnijmy,  że  ostatnio 

miałeś  atak  szaleństwa,  Beau.  -  Wykrzywił  się.  -  Gdyby  dotarło  do  Sedikhanu,  że 
bawiłem  się  w  Kupidyna  na rzecz  pary  młodych  zakochanych,  zrujnowałoby  mi  to 
zupełnie reputację.

- Nie zapomnimy o tym - powiedział poważnie Beau. - Pobierzemy się dziś. Kiedy 

wyjdziemy  na brzeg,  wszystkie  problemy  z  papierami  Kate  zostaną  rozwiązane.  W 
chwili, gdy za mnie wyjdzie, staje się natychmiast obywatelką amerykańską i przechodzi 
pod  opiekę  nazwiska  i  korporacji Lantry.  Zostanie  jeszcze  urząd  emigracyjny,  ale 
małżeństwo na pewno bardzo ułatwi całą procedurę.

- To jest raczej dość drastyczne rozwiązanie - powiedziała oszołomiona Kate. - Czy 

nie ma żadnego innego sposobu?

Daniel otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Beau powstrzymał go i dodał szybko.

background image

90

-  Nie  ma  innego  sposobu.  Obiecałaś  mi  coś  i  tylko  w  ten  sposób  możesz  tego 

dotrzymać.  -  Wykrzywił  usta.  -  Nie  musisz  być  taka  lękliwa.  Teraz  nawet  zupełnie 
konwencjonalne  małżeństwa rzadko  trwają  dłużej  niż  parę  lat.  To  nie  znaczy,  że 
wiążemy się na zawsze.

"Nie,  to  nie  będzie  wiecznie  trwało"  -  pomyślała  w  otępieniu.  To  będzie  tylko 

udogodnienie dla Beau, by mógł ją mieć przy sobie tak długo, jak sobie będzie życzył. 
Nie może pozwolić, by te słowa tak bardzo ją bolały.

- Wiem o tym - odparła spokojnie. - Pomyślałam tylko, że z czasem możesz zacząć 

myśleć, że sprawiam ci więcej kłopotu niż to warte.

- Rzadko żałuję swoich decyzji, niezależnie od konsekwencji - powiedział z dziwnie 

gorzkim uśmiechem. - Uważam, że to jest tego warte, Kate. Zgodzisz się w takim razie? 

- Jeśli tego chcesz.
- Bardzo mądrze - odparł szyderczo. - Nasza Kate jest na tyle poskromiona?
-  Nie  myślę,  żebym  była  zbyt  potulna  -  powiedziała,  patrząc  mu  prosto  w  oczy.  -

Wierzę po prostu, że należy dotrzymywać obietnic.

- Ja również - rzekł, złagodniała mu twarz. - Pamiętaj o tym, Kate. Ja również.
"Co  chwilę,  z  zawrotną  prędkością  zmieniał  mu  się  nastrój"  -  pomyślała  w 

oszołomieniu.  Czego on  właściwie  od  niej  chciał?  Zgodziła  się,  ale  wyczuwała  w  nim 
ukryte podenerwowanie i niezadowolenie skrywane za drwiącą maską.

- Zabierz się za to, Daniel - powiedział Beau. - Chcę, żebyśmy mieli to za sobą jak 

najszybciej.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Pobierzemy  się  w  twojej  kabinie.  To  tak  samo 
dobre miejsce jak każde inne.

- Nie!  - powiedziała Kate. Nigdy nie rozmyślała o ślubach, a szczególnie o swoim 

własnym, poczuła jednak dziwny niesmak, gdy wyobraziła sobie pospieszną ceremonię 
w kabinie Daniela. Śluby, które złożą, nie będą być może miały znaczenia dla Beau, ale 
dla  niej  tak.  Wypowiadając je,  chciała  być  otoczona  pięknem.  -  Tu  na  pokładzie,  w 
pełnym słońcu.

W oczach Beau pojawiła się iskra zrozumienia i czułości.
-  Czemu  nie?  Możemy  w  ten  sposób  mieć  całą  załogę  za  świadków.  Będziemy 

przecież potrzebować jak najwięcej dokumentów.

-  Idę  -  rzekł  Daniel  odwracając  się.  -  Muszę  najpierw  zejść  do  kabiny  i  zabrać 

kapitańskie  dokumenty  oraz  listy  uwierzytelniające,  w  które  zaopatrzył  mnie  Clancy, 
żeby wykazać, jaki teraz jestem godny szacunku. Sędziowie pokoju nie należą do tych 
urzędników, wobec których przyzwyczajony jestem używać swej siły perswazji.

Kate podeszła do przodu i położyła mu impulsywnie rękę na ramieniu.
-  Na  pewno  nie  masz  nic  przeciwko  temu?  Zniecierpliwiony  wzrok  Daniela 

powędrował na jej zakłopotaną twarz. 

-  Oczywiście,  słodka  ...  -  Przerwał  nagle,  gdy  spojrzał  w  jej  oczy.  Milczał  długo, 

potem  uśmiechnął  się  zadziwiająco  łagodnie. -  Przeżyję  to.  -  Pogłaskał  jej  dłoń.  -  Nie 
tylko będę drużbą, ale dokonam jeszcze większego poświęcenia z tej okazji.

background image

91

- Co takiego?
Spojrzał poważnie na swą nagą, muskularną pierś, pokrytą kręconymi, brązowymi 

włosami.

- Włożę koszulę.  - Odwrócił  się.  - Ale nie oczekuj ode mnie  niczego innego. Tyle 

wystarczy! –  Był już  prawie  przy drzwiach  na dolny pokład,  nagle  znów się  odwrócił. -
Cóż, może jeszcze jedna rzecz. Będziesz potrzebowała obrączki na tę ceremonię. Beau 
jakąś ma. A ty, Kate?

Pokręciła przecząco głową.
Zdjął z prawej ręki dużą obrączkę z florenckiego złota.
- Weź tę. - Podał ją Beau. - To zresztą mój amulet. Chcę, żebyście mi ją oddali.
Kate obejrzała obrączkę. Poza tym, że była zrobiona z prawdziwego złota, musiała 

mieć rzeczywiście  dużą  wartość.  Była  wyśmienicie  zrobiona  i  ozdobiona  niezwykłym 
wzorem - różą w pełnym rozkwicie przekłutą sztyletem.

- Amulet?
Daniel przytaknął.
- Dostałem ją od potężnego szejka Sedikhanu, któremu kiedyś oddałem przysługę. 

Nie  zdawałem  sobie  z  tego  sprawy,  ale  noszenie  jej  zapewniało  mi  automatycznie 
opiekę  szejka.  Ten  symbol uznawany  był  w  całym  Sedikhanie.  -  Wykrzywił  usta.  -
Ukradli  mi  ją  rewolucjoniści,  o których ci mówiłem.  Kiedy  sprzedali  ją  na targu,  kupiec 
zaniósł ją do szejka i skontaktował się z Donahue.

Razem, idąc śladem obrączki, dotarli do mnie. Po sześciu miesiącach spędzonych 

w przeklętym piecyku byłem gotów uwierzyć, że obrączka była nie tylko amuletem, ale 
miała właściwości magiczne.

-  Mogę  to  sobie  wyobrazić  -  rzekła  Kate.  Magia.  To  małżeństwo  potrzebuje  z 

pewnością magii i szczęścia, wszystkiego, co może przynieść obrączka. - Dziękuję, że 
pozwolisz nam z niej skorzystać, Daniel.

- Cała przyjemność po mojej stronie. - Zniknął na schodach.
Wspomnienie  tej  dziwnej  ceremonii  wywołało  w  niej  mieszaninę  przeróżnych 

uczuć,  Kołysanie  statku  pod  stopami,  jasne  i  ciepłe  słońce  zatapiające  wszystko  w 
promieniach,  czekająca  załoga  z  niespodziewanie  uroczystym  wyrazem  twarzy.  Pan 
Carruthers,  chudy,  siwiejący  sędzia  pokoju  o uroczym  uśmiechu.  Daniel  ubrany  w 
obcięte  dżinsy  oraz  białą  koszulkę  zapiętą  pod  szyję  z przymilną  roztropnością. 
Egzotyczna  obrączka  wsunięta  na  palec.  Niski  i  dziwnie  schrypnięty  głos Beau 
powtarzający  odpowiednie formuły, jej  własny głos słaby i  daleki. Wszystko  to było jak 
sen do chwili, w której tuż przy końcu ceremonii Beau zwrócił się do niej.

-  Chciałem  coś  powiedzieć  -  rzekł  łagodnie.  -  Być  może  nie  wiesz  o  tym,  ale 

ostatnio  pary  składają sobie  osobiste  śluby.  Myślę,  że  zaczęło  się  to  w  latach 
sześćdziesiątych,  w  czasach  "dzieci kwiatów". -  Uśmiechnął  się  łagodnie,  biorąc  w 
dłonie  jej  rękę.  -  Nigdy  nie  myślałem,  że  będę  chciał iść  za  ich  przykładem,  ale  oto.  -
Przerwał na długą chwilę, a kiedy zabrzmiały jego słowa, były wyraźne, czyste i bogate 
jak klejnoty. - Jest tylko parę wartości na tym starym świecie, których postanowiłem się 

background image

92

trzymać. To uczciwość, wierność i kochająca hojność ducha. Znalazłem je wszystkie w 
tobie,  Kate.  -  Trzymał  ją  mocniej  i  złote  oczy  błyszczały  mu  tak,  jak  oczy  Kate.  -
Obiecuję  podarować  ci  w zamian  własną  uczciwość i  wierność.  Nie  mogę  obiecać,  że 
dam ci taką samą hojność ducha. To szczególna cecha jest tak rzadka i bezcenna, że 
nie jestem pewien, czy kiedykolwiek ją posiadałem. Dam mą siłę, by cię chronić, wiedzę 
i  doświadczenie,  jakie  zdobyłem przez  lata  oraz  przyjaźń.  -  zaczerpnął  głęboko 
powietrza. - Nie są to dary, które oddaję lekką ręką. Czy je przyjmiesz, Kate?

- O tak! - Była tak poruszona, że nie mogła wydobyć słów przez zaciśnięte gardło. 

– Nie spodziewałam się tego. Nie wiem, co w zamian powiedzieć.

-  Nic  -  odparł  prosto  Beau,  zwracając  się  do  pana  Carruthersa.  -  Nie  musisz 

niczego mówić. Chciałem po prostu, żebyś wiedziała. Ciągnijmy dalej.

-  Jeszcze  tylko  parę  wersów  -  powiedział  burkliwym  tonem  sędzia,  pochylając 

pospiesznie głowę nad Biblią.

Nie  słyszała  prawie  końcowych  słów,  które  dopełniły  ceremonii,  czuła,  że  słowa 

wypowiedziane przez Beau otuliły ją w złote ciepło. Takie piękne. Żadne słowa nie były 
tak wspaniałe. Delikatny pocałunek Beau na koniec ceremonii niósł w sobie takie samo, 
pełne  godności  piękno. Nie  zauważyła  prawie,  jak  Beau dziękował  Carruthersowi  i  jak 
koperta zmieniła  właścicieli. Potem Daniel zaprosił ich wszystkich do kabiny na drinka, 
po czym sędzia miał być zabrany na brzeg.

Beau pokiwał głową.
- Obawiam się, że będziesz musiał nam wybaczyć. Muszę porozmawiać z Kate. .-

Zwrócił się do niej: - Czy zejdziesz ze mną do kabiny?

Przytaknęła rozmarzona, nie czując prawie, jak poprowadził ją w dół po schodach. 

Drzwi  do kabiny  zamknęły  się  za  nimi,  odwróciła  się  do  niego  z  błyszczącymi  i 
zamglonymi oczyma.

- O czym chciałeś ze mną rozmawiać?
-  Słucham?  -  spytał  otumaniony.  Potrząsnął  głową,  jakby chciał  się  otrząsnąć.  -

Wyrządź mi  przysługę  oj nie  patrz  na mnie  w ten sposób,  dobrze? Kiedy prowadziłem 
cię tutaj, miałem ochotę jedynie z tobą rozmawiać.

- A teraz? - spytała miękko; przysuwając się o krok bliżej.
- Teraz chcę rzucić cię na koję i wreszcie się grzesznie z tobą zabawić.
-  Poprzednie  zabawy  nie  wydawały  mi  się  tak  grzeszne  - powiedziała  z 

uśmiechem. - Masz to zamiar zrobić inaczej tym razem?

- Oczywiście. - Błyszczały mu oczy. - Różnorodność jest ozdobą życia, szczególnie 

jeśli chodzi o robienie "tego". - Przestał się uśmiechać. - Posłuchaj mnie. Za parę minut 
będziesz leżała nago w tym łóżku, ale to nie dlatego tu jesteśmy. Muszę ci powiedzieć, 
dlaczego odbyliśmy tę ceremonię na pokładzie.

- Już mi powiedziałeś - odparła, uśmiechając się do niego uroczo. Zaczęła rozpinać 

białą bluzkę. - Rozumiem  dokładnie. Chcesz jechać do domu. Nigdy tak naprawdę nie 
miałam  domu,  ale rozumiem,  że  to  może  przyciągać.  Jeśli  zechcesz,  pojadę  z  tobą.  -
Pojechałaby do kolonii karnej na Diabelskiej Wyspie, jeśli tylko spojrzałby na nią jeszcze 

background image

93

raz  tak,  jak  patrzył,  wypowiadając  śluby. -  I  nie  powinieneś  się  martwić,  że  cię 
wykorzystam. Kiedy tylko będziesz chciał rozwodu, po prostu mi powiesz, wtedy odejdę. 
- Bardzo trudno było wypowiedzieć te słowa, ale musiały paść. – A kiedy będziemy ze 
sobą, nie zapomnę, że to małżeństwo tak naprawdę nie istnieje. - Obiecuję, że nie będę 
Ksantypą.

Wpatrzył  się  w  bujne  wycięcie  dekoltu  odsłonięte  przez  stanik,  kiedy  zrzuciła 

koszulę.

- Rozwodu? Co ty przez to rozumiesz? - Przerwał. - Kim, u diabła, jest Ksantypa?
- Była żoną Sokratesa. - Walczyła z zapięciem biustonosza. - Miała bardzo trudny 

charakter. Sokrates powiedział, że żyjąc z nią nauczył się radzić sobie z resztą świata.

- Nie dziwne więc, że tak chętnie wypił czarę trucizny - powiedział rozkojarzonym 

tonem.  Zaczerpnął  powietrza,  kiedy  zapinka  wreszcie  ustąpiła  i  Kate  zsunęła  paski  z 
ramion  oraz  rzuciła stanik  na  bok.  -  Dlaczego  mam  wrażenie,  że  starasz  się  mnie 
uwieść?

Podeszła jeszcze jeden krok i zaczęła mu rozpinać koszulę. 
-  Być  może  to  właśnie  robię  -  powiedziała  pogodnie,  przyciskając  do  niego  swój 

nagi, rozkołysany i ciężki biust. Wyczulone sutki, ocierając się o zimną i gładką koszulę, 
paliły  już  i  sterczały  gotowe,  jak  całe  jej  ciało.  -  Czytałam  parę  książek  na  ten  temat. 
Agresja ze strony kobiety jest czasami bardzo pożądaną odmianą. - Uśmiechnęła się do 
niego  figlarnie.  -  Właśnie  powiedziałeś  mi,  że  różnorodność  jest ozdobą  życia.  -
Rozsunęła mu koszulę i otarła o niego piersi. - za każdym razem to ty byłeś agresorem. 
Teraz moja kolej.

- natata -  burknął, na jego twarzy pojawił  się rumieniec, kiedy odruchowo pochylił 

się  na  spotkanie kołyszących  się  piersi.  -  Może  nie  wiesz  jeszcze  nic  o  ruchu 
wyzwolenia  kobiet,  ale  niech  Bóg trzyma  nas,  mężczyzn,  w  opiece,  kiedy  już  się 
dowiesz, Ksantypo.

Ściągnęła  mu  koszulkę  z  ramion  z  drażniącą  powolnością,  ocierając  się  o  niego 

przy każdym oddechu i ruchu. Słyszała, że jego oddech staje się ciężki i tętnica na szyi 
bije  coraz  żywiej. Cudowna  była  świadomość,  że  ma  na  niego  taki  wpływ.  Ale  chciała 
więcej, chciała dać mu tyle przyjemności, by go oszołomić. Tak bardzo go kochała. W 
jaki  sposób to uczucie  zrodziło się w tak krótkim czasie i  wypełniło całe jej życie? Być 
może gdyby potrafiła dać mu wystarczająco dużo przyjemności, też by ją kochał, choćby 
w chwilach uniesienia.

- Zabaw się ze mną grzesznie, Beau, proszę.
Zadrżał, lecz nie z zimna. Ciało stykające się z jej ciałem płonęło.
-  Być  może  moglibyśmy  porozmawiać  później  -  powiedział,  rozpinając  pasek  od 

spodni.  -  Myślę, że  i  tak  zgubiłem  wątek.  -  Chciałem  chyba  zacząć  od  tego,  że  wcale 
mnie  tak  dobrze  nie  znasz  i  to niesprawiedliwe,  że  ja  ...  -  Wziął  głęboki  oddech, 
wysuwając  do  przodu  biodra,  tak  że  jego  twarda jak  metal,  pobudzoną  męskość 
przycisnęła  się  śmiało  do  niej.  - Do  diabła,  znasz  mnie,  przynajmniej w  biblijnym  tego 
słowa znaczeniu. Czyli jeszcze raz?

background image

94

Jeszcze  raz.  Słowa  sprawiły,  że  poczuła  się  nieswojo,  ale  tylko  przez  chwilę.  Z 

trudem zbierała myśli przez gorącą mgłę, która zaczęła ją otaczać. Ręce Beau szybko 
rozpinały suwak jej dżinsów i nagle zastanowiła się, kto kogo uwodzi.

- Co z moją inicjatywą?
-  Może  gdybym cię  nie miał przez wiek albo  więcej  -  powiedział  niskim  głosem.  -

Ale będę wielkoduszny i pozwolę ci pomóc. - Odepchnął ją. - Będzie szybciej, jeśli sami 
się rozbierzemy. - Pogłaskał ją przelotnie po pośladkach. - Pospiesz się.

Spieszyła się, jak tylko potrafiły jej drżące palce i ciekawe oczy. Chciała na niego 

patrzeć,  kiedy rozbierał  się  z  szybką  oszczędnością  ruchów  atlety.  Nie  udało  się  jej 
napatrzeć do syta tamtego ranka nad  stawem. Składał  się z silnych, smukłych mięśni, 
miał twarde i zwarte pośladki, uda i łydki napinał jak struny. Zsunęła tenisówki i położyła 
je przy reszcie ubrań. Stanęła, patrząc na niego z podziwem.

- Masz bardzo ładne nogi - powiedziała rozmarzona. - Czy to od jazdy na łyżwach?
Podniósł wzrok od butów, które właśnie ściągał, drgnęły mu usta.
-  Dziękuję  ci.  Myślę,  że  te  ćwiczenia  mają  coś  wspólnego  z  moją  doskonałą 

kondycją.  Ty  za  to  masz  nieprawdopodobnie  wspaniały  biust  i  jestem  pewien,  że 
zupełnie nic nie musiałaś robić, by to osiągnąć. - Wziął ją za rękę i poprowadził do koi. -
Jestem przekonany, że mały aerobik może im tylko pomóc. Więc jak, spróbujemy?

-Co tylko chcesz - powiedziała, kryjąc skromnie pod rzęsami figlarne spojrzenie. -

Nie chciałabym być posądzona o brak współpracy. Już mnie przekonałeś, że zrzędzę.

-  Co  tylko  zechcę  -  powtórzył  łagodnie.  -  Będzie  też  to,  co  ty  będziesz  chciała, 

Kate,  obiecuję.  - Miała  opaść  na  łóżko,  powstrzymał  ją,  kładąc  jej  rękę  na  ramieniu.  -
Nie, nie tak. COŚ innego, pamiętasz.

Usiadł na skraju łóżka i przyciągnął ją na swe kolana. Coś pięknie i podniecająco 

innego. Już teraz było inaczej. Twarde kości i muskuły opierały się o jej miękkości, jego 
oczy biły ciepłym blaskiem, niecierpliwa męskość ocierała się jej o uda. Inaczej.

-To  zawsze  było  bardzo  piękne  i  podniecające,  Beau  -  powiedziała,  kładąc  mu 

ufnie  głowę  na piersi.  Jego  serce  biło  szaleńczo  tuż  przy  jej  uchu,  ale  ręce  miał 
niezmiennie łagodne, kiedy gładził ją po lokach. - Tak jakbyś mi za każdym razem dawał 
cudownie cenny prezent.

Zaśmiał się.
- Masz bardzo oryginalny sposób wyrażania myśli. - Potargał jej włosy. -To dotyczy 

nas obojga, mała Shebo. Byłoby czystym zdzierstwem, gdybym obciążył cię za to kwotą 
stu  dwudziestu talentów.  -  Ustawił  ją  naprzeciw  siebie,  tak  że  obejmowała  mu  biodra 
nogami.  -  Staram  się  jednak  pracowicie  udowodnić,  że  wart  jestem  każdego  talentu.  -
Przysunął  ją  bliżej,  kreśląc  dłońmi  na  jej  plecach  leniwe  koła.  - Prawda,  że  to  miłe?  -
Szepnął jej do ucha. - Mogę dotknąć cię prawie wszędzie. - Przerwał na chwilę, po czym 
przycisnął się nagle do sedna jej kobiecości. - I ty możesz dotknąć mnie.

Zacisnęła kurczowo dłonie na jego ramionach.
-Tak,  to  bardzo  miłe -  powiedziała  omdlewającym  głosem.  "Miłe"  nie  było 

odpowiednim  słowem. Nigdy  w  życiu  nie  czuła  się  bardziej  bezbronna,  gdzieś  w  głębi 

background image

95

czuła rosnący  wilgotny pożar. - Myślisz,  że moglibyśmy jeszcze  bardziej  dogłębnie się 
dotknąć?

-  Kiedy  to  takie  słodkie  -  powiedział,  rozbawiony  jak  chłopiec.  -  Nie  zaczęliśmy 

jeszcze  ćwiczeń. -  Jedną  ręką  pod  trzymał ją  pod  pośladkiem,  nie  pozwalając  na 
kontakt,  drugą  zaś  rękę  przesunął  po  jej  ramieniu  i  odepchnął  ją  do  tyłu,  tak  że  jej 
kręgosłup  wygiął  się  w  łuk  i  pełne  piersi  otworzyły  się  przed  nim.  -  Tak  lepiej  -
powiedział.  -  Teraz  trzymaj  się  w  takiej  pozycji,  kochanie.  Czy  czujesz  napięcie? 
Podtrzymywanie  napięcia  jest  bardzo  ważne  przy  wykonywaniu  wszelkich  ćwiczeń.
Wiesz o tym?

- Nie, nie wiedziałam - powiedziała słabo. - Tak, czuję napięcie. - Ta pozycja była 

niemal nieznośnie erotyczna. Lekkie napięcie mięśni w krzyżu i biodrach, bezbronność 
jej otwartych ud i niemal oślepiający wzrok Beau na jej piersiach. - Beau?

-  Chcesz  jeszcze?  -  Pochylił  głowę  w  doprowadzającym  do  szaleństwa  wolnym 

tempie  i  zatrzymał się  o  jeden  oddech  od  jej  piersi.  -  Ja  też.  -  Jego  usta  otoczyły  jej 
sutek  z  drażniącą  delikatnością, podczas  gdy  druga  ręka  opadła  z  ramienia  na  drugą 
pierś  i  zaczęła  rytmiczny  masaż,  który  sprawił,  że  przeszły  ją  ciarki.  -  Utrzymaj  to 
napięcie, kochanie - mruknął, drażniąc językiem różową otoczkę piersi. - Tak ci będzie 
lepiej. Chcę, żeby ci było bardzo dobrze, Kate.

Próbowała, ale to było coraz trudniejsze. Każdy mięsień i kość jej ciała zdawała się 

topić jak lawa. Oddychała lekkimi sapnięciami, odruchowo chciała go objąć i przytulić … 
ale napotykała tylko powietrze.

- Jeszcze nie. - Kiedy odchyliła głowę w napięciu, którego się domagał, jego usta i 

dłonie  przyspieszyły  rytmiczny  nacisk.  -  O  to  chodzi  -  jego  niski,  aksamitny  głos 
zabrzmiał melodyjnie. - Słodka, łagodna Kate. - Opuścił dłonie z piersi, jedną chwycił jej 
pośladki,  drugą  przytrzymał  ją  w krzyżu,  wyginając  do  tyłu.  Jeszcze  bardziej.  -  Teraz 
będzie  coś  z  tego  dogłębnego  dotyku,  o  którym mówiłaś.  Ale  powoli,  bardzo  wolno.  -
Mocno  objął  wargami  jej  pierś,  ręką na  pośladku  pchnął  ją wolno  do  przodu.  Ręka  na 
krzyżu nie pozwalała jej przesunąć się dalej, poza jego kontrolę. Trochę, potem jeszcze 
trochę, gorąco, poczucie  pełni, ale nigdy dość.  Jej pierś była ciężka i  nabrzmiała, jego
język  i  zęby  przynosiły  dotkliwe  cierpienie.  Ruszał  się  tak  strasznie  wolno!  Objęła  go,
przytulając do siebie, zapraszając i kusząc. Poczuła, jak sapnął i zaśmiał się po cichu. -
Och, to było słodkie. Ale  nie rób tego  więcej, kochanie. Nie jestem pewien, czy  byś to 
zniosła.

- Co ty sobie wyobrażasz? - powiedziała, zamykając oczy, kiedy jego dłoń leniwie 

pieściła  jej  plecy, potem  powtórzyła  znów  nacisk  na  pośladki.  -  Nie  mogę  tego 
wytrzymać!

- Możesz. - Przeniósł usta na drugą pierś, by oddać jej podobny hołd. - Jesteśmy 

prawie  w  domu,  Kate.  -  Pchnął  ją  nagle  mocniej  i  wypełnił  całkowicie.  Wydała  niski 
gardłowy  jęk  nieskończonej przyjemności.  -  Co  za  uroczy  dźwięk.  -  Zaczął  ciężko 
oddychać. - Usłyszmy to jeszcze raz. – Pchnął ją do przodu jeszcze raz i tym razem jej 
głos  przemienił  się  w  ostrą  prośbę.  Odsunął  głowę  od  jej  piersi  i  objął  ramionami. 
Schował usta w lokach na jej skroni. - O Boże, to wspaniałe. Nigdy nie myślałem, że to 
może  być takie cudowne.  Nie  zrobiłbym tego  z kimś  innym. -  Gładził  jej nagie plecy  z 
czułą  delikatnością.  Przysunął  usta  do  jej  warg  i  zagłębił daleko  język  w  jej  ustach. 

background image

96

Podniósł  głowę i  wziął głęboki  oddech, tak  jakby spragniony  był tlenu. - tylko  ty; Kate. 
Tylko z tobą.

Nie czekał, aż odpowie, położył jej ręce na biodrach, poruszając nią, popychając, 

docierając  tak  głęboko,  że  westchnęła.  To  było  takie  słodkie  i  szalone,  że  między 
kolejnymi  ruchami  niemal  nie nabierała  oddechu.  Mimo  że  niemożliwe  jest,  by  tak 
niezwykłe  uczucie  wstrzymać  na  tak  długo, jednak  Beau  udało  się  tego  dokonać. 
Zdawało  się,  że  dopiero  wieki  później  dotarli  do  najwyższej przyjemności  i  opadli  na 
łóżko  w  stanie  euforycznego  i  omdlewającego  zmęczenia. Sen  nadszedł  nieuchronnie 
jak  tęcza  po  słonecznej  burzy. Łagodny  sen.  Bezpiecznie  spała  w  silnych  i  władczych 
ramionach.  Cudownie  leżąc  w kochających  objęciach,  z  uchem  przytulonym  do  serca 
Beau,  słysząc  spokojny,  żywy  rytm  i wiedząc,  że  mogła  zmusić  ten  metronom  do 
szybkich uderzeń jednym tylko dotykiem.  Ale nie teraz. Teraz cudownie  było wiedzieć, 
że  mają  nieskończenie  dużo  czasu,  by  cieszyć  się  tą magiczną intymnością.  Beau  na 
pokładzie wyglądał na zmęczonego i wycieńczonego. Potrzebował odpoczynku. Objęła 
go odruchowo. "Odpoczywaj kochanie, kiedy chronię cię przed światem. Złóż ręce. Śpij, 
a ja ochronię cię przed samotnością i..."

Nie  spała.  Było  jej  dobrze,  ktoś  gładził  ją  tak  czule.  Otworzyła  zaspane  oczy. 

Siedział  na  brzegu  łóżka  całkowicie  ubrany,  już  nie  bezbronny,  ale  wciąż  tak  samo 
kochany. Mimo to poczuła się rozczarowana.

- Chciałam się tobą zająć.
-  Co?  -  Zmarszczył  czoło.  -  Chyba  jeszcze  śpisz.  zaraz  przybijemy  na  Santa 

Isabella, musimy porozmawiać.

Podał  jej  białe  wdzianko,  które  już  znała.  Ach  tak,  miała  to  na  sobie  pierwszego 

dnia na "Searcherze". To chyba było bardzo dawno temu. Tak szybko dopłynęli? Musieli 
spać dłużej, niż myślała. Promienie przeświecające przez luk były teraz o wiele dłuższe i 
słabsze. Musi być późne popołudnie.

-  Mówiłeś,  że  chcesz  wcześniej  porozmawiać  -  powiedziała,  uśmiechając  się  do 

niego psotnie. Wsunęła ręce w rękawy wdzianka i zawiązała pasek. - Nigdy chyba przez 
to nie przejdziemy, prawda? zawsze coś przeszkadza.  Najpierw strażnicy, potem moja 
rana, potem...

-  Nie  mamy  czasu  -  przerwał  ponuro,  co  sprawiło,  że  poczuła  się  nieswojo  -  Nie 

mamy teraz wyboru. - uśmiechnął się smutno - Tak bardzo bym chciał...

Oblizała nerwowo usta.
- Mów. Ja słucham.
Spojrzał na nią bezradnie, jakby się zastanawiał, od czego zacząć, po czym ciężko 

westchnął.

-  Do  diabła,  nie  ma  co  owijać  w  bawełnę.  Jak  tylko  poradzę  sobie  ze  wstępną 

biurokracją urzędu emigracyjnego, wyślę cię do Briarcliff do Anthony'ego i Dany.

- Wysyłasz mnie? - Otworzyła szeroko oczy w zdumieniu i nagle zbladła.

background image

97

-  Będzie  ci  z  nimi  o  wiele  lepiej.  Dadzą  ci  wszystko,  na  co  zasługujesz.  -  Mówił 

szybko,  ze wzrokiem  utkwionym  gdzieś  ponad  jej  lewym  ramieniem.  -  To  wspaniali 
ludzie, pokochasz to miejsce.

Pokiwała w oszołomieniu głową.
- Rozmawialiśmy już o tym. Powiedziałam ci,  że nie ma mowy, jeśli  chodzi o mój 

wyjazd do Connecticut. Myślałam, że to zrozumiałeś.

- Rozumiem, że nie wiesz, co jest dla ciebie dobre - burknął. - Wolisz włóczyć się 

po  całym świecie  jako  moja  kochanka,  przez  te  swoje  cholerne  ciągotki  do 
niezależności?  Cóż,  teraz  jesteś moją  żoną.  Masz  wobec  mnie  pewne  zobowiązania. 
Nie ma powodu, byś nie skorzystała z dodatkowych korzyści.

- Naprawdę? - spytała ogłupiała. Szok mijał, pozostawał jedynie ból. - Myślałam, że 

mówiłeś,  iż małżeństwo  było  też  czymś  dla  ciebie.  To  znaczy,  że  wrócisz  jak  gdyby 
nigdy nic na statek, kiedy tylko wsadzisz mnie do samolotu do Briarcliff?

- Nie.  -  To przeczucie  było szybkie  i  nagłe.  -  Powiedziałem,  że sytuacja  się  teraz 

zmieniła,  będę  w pobliżu.  Czy  myślisz,  że  mógłbym  tak  po  prostu  cię  zostawić,  skoro 
wiem, że wciąż imają się ciebie kłopoty?

Będzie w pobliżu. Oczywiście, że będzie: Nie pozwoli, by jego żoneczka włóczyła 

się bez opieki. Obiecał dać jej swą siłę, wiedzę i doświadczenie. Ale nie wolno jej myśleć 
o  tych  poważnych  i pięknych  słowach.  Zbyt  wielkie  sprawiają  cierpienie.  W  końcu  nie 
obiecał jej miłości. Nie odważyła się o tym marzyć, a on był na tyle ostrożny, by jej nie 
obiecywać tego,  czego  nie potrafi spełnić.  Był na to  zbyt  uczciwy. Nie  na tyle  uczciwy 
jednak, żeby zrezygnować z małego wybiegu i postawić na swoim. Odwróciła od niego 
wzrok.

-  Okłamałeś  mnie.  -  Oczy  piekły ją  od powstrzymywanych  łez.  -  Nie  byłeś  wobec 

mnie uczciwy, Beau.

- Wiem. - powiedział szorstko. - Myślisz, że o tym nie wiem? To było konieczne. To

dla twojego własnego dobra, do cholery.

-  Kto  dał  ci  prawo  decydowania  o tym,  co  jest  dla  mnie  dobre  lub  złe?  -  Głos  jej 

drżał. - Kto, u diabła, dał ci to prawo, Beau,?

- Nikt mi go nie dał, przywłaszczyłem je sobie. - Wreszcie na nią spojrzał. - I znów 

tak zrobię, Kate. Jeśli od tego będzie zależało twoje bezpieczeństwo. Możesz być tego 
pewna. - Przesunął palcami po jej włosach. - Teraz, na Boga, bądź rozsądna.

- Rozsądna! - O Boże, prawie zadrżał jej głos. Niemal się załamała. Musiała się go 

pozbyć. Litość była podstawowym uczuciem, jakie wobec niej żywił i niech ją szlag trafi, 
jeśli  podsyci  tę  litość wybuchając  płaczem.  -  Postaram  się  być  rozsądna,  Beau.  -
Uśmiechnęła się niepewnie. - Muszę o tym pomyśleć. Musisz dać mi trochę czasu.

- Kate. - Sięgnął odruchowo do jej włosów, ale zatrzymał się w połowie drogi. - Do 

cholery! - powiedział nieco rozdrażniony. Wstał. - Lepiej się ubierz. za chwilę przybijemy. 
- Poszedł szybko w kierunku drzwi. - Zobaczymy się na pokładzie.

Zamknęły się za nim drzwi, wypuściła wstrzymywany oddech. Miała krótką chwilę, 

by ulżyć cierpieniu, po czym musiała nad nim zapanować. Nie powinna jednak płakać. 

background image

98

Nie  powinna  mieć  czerwonych  oczu,  kiedy  pójdzie  do  niego  na  pokład.  Posiedzi  tu
chwilę. zaraz odzyska siły i stawi mu czoła. Nawet już teraz czuje się lepiej. Nie ściska ją 
już tak w gardle i jeśli nie będzie o tym myśleć, wszystko wytrzyma. Wbrew wspaniałym 
intencjom  jej  wzrok  powędrował  na  dziwną  i  piękną  obrączkę,  którą  ciągle miała  na 
palcu. Róża i sztylet. Czysta magia, jak powiedział Daniel. Ale magia nie'" trwała długo,
prawda?  Ukołysała  czule  w  dłoniach  pierścionek,  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  po  jej 
policzkach popłynęły wolno łzy.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

-  Zapomniałam  ci  to  oddać  -  powiedziała  spokojnie  Kate,  podając  Danielowi 

obrączkę. - To bardzo uprzejmie z twojej strony, że nam ją pożyczyłeś.

Daniel sięgnął po pierścionek i beztrosko włożył go na duży palec. .
-  Tak  myślałem.  -  Uśmiechnął  się.  -  Nigdy  wcześniej  nie  byłem  drużbą.  tak 

naprawdę cała ta sytuacja okazała się mniej kłopotliwa, niż się spodziewałem. Pochylił 
się do tyłu i wyprostował nagie, silne nogi, wypełniając całe miejsce z tyłu samochodu. -
Pod koniec ceremonii zacząłem czuć się tak uroczyście i sztywno, że aż zrobiło mi się 
słabo.  Nie  chciałbym  zbyt  często  być  drużbą, chyba  że  stanę  się  tak  nudnie 
odpowiedzialny jak Beau.

Kate patrzyła tępo przez okno. Odpowiedzialny. Słowo to zacięło ją jak skalpel. Nie 

miłość ani nawet pożądanie. Odpowiedzialność.

- Nie,  lepiej nie  -  powiedziała ponuro. - Beau ma wystarczającą  ilość tej cnoty  za 

nas wszystkich. - Poczuła na sobie spojrzenie Daniela, starała się opanować. - Dokąd 
jedziemy? Chyba nie zwróciłam uwagi, co powiedzieliście kierowcy, kiedy wsiedliśmy do 
taksówki.

-  Do  wioski.  To  bardzo  ekskluzywne  miejsce  po  drugiej  stronie  wyspy.  Według 

Carruthersa jest tam,  poza głównym hotelem,  wiele prywatnych  bungalowów na plaży. 
Beau  powiedział,  żeby  cię tam  zabrać,  kiedy  on  pojedzie  szukać  twojego  przyjaciela 
Brendena i postara się wydobyć twój akt urodzenia. Zapowiedział, że umówi cię na jutro 
z  Brendenem  i  Rodriguezem.  Pomyślał,  że  w  tym czasie  będziesz  chciała  uzupełnić 
garderobę  w  sklepach  w  największym  hotelu.  Zadzwonił  do  nich z  prośbą,  żeby 
wszystkie  rachunki  za  rzeczy,  które  mogą  ci  się  spodobać,  wpisali  na  konto  jego
korporacji.

- Jaki on hojny - odparła ironicznie Kate. Wiedziała, że będzie hojny, przynajmniej 

finansowo. Wolałaby, żeby ta hojność bardziej dotyczyła emocji niż pieniędzy. Nie, to nie 
było fair. Okazał  jej wszystko -  czułość, radość,  pasję,  wszystko  poza miłością.  To nie 
jego  wina,  nie  musiał  jej przecież  tego  dawać.  lak  jak  nie  było  jej  winą,  że  nie  mogła 
przyjąć litości, którą jej w zamian oferował. - Nie będę wiele potrzebowała. Tylko trochę 
ubrań. Musi uważać, by za dużo nie kupić.  Te sklepy muszą  być strasznie drogie i  na 
pewno  nigdy  nie  spłaci  długu,  kiedy  Beau  ją  porzuci.  To,  że  ją  porzuci,  było  już 
oczywiste, nieuniknione i musiało wkrótce nastąpić. W najbliższym czasie. Musiała uciec 
i wyleczyć się z niego.

background image

99

-  Nie  bądź  za  skromna  w  żądaniach.  -  Daniel  błysnął  oczyma.  -  Jesteś  teraz 

mężatką. Istnieje coś takiego jak wspólnota własności.

-  Jeśli  chcesz powiedzieć, że Beau jest mi coś winien  w wyniku ceremonii,  przez 

którą  przeszliśmy,  to  jesteś  śmieszny  -  rzekła  z  napięciem  Kate.  -  Beau  też  to 
powiedział. Nic nie zmieniło się przez parę słów, które zostały przez nas wypowiedziane. 
Ciągle jestem sobą, ze swymi zobowiązaniami i obowiązkami. I Beau ... - głos chrypł jej 
coraz bardziej. - Beau to wciąż Beau. - "Złotooka zuchwałość, siła i czułość, Beau".

Przez chwilę panowała cisza.
-  Myślę,  że  odkryłem  nutę  nieporozumienia  w  niebie  miesiąca  miodowego  -  rzekł 

wolno Daniel. - zauważyłem, że Beau był nieco spięty, ale myślałem, że niecierpliwi go 
biurokracja,  z  którą będzie  musiał  się  uporać.  Spotkania  z  biurokratami  nie  należą  do 
jego ulubionych rozrywek. - Przerwał. - Ale nie chodzi tylko o to, prawda?

Wciąż wpatrywała się w okno.
- Tak, nie chodzi tylko o to. - Usiłowała się uśmiechnąć. - Boję się, że twoja próba 

ogniowa poszła na darmo, Danielu. To małżeństwo skończyło się, zanim się zaczęło.

- Ach tak. - Powiedział to tak stanowczo, że spojrzała znów na niego zaskoczona. –

Nienawidzę

zmarnowanego  wysiłku.  Jestem  na  to  wyczulony.  Jeśli  już 

sprzeniewierzyłem się własnym zasadom, nie pozwolę, byście zerwali bez oczywistych 
powodów. - Złagodniał mu głos. - Widziałem twoją twarz, kiedy Beau założył ci na palec 
mój pierścionek. Promieniałaś jak wschód słońca w Sedikhanie.

-  To  nie  ma  nic  wspólnego -  powiedziała  drżącym  głosem.  - Słyszałeś  Beau.  To 

było jedynie ułatwienie, by pomóc mi przejść przez urząd emigracyjny.

-  Małżeństwo  dla  wygody?  -  zakpił  Daniel.  -  Niemożliwe,  Kate.  Odeszło  wraz  z 

pojedynkami i zbrojami. Beau nie wplątałby się w taki idiotyzm.

- Po  prostu nie  znasz go tak  dobrze,  jak cię  się zdaje. - Uśmiechnęła się słodko, 

lecz  smutno. – W taki właśnie idiotyzm  się wplątał.  Ma zamiar  za wszelką cenę  ocalić 
małą sierotkę. Ożenił się ze mną, ponieważ uznał to za jedyny sposób, bym pozwoliła 
roztoczyć  nad  sobą  opiekę.  –  Mrugnęła z  wściekłością  oczyma,  by  powstrzymać 
napływające łzy. - Niestety pomylił się. Powinien wiedzieć, że ta przeklęta ceremonia nie 
robi żadnej różnicy.

- O Boże - jęknął Daniel, zamykając oczy. - Może Beau jest rzeczywiście idiotą. W 

każdym  razie  na pewno  zupełnie  nie  potrafi  wyrazić  się  jasno  ...  -  W  jego  otwartych 
szeroko oczach pojawiło się zdecydowanie. - Oczywiście stary pastor Daniel musi teraz 
wszystko naprawić.

Uśmiechnęła się niewyraźnie, słysząc to dziwne porównanie.
- Doceniam dobre intencje, ale to nie twoja troska, Danielu. - Znów te przeklęte łzy. 

- Już nikt nic nie może zrobić. - Zaraz się popłaczesz - oskarżył ją rozdrażniony Daniel. -
Teraz będę miał na głowie ckliwą primadonnę.

- Nie będę płakać - powiedziała wzburzona. - I nie jestem ckliwa.

background image

100

-  Też  tak  myślałem,  ale  zaczynam  zmieniać  zdanie.  Co  stało  się  z  dziewczyną, 

która odbiła mnie z gospody? Mógłbym krytykować twoje impulsywne działanie, ale nie 
determinację. - Pokiwał z niechęcią głową. - Jesteście z Beau niezłą parą.

- Co mam według ciebie zrobić? - spytała z wściekłością. - Nie potrafię sprawić, by 

Beau mnie pokochał, a nie przyjmę jego cholernej litości.

-  Litości!  -  pokręcił  głową.  -  Nie  dość,  że  ckliwa,  to  jeszcze  tępa.  Zastanów  się, 

Kate.  Mężczyźni  nie żenią  się  z  kobietą  z  litości.  Boże,  nigdy  bym  nie  pomyślał,  że 
kiedykolwiek dożyję dnia, kiedy Beau się ożeni. Czy nie myślisz, że porzucenie wolności 
po tak wielu latach to coś ważnego dla Beau?

- Powiedziałam ci, dlaczego to zrobił. Czuł litość ...
-  Bzdura!  -  Przerwał  Daniel.  -  Szaleje  za  tobą.  Nie  widziałem  jeszcze  w  swoim 

życiu tak ogłupiałego mężczyzny.

- On mnie pragnie - poprawiła go zachrypniętym głosem. - Pogodziłabym się z tym. 

Wiem, że mężczyźnie jest o wiele trudniej kochać. - Uniosła głowę. - Ale nie zgodzę się 
na związek, w którym nie mogę z kimś żyć na równych prawach.

- Równych prawach -  powtórzył Daniel.  - Mimo to nie masz pojęcia o równości  w 

stosunkach pomiędzy  kobietą  a mężczyzną.  Skąd,  do cholery,  wpadło ci  do głowy,  że 
mężczyźni są powierzchowni w uczuciach?

- Ale Jeffrey i Julio zawsze ...
- Nie wszyscy są Jeffreyem i Juliem. - Daniel był wyraźnie zdenerwowany. - Jestem 

tak samo wrażliwy jak ty. Beau cię kocha, do cholery!

Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Nigdy tego nie powiedział. Wszystko mi obiecał, prócz tego.
-  Czy  deklaracje  są  tak  ważne?  Może  Beau  z  trudem  przychodzą  takie  słowa? 

Skąd  mam  o  tym wiedzieć?  -  Wzruszył  ramionami.  -  Wiem  tylko,  że  widziałem  jego 
twarz, kiedy myślał, że strażnicy cię zabili. To z pewnością nie była litość, Kate.

- Nie była? - Boże, pewnie się mylił. To zbyt piękne, by mogło być prawdą. A jeśli 

się nie mylił? Jeśli Beau rzeczywiście ją kochał? - Jesteś pewien, Daniel?

Powiedziała to  jak mała dziewczynka,  złość przygasła,  po czym  zupełnie  znikła  z 

twarzy Daniela. Wziął w swe duże dłonie jej ręce.

- Jestem pewien - powiedział łagodnie. - Nie rozumiem, jak możesz być tak ślepa i 

sama  tego  nie dostrzec.  Kto  dałby  się  wplątać  w  te  wszystkie  awantury,  które 
wzniecałaś  wszędzie  na Karaibach?  Dla  kogoś,  kogo  po  prostu  by  żałował?  -
Uśmiechnął  się.  -  Największym  chyba poświęceniem  było,  kiedy  wskoczył  do  morza  i 
popłynął za tobą jak wierny piesek.

- On mnie kocha? - wyszeptała z błyszczącymi i zdziwionymi oczyma.
-  On  cię  kocha  -  powtórzył  stanowczo  Daniel.  -  Rzeczywiście,.  to  nie  dziwne,  że 

macie  kłopoty  z  dojściem  do  porozumienia.  Wpadliście  na  siebie  z  ponaddźwiękową 
szybkością. Nie mieliście nawet okazji, by się dobrze poznać.

background image

101

Tak,  zdążyli  tylko  się  pokochać.  Ale  jeśli  Daniel  miał  rację,  mieli  nieskończenie 

dużo czasu na naukę. Jeśli miał rację. Zmarszczyła czoło niespokojnie.

- To nie jest logiczne. Dlaczego chce mnie tam wysłać, skoro mnie kocha?
-  Dlaczego  jego  nie  spytasz?  -  zapytał  Daniel.  -  A  jeśli  to  zrobisz,  pamiętaj,  że 

działasz  z  pozycji  siły. Imponujesz  mi  jako  kobieta, która  potrafi  wspaniale  osiągać  to, 
czego chce. Chcesz, żeby to małżeństwo się udało?

- Tak. O, tak - powiedziała łagodnie.
-To  w  takim  razie  uważam,  że  powinnaś  najpierw  upewnić  się,  że  tak  będzie.  -

Mrugnął do niej. - Wmów sobie po prostu, że Beau jest kryjówką kokainy, którą musisz 
odkryć, albo uwięzioną załogą do uratowania. To powinno ci ułatwić sprawę.

Ścisnęła jego rękę.
-  Zrobię  to.  -  Po  prostu  weźmie  głęboki  oddech  i  zrobi  to,  co  trzeba,  nadeszła 

najważniejsza  chwila  jej  życia.  -  Czy  będziesz  tam,  żeby  mnie  trochę  podtrzymać  na 
duchu?

Zaprzeczył.
- Nie potrzebujesz mnie. Będę tylko przeszkadzał. - Spojrzał na złotą obrączkę na 

palcu. – Poza tym muszę się przygotować przed powrotem do Sedikhanu.

-  Wracasz  w  takim  razie  nieodwołalnie  do  groźnego  Donahue'a?  -  spytała 

beztrosko.

-  Czemu  nie?  Myślę,  że  Beau  zamieni  się  w  bardzo  nudnego  i  statecznego 

obywatela.  To  odbierze  cały  urok  stanowisku  kapitana  na  "Searcherze".  -  Uśmiechnął 
się nieco kapryśnie. - Pamiętasz, jak ci mówiłem, że obaj czegoś szukamy? Znalazłem 
wszystko.

-  Wszystko,  czego  szukałeś?  -  wypytywała  go  łagodnie.  Przez  chwilę  w  jego 

ciemnoniebieskich oczach pojawił się wyraz zagubienia i bezbronności.

-  Być  może  nie  wszystko,  ale  jak  na  razie  to  wystarczy.  - Bezbronność  znikła  i 

uśmiechnął się. - Cóż, w każdym razie Beau znalazł wszystko. Teraz musisz po prostu 
sprawić, by się do tego przyznał.

To  wydawało  się  takie  proste.  Oblizała  nerwowo  usta,  myśląc  o  powadze 

konfrontacji z Beau. "Och, proszę, niech Daniel ma rację. Proszę, niech będę w stanie 
sprawić,  że  Beau  wypowie słowa,  które  zwiążą  nas  razem  na  resztę  życia".  Nie,  nie 
powinna robić sobie żadnych nadziei. Podniosła wojowniczo podbródek.

- Nie ma sprawy. Jak powiedziałeś, to będzie bardzo proste.
Słońce  zachodziło  w  eksplozji  wspaniałych  kolorów,  wydawało  się,  że  przez 

kontrast czerpie z morza bogactwo. Stojąc na pustej wydmie, Kate czuła na policzkach 
powiew  ciepłego  i wilgotnego  wiatru.  Kolejny  kontrast,  gdyż  w  gwałtownym  pięknie 
zachodu  słońca  nie  było  nic łagodnego  ani  ciepłego.  Skąpał  białe  wydmy  w  ognistym 
błysku  i  nawet  wysoki,  nowoczesny hotel  wyglądał  z  daleka  jak  błyszczący  sztylet  na 
horyzoncie. Sztylet. To przypomniało jej misternie wyrzeźbiony sztylet przebijający różę 
na egzotycznym pierścieniu Daniela. Magia. Musi teraz z całego serca w nią wierzyć.

background image

102

- Co, u diabła, robisz tak daleko od hotelu? - Zabiło jej mocniej serce, gdy usłyszała 

ostry głos Beau. - Samotna kobieta na pustej plaży to jednoznaczna zachęta.

Odwróciła  się.  Ognista  poświata  zmieniła  kolor  jego  ogorzałej  twarzy  i  nadała 

czarnym dżinsom i koszuli aksamitny wygląd.

- Widzę,  że  zastałeś  wiadomość  w domku.  Dokładnie  to  chciałam  ci  przekazać  –

powiedziała łagodnie. - Zachętę.

-To  mało  oczywiste.  -  Głos  mu  nieco  zachrypiał,  gdy  tęsknie  przebiegł  po  niej 

wzrokiem. Boże, jaka była piękna! Luźna sukienka z białego jedwabiu przypominała mu 
wdzianko,  w  które  Kate ubrana  była  wtedy  w  dżungli.  Szyja  wyglądała  bardzo 
wdzięcznie  i  nieskończenie  bezbronnie, wyłaniając  się  z  głębokiego  wycięcia  w  sukni. 
Twarz  rozświetlona  promieniejącą  gorliwością sprawiła,  że  ścisnęło  go  w  gardle. Taka 
słodka. Odwrócił pospiesznie wzrok. - Byłaś na zakupach.

- Wydałam dużo twoich pieniędzy. - Rozmyślnie podeszła bliżej i stanęła w zasięgu 

jego  wzroku.  –  I nie  mam  zamiaru  ich  zwracać.  Daniel  powiedział,  że  to  wspólna 
własność.  - Uśmiechnęła  się.  –  Czy wiesz,  że  wspólnota  oznacza  dzielenie  się  i 
partnerstwo?  Zastanawiałam  się  nad  tym,  kiedy wróciłam  do  hotelu.  Podoba  mi  się 
bardzo ten pomysł.

W oczach Beau pojawiło się zdumienie.
- Nie chciałbym, żebyś mi to zwracała - powiedział gburowato. - Powiedziałem na 

statku, że mam wobec ciebie pewne zobowiązania. Cieszę się, że jesteś taka rozsądna. 
Czy to znaczy, że nie będziesz kontynuować walki dotyczącej wyjazdu do Briarcliff?

-  Nie  mam  zamiaru  sprzeciwiać  się  żadnemu  wyjazdowi.  - Przerwała  celowo.  -

Powiedziałam ci, jak bardzo kocham słowa. Są w Biblii takie, które wyjaśniają, co teraz 
czuję. "Błagaj mnie, bym cię  nie opuściła,  i zawróć, bym za tobą  nie szła,  gdyż dokąd 
pójdziesz,  pójdę  ja,  gdzie  zamieszkasz,  tam  ja  zamieszkam,  twoi  ludzie  będą  moimi 
ludźmi i twój Bóg moim Bogiem, gdzie umrzesz, tam ja umrę i tam będę pogrzebana". -
Spojrzała  mu  szczerze  w  oczy,  serce  podskoczyło  mu  do  gardła. -  Każde  słowo  jest 
prawdziwe,  Beau.  Pójdę  wszędzie,  zostanę  wszystkim  czym  zechcesz,  jeśli tylko 
będziemy  razem.  -  Uśmiechnęła  się  blado  i  powtórzyła  łagodnie.  -  Zawsze  razem. 
Pojedź ze mną do Briarcliff i zostań przy mnie, a nie będziesz miał kłopotu, by mnie tam 
zatrzymać.

- Kate ... " Odruchowo postąpił krok do przodu. Potem cofnął się i, nie dotykając jej, 

opuścił bezradnie ręce. - Powiedziałem ci, że muszę tam nad tobą czuwać.

-  Tak  dobrotliwie?  -  Zaprzeczyła  ruchem  głowy.  -  To  nie  wystarczy,  Beau.  Chcę 

mieć męża, nie strażnika.

-  Nie  wiesz,  czego  chcesz  -  powiedział  spięty.  -  Masz  głowę  pełną  marzeń  o 

Romeo  i  Julii,  a  świat umarł  dla  miłości.  Na  pewno  utrudniłem  sprawę,  biorąc  cię  do 
łóżka  i  dając  ci  zasmakować  seksu. Są  rzeczy,  na  które  zasługujesz  i  których 
potrzebujesz, i nie powinnaś myśleć, że tylko ja jestem w stanie ci je dać. Mam nadzieję, 
że  kiedy  nabierzesz  już  trochę  doświadczenia,  będziesz  mnie  wciąż chciała,  ale  ...  -
Przerwał, przesuwając w roztargnieniu ręką po ciemnych włosach. - Boże, mam wielką 
nadzieję, Kate!

background image

103

-  Będę  -  powiedziała  łagodnie.  -  Nie  będzie  w  moim  życiu  chwili,  bym  cię  nie 

chciała. – Kiedy otworzył usta, by coś powiedzieć, zatrzymała go ruchem ręki. - Nie mów 
tego.  Jestem  pewna,  do cholery.  Nie  zaprzeczam,  że  mam  pewne  marzenia  i  ideały. 
Każdy je ma. To nie znaczy, że jestem Piotrusiem Panem z bajki. Miałam bardzo ciężkie 
życie, Beau. Jeśli teraz nie odróżnię rzeczywistości od fantazji, to nigdy już mi się to nie 
uda.

-  Właśnie  dlatego,  że  miałaś  trudne  życie,  nie  powinienem  cię  wykorzystywać.  -

Beau zaciął z uporem usta. - Zrobimy tak jak mówiłem, Kate.

-  Nie  sądzę.  -  W  jej  słodkim  głosie  zabrzmiał  żelazny  upór.  - To  dla  mnie 

ważniejsze niż twoja idiotyczna rycerskość.

- Rycerskość! .
Powiedział to tak urażonym tonem, że aż musiała się uśmiechnąć.
- Przepraszam, nie chciałam cię urazić, ale wydajesz się niemożliwie przywiązany 

do przestarzałego kodeksu. Oznaki tego są wyraźne, spędziłam większość dzieciństwa 
z człowiekiem kierującym się w życiu jedynie marzeniami i starodawnymi pojęciami. Nie 
jesteś  jedynym mieszkańcem  świata  bajek.  Kiedy  spytałam  Daniela,  dlaczego  chcesz 
mnie  tam  wysłać,  powiedział, żeby  zapytać  ciebie.  -  Pokręciła  głową.  - Ale  nie  muszę 
tego  robić.  Długo  nad  tym  myślałam  i  zrozumiałam,  że  być  może  nie  znam  do  końca 
twojego  sposobu  myślenia,  ale  za  to  wiem dokładnie,  że  jesteś  o  wiele  gorszy  niż 
Lancelot  czy  Galahad.  - Figlarnie  zmarszczyła  nos.  –  Jesteś nawet  gorszy  niż  Ashley 
Wilkes.

- To już zupełna bzdura - rzekł Beau. W jego oczach czaiło się rozbawienie. - Nie 

pozwolę, żebyś mówiła mi podobne głupstwa, Kate.

-  Wycofuję  Wilkesa  -  uznała.  -  Ale  reszta  jest  wyryta  w  kamieniu.  Jesteś 

pozostałością  dawnej epoki,  Beau.  Jeffrey  w  porównaniu  z  tobą  to  awangarda.  Komu 
innemu opowiadaj te bzdury. Ja sobie poradzę.

W złotych oczach Beau zaświeciły żartobliwe błyski.
- A czy namówię cię, żebyś mnie utopiła w swych bzdurach? Ostatnio rozwinąłem 

w sobie gwałtowną sympatię do ciał w wodzie.

- Oczywiście. - Uśmiechnęła się tkliwie. Jej bzdury, jej ciało, jej serce. "Powiedz to 

jedno  słowo". -  Dobrze  -  powiedziała.  -  Chcę,  żebyś  czuł  się  dziwnie  i  żebyś  był 
wytrącony  z  równowagi. Wzmacniasz  bardzo  moją  pozycję.  Nie  chodzi  o  to,  że  tego 
potrzebuję. Daniel mówi, że działam z pozycji siły.

- Daniel ma chyba dużo do powiedzenia. Ciekaw jestem, co uznał za twój atut.
Wzięła głęboki oddech.
- To, że mnie kochasz - powiedziała nieco pospiesznie. Na twarzy Beau pojawił się 

cień bliżej nieokreślonego uczucia.

- Naprawdę?
Przytaknęła.

background image

104

- Tak, Daniel tak twierdzi. I zdecydowałam, że ma rację. Ty mnie kochasz, Beau. -

Drżały jej usta, próbowała się uśmiechnąć. - Czy wiesz, dlaczego jestem tego pewna?

- Nie. - Wpatrywał się w nią intensywnie.
-  Ponieważ  nie  ma  możliwości,  bym  kochała  cię  tak  bardzo  i  nie  była  w  zamian 

choć  trochę kochana  -  powiedziała,  przerywając  co  chwilę.  -  Czuję  się  z  tobą  bardzo 
związana.  Wiedziałabym przecież,  gdybyś  mnie  odrzucał.  -  Wykonała  bezradny  gest 
ręką. - Wiedziałabym, Beau.

-  Znasz  mnie  tylko  parę  dni  -  powiedział  Beau  zachrypniętym  głosem.  -  Byłem 

twoim  pierwszym kochankiem.  Nie  możesz  być  pewna,  że  mnie  kochasz.  Za  pół  roku 
może pojawić się ktoś inny.

-  Mój  pierwszy  kochanek,  mój  ostatni  kochanek,  mój  jedyny  kochanek.  -  Oczy 

błyszczały jej łagodnie. - Czasem musi się tak wydarzyć. Najpierw miłość, potem nauka. 
Może tak jest lepiej. Pomyśl tylko o wszystkim, co możemy razem przeżyć. - Podeszła 
bliżej i wyciągnąwszy ręce, wzięła w dłonie jego twarz. - Powiedz to, Beau.

- Nie, to nieuczciwe. - Miał napiętą twarz. - Nie będę cię w ten sposób przekupywał, 

Kate.

- Przekupywał? - Powtórzyła zdziwiona.
-  Miłość  nie  może  być  wykorzystana  do  przekupstwa.  -  Wykrzywił  gorzko  usta.  -

Uwierz mi, ja to wiem. Mogę ci powiedzieć, ile razy rozmaici wujkowie, ciotki  i  kuzynki 
machali mi przed nosem tym świecidełkiem: "Kochamy cię, Beau, powiedz miłemu panu 
sędziemu,  że  chcesz  z  nami zostać".  Albo:  "Kochamy  cię,  ale  potrzebujemy  twoich 
ukochanych  pieniążków,  żeby  wygodnie żyć,  prawda?"  Niektórzy  ludzie  uważają,  że 
wypowiadanie  tych  słów  daje  im  w zamian  prawo  do niemal  absolutnych  roszczeń.  -
Wzruszył  bezradnie  ramionami.  -  Do  diabła,  czasami  im  się  udawało.  Tak  bardzo 
chciałem  do  kogoś  należeć,  o  mały  włos  niektórym  bym  uwierzył.  - Spoważniał.  -  Nie 
chcę na tobie próbować tych praktyk. Nic nie jesteś mi winna.

Poczuła napływ radości. On ją kocha! Teraz trzeba tylko przegnać ostatnie cienie 

przeszłości. W tym celu musiała zmusić go do tych słów.

-  Nie  jesteś  wujem  George'ero,  Beau.  Ja  na  pewno  nie  jestem  małym  chłopcem 

beznadziejnie pragnącym rodziny. Jestem kobietą, która cię kocha. - Zmarszczyła czoło. 
- A może myślisz, że ja również wywieram na tobie presję?

- Nie, oczywiście, że nie - zaprzeczył szybko. - Wiem, że ty nigdy byś ... - Przerwał, 

widząc jej pełen satysfakcji uśmiech. - To nie to samo.

-  Nie?  Myślę,  że  tak.  Przydarzyło  się  nam  coś  wspaniałego  i  wyjątkowego,  i 

przeszłość  nie  ma  z tym  nic  wspólnego.  Nie  pozwalam,  by  moja  przeszłość  na  to 
wpłynęła, i uważam, że powinieneś zrobić to samo, Beau. Nie chcę, żebyś był rycerski, 
ani  robił  to,  co  uważasz  za  "uczciwe"  wobec mnie.  Chcę,  żebyś  mnie  kochał.  Reszta 
przyjdzie sama. - Przeniosła ręce z jego policzków na ramiona i lekko nim potrząsnęła. -
Proszę, powiedz to, Beau.

-  Do  diabła,  nie  jestem  rycerski  -  powiedział  szorstko.  - Gdybym  był  rycerski, 

myślisz, że bym się z tobą ożenił? Wiedziałem, że nasze małżeństwo nie będzie miało 

background image

105

większego  wpływu  na formalności  urzędu  emigracyjnego,  przez  które  musimy  przejść. 
Nie zrobiłem tego również po to, by zmusić cię do przyjęcia mojej pomocy. Bałem się, że 
cię  utracę,  musiałem  cię  jakoś  ze  sobą związać.  Uwalniałem  cię  jedną  ręką  i 
związywałem  stalowymi  więzami  drugą.  Potrzebowałem wymówki,  by  móc  przy  tobie 
być  i  dbać  o  ciebie.  -  Zacisnął  usta.  -  Chyba  zorientowałaś  się,  że  wszelkie  męskie 
zagrożenie z mojej strony w dziwny sposób zaginęło. Nie potrafiłbym sam sobie pomóc. 
- zaśmiał się ponuro. - Jak Galahad.

-  W  takim  razie  cieszę  się,  że  nie  jesteś  do  końca  szlachetny  -  powiedziała  z 

błyskiem w oczach: - O wiele lepiej będę się czuła z Beau, którego poznałam parę dni 
temu.  Czy  nie  mógłbyś  po  prostu zejść  z  piedestału?  -  Przymilała  się  łagodnie.  -  No, 
spróbuj mnie przekupić. Powiedz, że mnie kochasz.

- Kate, rozdzierasz mnie na strzępy. - Drżał mu głos. - Staram się robić to, co dla 

ciebie najlepsze.

- Jesteś bardzo upartym człowiekiem - westchnęła. - Ty jesteś dla mnie najlepszy. -

Opadła  nagle  na piasek.  Biała,  jedwabna  suknia  ułożyła  się  wdzięcznie  wokół  niej. 
Złapała go za rękę i silnie pociągnęła do dołu. - Chodź tu.

Posłusznie ukląkł naprzeciw niej, na jego twarzy malowała się ostrożność.
- Chyba nie chcesz mnie znów uwieść?
-To  nie  jest  zły  pomysł  -  powiedziała,  uśmiechając  się  szeroko.  -  Ale  nie  chcę, 

żebyś się wymawiał nie chcianym wpływem. Na to będzie inna pora i miejsce. - Wzięła 
w ręce jego drugą dłoń. – Teraz czas na śluby .

- Śluby? - Wyraz twarzy Beau stał się jeszcze bardziej ostrożny.
-  Moje  śIuby.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego  czule.  -  Zaskoczyłeś  mnie  w  czasie 

ceremonii na pokładzie, ale teraz jestem gotowa. Słowa wypowiedziane tu, gdy jesteśmy 
sami, będą chyba równie ważne, jak te, które padły przy świadkach.

- Kate ...
- Szsz ... teraz moja kolej. - Zacisnęła ręce na jego dłoniach i spojrzała mu prosto w 

oczy. -  Powiedziałeś,  że  znalazłeś  we mnie  uczciwość i  hojność.  Mam nadzieję,  że to 
prawda,  ponieważ ja  te  dwie  cechy  odnalazłam  w  tobie.  Znalazłam  też  humor, 
uprzejmość, odwagę i wyrozumiałość. Ogrzewasz mnie jak słońce i kiedy jestem z tobą, 
chcę  dać  ci  moje  ramiona,  serce  i  duszę,  którą  nazywają  sumieniem.  - Mówiła 
dźwięcznym  i  żywym,  choć  łagodnym  głosem.  -  Przez  resztę  życia będę  ci  dawać  to, 
czego  pragniesz  i  oczekujesz. Będę  cię chronić  i  pilnować,  rosnąć  przy tobie  i  z tobą, 
ściskać twą dłoń w pocieszeniu i twoje ciało w pasji. - Przerwała. - I będę cię kochała do
dnia, kiedy umrę, Beau Lantry.

Łagodny powiew unosił jej loki na skroni, patrzyła na niego jasnymi, kochającymi i 

szczerymi oczyma. Poczuł,  że coś  w nim  topi  się i  odpływa. Wiedział,  że cokolwiek  to 
było, nigdy już nie wróci. Nagle wpadła mu w ramiona.

- O Boże, kocham cię, Kate – szeptał łamiącym się głosem. Przytulił policzek do jej 

policzka, płynęły po nim łzy. - Kocham cię. Kocham!

background image

106

-  Wiem,  że  mnie  kochasz  - powiedziała  śpiewnym,  prawie  matczynym  głosem.  -

teraz będzie lepiej, zobaczysz. - Pocałowała go delikatnie, ręką odgarniając mu włosy z 
czoła.  - Nie  chcę,  żebyś  był przy  mnie  silny  tylko  przy  mnie.  Jeśli  chcesz  dać  mi 
wszystko, nie będę się z tobą sprzeczała. Przyjmę to z radością, ale ty będziesz musiał 
przyjąć moje dary. Przez resztę życia będziemy obdarzać się tym, co mamy do oddania. 
To będzie piękne, Beau.

- Tak, piękne. - Wciąż miał zachrypnięty głos, ale nie usiłował tego ukryć. - Jesteś 

tego  zupełnie  pewna?  Nie  chciałabyś  przez  parę  miesięcy  spróbować?  -  Skrzywił  się 
lekko. - Nie wiem, czy potrafiłbym dać ci pewną swobodę, ale postaram się trzymać w 
miarę możliwości na uboczu.

- I oboje nas unieszczęśliwiać? - Zaprzeczyła ruchem głowy. - Nie ma mowy. Mam 

zamiar cieszyć się ze swego miodowego miesiąca ..

- Udowodnisz to. - Objął ją mocniej, zatapiając usta w lokach na jej skroni. - Chcę 

dać  ci  tak  wiele przyjemności,  Kate.  Chcę  dać  ci  wszystko,  być  dla  ciebie  wszystkim. 
Twoim  ojcem,  bratem, przyjacielem  i  kochankiem.  -  Ujął  jej  twarz  i  spojrzał  w  oczy.  -
Wydaje  mi  się,  że  całe  moje  życie było  zawrotną  podróżą  na  twojej  małej  karuzeli  w 
pogoni  za  nieosiągalnym,  mosiężnym pierścieniem.  teraz  jest  mój,  świeci  jasno,  jest 
prawdziwy i należy do mnie.

Słońce prawie już zaszło, różowa mgła zamieniła się w głębokie złoto, które pokryło 

wszystko jasną  poświatą.  Oczy  Beau  również  były  złote,  promieniowały  miłością,  do 
której  się  przyznał.  To  za  wiele.  Jeszcze  raz  schowała  twarz  w  jego  ramionach. 
Postarała się uspokoić głos.

-  Więc  co  teraz?  Czy  wracamy  na  "Searcher"  i  wyruszamy  w  poszukiwaniu 

Atlantydy?

Gładził delikatnie jej włosy.
- Myślę, że przez całe życie szukałem Atlantydy - powiedział spokojnie. - To część 

syndromu karuzeli.  Nie.  Myślę,  że  pojedziemy  do  Briarcliff  odwiedzić  Anthony'ego  i 
Dany. Potem poszukamy czegoś o wiele bardziej wartościowego.

- Czego takiego?
- Celu - powiedział wolno. - Zaczynam być przekonany, że to może być ostateczny 

skarb. – Musnął wargami jej skroń. - Oczywiście po mojej Kate.

- Oczywiście. - Przytaknęła przekornie. - To chyba całkowicie nieodpowiedni cel dla 

playboya  z tendencjami  do  korsarstwa.  Daniel  ostrzegał  mnie,  że  od  teraz  życie  przy 
tobie może stać się strasznie nudne.

-  Myślę,  że  nie  będziesz  cierpiała  z powodu  ciężkiej  nudy. Obiecuję,  że będę  cię 

zabawiać.  -  Zaśmiał  się  nagle  figlarnie.  - Poza  tym,  nie  powinnaś  mnie  krytykować, 
skoro mój powrót do przyzwoitości i normalności jest całkowicie twoją winą.

- Moją winą? Powiedziałam ci, że nie mam prawa, by prosić ...
-Twoją  winą  -  powtórzył  Beau.  Pocałował  ją  czule  w  usta.  - Czy  najbardziej 

zagorzały  pirat  może długo  prowadzić  wędrowny  styl  życia,  skoro  jego  pani  jest 
połączeniem Ksantypy i królowej Saby?