background image

 

 

 

 

 

 

 

Katherine Parker 

 

 

 

Gorzej być nie może 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przełożyła 

Magdalena Szwarc 

 

 

Elf 

2003 

 

background image

 

Rozdział 1 

N

atasha  po  raz  trzeci  sprawdziła  zawartość  plecaka,  odhaczając 

kolejno wszystkie rzeczy na liście, którą każdy z uczestników obozu dostał od 

organizatora. Potem wzięła drugą kartkę ze spisem przedmiotów, które sama 

uznała za niezbędne i upewniła się, że wszystko zapakowała. 

Spokojna, że o niczym nie zapomniała, chwyciła plecak i zeszła na dół. 

Ojciec  już  czekał  na  nią  w  samochodzie,  a  mama  stała  przy  drzwiach  

z dużym plastikowym pojemnikiem z kanapkami. 

-  Za  dużo  tego,  nie  zmieści  mi  się  –  zaprotestowała  Natasha,  ale  była 

już i tak trochę spóźniona, więc zrezygnowała z dyskusji z matką i wepchnęła 

pojemnik do bocznej kieszeni plecaka. 

Pocałowała mamę w oba policzki i pobiegła do samochodu – czy raczej 

próbowała biec, bo plecak był tak ciężki, że nie bardzo jej na to pozwalał. 

-  Uff  –  odetchnęła,  sadowiąc  się  na  siedzeniu  obok  ojca.  –  Ruszaj, 

Sandra już się na pewno denerwuje. – Za czterdzieści pięć minut cała grupa 

uczestników obozu miała spotkać się na dworcu Greyhounda w Minneapolis, 

skąd odjeżdżał autobus do Albuquerque, a ona i tata mieli jeszcze podjechać 

po jej przyjaciółkę. 

-  Nie  martw  się,  będziecie  na  czas  –  zapewnił  ją  ojciec  i  dotrzymał 

obietnicy. 

Dotarły  na  miejsce  zbiórki  akurat  wtedy,  kiedy  pan  Sellers,  opiekun, 

którego  poznały  na  spotkaniu  informacyjnym,  zaczął  odczytywać  nazwiska 

uczestników.  Zanim  zdążyły  się  rozejrzeć  po  grupie  ustawionych  w  kręgu 

dziewcząt i chłopców, Natasha usłyszała nazwisko, którego dźwięk zmroził jej 

krew w żyłach. 

- Clint Braddock! 

-  Jestem!  –  zawołał  wysoki  szatyn,  podnosząc  rękę.  Rozejrzał  się,  

a  kiedy  jego  wzrok  zatrzymał  się  na  Natashy,  uśmiechnął  się  od  ucha  do 

ucha. 

- Co on tu robi? – szepnęła do przyjaciółki. – Nie widziałam go na liście. 

Nie było go na spotkaniu informacyjnym. 

background image

 

- Nie wiem – odparła Sandra. – może załapał się w ostatniej chwili, bo 

ktoś zrezygnował. 

Natasha  poczuła,  że  cały  entuzjazm,  z  jakim  podchodziła  do  tego 

obozu, gdzieś się ulotnił. 

Clint  Braddock  od  dziesięciu  lat,  od  pierwszego  dnia,  kiedy  zaczęli 

razem  chodzić  do  zerówki,  zatruwał  jej  życie.  I  najwyraźniej  postanowił 

zatruć jej również ten wyjazd. 

-  Nie  ma  Rona  –  powiedziała  Sandra,  nachylając  się  do  ucha 

przyjaciółki, z jej głosu wyraźnie przebijało rozczarowanie. 

Natasha  rozejrzała  się  i  stwierdziła,  że  Rona  rzeczywiście  nie  ma.  

W  innych  okolicznościach  jego  nieobecność  na  pewno  by  ją  ucieszyła,  Ron 

był bowiem najlepszym przyjacielem Clinta i zawsze kiedy gdzieś pojawiał się 

jeden z nich, można było iść o zakład, że za chwilę pojawi się drugi. No ale 

Clint  i  tak  już  tu  był,  więc  co  za  różnica?  Dla  niej  żadna,  ale  dla  Sandry, 

która od dawna podkochiwała się w Ronie, kolosalna. 

Natasha  była  tak  zdenerwowana,  że  nie  usłyszała,  kiedy  opiekun 

wyczytał jej nazwisko. 

- Jest, jest! – zawołał Clint. 

- Ty jesteś Natasha Osborne? – zapytał pan Sellers, uśmiechając się do 

niego. 

- Tu jestem – rzuciła Natasha najgłośniej, jak umiała, ostentacyjnie nie 

patrząc w stronę Clinta – Czy on się nigdy ode mnie nie odczepi? – zwróciła 

się do przyjaciółki. 

Sandra jednak była tak przygnębiona, że wzruszyła tylko ramionami. 

-  Na  pewno  się  spóźni  –  pocieszyła  ją  Natasha.  –  Zawsze  się  przecież 

spóźnia – dodała, ale zanim zdążyła to powiedzieć uświadomiła sobie, że Ron 

spóźnia  się  przecież  zawsze  razem  ze  swoim  przyjacielem,  a  skoro  Clint  był 

na  miejscu  zbiórki  punktualnie,  to  Ron  prawdopodobnie  nie  pojawi  się  

w ogóle. 

-  Cassy  Tucker!  –  zawołał  opiekun,  rozwiewając  w  ten  sposób  resztki 

nadziei  Sandry,  bo  listę  uczestników  obozu  ułożona  alfabetycznie,  więc 

nazwisko Rona Thompsona musiałoby się znaleźć wyżej. 

background image

 

- No pięknie – powiedziała Natasha, wzdychając ciężko. – Jedna z nas 

będzie  miała  przechlany  obóz,  dlatego  że  jedzie  z  nami  pewien  głupek,  

a druga dlatego że inny nie jedzie. 

- Wiesz, mimo to wolałabym być na twoim miejscu – wyznała Sandra. 

Opiekun właśnie skończył czytać listę, kiedy podszedł do niego opalony 

blondyn. 

-  Przepraszam,  spóźniłem  się  kilka  minut  –  rzekł,  kładąc  plecak  na 

ziemi. 

Pan Sellers zerknął na zegarek i pokręcił głową. 

-  Powiedziałbym  raczej,  że  kilkanaście.  –  Popatrzył  z  przyganą  na 

spóźnialskiego iż wrócił się do uczestników obozu:  - Mam tylko nadzieję, że 

nie będziecie brać z niego przykładu. Na tego typu wyprawach jak ta, która 

nas czeka, zdyscyplinowanie jest rzeczą najważniejszą. 

-  Oczywiście,  podpisuję  się  pod  tym  bez  zastrzeżeń  –  potwierdził 

gorliwie blondyn. 

- To jest Jack Snyder – przedstawił go pan Sellers. – Jedzie z nami jako 

mój pomocnik, chociaż szczerze mówiąc, Nowy Meksyk zna o wiele lepiej niż 

ja, bo stamtąd pochodzi. 

Jack  uśmiechnął  się  do  dziewcząt  i  chłopców,  ukazując  piękne  zęby, 

które  na  tle  opalonej  twarzy  wydawały  się  wręcz  nieprawdopodobnie  białe. 

Miał nie więcej niż dwadzieścia dwa lata i był nieprzyzwoicie przystojny. 

Natasha i Sandra popatrzyły po sobie. 

- Może jednak nie będzie tak źle – powiedziały jednocześnie. 

 

M

acie  ostatnią  okazję,  żeby  skorzystać  z  dobrodziejstw  cywilizacji  

–  powiedział  pan  Sellers  w  holu  niewielkiego  hotelu  na  przedmieściach 

Albuquerque. – Radzę wam wyspać się wygodnie, bo przez najbliższe dziesięć 

dni nie będzie takich luksusów jak łóżko. 

Natasha nie brała jeszcze udziału w takiej imprezie, co więcej nigdy nie 

spała w namiocie,  myślała więc z niemałym niepokojem o tym, co ją czeka. 

Bardziej  jednak  niż  dyskomfortu  wynikającego  z  braku  zdobyczy  cywilizacji 

obawiała  się  tego,  że  nie  podoła  trudom  obozu,  że  wymięknie.  Wiedziała 

background image

 

wprawdzie, że znajdzie oparcie w Sandrze, która miała już zaprawę, bo ojciec 

często  zabierał  ją  i  jej  dwóch  starszych  braci  na  biwakowe  wycieczki  po 

Minnesocie i Wisconsin. Mimo to Natasha bała się kompromitacji, zwłaszcza 

w  chwili,  kiedy  się  okazało,  że  pomocnikiem  pana  Sellersa  jest  jeden  

z najprzystojniejszych chłopaków, jakich w życiu widziała. 

- Jutro spotykamy się o siódmej na śniadaniu na dole! – zawołał Jack, 

próbując  przekrzyczeć  harmider,  jaki  się  wywiązał  w  związku  z  przydziałem 

pokoi. – Zejdźcie już z plecakami bo o wpół do ósmej mają podjechać busy, 

którymi pojedziemy do Acoma Pueblo. 

Natasha  już  ściskała  w  ręce  klucz,  zadowolona,  że  będzie  spała  

z Sandrą w dwuosobowym pokoju. Nie wszyscy mieli jednak takie szczęści co 

one,  okazało  się  bowiem,  że  część  uczestników  musi  być  ulokowana  

w trzyosobowych pokojach. 

Najwięcej  zamieszania  robiły  dwie  o  rok  młodsze  od  nich  dziewczyny, 

Sally  i  April,  papużki  nierozłączki,  które  za  nic  w  świecie  nie  chciały  być 

rozdzielone na noc, i Marsha. 

Tę  ostatnią  akurat  Natasha  potrafiła  zrozumieć,  bo  sama  nie  miałaby 

ochoty  spać  w  jednym  pokoju  z  dziewczyną,  która  odbiła  jej  chłopaka.  

A  Rebecca  Stevens  odbijanie  koleżankom  chłopaków  traktowała  jak  hobby. 

Kiedy  w  szkole  pojawiała  się  nowa  para,  dziewczyny  robiły  zakłady,  czy  

i kiedy Rebecca wkroczy do akcji. 

- Mogę poprosić o chwilę ciszy?! – zagrzmiał pan Sellers takim głosem, 

że  wszyscy  zamilkli.  –  Przyglądam  się  wam,  moi  drodzy,  i  czarno  widzę  tę 

naszą  wyprawę.  Skoro  teraz,  w  hotelu,  nie  możecie  dojść  między  sobą  do 

porozumienia,  to  co  będzie,  jak  się  naprawdę  zrobi  poważnie?  A  zrobi  się, 

możecie  być  tego  pewni,  -  Popatrzył  na  swoich  podopiecznych  i  ciągnął:  

-  wydawało  mi  się,  że  na  spotkaniu  informacyjnym  mówiłem  jasno  

i wyraźnie. Jeśli macie do siebie jakieś żale i pretensje, to albo zostawiacie je 

w  Minneapolis,  albo,  jeżeli  nie  potraficie  tego  zrobić,  rezygnujecie  z  obozu. 

Taka  wyprawa  to  nie  miejsce  na  kłótnie  i  nieporozumienia.  –  Jeszcze  raz 

przesunął  wzrokiem  po  twarzach  dziewcząt  i  chłopców.  –  Jesteśmy  grupą  

i  to,  czy  za  dziesięć  dni  będziemy  mogli  uznać  naszą  eskapadę  za  udaną, 

background image

 

zależy  przede  wszystkim  od  tego,  czy  będziemy  sobie  pomagać  i  zgodnie 

współpracować. Czy to jest jasne? 

Zgodna  współpraca  zaczęła  się  od  zgodnego  pokiwania  głowami. 

Trudno tylko powiedzieć, na ile szczery był ten gest. Natasha w każdym razie 

pomyślała:  Współpraca?  W  porządku.  Z  jednym  wyjątkiem.  Nikt  nie  może 

przecież ode mnie wymagać, żebym współpracowała z Cintem! 

Zerknęła  na  Marshę,  która  po  wystąpieniu  pana  Sellersa  podeszła  

z  opuszczonymi  ramionami  do  Rebecki  i  jej  przyjaciółki  Laury,  i  domyśliła 

się,  że  ona  również  musi  mieć  swoje  zastrzeżenia.  Nie  wiadomo,  czy  to  pod 

wpływem  słów  opiekuna  o  pomaganiu  sobie  nawzajem,  ale  tknięta  nagłym 

impulsem, Natasha spojrzała znacząco na Sandrę i skinęła głową, wskazując 

na Marshę. 

-  Mogłybyśmy  oddać  Rebeccę  i  Laurze  naszą  dwójkę  i  spać  we  trójkę  

z Marshą. 

-  Myślisz,  że  to  dobry  pomysł?  –  spytała  Sandra  z  powątpiewaniem.  

– Skoro mamy wszyscy ze sobą współpracować, to może lepiej, żeby te dwie… 

- Nie dokończyła, bo przyjaciółka spiorunowała ją wzrokiem. 

- Wszystko ma swoje granice – ucięła Natasha, wyjęła z kieszeni klucz  

i podeszła do trójki dziewcząt. 

Sandrze  jednak  przyszło  do  głowy,  że  mówiąc  o  granicach,  jej 

przyjaciółka ma na myśli raczej siebie i Clinta, a nie Marshę i Rebeccę. 

- Zrobię, co tylko zechcecie – powiedziała uszczęśliwiona Marsha, kiedy 

we  trzy  wchodziły  po  schodach  na  pierwsze  piętro.  –  Nie  wytrzymałabym  

z  nią  w  jednym  pokoju.  Uratowałyście  mi  życie.  Naprawdę  bym  tego  nie 

zniosła. Mogę nawet z wdzięczności nosić za was plecaki. 

- Swój ledwo niesiesz – zauważyła Sandra. 

Niewysoka  i  bardzo  drobna  Marsha  rzeczywiście  uginała  się  pod 

ciężarem plecaka. 

Gdy  znalazły  się  na  piętrze,  usłyszały  z  za  sobą  głosy,  a  po  chwili 

wyprzedziła  je  grupa  chłopaków,  wśród  których  Natasha  zobaczyła  Clinta. 

Jak  zwykle  w  takiej  sytuacji,  natychmiast  odwróciła  wzrok,  ale  zdążyła 

zauważyć jego uśmiech od ucha do ucha. 

- Słyszałaś, co mówił nasz opiekun? – zapytał. 

background image

 

Wiedziała,  że  zwraca  się  do  niej,  ale  postanowiła  udawać,  że  go  nie 

słyszy. 

- Coś mi się zdaje, że nie wszyscy z nas zostawili swoje żale i pretensje 

w Minneapolis – powiedział. 

Zanim  zdążyła  pomyśleć,  odwróciła  głowę  i  znów  dostrzegła  ten 

głupkowaty uśmiech, który zawsze tak ją irytował. 

Miała zasadę, żeby nie reagować na jego zaczepki, i zwykle udawało jej 

się tego przestrzegać. Dziś jednak nie wytrzymała. 

- Szkoda tylko, że niektórzy nie zostawili w Minneapolis swojego tyłka  

– rzuciła i zaczęła otwierać drzwi oznaczone numerem 17. 

Kiedy  weszła  do  pokoju,  usłyszała  jeszcze,  jak  Clint  zwraca  się  do 

kolegów: 

- Tak wygląda zgodna współpraca, jak byście nie wiedzieli. 

-  Dlaczego  ty  go  właściwie  tak  nie  lubisz?  –  zapytała  Marsha,  kiedy 

wszystkie trzy zrzuciły na podłogę ciężkie plecaki. – Zawsze mi się wydawało, 

że to bardzo sympatyczny chłopak. 

-  Sympatyczny?  On  jest  po  prostu  słodki  –  odparła  Natasha  

z sarkazmem. 

-  Coś  ci  zrobił?  –  dopytywała  się  Marsha,  nie  doczekała  się  jednak 

odpowiedzi, więc spojrzała na Sandrę. 

Natasha podążyła za jej wzrokiem, i uśmiech, który zaczynał wykwitać 

na  twarzy  jej  przyjaciółki,  natychmiast  zamarł.  Ona  i  Sandra  nigdy  się  nie 

pokłóciły,  ale  kilka  razy  były  już  tego  bliskie.  Powód  zawsze  był  ten  sam. 

Sandrę  bawiła  niechęć  Natashy  do  Clinta,  a  właściwie  powód  tej  niechęci,  

a jej przyjaciółka traktowała tę sprawę śmiertelnie poważnie i nie tolerowała 

w tej kwestii żadnych żartów.  

Marsha na szczęście wykazała się wystarczającą spostrzegawością, by 

zorientować  się,  że  temat  jest  drażliwy,  i  bardzo  skutecznie  rozładowała 

napięcie. 

- Nie uważacie, że ten nasz Jack jest boski? 

- Zabójczy – powiedziała Sandra. 

- Niesamowity – rzuciła z rozmarzeniem Natasha. 

background image

 

Kiedy  godzinę  później,  za  radą  pana  Sellersa,  leżały  w  łóżkach, 

wykorzystując  ten  luksus,  którego  miały  być  pozbawione  przez  najbliższe 

dziesięć dni, wciąż jeszcze mówiły o Jacku. 

Natasha już prawie zasypiała, kiedy usłyszała: 

- O rany! 

Głos Marshy był tak alarmujący, że obie z Sandrą usiadły na łóżku. 

- Co się stało? – spytały prawie jednocześnie. 

- Jeszcze nic – uspokoiła je Marsha, jednak tylko połowicznie. – Ale się 

stanie.  

- Co się stanie? – zapytała Sandra, przecierając dłońmi oczy. 

- Rebecca – powiedziała Marsha i nie musiała już niczego dodawać. 

-  No  tak,  takiemu  facetowi  jak  Jack  to  ona  nie  przepuści  –  przyznała 

Natasha. 

- I co, będziemy patrzeć na to z założonymi rekami? 

- W życiu! – rzuciła oburzona Sandra. 

-  Na  pewno  nie  –  oświadczyła  Natasha  z  przekonaniem.  –  Musimy 

połączyć nasze siły. Przecież nawet pan Sellers mówił, że powinniśmy ze sobą 

współpracować – dodała już z mniejszym przekonaniem w głosie, bo zdawała 

sobie sprawę, że ich opiekun niezupełnie taką współpracę miał na myśli. 

 

 

background image

 

Rozdział 2 

N

azajutrz  za  pięć  siódma,  przepełnione  entuzjazmem  do  solidarnego 

działania,  Natasha,  Sandra  i  Marsha,  dźwigając  plecaki  zeszły  na  parter  do 

małej  hotelowej  restauracji.  W  Sali  było  jeszcze  dość  pusto.  Przy  jednym 

stoliku  siedział  pan  Sellers  z  trzema  chłopakami,  a  przy  drugim  Jack  

w towarzystwie… Rebecki i jej przyjaciółki. 

-  No  nie!  –  rzuciła  cicho  Marsha,  -  Już  po  wszystkim  –  dodała  

z rezygnacją w głosie. 

-  Nie  panikuj.  Jeszcze  nic  straconego  –  uspokoiła  ją  Natasha.  

– Musimy się po prostu bardziej starać. 

-  Jak?  Wstawać  godzinę  wcześniej  niż  wszyscy?  –  spytała  sceptycznie 

Sandra. 

-  Jak  trzeba,  to  w  ogóle  nie  będziemy  spać  –  powiedziała  Marsha  

z determinacją. 

Jack zauważył je, gdy tak stały w progu restauracji i z konspiracyjnymi 

minami szeptały o czymś, co wydawało się niezwykle ważne. 

-  Cześć,  dziewczyny!  –  zawołał,  błyskając  swoimi  pięknymi  zębami.  

– Macie z czymś problem? 

My  nie,  ale  ty  możesz  mieć,  pomyślała  Natasha,  tak  jak  wczoraj 

porażona jego urodą. Choć w autobusie przysiadł się do nich na chwilę, przez 

przyciemniane  okna  nie  zwróciła  uwagi  na  jego  oczy.  Dopiero  teraz 

dostrzegła, że są czarne jak smoła i mają w sobie coś egzotycznego, zwłaszcza 

w  zestawie  z  jasnymi  włosami,  które  nawet  jeśli  były  nieco  rozjaśnione,  to 

wyłącznie przez słońce. Takiego płowego odcienia blond nie można osiągnąć 

za sprawą żadnej farby. 

Marsha chciała coś powiedzieć, ale zająknęła się i zamilkła. 

Jedynie Sandra okazała się w miarę przytomna. 

-  Nie  wszystko  w  porządku  –  odparła.  –  A  w  ogóle  to  dzień  dobry  

– powiedziała głośno, zwracając się do wszystkich na sali. 

-  Dzień  dobry  –  przywitał  je  z  uśmiechem  pan  Sellers.  –  Dziesięć 

punktów za punktualność – dodał, zerknąwszy na zegarek. 

background image

10 

 

Natasha  pomyślała,  że  pewnie  by  ich  tak  nie  chwalił,  gdyby  znał 

prawdziwy powód tej punktualności, która zresztą, jak się okazała, i tak była 

niewystarczająca. 

-  Chyba  dziewięć  –  zażartowała.  –  Dziesięć  należy  się  komuś  innemu  

–  dodała  patrząc  na  Rebeccę.  Starała  się,  jak  mogła,  żeby  w  jej  głosie  nie 

zabrzmiał sarkazm, ale chyba niezupełnie jej się to udało. 

Rebecca, która siedział plecami do wejścia, odwróciła się i z triumfem 

w oczach popatrzyła na trzy dziewczyny, wciąż stojące przy drzwiach. 

-  Cześć  –  rzuciła  protekcjonalnym  tonem  i  zaczęła  coś  szczebiotać  do 

Jacka. 

-  Siadajcie  dziewczyny,  i  jedzcie,  bo  takich  bułeczek  długo  nie 

zakosztujecie – powiedział pan Sellers. 

Podeszły do stolika i usiadły, ale na razie, mimo kuszących zapachów 

świeżego ciasta drożdżowego, nie jedzenie było im w głowie. 

-  Widziałyście?  –  szepnęła  Marsha,  zerkając  ukradkowo  na  Rebeccę.  

– Musiała w ogóle się nie kłaść, skoro zdążyła zrobić sobie taki makijaż. 

Od  dwóch  lat,  to  znaczy  od  czasu,  jak  zaczęły  chodzić  z  Rebeccą  do 

liceum, żadna nie widziała jej nigdy nieumalowanej. 

-  A  tak  się  cieszyłam,  że  wreszcie  zobaczę  ją  bez  pełnego  makijażu  

– powiedziała Marsha z żalem w głosie. 

- Naprawdę przesadziła – szepnęła Natasha, nie mogąc sobie odmówić 

spojrzenia w stronę stołu, przy którym siedział Jack i dwie uśmiechające się 

do niego słodko dziewczyny. 

- Przestańcie tak szeptać – zmitygowała je rozsądna jak zawsze Sandra. 

–  Myślicie,  że  one  nie  wiedzą,  że  rozmawiamy  o  nich?  –  wyjrzała  za 

wychodzące  na  wschód  okno.  Choć  dochodziła  dopiero  siódma  słońce 

trzymało  jeszcze  swój  potencjał  w  karbach,  widać  było,  że  drzemie  w  nim 

ogromna siła, która za dwie, trzy godziny da o sobie znać. Na twarzy sandry 

pojawił  się  złośliwy  uśmieszek.  –  Zapomniałyście,  gdzie  jesteśmy?  Wiecie 

może, jaka jest przeciętna temperatura w Nowym Meksyku? 

Natasha i Marsha popatrzyły na nią, nie wiedząc, do czego zmierza. 

-  Pewnie  jakieś  dwadzieścia  pięć  stopni  –  odparła  Natasha.  

– A dlaczego pytasz? 

background image

11 

 

Sandra nie odpowiedziała na jej pytanie, lecz zadała następne: 

- Jak myślisz, ile stopni będzie w południe? 

- Jakieś trzydzieści pięć, może nawet wię… - Nie dokończyła. Starając 

się  zachować  dyskrecję,  rzuciła  okiem  na  Rebeccę,  wdzięczącą  się  przed 

Jackiem.  –  Jak  z  niej  zacznie  spływać  ta  tapeta…  -  Perspektywa  ujrzenia 

Rebecki w tym stanie była tak kusząca, że Natashy natychmiast poprawił się 

humor i poczuła wilczy apetyt. – To co, zabieramy się za jedzenie? 

Wstała  i  ruszyła  w  kierunku  długiego  stołu,  od  którego  dochodziły 

nęcące zapachy. Sandra i Marsha podążyły za nią, a kiedy przechodziły obok 

Rebecki, wszystkie trzy uśmiechnęły się do niej tak słodko, że patrzyła Nanie 

w  osłupieniu,  kiedy  krzątały  się  przy  bufecie,  nakładając  sobie  jedzenie  na 

talerze. 

- Pachnie pysznie. 

Natasha usłyszała za plecami głos swego prześladowcy.  

Clint  z  dwoma  kolegami  zjawił  się  w  restauracji  i  podczas  gdy  tamci 

najpierw poszli zająć stolik, on ruszył od razu do bufetu. 

-  Wyglądają  naprawdę  smakowicie  –  powiedział,  kiedy  Natasha 

sięgnęła po bułeczkę. 

Natychmiast cofnęła dłoń i przeszła dwa kroki dalej, żeby wziąć sobie 

coś innego. 

-  Nie  lubisz  bułeczek  cynamonowych?  –  zapytał  zdziwiony  Clint, 

nałożył na swój talerz trzy, a po chwili zastanowienia dorzucił jeszcze jedną. 

–  Dziwne  –  dodał,  wzruszając  ramionami.  –  Zawsze  myślałem,  że  nie  ma 

ludzi, którzy nie lubą bułeczek cynamonowych. 

Natasha  nałożyła  sobie  jakieś  dziwnie  wyglądające  pieczywo,  masło  

i  miód,  nalała  do  szklanki  soku  pomarańczowego  i  wróciła  do  swojego 

stolika.  Kiedy  usiadła  i  wypiła  łyk  soku,  przy  stoliku  obok,  dokładnie 

naprzeciwko niej, usiadł Clint, a po chwili zjawili się jego koledzy z talerzami 

pełnymi  jedzenia.  W  pierwszym  odruchu  chciała  się  przesiąść  na  miejsce 

obok, tak żeby siedzieć do niego bokiem, ale zreflektowała się, przypominając 

sobie swoją zasadę: Lekceważ go. 

Przekroiła bułkę, co okazało się wcale nie takie proste, bo była twarda 

jak kamień. Szczerze mówiąc, już jej wygląd nie wróżył nic dobrego. 

background image

12 

 

-  Pyszna  –  powiedziała  Sandra  z  ustami  pełnymi  bułeczki 

cynamonowej. 

Marsha ugryzła kawałek swojej. 

- Po prostu niebo w gębie. 

Zerkając zazdrośnie na talerze koleżanek, Natasha posmarowała swoją 

bułkę  masłem  i  polała  miodem.  Jeszcze  zanim  odgryzła  pierwszy  kęs, 

zorientowała  się,  że  coś  jest  nie  w  porządku.  Nie  przepadała  za  pieczywem 

cebulowym,  ale  czasami  jadała  takie  rzeczy.  Tyle,  że  nie  z  miodem.  

Z niesmakiem odłożyła bułkę. 

- Coś nie tak? – spytała Sandra. 

Natasha podniosła wzrok i napotkała spojrzenie Clinta. 

-  Nie,  dlaczego?  –  odparła  z  udawanym  zdziwieniem  i  z  kamienną 

twarzą  zjadła  całą  cebulową  bułkę  z  masłem  i  miodem.  Zniosła  to 

bohatersko,  ale  kiedy  połknęła  ostatni  kęs,  poczuła  coś,  co  niebezpiecznie 

przypominała  odruch  wymiotny,  więc  natychmiast  wypiła  duszkiem  całą 

szklankę soku i odetchnęła z ulgą. 

- Nic ci nie jest? – zapytała Marsha, patrząc na nią badawczo. 

- A co miałoby mi być? 

-  Nie  wiem,  jakoś  tak  dziwnie  wyglądałaś  –  odparła  Marsha,  po  czym 

zniżyła  głos  do  szeptu.  –  Clint  ani  na  chwilę  nie  spuszcza  z  ciebie  wzroku. 

Zauważyłaś? 

Sandra uśmiechnęła się, lecz napotkawszy spojrzenie przyjaciółki, nie 

odważyła się odezwać. 

- Nie – odparła Natasha. 

- Naprawdę – zapewniła ją Marsha – Chyba wpadłaś mu w oko. 

Sandra,  z  uśmiechem  błąkającym  się  na  twarzy,  wpatrywała  się  

w swoje dłonie. 

- Też coś! – rzuciła Natasha. 

- Próbowałyście bułeczek cynamonowych? Zapytała przechodząca obok 

ich stolika Sally. – Zjadłam dwie i idę po dokładkę. 

-  Ja  też  –  zawtórowała  April,  idąc  jak  cień  obok  przyjaciółki.  Jakoś 

jednak przeżyły tę całonocną rozłąkę. 

background image

13 

 

-  Pewnie,  że  próbowałyśmy  –  odrzekła  Sandra,  po  czym  rzuciła  pod 

nosem: - No, może nie wszystkie. 

Natasha nie zwróciła na to uwagi, bo z rozmarzeniem myślała o tym, że 

gdyby  Clint  zjadł  szybko  śniadanie  i  wyszedł  z  restauracji,  mogłaby  jeszcze 

skosztować tego tak zachwalanego przez wszystkich przysmaku. 

Ale Clint, odkąd sięgała pamięcią, robił jej świństwa, więc dlaczego dziś 

miałoby być inaczej? 

Z  zadowoloną  miną  –  Natasha,  oczywiście,  na  niego  nie  patrzyła,  lecz 

jeśli  ktoś  tak  bezczelnie  jak  on  siada  naprzeciwko  człowieka,  to  czasami, 

chcąc  nie  chcąc,  trafia  się  na  niego  wzrokiem  –  spałaszował  wszystko,  co 

miał na talerzu, i poszedł po dokładkę. Wrócił, zjadł trzy bułeczki i podczas 

gdy sala powoli pustoszała, on wciąż uparcie siedział przy swoim stoliku. 

- No, moi kochani, czas się zbierać – powiedział pan Sellers, wyglądając 

przez okno wychodzące na podjazd do hotelu. – Nasze busy już są. 

Rozczarowana Natasha, wciąż czując w ustach niesmak, z ociąganiem 

wstała od stołu, chwyciła plecak i wolnym krokiem ruszyła do holu. Rzuciła 

jeszcze  okiem  na  ogołocony  już  prawie  z  jedzenia  bufet,  obok  którego 

przechodziła, i wyłowiła spojrzeniem cynamonową bułeczkę, spoczywającą na 

dnie koszyka na pieczywo. Leżała tam samotnie, jakby się prosiła, żeby ktoś 

ją wziął. 

Natasha  nie  mogła  jej  się  oprzeć  i  już  chciała  po  nią  sięgnąć,  ale 

natrafiła  na  spojrzenie  Clinta,  który,  jak  to  Marsha  dobrze  określiła,  nie 

spuszczał z niej wzroku, to znaczy z Natashy, nie z bułeczki. 

Spięła  się  w  sobie  i  energicznym  krokiem  opuściła  restaurację,  

a potem, podążając za innymi uczestnikami, wyszła przed hotel. 

Rozejrzała się za Sandrą i Marshą. Marsha rozmawiała o czymś z Sally 

i  April,  a  Sandra  dopiero  po  chwili  pojawiła  się  przy  hotelowym  podjeździe. 

Podeszła do Natashy i zerknąwszy na boki, wcisnęła jej coś do ręki. 

-  Jedz  szybko  –  powiedziała  jej  do  ucha.  –  On  rozmawia  z  panem 

Sellersem, więc cię nie zobaczy. 

Natasha  nie  musiała  patrzyć  na  to,  co  ma  w  dłoni.  Choć  wciąż 

trzymała  to  cos  w  opuszczonej  ręce,  poczuła  zapach  cynamonu  i  ślinka 

napłynęła jej do ust. 

background image

14 

 

- Co… jak… dlaczego…? 

- Najpierw zjedz, potem będziesz mogła pytać – poradziła jej Sandra. 

Natasha  skorzystała  z  rady.  Pochłonęła  bułeczkę  w  takim  tempie,  że  

w innej sytuacji wydawałoby jej się to niemożliwe, i rozejrzała się niepewnie. 

Clint  właśnie  wychodził  z  panem  Sellersem  z  hotelu.  Na  jego  widok 

przetarła  palcami  usta,  obawiając  się,  że  zabłąkał  się  tam  okruszek,  który 

mógłby ją zdradzić, i odwróciła wzrok. 

- No to możesz już pytać – powiedziała Sandra. 

- Skąd wiedziałaś? 

- Co skąd wiedziałam? 

- No, to że mam ochotę na bułeczkę cynamonową. 

- Myślę, że po tej cebulowej bułce z miodem zjadłabyś wszystko, żeby 

zabić ten smak. 

- Wiedziałaś, że jest z cebulą? – spytała zdumiona Natasha. 

- Już jak ją brałaś z bufetu. 

-  Nie!  –  zawołała  oburzona  Natasha,  ale  w  obawie,  że  ktoś  je  usłyszy 

znów  zaczęła  mówić  półszeptem.  –  Wiedziałaś,  jak  smaruję  cebulową  bułkę 

miodem i nic mi nie powiedziałaś? – Nie mogła w to uwierzyć. 

- Uznałam, że skoro rezygnujesz z czegoś, co lubisz, tylko po to, żeby 

komuś zrobić na złość, to powinnaś ponieść konsekwencje. 

- I to się nazywa przyjaźń! 

-  Byłam  pewna,  że  jak  się  zorientujesz,  co  to  jest,  to  weźmiesz  sobie  

w  końcu  te  bułeczki  cynamonowe.  –  Sandra  uśmiechnęła  się.  –  A  swoją 

drogą  to  byłam  pełna  podziwu  dla  ciebie,  kiedy  patrzyłam,  jak  się  zmagasz  

z tym paskudztwem. 

- Jesteś okropna. 

- Ja? – spytała Sandra z miną niewiniątka. 

Zajęte rozmową, nie zwróciły uwagi na to, że uczestnicy obozu zaczęli 

już  wsiadać  do  busów.  Dopiero  kiedy  zobaczyły,  jak  stojąca  kilkanaście 

metrów  dalej  Marsha  macha  do  nich  rozpaczliwie,  popatrzyły  w  kierunku, 

który  im  pokazywała,  i  zobaczyły  przy  jednym  z  busów  Rebeccę,  nie 

odstępującą na krok Jacka. 

background image

15 

 

-  Skoro  nie  uda  nam  się  odciągnąć  jej  od  niego,  to  dobrze  by  było 

wsiąść  razem  z  nią,  żeby  przynajmniej  mieć  kontrolę  nad  tym,  co  się  dzieje  

– powiedziała Sandra i nie czekając na reakcję przyjaciółki, ruszyła w stronę 

Rebeki. 

Natasha natychmiast podążyła za nią, dając po drodze znaki Marshy, 

żeby  zrobiła  to  samo.  Zanim  jednak  doszły  na  miejsce,  wyprzedziły  je  Sally  

i  April  oraz  cztery  inne  dziewczyny  i  wszystkie  stoczyły  się  przy  wejściu  do 

busa. 

- Znowu za późno – rzuciła pod nosem Marsha. 

Sandra  policzyła  szybko  miejsca  w  samochodzie,  i  niestety,  musiała 

przyznać jej rację. 

- Wsiadajcie do tamtego – zwrócił się do nich Jack. 

Rozczarowane dziewczęta, chcąc nie chcąc, musiały się wycofać. 

Natasha  już  chciała  postawić  nogę  na  stopniu  drugiego  busa,  kiedy  

w  szybie  zobaczyła  uśmiechnięta  twarz  Clinta.  Bez  słowa  obróciła  się  na 

pięcie i ruszyła do trzeciego samochodu. 

Marsha  próbowała  zaprotestować,  ale  kiedy  Sandra  puściła  do  niej 

oko, rozłożyła ręce i obie poszły za Natashą. 

-  U  mnie  wszystkie  miejsca  są  już  zajęte!  –  Kierowca  trzeciego  busa, 

widząc  nadchodzące  dziewczęta,  wychylił  głowę  z  okna  i  dał  im  znak,  żeby 

wracały. 

Natasha zatrzymała się i rozejrzała bezradnie. 

- Będziesz tu tak stała? – spytała ją Marsha. 

-  Są  trzy  samochody  i  akurat  ja  muszę  jechać  razem  z  tym  idiotą  

– wysyczała z wściekłością Natasha. 

-  Co  się  dzieję?!  –  zawołał  pan  Sellers.  –  Dlaczego  nie  wsiadacie?  

– Dziewczęta nie ruszyły się, więc podszedł do nich zdecydowanym krokiem. 

– Jest jakiś problem? 

-  Owszem  –  odparła  Natasha,  ale  widząc  dezaprobatę  na  twarzy 

przyjaciółki, zawahała się i powiedziała: - Nie, skądże. 

Opiekun,  kręcąc  głową,  patrzył  przymrużonymi  oczami  na  trzy 

dziewczyny  wsiadające  do  busa.  Kiedy  zamknęły  się  za  nimi  drzwi, 

uśmiechnął się i rzucił pod nosem: 

background image

16 

 

- Za dzień, dwa odechce im się tych fochów. 

Natasha  tymczasem,  starając  się  unikać  wzroku  Clinta,  położyła  swój 

bagaż  obok  innych  plecaków  i  przez  chwilę  zastanawiała  się,  gdzie  usiąść. 

Wielkiego wyboru, niestety  nie miała – wolne było jedno miejsce obok Clinta 

i  dwa  miejsca  w  tym  samym  rzędzie  po  drugiej  stronie  przejścia. 

Zdecydowała się oczywiście na to najbardziej oddalone od jej wroga. Wcisnęła 

się  przy  tym  w  kąt  przy  oknie  tak  bardzo,  że  na  podwójnym  siedzeniu 

spokojnie oprócz Sandry mogłaby się zmieścić jeszcze jedna osoba. 

Marsha nie wykorzystała jednak tej okazji; z zadowolona miną usiadła 

koło Clinta. 

Chłopak uśmiechnął się do niej. 

- Nie gryzę, prawda? 

Natasha,  trzymając  się  swojej  zasady  ignorowania  go,  patrzyła  przez 

okno, ale nie miała wątpliwości, do kogo skierowane jest to pytanie. 

- No to ruszamy – oznajmił kierowca. 

Gdy  opuścili  hotelowy  podjazd  i  wjechali  na  ulicę,  Natasha  wciąż 

patrzyła  przez  okno,  choć  szczerze  mówiąc,  nie  było  tu  nic  ciekawego  do 

oglądania.  Podmiejska  dzielnica,  przez  którą  jechali,  nie  wyróżniała  się 

niczym  szczególnym.  Dokładnie  tak  samo  wyglądały  przedmieścia 

Minneapolis i setek innych amerykańskich miast. Albuquerque nie było już 

tym 

dziewiętnastowiecznym 

miasteczkiem 

Dzikiego 

Zachodu, 

lecz 

największym Nowego Meksyku, które straciło swój dawny charakter. 

Na  próżno  wypatrywała  śladów  hiszpańskiej  czy  indiańskiej 

architektury. Starą cześć miasta mieli zwiedzać dopiero ostatniego dnia, a na 

razie  mijali  supermarkety,  warsztaty  samochodowe,  magazyny,  słowem  nic 

godnego uwagi. 

Wszyscy  pasażerowie  busa  najwyraźniej  doszli  do  tego  samego 

wniosku,  bo  nikt  nie  interesował  się  widokami.  Marsha  rozmawiała  

z  Clintem,  a  po  jakimś  czasie  przyłączyła  się  do  nich  Sandra,  która  raz  czy 

dwa  próbowała  wciągnąć  do  konwersacji  przyjaciółkę,  w  końcu  jednak 

zrezygnowała,  bo  ta,  nie  odrywając  wzroku  od  okna,  odpowiadała  tylko 

półsłówkami. 

background image

17 

 

Kiedy  Albuquerque  zostało  w  tyle,  Natasha,  która  zawsze  wolała 

miejsca nieskażone  cywilizacją, odetchnęła z ulgą. Urodziła  się i wychowała 

w  leżącym  na  równinie  Minneapolis,  więc  góry  ją  fascynowały,  a  po  obu 

stronach  szosy,  którą  jechali,  ciągnęły  się  skaliste  nagie  wzniesienia  

o  charakterystycznych  dla  Nowego  Meksyku  kształtach.  Strome  zbocza 

opadały ostro, czasami pionowo, a wierzchołki były jakby ścięte nożem. Góry 

przypomniały  swoim  kształtem  stół,  stad  ich  pochodząca  z  hiszpańskiego 

nazwa – mesa. 

Krajobraz  za  oknem  na  jakiś  czas  przyciągnął  uwagę  Natashy,  nie  na 

długo  jednak.  Po  kilkunastu  minutach  złapała  się  na  tym,  że  nasłuchuje,  

o  czym  mówią  Sandra,  Marsha  i  Clint.  Pół  godziny  później  z  trudem 

powstrzymała  się,  żeby  się  nie  odezwać,  zwłaszcza  gdy  zaczęli  rozmawiać  

o  koniach.  Od  dzieciństwa  uwielbiała  te  zwierzęta,  a  od  pół  roku,  kiedy  to 

stała  się  właścicielką  –  ściślej  mówiąc,  współwłaścicielką  –  młodej  klaczy 

Kamelii, nie było dla niej bardziej pasjonującego tematu. Ale nawet miłość do 

koni  nie  mogła  jej  skłonić  do  rozmowy  z  Clintem.  Na  chwilę  odwróciła  się  

i zerknęła znacząco na przyjaciółkę. 

Sandra  albo  tego  nie  dostrzegła,  albo  zlekceważyła.  Z  ukłuciem  żalu  

w  sercu,  z  poczuciem,  że  została  wyłączona  poza  nawias,  i  pewnością,  że 

czekają  ją  koszmarne  dni,  Natasha  znów  zaczęła  patrzeć  w  okno.

background image

18 

 

Rozdział 3 

K

iedy  trzy  busy  stanęły  na  parkingu  stóp  wzniesienia,  na  którego 

płaskim  wierzchołku  wybudowano  Acoma  Pueblo  –  Podniebne  Miasto  

– dochodziło południe. 

Natasha wysiadła z klimatyzowanego wnętrza samochodu i zaparło jej 

dech  w  piersi.  Chwilę  trwało,  zanim  zaczęła  w  miarę  normalnie  oddychać. 

Przed  rokiem  spędziła  z  rodzicami  wakacje  na  Jamajce,  gdzie  mogła  się 

przekonać,  co  znaczą  upały.  Tam  jednak,  dzięki  wilgoci  i  morskiej  bryzie, 

klimat  wydawał  się  bardziej  znośny,  tu  powietrze  było  suche,  a  wysokiej 

temperatury nie łagodził najlżejszy nawet powiew wiatru. 

- ale duchota – rzuciła, rozglądając się za miejscem, w którym mogłaby 

się  schować  przed  słońcem.  Dostrzegła  jednak  tylko  kilka  kaktusów  

i  rachitycznych  wyschniętych  drzew,  niedających  ani  odrobiny  cienia. 

Poprawiła rondo płóciennego kapelusza, rozumiejąc teraz, dlaczego na liście 

rzeczy,  które  miała  zabrać  na  tę  wyprawę,  przy  nakryciu  głowy  był 

wykrzyknik. 

-  No,  o  to  nam  przecież  chodziło  –  powiedziała  Marsha,  wskazując 

ruchem  głowy  na  Rebeccę,  która  właśnie  wysiadła  z  samochodu  i  gestem 

gwiazdy  filmowej  odrzuciła  do  tyłu  włosy.  –  Ciekawe,  jak  nasza  księżniczka 

zniesie taki upał. 

Natasha jednak bardziej martwiła się o siebie, nie należała bowiem do 

ludzi,  którzy  nie  mogą  się  doczekać,  kiedy  wreszcie  nadejdzie  lato.  Miała 

jasną,  dość  wrażliwą  cerę,  kiepsko  znoszącą  opalanie  się.  Zazdrościła 

dziewczętom,  które  po  dwóch,  trzech  dniach  spędzonych  na  słońcu  mają 

piękną  brązową  opaleniznę;  ona,  jeśli  nie  smarowała  się  kremami  

z najwyższym filtrem przeciwsłonecznym, spiekała się na raka. 

Długo  się  zastanawiała,  zanim  zdecydowała  się  na  ten  wyjazd,  ale  

w  końcu  nie  potrafiła  się  oprzeć  perspektywie  przemierzenia  dzikich 

górzystych  terenów konno.  Zgodnie  z  planem,  wieczorem  pojadą  busami  na 

ranczo, położone w pobliżu niewielkiego miasteczka Grant, i rano cała grupa 

wyruszy w dalszą wędrówkę na koniach. 

background image

19 

 

Góry i konie – to przeważyło szalę, kiedy podejmowała decyzję, ale na 

razie  miała  grzejące  niemiłosiernie  słońce  i…  Clinta,  który  najwyraźniej 

uznał, że skoro prawie przez całą drogę z Albuquerque rozmawiał z Marshą  

i Sandrą, to może się teraz do nich przyłączyć, i stanął koło trójki dziewcząt. 

- Dlaczego właściwie nie jedziemy na górę busami? – zapytał. 

Natasha swoim zwyczajem udała, że go nie słyszy. 

-  Bo  tam  nie  wpuszczają  żadnych  samochodów  poza  tutejszymi 

autobusami  –  pośpieszyła  z  odpowiedzią  Marsha.  –  I  Bogu  dzięki  –  dodała.  

–  Wyobrażasz  sobie,  co  by  się  działo,  gdyby  połowa  mieszkańców  Stanów 

chciała tam wjechać swoimi wozami? 

Acoma  Pueblo,  indiańska  osada,  która  powstała  prawie  tysiąc  lat 

temu, należy do największych atrakcji Nowego Meksyku, nic więc dziwnego, 

że  co  roku  ściągają tu  tłumy  turystów. Nie  jest  przy  tym  skansenem;  wciąż 

żyją  tu  rodowici  mieszkańcy,  wyrzekając  się  podstawowych  zdobyczy 

cywilizacji, takich jak woda czy elektryczność. 

-  Pan  Sellers  coś  mówi  –  zauważyła  Natasha  i  poszła  w  stronę 

opiekuna, wokół którego zebrała się już część uczestników obozu. 

-  Autobus  odjeżdża  dopiero  za  dwadzieścia  minut.  Macie  czas,  żeby 

wejść do środka – oznajmił, kiedy pozostali podeszli pod niewielkie muzeum, 

w którym, jak głosiły szyldy, można było również kupić pamiątki. 

-  Wchodzisz?  –  zwróciła  się  Sandra  do  przyjaciółki  i  nie  czekając  na 

odpowiedź ruszyła do wejścia. 

Natasha  spojrzała  na  dziewczyny  i  chłopców,  tłoczących  się  przy 

drzwiach  niewielkiego  budyneczku.  Już  wkrótce  miała  zobaczyć  kawałek 

historii w prawie nienaruszonej postaci i wolała nie psuć sobie tego wrażenia 

oglądaniem  jakichś  eksponatów  w  gablotach,  wyrwanych  ze  swojego 

pierwotnego otoczenia. 

- Nie, idźcie beze mnie – rzuciła. Żeby znaleźć się w cieniu, cofnęła się  

i  stanęła  przy  ścianie  zbudowanej  z  suszonych  na  słońcu  cegieł  adobe, 

typowych dla tradycyjnej nowomeksykańskiej architektury. 

-  Nie  lubisz  oglądać  skorup  w  muzeach?  –  zapytał  Clint,  który  jako 

jedyny poza nią nie wszedł do środka. 

background image

20 

 

-  Nie  –  burknęła  Natasha,  żałując,  że  została  na  zewnątrz.  Odwróciła 

się do niego bokiem z nadzieją, że zostawi ją w spokoju. 

Clint milczał, ale wiedziała, że wciąż przy niej stoi; czuła na sobie jego 

wzrok. 

- Słuchaj… - odezwał się po chwili, lecz natychmiast zamilkł. 

Coś  w  głosie  chłopaka  uderzyło  ją  jednak  na  tyle,  że  złamała  swoją 

zasadę  i  na  niego  spojrzała.  I  nie  odwróciła  od  razu  wzroku.  Clint,  zawsze 

kiedy  się  do  niej  zwracał,  mówił  zaczepnym  tonem,  uśmiechając  się 

głupkowato – w każdym razie ona uważała, że jest to głupawy uśmiech. Teraz 

nie  słyszała  w  jego  głosie  ani  śladu  kpiny  czy  ironii,  a  twarz  miał  zupełnie 

poważną. 

Na pewno coś knuje, pomyślała 

Przez  chwilę  panowała  cisza.  Dach  wystawał  zaledwie  kawałek  poza 

ścianą  muzeum  i  Natasha  znów  poczuła  lejący  się  z  nieba  żar.  Cofnęła  się 

jeszcze trochę, tak że przylgnęła plecami do budynku. 

- Nie mogłabyś przynajmniej przez dziesięć dni traktować mnie tak jak 

innych chłopaków na obozie? 

Inni  chłopcy  mnie  nie  prześladują  –  odpaliła.  –  Nie  czepiają  się  mnie, 

nie stają co chwilę  na mojej drodze, nie… -  Tak ją poniosło, że zabrakło jej 

słów.  Wściekła  na  siebie,  że  straciła  panowanie  nad  sobą,  przywołała  na 

twarz  wyraz  chłodnego  lekceważenia.  –  A  może  prościej  by  było,  gdybyś  ty 

zaczął  się  zachowywać  tak  jakby  mnie  tu  nie  było?  –  zaproponowała  już 

spokojniej. 

Clint długo się nad czymś zastanawiał. 

- Mam inny pomysł – oznajmił w końcu. 

- Wiesz, już na samą myśl o twoich pomysłach robi mi się słabo. 

Na jego ustach pojawił się uśmiech, ale po kilku sekundach zniknął. 

-  To  nie  tego  typu  pomysł  –  zapewnił.  –  Gdybyś  spróbowała  w  czasie 

tego  obozu  traktować  mnie  tak  jak  innych  chłopaków,  mógłbym  ci  coś 

obiecać. 

Natasha spojrzała na niego podejrzliwie. 

- Niby co? – spytała. 

background image

21 

 

- Że jak wrócimy do domu, będę, jeśli oczywiście będziesz tego chciała, 

zachowywał się tak, jakbym cię nie znał. 

Trudno jej było to sobie wyobrazić. 

-  Nie  będę  się  do  ciebie  odzywał  –  ciągnął  Clint.  –  Nawet  nie  będę  ci 

mówił „cześć”. Jeśli cię zobaczę z daleka, przejdę na drugą stronę ulicy. Będę 

ci po prostu znikał z oczu. 

- A nie mógłbyś tego zacząć robić od dzisiaj? 

- Chyba nie byłoby łatwo. Nasza grupa nie jest aż tak duża. Jesteśmy 

wszyscy w pewnym sensie na siebie skazani. 

Natasha  musiała  mu  przyznać  rację.  Skazana  na  Clinta  i  na  palące 

słońce,  którego  promienie,  mimo  kapelusza,  czuła  na  twarzy…  

Z  przerażeniem  pomyślała  o  tym,  że  rano  zapomniała  się  posmarować 

kremem  przeciwsłonecznym.  Sama  już  nie  wiedziała,  od  czego  trudniej 

będzie uciec, więc może byłoby prościej skupić się na jednym. 

- Skąd mam wiedzieć, że dotrzymasz obietnicy? – zapytała podejrzliwie. 

Chłopak wzruszył ramionami. 

- Mogę ci tylko dać swoje słowo – odparł. 

Natasha  zbyt  długo  go  nie  znosiła,  żeby  teraz  mu  zaufać.  Ale 

perspektywa świata bez Clinta wydawała się na tyle kusząca, że może warto 

było spróbować. 

-  Będziesz  w  Minneapolis  zachowywał  tak,  jakbyś  mnie  w  ogóle  nie 

znał? – upewniła się. 

- Jeśli nadal będziesz tego chciała, to tak. 

- Co znaczy: „Jeśli nadal będziesz tego chciała”? – Nawet przez myśl jej 

nie przeszło, że mogłoby być inaczej. 

- No więc będę – rzekł Clint. – Pod warunkiem, że ty będziesz się tu, na 

obozie, zachowywać tak, jakbyś mnie znała – dodał z uśmiechem, który tym 

razem nie wydał się Natashy aż tak głupkowaty. 

Była 

już 

właściwie 

zdecydowana, 

jednak 

zwlekała 

jeszcze  

z odpowiedzią. 

- No to jak, zgadzasz się? – ponaglił ją. 

background image

22 

 

-  Dobra  –  rzuciła  i  już  chciała  się  od  niego  odwrócić,  w  porę  jednak 

przypomniała sobie, że właśnie przed chwilą coś ustalili. Będzie musiała nad 

sobą trochę popracować, ale gra była warta świeczki. 

Clint tymczasem od razu wykorzystał okazję do nawiązania rozmowy. 

- Byłaś już kiedyś w Nowym Meksyku? 

-  Nie  –  odparła  Natasha  i  na  tym  chciała  zakończyć  konwersację, 

uświadomiła sobie jednak, że normalne stosunki między ludźmi nie polegają 

tylko na odpowiadaniu na pytania. – A ty? – dodała po chwili. 

- Byłem, ale miałem wtedy jakieś siedem lat i niewiele pamiętam. 

-  Krótką  masz  pamięć  –  rzuciła  na  pozór  obojętnie.  –  Ja  dokładnie 

pamiętam to, co się działo, kiedy miałam siedem… nawet sześć lat – dodała 

zaczepnym tonem. Zwłaszcza ten pierwszy dzień w zerówce, pomyślała. 

-  Ja  też  pamiętam  niektóre  rzeczy  z  tego  okresu  –  powiedział  Clint  

i  Natasha  mogłaby  przysiąc,  że  przez  ułamek  sekundy  widziała  na  jego 

twarzy uśmiech, tym razem, tak jak zawsze, głupkowaty. – Ale akurat z tego 

wyjazdu  niewiele  zostało  mi  w  głowie.  Z  tego,  co  słyszałem  od  rodziców,  to 

byliśmy  w  Santa  Fe  i  w  Taos,  ale  tu  –  wskazał  na  wzniesienie,  na  którym 

przycupnęło Podniebne Miasto – nie dojechaliśmy. 

Natasha, mrużąc oczy, poprawiła rondo kapelusza i obróciła się trochę, 

żeby schować twarz przed słońcem, co nie uszło uwagi chłopaka. 

- Jesteś uczulona na słońce? – zapytał. 

-  Nie  –  odparła.  Nie  miała  ochoty  zwierzać  się  przed  nim  ze  swoich 

problemów z cerą. 

- Gorąco jak cholera. Nie przepadam za upałami. 

-  Ja  też  –  powiedziała  i  natychmiast  tego  pożałowała.  W  ten  sposób 

przyznała  przecież,  że  ona  i  Clint  mają  ze  sobą  coś  wspólnego.  –  Ale  trzeba 

się będzie do nich przyzwyczaić. Nie ma co liczyć na to, że się ochłodzi. 

- Chyba nie. Na cień też nie ma widoków. Zwróciłaś uwagę na to, że tu 

prawie w ogóle nie ma drzew? 

- No jakieś tam są. – Natasha wskazała rachityczne drzewka o małych 

pożółkłych liściach. 

background image

23 

 

- Ten facet, który prowadzi naszego busa, mówił, że w Albuquerque od 

dwóch miesięcy nie spadła ani kropla deszczu. Nic dziwnego, że tu wszystko 

usycha. 

Rzeczywiście,  nawet  kilka  rosnących  w  pobliżu  kaktusów  wyglądało 

dosyć żałośnie. 

- Może wejdziemy jednak do tego muzeum? – zaproponował Clint. 

- Chyba nie ma już na to czasu – odpowiedziała Natasha, zerknąwszy 

na zegarek. – Zresztą zobacz, jedzie już autobus. 

Właśnie w tym momencie z budynku wyszła grupa uczestników obozu, 

a wśród nich Sandra i Marsha. Między nimi szedł Jack. 

Na  widok  przyjaciółki,  gawędzącej  z  Clintem,  sandrze  opadła  szczęka. 

Marshy, która nie była do końca wtajemniczona w stosunki panujące między 

tą dwójką, to że ze sobą rozmawiają, nie wydało się aż tak zaskakujące. Była 

zresztą  zajęta  zupełnie  czymś  innym.  Z  triumfującą  miną  dawała  Natashy 

jakieś znaki. 

Ta  na  początku  nie  wiedziała,  o  co  chodzi,  dopiero  kiedy  zobaczyła 

skrzywioną Rebeccę, domyśliła się, w czym rzecz. 

-  Żałuj,  że  nie  weszłaś  do  środka  –  powiedziała  Sandra  po  tym,  jak 

otrząsnęła  się  z  szoku.  Jednym  słowem  nie  skomentowała  zmiany,  jaka 

nastąpiła w układach między jej przyjaciółką a Clintem. 

- Udało się – szepnęła Marsha, która wyraźnie paliła się do tego, żeby 

powiedzieć coś więcej, ale powstrzymywała ją przed tym obecność chłopaka. 

Natasha  uniosła  kciuk  mrugnęła  do  niej  na  znak,  że  wie,  po  czym 

zwróciła się do Sandry: 

- Warto było? 

- Mają naprawdę piękną ceramikę i biżuterię. Szkoda, że nie widziałaś. 

-  Może  jak  będziemy  wracać,  to  wejdziemy  na  chwilę  –  rzekł  Clint, 

patrząc na Natashę. 

To,  że  zwracał  się  do  jej  przyjaciółki,  aż  tak  bardzo  nie  zaskoczyło 

Sandry  –  nie  zdarzyło  się  to  po  raz  pierwszy  –  ale  to,  że  ona  mu 

odpowiedziała jak każdemu innemu koledze, wprawiło ją w osłupienie. 

- Jeśli będzie jeszcze otwarte i będzie parę wolnych minut, to zajrzymy 

do środka – powiedziała Natasha. 

background image

24 

 

Rozdział 4 

K

iedy  wsiadali  do  autobusu,  Natasha  po  raz  pierwszy  od  czasu 

wyjazdu  z  Minneapolis  nie  rozglądała  się  gorączkowo  w  poszukiwaniu 

miejsca  możliwie  najbardziej  oddalonego  od  tego,  które  zajmie  Clint.  Przy 

okazji z ulgą stwierdziła, że chociaż jeden problem ma z głowy. 

Po  kilkunastominutowej  jeździe  stromą,  krętą  drogą  wśród  skał 

autobus  zatrzymał  się  przy  misji  San  Esteban  del  Rey.  Przed  wyjazdem  

z  domu  Natasha  przeczytała  przewodnik  turystyczny  po  Nowym  Meksyku  

i wiedziała już co nieco o tym miejscu. 

Komuś,  kto  tak  jak  ona  pochodzi  z  miasta  liczącego  sobie  niecałe 

dwieście  lat,  w  którym  zachowało  się  niewiele  domów  wybudowanych  

w  dziewiętnastym  wieku,  budowla  wzniesiona  w  1640  roku  musi  się  wydać 

pradawna. Nic więc dziwnego, że po wejściu do kościoła Natasha, patrząc na 

klepisko pod stopami i sklepienie z potężnych bali prawie namacalnie czuła 

powiew historii. 

I  najwyraźniej  nie  tylko  na  niej  to  miejsce  zrobiło  wrażenie.  W  grupie 

dziewcząt i chłopców, jeszcze przed chwilą tak hałaśliwej, nagle zapanowała 

przejmująca  cisza.  Kilka  minut  trwało,  zanim  ktoś  odważył  się  odezwać 

szeptem, a przecież  Natasha znała swoje koleżanki i kolegów i wiedziała, że 

szkole  żadnemu  z  nauczycieli  nie  udało  się  ich  skłonić  do  takiej  dyscypliny 

ani prośbami, ani groźbami. 

Dzięki grubym murom we wnętrzu świątyni panował przyjemny chłód, 

Natasha zwlekała więc z opuszczeniem jej. 

- Nie wychodzisz? – zwróciła się do niej Sandra. 

- Za chwilę. 

-  Za  chwilę  może  być  za  późno  –  szepnęła  Marsha,  wskazując  na 

zmierzającą do wyjścia Rebeccę. 

Natasha  przypomniała  sobie,  że  Jack  spotkał  przed  kościołem 

znajomego Indianina i nie wszedł do środka. 

- Ja w każdym razie wychodzę – oznajmiła Marsha. 

-  Ja  też  –  rzuciła  Sandra  i  obie,  najwyraźniej  zapominając  o  powadze 

miejsca, prawie biegiem ruszyły do drzwi. 

background image

25 

 

-  Z  taką  determinacją  na  pewno  poradzicie  sobie  beze  mnie  

– powiedziała Natasha właściwie już do siebie. 

- Co je tak pogoniło? – usłyszała za plecami głos Clinta. 

Nie  widziała  wprawdzie,  kto  już  wyszedł  z  kościoła,  ale  miała  dziwną 

pewność, że on wciąż tu jest. 

- Nie wiem, chyba chcą zapytać o coś Jacka – skłamała na poczekaniu, 

zdając  sobie  sprawę,  że  mogła  wymyślić  coś  bardziej  inteligentnego,  

a powątpiewająca mina chłopaka tylko ją o tym przekonała. 

- Pędziły tak, jakby się z kimś ścigały. 

Bo się ścigały, pomyślała Natasha i z trudem powstrzymała uśmiech. 

- Mało nie przewróciły przy drzwiach jakiejś dziewczyny, tej blondynki 

– dodał Clint. 

Tym razem nie zapanowała już nad mimiką twarzy i uśmiechnęła się. 

-  Coś  kombinujecie,  prawda?  –  zapytał  po  chwili  chłopak,  patrząc  na 

nią podejrzliwie. 

Natashy  już  wcześniej  przyszło  do  głowy,  że  Marsha  i  Sandra,  

a zwłaszcza ta pierwsza – trochę za gorliwie zabrały się za realizację ich celu. 

Jeśli  tak  dalej  pójdzie,  wkrótce  wszyscy,  łącznie  z  Jackiem  i  Rebeccą,  będą 

wiedzieli, o co chodzi, a to nie ułatwi im zadania. Postanowiła porozmawiać  

z nimi o tym, kiedy będą same. 

- Co miałybyśmy kombinować? – rzuciła. 

Clint wzruszył ramionami. 

- Bo ja wiem? – Podejrzliwość wciąż nie znikała z jego wzroku. 

-  Czemu  właściwie  tu  jeszcze  sterczysz?  –  spytała  Natasha 

poirytowanym głosem. – A w ogóle to odczep się ode mnie. 

- Zapomniałaś o naszej umowie. 

- Słuchaj, musimy coś ustalić. Nie możesz… 

- Wydawało mi się, że już ustaliliśmy – przerwał jej Clint. 

-  Chwileczkę!  Nie  ustalaliśmy,  że  będziesz  za  mną  wszędzie  chodził 

krok w krok, a ja będę to tolerować. Miałam cię tak traktować jak wszystkich 

innych chłopaków, tylko tyle. 

- No tak – przyznał. 

background image

26 

 

-  A  widzisz  tu  jakichś  innych  chłopaków?  –  Natasha  rozejrzała  się.  

W kościele poza nimi nie było nikogo. 

- No, nie. 

- Właśnie, żaden za mną nie chodzi krok w krok. 

-  Ale  gdyby  zamiast  mnie  był  tu  teraz  Nick  Kowalsky…  albo  Terrence 

Rogers, to nie powiedziałabyś mu, żeby się odczepił. 

Natasha  musiała  przyznać  mu  rację;  nigdy  bez  jakiegoś  szczególnego 

powodu nie była nieuprzejma wobec kolegów. 

- A poza tym – ciągnął Clint – wcale za tobą nie chodzę krok w krok, 

jak to określiłaś. – Wszedłem tu razem z chłopakami, a potem też, o ile sobie 

przypominam, trzymałem się od ciebie z daleka. 

Teraz  również  nie  mogła  się  z  nim  nie  zgodzić;  w  czasie  zwiedzania 

kościoła rzeczywiście nie narzucał jej się ze swoim towarzystwem. 

- No dobrze – rzuciła. – Masz rację. Przepraszam. 

Przez ułamek sekundy widziała na twarzy chłopca uśmiech satysfakcji. 

W porządku pomyślała, jeden zero dla ciebie, ale to jeszcze nie koniec 

meczu. 

- Widzisz te belki? – spytał Clint, nagle zmieniając temat. 

Spojrzała w górę na sklepienie świątyni. 

-  Podobno  ja  budowano  ten  kościół,  przyniesiono  je  tu  z  jakiejś  góry, 

ponad trzydzieści kilometrów stąd. I w czasie transportu żadna z nich ani na 

chwilę nie dotknęła ziemi. 

Natasha prawie z nabożną czcią patrzyła na potężne sosnowe bale. 

- Możesz to sobie wyobrazić? – zapytał Clint. 

- Nie bardzo. To musiała być katorżnicza praca. 

Chłopak pokiwał głową. 

-  I  mogę  się  założyć,  że  żadnemu  z  tych  zakonników,  którzy  założyli 

misję  San  Esteban,  nie  spadła  przy  tym  ani  kropla  potu.  Od  tego  mieli 

przecież Indian. 

Natasha  spojrzała  na  niego,  kryjąc  zdziwienie.  Słyszała  opowieści  

o  tym,  jakimi  bezlitosnymi  gnębicielami  bywali  pierwsi  misjonarze,  którzy 

pojawili  się  przed  wiekami    w  tej  części  Ameryki,  ale  nigdy  nie 

podejrzewałaby Clinta o to, że takie problemy zaprzątają jego myśli. Musiała 

background image

27 

 

jednak  przyznać,  że  nie  podejrzewała,  by  jego  myśli  zaprzątały  jakiekolwiek 

problemy.  I  niezależnie  od  ich  umowy  nie  chciała  zmieniać  swojego  zdania  

o tym chłopaku. 

- Ja wychodzę – oznajmiła zdecydowanym głosem. – Oni już pewnie na 

nas czekają. 

N

ieprędko  Natasha  miała  okazję  porozmawiać  z  Sandrą  i  Marshą  

i  skłonić  je  do  zmiany  taktyki,  a  podczas  zwiedzania  Acoma  Pueblo 

utwierdziła  się  w  przekonaniu,  że  musi  to  zrobić  jak  najszybciej.  Jej 

towarzyszki  tak  się  zapędziły  w  swoich  zabiegach,  zmierzających  do 

niedopuszczenia  Rebecki  do  Jacka,  że  z  boku  wyglądało  to  po  prostu 

śmiesznie.  Co  chwilę  wymyślały  jakieś  preteksty,  żeby  przy  nim  być, 

zasypywały  go  dziesiątkami  pytań,  na  które  on  wprawdzie  odpowiadał  –  na 

tym przecież również polegała jego praca – po jakimś czasie jednak dostrzegła 

w nim ślady zniecierpliwienia. 

Robią z siebie idiotki, pomyślała, kiedy usłyszała kolejne słowa Sandry. 

Byli  właśnie  we  wnętrzu  jednego  z  indiańskich  domostw  i  stali  wokół 

Indianki,  która  na  specjalnie  do  tego  przeznaczonym  wielki  kamieniu  

z wgłębieniem rozcierała ziarna kukurydzy. 

-  To  strasznie  ciężka  praca  –  skomentowała  Sandra,  zwracając  się  do 

Jacka. – Czy Indianie nie jedli popcornu? 

Natasha złapała się oburącz za czoło i spuściła głowę. Kiedy uniosła ją 

na  chwilę,  przechwyciła  zawstydzone  spojrzenie  przyjaciółki.  Sandra  nie 

należała do dziewcząt, które paplają trzy po trzy. Była raczej małomówna, ale 

kiedy  się  odzywała,  to  zawsze  sensownie.  Miała  również  Doś  wyrafinowane 

poczucie humoru… aż do dziś. 

Jack,  który  najwyraźniej  nie  był  pewien,  czy  potraktować  jej  pytanie 

poważnie,  czy  jak  żart,  milczał,  co  speszyło  ją  jeszcze  bardziej.  Natasha 

zaczęła się zastanawiać, jak pomóc przyjaciółce, ale zanim zdążyła to zrobić, 

odezwała się Rebecca. 

-  Jasne,  że  jadali  –  rzuciła  drwiącym  głosem.  –  I  popijali  coca-colą,  

z  kostkami  lodu,  oczywiście  –  dodała.  Uśmiechnęła  się  słodko  do  Jacka,  

a potem spojrzała z triumfem w oczach na Sandrę. 

background image

28 

 

Ta  zaczerwieniła  się,  bez  słowa  cofnęła  o  parę  kroków  i  stanęła  za 

plecami Natashy. 

- Ja się z tego wypisuję – szepnęła jej do ucha. – Nie jestem w stanie 

dłużej robić z siebie kompletnej kretynki. 

Jej  przyjaciółka,  nie  próbując  zaprzeczać,  ze  zrozumieniem  pokiwała 

głową. 

Tymczasem Marsha, choć została na polu walki sama, nie poddawała 

się. Na szczęście jej pytania kierowane do Jacka były już bardziej sensowne  

i nie dawały Rebecce okazji do kpin. 

- Jakich ona używa kosmetyków? – Indiańskie domostwa nie należały 

do  przestronnych,  izba  była  niewielka  i  dziewczęta  i  chłopcy  stali  dość 

stłoczeni, Sandra zadała więc przyjaciółce to pytanie szeptem. 

Natasha  wiedziała  oczywiście,  że  chodzi  o  Rebeccę,  która  –  mimo  ich 

nadziei  –  po  kilku  godzinach  spędzonych  w  upale  wyglądała  tak,  jakby 

właśnie przed chwilą zrobiła sobie makijaż. 

- Sama się nad tym zastanawiam – odszepnęła. – Ale Marsha nie daje 

za wygraną. 

-  No  wiesz,  jak  by  to  mnie  Rebecca  odbiła  kiedyś  chłopaka,  też 

byłabym bardziej zdeterminowana – odparła Sandra. – Ja w każdym razie… 

- Ciii… - przerwała jej Natasha, widząc, że kilka głów odwraca się w ich 

stronę. 

Po paru minutach dołączyła do nich Marsha, która chwilowo przegrała 

z Rebeccą batalię o uwagę Jacka. 

-  Dlaczego  zostawiłyście  mnie  tam  samą?  –  spytała  z  wyrzutem  

w głosie. 

Sandra wzruszyła ramionami, a Natasha szepnęła: 

- Pogadamy później, jak będziemy same, dobrze? 

Marsha  najwyraźniej  nie  maiła  ochoty  odkładać  tej  rozmowy  i  pewnie 

gdyby nie podszedł do nich Clint, uparłaby się, żeby ja kontynuować. 

Po  raz  pierwszy  w  życiu  Natasha  była  mu  wdzięczna,  że  się  przy  niej 

pojawił. I nie chodziło tylko o to, że ktoś mógłby je podsłuchać. Była przecież 

w  jednym  z  najciekawszych  miejsc,  jakie  miała  w  okazję  w  życiu  oglądać. 

Właśnie  znajdowała  się  w  domu,  w  którym  przed  wiekami  mieszkali  jacyś 

background image

29 

 

ludzie i ich życie tak niewiele różniło się od tego, jakie teraz wiedli w nim jego 

obecni  właściciele.  Patrząc  na  kamień  do  rozdrabniania  kukurydzy, 

zastanawiała  się,  czy  był  tu  już  kilkaset  lat  temu  i  służył  do  tego  samego 

celu.  Przyglądając  się  murom  domostwa,  wyobrażała  sobie,  jak  przed 

wiekami suszą się na słońcu cegły adobe, z których zostało zbudowane… 

Ta  izba,  podobnie  jak  całe  Podniebne  Miasto,  nie  była  miejscem,  

w  którym  człowiek  powinien  zawracać  sobie  głowę  jakimiś  intrygami. 

Natasha  zawsze  wzdrygała  się  przed  patosem,  teraz  jednak  czuła,  że 

zastanawianie się w takim miejscu nad  tym, jak dać po nosie Rebecce, jest 

świętokradztwem. I postanowiła trzymać się tego, dopóki nie wyjadą z Acoma 

Pueblo. 

Sandra  i  Marsha  musiały  to  wyczuć,  bo  już  nie  wracały  do  tematu 

Jacka  i  Rebecki.  Co  więcej  trzymały  się  z  daleka  od  chłopaka,  dając  tym 

samym  konkurentce  okazję  do  zalewania  go  uwodzicielskimi  uśmiechami  

i słodkim szczebiotem. Marsha tylko od czasu do czasu zerkała w ich stronę  

i prychała pod nosem. 

 

 

background image

30 

 

Rozdział 5 

W

  autobusie  w  czasie  jazdy  z  Acoma  Pueblo  na  parking  wciąż  nie 

miały okazji porozmawiać. Wymieniły się – jak wszystkie dziewczęta i chłopcy 

–  wrażeniami  z  Podniebnego  Miasta,  lecz  na  wiadomy  temat  nie  padło  ani 

jedno słowo. 

Zanim  wsiedli  do  busów,  pan  Sellers  zebrał  swoich  podopiecznych, 

żeby im coś zakomunikować. 

- Jeszcze kilka godzin i żegnamy się z cywilizacją – powiedział głośno, 

tak  żeby  go  wszyscy  słyszeli.  –  Możemy  to  trochę  odwlec,  zatrzymując  się 

gdzieś na kolację, albo jechać od razu na ranczo, z którego jutro wyruszamy, 

i  tam  przygotować  sobie  posiłek  w  polowych  warunkach.  Decyzję 

pozostawiam  wam.  –  Przerwał  na  chwilę,  dając  im  czas  do  namysłu.  

– Hamburgery z frytkami, czy puszki?! – zawołał. 

- Hamburgery z frytkami! 

- Puszki! 

Oba  okrzyki  wydawały  się  równie  głośne  i  trudno  było  określić,  który 

dominuje. Przez kolejne pięć minut zwolennicy każdej z opcji przekrzykiwali 

się nawzajem. 

Natasha,  nienawykła  do  biwakowania,  mimo  że  czuła  dreszczyk 

zbliżającej  się  przygody,  należała  do  tych,  którzy  wołali  „Hamburgery!”.  Jej 

przyjaciółka,  weteranka  weekendowych  wypraw,  do  ich  przeciwników. 

Niezdecydowana  Marsha,  patrząc  to  na  Sandrę,  to  na  Natashę,  raz  wołała 

„Puszki!”, a raz „Hamburgery!”. 

Wrzask  był  tak  niesamowity,  że  kierowcy  wszystkich  trzech  busów 

wychylili  głowy  ze  swoich  pojazdów,  a  ze  sklepu  z  pamiątkami  wyszła 

ekspedientka, żeby sprawdzić co się dzieje. 

Natasha,  w  której  w  końcu  duch  przygody  zwyciężył  lęk  przed 

nieznanym,  już  była  skłonna  przystąpić  do  opozycyjnego  obozu,  mając 

nadzieję że w ten sposób przeciągnie na jego stronę niezdecydowaną Marshę 

i  ich  dwa  głosy  być  może  przeważą  szalę  w  tym  pojedynku  na  okrzyki. 

Sprawę jednak rozstrzygnął pan Sellers. 

background image

31 

 

Natasha  nigdy  by  nie  uwierzyła,  że  ktoś  byłby  w  stanie  przebić  się 

przez ten harmider, ale jemu się to udało. 

-  Cicho!!!  –  zawołał  tak  donośnie,  że  wszyscy  zamilkli.  –  Jeśli  zawsze  

w  ten  sposób  będziecie  podejmować  decyzję  –  zaczął  już  trochę  ciszej  –  nie 

pozostanie  nam  nic  innego,  jak  robić  to  za  was.  A  na  razie  proponuję 

głosowanie. Kto jest za hamburgerami? 

Podniosło się szesnaście rąk, w tym pana Sellersa. 

- Kto za puszkami? 

Tym razem w górę wyskoczyło… również szesnaście rąk, w tym Jacka. 

Pan Sellers przez chwilę pocierał czoło. 

- Zaraz, zaraz – odezwał się w końcu. – Przecież jest was dwadzieścia 

dziewięć  osób,  razem  ze  mną  i  z  Jackiem  trzydzieści  jeden…  skąd  więc 

trzydzieści dwa głosy? 

- Może pomyliliśmy się w liczeniu – zasugerowała Rebecca i jak to ona 

gestem gwiazdy filmowej odrzuciła do tyłu włosy. 

- A może ktoś głosował dwa razy – powiedziała Marsha, patrząc na nią 

wyzywająco. – Chyba nawet wiem kto. 

- O co ci właściwie chodzi? – oburzyła się Rebecca. 

- Dobrze wiesz o co. 

-  Nie  będziemy  tu  stać  i  się  kłócić  –  uciął  ich  dalszą  dyskusję  pan 

Sellers. – Głosujemy jeszcze raz. 

Tym  razem  szesnaście  osób  wyraziło  ochotę  na  zjedzenie  kolacji  

w barze, a piętnaście na ranczo, co przesądziło sprawę. 

-  Naprawdę  widziałam,  jak  dwa  razy  podnosiła  łapę  –  poinformowała 

Marsha w drodze do busa swoje towarzyszki. – Słowo honoru – dodała, jakby 

się spodziewała, że jej nie uwierzą. 

- Nie musisz się tak zastrzegać. Nie podejrzewamy cię o to, że sobie to 

wymyśliłaś  –  uspokoiła  ją  Sandra.  –  Tylko  po  co,  na  miłość  boską,  ona  to 

zrobiła? 

-  Może  rozmyśliła  się  w  ostatniej  chwili  –  próbowała  znaleźć 

wytłumaczenie  Natasha.  –  Może  się  zagapiła  i  niechcący  podniosła  rękę  po 

raz  drugi.  –  Nie  miała  o  Rebecce  najlepszego  zdania,  ale  zawsze  się 

wystrzegała podejrzewania ludzi o to, że we wszystkim, co robią, mają jakieś 

background image

32 

 

ukryte  intencje.  Sama  często  działała  spontanicznie,  więc  przypuszczała,  że 

zdarza się to wszystkim, nawet Rebecce. 

Marsha  była  jednak  najwyraźniej  innego  zdania,  a  przynajmniej  

w odniesieniu do swojej konkurentki. 

- Zagapiła, akurat! Rozmyśliła się! – prychnęła. – Może i się  rozmyśliła, 

ale  dopiero  wtedy,  jak  zobaczyła,  że  Jack  nie  głosował  za  tym,  żeby  jeść 

kolację w barze. Kiedy zorientowała się, że nie podniósł ręki, nagle pokochała 

puszki. 

Sandra  i  Natasha  uśmiechnęły  się  do  siebie.  Może  gdyby  choć  trochę 

lubiły  Rebeckę,  gorliwość  z  jaką  Marsha  doszukiwała  się  w  swojej 

konkurentce  wszystkiego  co  najgorsze,  wydałaby  im  się  nieco  przesadna. 

Miały  jednak  o  Rebecce  takie,  a  nie  inne  zdanie  i  w  tej  sytuacji  reakcje  ich 

towarzyszki po prostu je bawiły. 

-  Może  to  i  lepiej,  że  zjemy  w  barze  –  powiedziała  Natasha.  W  końcu 

głosowała  za  puszkami,  lecz  teraz,  kiedy  bus  ruszał  z  parkingu,  zaburczało 

jej  w  brzuchu.  Co  prawda  w  Acoma  Pueblo,  tak  jak  wszystkie  dziewczęta 

chłopcy,  kupiła  sobie  indiański  placek  kukurydziany,  ale  nie  udało  jej  się 

zapełnić  pustki  w  żołądku  po  dosyć  niefortunnym  śniadaniu.  –  Jestem 

głodna jak wilk. 

- No, wyobrażam sobie – rzuciła Sandra i natychmiast odwróciła się. 

Natasha  była  pewna,  że  jej  przyjaciółka  próbuje  w  ten  sposób  ukryć 

kpiący uśmiech. Nie wytrzymała i szturchnęła ją w bok. Ta popatrzyła na nią 

z udawanym zdziwieniem. 

Natasha  przypomniała  sobie  cebulową  bułkę  z  miodem  i  zaczęła  się 

śmiać.  Śmiała  się  coraz  głośniej  i  nie  była  w  stanie  przestać.  Po  chwili 

dołączyła Sandra. Po dwóch minutach miały łzy w oczach, po trzech siedziały 

zgięte wpół, z głowami na kolanach. 

Po pięciu poważnie już zaniepokojona Marsha chwyciła za ramię jedną 

i drugą. 

- Co wam się stało? 

Natasha  i  Sandra  na  chwilę  podniosły  głowy,  popatrzyły  na  siebie  

z udawaną powagą i po chwili znów pokładały się ze śmiechu. 

background image

33 

 

Wszyscy  pasażerowie  bus  patrzyli  na  nie  ze  zdziwieniem;  jedni 

rozkładali  ręce,  któryś  z  chłopców  stukał  się  w  skroń.  Nawet  kierowca, 

niemłody  już  mężczyzna  o  wyraźnie  indiańskich  rysach,  na  chwilę  odwrócił 

się i zapytał: 

- Czego one się najadły w Acoma Pueblo? 

- Oj, chyba nie w Acoma Pueblo  – powiedział Clint, który jako jedyny  

z  pasażerów  nie  wydawał  się  zdziwiony  zachowaniem  koleżanek.  

Z  tajemniczym  uśmiechem  na  twarzy  patrzył,  jak  z  głowami  na  kolanach 

krztuszą się ze śmiechu, co jakiś czas patrzą na siebie, ale tylko po to, by po 

chwili znów wybuchnąć śmiechem. 

Marshy  w  pewnym  momencie  zrobiło  się  trochę  przykro,  że  jej 

towarzyszki nie wtajemniczają jej w swoje sprawy, tłumaczył sobie jednak, że 

to  normalne,  bo  przyjaźnią  się  przecież  od  lat.  Gdyby  Lucy  była  z  nią  na 

obozie,  też  miałby  swoje  tajemnice,  też  śmiałby  się  z  rzeczy,  o  których  inni 

nie mają pojęcia. Niestety, rodzice jej przyjaciółki w ostatniej chwili zmienili 

urlopowe  plany  i  Lucy,  zamiast  być  teraz  w  Nowym  Meksyku,  spędzała 

wakacje u dziadków na Sycylii. 

Marsha i tak była wdzięczna Natashy i Sandrze, że ją przygarnęły – bez 

nich  czułaby  się  zupełnie  samotna  –  przestała  więc  użalać  się  nad  sobą  

i z troską w głosie zwróciła się do siedzącego obok niej Clinta: 

- Nic im nie będzie? Nie podławią się z tego śmiechu? 

- Chyba nie – uspokoił ją. – Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś się udusił 

ze śmiechu. 

Jakieś dziesięć minut później nie był już taki pewny tego, co mówił, bo 

Natasha i Sandra zaczęły wykazywać dość niepokojące objawy. Krztusiły się, 

a  jeśli  któraś  na  chwilę  się  prostowała,  to  tylko  po  to,  żeby  wytrzeć  łzy 

spływające  po  zaczerwienionej  twarzy  i  zaczerpnąć  kilka  urwanych 

oddechów. 

- Musiały się czegoś naćpać – zawyrokował jego kolega Nick Kowalsky. 

- Nie opowiadaj głupot – ofuknął go Clint. – One? W życiu! 

Kierowca  busa,  widząc  we  wstecznym  lusterku,  że  dwie  osoby 

podniosły się ze swoich miejsc i podeszły do Natashy i sandry, zaproponował, 

że zatrzyma się na najbliższym parkingu. 

background image

34 

 

Jego  słowa  dotarły  do  Natashy  dopiero  po  chwili,  ale  kiedy  tylko 

zorientowała się, że to one są powodem zamieszania, w ciągu dosłownie kilku 

sekund spięła się w sobie, wyprostowała się i odetchnęła głęboko i zawołała: 

-  Nie,  naprawdę  nie  trzeba,  wszystko  jest  w  porządku.  –  nachyliła  się 

nad przyjaciółką i szepnęła: - Oni wszyscy myślą, że nam odbiło. 

Sandra  uniosła  głowę  i  widząc  twarze  wpatrzonych  w  nią  dziewcząt  

i  chłopców,  natychmiast  spróbowała  się  zmobilizować.  Nie  przyszło  jej  to 

równie  łatwo  jak  Natashy,  ale  po  chwili siedziała  już  wyprostowana  i  gdyby 

nie oczy pełne łez i zaczerwieniona twarz, wyglądałaby zupełnie normalnie. 

- Na pewno mam się nie zatrzymywać? – zapytał kierowca, patrząc we 

wsteczne lusterko. 

- Na pewno – odpowiedziały jednocześnie. 

-  No,  dobra  –  rzucił.  –  Zresztą  i  tak  za  dziesięć  minut  stajemy  przy 

barze La Placita. 

Dopóki  tam  nie  dotarli,  w  obawie,  że  wróci  atak  śmiech,  na  wszelki 

wypadek  na  siebie  nie  patrzyły.  Inni  pasażerowie  jednak  co  chwila  na  nie 

popatrywali  z  jawną  ciekawością.  Nikt  nie  miał  pojęcia,  o  co  chodziło.  

Z dwoma wyjątkami: Clinta, który znów zaczął się dziwnie uśmiechać i Nicka 

Kowalsky’ego, który, oczywiście, wiedział swoje. 

W  przytulnym  niewielkim  barze,  zbudowanym  z  cegły  adobe, 

ozdobionym  przed  wejściem  girlandami  czerwonych  suszonych  papryczek 

chili, można było wprawdzie dostać hamburgery z frytkami, ale poza dwoma 

chłopakami  nikt  tego  nie  zamawiał.  Wszyscy  woleli  spróbować  miejscowych 

smakołyków. 

Natasha wzięła sobie chiles rellenos, omlet z zielonym chili, nadziewany 

serem,  a  na  deser  sopaipillas,  meksykańskie  naleśniki  polewane  miodem  

z  dodatkiem  chili.  Trochę  się  obawiała,  czy  połączenie  miodu  z  ostrą 

przyprawą  nie  jest  zbyt  ryzykowne  –  zwłaszcza  że  po  dzisiejszym  śniadaniu 

miała na razie dość kulinarnych eksperymentów – ale była przecież w Nowym 

Meksyku  i  jeśli  chała  spróbować  tutejszych  specjalności,  musiała  pogodzić 

się z tym, że chili będzie we wszystkim. 

Mimo  jej  obaw  zarówno  danie  główne,  jak  i  deser  okazały  się 

przepyszne.  Natasha  była  w  świetnym  humorze.  Choć  rano  zapomniała  się 

background image

35 

 

posmarować  kremem  przeciwsłonecznym,  udało  się  jej  się  ustrzec  przed 

poparzeniem.  Najwyraźniej  kapelusz  zdał  egzamin,  bo  nie  czuła  na  twarzy 

nawet najlżejszego pieczenia, co napawało ją optymizmem na najbliższe dni. 

Clint zaczął się wreszcie zachowywać wobec niej normalnie. Stoły w barze La 

Placita  były  tak  duże,  że  dwa  starczyły  dla  całej  grupy  obozowiczów.  Clint 

siedział  przy  tym  samym  co  ona,  ale  wcale  nie  czuła  się  przez  niego 

prześladowana.  Nie  zwracał  się  do  niej  częściej  niż  do  innych  koleżanek  

i  kolegów,  a  kiedy  to  robił,  wydawało  jej  się  to  całkiem  normalne  

i  odpowiadała  mu  tak  samo  jak  innym.  Raz  nawet  pozwoliła  sobie  na  coś,  

o  co  jeszcze  wczoraj  nigdy  by  siebie  nie  podejrzewała  –  kiedy  zobaczyła  na 

jego talerzu jakąś dziwnie wyglądającą potrawę, zapytała co to takiego. 

- Kurczak z czekoladowym sosem mole – odparł. 

- Czekoladowym?! Fuj! Kurczak z czekoladą? 

- Nie z czekoladą, tylko sosem czekoladowym. 

- Jaka to różnica? Kto wymyślił coś takiego? 

- Z tego, co wiem, to Meksykanie – wyjaśnił. – To jest naprawdę dobre. 

Chcesz spróbować? – spytał, podsuwając w jej stronę talerz. 

Natasha skrzywiła się i potrząsnęła głową. 

- Nie, dziękuję, wolę nie ryzykować. 

-  A  ja  mogę?  –  zapytał  Nick  Kowalsky  i  nie  czekając  na  pozwolenie 

kolegi, wziął z jego talerza wielki kawałek kurczaka. 

- Hej – obruszył się Clint. – Nie powiedziałem, że możesz. 

- A jej pozwoliłeś. 

-  Ona  nie  zabrałaby  mi  pewnie  pół  porcji  i  nie  ochlapała  przy  tym 

połowy stołu – rzekł Clint, pokazując na plamy sosu czekoladowego. 

- O rany, ale pycha – zachwycił się Nick. – Żałuj, że nie spróbowałaś, 

jak ci dawał – zwrócił się do Natashy. 

Musiała widać dość łakomie zerknąć na talerz z kurczakiem, bo Clint 

podsunął go jej jeszcze raz. 

- Spróbuj – zachęcił ją. 

Ciemnobrązowy  połyskliwy  sos  wyglądał  tak  kusząco,  że  nie  potrafiła 

się  oprzeć  i  sięgnęła  widelcem  do  talerza  Clinta.  Potrawa  była  rzeczywiście 

pyszna, słodko-gorzka, a jednocześnie pikantna. 

background image

36 

 

- Niebo w gębie – powiedziała i kiedy Clint jeszcze raz podsunął jej swój 

talerz, bez wahania skorzystała z tej niemej propozycji i tym razem wybrała 

większy kawałek. 

- A koledze żałuje – poskarżył się Nick. 

- Kolega, jak będzie się dalej tak nażerał, to wyleci z drużyny. Obiecałeś 

trenerowi,  że  w  czasie  wakacji  schudniesz  dziesięć  kilo  –  przypomniał  mu 

Clint. 

- I co, niby taka ociupinka kurczaka miałaby mi w tym przeszkodzić? 

Natasha zerknąwszy na talerz Clinta, zorientowała się, że niewiele już 

na nim pozostało. 

-  Będziesz  głodny  –  rzuciła.  –  Zjedliśmy  ci  więcej  niż  połowę.  

–  popatrzyła  na  swoją  porcję.  Jej  chiles  rellenos  było  prawie  nieruszone.  

– Może weźmiesz trochę ode mnie. Ja jeszcze mam deser – dodała, pokazując 

apetycznie pachnące sopaipillas

Chłopak nie zastanawiał się długo. 

-  Chętnie  –  odparł,  po  czym  zwrócił  się  do  Nicka:  -  A  tobie  nie 

przyszłoby do głowy żeby się podzielić z kolegą? 

-  Pewnie,  że  by  przyszło.  –  Nick  uśmiechnął  się  od  uch  do  ucha.  

–  Jakbym  miał  czym  –  rzekł,  wskazując  na  stojącą  przed  nim  pustą  już 

miskę po chili con carne

Natasha właśnie przekładała połowę swojej porcji na talerz Clinta, gdy 

usłyszała mówiącą jakby do siebie Sandrę: 

- No proszę, proszę… Kto by pomyślał… 

Natasha  nigdy  nie  pozwalała  przyjaciółce  na  to,  by  w  jakikolwiek 

sposób komentowała jej stosunek do Clinta, dziś jednak była w tak dobrym 

nastroju,  że  puściła  te  słowa  mimo  uszu,  co  wprawiło  Sandrę  w  jeszcze 

większe zdumienie. Już wkrótce rozpocznie się ich wielka przygoda i nic nie 

mogło zmącić radości, z jaką Natasha na nią czekała. 

 

 

background image

37 

 

Rozdział 6 

K

iedy trzy busy wiozące obozowiczów z Minneapolis skręciły z głównej 

szosy  w  piaszczystą  drogę,  wiodącą  ku  wznoszącym  się  na  horyzoncie 

skalistym wzniesieniom o płaskich jak stół szczytach, zbliżał się wieczór. 

Dziewczęta  i  chłopcy  ze  zniecierpliwieniem  wyglądali  przez  okna, 

wypatrując  rancza,  na  którym  na  każdego  z  nich  czekał  wierzchowiec  

i zapasy na dziesięciodniową wędrówkę. 

Jechali  już  dobry  kwadrans,  a  wokół,  oprócz  rdzawego  piasku,  były 

tylko kamienie, kaktusy i skarłowaciałe krzewy. Widniejące w oddali góry nie 

wydawały się ani trochę bliższe niż w chwili, kiedy zjechali z głównej drogi. 

-  Długo  jeszcze  będziemy  tak  jechać?!  –  zwołał  ze  zniecierpliwieniem 

Nick Kowalsky. 

Kierowca odwrócił się i uśmiechną szeroko. 

- A co, śpieszysz ci się gdzieś? – zapytał. 

- No, właściwie nie – przyznał chłopak. – Ale trochę tu trzęsie. – Droga 

rzeczywiście  była  bardzo  wyboista  i  mimo  że  nie  jechali  szybciej  niż 

trzydzieści  kilometrów  na  godzinę,  bus  podskakiwał  na  każdej  nierówności.  

– Ile zostało nam jeszcze kilometrów? 

- Nie więcej niż dwadzieścia pięć – odparł kierowca. 

- To w tym tempie zajedziemy na miejsce, jak będzie ciemno. 

Natasha zerknęła na zegarek; zbliżała się siódma. W Minneapolis o tej 

porze  roku  mieliby  jeszcze  prawie  dwie  godziny  do  zachodu  słońca,  a  tu  za 

godzinę  zapadnie  zmrok.  Trochę  ją  to  zaniepokoiło.  Nigdy  w  życiu  nie 

rozstawiała  jeszcze  namiotu,  a  dziś  w  dodatku  będzie  to  musiała  zrobić  po 

ciemku.  Wiedziała  wprawdzie,  że  Sandra  ma  w  tym  wszystkim 

doświadczenie, ale nie chciała tak we wszystkim zdawać się na przyjaciółkę. 

Po chwili jednak uspokoiła się. Nie we wszystkim, pomyślała. 

Kiedy  przed  dwoma  miesiącami  dowiedziały  się  o  obozie  w  Nowym 

Meksyku,  zapaliły  się  do  niego  i  poszły  na  zebranie  informacyjne.  Gdy 

zobaczyły  tłum  dziewcząt  i  chłopców,  Natasha,  wiedząc,  że  liczba 

uczestników jest ograniczona, uznała, że nie mają szans, i nawet nie chciała 

czekać  na  rozpoczęcie  zebrania.  Powstrzymała  ją  przed  tym  Sandra,  ale 

background image

38 

 

dziesięć minut później to właśnie ona chciała wyjść. Okazało się bowiem, że 

warunkiem  wyjazdu  do  Nowego  Meksyku  są  przynajmniej  podstawowe 

umiejętności jeździeckie. 

- No to ja odpadam – powiedziała natychmiast Sandra i podniosła się  

z miejsca. 

Natasha przytrzymała ją za rękę. 

-  Uspokój  się  –  szepnęła.  –  T  jest  nasz  szansa  na  załapanie  się  ten 

obóz. Dzięki temu odpadnie mnóstwo chętnych. 

- Przecież ja nigdy w życiu nie siedziałam na koniu. Gdybym czasami 

nie oglądała westernów, nie potrafiłabym odróżnić końskiego zadu od łba. 

- Ale potrafisz. I to jest właśnie ta podstawowa umiejętność. Mamy dwa 

miesiące.  Nikomu  poza  Meghan  nie  pozwoliłabym  wsiąść  na  Kamelię.  

–  Meghan  była  młodszą  kuzynką  Natashy.  Przez  kilka  lat  razem  chodził  na 

kursy jeździeckie i kiedy pół roku temu nadarzyła się okazja nabycia młodej 

rasowej  klaczy,  tata  Natashy  dogadał  się  ze  swoim  bratem,  ojcem  Meghan,  

i  wspólnie  kupili  ją  dla  swych  córek.  –  Ale  tobie  pozwolę.  Za  dwa  miesiące 

będziesz mogła startować w zawodach jeździeckich. 

- Akurat – rzuciła Sandra. Nie była przekonana, ale została na swoim 

miejscu i słuchała słów prowadzącego zebranie. 

Pięć  minut  później  to  ona  musiała  przytrzymać  za  rękę  przyjaciółkę, 

która chciała wyjść, kiedy usłyszała, że kolejnym warunkiem uczestniczenia 

w obozie jest odporność na promienie słoneczne. 

- Nie pamiętasz, co się ze mną stało dwa lata temu? – spytała Natasha. 

– Wtedy nad jeziorem – wyjaśniła. 

- Siadaj – powiedziała Sandra. – Jeśli ktoś ma rude włosy i cerę jasną 

jak  mleko  i  jest  na  tyle  głupi,  żeby  przez  sześć  godzin  leżeć  plackiem  na 

słońcu, tylko dlatego, że koniecznie chce się mieć taki kolor skóry jak Crystal 

– ich koleżanka Crystal była Mulatką – to nie powinien się dziwić, że potem 

ma krwawe bąble. 

-  Przesadzasz  –  powiedziała  Natasha,  choć  wiedziała,  że  przyjaciółka 

ma rację. 

-  Są  kremy,  a  poza  tym  nie  będziesz  przecież  na  obozie  chodzić  

w kostiumie kąpielowym – przekonywała ją Sandra. 

background image

39 

 

Wytrwały do końca zebrania i okazało się, że na trzydzieści miejsc było 

dwudziestu  dziewięciu  chętnych.  Natasha  dotrzymała  słowa  i  po  kilku 

lekcjach z instruktorem, które Sandra opłaciła z pieniędzy zaoszczędzonych  

z kieszonkowego, pozwoliła jej dosiadać Kamelii. 

Z  kolei  Sandra,  od  jakiegoś  czasu  zarażona  internetowym  wirusem, 

godzinami  siedziała  przy  komputerze,  próbując  znaleźć  w  przedstawianych  

w  Internecie  ofertach  różnych  firm  kosmetycznych  kremy,  które 

najskuteczniej  mogły  ochronić  jej  przyjaciółkę  przed  poparzeniem 

słonecznym. 

I tak dziewczyna, która jeszcze dwa miesiące temu konie widziała tylko 

w  telewizji,  na  zdjęciach  albo  w  kinie,  i  druga,  która  traktowała  słońce  jak 

dopust  boży,  miały  przemierzać  wierzchem  dzikie  tereny  Nowego  Meksyku, 

gdzie cień można znaleźć tylko pod kaktusem. 

Kiedy  godzinę  później  trzy  busy  wjechały  między  dwa  wzniesienia, 

połowa słońca skryła się już za płaskimi wierzchołkami. Po pięciu minutach 

jazdy wąwozem, miejscami tak wąskim, że samochody tylko dzięki zręczności 

kierowców  nie  ocierały  się  o  skalne  ściany,  droga  nagle  się  rozszerzyła  

i  znaleźli  się…  No  właśnie,  Natasha  nie  potrafiłaby  nazwać  tego  miejsca. 

Dolina? Równina? Jedyne określenie, jakie przychodziło jej do głowy, to raj. 

Najbardziej  zaskoczyły  ją  kolory.  Po  całym  dniu  patrzenia  na 

rdzawoczerwone  skały  i  piasek  zapomniała  już,  że  istnieje  taka  barwa  jak 

zieleń,  nie  zielonkawa  szarość  czy  żółcień  z  odcieniem  zgniłej  zieleni  –  taka 

jaką  miały  liście  mijanych  w  drodze  rachitycznych  drzew  i  krzewów  

i wyschniętych kępek trawy – lecz prawdziwa soczysta zieleń. 

Kilkudziesięciohektarowy  teren,  porośnięty  bujną  roślinnością,  ze 

wszystkich  stron  otaczały  wysokie  na  kilkaset  metrów  góry  o  prawie 

pionowych  ścianach,  tworząc  jakby  zamknięty  krąg.  Natasha  rozejrzała  się  

i stwierdziła, że wąwóz, którym właśnie przyjechali, jest jedyną drogą łączącą 

to miejsce z resztą świata. W życiu nie widziała czegoś piękniejszego. 

Minąwszy  poletka,  na  których  uprawiano  kukurydzę,  chili  i  jakieś 

inne, nieznane jej rośliny, a potem niewielki sad dojechali do przeciw ległego 

krańca doliny i zatrzymali się przed parterowym domem z cegły adobe. 

- Jak tu ładnie – zachwyciła się Marsha. 

background image

40 

 

- Patrzcie tam! – zawołał ktoś z grupy. 

Kilkadziesiąt  metrów  za  domem  ze  stromej  skały  spływały  kaskady 

wody, tworząc imponujący wodospad. 

Wszyscy rzucili plecaki i poszli w tamtą stronę i wtedy zobaczyli ukryta 

wśród drzew prawdziwą perłę tej doliny – małe jeziorko. Krystalicznie czysta 

wda, która, pieniąc się i rozbryzgując, spływała ze skał, znajdowała tu swoje 

ujście. 

-  Po  prostu  bajka  –  powiedziała  Natasha,  kiedy  wreszcie  po  chwili 

oniemienia z zachwytu była w stanie wydusić z siebie słowo. 

-  Tylko  co  się  z  tą  wodą  dzieje?  –  rzuciła  jak  zawsze  trzeźwo  myśląca 

Sandra. – Przecież spływa jej tu tyle, że nie może wyparować. 

-  Też  masz  się  nad  czym  zastanawiać!  –  prychnęła  Natasha.  

- Znaleźliśmy się w raju, a ta zamiast oniemieć z wrażenia, myśli o tym co się 

dzieje z wodą. 

Kilku chłopców zdążyło zdjąć buty i weszło do jeziorka. Natasha miała 

ochotę zrobić to samo, ale jeden po drugim wychodzili na brzeg i widząc ich 

twarze, domyśliła się, że woda jest okropnie zimna. 

Sandra tymczasem wróciła do nurtującego ją problemu. 

-  A  wyobraź  sobie,  ze  w  nocy  byłaby  porządna  ulewa  –  powiedziała.  

– Jak myślisz, co by się wtedy stało? 

- Jak to co? – odparła Natasha. – Zalałoby całą dolinę i potopilibyśmy 

się  wszyscy  –  dodała  z  kpiącym  uśmiechem.  Jej  przyjaciółka  obok  swoich 

licznych zalet miała jedną niewątpliwą wadę: była skrajną pesymistką. 

- Czym się tak martwicie? – zapytał przechodzący obok nich Jack. 

- Tym, że w nocy zaleje nas woda – odpowiedziała Natasha. 

- Czym? – zdumiał się. – Tu nigdy nie ma powodzi – dodał. 

- To co się dzieje z tą wodą, która spływa ze skał? – dociekała Sandra.  

– przecież nie wsiąka w ziemię ani nie wyparowuje w takich ilościach. 

-  Masz  rację  –  przyznał.  –  Jutro  wam  pokażę,  co  się  z  nią  dzieje.  

A dzisiaj możecie spać spokojnie. Nie grozi nam potop. 

Zza  domu  wyszedł  nieznajomy  mężczyzna  w  dżinsach  o  kraciastej 

koszuli i pomachał do niego. 

background image

41 

 

-  To  Zuri,  nasz  gospodarz  –  wyjaśnił  dziewczętom  Jack.  –  Chodźmy, 

pewnie chce rozdzielać sprzęt. 

Ruszyły  za  nim,  ale  Natasha  zatrzymała  się  jeszcze  na  chwilę,  żeby 

popatrzyć  na  wodospad.  W  ostatnich  promieniach  zachodzącego  słońca 

wyglądał zjawiskowo. I przyszło jej do głowy, że warto było się narażać nawet 

na  bąble  na  skórze,  które  może  jej  wyskoczą  jutro  czy  pojutrze,  żeby  to 

zobaczyć. 

Przed domem, obok sterty namiotów i innych sprzętów, stał gospodarz 

i  kobieta,  którą  Jack  przedstawił  jako  żonę,  Temaę.  Zuri  miał  wprawdzie 

czarne  jak  smoła  włosy  i  bardzo  ciemne  oczy,  ale  rysy  jego  twarzy 

wskazywały  na  to,  że  jedno  z  jego  rodziców  było  białe;  Temaa  natomiast  

– drobna i mimo zmarszczek wciąż jeszcze piękna – musiała być czystej krwi 

Indianką. 

Po  chwili  na  progu  domu  stanęła  dziewczyna.  Wystarczyło  jedno 

spojrzenie, by wiedzieć, że jest córką gospodarzy – była młodszą kopią matki. 

- To nasz córka – powiedział Zuri, choć i tak nikt nie miał co do tego 

wątpliwości. 

-  Cześć  –  przywitała  się  dziewczyna,  zwracając  się  do  wszystkich.  

– Mam na imię Zechiti. – Uśmiechnęła się i jeszcze raz powtórzyła swoje imię, 

najwyraźniej  przyzwyczajona  do  tego,  że  nie  jest  łatwe  ani  do  wymawiania, 

ani do zapamiętania. 

Była  śliczna.  Tak  śliczna  jak  ta  dolina,  pomyślała  Natasha,  a  kiedy 

Zechiti podeszła do Jacka i padli sobie w ramiona, nie miała najmniejszych 

wątpliwości, że ta para jest w sobie śmiertelnie zakochana. 

- I w ten sposób nasz problem sam się rozwiązał – powiedziała cicho do 

Sandry i Marshy. 

-  No  nie  wiem  –  rzuciła  z  powątpiewaniem  Marsha.  –  Rebecca  lubi 

wyzwania. Ja konkurencja jeszcze bardziej mobilizuje do walki. 

-  Są  trzy  namioty  czteroosobowe,  dwa  trzyosobowe,  a  pozostałe  to 

dwójki – oznajmił Zuri, podchodząc do sterty sprzętu.  

-  Wytrzymacie  ze  mną  w  jednym  namiocie?  –  spytała  z  niepokojem 

Marsha. 

- Jasne – odparła bez wahania Natasha. 

background image

42 

 

Sandra udała, że się zastanawia. 

- Ale pod warunkiem, że nie chrapiesz. 

-  Przecież  spałyśmy  razem  w  Albuquerque  –  przypomniała  jej  Marsha  

z lękiem w głosie. – Słyszałyście coś w nocy? 

Sandra miała zupełnie poważną minę. 

- Nie, tyle, że w namiocie bardziej niesie – powiedziała i zanim Marsha 

zmartwiła  się  na  dobre,  roześmiała  się.  –  Jak  będziemy  tu  sterczeć,  to 

zabiorą  wszystkie  trójki  i  naprawdę  wylądujesz  z  Rebeccą  w  jednym 

namiocie. 

Marshy  nie  trzeba  było  dwa  razy  powtarzać;  kilka  sekund  później, 

przepchnąwszy  się  przez  grupę  dziewcząt  i  chłopców,  już  stała  przy  Zurim  

i prosiła: 

- Dla nas trzyosobowy. 

-  Ta  to  się  umie  rozpychać  –  rzekła  Sandra.  –  Trochę  się  wczoraj 

bałam, że jak weźmiemy ją do swojego pokoju to będziemy miały ją na głowie 

przez cały obóz, ale jest całkiem fajna, prawda? 

- Prawda – odparła Natasha. – I jaka zaradna – dodała głośniej, widząc, 

że Marsha idzie do nich, dumnie unosząc nad głową swoją zdobycz. 

- Mówiłyście cos o mnie? – domyśliła się Marsha. 

-  Pewnie  –  przyznała  Sandra  i  z  kamienną  twarzą  dodała:  -  Właśnie 

mówiłyśmy  o  tym,  jaka  jesteś  okropna,  i  zastanawiałyśmy  się  na  tym,  czy 

wytrzymamy z tobą do końca obozu. 

Marsha  przez  chwilę  miała  zmartwioną  minę,  ale  w  końcu  spojrzała 

podejrzliwie na swoje towarzyszki i roześmiała się. 

-  I  tak  wiem,  że  przygarnęłyście  mnie  tylko  dlatego,  że  nie  chce  wam 

się samym rozkładać namiotu – powiedziała z triumfem w głosie. 

-  Nie  dość,  że  taka  zaradna,  to  jeszcze  jaka  domyślna  –  droczyła  się  

z nią dalej Sandra. – A rozkładałaś już kiedyś namiot? 

- Też pytanie! – obruszyła się Marsha. – Setki razy. 

-  To  dobrze,  bo  już  myślałam,  że  będę  się  musiała  męczyć  sama  z  tą 

manualną niedojdą. – Sandra wskazała palcem na swoją przyjaciółkę. 

-  Hej!  –  zawołała  Natasha  z  udawanym  oburzeniem,  ale  po  pierwsze 

była  przyzwyczajona  do  dość  cierpkiego  poczucia  humory  przyjaciółki,  a  po 

background image

43 

 

drugie w głębi ducha cieszyła się, że Sandra nie będzie skazana wyłącznie na 

jej  pomoc  przy  rozbijaniu  namiotu.  Wcale  nie  uważała  się  za  manualną 

niedojdę, ale akurat ta czynność nie nudziła w niej entuzjazmu. Ona myślała 

już  o  czymś  innym.  Rozglądała  się  po  dolinie,  nigdzie  jednak  nie  widziała 

koni, a przecież tu miały na nich czekać. 

Gdy gospodarz zaprowadził ich w miejsce, gdzie mogli rozbić obóz, i jej 

towarzyszki od razu zabrały się do pracy, Natasha zapytała, co ma robić. 

Sandra patrzyła na nią przez chwilę, po czym odparła: 

- Wiesz co? Najlepiej będzie, jak sobie pójdziesz zwiedzać ranczo i nie 

będziesz nam się plątać pod nogami. – Wzięła z rąk przyjaciółki aluminiowy 

pręt,  z  którym  ta  nie  wiedziała,  co  począć.  –  Albo  jak  chcesz,  to  patrz  i  się 

ucz. 

Natasha    przez  jakiś  czas  stała  i  obserwowała  krzątające  się 

dziewczęta, ale to widowisko nie było dla niej na tyle ciekawe, żeby na długo 

przykuć jej uwagę, podeszła więc do Zuriego i zapytała o konie. 

-  Są  tam,  w  zagrodzie  –  oznajmił,  wyciągając  rękę  w  stronę  gęsto 

rosnących drzew. 

- Za tymi wysokimi drzewami? – upewniła się. 

- Właśnie tam. 

- A kiedy będziemy mogli je zobaczyć? 

-  Dzisiaj  jest  już  trochę  za  późno  na  to,  żebyście  je  sobie  wybierali. 

Zrobiło  się  już  całkiem  ciemno.  Lepiej  będzie,  jak  przyjrzycie  się  im  rano,  

i wtedy każde z was zdecyduje, którego chce dla siebie. 

-  To  będziemy  mieli  możliwość  wyboru?  –  zdziwiła  się  Natasha,  lecz 

jednocześnie bardzo ją to ucieszyło. 

Zuri zamyślił się. 

-  Ja  zawsze  mówię,  że  to  one  wybierają  nas  –  rzekł  po  chwili.  –  Ale 

owszem, będziecie mogli wybierać. Koni jest  pięćdziesiąt. Dwa nie wchodzą 

w  rachubę,  bo  na  jednym  zawsze  jeździ  pan  Sellers,  a  na  drugim  Jack.  

–  chyba  zauważył  podniecenie  w  oczach  dziewczyny,  bo  uśmiechnął  się  

i powiedział: - Widzę, że nie możesz się już doczekać. Jak chcesz, to możesz 

pójść  obejrzeć  je  teraz  –  zaproponował.  –  Mamy  pełnię  –  dodał,  zerkając  

w górę. – Może sobie już dzisiaj któregoś upatrzysz. 

background image

44 

 

-  Dziękuję!  –  zawołała  zachwycona  dziewczyna  i  pobiegła  w  stronę 

zagrody. 

Kiedy  minęła  wysokie  drzewa,  zwolniła  kroku.  Wielkie  stado  za 

ogrodzeniem  było  tak  spokojne,  że  nie  chciała  niczym  burzyć  tej  harmonii. 

Prawie  na  palcach  podeszłą  do  zagrody,  oparła  się  o  drewnianą  poprzeczkę  

i  wciągnęła  do  nosa  powietrze.  Jeśliby  ją  ktoś  zapytał,  co  w  koniach  lubi 

najbardziej,  bez  chwili  zastanowienia  powiedziałaby,  że  zapach.  Kiedy  

w  każdą  sobotę  i  niedzielę  przyjeżdżała  do  stadniny,  w  której  jej  ojciec  

i  wujek  wynajęli  boks  dla  Kamelii,  pierwsze,  co  robiła,  to  przykładała  twarz 

do szyi swojej ulubienicy i długo rozkoszowała się jej zapachem. 

Zwierzęta  zauważyły  jej  obecność,  bo  w  stadzie  zapanowała  lekkie 

poruszenie,  któreś  zarżało  cicho,  inne  zaczęło  poruszać  się  nerwowo.  Po 

chwili  jednak  uznały  pewnie,  że  intruz  jest  niegroźny,  i  znów  zapanował 

spokój. 

W  jasnej  poświacie  księżyca  Natasha  dokładnie  widziała  sylwetki, 

trudniej natomiast było z rozróżnieniem ich maści. Kilkanaście było zupełnie 

ciemnych,  domyśliła  się  więc,  że  są  kare.  Wypatrzyła  też  kilka  siwych,  

a  wyraźne  czarne  plamy  na  białej  sierści  dwóch  wierzchowców  nie 

pozostawiały wątpliwości, że te są tarantowate, przy większości jednak miała 

trudności z określeniem, czy to gniadosz czy bułanek. Ale ją i tak najbardziej 

interesowały kare, o błyszczącej czarnej sierści, takie jak Kamelia. 

W  pewnej  chwili  właśnie  jeden  z  nich  uniósł  łeb  i  Natasha  miała 

wrażenie,  ż  na  nią  patrzy.  Kiedy  wolnym  krokiem  ruszył  w  jej  stronę, 

przekonała się, że się nie myliła. Z bijącym sercem czekała, co będzie dalej. 

Jakieś  dziesięć  metrów  od  miejsca,  w  którym  stała,  zwierzę  zatrzymało  się.  

Z tej odległości zobaczyła, że to klacz. 

-  Piękna  jesteś  –  powiedziała  cicho.  –  Naprawdę  piękna,  tak  jak  moja 

Kamelia. 

Zwierzę,  jakby  zwabione  jej  głosem,  znów  wolno  ruszyło  przed  siebie  

i zatrzymało dopiero przy ogrodzeniu. 

Natasha wyciągnęła rękę, tak żeby nie spłoszyć klaczy, i pogłaskała ją 

po  pysku.  Ta,  zbliżywszy  się  jeszcze  o  krok,  schyliła  łeb,  domagając  się 

dalszych pieszczot. 

background image

45 

 

-  Wybrałaś  mnie  –  szepnęła  dziewczyna.  –  Naprawdę  mnie  wybrałaś. 

Jesteś  piękna  i  mądra,  wiesz?  –  mówiła  dalej,  nie  przestając  głaskać  ją  po 

pysku. – No, powiedz, jak masz na imię, no powiedz, proszę. – Mimo wysokiej 

opinii  o  inteligencji  koni  wiedziała,  że  domaganie  się  od  niego,  by  zdradził 

swoje imię, nie najlepiej świadczy o jej inteligencji. A jednak dowiedziała się, 

jak to piękne zwierze ma na imię. Tyle, że nie od niego osobiście. 

- Cheu – usłyszała za plecami i aż podskoczyła. 

Za  nią  stała  córka  gospodarzy.  Kiedy  na  westernach  mówiono  

o Indianach, którzy potrafią skradać się zupełnie bezszelestnie, zawsze w to 

powątpiewała, teraz jednak się przekonała, jak bardzo się myliła. 

- Przepraszam, nie chciałam cię wystraszyć – wytłumaczyła się Zechiti. 

–  Ale  tak  wam  się  dobrze  rozmawiało,  że  nie  chciałam  wam  przeszkadzać.  

– była nie tylko śliczna, ale i przemiła. 

Natasha roześmiała się. 

- To był raczej monolog niż rozmowa – sprostowała. 

-  Nie.  Cheu  na  pewno  chciała  ci  coś  powiedzieć.  Przecież  przyszła  do 

ciebie.  –  Zechiti  pogłaskała  klacz  po  pysku.  –  Zdradziłaś  mnie,  ty 

niewdzięcznico. 

- To twój koń? – zapytała Natasha, nie potrafiła ukryć smutku w głosie. 

-  Kiedy  przyjeżdżam  do  domu  w  czasie  wakacji,  jeżdżę  najczęściej  na 

niej. To moja ulubienica. Prawda, Cheu? 

Zwierzę, jakby w odpowiedzi, pochyliło łeb. 

-  Ale  możesz  ją  wziąć  –  powiedziała  Zechiti,  widząc  rozczarowanie  na 

twarzy Natashy. – Jakoś wytrzymam bez niej przez te kilka dni. 

- Nie, nie mogę ci tego zrobić. 

- Będę ją miała dla siebie przez resztę wakacji. Zdążę się nią nacieszyć 

–  przekonywała  Zechiti.  –  A  poza  tym  ona  ciebie  wybrała  –  dodała  i  czule 

zwróciła  się  do  klaczy:  -  Prawda,  że  wybrałaś…  -  Popatrzyła  pytająco  na 

Natashę. – Nie wiem nawet jeszcze, jak masz na imię. 

- Natasha. 

-  Wybrałaś  Natashę.  –  Zechiti  kontynuowała  rozmowę  ze  swoją 

pupilką. – I od jutra ona będzie się opiekowała tobą, a ty nią, prawda? 

background image

46 

 

- Nie wiem, jak ci dziękować. Tak się cieszę. Ona jest całkiem podobna 

do mojej klaczy Kamelii. 

- Ja też się cieszę, że właśnie ty będziesz jej dosiadać. 

Natashy  zrobiła  się  przyjemnie.  Od  pierwszej  chwili  polubiła  tę 

dziewczynę  o  egzotycznej  urodzie  i  wyglądało  na  to,  że  sympatia  jest 

wzajemna. 

- Szkoda, że nie jedziesz z nami – powiedziała całkiem szczerze, kiedy, 

pożegnawszy  się  z  Cheu,  ruszyły  w  stronę  obozowiska.  –  Ty  i  Jack…  

- Zawahała się, bo nie chciała być zbyt wścibska. – Wydawało mi się, że wy… 

Zechiti roześmiała się. 

- Tak, Jack to mój chłopak. 

- Więc dlaczego zostajesz? 

- Z Jackiem w ciągu roku akademickiego widzę się prawie codziennie. 

Studiujemy  razem  z  San  Diego  –  wyjaśniła  –  a  rodziców  odwiedzam  tylko  

w czasie wakacji i dłuższych przerw w zajęciach. 

-  Ale  on  też  jest  z  Nowego  Meksyku,  prawda?  –  zainteresowała  się 

Natasha.  –  W  Acoma  Pueblo  słyszałam  nawet,  jak  rozmawia  z  tamtejszymi 

ludźmi w jakimś indiańskim narzeczu. 

- Tewa – powiedziała. 

Natasha spojrzała na nią pytająco. 

-  Tewa  to  jedno  z  pięciu  narzeczy  używanych  przez  Indian  z  Nowego 

Meksyku  –  wytłumaczyła  Zechiti.  –  Jest  jeszcze  Tiwa,  Towa,  Keresan  

i Zunian, ale ojciec Jacka pochodzi z plemienia, które posługuje się Tewa. 

- Jego ojciec jest Indianinem? – zdziwiła się Natasha. 

-  Prawie  nikt  nie  chce  w  to  uwierzyć,  a  przecież  wystarczy  tylko 

spojrzeć w jego oczy. 

Natasha  przypominała  sobie,  że  już  na  dworcu  autobusowym  

w  Minneapolis  zwróciła  uwagę  na  oczy  Jacka,  dziwnie  kontrastujące  

z kolorem jego włosów, skóry i rysami twarzy. 

Kiedy  doszły  do  obozowiska,  już  chciała  się  pożegnać  ze  swoją  nową 

znajomą, ale nagle przyszło jej coś do głowy. Wahała się chwilę, lecz w końcu 

zebrała się na odwagę. Skoro Zechiti była na tyle miła, że zgodziła się oddać 

jej na wyprawę swoją klacz, to może zrobi też coś dla sandry. 

background image

47 

 

- Mam do ciebie prośbę – zaczęła niepewnie. – Moja przyjaciółka jeździ 

na  koniach  od  niedawna,  nie  ma  zbyt  wielkiego  doświadczenia,  trochę  się 

boję, że jak trafi na jakiegoś narowistego wierzchowca, to może mieć kłopoty. 

-  Nie  ma  sprawy  –  powiedziała  Zechiti,  -  Rano  przypilnuję,  żeby  nikt 

nie zabrał ci Cheu, a dla twojej przyjaciółki wybiorę jakieś spokojne i mądre 

zwierze. Już nawet wiem które. 

- Jesteś wspaniała – rzuciła Natasha. Przemknęło jej przez głowę, żeby 

spróbować jeszcze porozmawiać o koni dla Marshy, ale doszła do wniosku, że 

to  byłoby  już  nadużywaniem  uprzejmości  tej  miłej  dziewczyny.  Poza  tym 

Marsha,  która  od  dziecka  jeździła  na  koniach,  na  pewno  sobie  poradzi.  

– Naprawdę szkoda, że z nami nie jedziesz. 

-  Zaczęły  się  zbiory  chili,  muszę  pomóc  rodzicom  –  rzekła  Zechiti.  

– Poza tym byłam już kilkanaście razy  na tej trasie, którą  będziecie jechali. 

Spodoba ci się, zobaczysz. 

Natasha pożegnała się z nią i weszła na teren obozowiska. 

Sandra  i  Marsha  siedziały  koło  rozstawionego  namiotu  i  z  czegoś  się 

śmiały.  Kilka  metrów  dalej  Clint,  Nick  i  jeszcze  dwóch  chłopaków  o  coś  się 

kłóciło. 

- Co wam tak wesoło? – zwróciła się Natasha do swoich towarzyszek. 

Sandra  skinęła  głową,  wskazując  leżącą  na  ziemi  płachtę  namiotu  

i porozrzucane bezładnie aluminiowe pręty. 

- Już dwa razy im się zawalił – powiedziała. – Kłócą się o to, który pręt 

połączyć z którym. 

-  Proponowałyśmy,  że  im  pomożemy,  ale  ujeli  się  honorem  –  wtrąciła 

Marsha.  –  A  w  ogóle  to  gdzie  się  tak  długo  podziewałaś?  –  spytała.  –  Już 

chciałyśmy iść cię szukać. 

-  Poszłam  oglądać  konie  –  wyjaśniła  Natasha,  sadowiąc  się  na  trawie  

i wyciągając przed siebie nogi. 

- I jak? Jakie one są? – zaczęła się wypytywać Sandra. 

-  Konie  jak  konie  –  odrzekła  spokojnie  Natasha.  Teraz  to  ona  miała 

okazję, żeby się trochę podroczyć z przyjaciółką. 

- Konie jak konie! Łatwo ci mówić! No, powiedz, jakie one są. Spokojne 

czy dzikie? 

background image

48 

 

-  Pewnie  jedne  są  spokojne,  a  inne  narowiste.  Zobaczymy,  na  jakiego 

trafisz.  –  Przerwała  na  chwilę,  ale  kiedy  zobaczyła  strapioną  twarz 

przyjaciółki,  postanowiła  dłużej  się  nad  nią  nie  znęcać.  –  Nie  bój  się, 

dostaniesz najspokojniejsze i najmądrzejsze zwierzę  w całym stadzie. 

Na  chwilę  zapanowała  zamieszanie,  no  namiot  chłopaków  zawalił  się 

po raz trzeci, co wywołało jeszcze bardziej burzliwą kłótnię między nimi. 

- Mówiłem ci, że te dwa pręty muszą być przy wejściu! – zawołał Nick 

Kowalsky. 

-  Może  im  jednak  pomożemy  –  powiedziała  cicho  Marsha.  –  Będą  się 

szamotać z tym do rana. 

-  Pomożemy,  ale  tym  razem  sami  muszą  nas  o  to  poprosić  –  odparła 

Sandra i wróciła do przerwanej rozmowy z przyjaciółką. – Skąd wiesz, jakiego 

dostanę konia? 

-  Bo  sama  ci  go  załatwiłam  –  odrzekła  z  dumą  Natasha.  –  Z  Zechiti. 

Spotkałam ją przy końskiej zagrodzie. 

-  I  wsypałaś  mnie,  że  nie  umiem  jeździć  konno?  –  spytała  Sandra  

z lekkim wyrzutem. 

-  Ujęłam  to  nieco  delikatniej.  Tak  czy  inaczej  Zechiti  obiecała,  że 

wybierze ci najspokojniejsze i najmądrzejsze zwierzę w całym stadzie. 

Sandra,  zwykle  nie  skora  do  wylewności,  zerwała  się  z  miejsca  

i ucałowała przyjaciółkę w oba policzki. 

- Widzisz – wytknęła jej Natasha. – Nawet taka manualna niedojda jak 

ja może się na coś przydać. 

Obok  ich  namiotu  przebiegły  dwie  dziewczyny  z  ręcznikami  i  innymi 

przyborami toaletowymi. 

-  Nie  idziecie  się  myć?  –  spytała  Sally  Brooks,  która  potknęła  się  na 

wyciągniętych nogach Natashy i mało się nie przewróciła. 

- Gdzie, w tym jeziorku? – zapytała z przerażeniem Sandra. – Chłopcy 

mówili, że woda jest lodowata. 

- Nie uspokoiła ją przyjaciółka Sally, April. – Gdzieś na tyłach domu są 

podobno jakieś prowizoryczne prysznice. 

Natasha ucieszyła się, bo już od dłuższego czasu niepokoiła ją myśl, że 

pójdzie spać nieumyta. Liczyła się wprawdzie z tym, że na obozie nie będzie 

background image

49 

 

warunków  do  normalnych  zabiegów  toaletowych,  na  ale  jeden  dzień  życia  

w brudzie mniej to zawsze coś. 

- To co, idziemy? – zwróciła się do swoich towarzyszek, lecz żadna nie 

odpowiedziała, bo właśnie w tym momencie rozległ się okrzyk: 

- Hura, udało się! 

Zerknęły w stronę chłopaków. Ich namiot wreszcie stanął. 

- Brawo, brawo! – zawołała Sandra z wyraźną kpiną w głosie. 

Nick Kowalsky podszedł do dziewcząt i triumfalnie oznajmił: 

-  I  udało  nam  się  bez  waszej  pomocy.  Jak  nas  ładnie  poprosicie,  to 

jutro może ustawimy wasz… 

Nie  dokończył,  ponieważ  za  jego  plecami  rozległ  się  brzęk  i  w  takim 

trudzie ustawiany namiot po raz czwarty runął na ziemię. 

Przez dłuższą chwilę żaden z chłopaków się nie odzywał.  

Dziewczyny popatrzyły po sobie i zdusiły śmiech. 

-  Jak  nas  ładnie  poprosicie  –  zaczęła  w  końcu  Sandra,  cedząc  każde 

słowo – to może… 

- Prosimy – rzucili jednocześnie Nick i Nathan Sullivan. 

- Ładnie prosimy – poparł ich Terrence Rogers. 

- Bardzo ładnie prosimy – dołączył się do nich Clint. 

 

 

background image

50 

 

Rozdział 7 

G

odzinę późnie były już w swoim namiocie. Sandra i Marsha wsunęły 

się w śpiwory, a Natasha wciąż jeszcze siedziała przeczesując palcami włosy, 

próbowała  je  wysuszyć.  Wiedziała,  że  jeśli  tego  nie  zrobi,  rano  będzie  miała 

na głowie jeden wielki kołtun. 

Ognistorude  kręcone  włosy,  które  w  dzieciństwie  były  jej 

przekleństwem,  a  od  kilku  lat  powodem  do  dumy,  teraz  mogły  się  okazać 

naprawdę  poważnym  problemem.  Przed  wyjazdem  spodziewała  się  tego  

i nawet się zastanawiała, czy ich nie obciąć. W końcu uznała jednak, że nie 

po  to  zapuszczała  je  prawie  do  pasa,  żeby  teraz,  dla  kilku  dni,  które  miała 

spędzić  w  Nowym  Meksyku,  pozbywać  się  czegoś,  co  uważała  za  swój 

największy atut. 

-  Musimy  zmienić  taktykę  –  zaczęła  Marsha  szeptem,  bo  nie  wszyscy 

obozowicze  położyli  się  już  spać  i  co  jakiś  czas  słychać  było  głosy  i  kroki 

kogoś, kto przechodził obok namiotu. 

- A ta w kółko o jednym – powiedziała Sandra, wzdychając. 

-  Przecież  wczoraj  umówiłyśmy  się,  że  zrobimy  wszystko,  by  nie 

dopuścić, żeby Rebecca… 

-  Ale  od  wczoraj  sytuacja  się  zmieniła  –  przypomniała  jej  Natasha.  

– Jack ma dziewczynę. 

- Po pierwsze, nie wiemy na pewno, czy ta Zachuti to jego dziewczyna. 

-  Zechiti  –  poprawiła  ją  Natasha.  –  I  wiemy,  bo  sama  mi  o  tym 

powiedziała. 

- A po drugie – ciągnęła Marsha – to tym bardziej zmobilizuje Rebeccę. 

- I co z tego? On i tak na nią nie poleci. 

- Jesteś tego pewna? 

Natasha  zawahała  się.  Gdyby  była  chłopakiem,  nawet  by  nie 

popatrzyła  na  taką  dziewczynę  jak  Rebecca,  jeśli  miałaby  taką  jak  Zechiti. 

Rebecca mimo swojej lalkowatej buzi i świetnej figury przy Zechiti wyglądała 

po prostu pospolicie. No, ale ona nie była chłopakiem. 

Ta chwila wahania dała Marshy do ręki argument. 

- No widzisz! Nie jesteś pewna! 

background image

51 

 

- Zgoda, nie jestem pewna, ale wydaje mi się to mało prawdopodobne. 

- Musisz więc przyznać, że pewne ryzyko istnieje. 

- Zawsze istnieje jakieś ryzyko. 

Marsha  milczała,  ale  w  świetle  latarki,  którą  powiesiły  pod  sufitem 

namiotu, widać było, że nad czymś usilnie myśli. 

- Mówiłaś, że polubiłaś tę Zachuti – odezwała się w końcu. 

- Zechiti. Tak, polubiłam. 

-  I  nie  przeszkadzałoby  ci,  że  facet  zdradza  dziewczynę,  którą  lubisz, 

która  oddaje  ci  swego  konia  –  o  tym  Natasha  opowiedziała  swoim 

towarzyszką  pod  prysznicem  –  która  ma  znaleźć  bezpiecznego  wierzchowca 

dla twojej najlepszej przyjaciółki, która… 

Marshy  zabrakło  argumentów,  ale  Natasha  zdążyła  już  poznać  siłę 

przekonywania i nie miała wątpliwości, że wkrótce znajdzie następne. 

- Nie próbuj mną manipulować – uprzedziła ją. 

-  Właśnie  –  włączyła  się  do  rozmowy  Sandra.  –  Przygarnęłyśmy  pod 

swój  dach  intrygantkę  i  manipulatorkę  –  powiedziała,  pokazując  palcem  na 

Marshę. 

Ta  jednak  przyzwyczaiła  się  już  do  sarkazmu  sandry  i  w  ogóle  nie 

zareagowała na jej słowa. 

- Nie byłoby ci żal tej dziewczyny? – spytała, patrząc na Natashę. 

- Chryste! No dobrze, byłoby. 

Sandra  zaniepokojona  kierunkiem,  w  jakim  zmierza  rozmowa, 

natychmiast znów się do niej włączyła. 

-  O,  nie.  Mnie  już  w  to  nie  wciągniecie  –  oświadczyła  z  mocą.  –  Przez 

cały dzień zachowywałam się jak idiotka. 

- To prawda, że z tym popcornem trochę przesadziłaś. 

-  Łatwo  ci  mówić!  Ty  sobie  stałaś  z  boku,  a  ja  już  nie  wiedziałam,  co 

wymyślić.  Róbcie  sobie,  co  chcecie.  Ja  się  w  każdym  razie  z  tego  wypisuję. 

Nie będę dłużej robić z siebie kretynki. 

- Nikt cię o to nie prosi – powiedziała Marsha. – Przecież mówiłam, że 

musimy zmienić taktykę. 

- Masz jakiś pomysł? – zapytała z powątpiewaniem Natasha. 

- Problem w tym, że nie. 

background image

52 

 

-  No  to  idziemy  spać  –  zarządziła  Sandra.  –  O  wpół  do  szóstej  jest 

pobudka.  Jeśli  się  nie  wyśpimy,  to  będziemy  przysypiać  na  koniach.  

– Zerknęła na wiszącą latarkę. – Zgasisz? – zwróciła się do Nataszy. – Ty nie 

musisz  się  wysuwać  ze  śpiwora.  –  Przewróciła  się  na  bok  i  zamknęła  oczy.  

– Dobranoc. 

Włosy Nataszy były jeszcze wilgotne, zgasiła więc latarkę, żeby światło 

nie  przeszkadzało  jej  przyjaciółce,  ale  dalej  siedziała,  roztrzepując  palcami 

loki. W namiocie panowała zupełna cisza. Kiedy Natasha myślała już, że obie 

jej towarzyszki zasnęły, usłyszała szept Marshy: 

- Chyba mam pomysł. 

Natasha stłumiła śmiech, żeby nie obudzić przyjaciółki. 

-  Czy  ty  nigdy  nie  dajesz  za  wygraną?  –  spytała.  –  Nie  znam  nikogo 

bardziej upartego niż ty. 

- Trzeba napuścić na Rebeccę któregoś z naszych chłopaków. 

- Głupi pomysł – oceniła go Natasha bez chwili wahania. 

- Niby dlaczego? 

- Choćby dlatego, że przy Jacku każdy z naszych chłopaków wysiada. 

- Przesadzasz – zaprotestowała Marsha. – Jest paru przystojnych. 

- Na przykład który? 

- No… na przykład Clint. 

-  Chyba  oszalałaś!  –  rzuciła  Natasha,  podnosząc  głos  na  tyle,  że 

Sandra obróciła się na drugi bok w swoim śpiworze i coś mruknęła. – Ciii…  

- szepnęła, jakby chciała przywołać swoją rozmówczynię do porządku. 

- To przecież ty krzyczysz, a nie ja – przypomniała jej Marsha. 

- Jak mam nie krzyczeć, skoro opowiadasz takie bzdury? 

-  Wiesz,  to  że  nie  lubisz  Clinta  –  zaczęła  Marsha  i  zaraz  przerwała.  

– Chociaż dzisiaj miałam wrażenie, że coś się zmieniło… 

- Nic się nie zmieniło – oznajmiła Natasha szorstkim głosem. 

-  Widać  coś  mi  się  przywidziało  –  powiedziała  Marsha,  próbując 

załagodzić sytuację. – W każdym razie nie lubisz Clinta i dlatego nie potrafisz 

spojrzeć  na  niego  obiektywnie.  Ale  to  jest  naprawdę  bardzo  przystojny 

chłopak. 

background image

53 

 

Clint  przystojny?  –  pomyślała  Natasha.  Nigdy  nie  miała  powodu  się 

zastanawiać,  czy  jest  przystojny,  czy  nie,  bo  przecież  nawet  gdyby  wyglądał 

jak Brad Pitt, i tak by go nie znosiła. 

-  Rebecca  i  tak  na  niego  nie  poleci  –  stwierdziła,  chcąc  uciąć  dalsze 

dyskusje na temat atrakcyjności Clinta. 

- Poleci, poleci – zapewniła ją Marsha. – Oczywiście pod warunkiem, że 

zainteresuje  się  nim  jakaś  dziewczyna  i  Rebecca  się  o  tym  dowie.  Któraś  

z nas musiałaby zacząć kręcić się koło niego. – Przerwała i w namiocie znów 

zapanowała cisza. 

- Nieee – odezwała się w końcu Natasha, domyślając się, o którą z nich 

Marshy chodzi. – Zapomnij, ja na pewno nie będę uganiać się za Clintem. 

-  Przecież  on  by  wiedział,  że  robisz  to  tylko  po  to,  żeby  odciągnąć 

Rebeccę od Jacka. 

-  I  tak  nie  będę  za  nim  ganiać  –  oświadczyła  Natasha  z  takim 

zdecydowaniem, że Marsha najwyraźniej uznała dalsze przekonywanie jej za 

bezowocne. 

-  Może  Sandra  by  się  zgodziła  –  powiedziała  cichutko  po  chwili 

milczenia. 

- Co? Na co mam się zgodzić? – zawołała Sandra tak głośno, że było ją 

pewnie słychać w sąsiednim namiocie. 

- Myślałyśmy, że śpisz – zaczęła się tłumaczyć spłoszona Marsha. 

- Jak mam spać, kiedy wy cały czas gadacie? I jeszcze próbujecie mnie 

w coś wrobić. No więc na co mam się zgodzić? 

Marsha  pokrótce  wyłuszczyła  swój  plan.  Potem  przez  jakiś  czas 

rozmawiały  i  kiedy  odparła  wszystkie  argumenty  mające  wykazać 

bezsensowność tego pomysłu, Sandra zapytała zrezygnowanym głosem: 

- Jednego tylko nie rozumiem, dlaczego to ja mam się podkładać, a nie 

ty? 

- Bo… bo… - zająkała się Marsha. – Bo wydaje mi się, że ty to zrobisz 

najlepiej. 

- A mnie się wydaję, że próbowałyście mnie w to wrobić tylko dlatego, 

że  spałam  i  nie  mogłam  się  bronić  –  powiedziała  Sandra  oskarżycielskim 

tonem.  Po  chwili  jednak  dodała  już  bardziej  ugodowo:  -  No  dobrze.  A  co 

background image

54 

 

chcecie  powiedzieć  Clintowi?  Że  urządzamy  całe  to  przedstawienie  tylko 

dlatego, że chcemy dać po nosie Rebecce? 

- A niby po co to robimy? – wtrąciła Natasha. 

- Dla Zechiti? – rzuciła niepewnie Marsha. 

Wszystkie  trzy  wiedziały  jednak  doskonale,  że  to  tylko  próba 

znalezienia szlachetnej przykrywki dla celu, który bynajmniej szlachetny nie 

był. 

-  Oni  i  tak  uważają  nas,  dziewczyny,  za  intrygantki  –  rzekła  Sandra 

pouczającym tonem. – Chcecie ich jeszcze utwierdzić w tym przekonaniu? 

- Kogo masz na myśli, mówiąc „oni”. 

- Chłopaków w ogóle, a Clinta w szczególności. 

Natasha  nigdy  nie  przywiązywała  wagi  do  tego,  co  Clint  o  niej  myśli,  

i umowa, którą tego dnia zawarli, nic w tej kwestii nie zmieniła. 

- A co mnie obchodzi, za kogo oni w ogóle czy Clint w szczególności nas 

uważają? 

Sandra  chyba  chciała  dalej  drążyć  ten  temat,  ale  Marsha  nie  dała  jej 

dojść do głosu. 

- Mam pomysł. 

-  A  to  nowość  –  rzuciła  Sandra  z  sarkazmem  w  głosie.  –  Marsha  ma 

pomysł. Coś takiego… 

-  Nie  nabijaj  się  ze  mnie.  Daj  mi  skończyć.  Możemy  powiedzieć 

Clintowi, że któraś z nas zakochała się w Jacku. 

-  Mogłabym  wiedzieć  która?  –  zapytała  Sandra.  Kąśliwość  nie  znikała  

z jej głosu. 

-  Mnie  prawie  nie  zna  –  powiedziała  Marsha  niepewnie.  –  Nie  sadzę, 

żeby  miał  ochotę  zrobić  coś  dla  dziewczyny,  którą  zna  tylko  z  widzenia,  ale  

z wami… 

- Tylko nie ja – przerwała jej ostro Natasha. 

-  I  tu  się  z  tobą  zgadzam  –  poparła  ją  Sandra.  –  Jeśli  powiemy,  że 

zakochałaś się w Jacku, Clint z całą pewnością nie zgodzi się zająć Rebeccą. 

- A niby dlaczego? – zapytała Natasha. 

background image

55 

 

-  Nie  rozumiem  cię.  Najpierw  zarzekasz  się,  że  tylko  nie  ty,  a  kiedy 

człowiek  przyznaje  ci  rację,  zaczynasz  się  czepiać.  To  co?  Chcesz,  żeby 

powiedzieć Clintowi, że… 

- Nie coś ty. 

- No więc skoro Marsha nie i ty nie, to stanęło na tym, że ja mam się 

kochać  w  Jacku,  a  jednocześnie  mizdrzyć  się  do  Clinta.  Pięknie,  po  prostu 

pięknie. 

- Ale Clint będzie wiedział, że ty się za nim uganiasz tylko na niby, żeby 

Rebecca  pomyślała,  że  ma  konkurentkę  –  powiedziała  Marsha,  jakby  to  

w jakiś sposób zmieniło sytuację. 

- Cudnie, po prostu cudnie – ciągnęła Sandra, nie zwracając uwagi na 

jej słowa. – Muszę tylko uważać, żeby mi się nie pokręciło. Bo jeszcze zacznę 

się mizdrzyć do Jacka, udając, że kocham się w Clincie. – Myślała nad czymś 

przez chwilę, po czym dodała sennym głosem: - W porządku, ale pod jednym 

warunkiem.  To  Natasha  pogada  jutro  z  Clintem  i  wytłumaczy  mu,  o  co 

chodzi. 

Natasha chciała zaprotestować, ale kiedy uświadomiła sobie, że byłoby 

to  nie  fair  wobec  jej  przyjaciółki,  która  choć  podchodziła  do  tej  intrygi 

najbardziej  sceptycznie  z  nich  trzech,  w  końcu  wzięła  na  siebie  prawie  cały 

jej ciężar, zgodziła się. 

Już wsuwała się do śpiworu, gdy coś przyszło jej do głowy. Wyciągnęła 

rękę i potrzasnęła ramieniem Marshy. 

-  Cholera  –  zaklęła.  –  Uknułaś  ten  plan,  ale  to  ja  i  Sandra  mamy  go 

realizować.  A  tymczasem  ty  będziesz  się  trzymała  od  niego  z  daleka  

– powiedziała i roześmiała się. 

- Mówiłam, że to intrygantka i manipulatorka – wymamrotała Sandra 

przez sen. 

- Jak wy możecie mnie podejrzewać o takie rzeczy?  – odparła Marsha  

z  udawanym  oburzeniem.  –  Wcale  nie  będę  się  trzymać  z  daleka.  Będę  was 

wspierać całą duszą i ciałem. 

 

 

background image

56 

 

Rozdział 8 

K

iedy  Natasha  wyszła  z  namiotu,  panował  jeszcze  mrok.  

W  Minneapolis  w  czerwcu  robi  się  jasno  już  po  czwartej,  tu,  ponad  tysiąc 

pięćset kilometrów na południe o tej porze roku dzień nie tylko wcześniej się 

kończy, ale i później nastaje. 

Wciągnęła  do  płuc  kilka  haustów  chłodnego  powietrza  i  spojrzała  na 

wschód.  Zza  rdzawoczerwonych  gór  okalających  dolinę  wyzierały  pierwsze 

promienie  słońca.  Zadrżała  na  myśl  o  tym,  że  trzeba  będzie  wejść  pod 

prysznic.  Wieczorem  woda  była  nagrzana  słońcem,  ale  teraz,  po  chłodnej 

nocy, pewnie będzie zimna. Nie miała jednak czasu na zastanawianie się nad 

tym. Za godzinę mieli wyruszyć, a wcześniej trzeba było się umyć, coś zjeść, 

złożyć  namiot,  przepakować  rzeczy  z  plecaka  do  toreb,  które  wieczorem 

rozdał  wszystkim  Zuri,  i  wybrać  konie.  Na  szczęście  dziś  nie  musieli  sami 

przygotowywać sobie śniadania; miała się tym zająć żona gospodarza. Mimo 

to  było  co  robić,  zwłaszcza  że  pod  prysznicami  panował  tłok  i  Natasha 

musiała kilka minut czekać, aż któryś się zwolni. 

Piętnaście  po  szóstej,  po  wypiciu  kubka  gorącej  czekolady 

przyprawionej – a jakżeby inaczej! – chili i zjedzeniu w biegu kukurydzianego 

placka  polanego  miodem,  dźwigając  skórzane  torby,  tak  pomyślane,  by 

można je było przytroczyć do koni, Natasha i jej towarzyszki ruszyły w stronę 

zagrody dla koni. 

Przemknęła  jej  przez  głowę  myśl,  że  Zechiti  mogła  zaspać  albo 

zapomnieć o swojej obietnicy, ale natychmiast zganiła się za to w duchu. Ta 

piękna Indianka miała w sobie coś takiego, co nie pozwalało wątpić, że na jej 

słowach można polegać. 

I  rzeczywiście.  Przed  otwartym  wejściem  do  zagrody,  przy  którym 

zgromadziła się już duża grupa obozowiczów, stała Zechiti, trzymając za uzdę 

dwa  wierzchowce.  W  jednym  Natasha  natychmiast  rozpoznała  Cheu,  drugi 

był klasycznym bułankiem. 

- Ten czarny jest mój, a bułany twój  – zwróciła się Natasha do swojej 

przyjaciółki. 

- Bułany? – spytała Sandra z przerażeniem w oczach. 

background image

57 

 

Wiedząc,  że  jeszcze  dwa  miesiące  temu  jej  przyjaciółka  tylko  dzięki 

westernom potrafiła odróżnić łeb konia od jego zadu, Natasha wytłumaczyła 

jej cierpliwie: 

-  Bułanek  to  taki  koń,  który  ma  jasno-  albo  ciemnobrązową  sierść  

i czarną grzywę i ogon. 

-  Aha  –  odparła  z  ulgą  Sandra,  po  czym  znów  się  zafrasowała.  -  I  te 

bułanki są na pewno spokojne i nie zrzucają jeźdźców z grzbietów? 

- Ten na pewno jest – uspokoiła ją Natasha i na tyle, na ile pozwoliła 

jej przewieszona przez ramię ciężka torba, przyspieszyła kroku. 

Na jej widok Cheu poruszyła się i zarżała. 

- Poznała cię – powiedziała Zechiti. – Cześć. 

-  Cześć  –  przywitała  się  Natasha.  –  To  jest  moja  przyjaciółka,  ta  

o której ci wczoraj mówiłam – dodała, odwracając się w stronę Sandry. 

-  Słyszysz,  Morro?  –  powiedziała  Zechiti,  zwracając  się  do  bułanka.  

– To jest Sandra. To ona będzie teraz twoją przyjaciółką. 

Sandra  ostrożnie  zrobiła  jeden  krok,  potem  drugi,  wyciągnęła  rękę  

i bardzo delikatnie pogłaskała konia po pysku. Zwierzę płynnym ruchem, tak 

jakby to ono nie chciało jej wystraszyć, wyciągnęło łeb w stronę dziewczyny, 

która w czasie wyprawy miała być jego najbliższą istotą. 

Całe  napięcie  w  mgnieniu  oka  zniknęła  z  twarzy  sandry,  a  Natasha 

odetchnęła z ulgą. W ciągu ostatnich dni często zastanawiała się, czy z czysto 

egoistycznych  pobudek  nie  skłoniła  przyjaciółki  do  wzięcia  udziału  

w eskapadzie, do której ta nie była jeszcze dostatecznie przygotowana. 

Cheu,  jakby  obrażona,  że  nie  zwraca  się  na  nią  uwagi,  schyliła  łeb  

i otarła się nim o ramię Natashy. 

-  Nie  zapomniałam  o  tobie  –  zapewniła  ją  dziewczyna  i  wzięła  z  rąk 

Zechiti uzdę klaczy. 

Marsha  tymczasem  obserwowała  zwierzęta,  wypatrując  wierzchowca 

dla siebie. 

- Spodobał ci się któryś? – zagadnęła ją Zechiti. 

- Jeszcze nie. – Po chwili jej wzrok spoczął na białym ogierze w czarne 

plamki,  trzymającym  się  w  pewnym  oddaleniu  od  reszty  stada.  –  Ten 

tarantowaty jest piękny. 

background image

58 

 

- Tarantowaty? – zdziwiła się Sandra. 

- To nazwa maści konia, biały w czarne plamy – wyjaśniła jej Natasha. 

– Dosyć rzadka, ale bardzo ładna. 

-  Ach,  Burro  –  powiedziała  Zechiti,  kiwając  głową.  –  Wszystkim  się 

podoba. Ma tylko jedną wadę, jak się na coś uprze, to nie ma na niego siły. 

Dlatego tak go nazwaliśmy. Po hiszpańsku burro znaczy osioł. 

-  To  całkiem  tak  jak  Marsha!  –  zawołała  Sandra.  –  Tworzylibyście 

świetną parę. Nie zastanawiaj się, bierz tego konia. 

-  No,  nie  wiem,  czy  to  dobry  pomysł  –  wyraziła  swoje  wątpliwości 

Natasha.  –  Wyobraź  sobie,  że  jedno  będzie  chciało  iść  w  prawo,  drugie  

w lewo. 

-  Będzie  ciekawie,  będziemy  mogli  stawiać  zakłady,  które  postawi  na 

swoim – odparła Sandra. 

Marsha zrobiła obrażoną minę. 

-  Możecie  sobie  mówić,  co  chcecie,  ja  i  tak  go  wezmę.  –  Spojrzała  na 

Zechiti. – Jeśli, oczywiście, mogę. 

-  Już  się  zdecydowałaś?  –  upewniła  się  Zechiti.  –  Bo…  -  zaczęła,  ale 

widząc  determinację  na  twarzy  dziewczyny,  zawołała  do  ojca,  który  krzątał 

się między końmi w zagrodzie: - Tato, przyprowadź nam Burro. 

Zuri spojrzał na trzy dziewczyny, stojące przy jego córce; dwie trzymały 

już za uzdę wierzchowce, trzecia – najdrobniejsza – najwyraźniej czekała na 

Burro. 

- Powiedziałaś im, że…?! – zawołał do córki. 

- Tak, wszystko wiedzą. 

Zuri pokręcił głową, wahał się przez chwilę, w końcu jednak zrobił to,  

o co prosiła go córka. 

-  Odważna  z  ciebie  dziewczyna  –  rzekł,  przekazując  Marshy  uzdę 

ogiera. 

 

P

iętnaście minut później duża grupa jeźdźców, z panem Sellersem na 

czele i ciągnącym dwa zapasowe konie Jackiem na końcu, opuściła ranczo. 

background image

59 

 

Okazało  się,  że  wąwóz,  którym  wczoraj  tu  przyjechali  nie  jest  jedyną 

drogą łączącą tę dolinę z resztą świata. Nieopodal wodospadu, ukryte wśród 

skał,  znajdowało  się  przejście,  na  tyle  wąskie,  że  musieli  tam  wjeżdżać 

gęsiego. 

Przez  kilkaset  metrów  jechali  jeden  za  drugim.  Wrażenie  było 

niesamowite. Po prawej i po lewej pionowe skały, tak blisko siebie, że gdyby 

się  rozpostarło  ramiona  można  by  było  dotknąć  ich  jednocześnie.  W  takich 

warunkach grupa posuwała się bardzo powoli. Również potem, kiedy wąwóz 

rozszerzył  się  na  tyle,  że  kilka  koni  mogło  stanąć  obok  siebie,  kamieniste 

podłoże  wydawało  się  na  tyle  nierówne,  że  nie  było  mowy  o  kłusie,  nie 

mówiąc już o galopie. 

Gdy  tylko  było  to  możliwe,  Natasha  zrównała  się  z  jadącą  przed  nią 

Sandrą. 

- No i jak ci się jedzie? – zapytała. 

- Nie jest tak źle. 

-  Widzisz,  mówiłam  ci  –  powiedziała  Natasha,  choć  w  głębi  duszy 

wiedziała,  że  optymizm  przyjaciółki  jest  trochę  przedwczesny.  Z  całą 

pewnością nie będą w czasie całej wyprawy jechać stępa, poza tym obawiała 

się,  jak  Sandra  zniesie  wielogodzinne  przebywanie  na  koniu.  Pamiętała,  że 

sama po pierwszej dłuższej wycieczce na Kamelii miała tak obolałą pupę, że 

nie była w stanie siedzieć. Postanowiła jednak nie mówić o tym przyjaciółce 

przed  wyjazdem  na  obóz  i  teraz  też  powstrzymała  się  przed  tym.  Najdalej 

wieczorem Sandra sama się o tym przekona. 

Kiedy wąwóz jeszcze bardziej się rozszerzył, dołączyła do nich Marsha.  

- Widziałyście? – spytała alarmującym głosem. – Ona jedzie koło Jacka. 

Natasha,  podniecona  rozpoczynającą  się  wyprawą,  zapomniała  

o  wieczornych  ustaleniach  i  zupełnie  nie  zwracała  uwagi  na  to,  gdzie 

podziewa  się  Rebecca.  Zerknąwszy  przez  ramię,  zobaczyła  ją,  jadącą  na 

karym koniu, obok zamykającego pochód Jacka. 

- Nie wygląda to najlepiej – stwierdziła Marsha. 

- Przesadzasz. Jadą koło siebie, i tyle. Nic z tego jeszcze nie wynika. 

-  Ale  może  wyniknąć  –  nie  dawała  za  wygraną  Marsha.  –  Nie 

rozmawiałaś z Clintem? 

background image

60 

 

-  Kiedy  miałam  rozmawiać?  Widziałaś  przecież,  jak  rano  wszyscy  się 

spieszyli. 

Marsha smutno pokiwała głową. 

- No tak, a biedna Zachuti… 

-  Przestań  –  przerwała  Natasha.  –  To  dziwne,  że  tak  bardzo  się 

przejmujesz dziewczyną, której imienia nawet nie jesteś w stanie zapamiętać. 

– Zechiti, Zechiti – powtórzyła. 

- No więc biedna Zechiti… - ciągnęła Marsha. 

-  Dobrze  –  rzuciła  Natasha,  nie  pozwalając  jej  skończyć.  –  Koło 

południa  mamy  się  zatrzymać  na  trzygodzinny  postój.  Obiecuję  ci,  że 

pogadam z Clintem, jak tylko trafi się okazja. 

Sandra, która z kpiącym uśmieszkiem przysłuchiwała się tej rozmowie, 

zmieniła temat: 

- No i jak sobie radzisz z tym swoim Osłem? – zapytała Marshę. 

Ta zgromiła ją wzrokiem. 

- Z Burro, a nie z Osłem – sprostowała z dumą, po czym pochyliła się  

i pogłaskała ogiera po karku. – Jesteś Burro, a nie żaden Osioł. 

Zwierzę, jakby na znak, nagle stanęło w miejscu. Podczas gdy Natasha 

i Sandra jechały dalej w normalnym tempie, Marsha, mijana z prawa i lewa 

przez  innych  jeźdźców,  walczyła  ze  swoim  wierzchowcem,  by  ruszył  przed 

siebie. 

Po  kilku  minutach  Natasha,  zaniepokojona  tym,  że  ich  towarzyszka 

jeszcze  do  nich  nie  dołączyła,  odwróciła  się  kilka  razy.  Na  końcu  pochodu 

jechało jednak kilku chłopców i Rebecca, ale nigdzie nie było widać Marshy  

i Jacka. 

- Jednak postawiła na swoim – zwróciła się do Sandry. 

- A może to ten jej Burro postawił na swoim.  

- Może. 

Minęło kolejnych kilka minut, a po Marshy i Jacku nie widać śladu. 

-  Chyba  zawrócę  i  sprawdzę,  co  się  z  nią  dzieje  –  wpadła  na  pomysł 

Natasha. 

background image

61 

 

-  Nie,  błagam,  nie  zostawiaj  mnie  samej!  –  zawołała  Sandra.  –  Jak 

jesteś  w  pobliżu,  to  czuję  się  pewniej  na  koniu.  A  Marshą  się  nie  przejmuj. 

Jeśli ma z czymś problem, to Jack na pewno jej pomoże.  

-  Wiesz,  chodziło  mi  bardziej  o  coś  innego.  Chciałam  zawrócić  nie 

dlatego, że niepokoję się o Marshę, ale żeby zobaczyć, kto w końcu wygra tę 

próbę sił, Burro czy ona. 

- A jak myślisz? 

Natasha przez chwilę milczała. 

- No jasne, że Marsha – rzuciła w końcu i roześmiała się głośno. 

I  nie  myliła  się.  Kiedy  po  jakimś  czasie  usłyszała  odgłosy  kilku 

kłusujących  koni  odwróciła  się  i  zobaczyła  Marshę  i  Jacka.  Dziewczyna, 

oczywiście dosiadała Burro, a nie któregoś z zapasowych wierzchowców. 

- Jak go przekonałaś, żeby się ruszył z miejsca? – spytała Natasha, gdy 

Marsha zrównała się z nimi. 

- Mam swoje sposoby. 

-  W  to  nie  wątpimy  –  powiedziała  Sandra,  uśmiechając  się.  Nagle 

jednak uśmiech zniknął z jej ust, a na twarzy odmalowało się przerażenie. 

Natasha  natychmiast  zorientowała  się,  co  tak  wystraszyło  jej 

przyjaciółkę. 

Wąwóz,  teraz  szeroki  na  kilkanaście  metrów,  znów  się  zwężał,  a  jego 

dotychczas  zupełnie  płaskie  dno,  w  którym  przeszkodę  stanowiły  jedynie 

liczne kamienie, wznosiło się tworząc bardzo wąską stromiznę. 

- Ja tam nie wjadę – oświadczyła Sandra. 

Natasha rozumiała jej lęk. Sandra dotychczas jeździła konno tylko na 

płaskim terenie, a stromizna, którą mieli do pokonania, mogła budzić obawy 

nawet doświadczonych jeźdźców. 

Tymczasem  pan  Sellers,  jadący  na  czele,  zatrzymał  się  przed 

zwężeniem i czekał na resztę obozowiczów. 

-  I  oto  mamy  przed  sobą  jeden  z  najtrudniejszych  etapów  naszej 

wyprawy  –  oznajmił.  –  Nie  wpadajcie  w  panikę  –  dodał,  widząc  niepokój  na 

twarzach  niektórych  dziewcząt  i  chłopców.  –  Uprzedzam  was,  że  nie  będzie 

lekko, ale pewnie po tym spacerku, który mamy za sobą, nie spodziewaliście 

się, że już dziś stanie przed wami takie trudne wyzwanie. 

background image

62 

 

- Nie gdzie tam, fajnie jest, że coś się wreszcie będzie działo! – zawołał 

buńczucznie któryś z chłopaków. 

Niestety,  większość  grupy,  nawet  jeśli  nie  była  tak  przerażona  jak 

Sandra, nie podzielała jego optymizmu. 

-  Większość  waszych  koni  przemierzała  tę  trasę  już  kilkadziesiąt  razy  

–  ciągnął  pan  Sellers  –  i  zna  ten  kawałek.  Jeśli  zdacie  się  na  ich  instynkt  

i nie będziecie przy tym lekkomyślni, powinno nam się udać. 

-  Słyszysz?  –  szepnęła  Natasha  do  swojej  przyjaciółki.  –  To  samo 

mówiła Zechiti. Jeżeli nie będziesz wiedziała, co robić, zdaj się na Morro. 

-  Łatwo  powiedzieć,  zdaj  się  na  Morro…  -  powiedziała  Sandra  

i westchnęła. 

Natasha przypomniała sobie, jak to było, kiedy sama uczyła się jeździć 

konno, i wniosek, do którego doszła, nie był budujący. Po pierwszych dwóch 

miesiącach nauki – nawet po roku – nikt by jej nie zmusił, żeby wjechała na 

taką stromiznę. Jeśli Sandra tego dokona, naprawdę będzie miała powód do 

dumy. 

-  Najważniejsze  na  tym  kawałku  –  instruował  ich  dalej  pan  Sellers 

swoim  tubalnym  głosem  –  jest  zachowanie  odpowiedniego  dystansu. 

Pamiętajcie,  że  cokolwiek  by  się  nie  działo,  nie  wolno  wam  się  zbliżyć  do 

jadącego  przed  wami  jeźdźca  na  odległość  mniejszą  niż  dziesięć  metrów. 

Zwłaszcza  w  drugiej  części  tego  odcinka.  –  Rozejrzał  się  po  grupie  

i kontynuował bardzo poważnym głosem: - Bo to, co teraz widzicie, to jeszcze 

nic.  Po  jakichś  sześciuset  metrach  wspinania  się  będziemy  prawie  kilometr 

zjeżdżać w dół. A miejscami stromizna jest większa niż tutaj. – Wskazał ręką 

zwężenie  wąwozu.  –  Pamiętajcie,  nie  więcej  niż  dziesięć  metrów  –  powtórzył  

i jako pierwszy wjechał na stromiznę. 

-  Nie,  ja  zawracam  –  rzuciła  Sandra.  –  Nawet  jeśli  jakoś  mi  się  uda 

wjechać na górę, to zjeżdżając, polecę na pysk i skręcę sobie kark. 

Natasha nie wiedziała, jak ją uspokoić. Sama miała poważne obawy co 

do  przyjaciółki  i  nie  była  pewna,  czy  cokolwiek,  co  powie,  zabrzmi 

przekonująco. 

Tymczasem  kilka  co  odważniejszych  osób  ruszyło  już  za  panem 

Sellersem i czasu było niewiele. Na szczęście przyszła jej z pomocą Marsha, 

background image

63 

 

która podjechała do Sandry i zaczęła ją przekonywać, że nic jej się nie może 

stać. Sięgnęła przy tym po argument, który Natashy nie przyszedł do głowy. 

Z  tego,  co  mówił  pan  Sellers  i  Jack,  takie  wyprawy  organizowano  tu  już  od 

kilku lat. Jeśli któremukolwiek z uczestników wcześniejszych obozów coś by 

się stało, z całą pewnością nie kontynuowano by ich. 

Sandra  –  nie  wiadomo,  czy  dlatego,  że  uznała  ten  argument  za 

sensowny, czy też dlatego, że obawiała się kompromitacji – dała za wygraną. 

- No dobra – rzuciła. – Ale ty – zerknęła na Marshę – pojedziesz przede 

mną  –  a  ty  –  prawie  oskarżycielsko  wyciągnęła  palec  w  kierunku  Natashy  

– za mną. 

-  Jak  tylko  sobie  życzysz  –  powiedziała  Natasha,  a  kiedy  jej 

przyjaciółka się odwróciła i odjechała kawałek, szepnęła do Marshy: - Jesteś 

po prostu niesamowita. 

Ta uśmiechnęła się szelmowsko. 

- Nie chcę wyjść na interesowną, ale nie uważasz, że coś mi się za to 

należy? 

-  Przecież  ci  powiedziałam,  że  jak  tylko  trafi  się  okazja,  to 

porozmawiam z Clintem. A teraz ruszaj już, bo Sandra jeszcze się rozmyśli. 

 

 

background image

64 

 

Rozdział 9 

P

an Sellers nie mylił się. Druga – niestety, dłuższa – część tego etapu 

trasy  była  o  wiele  trudniejsza.  Ale  nie  mylił  się  również  co  do  koni.  Kiedy 

Natasha  zorientowała  się,  że  trzeba  zwolnić  albo  przyspieszyć,  skręcić  

w  prawo  czy  w  lewo,  aby  wyminąć  jakiś  skalny  występ,  zanim  zdążyła 

ściągnięciem  uzdy  albo  spięciem  piętami  boków  zwierzęcia  dać  mu  znak, 

Cheu  sama  robiła  to,  co  powinna.  Morro,  którego,  mimo  przestrzegania 

dziesięciu  metrów  dystansu,  starała  się  ani  na  chwilę  nie  tracić  z  oczu, 

zachowywał się podobnie. 

Natasha,  widząc  jednak  sztywną  postawę  przyjaciółki,  która  ani  

w  czasie  wspinania  się  pod  górę,  ani  podczas  zjeżdżania  w  dół  ani  razu  się 

nie odwróciła, wciąż czuła się niepewnie. 

-  Nie  bądź  taka  spięta!  –  zawołał  do  Sandry,  wyczekując  na  moment, 

kiedy  odcinek  drogi  będzie  na  tyle  bezpieczny,  żeby  odwrócić  jej  uwagę.  

– Takie napięcie udziela się koniom. 

- Nic mi nie mów! – krzyknęła Sandra. – Jak zsiądę z tego konia, to już 

nikt mnie na niego nie posadzi! 

Natasha  mniej  się  teraz  przejmował  tym,  co  będzie  później.  Czuła,  że 

jeśli  jej  przyjaciółka  pokona  ten  niebezpieczny  odcinek,  nic  już  jej  nie 

przerazi.  Teraz  zaczęło  ją  niepokoić  coś  innego.  Promienie  słońca,  które 

dotychczas kryły się za wysokimi skałami po obu stronach wąwozu, zaczęły 

padać  pionowo  i  nie  można  się  było  przed  nimi  schować.  Rano  nie 

zapomniała  posmarować  kremem  przeciwsłonecznym    wszystkich 

nieosłoniętych ubraniem części ciała, ale w tym upale spływała cała potem, 

podejrzewała więc, że wraz z nim spłynęła też znaczna część kremu. 

Zerknęła na zegarek. Było wpół do dwunastej. Zgodnie z planem, koło 

południa mieli wyjechać z wąwozu i przeczekać godziny największej spiekoty 

w  cieniu.  Na  razie  jednak  widziała  przed  sobą  tylko  stromą  kamienistą 

ścieżkę i ani trochę cienia. 

Dopiero kwadrans po dwunastej dojechali do miejsca, w którym wąwóz 

nagle się rozszerzał, a jego dno znów zrobiło się płaskie. 

background image

65 

 

Natasha  spięła  Cheu  piętami  i  zrównała  się  z  przyjaciółką.  Po  chwili 

dołączyła do nich Marsha. 

-  Nie  wiem,  jak  to  wytrzymałam  –  powiedziała  Sandra  i  kilka  razy 

odetchnęła z ulgą. 

- Byłaś niesamowita – pochwaliła ją Natasha. 

-  To  nie  ja  tylko  on  –  zaprotestowała  Sandra.  –  Byłeś  po  prostu 

wspaniały,  Morro.  –  Pochyliła  się  i  pocałowała  swojego  wierzchowca  

w wilgotny od potu kark. – Nigdy ci tego nie zapomnę. 

-  To  dzięki  Zachu…  -  zaczęła  Marsha  i  natychmiast  się  poprawiła:  

- Gdyby nie Zechiti, nie wiadomo, czy… 

-  Tak,  wiem,  gdyby  nie  Zechiti,  dostałabym  pewnie  twojego  Osła  

i  skręciłabym  sobie  kark.  Pamiętam  o  tym  i  zrobię  wszystko,  żeby  żadna 

Rebecca  ani  inna  słodka  blondynka  nie  odbiła  jej  chłopaka.  –  Kilka  godzin 

napięcia  może  i  zmęczył  Sandrę,  ale  z  całą  pewnością  nie  stępiła  jej 

sarkazmu.  –  A  swoją  drogą  ty  i  Jack  też  znikliście  nam  wszystkim  z  oczu. 

Ciekawe, co tak długo robiliście tam z tyłu. 

- No wiesz! – oburzyła się Marsha. 

Dziewczęta,  przekomarzając  się  ze  sobą,  nawet  nie  zauważyły,  kiedy 

wyjechał  z  wąwozu.  Przed  sobą  miały  niemierzone  kilometry  kwadratowe 

pustyni. 

-  Gdzie  tu  jest  cień?!  –  zapytała  żałośnie  Natasha  i  nie  czekając  na 

odpowiedź którejś z  towarzyszek, spięła konia piętami i ruszyła w kierunku 

pana  Sellersa.  –  Będziemy  jechać  przez  tę  pustynię?!  –  zawołała,  zbliżywszy 

się do niego na kilka metrów. 

- Nie – uspokoił ją opiekun. – Pierwszego dnia to byłoby zabójcze. – Nie 

zamierzamy się z wami za bardzo cackać, ale narażanie was na coś takiego 

byłoby ryzykowne. 

Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Odwróciła się, kiedy usłyszał, że tuż za 

nią zatrzymuje się jakiś wierzchowiec, i zobaczyła Clinta. Jechał na pięknym, 

prawie białym ogierze. 

Najwyraźniej obudziły się w nim te same obawy co u Natashy, bo zadał 

to samo pytanie: 

- Jedziemy teraz przez tę pustynię? 

background image

66 

 

- Nie – odrzekł pan Sellers. Uśmiechnął się i dodał: - Tłumaczyłem już 

twojej  koleżance,  że  nie  jesteśmy  takimi  szaleńcami.  –  Ogarnął  wzrokiem 

grupę  i  przeliczył  jeźdźców.  –  Brakuje  tylko  Jacka  i  jednej  osoby.  

– Zastanowił się nad czymś, po czym rzekł: - Nie będziemy się smażyć na tym 

upale.  Pokażę  wam  miejsce  postoju,  a  sam  wrócę  i  sprawdzę,  co  się  z  nimi 

dzieje. 

Ujechali  jakieś  dwieście  metrów  wzdłuż  stoku  mesy,  którą  podczas 

jazdy wąwozem mieli po lewej, kiedy ich oczom ukazały się pokryte soczystą 

zielenią drzewa i krzewy. 

Pan Sellers zwrócił się do Clinta i Natashy: 

-  Pojedziecie  tam  wszyscy,  rozsiodłacie  konie  i  poczekacie  na  mnie, 

Jacka i… - Spojrzał na nich pytająco. – Wiecie właściwie, kogo brakuje? 

Clint i Natasha obejrzeli się za siebie i przypatrzyli się jadącej za nimi 

grupie. 

- Nie ma chyba tej blondyny – rzekł Clint. – Tej… no wiesz… - Puścił na 

chwilę  uzdę  swojego  wierzchowca  i  zakreślił  dłońmi  dwie  kule  przed  swoją 

piersią. 

Natasha roześmiała się. 

- Masz na myśli Rebeccę? 

- Tak… chyba tak. 

Nie  wiadomo  dlaczego,  ale  Natashy  nagle  sprawiło  przyjemność  to,  że 

jest  chłopak,  który  nawet  dokładnie  nie  wiem,  jak  ma  na  imię  dziewczyna 

uważana za najlepszą laskę w szkole. 

-  Nie,  Rebecca  jest  –  powiedziała.  Kiedy  się  obejrzała,  właśnie  jej 

szukała w pierwszej kolejności, podejrzewając ją, że specjalnie została w tyle, 

żeby podrywać Jacka, ale dostrzegła ją w samym środku grupy. 

Clint zatrzymał się i odwrócił na koniu. 

- Brakuje Terrence’a Rogersa! – zawołał. – Tak, na pewno go nie ma! 

- To co, pojedziecie dalej sami? – zapytał pan Sellers, kiedy Clint znów 

zrównał się z nim i Natashą. – Poradzicie sobie? 

- jasne – rzucił Clint. 

- I wiecie, co najpierw trzeba zrobić na postoju? 

- Zająć się zwierzętami, rozsiodłać je i napoić – odparła Natasha. 

background image

67 

 

-  Brawo  –  pochwalił  ją  opiekun.  –  Przepraszam,  ale  jeszcze  nie 

zdążyłem spamiętać waszych imion. Ty jesteś… 

- Natasha – podpowiedziała mu dziewczyna. 

-  A  ja  Clint  –  przedstawił  się  chłopak,  kiedy  pan  Sellers  spojrzał  na 

niego pytająco. 

- To ja zawracam, a wy wiecie, co macie robić. 

- Tak jest – odparł Clint, salutując mu jak dowódcy w wojsku. 

Po  chwili  usłyszeli,  jak  ich  opiekun,  mijając  resztę  dziewcząt  

i  chłopców,  nakazuje  im,  by  jechali  za  Natashą  i  Clintem  i  słuchali  ich 

poleceń. 

- Terrence Rogers? – zdziwiła się Natasha. – Czy to nie on przypadkiem 

tak  się  cieszył,  że  wreszcie  coś  się  dzieje,  kiedy  stanęliśmy  przed  tą 

stromizną. 

Clint uśmiechnał się. 

- Cały Terrence. Zawsze tak hojraczy, ale jak przyjdzie co do czego… 

Nie  skończył  i  Natasha  domyśliła  się,  że  odezwała  się  w  nim  męska 

solidarność. Zastanawiała się przez chwilę, czy nie powinna zatrzymać konia 

i  poczekać  na  Sandrę,  doszła  jednak  do  wniosku,  że  droga  jest  bezpieczna  

i przyjaciółka poradzi sobie bez niej, a ona może nie znaleźć już lepszej okazji 

na porozmawianie z Clintem. 

Postanowiła więc zacząć od razu. 

- Słuchaj, mam do ciebie wielką prośbę. 

- Mów, jeśli tylko będę mógł… 

- Na pewno będziesz mógł – przerwała mu Natasha. – Nie wiem tylko, 

czy będziesz chciał. Bo widzisz… Sandra zakochała się w Jacku. 

Clint popatrzyła na nią z niedowierzaniem. 

-  Sandra?  –  upewnił  się.  –  Zawsze  mi  się  wydawała  taką  trzeźwo 

myślącą dziewczyną. 

- Uważasz, że trzeźwo myślące dziewczyny się nie zakochują? 

- Nie, ale tak po dwóch dniach… 

Natasha znów nie dała mu dokończyć. 

- Nie słyszałeś o miłości od pierwszego wejrzenia? 

background image

68 

 

- Pewnie, że słyszałem, nawet… - Przerwał, spojrzał na Natashę i spytał 

rzeczowym tonem: - No dobrze, ale nawet jak się zakochała, to co ja mam do 

tego? Mam iść do Jacka i powiedzieć mu… 

- Nie – ucięła. – Chodzi o coś zupełnie innego. Widzisz, wydaje nam się, 

że Rebecca ma na niego oko, a ona jak się uprze na jakiegoś chłopaka, to nie 

odpuści. 

- Dalej nie rozumiem, co ja mam z tym wszystkim wspólnego. 

- Na razie nic. Ale z grubsza rzecz biorąc, chodzi o to, żeby ona uparła 

się  nie  na  Jacka,  tylko…  -  Natasha  uśmiechnęla  się,  kiedy  zobaczyła 

zdumioną i jednocześnie przerażoną twarz chłopaka. 

- Na mnie? – spytał z niedowierzaniem. 

Starając się ukryć uśmiech, pokiwała głową. 

- Rebecca? Ta… ta…? 

- Ta z… - Natasha, tak jak Clint parę minut wcześniej, zakreśliła przed 

piersiami dwie kulę, trochę większe niż on. 

- Chcecie, żebym zaczął przystawiać się do tej idiotki? 

Natashy znów zrobiła się dziwnie przyjemnie na myśl, że może jednak 

nie  wszyscy  chłopcy  zwracają  uwagę  wyłącznie  na  ładną  buzię,  długie  nogi  

i to coś, co przed chwilą tak obrazowo pokazała. 

- Niezupełnie – sprostowała. – To ona zacznie się przystawiać do ciebie. 

-  Nie  –  rzucił  Clint  już  nieco  spokojniejszym  głosem.  –  Ona  nigdy  nie 

zwracała na mnie uwagi. Chyba nawet nie wie, jak mam na imię. 

- Ale zacznie zwracać uwagę. 

Clint popatrzył na nią pytająco. 

- Zacznie, jak się dowie, że Sandra się w tobie kocha. 

Chłopak zatrzymał konia i przetarł ręką czoło. 

- Już nic nie rozumiem. To w kim ona się w końcu kocha, w Jacku czy 

we mnie? 

- W Jacku – uspokoiła go Natasha. – Ale Rebeccę najbardziej interesują 

tacy  faceci,  koło  których  kręci  się  jakaś  dziewczyna,  więc  kiedy  dowie,  że 

Sandra się w tobie kocha, od razu zacznie cię kokietować. A wtedy nie będzie 

miała już czasu na Jacka. 

background image

69 

 

-  Oczekujecie  ode  mnie,  że  zmarnuję  sobie  ten  obóz  na  to,  żeby 

zajmować się tą idiotką. 

-  Zaraz  idiotką  –  rzuciła  niezbyt  szczerze  Natasha.  –  Przecież  jej  nie 

znasz. 

Clint skrzywił się. 

- I nie mam specjalnej ochoty na bliższe poznawanie jej. 

Natasha  milczała  przez  chwilę,  zastanawiając  się,  jakich  jeszcze  użyć 

argumentów. 

-  Wiesz,  jak  by  ci  zazdrościli  inni  chłopcy  –  powiedziała  w  końcu.  

–  Większość  z  nich  marzy  o  tym,  żeby  Rebecca  zwróciła  na  nich  uwagę.  

– Wbrew obiegowej opinii, że to dziewczyny są próżne, wiedziała, że chłopcy 

im w tym dorównują albo nawet je prześcigają, i postanowiła to wykorzystać. 

- Mam to gdzieś – rzucił Clint bez chwili wahania. 

Natasha uznała, że trzeba go podejść z innej strony. 

- Zawsze mi się wydawało, że lubisz Sandrę. 

Przyszło  jej  na  myśl,  że  przebywanie  z  Marshą  robi  swoje,  zaczęła 

bowiem  sięgać  po  te  same  metody  co  ona.  Ale  jak  się  okazało  były  one 

skuteczne, przynajmniej na tyle, że Clint zaczął się zastanawiać. Postanowiła 

więc kuć żelazo póki gorące. 

- Obiecałeś, że spełnisz moją prośbę, jeśli będziesz mógł… 

- Ale nie mogę – rzucił. 

- Nie chcesz, a nie nie możesz, a to jest duża różnica. 

- Dalej mi się nie chce wierzyć, że taka dziewczyna jak Sandra może się 

ot tak zakochać. 

-  No  właśnie  –  przytaknęła  mu  Natasha.  –  Więc  skoro  już  jej  się  to 

przytrafiło, to tym bardziej trzeba jej pomóc. 

- Naprawdę ją lubię, ale… 

- Oj, przestań, przecież Rebecca cię nie zje. 

Kilkadziesiąt metrów jechali stępa w milczeniu. Kiedy usłyszeli odgłos 

zbliżających się wierzchowców reszty grupy, Natasha zorientowała się, że nie 

ma już dużo czasu na przekonywanie Clinta. 

- No to jak, zrobisz coś dla koleżanki? 

- Masz na myśli siebie czy Sandrę? – zapytał, uśmiechając się. 

background image

70 

 

Nie wiedząc, która odpowiedź byłaby lepsza, odparła dyplomatycznie: 

-  Dla  nas  obu.  –  Obserwowała  uważnie  Clinta  i  choć  nie  powiedział 

jeszcze  tak,  wiedziała  już,  że  jej  się  udało.  I  zupełnie  nie  spodziewała  się 

pytania, które po chwili padło. 

- No dobra, zgodzę się, ale pod warunkiem, że szczerze mi odpowiesz. 

Dlaczego ja? Jest piętnastu innych chłopaków. 

Natasha tuż za plecami słyszał tętent koni. Nie było czasy na wykręty. 

- Bo zostałeś uznany za najprzystojniejszego chłopaka w naszej grupie. 

Clint spojrzał na nią z niedowierzaniem. 

- Miałaś odpowiedzieć szczerze – przypomniał jej. 

- To była szczera odpowiedź – zapewniła go Natasha. 

- Przez kogo? – dociekał. 

-  No,  przez  Marshę,  Sandrę…  -  patrzył  na  nią  wyczekująco,  więc 

dodała: - i przeze mnie. – To drobne kłamstwo, jako służące sprawie, przeszło 

jej  dosyć  gładko.  Poza  tym  wcale  nie  była  pewna,  czy  to  kłamstwo,  nigdy 

bowiem nie zastanawiała się nad tym, czy Clint jest przystojny, czy nie. – To 

jak, pomożesz Sandrze? 

- Dobrze, zrobię, co będę mógł, ale nie oczekujcie ode mnie zbyt wiele. 

- Wystarczy, że będziesz się uśmiechał do Rebecki, rozmawiał z nią i… 

Tylko, proszę cię, nie mów jej, że jest idiotką. – Uśmiechnęła się z udawaną 

niewinnością. – Skup się raczej nie na jej intelekcie, tylko na przymiotach jej 

ciała  –  dodała,  znów  zakreślając  dłońmi  kule  przed  swoimi  piersiami,  tym 

razem, dla zachęcenia chłopaka, olbrzymie. 

 

 

background image

71 

 

Rozdział 10 

D

ochodziła  trzecia,  słońce  nie  było  już  takie  dokuczliwe,  konie  po 

prawie  trzech  godzinach  odpoczynku  w  cieniu  pod  drzewami  wydawały  się 

wypoczęte. Chłopcy  i dziewczęta zdążyli  już zjeść kanapki, które sami sobie 

przygotowali,  i  pochlapać  się  w  jeziorku,  w  którym  wcześniej  napoili 

zwierzęta. Po kilkugodzinnej jeździe w upale zimna woda cudownie chłodziła. 

Nic właściwie nie stało na przeszkodzie, żeby ruszać dalszą drogę, poza 

tym że wciąż nie pojawiał się ani pan Sellers, ani Jack i Terrence. Niektórzy 

już zaczynali się niepokoić. 

Równo o trzeciej ujrzeli sylwetki trzech wierzchowców, ale jeździec był 

tylko jeden. 

- Co się dzieje? – zwróciła się do Natashy Marsha.  – Gdzie  są ci dwaj 

pozostali? 

Sandry przy nich nie było. Poinformowana przez przyjaciółkę, że grunt 

został przygotowany, i mocno dopingowana przez Marshę, kręciła się już koło 

Clinta. Marsha nie traciła czasu i już zdążyła roznieść wśród dziewcząt wieść 

o  tym,  jak  to  Sandra  nagle  zakochała  się  w  Clincie  i  świata  poza  nim  nie 

widzi. Z Rebeccą nie rozmawiała od czasu, kiedy ta odbiła jej chłopaka, ale 

postarała się, żeby wiadomość dotarła do niej pośrednio. 

-  Nie  mam  pojęcia  –  odparła  Natasha.  –  Zdaje  się,  że  to  pan  Sellers.  

–  Konie  i  jeździec  zbliżały  się  na  tyle,  że  wyraźnie  rozpoznała  sylwetkę 

opiekuna. 

Dziesięć minut później wszystko się wyjaśniło. 

Terrence Rogers jakoś wjechał na górę, ale kiedy trzeba było zjeżdżać, 

spojrzał  w  dół,  po  czym  zsiadł  z  konia  i  oznajmił,  że  dalej  nie  pojedzie. 

Najpierw  przekonywał  go  sam  Jack,  potem,  kiedy  dołączył  do  nich  pan 

Sellers, we dwóch robili, co mogli, by uspokoić chłopaka i przekonać go, żeby 

wsiadł na konia. Kiedy wreszcie jakoś im się to udało, zawrócił i oświadczył, 

że wraca na ranczo. Po chwili zorientował się jednak, że aby przebyć tę samą 

drogę,  którą  przyjechali,  najpierw  będzie  musiał  zjechać  w  dół,  i  znów 

zawrócił  konia.  Pół  godziny  nie  mógł  się  zdecydować,  czy  chce  jechać  dalej, 

background image

72 

 

czy  wracać,  w  końcu  ocenił  jedną  i  drugą  stromiznę  i  postanowił 

zrezygnować z wyprawy. 

Pan  Sellers  zjechał  z  nim  i  Jackiem  na  dół,  po  czym  z  zapasowymi 

wierzchowcami wrócił do reszty grupy, a Jack miał dostarczyć Terrence’a na 

ranczo i dogonić ich w miejscu, w którym zatrzymają się na nocleg. 

-  Mogliśmy  się  tego  spodziewać  po  Terrensie  –  powiedział  Nick 

Kowalsky. – On zawsze robi z siebie bohatera, a w ostatniej chwili tchórzy. 

-  Właśnie!  –  zawołał  Nathan  Sullivan.  –  Pamiętacie,  jaka  w  zeszłym 

roku… - zaczął, ale Clint nie dał mu skończyć. 

- Przestań. On może po prostu mieć lęk wysokości. 

Nathan  wyraźnie  w  to  powątpiewał,  lecz  na  widok  miny  Clinta  nie 

kontynuował swojej opowieści. 

Natashy  było  trochę  żal  Terrence’a.  wiedziała,  że  niezależnie  od  tego, 

czy miał lęk wysokości, czy nie, będzie  się wstydził kolegów, i spodobało jej 

się to, że Clint się za nim wstawił. 

-  Co  on  będzie  robił  przez  tydzień  na  ranczu?  –  zwróciła  się  do  pana 

Sellersa. 

- O to nie musimy się martwić – odparł. – Zuri na pewno znajdzie dla 

niego  jakieś  zajęcie.  –  Popatrzył  na  zegarek.  –  Nie  możemy  dłużej  zwlekać, 

musimy jak najszybciej ruszać. Mamy przed sobą kawał drogi, a najpóźniej 

za  cztery  godziny  zrobi  się  ciemno.  –  Napoję  tylko  mojego  konia  i  te  dwa 

zapasowe, dam im kwadrans odsapnąć i jedziemy. 

-  Ale  pan  też  musi  trochę  odpocząć  –  powiedziała  Natasha  z  troską  

w głosie, widząc, jak ich opiekun wyciera spocone czoło. 

-  Właśnie  –  poparł  ją  Clint.  –  Ja  pójdę  napoić  konie,  a  pan  sobie 

usiądzie gdzieś pod drzewem i trochę odpocznie. – Pójdziesz ze mną, Sandra? 

- Jasne – odparła, uśmiechając się do niego promiennie. 

-  A  tymczasem  dziewczyny  zrobią  panu  jakieś  kanapki  –  zarządził 

Clint. 

-  Właśnie,  musi  pan  być  strasznie  głodny  –  rzekła  Marsha,  wyraźnie 

zadowolona, że jej plan jest tak sprawnie wcielany w życie. – Chodź, zrobimy 

panu Sellersowi coś do jedzenia – zwróciła się do Natashy. – A wy – mrugnęła 

do Sandry – idźcie już napoić te biedne spragnione zwierzęta. 

background image

73 

 

Przez  chwilę  patrzyła,  jak  oddalają  się  z  końmi  w  stronę  jeziorka,  po 

czym zerknęła na Rebeccę. 

- Chyba łyknęła przynętę – szepnęła do Natashy. – Zobacz tylko, jak na 

niego patrzy. 

Rzeczywiście, Rebecca wyraźnie śledziła wzrokiem oddalającą się parę. 

Dziesięć minut później, kiedy Sandra i Clint wrócili z końmi, Rebecca 

podeszła do nich i chyba po raz pierwszy w życiu zwróciła się do Clinta. 

Natasha  i  Marsha  siedziały  koło  pana  Sellersa,  który  zdążył  się  już 

posilić  i  leżał  wyciągnięty  na  trawie,  z  kowbojskim  kapeluszem  nasuniętym 

na twarz. 

- Z całą pewnością chwyciła – stwierdziła Natasha. 

Uśmiechnięta Marsha pokiwała głową. 

-  Niesamowite  jest  to  jeziorko  –  powiedziała  Sandra,  która  zostawiła 

Clinta  z  Rebeccą  i  przysiadła  się  do  swoich  towarzyszek.  –  Skąd  na  takiej 

pustyni nagle bierze się woda? 

- Może pod spodem jest jakieś źródło – zasugerowała Natasha. 

Sandra pokręciła głową. 

-  Obeszłam  je  prawie  dookoła.  Wygląda  tak,  jakby  wypływało  spod 

skał. 

-  Bo  tak  jest  –  rzekł  pan  Sellers,  który  nagle  jakby  ocknął  się  

z  drzemki.  Zsunął  z  twarzy  kapelusz  i  oparł  się  na  łokciu.  –  Pamiętacie  to 

jeziorko na ranczu Zuriego? To z wodospadem. 

-  Tak  –  powiedziała  Natasha.  –  Sandra  zastanawiała  się  wczoraj 

wieczorem  nad  tym,  co  się  dzieje  z  wodą,  która  w  takich  ilościach  spływa  

z góry wodospadem. 

- No to tu ma odpowiedź. – Pan Sellers wskazał ręką na jeziorko. 

-  Niemożliwe  –  rzuciła  Sandra  z  niedowierzaniem.  –  Chce  pan 

powiedzieć, że to ta sama woda, że z jeziorka w dolinie wypływa podziemna 

rzeka, płynie pod tą górą i tu wyłania się na powierzchnię? 

- Właśnie to chciałem powiedzieć. 

- Niesamowite – szepnęła Sandra z zachwytem w oczach. 

background image

74 

 

- Dobrze, że o tym napomknęłaś – pochwalił ją pan Sellers. – To zwykle 

Jack opowiada o tym uczestnikom obozów, kiedy tu przyjeżdżamy. To jedna  

z największych atrakcji tej trasy. – Podniósł się i przywołał resztę grupy. 

Opowiedział wszystkim o jeziorku i zarządził wymarsz. 

Jechali  wzdłuż  wąskiej,  miejscami  prawie  wyschniętej  rzeczki,  która 

brała swój początek w jeziorku i żłobiła swoje koryto przy mesie. 

Pan  Sellers  poprosił  Clinta,  do  którego  najwyraźniej  nabrał  już 

zaufania,  żeby,  nie  zbaczając  z  trasy  przy  rzeczce,  jechał  na  czele,  a  sam  

z  dwójką  zapasowych  wierzchowców  postanowił  pilnować  tyłów.  Piaszczyste 

podłoże  było  na  tyle  równe,  że  po  pięciu  minutach  jazdy  stępa  przeszli  

w kłus. 

Natasha zerknęła na przyjaciółkę. 

- Radzisz sobie? – spytała. 

-  Jasne.  Po  tej  wspinaczce  i  zjeżdżaniu  na  łeb,  na  szyję  nic  mnie  już 

chyba nie przerazi – odparła Sandra. – Wiesz nie mogę uwierzyć, że odpadła 

już jedna osoba z naszej grupy i tą osobą nie jestem ja. 

- A mnie to wcale nie dziwi. Zawsze w ciebie wierzyłam. 

- Hej! – zawołała Marsha, która na początku jechała zaraz za Clintem, 

ale teraz wstrzymała swojego konia i czekała na swoje towarzyszki. 

- Co, twój Osiał znowu się uparł i nie chce jechać dalej? – zapytała ją 

Sandra. 

- Nie! I nie mów tak na niego, bo się obrazi i znów stanie. 

- Przepraszam, ale myślałam, że takie mądre zwierzę jak on zna kilka 

języków, więc nie ma znaczenia, czy się na niego mówi osioł po hiszpańsku, 

czy po angielsku. 

Marsha zbyła jej żarty lekceważeniem ramion. 

- Nie sądzisz, że powinnaś jechać przy Clincie? – spytała. 

-  Po  co,  skoro  ona  już  się  nim  zainteresowała.  –  zdziwiła  się  Sandra. 

Niedawno Rebecca pogalopowała obok nich i przeszła w kłus dopiero wtedy, 

jak zrównała się z Clintem. 

- Jeśli zbyt szybko zrezygnujesz i nie będziesz pokazywała, że ci na nim 

zależy,  ją  to  przestanie  bawić,  da  sobie  z  nim  spokój  i  znów  zacznie  się 

czepiać Jacka. 

background image

75 

 

- Coś w tym jest – przyznała Natasha. 

- Dobrze, ale umówmy się co do jednego. Mogę w tym przedstawieniu 

brać  udział  w  czasie  postojów,  ale  na  trasie  nie  będę  się  wygłupiać.  Mam 

jeszcze problem z utrzymaniem się w siodle, a wy oczekujecie, że będę sobie 

zawracała głowę Rebeccą, Clintem, Jackiem… i 

- I Zachu… Zechiti – podpowiedziała jej cicho Marsha. 

- Zamknij się! 

 

N

a  nocleg  zatrzymali  się,  kiedy  ostatnie  promienie  słońca  kryły  się 

wśród  gór.  Namioty  rozbili  między  drzewami  rosnącymi  przy  rzeczce  

w  miejscu,  gdzie  tworzyła  rozlewisko.  Po  ciemku  rozkładali  namioty  

i  skromną  polową  kuchnię,  to  znaczy  trzy  maszynki  z  butlami  gazowymi  

i kilka garnków. 

Kolacja,  na  którą  składała  się  pomidorówka  z  puszki  i  parówki  

–  również  z  puszki  –  nie  była  zbyt  wyszukana,  ale  po  dniu  spędzonym  na 

koniu smakowała znakomicie. 

-  Ale  mam  obolałą  pupę  –  poskarżyła  się  Sandra,  przykucając  na 

brzegu rozlewiska, żeby umyć naczynia. 

- Nie chcę cię straszyć, ale nastaw się, że jutro rano może być jeszcze 

gorzej – uprzedziła ją uczciwie Natasha. 

- Gorzej? – jęknęła Sandra. – Nie, to niemożliwe. Gorzej być nie może. 

- Mam nadzieję, że się nie mylisz. 

-  Po  co  ją  tak  straszysz?  –  wtrąciła  Marsha.  –  Sandra  tak  się  dzisiaj 

dzielnie spisywała. 

- Mówisz o moich wyczynach jeździeckich czy może o czymś innym? 

- Właściwie to o czymś innym – przyznała szczerze Marsha. 

- No, myślę, że jeżeli o to chodzi, to nie możesz mi zarzucić, że byłam 

za  mało  gorliwa.  –  Sandra  rzeczywiście,  gdy  tylko  zsiadła  z  konia,  nie 

odstępowała Clinta na krok. 

- Ale na koniu też radzisz sobie całkiem nieźle – pochwaliła ją Marsha, 

przecierając  naczynia  piaskiem  z  dna  rzeki.  W  ramach  troski  o  środowisko 

background image

76 

 

naturalne  nie  używali  środków  do  mycia  naczyń,  korzystali  ze  starych 

sprawdzonych sposobów. 

- Jak długo będę musiała jeszcze tak za nim…? – zaczęła Sandra, ale 

Natasha jej przerwała. 

- Ciii. – zamarła w bezruchu. 

Za ich plecami rozległ się dziwny dźwięk. 

Dziewczęta  wstrzymały  oddech.  Ten  dźwięk  dało  się  określić  tylko  

w  jeden  sposób:  to  było  grzechotanie.  Wszystkie  trzy  uświadomiły  to  sobie 

jednocześnie  i  w  tym  samym  momencie  z  dzikim  piskiem  rzuciły  się  do 

ucieczki.  Wbiegły  na  sam  środek  rozlewiska  i  zatrzymały  się.  Zanurzone  po 

pas  drżały  –  nie  z  zimna,  bo  woda  w  ciągu  dnia  zdążyła  się  nagrzać,  lecz 

przerażenia. 

- Czy grzechotniki pływają? – spytała Natasha. 

- Nie, chyba nie – odparła Marsha. 

- W takim razie tu nam nic nie grozi. 

- I co, będziemy tak stać przez całą noc? – rzuciła Sandra. 

- Ja tam nie wrócę – oświadczyła jej przyjaciółka. 

-  Możemy  przecież  wyjść  na  brzeg  w  innym  miejscu  –  wpadła  na 

pomysł Marsha. 

- I tak musimy ta wrócić po naczynia – stwierdziła Sandra. – Poza tym, 

wydaje mi się, że nie mamy się czego bać. Narobiłyśmy tyle pisku, że każdy 

grzechotnik by się przestraszył i uciekł. – Nie czekając na to, co powiedzą jej 

towarzyszki, poszła w stronę brzegu. 

- Ona chyba ma rację – powiedziała Marsha i ruszyła za nią. 

Natasha  dopiero  po  dłuższej  chwili,  kiedy  tamte  były  już  na  brzegu  

i zbierały naczynia, z ociąganiem poszła ich śladem. 

Kiedy  w  pośpiechu  wyjmowała  z  wody  swoją  miskę  i  kubek,  

w  krzakach  za  ich  plecami  coś  zaszeleściło  i  rozległ  się  stłumiony  śmiech,  

a potem grzechotanie. 

Natasha chciała cofnąć się do rzeki, ale uświadomiła sobie, że ktoś im 

zrobił  głupi  kawał,  prawdopodobnie  któryś  z  chłopaków.  Jeszcze  niedawno 

byłaby  przekonana,  że  to  Clint,  ale  teraz,  o  dziwo  to  podejrzenie  wcale  nie 

przyszło jej do głowy. 

background image

77 

 

Rozzłoszczona  Sandra  wpadła  pomiędzy  krzaki  i  po  chwili  wyszedł  

z nich Nick Kowalsky, a za nim Nathan Sullivan. 

Obaj szczerzyli zęby. 

-  Przyszliśmy  tutaj,  bo  narobiłyście  takiego  wrzasku,  że  chcieliśmy 

zobaczyć, czy nic wam się nie stało – rzekł Nick z miną niewiniątka. 

- Bardzo śmieszne – rzuciła Natasha. 

- Głupki – bąknęła Marsha. 

-  Masz  rację  –  poparła  ją  Sandra.  –  Zawsze  mówiłam,  że  faceci  to 

kompletne głupki. 

- Clint też? – zapytał Nathan, uśmiechając się. Najwyraźniej nie tylko 

Rebecca dostrzegła jej zainteresowanie Clintem. 

- On też tu z wami jest? – zapytała z niesmakiem. 

- Nie. 

Sandra weszła w swoją rolę i powiedziała: 

- Więc jest tym wyjątkiem potwierdzającym regułę. 

Nick gwizdnął. 

-  No  proszę,  proszę  –  rzucił.  –  Nie  wiem  czy  go  będziesz  dalej  tak 

bronić, kiedy wrócisz do obozowiska i zobaczysz, jak sobie grucha z Rebeccą. 

- Kompletne głupki – powtórzyła Sandra i wszystkie trzy, ostentacyjnie 

lekceważąc Nicka i Nathana, ruszyły w stronę namiotów. 

Gdy odeszły kilka kroków, znów usłyszały za plecami grzechotanie. 

Marsha odwróciła się i zobaczyła,  że Nick potrząsa ręką, w której coś 

trzyma. 

Bez  słowa  komentarza  obróciła  się  na  pięcie  i  dogoniła  swoje 

towarzyszki. 

-  Już  wiem,  co  to  było  –  powiedziała.  –  Teraz  sobie  przypomniałam. 

Wczoraj  przed  tym  barem,  w  którym  zatrzymaliśmy  się  na  kolację,  jakiś 

Indianin  sprzedawał  różne  gadżety.  Miał  grzechotki,  które  przy  potrząsaniu 

wydają takie dźwięki jak prawdziwy grzechotnik. 

- A my, idiotki, dałyśmy się nabrać tym kretynom. 

 

 

background image

78 

 

Rozdział 11 

N

azajutrz Sandra obudziła się cała obolała i kiedy próbowała usiąść, 

jęknęła  głośno  i  opadła  na  śpiwór.  Przy  trzech  kolejnych  próbach  było  tak 

samo. 

-  Miałaś  rację  –  zwróciła  się  do  Natashy.  –  Może  być  gorzej.  Właśnie 

jest. 

-  Tym  razem  wolałabym  nie  mieć  –  powiedziała  Natasha,  patrząc  na 

nią  ze  współczuciem.  Skoro  ją,  nawykła  do  dłuższych  wypraw  na  koniu, 

bolała  pupa,  to  jak  się  musiała  czuć  Sandra?  Wiedziała  jednak,  że  jeśli 

zacznie się nad nią użalać, to tylko pogorszy sprawę. 

- Nie dam rady wsiąść na konia – oświadczyła Sandra. 

- Dasz radę – przekonywała ją przyjaciółka. – To tylko zakwasy. 

- To nie są zakwasy. Wiem, co to są zakwasy, miałam je kilka razy po 

ćwiczeniach  na  siłowni.  Ja  mam  obity  tyłek  –  żaliła  się  dalej  Sandra.  –  Jak 

mam wsiąść na konia skoro nie jestem w stanie się podnieść? 

-  Słuchaj,  poradziłaś  sobie  wczoraj  na  tym  trudnym  kawałku. 

Cieszyłaś  się,  że  nie  jesteś  pierwszą  osobą,  która  odpadła  z  grupy.  Chcesz 

być tą drugą? 

-  Wszystko  mi  jedno  –  rzuciła  Sandra,  odwracając  się  plecami  do 

przyjaciółki. 

Natasha żałowała, że nie ma Marshy. Ta, ze swoją siłą przekonywania, 

pewnie  prędzej  skłoniłaby  Sandrę  do  tego,  żeby  wstała,  ale  Marshy  dzisiaj 

akurat  wypadł  dyżur  na  przygotowywanie  śniadania  i  wyszła  z  namiotu  pół 

godziny wcześniej, 

Nie namyślając się długo, Natasha wciągnęła szybko dżinsy, narzuciła 

koszulę i pobiegła do prowizorycznej kuchni. Marsha krzątała się tam razem 

z dwiema innymi dziewczętami. 

-  Śniadanie  jeszcze  nie  gotowe!  –  zawołała,  widząc  zbliżającą  się 

Natashę. – Będzie za jakieś dziesięć minut. 

- Ja nie na śniadanie. Słuchaj. Może byśmy się zamieniły. Ja zastąpię 

cię  przy  przygotowywaniu  jedzenia,  a  ty  wrócisz  do  namiotu  i  spróbujesz 

przekonać Sandrę, żeby wstała. 

background image

79 

 

- A co jej jest? – zaniepokoiła się Marsha. 

-  Ma  zakwasy.  Mówi,  że  ma  obity  tyłek.  Wiesz,  ona  po  raz  pierwszy  

w  życiu  spędziła  tyle  godzin  na  koniu.  Wierzę,  że  ją  bardzo  boli,  ale  musi 

przecież  jechać  dalej.  Ty  lepiej  potrafisz  przekonywać.  –  Natasha  popatrzyła 

błagalnie na Marshę. 

-  Nie  jestem  cudotwórcą.  Sama  pamiętam,  jak  czułam  się  kiedyś  po 

całym  dniu  w  siodle.  Wiem,  że  na  drugi  dzień  nic  nie  zmusiłoby  mnie  do 

tego, żeby znów wsiąść na konia. 

- Ale ty nie miałaś pod ręką takiej jednej, która namówiłaby ślepego na 

zwiedzanie muzeum, a głuchego na koncert w filharmonii. 

- Chyba mnie trochę przeceniasz – rzuciła Marsha, ale widać było, że 

ta  wiara  koleżanki  w  jej  siłę  perswazji  sprawia  jej  satysfakcję.  –  No,  dobrze 

pójdę  do  niej.  –  Ruszyła  w  stronę  namiot,  lecz  zatrzymała  się  jeszcze,  żeby 

wydać Natashy instrukcję: - Tu właściwie wszystko jest już zrobione, trzeba 

tylko poczekać, aż woda się zagotuje i wsypać puszkę czekolady w proszku. 

Natasha  nie  przeceniła  jej  jednak,  bo  dziesięć  minut  później  Sandra 

przywlokła się na śniadanie. W przeciwieństwie do innych, którzy przysiedli 

na trawie, ona jadła na stojąco. 

O wpół do siódmej, kiedy wyruszali w drogę, z obolałą miną wspięła się 

na konia. 

- Jesteś naprawdę dzielna – pochwaliła ją Natasha. 

Przyjaciółka zgromiła ją wzrokiem. 

-  Jeśli  jeszcze  raz  naślesz  na  mnie  tę  manipulatorkę,  to  nie  będę  cię 

chciała dłużej znać. 

Natasha roześmiała się. 

- Jak jej się udało przekonać cię, żebyś wstała? 

-  Już  nawet  nie  pamiętam  –  rzuciła  Sandra,  wzruszając  ramionami.  

–  Dla  niej  to  była  chyba  pestka.  Ona  potrafiłaby  namówić  umarłego,  żeby 

wstał z grobu. 

-  Znowu  na  mnie  plotkujecie!  –  zawołała  Marsha,  która  na  chwilę 

wysforowała się do przodu, żeby sprawdzić, czy Rebecca jest tam, gdzie być 

powinna,  to  znaczy  przy  Clincie,  i  z  zadowoloną  miną  dołączyła  do  swoich 

towarzyszek. – Wszystko w porządku – poinformowała je. 

background image

80 

 

-  To  znaczy,  że  mogę  sobie  dać  już  spokój  z  lataniem  za  Clintem  

– powiedziała Sandra. 

-  Dobrze  by  było,  żebyś  od  czasu  do  czasu  wykazała  nim  trochę 

zainteresowania, żeby zapał Rebecki nie osłabł. 

- Jak sobie życzysz. Z tobą i tak nie ma sensu dyskutować, tak czy tak 

w końcu będę musiała zrobić to, co ty będziesz chciała. 

-  Czy  ja  jestem  jakąś  despotką?  –  spytała  Marsha  z  udawanym 

oburzeniem. 

- Nie, skądże. Taka drobna i delikatna dziewczyna jak ty despotką? Co 

za pomysł! 

Jechali wciąż wzdłuż tej samej rzeczki co wczoraj, tyle że jej koryto było 

wyschnięte.  Tylko  anemiczne  krzaki  i  karłowate  drzewa  o  rdzawo  żółtych 

liściach  –  jak  okiem  sięgnąć,  jedyne  ślady  roślinności  –  pokazywały,  gdzie 

mogła płynąć. 

Mesa,  przy  której  jechali,  wydawała  się  ciągnąć  w  nieskończoność. 

Było  to  jednak  tylko  złudzenie.  Kiedy  koło  południa  objechali  duży  skalny 

występ,  zobaczyli  drugą  mesę,  która  z  dala  wydawała  się  częścią  tej 

pierwszej. Oddzielał je szeroki wąwóz i właśnie tam wjechali. 

Godzinę później stanęli w dolinie ze wszystkich stron otoczonej górami, 

podobnej  do  tej,  w  której  znajdowało  się  ranczo  Zuriego,  ale  znacznie 

mniejszej.  Również  roślinność  nie  była  tu  tak  bogata  jak  tam,  ale   

w porównaniu z tym, co widzieli na trasie, wydawała się bardzo bujna. Było 

także jeziorko, większe nawet niż to na ranczu i miejscami dosyć głębokie. 

-  Radzę  wam  skorzystać  z  kąpieli  –  powiedział  pan  Sellers,  kiedy  po 

rozsiodłaniu  i  napojeniu  koni  i  zjedzeniu  lanczu  wszyscy  odpoczywali  pod 

drzewami. Wszyscy poza Sandrą, która w obawie, że nie będzie mogła wstać, 

na  wszelki  wypadek  cały  czas  stała.  –  Na  nocnym  obozowisku  i  tam  gdzie 

zatrzymamy  się  jutro  w  południe,  nie  będzie  żadnej  wody  oprócz  tej,  którą 

mamy ze sobą. 

Organizatorzy  obozu  tak  wytyczyli  trasę,  żeby  w  miarę  możliwości  

–  wszystkie  miejsca  postoju,  zwłaszcza  te,  gdzie  mieli  nocować,  były  przy 

jakiejś  wodzie.  Tylko  na  dwóch  nocnych  obozowiskach  mieli  być  zdani 

background image

81 

 

wyłącznie  na  własne  zapasy  wody,  a  te,  żeby  nadmiernie  nie  obciążać 

zwierząt były przeznaczone do picia, gotowania i co najwyżej umycia zębów. 

Po  słowach  pana  Sellersa  wszyscy  zerwali  się  jak  na  komendę. 

Dziewczęta rzuciły się do swoich toreb po kostiumy kąpielowe i osłaniając się 

nawzajem ręcznikami, przebrały się. 

Woda  była  potwornie  zimna,  ale  świadomość,  że  następna  okazja  do 

umycia się trafi się dopiero jutro wieczorem, podziałała. Dziewczyny wzięły ze 

sobą  mydła,  szampony  i  ręczniki  i  po  chwili  jeziorko  zmieniło  się  w  wielką 

łaźnię. 

Godzinę  później,  kiedy  słońce  nie  przypiekało  już  tak  ostro,  Natasha 

siedziała na brzegu, roztrzepując palcami wilgotne włosy. Jakieś dwadzieścia 

metrów od niej na rozłożonych obok siebie ręcznikach leżeli Clint i Rebecca. 

Obserwował  ich  kątem  oka.  Właściwie  powinna  się  cieszyć,  a  jednak  coś  ją  

w  tym  wszystkim  denerwowało.  Może  to,  że  prawdopodobnie  myliła  się 

wczoraj, sądząc, że nie wszyscy chłopcy zwracają uwagę tylko na ładną buzię 

i długie nogi. Bo patrząc teraz na Clinta, nikomu nie przyszłoby do głowy, że 

jeszcze wczoraj nazywał Rebeccę idiotką. 

-  Nie  powinnaś  się  trochę  pokręcić  koło  Clinta?  –  zwróciła  się  do 

Sandry. 

Albo jej się wydawało, albo przyjaciółka spojrzała na nią podejrzliwie. 

-  Po  co?  –  spytała  Sandra.  –  Nic  nie  wskazuje  na    to,  żeby  Rebecca 

traciła zainteresowanie nim. – Zerknęła na Marshę. – Prawda? 

Marsha przytaknęła jej. 

- Więc po co mam im przeszkadzać? – rzuciła Sandra. 

Natasha  mogłaby  przysiąc,  że  na  ustach  jej  przyjaciółki  błąka  się 

kpiący  uśmieszek.  Znów  zerknęła  dyskretnie  w  stronę  Clinta  i  Rebecki. 

Chłopak  właśnie  się  podniósł  i  podszedł  do  stojącego  na  samym  brzegu 

jeziora Jacka. I nagle Natashy zabrakło tchu. 

Uroda 

Jacka, 

który 

dotąd 

wydawał 

się 

jej 

jednym  

z najprzystojniejszych facetów, jakich w życiu spotkała, bladła przy stojącym 

przy  nim  chłopaku.  Clint  był  od  niego  wyższy,  ramiona  miał  szersze  

i  wspaniale  umięśnione  –  bez  przerostu  muskułów,  czego  nie  cierpiała,  bez 

background image

82 

 

grama  tłuszczu.  Pociągła  i  bardzo  już  męska  jak  na  siedemnastoletniego 

chłopaka twarz harmonizowała z całą sylwetką. 

Cholera, zaklęła w duchu, on jest naprawdę przystojny. I nie wiadomo 

dlaczego, ta myśl okropnie ją rozzłościła. Zamiast się uspokoić, zaczął sobie 

po  kolei  przypominać  wszystkie  świństwa,  jakie  jej  robił  w  przeszłości.  Jak 

pierwszego  dnia  w  zerówce  zawołał  na  jej  widok  „Marchewa!”,  jak  nazajutrz 

przykleił do ławki jej spódniczkę, tak że kiedy Natasha wstała, spódnica wraz 

z  majtkami  została  na  ławce,  a  cała  klasa  wybuchła  śmiechem  na  widok 

gołej  pupy  Natashy,  jak  kilka  lat  później  na  klasowej  wycieczce  nad  jezioro 

wrzucił jej za kołnierz zdechłą rybę… 

 

K

olejne  dni  wyprawy  minęły  podobnie.  Wstawali  skoro  świt,  jedli 

śniadanie, przygotowywane przez te osoby, na które akurat przypadała kolej, 

składali  namioty,  pakowali  bagaże,  siodłali  konie  i  ruszali  w  dalszą  drogę. 

Koło  południa  zatrzymywali  się  na  postój,  zwykle  tam,  gdzie  była  woda  

i drzewa – raz tylko musieli szukać cienia wśród skał – a koło trzeciej, kiedy 

słońce  nie  było  już  takie  dokuczliwe,  znów  wyruszali.  Wieczorami  rozbijali 

namioty,  kolejna  grupa  osób  przygotowywała  ciepły  posiłek  –  Natasha 

obiecywała  sobie,  że  po  powrocie  z  obozu  już  nigdy  nie  weźmie  do  ust 

parówek,  które  codziennie  były  na  kolację  –  i  kładli  się  spać,  żeby  rano 

wyruszyć dalej. 

Trasa  wiodła  wzdłuż  skalistych  gór  o  ściętych  szczytach.  Teren  był 

przeważnie płaski, tylko w kilku wąwozach musieli, tak jak pierwszego dnia, 

najpierw  wspinać,  a  potem  zjeżdżać  w  dół.  Piątego  dnia  wjechali  do  takiego 

wąwozu i opuścili go godzinę później po tym, jak zaszło słońce. Wszyscy byli 

tak  zmęczeni,  że  zrezygnowali  z  kolacji  na  ciepło,  a  kilku  chłopaków 

postanowiła  w  ogóle  nie  rozkładać  namiotów.  W  ubraniach  wsunęli  się  do 

śpiworów, które położyli pod drzewami. 

Natasha,  Sandra  i  Marsha,  choć  ostatnio  myły  się  poprzedniego  dnia  

w  południe,  nie  skorzystały  z  możliwości,  jakie  dawał  im  płynący  przy 

obozowisku potok, i zdecydowały, że odłożą kąpiel na rano. 

background image

83 

 

- W życiu nie byłam taka brudna – powiedziała Natasha wsuwając się 

do śpiwora. 

- Mam to gdzieś – rzuciła śpiącym głosem Sandra. 

-  Ja  chyba  też  –  oznajmiła  Marsha,  która  w  przeciwieństwie  do  jej 

towarzyszek  nie  sprawiała  wrażenia  zmęczonej  –  Zwróciłyście  uwagę,  że  oni 

cały czas byli dzisiaj ze sobą. 

- O rany – westchnęła Sandra. – Masz siłę jeszcze o tym gadać. 

Marsha, czując, że nie znajdzie w niej teraz rozmówczyni, zwróciła się 

do jej przyjaciółki: 

- Widziałaś? 

- Nie! – odparła Natasha. – Bałam się, jak Sandra poradzi sobie na tych 

stromiznach, i skupiałam całą uwagę na niej. – Natasha skłamała. Owszem, 

widziała, że Clint i Rebecca cały czas jadą koło siebie, i coraz bardziej ją to 

denerwowało. 

Przed  godziną,  kiedy  stanęli  na  nocleg,  Clint,  przechodząc  obok 

Natashy, zatrzymał się i zagadnął ją cicho: 

- No i jak? Dobrze się wywiązuję ze swojego zadania? 

- Świetnie – rzuciła oschłym tonem. 

Chłopak przyglądał jej się przez chwilę. 

- Coś jest nie tak? – spytał w końcu. 

-  Nie,  skądże,  spisujesz  się  doskonale  –  odparła,  teraz  już  wyraźnie  

rozdrażnionym tonem. 

- To cieszę się – rzekł nieco zbity z tropu. – Jednego tylko nie rozumiem 

–  dodał,  kiedy  Natasha  się  odwróciła  i  chciała  odejść.  –  Dlaczego  Sandra, 

skoro jest taka zakochana w Jacku, nie wykorzystuje okazji, że odciągam od 

niego Rebeccę. Ani razu jej przy nim nie widziałem. 

Rozłoszczona Natasha wzruszyła tylko ramionami i odeszła. 

 

Z

 każdym dniem zachowanie Clinta denerwowało ją coraz bardziej. To, 

co  na  początku  było  misternie  uknutym  przez  dziewczęta  planem,  teraz 

wymknęło im się spod kontroli. 

Nawet Marsha zaczęła się niepokoić. 

background image

84 

 

- On chyba trochę przesadza – powiedziała, widząc, jak Clint i Rebecca 

na  postoju  znów  siadają  koło  siebie.  –  Słuchajcie,  może  on  się  w  niej 

zakochał – dodała ze zgrozą. 

-  Może  –  rzuciła  Sandra  i  uśmiechając  się  tajemniczo,  zerknęła  na 

swoją  przyjaciółkę.  –  Jak  myślisz?  Uważasz,  że  Clint  mógł  się  zakochać  

w Rebecce? 

Natasha  chciała  ukryć  wściekłość,  obawiając  się,  że  Sandra  może 

wyciągnąć Bóg wie jakie wnioski, ale nie była w stanie się opanować. 

- A co mnie to obchodzi – odparła dość opryskliwie, wstała i poszła do 

Cheu. 

- Dzieje się coś, o czym nie wiem? – zwróciła się Marsha do Sandry. 

- A tego byś oczywiście nie zniosła. 

- Dlaczego wciąż się mnie czepiasz? – Marsha zrobiła nadąsaną minę.  

–  Pewnie  się  zdziwisz,  ale  bardzo  was  polubiłam…  Tak,  wyobraź  sobie,  że 

ciebie też, chociaż sama nie wiem za co. I skoro coś jest nie w porządku, to 

chciałabym o tym wiedzieć. Może mogłabym jakoś pomóc. 

-  Tylko  nie  to!  –  rzuciła  Sandra.  –  Znowu  wymyślisz  jakąś 

skomplikowaną intrygę, a tego już nie zniosę. 

Marsha popatrzyła na nią z wyrzutem. 

- Wszystko jest dobrze, wierz mi – uspokoiła ją Sandra. – Jest tak, jak 

powinno być. Trzeba tylko zostawić pewne sprawy, żeby potoczyły się same. 

Marsha  nie  miała  zielonego  pojęcia,  o  jakie  sprawy  chodzi,  ale  kiedy 

patrzyła na Sandrę, której twarz rozjaśniał uśmiech satysfakcji, była pewna, 

że ta wie, o czym mówi. 

 

 

background image

85 

 

Rozdział 12 

N

awet  się  nie  obejrzeli,  jak  nadszedł  ostatni  dzień  ich  wędrówki. 

Wszystko wskazywało na to, że wyprawa zakończy się bez żadnych groźnych 

incydentów.  Co  prawda  Nick  Kowalsky  w  którymś  momencie  przesadził  

z wygłupami na koniu i wierzchowiec go zrzucił, ale chłopcu na szczęście nic 

się nie stało. 

Pozostał  ostatni  etap  trasy.  Tego  dnia  mieli  się  zmierzyć  z  pustynią,  

a na koniec wjechać krótkim wąwozem na ranczo Zuriego. Okazało się, że są 

trzy  drogi,  łączące  tę  dolinę  ze  światem  –  ta,  którą  przyjechali  busami,  ta, 

którą wyruszyli na konną wędrówkę i ta, którą mieli poznać dzisiaj. 

Pan  Sellers  i  Jack  uprzedzali  wszystkich  uczestników  obozu,  że  ten 

ostatni dzień będzie najtrudniejszy, ale nikt w to specjalnie nie wierzył. Cóż 

może być trudnego w jechaniu przez pustynię? 

Nie musieli długo czekać, żeby się przekonać, jak bardzo się mylili. Po 

trzech godzinach jazdy przez pustynię, wszyscy mieli ochotę zawrócić. 

Natasha  nastawiła  się  na  walkę  ze  słońcem  i  rano  wyjątkowo  grubo 

posmarowała się kremem. Ale to nie słońce było tego dnia  ich największym 

wrogiem.  Kiedy  wjechali  kilka  kilometrów  w  głąb  pustyni,  zerwał  się  wiatr, 

który  w  miarę  jak  posuwali  się  do  przodu,  nasilał  się  coraz  bardziej.  Sam 

wiatr  nie  byłby  tak  uciążliwy,  gdyby  nie  miliony  niesionych  jego  pędem 

drobnych i ostrych ziarenek piasku, przed którymi nie sposób było uciec. 

Mimo  że  wszyscy,  zgodnie  z  radami  Jacka  i  pana  Sellersa,  włożyli 

okulary  i  zakryli  dolną  część  twarzy,  piasek  wnikał  wszędzie,  nawet  pod 

ubranie. 

Po  godzinie  jazdy  w  takich  warunkach  Natasha  czuła  się  tak,  jakby 

miała  na  ciele  tysiące  ukąszeń  insektów,  a  gęsta  chmura  unoszącego  się 

piasku przed nimi wskazywała na to, że ta męczarnia nieprędko się skończy. 

Po raz pierwszy naprawdę żałował, że wybrała się na ten obóz. 

-  Trzeba  być  debilem,  żeby  dobrowolnie  narażać  się  na  coś  takiego!  

– zawołała do jadącej obok niej Sandry. – I jeszcze za to płacić. 

- Co?! – odkrzyknęła jej przyjaciółka. – Nie słyszałam, co mówiłaś! 

background image

86 

 

- Nieważne! – rzuciła Natasha i wypluła z ust piasek, który dostał się 

do nich mimo chusty zasłaniającej twarz. 

Męczyli  się  nie  tylko  uczestnicy  wyprawy.  Ten  dzień  nie  był  łatwy 

również  dla  zwierząt.  Konie,  które  w  normalnych  warunkach  mogłyby  ten 

płaski teren pokonywać galopem – zwłaszcza że zużyto już prawie wszystkie 

zapasy  żywności  i  wody  pitnej  i    nie  były  zbyt  obciążone  –  poruszały  się 

bardzo wolnym kłusem, walcząc z piaskiem i siłą wiatru. 

Najgorsze w tym wszystkim wydawało się jednak to, że nie było widać 

końca tej wędrówki. Kiedy wyruszyli rano, pan Sellers pokazał im widniejące 

na  horyzoncie  góry,  do  których  mieli  dotrzeć.  Teraz  w  tumanach  piasku 

widoczność  była  prawie  żadna.  Trzeba  było  bardzo  uważać,  żeby  nie  wpaść 

na kogoś jadącego z przodu albo nie zboczyć z trasy i się nie zgubić. Nic więc 

dziwnego, że opiekunowie na zmianę co dziesięć minut jeździli wzdłuż grupy  

i liczyli jeźdźców. 

Natasha  zadrżała  ze  zgrozy  na  myśl,  że  mogłaby  zostać  sama  na 

środku tej wrogiej pustyni. Nie patrzyła na zegarek, nie wiedziała, jak długo 

już jadą ani jak długo jeszcze przyjdzie im się zmagać z nieprzyjazną naturą. 

Co  chwila  –  tak  jak  polecił  pan  Sellers  –  zerkała  tylko,  czy  obok  jadą 

Sandra  i  Sophie  Masterson.  Każdy  miał  przydzielone  dwie  osoby,  których 

miał pilnować, i w razie gdyby któraś znikła z oczu, natychmiast zawiadomić 

o tym opiekunów. Nie mogła się zorientować, kto miał pilnować jej; wiedziała, 

że nie Sandra i Marsha. Miała tylko nadzieję, że nie Nick Kowalsky i Nathan 

Sullivan,  których  uważała  za  najbardziej  postrzelonych  i  lekkomyślnych 

chłopaków na obozie. 

Upewniwszy  się,  że  Sandra  i  Sophie  jadą  w  grupie,  przymykała  oczy  

i zdawała się na Cheu. Kochana Cheu ani razu nie zawiodła jej w czasie tej 

wyprawy  i  Natasha  głęboko  wierzyła,  że  dzięki  niej  jakoś  przetrwa  również 

dzisiejszy dzień. 

Chyba  na  chwilę  przysnęła,  bo  kiedy  się  ocknęła,  coś  się  zmieniło.  

W  panice  rozejrzała  się  po  grupie  i  odetchnęła  z  ulgą,  widząc  Sandrę  

i  Sophie.  Siła  wiatru  wyraźnie  osłabła.  Widoczność  stała  się  lepsza  i  choć 

było dość ciemno, zobaczyła w oddali zarysy gór. 

background image

87 

 

Zerknęła  na  zegarek  i  ze  zdziwieniem  stwierdziła,  że  jest  dopiero 

czwarta. O tej porze dnia powinno być jeszcze zupełnie jasno. Czyżby mi się 

popsuł? – pomyślała, jeszcze raz sprawdzając godzinę. 

W  tym  momencie  przejechał  obok  niej  Jack.  Zatrzymał  się  koło 

jadącego na czele pana Sellersa i o czymś przez chwilę rozmawiali. Natasha 

zobaczyła,  że  Jack  wskazuje  przy  tym  na  niebo  nad  górami.  Spojrzała  

w tamtą stronę i zrozumiała, że jej zegarek się nie popsuł. 

Od strony gór nadciągały granatowe ciężkie chmury, które zasłoniły już 

prawie połowę nieba. 

Jack  zawrócił  i  przejeżdżając  obok  dziewcząt  i  chłopców,  wydawał 

polecenia: 

-  Ruszamy  galopem!  I  tak  nie  uciekniemy  przed  burzą,  ale  mamy 

jeszcze szansę, że nie złapie nas na środku pustyni. 

Wiatr,  jak  to  zwykle  bywa  przed  burzą,  ustał  zupełnie  i  wkrótce  ciszę 

pustyni zakłócał tylko tętent galopujących koni. 

 

K

iedy  burza  się  rozpoczęła,  zostało  im  jeszcze  nie  więcej  niż  pięć 

kilometrów do mesy, której skalne załomy mogły użyczyć im schronienia. 

Natasha,  która  jakoś  przetrwała  piaskową  nawałnicę,  i  była 

przekonana, że najgorsze mają już za sobą, znów musiała się przekonać, jak 

bardzo się myliła. Prawdziwe piekło rozpoczęło się dopiero teraz. 

Nagle  zrobiło  się  kompletnie  ciemno,  a  z  nieba  spłynęły  hektolitry 

wody. Błyskawice, które na razie widać było tylko z daleka, coraz bardziej się 

przybliżały.  Słychać  było  rżenie  przerażonych  zwierząt  i  okrzyki  wydających 

polecenia  opiekunów.  Natasha,  podobnie  jak  inni,  słyszała  jednak  tylko 

pojedyncze słowa i nie wiedziała, co robić. 

Rozejrzała  się  za  Sandrą  i  Sophie,  ale  przez  ulewę  widziała  zaledwie  

w  promieniu  dwóch  metrów.  Tylko  rżenie  i  niespokojne  oddechy  koni  oraz 

urwane okrzyki upewniały ją, że nie oddaliła się od reszty grupy. Uznała, że 

jest  to  w  tych  warunkach  jedyna  metoda  na  orientowanie  się  w  sytuacji. 

Miała  tylko  nadzieję,  że  Sandra  i  Sophie  instynktownie  zachowają  się  tak 

samo i będą raczej próbowały słyszeć niż widzieć. 

background image

88 

 

-  Sandra,  gdzie  jesteś?!  –  zawołała  ile  sił  w  płucach.  –  Sophie,  jesteś 

gdzieś tu?! 

Odpowiedział jej tylko grzmot, po którym natychmiast niebo rozjaśniła 

błyskawica.  Natashy  udało  się  w  tym  momencie  zobaczyć  sylwetki  kilku 

jeźdźców, lecz żadnego nie była w stanie rozpoznać. 

Kolejna błyskawica nastąpiła prawie jednocześnie z grzmotem i to ona 

tak  przeraziła  Cheu,  że  zwierzę  zerwało  się  do  biegu.  Dziewczynie  już  się 

wydawało,  że  udało  jej  się  zapanować  nad  klaczą,  kiedy  piorun  uderzył  

w ziemię kilkanaście metrów przed nimi. 

Cheu stanęła dęba i tym razem Natasha nie była już w stanie odzyskać 

nad nią kontroli. Kiedy zwierzę, rżąc dziko, jeszcze raz uniosło się na tylnych 

kończynach,  przednimi  wierzgając    w  powietrzu,  zdążyła  zareagować  tylko  

w jeden sposób: osłoniła rękami głowę. 

Spadła  na  prawą  nogę  i  natychmiast  poczuła  w  kostce  ostry  ból. 

Tymczasem  nie  dalej  niż  trzydzieści  metrów  od  niej  uderzył  w  ziemię 

następny piorun i Cheu zerwała się do biegu. 

Natasha  spróbowała  się  podnieść,  ale  kiedy  stanęła  na  prawej  nodze, 

ugięły  się  pod  nią  kolana  i  upadła.  Nie  ponawiała  już  próby,  bo  i  tak  nie 

wiedziałaby  przecież,  dokąd  iść.  Przywarła  plecami  do  mokrej  ziemi  i  nawet 

nie starała się osłaniać twarzy przed strugami spływającej z nieba wody. 

Poza  szumem  ulewy  i  grzmotami  piorunów,  które  dochodziły  z  coraz 

większego  oddalenia,  nie  słyszała  żadnych  głosów.  Poczuła  się  na  tyle 

bezpiecznie, że usiadła. Kiedy kolejna błyskawica na chwilę rozjaśniła niebo, 

Natasha próbowała coś dostrzec, ale wokół nie było nikogo. 

Spełnił się jej największy koszmar – została sama, ze skręconą kostką, 

na pustyni. 

 

 

background image

89 

 

Rozdział 13 

Nie miała pojęcia, ile czasu upłynęło od chwili, kiedy Cheu zrzuciła ją  

z  siodła,  może  godzina,  może  dwie  albo  nawet  trzy.  Burza  już  przeszła,  ale 

deszcz wciąż padał. Natasha co jakiś czas zbierała w sobie siły, podnosiła się, 

szła  kilkadziesiąt  metrów,  po  czym  wyczerpana  znów  siadała.  Podejrzewała, 

że kręci się w kółko. Przemoczona, zmarznięta i głodna, straciła już nadzieję, 

że  ktoś  ją  tutaj  znajdzie  przed  świtem.  Musiała  się  nastawić  na  spędzenie 

samotnie nocy na tym pustkowiu. Do tego dochodził jeszcze niepokój o Cheu, 

Sandrę, Sophie i innych. 

Zerknęła na zegarek. Zielone luminescencyjne cyferki pokazywały wpół 

do jedenastej. Słońce wschodziło tu o szóstej. W najlepszym wypadku znajdą 

ją dopiero za siedem i pół godziny. 

Natasha starała się być dzielna, ale kiedy po raz kolejny popatrzyła na 

zegarek i zorientowała się, że minęło dopiero dziesięć minut, podczas gdy jej 

wydawało  się,  że  to  cała  wieczność,  nie  wytrzymała  i  po  raz  pierwszy  się 

rozpłakała. 

Drugi raz zalała się Łazami, gdy na chwilę przysnęła i zbudziwszy się, 

sprawdziła godzinę z nadzieją, że może zbliża się świt. A tymczasem jeszcze 

nie minęła północ. Tym razem nie próbowała już walczyć ze łzami. 

I właśnie wtedy usłyszała jakiś głos. W pierwszej chwili uznała, że się 

przesłyszała  –  taka  dźwiękowa  fatamorgana  –  ale  potem  nie  miała  już 

wątpliwości. 

Głos był wyraźny, co więcej, słyszała swoje imię. 

Lekceważąc ból w kostce, zerwała się na równe nogi i zawołała: 

- Tu jestem! Hej, jestem tutaj! – krzyczała rozpaczliwie, obawiając się, 

że ten ktoś jej nie usłyszy i pójdzie sobie dalej. 

Po chwili jednak usłyszał tętent konia i kuśtykając, ruszyła w stronę,  

z  której  dochodził.  Wkrótce  ujrzała  w  ciemnościach  sylwetkę  wierzchowca  

i jeźdźca. 

- Tu jestem! – zawołała jeszcze raz i odetchnęła z ulgą. 

background image

90 

 

Nie  rozpoznała  jeźdźca,  dopóki  nie  zeskoczył  z  konia.  Bez  chwili 

wahania,  zapominając  o  skręconej  kostce,  rzuciła  się  w  jego  wyciągnięte 

ramiona. 

- O Jezu, jak ja się o ciebie balem – szepnął Clint. 

Natasha  wtulona  w  chłopca,  czuła  na  włosach  jego  oddech  i  było  jej 

tak dobrze jak jeszcze nigdy w życiu. I nie wiadomo dlaczego, bo przecież nie 

groziło  jej  już  spędzenie  nocy  w  samotności  na  pustkowiu,  jeszcze  bardziej 

zalała się łzami. 

-  Płaczesz?  –  spytał  Clint,  odsuwając  ją  na  chwilę  od  siebie,  żeby 

zobaczyć jej twarz. 

- Nie, ja tylko… - zaczęła, ale nie była w stanie skończyć. 

Clint  pochylił  głowę  i  poczuła  najpierw  na  jednym  oku,    potem  na 

drugim  jego  ciepłe  wargi,  które,  scałowując  spływające  po  policzkach  łzy, 

przesunęły  się  w  dół  i  zatrzymały  na  ustach  dziewczyny.  Przez  chwilę  ich 

wargi  tylko  się  muskały,  a  potem  złączyły  się  w  pocałunku,  który  

– przynajmniej dla Natashy – mógłby się nigdy nie kończyć. 

Zapomniała o całym świecie, a także o skręconej kostce, i kiedy oparła 

na prawej nodze ciężar całego ciała, poczuła potworny ból i jęknęła. 

- Coś ci się stało? – zapytał wystraszony Clint. 

-  Nie,  nic  takiego  –  odparła,  lecz  kiedy  spróbowała  zrobić  krok, 

zachwiała się. 

- A jednak coś ci jest. 

-  Skręciłam  sobie  tylko  kostkę,  to  nic  takiego.  Powiedz  mi  lepiej,  co  

z innymi, z Sandrą, Marshą… 

- Nikomu nic się nie stało. 

- A z Cheu? – zapytała z niepokojem Natasha. 

- Wróciła na ranczo. Zuri, widząc ją, tak się wystraszył. Że wziął kilku 

facetów,  którzy  pracowali  u  niego  przy  zbiorach  chili,  i  wyjechał  nam  na 

spotkanie.  Jeden  z  tych  facetów  poprowadził  całą  grupę  przez  wąwóz  na 

ranczo, a pan Sellers, Jack, Zuri i ten drugi Indianin postanowili cię szukać. 

- A ty? – zapytała Natasha. – Czemu nie jesteś na ranczu? 

- Uprosiłem ich, żeby mi pozwolili wziąć udział w poszukiwaniach. 

- I tak łatwo się zgodzili? 

background image

91 

 

Clint nie odpowiadał przez chwilę. 

-  Powiedziałem  im,  że  jesteś  moją  dziewczyną  –  wyznał  w  końcu.  

–  Chodź,  pomogę  ci  wsiąść  na  konia.  Musimy  jechać,  wszyscy  się  strasznie  

o ciebie martwią. 

Natasha uśmiechnęła się. 

- Powiedziałeś, że jestem twoją dziewczyną? – zapytała zadziornie. 

Chłopak pokiwał głową. 

 - Ostatnio wydawało mi się, że wolisz dziewczyny z… no… - Zatoczyła 

rękami dwie olbrzymie kule przed piersiami. 

-  Jesteś  okropna.  Żeby  najpierw  napuścić  człowieka  na  taką  idiotkę,  

a potem jeszcze się z niego nabijać. 

- To nie podobają ci się takie…? – Jeszcze raz powtórzyła ten sam gest, 

tyle że teraz kule miały monstrualne rozmiary, i roześmiała się. 

-  Nie.  Podoba  mi  się  taka  jedna  goła  pupa,  którą  widziałem  jakieś 

dziesięć lat temu. 

- Świnia – rzuciła Natasha, ale nie miała nic przeciwko temu, kiedy ta 

świnia jeszcze raz ją pocałowała.