background image

Jacek Bartyzel

„[…] Jeżeli przeto Redakcji organu konserwatywnej młodzieży nie zabraknie 
cierpliwości w wysłuchiwaniu zrzędzeń konserwatysty zramolałego, postaram się z 
równą cierpliwością wyjaśnić tak p. Gwieździe , jak i naszym wspólnym Czytelnikom, 
czego to z kolei On, pomimo niewątpliwej bystrości i erudycji, nie rozumie. […]”

background image

Spis treści

Artur Górski – Stanąć na wysokości zadania
Jacek Bartyzel – Polemika – Ceterum Censeo
Adam Gwiazda – Moje eksplikacje
Monika Wolska – Frak wśród waciaków.
Adam Gwiazda – Musimy być ortodoksyjnie wierni zasadom (rozmowa z Jackiem Dębskim)
Mirosław Skorupka – List do redakcji

3
5

10
12
14
17

Redakcja: Artur Górski, Adam Gwiazda, Andrzej Kaśmirowski

Adres do korespondencji:

www.konserwatyzm.pl

; e-mail: 

kzm@konserwatyzm.pl

Klub Zachowawczo-Monarchistyczny, ul. Żubrowa 7, 01-978 Warszawa

Konto bankowe:

Klub Zachowawczo-Monarchistyczny: 77-1240-1066-1111-0000-0006-1131

Opracowanie elektroniczne: Portal Młodzieży Prawicowej – www.xportal.pl (1 XI 2008 r.)

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 2

background image

Stanąć na wysokości zadania

Artur Górski

ako legalista uznaję każdą 
władzę,  która   została   wy-
brana według obowiązują-

cego prawa. W związku z tym, 
kierując   działalnością   Klubu, 
staram się nie wykraczać prze-
ciwko władzy, ale za swój obo-
wiązek   uważam   dążenie   do 
ideału władzy, jaki wyznaję

J

W tym roku polityczny ob-

raz Polski został wzbogacony o 
funkcję prezydenta. To novum 
nie ma jeszcze wyraźnego obli-
cza. Abstrahując od osoby pre-
zydenta – choć nie do końca – 
mam   własne   wyobrażenie   tej 
funkcji   oparte   na   poglądach 
moich   ideowych   antenatów. 
Rzecz jasna w perspektywie hi-
storycznej   widzę   prezydenta, 
jako   twór   przejściowy.   Jeśli 
jednak Bóg obdarzył polski na-
ród, a więc i mnie, funkcją pre-
zydenta,   muszę   starać   się,   a 
przynajmniej nie przeszkadzać, 
by spełniła ona swoją rolę.

Prezydent nie może być re-

prezentantem części społeczeń-
stwa,   jednej   partii;   nie   może 
być   wyrazicielem   interesów, 
aspiracji i poglądów zamkniętej 
grupy; nie może stylizować się 
na „ojca” całego narodu. Musi 
być rzeczywistym reprezentan-
tem narodu i państwa, faktycz-
nym   ojcem   narodu.   Prezydent 
winien być urzeczywistnieniem 
silnej   władzy   państwowej. 
Władza ta winna być oparta nie 
na sile bagnetów, które odbie-
rają   zaufanie,   nie   na   masach, 
które   ją   wyniosły,   bo   równie 
dobrze mogą ją znieść, lecz na 
naturalnym autorytecie instytu-
cji, która trwa, jest niezmienna 
i niezachwiana, niczym monar-

chia.   Obawiam   się   jednak,   że 
prezydent z powodu swej ogra-
niczonej   władzy,   lecz   także   z 
racji   swego   komunistycznego 
pochodzenia, nie zdobędzie na-
leżytego   autorytetu   w   społe-
czeństwie.   Jak   można   być   – 
panie   generale   –   mandatariu-
szem   w   przeważającej   części 
katolickiego narodu, nie będąc 
mandatariuszem Boga?

Prezydent winien stać ponad 

parlamentem, być źródłem wła-
dzy.   Jako   nadrzędny   element 
władzy   nie   powinien   angażo-
wać  się   w   walki   partii,   stron-
nictw,   czy  związków   zawodo-
wych. Powinien w sposób nale-
żyty koordynować ich działal-
ność i jako zwierzchnik winien 
je godzić oraz jednoczyć. Oba-
wiam się jednak, że stanie się 
on   elementem   przetargowym 
między poszczególnymi siłami 
w parlamencie. Najpierw jedni 
nie mieli interesu w powołaniu 
tego   ciała,   a   drudzy   twardo 
optowali   za   jego   ustanowie-
niem. Teraz ci, co byli przeciw-
ko,  będą  domagać  się,   by  był 
on silny, stanowczy, a po cichu 
„swój człowiek”, gdy z kolei ci 
drudzy będą dążyć do osłabie-
nia   jego   władzy   i   wpływów. 
Wszyscy przy tym będą starali 
się   doprowadzić   do   tego,   by 
był im uległy. Niewątpliwie, je-
śli   prezydent   będzie   chciał 
przypodobać   się   swym   poten-
cjalnym wyborcom, by za sześć 
lat   znów   go   powołali   na   tę 
funkcję,   stanie   się   im   uległy. 
Ciekawe jednak, czy pan gene-
rał będzie potrał być uległym 
tym,  co z dnia na dzień tracą 
wpływy,   tym,   co   „zdradzili” 

jego   ideowych   pobratymców, 
lub tym, których – niekoniecz-
nie w głębi serca – nie lubi.

Prezydent korzystając z licz-

nych prerogatyw ma predyspo-
zycje do przeprowadzenia kon-
solidacji narodu, choć oczywi-
ście mniejsze, niż miałby król. 
Do   przeszkód   wcześniej   wy-
mienionych   można   dorzucić 
jeszcze jedną. W wyborach pre-
zydenckich zainteresowane by-
ły   i   będą   państwa   ościenne, 
mocarstwa, które za pośrednic-
twem   idei,   pieniędzy   i   ludzi 
będą   starały   się   wpłynąć   na 
wybór   dogodnego   człowieka. 
(Przy   dziedzicznym   monarsze 
problem ten odpada).

Co   się   zaś   tyczy   konkret-

nych   prerogatyw,   to   uważam, 
że prezydent musi: za przykła-
dem króla być naczelnym wo-
dzem   armii   (obecnemu   prezy-
dentowi nikt nie może zarzucić 
niefachowości), regulować sto-
sunkami   międzynarodowymi   i 
zawierać traktaty, obok sejmu i 
rządu mieć inicjatywę ustawo-
dawczą,   podpisywać   ustawy 
wymagające   kontrasygnaty, 
mianować   nieusuwalnych   sę-
dziów   oraz   ministrów,   przez 
których sprawowałby władzę, a 
którzy   byliby   odpowiedzialni 
tylko przed nim. Pewna część 
senatorów także powinna być z 
jego nominacji. Co się zaś ty-
czy sejmu, musi zwoływać go 
w   ustalonych   terminach,   lecz 
również   może   rozwiązać   go 
wedle uznania.

Tych kilka zdań ostatecznie 

winno naświetlić moje wyobra-
żenie o głowie państwa, którą 
nazwano   umownie:   prezydent. 

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 3

background image

Zobaczymy, czy polscy prezy-
denci staną na wysokości zada-
nia.

Żadnej   władzy   nie   życzę 

źle, a tym bardziej takiej, która 
jeszcze   się   nie   skompromito-
wała, a tym bardziej takiej, na 
której   czele   stoi   katolik.   Jed-
nakże   uważam,   że   zarówno 
głowa   państwa,   jak   i   szeroko 
pojęta   władza   muszą   na   swój 
autorytet zapracować, udowod-
nić   społeczeństwu   i   sobie,   że 
wybór   był   słuszny.   Słuszność 
wyboru   zaś   będzie   mierzona 
głównie   sukcesami   gospodar-
czymi.

Jestem przekonany, że tylko 

wprowadzenie całkowicie wol-
nego   rynku   może   przyczynić 
się   do   podniesienia   stopy   ży-
ciowej i zadowolenia tzw. mas. 
Tonie prawda, że nasza gospo-
darka   nie   wytrzyma   „końskiej 
kuracji” kapitalizmu, skoro ja-
koś przeżywa „kurację marksi-
stowską”.   Dopóki   będzie   ist-

niała   niczym   nie   ograniczona, 
chroniona   prawem   wymiana 
między jednostkami, gospodar-
ka nie ma prawa upaść. Wycho-
dzenie  z kryzysu inną  metodą 
niż radykalna będzie trwało ok. 
100 lat. Może uratować nas tyl-
ko kapitalizm i prawdziwi eko-
nomiści.   Ponieważ   jednak 
nowo wybrany premier nie jest 
znawcą ekonomii ani nie wyda-
je się być silną indywidualno-
ścią potraącą iść konsekwent-
nie   i   przebojem   raz   wybraną 
drogą, drogą wyznaczoną przez 
ekonomistów   –   zwolenników 
kapitalizmu – odnoszę się scep-
tycznie do oczekiwanej (głów-
nie   przez   społeczeństwo)   go-
spodarczej   poprawy.   Olbrzy-
mim sukcesem nowego premie-
ra  i  jego  gabinetu  będzie  nie-
wielka poprawa sytuacji rynku.

W   całokształcie   przemian 

politycznych   także   jestem 
ostrożny,   a   szczególnie,   jeśli 
chodzi o ocenę procesu demo-

kratyzacji. Z jednej strony uwa-
żam, że głoszona przez obecny 
parlament   demokracja   stanie 
się   faktem,   gdy   zaistnieją   na 
arenie politycznej partie prawi-
cy: konserwatywna (liberalna) i 
narodowa   Jednakże   z   drugiej 
strony   obawiam   się,   że   nad-
mierna   demokratyzacja   może 
przyczynić się do rozwoju ru-
chów   radykalnych   o   tenden-
cjach anarchistycznych podko-
pujących   lary   każdego   pań-
stwa: Kościół, rodzinę, armię; a 
także może spowodować różne 
negatywne   następstwa   o   któ-
rych   wielokrotnie   można   było 
przeczytać   na   łamach   „Pro 
Fide, Rege et Lege”.

Tymczasem jednak mam na-

dzieję, że władza będzie rządzi-
ła   rozsądnie,   a   społeczeństwo 
stanie   na   wysokości   zadania 
zarówno   teraz,   jak   i   w   przy-
szłości wobec propozycji kon-
serwatystów

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 4

background image

Polemika – Ceterum Censeo

Jacek Bartyzel

(p. Adamowi G. w odpowiedzi)

[…]

eżeli przeto Redakcji orga-
nu   konserwatywnej   mło-
dzieży nie zabraknie cier-

pliwości   w   wysłuchiwaniu 
zrzędzeń konserwatysty zramo-
lałego,   postaram   się   z   równą 
cierpliwością   wyjaśnić   tak   p. 
G.,   jak   i   naszym   wspólnym 
Czytelnikom, czego to z kolei 
On,   pomimo   niewątpliwej   by-
strości i erudycji, nie rozumie.

J

A   nie   zrozumiał   przede 

wszystkim mój Szacowny (acz 
zadziorny)   Polemista   zasadni-
czego   celu   i   przesłania   mego 
artykuliku. Świadczy o tym do-
wodnie sam tytuł Jego polemi-
ki: „Trzy po trzy, czyli monar-
chista   w   obronie   demokracji”. 
Tytuł ten sugeruje jakobym to 
ja właśnie był tym defensorem 
demokracji, podczas gdy uważ-
ny Czytelnik powinien bez tru-
du zorientować się, że problem: 
pro   czy   contra   demokracji   w 
ogóle nie był przedmiotem za-
sadniczych roztrząsań w moim 
tekście. Przedmiot ów był nato-
miast   ściśle   praktyczny,   ten 
mianowicie,   co   konserwatysta 
winien, w obliczu nieuchronnej 
w horyzoncie miesięcy i lat de-
mokracji   czynić?   Demokracja 
ta   jest   bowiem   stającym   się 
faktem,   a   na   temat   faktów 
dżentelmeni,   jak   wiadomo, 
dyskutować nie powinni. Sens 
zatem mojej wypowiedzi moż-
na by streścić następująco: sko-
ro demokracja na dziś jest nie-
unikniona, a restauracja trady-
cyjnej monarchii w dającej się 
przewidzieć   perspektywie   nie-
możliwa,   to   obowiązkiem 

uświadomionego   konserwaty-
sty jest staranie o maksymalną 
„arystokratyzację” demokracji i 
„przesycanie”   jej   pierwiastka-
mi ładu naturalnego; równole-
gle zaś wytrwała praca forma-
cyjno-wychowawcza wśród eli-
ty umysłowej, rokująca nadzie-
ję,   że   zdoła   ona   kiedyś   prze-
zwyciężyć w sobie i wokół sie-
bie   egalitarny   konstruktywizm 
społeczny, i wyprowadzić nas z 
tych   ciężkich,   bezkrólewskich 
czasów. Supozycja moja nie za-
wiera więc nic takiego, co by 
konserwatyście   (i   rojaliście) 
nakazywało   deptać   własny 
sztandar,   a   co   więcej,   to   wła-
śnie   przekonanie,   iż   pewien 
ideał   społeczny   można   urze-
czywistnić   za   jednym   „zama-
chem”,   zbliża   niebezpiecznie 
do granicy, za którą rozpościera 
się domena konstruktywistycz-
nej utopii; kłóci się też najwy-
raźniej   z   postawą   chrześcijań-
skiego realizmu, który nakazu-
je nam szczepić dobro w naj-
bardziej   nawet   niekorzystnej 
sytuacji,   a   zatem   licząc   się   z 
ograniczonością naszych doko-
nań   tu   i   teraz.   Cóż   natomiast 
proponuje mój Polemista w za-
mian?   „Dyktatura”,   kilkadzie-
siąt arystokratycznych rodzin i 
bliżej   nieokreślony   „przymus 
ekonomiczny”!   Pytani   więc 
„naiwnie”: czy ten „trochę bar-
dziej   reakcyjny”   polski   Pino-
chet   to   niedawny   przewodni-
czący WRON,  czy  też   pojawi 
się on na zaklęcie p. G. na za-
sadzie   „deus   ex   machina”?  A 
czy   wzmiankowane   rodziny 
arystokratyczne to na przykład 

rodziny aktualnych 19 sekreta-
rzy   Komitetów   Wojewódzkich 
PZPR,   czy   też   „stawiając   na 
proces   cywilizowania”   arysto-
kracji   należy   rodzinom   tym 
nadać herby i tytuły? Mogło by 
to być nawet zabawne, zwłasz-
cza jeśli zdarzyłoby się coś po-
dobnego   do   historii   napoleoń-
skiego władcy Szwecji, Bernar-
dotte’a,   na   którego   piersi   od-
czytano po zgonie wytatuowa-
ny napis: „śmierć królom i ty-
ranom” . Proponowane przez p. 
G.   „preludium   do   restauracji” 
jest więc jednocześnie i wydu-
mane i mało sensowne. (…)

Tymczasem   rzeczywistość 

jest   o   wiele   bardziej   złożona, 
niż uważają obaj moi antagoni-
ści,   albowiem   „diabeł”,   jak 
wiadomo,   „jest   w   szczegó-
łach”.   „Złem”   demokracji   jest 
oparta   o   teorię   kontraktu   spo-
łecznego zasada „suwerenności 
ludu”. Przeczy ona bowiem su-
werenności ustanowionego wo-
lą   Stwórcy   prawa   moralnego; 
w   konsekwencji   tegoż,   neguje 
także   nadprzyrodzone   źródło 
autorytetu władcy, jako piastu-
na suwerennej władzy zwierz-
chniej, powołanego do strzeże-
nia   i   wykonywania   Bożego 
prawa   nad   poruczoną   mu 
wspólnotą   ludzi.   Przyczyna 
sprawcza   pierwiastka   władzy 
znajduje się więc poza społecz-
nością   (tak   samo   jak   władza 
ojca nad dziećmi nie pochodzi 
stąd, że one mu ją nadały). Teo-
ria   umowy   społecznej   jest 
oczywiście   z   gruntu  fałszywa; 
nie zmienia to jednak faktu, iż 
władza ta, jeśli istotnie służyć 

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 5

background image

pragnie dobru wspólnemu spo-
łeczności   ludzi   wolnych   –   a 
taki cel władzy wskazywali za-
wsze myśliciele antyczni i śre-
dniowieczni – to musi w jakiś 
sposób wykazywać się tym, że 
jest pełniona za przyzwoleniem 
poddanych.   Historyczny   spór 
konserwatyzmu   europejskiego 
z ideologią 1789 r., od Burke’a 
począwszy, nie dotyczył zatem 
tego, czy przyzwolenie owo ma 
w ogóle rację bytu, tylko jakie 
czynniki i okoliczności grają tu 
rolę.   Tak   właśnie   zrodziła   się 
sławna   teoria   preskrypcji 
(przedawnienia) jako odpowie-
dzi   na   demokratyczny  mecha-
nizm   równościowego   prawa 
wyborczego w roli legitymiza-
cji władzy. Mechanizm ten zaś 
brał się z atomistycznego i ahi-
storycznego pojmowania naro-
du jako wyłącznie „sumy” ak-
tualnie   żyjących   indywiduów. 
Tymczasem,   powiada   Burke, 
naród to wspólnota pokoleń, a 
prawdziwa jego wola przejawia 
się nie w przypadkowym rezul-
tacie   arytmetyki   wyborczej, 
tylko w długim łańcuchu histo-
rycznie formujących się przesą-
dów,   nawyknień,   obyczajów   i 
instytucji.   I   tu   właśnie   tkwi 
„szczegół” przez p. G. nie po-
strzegany:  instytucje demokra-
tyczne (reprezentacyjne) są od 
demokratycznej   ideologii   o 
wiele stuleci starsze, a co naj-
ważniejsze,   różnią   się   od   niej 
całkowicie swoją naturą. Stany 
Generalne   czy   przedstawiciel-
stwa   gmin   powoływane   były 
przez   królów   –   ustępujących 
im części swoich prerogatyw – 
po to, by współuczestniczyć we 
władaniu   przez   służbę   radą   i 
pomocą oraz uchwalanie podat-
ków, a nie po to, by rządzić, a 
tym bardziej władać. Stany Sej-

mujące   w   Rzeczypospolitej 
Obojga Narodów miały prawo 
wymówić posłuszeństwa wład-
cy, który by złamał zaprzysię-
żone przez siebie prawa kardy-
nalne, ale to on był panem i su-
werenem   Królestwa.   Pomysł 
obdarzenia   ciał   wotujących 
władzą   suwerenną   i  zwierzch-
nią, albo oparcia ich składu o 
zasadę: jeden człowiek – jeden 
głos,   byłby   dla   społeczeństw 
przedrewolucyjnych   czystym 
absurdem. O ewolucji ustrojów 
europejskich   w   tym   kierunku 
zadecydowało   zwycięstwo 
oświeceniowej lozoi indywi-
dualistycznej   (której,   nota 
bene,   towarzyszył   tak 
glorykowany   przez   redakto-
rów   „PFReL”,   wbrew   konser-
watywnej tradycji, duch kapita-
listycznego leseferyzmu) i uty-
litarystycznej   etyki   interesu. 
Nowobogacka,   kapitalistyczna 
„sklepokracja”   nie   zamierzała 
tolerować   ani   tradycyjnych 
uprawnień Korony, ani pozycji 
arystokratycznych elit składają-
cych   się   z   przedstawicieli 
szlachty   ziemiańskiej,   dlatego 
torowała drogę powszechnemu 
i   egalitarnemu   prawu   wybor-
czemu. O ile jeszcze w Anglii, 
przynajmniej   przez   wiek   XK, 
udało   znaleźć   się   rozsądny 
kompromis   pomiędzy   instytu-
cjami tradycyjnymi i reprezen-
tantami kapitalistycznej  demo-
kracji, a dzięki anglosaskiemu 
empiryzmowi demokracja bry-
tyjska   opierała   się,   jak   pisał 
Amery, o zasadę przyzwolenia 
dla   swobodnie   konkurujących 
między sobą elit, o tyle na kon-
tynencie triumfowała coraz po-
tężniej   integralnie   demokra-
tyczna. doktryna delegacji ludu 
dla   „swoich”   przedstawicieli. 
Proces   urzeczywistniania   się 

idei   suwerenności   demokra-
tycznego   parlamentu   (nawia-
sem   mówiąc   sprzecznej   z   de-
mokratyczną  utopią  Rousseau-
’a)   oraz   zawłaszczenia   idei 
wolności   i   praworządności 
przez demokratyczną  doktrynę 
opisał   interesująco   i  błyskotli-
wie Bertrand de Jouvenel. My-
ślę   również,   że   zgodzić   się 
trzeba z jego obserwacją, jako 
to   „bardzo  wyolbrzymiano   re-
alną szkodliwość suwerenności 
parlamentarnej;   nie   dostrzega-
no   natomiast   zupełnie   krańco-
wej szkodliwości systemu inte-
lektualnego, który tę suweren-
ność uzasadniał” (O władzy).

Wracam   więc   do   punktu 

wyjścia: to doktryna egalitarnej 
demokracji jest przyczyną nie-
szczęścia w naszej epoce, cier-
piącej   dotkliwie   brak   auten-
tycznego   autorytetu   i   pozba-
wionej busoli etyki absolutnej. 
Powstaje   natomiast   pytanie: 
czy   odpowiedzią   konserwaty-
zmu nowoczesnego na ten stan 
rzeczy  ma   być   całkowite  zde-
precjonowanie   i   odrzucenie 
wszystkich   demokratycznych 
instytucji   i   procedur,   czy   też 
może   raczej   sprowadzenie   ich 
do właściwej im miary i miej-
sca   w   całości   instytucji   życia 
zbiorowego? Dla mnie pytanie 
to jest właściwie retoryczne, a 
utwierdza mnie w tym przeko-
naniu postawa wszystkich wiel-
kich konserwatystów doby mi-
nionej   i   współczesnej.  Wspól-
nym   dla   nich   punktem   odnie-
sienia jest stara arystotelesow-
sko-polibiańsko-tomaszowa 
idea   „regimentum   mixtae”. 
Przyznaje   ona   zwierzchniczą, 
suwerenną rolę Głowy Państwa 
jednostce (optymalnie rzecz ja-
sna, dziedzicznemu monarsze); 
pośredniczącą   rolę   Senatowi 

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 6

background image

jako   emanacji   arystokratycz-
nych elit społecznych i umysło-
wych, a funkcję wyrażania in-
teresów indywidualnych i gru-
powych   Izbie   Poselskiej   oraz 
samorządom.   To   zaś   czy   ów 
czynnik demokratyczny nie za-
grozi   przez   „legislacyjne   sza-
leństwo” panowaniu ładu natu-
ralnego zależy od dwóch oko-
liczności:

1)  tego, czy jego skład bę-

dzie   wyrazem   zasady   atomi-
stycznej, czy tez raczej wielo-
stopniową reprezentacją rodzin, 
zawodów i gmin, oraz

2)  czy konstytucja formalna 

i   moralna   państwa   gwaranto-
wać będzie nienaruszalność ży-
cia,   zdrowia   i   własności   oby-
wateli, a zwierzchnik państwa i 
odpowiednio   skonstruowana 
Izba Wyższa posiadać będą re-
alną   sankcję   ukrócającą   nie-
wczesne zapędy ludowych legi-
slatorów.

W  tym   miejscu   oczywiście 

mój Polemista może mnie zła-
pać za rękę i triumfująco wy-
krzyknąć,   że   przecież   ten   po-
rządek   ustrojowy,   który   rodzi 
się dziś w Polsce, najdalszy jest 
od   opisywanego   wyżej,   boć 
przecież nawet i Senat mieć bę-
dziemy   demokratyczny.   Praw-
da   to   niewątpliwa,   ale   równie 
niepodważalne   wydaje   mi   się, 
że   to,   co   powstaje   dziś,   jest 
mimo  wszystko  lepsze  od od-
chodzącego   w   przeszłość   ide-
okratycznego   i   „klasowego” 
despotyzmu.   Stwarza   bowiem 
przynajmniej szansę także par-
lamentarnej walki o rzeczywi-
ste Rządy Prawa, walki toczo-
nej we wciąż zwiększającej się 
przestrzeni   wolności,   zwanych 
rzeczywiście   bezpodstawnie   – 
ale taki już jest niestety język 
epoki – demokratycznymi. (…)

Nie   odpowiada   również 

prawdzie arbitralny osąd p. G. 
jakoby nie istniały jakościowo 
różne   demokracje.   Przeczy 
temu  po prostu  rzeczywistość. 
Już nie tylko teoretyczne dys-
tynkcje, ale konkretne instytu-
cje i obyczaje decydują o od-
mienności   np.   demokracji 
szwajcarskiej   czy   amerykań-
skiej   (konsekwentne   przepro-
wadzenie podziału władz, nie-
zawisła pozycja Sądu Najwyż-
szego,   uprawnienia   stanów), 
nie  tylko  w  stosunku do  inte-
gralnie demokratycznej normy, 
lecz   nawet   wobec   innych   de-
mokracji   liberalnych   Zachodu. 
Oczywiście,   odmienność   ta 
wynika   właśnie   ze   zbawien-
nych   (choć   niestety   systema-
tycznie   słabnących)   skutków 
zachowania niektórych instytu-
cji   niedemokratycznych,   a 
chroniących  wolność  i  prawo-
rządność. Można ubolewać nad 
tym, że wskutek semantycznej 
„konfuzji języków” te właśnie, 
nie   mające   nic   wspólnego   z 
doktryną demokracji idee: wol-
ności   i   praworządności,   stały 
się dla współczesnych synoni-
mem demokracji. Konserwaty-
ści winni ten fałsz obnażać, co 
wcale  nie musi prowadzić ich 
do   negowania   wszystkich   in-
stytucji   demokracji   liberalnej. 
Odbudowa   ładu   organicznego 
powinna w zależności od lokal-
nych   warunków,   polegać   na 
wzmacnianiu   tych   elementów 
ustroju,   które   stanowią   owo 
niedemokratyczne   residuum 
(jak   np.   monarchia   czy   Izba 
Lordów w Anglii, a nadrzędna 
funkcja prezydenta we Francji), 
oraz przywracaniu właściwego 
miejsca   i   trybu   powoływania 
ciał   reprezentacyjnych.   Powo-
dzenie tych przedsięwzięć wa-

runkowane jest jednak tym, czy 
będą   one   ugruntowane   w   po-
wszechności   odczucia   podsta-
wowej suwerenności naturalne-
go   prawa   boskiego   nad   wolą 
społeczeństw   i   państw,   a   nie 
pojawieniem się choćby najge-
nialniejszych „dyktatorów” re-
akcyjnych. I tutaj, wobec zna-
nej a pogłębiającej się desakra-
lizacji   życia   zbiorowego,   stan 
umysłu konserwatysty jest nie-
uchronnie pesymistyczny.  Mo-
że on wprawdzie mieć nadzie-
ję,   że   praca   ewangelizacyjna 
Kościoła zaowocuje kiedyś po-
nowną   chrystianizacją   Europy, 
ale póki co, pozostaje mu tylko 
metoda   „małych   kroków”   cy-
wilizujących   demokrację,   ni-
welujących   ochlokratyczne 
skutki   „tyranii   tłumu”.   Bo   al-
ternatywą   może   być   tylko 
„konserwatywna   rewolucja”,   a 
jaki był końcowy rezultat auto-
rytatywnej kuracji w Hiszpanii, 
w Portugali czy w Vichy, widać 
jasno.   Organiczne   państwo 
może zaistnieć tylko w ograni-
czonym społeczeństwie.

Życzyłbym sobie natomiast, 

aby   młodzi   polscy   „kameloci 
króla” wyzbyli się niebezpiecz-
nego złudzenia, że zdołają kie-
dykolwiek restaurować monar-
chię drogą „cywilizowania” ak-
tualnie   władającej   arystokracji 
(elity)   politycznej.   Ta   złuda 
opiera się na pozornych analo-
giach historycznych, a reguły – 
jak   słusznie   zauważa   p.   G.   – 
nie   obowiązują   historii.   Dzi-
siejsi   spadkobiercy   bolszewi-
ków, to nie są frankońscy bar-
barzyńcy „wieków ciemnych”, 
których można było ochrzcić i 
zlatynizować, lecz w prostej li-
nii dziedzice schyłkowej, deka-
denckiej   cywilizacji   „tłumo-
władczej”.   Dobrze   choć,   że 

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 7

background image

dzisiejsza   ewolucja   systemu   i 
jego   postępująca   dezideologi-
zacja stwarza szansę łagodnej, 
nierewolucyjnej   wymiany   elit, 
po   której   rozumniejsza   część 
obecnej elity może nawet odna-
leźć swoje miejsce  w nowych 
warunkach, ale oczywiście już 
bez   monopolu   politycznego; 
stawiać jednak na nią, jako na 
założycieli dynastii, znaczy da-
wać dowody braku rozsądku. P. 
G.   zresztą   niefrasobliwie   plą-
cze   dwa   niepokrywające   się 
znaczenia terminu elita (arysto-
kracja):   tradycyjny,   który   ma 
wydźwięk aksjologiczny (elita, 
jako najlepsi urodzeniem, cha-
rakterem czy zaletami umysłu), 
oraz   opisowo-funkcjonalny, 
stosowany  w   analizie   socjolo-
gicznej   od   wystąpienia,   cyto-
wanego przez p. G., Pareta. Eli-
tą w tym drugim, Paretowskim 
sensie   nazwać   można   każdą 
grupę przywódczą w jakiejkol-
wiek społeczności, a więc i na 
przykład bossów przestępczego 
gangu, nie ma wobec tego po-
wodu uwznioślać tak stosowa-
nego pojęcia. Rządząca od lat 
Polską grupa stanowi z pewno-
ścią   elitę   władzy   w   podanym 
wyżej znaczeniu, ale przed pró-
bą nadania mu wymiaru warto-
ściującego   powstrzymać   wi-
nien   ewidentny   fakt   jej   nie-
ograniczonej   genezy,   skazują-
cej ją na zjawisko doboru nega-
tywnego w procesie uzupełnia-
nia   własnego   składu.   Formuła 
p. Rojskiego o niepodległości, 
jako uzdolnieniu rodzimej elity 
do   obrony  swej   władzy   przed 
konkurentami (na którą powo-
łuje się z aprobatą p. G.), brzmi 
efektownie,   ale   niestety   traci 
swój powab w zetknięciu z rze-
czywistością.   Dla   wykazania 
jej   operacyjności   należałoby 

jeszcze wykazać, że PZPR-ow-
ska elita władzy nie została tu 
zainstalowana dla ochrony ob-
cych interesów, tylko była „sta-
rą   elitą   rodzimą”,   która   nie 
zdołała wygrać walki o własne 
panowanie z zagraniczną kon-
kurencją.   Czegoś   takiego   nie. 
wymyślił jednak nawet najbar-
dziej   zaangażowany   w   „udo-
wadnianie” rodowodu polskich 
komunistów   od   Piasta   Koło-
dzieja   i   jego   żony   Rzepichy, 
propagandzista. Ale pardon, p. 
G.   uważa,   że   komunistów   już 
nie   ma,   zaś   tak   naprawdę 
mamy   rząd   „neoprawicowy”, 
który   tę   swoją   prawicowość 
chytrze   osłania   gowym   list-
kiem   sloganów   leninowskich. 
No cóż, wygląda chyba na to, 
że uwięziony w sidłach „soc-o-
pozycyjnej nowo-mowy” pozo-
stanę  już  bezapelacyjnie   ślepy 
na ten „prosty (?) fakt”, że na 
„ciernistej   drodze   powrotu   do 
kapitalizmu”   (określenie   prof. 
Stommy), po której wiedzie nas 
prawicowy rząd, jedyną zawa-
lidrogą jest socjalistyczna opo-
zycja.   Logikę   tego   wywodu 
proszę ocenić w zestawieniu ze 
skądinąd   słuszną,   wychodzącą 
z wielu kręgów, opinią, iż fatal-
ne   rezultaty   ekonomicznego 
stolika „okrągłego stołu” są po-
chodną   faktu,   że   po   obu   jego 
stronach   zasiedli   zwolennicy 
socjalizmu.   Czy   rezultat   ten 
musiałby być taki sam, gdyby 
opcję   socjalistyczną   reprezen-
towali jedynie pp. Bugaj, Wie-
lowieyski et cons.? Oczywiście 
trudno   zaprzeczać   ewolucji 
tego systemu od czystego uto-
pizmu   marksistowskiego   po 
dzisiejszy   pragmatyzm,   ale 
upatrywać w jego reprezentan-
tach awangardę neoliberalizmu 
znaczy znów marzenia brać za 

rzeczywistość.

P. G. zapytuje mnie, z jakiej 

to zasady konserwatyzmu wy-
nikać ma dążenie do niepodle-
głości państwa, a następnie sam 
sobie odpowiada, że zasady te 
przeczą   wręcz   takowej   ko-
nieczności. Otóż p. G. zwyczaj-
nie   „udaje   Greka”   demonstru-
jąc swoją wątpliwość. Jednym 
z naczelnych zadań konserwa-
tyzmu  było zawsze konserwo-
wanie tradycji narodowej, a w 
tradycji   tej   najniewątpliwiej 
mieści się dążenie do posiada-
nia   własnego   suwerennego 
państwa; państwa, które będzie 
ochraniać i pomnażać wartości 
konstytuujące narodową wspól-
notę. Państwo natomiast, które 
– chociaż formalnie suwerenne 
– reprezentować będzie warto-
ści obce rodzimej metodzie ży-
cia zbiorowego czy wręcz ob-
racać swą energię na zwalcza-
nie tradycyjnego obyczaju, nie 
może   liczyć   na   pełną   z   nim 
identykację   narodu.   Konser-
watyście   nie   wolno   natomiast 
dać   swej   aprobaty   dla   każdej 
metody   sięgania   po   niepodle-
głość, i na tym właśnie – a nie 
na   rzekomym   sprzeciwie   wo-
bec samego dążenia – polegał 
historyczny   spór   zachowaw-
ców   z   niepodległościowcami, 
rewolucyjnymi   demokratami 
XIX stulecia; z tymi, o których 
Krasiński   pisał,   iż   chcą   „Mo-
skwą obalić Moskala”. Alterna-
tywa   p.   G.:   konserwatyzm   – 
albo dążenie do niepodległości 
„za wszelką cenę” – nosi zresz-
tą wszelkie znamiona błędu lo-
gicznego, zwanego petitio prin-
cipy.   Nie   „za   wszelką   cenę”, 
bowiem   tylko   po   prostu,   z 
przyrodzonego   prawa,   nazwa-
nego przez ks. Adama Czarto-
ryskiego   legitymizmem   naro-

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 8

background image

dowym, który „…rozstrzyga o 
wzajemnych   wobec   siebie   zo-
bowiązaniach   narodów   i   usta-
nawia je jako niezależne osoby 
prawne, jako absolutnie równo-
uprawnionych członków rodza-
ju ludzkiego…”.

Wyznaję   zresztą,   że   dezyn-

woltura, z jaką p. G. (a także 
powoływany przezeń p. Rojski) 
piszą   o   „niepodległościowych 
dylematach”, napawa mnie po-
ważnym   niepokojem.   Mogę 
zrozumieć dystans wobec ana-
chronicznej   retoryki   opozycji 
„starej daty”, ale demonstrowa-
nie   obcości   wobec   uzasadnio-
nych aspiracji – choćby i otu-
manionego egalitarnymi  fraze-
sami   –   ale   własnego   narodu, 
wydaje   mi   się   bardzo   odległe 
od prawdziwie dojrzałego kon-
serwatyzmu,   bliższe   właśnie 
raczej ezoterycznej wyniosłości 

„wiedzących   lepiej”   gnosty-
ków. Podobnie rzecz ma się z 
używanym   wielokrotnie   przez 
publicystów   „PFReL”   termi-
nem   „reakcyjny”   w   jedno-
znacznie pozytywnej konotacji. 
Mylenie   reakcjonizmu,   który 
jest niczym innym, jak ideolo-
giczną   sektą,   z   konserwaty-
zmem stanowi jaskrawe niepo-
rozumienie.   Przypadki   J.   K 
Szaniawskiego,   Henryka   Rze-
wuskiego   czy   Antoniego   Wa-
lewskiego pouczają o tym do-
statecznie wyraźnie. Pisał o ta-
kim   pomieszaniu   logicznych   i 
moralnych   kategorii   Wincenty 
Kosialciewiez:   „Rzucani   od 
czasu do czasu przez rewolucję 
do jednego obozu z nimi (tj. re-
akcjonistami), nie baczyli (kon-
serwatyści)   na  to,   aby  o   swój 
sztandar i o swoją dobrą sławę 
walczyć   z   całą   zawziętością. 

Jednak różnica pomiędzy tymi 
dwiema   kategoriami   jest   bar-
dzo   zasadnicza:   konserwaty-
stom idzie o ideały, reakcjoni-
stom   tylko   o   interesy;   pierw-
szym   chodzi   o   radości   przy-
szłości, drugim o rozkosze kon-
sumpcji;   pierwsi   są   ocerami 
postępu, drudzy wywoływacza-
mi   rewolucji”.   Zaś  Antoni   Z. 
Helcel w „Aforyzmach o praw-
dziwym   i   fałszywym   konser-
watorstwie”  ironizował,  że  re-
akcjonista, gdyby dane mu było 
żyć   przed   Aktem   Stworzenia, 
miałby Stwórcy za złe sam ów 
Akt, jako „wywrotowy”. Żywię 
jednak nadzieję, że młodzi mo-
narchiści z „PFReL” zrozumie-
ją  już  niedługo,   że   być   praw-
dziwym,   nieoportunistycznym 
konserwatystą nie oznacza by-
najmniej konieczności bicia re-
kordu świata w reakcjonizmie.

P.S.

P. G. zżyma się na przypisy-

wanie Platonowi prekursorstwa 
nowożytnego konserwatyzmu i 
powołuje   się   w   tej   mierze   na 
opinię   Poppera   (skądinąd   nie-
chętnego autorowi „Sympozjo-
nu”, ,,ze względu na jego anty-
demokratyzm).

Przypomnę   zatem,   że   inny, 

co najmniej równie kompetent-
ny   i   niewątpliwie   konserwa-
tywny   lozof,   Erie   Voegelin, 
właśnie   w   Platonie   upatruje 
ojca tego konserwatyzmu, któ-
ry   oznacza   dążenie   do   przy-
wrócenia nadrzędnej roli abso-
lutnych   i   wieczyście   związa-
nych z kondycją ludzką skład-

ników doświadczenia transcen-
dencji.   Co   rzecz   jasna,   wcale 
nie   obliguje  p.  G.  do  umiesz-
czania   Platona   (i   tej   odmiany 
konserwatyzmu) w Jego osobi-
stym   „drzewie   genealogiczno-
-ideologicznym”.

Od Redakcji

Powyższy tekst z powodu swojej znacznej objętości został uszczuplony o fragmenty-dygresje, 

nie odnoszące się bezpośrednio do tematu polemiki.

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 9

background image

Moje eksplikacje

Adam Gwiazda

orma   odpowiedzi   p. 
Bartyzela   na   mój   tekst 
polemiczny z 5 nru „Pro 

Fide…”   skłaniała   mnie   do 
przyjęcia metody jaką zastoso-
wał JKM w polemice z Rober-
tem Stillerem. Z drugiej strony 
instynkt myśliwego, nazywany 
przez mego Szanownego Pole-
mistę   „błyskiem   skrajności” 
każe mi skreślić te kilka uwag. 
A więc kolejno:

F

1

Demokracja   oznacza   wolne 

wybory i w konsekwencji utra-
tę   lub   ryzyko   utraty   władzy 
przez PZPR. Na to, aby dać się 
„skreślić” władza jest zbyt mą-
dra. Demokracja w 35% to nie 
demokracja,   ponieważ   unie-
możliwia   cyrkulację   ekip   rzą-
dzących (nie: rządów), co jest 
jednym z jej głównych założeń. 
Nawet jeśli obecna elita straci 
instynkt   samozachowawczy, 
zawsze zostaje niezawodna ar-
mia rosyjska (d. „Czerwona").

2

Na pytanie o wariant pt. „Pi-

nochet po polsku” odpowiadam 
uściślająco.   Nie.   „Niedawny 
przewodniczący   WRON”   nie 
jest   dobrym   kandydatem   na 
dyktatora, o wiele lepszym wy-
daje mi się „animator okrągłe-
go stołu”.

Dziwi   mnie   przekonanie   p. 

Bartyzela,   że   „herby   i   tytuły” 
są konieczne dla funkcjonowa-
nia państwa arystokratycznego. 

3

Dziwi mnie również monar-

chista   wyrażający   się   o   królu 
Karolu XIV Janie per „Bernar-
dotte”. Trochę trąci to językiem 
jakobinów ścinających ob. Lu-
dwika Kapeta.

4

Z sugestią Autora, jakobym 

odrzucał instytucje przedstawi-
cielskie,   które   sam   nazywa 
„starszymi od demokracji”, a o 
których Gaxotte pisze, że są to 
„parlamenty   nie   mające   nic 
wspólnego z duchem parlamen-
taryzmu”, nie zgadzam się zu-
pełnie, jako entuzjasta systemu 
propagowanego przez Constan-
ta. Inna rzecz, że wprowadze-
nie ich  hic et nunc  mija się z 
celem.   Exemplum   –   działanie 
Senatu.

5

Różna   praktyka   demokracji 

wynika również z różnej kon-
strukcji   organów   i   instytucji 
państwowych, ą także z różnicy 
„rasy”   (Le   Bon),   klimatu   itp. 
Efekty   osiągane   przez   demo-
kracje są jednak podobne. Nie 
znam systemu opartego o zasa-
dę suwerenności ludu, łącznie z 
najbardziej   „uduchowioną”   i 
arystokratyczną odmianą Ame-
rykańską , który nie uległby np. 
pozytywizmowi   prawnemu. 
Nie chroni przed tym nawet za-
chowanie niektórych  instytucji 
niedemokratycznych, mimo ich 
łagodzącego pływu. Przypomi-
nam   formułę   de  Tocqueville’a 
o   „łagodności   praktyki   i   po-
tworności zasady”.

6

Formułę Rojskiego mój Sza-

nowny Polemista po prostu nie 
w pełni rozumie. Nie jest waż-
ny rodowód obalonej elity; nie-
które   dynastie   miały   jeszcze 
bardziej   niechlubne   pochodze-
nie. W chwili obecnej ma ona 
około pół wieku, a czy czas nie 
spełnia w polityce, jak i w reli-
gii   tej   samej,   legitymizującej 
roli?   Niechęć   „niepodległo-
ściowców”   skierowana   jest 
przeciw Rosji i tej właśnie eli-
cie.

7

Wmawianie   Czytelnikom, 

że uważam rząd za neoprawicę 
(chodziło o rząd Rakowskiego 
– przyp. red.), jest mówiąc de-
likatnie,   niedokładnością.   Pro-
ces przechodzenia na prawo nie 
jest   równoważny   z   tkwieniem 
na tej pozycji. Po drodze od ko-
munizmu   do   konserwatyzmu, 
jest miejsce na socjaldemokra-
cję p. Rakowskiego i „oświece-
niowy liberalizm” min. Wilcz-
ka.   Opinia   o   okrągłym   stole 
jako   spisku   socjalistów   jest 
więc niesprzeczna z moim po-
glądem   o   ewolucji   rządu.   I 
jeszcze jedna dygresją – czło-
nek PZPR doc. Bronisław Ła-
gowski   zasługuje   wg   mnie   na 
miano   człowieka   prawicy   o 
wiele bardziej niż niejeden z li-
derów RMP.

8

Aby państwo spełniało swe 

funkcje wobec narodu nie musi 
być   koniecznie   suwerenne,   a 
Polska   AD   1989   nawet   nie 

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 10

background image

może.   Nie   jestem   dogmatycz-
nym   przeciwnikiem   niepodle-
głości, Uważam, że dążenie do 
niej   dziś   może   polegać   na 
zwiększaniu   niezależności 
obecnej elity od Rosji (znowu 
formułą Rojskiego). Inne dzia-
łania, szczególnie zbrojne, do-

prowadzą do kontrakcji z tam-
tej strony.

9

Nigdy   nie   używałem   słów 

„reakcja”,   „reakcyjny”   inaczej 
jak tylko ironicznie, parodiując 
nowomowę   lewicy.   W   istocie 

jesteśmy   reakcją   na   200   lat 
bzdury w ludzkich umysłach.

10

O relacjach leseferyzm–kon-

serwatyzm już wkrótce szerzej 
na łamach „Pro Fide…"

Od Redakcji:

Z uwagi na fakt, iż argumenty obu polemistów odbiegają coraz bardziej od meritum sporu, po-

mni na brzytwę Ockhama proponujemy „nie mnożyć bytów ponad konieczność” i zakończyć pole-
mikę. Mamy nadzieję, że okazała się ona ciekawa dla Czytelników.

Cytat

dr Kazimierz Marian Morawski

(„Pro Fide, Rege et Lege” 1926, nr 1)

„Ożywieni pragnieniem zapewnienia Polsce maksimum równowagi i powodzenia, 
odważnie i z głębi serca podnosimy sztandar monarchistyczny. Wierzymy mocno w 
ideę, która stworzyła Polskę, w doktrynę państwową i praktykę rządzenia Piastów, 
Jagiellonów i Batorych, w aktualność haseł i metod rojalistycznych. Ale zarazem 
wiemy, że ta monarchia, która w Polsce przyjdzie, aby być trwałą, zdrową i poddanych 
swoich zadowolić, musi się oprzeć na zasadach konserwatywnych: na panującej w 
państwie religii, na poszanowaniu tradycji, na silnym autorytecie i na etycznych w 
życiu zbiorowym i indywidualnym prawidłach (…) My należymy do tych, którzy 
wierzą, że monarchia w Polsce winna powstać pod hasłem: fara da se, winna być 
wypracowaną, przygotowaną, wywalczoną przez nas samych, tylko bowiem w takim 
razie będzie zasłużoną…”

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 11

background image

Frak wśród waciaków.

(czyli polska niemoralność Korwina)

Monika Wolska

ozycja   człowieka   we 
fraku jest zawsze lepszą 
niż pozycja człowieka w 

waciaku. Zawsze i bezwzględ-
nie. Frak jest strojem nobilitu-
jącym i może z punktu widze-
nia   waciaka   irytować,   nawet 
powinien.   Ale   irytacja   ta   za-
wsze   będzie   podświadomie 
związana z szacunkiem.

P

Jakie   stroje   obowiązują   na 

polskiej   scenie   politycznej? 
Przede wszystkim stroje z epo-
ki,   czyli   płaszcze   Konrada 
przenicowane   na   pelerynki 
stoczniowców.   Nieśmiertelne 
październikowe   budrysówki   i 
smokingi   weteranów.   Czy   są 
fraki? Są, ale skrzętnie i bała-
mutnie osłonięte zmiętym pro-
chowcem, albo kurtką koman-
dosa.   Człowiek   we   fraku   jest 
zatem wyeksponowany. Ekspo-
zycja   Janusza   Korwin-Mikke 
jest głównie wynikiem jego tła, 
a   nie   jak   sugerują   niektórzy, 
specjalnych   indywidualnych 
predyspozycji.   Dla   większości 
tych, którzy wyrażają publicz-
nie swoją o nim opinię, jest ju-
rodiwym,   nie   pozbawionym 
pewnych   zalet   nieszkodliwym 
maniakiem. Jeszcze inni uczy-
nili  go  straszakiem  dziejącego 
się widowiska. Gdy mowa jest 
o   radykalnych   zmianach   eko-
nomicznych,   Janusz   Kor-
win-Mikke   występuje,   jako 
symbol   okrucieństwa   i   bez-
względności. To ten, który wy-
rzuci starców z przytułków, od-
bierze ostatni chleb rencistom, 
skaże   na   wegetację   samotne 
matki. W pewnym sensie, przy 

inteligentnej   grze   propagando-
wej   tego   typu   „demony”   są 
ostatnim   ratunkiem   niedołęż-
nych. Stan „jak jest” choćby i 
najgorszy,   jest   zawsze   lepszy 
od   ewentualnego   piekła,   które 
w   ciszy   gabinetu   szykuje   Ja-
nusz   Korwin-Mikke,   Są   też 
tacy,   którym   wystarczy   roz-
smakować się w Korwin-Mik-
kem   intelektualnie.   Chwalą 
obiektywnie   cienkość   i   czy-
stość paradoksu, którym operu-
je. Podoba się odwaga, swoista 
„egzotyka”  jego  poglądów,  po 
czym  oddają swoje głosy wy-
borcze na… „Solidarność”. Tak 
wydaje   się   im   skuteczniej. 
Właśnie   –   skuteczniej.   Sku-
teczność   jest   dla   większości 
tożsama z siłą, z masą, z tzw. 
społecznym   poparciem.   Za-
pewne tak jest. Karkołomna lub 
zakłamana byłaby próba obro-
ny poglądów J. Korwin-Mikke 
od   strony   proporcji   liczbo-
wych.  Ten kto próbuje polity-
kować w Polsce, ma do wyboru 
między   świadomością   zblazo-
waną   i   zrewoltyzowaną.   Zre-
woltyzowana   Solidarność   pra-
cuje   nad   zblazowaną   resztą. 
Jaka świadomość zareagowała-
by   na   propozycje   Korwina-
-Mikke?   Zdeterminowana   do 
ostatka lub suwerenna. O suwe-
renną jest równie trudno, jak o 
dobre, zwięzłe i rzeczowe wy-
stąpienia   na  Wiejskiej.   Można 
przypuszczać, że będzie postę-
powało dojrzewanie do używa-
nia   parlamentu,   potrzeba   jest 
matką   wynalazku,   tymczasem 
jednak   pozostaje   świadomość 

zdeterminowana.   Tam   gdzie 
kres   cierpliwości   tam   zaczyna 
się sukces liberalizmu. Ekono-
miczne podchody, półwstrząsy, 
łatanie, cerowanie, cyganienie, 
może trwać jeszcze kilkanaście 
lat.   Bardziej   prawdopodobne 
jest   jednak,   że   nastąpi   takie 
tąpnięcie,   takie   załamanie,   że 
bezładne   samoratowanie   się 
gospodarki   będzie   przypomi-
nać   najlepsze   czasy   XIX 
-wiecznej   Łodzi,   Czy   jednak 
pomysły Korwin-Mikkego mu-
szą   się   realizować,   mówiąc 
brutalnie, po trupie „Solidarno-
ści"? Nie muszą. Mówi się, że 
w OKP obok skrzydła socjalde-
mokratów   istnieje   skrzydło 
tzw.   liberałów.   Zatem   prowi-
zorka   gospodarcza   może   być 
mniej   lub  bardziej  energiczna. 
U wykonaniu Korwin-Mikkego 
byłaby   brawurowa   i   nieko-
niecznie   prowizorka,   ale   nie 
będzie.   Skąd   bierze   się   nieuf-
ność   do   Korwin-Mikkego? 
Skąd   oburzenie   lub   pobłażli-
wość? Syntezą wątpliwości jest 
–   najogólniej mówiąc – pyta-
nie o „sprawiedliwość”. Jest to 
kwestia   o   tyle   niebezpieczna, 
że   funkcjonująca,   bo   muszą 
funkcjonować, schematy (inte-
lektualne,   wyszukane,   jak   i   te 
masowe, tramwajowe, uliczne) 
które   sprawiedliwość   utożsa-
miają z pojęciem wygody. Wy-
goda ta jest wprawdzie złudna 
bo doraźna, ale potra rozleni-
wić,   obezwładnić,   zniechęcić. 
Taka właśnie sprawiedliwa wy-
goda jest tarczą armii urzędni-
ków.   Traktując   jednak   sprawę 

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 12

background image

poważnie,   intuicyjnie   pojmo-
wana   sprawiedliwość   może 
okazać się najtrudniejszym pro-
giem   na   drodze   do   akceptacji 
opinii   publicznej.   Sprawiedli-
wość nie oznacza dla przecięt-
nego   obywatela   praworządno-
ści   czy   wolności,   ale   własne 
bezpieczeństwo. I nie lenistwo, 
nie zniechęcenie, nie gnuśność 
nawet, ale strach właśnie może 
(i   pewnie   tak   się   stanie)   po-
wstrzymać   ludzi   przed   zawie-
rzeniem racjom Korwina-Mik-
ke.

Przeraźliwy pisk towarzyszy 

wszystkim próbom uszczypnię-
cia tego, co popularnie nazywa-
my   monopolami.   Nazywa   się 
„Niemoralnymi” propozycje ta-
kiej   zmiany   systemu   podatko-
wego, która umożliwi wykole-

gowanie   kłopotliwego   pośred-
nika.   Najwięcej   oburzenia 
wzbudziły   obietnice   oddania 
strzałów   do   demonstrujących. 
Kwestię   tę   należy   poddać, 
istotnie, pod rozwagę. Wydaje 
się jednak, że nie chodzi o pro-
wokowanie sumień, tylko o po-
wiedzenie   o   dwa   tony   wyżej 
pewnych   oczywistości.   Jeżeli 
chodzi o porządek, to nie wy-
starczy   tylko   powiedzieć,   że 
chodzi o porządek. Trzeba po-
wiedzieć, że chodzi bezwzględ-
nie   o   porządek   i   co   grozi   za 
nieporządek.   Wiele   oburzenia 
wzbudziły   także   wypowiedzi 
Korwin-Mikkego   dotyczące 
losu   kobiet   w   rodzinie,   po-
wiedzmy  umownie,  konserwa-
tywnej,   Najbardziej   denerwuje 
to   dziennikarki   (vide   jedna   z 

ostatnich   audycji   z   Korwin-
-Mikkem w TV). Ale trzeba pa-
miętać, że Korwin mówi o ko-
bietach, a dziennikarka to jest 
zawsze ktoś mniej niż kobieta, 
choć oczywiście i ktoś więcej,

Janusz   Korwin-Mikke   stał 

się   papierkiem   lakmusowym 
nastrojów   polskiej   (a   już   na 
pewno   warszawskiej)   ulicy. 
Ulica ta nie jest specjalnie po-
datna   na   większe   wstrząsy   i 
elektryzują ją głównie komuni-
katy o podwyżkach. Człowiek 
we fraku wygląda na niej tro-
chę   groteskowo.   Jakby   sobie 
jednak nie poczynał, czas pra-
cuje  dla  niego. A  wszystkie  – 
na szczęście czy niestety – nie 
należą już do mnie.

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 13

background image

Musimy być ortodoksyjnie wierni zasadom

(z Jackiem Dębskim rozmawiał Adam Gwiazda)

Rozmowa z Jackiem Dębskim, szefem środowiska „Myśl”, dyrektorem 
Instytutu Ordoliberalnego im. W. Ropke, członkiem UPR

Redakcja: Okazuje się, że i do Polski dotarło „widmo demokracji”. Jakie stanowisko zajmuje Pań-

skie środowisko wobec sytuacji po wyborach?

Jacek Dębski: Środowisko „Myśl” wstąpiło do Narodowego Odrodzenia Polski. 
Uznaliśmy, iż należy łączyć wysiłki zmierzające do odbudowania silnego ruchu 
narodowego w Polsce. Wkrótce jednak pojawiły się kłopoty. Kilka osób uznało, 
nie bez racji, że NOP ewoluuje bardzo szybko od konserwatyzmu narodowego 
w kierunku narodowej demokracji i ze względu na swoją niechęć do demokracji 
zdystansowało się od NOP-u. Jeśli o mnie chodzi, to postanowiłem nie 
zajmować się działalnością polityczną, zająłem się ekonomią w sposób 
praktyczny (od ponad roku kieruję spółką) i studyjny (organizuję Instytut 
liberalny im. Wilhelma Ropke).

Red.: Czy ma Pan własną wizję rozwoju wypadków w Polsce na najbliższą przyszłość?

J.D.: Ja się kilka razy bardzo poważnie pomyliłem w prognozowaniu rozwoju 
sytuacji w Polsce i jest to chyba jeden z powodów, dla których postanowiłem 
oglądać procesy polityczne z zewnątrz, jako widz, a nie jako uczestnik. Nie 
uważałem za prawdopodobne, aby partia mogła przyzwolić na rejestrację „Soli-
darności”, i nie przypuszczałem również, że „Solidarność” może osiągnąć tak 
miażdżące zwycięstwo w wyborach. Nie chciałbym zatem pomylić się po raz 
kolejny i dlatego przedstawię kilka możliwych, jak sądzę, wariantów rozwoju 
sytuacji w Polsce. Nie można wykluczyć usztywnienia polityki reform, aż do 
użycia siły włącznie, ale tylko w przypadku wyraźnego zahamowania przeobra-
żeń systemowych w Rosji.
Bardzo możliwy jest scenariusz, w którym reformatorzy partyjni zawrą z socjali-
stami z opozycji pakt o nieagresji i rozpoczną proces likwidowania „wypaczeń 
socjalizmu”. Jeżeli proces przejścia od socjalizmu realnego do socjalizmu ideal-
nego będzie postępował konsekwentnie, to już wkrótce gwałtownie pogorszy się 
i tak beznadziejny stan polskiej gospodarki, ze wszystkimi politycznymi konse-
kwencjami tego stanu rzeczy. Nie wykluczone również, że socjaliści i socjalde-
mokraci z „Solidarności” zachowają retorykę właściwą dla zwolenników etaty-
zmu i państwa opiekuńczego, a’la wzorem Gonzalesa, sięgną po instrumenta-
rium liberalne. Wariant ten uważam za możliwy, ale niestety, mało prawdopo-
dobny. W zachodniej Europie socjaliści dzielą polityczną przestrzeń z konserwa-
tystami i liberałami, prawica oddziałuje często mimowolnie na sposób myślenia 
lewicy. W Polsce prawica jest niestety bardzo słaba, a przez to jej porady i nauki 
lekceważone. Tyle, jeśli chodzi o wizję stanu polskiej gospodarki. Jeżeli chodzi 
o kwestie ustrojowe, to jestem prawie pewien, że czeka nas smutny okres dal-
szego upadku cywilizacji łacińskiej, gnębionej przez demokrację, pozytywizm 
prawny i libertynizm

Red.: Jak postrzega Pan stan polskiej prawicy, jak ocenia Pan jej siłę oddziaływania?

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 14

background image

J.D: Polska prawica to zaledwie kilkadziesiąt osób w skali kraju, które w sposób 
świadomy identykują się z cywilizacją łacińską. Jest Ruch Polityki Realnej, ale 
i wśród jego sympatyków zdarza mi się słyszeć wypowiedzi świadczące o tym, 
że ich związek z konserwatyzmem ma charakter przypadkowy i emocjonalny, a 
nie intelektualny i moralny. Jest Pańskie środowisko, są we Wrocławiu wspaniali 
konserwatyści p.p. Gabiś i Popiel i chcę wierzyć, że nie popadnie w demokra-
tyczny obłęd NOP, może rozwinie się w partię polityczną środowisko „Słowa 
Narodowego”, ale to dopiero zaczyn.

Red.: A np. środowisko „Polityki Polskiej"? 

.J.D.': Uważam, że „Polityka Polska” skompromitowała się jako środowisko pra-
wicowe. Z uśmiechem czytam słowa p.Bartyzela o niechęci do „ochlokratycznej 
i egalitarnej demokracji” (patrz: „Pro Fide” nr 5). Uwierzyłbym, gdybym nie 
wiedział o gorączkowych próbach zmontowania przez p. Bartyzela łódzkiego 
porozumienia opozycji z udziałem ochlokratycznej PPS i egalitarnej KPN. Czy 
można prawicą nazwać partię, której czołowy ideolog, oddaje co roku hołd nało-
gowemu rebeliantowi i socjal-etatyście Piłsudskiemu? Przedwojenni konserwa-
tyści jakkolwiek podejmowali Piłsudskiego obiadem, gardzili nim do głębi, ma-
jąc za politycznego bandytę. Czy jest człowiekiem prawicy p. Hall popierający 
publicznie kandydatów Komitetu Obywatelskiego – Kuronia, Michnika i Lip-
skiego? Czy nie jest błazeństwem telewizyjny występ p. Łączkowskiego z klubu 
„Ład i Wolność”, który najpierw deklaruje, że konserwatyzm to kwestia jego za-
sad ideowych, a potem stwierdza, że program „S” jest jego programem?

Popieranie przez „politykę Polską” metod stosowanych przez środowiska lewi-
cowe, jak strajki, taktyka jednolitego frontu, popieranie kandydatów lewicy w 
wyborach, zaangażowanie w odbudowę związków zawodowych wynika z umi-
łowania demokracji i pluralizmu. Jacek Bartyzel pisał kiedyś o micie jako regu-
latorze polityki. Takim mitycznym archetypem jest dla „PP” wolą tłumu. I to 
modeluje strategię i taktykę środowiska.

Red.: Czy nie nazbyt surowa to krytyka?

J.D.: Można powiedzieć, że krytykując prawicę zwracam uwagę na sprawy 
mniejszej wagi, że uzewnętrzniam swoją osobistą niechęć do „Polityki 
Polskiej”. Być może. Chcę jednak zauważyć, ze prawica polska będąc w sta-
dium rozwoju musi szczególnie dbać o to, aby najmniejszym gestem nie posiać 
wątpliwości w sercach osób, do których zwraca się ze swym programem poli-
tycznym. Musimy być ortodoksyjnie wierni zasadom.

Red.: Prószę więc o krótkie credo polityczne.

J.D.: Jestem zwolennikiem dożywotniej władzy prezydenckiej. W związku z 
tym, że w cywilizacji łacińskiej występuje pojęcie suwerenności narodu, prezy-
denta każdorazowo wybiera w głosowaniu cały naród. Prezydent posiada wy-
łączną moc stanowienia prawa, jest najwyższym zwierzchnikiem armii i policji. 
Prezydent przysięga być wiernym kanonom cywilizacyjno-etycznym; ochronie 
życia poczętego, wolności zawierania kontraktów, pilnowaniu” zdrowia monety, 
stabilnemu prawu podatkowemu na maksymalnym pułapie, czwartej części do-

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 15

background image

chodów oddawanych przez podatnika skarbowi państwa .Tego rodzaju postano-
wienia wykluczają pozytywizm prawny. Egzekutywą państwa jest Rada Prezy-
dencka, w połowie mianowana przez Prezydenta, w połowie pochodząca z lo-
kalnych wyborów. Rada Prezydencka jest nielicznym gremium technokratów 
wyposażonym w szerokie, ale zarazem ściśle określone kompetencje, przekro-
czenie których daje obywatelowi podstawę dochodzenia swych praw w sądzie. 
Kadencja Rady Prezydenckiej jest długa i trwa siedem lat. Sądy są całkowicie 
niezależne od egzekutywy i legislatury (prezydenta) strukturą wyłanianą na dro-
dze wewnętrznych samorządowych wyborów. Państwo nie ma prawa prowadzić 
działalności gospodarczej, która opiera się o prywatną własność środków pro-
dukcji.

Zarysowany tutaj w kilku zdaniach ustrój nie jest monarchią, ale nie jest również 
demokracją. Jest to etokracja oparta o fundament cywilizacji łacińskiej i prawo 
naturalne. Etokracja daje ludziom dużo wolności, ale żąda od nich maksimum 
odpowiedzialności za swoje czyny. Prawo etokracji nie jest prewencyjne, jest re-
presyjne i surowe. Taki system w Polsce mógłby zapanować tylko wtedy, gdyby 
znalazł się człowiek zdolny do bezwzględnej rozprawy ze wszelką lewicą i de-
mokracją i zaprowadzenia rządów prawa.

Red.: Dziękuję za rozmowę.

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 16

background image

List do redakcji

Mirosław Skorupka

a polskiej mapie poli-
tycznej   coraz   mocniej 
zaznaczają

 

swoją 

obecność ruch konserwatywno-
monarchistyczno-liberalny.  Za-
czyna   się   kształtować   drugi 
obok Obozu Narodowego nurt 
myślenia   prawicowo-tradycjo-
nalistycznego i należy ten fakt 
przywitać z życzliwością. Jako 
reakcja   na   socjalistyczne   mia-
zmaty może spełnić ważną rolę 
w   prostowaniu   dróg   myślenia 
współczesnego   Polaka.   Mimo 
swojej sympatii do ruchu kon-
serwatywnego muszę tu jednak 
wskazać   na   pewne   niekonse-
kwencje,   niedomówienia   oraz 
półprawdy (świadome lub nie-
świadome)   widoczne   w   doku-
mentach   programowych   i   bie-
żącej   publicystyce   pism   kon-
serwatywnych. (…)

N

W   piśmie   konserwatystów-

monarchistów „Pro Fide, Rege 
et   Lege”   200-lecie   Rewolucji 
Antyfrancuskiej   uczczono   po-
mysłowym hasłem „200 lat no-
wego   barbarzyństwa”,   jednak 
ani słowa nie ma o tym, kto za-
prowadził   nowe   barbarzyń-
stwo,   KTO   Deklarację   Praw 
Boga   (Dekalog)   zastąpił   anty-
ludzką   Deklaracją   Praw   Czło-
wieka,   KTO   Europę   chrześ-
cijańską   poprowadził   ku   neo-
pogaństwu. Otóż każde dziecko 
wie   (no,  może  należałoby po-
wiedzieć,   że   powinno   wie-
dzieć),   że   Wielka   Rewolucja 
Antyfrancuska to dzieło maso-
nerii.   Masoneria   przygotowała 
ideologiczną nadbudowę w po-
staci racjonalistycznej „lozoi 
Oświecenia”,   a   następnie   w 
sposób   zbrodniczy   wcieliła   ją 

200 lat temu w życie. Tymcza-
sem  w   pismach   monarchistów 
słowo   masoneria   w   ogóle   się 
nie pojawia. W ten sposób po-
mija się milczeniem jednego z 
największych   wrogów   Wiary, 
Króla i Prawa, jakim masoneria 
była i jest do tej pory. Uwalnia-
cie się, Drodzy Monarchiści od 
zarzutu obsesji antymasońskiej 
i antyżydowskiej (o żydach bę-
dzie   niżej)   ale   przykładacie 
rękę do dzieła fałszowania hi-
storii. Niekonsekwencje ideolo-
giczne prowadzą do zadziwia-
jących   wyników   w   praktyce 
politycznej. Chodzi mi tu o so-
jusz   konserwatystów   i   monar-
chistów z liberałami. Filozoa 
liberalizmu jest dzieckiem Re-
wolucji   1789   r.   Powstała   ona 
na gruzach tradycyjnej Europy 
walcząc właśnie z konserwaty-
zmem.   Dziś   patronuje   konser-
watystom   ultra-libertarianin   p. 
Janusz Korwin-Mikke, który w 
książce   „Historia   i   zmiana” 
swój   „Program   Liberałów” 
umieścił na osi konserwatyzm–
mutaryzm bardzo daleko w kie-
runku   mutaryzmu,   najdalej   ze 
wszystkich   porównywanych 
tam systemów i programów po-
litycznych.   Mimo   to   nazywa 
siebie konserwatywnym libera-
łem. Sam zdając sobie sprawę z 
tej sprzeczności napisał kiedyś, 
że  dawnymi   czasy liberałowie 
„nieopatrznie”   zwalczali   kon-
serwatystów, ale dziś należy to 
już   do   przeszłości.   To   „nie-
opatrznie” brzmi mało przeko-
nująco.   Liberałowie   zwalczali 
tradycyjną   Europę   jak   najbar-
dziej świadomie, gdyż było to 
częścią wielkiego masońskiego 

planu   świszczenia   cywilizacji 
łacińskiej. Mamy więc w Pol-
sce   sojusz   konserwatystów   i 
monarchistów   z   liberałami. 
Proponuję   dołączyć   do   tego 
PPS   z   p.  Lipskim   i   będziemy 
mieli odpowiedź na pytanie za-
dane kiedyś przez Leszka Ko-
łakowskiego: „Jak być konser-
watywno-liberalnym socjalistą? 
W swoich wypowiedziach kon-
serwatyści   często   wspominają 
o   obronie   cywilizacji   łaciń-
skiej, takiej jak ją rozumiał Fe-
liks Koneczny. Nie ma jednak 
ani   słowa   o   tym,   przed   czym 
mamy   tę   cywilizację   łacińską 
bronić. Nie wspomina się o in-
nych cywilizacjach jej zagraża-
jących tak, jakby ich w ogóle 
nie było. Jeśli uznaje się auto-
rytet   Konecznego   (wiem,   ze 
wśród   konserwatystów   cieszy 
się   poważaniem)   to   trzeba 
otwarcie powiedzieć, jakie cy-
wilizacje   zagrażają   cywilizacji 
łacińsko-chrześcijańskiej.   Otóż 
w Polsce są to cywilizacje: ży-
dowska, turańska i bizantyjska. 
Jeśli chcemy bronić cywilizacji 
łacińskiej,   to   trzeba   wiedzieć 
przed   czym,   stąd   obowiązek 
wskazywania   na   żydowski   ro-
dowód takich wynalazków, jak: 
socjalizm, liberalizm („Libera-
lizm   judaizuje   katolika”   –   F. 
Koneczny) czy na bizantyńskie 
cechy scentralizowanego życia 
publicznego.   Uznać   też   trzeba 
naród za wartość cywilizacyjną 
i przeciwstawiać się postawom 
kosmopolitycznym. Naród pol-
ski ma prawo rządzić we wła-
snym kraju. Czy to będzie re-
publika,   czy   monarchia   –   to 
jest   kwestia   techniczna.   Nam 

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 17

background image

narodowcom nie jest natomiast 
wszystko jedno, kto rządzi Pol-
ską. W 1981 r. „The Daily Te-
legraph” podał, ile procent ży-
dów   zasiada   w   Izbie   Gmin   i 
nikt   nie   oskarżył   tej   gazety   o 
antysemityzm.   Ja   nie   podam 
składu narodowościowego Sej-
mu i Senatu, by nie nadużywać 

gościnności Redakcji i nie na-
rażać   jej   na   zarzut   rozpo-
wszechniania „ubeckich” infor-
macji.   Przytoczę   za   to   na   za-
kończenie zalecenie dla monar-
chistów napisane przed II woj-
ną  światową:  „Dobrze  byłoby, 
gdyby nasi działacze przypomi-
nali   socjalistom,   którzy   nas 

zwalczają,   że   SOCJALIZM 
POLSKI   MA   TRZECH   OJ-
COM:   ŻYDA   MARKSA, 
ŻYDA   MENDELSOHNA   I 
ŻYDA PERLA” (Głos Monar-
chisty nr 34/1927). Dziś ta lista 
nieco, by się wydłużyła…

Cytat

prof. Szymon Dzierzgowski

(„Demokracja a monarchia”, Warszawa 1926, s. 16)

„Źródłem władzy monarszej jest przyrodzony instynkt samozachowawczy 
uwydatniający się jaskrawie w prawach i obowiązkach ojca rodziny, które z ich 
ewolucyjnym rozwojem przeszły na monarchię. Władza monarchy, poza władzą ojca w 
rodzinie, jest jedyną przyrodzoną władzą, w której czynniki kompetencji i miłości są 
genetycznie i nierozerwalnie złączone”.

Pro Fide Rege et Lege

Numer 4 (6) AD 1989

Strona 18


Document Outline