background image

Magiczny sprawdzian 

Bycie dzieckiem jest czasem bardzo trudne. Zadaniem dorosłych jest 

utrzymanie cię i zapewnienie bezpieczeństwa, ale chcą byś patrzył na świat, 

przyjmując ich punkt widzenia. Zachęcają cię do posiadania własnego zdania, 

a jeśli je wyrazisz, to będą słuchać, ale nie usłyszą. A kiedy dają ci wybór, to 

masz do dyspozycji garść starannie dobranych, wcześniej przesianych 

możliwości. Niezależnie od tego, jak zadecydujesz, to główny wybór już został 

dokonany i to bez twojego udziału.  

Właśnie dlatego Kate i ja znalazłyśmy się w biurze dyrektora Seven Stars 

Academy. Oświadczyłam,  że nie chcę chodzić do szkoły. A ona wręczyła mi 

listę dziesięciu szkół i kazała wybrać jedną. Napisałam nazwy szkół na 

kawałkach papieru, przypięłam je do tablicy korkowej i przez jakiś czas 

rzucałam w nią sztyletem. Po pół godzinie Seven Stars było jedyną nazwą, 

którą dało się jeszcze odczytać. Wybór dokonany.  

Siedzimy teraz w miękkich fotelach, w ładnym biurze, czekając na 

dyrektora szkoły, a Kate trenuje siłę woli. Zanim poznałam Kate, słyszałam, 

jak ludzie mówili, że to robią, ale nie wiedziałam, co to znaczy. Teraz już 

wiem.  

Kate jest towarzyszką Władcy Zwierząt, czyli Curran i ona stoją na czele 

olbrzymiego stada zmiennokształtnych z Atlanty. Jest ono tak ogromne, że 

ludzie nazywają je Gromadą. Zmiennokształtni są odrobinę jak bomby: nawet 

błahe sprawy często uruchamiają ich zapalniki i wybuchają oni  z gwałtowną 

siłą. By powstrzymać ich przed tymi wybuchami, ustanowiono 

skomplikowane prawa, więc Kate często musi ćwiczyć siłę woli. 

Robi to właśnie teraz; na zewnątrz wygląda na bardzo spokojną i 

ułożoną, ale zdradza ją sposób, w jaki siedzi. Kiedy Kate jest rozluźniona, to 

zwykle się wierci. Zmienia pozycję w fotelu, zakłada nogę na nogę, przechyla 

na bok, a potem odchyla do tyłu. Teraz siedzi zupełnie nieruchomo, z nogami 

w spodniach jeansowych złączonymi razem, trzymając Zabójczynię – swoją 

magiczną szablę – na kolanach, jedną dłoń na rękojeści, a drugą na osłonie. 

background image

Jej twarz ma rozluźniony, niemal błogi wyraz. Mogę  ją sobie bez problemu 

wyobrazić skaczącą prosto na stół z fotela i odcinającą  głowę dyrektora przy 

pomocy szabli. 

Kate zazwyczaj załatwia sprawy rozmową, a kiedy to nie skutkuje, sieka 

przeszkody na drobne kawałki i zaprawia je magią, żeby przestały się piętrzyć. 

Szabla jest jej amuletem, bo wierzy w nią. Ściska go, podobnie jak niektórzy 

ludzie ściskają krzyże lub gwiazdę z półksiężycem. Jej dewiza jest następując: 

jeśli coś ma puls, to może zostać ukatrupione. Ja nie mam żadnej dewizy, ale 

wiem, że rozmowa z dyrektorem będzie dla niej trudna. Jeśli on powie coś, co 

się jej nie spodoba, to posiekanie go na drobne kawałki, raczej nie pomoże mi 

dostać się do szkoły. 

– A co, jeśli po wejściu dyrektora zdejmę bieliznę, założę ją na głowę i 

zacznę dziko tańczyć? Sądzisz, że to pomoże? 

Kate spogląda na mnie. To jest jej spojrzenie twardzielki. Potrafi być 

naprawdę przerażająca. 

–  To  na  mnie  nie  działa – informuję  ją. – Wiem, że mnie nie 

skrzywdzisz. 

– Jeśli naprawdę chcesz brykać z majtkami na głowie, to ja cię nie będę 

powstrzymywać – odpowiedziała. – Móc zrobić z siebie głupka, to twoje 

fundamentalne prawo, jako człowieka.  

– Nie chcę chodzić do szkoły.  

Miałabym spędzać całe dnie w miejscu, gdzie byłabym biedną myszką, 

adoptowaną przez najemniczkę i zmiennokształtnego, a rozpuszczone, bogate, 

dziewczynki drwiłyby ze  mnie, a zadufani w sobie nauczyciele wysyłaliby 

mnie na zajęcie wyrównawcze? Nie, dziękuję. 

Kate jeszcze przez chwilę ćwiczy siłę woli.  

– Potrzebujesz wykształcenia, Julie. 

– Ty możesz mnie uczyć. 

– Tak i będę to robić. Jednakże potrzebna jest ci rozleglejsza wiedza, niż 

ta, którą ja mogę ci przekazać. Potrzebujesz wszechstronnego wykształcenia. 

background image

– Nie lubię się uczyć. Za to lubię pracować w biurze. Chcę mieć taki sam 

zawód, jak Andrea i ty. 

Kate i Andrea prowadzą Cutting Edge, maleńką firmę, która pomaga 

ludziom uporać się z problemami wynikającymi z magii. Zwyczajne rzeczy, jak 

chodzenie do szkoły i praca na etacie nie pociągają mnie. Nie umiem nawet 

wyobrazić sobie siebie funkcjonującej w ten sposób. 

– Andrea uczęszczała do Akademii Zakonu przez sześć lat, a ja 

ćwiczyłam, od kiedy tylko zaczęłam chodzić. 

– Bardzo chcę ćwiczyć. 

Moje ciało sztywnieje, jak gdyby niewidzialna dłoń  ścisnęła mi 

wnętrzności w grudkę. Wstrzymuję oddech. 

Magia zalewa świat niewidzialną falą. Widmowa dłoń puszcza, a świat 

migoce wszystkimi kolorami tęczy, gdy włącza się moje widzenie zmysłowe.  

Magia przychodzi i odchodzi, kiedy jej się  żywnie podoba. Niektórzy 

starsi ludzie wciąż pamiętają czasy, gdy panowała technika, a magia nie 

istniała. Jednakże to było bardzo dawno temu. Obecnie magia i technika wciąż 

zamieniają się miejscami, jak dwa szkraby, bawiące się w „gorące krzesło”. 

Czasem rządzi magia i wtedy nie działają auta oraz broń palna. Czasem górą 

jest technika i magiczne zaklęcia kończą się fiaskiem. Osobiście wolę magię, 

ponieważ w odróżnieniu od 99,99% ludzi, mogę ją dostrzec. 

Zerkam na Kate, używając odrobiny mocy. Przypomina to nieco 

napinanie mięśnia, swego rodzaju świadomy wysiłek, by spojrzeć na coś we 

właściwy sposób. W jednej chwili w fotelu siedzi zwyczajna Kate, na ile Kate 

można uznać za zwyczajną, a w następnej otacza ją przezroczysty blask.  

Magia większości ludzi jarzy się jednym kolorem. Ludzie promieniują 

błękitem, zmiennokształtni zielenią, wampiry mają  śliwkowy odcień. Magia 

Kate zmienia kolory. Jest błękitna i ciemnopurpurowa oraz bardzo jasna, 

perłowo-złota, poprzeplatana pasemkami czerwieni. To najdziwniejsza rzecz, 

jaką kiedykolwiek widziałam. Kiedy zobaczyłam to po raz pierwszy, 

spanikowałam. 

background image

– Nie możesz rzucić szkoły – odzywa się Kate-dziwoląg. 

Odchylam się i zwieszam głowę przez oparcie fotela.  

– Dlaczego? 

– Ponieważ ja nie jestem w stanie nauczyć cię wszystkiego, a 

zmiennokształtni nie powinni być twoim jedynym źródłem wiedzy. Możliwe, 

że będziesz chciała pójść swoją własną drogą. W przyszłości będziesz chciała 

sama decydować o sobie. 

Odpycham się stopami od podłogi, kołysząc się w fotelu.  

– Właśnie usiłuję zadecydować o sobie, ale ty mi nie pozwalasz. 

– Tak jest – odpowiada Kate. – Jestem starsza, mądrzejsza i wiem 

lepiej. Pogódź się z tym. 

Rodzicielstwo w stylu kopiącej tyłki Kate Daniels. „Rób, co mówię”. Nie 

ma tu nawet miejsca na „bo jak nie...”. Inna opcja nie jest nawet brana pod 

uwagę. 

Kołyszę się mocniej w fotelu.  

– Sądzisz, że jestem karą, zesłaną na ciebie przez boga? 

– Nie. Lubię myśleć, że bóg, jeśli istnieje, jest miłosierny, a nie mściwy. 

Drzwi biura otwierają się i wchodzi przez nie mężczyzna. Jest starszy od 

Kate, łysy, ma azjatyckie rysy, ciemne oczy i szeroki uśmiech.  

– Podzielam tę opinię. 

Siadam prosto. Kate wstaje i wyciąga dłoń.  

– Pan Dargye? 

Mężczyzna ujmuje jej rękę. 

– Proszę zwracać się do mnie Gendun. To mi bardziej odpowiada. 

Witają się i siadają. Rytuały dorosłych. Moja nauczycielka historii ze 

starej szkoły powiedziała nam kiedyś,  że uścisk dłoni był gestem pokoju – 

pokazywał, że nie masz żadnej broni. Odkąd pojawiła się magia, uścisk dłoni 

stał się raczej aktem wiary. Czy uścisnę  dłoń tego dziwaka i podejmę ryzyko 

zarażenia się magiczną zarazą lub porażenia piorunem, czy może odsunę się i 

będę niekulturalna? Hmm. Może w przyszłości uściski dłoni zanikną. 

background image

Gendun patrzy na mnie. Ma oczy frajera. W przeszłości, kiedy 

mieszkałam na ulicy, napastowaliśmy takich, jak on, bo mieli miękkie serca i 

zawsze można było liczyć na jakiś datek. Nie byli naiwnymi mięczakami – 

wiedzieli, że w chwili gdy jedno z nas płakało i ściskało się za brzuszek, inne 

kradło portfel, ale i tak dawali nam pieniądze. Tacy już byli. 

Mrużę oczy, skupiając się na kolorze jego magii. Jasnobłękitna, niemal 

srebrna. Boska magia, zrodzona z wiary. Pan Gendun jest kapłanem.  

– W jakiego boga pan wierzy? – pytam. 

Kiedy jest się dzieckiem, bycie tak bezpośrednim uchodzi na sucho. 

– Jestem buddystą – uśmiecha się Gendun. – Wierzę w potencjał, jaki 

posiadają ludzie, jeśli chodzi o zrozumienie i współczucie. Istnienie 

wszechmocnego boga jest możliwe, ale jak dotąd nie znalazłem dowodu na 

jego obecność. W jakiego boga ty wierzysz? 

– W żadnego.  

Spotkałam raz boginię. Nie skończyło się to dla nikogo dobrze. Bogowie 

wykorzystuję wiarę, tak jak samochód używa benzynę; to źródło, z którego 

czerpią moc. Nie chcę być paliwem dla ich silników. 

Gendun uśmiecha się.  

– Dziękuję za tak szybką reakcję na moją prośbę. 

Prośbę? Jaką prośbę? 

– Dwoje dzieci z Gromady uczęszcza do pańskiej szkoły – wyjaśnia Kate. 

– Gromada uczyni wszystko, co leży w jej mocy, by pomóc. 

Hę? Chwileczkę. Myślałam,  że chodzi o mnie. Nikt nie wspomniał o 

szkole potrzebującej naszej pomocy. 

– To jest Julie Olsen – przedstawia mnie Kate. 

Uśmiecham się do Genduna.  

– Proszę zwracać się do mnie Julie. 

Technicznie rzecz biorąc nazywam się teraz Julie Lennart Daniels Olsen, 

co jest głupie. Jeśli Kate i Curran pobiorą się, to nazwisko skróci się do 

Lennart – Olsen. Do tego momentu wystarczy mi samo Olsen. 

background image

– Miło mi cię poznać, Julie.  

Gendun uśmiecha się, skinąwszy mi głową. Ma w sobie coś dziwnie 

spokojnego. Jest bardzo... Zrównoważony. Przypomina mi medmaga 

 

Gromady, doktora Doolittle’a. 

– W mieście znajduje się wiele szkół dla dzieci wyjątkowych rodziców – 

mówi Gendun. – Natomiast Seven Stars jest szkołą przeznaczoną dla 

wyjątkowych dzieci. Nasze metody są niekonwencjonalne, a uczniowie 

wyjątkowi. 

Oho, szkoła dla wybrańców. Albo potwornych dzieci. Zależy, jak się na 

to spojrzeć. 

Magia wpłynęła nie tylko na nasze środowisko życia. Wiele osób, które 

niegdyś były normalne, odkryło w sobie nowe, częstokroć niechciane, cechy. 

Niektórzy potrafią zamrażać przedmioty. Niektórym wyrasta futro i pazury. A 

niektórzy dostrzegają magię. 

– Dyskrecja jest dla nas ogromnie ważna – dodaje Gendun. 

– Pomimo młodego wieku Julie jest doświadczonym pracownikiem 

operacyjnym – oświadcza Kate. 

Jestem? 

– Rozumie też potrzebę zachowania dyskrecji. 

Rozumiem? 

– Julie posiada szczególny dar, który pozwoli jej bardzo efektywnie 

pracować nad tą sprawą – wyjaśnia Kate. 

Gendun otwiera teczkę z dokumentami, wyjmuje zdjęcie i przesuwa je 

po biurku w moją stronę. Dziewczyna. Ma śliczną twarz w kształcie serca, 

okoloną spiralkami rudych włosów. Zielone oczy obramowane rzęsami, które 

zawijają się w nieskończoność, aż prawie dotykają brwi. Wygląda prześlicznie, 

jak laleczka.  

– To jest Ashlyn – mówi Gendun. – Jest tu na pierwszym roku. To 

bardzo dobra uczennica. Zniknęła dwa dni temu. Zaklęcie lokalizujące 

wskazuje,  że wciąż  żyje i nie opuściła terenu szkoły. Próbowaliśmy 

background image

powiadomić jej rodziców, ale obecnie są w podróży i poza naszym zasięgiem 

jako kontakt w razie nagłego wypadku. Mamy dwadzieścia cztery godziny, by 

ją odnaleźć. 

– Co się wydarzy po upływie dwudziestu czterech godzin? 

– Będziemy musieli powiadomić  władze – odpowiada Gendun. – Jej 

rodzice dali nam dużą swobodę. To bardzo wrażliwe dziecko i wiele z jej 

zachowań jest częstokroć powodowanych tą wrażliwością. Jednak w tym 

przypadku mamy związane ręce. Jeśli zaginie uczeń, jesteśmy prawnie 

zobowiązani zgłosić to przed upływem siedemdziesięciu dwóch godzin. 

Bez wątpienia musieli to zgłosić do WANu (Wydziału Aktywnośći 

Nadnaturalnej) sił policyjnych Atlanty. WAN jest subtelny niczym szarżujący 

nosorożec. Dobraliby się do tej szkoły i przypiekali wszystkich „wybrańców” 

na wolnym ogniu, aż zmieniliby się w papkę w pokojach przesłuchań. Ilu z 

nich załamałoby się i przyznało do czegoś, czego nie zrobili? 

Spoglądam na Kate. 

Ta wygina brew.  

– Zainteresowana? 

– Damy ci przepustkę dla gości – kontynuuje Gendun. – Pomówię z 

nauczycielami, więc będziesz mogła przeprowadzić  śledztwo po cichu. 

Miewamy tutaj uczniów wizytujących, którzy oglądają szkołę, zanim 

zdecydują się na uczęszczanie do niej, więc nie będziesz przyciągała specjalnej 

uwagi, a zakłócenie spokoju innych dzieci będzie ograniczone do minimum.  

To podstęp ze strony Kate, by wkręcić  mnie  do  tej  szkoły. Jeszcze raz 

patrzę na zdjęcie. Podstęp, czy nie, ta dziewczyna gdzieś się tutaj ukrywa. 

Możliwe,  że zrobiła to w ramach głupiego  żartu, ale to wysoce 

nieprawdopodobne. W większości przypadków ludzie chowają się, bo są 

przerażeni. Dobrze to rozumiem. Bywałam już przerażona. To nic zabawnego. 

Ktoś musi ją odnaleźć. Komuś musi zależeć na wyjaśnieniu, co się stało. 

Przysuwam zdjęcie bliżej.  

– Zrobię to. 

background image

*** 

Moją przewodniczką okazuje się ciemnowłosa dziewczyna o imieniu 

Brook. Ma chude nogi i kościste ręce oraz nosi okrągłe okulary, które 

nieustannie zsuwają jej się z nosa. Wciąż podsuwa je palcem wskazującym, co 

wygląda, jakby co pięć minut chciała kogoś w ten sposób zastrzelić. Jej magia 

ma kolor czystego błękitu, który znamionuje człowieka. Poznajemy się w 

recepcji, gdzie wyposażają mnie w białą opaskę na rękę. Najwyraźniej 

oznaczają swoich gości. W razie problemów taki delikwent jest łatwym celem. 

– No dobra, idź za mną i niczego nie dotykaj – informuje mnie Brook. – 

Niektóre przedmioty posiadają pole ochronne. Ponadto Barka pozostawiał 

maleńkie ładunki magii w całej szkole. Jeśli tego dotkniesz, poczujesz ukłucie, 

a potem palce bolą przynajmniej przez godzinę. 

– Czy Barka jest uczniem? 

– Barka to miglanc – odpowiada i podsuwa okulary. – Chodźmy. 

Wchodzimy po schodach. Rozlega się dzwonek i klatka schodowa 

wypełnia się dzieciakami. 

– Trzy piętra – objaśnia. – Szkoła jest wielkim kwadratem z dziecińcem 

i ogrodem w środku. Wszystkie boiska, jak na przykład do piłki nożnej i 

futbolu znajdują się na zewnątrz tego kwadratu. Na parterze mamy salę 

gimnastyczną, basen, salę treningową przeznaczoną do tańca, salę koncertową 

i stołówkę. Pierwsze piętro to sale nauk humanistycznych: literatura, historia, 

socjologia, antropologia, łacina... 

– Znasz Ashlyn? – pytam. 

Brook przerywa monolog, chwilowo wybita z rytmu moją uwagą.  

– Nie lubi łaciny. 

– Ale czy ją znasz? 

– Tak. 

– Jaką jest uczennicą? 

Wzrusza ramionami. 

background image

– Cichą. Mamy razem zajęcia z algebry, czwarty semestr. Początkowo 

sądziłam,  że może stanowić dla mnie konkurencję. Należy obserwować tych 

cichych. 

– I stanowiła? 

– Nieeee – krzywi się Brook. – W ubiegłym tygodniu ogłoszono wyniki 

w nauce. Jest stopień z matematyki to siedemnaście. Jeden – siedem. Radzi 

sobie dobrze tylko na jednych zajęciach, na botanice. Można dać jej patyk, a 

ona wsadzi go w ziemię i wyhoduje jabłoń. W poprzednim semestrze miałam 

zajęcia z botaniki i Ashlyn przewyższyła mnie oceną o dwa punkty. Dostała 

równe 100 punktów. Musiał być w tym jakiś podstęp. – Brook prostuje plecy. 

– To nie szkodzi. W przyszłym roku zapiszę się na zajęcia z botaniki na 

poziomie uniwersyteckim. Pokonam ją. 

– Wiesz, że jesteś odrobinę stuknięta? 

Dziewczyna wzrusza ramionami i znowu poprawia okulary, tym razem 

„mierząc” we mnie.  

– Drugie piętro jest przeznaczone na zajęcia z magii: alchemia, teoria 

magii... 

– Czy Ashlyn wydawała się być zmartwiona tą siedemnastką z 

matematyki? Może schowała się ze względu na stopnie? 

Zastanawia się chwilę.  

– Nie. 

– Nie przejmowała się rodzicami?  

Kiedy ja otrzymywałam złą ocenę, w mojej starej szkole z internatem, to 

Kate przyjeżdżała, żeby zmyć mi głowę. Kiedy naprawdę tęskniłam za domem, 

to celowo zawalałam testy. Czasami przyjeżdżała sama, a czasami z kimś. Ci 

„ktosie” to chłopcy... O których obiecałam sobie nie myśleć, bo uważam ich za 

idiotów. 

– Poznałam jej rodziców, gdy mieliśmy w szkole dzień rodziny. Stałam 

na czele Komitetu Gościnnego. Wierzą w swobodne wychowanie i takie tam – 

background image

odpowiada Brook. – Nie byliby na nią  źli. Trzecie piętro: nauki ścisłe i 

technika... 

– Macie szafki? 

– Nie. Mamy schowki w biurkach, w naszych klasach. 

– Możemy pójść zobaczyć pokój Ashlyn? 

Wlepia we mnie wzrok.  

– Posłuchaj no, wyznaczono mnie, bym cię oprowadziła po szkole. Nie 

mogę tego robić, gdy wciąż mi przerywasz. 

– Ile razy już oprowadzałaś gości? 

Przewodniczka przygląda mi się badawczo.  

– Jedenaście. 

– Nie masz już trochę dosyć? 

– To nieistotne. Ważne, że dobrze wygląda w papierach. 

Pewnie.  

– Jeśli tym razem dasz sobie spokój z oprowadzaniem, nikomu nie 

powiem. 

Zasępia się. Ten kierunek myślenia zbija ją najwyraźniej z tropu. Kuję 

żelazo, póki gorące.  

– Jestem tutaj pod przykrywką i prowadzę dochodzenie w sprawie 

zniknięcia Ashlyn. Jeśli mi pomożesz, wspomnę o tym Gendunowi. 

Zastanawia się. 

No dalej, Brook. Przecież wiesz, że tego chcesz. 

– Dobrze – mówi w końcu. – Ale na pewno powiesz panu Gendunowi, 

że pomogłam. 

– Powiem, że to była nieoceniona pomoc – zapewniam ją. 

Kiwa głową. – Chodźmy. Klasa Ashlyn jest na pierwszym piętrze. 

*** 

Ashlyn rezyduje w sali do geografii. Na ścianach wiszą mapy: świata, 

obu Ameryk, Stanów oraz największa ze wszystkich – pokręcona mapa 

background image

Atlanty, uzupełniona o nowe dodatki i spaczenia, z zakreślonymi 

niebezpiecznymi okolicami. 

W klasie znajduje się kilka osób, zbitych w małe grupki. Przez sekundę 

rozglądam się dookoła, a potem zamykam oczy. Wszystkich jest dziewięcioro, 

dwie dziewczyny po mojej prawej stronie, dalej trzech chłopców, dziewczyna 

siedząca  samotnie  przy  oknie,  dwóch  chłopaków zajętych rozmową i blond 

dzieciak siedzący sam na końcu klasy. Otwieram oczy. Nie zauważyłam 

ciemnowłosego chłopaka w rogu sali. Cóż, przynajmniej wychodzi mi to coraz 

lepiej. 

Brook zatrzymuje się przy drewnianym biurku. Jest ładne i eleganckie, a 

polakierowane drewno ma barwę bursztynu. Śliczne.  Żadne z miejsc, w 

których dotąd się uczyłam, nie było tak ładne. 

– To jej biurko – oznajmia. 

Siadam w krześle Ashlyn. Biurko ma jedną, szeroką szufladę, biegnącą 

przez całą jego długość. Ciągnę delikatnie. Zamknięta.  Żaden kłopot. 

Wydobywam wytrych ze skórzanej bransolety na lewym nadgarstku i wsuwam 

go w zamek. 

Blond dzieciak z tyłu sali przywędrował do nas i opiera się o biurko. 

Jego magia ma barwę ciemnego indygo. Prawdopodobnie mag żywiołów. Ma 

ostre rysy i niebieskie oczy szelmy. Tak jak ja. 

– Cześć. Co robisz? 

– Idź sobie, Barka – opryskliwie odzywa się Brook. 

– Nie mówiłem do ciebie. – Dzieciak patrzy na mnie. – Co tam działasz? 

– Tańczę – odpowiadam.  

Skoro zadajesz głupie pytanie... 

– Włamujesz się do biurka Ashlyn. 

– A widzisz, wiedziałam,  że jesteś bystry i sam do tego dojdziesz – 

mrugam do niego. 

background image

Barka spogląda wielkimi oczami na Brook. – A co , jeśli doniosę 

Waltonowi o tym, co robicie? To byłaby plama na twojej nieposzlakowanej 

opinii. 

– Pilnuj swoich własnych spraw – ucina Brook. 

– Nie zrobi tego – mówię. – Bo chce zobaczyć, co jest w biurku. 

Barka uśmiecha się szeroko. 

Zamek klika i szuflada otwiera się. Wypełniają ją rzędy jabłek. Jerseye, 

Papierówki, Antonówki oraz wiele innych każdego możliwego rozmiaru i 

koloru, a każde ma maleńką nalepkę z nazwą.  Znalazła się tam nawet garść 

rajskich jabłuszek wielkości dużych wiśni, wetkniętych pomiędzy Cortlandy i 

Championy. Nie zdawałam sobie nawet sprawy, że istnieje taka różnorodność 

odmian jabłek.  Żadne z nich nie jest nadgniłe. Wyglądają na chrupiące i 

świeżutkie. 

Skupiam się. Włącza się moje widzenie zmysłowe. Jabłka jaśnieją 

jaskrawą zielenią. To jest nowość. Ciemna zieleń zwykle oznacza 

zmiennokształtnego. Magia ludzi objawia się różnymi odcieniami błękitu. 

Magia zwierząt jest zwykle zbyt słaba, by rejestrowały ją maszyny, ale ja widzę 

ją dobrze – jest żółta. Błękitny i żółty tworzą razem zieleń. Te konkretny 

odcień ma w sobie zbyt dużo  żółtego, by należeć do zwykłego 

zmiennokształtnego. 

Większość zmiennokształtnych jest zainfekowana wirusem Lyc-V, który 

pozwala im przemieniać się w zwierzęta. Czasami to działa w drugą stronę i 

zwierzęta zmieniają się w ludzi. Ludziołaki są rzadkie, ale znam jedno z nich i 

to nie jest ich kolor. Zwierzołaki są ciemnooliwkowe, a to jest jaskrawa, 

wiosenna zieleń. 

– Jakiego rodzaju magię posiada Ashlyn? 

Brook i Barka patrzą po sobie.  

– Nie wiem – odpowiada Barka. – Nigdy nie spytałem. 

Czymkolwiek jest, nie chwaliła się tym. To całkowicie zrozumiałe. 

Możliwość zobaczenia kolorów magii jest nieocenionym narzędziem dla sił 

background image

porządkowych, magów, czy kogokolwiek, kto pracuje z magią – i to do tego 

stopnia,  że ludzie skonstruowali urządzenie, zwane m skanerem, by 

naśladować ten dar. Moja magia nie jest rzadka, ale wyjątkowa. Jestem sto raz 

bardziej precyzyjna, niż jakikolwiek istniejący m-skaner. Jednak ten talent nie 

pomoże mi w walce. Gdybym rozpowiadała o tym wszystkim dookoła, to 

prędzej czy później byłabym zmuszona użyć innych metod, niż mój dar, by się 

obronić. Łatwiej jest trzymać język za zębami. 

Ashlyn mogła znajdować się w podobnej sytuacji, jej magia jest 

prawdopodobnie rzadko spotykana, ale mało użyteczna w walce. 

Jednakże to wciąż nie wyjaśnia jej obsesji na punkcie jabłek. Może 

używa ich jako łapówek dla nauczycieli. Jednak wtedy miałaby lepsze stopnie.  

Niższa z grupy trzech dziewcząt po naszej lewej stronie wpatruje się we 

mnie. Kiedy przyszłam, jej magia miała niezmienną barwę indygo, a teraz 

rozwinęła pasemka bladej, selerowej zieleni. Magiczna sygnatura nie zmienia 

się. Nigdy. Za wyjątkiem Kate. 

Witaj, wskazówko. 

Udaję, że patrzę na jabłka.  

– Czy Ashlyn ma jakichś wrogów? 

Barka podnosi długopis i zaczyna obracać go w palcach.  

– Nie zauważyłem. Jest cicha. Ładna buzia, ale zero osobowości. 

Brook poprawia okulary, tym razem mierząc w niego.  

– Zboczek. 

Obserwująca nas dziewczyna robi krok w naszą stronę.  

– Co wy tam robicie? 

– Tańczymy! – odpowiada Barka. 

Brook nawet nie raczy spojrzeć w jej kierunku.  

– Pilnuj swojego nosa, Lisa. 

Lisa zaciska usta w pełną dezaprobaty linię, co jest nie lada 

osiągnięciem, jako że ma bardzo pełne wargi. Brwi wyregulowane w dwie 

wąskie linie, nienaturalnie proste włosy, pieczołowicie rozdzielone, błyszczyk 

background image

na tych wydatnych ustach... Lisa jest oczywistym przykładem dziewczyny z 

gatunku: „Dbam O Siebie”. Jest też dobrze ubrana. W mojej starej szkole 

właśnie takie dziewczyny jak ona uprzykrzały mi życie. Nigdy nie byłam 

wystarczająco zadbana, moje ubrania nigdy nie były wystarczająco drogie i nie 

przechadzałam się korytarzami, promieniując wyższością. 

Jednak nie jesteśmy w mojej poprzedniej szkole, a ponadto wiele rzeczy 

zmieniło się od tego czasu. Poza tym może być przecież zupełnie miłą osobą. 

Choć bardzo w to wątpię. 

– Nie powinniście tego robić – rzuca o wiele za głośno. 

Gdybym ją szturchnęła, czy jej magia stała by się jeszcze próżniejsza? 

Czy w ogóle istnieje takie słowo, jak „próżniejsza”?  

– Szukam Ashlyn – wyjaśniam jej. 

– Ona nie żyje – oświadcza Lisa i zerka na pozostałych kątem oka. 

Nie martw się, wszyscy już skupili uwagę na tobie. 

– No i zaczyna się – mruczy Barka. 

– Skąd to wiesz? Zabiłaś ją?  

Dziug, dziug, dziug. 

Panna Dbam O Siebie unosi podbródek.  

– Wiem to, ponieważ rozmawiałam z jej duszą. 

– Jej duszą? – pytam. 

– Tak, z jej duszą. Z jej duchem. 

Fajnie, ale duchy nie istnieją. Nawet Kate nigdy nie natknęła się na 

żadnego. Nie spostrzegłam też nigdy magii duchów, a widywałam przecież 

wiele pokręconych rzeczy. 

– Czy jej duch powiedział ci, kto ja zabił? – pytam. 

– Odebrała sobie życie – zapewnia Lisa. 

Żółto-zielone  żyłki wystrzeliwują z jej magii, połyskując iskierkami 

słonecznikowej żółci. Ohoho. 

Biurko nagle drży pod moimi palcami. Krzesła  wokół mnie klekocą. 

Brook cofa się o krok. 

background image

Biurko tańczy, podskakując. Dwa krzesła po moich bokach strzelają ku 

sufitowi, utrzymują się tam przez jedną, pełną napięcia sekundę i zwalają w 

dół. 

Nieźle. 

Lisa mierzy mnie wzrokiem.  

– Ashlyn nie żyje. Nie wiem kim jesteś, ale powinnaś odejść. Zakłócasz 

jej spokój. 

Śmieję się. 

Lisa odwraca się na pięcie i wychodzi. 

***      

– Czy Lisa włada mocą telekinezy? – pytam. 

Brook wzrusza ramionami. – W niewielkim stopniu. Na pewno nie tak, 

jak to przed chwilą pokazała. Ta sztuczka z latającym krzesłem, to coś nowego. 

Zwykle musi się mocno napocić, żeby przesunąć długopis po biurku. 

A ten przypływ mocy z pewnością nie ma nic wspólnego z tymi 

ślicznymi, żółto-zielonymi pasmami w jej magii. Są wprawdzie żółto-zielone, 

jak jabłka Ashlyn, ale w innym odcieniu. Dwa dziwne kolory magii napotkane 

tego samego dnia. To dopiero coś, jak powiedziałaby Kate. 

– Nie idziesz jeszcze? – pyta mnie Barka. 

– Oczywiście,  że nie idzie – odpowiada za mnie Brook. – Jeszcze nie 

skończyłam oprowadzania. 

– Kiedy ludzie każą mi odejść, to znaczy, że trzeba jeszcze pokręcić się 

na miejscu – wyjaśniam. – Czy Lisa ma jakiś zatarg z Ashlyn? 

– Lisa popada w konflikty ze wszystkimi – stwierdza Brook. – Tacy jak 

ona wybierają sobie kogoś na ofiarę i szykanują  ją,  żeby poprawić sobie 

samoocenę.  

– To bezużyteczny głąb – dodaje Barka. – Przynajmniej do tej pory. 

Oboje jej rodzice są wykładowcami w Akademii  Magów. Kiedy ją tu przyjęto, 

chwaliła się swą rzekomą, ogromną mocą. 

background image

– Pamiętam – krzywi się Brook. – Każde zdanie zaczynała od: „W 

Akademii Magów, gdzie pracuje mój ojciec...” albo: „Kiedy byłam z wizytą w 

laboratorium mojej matki w Akademii Magów...” Nie do wytrzymania. 

– Twierdzi, że posiada ogromne moce – mówi Barka – ale nie potrafi 

zrobić nic, oprócz drobnych sztuczek z telekinezą. 

– Niech zgadnę, ludzie nabijają się z niej? – pytam. 

– Najczęściej  sama  to  prowokuje  –  ocenia Brook. – Nie wszyscy tutaj 

mają super-fajową magię. 

– Jak na przykład Sam – zauważa Barka. – Jeśli dasz mu kawałek szkła, 

to wytrawi go swoją magią tak, że wygląda na zamarznięty, jak zimowe wzory 

na szybie. Na początku to się wydaję fajowe, ale w sumie jest bezużyteczne, no 

i Sam nie kontroluje tego zbyt dobrze. Ale on nie robi wokół tego zamieszania. 

– To, że jest nadzwyczajna, uroiło się Lisie w głowie – przyznaje Brook. 

– Uważa się za lepszą, jakbyśmy my byli pospólstwem, a ona stała ponad 

nami. Nikt nie lubi być tak traktowany. 

– Dokuczają jej? – pytam. 

Barka wzrusza ramionami.  

–  Średnio. Nikt nie chce spędzać z nią czasu. Nikt nie siada z nią w 

trakcie przerwy śniadaniowej. Ale to tylko samoobrona, bo ona nie słucha 

tego, co inni mają do powiedzenia. Jak cię dorwie, to nieustannie papla o 

swoich wyjątkowych rodzicach. Widzę,  że w końcu doczekała się tych 

ogromnych mocy. 

– Ujawniły się mniej więcej w tym samym czasie, gdy zniknęła Ashlyn? 

– Taaak – krzywi się Barka. – A potem zaczęła wszędzie wyczuwać 

obecność Ashlyn. Kto wie, może Ashlyn naprawdę nie żyje. 

– Zaklęcia lokalizacyjne wskazują, że żyje. Poza tym duchy nie istnieją – 

wyjaśniam im. 

– A ty jesteś ekspertem od duchów? – powątpiewa Brook. 

– Uwierz mi na słowo. 

background image

Wolałabym,  żeby to były duchy. Przeczucie mówi mi, że to coś bardzo 

paskudnego. Coś bardzo złego. 

Mogłabym zadzwonić do Kate i zapytać  ją, co mogło spowodować 

pojawienie się dwukolorowej magii. Kolory nie są zmieszane ani nie łączą się 

w jeden, jak to ma miejsce u Kate. Są odrębne. występują razem, ale nie 

mieszają się. 

Eh. Czuję, że w tym tkwi sedno sprawy, ale nie mogę tego rozgryźć. 

Próbuję    myśleć jak Kate. Zawsze powtarza, że ludzie są rozwiązaniem 

każdej zagadki. Ktoś jakoś sprawił,  że Ashlyn się ukryła, a Lisa bardzo nie 

chce, bym jej szukała. 

– Czy Ashlyn ma tu przyjaciółkę? – pytam. 

Brook zastanawia się.  

– Prowadza się czasem z Sheilą, ale najczęściej jest sama. 

– Możemy porozmawiać z Sheilą? 

Brook wzdycha cierpiętniczo.  

– Jasne. 

– Już idziesz? W takim razie, Brook, czy mogłabyś potrzymać to przez 

chwilę? – Barka wyciąga długopis, który wcześniej obracał w palcach, w jej 

stronę, a ona go bierze. Iskrzy, a dziewczyna upuszcza długopis i strzepuje 

dłoń. 

Blondynek rechocze. 

– Debil! – oczy Brook lśnią niebezpiecznie pod okularami.  

Wychodzi raźnym krokiem z klasy. Idę za nią. 

Udajemy się korytarzem w stronę klatki schodowej. 

– On cię lubi – oznajmiam. 

– Taaa, jasne – odwarkuje Brook. 

Sheila okazuje się być dokładnym przeciwieństwem Ashlyn, która na 

zdjęciach wygląda na drobną, wymuskaną i dziewczęcą, gdy tymczasem Sheila 

jest dobrze zbudowana. Nie jak facet, ale naprawdę nieźle przypakowana. 

background image

Łapiemy ją w szatni; wybiera się  właśnie na siatkówkę. Nieczęsto widuje się 

dziewczęta z kaloryferem na brzuchu. 

Siedzi na drewnianej ławeczce, przy małym, wyłożonym drewnem 

pomieszczeniu, mieszczącym się wewnątrz szatni, na którym widnieje napis 

"sauna". Zastanawiam się, co u licha oznacza słowo „sauna”. To szatnia 

pierwszoklasistów; podłogę wyłożona jest płytkami i znajdują się tu trzy 

prysznice, dwie toalety, "sauna"  i duże szafki. Czyste płytki pachną lekko 

sosną. Specjalniutka szatnia dla wybrańców. 

– Nie wiem z jakiego powodu Ashlyn wykręciła taki numer – Sheila 

wciąga lewą skarpetę. 

– Martwiła się czymś? 

– Wydawała się być nerwowa. 

– Miała jakieś problemy z Lisą? 

Sheila nieruchomieje z tylko jedną obutą stopą.  

– Z Lisą Pustakiem? 

No dobra, nie polubiłam Lisy, ale gdyby mnie tak przezywali, też bym 

się wkurzyła.  

– Lisą, która wyczuwa „obecność” Ashlyn. 

– Niespecjalnie – kręcił głową Sheila. – Któregoś razu ktoś zostawił na 

biurku Ashlyn odcisk łapy. Bardzo się zdenerwowała. 

– A jakiego zwierzęcia to była łapa? 

– Wilka – odpowiada Brook. – Pamiętam to. Ścierała go przez dobre 

dziesięć minut. 

– Jak duży był ten odcisk i kiedy to się stało? 

– Spory – wyjaśnia Sheila. – Wielkości miseczki. Jakiś tydzień temu. 

Odcisk tej wielkości może wskazywać na zmiennokształtnego; wilkołaka 

lub ewentualnie szakalołaka lub kojotołaka. 

– Jedyną osobą, która coś do niej ma jest Yu Fong – oświadcza Sheila. 

– To jedyny osiemnastolatek w drugiej klasie – wyjaśnia Brook. Jest 

Chińczykiem i jest osobliwy. 

background image

– W jakim znaczeniu osobliwy? 

– Jest sierotą – tłumaczy Sheila. – Jego rodzice zostali zamordowani. 

– Sądziłam, że zginęli w wypadku samochodowym – dziwi się Brook. 

– Cokolwiek to było, nie żyją – wzrusza ramionami Sheila. – Z jakiejś 

przyczyny nie chodził do szkoły. Słyszałam,  że był w więzieniu, ale to 

nieważne. W każdym razie pojawił się tu któregoś dnia, a po rozmowie z 

Gendunem został przyjęty jako student. Wykazał się wystarczającymi 

umiejętnościami, by zacząć od drugiego roku. Jest niebezpieczny. 

– Jest bardzo potężny – potwierdza Brook. 

– Wysokiej klasy magia – dodaje Sheila. – Czasem można ją wyczuć, aż 

mnie swędzi skóra. 

Brook przytakuje. – Nie jestem  pewna,  jaki  to  jest  dokładnie rodzaj 

magii, ale cokolwiek to jest, jest potężne. Do szkoły uczęszcza jeszcze troje 

Chińczyków i łażą za nim, jak jacyś ochroniarze. Nawet nie można z nim 

porozmawiać. 

– I Ashlyn ma z nim na pieńku?  

Jakoś nie mogę sobie wyobrazić Ashlyn specjalnie zadzierającej z tym 

chłopakiem. 

– Bardzo się go boi – odpowiada Sheila. – Raz próbował z nią 

porozmawiać, a ona spanikowała i zwiała. 

No dobra. Zatem następny cel to tajemniczy Yu Fong. 

*** 

Poszukiwania „osobliwego Chińczyka” prowadzą nas do stołówki, gdzie, 

według Brook, władający potężnymi mocami chłopak, spożywa właśnie późne 

drugie śniadanie.  

Brook prowadził. Wchodzę za nią przez podwójne drzwi i zatrzymuję się. 

Przez ogromny świetlik wlewa się do tej wielkiej sali światło słoneczne. Są tu 

okrągłe, metalowe stoliki i bogato zdobione krzesła; przy ścianie po 

przeciwnej stronie znajduje się bufet, obsługiwany przez kilka ubranych na 

biało osób. Szykownie. 

background image

Studenci biorą talerze i udają się z nimi do stolików. Niektórzy tylko 

rozmawiają, siedząc przy nich. Po prawej stronie śmieje się naraz kilka osób. 

 

Po lewej stronie, przez szerokie przejście widać skrawek mniejszej, 

oszklonej werandy. Pośrodku, pod oknem sufitowym, rośnie niewielkie 

drzewo z czerwonymi liściami, błyszczącymi w słońcu. Przy drzewie stoi 

stoliczek, a przy nim na krześle siedzi młodzieniec, opierając się o stolik i 

czytając książkę. Jest za dojrzały, by nazywać go chłopcem, ale za młody, by 

uznać go za mężczyznę, a jego twarz jest nieludzko piękna. 

Stoję tam i gapię się. 

Widywałam już przystojnych facetów. Ale ten... Jest magiczny. Ciemne 

włosy odsłonięte z wysokiego czoła, spływają prostą falą. Jego rysy są 

nieskazitelnie piękne, twarz mocna i męska, z wyraźnie zarysowaną szczęką, 

delikatnie rozdzielonym podbródkiem, pełnymi wargami i wysokimi kościami 

policzkowymi. Ciemne, szerokie, ładnie wygięte brwi osłaniają, duże, piękne i 

bardzo ciemne oczy. Nie są czarne, ale ciemnobrązowe. 

Mrugam i włącza się moja moc. Chłopak otoczony jest bladą, błękitną 

poświatą. Nie jest całkiem srebrna, ale wystarczająco, by rozjaśnić odcień do 

połyskliwego szarego błękitu. Boskość. Albo jest kapłanem, albo obiektem 

kultu, a sądząc z wyglądu, stawiałam na to drugie. Lśnienie przypomina mi 

jedną z tych niebiańskich istot z chińskiej mitologii, o której musiałam się 

uczyć w starej szkole. Wygląda jak jakiś bożek. 

– To on – mówi Brook. – I jego ochroniarze. 

Przy stoliku obok siedzi dwóch chłopców.  

– Wydawało mi się, że powiedziałaś, że jest ich trzech – mówię cicho. 

– Tak, ale Hui ma teraz lekcję algebry. 

Przyglądam się uważnie tym dwóm – otacza ich zwykły błękit – i 

wyłączam widzenie zmysłowe. Sama jego twarz jest zbyt rozpraszająca, 

magiczny blask dodatkowo przeszkadza. 

– Pójdę zapytać, czy porozmawia z tobą – proponuje Brook. 

background image

– Zróbmy to razem.  

W tej szkole traktują kolejność dziobania bardzo poważnie.  

Brook zaciska usta.  

– Nie, oni mnie znają. 

Udaje jej się przejść około dwóch trzecich odległości, gdy jeden z goryli 

Yu Fonga wstaje z krzesła i blokuje jej drogę. Brook coś mówi, a on kręci 

przecząco głową i moja przewodniczka wraca do mnie. 

To jest, oczywiście, odmowa. W dodatku teraz wiedzą, że się zbliżam. 

Będę musiała zadowolić się tym, co mam. 

Unoszę dłoń i macham paluszkami do gościa o super potężnych mocach. 

Wciąż czyta książkę. Macham jeszcze raz i ruszam w jego kierunku z dużym, 

ślicznym uśmiechem na twarzy. Widziałam, jak Kate to robi, więc jeśli czegoś 

nie spieprzę, to powinno się udać. 

Pierwszy ze strażników rusza w moją stronę, stając mi na drodze. 

Uśmiecham się do niego słodko, zaglądam przez jego ramię i wskazałam 

palcem na siebie, jakbym została wezwana i nie mogła w to uwierzyć. Zerka 

przez ramię, by to sprawdzić. Walę go pięścią w brzuch. Składa się w pół, 

sapnąwszy w zaskoczeniu. Uderzam dłonią tył jego głowy, pchając ją w dół. 

Buźko poznaj kolano.  

Bum!  

Energia uderzenia wibruje mi w nodze. 

Odpycham go na bok i prę do przodu.  

Drugi strażnik skacze na równe nogi. Zgarniam najbliższe krzesło, robię 

zamach i uderzam go nim, gdy jest wystarczająco blisko. Krzesło z trzaskiem 

zderza się z jego głową. Puszczam je, a on upada z meblem na głowie. Omijam 

go i sadowię się na wolnym krześle przy stoliku. 

Super-ktoś powoli unosi wzrok znad książki i patrzy na mnie. 

O là là. 

W jego oczach czai się arogancja, przeszywająca intensywność i 

determinacja.  Życie na ulicy kształtuje swego rodzaju szósty zmysł, jeśli 

background image

chodzi o te sprawy. Uczysz się czytać ludzi. Odczytanie akurat jego jest proste: 

jest potężny i arogancki oraz narzuca kontrolę całemu otoczeniu oraz sobie. 

Życie nie potraktowało go lekko, ale wyszedł z tego silniejszy. Nigdy nie 

pozwoli innym domyśleć się,  co  mu  chodzi  po  głowie i w kontaktach z nim 

zawsze będzie się stąpać po kruchym lodzie. 

Dotykam koniuszkiem palca powierzchni stołu.  

– Zaliczyłam bazę. 

Za mną daje się słyszeć szamotaninę. Yu Fong wykonuje delikatny ruch 

dłonią i hałasy cichną. Wygrałam prawo do audiencji. Juhu! 

Przechyla głowę i uważnie mi się przygląda tymi czarnymi oczyskami. 

Wyczuwam zapach kadzidła. Tak, to z pewnością jest kadzidło; mocny, 

delikatnie słodki aromat.  

– Zawsze zastanawiałam się, jak mam się zwracać do obiektu kultu. 

Mam nazywać cię „panem tysiąca lat”, „świętym”, czy „synem niebios”?  

Dali, zmiennokształtna, uczy mnie o źródłach azjatyckiej mitologii. 

Niestety to są dopiero początki, więc nic więcej nie wiem. 

– Nie jestem „przedmiotem” – mówi z lekkim akcentem. – Zwracaj się 

do mnie Yu. 

 No i dobrze. 

– Chcesz czegoś ode mnie? – pyta. 

– Nazywam się Julie Lennart.  

Lepiej wytoczyć ciężkie działa. Większość ludzie nie zna nazwiska 

Władcy Zwierząt, więc jeśli Chińczyk je rozpozna, będzie to wiadomy znak, że 

gra w wyższej, magicznej lidze. 

– To znaczące nazwisko, jak na kogoś tak niewielkiego. – Yu Fong 

uśmiecha się  leniwie.  Tak  samo  uśmiechałby się, obserwując szczeniaczka, 

ganiającego za motylkiem, jaki i jego sługusów torturujących wroga. Bez 

różnicy. – Władca Zwierząt rządzi tysiąc pięciuset zmiennokształtnymi. 

– Mniej więcej.  

Raczej więcej, ale on nie musi o tym wiedzieć. 

background image

Skupia na mnie spojrzenie ciemnych oczu.  

– Któregoś dnia moje królestwo będzie większe. 

Ha ha. Taaak, jasne.  

– Jestem tu za wiedzą Pana Genduna i na jego prośbę. 

Nie odzywa się. Metalowy stolik pod moimi placami jest ciepły. Kładę na 

nim całą  dłoń. Zdecydowanie ciepły. Stołówka jest klimatyzowana i choć 

magia jest w górze, powietrze jest dosyć chłodne, czyli metalowy stolik też 

powinien być chłodny. 

– Zniknęła pewna dziewczyna. Jest mała. Nieśmiała. Ma na imię Ashlyn. 

Żadnej reakcji. Stolik z całą pewnością robi się coraz cieplejszy.  

– Bardzo się ciebie bała. 

– Nie zabijam dziewczynek. 

– Dlaczego sądzisz, że została zabita? Nic takiego nie powiedziałam. 

Nachyla się lekko do przodu.  

– Jeśli zauważę coś, co mnie obraża, to albo to ignoruję, albo zabijam. 

Zignorowałem ją. 

O mamusiu, ależ ten koleś jest nadęty.  

– Czym cię obraziła? 

– Nigdy nie stanowiłem dla niej zagrożenia. Nie miała powodu, by kulić 

się w mojej obecności. Nie oczekuję, że to zrozumiesz. 

Zastanawiam się  głęboko, dlaczego jej strach mógłby być dla niego 

obraźliwy. 

– Kiedy się skuliła, poczułeś się obrażony. Nie miałeś zamiaru jej 

skrzywdzić, więc okazując strach, insynuowała niejako, że nie w pełni 

kontrolujesz swoje moce. 

Wybałusza lekko oczy. 

– Jestem wychowanką Władcy Zwierząt – wyjaśniam. – Spędzam wiele 

czasu z aroganckimi ludźmi, którzy mają świra na punkcie samokontroli. 

Stół jest prawie zbyt gorący, by go dotykać. Nie zabieram dłoni.  

background image

– Ashlyn drażniła cię. Stwierdziłeś, że ją zignorowałeś. Nie powiedziałeś 

natomiast nic o twoich ochroniarzach. Czy zrobili jej coś, co skłoniło ją do 

zniknięcia? 

Jego twarz wyraża czystą pogardę, co jest grzecznym sposobem 

powiedzenia,  że warknąłby na mnie, gdyby to nie uwłaczało jego godności. 

Widziałam dokładnie takie samo spojrzenie na twarzy Władcy Zwierząt. 

Gdyby Yu i Curran kiedykolwiek znaleźli się w tym samym pomieszczeniu, to 

Kate eksplodowałaby głowa. 

Czekam, ale nic nie mówi. Najwyraźniej Yu postanowił nie poniżać się 

udzielaniem odpowiedzi na takie pytanie.  

Z jego książki unoszą się smużki dymu. Stolik bliżej niego musi być o 

wiele gorętszy, niż z mojego końca. Coś  jest  na  rzeczy,  bo  metal  parzy  mi 

palce. 

– Jeśli dowiem się, że skrzywdziłeś Ashlyn, to odpłacę ci tym samym – 

oznajmiam. 

– Będę miał to na uwadze. 

– Miej. Twoja książka się dymi. 

Zabiera ją ze stolika. Unoszę powoli dłoń, dmucham na nią i podnoszę 

się, by odejść. 

– Co cię to obchodzi? – pyta. 

– Ponieważ nie obchodzi to żadnego z was. Rozejrzyj się – zaginęła 

dziewczynka. Ktoś, kogo widywałeś tu każdego dnia, wystraszył się czegoś tak 

bardzo,  że aż musiał się przed tym ukryć. Nikt jej nie szuka. Wszyscy 

zajmujecie się swoimi codziennymi sprawami. Masz całą tę moc i nie ruszyłeś 

palcem, by jej pomóc. Siedzisz tu, czytasz książeczkę, wygodnie ukryty za 

swoimi ochroniarzami i pokazujesz, jaka zajebista jest twoja magia, 

podgrzewając stolik. Ktoś musi ją odnaleźć. Postanowiłam,  że ja będę tym 

kimś.  

Nie mam pewności, czy moje słowa trafiają do niego. 

background image

– Prawdziwa siła nie tkwi w możliwości zabicia lub zignorowania 

przeciwnika, prawdziwa siła to bronić tych, którzy tego potrzebują – dodaję. 

Unosi lekko brwi.  

– Czyje to słowa? 

– Moje – odpowiada i oddalam się. 

Brook wpatruje się we mnie. 

– Chodź – odzywam się do niej na tyle głośno, by usłyszał kpinę w moim 

głosie. – Nic tu po nas. 

*** 

Gdy już jesteśmy w korytarzu, podchodzę do okna i oddycham głęboko. 

Co za tupet. Tyle mocy, tyle kipiącej w nim magii, a on siedzi na dupie. Nie 

uczynił nic, by pomóc Ashlyn. Nie obchodzi go to. 

Stojąca za mną Brook chrząka. 

– Potrzebuję jeszcze chwilki. 

  Wyglądam na dziedziniec, otoczony ścianami szkoły. To spory plac. Nie 

ma tam dogodnego miejsca do ukrycia się, choć znajdują się tam ławki, kwiaty 

i wijące się, kamienne ścieżki.  Na północnym jego krańcu rośnie samotne 

drzewo, otoczone labiryntem koncentrycznie ułożonych rabatek, 

 

rozprowadzonych od niego niczym jedna z tych małych, kieszonkowych gier 

zręcznościowych, gdzie musisz przetoczyć kulkę przez plastykowy labirynt do 

dziurki. 

– Mylisz się – odzywa się Brook. – Przecież każdy ma swoje 

zmartwienia. To, że nie szukałam Ashlyn, nie czyni ze mnie złego człowieka. 

Masz w ogóle pojęcie, jak trudne są egzaminy wstępne na Akademię Magów? 

Zdobycie odpowiedniej ilości punktów pochłania cały mój czas.  Poza tym 

wcale cię nie znam i nie muszę się przed tobą usprawiedliwiać! 

Kwiaty są w pełnym rozkwicie. Niebieskie astry, delikatne, kremowo-

żółte irysy, fioletowawe trzykrotki – w poprzedniej szkole miałam dużo zajęć z 

zielarstwa. Jest początek czerwca, więc nie ma w tym nic niezwykłego. Na 

background image

drzewie pojawiły się maleńkie pąki, gotowe rozwinąć się w efemeryczne, 

różowo-białe płatki. 

– Zresztą nie znam jej dobrze. Nie rozumiem, dlaczego miałabym 

przyjmować odpowiedzialność za problemy, które zmusiły ją do ukrycia się. 

Gdyby przyszła do mnie i powiedziała: „Brook, mam kłopoty”, to bym jej 

pomogła. 

– Co to za drzewo? 

– Co? 

– Drzewo na dziedzińcu – wskazuję. – Jaki to gatunek? 

Brook mruga. – Nie wiem. To uschnięte drzewo. Zresztą i tak nie można 

się do niego dostać; nie, kiedy magia jest w górze, bo jest otoczone polem 

ochronnym. Słuchaj, nie jestem dumna z tego, że jej nie szukałam. Chcę tylko 

powiedzieć, że nie zrobiłam tego, choć może powinnam, bo byłam naprawdę 

zajęta. 

Idę o zakład,  że to jest jabłoń. Niektóre z nich rozkwitają późno, ale 

większość okrywała się kwieciem w kwietniu i maju.  Mamy czerwiec. 

– Od jak dawna to drzewo jest uschnięte? 

– Od kiedy pamiętam. Zaczęłam chodzić do tej szkoły trzy lata temu i już 

wtedy było suche. Nie wiem, dlaczego go nie zetną. Czy ty mnie w ogóle 

słuchasz? 

– Ono zakwitło. 

Ponownie mruga.  

– Że co? 

– To drzewo kwitnie. Spójrz. 

Wygląda przez okno.  

– Och. 

Równe sto punktów z botaniki. Jabłka w szufladzie. Odcisk łapy na 

biurku. Obawa przed chłopakiem, który wytwarza ciepło, bo przecież nie ma 

dymu bez ognia. Zakwitnięta jabłoń, która była sucha przez lata. 

background image

To wszystko układa się mi w głowie w idealną strzałę, wymierzoną 

prosto w to drzewo. 

– Możemy tam zejść? 

Brook wpatruje się w jabłonkę.  

– Tak. 

Dwie minuty później wychodzę bocznymi drzwiami na wewnętrzny 

dziedziniec i ruszam wijącą się ścieżką.  

Znajduję się piętnaście metrów od drzewa, gdy wyczuwam przed sobą 

magię.  

Przystaję i włączyłam widzenie zmysłowe. Wyrasta przede mną  ściana 

magii, jarząca się srebrzyście. Pole ochronne okazuje się być zaklęciem 

obronnym, skonstruowanym do zatrzymania intruzów. Przepływają przez nie 

strumienie mocy. 

Niektóre pola ochronne jarzą się przejrzystymi barwami, zarówno sama 

bariera, jak i jej przedpole, a wpakowanie się na nią boli. Natomiast to jest 

widoczne tylko dla osób z podobnymi do moich umiejętnościami. A sądząc po 

nasileniu magii, dotknięcie jej sprawiłoby, że człowiek wiłby się z bólu przez 

kilka minut albo nawet stracił przytomność. 

Skręcam i idę wzdłuż pola, a Brook podąża moim śladem. Zaklęcie 

trzyma się krawędzi zakrzywionej rabatki. 

– Po co założono to pole? 

– Nikt tego nie wie 

– Spytałaś kiedykolwiek o to Genduna? 

– A wiesz, że tak? Tylko się uśmiechnął. 

Świetnie. 

Na wprost widnieje półmetrowa przerwa w polu. Zatrzymuję się przy 

niej, zaglądam przez nią i widzę następne pole ochronne. To jest magiczny 

labirynt,  z coraz mniejszymi, wewnętrznymi kręgami, a w samym jego środku 

stoi drzewo. 

– Obserwuje nas – syczy Brook. 

background image

– Co? 

– Okno na pierwszym piętrze, po lewej stronie. 

Spoglądam w górę i widzę patrzącą na nas Lisę. Nasze spojrzenia 

krzyżują się. Na twarzy Lisy mieszają się różnorodne emocje, częściowo  

zrozumienie,  a częściowo  strach. Rozgryzła mnie. Pojęła, że jestem w stanie 

zobaczyć pole ochronne i że wiem o jabłoni, więc teraz się boi. To niemożliwe, 

żeby obawiała się mnie. Nie jestem aż tak przerażająca. Czy boi się, że odnajdę 

Ashlyn? 

Z pleców Lisy strzela jaskrawozielona poświata. Układa się w kształt 

ponad dwumetrowego wilka. Zwierzę wpatruje się we mnie ognistymi oczyma. 

Serce trzepoce mi w piersi, niczym mały, przerażony ptaszek. Przez ten 

ogień spogląda  na  mnie  coś prastarego. Coś niewyobrażalnie starego i 

samolubnego. 

Wilk szarpie się i znika. Gdybym akurat zamrugała, nie zauważyłabym 

go. 

– Widziałaś to? 

– Co? – pyta Brook. 

Czyli zobaczyłam to przy pomocy widzenia zmysłowego. 

Lisa odwraca się i odchodzi. Mam zlodowaciałe czoło.  Ścieram z niego 

połyskujące kropelki. Pot. Fe. 

Wszystko nabiera sensu. Zwracam się do Brook:  

– Macie tu bibliotekę? 

Popatrzy na mnie jak na kretynkę.  

– Serio? Musisz o to pytać? 

– Prowadź! 

Rusza ku drzwiom. Gdy do nich dociera, otwierają się i staje w nich 

Barka.  

– Hej! 

background image

Brook przepycha się obok niego i idzie dalej żwawym krokiem, 

zaciskając zęby i sprawiając wrażenie,  że mogłaby położyć trupem każdego, 

kto wszedłby jej w drogę. Idę za nią. 

Barka zrównuje się ze mną.  

– Gdzie tak pędzicie? 

– Do biblioteki. 

– Pali się i trzeba ją ugasić? 

– Nie. 

Chyba skończyły mu się dowcipne teksty, bo milknie i idzie z nami. 

Biblioteka zajmuje przestronne pomieszczenie. Przy ścianach stoją 

półki. Biorąc pod uwagę przypływy i odpływy magii, nie można już polegać na 

elektronicznych czytnikach, choć czytelnie mają je na wyposażeniu. Gdy ktoś 

potrzebował szybko znaleźć informacje, to one świetnie się do tego nadają. 

Trzeba tylko poczekać, aż magia opadnie i zapanuje znowu technika. 

Niestety magia nie ma ochoty ustąpić w najbliższym czasie. 

Przechodzę przez bibliotekę, czytając oznaczenia półek. Filozofia, 

psychologia... 

– Czego szukasz? – wtrąca Brook. – Ja znajdę to szybciej. 

– Mitologii greckiej i rzymskiej. 

– Dwieście dziewięćdziesiąt dwa. – Brook odkręca się i wchodzi 

pomiędzy półki. – Tutaj. 

Przyglądam się tytułom. „Encyklopedia mitów greckich i rzymskich.” 

Trafione!  

Oczy Brook rozświetlają się.  

– Cholera! Oczywiście. Jabłka. To tak proste, że mogłabym się zdzielić 

po łbie za głupotę. 

– Załapałaś. – Wyciągam książkę z półki i zanoszę  ją na najbliższe 

biurko, przerzucając kartki, by dojść do „E”. 

– Co jest? – pyta Barka. 

– Znalazła Ashlyn. Ona jest w drzewie – wyjaśnia Brook. 

background image

– Dlaczego? 

– Ponieważ jest Epimeliadą – mruczę, szukając strony. 

– Czym jest? 

– Driadą jabłonki, matołku – warczy Brook. 

Barka unosi dłoń. – Spokojnie! To było na zajęciach trzy semestry temu. 

– Epimeliady są driadami jabłoni i opiekunkami owiec – tłumaczę. 

Barka oparł się o Biurko. – To z deczka przypadkowe. 

– Ich nazwa wywodzi się od greckiego słowa „melas”, które oznacza 

zarówno jabłko, jak i owcę – stwierdza Brook. 

– To wyjaśnia, dlaczego tak bardzo bała się Yu Fonga – dodaję. – Nic, 

tylko by puszczał wszystko z dymem. Ogień i drzewa nie idą w parze. 

– No i ktoś zostawił odcisk wilczej łapy na jej biurku. Wilki są 

naturalnymi wrogami owiec – dorzuca Barka. 

– Ktoś usiłował  ją zastraszyć – Brook opada na krzesło, jakby nagle 

poczuła się wykończona. – A nikt z nas nie poświęcił temu na tyle uwagi, by to 

dostrzec. 

– To Lisa – przeglądam opis driad. Nieśmiałe,  odludki, bla, bla, bla... 

Żadnych naturalnych wrogów. Żadnej wzmianki o jakichś mitycznych 

wilkach. 

– Skąd wiesz? 

– Ma we wnętrzu wilka. Widziałam go.  To dlatego ma silniejszą moc. 

Wydaje mi się, że dobiła targu z jakąś istotą i owo stworzenie pragnie Ashlyn. 

 Patrzą po sobie. 

– A właściwie, to jakim dokładnie rodzajem magii władasz? – pyta 

Barka. 

– Właściwym – odsuwam krzesło i siadam obok Brook. – Gdyby Lisa 

zawarła umowę z trzygłowym demonem albo czymś w rodzaju chimery, to 

mogłabym zawęzić obszar poszukiwań, ale wilk... 

background image

– Daje strasznie dużo możliwości – kończy Barka. – W prawie każdej 

mitologii, tam gdzie jest las, jest też jakiś  psowaty.  To  może być mitologia 

francuska, celtycka, angielska, rosyjska albo jakakolwiek inna. 

– Czy pamiętasz, by wspominała coś o wilku? Może jest rejestr książek, 

które wypożyczała? 

– Dowiem się – Brook wstaje i idzie prosto do bibliotekarki. 

Kartkuję książkę. Niewiele wiadomo o driadach. Tyle, że są płochliwe i 

śliczne. Obiekty seksualne. Zdaje się, że starożytni Grecy nie mieli zbytniego 

dostępu do pornografii, więc wyobrażanie sobie, że każde drzewo skrywa 

potulne dziewczę z dużymi cyckami musiało być nie lada zabawą. 

Muszę wyciągnąć Ashlyn, nie tylko z drzewa, ale i z całej tej sytuacji. Nie 

wiem na pewno, czy Lisa zawarła umowę z tą wilczą istotą. Mogę się mylić – 

może ona zmusza Lisę do tego. Jestem natomiast pewna tego, że nie mam 

wystarczająco siły, by pokonać to stworzenie w pojedynkę. Moja magia nie ma 

zastosowania w walce, a ta istota... Cóż, biorąc pod uwagę natężenie jej magii,  

nawet żołnierze Gromady mieliby z nią problem. 

Czasem  żałuję,  że nie urodziłam się zmiennokształtnym. Gdybym była 

Curranem,  po prostu odgryzłabym wilkowi łeb. 

Curran. Hmmm. To nasuwa mi pomysł. Wyciągam skrawek papieru ze 

stosiku na biurku, piszę wiadomość i czytam ją.  On  to  zrobi.  Po  tym,  jak 

wytknęłam mu wady, zgodzi się; choćby po to, by udowodnić,  że nie mam 

racji. Jestem z siebie zadowolona. 

Brook wraca z wyrazem obrzydzenia na twarzy.  

– Jabłonie. Zaglądała do książek o jabłoniach. 

– Nie szkodzi. Barka, mógłbyś zanieść tę wiadomość Yu Fongowi? 

Wzrusza ramionami. – Jasne. Przepadam za niebezpieczeństwem  – 

bierze wiadomość. – To na razie! – mruga do Brook i odchodzi. 

– Będziesz walczyć z wilkiem – stwierdza Brook. – Jesteś najgłupszą 

osobą, jaką w życiu spotkałam. Musimy oddać tę sprawę w ręce dorosłych. 

background image

– Uważam, że Gendun już wie, co się dzieje. Drzewo, które nagle ożyło, 

nie umknęłoby jego uwadze. Nie wydawał się być szczególnie zaniepokojony 

zniknięciem Ashlyn i powiedział, że zaklęcie lokalizujące wskazuje, że ona jest 

na terenie szkoły. Sądzę, że mam rozwiązać tę sprawę samodzielnie. 

– W ten sposób naraziłby twoje życie na niebezpieczeństwo. – Brook 

poprawia okulary. – Tak samo jak Ashlyn. 

– Nie umiem tego wytłumaczyć. Wiem, że powierzono ją mnie, bym 

sama ją rozwikłała. Może tylko ja mogę to zrobić. Może Ashlyn zaufa osobie w 

podobnym wieku, a dorosłemu nie. A może Gendun jest zwyczajnie 

lekkomyślny. Nie mam pojęcia. Jednak muszę wydostać ją z tego drzewa. 

Kiedy jeszcze chodziłam do poprzedniej szkoły, to zdarzały mi się 

chwile, gdy z chęcią schowałabym się w drzewie.  Wiedziałam,  że Kate i 

Curran, a nawet ten matoł Derek, przybyliby mi na ratunek. Wiedziałam też, 

że nie zrobiłby tego żaden z moich szkolnych znajomych. Czasami chciałoby 

się, żeby komuś obok ciebie zależało. Cóż, tym razem, ja będę tym kimś. 

– Idę z tobą – oznajmia Brook. 

– Nie wydaje mi się żeby to był dobry pomysł. 

Poprawiający okulary palec, strzela w moim kierunku. 

– Dobrze – uśmiecham się szeroko. – To czyste samobójstwo. 

*** 

Czekam na dziedzińcu, przycupnąwszy na ławeczce, stojącej przy 

krawędzi pola ochronnego, gdzie wszyscy mogą mnie zobaczyć. Czytam 

książkę pożyczoną od Brook. Wyjaśnia, jak w wyniku wielkiego wybuchu 

powstał wszechświat. Z czytanych słów rozumiem tylko dwa: „ten” oraz „i”. 

Dzień ma się ku końcowi. Większość uczniów rozeszła się do domów, a 

ci mieszkający w internacie, opuścili budynek szkoły. Co dziwne, nie pojawił 

się  żaden nauczyciel, by mnie przepytywać lub dowiedzieć się, kiedy 

zamierzam sobie pójść. To tylko potwierdza moje przypuszczenia, że Gendun 

od początku wiedział, co się  święci. Może ma jakiś tajemniczy, „dorosły” 

powód, by wykorzystać mnie do wyjaśnienia tej sprawy. Może to jest 

background image

sprawdzian. Nie obchodzi mnie to. Czekam, mając nadzieję,  że magia się 

utrzyma. 

Nadejście zmierzchu oznajmia miękka, bezszelestna ćma. Niebo nad 

moją  głową przybiera barwę pięknego, intensywnego fioletu. Rozświetlają je 

gwiazdy, a tuż nad ziemią, jakby zachęcone ich migotaniem, budzą się i 

wychodzą z kryjówek w liściach świetliki. Już pora. 

Odkładam książkę na ławeczkę i ruszam ku polu ochronnemu. Magia 

wciąż jest w górze, więc kiedy skupiam się i używam widzenia zmysłowego, 

jarzące się ściany pola, migoczą lekko. Podchodzę wzdłuż niego do pierwszego 

przejścia i zatrzymuję się. Jestem pewna, że będę  śledzona. Lisa 

prawdopodobnie nie zdoła zapamiętać, gdzie znajdują się przerwy w 

niewidzialnym ogrodzeniu, ale wilk podąży za moją wonią. 

Muszę zapytać kogoś z Gromady, jak zostawiać silniejszy ślad 

zapachowy. Gdybym miała  łupież, podrapałabym się po głowie, ale go nie 

mam, więc trudno. Mimo to przeciągam dłonią przez włosy i ruszyłam dalej, 

idąc wzdłuż następnego pola, wprost do wąskiej szczeliny. 

Kluczę niespiesznie przez okręgi zaklęć obronnych, zatrzymując się przy 

przejściach, aż w końcu wydostaję się na wolną przestrzeń, okalającą drzewo. 

Kwiaty pokrywają gałęzie. Są delikatne, a białe płatki ledwie muśnięte różem, 

wychylają się z zielonych pączków.  

Mam nadzieję,  że postępuję  właściwie. Czasami trudno jest ustalić, co 

jest właściwe, a co nie. Dokonuje się wyboru, a potem żałuje,  że nie można 

cofnąć w czasie na te pięć sekund i odwrócić to albo cofnąć słowa; ale w życiu 

nie ma tak dobrze. 

Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje. 

Wyciągam jabłko z kieszeni. Skórka owocu jest tak czerwona, że prawie 

purpurowa. Przykucam i delikatnie popycham jabłko po ziemi, w kierunku 

korzeni drzewa. Zatrzymuje się na jego pniu. 

Kora jabłonki przesuwa się. I jeszcze trochę... Od pnia oddziela się 

pokryta korą noga i staje na trawie. Gdy palce stóp dotykają podłoża, kora 

background image

przemienia się w ludzką skórę. Po chwili koło drzewa przykuca niska, drobna 

dziewczyna. Wstrzymuję oddech. Włosy Ashlyn zbielały. Nie jest to platynowy 

blond. Po prostu biały. 

Podnosi jabłko.  

– Jersey. 

– Cześć Ashlyn. 

Zerka na mnie zielonymi oczami.  

– Cześć. Znalazłaś mnie. 

– To nie było zbyt trudne. 

Za polem ochronnym rozbłyskuje iskra magii. Ashlyn kuli się z oczami 

rozszerzonymi z przerażenia.  

– To nadchodzi! 

– Wszystko będzie dobrze. 

– Nie, nie rozumiesz. Wilk nadchodzi. 

Lisa podchodzi do zewnętrznego pola. 

– Ona tu jest! – pisnęła Ashlyn. – Idź stąd! Coś może ci się stać. 

– Zaufaj mi. 

Lisa rusza przez pole ochronne, biegnąc szybko moim śladem. Staję 

przed Ashlyn. 

Lisa wypada z labiryntu pola ochronnego i zatrzymuje się.  

– Dziękuję za wskazanie mi drogi. 

Wciąż stoję pomiędzy nią i Ashlyn. Tak długo, jak Lisa będzie skupiona 

na mnie, nie obejrzy się za siebie i nie zobaczy, kto idzie jej tropem przez 

barierę. 

– Czym jest ten wilk? 

– Widziałaś go? 

– Mhm. 

Lisa wzdycha.  

– To leśny duch. Nazywa się Leshii. 

background image

– To leśne stworzenie? – Ashlyn ściska moje ramię. – To dlaczego chce 

mnie skrzywdzić? Jest takie, jak ja. 

– Pragnie twojej krwi – odpowiada Lisa. – Jest słabe, a twoja krew je 

wzmocni. 

– Chce mnie pożreć? – szepcze Ashlyn. 

– Mniej więcej. Słuchaj, nic do ciebie nie mam. Jestem tylko zmęczona 

byciem Lisą Pustakiem. 

– Jak to się stało, że zawarłaś z tym czymś umowę? – pytam. 

– Wypuściłam je z Akademii Magów – odpowiada. – Pokazał mi je mój 

tata. Magowie uwięzili je podczas ostatniej fali magii i dali trochę drzew, żeby 

utrzymać je przy życiu, gdy je badali. Jednak drzewa nie wystarczały. Ono 

pragnie całego lasu, a ja chcę, żeby ludzie traktowali mnie poważnie. Zyskamy 

na tym. 

– Ale nie Ashlyn, która zostanie pożarta żywcem. Ale to nic wielkiego – 

mówię. Co za menda. 

– To co niby mam zrobić? – głos Lisy uderza w wysokie tony i widzę w 

niej ten sam strach, co wcześniej. Jednak teraz jest wyraźnie wypisany w jej 

oczach i twarzy. – Nie wiedziałam, czego ono chce, gdy je wypuszczałam. 

Umowa była taka, że wyniosę  je  na  zewnątrz, a ono zapewni mi moc. Nie 

wiedziałam, że to chce ją zabić. 

– Czyś ty zupełnie oczadziała? To pierwsza rzecz, jakiej uczą w każdej 

szkole – warczę. – Nigdy nie zawieraj umów z istotami magicznymi. To jest 

duch cholernego lasu. Masz pojęcie, jak jest potężny? Czego się kurwa 

spodziewałaś? 

– Nudzisz mnie – prycha Lisa. – To koniec. Nikt cię nie prosił,  żebyś 

wtykała nos w nie swoje sprawy. Kazałam ci odejść i nie posłuchałaś. Nie 

umiesz walczyć. A teraz obie umrzecie, więc kto tu jest głupkiem, co? 

– Jesteś okropna – mówi Ashlyn. 

– Wszystko jedno... – Lisa macha rękami, jakby asekurowała się przed 

upadkiem. Z gardła wyrywa jej się krzyk, przepełniony bólem i przerażeniem. 

background image

Ogromny, kudłaty, jaśniejący zieloną magią duch wilka wydostaje się z jej 

klatki piersiowej. Skacze na ziemię i okazuje się,  że góruje nad nami. Futro 

przybiera szary odcień. Przepastny pysk wilka otwiera się, nagle bardzo 

materialny. Gigantyczne kły kłapią w powietrzu. 

– Teraz! – krzyczę. 

Yu Fong wychodzi zza pola ochronnego. Tęczówki błyszczą mu 

pomarańczowo, a w ich głębi widzę spirale ognia. 

Wilk odwraca się do niego. 

Magia rozwija się z Yu Fonga, niczym płomienne płatki. Jaśnieje 

szkarłatem oraz złotem i formuje się w zarys przezroczystej bestii. Opiera się 

ona na czterech mocnych, muskularnych łapach, opatrzonych pazurami, 

pulsującymi ogniem. Ciało pokryte ma łuską. Głowa jest mieszanką 

chińskiego smoka i lwa, a długie wąsy czystej czerwieni wiją się po obu 

stronach szczęk. Z karmazynowej grzywy wystają kolce, a oczy przypominają 

roztopioną lawę. Wewnątrz bestii Yu Fong uśmiecha się, a magiczny wiatr 

szarpie jego włosy. 

O mamo. On jest smokiem. 

Wilk naciera na Lisę. Yu Fong zachodzi mu drogę, odpychając Lisę na 

bok. Upada na trawę. Smok otwiera pysk. Z rykiem tornada wyrwa się z niego 

ogień. Płomień ogarnia wilka i kudłata bestia rozdziawia pysk do wrzasku, ale 

nic się z niego nie dobywa. 

Wilk rzuca się na Yu Fonga, wgryzając się w smoka ogromnymi 

zębiskami. Yu Fong zaciska pięści. Wysoka ściana ognia wystrzeliwuje ze 

smoka i owija się wokół wilka. 

Żar parz mi skórę. 

Wilk wije się w kokonie z płomieni, kąsając i drąc pazurami, by się 

uwolnić. Twarz Yu Fonga pozostaje niezmącona. Odchyla się, śmieje łagodnie 

w środku bestii, a ogień eksploduje rozgrzany do białości, osmalając mi włosy. 

Ashlyn ukrywa twarz w dłoniach. 

background image

Wilk płonie, trzaskając i trykając iskrami. Patrzę, jak się pali, aż nie 

zostaje z niego nic, prócz kupki popiołu. 

Smok chowa się. Yu Fong podchodzi do tlących się popiołów i rozgarnia 

je dłonią, tak elegancki i piękny,  że aż nierzeczywisty. Popioły unoszą się w 

obłoczku iskier prosto do nieba i opadają na dziedziniec za polem ochronnym, 

osiadając na ziemi, niczym przepiękne świetliki. 

– Cóż, to by było na tyle – odzywa się Brook za pola. – Ashlyn, mam tu 

dla ciebie koc. 

Yu Fong podchodzi do nas, a Ashlyn cofnęła się ku drzewu. 

– Nie bój się… Nie zrobię ci krzywdy – mówi kojącym głosem. – Chodź, 

musisz się okryć. 

Coś szarpie światem i magia znika nagle, jak płomień  świecy, 

zdmuchnięty przez przeciąg. Pole ochronne dematerializuje się. Ogród wydaje 

się nagle być taki zwyczajny. 

No proszę. 

Yu Fong odciąga Ashlyn od drzewa, kierując ją ku Brook. 

Lisa wstaje. Trzęsą jej się nogi. Drży i kuśtyka gdzieś przez dziedziniec. 

Nie gonię jej. Bo jaki to ma sens? 

Brook owija ramiona Ashlyn kocem i delikatnie odprowadza ją. Siadam 

na trawie i opieram się o pień drzewa. Nagle czuję się bardzo zmęczona. 

Yu Fong podchodzi i patrzy na mnie.  

– Zadowolona, Julie Lennart? 

– Właściwie to nazywam się Olsen – wyjaśniam. – Używam nazwiska 

Lennart tylko na wyjątkowe okazje. 

– Rozumiem. 

– Dziękuję za ocalenie Ashlyn. 

Yu Fong sięga do najbliższej gałęzi i delikatnie ciągnie ją w dół, 

przyglądając się kruchym kwiatkom. Okalają teraz jego nieludzko piękną 

twarz. To jest to tak  śliczne, że ktoś powinien mu zrobić zdjęcie. 

– Jesteś mi teraz winna przysługę – oświadcza. 

background image

Dupek. Albo wiecie co? Nie. Wcale nie jest śliczny. Tak naprawdę, to w 

życiu nie widziałam kogoś brzydszego. 

– Satysfakcja z tego, że uratowałeś życie Ashlyn powinna ci wystarczyć. 

– Jednak uratowałem życie nie tylko jej. Twoje też – ripostuje. 

– Dałabym sobie radę sama. 

Rzuca mi spojrzenie, które jasno i wyraźnie mówi, że w jego opinii 

gadam bzdury.  

– Oczekuję, że kiedyś mi się odwzajemnisz. 

– Czekaj tatka latka. 

– Sądzę, że będzie ku temu wiele okazji, skoro będziesz spędzać tu sporo 

czasu – mówi. 

– Skąd myśl, że będę się tu uczyć? 

– Zawarłaś przyjaźnie – odpowiada. – Będziesz się o nich martwić – 

puszcza gałąź i odchodzi. – Do zobaczenia jutro, Julie Olsen. 

– Może! – krzyczę. – Jeszcze nie podjęłam decyzji! 

Nie zatrzymuje się. 

Siedzę pod jabłonką. Zostawienie Ashlyn i Brook na jego łasce nie 

napawa mnie spokojem.  

Jestem przekonana, że mogłabym dostać się do tej szkoły. To nie będzie 

takie trudne. 

Miałam rację. Kate mnie wrobiła. 

Jednak z drugiej strony, może to nie jest takie złe. 

KONIEC