background image

 

 

 

J

ULIUSZ 

V

ERNE

 

 

 

 

 

 

 

L

OS NA LOTERIĘ

 

 

 

background image

 

 

— Która godzina? — zapytała pani Hansen wytrząsnąwszy popiół z fajki, podczas gdy ostatnie 

kłęby dymu rozwiały się pomiędzy kolorowymi belkami powały. 

— Ósma, matko — odrzekła Hulda. 

— Jest  mało prawdopodobne, by jacyś podróżni  przybyli do nas w nocy. Zbyt  brzydka dziś 

pogoda. 

— Nie sądzę, by ktokolwiek przyszedł. W każdym razie pokoje są przygotowane i usłyszę, jeśli 

ktoś się odezwie na dworze. 

— Twój brat nie wrócił? 

— Jeszcze nie. 

— Czyż nie powiedział, że wróci dzisiaj? 

— Nie, matko. Joel  pojechał  z jakimś podróżnikiem  nad jezioro Tinn,  a  ponieważ wyruszył 

bardzo późno, nie sądzę, by mógł wrócić do Dal wcześniej niż jutro. 

— A więc noc spędzi w Moel? 

— Tak, niewątpliwie, chyba żeby udał się do Bamble, by złożyć wizytę farmerowi Helmboe… 

— I jego córce? 

— Tak,  Siegfried,  mojej  najlepszej  przyjaciółce,  którą  kocham  jak  siostrę!  —  odrzekła  ze 

śmiechem dziewczyna. 

— W takim razie zamknij drzwi, Huldo, i idźmy spać. 

— Dobrze się czujesz, matko? 

— Dobrze, lecz jutro mam zamiar wcześnie wstać. Muszę się udać do Moel… 

— A po co? 

— Ech! Czyż nie należy zająć się uzupełnieniem zapasów przed zbliżającym się sezonem? 

— Czyżby do Moel przyjechał już z Christianii sprzedawca win i artykułów spożywczych? 

— Tak, Huldo, właśnie dziś po południu — odrzekła pani Hansen. — Lengling, podmajstrzy w 

tartaku, spotkał go i przechodząc poinformował mnie o tym. Z naszej szynki i wędzonego łososia 

niewiele już pozostało, a nie chciałabym zostać bez zapasów. Lada dzień, zwłaszcza jeśli poprawi 

się pogoda, turyści mogą rozpocząć swe wycieczki po Telemarku. Nasza oberża musi być gotowa 

na  ich  przyjęcie,  zaś  oni  powinni  znaleźć  w  niej  wszystko,  czego  im  będzie  trzeba.  Czy  wiesz 

Huldo, że mamy już 15 kwietnia? 

background image

 

— 15 kwietnia! — szepnęła dziewczyna. 

— Tak więc jutro — ciągnęła pani Hansen — zajmę się wszystkim. W dwie godziny zrobię 

zakupy, które posłaniec dostarczy tutaj, i wrócę z Joelem jego kariolą. 

— Matko, gdybyś przypadkiem spotkała kuriera, nie zapomnij go spytać, czy nie ma dla nas 

jakichś listów… 

— Szczególnie  dla  ciebie!  To  całkiem  możliwe,  bo  ostatni  list  od  Olego  przyszedł  miesiąc 

temu. 

— Tak! Miesiąc!… Cały miesiąc! 

— Nie martw się Huldo! W tym opóźnieniu nie ma nic dziwnego. Zresztą, nawet jeśli poczta 

nie przysłała nic z Christianii, czy to znaczy, że nie może nic przysłać z Bergen? 

— Zapewne, matko — odrzekła Hulda — lecz cóż chcesz? Jeśli się frasuję, to tylko dlatego, że 

łowiska  nowofundlandzkie  są  tak  daleko!  Trzeba  przepłynąć  cały  ocean,  a  pogoda  jest  taka 

okropna! Mija już rok, jak mój biedny Ole wyjechał i kto może powiedzieć, kiedy wróci do nas, do 

Dal?… 

— I czy my tu będziemy, kiedy wróci? — szepnęła pani Hansen, lecz tak cicho, że jej córka nie 

mogła tego usłyszeć. 

Hulda poszła zamknąć drzwi oberży wychodzące na drogę do Vestfjorddal. Nawet nie przyszło 

jej  do  głowy,  by  zatrzasnąć  zasuwę.  W  tak  gościnnym  kraju,  jakim  jest  Norwegia,  owe  środki 

ostrożności nie są konieczne. Chodzi o to, by każdy podróżny mógł wejść do domu w dzień i w 

nocy, tak by nie trzeba  mu  było  otwierać. Nie należy się przy tym  obawiać wizyt  łazików czy 

złoczyńców  nawet  w  najodleglejszych,  prowincjonalnych  wsiach.  Żadne  występki  przeciw 

osobom lub ich dobytkowi nigdy nie zakłócają bezpieczeństwa mieszkańców. 

Matka i córka zajmowały dwa pokoje na pierwszym piętrze, od frontu oberży. To prawda, że 

oba były skromnie umeblowane, lecz pozostawały czyste i wszystko wskazywało, że zajmowała 

się  nimi  dobra  gospodyni.  Nad  nimi,  pod  samym  dachem,  spadzistym  jak  w  góralskiej  chacie, 

znajdował się pokój Joela, wyposażony w okno o framudze misternie wyciętej ze świerkowego 

drewna. Stąd, przemierzywszy widniejące na horyzoncie góry, spojrzenie mogło spłynąć aż na dno 

wąskiej doliny, w której szemrał Maan, na wpół strumień, na wpół rzeka. 

Z  dużej  sali  na  parterze,  drewniane  schody  o  solidnych  wspornikach  i  lśniących  stopniach 

prowadziły  do  pokoi  na  wyższych  piętrach.  Szczególnie  pociągający  był  już  sam  wygląd  tego 

domu, gdzie podróżny mógł znaleźć komfort, jaki rzadko spotkać można w norweskich oberżach. 

background image

 

Tak więc Hulda i jej matka mieszkały na pierwszym piętrze. Gdy były same, obie udawały się 

wcześnie  do  swych  pokoi.  Pani  Hansen,  przyświecając  sobie  świecznikiem  z  różnobarwnego 

szkła, pokonała już pierwsze stopnie schodów, gdy nagle przystanęła. 

Ktoś pukał do drzwi. Usłyszała głos: 

— Ej! Pani Hansen! Pani Hansen! Pani Hansen zeszła na dół. 

— Któż to może być o tak późnej porze? — zapytała. 

— Czyżby Joelowi przydarzył się jakiś wypadek? — rzekła pośpiesznie Hulda. 

Natychmiast wróciła do drzwi. 

Stał  tam  młody  chłopak,  jeden  z  tych  dzieciaków,  które  wykonują  zawód  skydskarla, 

polegający na czepianiu się karioli i odprowadzaniu koni do stajni, jeśli podróżnik akurat kończył 

jeden z etapów swej podróży. Ten jednak przyszedł piechotą i stał teraz na progu. 

— Czego chcesz o tej porze? — spytała Hulda. 

— Przede wszystkim życzyć pani miłego wieczora — odrzekł chłopak. 

— To wszystko? 

— Nie, to nie wszystko, lecz czyż nie należy zaczynać rozmowy od grzecznych słów? 

— Masz rację! Któż więc cię przysyła? 

— Przychodzę od pani brata Joela. 

— Od Joela?… A o co chodzi? — zapytała pani Hansen. 

Podeszła  do  drzwi  owym  powolnym  i  miarowym  krokiem,  charakterystycznym  dla 

mieszkańców  Norwegii  (pełno  jest  żywego  srebra  w  żyłach  ich  ziemi,  lecz  w  ich  własnych 

niewiele  lub  wcale),  ale  najwyraźniej  odpowiedź  ta  wywołała  u  niej  pewne  emocje,  gdyż 

pośpiesznie zapytała: 

— Czy coś się stało? 

— Owszem!… Przyszedł list, który kurier z Christianii przywiózł z Drammen… 

— List z Drammen? — zapytała żywo pani Hansen ściszając głos. 

— Nie mam pojęcia — odrzekł chłopak. — Wszystko co wiem, to to, że Joel wróci dopiero 

jutro i że przysłał mnie tu, bym przyniósł list. 

— Więc to coś pilnego? 

— Zdaje się. 

— Daj — rzekła pani Hansen tonem wskazującym na dość wyraźne zaniepokojenie. 

— Oto i on, czysty i nie pomięty. Tylko nie jest do pani. 

background image

 

Pani Hansen zdała się odetchnąć z ulgą. 

— A do kogo? — zapytała. 

— Do pani córki. 

— Do mnie! — zawołała Hulda. — To list od Olego, jestem pewna, list, który przyszedł przez 

Christianię! Mój brat nie chciał, bym na niego zbyt długo czekała! 

Hulda wzięła list i przysunąwszy świecznik spojrzała na adres. 

— Tak!… To on!… To on!… Oby tylko pisał, że „Viken” wraca! Tymczasem pani Hansen 

mówiła do młodzieńca: 

— Nie wchodzisz? 

— Tylko  na  minutkę!  Muszę  jeszcze  dziś  wrócić  do  domu,  bo  jutro  rano  mam  robotę  przy 

karioli. 

— W takim razie proszę cię, byś powiedział Joelowi, że mam zamiar jutro do niego dołączyć. 

Niech więc na mnie czeka. 

— Jutro wieczorem? 

— Nie, rano. Niech nie wyjeżdża z Moel przed spotkaniem ze mną. Razem wrócimy do Dal. 

— Jasne, pani Hansen. 

— Może kropelkę brandy? 

— Z przyjemnością! 

Młodzieniec  podszedł  do  stołu,  a  pani  Hansen  nalała  mu  nieco  tej  wzmacniającej  wódki, 

najlepszej na wieczorne mgły. Nie zostawił ani kropli w małej filiżance. Później rzekł: 

— God aften! 

— God aften, mój chłopcze. 

Co  po  norwesku  znaczy  „dobranoc”.  Pożegnanie  zostało  wymówione  bez  jednego  skinienia 

głową i chłopak wyruszył, nie przejmując się długim marszem, jaki miał przed sobą. Odgłos jego 

kroków  rozpłynął  się  wkrótce  wśród  drzew  rosnących  wzdłuż  ścieżki,  która  biegła  brzegiem 

rwącej rzeki. 

Hulda nadal patrzyła na list od Olego i nie śpieszyła się z otwarciem go. Ta cienka, papierowa 

koperta  musiała  przemierzyć  cały  ocean,  by  do  niej  dotrzeć,  całe  to  wielkie  morze,  w  którym 

nurzają się brzegi zachodniej Norwegii. Przyglądała się znaczkom. List wysłany 15 marca, do Dal 

dotarł dopiero 15 kwietnia. Upłynął cały miesiąc od czasu, gdy Ole go napisał! Ile rzeczy mogło się 

wydarzyć  w  ciągu  tego  miesiąca  w  owych  odległych  zakątkach  Nowej  Fundlandii,  którym  to 

background image

 

mianem określają Anglicy wyspę Nowej Ziemi! Czyż łowiska te nie są najgorszymi na świecie, 

smaganymi przez okrutne wichry, napływające z bieguna przez północnoamerykańskie równiny? 

Zawód rybaka, uprawiany przez Olego, jest trudny i niebezpieczny! A trudzi się nim tylko dla niej, 

dla  swej  narzeczonej,  którą  poślubi  po  powrocie!  Biedny  Ole!  Cóż  pisze  w  swym  liście? 

Niewątpliwie, że kocha Huldę i że kochać ją będzie zawsze, tak jak ona jego, że ich myśli łączą się 

ze sobą mimo odległości i że chciałby, żeby to już był dzień jego przyjazdu do Dal! 

Tak! Na pewno tak pisał, Hulda była o tym przekonana. Lecz być może dodawał, że rychło 

powróci, że sezon rybacki, który skłania marynarzy z Bergen, by odpływali tak daleko od swej 

ziemi rodzinnej, wkrótce się skończy! Być może Ole pisze, że „Viken” kończy sztauowanie, że się 

szykuje do podniesienia kotwicy i że ostatnie dni kwietnia spędzą razem w tym szczęśliwym domu 

w Vestfjorddal? Być może, wreszcie, pisał, że można już ustalić dzień przybycia do Moel pastora, 

który połączy ich w skromnej, drewnianej kapliczce, której dzwonnica wznosi się ponad gęstym 

zagajnikiem, o kilkaset kroków od oberży pani Hansen? 

By  się  tego  dowiedzieć,  wystarczyło  złamać  pieczęć  na  kopercie,  wyjąć  z  niej  list  Olego, 

przeczytać go, choćby przez łzy bólu lub radości, których przyczyną mogła się stać jego treść. I 

niewątpliwie niejedna niecierpliwa dziewczyna z Południa, z  Danii lub Holandii, już dawno by 

wiedziała  to,  o  czym  młoda  Norweżka  nie  miała  jeszcze  pojęcia!  Lecz  Hulda  marzyła,  zaś 

marzenia  kończą  się  wtedy,  gdy  życzy  sobie  tego  Bóg.  I  jakże  często  ludzie  tego  żałują,  tak 

rzeczywistość potrafi rozczarować. 

— Moja córko — rzekła pani Hansen — ten list przysłany przez twojego brata jest od Olego? 

— Tak! Rozpoznałam jego pismo! 

— Czyżbyś chciała odłożyć do jutra jego lekturę? 

Hulda  po  raz  ostatni  spojrzała  na  kopertę,  po  czym,  otworzywszy  ją  niespiesznie,  wyjęła 

starannie wykaligrafowany list i przeczytała go. 

 

Saint–Pierrre–Miquelon, 17 marca 1882. 

Droga Huldo, 

Zapewne z przyjemnością przyjmiesz do wiadomości, że połowy były niezwykle obfite i że za 

kilka  dni  zostaną  zakończone.  Tak!  To  już  koniec  sezonu!  Po  rocznej  nieobecności  jakże  będę 

szczęśliwy wróciwszy do Dal, do mej jedynej rodziny, która jest zarazem Twoją. 

Mój  udział  w  zyskach  jest  dość  znaczny.  Bracia  Help,  nasi  armatorzy  z  Bergen,  zostali 

background image

 

powiadomieni,  że  ,,Viken”  powróci  prawdopodobnie  między  15  a  20  maja.  Możesz  więc 

spodziewać się mnie w tym czasie, czyli za kilka tygodni. 

Droga Huldo, mam nadzieję zastać Cię jeszcze piękniejszą niż przed wyjazdem, zaś Twą matkę 

w dobrym zdrowiu, podobnie jak tego dzielnego przyjaciela, mego kuzyna a Twego brata Joela, 

który również stanie się mym bratem. 

Po otrzymaniu niniejszego listu przekaż wyrazy mej przyjaźni pani Hansen, którą stąd widzę, 

jak siedzi w swym drewnianym fotelu, przy starym piecu w dużej sali. Powtórz jej, iż kocham ją w 

dwójnasób, przede wszystkim dlatego, że jest Twoją matką, a po wtóre dlatego, iż jest mą ciotką. 

Przypadkiem nie wyjeżdżajcie po mnie do Bergen. Być może ,,Viken” przypłynie wcześniej niż 

to  napisałem.  W  każdym  razie,  w  dwadzieścia  cztery  godziny  po  zejściu  na  ląd,  droga  Huldo, 

możesz liczyć, że dotrę do Dal. I nie zdziw się zbyt mocno, jeśli zjawię się wcześniej. 

Solidnie nas wytrzęsła paskudna pogoda tej zimy, najgorsza, jaką kiedykolwiek przeżyli nasi 

marynarze. Na szczęście w wielkiej ławicy była znaczna obfitość dorsza. „Viken” wiezie go ponad 

pięć tysięcy kwintali. Ryby mają być dostarczone do Bergen, gdzie już zostały sprzedane staraniem 

braci Help. W sumie najważniejszą rzeczą, która powinna zainteresować rodzinę jest to, że nam się 

udało, a moje zyski będą duże, gdyż jestem teraz pełnoprawnym wspólnikiem. 

Poza tym, nawet jeśli to co przywiozę do domu nie jest ogromną fortuną, to i tak mam wrażenie, 

iż  takowa  będzie  na  mnie  czekać  po  powrocie!  Tak!  Fortuna…  nie  licząc  szczęścia!  Jakim 

sposobem?… To mój sekret, droga Huldo, i wybacz mi, że mam przed Tobą tajemnice. 

Zresztą jest tylko jedna! I tak Ci ją wyjawię… Kiedy?… No cóż, jak tylko nadejdzie odpowiednia 

chwila — przed ślubem, gdybym uległ jakiemuś nieoczekiwanemu opóźnieniu, lub po nim — jeśli 

zjawię się o wyznaczonej porze i jeśli w tydzień po mym powrocie do Dal zostaniesz moją żoną, 

czego tak bardzo pragnę! 

Całuję Cię, droga Huldo. Proszę, byś uściskała ode mnie panią Hansen i mego kuzyna Joela. 

Całuję  Twe  czoło,  na  którym  ślubny  wianek  jaśnieć  będzie  niczym  aureola.  Po  raz  ostatni,  do 

widzenia, droga Huldo, żegnaj! 

Twój narzeczony 

Ole Kamp 

background image

 

II 

 

Dal to tylko kilka domów stojących wzdłuż drogi, która, prawdę mówiąc, jest zwykłą ścieżką, i 

rozrzuconych  po  okolicznych  pagórkach.  Wszystkie  zwrócone  są  przodem  ku  wąskiej  dolinie 

Vestfjorddal,  a  tyłem  w  stronę  łańcucha  gór  ciągnących  się  na  północy,  u  stóp  których  płynie 

Maan.  Zespół  tych  budynków  tworzyłby  gaard,  jednostkę  administracyjną  bardzo 

rozpowszechnioną  w  tym  kraju,  gdyby  wszystkie  znajdowały  się  pod  zarządem  jednego 

właściciela lub dzierżawcy. Jednak Dal ma prawo do miana, jeśli nie miasteczka, to przynajmniej 

osady.  Mała  kaplica,  wzniesiona  w  1855  roku,  wyposażona  w  dwa  wąskie  okna  z  witrażami, 

dźwiga swą czworoboczną wieżę ponad plątaniną drzew. Całość została zbudowana z drewna. Tu i 

ówdzie nad strumykami wpadającymi do rzeki przerzucono mostki. Nieco dalej słychać zgrzyt pił 

w dwóch tartakach, napędzanych siłą strumienia. Każda piła wyposażona jest w koło ułatwiające 

manewrowanie oraz w drugie, umożliwiające przesuwanie belek lub bali. Z bliska kaplica, tartaki, 

domy i szałasy zdają się tonąć w delikatnej, zielonej mgle, ciemniejszej przy świerkach, jasnej przy 

brzozach, utworzonej przez drzewa rosnące samotnie lub w grupach, od meandrów Maanu aż po 

szczyty wysokich gór Telemarku. 

Tak  wygląda  Dal,  osada  jasna  i  wesoła,  ze  swymi  malowniczymi  domami,  pomalowanymi 

jedne na kolory jasne — seledynowe lub bladoróżowe, inne na kolory ostre — jaskrawożółte lub 

krwistoczerwone.  Ich  dachy  z  brzozowej  kory,  pokryte  zielonymi  trawnikami,  które  kosi  się 

jesienią,  są  przyozdobione  prawdziwymi  kwiatami.  Wszystko  to  jest  przepyszne  i 

charakterystyczne  dla  najpiękniejszego  kraju  świata.  Krótko  mówiąc,  Dal  leży  w  Telemarku, 

Telemark  w  Norwegii,  zaś  Norwegia  jest  Szwajcarią  obdarzoną  tysiącami  fiordów,  które 

pozwalają morzu szumieć u stóp gór. 

Telemark znajduje się w owej wybrzuszonej części olbrzymiej retorty, której kształt przyjmuje 

Norwegia pomiędzy Bergen a Christianią. Okręg ten, podlegający prefekturze w Batsberg posiada 

góry  i  lodowce  niczym  Szwajcaria,  lecz  nie  jest  to  Szwajcaria.  Są  tam  wspaniałe  wodospady, 

niczym w Północnej Ameryce, lecz nie jest to Ameryka. Można tam zobaczyć malowane domy i 

procesje mieszkańców ubranych w stroje z innej epoki, jak w niektórych miasteczkach w Holandii, 

lecz nie jest to Holandia. Telemark to coś lepszego, to Telemark, to wyjątkowa w świecie kraina, 

wyróżniająca  się  swą  naturalną  urodą.  Autor  miał  przyjemność  ją  zwiedzić.  Przemierzył  ją  w 

karioli, zmieniając konie w placówkach pocztowych, jeśli tylko było to możliwe. Uniósł stamtąd 

background image

 

wspomnienia  pełne  poezji  i  uroku,  tak  jeszcze  żywe,  że  pragnąłby  nasączyć  nimi  tę  zwykłą 

historię. 

W czasach, gdy się ona dzieje — w 1862 roku — przez Norwegię nie przebiegała jeszcze linia 

kolejowa,  dzięki  której  można  obecnie  podróżować  ze  Sztokholmu  do  Trondheim  przez 

Christianię. Obecnie mocne więzy szyn łączą te dwa skandynawskie kraje, niezbyt chętne do życia 

we  wspólnocie.  Lecz  zamknięty  w  wagonie  kolejowym  podróżnik,  choć  jedzie  szybciej  niż 

kariolą,  nie  widzi  ani  odrobiny  oryginalności  niegdysiejszych  dróg.  Traci  przejazd  przez 

południową Szwecję kanałem Gotha, po którym łodzie płynąc od śluzy do śluzy wznoszą się na 

wysokość  trzystu  stóp.  Wreszcie  nie  zatrzymuje  się  ani  przy  wodospadach  Trolletann,  ani  w 

Drammen, ani w Kongsberg, ani przy żadnym z cudów Telemarku. 

W owych czasach linia kolejowa była dopiero w planach. Musiało upłynąć jeszcze dwadzieścia 

lat, nim można było przemierzyć skandynawskie królestwo od jednego wybrzeża do drugiego — w 

czternaście godzin — i dotrzeć do Przylądka Północnego, z biletem powrotnym na Spitsbergen. 

Otóż Dal był wówczas — i oby trwało to jak najdłużej! — punktem centralnym tych okolic, 

przyciągającym turystów zagranicznych i miejscowych, w głównej mierze studentów z Christianii. 

Stamtąd  mogli  robić  wypady  po  całym  Telemarku  i  Hardangerze,  przemierzać  dolinę 

Vestfjorddalu  między  jeziorami  Mjos  i  Tinn,  udawać  się  do  cudownych  katarakt  Rjukanu.  Co 

prawda  w osadzie jest tylko jedna oberża, lecz  najlepsza i  najwygodniejsza, o jakiej  można by 

zamarzyć, a zarazem spora, gdyż podróżni mają do swej dyspozycji cztery pokoje. Słowem, jest to 

oberża pani Hansen. 

Kilka  ławek  otacza  podstawę  jej  różowych  ścian,  oddzielonych  od  ziemi  solidnymi, 

granitowymi fundamentami. Świerkowe belki i deski ścian uzyskały z czasem taką twardość, że 

mogłaby się o nią stępić stal siekiery. Między belkami, ledwie ociosanymi, ułożonymi poziomo 

jedne  na  drugich,  widać  spoiny  z  mchów  i  glinki,  tworzące  grubą  wyściółkę,  nie  pozwalającą 

nawet najsroższym zimowym wiatrom przeniknąć do środka. Sufity w pokojach, również ułożone 

z  belek,  pomalowane  są  kolorami  czerwonym  i  czarnym,  kontrastującymi  z  łagodniejszymi  i 

weselszymi barwami wykładzin. W jednym z kątów wielkiej sali stoi okrągły piec, którego rura 

łączy się z przewodem kominowym piecyka kuchennego. Tu mechanizm zegarowy wprawia w 

ruch  ostre,  cyzelowane  wskazówki,  wędrujące  po  emaliowanym  cyferblacie  w  sekundowym 

rytmie  dźwięcznego  cykania,  tam  widać  krągłe  kształty  starego  sekretarzyka  o  brązowych 

profilach tuż koło masywnego trójnoga, pomalowanego na srebrno. Na podstawce stoi gliniany 

background image

 

świecznik,  który  po  odwróceniu  staje  się  trójramiennym  kandelabrem.  Salę  tę  zdobią 

najpiękniejsze w tym domu meble: stół o giętych nogach z korzenia brzozy, kufer o historycznych 

zamkach, w którym ułożono odświętne stroje, wielki fotel, twardy jak kościelna stalla, krzesła z 

jaskrawo pomalowanego drewna, wiejski kołowrotek, upiększony zielonymi tonami, odcinającymi 

się ostro od czerwieni sukien prządek. Dalej garnek do przechowywania masła, maselnica do jego 

ubijania, pudełko na tytoń i tarka z rzeźbionej kości. Wreszcie nad drzwiami prowadzącymi do 

kuchni  szeroka  szafka  z  miedzianą  i  cynową  zastawą,  z  miskami  i  talerzami  kolorowo 

emaliowanymi, fajansowymi i drewnianymi, małą osełką, na wpół schowaną w swej ślimakowej 

pochewce,  z  antycznym,  uroczyście  wyglądającym  kieliszkiem  do  jajek,  mogącym  służyć  za 

kielich mszalny. I jakże zabawne ściany, wyłożone tapetami z materiału, przedstawiającymi sceny 

biblijne, rozświetlone wszystkimi barwami, z muzeum malarstwa w Epinalu! Natomiast pokoje 

podróżnych, choć bardzo proste, są jednak niezwykle wygodne, ze swymi nad wyraz schludnymi 

meblami,  z  jasnozielonymi  zasłonami,  zwieszającymi  się  spod  powały,  z  szerokimi  łóżkami  o 

białej  pościeli  z  płótna  zwanego  tutaj  akloede  oraz  boazeriami,  na  których  widnieją  wersety 

Starego Testamentu, wypisane żółtą farbą na czerwonym tle. 

Nie  należy  zapominać,  że  podłoga  w  głównej  sali,  podobnie  jak  w  pokojach  na  parterze  i 

piętrze,  usiana  jest  drobnymi  gałązkami  brzozowymi,  świerkowymi  i  jałowcowymi,  które 

napełniają dom ożywczymi woniami. 

Czyż może istnieć w Italii równie czarująca posada lub w Hiszpanii równie ponętna fonda? 

Nie! Tym bardziej, że tłumy turystów angielskich nie zdążyły jeszcze spowodować wzrostu cen — 

jak to miało miejsce w Szwajcarii. 

Poza  tym  —  o  czym  nie  należy  zapominać  przy  okazji  pobytu  w  tym  gościnnym  domu  — 

jedzenie mają tu doskonałe, co jest rzeczą dość rzadką w większości okolicznych oberży. Nie na 

darmo  Telemark  otrzymał  miano  „Krainy  Zsiadłego  Mleka”.  W  takich  dziurach  jak  Tiness, 

Listhus, Tinoset i w innych, nie spotka się chleba, a jeśli już, to tak niedobry, że lepiej się bez niego 

obejść. Będzie to zwykły placek owsiany, flatbrod, suchy, ciemny, twardy jak tektura, lub jakieś 

prymitywne pieczywo, wykonane z substancji pośredniej pomiędzy korą brzozową wymieszaną z 

mchem a sieczką. Rzadko trafiają się jajka, przy czym najświeższe mogą mieć tydzień. Za to pod 

dostatkiem kiepskiego piwa, zsiadłego mleka, a czasami nawet kawy, tak mocnej, że wydaje się 

być raczej podobna do destylowanej sadzy niż do produktów firmy Moka, Bourbon czy Rio Nunez. 

Tymczasem u pani Hansen piwnice są stosownie wyposażone. Czegóż trzeba więcej turystom, 

background image

10 

 

choćby nawet wymagającym? Łosoś gotowany, solony lub wędzony, hores, łososie z jezior, które 

nigdy nie poznały słonych wód, ryby z rzek Telemarku, drób, nie za twardy i nie za chudy, jaja w 

najprzeróżniejszych sosach, miękkie podpłomyki jęczmienne i żytnie, owoce, przede wszystkiem 

truskawki, chleb razowy doskonałej jakości, piwo oraz omszałe butelki wina z Saint–Julien, które 

nawet w tych odległych krainach sławi imię francuskich winnic. 

Dlatego  też  oberża  w  Dal  ma  już  wyrobioną  odpowiednią  reputację  we  wszystkich  krajach 

północnej Europy. 

Można się o tym również przekonać wertując księgę o pożółkłych kartach, do której podróżni 

chętnie wpisują swe nazwiska wraz z komplementami pod adresem pani Hansen. Na ogół są to 

Szwedzi i Norwegowie, przybywający z całej Skandynawii. 

Jednak  bywa  tam  również  wielu  Anglików,  z  których  jeden  spędziwszy  godzinę  na 

oczekiwaniu,  aż  szczyt  Gousta  wychynie  spośród  porannych  oparów,  w  iście  brytyjski  sposób 

napisał na jednej ze stron: 

Patientia omnia vincit. 

Było tam także kilku Francuzów, zaś jeden, którego nazwiska lepiej nie wymieniać, pozwolił 

sobie napisać: 

Możemy tylko pochwalić przyjęcie, jakie nam tu ,,zagotowano”, w tej oberży! 

W końcu taki błąd to nic wielkiego! Chociaż w zdaniu tym więcej jest wdzięczności niż sensu, z 

powodzeniem  może  być  hołdem  złożonym  pani  Hansen  i  jej  córce,  czarującej  Huldzie  z 

Vestfjorddal. 

background image

11 

 

III 

 

Nawet nie mając zbyt głębokiej wiedzy w zakresie nauk etnograficznych, można przypuszczać, 

wraz z wielu uczonymi, iż istnieje niejakie pokrewieństwo między najlepszymi rodzinami spośród 

angielskiej  arystokracji,  a  starymi  rodami  królestwa  skandynawskiego.  Liczne  tego  dowody 

znaleźć można zwłaszcza w nazwiskach przodków, które są identyczne w obu krajach. A jednak w 

Norwegii  nie  ma  arystokracji.  Lecz  nawet  jeśli  dominuje  tu  demokracja,  nie  oznacza  to,  iż  nie 

można  być  w  najwyższym  stopniu  arystokratą.  Wszyscy  są  równi  na  górze  drabiny  społecznej 

zamiast  na  dole.  Nawet  w  najskromniejszym  szałasie  znaleźć  można  drzewo  genealogiczne, 

bynajmniej nie zdegenerowane, choć zakorzenione w ziemi plebejskiej. Znaleźć tam można herby 

rodowe szlacheckich rodów z czasów feudalnych, z których wywodzą się owi prości wieśniacy. 

Podobnie  było  z  Hansenami  z  Dal,  niewątpliwie  bardzo  dalekimi  krewnymi  owych  parów 

angielskich, z czasów po najeździe Rollona z Normandii. A jeśli nawet nie posiadają ich bogactw, 

zachowali przynajmniej oryginalną dumę, a raczej godność, która zawsze jest na swoim miejscu, w 

każdych warunkach społecznych. 

Nie  miało  to  zresztą  znaczenia.  Mając  wysoko  urodzonych  przodków,  Harald  Hansen  był 

oberżystą  w  Dal.  Dom  odziedziczył  po  ojcu  i  dziadku,  po  nim  zaś  jego  żona  kontynuowała 

wykonywanie zawodu i to w sposób godny publicznego szacunku. 

Czy Haraldowi się powiodło w tej profesji? Nie wiadomo. Lecz przynajmniej mógł wykształcić 

swego syna Joela i córkę Huldę, a nawet syna jednej z sióstr swej żony, Olego Kampa, którego po 

śmierci ojca i matki wziął pod swoją opiekę. Bez wuja Haralda, biedny sierota stałby się jedną z 

owych małych istot, które pojawiają się na świecie tylko po to, by zaraz zeń zniknąć. Ole Kamp 

wobec  swych  przybranych  rodziców  przejawiał  wdzięczność  iście  synowską.  Nic  nie  mogło 

zerwać więzów łączących go z rodziną Hansenów. Małżeństwo z Huldą miało je zacieśnić jeszcze 

bardziej, aż po grób. 

Harald  zmarł  mniej  więcej  przed  osiemnastoma  miesiącami.  Nie  licząc  oberży  w  Dal, 

pozostawił wdowie mały soeter w górach. Soeter jest czymś w rodzaju farmy, z której zyski są co 

najwyżej przeciętne, jeśli nie żadne. Ostatnie lata nie były najlepsze. Wszystkie uprawy mocno 

ucierpiały,  nawet  pastwiska.  Dało  im  się  we  znaki  kilka  „żelaznych  nocy”,  jak  je  nazywają 

norwescy  wieśniacy,  nocy  wietrznych  i  lodowatych,  które  wyniszczają  każdy  kiełek  aż  po 

najgłębsze warstwy gleby. Stały się one przyczyną ruiny chłopów z Telemarku i Hardangeru. 

background image

12 

 

Jednak  nawet  jeśli  pani  Hansen  wiedziała  jak  wygląda  jej  sytuacja,  nigdy  nikomu  nic  nie 

powiedziała, nawet swoim dzieciom. Miała charakter zimny i była małomówna, co najwyraźniej 

sprawiało ból Huldzie i Joelowi. Lecz zachowując szacunek dla głowy rodziny, charakterystyczny 

dla  krajów  Północy,  musieli  również  zachować  rezerwę,  która  była  dla  nich  bardzo  przykrą. 

Zresztą pani Hansen nie lubiła prosić o pomoc lub radę, przekonana o słuszności własnych sądów, 

co jest cechą typowo norweską. 

Pani Hansen liczyła wówczas pięćdziesiąt lat. Wiek, choć posrebrzył jej włosy, nie przygiął jej 

karku ani nie zmniejszył bystrości intensywnie błękitnego spojrzenia, którego lazur znaleźć można 

było również w oczach córki. Jedynie jej cera nabrała żółtawego odcienia akt sądowych, a kilka 

zmarszczek znaczyło jej czoło. 

Zawsze ubierała się w czarną spódnicę o grubych plisach, na znak żałoby, w której trwała od 

śmierci  Haralda.  Spod  brunatnej  bluzy  wystawały  rękawy  bluzki  z  surowej  bawełny.  Ciemną 

chustę zawiązaną miała na piersi, spod niej zaś wystawał fartuch, spięty z tyłu dużymi agrafkami. 

Stale nosiła obszerny, jedwabny czepek, podobny do kaptura, obecnie całkiem już niemodny. 

Siedząc prosto w drewnianym fotelu, surowa gospodyni z Dal porzucała kołowrotek tylko po to, 

by zapalić fajeczkę z kory brzozowej, z której dym otaczał ją zwiewną mgiełką. 

Prawdę mówiąc, dom ten mógłby się wydawać smutny, gdyby nie obecność dwojga dzieci! 

Dzielny  młodzieniec,  ten  Joel  Hansen!  Dwudziestopięcioletni,  dorodny,  wysoki  niczym 

norweski góral, z butną miną lecz bez fanfaronady, odważny, śmiały. Był ciemnym blondynem, 

niemal  szatynem  o  granatowych,  prawie  czarnych  oczach.  Ubranie  podkreślało  jego  mocarne 

ramiona i szeroką pierś, w której niczym miechy, pracowały płuca górskiego przewodnika. Miał 

silne  ręce,  zaś  nogi  były  jakby  stworzone  do  wspinaczek  po  wyżynach  Telemarku.  W  swym 

codziennym stroju wyglądał jak prawdziwy zuch. Jego niebieskawy, ściśnięty w pasie, żakiet z 

epoletami, na którego piersi widniały dwie długie, pionowe patki, zaś tył zdobiły kolorowe wzory, 

podobny był do niektórych celtyckich bluz z Bretanii. Kołnierzyk koszuli układał się w kształcie 

lejka, zaś żółte spodnie podtrzymywały poniżej kolana podwiązki ze sprzączkami. Na głowie nosił 

przekrzywiony, ciemny kapelusz z szerokim rondem z czarną tasiemką i czerwonym obrzeżem. 

Dla jego nóg najlepsze były getry z grubej wełny lub wysokie buty o mocnych podeszwach bez 

obcasów, których podbicie wybrzuszało się niczym w butach rybackich. 

Prawdziwym  zawodem  Joela  była  praca  w  charakterze  przewodnika  po  Telemarku  i  górach 

Hardangeru. Zawsze gotów do wyruszenia, zawsze w pełni sił, zasługiwał na porównanie z owym 

background image

13 

 

herosem  norweskim,  Rollonem  Wędrowcem,  sławionym  przez  miejscowe  legendy.  Poza  tym 

często towarzyszył angielskim myśliwym, którzy chętnie przyjeżdżają, by zapolować na ripers, 

wiele  większe  niż  na  Hybrydach,  oraz  na  jerpers,  owe  kuropatwy,  delikatniejsze  niż  szkockie 

grous.  Zimą  brał  udział  w  polowaniach  na  wilki,  kiedy  to  drapieżniki  te,  gnane  przez  głód, 

zapędzają się w czasie najsroższych mrozów na lód zamarzniętych jezior. Latem przychodziła pora 

na  łowy  na  niedźwiedzia,  kiedy  to  zwierzę  wraz  ze  swymi  młodymi  wyrusza  na  poszukiwanie 

świeżej  trawy  i  nieraz  trzeba  je  ścigać  po  płaskowyżach  leżących  na  wysokości  od  tysiąca  do 

dwóch tysięcy pięciuset stóp. Niejednokrotnie ratował się jedynie dzięki swej nadzwyczajnej sile, 

która  czyniła  go  zdolnym  do  wyrwania  się  z  uścisku  tych  wspaniałych  zwierząt,  oraz  dzięki 

niewzruszonej, zimnej krwi. 

Wreszcie, gdy nie było turystów do oprowadzania po dolinie Vestfjorddalu ani myśliwych do 

wędrowania po polach, Joel zajmował się swym soeterem leżącym w górach, w odległości kilku 

mil. Tam młody pasterz, zatrudniony przez panią Hansen, trudził się pilnowaniem pół tuzina krów 

i około trzydziestu owiec (soeter zajmowały pastwiska i nie było tam żadnych innych upraw). 

Joel był z natury uprzejmy i usłużny. Znany był w każdym gaardzie w Telemarku i wszędzie go 

lubiano. On zaś bezgraniczną miłością otaczał trzy osoby: matkę, kuzyna Olego i siostrę Huldę. 

Kiedy Ole Kamp opuścił Dal, by wypłynąć w morze po raz ostatni, jakże Joel żałował, że nie 

jest dość majętny, by dać posag Huldzie, żeby zatrzymała swego narzeczonego! Prawdę mówiąc, 

gdyby choć trochę znał morze, nie zawahałby się wyruszyć zamiast kuzyna. Lecz na rozpoczęcie 

nowego  życia  potrzeba  było  trochę  pieniędzy.  Skoro  jednak  pani  Hansen  nie  podjęła  żadnych 

zobowiązań,  Joel  zrozumiał,  że  nie  mogła  pomniejszyć  dóbr  rodzinnych  nawet  o  odrobinkę. 

Dlatego Ole musiał popłynąć tak daleko, na drugą stronę Atlantyku. Joel odprowadził go aż do 

krańca doliny, do drogi wiodącej do Bergen. Tam, uściskawszy go, życzył mu udanej podróży i 

szczęśliwego  powrotu.  Potem  wrócił  do  domu,  by  pocieszyć  siostrę,  którą  kochał  miłością  tak 

braterską, jak ojcowską. 

W owych czasach Hulda miała osiemnaście lat. Nie była zwykłą pigą, jak nazywa się kelnerkę 

w norweskich oberżach, lecz raczej froken — angielską miss, a więc panną, tak jak jej matka była 

panią. 

Cóż za czarująca twarz, okolona jasnymi, nieco złocistymi włosami, wymykającymi się spod 

cienkiego  czepka  w  postaci  długich  warkoczy!  Jakaż  wspaniała  talia  pod  bluzą,  z  czerwonej 

tkaniny  z  zieloną  lamówką,  dobrze  dopasowaną  do  piersi,  rozpiętą  pod  szyją,  ozdobioną 

background image

14 

 

kolorowymi  haftami,  spod  której  wystawały  rękawy  białej  bluzki,  zdobiące  przeguby  rąk 

bransoletami wstążek! Co za wdzięczna figura, opięta czerwonym paskiem ze srebrną sprzączką, 

podtrzymującym zielonkawą spódnicę i fartuszek w różnobarwne romby, spod którego widać białą 

pończochę, znikającą w wąskim trzewiczku o ostrym szpicu, typowym dla Telemarku. 

Tak! Narzeczona Olego była czarująca ze swą nieco melancholijną, jednak często uśmiechniętą 

twarzą dziewczyny z Północy! Na jej widok przychodziła na myśl Hulda Jasnowłosa, której była 

imienniczką, a która, wedle mitologii skandynawskiej, krąży, niczym szczęśliwa wróżka, wokół 

ognisk domowych. 

Powściągliwość  skromnej  dziewczyny,  a  także  roztropność,  w  niczym  nie  ujmowały  jej 

wdzięku,  z  jakim  przyjmowała  gości,  zatrzymujących  się  na  jeden  dzień  w  oberży.  Był  on 

doskonale  znany  w  światku  turystów.  Czyż  nie  była  atrakcją  możliwość  wymiany  z  Huldą 

shake–handu, serdecznego uścisku dłoni, którym obdarzyć można każdego? A także, po zjedzeniu, 

podziękowanie: 

— Dzięki za posiłek! Tackfor mad! 

Czy mogło być coś przyjemniejszego, niż wymówiona dźwięcznym głosem odpowiedź: 

— Na zdrowie! Wed bekomme! 

background image

15 

 

IV 

 

Ole Kamp wyjechał przed rokiem. Jak napisał w swoim liście, to był ciężki sezon, ta zimowa 

kampania,  w  zakątkach  Nowej  Fundlandii!  Kiedy  już  się  tam  zarabia,  to  zarobić  można  całe 

mnóstwo,  lecz  rybacy  mają  do  czynienia  z  gwałtownymi  porywami  wichrów,  które  zaskakują 

okręty z dala od wysp i w kilka godzin potrafią zniszczyć całą flotyllę statków rybackich. Jednak u 

wybrzeży Nowej Ziemi kłębią się w morskich otchłaniach duże ławice ryb, a załogi, jeśli mają 

szczęście,  uzyskują  znaczną  rekompensatę  za  zmęczenie  i  niebezpieczeństwa,  na  jakie  są 

wystawione w tym siedlisku sztormów. 

Norwegowie  są  dobrymi  marynarzami.  Nie  marudzą  przy  robocie.  Pośród  przybrzeżnych 

fiordów, od Christiansandu po Przylądek Północny, między skałami podwodnymi Finmarku, na 

torach  wodnych  Loffoden,  nie  brak  okazji,  by  się  zaznajomić  z  wściekłością  oceanu.  Gdy 

przemierzają  północny  Atlantyk,  by  dotrzeć  na  odległe  łowiska  Nowej  Ziemi,  dają  dowód 

prawdziwej  odwagi.  Ciosy  ogona  huraganów,  jakie  otrzymują  w  dzieciństwie  na  wybrzeżach 

europejskich,  przyzwyczajają  ich  do  ataków  głową  tych  samych  nawałnic  w  okolicach  Nowej 

Fundlandii. Rozpoczynają walkę ze sztormem od samego jego początku, ot i cała różnica. 

Norwegowie mają w tym zresztą długą tradycję. Ich przodkowie byli nieustraszonymi ludźmi 

morza,  w  czasach  gdy  Hansenowie  zawładnęli  handlem  w  Europie  Północnej.  Być  może,  w 

dawnych czasach, byli po trosze piratami; lecz wówczas piractwo było  rzeczą powszechną. Od 

tamtych czasów handel niewątpliwie stał się znacznie bardziej moralny, choć nie da się ukryć, że 

zostało jeszcze wiele do zrobienia. 

W każdym razie Norwegowie byli śmiałymi żeglarzami, są nimi nadal i zapewne pozostaną. 

Ole Kamp nie wyrzekał się swego pochodzenia. Jego nauka i wstęp do tej ciężkiej pracy miały 

miejsce w Bergen u boku starego żeglarza marynarki przybrzeżnej. Całe dzieciństwo spędził w 

tym  porcie,  jednym  z  najruchliwszych  w  całym  skandynawskim  królestwie.  Nim  wypłynął  na 

szerokie  wody,  był  śmiałym  dzieciakiem  z  fiordów,  poszukiwaczem  morskich  ptaków,  łowcą 

niezliczonych ryb. Potem, zostawszy majtkiem, rozpoczął żeglugę po Bałtyku, Morzu Północnym, 

a nawet po Morzu Norweskim. Tym sposobem odbył wiele wypraw na pokładach wielkich statków 

rybackich i  uzyskał stopień starszego marynarza mając dwadzieścia jeden lat. Obecnie miał  lat 

dwadzieścia trzy. 

Między sezonami rybackimi nigdy nie zapominał odwiedzić swej ukochanej rodziny, jedynej, 

background image

16 

 

jaka mu została na świecie. 

Zaś znalazłszy się w Dal, jakim był wspaniałym, godnym Joela, towarzyszem! Chodził z nim na 

wyprawy przez góry, aż ku najwyższym płaskowyżom Telemarku. Po fiordach przychodziła kolej 

na  pola,  co  odpowiadało  młodemu  marynarzowi  i  nigdy  nie  pozostawał  w  tyle,  chyba  żeby 

dotrzymać towarzystwa swej kuzynce Huldzie. 

Wkrótce głęboka przyjaźń zawiązała się pomiędzy Olem i Joelem. Rozumie się samo przez się, 

iż uczucie to nabrało innych kształtów względem młodej dziewczyny. I dlaczegóż Joel nie miałby 

go zachęcać? Gdzie jego siostra mogła, znaleźć lepszego chłopca, o sympatyczniejszej naturze, 

bardziej  oddanego,  o  gorętszym  sercu?  Gdyby  Ole  został  mężem  Huldy,  jej  szczęście  byłoby 

pewne. Dlatego młoda dziewczyna mogła się poddać naturalnemu pędowi swych uczuć za pełną 

zgodą matki i brata. Z faktu, iż ludzie Północy niezbyt chętnie manifestują swe uczucia, nie należy 

wnioskować o braku wrażliwości. O nie! Taki jest ich styl, równie dobry jak każdy inny! 

Wreszcie  pewnego  dnia  wszyscy  czworo  zebrali  się  w  wielkiej  sali,  zaś  Ole  bez  ogródek 

przystąpił do rzeczy: 

— Huldo, przyszedł mi do głowy pewien pomysł! 

— Jaki? — zapytała dziewczyna. 

— Sądzę, że powinniśmy się pobrać! 

— Mnie się też tak wydaje. 

— To byłoby właściwe — dodała pani Hansen, jakby chodziło o sprawę przedyskutowaną już 

dawno temu. 

— Tym sposobem, Ole — dodał Joel — w naturalny sposób zostałbym twoim szwagrem. 

— Owszem — rzekł Ole — i prawdopodobnie lubiłbym cię jeszcze bardziej… 

— O ile to możliwe! 

— Przekonasz się! 

— Daję słowo, że niczego więcej nie oczekuję! — odrzekł Joel, ściskając dłoń Olego. 

— A więc, Huldo, wszystko jasne? — zapytała pani Hansen. 

— Tak, matko — odrzekła dziewczyna. 

— Masz  rację,  Huldo  —  ciągnął  Ole.  —  Kocham  cię  już  od  dawna,  choć  nigdy  o  tym  nie 

wspominałem! 

— Ja ciebie też, Ole! 

— Jak to się stało, pojęcia nie mam. 

background image

17 

 

— Ani ja. 

— Niewątpliwie, Huldo, widząc cię z każdym dniem piękniejszą i lepszą… 

— Chyba przesadzasz, mój drogi Ole! 

— Ależ skąd! Mogę ci to powtórzyć, a ty nie musisz się czerwienić, bo to prawda. Czy pani nie 

zauważyła, pani Hansen, że kocham Huldę? 

— Trochę. 

— A ty, Joel? 

— Ja?… Oczywiście! 

— No, naprawdę — odrzekł Ole śmiejąc się — mogliście mi o tym powiedzieć! 

— Ale co z twoimi podróżami, Ole? — zapytała pani Hansen. — Czy nie będą dla ciebie nazbyt 

przykre, kiedy się ożenisz? 

— Będą tak przykre — odrzekł Ole — że po ślubie przestanę podróżować! 

— Nie będziesz już podróżować?… 

— Nie, Huldo. Czy mógłbym cię opuścić na tak długie miesiące? 

— A więc po raz ostatni wypływasz w morze? 

— Tak,  lecz  przy  odrobinie  szczęścia  podróż  ta  pozwoli  mi  na  dokonanie  pewnych 

oszczędności, ponieważ bracia Help obiecali mi wypłacić cały udział… 

— Co za poczciwi ludzie! — zawołał Joel. 

— Najlepsi pod słońcem — odrzekł Ole — dobrze znani i cenieni przez wszystkich marynarzy 

w Bergen! 

— Mój drogi Ole — powiedziała Hulda — co będziesz robił, gdy przestaniesz pływać? 

— No cóż, zostanę towarzyszem Joela. Mam dobre nogi, a jeśli one nie wystarczą, to ćwicząc 

dorobię się nowych. Poza tym myślałem o pewnym interesie, który mógłby być całkiem niezły. 

Dlaczego  nie  mielibyśmy  zorganizować  sieci  posłańców  między  Drammen,  Kongsbergiem  i 

gaardami Telemarku? Komunikacja nie jest tu ani łatwa, ani regularna i być może dałoby się na 

tym trochę zarobić. Poza tym mam kilka innych pomysłów, nie licząc… 

— Czego? 

— Niczego!  Wrócimy  do  tego  po  moim  powrocie.  Lecz  ostrzegam,  że  jestem  gotów  na 

wszystko, by Hulda została moją żoną, której wszyscy będą mi zazdrościć. Tak! To postanowione. 

— Gdybyś tylko wiedział, Ole, jakże to będzie łatwe! — odrzekła Hulda wyciągając ku niemu 

rękę. — Czyż nie dokonało się to już w połowie? Czy istnieje równie szczęśliwy dom, jak nasz? 

background image

18 

 

Pani Hansen na chwilę odwróciła głowę. 

— A więc — podjął Ole wesołym tonem — sprawa została omówiona? 

— Tak — odrzekł Joel. 

— I nie będziemy do niej wracać? 

— Nigdy. 

— Nie będziesz żałowała, Huldo? 

— Nigdy, mój drogi Ole. 

— Co do daty ślubu, to myślę, że z jej ustaleniem lepiej poczekać do twojego powrotu — dodał 

Joel. 

— Dobrze,  lecz  byłbym  bardzo  nieszczęśliwy,  gdybym  nie  wrócił  za  rok,  by  poprowadzić 

Huldę  do  ołtarza  kościoła  w  Moel,  gdzie  nasz  przyjaciel,  pastor  Andresen,  odmówi  w  naszej 

intencji najpiękniejsze modlitwy! 

Oto w jaki sposób postanowiono o ślubie Huldy Hansen z Olem Kampem. 

Tydzień później młody marynarz musiał zjawić się na pokładzie swego statku w Bergen, lecz 

przed rozstaniem przyszli małżonkowie zaręczyli się zgodnie ze wzruszającym, skandynawskim 

obyczajem. 

W owej prostej i prawej Norwegii zaręczyny przed ślubem należą do zwyczaju. Czasami nawet 

małżeństwo zostaje zawarte dopiero dwa lub trzy lata później. Czyż nie przypomina to obyczajów 

chrześcijan w pierwszych dniach Kościoła? Lecz nie należy przypuszczać, iż owe zaręczyny są 

zwykłą  wymianą  słów,  których  wartość  opiera  się  jedynie  na  dobrej  wierze  osób 

zainteresowanych. O nie! Zobowiązania są jak najpoważniejsze i jeśli akt ten nie jest uznawany 

przez prawo, to jednak należy do obyczaju, będącego prawem naturalnym. 

Toteż w przypadku Huldy i Olego chodziło o zorganizowanie ceremonii, którą poprowadzić 

miał pastor Andresen. Ani w Dal, ani w okolicznych gaardach nie ma żadnych duchownych. W 

Norwegii  spotyka  się  miejscowości  zwane  „miastami  niedzielnymi”,  w  których  znajdują  się 

probostwa,  proestegjelb,  gdzie  spotykają  się  najważniejsze  rodziny  z  danej  parafii.  Mają  tam 

nawet własne mieszkania, w których zatrzymują się na dwadzieścia cztery godziny, by wypełnić 

obowiązki religijne. Wracają stamtąd niczym z pielgrzymki. Dal posiada wprawdzie kaplicę, lecz 

pastor zjawia się w niej na życzenie i to w celu odprawienia ceremonii bynajmniej nie publicznych, 

lecz prywatnych. 

Poza tym Moel leży całkiem niedaleko, zaledwie w odległości około dziesięciu kilometrów od 

background image

19 

 

Dal, na krańcu jeziora Tinn. Jeśli zaś chodzi o pastora Andresena, to jest to człowiek uczynny i 

wprawny piechur. 

Tak więc pastor Andresen został poproszony o przybycie na uroczystość zaręczyn, na której 

miał wystąpić w podwójnej roli: duchownego i przyjaciela rodziny Hansenów. Znali się już od 

bardzo dawna. Pastor widział, jak dorastali Hulda i Joel. Lubił ich tak samo, jak tego „młodego 

wilka  morskiego”,  Olego  Kampa.  Nic  nie  mogło  sprawić  mu  większej  przyjemności  niż  to 

małżeństwo, które mogło być powodem do świętowania w całej dolinie Vestfjorddalu. 

Pewnego  pięknego  ranka,  choć  raczej  dość  dżdżystego,  pastor  Andresen  wdział  suknię 

duchowną, wziął modlitewnik i wyruszył do Dal. Na miejsce dotarł w towarzystwie Joela, który 

wyszedł mu na spotkanie. Można się domyślać, że został dobrze przyjęty w oberży pani Hansen i 

że  otrzymał  piękny  pokój  na  parterze,  pełen  świeżych  gałązek  jałowca,  od  których  całe 

pomieszczenie pachniało niczym kaplica. 

Następnego dnia o godzinie pierwszej mały kościółek w Dal otworzył swe podwoje. Tam, w 

obecności  pastora,  kilku  przyjaciół  i  sąsiadów,  Ole  przyrzekł  ożenić  się  z  Huldą,  zaś  Hulda 

przyrzekła  wyjść  za  mąż  za  Olego  po  jego  powrocie  z  ostatniej  podróży,  w  którą  się  właśnie 

wybierał. Rok oczekiwania to dużo, lecz szybko mija, jeśli narzeczeni są siebie pewni. 

Teraz Ole nie mógł już bez poważnych powodów odrzucić tej, którą uczynił swą narzeczoną. 

Hulda zaś nie mogła zerwać przysięgi, jaką złożyła Olemu. I gdyby Ole Kamp nie musiał wyjechać 

w  kilka  dni  po  zaręczynach,  mógłby  skorzystać  z  praw,  które  uzyskał:  mógłby  odwiedzać 

narzeczoną w każdej chwili, pisać do niej listy wedle własnego upodobania, wychodzić z nią na 

spacer trzymając ją pod ramię, nawet pod nieobecność rodziny, korzystać z pierwszeństwa w tańcu 

podczas wszelkich świąt i uroczystości. 

Lecz  Ole  Kamp  musiał  pojechać  do  Bergen.  Tydzień  później  „Viken”  wypłynął  na  łowiska 

Nowej Ziemi. Teraz Hulda mogła jedynie czekać na listy, które narzeczony obiecał jej przysyłać z 

kolejnych portów Europy. 

I wkrótce zaczęły napływać, zawsze jednakowo niecierpliwie oczekiwane. Wnosiły odrobinę 

szczęścia  do  domu,  który  nieco  posmutniał  od  czasu  wyjazdu  Olego.  Rejs  odbywał  się  bez 

zakłóceń, połowy były obfite, a zyski miały być duże. Ponadto, na zakończenie każdego listu, Ole 

zawsze wspominał o pewnym sekrecie i fortunie, którą miał on mu zapewnić. Sekret ten chciałaby 

poznać nie tylko Hulda, lecz również pani Hansen, i to z powodu, którego Ole nigdy by się nie 

domyślił. 

background image

20 

 

Otóż pani Hansen stawała się coraz bardziej ponura, zatroskana i zamknięta w sobie. Zaś pewna 

okoliczność, o której dzieciom nawet nie wspomniała, jeszcze bardziej pogłębiła jej zmartwienie. 

Trzy dni po nadejściu ostatniego listu od Olego, 19 kwietnia, pani Hansen wracała samotnie z 

tartaku, gdzie u podmajstrzego Lenglinga zamówiła worek trocin. Tuż przed domem zaczepił ją 

jakiś nieznajomy. 

— Czy pani Hansen? — zapytał mężczyzna. 

— Owszem — odrzekła — lecz ja pana nie znam. 

— Och! Nie szkodzi! — powiedział mężczyzna. — Przybyłem dziś rano z Drammen i zaraz 

tam wracam. 

— Z Drammen? — rzekła szybko pani Hansen. 

— Czy nie zna tam pani niejakiego pana Sandgoista?… 

— Pana Sandgoista! — powtórzyła pani Hansen, a jej twarz pobladła gwałtownie. — Tak… 

znam go! 

— Otóż, kiedy pan Sandgoist dowiedział się, że jadę do Dal, poprosił, bym się pani od niego 

pokłonił. 

— I… to wszystko? 

— To wszystko, prócz tego, że prawdopodobnie przyjedzie się z panią spotkać w przyszłym 

miesiącu!… Wszystkiego najlepszego i dobrej nocy, pani Hansen! 

background image

21 

 

 

Huldę bardzo intrygowała uporczywość, z jaką  Ole mówił w swych listach o owej  fortunie, 

którą miał zamiar uzyskać po powrocie. Na czym ten dzielny chłopiec opierał swe nadzieje? Hulda 

nie  mogła  tego  odgadnąć,  choć  bardzo  chciała  się  dowiedzieć.  Wybaczmy  jej  tę  tak  naturalną 

niecierpliwość. Czy z jej strony była to jedynie próżna ciekawość? Bynajmniej. W końcu sekret 

dotyczył także jej. I nie chodziło o to, że ta prosta i uczciwa dziewczyna była nadmiernie ambitna, 

a bogactwo stało się celem jej życia. Wystarczała jej miłość Olego i tak miało być zawsze. Gdyby 

trafiła się fortuna, przyjęliby ją bez wielkiej radości. Gdyby się nie trafiła, obeszliby się bez niej 

bez żalu. 

Taki właśnie pogląd wymieniła Hulda z Joelem nazajutrz po nadejściu listu od Olego. Oboje 

myśleli w ten sam sposób — także o wszystkich innych sprawach. 

Tylko Joel powiedział: 

— Nie! To niemożliwe, siostrzyczko! Na pewno coś przede mną ukrywasz! 

— Ja!… Ukrywam?…. 

— Tak! Trudno uwierzyć, że Ole wyjechał i nie uchylił przed tobą nawet rąbka tajemnicy! 

— A czy tobie powiedział choć słowo? — odrzekła Hulda. 

— Nie, siostro. Ale ja nie jestem tobą. 

— Owszem, jesteś mną, braciszku. 

— Nie jestem narzeczoną Olego. 

— Prawie — rzekła dziewczyna — i gdyby spotkało go jakieś nieszczęście, gdyby nie wrócił z 

tej podróży, byłbyś równie przybity jak ja i płakałbyś takimi samymi rzewnymi łzami! 

— Ach!  Siostrzyczko!  —  zawołał  Joel.  —  Zabraniam  ci  nawet  myśleć  w  ten  sposób!  Ole 

miałby nie powrócić z ostatniej wyprawy rybackiej? Czyżbyś mówiła poważnie, Huldo? 

— Nie,  oczywiście,  że  nie.  A  jednak,  nie  wiem…  Nie  mogę  się  obronić  przed  jakimiś 

przeczuciami… koszmarami! 

— Złe sny, droga Huldo, to tylko złe sny! 

— Pewnie, ale skąd się biorą? 

— Z nas samych, nie z nieba. Boisz się, a lęk nawiedza twój sen. Tak jest zresztą niemal zawsze, 

gdy się czegoś bardzo pragnie i zbliża się chwila realizacji marzeń. 

— Wiem, Joelu. 

background image

22 

 

— Naprawdę myślałem, że jesteś twardsza, siostrzyczko! Tak! Bardziej energiczna! Właśnie 

otrzymałaś list, w którym Ole pisze, że „Viken” wraca za niecały miesiąc, a ty zaprzątasz sobie 

głowę podobnymi zmartwieniami! 

— Nie głowę… raczej serce! 

— Dzisiaj mamy 19 kwietnia — ciągnął Joel. — Ole powinien wrócić między 15 a 20 maja. 

Można spokojnie zabrać się za przygotowania do ślubu. 

— Tak myślisz, Joelu? 

— Czy tak myślę? Huldo! Myślę, że już jest nawet zbyt późno! Pomyśl sama! Ten ślub wywoła 

radość nie tylko w Dal, lecz również w sąsiednich gaardach. Jest oczywiste, że musi być bardzo 

piękny, więc sam zajmę się załatwianiem spraw! 

Taka ceremonia nie jest błahostką na wsi w Norwegii, szczególnie w Telemarku! I nie może się 

obyć bez niejakiego hałasu! 

Toteż  jeszcze  tego  samego  dnia  Joel  porozmawiał  na  ten  temat  z  matką.  Było  to  tuż  po 

spotkaniu  z  człowiekiem  zapowiadającym  rychłą  wizytę  pana  Sandgoista,  które  zrobiło  tak 

ogromne wrażenie na pani Hansen. Siedziała w fotelu w wielkiej sali i zatopiona we własnych 

myślach odruchowo kręciła kołowrotkiem. 

Joel widział wyraźnie — matka była strapiona bardziej niż zwykle, lecz ponieważ nieodmiennie 

odpowiadała, że „nic jej nie jest”, gdy ją o to pytał, młodzieniec chciał z nią porozmawiać o ślubie 

Huldy. 

— Matko — rzekł — jak wiesz, w ostatnim liście Ole pisze, że prawdopodobnie wróci za kilka 

tygodni. 

— Czego należałoby sobie życzyć — odrzekła pani Hansen. — Oby tylko nie było żadnych 

opóźnień! 

— Czy coś stoi na przeszkodzie, byśmy ustalili datę ślubu na 25 maja? 

— Nic, jeśli Hulda się zgadza. 

— Mam już jej zgodę. Chciałbym teraz wiedzieć, matko, czy pozwolisz przy tej okazji zrobić 

wszystko jak należy? 

— Co rozumiesz przez określenie „zrobić wszystko jak należy”? — zapytała pani Hansen nie 

unosząc oczu znad kołowrotka. 

— Rozumiem,  że  za  twym  przyzwoleniem,  ceremonia  będzie  stosowna  do  naszej  sytuacji. 

Musimy  zaprosić  wszystkich  znajomych,  a  gdyby  dom  był  zbyt  mały  dla  gości,  nie  ma  takich 

background image

23 

 

sąsiadów, którzy by ich nie przyjęli pod swój dach. 

— Kim będą ci goście, Joelu? 

— Myślę, że trzeba będzie zaprosić wszystkich naszych przyjaciół z Moel, Tiness i Bamble, 

czym zajmę się osobiście. Sądzę również, że obecność braci Help, armatorów z Bergen, będzie 

honorem dla rodziny i że, za twoim przyzwoleniem — powtarzam — poproszę ich o spędzenie w 

Dal całego dnia. Ci dzielni ludzie bardzo lubią Olego, więc jestem pewien, iż się zgodzą. 

— Czy naprawdę do tego ślubu trzeba przykładać tak ogromną wagę? 

— Tak sądzę, matko, choćby w interesie oberży, której wartość, o ile wiem, nie zmniejszyła się 

od śmierci naszego ojca. 

— Nie… Joelu… nie! 

— Czyż nie jest naszym obowiązkiem utrzymanie jej w co najmniej takim stanie, w jakim nam 

ją zostawił? Toteż wydaje mi się korzystne nadanie pewnego rozgłosu ślubowi mej siostry. 

— Niech tak będzie, Joelu. 

— Z drugiej strony, czyż nie jest najwyższa pora, by Hulda rozpoczęła przygotowania, by nie 

stała się przyczyną jakiegokolwiek opóźnienia? Cóż odpowiesz matko na mą propozycję? 

— Róbcie z Huldą co należy! — odrzekła pani Hansen. 

Być  może  niektórzy  uznają,  iż  Joel  zbytnio  się  śpieszył,  że  rozsądniej  byłoby  zaczekać  do 

powrotu  Olego,  by  ustalić  datę  ślubu,  a  zwłaszcza,  by  rozpocząć  przygotowania.  Lecz,  jak 

powiadał,  co  się  zrobi,  to  już  będzie  zrobione.  Poza  tym  zajmując  się  tysiącem  drobiazgów 

związanych z taką ceremonią, Hulda miałaby jakąś rozrywkę. Nie wolno było pozwolić, by się 

dała ponieść przeczuciom, których zresztą nic nie usprawiedliwiało. 

No  i  przede  wszystkim  trzeba  było  pomyśleć  o  druhnie.  Lecz  o  to  nie  należało  się  zbytnio 

martwić!  Wybór  już  został  dokonany.  Miała  nią  być  sympatyczna  panna  z  Bamble,  bliska 

przyjaciółka  Huldy.  Jej  ojciec,  farmer  Helmboe,  kierował  jednym  z  najważniejszych  gaardów 

prowincji. Ten dzielny człowiek nie był pozbawiony niejakiego majątku. Już dawno temu docenił 

szlachetny charakter Joela i nie da się ukryć, że na swój sposób doceniała go również jego córka, 

Siegfried. Było więc możliwe, że w krótkim czasie Hulda mogła stać się jej druhną. Tak zdarza się 

w Norwegii. Jednak najczęściej ten przyjemny obowiązek bywa powierzany kobietom zamężnym. 

Tak  więc  z  pogwałceniem  obyczaju,  ale  za  to  z  korzyścią  dla  Joela,  Siegfried  Helmboe  miała 

wystąpić w tej roli na ślubie Huldy Hansen. 

Ważną sprawą, tak dla panny młodej, jak i druhny, są stroje, które włożą w dzień ślubu. 

background image

24 

 

Siegfried, piękna, osiemnastoletnia blondynka, miała zamiar pokazać się podczas ceremonii w 

pełnej  krasie.  Poinformowana  przez  Huldę,  nie  zwlekając  zabrała  się  za  pracę,  wymagającą 

niejakiego zaangażowania. 

Chodziło bowiem o przygotowanie haftowanego gorsetu, którego regularne wzory miały być 

tak ułożone, by obejmowały talię Siegfried w sposób  niezwykle ścisły.  Poza tym  była również 

mowa o spódnicy przykrywającej kilka warstw halek, których ilość miała pozostawać w ścisłym 

związku  z  bogactwem  Siegfried,  a  jednocześnie  nie  pozbawiać  jej  wdzięku.  Co  do  biżuterii, 

wielkim  problemem  było  wybranie  wisiorka  do  srebrnego  łańcuszka  z  perełkami,  broszek  ze 

złoconego  srebra  lub  miedzi,  ozdób  w  kształcie  serca  z  ruchomymi  kółeczkami,  podwójnych 

guzików służących do zapinania kołnierzyka bluzki, paska z wełny lub czerwonego jedwabiu, z 

którego  zwisają  cztery  cienkie  łańcuszki,  pierścionków  z  małymi  oczkami,  kolczyków  i 

bransoletek z ażurowego srebra i wszystkich tych wiejskich błyskotek, w których, prawdę mówiąc, 

złota  nie  ma  wcale,  srebro  pojawia  się  tylko  w  srebrzeniach,  perełki  są  szklane,  a  diamenty 

kryształowe! Wszystko jednak musiało cieszyć oko. Zaś w tym celu Siegfried nie zawahałaby się 

nawet odwiedzić najdroższych sklepów Benetta w Christianii, by dokonać zakupów. Jej ojciec nie 

miałby  nic  przeciwko  temu.  Ten  wspaniały  człowiek  pozwalał  na  wszystko  córce,  która  była 

dostatecznie rozsądna, by nie opróżnić do cna ojcowskiej sakiewki. W końcu najważniejszą rzeczą 

było, by tego dnia Joel ujrzał ją w całej okazałości. 

W  przypadku  Huldy  sprawa  była  nie  mniej  poważna,  bowiem  zwyczaje  są  bezlitosne  i 

sprawiają duży kłopot narzeczonym, jeśli chodzi o wybór stroju ślubnego. 

Hulda miała przestać wreszcie nosić długie warkocze ze wstążkami, wymykające się spod jej 

panieńskiego  czepka,  oraz  szeroki  pasek  ze  sprzączką,  podtrzymujący  fartuszek  na  szerokiej 

spódnicy.  Miała  również  zrezygnować  z  chusty  podarowanej  przez  Olego  w  prezencie 

zaręczynowym,  a  także  ze  sznura,  przy  którym  wisiały  małe  woreczki  z  wyszywanej  skóry, 

zawierające srebrną łyżeczkę o krótkim trzonku, nóż, widelec, etui na igły — przedmioty, których 

kobieta stale używa w życiu codziennym. 

W dzień godów włosy Huldy miały swobodnie spływać na ramiona, a ponieważ były niezwykle 

gęste, mogła nie używać sztucznych, lnianych, tak często  stosowanych przez młode Norweżki, 

gorzej wyposażone przez naturę. Jeśli chodzi o stroje i biżuterię, Hulda mogła do woli korzystać z 

kufra swej matki. W gruncie rzeczy bowiem, elementy ślubnej toalety przekazywane są w rodzinie 

z pokolenia na pokolenie przy okazji tej ceremonii. Można wówczas oglądać kaftan wyszywany 

background image

25 

 

złotem, aksamitny pasek, jedwabną spódnicę, kolorową lub jednobarwną, złoty łańcuszek na szyję 

oraz wianek — ów sławny, skandynawski wianek, przechowywany w najstaranniej zamkniętym 

kufrze  —  wspaniałą  koronę  ze  złotej  tektury,  ozdobioną  gwiazdami  lub  girlandami  z  listków, 

podobną do wianków z kwiatów pomarańczy używanych w innych krajach Europy. Było pewne, 

że  owa  promienna  aureola  z  delikatnymi  plecionkami,  dźwięcznymi  wisiorkami  i  kolorowymi 

szkiełkami,  w  uroczy  sposób  obramuje  śliczną  buzię  Huldy.  „Narzeczona  w  koronie”,  jak  ją 

nazywają, uhonoruje swego męża. On zaś będzie jej godny w swym wspaniałym ślubnym stroju, w 

krótkim surducie ze srebrnymi guzikami, w wykrochmalonej koszuli z wysokim kołnierzykiem, w 

kamizelce  z  jedwabną  lamówką,  w  krótkich  spodniach,  podwiązanych  w  kolanach  za  pomocą 

tasiemek z wełnianymi  chwościkami,  w miękkim,  pilśniowym  kapeluszu, żółtawych,  wysokich 

butach i pasku, przy którym w skórzanej pochwie trzymał będzie swój skandynawski nóż, dolknif, 

będący zawsze w zasięgu ręki prawdziwego Norwega. 

Tak więc było czym się zajmować. Kilka tygodni mogło ledwie wystarczyć, gdyby wszystko 

miało być skończone przed powrotem Olego Kampa. W końcu, gdyby Ole przyjechał wcześniej 

niż zapowiedział, a Hulda nie była gotowa, nie przejęłaby się tym ani ona, ani on. 

Na  tych  przygotowaniach  upłynęły  ostatnie  tygodnie  kwietnia  i  pierwsze  dni  maja.  Joel 

pozapraszał już gości, korzystając z tego, że zawód przewodnika pozostawiał mu trochę wolnego 

czasu. Stwierdzono nawet, że musi posiadać w Bamble sporo przyjaciół, skoro udaje się tam tak 

często. Nie wybrał się osobiście do Bergen, by zaprosić braci Help, ale do nich napisał. I, tak jak 

przypuszczał,  ci  poczciwi  armatorzy  przyjęli  skwapliwie  zaproszenie  na  ślub  Olego  Kampa, 

młodego marynarza z „Viken”. 

Wreszcie nadszedł 15 maja. W każdej chwili można się było spodziewać, że Ole wysiądzie z 

karioli, otworzy drzwi i zawoła swym wesołym głosem: 

— To ja!… Wróciłem! 

Potrzebna  była  tylko  odrobina  cierpliwości.  Poza  tym  wszystko  było  gotowe.  Siegfried 

wystarczył tylko znak, by się zjawiła w najpiękniejszym stroju. 

Upłynął 16 i 17, i nadal nic, żadnych nowych listów z Nowej Ziemi. 

— Nie ma się co dziwić, siostrzyczko — powtarzał często Joel. — Żaglowiec zawsze może się 

spóźnić. Z Saint–Pierre–Miquelon długa droga do Bergen. Ach! Jaka szkoda, że „Viken” nie jest 

parowcem,  a  ja  jego  maszynerią!  Jakże  bym  walczył  z  wiatrem  i  falami,  choćbym  miał  nawet 

wylecieć w powietrze po przybiciu do portu! 

background image

26 

 

Mówił tak, gdyż widział, jak niepokój Huldy powiększał się z dnia na dzień. 

W  owych  dniach  w  Telemarku  panowała  szczególnie  zła  pogoda.  Srogie  wiatry  omiatały 

płaskowyże, zaś te, które wiały z zachodu, pochodziły z Ameryki. 

— Powinny przecież wspomóc „Vikena” w drodze! — powtarzała często dziewczyna. 

— Oczywiście — odpowiadał Joel — lecz jeśli są zbyt silne, mogą mu przeszkodzić i zmusić do 

stawienia czoła huraganowi. Na morzu nie robi się tego, na co się ma ochotę! 

— Więc ty się nie martwisz, Joelu? 

— Nie, Huldo, nie! Takie opóźnienia są przykre, lecz całkiem naturalne! Nie martwię się i nie 

ma powodów, by się martwić! 

19. do oberży przybył jakiś podróżnik, który potrzebował przewodnika. Chciał się wybrać przez 

góry aż do granic Hardangeru. Joel niechętnie opuszczał Huldę, lecz nie mógł odmówić swych 

usług. Miała to być co najwyżej czterdziestoośmiogodzinna nieobecność i Joel spodziewał się, że 

po powrocie zastanie w domu Olego. Prawda była bowiem taka, że dzielny młodzieniec zaczął się 

bardzo martwić. Wyruszył więc rano z ciężkim sercem. 

Następnego dnia około pierwszej po południu ktoś zapukał do drzwi oberży. 

— Och, żeby to był Ole! — zawołała Hulda. 

Poszła otworzyć. 

Na progu stał jakiś mężczyzna w podróżnym płaszczu, którego twarz była nieznajoma. 

background image

27 

 

VI 

 

— Czy to oberża pani Hansen? 

— Tak, proszę pana — odrzekła Hulda. 

— Czy pani Hansen jest w domu? 

— Nie, ale wkrótce wróci. 

— Czy aby szybko? 

— Za chwilę, a jeśli chciałby pan z nią porozmawiać… 

— Absolutnie. Nie mam jej nic do powiedzenia. 

— Czy życzy pan sobie pokój? 

— Tak, najpiękniejszy w tym domu! 

— Przygotować kolację? 

— Jak najszybciej i proszę się postarać, by mi podano wszystko co najlepsze! 

Taką  rozmowę  odbyła  Hulda  z  podróżnym,  który  ledwie  zdążył  wysiąść  z  karioli,  jaką  się 

posłużył, by dotrzeć do serca Telemarku poprzez lasy, jeziora i doliny środkowej Norwegii. 

Kariola jest ulubionym środkiem lokomocji Skandynawów. Dwa długie drążki, między którymi 

porusza się koń o kwadratowym karku, żółtawej maści, podobny do muła, kierowany za pomocą 

kawałka zwykłego sznura przepuszczonego nie przez pysk, lecz przez nozdrza; dwa duże, wąskie 

koła z osią pozbawioną resorów, dźwigającą małą, kolorową skrzynię, w której jest dość miejsca 

tylko dla jednej osoby, bez rozkładanego dachu, błotników i stopnia, ze znajdującą się za nią deską, 

na której siada skydskarl. Całość przypomina ogromnego pająka, którego sieć tworzą oba koła. 

Korzystając  z  tego  prostego  pojazdu  można  bez  zbytniego  zmęczenia  pokonywać  etapy  od 

piętnastu do dwudziestu kilometrów. 

Na znak podróżnika młody chłopak przytrzymał konia. 

— Czy można gdzieś umieścić mój pojazd? — zapytał mężczyzna. 

— Tak, proszę pana — odrzekła Hulda. 

— I dać jeść koniowi? 

— Zaraz zaprowadzę go do stajni. 

— Niech ktoś się nim zajmie! 

— Oczywiście. Czy mogę zapytać, jak długo pozostanie pan w Dal? 

— Nie mam pojęcia. 

background image

28 

 

Koń wraz z kariolą został odprowadzony do małego hangaru, stojącego pod drzwiami u stóp 

góry. Była to jedyna stajnia przy oberży, lecz całkowicie wystarczająca dla jej gości. 

Chwilę później podróżnik, zgodnie ze swym życzeniem, zainstalował się w najlepszym pokoju. 

Tam,  ściągnąwszy  opończę,  grzał  się  przy  ogniu  z  suchych  bierwion,  który  kazał  rozpalić. 

Tymczasem Hulda, chcąc poprawić jego kiepski humor, nakazała, by piga — silna dziewczyna z 

osady,  która  w  sezonie  letnim  pomagała  w  kuchni  i  w  oberży  —  przygotowała  możliwie  jak 

najlepszą kolację. 

Gość, choć przekroczył  już sześćdziesiątkę, wyglądał  jeszcze dość solidnie. Szczupły, lekko 

przygarbiony, średniego wzrostu, o kościstej głowie, gładko wygolonej twarzy, spiczastym nosie, 

małych  oczkach  o  przeszywającym  spojrzeniu,  którym  rzucał  zza  grubych  okularów,  o 

pomarszczonym czole, o wargach zbyt wąskich, by kiedykolwiek mogły z nich wydobyć się jakieś 

miłe  słowa,  oraz  o  długich,  haczykowatych  dłoniach,  słowem  typowy  lichwiarz.  Hulda  miała 

przeczucie, że wizyta tego podróżnika nie przyniesie niczego dobrego dla domu Hansenów. 

Niewątpliwie był Norwegiem, lecz z typu skandynawskiego przejął cechy najpospolitsze. Jego 

strój  podróżny  składał  się  z  płaskiego  kapelusza  o  szerokim  rondzie,  jasnej  marynarki,  spodni 

podwiązanych za kolanami za pomocą rzemienia. Na tym nosił coś w rodzaju brunatnej pelisy, 

której podpinka wykonana była z baraniej skóry, co miało uzasadnienie, gdyż na płaskowyżach i w 

dolinach Telemarku wieczory i noce były bardzo zimne. 

Hulda nie zapytała go o nazwisko, lecz wkrótce miała je poznać, gdyż podróżny powinien się 

wpisać do księgi oberży. 

W tej chwili wróciła pani Hansen. Córka powiedziała jej o przybyciu podróżnego, który zażądał 

najlepszej  kolacji  i  najlepszego  pokoju.  Nie  wiedziała,  jak  długo  się  zatrzyma,  jako  że  nie 

wypowiedział się na ten temat. 

— I nie podał nazwiska? — dopytywała się pani Hansen. 

— Nie, matko. 

— Ani skąd przybył? 

— Nie. 

— To  niewątpliwie  jakiś  turysta.  Szkoda,  że  nie  ma  Joela.  Co  zrobimy,  jeśli  poprosi  o 

przewodnika? 

— Nie sądzę, by był turystą — odrzekła Hulda. — To starszy mężczyzna… 

— Jeśli nie jest turystą, to cóż robiłby w Dal? — zapytała pani Hansen, raczej samą siebie niż 

background image

29 

 

Huldę, tonem, w którym wyczuć można było pewne zaniepokojenie. 

Na  pytanie  to  Hulda  nie  potrafiła  odpowiedzieć,  ponieważ  podróżny  nie  wyjawił  jej  swych 

planów. 

W godzinę po przybyciu  mężczyzna wszedł  do dużej  sali, przylegającej  do jego pokoju.  Na 

widok pani Hansen zatrzymał się na chwilę. 

Najwyraźniej nie znał swojej gospodyni, tak jak ona jego. Toteż podszedł ku niej i spojrzawszy 

przez okulary zapytał: 

— Pani Hansen, jak sądzę? 

Nawet nie podniósł ręki do kapelusza, który nadal miał na głowie. 

— Tak, proszę pana — odrzekła pani Hansen. 

W obecności tego człowieka, podobnie jak córka, odczuła niepokój, który mężczyzna zapewne 

zauważył. 

— A więc pani jest panią Hansen z Dal. 

— Niewątpliwie, proszę pana. Czyżby miał mi pan coś szczególnego do powiedzenia? 

— W żadnym wypadku. Chciałem tylko panią poznać. Czyż nie jestem pani gościem? A teraz 

proszę dopilnować, by mi podano kolację możliwie jak najszybciej. 

— Pańska kolacja jest gotowa — odrzekła Hulda. — Gdyby zechciał pan przejść do jadalni… 

— Natychmiast! 

Powiedziawszy to skierował się ku drzwiom, które pokazała mu dziewczyna. Chwilę później 

siedział już przy małym, schludnie zastawionym stoliczku pod oknem. 

Kolacja  z  pewnością  była  wyśmienita.  Żaden  turysta  —  nawet  najbardziej  wybredny  —  nie 

mógłby nic jej zarzucić. Jednak ten niecierpliwy człowiek nie oszczędził gospodarzom  oznak i 

słów niezadowolenia — zwłaszcza oznak, gdyż nie wyglądał na bardzo rozmownego. Można się 

było naprawdę zastanawiać, czy to zły stan jego żołądka, czy też zły charakter sprawił, że był tak 

wymagający. Zupa z wiśni i porzeczek niezbyt mu odpowiadała, choć była wyśmienita. Ledwie 

skubnął  łososia  i  marynowanego  śledzia.  Surowa  szynka  i  apetyczna  połówka  kurczaka  z 

odpowiednimi jarzynami nie zachwyciły go wcale. Podobnie było z butelką wina Saint–Julien i z 

szampanem, mimo że oba trunki naprawdę pochodziły z dobrych francuskich piwnic. 

Po skończonym posiłku podróżny nawet jeden raz nie powiedział tackfor mad swej gospodyni. 

Po kolacji ten źle wychowany człowiek zapalił fajkę i wyszedł na spacer wzdłuż brzegu rzeki 

Maan. 

background image

30 

 

Doszedłszy  nad  wodę  odwrócił  się.  Jego  spojrzenie  nie  schodziło  z  oberży.  Zdawało  się,  iż 

studiuje  ją  ze  wszystkich  stron,  jakby  chciał  ocenić  jej  wartość.  Policzył  drzwi  i  okna.  Potem, 

podszedłszy do belek ułożonych przy podstawie domu, wykonał na nich nacięcia za pomocą swego 

dolknifa,  jakby chciał się zapoznać z jakością drewna i  jego stanem  zakonserwowania. Czyżby 

chciał  stwierdzić,  ile  była  warta  oberża  pani  Hansen?  Może  chciał  ją  nabyć,  choć  nie  była  na 

sprzedaż? Było  to  bardzo dziwne. Następnie zajął się ogródkiem,  w którym policzył  wszystkie 

drzewa i krzewy. Wreszcie metrowym krokiem zmierzył jego boki, zaś ruch ołówka po kartce jego 

notesu wskazywał, że mnoży jedną długość przez drugą. 

Co chwila kiwał głową, marszczył brwi i chrząkał z dezaprobatą. 

Pani  Hansen  i  jej  córka  obserwowały  go  przez  cały  czas  przez  okno.  Z  jakimż  to  dziwnym 

osobnikiem miały do czynienia? Jaki był cel podróży tego maniaka? Prawdę mówiąc szkoda, że 

wszystko to działo się pod nieobecność Joela, zwłaszcza że podróżny miał zostać w oberży na noc. 

— A może to wariat? — powiedziała Hulda. 

— Wariat?… Nie! — odrzekła pani Hansen. — Lecz niewątpliwie szczególny człowiek. 

— To przykre, że nie zawsze wiadomo, kogo się przyjmuje we własnym domu — stwierdziła 

dziewczyna. 

— Huldo — rzekła pani Hansen — nim ten podróżnik wróci, zechciej zanieść księgę do jego 

pokoju. 

— Dobrze, matko. 

— Być może zdecyduje się do niej wpisać. 

Około  ósmej  panował  już  zmrok,  a  drobny  deszcz  zaczął  padać  napełniając  dolinę  chmurą 

mgły,  która  moczyła  wszystko  aż  do  połowy  wysokości  góry.  Toteż  nowy  gość  pani  Hansen, 

przemierzywszy ścieżkę aż do tartaku, zawrócił do oberży i  poprosił o szklaneczkę brandy. Po 

czym  bez słowa, nie mówiąc nikomu dobranoc,  wziął drewniany świecznik  z zapaloną świecą, 

udał się do swego pokoju, zamknął za sobą drzwi na klucz i nie było go słychać przez całą noc. 

Skydskarl schował się do hangaru. Tam usnął między dyszlami karioli, koło żółtego konia, nie 

przejmując się brzydką pogodą. 

Następnego dnia pani Hansen i Hulda wstały o świcie. Żaden dźwięk nie dochodził z pokoju 

podróżnego, który jeszcze odpoczywał. Nieco po dziewiątej wszedł do dużej sali z miną jeszcze 

bardziej nadąsaną niż poprzedniego dnia, skarżąc się na twarde łóżko i domowe hałasy, które go 

obudziły. Z nikim się nie przywitał. Potem otworzył drzwi i popatrzył w niebo. 

background image

31 

 

Pogoda była raczej przeciętna. Ostry wiatr omiatał szczyty Gousta zatopione w mgłach i wpadał 

w dolinę, smagając ją gwałtownymi porywami. 

Podróżnik  ani  myślał  wyjść  na  dwór.  Lecz  nie  tracił  czasu.  Paląc  fajkę  przechadzał  się  po 

oberży, starając się poznać jej rozkład, zwiedził wszystkie pomieszczenia, obejrzał meble, zajrzał 

do  szaf,  zupełnie  jakby  był  u  siebie  w  domu.  Rzec  było  można,  iż  jest  komornikiem 

przygotowującym się do przeprowadzenia konfiskaty mienia. 

Niewątpliwie  o  ile  był  to  szczególny  człowiek,  o  tyle  jego  zachowanie  było  co  najmniej 

podejrzane. 

Po obchodzie zajął miejsce w wielkim fotelu w dużej sali i ostrym, szorstkim głosem zadał pani 

Hansen  kilka  pytań.  Kiedy  wybudowano  oberżę?  Czy  zbudował  ją  jej  mąż,  Harald,  czy  też 

otrzymał ją w spadku? Czy była już remontowana? Co znajduje się w zagrodzie i w soeterze? Czy 

jest dochodowa? Ilu turystów przyjeżdża w sezonie? Ile dni spędzają w oberży? itp. 

Najwyraźniej  podróżnik  nie  zapoznał  się  z  księgą  wyłożoną  w  jego  pokoju,  gdyż  miałby 

dokładną odpowiedź przynajmniej na to ostatnie pytanie. 

W rzeczy samej, księga leżała nadal tam, gdzie położyła ją Hulda poprzedniego dnia i nadal nie 

było w niej nazwiska podróżnika. 

— Panie  —  rzekła  wreszcie  pani  Hansen  —  nie  rozumiem,  dlaczego  interesują  pana  takie 

rzeczy. Lecz jeśli pragnie pan wiedzieć, jak nam się powodzi, nic prostszego. Wystarczy zajrzeć do 

księgi  oberży.  Poproszę  również,  by  zgodnie  ze  zwyczajem  zechciał  pan  również  wpisać  tam 

swoje nazwisko… 

— Moje nazwisko?… Oczywiście, że wpiszę tam swoje nazwisko, pani Hansen!… Wpiszę je, 

gdy będę stąd odjeżdżał! 

— Czy zatrzymać pański pokój? 

— Nie trzeba  — odrzekł podróżnik  wstając.  —  Wyjadę po obiedzie, żeby  przed  wieczorem 

wrócić do Drammen. 

— Do Drammen? — zawołała pani Hansen. 

— Tak! Dlatego proszę szybko mnie obsłużyć. 

— Pan mieszka w Drammen? 

— Owszem!! Cóż w tym dziwnego, jeśli łaska, że mieszkam w Drammen? 

Tak oto zaledwie po spędzeniu jednego dnia w Dal, a raczej w oberży, podróżnik wyjeżdżał nie 

obejrzawszy nawet okolicy. Gousta, Rjukanfos, cuda doliny Vestfjorddalu nie interesowały go w 

background image

32 

 

najmniejszym  stopniu.  Nie  dla  przyjemności,  lecz  w  interesach  wyjechał  z  Drammen  i 

najwyraźniej był to jedyny motyw dokładnego obejrzenia domu pani Hansen. 

Hulda widziała, że jej matka jest poważnie zmartwiona. Pani Hansen usiadła w wielkim fotelu i 

odsunąwszy kołowrotek pozostawała w bezruchu, nie mówiąc ani słowa. 

Tymczasem podróżnik przeszedł do jadalni i usiadł do stołu. Z obiadu, równie wspaniałego jak 

kolacja,  bynajmniej  nie  był  bardziej  zadowolony.  A  jednak  najadł  się  i  napił  do  syta  i  bez 

pośpiechu. Jego uwaga zdawała się być nakierowana na wartość sreber — luksus wielce ceniony 

przez  norweskich  wieśniaków  —  kilku  łyżek  i  widelców  przekazywanych  z  ojca  na  syna, 

przechowywanych wraz z rodzinną biżuterią. 

Tymczasem skydskarl przygotowywał kariolę do wyjazdu. O jedenastej koń i powóz oczekiwali 

przed drzwiami oberży. 

Pogoda  nadal  była  niezbyt  zachęcająca,  niebo  szare  i  silny  wiatr.  Czasami  deszcz  chłostał 

okiennice jak batem. Lecz podróżnik okutany w gruby płaszcz z podpinką nie mógł przejmować 

się tymi ciosami. 

Po  obiedzie  wychylił  ostatnią  szklaneczkę  brandy,  zapalił  fajkę,  włożył  opończę,  wrócił  do 

wielkiej sali i poprosił o rachunek. 

— Zaraz go przygotuję — rzekła Hulda siadając przy małym biurku. 

— Aby szybko! — rzekł podróżnik. — Tymczasem dajcie mi książkę, bym mógł się do niej 

wpisać. 

Pani Hansen wstała, poszła po księgę, a przyniósłszy położyła ją na dużym stole. 

Podróżnik wziął pióro i po raz ostatni spojrzał na panią Hansen znad okularów. Po czym dużymi 

literami wpisał swe nazwisko i zamknął księgę. 

W tym momencie Hulda przyniosła rachunek. 

Wziął  go  do  ręki,  starannie  przejrzał  kolejne  pozycje  mrucząc  pod  nosem;  najwyraźniej 

rachował. 

— Hmm — chrząknął. — Ależ tu drogo! Siedem i pół marki za jedną noc i dwa posiłki? 

— Do tego skydskarl i koń — zauważyła Hulda. 

— Nieważne!  Uważam,  że  to  drogo!  Prawdę  mówiąc,  nie  dziwi  mnie,  że  robiono  tu  dobre 

interesy! 

— Nie jest pan nic winien — rzekła nagle pani Hansen głosem tak strapionym, że ledwie go 

było słychać. 

background image

33 

 

Właśnie  otworzyła  księgę  i  przeczytała  nazwisko.  Wzięła  rachunek  do  ręki,  podarła  go  i 

powtórzyła: 

— Nie jest pan nic winien! 

— Tak i mnie się wydaje! — odrzekł podróżnik. 

I wyszedł bez słowa pożegnania, tak jak przyszedł nie witając się z nikim. Wsiadł do karioli, zaś 

skydskarl zajął swoje miejsce na desce. Kilka chwil później zniknął za zakrętem drogi. 

Gdy Hulda otworzyła księgę, znalazła tam tylko nazwisko: Sandgoist z Drammen. 

background image

34 

 

VII 

 

Joel miał wrócić dopiero następnego dnia po południu, po doprowadzeniu do drogi prowadzącej 

do Hardangeru turysty, któremu służył za przewodnika. 

Hulda  wiedząc,  że  brat  wróci  od  strony  płaskowyżu  Gousta,  lewym  brzegiem  rzeki  Maan, 

czekała  nad  jej  rwącymi  wodami.  Usiadła  na  małym  pomoście,  do  którego  przybijał  prom. 

Pogrążyła  się  w  rozmyślaniach.  Do  zmartwienia  związanego  z  opóźnieniem  „Vikena”  doszła 

kolejna obawa. Jej przyczyną była wizyta tego Sandgoista i zachowanie pani Hansen. Dlaczego, 

gdy poznała jego nazwisko, podarła rachunek i zrezygnowała z należnej zapłaty? Była w tym jakaś 

tajemnica — niewątpliwie bardzo poważna. 

Nadejście  Joela  wyrwało  ją  z  rozmyślań.  Ujrzała  go,  jak  pokonywał  pagórki.  Czasem 

pokazywał się na polankach wśród drzew, powalonych lub wypalonych, czasami znikał pod gęstą 

zielenią  sosen,  brzóz  i  nastroszonych  buków,  wreszcie  dotarł  do  rzeki  i  wsiadł  na  mały  prom. 

Kilkoma ruchami wioseł pokonał szybki nurt rzeki. Po czym, wyskoczywszy na pomost, znalazł 

się u boku siostry. 

— Ole wrócił? — zapytał o nim pomyślał w pierwszej kolejności. Lecz jego pytanie pozostało 

bez odpowiedzi. 

— Listu też nie ma? 

— Żadnego! i Hulda wybuchnęła szlochem. 

— Nie! — zawołał Joel. — Nie płacz, droga siostro, nie płacz! Sprawiasz mi zbyt wiele bólu… 

Nie mogę patrzeć na twe łzy! Przestań!… Mówisz: nie ma listu!… Oczywiście, to zaczyna być 

niepokojące! Ale nie ma jeszcze powodu do rozpaczy! Jeśli chcesz, pojadę do Bergen. Dowiem się 

czegoś… Spotkam się z braćmi Help. Może mają jakieś nowiny z Nowej Ziemi. Może „Viken” 

zawinął do jakiegoś portu z powodu awarii, bądź uciekając przed złą pogodą. Nie da się ukryć, że 

już od tygodnia wiatr wieje z wielką siłą. Bywało, że statki z Nowej Fundlandii chroniły się na 

Islandii lub w Feroe. Zdarzyło się to nawet Olemu, dwa lata temu, gdy pływał na „Strennie”. I nie 

codziennie trafiają się kurierzy! Mówię ci to, co myślę, siostrzyczko. Uspokój się!… Jeśli i mnie 

doprowadzisz do łez, to co z nami będzie? 

— To silniejsze ode mnie, braciszku! 

— Huldo!… Huldo!… Nie trać wiary!… Zapewniam cię, że ja jej nie tracę! 

— Czy mogę ci wierzyć, Joelu? 

background image

35 

 

— Tak, musisz! Lecz, by cię podnieść na duchu, mogę pojechać do Bergen jutro rano… dziś 

wieczór? 

— Nie  chcę,  żebyś  mnie  opuszczał!…  Nie!…  Nie  chcę!  —  odrzekła  Hulda  uczepiwszy  się 

brata, jakby już tylko jego miała na świecie. 

Razem ruszyli do oberży. Lecz nagle zaczęło padać, a ulewa stała się tak gwałtowna, że musieli 

schronić się w szałasie przewoźnika, w odległości zaledwie kilkuset kroków od brzegu rzeki. 

Musieli odczekać, aż pogoda nieco się poprawi. Joel odczuł nagłą potrzebę rozmowy. Cisza 

zdawała mu się czymś o wiele bardziej przeraźliwym niż słowa, choćby nawet nie niosły nadziei. 

— A jak tam nasza matka? — zapytał. 

— Coraz smutniejsza! — odrzekła Hulda. 

— Nikt nie przyjechał pod mą nieobecność? 

— Owszem, jeden podróżny, ale zaraz odjechał. 

— Tak więc w tej chwili nie ma w oberży żadnych turystów i nikt nie potrzebuje przewodnika? 

— Nie, Joelu. 

— Tym lepiej, gdyż wolałbym nie zostawiać cię samej. Zresztą, jeśli pogoda będzie nadal tak 

paskudna, to obawiam się, że w tym roku turyści wcale nie przyjadą do Telemarku! 

— Przecież mamy dopiero kwiecień, bracie! 

— Niewątpliwie,  lecz  mam  przeczucie,  że  ten  sezon  nie  będzie  dla  nas  za  dobry!  Zresztą 

zobaczymy! Powiedz mi, czy ten podróżny opuścił Dal wczoraj? 

— Tak, rano. 

— Kto to był? 

— Jakiś człowiek z Drammen, gdzie, jak się zdaje, mieszka, a nazywa się Sandgoist. 

— Sandgoist? 

— Czyżbyś go znał? 

— Nie — odrzekł Joel. 

Hulda  już  wcześniej  zastanawiała  się,  czy  powinna  opowiedzieć  bratu  o  wszystkim,  co  się 

wydarzyło  w  oberży  pod  jego  nieobecność.  Gdyby  Joel  dowiedział  się,  z  jaką  swobodą 

zachowywał się ów człowiek, jak oceniał wartość domu i sprzętów, w jaki sposób postępowała 

względem niego pani Hansen, cóż by sobie pomyślał? Czy nie przyszłoby mu do głowy, że matka 

miała poważne powody, by tak się zachowywać? I jakież to mogły być powody? Cóż mogła mieć 

wspólnego z Sandgoistem? Była w tym zapewne jakaś tajemnica, groźna dla całej rodziny! Joel 

background image

36 

 

chciałby ją zapewne poznać, zacząłby wypytywać matkę, zasypałby ją pytaniami… Pani Hansen, 

tak mało komunikatywna, tak daleka od jakiejkolwiek wylewności, zapewne chciałaby zachować 

dotychczasowe milczenie. Sytuacja między nią i dziećmi, i tak już nie najlepsza, stałaby się jeszcze 

bardziej nieznośna. 

Lecz czy dziewczyna miała wszystko ukryć przed Joelem? Mieć przed nim tajemnice? Czy nie 

byłaby to wyrwa w łączącej ich niezłomnej przyjaźni? Nie! Przyjaźń ta nie mogła ucierpieć! Hulda 

postanowiła wszystko powiedzieć. 

— Kiedy jeździłeś do Drammen, nigdy nie słyszałeś nazwiska Sandgoist? — podjęła. 

— Nigdy. 

— No cóż, dowiedz się więc, Joelu, że nasza matka znała je. 

— Znała Sandgoista? 

— Tak, bracie. 

— Nigdy nie słyszałem, by wymawiała to nazwisko! 

— Znała je, choć nigdy wcześniej nie widziała tego człowieka! 

I Hulda opowiedziała wszystkie zdarzenia, jakie zaznaczyły pobyt podróżnika w oberży, nie 

zapominając o szczególnym zachowaniu pani Hansen w chwili odjazdu Sandgoista. 

— Myślę, mój Joelu — dodała pospiesznie — że lepiej o nic nie pytać naszej matki. Znasz ją! 

Stałaby  się  jeszcze  bardziej  nieszczęśliwa.  Z  pewnością  przyszłość  powie  nam,  co  kryje 

przeszłość. Niech niebiosa sprawią, by wrócił do nas Ole, a wtedy, jeśli jakieś nieszczęście grozi 

naszej rodzinie, we troje lepiej stawimy mu czoła! 

Joel  wysłuchał  siostry  z  wielką  uwagą.  Tak!  Między  panią  Hansen  a  owym  Sandgoistem 

musiały istnieć jakieś więzy uzależniające ją od niego! Czyż można było wątpić, że człowiek ten 

przybył,  by  oszacować  oberżę  w  Dal?  Oczywiście  nie!  A  ów  podarty  w  chwili  jego  odjazdu 

rachunek, którego zniszczenie podróżny uznał za oczywistość, cóż mógł oznaczać? 

— Masz rację, Huldo — rzekł Joel — nie będę o tym rozmawiał z matką. Być może będzie 

żałowała,  że  nie  miała  do  nas  dość  zaufania.  Oby  tylko  nie  było  za  późno!  Biedna  kobieta,  na 

pewno bardzo cierpi! Jest bardzo uparta! Nie rozumie, że serce dzieci jest otwarte na jej żale! 

— Zrozumie to pewnego dnia, Joelu. 

— Tak! Dlatego czekajmy! Lecz nic nie stoi na przeszkodzie, bym spróbował dowiedzieć się, 

kim jest ten osobnik. Być może zna go pan Helmboe? Gdy tylko pojadę do Bamble, zapytam go o 

to,  a  jeśli  będzie  trzeba,  udam  się  nawet  do  Drammen.  Tam  nie  będzie  problemu,  by  się 

background image

37 

 

dowiedzieć, co robi ten człowiek, jakimi interesami się zajmuje, co myślą o nim ludzie.. 

— Nic  dobrego,  jestem  tego  pewna  —  odrzekła  Hulda.  —  Ma  złą  twarz  i  jeszcze  gorsze 

spojrzenie.  Byłabym  bardzo  zaskoczona,  gdyby  pod  tą  grubiańską  skorupą  kryła  się  poczciwa 

dusza! 

— Nie oceniajmy ludzi wedle wyglądu! — rzekł Joel. — Idę o zakład, że uznałabyś jego twarz 

za miłą, gdybyś na niego patrzyła stojąc u boku Olego… 

— Mój biedny Ole! — szepnęła dziewczyna. 

— Wróci, wróci, już jest w drodze! — krzyknął Joel. — Miej ufność, Huldo! Ole jest już blisko 

i nakrzyczymy na niego po przyjeździe, że kazał na siebie tak długo czekać! 

Deszcz przestał padać. Wyszli z szałasu i ruszyli ścieżką do oberży. 

— A przy okazji — rzekł Joel — jutro znów wyruszam w trasę. 

— Jutro?… 

— Tak, rano. 

— Już, braciszku? 

— Muszę,  Huldo.  Gdy  opuszczałem  Hardanger,  jeden  z  kolegów  powiedział  mi,  że  jakiś 

podróżnik ma przybyć z północy, od strony płaskowyżu Rjukanfos i ma tam dotrzeć właśnie jutro. 

— Kim jest ten podróżnik? 

— Nie znam nawet jego nazwiska. Lecz muszę tam być, by go sprowadzić do Dal. 

— Ruszaj zatem, skoro musisz — odrzekła Hulda wzdychając. 

— Wyruszę jutro o świcie. Martwi cię to, Huldo? 

— Tak,  bracie.  Jestem  bardzo  niespokojna,  kiedy  mnie  opuszczasz…  choćby  tylko  na  kilka 

godzin! 

— No cóż, lecz tym razem wiedz, że nie wyruszam sam! 

— A któż ci będzie towarzyszył? 

— Ty, siostrzyczko, ty! Musisz się rozerwać, zabieram cię ze sobą! 

— Ach! Dziękuję, Joelu! 

background image

38 

 

VIII 

 

Następnego  dnia  opuścili  oberżę  o  świcie.  Piętnaście  kilometrów  z  Dal  do  sławnego 

wodospadu, tyle samo w drodze powrotnej — dla Joela był to spacer, lecz należało oszczędzać siły 

Huldy. Toteż Joel wypożyczył od podmajstrzego Lenglinga kariolę, która jak wszystkie powozy 

tego rodzaju, miała tylko jedno miejsce. Jednak jej właściciel był tak gruby, że skrzynia musiała 

być stosownych rozmiarów i było tam dość miejsca dla Joela i Huldy. Tak więc gdyby oczekiwany 

podróżnik  znajdował  się  w  Rjukanfos,  zająłby  miejsce  Joela,  ten  zaś  wróciłby  piechotą  lub 

stanąłby na deseczce z tyłu. 

Droga z Dal do wodospadu była urocza, choć wyboista. Niewątpliwie była to raczej ścieżka niż 

trakt.  Ledwie  ociosane  belki  przerzucone  nad  dopływami  Maanu  zastępowały  mostki.  Lecz 

norweskie  konie  przyzwyczajone  są  do  ich  pokonywania  pewną  nogą,  zaś  kariola,  choć 

pozbawiona resorów, posiada dość giętkie dyszle, które w pewnej mierze amortyzują wstrząsy. 

Pogoda była piękna. Joel i Hulda jechali dość szybko pośród zieleniejących łąk, obmywanych 

przez wody Maanu. Kilka tysięcy brzóz ocieniało zalaną radosnym blaskiem słońca drogę. Nocna 

mgła zamieniała się w kropelki zwisające z czubków długich traw. Po prawej stronie strumienia, na 

wysokości dwóch tysięcy metrów, śniegowe pola Gousty odbijały w przestrzeń lśniące promienie. 

Przez  godzinę  kariola  jechała  dość  szybko.  Stok  był  na  razie  bardzo  łagodny.  Lecz  wkrótce 

kotlina ścieśniła się nieco bardziej. Strumyczki zamieniły się w potoki. Choć droga stała się kręta, 

nie mogła zniwelować różnicy poziomów. Tu i ówdzie przejścia stały się naprawdę trudne, lecz 

Joel radził sobie z wielką zręcznością. U jego boku Hulda nie obawiała się niczego. Kiedy wstrząsy 

stawały  się zbyt  mocne, przytrzymywała się jego ramienia. Chłód  poranka ubarwiał jej śliczną 

buzię, tak bladą od pewnego czasu. 

Trzeba było jednak wspiąć się jeszcze wyżej. Dolina robiła miejsce tylko dla wąskiego biegu 

rzeki,  która  płynęła  między  dwiema  stromymi  ścianami.  Na  sąsiednich  równinach  pojawiło  się 

kilkanaście  samotnych  domów,  ruiny  soeterów  i  gaardów,  porzucone  szałasy  pasterzy,  ukryte 

między brzozami i bukami. Wkrótce rzeka znikła z widoku; słychać było jedynie jej szum wśród 

skał. Krajobraz nabrał wspaniałego, a zarazem dzikiego wyglądu. 

Po dwóch godzinach jazdy ujrzeli tartak zbudowany na krawędzi wodospadu wysokości tysiąca 

pięciuset  stóp,  którego  wody  wprawiały  w  ruch  podwójne  koło  mechanizmu  piły.  Kaskady  tej 

wysokości nie są rzadkością w Vestfjorddalu, lecz masa ich wody jest niewielka. W tym względzie 

background image

39 

 

wszystkie przewyższa Rjukanfos. 

Joel i Hulda dotarłszy do tartaku przystanęli i wysiedli. 

— Czy półgodzinny marsz nie zmęczy cię zbytnio, siostrzyczko? — zapytał Joel. 

— Nie, bracie, nie jestem zmęczona. Marsz mi dobrze zrobi. 

— Ale będzie go sporo i cały czas pod górę! 

— Wesprę się na twym ramieniu, Joelu! 

Musieli  pozostawić  tam kariolę.  Nie  przejechałaby  stromymi  ścieżkami,  nie  zmieściła  się  w 

wąskich  przejściach,  pośród  ruchomych  kamieni,  nie  pokonałaby  stoków,  których  niewyraźne 

kontury, ocienione drzewami lub nagie, zapowiadały obecność wielkiego wodospadu. 

Widać już było  coś  w rodzaju  gęstej mgły pośród odległego błękitu. Były to rozpryski  wód 

Rjukanu, których kłęby wznosiły się na dość dużą wysokość. 

Hulda  i  Joel  ruszyli  ścieżką,  dobrze  znaną  przewodnikom,  opadającą  ku  zwężeniu  doliny. 

Trzeba było się prześlizgiwać pomiędzy drzewami i krzewami. Kilka chwil później siedzieli oboje 

na skale porośniętej żółtawym mchem, niemal na wprost wodospadu. 

Tam, brat i siostra ledwie by się słyszeli, gdyby zapragnęli porozmawiać. Lecz myśli, które ich 

dręczyły, mogli sobie przekazywać sercami, bez pomocy ust. 

Masy  wody  Rjukanu  są  ogromne,  jego  wysokość  znaczna,  a  ryk  donośny.  Łożysko  Maanu 

obniża się nagle o dziewięćset stóp, mniej więcej w połowie drogi między jeziorami Mjos i Tinn. 

Dziewięćset stóp, czyli sześciokrotna wysokość Niagary, przy czym warto jednak zauważyć, że 

szerokość tego ostatniego wodospadu wynosi trzy mile, od brzegu amerykańskiego po kanadyjski. 

Rjukanfos nabiera tu dziwnych kształtów, trudnych do opisania. Nawet obraz nie odtworzyłby 

go  w  dostateczny  sposób.  Istnieją  takie  cuda  natury,  które  trzeba  ujrzeć,  by  pojąć  ich  piękno, 

między innymi ten właśnie wodospad, najsławniejszy na kontynencie europejskim. 

Właśnie  podziwianiem  wodospadu  zajmował  się  turysta  siedzący  na  skale  po  lewej  stronie 

Maanu. Stamtąd mógł obserwować Rjukanfos z najbliższej odległości. 

Choć był dobrze widoczny, ani Joel, ani jego siostra jeszcze go nie spostrzegli. Nie miała na to 

wpływu  odległość,  lecz  efekt  optyczny,  charakterystyczny  dla  gór,  które  sprawiają,  że  obiekty 

zdają się mniejsze, a tym samym bardziej odległe niż w rzeczywistości. 

W tym momencie podróżnik wstał i nieostrożnie przemieszczał się po skalistym garbie, który 

niczym kopuła opadał ku łożysku Maanu. Najwyraźniej ów ciekawski człowiek zapragnął ujrzeć 

dwie  rozpadliny  Rjukanfos,  jedną  po  lewej,  pełną  kipiących  wód,  drugą  po  prawej,  zawsze 

background image

40 

 

wypełnioną gęstą mgłą. Być może nawet chciał się dowiedzieć, czy w połowie wodospadu nie ma 

trzeciej, znajdującej się niżej, rozpadliny. Jej istnienie mogłoby bowiem wyjaśnić, w jaki sposób 

Rjukan najpierw opadłszy, wyrzuca później swe wody w górę, w nieregularnych odstępach. Rzec 

można nawet, że woda wyrzucana jest w powietrze jakby wskutek wybuchu, po czym opada na 

okoliczne tereny w postaci dżdżu. 

Jednak  turysta  nadal  przemieszczał  się  po  garbie,  kamienistym  i  śliskim,  pozbawionym 

roślinności, a nawet mchów i porostów, noszącym miano „Grań Marii”, czyli Maristien. 

Nieostrożny turysta nie znał legendy, która rozsławiła tę grań. Pewnego dnia Eystein chciał tą 

niebezpieczną drogą dotrzeć do pięknej Marii z Vestfjorddal. Narzeczona po drugiej stronie grani 

wyciągała ku niemu ramiona. Nagle młodzieniec potyka się, pada i nie mogąc uczepić się skały 

gładkiej jak szkło, znika w otchłani. Bystry nurt Maanu nigdy nie oddał jego ciała. 

Czyżby to, co zdarzyło się nieszczęsnemu Eysteinowi, miało również spotkać owego turystę? 

Można się było tego spodziewać. Podróżnik dostrzegł niebezpieczeństwo, lecz było już zbyt 

późno. Nagle stracił punkt  oparcia, krzyknął,  stoczył  się o dwadzieścia kroków i  ledwie zdołał 

uczepić występu skalnego tuż nad krawędzią przepaści. 

Joel i Hulda nadal go nie widzieli, lecz usłyszeli krzyk. 

— Cóż to było? — zapytał Joel. 

— Krzyk! — odrzekła Hulda. 

— Tak!… Okrzyk przerażenia! 

— Z której strony? 

— Posłuchamy! 

Rozglądali się w prawo i lewo, lecz niczego nie mogli dostrzec. Usłyszeli jednak słowa: „Do 

mnie!… Do mnie!…” w czasie jednej z owych spokojnych chwil, które trwają przez minutę po 

każdym podskoku wodospadu. 

Krzyk rozległ się ponownie. 

— Joelu — rzekła Hulda — to musi być jakiś turysta w niebezpieczeństwie wołający o pomoc! 

Musimy iść do niego… 

— Tak, siostro, nie może być daleko! Tylko gdzie jest? Z której strony?… Nic nie widzę! 

Hulda wspięła się na skarpę wznoszącą się tuż za skałą, na której siedzieli, czepiając się wątłych 

kępek trawy porastających lewy brzeg Maanu. 

— Joelu! — krzyknęła wreszcie. 

background image

41 

 

— Widzisz go? 

— Tam… tam! 

Hulda wskazywała na nieszczęśnika zawieszonego niemal nad samą otchłanią. Gdyby nie stopa 

oparta o niewielki występ, zsunąłby się niżej, doznałby zawrotu głowy i byłby stracony. 

— Trzeba go uratować! — zawołała Hulda. 

— Tak, trzeba! — odrzekł Joel. — Jeśli zachowamy zimną krew, dotrzemy do niego! 

Joel  krzyknął bardzo  głośno, zaś podróżnik  usłyszawszy jego  głos  zwrócił  ku niemu  głowę. 

Potem  przez  kilka  chwil  Joel  zastanawiał  się  nad  najszybszym  i  najskuteczniejszym  sposobem 

wyciągnięcia turysty z opresji. 

— Hulda, nie boisz się? 

— Nie, bracie! 

— Znasz dobrze Maristien? 

— Przechodziłam tamtędy kilka razy! 

— Dobrze więc, podejdź do niego od góry możliwie jak najbliżej. Następnie zsuń się powoli ku 

niemu i schwyć go mocno za rękę. Lecz nie próbuj się podnosić! Mógłby doznać zawrotu głowy, 

pociągnąłby cię za sobą i bylibyście zgubieni! 

— A ty, Joelu? 

— Ja tymczasem podczołgam się od dołu, od strony Maanu. Dotrę do niego w tej samej chwili 

co ty i gdybyście się ześlizgnęli, być może uda mi się was zatrzymać! 

To rzekłszy, korzystając z kolejnej spokojnej chwili, krzyknął: 

— Niech się pan nie rusza!… Niech pan czeka!… Spróbujemy podejść do pana! 

Hulda zniknęła już za skarpą, by zsunąć się ku turyście po drugim garbie Maristien. 

Joel ujrzał wkrótce dzielną dziewczynę na zakręcie przy ostatnich drzewach. 

Sam  zaś,  z  narażeniem  życia,  zaczął  się  czołgać  po  stromym  fragmencie  garbu,  tuż  nad 

Rjukanfosem. Jakże zaskakujący spokój oraz pewność nóg i rąk były potrzebne do stawienia czoła 

tej otchłani, której ściany zwilgotniały od mgieł wodospadu! 

Równolegle do niego, lecz o jakieś sto stóp wyżej, Hulda posuwała się ukosem, by wygodniej 

dotrzeć do miejsca, w którym podróżnik tkwił nieruchomo. W pozycji, jaką zajmował, nie można 

było dostrzec jego twarzy, która była zwrócona w stronę wodospadu. 

Joel dotarłszy do niego, zatrzymał się. Wparł się solidnie w skalną szczelinę i zawołał: 

— Hej,  panie!  —  Podróżnik  odwrócił  głowę.  —  Hej,  panie!  Niech  się  pan  nie  rusza,  tylko 

background image

42 

 

mocno trzyma! 

— Niech pan będzie spokojny, przyjacielu. Trzymam się mocno! — odrzekł turysta pewnym 

głosem. — Gdybym się dobrze nie trzymał, to już od kwadransa leżałbym na dnie Rjukanfosu! 

— Moja siostra zejdzie do pana! — ciągnął Joel. — Złapie pana za rękę. Lecz dopóki nie znajdę 

się całkiem blisko, niech pan nie próbuje się podnosić!… Niech pan się nie rusza! 

— Będę nieruchomy jak skała! — zawołał podróżnik. 

Hulda zaczęła już schodzić, wyszukując co bardziej chropowate fragmenty garbu, wsuwając 

stopy w szczeliny, gdzie znajdowały solidne oparcie. Szła z gołą głową, dumnie uniesioną, jak 

przystało na dziewczynę z Telemarku, przyzwyczajoną do górskich wspinaczek. 

Krzyknęła podobnie jak Joel: 

— Niech się pan mocno trzyma! 

— Dobrze, trzymam się… i będę się trzymał, zapewniam, dopóki będę mógł! 

Jak widać, dobrych rad miał w bród. Przychodziły z góry i z dołu. 

— Przede wszystkim niech pan się nie boi! — dodała Hulda. 

— Nie boję się! 

— Uratujemy pana! — krzyknął Joel. 

— Bardzo na to liczę, gdyż, na świętego Olafa, nie umiałbym wyratować się sam! 

Najwyraźniej podróżnik zachował pełną jasność umysłu. Lecz niewątpliwie po upadku ręce i 

nogi odmówiły mu posłuszeństwa i wszystko, co mógł uczynić, to trzymać się wąskiego występu 

oddzielającego go od przepaści. 

Hulda schodziła coraz niżej. Kilka chwil później znalazła się przy podróżniku i oparłszy się o 

występ skalny, schwyciła go za rękę. 

Turysta spróbował unieść się nieco. 

— Niech pan się nie rusza!… Niech pan się nie rusza! — zawołała Hulda. — Pociągnie pan 

mnie za sobą, a ja nie  mam dość siły, by pana  zatrzymać! Musimy zaczekać na mojego brata! 

Kiedy znajdzie się między panem a Rjukanfosem, spróbuje pan się podnieść, żeby… 

— Podnieść  się,  dzielna  panienko?  Łatwiej  powiedzieć,  niż  zrobić!  Obawiam  się,  że  to  nie 

będzie łatwe! 

— Czy jest pan ranny? 

— Hmm! Nie mam nic złamanego, jak sądzę, tylko spore otarcie na nodze! 

Joel  znajdował  się  o  jakieś  dwadzieścia  stóp  od  miejsca  zajmowanego  przez  Huldę  i 

background image

43 

 

podróżnika. Krzywizna garbu nie pozwoliła mu na pełne zbliżenie, toteż musiał teraz pokonać ową 

wypukłą powierzchnię. Było to najtrudniejsze i najniebezpieczniejsze. Ryzykował życiem. 

— Ani jednego ruchu, Huldo! — krzyknął po raz ostatni. — Jeśli ześlizgniecie się oboje, to 

będziemy zgubieni, bo w tej pozycji nie uda mi się was złapać! 

— Nic się nie bój, Joelu! — odrzekła Hulda. — Myśl tylko o sobie i niech cię Bóg wspomoże! 

Joel zaczął się przesuwać na brzuchu niczym prawdziwy wąż. Dwu lub trzykrotnie poczuł, że 

traci wszelki punkt oparcia. Lecz wreszcie, dzięki zwinności, udało mu się dotrzeć do podróżnika. 

Ów  starszy,  lecz  o  żwawym  wyglądzie,  mężczyzna,  miał  ładną  twarz,  miłą  i  uśmiechniętą. 

Prawdę mówiąc, Joel spodziewał się spotkać raczej jakiegoś młodego śmiałka, który postanowił 

pokonać Maristien. 

— To bardzo nieostrożne, co pan zrobił — rzekł Joel na wpół leżąc i próbując złapać oddech. 

— Nieostrożne? — odrzekł turysta. — Proszę raczej powiedzieć: absurdalne! 

— Ryzykował pan życiem! 

— I zmusiłem pana, by narażał pan własne! 

— Och, moje! Taki mój zawód! — odrzekł Joel. I podnosząc się dodał: 

— Teraz trzeba dostać się na szczyt garbu. Najtrudniejsze mamy już za sobą. 

— Och! Najtrudniejsze!… 

— Tak, najtrudniejsze było dotarcie do pana. Teraz mamy do pokonania o wiele łagodniejszą 

pochyłość. 

— Tylko proszę na mnie za bardzo nie liczyć. Jedna noga nie posłuży mi wcale ani teraz, ani 

być może przez kilka dni! 

— Niech pan spróbuje się unieść! 

— Chętnie… z pańską pomocą! 

— Proszę złapać za rękę moją siostrę. Ja będę pana podtrzymywał i popychał do góry. 

— Mocno? 

— Mocno. 

— No dobrze, przyjaciele, zdaję się na was. Skoro przyszło wam do głowy, by wyciągnąć mnie 

z tarapatów, radźcie sobie. 

Zrobili wszystko, co nakazał Joel, z pełną ostrożnością. Choć wspinaczka nie była bezpieczna, 

poradzili  z  nią  sobie  lepiej  niż  się  spodziewali.  Tym  bardziej,  że  rana  podróżnika  nie  była 

złamaniem ani skręceniem, lecz zwykłym otarciem. Mógł więc czynić użytek z obu nóg, choć nie 

background image

44 

 

bez bólu. Dziesięć minut później był już bezpieczny, z dala od Maristien. 

Mógł  wreszcie odpocząć u stóp pierwszych świerków, lecz Joel  poprosił go o jeszcze jeden 

wysiłek. Musieli dotrzeć do domku ukrytego wśród drzew, niedaleko od skały, na której zatrzymał 

się wraz z siostrą po dotarciu do wodospadu. Podróżnik zrobił to, o co go proszono i wspierając się 

na ramionach Huldy i Joela bez większych problemów dotarł do drzwi chatki. 

— Wejdźmy — rzekła dziewczyna. — Tam pan chwilę odpocznie. 

— Czy chwila mogłaby potrwać dobry kwadrans? 

— Oczywiście, a potem będzie pan musiał wyrazić zgodę na pójście z nami do Dal. 

— Do Dal? Właśnie tam szedłem! 

— Czyżby  to  pan  był  owym  turystą  nadchodzącym  z  północy,  o  którym  wspominano  mi  w 

Hardanger? — zapytał Joel. 

— W rzeczy samej. 

— No to nie wybrał pan właściwej drogi… 

— Tak i mnie się wydaje. 

— Gdybym  mógł  przewidzieć,  co  się  wydarzy,  czekałbym  na  pana  po  drugiej  stronie 

Rjukanfos! 

— To byłby dobry pomysł, młody człowieku! Oszczędziłby mi pan popełnienia nieostrożności, 

niewybaczalnej w mym wieku… 

— W każdym wieku, drogi panie! — odrzekła Hulda. 

Cała  trójka  weszła  do  chatki,  w  której  mieszkała  rodzina  wieśniaków,  ojciec,  matka  i  dwie 

córki, które wstały i zgotowały przybyszom miłe przyjęcie. 

Joel mógł wówczas stwierdzić, że rana podróżnika, znajdująca się tuż pod kolanem, była dość 

poważna.  Wymagała  co  najmniej  tygodniowego  odpoczynku,  lecz  nie  była  ani  złamaniem,  ani 

zwichnięciem. I to było najważniejsze. 

Poczęstowano  ich  wyśmienitym  mlekiem,  razowym  chlebem  i  truskawkami.  Nie  odmówili. 

Joel  nie  ukrywał  swego  nadzwyczajnego  apetytu  i  o  ile  Hulda  ledwie  co  uszczknęła,  o  tyle 

podróżnik śmiało stawiał czoła jej bratu. 

— To doświadczenie zaiste pobudziło mój żołądek — oznajmił. — Lecz chętnie przyznam, że 

wędrowanie po Maristien było bardziej niż nieostrożne! Odgrywanie roli nieszczęsnego Eysteina, 

gdy mogłoby się być jego ojcem… albo nawet dziadkiem!… 

— Ach! Więc pan zna tę legendę? — zapytała Hulda. 

background image

45 

 

— Czyją znam! Niania usypiała mnie przy jej wtórze! Tak, znam ją, dzielna panienko, i dlatego 

jestem tym bardziej winny! Powiedzcie jednak, przyjaciele, czy Dal nie jest nieco zbyt daleko dla 

takiego inwalidy jak ja? Jak zamierzacie mnie tam przetransportować? 

— Niech  się  pan  o  to  nie  martwi  —  odrzekł  Joel.  —  Nasza  kariola  czeka  u  podnóża  góry. 

Trzeba będzie tylko zrobić jakieś trzysta kroków… 

— Hmm, trzysta kroków… 

— W dół — dodała dziewczyna. 

— Och! Skoro w dół, to jakoś to pójdzie, przyjaciele, i jedno ramię mi wystarczy. 

— A czemu by nie dwa — zawołał Joel — skoro mamy ich cztery do pańskiej dyspozycji! 

— Niech będą dwa albo i cztery! Nie będzie to chyba drożej kosztowało, prawda? 

— W ogóle nic nie będzie kosztowało. 

— Owszem! Co najmniej po jednym podziękowaniu za każde ramię, tym bardziej, że — o ile 

się nie mylę — wcale wam jeszcze nie podziękowałem… 

— A za co? — zapytał Joel. 

— Jedynie za to, że uratowaliście mi życie ryzykując własnym! 

— Jak pan sobie życzy… — rzekła Hulda, wstając by uniknąć wylewności. 

— Jak to? Oczywiście, że sobie życzę! Życzę sobie wszystkiego, czego życzycie sobie, bym 

sobie życzył! 

To  mówiąc  podróżnik  uiścił  wieśniakom  niewielką  należność  za  poczęstunek.  Po  czym, 

wspierając się lekko na Huldzie i mocno na Joelu, zaczął schodzić krętą ścieżką prowadzącą do 

brzegu Maanu, ku drodze do Dal. 

Nie  obyło  się  bez  kilku  „aj!  ąj!”,  po  których  nieodmiennie  następował  wybuch  śmiechu. 

Wreszcie dotarli do tartaku i Joel zajął się zaprzęganiem konia. 

Pięć minut później turysta siedział w karioli wraz z dziewczyną. 

— A pan? — zapytał Joela. — Wydaje mi się, że zająłem pańskie miejsce… 

— Które ustępuję panu z dobrego serca. 

— Lecz może gdybyśmy się ścieśnili… 

— Nie, nie! Mam zdrowe nogi, nogi przewodnika! Warte tyle samo, co koła… 

— I to jakie, chłopcze, i to jakie! 

Ruszyli drogą biegnącą wzdłuż rzeki. Joel szedł przodem prowadząc konia za uzdę, omijając co 

większe wyboje. 

background image

46 

 

Wracali  w  wesołym  nastroju  —  przynajmniej  podróżnik.  Rozgadał  się,  jakby  był  starym 

przyjacielem  rodziny  Hansenów.  Nim  dotarli  do oberży,  brat  i  siostra  nazywali  go  już  „panem 

Sylwiuszem”, zaś pan Sylwiusz nazywał ich Huldą i Joelem, jakby znali się już od bardzo dawna. 

Około  godziny  czwartej  mała  dzwonnica  w  Dal  ukazała  swój  wysmukły  czubek  pomiędzy 

drzewami. Chwilę później koń zatrzymał się przed oberżą. Podróżnik wysiadł z karioli nie bez 

pewnego trudu. Pani Hansen otworzyła mu drzwi i choć nie prosił o najlepszy pokój, taki właśnie 

dostał. 

background image

47 

 

IX 

 

Sylwiusz  Hog  —  takie  nazwisko  zostało  zapisane  tego  dnia  w  księdze  gości,  tuż  pod 

nazwiskiem Sandgoista. Między tymi nazwiskami, każdy przyzna, istniał wyraźny kontrast, taki 

sam jak między noszącymi je osobami. Różnili się całkowicie, tak pod względem fizycznym, jak 

moralnym. Wspaniałomyślność z jednej strony, pazerność z drugiej. U jednego dobroć serca, u 

drugiego oschłość duszy. 

Sylwiusz Hog miał zaledwie sześćdziesiąt lat, choć wcale na tyle nie wyglądał. Wysoki, prosty, 

dobrze zbudowany, zdrowy na ciele i umyśle, podobał się już na pierwszy rzut oka, a zwłaszcza 

jego ładna i sympatyczna twarz, bez brody, okolona dość długimi, siwiejącymi włosami, z oczami 

równie  uśmiechniętymi  jak  usta,  szerokim  czołem,  pod  którym  najszlachetniejsze  myśli  mogły 

krążyć bez najmniejszych przeszkód. W jego szerokiej piersi serce mogło bić bez skrępowania. 

Wszystkie  te  zalety  łączył  z  niewyczerpanymi  pokładami  dobrego  humoru  i  naturą  zdolną  do 

największych poświęceń i oddania. 

Sylwiusz  Hog  z  Christianii  —  to  mówiło  samo  za  siebie.  Był  znany,  ceniony,  lubiany  i 

szanowany  nie  tylko  w  norweskiej  stolicy,  lecz  również  w  całym  kraju.  Oczywiście  w  kraju 

norweskim,  gdyż  uczucia,  jakie  względem  niego  żywiono  w  drugiej  części  skandynawskiego 

królestwa, to jest w Szwecji, były zgoła odmienne. 

Należałoby to wytłumaczyć. 

Sylwiusz  Hog  był  profesorem  prawa  w  Christianii.  W  innych  państwach  bycie  adwokatem, 

inżynierem,  lekarzem,  handlowcem  oznacza  zajmowanie  miejsca  na  najwyższych  szczeblach 

drabiny społecznej. W Norwegii jest podobnie, lecz profesura to już sam szczyt. 

O ile w Szwecji istnieją cztery klasy: szlachta, duchowieństwo, burżuazja i chłopstwo, o tyle w 

Norwegii  jest  ich  tylko  trzy:  brakuje  szlachty.  Nie  ma  tam  żadnej  arystokracji,  choćby  nawet 

urzędniczej.  W  tym  uprzywilejowanym  kraju  przywileje  nie  istnieją,  zaś  urzędnicy  pozostają 

skromnymi funkcjonariuszami na usługach wszystkich. W sumie, panuje tam doskonała równość 

społeczna, nie ma żadnego politycznego zróżnicowania. 

Otóż Sylwiusz Hog był jednym z najznaczniejszych obywateli swego kraju, toteż nikogo nie 

zdziwi fakt, iż był reprezentantem Stortingu. Zgromadzenie to miało niezwykle istotny wpływ na 

życie społeczne Norwegii. 

Od  czasu  Konstytucji  1814  roku  słusznie  mówiono:  Norwegia  jest  republiką,  której 

background image

48 

 

prezydentem pozostaje król Szwecji. 

Rozumie  się  samo  przez  się,  iż  Norwegia,  zazdrośnie  strzegąca  swych  prerogatyw,  zdołała 

zachować  autonomię.  Storting  nie  ma  nic  wspólnego  z  parlamentem  szwedzkim.  Toteż  łatwo 

można zrozumieć, że jeden z jego najbardziej wpływowych i patriotycznych przedstawicieli nie 

był mile widziany za ową niewidoczną granicą oddzielającą Szwecję od Norwegii. 

Taki  był  właśnie  Sylwiusz  Hog.  Mając  bardzo  niezależny  charakter,  wielokrotnie  odmawiał 

zajęcia  w  rządzie  stanowisk  ministerialnych.  Jako  obrońca  wszelkich  praw  Norwegii, 

niestrudzenie i niewzruszenie przeciwstawiał się wszelkim szwedzkim zakusom. 

Tak  oto  wygląda  moralny  i  polityczny  rozdział  obu  krajów:  król  Szwecji,  Oskar  XV, 

koronowawszy się w Sztokholmie, musiał się również koronować w Trondheim, dawnej stolicy 

Norwegii. Podobną rezerwę zachowują również Norwegowie w interesach — bank w Christianii 

niechętnie  przyjmuje  banknoty  Banku  Sztokholmskiego!  Wreszcie,  w  tenże  sam  sposób, 

podzielone  są  oba  narody  —  szwedzka  flaga  nie  powiewa  ani  na  budynkach,  ani  na  okrętach 

Norwegii. Jedni mają żółty krzyż na niebieskim tle, drudzy krzyż niebieski na czerwonym polu. 

Sylwiusz Hog sercem i duszą należał do Norwegii. Bronił jej interesów przy każdej okazji. Otóż 

około roku 1854, gdy Storting poruszył kwestię rezygnacji z instytucji wicekróla lub gubernatora, 

który miałby być głową państwa norweskiego, był jednym z tych, którzy śmiało rzucili się w wir 

dyskusji i doprowadzili do triumfu tej zasady. 

Jak łatwo można się domyślić, o ile nie lubiano go na wschodzie królestwa, o tyle na zachodzie 

był  uwielbiany,  nawet  w  najodleglejszych  gawr  dach.  Jego  imię  przebiegało  przez  górzystą 

Norwegię  od  Christiansandu  aż  po  skaliste  brzegi  Przylądka  Północnego.  Godzien  był  w  pełni 

owej  miłej  popularności  i  nigdy  żadne  kalumnie  nie  mogły  dosięgnąć  jego  osoby,  ani  jako 

deputowanego, ani jako profesora z Christianii. Był prawdziwym Norwegiem, lecz Norwegiem o 

gorącej krwi, nie posiadającym tradycyjnej flegmy swych ziomków, bardziej skłonnym do czynu 

niż  to  przewiduje  skandynawski  temperament.  Czuło  się  to  w  jego  szybkich  ruchach,  śmiałej 

mowie i żywych gestach. Gdyby się urodził we Francji, bez wahania można by go nazwać mianem 

„człowiek z Południa”, które określiłoby go dość dokładnie. 

Sytuacja finansowa Sylwiusza Hoga nie wykraczała poza poziom dość wysoki, choć nie dorobił 

się ani grosza na sprawach publicznych. Był bezinteresowny, nigdy nie myślał o sobie, lecz zawsze 

o innych. Miał w pogardzie zaszczyty. Wystarczyła mu godność deputowanego. Nie żądał niczego 

więcej. 

background image

49 

 

W owej chwili Sylwiusz Hog korzystał z trzymiesięcznego urlopu, niezbędnego by mógł dojść 

do  siebie  po  trudach  rocznych  prac  legislacyjnych.  Opuścił  Christianię  przed  sześcioma 

tygodniami, mając zamiar przemierzyć całą krainę ciągnącą się aż po Trondheim, a więc Telemark, 

Hardanger oraz dystrykty Kongsberg i Drammen. Chciał zwiedzić te prowincje, których jeszcze 

nie znał. Miała to być podróż poznawcza i wypoczynkowa. 

Sylwiusz  Hog  przemierzył  już  znaczną  część  tego  regionu  i  wracając  z  północy  zapragnął 

zobaczyć sławny wodospad, jeden z cudów Telemarku. Po dokładnym zapoznaniu się na miejscu z 

projektem linii kolejowej z Trondheim do Christianii poprosił o przewodnika, by ten zaprowadził 

go do Dal. Miał się z nim spotkać na lewym brzegu Maanu. Lecz nie czekając, przyciągnięty urodą 

Maristienu, ruszył niebezpieczną granią. Cóż za nieostrożność! Omal nie przypłacił jej życiem. I, 

nie  da  się  ukryć,  gdyby  nie  interwencja  Joela  i  Huldy,  podróż  skończyłaby  się  w  przepaści 

Rjukanfos. 

background image

50 

 

 

W krajach skandynawskich ludzie są dobrze wykształceni nie tylko w miastach, lecz również na 

wsi. Owo wykształcenie wykracza poza znajomość czytania, pisania i liczenia. Wieśniacy uczą się 

z przyjemnością. Ich inteligencja jest otwarta. Interesują się sprawami publicznymi. Biorą udział w 

życiu lokalnym i publicznym. W Stortingu ludzie tego stanu stanowią większość. Często obradują 

w  swych  tradycyjnych  strojach.  Słusznie  bywają  stawiani  za  przykład,  a  to  ze  względu  na  ich 

zdrowy rozsądek, zmysł praktyczny, szerokie pojęcie, choć może nieco powolne, a zwłaszcza na 

ich nieprzekupność. 

Nie  należy  się  więc  dziwić,  że  nazwisko  Sylwiusza  Hoga  znane  było  w  całej  Norwegii  i 

wymawiano je z należnym szacunkiem nawet w owym nieco dzikim zakątku Telemarku. 

Toteż pani Hansen, przyjmując tak znamienitego gościa, uznała za stosowne poinformować go, 

jak wielkim  dla niej honorem  była możliwość goszczenia go pod swym  dachem,  choćby przez 

kilka dni. 

— Nie wiem, czy jest to honor, pani Hansen — odrzekł Sylwiusz Hog — lecz wiem, że dla mnie 

jest to prawdziwa przyjemność. Och! Już dawno temu słyszałem o tej gościnnej oberży w Dal! 

Dlatego  miałem  zamiar  odpocząć  tu  przez  tydzień.  Jednak,  na  świętego  Olafa,  nigdy  nie 

przypuszczałem, że dotrę tu na jednej nodze! 

I ten wyśmienity człowiek uścisnął serdecznie dłoń gospodyni. 

— Panie Sylwiuszu — rzekła Hulda — czy chce pan, żeby mój brat pojechał do Bamble po 

lekarza? 

— Po lekarza? Czyżby chciała pani, bym postradał władzę w obu nogach? 

— Och! Panie Sylwiuszu! 

— Lekarza! A dlaczego by nie mojego przyjaciela, doktora Boeka z Christianii? I to do jednego, 

małego zadraśnięcia!… 

— Lecz zaniedbane zadraśnięcie może być groźne! — rzekł Joel. 

— Ach! Joelu, może zechce mi pan powiedzieć, dlaczego pan chce, by było groźne? 

— Wcale nie chcę, panie Sylwiuszu, niech Bóg broni! 

— No  dobrze,  niech  broni  pana,  mnie  i  cały  dom  pani  Hansen,  zwłaszcza  jeśli  miła  Hulda 

zechce się mną zaopiekować… 

— Oczywiście, panie Sylwiuszu! 

background image

51 

 

— Doskonale, przyjaciele! Jeszcze cztery czy pięć dni i nie będzie po nim śladu! Zresztą, jak 

można  by  nie  wyzdrowieć  w  tak  pięknym  pokoju?  Gdzież  można  by  się  spotkać  z  lepszym 

przyjęciem niż we wspaniałej oberży w Dal? A to miękkie łóżko! A to okienko wychodzące na 

dolinę  Maanu!  A  szmer  wód  przedostający  się  aż  do  mojej  alkowy!  A  zapach  drzew,  którym 

spowity jest cały dom! A świeże powietrze, górskie powietrze! Ech! Czyż to nie lepsze od lekarzy? 

Kiedy się go potrzebuje, wystarczy tylko otworzyć okno, a wpada do środka, rozwesela, poprawia 

apetyt! 

Sylwiusz Hog mówił to w tak zabawny sposób, tak wesoło, iż wszystkim zdawało się, że wraz z 

nim  do  oberży  zawitało  szczęście.  Takie  przynajmniej  wrażenie  mieli  brat  i  siostra,  którzy 

słuchając go trzymali się za ręce, ulegając tym samym emocjom. 

Profesora umieszczono w pokoju na parterze. Teraz, na wpół leżąc w wielkim fotelu z nogą 

ułożoną na stołku, oddawał się troskliwej opiece Huldy i Joela. Jedynym lekarstwem, lekarstwem, 

jakiego pragnął, był wilgotny, zimny kompres. I, prawdę mówiąc, czy było jakieś lepsze? 

— Dobrze, przyjaciele, dobrze! — mówił. — Z lekarstwami nie można przesadzać! Nie wiem, 

czy wiecie, ale gdyby nie wasza pomoc, oglądałbym cuda Rjukanfosu z nazbyt bliskiej odległości. 

Toczyłem się do przepaści jak głaz! Dałbym początek nowej legendzie, tyle że moja nie miałaby 

sensu. Po drugiej stronie nie czekała na mnie narzeczona jak na nieszczęsnego Eysteina! 

— A jakaż to by była przykrość dla pani Hog! — rzekła Hulda. 

— Byłaby niepocieszona do końca życia… 

— Pani Hog?… — rzucił profesor. — No cóż, pani Hog nie uroniłaby nawet jednej łzy! 

— Och, panie Sylwiuszu! 

— Nie, chodzi o to, że nie ma żadnej pani Hog! Nie mogę sobie nawet wyobrazić, jaka miałaby 

być owa pani Hog: gruba czy chuda, mała czy duża… 

— Jako pańska żona byłaby z pewnością miła, inteligentna i dobra — odrzekła Hulda. 

— Ach! Doprawdy, panienko! Dobrze! Dobrze! Wierzę pani! Wierzę! 

— Lecz  dowiedziawszy  się  o  takim  nieszczęściu,  cóż  by  powiedzieli  pańscy  krewni  i 

przyjaciele, panie Sylwiuszu? — zapytał Joel. 

— Nie mam żadnych krewnych, drogi chłopcze! Jak się zdaje, posiadam pewną ilość przyjaciół, 

nie  licząc  tych,  których  zyskałem  w  domu  pani  Hansen,  i  to  właśnie  im  oszczędziliście  łez  po 

mnie! A propos, powiedzcie, moje dzieci, czy zechcecie mnie tu przechować przez kilka dni? 

— Jak długo pan tylko zechce, panie Sylwiuszu — odrzekła Hulda. 

background image

52 

 

— Ten pokój należy do pana. 

— Poza tym miałem zamiar zatrzymać się w Dal, jak wszyscy turyści, żeby robić wypady po 

całym Telemarku… No cóż, nie będę wypadał, albo powypadam później, ot i wszystko! 

— Mam nadzieję, panie Sylwiuszu, że jeszcze przed końcem tygodnia będzie pan na nogach — 

powiedział Joel. 

— Ja również mam taką nadzieję! 

— Obiecuję zaprowadzić pana wszędzie, dokąd tylko pan zechce. 

— Wrócimy do tego, Joelu! Porozmawiamy, gdy dojdę do siebie! Mam jeszcze cały miesiąc 

urlopu i gdyby mi go przyszło spędzić w oberży pani Hansen, nie będę tego żałował! Będę musiał 

zwiedzić  dolinę  Vestfjorddalu  pomiędzy  dwoma  jeziorami,  wdrapać  się  na  Goustę,  wrócić  do 

Rjukanfos, bo choć niemal w nim zanurkowałem, jednak nie widziałem niczego… a chciałbym 

zobaczyć! 

— Wróci pan tam, panie Sylwiuszu — odrzekła Hulda. 

— Wrócimy tam wszyscy, wraz z poczciwą panią Hansen, jeśli tylko zechce nam towarzyszyć. 

Ech! Wiecie co, przyjaciele? Muszę wysłać choćby słówko do Kate i Finka, moich służących w 

Chris  —  tianii.  Byliby  zaniepokojeni,  gdybym  nie  dał  znaku  życia,  a  po  powrocie  dostałbym 

burę!…  Muszę  wam  teraz  coś  wyznać.  Truskawki,  nabiał,  wszystko  to  bardzo  dobre,  bardzo 

krzepiące, ale to nie wystarczy, i nie chcę nawet słyszeć, że jestem na diecie!… Czyż nie zbliża się 

pora waszego obiadu? 

— Och, to bez znaczenia, panie Sylwiuszu! 

— Przeciwnie, to bardzo ważne! Czyżbyście myśleli, że podczas mego pobytu w Dal będę się 

nudził przy stoliku w moim pokoju? Nie! Chcę jadać z wami i z waszą matką, o ile odpowiada to 

pani Hansen! 

Oczywiście, pani Hansen, gdy jej przekazano pragnienie profesora, musiała się zgodzić, choć, 

być może, zgodnie ze swym zwyczajem wolałaby trzymać się na uboczu. Był to honor dla niej i dla 

jej rodziny — jeść przy jednym stole z deputowanym do Stortingu. 

— A więc to ustalone — ciągnął Sylwiusz Hog — będziemy jadać razem w dużej sali. 

— Tak, panie Sylwiuszu — odrzekł Joel. — Po prostu przysunę do stołu pański fotel, kiedy 

posiłek będzie gotowy… 

— Świetnie, świetnie panie Joelu! A czemu nie miałbym tam podjechać kariolą? Nie! Z pomocą 

czyjegoś ramienia jakoś do niego dotrę. O ile wiem, niczego mi nie amputowano! 

background image

53 

 

— Wedle  życzenia,  panie  Sylwiuszu  —  odrzekła  Hulda.  —  Lecz  niech  pan  nie  popełnia 

niepotrzebnych  nieostrożności,  bardzo  proszę…  w  przeciwnym  razie  Joel  szybko  pójdzie  po 

lekarza! 

— Co za groźby! No cóż, dobrze, będę ostrożny i potulny! I dopóki nie będę musiał przejść na 

dietę,  pozostanę  najposłuszniejszym  z  pacjentów!  A  przy  okazji,  czy  nie  jesteście  głodni, 

przyjaciele? 

— Potrzebny nam jest tylko kwadrans  — odrzekła Hulda — byśmy mogli podać panu zupę 

porzeczkową, pstrąga z Maanu, kuropatwę, którą Joel przyniósł wczoraj z Hardangeru i butelkę 

dobrego, francuskiego wina. 

— Dziękuję, dzielna panienko, dziękuję! 

Hulda  wyszła,  by  nadzorować  przyrządzanie  posiłku  i  przygotować  stół  w  wielkiej  sali, 

tymczasem zaś Joel odprowadził kariolę do podmajstrzego Lenglinga. 

Sylwiusz Hog został sam. O czym mógł myśleć, jeśli nie o tej wspaniałej rodzinie, której był 

gościem  a  zarazem  dłużnikiem?  Cóż  mógł  uczynić,  by  wynagrodzić  Huldzie  i  Joelowi  za  ich 

troskę?  Nie  miał  jednak  czasu  na  długie  refleksje,  gdyż  już  dziesięć  minut  później  siedział  na 

honorowym  miejscu  przy  dużym  stole.  Kolacja  była  wyśmienita.  Uzasadniała  renomę  oberży, 

toteż profesor zajadał z wielkim apetytem. 

Wieczór upłynął na pogawędkach, w których Sylwiusz Hog miał znaczny udział. Ponieważ pani 

Hansen nie brała w nich udziału, skłonił do rozmowy brata i siostrę. Żywa sympatia, jaką odczuwał 

do obojga, mogła jedynie wzrosnąć. Łącząca ich przyjaźń wielokrotnie wzruszyła profesora. 

Gdy  zapadła  noc,  profesor  wrócił  do  swego  pokoju  korzystając  z  pomocy  Joela  i  Huldy, 

pożegnał się z przyjaciółmi i położywszy się do wielkiego loża natychmiast zasnął jak kamień. 

Następnego  dnia  Sylwiusz  Hog,  obudziwszy  się  o  świcie,  znowu  zaczął  rozmyślać,  zanim 

jeszcze zapukano do drzwi. 

„Nie — myślał — naprawdę nie wiem, jak to załatwić. Uratowania życia, troski i opieki nie 

można skwitować zwykłym dziękuję! Jestem dłużnikiem Joela i Huldy, to rzecz pewna! Ale cóż! 

Za coś takiego nie można zapłacić pieniędzmi! A to dopiero! Z drugiej strony, ta rodzina wydaje 

mi się tak szczęśliwa, że nie mógłbym w żaden sposób powiększyć ich szczęścia! Będziemy ze 

sobą jeszcze nie raz rozmawiać i, być może, w trakcie rozmowy…” 

Toteż przez następne trzy czy cztery dni, kiedy profesor nadal był zmuszony trzymać nogę na 

stołku, cała trójka gawędziła ochoczo. Na nieszczęście brat i siostra zachowywali pewną rezerwę; 

background image

54 

 

oboje  nie  chcieli  powiedzieć  ani  słowa  o  swej  matce,  której  chłodną  i  pełną  troski  postawę 

zaobserwował  Sylwiusz  Hog.  Poza  tym,  z  czystej  dyskrecji  przemilczeli  własne  zmartwienie, 

którego przyczyną było opóźnienie Olego Kampa. Czyż nie popsuliby gościowi dobrego humoru 

mówiąc mu o swych kłopotach? 

— Być  może  jednak  —  mówił  Joel  do  siostry  —  robimy  błąd,  nie  zwierzając  się  panu 

Sylwiuszowi? To człowiek, który zawsze służy dobrą radą i być może dzięki swym kontaktom 

mógłby się dowiedzieć, czy ktokolwiek interesuje się losem „Vikena”? 

— Masz rację, Joelu — odrzekła Hulda. — Myślę, że dobrze zrobimy mówiąc mu o wszystkim. 

Lecz zaczekajmy, aż całkiem wyzdrowieje. 

— Dobrze, zwłaszcza, że nastąpi to wkrótce. 

Pod koniec tygodnia Sylwiusz Hog nie potrzebował już pomocy, by opuścić swój pokój, choć 

jeszcze  trochę  kulał.  Siadywał  na  ławeczce  przed  domem,  w  cieniu  drzew.  Stamtąd  mógł 

podziwiać  szczyt  Gousta,  jaśniejący  w  blasku  promieni  słonecznych,  zaś  Maan  unoszący  pnie 

drzew szumiał u jego stóp. 

Widać było również ludzi idących z Dal do Rjukanfos. Najczęściej byli to turyści; niektórzy 

zatrzymywali się na godzinę lub dwie w oberży pani Hansen na obiad lub kolację. Pojawiali się 

również studenci z Christianii z plecakami na plecach i norweskimi kokardkami na czapkach. 

Ci ostatni rozpoznawali profesora. Nie było końca powitaniom, pozdrowieniom, serdecznym 

słowom, które dowodziły, jak wielką miłością młodych ludzi cieszył się Sylwiusz Hog. 

— Pan tu, panie Sylwiuszu? 

— Tak, przyjaciele! 

— A myśmy myśleli, że jest pan gdzieś w Hardangerze! 

— Błąd, bo powinienem być w otchłaniach Rjukanfos! 

— Będziemy wszędzie rozpowiadać, że jest pan w Dal! 

— Tak, w Dal, z nogą… na temblaku! 

— Na  szczęście  znalazł  pan  dobre  schronienie  i  równie  dobrych  przyjaciół  w  oberży  pani 

Hansen! 

— Trudno sobie wyobrazić lepszych! 

— Bo takich nie ma! 

— A czy są gdzieś dzielniejsi ludzie? 

— Nie ma! — odpowiadali wesoło turyści. 

background image

55 

 

I pili za zdrowie Huldy i Joela, tak dobrze znanych w całym Telemarku. 

Profesor zaś opowiadał o swojej przygodzie. Przyznawał się do nieostrożności. Opowiadał, w 

jaki sposób został uratowany. Opowiadał o swej wdzięczności dla wybawców. 

— I gdybym miał tu zostać aż do chwili, gdy spłacę dług, moje wykłady na uczelni nieprędko 

by się rozpoczęły, zaś wy, przyjaciele, moglibyście sobie wziąć bezterminowy urlop! 

— Świetnie, panie Sylwiuszu! — odpowiadała cała ta wesoła banda. — Dobrze wiemy, że to 

piękna Hulda zatrzymuje pana w Dal! 

— Miłe to dziewczę, przyjaciele, a także czarujące, ja zaś, na świętego Olafa, mam zaledwie 

sześćdziesiąt lat! 

— Zdrowie pana Sylwiusza! 

— I wasze, droga młodzieży! Przemierzajcie ten kraj, uczcie się, bawcie! Kiedy ma się wasze 

lata, każda pogoda wydaje się piękna. Lecz strzeżcie się grani Maristien! Być może nie będzie tam 

Joela i Huldy, by uratować nieostrożnych śmiałków. 

Później wszyscy szli dalej, a od ich wesołych God aften huczało w całej dolinie. 

Jednak  raz  czy  dwa  Joel  musiał  opuścić  oberżę,  by  służyć  za  przewodnika  kilku  turystom 

pragnącym wejść na szczyt Gousta. Sylwiusz Hog chciał im towarzyszyć. Twierdził, że już jest 

całkiem  zdrowy.  W  rzeczy  samej,  otarcie  na  jego  nodze  zaczynało  się  zabliźniać.  Lecz  Hulda 

kategorycznie zabroniła mu narażać się na nadmierne zmęczenie, a kiedy Hulda coś nakazywała, 

należało jej słuchać. 

Gousta to ciekawa góra, której centralny stożek, poznaczony parowami pełnymi śniegu, porasta 

świerkowy  las,  wyglądający  niczym  zielona  koloratka.  A  jakiż  z  niego  widok!  Na  wschodzie 

Numedal; na zachodzie cały Hardanger ze swymi wspaniałymi lodowcami, zaś u stóp góry dolina 

Vestfjorddalu wijąca się pomiędzy jeziorami Mjos i Tinn, Dal ze swymi miniaturowymi domkami, 

podobnymi do dziecięcych klocków, i wreszcie Maan, który niczym świetlista sznurówka błyska 

między zielonymi równinami. 

Na  wspinaczkę  Joel  udawał  się  o  piątej  rano  i  wracał  o  szóstej  wieczorem.  Sylwiusz  Hog  i 

Hulda wychodzili mu naprzeciw. Czekali na niego koło chatynki przewoźnika. Gdy turyści i ich 

przewodnik wysiadali z promu, wymieniano serdeczne uściski dłoni, po czym cała trójka spędzała 

kolejny miły wieczór. Profesor jeszcze trochę powłóczył nogą, lecz już się nie skarżył. Prawdę 

mówiąc,  rzec  było  można,  iż  wcale  nie  kwapi  się,  by  wyzdrowieć,  a  dokładniej,  by  opuścić 

gościnny dom pani Hansen. 

background image

56 

 

Czas  płynął  dość  szybko.  Sylwiusz  Hog  napisał  do  Christianii,  że  jeszcze  przez  jakiś  czas 

pozostanie w Dal. Plotki o jego przygodzie w Rjukanfos rozeszły się po całym kraju. Pisały o niej 

nawet  gazety,  niektóre  w  typowy  dla  nich,  dramatyczny  sposób.  W  związku  z  tym  do  oberży 

napływało całe mnóstwo listów, a prócz tego różne broszury i gazety. Trzeba było to wszystko 

przeczytać. Trzeba było odpowiedzieć na listy. Sylwiusz Hog czytał, odpisywał, a imiona Joela i 

Huldy wymieniane w tej korespondencji krążyły po całej Norwegii. 

Jednak pobyt u pani Hansen nie mógł trwać w nieskończoność, zaś Sylwiusz Hog, tak samo jak 

na początku nie miał pojęcia, w jaki sposób mógłby spłacić swój dług. Zaczął jednak wyczuwać, że 

rodzina ta nie była tak szczęśliwa, jakby się mogło wydawać. Niecierpliwość, z jaką brat i siostra 

oczekiwali każdego dnia na przybycie posłańca z Christianii lub z Bergen, ich niepokój, a nawet 

smutek na wieść o tym, że nie ma dla nich poczty, wszystko to było aż nazbyt wymowne. 

A był już 9 czerwca. I żadnej nowiny z „Vikena”! Ponad dwutygodniowe spóźnienie! Żadnego 

listu od Olego! Nic nie mogło uśmierzyć niepokoju Huldy! Biedna dziewczyna była w rozpaczy, a 

Sylwiusz Hog zauważył, że gdy przychodziła do niego rano, miała czerwone oczy. 

„O  co  chodzi?  —  zastanawiał  się  wówczas.  —  Chyba  o  jakieś  nieszczęście,  którego  się  tu 

obawiają, a które ukrywają przede mną. 

Czy to jakaś rodzinna tajemnica, której żaden obcy nie powinien poznać? Czyżbym był dla nich 

obcym? Nie! Na pewno nie przyszło im to do głowy! Być może, kiedy powiem, że wyjeżdżam, 

zrozumieją, że wyjeżdża prawdziwy przyjaciel!” I jeszcze tego samego dnia oznajmił: 

— Przyjaciele,  nadchodzi  chwila,  gdy,  ku  memu  wielkiemu  żalowi,  będę  zmuszony  was 

opuścić. 

— Już,  panie  Sylwiuszu,  już?!  —  zawołał  Joel  z  gwałtownością,  której  nie  udało  mu  się 

opanować. 

— Ech! Czas u was płynie szybko! Jestem w Dal już siedemnaście dni! 

— Co? Siedemnaście dni! — krzyknęła Hulda. 

— Tak, drogie dziecko, zbliża się koniec mojego urlopu. Nie mam już ani tygodnia do stracenia, 

jeśli  chcę  dokończyć  tę  podróż  przez  Drammen  i  Kongsberg.  A  przecież  to  wam  Storting 

zawdzięcza, że nie musi szukać dla mnie zastępcy i podobnie jak ja nie umiałby wyrazić… 

— Och,  panie  Sylwiuszu…  —  odrzekła  Hulda,  która,  jak  się  wydawało,  chciała  mu  swoją 

drobną dłonią zamknąć usta. 

— Umowa stoi, Huldo! Nie wolno mi o tym mówić, przynajmniej tutaj… 

background image

57 

 

— Ani tutaj, ani gdzie indziej! — powiedziała młoda dziewczyna. 

— Niech i tak będzie. Nie jestem panem samego siebie i muszę być posłuszny! Lecz czy nie 

przyjedzie pani z Joelem do Christianii, by mnie odwiedzić? 

— Odwiedzić pana, panie Sylwiuszu? 

— Owszem! Odwiedzić mnie… spędzić kilka dni w moim domu… wraz z panią Hansen, ma się 

rozumieć! 

— Jeśli opuścimy oberżę, któż będzie jej pilnował pod naszą nieobecność? — zapytał Joel. 

— Ależ oberża was nie potrzebuje, jak sądzę, gdy kończy się sezon turystyczny. Toteż mam 

zamiar po was przyjechać pod koniec jesieni. 

— Panie Sylwiuszu — rzekła Hulda — to będzie bardzo trudna sprawa. 

— Przeciwnie,  przyjaciele,  to  będzie  bardzo  proste.  Nie  odpowiadajcie:  nie!  Nie  przyjmuję 

takiej odpowiedzi! Kiedy już będę miał was tam, w najpiękniejszym pokoju mego domu, obok mej 

starej Kate i starego Finka, będziecie niczym moje dzieci i wówczas powiecie mi, co mógłbym dla 

was uczynić. 

— Co mógłby pan dla nas uczynić, panie Sylwiuszu? — spytał Joel, spoglądając na siostrę. 

— Bracie! — zawołała Hulda, która zrozumiała myśl Joela. 

— Mów, mój chłopcze, mów… 

— No cóż, panie Sylwiuszu, mógłby pan nam uczynić wielki honor! 

— Jaki? 

— Jeśli nie byłoby to dla pana kłopotem, mógłby pan wziąć udział w weselu mojej siostry… 

— Ślub! — krzyknął Sylwiusz Hog. — Jak to, moja mała Hulda wychodzi za mąż? I nikt mi 

jeszcze nic nie powiedział?! 

— Och, panie Sylwiuszu! — odrzekła dziewczyna, której oczy napełniły się łzami. 

— I kiedy ma się odbyć ów ślub? 

— Kiedy Bóg zechce nam zwrócić Olego, jej narzeczonego! — odpowiedział Joel. 

background image

58 

 

XI 

 

Wówczas Joel opowiedział całą historię Olego Kampa. Sylwiusz Hog, niezwykle wzruszony 

tym opowiadaniem, słuchał z napiętą uwagą. Teraz wiedział już wszystko. Przeczytał ostatni list 

zapowiadający  powrót  Olego,  Ole  jednak  nie  wracał!  Jakaż  troska,  jakiż  lęk  dla  całej  rodziny 

Hansenów! 

„A mnie się zdawało, że są szczęśliwymi ludźmi!” — pomyślał. 

Jednak, gdy się dobrze zastanowił, stwierdził, że rodzeństwo popadało w rozpacz, choć nadal 

jeszcze można było mieć jakąś nadzieję. Gdy policzyli oni dni majowe i czerwcowe, wyobraźnia 

wyolbrzymiła ich liczbę co najmniej dwukrotnie. 

Profesor postanowił więc zaprezentować im własny tok myślenia w sposób bardzo poważny, a 

zarazem możliwy do zaakceptowania, i przedyskutować sprawę opóźnienia ,,Vikena”. 

Jednak  jego  twarz  była  całkiem  poważna.  Smutek  Joela  i  Huldy  wywarł  na  nim  ogromne 

wrażenie. 

— Posłuchajcie mnie, moje dzieci — rzekł. — Usiądźcie koło mnie i porozmawiajmy. 

— Ech! I cóż mógłby nam pan powiedzieć, panie Sylwiuszu? — odrzekła Hulda, której ból stał 

się nie do zniesienia. 

— Powiem wam to, co uważam za słuszne — rzekł profesor — a więc: zastanowiłem się nad 

wszystkim, co mi powiedział Joel. No cóż, wydaje mi się, że wasze zmartwienie jest co najmniej 

nadmierne.  Nie  chciałbym  wam  składać  iluzorycznych  zapewnień,  lecz  ważne  jest,  by  sprawy 

nabrały właściwego wymiaru. 

— Niestety, panie Sylwiuszu! — zawołała Hulda. — Mój biedny Ole zginął wraz z „Vikenem”! 

Już go więcej nie zobaczę! 

— Siostro!  Moja  siostro!  —  krzyknął  Joel.  —  Proszę  cię,  uspokój  się,  pozwól  mówić  panu 

Sylwiuszowi. 

— I zachowajmy zimną krew, moje dzieci. Zastanówmy się. Ole miał wrócić do Bergen między 

15 a 20 maja? 

— Tak — rzekł Joel — między 15 a 20 maja, jak pisze w liście, a mamy już 9 czerwca. 

— A  więc  jest  to  dwudziestodniowe  opóźnienie,  gdyby  liczyć  od  ostatecznej  daty  powrotu 

„Vikena”. To sporo, przyznaję. Jednak nie można wymagać od żaglowca tego, czego można by się 

spodziewać po parowcu. 

background image

59 

 

— To samo cały czas powtarzałem Huldzie i nadal powtarzam. 

— I dobrze czynisz, mój chłopcze  — ciągnął Sylwiusz Hog. — Być może ,,Viken” to stary 

statek, pływający równie kiepsko jak większość okrętów płynących z Nowej Ziemi, zwłaszcza jeśli 

są mocno wyładowane. Poza tym od kilku tygodni pogoda jest wyjątkowo paskudna. Być może 

Ole nie mógł wyruszyć w morze w terminie podanym w liście. W takim przypadku wystarczy, by 

wyruszył tydzień później, aby „Viken” nie mógł jeszcze wrócić i byście wy nie mogli otrzymać 

żadnego  listu.  Wszystko  co  wam  tu  mówię,  wierzcie  mi,  jest  wynikiem  poważnych  refleksji. 

Ponadto,  skąd  możecie  wiedzieć,  czy  zgodnie  z  instrukcjami  „Viken”  nie  musi  zawieźć  swego 

ładunku do jakiegoś innego portu w związku z wymogami rynku? 

— Ole  wspomniałby  o  tym!  —  zawołała  Hulda,  która  nie  była  w  stanie  uczepić  się  choćby 

takiej nadziei. 

— Kto twierdzi, że nie napisał? — ciągnął profesor. — A jeśli tak zrobił, to już nie „Viken” 

miałby  spóźnienie,  lecz  poczta  z  Ameryki.  Przypuśćmy,  że  statek  Olego  musiał  się  udać  do 

któregoś z portów Stanów Zjednoczonych. To by  wyjaśniało,  dlaczego żaden z jego listów nie 

dotarł jeszcze do Europy! 

— Do Stanów Zjednoczonych… panie Sylwiuszu? 

— Tak  czasami  bywa  i  wystarczy  spóźnić  się  na  moment  wysyłki  poczty,  by  na  długi  czas 

pozostawić przyjaciół bez wiadomości… W każdym razie można zrobić prostą rzecz — poprosić o 

informację armatorów z Bergen. Czy znacie ich może? 

— Tak — odrzekł Joel. — To bracia Help. 

— Bracia Help! — zawołał Sylwiusz Hog. 

— Tak. 

— Ależ ja także ich znam! Najmłodszy, Help junior, jak go nazywają, choć ma tyle lat co ja, jest 

jednym z moich dobrych przyjaciół. Często jadaliśmy razem kolacje w Christianii! Bracia Help, 

moje dzieci! Ach! Dowiem się od nich wszystkiego o „Vikenie”. Napiszę do nich jeszcze dzisiaj, a 

jeśli będzie trzeba, pojadę się z nimi spotkać. 

— Ach, jaki pan jest dobry, panie Sylwiuszu — zawołali chórem Hulda i Joel. 

— Żadnych podziękowań, jeśli łaska! Nie pozwalam! Czy ja wam dziękowałem za to, co dla 

mnie uczyniliście? Jak to, wreszcie mam okazję, by zrobić wam jakąś drobną przysługę i chcecie 

mi to zepsuć? 

— Ale pan mówił o wyjeździe do Christianii — zauważył Joel. 

background image

60 

 

— Nie szkodzi, pojadę do Bergen, jeśli trzeba pojechać do Bergen! 

— Ale będzie pan nas musiał opuścić, panie Sylwiuszu — rzekła Hulda. 

— No cóż, w takim razie nie opuszczę was, drogie dzieci! Odpowiadam za własne czyny, jak 

sądzę, i dopóki nie wyjaśnię tej sytuacji, chyba że wcześniej zostałbym wyrzucony za drzwi… 

— Co też pan mówi! 

— Hmm, mam zamiar zostać w Dal aż do powrotu Olego! Chciałbym poznać narzeczonego 

małej Huldy! To musi być dzielny chłopak — w rodzaju Joela. 

— Tak! Zupełnie jak on! — odrzekła Hulda. 

— Byłem tego pewien! — zawołał profesor, którego dobry humor wziął górę, bynajmniej nie 

przypadkowo. 

— Ole  podobny  jest  do  Olego,  panie  Sylwiuszu  —  rzekł  Joel  —  i  to  wystarczy,  by  był 

wspaniałym człowiekiem. 

— Bardzo możliwe, mój dzielny Joelu; tym większą mam ochotę, by go poznać. Och! Wkrótce 

to nastąpi! Coś mi mówi, że „Viken” wkrótce przybędzie! 

— Niech Bóg pana wysłucha! 

— A dlaczego nie miałby mnie wysłuchać? Ma dobry słuch! Tak! Chcę być na weselu Huldy, 

skoro zostałem zaproszony. Storting będzie musiał przedłużyć mój urlop o kilka tygodni. Musiałby 

go  przedłużyć  o  wiele  bardziej,  gdybyście  mi  pozwolili  wpaść  do  Rjukanfosu,  jak  na  to 

zasłużyłem! 

— Panie Sylwiuszu — powiedział Joel — jak dobrze jest słuchać takich słów, ile dobra pan 

nimi uczynił! 

— Nie tyle, ile bym chciał, przyjaciele, bo zawdzięczam wam wszystko i nie wiem… 

— Nie! Niech pan da spokój z tą sprawą. 

— Przeciwnie, nie dam spokoju! Ach! Czyż sam wydostałem się ze szponów Maristien? Czy 

sam ryzykowałem życiem, żeby się uratować? Czy sam się przetransportowałem do oberży w Dal? 

Czy sam się o siebie troszczyłem? Ach! Jestem uparty jak osioł, ostrzegam was. Otóż wbiłem sobie 

do głowy, że będę na ślubie Huldy i Olego Kampa i, na świętego Olafa, będę na nim! 

Ufność łatwo się udziela. Jak można się było oprzeć tej, którą wykazywał Sylwiusz Hog? Lekki 

uśmiech przebiegł po twarzy biednej Huldy. Bardzo pragnęła uwierzyć… Bardzo pragnęła mieć 

nadzieję… 

Sylwiusz Hog kontynuował w najlepsze. 

background image

61 

 

— A więc trzeba pamiętać, że czas płynie szybko. Naprzód, rozpocznijmy przygotowania do 

ślubu! 

— Już je zaczęliśmy, panie Sylwiuszu, i to trzy tygodnie temu — odrzekła Hulda. 

— Doskonale! Postarajmy się ich nie przerywać! 

— Przerywać? — zdziwił się Joel. — Ależ wszystko jest gotowe! 

— Jak to? Suknia panny młodej, gorset z agrafami i pas z wisiorkami? 

— Nawet wisiorki! 

— I wianek, w którym mała Hulda będzie wyglądać jak święta? 

— Tak, panie Sylwiuszu. 

— I zaproszenia też są przygotowane? 

— Wszystkie — rzekł Joel — nawet to najważniejsze, pańskie! 

— A druhna została wybrana spośród najrozsądniejszych dziewcząt Telmarku? 

— I najpiękniejszych, panie Sylwiuszu — odrzekł Joel — gdyż jest to panna Siegfried Helmboe 

z Bamble! 

— Jakim tonem to oznajmił ten dzielny chłopiec! — zauważył profesor. — I jak się przy tym 

zaczerwienił! Ech! Ech! Czyżby przypadkiem panna Siegfried Helmboe z Bamble miała stać się w 

przyszłości panią Joelową Hansen z Dal? 

— Tak, panie Sylwiuszu — odrzekła Hulda — Siegfried jest moją najlepszą przyjaciółką! 

— Dobrze!  Jeszcze  jedno  wesele!  —  krzyknął  Sylwiusz  Hog.  —  Jestem  pewien,  że  na  nie 

również zostanę zaproszony i oczywiście nie będę mógł odmówić! Wygląda na to, że będę musiał 

zrezygnować  ze  stanowiska  deputowanego  do  Stortingu,  gdyż  nie  będę  miał  czasu  na 

obradowanie! Będę pańskim świadkiem panie Joelu, ale najpierw pańskiej siostry, jeśli mi na to 

pozwolicie. Możecie mną dysponować, jak tylko zechcecie, a raczej jak ja zechcę! Huldo, niech 

mnie pani pocałuje, a pan, chłopcze, niech przyjmie uścisk mej dłoni! A teraz napiszmy do braci 

Help, do Bergen! 

Brat  i  siostra  opuścili  pokój  na  parterze,  który  profesor,  jak  twierdził,  miał  zamiar  wziąć  w 

dzierżawę, i wrócili do swych zajęć z nieco większą nadzieją. 

Sylwiusz Hog został sam. 

— Biedna dziewczyna! Biedna dziewczyna! — szeptał. — Tak! Na chwilę oszukałem jej ból! 

Przywróciłem  jej  odrobinę  spokoju…  Lecz  to  naprawdę  duże  opóźnienie,  a  morza  są  teraz 

wyjątkowo wzburzone! Gdyby „Viken” zaginął… Gdyby Ole miał nigdy więcej nie wrócić!… 

background image

62 

 

Chwilę później profesor pisał do armatorów z Bergen. W liście prosił o dokładne szczegóły 

dotyczące  „Vikena”  i  prowadzonych  przez  niego  połowów.  Chciał  się  dowiedzieć,  czy  jakieś 

okoliczności, przewidziane bądź nie, mogły go zmusić do zmiany trasy. Interesowało go również 

zdanie  handlowców  i  marynarzy  z  Bergen  na  temat  tego  opóźnienia.  Wreszcie  prosił  swego 

przyjaciela  Helpa  juniora  o  jak  najdokładniejsze  informacje  i  szybkie  przesłanie  ich  zwrotną 

pocztą. 

W  tym  pilnym  liście  Sylwiusz  Hog  wyjaśniał  również,  dlaczego  interesuje  się  młodym 

marynarzem  z  „Vikena”,  w  jaki  sposób  stał  się  dłużnikiem  jego  narzeczonej  i  jaką  radość 

sprawiłoby mu uzyskanie możliwości przywrócenia nadziei dzieciom pani Hansen. 

Gdy  tylko  list  został  napisany,  Joel  natychmiast  zaniósł  go  na  pocztę  do  Moel.  Stamtąd 

powinien zostać wysłany nazajutrz. W Bergen miał być 11 czerwca. A więc 12 czerwca wieczorem 

lub najpóźniej 13. rano pan Help junior powinien odpisać. 

Aż  trzy  dni  trzeba  było  czekać  na  tę  odpowiedź!  Jakże  się  wydały  długie!  Jednak  dzięki 

krzepiącym  słowom,  pełnym  rozsądku,  profesorowi  udało  się  złagodzić  napięcie  tego 

oczekiwania. Teraz, gdy znał już sekret Huldy, miał konkretny temat do rozmowy i jakim wielkim 

pocieszeniem dla Joela i jego siostry była możliwość nieustannego rozmawiania o nieobecnym! 

— Czyż nie jestem teraz członkiem waszej rodziny? — dopytywał się Sylwiusz Hog. — Tak! 

Kimś w rodzaju wuja z Ameryki? 

A ponieważ należał do rodziny, nie można było mieć przed nim tajemnic. 

Otóż profesor dostrzegł zachowanie dzieci w stosunku do ich matki. Rezerwa, z jaką odnosiła 

się do nich pani Hansen, musiała mieć, według niego, jakiś inny powód niż troska o Olego Kampa. 

Uznał, iż może porozmawiać o tym z Joelem. Ten ostatni nie wiedział, co powiedzieć. Chciał więc 

poznać  zdanie  matki  na  ten  temat;  ona  jednak  była  tak  zamknięta  w  sobie,  że  profesor  musiał 

zrezygnować ze zgłębienia tej tajemnicy. Dopiero przyszłość miała mu ją wyjawić. 

Zgodnie z przewidywaniami Sylwiusza Hoga, odpowiedź od Helpa juniora przyszła do Dal 13 

maja rano. O świcie Joel wyszedł naprzeciw posłańcowi i to on przyniósł list do dużej sali, gdzie 

profesor siedział wraz z panią Hansen i jej córką. 

Przez  chwilę  panowała  cisza.  Hulda,  całkiem  blada,  nie  mogła  wymówić  słowa,  tak  emocje 

schwyciły ją za gardło. Wzięła za rękę brata, równie wzruszonego jak ona. 

Sylwiusz Hog otworzył list i przeczytał go na głos. 

Ku jego wielkiemu żalowi, odpowiedź Helpa juniora zawierała jedynie niejasne wskazówki i 

background image

63 

 

profesor nie mógł ukryć swego rozczarowania przed młodymi ludźmi, którzy słuchali go ze łzami 

w oczach. 

„Viken” rzeczywiście opuścił Saint–Pierre–Miquelon w dniu podanym przez Olego Kampa w 

ostatnim liście. Dowiedziano się o tym od załóg innych statków, które zdążyły już powrócić do 

Bergen.  Żaden  z  nich  nie  spotkał  go  na  swe}  drodze,  a  one  również  doświadczyły  bardzo  złej 

pogody w okolicach Islandii. Jednak udało im się wyratować z opresji. Dlaczego nie miałoby się to 

udać również „Vikenowi”? Być może został odepchnięty gdzieś daleko. Był to doskonały statek, 

bardzo solidny, dowodzony przez kapitana Frikela z Hammersfest, mający świetną i doświadczoną 

załogę. Jednak opóźnienie było niepokojące i gdyby miało się przedłużyć, należałoby się obawiać, 

że „Viken” zatonął wraz z ładunkiem i załogą. 

Help junior żałował bardzo, że nie może przekazać lepszych nowin rodzinie Hansenów. O Olem 

Kampie wyrażał się jako o wspaniałym człowieku, godnym sympatii, jaką pragnął go darzyć jego 

przyjaciel Sylwiusz. 

Help  junior  kończył  zapewniając  profesora  o  swej  przyjaźni  i  prosząc  go  o  przekazanie  jej 

wyrazów całej rodzinie. Obiecywał przesłać bez zwłoki każdą nowinę dotyczącą „Vikena”, jaką 

mógłby uzyskać z któregokolwiek portu w Norwegii. 

Biedna  Hulda,  załamana,  padła  na  krzesło,  podczas  gdy  Sylwiusz  Hog  czytał  list,  a  kiedy 

skończył, zaczęła szlochać. 

Joel, ze skrzyżowanymi ramionami słuchał bez słowa, nie mając nawet śmiałości, by spojrzeć 

na siostrę. 

Pani  Hansen  oddaliła  się  do  swego  pokoju.  Można  było  pomyśleć,  iż  spodziewała  się  tego 

nieszczęścia, podobnie jak wielu innych! 

Profesor  dał  znak  Huldzie  i  jej  bratu,  by  się  do  niego  przybliżyli.  Chciał  z  nimi  jeszcze 

porozmawiać o Olem Kampie, powiedzieć im, co podsuwała mu wyobraźnia i przekazać swoją 

pewność, dość szczególną po lekturze listu Helpa juniora. Nie! Miał przeczucie! Nic jeszcze nie 

było  stracone.  Czyż  nie  zdarzały  się  o  wiele  dłuższe  opóźnienia  w  trakcie  żeglugi  pomiędzy 

Norwegią  i  Nową  Ziemią?  Tak,  bez  wątpienia!  Czy  „Viken”  nie  był  solidnym  statkiem,  pod 

dobrym dowództwem, z dobrą załogą, a więc czyż nie był w o wiele lepszej sytuacji niż statki, 

które wróciły już do portu? Niewątpliwie. 

— Nie traćmy nadziei, drogie dzieci — dodał. — Czekajmy! Gdyby „Viken” zatonął gdzieś 

pomiędzy  Islandią  a  Nową  Ziemią,  to  czy  któryś  z  wielu  pływających  tamtędy  statków  nie 

background image

64 

 

znalazłby jakiegoś rozbitka? Zapewne nie! A jednak nie znaleziono żadnych szczątków w tych tak 

uczęszczanych  okolicach!  Musimy  działać  i  uzyskać  dokładniejsze  informacje.  Jeśli  przez 

najbliższy tydzień nie będziemy mieli żadnych wieści o „Vikenie” ani listu od Olego, wrócę do 

Christianii  i  udam  się  do  Ministerstwa  Marynarki,  by  przeprowadzono  poszukiwania,  które  — 

jestem pewien — zakończą się naszą pełną satysfakcją! 

Choć profesor przejawiał tak wielką ufność, Joel i Hulda czuli wyraźnie, iż nie mówił już w ten 

sam sposób jak przed otrzymaniem listu z Bergen — listu, którego słowa nie mogły pozostawiać 

im zbyt wielkiej nadziei. Sylwiusz Hog nie śmiał już czynić aluzji do rychłego ślubu Huldy i Olego 

Kampa. A jednak powtarzał stanowczo: 

— Nie! To niemożliwe! Ole miałby się nigdy nie pokazać w domu pani Hansen? Miałby się nie 

ożenić z Huldą? Nigdy nie uwierzę w możliwość takiego nieszczęścia! 

Było to jego osobiste przekonanie. Czerpał je z siły swego charakteru, z własnej natury, której 

nic  nie  mogło  pokonać.  Lecz  jak  podzielić  się  nią  z  innymi,  a  zwłaszcza  z  tymi,  których  los 

„Vikena” dotyczył tak bezpośrednio? 

Upłynęło  kilka  kolejnych  dni.  Sylwiusz  Hog,  całkiem  już  zdrów,  robił  długie  spacery  po 

okolicy. Zmuszał Huldę i jej brata, by mu towarzyszyli, gdyż nie chciał, by pozostawali sami ze 

sobą. Któregoś dnia całą trójką poszli do dolinyVestfjorddalu, pokonując niemal połowę drogi do 

wodospadu Rjukanfos. Następnego dnia udali się do Moel i jeziora Tinn. Kiedy indziej nie było ich 

dwadzieścia cztery godziny. Przedłużyli bowiem swą wycieczkę do Bamble, gdzie profesor poznał 

się zfarmerem Helmboe i jego córką Siegfried. Jakież przyjęcie zgotowała ona biednej Huldzie i 

jakimi czułościami obsypała przyjaciółkę, chcąc ją pocieszyć! 

Tam  Sylwiusz  Hog  po  raz  kolejny  natchnął  nadzieją  tych  dzielnych  ludzi.  Napisał  do 

Ministerstwa Marynarki w Christianii. Rząd zajmował się „Vikenem”. Na pewno go odnajdą. Ole 

powróci. Być może nawet w ciągu najbliższych dni. Nie! Ślub nie opóźni się więcej niż o sześć 

tygodni!  Ten  wspaniały  człowiek  wyglądał  na  tak  przekonanego,  że  wszyscy  bardziej  wierzyli 

jego przekonaniu niż argumentom. 

Odwiedziny u rodziny Helmboe dobrze zrobiły dzieciom pani Hansen. Gdy wróciły do domu, 

były znacznie spokojniejsze niż gdy z niego wychodziły. 

Był  15  czerwca.  „Viken”  miał  już  miesięczne  opóźnienie.  Ponieważ  jednak  chodziło  o 

względnie krótki dystans pomiędzy Nową Ziemią a Norwegią, było o wiele za długie — nawet jak 

na żaglowiec. 

background image

65 

 

Hulda  niemal  umierała  ze  zmartwienia.  Brat  nie  znajdował  nawet  jednego  słowa,  które  by 

mogło ją pocieszyć. Oboje przekraczali próg domu jedynie po to, by popatrzeć w stronę Moel lub 

Rjukanfos.  Ole  Kamp  powinien  przyjechać  z  Bergen,  równie  dobrze  mógł  jednak  przybyć  z 

Christianii, gdyby trasa „Vikena” uległa zmianie. Odgłosy karioli dochodzące zza drzew, czyjeś 

krzyki, ludzkie cienie na drodze przyspieszały bicie ich serc, lecz daremnie! Odwiedzali ich ludzie 

z  Dal.  Wszyscy  interesowali  się  tą  tak  lubianą  w  okolicy  rodziną  i  Olem,  który  był  niemal 

dzieckiem Telemarku. Lecz żadne listy nie nadchodziły ani z Bergen, ani z Christianii i nie było 

żadnych nowin o nieobecnym młodzieńcu! 

16. nadal nie było żadnych nowych wiadomości. Sylwiusz Hog nie mógł usiedzieć na miejscu. 

Zrozumiał, że musi zająć się wszystkim osobiście. Toteż oznajmił, że następnego dnia, jeśli nie 

będzie nowych listów, wyruszy do Christianii i sam sprawdzi, czego dokonano. Jasne, że żal mu 

było  opuszczać  Huldę  i  Joela,  lecz  tak  było  trzeba.  Poza  tym  miał  zamiar  wrócić,  gdy  tylko 

zakończy swe działania. 

17. upłynęła większa część dnia, być może najsmutniejszego. Deszcz padał nieprzerwanie od 

samego świtu. Wicher tarmosił drzewa. Strugi deszczu zacinały po oknach od strony Maanu. 

Była godzina siódma. Właśnie skończyli kolację; jedli w milczeniu, jakby dom był pogrążony w 

żałobie. Nawet Sylwiusz Hog nie umiał podtrzymać rozmowy. Brakowało mu pomysłów i słów. 

Czy mógł powiedzieć coś, czego nie powiedział już sto razy? Czyż nie czuł, że ta przedłużająca się 

nieobecność sprawiła, że żaden z argumentów nie nadawał się do przyjęcia. 

— Jutro  rano  pojadę  do  Christianii  —  powiedział.  —  Joelu,  niech  pan  zajmie  się 

przygotowaniem dla mnie karioli. Odwiezie mnie pan do Moel i natychmiast wróci pan do Dal. 

— Dobrze, panie Sylwiuszu  — rzekł Joel.  — Nie chce pan, bym  mu  towarzyszył  w dalszej 

drodze? 

Profesor pokręcił przecząco głową, pokazując na Huldę, której nie chciał odbierać brata. 

W  tym  momencie  od  drogi,  od  strony  Moel  dobiegł  jakiś  niezbyt  wyraźny  hałas.  Wszyscy 

nadstawili ucha. Nie było wątpliwości — usłyszeli odgłos karioli, zbliżającej się do Dal. Czy to 

jakiś podróżnik, który miał zamiar spędzić noc w oberży? Było to mało prawdopodobne — turyści 

rzadko przybywali o tak późnej porze. 

Hulda podniosła się cała drżąc. Joel podszedł do drzwi, otworzył je i wyjrzał. Hałas stawał się 

coraz  głośniejszy.  Był  to  stukot  końskich  kopyt  i  chrzęst  kół  karioli.  Gwałtowność  nawałnicy 

jednak była tak wielka, że Joel musiał zamknąć drzwi. 

background image

66 

 

Sylwiusz Hog chodził po sali tam i z powrotem. Joel i Hulda stali blisko siebie. 

Kariola nie mogła być dalej niż dwadzieścia metrów od domu. Zatrzyma się, czy przejedzie? 

Serca wszystkich łomotały gwałtownie. 

Kariola zatrzymała się. Usłyszeli czyjś głos… nie był to jednak głos Olego Kampa! 

Prawie natychmiast ktoś zapukał do drzwi. 

Joel otworzył. 

Na progu stał jakiś mężczyzna. 

— Czy jest tu pan Sylwiusz Hog? — zapytał. 

— To ja — odrzekł profesor robiąc krok naprzód. — Kim pan jest, przyjacielu? 

— Posłańcem z Christianii od ministra Marynarki. 

— Ma pan dla mnie list? 

— Oto on. 

I posłaniec podał mu dużą kopertę opieczętowaną urzędową pieczęcią. 

Hulda  nie  miała  już  siły,  by  ustać  na  nogach.  Brat  posadził  ją  na  stołku.  Żadne  z  nich  nie 

ośmieliło się nakłaniać Sylwiusza Hoga, by szybciej otworzył kopertę: 

Wreszcie profesor przeczytał, co następuje: 

 

Szanowny Panie Profesorze 

W odpowiedzi na Pański ostatni list, przesyłam niniejszym dokument, znaleziony w morzu przez 

okręt  duński,  w  dniu  5  czerwca  bieżącego  roku.  Niestety,  dokument  ten  nie  pozostawia  cienia 

wątpliwości co do losu „Vikena”… 

 

Sylwiusz Hog nie tracąc czasu na dokończenie listu wyciągnął dokument z koperty… Popatrzył 

na niego… Obejrzał z obu stron… Był to bilet loteryjny noszący numer 9672. Na rewersie losu 

można było przeczytać kilka zdań: 

 

3 maja. — Droga Huldo, „Viken” wkrótce zatonie!… Całym moim dobytkiem jest teraz tylko ten 

bilet!… Powierzam go Bogu, by zechciał ci go dostarczyć, a ponieważ mnie tam nie będzie, proszę 

cię, byś była obecna podczas ciągnienia!… Przyjmij go wraz z ostatnią myślą dla ciebie!… Huldo, 

nie zapomnij o mnie w swych modlitwach!… Żegnaj, najdroższa narzeczono, żegnaj!… 

Ole Kamp 

background image

67 

 

XII 

 

Oto sekret młodego marynarza! Ostatnia szansa, na którą liczył, mająca przynieść fortunę jego 

narzeczonej! Los na loterię, kupiony tuż przed wyjazdem!… I w chwili, gdy „Viken” miał zatonąć, 

zamknął go w butelce i wrzucił do morza wraz z ostatnim pożegnaniem dla Huldy! 

Tym razem Sylwiusz Hog był zdruzgotany. Patrzył to na list, to na dokument… Nic już nie 

mówił.  Cóż  zresztą  mógł  powiedzieć?  Czy  mogły  istnieć  jakiekolwiek  wątpliwości  co  do 

katastrofy „Vikena” i losu tych, których wiózł do Norwegii? 

Gdy  Sylwiusz  Hog  czytał  list,  Hulda  walczyła  z  ogarniającym  ją  lękiem.  Lecz  po  ostatnich 

słowach z biletu  Olego padła w ramiona Joela. Musiał  ją przenieść do jej pokoju,  gdzie matka 

udzieliła jej pierwszej pomocy. Zapragnęła zostać sama i teraz, klęcząc przy łóżku, modliła się za 

duszę Olego Kampa. 

Pani  Hansen wróciła do  sali. Najpierw zrobiła krok w stronę profesora, jakby  chciała z nim 

porozmawiać, po czym ruszyła ku schodom i zniknęła. 

Joel, odprowadziwszy siostrę, również wyszedł.  Dusił się w tym domu,  do którego wpadały 

wszystkie wichry nieszczęścia. Potrzebował dużo świeżego powietrza i przez część nocy błąkał się 

nad brzegiem Maanu. 

Sylwiusz Hog był teraz sam. W pierwszej chwili padł pod ciosem tego pioruna, lecz wkrótce 

odzyskał  swą  normalną  energię.  Obszedłszy  salę  dwu  lub  trzykrotnie  zaczął  nasłuchiwać,  czy 

przypadkiem  nie  wzywa  go  Hulda.  Nie  usłyszawszy  niczego  usiadł  przy  stole  i  znów  zaczął 

rozmyślać. 

„Hulda miałaby nie ujrzeć więcej swego narzeczonego! Czy możliwe jest takie nieszczęście? 

Nie! Na taką myśl wszystko się we mnie buntuje! „Viken” zatonął, niech będzie! Ale czy można 

mieć absolutną pewność co do śmierci Olego? Ja nie mogę w nią uwierzyć! We wszystkich takich 

katastrofach jedynie czas może potwierdzić, że nikt nie przeżył. Tak! Ja wątpię i nadal chcę wątpić, 

choćby ani Hulda, ani Joel, ani nikt inny nie podzielał moich wątpliwości! Skoro „Viken” zatonął, 

czy wyjaśnia to, że nie zostały po nim żadne szczątki, prócz tej butelki, w której Ole zamknął swą 

ostatnią myśl, a wraz z nią wszystko, co mu zostało? Nie!” 

Sylwiusz Hog trzymał w dłoni dokument, oglądał go, obmacywał, obracał na wszystkie strony 

ten skrawek papieru, na którym biedny chłopiec oparł całą swoją nadzieję na zdobycie fortuny! 

Był  to  los  Szkolnej  Loterii  z  Christianii,  bardzo  wówczas  popularnej  w  Norwegii.  Główną 

background image

68 

 

wygraną  było  sto  tysięcy  marek.  Wartość  pozostałych  losów  wynosiła  dziewięćdziesiąt  tysięcy 

marek. Wypuszczono ich milion i wszystkie zostały wyprzedane. 

Bilet loteryjny Olego Kampa nosił numer 9672. Lecz bez względu na to, czy był to numer dobry 

czy zły, młody marynarz nie mógł być obecny przy losowaniu, które miało się odbyć 15 lipca, a 

więc za dwadzieścia osiem dni. Zgodnie z jego ostatnim zaleceniem miała się tam zjawić Hulda. 

Sylwiusz Hog przy blasku świecy czytał uważnie słowa wypisane na odwrocie biletu, jakby 

chciał w nich znaleźć jakiś ukryty sens. Zostały napisane atramentem i widać było wyraźnie, że 

ręka Olego nie drżała w trakcie pisania. Świadczyło to, że marynarz zachował zimną krew w chwili 

katastrofy.  Musiał  więc  znajdować  się  w  warunkach  pozwalających  mu  na  utrzymanie  się  na 

wodzie. 

Na ogół dokumenty znalezione w morzu pozwalają na określenie miejsca, w którym nastąpiła 

katastrofa.  Na  tym  nie  podano  ani  długości,  ani  szerokości  geograficznej,  żadnej  wskazówki 

dotyczącej najbliższego lądu czy wysp. Należało stąd wywnioskować, że ani kapitan, ani nikt z 

załogi nie wiedział, gdzie znajdował się w owej chwili ,,Viken”. Niewątpliwie został zawleczony 

przez burzę z dala od swego szlaku, zaś stan nieba nie pozwalał na obserwację słońca i ustalenie 

pozycji.  Było  więc  możliwe,  że  nikt  nigdy  nie  dowie  się,  w  jakich  rejonach  Atlantyku  otchłań 

zamknęła się nad rozbitkami. 

Była  to  okoliczność,  która  mogła  odebrać  nadzieję  nawet  komuś,  kto  niełatwo  popadał  w 

rozpacz. 

Jednak korzystając nawet z tak mizernej wskazówki, można było przedsięwziąć poszukiwania, 

wysłać statek na miejsce katastrofy, być może odnaleźć jakieś dające się rozpoznać szczątki. Kto 

wie, czy komuś z załogi nie udało się dotrzeć do któregoś z arktycznych wybrzeży, gdzie przebywa 

teraz bez pomocy, nie mogąc się wydostać? 

Takie wątpliwości rodziły się w umyśle Sylwiusza Hoga; były one nie do przyjęcia dla Huldy i 

Joela, toteż profesor wahał się, czy może je w nich zaszczepić, gdyż stracone złudzenia są bardzo 

bolesne. 

„A  jednak  —  myślał  —  nawet  jeśli  z  dokumentu  nie  płyną  żadne  użyteczne  wskazówki, 

wiadomo  przynajmniej,  w  jakich  okolicznościach  znaleziono  butelkę!  W  liście  nie  ma  o  tym 

mowy, lecz w ministerstwie na pewno to  wiedzą! Czyż nie jest  to  informacja, którą można by 

wykorzystać?  Gdyby  się  zbadało  kierunki  wiatrów  i  prądów  w  odniesieniu  do  przypuszczalnej 

daty katastrofy? Cóż, napiszę jeszcze jeden list. Trzeba szybko zabrać się za poszukiwania, skoro 

background image

69 

 

szansę są tak małe! Nie! Nigdy nie porzucę tej nieszczęsnej Huldy! Nigdy, dopóki nie będę miał 

niezbitych dowodów, nie uwierzę w śmierć jej narzeczonego!” 

Tak rozumował Sylwiusz Hog. Jednocześnie postanowił nie wspominać o krokach, jakie miał 

zamiar przedsięwziąć przy użyciu wszystkich swoich wpływów. Ani Hulda, ani jej brat nie mieli 

się  dowiedzieć,  o  czym  pisał  do  Christianii.  Swój  wyjazd  do  stolicy  odłożył  na  czas  bliżej 

nieokreślony i miał zamiar udać się do Bergen, by dowiedzieć się od braci Help wszystkiego o 

„Vikenie”,  zapoznać  się  z  opinią  najbardziej  kompetentnych  ludzi  morza  i  określić  sposób 

rozpoczęcia pierwszych poszukiwań. 

Tymczasem wszystkie dzienniki w Christianii, a za nimi gazety w całej Norwegii, Szwecji i 

Europie, korzystając z informacji płynących z Ministerstwa Marynarki, zajęły się owym losem na 

loterię, przekształconym w dokument. Było coś wzruszającego w przesyłce od narzeczonego dla 

narzeczonej, toteż opinia publiczna nie bez racji była silnie poruszona. 

Najstarszy z norweskich dzienników, „Morgen Blad”, jako pierwszy opisał historię „Vikena” i 

Olego Kampa. Spośród trzydziestu siedmiu gazet wychodzących w owym czasie w Norwegii ani 

jedna nie powstrzymała się przed opisaniem jej czułymi słowami. 

Następnie  temat  ten  został  podjęty  i  skomentowany  we  Francji,  Anglii,  a  nawet  w  Stanach 

Zjednoczonych.  Imiona  Huldy  i  Olego  oraz  ich  historia  stały  się  powszechnie  znane.  Młoda 

Norweżka,  nie  mając  o  tym  pojęcia,  szczególnie  pasjonowała  opinię  publiczną.  Nieszczęsna 

dziewczyna  nie  mogła  nawet  się  domyślać,  jakie  zamieszanie  dookoła  niej  powstawało,  tym 

bardziej, że nic nie było w stanie wyrwać jej z bólu, w którym się całkowicie pogrążyła. 

Otóż los na loterię, znaleziony w takich okolicznościach, noszący numer 9672, wyrwany z fal 

przez  Opatrzność,  mógł  być  jedynym  predestynowanym  do  zwycięstwa.  Czyż  nie  został  w 

cudowny sposób wyznaczony do wygrania stu tysięcy marek? Czyż nie był wart fortunę i czy nie 

na nią właśnie liczył Ole Kamp? 

Toteż,  co  chyba  nikogo  nie  zdziwi,  do  Dal  zaczęły  napływać  zewsząd  całkiem  poważne 

propozycje  dotyczące  kupna  tego  losu,  gdyby  tylko  Hulda  zechciała  go  sprzedać.  Początkowo 

oferowane ceny były dość skromne, lecz wzrastały z dnia na dzień. Można było przewidywać, że w 

miarę zbliżania się dnia ciągnienia propozycje zamienią się w prawdziwą licytację. 

Propozycje przychodziły nie tylko z krajów skandynawskich, tak skłonnych do uwierzenia w 

jakieś nadprzyrodzone działania, lecz również z zagranicy, nawet z Francji. Do licytacji włączyli 

się  i  flegmatyczni  Anglicy,  i  praktyczni  Amerykanie,  niechętnie  na  ogół  wydający  dolary  na 

background image

70 

 

podobne  fantazje.  Gazety  nie  omieszkały  podkreślać  wagi  propozycji  złożonych  rodzinie 

Hansenów. Powstało coś w rodzaju małej giełdy, na której cena akcji często się zmieniała, lecz 

nieustannie pięła się w górę. 

Za los zaczęto dawać coraz wyższe sumy, choć miał on zaledwie milionową, czyli bardzo nikłą, 

szansę na wygranie głównej nagrody. Było to absurdalne, lecz przesądy rządzą się własną logiką. 

Wkrótce pewien Amerykanin z Bostonu zaproponował tysiąc dolarów — pięć tysięcy marek. 

Oczywiście  Hulda  nie  interesowała  się  w  najmniejszym  stopniu  tym,  co  tak  pasjonowało 

publiczność.  O  listach  dotyczących  losu  nie  chciała  nawet  słyszeć.  Jednak  profesor  uważał,  iż 

powinna wiedzieć o uczynionych propozycjach, ponieważ Ole Kamp przeniósł na nią własność 

tego biletu. 

Hulda odrzuciła wszelkie oferty. Los był ostatnim listem jej narzeczonego, 

I niech nikt nie przypuszcza, że dla biednej dziewczyny miał on wartość losu na loterię! O nie! 

Widziała  w  nim  ostateczne  pożegnanie  rozbitka,  ostatnią  relikwię,  którą  chciała  starannie 

przechować. Nie myślała wcale o fortunie, której Ole nie mógłby z nią dzielić! Czy mogło być coś 

bardziej wzruszającego, delikatniejszego, niż ów kult pamiątki! 

Ponadto  ani  Sylwiusz  Hog,  ani  Joel,  przekazując  Huldzie  różne  propozycje,  bynajmniej  nie 

mieli  zamiaru  na  nią  wpływać.  O  zdanie  powinna  była  pytać  tylko  własne  serce  —  a  wiemy 

przecież, co też jej ono podpowiadało. 

Zresztą Joel w pełni popierał swoją siostrę. Bilet loteryjny Olego nie powinien być odsprzedany 

nikomu, za żadną cenę. 

Sylwiusz  Hog  nie  tylko  popierał  Huldę:  wyraził  jej  swe  uznanie,  że  nie  zważa  na  cały  ten 

handel. 

Sylwiusz Hog szedł nawet dalej. Czyżby przypadkiem był przesądny? Bez wątpienia nie! Lecz 

gdyby Ole Kamp był już w Dal, prawdopodobnie powiedziałby mu: 

„Niech  pan  zachowa  ten  los,  niech  go  pan  zachowa!  Najpierw  jego  uratowano  z  katastrofy, 

następnie  pana!  No  cóż,  trzeba  to  sprawdzić…  Nigdy  nie  wiadomo!…  Nie!…  Nigdy  nie 

wiadomo!…” 

A skoro Sylwiusz Hog, profesor prawa, deputowany do Stortingu, myślał w ten sposób, to czyż 

można się było dziwić zaślepieniu publiczności? Nie, i chyba było oczywiste, że los 9672 wygra. 

W domu pani Hansen nikt nie protestował przeciw godnemu szacunku uczuciu Huldy — nikt, 

za wyjątkiem jej matki. 

background image

71 

 

Ją  właśnie  słychać  było  najczęściej,  zwłaszcza  pod  nieobecność  córki.  Sprawiało  to  wielką 

przykrość Joelowi. 

— Pięć tysięcy marek za ten los! — powtarzała pani Hansen. — Pięć tysięcy marek! 

Pani Hansen najwyraźniej nie rozumiała uczuć swej córki. Myślała wyłącznie o sumie pięciu 

tysięcy  marek.  Jedno  słowo  Huldy  i  pieniądze  te  znalazłyby  się  w  domu.  Nie  wierzyła  w 

nadprzyrodzoną wartość biletu, choć była Norweżką. I poświęcenie pięciu tysięcy marek na jedną 

milionową szansę wygrania stu tysięcy nie mieściło się w jej chłodnym i logicznym umyśle. Czuło 

się,  jak  wzrasta  w  niej  głucha  irytacja.  Można  się  było  spodziewać,  że  któregoś  dnia  zacznie 

zmuszać Huldę do zmiany postanowienia. Rozmawiała już o tym  z Joelem,  który bez wahania 

wziął stronę swej siostry, której racje rozumiał. 

Oczywiście Sylwiusz Hog wiedział co się dzieje. Dla Huldy było to dodatkowym cierpieniem i 

profesorowi bardzo było jej żal. 

Joel kilkakrotnie rozmawiał z nim na ten temat. 

— Czy  moja  siostra  nie  ma  racji  odmawiając?  —  pytał.  —  Czyż  nic  postępuję  słusznie 

popierając jej odmowę? 

— Oczywiście! — odpowiadał mu Sylwiusz Hog. — Lecz z matematycznego punktu widzenia 

wasza matka ma po milionkroć rację! Tyle, że na tym świecie nie da się sprowadzić wszystkiego 

do matematyki. Rachunki nie mają nic wspólnego ze sprawami serca. 

Przez  te  dwa  tygodnie  trzeba  było  czuwać  nad  Huldą.  Przybita  tyloma  cierpieniami  dawała 

poważne  powody  do  obaw  ojej  zdrowie.  Na  szczęście  wszyscy  się  nią  opiekowali.  Na  prośbę 

Sylwiusza Hoga do Dal przyjechał jego przyjaciel, sławny doktor Boek. Chorej mógł przepisać 

tylko odpoczynek ciała i, o ile to możliwe, ducha. Lecz najlepszym środkiem na wyzdrowienie był 

powrót Olego, jednak tym lekarstwem dysponował jedynie Bóg. W każdym razie Sylwiusz Hog 

nie szczędził Huldzie pocieszeń i nieustannie kierował ku niej słowa nadziei. Gdyż, choć może 

wydawać się to nieprawdopodobne, Sylwiusz Hog nie tracił jej wcale! 

Upłynęło trzynaście dni od chwili przybycia listu z Ministerstwa Marynarki. Był 30 czerwca. Za 

piętnaście dni w jednym z największych budynków w Christianii miało się odbyć z wielką pompą 

ciągnienie Loterii Szkolnej. 

Dokładnie tego dnia o poranku Sylwiusz Hog otrzymał kolejny list z ministerstwa. Zapowiadał 

on  ścisłą  współpracę  z  władzami  morskimi  w  Bergen,  a  ponadto  zezwalał  na  natychmiastowe 

zorganizowanie poszukiwań „Vikena”, przy pełnym wsparciu państwa. 

background image

72 

 

Profesor nie powiedział Huldzie i Joelowi,  co miał zamiar zrobić. Oznajmił,  że wyjeżdża w 

interesach i nie będzie go kilka dni. 

— Panie  Sylwiuszu,  błagam  pana,  niech  pan  nas  nie  opuszcza!  —  zawołała  nieszczęsna 

dziewczyna. 

— Miałbym was opuścić… was, którzy staliście się moimi dziećmi! — odrzekł Sylwiusz Hog. 

Joel ofiarował się mu towarzyszyć. Jednak nie chcąc, by młodzieniec domyślił się, że jedzie do 

Bergen,  profesor  pozwolił  mu  się  odprowadzić  tylko  do  Moel.  Zresztą  nie  należało  zostawiać 

Huldy samej z matką. Po kilkudniowym pobycie w łóżku dziewczyna zaczęła powoli wstawać, 

lecz w dalszym ciągu była słaba i nie opuszczała swojego pokoju, zaś jej brat czuł, że nie powinien 

siostry opuszczać. 

O jedenastej kariola czekała pod drzwiami oberży. Pożegnawszy się z Huldą profesor zajął w 

niej miejsce wraz z Joelem. Po chwili zniknęli za zakrętem, pod brzozami rosnącymi nad brzegiem 

rzeki. 

Jeszcze tego samego wieczora Joel powrócił do Dal. 

background image

73 

 

XIII 

 

Tak  więc  Sylwiusz  Hog  pojechał  do  Bergen.  Jego  uparta  natura  i  energiczny  charakter, 

chwilowo osłabione, znów wzięły górę. Nie chciał uwierzyć w śmierć Olega Kampa ani przyjąć do 

wiadomości,  iż  Hulda  nigdy  nie  miała  go  ujrzeć.  Nie!  Dopóki  fakty  nie  zostaną  ostatecznie 

potwierdzone, uważał je za fałsz. Jak to się potocznie mówi: było to silniejsze od niego. 

Czy miał jednak jakąkolwiek wskazówkę, na której mógł oprzeć swą działalność w Bergen? 

Owszem, lecz nie da się ukryć, że była to bardzo mglista wskazówka! 

Wiedział,  kiedy  bilet  został  wrzucony  do  morza  przez  Olego  Kampa  oraz  kiedy  i  w  jakich 

okolicach została znaleziona zawierająca go butelka. Być może mogło to wystarczyć do nadania 

właściwego kierunku poszukiwaniom „Vikena”. 

Podróż odbył tak szybko, jak tylko mógł. Przybywszy do Moel, Sylwiusz Hog odesłał swego 

towarzysza  wraz  z  kariolą.  Następnie  przepłynął  przez  jezioro  Tinn  i  w  Tinoset  wynajął  drugi 

powóz, by jak najszybciej dotrzeć do zatoki. 

Przybywszy do Bergen natychmiast udał się do dzielnicy Tyske–Bodrone, gdzie mieszkał Help 

junior. 

Oczywiście padał deszcz, jako że w Bergen pada przez trzysta sześćdziesiąt dni w roku, lecz 

przyjaciel  zgotował  mu  gorące  i  serdeczne  powitanie.  Przyjął  go  jak  jakąś  cenną  przesyłkę. 

Sylwiusz Hog natychmiast zaznajomił go z celem swej podróży. Dopytywał się, czy nie ma jakichś 

nowin  na  temat  losu  „Vikena”.  Czy  marynarze  uważają  go  za  stracony?  Czy  katastrofa,  która 

okryła żałobą wiele rodzin w Bergen, skłoniła władze do rozpoczęcia poszukiwań? 

— A jakim to sposobem — odrzekł Help junior — skoro nikt nie zna jej miejsca? 

— Oczywiście,  mój  drogi,  ale  właśnie  dlatego,  że  nikt  go  nie  zna,  należałoby  rozpocząć 

poszukiwania. 

— ? 

— Tak!  Nie  wiemy,  gdzie  zatonął  „Viken”,  ale  wiadomo  przynajmniej,  w  którym  miejscu 

duński statek znalazł dokument. Jest to wskazówka, którą zaniedbano. 

— Gdzież więc jest to miejsce? 

— Posłuchaj, mój drogi przyjacielu. 

I Sylwiusz Hog przekazał Helpowi juniorowi wszelkie informacje, jakie uzyskał z Ministerstwa 

Marynarki. 

background image

74 

 

Butelkę  z  biletem  loteryjnym  Olego  Kampa  znalazł  5  czerwca  bryg  „Christian”  dowodzony 

przez  kapitana  Mosselmana,  w  odległości  dwustu  mil  na  południowy  zachód  od  Islandii,  przy 

wietrze wiejącym z południowego wschodu. 

Kapitan  natychmiast  zapoznał  się  z  dokumentem,  lecz  ponieważ  brak  było  dokładnych 

wskazówek, „Christian” nie mógł udać się na miejsce katastrofy. 

Kapitan  Mossehnan  jest  człowiekiem  uczciwym.  Być  może  ktoś  inny,  mniej  skrupulatny, 

zatrzymałby los dla siebie. On zaś miał tylko jedną myśl: jak najszybciej przekazać go adresatowi. 

Jednak po dotarciu do Kopenhagi kapitan pomyślał, iż lepiej będzie przekazać dokument władzom 

duńskim. Co też uczynił, zaś marynarka z Kopenhagi skontaktowała się z marynarką z Christianii. 

W tym samym czasie dotarły tam również pierwsze listy Sylwiusza Hoga, a ponieważ wiedziano, 

że przebywa on w Dal, tam właśnie przekazano los. 

Oto  co  Sylwiusz  Hog  przekazał  Helpowi  juniorowi,  który  wysłuchał  go  z  największym 

zainteresowaniem. Na zakończenie profesor rzekł: 

— Tak więc jedno jest  pewne:  5  czerwca dokument znaleziono  w odległości dwustu mil  na 

południowy zachód od Islandii, w miesiąc po wypłynięciu „Vikena” z Saint–Pierre–Miquelon do 

Europy. 

— I nic więcej? 

— Nic,  mój  drogi  przyjacielu,  lecz  gdyby  porozmawiać  z  najbardziej  doświadczonymi 

marynarzami z Bergen, którzy pływali po tych wodach, którzy znają kierunki wiatrów, a zwłaszcza 

prądów, być może udałoby się wytyczyć drogę pokonaną przez butelkę? Potem, uwzględniając jej 

przybliżoną  prędkość  i  czas,  jaki  upłynął  aż  do  chwili,  gdy  została  wyłowiona,  zdołalibyśmy 

wyobrazić  sobie,  gdzie  została  wyrzucona  przez  Olego  Kampa,  a  co  za  tym  idzie,  gdzie  miała 

miejsce katastrofa. 

Help junior pokręcił głową z niezbyt przekonaną miną. Czy oparcie poszukiwań na tak błahych 

przesłankach,  gdzie  mogło  się  wkraść  całe  mnóstwo  błędów,  nie  było  z  góry  skazane  na 

niepowodzenie? Armator, mając umysł chłodny i praktyczny uznał, iż musi zwrócić na to uwagę 

Sylwiusza Hoga. 

— Oczywiście, przyjacielu! Lecz to, że mamy tylko tak niepewne dane, nie może być powodem 

do rezygnacji. Chciałbym, aby spróbowano wszystkiego, dla dobra tych biednych ludzi, którym 

zawdzięczam  życie.  Tak,  gdyby  było  trzeba,  nie  zawahałbym  się  poświęcić  wszystkiego  co 

posiadam, by odnaleźć Olego Kampa i zwrócić go narzeczonej, Huldzie Hansen! 

background image

75 

 

I  Sylwiusz  Hog  opowiedział  szczegółowo  o  swej  przygodzie  w  Rjukanfos.  Opisał,  w  jaki 

sposób Joel i jego siostra ryzykowali życiem, by mu przyjść z pomocą i dodał, że gdyby nie ich 

interwencja, nie miałby przyjemności być gościem swego przyjaciela Helpa. 

Ten  ostatni,  jak  wspominaliśmy,  był  posiadaczem  umysłu  niezbyt  skłonnego  do  ulegania 

złudzeniom,  lecz  nie  przeciwstawiał  się  niczemu,  nawet  rzeczom  niemożliwym,  jeśli  w  grę 

wchodziły kwestie humanitarnej pomocy. W końcu poparł zamiary Sylwiusza Hoga. 

— Sylwiuszu — powiedział — będę cię wspierał ze wszystkich sił. Tak! Masz rację! Nawet 

jeśli jest szansa na znalezienie żywego choćby jednego rozbitka z „Vikena”, być może właśnie 

dzielnego Olego Kampa, którego narzeczona Hulda uratowała ci życie, nie wolno jej przegapić! 

— Nie, przyjacielu — odrzekł Hog — nawet gdyby to była jedna szansa na sto tysięcy! 

— Jeszcze dziś, Sylwiuszu, zaproszę do mego gabinetu najbardziej doświadczonych marynarzy 

z  Bergen.  Wezwę  wszystkich,  którzy  kiedykolwiek  pływali  między  Islandią  i  Nową  Ziemią. 

Zobaczymy, co nam poradzą… 

— A  to,  co  doradzą  wprowadzimy  w  czyn!  —  zawołał  Sylwiusz  Hog  z  zapałem.  —  Mam 

poparcie  rządu.  Mogę  zorganizować  poszukiwania  „Vikena”  i  mam  nadzieję,  że  nikt  się  nie 

zawaha przyłączyć do tego dzieła! 

— Pójdę do biura Marynarki — rzekł Help junior. 

— Chcesz, żebym ci towarzyszył? 

— Nie trzeba! Na pewno jesteś zmęczony. 

— Zmęczony? Ja? W moim wieku… 

— Nieważne. Odpocznij tutaj, mój drogi i zawsze młody Sylwiuszu, dopóki nie wrócę. 

Jeszcze tego samego dnia odbyło się zebranie kapitanów statków handlowych i rybackich oraz 

pilotów pracujących w firmie braci Help. 

Najpierw Sylwiusz Hog przedstawił im sytuację. Następnie odbyła się dyskusja, bardzo długa i 

poważna.  Wszyscy  jej  uczestnicy  doskonale  znali  okolice  Islandii  i  Nowej  Fundlandii  oraz 

kierunki prądów, które należało uwzględnić. 

W  czasie,  gdy  nastąpiła  katastrofa,  a  dokładniej  pomiędzy  wypłynięciem  „Vikena”  z 

Saint–Pierre–Miquelon  a  wyłowieniem  butelki,  wiele  wichrów  hulało  po  tej  części  Atlantyku. 

Zapewne któraś z tych nawałnic była przyczyną zatonięcia statku. Prawdopodobnie „Viken” nie 

mogąc utrzymać się na kursie musiał się wycofać mając wiatr w plecy. Tymczasem właśnie w 

owym  okresie  po  Atlantyku  zaczynają  pływać  wielkie  kry  polarne.  Prawdopodobnie  nastąpiła 

background image

76 

 

kolizja i statek roztrzaskał się o jedną z tych lodowych przeszkód, które tak trudno ominąć. 

A więc, gdyby przyjąć taką hipotezę, dlaczego załoga lub przynajmniej jej część nie mogłaby 

się  schronić  na  jednym  z  tych  lodowych  pól?  Gdyby  tak  było,  a  lodowa  ławica  zostałaby 

odepchnięta na północny zachód, niewykluczone, że rozbitkowie mogliby wylądować gdzieś na 

wybrzeżach Grenlandii. Właśnie w tym kierunku powinny wyruszyć poszukiwania. 

Tak brzmiała jednogłośna opinia wszystkich biorących udział w zebraniu. Czyż można jednak 

było  liczyć  na  odnalezienie  żywych  rozbitków?  Wątpliwa  sprawa.  Profesor,  zadawszy  to 

bezpośrednie pytanie stwierdził, że nawet najbardziej kompetentni marynarze nie mogli lub nie 

chcieli na nie odpowiedzieć. Nie mogło to być jednak powodem do zaniechania działań, i to jak 

najszybszych — co do tego wszyscy byli zgodni. 

W  Bergen  na  ogół  cumuje  któryś  ze  statków  norweskiej  floty  państwowej.  Do  tego  portu 

przypisane  są  trzy  małe  statki,  zwane  awizo,  patrolujące  zachodnie  wybrzeże  od  Bergen  po 

Trondheim, Finmark, Hammerfest i Przylądek Północny. W owej chwili jeden z nich — „Telegraf 

— stał na kotwicy w zatoce. 

Po zredagowaniu notatki streszczającej opinie marynarzy, którzy zebrali się u Helpa juniora, 

Sylwiusz Hog udał się natychmiast na pokład „Telegrafu”. Tam zapoznał kapitana z zadaniami 

misji specjalnej, jaką zlecił mu rząd. 

Kapitan  w  pełni  przychylił  się  do  konkluzji  notatki.  Rozbitków  należało  szukać  na  morzu 

pomiędzy Islandią a Grenlandią. Gdyby ich tam nie znalazł, miał zamiar zbadać sąsiednie okolice, 

być może nawet wschodnią część Morza Baffina. 

— Jestem gotów do drogi, panie Hog — dodał. — Mam dość węgla i prowiantu, załoga jest na 

pokładzie, mogę ruszać choćby dziś. 

— Bardzo panu dziękuję, kapitanie — odrzekł profesor. — Jestem głęboko wzruszony pańskim 

przyjęciem.  Jeszcze  tylko  jedno  pytanie”:  czy  może  pan  mi  powiedzieć,  ile  czasu  będzie  pan 

potrzebował na dotarcie w okolice Grenlandii? 

— Mój statek płynie z prędkością jedenastu węzłów na godzinę. Ponieważ odległość z Bergen 

do Grenlandii wynosi około dwudziestu stopni, mam zamiar dotrzeć tam w niecały tydzień. 

— Niech więc pan płynie najszybciej jak może, kapitanie — odrzekł Sylwiusz Hog. — Jeśli 

jakimś rozbitkom udało się przeżyć katastrofę, to są w opałach już od dwóch miesięcy i być może 

umierają z głodu na jakimś pustynnym wybrzeżu… 

— Nie ma ani chwili do stracenia, panie Hog. Jeszcze dzisiaj wyruszę na morze z maksymalną 

background image

77 

 

prędkością i gdy tylko cokolwiek znajdę, natychmiast poinformuję o tym Marynarkę w Christianii, 

kablem z Nowej Ziemi. 

— Niech więc pan rusza, kapitanie — odrzekł Sylwiusz Hog — oby się panu udało! 

Jeszcze tego samego dnia „Telegraf odbił przy wtórze sympatycznych „hurra!” całej ludności 

Bergen. I nie bez silnych emocji wszyscy patrzyli, jak stateczek znika za ostatnimi  wysepkami 

fiordu. 

Sylwiusz Hog nie ograniczył się jednak tylko do zorganizowania ekspedycji. Uważał, że może 

zrobić więcej mnożąc sposoby uzyskania informacji o jakichkolwiek śladach „Vikena”. Czyż nie 

można było skłonić innych statków handlowych i rybackich, by przyłączyły się do poszukiwań w 

czasie swych rejsów po morzu koło Feroe i Islandii? Tak, bez wątpienia! Toteż w imieniu władz 

państwowych została wyznaczona nagroda w wysokości dwóch tysięcy marek dla każdego statku, 

który  dostarczy  jakąś  wskazówkę  dotyczącą  zaginionego  statku  i  pięć  tysięcy  dla  tego,  który 

przywiezie jakiegoś rozbitka. 

Tak oto, w ciągu dwóch dni spędzonych w Bergen, Sylwiusz Hog zrobił co mógł, by zapewnić 

sukces  poszukiwaniom.  Wspierali  go  w  tym  dzielnie  jego  przyjaciel  Help  junior  oraz  władze 

morskie. Pan Help pragnął go jeszcze zatrzymać przez kilka dni, lecz Sylwiusz Hog podziękował i 

odmówił,  gdyż  spieszno  mu  było  do  Huldy  i  Joela,  których  nie  chciał  zbyt  długo  pozostawiać 

samych. Help junior obiecał, że gdy tylko otrzyma jakąkolwiek nowinę, natychmiast przekaże ją 

do Dal, na ręce profesora. Tylko on będzie mógł ją przekazać rodzinie Hansenów. 

4 lipca rano Sylwiusz Hog wyruszył w drogę powrotną i miał zamiar dotrzeć do oberży pani 

Hansen następnego dnia wieczorem. 

background image

78 

 

XIV 

 

Tego dnia, gdy Sylwiusz Hog opuścił Bergen, w oberży w Dal rozegrała się bardzo poważna 

scena. 

Po .wyjeździe profesora rzec było można, że dobry duch Huldy i Joela uniósł, wraz z ostatnią 

nadzieją, całe życie tej rodziny. Oberża przypominała martwy dom. Tym bardziej, że przez dwa 

dni żaden turysta nie pojawił się w Dal. Joel nie miał okazji do wyrwania się z domu i mógł zostać 

przy Huldzie, którą lękał się zostawiać samą. 

Tymczasem pani Hansen coraz bardziej pogrążała się w swych sekretnych troskach. Zdawała 

się  żyć  w  oderwaniu  od  wszystkiego,  co  dotyczyło  jej  dzieci,  nawet  od  zatonięcia  „Vikena”. 

Stroniła od nich, kryjąc się w swym pokoju, pojawiając się jedynie w porach posiłków. A jeśli 

zwracała się do Huldy lub Joela, to tylko z bezpośrednimi lub pośrednimi pretensjami dotyczącymi 

losu na loterię, którego nie chcieli się pozbyć za żadną cenę. 

Tymczasem  oferty  napływały  nieustannie.  Nadsyłano  je  ze  wszystkich  krańców  świata. 

Zupełnie jakby jakieś szaleństwo ogarnęło niektóre mózgi. Niemożliwością było, aby ten los nie 

musiał wygrać głównej nagrody stu tysięcy marek. Jakby w loterii brał udział tylko jeden numer — 

9672! Ostatnią ceną w licytacji było osiem tysięcy marek! 

Bez  względu  na  okoliczności  Hulda  odpowiadała  negatywnie  na  wszelkie  propozycje,  co 

wywoływało największe niezadowolenie i gorzkie żale pani Hansen. 

— A gdybym ci kazała sprzedać ten los?! — zawołała któregoś dnia do córki. — Tak! Gdybym 

ci kazała! 

— Matko, byłoby mi strasznie żal, ale musiałabym odmówić! 

— A gdyby jednak było trzeba? 

— A to niby dlaczego? — zapytał Joel. 

Pani Hansen nie odpowiedziała. Zbladła, słysząc tak bezpośrednio postawione pytanie i odeszła 

mrucząc coś niewyraźnie pod nosem. 

— Za  tym  kryje  się  jakaś  poważna  sprawa  i  musi  to  być  coś,  co  łączy  naszą  matkę  z 

Sandgoistem — rzekł Joel. 

— Tak,  bracie.  Musimy  w  niedalekiej  przyszłości  spodziewać  się  jakichś  nieprzyjemnych 

komplikacji. 

— Moja  biedno  Huldo,  czy  nie  mamy  już  dość  przeżyć  od  kilku  tygodni?  Jakaż  jeszcze 

background image

79 

 

katastrofa nam grozi? 

— Ach, dlaczego nie ma jeszcze pana Sylwiusza! — zawołała Hulda. — Gdy on tu jest, moja 

rozpacz maleje… 

— Cóż on jednak mógłby nam pomóc? — odrzekł Joel… 

Cóż takiego było w przeszłości pani Hansen, z czego nie chciała się zwierzyć swoim dzieciom? 

Czy jakaś źle pojęta miłość własria przeszkadzała jej w wyjaśnieniu swych niepokojów? Czy miała 

sobie coś do zarzucenia? I dlaczego wywierała taką presję na córkę w związku z biletem Olego 

Kampa  i  wartością,  jaką  osiągnął?  Dlaczego  tak  bardzo  pożądała  tych  pieniędzy?  Hulda  i  Joel 

mieli się wkrótce o tym przekonać. 

4  lipca  rano  Joel  zaprowadził  siostrę  do  kaplicy,  w  której  Hulda  codziennie  modliła  się  za 

Olego. Potem razem wracali do domu. 

Tego dnia wracając ujrzeli z daleka panią Hansen idącą szybko w stronę oberży. Nie była sama. 

Towarzyszył jej jakiś człowiek, który najwyraźniej mówił coś podniesionym głosem, a jego gesty 

wydawały się rozkazujące. 

Hulda i brat zatrzymali się nagle. 

— Kim jest ten człowiek? — zapytał Joel. 

Hulda zrobiła kilka kroków. 

— Poznaję go — rzekła. 

— Poznajesz go? 

— Tak! To Sandgoist! 

— Sandgoist z Drammen, który już raz przyszedł do domu pod moją nieobecność? 

— Tak! 

— I  zachowywał  się  jak  pan,  jakby  miał  jakąś  władzę…  nad  naszą  matką…  nad  nami,  być 

może? 

— On, we własnej osobie, bracie, i niewątpliwie przyszedł tu dziś, by dochodzić swoich praw… 

— Jakich praw? Ach! Tym razem dowiem się, czego sobie tu życzy ten człowiek! 

Kilka minut później pani Hansen i Sandgoist dotarli do drzwi oberży. Sandgoist jako pierwszy 

przekroczył jej próg. Oboje weszli do wielkiej sali, a drzwi zamknęły się za nimi. 

Joel i Hulda podeszli pod dom, skąd dobiegał zrzędliwy głos Sandgoista. Natomiast głos matki 

brzmiał błagalnie. 

— Wejdźmy! — rzekł Joel. 

background image

80 

 

I oboje, Hulda z lękiem w sercu, Joel drżąc z niecierpliwości i gniewu, weszli do wielkiej sali, 

której drzwi starannie zamknęli. 

Sandgoist  siedział  w  dużym  fotelu.  Nie  speszyło  go  wejście  brata  i  siostry;  zadowolił  się 

zwróceniem głowy w ich stronę i spojrzeniem na nich znad okularów. 

— Ach! Oto nasza czarująca Hulda, jeśli się nie mylę! — rzekł tonem, który nie spodobał się 

Joelowi. 

Pani Hansen stała przy nim w pokornej i pełnej lęku postawie. Lecz wyprostowała się nagle i 

wyglądała na zmieszaną widokiem dzieci. 

— A to zapewne jej brat — dodał Sandgoist. 

— Tak, jej brat — rzekł Joel. 

Stanął dwa kroki przed fotelem. 

— Czym mogę służyć? — zapytał. 

Sandgoist rzucił na niego złe spojrzenie i nie wstając powiedział swym ostrym i nieprzyjemnym 

głosem: 

— Wkrótce się pan dowie, młody człowieku! Prawdę mówiąc, przychodzicie w odpowiedniej 

chwili. Chciałem się z wami spotkać, a jeśli pańska siostra będzie rozsądna, na pewno dojdziemy 

do porozumienia. Lecz najpierw usiądźcie. 

Sandgoist zapraszał ich, by usiedli, jakby był u siebie. Joel zwrócił mu na to uwagę. 

— Ha! Ha! Rani to pana? Do diabła, oto chłopak, z którym nie ma żartów! 

— Nie ma ze mną żartów, jak pan powiada — zareplikował Joel — i przyjmuję grzeczności 

jedynie od tych, którzy mają prawo je świadczyć! 

— Joelu! — zawołała pani Hansen. 

— Bracie! Bracie! — dodała Hulda, której spojrzenie błagało Jbela, by się opanował. 

Ten zrobił olbrzymi wysiłek, by się powstrzymać przed wybuchem  i  wyrzuceniem za drzwi 

tego grubianina, po czym odszedł w kąt sali. 

— Czy mogę teraz mówić? — zapytał Sandgoist. 

Jedyną odpowiedzią było skinienie głowy pani Hansen. To mu jednak wystarczyło. 

— Oto, jak się rzecz przedstawia — rzekł — i proszę, byście wszyscy troje uważnie wysłuchali, 

bo nie będę się powtarzał! 

Widać było aż nazbyt wyraźnie, że wyraża się jak człowiek, który uważa, iż ma prawo narzucać 

innym swą wolę. 

background image

81 

 

— Dowiedziałem się z gazet — mówił — o przygodzie niejakiego Olego Kampa, marynarza z 

Bergen, i o losie na loterię, który wysłał swej narzeczonej Huldzie tuż przed zatonięciem „Vikena”, 

jego  statku.  Dowiedziałem  się,  że  ludzie  traktują  ten  los  jak  coś  nadprzyrodzonego,  z  racji 

okoliczności, w jakich został odnaleziony. Uzyskałem ponadto informacje, że przypisuje się mu 

specjalną  wartość,  jeśli  idzie  o  szansę  w  losowaniu.  Wiem  wreszcie,  że  Huldzie  złożono 

propozycje jego odkupienia i to propozycje nie do pogardzenia. 

Zamilkł na chwilę. 

— Czy to prawda? — zapytał wreszcie. Na odpowiedź musiał chwilę zaczekać. 

— Tak, to prawda — odrzekł Joel. — I co z tego? 

— Co z tego? — powiedział Sandgoist. — Ot co: moim zdaniem wszystkie te oferty opierają się 

na absurdalnym przesądzie. Niemniej, napływają i, jak sądzę, napłynie ich jeszcze więcej, w miarę 

zbliżania się terminu losowania. Otóż ja jestem handlowcem. Widzę w tym interes, który chętnie 

bym  przejął.  Oto  dlaczego  opuściłem  wczoraj  Drammen,  by  przybyć  do  Dal  i  wynegocjować 

warunki przejęcia tego losu od pani Hansen, uzyskując tym samym pierwszeństwo przed innymi 

nabywcami. 

Hulda w pierwszym odruchu miała zamiar odpowiedzieć Sandgoistowi tak, jak odpowiadała 

wszystkim chętnym, mimo że nie zwracał się bezpośrednio do niej, lecz przeszkodził jej w tym 

Joel. 

— Nim odpowiemy panu Sandgoistowi — rzekł — zapytam go, czy wie, do kogo należy ten 

los. 

— Ależ do Huldy Hansen, jak sądzę! 

— A więc to Huldę Hansen trzeba pytać, czy ma zamiar się go pozbyć. 

— Mój synu! — zawołała pani Hansen. 

— Pozwól mi dokończyć, matko. Czyż los ten nie należy do naszego kuzyna Olego Kampa i 

czy Ole Kamp nie miał prawa przekazać go swej narzeczonej? 

— Oczywiście, że tak — odrzekł Sandgoist. 

— A więc, aby go zdobyć, należy się zwracać do Huldy Hansen. 

— Zgoda, mój panie formalisto — rzekł Sandgoist. — Proszę więc Huldę, by mi odstąpiła ów 

los o numerze 9672, pochodzący od Olego Kampa. 

— Panie  Sandgoist  —  odrzekła  dziewczyna  stanowczym  głosem  —  złożono  mi  wiele 

propozycji, lecz bezskutecznie. Toteż odpowiem panu tak, jak odpowiadałam dotychczas. Skoro 

background image

82 

 

narzeczony  przesłał  mi  los  wraz  z  ostatnim  pożegnaniem,  to  dlatego,  że  pragnął,  bym  go 

zachowała, a nie sprzedała. Nie mogę się więc go pozbyć za żadną cenę. 

To  rzekłszy  Hulda  miała  zamiar  się  oddalić,  uważając  rozmowę  za  zakończoną.  Jednak 

zatrzymał ją gest matki. 

Był  to  gest  pełen  złości.  Sandgoist  marszczył  czoło  i  błyskał  oczami;  widać  było,  że  jego 

również ogarnia wściekłość. 

— Tak! Niech pani zostanie, Huldo — powiedział. — To nie jest pani ostatnie słowo, a jeśli się 

upieram, to dlatego, że mam prawo. Myślę zresztą, że źle to wyjaśniłem, a raczej, że pani źle mnie 

zrozumiała. 

Jest  oczywiste,  że  szansę  losu  nie  wzrastają  tylko  dlatego,  że  ręka  rozbitka  wsunęła  go  do 

butelki  i  że  został  znaleziony  w  stosownym  momencie.  Lecz  nie  warto  się  rozwodzić  nad 

przesądami  ludzi.  Nie  ma  natomiast  wątpliwości,  że  wielu  z  nich  pragnie  zostać  jego 

posiadaczami. Zgłaszali już oferty kupna i dalej będą to czynić. Powtarzam, dla mnie jest to interes 

i właśnie interes zaproponowałem pani. 

— Nie porozumie się pan z moją siostrą — rzekł ironicznie Joel. 

— Pan mówi o interesach, ona o uczuciach! 

— Wszystko to słowa, młody człowieku! — odrzekł Sandgoist 

— a gdy już wszystko wyjaśnię, sam pan zobaczy, że o ile jest to interes korzystny dla mnie, o 

tyle jest on również korzystny dla niej. Dodam, że będzie również korzystny dla jej matki, pani 

Hansen, która jest bezpośrednio zainteresowana. 

Hulda i Joel popatrzyli na siebie. Czyżby mieli się dowiedzieć o tym, co ukrywała przed nimi 

matka? 

— A więc — ciągnął Sandgoist — nie domagałem się, by bilet loteryjny został mi odstąpiony za 

cenę, jaką zań zapłacił  Ole Kamp. Nie! Tak czy  inaczej,  nabył on pewnej  wartości  handlowej. 

Toteż chętnie dokonam pewnych poświęceń, by zostać jego właścicielem. 

— Mówiliśmy już panu — odpowiedział Joel — że Hulda odrzuciła już propozycje o wiele 

korzystniejsze od pańskich… 

— Doprawdy?  —  krzyknął  Sandgoist.  —  Korzystniejsze  propozycje!  A  skąd  pan  to  może 

wiedzieć? 

— Jakiekolwiek by były, moja siostra odmawia, a ja jej odmowę popieram! 

— Ach! Mam więc sprawę z Joelem, czy też z Huldą Hansen? 

background image

83 

 

— Moja siostra i ja to jedno — odrzekł Joel. — Niech pan to przyjmie do wiadomości, gdyż 

zdaje się pan o tym nie wiedzieć! 

Sandgoist  nie  dał  się  zbić  z  pantałyku,  wzruszył  ramionami  i  jak  przystało  na  człowieka 

pewnego swych racji, ciągnął dalej. 

— Kiedy wspomniałem o cenie losu, powinienem powiedzieć, że mam taką propozycję, której, 

w interesie całej rodziny, Hulda nie będzie mogła odrzucić. 

— Doprawdy? 

— A teraz, mój chłopcze, niech pan to przyjmie do wiadomości, że nie przyjechałem do Dal, by 

prosić pańską — siostrę o odstąpienie mi losu! Nie! Do stu diabłów, nie! 

— Czego więc pan sobie życzy? 

— Nie życzę sobie niczego, ja chcę… żądam! 

— A to jakim prawem! — krzyknął Joel. — Jakim prawem pan, obcy człowiek, śmie mówić w 

ten sposób w domu mojej matki?! 

— Prawem człowieka — odrzekł Sandgoist — który może mówić, kiedy zechce i co zechce — 

będąc u siebie! 

— U siebie?! 

Joel,  oburzony  do  granic,  podszedł  do  Sandgoista,  który,  choć  nigdy  łatwo  nie  popadał  w 

przerażenie, błyskawicznie wyskoczył z fotela. Lecz Hulda powstrzymała brata, podczas gdy pani 

Hansen, kryjąc twarz w dłoniach, cofała się na drugi koniec sali. 

— Bracie! Spójrz na nią! — zawołała dziewczyna. 

Joel  zatrzymał  się  nagle.  Widok  matki  sparaliżował  jego  furię.  W  jej  postawie  wszystko 

mówiło, do jakiego stopnia pani Hansen była uzależniona od tego Sandgoista! 

Ten odzyskał panowanie nad sytuacją i widząc wahanie Joela, wrócił na poprzednio zajmowane 

miejsce. 

— Tak, u siebie! — krzyknął jeszcze groźniejszym głosem. — Po śmierci męża pani Hansen 

zajęła się spekulacjami, które nie przyniosły jej najmniejszego zysku. Pomału roztrwoniła fortunę, 

jaką pozostawił wasz ojciec. Musiała się zapożyczyć u pewnego bankiera z Christianii. Nie mając 

już żadnych środków dała ten dom w zastaw za sumę piętnastu tysięcy marek, które wypłacono jej 

natychmiast w zamian za weksel, który ja, Sandgoist, wykupiłem od wierzyciela. Tak więc dom 

ten będzie wkrótce mój, jeśli nie otrzymam pieniędzy wraz z upływem terminu płatności weksla. 

— Kiedy to nastąpi? — zapytał Joel. 

background image

84 

 

— 20 lipca, za osiemnaście dni — odrzekł Sandgoist. — 1 tego dnia, czy to się panu podoba czy 

nie, będę tu u siebie! 

— Będzie pan u siebie tego dnia, jeśli nie otrzyma pan należności!  — odparł Joel. — Toteż 

zabraniam panu mówić w ten sposób w obecności mojej matki i siostry! 

— On mi zabrania! Mnie! — krzyknął Sandgoist. — A czy jego matka też mi zabrania? 

— Powiedz coś, matko — rzekł Joel idąc ku pani Hansen, by odsłonić jej twarz. 

— Joel! Moj bracie! — krzyknęła Hulda. — Miej litość dla niej… błagam cię… uspokój się! 

Pani  Hansen  z  pochyloną  głową  nie  śmiała  podnieść  oczu  na  syna.  Wszystko,  co  mówił 

Sandgoist,  było  aż  nazbyt  prawdziwe.  W  kilka  lat  po  śmierci  męża  usiłowała  pomnożyć  jego 

fortunę  biorąc  udział  w  różnych  ryzykownych  przedsięwzięciach.  Niewielka  suma,  jaką 

dysponowała, szybko stopniała. Wkrótce była zmuszona zaciągnąć rujnującą pożyczkę. A teraz 

weksel hipoteczny przeszedł w ręce tego Sandgoista z Drammen, człowieka bez serca, znanego 

lichwiarza, znienawidzonego w całym kraju. Pani Hansen ujrzała go po raz pierwszy w dniu, w 

którym przyjechał do Dal, by ocenić wartość oberży. 

Taka tajemnica ciążyła na jej życiu! Oto wyjaśnienie jej zachowania, życia na uboczu, jakby w 

ukryciu przed dziećmi! Oto, czego nie chciała wyznać tym, których przyszłość zniszczyła. 

Hulda ledwie miała śmiałość, by zastanowić się nad tym, co właśnie usłyszała. Tak! Sandgoist 

miał pełne prawo narzucać swą wolę! Los, który chciał dostać tego dnia, za dwa tygodnie straci 

wszelką  wartość  i  jeśli  go  nie  odda,  nastąpi  całkowita  ruina:  dom  zostanie  sprzedany,  rodzina 

Hansenów pozostanie bez dachu nad głową, bez środków do życia… Prawdziwa nędza! 

Hulda nie śmiała podnieść wzroku na Joela. Lecz Joel w porywie gniewu nie chciał słuchać o 

groźbach dotyczących przyszłości. Widział tylko  Sandgoista i gdyby ten człowiek miał jeszcze 

przemówić w ten sam sposób, nie mógłby dłużej nad sobą zapanować… 

Sandgoist, uważając się za pana sytuacji, stał się jeszcze twardszy i władczy. 

— Chcę mieć ten bilet i dostanę go! — powtarzał. — Nie proponuję w zamian żadnej ceny, 

gdyż nie sposób ją ustalić, lecz jestem gotów opóźnić realizację weksla podpisanego przez panią 

Hansen o rok… o dwa lata! Huldo, niech pani sama ustali datę! 

Hulda, której serce ściskał lęk, nie była w stanie nic odpowiedzieć. Jej brat odpowiedział za nią, 

krzycząc: 

— Bilet loteryjny Olego Kampa nie może zostać sprzedany przez Huldę Hansen! Moja siostra 

odmawia bez względu na pańskie pretensje i groźby! A teraz niech pan stąd wyjdzie! 

background image

85 

 

— Wyjść?!  —  zawołał  Sandgoist.  —  Nie!  Nie  wyjdę!  A  jeśli  oferta,  którą  złożyłem,  jest 

niewystarczająca… pójdę dalej! Tak! Za przekazanie biletu dam… dam… 

Najwyraźniej  Sandgoist  miał  nieodparte  pragnienie,  by  posiąść  ten  los;  musiał  być  również 

przekonany, że będzie to dla niego korzystny interes, gdyż usiadł przy stole, gdzie znajdował się 

papier, pióro i ołówek. Chwilę później rzekł: 

— Oto, co dam! 

Było to pokwitowanie na sumę, którą mu była winna pani Hansen i którą obciążyła hipotekę 

domu w Dal. 

Pani  Hansen  złożywszy  ręce  jak  do  modlitwy,  na  wpół  nachylona,  błagalnym  wzrokiem 

patrzyła na córkę… 

— A teraz — ciągnął Sandgoist — chcę ten bilet! Chcę go natychmiast! Bez niego nie wyjadę z 

Dal! Chcę go, Huldo! Chcę! 

Sandgoist podszedł do biednej dziewczyny, jakby chciał ją obszukać i wyrwać jej bilet Ołego. 

Tego już nie mógł znieść Joel, tym bardziej, że usłyszał krzyk Huldy: 

— Bracie! Bracie! 

— Niech pan stąd wyjdzie! — krzyknął. 

A ponieważ Sandgoist nie chciał usłuchać, już miał się na niego rzucić, gdy przeszkodziła mu w 

tym Hulda. 

— Matko, oto bilet! — rzekła. 

Pani Hansen szybko pochwyciła bilet i gdy wymieniała go na pokwitowanie Sandgoista, Hulda 

opadła na fotel niemal bez świadomości. 

— Huldo!… Huldo!… — krzyknął Joel. — Oprzytomniej!… Ach! Siostro, coś ty zrobiła! 

— Co ona zrobiła? — odrzekła pani Hansen. — Co ona zrobiła? Tak, jestem winna! Tak! W 

interesie  moich  dzieci  chciałam  powiększyć  ich  majątek!  Tak!  Zniszczyłam  ich  przyszłość! 

Sprowadziłam  nędzę  na  ten  dom…  Lecz  Hulda  uratowała  nas  wszystkich!  Oto,  co  zrobiła! 

Dziękuję, Huldo, dziękuję! 

Sandgoist nadal pozostawał w domu. Zauważył go Joel. 

— Pan jeszcze tutaj! — krzyknął. 

Po czym podszedł do Sandgoista, chwycił go za ramiona i pomimo oporu, pomimo krzyków, 

wyrzucił za drzwi. 

background image

86 

 

XV 

 

Następnego dnia wieczorem Sylwiusz Hog wrócił do Dal. Nic nie opowiadał o swej podróży. 

Nikt  nie  wiedział,  że  był  w  Bergen.  Dopóki  rozpoczęte  poszukiwania  nie  przyniosą  żadnych 

rezultatów, wolał o nich nie wspominać rodzinie Hansenów. Każdy list bądź depesza, z Bergen lub 

z Christianii, miały być adresowane do oberży, osobiście do niego. Czy nadal miał nadzieję? Tak! 

Lecz nie da się ukryć, że była ona oparta już wyłącznie na przeczuciu. 

Po  powrocie  profesor  natychmiast  zorientował  się,  że  pod  jego  nieobecność  miało  miejsce 

jakieś poważne wydarzenie. Zachowanie Joela i Huldy wskazywało wyraźnie, że między nimi i 

matką doszło do jakiejś kłótni. Czyżby jakieś nowe nieszczęście spadło na rodzinę Hansenów? 

Zmartwiło  to  bardzo  Sylwiusza  Hoga.  Miał  dla  brata  i  siostry  uczucia  iście  ojcowskie,  tym 

bardziej, że nie mógł ich przelewać na własne dzieci. Jak bardzo mu ich brakowało podczas tej 

krótkiej nieobecności — i, być może, jak bardzo im brakowało jego! 

— Na pewno powiedzą! — rzekł do siebie. — Muszą powiedzieć! Czyż nie jestem członkiem 

rodziny? 

Tak!  Sylwiusz  Hog  uważał,  iż  teraz  ma  prawo  wkraczać  w  życie  prywatne  swych  młodych 

przyjaciół i dowiedzieć się, dlaczego Joel i Hulda zdają się być bardziej nieszczęśliwi niż przed 

jego wyjazdem. 

Tymczasem  oboje  pragnęli  zwierzyć  się  temu  wspaniałemu  człowiekowi,  którego  kochali 

niczym ojca, czekali tylko, aż zechce ich zapytać. Od dwóch dni czuli się tacy opuszczeni, tym 

bardziej, że Sylwiusz Hog nie powiedział, dokąd się udaje. Nie! Nigdy godziny nie wydawały im 

się tak długie! Dla nich nieobecność ta nie mogła mieć związku z poszukiwaniami ,,Vikena”, gdyż 

nie przyszło im do głowy, że Sylwiusz Hog mógł ukrywać przed nimi tę podróż, by im oszczędzić 

straconych złudzeń w razie niepowodzenia. 

A teraz jakże potrzebowali jego obecności! Musieli go widzieć, zasięgać jego rady, słyszeć jego 

głos, tak pełen uczucia, krzepiący! Czyż mogli mieć jednak śmiałość, by mu powiedzieć, co się 

wydarzyło  pomiędzy  nimi  a  lichwiarzem  z  Drammen  i  w  jaki  sposób  pani  Hansen  zniszczyła 

przyszłość rodziny? Cóż by sobie pomyślał Sylwiusz Hog dowiedziawszy się, że Hulda nie ma już 

biletu, zaś pani Hansen użyła go, aby się wyzwolić ze szponów swego bezlitosnego wierzyciela? 

Jednak  miał  się  o  wszystkim  dowiedzieć.  Kto  zaczął  rozmowę,  Sylwiusz  Hog  czy  Joel  lub 

Hulda — nie wiadomo. Mało to zresztą ważne! Jedno jest pewne  — profesor wkrótce znał już 

background image

87 

 

wszystkie szczegóły. Dowiedział się, jak wyglądała sytuacja pani Hansen i jej dzieci. Po upływie 

dwóch  tygodni  lichwiarz  wyrzuciłby  ich  z  oberży  w  Dal,  gdyby  zobowiązanie  nie  zostało 

wypełnione przez przekazanie biletu loteryjnego. 

Sylwiusz Hog wysłuchał tej smutnej opowieści Joela, przy której Hulda również była obecna. 

— Nie należało pozbywać się biletu! — zawołał. — Nie! Nie należało! 

— Czy  mogłam  uczynić  inaczej,  panie  Sylwiuszu?  —  zapytała  dziewczyna  niezwykle 

zmieszana. 

— No cóż, niewątpliwie nie! Nie mogła pani! A jednak! Ach, gdybym tu był! 

A gdyby tu był, cóż by zrobił? Nie powiedział tego, tylko ciągnął. 

— Tak,  moja  droga  Huldo,  tak  Joelu!  W  gruncie  rzeczy  zrobiliście  to,  co  musieliście.  Lecz 

najbardziej  złości  mnie  to,  że  to  właśnie  Sandgoist  wzbogaci  się  na  ludzkim  zaślepieniu!  A 

przecież twierdzenie, że numer 9672 będzie faworyzowany przez los jest absurdalne! Ja, być może, 

nie  oddałbym  biletu.  Odmówiwszy  go  Sandgoistowi  Hulda  lepiej  by  zrobiła,  odmawiając  go 

matce! 

Na takie słowa rodzeństwo nie wiedziało, co odpowiedzieć. Oddając los pani Hansen, Hulda 

była  posłuszna  swej  miłości  do  matki,  za  którą  nie  można  jej  winić.  Poświęcenie,  na  jakie  się 

zdecydowała, nie było poświęceniem mniej lub bardziej prawdopodobnym do szans losu na loterii 

w  Christianii,  lecz  poświęceniem  ostatniej  woli  Olego  Kampa,  wyrzeczeniem  się  ostatniej 

pamiątki po narzeczonym… 

Nie było jednak warto rozwodzić się nad tym dłużej. Sandgoist miał bilet. Był jego własnością. 

Miał zostać wystawiony na licytacji. Nędzny lichwiarz miał zbijać fortunę na tym wzruszającym 

pożegnaniu rozbitka! Nie! Sylwiusz Hog nie mógł przyjąć tego do wiadomości! 

Toteż jeszcze tego samego dnia Sylwiusz Hog postanowił porozmawiać na ten temat z panią 

Hansen i, choć rozmowa nie mogła już niczego zmienić, była jednak konieczna. Stanął twarzą w 

twarz z kobietą niezwykle praktyczną, która niewątpliwie miała  więcej  zdrowego rozsądku niż 

serca. 

— Czy pan mnie obwinia, panie Hog? — zapytała, pozwoliwszy profesorowi wypowiedzieć się 

do woli. 

— Oczywiście, pani Hansen. 

— Jeśli zarzuca mi pan, że w nieostrożny sposób wdałam się w kiepskie interesy, narażając na 

szwank  los  moich  dzieci,  ma  pan  rację.  Lecz  jeśli  wyrzuca  mi  pan  moje  postępowanie,  które 

background image

88 

 

doprowadziło do mego wyzwolenia, to nie ma pan racji. Co pan na to odpowie? 

— Nic. 

— Czy naprawdę uważa pan, że należało odrzucić ofertę Sandgoista, który w gruncie rzeczy 

zapłacił piętnaście tysięcy marek za bilet loteryjny, którego wartość opiera się na niczym? Pytam 

pana, czy należało tak zrobić. 

— I tak, i nie, pani Hansen. 

— Nie ma żadnych „i  tak, i  nie”, panie Hog. Po prostu  — nie. W podobnej  sytuacji, gdyby 

przyszłość nie wyglądała tak groźnie, z mojej winy — przyznaję, zrozumiałabym odmowę Huldy! 

Tak! Zrozumiałabym, że za żadną cenę nie chce odstąpić biletu, który otrzymała od Olego Kampa! 

Lecz  ponieważ  chodziło  o  wyrzucenie  nas  w  ciągu  kilku  dni  z  domu,  gdzie  zmarł  mój  mąż  i 

urodziły się moje dzieci, nie rozumiem jej, a i pan sam, panie Hog, na moim miejscu nie postąpiłby 

inaczej! 

— Owszem, pani Hansen, owszem! 

— A cóż takiego by pan zrobił? 

— Próbowałbym  zrobić  wszystko,  byle  tylko  nie  poświęcać  biletu,  który  moja  córka 

otrzymałaby w podobnych okolicznościach. 

— Czy dzięki tym okolicznościom jest on w jakiś sposób lepszy? 

— Ani ja, ani pani, ani nikt tego nie wie. 

— Przeciwnie, panie Hog, wszyscy to wiedzą! Jest to zwykły bilet, który ma 99.999 szans na 

przegranie, a tylko jedną na wygranie. Czyżby przypisywał mu pan większą wartość dlatego, że 

został znaleziony w butelce wyłowionej z morza? 

Na tak precyzyjne pytanie Sylwiusz Hog nie był w stanie odpowiedzieć równie precyzyjnie. 

Toteż powrócił do „sentymentalnej” strony sprawy, mówiąc: 

— Sytuacja wygląda obecnie tak: Ole Kamp w chwili katastrofy zostawił Huldzie jedyną rzecz 

wartościową, jaka mu została na świecie. Polecił jej nawet, by była przy losowaniu, na wypadek, 

gdyby szczęście miało jej dopisać… A teraz bilet ten nie należy już do Huldy. 

— Gdyby  Ole  Kamp  powrócił  —  odrzekła  pani  Hansen  —  nie  zawahałby  się  oddać  swego 

biletu Sandgoistowi! 

— To możliwe — powiedział Sylwiusz Hog — lecz tylko on miał prawo to zrobić. A co by mu 

pani  powiedziała,  gdyby  żył,  gdyby  nie  zginął  w  katastrofie…  Gdyby  wrócił…  jutro…  dziś… 

jeszcze… 

background image

89 

 

— Ole nie wróci — odrzekła pani Hansen głuchym głosem. — Ole nie żyje, panie Hog, i to od 

dawna! 

— A  skąd  pani  może  wiedzieć,  pani  Hansen?  —  zawołał  profesor  z  iście  nadzwyczajnym 

przekonaniem.  —  Rozpoczęto  bardzo  poważne  poszukiwania  w  celu  odnalezienia  ocalałych  z 

katastrofy! Mogą się zakończyć jeszcze przed losowaniem! Nie ma więc pani prawa mówić, że Ole 

Kamp nie żyje, dopóki nie będzie niezbitych dowodów, że zginął podczas katastrofy „Vikena”! 

Nie powiem tego z pewnością pani dzieciom, ponieważ nie chcę im dawać nadziei, która mogłaby 

doprowadzić do bardzo poważnych rozczarowań! Lecz pani, pani Hansen, mogę powiedzieć co 

myślę. W to, że Ole Kamp nie żyje, nie mogę uwierzyć! Nie! Nie chcę w to uwierzyć!… Nie! Po 

prostu w to nie wierzę! 

Na tym terenie, na jaki przeniosła się dyskusja, pani Hansen nie mogła walczyć z profesorem. 

Toteż umilkła i — będąc Norweżką, w gruncie rzeczy nieco przesądną — spuściła głowę, jakby 

Ole Kamp był gotów stanąć przed nią w całej okazałości. 

— W  każdym  razie,  pani  Hansen  —  kontynuował  Sylwiusz  Hog  —  przed  rozporządzeniem 

biletem Huldy należało zrobić jedną, prostą rzecz, której pani nie uczyniła. 

— Jaką, panie Hog? 

— Przede wszystkim trzeba się było zwrócić do przyjaciół. Na pewno nie odmówiliby przyjścia 

z pomocą, bądź to uiszczając Sandgoistowi dług, bądź pożyczając pani niezbędną sumę. 

— Nie mam takich przyjaciół, panie Hog, których mogłabym poprosić o podobną przysługę. 

— Owszem,  ma  pani,  pani  Hansen,  i  znam  przynajmniej  jednego,  który  zrobiłby  to  bez 

wahania, traktując to jako akt wdzięczności. 

— A któż to taki? 

— Sylwiusz Hog, deputowany do Stortingu! 

Pani Hansen nie była w stanie nic odpowiedzieć i tylko skłoniła się przed profesorem. 

— Lecz  co  się  stało,  to  się  nie  odstanie  —  niestety!  —  dodał  Sylwiusz  Hog.  —  Będę  więc 

zobowiązany,  pani  Hansen,  jeśli  nie  wspomni  pani  dzieciom  o  tej  rozmowie,  do  której  nie 

będziemy więcej wracać. 

Po czym rozstali się. 

Profesor  wrócił  do  swego  normalnego  życia  i  rozpoczął  codzienne  wycieczki.  Przez  kilka 

godzin zwiedzał z Joelem i Huldą okolice Dal, lecz nie odchodzili zbyt  daleko, by nie męczyć 

zbytnio młodej dziewczyny. Wróciwszy do swego pokoju, zabierał się za korespondencję. Pisywał 

background image

90 

 

całe  mnóstwo  listów  do  Bergen  i  Christianii.  Powiadamiał,  kogo  się  dało  i  wszyscy  ci  ludzie 

pracowali z oddaniem przy poszukiwaniu „Vikena”. Całe jego życie skoncentrowało się na jednej 

myśli: odnaleźć Olego, odnaleźć Olego! 

Musiał również wyjechać na dwadzieścia cztery godziny w sprawach niewątpliwie związanych 

z rodziną Hansenów. Jednak, jak zwykle, zachował absolutną tajemnicę na temat swych poczynań. 

Tymczasem Hulda, tak ciężko doświadczona, powoli dochodziła do siebie. Biedna dzieczyna 

żyła  już  tylko  wspomnieniem  Olego  Kampa  oraz  nadzieją,  którą  czasem  z  nim  mieszała.  A 

przecież miała koło siebie dwie najukochańsze istoty, z których jedna nie przestawała podnosić jej 

na duchu. Lecz czy mogło to wystarczyć? Czyż nie należało dostarczyć jej za wszelką cenę jakiejś 

rozrywki? W jaki sposób można ją wyrwać z tych myśli, które omotały jej duszę i niczym żelazny 

łańcuch przykuwały do tonącego ,,Vikena”? 

Nadszedł 12 lipca. 

Za cztery dni miało się odbyć ciągnienie Loterii Szkolnej w Christianii. 

Rozumie się samo przez się, że spekulacja, jaką zamierzał przeprowadzić Sandgoist, szybko 

przedostała się do wiadomości opinii publicznej. Wskutek jego starań gazety ogłosiły, że „słynny i 

opatrznościowy  bilet”  o  numerze  9672  jest  teraz  własnością  pana  Sandgoista  z  Drammen,  że 

zostanie wystawiony na sprzedaż i przejdzie na własność tego, kto zaproponuje najwyższą cenę. 

Podano również, że pan Sandgoist został właścicielem biletu po uiszczeniu niezwykle dużej sumy 

Huldzie Hansen. 

Łatwo się można domyślić, że taki anons mógł jedynie zmniejszyć szacunek opinii publicznej w 

stosunku do Huldy. Jak to! Hulda dała się skusić i za ciężkie pieniądze postanowiła sprzedać bilet 

rozbitka, bilet swego narzeczonego Olego Kampa! Zbiła fortunę na ostatniej pamiątce! 

Lecz stosowna notatka, jaka ukazała się w „Morgen Blad” wyjaśniła czytelnikom cały przebieg 

zdarzenia.  Wszyscy  dowiedzieli  się,  jak  naprawdę  wyglądała  interwencja  Sandgoista  i  w  jaki 

sposób wszedł w posiadanie biletu. Cała niechęć publiczności spadła natychmiast na bezlitosnego 

lichwiarza z Drammen, który nie zawahał się wykorzystać nieszczęścia rodziny Hansenów. I oto, 

co się zdarzyło: oferty, które nieustannie napływały, gdy posiadaczką biletu była Hulda, jakby za 

powszechnym porozumieniem przestały przychodzić do nowego właściciela. Zdawało się, iż bilet 

utracił nadnaturalną wartość, jaką mu przypisywano, a stało się to w momencie, gdy Sandgoist 

zbrukał go swym dotknięciem. Tak więc lichwiarz zrobił bardzo kiepski interes, a bilet loteryjny nr 

9672 groził mu poważnym obciążeniem konta. 

background image

91 

 

Jest oczywiste, że ani Joel, ani Hulda nie mieli o tym wszystkim pojęcia. Całe szczęście! Byłoby 

im bardzo przykro, gdyby się dowiedzieli, że są zamieszani w tę nieprzyjemną sprawę, która dzięki 

lichwiarzowi nabrała czysto handlowego charakteru. 

12 lipca wieczorem do profesora Sylwiusza Hoga przyszedł list. 

Wysłany  przez  Marynarkę,  zawierał  inne  pismo,  przesłane  z  Christiansandu,  małego  portu 

leżącego u wejścia do Skageraku. Sylwiusz Hog najwyraźniej nie spodziewał się stamtąd żadnych 

nowin, gdyż wsadził go do kieszeni, nie wspominając o nim ani Joelowi, ani Huldzie. 

Dopiero odchodząc do swego pokoju, pożegnawszy się z nimi, powiedział: 

— Jak wiecie, moje dzieci, za trzy dni odbędzie się losowanie. Czy macie zamiar być przy tym? 

— A po co, panie Sylwiuszu? — zapytała Hulda. 

— Przecież Ole chciał, by była przy tym jego narzeczona — odrzekł profesor. — Wyraźnie o 

tym mówił w swych ostatnich słowach i, jak sądzę, należy być posłusznym jego ostatniej woli. 

— Przecież Hulda nie ma już tego biletu — powiedział Joel — i kto wie, w czyje ręce trafił! 

— Nieważne — odrzekł Sylwiusz Hog. — W takim razie proszę was, byście towarzyszyli mi w 

drodze do Christianii. 

— Życzy pan sobie tego, panie Sylwiuszu? — zapytała dziewczyna. 

— Nie ja, droga Huldo, tylko Ole, i trzeba go posłuchać. 

— Siostro, pan Sylwiusz ma rację — rzekł Joel. — Tak trzeba! Kiedy ma pan zamiar ruszać, 

panie Sylwiuszu? 

— Jutro o świcie, i niech święty Olaf ma nas w swojej opiece! 

background image

92 

 

XVI 

 

Następnego  dnia  rano  kariola  podmajstrzego  Leglinga  zabrała  Sylwiusza  Hoga  i  Huldę.  Jak 

wiemy, nie było w niej już miejsca dla Joela. Toteż dzielny chłopak szedł piechotą  przy koniu, 

który wesoło potrząsał łbem. 

Czternaście kilometrów między Dal i Moel nie mogło zmęczyć dziarskiego piechura. Dwie i pół 

godziny  wystarczyły,  by  dotarli  na  miejsce,  na  skraj  jeziora  Tinn,  gdzie  kariola  musiała  się 

zatrzymać. Mogłaby pojechać dalej tylko wtedy, gdyby była latającym rydwanem. W tym punkcie 

doliny Vestfjorddalu zaczyna się bowiem droga jezior. Tu znajduje się vandskyde — przeprawa. 

Tu wreszcie należy przesiąść się na łódź, jedną z wielu kruchych łupin świadczących usługi na 

jeziorze Tinn. 

Jezioro ukazało się w całej swej porannej krasie. Słońce wstawszy spiło nocne mgły. Trudno 

było sobie życzyć piękniejszego, letniego dnia. 

— Nie jest pan zbyt zmęczony, mój dzielny Joelu? — zapytał profesor, gdy wysiadł z karioli. 

— Nie,  panie  Sylwiuszu.  Czyż  nie  jestem  przyzwyczajony  do  długich  wędrówek  po 

Telemarku? 

— Słusznie!  Proszę  mi  powiedzieć,  czy  wie  pan,  która  droga  z  Moel  do  Christianii  jest 

najprostsza? 

— Oczywiście, panie Sylwiuszu. Gdy dotrzemy na drugi koniec jezior a Tinoset… Hmm, nie 

wiem,  czy  dostaniemy  tam  kariolę,  bo  nie  wysłaliśmy  forbuds,  by  poinformować  o  naszym 

przyjeździe, jak to się zwykło czynić w tym regionie… 

— Niech  pan  będzie  spokojny,  mój  chłopcze  —  odrzekł  profesor  —  przewidziałem  taką 

okoliczność. Nie mam zamiaru zmuszać pana do przejścia piechotą z Dal aż do Christianii. 

— Gdyby było trzeba… — rzekł Joel. 

— Ale  nie  będzie  trzeba.  Wróćmy  do  naszej  trasy  i  proszę  mi  powiedzieć,  jak  miałaby  ona 

wyglądać. 

— A więc, panie Sylwiuszu, po jeziorze Tinoset przyjdzie kolej na obejście jeziora Fol przez 

Vik i Bolkesjoe, a następnie Moese, Kongsberg, Hangsund i Drammen. Gdybyśmy podróżowali 

dniem i nocą, jest niewykluczone, że jutro po południu dotarlibyśmy do Christianii. 

— Doskonale, Joelu! Widzę, że doskonale zna pan okolice i że będzie to przyjemna droga. 

— Najkrótsza. 

background image

93 

 

— Hmm, Joelu, nie zależy mi na najkrótszej! — odrzekł Sylwiusz Hog. — Otóż ja znam inną, 

która wydłuży podróż zaledwie o kilka godzin. I pan też ją zna, drogi chłopcze, choć nie wspomina 

pan o niej ani słowem. 

— Która to? 

— To droga, która przebiega przez Bamble! 

— Przez Bamble? 

— Tak, przez Bamble! A więc udaje pan, że nie wie, o czym mówię? Bamble, gdzie mieszka 

farmer Helmboe i jego córka Siegfried! 

— Panie Sylwiuszu! 

— I tą właśnie drogą pójdziemy. Obejdziemy jezioro Fol od południa zamiast od północy i z 

równym skutkiem dotrzemy do Kongsbergu, prawda? 

— Z równym, albo nawet z lepszym! — odparł Joel ze śmiechem. 

— Dziękuję w imieniu brata, panie Sylwiuszu — powiedziała Hulda. 

— Dla  pani  również,  mała  Huldo,  gdyż  wyobrażam  sobie,  że  z  prawdziwą  przyjemnością 

spotka się pani ze swą przyjaciółką Siegfried! 

Około  godziny  czwartej  łódź  dotarła  do  Tinoset,  gdzie  czekał  na  nich  powóz  zamówiony 

listownie przez profesora. Konie były już zaprzężone i natychmiast ruszyły w kierunku Bamble. 

Na miejsce dotarli około ósmej. Nikt ich się nie spodziewał, niemniej farmer Helmboe zgotował im 

gorące  przyjęcie.  Siegfried  czule  ucałowała  przyjaciółkę,  która  wydała  jej  się  bardzo 

wymizerowana.  Przez  kilka  chwil  obie  dziewczyny  pozostały  same,  wymieniając  się  swymi 

problemami. 

— Proszę  cię,  droga  Huldo,  nie  poddawaj  się  smutkowi!  —  mówiła  Siegfried.  —  Ja  nie 

straciłam nadziei! Dlaczego miałabym z niej rezygnować? Dowiedzieliśmy się z gazet, że trwają 

poszukiwania  „Vikena”.  Na  pewno  się  powiodą!  Jestem  pewna,  pan  Sylwiusz  również  ma 

nadzieję!… Huldo, moja droga, błagam cię… nie wpadaj w rozpacz! 

Jedyną odpowiedzią Huldy mógł być tylko szloch, toteż Siegfried przycisnęła ją do serca. 

Ach!  Jakaż  radość  panowałaby  wyłomu  farmera  Helmboe,  gdyby  wszyscy  mogli  być 

szczęśliwi! 

— A więc jedziecie prosto do Christianii? — zapytał farmer Sylwiusza Hoga. 

— Tak, panie Helmboe. 

— By wziąć udział w losowaniu? 

background image

94 

 

— Oczywiście. 

— Ale po co, skoro bilet Olego Kampa jest teraz w rękach tego nędznika Sandgoista! 

— Taka była wola Olego — odrzekł profesor — i trzeba ją uszanować. 

— Powiadają,  że  ten  lichwiarz  z  Drammen  nie  znalazł  nabywcy  na  bilet,  który  go  drogo 

kosztował. 

— Rzeczywiście, tak powiadają, panie Helmboe. 

— Dobrze,  ten  niegodziwiec  ma  to,  na  co  zasłużył,  ten  łajdak,  panie  Hog,  tak,  ten  łajdak! 

Dobrze mu tak! 

— Ma  pan  rację,  panie  Helmboe,  dobrze  mu  tak!  Oczywiście  kolację  zjedli  na  farmie.  Ani 

Siegfried, ani jej ojciec nie 

chcieli wypuścić przyjaciół, dopóki nie przyjęli zaproszenia. Lecz nie mogli zbytnio przedłużać 

swej  obecności  w  Bamble,  jeśli  chcieli  nadrobić  w  nocy  kilka  straconych  godzin.  Toteż  o 

dziewiątej konie znów zostały zaprzężone. 

— Przy okazji następnej wizyty, drogi panie Helmboe — rzekł Sylwiusz Hog do farmera — 

zostanę przy stole przez sześć godzin, jeśli pan sobie tego zażyczy! Lecz dzisiaj poproszę, by deser 

zastąpił pan krzepkim uściskiem dłoni, zaś Siegfried zamiast tego może dać całusa mojej małej 

Huldzie! 

Gdy to nastąpiło, ruszyli w dalszą drogę. 

Jechali  przez  całą  noc  nigdzie  się  nie  zatrzymując.  Dopiero  w  Kongsberg  przystanęli,  by 

pokrzepić  się  szklaneczką  brandy.  Postanowili  jednak,  że  właściwy  postój  zrobią  dopiero  w 

Drammen. Do miasta dotarli w południe i powóz zatrzymał się przed „Hotelem Skandynawskim”. 

Właściciel, potężny mężczyzna z siwą brodą i uczoną miną, pojawił się na progu. 

Z finezyjnym polotem, jaki wyróżnia oberżystów na całym świecie, rzekł: 

— Nie będę zdziwiony, jeśli panowie i ta młoda dama zechcą zjeść obiad. 

— W  rzeczy  samej  nie  powinien  pan  się  dziwić  —  odrzekł  Sylwiusz  Hog  —  i  zechce  pan 

obsłużyć nas możliwie jak najszybciej. 

— Natychmiast! 

Obiad  został  podany  bardzo  szybko  i  był  zupełnie  znośny.  Podano  pewien  gatunek  ryby 

odławianej  w  fiordach  z  nadzieniem  z  wonnych  ziół,  które  to  danie  profesor  zjadł  z  wyraźną 

przyjemnością. 

O  wpół  do  drugiej  powóz  zaprzężony  w  świeże  konie  wyruszył  spod  „Hotelu 

background image

95 

 

Skandynawskiego” i podążył główną ulicą Drammen. 

Lecz  gdy  przejeżdżali  przed  jednym  z  domów,  niskim  i  niezbyt  ładnym,  kontrastującym  z 

wesołymi kolorami sąsiednich budynków, Joel nie mógł powstrzymać odruchu obrzydzenia. 

— Sandgoist! — krzyknął. 

— Ach! To jest pan Sandgoist? — zapytał Sylwiusz Hog. — Rzeczywiście, nie wygląda zbyt 

poczciwie. 

Był to Sandgoist. Palił, stojąc na progu. Nie wiadomo, czy rozpoznał Joela siedzącego z przodu, 

gdyż powóz przemknął dość szybko i zniknął za stertami desek. 

O  dziewiątej  wieczorem  —  na  tej  szerokości  geograficznej  jest  jeszcze  widno  —  antyczna 

kolasa wjechała z hałasem na przedmieścia Christianii i potoczyła się opustoszałymi ulicami. 

Zgodnie z poleceniem Sylwiusza Hoga zatrzymała się przed hotelem „Victoria”. Wysiedli tam 

Hulda i Joel — ich pokoje zostały zarezerwowane już wcześniej. Profesor, pożegnawszy się z nimi 

czule, wrócił do swego starego domu, gdzie jego stara służąca Kate i stary służący Fink czekali na 

niego z równie starą niecierpliwością. 

background image

96 

 

XVII 

 

Christiania  —  największe  miasto  Norwegii  —  w  Anglii  lub  we  Francji  byłaby  tylko 

miasteczkiem.  Gdyby  nie  częste  pożary,  byłaby  zupełnie  taka  sama  jak  w  XV  wieku.  W 

rzeczywistości jej początki sięgają roku 1624, gdy została zrekonstruowana przez króla Christiana. 

Z Opsoloe — gdyż tak się wówczas nazywała — zmieniła się w Christianię, od imienia króla — 

architekta.  Jest  to  więc  miasto  o  regularnej  konstrukcji,  szerokich,  zimnych  i  prostych  ulicach, 

wytyczonych przy linijce, z domami  z białego kamienia lub  czerwonej  cegły. W centrum dość 

ładnego  ogrodu  wznosi  się  zamek  królewski,  Orscarslot,  obszerna,  czworoboczna  budowla, 

pozbawiona stylu, choć wybudowana w stylu jońskim. Tu i ówdzie pojawia się kilka kościołów, 

których  uroda  i  sztuka  nie  są  w  stanie  rozpraszać  uwagi  wiernych.  Jest  również  kilka  budowli 

publicznych, nie licząc wielkiego domu  towarowego w kształcie rotundy,  gdzie znaleźć  można 

całe mnóstwo produktów rodzimych i zagranicznych. 

W całym tym zespole nie ma nic ciekawego, lecz godne uwagi jest położenie miasta, w samym 

środku zróżnicowanego pasma górskiego, które pięknie je obramowuje. Dzielnice nowe i bogate są 

niemal  płaskie,  zaś  wyżej,  niczym  kasbah,  wznoszą  się  nieregularne  domy  biedoty,  drewniane 

chatki, domki z cegieł, których jaskrawe kolory raczej zaskakują niż oczarowują. 

Nie należy sądzić, że słowo kasbah, zarezerwowane dla miast afrykańskich, jest nie na miejscu 

w północnej Europie. Czyż w sąsiedztwie Christianii nie ma portu, jak w Tunisie czy Algierze? I 

jeśli nawet nie ma tam Tunezyjczyków ani Algierczyków, to miejscowa ludność wcale nie jest 

lepsza. 

W  sumie,  jak  każde  miasto  leżące  na  brzegu  morza  i  wystawiające  głowę  ponad  okoliczne 

wzgórza, Christiania jest niezwykle malownicza. Jej fiord nie bez racji porównać można z Zatoką 

Neapolitańską.  Podobnie  jak  wybrzeże  Sorrento  lub  Castellamare,  jej  brzegi  zabudowane  są 

willami i pałacykami, na wpół zatopionymi w niemal czarnej zieleni świerków i zwiewnych mgieł, 

wywołujących owo wrażenie „nieostrości”, tak charakterystyczne dla regionów Pomocy. 

Tak więc Sylwiusz Hog powrócił wreszcie do Christianii. Nie da się ukryć, że powrót nastąpił w 

okolicznościach, których nie był w stanie przewidzieć, w samym środku przerwanej podróży. No 

cóż!  Będzie  ją  musiał  dokończyć  kiedy  indziej.  Tymczasem  należało  myśleć  tylko  o  Joelu  i 

Huldzie Hansen. Jeśli nie zaprosił ich do domu, to tylko dlatego, że były dla nich potrzebne dwa 

pokoje. Oczywiście stara Kate i stary Fink przyjęliby ich gorąco, lecz nie było czasu, by wszystko 

background image

97 

 

przygotować.  Toteż  profesor  zawiózł  rodzeństwo  do  hotelu  „Victoria”  i  polecił  otoczyć  ich 

szczególną  opieką.  Takie  polecenie  Sylwiusza  Hoga,  deputowanego  do  Stortingu,  należało 

dokładnie wypełnić. 

Profesor  prosząc  o  opiekę  nad  swymi  protegowanymi,  bynajmniej  nie  podał  ich  nazwisk. 

Zachowanie incognito wydawało mu się rzeczą niezwykle istotną, zwłaszcza w przypadku Huldy 

Hansen. Jak wiadomo, wokół dziewczyny krążyło całe mnóstwo plotek, co było dla niej niezwykle 

krępujące. Lepiej było nie rozgłaszać jej przybycia do Christianii. 

Postanowiono, że nazajutrz profesor Sylwiusz Hog spotka się z rodzeństwem dopiero w porze 

obiadu, około południa. Profesor musiał bowiem załatwić kilka spraw, które miały mu zająć cały 

poranek, i mógł spotkać się z rodzeństwem dopiero po zrobieniu tego, co niezbędne. Potem mógł 

już z nimi pozostać aż do chwili losowania, które miało się odbyć o godzinie trzeciej. 

Toteż Joel, gdy tylko wstał, udał się do siostry. Hulda czekała już na niego. Chcąc ją oderwać od 

myśli, które tego dnia musiały być szczególnie bolesne, Joel zaproponował spacer. Hulda nie chcąc 

robić mu przykrości przyjęła tę propozycję i wyruszyli na miasto. 

Była  niedziela.  Choć  na  ogół  w  taki  dzień  na  ulicach  miast  Północy  nie  ma  zbyt  wielu 

przechodniów,  tym  razem  w  Christianii  panowało  duże  ożywienie.  Nie  tylko  mieszczanie  nie 

wyjechali na wieś, lecz nawet wieśniacy przybyli do miasta. Koleje obsługujące okolice stolicy 

musiały  zorganizować  dodatkowe  pociągi.  Tak  wielu  ciekawskich,  a  przede  wszystkim 

zainteresowanych, przyciągnęła ta popularna Loteria Szkolna! 

Podczas gdy Joel i Hulda przechadzali się miedzy sklepami, rzędami beczek, stertami skrzynek, 

ich szczególną uwagę przyciągały statki. Czyż nie było tam statków z portu w Bergen, do którego 

„Viken” nie miał już powrócić? 

— Ole! Mój biedny Ole! — szeptała Hulda. 

Dlatego  Joel  postanowił  jak  najszybciej  odciągnąć  ją  od  zatoki  i  ruszyli  ku  leżącym  wyżej 

dzielnicom miasta. 

Na ulicach i placach widywali grupki ludzi i słyszeli słowa, które dotyczyły ich samych. 

— Tak — mówił ktoś — za los z numerem 9672 zaproponowano dziesięć tysięcy marek! 

— Dziesięć tysięcy marek?  — odrzekł drugi. — Słyszałem o dwudziestu tysiącach, a nawet 

więcej! 

— Pan Vanderbilt z Nowego Jorku zaproponował trzydzieści! 

— Pan Baring z Londynu — czterdzieści tysięcy! 

background image

98 

 

— A pan Rothschild z Paryża sześćdziesiąt tysięcy! 

Nie wiadomo, czy można było wierzyć w te wyolbrzymione przez publiczność kwoty. Przecież 

gdy tak szybko rosły, w krótkim czasie mogły przekroczyć poziom głównej wygranej! 

Lecz o ile dyskutujący spierali się co do wysokości kwot zaproponowanych Huldzie Hansen, o 

tyle zachowywali pełną zgodność jeśli chodzi o ocenę postępowania lichwiarza z Drammen. 

— Co za przeklęty łajdak z tego Sandgoista. Nie miał litości dla tych biednych ludzi! 

— Och! On jest dobrze znany w całym Telemarku! Dla niego to nie pierwszyzna! 

— Powiadają, że nie mógł odsprzedać biletu Olego Kampa, za który dał dobrą cenę. 

— Tak! Nikt go nie chciał! 

— Nic dziwnego! W rękach Huldy ten bilet był dobry! 

— Oczywiście, zaś w rękach Sandgoista przestał być wart cokolwiek! 

— Dobrze mu tak! Będzie miał za swoje i oby stracił te piętnaście tysięcy marek, które za niego 

zapłacił! 

— Ale gdyby ten łajdak zdobył główną wygraną?… 

— On? Coś takiego! 

— To  by  dopiero  była  niesprawiedliwość  losu!  W  każdym  razie  niech  nie  przychodzi  na 

losowanie! 

— Lepiej nie, bo spotka go niemiłe przyjęcie! 

Tak wyglądały opinie wygłaszane pod adresem Sandgoista. Jak wiemy zresztą, z ostrożności 

lub z jakichś innych powodów, nie miał on zamiaru brać udziału w ciągnieniu, skoro poprzedniego 

dnia był jeszcze w swoim domu w Drammen. 

Hulda była bardzo wzruszona i Joel czując, jak drży, przeszedł z nią szybko nie starając się 

niczego  więcej  usłyszeć,  jakby  się  obawiał,  że  zostaną  rozpoznani  przez  tłum  nieznanych 

przyjaciół. 

Co się tyczy Sylwiusza Hoga, to być może mieli nadzieję, że spotkają go w mieście. Nic takiego 

nie nastąpiło. Lecz ze słów, jakie udało im się usłyszeć tu i ówdzie dowiedzieli się, że niezwykle 

zaaferowany profesor przemieszczał się pomiędzy portem a biurami Marynarki. 

Oczywiście  Joel  mógł  zapytać  każdego  przechodnia,  gdzie  mieszka  profesor  Sylwiusz  Hog. 

Każdy szybko wskazałby mu jego dom, a nawet zaprowadził na miejsce. Nie uczynił tego jednak, 

nie chcąc być niedyskretnym. Poza tym, skoro spotkanie miało się odbyć w hotelu, należało tam 

powrócić, o co też Hulda poprosiła Joela około dziesiątej trzydzieści. Czuła się bardzo zmęczona i 

background image

99 

 

miała dość wysłuchiwania uwag na swój własny temat. 

Wróciła do hotelu i poszła do swojego pokoju, by tam czekać na Sylwiusza Hoga. 

Tymczasem  Joel  został  na  parterze  w  saloniku.  Tam  odruchowo  zajął  się  przeglądaniem 

dzienników. 

Nagle zbladł, a gazeta wypadła mu z ręki… 

W gazecie „Morgen Blad” widniała następująca depesza: 

„Awizo  „Telegraf  dotarłszy  na  przypuszczalne  miejsce  katastrofy  „Vikena”  nie  odnalazł 

żadnych  po  niej  śladów.  Poszukiwania  przeprowadzone  na  wybrzeżach  Grenlandii  również  nie 

przyniosły rezultatów. Należy więc uważać za pewnik, że z załogi „Vikena” nikt nie przeżył”. 

background image

100 

 

XVIII 

 

— Dzień dobry, panie Benett! Gdy tylko mam okazję uściskać pańską dłoń, zawsze czynię to z 

przyjemnością! 

— Dla mnie zaś jest to prawdziwy honor, panie Hog. 

— Honor, przyjemność, przyjemność, honor — zawołał wesoło profesor  — jedno jest warte 

drugiego! 

— Widzę, że pańska podróż po Norwegii szczęśliwie dobiegła końca. 

— Nie tyle dobiegła końca, ile się po prostu skończyła, panie Benett, przynajmniej jak na ten 

rok. 

— Niech mi pan opowie, panie Hog, o tych dzielnych ludziach, których poznał pan w Dal. 

— Zaiste,  bardzo  to  dzielni  ludzie,  panie  Benett!  Nigdy  nie  widziałem,  by  kogokolwiek 

nieszczęścia dręczyły z równym uporem, co ich rodzinę! 

— W rzeczy samej, panie Hog. Po sprawie z „Vikenem” ten wstrętny Sandgoist! 

— Święte słowa, panie Benett. 

— W  gruncie  rzeczy,  panie  Hog,  Hulda  Hansen  uczyniła  słusznie  zamieniając  los  na 

pokwitowanie. 

— Tak pan uważa? A dlaczegóż, jeśli łaska? 

— Bo lepiej mieć piętnaście tysięcy marek niż niemal pewność, że się nie dostanie nic… 

— Ach! Panie Benett! — odrzekł Sylwiusz Hog. — Mówi pan jak człowiek praktyczny, jak 

handlowiec, którym pan jest! Lecz jeśli się przyjmie inny punkt widzenia, będzie to kwestia uczuć, 

zaś uczucia są nieprzeliczalne! 

— Oczywiście,  panie  Hog,  lecz  niech  mi  będzie  wolno  powiedzieć,  że  niewykluczone,  iż 

pańska protegowana miała aż nadto uczuć! 

— Cóż pan może o tym wiedzieć? 

— Niech pan tylko pomyśli! Cóż reprezentował ten bilet? Jedną szansę wygranej na milion! 

— W istocie, jedną szansę na milion! To bardzo niewiele, panie Benett, to bardzo niewiele! 

— Toteż  po  zaślepieniu  pierwszych  dni  nastąpiła  reakcja  odwrotna  i,  jak  powiadają,  ów 

Sandgoist, który kupił bilet by na nim zarobić, nie mógł znaleźć nabywcy! 

— Podobno, panie Benett. 

— A jednak, gdyby ten przeklęty lichwiarz zdobył główną wygraną, to byłby skandal! 

background image

101 

 

Tak rozmawiając, Sylwiusz Hog przechadzał się po domu towarowym Benetta w towarzystwie 

jego  właściciela,  tak  znanego  w  Christianii  i  całej  Norwegii.  Człowiek  ten  jest  opatrznością 

wszystkich turystów, pragnących zwiedzić Skandynawię. 

— A propos, panie Hog, jak znalazł pan w Tinoset powóz, o który mnie pan prosił? 

— Skoro o niego prosiłem, panie Benett, to jestem pewien, że był na miejscu o wyznaczonej 

godzinie! 

— Pan mi schlebia, panie Hog. Lecz w liście wspominał pan, iż będzie was troje… 

— W rzeczy samej, troje. 

— A te osoby? 

— Przybyły wczoraj wieczorem w dobrym zdrowiu i oczekują mnie w hotelu „Victoria”, dokąd 

się wkrótce udam. 

— Czy są to?… 

— Tak, panie Benett, są to… I proszę, by pan nic nie mówił na ten temat. Zależy mi, by na razie 

nie wiedziano o ich przybyciu. 

— Biedna dziewczyna! 

— Tak! Wiele wycierpiała! 

— I pan chciał, by była przy losowaniu, choć nie ma już biletu narzeczonego? 

— To nie ja tego chciałem, panie Benett. To Ole Kamp! A panu, tak jak wszystkim, powtórzę: 

trzeba wypełnić ostatnią wolę Olego! 

— Oczywiście, to co pan czyni, jest zawsze słuszne, panie Hog. 

— Czy to komplement, drogi panie Benett? 

— Skąd, lecz dla rodziny Hansenów to wielkie szczęście, że napotkała pana na swej drodze! 

— Ba! Dla mnie to jeszcze większe szczęście, że ją napotkałem na swojej!! 

— Pan ma nieodmiennie złote serce! 

— Panie Benett, skoro człowiek musi mieć serce, to chyba lepiej, jak będzie ono złote, prawda? 

Mówiąc to Sylwiusz Hog przesłał szanownemu przedsiębiorcy promienny uśmiech. 

— Lecz,  panie  Benett  —  ciągnął  —  nie  przyszedłem  tu,  by  się  napawać  pańskimi 

komplementami. Nie! Przywiódł mnie tu zgoła inny powód. 

— Jestem do pańskich usług. 

— Jak pan zapewne wie, gdyby nie interwencja Joela i Huldy Hansenów, Rjukanfos mógłby 

mnie  zwrócić  jedynie  w  charakterze  nieboszczyka.  Nie  miałbym  więc  dziś  przyjemności 

background image

102 

 

rozmawiać z panem… 

— Tak,  tak,  wiem!  —  odrzekł  pan  Benett.  —  Gazety  opisywały  pańska  przygodę.  Prawdę 

mówiąc, ci dzielni ludzie w pełni zasłużyli na zdobycie głównej wygranej. 

— Tak i ja uważam — powiedział Sylwiusz Hog. — Lecz skoro teraz to jest niemożliwe, nie 

chciałbym, aby moja mała Hulda wróciła do Dal bez jakiegoś drobiazgu… pamiątki… 

— To świetny pomysł, panie Hog! 

— Pan  pomoże  mi  wybrać  wśród  tych  wszystkich  bogactw  coś,  co  mogłoby  się  spodobać 

młodej dziewczynie. 

— Z miła chęcią — odrzekł pan Benett. 

Poprosił profesora, by przeszli do stoiska z tradycyjną, lokalną biżuterią. Czyż jakiś norweski 

klejnocik nie byłby czarującą pamiątką z Christianii? 

Tego samego zdania był Sylwiusz Hog, przed którym Benett otworzył wszystkie witryny. 

— Nie jestem koneserem — powiedział profesor — i zdaję się na pański gust, panie Benett. 

— Na pewno dojdziemy do porozumienia, panie Hog. 

Było  tam  całe  mnóstwo  biżuterii  szwedzkiej  i  norweskiej,  niekiedy  bardzo  misternej, 

wymagającej dużej ilości materiału i pracy. 

— Cóż to jest? — zapytał profesor. 

— Podwójny pierścionek z ruchomymi oczkami, których pobrzękiwanie jest niezwykle  miłe 

dla ucha. 

— Bardzo  ładny!  —  odrzekł  Sylwiusz  Hog,  wypróbowując  pierścionek  na  czubku  małego 

palca. — Proszę odłożyć go na bok i obejrzyjmy coś jeszcze. 

— Bransolety czy naszyjniki? 

— Wszystkiego po trochu, jeśli pan pozwoli, panie Benett, wszystkiego po trochu. Ach! A to? 

— Są  to  kółeczka,  które  przypina  się  parami  do  bluzki.  Widzi  pan  ten  błysk  miedzi  na  tle 

czerwonej wełny? Jest to drobiazg w najlepszym guście, a przy tym o umiarkowanej cenie. 

— Rzeczywiście, czarujące, panie Benett. Odłóżmy i tę ozdobę. 

— Tyle że, panie Hog, muszę panu powiedzieć, iż te kółeczka są absolutnie zarezerwowane dla 

stroju panny młodej… na ślub… i że… 

— Na świętego Olafa! Ma pan rację, panie Benett, ma pan rację! Moja biedna Hulda! Niestety, 

to nie Ole chce jej zrobić prezent, tylko ja, i wcale nie narzeczoną miałem na myśli! 

— Otóż to, panie Hog. 

background image

103 

 

— Obejrzyjmy zatem inną biżuterię godną młodej damy. Ach! A ten krzyżyk, panie Benett? 

— Nosi się go na szyi wraz z wklęsłymi krążkami, które rezonują przy każdym ruchu głowy. 

— Bardzo ładne! Bardzo ładne! Proszę to odłożyć na bok, panie Benett. Gdy obejrzę wszystkie 

witryny, dokonamy wyboru. 

— Tak, ale… 

— Znowu jakieś „ale”? 

— Takie krzyżyki zakładają panny młode w Szwecji, udając się do kościoła… 

— Do diabła, panie Benett! Muszę przyznać, że mam niezbyt szczęśliwą rękę! 

— To dlatego, panie Hog, że ślubnej biżuterii mam najwięcej i że najlepiej się ona sprzedaje. 

Nie może to pana dziwić. 

— Nie dziwi mnie to żadną miarą, panie Benett, niemniej wprawia w zakłopotanie! 

— No cóż, proszę wziąć ten pierścionek, który odłożył pan na bok. 

— Tak…  ten  złoty  pierścionek…  Jednak  chciałbym  jeszcze  jakiś  inny  klejnot…  jakby  to 

powiedzieć… bardziej dekoracyjny… 

— A  więc  proszę  się  nie  wahać!  Niech  pan  weźmie  tę  srebrną  kolię,  której  cztery  misterne 

łańcuszki będą się pięknie prezentowały na szyi młodej dziewczyny. Niech pan popatrzy, składa 

się  z  mnóstwa  paciorków  szklanych  i  mosiężnych  oraz  kolorowych  pereł.  To  jeden  z 

najciekawszych wyrobów norweskiego złotnictwa. 

— Tak,  tak…  —  odrzekł  Sylwiusz  Hog.  —  Piękny  klejnot,  lecz  chyba  nieco  zbyt 

pretensjonalny jak dla mojej skromnej Huldy. Prawdę mówiąc, wolałbym te kółeczka i krzyżyk, 

które pokazał mi pan przed chwilą. Czy naprawdę mają tak ścisłą, weselną specjalizację, iż nie 

można ich podarować młodej dziewczynie? 

— Panie  Hog  —  powiedział  pan  Benett.  —  Storting  nie  wydał  przepisów  dotyczących  tej 

kwestii… Niewątpliwie, jest to poważna luka… 

— Dobrze,  dobrze,  panie  Benett,  zajmiemy  się  tym  wkrótce.  Tymczasem  wezmę  krzyżyk  i 

kółeczka. W końcu kiedyś moja mała Hulda wyjdzie za mąż! Tak dobra i czarująca dziewczyna na 

pewno będzie miała okazję, by wykorzystać te ozdoby! A więc postanowione, zabieram je ze sobą! 

— Dobrze, panie Hog. 

— Czy będziemy mieli przyjemność oglądać pana podczas ciągnienia, panie Benett? 

— Oczywiście. 

— Sądzę, że będzie to niezwykle interesujące. 

background image

104 

 

— Jestem tego pewien. 

— Do zobaczenia wkrótce panie Benett, do zobaczenia. 

— Do widzenia, panie Hog. 

— Och!  —  zawołał  nagle  profesor,  pochylając  się  nad  jedną  z  gablot.  —  Jaka  piękna  para 

obrączek, której nie zauważyłem! 

— Te się panu nie nadadzą, panie Hog. To są grawerowane obrączki, jakie pastor nakłada na 

palce państwa młodych podczas ceremonii… 

— Doprawdy? Hmm! A jednak je wezmę! 

Pożegnawszy się Sylwiusz Hog wyszedł i lekkim krokiem dwudziestolatka ruszył w kierunku 

hotelu „Victoria”. 

Dotarłszy do budynku dostrzegł słowa Fiat lux umieszczone na cokole gazowej latarni. 

„Ech — pomyślał — oto właściwe słowa! Tak! Fiat lux! Fiat lux!” 

Hulda przebywała w swym pokoju. Siedziała przy oknie i czekała. Profesor zapukał do drzwi, 

które otworzyły się natychmiast. 

— Ach! Panie Sylwiuszu! — zawołała dziewczyna. 

— Oto jestem! Oto jestem! Ale nie chodzi tu o pana Sylwiusza, moja mała Huldo, tylko o obiad, 

który właśnie podano. Jestem głodny jak wilk. Gdzie Joel? 

— W czytelni. 

— Dobrze.  Pójdę  po  niego.  A  pani  niech  zaraz  do  nas  zejdzie.  Sylwiusz  Hog  opuścił  pokój 

Huldy i poszedł do Joela, który również czekał na niego, lecz w rozpaczy. 

Biedny  chłopiec  pokazał  mu  gazetę.  Depesza  kapitana  „Telegrafu”  nie  pozostawiała  cienia 

wątpliwości co do całkowitego zaginięcia „Vikena”. 

— Hulda nie czytała? — zapytał szybko profesor. 

— Nie, panie Sylwiuszu, nie! Lepiej przed nią ukryć to, czego mogłaby się dowiedzieć zbyt 

wcześnie. 

— Dobrze pan zrobił, mój chłopcze… Chodźmy na obiad. Chwilę później siedzieli przy stoliku. 

Sylwiusz Hog jadł z wielkim apetytem. 

Obiad zresztą był wspaniały: zimna zupa piwna z plasterkami cytryny, kawałkami cynamonu i 

grzankami z razowego chleba, łosoś w białym słodkim sosie, duszona cielęcina, krwisty rostbef z 

sałatą  i  przyprawami,  lody  waniliowe,  kisiel,  maliny,  wiśnie  i  orzechy  laskowe,  a  wszystko 

podlane starym francuskim winem. 

background image

105 

 

— Wyśmienite!  Wyśmienite!  —  powtarzał  Sylwiusz  Hog.  —  Prawie  jak  w  oberży  pani 

Hansen! 

A ponieważ usta miał pełne, uśmiechał się samymi oczami, tak szeroko, jak to tylko możliwe 

przy użyciu oczu. 

Joel i Hulda nie byli w stanie przyłączyć się do niego. Biedna dziewczyna z wielkim trudem 

przełknęła swój posiłek. Po obiedzie Sylwiusz Hog powiedział: 

— Moje dzieci, zrobiliście błąd nie wykorzystując w pełni tej wspaniałej kuchni. Lecz przecież 

nie  mogłem  was  zmuszać.  W  końcu,  skoro  nie  mieliście  apetytu  na  obiad,  z  tym  większym 

apetytem zjecie kolację. Nie wiem, czy będę w stanie stawić wam czoła wieczorem! Ale teraz pora 

wstać od stołu. 

Profesor już wstał, wziął z rąk Joela swój kapelusz, gdy nagle powstrzymała go Hulda. 

— Panie Sylwiuszu — rzekła — nadal pan chce, bym panu towarzyszyła? 

— Przy losowaniu? Oczywiście, bardzo mi na tym zależy, drogie dziecko! 

— Dla mnie będzie to bardzo przykre. 

— Bardzo przykre, przyznaję! Lecz Ole chciał, by była pani obecna przy losowaniu i trzeba 

uszanować jego wolę! 

Zdanie to zdecydowanie stało się refrenem w ustach Sylwiusza Hoga! 

background image

106 

 

XIX 

 

Iluż  ludzi  przybyło  do  wielkiej  sali  uniwersytetu  w  Christianii,  gdzie  miało  się  odbyć 

losowanie! Iluż ich było na dziedzińcu, a nawet na sąsiednich ulicach, jako że zarówno sala jak i 

dziedziniec były zbyt małe, żeby pomieścić te tłumy! 

Losowanie  miało  się  rozpocząć  dokładnie  o  godzinie  trzeciej.  Wygrywało  sto  losów 

podzielonych na trzy partie: w pierwszej dziewięćdziesiąt losów od stu do tysiąca marek o wartości 

całkowitej czterdziestu pięciu tysięcy marek, w drugiej dziewięć losów od tysiąca do dziewięciu 

tysięcy  marek,  również  o  wartości  całkowitej  czterdziestu  pięciu  tysięcy  marek,  wreszcie  w 

trzeciej jeden los o wartości stu tysięcy marek. 

Wbrew  temu,  co  na  ogół  ma  miejsce  w  tego  rodzaju  loteriach,  najważniejsze  wydarzenie 

zachowano na koniec. Dopiero ostatni, setny los miał zdobyć główną wygraną. W związku z tym 

napięcia i emocje miały cały czas rosnąć. Rozumie się samo przez się, że żaden wygrany los nie 

mógł uczestniczyć w dalszym ciągnieniu i nie wracał do urny. 

O  tym  wszystkim  publiczność  bardzo  dobrze  wiedziała.  Należało  tylko  czekać  na  ustaloną 

godzinę. Lecz dla zabicia czasu gawędzono, najczęściej o wzruszającej sytuacji Huldy Hansen. 

Naprawdę,  gdyby  nadal  posiadała  bilet  Olego  Kampa,  każdy  trzymałby  za  nią  kciuki  — 

oczywiście najpierw za siebie! 

W  owej  chwili  kilka  osób  znało  już  treść  depeszy  opublikowanej  w  „Morgen  Blad”. 

Rozmawiały  o  niej  z  sąsiadami.  Wkrótce  już  wszyscy  wiedzieli,  że  poszukiwania  statku  nie 

przyniosły  rezultatów.  Należało  zrezygnować  z  odnalezienia  choćby  szczątków  „Vikena”.  Ani 

jeden członek załogi nie przeżył katastrofy! Hulda nie miała już nigdy ujrzeć swego narzeczonego! 

Drobny incydent odwrócił uwagę publiczności. Rozeszła się pogłoska, że Sandgoist postanowił 

opuścić  Drammen,  a  niektórzy  twierdzili,  że  widzieli  go  na  ulicach  Christianii.  Czyżby  miał 

śmiałość  pojawić  się  na  sali?  Gdyby  tak  było,  ten  niegodziwy  człowiek  musiał  się  liczyć  z 

gwałtownym  gniewem  publiczności  wymierzonym  w  jego  osobę!  On  miałby  być  obecny  przy 

losowaniu! Było to tak nieprawdopodobne, że aż niemożliwe. Czyli — fałszywy alarm, i tyle. 

Około drugiej piętnaście w tłumie nastąpiło pewne poruszenie. To profesor Sylwiusz Hog stanął 

u  bram  uniwersytetu.  Wszyscy  wiedzieli,  jaki  jest  jego  udział  w  całej  tej  sprawie  i  że 

zawdzięczając życie dzieciom pani Hansen pragnął spłacić swój dług. 

Toteż  ludzkie  szeregi  rozstąpiły  się  natychmiast.  Przyjazny  szmer,  na  który  Sylwiusz  Hog 

background image

107 

 

odpowiedział skinieniem głowy, przeszedł przez publiczność, a wkrótce zamienił się w wiwaty. 

Lecz  profesor  nie  był  sam.  Gdy  najbliżej  stojący  ludzie  cofnęli  się,  by  zrobić  mu  miejsce, 

ujrzano, iż u jego boku podąża młoda dziewczyna, a tuż za nimi postępuje jakiś młodzieniec. 

Młodzieniec, młoda dziewczyna! Było to coś w rodzaju wstrząsu elektrycznego. Ta sama myśl 

wytrysnęła ze wszystkich mózgów niczym iskra z tyluż akumulatorów. 

— Hulda!… Hulda Hansen! 

To nazwisko wyrwało się ze wszystkich ust. 

Tak! To była Hulda, wzruszona do kresu wytrzymałości. Upadłaby, gdyby nie podtrzymujące ją 

ramię Sylwiusza Hoga. Lecz on mocno trzymał bohaterkę tego święta, na którym brakowało Olego 

Kampa. O ile bardziej wolałaby pozostać w swoim pokoiku w Dal! Jak wielką odczuwała potrzebę 

ukrycia się przed całą tą ciekawością, choćby nawet tak sympatyczną! Lecz Sylwiusz Hog chciał, 

żeby przyszła, więc przyszła. 

— Miejsce! Miejsce! — krzyczano zewsząd. 

I ustępowano profesorowi, Huldzie i Joelowi. Ileż rąk wyciągnęło się, by im uściskać dłonie! 

Ileż miłych słów usłyszeli po drodze! I jakże Sylwiusz Hog radował się tymi przejawami sympatii! 

— Tak! To ona, przyjaciele! To moja mała Hulda, którą przywiozłem z Dal! — mówił. 

A potem dodawał: 

— A to jest Joel, jej dzielny brat! Na zakończenie zaś wołał: 

— Tylko ich nie uduście! 

Potrzebowali kwadransa, żeby przemierzyć uniwersytecki dziedziniec, dotrzeć do wielkiej sali i 

usiąść  na  krzesłach  zarezerwowanych  dla  profesora.  Jednak  udało  im  się  to,  nie  bez  pewnych 

problemów. Sylwiusz Hog zajął miejsce pomiędzy Joelem i Huldą. 

O wpół do trzeciej w głębi za estradą otworzyły się drzwi. Pojawił się w nich dyrektor biura, 

godny,  poważny,  o  władczej  minie.  Tuż  za  nim  podążali  dwaj  sekretarze,  nie  mniej  poważni. 

Następnie  wbiegło  sześć  jasnowłosych,  błękitnookich  dziewczynek,  całych  w  kwiatach  i 

wstążkach,  które  miały  przeprowadzić  losowanie.  Ich  wejściu  towarzyszył  zgiełk  tłumu, 

świadczący  o  przyjemności,  jakiej  doznano  na  widok  kierownictwa  loterii,  a  także  o 

niecierpliwości, której przyczyną było ich długie zwlekanie z pojawieniem się na estradzie. 

Sześć  dziewczynek  było  potrzebnych  do  sześciu  urn  ustawionych  na  stole,  z  których  przy 

każdym ciągnieniu miało być wyjmowane sześć numerów. 

Każda  urna  zawierała  dziesięć  numerów,  od  0  do  9,  reprezentujących  jednostki,  dziesiątki, 

background image

108 

 

setki, tysiące, dziesiątki tysięcy i setki tysięcy. Nie było siódmej urny dla miliona, gdyż ustalono, 

że liczbę tę miało reprezentować sześć kolejno wyciągniętych zer. 

Poza tym postanowiono, że numery będą wyciągane z urn kolejno, poczynając od znajdującej 

się po lewej stronie publiczności. Tym sposobem wygrywająca liczba powstawałaby na oczach 

widzów, poczynając od cyfry z kolumny setek tysięcy, przez kolejne, aż do kolumny jednostek. 

Dzięki temu każdy mógł patrzeć z rosnącymi emocjami na powiększanie się swych szans w miarę 

losowania kolejnych cyfr. 

Punktualnie o trzeciej dyrektor dał znak dłonią i oznajmił rozpoczęcie losowania. 

Szmer, który przywitał tę deklarację trwał przez kilka minut, po czym zapadła cisza. 

Wówczas  dyrektor  wstał.  Bardzo  wzruszony,  wygłosił  okolicznościowe  przemówienie, 

wyrażając  swe  ubolewanie,  że  nie  każdy  bilet  loteryjny  może  wylosować  główną  nagrodę. 

Następnie polecił przystąpić do ciągnienia pierwszej serii. Jak pamiętamy, miała się ona składać z 

dziewięćdziesięciu losów, co wymagało sporej ilości czasu. 

Sześć dziewczynek rozpoczęło swą pracę z regularnością automatów, by publiczność nie miała 

czasu na zniecierpliwienie. 

Losowanie trwało już całą godzinę bez najmniejszych komplikacji. Jak do tej pory nie został 

jeszcze wylosowany numer 9672, a zatem nadal miał szansę na główną wygraną. 

— A to dopiero dobra wróżba dla tego Sandgoista! — powiedział jeden z sąsiadów profesora. 

— To by dopiero było zdziwienie, gdyby nagroda jemu przypadła, nawet jeśli ma ten sławny 

numer — odrzekł drugi. 

— Faktycznie, sławny! — rzekł profesor. — Lecz nie pytajcie mnie, dlaczego. Nie byłbym w 

stanie wam odpowiedzieć. 

Rozpoczęło się losowanie drugiej serii, zawierającej dziewięć losów. 

Numer  72521  wygrał  pięć  tysięcy  marek.  Właścicielem  losu  był  pracownik  portu,  który  z 

godnością zniósł owacje publiczności. 

Kolejny numer, 823752, wygrał sześć tysięcy marek. Jakaż była radość Sylwiusza Hoga, gdy 

Joel powiedział mu, że los należy do uroczej Siegfried z Bamble! 

Lecz wówczas wydarzył się incydent, który wywołał spore emocje. 

Gdy  wyciągnięto  dziewięćdziesiąty  siódmy  los,  o  wartości  siedmiu  tysięcy  marek,  wszyscy 

przez chwilę pomyśleli, że los jednak sprzyja Sandgoistowi, przynajmniej jeśli chodzi o ten bilet. 

Otóż  wylosowano  numer  9627.  Zabrakło  tylko  czterdziestu  pięciu  punktów,  by  był  to  bilet 

background image

109 

 

Olego Kampa! 

W następnych losowaniach wyciągnięto numery 775 i 76287. Druga seria została wyczerpana. 

Pozostał już tylko ostatni los wartości stu tysięcy marek. 

W tym momencie poruszenie widzów było zgoła nadzwyczajne. Najpierw przez tłum przeszedł 

głośny szmer, który przemierzył wielką salę, dziedziniec i przedostał się na ulicę. Upłynęło kilka 

minut nim ludzie zdołali się opanować. Wreszcie zapadła głęboka cisza. Rzec było można, iż cała 

publiczność  zamarła.  W  tym  spokoju  było  coś  z  osłupienia,  jakie  —  proszę  wybaczyć  mi  to 

porównanie — opanowuje widzów na widok skazańca pojawiającego się na miejscu egzekucji. 

Lecz tym razem miał on zdobyć sto tysięcy marek, a nie stracić głowę, chyba że by ją stracił z 

radości. 

Joel skrzyżowawszy ramiona patrzył gdzieś przed siebie i wydawał się mniej podekscytowany 

niż cały ten tłum. 

Hulda siedziała skurczona, jakby się zapadła w siebie i myślała tylko o swym biednym Olem. 

Instynktownie poszukiwała go spojrzeniem, jak gdyby miał się pojawić w sali w ostatniej chwili. 

Tymczasem Sylwiusz Hog… Lecz lepiej zrezygnować z opisywania stanu, w jakim znajdował 

się profesor. 

— Losowanie głównej wygranej! — oznajmił dyrektor. 

Cóż to był za głos. Zdawał się dochodzić gdzieś z głębi trzewi tego uroczystego człowieka. 

Pierwsza dziewczynka wyciągnęła z urny numer i pokazała go publiczności. 

— Zero! — rzekł dyrektor. 

Na nikim nie zrobiło ono wrażenia. Zdawało się, iż wszyscy na nie czekali. 

— Zero! — powtórzył dyrektor oznajmiając cyfrę wylosowaną przez drugą dziewczynkę. 

Dwa zera! Wyraźnie wzrosły szansę numerów od 1 do 9999. Zaś bilet Olego Kampa  — jak 

pamiętamy — nosił numer 9672. 

Rzecz ciekawa, Sylwiusz Hog zaczął się wiercić na krześle, jakby je zaatakowały korniki. 

— Dziewięć!  —  dyrektor  podał  cyfrę  wyjętą  z  trzeciej  urny.  Dziewięć!…  Była  to  pierwsza 

cyfra z biletu Olego Kampa! 

— Sześć! — rzekł dyrektor. 

Czwarta dziewczynka pokazywała publiczności szóstkę, zaś wszystkie spojrzenia wycelowane 

w nią niczym lufy pistoletów, najwyraźniej bardzo ją speszyły. 

Teraz znacznie wzrosły szansę biletów o numerach o końcówce od 1 do 99. Wynosiły teraz 

background image

110 

 

jeden do stu. 

Czyżby  bilet  Olego  Kampa  miał  sprawić,  że  sto  tysięcy  marek  wpadnie  do  kieszeni  tego 

nędznika Sandgoista? Doprawdy, można by zwątpić w Opatrzność! 

Piąta dziewczynka zanurzyła dłoń w urnie i wyciągnęła piątą cyfrę. 

— Siedem!  —  rzekł  dyrektor  zdławionym  głosem,  który  można  było  usłyszeć  ledwie  w 

pierwszych rzędach. 

Lecz  nawet  jeśli  nie  było  słychać,  wszyscy  widzieli  pięć  dziewczynek  pokazujących 

publiczności pięć cyfr: 

00967 

Zwycięski los musiał się znajdować wśród numerów od 9670 do 9679. Każdy z nich miał więc 

jedna szansę na dziesięć. 

Niepokój sięgnął zenitu. 

Sylwiusz Hog stojąc ściskał dłoń Huldy Hansen. Wszystkie spojrzenia przeniosły się na biedną 

dziewczynę. Czyżby poświęciwszy ostatnią pamiątkę po swym narzeczonym, poświęciła zarazem 

fortunę, jaką Ole Kamp wymarzył dla niej i dla siebie? 

Szósta dziewczynka z niejakim trudem wsunęła drżącą dłoń do ostatniej urny. Wreszcie pojawił 

się numer. 

— Dwa!!! — krzyknął dyrektor. 

I opadł na krzesło, osłabiony z emocji. 

— Dziewięć  tysięcy  sześćset  siedemdziesiąt  dwa!  —  oznajmił  jeden  z  sekretarzy  gromkim 

głosem. 

Był to numer biletu Olego Kampa, znajdującego się teraz w posiadaniu Sandgoista! Wszyscy o 

tym wiedzieli, a także o warunkach, w jakich lichwiarz go zdobył! Toteż zapadła głęboka cisza i 

nie było mowy o wiwatach i okrzykach, które wybuchłyby w sali uniwersytetu, gdyby bilet nadal 

znajdował się w rękach Huldy Hansen. 

Czyżby teraz ten łajdak Sandgoist miał się pojawić z losem po odbiór nagrody? 

— Numer  dziewięć  tysięcy  sześćset  siedemdziesiąt  dwa  wygrywa  sto  tysięcy  marek!  — 

powtórzył sekretarz. — Czy ktoś się zgłasza? 

— Ja! 

Czyżby to powiedział lichwiarz z Drammen? 

Nie!  Był  to  młody  człowiek  o  bladej  twarzy,  podobnie  jak  cała  jego  postać  noszącej  ślady 

background image

111 

 

najdłuższych cierpień, lecz żywy, całkiem żywy! 

Słysząc ten głos Hulda poderwała się z miejsca i wydała krzyk, który usłyszeli wszyscy. Po 

czym straciła przytomność… 

Lecz młody  człowiek zdążył  przedrzeć się przez tłum  i  pochwycił w ramiona nieprzytomną 

dziewczynę… 

Był to Ole Kamp! 

background image

112 

 

XX 

 

Tak! To był Ole Kamp! Ole Kamp, który cudem przeżył katastrofę „Vikena”. 

„Telegraf nie mógł przywieźć go do Europy, gdyż już go nie było w okolicach przeszukiwanych 

przez awizo. 

A nie było go tam, gdyż właśnie płynął do Christianii! 

Oto, co opowiadał Sylwiusz Hog każdemu, kto  chciał słuchać. A wszyscy chętnie słuchali i 

przekazywali wieści stojącym dalej, tak że wkrótce przedostały się na dziedziniec i ulice. Po kilku 

chwilach  cała  Christiania  wiedziała,  że  młody  rozbitek  z  „Vikena”  właśnie  powrócił  i  zdobył 

główną wygraną w Loterii Szkolnej. 

Sylwiusz Hog musiał dokładnie opowiedzieć całą historię. Ole nie mógł tego uczynić, gdyż Joel 

ściskał go, ile tylko miał sił, podczas gdy Hulda dochodziła do siebie. 

— Huldo! Droga Huldo! — wołał Ole. — Tak! To ja, twój narzeczony, a wkrótce mąż! 

— Już jutro, moje dzieci, już jutro! — krzyknął Sylwiusz Hog. — Dziś wieczorem wyruszamy 

do  Dal.  I  choć  może  jeszcze  tego  nie  było,  będzie  można  zobaczyć,  jak  profesor  prawa, 

deputowany do Stortingu, tańcuje na weselu niczym najżwawsi młodzianie z Telemarku! 

Lecz  w  jaki  sposób  Sylwiusz  Hog  zapoznał  się  z  historią  Olego  Kampa?  Otóż  wszystkie 

informacje  znalazł  w  ostatnim  liście,  jaki  Marynarka  wysłała  do  Dal.  List  ten,  o  którym  nie 

wspomniał nikomu, zawierał inny, wysłany z Christiansandu. Oto, co w nim pisano: bryg duński 

„Genius”,  dowodzony  przez  kapitana  Kromana,  przybił  do  Christiansandu  mając  na  pokładzie 

rozbitków z „Vikena”, a wśród nich był również Ole Kamp. W ciągu trzech dni miał przybyć do 

Christianii. 

Z listu Marynarki wynikało, że rozbitkowie tak wiele wycierpieli, iż nadal znajdowali się w 

stanie  skrajnego  wyczerpania.  Dlatego  Sylwiusz  Hog  nie  wspomniał  Huldzie  o  powrocie  jej 

narzeczonego.  Toteż  w  odpowiedzi  poprosił  o  zachowanie  w  najgłębszej  tajemnicy  powrotu 

rozbitków. 

Lecz jak przebiegała katastrofa? 

W czasie gwałtownej burzy, na wpół bezbronny „Viken” musiał uciekać na północny zachód, 

znajdując się w odległości dwustu mil na południe od Islandii. W nocy z 3 na 4 maja zderzył się 

zjedna z tych ogromnych gór lodowych, napływających od strony Grenlandii. Zderzenie było tak 

potworne, że pięć minut później „Viken” poszedł na dno jak kamień. 

background image

113 

 

Wtedy  właśnie  Ole  napisał  swój  list.  Na  odwrocie  biletu  umieścił  swe  ostatnie  słowa 

pożegnania, skierowane do narzeczonej, po czym umieściwszy go w butelce, wrzucił do morza. 

Większość członków załogi „Vikena” zginęła wraz z kapitanem w chwili katastrofy. Tylko Ole 

Kamp  i  czterej  jego towarzysze zdołali  wydostać się na krę w chwili, gdy  statek szedł  na dno. 

Jednak  śmierć  nie  oszczędziłaby  również  ich,  gdyby  wichry  nie  popchnęły  lodowej  ławicy  na 

północny zachód. Dwa dni później wyczerpani i umierający z głodu rozbitkowie zostali wyrzuceni 

na południowe wybrzeże Grenlandii, gdzie z Bożą łaską udało im się przeżyć. 

Gdyby nie zostali odnalezieni w ciągu kilku dni, byłoby po nich. 

W jaki sposób mieliby dotrzeć do duńskich osad rybackich w Zatoce Baffina? 

Wtedy  właśnie bryg „Genius”, zepchnięty przez nawałnicę z właściwej  drogi,  pojawił się w 

tamtych okolicach. Rozbitkowie zaczęli dawać mu sygnały. Wreszcie zostali zauważeni i przyjęto 

ich na pokład. 

Byli uratowani. 

Jednak „Genius” napotkawszy przeciwne wiatry nie był w stanie szybko pokonać tej względnie 

krótkiej  trasy  między  Grenlandią  a  Norwegią.  Wyjaśnia  to,  dlaczego  dotarł  do  Christiansandu 

dopiero 12 lipca, a do Christianii 15–go. 

Właśnie  tego  dnia  Sylwiusz  Hog  udał  się  na  statek.  Ole  nadal  jeszcze  był  bardzo  słaby. 

Opowiedział  mu  o  wszystkim,  co  się  wydarzyło  od  czasu  jego  ostatniego  listu,  wysłanego  z 

Saint–Pierre–Miquelon.  Następnie  profesor  zabrał  młodzieńca  do  swego  domu,  prosząc  załogę 

„Geniusa” o kilkugodzinną dyskrecję… Resztę już znamy. 

Postanowili, że Ole Kamp przybędzie na losowanie. Czy wystarczy mu sił? 

Tak! Sił nie mogło mu zabraknąć, gdyż miała tam być Hulda! Lecz czy losowanie mogło go 

jeszcze  interesować?  Tak,  po  stokroć  tak!  Mogło  być  ważne  tak  dla  niego,  jak  dla  jego 

narzeczonej! 

Otóż Sylwiusz Hog zdołał odzyskać bilet z rąk Sandgoista. Odkupił go za cenę, jaką lichwiarz z 

Drammen zapłacił pani Hansen. Zaś Sandgoist był aż nazbyt szczęśliwy mogąc się go pozbyć, gdy 

przestały napływać oferty kupna i skończyła się licytacja. 

— Mój  dzielny  Ole  —  rzekł  Sylwiusz  Hog,  oddając  mu  los  —  nie  chodzi  mi  o  szansę  na 

wygraną, w gruncie rzeczy dość niewielką, lecz chciałbym zwrócić Huldzie ostatnie pożegnanie, 

które jej pan przesłał w chwili katastrofy! 

No  cóż,  trzeba  przyznać,  że  profesor  Sylwiusz  Hog  miał  niezły  pomysł,  o  wiele  lepszy  niż 

background image

114 

 

Sandgoist, który pewnie omal nie rozbił głową muru dowiedziawszy się o wynikach losowania! 

Teraz w domu, w Dal było sto tysięcy marek! Tak, i to w komplecie, gdyż Sylwiusz Hog w 

żadnym wypadku nie chciał przyjąć piętnastu tysięcy marek, za które odkupił bilet Olego Kampa. 

Miał to być posag, który z wielką radością ofiarował w dzień ślubu swojej małej Huldzie! 

Być może niektórzy uznają za dziwny fakt, że właśnie ów numer, 9672, na który była zwrócona 

uwaga wszystkich, wylosował główną nagrodę. 

Tak,  można  przyznać,  iż  jest  to  zadziwiające,  ale  nie  niemożliwe,  a  przede  wszystkim,  tak 

właśnie się stało. 

Sylwiusz  Hog,  Ole,  Joel  i  Hulda  opuścili  Christianię  jeszcze  tego  samego  wieczora.  Drogę 

powrotną odbyli przez Bamble, gdyż należało przekazać Siegfried wylosowaną przez nią kwotę. 

Gdy przejeżdżali koło małego kościółka, Hulda przypomniała sobie smutne myśli, jakie dręczyły 

ją dwa dni wcześniej, lecz widok Olego sprawił, iż szybko wróciła do szczęśliwej rzeczywistości. 

Na  świętego  Olafa!  Jakże  piękna  była  Hulda  w  swym  wspaniałym  wianku,  gdy  cztery  dni 

później opuszczała małą kapliczkę w Dal idąc u boku swego męża, Olego Kampa! Jakże wspaniała 

była cała ceremonia, która odbiła się echem nawet w najdalszych gaardach Telemarku! I jakże 

wszyscy się cieszyli: piękna druhna Siegfried, jej ojciec, farmer Helmboe, jego przyszły zięć Joel, 

a także pani Hansen, którą przestało nawiedzać widmo Sandgoista! 

Można się zastanawiać, czy wszyscy przyjaciele, wszyscy zaproszeni goście, bracia Help i tylu 

innych, zjawili się, by patrzeć na szczęście państwa młodych oraz na tańcującego Sylwiusza Hoga, 

profesora prawa, deputowanego do Stortingu. Oto jest pytanie. W każdym razie profesor tańczył 

niezwykle godnie i otworzywszy bal ze swą drogą Huldą, zakończył go z czarującą Siegfried. 

Następnego  dnia,  żegnany  gromkimi  „hurra!”  rozbrzmiewającymi  w  całej  dolinie 

Vestfjorddalu, profesor wyjechał do domu oficjalnie obiecawszy, iż powróci na ślub Joela, który 

miał się odbyć kilka tygodni później, ku wielkiej uciesze osób zainteresowanych. 

Tym razem profesor rozpoczął bal z czarującą Siegfried, a zakończył go ze swoją drogą Huldą. 

Od tamtej pory Sylwiusz Hog nigdy więcej nie zatańczył. 

Ileż szczęścia było teraz w domu w Dal, niegdyś tak ciężko doświadczonym. Niewątpliwie było 

to zasługą Sylwiusza Hoga, który nie chciał przyjąć tego do wiadomości i niezmiennie powtarzał: 

— A ja i tak nadal jestem coś winien dzieciom pani Hansen! 

Co się tyczy sławetnego biletu, to został on zwrócony po losowaniu Olemu Kampowi. Teraz 

wisi na honorowym miejscu, w małej drewnianej ramce, na ścianie wielkiej sali oberży w Dal. 

background image

115 

 

Lecz tym, co widać, nie jest bynajmniej sławny numer 9672, lecz ostatnie słowa pożegnania, które 

na odwrocie wypisał rozbitek Ole Kamp, kierując je do swej narzeczonej Huldy Hansen.