background image

 

Lynn Erickson BEZ ŚLADU 

Książka ta jest dedykowana Jane, agentce specjalnej FBI, 

która dostarczyła mi bezcennych informacji i której tożsamość musi 

pozostać tajemnicą. Winę za wszelkie możliwe błędy dotyczące procedur 

FBI ponosi autorka, prosząc jednocześnie czytelników o wybaczenie. 

 

Rozdział 1 

Jane Russo była  gotowa. Dotarcie  do tego punktu zwrotnego  zajęło  jej siedemnaście  lat i  wiedziała, że pchnęła  ją do 

tego desperacja. 

Wyłączyła  komórkę  i  pager,  włożyła  do  kompaktu  płytę  z  barokowymi  koncertami  i  usiadła  w  wielkim  skórzanym 

fotelu z blokiem rysunkowym na kolanach i trzema zatemperowanymi ołówkami. 

Tym  razem  zmierzy  się  ze  swoimi  demonami:  przypomni  sobie  tę  twarz,  przeleje  wspomnienie  na  papier  i  wreszcie 

zacznie normalnie żyć. 

Z dołu docierał do niej stłumiony szum ulicy. Przez niezasłonięte żaluzje sączył się blady blask świateł miasta odbitych 

w  śniegu.  Jane  miała  ochotę  wstać  i  wyjrzeć  przez  okno,  popatrzeć  na  ludzi  ogarniętych  przedświąteczną  gorączką, 
wchodzących do modnych pubów albo sklepów otwartych teraz do późna. Nie uległa jednak tej pokusie. Siedziała w fo-
telu, zagryzając wargę i słuchając przyspieszonego bicia własnego serca. 

Udało jej się narysować oprawców tylu ofiar; dlaczego więc nie potrafiła sportretować swojego? 
To się nazywa blokada. Tak, jest zablokowana. Nie była w stanie pracować. To koniec jej kariery. Poniosła klęskę w 

pracy, w miłości, we wszystkim. Ale tego wieczoru - właśnie tu, w swoim mieszkaniu - musi wreszcie pokonać strach. 
Musi spojrzeć demonom w twarz. Musi przestać uciekać przed tym koszmarem i chować głowę w piasek. To wygodne, 
ale destrukcyjne. 

Jak więc wyglądał człowiek, który ją zgwałcił, kiedy, miała zaledwie szesnaście lat, który skradł jej niewinność? 
Był młody. Na pewno? Tak jej się wydawało. I chyba miał ciemne włosy i owalną twarz, niewyróżniającą się niczym 

szczególnym. I ciemne brwi. 

Nic więcej. 
Pamiętała za to niezwykle  dokładnie  wiele  innych szczegółów: pomarańczowy  namiot, jasnoniebieski śpiwór, zieloną 

lampę, sportowe buty ustawione równo w nogach śpiwora. Pamiętała pogodę - było sucho i chłodno, jak zawsze w letnie 
górskie noce. W pobliskim stawie kumkały żaby. Ciągle czuła zapach sosen i dymu z obozowego ogniska. 

Pamiętała nawet koszulkę, którą miała na sobie, granatową, z napisem A

SPEN 

V

OLUNTEER 

F

IRE 

D

EPARTMENT

Ale twarz tego człowieka skrywał cień. 
Miała ochotę wstać i przejść się po mieszkaniu, w którym starała się stworzyć bezpieczny azyl. Przytulny dom. Pełen 

roślin, pastelowych barw i grafik. Kryjówka. Ostatnio prawie z niej nie wychodziła. Nie przyjmowała żadnych nowych 
zleceń, nie podróżowała, tak jak kiedyś, z nikim się nie spotykała. Chowała głowę w piasek. 

Wzięła głęboki oddech, usiłując się skoncentrować. Jeszcze raz głęboko odetchnęła. Ta twarz jest gdzieś w jej pamięci. 

Ale  pamięć  to  delikatny  mechanizm.  Ulega  przekłamaniom.  Jest  wrażliwa  na  stres  i  lęk.  Wiedziała  o  tym  dobrze,  w 
końcu pracowała z ofiarami przemocy. 

Niektórzy uważali, że jeśli wspomnienie raz ulegnie zniekształceniu, to, co się naprawdę wydarzyło, znika z pamięci na 

zawsze.  Jane  z  tą  opinią  się  nie  zgadzała.  Dla  niej  pamięć  była  jak  szyb  w  jednej  z  tych  starych  kopalni  srebra  w 
Kolorado, zasypanych ziemią i gruzem. A jej zadaniem było tak długo grzebać w gruzie, aż trafi na to, czego szuka. 

Wzięła  ołówek.  Może  ten  znajomy  kształt  pomoże  jej  zebrać  myśli.  Kiedy  rysowała  twarze  podejrzanych,  słuchając 

opisów  ich  ofiar,  często  miała  wrażenie,  że  jej  ręka  rysuje  sama,  jakby  to  nie  ona  nią  kierowała.  Wiedziała,  że  to 
niemożliwe, ale tak to właśnie czuła. 

Może teraz też tak będzie? 
Spojrzała w okno, na płatki śniegu migoczące w światłach okien budynku po drugiej stronie ulicy. W Denver śnieg nie 

padał  często,  białe  Boże  Narodzenie  było  raczej  wyjątkiem  niż  regułą.  Jane  tęskniła  za  śniegiem.  Wychowała  się  w 
górach Kolorado i mdłe zimy podgórza jej nie zachwycały. Nie, żeby miała ochotę wrócić w rodzinne strony. Nigdy tam 
nie wróci, jeśli nie zostanie do tego zmuszona. 

Znowu chowasz głowę w piasek. Znowu uciekasz. Spójrz prawdzie w oczy. Spójrz w oczy jemu. 
Dotknęła  czubkiem  ołówka  papieru  i  pociągnęła  lekko  zakrzywioną  linię,  która  miała  być  jego  podbródkiem.  Zaraz 

jednak doszła do wniosku, że to nie ten kształt. Starła linię i zaczęła od nowa. 

Nie, to też nie to. 
Może powinna zacząć od oczu. Ciemne? Jasne? A usta? Nos? Duży czy mały zadarty czy haczykowaty? Nie wiedziała, 

niczego nie mogła sobie przypomnieć. Niczego nie potrafiła odkopać w tym gruzie. 

W porządku, spróbuj wolnych skojarzeń. Pozwól ręce rysować. Nieważne, co powstanie na papierze. 
Zarys  ciemnych  brwi  i  czoła.  Pasma  ciemnych  włosów.  Tak,  chyba...  Ucho,  z  dziwną,  lekko  spłaszczoną  małżowiną. 

Podbródek? Jeszcze kilka linii. Kość policzkowa. Poczuła, jak ogarniają ją jednocześnie strach i podniecenie. 

Jej  dłoń znieruchomiała. Usta. Jego usta. Ciągle  wyraźnie słyszała jego słowa. Jego urywany  oddech. Czuła na sobie 

ciężar jego ciała, jego siłę. Czuła go w sobie. 

Zamknęła oczy i uszczypnęła się lekko w koniuszek nosa. Oddychaj, oddychaj. To wszystko zdarzyło się siedemnaście 

background image

 

lat temu. Teraz on nie może cię już skrzywdzić. Kimkolwiek jest. 

Przyjrzała się rysunkowi. Czy ta twarz wydaje się znajoma? Ten policzek... coś w jego linii... Przyciemniła go lekko. W 

namiocie było ciemno. Była ciemna letnia noc. Wycieczka w góry. 

Koniec niewinności. 
Usta. Pełna górna warga. Nie, cieńsza, ale bardziej wygięta. Prawie tak... Tak. Jeszcze jedna linia i... czuła się, jakby nie 

mogła  przypomnieć  sobie  słowa,  które  miała  dosłownie  na  końcu  języka.  Prawie.  Pochyliła  się  nad  rysunkiem  i  starła 
jedną  linię.  Zaczęła  poprawiać  rysunek.  Przerwała,  spojrzała  w  górę  i  spróbowała  skupić  się  na  oczach.  Oczy  były 
najważniejsze. 

Przeszkodził jej jakiś dźwięk. Opuściła wzrok na rysunek. Nos. 
Znowu ten dźwięk. Co to jest? 
Podniosła głowę i zaczęła nasłuchiwać. Ktoś pukał do drzwi. 
Boże, nie. Nie teraz. Idź sobie. Zostaw mnie w spokoju. Ten nos... o, tak... a może trochę spłaszczony w tym miejscu, o 

tutaj... 

Znowu pukanie do drzwi. Głośne, natarczywe. 
Cholera. 
Podniosła się niechętnie, rzuciła blok na fotel i ruszyła w stronę drzwi. Może to Alan, pomyślała. Może zmienił zdanie i 

przyszedł się z nią zobaczyć. 

Ale głos, który rozległ się za drzwiami, nie należał do Alana. 
- Jane, otwórz, to ja, Caroline. 
Caroline  Deutch.  Dobry  Boże,  co  ona  tu  robi  o  tej  porze?  Caroline  była  agentką  denverskiego  wydziału  FBI, 

przyjaciółką  i  mentorką,  kobietą,  dla  której  Jane  często  pracowała.  To  właśnie  ona  zaproponowała  Jane  w  ubiegłym 
miesiącu urlop. Jak to Caroline, krótko i bez owijania w bawełnę. 

- Wypaliłaś się, Jane. Potrzebujesz odpoczynku. W tym stanie nic dobrego nie zdziałasz. 
Caroline tutaj, o ósmej wieczorem? 
Jane otworzyła drzwi. Caroline stała w progu, na jej siwych, po męsku ostrzyżonych włosach i bezkształtnym ciemnym 

płaszczu lśniły płatki śniegu. Nie była sama. 

- Caroline? - zaczęła Jane. 
- Wiedziałam, że będziesz w domu - przerwała jej Caroline. - Domyśliłam się, że wyłączyłaś komórkę i pager. 
- Ja... 
- Mówiłam ci, że będzie w domu - powiedziała Caroline do swojego towarzysza. 
Jane wyjrzała na korytarz. Mężczyzna. Wysoki, w ciemnym płaszczu,  garniturze i krawacie. Jego twarz - Jane zawsze 

zwracała  uwagę  na  ludzkie  twarze  -  była  pociągła,  surowa,  o  wyraźnie  zarysowanych  brwiach  i  prostych  ustach.  Nie 
miała najmniejszych  wątpliwości.  Agent federalny. FBI, CIA, Departament Sprawiedliwości czy coś  w tym rodzaju. O 
tak, znała wielu takich. Kolana się pod nią ugięły. To nie będzie towarzyska wizyta. 

-  Przepraszam,  że  przychodzimy  znienacka  -  mówiła  Caroline  -  ale  to  bardzo  ważne.  -  Stała  przez  chwilę  bez  ruchu, 

patrząc na Jane. - Możemy wejść? 

- Eee, oczywiście. - Jane cofnęła się i zamknęła za nimi drzwi. 
Nagle przypomniała sobie szkic zostawiony na fotelu. Nie chciała, żeby Caroline go zobaczyła. Natychmiast zaczęłaby 

zadawać pytania. Była bardzo spostrzegawcza. 

Ale nie było już czasu, zęby odwrócić rysunek. Caroline przyglądała się Jane uważnie, jakby czytała w jej myślach. 
- Co? - spytała Jane 
- Znowu to zrobił. - Caroline nie powiedziała nic więcej, ale Jane wiedziała, o co chodzi. 
- O Boże. 
- Tak. Domyślam się, że nie oglądałaś telewizji. Ten sam schemat. Dziewczynka zniknęła ze stoku. Jeździła na desce z 

przyjaciółkami. Na razie niewiele wiadomo. 

- Kto...? 
- Nazywa się Kirstin Lemke. Dwanaście lat. 
- Dwanaście lat - wyszeptała Jane. 
- Wiemy już, że lubi młode. Zdaje się, że coraz młodsze. 
- Jesteś pewna, że to on? 
- Ten sam schemat. Kurort narciarski, dziewczynka o tym samym typie urody. Długie ciemne włosy, okulary. To on. 
- Och, Caroline... 
- Potrzebujemy cię, Jane - powiedziała Caroline tonem jednocześnie stanowczym i pełnym współczucia. 
Jane potrafiła wyciągać na światło dzienne nawet najbardziej stłumione wspomnienia ofiar i świadków. Potrafiła przelać 

je potem na papier, kiedy wszystkie inne środki i metody śledcze zawiodły. 

Robiła  portrety  pamięciowe  dla  policji  i  FBI  od  Miami  po  Seattle.  Do  tej  pory  odnosiła  same  sukcesy.  Ale  w 

gwałcicielu, który pojawiał się na zachodzie i polował na bardzo młode dziewczyny, spotkała swoje nemezis. 

Zawsze umiała nawiązać kontakt z ludźmi, z którymi rozmawiała. Był to szczególny dar empatii. Nie zadawała pytań, 

nie naciskała, nie pokazywała przerażonym ofiarom fotografii z archiwum FBI. Po prostu z nimi rozmawiała, o szkole, 
przyjaciółkach, pracy albo mieście, a dopiero potem stopniowo zaczynała przechodzić do sedna, jednocześnie rysując. 

background image

 

Technika ta sprawdzała się, zwłaszcza w przypadku młodych dziewcząt, kiedy inne metody nie przyniosły rezultatów. 
Ale w tej sprawie nic nie zdziałała. Nie potrafiła wydobyć z mroku twarzy tego szaleńca i domyślała się, dlaczego tak 

jest. Poszukiwano go szczególnie intensywnie, ponieważ jego ostatnia ofiara, dziewczynka uprowadzona w Utah, zmarła, 
zanim  ją  odnaleziono.  Stawka  wzrosła  więc  dramatycznie.  Nie  chodziło  już  o  gwałt,  ale  o  morderstwo.  Pierwsze 
morderstwo. 

Co gorsza, ten człowiek uderzył bardzo blisko jej stron rodzinnych. Nawiedzał górskie miasteczka bardzo podobne do 

tego, w którym się wychowała. Atakował dziewczynki podobne do Jane, kiedy była w tym wieku. Tym, co ją blokowało, 
było własne traumatyczne przeżycie. Tym razem nie była w stanie nikomu pomóc. Caroline wiedziała, że trzeba jej odpo-
czynku, więc po co tu przyszła? 

- Porwał dziewczynkę z Kolorado - powiedziała Caroline. 
- Miejscowość narciarska? 
Caroline skinęła głową. 
- Snowmass. 
Snowmass,  jedna  z  czterech  gór  położonych  w  pobliżu  Aspen.  Jane  cofnęła  się  i  opadła  na  fotel.  Urodziła  się  i 

wychowała w Aspen; jej rodzina nadal tam mieszkała. Ale ona nigdy do nich nie jeździła. Nigdy. 

Podniosła wzrok na Caroline. 
- Nie mogę. Nie jestem gotowa. 
- Kirstin Lemke -  mówiła Caroline,  jakby  nie  dosłyszała.  - Dwanaście  lat. Zniknęła z parkingu u podnóża Snowmass. 

Dokładnie tak samo jak w przypadku zaginięcia dziewcząt w Mammoth, Snowbird i Park City. Jest dwóch świadków. Jej 
przyjaciółki. Na razie wydaje im się, że widziały mężczyznę w czapce narciarskiej i goglach, ale nie są niczego pewne. 
To było dwa dni temu. Być może Kirstin zostało już niewiele czasu. Wiesz, jak się to skończyło w... 

Jane podniosła rękę w geście obronnym. 
- Wiem. Wiem. 
- Jesteś nam potrzebna. 
Jane  pokręciła  głową.  W  ciągu  ostatnich  pięciu  lat  była  już  w  Mammoth,  Snowbird  i  Park  City.  Próbowała.  Zrobiła 

wszystko, co było w jej mocy, lecz nie udało jej się stworzyć portretu pamięciowego gwałciciela. Bardzo się starała, ale 
nic  z  tego  nie  wyszło.  Brakowało  jakiegokolwiek  punktu  zaczepienia.  Tak  jak  w  przypadku  człowieka,  który  kiedyś 
zgwałcił ją. 

- Miałaś już miesiąc wolnego - nalegała Caroline. - Wiem, że upierałam się, żebyś wzięła tyle urlopu, ile potrzebujesz, 

ale tym razem sprawa w pewien sposób dotyczy i ciebie. To wydarzyło się w twoim rodzinnym mieście, na litość boską. 

- Nie będę w stanie wam pomóc. Wiesz o tym, Caroline. To ty wysłałaś mnie na urlop. 
-  W  porządku.  Ale  wyświadcz  mi  przysługę.  Porozmawiaj  z  Rayem.  Właśnie  został  przydzielony  do  naszego  biura. 

Poprowadzi tę sprawę. Jutro jedzie do Aspen. Reszta naszych ludzi już tam jest. Parker chce, żebyś z nim pojechała. 

Jane  znała  Parkera.  Był  agentem  do  zadań  specjalnych  lokalnego  biura  FBI.  I  wiedziała,  że  to  on  przysłał  do  niej 

Caroline. 

- Nie mogę. Przykro mi, ale naprawdę nie mogę. 
Caroline nie zwróciła najmniejszej uwagi na jej słowa. 
- Ray Vanover, Jane Russo. No chodź, Jane, porozmawiaj z Rayem. 
Jane spojrzała na mężczyznę, który ciągle stał w milczeniu koło drzwi wejściowych. Ray Vanover. Wydawało jej się, że 

już  słyszała  to  nazwisko,  ale  nie  mogła  sobie  w  tej  chwili  przypomnieć,  w  jakich  okolicznościach.  Był  wysoki  i  miał 
przystojną, ale obojętną twarz, zupełnie pozbawioną wyrazu. Czuła, że ma sceptyczny stosunek do jej zdolności. Często 
spotykała ludzi pokroju Raya Vanovera. 

- ...Przykro mi, Ray - powiedziała - ale to naprawdę nie jest najlepszy moment. Nie będę w stanie ci pomóc. 
- Rozumiem - odparł. Miał głęboki, lekko schrypnięty głos. Bardzo męski. - Masz prawo odmówić. 
- Nie jestem pewna, czy rzeczywiście mnie rozumiesz... 
Ledwo dostrzegalnie wzruszył ramionami. 
W twarzy tego człowieka było coś takiego... Jane była specjalistką  od  ludzkich twarzy. Potrafiła  odczytywać emocje 

kryjące  się  za  lekko  uniesionymi  brwiami,  wygięciem  kącików  ust,  napięciem  jakiegoś  mięśnia,  mimowolnym 
grymasem. Umiała w ten sposób dotrzeć do osobowości człowieka. 

Tak, w tej twarzy coś było... 
Ray zrobił krok w przód i stanął w świetle. Ciemne włosy, zapadnięte policzki, pociągła twarz. Pod szerokimi brwiami 

przykuwające  uwagę  niebieskie  oczy.  Długi,  wąski  nos.  Stanowcze  usta.  Dostrzegła  też  miękkie  zagłębienie  pośrodku 
górnej  wargi,  jakby  ten  człowiek  ulegał  czasem  ludzkim  uczuciom.  Opuściła  wzrok  trochę  niżej  i  wtedy  zauważyła 
różową  bliznę  na  jego  szyi,  wystającą  trochę  ponad  brzeg  kołnierzyka  koszuli.  Oparzenie?  Blizna  sięgała  aż  do  lewej 
strony podbródka. I wyglądała na dość świeżą. Zastanowiło ją to, zaraz jednak przestała o tym myśleć. Miała ważniejsze 
sprawy na głowie. 

- Rozważysz to, Jane? Prześpij się z tym. 
- Caroline, naprawdę... 
- Nic nie mów. Zadzwoń do mnie jutro. 
Jane westchnęła ciężko. 

background image

 

- Do diabła z tobą, Caroline. 
Caroline uśmiechnęła się. 
- Widzę, że zaczynasz mięknąć. - Odwróciła się do Vanovera. - Mówiłam ci, że tak będzie. 
- Mówiłaś - zgodził się. Jego głos, miękki i niski, brzmiał trochę jak mruczenie kota. 
- Niczego nie obiecuję - zastrzegła Jane. 
- W porządku - powiedziała Caroline. 
- Zadzwonię jutro. 
Caroline stanęła przed nią, niska, krępa, w wygniecionym płaszczu i schodzonych adidasach. 
- Kirstin Lemke, dwanaście lat. Pamiętaj o tym, Jane. 
Jane poczuła nagły ucisk w sercu. Przyłożyła dłonie do skroni. 
- Jesteś jak czołg. 
- Fakt, przesadna subtelność nie należy do moich wad. 
- Myślę, że pani Russo chciałaby nas już pożegnać - odezwał się Vanover. 
-  Tak,  tak,  już  idziemy.  -  Caroline  wspięła  się  na  palce  i  uścisnęła  Jane.  -  Pamiętaj  -  szepnęła  jej  do  ucha  -  tylko  ty 

możesz nam pomóc zidentyfikować tego potwora. Kirstin cię potrzebuje. 

- Nie jestem w stanie nic zrobić - powiedziała Jane ze smutkiem. - Nie mogę wam pomóc. Nie mogę pomóc Kirstin. 
- Jutro - odparła Caroline. 
Kiedy  wyszli,  Jane  oparła  się  o  drzwi.  Chcieli,  żeby  pomogła  im  w  tej  sprawie.  Kolejna  uprowadzona  dziewczynka. 

Czyjaś  córka,  siostra,  siostrzenica.  Czyjeś  ukochane  dziecko.  Zaginęła,  co  powiedziała  Caroline?  Dwa  dni  temu.  Cóż, 
wszyscy wiedzą, że wiele zaginionych dzieci zostaje zamordowanych w ciągu pierwszych trzech godzin, więc pewnie i 
tak jest już za późno. 

O Boże, nie może tego zrobić. Nie jest gotowa. Nie zniesie koszmaru, który przeżywa ta rodzina, ich stresu, gniewu i w 

końcu rozczarowania. Nie zniesie kolejnej porażki. 

Nie, nie mogę tego zrobić, pomyślała, chroniąc się za tym przekonaniem jak za murem. 

 

Rozdział 2 

Nie była w stanie wrócić do zaczętego portretu. Podeszła do fotela i spojrzała na rysunek. Śmieszne. Tylko kilka linii, 

zarys twarzy, która mogła należeć do każdego. A bała się, że Caroline mogłaby to zobaczyć i zastanawiać się, dlaczego 
Jane postanowiła narysować właśnie tę twarz. To śmieszne. Nie, raczej żałosne. 

Wyrwała kartkę z bloku, zmięła ją i wrzuciła do kubła na śmieci. 
Potem zaczęła chodzić po mieszkaniu, przyciskając palce do skroni i rozmyślając. Czy powinna wrócić do pracy? Czy 

poradzi  sobie  z  tą  presją,  z  tą  straszną  odpowiedzialnością?  A  jeśli  nawet  jej  się  to  uda,  będzie  musiała  spróbować 
wydobyć twarz gwałciciela z pamięci młodych dziewcząt, do czego od pewnego czasu nie była zdolna. 

Zadzwoni jutro do Caroline i powie „nie”. Bardzo stanowczo. 
Wyciągnęła z szafy skórzaną kurtkę, włożyła buty i wyszła z mieszkania. Decyzja została podjęta. Do diabła z Caroline 

i poczuciem winy, jakie usiłowała w niej wzbudzić. 

Szybkim krokiem ruszyła po śniegu w stronę Larimer Square, wysoka kobieta o jasnych włosach, na których osiadały 

spadające  z  nieba  białe  płatki.  Miała  na  sobie  spłowiałe  dżinsy  i  męską  flanelową  koszulę,  wystającą  spod  czarnej 
lotniczej kurtki. 

Kupiła  w  delikatesach  kanapkę  -  taką  jak  zwykle,  z  indykiem  i  żurawiną  -  i  wróciła  z  papierową  torebką  do  domu. 

Położyła  kanapkę  na  talerzu,  a  potem  odgryzła  kawałek.  Jej  żołądek  natychmiast  gwałtownie  się  temu  sprzeciwił. 
Odłożyła kanapkę i stała przez chwilę, przyglądając się jej ze zmarszczonymi brwiami. 

Do diabła z Caroline. 
Kirstin  Lemke,  dwanaście  lat.  Okolice  Snowmass.  Ten  sam  schemat,  ten  sam  człowiek.  Niezidentyfikowany 

podejrzany, jak się to nazywa w żargonie FBI. Dwa dni temu. W zeszłym roku Jennifer Weissman z Park City znaleziono 
martwą po dziesięciu dniach. Ile czasu zostało jeszcze Kirstin? 

Odruchowo  sięgnęła  po  telefon.  Wystukała  znajomy  numer,  który  znała  na  pamięć,  i  na  który  dzwoniła  codziennie, 

czasem po kilka razy, aż do... Ile to już czasu minęło? No tak, pięć tygodni. 

- Halo? - rozległ się słuchawce znajomy głos. Ukochany głos. Ten sam, który powiedział jej, że nie jest jeszcze gotowy 

do stałego związku; nie tak szybko po rozwodzie. Mogą przecież zostać przyjaciółmi, dodał. 

- Alan. 
- Jane? 
- Tak, to ja. Caroline Deutch była u mnie przed chwilą. Zaginęła kolejna dziewczynka. 
- O Boże. 
- Pod Snowmass. 
- Rozumiem. 
- Caroline chce, żebym pojechała tam jutro z agentem, który prowadzi tę sprawę. Ja nie mogę tego zrobić, Alan. 
- Powiedziałaś jej, co czujesz? - Spokojny i rzeczowy, jak zawsze. 
- Tak, ale ona mimo to... Nic nie mają. Zaginięcie dziewczynki zgłoszono dwa dni temu. Jezu, Alan, ona ma dwanaście 

lat. 

background image

 

- Dwanaście. 
- Pamiętasz, co się stało z tą, którą porwał ostatnim razem? 
- Tak, oczywiście. 
- Nie wiem, co mam robić. 
- Przyjadę do ciebie. 
- Jest późno. Nie musisz przyjeżdżać. To znaczy... 
- Jane, słyszę, w jakim jesteś stanie. Będę u ciebie za pół godziny. 
Alan Gallagher, rycerz w lśniącej zbroi spieszący na ratunek. Zabawne, nie wyglądał na bohatera. Średniego wzrostu, 

szatyn, łagodna twarz. Zwyczajny facet. Ale w jego oczach widać było siłę, determinację i ślad, jaki zostawiła po sobie 
tragedia, którą jednak udało mu się przetrwać. 

Jego  córka  Nicole  została  uprowadzona  podczas  szkolnej  imprezy.  Odnaleziono  ją  dwa  tygodnie  później. 

Zamordowaną. Zgwałconą i zamordowaną. 

Alan  miał prawo pogrążyć się  w rozpaczy  i  goryczy, zamiast tego jednak zaangażował  się  w  walkę o prawa dzieci  i 

wyższe kary za dokonywane  na nich przestępstwa. Był już  dobrze znany  w Denver, a ostatnio  nawet  w Waszyngtonie. 
Poznali się, kiedy Jane zlecono sporządzenie portretu pamięciowego człowieka, który porwał i zamordował jego córkę. 

Alan stracił nie tylko dziecko, stracił też żonę. Spokojnie wyjaśnił Jane, że takie tragedie często kończą się rozpadem 

rodziny. Powiedział, że nadal kocha Maureen i że zawsze będzie ją kochał. Ale nie są w stanie żyć razem. 

Kilka miesięcy temu Maureen znowu pojawiła się na horyzoncie, a Alan zaczął się z nią spotykać coraz częściej. Jakiś 

czas później zaproponował Jane, żeby zostali przyjaciółmi. 

Teraz zastanawiała się, czy użyła tej sprawy jako pretekstu, by znowu się z nim spotkać. Tak, to możliwe. Nie miała się 

do kogo zwrócić. Alan zawsze był spokojny, rozsądny i logiczny. I należał do kilku osób, które wiedziały o traumie, jaką 
Jane przeżyła w dzieciństwie. 

Mieszkał w Genesee, miasteczku położonym na zachód od Denver. Przyjechał dokładnie po trzydziestu minutach mimo 

śniegu. Powiedział, że będzie za pół godziny, a on zawsze dotrzymywał słowa. 

Otworzyła drzwi i czuła, jak serce zaczyna jej bić mocniej. Nie widziała Alana od kilku tygodni. Dobrze wyglądał  w 

puchowej kurtce, na której topniały powoli płatki śniegu. 

Miała ochotę rzucić mu się na szyję, pocałować go, poczuć jego skórę, jego włosy, jego zapach. 
- Jane - powiedział. 
- Witaj. 
Podszedł  bliżej,  ale  tylko  po  to,  żeby  zamknąć  za  sobą  drzwi.  Zdjął  kurtkę  i  powiesił  ją  na  wieszaku,  tym  samym, 

którego zawsze używał. Jane poczuła nagły ból w sercu. Wszystko było tak samo jak dawniej, a jednak zupełnie inaczej. 

- A teraz opowiedz mi wszystko - poprosił, siadając na kanapie. Jakby pięć tygodni temu nie wyszedł z tego mieszkania, 

zostawiając ją samą z propozycją przyjaźni. 

-  Napijesz  się  wina?  -  spytała,  grając  na  zwłokę.  Chciała  zebrać  myśli.  Z  trudem  powstrzymywała  się  od  zadania 

pytania, które miała na końcu języka. Dlaczego, Alan? Co było nie tak? Jak mogłeś mnie opuścić właśnie wtedy, kiedy 
najbardziej cię potrzebowałam? 

Napełniła  dwa  kieliszki  białym  winem,  które  stało  otwarte  w  lodówce.  Wiedziała,  że  będzie  dla  niego  za  słodkie; 

wiedziała też, że Alan jest zbyt uprzejmy, by jej to powiedzieć. 

- Daj spokój, Jane. Nie zadzwoniłaś do mnie, żeby częstować mnie winem. 
Cały Alan: bezpośredni, skupiony. 
Usiadła, przyglądając się różowym odblaskom światła w swoim kieliszku. 
- Caroline była dziś u mnie. 
- Tak, mówiłaś. 
- Zaginęła kolejna dziewczynka. Ten sam schemat. Są przekonani, że to ten sam człowiek. 
- I Caroline chce, żebyś wróciła do pracy. 
- Jestem pewna, że przysłał ją Parker. 
- To do niego podobne. 
- Tak. 
- W porządku. 
- Był z nią inny agent. Jakiś nowy facet, Ray Vanover, który ma poprowadzić tę sprawę. 
- I to z nim miałabyś pracować? 
Jane kiwnęła głową, po czym w końcu oderwała wzrok od kieliszka i spojrzała na Alana. 
- Powiedziałam Caroline, że nie mogę tego zrobić. 
- Domyślam się, że nie przyjęła odmowy? 
- Zgadza się. 
- Sądzisz, że jesteś gotowa na powrót do pracy? 
Jane zagryzła wargi i zacisnęła dłonie w pięści. 
- Nie wiem. 
- Jeśli wrócisz, a nie uda ci się pomóc... 
- Wiem, Alan, wiem. 

background image

 

Pochylił się do przodu. 
-  Uważałem,  że  potrzebujesz  urlopu.  Ulżyło  mi,  kiedy  go  wzięłaś,  wiesz,  ze  względu  na  ciebie.  Powinnaś  przejąć 

kontrolę nad swoim życiem, dla własnego dobra. Rozmawialiśmy o tym. 

Użył określeń „przejęcie kontroli” i „dla własnego dobra”, żeby jej nie zranić. Oboje wiedzieli jednak, że równie dobrze 

mógł  nazwać  rzeczy  po  imieniu.  Jane  była  kłębkiem  nerwów,  nie  potrafiła  pomóc  ani  sobie  samej,  ani  tym  bardziej 
nikomu innemu. 

Opuściła wzrok na zaciśnięte dłonie. 
- Więc uważasz, że to za wcześnie. Że mogłabym tylko... że mogłabym tylko wszystko spieprzyć. 
Alan powoli pokręcił głową. 
- Tylko ty wiesz, czy jesteś już gotowa. 
Cały czas myślała, że postanowił się wycofać, kiedy zdał sobie sprawę, że ona jest bliska całkowitego załamania. Kiedy 

zrozumiał,  jak  głęboki  wpływ  miał  na  nią  gwałt, który przeżyła  w  dzieciństwie,  kiedy zaczął podejrzewać, że stała się 
przez to emocjonalną kaleką. 

A może wszystko było znacznie prostsze? Może ciągle kochał żonę? 
- Ja... ja nie wiem. Nie jestem w stanie nawet myśleć o tym, przez co przechodzi ta dziewczynka... Kirstin Lemke, tak 

się nazywa. Nie mogę myśleć o tym, co on z nią robi. Bo czuję się wtedy tak, jakbym tam z nią była, a on robił to ze mną. 

Alan wyciągnął rękę nad stolikiem do kawy i położył dłoń na jej kolanie. 
- Wiem - powiedział łagodnie. - Właśnie dlatego zawsze miałaś wspaniałe rezultaty w pracy z tymi dziewczętami. 
- On ją gdzieś przetrzymuje, a ja siedzę tu sobie... chociaż  może potrafiłabym  jej pomóc. - Podniosła na niego oczy.  - 

Nie wiem, czy mogę odmówić, Alan. 

- Nad tą sprawą pracuje wiele innych osób, prawda? 
- Oczywiście, ale... 
- Nie tylko ty zajmujesz się sporządzaniem portretów pamięciowych. Caroline znajdzie kogoś innego. 
- Ale ona chce, żebym to ja się tym zajęła. 
- Nie jestem pewien, czy potrafię ci pomóc, Jane. 
- Boże, Alan. - Drżącą ręką podniosła kieliszek do ust. - Ona została porwana spod Snowmass. 
- Tak, wspominałaś o tym. 
- Wiesz, jak stamtąd jest blisko do Aspen? 
- Tak. 
- Musiałabym tam wrócić. Musiałabym spotkać się ludźmi, którzy pracują w biurze szeryfa. Musiałabym... 
- Spotkać się z rodziną - dokończył za nią. 
- Tak. 
-  Jane.  -  Alan  wziął  głęboki  oddech.  -  Może  powinnaś  potraktować  to  jako  swoją  szansę.  Coś,  co  może  okazać  się 

błogosławieństwem, choć teraz tego nie dostrzegasz. Zawsze ci powtarzałem, że w końcu będziesz musiała uporać się z 
tym, co się wydarzyło w twoim własnym życiu. 

- Ale nie teraz. 
- Dlaczego nie? 
- Nie... nie mogę. Nie chcę. Nie jestem gotowa. 
Uśmiechnął się smutno. 
- Nie zawsze możemy wybrać czas, który nam odpowiada. 
- Nie jestem w stanie stawić czoło im wszystkim. 
- A może to właśnie jest najlepszy moment, by stawić im czoło? 
Jane wstała i zaczęła niespokojnie przechadzać się po pokoju. Alan został na miejscu, spokojny, skupiony, rozważny. 

Odgrywał rolę adwokata diabła. 

-  Ten  facet... ten  nowy  agent,  który  poprowadzi  sprawę,  nie  wierzy,  że  mogę  pomóc.  Wyczułam  to.  Pewnie  Caroline 

zaciągnęła go do mnie siłą. 

- Zachowywał się wrogo? 
Jane przystanęła i zastanawiała się chwilę nad tym pytaniem. 
- Nie, niezupełnie. Zachowywał się tak, jakby... nie miał do tego przekonania. 
- I to cię martwi. 
Wzruszyła ramionami. 
- Już nie tak bardzo. 
Kiedyś,  gdy  dopiero  zaczynała  pracować,  była  bardzo  wrażliwa  na  to,  jak  postrzegają  ją  inni.  Próbowała  przekonać 

urzędników, że jej metoda jest skuteczna. Teraz już tak bardzo jej to nie obchodziło, bo wiele razy udowodniła, że jest. 
Choć zawsze znalazł się jakiś sceptyk w rodzaju Raya Vanovera. 

- Ale musiałabyś z nim pracować. 
- Tak. 
Alan podniósł kieliszek i zakołysał nim lekko. 
- Cóż, gdybyś znała agenta, z którym masz współpracować, a on znał twoje osiągnięcia... Może to rzeczywiście nie jest 

dobry moment. 

background image

 

- Już postanowiłam, że odmówię. 
Spojrzał na nią. 
- Więc po co do mnie zadzwoniłaś? 
Jane spojrzała w okno. No właśnie - po co? 
- Chodź tu i usiądź. To dreptanie doprowadza mnie do szaleństwa. 
Westchnęła i usiadła na kanapie. Nie za blisko. Alan postawił kieliszek na stoliku. Nie wypił nawet łyka. 
- W porządku,  więc  zgadzamy się co  do tego, że to  nie  jest  właściwy  moment. I  oboje  wiemy, że  jest  mnóstwo  ludzi 

poza tobą, którzy mogą podjąć się pracy nad tą sprawą. Tak? 

- Tak. 
- Chciałaś wziąć pół roku wolnego, a minął dopiero miesiąc, prawda? 
- Aha. 
- Czujesz, że możesz być w przyszłości bardziej efektywna, jeśli teraz Porządnie odpoczniesz. 
Kiwnęła głową. Boże, tak bardzo chciała wziąć go za rękę, chciała, by ją objął, chciała się do niego przytulić i poczuć 

jego zapach. 

- A ta sprawa wydaje ci się... dość trudna. 
Dość trudna. Nie udało jej się wydobyć żadnych szczegółów z ofiar ani świadków. Nic. Nawet koloru oczu czy wzrostu. 

Mężczyzna, tylko tyle. Mężczyzna w stroju narciarskim, w goglach i czapce. Naprawdę niewiele. 

- Pozwoliłam jej umrzeć, Alan. Mogłam zapobiec tej śmierci, gdybym... 
- Nie jesteś winna śmierci tej dziewczyny, Jane. Daj spokój. 
- Wiem o tym, ale czuję... czuję, że powinnam zrobić coś więcej. - Spojrzała na niego bezradnie. - Dlaczego nie potrafię 

narysować twarzy tego drania? 

- Rozmawialiśmy już o tym. Zapewne dlatego, że ta sytuacja za bardzo przypomina coś, co przydarzyło się tobie. Wiek 

tych dziewczynek i tak dalej. 

- Może nie dość się starałam? Może powinnam tam wrócić i jeszcze raz porozmawiać z ofiarami. Może nie powinnam 

była się poddać. 

Alan potrząsnął głową. 
- Przestań się dręczyć. To prowadzi donikąd. 
- Wiem. Wiem. 
Zrobiło  się  późno.  Alan  był  cierpliwy,  omawiał  z  nią  wszystkie  za  i  przeciw,  pomagał  jej  spojrzeć  na  całą  sprawę  z 

szerszej perspektywy. A jednak jego kieliszek z nietkniętym winem stał między nimi jak szklana ściana. 

O jedenastej Jane postanowiła, że zdecydowanie odmówi udziału w tej sprawie. Ktoś inny pomoże Kirstin Lemke. 
- W porządku - powiedział Alan. - Lepiej się teraz czujesz? Rozjaśniło ci się w głowie? 
- Tak, chyba tak. 
- Lepiej, żebyś była pewna. Caroline ma dużą siłę przekonywania. Myślisz, że zdołasz się jej oprzeć? 
- Tak. 
- Pamiętaj, jeśli teraz dasz sobie trochę czasu, będziesz mogła w przyszłości pomóc wielu ludziom. 
- Oczywiście. - Uśmiechnęła się do niego. - Dziękuję. Dziękuję, że przyjechałeś. Naprawdę mi pomogłeś. 
- Jestem twoim przyjacielem, Jane. Przyjaciele sobie pomagają. 
Przyjaciele. To słowo działało na nią jak czerwona płachta na byka. 
Odwróciła twarz, zastanawiając się, czy zauważył jej reakcję. Pewnie tak. Był bardzo spostrzegawczy. Czy dlatego się 

od niej odsunął? 

Alan  wstał,  zdjął  kurtkę  z  wieszaka  i  narzucił  ją  na  siebie.  Podeszła  z  nim  do  drzwi,  krzyżując  ręce  na  piersi  w 

obronnym geście. 

- Zadzwoń do mnie jutro, chciałbym wiedzieć jak ci poszło. 
- W porządku. 
Objął ją. 
- Bądź silna - szepnął jej do ucha. I pocałował ją. W policzek. Jak brat. 
A potem wyszedł. Jane znowu została sama. Na stoliku stał nietknięty kieliszek białego wina. 

Rozdział 3 

W Aspen śnieg padał przez  całą noc,  nadając starej  górniczej  mieścinie urok świątecznej pocztówki. Lotnisko zostało 

zamknięte  poprzedniego  dnia  z  powodu  burzy,  więc  turyści  mieli  do  wyboru  czekanie  na  zmianę  pogody  albo 
trzystukilometrową jazdę górskimi przełęczami do Denver. 

O  wpół  do  szóstej  rano  ciągle  było  ciemno  jak  w  nocy.  Świeżo  spadły  śnieg  pokrywał  dachy,  płoty  i  nagie  gałęzie 

drzew. Było cicho i spokojnie. Nawet ci, którzy poprzedniego wieczoru balowali do późna, poszli już spać. 

Ciemność rozdarły nagle światła samochodu, w których zamigotały ostatnie płatki śniegu. Była to furgonetka; jej koła 

zostawiały  na  drodze  wyraźny  ślad.  Samotna  furgonetka  z  zardzewiałym  metalowym  pługiem  przymocowanym  do 
przedniego zderzaka sunęła w stronę pierwszego podjazdu, jaki tego dnia należało odśnieżyć. 

Kierowca lubił tę samotną pracę i lubił zimę. Założył okulary i pochylił się do przodu, żeby dojrzeć coś więcej przez 

przednią  szybę.  Szyba  była  pęknięta,  bo  kilka  miesięcy  temu  uderzył  w  nią  kamień,  który  prysnął  spod  opony  innego 
samochodu. 

background image

 

Pogodna  nie  robiła  na  nim  wrażenia,  był  na  nią  uodporniony.  Będzie  odśnieżał  podjazdy,  jeden  po  drugim,  aż  do 

południa. Reszta dnia należy już tylko do niego. 

 
Zadzwonił telefon, wyrywając Jane ze snu. Przewróciła się na bok, jęknęła i sięgnęła po słuchawkę. 
- Halo? - wymamrotała sennie. 
- Jane, to ja. Obudziłem cię? 
Alan. 
- Eee, tak. - Spojrzała na zegarek. Było pięć po dziewiątej. Boże. Jak to możliwe, że tak długo spała? 
- Bardzo cię przepraszam, ale to ważne. 
- To znaczy... co? - Jane usiadła, opierając się o wezgłowie łóżka; serce zaczęło jej bić szybciej. Niewiele brakowało, a 

łzy  napłynęłyby  jej  do  oczu.  Zadzwonił,  żeby  jej  powiedzieć,  że  powinni  spróbować  jeszcze  raz.  Może  wczoraj 
wieczorem uświadomił sobie, jak bardzo mu jej brakuje. 

- Caroline Deutch dzwoniła do mnie dziś rano. 
- Caroline? - Jane była zdezorientowana. Oczywiście, Caroline zna Alana, ale co ona, u diabła, ma wspólnego z... 
- Chciała, żebym z tobą porozmawiał. - Pauza. - O tej sprawie. O Aspen. 
A więc dlatego do niej zadzwonił. Jaką była idiotką, sądząc, że on nadal ją kocha, że... 
- Jane, wiedziałem, że to cię wkurzy. Powiedziałem to nawet Caroline, ale znasz ją. 
- Nie jestem wkurzona. 
- Jasne. 
Podciągnęła kolana pod brodę i pochyliła głowę, kuląc się pod kołdrą. 
- Więc co masz mi powiedzieć? 
-  Posłuchaj,  wiem  jaką  decyzję  podjęliśmy  wczoraj.  To  znaczy,  ty  podjęłaś.  Powiedziałem  Caroline,  że  jeszcze  za 

wcześnie, żebyś wróciła do pracy, i że zgadzam się z tobą co do tego. 

- I? 
- Powiedziałem jej, że Aspen to ostatnie miejsce na ziemi, w którym chciałabyś podjąć pracę. 
- Zapytała dlaczego? 
- Cóż, była ciekawa... 
- Ale ty jej nie... 
- Nie, nie. Powiedziałem tylko, że nie najlepiej układa ci się z rodziną.. 
- Delikatnie mówiąc - mruknęła Jane. 
- Co mówiłaś? 
- Nic. 
- Jane, wiesz, że nie dzwoniłbym do ciebie, gdybym nie uważał, że... że to ważne. 
Oczywiście, że nie, pomyślała. 
- Jane? 
- No dalej, powiedz wreszcie, o co chodzi. 
-  Caroline  powiedziała  mi,  że  temu  drugiemu  portreciście  też  się  nie  udało.  W  Aspen  jest  dwóch  świadków,  dwie 

dziewczynki, ale z żadnej nie zdołał nic wyciągnąć. Caroline uważa, że powinnaś spróbować jeszcze raz. 

- Czy to był Ed Staley? 
- Kto? 
- Ten portrecista, któremu... 
- Och, nie wiem. 
- Tak tylko pytałam. 
-  Caroline  chce,  żebyś  porozmawiała  z  tymi  dziewczynkami.  Sądzi,  że  tobie  może  się  udać.  Istnieje  szansa,  że  ten 

człowiek wreszcie będzie miał twarz. 

- Ale, Alan, do cholery... Więc jak mam rozumieć to, co powiedziałeś wczoraj wieczorem? 
- Wiem, co ci powiedziałem. Myślę, że się myliłem. W porządku? Zmieniłem zdanie. 
- Caroline jest jak czołg. Miażdży ludzi, chce... 
- Ona ma rację, Jane. Przykro mi, ale muszę przyznać, że się z nią zgadzam. Ktoś taki jak ty mógł ocalić Nicole. Może 

dzięki tobie inni rodzice nie będą musieli przechodzić przez to, przez co przechodziliśmy ja i Maureen. 

Jezu. Atakował z obu stron, aż w końcu wymierzył ostateczny cios. Poniżej pasa. 
Jane zacisnęła palce na słuchawce. 
 
Ray  Vanover  przyjechał  po  Jane  w  południe.  Czekała  pod  domem  przy  Larimer  Street,  z  małą  torbą  podróżną  i 

skrzynką na przybory do rysowania w ręce i czarną torebką na ramieniu. W pierwszej chwili jej nie poznał, bo miała na 
sobie  długi  wełniany  płaszcz  i  wysokie  czarne  buty,  a  włosy  związała  w  ciasny  węzeł  z  tyłu  głowy.  Zupełnie  nie 
przypominała kobiety, która otworzyła drzwi z rozpuszczonymi jasnymi włosami, w dżinsach, luźnej flanelowej koszuli i 
skarpetkach w czerwone jabłuszka. 

- Zatrzymaj się tu - powiedział do Phila, agenta, który odwoził ich na lotnisko. 
- To ona? - spytał Phil. - Niezła. 

background image

 

Jane była atrakcyjna, raczej przystojna niż ładna. Prosty nos, pełne usta, wysokie kości policzkowe. Niebieskie oczy i 

pięknie  zarysowane  brwi  nieco  ciemniejsze  od  włosów.  Ray  zauważył,  że  jest  szczupła  i  bardzo  wysoka;  miała  co 
najmniej metr siedemdziesiąt pięć, a w butach na wysokim obcasie pewnie ponad metr osiemdziesiąt. Prawie tyle co on. 
Niechętnie przyznał przed samym sobą, że z powodu jej wzrostu poczuł się trochę nieswojo. 

Kobieta z darem. 
Po wczorajszej krótkiej rozmowie uznał, że nie zechce z nim współpracować. Powiedziała to całkiem wyraźnie. 
On też nie palił się do tej współpracy. Nie była z FBI, była wolnym strzelcem; a Ray nie ufał cywilom sprzedającym 

swoje usługi FBI. Lepiej, kiedy wszystko zostaje „w rodzinie”, gdzie każdy dokładnie zna reguły gry. 

Ale ni stąd, ni zowąd jakiś facet nazwiskiem Gallagher zdołał namówić Jane Russo, żeby jednak zainteresowała się tą 

sprawą.  Gallagher  był  znanym  i  szanowanym  działaczem  na  rzecz  praw  dzieci,  od  czasu  gdy  pięć  lat  temu  jego 
nastoletnia córka została zamordowana. 

A kim był Alan Gallagher dla panny Jane Russo? Dlaczego miał na nią taki duży wpływ? 
Phil zatrzymał się przy krawężniku i Ray wysiadł z samochodu. 
- Cześć - powiedziała Jane z chłodnym półuśmiechem. Wydawała się niepewna, trochę skrępowana. 
- Wsiadaj. Phil podrzuci nas na lotnisko. 
Usiadła na tylnym siedzeniu, zgrabnie podciągając długie nogi. Powinien chyba zaproponować, żeby usiadła z przodu. 
- Phil McEachen, Jane Russo. 
- Miło mi. - Phil odwrócił się i błysnął szerokim uśmiechem, który zirytował Raya. 
W drodze na międzynarodowe lotnisko Denver rozmawiali niewiele. Jeśli Jane wyczuwa jego niechęć, trudno. Uważał 

ją za zbędny bagaż. 

Jak ten Gallagher zdołał ją przekonać?  A  może skłonił ją  do tego  ktoś  inny? Tak czy  inaczej,  ktoś  ją namówił,  żeby 

wzięła tę sprawę. Sprawę, do której miała już trzy chybione podejścia. W Mammoth w Kalifornii, i w Snowbird i w Park 
City w Utah. 

Gdzie ten jej dar? 
Phil  wysadził  ich  przed  terminalem  zwieńczonym  białym  dachem,  którego  kształt  nawiązywał  do  rysującej  się  na 

horyzoncie panoramy gór. 

Przeszli przez bramkę, pokazując dokumenty. Ray okazał też pozwolenie na broń. Zauważył, że Jane odwróciła wtedy 

wzrok. 

Nie lubi takich rzeczy, pomyślał. Chce tylko rysować swoje portrety. 
Krótki lot do Aspen nie należał do przyjemnych ze względu na pogodę. Ostre, poszarpane szczyty gór lśniły w słońcu. 

Doliną wiła się autostrada międzystanowa. Przelecieli nad Continental Divide i samolot zaczął obniżać pułap, nurkując w 
warstwie pierzastych chmur. 

Jane  siedziała  przy  Rayu.  Próbowała  z  nim  rozmawiać,  nawiązać  kontakt.  Pewnie  tak  jak  to  robiła  z  osobami,  które 

przesłuchiwała, pomyślał. Okazał absolutne minimum uprzejmości. Czuł, że zachowuje się beznadziejnie. Może dlatego 
że  była  cholernie  atrakcyjna,  z  tymi  długimi  nogami,  wyrazistą  twarzą  i  błękitnymi  oczami,  które  patrzyły  prosto  i 
szczerze, bez żadnych uników. 

- Trochę się denerwuję - powiedziała. 
- Z powodu lotu? 
- Nie, nie. - Uśmiechnęła się. - Nie o to chodzi. Dużo latam po całym kraju. Tylko że... Nie byłam w domu... to znaczy 

w Aspen... od wielu lat. 

- Ciągle masz tam rodzinę? 
- Tak. - Zagryzła dolną wargę. Zauważył już, że często to robiła. 
Pewnie chciała, żeby ją zapytał, czym się denerwuje, żeby z nią porozmawiał, ale nie był w nastroju. 
Kiedy dała sobie spokój i ukryła twarz za gazetą, uświadomił sobie nagle, że dotyka palcami blizny obejmującej szyję i 

część ramienia. Nowa tkanka jasnoróżowa i napięta, przez wiele miesięcy utrudniała mu zginanie łokcia. 

W ubiegłym roku lekarze powiedzieli mu, że blizny z czasem zbledną. Zaproponowali też kolejne operacje plastyczne. 
Nie, dzięki. 
Doszedł  do  wniosku,  że  blizny  nie  mają  dla  niego  większego  znaczenia.  Do  diabła,  miał  trzydzieści  siedem  lat,  już 

dawno zostawił za sobą młodzieńczą próżność. I tak może się uważać za szczęściarza, że w ogóle przeżył, a po wypadku 
zostało  mu tylko parę blizn. Jednak tego  dnia czuł się dziwnie skrępowany. Cieszył się, że  jest zima  i ręce  ma zakryte 
długimi rękawami. Zauważyła. Oczywiście, że zauważyła. Widział, jak szybko odwróciła oczy. Widział w nich pytania. 
Cóż, to nie jej sprawa. 

- Czy to boli? - Usłyszał nagle. 
Opuścił dłoń, trochę zbyt gwałtownie. 
- Boli? 
- Ta blizna. 
- Nie, nie boli - odparł i odwrócił głowę do w okna. Nie odezwał się aż do lądowania. 
Na lotnisku przywitał ich zastępca szeryfa Pitkin County. Był to zaszczyt, który rzadko spotykał agentów federalnych. 

Zazwyczaj  sami  musieli  zorganizować  sobie  transport.  Zastępca  szeryfa  przedstawił  się  Rayowi  jako  Bernie,  po  czym 
uśmiechnął się szeroko do Jane i uściskał ją serdecznie. 

background image

 

10 

- Zgłosiłem się  na ochotnika, kiedy usłyszałem, że trzeba pojechać po ciebie  na lotnisko. Witaj  w domu. Długo cię tu 

nie widzieliśmy. 

- To prawda - przyznała. 
Najwyraźniej dobrze się znali. I nic w tym dziwnego. W końcu Jane tu spędziła dzieciństwo. Ale Rayowi nie podobał 

się fakt, że zastępca szeryfa przyjechał po nich z jej powodu. 

No, dość tych powitalnych uprzejmości. 
- Czy Sid Reynolds kontaktował się z wami? 
- Agent z Glenwood Springs? - spytał Bernie. 
- Tak. 
- Już przyjechał. 
- Dobrze. 
Ray dzwonił wczoraj do Sida z Denver z prośbą o pozwolenie na pracę w rejonie objętym przez agencję z Glenwood 

Springs, leżące sześćdziesiąt kilometrów od Aspen. Była to formalność, ale z rodzaju tych, których nie wolno zaniedbać. 
Wszystko zgodnie z protokołem. 

- Są jakieś nowe ślady? - spytała Jane, kiedy usiedli w samochodzie, Ray z tyłu, ona obok zastępcy szeryfa. 
- Żadnych. 
- Świadkowie? 
- Ciągle kiepsko. 
- Tak myślałam. 
- Chcielibyśmy dorwać tego faceta - powiedział Bernie, wyjeżdżając z lotniska. 
- Nie tylko wy - odparła. 
Ray nigdy nie był w Aspen; przeprowadził się do Denver zaledwie kilka tygodni temu. Opuścił centrum wydarzeń dla 

nudy  prowincji.  Agenci  federalni  mogli  zajmować  się  najwyżej  napadami  na  banki  czy  porwaniami  samochodów  na 
autostradach. Zwykle nudzili się, rozpracowując drobnych handlarzy narkotyków i fałszerzy dzieł sztuki. Oczywiście po 
11 września  nawet  w Denver  wszyscy zostali postawieni  w stan  gotowości.  Ale Ray przywykł  do  innych zadań, kiedy 
pracował  w  Seattle,  na  wybrzeżu  i  tak  blisko  granicy  z  Kanadą.  Tyle  że  Seattle  oprócz  zalet  miało  też  wady.  Bardzo 
poważne. 

- Gdzie się zatrzymasz, Jane? - spytał Bernie. 
- Chyba u siostry. 
Raya  to  zastanowiło,  czyżby  ona  nie  powiadomiła  nikogo  o  swoim  przyjeździe?  Wiedział,  że  budżet  Agencji  nie 

obejmował  wydatków  na  hotel  dla  niej.  A  do  Bożego  Narodzenia  został  tylko  tydzień.  Aspen  jest  już  pewnie  pełne 
turystów. 

- Podjechać najpierw do Gwen, żebyś mogła zostawić torbę? 
- Tak, chyba tak. Nie będzie ich teraz w domu - powiedziała z ulgą. 
Na rondzie Bernie skręcił w drogę biegnącą między górami. Po prawej stronie było mnóstwo wyciągów narciarskich, a 

po lewej stojących na zboczach domów. Przed nimi rozciągał się kolejny kurort, ale Bernie skręcił, zanim tam dojechali. 

Zatrzymali  się  przed  ładnym,  dwupiętrowym  domem  z  drewna  i  kamienia,  który  w  niczym  nie  przypominał 

pretensjonalnych rezydencji, o jakich słyszał Ray 

- Zaraz wracam - powiedziała Jane. 
Czy ludzie nie zamykają tu domów na klucz? - zastanawiał się Ray. Chyba nie, bo Jane po prostu otworzyła frontowe 

drzwi i weszła do środka. Wróciła po pięciu minutach. 

- Zostawiłam im wiadomość - powiedziała do Berniego. - Napisałam, że mogę być późno. 
- Tak, to możliwe - przyznał. Po chwili spytał: - Widziałaś nową szkołę? 
- Nie, ale o niej słyszałam - odparła. 
- To tu. Ach, szkolne czasy. Trudno uwierzyć, że to miasto tak się rozrosło. 
- Ładny budynek - powiedziała Jane, wyglądając przez okno. 
- Nie brakuje ci tego? 
Cisza. Ray wyczuł, że Jane zesztywniała. 
- Nie bardzo - odparła w końcu. 
Dojazd do biura szeryfa zajął im ledwie kilka minut. Ray leniwie przyglądał cię staremu górniczemu miasteczku, które 

zmieniło  się  w  narciarski  kurort.  przy  obsadzonej  drzewami  głównej  ulicy  stały  urocze  wiktoriańskie  kamienice  i 
staroświeckie  latarnie.  Kilka  lokalików  -  Christmas  hm,  Molly  Gibson  -  wszystkie  bardzo  przytulne,  z  atmosferą 
nawiązującą do  lat sześćdziesiątych. po prawej, nad pokrytymi śniegiem  dachami  dostrzegł trasy narciarskie, lśniące  w 
popołudniowym słońcu, i zjeżdżających nimi narciarzy. 

Biuro szeryfa mieściło się na parterze budynku sądu, imponującej kamienicy z czerwonej cegły. Znajdował się tam też 

departament  policji.  Wszędzie  było  mnóstwo  ludzi,  w  związku  z  zaginięciem  Kirstin  Lemke.  W  takich  sytuacjach 
przywiązywano wielką wagę do współpracy policji, agencji federalnych i biura szeryfa. Nie było miejsca na postawy typu 
„to mój teren” rodem z filmów akcji. Policja znała rejon i mieszkających tu ludzi. Federalni znali zasady i hierarchię. Ray 
nie wiedział tylko, gdzie w tej hierarchii jest miejsce Jane Russo. I właściwie niewiele go to obchodziło. 

Na podłodze leżało mnóstwo kabli od dodatkowych linii telefonicznych. W biurach było bardzo głośno, ludzkie głosy 

background image

 

11 

mieszały się z dzwonkami telefonów i szumem komputerów. W holu na ścianie wisiała wielka tablica, zapisana datami, 
godzinami  i  numerami telefonów. Po  korytarzach biegali policjanci  i ludzie szeryfa, a przy biurku siedziała sekretarka, 
która rozmawiała przez telefon i notowała coś szybko ze zmarszczonymi brwiami. 

Pełno gniewu i wrzasku, które prawdopodobnie nic nie znaczą, pomyślał Ray. Nie mieli się czego uchwycić. 
Agent  specjalny  Sid  Reynolds  z  Glenwood  czekał  w  biurze  szeryfa.  Był  to  potężny  mężczyzna  o  surowej  twarzy  i 

gęstych czarnych brwiach. Ray nie miał okazji wcześniej się z nim spotkać, rozmawiał z nim tylko przez telefon. 

Przedstawił mu Jane. Sid kiwnął głową. 
- Słyszałem o pani pracy - powiedział. 
- Dobrze czy źle? - spytała z uśmiechem. 
- Dobrze. 
Czy wszyscy oprócz niego słyszeli o Jane Russo? 
- Hej, Vanover, widzę, że w końcu się zjawiłeś - rozległ się głos w drzwiach. 
Był to Bruce Dallenbach z biura w Denver. 
- Witaj, Bruce. Jak leci? 
Ale Bruce już na niego nie patrzył. 
- No, no, przecież to Jane Russo - powiedział, uśmiechając się szeroko. - Słyszałem, że masz przyjechać. 
- Cześć, Bruce - powitała go Jane. Wyciągnął do niej ramiona, a ona podeszła i objęła go. 
Więc Bruce’a też zna. 
Szeryf Kent Schilling również zaliczał się do jej znajomych, podobnie jak dwaj jego zastępcy i jeden z policjantów. Ray 

uznał, że sytuacja robi się absurdalna. 

- Więc przywiozłeś Jane do domu - powiedział Schilling do Raya. - Najwyższy czas. 
Szeryf,  wysoki  mężczyzna  z  kręconymi  włosami  i  przerwą  między  przednimi  zębami,  uściskał  Jane,  ona  jednak 

wysunęła się z jego objęć. Grzecznie, ale stanowczo. 

- Jestem tu w pracy, Kent - powiedziała z chłodnym uśmiechem. 
- Mama wie, że przyjechałaś? 
- Jeszcze nie. 
- Ucieszy się. 
- Hm... 
- A tata? 
- Ojczym - poprawiła go dość ostro. 
- Cóż, to już tyle lat, że zapomniałem. Co u Rolanda? 
- Właściwie, eee... nie utrzymujemy ze sobą kontaktu. Jestem bardzo zajęta, wiesz, jak to jest. 
-  No  tak,  dziewczyna  z  wielkiego  miasta  -  zażartował  Schilling,  nie  dostrzegając  irytacji  Jane,  którą  Ray  natychmiast 

wyczuł. 

O co tu chodzi? Czy to z powodu Schillinga Jane nie przyjeżdżała do Aspen? A może z powodu swojego ojczyma? 
-  No  cóż,  pozdrów  ode  mnie  Rolanda.  I  mamę  też.  Powinniśmy  się  spotkać.  Zwłaszcza  teraz,  kiedy  przyjechałaś  do 

domu. 

-  Chciałbym  porozmawiać  o  sprawie,  jeśli  nie  macie  nic  przeciw  temu  -  wtrącił  Ray,  starając  się  ukryć 

zniecierpliwienie. 

- Jasne, jasne. 
- Może usiądziemy i przejrzymy wszystko, co macie? Chciałbym też zobaczyć kopie wszystkich raportów i analiz. 
- Niewiele mamy, jeśli chodzi o analizy - powiedział Schilling. - Właściwie nic. 
- Świadkowie? 
- Dwie młode dziewczyny. Niewiele udało się z nich wyciągnąć. - Schilling uśmiechnął się do Jane - Ale Jane na pewno 

się uda. 

Usiedli przy stole,  który z trudem  mieścił się  w pokoju: Schilling i  jego zastępca Frank Keane, Sid Reynolds, Bruce 

Dallenbach, Ray i Jane. Jeśli Jane, jako jedyna kobieta w tym gronie, czuła się niezręcznie, nie dała tego po sobie poznać. 
Ale z pewnością nie czuła się swobodnie w towarzystwie szeryfa, choć on wydawał się szczerze ucieszony jej widokiem. 
Nawet więcej niż ucieszony. 

-  Kirstin  Lemke  -  zaczął  Schilling,  kładąc  na  stole  kopie  raportów  dotyczących  zaginionych  osób  i  fotografię  Kirstin. 

Długie ciemne włosy spięte w kucyki, okulary, szeroki uśmiech. - Dwanaście lat. Urodzona trzeciego lutego 1992 roku. 
Sto  sześćdziesiąt  trzy  centymetry  wzrostu,  pięćdziesiąt  dziewięć  kilo  wagi,  oczy  i  włosy  brązowe.  Zamieszkała  przy 
Medicine  Bow  Road  224,  Brush  Creek  Village.  Widziana  ostatnio  trzy  dni  temu,  kiedy  wraz  z  dwiema  koleżankami 
czekała na parkingu Fanny Hill na autobus, który miał je zawieźć na miejsce, z którego miała je odebrać matka Kirstin, 
Suzanne. Koleżanki mówią, że Kirstin nagle gdzieś zniknęła. Jakiś mężczyzna przejeżdżający obok furgonetką zapytał ją 
o  drogę.  Kirstin  oddaliła  się,  żeby  pokazać  mu  kierunek,  wtedy  widziały  japo  raz  ostatni.  Wydaje  im  się,  że  ten 
mężczyzna  miał  na  sobie  strój  narciarski.  Mógł  być  jednym  z  tysięcy  narciarzy,  którzy  byli  tego  dnia  na  Snowmass. 
Czapka, sportowa kurtka, gogle wsunięte na głowę. Okulary. - Wzruszył ramionami. - Niewiele. 

-  To  już  trzeci  dzień  -  powiedział  Ray.  -  Wiemy,  że  Jennifer  Weissman  przeżyła  nieco  ponad  tydzień,  a  dwie  inne 

dziewczynki - spojrzał  na raport - jedna z Mammoth  w Kalifornii  i  druga ze Snowbird  w  Utah, zostały  wypuszczone.  - 

background image

 

12 

Spojrzał na siedzących przy stole mężczyzn - Być może mamy jeszcze tydzień na odnalezienie Kirstin. A może nie. 

-  Posłuchaj  -  rzekł  Schilling  -  jeśli  ten  sukinsyn  jest  w  hrabstwie,  znajdziemy  go.  Dolina  nie  jest  taka  znowu  wielka. 

Gdyby  udało  nam  się  zdobyć  rysopis  tego  faceta,  moglibyśmy  ruszyć  od  razu,  postawić  całe  Pitkin  County  w  stan 
gotowości. 

- Wszystko bardzo pięknie, ale potrzebujemy dowodów. Czegoś, czego moglibyśmy się uchwycić. Samochodu, twarzy, 

czegokolwiek.  Faceta,  który  dziwnie  się  zachowuje.  Albo  faceta,  który  jest  nowy  w  mieście  -  Powiedział  Bruce 
Dallenbach. - Sprawdziliście wszystkie okoliczne programy dotyczące dzieci, w których ktoś taki mógłby pracować jako 
ochotnik - Bruce Dallenbach wiedział, tak jak cała reszta, że pedofile często pracują z dziećmi, jakby odczuwali potrzebę 
bliskości z nimi, po to by Później tym bardziej móc je zranić. 

- To było proste - odparł Schilling. - Tyle tylko, że wszyscy nowi wolontariusze to kobiety. 
- Nauczyciele? Trenerzy? 
- Pracujemy nad tym - powiedział Keane. 
- Uprowadzenie przez jednego z rodziców? Ojciec, który nie mieszka z rodziną? 
- Nic z tych rzeczy. Rodzice mieszkają razem. 
-  Może  Kirstin  była  dzieckiem  sprawiającym  problemy?  -  spytał  Ray.  -  Może  uciekała  z  domu,  ukrywa  się  przez 

rodzicami, żeby zwrócić ich uwagę? 

- Rodzice twierdzą, że była dobrym dzieckiem - odparł Schilling. 
- Ma chłopaka? Teraz dzieciaki wcześnie zaczynają - odezwał się Reynolds. 
- Nie. Bardziej interesowała się siatkówką i swoim koniem niż chłopcami. 
- W porządku, musieliśmy o to zapytać - wyjaśnił Dallenbach. - Więc zostaje porwanie. 
-  Przez  niezidentyfikowanego  obcego  mężczyznę,  tak  jak  w  trzech  poprzednich  przypadkach  -  wtrącił  Ray.  - 

Mężczyzna, ubrany  jak  narciarz, porywa  dziewczynkę pod  koniec  dnia z parkingu, skąd  łatwo szybko zniknąć. Używa 
noża, żeby zastraszyć ofiarę. Dba, żeby nie pokazać ofierze twarzy. Wiemy, że lubi zimowe kurorty. I młode dziewczęta. 
Wysokie,  z  długimi  ciemnymi  włosami  i  w  okularach.  -  Ray  potarł  kark.  -  Mamy  więc  do  czynienia  z  pedofilem  o 
skłonnościach sadystycznych, który porywa, a następnie morduje swoje ofiary. Wiemy, że kiedy ofiara jest nastolatką, a 
nie  małym  dzieckiem,  sprawca  na  ogół  nie  jest  członkiem  rodziny,  często  jest  mężczyzną!  zazwyczaj  powoduje  nim 
motyw  seksualny.  Brak  wystarczającej  liczby  danych,  żeby  stworzyć  jakiś  profil  według  kryteriów  geograficznych, 
możemy jednak założyć, że porusza się samochodem, więc może uderzyć gdziekolwiek. 

- To ciągle bardzo mało - stwierdził Schilling. 
- Nasz ekspert sugeruje, że sprawca może nosić okulary - powiedział Sid Reynolds. - Wiem, to tylko przypuszczenie. 
-  Mamy  więc  pedofila,  który  jeździ  na  nartach,  prawdopodobnie  ma  samochód  i  być  może  nosi  okulary  -  mruknął 

Dallenbach. - No, no. 

- Świadkowie? - spytał Ray. 
-  Melanie  Steadman  i  Crystal  Brenner  -  odparł  Schilling.  -  Trzynastolatki.  Są  w  szoku  -  wzruszył  ramionami.  - 

Przesłuchaliśmy je. Portrecista Staley też z nimi rozmawiał. 

- Możemy je tu sprowadzić? - spytał Ray. - Jane mogłaby spróbować coś z nich wydobyć. 
- Jasne. Mogę zadzwonić... - zaczął Schilling. 
- Nie - przerwała mu Jane. - Byłoby lepiej, gdybym mogła się z nimi spotkać w ich domach. 
- Dlaczego? - Ray uniósł brew. 
- Chciałabym, żeby czuły się bezpieczne, w znajomym otoczeniu. - Potrząsnęła głową. - Nie tutaj. Tu będą śmiertelnie 

przerażone. 

Spojrzał na nią, zaskoczony. Co, do diabła? 
-  Powinny  zostać  przesłuchane  w  domu  -  upierała  się  Jane,  która  zauważyła  jego  reakcję.  -  W  przeciwnym  razie  to 

będzie strata czasu. 

- Jak chcesz - odparł. Znowu udało jej się go zirytować. Ten domniemany dar, przyjacielskie stosunki z facetami, którzy 

dla niego byli całkowicie obcy. - Zawiozę cię do nich. 

- Nie, jeśli nie zmienisz postawy - powiedziała Jane chłodno. 

 

Rozdział 4 

Wiem,  że  w  biurze  teraz  z  tym  krucho  -  powiedział  szeryf.  -  Więc  pomyślałem  sobie,  że  moglibyście  korzystać  z 

jednego z naszych samochodów. 

Jane była zaskoczona szybkością, z jaką Ray przyjął tę propozycję. 
- Dziękuję, szeryfie, to nam bardzo pomoże. Macie coś nierzucającego się w oczy? 
- Owszem. Biały ford, stoi od frontu. Nie ma koguta, tylko logo departamentu po obu stronach. 
- To wystarczy. Dziękuję. 
Kent  przyniósł  kluczyki  i  dokumenty  wozu.  Jane  przysłuchiwała  się  rozmowie.  Nic  nie  mówiła,  starając  się 

skoncentrować  na  czekającym  ją  zadaniu.  A  nie  było  to  łatwe.  Przede  wszystkim  była  w  Aspen,  pełnym  topniejącego 
śniegu,  otulonym  nisko  wiszącymi  chmurami,  przez  które  właśnie  zaczęło  przebijać  światło.  Wspaniałe,  jasne  słońce, 
nawet w grudniu. Ale wkrótce schowa się za górami, o tej porze roku trzeba włączać światła już Przed piątą. 

Znajomy  teren.  A  jednak  od  czasów  jej  dzieciństwa  zaszło  tu  wiele  zmian.  Me  miała  mieszane  uczucia.  Otaczały  ją 

background image

 

13 

twarze znane z przeszłości. Niektóre budziły miłe wspomnienia, na przykład Bernie. Inne budziły raczej niepokój. Szeryf. 
Kent Schilling był przyjacielem jej ojczyma. I jej przyjacielem, czyż nie? 

Kent pokazywał przez okno czekający na zewnątrz samochód. Jane wpatrywała się w niego, usiłując dociec, czy... 
- Idziemy? - spytał Ray. 
- Tak, tak, jasne. - Jane otrząsnęła się z zadumy. - Wezmę tylko moje rzeczy. 
Mogła  się  wcześniej  przebrać.  Włożyć  sprane  dżinsy  i  sweter.  Ale  tylko  wrzuciła  torbę  do  domu  siostry,  spiesznie 

nabazgrała list - Gwen będzie bardzo zaskoczona tą nieoczekiwaną wizytą - i wybiegła. 

- Wiesz, jak dojechać do Melanie Steadman? - spytał Ray, kiedy wyszli z budynku. 
Melanie. Przyjaciółka Kirstin Lemke, świadek jej porwania. Tak. Skup się, Jane. 
- Szeryf mówił, że przy Cemetery Lane czternaście zero trzy - ciągnął Ray. 
- Tak, wiem, gdzie to jest. Musimy kawałek zawrócić. 
- To daleko? 
- Nie, parę kilometrów. 
Ray  otworzył  przed  nią  drzwi  i  zaczekał,  aż  usiądzie.  Jaki  kulturalny,  pomyślała.  Otwiera  drzwi  samochodu  przed 

kobietą. Ale w głębi duszy czuła, że Ray nie wierzy w jej talent ani umiejętności. 

Wyjechali z Main Street i utknęli w korku. W sezonie późnym popołudniem zawsze były tu korki. Ludzie wracający z 

pracy, tabuny turystów jadących ze stoków do pensjonatów i  hoteli albo po prostu zwiedzających  okolicę. Ciężarówki, 
walce i dźwigi. Jak zawsze. W dolinie ciągle coś budowano albo wyburzano. Był to jeden z mniej przyjemnych aspektów 
napływających pieniędzy z turystyki. 

-  Schilling  uprzedził  Steadmanów  o  naszym  przyjeździe  -  odezwał  się  Ray,  niecierpliwie  przebierając  palcami  na 

kierownicy. - Czy tu zawsze są takie korki? 

- Zawsze po południu. Rano więcej samochodów jedzie w drugą stronę, do miasta. 
Samochody wlokły się za pługiem, który mrugał błękitnym światłem. 
-  Skręć  tutaj.  -  Jane  przypomniała  sobie  krótszą  drogę.  -  Wąską  drogą,  po  drugiej  stronie  strumienia.  Przydałby  się 

napęd na cztery koła. Przy tej pogodzie nawierzchnia może być bardzo... 

- Domyślam się - przerwał jej. 
- Świetnie - mruknęła. Skup się. Nie pozwól, żeby zalazł ci za skórę. Wiedziała, że musi skoncentrować się na Melanie. 

Musi zrobić wszystko, żeby Melanie czuła się swobodnie. 

A jednak zerknęła z ukosa na Raya. Przystojny jak diabli. Miał na sobie brązową skórzaną kurtkę, gruby golf i sztruksy. 

Mimo  swobodnego  stroju  wydawał  się  chłodny  i  zdystansowany.  Nieprzyjemny.  Czy  zawsze  taki  był?  Czy  może  te 
blizny dotarły aż do jego duszy? 

Tak czy inaczej, to nie jej problem. 
- Skręć tutaj - wskazała dłonią. - To Cemetery Lane. 
- Ładna ulica. Ta nazwa do niej nie pasuje. 
- To prawda. Ale, za tymi drzewami jest cmentarz. Leżą tam krewni i przyjaciele wszystkich mieszkańców miasta. 
Łącznie z moim ojcem, dodała w myślach. 
- To chyba tamten dom po prawej. Albo następny. Nie widzę stąd numerów. 
- Tak, to ten - powiedział Ray, wyciągając szyję. - Czternaście zero trzy. - Zatrzymał samochód. - Dasz radę wysiąść w 

tym śniegu? Bo mogę trochę cofnąć... 

- Nie ma potrzeby. W porządku. - Ale jego postawa nie była w porządku. Jane niemal namacalnie czuła jego niechęć i 

powątpiewanie. To się nigdy nie uda. 

Ray zaczął otwierać drzwi. 
- Zaczekaj chwilę - zatrzymała go. 
Spojrzał na nią przez ramię. 
- Musimy porozmawiać. 
- Musimy przesłuchać świadka - odparł chłodno. 
Ale Jane potrząsnęła głową. 
- Nie ufasz mi, a ja nie mogę wykonywać swojej pracy w takiej atmosferze. Nie wiem, jaki masz problem, ale wiem, że 

muszę  wejść  do  tego  domu  rozluźniona  i  spokojna.  Za  chwilę  będę  próbowała  wniknąć  w  umysł  młodej  dziewczyny, 
która jest teraz prawdopodobnie przerażona i zraniona. Jej przyjaciółka zniknęła. Te dziewczęta to nastolatki. Oglądają 
telewizję i filmy pełne przemocy. Nie są głupie. Melanie wie, co jest stawką w  tej grze. Ja muszę sprawić, żeby poczuła 
się bezpieczna. 

- Bezpieczna. 
-  Tak  bezpieczna.  W  przeciwnym  razie  nie  dopuści  mnie  do  siebie.  Tak  jak  tego  portrecisty,  którego  wcześniej 

przysłałeś. 

- To Parker go przysłał. 
-  W  porządku.  Nieważne.  Twój  szef  go  przysłał.  Ty  jesteś  nowy  w  tej  sprawie  i  w  Kolorado.  Wiem  o  tym.  Może 

wolałbyś być gdzie indziej. Ale ze względu na dobro Kirstin Lemke nie utrudniaj mi pracy, proszę. 

W samochodzie zapanowała ciężka atmosfera. Ray milczał. 
- Posłuchaj - odezwała się wreszcie Jane, łagodnym, miękkim tonem. - Ed Staley mógł zamglić wspomnienia Melanie, 

background image

 

14 

kiedy próbował coś narysować. Nie wiem. Ale wiem, że to przesłuchanie zabierze sporo czasu. Może wiele godzin. 

- Cholera. 
- Właśnie  o tym  mówię,  o twojej postawie.  - Jane wzięła głęboki  oddech. - Ray, ja pracuję trochę inaczej. Rysownicy 

policyjni  zazwyczaj  komponują  portrety  pamięciowe  z  fragmentów  różnych  twarzy,  które  mają  w  książkach.  Ale  taki 
portret jest dwuwymiarowy i szczerze mówiąc, rzadko przypomina normalną istotę ludzką. 

- Twoim zdaniem. 
-  Tak,  moim  zdaniem.  Rysownicy  korzystają  z  książki,  która  zawiera  fragmenty  twarzy  o  różnych  rysach,  i  usiłują  je 

stopić w jedną całość. Ale zazwyczaj chybiają celu. 

- Mów dalej. 
- Widziałeś moje prace? 
- Nie. 
- O to właśnie chodzi. 
- To znaczy o co, Jane? 
- O twoje wątpliwości. Sceptycyzm. 
- No cóż. 
- Jesteś sceptyczny. 
- Czy my się teraz kłócimy? 
- Owszem. 
- A mówiłaś, że musisz się wyluzować. 
Jednak zdołał wyprowadzić ją z równowagi. Cholera. Znowu zapadła cisza, ciężka i pełna napięcia. 
Przymknęła oczy i odetchnęła głęboko. 
-  Jestem  naprawdę  dobra  w  tym,  co  robię.  To,  co  ty  o  tym  myślisz,  nie  ma  znaczenia.  Po  prostu  spróbuj  sobie 

wyobrazić,  że  twarz  tego  człowieka,  twarz  mordercy,  albo  jakikolwiek  inny  szczegół,  został  odciśnięty  w  umyśle 
Melanie. Wspomnienia można przywrócić, odzyskać. Zamierzam wejść do tego domu i spróbować to zrobić. - Otworzyła 
drzwi. - Mam tylko nadzieję, że Staley za bardzo nie namieszał. 

- Możliwe - powiedział Ray, otwierając drzwi po swojej stronie - że Melanie nie widziała tego człowieka. 
Jane wysiadła i znalazła się w zaspie sięgającej ponad cholewki jej butów. Wspaniale. 
- Jestem pewna, że coś jednak widziała - powiedziała do Raya nad dachem samochodu. - Zawsze coś widzą, czy zdają 

sobie z tego sprawę, czy nie. 

Byli już niemal pod frontowymi drzwiami, kiedy Ray położył dłoń na jej ramieniu. 
- Już wcześniej próbowałaś wydobyć twarz tego człowieka od świadków, prawda? - spytał. 
O Boże, pomyślała. 
- I nie udało ci się - ciągnął Ray. - Zanim tam wejdziemy, chciałbym dać ci jedno pytanie. Czy jest coś, co powinienem 

wiedzieć o tobie i tej sprawie? 

Jane poczuła ucisk w gardle. Nie może powiedzieć mu prawdy. Jak mogłaby powiedzieć zupełnie obcemu człowiekowi, 

że od prawie dwudziestu lat twarz jej oprawcy nie chce wypłynąć na powierzchnię jej pamięci? Że nie potrafi uporać się z 
własnym demonem? 

Dlaczego  w  ogóle  dopuściła do takiej rozmowy? Na  szczęście  w tym  momencie  drzwi się  otworzyły  i stanął  w  nich 

Steadman. Kiwnął głową i spojrzał na Jane i Raya spod zmarszczonych brwi. 

Ray  pokazał  odznakę,  po  czym  przedstawił  siebie  i  Jane  Steadmanowi,  który  natychmiast  wyraził  swoje  zdanie  o 

policyjnych portrecistach. 

- Melanie była bardzo zdenerwowana po rozmowie z tym człowiekiem... chyba nazywał się Staley. Całą noc nie mogła 

zasnąć, a potem ciągle myślała o Kirstin i płakała. Uważam, że już dość przeszła. Nie widzę sensu przeprowadzania z nią 
kolejnych rozmów. Melanie nic nie widziała. 

- I czuje się winna - powiedziała Jane łagodnie. 
Steadman patrzył na nią chwilę, a potem pokiwał głową. 
- Tak, to prawda. Uważa, że zawiodła Kirstin. Mój Boże, jeśli jej przyjaciółce stanie się... jakaś krzywda... 
-  To  jeszcze  jeden  powód,  dla  którego  tu  przyszliśmy,  panie  Steadman.  Specjalizuję  się  w  pracy  z  młodzieżą.  Jestem 

wolnym  strzelcem.  Pracuję  tu,  w  Kolorado,  i  w  całym  kraju.  Jeśli  nawet  nie  jestem  w  stanie  stworzyć  portretu 
pamięciowego, staram się pomóc świadkom zrozumieć, że nie są niczemu winni. 

- Sam nie wiem... 
- Barry. - Jane starannie dobierała słowa. - Melanie prawdopodobnie widziała coś, co może być istotne, chociaż ona o 

tym  nie  wie. Dla  niej to  może być  drobiazg bez  znaczenia, a dla FBI przełom  w śledztwie.  Uważam,  że  mogę pomóc 
Melanie  przypomnieć  sobie  szczegóły,  których  nie  pamięta.  A  jeśli  kiedyś,  po  latach,  przypomni  sobie  coś  i  będzie 
musiała z tym żyć? Dajmy jej jeszcze jedną szansę. 

Steadman w końcu się poddał i otworzył drzwi szerzej. 
Jane usłyszała głos Raya za swoimi plecami. 
- Bardzo przekonujące, panno Russo. 
Nie zareagowała, poszła za Steadmanem  do przytulnego salonu. Czekaj, aż  Barry Steadman przyprowadzi  córkę. Do 

pokoju zajrzała matka Melanie ze ściereczką do naczyń w ręce. Kiwnęła im głową i zniknęła bez słowa. Nawet się nie 

background image

 

15 

uśmiechnęła.  Jane  usłyszała  dźwięk  otwieranego,  a  potem  zamykanego  piekarnika  i  poczuła  aromat  świątecznych 
pierniczków - masło, migdały, wanilia, cynamon. Dom został już udekorowany; w rogu pokoju stała choinka, w kominku 
płonął  ogień,  na  ścianach  wisiały  wieńce  i  girlandy,  a  na  stole  stały  miseczki  z  suszonymi  owocami  i  orzechami. 
Wszędzie było pełno kartek bożonarodzeniowych. 

Jane  zastanawiała się, czy  jej  matka nadal  dekoruje  w ten sposób  dom  w  Aspen. Pewnie tak. Dla siebie,  jeśli  nie  dla 

męża  i  jego  syna  Scotta,  kilka  lat  starszego  od  Jane.  Scott  ciągle  mieszkał  z  ojcem  i  był  na  jego  utrzymaniu.  No  i  są 
jeszcze  wnuki,  chłopcy  Gwen.  Przypomniała  sobie  własne  dzieciństwo.  I  pełną  ciepła  rodzinną  atmosferę  świąt. 
Otrząsnęła się z zamyślenia, bo do salonu weszła Melanie. 

Barry dokonał prezentacji i zaprowadził ich do małego, przytulnego gabinetu. Były tam dwie stojące naprzeciw siebie 

sofy, telewizor i biurko z komputerem. Był nawet kominek, w którym także palił się ogień. 

Miłe, przytulne miejsce. Gdyby jeszcze Jane mogła się skupić... Gdzie Ray ma zamiar poczekać? To na pewno zajmie 

trochę czasu. 

Ale Ray nie wyszedł. Zamierzał siedzieć z boku i obserwować. Jane, która nie chciała dodatkowo denerwować i tak już 

skrępowanej dziewczynki, nie ryzykowała kłótni. Miała tylko nadzieję, że Ray będzie trzymał język za zębami. 

Melanie  usiadła  naprzeciw  Jane.  Skuliła  się  w  rogu  kanapy,  przyciskając  do  piersi  poduszkę.  Wszyscy  młodzi  ludzie, 

których  Jane  przesłuchiwała,  zachowywali  się  podobnie.  Byli  nerwowi,  defensywni.  Marzyli,  żeby  znaleźć  się  gdzie 
indziej, by być z przyjaciółmi i móc ich chronić. 

Melanie  była  bardzo  ładną  trzynastolatką...  i  bardzo  dojrzałą.  Jane  natychmiast  to  dostrzegła.  Inteligentna  i  bardziej 

wyrobiona niż większość dziewcząt w jej wieku, w szkole była pewnie typem prymuski, wyprzedzającej pod pewnymi 
względami rówieśników. Fizycznie także była rozwinięta ponad  wiek. Wkrótce będzie  miała  wielu adoratorów, z tymi 
długimi jasnymi włosami i dołeczkami w policzkach. 

Jane wyjaśniła Melanie, na czym polega jej praca. Powiedziała też, że zawsze stara się najpierw poznać świadka i chce, 

żeby świadek poznał ją. 

Melanie przeszła jednak od razu do rzeczy. 
- Nie wiem, czy zdołam sobie cokolwiek przypomnieć, panno Russo. 
- Jane. 
-  Jane.  -  Melanie  na  chwilę  spuściła  głowę.  -  Przy  tym  poprzednim  rysowniku,  panu  Staleyu,  nic  sobie  nie  mogłam 

przypomnieć. 

-  Nie  szkodzi.  Właściwie  -  Jane  troszkę  minęła  się  z  prawdą  -  to  nawet  lepiej.  Bo  teraz  możemy  zacząć  od  nowa. 

Dobrze? 

- Dobrze. 
- Wiec opowiedz mi o sobie, Melanie. Założę się, że świetnie jeździsz na nartach. 
- Cóż, właściwie... 
- No tak, zawsze zapominam, teraz jeździ się na desce. 
Melanie kiwnęła głową. 
- Uprawiasz jeszcze jakieś inne sporty? Grasz w siatkówkę? W koszykówkę? 
- Tak. W siatkówkę. Jestem kapitanem szkolnej drużyny. 
- Super. 
Rozmawiały o szkole, o chłopcach, o narkotykach, o dzieciakach wałęsających się wieczorami po mieście, które piją i 

wagarują. 

- Tu nie jest tak jak w wielkich miastach - wyjaśniła Melanie - ale też się to zdarza. 
Jane  powiedziała,  że  urodziła  się  i  wychowała  w  Aspen,  i  tam  chodziła  do  szkoły  średniej.  Gawędziła  z  Melanie  o 

wszystkim i o niczym. Prawie zapomniała o Rayu. Prawie. Melanie zdawała się nie zwracać najmniejszej uwagi na jego 
obecność, ale Jane cały czas ją czuła. 

-  Jest  paru  takich,  którzy  próbują  się  do  nas  przyczepić  -  mówiła  Melanie.  Siedziała  swobodniej,  odsunęła  od  siebie 

poduszki. 

- Do was? - spytała Jane. - To znaczy do ciebie i twoich przyjaciółek? Na przykład Kirstin? - pierwszy raz wymówiła to 

imię. 

I takiej właśnie reakcji się spodziewała. Melanie przypomniała sobie przyjaciółkę i do jej oczu napłynęły łzy. 
- O Boże - szepnęła przykładając dłonie  do policzków  - Biedna Kirstin. Dlaczego policja nie  może  jej  odszukać? Nie 

rozumiem tego. 

- Robią  wszystko, co  w  ich  mocy  - zapewniła Jane.  -  Właśnie  dlatego tu  jesteśmy,  ja  i agenci FBI. Naprawdę bardzo 

chcemy ją odnaleźć, Melanie. 

- Dlaczego nie wziął mnie albo Crystal? My też tam byłyśmy. 
Poczucie winy, z którym zawsze zmagają się ci, którzy przetrwali. Tego fez można było się spodziewać. 
Jane wiedziała, że to, co teraz powie, zaskoczy Raya, ale tak właśnie pracowała. Jeśli mu się to nie spodoba, trudno. 
Pochyliła się do przodu i spojrzała dziewczynce w oczy. 
- To i tak wcześniej czy później dostanie się do wiadomości publicznej, ale na razie muszę cię prosić, żebyś zachowała 

to dla siebie i twoich rodziców. Dobrze? 

- Dobrze. - Melanie pociągnęła nosem. 

background image

 

16 

-  Uważamy,  że  to  nie  przypadek,  że  właśnie  Kirstin  została  porwana.  Sądzimy,  że  została  starannie  wybrana.  Ten 

człowiek,  jeśli  to  rzeczywiście  był  on,  już  wcześniej  porwał  kilka  dziewcząt.  Wszystkie  są  do  siebie  podobne  -  dość 
wysokie, z długimi ciemnymi włosami, w okularach. Trochę nieśmiałe. 

-  O  Boże  -  wyszeptała  Melanie  i  zmarszczyła  brwi,  przetrawiając  tę  informację.  Jane  odwróciła  się,  żeby  spojrzeć  na 

Raya,  który  skrzywił  się  z  niezadowoleniem.  Potrząsnęła  głową.  Powinien  rozumieć,  dlaczego  powiedziała  o  tym 
Melanie. Na pewno zdaje sobie sprawę, że to i tak wyjdzie na jaw. 

Ray zachował swoje zdanie dla siebie, dzięki Bogu, ale Jane wyraźnie czuła jego dezaprobatę. 
Melanie zadała w końcu nieuniknione pytanie. 
- Skoro robił to już wcześniej, czy... To znaczy, te dziewczyny... Czy one żyją? - wyjąkała. 
-  Lisa  i  Allie,  bo  tak  się  nazywają,  są  całe  i  zdrowe  -  odparła  Jane,  nie  wspominając  o  Jennifer  Wiessman,  którą 

znaleziono  martwą  w  Park  City  rok  wcześniej.  -  Tak  więc,  Melanie,  ten  człowiek  nie  wziąłby  ciebie  ani  twojej 
przyjaciółki Crystal, nawet gdybyście dobrowolnie chciały zająć miejsce Kirstin. Rozumiesz to, prawda? 

- Chyba tak. 
Jane sięgnęła do przybornika i wyciągnęła kawał jasnej plasteliny, który podała Melanie. 
- Po co to? 
- Chciałabym, żebyś formowała z tego różne kształty podczas naszej rozmowy. Dobrze? 
- To znaczy... mam z tego uformować twarz czy coś w tym rodzaju? 
- Oczywiście, że nie - uśmiechnęła się Jane. - Ale czasami to pomaga przypomnieć sobie pewne szczegóły. 
- Ja... ja go nie widziałam. 
- Wiem. Ale możemy przecież porozmawiać o tym dniu, który spędziłaś na stoku z Crystal i Kirstin, prawda? 
- Chyba tak. 
Melanie  nie  była  przekonana,  ale  bardzo  chciała  pomóc.  Teraz  już  zupełnie  nie  przypominała  spiętej,  przerażonej 

nastolatki sprzed godziny. 

- A więc - zaczęła Jane - jeździłyście na nartach, to znaczy na deskach, na Snowmass? 
- Aha. 
- Dlatego że Kirstin mieszka niedaleko, czy dlatego, że tam się dobrze jeździ? 
- Lubimy tam jeździć. To fajne miejsce. - Melanie wzruszyła ramionami. 
- No tak. Było zimno? 
- Bardzo zimno. Ale potem zaczął padać śnieg i zrobiło się cieplej. 
Jane kiwnęła głową. Zawsze się ociepla przed opadami śniegu. 
- Gdzie dokładnie jeździłyście? 
Rozmawiały o trasach zjazdowych i wyciągach, o przyjaciółkach ze szkoły które spotkały po lunchu na szczycie. 
Przez  cały  czas  Melanie  nieświadomie  bawiła  się  plasteliną,  ugniatała  ją  w  dłoniach  i  formowała  jakieś  niewyraźne 

kształty - precel, coś przypominającego nartę, hot doga. Druga dziewczynka, Crystal, jadła na lunch hot doga i frytki. 

Gdy mówiła o wyciągu, którym wjeżdżały po lunchu na stok, jej twarz nagle stężała. 
- To był  orczyk, na dwie  osoby  - powiedziała, marszcząc brwi. - Ja jechałam z Crystal. Kirstin była trochę  wkurzona. 

Musiała jechać z jakimś facetem. Żartowałyśmy sobie z niej. 

- W tym człowieku było coś, co zwróciło twoją uwagę, prawda, Melanie? - Jane powiedziała to bardzo spokojnie. 
- Eee, nie wiem, to był zwyczajny facet. 
Jane poczuła, że traci z nią kontakt. 
- Ale on nie pojechał z tobą ani z Crystal, prawda? Celowo przysiadł się do Kirstin? 
-  Nie,  to  znaczy...  Cóż,  ja  stałam  z  Crystal  bardziej  z  przodu.  A  Kirstin  została  trochę  w  tyle,  obok  niego...  Tak, 

możliwe. 

Nie zdając sobie z tego sprawy, Melanie uformowała z plasteliny kulę. 
- Miał na głowie czapkę? 
Dziewczynka zastanawiała się chwilę. 
- Tak. Ciemną. Czarną albo może granatową czy zieloną. Pamiętam, że pomyślałam sobie, że to ohydna czapka. I miał 

szalik. Też ohydny. 

- Pamiętasz kolor szalika? 
- No... też był ciemny. Aha i miał gogle. Pamiętam, bo pod nimi miał okulary. Dziwne, nie? 
- Dziwne. To musiało zabawnie wyglądać. 
- Chyba tak. 
Teraz dłonie Melanie formowały z plasteliny głowę. Najpierw okrągłą, Później bardziej owalną. 
Jane wzięła do ręki szkicownik i ołówek. Starała się zrobić to powoli i spokojnie. 
- Pamiętasz, jakie to były okulary? 
Melanie zmarszczyła nos. 
- Trudno było  zauważyć, bo  miał  na  nich  gogle, ale  wydaje  mi się  że  miały  druciane  oprawki. Takie, jakie nosi  moja 

mama, kiedy prowadzi samochód. 

- Pamiętasz ich kształt? 
- Taki sam jak mojej mamy. Owalny. Tak mi się wydaje. Nie widziałam tego faceta zbyt dobrze. Naprawdę. 

background image

 

17 

Ależ widziałaś go, pomyślała Jane. Jakaś część umysłu Melanie zarejestrowała więcej, niż była tego świadoma. 
-  Więc  -  powiedziała  Jane,  szkicując,  ale  nie  spuszczając  oczu  z  Melanie  -  miał  na  sobie  strój  narciarski.  Jakiego 

rodzaju? 

Melanie zmarszczyła brwi. 
- To była kurtka. Tak myślę. Chyba czarna. 
- W każdym razie ciemna? 
Melanie pokiwała głową. 
- Czarna. I chyba miała takie czerwone obwódki na rękawach. 
- Więcej niż jedną obwódkę? 
- Nie pamiętam. 
- Nic nie szkodzi. Ale on jeździł na nartach, nie na desce? 
- Tak... na nartach. Na pewno. Pamiętam, że podpierał się na kijkach, zanim wsiadł z Kirstin na orczyk. 
- A przypominasz sobie, jakie to były narty? 
- Nie. Mnie interesują tylko deski. 
Jane odeszła na moment od tematu, żeby dać Melanie odetchnąć. Zaczęła mówić o deskach, o technice jazdy, o luźnych 

ubraniach i o tym, że miejscowy związek narciarski zabronił zjeżdżać na deskach z Aspen Mountain, najlepszej góry w 
okolicy, który to zakaz obowiązywał przez kilka lat, aż w końcu związek musiał się poddać. 

- Tatuś mówi, że poddali się ze względów finansowych - powiedziała Melanie. - Do Aspen ludzie przyjeżdżają całymi 

rodzinami, a dzieci wolą deski. Więc Aspen traciło turystów, którzy wybierali inne miejscowości, bo rodziny chcą jeździć 
razem. 

- Rozumiem. Domyślam się, że deski psują stoki narciarzom? 
- Tak mówią - Melanie wzruszyła ramionami. Ciągle bawiła się plasteliną. - Uważają, że deski psują muldy. 
- A snowboardziści pewnie szaleją na stokach. 
- Ja nie. 
- Jestem pewna, że ty nie. A ten człowiek, który wsiadł na wyciąg z Kirstin... miał może brodę albo wąsy? 
- Eee... nie wiem. 
- Może widziałaś jego policzki? Były zaczerwienione od mrozu? 
- Nie wiem. Chyba miał bokobrody. Tak mi się wydaje. 
- Interesujące. - Jane przyciemniła po bokach pociągłą owalną twarz w goglach i okularach. - Więc nie miał brody. Ale 

może się nie ogolił. 

- Może. Nie wiem. 
- Domyślam się, że był starszy, skoro jeździł na nartach. 
- Aha. Starszy. 
Dla nastolatków wiek to trudna sprawa. Nawet osoby po dwudziestce wydają im się raczej stare. A rodzice to niemal – 
Jane postanowiła drążyć temat. 
- Więc mógł być w wieku twojego taty. 
- Nie, nie był aż tak stary. 
- Hm. Więc może był w wieku twojego nauczyciela? Albo trenera? 
Melanie myślała nad tym przez chwilę. 
- Mógł być w wieku pana Crawforda. To mój wychowawca. 
- Ile lat ma pan Crawford? 
-  Jakieś  trzydzieści  parę.  Wiesz,  to  z  tego  programu  telewizyjnego.  On  często  tak  żartuje,  ale  to  nie  jest  specjalnie 

zabawne. 

- W porządku. Więc trzydzieści parę. Czy ten człowiek był tak wysoki jak pan Crawford? 
- Pan Crawford jest niski. Ja jestem od niego wyższa. 
- Ach tak, rozumiem. Więc ten człowiek był raczej wysoki? A może był twojego wzrostu? 
- Wysoki. Chyba. 
- Wyższy od ciebie? 
- Aha. Był wzrostu taty. Tata ma metr osiemdziesiąt. 
- Był szczupły jak twój tata? Wiem, że miał na sobie kurtkę, ale jakie odniosłaś wrażenie? 
- Tak, był mniej więcej taki jak mój tata. 
Jane  oceniła Barry’ego Steadmana na mniej  więcej siedemdziesiąt kilo. Niewiele, jak na  mężczyznę  mierzącego  metr 

osiemdziesiąt. 

-  Ten  facet  miał  nos  taki  jak  pan  Crawford.  Tak  mi  się  wydaje  -  odezwała  się  Melanie.  Próbowała  wyrzeźbić  nos  w 

plastelinie, ale bez powodzenia. Niestety, nie miała zadatków na artystkę. 

- A jak wygląda nos pana Crawforda? 
Złamał  go  w  zeszłym  roku.  Pomaga  drużynie  baseballowej  i  Cory  Grossman...  podający...  w  każdym  razie  rzucił  za 

mocno i trafił pana Crawforda w nos. Strasznie krwawił. 

Jane cały czas szkicowała. 
- No, no. Widziałaś to? 

background image

 

18 

- Nie, ale chłopcy strasznie się z tego śmiali następnego dnia. Ja myślę, że to okropne. 
- Złamany nos...z garbkiem? 
- Z czym? 
- Od złamania? 
- Och - Melanie potrząsnęła głową. - Nie pamiętam. 
Zaczęły rozmawiać o chwili, kiedy dziewczynki zsiadły z wyciągu na szczycie. Najwyraźniej ten człowiek natychmiast 

odjechał.  Melanie  nie  była  pewna,  czy  Kirstin  mówiła  coś  na  jego  temat,  ale  była  wkurzona,  że  Crystal  wskoczyła  na 
orczyk z Melanie i zostawiła ją obok nieznajomego. 

- Widziałaś go jeszcze tamtego popołudnia? - spytała Jane. 
- Eee... nie. Nie wydaje mi się. 
I właśnie wtedy stało się to, co nieuniknione. 
-  Melanie  -  spytał  Ray,  pochylając  się  na  krześle  stojącym  przy  komputerze  -  czy  widziałaś  tego  samego  człowieka 

później na parkingu? 

Dziewczynka odwróciła się gwałtownie, upuszczając plastelinę. 
Do diabła z tobą, Ray. 
- Ja... ja... nie wiem - wyjąkała Melanie, nagle przerażona, jakby czuła, że powinna była go widzieć. 
Jane spróbowała naprawić szkodę. 
-  W  porządku,  kochanie,  jeśli  to  ten  sam  człowiek,  który  porwał  Kirstin,  na  pewno  zrobił  wszystko,  żeby  nikt  go  nie 

zauważył. 

Nić porozumienia została zerwana. Ale Jane się nie poddawała. 
- Jak rozstałyście się z Kirstin na przystanku autobusowym? 
- My, to znaczy Crystal i ja, spieszyłyśmy się, żeby zdążyć na autobus... Mama Kirstin  miała nas odebrać z parkingu, 

gdzie wysiada się z autobusów. Wydaje mi się, że było wpół do piątej. Ustawiłyśmy się... 

- Ty i Crystal? 
-  No  tak.  Stanęłyśmy  w  kolejce...  odwróciłam  się,  żeby  powiedzieć  Kirstin,  że  chyba  się  nie  zmieścimy  do  tego 

autobusu, bo był przepełniony... Wiedziałam, że pani Lemke będzie zła... Ale Kirstin nie było. 

- W porządku, rozumiem - mruknęła Jane. To, co powiedziała teraz Melanie, zgadzało się z tym, co wcześniej mówiła 

policji.  Gwałciciel  z  Mammoth  i  Snowbird  jeździł  furgonetką.  Tyle  wiedziały  ofiary  i  świadkowie.  Ale  Melanie  nie 
zauważyła żadnego samochodu, interesowało ją tylko to, żeby dostać się do autobusu. 

Jak  zdołał  zmusić  Kirstin,  by  z  nim  poszła?  Na  pewno  nie  wyciągnął  noża  przy  ludziach.  Dziewczyna  ze  Snowbird 

została poproszona o pokazanie drogi do stacji benzynowej, a kiedy odeszła kawałek od przyjaciół, on zagroził jej nożem, 
a potem zawiązał jej oczy i zamknął w pozbawionym okien pokoju, gdzie przetrzymywał ją wiele dni. Dziesięć, o ile Jane 
pamiętała.  Później  znowu  zawiązał  jej  oczy  i  zostawił  na  pustej  drodze  w  środku  nocy.  Zmaltretowane  ciało, 
zmaltretowana psychika... 

- Nic więcej nie pamiętam - powiedziała Melanie, spoglądając na Raya. Znowu sprawiała wrażenie spiętej i niepewnej. 
Kilka minut później wyszli z domu Steadmanów. 
Ray włączył silnik. 
- Cóż, to była... Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś - przerwała mu Jane. 
- Co takiego? 
- Zdekoncentrowałeś ją. 
- Hm - mruknął. - Nieważne. To była strata czasu. 
- Doprawdy? W końcu... w końcu zdobyliśmy kilka szczegółów. Wzrost, waga, może kolor włosów, okulary, nie miał 

brody ani wąsów... 

- Skąd, u diabła, przyszło ci do głowy, że to ten człowiek? Facet wsiada z dzieciakiem na wyciąg. To nie przestępstwo. - 

Ray ruszył. - Podrzucę cię do siostry - powiedział uprzejmie. 

- Świetnie. 
- Już za późno na rozmowę z tą drugą dziewczyną, jak ona ma na imię? 
- Crystal. 
- Dzisiaj jest już na to za późno. Umówię nas na jutro. Teraz muszę wrócić do szeryfa i spotkać się z innymi. 
- Więc pojedziesz do państwa Lemke? 
- Tak. 
- To będzie trudne. Biedni rodzice... 
- To zawsze jest trudne. 
- Zajmowałeś się już porwaniami? 
- Właściwie nie. 
- Więc czym się zajmowałeś, zanim przeprowadziłeś się do Denver? 
- Grupami terrorystycznymi. 
- Aha. - Znowu coś ją tknęło. Ray Vanover, terroryści... Miała niejasne wrażenie, że wie coś o tym człowieku, ale nie 

mogła sobie przypomnieć, co. - Na światłach skręć w prawo - powiedziała - A potem na rondzie... 

- Pamiętam drogę. 

background image

 

19 

- Świetnie. 
Ale nie pamiętał drogi do domu Gwen i Jane musiała go poprowadzić. 
- Powinni tu postawić światła - mruknął tylko. 
- To tu - powiedziała. 
Wjechał na podjazd. 
- Umówię cię z tą drugą... z Crystal. 
-  Dobrze.  -  Jane  otworzyła  drzwi,  przyciskając  do  piersi  torebkę  i  przybornik.  Pomyślała  o  tym,  która  może  być 

godzina, a także o tym, gdzie jest teraz Alan i z kim. Często spędzała całe wieczory, rozmyślając o Alanie zastanawiając 
się, co było  nie tak. Tęskniła za  nim. Potem  nagle  wróciła do rzeczywistości. Boże. Jest  w  Aspen. Pod  domem swojej 
siostry. A człowiek, który ją tu przywiózł, to nie Alan. 

- Zadzwonię rano - mówił Ray. 
-  Będę  czekać.  -  Wiedziała,  że  to,  co  ma  zamiar teraz  zrobić,  jest  żałośnie  dziecinne,  ale  i  tak  odczuwała  satysfakcję. 

Przymknęła drzwi i spojrzała na Raya - A tak przy okazji, ten złamany nos... 

- Tak? O co chodzi? 
-  Jeśli  zajrzysz  do  moich  notatek,  przeczytasz,  że  dziewczynka  ze  Snowbird  twierdziła,  że  człowiek,  który  ją  porwał, 

miał złamany nos. 

Wysiadła,  zatrzasnęła  za  sobą  drzwi  i  ruszyła  w  stronę  domu.  Teraz  myślała  już  tylko  o  czekającej  ją  konfrontacji  z 

rodziną. 

Rozdział 5 

Jadąc  trzeci  raz  w  ciągu  kilku  godzin  Main  Street,  Ray  miał  już  wyrobione  zdanie  na  temat  Aspen.  Tak,  to  urocze 

zimowe miasteczko wciśnięte między ośnieżone szczyty mogłoby być tworem Walta Disneya. Zdawało się pochodzić z 
innej  epoki.  Latarnie  z  przełomu  wieków,  pokryte  śniegiem  gałęzie  drzew  rosnących  wzdłuż  ulicy,  staroświeckie 
wiktoriańskie  kamieniczki  w  pastelowych  kolorach.  Park  pełen  sosen  uginających  się  pod  ciężarem  śniegu.  Altana 
przystrojona migającymi lampkami. 

Miasteczko z bajki. A widział dotąd tylko centrum. I budynek sądu z biurami szeryfa. 
Zaczął myśleć o Kirstin Lemke. I o Jane. Przyznał jej w duchu kilka punktów za to, że świetnie wybrała moment, by mu 

powiedzieć  o  złamanym  nosie  z  zeznań  dziewczynki  ze  Snowbird.  Złamany  nos.  Ray  nie  wierzył  w  takie  zbiegi 
okoliczności. Dwóch świadków mieszkających w odległości setek kilometrów i zeznających w odstępie kilku lat. Tak, to 
musi być ten sam człowiek. Ray dokładnie przestudiował te sprawy. Jeszcze raz przypomniał sobie inne ofiary i miejsca, 
w których zostały porwane: Mammoth w Kalifornii; Snowbird i Park City w Utah. A teraz Aspen. Zimowe kurorty. To 
właśnie łączy te sprawy. Nic nowego. 

Zaparkował przed budynkiem sądu i zaczął się zastanawiać. Narty. Wszystkie porwania miały miejsce w zimie. Może 

więc sprawca jest  w jakiś sposób związany  z  narciarstwem? Strażnik,  instruktor, operator wyciągu,  kierowca autobusu 
dowożącego turystów pod stoki? Możliwości jest wiele. Zbyt wiele. 

Krzywy nos, najprawdopodobniej złamany. Czy warto sprawdzać dokumentację szpitali w Mammoth i Snowbird? Czy 

jest  jakaś  szansa,  że  facet  złamał  nos  w  czasie  którejś  z  tych  spraw?  Niewielka.  Równie  dobrze  mógł  w  dzieciństwie 
spaść z roweru. Nakazanie śledztwa w szpitalach i  klinikach byłoby  marnotrawieniem środków biura. Muszą schwytać 
sprawcę  tutaj,  w  Aspen.  Im  szybciej  im  się  to  uda,  tym  lepiej  dla  Kirstin.  W  ubiegłym  roku  porywacz  przetrzymywał 
swoją  ofiarę  z  Park  City  nieco  ponad  tydzień.  Jennifer  Weissman.  Wielokrotnie  zgwałcona  i  zostawiona  na  śmierć  w 
zrujnowanym motelu. Jennifer. Nie doczekała czternastych urodzin. Bruce Dallenbach i Sid Reynolds pojechali do domu 
państwa  Lemke  zaraz  po  tym,  jak  Ray  wyruszył  z  Jane  do  Steadmanów.  Agent  FBI  Howard  Canning,  specjalista  od 
elektroniki, już był w domu Kirstin; przyleciał poprzedniego dnia, żeby zainstalować podsłuch na telefonie, choć nikt ani 
przez chwilę nie wierzył, że porywacz skontaktuje się z rodzicami. Kirstin nie została porwana dla okupu, ale po to, by 
zaspokoić czyjeś chore żądze. 

Szeryf Kent Schilling był jeszcze w swoim biurze wraz z Berniem i Frankiem, którzy czekali, żeby pojechać z Rayem 

do rodziców Kirstin. 

- Nic nowego, jak się domyślam? - spytał Ray, wchodząc do pokoju. 
- Nic a nic - odparł Schilling. 
Ray skinął głową w stronę zastępców szeryfa. 
Schilling wstał zza biurka i spojrzał w okno, poprawiając spodnie. 
- Czy Jane udało się coś wyciągnąć z dzieciaka Steadmanów? 
-  Niewiele.  Facet  może  być  wysoki  i  szczupły.  Może  mieć  jasną  cerę  i  jasne  włosy.  Może  nosić  okulary  w  owalnych 

drucianych oprawkach. Może też mieć złamany nos. 

Schilling odwrócił się od okna. 
- No, to znacznie więcej niż wiedzieliśmy wcześniej. 
- Jeśli cokolwiek z tego jest prawdą. - Ray wzruszył ramionami. 
- Jeśli ta mała powiedziała to Jane, to stawiam każdą sumę, że to prawda. - Hm... 
- Jane jest dobra. Ta dziewczyna ma prawdziwy talent. 
Ray spojrzał na niego uważnie. 
- Znasz Jane od dawna? 

background image

 

20 

- Dobry Boże, tak. Odkąd skończyła osiem  może dziewięć lat. Jej ojciec, to znaczy ojczym, to  mój przyjaciel. Roland 

Zucker.  Był  tu  szeryfem,  kiedy  ja  stawiałem  pierwsze  kroki  w  departamencie.  Kiedy  zrezygnował,  poparł  moją 
kandydaturę. A jeśli chodzi o Jane... Lottie, moja żona, uczyła ją w szkole rysunku. Zawsze powtarzała, że Jane ma talent. 

-  Aha  -  mruknął  Ray  i  odwrócił  się  do  zastępców  szeryfa  -  Pojadę  za  wami  do  państwa  Lemke,  jeśli  nie  macie  nic 

przeciw temu. Wolałbym jechać swoim samochodem. - Znowu spojrzał na Schillinga - Czy mógł. byś mi wyświadczyć 
przysługę i umówić nas na jutro z Crystal? Jak najwcześniej. 

- Oczywiście. Zadzwonię do jej matki. 
- Będę wdzięczny. 
- Po to tu jestem. 
- No tak - mruknął Ray, myśląc już o czekającej go rozmowie z rodzicami Kirstin. 
Rodzina Lemke mieszkała dziesięć kilometrów od Aspen, w okolicy zwanej Brush Creek. Przy wjeździe do Snowmass 

Village, gdzie Kirstin jeździła na desce z przyjaciółkami w dniu porwania, zbocza gór usiane były domami w budowie. 

Ray podjechał  za samochodem  zastępców szeryfa  niebezpieczną  krętą drogą o  nazwie Medicine Bow  i  zatrzymał się 

przed  domem  przytulonym  do  zbocza  góry,  do  którego  prowadził  stromy  podjazd.  Dom  z  szarego  kamienia  był  dość 
nowoczesny. Roztaczał się stąd wspaniały widok na całą dolinę. 

Na odśnieżonym podjeździe stało kilka samochodów. Ray wiedział, że u rodziców Kirstin są już Dallenbach, Reynolds 

i Canning, dwa samochody  należały  do państwa Lemke, a inne zapewne do ich krewnych i przyjaciół. Ray miał zamiar 
ograniczyć liczbę ludzi odwiedzających ten dom. Jego zadaniem było wydobycie jak najwięcej informacji od zrozpaczo-
nych rodziców, a nie niańczenie ich znajomych. Sprawca w jakiś sposób namierzył Kirstin, widział ją gdzieś i dokonał 
wyboru.  Nie  porwał  jej  przez  przypadek.  Wszystko  zostało  dokładnie  zaplanowane  na  wiele  dni,  jeśli  nie  tygodni  czy 
miesięcy przed porwaniem. Ten człowiek wiedział nawet, o której Kirstin wracała z przyjaciółkami do domu, wiedział, że 
o tej porze zapada już zmierzch. To nie przypadek, że wszystkie ofiary zostały porwane blisko najkrótszego dnia w roku. 

Wesołych Świąt, pomyślał Ray, podchodząc do drzwi. 
W domu  kłębił się tłum ludzi. Byli tam agenci FBI, rozmawiający przez swoje telefony, i zastępczyni szeryfa Teresa 

Morales. Był pastor i kilkunastu przyjaciół państwa Lemke. Ray nie miał pojęcia, które ze zgromadzonych tam osób są 
rodzicami Kirstin. 

Ludzie  stali  w  małych  i  większych  grupkach,  rozmawiając  ściszonymi  głosami.  Byli  wszędzie,  w  kuchni,  salonie  i 

pokoju, który  okazał się biblioteką. Na Raya i jego dwóch towarzyszy nikt nie zwracał najmniejszej uwagi. Do chwili, 
kiedy Ray stanął na środku salonu i odchrząknął. 

- Przepraszam państwa, nazywam się Ray Vanover, jestem agentem specjalnym i mam prośbę. Wiem, że chcecie teraz 

być z przyjaciółmi, muszę jednak prosić, żeby wszystkie osoby, których obecność tu nie jest konieczna, pozwoliły nam 
na  pracę  z  państwem  Lemke.  Możecie,  oczywiście,  dzwonić  o  każdej  porze  i  rozmawiać  z  panią  Morales  lub  panem 
Reynoldsem. W porządku? 

Wszyscy odwrócili głowy w jego stronę, mrucząc z niezadowoleniem. 
-  Proszę  posłuchać  -  ciągnął  Ray  -  Wiem,  że  próbujecie  pomóc,  ale  najważniejsze  żebyście  pozwolili  nam  pracować. 

Chcecie, żeby Kirstin wróciła do domu cała i zdrowa, prawda? Musicie więc pozwolić nam się tym zająć. 

Ludzie,  choć  niechętnie,  zaczęli  szukać  swoich  płaszczy  i  zbierać  się  do  wyjścia.  Dzięki  Bogu  nie  było  nikogo,  kto 

miałby ochotę na dyskusję. 

-  Bardzo  państwu  dziękujemy,  doceniamy  państwa  chęć  współpracy  -  dodał  jeszcze,  kiedy  wychodzili.  Jak  kondukt 

pogrzebowy. 

Ray nie  miał  doświadczenia  w postępowaniu z rodzinami, które  dotknęła taka tragedia. Specjalizował się  w zupełnie 

innych zagadnieniach. Ale uznał że na razie radzi sobie całkiem nieźle. 

W  drzwiach  sypialni  pojawił  się  jakiś  mężczyzna.  Podszedł  do  Raya.  Ojciec  Kirstin.  Wyglądał  strasznie.  Zapewne 

kiedyś był całkiem przystojnym, silnym mężczyzną po czterdziestce. Średniego wzrostu, o włosach lekko przerzedzonych 
już na czubku głowy i blisko osadzonych niebieskich oczach. Ale teraz oczy Josha Lemke były zapuchnięte i czerwone, 
twarz poszarzała, usta drżące. 

Rzucił się na Raya jak wściekły pies. 
- Więc to pan jest tym cholernym agentem? 
- Tak. 
- A dojazd z Denver zabrał panu trzy dni? Trzy pieprzone dni? Nasze dziecko... nasza córeczka jest gdzieś tam z tym... z 

tym szaleńcem, a pan siedzi sobie na tyłku w Denver! Nic dziwnego, że ludzie tak plują na FBI! 

- Proszę się uspokoić - odparł Ray bardzo cicho, prawie niedosłyszalne. - Panie Lemke, musi pan nad sobą zapanować. 

Takie zachowanie w niczym nie może pomóc. 

- Pomóc? - prychnął Lemke. 
- Jesteśmy tu po to, żeby odnaleźć pańską córkę - powiedział Ray. 
Lemke znieruchomiał, jego ramiona opadły. Ukrył twarz w dłoniach i wymamrotał coś niezrozumiale. 
- Proszę posłuchać - ciągnął Ray - wiem, przez co pan przechodzi, ale wściekanie się na mnie nic panu nie da. 
-  Nie  ma  pan  pojęcia,  przez  co  przechodzę  -  powiedział  bezradnie  Lemke.  A  potem  jego  wargi  zaczęły  drżeć,  a  oczy 

wypełniły się łzami. - Nasze dziecko. - Jęknął. - Nasze maleństwo. 

Ray szczerze mu współczuł. Sam doznał takiego bólu. Do diabła, przez te półtora roku targały nim uczucia, nad którymi 

background image

 

21 

nie był w stanie zapanować. Od dnia, kiedy ci dranie zamordowali Kathleen, a potem udało im się wywinąć. 

Ale nie mógł pozwolić panu Lemke poddać się tym emocjom. Lemke go potrzebował. 
- Panie Lemke... Josh  - zaczął. - Muszę z  wami porozmawiać, z tobą  i twoją żoną. Dobrze, żebyście  myśleli  w  miarę 

trzeźwo. Czy to możliwe? 

Lemke otarł oczy. 
- Tak, oczywiście. Ale Suzanne... Suzanne wzięła jakieś leki, które przepisał jej lekarz, i... Cóż, nie wiem, czy będzie w 

stanie się skupić. 

Niezrównoważony ojciec, pomyślał Ray, i matka na prochach. Coraz lepiej. 
-  Znajdźmy  jakieś  miejsce,  gdzie  będziemy  mogli  porozmawiać  -  zaproponował,  podchwytując  spojrzenie  Bruce’a 

Dallenbacha, który wywrócił oczami. Inni agenci zajmowali się swoimi sprawami. Bardzo cicho. 

Ray poszedł korytarzem w stronę sypialni. Suzanne Lemke leżała w łóżku przykryta kocem. Nie spała, patrzyła przed 

siebie szklistymi, niewidzącymi oczami. 

Bruce  Dallenbach  wszedł  do pokoju za Rayem  i usadowił się  koło  okna z notatnikiem  w  dłoni. Josh Lemke usiadł  na 

brzegu małżeńskiego łóżka i wziął żonę za rękę, Ray usiadł na krześle przy toaletce. Odsunął poduszkę i położył ręce na 
oparciach, starając się wyglądać swobodnie. To był jego pierwszy raz. Naprawdę pierwszy. Pomyślał o Jane. Jak świetnie 
poradziła sobie z Barrym Steadmanem i Melanie. Potrafiła ich uspokoić, sprawić, że poczuli się swobodnie, i pokazać, że 
są niezbędni dla dobra śledztwa. 

-  Bezpiecznie  -  powiedziała  Jane.  Ofiara  czy  świadek  musi  czuć  się  bezpiecznie.  Może  powinien  był  ją  tu  ze  sobą 

przywieźć. 

Przedstawił się Suzanne, która zamrugała i ścisnęła dłoń męża. 
Miała  koło  czterdziestki.  Raczej  szczupła.  Ciemne  włosy,  dość  długie,  zebrane  w  kucyki.  Na  nocnym  stoliku  Ray 

dostrzegł okulary. Kirstin była najwyraźniej bardzo podobna do matki. Suzanne, mimo otępienia lekami, także wydawała 
się  trochę  nieśmiała.  Tak,  gdyby  Suzanne  Lemke  miała  dwadzieścia  pięć  lat  mniej,  doskonale  odpowiadałaby  gustom 
porywacza. 

Ray wziął głęboki oddech. 
- Najpierw - zaczął - chciałbym powiedzieć wam dokładnie, co FBI wie, a czego jeszcze nie wiemy. Nie będę niczego 

owijał w bawełnę, bo sądzę, że im szybciej wszystko ustalimy, tym większe będą szanse na schwytanie tego człowieka. 

- Dlaczego... dlaczego on  nie zadzwonił?  -  wyjąkała Suzanne. - Mamy pieniądze... Moi rodzice  mogliby  nam pomóc. 

Oddamy wszystko, czego zażąda, wszystko, wszystko. 

Bruce, siedzący przy  oknie,  odchrząknął, by zwrócić  na siebie uwagę Pokręcił  głową na  znak, że  rodzice  Kirstin  nie 

zostali poinformowani o podejrzeniach policji. 

Cholera,  pomyślał  Ray.  Właśnie  popełnił  pierwszy  błąd  w  swojej  pierwszej  sprawie  tego  typu.  Założył,  że  ktoś 

powiedział  rodzicom,  jakie  są  fakty  albo  przynajmniej  podejrzenia.  Ale  nikt  tego  nie  zrobił.  Najwyraźniej  był  to 
obowiązek  agenta  prowadzącego  sprawę.  Jego  obowiązek.  Powinien  był  wiedzieć.  Procedura  FBI  numer  101. 
Podręcznikowe bzdury. 

-  Co  jest,  do  diabła?  -  Lemke  zmarszczył  brwi.  -  Wiecie,  kto  porwał  Kirstin?  Nie  rozumiem,  co  się  tu  dzieje.  Jeśli 

wiecie... 

Ray podniósł dłoń i Lemke uspokoił się trochę. 
-  Oto,  co  wiemy.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  Kirstin  została  porwana  przez  człowieka,  który  już  wcześniej  porwał 

kilka młodych dziewcząt. 

Suzanne jęknęła. 
- Podejrzany - ciągnął Ray - porwał przynajmniej trzy inne dziewczynki w ciągu pięciu lat. 
- O Boże - wyszeptał Josh. 
-  Pierwsza,  o  której  wiemy,  była  trzynastolatką  z  Mammoth  w  Kalifornii.  Następna,  porwana  trzy  lata  temu,  została 

uprowadzona  w  Snowbird  w  stanie  Utah.  A  w  ubiegłym  roku  porwana  została  dziewczynka  w  Park  City.  Wszystkie 
dziewczynki były w tym samym wieku, dość wysokie, wszystkie miały kucyki i nosiły okulary. Były do siebie podobne 
nawet pod względem osobowości. 

- A te dziewczynki... czy one?... - spytała Suzanne. 
- Dwie z nich są całe i zdrowe - powiedział Ray łagodnie. Wiedział, jakie będzie następne pytanie. 
- A trzecia? - spytał Lemke. 
Ray potrząsnął głową. 
Suzanne przylgnęła do męża i zaczęła płakać. Josh nie odrywał wzroku od Raya, szykując się do ataku. 
- Jednak jej śmierć - powiedział Ray ostrożnie - mogła być wynikiem wypadku. Musicie o tym pamiętać. Uważamy, że 

żyła i czuła się dobrze w chwili, kiedy porywacz ją porzucił. - Jasne. - Gwałcona i bita przez wiele dni. Przywiązana do 
połamanego łóżka - Ray widział zdjęcia - i zostawiona tak w zrujnowanym motelu, bez ogrzewania, jedzenia i wody, w 
środku grudnia, Jasne, czuła się świetnie. 

- Czego ten człowiek... ten straszny człowiek chce od tych dziewcząt?  - spytała Suzanne. Mimo otumanienia środkami 

uspokajającymi zaraz sama odpowiedziała sobie na to pytanie i znowu zaczęła płakać. 

- Musicie się skupić - powiedział Ray - Czy Kirstin  wspominała ostatnio  o dziwnych sytuacjach? Może  ktoś podszedł 

do  niej  na  ulicy  albo  w  sklepie?  Na  meczu  siatkówki  albo  w  szkole  czy  na  stoku?  A  może  tu,  w  Brush  Creek? 

background image

 

22 

Ktokolwiek.  Gdziekolwiek.  Agenci  Reynolds  i  Canning  wraz  z  ludźmi  szeryfa  rozmawiają  teraz  z  przyjaciółmi  i 
nauczycielami  Kirstin,  sprawdzamy  też  sąsiadów  i  każdego,  kto  tylko  przyjdzie  nam  na  myśl.  Spróbujcie  sobie 
przypomnieć,  czy  Kirstin  nie  wydawała  się  ostatnio  czymś  zdenerwowana.  Nawet  jeśli  nie  rozmawiała  o  tym  z  wami, 
może zwierzyła się komuś innemu, przyjaciółce albo... 

- Przecież rozmawialiście z jej przyjaciółkami, prawda? - powiedział Josh. - Były tam razem z Kirstin, na litość boską. 

Jak mogły nie widzieć tego człowieka? 

-  Rozmawialiśmy  z  Melanie  Steadman.  Jutro  przesłuchamy  Crystal  Brenner.  Ale  musisz  zrozumieć,  że  ten  człowiek 

wszystko bardzo dokładnie planuje. Porywa dziewczęta w drugiej połowie grudnia, kiedy nawet za dnia jest mało światła. 
Czeka,  aż  wszyscy  zaczynają  schodzić  ze  stoków  i  na  parkingach  jest  mnóstwo  ludzi.  Nosi  nierzucające  się  w  oczy 
ciemne  ubrania,  ukrywa  włosy  pod  czapką,  a  twarz  pod  goglami  i  szalikiem,  który  zakrywa  mu  usta.  Oczywiście, 
rozmawialiśmy  ze  świadkami  i  ofiarami,  ale  czy  to  z  powodu  szoku,  czy  też  sprytu  tego  człowieka  nie  udało  nam  się 
uzyskać dokładnego opisu. Wiemy tylko, że jeździ furgonetką. Prawdopodobnie ciemną. 

- Ale jego ofiary, te dwie dziewczynki - powiedziała nagle Suzanne. - One musiały go widzieć. Musiały, skoro on... on 

je... 

Ray potrząsnął głową. 
- Ukrywał przed nimi twarz w czasie porwania, a później zakładał im na głowy pończochy. Przetrzymywał je zawsze w 

ciemnym  miejscu.  Kiedy  je  wypuszczał,  również  zakładał  im  pończochy  na  głowy.  Widziały  więc  tylko  czapkę,  szalik 
zasłaniający usta i gogle. Jednak zgodnie z zeznaniami dwóch świadków sprawca może mieć złamany nos. Znamy jego 
przybliżoną  wagę,  wzrost  i  kolor  cery,  może  nawet  włosów.  -  Za  dużo  tych  „może”.  -  Problem  w  tym,  że  nikt  nie 
dostarczył nam szczegółów, które pozwoliłyby stworzyć portret pamięciowy. 

Jane  właściwie  nic  nie  ma,  pomyślał.  Rozmawiała  z  obiema  ofiarami,  które  przeżyły,  ze  wszystkimi  świadkami  i 

wydobyła z nich tylko tyle, że porywacz mógł mieć okulary, złamany nos, ciemne ubranie i furgonetkę. Poniosła porażkę 
i  tyle.  A  ponoć  ma  wielki  dar.  Cóż,  w  innych  sprawach  odnosiła  spektakularne  sukcesy,  tak  w  każdym  razie  twierdzi 
Parker.  Prosiły  ją  o  pomoc  agencje  stanowe  i  federalne.  Dlaczego  więc  nie  radzi  sobie  w  tej  sprawie?  Dlaczego  akurat 
teraz  wzięła  urlop?  Dlaczego  Caroline  Deutch  musiała  ją  przekonywać,  żeby  zaangażowała  siew  tę  sprawę?  O  co  tu 
chodzi? Dlaczego jej relacja z rodziną wydaje się taka dziwna? 

- Jak długo? - spytał Lemke. 
- Słucham? 
- Jak długo ten drań przetrzymuje swoje ofiary? 
- Do dziesięciu dni - odparł Ray. 
Suzanne jęknęła jak ranne zwierzę. 
Ray mógł im powiedzieć o wiele więcej, ale postanowił tego nie robić. Nóż, którym porywacz zastraszał dziewczęta, z 

dwudziestocentymetrowym  ostrzem.  Statystyka.  Fakt,  że  zazwyczaj  przestępcy  tacy  jak  gwałciciele  i  seryjni  mordercy 
stają  się  zwykle  coraz  brutalniejsi,  ich  apetyt  rośnie.  Między  kolejnymi  zbrodniami  upływa  coraz  mniej  czasu.  Dwie 
pierwsze  dziewczynki zostały  wypuszczone, Jennifer  została skazana na śmierć. Jak  mógł powiedzieć tym  ludziom, że 
ich córka ma małe szanse? 

Posiedział  jeszcze  z  nimi  jakiś  czas,  wypytał  o  zwyczaje  Kirstin,  rozkład  jej  dnia,  przyjaciół.  Cały  czas  starał  się 

pamiętać o tym, co powiedziała Jane, że przesłuchiwane osoby muszą czuć się bezpiecznie. Zapytał, czy nie zauważyli 
ostatnio czegoś dziwnego, czy nikt nie kręcił się koło ich domu, nie zaczepiał Kirstin. Ale niczego nie udało mu się z nich 
wyciągnąć. Na wszystkie pytania reagowali łzami, groźbami i przerażeniem. 

W końcu spojrzał na Bruce’a. Czas pozwolić tym ludziom trochę odetchnąć. Wiedział, że przechodzą teraz piekło. Choć 

nie mógł tak naprawdę wiedzieć, co przeżywają, bo sam nie miał dzieci. 

Bruce  zamknął  za  nimi  drzwi  sypialni  i  poszedł  za  Rayem  do  Howarda  Canninga,  który  siedział  ze  słuchawkami  na 

uszach, czekając na telefon, który - o czym wszyscy wiedzieli - nie zadzwoni. Sid Reynolds rozmawiał przez komórkę z 
jednym z nauczycieli Kirstin. Agenci wykonali już dziesiątki rozmów telefonicznych, a czekało ich jeszcze co najmniej 
drugie  tyle.  Wszyscy  czekali  na  jakiś  przełom.  Może  szkolny  woźny,  trener  siatkówki,  inny  rodzic  albo  kierowca 
autobusu zauważył kogoś w pobliżu szkoły albo furgonetkę zaparkowaną w dziwnym miejscu. 

Potem  przyszła  kolej  na  ludzi  zatrudnionych  w  okolicy  stoków  narciarskich  na  Snowmass,  operatorów  wyciągów, 

sprzedawców biletów, instruktorów i tak dalej. Lista zdawała się nie mieć końca. A opis poszukiwanej osoby był żałośnie 
niedokładny. Poza tym coraz więcej pracowników biura zajmowało się antyterroryzmem, więc przy sprawach takich jak 
porwanie  Kirstin  często  brakowało  ludzi.  Ray  spojrzał  na  rozmawiających  przez  telefon  mężczyzn  i  potrząsnął  głową. 
Przydałoby się jeszcze kilka osób. 

Zastępczyni  szeryfa  Morales  stała  na  swoim  posterunku  przy  drzwiach.  Jej  zadaniem  było  spławianie  gości  i 

przyjmowanie  jedzenia  od  przyjaciół  i  sąsiadów,  którzy  czuli  się  kompletnie  bezsilni.  Rayowi  przywodziło  to  na  myśl 
imprezy składkowe, na które wszyscy przynosili coś do jedzenia. 

Postanowił,  że  zostawi  Canninga  i  Reynoldsa  u  państwa  Lemke  na  noc,  a  sam  z  Bruce’em  Dallenbachem  wróci  do 

miasta i spróbuje się trochę przespać w pokoju, który poprzedniego dnia został dla niego wynajęty w Mountain House, 
pensjonacie  podobno  przyjemnym,  a  niedrogim.  Dallenbach  powiedział,  że  mieli  sporo  szczęścia,  skoro  udało  im  się 
znaleźć  wolny  pokój  w  okresie  Bożego  Narodzenia.  A  udało  im  się  tylko  dzięki  szeryfowi,  który  znał  właściciela 
pensjonatu. Aspen to małe miasto. 

background image

 

23 

- Zobaczymy się jutro rano. - Ray pożegnał Canninga i Reynoldsa. 
-  Aha,  jeszcze  coś  -  Reynolds  pstryknął  palcami.  -  Dzwonił  Kent  Schilling.  Chodzi  o  tego  drugiego  świadka,  Crystal 

Brenner. Możecie ją jutro przesłuchać, ale dopiero po południu. 

Ray zmarszczył brwi. 
- A to dlaczego? Musimy pogadać z tą małą jak najszybciej. 
- Nie wiem - odparł Reynolds - Chyba chodzi ojej matkę. Zdaje się, że późno kładzie się spać. 
-  Dobra.  -  Ray  sięgnął  po  kurtkę,  która  leżała  na  kanapie.  -  Masz  numer  mojej  komórki  i  numer  do  pensjonatu.  Po 

drodze pewnie gdzieś się zatrzymamy, żeby coś zjeść. Potrzebujecie tu czegoś? 

- Nie, wszystko mamy - odparł Canning. 
Jadąc do Aspen, Ray rozmawiał z Bruce’em o państwie Lemke. Niepokoiły go zwłaszcza zmienne nastroje Josha. 
- To moja pierwsza sprawa związana z porwaniem - powiedział. - Wydaje mi się, że powinienem lepiej sobie radzić. 
- Uważam, że poradziłeś sobie całkiem dobrze - stwierdził Bruce. 
- Sam nie wiem. Prawda jest taka, że gdyby Lemke dowiedział się, kim jest ten człowiek, i postanowił wziąć sprawy we 

własne ręce, kusiłoby mnie, żeby mu na to pozwolić. 

- A kogo by nie kusiło? 
- Pytanie retoryczne? 
- Oczywiście. 
Ale Ray wiedział, że profesjonalista nie powinien nawet dopuszczać do siebie takiej myśli. A on dopuścił. Z powodu 

gniewu, który  wrzał  w  nim samym i domagał się ujścia. Nie  musiał patrzeć  w  lustro, żeby poczuć falę zalewającej  go 
wściekłości i frustracji. Ciekawe, kiedy Bruce zapyta o blizny. W końcu każdy zadawał mu to pytanie. Pewnie zrobi to 
przy kolacji. 

Miał  rację.  Zatrzymali  się  przy  restauracji  mieszczącej  siew  rustykalnej  drewnianej  chacie  przy  wjeździe  do  Aspen. 

Nazywała się Hickory House. Schilling polecił im to miejsce, mówiąc, że dostaną tam dobre domowe jedzenie. 

Nad żeberkami z grilla i pieczonym kurczakiem Bruce w końcu poruszył ten temat. 
- Miałeś... jakieś operacje plastyczne? 
-  Kilka.  -  Boże,  nienawidził  o  tym  rozmawiać.  Nie  cierpiał  wspominać  czasu  spędzonego  w  poczekalniach  różnych 

lekarzy, nie cierpiał wspominać tamtego fatalnego popołudnia. Śmierć Kathleen, jej rodzina, cały ten ból. I po co? Teraz 
wylądował w Kolorado, czyli jego zdaniem na prowincji. W Seattle zawsze dużo się działo. Granica z Kanadą, brama do 
Azji.  Tam  nie  nudził  się  ani  chwili.  Ale  z  tego,  co  mówił  Parker  wynikało,  że  w  Denver  postanowiono  dać  Ray  owi 
odpocząć. 

Cóż, wcale nie miał ochoty na odpoczynek. Ale rozkaz to rozkaz. 
- Nie, żeby... eee... żeby było je tak bardzo widać, to znaczy, te blizny - dodał Bruce i zajął się frytkami. 
- Wygląd nie wydawał mi się istotny - powiedział Ray. - Zwłaszcza w porównaniu z tym, co się stało z drugim agentem, 

który siedział w samochodzie. 

- Tak, słyszeliśmy o tym. To była kobieta, prawda? 
- Zgadza się. 
- Hm - mruknął Bruce. - A ci dranie są na wolności. Kiepska sprawa. 
- Owszem. 
Ray postanowił skierować rozmowę na inny temat. 
-  Chciałbym  przejrzeć  wszystko,  co  dotyczy  porwań  w  Kalifornii  i  Utah.  Czytałem  już  akta,  ale  chcę  to  zrobić 

ponownie. Dostałem tę sprawę przedwczoraj. 

- Przejrzymy je razem - odparł Bruce. - Wszystko jest już w hotelu, a nie sądzę, żeby szybko zachciało mi się spać. 
- W porządku. - Ray odsunął talerz i skinął na kelnera, żeby przyniósł rachunek. 
Pensjonat Mountain House znajdował się we wschodniej części miasta, niedaleko centrum. Ceny były jednak rozsądne, 

bo stare budynki nie należały do najlepiej wyposażonych. 

Apartament wynajęty dla agentów FBI składał się z dwóch pokoi rozdzielonych drewnianą żaluzją. Oba miały wejścia 

do łazienki. W saloniku były mała lodówka, kuchenka mikrofalowa i ekspres do kawy, a także zielona sofa, na której po 
rozłożeniu mogły spać kolejne dwie osoby, dwa krzesła, stolik z ciemnego drewna, biurko i lampa. Wszystko było czyste 
i schludne, ale mocno podniszczone. Brakowało też dobrego oświetlenia. 

Bruce przyniósł materiały dotyczące obu porwań i morderstwa w Park City. Były to dwa spore pudła notatek, raportów i 

kaset. Niestety, nie zawierały żadnych informacji, które prowadziłyby do sprawcy. 

O  północy  Bruce  i  Ray,  jeden  w  bokserkach,  drugi  w  starych  sztruksach,  siedzieli  wśród  walających  się  wszędzie 

papierów.  I  robili  notatki.  Ray  przejrzał  ostatni  raport,  odchylił  się  na  oparcie  krzesła,  przeciągnął  i  podrapał  się  po 
głowie. 

Nadszedł czas porównać notatki. Zaczął Ray. 
-  Mamy  cztery  porwania,  łącznie  z  Kirstin.  Wszystkie  ofiary  pochodzą  z  zimowych  kurortów,  położonych  najpierw 

bardziej na zachodzie kraju, potem sprawca porusza się w kierunku wschodnim.  Allison Sanchez z Mammoth. Porwana 
pięć lat temu w Boże Narodzenie. Lisa Turchelli ze Snowbird, porwana trzy lata temu, i Jennifer Weissman, porwana i 
zamordowana w ubiegłym roku w Park City. Zgadza się? 

- Tak by to wyglądało - ziewnął Bruce. 

background image

 

24 

- Sprawca prawdopodobnie spędza dłuższe okresy w jednym miejscu. Snowbird leży zaledwie kilka kilometrów od Park 

City, możemy więc założyć, że spędził przynajmniej dwa lata w tej samej części Utah. Nie wiemy, kiedy przeniósł się do 
Kolorado. Możemy chyba jednak założyć, że czeka do końca sezonu, zanim zmieni miejsce pobytu. 

- Owszem - zgodził się Bruce. 
-  Biorąc  pod  uwagę,  jak  trudno  wynająć  coś  podczas  sezonu,  nie  sądzę,  żeby  ten  człowiek  był  właścicielem 

jakiejkolwiek nieruchomości. Zakładam, że przenosi się poza sezonem. Jennifer Weissman zginęła w grudniu ubiegłego 
roku.  Przyjmijmy,  że  sprawca  przybył  tu  w  ciągu  siedmiu  miesięcy,  jakie  upłynęły  od  zeszłego  sezonu.  Czy  możemy 
sprawdzić wszystkich właścicieli furgonetek, którzy się tu ostatnio sprowadzili? 

- To niemożliwe. 
- Nie niemożliwe - poprawił Ray - ale bezsensowne, biorąc pod uwagę fakt, że mamy bardzo mało czasu, tydzień albo 

nawet  mniej. I to tylko przy założeniu, że sprawca będzie  działał  według tego samego schematu. Pójdziemy  więc  inną 
drogą. Wiemy, że najprawdopodobniej sprawca jeździ na nartach. Poza Melanie także inni świadkowie sądzą, że widzieli 
tego człowieka na nartach w dniach, kiedy nastąpiły porwania. 

- Narty, tak. Zgadzam się. 
- W porządku. Poza tym jest dość mobilny. I najprawdopodobniej nie jest żonaty. 
- To się zgadza ze zdaniem ekspertów - wtrącił Bruce. - Samotny mężczyzna, biały, w wieku między dwadzieścia pięć a 

trzydzieści pięć lat, pracownik fizyczny, o ponadprzeciętnej inteligencji. 

- Właśnie. I niezły taktyk. Nie podejmuje zbędnego ryzyka. Atakuje w okresie Bożego Narodzenia, blisko najkrótszego 

dnia w roku. Starannie wybiera strój. Pokazuje tylko policzki i nos, który może być złamany. I może nosi okulary. 

Bruce podjął temat. 
-  W  momencie  porwania  także  ogranicza  ryzyko  do  minimum.  Robi  to  na  zatłoczonych  parkingach,  gdzie  może  się 

ukryć za samochodami. Zawsze czeka, aż ofiara oddali się od grupy przyjaciół, i - zgodnie z tym, co mówiła dziewczyna 
z Mammoth - prosi o pokazanie  drogi, w jej przypadku drogi  na niżej położony parking. Odchodzi z  nią kawałek  dalej, 
wyciąga nóż i już po dziewczynie. Kiedy ma jaw samochodzie, w furgonetce... 

- Która jest prawdopodobnie ciemna - wtrącił Ray. 
- Tak, która może być ciemna, zakłada jej na głowę pończochę. 
Ray wstał, podszedł do okna i odsunął zasłonę. Widok zasłaniała mu rosnąca pod oknem sosna. Sypał śnieg. Zaciągnął 

zasłonę. 

- Ciekawe, co zrobiłby nasz chłopak, gdyby nie udało mu się odciągnąć ofiary od jej znajomych. Czy odłożyłby akcję 

do następnego wieczoru? Jest tak bardzo opanowany czy po prostu do tej pory sprzyjało mu szczęście? 

- Cztery razy? - Bruce potrząsnął głową. - Niemożliwe. Założę się, że śledzi je tak długo, aż nadarzy się idealna okazja. 

Wie, że nikt nie może zobaczyć numerów rejestracyjnych ani dobrze się przyjrzeć jego furgonetce. 

- Zgadzam się. Porywa  w czasie świąt ze  względu  na krótkie  dni, a także  dlatego że  dziewczynki  mają  ferie  i  niemal 

codziennie chodzą na narty albo na deskę. W końcu zawsze trafi na odpowiedni moment. 

- Ale ta teoria nie ma uzasadnienia - stwierdził Bruce - jeśli sprawca pracuje na stokach. Nie dostałby kilku dni wolnego 

w szczycie sezonu. 

- Może pracuje nocami. Sprawdza stan techniczny wyciągów? Obsługuje maszyny naśnieżające? 
- Możliwe. 
- Z drugiej strony, wszystkie ofiary były maltretowane w nocy. Co noc przez maksymalnie dziesięć dni. 
- Cholera, masz rację. 
- Możemy założyć, że zabiera je do domu. Wszystkie twierdziły, że znajdowały się w miejscu, gdzie była co najmniej 

jedna sypialnia, kuchnia i salon. Słyszały dźwięki dobiegające z kuchni i czasami radio znajdujące siew innym pokoju. 
Trzyma je zawsze w odosobnieniu. Nie może ryzykować, że sąsiedzi coś zauważą albo usłyszą. 

- Więc to nie jest mieszkanie ani bliźniak. 
Ray westchnął ciężko. 
- Raczej  nie. Prawdopodobnie  jest to  wolno stojący  dom. Na uboczu. Może chata w  górach? Nie  wydaje  mi się,  żeby 

tego człowieka było stać na dom. 

- Chyba że on w ogóle nie musi pracować. Może żyje z funduszu, a nosi prosty strój narciarski i jeździ furgonetką, żeby 

nie rzucać się w oczy. 

- Pamiętasz, co mówili eksperci? 
- W porządku, prawdopodobnie nie żyje z funduszu. 
Omówili  wszystkie  możliwości zatrudnienia w kurortach zimowych, od pomywacza w restauracji po kierowcę pługu. 

Porównali ofiary. 

- Wiek od dwunastu do czternastu lat, dość wysokie, ciemne proste włosy związane w kucyki, okulary. Nieśmiałe. 
- Łatwy łup dla kogoś takiego - stwierdził Bruce. - Niepewne, ulegające wpływom dziewczęta. 
- Potwór - mruknął Ray przez zęby. - Wiesz, kiedy byłem mały, rodzice powtarzali mi, że potwory nie istnieją. Mylili 

się. One istnieją. 

- O tak - przyznał Bruce. 
Zaczęli zbierać dokumenty. Ray wziął do ręki odłożony wcześniej na bok raport Jane Russo. 
- Dobrze znasz tę Russo? 

background image

 

25 

- Właściwie nie. Wiem, że pracowała ze swoim przyjacielem, facetem, który nazywa się Alan Gallagher. 
Może jest więcej niż tylko jej przyjacielem, pomyślał Ray. 
- Pięć czy sześć lat temu jego córka została porwana i zamordowana. Teraz Gallagher zajmuje się walką o prawa dzieci. 

Był w Waszyngtonie, zrobił dużo dobrego. 

- Więc to on zaproponował Jane udział w tej sprawie? Zarekomendował ją? 
-  Nie  musiał.  Sama  zapracowała  na  opinię,  jaką  się  cieszy  w  całym  kraju.  Nadała  słowom  „portret  pamięciowy” 

zupełnie nowe znaczenie. 

- Pracowałeś z nią kiedyś? 
- Raz. Sprawa Durango. To takie małe miasteczko na południowym zachodzie Kolorado. Młoda dziewczyna, zdaje się, 

że miała na imię Samantha... W każdym razie była świadkiem morderstwa popełnionego na jej matce. Przeżyła taki szok, 
że nie była w stanie powiedzieć policji niczego. Pojechałem tam z Jane, a ona wyciągnęła z małej opis tak dokładny, że 
jej portret pamięciowy był prawie jak zdjęcie miejscowego mleczarza. W życiu czegoś takiego nie widziałem. Tak, Jane 
jest naprawdę dobra. Do diabła, jest świetna. 

Ray spojrzał na Bruce’a spod oka. Odezwała się w nim przekora. 
- Zastanawiające, co się stało z jej osławionym talentem przy tej sprawie. Na razie niewiele zdziałała. Przesłuchała pół 

tuzina świadków i dwie ofiary i nic. 

Bruce wzruszył ramionami. 
- Nie rozumiem, o co chodzi. 
- Wiedziałeś, że ona jest z Aspen? 
- Chyba tak. 
- A wiesz coś ojej stosunkach z rodziną? 
- Nic. 
- Hm. 
Ray  miał  ochotę  spytać,  czy  Bruce  wie  coś  więcej  na  temat  stosunków  łączących  Jane  z  Alanem  Gallagherem,  ale 

doszedł do wniosku, że nie ma to związku ze sprawą. A jednak interesowało go to. 

W końcu obaj zasnęli, Bruce na nieposłanym łóżku, Ray na kanapie. Wtedy zadzwoniła jego komórka. 
Ray natychmiast zerwał się na równe nogi. 
- Przepraszam, że dzwonię tak późno - rozległ się męski głos. Znajomy głos. 
- Stan? Stan Schoemaker? 
Co, u diabła? 
- Wiem, że u was jest koło drugiej nad ranem. Ale pomyślałem, że chciałbyś o tym wiedzieć jak najprędzej. 
Stan był współpracownikiem Raya w Seattle. Jeśli dzwonił o tej porze, sprawa musiała być poważna. 
-  Biuro  w  Seattle  aresztowało  właśnie  dwóch  facetów  w  stanie  Waszyngton  -  powiedział  Stan.  -  Ze  względów 

bezpieczeństwa zostaną przeniesieni gdzie indziej. Pod koniec tygodnia sprowadzimy ich do Los Angeles. 

Ray poczuł, że krew zawrzała mu w żyłach. Nie musiał pytać, kim są ci j ludzie. Wiedział. 
- Pomyślałem, że nie chciałbyś przegapić tego samolotu - ciągnął Stan - Przyleci w piątek. O ósmej rano. 
- Będę pamiętał - odparł Ray. - I dzięki. 
- Drobiazg. 
Ray wyłączył telefon i usiadł przy stole. Samolot wyląduje w Los Angeles w piątek. Ray będzie tam na niego czekał. 

 

Rozdział 6 

Była  piąta  nad  ranem.  W  domu  państwa  Lemke  paliło  się  tylko  jedno  światło.  Na  dachu  i  stojących  na  podjeździe 

samochodach leżała gruba warstwa świeżo spadłego śniegu. 

Za dużo tych samochodów. 
Normalnie odśnieżyłby podjazd i policzył tyle co zawsze za swoją usługę, ale tym razem uznał, że będzie lepiej, jeśli 

tego nie zrobi. Cóż, trudno. Siedział chwilę w samochodzie, słuchając szumu silnika i patrząc na lampę, która świeciła się 
w pokoju na dole. Gliniarze. Na pewno. Opuścił szybę i wytężył wzrok. Jego oddech parował w lodowatym powietrzu. 
Zastanawiał się, jak czują się mieszkańcy tego domu, jakie koszmary nachodzą ich przed świtem. 

Zamknął okno, wrzucił jedynkę i ruszył odśnieżać inne podjazdy. 
 
Gdzieś w domu trzasnęły drzwi, jedne, a po chwili drugie. W holu rozległy się dziecięce głosy. 
- Kyle, wyłaź wreszcie z tej łazienki! Mamo, Kyle zachowuje się jak idiota. Mamo! 
Jane przewróciła się na drugi bok, otworzyła oczy i spojrzała na zegarek. Była piąta trzydzieści. 
- Chrzań się, Nicky. - Kyle otworzył na moment drzwi łazienki, a potem zamknął je z hukiem. 
- Przestańcie, ale już - powiedziała Gwen. - Ciocia Jane jeszcze śpi. 
- Och - mruknął jeden z chłopców i zachichotał. 
W  domu  Grinellów  dzień  zaczynał  się  wcześnie.  Gwen  i  George  prowadzili  restaurację  na  szczycie  Buttermilk 

Mountain, której podnóże  znajdowało się  kilka kilometrów  od  ich  domu. Śniadanie podawano tam  do  dziewiątej, więc 
cała rodzina wstawała przed piątą. Zazwyczaj Gwen zostawiała płatki kukurydziane i mleko dla chłopców, którzy szli do 
szkoły na ósmą. Ale w czasie ferii Nicky, który miał czternaście lat, i Kyle, dwunastolatek, także pracowali w restauracji. 

background image

 

26 

Jane wstała i poszła do łazienki dla gości. Boże, jakie zimne te kafle. Zadrżała. 
Nie  chciało  jej  się  ubierać,  więc  narzuciła  tylko  sweter  na  pasiastą  piżamę,  przeczesała  włosy  i  weszła  do  kuchni, 

tłumiąc ziewnięcie. 

W domu znowu rozległ się huk zamykanych drzwi. 
-  Do  diabła,  Kyle!  -  zawołał  George.  -  Jeszcze  raz  trzaśniesz  drzwiami  i  przez  cały  dzień  będziesz  zmywał  naczynia. 

Mówię serio. 

Gwen weszła do kuchni i stanęła za Jane. 
- Przepraszam, rano zupełnie  nie  da się tu spać  - powiedziała, nalewając świeżo zaparzoną kawę  do  dwóch  kubków.  - 

Przez całą zimę ten dom przypomina zoo. Wiedziałabyś o tym, gdybyś raczyła się tu od czasu do czasu pokazać. 

- Przecież właśnie tu jestem. - Jane usiadła na kuchennym stołku. 
Gwen  otworzyła dwie  małe paczuszki  z cukrem,  zapewne  przyniesione  z restauracji,  wrzuciła zawartość do kubków, 

dolała mleka i zamieszała. 

- Proszę - podała Jane kubek. - Zaraz, czy ty słodzisz? 
- Może być. 
Cała  Gwen.  Kilka  lat  starsza  od  Jane,  była  podobna  do  matki.  Wszystko  musiała  kontrolować.  Zawsze  była 

bezpośrednia do bólu i rządziła się jak szara gęś. Jane pomyślała, że wiek nie złagodził charakteru jej siostry. 

W  kuchni  pojawili  się  chłopcy,  w  sportowych  strojach  i  kurtkach.  Zaczęli  robić  gorącą  czekoladę,  popychając  się  i 

szturchając. Uspokoili się, kiedy Gwen spojrzała na nich karcąco. 

- To Kyle rozlał, ja tego nie posprzątam - oznajmił Nicky. 
- To nie ja - odpalił Kyle. 
- Ja to posprzątam, jak już pójdziecie - odezwała się Jane 
- Ja to zrobię, jak wrócę z pracy - powiedziała Gwen odruchowo. Nie lubiła, kiedy ktoś plątał się po kuchni. W końcu 

nikt nie sprzątał i gotował lepiej od niej. 

- Ciociu, pójdziesz z nami na narty? - spytał Kyle. 
- Cóż, ja... 
- Oczywiście, że pójdzie - wtrąciła się Gwen. 
W drzwiach pojawił się George, z kluczykami samochodowymi w dłoni. 
- Przyjedziesz na górę? - zdziwił się. - Wczoraj mówiłaś, że przyjechałaś w sprawie zaginięcia tej małej, więc sądziłem, 

że... 

Gwen tylko machnęła ręką. 
- Idź rozgrzać silnik, George. 
George posłusznie poszedł do garażu; chłopcy, potykając się i śmiejąc, ruszyli za nim. Mimo wczesnej pory byli bardzo 

ożywieni, pewnie dzięki gorącej czekoladzie z dużą zawartością cukru. 

- No, Jane - ciągnęła Gwen, jakby nie słyszała rozmowy, która przed chwilą miała miejsce  - zadzwonię i zamówię dla 

ciebie bilet. Teraz sprzedają je gdzie indziej, ale na pewno trafisz. Bilet będzie tam na ciebie czekał. Wjedziesz na górę. 
Wiesz,  gdzie  jesteśmy.  Aha, w garażu są narty, kijki  i buty, a kurtkę, czapkę  i rękawiczki  znajdziesz  w szafie  w  holu. 
Ciągle nosisz ten sam numer? 

- Gwen - powiedziała Jane - naprawdę nie mam czasu na narty. Zaginęła dziewczynka i musimy ją odnaleźć. Bardzo ci 

dziękuję, ale... 

- Chcesz powiedzieć - przerwała jej siostra - że przyjechałaś tu po tylu latach  i nie  masz  zamiaru poświęcić  mi  nawet 

jednej godziny? 

- Posłuchaj, Gwen, ja naprawdę... 
- Przyjedź do restauracji przed jedenastą. Możemy pojeździć na nartach albo posiedzieć na tarasie i pogadać. Ale przed 

południem, bo później siedzę na kasie. 

Jane pociągnęła łyk kawy. Po co się sprzeczać? Z Gwen jeszcze nikt nie wygrał. 
W drzwiach znowu pojawił się George. Gwen minęła go, a potem odwróciła się i spojrzała na Jane. 
-  Pamiętaj,  że  dziś  wieczorem  przygotowujemy  przyjęcie  na  Red  Mountain,  więc  mogłabyś  zjeść  kolację  z  mamą. 

Roland też tam będzie, rzecz jasna, ale przypomnij mamie, żeby zaprosiła Scotta. 

Scott był synem Rolanda z pierwszego małżeństwa. Jane nie lubiła ani ojczyma, ani jego syna. 
- Do zobaczenia o jedenastej - zakończyła Gwen i pobiegła do samochodu. 
No tak, nie było jeszcze szóstej, a Jane już miała nerwy napięte jak postronki. 
George podszedł i pocałował ją w policzek. 
- Nie  martw się, powiem Gwen,  że nie  mogłaś przyjechać. Wiesz,  jaka  ona  jest. Naprawdę fajnie znowu cię  widzieć, 

Jane. No, muszę lecieć. 

Jane  zaczekała,  aż  drzwi  za  szwagrem  się  zamkną,  a  potem  starła  z  policzka  ślad  pocałunku.  On  też  tam  był 

siedemnaście lat temu. Nowa miłość Gwen, absolwent szkoły gastronomicznej. George Grinell. 

To mógł być on. Może to jego twarz skryła się tak głęboko w mroku jej pamięci, że teraz nie potrafi nawet zacząć jej 

rysować. 

A może to był jej ojczym. Przed siedemnastoma laty Roland Zucker był szeryfem Pitkin County. 
Albo Kent Schilling. On też tam był, razem z żoną Lottie i ich małymi bliźniaczkami. Kent, jej mentor. Miała nadzieję, 

background image

 

27 

że to nie był on. 

Scott... Wtedy kończył szkołę średnią. Był przystojny i wysportowany. Dziewczyny za nim szalały. 
Jane zaczęła odruchowo sprzątać kuchnię. Do diabła z Gwen i jej „zrobię to po pracy”. 
Co ja tu właściwie robię? - pomyślała Jane. Chyba zwariowałam. Dobrze, że Gwen i George są dzisiaj zajęci. Obsługa 

przyjęcia. Ale Bóg jeden wie, co planują Kyle i Nicky. Nie, żeby ją to interesowało. Choć trochę żałowała, że nie miała 
okazji lepiej poznać swoich siostrzeńców. 

O wpół do siódmej postawiła  kubek  z gorącą kawą na toaletce  i poszła wziąć prysznic. W łazience znowu myślała o 

porwaniu i czekającej ją rozmowie z drugim świadkiem, przyjaciółką Kirstin, Crystal Brenner. Może ta rozmowa okaże 
się przełomem. 

Nagle  znieruchomiała  pod  strumieniem  gorącej  wody.  Gdzie  jest  Kirstin  w  tej  chwili?  Czy  siedzi  przerażona  w 

ciemnościach? Czy jest sama i nasłuchuje zbliżających się kroków oprawcy? A może śpi i choć przez chwilę niczego nie 
jest świadoma. 

Jane bała się nawet pomyśleć, że Kirstin już nie cierpi, już nic nie czuje, że już nie... 
Nie, nie, nie. Minęło dopiero kilka dni. Ona żyje, znalazła się w straszliwym niebezpieczeństwie, ale żyje. Przetrwa to; 

jej rany się zagoją, będzie tylko musiało minąć dużo czasu. Tyle że najpierw muszą ją odnaleźć. Zegar tykał nieubłaganie. 

Ray przyjechał tuż po dziewiątej. Miał na sobie dżinsy, botki, zielony golf i kurtkę. Jane także była ubrana swobodnie, 

w czarne dżinsy, czerwony sweter i kurtkę Gwen w odcieniu srebrnego błękitu. 

Ranek był pogodny i bardzo zimny. Śnieg skrzypiał pod nogami. W samochodzie szumiało ogrzewanie nastawione na 

maksymalne obroty. 

- Dzień dobry - powiedział Ray. 
Jane znowu uderzył tembr jego głosu, niski, zmysłowy, intymny jak pocałunek. 
- Dzień dobry. Brrr, ale tu zimno. 
- Włączyłem ogrzewanie. 
- Udało ci się wczoraj skontaktować z Brennerami? - Jane czekała na swój przełom. 
- Schilling rozmawiał z matką Crystal. Możemy się z nią zobaczyć dopiero po południu. 
- Co? 
- Nie miałem na to wpływu. 
- Cholera - mruknęła Jane. 
- Musimy zaczekać. 
To Kirstin czeka, pomyślała Jane. Dla niej każda sekunda jest jak godzina; każdy dzień jak... 
- Pomyślałem, że moglibyśmy coś zjeść. Jesteś po śniadaniu? 
- Właściwie nie. Ale wypiłam już morze kawy. 
- Więc zjemy coś i pojedziemy do rodziców Kirstin. 
- Rozumiem, że widziałeś się z nimi wczoraj wieczorem. 
- Oczywiście. 
- No i? Skręć w prawo, tam jest taka mała cukiernia... To znaczy kiedyś była. Tyle się w tym mieście zmieniło od czasu, 

kiedy byłam tu po raz ostatni. Więc jak było u państwa Lemke? 

- Ciężko. 
- Na pewno. Domyślam się, że nie dowiedziałeś się niczego nowego? 
- Niczego. 
Jane westchnęła. 
- Skręć w prawo, w Galena Street, o tam - wskazała kierunek. - Cukiernia nazywa się Paradise Bakery, powinna być za 

trzecią przecznicą. 

- Więc to jest Aspen - powiedział Ray, szukając miejsca, w którym mógłby zaparkować. 
- Tak, to serce miasta. 
- Ładnie tu. Wszystko wygląda tak, jakby pochodziło z przełomu wieków. 
- Kiedyś było to bogate miasteczko górnicze. A Towarzystwo Histeryczne... 
- Co takiego? 
- To taki żart. Towarzystwo Historyczne pilnuje, żeby wszystko, każdy budynek, okno czy latarnia, pozostało w swoim 

pierwotnym kształcie. Bez ich zgody nie można nawet postawić doniczki na parapecie. 

Znaleźli miejsce przed Independence Building, naprzeciw cukierni. Powietrze pachniało drożdżowym ciastem i kawą. 

Cukierenka była pełna stałych bywalców i turystów. Część siedziała na drewnianych ławach na patio, skąd rozciągał się 
wspaniały widok na góry. 

Jane  zawsze  mogła  dużo  jeść,  nie  przybierając  na  wadze.  Alan  często  żartował,  że  je  tyle  co  mężczyzna.  Stanęła  na 

patio w porannym słońcu obok Raya i jedząc drożdżówkę z cynamonem, myślała o Alanie i o tym, że wolałaby tak dużo 
o nim nie myśleć. 

Spojrzała spod oka na Raya. Jadł ciastko z orzechami, popijając je gorącą czarną kawą. W dziennym świetle jego blizny 

były  dobrze  widoczne,  kołnierzyk  koszuli  nie  był  dość  wysoki,  żeby  je  zakryć.  A  może  Ray  wcale  nie  miał  zamiaru 
niczego zakrywać. I tak był bardzo przystojny, blizny tylko dodawały mu tajemniczego uroku. 

Przeniosła  wzrok  na  wagonik  sunący  powoli  zboczem  góry.  Wszyscy  ci  podekscytowani  narciarze,  których  czekała 

background image

 

28 

tylko dobra zabawa, nie mieli pojęcia, co przechodzi teraz Kirstin, nie wiedzieli, że w tej idyllicznej scenerii rozgrywa się 
dramat. 

Ray wyrzucił serwetkę do drewnianego pojemnika na śmieci. 
- Może wolisz zostać w mieście - powiedział. - Nie musisz jechać do Lemke. Możesz pójść na zakupy, a ja przyjadę po 

ciebie później albo spotkamy się u szeryfa. 

- Prowokujesz mnie? - Jane ogarnęła irytacja. Czuła, że jej obecność mu ciąży. 
- Przecież ja tylko... 
-  Daj  spokój,  Ray.  Nie  chcesz  mnie  tutaj.  Świetnie.  Ale  twój  zwierzchnik  uznał,  że  mogę  się  przydać.  Naprawdę 

myślisz, że  mogłabym robić zakupy, podczas gdy to biedne  dziecko  jest  w rękach jakiegoś szaleńca, a czas mija? Mój 
Boże. Na pewno nie możemy spotkać się z Crystal przed południem? Może gdybym pojechała do niej sama... 

- Jej matka późno wstaje i przyjmuje gości dopiero po południu. 
- Nie mogę uwierzyć, że ktoś może być takim egoistą. 
- Sądzę, że dla pani Brenner zdrowy sen jest ważniejszy niż życie jakiegoś dziecka. 
W drodze do Brush Creek Ray milczał. To przeze mnie, pomyślała Jane. Powtarzała sobie, że nie obchodzi jej, co on o 

niej myśli, ale wiedziała, że to nieprawda. Obchodziło ją. Zawsze ją obchodziło, co myśląc niej współpracownicy. Potem 
przypomniała sobie, że Ray  jeszcze  nie  miał  okazji się przekonać, na co  ją stać. Może  dzisiaj  w  końcu uda jej się  coś 
osiągnąć. Minęło tyle lat. Dlaczego nie potrafi wyciągnąć twarzy tego potwora na światło dzienne? 

Bruce był już u Lemke. Wraz z Canningiem i Howardem od dwóch dni niemal bez przerwy siedział przy telefonie. Od 

czasu do czasu udawało mu się uciąć krótką drzemkę na fotelu czy kanapie. Sid Reynolds pojechał do Mountain House, 
żeby się trochę przespać. Wolał to odjazdy do Glenwood Springs, gdzie mieszkał. Jane wiedziała, że ci ludzie całkowicie 
poświęcają się pracy. Często to widywała. Zbyt często. 

Bernie  z  biura  szeryfa  był  na  służbie.  Powiedział  im,  że  Josh  Lemke  nadal  jest  na  granicy  załamania  nerwowego,  a 

Suzanne nie potrafi mu pomóc. Ciągle była pod wpływem środków uspokajających. 

- Może wy zdołacie choć trochę go uspokoić - powiedział. - Bo nam się nie udało. 
Ku zdumieniu Jane Ray nie wydał się zakłopotany tą prośbą. 
- Pogadam z nim - zapewnił. 
Sprawiał  wrażenie  pogrążonego  we  własnych  myślach,  tak  jak  przez  całą  drogę.  Może  zastanawia  się,  jaką  przyjąć 

strategię. Ludzie szeryfa i agenci FBI nie bardzo wiedzieli, co jeszcze mogą zrobić. Było coraz mniej możliwości, coraz 
mniej  osób, które  mogliby przesłuchać. Dotychczas nie udało  im się  niczego uzyskać. Rozglądając się po domu,  gdzie 
obecność Kirstin była niemal namacalna, Jane czuła dojmujące pragnienie dokonania przełomu w śledztwie. 

Ray podszedł do Josha, który snuł się po korytarzu, mrucząc coś do siebie i wybuchając płaczem, ilekroć mijał drzwi 

pokoju córki. Najwyraźniej zadręczał się wizjami, których oni nawet nie byliby w stanie sobie wyobrazić. 

Ray zaprowadził go do kuchni i poprosił, by usiadł. Josh opierał się chwilę, ale w końcu opadł ciężko na stołek i ukrył 

twarz w dłoniach. 

- Zabiję tego drania, kiedy dostanę go w swoje ręce - powtarzał. 
Ray, o dziwo, zdawał się doskonale go rozumieć. 
- Posłuchaj, Josh - powiedział - gdyby Kirstin była moim dzieckiem, czułbym się dokładnie tak samo. Dostaniesz tego 

drania.  Ale  teraz  przede  wszystkim  potrzebujesz  snu.  W  tym  stanie  nic  nie  zdziałasz.  Postaraj  się  trochę  przespać,  dla 
dobra córki. W każdej chwili w śledztwie może nastąpić przełom, a wtedy będziesz musiał być przytomny. Rozumiesz? - 
mówił spokojnie, kojąco. 

Jane  była  poruszona.  Mógł  użyć  swojej  władzy,  ale  nie  zrobił  tego.  Okazał  szczere  współczucie,  czego  się  nie 

spodziewała. 

Josh słuchał, pocierając twarz rękami, a po  chwili  wstał i poszedł  do sypialni.  Agenci  wydali zbiorowe  westchnienie 

ulgi. Jane przypuszczała, że spokój nie potrwa długo. Miała rację. 

Nie minęło nawet dziesięć minut, kiedy Josh Lemke wypadł z sypialni. 
- Do cholery, dlaczego nie potraficie jej odnaleźć?! - krzyknął. - Co to gówno... to... - oskarżycielsko wycelował palec w 

Howarda i sprzęt elektroniczny - to na nic! Na nic! 

- W porządku, Josh - powiedział Ray. - Lepiej się teraz czujesz? Wyrzuciłeś to z siebie? Tak, na razie ta aparatura nie 

przydała  się,  ale  jeszcze  może  nam  bardzo  pomóc.  Bardzo.  Więc  chyba  warto  spróbować.  Robimy  wszystko,  żeby 
odnaleźć twoją córkę. 

Lemke przygarbił się, odwrócił i bez słowa odszedł korytarzem. 
Jane  weszła  do  pokoju  Suzanne.  Usiadła  na  brzegu  łóżka,  przedstawiła  się  i  wyjaśniła,  jaka  jest  jej  rola.  Czuła,  że 

powinna dać tym ludziom cień nadziei, choćby fałszywej. Jeśli zabraknie im nadziei, będą zgubieni. 

Suzanne spojrzała na nią błagalnie, ujęła obie jej dłonie i ścisnęła kurczowo. 
- Moje dziecko żyje, prawda? Musi żyć. 
Jane miała wrażenie, że pęknie jej serce. 
Tuż przed południem  wrócił S id Reynolds i agenci poszli porozmawiać do jednego z pokoi. Jane  widziała ich przez 

niedomknięte  drzwi.  Przeglądali  dokumenty,  rozdzielali  między  siebie  zadania.  Znała  procedury.  Wiedziała,  że  będą 
rozmawiać  ze  wszystkimi,  którzy  znali  Kirstin,  tak  długo,  aż  dowiedzą  się  czegoś  istotnego.  Albo  nie.  Bruce  nadal 
zajmował  się  osobami  pracującymi  przy  wyciągach  narciarskich.  Wyjechał  do  Snowmass  zaraz  po  zaginięciu  Kirstin, 

background image

 

29 

kiedy ustalono strategię postępowania. 

Jane weszła do pokoju Kirstin. Ogarnęło ją dziwne poczucie winy, kiedy patrzyła na zdjęcia i pamiątki szkolne, których 

pełno  było  na  półkach  i  ścianach.  Czuła,  że  zawiodła  to  dziecko,  jakby  cała  odpowiedzialność  związana  z  tą  sprawą 
ciążyła wyłącznie na niej. A teraz błąka się po tym domu, czekając na rozmowę z przyjaciółką Kirstin, i marnuje czas. 

Podniosła jedną z fotografii i przesunęła palcem po widniejącej na niej twarzy Kirstin. Czuła się coraz gorzej. Dobrze 

wiedziała, jak to jest, kiedy ktoś niszczy niewinność dziecka. Z czasem rany zadane ciału zaczynają się goić. Ale dusza 
nigdy  nie zostaje uleczona, nie  do  końca. Nie, dopóki sprawiedliwości  nie stanie się zadość. Tego Jane  dotychczas nie 
zaznała.  Czy  to  możliwe,  że  własne  przeżycia,  własna  słabość  i  -  tak,  własne  tchórzostwo  -  będą  ją  kosztować  życie 
innego dziecka? 

Z  oczami  pełnymi  łez  patrzyła  bezradnie  na  różowo-złotą  narzutę,  koronkowe  poduszki  i  mocno  podniszczonego 

pluszowego misia leżącego na brzegu łóżka. O Boże. 

Kiedy Ray zajrzał do pokoju, szybko otarła łzy. 
- Jadę do miasta - powiedział Ray - pogadać z Schillingiem przed spotkaniem z tą małą Brenner. 
- Tak, oczywiście. - Do diabła z Caroline Deutch, do diabła z Alanem, który namówił ją do pracy przy tej sprawie. Nie 

mogła zwierzyć się Rayowi z tego, co czuje. Nie mogła uciec od tego ani się ukryć. Siedziała w tym już zbyt głęboko. 

Do spotkania z Crystal zostało im jeszcze sporo czasu. Ray zaparkował przed budynkiem sądu i poszli do Schillinga. 

Połowa  ludzi szeryfa pracowała przy tej sprawie. Wykonywali  dziesiątki telefonów,  chodzili po  mieście. Rozdali setki 
zdjęć  Kirstin.  Wszyscy  wiedzieli,  że  dziewczynka  jest  gdzieś  zamknięta,  musieli  jednak  postępować  zgodnie  z 
przepisami. 

- Na pewno wyciągniesz coś z tej małej. - Schilling uśmiechnął się do Jane. - Zawsze ci się to udaje. 
Odpowiedziała  mu  słabym  uśmiechem.  Nie  mogła  przyznać  się  człowiekowi,  który  pomógł  jej  rozpocząć  pracę  i 

niezachwianie wierzył w jej zdolności, jak bardzo czuje się bezradna. W dodatku Ray zupełnie w nią nie wierzył. Jego 
sceptycyzm wisiał w pokoju jak ciężka chmura. 

Na szczęście Schilling zmienił temat. 
- Omal nie zapomniałem ci powiedzieć - rzekł, pstrykając palcami - że spotkałem twoją matkę. Zachowywała się, jakby 

nie miała pojęcia, że jesteś w mieście. Nawet do niej nie zadzwoniłaś? 

- Ja... eee... Wczoraj byłam bardzo zajęta, a wieczorem u Gwen wszyscy poszliśmy spać zaraz po kolacji. Sądziłam, że 

Gwen zadzwoni do mamy. O rany - zakończyła słabo - chyba... 

- Powiedziałem Hannah, że wyślę cię do niej, jak tylko znowu cię zobaczę. 
- Dzięki, ale teraz musimy jechać do Brennerów. Zadzwonię do mamy po... 
- Mamy jeszcze godzinę - przerwał jej Ray. 
Jane spojrzała na niego ostro. 
- No widzisz? - ucieszył się Kent. - Hannah mieszka zaledwie trzy przecznice stąd. 
- Myślałam, że jest już dużo później - skłamała Jane. 
Sytuacja bez wyjścia. 
- Pójdę z tobą - zaproponował Ray. 
Kolejna sytuacja bez wyjścia. 
Podejrzewała, że jest ciekawy, może nawet bardziej niż wczoraj. Może dlatego że jest gliną. A może dlatego że uważa, 

że zrozumie ją lepiej, jeśli pozna jej relacje z rodziną. A może po prostu chce być uprzejmy. Może, może, może. Pewnie 
w ogóle nie obchodziła go jej rodzina. Chce z nią pójść dla zabicia czasu. 

Przeszli  Main  Street,  mijając  stary  kościół.  Jane  była  w  nim  na  wielu  konfirmacjach,  ślubach  i  pogrzebach,  a  kiedyś 

nawet na koncercie. W przedsionku kościoła głosowała po raz pierwszy w wyborach prezydenckich. 

Minęli  ratusz,  wielki,  przypominający  stodołę  budynek  z  czerwonej  cegły  o  lśniącym  cynowym  dachu.  Przy  sklepie 

GAP skręcili w Hopkins Street. Matka Jane prowadziła sklep z pamiątkami i elementami wystroju wnętrz u zbiegu ulic 
Galena i Hyman, w kamienicy z 1880 roku. Było to centrum miasta, gdzie czynsze sięgały nieba. 

Weszli do sklepu. Ray był pod wrażeniem. 
- Jezu - mruknął - w życiu nie widziałem tylu rzeczy naraz. 
Wnętrze  sklepu  rzeczywiście  sprawiało  przytłaczające  wrażenie.  Wszystko,  co  udało  się  sprowadzić  z  całego  świata, 

zostało upchnięte na sięgających sufitu półkach. Bardzo kosztowny towar. W tej chwili przeważały przedmioty związane 
z  Bożym  Narodzeniem  -  od  przystrojonych  choinek  po  wypchanego  renifera  z  saniami  pełnymi  prezentów.  Poza  tym 
ozdobny  papier  do  pakowania,  bibeloty,  świąteczne  dekoracje,  porcelana,  kryształy,  ręcznie  malowane  fajansowe 
dzbanki,  menory  z  Ziemi  Świętej,  szklane  kule,  ceramiczne  wieńce  z  Ameryki  Południowej,  egzotyczne  pot-pourri. 
Nawet zdobny w świąteczne motywy papier toaletowy. 

- Niesamowite - mruknął Ray, unosząc brwi na widok rolki papieru ze szlaczkiem, który tworzyły gałązki wiciokrzewu. 
Jak on może być tak spokojny, kiedy marnują tu czas, zamiast szukać Kirstin? Czy to porwane dziecko jest dla niego 

tylko kolejną sprawą? Jane była coraz bardziej podenerwowana, ale nie wiedziała, czy to z powodu Kirstin, czy dlatego 
że czekało ją spotkanie z matką. 

Zauważyła  ją,  dopiero  gdy  weszli  do  drugiego  pomieszczenia,  równie  zapełnionego  absurdalnymi  przedmiotami  co 

pierwsze.  Gdy  dostrzegła  matkę  wśród  tłumu  kupujących,  którzy  kłębili  się  przy  półkach,  znieruchomiała  na  moment. 
Nie widziała jej od lat. Hannah mocno się postarzała. Nic dziwnego. W końcu wszyscy się starzeją. 

background image

 

30 

Hannah także ją dostrzegła. Oparła ręce na biodrach i zmarszczyła brwi. 
- Kogo  ja widzę? Pomyśleć, że  dopiero Kent  musiał  mi powiedzieć, że przyjechałaś. Niech  ci się przyjrzę.  - Położyła 

dłonie  na  ramionach  córki  i  przez  chwilę  patrzyła  na  nią  uważnie,  przekrzywiając  głowę.  -  Wyglądasz  świetnie  •  - 
oceniła.  -  Lubię,  jak  masz  dłuższe  włosy  -  przytuliła  Jane.  -  Zadzwoniłam  do  Gwen  i  nakrzyczałam  na  nią,  że  nie 
zadzwoniła  do  mnie  wczoraj.  Myślałam,  że  lepiej  was  wychowałam.  A  ty  dlaczego  do  mnie  nie  zadzwoniłaś?  Mogłaś 
zatrzymać się u nas. Twoja siostra i tak ma pełne ręce roboty. A tak przy okazji, czy nie miałaś spotkać się dzisiaj z Gwen 
na lunchu? 

Jane zapomniała o tym, celowo. 
- No tak, chyba powinnam była zadzwonić do restauracji. Jestem bardzo zajęta, mamo. 
- Z powodu tej sprawy? Chodzi o małą Lemke? 
Jane kiwnęła głową i nagle przypomniała sobie o Rayu. 
- Mamo, to jest Ray Vanover z FBI. Ray, to moja mama Hannah Zucker. 
Hannah i Ray wymienili uścisk dłoni, przyglądając się sobie nawzajem badawczo. 
Jane  była  ciekawa,  jakie  zrobili  na  sobie  wrażenie.  Hannah,  mimo  sześćdziesięciu  jeden  lat,  nadal  była  atrakcyjna. 

Wysoka i postawna, ale nie otyła, o przyprószonych siwizną włosach spiętych z tyłu głowy srebrną klamrą, miała bystre 
błękitne oczy, gładką cerę i dyskretny makijaż. Była ubrana w białą bluzkę, wiśniowy kardigan i wąską czarną spódnicę 
do pół łydki, a na jej dłoniach pobrzękiwały srebrne bransoletki. Tak, pomyślała Jane, wygląda trochę starzej, ale ciągle 
bardzo dobrze. 

I ciągle była tytanem pracy. Jane nie pamiętała ani jednego spokojnego dnia ze swojego dzieciństwa. Hannah nigdy nie 

spędzała dużo czasu z rodziną. Jane nie czuła szczególnej więzi z matką ani siostrą. A już żadnej ze swoim ojczymem i 
jego synem. Hannah pilnowała, żeby wszyscy w rodzinie byli zajęci od świtu do nocy, a kiedy Jane oznajmiła, że wybiera 
się na studia artystyczne, była bardzo niezadowolona. 

- Masz zamiar - orzekła - zamknąć się w sobie i całymi dniami siedzieć na tyłku? 
Teraz przyglądała się Rayowi. 
- Żal mi tych Lemke - powiedziała - Przechodzą piekło. Wiecie już coś konkretnego? 
Jakie zrobił na niej wrażenie? Pewnie takie samo jak na Jane. Przystojny, o wąskiej, pociągłej twarzy i przenikliwych 

niebieskich oczach. Matka jeszcze nie zauważyła jego blizn. Ale zauważy. Kiedy tylko Ray odwróci głowę, zauważy je 
na pewno. 

I rzeczywiście. 
- Mój Boże, co się panu stało? 
Bezpośrednia do bólu, jak zawsze. Jane poczuła, że jej twarz oblewa się rumieńcem. O Boże. 
- Zaciąłem się przy goleniu - odparł Ray, dotykając lekko blizny. 
Hannah otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale tylko pokręciła głową i pogroziła mu palcem. 
- Nabierasz mnie, młody człowieku. 
- To prawda - przyznał. - Nabieram panią. 
Jane  aż  skręcało  z  zażenowania.  Powinna  się  spodziewać,  że  matka  coś  palnie.  Musi  jak  najszybciej  wyciągnąć  stąd 

Raya, w przeciwnym razie sytuacja tylko się pogorszy. 

Odchrząknęła. 
- Eee, mamo... musimy już lecieć - powiedziała. - Naprawdę. 
- W porządku - odparła Hannah - W sklepie jest duży ruch, mam mnóstwo klientów. Ale dzisiaj robię kolację na twoją 

cześć. Gwen mówiła, że już ci o tym wspominała. Spotkamy się wieczorem. 

- Nie wiem, czy uda mi się przyjść. Ta sprawa... 
- Nalegam. Przyjedź, jak tylko skończysz pracę. Ray, ty też jesteś zaproszony. 
- Wpadnę, jeśli mi się uda - zaczęła Jane. 
- Dziękuję za zaproszenie, pani Zucker - przerwał jej Ray. - Chętnie przyjdę. Czy mam coś przynieść? 
-  Tylko  siebie.  Do  zobaczenia.  -  Hannah  uścisnęła  córkę  i  pocałowała  ją  w  policzek.  -  Dobrze  znowu  cię  widzieć, 

kochanie. 

Jane z ulgą wyszła z zatłoczonego sklepu na świeże powietrze. 
- Boże - westchnęła i spojrzała na Raya. - Taka właśnie jest moja matka. Nie zastanawia się nad tym, co mówi. 
- Nic się  nie stało - zapewnił. - Zostałem poparzony podczas wybuchu. Blizny są widoczne, a ludzie ciekawi. A  mnie 

już nudzi opowiadanie w kółko tej samej historii. - Wzruszył ramionami. 

Wybuch. Jane znowu miała wrażenie, że coś jej to przypomina, ale nie wiedziała co. 
- Posłuchaj, Ray - powiedziała - nie musisz przejmować się tą kolacją. Nie chciałam się z nią sprzeczać, bo to bez sensu. 

Ale jeśli nie przyjdziesz, matka to zrozumie. 

Ruszyli z powrotem w stronę sądu. 
- Nie mam nic przeciw kolacji - odparł - jeśli tylko zostanie nam dość czasu. Mam ochotę na porządny domowy posiłek. 
Jane zatrzymała się ze zmarszczonymi brwiami, ale Ray ujął ją pod ramię i przeprowadził przez ulicę. Po drugiej stronie 

ciągle trzymał  ją za łokieć. Nie pamiętała, kiedy  ostatnio robił to inny  mężczyzna. Alan. Tylko  Alan  dotykał jej  w ten 
sposób. 

Miała  ogromną  ochotę  do  niego  zadzwonić.  Na  pewno  się  zastanawia,  czy  nastąpił  jakiś  postęp  w  sprawie  Kirstin. 

background image

 

31 

Zadzwoni do niego po kolacji. Może po spotkaniu z Crystal Brenner będzie miała dla niego dobre wieści. Modliła się w 
duchu, żeby tak było. Pogadają o sprawie, a jego optymizm będzie zaraźliwy, jak zawsze. 

Najchętniej od razu wyciągnęłaby komórkę. Tak bardzo chciała usłyszeć jego głos. 
Ray  puścił  jej  łokieć,  kiedy  zbliżyli  się  do  budynku  sądu.  Jane  zastanawiała  się,  czy  świadomie  przez  cały  czas  jej 

dotykał, czy też robił to zupełnie odruchowo. 

Wybuch, powiedział. Jest zmęczony opowiadaniem w kółko tej samej historii. Spojrzała na niego. Cóż, może ma dość 

opowiadania tej historii - czegokolwiek dotyczyła - ale związany z nią ból ciągle wyzierał z jego oczu. 

 

Rozdział 7 

Crystal  Brenner  mieszkała  w  domku  na  kółkach  u  stóp  Smuggler  Mountain,  po  przeciwnej  stronie  miasta.  Kiedyś  to 

miejsce tętniło życiem. Znajdowały się tu stacja Rio Grande Railroad i przetapialnie srebra. Zbocza góry ciągle znaczyły 
ślady dawnych górniczych szybów. Teraz góra porosła lasem, w którym latem można było polować, obozować i jeździć 
na rowerach górskich. 

Najwyższy  czas,  pomyślał  Ray,  jadąc,  zgodnie  ze  wskazówkami  Jane,  drogą  prowadzącą  do  Smuggler  Trailer  Park. 

Przez  cały  ranek  czekali  na  to  przesłuchanie.  Matka Crystal  Brenner  najwyraźniej  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  powagi 
sytuacji. 

- Nie spodziewałem się, że zobaczę w Aspen coś takiego - zauważył, kiedy podjechali pod domek Crystal, jeden z wielu 

w okolicy zamieszkanej głównie przez klasę średnią. 

- Chodzi o obniżenie kosztów czynszu - wyjaśniła Jane. - Te domki stały tu na długo przed tym, jak Aspen stało się tak 

popularne. Przyjaźniłam się z wieloma dzieciakami, które tu mieszkały. To jest prawdziwe Aspen. 

Na wąskiej ulicy trudno było zaparkować, ale Ray zdołał się wcisnąć między wóz pani Brenner a znak z napisem nie 

parkować. Kto odważy się odholować samochód z napisem departament szeryfa na drzwiach? 

-  Może  wolisz  zaczekać  tutaj  albo  przyjechać  po  mnie  później?  -  spytała  Jane  z  nadzieją.  -  Mogłabym  zadzwonić  do 

ciebie z komórki. 

Ray potrząsnął głową. 
- Raczej nie. 
Otworzył  skrzypiącą  bramę,  za  którą  powitał  go  stary  czarny  labrador  z  posiwiałym  pyskiem  i  sporą  nadwagą.  Pies 

merdał przyjaźnie ogonem. 

- Świetny pies obrończy - mruknął Ray. 
- Tu nie potrzeba psów obrończych. - Jane pochyliła się, żeby pogłaskać labradora. 
- Powiedz to Kirstin Lemke. 
Abby Brenner, matka Crystal, otworzyła drzwi i pies natychmiast wszedł do domu, ocierając się o wszystko po drodze. 

Ray poczuł wyraźny zapach alkoholu. 

- No, no - mruknął. 
Jane,  która  także  musiała  poczuć  ten  zapach,  spojrzała  na  niego  ostrzegawczo.  Abby  Brenner,  nie  zawracając  sobie 

głowy przeprosinami za zwłokę, poprosiła ich, by usiedli w saloniku. 

- Zawołam Crystal - powiedziała. 
Usiedli w zabałaganionym pokoju. Labrador obwąchał ich leniwie i usadowił się na stopie Raya. 
Jakiś mężczyzna wyszedł z łazienki na końcu wąskiego korytarzyka i poczłapał do kuchni. Nie miał na sobie koszuli, 

tylko rozpięte dżinsy. Był chudy jak patyk, a z tyłu głowy wisiał mu smętny kucyk z rzadkich włosów. Ojciec Crystal? 
Nie, szeryf powiedział im przecież, że Abby Brenner od dawna jest rozwiedziona. 

Abby  należała  do  pokolenia  hipisów  lat  sześćdziesiątych.  Długie,  przyprószone  siwizną  włosy  nosiła  rozpuszczone  i 

miała mnóstwo kolczyków w uszach. Na luźną czarną koszulkę narzuciła bluzę w fioletowe kwiaty. Jej szyję i nadgarstki 
zdobiły sznury kolorowych koralików. W nosie także miała srebrny kolczyk. 

Pięknie,  pomyślał  Ray,  rozglądając  się  po  pokoju.  Na  stoliku  do  kawy  stała  gigantyczna  popielniczka  pełna 

niedopałków  papierosów  i  skrętów,  resztek  stopionych  świec  i  wypalonych  trociczek.  Wszystko  tu  było  spłowiałe  i 
pokryte  kurzem,  kanapa,  na  której  siedziała  Jane,  z  indyjskim  szalem  na  oparciu,  trzy  poduszki,  fotel,  wystrzępiony 
dywan,  wyłożone  drewnianymi  panelami  ściany.  W  przejściu  między  salonem  a  kuchnią,  pełną  brudnych  kieliszków, 
wisiał sznur z dzwoneczkami. 

- Już przyszli - zawołała pani Brenner do córki. - Wyłącz muzykę i chodź tu. Będę z Jeffem w moim pokoju. 
Jeff. Cóż, to nie jego sprawa, podobnie jak styl życia tych ludzi. Muzyka umilkła i otworzyły się drzwi jednego z pokoi. 

Ray  spojrzał  na  Jane,  która  wzruszyła  ramionami  i  uniosła  brew.  Wiedział,  że  jest  zniecierpliwiona  tak  jak  on,  ale 
potrafiła lepiej to ukryć. 

Crystal Brenner była drobną dziewczynką w bawełnianej bluzie z podobizną jakiejś gwiazdy rocka, czarnych spodniach 

od dresu i pluszowych kapciach w kształcie tygrysków. Krótkie kręcone rude włosy otaczały twarz o wielkich zielonych 
oczach  ocienionych  długimi  rzęsami.  Nie  zapowiadała  się  na  piękność  jak  jej  przyjaciółka  Melanie,  ale  wydawała  się 
sympatyczna i inteligentna. 

Ray i Jane  wstali, żeby się przedstawić, po  czym usiedli  na swoich  miejscach. Ray czuł, jak z fotela, na który  opadł, 

uniosła się chmura kurzu. Pies przeciągnął się z gardłowym pomrukiem i położył wygodnie na obu stopach Raya. 

- Jeśli Sherman panu przeszkadza - powiedziała Crystal - mogę go wyprowadzić na dwór. 

background image

 

32 

- Wszystko w porządku - odparł Ray z uśmiechem. 
Crystal usiadła na drugim  końcu  kanapy  i przycisnęła do piersi poduszkę, zupełnie jak Melanie. Można się było tego 

spodziewać,  pomyślał  Ray.  Zakłopotana  i  defensywna.  Ciekawe,  czy  Jane  będzie  z  nią  rozmawiać  tak  samo  jak  z  jej 
przyjaciółką, czy też ma indywidualne podejście do świadków. 

- Nie znaleźliście Kirstin - powiedziała Crystal. - Gdybyście ją znaleźli, nie byłoby was tutaj. 
- Nie, jeszcze jej nie znaleźliśmy - potwierdziła Jane. 
Crystal wzięła głęboki oddech, w jej oczach błysnęły łzy. 
- Miałam  nadzieję, że zadzwonicie i  odwołacie to spotkanie. Wtedy  wiedziałabym, że  z Kirstin  wszystko w  porządku. 

Myśli pani, że ona żyje, pani Russo? 

- Jane. A jeśli chodzi o twoje pytanie: tak, wierzę, że Kirstin żyje i wkrótce ją odnajdziemy. 
- To dobrze. Mama mówiła, że... Ale mama nie wie. 
Jane kiwnęła głową. 
-  Mam  nadzieję,  że  będę  mogła  pomóc  -  ciągnęła  Crystal.  -  Melanie  zadzwoniła  do  mnie  i  powiedziała,  że  z  tobą 

rozmawia się dużo lepiej niż z tym drugim rysownikiem, panem Staleyem. 

- To bardzo miło ze strony Melanie. 
- On tylko pokazał mi książkę, wiesz, tę z różnymi oczami, nosami i tak dalej. Bardzo chciałam pomóc, ale naprawdę 

nie mogłam. 

-  Domyślam  się  -  powiedziała  Jane.  -  Ja  pracuję  inaczej.  Nie  mam  książki.  Staram  się  jak  najwięcej  dowiedzieć  od 

świadka bez żadnej pomocy. Uważam, że tak jest lepiej. 

Crystal  wydawała  się  znacznie  dojrzalsza  od  Melanie.  Bardzo  chciała  zacząć,  a  jej  napięcie  wynikało  raczej  z 

niecierpliwości  niż  strachu,  że  zawiedzie  Kirstin.  I  od  razu  polubiła  Jane.  Ray  widział  podziw  w  oczach  dziewczynki, 
kiedy  na  nią  patrzyła.  Nieświadomie  naśladowała  nawet  sposób,  w  jaki  Jane  przechylała  głowę  i  przygryzała  dolną 
wargę, kiedy się na czymś koncentrowała. 

Nie dziwiło go, że nastoletnie dziewczęta podziwiają Jane Russo. Jane była pełna szczerego współczucia i wyjątkowo 

atrakcyjna. Najprostszy strój wyglądał na niej świetnie. Długie nogi, świetna figura, szeroko rozstawione błękitne oczy i 
jasne  włosy,  które  tańczyły  wokół  jej  twarzy  przy  każdym  ruchu  tak,  że  chciało  się  ich  dotknąć.  Ray  coraz  lepiej 
poznawał język jej ciała. Pochylenie głowy, sposób, w jaki zakładała nogę na nogę, gestykulację szczupłych dłoni, które 
od czasu do czasu nieruchomiały nad kartką papieru. Jej głos był miękki i niski, słodki jak miód. Zaczynał rozpoznawać 
różne jego tony, uczył się odkrywać w nim ukryte znaczenia. 

Uświadomił sobie, że na nią patrzy, i w duchu przywołał się do porządku. Przyszli tu z powodu dziecka, które zostało 

porwane  i  liczy  na  ich  pomoc.  Ale  było  jeszcze  coś:  w  piątek  Stan  Schoemaker  będzie  eskortował  do  Los  Angeles 
morderców, których Ray próbował dorwać od osiemnastu miesięcy. Postanowił, że się z nimi spotka. 

Nie zdawał sobie sprawy, że w zamyśleniu dotyka palcami blizny. Gdy zauważył, że Crystal mu się przygląda, opuścił 

rękę. 

Jane  rozmawiała  z  dziewczynką  o  wszystkim.  Nie  spieszyła  się,  jakby  miały  mnóstwo  czasu.  Rozmawiały  o 

łyżwiarstwie  figurowym,  hokeju  i starym  kinie  na obrzeżach  miasta, na którego  miejscu stanie  kompleks rozrywkowy. 
Rozmawiały o nowej szkole średniej, deskach i Snowmass. Ray zaczął się niecierpliwić, gdy rozmowa zeszła na rowery 
górskie, kempingi i gorące źródła ukryte w górach. Czy Jane pamięta, po co tu przyszła? A była taka niezadowolona z 
powodu opóźnienia. Co za bzdety. Tak, ona rzeczywiście ma dar. Dar gadania o niczym całymi godzinami. 

W końcu to Crystal poruszyła temat porwania. 
-  Melanie  powiedziała  mi,  że  pamięta  faceta,  który  jechał  z  Kirstin  wyciągiem.  Może  nie  powinnyśmy  o  tym 

rozmawiać, bo pomyślisz, że zasugerowałam się czymś, co mówiła. 

- Nie ma problemu - odparła Jane. 
Ray  był  pewny,  że  wolałaby,  żeby  dziewczęta  o  tym  nie  rozmawiały.  Choć  Jane  nie  poprosiła  Melanie  o  dyskrecję, 

kiedy wychodzili od Steadmanów. Zdenerwowało ją, że się wtrącił i zaczął zadawać pytania. Może była tak okurzona, że 
zapomniała poinformować Melanie, jakie są zasady. 

Jane  wyciągnęła  kulę  z  plasteliny.  Crystal  szybko  wzięła  jaw  ręce,  o  nic  nie  pytając.  Błyskawicznie  uformowała  z 

plasteliny pociągłą twarz. 

- Wydaje mi się, że ten facet łaził za nami przez cały dzień. 
- Tak? - Jane przekrzywiła głowę. 
Znowu przyłapał się na tym, że się jej przygląda, że patrzy, jak włosy opadają jej na twarz. Przywołał się do porządku. 

Więc ten człowiek chodził za dziewczętami... 

- Tak. I nie mówię tego, dlatego że Melanie go zapamiętała - odparła Crystal. - Widziałam go na Big Bum i na trasach 

w Elk Camp. 

- Dlaczego zwróciłaś na niego uwagę? 
- Był sam. Sami na nartach jeżdżą strażnicy, którzy patrolują stoki. I czasem miejscowi, jeśli mają przerwę w pracy. Ale 

większość ludzi jeździ w grupach. 

- To prawda - przyznała Jane. - Czy Melanie powiedziała ci, że zapamiętała coś jeszcze? 
Crystal potrząsnęła głową. 
-  Postanowiłyśmy  porównać  to,  co  zapamiętałyśmy,  kiedy  skończysz  rozmawiać  ze  mną.  Pomyślałyśmy,  że  nie 

background image

 

33 

będziesz miała nic przeciw temu. 

- Nie mam. I myślę, że to bardzo rozsądne z waszej strony nie mówić o tym za dużo. Więc co możesz mi powiedzieć o 

tym człowieku? Co jeszcze przychodzi ci do głowy? 

Crystal spojrzała na ugniataną w rękach plastelinę i westchnęła. 
-  Hm,  był  właściwie  zakryty.  Jakby  nie  chciał  pokazać  twarzy.  Wtedy  nie  przyszło  mi  to  do  głowy,  ale  teraz  jestem 

pewna, że dlatego był tak dziwnie ubrany. Taki... zasłonięty. 

- Zasłonięty? - podchwyciła Jane. 
- No tak. Miał gogle. Od Bolle’a. 
- Od Bolle’a? Jesteś pewna? 
-  Tak.  Bardzo  stare,  porysowane  i  jakby...  przyciemnione.  Wyglądało  to  bardzo  dziwnie,  bo  pod  nimi  miał  jeszcze 

okulary. 

- Okulary? 
- Tak, takie owalne, w metalowych oprawkach. Kirstin takie nosi. W tych okularach jej oczy wydają się takie wielkie. 

Ale ona nie nosi ich przez cały czas. 

Jane  zaczęła szkicować, a Crystal nadal bawiła się plasteliną. Bez  wahania opisała strój  mężczyzny - czapkę, szalik  i 

kurtkę  -  niemal  dokładnie  tak  jak  wcześniej  Melanie.  Wydawało  jej  się  też,  że  zapamiętała  markę  nart.  K2.  Starszy 
model. Jane starała się skierować rozmowę na twarz mężczyzny i w końcu Crystal zaczęła mówić o złamanym nosie. 

- Dobrze - powiedziała Jane, szkicując. 
- Czy Melanie pamiętała jego nos? 
- Tak - potwierdziła Jane. 
Crystal wydawała się zadowolona. 
Ray tylko słuchał. Miał nadzieję, że dowiedzą się czegoś nowego, choć zbytnio na to nie liczył. Przyglądał się Crystal 

pracowicie  ugniatającej  plastelinę.  Miała  artystyczne  zdolności,  których  brakowało  Melanie.  Plastelina  w  jej  dłoniach 
przypominała trochę ludzką głowę. 

Bez  trudu  mógł  wyobrazić  sobie  te  trzy  dziewczyny  na  stoku,  w  czapkach  baseballowych  włożonych  tył  na  przód, 

roześmiane,  przewracające  się  i  strzepujące  śnieg  ze  spodni.  Melanie,  dzieciak  z  bogatej  rodziny,  z  najnowszym 
sprzętem, liderka grupy. Crystal, jej uboga krewna, przedwcześnie dojrzała, zapewne z powodu matki tkwiącej ciągle w 
latach  sześćdziesiątych.  To  ona  jednak  scalała  całą  trójkę.  I  Kirstin.  Znał  ją  tylko  ze  zdjęć,  ale  wiedział,  że  jest  ładna, 
nawet w okularach. Kirstin. Starała się naśladować popularną Melanie i poważną, mądrą Crystal. Łatwo mogła paść ofia-
rą zboczeńca, który bezbłędnie wyczuwał jej uległość, tak jak drapieżnik wyczuwa najsłabsze zwierzę w stadzie. 

Crystal wzięła z zaśmieconego stolika spinacz, rozprostowała go i zaczęła nim robić dziurki w plastelinie. 
- Co to jest? - spytała Jane. 
- Bokobrody - Crystal pracowała w skupieniu. - Nie bardzo mi to wychodzi. Powinny być jasne. 
- Jasne. 
- Aha. 
Jane szkicowała. 
- Włosów też nie umiem zrobić. - Crystal przejechała spinaczem po bokach głowy z plasteliny.  - Miał kręcone  włosy. 

Wystawały spod czapki. 

- Po bokach? 
- Tak. Były trochę dłuższe. 
- Dobrze, Crystal, bardzo dobrze. 
- Aha, i miał kolczyk. 
- Kolczyk? 
- Tak, w prawym uchu. Nie, to musiało być jego lewe ucho, bo stał przodem do mnie. 
- Jaki to był kolczyk? 
- Złoty. Okrągły. 
Jane rysowała i Ray zdołał w końcu dostrzec na kartce papieru kilka szczegółów: kolczyk, kilka kręconych kosmyków, 

bokobrody, złamany nos, okulary pod  goglami. Ale to ciągle było za mało. Szalik zakrywał usta, głęboko  nasunięta na 
głowę czapka zasłaniała czoło, kształt i kolor oczu kryły się pod goglami. 

Do diabła, pomyślał, pod tą czapką równie dobrze może kryć się prawie łysa czaszka i gęsta czupryna. 
Wzrost  i  waga,  jakie  podała  Crystal,  różniły  się  od  tego,  co  opisała  Melanie.  Crystal  uważała,  że  mężczyzna  był 

średniego wzrostu i znacznie szczuplejszy, niż sądziła Melanie. 

Nadal więc nie mieli nic, na czym można by się oprzeć. Zmarnowane popołudnie. Portret był zbyt niedokładny, żeby 

zacząć go rozprowadzać. 

W  pewnej  chwili,  starając  sienie  rozpraszać  Crystal  i  Jane,  Ray  wyszedł  z  pokoju,  z  psem  plączącym  mu  się  pod 

nogami,  i  zadzwonił  do  agentów  w  domu  państwa  Lemke,  żeby  porozmawiać  z  Bruce’em.  Sam  miał  niewiele  do 
powiedzenia  -  tylko  tyle,  że  Crystal  przypomniała  sobie  kolczyk  i  jasne  bokobrody  -  natomiast  Bruce  pracował  nad 
czymś,  czego  dowiedział  się  od  anonimowego  informatora.  Jeden  z  mechaników  zajmujących  się  wyciągami  na 
Snowmass  został  kiedyś  skazany  w  Kalifornii  za  werbowanie  dzieci  do  filmów  pornograficznych.  Nie  przyznał  się  do 
tego,  gdy  starał  się  o  pracę.  Sid  rozmawiał  z  nim  właśnie  w  jego  domu  w  Basalt,  małym  miasteczku  trzydzieści 

background image

 

34 

kilometrów od Aspen. Problem w tym, że mężczyzna wyjechał z Kalifornii trzy lata wcześniej i od tego czasu pracował 
w Aspen. Policja sprawdzała jego okresy urlopowe i zwolnienia lekarskie, na razie jednak nie wyglądało to obiecująco. 

- Poza tym facet jest niski, ma nadwagę, ciemną karnację i nie nosi okularów - relacjonował Bruce. 
Ray wiedział, że dziecięca pornografia i porwania w celu seksualnego wykorzystania to dwie zupełnie różne rzeczy. 
- Cóż, sprawdź to dokładnie - powiedział i wraz z Shermanem wrócił do pokoju. 
Usiadł w tym samym fotelu, a pies znowu usadowił mu się na nodze. Jane tylko spojrzała na niego chłodno i podjęła 

rozmowę z Crystal. Ray obserwował drobinki kurzu wirujące we wpadającym przez okno świetle. 

- Więc spieszyłyście się, żeby złapać autobus - powiedziała Jane. 
- No tak. - Crystal przekrzywiła głowę i  zagryzła  dolną  wargę, z czym  wyglądała jak  mniejsza kopia Jane. Naprawdę 

potrzebowała  wzorca.  -  Mama  Kirstin  miała  po  nas  przyjechać  i  Melanie...  tak,  to  chyba  była  Melanie,  strasznie  nas 
poganiała. Ale w autobusie nie było już miejsca. 

- Czy Kirstin martwiła się, że mama będzie na nią zła? 
- Nie sądzę. Pani Lemke spokojnie podchodzi do takich rzeczy. Ale Melanie czasem trochę przesadza. Nie, żeby nam to 

przeszkadzało. 

Jane czekała. 
- W  każdym razie Melanie była przede  mną, a Kirstin za  mną. Chyba. Na parkingu był straszny tłok,  musiałyśmy się 

przepychać, odsuwać na bok i tak dalej. Wydaje mi się, że Kirstin była za mną. Nie jestem pewna, ale pamiętam, że kiedy 
stanęłyśmy na końcu kolejki do autobusu, Melanie powiedziała, że nie uda nam się do niego wsiąść, i chciałam zapytać 
Kirstin, czy nie powinna zadzwonić do mamy, ale Kirstin nie było. 

- Mów dalej - powiedziała Jane łagodnie. 
- No więc rozejrzałam się dookoła, ale jestem niska, więc niewiele mogłam zobaczyć. Poza tym zrobiło się już ciemno. 

To znaczy nie było całkiem ciemno, ale... jak to się mówi? 

- Zmierzchało. 
-  Właśnie,  zmierzchało.  I  wtedy  zobaczyłam  furgonetkę.  Wyjeżdżała  z  parkingu.  Widziałam  ją  tak  trochę  z  tyłu  i 

pamiętam,  że  pomyślałam,  że  dziewczynka,  która  siedzi  w  środku,  wygląda  jak  Kirstin.  Ale  nie  myślałyśmy  o  tym 
później z Melanie, bo byłyśmy na nią wkurzone. Teraz strasznie mnie to męczy. 

- Niepotrzebnie - powiedziała Jane.  - To  naturalne, że byłyście na  nią trochę złe. To, co przytrafiło się Kirstin, to  nie 

twoja wina. Wiesz o tym, Crystal, prawda? 

- Chyba... tak. 
- Dobrze. Więc to ty zauważyłaś furgonetkę? 
- Aha. 
-  W  porządku.  -  Jane  urwała,  a  Ray  znieruchomiał.  Co  jeszcze  widziała  Crystal?  Jeśli  widziała  furgonetkę  -  i  jeśli 

furgonetka należała do porywacza czy zapamiętała numer rejestracyjny albo choć jego fragment? 

- No i? - spytała Jane, ale Crystal patrzyła na trzymaną w rękach plastelinę ze zmarszczonymi brwiami. 
- No i? - powtórzyła Jane. 
Ray czuł, że za chwilę wyskoczy ze skóry. 
- Tak - powiedziała nagle Crystal - to był ranger. Ford ranger. 
Ray nie wytrzymał. Pochylił się do przodu. 
-  Crystal  -  zaczął,  podnosząc  dłoń,  żeby  Jane  mu  nie  przeszkodziła  -  dlaczego  sądzisz,  że  to  był  ranger?  Skąd  ta 

pewność? 

Crystal spojrzała na niego takim wzrokiem, jakby nie rozumiała, dlaczego zadał tak głupie pytanie. 
- Mój tata ma taki samochód. To znaczy kiedyś miał. Bank mu go zabrał. 
- Twój ojciec miał forda rangera? 
- Aha. 
- Pamiętasz może, z którego roku? 
- Ray - odezwała się Jane. 
- W porządku - powiedziała Crystal. - Wydaje mi się, że z dziewięćdziesiątego drugiego albo trzeciego. Był dość stary. 

Tata kupił go z drugiej ręki. 

- Dobrze - mruknął Ray, a potem, choć powiedziała mu o banku, spytał: - Gdzie jest teraz twój tata? 
- W Nowej Zelandii. On jest Kiwi. Ja też jestem w połowie Kiwi. Wiedział pan o tym? 
- Nie, nie wiedziałem - odparł Ray. 
- Wyjechał trzy lata temu. Raz dostałam od niego kartkę na święta. 
Informacja,  jakiej  dostarczyła  im  Crystal  -  jeśli  była  dokładna  -  mogła  okazać  się  kluczowa.  Oczywiście  na  drogach 

były setki fordów rangerów. W górskich okolicach, takich jak Roaring Fork Valley, były ich pewnie tysiące. A jednak... 

Mimo gniewnego spojrzenia Jane czuł, że musi zadać jeszcze jedno pytanie. 
- Nie widziałaś przypadkiem tablic rejestracyjnych? 
Crystal potrząsnęła głową. 
- A może zauważyłaś, z jakiego był stanu? 
Dziewczynka znowu pokręciła głową. 
- Tak mi przykro - wyszeptała. 

background image

 

35 

Cholera. 
-  Nic  nie  szkodzi.  -  Ray  szacował  już  w  myślach  czas  potrzebny  do  sprawdzenia  wszystkich  fordów  rangerów  w 

okolicy, a właściwie po prostu wszystkich furgonetek. 

- Panie Vanover? 
Ray spojrzał na Crystal. 
- Tak? 
- Mogę pana o coś spytać? 
- Jasne. 
- Co się panu stało? Był pan na wojnie? 
Ray poczuł się schwytany w pułapkę. Te pytania... Ale nie mógł być zły na dzieciaka; pytanie było zupełnie niewinne. 

Mógł udzielić swojej zwykłej, sarkastycznej odpowiedzi, ale po co? Równie dobrze może powiedzieć prawdę. 

- Nie, nie byłem na wojnie, w każdym razie nie na takiej, jaką masz na myśli. Razem z partnerem rozpracowywałem w 

Seattle grupę terrorystyczną. Ich ludzie podłożyli bombę w naszym samochodzie. Przeżyłem, tylko dlatego że wróciłem 
po coś do biura. Kiedy stamtąd wyszedłem, samochód płonął. Próbowałem wyciągnąć z niego partnera, ale... 

- Więc on zginął? - spytała Crystal. 
- Ona. To była kobieta. - Czuł na sobie wzrok Jane. Do diabła z tym, pomyślał. - Ja miałem szczęście - powiedział do 

Crystal. 

Jednak nie czuł się szczęśliwy. Czuł się winny i wściekły. Ale już w piątek w Los Angeles będzie mógł im odpłacić. 

Nie wiedział dokładnie kiedy i jak, lecz teraz, gdy ci dranie zostali aresztowani, miał zamiar pomścić śmierć Kathleen. A 
co z moim życiem, moją pracą? - pomyślał. Ale myśl ta zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Mordercy muszą zapłacić, 
wszystko inne jest bez znaczenia. 

Rozdział 8 

Ray prowadził samochód z ponurą miną. Przez cały dzień był dziwnie zamyślony i Jane zastanawiała się, co go dręczy. 

A teraz, za kilka minut, będzie musiał poznać jej pokręconą rodzinę. Fantastycznie. 

Jak mogła dać się w to wpuścić? Po co odwiedziła matkę? Do diabła, powinna była wiedzieć, czym się to skończy. I 

zakończyć tę farsę, nim sprawy zaszły za daleko. Powiedzieć matce, że ma wieczorem kolejne przesłuchanie. W samym 
środku  potwornie  stresującego  śledztwa  będzie  musiała  jeszcze  użerać  się  z  rodziną.  Za  dużo  jak  na  jedną  osobę. 
Dlaczego nie spróbowała się od tego wykręcić? 

- Przykro mi, mamo, ale muszę się spotkać ze świadkiem. Rozumiesz, praca. - Nic więcej nie musiałaby dodawać. 
Ale wtedy wtrącił się Ray ze swoim: 
- Dziękuję, pani Zucker. Chętnie przyjdę. 
To będzie ciężki wieczór. Wszyscy będą ciekawi, dlaczego przez pięć lat ani razu nie przyjechała do domu, będą się nad 

tym rozwodzić i zadawać tysiące pytań. A ona będzie musiała być miła dla Rolanda, którego szczerze nie cierpiała. Tak 
jak jego egocentrycznego synalka. 

Zacisnęła dłonie w pięści, uświadomiła sobie, co robi, i rozluźniła palce. Wiedziała, że cały czas przygryza dolną wargę, 

zlizując przy tym starannie nałożoną szminkę. 

Czy Ray zauważył jej nerwowość? 
- Gdzie skręcić? - spytał. 
- W następną ulicę. W lewo. 
Wszystko tu było takie znajome, pamiętała każdy zakręt na drodze i zakole rzeki, każde drzewo, każdą prowadzącą w 

góry ścieżkę. Kamienny mur oddzielający dzielnice miasta, kanał i zbiornik wodny. 

- Daleko jeszcze? 
- Kawałek. To tam, na górze. 
Tutaj wszystkie  domy były  jak starzy przyjaciele. Na widok jasno  oświetlonych okien  i fasad zdobnych  w świąteczne 

dekoracje poczuła się znowu jak mała dziewczynka. Ile razy jechała tą drogą? 

- Teraz w lewo - powiedziała mniej więcej w połowie góry. 
- Dobrze, że mamy napęd na cztery koła. 
- Aha. 
- Mówiłem ci już, że zaczęliśmy szukać furgonetki? 
- Nie. - Jane z trudem wróciła do teraźniejszości. 
-  Będzie  ciężko.  Czerwony  albo  bordowy  ford  ranger,  może  trochę  spłowiały.  Rok  produkcji  i  numer  rejestracyjny 

nieznane. 

- To rzeczywiście niewiele. W dolinie są tysiące takich starych furgonetek. 
Ray wzruszył ramionami. 
- To wszystko, co wiemy. 
- Wiem. 
-  Zaczniemy  też  rozprowadzać  rysopis  podejrzanego.  Średniego  wzrostu,  szczupłej  budowy  ciała.  Może  mieć  jasne 

włosy, złamany nos i nosić okulary. Może mieć. Może mieć kolczyk w uchu. 

- Cóż, to więcej niż mieliśmy wczoraj. 
- Furgonetka może nam pomóc. Taki sam samochód opisał świadek z Mammoth. 

background image

 

36 

- Mógł kupić sobie nowy - odparła Jane. 
- Tak, a to może być zupełnie ktoś inny. 
Jane potrząsnęła głową. 
- Nie, to ten sam człowiek. Na pewno. 
- Zgadzam się. Prawdopodobieństwo, że to ta sama osoba, jest duże. 
- Może nam się uda. Crystal była dobrym świadkiem. 
- A jej matka koszmarem. 
- To już bez znaczenia. Crystal jest bardzo spostrzegawcza. 
Ray  skręcił  w  wąską  drogę  prowadzącą  do  domu  Hannah.  Poniżej,  w  oddali,  miasto  migotało  tysiącem  małych 

światełek. Po drugiej stronie wznosił się masyw górski niczym potężna fala od wieków grożąca załamaniem. 

- Piękny widok - stwierdził Ray. 
-  Aha. - Jane spojrzała na  niego - Wiesz,  kiedy powiedziałeś Crystal, go ci się stało, przypomniałam sobie tę sprawę. 

Twoje  nazwisko  od  początku  wydawało  mi  się  znajome,  ale  nie  mogłam  skojarzyć,  gdzie  je  słyszałam.  Bardzo  mi 
przykro z powodu twojego partnera. 

Twarz Raya stężała. Milczał. Światła samochodów jadących z przeciwka na chwilę wydobywały jego profil z mroku, 

potem znowu zapadała ciemność. Jane zrobiło się głupio. No tak, okazało się, że jest taka sama jak matka, która nigdy nie 
wie, kiedy trzymać język za zębami. 

- To... eee... to musiało być dla ciebie okropne - ciągnęła desperacko. Och, zamknij się wreszcie. 
Ray wzruszył ramionami. 
- Takie rzeczy się zdarzają. - Jego głos ociekał goryczą. Jane ogarnęło współczucie dla tego człowieka. Współczucie i 

pragnienie, żeby jakoś mu pomóc uleczyć rany. Opamiętała się jednak. Ray nie potrzebuje jej pomocy. Uważa jej pracę 
za rodzaj szarlatanerii. A ona ma już dość problemów z mężczyznami. 

- Tu jest podjazd - wskazała ręką. - Wjedź i zaparkuj gdziekolwiek. 
Na  podjeździe  stały  dwa  samochody.  Jeden  należał  do  szeryfa.  A  drugi?  Może  do  Scotta?  Przed  domem  paliło  się 

światło,  a  prowadzącą  do  niego  ścieżkę  oświetlały  sznury  lampek  oplatające  nagie  gałęzie  drzew.  Na  frontowych 
drzwiach wisiał wieniec ozdobiony dzwoneczkami. 

Wysiedli z samochodu i natychmiast poczuli zapach dymu. Państwo Zuckerowie napalili w kominku. Będzie przytulnie. 
Jane  wzięła  głęboki  oddech.  Mieli  dwie  godziny.  Potem  Ray  będzie  musiał  wrócić  do  Lemke.  Jakoś  wytrzyma  dwie 

godziny w towarzystwie matki. 

Nie była tu od lat, od czasu, kiedy wyjechała na uczelnię. Wychowała się w tym domu, spędziła tu dzieciństwo, które 

było szczęśliwe, dopóki nie pojawił się Roland Zucker i odebrał Hannah ojcu Jane. A potem nadeszła ta straszna noc na 
górskim kempingu. Najgorsza noc jej życia. 

Bardzo  możliwe,  że  człowiek,  który  ją  wtedy  zgwałcił,  jest  teraz  w  tym  domu,  czeka,  żeby  ją  powitać,  ucałować  i 

życzyć wesołych świąt. 

Położyła dłoń na żelaznej poręczy i weszła na schody. 
- Nie powinnam była tu przychodzić - powiedziała. - To nie był dobry pomysł. 
- Dlaczego? - spytał Ray. 
- Moja  matka... cóż, nigdy nie układało się  między nami  najlepiej.  - Zatrzymała się, ściskając kurczowo poręcz, jakby 

od tego zależało jej życie. 

- Wydawała się bardzo szczęśliwa, kiedy cię zobaczyła. 
- Nie widziałyśmy się od dawna. 
Ray podszedł bliżej i położył dłoń na jej ramieniu. Jane zadrżała. 
- Myślę, że... 
Drzwi  otworzyły  się,  ukazując  fragment  jasno  oświetlonego,  ciepłego  salonu,  z  którego  dobiegał  szmer  rozmów, 

dźwięki kolęd i zapach pieczeni. 

-  Wydaje  mi  się,  że  słyszałem  samochód  -  odezwał  się  znajomy  głos.  Jej  przyrodni  brat.  Scott.  Wysoki,  jasnowłosy, 

przystojny. Wyglądał dojrzalej, jego twarz nie była już twarzą chłopca, lecz mężczyzny w kwiecie wieku. Zmężniał. 

-  Wchodźcie,  wchodźcie.  Jest  strasznie  zimno,  zamarzniecie  tam  -  powiedział.  -  Jane,  wyglądasz  świetnie,  po  prostu 

wspaniale. Nic się nie zmieniłaś. A to jest...? 

- Ray Vanover. - Ray wyciągnął dłoń, Scott uścisnął ją. Stali przez chwilę oko w oko, jeden ciemny, drugi jasny, obaj 

wysocy. Jakby rozumieli się bez słów. Męska rzecz. 

Weszli do domu, w którym było bardzo ciepło i pięknie pachniało. Scott wziął ich płaszcze. 
- Mamo - powiedział - zobacz, kto przyjechał. 
„Mamo”, pomyślała Jane. 
Hannah,  w  kuchennym  fartuszku,  właśnie  zaglądała  do  piekarnika.  Teraz  wyprostowała  się  z  zarumienioną  z  gorąca 

twarzą. 

- Jane, tak się cieszę, że udało ci się przyjechać. I Rayowi. Dobrze zapamiętałam, prawda? Witajcie i  wesołych świąt. 

Roland, nalej im po drinku, dobrze? 

- Jane, Jane, Jane. Tak się cieszymy, że przyszłaś. Ile to już lat? A to jest...? 
- Roland Zucker, Ray Vanover. Ray jest... eee... pracujemy razem przy sprawie tego porwania. 

background image

 

37 

Roland, wysoki i potężnie zbudowany, miał lekko przerzedzone jasne włosy i surową, męską twarz. Wyciągnął rękę. 
- Słyszałem o tobie. Kent mi mówił. Okropna sprawa z tą małą Lemke. Macie już coś? 
Jane  wiedziała,  że  Roland  o  to  zapyta.  Zanim  przeszedł  na  emeryturę,  wiele  lat  był  szeryfem  Pitkin  County.  Teraz, 

mimo  sześćdziesięciu  pięciu  lat  ciągle  był  w  doskonałej  formie.  Prowadził  kursy  różnych  sztuk  walki.  Jane  bez  trudu 
potrafiła sobie wyobrazić, jak rzuca swoich uczniów na matę. 

Był  też  Kent  Schilling  z  żoną  Lottie,  ładną  kobietą  o  przedwcześnie  posiwiałych  włosach  ostrzyżonych  na  pazia.  Jej 

twarz rozjaśniła się na widok Jane. Podeszła do niej i uściskała ją serdecznie. 

- Jane, nic się nie zmieniłaś. Ile to już lat? Wspaniale znowu cię widzieć. 
- Witaj, Lottie. Co słychać w szkole? 
- Świetnie, naprawdę świetnie. Mamy nowy budynek. Widziałaś już... 
- Tak, widziałam. Piękny. 
-  Powinnaś  zobaczyć  pracownię  plastyczną.  Jestem  w  siódmym  niebie.  -  Lottie  była  nauczycielką  rysunków;  uczyła 

kiedyś Jane i dbała, żeby rozwijała swój talent. 

- Jak bliźnięta? 
-  Doskonale.  Przyjechały  z  college’u  na  święta.  Dzisiaj  pilnują  dzieci.  Możesz  w  to  uwierzyć?  Pamiętasz,  jak 

zostawałaś z nimi, kiedy wychodziłam gdzieś z Kentem? 

-  Jasne  -  uśmiechnęła  się  Jane.  Bardzo  lubiła  Lottie  Schilling  i  wiele  jej  zawdzięczała.  Narysowała  swój  pierwszy 

portret  pamięciowy,  kiedy  przyjechała  na  ferie  wiosenne  ze  szkoły.  To  Lottie  zaproponowała  mężowi,  żeby  Jane 
porozmawiała ze świadkiem i spróbowała narysować człowieka, który usiłował dokonać morderstwa. Jane przesłuchała 
świadka i zrobiła portret. Podobieństwo było zdumiewające. Kent aresztował przestępcę, znanego lokalnego dewelopera, 
który został osądzony i skazany. Od tego zaczęła się jej kariera. 

W  domu  matki  była  tylko  jedna  osoba,  której  Jane  nie  znała.  Ładna  rudowłosa  dziewczyna  w  obcisłych  dżinsach  i 

kremowym  sweterku  uwydatniającym  piękny  biust.  Dziewczyna  Scotta,  pomyślała.  Typowe.  Zmieniał  dziewczyny  jak 
rękawiczki  już  w  szkole  średniej.  Ile  lat  ma  teraz  Scott?  Trzydzieści  pięć?  Był  instruktorem  narciarskim  i  cieszył  się 
ogromnym wzięciem, przez cały sezon dawał prywatne lekcje. Sławni i bogaci cenili jego umiejętności, wdzięk i wygląd. 

Scott podał Jane kieliszek wina i przyciągnął do siebie rudowłosą piękność. 
- To jest Cherie, z Houston. Jane, moja mała siostrzyczka. 
- Cześć - powiedziała Jane. - Jak ci się podoba w Aspen? 
- Uwielbiam to miasto - wyznała Cherie. - Świetnie się tu bawię. A Scott jest znakomitym instruktorem. To takie miłe z 

jego strony, że zaprosił mnie na tę kolację. 

- To fantastycznie. - Jane uśmiechnęła się uprzejmie. 
Kent i Schilling zmonopolizowali Raya. Rozmawiali oczywiście o porwaniu Kirstin. Jak to policjanci. Scott pocałował 

Cherie w szyję, a ona zachichotała uszczęśliwiona. 

Jane rozejrzała się. Dom wyglądał tak samo, jak go zapamiętała: sosnowa podłoga, wzorzysty orientalny dywan, jasne 

meble. Te same krzesła, ale z nowym obiciem. Te same ryciny na ścianach, szerokie szklane drzwi wychodzące na taras 
od strony  doliny, teraz zasłonięte, żeby zatrzymać  w  domu  jak  najwięcej  ciepła. Wielki kamienny  kominek, na którym 
wesoło  buzował  ogień.  Stół  nakryty  białym  lnianym  obrusem  i  zastawiony  porcelaną.  Matka  sprowadziła  ten  stół  z 
Denver. Jane była bardzo przejęta, kiedy został przywieziony i wstawiony do pokoju. Ile posiłków zjadła przy tym stole. 

Nagle przypomniała sobie scenę sprzed lat. Był koniec sierpnia, zasłony rozsunięte, poranne słońce oświetlało stół. Jane 

kłóciła się z matką. Następnego dnia miała wyjechać, bo wkrótce rozpoczynał się rok w akademii. Może właśnie to dało 
jej odwagę, żeby w końcu wyrzucić z siebie prawdę, wyznać matce tajemnicę, którą nosiła w sobie tak długo. 

Nie pamiętała, o co dokładnie się kłóciły, pewnie poszło o Scotta albo Rolanda. Była zła na matkę, czuła się odrzucona. 
-  Myślisz,  że  Roland  jest  taki  wspaniały,  że  to  miłość  twojego  życia!  -  Pamiętała  dokładnie,  co  wtedy  mówiła.  - 

Zastanów się, mamo. Zostałam zgwałcona na tamtej wycieczce do Reudi. Być może przez tego fantastycznego macho, za 
którego wyszłaś. 

Hannah była wściekła. 
- Jesteś chora - powiedziała. 
- Cóż, jeśli tak, to twoja wina! Jak mogłaś pozwolić ojcu umrzeć w taki sposób? To był mój ojciec! Wyszłaś za Rolanda 

i zachwycasz się Scottem. Kochasz go sto razy bardziej niż mnie. Mnie nawet nie lubisz. 

- To nieprawda! 
-  Prawda!  -  Jane  drżała,  łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  -  Pomyśl  o  swoim  wspaniałym  Rolandzie.  Pomyśl,  że  to  on  mógł 

mnie zgwałcić. 

- Kłamiesz. 
- W porządku. Wszystko sobie wymyśliłam. Więc zapytaj go o to! Zapytaj go! 
- Czy ty oszalałaś? 
Jane  wybiegła  wtedy  z  domu,  a  nazajutrz  wyjechała  na  uczelnię  i  od  tego  czasu  prawie  nie  rozmawiała  z  matką. Ta 

kłótnia ciągle leżała między nimi jak cień. 

Podeszła  do  stołu,  przesunęła  palcami  po  obrusie  i  spojrzała  na  ozdobioną  wzorem  kwiatowym  zastawę  po  babci. 

Wszystko było takie znajome. 

Nie mogła uwierzyć, że znalazła się w sytuacji, której unikała od lat: ludzi, którzy byli na tej koszmarnej wycieczce w 

background image

 

38 

góry, dręczona wspomnieniami, od których nie było ucieczki. Prawdopodobnie pod jednym dachem z mężczyzną, który 
ją zgwałcił, z innymi, którzy nie potrafili jej ochronić, z matką, która jej nie wierzyła. 

Znalazła się w punkcie wyjścia za sprawą innej młodej dziewczyny, która przeżywała teraz ten sam koszmar. 
Nie ucieknę od tego, pomyślała z goryczą, choćbym nie wiem jak się starała. Człowiekiem, który ją skrzywdził, mógł 

być jeden z mężczyzn, którzy pili i rozmawiali teraz w domu jej dzieciństwa. To mógł być jeden z nich - Kent, Roland, 
Scott. Dobrze znała ich twarze, ale żadnej nie była w stanie przelać na papier. 

- Wspaniale się spotkać ze wszystkimi, prawda? - usłyszała głos Lottie. 
- O tak, oczywiście. 
- Brakowało nam ciebie. Mama bardzo za tobą tęskniła. 
Jane skrzywiła się bezwiednie. Lottie zauważyła ten grymas i powiedziała: 
- Wiem, że matki i córki nie zawsze potrafią się dogadać. Ale... 
- Wszystko w porządku, Lottie. Przecież tu jestem. 
- I to z bardzo przystojnym mężczyzną. 
- Pracujemy razem. 
- Wiem, ale... 
- Jestem za stara, żeby mnie swatać - uśmiechnęła się Jane. 
- Człowiek nigdy nie jest na to za stary, moja droga. 
Na kolacji było osiem  osób, wszyscy znali się  od dawna  - poza Rayem  i Cherie. Roland górował nad towarzystwem, 

wielki, przytłaczający i pompatyczny. Hannah straciła dla  niego  głowę,  kiedy  jeszcze była żoną Douga Russo. Roland 
zniszczył rodzinę Jane. Po rozwodzie Doug Russo wyjechał do Telluride, zostawiając córki pod opieką szeryfa Rolanda 
Zuckera. Kilkanaście lat później znaleziono go martwego w górskiej chacie; zmarł na marskość wątroby spowodowaną 
nadużywaniem alkoholu. 

Gwen nigdy nie czuła niechęci do Rolanda. Ale Gwen była starsza i nie musiała mieszkać z nim pod jednym dachem 

przez tyle lat. 

Roland  kroił  szynkę.  Na  stole  stały  półmiski  z  ziemniakami  w  sosie  czosnkowym,  pieczeń,  gorące  paszteciki,  sałata, 

zielona  fasolka  i  pieczone  kasztany.  Prawdziwa  uczta.  Przygotowana  przez  Hannah,  która  cały  dzień  była  w  pracy. 
Wszyscy  pili  wino.  Bardzo  dobry  cabernet,  jak  zauważył  Roland.  Cherie  wypiła  już  kilka  kieliszków  i  śmiała  się  ze 
wszystkiego. Jej błękitne oczy szkliły się gorączkowo. 

Alkohol i wysokość dwu tysięcy metrów, pomyślała Jane. Kiepska kombinacja. 
Poruszano typowe dla Aspen tematy: jakie sławne osobistości przyjechały do miasta na święta, kto wrócił z podróży do 

Nepalu, ilu turystów odwiedzi okolice w tym sezonie, gdzie jest najlepszy śnieg. Plotki o krewnych i znajomych, pytania 
o dzieci; te nowo narodzone i te starsze, które wyjechały z Aspen na studia, a potem wróciły, często z własnymi dziećmi. 

- Pamiętasz Asie Schultz? - spytała Jane Lottie. - Chodziła z tobą do szkoły, ale była chyba rok niżej. 
- Oczywiście, co u niej słychać? 
- W ubiegłym roku wyszła za mąż i spodziewa się dziecka. Jej matka, Pam, pamiętasz ją? Strasznie się cieszy. 
Asia Schultz matką. Jane nagle ogarnęła zazdrość. Może pewnego dnia... 
- Spotkałam niedawno Ericę Frankel - dodała Hannah. - Wiedziałaś, że jej syn Evan jest profesorem w Stanford? 
-  Evan  Frankę  uczy  w  Stanford?  -  zdziwiła  się  Jane.  -  Pamiętam,  jak  podpalił  buty  trenera  i  miał  z  tego  powodu 

poważne problemy. 

- Cóż, ludzie się zmieniają - odparła matka znacząco. 
Jane spojrzała na Raya, który mówił niewiele, ale bardzo uważnie słuchał. Czy ciekawiła go jej pokręcona rodzina? Co 

właściwie widział przy tym suto zastawionym stole? Grupę sympatycznych ludzi, którzy spotkali się, żeby miło spędzić 
świąteczny  czas?  Czy  wyczuł  podskórną  niechęć  i  napięcie?  Nie  miał  przecież  pojęcia,  dlaczego  Jane  nieustannie 
przenosi wzrok z Rolanda na Kenta, a potem na Scotta i z powrotem. Nie wiedział, że w duchu cały czas zadaje sobie 
pytanie: „Który z nich?” Może Kent? Nie, to nie Kent. To nie mógł być Kent. Ma taką miłą żonę i dzieci. 

Brakowało  jeszcze  jednego  mężczyzny.  George’a  Grinnela,  szwagra  Jane.  Siedemnaście  lat  temu  Gwen  właśnie  go 

poznała. Czy to  mógł być George?  Bóg jeden  wie, wszyscy  mężczyźni  wtedy pili, a George  zawsze był  kobieciarzem. 
Podobnie jak Scott. 

Ale czy to jeden z nich ją zgwałcił? W  namiocie było ciemno. Może nie potrafi przypomnieć sobie tej twarzy, bo tak 

naprawdę nigdy jej nie widziała. Może tylko o to chodzi. 

Między kawą a deserem Hannah w końcu wzięła się do Raya. 
- Czy po raz pierwszy pracujesz z naszą Jane? - spytała, uśmiechając się wdzięcznie. 
- Tak - odparł. 
- Jest naprawdę dobra w tym, co robi. Prawda, Kent? 
- Oczywiście - potwierdził szeryf. 
- Byłeś już kiedyś w Aspen, Ray? 
- Nie. Prawdę mówiąc, przeprowadziłem się do Denver zaledwie kilka tygodni temu. 
- Och? A skąd? 
Już wpiła w niego swoje szpony, pomyślała Jane. 
- Z Seattle. 

background image

 

39 

- Ładne miasto - wtrącił Roland. - Ale ten deszcz. Cóż, my tutaj jesteśmy przyzwyczajeni do słońca. 
- Rzeczywiście, często tam pada - przyznał Ray uprzejmie. 
- Pochodzisz z Seattle? - spytała Hannah. 
Prosto do celu, żadnego owijania w bawełnę. 
- Nie, z Bostonu. Urodziłem się i wychowałem w Connecticut. 
- Lexington, Concord, Minutemen i tak dalej? - spytała Lottie. 
- Tak. Ale od lat nie wracałem w tamte okolice. 
- Masz rodzinę na wschodzie? - zapytała Hannah. 
Mamo, na litość boską, pomyślała Jane ze złością. 
- Kuzynów. 
- A w Seattle? - naciskała Hannah. 
- Jeśli chodzi pani o to, czy jestem żonaty - uśmiechnął się Ray - to odpowiedź brzmi „nie”. 
- Owszem, po części o to mi właśnie chodziło - powiedziała Hannah bez cienia skrępowania. 
- Mamo, wydaje mi się, że zadałaś już dość pytań - wtrąciła się Jane. 
- Ależ nie ma problemu - zapewnił Ray. - Nie mam nic do ukrycia. Nie jestem żonaty, nigdy nie byłem. Kiedyś prawie 

się zaręczyłem, ale... - uśmiechnął się smutno - niestety nic z tego nie wyszło. 

Hannah była jak buldog. 
- I co się stało z tą dziewczyną? 
Ray spojrzał jej w oczy. 
- Umarła. 
Przy stole zapadła niezręczna cisza. 
- Tak mi przykro - powiedziała w końcu Hannah ze szczerym współczuciem. 
- Mnie również, proszę pani. Ale to było już jakiś czas temu. 
-  Napij  się  jeszcze  wina  -  powiedział  Roland  łagodnie.  Jakby  naprawdę  go  to  obchodziło.  Jane  spojrzała  na  niego 

zdumiona. 

Drażniło ją wścibstwo matki, ale uświadomiła sobie nagle, że w ciągu tych pięciu minut dowiedziała się o Rayu więcej 

niż  przez  ostatnie  dwa  dni.  Kobieta,  z  którą  był  prawie  zaręczony.  Kobieta,  która  nie  żyje.  Bomba  w  samochodzie,  w 
Seattle.  Oczywiście!  Wiedziała,  że  agent,  który  wtedy  zginął,  był  kobietą,  ale...  Kochanka  Raya?  Jego  prawie 
narzeczona? Mój Boże. 

- Czy to dlatego przeniosłeś się do Denver? - spytała Hannah. 
- Niezupełnie. Zostałem przeniesiony. 
- Może dobrze jest zacząć od nowa, z dala od wspomnień - zauważyła Lottie. - Nowy start. 
- Może. 
Hannah wstała, żeby dolać wszystkim kawy, a Jane skorzystała z okazji i pochyliła się nad stołem. 
- Słuchaj, Ray, przepraszam cię za moją matkę. Jest strasznie wścibska. 
- Nie przeszkadza mi to. Miło, że ktoś się mną interesuje. 
- Możemy już iść. Czekają na ciebie u Lemke. 
Ray spojrzał na zegarek. 
- Jest tam Bruce. Mamy jeszcze chwilę. 
Hannah wróciła na miejsce. 
- Czym się zajmowałeś w Seattle, Ray? Wiem, że pracujesz w FBI, ale naprawdę nie mam pojęcia, co wy tam robicie.  
- Mogę ci powiedzieć, co robią - roześmiał się Roland. - Często współpracowaliśmy z FBI. 
- Ale ja chcę to usłyszeć od Raya. 
- Zajmowałem się terroryzmem - odparł Ray. 
- No, no. W Seattle? 
-  Tam  było  moje  biuro,  ale  pracowałem  wszędzie,  zwłaszcza  po  jedenastym  września.  W  Nowym  Jorku,  Miami, 

Dżakarcie, Manili. 

- Interesujące. Dużo podróżowałeś? 
Ray wzruszył ramionami. 
- Głównie siedziałem za biurkiem. 
Hannah oparła brodę na dłoni i nie spuszczała wzroku z Raya. 
- Mimo wszystko to musiało być cudowne. 
- Po prostu praca. 
- Och, jesteś zbyt skromny. 
- Nie, pani Zucker, to nie skromność. 
- Ale te wszystkie egzotyczne miejsca. Intrygi. Niebezpieczeństwo. 
- Nigdy nie byłem w prawdziwym niebezpieczeństwie. Miałem do czynienia głównie z papierami. 
Hannah tylko machnęła ręką. 
- Nie wierzę. Byłeś tajniakiem? 
- Hannah - wtrącił się Roland - słyszałaś, co mówi Ray. Nudne rządowe sprawy. 

background image

 

40 

-  Cicho  bądź,  Roland.  -  Hannah  znowu  odwróciła  się  do  Raya.  -  Żadnych  akcji?  Żadnych  niebezpieczeństw?  Daj 

spokój, Ray. 

Ray patrzył na nią spokojnie swoimi błękitnymi oczyma spod ciemnych brwi. 
-  Jedyny  raz,  kiedy  znalazłem  się  w  niebezpieczeństwie,  było  to  w  Seattle.  Właśnie  po  tym  zdarzeniu  została  mi  ta 

pamiątka - dotknął blizny. 

Roland zmarszczył brwi. 
- Jasne, pamiętam. Te zmilitaryzowane grupy, które podkładają bomby w samochodach. Złapaliście ich? 
- Tak - odparł Ray. - Zostali niedawno zatrzymani w stanie Waszyngton. 
- Cóż - powiedział Roland jowialnie - w końcu zawsze ich dostajemy. 
- Staramy się. 
Jane zauważyła ze zdumieniem, że Ray zrobił wrażenie na Rolandzie, bo był agentem FBI. Spojrzała na zaczerwienioną 

od wina twarz ojczyma. Więc jeszcze coś mu gra w duszy, pomyślała. 

Kobiety zaczęły sprzątać ze stołu, odsłaniając pokryty okruchami i plamami obrus. 
- Och, zostawcie to - powiedziała Hannah - Posprzątam rano. 
- Nie - zaprotestowała Lottie. - Rano musisz iść do pracy. A ja mam ferie. Zrobimy to teraz. 
Mężczyźni  usiedli  na  kanapie  przed  kominkiem.  Ray  stanął  z  boku  i  wyjął  komórkę;  chciał  zadzwonić  do  Bruce’a. 

Cherie przysiadła się do Scotta. Była bardzo blada, milcząca, popijała wodę mineralną. 

- Ta dziewczyna trochę za dużo wypiła - mruknęła Hannah, odkręcając wodę. 
- Na tej wysokości zawsze szybko wysiadają - zauważyła Lottie. 
- Scott powinien to wiedzieć. 
- Scott lubi, jak są w tym stanie - powiedziała Jane - Wtedy są łatwiejsze. 
- Jane. 
- To prawda. - Jane zgarniała resztki jedzenia z talerzy do kubła na śmieci. 
Lottie postanowiła zmienić temat. 
- A co słychać u twojego przyjaciela? 
- U Alana? 
- Tak, u Alana. 
- Cóż, ostatnio rzadko się widujemy. 
- Rzadko? - Hannah była szczerze zdziwiona. - Sądziłam, że jesteście parą. Latem mówiłaś mi przez telefon, że... 
-  Byliśmy  parą,  mamo.  Ale  ostatnio...  sama  nie  wiem...  -  Jane  postawiła  stertę  talerzy  na  kuchennym  blacie  i  zaczęła 

zbierać filiżanki. 

- Jest ktoś inny? - spytała matka. 
- U mnie czy u niego? 
- Obojętne. 
Jane skłamała. Po prostu skłamała. 
- Nie, żadne z nas nie ma nikogo innego. 
- Więc w czym problem? 
- A kto powiedział, że jest jakiś problem? 
Boże, matka naprawdę umiała ją wkurzyć. 
-  Powiedziałaś  że  rzadko  się  widujecie.  To  znaczy,  że  jest  jakiś  problem.  -  Hannah  opłukała  naczynia  i  zaczęła  je 

wkładać do zmywarki. 

- Mamo, przestań mnie wypytywać. 
- Jesteś moją córką. Nie mogę cię zapytać o chłopaka? 
Jane  odwróciła  się,  żeby  wziąć  kolejną  stertę  talerzyków  z  blatu,  i  nagle  znalazła  się  oko  w  oko  z  Rayem,  który 

przyniósł do kuchni swój kieliszek. 

Czy słyszał tę rozmowę? Czy słyszał, jak matka wypytuje ją o Alana? Poczuła, że się rumieni. Do diabła. 
- Więc już  nie spotykasz się z Alanem  - Hannah, odwrócona do  nich plecami, szorowała garnek. - Szkoda. Z tego, co 

mówiłaś, wydawał się taki miły. Powinnaś... 

- Mamo, proszę. 
Hannah zerknęła przez ramię i zauważyła Raya. 
- Och, przepraszam. Sprawy rodzinne. 
Jane zrobiło się gorąco. Do diabła z matką, do diabła z całą tą rodziną. 
- Pani Zucker, chciałbym podziękować za wspaniały posiłek  - powiedział Ray. - Wszystko było pyszne. Od dawna nie 

jadłem domowych potraw. Ale teraz Jane i ja musimy się już pożegnać. 

- Tak wcześnie? 
- Cóż, obowiązki wzywają. 
- Ray, zawsze jesteś tu mile widziany - powiedziała Hannah. - Będziesz jeszcze przez jakiś czas w mieście, prawda? 
- Niestety nie. Jutro wyjeżdżam. 
Jane odwróciła się gwałtownie. Wyjeżdża jutro? Nie wiedziała o tym. 
- Ale wróć do nas wkrótce. Razem z Jane. 

background image

 

41 

Na  zewnątrz  Jane  poczuła  się  tak,  jakby  wyszła  z  więzienia.  Podeszła  do  samochodu  i  nie  dała  Rayowi  szansy  na 

otwarcie przed nią drzwi. Wsiadła i zatrzasnęła je za sobą. Tak, teraz już dokładnie sobie przypomniała, dlaczego od lat 
nie odwiedzała rodziny. 

- Kiepski pomysł - mruknęła. 
Ray usiadł za kierownicą. 
- Powiedziałam, że ta kolacja była kiepskim pomysłem. 
Przekręcił  kluczyk  w  stacyjce  i  wjechał  na  stromy  podjazd,  spryskując  przednią  szybę  płynem  rozmrażającym.  Jane 

objęła się ramionami i odwróciła głowę do okna. 

- Posłuchaj - odezwał się w końcu Ray. - Widzę, że masz jakiś problem z Aspen i swoją rodziną. Pewnie uważasz, że to 

nie moja sprawa, ale skoro twoje problemy odbijają się negatywnie na mojej pracy... 

- Masz rację, to nie twoja sprawa - przerwała mu. 
-  Ciągle  czekam,  aż  twój  wielki  talent,  o  którym  ciągle  słyszę,  przyniesie  jakieś  efekty.  Czekam,  ale  dotąd  się  nie 

doczekałem. O co chodzi? 

-  Sporo  dowiedziałam  się  od  Crystal  i  dobrze  o  tym  wiesz.  Jesteś  po  prostu  uprzedzony  i  dlatego  uważasz,  że  tylko 

marnuję twój cenny czas. 

- Przyznaję, masz trochę racji. Ale postanowiłem dać ci szansę. Tylko że Kirstin zostało niewiele czasu, a ja muszę jutro 

lecieć do Los Angeles. Pomyślałem więc, że może chciałabyś wrócić do domu. Przesłuchałaś świadków. Twoje zadanie 
zostało wykonane. 

- Po co lecisz do Los Angeles? Przecież Kirstin jest gdzieś tutaj. 
Jego twarz stężała. 
- Sprawa osobista. 
- W środku śledztwa? 
- Tak. 
Dom.  Mogłaby  wrócić  do  Denver  i  zadzwonić  do  Alana.  Bardzo  chciała  go  zobaczyć,  powiedzieć  mu,  że  go  kocha, 

zanim będzie za późno. Alan na pewno jest ciekaw, czy sprawa Kirstin posuwa się do przodu, więc będzie miała świetny 
pretekst. W końcu to on namówił ją do pracy przy tej sprawie. 

Dlaczego właściwie szuka pretekstu, żeby do niego zadzwonić? 
Nie, Alan nie jest najważniejszy. Zapomnij o nim. Kirstin na ciebie liczy. 
- Potrzebuję trochę więcej czasu. Jestem pewna, że zdołam coś narysować. Ale nie w Denver. - Wiedziała, że brzmi to 

rozpaczliwie  słabo.  Tak  mało  dotychczas  uzyskała.  Bardzo  niedokładny  szkic  przeciętnego  mężczyzny  ze  złamanym 
nosem,  w  czapce,  goglach  i  z  kolczykiem  w  uchu.  Tyle  co  nic.  Może  Ray  ma  rację.  Może  powinna  wrócić  do  domu. 
Spotkać się z Alanem i... 

Nie. Kirstin jest gdzieś tutaj. Kirstin jej potrzebuje. Wciąż nic nie mają, a czas ucieka. 
- Lecę z tobą do Los Angeles - powiedziała. 
- Mowy nie ma. 
- Lecę. Sama zapłacę za bilet, jeśli będę musiała. 
- Po co, na Boga, chcesz lecieć do Los Angeles? 
- Nie zostanę w Los Angeles. Pojadę do Mammoth. Muszę jeszcze raz przesłuchać Allie i świadków jej uprowadzenia. 

Teraz, kiedy mam więcej informacji... I do Utah. Muszę spotkać się z ofiarami porwań i świadkami. Muszę. 

- Przecież już z nimi rozmawiałaś. Widziałem raporty. Niczego się nie dowiedziałaś. Będziesz tylko tracić czas. 
- Nie. Teraz mogę dowiedzieć się więcej. Muszę porozmawiać z nimi jeszcze raz. 
- Och, na litość boską... 
- Lecę z tobą. 
- To jakaś obsesja. 
-  Możliwe.  I  co  z  tego?  Jeśli  się  czegoś  dowiem,  to  znaczy,  że  to  pozytywna  obsesja.  -  Wzięła  głęboki  oddech.  -  W 

porządku, przyznaję,  mam problem  z rodziną. Nie  lubię Rolanda ani  jego syna i nie potrafię dogadać się z  matką. Jest 
pewna  historia  -  nie  zamierzam  wchodzić  w  szczegóły  -  i  pewne  sprawy  z  przeszłości,  które,  być  może,  utrudniają  mi 
pracę. Ale jestem w stanie to przezwyciężyć. Wiem, że jestem. I polecę do Kalifornii, z tobą albo sama. 

Przygotowała  się  na  ostry  opór.  Na  pogardę,  sceptycyzm,  brwi  zmarszczone  w  wyrazie  dezaprobaty.  Ale  Ray  tylko 

spojrzał na nią przeciągle. 

- W porządku, polecimy razem. A kiedy zakończę swoje sprawy w Los Angeles, pojadę z tobą do Mammoth. 
Jane milczała chwilę, czując na twarzy podmuch ciepłego powietrza. 
- Dziękuję - powiedziała w końcu. 
Ray zawiózł ją do domu Gwen. 
- Pamiętasz, jak dojechać do Lemke? - spytała, kiedy zatrzymał się na podjeździe. 
- Tak. 
Wydawał się zniecierpliwiony, czymś zaabsorbowany i chyba miał ochotę jak najszybciej się jej pozbyć. Może żałował, 

że w chwili słabości pozwolił  jej ze sobą lecieć. A  może ciągle  opłakiwał swoją narzeczoną i nie interesowały go inne 
kobiety. Czy dlatego traktował ją tak chłodno? Jakby mu przeszkadzała? 

- Jak ona miała na imię? - spytała. Nie mogła się powstrzymać. 

background image

 

42 

- Co? 
- Jak miała na imię twoja... twoja partnerka. 
Wbił w nią zimne, nieruchome spojrzenie. Jane ogarnął strach, jakby patrzyła w oczy niebezpiecznego drapieżnika. 
- Przepraszam... Nie musisz... 
- Kathleen. Kathleen Bachman. 
- Och. 
- Miała zaledwie dwadzieścia dziewięć lat - powiedział ze smutkiem. 
- Tak mi przykro. 
- Wiem. 
Chciała  go  jakoś  pocieszyć,  ale  wiedziała,  że  to  niemożliwe.  Ray  wyprostował  się,  otrząsnął  ze  wspomnień  i 

powiedział: 

- Rano muszę jeszcze uporządkować kilka spraw, więc spróbuję zarezerwować bilety na popołudniowy lot do Denver. 

Przyjadę po ciebie o trzeciej. 

- W porządku. 
- Nie spóźnij się. 
W domu chłopcy oglądali telewizję, jedząc czekoladowe ciasteczka. 
- Cześć, ciociu - powiedział Kyle. - Mama i tata ciągle są na tym przyjęciu. Będą wściekli, że tak długo trwało. 
- A wy nie powinniście już być w łóżkach? 
Nicky przewrócił oczami. 
- Chyba zapomniałaś, ile my mamy lat. 
- Och, przepraszam. 
- Widziałaś ten film? - spytał Kyle, wskazując telewizor. 
Jane spojrzała na ekran: dziwaczny android, z którego wychodziły jakieś dziwne rurki... 
Kosmiczne śmieci - Nicky uśmiechnął się szeroko. - Widzisz, to jest ten zły, i on trzyma tych dobrych w więzieniu. To 

są śmieciarze. Kosmiczni śmieciarze. Ale oni uciekną, a ten zły przegra i zginie. 

Kosmiczne śmieci - powtórzyła Jane z zadumą. 
- To bardzo śmieszne. I są dziewczyny. 
- Dziewczyny. 
- No wiesz. - Nicky wyciągnął ręce i wykonał wymowny gest na wysokości swojej klatki piersiowej. 
Jane roześmiała się. Jej czternastoletni siostrzeniec podziwia kobiece biusty. 
- Ohyda - skrzywił się Kyle. 
- A co u babci i dziadka? - spytał Nicky, me odrywając wzroku od telewizora. 
- Wszystko w porządku. 
- To super. Dziadek uczy nas tai kwan do. Potrafię każdego rozłożyć na obie łopatki. 
Obaj chłopcy zerwali się na równe nogi i zaprezentowali swoje umiejętności, po czym znowu opadli na kanapę, a Nicky 

sięgnął po torbę z ciasteczkami. 

- Daj mi trochę! - zawołał Kyle. 
- O, patrz, teraz temu złemu się dostanie - powiedział Nicky i chłopcy zamilkli. 
Patrzyła  na  nich  chwilę,  a  potem  usiadła  obok  z  ciężkim  sercem  -  pełnym  żalu,  że  tak  wiele  z  ich  dzieciństwa  ją 

ominęło. Nicky poczęstował ją ciasteczkiem. Postanowiła, że w przyszłości będzie się z nimi częściej spotykać. Życie jest 
za krótkie, żeby tracić czas. 

Rozdział 9 

Podczas  lotu  do  Denver  Ray  zastanawiał  się,  co  właściwie  czuje.  Czy  jest  wdzięczny  Jane,  która  dostarczyła  mu 

świetnego  pretekstu,  by  polecieć  do  Kalifornii?  Czy  okazał  się  draniem,  bo  to  wykorzystał?  Bo  przecież  ją 
wykorzystywał. Gdyby go ktoś spytał - Stan, Parker czy ktokolwiek z księgowości - mógł powiedzieć, że poleciał do Los 
Angeles w sprawie Kirstin. 

Prawdę  mówiąc,  w  tej  chwili  interesowała  go  tylko  zemsta.  Czekał  na  nią  od  wieków.  Znosił  wszystko  -  fakt,  że 

odebrano  mu  sprawę  innej  grupy  terrorystycznej,  przeniesienie  do  Denver.  Spędził  półtora  roku,  nic  nie  robiąc, 
sfrustrowany do granic wytrzymałości, dręczony myślą, że nie jest w stanie dorwać ludzi, którzy zabili Kathleen, a jemu 
zostawili te blizny. Blizny, które będzie nosił do końca życia. 

Zastanawiał się  nad  odejściem z FBI  i tropieniem tych  ludzi  na  własną rękę. Leżał na  oparzeniówce  i rozmyślał  nad 

różnymi możliwościami. W końcu postanowił zostać w FBI, bo wiedział, że w ten sposób zawsze będzie wiedział, co jest 
grane. Przyjął więc pracę biurową w Seattle, a potem zgodził się na przeniesienie do Denver, mimo że nic ciekawego się 
tam nie działo. Przynajmniej wróci do gry. 

Decyzja  okazała  się  słuszna,  dwaj  terroryści  odpowiedzialni  za  śmierć  Kathleen  zostali  schwytani.  Byli  członkami 

grupy o nazwie Benton County Anny i w tej chwili lecieli do Los Angeles. Nie wiedział, co zrobi, kiedy w końcu stanie z 
nimi twarzą w twarz, ale wiedział, że musi im spojrzeć w oczy, że musi ich zobaczyć. 

- Mamy czas, żeby zjeść coś w Denver? - spytała Jane. 
- W Denver... eee... Chyba tak. 
- O której startuje samolot do Los Angeles? 

background image

 

43 

- Co? A, koło piątej - odparł zirytowany. Chciał wrócić do rozpamiętywania swojego gniewu, zastanowić się, co zrobi, 

co powie. 

- Więc będzie dość czasu. Wydaje mi się, że na lotnisku jest Pour La France. 
Pour La... 
- Nie jestem głodny. 
- Ale ja jestem. 
Niewielki odrzutowiec, prawie pusty, przeleciał nad górami i w dole pojawiła się płaska, zbrązowiała preria. 
Wyglądał  przez  zaparowane  okienko,  bezwiednie  dotykając  palcami  blizn.  Myślał  o  morderstwie.  Nie,  to  nie  będzie 

morderstwo.  To  będzie  egzekucja.  Czuł,  że  jest  w  stanie  zabić  zamachowców.  Po  prostu  wyciągnie  rewolwer  i  ich 
zastrzeli, a potem poniesie konsekwencje. Czemu nie? Nie ma żony, która mogłaby go opłakiwać. Nie ma dzieci. Nie ma 
nawet psa. 

Nie rozwiąże sprawy porwania Kirstin. I co z tego? Zrobi to ktoś inny.  Parker wyśle do Aspen innego agenta. A Jane 

Russo i tak się do niczego nie przyda. 

Samolot wylądował na międzynarodowym lotnisku Denver. Ray wziął swoją torbę i poszedł za Jane. 
- Mam zamiar coś zjeść - powiedziała. - A ty? 
Uprzejma, ale chłodna. Nie mógł jej za to winić. 
- Napiję się kawy - odparł. - Spotkamy się przy wejściu. 
Gdy  czekali  na  lot  do  Los  Angeles,  postanowił,  że  przestanie  myśleć  o  terrorystach.  Zachowywał  się  wobec  Jane 

fatalnie. Pewnie już nigdy jej nie zobaczy, ale to nie powód, żeby znosiła jego humory. Spróbuje być bardziej towarzyski. 
Postara się. 

Samolot  spóźnił  się  czterdzieści  minut.  Ray  krążył  po  terminalu,  sprawdzał  pocztę  głosową,  zadzwonił  do  Bruce’a. 

Zaczynał się coraz bardziej niecierpliwić. Jane schowała się za gazetą. 

W końcu wsiedli do samolotu. Czuł, jak spada mu ciśnienie. Położył głowę na oparciu fotela i zamknął oczy. 
- Zmęczony? - usłyszał jej głos. 
Taki miły głos. Miły, kiedy nie była na niego wkurzona. 
- Właściwie nie - odparł, nie otwierając oczu. 
- Możesz spać w samolotach? 
- Czasami. W czasie długich lotów. 
- Ale nie dziś. 
- Pewnie nie. 
- Gdzie się zatrzymamy? Wynajmiemy samochód? Chciałabym wiedzieć, jakie mamy plany. 
- Zatrzymamy się w Marriotcie niedaleko lotniska. Samochód już czeka. 
- A twoje osobiste sprawy? 
- Zajmę się tym jutro. 
- Kiedy pojedziemy do Mammoth? Uważam, że powinniśmy tam pojechać jak najszybciej. Nie wiemy, ile czasu zostało 

jeszcze Kirstin. 

- Wyjedziemy, jak tylko wszystko załatwię. 
- Dobrze. - Jane skinęła głową. - Ona się nazywa Allison Sanchez. Allie - powiedziała po chwili. 
- Ta dziewczyna z Mammoth? 
- Tak. Miała trzynaście lat, kiedy to się stało. To było pięć lat temu. 
- Czytałem raport. 
- Teraz ma osiemnaście. W okresie świątecznym pracuje w sklepie z pamiątkami w Mammoth Lake. Po szkole średniej 

chce studiować na uniwersytecie w Santa Cruz. 

Otworzył oczy i spojrzał na nią. 
- Skąd to wszystko wiesz? 
- Dzwoniłam do niej dziś rano. 
- Dzwoniłaś do niej? 
- Kontaktujemy się czasem. Staram się być w kontakcie ze wszystkimi dziewczętami. Wysyłam im czasem kartki albo 

e-maile. 

- Wszystkim dziewczętom? 
- Wszystkim, które przesłuchiwałam. Zostały skrzywdzone. Świadomość, że jest ktoś, kogo to obchodzi, pomaga im. 
Ray milczał. Nagle zawstydził się swojej postawy, swojego cynizmu. 
- Mam  nadzieję,  że  dowiem się  od  niej czegoś  nowego  - ciągnęła Jane.  -  Bardzo się starała, kiedy pierwszy raz z nią 

rozmawiałam, ale nie widziała wiele. Mówiła to samo co Melanie i Crystal: facet był dokładnie zakryty. 

- Masz zamiar jej powiedzieć, że on ma złamany nos? 
-  Nie  od  razu.  Lepiej,  żeby  sama  to  powiedziała.  Nie  chcę  jej  niczego  sugerować,  bo  potem  nigdy  nie  wiadomo,  czy 

rzeczywiście  coś  sobie  przypomniała,  czy  uległa  sugestii.  -  Zamyśliła  się.  -  Wiesz,  to  okrutne  kazać  Allie  jeszcze  raz 
przez to wszystko przechodzić. 

- Tak myślisz? 
- Została uprowadzona i zgwałcona. Nie jest miło wspominać taki koszmar. 

background image

 

44 

- Na pewno. 
- Ale muszę spróbować. Bo inaczej on nadal będzie porywał dziewczynki. 
- Będzie je porywał, aż popełni błąd i zostanie złapany. 
-  Ale  ile  dziewczynek  skrzywdzi  albo...  albo  zabije,  zanim  to  się  stanie?  Właśnie  dlatego  muszę  jeszcze  raz 

porozmawiać z Allie. Ona to rozumie. 

- Rozumie, ale czy będzie w stanie nam pomóc? 
Jane spojrzała na swoje dłonie i skinęła głową. 
- Mam nadzieję, że tak. 
Słyszał  w  jej  głosie  szczerą  troskę.  Jane  nie  była  ani  trochę  zblazowana,  nie  robiła  niczego  byle  jak.  On  sam  miał 

wątpliwości, uważał, że przesłuchiwanie dziewczyny, która widziała swojego oprawcę pięć lat temu, jest bez sensu. Ale 
nie  powiedział  tego.  Nagle  zapragnął  być  lepszym  człowiekiem,  kimś,  kto  zasługiwałby  na  szacunek  Jane  Russo. 
Zastanawiał się, czy Alan Gallagher, który po śmierci córki zajął się prawami dzieci, zdobył jej szacunek. I jej uczucia. 

Z  lotniska  w  Los  Angeles  pojechali  do  hotelu.  Ray  widział,  że  Jane  nie  ma  ochoty  siedzieć  w  pokoju,  oglądając 

telewizję. Rozumiał ją, ale czuł, że będzie kiepskim towarzyszem. 

-  Pewnie  jesteś  głodny  -  powiedziała,  kiedy  jechali  windą  na  dziesiąte  piętro.  -  Restauracja  na  dole  wygląda  całkiem 

miło. 

- Daj mi pół godziny - odparł. 
Przekrzywiła głowę i spojrzała na niego pytająco. 
- Zjemy w restauracji - dodał. 
Uśmiechnęła się i w windzie natychmiast zrobiło się jaśniej. 
 
Jane  zamówiła  mahimahi,  a  Ray  makaron  z  owocami  morza.  Siedzieli  przy  wielkim  oknie,  z  którego  rozciągał  się 

widok na pasy startowe. Startujące i lądujące samoloty błyskały światłami w ciemności. 

-  Dziwnie  się  czuję  -  powiedziała  Jane  -  kiedy  tak  wcześnie  robi  się  ciemno,  a  nie  jest  wcale  zimno.  Chyba  nie 

mogłabym tu mieszkać. Lubię zmienność pór roku. 

- Dlatego że wychowałaś siew Aspen? 
- Może. 
Na stole pojawiły się sałatki. Jane jadła z apetytem. Rayowi podobało się, że nie dziobie w talerzu jak większość kobiet. 
- Więc jutro pojedziemy do Mammoth? - spytała, smarując bułkę masłem. 
- Zgadza się. 
- Ale rano masz tu jakieś sprawy do załatwienia? 
- Postaram się, żeby to nie trwało długo. 
- Zaczekam na ciebie w hotelu. 
Pewnie będzie musiała długo czekać, pomyślał Ray. Miała pecha, że wybrała się z nim w tę podróż. 
- Czy te sprawy mają związek z pracą? - spytała. 
- Częściowo. 
- Wydajesz się czymś zaabsorbowany - powiedziała miękko, opierając łokcie na stole. 
- Przepraszam. 
- Nie, nie musisz przepraszać. Pomyślałam tylko, że może chciałbyś o tym porozmawiać. 
- O czym? 
- O tym, co cię trapi, cokolwiek to jest. 
- Nic mnie nie trapi. 
- W porządku - odsunęła się lekko. Ray natychmiast wyczuł jej chłód. 
- To nic, czym musiałabyś się martwić - zapewnił. 
- Powiedziałam: w porządku. 
- Chryste. 
- Jest w tobie tyle gniewu. - Wyciągnęła rękę i dotknęła jego dłoni. Lekko, na ułamek sekundy. - Ten gniew zżera cię od 

środka. 

Cofnął rękę, zakłopotany. W miejscu, w którym dotykały go jej palce, paliła go skóra. Nie umiał odpowiedzieć, nie miał 

w zanadrzu żadnej sarkastycznej uwagi. 

Kelnerka postawiła przed nimi talerze. Jane jadła w milczeniu, jakby przed chwilą nie wygłosiła bardzo osobistej uwagi 

na jego temat. Przyglądał jej się spod oka, ale jej twarz była obojętna. 

Może źle ją zrozumiał, może to, co powiedziała, było całkiem niewinne. Obsesyjnie myślał o tym, co zdarzy się jutro, i 

nie miał głowy do konwersacyjnych niuansów. 

Dawno nie jadł kolacji w towarzystwie pięknej kobiety. Od czasu, kiedy zginęła Kathleen. Jaka szkoda, że ta sytuacja 

jest  taka  niezręczna.  Jaka  szkoda,  że  w  końcu  nadejdzie  jutro.  Może  po  raz  ostatni  jem  kolację  jako  wolny  człowiek, 
pomyślał. Ostatnia wieczerza. 

- Przepraszam, jeśli byłam wścibska. Mam to po matce - powiedziała Jane. 
- Nie ma problemu. Polubiłem twoją matkę. 
- Jest bardzo bezpośrednia, prawda? 

background image

 

45 

- Wolę to od kłamstw, których wysłuchuję podczas przesłuchań. 
- Co sądzisz o Rolandzie? 
Ray wzruszył ramionami. 
- Typowy gliniarz. 
- Nie krytykujesz kolegów po fachu, co? 
- Raczej nie. - Ray uśmiechnął się krzywo. 
Jane skończyła jeść rybę. 
- Znakomita. W Denver takich nie mają. 
- Powiedz mi - zaczął Ray, nagle zaciekawiony. - Jak to się stało, że trafiłaś do tej pracy? 
- Och. - Jane machnęła ręką. - To długa historia. 
- Mamy czas. 
Opowiedziała  mu  więc  o  tym,  jak  Lottie  zaproponowała  Kentowi,  żeby  pozwolił  jej  wykonać  portret  pamięci  owy 

człowieka, którego świadek widział na miejscu zbrodni, a ona narysowała twarz lokalnego dewelopera. 

- To było w czasie ferii wiosennych. Sprawa stała się głośna, więc kiedy skończyłam studia, dostałam propozycję pracy 

w Departamencie Policji w Denver. Tak się to wszystko zaczęło. 

- Ale teraz pracujesz jako wolny strzelec. 
- Cóż, tak. Pracowałam nad pewną sprawą jakieś... osiem lat temu. Napad na bank w Denver. Jeden ze strażników został 

zabity.  FBI  szukało  zabójcy  i  wtedy  poznałam  paru  agentów.  -  Jane  przesuwała  palcem  okruszki  na  obrusie.  -  Chcieli 
mnie wynająć, ale okazało się to dość skomplikowane, więc odeszłam z policji. 

- Osiem lat temu? Calvin Lancaster, prawda? 
- Tak. 
- Dostał dożywocie? 
- Tak. 
- Ty pracowałaś przy tej sprawie? 
Jane podniosła wzrok i uśmiechnęła się szelmowsko. 
- Tak. 
-  Ty  narysowałaś  portret  pamięciowy  Lancastera?  Pamiętam,  dostaliśmy  go  w  Seattle.  Lancaster  był  wtedy  jednym  z 

dziesięciu najbardziej poszukiwanych przestępców. 

- Został zatrzymany w Phoenix. 
- Tak, pamiętam. 
A więc to ona narysowała ten świetny portret. Może rzeczywiście ma talent, choć tak trudno mu było w to uwierzyć. 
- Dlaczego tak mi się przyglądasz? Mam coś na twarzy? 
- Nie, nic. 
Pochyliła się nad stołem. W pierwszej chwili Ray przestraszył się, że znowu go dotknie. Ale nie zrobiła tego. 
- Mogę wyciągnąć coś z Allie - powiedziała. - Wiem, że mogę. Jakiś szczegół. Drobiazg. Coś, co nam pomoże. 
- Może. 
- Ale muszę spędzić z nią trochę czasu. 
- Dostaniesz tyle czasu, ile będziesz chciała. 
Ale beze mnie. 
Po  kolacji  wrócili  windą  na  górę  i  ruszyli  do  swoich  pokoi.  Korytarz,  kiepsko  oświetlony,  miał  kremowe  ściany  ze 

śladami po walizkach. Pod drzwiami kilku pokoi stały wózki pełne brudnych naczyń. 

- Wyjeżdżam jutro wczesnym rankiem - powiedział Ray. 
- Przyjdź po mnie, jak wrócisz. Będę spakowana. 
- Nie wiem dokładnie, o której to będzie. 
- To bez znaczenia - odparła. - Myślę, że powinniśmy jak najszybciej pojechać do Mammoth. 
- Moje sprawy... mogą zająć sporo czasu. 
- Mógłbyś mi powiedzieć, o co chodzi. 
- Nie sądzę. 
Tym razem go dotknęła. Wyciągnęła rękę i położyła ją na jego policzku, na bliźnie. 
- Potrafię słuchać. 
- Ale ja nie potrafię mówić. - Chciał się odsunąć, lecz nie zrobił tego. 
Jane przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się smutno, a potem delikatnie pocałowała go w policzek. 
Świat  zawirował.  Zapach  jej  perfum,  dotyk  jej  miodowozłotych  włosów,  ciepło  jej  warg,  za  dużo  tego  było  dla 

mężczyzny, który od osiemnastu miesięcy nie był z kobietą. Ogarnęła go fala pożądania, jak gorączka. Zabrakło mu tchu 
w piersiach. Odsunął się szybko. 

- A ty i Gallagher? - spytał. 
Idiotyczne pytanie. 
- To znaczy? 
- Nic - mruknął, a potem odwrócił się i otworzył drzwi swojego pokoju. 
 

background image

 

46 

Piątkowy poranek był chłodny i mglisty, a o siódmej zaczęło mżyć. 
Samolot  z  Seattle  wylądował  z  półgodzinnym  opóźnieniem.  Ale  wylądował.  Ray  i  Stan  Shoemaker  spotkali  się  na 

lotnisku z urzędnikami, którzy przywieźli terrorystów do Los Angeles. Sędzia federalny czekał gotowy odczytać zarzuty: 
od nielegalnego posiadania broni, przez napady z bronią w ręku do morderstwa pierwszego stopnia. 

Stan wszedł do samolotu, podpisał dokumenty i przestępcy zostali przekazani agentowi FBI zajmującemu się tą sprawą. 

Członkowie załogi, czujni i uważni jak zawsze, odetchnęli z ulgą, kiedy aresztanci w końcu zeszli z pokładu. 

Jeden  z policjantów przytrzymał  głowy Josepha Perry’ego „Joe Boba” i  jego brata Theodora Perry’ego „Teddy’ego”, 

kiedy  wsiadali  do  samochodu  z  kratą  oddzielającą  tylne  siedzenia  od  przednich.  Nawet  z  miejsca,  w  którym  stał,  Ray 
widział ich obu dokładnie Wyglądali nędznie, nieogoleni, z tłustymi włosami i zaczerwienionymi oczami. Mieli na sobie 
wymięte  flanelowe  koszule, brudne dżinsy i ubłocone  buty. Ale  kiedy  dostaną adwokata z urzędu - albo  ktoś zapłaci za 
ich obronę - a FBI zakończy wstępne przesłuchanie, bracia Perry zostaną ostrzyżeni, ubrani w czyste koszule, garnitury i 
krawaty. 

Na pewno, pomyślał Ray. Za czterdzieści osiem godzin, w sądzie, będą wyglądać jak porządni obywatele. 
Jeśli tego dożyją. 
Samochód  z  podejrzanymi,  do  którego  wsiadł  też  Stan,  wyjechał  z  lotniska,  a  Ray  wrócił  na  parking,  gdzie  zostawił 

wynajęty  samochód.  Wiedział,  że  musi  się  spieszyć.  Domyślał  się,  że  jego  sam  na  sam  z  braćmi  Perry  będzie  bardzo 
krótkie; zaraz pojawi się jakiś pompatyczny prawnik, by dopilnować, żeby podejrzani korzystali ze wszystkich należnych 
im praw. 

Ale Ray potrzebował tylko kilku minut. 
Kwatera  główna  FBI  mieściła  się  w  centrum.  Ray  wyjechał  na  autostradę  110  i  dotarł  do  budynku  dziesięć  minut 

później.  Pokazał  odznakę,  zaparkował  na  miejscu  zarezerwowanym  dla  pracowników  policji  i  wszedł  do  środka.  Stan 
powiedział mu wcześniej, gdzie będzie mógł znaleźć braci Perry. 

Ray miał wrażenie, że kieruje nim ktoś inny. Ale z każdym krokiem, który zbliżał go do pomieszczenia, gdzie czekał 

Stan, narastała w nim wściekłość. Przyszło mu do głowy, że Stan domyślił się jego zamiarów, choć Ray sam jeszcze nie 
wiedział, co zrobi i jak, więc może kazać mu zostawić broń za drzwiami sali przesłuchań. 

Wyszedł zza rogu i zobaczył Staną, który przeglądał jakieś papiery z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Do diabła, był 

w tym naprawdę niezły. 

- Szybko przyjechałeś - odezwał się. 
- Nie było korków. - Ray wzruszył ramionami - Poza tym mgła się podniosła, wyszło słońce. 
Prawda była taka, że przekroczył dozwoloną prędkość o czterdzieści kilometrów na godzinę i przez całą drogę jechał 

lewym pasem. 

- Cóż, bracia Perry są za tymi drzwiami. - Stan wskazał głową szare metalowe drzwi z zakratowanym okienkiem. 
- Jest już adwokat? 
- Zaraz będzie, ale słyszałem, że prokurator też jest już w drodze. 
- Aha - mruknął Ray obojętnie. - Mogę tam na moment zajrzeć? 
Stan spojrzał na niego uważnie. 
- Na pewno tego chcesz? Wolelibyśmy, żeby później nie twierdzili, że byli przesłuchiwani bez adwokata. 
-  Chcę  im  się  tylko  przyjrzeć.  Chyba  nie  wniosą  skargi  za  to,  że  ktoś  nazwał  ich  pieprzonymi  mordercami.  -  Ray 

uśmiechnął się drwiąco. 

- Chyba nie. Poza tym przyleciałeś tu po to z daleka. Więc dlaczego nie? 
- Dzięki, Stan. 
Kiedy wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi, miał wrażenie, że w pokoju nie ma powietrza. Nie mógł oddychać. 

Krew  napłynęła  mu  do  twarzy,  serce  waliło  jak  młotem.  Przez  chwilę  stał  bez  ruchu,  opierając  się  plecami  o  drzwi,  i 
patrzył na nich, patrzył im prosto w oczy, przenosząc wzrok z jednego na drugiego i z powrotem. Z bliska wydawali się 
mniejsi. Byli  żałosni. Niemożliwe,  żeby to  oni pozbawili Kathleen życia. Tchórze. Bali się  wszystkich, którzy  nie byli 
tacy jak oni. Bali się czarnych, Żydów, Włochów, Rosjan, wszystkich, którzy mieli inny kolor skóry albo skośne oczy. I 
nienawidzili ich, bo byli za głupi, żeby zrozumieć i zaakceptować fakt, że ludzie różnią się między sobą. 

Uzbrojeni. Uzbrojeni po zęby. Ukrywali się i wypełzali ze swoich kryjówek tylko pod osłoną ciemności. Tak jak tamtej 

nocy, kiedy przytwierdzili ładunek wybuchowy do podwozia samochodu FBI. 

Ray  patrzył  na  nich,  dławiąc  się  własnym  obrzydzeniem.  Jego  wściekłość  sięgnęła  zenitu.  Ci  dwaj  siedzą  tu  i  żyją, 

podczas gdy Kathleen jest już pod ziemią. 

Teddy pociągał  nosem ze  wzrokiem  wbitym  w swoje  dłonie, przykute  kajdankami  do  metalowych obręczy  stołu. Ale 

Joe Bob patrzył na Raya bez drgnienia powieki. Jego małe oczy lśniły nienawiścią. 

To właśnie Joe w końcu przerwał ciszę. 
- Vanover - powiedział, uśmiechając się bezczelnie. - Poznałbym te blizny na końcu świata. 
Ray, który dotąd jakoś się kontrolował, poczuł, że traci panowanie nad sobą. Nagle wydało mu się, że jego rewolwer 

waży tonę. Sięgnął za połę marynarki. Ręka dobrze znała drogę. 

 
Poczuł pod palcami chłód metalu. Drzwi za jego plecami otworzyły się i zamknęły, ale on był świadom tylko wrzącej w 

nim  wściekłości.  Usłyszał  jakieś  dźwięki,  ale  to  było  bez  znaczenia.  Spojrzał  w  puste  oczy  Joego.  Do  zobaczenia  w 

background image

 

47 

piekle, pomyślał. 

- Hej. - Głos. I znowu: - Hej, chodź tu, Ray. Co ty...? 
Nie był w stanie oderwać wzroku od Joego. Zacisnął palce na broni. 
- No, chłopie. - Stan? - Nie tak, człowieku, nie w ten sposób. Uspokój się. No, już. 
Ray poczuł, że czyjaś dłoń zaciska mu się na ramieniu. Nagle pojął, że przyjaciel wszedł do pokoju i mówi do niego. 

Trzyma go. Szumiało mu w uszach, był mokry od potu. 

- Idziemy, Ray. No, dalej, idziemy stąd. 
- Pieprzyć to - wydyszał, usiłując uwolnić się z uścisku Staną. 
- Nie każ mi wzywać pomocy. Oni nie są tego warci. Uspokój się. 
Ray nie pamiętał później, jak Stan wyprowadził go z tego pokoju, a potem z budynku. Wydawało mu się, że w jednej 

chwili patrzył w  oczy  morderców, w  następnej stał oparty rękami  o samochód, ciężko  dysząc i  obserwując krople potu, 
które ściekały mu z czoła i spadały na maskę. 

- Chryste, Vanover - usłyszał głos Staną. - Naprawdę załatwiłbyś tych dwóch? 
Ray wziął kolejny głęboki oddech. 
- To tylko płotki. 
- To cholerni mordercy. 
- W porządku. Jak chcesz. Teraz ich mamy. Nie zgodzimy się na wyjście za kaucją, sędzia nas poprze. I może w końcu 

uda  nam  się  dotrzeć  do  mózgu  tej  grupy.  Przyciśniemy  te  dwie  łajzy  i  zaczną  sypać.  To  tchórze.  Ale  od  martwych 
niczego byśmy się nie dowiedzieli. Słyszysz mnie? 

- Słyszę - wydyszał Ray. 
-  Mamy  świadków  na  to,  że  kupowali  materiały  wybuchowe  -  powiedział  Stan.  -  Żadna  ława  przysięgłych  ich  nie 

wypuści. 

Ray przestał go słuchać. 
-  I  jeszcze  jedno  -  dodał  Stan.  -  Dowódca  tej  grupy,  Northwest  Bomber.  Nawet  jeśli  przysięgli  skażą  tych  dwóch  na 

dożywocie bez prawa wcześniejszego wyjścia i tak nie mamy nic na gościa, który zaplanował te zamachy. 

A  kiedyś  prawie  go  dostali.  Trzy  lata  wcześniej  Ray  i  Stan  prowadzili  wspólnie  śledztwo  na  wschodzie  stanu 

Waszyngton. Chodziło o napad z bronią na sklep sportowy. Bracia Perry brali udział w tym napadzie; w całym sklepie 
zostawili swoje odciski palców, choć mieli dość rozumu, żeby ukryć twarze. Był z nimi jeszcze jeden człowiek. Podobno 
był to Northwest Bomber we własnej osobie. Ale ani razu nie wszedł w zasięg sklepowej kamery. Sądzono, że nie miał 
maski na twarzy. To on strzelił w głowę właścicielowi sklepu, z nagrania wynikało, że pozostała dwójka nie strzelała. 

Ale  ofiara napadu jednak przeżyła. Problem  w tym,  że  właściciel  nigdy  nie zdołał zidentyfikować tego,  kto do  niego 

strzelił.  Ray  sądził,  że  cierpiał  na  permanentną  amnezję  albo  uszkodzenie  mózgu.  Inni  agenci  FBI,  łącznie  ze  Stanem, 
uważali, że facet wymazał z pamięci twarz przestępcy po prostu ze strachu. Tak czy inaczej, Northwest Bomber spieprzył 
wprawdzie sprawę, strzelając do właściciela sklepu, ale dalej nic na niego nie mieli. Nie znali jego nazwiska, nie widzieli 
jego twarzy, nie zdobyli jego odcisków palców. Wiedzieli tylko, że istnieje. 

-  Do  diabła  -  powiedział  Ray.  -  Wszystko,  co  mamy,  to  bracia  Perry.  Może  nigdy  nie  dostaniemy  ich  szefa.  Ale  oni 

muszą zapłacić za to, co zrobili. Teraz, zanim jakiś adwokat ich z tego wyciągnie. 

Stan milczał chwilę, a potem położył dłoń na ramieniu Raya. 
-  Posłuchaj...  Wiem,  co  czułeś,  kiedy  Kathleen  zginęła.  Wszyscy  czuliśmy  to  samo.  Była  jedną  z  nas.  Ale  kiedyś 

podziękujesz mi za to, że cię dzisiaj powstrzymałem. To nie był dobry pomysł. Kathleen nie chciałaby, żeby to stało się w 
ten sposób. 

Ray sięgnął do kieszeni po kluczyki. 
- Kathleen może nie, ale ja tak. 

Rozdział 10 

Kiedy  Ray  w  końcu  wrócił,  Jane  była  blada  ze  złości.  Cały  ranek  spacerowała  po  pokoju  i  wyglądała  przez  okno,  z 

którego  widziała hotelowy parking. Włączyła telewizor, ale  nic z  wiadomości CNN do  niej  nie docierało, bo cały czas 
rozmyślała  nad  tym,  co  powie  Rayowi,  kiedy  go  wreszcie  zobaczy.  Zapomniałeś  o  Kirstin?  Zapomniałeś,  że  jest  teraz 
gwałcona i maltretowana, a my musimy ją odnaleźć, zanim zostanie zabita? 

Ale  gdy  Ray  zapukał  do  jej  drzwi  i  zobaczyła  jego  twarz,  słowa  uwięzły  jej  w  gardle.  Gdziekolwiek  był,  cokolwiek 

sprawiło, że się spóźnił, musiało to być coś bardzo złego. 

- Przepraszam - powiedział tylko, podniósł jej torbę i ruszył do windy. 
Dopiero  kiedy  wyjechali z Los  Angeles  i  znaleźli się  na  wiodącej  na północny  wschód autostradzie  numer  395, Jane 

odważyła się przerwać ciszę. 

- Nie wiem, co cię zatrzymało - powiedziała. - Zakładam, że coś ważnego, bo w Aspen czeka na nas dziewczynka, która 

modli się, żeby ktoś jej pomógł. 

- Tak - odparł, nie odrywając wzroku od drogi. 
- Nie mamy dużo czasu, Ray. 
Milczał, więc dała spokój. Ale odezwała się znowu, kiedy przejechali kolejnych dziesięć kilometrów. 
- Co się wydarzyło tego ranka? 
- Nic. 

background image

 

48 

Zaśmiała się, ale bez wesołości. 
- Na Boga, zawodowo zajmuję się ludzkimi twarzami. Coś się stało. 
- Nic, o co musiałabyś się martwić. 
- Dobrze, nie będę się martwić, ale może pomogłoby ci, gdybyś zrzucił ten ciężar z serca. Wiem, że brzmi to banalnie, 

ale to prawda. Porozmawiaj ze mną. 

Ray tylko zacisnął zęby. 
Mężczyźni, pomyślała, ale zaraz się poprawiła. Nie, nie wszyscy mężczyźni są tak zamknięci w sobie. Alan jest inny. 

Alan... 

Postanowiła nie  myśleć  o  Alanie i  odwróciła głowę  do  okna. Zostawili już za sobą smog unoszący się nad niecką, w 

której  leżało  Los  Angeles,  i  zbliżyli  do  podnóża  gór  Sierra  Nevada.  Droga  prowadziła  przez  góry  El  Paso.  Piękna, 
nieskażona  kraina.  Jane  pamiętała  swoją  ostatnią  podróż  przez  te  góry.  Boże  Narodzenie  pięć  lat  temu.  Jechała  tędy  z 
agentką FBI. I była pewna, że zdoła narysować twarz oprawcy Allison Sanchez. Nigdy wcześniej nie poniosła porażki. 
Nie  wiedziała,  co  to  znaczy.  Do  czasu,  kiedy  Allie  opisała  mężczyznę,  który  ją  zgwałcił,  ciemny  pokój,  przerażenie  i 
odrętwienie, które po nim nastąpiło. 

Jane przeżyła wtedy ponownie własny koszmar, ze wszystkimi szczegółami. Próbowała nakierować jakoś Allie, chciała 

odblokować  jej  pamięć,  ale  nie  udało  się  jej.  Nie  potrafiła  sprawić,  żeby  biedna  dziewczyna  poczuła  się  przy  niej 
swobodnie, żeby jej zaufała, bo nie potrafiła ukryć własnego napięcia. 

Potem znowu się to stało. Ten sam schemat postępowania. Trzy lata temu, w Snowbird, w stanie Utah. Znowu poleciała 

z agentem FBI przesłuchać ofiarę, kiedy pierwszemu portreciście nie udało się nic narysować. 

Jej także się nie udało. 
Talent zawodził ją coraz częściej. Po tej sprawie pracowała nad innymi i zawsze odnosiła sukcesy. Były to jednak inne 

sprawy. Żadna nie wywoływała bolesnych wspomnień. A Caroline Deutch ciągle w nią wierzyła. Alan także wierzył, że 
Jane zdoła stworzyć portret, który pomoże schwytać sprawcę. Alan, który wiedział, przez co przeszła. 

Westchnęła i spojrzała na Raya. On w nią nie wierzył. Co wcale jej nie pomagało. Jego napięcie było niemal namacalne. 
Jechali  już  od  czterech  godzin,  a  prawie  się  do  siebie  nie  odzywali.  Ray  dwa  razy  rozmawiał  przez  komórkę,  raz  z 

Aspen  i  raz  z  Parkerem.  Nic  nowego  się  nie  wydarzyło.  Biedna  Kirstin,  myślała  Jane.  Wiedziała,  że  dziewczyna  żyje 
nadzieją, że ktoś w końcu pospieszy jej z pomocą. Lecz ta nadzieja z każdą chwilą słabnie. 

Tym razem musi mi się udać, powtarzała sobie. Ale wspomnienia Allie od lat kryją się w mroku. Czy można je jeszcze 

wydobyć z ciemności? 

Wiedziała, że musi się uspokoić i skoncentrować. Potrafi to zrobić. 
Została im jeszcze godzina drogi do Mammoth, kiedy postanowiła poćwiczyć na Rayu. Co miała do stracenia? 
-  Ray  -  powiedziała  i  poczuła,  że  po  kilku  godzinach  milczenia  zaschło  jej  w  gardle.  Odchrząknęła.  -  Mówiłeś,  że 

pochodzisz z Nowej Anglii? 

- Nie przypominam sobie, żebym ci mówił... Ach, no tak, u twojej matki. 
- Chodziłeś do jednej z tych szkół dla chłopców? 
- Nie. 
Postanowiła, że nie da się zniechęcić i wyciągnie z niego coś więcej. 
- Skończyłeś studia na uniwersytecie w Bostonie i zacząłeś prawo - powiedziała, powtarzając jego słowa. - Więc jak to 

się stało, że trafiłeś do FBI? 

- Z powodu ojca. 
- Tak? To znaczy, że on chciał... 
- Ojciec był w FBI. 
- No tak, rozumiem. Poszedłeś w jego ślady. Rzuciłeś prawo? 
- Nigdy nie zacząłem. 
- Hm. A twój ojciec nadal... Nie, domyślam się, że jest już na emeryturze. 
- Zgadza się. 
- Czy on i twoja matka... 
- Moja matka nie żyje. 
- Och, bardzo mi przykro... 
- Mnie też. 
- Więc twój ojciec mieszka sam? 
- Na łodzi. 
- Naprawdę? 
- Tak. W Jacksonville na Florydzie. 
- Co za życie. Często się widujecie? 
- Nie. 
Jane milczała. Natychmiast rozpoznała ten ton. Problemy rodzinne były jej specjalnością. 
- Zawsze był beznadziejny. 
A jednak Ray poszedł w jego ślady. Przypuszczała, że kierowała nim chęć rywalizacji z ojcem, z którym nie potrafił się 

dogadać. A zabrakło matki, która łagodziłaby rodzinne spory. 

background image

 

49 

- Rozmawiacie ze sobą? Wiesz, przez telefon? - zapytała. 
Ray zastanawiał się chwilę, a potem zaśmiał się sucho. 
-  Rozmawialiśmy...  kiedy  to  było...  wiosną  ubiegłego  roku.  Zadzwonił,  żeby  mi  powiedzieć,  że  sprzedał  dom  w 

Lexington i spłacił łódź. 

Jane doszła do wniosku, że lepiej zmienić temat. 
- Masz rodzeństwo? 
Potrząsnął głową. 
- Moja matka zmarła na raka piersi, kiedy miałem siedem lat. 
Jane westchnęła i pokiwała głową. Jego rany sięgały głębiej, niż przypuszczała. Skierowała rozmowę na inne tory. 
- Co sądzisz o Parkerze? 
- Jest w porządku. 
- Trochę nadęty, prawda? 
- Nie znam go zbyt dobrze. 
- Ale ja go znam. A Caroline Deutch? Wielu ludzi trochę się jej boi. 
- Pytasz, czyja się jej boję? 
- A boisz się? 
- Nie. 
- Myślisz, że jest dobrą agentką? 
- Prawie jej nie znam. 
- Ale sprawdziłeś jej papiery, prawda? Założę się, że zajrzałeś do jej kartoteki, kiedy Parker wysłał cię z nią do mnie.  
Cisza. 
- Domyślam się, że to znaczy „tak”. 
Przejeżdżali  przez  Bishop,  malutki  punkcik  na  mapie  pół  godziny  drogi  od  Mammoth.  Jesteśmy  prawie  na  miejscu, 

pomyślała. 

- Męczyło cię to cały dzień - powiedział nagle Ray. 
- Słucham? 
- Powiedziałem, że męczyło cię to cały dzień. - Zawahał się, jakby podejmował jakąś decyzję, a potem spojrzał na nią z 

ukosa. - W porządku, więc chcesz wiedzieć, co się wydarzyło dziś rano? 

- Tylko jeśli chcesz mi powiedzieć. 
Kłamczucha. 
-  Powiem  ci.  -  Ray  wyprzedził  jadący  przed  nimi  samochód.  -  Dwaj  podejrzani  o  podłożenie  ładunku  wybuchowego 

pod samochód w Seattle zostali dziś przetransportowani do Los Angeles. 

- Och. 
-  Zostali  zatrzymani  w  stanie  Waszyngton  i  sprowadzeni  do  Los  Angeles  na  przesłuchanie.  Chciałem  ich  zobaczyć. 

Zadowolona? 

- Och, Ray... I widziałeś ich? 
- Tak. 
- I co? 
- Zobaczyłem, że są winni i tak głupi, jak przypuszczałem. 
- Rozmawiałeś z nimi? 
- Raczej nie nazwałabyś tego rozmową. Nie dostali ode mnie plasteliny, jeśli o to ci chodzi. 
Jasne, pomyślała. Jego dziwny nastrój, nagła decyzja o wyjeździe do Los Angeles, teraz wszystko miało sens. Sprawa 

osobista, powiedział. Rzeczywiście, nie mogła być bardziej osobista. 

- Jesteś pewny, że to oni? 
- O tak. 
- Jak ich złapali? 
- Dostali cynk. 
Oczywiście. Większość przestępców zostaje złapana w ten sposób. Ci ludzie nie kierują się honorem. 
- I co, poczułeś się lepiej? 
- Nie. - Twardo, z goryczą. 
- Skażą ich? Mają dowody? 
- Kto to może wiedzieć? 
- Cóż, myślę, że będziesz musiał zeznawać przeciw nim. 
- Jeśli sprawy zajdą tak daleko. Ci dranie mogą się wcześniej wywinąć i wrócić na ulice. 
- Jestem pewna, że... 
- Jesteś pewna? Mam ci powiedzieć, ilu przestępcom udaje się wywinąć, zanim trafią do sądu? Ten system prawny jest 

do dupy. Powinienem był załatwić drani dziś rano. 

- Nie, Ray, dobrze wiesz, że to nie jest żadne wyjście. 
- Tak? Chcesz wiedzieć, co naprawdę się stało? Wyciągnąłem rewolwer, żeby ich załatwić... I załatwiłbym ich, gdyby 

Stan mnie nie powstrzymał. 

background image

 

50 

- Nie wierzę. Może chciałeś to zrobić. Na pewno, ale nie mógłbyś... 
- Mógłbym - przerwał jej ostro. - Lepiej w to uwierz. 
 
Zatrzymali  się  w  stylowym  motelu  na  obrzeżach  Tom  Place,  niewielkiej  osady  górskiej  położonej  na  południowy 

zachód od Mammoth Lakes. Mieli szczęście, że udało im się dostać dwa pokoje. W końcu były święta. 

Jane  usiadła  na  podwójnym  łóżku  w  swoim  pokoju.  Było  bardzo  zimno,  E  ogrzewanie  dopiero  zostało  włączone. 

Zadzwoniła z komórki do Christmas Shoppe w Mammoth Lakes. Wiedziała, że Allie będzie wolna dopiero wieczorem, 
po zamknięciu sklepu. 

- Możemy po ciebie przyjechać? - spytała. - Czy jeździsz do pracy samochodem? 
- Nie, chętnie skorzystam, jeśli to nie kłopot. Oszczędzi mi to spaceru. Dziesięć po siódmej? 
- Będziemy tam. 
- Mam nadzieję, że uda mi się pomóc. Ale to było tak dawno. 
- Wiem, kochanie - powiedziała Jane. - Chcemy tylko spróbować. Do zobaczenia. 
Objęła się ramionami, wstała, wyszła z pokoju i zapukała do drzwi Raya. 
- Rozmawiałam z Allie. Możemy podjechać po nią dziesięć po siódmej. 
- Zabierze nam to całą noc. 
Jane  wiedziała,  że  tak  nie  będzie.  Nie  będzie  musiała  się  starać,  żeby  Allie  poczuła  się  swobodnie.  Dziewczyna  już 

wiedziała, jaka jest stawka, i znała procedurę. A Jane nie oczekiwała zbyt wiele. Czuła jednak, że nawet najdrobniejszy 
szczegół może popchnąć sprawę do przodu. 

- Chcesz coś zjeść, zanim tam pojedziemy? - spytał Ray. 
Jane zastanowiła się. 
-  Może  zjemy  potem?  Teraz  chciałabym  wejść  pod  koc  i  obejrzeć  wiadomości.  Czy  działa  u  ciebie  ogrzewanie?  - 

Zerknęła do wnętrza pokoju. 

Ray nie odpowiedział, tylko minął ją, wszedł do jej pokoju i przekręcił coś przy kaloryferze pod oknem. 
- Wystarczy zamknąć wentyl - powiedział, po czym dodał, żeby zapukała do niego, kiedy będzie gotowa. 
- W porządku - mruknęła, gdy została sama. - Więc nie znam się na kaloryferach. Wielkie rzeczy. 
Włączyła telewizor i dowiedziała się, że  w Filadelfii  na stacji  metra ewakuowano cały pociąg  w  godzinach szczytu z 

powodu  domniemanego  zamachu  bombowego.  Fałszywy  alarm.  Napięta  sytuacja  na  Bliskim  Wschodzie.  Samobójczy 
zamach w Jerozolimie. DOW spadał, Nasdaq poszedł o dziesięć punktów do góry. Nad środkowe stany nadciągał front 
arktyczny, ale w Orlando było osiemnaście stopni. Avalanche wygrało w Detroit z Redwings. 

Wyłączyła telewizor i spojrzała na zegarek. Do spotkania z Allie została jeszcze godzina. Co robi teraz Ray? Dzwoni do 

Aspen? Drzemie? Czyści rewolwer? 

Nie,  ma  już  dość,  pomyślała.  Nie  zastrzeli  nikogo  z  zimną  krwią.  Bez  względu  na  to,  co  mówi.  Lepiej  w  to  uwierz, 

powiedział.  Cóż,  nie  uwierzyła.  Może  nie  zna  się  na  ludziach,  ale  w  tym  przypadku  była  pewna.  Nie  zrobiłby  tego. 
Rozumiała,  że  pragnął  zemsty,  zemsty  za  to,  co  stało  się  Kathleen,  która  była  kimś  więcej  niż  tylko  jego 
współpracownikiem. Każdy chciałby zemsty. Ale Ray nie pociągnąłby za spust. Był zbyt... zbyt zasadniczy. 

Wzięła szkicownik i usiadła po turecku na łóżku z ołówkiem w dłoni. Często rysowała dla zabicia czasu. Uspokajało ją 

to.  Choć  ostatnio  było  inaczej.  Nie  rysowała  tak  często  jak  kiedyś.  Tym  razem  jednak  nie  miała  zamiaru  narysować 
portretu gwałciciela. 

Zaczęła  szkicować  kształtną  głowę  Raya.  Uszy.  Przeszła  do  twarzy.  Długi  nos,  wąskie  usta,  niewielkie  zagłębienie 

pośrodku dolnej wargi. Poważne, migdałowe oczy pod ciemnymi brwiami. Kości policzkowe i mocno zarysowana linia 
brody. Zaznaczyła nawet bliznę na szyi, zastanawiając się, gdzie się kończy. 

Włosy, gęste i lekko falujące. Kilka siwych pasemek na skroniach. Od czasu do czasu przekrzywiała głowę i zagryzała 

dolną  wargę,  odsuwając  rysunek,  żeby  lepiej  mu  się  przyjrzeć.  Nieźle.  Właściwie  całkiem  dobrze.  Rysowanie  portretu 
Raya sprawiło jej przyjemność, odczuła nawet pewną ulgę. Jego twarz tkwiła w jej umyśle od wielu dni. Brakowało tylko 
koloru.  Ray  miał  lekko  złotawy  kolor  skóry,  który  podkreślał  błękit  oczu.  Włosy  w  odcieniu  głębokiego  brązu  pięknie 
harmonizowały  z  jego  karnacją.  Nawet  przyprószone  na  skroniach  siwizną...  Niestety,  rzadko  używała  koloru,  na  ogół 
rysowała ołówkiem 

Ray był naprawdę przystojny. Nawet kiedy marszczył brwi. Wtedy wyglądał trochę groźnie, jak ktoś, komu lepiej nie 

wchodzić w drogę. 

Jeszcze  raz  spojrzała  na  szkic,  a  potem  na  zegarek;  zostało  trochę  czasu  do  wyjścia.  Przewróciła  kartkę  i  zaczęła 

rysować  całą  sylwetkę.  Ray,  tak  jak  go  sobie  wyobrażała.  Długie,  kształtne  nogi  i  ręce,  wąskie  biodra,  płaski  brzuch, 
szerokie ramiona, twarde mięśnie klatki piersiowej. Zaznaczyła włosy na klatce, wiedząc, że to tylko czyste domysły, a 
potem  cienką  linię  włosów  schodzącą  w  dół  brzucha...  Nie  miała  zamiaru  rysować  reszty,  choć  na  studiach  często 
rysowała akty, także męskie. 

Przyjrzała się swojej pracy. Tak, to był Ray. Uchwyciła nawet charakterystyczne zmarszczenie brwi. 
Wydarła kartkę ze szkicownika i odłożyła na bok. Wstała, przeciągnęła się, a potem otworzyła walizkę, wyjęła z niej 

kosmetyczkę i poszła do łazienki. Umyła twarz i zęby i ponownie nałożyła makijaż. Rozpuściła włosy, cały dzień spięte 
srebrną klamrą, i przeczesała je szczotką. Tak, tak będzie wyglądała lepiej, łagodniej. 

Spojrzała na zegarek. Jeszcze dwadzieścia minut. Boże, miała nadzieję, że czegoś się dzisiaj dowie. Kirstin miała coraz 

background image

 

51 

mniej  czasu.  Muszą szybko  zdobyć  jakieś  informacje.  Dni  mijają.  Dni,  które  Kirstin  liczy,  modląc  się  o  ratunek.  Jane 
czuła,  że  przytłacza  ją  ciężar  odpowiedzialności.  Czuła  się  tak,  jakby  chciała  zatrzymać  czas.  Rozpaczliwie  szukała 
klucza, który pozwoliłby jej zatrzymać jego rozpędzoną maszynerię, ale nie mogła go znaleźć. Wzięła głęboki oddech  i 
przyłożyła dłonie do czoła. Znajdą Kirstin. Muszą ją znaleźć. 

Znowu popatrzyła na portret Raya. Po co w ogóle go narysowała? Nigdy nie próbowała narysować Alana. Patrzyła na 

portret i pomyślała, że mimo zmarszczonych brwi Ray wygląda sympatycznie. Udało jej się uchwycić wyraz cierpienia w 
jego oczach. Tak, to Ray. Ray, który nie wierzył w jej zdolności. 

Miała  słabość  do  silnych,  zranionych  mężczyzn.  Najpierw  Alan,  ojciec  zamordowanego  dziecka,  zmiażdżony 

niewyobrażalnym  nieszczęściem,  opuszczony  przez  żonę.  Teraz  Ray  Vanover.  Musiała  przyznać,  że  za  bardzo 
obchodziło ją jego cierpienie. Gdyby tylko jej na to pozwolił, zrobiłaby wszystko, żeby mu pomóc. 

Boże, kogo właściwie próbowała oszukać? Ray prawdopodobnie nadal kocha kobietę, która zginęła w Seattle. Kathleen 

Bachman. Była jego kochanką, kobietą, którą zamierzał poślubić. Jak mogła sądzić, że zdoła mu pomóc? 

Próbowała poprzedniego  dnia po  kolacji. Na samą  myśl o tym  ogarnął  ją Wstyd. Dotknęła jego policzka, pocałowała 

go. Przez chwilę miała wrażenie, że odtajał, jego twarz złagodniała, ciało odruchowo pochyliło się ku niej. Ale ta chwila 
szybko minęła. Dlaczego zrobiła coś takiego? Co chciała uzyskać? 

Znowu spojrzała na portret. Dlaczego nigdy nie narysowała portretu Alana? 
Sięgnęła po  komórkę i  wystukała numer  Alana. Odebrał po trzecim sygnale.  Usłyszała jego  głos. Ukochany głos. Od 

razu poczuła się lepiej. 

- Jane - powiedział - miło cię słyszeć. 
Jej serce zaczęło śpiewać z radości. 
- Gdzie jesteś? 
- Och, nie w Aspen. Przyleciałam wczoraj do Los Angeles z agentem FBI, który pracuje nad porwaniem Kirstin. Teraz 

jestem  w  Mammoth  Lakes.  To  znaczy  właściwie  w  miasteczku,  które  nazywa  się  Tom  Place.  Kilka  kilometrów  od 
Mammoth. Tam nie dostalibyśmy pokoi w hotelu. 

- Próbowałem dowiedzieć się czegoś o sprawie od Caroline, ale ona niewiele wie. Nastąpił jakiś przełom? Udało ci się 

coś wydobyć ze świadków? 

- Trochę. Niestety, niewiele. - Opowiedziała mu o złamanym nosie, kolczyku i czerwonej furgonetce. - Ale to za mało, 

Alan. Pomyślałam więc, że mogłabym spotkać się jeszcze raz z Allie Sanchez i... 

-  Ile  to  już  lat?  Pięć,  sześć?  Sam  nie  wiem,  Jane.  Wiele  od  siebie  wymagasz.  I  od  tej  dziewczyny.  Sekundę...  - 

powiedział,  kiedy  już  chciała  zacząć  bronić  swojej  decyzji.  Teraz  jego  głos  był  stłumiony,  odległy,  jakby  zasłonił 
słuchawkę  dłonią.  -  ...chodzi  o  tę  sprawę.  Dobrze,  kochanie.  -  „Kochanie”?  -  Zaraz  przyjdę...  Przepraszam  cię,  Jane.  - 
Zdjął rękę ze słuchawki. - Co mówiłaś? 

- Czy to była Maureen? - spytała. 
- Tak. Posłuchaj - zniżył głos. Do diabła z nim. - Próbujemy jakoś się w tym odnaleźć. Wiesz o tym. 
Cholera, cholera, cholera. 
- Tak - wykrztusiła z trudem. - Tylko że... ja... Czasem bardzo  mi ciebie brakuje. Brakuje  mi tego,  co  nas łączyło. To 

takie...  takie  trudne.  -  Brzmiało  to  żałośnie.  Była  zagubiona  i  zraniona.  Nie  mogła  uwierzyć,  że  błaga  choćby  o  cień 
zachęty z jego strony. 

Alan  był  wyraźnie  zmieszany.  Oczywiście  nie  mógł  teraz  swobodnie  rozmawiać,  nie  przy  Maureen.  Czy  ona  z  nim 

mieszka, czy tylko wstąpiła do niego? 

- Posłuchaj - powiedział. - Informuj mnie na bieżąco, dobrze? Porozmawiamy, jak wrócisz do Denver. Teraz naprawdę 

nie mogę... Sama rozumiesz. 

- Tak, oczywiście. Ja... muszę już iść, Ray czeka. 
- Ray Vanover? 
- Tak, przylecieliśmy tu razem. 
- Rozumiem. Cóż, powodzenia i zadzwoń do mnie. 
- Cześć - powiedziała i rozłączyła się. Cholera, pomyślała, zaciskając powieki. Cholera! 
Usiadła na łóżku i ukryła twarz w poduszkach. Wtedy usłyszała prysznic w pokoju Raya. Nagle stanął jej przed oczami, 

tak  wyraźnie,  jakby  była  z  nim  w  łazience.  Zrobiło  jej  się  słabo.  Poczuła  takie  obrzydzenie  do  siebie  samej,  że  miała 
ochotę zwymiotować. 

 
To był wspaniały dzień na stoku. Słoneczny i stosunkowo ciepły jak na tę porę roku, ale nie na tyle, żeby śnieg zaczął 

topnieć. Doskonałe warunki. Choć było trochę zbyt tłoczno jak na jego gust. Najbardziej lubił mieć cały stok dla siebie. 
Cóż, święta wkrótce się skończą, zaraz po Nowym Roku turyści wrócą do domów, dzieci do szkoły i znowu będzie miał 
góry tylko dla siebie. 

Pieprzeni turyści. Niewiele na nich zarobił. 
Przepchał się przez tłum w barze i łokciem otworzył drzwi męskiej toalety. Jedyna kabina była zajęta. Przy pisuarze też 

ktoś  stał.  Postanowił  zaczekać.  W  końcu  nadeszła  jego  kolej.  Chryste,  naprawdę  musiał  się  wysikać.  Był  po  czterech 
piwach. Rozpiął dżinsy, wyjął penisa i wypuścił strumień moczu do pisuaru. Poruszył ramionami i przekrzywił kilka razy 
głowę na boki. Słodki Jezu, co za ulga. 

background image

 

52 

Zapiął spodnie i spojrzał na napis umyj ręce. Akurat. 
Pchnął drzwi i prawie na nią wpadł. Stała w kolejce do damskiej toalety. Śmiesznie młoda. 
Sprawiała wrażenie bardzo nieśmiałej i skrępowanej. Proste ciemne włosy opadały na zaróżowione policzki. 
- Przepraszam - wyjąkała. 
- To ja przepraszam - odpowiedział i uśmiechnął się szeroko. Zauważył okrągłe okulary. Jego penis także je zauważył i 

poruszył się ochoczo. 

Wrócił do baru, dopił piwo i podał barmanowi banknot. 
Czas wracać. Nie ma powodu narażać się na ryzyko. No, jest pewien powód. Tak czy inaczej, chciał już pojechać do 

domu. Choć mała zaczynała. go trochę nudzić, przyznał w duchu zapinając granatową kurtkę. Ciągle miał na nią ochotę, 
ale nie taką jak na początku. Zaczynał się zastanawiać, jak zakończyć tę sprawę. Jeszcze tylko parę dni i... 

Na dworze było mroźno. Wsiadł do furgonetki i zapalił silnik. Jego oddech osiadał na przedniej szybie. 
Tak, miło będzie wrócić do domu. Nakarmić ptaszynę. Nie chciał, żeby za bardzo osłabła. Jeszcze nie. 
Temperatura w samochodzie podniosła się trochę. Wrzucił bieg i ruszył do domu. Jego pani czeka. 

 

Rozdział 11 

Joe  Delaney  zatrzymał  kierowcę  furgonetki  na  światłach  przy  Buttermilk  Mountain  przed  ósmą  wieczorem.  Facet 

przekroczył  dozwoloną  prędkość  tuż  za  Aspen,  potem  przejechał  na  żółtym  świetle  na  Cemetery  Lane,  a  na  moście 
Maroon Creek wyprzedził na linii ciągłej. 

Kierowca dmuchnął  w alkomat i  okazało się, że prowadził pod  wpływem alkoholu. Śmierdział piwem  i papierosami. 

Przyznał, że był  na imprezie straży górskiej, co  nie  zdziwiło Joego, który często zatrzymywał takich  gości  w piątkowe 
wieczory. Jego uwagę zwrócił samochód - ford ranger. Ciemnoczerwony. A kierowca nosił okulary i miał jasne włosy. 

Joe zabrał go do szeryfa i posadził w sali przesłuchań na parterze budynku sądu Pitkin County. 
- Życzy pan sobie obecności prawnika? - spytał Kent Schilling. 
Mężczyzna odparł, że nie ma nic do ukrycia. 
 
O siódmej trzydzieści Jane usłyszała dzwonek komórki Raya. Podjechali pod Christmas Shoppe punktualnie o siódmej, 

ale ciągle czekali, aż Allie skończy podliczać utarg. 

-  Naprawdę?  -  powiedział  Ray  do  telefonu  wyraźnie  podekscytowany.  -  Strażnik  górski?  A  okulary?...  W  porządku. 

Kolczyk? A złamany nos? 

Jane poczuła, że jej serce zaczyna bić szybciej. 
- Ciemnoczerwony ford ranger? Jezu  -  mówił Ray. Potem przez chwilę tylko słuchał,  kiwając  głową i spoglądając na 

Jane znad szpul kolorowych wstążek. - Aha - ciągnął - Łękotka? Kiedy? W pierwszym dniu sezonu? To znaczy kiedy? W 
Święto Dziękczynienia? Cóż, jeśli to było trzy tygodnie temu, to chyba teraz może znowu jeździć na nartach? 

Ale Jane już straciła nadzieję. Po uszkodzeniu łękotki nikt nie zacząłby jeździć na nartach przed upływem roku. Ktoś 

zarabiający  w  ten  sposób  na  życie  nie  ryzykowałby  kolejnego  urazu,  nawet  gdyby  stan  kolana  poprawiał  się 
błyskawicznie. 

-  Rozmawiałeś  z  chirurgiem?  -  spytał  Ray.  -  Widziałeś  to  kolano?  Facet  może  kłamać.  -  Słuchał  przez  chwilę.  - 

Zadzwoń, jak tylko spotkasz się z lekarzem. Cholera, a już miałem nadzieję... W porządku. Będę czekał. 

Ray rozłączył się i odwrócił do Jane. 
- Słyszałaś? 
- Tak. I niestety wiem, że zakładając, że ten człowiek mówi prawdę, to niemożliwe, żeby w ubiegły weekend jeździł na 

nartach. 

- Może kłamać. Może spanikował, kiedy zgarnęła go policja, i wymyślił tę historię. 
- Ale możliwe też, że mówi prawdę - odparła Jane. 
Nagle poczuła się bardzo zmęczona. Ostatnie dni były dla niej bardzo  emocjonujące. Chwilę  wcześniej uskrzydliła ją 

nadzieja,  teraz  czuła  się  całkowicie  wyczerpana.  Ale  jej  problemy  były  niczym  w  porównaniu  z  tym,  przez  co 
przechodziła  Kirstin  Lemke.  Jane  uchwyciła  się  tej  myśli,  oddychając  głęboko  korzennym  aromatem,  który  wypełniał 
sklep.  Świąteczne  lampki  mrugały  wesoło,  płonęły  świece,  z  pięknie  udekorowanych  drzewek  zwisały  wielobarwne 
ozdoby, półki uginały się pod ciężarem zabawek. 

Allie zawołała z drugiego końca sklepu, że przyjdzie za minutę. Jane jednak straciła już nadzieję. 
Ray stał trochę dalej ze zmarszczonymi brwiami i komórką w ręce, wyraźnie rozczarowany. Jane podeszła do niego i 

razem przyglądali się przez chwilę kolejce. Maleńkie wagoniki jeździły w kółko, mijając las, pod mostem i z powrotem 
do miasteczka. 

- Miałem taką samą, kiedy byłem mały - powiedział Ray. - Ciekawe, co się z nią stało. 
Jane przypomniała sobie kolejkę, którą ojciec wyciągał w każde Boże Narodzenie. Dziwne, dotąd nigdy nie nachodziło 

jej to wspomnienie. Cóż, na scenę wkroczył Roland, a ojciec odszedł z ich życia ze złamanym sercem. Zastanawiała się 
teraz, co się stało z jego kolejką? Czy matką ją wyrzuciła? Czy dała komuś? 

- Cholera - odezwał się nagle Ray. - Przez chwilę myślałem, że dorwali gościa. 
- Ja też tak myślałam - wyszeptała Jane. 
Wkrótce  potem  wyszli  ze  sklepu.  Allie  zamknęła  drzwi.  Wyrosła  na  rozsądną,  odpowiedzialną  młodą  kobietę. 

background image

 

53 

Zatrzymali  się  przed  bankiem,  gdzie  zostawiła  torbę  z  utargiem,  który  właściciel  sklepu  miał  odebrać  w  poniedziałek 
rano. 

Christmas Shoppe i bank znajdowały się w samym centrum Mammoth Lakes. W okresie świąt do miasta ściągały tłumy 

turystów. Roześmiane pary i całe rodziny tłoczyły się na ulicach, w pubach, restauracjach i centrach handlowych. 

Kiedy  Jane  przesłuchiwała  Allie  po  raz  pierwszy,  dziewczyna  mieszkała  z  rodzicami  i  siostrą  w  domu  przy  drodze 

numer 203, w pobliżu Toms Place. Teraz mieszkała tylko z matką w bloku za miastem, niedaleko Mammoth Creek.  Jej 
rodzice byli po rozwodzie. 

Allie pokazała Rayowi, gdzie może zaparkować, a potem zaprosiła ich do domu. Wyjaśniła, że jej siostra wyszła za mąż 

i przeprowadziła się do Fresno, a mama pracuje w recepcji jednego z hoteli i wróci dopiero wieczorem. 

Allie wypuściła kota, zapaliła światło i sprawdziła wiadomości na automatycznej sekretarce. Taka młoda i taka dojrzała, 

pomyślała  Jane,  zdejmując  płaszcz.  A  jednak  powtarzała  klasę  i  skończy  szkołę  średnią  dopiero  w  przyszłym  roku.  Z 
gładko zaczesanymi do tyłu ciemnymi włosami, już od dawna nie nosiła warkoczy, w okularach i z poważnym wyrazem 
twarzy wyglądała na więcej niż swoje osiemnaście lat. Cóż, przedwcześnie dojrzała po tym, przez co przeszła. Jane znała 
to z własnego doświadczenia. 

Usiedli w salonie. Ray sprawiał wrażenie zniecierpliwionego i Jane znowu żałowała, że nie został w samochodzie albo 

w motelu. Mógłby chociaż wyjść się czegoś napić. Cały czas był spięty, jakby gotował się do skoku. Jane zastanawiała 
się, czy myśli o sprawie Kirstin Lemke, czy o własnych problemach. 

Allie  była  otwarta  jak  podczas  pierwszego  spotkania.  Nie  wypierała  wspomnień,  nie  tłumiła  emocji.  I  chciała 

dowiedzieć  się  jak  najwięcej  o  sytuacji  Kirstin.  Zapytała,  czy  porywacz  użył  noża,  żeby  ją  zastraszyć  (Jane  nie  mogła 
odpowiedzieć  na  to  pytanie),  czy  ciągle  jeździ  furgonetką,  czy  porwał  swoją  ostatnią  ofiarę  ze  stoku  i  czy  przyjaciółki 
Kirstin zauważyły coś istotnego. 

Wyznała, że Allie od czasu uprowadzenia wciąż korzysta co pewien czas z pomocy psychologicznej. Ciężko pracowała 

nad  sobą,  uczyła  się  rozpoznawać  i  ujawniać  swoje  uczucia.  W  ciągu  tych  pięciu  lat  rozmawiała  kilka  razy  z  Jane, 
wiedziała więc, że po niej zostały porwane jeszcze dwie dziewczyny i że jedna nie przeżyła. 

Widać było, że Allie spędziła wiele czasu z terapeutą, usiłując dotrzeć do tego, co zostało zepchnięte w niepamięć. 
- Próbuję od lat, ale ciągle widzę tylko gogle i szalik - powiedziała. - Początkowo myślałam, że wyrzuciłam jego twarz z 

pamięci,  ale  teraz  nie  jestem  tego  pewna.  Właściwie  nigdy  nie  widziałam  tego  człowieka.  W  pokoju,  w  którym  mnie 
trzymał, było ciemno. Nawet w dzień przez szparę w zasłonie wpadało bardzo mało światła. 

- Nigdy nie przychodził do ciebie za dnia, prawda? - spytała Jane. 
Dziewczyna potrząsnęła głową. 
- Nigdy. Myślę, że jest bardzo inteligentny. 
-  Raczej  sprytny  -  odparła  Jane.  Nie  chciała  myśleć  o  tym  człowieku  jako  o  kimś  inteligentnym.  -  Pamiętasz  jego 

samochód? 

-  Tak,  to  była  furgonetka.  Dopiero  w  środku  naciągnął  mi  czapkę  na  oczy,  więc  wiem,  że  to  była  furgonetka.  Na 

parkingu zapytał mnie o drogę. Stał przed samochodem i trochę go zasłaniał, a potem wyjął nóż, więc byłam przerażona. 

- Wiem, Allie. To musiało być straszne. 
W oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Kiwnęła głową. 
- Dobrze, więc zapytał o drogę, a potem wyciągnął nóż? Taka była kolejność? 
- Tak. 
- A potem wepchnął cię do furgonetki? 
Allie znowu kiwnęła głową. 
- Od strony kierowcy? 
- Tak. Pchnął mnie na siedzenie dla pasażera i usiadł za kierownicą. 
Jane  próbowała  sobie  przypomnieć,  czy  Lisa,  dziewczyna  ze  Snowbird,  powiedziała  coś  podobnego.  Czy  ona  także 

została wepchnięta do furgonetki? 

Do  tej  pory  zakładała,  tak  jak  FBI,  że  porywacz  wpychał  dziewczęta  do  samochodu,  żeby  jeszcze  bardziej  je 

wystraszyć. A jeśli chodziło mu o coś innego? Jeśli chciał uniemożliwić im przyjrzenie się furgonetce? Zasłonić numer? 
Ani ofiary, ani świadkowie nie widzieli tablic rejestracyjnych. Pewnie były zachlapane błotem, jak zawsze w zimie. Nie 
wiadomo, czy porywacz celowo zasłaniał numery, czy nie. 

A  może  chciał  ukryć  coś  innego?  Drzwi  w  innym  kolorze,  jakiś  napis,  coś,  co  wyróżniało  jego  samochód  spośród 

innych i po czym ofiara mogłaby go rozpoznać? 

Jane napotkała wzrok Allie i otrząsnęła się z zamyślenia. 
- Widzisz tę furgonetkę, Allie? - spytała. - Może tylną klapę? 
Dziewczyna zamknęła oczy. 
- Hm. Była... brudna. Ale zawsze wydawało mi się, że była czerwona. Ciemnoczerwona. 
- Widzisz jakiś napis? 
Dała jej plastelinę na początku rozmowy, ale Allie dopiero teraz odruchowo zaczęła obracać jaw rękach, patrząc przy 

tym przed siebie. 

- Hm...- zastanawiała się nad pytaniem. 
Jane  z  reguły  nie  sugerowała  niczego  osobom,  z  którymi  pracowała,  tym  razem  czuła  jednak,  że  Allie  potrzebuje 

background image

 

54 

pomocy. 

- Na klapie? - spytała cicho. - Czy na klapie były jakieś litery? 
Po dłuższej chwili Allie szeroko otworzyła oczy. 
- O Boże, tam było napisane... „ford”. Ale nie innym kolorem... tylko tak jakby... tą samą farbą. 
- Wypukłe litery? - zasugerowała Jane. 
- Tak. - Allie kiwnęła głową. - Tak. Klapa była brudna, ale jestem pewna, że to był ford. O mój Boże. 
- Świetnie - powiedziała Jane i spojrzała na Raya. Nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia. Dziewczyna potwierdziła 

tylko coś, co już wiedzieli. 

Allie  chciała  opowiedzieć  Jane  o  wszystkim,  co  przypomniała  sobie,  pracując  z  terapeutą.  Pamiętała,  co  mówił 

porywacz, zanim wepchnął ją do furgonetki. 

-  Powiedział,  że  jeśli  z  nim  nie  pojadę,  znajdzie  moją  rodzinę  i  wszystkich  zabije.  I  przyłożył  mi  nóż  do  pleców.  W 

każdym  razie  wydaje  mi  się,  że  to  był  nóż.  Powiedział  też,  że  zabije  mnie,  jeśli  na  niego  spojrzę.  Wszystko  mówił 
szeptem. Chyba żeby nikt go nie usłyszał. 

- Czy ten człowiek kiedykolwiek rozmawiał z tobą, kiedy przychodził w nocy? Wiem, że to trudne, ale... 
Dziewczyna potrząsnęła głową. 
- Wydawał tylko  krótkie polecenia  w stylu „jedz” albo „pij”, rozwiązywał  mi ręce i  na chwilę zostawiał samą. Potem 

wracał, żeby znowu mnie związać. 

- Czy przychodził czasem za dnia? 
- Kilka razy. Ale w pokoju było ciemno, a on miał czapkę i szalik. Tak mi się w każdym razie wydaje. 
Jane spróbowała jeszcze  kilku  innych technik, by wyciągnąć z Allie  coś  więcej, ale albo  minęło  już zbyt  dużo czasu, 

albo  dziewczyna  rzeczywiście  nic  więcej  nie  widziała.  Nie  wspomniała  o  kolczyku  ani  o  złamanym  nosie,  więc  Jane 
także nic o tym nie mówiła. 

- Będziesz rozmawiać jeszcze raz z Garym? - spytała Allie. 
Gary Francis był świadkiem jej porwania. 
- Tak, jutro. Mamy szczęście, właśnie przyjechał do domu na ferie. 
- Gary studiuje w Berkeley - powiedziała Allie. 
- Wiem - odparła Jane. 
O wpół  do  dziesiątej uściskała  Allie  w  drzwiach, obiecała, że  da jej  znać,  kiedy tylko Kirstin zostanie  odnaleziona, i 

wyszła. Była rozczarowana i sfrustrowana. Wsiadając do samochodu, zagryzała wargi. 

Ray milczał, co było bardzo irytujące. 
Kiedy wyjechali na autostradę, Jane uznała, że nie wytrzyma dłużej tej ciszy. 
- W porządku - powiedziała, odwracając się do niego. - Wiem, co myślisz. 
- Naprawdę? 
- Tak. Uważasz, że to była strata czasu. 
- Cóż, ty to powiedziałaś. 
Jane spojrzała przed siebie, mrużąc oczy przed światłami samochodów nadjeżdżających z przeciwka. 
- To była strata czasu. Nie potrafiłam do niej dotrzeć. Cholera. Musi być jakiś sposób, żeby uwolnić ich wspomnienia. 
- Nigdy nie przyszło ci do głowy, że nie ma czego uwalniać? Że wiesz już wszystko? Od lat? 
- Och, bzdura. 
- Czyżby? 
- Jedna z nich, albo wszystkie, to bez znaczenia, ma klucz do tej sprawy. Ja tylko nie potrafię do niego dotrzeć. To takie 

frustrujące, że chce mi się wyć. 

- Wolałbym, żebyś tego nie robiła. 
- To tylko taka metafora. 
- Chwała Bogu. Bo już zaczynałem się martwić. 
- Teraz próbujesz mnie pocieszyć. 
- Nie. Myślę tylko, że jesteś dla siebie zbyt surowa. Odniosłaś sukcesy w poprzednich sprawach, ale na tej się potknęłaś. 

Cóż, trudno. Tak bywa. Uważam, że te dziewczyny po prostu nic więcej nie wiedzą. Daj sobie z tym spokój, Jane. 

Potrząsnęła głową i zamknęła oczy. Była pewna, że Ray się myli. 
Zaparkowali  przed  motelem  i  poszli  oblodzoną  ścieżką  do  restauracji.  Kiedy  składali  zamówienie,  było  już  po 

dziesiątej. Czekając na kanapki, Ray pił kawę. W pewnej chwili znieruchomiał ze wzrokiem wbitym w filiżankę. 

- Jezu, widzisz to co ja? Przez chwilę myślałem, że kawa zaczęła się gotować, ale to tylko jakieś drżenie... 
- Trzęsienie ziemi - powiedziała Jane obojętnie. - Ciągle mają tu takie drobne trzęsienia. Większe też. 
- Cholera. 
Na stole pojawiły się talerze. Jane spojrzała na swój i uświadomiła sobie, że nie ma apetytu. 
Ray polał grzanki ketchupem. 
- Nie jesteś głodna? - zapytał po chwili z pełnymi ustami. 
Potrząsnęła głową. 
- Nie powinnam była tu przyjeżdżać - stwierdziła. - Nie powinnam w ogóle pracować przy tej sprawie. Wzięłam urlop, 

bo... bo czułam, że muszę odpocząć od tego napięcia. W ubiegłym roku, kiedy zginęła Jennifer Weissman, zrozumiałam, 

background image

 

55 

że nie wytrzymam dłużej tej presji. 

Ray przestał jeść i spojrzał na nią uważnie. 
- Co jest takiego w tej sprawie, Jane? - spytał. 
Jej serce nagle zaczęło bić szybciej. 
- O co chodzi? - nie ustępował Ray. 
Jane podniosła wzrok znad nietkniętych kanapek. Czy może powiedzieć mu prawdę? Wyznała prawdę Alanowi i jakoś 

to przeżyła. Poczuła nawet pewną ulgę. 

- Jane? 
Westchnęła ciężko. 
- Ta sprawa budzi zbyt wiele wspomnień. Nigdy nie uda mi wydobyć z pamięci tych dziewcząt niczego istotnego. Nie 

potrafię tego dokonać. 

- Powiedziałaś, że ta sprawa budzi zbyt wiele wspomnień. 
Jane  zacisnęła  palce  na  szklance  z  wodą.  Krew  napłynęła  jej  do  twarzy.  Nie,  nie  może  mu  o  tym  opowiedzieć.  Nie 

potrafi. 

- Jane? 
Z  trudem  oderwała  wzrok  od  szklanki,  spojrzała  na  Raya  i  natychmiast  zrozumiała,  że  on  wie.  Nie  musiała  niczego 

mówić, sam się domyślił. Widziała to w jego oczach. W końcu był gliniarzem. Musiał się domyślić. 

Nagle  poczuła  się  zbrukana,  wykorzystana  i  zażenowana,  jakby  to  ona  była  odpowiedzialna  za  ten  gwałt.  Kobiety 

zawsze same się o to proszą, prawda? Nawet niewinne szesnastolatki. 

Chwyciła torebkę i płaszcz i wstała tak szybko, że trąciła stół, rozlewając wodę. 
-  Co  ty...?  -  zaczął  Ray,  ale  ona  tylko  potrząsnęła  głową  i  wyszła  w  ciemną,  zimną  noc,  ciągnąc  za  sobą  płaszcz  i 

przyciskając torebkę do piersi. Omal nie wpadła pod rozpędzony samochód. Nic jej to nie obchodziło. 

Kiedy znalazła się w swoim pokoju, zamknęła drzwi na klucz i łańcuch, zrzuciła z siebie ubranie i weszła pod prysznic. 

Oparła się plecami o ścianę i zaczęła rozpaczliwie płakać. 

Płakała nad  Allie, Lisa i Jennifer. Płakała nad sobą. Przede  wszystkim  jednak płakała nad Kirstin. Kirstin tak bardzo 

potrzebowała pomocy. A ona nie potrafiła jej pomóc. 

W  końcu  opanowała  się  i  przestała  użalać  nad  sobą.  Ray  wie.  I  co  z  tego?  Do  diabła  z  Rayem.  Do  diabła  z  nimi 

wszystkimi. 

Dziesięć minut później była już w piżamie. Rozczesała wilgotne włosy, umyła zęby. Zaśnie, oglądając wiadomości, a 

rano poczuje się znacznie lepiej. Znowu będzie mogła spojrzeć mu w twarz. Niech Ray myśli sobie, co chce. Nic jej to 
nie obchodziło. 

Ale nie włączyła telewizora. Usiadła na brzegu łóżka, patrząc na swój przybornik, z którego wystawał blok rysunkowy. 

Gdyby tylko  mogła sobie przypomnieć... Gdzieś  w  najciemniejszym zakamarku jej pamięci kryła się  jego twarz. Przez 
tyle lat czuła się zbrukana i winna. Wiedziała, że nie jest odpowiedzialna za to, co ją spotkało. Wiedziała też, że poczucie 
winy jest normalne. Skoro wiedziała to wszystko, dlaczego nie mogła sobie przypomnieć twarzy tego człowieka? 

Był słoneczny jesienny weekend, babie lato w Górach Skalistych. Hannah i Lottie zaproponowały, żeby wybrać się na 

wycieczkę  pod  namioty,  zanim  w  górach  spadnie  śnieg.  Pomysł  spodobał  się  wszystkim.  Wszystkim  poza  Jane,  która 
wolałaby spędzić weekend w mieście z przyjaciółmi; 

pojechać  na  rowerze  do  Snowmass,  pójść  do  kina,  zobaczyć,  co  słychać  w  centrum.  Nie  przepadała  za  rozbijaniem 

namiotów i łowieniem ryb. Uważała, że to nudne. 

Ale  Hannah  nalegała.  Nawet  Gwen  uznała,  że  to  świetny  pomysł.  Jej  nowy  chłopak  miał  od  kilku  dni  jeepa  CJ5  i 

chciała pochwalić się przed rodziną George’em i jego nowym samochodem. 

Roland i Kent byli zachwyceni. 
Bliźniaczki Schillingów, wtedy zaledwie pięcioletnie, także. 
- Wycieczka pod namioty! - wołały podekscytowane. - Będzie ognisko? 
Scott, piękny  jak  książę z bajki,  kończył  właśnie szkołę średnią  w  Aspen. Gdy pakował  wędki, pokazał Jane butelkę 

brandy, którą miał zamiar zabrać na wycieczkę. 

- Wielkie rzeczy - mruknęła wyniośle, gdy wyciągnął butelkę z plecaka. 
- Więc nie dostaniesz ani kropli - odparł - Tym lepiej. Będzie więcej dla mnie. 
Wyjechali w piątek zaraz po szkole. Trzema samochodami, żeby zmieścić cały sprzęt. Kent i Lottie ciągnęli za swoim 

blazerem  łódź.  Wzięli  nawet  swoje  dwa  labradory.  Roland  jechał  z  Hannah  i  Scottem.  Jane  pojechała  z  Gwen  i 
George’em  jego  nowym  czerwonym  jeepem.  Pamiętała,  że  dach  został  zdjęty,  bo  świeciło  wspaniałe  jesienne  słońce. 
Klony  i  buki  złociły  się  na  tle  bezchmurnego  nieba,  rzeka  pieniła  się  w  dole,  obmywając  krystalicznie  czystą  wodą 
gładkie, rdzawe kamienie. 

Nadchodził  zmierzch,  więc  mężczyźni  mieli  na  łowienie  ryb  tylko  godzinę.  W  tym  czasie  kobiety  i  dzieci  rozbijały 

obóz. Jane ustawiła swój mały pomarańczowy namiocik z dala od innych. Chciała być taka niezależna. Na kolację jedli 
steki  i  ziemniaki  pieczone  w  ognisku.  Słońce  zaszło  nad  jeziorem,  lekki  wiaterek  marszczył  powierzchnię  wody  i 
szeleścił liśćmi. Pachniało żyzną, wilgotną ziemią. 

Psy  dostały  kości  po  stekach,  Scott  przygotował  zaostrzone  patyki  i  wszyscy  nadziali  na  nie  biało-różowe  pianki 

marshmallows; wszyscy poza Gwen, która, upojona nową miłością, jadła bardzo mało. 

background image

 

56 

George,  Roland  i  Kent  umyli  naczynia  w  strumieniu.  Męska  solidarność.  Scott  dołożył  drewna  do  ognia  i  z  ogniska 

strzeliły w  wieczorne  niebo snopy iskier. Potem  mężczyźni  otworzyli piwo. Scott po kryjomu raczył się brandy. Jane  i 
bliźniaczki  piły  gorącą  czekoladę.  Na  czarnym  aksamicie  nieba  pojawiły  się  gwiazdy.  Jedna  z  bliźniaczek  zauważyła 
satelitę. 

- A może to UFO? - zażartowała Lottie. 
Wszyscy  spali  w  kokonach  swoich  śpiworów.  Psy  Kenta  skutecznie  odstraszały  niedźwiedzie  i  inne  zwierzęta.  Jane 

słyszała wycie kojotów, ale się nie bała. W dolinie było pełno lisów i kojotów, lecz tylko domowe koty miały powody, 
żeby się ich bać. 

Następny dzień, sobota, był cudownie ciepły. Wszyscy łowili ryby i pływali łodzią, a Scott szalał na nartach wodnych w 

piankowym kombinezonie. Jane spędziła cały ranek w lesie, szukając z bliźniaczkami grzybów. Po południu wybrała się 
na spacer w góry z Gwen i George’em. A w nocy została zgwałcona. Nazajutrz nikt nie zauważył, jaka była milcząca i 
zagubiona. Poszła więc do lasu, sama, i płakała tam cały ranek. Do domu jechała z Rolandem, Hannah i Scottem. Skuliła 
się na tylnym siedzeniu i udawała, że śpi. 

Podniosła  szkicownik  i  ołówek,  usiadła  na  hotelowym  łóżku  i  zaczęła  rysować.  Owalna  twarz,  szerokie  ramiona, 

umięśnione ciało. Wiedziała, że to na nic. To nie był nikt znany, a raczej mógł to być każdy. 

Odłożyła szkicownik i zgasiła światło. W tej samej chwili usłyszała pukanie do drzwi. 
- Jane? Śpisz? - Głos Raya. 
- Próbuję - odkrzyknęła. 
- Przepraszam, że cię budzę, ale dzwonił Kent Schilling. To nie ten facet. Puścili go. 
- W porządku - zawołała. Drzwi były cienkie jak papier. 
- Aha - mruknął Ray. - Więc do zobaczenia rano. Tak? 
- Tak - powtórzyła, ale podniosła się z łóżka i stała w ciemnościach z mocno bijącym sercem. 
Usłyszała  jego  kroki  na  śniegu,  a  potem  zgrzyt  klucza  w  zamku.  Znowu  zapadła  cisza,  która  zdawała  się  trwać  całą 

wieczność. I znowu kroki. I jego głos: 

- Wszystko w porządku? 
- Oczywiście. - Teraz stała pod drzwiami. W pokoju było ciepło, ale drżała na całym ciele. 
- Może otworzysz na chwilę te drzwi? - odezwał się Ray po chwili. - Chciałbym ci coś powiedzieć. 
Stała bez ruchu. 
- Wolałbym, żeby nie słyszał tego cały hotel. Otwórz drzwi, Jane. 
- Idź spać. 
- Jane, do cholery, otwórz. 
Wahała  się  chwilę,  a  potem  niechętnie  odsunęła  łańcuch  i  zasuwę  i  uchyliła  drzwi.  Do  pokoju  wtargnęło  lodowate 

powietrze. 

- Tak lepiej. - Usłyszała. Twarz Raya tonęła w mroku. - Chciałem ci tylko powiedzieć, że przy kolacji zachowałem się 

jak idiota. Przepraszam. 

Jane  milczała,  usiłując  uspokoić  szybko  bijące  serce.  Ray  ją  przeprasza?  Jego  głos,  szorstki  i  miękki  jednocześnie, 

dotknął czegoś w głębi jej duszy. Nie zastanawiając się dłużej, otworzyła drzwi na całą szerokość. 

- Wejdź. - Podeszła do stolika przy oknie, zapaliła wiszący nad nim kinkiet i odwróciła się do Raya. - To ja powinnam 

cię przeprosić - powiedziała. - Dotknąłeś drażliwego tematu. - Nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. - Miałam szesnaście 
lat. Byliśmy na wycieczce w górach. Jeden z mężczyzn przyszedł do mojego namiotu i... - Przełknęła ślinę. 

Ray słuchał z rękami w kieszeniach i nieprzeniknioną twarzą. Twarzą profesjonalisty. 
- Nie musisz mi tego mówić - rzekł łagodnie. 
Ale Jane czuła, że musi. Słowa wezbrały w niej potężną falą i musiała je z siebie wyrzucić. 
Usiadła na brzegu łóżka, opierając głowę na dłoni. Światło lampki padało tylko na stolik, kryjąc jej twarz w cieniu. Ray 

stał nieruchomo jak skała. 

- Było ciemno, nie widziałam, kto to był. A może... może widziałam jego twarz, a potem zapomniałam. Ale pamiętam 

dokładnie,  co  czułam. Ten straszny  wstyd. I chyba... chyba nigdy się z tym  nie uporałam. Dlatego  właśnie nie  mogę... 
próbowałam, ale te dziewczęta... One są takie jak ja, a ja nie mogę... nie potrafię nic z nich wyciągnąć. - Wzięła głęboki 
oddech. - Zostałam zgwałcona. A najgorsze jest to... och, sama nie wiem, najgorsze jest to, że zgwałcił mnie ktoś, kogo 
znałam. Jeden z tych mężczyzn, których poznałeś w Aspen. Teraz wiesz, dlaczego ich unikam, dlaczego nie chciałam tam 
jechać. I rozumiesz, dlaczego ta sprawa mnie przerasta. Skoro nie potrafię odtworzyć twarzy człowieka, który zgwałcił 
mnie, jak mogę oczekiwać, że uda mi się narysować twarz potwora, który robi to bez przerwy? 

Ray wolno pokiwał głową. 
- Pamiętasz - powiedziała nagle - jak zapytałeś mnie o Alana Gallaghera? 
- Tak. 
-  Alan  jest  jedynym  mężczyzną,  któremu  zaufałam  od  tamtego  dnia  siedemnaście  lat  temu.  Tylko  on  zna  całą  tę 

historię... poza tobą. I jest jedynym mężczyzną, który... z którym... 

Ray kiwnął głową. 
-  Nie  wiem,  dlaczego  ci  to  wszystko  powiedziałam.  -  Uświadomiła  sobie  nagle,  że  otworzyła  się  przed  tym 

człowiekiem, właściwie zupełnie jej obcym, który... 

background image

 

57 

- Chodź tutaj - szepnął tak cicho, że w pierwszej chwili nie była pewna, czy dobrze go usłyszała. Nie poruszyła się, więc 

podszedł  do  niej. Nic  nie powiedział. Nie  musiał. Wyciągnął ręce  i ujął  jej twarz w  dłonie, przez  krótką chwilę  na nią 
patrzył, a potem delikatnie dotknął wargami jej ust. Nie potrafiła usłuchać tego, co podpowiadał jej rozsądek. Nie, Jane, 
nie.  Stała  tam  po  prostu,  czując,  jak  miękną  jej  kolana,  a  na  całym  ciele  pojawia  się  gęsia  skórka.  Pozwoliła  mu  się 
całować. 

Nagle Ray opuścił ręce i odsunął się od niej. 
- Nie powinienem był tego robić - powiedział. 
Ale prawda była taka, że Jane pragnęła go, pragnęła go całą sobą. Nie! Nie! Nie! - krzyczał rozsądek. 
- Przytul mnie, Ray. Chcę zapomnieć - powiedziała. 
Zamknęła oczy, a on znowu znalazł się przy niej. Obejmował ją, przytulał do siebie, wsuwał język  między jej  wargi. 

Zareagowała na to z gwałtownością, o jakiej nigdy nie śniła, nawet z Alanem, który był taki cierpliwy i delikatny... 

Ray przytulił ją, a ona bezwstydnie zarzuciła mu ręce na szyję. Upadli na łóżko. Jego dłonie ślizgały się po satynowej 

piżamie na jej biodrach. Podniósł się, rozpiął guziki i zsunął satynową bluzę z jej ramion, odsłaniając piersi. 

- Światło - wyszeptała. - Z Alanem zawsze... 
- Nie - odparł Ray. 
Zdjął marynarkę i sweter i cisnął je na podłogę. Wtedy zobaczyła całą bliznę, czerwony ślad ciągnący się od żuchwy 

przez szyję w dół ramienia. O Boże, pomyślała, to musiał być potworny ból. Chciał coś powiedzieć. Nie wiedziała co, ale 
powstrzymała go, kładąc mu palec na ustach. Potem delikatnie dotknęła blizny i zapytała, czy boli. 

-  Nie  -  odparł.  -  Boże,  nie.  -  I  zaczął  całować  jej  szyję,  ramiona,  piersi.  Brał  jej  sutki  do  ust,  delikatnie,  aż  zaczęła 

oddychać szybko i płytko. 

Znowu dotknął jej bioder, zsunął piżamę i przywarł ustami do jej brzucha. Potem zrzucił resztę swoich rzeczy i położył 

się przy niej. Przyciągnął ją do siebie i zaczął całować jej usta i piersi. Wsunął dłoń między jej uda i rozchylił je. A potem 
wszedł w nią, a ona podciągnęła nogi, by go przyjąć. 

Jane dyszała ciężko, jej skóra lśniła od potu. 
- Ja nie...ja nigdy... - wydyszała, ale położył jej rękę na ustach. Odrzuciła głowę do tyłu, szukając dłońmi jego bioder. 
Obudziła się tuż przed świtem, czując słodki ból między nogami. Uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę do Raya. Ale łóżko 

było puste. 

Rozdział 12 

Ten gość zaczyna przyspieszać - stwierdził Jack. 
- Tak, wiem - odparł Ray. 
W Kalifornii był wczesny ranek, ale w Quantico w stanie Virginia agent Jack Singer siedział już w swoim biurze. 
- Ostatnie trzy były bliżej siebie, prawda? Ta ze Snowbird, z Park City i teraz z Aspen? 
- Zgadza się. 
- Kiedy zaginęła ostatnia ofiara? 
- Pięć... sześć dni temu. 
Jack gwizdnął przeciągle. 
- Niedługo ją załatwi. 
- Kirstin. 
- Co? 
- Ta dziewczyna nazywa się Kirstin Lemke. 
- Aha. 
- Masz jakiś pomysł? - naciskał Ray. 
- Próbowałeś VICAP? - Jack miał na myśli ogólnokrajową bazę danych zawierającą nazwiska kryminalistów. 
- Nikt stamtąd nie pasuje. 
- A NCMEC? Centrum zaginionych i wykorzystywanych dzieci? 
Uwielbiam te skróty, pomyślał Ray. 
- Nic - odparł. 
-  Cóż,  możemy  założyć,  że  to  pedofil,  który  korzysta  z  sytuacji.  Zapewne  typ  samotnika,  wyrzutka.  Jakiś  mechanik 

samochodowy  albo  kierowca  ciężarówki,  ktoś  w  tym  rodzaju.  Wiesz,  że  ma  furgonetkę,  więc  porusza  się  szybko  i  z 
łatwością.  Używa  podstępu,  żeby  uprowadzić  swoją  ofiarę.  To  dość  rzadko  spotykany  rodzaj  pedofila,  ale  tacy 
najczęściej mordują swoje ofiary. 

- Wspaniale. 
- No cóż, pytałeś, to odpowiadam. 
- Ten facet jest dość sprytny. Nie zostawia śladów. 
- Hm. Wszystko ma przemyślane, zaplanowane. Dokładnie wybiera ofiary. Nie jest członkiem rodziny, ale to już wiesz. 

-  Jack  umilkł  na  chwilę.  -  Mężczyzna,  biały,  ma  prawdopodobnie  około  dwudziestu  albo  trzydziestu  lat.  Może  być 
nieatrakcyjny fizycznie. 

-  Złamany  nos  -  powiedział  Ray.  -  Jasne  włosy,  dość  wysoki,  szczupły.  Możliwe  że  jego  furgonetka  to  ford  ranger, 

ciemnoczerwony albo bordowy. Aha, i nosi okulary. 

- I zawsze pojawia się w kurortach narciarskich. Interesujące. 

background image

 

58 

- No, Jack. Coś jeszcze? 
- Prawdopodobnie pochodzi z klasy średniej i ma ponadprzeciętną inteligencję, ale nie wykorzystał swoich możliwości. 
Ray zaczął się niecierpliwić. 
- To wszystko już wiemy. 
- Słuchaj, nie jestem czarodziejem. Nikt nie widział jego twarzy. Możesz zacząć od samochodu albo od jego pracy, nie 

zajmując się twarzą. 

- Wiesz, ile w Aspen jest takich furgonetek, człowieku? To zachód. 
- Więc potrzebujesz twarzy. 
Rozległo się pukanie. Ray wstał z łóżka i podszedł do drzwi, przyciskając komórkę do ucha. Domyślił się, że to Jane - 

kto inny mógłby to być? - i odczuł ulgę na myśl, że nie będzie musiał rozmawiać z nią sam na sam. Cóż, oboje są dorośli. 
Takie rzeczy się zdarzają. 

Stała  tam  i  jej  uroda  na  moment  zaparła  mu  dech  w  piersiach.  Blada  twarz  wyłaniała  się  znad  kołnierza  wełnianego 

płaszcza,  włosy  miała  spięte  z  tym  głowy,  tylko  kilka  złotych  pasm  spływało  wzdłuż  policzków.  Kilka  godzin  temu 
przeczesywał te włosy palcami. 

- Ray? - usłyszał głos Jacka. 
- Tak, jestem - wskazał drugą dłonią telefon, gestem zaprosił Jane do pokoju i pokazał jej krzesło. 
- W tej chwili nic więcej dla ciebie nie mam. 
- Cóż, pracuj nad tym. Bruce będzie się z tobą kontaktował. Masz numer mojej komórki. 
- A gdzie ty, do diabła, jesteś? 
- W Toms Place w Kalifornii. W okolicach Mammoth Lakes. 
- Rozumiem. 
- Odezwę się wkrótce, Jack - powiedział Ray i się rozłączył. 
- Kto to był? - zapytała Jane. 
- Psycholog z FBI. 
- Och. 
- Ale nie powiedział nic poza tym, co i tak już wiemy. 
- Rozumiem. 
- Potrzebujemy jego twarzy. 
- Czy coś się stało w Aspen? To znaczy... 
- Nie, nic nowego. 
- Biedna Kirstin. 
Może nie poruszy tematu ostatniej nocy. Co powinien powiedzieć, jeśli jednak to zrobi? Jezu, czy odebrało mu wczoraj 

rozum? Czy zapomniał już o Kathleen? 

- Musimy ją odnaleźć - mówiła Jane. - Minął prawie tydzień. 
- Zdaję sobie z tego sprawę. 
- Więc jedźmy do Utah. 
- To byłaby strata czasu - powiedział ostrożnie. - Myślę, że byłoby lepiej, gdybyś... 
- Nie zaczynaj znowu - przerwała mu. 
- Myślę, że będzie lepiej... 
- W porządku - podniosła dłoń. - Chodzi o ostatnią noc? Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdybyś wykorzystał to, co się 

stało, jako pretekst, żeby się mnie pozbyć. 

- Nie o to chodzi - odparł sztywno. 
Jane spuściła wzrok, a potem znowu podniosła głowę i spojrzała na niego. 
- Posłuchaj - powiedziała - takie rzeczy się zdarzają. To był błąd. Mam nadzieję, że potrafisz o tym zapomnieć. Ja już 

zapomniałam. W porządku? 

Ray sam nie wiedział, co nagle poczuł. Ulgę? Żal? Nie miał czasu, żeby się nad tym zastanawiać. 
- Dobrze. Więc ja też już zapomniałem - powiedział szybko. 
Jane jeszcze przez moment patrzyła mu w oczy, wreszcie kiwnęła głową. 
- Teraz, kiedy mamy to już za sobą, chciałabym porozmawiać z Garym. 
Gary? No tak, przypomniał sobie, jedyny świadek mężczyzna. Nadal mieszkał w dolinie, na trasie do Los Angeles. 
- Dobrze - powiedział. - Jedźmy do niego. 
Zgodziłby się na wszystko, byle zostawić już ten motel za sobą. 
Ta noc... Naprawdę musiał chyba stracić rozum. Zwłaszcza że Jane powiedziała mu, że po gwałcie była tylko z jednym 

mężczyzną,  z  Gallagherem.  Nie  mógł  uwierzyć,  że  szukała  tylko  zapomnienia.  Na  pewno  nie.  Z  jego  doświadczeń 
wynikało, że kobiety nie zapominając takich rzeczach. 

Odwrócił się od niej plecami i szybko spakował torbę. Cholera, cholera, cholera. 
Pojechali  do  Bishop,  małego  miasteczka  leżącego  pięćdziesiąt  kilometrów  od  Mammoth  Lakes,  w  którym  mieszkał 

Gary Francis. Student Berkeley wrócił na święta do domu. Ray zatrzymał się przed domem. Ładne miejsce. Drewniany 
budynek stojący w cieniu sosen, z wieńcem na drzwiach i trzema wyrzeźbionymi z drewna reniferami w ogródku. 

Jane wzięła swój przybornik i torebkę i otworzyła drzwi. 

background image

 

59 

- Domyślam się, że nie zamierzasz pojechać na kawę czy coś w tym rodzaju i wrócić za parę godzin? 
- Zamierzam - powiedział, co zaskoczyło nawet jego samego. - Pogadam w tym czasie z Aspen. Kilka godzin, tak? 
- Tak sądzę. Dzięki. - Rzuciła mu szybkie, zdumione spojrzenie i wysiadła z samochodu. 
Trzy filiżanki kawy później, wypite w miejscowym barze śniadaniowym, Ray dał kelnerce suty napiwek i wyruszył po 

Jane.  Rozmawiał  z  Bruce’em  i  Sidem  oraz  z  szeryfem,  a  potem  spędził  trochę  czasu,  rozmyślając  o  Kirstin  i  innych 
dziewczętach, które padły ofiarą zboczeńca, tylko dlatego że pasowały do pewnego schematu albo znalazły się w złym 
miejscu w złym czasie. Tak jak Jane na tej wycieczce. 

Jak Jane może nie wiedzieć, który z mężczyzn ją zgwałcił? I jak mogła spokojnie siedzieć przy stole u swojej matki ze 

świadomością, że jeden z mężczyzn, którzy siedzieli tam z nią, wyrządził jej taką krzywdę? Zastanawiał się, kto to mógł 
być. A może tego człowieka tam nie było, może to jej szwagier wśliznął się tamtej nocy do jej namiotu. Ray raczej w to 
wątpił. Grinell dostawał wszystko, czego potrzebował, od siostry Jane - a w każdym razie powinno tak być. Prawda jest 
jednak taka, że nigdy do końca nie wiadomo, co kieruje tymi zboczeńcami. 

Jane  nie  może  przypomnieć  sobie  jego  twarzy.  Jest  zablokowana.  Tak  jak  jest  zablokowana  przy  tej  sprawie.  Jezu, 

pomyślał, patrząc spod zmarszczonych brwi, jak Jane żegna się z Garym Francisem. Uściskała go nawet. Ale czy czegoś 
się od niego dowiedziała? 

Ray doszedł do wniosku, że powinien przestać o niej myśleć. To, przez co przeszła jako młoda dziewczyna, to nie jego 

sprawa. Przydarzyło jej się coś bardzo złego. Ale, do diabła, każdy dostaje w życiu w tyłek. On nie jest wcale wyjątkiem. 
A jako profesjonalista nie może nawiązywać bliskich relacji z ofiarami. Empatia prowadzi do komplikacji. To, co poczuł 
do Jane ubiegłej nocy, i to, co czuje teraz, to tylko źle ulokowana chęć wsparcia, która nie ma nic wspólnego ze sprawą 
Kirstin Lemke. Problemy Jane muszą pozostać jej problemami. Dał się w nie wplątać. A teraz postanowił się wyplątać. 

-  Złamany  ząb  -  powiedziała  Jane,  wsiadając  do  samochodu.  -  Gary  uważa,  że  ten  człowiek  miał  złamany  ząb.  Może 

FBI mogłoby dołączyć to do... 

- Facet mógł już dawno odwiedzić dentystę - odparł Ray, spoglądając na nią z ukosa. - Minęło pięć lat. 
- Ale mógł nie pójść do dentysty. 
Ray zastanawiał się chwilę. 
- W porządku, dzwoń do Bruce’a. Chryste, sam nie wiem. 
Jane wyciągnęła komórkę. 
Przyjechali do kwatery FBI w centrum Los Angeles kilka minut przed zamknięciem biur. Jane nie spytała, po co się tam 

zatrzymali, a Ray nic nie mówił. Był pewny, że i tak się domyśliła. 

Kiedy weszli do biura, Stan wkładał marynarkę. Były współpracownik Raya uścisnął dłoń Jane i przedstawił się, a ona 

uśmiechnęła się do niego ciepło. 

- Jaką mieliście podróż? - spytał Stan. - Dowiedzieliście się czegoś? 
- Niewiele - odparł Ray. 
- Trochę - powiedziała Jane. 
Ray chciał zapytać  o braci Perry, ale Stan zaczął się  rozwodzić  nad udziałem Jane  w rozwiązaniu sprawy  napadu  na 

bank sprzed kilku lat. 

- Widziałem twój szkic - powiedział. - Cholera, fotograficzne podobieństwo. Czy ten facet nie nazywał się przypadkiem 

Lancaster?  Prokurator  federalny  przygwoździł  go  w  sądzie  dzięki  twojemu  portretowi.  Jak  on  się  nazywał,  ten 
prokurator? Chyba kiedyś z nim... 

-  Stan  -  przerwał  mu  Ray  -  jestem  pewny,  że  chętnie  wspominałbyś  z  Jane  stare  czasy  przez  całą  noc,  ale  musimy 

zdążyć na samolot. 

- Wracacie do Aspen? 
- Zgadza się. Muszę... 
Wtedy właśnie Jane postanowiła podzielić się z nim swoim najnowszym pomysłem. 
- Ja mam zamiar złapać jakiś samolot do Salt Lake City - oznajmiła. 
- Co takiego? - Ray poczuł, że cierpnie na nim skóra. 
- Polecę do Snowbird, a później do Park City. 
- Posłuchaj - zaczął, siadając na twardym krześle przy biurku Staną. - Po pierwsze, nie przyznano mi środków na takie 

eskapady. A poza tym, co ważniejsze, powinienem wrócić do Aspen, a nie zwiedzać kraj, goniąc za własnym cieniem. 

-  Ty  możesz  złapać  samolot  z  Denver  jeszcze  dzisiaj  -  odparła  Jane  rzeczowo  -  aleja  wybieram  się  do  Utah.  A  jeśli 

chodzi  o  środki,  zadzwonię  do  Parkera  i  zobaczę,  czy  uda  mi  się  coś  załatwić.  Jeśli  nie,  cóż,  mam  karty  kredytowe.  - 
Wzruszyła  ramionami.  -  Jeśli  jest  jeszcze  choć  cień  nadziei,  żeby  przyszpilić  tego  gościa,  zanim  będzie  za  późno  dla 
Kirstin, muszę spróbować. Nie zmienię zdania. Stan? 

- Eee... Tak? - Stan odchrząknął. 
- Możesz mi powiedzieć, gdzie jest damska toaleta? Ray nigdy nie odczuwa takich potrzeb. 
- W korytarzu - odparł Stan. - Ostatnie drzwi po lewej. 
- Dziękuję. - Jane uśmiechnęła się zwycięsko i zniknęła. 
- Cholera - mruknął Ray. 
- Nie masz zamiaru lecieć z nią do Salt Lake City? - spytał Stan, unosząc brwi. 
- Człowieku - odparł Ray - ona nie odpuści. 

background image

 

60 

Stan postanowił zmienić temat, co było bardzo rozsądne z jego strony. 
- W porządku - powiedział. - Domyślam się, że  wstąpiłeś tu dowiedzieć się czegoś  na temat braci Perry. Niestety, nie 

mam dla ciebie dobrych wieści. 

Ray spojrzał na niego ostro. 
- Przykro mi, stary - ciągnął Stan - ale oni nie chcą gadać. Wzięli sobie bardzo dobrego adwokata i na razie nie pisnęli 

ani słowa. 

Ray oparł się o biurko, jego dłonie zaczęły drżeć. 
- Nie chcą się dogadać? 
- Jak dotąd nie. 
- Cudownie. 
- To może trochę potrwać, Ray. Do diabła, wiedziałeś o tym. Uspokój się. 
- Byłem spokojny przez półtora roku. I mam już tego dość. 
-  Słuchaj,  zamierzasz  wysłać  naszego  portrecistę  do  Yakima,  żeby  popracował  jeszcze  trochę  z  właścicielem  tego 

sklepu. - Stan potarł łysinę, mierzwiąc przy tym lekko pozostałości włosów nad czołem. 

- Wspaniale - mruknął Ray - Facet dostał kulkę w głowę. Wtedy nic nie pamiętał, a teraz nagle sobie przypomni? 
- Warto spróbować. 
-  Chryste,  Stan,  więc  może  warto  też  jeszcze  raz  spróbować  zebrać  odciski  palców  z  tego  sklepu?  Ile  czasu  minęło? 

Trzy lata? 

Stan zmarszczył brwi i zaczął coś mówić, ale Ray rąbnął pięścią w biurko. 
- Wiedziałem, że tak będzie! Powinienem załatwić tych drani, kiedy miałem okazję! 
- Daj spokój. Na pewno... 
Stan urwał nagle, a Ray odwrócił się i zobaczył Jane. Stała w drzwiach z dłonią na klamce i patrzyła na nich. Wszystko 

słyszała. Cholera. 

Przez chwilę wszyscy troje milczeli. 
- Przepraszam, myślałam, że... - odezwała się w końcu Jane. 
Ray westchnął ciężko. 
- W porządku, Stan, mówiłem jej o braciach Perry. 
- Rozumiem - Stan spojrzał na Jane. - Powiedział ci też o przywódcy tej grupy? 
- Nie. 
Stan zaczął wprowadzać jaw szczegóły. 
-  ...sądzimy  więc,  że  Northwest  Bomber  stał  nie  tylko  za  tym  zamachem,  ale  także  za  sześcioma  wcześniejszymi 

zamachami i  napadem  na sklep sportowy  w  Yakima trzy lata temu. Strzelił  do właściciela i zostawił  go tam na pewną 
śmierć.  Facet  nazywa  się  Ben  Forsberg.  Naprawdę  miły  gość,  ale  nasz  portrecista  nie  zdołał  zrobić  szkicu.  A  Ray 
uważa... 

- Stan - mruknął Ray ostrzegawczo, ale było już za późno. 
- Ciekawa jestem, czy udałoby mi się zrobić ten portret - powiedziała Jane. 
- Dosłownie wyjęłaś mi to z ust - ucieszył się Stan. 
- Będę w Utah, więc mogłabym polecieć przy okazji do Spokane i... 
-  Mam  lepszy  pomysł  -  przerwał  jej  Stan.  -  Przywieziemy  Forsberga  do  Salt  Lake.  Sam  po  niego  pojadę.  To  tylko 

godzina lotu. Jeśli będziesz miała trochę czasu, to umowa stoi. Wiem, że jesteś bardzo zajęta sprawą tego porwania. 

- Będę miała czas. 
- No, dość tego. - Ray wstał. - Za dużo od niej wymagasz. Jak ma się skupić na porwaniu Kirstin Lemke i jednocześnie 

pracować nad inną sprawą? 

- Zaczekaj - wtrąciła się Jane - co cię to obchodzi, przecież nawet cię tam nie będzie? Wracasz do Aspen, pamiętasz? 
Teraz miała go w garści. 
- Poza tym, jak wiesz, jestem wolnym strzelcem. Sama mogę wybierać sprawy, którymi chcę się zająć. 
Jezu. 
- Nigdy nie mówiłem, że nie możesz - zaczął. - Tylko nie wiem, po co miałabyś chcieć się tym zająć. 
Jane potrząsnęła głową. 
- Co znowu? - spytał. 
- Naprawdę jesteś tępy, wiesz? 
- Nie rozumiem... 
- Och, na litość boską, chcę pomóc. To wszystko. 
Ray zaczął coś mówić, ale urwał i w pokoju zapadła cisza. 

 

Rozdział 13 

Podczas  lotu  do  Salt  Lake  City  Ray  prawie  się  nie  odzywał.  Jane  starała  się  nie  zwracać  na  to  uwagi.  Postanowiła 

przekazać mu, czego się dowiedziała z rozmowy z dziewczyną ze Snowbird, Lisa Turchelli. 

- Lisa ma teraz szesnaście lat. Pracuje w sklepie spożywczym, który należy do jej rodziny, w centrum handlowym. Mój 

telefon bardzo ją zdenerwował. 

background image

 

61 

- Doprawdy? 
-  Powiedziała,  że  rodzice  nie  chcą,  żeby  ktoś  ją  znowu  przesłuchiwał.  Uważają,  że  została  już  dość  wymęczona. 

Takiego właśnie określenia użyła. 

- Hm. 
-  Ale  sądzę,  że  uda  mi  się  ich  przekonać.  To  dobrzy  ludzie,  tylko,  co  jest  w  tej  sytuacji  w  pełni  zrozumiałe,  trochę 

nadopiekuńczy. 

Wolałaby, żeby Ray wykazał więcej zainteresowania i nie był taki oficjalny. Miał na sobie ciemny garnitur i płaszcz, w 

którym widziała go po raz pierwszy. W tym stroju wydawał się niedostępny. Źle się czuła w tej sytuacji, a jednocześnie 
nie  mogła  opanować  fali  czułości,  która  ogarniała  ją,  ilekroć  spojrzała  na  Raya.  Współczuła  mu  z  powodu  tego,  co 
wycierpiał podczas zamachu i później. Rozumiała jego chęć zemsty za śmierć kobiety, którą kochał. Był bardzo zraniony 
i bardzo samotny w swoim bólu, a jednocześnie zbyt dumny, żeby przyjąć pomoc od innej ludzkiej istoty. Jane bardzo 
chciała  mu  pomóc.  Musiała  mu  pomóc,  także  ze  względu  na  siebie.  Nie  odrzucaj  innych,  Ray,  myślała.  Nie  odrzucaj 
mnie.  Przecież  spała  z  nim.  Krew  napływała  jej  do  twarzy,  ilekroć  przypomniała  sobie  tę  chwilę,  kiedy  obudziła  się 
poprzedniego dnia i nie zastała go obok. Spała z nim, dotykała całego jego ciała, otworzyła dla niego swoje ciało i duszę. 
Zaufała mu. Nawet z Alanem nigdy nie dała tak się ponieść, nawet przy Alanie nie czuła się tak swobodnie. Nie znała 
dotąd takiego zapomnienia. Dlaczego właśnie Ray? Dlaczego właśnie teraz? Zapomnijmy o tym, co się stało, powiedziała 
mu. Akurat. Miałaby zapomnieć o jednej z najistotniejszych rzeczy, jakie zdarzyły się w jej życiu? 

Spojrzała spod oka na profil Raya: ciemne zmarszczone brwi, zapadnięte policzki. Czy widziała kiedyś uśmiech na jego 

twarzy? Czy on się kiedykolwiek uśmiecha? 

Wybrała  fotel  przy  oknie,  Ray  usiadł  od  strony  przejścia.  Dzieliło  ich  więc  jedno  puste  miejsce.  Jane  patrzyła  przez 

okno na surową ziemię w dole. Lecieli na pomocny wschód od granicy dzielącej Kalifornię od Nevady i krajobraz stawał 
się coraz bardziej skalisty, pusty, martwy, prawdziwie księżycowy. Tylko zbocza gór były lekko przysypane śniegiem. 

Oparła  brodę  na  dłoni  i  zaczęła  się  przyglądać  odbiciu  głowy  Raya  w  szybie.  W  porządku,  przespała  się  z  nim, 

pozwoliła sobie na małą przygodę. Jak to o niej świadczy? Trzydzieści sześć godzin temu przysięgłaby, że ciągle kocha 
Alana.  Może  zresztą  go  kocha.  Może  przespała  się  z  Rayem,  żeby  odpłacić  Alanowi  pięknym  za  nadobne?  Ale  nie 
wierzyła w to. Ray może uważać, że zemsta to sposób na poradzenie sobie z bólem, ale ona jest innego zdania. Dlaczego 
więc poszła z nim do  łóżka? Bo czuła się samotna? Bo potrzebowała chwili zapomnienia po  wielu  dniach życia w  na-
pięciu? Tak, to wydawało się bliższe prawdy. 

Westchnęła i zobaczyła, że spojrzał na nią przelotnie, po czym wrócił do lektury czytanego właśnie dokumentu. 
A  może  otworzyła  się  przed  nim,  ciałem  i  duszą,  z  głębszych  powodów?  Natychmiast  odrzuciła  tę  myśl.  Są  ludzie, 

którzy wierzą w miłość od pierwszego wejrzenia, ale ona do nich nie należy. 

Znowu westchnęła. Tym razem nie oderwał się od lektury. Równie dobrze mogłoby jej tu nie być. 
Na lotnisku w Salt Lake City powitał ich urzędnik biura szeryfa, który przyjechał, żeby zawieźć ich do kwatery, gdzie 

mogli  pożyczyć  samochód.  Nazywał  się  Fairchild  Smith,  był  jasnowłosy  i  bardzo  młody.  Jechał  tak  ostrożnie,  jakby 
pierwszy raz prowadził samochód. 

Dzień był słoneczny  i bardzo  mroźny. Salt Lake City leży  na równinie u stóp Wasatch National Forest. W dali lśniła 

tafla Great Salt Lake, a na wzgórzu  wznosił się biały  Mormon Tabernacle,  główny punkt  miasta, przypominający Jane 
dekorację na torcie weselnym - piękny i trochę nierealny. 

- Dziękuję, panie Smith - powiedziała, kiedy zatrzymali się przed kwaterą. 
- Proszę bardzo, panno Russo - odparł młodzieniec, czerwieniąc się po same uszy. 
Szeryf czekał na  nich  w biurze. Był to  wysoki starszy  mężczyzna, tuż przed  emeryturą. On także  nazywał się Smith. 

Donald  Smith.  Jane  przypomniała  sobie,  że  wielu  mormonów  nosi  to  nazwisko.  Założycielem  Kościoła  Świętych  Dni 
Ostatnich był Joseph Smith. 

Szeryf był uprzejmy, ale starał się chronić prawa Lisy Turchelli. Jane  musiała użyć  całej swojej siły perswazji,  żeby 

pozwolił  im  jeszcze  raz  przesłuchać  dziewczynę.  Przypomniała  mu  nawet  o  sprawie  niesławnego  Teda  Bundy,  który 
gwałcił i mordował w Utah i Colorado, i prawie się wymknął wymiarowi sprawiedliwości. Ale jednej z dziewcząt udało 
się ujść z życiem. Mieszkała w Utah. 

- Mam nadzieję, że Lisa wie coś, co stanie się przełomem w tej sprawie - tłumaczyła Jane. - Gdyby Jennifer Weissman 

żyła... 

Nie musiała mu przypominać, że Jennifer Weissman również pochodziła z Utah. 
- Cóż - powiedział w końcu szeryf. - Możecie jeszcze raz spróbować z Lisa. Ale nie męczcie jej. 
Jane kiwnęła głową. 
Szeryf pożyczył im nieoznakowany samochód. Ray usiadł za kierownicą, a Jane rozłożyła na kolanach mapę. 
Ray jechał zgodnie z jej wskazówkami, ale cały czas milczał. 
- U szeryfa nie odezwałeś się ani słowem. 
- Hm, czasem od razu wyczuwasz lokalną atmosferę, jak tylko wejdziesz do policyjnego biura. 
- Więc pozwoliłeś mnie się tym zająć? 
- Tak. Kobieca ręka i te rzeczy. 
- Męski szowinizm. 
- Oczywiście. 

background image

 

62 

Jane nie mogła się powstrzymać od ukradkowego zerkania na jego dłonie, spoczywające teraz na kierownicy. Dłonie, 

które rozchyliły jej uda, dotykały jej bioder, głaskały jej włosy, pieściły piersi, szyję, brzuch. Na szyi i piersiach ciągle 
miała ślady jego pocałunków. Czy on też ciągle czuje na sobie jej dotyk? A może była dla niego tylko chwilową odskocz-
nią, niczym więcej poza anonimowym ciałem? 

Wstydziła się swojej słabości. Dlaczego pociągali ją mężczyźni pokroju Raya? Czyżby była masochistką? 
A fakt, że zgodziła się pomóc w sprawie Northwest Bombera, tylko pogorszył sytuację. Dlaczego w ogóle wtrąca się w 

nie swoje sprawy? 

Wyjechali  z  miasta  w  Little  Cottonwood  Canyon  i  dalej,  na  dwupasmową  szosę,  która  prowadziła  między  stromymi 

górami  do położonego  na wysokości dwu  i pół tysięcy  metrów Snowbird. Na zboczach pośniętych rzadkim sosnowym 
lasem leżał śnieg. Przy drodze stały znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem lawin. 

- Będziemy  mieć szczęście,  jeśli  nie zacznie padać  - powiedziała Jane. - Kiedy ryzyko zejścia lawin  wzrasta, tę drogę 

często zamykają. 

- Jeżeli zamykają drogę, to jak ludzie dostają się na górę, żeby jeździć na nartach? 
- Po prostu nie jeżdżą wtedy na nartach. Cały kurort jest wtedy zamknięty. 
Minęli kilka parkingów pełnych samochodów i turystów. Dolina rozszerzyła się, a po obu stronach drogi pojawiły się 

pierwsze zabudowania. Ośnieżone zbocza były pełne narciarzy. 

- Jak się nazywa to osiedle? - spytał Ray, kiedy podjechali pod tablicę ze spisem dzielnic. 
- Lupine - odparła. - Wydaje mi się, że jest trochę dalej. 
- I chcesz tak po prostu zapukać do jej drzwi? A jeśli nie ma ich w domu? Jeśli są na nartach? 
- Wiedzą, że przyjadę. 
- Ale nie wiedzą, że chcesz rozmawiać z Lisa. 
- Wszystko będzie dobrze, Ray. Zaufaj mi. 
Zaufaj mi, powiedziała. Ale on nigdy jęknie zaufa. Choć ona mu zaufała. 
Zapragnęła nagle obecności Alana. Potrzebowała jego spokoju, mądrości, zrozumienia, kiedy coś jej się nie udało albo 

obudziła się z koszmarnego snu, albo nie potrafiła przelać na papier twarzy człowieka, który ją zgwałcił. Boże, tak bardzo 
za nim tęskniła. Jak mógł znowu wpuścić do swojego życia Maureen, która go rzuciła, kiedy najbardziej jej potrzebował? 
Jak  mógł  nie  kochać  jej,  Jane?  Może  ich  miłość  nie  była  specjalnie  namiętna,  ale  co  z  tego?  Był  jej  przyjacielem, 
pokrewną duszą, do cholery. Alan pomagał jej żyć. 

Jak to się stało, że wylądowała w łóżku z Rayem i tak bezwstydnie odpowiadała na każdy jego dotyk? 
Do diabła z tobą, Alan, tak bardzo cię potrzebuję. 
- To tu? 
Jane drgnęła. 
- Co? Tak, tak, to tutaj. Lupine. 
W domu była matka Lisy. Lisa pracowała z ojcem w sklepie. 
- Proszę jej nie niepokoić - powiedziała pani Turchelli. - Ona ciągle ma koszmary związane z tym, co się stało. 
- Zaginęła kolejna dziewczynka. Jesteśmy pewni, że porwał ją ten sam człowiek. Czas ucieka, a my uważamy, że Lisa 

może nam pomóc - odparła Jane łagodnie. 

- O Boże, nie wiem, co mam robić. - Kobieta potrząsnęła bezradnie głową. 
- Pojedziemy do sklepu i zobaczymy, co Lisa o tym myśli. Zgadza się pani? 
Kobieta podniosła wzrok. 
- Och nie, nie. 
- To nie potrwa długo. 
- To się stało trzy lata temu! Trzy lata. Lisa na pewno nic nie pamięta. 
- A może jednak pamięta. Warto spróbować. Może Lisa uratuje życie tej dziewczyny. 
W końcu matka Lisy zadzwoniła do męża, a on zgodził się, żeby Jane porozmawiała z córką. 
- Dobra robota - powiedział Ray, kiedy jechali do Snowbird Center, gdzie znajdował się sklep. 
Jej serce wypełniła duma. Głupia, powiedziała do siebie w duchu. 
Pan Turchelli był tęgi, miał gęste czarne włosy i sumiaste wąsy. Był wściekły. 
- Mówiłem wam już, ona nic nie wie. Dlaczego nie zostawicie jej w spokoju? 
- Tato - powiedziała Lisa. 
Jane jeszcze raz powtórzyła wszystkie argumenty, tym razem ze względu na niego; Lisa usłyszała je już wcześniej przez 

telefon. 

- Liso, kochanie, powiedz mi prawdę - spytał w końcu Turchelli. - Co chcesz zrobić? 
Jane spojrzała dziewczynie w oczy i uśmiechnęła się zachęcająco. 
- Naprawdę możesz nam pomóc, Liso. Może nawet uratować życie Kirstin. 
- Kirstin? 
- Tak nazywa się ta dziewczynka, która została porwana. W taki sam sposób jak ty. 
Wtedy Lisa się poddała. Usiedli w biurze na tyłach sklepu, wciśnięci między komputer i skrzynki z towarem. 
- Dziękuję  ci, Liso. Jesteś bardzo  dzielna  - powiedziała Jane. - Wiem, że  już raz o tym rozmawiałyśmy, ale  to bardzo 

ważne. - Wyciągnęła szkicownik i kulę plasteliny, którą podała Lisie. 

background image

 

63 

-  Nie  umiem  nic  zrobić  z  tą  plasteliną  -  powiedziała  Lisa.  Była  wysoką  dziewczyną  o  lśniących  ciemnych  włosach  i 

dużych brązowych oczach. Trzy lata temu nosiła okulary, teraz już nie. Musiała sobie sprawić szkła kontaktowe. 

- Nic nie szkodzi. Wystarczy, że będziesz miała czym zająć ręce. 
Jane ostrożnie skierowała rozmowę na porywacza. Spokojnie, upominała się cały czas w duchu. Powoli. Lisa wyglądała 

jak wystraszone zwierzątko, gotowe w każdej chwili rzucić się do ucieczki. 

-  Teraz  zamknij  oczy  i  spróbuj  sobie  coś  przypomnieć.  Cokolwiek.  Pomyśl  o  swoich  pięciu  zmysłach.  Wzrok,  słuch, 

dotyk, smak i węch. 

- Kiepsko mi to idzie. - Lisa ugniatała plastelinę, ale stworzony przez nią kształt niczego nie przypominał. 
- W porządku, Liso. Wiemy, że ten człowiek zapytał cię, jak dojechać do stacji benzynowej. Byłaś wtedy pod stokiem, 

po całym dniu spędzonym na nartach, i czekałaś na autobus. 

- Tak - powiedziała Lisa. Była bardzo zdenerwowana. 
- Nie widziałaś jego twarzy. 
Lisa potrząsnęła głową. 
- On miał nóż i zmusił cię, żebyś wsiadła do furgonetki, prawda? - Jane nagle przyszło coś do głowy. - Jak właściwie 

wsiadłaś do tego samochodu? 

- Jak to: jak? 
- Od której strony? I gdzie on się wtedy znajdował? 
-  Stał  z  tyłu,  może  pakował  narty.  W  każdym  razie  zapytał  mnie  o  drogę  do  stacji,  a  ja  chyba  podeszłam  do  niego  i 

wtedy... wtedy  on pokazał  mi  nóż. Kazał  mi... kazał mi  wsiąść od strony  kierowcy. Pamiętam, bo  widziałam siedzenie 
kierowcy, całe podarte. 

- Więc to była stara furgonetka? 
- Tak mi się wydaje. Była cała brudna i ubłocona. 
- Pamiętasz kolor? 
Lisa znowu potrząsnęła głową. 
- A jego twarz? 
Lisa wyglądała tak, jakby miała się zaraz rozpłakać. 
-  Miał  na  głowie  czapkę  i  jakiś  szalik  czy  golf,  naciągnięty  na  usta  i  nos.  Mówiłam  wam  to  już.  Związał  mnie  i 

naciągnął mi czapkę na oczy, żebym lic nie widziała. 

Jane położyła dłoń na kolanie dziewczyny. 
- Wiem, że to dla ciebie bardzo trudne, ale świetnie sobie radzisz. Naprawdę dużo zapamiętałaś. 
- Naprawdę? 
- O tak. - Jane uśmiechnęła się do Lisy. Miała ochotę ją objąć i przytulić. Ale to nie była odpowiednia chwila. 
Ray  siedział  w  milczeniu.  Miała  nadzieję,  że  w  ogóle  się  nie  odezwie,  nie  będzie  zadawał  pytań,  nie  zdekoncentruje 

Lisy. Spojrzała na niego; 

siedział bez ruchu, z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. 
- Liso, pomówmy teraz o tym, co mogłaś wyczuć innymi zmysłami. Słyszałaś coś? Muzykę? Radio? Głosy? 
- Nie pamiętam. 
- A smak? Jedzenie? 
- Zazwyczaj przynosił mi płatki śniadaniowe albo hamburgery, takie jak z McDonalda. 
- Zapachy. Woda po goleniu? Brudne ubrania? Odświeżacz powietrza? 
Jane  pracowała  całą  godzinę,  usiłując  wydobyć  wspomnienia  dziewczyny  z  mroku,  lecz  było  to  bardzo  trudne.  Lisa 

rozpaczliwie broniła się przed ponownym przeżyciem koszmaru, którego doświadczyła. Jane szczerze jej współczuła, ale 
nie  przestawała  próbować.  Za  tymi  pięknymi  oczami  w  szkłach  kontaktowych  mógł  znajdować  się  klucz  do  sprawy 
Kirstin Lemke. No, dalej, Liso, pomyślała. Potrafisz to zrobić. 

Lisa  nic  nie  wiedziała.  Cały  czas  była  trzymana  w  ciemnym  pokoju.  Niewiele  słyszała.  Od  czasu  do  czasu 

przejeżdżający samochód. Co oznaczało tylko tyle, że gdzieś niedaleko znajdowała się droga. Smaki nie zaprowadziły ich 
nigdzie. Więc Jane wróciła do zapachów. Spróbowała nowej taktyki. 

- Jaki zapach miał jego samochód? 
- Nie wiem. 
- Hm... Myślisz, że ten człowiek mógł mieć psa? Zauważyłabyś to w samochodzie. 
- Nie, psa nie. Ale... 
- Tak? 
- Nic. - Lisa gwałtownie potrząsnęła głową. 
- Liso? Czego nie chcesz sobie przypomnieć? 
- Niczego. 
-  Tutaj  jesteś  bezpieczna.  Możesz  sobie  to  przypomnieć.  Ten  człowiek  już  nie  może  wyrządzić  ci  żadnej  krzywdy, 

kochanie. 

- Nie. - Lisa z całych sił ugniatała plastelinę. - Nie, nie, nie! - krzyknęła nagle. 
- O co chodzi, Liso? Chcemy ci pomóc. 
- Jego... jego ręce. 

background image

 

64 

- Co było nie tak z jego rękami? 
- Jego ręce... okropnie śmierdziały. 
- Czym? Co to był za zapach? 
-  On...  miał  na  rękach  rękawiczki.  Czułam  to,  kiedy  mnie  rozwiązywał  i  dawał  mi  jeść.  O  Boże,  te  rękawiczki. 

Widziałam  je. Skórzane.  Brudne. Śmierdziały.  - Lisa  odetchnęła  głęboko. - Jakby  olejem, takim  do silników... Och, to 
było wstrętne. 

- Rękawiczki - powiedziała Jane miękko. - Bardzo dobrze, Liso. Widzisz, przypomniałaś sobie coś naprawdę ważnego. 
Lisa zadrżała. 
- Nie cierpię tego zapachu. Wzbudza we mnie przerażenie. Nie wiedziałam dlaczego. 
- Wiem. Ale teraz, kiedy to sobie przypomniałaś, będzie lepiej. Wierz mi. Nigdy o tym nie zapomnisz, ale po pewnym 

czasie nie będzie to już takie bolesne. 

Nieprawda, pomyślała Jane. Mogłaby sama zastosować się do rad, które z taką łatwością podsuwała innym. 
Podziękowali panu Turchelli,  który spojrzał  na nich  groźnie znad  kasy,  i  wyszli ze sklepu. Słońce  oświetlało  górskie 

szczyty. Wszędzie było pełno narciarzy w kolorowych sportowych strojach, z deskami na ramionach, którzy wracali ze 
stoków,  zmieniali  buty  i  siedzieli  w  kafejkach  przy  kawie  albo  wczesnym  lunchu.  Zboczem  góry  powoli  wspinała  się 
kolejka. 

- Przez chwilę bałam się - powiedziała Jane - że pan Turchelli jednak nie pozwoli mi porozmawiać z Lisa. 
- Przekonałaś go. Muszę ci to przyznać. 
- Dzięki. 
- No i te rękawiczki. To było naprawdę niezłe. 
Spojrzała  na  niego,  zaskoczona.  Nastrój  natychmiast  jej  się  poprawił,  ale  zaraz  potem  poczuła  złość  na  samą  siebie. 

Dlaczego  jego  aprobata  i  pochwały  tyle  dla  niej  znaczą?  Nieraz  już  zdarzało  jej  się,  że  mężczyźni  tacy  jak  Ray, 
początkowo cyniczni, doceniali ją w końcu. A może jednak Ray był kimś wyjątkowym? Podeszli do samochodu i Jane 
nagle poczuła, że krew napływa jej do twarzy. Oczywiście, że Ray był kimś wyjątkowym. Kochała się z nim. Wyjechali z 
centrum  i  Ray  zadzwonił  do  Bruce’a,  żeby  przekazać  mu  nowe  informacje.  Jane  uświadomiła  sobie,  że  Stan  mógł  już 
wylądować  w  Salt  Lake  z  człowiekiem,  którego  miała  przesłuchać.  A  wieczorem  czekała  ją  jeszcze  jedna  rozmowa,  z 
siostrą Jennifer Weissman, która była świadkiem porwania. 

Dzień wypełniony po brzegi, pomyślała, słuchając z roztargnieniem rozmowy Raya z Bruce’em. 
-  Jest  coś  nowego.  W  Snowbird  facet  nosił  rękawiczki,  które  śmierdziały  olejem  samochodowym  czy  czymś  w  tym 

rodzaju.  Masz  to?  -  Słuchał  przez  chwilę.  -  Tak,  sprawdź  wszystkie  stacje  benzynowe  i  warsztaty  w  dolinie.  I 
mechaników z okolicy. I ludzi, którzy pracują przy wyciągach, jeżdżą ratrakami i tak dalej. Sprawdź wszystkich, którzy 
mają czerwone furgonetki, złamany ząb z przodu, jasne włosy i okulary. 

Jane patrzyła na wijącą się łagodnie przed nimi drogę. Była zadowolona z siebie. Udało jej się zdobyć cenne informacje. 

Dzięki niej w sprawie wreszcie nastąpił przełom. 

- Jak się czują Lemke? - spytał Ray. - Josh jakoś się trzyma? W porządku. Biedny facet. - Cisza. - Tak, wiem. Tydzień. 

Chyba  mamy  jeszcze  kilka  dni.  A  może  nie.  Ci  dranie  działają  coraz  szybciej  w  miarę  upływu  czasu.  Dobra,  Bruce, 
informuj mnie o wszystkim. 

Wjeżdżali  do  Park  City,  kiedy  komórka  Raya  zaczęła  dzwonić.  Ilekroć  Jane  słyszała  ten  dźwięk,  serce  na  moment 

zamierało jej w piersi. Stało się, złapali go. Kirstin jest już bezpieczna. 

Ale to był Stan Shoemaker 
- ...kiepski pomysł -  mówił Ray. - Tak, tak, wiem,  ona uważa, że  może to zrobić, ale... W porządku. Będziemy  w...  - 

Spojrzał na Jane. - Jak się nazywa hotel, w którym szeryf zarezerwował dla nas pokoje? 

- April Inn. 
-  Właśnie,  będziemy  w  April  Inn.  -  Umilkł  na  chwilę.  -  Nie  wiem,  do  diabła,  jakieś  pięćdziesiąt  kilometrów  od 

lotniska... Dobra, powiedzmy koło piątej? Tak czy inaczej, Jane ma dzisiaj przesłuchanie... Dobrze, więc do zobaczenia. - 
Rozłączył się. 

- Hm - mruknęła Jane, patrząc na drogę. - Stan i jego świadek wylądowali w Salt Lake? 
- Zgadza się. 
Już miała powiedzieć, że może przeprowadzić dwa przesłuchania, ale doszła do wniosku, że lepiej nie podejmować tego 

tematu. Uśmiechnęła się tylko. 

- Umieram z głodu - powiedziała. - Może zatrzymamy się gdzieś, zanim pojedziemy do hotelu? 
Park  City  było  właściwie  przedmieściem  Salt  Lake.  Wzdłuż  drogi  ciągnęły  się  rzędy  domów,  niektóre  dopiero  w 

budowie. Miasteczko było starą osadą górniczą, trochę podobną do Aspen, pełną zabudowań w stylu zachodnim, domów 
z czerwonej cegły i wiktoriańskich kamienic. Była jednak jedna zasadnicza różnica: Aspen leżało w dolinie, gdzie było 
dość płasko, a zabudowania Park City wznosiły się na stromych zboczach. 

Jane znalazła miejsce przed niewielką rodzinną restauracją i zaparkowała samochód. 
- Jak ci się podoba? - spytała. 
- To ty jesteś głodna. 
- To prawda. Dla mnie może być. - Wysiadła z samochodu, zamknęła drzwi i rzuciła kluczyki Rayowi. 
Przy kanapkach z colą nagle powzięła decyzję, 

background image

 

65 

- Wiesz, myślę, że mogę to zrobić. 
- Co takiego? 
- Przesłuchać Jima Forsberga i... 
- Bena. Bena Forsberga. 
- No tak. Oczywiście. Bena. W każdym razie myślę, że dam sobie z nim radę. 
- Przecież nawet go nie znasz. Ja sam prawie go nie znam, rozmawiałem z nim tylko parę razy, kiedy leżał w szpitalu w 

Yakima. 

Jane przekrzywiła głowę. 
- I jakie zrobił na tobie wrażenie? 
- A to ma jakieś znaczenie? 
-  Tak.  Im  więcej  się  o  nim  dowiem,  tym  lepiej.  Chcesz,  żeby  mi  się  udało,  prawda?  To  znaczy,  chciałbyś  zobaczyć 

Northwest Bombera za kratkami? 

- Oczywiście. 
- Świetnie. Więc opowiedz mi o Benie Forsbergu. 
-  Szczęściarz,  dostał  kulkę  w  głowę,  a  została  mu  po  tym  tylko  jedna  mała  blizna.  Kula  odbiła  się  od  czaszki 

rykoszetem. 

- No dobrze, co jeszcze? 
- Dość miły facet. Typ chłopka-roztropka. 
- Żonaty? Ma dzieci? 
- Chyba tak. 
- Był w stanie opisać tych ludzi? Dobrze opisać? 
- Ci dwaj, to znaczy bracia Perry, mieli na twarzach maski. 
- Więc jak... 
- Dumie zostawili w sklepie mnóstwo odcisków palców. 
- Hm. Rzeczywiście dumie. 
-  Tak.  Ale  mieli  dość  rozumu,  żeby  radzić  sobie  z  materiałami  wybuchowymi.  Nauczyli  się  tego  podczas  udziału  w 

Pustynnej Burzy. 

- A ten, który strzelał? Dlaczego nie zakrył twarzy? 
- Bo nie zamierzał zostawić świadka. 
- Jesteś pewny, że to Northwest Bomber, lider tej grupy? 
- Tak. 
- W sklepie nie było kamer? 
- Była jedna. Ale on stał poza jej zasięgiem. 
- Więc znał ten sklep. 
- Tak. Musiał go znać. 
- Cóż. - Jane upiła łyk coli. - Jeśli Ben Forsberg widział jego twarz, muszę ją wydobyć z jego pamięci. 
Ray odłożył sztućce i pochylił się nad stołem. 
- Forsberg może mieć uszkodzony mózg. 
- A może nie. 
- Nie wiadomo. Myślę jednak, że masz małe szanse wydobycia czegokolwiek z jego pamięci po trzech latach. 
- Może po prostu nie wiesz, jaka jestem zdolna. 
- Widziałem cię przy pracy. 
- Ale tylko przy sprawie Kirstin. Powiedziałam ci, dlaczego ta sprawa jest dla mnie tak trudna. 
- Hm - mruknął tylko Ray. 
- Jesteś niesprawiedliwy. Jestem naprawdę dobra w tym, co robię. 
- Nie miałem zamiaru się z tobą kłócić. 
- Cóż, powiem ci tylko, że w zeszłym roku zadzwonili do mnie z FBI i poprosili o wykłady na temat mojej techniki w 

Quantico.  -  Wiedziała,  że  bezwstydnie  się  przechwala.  Tak  bardzo  chciała,  żeby  docenił  jej  pracę.  Chciała,  żeby  jej 
potrzebował. Tak jak potrzebował Kathleen, swojej partnerki i kobiety, o której nie potrafił zapomnieć. 

Spojrzał na nią z twarzą zupełnie pozbawioną wyrazu. 
- To miło, Jane - powiedział obojętnie. 
Do końca posiłku żadne z nich się nie odezwało. 

Rozdział 14 

Do  świąt  zostało  tylko  kilka  dni  i  na  stokach  w  okolicach  Aspen  panował  nieopisany  tłok.  Przed  wyciągami  wiły  się 

długie  kolejki.  Żeby  dostać  kawę  w  restauracji  na  górze,  trzeba  było  czekać  w  tłumie  depczących  sobie  po  piętach 
turystów. 

Nie, dzięki, pomyślał, wychodząc z restauracji na szczycie. Nie minęło jeszcze południe, ale on miał już dość. Za dużo 

ludzi. 

Nie  pracował  od  trzech  dni,  bo  nie  padał  śnieg.  Nie  trzeba  było  odśnieżać  podjazdów.  Zaczynał  się  nudzić.  Ona 

zaczynała go nudzić. 

background image

 

66 

Zjechał na nartach na parking u stóp Highlands. Wrzucił narty i kijki do furgonetki i zmienił buty. 
Wtedy  zauważył  gliniarza.  Krążył  po  parkingu  i  przyglądał  się  samochodom,  zwracając  szczególną  uwagę  na 

furgonetki. 

Cholera. 
Ale  mógł  się  tego  spodziewać.  Liczył  się  z  tym,  że  policja  w  końcu  ustali,  że  człowiek,  którego  szukają,  jeździ 

furgonetką.  Dziewczyna  z  Mammoth  i  ta  druga,  ze  Snowbird,  widziały  samochód.  Zawsze  zakładał,  że  policja  może 
pewnego  dnia  powiązać  te  porwania.  Jedna  z  dziewcząt,  które  jeździły  na  deskach  z  tą  małą  Lemke,  także  mogła 
zauważyć furgonetkę. 

Oczywiście  nikt  nie  byłby  w  stanie  odczytać  numeru  rejestracyjnego;  postarał  się,  żeby  tablice  były  zbyt  brudne. 

Dopilnował też, żeby  nikt  nie  widział przodu  furgonetki. W  dniu porwania zmienił również swój  wygląd,  na  wypadek 
gdyby ktoś mógł go opisać. Włożył starą, nierzucającą się w oczy kurtkę, zniszczone piętnastoletnie gogle i zasłaniający 
pół  twarzy  szalik.  Dzisiaj,  jak  zwykle  kiedy  wybierał  się  na  narty,  miał  na  sobie  porządną  granatową  kurtkę  z  żółtym 
kapturem,  niebieską  czapkę,  nowiutkie  gogle  i  szkła  kontaktowe.  Miał  też  przy  sobie  prawo  jazdy  wydane  w  Nowym 
Meksyku. 

Dobrze to zaplanował. Uważał, że ostrożności nigdy za wiele. 
Wsiadł  do  furgonetki.  Bez  pośpiechu  zapalił  silnik  i  wycofał  wóz.  Gliniarz  ciągle  stał  kilka  rzędów  dalej,  spisywał 

numery jakiegoś samochodu. Po parkingu krążyło wiele innych aut, których kierowcy szukali wolnych miejsc. 

Skierował  się  do  wyjazdu,  który  znajdował  się  najdalej  od  miejsca,  gdzie  gliniarz  zaparkował  swojego  niebieskiego 

policyjnego saaba. 

Mimo  wszystkich tych środków  ostrożności zaczął się pocić. W gazetach  nie było  nic  na temat porwania od tamtego 

pierwszego  ranka,  kiedy  w  „Aspen  Times”  pojawiła  się  informacja  o  zaginięciu  dziewczynki,  która  jeździła  z 
koleżankami  na  desce.  Od  tego  czasu  ani  słowa.  Federalni  pewnie  dopilnowali,  żeby  nie  było  przecieków.  W  jakimś 
wielkim mieście nie udałoby im się tak dobrze kontrolować mediów, ale w małej społeczności wydawcy współpracowali 
z policją. Dla dobra porwanego dziecka, rzecz jasna. Ale także dlatego że informacja o porwaniu w narciarskim kurorcie 
w przededniu świąt Bożego Narodzenia mogłaby wywołać taką samą reakcję, jak informacja o pojawieniu się rekinów na 
plaży Czwartego Lipca. 

Przestał się pocić, dopiero wjeżdżając w spokojną dolinkę, gdzie stała wynajęta przez niego chata. Nie znajdą go. Jej też 

nie  znajdą,  w  każdym  razie  do  czasu  wiosennych  roztopów.  Wtedy  on  będzie  już  daleko.  Zastanawiał  się  nad  Nową 
Anglią. Tam jeszcze nie jeździł na nartach. 

Myślał też o dziewczynie. W Park City zostawił dzieciaka w zrujnowanym motelu. Tym razem postanowił dopilnować 

wszystkiego do końca. Rozważał wiele sposobów pozbawienia jej życia. Wszystkie wydawały mu się równie atrakcyjne. 
Jak zdoła dokonać wyboru? 

W  chacie  było  zimno,  napalił  więc  w  piecu,  zrobił  sobie  kubek  kawy  rozpuszczalnej  i  zjadł  miseczkę  płatków 

śniadaniowych. Doszedł do wniosku, że ona też powinna coś zjeść. Wsypał trochę płatków do tej samej miseczki, z której 
jadł, i dolał odrobinę mleka. Mleka zostało niewiele i nie miał zamiaru go marnować. Dziewczyna od kilku dni prawie nic 
nie jadła, a on nie chciał, żeby za wcześnie osłabła. Jeszcze nie wiedział, kiedy z nią skończy. Może w Boże Narodzenie? 
Zrobi sobie taki mały prezent. 

Otworzył  drzwi  sypialni,  wszedł  i  zamknął  je  za  sobą  kopnięciem.  Zatrzymał  się  na  chwilę,  czekając,  aż  oczy 

przyzwyczają mu się do ciemności. Chociaż nie musiał ukrywać przed nią twarzy. I tak nie będzie miała okazji go opisać. 

Dziewczyna  siedziała  skulona  w  kącie  łóżka,  z  rękami  przywiązanymi  do  żelaznego  kółka,  które  przytwierdził  do 

ściany. 

W  pokoju  śmierdziało.  Dziewczyna  kilka  razy  zmoczyła  łóżko.  Jeszcze  jeden  powód,  żeby  wkrótce  się  jej  pozbyć. 

Materac też będzie musiał wyrzucić. Kupi nowy. Może znajdzie jakiś w sklepie z używanymi meblami. Tak. To dobry 
pomysł. 

Postawił miseczkę na łóżku. 
- Jedz, mała - powiedział. - Nie będziesz jadła, to oberwiesz. Słyszysz? 
- Ta... tak - wykrztusiła i znowu zaczęła płakać. 
Wyszedł z pokoju i wyciągnął się na kanapie przy piecu, od którego biło teraz miłe ciepło. 
Zamknął oczy. Teraz utnie sobie małą drzemkę. Potem pojedzie do miasta na parę piw i przy okazji obejrzy prognozę 

pogody w telewizji. W chacie nie było telewizora. A potem z powrotem do domu. Do dziewczyny. 

Przed zaśnięciem znowu zaczął rozważać, jak zawęzić listę możliwości i wybrać tę najlepszą? Problemy, problemy. 
 
Ray zastanawiał się, jak to się stało, że dopuścił do spotkania Jane z Benem Forsbergiem. Może podświadomie czuł, jak 

będzie wyglądało, i dlatego tak bardzo się temu sprzeciwiał? Tak czy inaczej, Stan przywiózł Forsberga do Utah, a Jane 
zgodziła się go przesłuchać. A Ray? Ray po prostu stracił kontrolę nad sytuacją. 

Załatwił formalności w hotelowej recepcji i wręczył Jane klucz do jej pokoju. 
- Spróbuj trochę odpocząć - powiedział. - Stan może zaczekać. 
-  Nie  jestem  zmęczona  -  odparła.  -  Naprawdę.  Ale  to  miłe,  że  się  o  mnie  troszczysz.  -  Rzuciła  mu  jeden  z  tych 

chwytających za serce uśmiechów. 

Czy ona się z niego nabija? Nie wiedział, jak ma to rozumieć. 

background image

 

67 

- To sarkazm? - spytał. 
- Ależ nie - zapewniła. - Wiem, że się o mnie troszczysz. Tylko okazujesz to w dziwny sposób. 
Zaskoczony  patrzył,  jak  odchodzi  korytarzem.  Przyciągała  wzrok  wszystkich  mężczyzn.  Jej  nogi  w  niebieskich 

obcisłych dżinsach wydawały się jeszcze dłuższe, bo miała buty na wysokim obcasie. 

Stan i Ben Forsberg przyjechali piętnaście minut później wynajętym na lotnisku jeepem z napędem na cztery koła. Stan 

najwyraźniej na niczym nie oszczędzał. 

- Cześć. - Podszedł do Raya, pobrzękując kluczykami. - Szef się zgodził. Jest zachwycony, że to Jane się tym zajmie. 
Za  Stanem  stał  Forsberg.  Wyglądał  świetnie,  biorąc  pod  uwagę  to,  przez  co  przeszedł.  No  a  poza  tym  trafiła  mu  się 

fajna wycieczka, za którą w dodatku płacił ktoś inny. 

Ray uścisnął dłoń Bena i zwrócił się do Staną. 
-  Wiesz,  że  Jane  miała  już  dzisiaj  jedno  przesłuchanie,  teraz  to...  -  wskazał  głową  Forsberga,  który  przyglądał  się  z 

zainteresowaniem głowie łosia wiszącej w holu nad kominkiem. - A wieczorem czeka ją kolejne. 

- Hm. - Stan potarł łysinę. - Forsberg może zaczekać do rana, jak sądzę. 
Ray potrząsnął głową. 
- Bóg jeden wie, gdzie będę jutro rano. Muszę wracać do Aspen. Czas ucieka. 
- Cóż, więc może Jane mogłaby zostać i... 
- Mowy nie ma, Stan. Ja zabrałem ją na tę eskapadę i ja odstawię ją z powrotem do Denver. 
Stan uśmiechnął się przebiegle. 
- Czujesz się za nią odpowiedzialny? A może to coś więcej? 
- Na litość boską, Stan, daj spokój - wybuchnął Ray i zaraz pożałował, że w ogóle się odezwał. 
Podczas  gdy  Stan  rozmawiał  z  recepcjonistką,  w  holu  pojawiła  się  Jane.  Przebrała  się  i  teraz  miała  na  sobie  czarne 

spodnie  i  fioletowy  sweter.  Odświeżyła  też  makijaż  i  rozpuściła  włosy,  które  miękką  falą  opadały  jej  na  ramiona. 
Wyglądała pięknie, Ray nie mógł tego nie zauważyć. Nagle przypomniała mu się noc, którą spędzili razem. Przez chwilę 
nie mógł złapać tchu, więc Stan odchrząknął i dokonał prezentacji. 

- Jane Russo... Ben... Ben Forsberg. 
Forsberg był co najmniej pięć centymetrów  niższy  od Jane,  może  dlatego, że  miała na sobie te  niesamowite buty. Jej 

wzrost,  silny  uścisk  dłoni,  olśniewający  uśmiech  i  bijące  od  niej  ciepło  zrobiłby  na  Forsbergu  piorunujące  wrażenie. 
Wyglądał jak zahipnotyzowany. 

- Mam nadzieję, że na coś się pani przydam - powiedział, zdejmując z głowy baseballówkę. 
Jest  dość  przystojny  i  może  się  podobać,  pomyślał  Ray,  jeśli  ktoś  lubi  typ  człowieka  z  lasu.  Forsberg  miał  na  sobie 

brązowe  kowbojskie  buty,  niebieskie  dżinsy,  wełnianą  koszulę  z  kieszeniami  na  piersiach  i  zieloną  sportową  kurtkę. 
Dobiegał  pięćdziesiątki,  był  szczupły,  a  przyprószone  siwizną  włosy  miał  ostrzyżone  krótko,  jak  żołnierz.  Łagodne 
zielone oczy, pospolita twarz. Trochę podobny do George’a Clooneya. Ray powiedział Jane, że Forsberg jest żonaty, ale 
może był w błędzie. W każdym razie Ben nie nosił obrączki. 

Jane  natychmiast  zaczęła  z  nim  rozmawiać.  Powiedziała,  że  kiedyś  przejeżdżała  przez  Yakima,  wracając  ze  spływu 

rzeką Kolumbią. 

Ray  słuchał  tej  pogawędki  w  milczeniu.  Uniósł  tylko  brwi,  kiedy  Jane  zapytała  Forsberga,  gdzie  będzie  im 

najwygodniej przeprowadzić rozmowę. 

- U mnie czy u pana? - spytała. 
Forsberg zastanawiał się chwilę. 
- Chyba lepiej u pani... 
Cudownie, pomyślał Ray. 
- Zaczniemy? - spytała Jane. 
- Może być. 
Ray i Stan dla zabicia czasu wybrali się na spacer po mieście. Ray zadzwonił do Aspen. Nic nowego. Wyglądało jednak 

na to, że wszyscy gliniarze od Glenwood Springs po Basalt, Carbondale i Snowmass sprawdzali stacje benzynowe, sklepy 
z częściami zamiennymi, warsztaty i dealerów samochodowych. A także samochody należące do firm w całym regionie, 
a nawet w położonym za Glenwood Springs Sunlight Ski. 

- Motywujemy ich - powiedział Bruce. - Jesteśmy już blisko, czuję to. 
Ale czy rzeczywiście byli blisko? Może Kirstin podzieliła już los Jennifer Weisaman? 
Małe miasteczko było pełne turystów. Tłoczyli się restauracjach, barach i sklepach z pamiątkami. Ray i Stan wstąpili do 

małej kafejki. Stan szybko pochłonął kawałek sernika i chciał wracać do hotelu. 

- Zobaczymy, co się tam wydarzyło - mruknął. 
- Dam ci radę - powiedział Ray. - Nie pukaj do jej drzwi. Jak skończy, da ci znać. 
- Ile to już minęło... - Stan spojrzał na zegarek. - Półtorej godziny. Jak długo to może trwać? 
- Tyle, ile trzeba. - Ray wzruszył ramionami. 
- Zadzwonię do ciebie, jak dostanę portret. 
-  Jeśli  go  dostaniesz,  to  chyba  chciałeś  powiedzieć.  Nie  zapominaj,  że  Northwest  Bomber  zwodzi  nas  od  lat.  Nie 

robiłbym sobie wielkich nadziei. 

- Nie bądź takim cynikiem, Ray. - Stan włożył wełnianą kurtkę. - Założę się, że dostaniemy portret. 

background image

 

68 

- Hm - mruknął Ray z powątpiewaniem. 
 
Jane rzadko pracowała z dorosłymi. Na początku wahała się, czy dać Benowi plastelinę. Nie chciała, żeby uważał, że 

traktuje go jak dziecko. Ale on od razu chwycił kulę. 

- Rany, to jest świetne - powiedział. - Kto by pomyślał? 
Zaczęła  od  luźnej  pogawędki.  Dowiedziała  się,  że  Ben  jest  od  trzydziestu  lat  żonaty  i  ma  dwoje  dorosłych  dzieci,  z 

których jedno mieszka w Spokane, a drugie w San Francisco. 

- Cholerny hipis - mruknął Ben, lepiąc z plasteliny całkiem udanego jelenia. 
Jane pochyliła się, żeby przyjrzeć się figurce z bliska. 
- Bardzo dobre - powiedziała. 
-  Och,  rzeźbię  trochę  i  sprzedaję  to  później  w  sklepie  z  pamiątkami.  Głównie  w  drewnie.  Robię  jelenie,  łosie,  gęsi 

kanadyjskie. Poza sezonem,  kiedy  w sklepie  nie  ma  wiele  do roboty. To znaczy przez  całą zimę.  - Zaśmiał się, ale był 
pochłonięty plasteliną. 

Jane postanowiła to wykorzystać. 
-  W  dniu  napadu  na  sklep...  -  powiedziała  ostrożnie,  ale  Ben  nie  okazał  zdenerwowania,  więc  zaczęła  przesłuchanie, 

prosząc go, żeby cofnął się trzy lata wstecz. 

Był  śnieżny  listopadowy  dzień,  w  stanie  Washington  ciągle  trwał  sezon  polowań.  Kasa  w  sklepie  Bena  była  pełna 

gotówki. 

-  Cholera  -  mówił  Ben  -  jak  tylko  zobaczyłem  tych  dwóch  zamaskowanych,  od  razu  wiedziałem,  że  mam  kłopoty. 

Poważne  kłopoty.  -  Zmiażdżył  figurkę  jelenia  w  dłoniach  i  uformował  coś  na  kształt  głowy.  Jane  obserwowała  go 
spokojnie. - Ten wyższy wyciągnął zza paska czterdziestkę piątkę. Myślałem, że zaraz wypruje mi flaki. 

Opisał napad, który dokładnie pamiętał. Jane była pewna, że musiał widzieć trzeciego mężczyznę, przywódcę, który stał 

z boku, nie ukrywając twarzy, poza zasięgiem kamery. 

Kiedy Ben odbiegł nieco od tematu, skierowała rozmowę z powrotem na dzień napadu. 
- Czy ten trzeci mężczyzna stał bliżej lady, czy przy drzwiach? - zapytała. 
-  Och,  nie,  nie  przy  drzwiach.  Kamera  by  go  uchwyciła.  Ale  ci  goście  z  FBI  uważają,  że  on  o  tym  wiedział.  Stał  po 

mojej lewej stronie, jakieś siedem metrów ode mnie, przy stojaku z wędkami. To jedyne miejsce poza zasięgiem kamery. 

- Rozumiem. A co miał na sobie? Pamiętasz coś? Płaszcz, buty, cokolwiek? 
Ben ugniatał plastelinę, jakby Jane w ogóle tam nie było. 
- Nie, nie miał płaszcza, tylko wojskową kurtkę z postawionym kołnierzem. 
- Ach tak. 
-  I  wojskowe  buty.  Zabłocone.  -  Ben  formował  coś  z  plasteliny,  a  Jane  zaczęła  szkicować.  -  Dziwne,  ale  prawie...  - 

urwał, zmrużył oczy, a na jego twarzy pojawił się wyraz zdumienia. - Siwe włosy. No, może nie siwe, tylko takie szare, 
mysie, jakby używał tego specyfiku... jak to się nazywa? Grecian Formula? Tak. Aha, i miał przedziałek... z prawej stro-
ny. Jakby chciał zasłonić  łysinę.  -  Ben uśmiechnął się lekko.  -  Ale te  oczy.  Bardzo blisko  osadzone. Jak u łasicy albo 
fretki. 

Jane  z trudem  nadążała za opisem  Bena. Za to jego zwinne palce szybko ugniatały plastelinę. Miał  jej teraz pełno za 

paznokciami. 

Mówił, lepił, od czasu do czasu przekrzywiał głowę, jakby próbował sobie coś przypomnieć, a potem wracał do pracy. 
Sześć po piątej Jane wyszła za nim do holu i zamknęła za sobą drzwi. Ben ciągle trzymał w rękach plastelinę. Mogła mu 

ją dać, miała jej więcej. 

-  Boże  -  powiedział  Ben  -  nigdy  bym  nie  przypuszczał,  że  cały  czas  miałem  w  głowie  twarz  tego  drania.  Jak  ty  to 

zrobiłaś? 

- To ty tego dokonałeś, Ben - odparła. - Właściwie całkiem sam. 
Ray  i  Stan  czekali  w  holu  przy  wielkim  kominku.  Ben  uśmiechał  się  szeroko  i  wzruszał  ramionami,  ściskając  w 

dłoniach plastelinę. Jane także nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Otworzyła szkicownik i pokazała im portret. 

Stan zerwał się na równe nogi i otworzył usta ze zdumienia. 
- Jezu Chryste - wyszeptał. 
Ray wstał powoli i w milczeniu patrzył na rysunek. 
- No? - powiedziała w końcu, czując, że nie wytrzyma tego napięcia ani chwili dłużej. - Ray? Powiedz coś? 
Ray odetchnął głęboko. 
- Mój Boże. Widziałem już tę twarz - wykrztusił w końcu. 

 

Rozdział 15 

W głowie kłębiły  mu się tysiące  myśli. Jak, do  diabła, zdołała  wydobyć z Forsberga tę twarz? Musiała widzieć ją  już 

wcześniej w aktach FBI, musiała ją przechowywać we własnej pamięci. Musiała... Ale to przecież nie miało sensu. 

Czy to możliwe, że Forsberg rzeczywiście widział człowieka, który do niego strzelał? Sukinsyn. 
Sięgnął po  kartkę  wyrwaną ze szkicownika i spojrzał  na portret. Ta twarz. Tak, znał  ją, oczywiście. Jak ten facet się 

nazywa?  Często  pojawiał  się  w  aktach  FBI.  Jakiś  czas  temu  spędził  kilka  lat  w  więzieniu  federalnym  w  północnej 
Kalifornii za nielegalny handel bronią. Kiedy to było? Ładnych kilka lat temu. Jak on się, do diabła, nazywa? 

background image

 

69 

- Stan - powiedział - pamiętasz tego faceta? Kilkanaście lat temu. Nielegalny handel bronią. Siedział trochę w więzieniu 

federalnym. Podejrzewano związki z grupami terrorystycznymi. Pamiętasz go? 

- Mgliście. Jak on się nazywał? 
- Cholera, mam to na końcu języka. 
- Naprawdę wiesz, kto to jest? - spytała Jane zaskoczona. 
- Tak, wiem. 
- Pomogłem wam? - spytał Forsberg. 
- O tak - odparł Stan. - Oboje nam pomogliście, ty i Jane. 
-  To  mogę  już  wracać  do  domu?  -  spytał  Ben  z  nadzieją.  -  Żona  była  bardzo  niezadowolona,  że  musiałem  tak  nagle 

wyjechać tuż przed świętami. 

- Nie martw się, Ben - powiedział Stan. - Wsadzimy cię do pierwszego samolotu do Spokane. Spisałeś się na medal. 
Ray nie słuchał. Patrzył  na portret  i próbował  wyobrazić sobie, jak ta twarz  wyglądała  kilkanaście  lat temu, okolona 

dłuższymi, bujniejszymi włosami. Istnieją programy komputerowe, które wykonują takie zadania, dodają lub ujmują lat, 
wydłużają lub skracają włosy i tak dalej, a następnie szukają w bazie danych podobnych twarzy. Ale Ray nie miał w tej 
chwili dostępu do takiego programu. 

- Cholera - mruknął, podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Jane. 
Zrobiła  to.  Naprawdę  wyciągnęła  z  pamięci  świadka  portret  Northwest  Bombera.  Ten  człowiek  nie  był 

niezidentyfikowanym podejrzanym. Miał twarz. I nazwisko, jeśli tylko Ray zdoła je sobie przypomnieć. 

- Udało się - powiedziała Jane z ożywieniem. Jej oczy błyszczały. - Wiedziałam, że się uda. Jak tylko zobaczyłam Bena. 

Był fantastyczny. 

-  Ty  byłaś  fantastyczna  -  powiedział  Ray.  -  Ten  portret  jest...  -  urwał  i  zmarszczył  brwi.  -  To  jakieś  polskie  albo 

rosyjskie nazwisko. Cholera, Stan, nie przypominasz sobie? 

- Niestety nie. 
-  Tak,  jestem  pewny.  W  młodości  należał  do  ugrupowania  białych  ekstremistów.  Ale  był  tylko  płotką.  Tak, 

przypominam sobie. Ale to nazwisko... chyba kończyło się na „ski”. - Przyłożył dłoń do czoła. - Tak jak ten łyżwiarz, ten 
z Olimpiady. Tara... coś tam. Tara... Tara... 

Chodził w kółko, przyciskając palce do skroni. Ten człowiek wydał wyrok śmierci na Kathleen i omal nie zabił także 

jego samego. To nazwisko... 

Wszyscy milczeli, patrząc na niego i czekając. 
- Jak tylko zeskanujemy portret, komputer zaraz go znajdzie - powiedział Stan. 
- Gdybym mógł tylko... Lapinski! - wykrzyknął nagle Ray. - Oczywiście, Gerald Lapinski. Tak. 
Stan  odwiózł  Forsberga  na  lotnisko,  a  potem  podrzucił  szkic  do  biura  szeryfa.  Portret  po  zeskanowaniu  miał  zostać 

rozesłany na cały kraj. Ray tymczasem zadzwonił do Quantico i zlecił rozpoczęcie poszukiwań prawa jazdy wydanego na 
nazwisko Lapinski. Powiedział, że wkrótce dotrze do nich portret, który ma trafić do wszystkich agencji na północnym 
zachodzie. 

Sprawa nabierała tempa. Już niedługo Lapinski będzie  miał policję  na  karku, wystarczy, że pojedzie zatankować czy 

kupić bochenek chleba. Szybko go znajdą. 

I to dzięki Jane. Wyłączył komórkę i zatrzymał się. Jane siedziała w holu na kanapie, obejmując kolana ramionami, z 

wyrazem oczekiwania na twarzy. 

Podszedł do niej i stanął naprzeciw. Szukał słów, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Nie mógł przecież zrobić tego, 

co powinien. A powinien przeprosić ją za to, że był takim upartym osłem. 

Spojrzała na niego, jej piękne błękitne oczy były pogodne, ale czujne. 
- Jane - zaczął. 
- Hm? 
Usiadł obok niej, nie zwracając uwagi na krążących wokół ludzi. W holu było pełno turystów. 
- Cholera, Jane. - Wyciągnął do niej rękę. Puściła kolana i wyprostowała się. Patrzyła na niego i czekała. Ujął jej dłoń i 

popatrzył w oczy, ale ciągle nie potrafił znaleźć właściwych słów. 

- Ray? - powiedziała cicho. 
- Świetnie się spisałaś. - To było wszystko, co przyszło mu do głowy. 
- Dziękuję - wyszeptała i uśmiechnęła się, jakby nie pamiętała już jego wcześniejszych uprzedzeń i sceptycyzmu. 
Ogarnęła go nagle fala czułości dla niej. 
 
Kiedy wyruszyli do Weissmanów, Jane była już wyczerpana, ale zarazem tak podekscytowana, że nie byłaby w stanie 

odpocząć. 

-  Musisz  coś  zjeść  -  powiedział  Ray.  -  Gdzie  chcesz  się  zatrzymać?  Może  być  restauracja  albo  jakiś  bar,  mnie  jest 

wszystko jedno. 

-  Pewnie  w  to  nie  uwierzysz,  ale  nie  jestem  głodna.  -  Patrzyła  na  mijane  lokale.  McDonald’s,  Taco  Bell,  Denny’s, 

Burger King, Wendy’s, Arby’s. Na nic nie miała ochoty. Pewnie z powodu podniecenia. Wiedziała, że w końcu dopadnie 
ją  zmęczenie.  Postanowiła  jednak,  że  będzie  pracować  tak  długo,  jak  zdoła.  Miała  dobrą  passę,  a  siostra  Jennifer 
Weissman, Caitlin, może dostarczyć istotnych informacji. 

background image

 

70 

Ray wrzucił migacz i zatrzymał się przed Wendy’s. 
- Chyba nie będę w stanie nic przełknąć - powtórzyła. 
Dla  świętego  spokoju  zamówiła  sałatkę  szefa,  ale  zjadła  niewiele.  Ray  także  nie  miał  czasu  ruszyć  swoich  frytek  i 

hamburgera, bo jego komórka dzwoniła prawie bez przerwy. Od czasu, kiedy Stan rozesłał faksem portret Lapinskiego i 
rozpoczęto poszukiwania, minęło  zaledwie  kilka  godzin, ale FBI pracowało  na pełnych  obrotach. Mieli  już  jego adres, 
numer  karty  kredytowej,  numer  prawa  jazdy  oraz  markę  i  model  samochodu  zarejestrowanego  na  jego  nazwisko  w 
Benton County w stanie Waszyngton. 

Ray wyłączył komórkę po kolejnej rozmowie, potrząsnął głową i w końcu zaczął jeść. 
-  To  był  Stan  -  powiedział  z  pełnymi  ustami.  -  Lapinski  mieszka  przy  jakiejś  bocznej  drodze  w  okolicy  zwanej 

Rattiesnakes Hills. 

- Czy ktoś już tam pojechał? 
-  Nie.  -  Ray  upił  łyk  coli  i  wytarł  usta  serwetką.  -  FBI  koordynuje  działania  policji  stanowej  i  ATF,  ponieważ  w  grę 

wchodzi kradzież broni i pogwałcenie federalnych przepisów dotyczących korzystania z broni palnej. W akcji weźmie też 
udział departament szeryfa. 

- Wydaje się to dość skomplikowane. 
- Tak, ale w pobliżu znajduje się jednostka wojskowa. Przylecą tam i wykorzystają to miejsce jako bazę.  Jeszcze kilka 

godzin i jestem pewny, że będą gotowi. 

- A jeśli jego tam nie ma? 
- Zaczekają, aż wróci. Szczury zawsze wracają do gniazda. 
Jane  zadrżała.  Kręciło  jej  się  w  głowie.  Sytuacja  rozwijała  się  z  prędkością  światła.  A  ona  miała  przed  sobą  jeszcze 

rozmowę z Caitlin. 

Spojrzała na zegarek. 
- Chodźmy już. 
Ray kiwnął głową. Jego telefon znowu zadzwonił. Rozmawiał w drodze do samochodu i potem, kiedy już prowadził i 

szukał podanego adresu. 

Z ciężkiego, ołowianego nieba zaczął sypać śnieg. Ray zwolnił, żeby odczytać znak uliczny w słabnącym świetle. Jego 

komórka znowu zaczęła dzwonić. Odebrał i słuchał przez chwilę. 

-  Mowy  nie  ma!  -  rzucił  nagle.  -  Czy  oni  oszaleli?  Mamy  ich.  Powiedz  temu  cholernemu  prawnikowi,  że  nie  będzie 

żadnej  umowy.  Miał  swoją  szansę.  I  nie  skorzystał  z  niej.  Bracia  Perry  mogli  się  dogadać,  kiedy  im  to 
zaproponowaliśmy. - Rozłączył się. - Możesz w to uwierzyć? - powiedział, bardziej do siebie niż do niej - Teraz nagle 
chcą się dogadać. 

- Ale kiedy już wiecie, kim jest Northwest Bomber, nie mają wam nic do zaoferowania. 
-  Wiemy  to  dzięki  tobie,  Jane.  Masz  rację,  bracia  Perry  nie  mają  nam  już  nic  do  zaoferowania.  Zostaną  oskarżeni  o 

morderstwo. 

- Jesteś tak samo nabuzowany jak ja. 
- O tak. Cholera, chciałbym wziąć udział w tej akcji. 
Zatrzymali  się  przed  kolejnym  znakiem.  Śnieg  gęstniał,  osiadając  na  przedniej  szybie,  tłumiąc  dźwięki.  Jane  miała 

wrażenie, że zostali zamknięci we własnym małym świecie, oderwanym od rzeczywistości. 

Ray spojrzał na znak. 
- Chyba skręciliśmy nie tam, gdzie trzeba. 
Wrzucił wsteczny, położył ramię na oparciu fotela, na którym siedziała Jane, i odwrócił głowę. I znowu się zatrzymał. 
- Co? - spytała. 
Patrzył na nią przez chwilę, a potem dotknął dłonią jej twarzy, delikatnie odgarniając pasmo włosów z policzka. Jane 

wstrzymała oddech. Serce zaczęło jej walić jak młotem. Uśmiechnęła się słabo. 

- Co? - powtórzyła. 
- Tak sobie myślę... 
- O czym? 
Boże, gdyby tylko zabrał rękę... Ale jej nie zabrał, a Jane odruchowo pochyliła się w jej stronę. 
-  Za  bardzo  cię  eksploatujemy  -  powiedział  miękkim,  niskim  głosem.  -  Jesteś  wyczerpana.  Może  powinienem 

zadzwonić do Weissmanów i... 

- Nie, chcę spróbować - wyszeptała. - Proszę, Ray. Uda mi się. Czuję to. 
Nie odrywając wzroku od jej twarzy, wsunął jej pasmo włosów za ucho. Jane drgnęła. 
- Czy musisz pomagać każdej ofierze losu na tym świecie? 
- Och, nie bądź głupi. 
- Głupi? Nigdy nie uważałem się za głupiego. 
- Wiesz, o co mi chodzi. 
- Nie jestem pewny. 
- Chcę tylko wykonać moją pracę. 
- Ach tak, pracę. A ja jestem twoim najnowszym przypadkiem? 
- Daj spokój, Ray. 

background image

 

71 

- Jesteś naprawdę dobra w tym, co robisz. 
Jane na moment przymknęła powieki. Zrobiło jej się bardzo przyjemnie. Otworzyła oczy i spróbowała się skupić. Co on 

wyprawia?  Czy  nie  domyśla  się,  co  ona  przeżywa?  Zmienił  się  nagle,  złagodniał,  pokazał,  co  się  kryje  za  tą  twardą 
fasadą. A co z Kathleen? - miała ochotę zapytać. Nadal ją kochasz? Nagle ogarnął ją strach. On ją rozczaruje, zrani. Nie 
potrafiłaby tego znieść. 

Odsunęła się i oparła o drzwi, przykładając dłoń do włosów, które przed chwilą wsunął jej za ucho. Czuła, że na twarz 

wypływa jej sztuczny, wymuszony uśmiech, ale nic nie mogła na to poradzić. 

- Boże - powiedziała, starając się, żeby zabrzmiało to lekko. - Zapomniałam zadzwonić do Alana. 
Ray spojrzał na nią z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. 
- Do Alana. 
- Nie mogę się doczekać, kiedy powiem mu o Lapinskim. 
- Chcesz zadzwonić do Alana. - Patrzył przed siebie, na szalejącą za oknem śnieżycę. Jane wyczuła nagle jego napięcie. 

Czar prysł. Dlaczego to zrobiła? Dlaczego zaczęła mówić o Alanie, kiedy... 

- Kim on właściwie dla ciebie jest? - spytał. 
- Alan? 
- Tak. 
- No cóż, jest... moim przyjacielem. 
Odwrócił się do niej, tym razem z wyrazem czujności na twarzy. 
- Pytam, czy ciągle jesteście razem. 
-  Och.  -  Nie  miała  pojęcia,  co  odpowiedzieć.  -  Nie  wiem,  czy  ciągle  jesteśmy  parą.  Kilka  miesięcy  temu  na  scenę 

wróciła jego była żona. - Wzruszyła ramionami i spuściła wzrok. Nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. 

- Troje to już tłok - powiedział Ray, zawrócił i ruszył w stronę, z której przyjechali. 
Dom, którego szukali, stał przecznicę dalej. 
- To tu - powiedziała Jane. - Pamiętam ten garaż. - Chwyciła torebkę i przybornik, pchnęła drzwi i wyszła z samochodu. 

Lodowaty wiatr sypnął jej w twarz śniegiem. 

 
Po czwartym telefonie Ray wstał, przeprosił i wyszedł do samochodu, podczas gdy Jane kończyła rozmowę z Caitlin. 
W porównaniu z państwem Turchelli Weissmanowie byli skłonni do współpracy. Ale ich najstarsza córka Jennifer nie 

żyła. 

- Złapcie tego człowieka - powtarzali - żebyśmy mogli zakończyć ten koszmar. 
A sprawiedliwość? - zastanawiał się Ray. 
Pierwszy  telefon  był  od  Staną:  policja  i  federalni  weszli  na  teren  posiadłości  Lapinskiego,  odczytali  mu  jego  prawa 

przez megafon i otoczyli dom. Nie chciał się poddać i odpowiedział strzałami z okna. 

Po  raz  drugi  Stan  zadzwonił,  żeby  powiedzieć,  że  w  domu  Lapinskiego  może  się  znajdować  więcej  ludzi.  Policja 

wstrzymała ogień w obawie, że ktoś zostanie ranny. Nie chcieli powtórki ze sprawy Ruby Ridge. 

Kolejny telefon: media dowiedziały się o akcji i pod dom Lapinskiego masowo zaczęli ściągać dziennikarze. 
- Cholera - mruknął Ray. 
-  Wiem.  Chciałbym  dorwać  tego,  kto  jest  odpowiedzialny  za  ten  przeciek  -  powiedział  Stan.  W  gazetach  Lapinski 

będzie niewinny jak Jezus Chrystus i Matka Teresa razem wzięci. 

Czwarty telefon był od Parkera z Denver. 
- Ray, słuchaj, jakiś idiota z Quantico puścił informację, że Jane Russo narysowała portret Northwest Bombera. 
- Boże. 
- Powiadomię szeryfa z Aspen. I żadnych komentarzy po powrocie, jasne? Dopilnuj, żeby Russo też trzymała język za 

zębami. 

- Zrozumiałem. 
Wtedy  właśnie  Ray  wyszedł  z  domu  Weissmanów  i  wrócił  do  samochodu.  Na  przedniej  szybie  zebrała  się  gruba 

warstwa  śniegu.  Usiadł  za  kierownicą.  Do  wnętrza,  które  nagle  wydało  mu  się  klaustrofobiczne,  wpadało  niewiele 
światło. Ray włożył kluczyk do stacyjki i włączył wycieraczki. 

Znowu zadzwonił telefon. Tym razem była to sekretarka Parkera. 
-  Agent  Vanover?  Mam  pana  poinformować,  że  pan  Parker  odebrał  telefon  z  Kanału  Dziewiątego  z  Denver.  Oni  już 

wiedzą, że Jane Russo pracuje przy sprawie porwania Kirstin Lemke. 

Niedobrze,  pomyślał  Ray.  Jeśli  media  nie  wytropią  Jane  w  Park  City,  uda  im  się  to  gdzie  indziej.  Porwanie  Kirstin 

stanie się pożywką dla goniących za sensacją dziennikarzy, którzy zaczną nachodzić departament szeryfa, Lemke i Jane. 
Uniemożliwią jej pracę. I nie tylko jej. 

Potem  przyszła  mu  głowy  inna  myśl.  A  jeśli  porywacz  usłyszał,  że  Jane  zajmuje  się  sprawą  Kirstin?  Jak  może 

zareagować? Zabić Kirstin i uciec? Zaatakować Jane? Jedno i drugie? 

To nie wróżyło nic dobrego. 
Zadzwonił do Bruce’a do Aspen. 
Pod  domem  Lemke  pojawiło  się  kilka  nowych  samochodów,  ale  policja  nie  pozwalała  dziennikarzom  zbliżać  się  do 

domu. 

background image

 

72 

- Na razie - powiedział Bruce. 
- Cholerne sępy - rzucił Ray. 
- U ciebie nic nowego? - spytał Bruce. 
- Jane rozmawia w tej chwili z Caitlin Weissman. 
- Tu też nic nowego. Policja z trzech hrabstw sprawdza wszystkie czerwone fordy rangery między Glenwood Springs i 

Aspen.  Jak  dotąd  nic.  Co  drugi  kierowca  tych  furgonetek  ma  jasne  włosy  i  okulary.  Wszyscy  dojeżdżali  do  Aspen  do 
pracy. Elektrycy, mechanicy, stolarze, dekarze. Każdy z nich może być tym, którego szukamy. Albo żaden. 

- Super. 
- Cóż, wytrwałość zwycięża - powiedział Bruce. - To z I Ching. Bardzo mądra rada. 
Wytrwałość zwycięża, powtórzył Ray w myślach, kiedy zakończył rozmowę. 
Ku jego zaskoczeniu Jane wróciła do samochodu chwilę później. 
- Skończyłaś? - spytał. 
- Tak. Nie byłam w stanie niczego z niej wyciągnąć. Przeżyła straszny szok. To była w końcu jej siostra. A wydawało 

mi się, że tym razem na pewno mi się uda. - Jane wydawała się zniechęcona. I zupełnie wyczerpana. 

- Przykro mi. 
- Mnie też. 
Miał ochotę przyciągnąć ją do siebie, pogłaskać po głowie, pocieszyć. Ale coś go powstrzymało, jakby Alan Gallagher 

stanął nagle między nimi. 

- Musimy wracać do Aspen - powiedziała. - Tu już nic więcej nie zdziałam. Odpowiedź jest tam. Chyba od początku to 

wiedziałam. 

- Zatoczyliśmy koło. 
- Tak - odparła poważnie. Włosy z jednej strony miała zatknięte za ucho, z drugiej opadały miękką falą na policzek. - 

Kirstin nie zostało wiele czasu. 

Wycieraczki poruszały się miarowo po przedniej szybie. We włosach Jane topniały powoli migoczące płatki śniegu. 
- Musimy wracać - powtórzyła. 
- Dojedziemy na lotnisko za czterdzieści pięć minut - odparł. 
Jane potrząsnęła głową. 
- Możliwe, że samoloty nie latają z powodu śnieżycy. Nawet jeśli dolecimy do Denver, możemy tam utknąć. 
Ostatnią  rzeczą,  jakiej  teraz  potrzebował,  była  ośmiogodzinna  jazda  nocą  przez  góry.  Sam  na  sam  z  kobietą,  która 

zmusiła go, by stawił czoło swoim emocjom. Przy której zachowywał się jak nastolatek, nie wiedział, co powiedzieć i jak 
się zachować. Tak bardzo potrzebował jej aprobaty, ale nie wiedział, jak o nią poprosić. Za bardzo mu się podobała. 

Wycieraczki poskrzypywały rytmicznie, ale świeżo oczyszczona szyba natychmiast pokrywała się warstwą śniegu. W 

samochodzie zapadła cisza. 

Uwierzył, gdy powiedziała, że ona i Gallagher nie są już razem. Ulżyło mu też, kiedy okazało się, że na scenę wróciła 

była  żona  Gallaghera.  Nadal  nie  rozumiał,  jakie  właściwie  stosunki  łączyły  Jane  z  tym  człowiekiem,  ale  nie  chciał  jej 
wypytywać. Tak czy inaczej, sytuacja wydawała mu się bardzo niejasna. 

No i była Kathleen. Sądził, że tak głęboko zapadła mu w serce, że nigdy nie zdoła się od niej uwolnić. Poza tym, nie 

chciał tego. Ale nie potrafił dłużej się okłamywać. Jane zmieniła jego przekonania. Do diabła, rozbiła je w proch i pył. I 
co dalej? 

-  Wymeldujemy  się  z  hotelu  -  powiedział  w  końcu,  przerywając  ciszę.  -  A  potem  chyba  pojedziemy  do  Aspen 

samochodem. 

Cholera, pomyślał. 

Rozdział 16 

Wskoczył do furgonetki o wpół do czwartej nad ranem. Przekręcił kluczyk w stacyjce i chwilę czekał, aż silnik, który 

charczał jak stary palacz, trochę się rozgrzeje. Wycieraczki z trudem zsuwały nagromadzony na przedniej szybie śnieg. 
Powinien  oczyścić  szybę  szczotką,  ale  był  zbyt  leniwy.  Włączył  reflektory  i  ciemność  rozdarły  dwa  słupy  światła,  w 
których tańczyły białe płatki. 

Napadało ponad pół metra świeżego śniegu, będzie więc miał co robić. Jeśli upora się z tym do ósmej, w najgorszym 

razie do dziewiątej, przed dziesiątą stanie w kolejce do wyciągu. Gdyby nie przestało padać, po południu wróci i jeszcze 
raz odśnieży wszystkie podjazdy. Zarobi podwójnie. Czego jeszcze mógłby chcieć? 

Wcisnął kilka razy pedał gazu, by się upewnić, że silnik nie zgaśnie, a potem wysiadł i wrócił do chaty. 
Zajrzał  do  małej.  Drzemała.  Ostatnio  coraz  więcej  spała.  Od  kilku  dni  jej  nie  dotykał.  Zaczynała  w  nim  wzbudzać 

obrzydzenie. Nie wyglądała już tak ładnie jak na początku. I nie pachniała. 

Tak,  dzisiaj  się  jej  pozbędzie.  Napadało  dość  śniegu,  żeby  mógł  ukryć  ciało,  a  do  wiosennych  roztopów  zostały  co 

najmniej cztery miesiące. Wtedy już dawno go tu nie będzie. 

Uznał, że samochód wystarczająco się rozgrzał. Wyszedł z chaty, wsiadł do furgonetki i zatrzasnął za sobą drzwi. W 

warstwie śniegu na przedniej szybie powstały wreszcie dwa półokrągłe otwory. Włączył radio i poszukał swojej ulubionej 
stacji  z  muzyką  country.  Akurat  nadawano  wiadomości.  Wrzucił  napęd  na  cztery  koła  i  wyjechał  na  podjazd.  Koła 
furgonetki zostawiały głębokie ślady na gładkiej powierzchni śniegu; z podwozia spływały krople oleju. 

Z  roztargnieniem  słuchał  wiadomości  -  huragan,  kolejna  propozycja  pokojowa  na  Bliskim  Wschodzie,  w  Kongresie 

background image

 

73 

spór na temat reform finansowych. I wiadomości lokalne. 

-  Brak  nowych  wątków  w  sprawie  zaginionej  dwunastoletniej  Kirstin  Lemke  ze  Snowmass 

Village,  jak  informuje  szeryf  Kent  Schilling,  ale  są  szanse  na  przełom.  Sprawą  porwania 
zajęła się bowiem znana specjalistka od portretów pamięciowych Jane Russo z Denver. Panna 
Russo,  która  rozwiązała  wiele  podobnych  przypadków,  przesłuchała  już  wcześniejsze  ofiary 
porywacza. To jej zasługą jest także ujęcie... 

Z wściekłością wyłączył radio. Czuł się, jakby dostał cios w splot słoneczny. 
Jane Russo. 
 
Rifle, Kolorado - głosił znak stojący na poboczu. Dzięki Bogu, pomyślała Jane, zaciskając palce na kierownicy. Teraz 

wiedziała już dokładnie, gdzie jest i jak daleko ma jeszcze do Aspen. Sto kilometrów. Półtorej godziny jazdy suchą drogą 
przy dobrej widoczności. W tych warunkach zajmie to więcej czasu. 

Zerknęła  na  zegar  na  tablicy  rozdzielczej.  Było  parę  minut  po  piątej.  Jeśli  uda  im  się  ominąć  miejsce  wypadku  na 

drodze numer 82, gdzie ruch może zostać wstrzymany na wiele godzin, dotrą do Aspen w porze śniadania. 

Była zmęczona, mimo że prowadził głównie Ray. Kilka godzin wcześniej zatrzymał się na przydrożnym parkingu. 
- Albo oboje się zdrzemniemy, albo ty teraz poprowadzisz. Co wolisz. 
Usiadła więc za  kierownicą. Śnieżyca szła za nimi  od Utah, przesuwała się  na wschód, tak  jak oni. Przez cała drogę 

sypał gęsty śnieg i wiało niemiłosiernie, nawierzchnia była bardzo śliska. 

Ale w Aspen Kirstin czekała na ratunek. 
Jane  wytężała  wzrok,  usiłując  dostrzec  coś  przez  szybę,  w  którą  uderzały  gnane  wichrem  płatki  śniegu.  Nie  była  w. 

stanie zobaczyć Rifle, tylko dwa jasno oświetlone wyjazdy z miasta. W żółtym świetle tańczyły białe płatki. 

Ray spał na siedzeniu obok, opierając głowę o okno. Pomyślała, że kiedy się obudzi, będzie go bolała szyja. Zwróciła 

wzrok  na drogę, ale po chwili znowu popatrzyła  na Raya. Jego  widok  nigdy  jej  nie  nudził. Teraz widziała jego profil. 
Spał,  miał  rozluźnioną  twarz  i  wydawał  się  młodszy.  W  półmroku  widziała  jego  bliznę,  ciągnącą  się  wzdłuż  linii 
podbródka. Pomyślała, że dzięki tej bliźnie wydaje się mniej doskonały, bardziej ludzki. Dawało jej to dziwne poczucie 
bezpieczeństwa. 

Już dawno  doszła do  wniosku, że pociągają ją silni, zranieni  mężczyźni. Dlatego  właśnie zainteresowała się Alanem. 

Ale Alan przeszedł od tego czasu długą drogę. Zaczął wychodzić z kryzysu spowodowanego śmiercią córki i rozwodem. 
Zaangażował  się  w  walkę  o  prawa  dzieci.  Jane  rozumiała,  że  chciał  nadać  jakiś  sens  największej  tragedii,  jakiej  może 
doświadczyć rodzic. Jak brzmi to chińskie przysłowie? Najgorsza rzecz, jaka może spotkać człowieka, to przeżyć własne 
dzieci. Czy jakoś tak. Więc wspierała Alana w tej najczarniejszej godzinie. A teraz on jej już nie potrzebował. 

Od  jakiegoś  czasu  czuła,  że  go  traci,  ale  nie  potrafiła  spojrzeć  prawdzie  w  oczy:  zakochali  się  w  sobie  z  powodu 

kryzysu, a kiedy kryzys minął, miłość zaczęła blaknąć. 

Jechali autostradą numer 70 w stronę Silt, New Castle i Glenwood Springs. Radio było nastawione na stację z muzyką 

poważną,  ale  grało  bardzo  cicho,  żeby  Ray  mógł  spać.  Jane  rozpoznała  tylko  dźwięki  fortepianu.  Rachmaninow, 
pomyślała. Muzyka pełna siły, dobrze zestrojona z pogodą. 

Co właściwie czuła w związku z Alanem? Smutek, trafili na siebie w momencie, kiedy oboje potrzebowali powiernika. 

Tak, smutek, ale także ulgę, choć sama była tym zaskoczona. I wdzięczność. Bez względu na wszystko, zawsze będzie 
mu wdzięczna za to, że znowu nauczył ją ufać ludziom. 

Jakiś  samochód  minął  ich  z  ogromną  prędkością;  jego  tylne  światła  błyszczały  przez  moment  w  ciemności,  a  potem 

zniknęły.  Trzeba  być  kretynem,  pomyślała,  żeby  tak  pędzić  w  takich  warunkach.  Pewnie  za  pół  godziny  zobaczy  ten 
samochód w rzece. 

-  Kretyn  -  powiedziała  i  natychmiast  przypomniała  sobie,  że  Ray  śpi.  Spojrzała  na  niego.  Poruszył  się,  ale  się  nie 

obudził. 

Ray.  Tak  inny  od  Alana.  Samotnik.  Kochał,  doznał  strasznej  tragedii  i  zostały  mu  tylko  gorycz  i  wszechogarniające 

pragnienie  zemsty.  W  ten  sposób  bronił  się  przed  bólem.  Czuł,  że  żyje,  tylko  w  obliczu  niebezpieczeństwa.  Tylko 
adrenalina dawała  mu siłę  do  życia. I tak bardzo bał  się  własnych słabości, że ukrywał je pod  maską chłodu. A pod tą 
maską, Jane oderwała na chwilę wzrok od drogi i spojrzała na niego, jest bardzo samotny. 

Musiała przyznać, iż fakt, że  nie  odwzajemniał  jej uczuć, bardzo ją bolał. Ale przynajmniej pokazała mu,  że jest coś 

warta w swojej pracy. Jego aprobata nie powinna mieć dla niej znaczenia, ale miała. Od pierwszej chwili. 

Jechała  teraz  drogą,  która  prowadziła  do  Glenwood  Springs  i  Aspen.  To  właśnie  tu,  w  południowej  części  kanionu, 

kilkanaście lat temu zginęło czternastu strażaków uczestniczących w akcji gaszenia pożaru lasu. Teraz stał tam pomnik. 
Przez chwilę miała ochotę obudzić Raya i pokazać mu Storm King Mountain, ale zmieniła zdanie. Lepiej nie wspominać 
przy nim o ogniu. 

Kiedy  jednak  zwolniła  przed  zjazdem  z  autostrady,  Ray  sam  się  obudził,  a  jego  twarz  natychmiast  przybrała  wyraz 

czujności. 

- Gdzie jesteśmy? 
- W Glenwood Springs. Do Aspen mamy jeszcze sześćdziesiąt kilometrów. 
- Chcesz, żebym poprowadził? 
- Nie, nie ma takiej potrzeby. Poza tym dobrze znam tę drogę. 

background image

 

74 

Zatrzymali  się  na  stacji  benzynowej,  żeby  zatankować.  Skorzystali  przy  okazji  z  toalety  i  kupili  dwa  kubki  kawy,  a 

potem ruszyli w dalszą drogę. Niebo zaczynało się rozjaśniać, w bladym świetle świtu wirował śnieg. 

- Chcę jeszcze raz porozmawiać z Crystal - powiedziała Jane, kiedy wjeżdżali do Aspen. 
- Z córką tej hipiski? 
- Tak. Jest najbardziej spostrzegawcza. To dzięki niej wiemy, że ten człowiek jeździ fordem rangerem. 
- Może to wszystko, co zapamiętała. 
Jane potrząsnęła głową. 
- Mogę wyciągnąć z niej więcej. Wiem, że mogę. 
- No cóż, ja na pewno nie zaprzeczę. 
Uśmiechnęła się do niego. Tak, jego uznanie miało dla niej duże znaczenie. 
Pojechali prosto do domu Lemke w Brush Creek Village. Jadąc, szukali samochodu Bruce’a. Krył się jednak pod grubą 

warstwą śniegu, a do tego zasłaniały go dwie jaskrawożółte telewizyjne furgonetki. 

- Cholera - mruknął Ray przez zęby. 
- Boże. Biedni ludzie. 
Kiedy  tylko  zatrzymali  się  na  parkingu,  z  furgonetek  wyskoczyli  dziennikarze.  Podtykali  im  mikrofony  pod  nosy  i 

zadawali mnóstwo pytań. 

- Słuchajcie, to Jane Russo. - Usłyszała i wszyscy rzucili się na nią. - Panno Russo, skąd pani wiedziała, że to Northwest 

Bomber? Co pani sądzi o tej akcji? Wiedziała pani, że w domu Lapinskiego jest jego żona? Jakie wrażenie zrobił na pani 
Forsberg? Czy wie pani, kto porwał Kirstin Lemke? - Atakowali ją ze wszystkich stron. Ostro, bezlitośnie. Wiedziała, że 
sprawa  Northwest  Bombera  będzie  roztrząsana  w  mediach.  Ale  teraz  nie  miała  czasu  na  dyskusje  na  ten  temat.  Musi 
uratować Kirstin. Czy ci ludzie tego nie rozumieją? 

Ray opiekuńczym gestem ujął ją pod ramię i poprowadził przez tłum. 
- Żadnych komentarzy. Panna Russo nie ma nic do powiedzenia - powtarzał. 
Drzwi otworzył im Bruce. Wyjrzał ostrożnie na zewnątrz i powiedział: 
- Szybko przyjechaliście. 
-  Nam  wydawało  się,  że  trwało  to  wieki  -  odparł  Ray,  ciągle  osłaniając  Jane  przed  najbardziej  natarczywymi 

dziennikarzami. - Od kiedy stoją tu te samochody? 

- Pierwsze przyjechały wczoraj wieczorem. A później co chwilę ktoś tu przyjeżdżał. 
Bruce  wyglądał  na  bardzo  zmęczonego,  miał  zaczerwienione  oczy,  był  boso,  a  koszula  wystawała  mu  ze  spodni. 

Poszedł do kuchni zrobić kawę. 

- Dzwoniłeś do szeryfa, żeby ich stąd usunął? 
Bruce westchnął ciężko. 
- Schilling niewiele może zrobić. Nie próbują wejść do domu, więc sam wiesz. 
- Owszem, znam prawo - burknął Ray ze złością. 
Bruce podał im kubki z kawą. 
- Nic nowego na temat porywacza? - spytała Jane. 
- Niewiele. Kilku potencjalnych podejrzanych, jedna porzucona furgonetka. Próbujemy namierzyć właściciela. 
- Chcę jeszcze raz porozmawiać z małą Brenner - powiedziała Jane. 
Bruce pokiwał głową. 
- Czemu nie? Spróbuj. Świetnie poradziłaś sobie z Lapinskim. Tak przy okazji, gratuluję, widziałem portret i...  - urwał, 

bo do pokoju wszedł Josh Lemke. 

Nieogolony, w szlafroku, z podkrążonymi oczami. 
- Ach, to ty - mruknął na widok Jane. - Nie sądziłem, że jeszcze zaszczycisz nas swoją obecnością. 
Jane nie miała zamiaru się bronić. 
- Witaj, Josh. 
Ale Josh nie dawał za wygraną. 
-  Skończmy  te  uprzejmości.  Nie  mogę  uwierzyć,  że  wyjechałaś  rozwiązywać  jakąś  starą  sprawę,  która  mogła  chyba 

zaczekać. Jak mogłaś to zrobić? 

- Posłuchaj - odparła Jane - naprawdę robiliśmy wszystko, żeby zidentyfikować porywacza Kirstin. 
- Doprawdy? Bo mnie się wydaje - Josh podniósł głos - że byliście zbyt zajęci szukaniem rozgłosu, żeby myśleć o mojej 

córce! Jeśli jesteś taka dobra, dlaczego nie potrafisz zrobić portretu tego drania? 

- Staram się, Josh. Robię, co mogę. Dziś rano jeszcze raz przesłucham Crystal. 
- Jasne, przesłuchuj ją do upadłego... Dlaczego nie potraficie odnaleźć mojej małej dziewczynki? 
Bruce  tylko  przewrócił  oczami.  Najwyraźniej  zdążył  się  już  przyzwyczaić  do  wybuchów  Josha.  Ale  Ray  postanowił 

działać. Chwycił ojca Kirstin pod ramię i pociągnął w kąt pokoju. 

- Słuchaj, możesz się na nas wyżywać, ale to nie przyniesie twojej córce nic dobrego. - Usłyszała Jane. 
- Co właściwie robicie, żeby ją odnaleźć? - spytał Josh przez łzy. 
- Jechaliśmy tu przez całą noc w zadymce i robimy, co w naszej mocy. Jesteśmy po twojej stronie. Rozumiesz to, Josh? 

Chcemy, żeby Kirstin wróciła do domu, tak samo jak ty. 

Josh chwilę patrzył na Raya, a potem wybuchnął płaczem i opadł na kanapę przy oknie. Ray ściszył głos, więc Jane nie 

background image

 

75 

mogła  rozróżnić  słów,  słyszała  jednak,  że  wypowiadał  je  łagodnym,  uspokajającym  tonem.  Spojrzała  na  nich.  Josh 
siedział  zgarbiony  na  kanapie,  a  Ray  nachylał  się  nad  nim,  trzymając  dłoń  na  jego  ramieniu.  Za  nimi  widniał  jasny 
prostokąt  okna.  Śnieg  ciągle  padał,  pokrywając  drogi,  dachy  i  gałęzie  drzew.  Zasłaniając  cały  świat.  Patrzyła  na  tych 
dwóch mężczyzn i myślała, że każdy z nich jest samotny w swoim bólu. 

- Przypomnij mi, żebym poszedł na urlop, kiedy to się skończy - szepnął Bruce do jej ucha. 
Odwróciła się do niego. 
- Jak się czuje Suzanne? 
Potrząsnął głową. 
- Może ty dodasz jej otuchy? 
- Chętnie spróbuję - powiedziała z udawanym entuzjazmem. 
Matka Kirstin siedziała w łóżku i niewidzącym wzrokiem patrzyła w telewizor. Jej dłonie, białe i nieruchome, leżały na 

kołdrze. Miała tłuste włosy i podarty podkoszulek, jakby szarpała go w bezsilnym bólu. 

Jane usiadła na brzegu łóżka i położyła dłoń na jej ręce. 
- Suzanne? 
-  Och,  to  ty...  Jesteś...  Wyglądasz  znajomo,  ale...  -  umilkła.  W  telewizji  jakiś  mężczyzna  z  zapałem  opowiadał,  co 

najlepiej podać na świąteczny obiad: indyka czy szynkę; ziemniaki czy kluski. 

-  Jane  Russo.  Pamiętasz  mnie?  Chcę  jeszcze  raz  porozmawiać  z  Crystal,  bo  sądzę,  że  mogę  się  od  niej  dowiedzieć 

czegoś więcej o człowieku, który porwał Kirstin. 

- Naprawdę? - w głosie Suzanne nie było nadziei. 
-  Naprawdę.  -  Dziwne,  ale  Jane  była  teraz  tego  pewna,  choć  przed  chwilą  sama  miała  wątpliwości.  Uścisnęła  dłoń 

Suzanne. - Myślę, że wkrótce odnajdziemy Kirstin. 

Suzanne spojrzała jej w oczy. 
- Naprawdę tak myślisz czy tylko tak mówisz? 
- Naprawdę w to wierzę - zapewniła ją Jane. - Trzymaj się, Suzanne. Znajdziemy twoją córkę. 
Ale czy nie znajdą jej za późno? 
 
Skończył odśnieżanie podjazdów o dziewiątej, więc resztę dnia miał wolną. Mógłby iść na narty. Mógłby wraz z innymi 

amatorami białego szaleństwa szusować w dół zbocza w poszukiwaniu ukrytych w stoku zagłębień, gdzie śnieg był tak 
głęboki, że wzlatywał spod nart w wielkich chmurach. 

Ale nie miał na to ochoty. Przestało go to interesować. Teraz interesowało go tylko jedno. Postanowił dowiedzieć się 

czegoś o Jane Russo. 

Zaparkował  pod  Hickory  House,  kafejką,  w  której  podawano  śniadania,  i  wszedł  do  środka.  Wybrał  stolik  przed 

telewizorem i zamówił to, co zwykle: jajecznicę, tosty i bekon. Wydawał się spokojny, ale serce waliło mu jak młotem. 

Nadawano  właśnie  Fox  News,  te  same  bzdury  co  zwykle:  zdrowie  i  dieta,  polityka,  niepewna  sytuacja  na  Bliskim 

Wschodzie.  Jadł  powoli  i  czekał.  W  kafejce  było  prawie  pusto.  Specjalnie  przyszedł  tu  właśnie  teraz,  między  porą 
śniadania a lunchem, kiedy znowu pojawią się tłumy ludzi. 

Nadszedł czas na wiadomości z kraju. Jasnowłosa dziennikarka mówiła o Yakima w stanie Waszyngton. 

- Przywódca grupy terrorystycznej z Benton County Gerald Lapinski, znany jako Northwest 

Bomber,  został  otoczony  w  swoim  domu  przez  policję  i  FBI.  Zabarykadował  się  w  domu, 
prawdopodobnie  wraz  z  żoną,  i  strzelał  z  okien.  Agenci  federalni  wstrzymali  ogień  ze 
względu  na  podejrzenie,  że  w  domu  mogą się  znajdować  także  inne  osoby.  Wracamy  teraz  do 
Seattle, skąd Hodge Franklin poda więcej informacji na temat Geralda Lapinskiego. Hodge? 

Poprawił okulary i zmusił się do jedzenia, starając się rozkoszować każdym kęsem. Nie wystraszy się tej całej Russo. 

Mowy nie ma. Uważał, że to nawet ekscytujące. Potraktuje to jako wyzwanie. Ujął w palce chrupiący plaster bekonu  i 
odgryzł kawałek, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora. 

Hodge Franklin, pomyślał z roztargnieniem i zaczął słuchać. 

...tak  więc  Gerald  Lapinski  dokonywał  coraz  brutalniej  szych  zamachów.  Udawało  mu  się 

ukrywać  tożsamość  aż  do  chwili,  kiedy  -  Hodge  Franklin  zawiesił  głos  -  pewna  kobieta 
obdarzona  niezwykłym  talentem  przesłuchała  mężczyznę  obdarzonego  niezwykłą  pamięcią 
wzrokową.  Ben  Forsberg,  właściciel  sklepu  sportowego,  został  postrzelony  w  głowę  przez 
Lapinskiego  podczas  napadu  na  sklep.  Przeżył,  co  graniczyło  z  cudem.  I  zapamiętał  twarz 
człowieka, który do niego strzelił. 

Dobra, dobra, myślał, kończąc jajka. Nadgryzł kolejny plaster bekonu. A co z tą Russo? 

-  Widzicie  teraz  państwo  portret  pamięciowy  Geralda  Lapinskiego,  wykonany  przez  Jane 

Russo  -  powiedział  Hodge,  jakby  go  słyszał  -  na  podstawie  opisu  Bena  Forsberga,  oraz 
fotografię  Lapinskiego  z  jego  prawa  jazdy.  Zdumiewające  podobieństwo.  -  Hodge  błysnął 
triumfalnym  uśmiechem.  -  Trzydziestotrzyletnia  Jane  Russo  z  Denver  wykonuje  portrety 
pamięciowe  przestępców.  Tworzy  je  na  podstawie  opisów  ich  ofiar.  Pomogła  ująć  wielu 
znanych zbrodniarzy, w tym także... 

Hodge musiał przerwać, bo na ekranie pojawiło się zdjęcie Jane Russo. 
Przestał  jeść  i  przez  chwilę  wpatrywał  się  uważnie  w  twarz  kobiety,  tak  żeby  wszędzie  mógł  ją  rozpoznać.  Ładna 

blondynka, szeroko rozstawione oczy, wysokie kości policzkowe, zdecydowany zarys podbródka. Na zdjęciu wyglądała 

background image

 

76 

poważnie, patrzyła gdzieś w przestrzeń. 

Jane  Russo.  Z  tego,  co  mówił  Hodge,  wynikało,  że  jest  jakimś  cholernym  jasnowidzem.  Aniołem  zemsty.  A  teraz 

zajmuje się sprawą zaginionej dwunastoletniej Kirstin Lemke. 

Na  ekranie  pojawiła  się  Russo  wychodząca  z  domu  Lemke.  Na  jej  pięknych  miodowozłotych  włosach  lśniły  płatki 

śniegu. Uśmiechała się, a za nią szedł wysoki mężczyzna o surowej twarzy. 

Więc ona jest tutaj, w Aspen, parę kilometrów od miejsca, w którym właśnie siedział. Niesamowite. 

- Wiemy z anonimowego źródła - mówił Hodge - że Jane Russo jest w tej chwili w drodze do 

świadka,  którego  przesłuchanie  może  stanowić  przełom  w  sprawie  porwania  Kirstin  Lemke. 
Będziemy  państwa  o  wszystkim  informować  na  bieżąco.  Następne  wydanie  wiadomości  Fox  za 
godzinę. Hodge Franklin, na żywo, ze Seattle. 

Zrozumienie sensu słów Franklina zajęło mu chwilę. Russo przesłucha świadka... Przełom w sprawie... 
Suka, pomyślał, czując, jak ogarnia go zimna nienawiść. A zaraz potem strach. Wiedział, co musi zrobić. 

 

Rozdział 17 

Byli wszędzie. Dziennikarze, fotoreporterzy, kamerzyści. Pod domem Lemke, na podjeździe, na drodze. 
- Mój Boże - powiedziała Jane. 
- Tak, kiepsko to wygląda - odparł Ray, kiedy mijali lotnisko, przed którym stał samochód z logo stacji telewizyjnej. No 

tak, są święta i do Aspen zjedzie mnóstwo sław. Dziennikarze postanowili przy okazji złapać jakąś gwiazdę. 

Media nigdy na nic mu się nie przydały. Z wyjątkiem kilku programów w stylu „Kroniki kryminalnej”. Prasa zawsze 

potrafiła  wszystko  spieprzyć.  W  tym  przypadku  ich  działania  mogły  być  wyjątkowo  szkodliwe.  Wystarczy,  żeby  ten 
człowiek oglądał telewizję. Kirstin i tak znajdowała się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. 

Było  jeszcze  za  wcześnie,  żeby  jechać  do  Crystal,  wstąpili  więc  po  drodze  do  Grinellów.  Tym  razem  Jane  zaprosiła 

Raya do środka na kawę, mówiąc, że Gwen i George na pewno są w pracy. 

Grinellowie rzeczywiście pojechali  już  do restauracji, ale  chłopcy byli w  domu. Ray wszedł za Jane  do salonu, który 

wyglądał tak, jakby przed chwilą przeszło przez niego tornado. Wszędzie stało mnóstwo brudnych naczyń, na podłodze 
leżały poduszki, buty narciarskie i czapki. Na ekranie włączonego na pełny regulator telewizora robot z kreskówki raził 
wrogów laserem. 

- Cześć, dzieciaki - powiedziała Jane i chłopcy odwrócili głowy. - Możecie trochę przyciszyć? 
Przedstawiła Raya siostrzeńcom, którzy wstali i uścisnęli jego dłoń. 
- Pan jest agentem FBI? - Kyle był zachwycony. 
- Tak, to ja. 
- Ma pan broń? - spytał Nicky. 
- Mam. 
- Rany. Można zobaczyć? 
- Mowy nie ma. 
Chłopcy opadli z powrotem na kanapę i zwrócili swoją uwagę na Jane. 
- Widzieliśmy cię w telewizji, ciociu. Byłaś w Park City. To było niesamowite! Po co pojechałaś do Park City? 
Kyle zaczął zmieniać kanały, Nicky próbował odebrać mu pilota. 
-  Mama  i  tata  nigdy  nam  nie  mówią,  co  robisz.  -  Kyle  pchnął  brata.  -  Powiedzieli  tylko,  że  jesteś  kimś  w  rodzaju 

artystki. 

- To prawda. - Jane zwichrzyła włosy na głowie Nicky’ego. 
- Ale rysujesz portrety złych ludzi - powiedział Nicky. - Super! 
- I narysowałaś tego terrorystę. I teraz oni pojechali do niego do domu, żeby go aresztować. 
- Albo zabić - dodał Nicky z szatańskim uśmieszkiem. 
- Nie chcą go zabić - orzekł Ray. 
Kyle podrzucił pilota i złapał go w powietrzu; wyraźnie go nosiło. 
- Znam Kirstin Lemke - powiedział w końcu. 
- Ja też - dodał Nicky. 
- To znaczy, wiem, która to jest. Ze szkoły. 
- Staramy sieją odnaleźć - powiedziała Jane. 
- Wiem. Dlaczego nie narysowałaś portretu tego faceta, który ją porwał, ciociu? 
Jane spochmurniała. 
- Próbowałam - odparła. - Dzisiaj jedziemy do Crystal Brenner, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. 
- Znam Crystal - skrzywił się Kyle. - Jej matka jest trochę tego... szurnięta. 
Nicky zmarszczył brwi. 
- Crystal jest w porządku. 
- Cóż, teraz chcielibyśmy napić się kawy - powiedziała Jane. - W porządku? 
- Nicky nabałaganił w kuchni. - Kyle szturchnął brata. 
- Odpieprz się - burknął Nicky, a potem szybko zakrył usta dłonią. - Przepraszam. 
-  Wiesz  -  powiedziała  Jane  -  że  nieładnie  jest  używać  takich  słów.  A  nie  wydaje  mi  się,  żeby  było  ci  chociaż  trochę 

background image

 

77 

przykro. 

Nicky spuścił głowę. 
- Naprawdę bardzo mi przykro, ciociu. Naprawdę - powiedział po chwili. 
Jane kiwnęła głową. 
- W takim razie przyjmujemy twoje przeprosiny. 
- Będziesz z nami w święta? - spytał Kyle. 
- Nie jestem pewna - odparła. - To zależy od tego, co się wydarzy w sprawie Kirstin. 
- Dzisiaj po południu pomagamy w restauracji, a potem jedziemy po choinkę. Ubierzesz ją z nami? - zapytał Nicky. 
Boże Narodzenie, pomyślał Ray. Dobry Boże, już jutro jest Wigilia. Jak to się stało, że w końcu dopadły go święta? A 

tak  się  starał,  żeby  przeszły  niezauważone.  Nie  kupił  żadnych  prezentów,  nie  wysłał  kartek  z  życzeniami.  Kilku 
krewnych, których miał, mieszkało na wschodzie, a on nigdy nie robił wiele, żeby pozostać z nimi w kontakcie. 

- Poza tym, że robią mnóstwo hałasu, to dobre dzieciaki - powiedział później, w drodze do domu Crystal Brenner. 
- Owszem -  odparła Jane tęsknie. Kiedy  dotarli  na  miejsce,  zagryzła  dolną  wargę.  - O  Boże,  mam  nadzieję, że  mi się 

uda. 

Położył dłoń na jej ręce, nie mógł się powstrzymać. 
- Poradzisz sobie. Na pewno. 
Zadzwonili od Grinellów, więc Crystal już na nich czekała. Jej matki nie było. Dzięki Bogu, pomyślał Ray. Ale w domu 

i tak unosił się zapach trawy. 

Crystal była równie chętna do pomocy jak poprzednio. Ray siedział w milczeniu na kanapie. Sherman usadowił się na 

jego  stopach.  Jane  rozmawiała  z  dziewczyną  o  pogodzie,  nadchodzących  świętach,  snowboardzie  i  mnóstwie  innych 
rzeczy. 

- O co poprosiłaś świętego Mikołaja? - spytała w końcu. 
Crystal przewróciła oczami. 
- Święty Mikołaj, jasne. Poprosiłam matkę o nową deskę. 
- Mam nadzieję, że ją dostaniesz. 
- Pewnie kupi jaw komisie - odparła Crystal. 
- Ja też zawsze miałam sprzęt z drugiej ręki - powiedziała Jane ze zrozumieniem. 
Raya  zdumiewała  jej  zdolność  do  nawiązywania  kontaktu.  Skąd  miała  w  sobie  tyle  zrozumienia  i  empatii?  Skąd  tak 

dobrze wiedziała, jak dotrzeć do ludzi? 

Jane podała Crystal plastelinę i wyjaśniła, dlaczego chce jeszcze raz z nią porozmawiać. 
-  Byłaś  bardzo  dobrym  świadkiem,  najlepszym,  i  sądzę,  że  w  twojej  pamięci  kryje  się  coś  jeszcze.  A  nam  wystarczy 

nawet najdrobniejszy szczegół, żeby złapać tego okropnego człowieka. 

-  Naprawdę  bardzo  się  starałam.  Powiedziałam  wszystko,  co  udało  mi  się  zapamiętać.  Twarz,  okulary,  furgonetka. 

Widziałam to, ale wiesz, jak jest... Nie zwraca się uwagi na takie rzeczy, jeśli się nie wie, że mogą być ważne. 

- Wiem, Crystal. Właśnie o to chodzi. Widziałaś to i wszystko jest w twojej głowie. Musimy to tylko wydobyć. 
Teraz,  kiedy  odrzucił  sceptycyzm,  praca  Jane  robiła  na  Rayu  duże  wrażenie.  Był  zły  na  siebie,  że  zmarnował  tyle 

energii na wyrażanie wątpliwości. Nigdy nie spotkał nikogo takiego jak Jane i żałował, że nie może spędzić z nią więcej 
czasu,  chłonąc  jej  dobroć,  troskę  i  cierpliwość.  Żałował  też,  że  nie  pokazał  jej  się  lepszej  strony,  jeśli  jeszcze  miał  co 
pokazywać. 

Tamtej nocy... Powinien był zostać z nią do rana. Powinien był przyznać się przed sobą do tego, co czuje, a nie zamykać 

w skorupie jak żółw. Powinien był porozmawiać z nią o Kathleen. Otwarcie. Dojrzale. 

Słuchał rozmowy Jane z Crystal, patrzył na nią i żałował, że to już niemożliwe. 
Dziewczyna  ugniatała  plastelinę.  Uformowała  kulę,  spłaszczyła  ją  i  zgięła  na  pół.  Zauważył,  że  ma  obgryzione 

paznokcie z resztkami niebieskiego lakieru. 

- Dobrze - mówiła Jane. - Możesz jeszcze raz opisać samochód? 
- Aha. 
- Zamknij oczy i powiedz, co widzisz. 
Crystal zamknęła oczy, cały czas ugniatając plastelinę. 
- Był ciemnoczerwony. Metalik. Prawdopodobnie było to lepiej widać, kiedy był nowy. 
- Aha. 
- Ford ranger? 
- Tak. Brudny. Ubłocony. 
- Pomyśl, Crystal. Czy miał jakieś wgniecenia? Rozbity reflektor? Zardzewiałe kołpaki czy coś w tym rodzaju? 
- Hm. - Crystal zastanawiała się, jej oczy poruszały się lekko pod powiekami. - Hm... był dość daleko. A ja nie byłam 

pewna, czy to Kirstin jest w środku. Dopiero później przyszło mi to do głowy. Ja i Melanie... byłyśmy skupione na tym, 
żeby wejść do autobusu. 

- Wiem - powiedziała Jane łagodnie - ale udawajmy, że byłaś bliżej tej furgonetki. Teraz patrzysz prosto na nią. 
- Dobrze. - Crystal odetchnęła głęboko. Rozluźniła się. - Hm... - zaczęła znowu. - Przednia szyba... mogła być pęknięta. 

Jakby miała taką... pajęczynę. Wiesz o co mi chodzi? 

-  Tak.  A  teraz  wyobraź  sobie,  że  obchodzisz  samochód  dookoła.  Ten  człowiek  siedzi  w  środku.  Ma  szalik,  czapkę  i 

background image

 

78 

nasunięte  na  nią  gogle.  Okulary.  Nie  widzisz  go  dokładnie,  ale  widzisz  samochód.  Idziesz  wzdłuż  samochodu.  Co 
widzisz? 

- Błoto, brud, rysę, ale to może być tylko rysa w błocie. Jest ciemnoczerwony. Spłowiały. Metalik. Ma... chyba ma taki 

jakby pasek na boku... 

- Wypukłość - podsunęła Jane. 
- Aha. 
- Teraz patrzysz na niego z tyłu. Widzisz coś? 
- Właściwie nie widziałam go z tyłu. - Crystal nerwowo ugniatała plastelinę. 
- A kiedy odjeżdżał? 
- Nie, nie zwracałam na niego uwagi. Przykro mi, ale naprawdę nic nie pamiętam. 
- W porządku, Crystal, świetnie sobie radzisz. Teraz wracasz i znowu widzisz samochód z przodu. Widzisz przód? 
- Tak jakby... Widziałam pęknięcie na przedniej szybie. Z przodu nie był taki brudny jak po bokach. Miał wielkie opony 

z głębokimi żłobieniami... takie na śnieg. 

- Dobrze. Coś jeszcze? Jakiś napis na drzwiach? Rdza? 
- Nie pamiętam, ale mógł być trochę zardzewiały. Nie wiem. - Crystal była wyraźnie zdenerwowana. 
- Dobrze, świetnie ci  idzie. Jesteś bardzo spostrzegawcza. Może powinnaś w przyszłości zostać artystką - powiedziała 

Jane uspokajająco. 

- Naprawdę? - Crystal szeroko otworzyła oczy. 
- Powinnaś zapisać się na zajęcia plastyczne. W szkole rysunku uczy Lottie Schilling, prawda? 
- Chyba tak. 
Ray był pełen podziwu. Jane tak szybko podniosła na duchu sfrustrowaną nastolatkę. 
- Zapisz się na jej zajęcia. Jest naprawdę świetna. 
- Zapiszę się. Tak. Myślisz, że... To znaczy, ja uwielbiam rysować i tak dalej. 
- Mogłabyś narysować ten samochód? 
Crystal pokręciła głową. 
- Ale pamiętasz, jak wyglądał. 
- Trochę. 
- Gdzie jesteśmy? Szłaś dookoła... 
- Z przodu. 
- Zgadza się. Maska nie była tak brudna jak reszta. 
- Tak. Jaśniejsza. I lekko błyszczała. Dlatego pomyślałam, że to był metalik. 
- Zamknij oczy. Spróbuj zobaczyć ten samochód. 
Crystal posłusznie zamknęła oczy, cały czas ugniatając plastelinę. 
- Ciągle jesteś z przodu, widzisz opony. Są zabłocone, prawda? 
- Aha. 
- Tablica rejestracyjna? 
Crystal zmarszczyła brwi. 
- Nie widzę tablicy. 
- Zderzak? Był chromowany? 
- Nie, nie widzę zderzaka. 
- Więc co widzisz? 
Dziewczyna wahała się przez chwilę. Zmarszczka na jej czole pogłębiła się. 
- Pług. Tak, widzę pług. 
- Pług? Do odśnieżania? 
Ray znieruchomiał. 
- Aha. Kiedy wyjeżdżał z parkingu, omal nie zgarnął nim kilku osób. 
- Jesteś pewna, że miał z przodu pług? - spytała Jane podniesionym z emocji głosem. 
- Tak. Nie wiem, czemu wcześniej sobie tego nie przypomniałam. 
- Nie szkodzi - odparła Jane. - Przypomniałaś sobie teraz. 
Ray już wyciągnął komórkę. 
 
Jane nie wiedziała, kto jest bardziej zadowolony: Ray czy Crystal. Patrzyła na niego, kiedy żegnał się z dziewczyną. 
- Byłaś świetna - powiedział, ściskając dłoń Crystal. - Kirstin ma szczęście, że jesteś jej przyjaciółką. 
Crystal uśmiechnęła się, ale w jej oczach pojawiły się łzy. 
- Znajdźcie ją, proszę - wykrztusiła. 
- Znajdziemy ją. Na pewno - powiedział. 
Wyszli na zewnątrz. Śnieg przestał padać, niebo było szare i ciężkie, górskie szczyty kryły się chmurach. 
- Ona naprawdę... - zaczęła Jane. 
W tej chwili podszedł do nich mężczyzna z mikrofonem w ręce. Za nim szedł kamerzysta. 
- Panie Vanover, pani Russo, czy mogliby nam państwo udzielić informacji na temat porwania Kirstin Lemke? 

background image

 

79 

- Żadnych  komentarzy - rzucił Ray stanowczo. - Ani ja, ani pani Russo nie  mamy  nic do powiedzenia. Zdajecie sobie 

sprawę z tego, że narażacie życie dwunastoletniego dziecka? 

Minął dziennikarzy, podszedł do samochodu i gestem pokazał Jane, żeby wsiadła. 
- Cholerne sępy. Nie mają żadnych skrupułów - powiedział, siadając za kierownicą. 
- Wiem. To okropne, ale... 
Ray ostro wszedł w zakręt i Jane omal nie uderzyła o drzwi. 
-  Powinienem  był  wiedzieć,  że  tak  będzie,  jeśli  zidentyfikujesz  Lapinskiego.  Nie  powinienem  był  pozwolić  ci 

rozmawiać z tym Forsbergiem. Do diabła z tym wszystkim! Trzeba było najpierw rozwiązać sprawę Kirstin. 

-  Udało  mi  się  dzisiaj  z  Crystal,  właśnie  dlatego  że  wcześniej  udało  mi  się  z  Benem  -  odparła  Jane.  -  Czy  ty  to 

rozumiesz, Ray? 

-  A  co  to  ma  do  rzeczy?  -  odparł  gniewnie.  -  Wiem,  że  nagłośnienie  tej  sprawy  w  mediach  może  być  bardzo 

niebezpieczne. 

- Warto było zaryzykować. 
- Naprawdę? - Spojrzał na nią. 
- Tak. 
- Dobrze więc, niech tak będzie. 
- A pług? Czy to nam nie pomoże? 
Ray zjechał ze wzgórza, minął most i skręcił w stronę centrum. 
- Owszem, to nam pomoże. Teraz przygwoździmy drania. 
- Boże! - wyszeptała Jane, nagle przerażona. - Myślisz, że on odśnieża podjazd przed domem Lemke? 
Ray uśmiechnął się ponuro. 
- Głowę daję, że tak. Odśnieżał też podjazd Sanchezów, Weissmanów, ich wszystkich. Właśnie to łączy te sprawy. 
- Czy to może być takie proste? Facet, który odśnieża podjazdy? 
- Tak - odparł. - To zwykle jest bardzo proste. 

Rozdział 18 

Ledwie przekroczyli próg domu Lemke, Bruce odciągnął ich na bok. 
- Mam złe wieści - powiedział cicho. 
Jane była pewna, że znaleźli kierowcę pługa. I ciało Kirstin... Oblał ją zimny pot. 
- Co znowu? - warknął Ray. 
Bruce westchnął ciężko. 
- Jak tylko wyjechaliście od małej Brenner, dorwało ją CNN. Właśnie nadali informację o pługu na furgonetce. Wiedzą 

wszystko, co my. 

- Chryste - mruknął Ray. 
-  Chyba  wiecie,  co  to  znaczy.  -  Jane  z  trudem  panowała  nad  głosem.  -  Jeśli  ten  człowiek  ma  telewizor  i  słyszał 

wiadomości... - urwała. Oczywiście, że wiedzieli, co to znaczy. Ona tylko powiedziała na głos to, co było oczywiste. - W 
porządku  -  wyszeptała,  widząc  ich  spojrzenia.  -  Ale  chyba  możecie  jakoś  powstrzymać  media?  Jeśli  zrozumieją,  że 
nadawanie takich informacji zagraża życiu Kirstin, to może przestaną? - Ale wiedziała, że nie ma sposobu, by zamknąć 
usta dziennikarzom. Lawina ruszyła i teraz już nic nie mogło jej powstrzymać. 

Poszła za Rayem do kuchni, gdzie siedział Josh Lemke, który najwyraźniej jeszcze nie widział wiadomości. 
- Josh - zaczął Ray - powiedz mi coś o firmie, która odśnieża wasz podjazd. 
Josh pił kawę z dużego kubka. 
-  Nie  korzystamy  z  usług  żadnej  firmy.  Kiedyś  korzystaliśmy,  ale  potem  pojawił  się  ten  facet...  -  urwał  i  tak  mocno 

zacisnął palce na kubku, że aż zbielały mu kostki. - Myślisz... Nie wiem, czy dobrze rozumiem... Myślisz, że ten Kevin... 

- Kevin? - przerwał mu Ray. - Jaki Kevin? Powiedz mi wszystko, co wiesz. 
-  Kevin  Smith  -  powiedział  Josh.  -  Tak,  Smith.  Wypisaliśmy  dla  niego  tylko  jeden  czek,  ale  pamiętam  nazwisko.  - 

Zerwał  się  z  krzesła.  -  Jezu  Chryste!  On  jeździ  starą  czerwoną  furgonetką.  Teraz  sobie  przypomniałem!  Chcecie 
powiedzieć, że on ma Kirstin? 

Ray kiwnął głową, a potem chwycił Josha za ramię i posadził z powrotem na krześle. 
- Josh, musisz się skupić. Masz adres tego Kevina Smitha? Numer telefonu? 
- Nie, nie znam ani adresu, ani telefonu. On sam przyjeżdża. Pojawia się, jak zaczyna padać śnieg. 
- Skąd wiesz, ile mu zapłacić? 
-  On...  po  prostu  przyszedł  do  nas  jakiś  miesiąc  temu,  tuż  przed  Świętem  Dziękczynienia,  i  powiedział,  że  będzie 

odśnieżał  podjazd  za  dwadzieścia  dolarów.  Płaciliśmy  dwadzieścia  pięć  Mountain  Maintenance,  więc  Suzanne 
powiedziała,  że  damy  mu  tę  pracę,  ale  jeśli  nie  pokaże  się,  kiedy  trzeba,  to  znaczy  jeśli  zdarzy  mu  się  czasem  nie 
odśnieżyć podjazdu, przestaniemy korzystać z jego usług. 

- Zostawił wizytówkę? 
- Nie, ludzie, którzy zajmują się tu takimi rzeczami, tylko sobie dorabiają. 
- Świetnie - mruknął Ray. 
- Czy zapłaciłeś  mu choć raz tej zimy?  - spytała Jane, która stała z Bruce’em tuż  obok.  - Może pod  koniec  listopada? 

Zostawił ci rachunek? 

background image

 

80 

- Tak, w skrzynce na listy. 
- Masz go jeszcze? 
- Suzanne może go mięć. Ona płaci rachunki. 
Bruce  od  razu ruszył  w  stronę  sypialni.  Sid  Reynolds  przeglądał  w  salonie  książkę  telefoniczną.  Canning,  który  cały 

czas  siedział  przy  swoim  elektronicznym  sprzęcie,  złapał  kurtkę  i  wybiegł  na  zewnątrz,  żeby  dołączyć  do  agentów 
przeczesujących  okolicę.  Prawdopodobnie  inni  mieszkańcy  dzielnicy  również  korzystali  z  usług  Kevina  Smitha.  Ktoś 
musiał coś o nim wiedzieć. 

Jane spojrzała na ekran telewizora stojącego w rogu. Był wyciszony, więc prawie nic nie słyszała, ale zobaczyła swoje 

zdjęcie, a potem film, na którym wychodziła z Rayem z domu Crystal. Później pokazano zdjęcia z akcji w Yakima, a na 
końcu fotografię Lapinskiego z jego prawa jazdy i portret wykonany przez Jane poprzedniego dnia. 

Lapinski, Smith. I Kirstin. Jak mogła choć na chwilę zapomnieć o Kirstin. 
Bruce wrócił do kuchni z kartką papieru w ręce. 
-  To  jest  ten  niby  rachunek,  który  dał  im  Smith  -  powiedział,  podając  kartkę  Rayowi.  -  Liczba  odśnieżań  razy 

dwadzieścia dolarów. Suzanna mówi, że włożyła czek do koperty z jego nazwiskiem i zostawiła ją w skrzynce na listy, 
gdy znowu zaczął padać śnieg. Następnego dnia czeku już nie było. Pamięta, że zajrzała do skrzynki, bo nie chciała, żeby 
listonosz przez pomyłkę zabrał kopertę. 

Jane spojrzała na rachunek. Położyła przy tym dłoń na ramieniu Raya, ale zaraz ją cofnęła, bo bała się, co pomyśli o 

tym Bruce. A Ray... nawet tego nie zauważył. 

W  tym  momencie  pojawił  się  Kent  Schilling  z  kilkoma  swoimi  pracownikami  i  funkcjonariuszami  policji  miejskiej. 

Zostawił paru mundurowych przed drzwiami i przy podjeździe, gdzie zbierało się coraz więcej dziennikarzy. Ustawiali 
się przed kamerami na tle domu i mówili coś do mikrofonów. Rozpętało się prawdziwe piekło, jakby ktoś dolał oliwy do 
ognia. 

Ray wstał i odciągnął Jane na bok. 
- Wiem, że jesteś wykończona - powiedział - ale może wykonałabyś dla mnie kilka telefonów? Potem ktoś odwiezie cię 

do siostry i będziesz mogła trochę odpocząć. 

- Ale do kogo... 
- Do innych ofiar. Do Lisy i Allie. I do Weissmanów. Masz numery. Dowiedz się, kto odśnieżał ich podjazdy. Zapytaj, 

czy  coś  pamiętają.  Cokolwiek.  Może  używał  innego  nazwiska.  Może  ma  tu  telefon  na  nazwisko,  którego  używał 
wcześniej. Wiem, że to mało prawdopodobne, ale warto spróbować. 

- Zajmę się tym - powiedziała. - Ale moja komórka się rozładowała. 
Ray sięgnął do kieszeni i podał jej swój telefon. Gdy wyciągnęła po niego rękę, ujął jej dłoń i lekko ścisnął. 
- Na pewno chcesz to zrobić? 
- Na pewno. - Była zaskoczona, że jej głos brzmiał tak spokojnie. Jak to możliwe, że wystarczył dotyk jego palców, by 

zakręciło jej siew głowie? 

Najpierw zadzwoniła do Allie. Allie nie pamiętała, kto odśnieżał podjazd przed ich domem kilka lat temu, ale podała 

Jane numer do Mammoth Ski Lodge, gdzie pracowała jej matka. 

- Moja mama wszystko pamięta - powiedziała. - Myślicie, że to ten facet? 
- To możliwe. 
- Zadzwonisz do mnie, jak będziecie tego pewni? 
- Oczywiście, kochanie. 
Jane zadzwoniła do matki Allie, do ojca Lisy Turchelli, a potem do Weissmanów. W końcu wróciła do kuchni, gdzie 

Ray rozmawiał z Kentem Schillingiem. 

- Miałeś rację - powiedziała - te sprawy łączy kierowca pługa. Niejaki Kevin Smith. Odśnieżał podjazdy ich wszystkich. 

Wczesnym rankiem albo późnym popołudniem. Co miesiąc zostawiał ręcznie wypisane rachunki w skrzynkach na listy. 
Pojawiał się, gdy tylko napadało trochę śniegu. Nikt nigdy do niego nie dzwonił. Nikt nie pamięta nawet, czy miał jakiś 
numer telefonu. 

- Tajemniczy gość - mruknął Kent. 
Ray spojrzał na Jane. 
- Teraz mamy pewność. W sądzie będą to solidne dowody. 
- Jeśli go znajdziemy - odparła. 
- Znajdziemy go - powiedział Ray. 
- Na pewno - dodał Kent. 
Nikt nie powiedział na głos tego, czego wszyscy się obawiali, czy znajdą Kirstin żywą. A zgromadzeni przed domem 

dziennikarze  nie  próżnowali.  Z  ich  nadawanych  na  żywo  relacji  wynikało,  że  policja  jest  już  bardzo  blisko  ujęcia 
porywacza. Jeśli Smith oglądał telewizję, było pewne, że zareaguje. Pozbędzie się Kirstin. 

Jane nie dopuszczała do siebie tej myśli. Przez noc napadało prawie pół metra śniegu. Smith na pewno pracuje od świtu. 

Nie oglądał wiadomości. Może nawet nie ma telewizora. Boże, spraw, żeby nie miał telewizora. 

- Wrócisz teraz do siostry? - spytał ją Ray. 
- Och, nie, i tak nie odpocznę. Nie będę w stanie odpocząć, dopóki nie znajdziemy Kirstin. 
-  Nie  możesz  tyle  pracować.  -  Ujął  ją  pod  ramię  i  pociągnął  w  stronę  Bruce’a.  -  Ja  wyspałem  się  wczoraj  w 

background image

 

81 

samochodzie, a ty prawie nie zmrużyłaś oka. 

- Ale... 
- Zrób to dla mnie, Jane, dobrze? Przynajmniej spróbuj. Włącz telefon, a ja zadzwonię do ciebie natychmiast, kiedy coś 

się wydarzy. 

Myślała nad tym przez chwilę. Tak, Ray miał rację. Była kompletnie wykończona. W tym stanie nikomu na nic się nie 

przyda. Pojedzie do Gwen i spróbuje trochę się przespać. 

- W porządku - powiedziała. - Ale obiecujesz, że zadzwonisz? 
-  Obiecuję.  -  Uśmiechnął  się,  a  Jane  uświadomiła  sobie,  że  oddałaby  wszystko,  by  uśmiechał  się  tak  do  niej  każdego 

dnia do końca życia. Ale zaraz potem posmutniała. Marne szanse, Russo. Kiedy ta sprawa się skończy, pewnie już nigdy 
go nie zobaczysz. Kolejna porażka, a ostatnio poniosła tyle innych. 

Ray poprosił Bruce’a, żeby postarał się zgubić dziennikarzy i pojechał do Grinellów dopiero wtedy, gdy będzie pewny, 

że nikt ich nie śledzi. Powiedział też, że w razie potrzeby poprosi szeryfa o postawienie przed domem Gwen policjanta. 
Pomógł Jane włożyć płaszcz, odprowadził ją do drzwi i pogładził po policzku. 

- Dziękuję, Jane. Byłaś fantastyczna. 
- Zadzwoń do mnie - przypomniała mu. 
- Zadzwonię. 
Bruce  uciekł  przed  dwoma  samochodami,  które  zjechały  za  nimi  na  światłach  przy  Brush  Creek.  Przejechał  pasy  na 

żółtym,  ostro  wziął  zakręt,  a  potem  wyprzedzał  wszystko,  co  pojawiło  się  przed  nim  na  drodze.  Z  ronda  zjechał  w 
Maroon Creek Road i skręcił w lewo. Był prawie kilometr przed dziennikarzami. Zgubił ich. 

Chłopcy  poszli  do  restauracji,  a  Gwen  i  George  mieli  wrócić  dopiero  po  piątej.  Może  uda  jej  się  trochę  odpocząć. 

Włączyła komórkę do sieci i położyła się na łóżku, podciągając koc pod samą brodę. Wiedziała, że nie zaśnie, ale może 
przynajmniej poleżeć. Do czasu kiedy w sprawie Kirstin wydarzy się coś istotnego. Modliła się, by wydarzyło się to jak 
najszybciej. Ray obiecał, że zadzwoni. 

Odwróciła  głowę.  Tak,  położyła  telefon  tuż  obok,  na  stoliku  nocnym.  W  porządku.  Teraz  może  zamknąć  oczy. 

Nareszcie. Gdyby tylko serce przestało jej bić tak mocno... Gdyby tylko wiedziała, że Kirstin... 

Usiadła gwałtownie na łóżku. Co... co się dzieje? Gdzie jestem? 
Dzwonił telefon. Przypomniała sobie, że jest u Gwen, i zrozumiała, że jednak musiała zapaść w sen. Złapała komórkę. 
- Obudziłem cię - powiedział Ray. 
- Nie, nie, wszystko w porządku. Ja... Daj mi chwilę. Boże, jestem naprawdę wykończona. Co się stało? Znaleźliście...? 
-  Namierzyliśmy  Smitha.  Mniej  więcej  godzinę  temu  zadzwonił  do  nas  facet,  który  wynajmuje  jakiemuś  Smithowi 

chatę przy drodze o nazwie Little Annie’s. 

- Boże, to niedaleko stąd. Na odludziu, ale dość blisko miasta. Ray, czy... 
- Tak, właśnie tu jestem. 
- Och! Znaleźliście Kirstin? Czy ona...? 
- Nie, nikogo tu nie ma. Wygląda na to, że Smith słyszał wiadomości i zwiał. 
- O Boże... 
- Wiedzieliśmy, że to może się stać. 
- Czy coś... cokolwiek... wskazuje, że Kirstin jeszcze żyje? 
-  Nie  ma  żadnych  śladów  tego  rodzaju  przemocy.  A  wiemy  już,  gdzie  ją  przetrzymywał.  Wolałbym  nie  wchodzić  w 

szczegóły. 

- Tak, nie rób tego. - Jane nie chciała słuchać o sznurach i zaplamionym materacu. 
-  Słuchaj,  jestem  prawie  pewny,  że  Kirstin  żyje,  a  w  każdym  razie  żyła  jeszcze  kilka  godzin  temu.  Piec  jest  ciepły, 

zakładamy więc, że Smith wyjechał stąd niedawno. Tak przynajmniej uważa Schilling. 

- Tak, on wie. - Kent miał taki piec w domu. 
- Szukamy Smitha i jego furgonetki. Niestety nie ma samochodu, a w każdym razie forda rangera, zarejestrowanego w 

Utah, Kalifornii czy Kolorado na Kevina Smitha. 

-  Może  zarejestrował  samochód  na  kogoś  innego.  Albo  w  innym  stanie.  W  Kansas,  Nebrasce,  Arizonie,  Nowym 

Meksyku. Wystarczy, że ma skrzynkę pocztową. 

- Wiem. Tak czy inaczej, trudno mu będzie wyjechać z doliny. Wysłaliśmy już listy gończe. 
- Znajdziecie go, Ray. Wiem, że go znajdziecie. 
- Na pewno. Muszę już kończyć. Chciałem ci tylko powiedzieć, co nowego. 
- Dziękuję. Ale może mogłabym coś zrobić? 
- Nie. Zrobiłaś już i tak bardzo dużo. A tak przy okazji, ciągle jesteś tam sama? 
- Tak. Ale nie ma problemu. 
- Na pewno? 
- Na pewno. 
- Masz numer mojej komórki. Dzwoń, gdybyś czegokolwiek potrzebowała. 
- Dobrze. Powodzenia, Ray. Daj mi znać, jak tylko odnajdziecie Kirstin. 
Cała  rodzina  Grinellów  ściągnęła  do  domu  tuż  po  szóstej,  wraz  z  ogromną  choinką.  Wszyscy  mówili  jednocześnie, 

Gwen  uścisnęła  siostrę  i  pobiegła  do  garażu  po  pudło  z  ozdobami  choinkowymi.  Jane  postanowiła  w  duchu,  że  jeśli 

background image

 

82 

kiedykolwiek  założy  własną  rodzinę,  postara  się  robić  wszystko  w  normalnym  tempie.  Boże  Narodzenie  powinno  być 
czasem spokoju, ciepła i radości, a nie wyścigiem szczurów. 

George  postawił  pudła  z  ozdobami  na  kanapie  w  salonie,  a  Gwen  włożyła  do  piekarnika  brytfankę  z  pieczenia. 

Przygotowała ją wcześniej w restauracji. Naprawdę świetnie zorganizowana. 

Chłopcy szturchali się i popychali, kłócąc się, który ma zawiesić lampki na choince. 
- Ja to robię co roku! - wrzeszczał Kyle. - Mamo, powiedz, że ja mam to zrobić! Mamo! 
- Dupek! - odciął się Nicky. 
- Dość tego - warknął George. 
W  tle  brzęczał  telewizor  nastawiony  na  program  z  Denver.  Mniej  więcej  co  dziesięć  minut  podawano  informacje  z 

Aspen. Najpierw podano, że Smith został zatrzymany w chacie przy Little Annie’s Road. Potem nastąpiło sprostowanie. 
W  wiadomościach  z  kraju  ciągle  mówiono  o  akcji  w  Yakima  i  o  Lapinskim.  Pokazano  sfilmowane  długoogniskowym 
obiektywem sceny pod farmą. Spekulowano, czy federalni zdecydują się na atak. „Ta patowa sytuacja może się ciągnąć 
całymi tygodniami” - oznajmił dziennikarz. 

Cudownie, pomyślała Jane. Coraz bardziej bolała ją głowa. 
- Jane! - zawołał George z salonu. - Znowu jesteś w telewizji! I jakiś VIP, który przyjechał tu na święta, Kyle, jeszcze 

raz nadepniesz na te lampki, a spędzisz Boże Narodzenie w swoim pokoju. 

-  Zastanawiam  się  czasem,  jak  ja  to  wytrzymuję  -  westchnęła  Gwen.  Zajrzała  do  piekarnika,  a  potem  pobiegła 

posortować pranie. 

Dom wariatów, pomyślała Jane. Gwen, oczywiście, nie pozwoliła sobie pomóc. 
- Znaleźli już Kirstin? - zawołał Nicky, wybiegając z kuchni. 
- Jeszcze nie - powiedziała Jane do jego pleców. 
-  Oni  uważają,  że  to  świetna  sprawa  -  mruknęła  Gwen  -  Są  za  młodzi,  żeby  rozumieć,  co  się  dzieje.  Wiedzą,  że  ich 

koleżanka  jest  w  niebezpieczeństwie,  ale  są  zachwyceni,  bo  mogą  wydzwaniać  do  przyjaciół  i  chwalić  się,  że  ta  Jane 
Russo z telewizji to ich ciotka. 

Jane oparła się o kuchenny blat i założyła ręce na piersi. 
- To chyba normalne w tym wieku 
-  Czasami  są  naprawdę  męczący...  Czasami  zastanawiam  się...  czynie  lepiej  byłoby  mieć  córki?  Może  wtedy  nie 

musiałabym  tak  się  zamartwiać.  Chociaż,  jak  to  mówią?  Jeśli  masz  syna,  martwisz  się  tylko  o  jednego  ptaszka  w 
dzielnicy, a jeśli  masz córkę,  martwią cię  wszystkie ptaszki...  - Gwen urwała i zagryzła dolną  wargę,  dokładnie  w taki 
sam  sposób,  jak  robiła  to  Jane.  -  Och,  przepraszam.  To  znaczy...  wiem,  że  zawsze  ci  się  wydawało...  że  zostałaś...  no 
wiesz... zgwałcona. 

- Wydawało mi się? - Jane wyprostowała się. 
Gwen spojrzała na nią spod oka i wzruszyła ramionami. 
- No dobrze, to i tak już za długo trwa. Mama powiedziała mi, co mówiłaś o Rolandzie. A może to nie był Roland, tylko 

Scott. Albo jeszcze ktoś inny. Na przykład Kent. Hm. Może gwałciciel po prostu podniesie rękę? 

Jane poczuła się, jakby siostra uderzyła ją w twarz. Drżała na całym ciele. Nigdy nie rozmawiały o tamtej wycieczce w 

góry,  choć  Jane  domyślała  się,  że  matka  omówiła  to  z  Gwen.  Ale  dowiedzieć  się  o  tym  w  taki  sposób...  Znosić  to 
niedowierzanie i szyderczy ton... Podejrzenie, że wszystko sobie wymyśliła... 

- Nie do wiary. - W drzwiach stanął George. - Jane znowu jest w telewizji. Moja szwagierka gwiazdą. Kto by pomyślał? 

-  Wszedł  do  kuchni,  najwyraźniej  nie  wyczuwając  napięcia.  -  Naprawdę  się  cieszę,  że  do  nas  przyjechałaś,  Jane.  To 
straszne, co przytrafiło się biednej Kirstin, ale tak  miło  cię  widzieć. Rozmawialiśmy  o tym  dzisiaj  w  drodze  do pracy. 
Chcemy,  żebyś  została  u  nas  na  święta.  Bez  względu  na  to,  jak  skończy  się  ta  okropna  sprawa,  chcemy,  żebyś  pobyła 
trochę z nami. Jutro zjemy razem kolację. Będziemy my we czwórkę, Hannah z Rolandem i Schillingowie. I Scott, nie 
powinienem zapominać o naszym złotym chłopcu, i jeszcze paru przyjaciół. Spotykamy się w Wigilię. Gwen, powiedz 
Jane, że tym razem jej także to nie ominie. 

- Sam świetnie sobie poradziłeś - powiedziała Gwen chłodno. 
George, który nadal niczego nie zauważył, położył rękę na ramieniu szwagierki. 
Drgnęła i odsunęła się gwałtownie. Nie potrafiła się opanować. Mruknęła coś pod nosem i uciekła do swojego pokoju. 
Do  diabła  z  Gwen,  powtarzała  w  myślach.  Do  diabła  z  George’em.  A  potem  spróbowała  spojrzeć  na  to  z  punktu 

widzenia  siostry.  Czemu  Gwen  miałaby  jej  wierzyć?  Jane  nie  potrafiła  nawet  wskazać  mężczyzny,  który  ją  zgwałcił. 
Gdyby  nie  lata  pracy  z  młodymi  skrzywdzonymi  dziewczętami,  sama  nigdy  by  nie  uwierzyła,  jak  głęboko  sięgają 
mechanizmy obronne ludzkiego umysłu. 

Kto to, u diabła, był? Który z tych mężczyzn wśliznął się do jej namiotu tamtej nocy i odebrał jej godność i niewinność? 

Prawie go widziała, prawie... Cholera, dlaczego nie potrafi sobie przypomnieć jego twarzy? 

Zacisnęła zęby. Miała ochotę krzyczeć. Do pokoju zapukała Gwen i zaczęła ją prosić, żeby wyszła. 
- Jane, bardzo cię przepraszam. Jestem tak samo głupia jak ci dwaj smarkacze. Ale mam teraz tyle problemów. Święta, 

restauracja i tak dalej... Jane? 

- Tak? 
- Wybaczysz mi? Porozmawiamy o tym? Powinnyśmy o tym pogadać już dawno temu. 
Jane spojrzała na zamknięte drzwi, a potem wzięła płaszcz i rękawiczki i wyszła. 

background image

 

83 

- Co ty robisz? Wyjeżdżasz? 
- Nie, Gwen - odparła. - Idę tylko na spacer przed kolacją. W porządku? 
-  Jesteś  pewna?  To  znaczy...  Posłuchaj,  jesteś  moją  siostrą,  moją  małą  siostrzyczką.  Naprawdę  chcę  z  tobą 

porozmawiać. Jane.. kocham cię i bardzo za tobą tęskniłam - Podeszła i objęła Jane. - Zostaniesz na święta, prawda? 

Jane kiwnęła głową. 
- Postaram się. Ale teraz potrzebuje trochę świeżego powietrza. 
- To wszystko moja wina. 
- Nie, to nie twoja wina. Jestem spięta, bo martwię się o Kirstin. Od tygodnia żyję w napięciu. Muszę się trochę przejść. 
Wyszła z domu. Głosy chłopców cichły za jej plecami. Chciała zapomnieć o tym, co stało się przed chwilą w kuchni. 

Przystanęła, spojrzała w niebo i wciągnęła w płuca czyste zimne powietrze. 

Gwen chce z nią porozmawiać. Po tylu latach. Może jest jeszcze nadzieja dla tej rodziny. 

 

Rozdział 19 

Smith  widział, jak  wychodziła z  domu. No,  no. Nie  mógł uwierzyć  w  własne szczęście. Dokąd  ona się  wybiera? Szła 

szybkim,  zdecydowanym  krokiem.  Spieszy  się  na  spotkanie?  Rozejrzał  się.  Nie,  nie  ma  żadne  go  człowieka  ani 
samochodu. 

Przekręcił kluczyk w stacyjce i wstrzymał oddech. Usłyszała? Zauważyła go? 
Było ciemno, prawie jej nie widział. Wrzucił jedynkę i, nie włączając świateł, ruszył za nią w dół ulicy. Na siedzeniu 

obok mała Lemke poruszyła się niespokojnie. Spojrzał na nią i znieruchomiała. Budziła w nim obrzydzenie. 

A ta druga... Nie była w jego typie. Zbyt agresywna, zbyt pewna siebie. Niebezpieczna. 
Jakiś samochód nadjechał z naprzeciwka. W jego światłach przez chwilę widział ją wyraźnie. Zachowując bezpieczny 

dystans, jechał za nią, zastanawiając się, dokąd zmierza, dlaczego opuściła ciepły, jasno oświetlony dom. 

Nie spojrzała za siebie ani razu. Do czasu, kiedy znalazł się tuż obok niej. Nachylił się nad dziewczyną i opuścił szybę 

w oknie. 

- Wsiadaj - powiedział. 
Zatrzymała się i chciała coś powiedzieć, a potem nagle zrozumiała. 
- Wsiadaj - powtórzył. 
Wyjął nóż i przytknął go do gardła dziewczyny, która siedziała związana obok niego. Postarał się, żeby światło latarni 

odbiło się w ostrzu. 

- Wsiadaj albo ją zabiję. 
Przez chwilę bał się, że kobieta zacznie krzyczeć albo uciekać, przycisnął więc nóż do szyi dziewczyny, która pisnęła 

cicho,  jak  zarzynany  królik.  Kobieta  zawahała  się  i  podniosła  dłoń,  jakby  chciała  go  powstrzymać,  a  potem  ruszyła  w 
stronę samochodu. Kobiety są takie głupie. 

 
Sześć po  dziewiątej  do Raya zadzwoniła kobieta, która przedstawiła się  jako Gwen Grinell. Przez chwilę zastanawiał 

się, kto to, a potem jednak przypomniał sobie nazwisko. Siostra Jane, oczywiście. 

- Tak się denerwuję - mówiła. - Jane wyszła na spacer, chyba koło siódmej, i jeszcze nie wróciła. 
- Chwileczkę, nie jestem pewien, czy dobrze rozumiem - odparł. - Wyszła na spacer o siódmej wieczorem? Po zmroku? 
- Tak, powiedziała, że idzie się trochę przejść, ale minęło tyle czasu, a George powiedział, że... 
- George? 
- Mój mąż. Powiedział, że ten rozgłos... Może dziennikarze ją dopadli albo... 
- Dwie godziny temu? Wyszła dwie godziny temu? 
- Tak. Och, tak się martwię. Nie powinnam była... 
- W porządku, pani Grinell, to znaczy Gwen, zostań w domu. Zaraz taro będę. 
Nie miał żadnych wątpliwości. Nie potrzebował dowodów. Był pewny, że to Kevin Smith. Sukinsyn dopadł Jane. 
Jak, u diabła, ją znalazł? - zastanawiał się gorączkowo. 
Smith  musi  być  przerażony,  w  przeciwnym  razie  nie  porwałby  jej.  Nie  pasowała  do  schematu.  Nie  należała  do 

bezradnych młodych dziewcząt, na jakie polował. Tak, facet jest zdesperowany. Wie, że go szukają. Czy chce użyć Jane 
jako zakładniczki? 

Pędził  autostradą  jak  szaleniec,  ściskając  kierownicę  drżącymi  rękami.  Zanim  jechały  dwa  samochody,  z  szeryfem, 

dwoma policjantami i dwoma agentami FBI 

Jasno oświetlony dom Grinellów wyglądał tak pogodnie. A powinien płonąć, drżeć w posadach, zamiast stać spokojnie 

na ośnieżonym zboczu góry. 

Gwen  otworzyła  drzwi,  zanim  zdążył  zapukać.  Weszli  do  pachnącego  sosną  salonu.  W  kącie  stała  na  wpół  ubrana 

choinka. 

- Kent! - krzyknęła Gwen. - Gdzie ona jest? Znaleźliście ją? 
- Uspokój się. Nie wiemy nawet, czy... 
Gwen opadła na kanapę i ukryła twarz w dłoniach. 
- To moja wina. Nie powinnam była... 
- Spokojnie, kochanie - powiedział George. 

background image

 

84 

Chłopcy, bardzo bladzi, siedzieli nieruchomo na fotelach. 
- Pani Grinell... Gwen - powiedział Ray - zacznijmy od początku. Opowiedz mi dokładnie, co się stało. 
Opowiedziała mu wszystko, płacząc. Pokłóciły się. Nagle Jane postanowiła pójść na spacer. 
-  Czekałam  i  czekałam  -  mówiła  Gwen.  -  A  potem  zrobiło  się  tak  późno.  Zajrzałam  do  pokoju  gościnnego,  żeby 

zobaczyć, czy  wzięła  komórkę.  Ale  komórka leżała  na stoliku,  więc  nie  mogłam  do  niej  zadzwonić. George  wyszedł  i 
objechał okolicę. Nie znalazł jej. Wtedy zadzwoniłam do was. O Boże, gdzie ona jest? 

Kent  rozmawiał  z  Grinellami,  a  Ray  zaczął  wydawać  rozkazy.  Spokojny  i  opanowany  profesjonalista.  Na  zewnątrz. 

Blokady, opis samochodu i opis Smitha. Wiedział, co robić. Ale nie mógł opanować koszmarnych myśli, które pojawiały 
się w jego umyśle. Nie potrafił opanować strachu. 

Nie  mieli  wiele  czasu.  Ale  trochę  mieli,  bo  Smith  musiał  znaleźć  jakieś  bezpieczne  miejsce,  zanim  zrobi  to,  co 

zamierzał zrobić. Jane. I Kirstin. 

Ray słyszał bezlitosne tykanie zegara. Mijały cenne sekundy. 
Nie Jane, myślał z trwogą. 
 
Kazał jej prowadzić. Musiał, bo  nie  mógł  kontrolować jej tak jak Kirstin,  która była związana. Usiadł  między  nimi i 

przyłożył nóż do szyi dziewczyny. 

Śmierdział potem i olejem silnikowym. Miał na sobie poplamione spodnie, flanelową koszulę i ciężkie buty. 
- Skręć tutaj - powiedział, wskazując kierunek nożem. 
Jane rozejrzała się nerwowo. Do głowy przychodziło jej sto szalonych pomysłów na minutę. Spróbuj wytrącić mu nóż. 

Wjedź w inny samochód w drzewo albo do rowu. Zrób cokolwiek, byle przerwać tę podróż, bo u jej kresu czeka śmierć. 

Unikał  głównych  dróg;  musiał  się  domyślić,  że  policja  je  zablokowała.  Jane  miała  nadzieję,  że  ktoś  wreszcie  się 

domyśli, że została porwana. Ktoś na pewno na to wpadnie. Może Ray? 

Kiedy Gwen zacznie się niepokoić? Czy ona albo George już do kogoś zadzwonili? Czy ktoś już wie? Czy zaczęli jej 

szukać? 

Próbowała  się  skupić,  prowadząc  furgonetkę  zaśnieżoną  drogą:  w  dół  Cemetery  Lane,  przez  rzekę,  a  za  mostem 

dwupasmową  szosą  równoległą  do  drogi  numer  82.  Niewiele  samochodów.  Zaledwie  kilka  nadjechało  z  naprzeciwka, 
szybko ich mijając. 

Ten człowiek nie był głupi. I znał okolicę. 
- Teraz w prawo - rozkazał. 
Lenado Road. Dokąd on jedzie? A Kirstin? Jane nie mogła zobaczyć dziewczynki, bo Smith całkowicie ją zasłaniał. Ale 

wiedziała, że Kirstin żyje. 

Spraw,  żeby  porywacz  zaczął  się  z  tobą  identyfikować,  poczuł,  że  jesteś  człowiekiem,  tak  jak  on.  Wiedziała,  co 

powinna robić: rozmawiać z potworem. 

Wjechała w Lenado Road, ciemną i obcą. Minęła kilka starych rancz i nowych rezydencji miejscowych bogaczy. 
- Nazywasz się Kevin Smith, tak? - zaczęła. 
- Zamknij się. 
- Mógłbyś nas tu wypuścić i odjechać. Przecież nie mogłybyśmy cię zatrzymać. 
- Zamknij się i jedź. 
Kirstin zaczęła płakać. Jane chciała dodać jej otuchy, ale nic nie mogła zrobić. Jak długo jeszcze Kirstin to wytrzyma? 
Boże,  zachowała  się  tak  głupio.  Złamała  wszystkie  reguły.  Zawsze  trzeba  stawiać  opór,  starać  się  za  wszelką  cenę 

uniknąć  porwania:  krzyczeć,  wierzgać,  kopać,  uciekać,  nawet  ryzykując  życie,  bo  w  rękach  porywacza  szanse  na 
przeżycie  spadają  niemal  do  zera.  Ale  była  jeszcze  Kirstin,  więc  zasady  uległy  zmianie.  Smith  nie  miał  już  nic  do 
stracenia, co dawało mu przewagę. W razie zagrożenia zabiłby dziewczynkę bez chwili wahania. 

Ile  już  przejechali?  Dziesięć  kilometrów?  Piętnaście?  Nie  miała  pojęcia,  od  lat  tędy  nie  jechała.  W  dodatku  było 

ciemno; reflektory furgonetki oświetlały białe pola, drzewa, od czasu do czasu jakiś dom. 

Myśl, myśl. 
Jak  go  obezwładnić?  Mogłaby  gwałtownie  skręcić,  zjechać  z  jezdni  w  nadziei,  że  Smith  uderzy  się  w  głowę.  Ale 

przypomniała  sobie,  że  wzdłuż  drogi  ciągnie  się  urwisko.  Gdyby  samochód  runął  w  dół,  żadne  z  nich  mogłoby  nie 
przeżyć. Co robić? 

Kirstin jęknęła cicho. 
- Zamknij się - rzucił ostro Smith. 
Samochód dudnił na pustej drodze, podskakując od czasu do czasu na jakiejś nierówności. Jane z trudem manewrowała 

kierownicą,  w  furgonetce  było  ciasno.  Poprzedniej  nocy  też  jechała  w  ciemności  drogami  Utah  i  Kolorado,  ale  teraz 
wszystko było zupełnie inaczej. 

- Dokąd jedziemy? - spytała. 
- Nie twoja sprawa. 
- Moja siostra będzie się o mnie... 
- Zamknij się i jedź. 
Myśl, powtarzała sobie w duchu. Myśl, bo inaczej zginiesz. 
 

background image

 

85 

Ray  nadludzkim  wysiłkiem  woli  opanował  ogarniającą  go  panikę.  Ubranie  miał  sztywne  od  wyschłego  potu.  Jedna 

powieka lekko drgała, ręce trzęsły się po niezliczonych filiżankach kawy, którą Gwen poiła jego, Bruce’a i Kenta. 

Chłopcy  zostali  wysłani  do  łóżek.  Pewnie  teraz  podsłuchiwali  pod  drzwiami,  śmiertelnie  przerażeni.  Gwen  płakała 

cicho na kanapie, mąż siedział przy niej, obejmując ją ramieniem. George Grinell. On także brał udział w tej wycieczce, o 
której opowiadała Jane. Może to właśnie on ją zgwałcił. Może to jego twarzy Jane nie może sobie przypomnieć. Czy o to 
się pokłóciły? Czy dlatego Jane wyszła z domu? 

George miał miłą powierzchowność, był wysoki, lekko łysiejący na czubku głowy. Kiedyś mógł być bardzo przystojny. 

Typ czarusia, bawidamka Może w głębi duszy cieszy się, że Jane zniknęła i jego brudny sekret nie wyjdzie na jaw. 

Jane. Wszyscy w dolinie szukali furgonetki z pługiem. Policja stanowa i miejscowa, pracownicy biur szeryfów z trzech 

hrabstw,  FBI.  Wszystkie  większe  drogi  zostały  obstawione.  Nawet  pracowników  wyciągów  postawiono  w  stan 
gotowości. Jeden z nich znalazł w biurze firmy kopię biletu sezonowego Smitha ze zdjęciem. Ale fotografia była bardzo 
kiepskiej jakości. 

Nikt nie miał cienia wątpliwości, że Smith porwał Jane. Ale jak do niej dotarł? Czyżby jeździł za nimi przez cały dzień? 
Zadzwoniła komórka Bruce’a. Odebrał telefon i odszedł na bok. Rozmowa była krótka. Po chwili Bruce rozłączył się i 

pokręcił głową. 

- Przeczesali chatę Smitha, zapieczętowali wszystko, co po sobie zostawił. Teraz wyślą to do analizy. 
- Znaleźli coś nowego? - spytał Ray. - Cokolwiek? 
- Nic, z czego mogłoby wynikać, gdzie on teraz jest. 
- Musi coś być... Coś, co przeoczyliśmy. 
- To sprytny facet. 
Ale ja jestem sprytniejszy, pomyślał Ray. Muszę być. 
Nie było sensu wypytywać dalej Grinellów. Nic nie wiedzieli. Nic poza tym, że Jane włożyła buty, płaszcz i rękawiczki 

i wyszła na spacer. 

Nie był w stanie dłużej przebywać w tym domu. 
- Wychodzę - powiedział do Kenta. - Muszę się przewietrzyć. 
Noc była zimna i bardzo ciemna. Śnieg  ledwie  odbijał światła gwiazd, choć tu było ich  widać znacznie  więcej niż  w 

pochmurnym, deszczowym Seattle. Podszedł do samochodu i oparł dłonie o dach, tak zimny, że niemal parzył. Przytknął 
czoło do lodowatego metalu i oddychał głęboko. 

Jane. Gdzie jesteś? Co on ci zrobił? 
Smith to przestępca kierujący się popędami, których nie potrafi kontrolować. Przestępcy nigdy nie są tak inteligentni, 

jak im się zdaje. Planują wszystko bardzo dokładnie: kto, co, gdzie, kiedy i jak. Planują miesiącami, czasem nawet latami. 
Ale kiedy już zrealizują swój plan, zawsze okazuje się, że cos spieprzyli. Zostawili za sobą jakiś ślad. Smith założył, że 
żadna z dziewcząt nie zauważy pługa. Pewnie teraz zachodzi w głowę, jak Jane zdołała  go namierzyć. Chyba że już mu 
powiedziała. Bo ją do tego zmusił. 

Cholera. Co przeoczyliśmy? 
Próbował postawić się na miejscu Smitha. Tak, Smith jest chory, ale kieruje się logiką. 
Gdzie  zabrał  swoje  ofiary?  Gdzieś,  gdzie  będzie  się  czuć  bezpieczny.  W  jakieś  ustronne  miejsce,  gdzie  nikt  mu  nie 

przeszkodzi. Nie może opuścić doliny, bo drogi są zablokowane, a policja szuka jego samochodu. 

Jest  kilka  prywatnych  dróg,  które  prowadzą  do  rezydencji  wyposażonych  w  najnowocześniejsze  systemy  alarmowe. 

Smith nie zdołałby więc dostać się do środka, nawet gdyby stały puste. Gdzie więc mógłby się ukryć? I ile jeszcze czasu 
upłynie, zanim drań postanowi zabić Kirstin i Jane? 

Rozdział 20 

Było  już  po  północy.  Od  czasu,  kiedy  wyszła  od  Grinellów  „zaczerpnąć  trochę  świeżego  powietrza”,  minęło  pięć 

godzin.  Gwen  musiała  już  zgłosić  zaginięcie  siostry.  Musiała.  A  może  uznała,  że  Jane  nie  wróciła,  bo  była  na  nią 
wkurzona? Może rodzina Grinellów poszła spokojnie spać, nie zwracając uwagi na dziecinne zachowanie cioci Jane? 

Nie wiedziała, gdzie dokładnie są, jak daleko zajechali Lenado Road. Spojrzała na licznik, ale był zepsuty. Nagle Smith 

kazał  jej  skręcić  w  długi  podjazd,  który  prowadził  do  drewnianego  domu  na  zboczu,  otoczonego  kamiennym  murem  i 
rzędem srebrnych świerków. 

Do  kogo  należy ten dom? Do  jakiegoś bogacza, który nie przyjechał  do  Aspen  na święta, bo spędza je  na Bermudach 

albo w Paryżu czy Bangkoku? Pewnie Smith świadczył tu swoje usługi, znał ten dom i wiedział, że będzie pusty. Aby 
dokładnie odśnieżyć podjazd, musiał podjeżdżać pod same drzwi garażu, znał więc kod i wiedział, jak je otwierać. 

Czy zostawi furgonetkę w garażu? Nie, kazał jej objechać garaż i stanąć za domem; wszystko miał zaplanowane. Nawet 

gdyby ktoś zajrzał do garażu, nie domyśli się, że samochód stoi za nim. Nikt się nie domyśli, że tu są. Nikt. 

Kazał  im  wysiąść  z  furgonetki.  Cały  czas  trzymał  nóż  tak,  żeby  dobrze  go  widziały.  Wystukał  numer  przy  drzwiach 

garażu,  które  zaczęły  się  powoli  otwierać.  Wepchnął  je  obie  do  środka,  poprowadził  korytarzem  do  kuchni  i  dalej  do 
salonu, gdzie paliła się lampa, która zapewne sama włączała się i wyłączała o odpowiednich porach. Jane była tak spięta, 
że  z  trudem  oddychała.  Spojrzała  na  Kirstin.  Biedne  dziecko  było  zupełnie  odrętwiałe  ze  strachu.  Poruszała  się  jak 
manekin, bez słowa wypełniała rozkazy. A żebyś sczezł w piekle, Smith. 

Jane  usiadła  na  skórzanej  kanapie  i  objęła  Kirstin.  Salon  był  urządzeń  w  rustykalnym  stylu:  dywany  Indian  Navaho, 

ciężkie skórzane meble ściany z drewnianych bali, żyrandol z rogów łosia. Jane widziała to wszystko jak przez mgłę. 

background image

 

86 

Próbowała  się  uspokoić,  oddychając  głęboko.  Nie  spuszczała  wzroku  ze  Smitha,  który  krążył  po  pokoju,  cały  czas 

ściskając w dłoni nóż. Powinna być wyczerpana, ale czuła w żyłach ogień adrenaliny. 

- Wszystko będzie dobrze - szeptała do ucha Kirstin. - Wyjdziemy z tego. 
- Zamknij się - syknął Smith. - Zamknij się. 
- Możesz zostawić nas tu i odjechać. Nic nikomu nie powiemy. Możesz przeciąć kabel telefoniczny. Zostaw nas tu. 
- Ty głupia suko - wycedził. - Chciałabyś, żebym wyjechał, co? 
Kirstin aż się skuliła, słysząc wściekłość w jego głosie. Jej drobne ciało drżało, była spocona. Jane poczuła, jak ogarnia 

ją gniew, ale nie mogła poddać się emocjom. Musi się skoncentrować. Rozejrzała się dyskretnie, szukając jakiejś broni. 
Lampa z kutego żelaza, pogrzebacz, świecznik stojący na blacie oddzielającym kuchnię od salonu... 

Modliła się, żeby Gwen zgłosiła jej zaginięcie. Zrobiła to, na pewno już to zrobiła. A Ray natychmiast się domyśli, co 

się  stało.  Tak,  domyśli  się.  Ostrzegał  ją  przecież;  wiedział,  jakie  niebezpieczeństwa  niesie  ze  sobą  nagłośnienie  przez 
media sprawy Lapinskiego. A ona wyszła po zmroku na spacer. Głupia, głupia. 

Ale  jak  Ray  je  odnajdzie?  Czy  domyśli  się,  że  są  w  domu  jednego  z  klientów  Smitha?  Może  i  tak,  nie  zdoła  jednak 

sprawdzić wszystkich domów. Ma za mało czasu. 

Tylko od niej zależy, czy wyjdą z tego żywe. Spojrzała na Smitha. 
- Wypuść nas, proszę. Dotarcie do najbliższego telefonu zajmie nam całe wieki. 
Smith nadal krążył po pokoju. Poruszał się nerwowo, język jego ciała wyraźnie zdradzał niepokój. No tak, złamał swoje 

zasady, porwał osobę niepasującą do schematu, więc czuje się zagubiony i niepewny. Dobrze. A może właśnie niedobrze. 
Może teraz okaże się naprawdę nieprzewidywalny. Niebezpieczny. 

Przyglądała  mu  się,  tuląc  Kirstin.  Szeptała  do  niej  i  głaskała  po  włosach,  ale  w  myślach  szkicowała  portret  Smitha. 

Zapadnięte policzki, spiczasta broda, wodniste zielonkawe oczy, nos, tak, złamany, na pewno. Kolczyk w lewym uchu. 
Skrzywiony  przedni  ząb.  Nie  ułamany,  po  prostu  krzywy.  Metr  siedemdziesiąt  dwa  wzrostu,  osiemdziesiąt  kilo  wagi. 
Dziobata cera po trądziku. 

Starała  się  zapamiętać  wszystko,  na  wypadek  gdyby  musiała  go  kiedyś  identyfikować.  Na  wypadek,  gdyby  miała 

jeszcze okazję to zrobić. 

Bała  się,  ale  nie  była  obezwładniona  strachem.  Jeszcze  nie.  Serce  biło  jej  bardzo  szybko,  zmysły  miała  wyostrzone. 

Miała wrażenie, że widzi wszystko w tym pokoju i wszystko słyszy. Całe jej ciało gotowało się do skoku, do walki, do 
ucieczki. 

- Już dobrze, Kirstin. Wszystko będzie dobrze. Już nas szukają. 
- Zamknij się! - ryknął Smith. 
 
O czwartej nad ranem Ray pojechał do chaty Smitha. Przejrzał śmieci, sprawdził każdy kawałek papieru, przesiał nawet 

popiół z pieca i przeszukał stos drewna za domem. Nic. Nadal nie było wiadomo, gdzie pojechał Smith ani co zamierzał 
zrobić. 

Gdy  wrócił  do  Lemke,  kilka  razy  rozmawiał  przez  telefon  z  matką  Jane,  a  potem  z  Rolandem,  który  chciał  się 

przyłączyć  do  poszukiwań.  Ray  skontaktował  go  z  szeryfem.  Mniej  więcej  co  dziesięć  minut  dzwonił  ktoś  z  domu 
Grinellów, Gwen albo George. Ray rozmawiał z nimi trzy razy, w końcu jednak zrzucił to na Bruce’a. Co jeszcze mógłby 
im powiedzieć? 

Dzwonił do patroli na blokadach tyle razy, że musieli go już mieć serdecznie dość. Zastanawiał się, dlaczego zachowuje 

się tak nieprofesjonalnie. Josh Lemke zrobił kolejną kawę. Który to już kubek? Szósty? Ray stracił rachubę. 

- To kierowca pługa śnieżnego - powiedział po raz dziesiąty tej nocy. - Musi być jakiś sposób, żeby... 
Kent potrząsnął głową. 
- Trudno będzie go namierzyć, nie ma żadnych śladów. Facet nie prowadził firmy, nie miał księgowego i tak dalej. 
- Nie wyjedzie z doliny - powiedział Ray. Powtarzał te słowa jak jakąś mantrę. Były prawdziwe, fakt, ale nie znaczyło 

to, że Jane i Kirstin przeżyją. - Muszą być gdzieś blisko. - To także powtarzał już wiele razy. - Wie, że depczemy mu po 
piętach. Potrzebuje kryjówki. Domu, w którym będzie się czuł bezpiecznie. 

-  A  kto  by  mu  teraz  udzielił  schronienia?  Wszyscy  wiedzą,  że  jest  poszukiwany.  Poza  tym  to  typ  samotnika, 

prawdopodobnie nie ma tu wielu znajomych. A na pewno nie ma przyjaciół, którzy chcieliby mu pomóc. 

Ray wstał. Nie był w stanie długo wysiedzieć w jednym miejscu. Jego ciało domagało się ruchu. 
- Ludzie, których tu zna, to głównie jego klienci, prawda? 
- Chyba tak. 
- Więc  mógłby się ukryć  w którymś z ich domów, ale pewnie żaden  nie stoi teraz pusty. Są święta. Wszyscy są tutaj. 

Więc gdzie... 

Kent wyprostował się nagle. 
- Zaczekaj... Mnóstwo ludzi  ma tu dacze, ale ci  naprawdę bogaci  mają kilka domów. Tak, do diabła! Teraz mogą być 

gdziekolwiek. 

-  Puste  domy?  -  wtrącił  Josh  Lemke  zdumiewająco  przytomnie.  -  Jasne.  Niektórzy  wyjeżdżają  na  święta  do  Londynu 

albo  do  Paryża.  Albo  zostają  w  domu  w  mieście  i  przyjeżdżają  tu  dopiero  po  Nowym  Roku  kiedy  nie  ma  już  takich 
tłumów. Sam znam ludzi, którzy tak robią. 

Rayowi nie mieściło się to w głowie, mieć dom w górach i nie spędzać w nim świąt? 

background image

 

87 

- Chcesz powiedzieć, że... 
- Tak. - Kent kiwnął głową. 
- I myślisz, że wynajmują kogoś do odśnieżania podjazdu nawet wtedy, gdy ich tu nie ma? 
-  Jasne,  lato  czy  zima,  wszystko  musi  iść  swoim  trybem,  nawet  jeśli  ich  tu  nie  ma.  Sprzątanie  domu,  przycinanie 

żywopłotów, mycie okien, konserwacja jacuzzi, wszystko. Odśnieżanie podjazdu też. 

Ray poczuł, że jego puls zaczyna przyspieszać. 
- Więc on wie, które domy stoją puste. 
- O czym myślisz? - Kent zmarszczył brwi. 
- Jezu Chryste! -  wykrzyknął Ray - Smith zostawił  w  chacie  wyciągi  z banku!  - Odwrócił się  do Josha. - Płaciłeś  mu 

czekiem,  tak?  Ty  czy  twoja  żona?  -  spytał,  ale  nie  dał  mu  czasu  na  odpowiedź.  -  Czek.  I  informacje  o  stanie  konta. 
Wyciągi były z miejscowego banku. 

- Biorę się do tego. - Schilling wyjął telefon komórkowy. 
Obudzili  dyrektora  banku  przed  piątą  nad  ranem.  O  szóstej  Ray  i  Schilling  czytali  już  wydruk  z  operacji 

przeprowadzanych na koncie Smitha. Na czekach złożonych w banku było osiemnaście nazwisk. Osiemnaście adresów. 

Akcja ruszyła pełną parą. 
 
Jane miała już plan. Absurdalny, ryzykowny, ale zawsze, żeby go zrealizować, potrzebowała pomocy Kirstin, a nie była 

pewna,  czy  dziewczynka  zrozumie,  co  ma  robić.  A  jeśli  nawet  zrozumie,  czy  będzie  w  stanie  odegrać  swoją  rolę. 
Głaskała dziewczynkę po głowie i mówiła do niej uspokajająco. Opowiadała o Crystal i Melanie, o rodzicach, o tym, że 
wszyscy w Aspen szukają jej już od tygodnia. I że wszyscy bardzo ją kochają. 

Kirstin zachowywała się tak, jakby niewiele do niej docierało. Wtuliła się w Jane i zamknęła oczy. 
Smith wreszcie przestał krążyć po pokoju. Usiadł w skórzanym fotelu, bawił się nożem. Przestał powtarzać Jane, żeby 

się  zamknęła.  Siedział  tylko  i  patrzył  na  nią  spod  ciężkich  powiek.  Myślał  nad  kolejnym  ruchem,  podrzucając  nóż  i 
chwytając go w powietrzu za trzonek. 

- Możemy skorzystać z łazienki? - spytała. 
Smith wykonał nożem przyzwalający ruch. Dzięki Bogu, pomyślała, dzięki Bogu. To oznacza minutę albo dwie sam na 

sam z Kirstin. 

Zamknęła drzwi łazienki i szeptem przedstawiła swój plan dziewczynce. Ale Kirstin tylko pokręciła głową. Jak do niej 

dotrzeć? Jak? Już i tak za długo siedzą w łazience, zdecydowanie za długo... 

- Kirstin, kochanie - szepnęła Jane, kładąc dłonie na ramionach dziewczynki. - Wyjdziemy z tego. Wierz mi. Musisz mi 

uwierzyć. Posłuchaj, mnie zdarzyło się to samo, kiedy byłam nastolatką. Zostałam zgwałcona. Naprawdę. Wiem, jak się 
czujesz.  Wiem,  jak  bardzo  się  boisz.  Ale  wszystko  będzie  dobrze.  Pomoże  ci  rodzina  i  przyjaciele.  Kirstin,  słyszysz 
mnie? Widzisz? Ja z tego wyszłam. Tobie też się uda. Ale najpierw musisz mi pomóc. Możesz to zrobić? 

Kirstin w końcu przestała pokręcić głową i spojrzała Jane w oczy. 
- Obiecujesz? - spytała szeptem. 
- Obiecuję - zapewniła Jane. 
Spuściła wodę i zaprowadziła Kirstin z powrotem na kanapę. Smith stał teraz przy oknie, ciągle ściskając w dłoni nóż, i 

patrzył na blady zimowy świt. Miał coraz mniej czasu. One także. 

 
Ray i zastępca szeryfa jechali sprawdzić kolejny z osiemnastu adresów, kiedy zadzwoniła komórka. 
- Mamy go - powiedział Schilling. - Dom przy Lenado. Są świeże ślady kół, a na tyłach stoi furgonetka. 
Lenado. Ray jechał w przeciwnym kierunku. 
- Zaraz tam będę. Powiedz Berniemu, jak tam dojechać. 
Rzucił telefon policjantowi i zawrócił. Samochód zatańczył na śliskiej drodze. 
Pędził autostradą zgodnie ze wskazówkami Berniego. W dół Cemetery Lane do rzeki, przez most, a potem długą krętą 

drogą. Jechał zdecydowanie za szybko. Na jednym z zakrętów omal nie wpadł w poślizg. 

- Cholera, człowieku, spokojnie! - Bernie chwycił się klapy schowka. 
- Jasne - mruknął Ray i wcisnął gaz. Samochód ruszył do przodu. 
Jadę, Jane. Jadę do ciebie. 

Rozdział 21 

Usiadły na drugim końcu brązowej kanapy. Smith na pewno to zauważył; czy zaczął się zastanawiać, dlaczego kulą się 

teraz bliżej kominka. 

Miał  bladą  twarz;  był  wyraźnie  zmęczony.  Jak  długo  jeszcze  zdoła  wytrzymać  bez  snu?  Może  wystarczy,  jeśli 

zaczekają, aż zaśnie. W końcu będzie musiał zasnąć, prawda? 

Kirstin zdrzemnęła się z głową na kolanach Jane, ale wkrótce się obudziła. Czekała. Wszyscy troje czekali. Na co? Na 

świt? Smith będzie mógł wtedy opuścić dom i użyć ich jako zakładniczek, żeby przejechać przez blokady. Ale co dalej? 

Znów  krążył  po  pokoju,  rzucając  nożem  w  drewnianą  ścianę.  Jane  zastanawiała  się,  czy  zdołałaby  złapać  nóż,  kiedy 

tkwił w drewnie. Nie, Smith zbyt szybko po niego sięgał. 

Cały czas szeptała do ucha Kirstin uspokajające słowa bez znaczenia. Ale jej wzrok mówił: Już wkrótce. Zrobimy to już 

wkrótce. Bądź gotowa. 

background image

 

88 

Słońce wschodziło powoli nad Lenado Valley, rzucając plamy jasnego światła na sosnową podłogę i wzorzysty dywan. 

Po chwili jego promienie dotarły do fotela, na którym siedział Smith. Omal nie zasnął. Głowa opadła mu na piersi, ale 
natychmiast ją podniósł. 

Ciszę  przerywał  tylko  szum  lodówki.  I  słowa  Jane,  szeptane  do  ucha  Kirstin.  Smith  był  dziwnie  milczący,  siedział  z 

brodą opartą na piersi i nie spuszczał z nich wzroku. Ilekroć powieki zaczynały mu opadać, wstawał i robił kilka kroków, 
przekładając nóż z jednej ręki do drugiej. 

Kiedy znowu usiadł w fotelu, Jane ścisnęła ramię Kirstin. Bała się na nią spojrzeć, bo Smith mógłby to zauważyć. A 

wiedziała, że ich jedyną szansą jest zaskoczenie. 

Czekała, drżąc z przerażenia i determinacji. Teraz wszystko zależy od Kirstin. Czy dziewczynka zdoła zebrać w sobie 

dość siły? 

Kirstin  jęknęła  cicho.  Potem  jeszcze  raz,  głośniej.  W  końcu  zaczęła  szlochać.  Pokój  wypełnił  jej  przeraźliwy  płacz. 

Wyrzucała z siebie cały strach i ból ostatniego tygodnia. 

- O Boże! - krzyknęła Jane. Chwyciła ją za ramiona, ale Kirstin wyrwała się jej i upadła na podłogę, ciągle przeraźliwie 

zawodząc. Jane uklękła przy niej i próbowała ją podnieść. 

- Każ jej się zamknąć! - huknął Smith. 
- Nie potrafię! Coś jest z nią nie tak. Pomóż mi! 
- Uspokój ją, do cholery! – Wstał i zrobił krok w ich stronę. 
Wrzask Kirstin przybrał na sile. 
Smith stracił panowanie nad sobą. 
- Ja ją uspokoję! - ryknął wściekle i ruszył do nich, wyciągając ręce. 
Przyszła kolej na Jane. Zerwała się na równe nogi, chwyciła stojący przy kominku pogrzebacz - w myślach wiele razy 

ćwiczyła ten ruch - i zamierzyła się na Smitha. Zareagował błyskawicznie. Zasłonił się ręką i pogrzebacz spadł na jego 
ramię, wytrącając mu nóż z dłoni. Smith osunął się na kolana i złapał się za ramię. 

- Uciekaj! - krzyknęła Jane. - Kirstin, uciekaj! 
Znowu podniosła pogrzebacz, ale tym razem Smith złapał go w powietrzu. 
Jane  cofnęła  się,  próbując  wyrwać  mu  pogrzebacz.  Słyszała  urywany,  chrapliwy  oddech  Smitha  i  niemal  zwierzęce 

dźwięki, które wydobywały się z jej gardła. Był za silny; nie mogła z nim wygrać. 

Nagle dostrzegła jakiś ruch za jego plecami. Drzwi otworzyły się z hukiem, stanęła w nich Kirstin i wskazywała na nich 

wyciągniętą ręką. Smith uderzył Jane pięścią w twarz. Cały świat zawirował wokół niej, głowa eksplodowała. Runęła na 
podłogę, ale była świadoma chaosu, jaki zapanował w pokoju, do którego nagle wpadli jacyś ludzie. Słyszała ich głosy. I 
wystrzał. Nie była w stanie się podnieść, a po chwili wszystko zaczęło się rozpływać we mgle... 

Powoli wracała jej świadomość. Ból, warkot silnika, lekkie kołysanie, głos jakiegoś mężczyzny, gorący powiew na jej 

stopach. Tak, była w samochodzie, ktoś włączył ogrzewanie. Z trudem otworzyła oczy. 

- Auu... - jęknęła. - Co... 
- Odzyskałaś przytomność, dzięki Bogu. - Ray, który siedział za kierownicą, spojrzał na nią przez ramię. - Jesteśmy już 

prawie na miejscu. 

- Boże, to boli - powiedziała, dotykając policzka. 
- Sukinsyn. 
Jane podniosła się z wysiłkiem i usiadła. 
- Gdzie...? 
- Został aresztowany. Kirstin jest bezpieczna. Jedzie za nami w samochodzie Schillinga. Zaraz będziemy na miejscu. 
- To znaczy gdzie? 
- W szpitalu. 
- Nie - zaprotestowała. - Proszę, Ray. Dobrze się czuję. 
- Prawdopodobnie masz wstrząs mózgu, Jane. Nie bądź głupia. 
- Nie chcę do szpitala. 
- Chryste. 
- Słucham? 
- Śmiertelnie mnie przeraziłaś. 
- Sama byłam przerażona. 
- Po co poszłaś na ten spacer? Co cię napadło? 
- Och, Gwen... czy ona wie, że jestem cała i zdrowa? 
- Tak. Powiadomiłem wszystkich. 
Jane  poruszyła  ostrożnie  szczęką.  Rany,  co  zaból.  Czuła,  jak  puchnie  jej  policzek.  Ale  nie  zniosłaby  w  tej  chwili 

szpitala; lekarzy, pielęgniarek dziennikarzy, policjantów, pytań. 

- Chcesz jechać do siostry? 
Chłopcy. Gwen i George, którym trzeba będzie wszystko opowiedzieć. Nie. Jeszcze nie. 
- Nie. 
- W porządku, więc dokąd chcesz jechać? 
- Jesteś na mnie zły. 

background image

 

89 

- Jezu, Jane. Zły? Nie spałem od trzydziestu sześciu godzin, całą noc szalałem ze strachu o  ciebie, a ten sukinsyn omal 

cię nie zabił. 

- Ale dorwaliście go. 
- Ty go dorwałaś. 
- Nie bądź zły. 
- W porządku, nie jestem zły. Dokąd chcesz jechać? 
Jane spróbowała pozbierać myśli. 
- Hm... może tam, gdzie się zatrzymałeś? 
- Do Mountain House? 
- Nikogo tam nie będzie. 
- Nie, wszyscy są teraz zajęci - odparł sucho. 
- Więc jedzmy tam. Chcę przyłożyć sobie lodu do policzka i porządnie się wypłakać. 
Po półgodzinie leżenia na kanapie z torebką lodu przytkniętą do policzka Jane poczuła się trochę lepiej. 
- Jestem głodna - oznajmiła. 
- Przynieść ci coś? - spytał Ray. 
- Nie. - Wyciągnęła do niego rękę. - Jeszcze nie. Chodź tu. 
Usiadł na brzegu kanapy. Był bardzo zmęczony, miał ciemny zarost na policzkach i pogniecioną koszulę. 
- Tak bardzo się bałam - wymamrotała, przyciskając lód do twarzy. 
Ujął jej dłoń. 
- Byłaś bardzo odważna. 
Wtedy zaczęła płakać. Płakała nad Kirstin i innymi dziewczętami. Płakała nad tym, co się stało, i nad tym, co mogło się 

stać. Płakała  nad  Alanem,  nad  matką  i  siostrą.  Ray  chwilę  siedział  bez  ruchu,  a  potem  delikatnie  wziął  ją  w  ramiona. 
Przytuliła się do niego i pozwoliła łzom płynąć. 

- Lepiej? - zapytał w końcu. 
- Tak - pociągnęła nosem. - Jesteś pewny, że z Kirstin wszystko w porządku? 
- Cóż, wreszcie jest bezpieczna. Zobaczyliśmy ją, kiedy wybiegała z domu. Powiedziała nam, co zrobiłaś. 
- Powiedziała ci, jak mi pomogła? 
- Tak. To był dobry pomysł. 
- A Smith? 
- Zostanie oskarżony o cztery... nie, pięć porwań, cztery gwałty i jedno morderstwo. Jeszcze dziś zabiorą go do Denver i 

oficjalnie postawią w stan oskarżenia, jeśli znajdą jakiegoś sędziego. W końcu jest Wigilia. 

- No tak. Zapomniałam. 
- Nic dziwnego. 
- Ale on się nie wywinie? Wiesz, na podstawie choroby psychicznej czy czegoś w tym rodzaju? 
- Mowy nie ma. Nie wyjdzie z więzienia do końca życia. 
Zadzwoniła  komórka  Raya.  Wyjął  ją  z  kieszeni,  odebrał  i  przez  kilka  minut  słuchał.  Wreszcie  przerwał  połączenie  i 

spojrzał na Jane. 

- To Bruce. Powiedział, żebyśmy obejrzeli wiadomości. 
Wstał i włączył telewizor. 
- Co się stało? - spytała. 
- Gerald Lapinski właśnie zastrzelił się w swoim domu. 
- Och, dobry Boże. Naprawdę? 
Ray słuchał sprawozdania z helikoptera krążącego nad farmą Lapinskiego. Jane bardziej niż raport interesowała reakcja 

Raya. Człowiek, który wydał wyrok śmierci na Kathleen i który przysporzył mu tyle cierpień, nie żyje. 

Dotknęła jego ramienia, ale on nawet tego nie zauważył. 
- Ray? 
- Tak? - odparł, nie odrywając oczu od telewizora. 
- Co teraz czujesz? 
-  Co  czuję?  -  Zaśmiał  się  chrapliwie.  -  Czuję  się  oszukany.  Lapinski  zachował  się  jak  tchórz.  Mogłem  się  tego 

spodziewać. 

- Chciałeś, żeby został aresztowany, osądzony i skazany. 
- Tak. Ale cóż, to koniec. Było, minęło. 
- Przynajmniej nikogo już nie skrzywdzi. A bracia Perry ciągle czekają na proces. W końcu to oni podłożyli bombę. 
- To prawda. 
- Ray... czy teraz opowiesz mi o Kathleen? 
Spojrzał na nią.

 

- O Kathleen? 
- Tylko jeśli tego chcesz. 
- Tak... chyba już czas, żebyśmy porozmawiali o Kathleen. 
 

background image

 

90 

Zdrzemnęła  się  później  w  sypialni,  podczas  gdy  Ray  odbierał  telefony  odpowiadał  na  pytania,  rozmawiał  ze  Stanem 

Schoemakerem.  Czuła  się  dobrze,  była  niemal  szczęśliwa  mimo  koszmaru,  przez  który  przeszła  Kathleen  przestała  ją 
prześladować. Ray w końcu zostawił przeszłość za sobą. 

Obudziła się i leżała przez chwilę, słuchając dobiegającego zza ściany głosu Raya. Wtedy przypomniała sobie o Kirstin, 

przypomniała sobie co jej powiedziała. Wszystko będzie dobrze. Rodzina ci pomoże. Popatrz na mnie. Mnie się udało. 

Kłamstwa. Bezczelne kłamstwa, które miały pomóc dziecku przetrwać najgorsze chwile. 
A jak będzie wyglądała przyszłość tej dziewczyny? Może Kirstin będzie cierpiała jeszcze przez całe lata. Może stanie 

się emocjonalną kaleką. I pewnego dnia przypomni sobie kłamstwa, jakimi nakarmiła ją Jane, i znienawidzi ją za to, że 
wlała w nią fałszywą nadzieję. 

 
Kiedy Ray zajrzał do sypialni, zastał Jane we łzach. Objął ją bez słowa i zaczekał, aż płacz ucichł. 
- Przepraszam - powiedziała, ocierając oczy. 
- Nie przepraszaj. 
- Pewnie wyglądam okropnie. 
- Wyglądasz bardzo dobrze, biorąc pod uwagę okoliczności. 
Uśmiechnęła się przez łzy. 
- Dzwoniła twoja matka - powiedział. - Co najmniej pięć razy. 
- O Boże. 
- Chyba nikt nie wie, co robić. Mieli spotkać się dzisiaj na Wigilii, ale przez całą noc nie zmrużyli oka. Martwili się o 

ciebie, Jane. 

- Więc czego mama się spodziewa? Że ugotuję coś, przyjdę na tę kolację i będę udawać, że wszystko jest w porządku? - 

Przyłożyła  dłoń  do  czoła,  które  bolało  ją  teraz  tak  samo  jak  policzek.  -  To  było  wredne  z  mojej  strony  -  powiedziała 
cicho. - Wiem, że się o mnie martwili. Powinnam przynajmniej do nich zadzwonić. A może powinnam tam pojechać? 

Ray powoli skinął głową. 
- Cholera. To będzie okropne. Wszyscy będą koło mnie skakać i tak dalej. 
- Chcą cię zobaczyć, upewnić się, że jesteś cała i zdrowa. 
- Cholera - powtórzyła, ale wiedziała, że Ray ma rację. - Chyba mogę do nich wstąpić. Ale tylko na chwilę. Zawieziesz 

mnie? Nie chcę tam iść sama. 

- Zawiozę. 
- Nie zostanę długo. 
- Możesz zostać tak długo, jak zechcesz. 
Czekał cierpliwie, podczas gdy Jane brała prysznic, a potem ubierała się. 
- Możemy najpierw wstąpić do twojej siostry - zaproponował. 
- Nie, nie mam na to siły. 
-  Na  pewno  nie  chcesz,  żeby  obejrzał  cię  lekarz?  -  spytał,  przyglądając  się  jej  z  troską.  Wielki  siniak  na  jej  policzku 

bardzo go niepokoił. 

- Nie - odparła stanowczo. - Kolacja u mojej matki wystarczy, żeby przywrócić do życia umarłego. 
Raya  zachwycało  jej  poczucie  humoru,  jej  odwaga  i  dystans  do  siebie  samej.  Kiedy  się  w  niej  zakochał?  Czy  już 

pierwszego wieczoru, kiedy przyszedł do niej z Caroline? Czy później, kiedy patrzył, jak rozmawia z tymi dziewczętami? 
Może nigdy nie uświadomi sobie, kiedy to się stało, bo pojął głębię swoich uczuć dopiero ubiegłej nocy, gdy omal jej nie 
stracił. 

Kiedy jechali do domu Zuckerów, Jane wierciła się niespokojnie i raz po raz wycierała szybę rękawiczką. Wiedział, co 

to oznacza; tak dobrze ją znał. 

- O co chodzi? 
- Wolałabym tego nie robić. 
- Nie zostaniemy tam długo. 
- Obiecujesz? 
- Obiecuję. 
- Tak powiedziałam Kirstin - odezwała się po chwili. - Obiecałam jej, że wszystko będzie dobrze, że wyjdzie z tego. Ale 

czy jej się to uda? 

- Uratowałaś jej życie. 
- Ale czy upora się z tym, co jej się przytrafiło? - Jane spuściła wzrok i zagryzła wargę. - Mnie się nie udało. 
Nie wiedział, co powiedzieć. Może Jane miała rację i na psychice Kirstin już zawsze zostanie blizna. Ale sam właśnie 

się przekonał, że z bliznami można żyć. 

Rodzina  chciała  usłyszeć  o  wszystkim  z  najdrobniejszymi  szczegółami.  Hannah  co  chwilę  przerywała  Jane,  zadając 

kolejne pytania. Gwen ciągle przepraszała siostrę. Roland odciągnął Raya na bok, żeby wypytać go o akcję. Ray cały czas 
patrzył na Jane, szukał w jej twarzy oznak wyczerpania i stresu. 

Chociaż  wszyscy  nie  spali  całą  noc,  Hannah  wrzuciła  najwyższy  bieg,  kiedy  tylko  dowiedziała  się,  że  Jane  jest  już 

bezpieczna.  Była  naprawdę  zdumiewającą  kobietą.  Energiczna,  zorganizowana,  twarda  jak  stal.  W  domu  unosił  się 
zapach  aromatycznych  świec.  Na  kominku  buzował  ogień  pod  choinką  leżały  prezenty.  Stół  był  zastawiony  naprędce 

background image

 

91 

przygotowanymi potrawami. 

Wigilia. 
Przyszła Lottie Schilling. Sama. Kent pojechał ze Smithem  do Denver Dziewczynki Schillingów  i chłopcy  Grinellów 

oglądali na górze filmy na DVD. Przyszedł też Scott, tym razem bez dziewczyny. Był dziwnie wytrącony z równowagi, 
niespokojny, milczący. 

Ray przyglądał się  mężczyznom.  Roland Zucker, George Grinell, Scott Zucker.  Po wyeliminowaniu Kenta Schillinga 

jeden  z  nich  musiał  być  gwałcicielem.  Jeden  z  nich  skrzywdził  Jane.  Co  za  ironia,  pomogła  wsadzić  za  kratki  tylu 
przestępców,  a  nie  potrafiła  pomóc  sobie  samej.  Tak  bardzo  chciał  ją  chronić.  Chciał  zabrać  ją  stąd,  od  tych  ludzi,  z 
których  jeden tak bardzo ją zranił, i tulić  ją, pocieszać, sprawić, by  zapomniała o  krzywdzie. Chciał  wziąć  ja za rękę  i 
wyjść. 

Ale czekał i obserwował. 
- Nie mogę uwierzyć, że odważyłaś się zrobić coś takiego - powtarzała Hannah. - Przecież on miał nóż. 
- Daj spokój, mamo. Nie miałam wyboru. 
- Jesteśmy z ciebie tacy dumni. 
- To było głupie. 
- Nie powinnam była pozwolić ci wyjść z domu - powiedziała Gwen. - Nigdy sobie tego nie wybaczę. 
- Nie byłabyś w stanie mnie powstrzymać - odparła Jane. - No i nigdy nie znaleźliby Kirstin, gdyby nie to. 
Usiedli do stołu. Ray nie miał nic w ustach od czasu, gdy zjadł kilka ciastek u Lemke. Kiedy to było? O trzeciej czy 

czwartej nad ranem? Ale teraz tylko dłubał w swoim talerzu. 

Jane świetnie sobie radziła z całą tą sytuacją. Może wreszcie uświadomiła sobie, że ma rodzinę, której na niej zależy. 

Ray uznał, że to dobry początek. 

Po godzinie ich oczy spotkały się nad stołem. Już dość. 
Jane wstała. 
- No, moi kochani - powiedziała - muszę się trochę przespać. Ray też. A rano muszę wracać do Denver. 
Matka uściskała ją ze łzami w oczach. 
- Proszę, przyjedź do nas wkrótce. Nie odsuwaj się od nas, Jane. 
Gwen ścisnęła jej dłoń, Lottie objęła ją serdecznie. 
Roland powiedział, że była bardzo odważna i zachowała się wspaniale. A Scott pocałował ją w policzek. 
- Musisz znowu do nas przyjechać - powiedział. 
Ray rozumiał ich ulgę, ale zarazem bacznie obserwował ich reakcje. 
Zawiózł Jane do domu Gwen. 
- Wszystko w porządku? - spytał, zatrzymawszy się na podjeździe. 
- Tak. 
- Zamknij dobrze drzwi. 
- Ale wtedy Gwen i George nie będą mogli wejść. 
Ray tylko potrząsnął głową. 
- Zaprosiłabym cię do środka, ale... 
- Zasnąłbym. 
- W takim razie dobrej nocy. 
- Wesołych świąt. - Delikatnie pocałował ją w usta i pogładził po policzku. - Ciągle boli? 
- Już znacznie mniej. 
- Do zobaczenia jutro. 
- Ale nie za wcześnie. 
-  Nie,  do  licha.  -  Milczał  chwilę,  a  potem  w  końcu  ubrał  w  słowa  pomysł,  który  przez  cały  wieczór  chodził  mu  po 

głowie. - Mam dla ciebie prezent. 

- Prezent? - zdziwiła się. 
- Mam nadzieję, że go przyjmiesz. 
- Wiesz, że przyjmę wszystko, co zechcesz mi dać. 
- Zobaczymy. - To nie był prezent, jakiego mogłaby się spodziewać. - Jutro - dodał. 
- Jutro - powtórzyła głosem pełnym obietnic. 

Rozdział 22 

Kyle i Nicky obudzili jaw bożonarodzeniowy poranek. 
- Mama nam pozwoliła - wyjaśnił Kyle. - Rodzice wcześnie wychodzą do pracy. 
Oczywiście. Na stokach będzie dziś pełno ludzi i wszyscy będą chcieli od czasu do czasu coś zjeść. Rodzina Grinellów 

nie miała wolnego. 

Jane przeciągnęła się i skrzywiła. Bolał ją policzek. 
- Masz wielkiego siniaka - poinformował ją Nicky. 
- Dzięki - odparła. 
- Dzwonił ten facet. 
- Jaki facet? 

background image

 

92 

- Ten z FBI. Ray. 
- Już dzwonił? 
- Mama z nim rozmawiała. Powiedziała mu, że jeszcze śpisz. - Kyle podskakiwał na jednej nodze. - Chodź, będziemy 

otwierać prezenty. 

Świąteczny rytuał odbywał się w pośpiechu, George i Gwen musieli iść do pracy. 
- Dobrze się czujesz? - spytała Gwen. 
- Tak. Ale pewnie nie najlepiej wyglądam. 
- Wyglądasz świetnie - powiedział George, całując ja w policzek. 
Jane wstrzymała oddech i skuliła się w sobie. Czy kiedyś przestanie tak reagować? 
Później przyjechał Ray, który miał ją zabrać do Denver. Wyglądał jak nowo narodzony. Miał na sobie błękitną koszulę, 

która harmonizowała z barwą jego oczu, granatowy sweter i skórzaną kurtkę. 

- Cześć - powiedział. 
-  Cześć  -  odparła.  Była  zdenerwowana.  Nie  wiedziała,  jak  powinna  się  wobec  niego  zachowywać.  Sprawa  dobiegła 

końca i teraz będą musieli się rozstać. Czy jeszcze kiedykolwiek się spotkają? 

Ray  stanął  przy  niej,  nie  zwracając  uwagi  na  chłopców,  którzy  siedzieli  na  kanapie  wśród  otwartych  pudełek  i 

porozrzucanych wstążek, i pocałował jaw usta. 

- Wesołych świąt - wyszeptał. 
- Nie mam dla ciebie prezentu - powiedziała. 
- Nie miałaś czasu iść na świąteczne zakupy? 
- Powiedziałeś, że masz coś dla mnie, a ja... 
- Za chwilę. No dobra, chłopcy, przestańcie już chichotać. Czy cioci Jane nie należy się trochę prywatności? 
Pojechali do szpitala. Wyszło słońce, ale nad górami zaczynały gromadzić się chmury. Nadciągała kolejna zadymka. A 

Kevin Smith już nie odśnieży podjazdów swoich klientów. 

Odwiedzili Kirstin, która została w szpitalu na noc. Siedzieli przy niej rodzice. 
- Jak się czujesz, kochanie? - spytała Jane. 
-  Szczęśliwa...  że  to  już  minęło  -  odparła  dziewczynka.  -  Nie  mogłam  ci  podziękować  wczoraj,  a  bardzo  chciałam  to 

zrobić. 

- Och, Kirstin, nie masz za co mi dziękować. Byłaś taka odważna. To dzięki tobie udało nam się z tego wyjść. 
- Nie. - Kirstin potrząsnęła głową. - To dzięki tobie. 
- Więc przyjmijmy, że obie dobrze się spisałyśmy, co ty na to? Będziemy w kontakcie. Dam ci numer mojego ojca, na 

wypadek gdybyś kiedykolwiek chciała ze mną porozmawiać. 

Suzanne wyszła z nimi na korytarz i złapała Jane za rękę. 
- Dziękuję, dziękuję. Nigdy nie zdołam... - urwała. 
- To Kirstin była wspaniała. Sama nie byłabym w stanie tego zrobić. Masz cudowną córkę. 
Objęły się mocno. 
- Zadzwonię - powiedziała Suzanne łamiącym się głosem. - Za kilka dni. 
Jane  sądziła,  że  pojadą  autostradą  w  stronę  Denver,  ale  Ray  skręcił  w  Main  Street  i  zatrzymał  się  przed  Mountain 

House. Spojrzała na niego pytająco. 

- Obiecałem ci prezent - powiedział z nieprzeniknioną twarzą. 
- O co chodzi? 
- Cierpliwości, moja droga. 
Apartament  był  pusty,  agenci  FBI  rozjechali  się  do  Denver  i  Glenwood  Springs.  Wszelkie  ślady  po  operacji  zostały 

usunięte;  segregatory  z  aktami,  brudne  ubrania,  przepełnione  popielniczki.  Pokój  pachniał  jakimś  środkiem 
dezynfekującym. 

Ray przyniósł z samochodu jej przybornik. Otworzył go bez słowa i wyjął szkicownik i ołówki. Wzięła je, marszcząc 

brwi. 

- O co chodzi? - powtórzyła. 
- Chcę coś sprawdzić. 
- Co? 
- Zaufaj mi. - Położył dłoń na jej ramieniu, zaprowadził do kanapy i pchnął lekko, żeby usiadła. Usiadł naprzeciw niej w 

fotelu, z rękami na oparciach, nie spuszczając z niej wzroku. 

- Co mam narysować? - spytała. 
- Jeszcze nic. Na razie będziemy rozmawiać. 
- O czym? 
- O tym, co cię spotkało siedemnaście lat temu. 
- Co jest z tobą nie tak? - Jane była całkowicie zaskoczona. Prezent? O czym on mówi? 
- Nic. Ale chciałbym naprawić to, co z tobą jest nie tak. Tamtej nocy... 
- Nie chcę rozmawiać o tamtej nocy - upuściła szkicownik na podłogę. 
- Więc zrób to dla mnie, Jane. 
- Ray, możemy już iść? To jakiś absurd. 

background image

 

93 

- Tamtej nocy, w twoim namiocie. Opowiedz mi o tym - mówił łagodnie, ale bardzo zdecydowanie. 
Zasłoniła oczy ręką. 
- Jane. 
- Boże, jesteś okrutny. 
- To tylko twój mechanizm obronny. Przejdźmy do rzeczy. Ta noc Opowiedz mi o niej. Na pewno potrafisz. 
Poczuła, że serce zaczyna jej bić szybciej. 
- Nie chcę - powiedziała cicho. 
- Musisz. 
Odetchnęła głęboko. 
- Już ci o niej opowiedziałam. 
- Opowiedz mi jeszcze raz. Dokładnie. - Jego głos, miękki i niski, działał na nią dziwnie uspokajająco. 
To szaleństwo, pomyślała. Próbuje zastosować jej technikę. To nie może się udać. 
- Ray, nie chcę tego robić. 
Spojrzał na nią poważnie. 
- Zamknij oczy i wróć tam. Czy było ciemno? 
Niechętnie zamknęła oczy. 
- Tak, było bardzo ciemno. Była noc. 
- Gdzie byłaś? 
- Wtedy, kiedy to się stało? W moim namiocie. Przecież już ci o tym opowiadałam. Byłam taka dumna, że mam własny 

namiot. Właściwie nie miałam ochoty jechać na tę wycieczkę. Chciałam zostać w mieście i spotkać się z przyjaciółmi, ale 
mama mnie zmusiła. 

- Mów dalej. 
Otworzyła oczy. 
- To upokarzające. 
- Zamknij oczy. Myśl. Co jadłaś tego dnia na kolację? 
Kazał jej  wrócić do przeszłości. Nie chciała tego. Wstała i zaczęła  krążyć po pokoju  jak Kevin Smith. Krzyknęła na 

Raya, ale nie zrobiło to na nim wrażenia. Potem zasłoniła twarz rękami i zaczęła płakać. Objął ją, pogłaskał po głowie i 
podał chusteczkę. 

- Czy to była ciepła noc? - spytał. 
- Zimna. Było zimno. Wrzesień. Ale miałam puchowy śpiwór. 
- Spałaś, kiedy wszedł do namiotu? 
To było takie trudne. Właściwie niemożliwe. Dlaczego wydaje mu się, że zdoła wyciągnąć coś z jej pamięci? 
- Tak - powiedziała w końcu. - Spałam. On mnie obudził. 
- Poznałaś jego głos? 
- Nie. Mówił szeptem. Chyba. Ale możliwe, że nic nie mówił. 
- Ile było światła? Świecił księżyc? Płonął ogień na ognisku? 
-  Nie.  Tak.  Nie  wiem.  Księżyc,  tak...  Chyba.  Było  trochę  światła.  I  ognisko,  wielki  ogień...  Wcześniej  piekliśmy 

kiełbaski. 

- Ogień ciągle się palił? 
Myślała nad tym przez chwilę, marszcząc brwi. 
- Nie wiem. Spałam. Ale... Pamiętam głosy. Ktoś się śmiał. Więc tam ciągle musieli być ludzie. Wokół ogniska. 
- W porządku. Dojdziemy do tego. 
- Naprawdę? - spytała, gotowa znowu wybuchnąć płaczem. 
- Zróbmy kolejny krok. Co się stało w namiocie? 
- Nie widziałam jego twarzy. Nie widziałam. 
- Może. 
Prowadził ją, czasami zmieniając temat. 
- Smith został postawiony w stan oskarżenia wczoraj po południu. Poprosił o adwokata z urzędu. 
- Będę musiała zeznawać, prawda? 
- Tak. 
W końcu Jane podniosła szkicownik z podłogi i wyjęła ołówek. Ten znajomy kształt w ręce uspokajał ją. 
Ray usiadł naprzeciw niej. 
- Do namiotu wpadało trochę światła. Niewiele. Znałaś tego człowieka. Musiałaś go znać. Właśnie dlatego wyrzuciłaś 

jego twarz z pamięci. 

- Zawsze mi się wydawało, że był młody - powiedziała. - Ale wtedy wszyscy ci mężczyźni byli młodsi. Kent... Nigdy 

nie wierzyłam, że to Kent. Ale nie byłam pewna. Nadal nie jestem. - Narysowała na kartce wygiętą linię. I jeszcze jedną. 
Zagryzła dolną wargę, ręka przestała jej drżeć. 

- Dobrze. Coś z tego będzie. 
Jej  ręka  rysowała,  jakby  nie  miała  na  nią  żadnego  wpływu.  Przerwała  na  moment,  czując,  że  ogarnia  ją  panika.  Z 

pamięci  wyłaniały  się  strzępy  wspomnień:  usta,  ucho,  włosy,  szorstkie  wąsy,  zapach,  który...  Ale  Ray  był  tuż  obok, 

background image

 

94 

obejmował ją, dodawał jej otuchy. Po chwili ręka znowu zaczęła rysować. 

Na  kartce  papieru  powoli  pojawiała  się  twarz.  Oczy,  nos,  usta,  podbródek,  czoło.  Kości  policzkowe.  Nie  widziała 

całości, z pamięci wyłaniały się tylko oderwane od siebie fragmenty. 

W  końcu,  wyczerpana,  wypuściła  z  ręki  ołówek.  Odrzuciła  głowę  do  tyłu  i  zamknęła  oczy.  Szkicownik  opadł  na  jej 

kolana. 

Ray wziął go do ręki. 
- Chryste - usłyszała. 
Otworzyła oczy i zobaczyła, że Ray wpatruje się w portret. Odwrócił go tak, żeby mogła go zobaczyć. Teraz wreszcie 

widziała tę twarz. Twarz której nie można było pomylić z żadną inną. Twarz Scotta Zuckera. 

- O Boże - jęknęła. 
- Udało ci się - powiedział Ray. 
Jane znowu wybuchnęła płaczem. Ile łez wylała w ciągu ostatnich dwóch dni? Wszystkie nagromadzone od wielu lat. 

Ray objął ją i tulił do siebie dopóki się nie uspokoiła. 

- Przepraszam - powiedziała w końcu. - Nigdy w życiu tyle nie płakałam. Jestem beznadziejna. 
- Nie jesteś. - Uśmiechnął się do niej. 
Siedzieli przez chwilę w milczeniu. Jane próbowała zebrać myśli. Co się teraz stanie? Czy będzie inną osobą? Czy w 

końcu rozkwitnie? Czy zostanie taka sama, tylko będzie wiedzieć o sobie trochę więcej? A on? Jej przyrodni brat? Mój 
Boże, Scott. 

Zamrugała i spojrzała na Raya. 
- Co powinnam zrobić? 
- Też o tym myślałem. Już nie możesz go oskarżyć. Minęło zbyt wiele czasu i sprawa uległa przedawnieniu. 
- I nikt by mi nie uwierzył. 
- Chętnie bym mu rozkwasił mordę. 
- Ray. 
- Mówię poważnie. 
- Cóż, nie zrobisz tego. Ale nie mogę mu tego odpuścić, prawda? 
- Tak. 
- Muszę... 
- Na razie nic nie musisz robić. Zaczekaj. Zastanowimy się nad tym. 
- To nie może mu ujść na sucho. 
- Dzielna dziewczynka. 
- Tyle lat... A on pewnie myślał o tym, ilekroć mnie widział. - Jane patrzyła przed siebie, zatopiona we wspomnieniach. 

- Nigdy go nie lubiłam. Może właśnie dlatego? 

- Może. 
Sięgnęła po portret i przyglądała mu się przez chwilę. 
- Był taki młody. 
- Nie aż tak. 
- Powinnam go znienawidzić - powiedziała, ale nie umiała wzbudzić w sobie nienawiści. Nie w tej chwili. 
- Nie byłoby w tym nic złego. 
- Muszę pomyśleć. Na razie nie wiem, co z tym zrobić. 
- Jak już powiedziałem, zastanowimy się nad tym. 
- My? 
- Tak, tak właśnie powiedziałem. 
- Ray? 
- Będę przy tobie, cokolwiek postanowisz. 
Patrzyła na niego; jego twarz była taka znajoma. Widział ją w najgorszych chwilach i w najlepszych. Pomógł jej, a ona 

jemu. Ale ciągle me wiedziała, jak nazwać to, co ich łączy. 

Ukryła twarz na jego piersi, wciągając w nozdrza jego zapach. 
- A więc - rzekł z udawaną swobodą - jakie masz teraz plany? 
- Plany? 
- Wracasz do Denver, tak? 
- Oczywiście. 
- A ta praca w Quantico, którą ci zaproponowano? 
- Co? 
- Mówiłaś... 
- Wiem, co mówiłam. 
- No i? 
- Dlaczego o to pytasz? 
- Bo mnie właściwie jest wszystko jedno, dokąd pojadę. 
- Co? - Jane uniosła głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. 

background image

 

95 

- Beze mnie nie pojedziesz. 
- Chcesz powiedzieć... że powinniśmy być razem? - spytała. 
- Co w tym złego? 
- Nic, ale... 
- Myślę, że powinniśmy  zamieszkać razem. Potem się pobrać, może sprawić sobie parę  dzieciaków.  Być razem przez 

długi, długi czas. Na zawsze. 

- Na zawsze to bardzo długo - powiedziała uszczęśliwiona. 
- Ale nie dość długo - odparł.