background image

 
 
 
 

ROALD DAHL 

 
 
 
 

AUTOSTOPOWICZ 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  
 
 
 
 

 

 
 

FAKTY I MITY 12/1988 

background image

 

Miałem nowy samochód. Była to fascynująca zabawka, wielki BMW 3.3 Li, co oznacza 

pojemność 3,3 litra, szerokoosiowy, z silnikiem wtryskowym. Rozwija! prędkość 129 mil na 
godzinę i miał wspaniale przyśpieszenie. Karoseria była jasnobłękitna. Siedzenia w ciemniej-
szym niebieskim kolorze i z miękkiej skóry, prawdziwej miękkiej skóry najwyższej jakości. 
Okna  otwierało  się  i  zamykało  elektrycznie,  tak  samo  jak  odsuwany  dach.  Antena  radiowa 
wysuwała się, kiedy włączałem odbiornik, i chowała, kiedy go gasiłem. Przy małych prędko-
ściach potężna maszyna  powarkiwała i  burczała  zniecierpliwiona, ale przy  szybkości  sześć-
dziesięciu mil na godzinę przestawała burczeć i silnik zaczynał mruczeć z zadowolenia. 

Jechałem do Londynu sam. Był ładny czerwcowy dzień. Na polach trwały sianokosy, a 

po  obu  stronach  szosy  rosły  jaskry.  Z  szybkością  siedemdziesięciu  mil  na  godzinę  sunąłem 
niemal bezszelestnie, usadowiony wygodnie w fotelu, utrzymując kierownicę w równowadze 
zaledwie  dwoma  palcami.  Wtem  ujrzałem  przed  sobą  człowieka,  który  podniesionym  kciu-
kiem dawał znak, że chce, by go podwieźć. Nacisnąłem nogą na hamulec i zatrzymałem się 
przy nieznajomym. Zawsze zabieram autostopowiczów. Dobrze wiem, co to znaczy stać przy 
bocznej prowincjonalnej drodze i patrzeć na przejeżdżające samochody. Nienawidziłem kie-
rowców udających, że mnie nie widzą, a zwłaszcza tych w dużych samochodach z trzema wo-
lnymi siedzeniami. Wielkie drogie samochody bardzo rzadko się zatrzymywały. Jeżeli czło-
wieka podwożono, to zawsze tymi mniejszymi, albo starymi zardzewiałymi, albo już nabity-
mi do pełna dzieciskami, a ich kierowcy mawiali: „Jedna osoba jeszcze się chyba wciśnie”. 

Mój autostopowicz wsadził głowę w otwarte okno i spytał: 
— Jedzie pan do Londynu, szefie? 
— Tak — odparłem. — Wskakuj pan. 
Wsiadł i pojechałem. 
Był to drobny niski osobnik ze szczurowatą fizjonomią i szarym uzębieniem. Oczy miał 

ciemne, bystre i przebiegłe jak u szczura, a koniuszki uszu lekko szpiczaste. Na głowie nosił 
sukienną  czapkę  i  odziany  był  w  szarawą  marynarkę  z  olbrzymimi  kieszeniami.  Właśnie  ta 
szara marynarka, w połączeniu z jego bystrymi oczkami i szpiczastymi uszami, sprawiała, iż z 
wyglądu kojarzył mi się z dużym człekokształtnym szczurem. 

— A do jakiej części Londynu pan jedzie? — zagadnąłem. 
— Przejeżdżam przez cały Londyn i wypadam z drugiej jego strony — odrzekł. — Jadę 

do Epsom, na wyścigi. Dziś gonitwa. Derby. 

— Właśnie — powiedziałem. — Szkoda, że nie jadę z panem. Kocham obstawiać ko-

nie. 

—  Ja  tam  nigdy  nie  obstawiam  koni  —  odparł.  —  Nawet  nie  patrzę,  jak  biegną.  To 

kretyństwo i głupota. 

— To po co pan tam jedzie? — spytałem. 
Nie  spodobało  mu  się  to  pytanie.  Jego  mała  szczurza  twarz  straciła  wszelki  wyraz  i 

tylko siedział bez słowa, wpatrując się w szosę. 

— Pewnie pomaga pan w obsłudze maszyn rejestrujących stawki lub przy czymś takim 

— odezwałem się. 

— To jeszcze większa głupota — odparł. — Żadna przyjemność obsługiwać te parszy-

we maszyny i sprzedawać zakłady frajerom. To potrafi każdy dureń. 

Zamilkliśmy na dłużej. Postanowiłem, że nie spytam go już o nic więcej. Pamiętam, jak 

w czasach, kiedy  sam  podróżowałem autostopem,  denerwowali mnie kierowcy zadający mi 
pytania. Dokąd jedziesz? Po co tam jedziesz? Czym się zajmujesz? Jesteś żonaty? Masz dzie-
wczynę? Jak ma na imię? Ile masz lat? I tak dalej, i tym podobne. Nie cierpiałem tego. 

— Przepraszam — odezwałem się. — To nie mój interes, czym się pan zajmuje. Rzecz 

w tym, że jestem pisarzem, a pisarze to przeważnie strasznie wścibscy ludzie. 

— Pisze pan książki? — spytał. 

background image

— Tak. 
— Pisanie książek jest w porządku — rzekł. — Ja to nazywam  wysoko kwalifikowa-

nym zajęciem. Ja też mam wysoko kwalifikowany zawód. Gardzę ludźmi, którzy całe życie 
wykonują lichą szablonową pracę, nie wymagającą żadnych umiejętności. Wie pan, o czym 
mówię? 

— Tak. 
— Tajemnica życia polega na tym, by stać się bardzo, bardzo dobrym w czymś, co jest 

bardzo, bardzo trudne — oświadczył. 

— Tak jak pan. 
— Właśnie. Tak jak pan i ja. 
— A na jakiej podstawie sądzi pan, że jestem dobry w tym, czym się zajmuję? — spyta-

łem. — Wszędzie pełno jest marnych pisarzy. 

— Gdyby nie był pan dobry, nie jeździłby pan takim wozem — odparł. — Ta maszynka 

na pewno kosztowała niewąsko. 

— Nie była tania. 
— Ile wyciąga? — spytał. 
— Sto dwadzieścia dziewięć mil na godzinę — oznajmiłem. 
— Założę się, że nie aż tyle. 
— Założę się, że tyle. 
—  Wszyscy  producenci  samochodów  kłamią  —  powiedział.  —  Żebyś  kupił  pan  nie 

wiem jaki wóz, to nigdy nie osiągnie tego, co twierdzą o nim w reklamach producenci. 

— Ten osiągnie. 
— No, to dodaj pan gazu i udowodnij — rzekł. — No, dodaj pan gazu, szefie, i przeko-

najmy się, co ten wózek potrafi. 

W Chalfont St. Peter jest rondo, a tuż za nim długi prosty odcinek dwupasmowej auto-

strady. Wjechaliśmy na nią z ronda i wcisnąłem nogą pedał przyśpieszenia. Wielki samochód 
wyrwał naprzód jak użądlony. Po jakichś dziesięciu sekundach osiągnęliśmy prędkość dzie-
więćdziesięciu mil na godzinę. 

— Pięknie! — zawołał. — Wspaniale! Tylko tak dalej! 
Wcisnąłem pedał gazu do deski i nie popuszczałem. 
—  Sto!...  —  wykrzyknął.  —  Sto  pięć!...  Sto  dziesięć!...  Sto  piętnaście!...  Dalej!  Nie 

zwalniaj pan! 

Jechałem  po  zewnętrznym  pasie  i  jak  błyskawica  minąłem  kilka  samochodów,  które 

zdawały się stać w miejscu — zielonego mini, dużego kremowego citroena, białego landro-
vera, wielką ciężarówkę z kontenerem z tyłu, pomarańczowy mikrobus volkswagena... 

—  Sto  dwadzieścia!  —  zawołał  mój  pasażer,  skacząc  na  siedzeniu.  —  Dalej!  Dalej! 

Niech dociągnie do stu dwudziestu dziewięciu! 

I wówczas usłyszałem ryk syreny policyjnej. Wyła tak głośno, jakbym miał ją w swoim 

samochodzie,  a  potem  przy  nas,  na  wewnętrznym  pasie  autostrady,  pojawił  się  policjant, 
wyprzedził nas i podniósł rękę, nakazując bym się zatrzymał. 

— Na mą świętą ciotkę! —jęknąłem. — No, to po zabawie! 
Policjant  z  pewnością  wyprzedził  nas  z  prędkością  stu  trzydziestu  mil  na  godzinę  i 

minęło sporo czasu, zanim zwolnił. W końcu zjechał na pobocze, a ja zatrzymałem się za nim. 

— Nie wiedziałem, że policja ma tak szybkie motocykle — odezwałem się niepewnie. 
— Ten taki jest — odparł mój pasażer. — Jest tej samej marki co pański wóz. To BMW 

R908. Najszybszy motocykl, jaki jeździ na drogach. Obecnie takich właśnie używają. 

Policjant zsiadł z motoru i przechylił go na bok, opierając na nóżce. Potem zdjął ręka-

wice i ułożył je starannie na siedzeniu. Już się nie spieszył. Miał nas w ręku i wiedział o tym. 

— Naprawdę wpadłem — powiedziałem. — Nie podoba mi się to ani trochę. 
— Niech pan mówi mu tylko to, co musi, rozumie pan — poradził mi mój towarzysz. 

background image

— Niech pan nie pęka i siedzi cicho. 

Jak  kat  zbliżający  się  do  skazańca,  policjant  podszedł  do  nas  wolnym  krokiem.  Był 

potężnym otyłym mężczyzną z ogromnym brzuchem, a granatowe spodnie opinały mu ciasno 
olbrzymie  uda.  Podniósł  gogle  na  kask,  odsłaniając  złośliwą  czerwoną  gębę  z  szerokimi 
polikami, ziejącą tłumioną złością. 

Siedzieliśmy w samochodzie jak zmieszani uczniacy, czekając, aż podejdzie. 
— Uważaj pan na niego — szepnął mój pasażer. — Wygląda mi na strasznego podleca. 
Policjant  zbliżył  się  do  otwartego  okna  po  mojej  stronie  i  położył  tłustą  łapę  na  jego 

krawędzi. 

— A dokąd to tak się śpieszy? — spytał. 
— Wcale się nie śpieszy, proszę pana — odparłem. 
— A może pan wiezie na tylnym siedzeniu rodzącą i pędzi pan z nią do szpitala? Czy 

tak? 

— Nie, proszę pana. 
— No, to może pali się pański dom i gna pan, żeby uratować rodzinę, która jest na pię-

trze? — spytał głosem złowieszczo cichym i szyderczym. 

— Nie, proszę pana, mój dom się nie pali. 
— W takim razie paskudnie pan wpadł, co? Wie pan, z jaką dopuszczalną prędkością 

wolno jeździć w tym kraju? 

— Siedemdziesiąt mil — odparłem. 
— A czy zdradzi mi pan z łaski swojej, z jaką dokładnie prędkością jechał pan przed 

chwilą? 

Wzruszyłem ramionami i nie odpowiedziałem. 
Następne zdanie wypowiedział tak podniesionym głosem, że aż podskoczyłem. 
— Sto dwadzieścia mil na godzinę! — ryknął. — O pięćdziesiąt mil szybciej, niż wo-

lno! 

Odwrócił głowę i splunął obfitą śliną. Wylądowała na błotniku mojego samochodu i za-

częła spływać po pięknym błękitnym lakierze karoserii. Obrócił się z powrotem i prześwidro-
wał wzrokiem mojego pasażera. 

— A ty coś za jeden? — spytał ostrym tonem. 
— To autostopowicz — wyjaśniłem. — Podwożę go. 
— Pytałem nie pana — odparł. — Pytałem jego. 
— Czy ja coś zrobiłem? — spytał mój pasażer. Głos miał miękki i gładki jak brylanty-

na. 

—  Najprawdopodobniej  —  odrzekł  policjant.  —  W  każdym  razie  jesteś  świadkiem. 

Tobą zajmę się za chwilę. Prawo jazdy — warknął do mnie, wyciągając rękę. 

Podałem mu prawo jazdy. 
Rozpiął kieszeń na piersi z lewej strony bluzy i wyjął budzący lęk bloczek z mandatami. 

Starannie przepisał nazwisko i adres z mojego prawa jazdy, po czym zwrócił mi je. Przeszedł 
przed samochód, odczytał numer z tablicy rejestracyjnej i również go zapisał. Wstawił datę, 
godzinę i opisał szczegółowo moje wykroczenie. A potem wyrwał oryginał mandatu. Ale za-
nim mi go wręczył, sprawdził, czy wszystkie dane odbiły się wyraźnie przez kalkę. Wreszcie 
schował bloczek do kieszeni na piersi i zapiął guzik. 

—  A  teraz  twoja  kolej  —  powiedział  do  mojego  pasażera  i  obszedł  samochód, 

zatrzymując się po jego przeciwnej stronie. Z drugiej kieszeni wydobył mały czarny notes. — 
Nazwisko? — warknął. 

— Michael Fisch — odparł mój pasażer. 
— Adres? 
— Luton, Windsor Lane czternaście... 
— Okaż jakiś dokument na dowód, że to twoje prawdziwe nazwisko i adres — powie-

background image

dział policjant. 

Mój pasażer sięgnął do kieszeni i wydobył prawo jazdy. Policjant sprawdził nazwisko, 

adres i oddał mu dokument. 

— Czym się zajmujesz? — spytał ostrym tonem. 
— Jestem koźlarzem. 
— Czym?! 
— Koźlarzem. 
— A jak to się pisze? 
— K-o-ź-l... 
— Wystarczy. A wolno spytać, czym się zajmuje ten koźlarz? 
— Koźlarz, panie władzo, to ten, kto wnosi po drabinie cement i cegły dla murarza. A 

koza to to, na czym je nosi. Taka deska z podpórkami i uchwytami... 

— Dobra, dobra. U kogo pracujesz? 
— U nikogo. Nie pracuję. 
Policjant  zapisał  to  wszystko  w  czarnym  notesie.  Potem  schował  notes  do  kieszeni  i 

zapiął guzik. 

— Kiedy wrócę na posterunek, wywiem  się coś ty za jeden  — zapowiedział mojemu 

pasażerowi. 

— Ja? A co ja takiego zrobiłem? — spytał mężczyzna o szczurzej twarzy. 
— Nic, po prostu  nie podoba mi się twoja  gęba  — odparł policjant.  —  A w naszych 

aktach możemy mieć gdzieś przypadkiem twoje zdjęcie. 

Okrążył samochód i powrócił do mojego okna. 
—  Chyba  zdaje  pan  sobie  sprawę,  że  napytał  pan  sobie  poważnych  kłopotów  — 

powiedział do mnie. 

— Tak, proszę pana. 
— Kiedy pana załatwimy, bardzo długo nie wsiądzie pan do tego luksusowego wózka. 

A  właściwie,  to  nie  wsiądzie  pan  za  kółko  żadnego  samochodu  przez  kilka  lat.  I  bardzo 
dobrze. Mam nadzieję, że zamkną pana na jakiś czas w przechowalni. 

— To znaczy, w więzieniu? — spytałem zatrwożony. 
— Jak najbardziej — odparł, cmokając wargami. — W mamrze. Za kratkami. Wraz z 

wszystkimi innymi przestępcami, którzy łamią prawo. A na dodatek zapłaci pan wysoką grzy-
wnę. Nikt  się nie ucieszy z tego bardziej niż ja. Do zobaczenia w sądzie, obaj.  Dostaniecie 
wezwania. 

Odwrócił się i odszedł do motocykla. Stopą z trzaskiem podniósł podpórkę i przerzucił 

nogę przez siodełko. A  potem nadepnął  rozrusznik  i  z rykiem odjechał  autostradą, znikając 
nam z oczu. 

— Uch! — westchnąłem. — Fatalnie! 
— Złapał nas — przyznał mój pasażer. — Złapał nas na fest. 
— To znaczy, złapał mnie. 
— Owszem. I co pan teraz zrobi, szefie? 
— Jadę prosto do Londynu i porozmawiam z moim adwokatem — odparłem. Urucho-

miłem wóz i pojechaliśmy. 

— Nie wierz mu pan, że wsadzą pana za to do więzienia — pocieszył mnie mój pasażer. 

— Nikogo nie pakują do mamra tylko za szybką jazdę. 

— Jest pan pewien? — spytałem. 
— Całkowicie — odparł. — Mogą panu co najwyżej zabrać prawo jazdy i wlepić dużą 

grzywnę, ale nic poza tym. 

Ogromnie mi ulżyło. 
— A tak przy okazji, dlaczego pan go okłamał? — spytałem spokojnie. 
— Kto, ja? — zdziwił się. — Dlaczego pan tak sądzi? 

background image

— Powiedział mu  pan, że jest pan bezrobotnym koźlarzem.  Ale mnie pan wyznał,  że 

pracuje w wysoko kwalifikowanym zawodzie. 

— Bo tak jest — odparł. — Ale glinie nie opłaca się mówić wszystkiego. 
— A więc czym się pan zajmuje? — spytałem. 
— Och — odparł szelmowsko. — Chciałby pan wiedzieć, co? 
— Pan się tego wstydzi? 
— Wstydzi?  — zawołał.  — Ja miałbym  się wstydzić swojej  pracy? Jestem  z niej du-

mny, jak chyba nikt na świecie! 

— Więc dlaczego mi pan nie odpowie? 
— Wy, pisarze, jesteście bardzo wścibscy  — rzekł. — I, jak sądzę, nie spocznie pan, 

dopóki nie uzyska pełnej odpowiedzi. 

— Właściwie, tak czy siak, wcale mi na tym nie zależy — skłamałem. 
Posłał mi przebiegłe szczurowate spojrzonko kącikami oczu. 
— Myślę, że jednak zależy — oświadczył. — Po pańskiej minie widzę, że uważa pan 

mój zawód za bardzo niezwykły i aż pali się pan, żeby poznać prawdę. 

Nie spodobało mi się, że tak dobrze czyta w moich myślach. Nie odpowiedziałem mu 

więc i wpatrzyłem się w drogę przed sobą. 

— Słusznie się pan domyśla — ciągnął. — Rzeczywiście mam niezwykły fach. Mam 

najosobliwszy i najbardziej niezwykły fach ze wszystkich. 

Czekałem na dalszy ciąg. 
— Dlatego właśnie muszę bardzo się pilnować, z kim rozmawiam, rozumie pan. Skąd 

mogę, na przykład, wiedzieć, że i pan nie jest gliną w cywilu? 

— Czy ja wyglądam na glinę? 
— Nie — odparł. — Nie wygląda pan. I nie jest pan gliną. Każdy dureń by poznał, że 

nie. 

Wyjął  z  kieszeni  metalowe  pudełko  z  tytoniem,  paczuszkę  bibułek  i  zaczął  skręcać 

papierosa. Obserwowałem go kątem oka — czynność tę, dość przecież trudną, wykonał z nie-
wiarygodną szybkością. Papieros by skręcony i gotowy do zapalenia po jakichś pięciu sekun-
dach.  Nieznajomy  przesunął  językiem  po  krawędzi  bibułki,  zlepił  ją  i  włożył  skręta  do  ust. 
Potem  —  nie  wiem  skąd  —  w  jego  ręku  pojawiła  się  zapalniczka  i  zapłonęła.  Gdy  zapalił 
papierosa, zapalniczka błyskawicznie znikła. Był to absolutnie nadzwyczajny wyczyn. 

— Nie widziałem jeszcze, żeby ktoś tak szybko skręcił papierosa — powiedziałem. 
— O! — rzekł, zaciągając się głęboko dymem. — A więc zauważył pan. 
— Pewnie, że zauważyłem. To było fantastyczne. 
Rozsiadł  się  wygodnie  i  uśmiechnął.  Był  ogromnie  zadowolony,  że  spostrzegłem,  jak 

szybko potrafi zrobić skręta. 

— Chce pan wiedzieć, jak mogłem to zrobić? — zapytał. 
— Niech pan powie. 
—  To  dlatego,  że  mam  fenomenalne  palce.  Te  palce  —  rzekł,  wznosząc  przed  sobą 

wysoko obie ręce — są szybkie i zręczniejsze od palców najlepszego pianisty na świecie! 

— Pan jest pianistą? 
— Coś pan! — żachnął się. — Czy ja wyglądam na pianistę? 
Spojrzałem na jego palce. Miały tak piękny kształt, były tak szczupłe, długie i wytwo-

rne,  że  zupełnie  nie  pasowały  do  reszty  jego  postaci.  Przypominały  raczej  palce  chirurga 
operującego mózgi albo palce zegarmistrza. 

—  Mój  fach  jest  stokroć  trudniejszy  niż  gra  na  fortepianie  —  mówił  dalej.  —  Na 

fortepianie może się nauczyć grać byle kto. Prawie w każdym domu, do którego się zajdzie, 
jakieś bachorki uczą się grać na pianinie. Mam rację? 

— Mniej więcej — odparłem. 
— Jasne, że tak. Ale nikt na dziesięć milionów nie nauczy się tego, co robię ja. Nikt na 

background image

dziesięć milionów! I co pan na to? 

— Zdumiewające — odparłem. 
— Jasne, że zdumiewające — powiedział. 
— Chyba wiem, czym się pan zajmuje — oznajmiłem. — Robi pan sztuczki. Jest pan 

magikiem. 

— Ja? — odparł z pogardliwym parsknięciem. — Magikiem? Wyobraża pan sobie, że 

łażę po jakichś nędznych kinderbalach i wyciągam króliki z cylindrów? 

— W takim razie jest pan pewnie zawodowym karciarzem. Wciąga pan ludzi do gry i 

daje pan sobie wspaniałe karty. 

— Ja? Parszywym szulerem?! — wykrzyknął. — Nie ma bardziej podłego kantu! 
— Dobrze. Poddaję się. 
Prowadziłem samochód wolno, najwyżej z prędkością czterdziestu mil, aby mieć całko-

witą pewność, że już nikt więcej mnie nie zatrzyma. Wjechaliśmy na główną drogę z Oksfor-
du do Londynu i pędziliśmy z górki w stronę Denham. 

Nagle we wzniesionej ręce mojego pasażera pojawił się czarny skórzany pasek. 
— Widział pan kiedyś taki? — spytał. 
Pasek miał mosiężną sprzączkę niezwykłego kształtu. 
— Hej! — zawołałem. — To mój pasek, prawda? To mój pasek! Skąd pan go ma? 
Uśmiechnął się i lekko zakołysał paskiem na boki. 
— A jak pan myśli, skąd? — odparł. — Z pańskich spodni, oczywiście. 
Sięgnąłem ręką w dół do paska. Nie było go tam. 
— Czy to znaczy, że zdjął mi go pan w czasie jazdy? — spytałem zdumiony. 
Skinął głową, nie spuszczając ze mnie małych czarnych szczurzych oczu. 
— Niemożliwe — powiedziałem. — Musiałby pan przecież rozpiąć sprzączkę i wysu-

nąć cały pasek aż do końca, przeciągając go przez wszystkie szlufki. Na pewno bym to spo-
strzegł. A jeżeli nie spostrzegł, to poczuł. 

— No, ale nic pan nie poczuł, prawda? — spytał z triumfem. Upuścił pasek na kolana, a 

w jego palcach pojawiło się znienacka brązowe sznurowadło. — To co w takim razie powie 
pan na to? — zapytał. 

— A co mam powiedzieć? 
— Czy komuś tutaj nie brakuje przypadkiem sznurowadła? — spytał, uśmiechając się 

szeroko. 

Spojrzałem na swoje buty. W jednym z nich brakowało sznurowadła. 
— Wielki Boże! — zawołałem. —Jak pan to zrobił? Nie widziałem, żeby pan się schy-

lał. 

— W ogóle nic pan nie widział  — rzekł z dumą. — Nie zobaczył pan najmniejszego 

ruchu. A wie pan dlaczego? 

— Tak — odparłem. — Bo ma pan fantastyczne palce. 
— Właśnie! — zawołał. — Pojął pan to w lot. — Rozparł się na siedzeniu i zaciągnął 

ręcznie  zrobionym  papierosem,  wydmuchując  cienki  strumień  dymu  na  przednią  szybę. 
Dobrze wiedział, że te dwie jego sztuczki wywarły na mnie duże wrażenie, i ogromnie go to 
ucieszyło. — Nie chcę się spóźnić — powiedział. — Która godzina? 

— Zegar jest na wprost pana — odparłem. 
— Nie ufam zegarom samochodowym — rzekł. — Którą wskazuje pański zegarek? 
Odsunąłem mankiet, żeby spojrzeć na zegarek. Nie było go na przegubie. Spojrzałem na 

mojego pasażera. Uśmiechając się szeroko, odpowiedział mi spojrzeniem. 

— Zegarek też pan wziął? — powiedziałem. 
Wyciągnął rękę i na jego dłoni ujrzałem swój zegarek. 
—  Piękna  sztuka  —  pochwalił.  —  Najwyższej  jakości.  Osiemnastokaratowe  złoto. 

Łatwo to opylić. Z upłynnieniem towarów dobrej jakości nie ma najmniejszych kłopotów. 

background image

— Jeżeli pan pozwoli, to chciałbym go odzyskać — odparłem z pewną urazą. 
Starannie ułożył zegarek na obitej skórą półeczce przed sobą. 
— Panu nie ściągnąłbym niczego, szefie — zapewnił. — Jesteśmy kolegami. Pan mnie 

podwiózł. 

— Bardzo się cieszę — powiedziałem. 
— Ja tylko odpowiadam na pańskie pytania — dodał. — Spytał mnie pan, w jaki spo-

sób zarabiam na życie, więc panu pokazuję. 

— Jakie jeszcze moje rzeczy pan ma? 
Znowu się uśmiechnął i zaczął wyjmować z kieszeni marynarki jedną po drugiej rzeczy 

będące moją  własnością: prawo jazdy, kółko  z czterema kluczami, kilka  banknotów, trochę 
monet,  list  od  mojego  wydawcy,  terminarzyk,  stary  krótki  ołówek,  zapalniczkę  i  —  na 
samym,  końcu  — piękny, stary  antyczny pierścionek z szafirem  i  perłami, który należał  do 
mojej żony. Pierścionek ten wiozłem do jubilera w Londynie, ponieważ zgubiła się któraś z 
pereł. 

— Oto jeszcze jedna naprawdę piękna sztuka  — powiedział, obracając pierścionek  w 

palcach. — Jeżeli się nie mylę, osiemnasty wiek, z okresu panowania króla Jerzego Trzecie-
go. 

— Ma pan rację — przyznałem, zdumiony. — Całkowitą. 
Odłożył pierścionek na obitą skórą półkę, między inne przedmioty. 
— A więc jest pan kieszonkowcem — powiedziałem. 
—  Nie  lubię  tego  słowa  —  odrzekł.  —  Jest  pospolite  i  trywialne.  Kieszonkowcy  to 

pospolici, trywialni ludzie, którzy zajmują się łatwą amatorską drobną robotą. Wyciągają pie-
niądze niewidomym staruszkom. 

— A jak w takim razie pan siebie nazywa? 
—  Ja?  Jestem  palcmistrzem.  Jestem  zawodowym  palcmistrzem.  —  Wypowiedział  te 

słowa uroczyście i z dumą, jakby oznajmiał, iż jest przewodniczącym Królewskiej Akademii 
Medycznej bądź arcybiskupem Canterbury. 

— Pierwszy raz słyszę to słowo — powiedziałem. — Wymyślił je pan. 
— Naturalnie, że nie wymyśliłem — odparł. — Miano to noszą wszyscy, którzy osiąga-

ją najwyższe kwalifikacje zawodowe. Słyszał pan chyba o fachmistrzach i baletmistrzach, na 
przykład.  To  fachowcy  od  baletu  i  szermierki.  Ja  jestem  fachowcem  od  palców,  a  więc 
palcmistrzem. 

— To na pewno ciekawe zajęcie. 
— To cudowne zajęcie — odparł. — Rozkoszne. 
— I właśnie dlatego jedzie pan na wyścigi? 
— Wyścigi to łatwy chleb — rzekł. — Po gonitwie tylko się stoi i wypatruje szczęśli-

wców, którzy ustawiają się w kolejce i odbierają wygrane. A jeżeli wypatrzy się kogoś, kto 
odbiera harmonię pieniędzy, to idzie się za nim i obserwuje. Ale niech pan mnie źle nie zro-
zumie, szefie. Nigdy nie zabieram nic przegranym. Ani biedakom. Skubię tylko tych, których 
na to stać: wygranych i bogaczy. 

— To bardzo ładnie z pańskiej strony — powiedziałem. — Jak często pana przyłapują? 
— Przyłapują?! — zawołał z oburzeniem.  — Przyłapują mnie?! Przyłapują tylko  kie-

szonkowców. Palcmistrzów nigdy. Panie, gdybym zechciał, to bym wyjął panu z ust sztuczną 
szczękę i nigdy by mnie pan na tym nie przyłapał! 

— Nie mam sztucznej szczęki — powiedziałem. 
— Wiem o tym — odparł. — W przeciwnym razie wyjąłbym ją panu dawno temu! 
Uwierzyłem mu. Jego długie szczupłe palce wyglądały na zdolne do wszystkiego. 
Przez jakiś czas jechaliśmy w milczeniu. 
— Ten policjant wywie się o panu wszystkiego — odezwałem się. — Nie przejmuje się 

pan tym? 

background image

— Nikt się nie wywie nic o mnie — odparł. 
— Zrobią to na pewno. Przecież nadzwyczaj starannie zapisał w tym czarnym notesie 

pańskie nazwisko i adres. 

Nieznajomy obdarzył mnie jeszcze jednym przebiegłym, szczurowatym uśmieszkiem. 
—  Aha!  —  odparł.  —  Zapisał  rzeczywiście.  Ale  głowę  dam,  że  nie  zanotował  sobie 

tego również w pamięci. Nie znam ani jednego gliny, który miałby dobrą pamięć. Niektórzy 
nie potrafią nawet zapamiętać własnych nazwisk. 

— A co to ma wspólnego z pamięcią? — spytałem. — Przecież on zapisał to w notesie. 
— A tak, szefie, zapisał. Sęk w tym, że stracił ten notes. Stracił oba: ten, w którym miał 

moje nazwisko, i ten, w którym miał pańskie. 

W długich delikatnych palcach prawej dłoni mój autostopowicz trzymał w górze trium-

falnie dwa notesy zabrane z kieszeni policjanta. 

— To była najłatwiejsza robota w moim życiu — oznajmił z dumą. 
Tak się tym ucieszyłem, że o mały włos nie wjechałem na cysternę z mlekiem. 
— Ten glina nie ma na nas dwóch nic a nic — ciągnął. 
— Jest pan genialny! — zawołałem. 
— Nie ma nazwisk, nie ma adresów, nie ma numeru samochodu, niczego — dodał. 
— Jest pan wspaniały! 
—  Myślę,  że  powinien  pan  jak  najszybciej  zjechać  z  głównej  drogi  —  rzekł.  —  A 

potem powinniśmy rozpalić małe ognisko i zniszczyć te notesy. 

— Jest pan fantastyczny! — wykrzyknąłem. 
— Dziękuję, szefie — odparł. — Zawsze to miło, kiedy człowieka doceniają. 

 

Przełożył Andrzej Grabowski