background image

 

Barbara Cartland

 

Świat miłości 

A world of love 

 

 

 
 

background image

 
 
 

Od Autorki 

 
Wiele  z  opisanych  w  tej  powieści  postaci  i  zachowań  jest  prawdziwych. 

Szalona  namiętność  lady  Brooke  do  lorda  Charlesa  Beresforda  miała  rozległe 
następstwa. 

W  roku  1889  lady  Beresford  otworzyła  list,  zaadresowany  do  jej  męża 

charakterystycznym,  lekkim  pismem  Daisy  Brooke.  W  liście  tym  Daisy 
oskarżyła Charlesa o „niewierność", ponieważ okazało się, że jego żona jest w 
ciąży.  Rozwścieczona  lady  Beresford  zdeponowała  list  u  swego  doradcy 
prawnego.  Powiadomiona  o  tym  Daisy,  wzburzona  i  zaniepokojona,  złożyła 
wizytę  w  Marlborough  House  i  wypłakała  swą  niedolę  przed  księciem  Walii. 
Jej  piękne,  błękitne  oczy  roniące  łzy  były  jeszcze  piękniejsze  i  książę  Walii 
zakochał się w niej bez pamięci. Przez całe lata pisywał do niej: „Moja droga, 
mała żoneczko". 

Namiętność  hrabiny  de  Grey  do  Harry'ego  Custa  skłoniła  ją  do  mściwych 

poczynań, które spowodowały wielkie szkody. Hrabina znalazła w mieszkaniu 
Custa  listy  miłosne  od  markizy  Londonderry,  a  ponieważ  była  zazdrosna, 
przesłała  je  do  jej  męża,  skutkiem  czego  przez  następnych  trzydzieści  lat,  a 
właściwie  do  swej  śmierci  markiz  Londonderry  rozmawiał  z  żoną  tylko  w 
miejscach publicznych. 

W  roku  1830  w  Liverpoolu  Thomas  Milner  rozpoczął  produkcję  kasetek  z 

blachy  cynowej  i  cienkiej  blachy  stalowej.  Wkrótce  jego  przedsiębiorstwo 
rozrosło się, a on sam stał się producentem prototypu nowoczesnego skarbca. 

W  połowie  XIX  wieku  tysiące  kupców  w  Wielkiej  Brytanii  i  w  Stanach 

Zjednoczonych  Ameryki  przechowywało  gotówkę  w  stalowych  kasach 
ogniotrwałych,  które,  zamykane  po  prostu  na  klucz,  były  nikłym 
zabezpieczeniem przed włamywaczami. Zamek szyfrowy, wynaleziony w 1862 
roku  w  USA  przez  Linusa  Yale'a  jr.,  stanowił  jedynie  chwilowe  ulepszenie, 
ponieważ zręczni włamywacze szybko nauczyli się manipulować szyframi. 

 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział pierwszy 
 
ROK 1886 
Carmella siedziała w małej bawialni, naszywając koronkę na jedną z sukien 

matki. 

Siedziała  najbliżej  jak  się  dało  okna,  bo  nad  Londynem  wisiała  posępna 

mgła, a ona tęskniła za światłem i słońcem, które tak kochała podczas pobytów 
na wsi. 

Budząc się każdego dnia, pragnęła znaleźć się znów w Bramforde House, w 

ogrodzie  pełnym  słońca,  śpiewu  ptaków,  wśród  czekających  na  nią  w  stajni 
koni. Czasami miała wrażenie, że nienawidzi każdej chwili, jaką musi spędzać 
przy tej  wąskiej ulicy z rzędami  jednakowych domów i szarym, jakby zawsze 
zachmurzonym  niebem  nad  głową.  Wiedziała  jednak,  że  przyjechali  do 
Londynu ze względu na Gerry'ego i całym sercem zgadzała się z matką, że było 
to konieczne. 

Kiedy zmarł czwarty lord Bramforde i jego syn Gerald został spadkobiercą, 

stało się oczywiste, że nie stać ich na pozostanie w tym wielkim domu, 

który  był  siedzibą  Bramforde'ów,  odkąd  pierwszy  lord  został  koniuszym 

Jerzego II, i że muszą poszukać sobie innego mieszkania. 

To Gerald błagał matkę, by wyjechali do Londynu. 
- Wszyscy moi przyjaciele, z którymi byłem w Oxfordzie, bawią się aż miło 

-  powiedział  -  a  j  a  nie  mogę  znieść  myśli  o  pozostaniu  tutaj  i  wegetowaniu 
wśród kapusty, w dodatku bez przyzwoitego wierzchowca. 

Lady  Bramforde  rozumiała  uczucia  syna.  Poczucie  sprawiedliwości  kazało 

jej  uznać,  że  -  gdyby  mieli  trochę  pieniędzy  -  to  Carmella  powinna  spędzić 
sezon w I ondynie i złożyć głęboki ukłon w „salonie" pałacu Buckingham, jeśli 
nie  królowej,  to  przynajmniej  pięknej  księżnej  Walii,  Alexandrze.  Z  drugiej 
jednak  strony  Carmella  miała  zaledwie  osiemnaście  lat,  podczas  gdy  Gerald 
dwadzieścia  dwa  i  lady  Bramforde  uważała,  że  wypada,  by  jej  ukochany  syn, 
obecnie  piąty  lord  Bramforde,  miał  pierwszeństwo  i  żył,  przynajmniej  przez 
jakiś czas, tak jak powinien żyć gentleman. 

Po  długich,  rodzinnych  naradach  Bramforde  House  został  ostatecznie 

zamknięty  i  tylko  dwoje  starych  służących  pozostało  tam  jako  dozorcy.  W 
Londynie lady Bramforde wynajęła niewielki dom w pobliżu Eaton Sąuare, zaś 
Gerald miał, jak wszyscy jego przyjaciele, kawalerskie mieszkanie w Mayfair. 
Carmella  okazała  wielkoduszność,  kiedy  matka  oznajmiła,  że  nie  ma  mowy  o 
zaprezentowaniu  jej  w  towarzystwie  jako  debiutantki,  dopóki  nie  zostaną 
zaspokojone potrzeby Geralda. 

background image

Chociaż  lady  Bramforde  powiadomiła  o  przyjeździe  kilku  swoich 

londyńskich  przyjaciół  i  miała  nadzieję,  że  Carmella  ich  pozna,  było  mało 
prawdopodobne, że zapewni jej to zaproszenie choćby na jeden bal. 

- Rozumiem, mamo - powiedziała Carmella. - To oczywiste, że Gerry musi 

mieć  odpowiednie  ubrania  i  trudno,  żeby  pokazywał  się  w  swym  klubie  bez 
pensa w kieszeni. 

- Modlę się tylko, żeby nie grał! - żarliwie powiedziała lady Bramforde. 
Zgodziła  się  z  Carmella,  że  Gerald  musi  zapuścić  korzenie,  zanim  można 

będzie cokolwiek zaplanować dla jego siostry. 

-  Nie  martw  się  o  mnie,  mamo  -  dzielnie  powiedziała  Carmella.  -  Jestem 

przy tobie naprawdę szczęśliwa i będę się rozwijać  zwiedzając  muzea,  galerie 
sztuki oraz, oczywiście, londyński Tower. 

- Będziemy to robić razem, moja droga - roześmiała się lady Bramforde. 
Niestety, wkrótce po ich osiedleniu się w Londynie lady Bramforde zapadła 

na zdrowiu. Doktor przypisywał jej chorobę wstrząsowi po śmierci męża, który 
zginął w wypadku, w rzeczywistości jednak lady Bramford już od kilku lat nie 
czuła  się  najlepiej,  a  utrzymywanie  dużego  domu  na  wsi  z  kilkorgiem  tylko 
służby okazało się dla niej zbyt uciążliwe. 

-  Pani  matka  potrzebuje  odpoczynku  -  powiedział  doktor.  -  Wskazane 

byłoby,  żeby  spędziła  zimę  w  łagodnym  klimacie,  takimjak  na  południu 
Francji.  Ponieważ  jednak  wiem,  że  to  niemożliwe,  musi  się  pani  nią 
przynajmniej opiekować i nie pozwalać jej się przemęczać. 

- Zrobię, co w mojej mocy - obiecała Carmella. Oznaczało to, że Carmella, 

tak  jak  lady  Bramforde,  prawie  nie  opuszczała  domu,  ale  nie  narzekała. 
Oczywiście,  kiedy  czytała  rubrykę  towarzyską  w  gazetach  i  zaglądała  do 
magazynów,  które  opisywały  słynne  piękności  otaczające  księcia  Walii, 
żałowała troszkę, że nie ma sposobności ich oglądać. 

Czasami, kiedy  matka czuła się wystarczająco dobrze, udawały się rankiem 

do Rotten Row i przyglądały damom w otwartych, zaprzężonych w przepiękne 
konie  powozach  i  dosiadającym  ognistych  ogierów  panom.  Budziły  one  w 
Carmelli nieodpartą tęsknotę za końmi, które pozostawili na wsi. 

Przez ostatnie dwa tygodnie lady Bramforde nie czuła się na tyle dobrze, by 

opuszczać  łóżko  i  Carmella,  zdawało  się  po  tysiąc  razy  dziennie,  pokonywała 
schody,  zanosząc  matce  wszystko,  czego  potrzebowała  i  powstrzymując  ją 
przed wstawaniem. 

- Muszę być na dole, kiedy przyjdzie Gerald - powiadała lady Bramforde. - 

Nie  ma  nic  bardziej  nudnego  dla  młodego  mężczyzny  niż  chora  kobieta  w 
łóżku. 

background image

- Gerald zrozumie, ponieważ cię kocha, mamo - odpowiadała Carmella, ale 

to nie poskramiało w lady Bramforde chęci wstawania. 

- Być może jutro będzie się czuła na tyle dobrze, by zejść na dół - mówiła do 

siebie  Carmella.  Wiedziała,  jak  ważne  jest,  by  matka  zachowywała  całkowity 
spokój. Ogarniał ją nagły strach, że matka odejdzie tak nagle, jak po wypadku 
odszedł  ojciec.  Jednego  dnia  śmiał  się  i  mówił,  że  wkrótce  wstanie  i  objedzie 
konno posiadłość, a następnego ranka znaleźli go w łóżku martwego. 

-  Na  ustach  miał  uśmiech,  jakby  skoczył  wysoko  w  wielkim  stylu  i  cieszył 

się tym - pomyślała Carmella. - Jeśli coś się stanie mamie, zostanę sama i nie 
mam pojęcia, co będę robić ani kto mnie przyjmie pod swój dach. 

W  Londynie  mieli  bardzo  niewielu  krewnych,  choć  było  trochę  kuzynów  z 

rodu  Forde,  rozrzuconych  po  różnych  częściach  kraju.  Carmella  nie 
przypominała  sobie  ani  jednego  kuzyna,  z  którym  czułaby  jakieś  specjalne 
powinowactwo albo który okazywałby szczególne przywiązanie jej ojcu,  choć 
był on głową rodziny. 

- To było pewnie niemądre - myślała - ale zawsze byliśmy tacy zadowoleni 

ze  swojego  towarzystwa:  papa  i  mama,  Gerry  i  ja  -  że  nie  kłopotaliśmy  się  o 
innych Forde'ów. A oni bez przykrości zapomnieli o nas. 

Carmella była zatem pewna, że jeśli matka umrze, nie znajdzie się nikt, kto 

szczerze  zapragnie  dać  jej  dom  i  będzie  musiała  polegać  na  Gerrym,  który  za 
kilka lat może się ożeni. Zważywszy wszystko, szansa na to, że ona wyjdzie za 
mąż, była niewielka. 

- Przykro mi, kochanie - powiedziała jej matka ledwie tydzień przed tym, jak 

złożyła j ą choroba - że to przyjęcie, w którym brałyśmy dzisiaj udział, było dla 
ciebie takie nudne. Rozejrzawszy się po pokoju pomyślałam sobie, że każdy z 
obecnych tam musiał przekroczyć pięćdziesiątkę. 

-  Stary  generał  był  bardzo  interesujący,  mamo.  Lady  Bramforde  wydała 

cichy jęk. 

-  Powinnaś  rozmawiać  nie  ze  starymi  generałami,  ale  z  ich  młodymi 

podwładnymi 

czarującymi 

młodymi 

mężczyznami, 

którzy 

byliby 

odpowiednimi kandydatami na męża dla ciebie. 

Carmella roześmiała się. 
-  Nie  spodziewam  się  znaleźć  męża  na  tego  rodzaju  przyjęciach,  na  jakich 

byłyśmy ostatnio. 

-  Co  racja,  to  racja  -  zgodziła  się  lady  Bramforde.  Zapraszane  były  na 

przyjęcia,  które  wydawały  stare  krewne  lady  Bramforde,  w  żadnym  razie  nie 
należące  do  eleganckiego  świata,  urządzające  małe  i  przeraźliwie  nudne 
„zebrania  w  domowym  kółku",  na  których  niezmiennie  jednym  z  gości  był 

background image

pastor.  Albo  na  jeszcze  nudniejsze  kolacje,  gdzie  ani  o  jedzeniu,  ani  o 
konwersacji nie można było powiedzieć, że mają klasę. 

- Będę musiała coś z tobą zrobić, Carmello - powiedziała lady Bramforde. - 

Nie  chciałabym,  żebyś  stała  się  zarozumiała,  ale  wyrastasz  na  piękność  i  to 
bardzo  niedobrze  dla  ciebie,  że  spędzasz  czas  ze  swą  matką  i  jej  starymi 
przyjaciółmi. 

-  Nie  martw  się  o  mnie.  Jestem  zupełnie  szczęśliwa,  mamo,  a  może  kiedyś 

Gerry,  gdy  już  lepiej  zaaklimatyzuje  się  w  Londynie,  przyprowadzi  do  domu 
jakichś swoich wytwornych przyjaciół. 

Mówiąc to Carmella wiedziała, że to próżna nadzieja. Odnosiła wrażenie, że 

brat trochę się wstydzi ich małej, miejskiej rezydencji. Z pewnością różniła się 
ona  bardzo  od  wielkiego  domu,  w  którym  Gerry  powinien  mieszkać,  gdzie 
przedtem  mieszkał  jego  ojciec  i  ich  przodkowie,  a  wszyscy  oni  byli  ważnymi 
osobistościami w hrabstwie. 

Carmelli przyszła do głowy nagła myśl. 
- A może wrócimy na wieś, mamo? Wiem, że nie mogłybyśmy mieszkać w 

wielkim  domu  -  to  niemożliwe  i  zbyt  uciążliwe  dla  ciebie.  Ale  mogłybyśmy 
zająć jeden z mniejszych domów w posiadłości albo nawet domek! 

-  Przynajmniej  mogłybyśmy  cieszyć  się  ogrodem  i,  oczywiście,  parkiem  i 

polami, gdzie mogłabym jeździć konno - kusiła dalej. 

Przez  chwilę  sądziła,  że  myśl  ta  wydała  się  matce  nęcąca,  lecz  lady 

Bramforde zaprotestowała pośpiesznie: 

-  Nie,  Carmello.  Kiedy  zgodziłam  się  przyjechać  do  Londynu,  myślałam 

przede  wszystkim  o  tym,  że  będę  blisko  Geralda  i  miałam  nadzieję,  że  będę 
powściągać jego ekstrawagancje. 

Po chwili milczenia dodała niepewnie: 
-  Zdecydowałam,  że  jak  tylko  Gerald  zapuści  korzenie,  ty  poznasz 

odpowiednich  ludzi,  którzy  będą  cię  przyjmować,  lecz  w  tej  chwili  jest  to 
niemożliwe. 

Carmella  wiedziała,  iż  jest  to  niemożliwe,  bowiem  sprawienie  Geraldowi 

odpowiednich ubrań od bardzo eleganckiego krawca kosztowało ogromną, jak 
się zdaje, sumę pieniędzy. Tak więc na razie wszyscy oni, a zwłaszcza matka, 
musieli ponosić ofiary. 

- Nie chcę chodzić na przyjęcia - myślała Carmella, przyszywając koronkę. - 

Chcę mieszkać na wsi. 

Była  uprzedzona  do  Londynu  i  uważała,  że  słońce  tu  nigdy  nie  świeci, 

powietrze zawsze pachnie mgłą, a ulice nie wysychają od deszczu. 

background image

- Chcę wrócić do domu - szepnęła do siebie, lecz uświadomiła sobie, że jest 

samolubna. 

Skończyła  właśnie  przyszywać  ostatni  rząd  koronki  do  sukni  matki,  kiedy 

drzwi  się  otworzyły.  Obejrzała  się,  sądząc,  że  weszła  jedna  z  pokojówek,  i 
zobaczyła brata. 

Z  okrzykiem  szczerego  uradowania  zerwała  się  na  równe  nogi,  przy  czym 

nożyczki spadły jej z kolan. 

- Gerry. Jak wspaniale! Nie przypuszczałam, że dzisiaj przyjdziesz! 
- Chciałem cię zobaczyć,  Mello - powiedział Gerald,  zwracając się do niej, 

jak  zawsze,  jej  spieszczonym  imieniem.  -  I  rozpaczliwie  potrzebuję  twojej 
pomocy. 

- Mojej pomocy? - wykrzyknęła Carmella, po czym zaczęła go indagować. - 

Co się... stało? 

Z  wyrazu  twarzy  brata  poznała,  że  stało  się  coś  bardzo  złego.  Gerald 

przeszedł przez pokój, a po jego ruchach widać było, że jest poruszony. 

- Jaki on wydaje się wysoki i przystojny - pomyślała  Carmella, gdy Gerald 

zatrzymał  się  przed  małym  kominkiem;  w  tym  nie  najlepiej  umeblowanym, 
niewielkim pokoju wyglądał rzeczywiście jak ktoś z innego świata, kim istotnie 
był. 

Podeszła do brata i, położywszy  mu dłonie na ramionach, pocałowała go w 

policzek. 

-  Powiedz  mi,  co  się  stało  -  zażądała.  -  Mama  śpi,  więc  jej  nie 

przeszkodzimy. 

- Bogu dzięki, ponieważ mama nie może się p niczym dowiedzieć! 
- Ale co się stało? - Carmella usiadła na sofie, położyła złączone dłonie  na 

kolanach i podniosła oczy na brata. 

Gerald odetchnął głęboko: 
- Straciłem tysiąc funtów! - oznajmił. 
Carmella straciła na chwilę oddech. 
- Tysiąc funtów! Och, Gerry, jak mogłeś! Przegrałeś?! - wykrzyknęła. 
-  Tak,  przegrałem!  Byłem  szalony!  Czuła,  jak  pod  wpływem  wstrząsu  drżą 

jej ręce, lecz zdołała powiedzieć swym cichym, łagodnym głosem: 

- Opowiedz mi o tym. 
Przez chwilę Gerald nie mógł wydobyć słowa. 
- Moim jedynym usprawiedliwieniem - rzekł wreszcie - i to niezbyt dobrym, 

jest  to,  że  byłem  zamroczony,  tak,  naprawdę  zamroczony,  do  tego  stopnia,  że 
nie byłem odpowiedzialny za swoje uczynki, choć to żadnej z szacownych ław 
przysięgłych nie przeszkodziłoby uznać mnie za winnego. 

background image

Carmella wydała okrzyk grozy. 
- Co masz na myśli? Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że popełniłeś jakieś... 

przestępstwo? 

- Nie, oczywiście, że nie! - pośpiesznie zapewnił ją Gerald. - Z formalnego 

punktu  widzenia  nie.  Lecz  z  punktu  widzenia  twojego  czy  mamy  jest  to 
zbrodnia, za którą powinienem zawisnąć na szubienicy albo zostać rozstrzelany 
o świcie. 

- Opowiedz mi... dokładnie... co się stało. 
-  Na  pewno  pamiętasz,  że  dwa  lub  trzy  dni  temu  mama  dała  mi  swój 

szafirowy  naszyjnik,  nasz  słynny  naszyjnik,  po  to,  żeby  naprawiono  w  nim 
zapięcie? 

Słowo  „słynny"  Gerald  wypowiedział  z  nutą  sarkazmu  w  głosie,  a  to,  jak 

wiedziała Carmella, z powodu związanej z naszyjnikiem historii. 

Jedyną  rzeczą  o  wielkiej  wartości  jaką  posiadała  lady  Bramforde,  był 

naszyjnik, znany jako Naszyjnik Bramforde'ów, który jej mąż odziedziczył po 
swym  dziadku.  W  testamencie  mąż  zapisał  jej  naszyjnik  bezwarunkowo, 
wyrażając jednak życzenie, by ona przekazała go w spadku Geraldowi dla jego 
syna. Ponieważ lord Bramforde był spłukany do cna, naszyjnik stanowił jedyną 
rzecz,  jaką  mógł  zostawić  żonie  poza  niewielką  rentą,  która  ratowała  ją  przed 
całkowitą nędzą, dopóki fortuna się nie odmieni i Gerald w ten czy inny sposób 
nie  sprawi,  że  posiadłość  zacznie  przynosić  dochód.  Jako  że  to  akurat  było 
mało  prawdopodobne,  lady  Bramforde  złożyła  wspaniały  naszyjnik  w  banku  i 
zapomniała o nim. Kiedy jednak rozpaczliwie poszukiwali pieniędzy na wyjazd 
do  Londynu,  na  ustalenie  pozycji  Geraldajako  młodego  dandysa,  a  także  na 
zapewnienie renty kilkorgu służącym, którzy byli zbyt starzy, aby znaleźć inne 
zajęcie  po  zamknięciu  Bramforde  House,  lady  Bramforde  uparła  się,  by 
sprzedać naszyjnik. 

-  Nie  możesz  tego  zrobić,  mamo  -  powiedział  porywczo  Gerry.  - 

Oznajmiłabyś  całemu  światu,  że  jesteśmy  „pod  kreską".  Wszyscy  wiedzą,  że 
Naszyjnik  Bramforde'ów  jest  w  naszym  posiadaniu;  przecież  został  opisany  i 
zilustrowany w wielu magazynach. 

A  stało  się  tak,  ponieważ  z  naszyjnikiem  związana  była  legenda,  jakoby 

został  on  podarowany  pierwszemu  lordowi  Bramforde  przez  indyjskiego 
maharadżę,  któremu  lord  uratował  życie.  Naszyjnik  zaczęto  zatem  uważać  za 
talizman. 

Kiedy w roku 1876 królowa Wiktoria, która interesowała się Indiami, została 

ogłoszona  ich  władczynią,  dziennikarze  odgrzebali  historię  Naszyjnika 
Bramforde'ów i uczynili ją jeszcze bardziej egzotyczną i ekscytującą. 

background image

Carmelli przyszedł wówczas do głowy pewien pomysł. 
- Oczywiście, że nie możesz sprzedać naszyjnika, mamo. Mówiono by o tym 

stanowczo za dużo, a może nawet oskarżono by nas o brak patriotyzmu. 

Zrobiła krótką pauzę, po czym powiedziała: 
- Ale mogłabyś kazać zrobić jego kopię, a kamienie sprzedawać oddzielnie. 

Choć  papa  mówił,  że  wiele  z  nich  nie  jest  bez  skazy,  można  by  za  nie  zebrać 
pokaźną sumę pieniędzy. 

Początkowo  Gerald  sprzeciwiał  się.  Później,  jako  że  nie  było  innego 

sposobu, by  mógł  mieć to, czego pragnął i zapewnić rentierom coś więcej niż 
jałmużnę,  skapitulował.  Zanieśli  naszyjnik  do  zaufanego  jubilera  w  Hatton 
Garden, który wykonał dokładne kopie szafirów. Ilekroć lady Bramforde miała 
je  na  szyi,  Carmella  mówiła,  że  nikt  nie  będzie  sprawdzał  pod  lupą,  czy  są  to 
prawdziwe szafiry, czy tylko szkło. 

I  oto  parę  dni  wcześniej  lady  Bramforde,  myśląc,  że  gdy  tylko  się  lepiej 

poczuje, zabierze Carmellę na kilka wieczornych przyjęć, spojrzała na fałszywy 
naszyjnik i odkryła, że pękł zameczek. 

-  Musimy  go  oddać  do  naprawy  -  powiedziała.  Kiedy  Gerald  przyszedł  ją 

odwiedzić,  zapytała,  czy  mógłby  zanieść  naszyjnik  do  ich  jubilera  w  Hatton 
Garden.  Nie  ośmieliłaby  się  pokazać  naszyjnika  komuś  mniej  godnemu 
zaufania niż on. 

-  Zapomniałem  o  naszyjniku  -  powiedział  teraz  Gerald  -  ale  potem 

przypomniałem  sobie,  że  wsunąłem  go  do  kieszeni,  zamierzając  przed 
zamknięciem sklepów pójść prosto do Hatton Garden. 

- I co się stało? 
-  Miałem  wiadomość  dla  kogoś  u  White'a,  więc  zatrzymałem  się  tam  po 

drodze i dowiedziałem się, że przyjaciele świętują zaręczyny Tony'ego Wintera 
z bardzo piękną, młodą kobietą, a przy tym dziedziczką fortuny. 

- Kto to jest Tony Winter? 
-  To  starszy  syn  hrabiego  Molitor  -  odparł  Gerald.  -  Ale  nie  to  jest  ważne. 

Stało  się  tak,  że  najpierw  zacząłem  pić  za  zdrowie  Tony'ego,  a  potem  on  się 
uparł, że postawi nam wszystkim obiad. No i, oczywiście, piliśmy dalej. 

Carmella westchnęła głęboko, lecz nic nie powiedziała, a jej brat ciągnął: 
-  Kiedy  wypiłem  znacznie  ponad  swoją  miarę,  poszliśmy  do  pokoju 

karcianego zobaczyć, co się tam dzieje. Trochę dla żartów zaczęliśmy grać ze 
sobą.  I  wtedy  wszedł  Ingleton,  a  widząc,  że  przy  innych  stołach  nie  grają, 
podszedł do naszego. 

- Kto to jest Ingleton? 

background image

-  Wielkie  nieba!  Czy  ty  nigdy  nie  czytasz  gazet?  Markiz  Ingleton  to 

człowiek, o którym chyba najwięcej mówi się w towarzystwie! 

Po chwili milczenia Gerald mówił dalej, wyraźnie podekscytowany: 
-  On  jest  nie  tylko  przyjacielem  księcia  Walii,  ale  też  posiada  najlepsze 

konie  wyścigowe,  które  nieodmiennie  pierwsze  mijają  słupek  mety;  jest 
ogromnie  bogaty  i  mówią,  że  każda  kobieta,  którą  poznaje,  rzuca  mu  się  w 
ramiona. 

Carmella wstrzymała oddech, a Gerry ciągnął: - Osobiście pogardzam nim! 

Jest  pyszny  i  wyniosły!  Zachowuje  się  tak,  jakby  świat  do  niego  należał,  zaś 
wszyscy inni znaczyli mniej niż pył. 

- Ale ty... grałeś... z nim - powiedziała cichutko. 
- Musiałem być szalony! Musiałem zwariować! Nie, prawdę mówiąc, byłem 

pijany! Mówi się: pijany jak lord, w moim przypadku akurat bardzo trafnie! 

- Ale co się wydarzyło? 
-  Musisz  pytać?  Inni  po kilku  rozdaniach  rozumnie  wycofali  się  z  gry,  a  ja 

zostałem sam przeciwko markizowi. Nie lubię go, więc nie mogłem dopuścić, 
by został zwycięzcą, czego on był zupełnie pewien. 

Gerald dwukrotnie przemierzył pokój, zanim podjął: 
-  Usiedliśmy  do  ostatnich  dwóch  kart,  a  markiz,  nie  odwracając  swojej, 

powiedział:  „stawiam!".  Mówiąc  to,  popchnął  do  przodu  swoją  wygraną  i 
pieniądze,  które  położył  na  stole,  gdy  przybył.  Był  to  wielki  stos  złota  i 
pomyślałem sobie, że to tym większa dla mnie zniewaga, iż on nawet nie zadał 
sobie trudu, by spojrzeć na kartę, którą trzymał. Tak diabelnie był pewny, że ze 
mną wygra. 

Carmella mruknęła coś współczująco, a jej brat mówił dalej: 
- Włożyłem  rękę  do kieszeni i stwierdziłem,  że jest pusta. I wtedy, zamiast 

skapitulować,  jak  zrobiłby  każdy  rozsądny  człowiek,  pomacałem  w  drugiej 
kieszeni i wyczułem palcami naszyjnik mamy! 

- Och, nie! - westchnęła Carmella, domyślając się, co nastąpiło później. 
-  Powiedziałem  ci,  że  byłem  zamroczony.  Cisnąłem  naszyjnik  na  stół  i 

powiedziałem:, A ja stawiam to przeciwko panu, mój panie!". Usłyszałem, jak 
ktoś mruczy: „Naszyjnik Bramforde'ów; mówią, że przynosi szczęście". 

- I co się potem stało? - zapytała szeptem Carmella, choć znała odpowiedź. 
-  Przeciągając  słowa,  markiz  powiedział:  „Widząc,  co  pan  stawia, 

Bramforde, proponuję, żeby pierwszy odwrócił pan kartę". 

Gerald odetchnął głęboko. 
- Nawet wówczas prowokowałem los. Może w głębi duszy myślałem, że ten 

naszyjnik naprawdę przynosi szczęście... Odwróciłem kartę. 

background image

- Co... co to było? 
- Szóstka trefl. 
- A co z markizem? 
-  Markiz  wyraźnie  zwlekał,  jakby  umyślnie  skazywał  mnie  na  mękę 

oczekiwania  -  gniewnie  powiedział  Gerald.  -  A  potem  powoli,  z  takim 
wyrazem lekceważenia na twarzy, że miałem wielką chęć go uderzyć, odwrócił 
swoją kartę i to był król kier. 

- Och, Gerry! - krzyknęła Carmella. - Jak mogłeś zrobić coś tak szalonego? 
-  Od  tamtej  chwili  zadaję  sobie  to  samo  pytanie.  Musiałem  sprawiać 

wrażenie  oszołomionego,  ponieważ  markiz  wziął  naszyjnik,  włożył  go  do 
kieszeni, po czym powiedział; „Jako że trudno jest oszacować wartość czegoś 
tak historycznego, Bramforde, proponuję ustalić sumę na okrągły tysiąc gwinei 
ze zwyczajowym miesięcznym terminem płatności. Zgadza się pan?" Choć nie 
było to łatwe, zdołałem odpowiedzieć: „Oczywiście, mój panie!" i odejść. 

Zapadła cisza. Potem Carmella odezwała się niezbyt wyraźnie: 
- Jak... w ciągu miesiąca... znajdziesz tysiąc funtów? To niemożliwe! 
- Nie tyle tysiąc funtów ma znaczenie, ile fakt, że jeśli nie zapłacę, Ingleton 

wkrótce się dowie, że naszyjnik jest fałszywy. 

-  Zapomniałam  o  tym!  -  wykrzyknęła  Carmella.  -  On  nie  może  się 

dowiedzieć!  Jeśli  będzie  wiedział,  że  mama  sprzedała  prawdziwe  kamienie 
rozgłosi to i ludzie będą mówić o niej straszne rzeczy. 

-  Oczywiście,  że  tak!  -  zgodził  się  Gerald.  -  Dlatego  za  wszelką  cenę 

musimy temu zapobiec. 

-  Ale  jak  znajdziemy  tysiąc  funtów?  Czy  ktoś  zechce  kupić  coś,  co 

posiadamy? 

-  Mówiliśmy  już  o  tym  -  odparł  Gerald.  -  Wiesz  równie  dobrze  jak  ja,  że 

dziedzicem  Bramforde  House  ustanowiony  został  mój  syn,  którego  nigdy  nie 
będę miał. Tak jak majątku ziemskiego, na którego prowadzenie mnie nie stać. 

- Co więc możemy zrobić? - wyszeptała Carmella. 
- Mam zamiar, przy twojej pomocy, ukraść naszyjnik. 
- Ukraść? - głos Carmelli wzniósł się do krzyku. - Tak, ukraść. 
- Ale... jak? Nie rozumiem, o czym ty mówisz. 
- Kiedy opuściłem pokój karciany, usłyszałem, jak jeden z moich przyjaciół 

mówi do  markiza: „Co ma pan zamiar zrobić z tym naszyjnikiem,  mój panie? 
Wie  pan,  że  wszędzie  grasują  złodzieje?"  „Jestem  tego  świadom"  - 
odpowiedział markiz. „Wyjeżdżam jutro na wieś i zabieram naszyjnik ze sobą. 
Złożę  go  wraz  z  innymi  klejnotami  Ingletonów  w  skarbcu,  który,  zapewniam 
pana, jest dobrze zabezpieczony przed włamywaczami". Rozległ się śmiech, po 

background image

czym  markiz  opuścił  pokój  karciany,  a  ja  zszedłem  na  dół,  do  baru,  napić  się 
czegoś. Czułem, że muszę, ponieważ zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, co 
zrobiłem. 

Carmella pomyślała, choć nie powiedziała tego, że to źle, iż on pił nadal. A 

Gerald ciągnął: 

-  Sir  Robert  Knowsbury,  stary  przyjaciel  papy,  zawsze  bardzo  wobec  mnie 

uprzejmy, podszedł i zapytał: 

- „Co ty nabroiłeś, Geraldzie? Wydaje mi się, że trochę zbladłeś". 
- „Tak, sir Robercie". 
- „Musisz mi o tym opowiedzieć" - powiedział sir Robert i wtedy przyłączył 

się do nas markiz. 

-  „Szukałem  pana,  Knowsbury"  -  powiedział.  -  „Pod  koniec  przyszłego 

tygodnia wydaję w Ingleton przyjęcie i chciałbym, żeby pan przyjechał". 

- ,,To bardzo uprzejmie z pana strony" - odpowiedział sir Robert. 
- „Proszę zabrać ze sobą lady Isabel" - ciągnął markiz. - „Już ją zaprosiłem i 

wiem, że ona chciałaby, żeby pan ją przywiózł". 

- „Będę zachwycony, mogąc to zrobić" - odparł sir Robert. 
- Markiz już zamierzał odejść - kontynuował Gerry - kiedy spojrzał na mnie 

i powiedział: 

- „Szczęście dzisiaj panu nie dopisało, Bramforde, i sądzę, że powinien pan 

mieć szansę odzyskania strat. Powiedzmy, że przyjedzie pan do mnie na koniec 
przyszłego tygodnia...". 

- Byłem tak zdumiony - powiedział Gerry - że wydukałem tylko: „Dziękuję 

panu!". 

- „A może, ponieważ nie zna pan wielu moich gości, mógłby pan przywieźć 

ze  sobą  przyjaciółkę?  Ale  niech  to  będzie  osoba  piękna  i,  oczywiście, 
uświadomiona. Sir Robert powie panu, jak wyglądają moje przyjęcia". 

- I zanim zdążyłem odpowiedzieć, odszedł. 
- A ty przyjąłeś jego zaproszenie? - zdumiała się Carmella. 
- Dopiero później, kiedy moi przyjaciele zeszli na dół, dowiedziałem się, że 

naszyjnik będzie w Ingleton Hall. Więc koniecznie musimy tam pojechać... 

- My? - wtrąciła Carmella. 
- Będziesz musiała mi pomóc - powiedział Gerry lekko. - Tak jak markiz mi 

kazał, zapytałem sir Roberta, jak wyglądają te przyjęcia, a on powiedział: 

-  „Ma  pan  wielkie  szczęście,  młody  człowieku.  Ingleton  rzadko  zaprasza 

kogoś  nowego  na  swoje  przyjęcia,  na  których  nieodmiennie  zbierają  się  tylko 
jego  bardzo  bliscy  przyjaciele.  Zaprasza  również  najpiękniejsze  kobiety  w 
Anglii i zazwyczaj są to Zawodowe Piękności". 

background image

Czując, że siostra nie rozumie, Gerald wyjaśnił: 
-  Musisz  wiedzieć,  że  Zawodowe  Piękności  to  kobiety  z  „wianuszka  z 

Marlborough  House",  tak  piękne,  że  publiczność  staje  na  siedzeniach,  żeby 
zobaczyć,  jak  przechadzają  się  po  parku,  a  pocztówki  z  ich  podobiznami 
sprzedawane są w większości sklepów z przyborami piśmiennymi. 

O  tym  Carmella  rzeczywiście  wiedziała,  wiedziała  też,  że  hrabina  de  Grey 

jest  jedną  z  Zawodowych  Piękności,  podobnie  jak  księżna  Manchesteru, 
hrabina Dudley i lady Brooke. 

- Ależ Gerry, jestem pewna, że nie znasz żadnej takiej osoby. 
-  Oczywiście,  że  nie  znam.  Nawet  nie  spotkałem  żadnej!  -  odparł  Geny.  - 

Dlatego ty musisz pojechać ze mną. 

Carmella roześmiała się. 
-  Chyba  oszalałeś!  Nie  jestem  Zawodową  Pięknością,  wcale  też  nie  jestem 

wyrafinowana, a w The Ladies Journat piszą, że one wszystkie są dowcipnymi 
rozmówczyniami. 

-  Musisz  pojechać  ze  mną-  powtórzył  Geny  z  uporem.  -  Żadnej  innej  nie 

mógłbym zabrać i zaufać, że ukradnie naszyjnik. 

- Jakże mogę ukraść naszyjnik, który znajduje się w rodzinnym skarbcu?. 
-  Musimy  wymyślić  jakiś  sposób.  Może  mogłabyś  oczarować  kustosza  czy 

kto  tam  pilnuje  tych  klejnotów  tak,  żeby  ci  je  pokazał,  a  następnie  zwędzić 
naszyjnik, kiedy on nie będzie patrzył. 

Carmella wydała okrzyk grozy. 
-  Przecież  nie  mogłabym  zrobić  czegoś  takiego!  Gdyby  mnie  złapano, 

poszłabym do więzienia, a nie możemy się poniżać, stając się pospolitymi czy 
też niepospolitymi przestępcami. 

- No, dobrze! To znajdź mi w ciągu miesiąca tysiąc funtów! 
-  Oboje  wiemy,  że  to  niemożliwe  i  będziesz  musiał  o  tym  powiedzieć 

markizowi. 

-  W  takim  przypadku  on  oczywiście  spróbuje  sprzedać  naszyjnik  lub 

najpierw  go  wycenić.  Mama  zostanie  wystawiona  na  pośmiewisko,  a  może 
nawet oskarżona przez rodzinę Forde'ów o szachrajstwo. 

Po chwili milczenia Gerry podjął z goryczą: 
-  Po  czymś  takim  nigdy  nie  będę  mógł  chodzić  z  podniesioną  głową.  Będę 

musiał opuścić Londyn i żyć na wsi, gdzie nikt nie będzie mnie widział. 

Carmella  wiedziała,  co  to  dla  niego  oznacza.  Wstała  z  sofy,  przeszła  przez 

pokój  i,  stanąwszy  przy  oknie,  wyjrzała  na  szarą  ulicę.  Niebo  w  górze 
wydawało się równie ciemne jak  mrok, który ogarnął jej głowę i serce. Jak to 
się  mogło  zdarzyć?  Jak  Gerry  mógł  zrobić  coś  tak  szalonego,  jak 

background image

zaryzykowanie  i  utrata  duplikatu  naszyjnika?  Tak  długo,  jak  długo  nie  będą 
mieli naszyjnika w rękach, sprawa ta będzie wisiała jak miecz Damoklesa nad 
ich głowami. 

-  Nie  możemy  go  ukraść,  nie  możemy  zrobić  czegoś  tak  złego,  tak 

nikczemnego! - powiedziała sama do siebie. 

Wtedy usłyszała, jak Gerry mówi błagalnie: 
-  Dopomóż  mi,  Mello,  dopomóż,  na  litość  boską!  Inaczej  lepiej  będzie,  jak 

wpakuję sobie kulę w łeb! 

Carmella odwróciła się i zobaczyła przed sobą nie wymuskanego, modnego 

lorda Bramforde'a, ale bliskiego łez małego chłopca, który naraził się ojcu lub 
rozpacza, bo musi opuścić rodzinę i wrócić do szkoły. 

Pod wpływem impulsu podeszła do brata i wsunęła mu rękę pod ramię. 
-  Pomogę  ci,  Gerry.  Wiesz,  że  ci  pomogę,  ale  to  będzie  bardzo  trudne,  a 

markiz  Ingleton  nawet  przez  chwilę  nie  będzie  mnie  uważał  za  modną, 
wyrafinowaną piękność. 

Gerry przyjrzał się siostrze. 
- Ależ ty jesteś piękna, musisz tylko wczuć się w rolę. Tak czy inaczej, nie 

sądzę,  żeby  w  tego  rodzaju  towarzystwie  ktoś  zwracał  na  nas  szczególną 
uwagę. 

Zniżył głos i kontynuował: 
-  Gdy  tylko  ukradniemy  markizowi  naszyjnik,  będę  mógł  go  poprosić  o 

zwłokę  w  spłaceniu  tego,  co  mu  jestem  winien.  Chyba  że  on,  mam  nadzieję, 
będzie tak zmartwiony utratą naszyjnika, że anuluje mój dług. 

Carmella  uznała,  że  to  brzmi  rozsądnie,  lecz  nie  powiedziała  tego.  Cały 

pomysł  był  tak  przerażający,  że  nie  mogła  bez  drżenia  zastanawiać  się  nad 
zrobieniem czegoś równie haniebnego. 

- Obiecaj mi jedno - powiedziała porywczo. - obiecaj, że spróbujesz zdobyć 

pieniądze,  zanim  uciekniesz  się  do  kradzieży.  Z  pewnością  niektórzy  twoi 
przyjaciele zechcą ci je pożyczyć? 

-  Większość  z  nich  jest  spłukana  tak  jak  ja.  I  nawet  gdyby  wszyscy  się 

złożyli, wątpię, czy w końcu przyszłego tygodnia mielibyśmy tysiąc funtów. 

Odsunął się od Carmelli, mówiąc: 
- Zrobiłem z siebie przeklętego głupca i być może najlepsze, co mogę zrobić, 

to  wyjechać  za  granicę,  zniknąć.  Dla  ciebie  i  dla  mamy  oznaczałoby  to 
nieprzyjemności  i  gdybyście  nawet  wybłagały  milczenie  markiza  w  sprawie 
naszyjnika, on wiedziałby, że naszyjnik jest fałszywy. 

background image

- W żadnym razie nie możesz zrobić czegoś takiego - powiedziała Carmella - 

i sądzę, że możemy jedynie próbować odzyskać naszyjnik. Dopiero kiedy nam 
się nie powiedzie, będziemy musieli podjąć bardziej zdecydowane kroki. 

Mówiąc  tak,  Carmella  nie  miała  pojęcia,  jakie  to  kroki  i  była  zupełnie 

pewna,  że  gdyby  nawet  sprzedali  wszystko,  co  posiadają,  wliczając  w  to 
ubrania,  nie  zebraliby  więcej  niż  kilkaset  funtów.  Każdy  pens,  którego dostali 
za szafiry z naszyjnika, został w ten czy inny sposób wydany. Wyjątkiem była 
złożona w banku niewielka suma, która musi im wystarczyć na utrzymanie aż 
do zbiorów, kiedy to może otrzymają czynsze od farmerów, dzierżawiących od 
nich  część  dóbr  Bramforde.  Carmella  wątpiła,  czy  będzie  tego  dużo.  W  ich 
wiejskim  domu  pozostały  co  prawda  jakieś  meble,  których  dziedzicem 
ustanowiony  został  Gerald,  ale  administrator,  wyznaczony  przez  jej  ojca 
doradca  prawny,  miał  nieprzyjemny  zwyczaj  sprawdzania  mniej  więcej  co 
sześć miesięcy inwentarza. 

- To na wypadek - zwykł mawiać - gdyby służba coś ukradła. 
Carmella  nie  mogła  odpędzić  myśli,  że  to  nie  służbę  podejrzewa 

administrator o rozporządzanie spadkiem, ale samego Gerry'ego. 

-  Co  możemy  zrobić?  Co  możemy  zrobić?  -  zadała  pytanie,  które 

bezustannie powtarzała sobie w myślach. 

-  Ależ,  Mello,  musisz  znaleźć  jakieś  eleganckie,  wytworne  ubrania  - 

powiedział Gerry, jakby był pewien, że nie będą się więcej spierać o przyjęcie 
przez Carmellę zaproszenia markiza. 

- Jak mam to zrobić? - zapytała z przestrachem Carmella. 
- No cóż, myślę, że będę w stanie ci pomóc. - A to... w jaki sposób? 
-  Otóż,  mam  przyjaciela.  Nie  znasz  go,  ale  to  mój  bardzo  dobry  przyjaciel, 

który opiekuje się pewną pociągającą, młodą aktorką. 

-  Co  chcesz  powiedzieć  przez...  „opiekuje  się"?  Gerry  zawahał  się,  zanim 

udzielił odpowiedzi: 

- Zna ją od pewnego czasu, a ona nie ma przyjaciół w Londynie. 
- Ach... rozumiem.. 
- Zdaje mi się, że będziemy mogli pożyczyć dla ciebie trochę jej ubrań. 
Carmella zesztywniała. 
-  Nie  sądzę,  by  mama  chciała,  żebym  pożyczała  ubrania  od  nieznajomej 

osoby! 

- Och, na litość boską! — wykrzyknął Gerry. - Ona jest bardzo miłą, ładną 

kobietą i do tego niezwykle elegancką. Na nic mówienie, że mi pomożesz, jeśli 
masz zamiar się sprzeciwiać. 

background image

- Nie... nie... oczywiście, że nie! Nikt się nie może dowiedzieć, co zrobiliśmy 

z  naszyjnikiem,  a  ja  oczywiście  pomogę  ci,  mój  drogi,  i  przykro  mi,  że  robię 
trudności. Tylko że cały ten pomysł mnie przeraża. 

-  Mnie  także  przeraża,  jeśli  chcesz  znać  prawdę.  A  markiz  przerażał  mnie 

zawsze. 

- Dlaczego miałbyś się go bać? On jest tylko człowiekiem. 
-  Mogę  jedynie  powiedzieć,  że  on  nie  jest  podobny  do  innych  ludzi  - 

gniewnie  odparł  Gerry.  -  Nienawidzę  go!  Nienawidzę  myśli  o  przyjęciu 
gościny u niego, ale musimy to zrobić, Mello. 

Spojrzał na siostrę, a ona zrozumiała, że błagają o pomoc. 
- Przepraszam - powiedział. - Wiem, że zrobiłem z siebie głupca, ale jestem 

w piekielnych tarapatach i naprawdę nie wiem, jak się z nich wydobyć. 

Carmella  kochała  go,  więc  nie  mogła  się  oprzeć  jego  wzruszającej 

przemowie. 

Zarzuciła mu ramiona na szyję i przytuliła mocno. 
-  Nie  martw  się,  mój  drogi.  Jestem  pewna,  że  razem  znajdziemy  jakieś 

rozwiązanie i będę się bardzo gorąco  modlić o to, by papa, gdziekolwiek jest, 
nam pomógł. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział drugi 
 
Gerald  wyszedł,  gdy  tylko  został  usatysfakcjonowany  zgodą  siostry  na 

wszystko. 

- Musisz najpierw odwiedzić mamę - powiedziała Carmella. 
- Nie sądzę, żeby  to był najlepszy pomysł.  Mama pomyślałaby  może, że to 

dziwne,  iż  wpadłem  bez  powodu,  a  szczerze  mówiąc,  Mello,  musimy  działać 
szybko,  jeśli  pod  koniec  przyszłego  tygodnia  masz  w  czymkolwiek 
przypominać Zawodową Piękność. 

Carmella  roześmiała  się,  ponieważ  sama  myśl  o  tym  była  śmieszna. 

Pomachała  bratu  na  pożegnanie,  gdy  odjeżdżał  elegancką  bryczką  pożyczoną 
od jednego z przyjaciół. 

Wydało  jej  się,  że  to  bardzo  dziwne,  iż  Gerald,  który  ma  przyjaciół 

posiadających  kosztowne  bryczki  w  dwójkę  koni  i  „opiekujących  się", 
cokolwiek to znaczy, bardzo utalentowanymi aktorkami, nie może pożyczyć od 
nich  trochę  pieniędzy.  Oczywiście,  rozumiała,  że  byłoby  to  bardzo 
ambarasujące,  a  oni  nie  prędko  otrzymaliby  swoje  pieniądze  z  powrotem. 
Jednocześnie  jednak  przerażała  ją  myśl  o  kradzieży  naszyjnika  i  o  udawaniu 
osoby eleganckiej i wyrafinowanej, jaką wcale się nie czuła. 

-  Znając  cię,  markiz  pewnie  się  spodziewa  -  powiedziała  bratu  -  że  twoja 

siostra to osoba bardzo młoda i zwyczajna jak ja. 

- Nie pojedziesz do Ingleton Hall jako moja siostra - odparł Gerald. 
Carmella tylko spojrzała nań osłupiała. 
-  Według  sir  Roberta,  na  te  przyjęcia  przychodzi  się  w  parze  z  osobą,  do 

której  ma  się  szczególne  upodobanie  -  wyjaśnił  Gerald  -  więc  żeby  być 
wiarygodna, będziesz musiała udawać damę, w której jestem zakochany. 

Carmella wydała okrzyk grozy. 
-  Nigdy  nie  słyszałam  nic  śmieszniejszego!  Jak  markiz  mógłby  choć  przez 

chwilę uwierzyć, że jesteś zakochany w osobie takiej jak ja? 

-  Ale  przecież  ty  nie  będziesz  podobna  do  siebie  -  wyjaśnił  Gerald 

cierpliwie,  jakby  przemawiał  do  dziecka.  -  Będziesz  musiała  wyglądać  jak 
jedna  z  tych  piękności,  o  których  czytasz  w  magazynach  i  które  możesz,  jeśli 
się pofatygujesz, oglądać w parku, zwłaszcza w RottenRow. 

- Widywałam je! Przyglądałyśmy się im razem z mamą! One są jak z innego 

świata,  zupełnie  jak  wspaniałe  kwiaty,  kiedy  tak  siedzą  w  powozach, 
błyszczące od klejnotów, trzymając nad głowami maleńkie parasolki. 

background image

-  Jeśli  je  widywałaś,  to  naśladowanie  ich  nie  będzie  dla  ciebie  trudne.  Ale 

wyszukani kogoś, kto cię poduczy, u im wcześniej się do tego zabierzemy, tym 
lepiej. 

Potem  Gerald  odszedł  spiesznie,  pozostawiając  Carmellę  oszołomioną,  lecz 

przekonaną, że bez względu na trudności musi mu pomóc. 

- Jak mogłabym odmówić, papo? - zapytała w swym sercu ojca. - Geraldowi 

nie  wolno  zhańbić  naszego  nazwiska  ani  narazić  swojej  pozycji  jako  głowy 
rodziny teraz, kiedy ty nie żyjesz. 

Dopiero  kiedy  została  sama,  uświadomiła  sobie  w  pełni,  jakie  byłoby  dla 

nich  poniżające,  gdyby  cała  historia  wyszła  na  jaw.  Nie  dość,  że  Gerald 
zostałby  wystawiony  na  pośmiewisko  dlatego,  że  komuś  tak  znacznemu  jak 
markiz dał fałszywy naszyjnik, to jeszcze może i matka zostałaby oskarżona o 
zamierzone oszustwo, jako że stwarzała pozory, iż kawałki szkła to prawdziwe 
szafiry. 

Wszystko  to  wydawało  się  Carmelli  tak  przerażające,  że  mogła  się  tylko 

modlić.  Pomyślała,  że  chyba  tylko  ojciec,  którego  zawsze  uwielbiała,  mógłby 
im pomóc, ponieważ nikt inny na świecie tego nie zrobi. 

- Pomóż nam, papo, pomóż nam! - powtarzała raz po raz w myślach. 
Wydawało się, że jej modlitwa została wysłuchana. Kiedy tego samego dnia 

Carmella  ułożyła  matkę  do  snu  i  pozostawiła  śpiącą  spokojnie,  do  jej  pokoju 
przyszła pokojówka i powiedziała, że przy drzwiach czeka posłaniec z listem. 
Jako,  że  stacje  było  jedynie  na  tanią  i  nie  najlepiej  wyszkoloną  służbę, 
młodziutka pokojówka miała kłopot z wyjaśnieniem, kto przyszedł. 

Carmella  zeszła  na  dół  i  zobaczyła  stojącego  przy^  frontowych  drzwiach 

mężczyznę w liberii jednego z klubów, do których należał Gerald. 

- Czy panna Carmella Forde? - zapytał. 
- Owszem - potwierdziła. 
-  Mam  liścik,  panienko,  od  lorda  Bramforde'a.  Powiedział,  żeby  oddać  go 

tylko w pani ręce i nie zostawiać u nikogo innego. 

- Rozumiem - odrzekła Carmella - i bardzo dziękuję. To bardzo uprzejmie z 

waszej strony, że go przynieśliście. Wzięła list i zawahała się. 

- Czy zechcecie zaczekać chwilę - zapytała - aż dam wam coś za fatygę? 
Wiedziała,  że  wypada  to  zrobić,  lecz  mężczyzna  uśmiechnął  się,  dotknął 

czapki i powiedział: 

- Wszystko w porządku, panienko. Jego lordowska mość już zatroszczył się 

o mnie. 

Odszedł, a Carmella pozostała z liścikiem w ręku. Zamknęła drzwi frontowe 

i pełna obaw weszła do salonu. List był bardzo krótki: 

background image

Moja droga Mello! 
Wszystko  w  porządku,  a  mademoiselle  Yvonne  Foublone  mówi,  że  będzie 

zachwycona, mogąc Ci pomóc. Przyjadą po Ciebie jutro o drugiej po południu. 
Lepiej będzie, jeśli powiesz mamie, że zabieram Cię na przejażdżkę po parku. 

Przepraszam, że zrobiłem z siebie takiego głupca! 
Ucałowania 
Gerry 
Poczuła, że łzy napływają jej do oczu: Gerry ją przeprosił! Zastanawiała się, 

jaka jest mademoiselle Yvonne i jak Gerry zdołał ją przekonać, by im pomogła. 
Nie  mogła  zasnąć,  więc  leżała  z  otwartymi  oczyma,  myśląc,  jakie  to  straszne, 
że  znaleźli  się  teraz  w  takich  tarapatach.  I  to  po  wszystkich  trudach,  jakie 
zadała  sobie  matka,  by  zebrać  dość  pieniędzy  i  umożliwić  Geraldowi  życie  w 
Londynie wśród jego wytwornych przyjaciół. 

Tysiąc  funtów!  Raz  po  raz  powtarzała  sobie  w  myślach  te  słowa.  Miała 

wrażenie,  że  widzi  je  wypisane  w  ciemności  -  tysiąc  wijących  się  jak  waż  i 
oddalających w siną dal złotych suwerenów. 

Obudziwszy  się  Carmella  czuła,  jak  słowa  te  nadal,  natarczywie  i  uparcie, 

wciskały  się  jej  w  mózg.  A  wraz  z  nimi  wyobrażenie  markiza,  takiego  jak 
opisał  go  Gerry:  zimnego,  okrutnego,  cynicznego,  pełnego  sarkazmu  i 
gotowego ukarać Gerry'ego, jeśli odkryje, że ten go zwiódł. 

Ranek  spędziła  to  z  matką,  to  przyglądając  się  sobie  w  lustrze  i  próbując 

ułożyć  włosy  w  bardziej  wyszukany  sposób.  Zdawało  jej  się,  że  wszystkie  te 
zabiegi sprawiają, że wygląda jeszcze młodziej i bardziej parafiańsko. 

-  To  beznadziejne,  zupełnie  beznadziejne  -  powiedziała  do  siebie.  -  Nie 

rozumiem,  dlaczego  Gerry  nie  może  przekonać  mademoiselle  Yvonne,  by  z 
nim poszła. 

To samo powtórzyła bratu, kiedy ten o drugiej po południu przyjechał zabrać 

ją pożyczoną znowu bryczką, znacznie elegantszą niż wszystko, na co mógłby 
sobie pozwolić. 

Carmella  usiadła  obok  brata.  Była  pewna,  że  jeśli  będą  mówić 

przyciszonymi  głosami,  to  przycupnięty  na  siodełku  za  nimi  woźnica  ich  nie 
podsłucha. 

-  Myślę,  że  to  beznadziejne  próbować  mnie  odmienić  -  powiedziała.  - 

Zastanawiam  się,  dlaczego  nie  poprosisz  mademoiselle  Yvonne,  by  z  tobą 
poszła. 

-  Chyba  oszalałaś  -  odparł  Gerry.  -  Markiz  nigdy  nie  zaprosiłby  na  swoje 

przyjęcie tego rodzaju kobiety. 

Kiedy Carmella westchnęła zdziwiona, wyjaśnił pośpiesznie: 

background image

-  Chcę  powiedzieć,  że  jako  aktorka  nie  pasowałaby  do  wytwornych  dam, 

jakie markiz przyjmuje. 

- Ale ona chce mi pomóc? 
- Jak wspomniałem, opiekuje się nią mój przyjaciel, wicehrabia Turnleigh, a 

ponieważ on przebywa teraz u swoich rodziców na wsi, ja spędzam z nią sporo 
czasu. 

Wydawało  się  to  Carmelli  zrozumiałe,  lecz  kiedy  poznała  mademoiselle 

Yvonne,  zarówno  jej  wygląd,  jak  i  swoboda,  z  jaką  rozmawiała  z  Gerrym, 
wprawiły ją w osłupienie. 

Dom  mademoiselle  Yvonne  w  St.  John's  Wood,  który,  jak  wyjaśnił  Gerry, 

należy  do  wicehrabiego,  okazał  się  ładną  rezydencją  z  kolistym  podjazdem, 
gdzie  wygodnie  było  pozostawić  bryczkę.  Drzwi  otworzyła  elegancka 
pokojówka  w  koronkowym  fartuszku  z  falbanką  i  dobranym  do  niego 
czepeczku. 

-  Miło  pana  widzieć,  milordzie  -  powiedziała,  złożywszy  głęboki  ukłon.  - 

Mamselle czeka na waszą lordowską mość w swojej sypialni. 

Carmella pomyślała, że to dość dziwne, lecz nic nie powiedziała. Zrobiły na 

niej wrażenie gruby dywan na schodach i jasne, całkiem ładne tapety. 

Kiedy  weszli  do  sypialni  mademoiselle  na  pierwszym  piętrze,  Carmella  z 

wielkim  trudem  powstrzymała  się  od  głośnego,  pełnego  zdumienia  sapnięcia. 
Pokój wydawał się całkowicie zdominowany przez ogromne, podwójne łóżko z 
białymi,  muślinowymi  Uranami  z  falbanką,  zwisającymi  ze  złotej  corolli  na 
suficie,  i  zasłonami  z  jedwabiu  w  żywym,  niebieskim  odcieniu,  odpowiednim 
do  koloru  dywanu.  Zasłony  w  oknie  dla  kontrastu  były  jaskrawokoralowe,  z 
masą chwaścików, haftowane i udrapowane w sposób, jakiego dziewczyna nie 
znała. 

Z chwilą jednak gdy weszła do pokoju, Carmella nie była w stanie oderwać 

oczu  od  samej  mademoiselle,  która  leżała  wsparta  o  jedwabne,  obramowane 
koronką  poduszki,  ubrana  w  coś,  co  Carmella  rozpoznała  jako  negliż.  Ten  z 
kolei  był  szmaragdowozielony,  ozdobiony  koronką  i  aksamitnymi  wstążkami 
tego samego koloru, a ponadto prawie przezroczysty. 

Ciemne  włosy  spadały  na  ramiona  mademoiselle,  która,  gdy  pojawił  się 

Gerry, zerwała się, przebiegła przez pokój i, ku zdumieniu Carmelli, zarzuciła 
mu ramiona na szyję. Dziewczyna była pewna, że pod negliżem gospodyni nie 
nosi nic lub prawie nic. 

Mademoiselle ucałowała Geralda w oba policzki, wykrzykując: 
-  Bonjour,  monsieur  milord!  Jestem  bardzo  szczęśliwa,  że  pana  widzę.  I 

przyprowadził pan siostrę. To bardzo wielka dla mnie przyjemność! 

background image

Wypuściła Geralda z objęć i wyciągnąwszy rękę do Carmelli, powiedziała: 
-  Mon  Dieu,  ależ  pani  jest  ładna  -  non!  Piękna  -  to  właściwe  słowo  i  jaka 

szkoda, że musimy, jak to mówią, pozłocić lilię! 

Carmella uznała, że mademoiselle jest bardzo miła. Trudno było nie patrzeć 

w jej wielkie oczy o mocno wytuszowanych rzęsach, na jej ładnie wygięte usta, 
na które niewątpliwie nałożyła dużo pomadki. Nie była piękna, nie była nawet 
ładna, lecz roztaczała nieznany dotąd Carmelli urok. Oczy miała nieco skośne, 
twarz idealnie owalną. Choć jej skóra nie była tak biała, jak to było w modzie, 
nie ulegało wątpliwości, że róż i puder sprawiły, iż mademoiselle wydawała się 
niezwykle ponętna. 

- A zatem, Yvonne - powiedział Gerald - przyprowadziłem tutaj moją siostrę 

Carmellę,  ponieważ  potrzebujemy  twojej  pomocy,  a  wiesz  równie  dobrze  jak 
ja, jaki markiz jest wymagający. 

Mademoiselle Yvonne roześmiała się. 
- Jeśli ci się zdaje, że twoja siostra oczaruje tę górę lodową, to tracisz czas. 

Kiedy  on  siedzi  w  loży,  spoglądając  tymi  wzgardliwymi  oczyma,  to  w  całym 
teatrze  robi się zimno! Cieszę się, że nie  muszę w nie patrzeć i jestem bardzo 
szczęśliwa, że mogę coś zrobić dla milorda. 

Gerry odchrząknął i powiedział żywo: 
-  Moja  siostra  wie,  że  jesteś  aktorką,  Yvonne,  i  że  będziesz  starała  się 

dopomóc jej w odgrywaniu roli wyrafinowanej piękności przez te dwa dni, na 
które zostaliśmy zaproszeni do Ingleton Hall. 

Mademoiselle milczała, a Gerald spojrzał ostrzegawczo na Carmellę. 
- Jak ci już wyjaśniłem, Yvonne, założyłem się, i to dość wysoko, że zabiorę 

do Ingleton Hall osobę zupełnie inną niż kobiety, jakie markiz zwykle gości, i 
że on się wcale na tym nie pozna. 

-  Oui,  oui,  mówiłeś  mi  -  powiedziała  mademoiselle  Yvonne.  -  A  ja  ci 

powiedziałam,  że  nie  masz  żadnych  szans,  aby  wygrać  i  że  markiz  odkryje  tę 
maskaradę immediatement, ale już nie jestem tego taka pewna. 

Z ręką opartą na biodrze i kołysząc  się lekko  mademoiselle przyglądała  się 

Carmelli.  Stała  przy  tym  przed  oknem,  a  Carmella  starała  się  nie  gorszyć, 
widząc jej obrysowaną światłem słonecznym figurę. 

-  Tiensl  -  powiedziała  mademoiselle  po  długim  badaniu.  -  To,  o  co  mnie 

prosisz, jest trudne, ale nie ecsl impossible. 

- Brawo! - wykrzyknął Gerry. - Wiedziałem, że innie nie zawiedziesz. 
- To nie będzie łatwe - zgromiła go mademoiselle. - Twoja siostra jest - jak 

to  się  mówi?  -  jak  piękna,  angielska  róża.  Żeby  przemienić  ją  w  egzotyczną 
orchideę, potrzebna będzie magiczna różdżka! 

background image

-  Którą  na  pewno  masz-  powiedział  Gerry.  -  I  wiesz,  Yvonne,  że  będę  ci 

bardzo, bardzo wdzięczny. 

-  Już  mi  to  powiedziałeś  ostatniej  nocy  -  Yvonne  rzuciła  mu  spod  długich 

rzęs spojrzenie, które Carmella uznała za figlarne. 

Gerry wydawał się zakłopotany. 
-  Myślę,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  zaczekam  na  dole,  gdy  Carmella  będzie 

przymierzała stroje, które dla niej wybrałaś. 

-  Dobry  pomysł!  -  zgodziła  się  mademoiselle  Yvonne.  -  Usiądź  sobie 

wygodnie,  poczytaj  nudnego  „Timesa",  którego  codziennie  dostarczają 
Tony'emu i poproś służbę o butelkę jego najlepszego szampana! 

- Z pewnością to zrobię! - powiedział Gerry z szerokim uśmiechem. - Tylko 

nie wystrasz Carmelli. Ona nigdy nie spotkała kogoś takiego, jak ty. 

-  O,  la,  la,  ja  to  rozumiem  -  odrzekła  mademoiselle  Yvonne.  -  I  dobrze 

wiesz,  że  i  teraz  nie  powinna  była  mnie  spotkać,  ale  -  jak  to  się  mówi?  -  w 
przypadku pożaru wszystkie ręce do pomp! 

Gerald roześmiał się i opuścił pokój. 
-  A  teraz  do  pracy!  -  powiedziała  Yvonne.  -  Proszę  zdjąć  kapelusz, 

mademoiselle, a ja zawołam do pomocy moją pokojówkę. 

Zadzwoniła, a kiedy zjawiła się ubrana na czarno kobieta w średnim wieku, 

zaczęła  mówić  do  niej  bardzo  szybko  po  francusku.  Carmella  dość  płynnie 
mówiła po francusku, ponieważ jej matka była zdania, że każda wykształcona 
dama powinna umieć władać tym językiem. Zrozumiała więc, że mademoiselle 
prosi o suknie - wytworne, ale bez teatralności, wymyślne, lecz nie szokujące. 

-  Oui,  mamselle,  je  comprends  -  powiedziała  pokojówka  i  dodała:  - 

Szczęśliwie  się  składa,  że  l'Anglaise  ma  mniej  więcej  te  same  wymiary,  co 
pani. 

-  To  właśnie  powiedział  milord  -  zaśmiała  się  mademoiselle.  -  A  któż  wie 

lepiej od niego? 

Starszawa  pokojówka  zniknęła,  a  Carmella,  zdjąwszy  kapelusz,  stała 

oszołomiona  w  dziwnym  pokoju,  myśląc,  że  nigdy  by  jej  nie  przyszło  do 
głowy,  iż  Gerry  zna  taką  osobę,  jak  mademoiselle  Yvonne  i  że  jest  z  nią  tak 
spoufalony. 

Pokojówka  wróciła  z  naręczem  strojów,  a  gdy  pomagała  Carmelli  zdjąć 

suknię, mademoiselle Yvonne powiedziała: 

- Jeśli zamierza pani zwieść markiza tak, żeby pani brat wygrał ten zakład, to 

musi pani być sprytna. 

- Bardzo się boję, że go zawiodę. 

background image

- Kocham pani brata, to bardzo miły człowiek, bardzo uprzejmy. Szkoda, że 

jest taki biedny i nie może... 

Jakby uświadamiając sobie, że omal nie powiedziała czegoś niedyskretnego, 

mademoiselle  Yvonne  przerwała  i  zwróciła  uwagę  pokojówki,  zwanej  Jeanne, 
że suknia, którą ta właśnie pomogła włożyć Carmelli, jest odrobinę za luźna w 
talii. 

-  Jeśli  rzeczywiście  ma  pani  talię  cieńszą  od  mojej,  mademoiselle,  to  będę 

bardzo, bardzo zazdrosna. Ja mam w talii siedemnaście i pół cala. A pani? 

-  Ja...  obawiam  się,  że  nie  wiem  -  odpowiedziała  Carmella.  -  Nigdy  mi  nie 

przyszło do głowy, żeby się zmierzyć. 

- W takim razie jest pani inna niż większość dam które mierzą się codziennie 

i tak mocno sznurują gorsety, że nie mogą oddychać! 

Carmella roześmiała się. 
- Myślę, że to bardzo niemądre! 
- Pragną być modne i piękne - zauważyła mademoiselle Yvonne. 
Następna  suknia,  którą  przymierzyła  Carmella.  okazała  się  za  mała.  Ku  jej 

zakłopotaniu  mademoisell  poprosiła,  by  zdjęła  bardzo  lekki  gorset  i  zastąpiła 
go gorsecikiem z czarnej koronki, który, jak powiedziała, pochodzi z Paryża, a 
Jeanne ściągnęła sznurówki tak mocno, że Carmella zaprotestowała. 

-  Teraz  wygląda  pani  modnie  -  powiedziała  Yvonne.  -  I  zobaczy  pani,  że 

moja  suknia  nada  pani  taki  wygląd,  jakiego  pani  pragnie  -  bardzo 
wyrafinowany. 

Carmella pomyślała, że suknia z pewnością nadała jej figurze kształt, jakiego 

nigdy  nie  miała,  i  chociaż  szczupłość  talii  zdawała  się  bardzo  uwydatniać  jej 
małe  piersi,  nic  nie  powiedziała  w  obawie,  że  mogłoby  się  to  wydać 
niestosowne. 

Przymierzyła  trzy  dzienne  suknie,  wszystkie  uznając  za  wyjątkowo  piękne, 

lecz  o  wiele  wymyślniejsze  niż  te,  które  nosiła  jej  matka.  Choć  bała  się  to 
powiedzieć, czuła się zbyt wystrojona na wieś. Mademoiselle Yvonne upierała 
się  jednak,  że  suknie  są  odpowiednie  do  jej  roli,  po  czym  zaprezentowała 
suknie wieczorowe. 

Były  ekscentryczne,  bardzo  obcisłe  w  talii  i  miały,  jak  uznała  Carmella, 

wyjątkowo  nieskromny  de'colletage.  Nie  miała  wątpliwości,  że  matka  byłaby 
zgorszona i przerażona, widząc ją w czymś tak nieodpowiednim do jej wieku. 

-  Tak  jest  lepiej!  -  powiedziała  mademoiselle  Yvonne,  kiedy  Carmella 

włożyła  suknię  z  różowego  jedwabiu,  ozdobioną  tiulowymi  falbankami  tego 
samego koloru i zakryła ramiona migocącym od cekinów tiulem. 

background image

Potem  Yvonne  kazała  Carmelli  usiąść  przy  toaletce,  a  Jeanne  ułożyła  z  jej 

włosów  fryzurę  inną  niż  wszystkie,  jakie  nosiła  poprzednio.  Z  przodu  włosy 
zostały zaczesane do góry, co dodało jej wzrostu i zdawało się uwydatniać jej 
wielkie  oczy  i  drobne,  klasyczne  rysy.  Następnie  mademoiselle  sama 
zaaplikowała  nieco  pudru  na  twarz  Carmelli,  musnęła  różem  jej  policzki  i 
przyciemniła rzęsy. 

- Nie mogę mieć makijażu! - zaprotestowała zgorszona Carmella. - Przecież 

noszą go tylko aktorki na scenie? 

Mademoiselle roześmiała się. 
- Ma pauvre innocente! Z pewnością nie oglądałaś Zawodowych Piękności z 

bardzo  bliska.  One  wszystkie  się  malują  i  pudrują,  a  do  tego  -  co  nie  jest 
tajemnicą  -  przyciemniają  sobie  rzęsy  i  brwi!  Bez  względu  na  wiek  chcą 
wyglądać  pięknie,  a  natura  nie  zawsze  jest  luk  łaskawa  dla  kobiet,  jakie  Bon 
Dieu dla kwiatów! 

Carmella nie mogła powstrzymać się od śmiechu. 
- Jest pani pewna, że to prawda? 
-  Daję  pani  słowo,  że  przed  przyjęciem  u  szlachetnego  markiza  wszystkie 

będą  w  zaciszu  swych  sypialń  nakładać  tu  trochę  pomadki,  tu  trochę  pudru  i, 
oczywiście, będą wyczyniać sztuczki z oczami i rzęsami. 

Ma cherie, musi pani robić to samo, chyba że pragnie pani być podobna do 

siebie. 

- Nie, oczywiście, że nie! Muszę pomóc Gerry'emu! 
-  Exactement.  Proszę  spojrzeć  w  lustro,  a  potem  zawołamy  go,  żeby  panią 

obejrzał. 

Pracując  nad  twarzą  Carmelli  mademoiselle  Yvonne  siedziała  przed  nią,  a 

teraz odsunęła się tak, by mogła ona zobaczyć swe odbicie. 

Carmella była zdumiona.  Wyglądała inaczej, tak że przez chwilę trudno jej 

było  uwierzyć,  że  to  ona  sama.  Wydawała  się  piękna  -  musiałaby  być  bardzo 
głupia, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy - ale i o wiele starsza oraz - tak, to 
było właściwe słowo - o wiele bardziej „wyrafinowana". 

- Jestem pewna, że mój brat będzie zadowolony - powiedziała. 
- Bardzo się rozgniewam, jeśli nie będzie! - odparła mademoiselle Ywonne. 

Podeszła do drzwi i zawołała głośno: - Gerald! Gerald! 

Gerald musiał usłyszeć wołanie, bo odpowiedział z salonu: 
- O co chodzi? 
- Przyjdź na górę! Chcę, żebyś poznał barrrdzo czarującą, młodą damę, która 

przyszła mnie odwiedzić. 

background image

Carmella, słysząc wchodzącego po schodach brata, podniosła się ze stołka i 

stanęła pośrodku pokoju, czekając na niego. Gerald zatrzymał się w drzwiach. 
Zapadła  cisza,  gdy  przyglądał  się  Carmelli,  a  trzy  kobiety  czekały  na  jego 
werdykt. 

- Na Jowisza! - wykrzyknął po chwili. - Jesteś genialna, Yvonne, naprawdę! 

Markiz nigdy się nie domyśli, że ta elegancka kobieta to moja siostrzyczka ze 
wsi! 

- Właśnie tak sobie pomyślałam - powiedziała Yvonne. - Jesteś zadowolony, 

mon cherl. 

- Bardzo zadowolony - odpowiedział i dodał przyciszonym głosem: - Później 

ci powiem, jak bardzo. 

Yvonne obdarzyła go przelotnym uśmiechem, po czym wróciła do Carmelli, 

mówiąc: 

- Myślałam o tym, co jeszcze mogę dla pani zrobić, a ponieważ bardzo Jubię 

pani  brata,  a  on  był  taki  miły,  kiedy  mój  przyjaciel  wyjechał,  poślę  z  panią 
Jeanne. Nie tylko po to, żeby panią ubierała, ale i malowała pani twarz, czego 
pani nigdy nie zdoła sama zrobić, jestem tego pewna. 

- Och, to by było za wiele! - wykrzyknęła Carmella. - Nie mogę prosić pani 

o to. 

-  Zrobię  to!  -  odparła  mademoiselle  Yvonne.  -  Będzie  mi  brak  Jeanne,  ale 

przecież to tylko sobota i niedziela. Wrócicie w poniedziałek, prawda? 

Ostatnie  słowa  nie  były  pytaniem  skierowanym  do  Carmelli;  Yvonne 

patrzyła na Geralda. 

-  Wrócimy  w  poniedziałek  -  powtórzył  Gerald.  -  A  ja  zaraz  po  powrocie 

przyjdę cię odwiedzić i opowiem, co się wydarzyło. 

Yvonne  wyraźnie  to  chciała  usłyszeć.  Uśmiechnęła  się  do  niego,  po  czym 

powiedziała: 

-  Zatem  wszystko  ustalone.  Jeanne  zapakuje  wszystkie  rzeczy,  które  pani 

wybrała,  i  oczywiście  dodatki:  kapelusze,  rękawiczki  i  parasolki.  Musi  pani 
pamiętać o zabraniu tych rzeczy, zanim pani wyjedzie. 

- Ja je zabiorę, kiedy przyjdę się z tobą pożegnać powiedział Gerald. 
Carmelli  wydało  się,  że  jego  słowa  mają  jakieś  znaczenie,  które  Yvonne 

zrozumiała, ponieważ znów obdarzyła go miłym uśmiechem i rzekła: 

-  A  teraz  zejdź  na  dół,  a  my  zwrócimy  twoją  siostrę  jej  samej,  bardzo 

pięknej, ale z pewnością nie w guście monsieur Góry Lodowej, markiza! 

- Niewielka jest na to szansa w obecności lady Sybil - roześmiał się Gerald. 
-  Przyznaję,  że  ona  jest  piękna  -  powiedziała  mademoiselle  -  ale  nie  tak 

piękna, jak za kilka lat będzie twoja siostra. 

background image

Carmella pomyślała, że mademoiselle jest bardzo uprzejma i pragnęła tylko, 

żeby  jej  słowa  okazały  się  prawdą.  Zamierzała  powiedzieć  mademoiselle,  że 
nigdy  nie  będzie  taka  fascynująca  i  mądra  jak  ona,  kiedy,  ku  jej  zaskoczeniu, 
podczas  gdy  Jeanne  rozpinała  jej  suknię,  Yvonne  wyszła  za  Geraldem  z 
sypialni i zamknęła za sobą drzwi. 

Carmella  usłyszała  ich  rozmawiających  u  szczytu  schodów,  a  ponieważ 

wcale nie chciała podsłuchiwać, powiedziała do Jeanne: 

- To bardzo uprzejmie z twojej strony, że ze mną pojedziesz. Rzecz w tym, 

że  bardzo  się  boję  pierwszego  wielkiego  przyjęcia  i  przebywania  między 
ludźmi, których nigdy przedtem nie spotkałam. 

-  Będzie  pani  tak  samo  piękna  i  elegancka,  jak  one  wszystkie,  mamselle  - 

odpowiedziała Jeanne. - Kiedy ja byłam jeune filie, mon papa mawiał, że to źle 
bać  się  wszystkich.  Wszyscy  mężczyźni  i  wszystkie  kobiety  to  istoty  ludzkie, 
które krwawią, kiedy sieje ukłuje! 

Carmella roześmiała się. 
- Twój ojciec miał rację! Ale bardzo trudno jest nie bać się obcych ludzi. 
Mówiąc  to,  miała  na  myśli  nie  tyle  ludzi,  ile  samego  markiza  i  naszyjnik 

Bramforde'ów,  który,  jeśli  Gerald  miał  rację,  został  już  złożony  na 
przechowanie  w  skarbcu  razem  z  klejnotami  Ingletonów.  Mogła  się  tylko 
modlić,  by  markiz  nie  miał  sekretarza  czy  zarządcy  znającego  się  na 
kamieniach, 

który 

powiedziałby 

mu, 

że  naszyjnik  jest  zupełnie 

bezwartościowy. 

- Boże, nie dopuść, proszę, żeby on się dowiedział! 
-  A  teraz,  mamselle,  znów  jest  pani  podobna  do  siebie  -  przerwała  jej 

modlitwę Jeanne. 

Spojrzawszy w lustro, Carmella zobaczyła, że znów ma na sobie ładną, lecz 

prostą suknię, w której przyszła, i że wygląda dokładnie tak, jak zawsze. 

- Powinnam ci podziękować za twoją pomoc - powiedziała do Jeanne. 
Po  czym,  pomyślawszy,  że  grzeczniej  byłoby  to  powiedzieć  w  języku 

Jeanne, dodała po francusku: 

- Je vous remercie, c'est hien aimable de votre part. 
Jeanne była zachwycona. 
-  Mamsellemówi  jak  paryżanka.  To  dobrze!  Będziemy  rozmawiały  ze  sobą 

po  francusku,  kiedy  będziemy  na  wsi  i  przynajmniej  służba  nie  będzie 
rozumiała, o czym mówimy. 

Carmella  roześmiała  się,  ale  jednocześnie  przyszło  jej  do  głowy:  jeszcze 

więcej  tajemnic,  jeszcze  więcej  podstępów  i  kłamstw.  Co  pomyślałaby  jej 
matka, gdyby wiedziała? 

background image

Jeanne  otworzyła  drzwi  sypialni  i  Carmella  stwierdziła,  że  Gerald  i 

mademoiselle  Yvorme  musieli  zejść  na  dół.  Zawołała  Geralda  i  zanim  doszła 
do  małego  hallu,  on  już  na  nią  czekał.  Ku  swemu  zaskoczeniu  zauważyła,  że 
Gerald  nie  wydaje  się  już  być  tak  schludny  i  nienaganny  jak  wtedy,  gdy  tu 
przybyli,  a  kiedy  żegnał  się  z  mademoiselle  Yvonne,  zauważyła  na  jego 
policzku ślad pomadki do ust. 

- Będę czekała - powiedziała cicho Yvonne. - I to niecierpliwie, mon cher. 
Spojrzała na niego znacząco, a Gerald, jakby zakłopotany tym, że Carmella 

słucha, wyszedł szybko przez frontowe drzwi na dwór, gdzie czekała bryczka. 

Carmella  wyciągnęła  rękę  i  również  powiedziała  „dziękuję",  a 

mademoiselleYvonne ucałowała ją. 

- Jest pani bardzo miła, mademoiselle Carmella - powiedziała. - I wiem, że 

brat jest z pani dumny. 

- Jeśli go nie zawiodę, to wyłącznie dzięki pani - odpowiedziała Carmella. 
-  Non!  Non!  -  mademoiselle  Yvonne  wyciągnęła  przed  siebie  ręce.  -  Ale 

jeśli się pani powiedzie, uczcimy to! Przyjdzie pani znów mnie odwiedzić? 

Było to pytanie. 
- Oczywiście - odpowiedziała Carmella. - Już się na to cieszę. 
-  Ja  także  będę  się  cieszyć.  Jeśli  pani  przyjdzie...  Carmella  nie  rozumiała 

powątpiewania wyrażonego w trzech ostatnich słowach, lecz uśmiechnęła się i 
wsiadłado  bryczki,  a  kiedy  odjeżdżali,  Gerald  pomachał  ręką.Mademoiselle, 
stojąc w drzwiach, pomachała w odpowiedzi, zupełnie nie bacząc na to, że jej 
przeświecający negliż czynił ją nieco nieodpowiednio ubraną. 

- Ona jest bardzo uprzejma - powiedziała Carmella, kiedy ruszyli. 
-  Jest  poczciwym  stworzeniem.  Żałuję  tylko...  Gerald  urwał,  zaś  Carmella 

czekała. 

- Czego żałujesz? - zapytała w końcu. 
-  Że  nie  stać  mnie  na  przyzwoity  prezent  dla  niej.  Carmella  odniosła 

wrażenie,  że  miał  zamiar  powiedzieć  coś  całkiem  innego.  Jechali,  nie 
zatrzymując się. 

-  Dowiedziałem  się  -  powiedział  Gerald  -  że  na  dotarcie  do  Ingleton  Hall 

potrzeba dwóch godzin szybkiej jazdy, zatem powinniśmy  wyjechać w sobotę 
zaraz po drugiej po południu. 

- Spodziewają się nas na herbatę? 
-  Bardziej  prawdopodobne,  że  na  szampana.  Ale  ty  zechcesz  mieć  czas  na 

ubranie  się  do  kolacji  i,  bez  względu  na  to,  co  się  stanie,  nie  powinniśmy, 
spóźniając się, zwracać na siebie uwagi. 

- Nie, oczywiście, że nie. 

background image

-  Umówię  się  z  Yvonne  -  ciągnął  Gerald  -  że  po  wczesnym  lunchu 

przywiozę cię do jej domu, tak żebyś mogła przebrać się w ubranie, które ona 
ci da, i przybyć na miejsce, wyglądając stosownie do roli. 

-  Oczywiście.  Zapomniałam  o  tym  -  nerwowo  powiedziała  Carmella.  -  Ale 

jest jeszcze mama. 

-  Wziąłem  to  pod  uwagę.  Pożegnasz  się  z  mamą  około  dwunastej 

trzydzieści,  kiedy  przyjadę  cię  zabrać,  a  ty  musisz  jej  wmówić,  że  zamierzasz 
spędzić  dwa  dni  z  moimi  przyjaciółmi,  którzy  mają  córkę  w  twoim  wieku  i 
syna w moim. 

-  Znowu  kłamstwa  -  pomyślała  Carmella  z  rozpaczą,  lecz  wiedziała,  że  on 

ma  rację  i  że  matka  w  żadnym  razie  nie  może  dowiedzieć  się  o  tym,  co  się 
dzieje. 

Po jakimś czasie zapytała cichym głosem: 
- Pomyślałeś o tym, jak mam się nazywać? 
- Tak, pomyślałem - odparł Gerald - a ponieważ trudno byłoby to sprawdzić, 

zdecydowałem, że będziesz Irlandką. 

- Irlandką? - powtórzyła zaskoczona Carmella. - Ale dlaczego? 
- Jest wielu Irlandczyków, którzy posiadają tytuły, choć nie takiej wagi, jak 

angielskie.  Zadałem  sobie  wiele  trudu,  żeby  się  tego  dowiedzieć,  a  zatem 
będziesz wdową po irlandzkim parze, lordzie O'Kerry. 

- Aaaa... wdową! - wykrzyknęła Carmella. - Dlaczego wdową?! 
-  Nie  bądź  niemądra  -  upomniał  ją  Gerald.  -  Gdybyś  po  prostu  jako  panna 

Taka czy Owaka wyglądała tak, jak będziesz wyglądała, kiedy Yvonne skończy 
cię przygotowywać, to byłabyś albo „Cypryjką", której nie mógłbym zabrać na 
przyjęcie  do  markiza,  albo  nudną  starą  panną,  której  nikt  nie  miałby  chęci 
poznać. 

- Co to takiego „Cypryjka"? - zapytała Carmella.  Gerald uświadomił sobie, 

że popełnił błąd. 

-  To  imię  aktorki,  która  zyskała  sobie  raczej  złą  opinię  -  powiedział  po 

chwili milczenia - a rozumiesz iż markiz, inaczej niż niektórzy jego przyjaciele, 
przyjmuje  tylko  najznamienitszych  ludzi  z  towarzystwa.  Nigdy  aktorek  i  osób 
tego rodzaju! 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  nie  zaprosiłby  mademoiselle  Yvonne  do  Ingleton 

Hall? 

- Z pewnością nie! 
- Ona, zdaje się, dokładnie wie, jak wyglądają i zachowują się piękności, o 

których bez przerwy mówisz - zauważyła Carmella. 

background image

-  Sądzę,  że  jest  dość  inteligentna,  żeby  przysłuchiwać  się  rozmowom 

mężczyzn, którzy dobrze znają te piękności, a poza tym ma oczy do patrzenia. 

Gerald  mówił  zjadliwie,  jakby  uważał,  że  siostra  jest  tępa,  więc  chociaż 

Carmella uznała to za dziwne, zdecydowała, że źle byłoby pytać dalej. 

- Chcę tylko, mój drogi Gerry - powiedziała - być całkiem pewna, że cię nie 

zawiodę  i  że  jeśli  nie  zdobędziemy  naszyjnika,  choć  sama  myśl  o  tym  mnie 
przeraża, to nie będzie to moja wina! 

- Jakoś go odzyskamy - powiedział Gerald. Carmella pomyślała, że on zadarł 

podbródek tak samo jak wtedy, kiedy jako mały chłopiec postanawiał postawić 
na swoim. A ponieważ wszystko to wydawało się takie beznadziejne, a ona tak 
straszliwie  bała  się  tego,  co  ich  czeka,  Carmella  znów  zaczęła  się  modlić  do 
ojca o pomoc. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział trzeci 
 
Markiz  Ingleton  podniósł  wzrok,  kiedy  do  pokoju  wszedł  jego  sekretarz. 

Siedział  przy  biurku,  wykonanym  dla  jego  dziadka  za  panowania  Jerzego  II, 
bardzo wyszukanym, ze złoconymi nogami i subtelnie pozłacanymi uchwytami 
od szuflad. 

-  Przyniosłem  plan  miejsc  przy  stole  na  dzisiejszy  wieczór,  jaśnie  panie  - 

powiedział sekretarz. 

Był  to  mężczyzna  w  średnim  wieku,  który  kiedyś  był  oficerem  w  wojsku  i 

nadal  na  takiego  wyglądał.  Od  prawie  dziesięciu  lat  pracował  u  markiza,  a 
Ingleton Hall i domy jego chlebodawcy w innych częściach kraju swoje płynne 
funkcjonowanie zawdzięczały właśnie jego dyrektywom. 

Wyciągnął  plan  miejsc  przy  stole,  stanowiący  replikę  stołu  w  jadalni, 

zrobioną z zielonej skóry i z miejscem na wsunięcie karty z nazwiskiem gościa 
przed każdym siedzeniem. 

-  Dziękuję,  Maynard  -  powiedział  markiz,  biorąc  plan  z  rąk  sekretarza.  - 

Sądzę, że opracowałeś go ze zwykłą biegłością. 

-  Z  jednym  wyjątkiem,  jaśnie  panie.  Nie  znam  nazwiska  damy,  którą  przy 

wiezie ze sobą lord Bramforde. 

-  Nie  dowiadywałem  się  ojej  nazwisko  przed  opuszczeniem  Londynu,  ale 

możesz, oczywiście, dodać je, kiedy ona przybędzie. 

-  Zrobię  to,  jaśnie  panie;  umieściłem  lorda  Bramforde'a  w  apartamencie 

różanym, a damę po drugiej stronie buduaru. 

Markiz  skinął  głową,  jakby  nie  musiał  potwierdzać  właściwości  tej 

procedury. Na jego przyjęciach regułą było, że ludzi, którzy dyskretnie tworzyli 
pary, umieszczano możliwie blisko siebie. 

Patrząc  teraz  na  listę  gości  markiz  pomyślał,  że  wykazuje  ona  cokolwiek 

monotonne podobieństwo do poprzednich. Wszyscy goście, z wyjątkiem lorda 
Bramforde'a  i  jego  przyjaciółki,  uczestniczyli  w  przyjęciu  w  końcu  ubiegłego 
tygodnia, a w ciągu obecnego spotykali się w Marlborough House na kolacji z 
księciem  Walii,  z  Devonshire'ami,  z  Londonderrymi,  z  hrabią  i  hrabiną  de 
Grey. 

Gdy  sekretarz  opuścił  pokój,  markiz  odłożył  pióro,  którym  pisał  list  i 

niewidzącym  wzrokiem  zapatrzył  się  na  rozkosznie  wygodny  pokój,  który 
uczynił swoim sanctum. Podtrzymywał ustaloną przez dziadka i ojca tradycję, 
że  wszystkie  obrazy  w  gabinecie  powinny  być  dziełem  rozmiłowanych  w 
wyścigach konnych artystów, którzy wyrażali w ten sposób swoje upodobanie 
do sportu. 

background image

Nad  kominkiem  wisiało  słynne  studium  koni  Stubbsa,  a  obrazy  Herona, 

Aikena  i  Sartoriusa  skłoniły  jednego  z  przyjaciół  markiza  do  określenia  ich 
mianem „prywatnej menażerii". 

-  Sądzę,  że  brakowałoby  mi  tych  obrazów,  gdyby  ich  tutaj  nie  było  - 

roześmiał  się  markiz.  -  A  skoro  mowa  o  menażeriach,  zastanawiałem  się,  czy 
chciałbym założyć jakąś tutaj, w Ingleton. Zdaje  mi się, że mój prapradziadek 
trzymał dwa gepardy, a dziadek sprowadził z Indii tygrysa, który, niestety, po 
ciężkiej zimie zdechł. 

- Uważam, że menażeria to bardzo dobry pomysł - zauważył jego przyjaciel 

- ale mogłaby ona odrywać cię od twoich koni, a to byłoby źle. 

Markiz  wiedział,  że  jego  stajnie  uchodzą  za  najlepsze  w  kraju,  a  w  ciągu 

ostatnich  dwóch  lat  należące  douiego  konie  udowodniły,  że  nie  nie  mają 
konkurentów. Wyścigi, polowanie i strzelanie były jego ulubionymi sportami, a 
i  wszyscy  ci,  których  uważał  za  swych  najbliższych  przyjaciół,  byli 
sportsmenami.  Trudniej  było  zabawiać  ich  latem  niż  wtedy,  kiedy,  aby  ich 
zająć  w  ciągu  dnia,  można  było  wybrać  między  polowaniem  i  strzelaniem. 
Mądrze  zatem  zrobił  zadbawszy  o  to,  by  byli  odpowiednio  zabawiani  przez 
damy, które zostały zaproszone specjalnie dla nich. 

W towarzystwie, które miało przybyć dzisiaj, nie będzie mężów i żon razem; 

markiz zadał sobie wiek trudu, by nie popełnić przy tej okazji żadnego fata pas. 
Zmuszony  był  na  przykład  obliczyć  dokładnie,  kiedy  lord  Dudley  będzie 
obecny na wyścigach w innej części kraju, by jego żona mogła z chęcią przyjąć 
zaproszenie  bez  niego.  A  lady  Beresford,  która  jest  przesadnie  zazdrosna, 
została akurat wezwana do matki na łożu śmierci, co sprawiło, że lord Charles 
mógł przybyć sam. 

Wszyscy  goście  z  listy  zostali  wybrani  ze  szczególnego  powodu:  po  to,  by 

mogli  stworzyć  pary  z  mężczyznami  lub  kobietami,  którymi  byli  w  tej  chwili 
mocno zajęci. 

Wyjątkiem  był  lord  Bramforde,  który  został  poproszony  o  przywiezienie 

damy  według  własnego  wyboru.  Patrząc  na  jego  nazwisko  na  liście,  markiz 
zmarszczył brwi. Pomyślał, że popełnił błąd, włączając mężczyznę tak młodego 
do towarzystwa, w którym każdy będzie o wiele starszy od niego. To dlatego, 
że kiedy wygrał od niego tę dużą sumę pieniędzy, lord Bramforde wydawał się 
tak osłupiały, że przez chwilę  markiz poczuł się z tego powodu winny. Potem 
powiedział  sobie,  że  jest  absurdalnie  sentymentalny  i  że  jeśli  Bramforde  nie 
może  sobie  pozwolić  na  grę,  to powinien  mieć  dość  zdrowego  rozsądku  i  siły 
woli, by tego nie robić. 

background image

-  Przypuszczam,  że  chodziło  mu  bardziej  o  upokorzenie  niż  o  pieniądze  - 

pomyślał markiz. 

Tak  czy  inaczej,  żałował,  że  zaprosił  Bramforde'a,  bo  nie  lubił  obcych  na 

swoich  przyjęciach.  Spojrzał  na  listę,  by  sprawdzić,  komu  wyznaczono  przy 
kolacji miejsca po jego prawej i lewej stronie i zobaczył, że lady Sybil będzie 
siedziała, tak jak się spodziewał, po jego prawej ręce, lady Brooke po lewej, zaś 
lord Charles Beresforde po jej drugiej stronie. 

Markiz,  tak  jak  wszyscy,  lubił  Daisy  Brooke,  która  wzbudzała  Sensację, 

odkąd  w  wieku  osiemnastu  lat  olśniła  Londyn  swą  pięknością  i  ponad 30  000 
funtów rocznie. Lord Brooke, najstarszy syn hrabiego Warwick, zakochał się w 
niej od pierwszego wejrzenia, lecz kiedy zapytał lorda Rosslyna, czy wolno mu 
emablować  Daisy,  odpowiedź  brzmiała:  „nie",  ponieważ  lady  Rosslyn  miała 
wielkie  ambicje  wobec  swojej  starszej  córki.  Wiedziała  dobrze,  że  królowa 
Wiktoria,  która  szybko  stała  się  „swatką  Europy",  zadecydowała,  iż  to  błąd 
żenić własne dzieci z niemieckimi królewskimi wysokościami bez grosza przy 
duszy,  które  żądały  wielkich  zapisów.  A  że  istotnie  zastanawiała  się  nad 
angielską dziedziczką fortuny dla swego najmłodszego syna, księcia Leopolda, 
diuka Albany, ładna Daisy wzbudziła jej zainteresowanie. 

Królowa  Wiktoria  i  lady  Rosslyn  doprowadziły  negocjacje  małżeńskie  do 

punktu  kulminacyjnego,  lecz  kiedy  Daisy  zaproszono  do  wiejskiego  domu 
księcia  Leopolda,  osiemnastoletnia  dziewczyna  stanowczo  odrzuciła  jego 
propozycję. W kilka godzin później, spacerując pod osłoną parasolki z lordem 
Brooke,  z  radością  przyjęła  drugie  tego  dnia  oświadczyny.  Wszystko  to  było 
niezwykle romantyczne, więc kiedy wiadomość o oświadczynach przeciekła do 
plotkarskiej prasy, chłonęły ją kobiety we wszystkich domach w Anglii. 

I ot w niecałe pięć lat po ślubie Daisy, niewinna debiutantka, kobieta, której 

królowa  pragnęła  dla  swego  delikatnego,  hemofilitycznego  syna,  zerkała  z 
podziwem  na  bohatera  dnia,  wspaniałego,  zuchwałego  żeglarza,  który  był 
bliskim przyjacielem księcia Walii. 

W  roku  1884  lord  Charles  przebywał  w  Egipcie,  organizując  transport 

parowców  do  katarakt  na  Nilu,  co  miało  odciążyć  generała  Gordona  w 
Chartumie.  Po  bitwie  pod  Abu  Klea,  w  której  zginęli  wszyscy  oprócz  niego 
oficerowie  marynarki,  lord  Charles  zdołał  uciec  i  ocalić  czołowe  oddziały 
Charlesa  Wilsona,  odizolowane  po  upadku  Chartumu.  Za  tę  znakomicie 
przeprowadzoną  pod  ogniem  nieprzyjaciela,  niebezpieczną  operację  otrzymał 
Order Łaźni. 

Powrócił  do  Anglii  w  lipcu  następnego  roku,  kiedy  lady  Brooke,  jak 

przystało  na  przykładną,  wiktoriańską  żonę,  rodziła  swemu  mężowi  trzecie 

background image

dziecko.  W  jej  domu  w  Easton  Lodge  odbyła  się  uroczystość  ze  sztucznymi 
ogniami.  A  rok  później,  już  po  urodzeniu  syna,  Daisy  była  bez  pamięci 
zakochana w lordzie Charlesie Beresfordzie. 

Gdy  tak  zastanawiał  się  nad  nimi,  w  niezwykle  bystrym  umyśle  markiza 

zrodziła  się  nagła  myśl,  że  ogólne  rozluźnienie  obyczajów,  typowe  dla  jego 
towarzystwa,  zawdzięczać  należy  wyłącznie  księciu  Walii.  Po  dwudziestu 
pięciu  latach  obowiązywania  represyjnych,  niemal  purytańskich  reguł  życia 
społecznego  za  królowej  Wiktorii  z  wielką  ulgą  przyjmowano  szepty,  że 
przystojny książę Walii flirtuje i bez żadnych wątpliwości umizga się do każdej 
pięknej  damy,  która  zwróci  jego  uwagę.  Zachowanie  takie  nie  tylko 
zachwycało Londyn, ale i oczarowało Europę. Albert Edward był pociągającym 
mężczyzną  o  tak  miłym  usposobieniu,  że  damy,  które  mu  ulegały,  nie  robiły 
tego wyłącznie dlatego, że było to modne. Nawet królowa Wiktoria, twarda dla 
syna, napisała: 

„ Bertie jest taki dobry, ma tyle miłych przymiotów, że każe nie zauważać i 

zapominać wiele z tego, co chciałoby się widzieć innym ". 

Jej  Królewska  Mość  nie  musiała  się  trapić.  Londyńskie  towarzystwo  nie 

życzyło  sobie  niczego  innego.  Było  olśnione,  że  po  wielu  latach  stało  się 
możliwe,  aby  panowie  rozmyślali  o  nawiązaniu  ajfaire-de-coeurz  kobietą  ze 
swojej sfery. 

Wszystko  to  przemknęło  przez  głowę  markiza,  który  uświadomił  sobie,  że 

książę  nigdy  nie  zbliżał  się  do  bardzo  młodych  kobiet  czy  niedawno 
poślubionych  żon.  Dokładał  starań,  by  jego  romanse  przebiegały  dyskretnie  i 
tego samego oczekiwał od swych przyjaciół. 

Przejrzawszy  znów  listę  swych  gości  markiz  upewnił  się,  że  nie  będzie 

żadnych skandali, żadnych nieprzyjemnych plotek i żadnych uraz. Jednocześnie 
jednak  zadał  sobie  pytanie,  jakkolwiek  dziwnie  by  to  brzmiało:  jaki  będzie 
koniec  tego  wszystkiego?  Już  dwóch  jego  przyjaciół  w  tym  towarzystwie 
zdążyło  być  kochankami  kilku  znanych  piękności,  od  których  roiło  się  w 
czasopismach i gazetach, a teraz wdali się w nowe romanse, które zakończą się 
dokładnie tak samo, jak poprzednie. 

Myśląc  o  tym  -  markiz  powiedział  sobie,  że  -  choć  starał  się  do  tego  nie 

przyznawać - lady Sybil Greeson zaczyna go nudzić. 

Lady  Sybil,  córka  diuka  Dorset,  zawarła  nieszczęśliwe  małżeństwo  z 

człowiekiem,  który  interesował  się  jedynie  łowieniem  ryb.  Lord  Greeson,  gdy 
tylko  lady  Sybil  obdarzyła  go  dwoma  synami,  zrezygnował  z  wszelkich 
pozorów,  że  spędza  czas  z  żoną,  która  rozkwitła  w  niezwykłą  piękność.  W 

background image

odpowiednich  porach  roku  wędrował  od  rzeki  do  rzeki,  bijąc  własne  i  cudze 
rekordy pod względem liczby złowionych łososi i pstrągów. 

To,  że  lady  Sybil  będzie  sobie  brała,  oczywiście  dyskretnie,  jednego 

kochanka  po  drugim  było  zatem  nieuniknione,  dopóki  spotkawszy  markiza 
Ingletona nie zrozumiała, że oto trafiła na swoje przeznaczenie. Zakochała się 
po  raz  pierwszy  w  życiu,  szaleńczo,  gwałtownie,  z  niepohamowaną 
zaborczością,  która  wróżyła  klęskę.  Dla  markiza  bowiem  romanse,  tak  jak 
strzelanie, łowienie ryb i wyścigi konne, były przyjemnością, która nie powinna 
wkraczać  w  inne  jego  zainteresowania.  Kobiety  miały  swe  miejsce  w  jego 
życiu,  lecz  uwalniał  się  od  nich,  kiedy  nie  znajdował  ich  już  tak  ponętnymi, 
jakimi wydawały się na początku. 

Markiz wzbudzał taki lęk, że zmuszał kobiety do opanowania. Nawet kiedy - 

jako nieosiągalny - stanowił dla nich nieodparte wyzwanie. 

Lady Sybil wszak nie rozumiała, jaka jest niemądra. 
-  Kocham  cię,  Tyronie!  -  wykrzyczała  z  pasją,  kiedy  ostatnio  byli  razem.  - 

Dlaczego nie mogę być z tobą zawsze, nie tylko od czasu do czasu? 

Markiz słyszał już przedtem to pytanie i nie kłopotał się udzielaniem na nie 

odpowiedzi.  Ubierał  się  właśnie,  starannie  i  metodycznie,  przed  lustrem 
wiszącym  nad  kominkiem  w  sypialni  lady  Sybil.  Ona  leżała  wsparta  na 
jedwabnych  poduszkach;  jej  nieskazitelne  ciało  lśniło  jak  perła,  rude  włosy 
opadały  na  białe  ramiona.  Mogłaby  pozować  do  obrazu  ukochanej  przez 
Rzymian Wenus.  Mimo to oczy  markiza, gdy patrzył  na jej odbicie w lustrze, 
miały  twardy  wyraz.  Choć  ona  nie  była  tego  świadoma,  markiz  myślał,  że 
kobieta zawsze popełnia błąd, będąc nieopanowana i wymagająco namiętna w 
chwili, kiedy płomienie miłości już zgasły. 

Skończył układać krawat, narzucił na siebie wieczorowy płaszcz, który leżał 

na fotelu i odwrócił się w stronę łóżka. 

-  Idź  spać,  Sybil  -  powiedział  -  i  przestań  kłopotać  swą  ładną  główkę 

pytaniami, na które nie ma odpowiedzi. 

- Jesteś całkiem pewien, że nie ma? - zapytała lady Sybil z łkaniem w głosie. 
- Jest za późno na zagadki - odrzekł  markiz; wziął ją  za ramię, które ona z 

rezygnacją wyciągnęła nad łóżkiem, ucałował je niedbale i ruszył ku drzwiom. 

- Zostań, Tyronie! Zostań jeszcze trochę! - błagała lady Sybil. 
- Zobaczymy się w piątek. Po lunchu przyślę po ciebie powóz. 
- Ależ ja muszę zobaczyć cię wcześniej! - wykrzyknęła. 
Jednakże  zanim  wypowiedziała  połowę  zdania,  markiz  zamknął  za  sobą 

drzwi sypialni i zaczął schodzić po schodach. Zaspany lokaj czekał w hallu, by 
go wyprowadzić przez frontowe drzwi. 

background image

Lady  Sybil  wydała  cichy  okrzyk  irytacji,  odwróciła  się  i  ukryła  twarz  w 

poduszce. 

- Zawsze to samo - pomyślała. 
Czuła  się  nieszczęśliwa,  kiedy  markiz  ją  opuszczał,  ponieważ  nigdy  nie 

chciał zostać dłużej. Zarazem, choć nie śmiała się do tego przyznać, lękała się, 
że go już nigdy nie zobaczy. Tak bardzo, tak rozpaczliwie starała się zawładnąć 
nim  całkowicie.  A  przecież  dobrze  wiedziała,  że  choć  podnieca  go,  a  on  jest 
najbardziej  płomiennym  i  osiągającym  to,  co  chce  kochankiem,  jakiego 
kiedykolwiek miała, to nie porusza jego serca i nic, co mogłaby powiedzieć lub 
zrobić, nie zatrzyma go, tak jak tego chciała. 

Każda  inna  kobieta,  którą  markiz  darzył  względami,  mogłaby  jej 

powiedzieć, że czuła to samo, że jest w Tyronie Ingletonie coś nieuchwytnego, 
czego nie znalazła w żadnym innym mężczyźnie. Tak jakby on rozkoszował się 
tym, że jest niedosiężny. Wszystkich traktował z góry, nawet kobiety, które go 
kochały, a one czołgały się u j ego stóp, choć nienawidziły przyznawać się do 
tego. 

- Kocham go! Kocham go! - szeptała do siebie lady Sybil. 
Mimo  to  wiedziała,  że  nic,  co  by  powiedziała  czy  zrobiła,  nie  powstrzyma 

go od zachowywania się tak, jak chce i że to na nic spodziewać się po nim, że 
będzie inny. 

Wielu  ludzi,  nie  tylko  kobiety,  zastanawiało  się,  skąd  w  markizie  taka 

pogarda dla świata, w którym żyje i dla ludzi, z którymi łączą go stosunki. 

-  Kłopot  z  tobą,  Ingleton,  polega  na  tym  -  powiedział  kiedyś  jeden  z 

przyjaciół markiza - że za dużo masz. Jesteś zbyt bogaty, zbyt ważny, odnosisz 
za  wiele  sukcesów  i  jesteś  o  wiele  za  inteligentny  na  to,  żeby  zadowalali  cię 
zwykli śmiertelnicy, tacy jak my. 

- Nie rozumiem, dlaczego to mówisz - odparł agresywnie markiz. 
- Bo to prawda. Sądzę, że tylko raz, kiedy byliśmy w Indiach, widziałem cię 

ludzkim i to w tak niebezpiecznym położeniu, że często zastanawiam się, jak to 
możliwe, że przeżyliśmy. 

- Wtedy byłem ludzki? - roześmiał się markiz. 
-  W  moich  oczach  byłeś.  I  nigdy  nie  zapomniałem  o  tym,  jak  bardzo 

polegałem na tobie ani o tym, że uratowałeś mi życie. 

Ponieważ  rozmowa  ta  wprawiła  markiza  w  zakłopotanie,  zmienił  wówczas 

jej temat, lecz teraz, w refleksyjnym nastroju, zaczął zastanawiać się, dlaczego 
kiedyś  był  bardziej  ludzki  niż  jest  obecnie.  Nie  znalazł  gotowej  odpowiedzi, 
zatem  powrócił  do  pisania  listu,  miał  jednak  nieprzyjemne  przeczucie,  że  w 

background image

tym  tygodniu  nie  będzie  się  bawił  na  swoim  przyjęciu  tak  dobrze,  jak  się 
spodziewał. 

Gdy  wyjechali  z  Londynu,  Gerald,  który  był  wyjątkowo  biegły  w 

powożeniu,  zerkał  na  siedzącą  obok  niego  Carmellę  i  myślał,  że  Yvonne 
znakomicie  odmieniła  jej  wygląd.  Uznał,  że  siostra  prezentuje  się  niezwykle 
szykownie  w  bardzo  odpowiednim  dla  modnej  damy  na  wytworne  przyjęcie 
stroju. 

Wicehrabia  Turnleigh  mógł  sobie  być  pompatycznym  nudziarzem,  lecz 

kiedy służyło to jego interesom, potrafił być hojny. Bez protestu płacił rachunki 
Yvonne, nie tylko u najlepszych krawcowych przy Bond Street, ale również za 
suknie,  które  zamawiała  w  Paryżu  i  które  były  bez  wątpienia  elegantsze  niż 
wszystko, co można było sprokurować w Londynie. 

Carmella  wyglądała  dokładnie  tak,  jak  Gerald  chciał,  by  wyglądała,  ale 

ponieważ dobrze ją znał, wiedział, że jest bardzo niespokojna i pełna obaw. Nie 
tylko zresztą o to, że jej maskarada może się nie powieść, ale i o to, że nie będą 
w stanie ukraść naszyjnika. 

Gerald pomyślał, że wszystko byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby mógł zabrać 

ze sobą Yvonne. Wiedział, że byłoby to proste, gdyby chodziło o któreś z wielu 
szlacheckich przyjęć. Pewien jego znajomy, członek White's, wydawał w swej 
wiejskiej rezydencji wielkie przyjęcia dla Gaiety Girls i ich protektorów, a poza 
tym  dla  każdej  wybitnej  baleriny  czy  aktorki,  utrzymywanej  przez  któregoś  z 
jego przyjaciół. 

Markiz był jednak inny; tak inny, że Gerald wiedział, iż gdyby zrobił coś tak 

nieprzystojnego,  jak  przywiezienie  ze  sobą  nie  damy,  zostałby  poproszony  o 
opuszczenie  Ingleton  Hall  i  byłoby  wykluczone,  by  pozostał  do  poniedziałku 
jako gość. 

- Nie mogłem się zwrócić do nikogo innego - powiedział do siebie. 
Po czym, jako że jego beztroska natura zawsze kazała mu wierzyć, że zły los 

się  odmieni,  słońce  zaświeci  i  nic  nie  jest  takie  straszne,  jakie  się  wydaje, 
powiedział  sobie,  że  jemu  i  Melli  powiedzie  się.  Spojrzał  na  siostrę  i 
uśmiechnął się. 

-  Przypuszczam,  że  zdajesz  sobie  sprawę  -  powiedział  -  iż  bardzo  głupio 

wyglądalibyśmy,  gdyby  Yvonne  w  ostatniej  chwili  nie  uświadomiła  sobie,  że 
będzie ci potrzebna biżuteria? 

-  Wcale  mi  to  nie  przyszło  do  głowy  -  odparła  Carmella  -  ale  oczywiście, 

kobieta  zamężna,  a  raczej  wdowa,  nawet  po  irlandzkim  parze,  posiada  coś  z 
biżuterii, 

background image

-  Tylko,  na  miłość  boską,  nie  zgub  brylantów  Wonne!  Kosztowałyby  nas 

fortunę. 

Carmella spojrzała na niego zdumiona. 
-  Kto  mógł  jej  dać  coś  tak  kosztownego?  -  zamilkła,  po  czym  zapytała  ze 

zgrozą: - To nie ty, Gerry? 

-  Nie,  oczywiście,  żenię.  Skąd  wziąłbym  pieniądze  na  kupienie  takiego 

naszyjnika? Nie stać mnie nawet na jeden brylant! 

- Ale mnie wystraszyłeś! Przypuśćmy jednak, że zgubię naszyjnik? 
-  Jeanne  będzie  się  o  niego  troszczyć  -  powiedział  Gerald  pogodnie.  -  Ty 

musisz tylko nosić go na szyi i wzbudzać zazdrość innych kobiet, chociaż one, 
oczywiście,  będą  miały  równie  piękne,  jeśli  nie  piękniejsze  naszyjniki  z 
rodzinnych kolekcji. 

Carmella milczała przez chwilę, po czym powiedziała: 
- Kto mógł dać mademoiselle Wonne takie wspaniałe brylanty? 
-  Tony,  oczywiście!  Jest  bogaty  jak  Krezus!  Zawiść  w  głosie  Geralda  była 

zupełnie jawna. 

Przez jakiś czas jechali w milczeniu, po czym Carmella powiedziała: 
- Geraldzie, ty kochasz mademoiselle Yvonne, prawda? 
Gerald nie odpowiedział. Carmella spostrzegła, że zaciska usta, więc dodała 

spiesznie: 

- Ja... nie powinnam była... pytać. 
-  Co  prawda,  to  prawda  -  przyznał  Gerald  -  ale  jeśli  chcesz  wiedzieć, 

Carmello, to uważam ją za osóbkę ponętną, a zarazem rozumną i miłą. I myślę, 
że ona mnie trochę kocha. 

- Ja też tak myślę. Ale nie stać by cię było na poślubienie jej? 
- Poślubienie jej? Nie ma o tym mowy! Carmella wydawała się zaskoczona. 
- Nie poślubiłbyś mademoiselle, gdyby było cię na to stać? 
- Oczywiście, że nie! Nie wolno ci zadawać krępujących pytań! Mieszkałaś 

na  wsi,  wiec  nie  rozumiesz,  że  nie  ma  mowy  o  małżeństwie,  gdy  chodzi  o 
osobę taką jak Yvonne. 

Carmella chciała powiedzieć, że nadal nie rozumie, lecz Gerald ciągnął: 
-  Musisz  wiedzieć,  że  mama  byłaby  zgorszona  tym,  że  poznałaś  kogoś 

takiego jak Yvonne i przerażona, gdyby się dowiedziała, że nosisz jej ubrania, 
pożyczasz  jej  klejnoty.  To  coś,  o  czym  nikt,  ale  to  nikt  nie  może  się 
dowiedzieć! Gzy teraz rozumiesz? 

- Tak, Gerry i więcej nie będę o tym mówić. 

background image

Carmella  w  istocie  rzeczy  nie  rozumiała,  lecz  wiedziała,  że  brat  jest 

wzburzony i nie chciała w nim budzić jeszcze większej obawy, zanim dotrą do 
Ingleton Hall. 

Przebyli dość długą drogę w milczeniu, nim Gerry znów się odezwał: 
-  Myślałem  ostatniej  nocy  o  tym,  że  ty  nigdy  nie  byłaś  w  Irlandii  i  że  jeśli 

ludzie będą zadawać ci pytania, możesz wszystko poplątać. 

Po czym mówił dalej, jakby jeszcze o tym rozmyślał: 
-  Myślę  więc,  iż  musisz  mówić,  że  choć  twój  mąż  był  Irlandczykiem,  to 

poznałaś  go  tutaj,  w  Anglii,  a  ponieważ  mieliście  bardzo  mało  pieniędzy, 
osiedliście w Gloucestershire, gdzie on miał wypadek na polowaniu. 

-  W  którym  zginął  -  mruknęła  Carmella,  jakby  uczyła  się  tej  historyjki  na 

pamięć. 

- Tak  - zgodził się Gerry. -  I po j ego śmierci pozostawałaś tam przez dwa 

lata, a teraz w końcu przyjechałaś do Londynu. 

Sposób  mówienia  Geralda  wzbudził  w  Carmelli  pewność,  że  mademoiselle 

Yvowie  miała  swój  udział  w  wymyślaniu  tej  historyjki.  Pomyślała  jednak,  że 
źle byłoby, gdyby to powiedziała, więc zauważyła tylko: 

-  Będę  pamiętać  o  tym,  co  sugerujesz.  To  z  pewnością  bardzo  wszystko 

ułatwi.  Przynajmniej  wiem,  że  mogę  mówić  o  Gloucestershire  nie  popełniając 
błędów. 

Gerry roześmiał się. 
- Co racja, to racja. 
Pojechali dalej i dopiero kiedy skręcili we wspaniałą bramę z kutego żelaza, 

z kamiennymi heraldycznymi lwami po obu jej stronach, Carmella poczuła, że 
ręce ma zimne, usta suche, a w piersi trzepocą jej motyle. 

-  No,  no,  to  doprawdy  imponujące!  -  wykrzyknął  Gerry,  gdy  jadąc  długą 

aleją wśród starych dębów zobaczyli na jej końcu ogromny, georgiański dom ze 
skrzydłami  po  obu  stronach  głównego  budynku.  Jońskie  kolumny 
podtrzymywały  portyk  u  szczytu  długiej  kondygnacji  kamiennych  schodów,  a 
figury  i  urny,  ozdabiające  dach  budynku,  rysowały  się  na  tle  nieba  jak 
powiewająca na wietrze prywatna flaga markiza. 

Przed  domem  rozlewało  się  ogromne  jezioro,  na  którym,  gdy  podjechali 

bliżej, Carmella zobaczyła pływające spokojnie po srebrzystej wodzie czarne i 
białe łabędzie. 

- To jest urocze! Przeurocze! - wykrzyknęła. - Och, Gerry, to jest właśnie to, 

co powinieneś mieć! 

-  To  jest  właśnie  to,  co  mam!  -  odparł  Gerald  zaczepnie.  -  Gdybym  tylko 

miał pieniądze na ulepszenia. 

background image

- Musisz uważać na mnie, Gerry, i pilnować, żebym nie popełniała błędów. 

Wiesz, że ludzie, których tu spotkamy, sami zupełnie nieznani, a sądząc z tego, 
co opowiadałeś, markiz będzie straszny! 

-  Jest  straszny!  -  zgodził  się  Gerry.  -  I  podczas  pobytu  tutaj  musisz  przez 

cały czas uważać, jak zwracasz się do mnie w towarzystwie. 

- Nie pomyślałam o tym. A jak powinnam się do ciebie zwracać? 
- Zdaje się, że większość tych ludzi jest bardzo ceremonialna, ale ponieważ 

zamierzam powiedzieć,; że jesteś  moją daleką kuzynką, powinnaś zwracać się 
do mnie „Geraldzie", a ja będę cię nazywał Carmella. 

- Gdybyś miał nazywać mnie inaczej, na pewno bym tego nie zapamiętała! I 

tak wciąż sobie powtarzam: „Jestem lady O'Kerry! Jestem lady O'Kerry! A mój 
mąż nie żyje!". 

Mówiąc  to,  zerknęła  na  swoje  ręce.  Pod  jedną  z  bardzo  eleganckich, 

zamszowych  rękawiczek,  które  pożyczyła  jej  Yvonne,  miała  obrączkę  matki. 
Ostatnio  matka  cierpiała  na  ataki  artretyzmu,  a  ponieważ  palce  miała 
opuchnięte, zdjęła obrączkę i poprosiła Carmellę, by odłożyła ją w bezpieczne 
miejsce.  Poprzedniego  wieczoru  Carmella  wsunęła  obrączkę  na  swój  palec  i 
przekonała się, że pasuje jak ulał. Włożyła ją zatem ostrożnie do swojej torebki 
i  dopiero  w  sobotę  po  lunchu,  kiedy  dotarła  do  domu  mademoiselle  Yvonne, 
wsunęła ją na palec. 

-  Widzę,  mademoiselle,  że  ma  pani  obrączkę  -  zauważyła  Yvonne.  - 

Martwiłam  się,  że  nie  pomyśli  pani  o  niej,  bo  to  coś,  czego  ja  nie  mogłabym 
pani dać. 

Mówiła z lekkim smutkiem, a Carmella zastanawiała się, czy mademoiselle 

Yvonne  chciałaby  wyjść  za  mąż,  lecz  była  zbyt  onieśmielona,  by  ją  o  to 
zapytać. 

Gerald  i  mademoiselle  Yvonne  jedli  na  dole  lunch,  gdy  Carmella  się 

przebierała,  a  kiedy  zaproponowali  jej  coś  do  jedzenia,  powiedziała,  że  już 
jadła  w  domu.  Przyjęła  tylko  mały  kieliszek  szampana,  ponieważ,  jak 
zauważyła  mademoiselle  Yvonne,  szampan  doda  jej  sił  w  czasie  podróży  i 
odwagi, kiedy przybędzie na miejsce. 

Teraz,  gdy  wysiadła  z  bryczki  i  zobaczyła  lokajów  rozwijających  na 

schodach  czerwony  dywan,  Carmella  naprawdę  poczuła  lęk  i  miała  ochotę 
przytrzymać  się  Gerry'ego.  On  jednakże,  wręczywszy  lejce  stajennemu, 
wchodził  dumnie  po  schodach  z  wysoko  uniesioną  głową.  Carmella  musiała 
przyznać, że Gerry wygląda bardzo wytwornie i w każdym calu jak lord. 

-  Przynajmniej  nie  musi  udawać  -  pomyślała  z  ulgą.  Gdy  weszli  do  hallu, 

podszedł do nich lokaj i zdjął z Carmelli lekki płaszcz podróżny, który włożyła, 

background image

by  ochronić  suknię  przed  kurzem.  Kurzu  w  istocie  było  niewiele,  ponieważ 
poprzedniego  wieczoru  spadł  deszcz,  a  Carmella  wiedziała,  że  Gerry  umówił 
się,  iż  jeśli  dzień  będzie  rzeczywiście  deszczowy,  pojadą  do  Ingleton  Hall 
raczej zakrytym powozem niż bryczką. 

- Kto ci pożycza te wszystkie powozy i konie? - zapytała Carmella. 
Po krótkiej pauzie Gerry odpowiedział: 
-  Tony,  zanim  wyjechał  na  wieś,  powiedział  mi,  że  jeśli  zechcę,  mogę 

przeganiać jego konie, więc umówiłem się z Yvonhe, że będę korzystać z jego 
bryczki lub powozu, jeśli ona sama nie będzie ich potrzebowała. 

Carmelli  wydało  się,  że  wicehrabia  to  człowiek  bardzo  usłużny  i  bardzo 

hojny,  jeśli  chodzi  o  jego  własność.  Nie  mogła  przy  tym  nie  zastanawiać  się, 
czy wicehrabia, jako że wyraźnie lubi mademoiselle Yvonne, nie jest zazdrosny 
o  to,  że  Gerry  spędza  z  nią  tyle  czasu  i  czuje  się  jaku  siebie  w  domu,  jeśli 
chodzi  o  picie  szampana  czy  korzystanie  z  powozów  i  służby  wicehrabiego. 
Nic  jednak  nie  powiedziała,  wiedząc,  że  źle  jest  zadawać  zbyt  wiele  pytań, 
które mogą zirytować Gerry'ego. 

Ale nie mogła przestać o tym myśleć. 
Hall  był  niezwykle  imponujący,  ze  wznoszącymi  się  po  jednej  stronie 

pięknie rzeźbionymi, pozłacanymi schodami. 

Carmelli  wydawało  się,  że  służba  jest  tutaj  liczna,  nosząca,  jak 

przypuszczała,  liberię  Ingletonów,  a  imponujący  majordomus  o  białych 
włosach wprowadził ich przez dwuskrzydłowe drzwi do, jak sądziła Carmella, 
salonu. Później dowiedziała się, że był to tylko mały salon, podczas gdy wielki 
mieścił się na piętrze, ale na niej i tak zrobił wielkie wrażenie. 

Gdy  weszła,  kryształowe  żyrandole  i  cieplarniane  kwiaty  w  wysokich 

wazach,  wypełniające  swym  zapachem  powietrze,  sprawiły,  że  wszystko 
zawirowało  jej  przed  oczyma.  Z  trudem  skupiła  spojrzenie  na  grupie  ludzi 
przed kominkiem, w dalekim końcu pokoju. 

Majordomus zapytał ją o nazwisko i zaanonsował: 
- Lord Bramforde i lady O'Kerry, jaśnie panie! 
Jeden  z  mężczyzn  oderwał  się  od  grupy  i  ruszył  w  ich  stronę,  a  Carmella, 

mając  w  pamięci  opis  Gerry'ego,  poznała,  że  to  markiz.  Nigdy  nie  widziała 
mężczyzny równie przystojnego, a przy tym kroczącego w sposób, który czynił 
go wyższym niż w istocie był i przytłaczająco władczym. 

Gerry wyciągnął rękę, gdy markiz podszedł do nich i powiedział: 
- Jestem niezmiernie rad, że pana widzę, Bramforde. Nie miał pan trudności 

ze znalezieniem drogi? 

background image

-  Nie,  żadnych  -  odparł  Gerry.  -  Było  to  bardzo  łatwe  dzięki  instrukcjom, 

jakie przesłał mi pański sekretarz. 

- To dobrze! - powiedział markiz. 
-  Przywiozłem  ze  sobą...  -  zaczął  Gerry,  a  Carmella  uświadomiła  sobie,  że 

jest nieco zdenerwowany moją daleką kuzynkę, lady O'Kerry. 

Markiz wyciągnął rękę. 
- Jestem zachwycony, że mogła się pani do nas przyłączyć, lady O'Kerry. 
-  To  bardzo  uprzejmie  z  pańskiej  strony,  że  mnie  pan  przyjmuje  - 

odpowiedziała zdawkowo Carmella. 

Mówiąc  to,  uświadomiła  sobie,  że  markiz  przygląda  jej  się  twardymi, 

penetrującymi oczyma, które zdawały się przenikać pod powierzchnię i widzieć 
całkiem  wyraźnie,  że  ona  nie  jest  osobą,  którą  udaje.  Sama  siebie  uspokoiła 
więc,  że  niepotrzebnie  się  obawia  i  musi  tylko,  jak  powiedział  Gerry,  „wczuć 
się"  w  rolę.  Wszak  gdyby  okazała  zdenerwowanie  łub  strach,  mogłaby 
wzbudzić podejrzenia markiza. 

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  nie  spotkaliśmy  się  wcześniej,  lady  O'Kerry  - 

powiedział markiz. - Mam wrażenie, że od niedawna jest pani w Londynie. 

- Tak, w rzeczy samej - odparła Carmella. - Przez ostatni rok nosiłam żałobę 

i żyłam bardzo spokojnie w Gloucestershire. 

-  Ach,  teraz  rozumiem.  Ale  jestem  pewien,  że  Londyn  przyjmie  panią  z 

radością i że w przyszłości uzna pani spokojne życie za niemożliwe. 

Carmella  uśmiechnęła  się,  okazując,  że  właściwie  ocenia  słowa  markiza,  a 

on przeprowadził ich przez pokój, by przedstawić swym przyjaciołom. 

Zaledwie  czworo  gości  przybyło  przed  nimi,  a  ponieważ  Carmella  była 

poruszona, nie usłyszała wyraźnie ich nazwisk. Zauważyła tylko, że obie damy 
są  bardzo  piękne  i,  podobnie  jak  ona,  bardzo  wytwornie  ubrane.  Tak  więc 
mademoiselle Yvonne miała rzeczywiście rację, ponieważ Carmella w żadnym 
razie nie była zbyt wystrojona. 

Obaj mężczyźni byli dystyngowani i utytułowani, lecz starsi, a jeden z nich 

powiedział do markiza: 

-  Nie  powiedziałeś  nam,  Ingleton,  że  pokażesz  nową  piękność,  żeby  nas, 

biednych śmiertelników zauroczyć i zadziwić! 

Ponieważ  to,  co  powiedział,  bardziej  rozbawiło  niż  zakłopotało  Carmellę, 

nie zarumieniła się, lecz zauważyła jedynie: 

- To bardzo  miłe,  co pan  mówi, ale  Gerald przez całą  drogę opowiadał mi, 

jak piękne będą panie goszczące u pana markiza i jak dystyngowani panowie. 

- Ależ pochlebia mi pani, lady O’Kerry! - powiedział gość. 
Markiz zamierzał coś powiedzieć, kiedy major-domus zaanonsował: 

background image

-  Lady  Brooke  i  lord  Charles  Beresford!  Carmella,  która  wiele  czytała  w 

„The  Ladiesl  Journal"  o  pięknej  lady  Brooke  i  widziała  jej  fotografie,  była 
poruszona okazją poznania jej. Nie spodziewała się jednak, że będzie ona taka 
mała i taka śliczna. 

Z  chwilą,  gdy  przybyła  lady  Brooke,  zdało  się,  że  czas  przyspieszył  swój 

bieg;  niemożliwością  było  patrzeć  na  kogoś  innego,  gdy  Daisy  śmiała  się, 
przekomarzała  z  markizem,  a  jednocześnie  spod  rzęs  posyłała  lordowi 
Charlesowi  ukradkowe  spojrzenia,  które  Carmelli  wydały  się  bardzo 
niedyskretne.  Jako  bardzo  spostrzegawcza  zauważyła,  że  lady  Brooke  jest 
równie  zuchwała,  co  piękna;  a  ktoś  taki,  kiedy  się  zakocha,  ostrożność  ma  za 
nic. 

Lady Brooke jasno dawała do zrozumienia, że lord Charles, o wiele od niej 

starszy,  jest  jej  własnością,  jednakże  była  taka  śliczna,  taka  czarująca  dla 
wszystkich, że nie sposób było krytykować jej zachowanie. 

Kiedy  przybyło  więcej  gości,  Carmella  uświadomiła  sobie,  że  wszyscy 

mężczyźni  są  znacznie  starsi  od  Geralda,  a  kobiety  od  niej.  Jako  starzy 
przyjaciele mieli sobie tyle do powiedzenia, iż Carmella miała wrażenie, że jej 
nie zauważają. 

Odczuła ulgę, kiedy po bardzo wykwintnej herbacie, wniesionej przez kilku 

lokajów, panie, jak to było w zwyczaju, udały się na górę, by odpocząć przed 
kolacją. Markiz, okazując się doskonałym gospodarzem, odprowadził Carmellę 
wraz z dwiema innymi damami do stóp schodów. 

-  Pani  zajmuje  ten  pokój,  co  zwykle  -  powiedział  do  jednej  z  nich.  -  A  ty, 

Daisy, apartament królowej. 

- Który lubię najbardziej, Tyronie - odparła Daisy Brooke. - Jesteś aniołem i 

pozwól mi stwierdzić, że uwielbiam powracać do Ingleton. 

- Co innego mógłbym powiedzieć jak tylko, że uwielbiam cię tutaj gościć? - 

odparł markiz. 

Po czym zwrócił się do Carmelli: 
- Moj a ochmistrzyni zaprowadzi panią do apartamentu różanego, gdzie pani 

zamieszka, mam nadzieję, że bardzo wygodnie, lady O'Kerry. 

- Dziękuję - odparła Carmella. 
Miała  wrażenie,  że  on  patrzy  na  nią  w  ten  sam  przenikliwy  sposób,  w  jaki 

patrzył  wtedy,  kiedy  przybyła.  Niemniej  pospieszyła  po  schodach,  ufając,  że 
trzyma  się  z  godnością,  jakby  była  przyzwyczaj  ona  do  przebywania  w  takim 
dużym domu i w tak imponującym towarzystwie. 

Dopiero  kiedy  zobaczyła  czekającą  na  nią  w  różanej  sypialni  Jeanne  i 

zamknęła za sobą drzwi, powiedziała po francusku: 

background image

- Co o tym myślisz, Jeanne? 
- Bardzo imponujące, mamselle, i dokładnie to, czego można oczekiwać po 

markizie. Gdyby tylko mamsellemogła być tutaj, żeby to zobaczyć! 

- Z początku ja także tego chciałam - szczerze odpowiedziała Carmella. 
Przekonała  się,  że  przez  chwilę  bardzo  ekscytujące  było  znajdować  się  w 

takim  wspaniałym domu, poznawać ludzi, którzy dotąd byli tylko nazwiskami 
w  magazynach  i  gazetach  i  być  otoczoną  luksusem,  o  jakim  jej  sienie  śniło, 
kiedy  mieszkali  w  Gloucestershire.  Mimo  to,  kiedy  pomyślała  o  markizie, 
przeszedł  ją  dreszcz.  Była  pewna,  że  ona  i  Gerry  muszą  być  bardzo  sprytni, 
jeśli nadal mają go zwodzić. Co zaś do tego, czy będą w stanie ukraść naszyjnik 
- Carmella wolała o tym nie myśleć. 

-  Gdyby  markiz  odkrył,  co  robimy,  byłaby  to  całkowita,  ostateczna 

katastrofa - powiedziała do siebie. 

Kiedy  Jeanne  zaczęła  jej  rozpinać  suknię  na  plecach,  Carmella  dygotała  i 

usta znów miała suche; tak bardzo się bała. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział czwarty 
 
Po kąpieli w pachnącej wodzie Carmella zapytała Jeanne: 
- W co się ubiorę dziś wieczorem? 
- Nie w pani najlepszą suknię - odparła Jeanne - ponieważ jest piątek. 
Carmella spojrzała na nią, oczekując wyjaśnienia, a Jeanne powiedziała: 
-  Pierwszego  wieczoru  wszyscy  są  zmęczeni,  wcześnie  idą  spać.  W  sobotę 

wieczór  wszyscy  bardzo  weseli,  siedzą  do  bardzo  późna  i  każdy  ubrany  w  to, 
co ma najlepszego. 

Carmella roześmiała się rozbawiona. 
-  Skąd  ty  to  wszystko  wiesz,  Jeanne?  -  zapytała.  Pomyślała,  iż  to  bardzo 

dziwne,  że  pokojówka  mademoiselle  Yvonne  jest  tak  obeznana  z  tym,  co  jest 
właściwe w domu tak wspaniałym jak dom markiza. 

Jeanne uśmiechnęła się: 
-  Kiedy  przyjechałam  do  Anglii,  mademoiselle,  byłam  pokojową  hrabiny 

Dowager, bardzo wspaniałej , bardzo ważnej. 

Carmella była zaintrygowana. 
- Dlaczego nie zostałaś u niej? 
-  Barrdzo  nudno  i  cały  czas  spędzałyśmy  na  wsi,  i  domy  bardzo  zimne.  Ja 

drżę i drżę i chcę tylko być w Paryżu. 

Carmella  znów  się  roześmiała.  -  I  uważasz,  że  o  wiele  zabawniej  jest  u 

mademoiselle Yvonne? 

-  Oui,  oui  -  zgodziła  się  Jeanne.  -  Lubię  Londyn.  Mam  teraz  dużo,  dużo 

przyjaciół. 

Carmella  pomyślała,  iż  to  błogosławieństwo  boże,  że  Jeanne  zna  „kulisy", 

jakby  powiedział  Gerry,  skoro  ona  sama  ich  nie  zna.  Przypomniała  sobie 
jeszcze o czymś: 

- Musisz uważać, Jeanne, żeby zwracać się do mnie „milady". 
-  Bardzo  słusznie,  mademoiselle,  ja  będę  uważać  -  zgodziła  się  Jeanne.  -  I 

żeby nie zapomnieć, ja będę mówić „milady", kiedy będziemy same. 

- Sądzę, że to dobry pomysł. Mnie także nie pozwoli to zapominać. 
Jeanne  ułożyła  włosy  Carmelli  w  taką  samą  wspaniałą  fryzurę,  jak  przed 

wyjazdem  z  Londynu  i  pomogła  jej  włożyć  bardzo  ładną,  niebieską  suknię, 
która pochodziła z Paryża. Jej delikatny błękit czynił Carmellę zwiewną i, jak 
pomyślała spojrzawszy w lustro, bardzo młodą. 

- Może lepiej będę wyglądać w naszyjniku - zasugerowała. 
Ku jej zaskoczeniu Jeanne potrząsnęła głową. 

background image

- Non, nie dziś wieczorem, milady. Naszyjnik jest zbyt okazały na piątkowy 

wieczór, no i ma pani j tylko jeden garnitur. Inne panie co wieczór będą miały 
inny. 

- Więc co będę nosić?  
-  Lokaje  przynoszą  kwiaty.  I  rzeczywiście,  kiedy  Jeanne  ostatnimi 

muśnięciami  kończyła  układanie  włosów  Carmelli,  rozległo  się  pukanie  do 
drzwi. Pokojówka otworzyła i zaczęła rozmawiać z kimś za drzwiami.  

Wróciła z tacą, na której ułożono bukiety z najpiękniejszych kwiatów, jakie 

Carmella mogła sobie; wyobrazić. Były tam orchidee, kamelie, gardenie, róże i 
pęczki cieplarnianych kwiatów, których Carmella nie potrafiła nazwać. Patrzyła 
na  nie  ze  zdumieniem,  lecz  Jeanne  wiedziała,  co  wybrać.  Wziąwszy  dwa 
bukiety  z  białych,  nakrapianych  różowo  orchidei,  zwróciła  tacę  stojącemu  za 
drzwiami  służącemu.  Najpierw  jeden  z  nich  przypięła  do  włosów  Carmelli, 
nadając  mu  wygląd  diademu.  Następnie;  wzięła  jedną  orchideę  z  drugiego 
bukietu, przyniosła wąską wstążkę z aksamitu tego samego koloru co suknia i 
przypiąwszy do niej orchideę, zawiązała ją na szyi Carmelli. 

Carmella  pomyślała,  że  wygląda  bardzo  oryginalnie  i  bardzo  francusko. 

Niepotrzebne jej były klejnoty, przynajmniej na dzisiejszy wieczór.  

- Jesteś pomysłowa, Jeanne - powiedziała. 
-  Ten  pomysł  przyszedł  mi  do  głowy  po  drodze.  I  wiem,  że  milady  będzie 

wyglądać zupełnie inaczej niż wszystkie damy na dole. 

Carmella zastanawiała się, czy Jeanne się nie myli, kiedy znów rozległo się 

pukanie,  tym  razem  do  drzwi  koło  okna  w  odległym  końcu  pokoju,  które 
Carmella ledwo zauważyła. 

Kiedy Jeanne otworzyła drzwi, stanął w nich Gerry, wprost olśniewający w 

nowym, wieczorowym ubraniu. 

-  Jesteś  gotowa?  -  zapytał.  -  Pomyślałem,  że  chciałabyś,  żebym  sprowadził 

cię na dół. 

-  Ależ  oczywiście!  -  odparła  Carmella.  -  Bardzo  bym  się  denerwowała, 

gdybym  musiała  iść  sama.  Czy  śpisz  w  sąsiednim  pokoju?  -  zapytała,  gdy 
Gerry wszedł do pokoju. 

- Między naszymi pokojami znajduje się buduar, tak jak wypada. 
- Dlaczego wypada? 
Po chwili milczenia Gerry odpowiedział: 
- Podczas przyjęć w wiejskich rezydencjach ludzi, którzy są zaprzyjaźnieni, 

umieszczają zwykle blisko siebie. 

- To miłe - uśmiechnęła się Carmella. - Szczególnie dla osoby tak nieśmiałej 

jak ja. 

background image

Nie zauważyła, że Gerry zerknął na Jeanne, jakby chciał ją ostrzec, a Jeanne 

nieznacznym gestem uspokoiła go, że rozumie. 

- Pozwól mi popatrzeć na siebie - powiedział Gerald. 
Carmella odwróciła się do niego, śledząc z niepokojem wyraz jego twarzy.  
-  Wyglądasz  cudownie!  -  wykrzyknął  Gerald.  -  I  nikt  ani  przez  chwilę  nie 

będzie podejrzewał, że lady O'Kerry to moja siostrzyczka.  

-  Mam  nadzieję  -  powiedziała  Carmella.  -  Byłoby  to  upokarzające, 

gdybyśmy na próżno zadali sobie tyle trudu. 

Mówiąc  to  nie  mogła  powstrzymać  się  od  myśli,  że  muszą  strzec  się 

markiza.  W  dalszym  ciągu  czuła  na  sobie  jego  oczy,  sondujące  ją  i  jakby 
czegoś szukające, choć ona nie miała pojęcia, czego. 

- A teraz chodź - powiedział Gerry. - Nie możemy spóźnić się na kolację. 
- Kiedy wróci pani na górę, milady - powiedziała Jeanne - proszę pociągnąć 

za  dzwonek  po  prawej  stronie  kominka.  Zadzwoni  w  mojej  sypialni,  więc 
szybko przyjdę do pani. 

Markiz pamięta o wszystkim, co dotyczy jego gości - pomyślała Carmella. 
Schodząc obok Gerry'ego po schodach zdawała sobie sprawę, że choć może 

wydaje  się  pewna  siebie,  w  głębi  duszy  jest  onieśmielona  i  pełna  obawy,  że 
popełni jakiś błąd. 

Pokój,  w  którym  zbierano  się  przed  kolacją,  był,  większy  i  o  wiele 

wspanialszy  niż  ten,  w  którym  powitał  ich  markiz.  Odkąd  Carmella  poszła  na 
górę  odpocząć,  gości  niewątpliwie  przybyło.  Teraz  było  kilka  nowych, 
pięknych  kobiet,  a  ponieważ  nie  wszystkie  panie  zdążyły  zejść  na  dół,  w 
pokoju było więcej panów. 

Chociaż  Carmellę  jeszcze  raz  przedstawiono  wszystkim  gościom,  nadal 

trudno  jej  było  zapamiętać  ich  nazwiska.  Pewien  mężczyzna  wydał  jej  się 
szczególnie  znamienity.  Nazywał  się  Harry  Cust,  co  zapamiętała  łatwo. 
Dowiedziała  się,  że  jest  on  związany  z  hrabiną  de  Grey,  która,  o  czym  nie 
trzeba  jej  było  mówić,  była  jedną  ze  słynnych  piękności.  Wysoka  i 
ciemnowłosa  hrabina  wyglądała,  zdaniem  Carmelli,  jak  jeden  z  dużych, 
czarnych  łabędzi,  które  widziała  na  jeziorze,  gdy  tutaj  przybyli.  Oczywiste 
było, że tworzą doskonałą parę z Harrym Custem, który był jasnowłosy, bardzo 
przystojny  i  miał  najbardziej  niezwykłe,  niebieskie  oczy,  jakie  Carmella 
widziała.  Ponieważ  hrabina  zachowywała  się  w  stosunku  do  niego  bardzo 
zaborczo,  Carmella  pomyślała,  że  muszą  oni  być  zaręczeni  i  zapytała 
siedzącego obok niej przy kolacji pana, czy hrabina jest wdową. 

-  Wdową!  - wykrzyknął. -  W tej  chwili nie,  choć kiedyś była. Obecnie jest 

żoną najlepszego myśliwego w Anglii. 

background image

Sąsiad Carmelli zachichotał: 
-  Musi  pani  zapytać  o  niego  naszego  gospodarza.  Hrabia  znany  jest  z  tego, 

że nigdy nie przestrzelą ptakowi skrzydła, a trafia go dokładnie w łepek. 

-  Zatem  rzeczywiście  jest  dobrym  strzelcem  -  powiedziała  Carmella.  -  Nie 

znoszę, kiedy ranne ptaki pozostawia się na powolną śmierć, bo nie można ich 
znaleźć. 

Carmella  pamiętała,  że  jej  ojciec  również  tego  nie  znosił  i  poświęcał  wiele 

czasu,  szukając  z  psami  ptaków,  których  nie  można  się  było  doliczyć  po 
zakończonym polowaniu na bażanty. 

Przez  chwilę  pan  siedzący  obok  Carmelli  wydawał  się  pogrążony  w 

myślach, po czym odezwał się, chichocząc: 

- Opowiem pani dość zabawną historyjkę o pierwszym mężu hrabiny. 
Dziewczyna słuchała z uwagą, gdy on mówił: 
-  Był  on  czwartym  hrabią  Lonsdale.  Będąc  zapalony  do  yachtingu,  często 

zostawiał Gladys, która, jak pani widzi, jest bardzo piękna, samą sobie. 

Spojrzawszy  ponad  stołem  na  hrabinę  de  Grey,  Carmella  pomyślała,  że 

istotnie, jest ona bardzo piękna. Mimo to miała uczucie, choć nie zdradziła się z 
nim  oczywiście,  że  hrabina  jest  twardą,  bezwzględną  kobietą,  z  którą  nie 
potrafiłaby się zaprzyjaźnić. 

- Dziwnym trafem - kontynuował sąsiad Carmenli - Gladys była na południu 

Francji,  kiedy  Lonsdale  niespodziewanie  zmarł,  nie  w  swym  własnym  domu, 
lecz  w  tym,  który  wynajmował  po  to,  by  podejmować  aktorki,  dla  których 
często wydawał kolacyjki. 

Carmella  szeroko  otworzyła  oczy  ze  zdumienia,  po  czym  przyszło  jej  na 

myśl, że do domu, który wynajmował hrabia Lonsdale, zapraszane były osoby 
takie jak mademoiselle Yvonne. 

Jej rozmówca znów zachichotał, mówiąc: 
- Ponieważ powrót z Monte Carlo zajął Gladys półtora dnia, przez wzgląd na 

szacowność  hrabiego  jego  ciało  zostało  stamtąd,  gdzie  zmarł,  przemycone  w 
dorożce do dworu Lonsdale w Carlton House Terrace! 

Roześmiał  się  gromko,  jak  ze  świetnego  dowcipu,  a  Carmellaz  trudem 

zdobyła się na uśmiech. Wydało jej się niewyobrażalne, że mężczyzna żonaty z 
osobą  tak  piękną,  jak  hrabina  de  Grey,  miał  ochotę  wydawać  kolacyjki  dla 
aktorek,  a  już  wynajmowanie  w  tym  celu  domu  w  ogóle  nie  mogło  jej  się 
pomieścić w głowie. Zadumała się w związku z tym, czy - skoro ów wspaniały 
dom  w  St.  John's  Wood,  który  zajmuje  mademoiselle  Yvonne,  należy  do 
wicehrabiego Tumleigh - on także ma żonę? Jeśli tak, to wydaje się to bardzo 
gorszące. 

background image

Carmella  rozejrzała  się  wokół  stołu  i  widząc,  że  każdy  pochłonięty  jest 

rozmową  z  siedzącą  obok  piękną  damą,  zaczęła  się  zastanawiać,  ilu  z  panów, 
którzy wydają się tacy wytwórni i dystyngowani, ma gdzieś żony. I odwrotnie, 
ile  dam  ma  mężów,  których  wyścigi,  yachting  lub  inne  przyjemności 
pochłaniają być może bardziej niż przebywanie z żonami. 

Wszystko to wydało się jej niepojęte. Zaczęła rozumieć, dlaczego Gerry nie 

mógł  przyprowadzić  na  to  przyjęcie  niezamężnej  kobiety.  Ponieważ  wiedział, 
że młoda dziewczyna, taka jak ona, byłaby zgorszona. 

- Ja jestem zgorszona - pomyślała. 
Wiedziała  jednak,  że  to,  co  czuje,  jest  bez  znaczenia  wobec  tego,  że  musi 

pomóc Gerry'emu odzyskać naszyjnik Bramforde'ów. 

Pan,  który  opowiedział  jej  zabawną  historyjkę  o  hrabim  Lonsdale'u,  był 

obecnie  mocno  zajęty  pociągającą  damą  siedzącą  po  jego  drugiej  ręce. 
Carmella  wiedziała,  że  niegrzecznie  jest  siedzieć  w  milczeniu,  zwróciła  się 
więc do Gerry'ego. 

- Znasz ich wszystkich? - zapytała. Gerry uśmiechnął się szeroko. 
-  Znam  ich  z  reputacji,  ale  na  ogół  nie  mam  zaszczytu  przebywać  w  tego 

rodzaju towarzystwie. 

- Czy wszyscy oni są ważni i bardzo bogaci? 
- Jedno i drugie, i o wiele więcej jeszcze - powiedział Gerry.  - Masz przed 

sobą  śmietankę  londyńskiego  towarzystwa,  „wianuszek  z  Marlborough",  o 
którym chodzą różne słuchy. Ponieważ jest niemal pewne, że już nigdy tutaj nie 
przyjedziemy, powinnaś jak najlepiej wykorzystać pobyt w Ingleton Hall. 

- Staram się - odparła Carmella - ale wiesz, że się boję. 
Gerry  zmarszczył  brwi,  jakby  obawiał  się,  że  ktoś  podsłucha  to,  co  ona 

powiedziała, po czym, ściszywszy głos, zauważył: 

-  Bądź  bardzo  ostrożna  i  nie  zapomnij  dowiedzieć  się  wszystkiego,  co 

chcemy wiedzieć. 

Carmelli zabiło serce. W czasie podróży bryczką Gerald powiedział jej: 
-  Musimy  w  ten  czy  inny  sposób  dowiedzieć  się,  gdzie  markiz  trzyma 

skarbiec.  Śmiem  twierdzić,  że  Jeanne  poradziłaby  sobie  lepiej  od  nas,  ale 
przecież wcale nie chcemy się jej zwierzać. 

- Nie, oczywiście, że nie! - zgodziła się Carmella. - Ale może porozmawiam 

o klejnotach Ingletonów? 

-  To  dobry  pomysł.  Tylko,  na  litość  boską,  bądź  taktowna  i  nie  nasuwaj 

nikomu podejrzeń, że masz naszyjnik, kiedy już zniknie. 

Carmella pomyślała, że musieliby mieć wielkie szczęście, żeby udało się im 

ściągnąć  naszyjnik  niezauważalnie.  Była  pewna,  że  kiedy  nadejdzie 

background image

poniedziałek, ona i Gerry odjadą do Londynu z przygnębiającą świadomością, 
że  ponieśli  klęskę  w  tym,  co  zamierzyli.  Uznała  jednak,  że  nie  ma  potrzeby 
mówić o tym i jeszcze bardziej denerwować Gerry'ego. 

Patrząc  na  wspaniałe  klejnoty,  jakie  nosiły  wszystkie  oprócz  niej  siedzące 

przy  stole  kobiety,  Carmella  nabrała  pewności,  że  podjęto  wszelkie  możliwe 
środki  ostrożności,  by  nie  zostały  skradzione  ani  w  domach  ich  właścicielek, 
ani w domu markiza. 

Po  wyśmienitej  kolacji  damy  opuściły  jadalnię  i  powróciły  do  salonu.  Z 

zamierającym  sercem  Carmella  zobaczyła,  że  w  jednym  jego  końcu 
rozstawiono  kilka  stołów  do  kart.  Bała  się,  że  Gerry  znów  okaże  się  dość 
niemądry, by grać; Przypuszczała, choć nie była tego pewna, że całkiem dużo 
wypił przy kolacji. Do każdego dania było inne  wino i choć ona sama wypiła 
tylko trochę szampana, obawiała się, że Gerry jest znów rozochocony na tyle, 
by ryzykować pieniądze, których nie posiada. 

Musiała  wydawać  się  zmartwiona  i  trochę  zagubiona,  ponieważ  lady 

Brooke,  która,  jak  Carmella  miała  się  dowiedzieć,  zawsze  była  uprzejma  dla 
nieznajomych,  podczas  gdy  inne  damy  w  tym  samym  towarzystwie 
zachowywały się obojętnie lub wrogo, powiedziała: 

- Proszę opowiedzieć mi o sobie, lady O'Kerry. Nie sądzę, byśmy się kiedyś 

spotkały. 

- Nie, ja właśnie przyjechałam do Londynu - odparła Carmella. - Odkąd mój 

mąż... zmarł... żyłam bardzo spokojnie... na wsi. 

- W takim razie nie muszę wcale być wróżką, by przepowiedzieć, że będzie 

się  pani  wesoło  bawić  -  powiedziała  lady  Brooke.  -  Jest  pani  piękna  i 
podziwiam  oryginalny  sposób,  w  jaki  wykorzystała  pani  orchidee  naszego 
gospodarza. 

-  One  są  takie  ładne  -  powiedziała  Carmella  -  a  ja  nie  posiadam  wiele 

biżuterii. 

- Zdaje mi się, że czas to uleczy - uśmiechnęła się lady Brooke. 
Rozmawiały wciąż ze sobą, kiedy dołączyli panowie, a markiz podszedł tam, 

gdzie siedziały. 

-  Miałem  zamiar  powiedzieć  ci  przy  kolacji,  Daisy  -  powiedział  -  że  mam 

kilka nowych koni, które chcę ci pokazać; zwłaszcza jednego, który, jak sądzę, 
okaże się znakomity do polowań. 

- Zatem muszę go zobaczyć! - wykrzyknęła lady Brooke. - Przypuszczam, że 

przewidziałeś dla nas na jutro przejażdżkę konną? 

- Kiedy tylko zechcesz - powiedział markiz. 

background image

-  Jako  że  mieszkała  pani  na  wsi,  lady  O'Kerry,  pewien  jestem,  że  lubi  pani 

jazdę konną? 

- Uwielbiam - powiedziała Carmella. - Ale wcale nie myślałam... nie śniłam, 

że  będę  miała  sposobność  tutaj  jeździć  i  nie  przywiozłam  ze  sobą  stroju  do 
konnej jazdy! 

Wydawała  się  tak  zawiedziona,  że  Daisy  Brooke,  która  zawsze  chciała 

pomagać  mniej  obdarowanym  przez  los  niż  ona  sama,  powiedziała 
natychmiast: 

- Mamy podobne wymiary, lady O'Kerry, więc pożyczę pani jeden z moich 

strojów. Dziś wieczorem powiem mojej pokojówce, żeby go pani zaniosła. 

- To bardzo uprzejmie z pani strony - podziękowała Carmella. - Ale nie chcę 

sprawiać kłopotu. 

-  To  żaden  kłopot,  zapewniam  panią!  -  odparła  lady  Brooke.  -  Nie 

zamierzam  jednak  wcześnie  wstać,  Tyronie.  Wszyscy  jesteśmy  zmęczeni  po 
tylu balach w tym tygodniu i Charlie potrzebuje odpoczynku. 

-  Możesz  jeździć  na  moich  koniach,  kiedy  tylko  zechcesz  -  powiedział 

markiz.  -  To  samo  dotyczy  pani,  lady  O'Kerry.  Proszę  tylko,  żeby  pani 
pokojówka  informowała  jednego  z  lokajów,  że  chce  pani  konia  lub,  jeśli  pani 
woli,  proszę  samej  brać  konia  ze  stajni,  a  mam  wrażenie,  że  nie  będzie  pani 
zawiedziona. 

-  Jestem  pewna,  że  nie  -  uśmiechnęła  się  Carmella.  -  I  bardzo,  bardzo 

dziękuję. To było niemądre z mojej strony, ale wcale nie pomyślałam o czymś 
tak cudownym jak to, że będzie mi wolno jeździć na pańskich koniach. 

Mówiła  z  ożywieniem  i  zapałem,  które  czyniły  ją  bardzo  młodą.  Markiz 

obrzucił ją przenikliwym spojrzeniem, po czym powiedział: 

- A teraz muszę zobaczyć, kto życzy sobie zagrać w karty. 
Carmella  uświadomiła  sobie,  że  lady  Brooke  już  odeszła  do  lorda  Charlesa 

Beresforda, a ona i markiz stoją w pewnym oddaleniu od innych. 

Zawahała  się,  po  czym,  nie  mogąc  się  powstrzymać,  powiedziała  cichym 

głosem: 

- Czy mogę panao coś... poprosić? 
- Oczywiście - odpowiedział markiz. - Co się stało? - Nic sienie stało, ale... 

proszę, żeby nie pozwolił pan Geraldowi grać. 

Markiz wydawał się zaskoczony. 
-  Myśli  pani  o  jego  niepowodzeniu  tamtej  nocy...  No  cóż,  właściwie 

zaprosiłem go tutaj po to, żeby mógł się odegrać. 

background image

- Nie, nie! - wykrzyknęła gorączkowo Carmella. - Proszę... niech go pan nie 

zachęca. On... przyrzekł, że nie będzie więcej grał..., a poza tym nie stać go na 
to. 

Mówiąc to pomyślała, że to niestosowne powiedzieć coś takiego i że Gerry 

się  na  nią  pogniewa.  Wiedziała  jednak,  że  on  nie  będzie  miał  dość  siły,  by 
odmówić  gry,  jeśli  markiz  go  zaprosi.  Podnosząc  wzrok  na  gospodarza, 
Carmella  nie  miała  pojęcia,  że  jej  oczy  błagają  go  o  zrozumienie  i  że  całe  jej 
ciało jest napięte. 

Markiz przyglądał się jej przez długą chwilę. 
-  Ponieważ  chcę,  żeby  dobrze  się  pani  bawiła  podczas  pierwszej  wizyty  w 

moim domu, lady O'Kerry, zrobię, czego pani sobie życzy i znajdę sposób, by 
Bramforde nie grał dziś w karty. 

- Dziękuję panu... dziękuję! I nie powie mu pan, że poprosiłam go o to? 
- Nie, oczywiście, że nie. 
Mówiąc to, markiz skrzywił usta, jakby bawił go niepokój w jej głosie. 
Gdy  odszedł,  Carmella  uświadomiła  sobie,  że  gdyby  Gerry  dowiedział  się, 

co zrobiła, bardzo by się na nią rozgniewał. 

- Uważałby to za upokarzające - powiedziała do siebie - ale przecież on nie 

może stracić więcej pieniędzy. 

Geny, pogrążony dotąd w rozmowie z jakimś mężczyzną, ruszył przez pokój 

w kierunku Carmelli, jakby wiedział, że ona tego po nim oczekuje. 

- Wszyscy mają zamiar grać w karty - powiedział cichym głosem. 
- Och, Gerry, obiecałeś, że nie będziesz grał! 
-  Ale  co  mogę  zrobić?  Co  mogę  powiedzieć?  Będę  wyglądał  jak  głupiec, 

jeśli będę jedynym, który nie weźmie udziału w grze.  

Gdy Carmella rozglądała się gorączkowo po pokoju, zastanawiając się,  czy 

markiz  naprawdę  zechce  jej  pomóc,  on  podszedł  do  nich  w  towarzystwie 
drugiego mężczyzny. 

-  Czy  miałby  pan  ochotę  zagrać  z  sir  Robertem  w  bilard,  Bramforde?  - 

zapytał. - Sir Robert mówi, że nudzą go karty. 

-  Zagram  z  radością  -  spiesznie  odpowiedział  Gerald.  Sir  Robert,  o  którym 

Carmella słyszała od Geralda, wyciągnął do niej rękę. 

-  Jestem  zachwycony,  że  mogę  panią  poznać,  lady  O'Kerry  -  powiedział.  - 

Przedstawiono  nas  sobie  przed  kolacją,  ale  nie  wiedziałem,  że  jest  pani  z 
Bramfordem. 

-  Wspomniał  mi,  że  jest  pan  dla  niego  bardzo  uprzejmy  w  klubie  - 

powiedziała Carmella. 

background image

-  Jestem  starym  członkiem  klubu,  a  on  dopiero  wstąpił  -  odpowiedział  sir 

Robert.  -  Pamiętam,  że  w  wielu  Bramforde'a  byłem  bardzo  lękliwy,  zanim 
nabrałem doświadczenia.  

Gdy  sir  Robert  mówił,  bardzo  ładna,  obsypana  brylantami  kobieta  wsunęła 

mu rękę pod ramię.  

-  Słyszę,  że  zamierzasz  grać  w  bilard  -  powiedziała.  -  Pozwolę  ci  na  jedną 

partię, Robercie, a potem zabieram cię do cieplarni. 

Na twarzy sir Roberta, gdy patrzył na nią, malował  się, jak uznała Carmella, 

wyraz  oczarowania.  Zdziwił  ją  on  u  kogoś  tak  starego,  ponieważ  była  pewna, 
że sir Robert jest w wieku, w jakim byłby jej ojciec. 

- Bardzo dobrze, Dolly, jedna partia, a potem, naturalnie, zrobię, co każesz - 

powiedział sir Robert dobrodusznie. 

- Przyjdę popatrzeć - oświadczyła Dolly - i upewnić się, że nie oszukujesz! 
Sir Robert i Gerald roześmiali się, jakby to było i niemożliwe. Carmella, w 

obawie, że mogą pójść bez ; niej, zapytała: 

- Czyja też mogę się przyłączyć? 
-  Chyba  pani  nie  przypuszczała,  że  ją  zostawimy  -  powiedział  sir  Robert.  - 

Poza tym na pewno zechce pani mieć Bramforde'a na oku, żeby nie oszukiwał!  

Ruszyli  ku  drzwiom  i  gdy  mijali  markiza,  Carmella  i  uśmiechnęła  się  do 

niego, by mu okazać, jak wdzięczna jest za to, że tak mądrze wszystko ułożył. 
Wydawało  jej  się,  że  na  chwilę  w  jego  twardych  oczach  zabłysło  j  słabe 
światełko,  jednak  w  ustach  nadal  miał  coś  cynicznego  i  Carmella  zaczęła  się 
zastanawiać, o czym on myśli i czy w istocie rzeczy nie wyrządziła Gerry'emu 
krzywdy, prosząc go o pomoc. 

Pokój  bilardowy  znajdował  się  w  niewielkiej  odległości  od  salonu  i  był 

równie  wspaniały,  jak  wszystko  inne  w  tym  domu.  Stół  został  pięknie 
oświetlony,  a  wszędzie  stały  wygodne  sofy  i  fotele,  skąd  można  było 
obserwować graczy. 

Gdy sir Robert i Gerald wzięli kije bilardowe, Dolly, której nazwisko nadal 

było Carmelli nieznane, powiedziała: 

- Nie rozumiem, dlaczego Robert zawsze chce robić coś innego niż wszyscy! 

O wiele lepiej bawilibyśmy się na górze, a jeśli grają w ruletkę, to ja też chcę 
grać! 

Powiedziała to z rozdrażnieniem, lecz zaraz dodała:  
-  Zdaje  się,  że  jutro  wieczorem  odbędzie  się  wielkie  przyjęcie  i  wtedy 

będziemy miały szansę zagrać. 

- Nigdy nie grałam w ruletkę - wyznała Carmella. 

background image

- Och, nietrudno się tego nauczyć - roześmiała się Dolly. - Na tego rodzaju 

przyjęciach  zawsze  bywa  zabawnie,  jeśli  jest  przyjęte,  że  panie,  gdy  mają 
szczęście, zatrzymują wygraną, a gdy przegrywają - płacą ich partnerzy. 

Carmella pomyślała z przerażeniem, że Gerry'emu nie wolno zagrać również 

w  ruletkę  i  zaczęła  gorzko  żałować,  że  przyszli  na  to  przyjęcie.  Była  całkiem 
pewna,  że  do  niedzielnego  wieczoru  cała  rzecz  zakończy  się  klęską,  Gerry 
będzie  winien  jeszcze  więcej  pieniędzy,  po  czym  powrócą  do  Londynu  bez 
naszyjnika. 

Gra  sir  Roberta  z  Geraldem  zdawała  się  przedłużać,  toteż  w  końcu  Dolly, 

która  mówiła  o  sobie  i  o  tym,  jak  trudno  jest  kupić  w  Londynie  naprawdę 
piękne stroje, podskoczyła z wdziękiem i uprowadziła sir Roberta do cieplarni. 

Gdy tylko oboje opuścili pokój bilardowy, Carmella powiedziała do Geralda 

konspiracyjnym szeptem: 

- Ta dama powiedziała, że jutro wieczorem będą grać w ruletkę. 
-  Wiem,  słyszałem  ją  -  odparł  Gerry.  -  I  cokolwiek  powiesz,  Mello,  będę 

musiał stwarzać pozory, że gram. 

- Nie, Gerry, nie! Jak możesz? Gerry odłożył kij bilardowy na stojak. 
- Myślisz, że wszystko na nic i że nie powinno nas tutaj być - powiedział. 
- Byłoby cudownie, gdybym się tak nie martwiła - odpowiedziała Carmella. 
-  Wiem.  I  ja  nie  zmrużyłem  ostatniej  nocy  oka,  zastanawiając  się,  jak 

znajdziemy  ten  przeklęty  skarbiec,  a  jeśli  znajdziemy,  to  jak  się  do  niego 
dostaniemy. 

Mówiąc to, Gerry ziewnął. 
- Doprawdy, jest już dość późno - powiedziała Carmella. - Przypuszczam, że 

możemy pójść do łóżka? 

- Dlaczego by nie? Właśnie tam udał się sir Robert. 
- Do łóżka? Ależ Dolly powiedziała, że idą do cieplarni! 
Ponieważ Gerry milczał, Carmella powiedziała: 
- Nie chcesz powiedzieć... nie myślisz chyba... ? Gerry westchnął, po czym 

wziął ją za rękę. 

-  Posłuchaj,  Mello,  wiesz,  że  nie  powinnaś  tutaj  przebywać.  Mama  byłaby 

zgorszona  tym,  że  ty,  taka  młoda,  ocierasz  się  o  tych  ludzi,  nawet  jeśli  oni  są 
ważni. Więc nie myśl o nich, bądź dla nich po prostu miła i dobrze się baw. 

- To wydaje się... dziwne, że oni mogą być zakochani... w kim innym niż ich 

mężowie czy żony i... nikt nie jest... zgorszony! 

- To gorszyłoby osoby takie, jak mama. Ale tak długo, jak nie ma skandalu, 

tak  długo,  póki  nic  nie  dostanie  się  do  gazet  i  nikt  nic  nie  mówi,  nie  ma 
powodu, żeby ludzie nie bawili się dobrze, nawet jeśli są komuś poślubieni. 

background image

- Ależ... jestem pewna, że to coś złego! Gerald nic nie odpowiedział. 
- Przepraszam... ja nie krytykuję - podjęła Carmella. - Ale jeśli moglibyśmy 

już pójść do łóżka... mam na to ochotę. 

- Jak mi wiadomo, w tym domu każdy robi to, co chce - powiedział Gerry. - 

I, szczerze mówiąc, jestem śmiertelnie zmęczony. 

Carmella rozumiała, że Gerald jest strapiony, lecz czuła także, że nie sposób 

będzie  zasnąć,  kiedy  tyle  mają  na  głowie,  tym  bardziej  że  ona  musi  udawać 
kogoś innego. 

Z  pokoju  bilardowego  przeszli  do  hallu,  a  kiedy  zaczęli  wchodzić  po 

wielkich  schodach,  zobaczyli  przed  sobą  inną  parę.  Carmella  właśnie  miała 
powiedzieć, że nie są jedynymi, którzy idą do łóżka, kiedy uświadomiła sobie, 
że są to lady Brooke i lord Charles Beresford. 

Ponieważ  lady  Brooke  była  dla  niej  miła,  Carmella  nie  chciała  myśleć,  że 

ona  zachowuje  się  niemoralnie  ani  pamiętać,  że  w  jakimś  opisie  wspaniałych 
czynów lorda Charlesa wyczytała, że on ma żonę. 

- Nie chcę... o tym myśleć... nie chcę - powiedziała sama do siebie Carmella 

i, nie mówiąc nic do Geralda, szła spiesznie korytarzem do swej sypialni. 

Gerry zrównał się z nią, gdy otwierała drzwi sypialni. 
- Dobranoc, Gerry. Postaraj się zasnąć. Zamartwianie się na nic się nie zda. 

Musimy tylko mieć nadzieję i modlić się, by wszystko się powiodło. 

Gerald  pocałował  ją  w  policzek  i,  nic  nie  mówiąc,  poszedł  korytarzem  do 

swego  pokoju,  a  Carmella,  tak  jak  powiedziała  jej  Jeanne,  pociągnęła  za 
dzwonek; i po kilku minutach pojawiła się pokojówka. 

- Wcześnie pani wróciła, milady. Spodziewałam się pani o wiele później. 
- Jestem zmęczona, Jeanne. I jego lordowska mość także. 
-  Nikt  w  tym  domu  nie  jest  zaskoczony,  że  idziecie  do  łóżka.  Cała  służba 

mówiła  po  kolacji,  że  jest  pani  najładniejszą  damą,  jaką  milord  markiz  tutaj 
gościł. 

- Naprawdę tak mówili? 
-  Naprawdę,  i  ja  się  zgadzam.  Pani  bardzo  piękna!  - odparła  Jeanne  z  -  jak 

się wydawało Carmelli – dumą jak by to było jej zasługą. 

Zdjęła  właśnie  suknię,  kiedy  rozległo  się  pukanie  do  drzwi  i  Jeanne  poszła 

otworzyć. Wróciła ze strojem do konnej jazdy, butami i małym melonikiem. 

- To pokojówka lady Brooke - wyjaśniła. - Mówi, iż jej pani sądzi, że milady 

będzie potrzebny ten strój. 

-  Rzeczywiście!  Teraz  będę  mogła  jeździć  konno!  Och,  Jeanne,  jakie  to 

emocjonujące! 

background image

-  Dużo  tu  koni.  Dużo  jedzenia,  dużo  pieniędzy.  Tres  heurewc  dla  ludzi, 

którzy je mają! - Jeanne wydawała się zazdrosna. 

Carmella  pomyślała,  że  jakkolwiek  pod  innymi  względami  jutrzejszy  dzień 

zapowiada  się  denerwująco,  to  czekają  cudowna  jazda  na,  była  tego  pewna, 
wspaniałych, świetnych koniach. 

Uwielbiała jeździć konno razem z ojcem, lecz on nawet z biegiem lat nigdy 

nie  mógł  sobie  pozwolić  na  najlepsze  konie.  Gdy  wyjeżdżali  na  polowanie, 
Cannella często zazdrościła kobietom, które nie jeździły tak dobrze jak ona, ale 
dosiadały  świetnych  koni,  podczas  gdy  ona  musiała  zadowalać  się 
pośledniejszymi. 

Była tak podekscytowana, iż poszła spać postanawiając, że kiedy nadejdzie 

jutro,  postara  się  jeździć  tak  długo,  jak  tylko  będzie  mogła.  Była  pewna,  że 
Gerry byłby tego samego zdania, gdyby z nim o tym porozmawiała. 

Zasnęła  myśląc,  że  choćby  nie  wiadomo  ile  musieli  nakłamać,  a  ona  nie 

wiadomo jak się bała, jazda konna jest właściwie tego warta. 

Carmella  obudziła  się  z  pozbawionego  marzeń  snu.  Szparami  między 

zasłonami  sączyło  się  słońce,  ale  kiedy  spojrzała  na  zegar,  zobaczyła,  że  jest 
dopiero szósta trzydzieści. 

Jeanne  powiedziała  jej,  że  śniadanie  podaje  się  najwcześniej  o  dziewiątej, 

zaś  Carmella  czuła,  że  nie  będzie  mogła  przeleżeć  w  łóżku  jeszcze  przez  co 
najmniej półtorej godziny. Rozsunęła zatem zasłony i zobaczyła, że park tonie 
w słońcu, a znad jeziora unosi się delikatna mgła. Widok był tak czarowny, iż 
Carmella poczuła, że musi pokazać go Gerry'emu. 

Przyszło jej nagle do głowy, że biorąc pod uwagę to, co powiedział markiz, 

nie ma żadnego powodu, by nie wybrała się na przejażdżkę konną. Otworzyła 
drzwi, przez które wczorajszego wieczoru wszedł do niej Gerry. Znalazła się w 
ładnym,  gustownie  umeblowanym  buduarze,  ozdobionym  wieloma  wazami 
cieplarnianych kwiatów, które musiały pochodzić z oranżerii markiza. Przeszła 
przez  pokój  i  ostrożnie,  nie  chcąc  budzić  Gerry'ego,  otworzyła  drzwi,  które  z 
pewnością  prowadziły  do  jego  sypialni.  Tak  jak  przypuszczała,  Gerry  jeszcze 
spał.  Podeszła  na  palcach  do  łóżka  i  popatrzyła  na  brata;  wydał  jej  się  bardzo 
młody  i  bardzo  przystojny.  Ale  nawet  teraz,  we  śnie,  miał  wyraz  zmartwienia 
na twarzy i drobną zmarszczkę między brwiami. Zauważyła, że łóżko wygląda 
nieporządnie, jakby on przewracał się z boku na bok, zanim w końcu zasnął. 

- Nie obudzę go - zdecydowała Carmella i na palcach wróciła tą samą drogą, 

cicho  zamykając  za  sobą  drzwi.  Postanowiła,  że  nie  zważając  na  Gerry'ego 
skorzysta ze sposobności, skoro się nadarza. 

background image

Lady  Brooke  nie  myliła  się,  sądząc,  że  mają  podobne  wymiary,  choć 

Carmella  w  istocie  była  od  niej  nieco  wyższa.  Strój  do  konnej  jazdy  pasował 
jednak,  niemal  jakby  został  dla  niej  uszyty.  Żałowała  więc,  że  tak  nie  jest, 
ponieważ pochodził od Busbine'a, najlepszego w Londynie krawca strojów do 
konnej jazdy. 

Jako  że  zawsze  starannie  ubierała  się  na  polowanie,  nie  miała  żadnych 

trudności  z  zawiązaniem  krawata  i  porządnym  ułożeniem  włosów  pod 
melonikiem.  Było  dopiero  piętnaście  minut  po  siódmej,  kiedy  zeszła  na  dół  i 
zapytała zaspanego, zaskoczonego jej widokiem lokaja o drogę do stajni. 

-  Powiem,  że  chce  pani  konia,  jeśli  raczy  pani  zaczekać,  milady  - 

zaproponował. 

- Wolałabym pójść do stajni sama - odpowiedziała Carmella. 
Stojąc  we  frontowych  drzwiach,  lokaj  wskazał  jej  sklepione  przejście  na 

drugim  końcu  domu,  które,  jak  powiedział,  prowadzi  do  stajni. 
Podekscytowana  czekającą  ją  jazdą  Carmellaniemal  biegnąc  przemierzyła 
dziedziniec  i  przez  sklepioną  bramę  weszła  na  wybrukowane  kocimi  łbami 
podwórze przed stajnią. 

Zamiast  stajennego,  którego  miała  nadzieję  zobaczyć,  by  mu  powiedzieć, 

czego  chce,  we  wrotach  stajni  ukazał  się  wierzgający  i  stający  dęba  czarny 
ogier,  z  trudem  przytrzymywany  przez  dwóch  chłopców  stajennych.  Za  nimi 
szedł markiz. 

Spojrzał na nią zaskoczony. 
- Dzień dobry, lady O'Kerry - powiedział. - Bardzo wcześnie pani wstała. 
Obawiając się, że zirytował go jej widok, Carmella pośpiesznie wyjaśniła: 
- Powiedział pan, że mogę jeździć konno, kiedy tylko zechcę. 
-  Oczywiście.  Jestem  tylko  zdumiony,  że  nie  śpi  pani  już,  jak  reszta  moich 

gości. 

- Zatem mogę dostać konia? 
- Oczywiście, że może pani! Proszę wejść i wybrać któregoś: 
Zignorował  tańczącego  ogiera,  pozostawiając  go  pod  opieką  dwóch 

chłopców i wrócił do stajni, a Carmella podążyła za nim. 

Stajnia,  tak  jak  się  Carmella  spodziewała,  była  wspanialsza  niż  wszystkie, 

jakie  widziała.  Była  pewna,  że  takie  też  są  zajmujące  ją  zwierzęta. 
Zapomniawszy na chwilę o wszystkim, zajrzała najpierw do dwóch pierwszych 
przegród, potem do trzeciej, czwartej, w końcu podeszła do piątej. 

Stał w niej koń podobny do ogiera, którego miał zamiar dosiąść markiz. 
-  Ostrzegam  panią!  Muchołap  potrafi  być  bardzo  niesforny  i  dość  mocno 

szarpie - uprzedził ją markiz, widząc, że przygląda się koniowi. 

background image

- Czy mogę go dosiąść? 
- Jest pani pewna, że sobie z nim poradzi? 
- Wstydziłabym się bardzo, gdybym powiedziała; „tak", a on mi udowodnił, 

że się mylę. 

Markiz uśmiechnął się. 
- Jak pani sobie życzy. 
Wydał  polecenie.  Muchołap  został  szybko  osiodłany  i  wyprowadzony  na 

podwórze. Carmella spodziewała się, że koń zostanie podprowadzony do kloca 
do  wsiadania,  zamiast  tego  jednak  markiz  podniósł  ją  do  siodła,  po  czym 
dosiadłszy  swego  ogiera,  ruszył  przodem,  jakby  uważał,  że  musi  wskazywać 
drogę. Ponieważ ogier nadal trochę się popisywał, koń Carmelli robił to samo, 
ona zaś pochyliła się do przodu, poklepała go i przemówiła doń cichym głosem. 
Zanim  markiz  dojechał  do  połowy  prowadzącej  do  jeziora  alei,  Muchołap  już 
się uspokoił. 

Przejechawszy  przez  most  nad  jeziorem  markiz  ściągnął  cugle  i  czekał,  aż 

Carmella się z nim zrówna. 

-  Wszystko  w  porządku?  -  zapytał.  -  Nigdy  nie  czułam  się  równie 

szczęśliwa! Markiz spojrzał na nią tak, jakby podejrzewał, że ona wyolbrzymia 
swe uczucia po to, by zrobić na nim wrażenie, ale Carmella znów pochyliła się, 
przemawiając do Muchołapa, a koń słuchał jej, strzygąc uszami. 

- Jedźmy - powiedział markiz. - Sądzę, że powinniśmy galopem wypędzić z 

koni diabła, a zarazem wymieść pajęczyny z naszych głów. 

Carmella  miała  ochotę  powiedzieć,  że  w  jej  głowie  nie  ma  żadnych 

pajęczyn,  przypomniała  sobie  jednak  o  swym  strapieniu  i  pomyślała,  że  jest 
ono  bardziej  podstępne  i  trudniejsze  do  pozbycia  się  niż  to,  o  czym  mówił 
markiz. 

Podążała  za  nim  przez  park  i  zauważyła,  że  on  jedzie  powoli,  unikając 

zajęczych  nor  i  nisko  wiszących  gałęzi  drzew.  Z  parku  wyjechali  na  płaską, 
doskonałą do galopu przestrzeń. Nie czekając na pozwolenie markiza, Carmella 
popędziła przed siebie; nie było wątpliwości, że Muchołap zamierza ścigać się 
z ogierem markiza i wygrać. Musieli przegalopować blisko milę, zanim markiz 
powściągnął konia, zrozumiała więc, że musi zrobić to samo. Jechali łeb w łeb, 
lecz  dziewczyna  wiedziała,  że  gdyby  markiz  dołożył  starań,  jego  ogier 
zwyciężyłby Muchołapa. 

Zwolnili galop najpierw do truchtu, potem do stępa. 
-  To  było  cudowne!  -  wykrzyknęła  Carmella.  -  Nigdy  nie  dosiadałam 

lepszego  konia  niż  Muchołap,  ale  doprawdy  bardzo  chciałabym  mieć 
sposobność pojechania na pańskim ogierze. 

background image

Powiedziała to bez zastanowienia i kończąc zdanie nabrała obawy, że markiz 

uznaje za mocno aroganckie, lecz on uśmiechnął się i powiedział: 

-  Sądzę,  że  uznałaby  go  pani  za  dość  trudnego  do  opanowania,  choć,  jeśli 

wolno mi to powiedzieć, lady O'Kerry, jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak 
sobie pani radzi z Muchołapem. 

Skończywszy  mówić  markiz  roześmiał  się,  a  kiedy  Carmella  spojrzała  na 

niego zdumiona, wyjaśnił: 

-  Pomyślałem  sobie  właśnie,  że  często  drobne,  kruche  kobietki,  które 

wyglądają, jakby powiew wiatru mógł je zdmuchnąć, panują nad koniem lepiej 
niż bardziej okazałe amazonki. 

-  Zapewne  jest  to  komplement,  więc  dziękuję  panu.  Mój  ojciec  zawsze 

mówił, że jestem dobrym jeźdźcem, ale myślę, że on mógł być nieobiektywnej 

- A co Bramforde o tym myśli? - dopytywał się markiz. 
-  Gerry...  Gerry  jeździ  konno,  odkąd  nauczył  się  raczkować.  Zatem  jest 

równie szczęśliwy jak ja, kiedy ma przyzwoitego wierzchowca. 

Carmella  powiedziała  to  bez  zastanowienia,  a  co  powiedziała,  uświadomiła 

sobie dopiero wtedy, kiedy markiz zauważył: 

-  Zatem  zna  pani  Bramforde'a  od  dawna!  Myślałem,  że  właśnie  się 

poznaliście. 

-  Nie,  oboje  mieszkaliśmy  w  Gloucestershire  -  odparła  sądząc,  że  to  dobre 

wytłumaczenie. 

- I, oczywiście, jest pani w nim bardzo zakochana! 
Cyniczny  ton  głosu  markiza  sprawił,  że  przez  chwilę  Carmelli  trudno  było 

pojąć,  o  czym  on  mówi.  Nie  wiedząc,  co  odpowiedzieć,  milczała.  Patrzyła 
prosto  przed  siebie,  gdy  zjeżdżali  na  pole,  przez  które  wił  się  porośnięty  przy 
brzegach wierzbami strumień. 

-  Mam  wrażenie,  że  uważa  mnie  pani  za  impertynenta  -  powiedział  markiz 

po chwili milczenia, która Carmelli wydała się bardzo długa. 

Po czym dodał: 
-  Dlaczego  Bramforde  nie  przyszedł  dziś  rano  z  panią,  jeśli  jest  takim 

miłośnikiem koni? 

Carmella z ulgą porzuciła temat miłości. 
-  Zajrzałam  do  niego,  ale  on  mocno  spał.  Wczoraj  wieczorem  był  bardzo 

zmęczony po grze w bilard i uznałam, że źle byłoby go budzić, choć wiem, że 
bardzo chciałby się wybrać na przejażdżkę. 

Nie  zauważyła,  że  markiz,  jakby  zdziwiony,  uniósł  brwi.  —To  bardzo 

taktownie z pani strony - powiedział. Carmella roześmiała się. 

background image

- Mam nadzieję, że Gerry też tak pomyśli. Obawiam się, że dowiedziawszy 

się,  iż  dosiadałam  konia  tak  wspaniałego,  jak  Muchołap,  pomyśli,  że 
„wysadziłam go z siodła''. 

-  Albo  będzie  zazdrosny  -  zauważył  markiz.  Carmella  spojrzała  na  niego 

zdumiona. Przez chwilę nie rozumiała, co on sugeruje. 

-  Sądzę,  że  w  stosunku  do  pana  mogłaby  to  być  zawiść,  nie  zazdrość  - 

powiedziała  porywczo.  -  Ma  pan  wszystko,  czego  człowiek  może  chcieć,  a 
sądzę,  że  trudno  opędzić  się  od  myśli,  że  „okruchy  ze  stołu  bogacza"  nie  są 
szczególnie sycące. 

I uznawszy, że on nie rozumie albo też, że krytykowanie go jest z jej strony 

niewłaściwe, Carmella dała Muchołapowi ostrogę i pogalopowała przed siebie. 

Po kilku minutach markiz ją dopędził. 
-  Widzę,  lady  O'Kerry  -  powiedział  -  że  ma  pani  wielkie  doświadczenie  w 

uciekaniu  przed  trudnymi  pytaniami.  Czy  jest  pani  równie  zręczna,  kiedy 
dochodzi do trudnych sytuacji? 

-  Nie  wiem,  co  pan  ma  na  myśli  -  odparła  Carmella,  po  czym  spiesznie 

dodała: - Przepraszam, jeśli byłam niegrzeczna. Nie miałam takiego zamiaru. 

-  W  żadnym  razie  nie  była  pani  niegrzeczna.  Była  pani  tylko  szczera  i 

prawdomówna.  I  czy  wolno  mi;  zupełnie  uczciwie  powiedzieć,  że  to  lubię, 
ponieważ; jest to rzadkie? 

Carmella przemyślała to, co usłyszała. 
- Chce pan powiedzieć, że ponieważ jest pan tak ważny i wzbudza pan taki 

strach, ludzie mówią panu raczej to, co - jak sądzą - chce pan usłyszeć niż to, 
co naprawdę myślą? 

- Więc myśli pani, że wzbudzam strach? 
- Oczywiście, że tak. Musi pan o tym wiedzieć! 
- Czy pani się mnie boi? 
-  Bardzo,  bardzo  się  pana  bałam,  zanim  tutaj  przyjechałam  i  zanim  pana 

poznałam..., ale wczoraj wieczorem był pan taki miły, kiedy poprosiłam, by nie 
pozwolił pan Geraldowi grać w karty... i dziś rano był pan dla mnie taki miły..., 
więc teraz czuję się lepiej! 

Markiz pomyślał, że ona powiedziała to niemal jak dziecko, a jednocześnie 

zdawał sobie sprawę, że tylko ktoś o bystrym, czujnym i być może przebiegłym 
umyśle potrafiłby tak jasno ocenić sytuację. 

-  Zatem  czy  wolno  mi  powiedzieć,  lady  O'Kerry,  iż  mam  nadzieję  nigdy 

więcej nie dać pani powodu, by się mnie pani bała? 

- Ja także mam taką nadzieję! - powiedziała Carmella żarliwie. 

background image

Mówiąc  to  przypomniała  sobie  o  naszyjniku  Bramforde'ów  i  o  tym,  po  co 

ona  i  Gerry  tutaj  przybyli;  zdała  sobie  sprawę,  że  już  choćby  z  tego  punktu 
widzenia markiz jest przerażający! 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział piąty 
 
Tuż  po  dziewiątej,  kiedy  Carmella  i  markiz  wrócili  do  Ingieton  Hall.  Gdy 

wchodzili  po  schodach  do  drzwi  frontowych,  Carmella  nieco  nerwowo 
zapytała: 

- Czy mam się przebrać do śniadania? 
-  Myślę,  że  jest  pani  głodna  -  odpowiedział  markiz  -  więc  na  pani  miejscu 

poszedłbym na śniadanie tak jak stoję, co też zamierzam zrobić. 

Odłożywszy  rękawiczki  i  bat  na  krzesło,  Carmella  wahała  się  chwilę,  po 

czym  zdjęła  mały  melonik,  który  pożyczyła  jej  lady  Brooke.  Poprawiła  przed 
lustrem  włosy,  nie  poświęcając  im  jednak  wiele  czasu,  a  następnie  weszła  z 
markizem  do  pokoju  śniadaniowego.  Nie  był  on  tak  duży  ani  tak  imponujący 
jak  jadalnia,  ale  światło  słoneczne  wpadało  przez  okna  i  Carmella,  tak  jak  się 
spodziewała,  zobaczyła  kredens  zastawiony  zakąskami  w  srebrnych 
naczyniach, ze świecą' pod każdym, by utrzymać jedzenie w cieple.  

Ku jej zaskoczeniu w pokoju nie było nikogo innego, a markiz, przeszedłszy 

przez pokój i zrobiwszy przegląd dań, powiedział: 

-  Mam  wrażenie,  że  inni  moi  goście  się  spóźnią,  zatem  pani  i  ja  będziemy 

jedli sami. 

- Myślałam, że wszyscy poszli wcześnie spać, jako że była to piątkowa noc - 

odparła Carmella. - Wszystkie panie mówiły o balach, na których były w tym 
tygodniu i o tym, jakie są wyczerpane. 

- A na którym balu pani była? - Ja nigdy nie byłam na balu! 
Swoim  zwyczajem  powiedziała  to  bez  zastanowienia,  a  kiedy  na  twarzy 

markiza dostrzegła zdumienie, dodała szybko: 

- Wie pan, że przez rok nosiłam żałobę. 
-  Ale  przedtem  mąż  z  pewnością  zabrał  panią  na  jakiś  bal,  nawet  jeśli 

żyliście na wsi? 

Carmella potrząsnęła głową, unikając odpowiedzi. 
- Jest tyle dań, że nie mogę się zdecydować, które wygląda najapetyczniej - 

wyjaśniła pośpiesznie. 

-  Więc  może  spróbuje  pani  każdego?  -  zaproponował  markiz.  -  Ale  dobrze 

wiem, lady O'Kerry, że znów unika pani odpowiedzi na moje pytanie. 

W  obawie,  że  się  zarumieni,  odwróciła  od  niego  głowę  i  nałożyła  sobie  na 

talerz  potrawy  z  jednego  z  naczyń.  Gdy  wróciła  do  nakrytego  na  wiele  osób 
stołu,  zawahała  się,  lecz  pomyślała,  że  wyglądałoby  to  dziwnie,  gdyby  nie 
usiadła  obok  markiza,  zajęła  więc  miejsce,  mając  nadzieję,  że  nie  jest  to 
miejsce lady Sybil czy innego z jego ważniejszych gości. 

background image

Markiz nałożył sobie na talerz przy kredensie, po czym sam usiadł, mówiąc: 
-  Nie  martwi  to  pani,  że  Bramforde  jeszcze  śpi?  Może  kiedy  się  obudzi, 

będzie dopytywał, co się z panią stało? 

-  Gerry  nie  będzie  się  o  mnie  martwił.  A  jeśli  w  ogóle  o  mnie  pomyśli, 

będzie pewien, że wybrałam się na przejażdżkę konną. 

I  tym  razem  Carmella  nie  dostrzegła  zdumienia  w  jego  oczach.  Markiz  nic 

nie powiedział, tylko nalał jej i sobie kawy, która stała przed nimi na tacy. 

- Proszę mi powiedzieć, którego konia zgłosi pan w tym roku do wyścigu o 

Złoty  Puchar  w  Ascot?  -  zainteresowała  się  Carmella,  czując,  że  konie  to 
bezpieczny temat konwersacji. 

Uważnie słuchała tego, co mówi markiz, lecz kiedy do pokoju weszło kilku 

jego gości, rozmowa sam na sam stała się niemożliwa. 

Tego  dnia  lady  Sybil  była  wobec  niej  rozmyślnie  niegrzeczna.  Choć 

początkowo Carmella była tym zdumiona, później zrozumiała, iż to dlatego, że 
rano jeździła konno z markizem. 

-  Musi  pani  być  bardzo  wytrzymała,  żeby  tak  wcześnie  wstawać,  lady 

O'Kerry  -  powiedziała  lady  Sybil  oschłym  tonem,  który  wprawił  Carmellę  w 
niepokój  .  -  Obawiam  się,  że  nigdy  nie  byłam  jedną  z  tych  zapalonych  do 
polowania  i  rozmiłowanych  w  koniach  kobiet,  które  zwykle  ochlapane  są 
błotem i cuchną stajnią! 

Kilka kobiet roześmiało się, a jedna z nich zauważyła: 
-  Nikt  nie  mógłby  ci  tego  zarzucić,  Sybil,  za  to  jesteś  twarda  pod  innymi 

względami, o których wolałybyśmy nie wspominać! 

- Nie boję się przyznać, że jestem twarda, kiedy ktoś próbuje mi zabrać coś, 

co należy do mnie - odparła lady Sybil. - Jestem wtedy gotowa walczyć każdą 
dostępną bronią. 

Ponieważ  było  całkiem  jasne,  co  lady  Sybil  insynuuje,  Carmella  wstała  ze 

swego  miejsca  i  ruszyła  przez  pokój.  Chciała  z  kimś  porozmawiać,  by  nie 
rzucało się w oczy, jak bardzo jest  wzburzona sposobem,  w jaki lady Sybil ją 
atakowała. Gerry jednak gdzieś zniknął i Carmelli wydawało się, że w pokoju 
nie  ma  nikogo,  kto  interesowałby  się  nią  choć  trochę.  Wtedy  przyszła  jej  na 
ratunek lady Brooke. 

-  Proszę  podejść  i  porozmawiać  ze  mną,  lady  O'Kerry  -  powiedziała.  - 

Jestem  pewna,  że  tak  jak  ja  uważa  pani  konie  markiza  za  zachwycające,  a 
słyszę, że po lunchu wszyscy wybieramy się na przejażdżkę. 

- Jestem pani bardzo zobowiązana za pożyczenie mi stroju do konnej jazdy - 

powiedziała  cichym  głosem  Carmella,  mając  nadzieję,  że  lady  Sybil  jej  nie 

background image

podsłucha.  -  Cudownie  było  dosiąść  konia  lepszego  niż  wszystkie,  na  jakich 
przedtem jeździłam. 

- Musi pani kiedyś przyjechać i zatrzymać się u mnie w Easton. Pokażę pani 

wtedy moje stajnie. Będę bardzo zawiedziona, jeśli nie uzna pani, że dorównują 
stajniom markiza, jeśli ich nie przewyższają! 

- Co o mnie mówisz? - zapytał jakiś głos. 
Carmella  wzdrygnęła  się,  uświadamiając  sobie,  że  kiedy  one  rozmawiały, 

markiz wszedł do pokoju, a ona go nie zauważyła. 

-  Mówiłam  lady  O'Kerry,  że  mam  nadzieję,  iż  moje  konie  wydadzą  jej  się 

równie  dobre  jak  twoje  -  powiedziała  Daisy  Brooke  z  uśmiechem.  -  Ale 
poczuję się pewniej, kiedy zobaczę te, które obiecałeś mi pokazać; 

- To może teraz pójdziemy je obejrzeć? - zaproponował markiz. 
-  Och,  to  mi  przypomina  -  powiedziała  Daisy  Brooke  -  że  chcę  zobaczyć 

twój skarbiec, kiedy już pokażesz mi konie. 

Na twarzy markiza pojawił się wyraz zaskoczenia, zaś lady Brooke mówiła 

dalej: 

-  Powiedziałeś  Brookiemu,  że  masz  jeden  z  tych  skarbców  z  zamkiem 

szyfrowym,  które  są  o  wiele  lepsze  niż  stare,  a  ponieważ  Brookie  ciągle  się 
martwi  o  moje  klejnoty,  powiedziałam  mu,  że  obejrzę  twój  skarbiec  i 
zdecyduję, czy zainstalujemy taki w Easton. 

- Będę zachwycony, mogąc ci go pokazać - powiedział markiz. - Pójdziemy 

go obejrzeć po herbacie. 

Carmella wzięła głęboki oddech i powiedziała z trudem: 
-  Czy  ja  także  mogę  go  zobaczyć?  Słyszałam  o  skarbcu  z  zamkiem 

szyfrowym, ale nigdy nie miałam sposobności obejrzeć żadnego. 

- Obejrzymy zatem skarbiec razem - powiedziała lady Brooke. - A kiedy już 

do niego dotrzemy, zmusimy Tyrona do pokazania nam diademów Ingletonów. 

Roześmiała się i dodała: 
- On zawsze utrzymuje, że jego diademy są lepsze od  moich, ale ponieważ 

nie chce się ożenić i trzyma je w ukryciu, nie mam całkowitej pewności, czy się 
przechwala, czy mówi prawdę. 

-  Pokażę  wam  klejnoty  rodzinne  -  obiecał  markiz  wielkodusznie.  -  I 

pozwólcie  mi  dodać,  że  zamierzam  trzymać  je  w  skarbcu  jeszcze  przez  wiele 
lat. 

-  Och,  Tyronie,  jak  możesz  być  taki  uparty!  -  wykrzyknęła  lady  Brooke.  - 

Wiem,  że  pewnego  dnia  będziesz  się  musiał  ożenić,  żeby  mieć  dziedzica,  bo 
jeśli  nie,  to  ten  twój  straszny,  nudny  wuj  odziedziczy  tytuł!  Nie  mogę  znieść 

background image

myśli  o  tym,  co  on  zrobiłby  z  tego  pięknego  domu,  który  jest  pod  każdym 
względem doskonały. 

- Ależ pochlebiasz mi! - powiedział markiz. - Ale nawet po to, żeby ci zrobić 

przyjemność, Daisy, nie zamierzam dać się zaciągnąć do ołtarza. 

- Dopilnuję tego - powiedziała lady Sybil. Podczas gdy markiz mówił, lady 

Sybil przeszła przez pokój, przyciągana przez niego jak przez magnes, po czym 
wsunęła mu rękę pod ramię i spojrzała na niego spod rzęs. 

- Dobrze nam tak, jak jest - powiedziała. - I Tyron, jak słusznie mówi, musi 

trzymać swoje brylanty w skarbcu. 

Markiz uwolnił się z uścisku lady Sybil i wyciągnął rękę do lady Brooke. 
- Chodź zobaczyć moje konie - powiedział. - Cenię sobie twoją opinię, Daisy 

i chcę się nimi przed tobą pochwalić. 

-  Jakże  mogłabym  oprzeć  się  takiemu  zaproszeniu?  -  uśmiechnęła  się  lady 

Brooke.  

Wsunęła rękę w dłoń markiza i razem poszli w stronę drzwi, pozostawiając 

lady Sybil patrzącą za nimi z mocno zaciśniętymi ustami. 

Jakby  musząc  wyładować  na  kimś  gniew,  lady  Sybil  powiedziała  do 

Carmelli: 

-  Myślę,  że  nachalność  to  irlandzka  cecha,  lady  O'Kerry  i  nie  rozumiem, 

dlaczego nie biegnie pani teraz za markizem, żeby pani nie uciekł! 

Wydawszy  na  zakończenie  coś  w  rodzaju  warknięcia  i  nie  czekając  na 

odpowiedź Carmelli, odeszła. 

Wszystko  to  miało  miejsce  na  krótko  przed  lunchem,  lecz  Carmella, 

roztrzęsiona,  poszła  na  górę  do  swej  sypialni.  Jeanne  nie  było,  co  przyjęła  z 
ulgą,  ponieważ  pokojówka  nie  przestałaby  jej  besztać  o  to,  że  wybrała  się  na 
przejażdżkę  nic  o  tym  nie  mówiąc  i,  oczywiście,  bez  należytego  makijażu  na 
twarzy. 

-  Sądziłam,  że  jest  za  rano,  żeby  cię  budzić  -  wyjaśniła  wcześniej  nieco 

niezręcznie Carmella. 

-  Mamselle  kazała  mi  czuwać  nad  panią.  A  beze  mnie  pani  twarz  wygląda 

młodo, bardzo młodo! Nie jak u damy, która straciła męża. 

- Przykro mi - powiedziała pokornie Carmella. - Już będę o tym pamiętać. 
Powiedziała  sobie,  że  choć  jeździła  konno  z  markizem  i  jadła  z  nim 

śniadanie, jest mało prawdopodobne, że on zauważył, iż wyglądała inaczej niż 
poprzedniego  wieczoru.  Jednakże  Jeanne  beształa  Carmellę;  przez  cały  czas, 
kiedy  przebierała  ją  w  jedną  z  ładnych,  dziennych  sukien  pożyczonych  przez 
mademoiselle  Yvonne,  układając  jej  włosy,  malując  oczy  i  usta  tak,  jak 
poprzedniego dnia. 

background image

-  Teraz  jest  pani  chic  i  bardziej  dojrzała  -  powiedziała  wreszcie,  kiedy 

skończyła.  -  Ale  proszę  wyglądać  na  trochę  znudzoną,  milady.  Les  grandes 
dames sont toujours blasees. 

Carmella roześmiała się. 
-  Bardzo  trudno  jest  być  blasee  tutaj,  gdzie  wszystko  jest  takie  wyborne  i 

interesujące! 

Po czym zbiegła po schodach, obawiając się, że coś ją ominie, a wiedziała, 

że  już  nigdy  nie  zobaczy  takiego  luksusu  ani  nie  będzie  przebywać  w  tak 
pięknym otoczeniu. 

Po  lunchu,  podczas  którego  było  beztrosko  i  wesoło  mimo  dąsów  i 

kąśliwości  lady  Sybil,  wszyscy  wybrali  się  na  przejażdżkę  konną.  Damy 
przebrały  się  zadziwiająco  szybko  i  całe  towarzystwo  ruszyło  kawalkadą  na 
koniach  markiza  w  stronę  toru  wyścigowego,  który  kazał  zbudować  w 
odległości około mili od domu. 

Tor ciągnął się za parkiem, po przeciwnej stronie niż ta, gdzie rano Carmella 

jeździła konno z markizem. Nigdy nie widziała prywatnego toru wyścigowego, 
była więc olśniona. Dłuższy, niż się spodziewała, miał też wyższe przeszkody, 
ale wiedziała, że poradziłaby sobie z nimi. 

Markiz nadal poświęcał wiele uwagi lady Brooke, lecz teraz był z nimi lord 

Charles, ten jednak, choć jak na żeglarza jeździł dobrze, nie mógł równać się z 
markizem czy Gerrym. Carmelli wystarczyło spojrzeć na brata, by wiedzieć, że 
jest  w  swoim  żywiole  i  że  na  chwilę  zapomniał  o  swym  strapieniu  z  powodu 
pieniędzy  i  naszyjnika.  Myślał  tylko  o  koniu,  którego  dosiadał  i  który 
dostarczał mu takiej samej przyjemności, jaką odczuwała tego ranka Carmella, 
siedząc na Muchołapie. 

Gerry  był  tak  podekscytowany,  iż  zapomniał,  że  powinien  okazywać 

względy Carmelli. Gawędził z ożywieniem z kilkoma  mężczyznami i zdumiał 
się,  kiedy  lady  Sybil  podjechała  i  zaczęła  z  nim  rozmawiać  w  sposób,  który 
wydał  mu  się  bardzo  dla  niego  pochlebny,  a  ponieważ  nie  wiedział,  że  lady 
Sybil jest zirytowana na Carmellę, a także na lady Brooke, o której sądziła, że 
monopolizuje markiza, był zachwycony jej względami. Wiedząc, czego po nim 
oczekiwano, powiedział jej kilka komplementów, które wyraźnie zachęcały do 
flirtu. W zamian lady Sybil pochlebiała mu zręcznie w sposób, w którym była 
mistrzynią. 

Sybil  Greeson  miała  dopiero  dwadzieścia  sześć  lat,  ale  w  ostatnich  latach 

nauczyła  się  przyciągać  mężczyzn  i  już  sposób,  w  jaki  na  nich  patrzyła, 
sprawiał, że czuli się bardzo męscy i godni pożądania. 

background image

Zatrzymała Gerry'ego u swego boku aż do chwili, kiedy markiz powiedział, 

że  panowie  będą  współzawodniczyć  ze  sobą  w  skokach  przez  przeszkody. 
Uznał przy tym, że dla dam przeszkody są za wysokie. 

-  Obrażasz  nas!  -  powiedziała  lady  Brooke.  -  Ja  osobiście  mam  stanowczy 

zamiar przeskoczyć przez każdą przeszkodę tylko po to, żeby ci udowodnić, że 
się mylisz! 

Zauważyła, że Carmella jej się przysłuchuje. 
- Proszę ze mną, lady O'Kerry - powiedziała. - Jestem pewna, że pomoże mi 

pani udowodnić tym panom, że jesteśmy równie dobre, jak oni, jeśli nie lepsze. 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  lady  Brooke  popędziła  przed  siebie  i  stylowo 

wzięła  pierwszą  przeszkodę  z  zapasem  trzydziestu  centymetrów,  a  Carmella 
podążyła za nią. 

Ruszając z kopyta usłyszała tylko, jak markiz mówi: 
- Nie, lady O'Kerry, sądzę, że to niedobre dla pani... 
... i już jej niebyło! 
Siedziała  na  koniu,  który  był  jeszcze  bardziej  ognisty  niż  Muchołap,  i 

przeniósł ją nad pierwszą przeszkodą w sposób, który powiedział jej, że obawy 
markiza  są  nieuzasadnione.  Lady  Brooke  nadal  ją  wyprzedzała.  Kiedy  obie 
pędziły  po  torze,  biorąc  każdą  przeszkodę  z  mistrzostwem,  któremu  niktnie 
mógłby  zaprzeczyć,  markiz  powstrzymywał  wszystkich  przed  podążeniem  ich 
śladem. Całe towarzystwo patrzyło, jak w połowie okrążenia Carmella zmusiła 
swego konia do wyprzedzenia konia lady Brooke. Zrobił to aż nazbyt chętnie, 
jako że przyzwyczajony był do ścigania się podczas treningów z innymi końmi 
markiza. Następną przeszkodę oba konie wzięły prawie jednocześnie. 

Carmella i lady Brooke, choć nie podejmowały współzawodnictwa, jechały 

najszybciej jak mogły i każda z kobiet zdecydowana była zwyciężyć tę drugą. 
Przy  ostatniej  przeszkodzie  znów  trudno  byłoby  powiedzieć,  która  była 
pierwsza,  w  następnej  jednak  chwili  Carmella,  zupełnie  jakby  dokonała  tego 
tylko  siłą  woli,  przemknęła  obok  stojącego  przy  słupku  mety  markiza  o  pół 
długości przed lady Brooke. 

Rozległy się brawa, a Carmella zawróciła konia i dołączyła do towarzystwa. 
Daisy  Brooke,  zbliżywszy  się  do  Carmelli,  powiedziała  ze  swą  zwykłą 

słodyczą: 

- Wspaniale jeździ pani konno, lady O'Kerry, ale następnym razem będę się 

ścigać z panią na jednym z moich koni! 

- Mam nadzieję, że będzie następny raz - odparła Carmella. 
- Będę na to nalegać - powiedziała lekko lady Brooke. 

background image

Podjechały  do  markiza  i  lady  Brooke,  wyraźnie  przekomarzając  się  z  nim, 

powiedziała: 

-  Następnym  razem,  Tyronie,  będziesz  musiał  dać  mi  lepszego  konia!  To 

biedne stworzenie jest doprawdy za stare i za powolne dla mnie! 

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a markiz powiedział: 
-  Obie,  jak  dobrze  wiecie,  jechałyście  wspaniale,  a  teraz  cała  reszta  pokaże 

wam, jak się to robi. 

Większość  kobiet,  wraz  z  lady  Sybil,  oświadczyła,  że  woli  nie  ryzykować 

skakania  przez  przeszkody.  Kiedy  mężczyźni  bardzo  dobrze  wywiązali  się  z 
zadania  (choć  Carmella  uznała,  że  markiz  ich  przewyższa!),  wszyscy  wrócili 
inną drogą do domu. 

Lady Sybil nadal monopolizowała Geralda i Carmella nie miała sposobności 

powiedzieć mu ekscytującej nowiny, że rzecz nie do wiary! - markiz pokaże jej 
skarbiec. 

Dopiero kiedy weszła na górę przebrać się przed herbatą, posłała Jeanne, by 

zobaczyła,  czy  Gerald  jest  w  swej  sypialni,  a  dowiedziawszy  się,  że  jest, 
pośpieszyła do niego przez buduar. 

Gerald  był  sam,  bez  pokój  owca.  Zamknąwszy  za  sobą  drzwi,  Carmella 

oznajmiła: 

- Mam ci coś do powiedzenia! 
- Nigdy nie spędziłem przyjemniejszego popołudnia! - wykrzyknął Gerald. - 

Ach,  Mello,  dlaczego  ja  nie  mogę  mieć  takiego  domu  i  takich  koni?  Podczas 
przejażdżki myślałem, jak łatwo byłoby zbudować u nas tor wyścigowy. 

-  Wiem,  mój  drogi,  ale  to  niemożliwe.  A  teraz  musimy  myśleć  o  tysiącu 

funtów, które jesteś winien markizowi. 

-  Niech  go  diabli!  Dlaczego  on  ma  tak  wiele,  kiedy  my  nie  mamy  nic?  To 

niesprawiedliwe! 

Mówił,  jakby  był  małym  chłopcem,  któremu  odebrano  ulubioną  zabawkę. 

Carmella objęła go ramieniem. 

- To na nic,  mój drogi,  musisz spojrzeć faktom w twarz. A ja przyszłam ci 

powiedzieć, że po herbacie obejrzę razem z lady Brooke skarbiec. 

Gerry od razu skupił uwagę na siostrze. 
- Jak zdołałaś tego dokonać? 
Carmella opowiedziała mu o tym, co usłyszała od lady Brooke i o obietnicy 

markiza, że pokaże im skarbiec i klejnoty Ingletonów. 

-  Naszyjnik  też  tam  będzie  -  powiedział  Gerald.  -  Jeśli  będziesz  mogła, 

zobacz,  gdzie  leży.  I  jeśli  jest  to,  tak  jak  mówisz,  skarbiec  z  zamkiem 

background image

szyfrowym, na litość boską, spróbuj poznać szyfr, kiedy markiz będzie otwierał 
zamek. 

-  Chcesz  powiedzieć...  spodziewasz  się,  że  ja  go  później,..  otworzę?  - 

zapytała przestraszonym głosem Carmella. 

- Ja pójdę z tobą. Ale nie na wiele się przydam, jeśli nie poznasz szyfru. 
- Och, Gerry, to takie straszne! 
- Wiem, wiem! - zgodził się Gerry. - Ale  musimy pomyśleć o mamie. Jeśli 

się  wyda,  że  naszyjnik  jest  fałszywy,  co  ludzie  powiedzą  na  wieść  o  tym,  że 
sprzedała prawdziwe szafiry? 

Carmella  pomyślała,  że  on  powinien  był  zastanowić  się  nad  tym  wtedy, 

kiedy przegrywał naszyjnik, ale nic nie powiedziała. 

Kiedy  Jeanne  pomogła  jej  zmienić  suknię  i  ułożyła  włosy,  Carmella  zeszła 

na  dół,  przerażona  i  przekonana,  że  zawiedzie  Gerry'ego,  choćby  on  był 
najlepszej myśli. 

Herbatę  podano  w  oranżerii,  gdzie  pochodzące  z  Hiszpanii  drzewka 

pomarańczowe  obsypane  były  owocami,  niedojrzałymi  jeszcze,  ale  już  lekko 
złotymi.  Carmella  nigdy  przedtem  nie  widziała  czegoś  takiego.  Była 
oczarowana  kwiatami,  które  rosły  w  oranżerii,  choć  usłyszała,  jak  ktoś 
powiedział,  że  cieplarnia  robi  jeszcze  większe  wrażenie.  Patrząc  na  azalie, 
które,  jak  jej  powiedziano,  markiz  sprowadził  z  Indii  i  na  orchidee,  które 
pochodziły z wielu stron świata, pomyślała, iż to zrozumiałe, że Gerry odczuwa 
zawiść  i  że,  być  może,  każdy  inny  mężczyzna  spośród  gości  markiza  czuje  to 
samo. 

Wydawało jej się niepojęte, że ktoś, kto tyle posiada, wygląda na cynika, a 

kiedy się nie uśmiecha na znudzonego. 

- W jaki sposób, mając to wszystko, można być znudzonym - powiedziała do 

siebie  szeptem  i  wzdrygnęła  się  lekko,  gdy  zobaczyła  stojącego  obok  niej 
markiza. 

- Nad czym się tak pani zamyśliła, lady O'Kerry? - zapytał. 
- Podziwiałam... pańskie orchidee - odpowiedziała z lekkim wahaniem. 
-  I  o  czym  jeszcze  pani  myślała?  Carmella  uznała,  że  jest  spostrzegawczy, 

skoro zauważył, że myślała o czymś jeszcze. 

-  Zastanawiałam  się,  jak  to  możliwe,  że  mając  to  wszystko,  jest  pan... 

znudzony  -  odpowiedziała  Carmella,  ponieważ  powiedzenie  mu  prawdy 
wydało jej się naturalne. 

- Uważa pani, że jestem znudzony? - zapytał ostro. 
- Czasami wydaje się pan taki. A także... 
- Proszę dokończyć zdanie! 

background image

- Będę niegrzeczna. Ale sam mnie pan prosił... - I chcę usłyszeć odpowiedź! 
-  Bardzo  dobrze  -  powiedziała  nieco  wyzywająco.  -  Wydaje  się  pan 

wzgardliwy i cyniczny, nie zaś szczęśliwy, jaki powinien pan być. Dlaczego nie 
jest pan... szczęśliwy? 

Ku  jej  zaskoczeniu  słowa  gładko  wypływały  z  jej  ust.  Markiz  popatrzył  na 

nią. 

-  Być  może  pewnego  dnia  dam  pani  odpowiedź,  ale  teraz  zabieram  lady 

Brooke, żeby obejrzała brylanty Ingletonów Powiedziała pani, że pragnie pójść 
z nami? 

- Tak... oczywiście - przytaknęła Carmella. 
Serce  zabiło  jej,  ponieważ  była  pewna,  że  wobec  tego,  co  zobaczy,  plan 

Gerry'ego wyda się jeszcze trudniejszy, niż jest. 

Lady  Brooke  czekała  na  nich  w  drugim  końcu  oranżerii.  Gdy  szli  z 

markizem  w  jej  stronę,  Carmella  zobaczyła  Geralda  i  lady  Sybil  siedzących 
obok  siebie  i  rozmawiających  poufale.  Gdy  ich  mijali,  lady  Sybil  rzuciła 
markizowi prowokujące, wyzywające spojrzenie, jakby chciała powiedzieć, że 
go  przekreśla.  On  jednak  zdawał  się  tego  nie  zauważać;  dołączywszy  do  lady 
Brooke, udali się wszyscy długim korytarzem do hallu, a następnie do drugiego 
skrzydła domu. 

-  Gdzie  trzymasz  skarbiec?  -  zapytała  lady  Brooke  z  ciekawością.  -  Ja 

trzymam swój w sypialni. 

-  Mój  jest  na  to  o  wiele  za  duży  -  odparł  markiz.  -  Umieściłem  go  więc  w 

pokoju mojego sekretarza, tak żeby on przez większą część dnia miał skarbiec 
na oku. 

- A w nocy? - zapytała lady Brooke. 
-  W  nocy  dwaj  strażnicy  obchodzą  co  godzinę  dom  i  ilekroć  przechodzą 

obok pokoju mego sekretarza, rzucają okiem na skarbiec. 

- To się wydaje bardzo rozsądne - powiedziała lady Brooke. - Ale tam, gdzie 

chodzi  o  kobiety,  brylanty  bezustannie  wędrują  z  góry  na  dół,  sądzę  więc,  że 
lepiej się mają w sypialni, co może odkryjesz, kiedy się ożenisz. 

- Przestań  mnie swatać, Daisy! - powiedział markiz z rozbawieniem. - Jeśli 

myślisz,  że  zamierzam  poślubić  jedną  z  tych  nieznośnych  debiutantek,  które 
paradują przede mną na Wiosennej Wyprzedaży, to się grubo mylisz! 

Lady  Brooke  zachichotała.  -  Wiosenna  Wyprzedaż!  Czy  tak  nazywasz  bale 

na początku sezonu? 

- To trafna nazwa - powiedział markiz. - Każda matka gotowa jest sprzedać 

swą  córkę  za  najwyższy  tytuł  jakiego  zdoła  dosięgnąć,  a  ja  znajduję  się  dość 
wysoko na drabinie! 

background image

Mówił z taką pogardą w głosie, że Carmella miała ochotę mu powiedzieć, iż 

nie  przystoi  mu  takie  uczucie.  Ale  kiedy  nagle  spojrzał  na  nią,  zrozumiała,  że 
on wie, o czym ona myśli i zarumieniła się. 

Pokój sekretarza był duży, zapełniony szafkami na akta i teczkami, zaś jego 

ściany  pokryte  były  mapami  posiadłości.  Pod  jedną  ze ścian  stał  bardzo  duży 
skarbiec, o wiele większy, niż Carmella oczekiwała. 

Daisy wydała okrzyk zachwytu. 
- Więc to jest skarbiec z zamkiem szyfrowym! Jakie to interesujące! Proszę 

cię, pokaż mi, jak on działa! 

- Właśnie mam zamiar to zrobić! - powiedział dobrodusznie markiz. 
Podszedł do skarbca, po czym powiedział jakby do siebie: 
-  Co  też  Maynard  mówił  mi  o  tej  nowej  kombinacji?  Zmieniamy  ją  mniej 

więcej  co  miesiąc.  Ach,  przypominam  sobie!  Maynard  otrzymał  klasyczne 
wykształcenie,  wiec  wykorzystuje  bogów  i  boginie  o  czteroliterowych 
imionach. W tym miesiącu jest to JUNO. 

- Pokaż mi, jak to działa - dopraszała się Daisy Brooke. 
Markiz  pochylił  się  i  zaczął  obracać  zamkiem  szyfrowym.  Zamek 

zatrzymywał  się  kolejno  na  czterech  literach,  które  wymienił  markiz,  a  potem 
drzwi  skarbca  się  otwarły.  Carmella  spostrzegła,  że  zawartość  była  porządnie 
ułożona  na  stalowych  półkach.  Wszystko  było  zapakowane  albo  w  bibułkę, 
albo w rypsowe woreczki.  

- Czy trzymasz tutaj srebro? - zapytała lady Brooke.  
-  Nie,  nie  ma  na  nie  dość  miejsca  -  wyjaśnił  markiz.  -  Srebro  trzymam  w 

przechowalni naczyń stołowych, w innym skarbcu, który wkrótce będę musiał 
wymienić, ponieważ jest to skarbiec starego typu, zamykany na klucz.  

I,  jakby  sądził,  że  jego  słuchaczki  uważają  takie  i  postępowanie  za 

ryzykowne, dodał:  

- Jeden z moich lokajów zawsze śpi w przechowalni, co oznacza, że dzień i 

noc skarbiec jest lepiej i lub gorzej strzeżony.  

Daisy Brooke uśmiechnęła się i powiedziała:    
-  U  nas  jest  tak  samo,  a  kiedy  słyszę  o  kradzieżach  w  innych  domach, 

zawsze myślę, że jest to wina właścicieli.  

- Wobec tego mam nadzieję, że nie uznasz mnie za nieudolnego.  
Mówiąc  to,  markiz  wyciągnął  z  głębi  drugiej  półki  od  dołu  kasetkę  obitą 

czerwoną  skórą,  z  herbem  markiza  na  wieku.  Kiedy  otworzył  ją,  Carmella 
zobaczyła, że zawiera ona diadem piękny jak ze snu. 

-  Moja  matka  zawsze  nosiła  ten  diadem  na  otwarcie  obrad  parlamentu  - 

powiedział markiz. 

background image

Daisy Brooke wzięła diadem z wyściełanego aksamitem puzderka. 
- Jest piękny, Tyronie, większy od mojego! I kamienie są większe! 
-  Mój  dziadek  przywiózł  wiele  brylantów  z  Afryki  -  wyjaśnił  markiz.  -  I 

zawsze  mi  mówiono,  że  są  to  brylanty  błękitnobiałe.  Pamiętam,  iż  jako  mały 
chłopiec  uważałem,  że  matka,  kiedy  przychodziła  mi  powiedzieć  dobranoc  w 
diademie na głowie, wygląda jak królowa wróżek. 

- Każda matka tak powinna wyglądać w oczach swoich dzieci - powiedziała 

cicho  Daisy  Brooke.  -  Ale  jak  możesz  znieść,  żeby  coś  tak  pięknego  było 
zamknięte w skarbcu, zamiast błyszczeć na głowie jakiejś uroczej kobiety? 

- Przysiągłem sobie - powiedział markiz po chwili milczenia - że tylko moja 

żona będzie nosić ten diadem, o ile w ogóle będę miał żonę. 

-  O,  nieba!  -  wykrzyknęła  Daisy  Brooke.  -  Co  za  szkoda,  że  już  jestem 

zamężna! Inaczej, drogi Tyronie, mogłabym wyjść za ciebie choćby dla twoich 
klejnotów. 

Carmella  spostrzegła,  że  gdy  Daisy  mówiła  to  na  swój  nagabujący  sposób, 

usta  markiza  zacięły  się  w  cienką  linię,  a  oczy  nagle  pociemniały.  Jakby  z 
trudem  nad  sobą  panując,  wziął  z  rak  Daisy  diadem,  odłożył  do  puzderka  i 
położył na tej samej półce skarbca, z której je wziął. Potem otwierał kasetkę za 
kasetką,  jedną  zawierającą  naszyjnik  z  pięcioma  rzędami  brylantów,  inną  -  z 
mniejszym  diademem  na  uroczystości  mniej  ważne  niż  otwarcie  obrad 
parlamentu.  Były  tam  też  bransoletki  na  oba  nadgarstki  i  pierścionek  I  z 
brylantem,  który  rzucał  ognie  głębokie  i  jasne  jaki  gwiazda,  kiedy  markiz 
trzymał go w dłoni. 

Daisy  Brooke  i,  oczywiście,  Carmella  oglądały  j  wszystko  z  zachwytem. 

Potem  markiz  pokazał  im  garnitury  innych  kosztowności,  które  zgromadziły 
jego  matka  i  babka.  Były  tam  diademy,  naszyjniki,  bransoletki  i  kolczyki  ze 
wszystkimi  możliwymi  kamieniami.  Był  garnitur  szafirowy,  perłowy,  a  także 
szmaragdowy  z  Indii,  o  którym  Daisy  Brooke  powiedziała,  że  jest  jedyny  w 
swoim  rodzaju  i  przewyższa  pięknością  wszystko,  co  ktokolwiek  w 
towarzystwie, z księżną Walii włącznie, posiada. 

Kiedy dotarli do czwartej półki, markiz zawahał się przez chwilę, a Carmella 

wyczuła,  że  on  myśli  o  naszyjniku  Bramforde'ów  i  nabrała  pewności,  że 
właśnie  tam  został  on  odłożony.  Przez  małą  chwilę  zastanawiała  się,  czy 
poprosić  markiza  o  pokazanie  jej  naszyjnika,  tak  żeby  wiedziała,  gdzie  go 
znaleźć, uznała jednak, że byłoby to bardzo niemądre oraz że ważne, aby lady 
Brooke nie wiedziała, iż markiz wygrał naszyjnik od Geralda. 

Markiz,  jakby  myśląc  o  tym  samym,  spojrzał  na  Carmellę  i  zamknął 

skarbiec. 

background image

-  To  już,  moje  panie,  koniec  pokazu  -  powiedział.  -  Mam  nadzieję,  że  się 

wam podobał. 

-  Nigdy  nie  widziałam  takich  cudownych  klejnotów  -  entuzjazmowała  się 

Daisy  Brooke.  -  Musisz  je  pokazać  księżnej  Alexandrze,  Tyronie,  kiedy 
następnym  razem  przyjedzie  do  Ingleton.  Wiem,  że  będzie  olśniona,  a  te 
klejnoty są piękniejsze niż wszystko w królewskiej kolekcji! 

- Chciałbym tak myśleć - odparł markiz. 
Zamknął  drzwi  skarbca  i  zaczął  ustawiać  szyfr.  Śledząc  ruchy  jego  rąk 

Carmella  zrozumiała,  że  bez  trudu  może  je  powtórzyć,  po  czym  zadała  sobie 
gorzkie  pytanie,  jak  mogłaby  się  zniżyć  do  ukradzenia  czegokolwiek,  nawet 
naszyjnika,  który  należał  do  jej  matki.  Myśl  ta  zatrwożyła  ją,  więc  Carmella 
odeszła na bok i nieobecnymi oczyma zaczęła wpatrywać się w jedną z map na 
ścianie. 

-  Powiedzmy,  że  powiem  markizowi  prawdę  -  pomyślała.  -  Co  on  by 

powiedział? Co by zrobił? 

Po  czym  sama  sobie  powiedziała,  że  gdyby  to  zrobiła,  zdradziłaby. 

Gerry'ego, co więcej,  musiałaby wyznać, że nie jest lady O'Kerry, lecz siostrą 
Geralda, głęboko zatroskaną jego szalonym postępowaniem, utratą naszyjnika i 
jednocześnie tysiąca funtów. 

Myślała  o  tym,  jak  niewiele  znaczy  dla  markiza  tysiąc  funtów,  kiedy 

usłyszała jego głos: 

-  Odprowadzę  was  teraz.  Przypuszczam,  że  obie  chcecie  odpocząć  przed 

kolacją. 

- Uważam, że to dobry pomysł po całej tej ciężkiej jeździe - roześmiała się 

Daisy Brooke. - A jestem pewna, że zaplanowałeś dla nas interesujący wieczór. 

-  Mam  nadzieję,  że  uznacie  go  za  interesujący  -  powiedział  markiz.  - 

Zaprosiłem  wiele  osób  na  kolację,  a  po  kolacji  w  sali  balowej  będzie  grała 
orkiestra, choć naturalnie dla chętnych będą i inne rozrywki. 

-  To  brzmi  zachwycająco!  -  wykrzyknęła  Daisy  Brooke.  -  Wiesz,  Tyronie, 

jesteś wspaniały jako gospodarz i pod każdym innym względem. 

- Staram się. Lecz lady O'Kerry nadal wydaje się zmartwiona i obawiam się, 

że zawodzę, jeśli o nią chodzi. 

Carmella  spostrzegła,  że  lady  Brooke  patrzy  na  nią  zdumiona  i  nie  mogła 

powstrzymać rumieńca. 

-  Och,  nie,  to  nieprawda  -  powiedziała.  -  Nigdy  nie  bawiłam  się  lepiej  niż 

dzisiaj  i  dziękuję  panu  za  pokazanie  mi  pańskich  pięknych  klejnotów 
rodzinnych. 

background image

Starała  się  mówić  naturalnie,  mimo  iż  czuła,  że  markiz  znów  patrzy  na  nią 

tym  przenikliwym  spojrzeniem.  Podejrzewała,  że  on  czyta  w  jej  myślach  tak, 
jak  ona  potrafi  czytać  w  j  ego  i  że  zna  prawdę.  Sama  sobie  wydała  się 
śmieszna,  więc  kiedy  wracali  do  hallu,  kosztem  wielkiego  wysiłku  zdołała 
mówić  normalnie.  Gdy  doszli  do  schodów,  lady  Brooke  powiedziała:  - 
Dziękuję ci, drogi Tyronie, za tę wyjątkową rozrywkę, która sprawiła mi wielką 
przyjemność!  A  teraz  odszukam  Charlesa  i  powiem  mu,  że  zamierzam 
odpocząć - i odeszła, kierując się ku oranżerii. 

-  Ja  także  chcę  panu  podziękować,  zanim  pójdę  na  górę  -  powiedziała 

Carmella. 

- Pragnąłbym, żeby mi pani powiedziała, co ją trapi - powiedział markiz. 
-  Nie  rozumiem,  dlaczego  pan...  mówi,  że  jestem...  strapiona  -  odparła  z 

wahaniem Carmella. 

-  Czy  mam  powiedzieć,  że  pani  oczy  są  bardzo  wyraziste?  Odkąd  pani 

przybyła, mój instynkt mówi mi, że jest pani kimś innym, niż się wydaje. 

Carmella patrzyła na niego osłupiała. 
- Ależ... wyobraża pan sobie coś... co nie jest prawdą i znów... przeraża mnie 

pan... czego przyrzekł pan nie robić - powiedziała w końcu z zakłopotaniem. 

-  Staram  się  nie  wzbudzać  w  pani  strachu,  lecz  czuję  się  ogromnie 

zawiedziony, że nie pozwala pani sobie pomóc. 

To, co powiedział markiz, wzbudziło w Carmelli jeszcze większy lęk, że on 

odgadnie jej sekret. 

Odwróciła  się  i  już  postawiła  stopę  na  dolnym  stopniu  schodów;  a  rękę 

położyła na poręczy, kiedy markiz powiedział: 

-  Jeśli  mi  pani  zaufa,  znajdzie  pani  we  mnie  bardzo  dobrego  przyjaciela. 

Chcę pani pomóc. 

Carmella  znów  poczuła  pokusę,  by  powiedzieć  mu  o  wszystkim,  lecz 

wiedziała, że nie wolno jej tego zrobić. Gerry nigdy by jej tego nie wybaczył! 
Dobrze  wiedziała,  że  dług  karciany  jest  długiem  honorowym,  że  muszą  go 
spłacić, choć nie miała najmniejszego pojęcia, jak to zrobią. 

Wzrok  markiza  tylko  na  chwilę  zatrzymał  spojrzenie  Carmelli,  lecz  ona 

miała  wrażenie,  że  przyciągają  z  dziwną,  magnetyczną  siłą,  której  ona  nie 
rozumiała, ale którą czuła. Z westchnieniem, które zabrzmiało niemal jak płacz 
schwytanego  w  pułapkę  zwierzątka,  Carmella  uciekła  od  niego,  biegnąc  po 
schodach najszybciej, jak mogła. 

Dotarłszy  do  podestu,  popędziła  korytarzem  do  swego  pokoju  i  dopiero 

kiedy zamknęła za sobą drzwi, uświadomiła sobie, że serce bardzo dziwnie bije 
jej w piersi. Oddychała spazmatycznie nie tylko dlatego, że biegła, ale również 

background image

z  powodu  uczuć,  jakie  wzbudził  w  niej  markiz.  Uświadomienie  ich  sobie 
przytłoczyło  ją  tak  bardzo,  że  choć  nie  potrafiła  nazwać  ich  słowami,  miała 
ochotę uciec od samej siebie. 

Kiedy Carmella pobiegła, markiz stał, patrząc za nią oszołomiony, po czym 

powoli  wrócił  do  oranżerii.  Przez  resztę  wieczoru  zajęty  był  myślami  o 
dziwnym  wyrazie  jej  oczu  i  cichym  okrzyku,  z  którym  uciekała  od  niego,  a 
który wydawał mu się okrzykiem rozpaczy i strachu zarazem. 

Kiedy  zeszła  na  kolację  eskortowana  przez  Geralda,  markiz  powiedział 

sobie, że jest śmieszny. Nic się przecież nie stało oprócz tego, że lady O'Kerry 
z jakiegoś powodu wydaje się o wiele młodsza i mniej pewna siebie, niż mógł 
się spodziewać, zważywszy, że jest ona wdową i musi mieć, sądząc z tego, co 
zostało powiedziane, przynajmniej dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy lata. 

Podczas  kolacji,  siedząc  między  goszczącymi  w  sąsiednich  rezydencjach 

dwiema  uroczymi  i  znaczącymi  damami,  które  flirtowały  z  nim  miło,  markiz 
bezustannie obserwował Carmellę. Siedziała nieco dalej przy stole, z Geraldem 
po  jednej  i  sir  Robertem  po  drugiej  ręce.  Markiz  pomyślał,  że  choć  wygląda 
niezwykle  pięknie  w  zwracającym  uwagę,  wyraźnie  kosztownym  naszyjniku, 
wydaje się jednak blada. Miał wrażenie, choć nie mógł mieć pewności, że w jej 
oczach nadal czai się strach. 

- Co też ten Bramforde zamyśla - zapytał sam siebie, nie mogąc uwierzyć, że 

Carmella  jest  wzburzona  tylko  dlatego,  że  lady  Sybil  zmuszała  Geralda  do 
zachowywania się w sposób poniekąd skandaliczny. 

Niezwykłe  było  u  markiza  martwienie  się  o  kobietę,  a  już  z  pewnością  o 

kobietę, którą nie był osobiście zainteresowany. W takich przypadkach zwykle 
myślał  raczej  o  swoich  uczuciach  niż  o  niej.  Znów  zatrzymał  wzrok  na 
naszyjniku, który nosiła Carmella i powiedział sobie cynicznie, że ona wcale o 
tym  naszyjniku  nie  wspomniała,  kiedy  po  południu  wraz  z  Daisy  podziwiała 
jego klejnoty. 

Ot,  po  prostu,  jak  wszystkie  kobiety,  które  markiz  znał,  zaczyna 

kolekcjonować błyskotki, które tyle dla nich znaczą. 

-  Są  jak  Murzynki  -  pomyślał  -  które  obwieszają  się  bransoletami  i  jak 

Hinduski,  które  wprawiają  sobie  w  nosy  małe  brylanciki.  -  Wszystkie  kobiety 
są takie same - powiedział sobie z goryczą, a mimo to nie mógł opędzić się od 
myśli, że lady O'Kerry jest inna niż pozostałe kobiety w tym towarzystwie. 

Przyzwyczajony  do  analizowania  ludzi,  zwykle  na  ich  niekorzyść,  zadał 

sobie pytanie, cóż jest w niej innego. Trudno mu było znaleźć na to odpowiedź. 
Lady O'Kerry jest piękna, ale piękne są wszystkie inne kobiety w tym pokoju. 
Z  pewnością  nie  umie  być  prowokująca  czy  kokieteryjna,  ale  to  pewnie 

background image

dlatego, że, jak  mu powiedziała, żyła na wsi i  można  podejrzewać, że nie zna 
wielu mężczyzn.  

Nagle  uderzyła  go  myśl,  że  ona  zachowuje  się  wobec  niego  i  pozostałych 

mężczyzn w tym towarzystwie zupełnie inaczej niż każda inna kobieta. Rzecz 
jednak  nie  tylko  w  tym,  że  ona  nie  flirtuje,  ale  i  w  otaczającej  ją  aurze 
niewinności  i  czystości.  Choć  to,  rzecz  jasna,  niemożliwe:  była  wszak  już 
zamężna.  A  mimo  to  czuł  płynące  ku  niemu  niezwykłe  promieniowanie  tej 
aury. 

Był  tak  milczący,  że  jedna  z  siedzących  obok  niego  dam  spojrzała  z 

niepokojem i zapytała: 

- Co się stało, Tyronie? Nigdy nie widziałam cię tak trudnego w rozmowie 

jak dzisiaj. 

- Muszę zatem prosić o wybaczenie - powiedział markiz. - Chciałem, żebyś 

się dobrze bawiła na moim przyjęciu. 

- Ależ ja o niczym innym nie marzę! 
Mówiąc to, dama zerknęła na niego zachęcająco spod rzęs, a miękka nuta w 

jej głosie nie pozostawiała wątpliwości, co ma na myśli. 

- Oto i różnica - pomyślał markiz. 
Jakby  doznawszy  olśnienia  pojął,  że  Carmella  nie  mogłaby  przemawiać  w 

ten  sposób  z  tego  prostego  powodu,  że  nie  obudziły  się  w  niej  płomienie 
namiętności, którą kobiety nazywają „miłością"! Uznał tę myśl za intrygującą i 
znów miał chęć porozmawiać z Carmella, lecz kiedy panowie, wypiwszy morze 
porto i brandy, opuścili jadalnię, w sali balowej grała już orkiestra. 

Panie  czekały  niecierpliwie  na  tancerzy  na  wypolerowanym  parkiecie  albo 

przy  pokrytych  zielonym  suknem  stołach,  które  znów  rozstawiono  w  salonie. 
Markiz  musiał  dopilnować  wszystkiego.  Kiedy  wreszcie  usadowił  kilku 
starszych  mężczyzn  przy  stołach  do  kart  i  upewnił  się,  że  wszyscy  inni  się 
bawią,  stwierdził,  że  Sybil,  zirytowana  na  niego,  umyślnie  tańczy  z  Geraldem 
Bramfordem w sposób wskazujący na znaczną zażyłość. 

Napotkał jej wzrok i zrozumiał, że ona roznieca w nim zazdrość w nadziei, 

że  on  odbierze  ją  młodemu  człowiekowi,  którego  złapała  na  swoje  niemal 
profesjonalne  sztuczki.  Wiedział,  że  zachowanie  Sybil  należy  zawdzięczać 
temu,  że  ostatniej  nocy  nie  kochał  się  z  nią;  po  prostu  był  zmęczony  i  nagle 
odechciało  mu  się  Sybil  i  jej  egzotycznych  wdzięków,  które  aż  nadto  dobrze 
znał.  Poszedł  do  łóżka  sam,  a  kiedy  wstał  wcześnie,  przekonał  się  ze 
zdumieniem, że Carmella zrobiła to samo. 

Nie  sposób  było  ukryć  przed  Sybil,  że  we  dwoje  jeździli  razem  konno. 

Markiz wiedział, że służba plotkuje, a pokojówka Sybil dostarcza jej wszelkich 

background image

nowinek na temat jego gości. Poznał zatem po niej, gdy tylko się pojawiła, że 
jest  wściekła  o  to,  iż  miał  towarzystwo  podczas  porannej  przejażdżki.  Sybil 
zbyt była doświadczona, by zrobić scenę, markiz nie miał jednak wątpliwości, 
że  jej  zachowanie  w  ciągu  całego  dnia  było  odwetem  za  to,  co  uważała  za 
osobistą obrazę. 

Widząc,  że  Bramforde  tańczy  z  Sybil,  markiz  wyszedł  z  sali  balowej, 

zastanawiając się, gdzie może być Carmella. Nigdzie nie było jej widać, a uznał 
za mało prawdopodobne, że znajdzie ją wśród graczy. 

Zupełnie jakby Carmella miała moc przyciągania, markiz udał się do galerii 

obrazów,  zajmującej  prawie  całe  pierwsze  piętro  w  zachodnim  skrzydle. 
Ostatnio  kazał  zainstalować  tam  oświetlenie  elektryczne.  Żyrandole  pośrodku 
sufitu nie były zapalone, za to światło płonęło nad każdym obrazem. Czyniło to 
galerię miejscem miłym, a zarazem bardzo romantycznym. 

Kiedy  dostrzegł  w  odległym  krańcu  galerii  Carmellę,  pomyślał,  że  w  swej 

jasnozielonej sukni wygląda jak nimfa, która wynurzyła się z jeziora, a nie jak 
śmiertelna,  obdarzona  ciałem  istota.  Cicho  ruszył  w  jej  stronę,  a  kiedy  się 
zbliżył, zobaczył, że ona patrzy na wspaniały obraz przedstawiający Madonnę z 
Dzieciątkiem.  Kupił go, kiedy był ostatnio w Rzymie i zapłacił za niego dużą 
sumę pieniędzy nie dla jego istotnej wartości, lecz po prostu dlatego, że obraz 
przemawiał do niego. 

Podszedł z boku do Carmelli i pomyślał ze zdumieniem, że wie, iż ona myśli 

o  obrazie  to  samo,  co  kiedyś  on  i  że  jest  nim  tak  samo  jak  on,  gdy  zobaczył 
obraz po raz pierwszy, poruszona. 

Nie zwróciła w jego stronę głowy, lecz powiedziała cicho: 
-  On  jest  tak  piękny..  jak  niezwykle  piękny,  że  można  go  opisać  jedynie... 

opisać... jako muzykę! 

- To właśnie myślałem, kiedy go kupowałem - zgodził się markiz. 
- Czy zrobił na panu wrażenie, że... przemawia do pana? Że mówi panu coś, 

co  musi  pan...  usłyszeć,  a  jednak  jest  to  coś,  co  już  pan  wie...  jakby  słuchał 
pan... własnego serca? 

Mówiła  tak  cicho,  że  markiz  pomyślał,  iż  ona  raczej  myśli  głośno,  niż 

objaśnia mu znaczenie obrazu. 

-  To  właśnie  czułem  -  powiedział.  -  I  gdy  tylko  zobaczyłem  panią  stojącą 

tutaj, zrozumiałem, że pani czuje to także. 

Carmella  stała  przez  chwilę  nieruchomo,  potem  powoli  odwróciła  głowę  i 

spojrzała na niego. 

- Jeśli pan to czuje... - powiedziała - jeśli przychodzi pan tutaj i pozwala, by 

ten obraz mówił do pana... to jak może pan być cyniczny czy... znudzony? 

background image

-  W  tej  chwili  nie  jestem  ani  cyniczny,  ani  znudzony,  ponieważ  jestem  z 

panią! 

Nie  chciał  powiedzieć  tych  słów,  one  same  nasunęły  mu  się  na  usta. 

Wiedział, że każda inna kobieta natychmiast rzuciłaby mu się w ramiona, lecz 
Carmella tylko odwróciła głowę do obrazu. 

- Właśnie taka chciałabym być..., lecz może byłoby to możliwe tylko wtedy, 

gdybym... miała własne dziecko - mówiąc to Carmella patrzyła na Dzieciątko. 

Markiz  uświadomił  sobie,  że  ona  w  dziwny  sposób  podobna  jest  do 

Madonny. 

To dlatego w chwili, kiedy ją poznał, pomyślał, że kogoś mu przypomina. 
Chciał  powiedzieć,  co  myśli  i  czuje,  ale  zanim  zdążył  ubrać  to  w  słowa, 

Carmella powiedziała całkowicie innym tonem: 

- Dlaczego przyszedł pan tutaj ? Powinien pan być ze swymi gośćmi! Czy... 

coś się stało? 

Przemknęła  jej  przez  głowę  myśl,  że  może  coś  się  stało  Gerry'emu  albo 

markiz odkrył, że ona go oszukuje. 

- Nic się nie stało - cicho powiedział markiz - oprócz tego, że kiedy wszyscy 

tańczyli, ja zastanawiałem się, co się z panią stało. 

Carmella wydała cichy okrzyk. 
- Nikt mnie nie prosił do tańca, więc sobie poszłam i bardzo się cieszę, że to 

zrobiłam.  Dlaczego  mi  pan  nie  powiedział,  że  ma  te  wszystkie  cudowne 
obrazy? Mogłam spędzić tutaj godzinę po obejrzeniu pańskiego skarbca! 

-  Jestem  pewien,  że  lepiej  się  stało,  iż  pani  odpoczęła.  A  zawsze  jest  jakiś 

dzień jutrzejszy. 

- Tak, oczywiście. I dziękuję, że przyszedł pan mnie odszukać, ale sądzę, że 

powinniśmy... wracać. 

Carmella mówiła nieco nerwowo, a ponieważ markiz miał wrażenie, że jest 

napięta, powiedział: 

-  Tak,  wracajmy,  a  ja  przyrzekam,  że  dopilnuję,  aby  przez  resztę  wieczoru 

miała pani tancerzy. 

-  To  bardzo  interesujące  być  na  balu  -  stwierdziła  Carmella  -  a  mimo  to... 

wiem teraz, jakie to uczucie podpierać ścianę! 

- Czego nie robiłaby pani, gdyby miała lepszego gospodarza! 
Carmella roześmiała się jak z dobrego żartu. 
- Nikt nie mógłby panu zarzucić, że jest pan złym gospodarzem!. Kłopot w 

tym, że... tyle jest w tym domu do oglądania. Ciągle myślę, że zanim wyjadę, 
muszę wszystko obejrzeć, ponieważ nie będę miała drugiej sposobności. 

- Postaram się, żeby tak się nie stało. 

background image

-  Dziękuję  -  powiedziała  po  prostu  Carmella.  Potem  zrozumiała,  że 

jakkolwiek  wydaje  się  to  niewiarygodne,  uświadomiła  sobie,  że  w  tym,  co  on 
powiedział, było coś osobistego. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział szósty 
 
Markiz dotrzymał słowa i od chwili, kiedy wrócili do sali balowej, Carmelli 

nie  brakowało  tancerzy.  Pod  koniec  wieczoru  markiz  poprosił  ją  o  walca. 
Zadrżała, kiedy objął ją w talii i zadała sobie pytanie, dlaczego jego dotyk jest 
tak inny od dotyku jej pozostałych partnerów. 

Gdy wirowali wokół sali, markiz powiedział cicho: 
-  Tańczy  pani  właśnie  tak,  jak  się  spodziewałem,  jakby  unosiła  się  pani  w 

powietrzu nie dotykając stopami ziemi. 

-  Chciałabym,  żeby  to  była  prawda  -  odparła  Carmella  -  ale  przez  cały  ten 

wieczór miałam uczucie, że poruszam się we śnie. 

-  Dobrze  się  pani  bawiła  na  swoim  pierwszym  balu,  nawet  jeśli  nie  był  to 

wielki bal? 

- Bardzo interesująco jest być w tej pięknej sali; w tym wspaniałym domu i 

wciąż  myślę,  że  panie  w  balowych  toaletach  i  w  klejnotach  wyglądają  jak 
łabędzie pływające po pańskim jeziorze. 

Markiz  uświadomił  sobie,  że  dla  Carmelli  wszystko  jest  nierzeczywiste  jak 

w bajce i pożałował, że nie jest dość młody, by czuć tak samo. 

- Choć może pani tego nie wie, lady O'Kerry - powiedział - jest pani dziwną 

osobą; inną niż wszystkie, jakie spotkałem. 

- Sądzę, że wydaję się taka tylko dlatego, że zawsze żyłam w świecie innym 

niż pański. 

- A co pani sądzi o moim świecie, teraz, kiedy go pani poznała? 
Zapadło milczenie i markizowi przyszła do głowy niesłychana myśl, że ona 

starannie  dobiera  słowa  i  raczej  nie  zamierza,  jak  zrobiłaby  to  większość 
kobiet, rozpływać się nad domem, przyjęciem, jego gośćmi i, oczywiście, nim 
samym. 

Ponieważ zwlekała z odpowiedzią, zapytał: 
- Czyżby rozczarował panią? 
- Nie pańskie konie..., nie pańskie obrazy..., nie ten bal. 
Oczywiste  było,  że  Carmella  stara  się  być  grzeczna.  Zerknęła  na  tańczącą 

najbliżej nich parę: Daisy Brooke patrzyła jak urzeczona na lorda Charlesa, a i 
wyraz  jego  twarzy  nie  pozostawiał  żadnych  wątpliwości.  Carmella  nic  nie 
powiedziała, ale szybko odwróciła wzrok, a markiz wyczytał w jej myślach, że 
jest zgorszona. Zgorszona, ponieważ Daisy Brooke jest zamężna, a lord Charles 
żonaty! 

Markiz  od  tak  dawna  obracał  się  w  kręgach  związanych  z  Marlborough 

House, że przestał uważać za niesłychane to, iż większość zamężnych kobiet z 

background image

tego towarzystwa jest gotowa oszukiwać mężów, a żonaci" mężczyźni, tak jak 
książę  Walii,  nie  przestają  zdradzać  swoich  żon.  Ale  nigdy  dotąd  nie  spotkał 
osoby,  która,  tak  jak  Carmella,  byłaby  zgorszona  takim  zachowaniem,  choć 
oczywiście wiedział, że królowa je potępia. 

Rozglądał się wśród tancerzy, a kiedy muzyka umilkła, Carmella zapytała:  
-  Zastanawiam  się,  czy  byłoby  bardzo  niegrzeczne,  gdybym,  zanim  pójdę 

spać, jeszcze raz popatrzyła na ten zadziwiający obraz? 

- Nie, oczywiście, że nie - odparł markiz - ale może byłoby błędem z mojej 

strony towarzyszyć pani? 

-  Musi  pan  pozostać  tutaj,  ze  swymi  przyjaciółmi  -  powiedziała  spiesznie 

Carmella,  a  on  zrozumiał,  choć  wydało  mu  się  to  dziwne,  że  ona  woli  pójść 
sama. 

Carmella wymknęła się, a w małą chwilę później markiz zakończył wieczór. 

Wiedział,  że  starsi  spośród  jego  przyjaciół  nie  mają  zamiaru  przesiadywać  tu 
dłużej,  bo  zanim  noc  się  skończy,  czekają  ich  inne  atrakcje.  Kiedy  orkiestra 
przestała  grać,  goście  z  sąsiednich  rezydencji  zaczęli  się  żegnać,  a  gracze, 
widząc, że ich liczba przy stołach do kart maleje, podnosili się, by pójść spać. 
Musiał wiele, wiele razy powiedzieć „dobranoc" i przyjąć wylewne gratulacje z 
powodu  udanego  wieczoru,  zanim  wszyscy  udali  się  wielkimi  schodami  na 
górę, a lokaje zaczęli przygaszać światła w korytarzach. 

Nie  było  widać  śladu  Carmelli  i  markiz  domyślił  się,  że  musiała  pójść  z 

galerii obrazów do swej sypialni na tym samym piętrze. 

-  Z  pewnością  jest  nieodgadniona  -  pomyślał  świadom,  że  niewiele  kobiet 

opuściłoby salę balową i partnerów do tańca, by kontemplować obraz, choćby 
najpiękniejszy. 

Zamiast,  tak  jak  jego  goście,  wejść  na  górę,  wrócił  do  swego  gabinetu,  by 

przejrzeć  gazety.  W  ciągu  dnia  nie  miał  sposobności  przeczytać  nic  poza 
nagłówkami,  a  poza  tym  istniał  jeszcze  jeden  powód,  by  nie  spieszyć  się  z 
pójściem do pokoju: był pewien, że Sybil, której pokój mieścił się naprzeciwko 
jego pokoju, pozostawi swoje drzwi otwarte,  zdecydowana dopilnować, by on 
nie  zaniedbał  jej  przez  jeszcze  jedną  noc.  Wiedział,  jak  bardzo  jest 
zdecydowana nie wypuścić go ze swych szponów. 

Dotarłszy do swego gabinetu, markiz usiadł w fotelu i niespiesznie otworzył 

„Timesa". Myślami wciąż powracał do Carmelli. Musiał przyznać, że fascynuje 
go  ona  bardziej,  niż  od  bardzo  dawna  fascynowała  go  jakakolwiek  kobieta. 
Sam  sobie  tłumaczył,  że  ona  intryguje  go  inaczej,  niż  tego  doświadczał, 
ponieważ  jest  taka  młodzieńcza  i  zaskakująca.  Jest  w  niej  coś,  co  wydaje  się 
nierzeczywiste.  Instynkt  podpowiadał  mu  jednak,  że  jest  w  niej  również  coś 

background image

nieprawdziwego. Nie wiedział, co to takiego, lecz był pewien, że łączy się to ze 
strapieniem w jej oczach, a także z jej zapominaniem o sobie. Nigdy nie spotkał 
kobiety, która najwidoczniej nie  myśli stale o swej urodzie i nie usiłuje w ten 
czy inny sposób zwrócić na siebie uwagę. 

- Ona jest inna, zupełnie inna - pomyślał. 
Musiał długo tak siedzieć, myśląc o niej, bo zasnął, sam nie wiedząc kiedy. 

Obudził  się  nagle,  uświadamiając  sobie,  że  jest  prawie  czwarta  rano,  a  on 
jeszcze  nie  poszedł  do  łóżka.  Podniósł  się  ż  fotela  postanawiając,  że  będzie 
spał, dopóki go nie obudzą. Pomyślał, że może Carmella, która wcześnie poszła 
do łóżka, wybierze się na poranną przejażdżkę konną, tak jak on to zawsze robi. 

Markiz opuścił gabinet i po cichu doszedł do hallu. Z lekkim skrzywieniem 

ust  zauważył,  że  nocny  lokaj,  który  powinien  trzymać  straż,  śpi  mocno  na 
wyściełanym krześle. Prawdopodobnie chłopiec, gdyż był to zaledwie chłopiec, 
zasnął ze zmęczenia. Markiz wiedział, że służba ma zwykle wiele pracy, kiedy 
on przyjmuje gości. 

Nie  budząc  chłopca,  wszedł  na  schody.  Gdy  dotarł  do  podestu,  spojrzał 

przed  siebie  i  w  odległym  końcu  korytarza  dostrzegł  postać  w  bieli.  Przez 
chwilę pomyślał, że to może duch, ale zaraz sam sobie cynicznie wytłumaczył, 
że to raczej jeden z jego gości powraca do swego pokoju. Niezwykłe, że była to 
kobieta,  ponieważ  zazwyczaj  to  mężczyźni  musieli  wracać  do  swych  sypialń. 
Mógłby  pomyśleć,  że  to  Sybil  mu  się  narzuca,  ponieważ  jej  nie  odwiedził, 
gdyby  nie  fakt,  że  dama  przeszła  obok  jego  sypialni  i  doszła  do  końca 
korytarza.  Wtedy,  ku  swemu  zdumieniu,  markiz  zobaczył,  że  ona  skręca  w 
prawo, gdzie, jak wiedział, są prowadzące na niższe piętro zapasowe schody, z 
których zwykle korzystała służba. Przyśpieszając kroku, postanowił dowiedzieć 
się, o co chodzi. 

Takjak markiz przypuszczał, Carmella, postawszy jakiś czas przed obrazem, 

który  odkryła  tego  wieczoru  w  galerii  i  który  dziwnie  ją  poruszał,  poszła  do 
łóżka. Z nikim nie miała ochoty rozmawiać, nawet z Geraldem. Cały wieczór 
był  tak  czarowny,  iż  obawiała  się,  że  pogawędki  z  ludźmi  i  kłopoty 
codzienności mogłyby go zepsuć. 

Wsunąwszy się do łóżka rozmyślała najpierw o obrazie, na który dopiero co 

patrzyła, a potem o markizie. Uznała za dziwne, że on myśli o obrazie to samo, 
co  ona  i  że  to  tyle  dla  niego  znaczy.  Objaśniły  jąco  do  tego  nie  tyle  słowa 
markiza,  ile  jakaś  wibracja,  która  zdawała  się  emanować  z  niego  i  mówić  jej 
bez  słów,  co  on  czuje.  Carmella  uświadomiła  sobie,  że  kiedy  markiz 
przemawiał  do  niej,  jego  głos  nie  był  sarkastyczny  ani  cyniczny,  lecz  brzmiał 

background image

głęboko i łagodnie. Pomyślała, że jest w tym głosie coś podskórnego, co łączy 
się mocno z tym, co ona sama czuje. 

- On jest zupełnie inny, niż się spodziewałam - pomyślała. 
A potem przypomniała sobie, jak czarownic było tańczyć z nim i jak, kiedy 

otoczył ją  ramieniem,  w jej piersi obudziło się to dziwne uczucie, którego nie 
potrafiła  wytłumaczyć.  Ich  konna  przejażdżka  wczorajszego  ranka  była 
cudowna. Im więcej myślała o tym, co robili i mówili, tym wyraźniej widziała 
twarz  markiza,  niemal  jakby  był  przy  niej.  Miała  wrażenie,  że  gdyby 
porozmawiała  z  nim  jeszcze  chwilę,  on  by  ją  zrozumiał.  Na  krótki  czas 
zapomniała  o  naszyjniku  i  długu  Geralda;  chciała  porozmawiać  z  markizem  o 
uczuciach, które ożywiały ich, kiedy stali przed obrazem, ponieważ uczucia te 
wydawały  się  identyczne.  Tyle  było  pytań,  które  chciała  mu  zadać  i  na  które 
tylko on mógł udzielić odpowiedzi! 

Carmella trwała w zadumie, ale nie mogła myśleć o niczym i o nikim innym, 

jak tylko o markizie. Kiedy usłyszała dalekie pohukiwanie sowy, uświadomiła 
sobie,  że  zbliża  się  świt.  Wstała  z  łóżka,  podeszła  do  okna  i,  rozsunąwszy 
zasłony, wyjrzała przez nie. Zobaczyła nikłą poświatę nad drzewami w parku i 
uświadomiła  sobie,  że  za  jakieś  dziesięć  minut  wstanie  świt,  a  gwiazdy  na 
niebie zbledną. 

Zrozumiała, że teraz, kiedy cały dom jest cichy i uśpiony, nadeszła właściwa 

chwila:  musi  zejść  na  dół,  do  skarbca  i  zabrać  naszyjnik  Bramforde'ów! 
Zawahała  się  przez  chwilę,  myśląc  o  tym,  że  powinna  obudzić  Geralda.  Była 
jednak  pewna,  że  on  śpi  głęboko  i  że  jeśli  wieczorem  -  co  bardzo 
prawdopodobne - dużo wypił, mógłby być niezręczny, a nawet hałaśliwy. A to 
byłoby niebezpieczne. 

- Zrobię to sama - pomyślała Carmella. 
Włożyła  i  zapięła  do  samego  dołu  negliż,  który  Jeanne  pozostawiła  jej  na 

krześle.  Był  to  bardzo  ładny  strój,  który  wraz  z  sukniami  pożyczyła  jej 
mademoiselle  Yvonne.  Choć  Carmelli  nie  przyszło  to  do  głowy,  był  on 
umyślnie  przeźroczysty,  tak  by  ciało  przeświecało  przez  cienki  szyfon  i 
delikatne jak pajęczyna koronki. Ona jednakże nie myślała o sobie, odrzucając 
włosy na plecy i bardzo ostrożnie otwierając drzwi. Nie zapomniała, że markiz 
powiedział  o  dwóch  strażnikach  okrążających  dom;  miała  nadzieję,  że  ich  nie 
spotka. 

Jeanne  wspomniała  jej,  że  na  końcu  korytarza  są  schody  dla  służby,  które 

prowadzanie tylko w dół, na parter, ale i na wyższe piętro, gdzie śpi ona i inne 
pokojówki.  Obuta  w  miękkie,  ranne  pantofle  bez  obcasów,  Carmella 
bezszelestnie  szła  szybkim  krokiem  po  grubym  dywanie  do  końca  korytarza. 

background image

Schody pogrążone były w niemal całkowitej ciemności, ale zdołała je pokonać. 
Na  niższym  piętrze  niektóre  światła  były  wygaszone,  ale  lampy  paliły  się  co 
dwadzieścia  jardów,  toteż  bez  trudu  znalazła  przejście  prowadzące  do 
zachodniego skrzydła, gdzie znajdował się pokój sekretarza. 

Szła dalej ostrożnie, nasłuchując nocnych stróżów.  Dopiero gdy skręciła za 

róg, zobaczyła, jak jeden ze strażników wychodzi z pokoju sekretarza i oddala 
się  z  latarnią  w  ręku.  Wiedziała,  iż  to  oznacza,  że  przez  długi  czas  będzie 
bezpieczna i pomyślała, że szczęście jej sprzyja, zaczekała jednak, aż strażnik 
całkiem  zniknie,  zanim  powoli  ruszyła  w  stronę  pokoju  sekretarza.  Ostrożnie 
otworzyła drzwi, zastanawiając się, czy bezpiecznie byłoby zapalić światło. 

Jeśli tego nie zrobi, to - nie mając jak strażnik latarni - w ciemnościach nie 

będzie  mogła  odnaleźć  drogi.  Właśnie  zastanawiała  się,  czy  nie  lepiej  byłoby 
rozsunąć  zasłony  lub  podnieść  storę,  obojętne,  co  jest  w  tym  pokoju,  by 
wpuścić  światło  świtu,  kiedy  ku  swemu  zaskoczeniu  zobaczyła,  że  to  już 
zostało zrobione. 

Gdy  tak  wpatrywała  się  w  otwarte,  zdawało  się  okna,  w  odległym  końcu 

pokoju,  tuż  nad  skarbcem  zapaliło  się  zaciemnione  światło.  Carmella 
uświadomiła  sobie  z  przerażeniem,  że  nie  jest  sama,  że  przed  skarbcem, 
którego drzwi były otwarte, stoi duży mężczyzna. Przemknęła jej myśl, że jest 
to drugi strażnic i zaczęła się gorączkowo zastanawiać, czy zdoła się wycofać, 
ale wtedy mężczyzna odwrócił się i Carmella ku swemu osłupieniu zobaczyła, 
że na twarzy ma on maskę. 

Przez chwilę Carmella i mężczyzna stali po prostu, patrząc jedno na drugie, 

po czym on odezwał się ochrypłym, prostackim głosem: 

- Czego, do diabła, chcesz? 
- Co pan tutaj robi? - zapytała Carmella. - Pan jest włamywaczem! 
W odpowiedzi mężczyzna wyciągnął z kieszeni rewolwer i wymierzył w nią. 
- Milcz, bo cię zabiję! 
Carmella wstrzymała oddech, a on dodał: 
- Chodź tu i siadaj na tym krześle. I nie waż się pisnąć słowa! 
Śmiertelnie  wystraszona  Carmella  wiedziała,  że  jest  zupełnie  bezbronna, 

zrozumiała  więc,  że  jedyne,  co  może  zrobić,  to  usłuchać  go.  Bardzo  wolno, 
zdając sobie sprawę, że mężczyzna nadal mierzy do niej z rewolweru, podeszła 
do niego i usiadła na twardym, stojącym naprzeciw skarbca krześle, które on jej 
wskazał. 

-  Nie  mam  czasu,  żeby  cię  związać  -  powiedział  włamywacz  -  ale  jeśli 

wiesz, co jest dla ciebie dobre, będziesz tu siedzieć i trzymać buźkę na kłódkę, 
dopóki nie odejdę. Zrozumiano? 

background image

Carmelli  głos  uwiązł  w  gardle,  więc  tylko  skinęła  głową.  Włamywacz 

wsunął  rewolwer  za  pasek  spodni  i  zaczął  wrzucać  zawartość  skarbca  do 
leżącego  na  podłodze  worka.  Na  oczach  Carmelli  klejnoty  markiza  znikały 
jeden za drugim w worku - wielki diadem, naszyjnik, mały diadem... 

Mężczyzna  niemal  opróżnił  już  drugą  półkę,  kiedy  drzwi  się  otworzyły  i 

wszedł  markiz.  Włamywacz  zadrżał!  W  jednej  ręce  trzymał  worek,  w  drugiej 
duży  klejnot,  który  właśnie  wziął  z  drugiej  półki.  Upuścił  jedno  i  drugie,  gdy 
markiz zapytał: 

- Co się, do diabła, tutaj dzieje? 
Gdy włamywacz zaczął wyciągać zza paska rewolwer, Carmella zrozumiała, 

że  on  zamierza  strzelić  do  markiza!  Nie  myśląc  wiele,  zerwała  się  z  krzesła  i 
rzuciła  na  włamywacza  celującego  w  markiza  w  chwili,  kiedy  ten  ruszył  do 
przodu. Choć taka mała, Carmella zdołała uderzeniem wybić ramię mężczyzny 
w bok w tej samej chwili, gdy on pociągnął za spust. Kula drasnęła jedynie połę 
wieczorowego  surduta  markiza;  bez  wmieszania  się  Carmelli  niechybnie 
przeszyłaby  mu  pierś.  Lewym  ramieniem  włamywacz  zadał  Carmelli 
gwałtowny cios, ta upadając do tyłu, uderzyła głową o metalową ścianą skarbca 
i  wstrząs  wydarł  z  niej  krzyk  bólu.  Markiz  wymierzył  w  podbródek 
włamywacza  cios,  który  zbił  go  z  nóg,  a  potem  drugi,  który  powalił  go 
nieprzytomnego  na  ziemię.  Podszedł  do  bocznej  ściany,  gdzie  znajdowało  się 
urządzenie  alarmowe,  odzywające  się  w  kwaterach  służby,  a  zainstalowane 
właśnie  na  wypadek  takich  zdarzeń.  Następnie  podniósł  z  podłogi  rewolwer  i 
położył poza zasięgiem rak włamywacza, zanim pochylił się nad dziewczyną. 

Przez  ciemne  chmury  gęstej  mgły,  w  której  trudno  jej  było  znaleźć  drogę, 

Carmella  wracała  do  siebie.  Myślała,  że  zabłądziła  i  gorączkowo  próbowała 
sobie  przypomnieć,  dokąd  i  po  co  idzie.  Potem  usłyszała  głosy,  a  ponieważ 
zdawały  się  one  dochodzić  z  góry,  zadała  sobie  pytanie,  czy  przeżyła  upadek 
podczas jazdy konnej. Nie mogła zrozumieć, co mówią te głosy, czuła tylko, że 
jej ciało wydaje się bardzo ciężkie, więc znów odpłynęła w ciemność. 

Carmella otworzyła oczy, sądząc, że znajduje się w swoim własnym łóżku w 

Bramforde  House.  Zamiast  niego  zobaczyła  baldachim  nad  głową,  a  z  boku 
prześwitujące poprzez zasłony światło świec. Wiedziała, że nie znajduje się w 
domu,  tylko  gdzie  indziej,  ale  nie  miała  pojęcia,  gdzie.  Spróbowała  się 
poruszyć, a wtedy ktoś nieznajomy pochylił się nad nią i cichy głos powiedział: 

- Proszę to wypić, milady. 
Poczuła  przy  swych  ustach  szkło,  bardzo  delikatnie  uniesiono  jej  głowę, 

pociągnęła mały łyk, potem drugi. Znów położono ją na poduszkach, a kobieta, 
starsza sądząc z głosu, powiedziała: 

background image

- Proszę spać. Rano poczuje się pani lepiej. Ponieważ łatwiej było usłuchać 

niż zadawać pytania, Carmella zamknęła oczy. 

Był  poranek  i  teraz  światło  w  jej  pokoju  było  światłem  słonecznym. 

Rozejrzawszy się Carmella poznała, że jest w Ingleton Hall, po. czym powoli, 
jakby  myśli  wpełzały  jej  do  głowy  zamiast  biec  na  zawołanie,  przypomniała 
sobie trzask rewolweru i powalające ją na ziemię ramię włamywacza. 

Ktoś podszedł do łóżka i Carmella uświadomiła sobie, że to ta sama kobieta, 

która w nocy dała jej pić. 

Miała na sobie strój pielęgniarki. 
- Nie śpi pani, milady? - zapytała. - Czy rozumie pani, co do niej mówię? 
- Taaak..., oczywiście. 
Po czym zdobywszy się na słaby okrzyk, zapytała: 
- A markiz? Nic mu nie jest? 
- Nie jest ranny, milady. Tylko pani upadła i doznała wstrząsu. 
Carmella szeroko otworzyła oczy. 
- Wstrząsu? Jak długo tutaj jestem? 
- Dwa dni. 
Carmella westchnęła cicho. 
-  Ale  skoro  juz  odzyskała  pani  przytomność,  wkrótce  poczuje  się  lepiej. 

Poślę teraz po coś pożywnego do jedzenia dla pani. 

Mniej  więcej  godzinę  później  Carmella,  umyta,  w  świeżej  koszuli  nocnej  i 

wsparta  o  poduszki,  zapytała:  -  Czy...  lord  Bramforde  jest  tutaj?  Omal  nie 
powiedziała: „mój brat". 

-  Dowiem  się  -  odparła  pielęgniarka  -  ale  markiz  pytał,  czy  mógłby  panią 

zobaczyć, jak tylko odzyska pani przytomność. 

- Chciałabym... go zobaczyć. 
- Powiem mu o tym - odparła pielęgniarka. - Ale proszę się nie przemęczać. 

Proszę pamiętać, że przez kilka dni musi pani odpoczywać i uważać na siebie. 

-  Przez  kilka  dni  -  pomyślała  z  niepokojem  Carmella,  świadoma,  że  nadal 

przebywa w Ingleton Hall. Markiz pewnie uważają za nieznośną plagę. 

Zaczęła zastanawiać się, co się stało z Jeanne. Przypuszczała, że wróciła do 

Paryża, inaczej mademoiselle Yvonne bardzo by się gniewała. O tylu sprawach 
chciała  się  dowiedzieć,  tyle  było  pytań,  na  które  tylko  Gerry  mógł 
odpowiedzieć. Sądziła, że im wcześniej go zobaczy, tym lepiej. 

Drzwi otworzyły się i wszedł markiz. Carmelli wydało się, że wypełnił sobą 

cały pokój. Zdążyła zapomnieć, jaki jest przystojny, a zarazem przytłaczający i 
magnetyczny. 

Markiz podszedł do boku łóżka i spojrzał na Carmellę. 

background image

- Trapiłem się, że, jak Śpiąca Królewna, obudzi się pani dopiero za sto lat - 

powiedział. 

- Przykro mi, że jestem taka... kłopotliwa - przepraszała Carmella. 
-  Nie  powiedziałem,  że  jest  pani  kłopotliwa.  -  Ależ  goście,  którzy... 

przedłużają nad miarę swój pobyt, zawsze są... nieznośni. 

- Tego jeszcze pani nie zrobiła. 
Ku  zaskoczeniu  Carmelli  markiz  usiadł  na  brzegu  łóżka,  tak  że  znalazł  się 

blisko niej. 

-  Chciałbym  zacząć  od  podziękowania  pani  za  uratowanie  mi  życia  - 

powiedział. 

- Czy włamywacz... nie zranił pana? 
-  Nie,  ale  gdyby  go  pani  nie  powstrzymała,  niewątpliwie  przestrzeliłby  mi 

serce! 

Carmella zadygotała! 
- Proszę o nim zapomnieć! - powiedział markiz. - Był palaczem w kotłowni, 

zwolnionym w zeszłym miesiącu za impertynencję, stąd wiedział, jak dostać się 
do  domu  i  jakimś  sposobem  wywąchał,  jak  otworzyć  skarbiec  z  zamkiem 
szyfrowym, choć ja uważałem go za taki pewny. 

Carmella słuchała nic nie mówiąc, więc po chwili markiz zapytał: 
-  Skąd  wzięła  pani  tyle  odwagi,  żeby  powstrzymać  takiego  człowieka?  Nie 

wiem, jak pani podziękować, ale będę o tym myślał. 

Uśmiechnął się do niej. 
-  Otrzymałem  surowe  pouczenie  od  pani  pielęgniarki,  że  nie  wolno  mi 

pozostać dłużej niż dwie, trzy minuty, ale jutro znów przyjdę panią odwiedzić. 
Wtedy o tym porozmawiamy. 

Myśląc, że on odchodzi, Carmella chwyciła go za rękę. 
- Och, proszę... mnie nie opuszczać - poprosiła błagalnie. - Muszę wiedzieć, 

czy Gerry nadal... jest tutaj. 

-  Jest,  a  jakże  -  odpowiedział  markiz.  -  I  przegania  moje  konie  równie 

dobrze, jak ja sam. Zapewniam panią, że miewa się i bawi całkiem dobrze. 

- Może... mogłabym go zobaczyć? 
- Jutro. Dziś nie wolno pani przyjmować więcej gości, więc uważam się za 

bardzo uprzywilejowanego. 

Podniósł jej rękę do swych ust, mówiąc: 
- Proszę się pośpieszyć  z wyzdrowieniem. Jest  mnóstwo rzeczy, które chcę 

pani pokazać. 

Zanim  Carmella  zdążyła  coś  powiedzieć,  zanim  zdołała  zrozumieć,  co  się 

dzieje,  markiz  zniknął.  Pozostało  tylko  wrażenie  dotyku  jego  ust,  ciepłych  i 

background image

nalegających, na jej skórze. I wtedy, gdy bardzo chciała zawołać go i poprosić, 
by  wrócił,  zrozumiała,  że  go  kocha,  jakkolwiek  wydawało  się  to 
niewiarygodne. 

Dopiero  następnego  popołudnia  pozwolono  Carmelli  przyjąć  kolejnego 

gościa.  Rano  przyszedł  doktor  i  choć  ucieszyło  go  to,  że  odzyskała 
przytomność,  a  rana  z  tyłu  głowy,  tam,  gdzie  uderzyła  się  o  kant skarbca,  goi 
się, nalegał na zachowanie spokoju. 

- Chcę zobaczyć lorda Bramforde'a! 
Mówiąc to Carmella wiedziała,  że bardziej niż kogokolwiek chce zobaczyć 

markiza, zaś doktor powiedział: 

- Powiem pielęgniarce, by pozwoliła pani przyjąć jednego czy dwóch gości, 

jeśli nie będzie pani bardzo zmęczona. 

- Czuję się lepiej, o wiele lepiej! 
-  Tak,  wiem,  ale.  musi  pani  zrozumieć,  lady  O'Kerry,  że  gdy  chodzi  o 

pacjentów,  którzy  doznali  wstrząsu,  musimy  zachowywać  wszelkie  środki 
ostrożności.  Wielu  pacjentów  ma  nawroty  choroby,  ponieważ  za  wcześnie 
pozwalają sobie na zbyt wiele. 

W  oczach  doktora,  starszego  człowieka,  pojawił  się  wyraz  nieskrywanego 

podziwu, gdy dodał: 

-  Rozumie  pani,  że  chcę  być  szczególnie  ostrożny,  gdy  moja  pacjentka  jest 

tak piękna jak pani. 

- Jest pan bardzo uprzejmy, aleja muszę szybko wyzdrowieć. 
-  Najszybszym  sposobem  na  wyzdrowienie  jest  zdrowieć...  powoli!  - 

uśmiechnął się doktor. 

Carmella  wiedziała,  że  pielęgniarka  będzie  przestrzegać  zaleceń  doktóra  co 

do joty, więc spieranie się z nią byłoby bezcelowe. Choć nie chciała się do tego 
przyznać,  rzeczywiście  czuła  się  bardzo  słaba  i  wiedziała,  że  nawet  mały 
wysiłek  sprawiłby  jej  kłopot.  Ponadto  trapiła  się,  że  zbyt  długo  pozostaje  w 
Ingleton Hall, a już najbardziej tym, co powie markizowi, kiedy on zapyta ojej 
obecność  w  pokoju  jego  sekretarza.  Dopiero  ostatniej  nocy,  kiedy  długo  nie 
mogła  zasnąć  i  leżała  w  ciemności,  zrozumiała,  że  wcześniej  czy  później  to 
pytanie  musi  przecież  paść,  a  ona  nie  ma  pojęcia,  jak  na  nie  odpowiedzieć. 
Trudno  byłoby  jej  upierać  się,  że  usłyszała  hałasującego  włamywacza,  skoro 
pokój  sekretarza  jest  tak  oddalony  od  jej  sypialni,  że  nie  mogłaby  z  niej 
usłyszeć nawet odgłosu strzału, a cóż dopiero otwierania okna. 

- Co ja powiem? Co ja powiem? - pytała samą siebie Carmella i zastanawiała 

się, czy Gerry powiedział markizowi prawdę. 

background image

Choć  przerażała  ją  myśl  o  pytaniach,  jakie  będzie  zadawał  markiz,  chciała 

go  zobaczyć.  Zasnęła,  czując  na  dłoni  jego  palący  pocałunek  i  przypominając 
sobie  to  dziwne  wrażenie,  jakie  ów  pocałunek  w  niej  wywołał.  Było  bardzo 
podobne do tego, co czuła tańcząc z markizem, tylko intensywniejsze i o wiele 
bardziej ekscytujące. 

- To, co czuję, to... miłość - wyszeptała do siebie. 
Wtedy uświadomiła sobie, że jest tylko jedną z setek być może kobiet, które 

kochają  markiza.  Przypomniała  sobie  zaborczość  w  oczach  lady  Sybili, 
kokieterię,  z  jaką  zachowywały  się  piękne  damy,  które  podczas  kolacji 
siedziały obok niego. Zdawała sobie sprawę, że jest tylko jedną z tłumu. 

-  Chodzi  po  prostu  o  to,  że  spotkałam  tak  niewielu  mężczyzn  - 

perswadowała  sobie  Carmellaa  markiz  jest  wyjątkowy  i  o  wiele  świetniejszy 
niż wszyscy, jakich kiedykolwiek spotkam w domu czy nawet w Londynie. 

Wiedziała jednak, że chodzi o coś więcej. O te wibracje, które emanowały z 

niego  od  chwili,  kiedy  się  poznali,  o  to,  jak  on  czyta  w  jej  myślach,  a  ona  w 
jego, i o tę chwilę, kiedy stali przed obrazem i oboje myśleli o nim to samo. 

- Kocham go, ale kiedy stąd odjadę, nigdy go już nie zobaczę - powiedziała 

do siebie Carmella. 

Wiedziała, że jest to nieuniknione i że wszystkie łzy świata tego nie zmienią. 
Chciała  ładnie  wyglądać  dla  markiza,  poprosiła  więc  pielęgniarkę,  by 

rozdzieliła  jej  włosy  pośrodku  głowy  i  wyszczotkowała,  kiedy  opadną  na 
ramiona.  Pielęgniarka  była  bardzo  ostrożna,  ponieważ  Carmella  jeszcze  miała 
opatrunek z tyłu głowy i przy szybkim ruchu nadal odczuwała tam lekki ból. 

Miała  na  sobie  jedną  z  ładnych  koszul  nocnych  -  mademoiselle  Yvonne  i 

dopasowaną  do  niej,  ozdobioną  mnóstwem  koronek  lizeskę.  Carmella 
podejrzewała, że jej matka uznałaby ją za zbyt strojną dla młodej dziewczyny. 
W  oczach  markiza  nie  jest  jednak  młodą  dziewczyną,  lecz  lady  O'Kerry, 
wdową i osobą doświadczoną. 

Nie  było  nikogo, kto  zająłby  się  jej  twarzą,  a  czuła,  że  pielęgniarka  byłaby 

zgorszona,  gdyby  poprosiła  ją  o  pomadkę  do  ust,  która  z  pewnością  leżała  na 
toaletce. Dowiedziała się też, że Jeanne wyjechała do Londynu. 

-  Pani  pokojówce  było  bardzo  przykro,  że  musi  wyjechać  -  powiedziała 

pielęgniarka,  kiedy  Carmella  z  lekkim  wahaniem  zapytała,  czy  Jeanne 
przebywa  jeszcze  w  tym  domu.  -  Powiedziała,  że  jej  matka  jest  chora  i  że 
ustaliła z panią, iż odwiedzi matkę, jak tylko pani wyjedzie w poniedziałek. 

- Tak, oczywiście, pamiętam - przytaknęła pośpiesznie Carmella. 
Nie  pytała  o  to,  lecz  była  pewna,  że  Jeanne  zabrała  ze  sobą  brylanty 

mademoiselle Yvonne i, być może, niektóre jej stroje. 

background image

-  Czy...  dobrze  wyglądam?  -  zapytała,  kiedy  pielęgniarka  skończyła 

przygotowywać ją do odwiedzin gości. 

- Wygląda pani bardzo ładnie, milady - odparła pielęgniarka. - Proszę tylko 

pamiętać, że nie wolno się pani męczyć ani denerwować. 

Powiedziawszy  to  wyszła  z  pokoju,  a  Carmella  czekała.  Sądziła,  że  Gerald 

pali się do tego, żeby ją zobaczyć i dowiedzieć się dokładnie, co się wydarzyło, 
zanim  włamywacz  ją  powalił.  Mimo  to  nie  była  zaskoczona,  kiedy  to  nie 
Gerald  się  pojawił,  a  markiz.  Zauważyła,  że  ma  na  sobie  bryczesy  i 
wyglansowane buty. 

- Był pan na torze wyścigowym? - zapytała, kiedy ujął jej dłoń. 
- Tak, i  zostawiłem  tam Bramforde'a, skaczącego z  mistrzostwem, które na 

pewno sprawiłoby pani przyjemność. 

- Chcę... go zobaczyć. 
- Może go pani później zobaczyć, ale teraz ja chcę z panią porozmawiać. 
Carmella  zesztywniała,  a  gdy  spojrzała  na  niego,  dostrzegła  w  jego  oczach 

wyraz ostrożności. 

-  Najpierw  -  zaczął  markiz  -  chcę  powiedzieć,  jak  bardzo  się  cieszę,  że 

miewa się pani lepiej. Doktor powiedział, że jeśli będzie pani grzeczna, to jutro 
będzie pani mogła wstać na krótką chwilkę. 

- A potem musimy... przygotować się... do powrotu do Londynu. 
- Tak się pani śpieszy? 
-  Nie...  nie....oczywiście,  że  nie,  ale  mam  wrażenie,  że  Gerald  i  ja... 

narzucamy panu nasze towarzystwo. 

Markiz skrzywił się lekko. 
-  Zapewniam  panią,  że  pani  przyjaciel  Gerald  jest  bardzo  szczęśliwy.  Po 

prawdzie  nie  znam  człowieka,  który  by  się  tak  dobrze  bawił  i  uznawał  moje 
konie za o wiele bardziej zajmujące niż osoba tak ponętna jak pani. 

-  Jestem  pewna,  że  jest  pan  dla  niego...  bardzo  uprzejmy.  I  przykro  mu 

będzie stąd wyjeżdżać. 

-  Widząc,  jakim  on  jest  miłośnikiem  koni,  nie  rozumiem,  dlaczego  nie 

posiada  własnych.  Powiedział  mi,  że  w  Londynie  musi  polegać  na 
przyjaciołach, jeśli chodzi o pożyczanie wierzchowców. 

- Geralda nie stać na konie. 
- Myślałem, że jest zamożny. 
Carmella  nie  odpowiedziała.  Znów  zaczęła  się  zastanawiać,  jak 

wytłumaczyć  markizowi,  że  Gerald  nie  może  zacząć  spłacać  swego  długu,  a 
spodziewać  się  po  nim,  że  znajdzie  tysiąc  funtów  to  tak,  jakby  poprosić  go  o 
brylanty z diademu Ingletonów. 

background image

Markiz ponownie przysiadł na brzegu łóżka i ujął ją za rękę. 
- Skoro ma się pani lepiej - zaczął - chcę, żeby mi pani powiedziała, po co w 

środku  nocy  poszła  pani  do  pokoju  mego  sekretarza,  chyba  że  dzięki  darowi 
jasnowidzenia wiedziała pani, że moje życie znajdzie się w niebezpieczeństwie. 

Poczuł, że palce Carmelli drżą w jego dłoni. 
- Nie chcę, żeby się pani bała. Chcę, żeby mi pani zaufała. 
Ponieważ przemawiał do niej łagodnie, a dotyk jego ręki wywoływał w niej 

dziwne  wrażenie  pulsowania,  które  uniemożliwiało  jej  myślenie,  Carmella 
powiedziała prawdę. 

- Poszłam tam... żeby ukraść... naszyjnik Bramforde'ów. 
Markiz patrzył na nią, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał. 
- Żeby ukraść naszyjnik?! Ale...po co? 
- Musieliśmy go odzyskać. 
- Bramforde dostanie go z powrotem, kiedy spłaci swój dług karciany. 
- Wiem... ale nie chcieliśmy dopuścić, żeby pan. .. sprawdził naszyjnik. 
- Nie rozumiem - powiedział markiz. Carmella odwróciła od niego wzrok. 
-  Jeśli  powiem  panu  prawdę...  to  czy  przysięgnie  mi  pan...  że  nie  zdradzi 

jej... nikomu? 

- Dlaczego miałbym to zrobić? Oczywiście, że przyrzekam, iż wszystko, co 

powie mi pani w zaufaniu, pozostanie między nami. 

Carmelli wydało się, że jego palce zacisnęły się na chwilę na jej palcach. 
- Naszyjnik jest... fałszywy - powiedziała cichym głosem. 
- Fałszywy? - powtórzył markiz z osłupieniem. 
- On nigdy więcej nie zechce ze  mną rozmawiać - pomyślała Carmella, ale 

było już za późno, by cokolwiek zrobić. 

Wiedziała,  że  markiz  oczekuje  wyjaśnień,  więc  po  chwili  powiedziała 

bardzo cichym, łamiącym się głosem: 

-  Mama  sprzedała...  prawdziwe  kamienie...  po  to,  żeby  Gerald  mógł 

pojechać do Londynu... i żebyśmy mogli spensjonować służących... których nie 
mogliśmy zatrzymać, a którzy byli za starzy, by znaleźć inne... zatrudnienie. 

Zapadła cisza. Dopiero po chwili markiz powiedział: 
- Powiedziała pani „mama". Czy to oznacza, że... Gerald jest pani bratem? 
- T-tak - przyznała Carmella ledwie słyszalnym głosem. 
Zaczęła  zdawać  sobie  sprawę,  że  markiz  wpatruje  się  w  nią  i  trzyma  ją  za 

rękę tak mocno, że sprawia jej ból. 

- Pani bratem! - powtórzył po chwili. - Kochanie moje, jak mogła mnie pani 

dręczyć w tak idiotyczny sposób? 

 

background image

Rozdział siódmy 
 
Carmella wpatrywała się w markiza osłupiałym wzrokiem. 
-  Sądziłem,  że  Bramforde  jest  twoim  kochankiem  i  doprowadzało  mnie  to 

niemal do obłędu - powiedział. 

- Moim kochankiem? - wykrzyknęła Carmella. - Jak mógł pan... myśleć... że 

ja zrobiłabym coś tak złego... tak niegodziwego? 

Markiz pochylił się do przodu, tak że jego twarz znalazła się bardzo blisko 

jej twarzy. 

- Kiedy patrzyliśmy razem na mój obraz, bardziej niż czegokolwiek w życiu 

pragnąłem cię pocałować i teraz nic mnie przed tym nie powstrzyma. 

Powiedziawszy to dotknął ustami jej ust, a Carmella zrozumiała, że nie tylko 

jest to coś najcudowniejszego, co jej się przydarzyło, ale również coś, za Czym 
zawsze wzdychała, lecz sądziła, że nigdy nie pozna. 

Uczucia,  które  przepełniały  jej  pierś,  osiągnęły  stan  takiego  uniesienia  i 

ekstazy, że stały się czystym pięknem, jakie odnajdywała w lasach rodzinnych 
stron  i  tu,  w  Ingleton.  Tego,  co  czuje,  nie  potrafiła  wytłumaczyć  nawet  samej 
sobie, ale pocałunek markiza otulił ją jak muzyka i całe jej serce śpiewało nad 
tym cudem. Markiz uniósł głowę. 

- Wydaje się to niewiarygodne - powiedział - a jednak przysiągłbym, że nikt 

cię przedtem nie całował. 

Carmella zarumieniła się. 
- Nikt mnie nie całował... oprócz pana. 
Przez  chwilę  przyglądał  się  jej,  po  czym  znów  zaczął  ją  całować,  długo  i 

namiętnie.  Carmella  zaczęła  drżeć,  jakby  on  wydzierał  jej  z  ust  całą  duszę  i 
serce,  podporządkowując  je  sobie.  Potem  odezwał  się  dziwnym,  trochę 
niepewnym głosem: 

-  Opuszczę  cię  teraz,  moja  najdroższa,  ponieważ  przyrzekłem,  że  cię  nie 

zmęczę, ale później wrócę. Tak wiele jeszcze chcę od ciebie usłyszeć. 

Carmella  wyciągnęła  rękę,  by  go  zatrzymać,  lecz  on  już  odchodził  i  zanim 

odzyskała głos, drzwi zamknęły się za nim. Została sama. 

Przymknęła oczy myśląc, że to nie może być prawda. To, że markiz nazywał 

ją „kochaniem" i całował. Czuła, że jej miłość do niego wzrosła z taką siłą, że 
przestała być sobą, a stała się częścią niego. 

Wróciła pielęgniarka i przyniosła na tacy lunch, a kiedy Carmella skończyła 

jeść, opuściła story i nalegała, by Carmella odpoczęła. 

- Im więcej będzie pani spała, tym prędzej pani wyzdrowieje i będzie mogła 

jeździć konno. 

background image

- Właśnie tego chcę - powiedziała Carmella. 
- Musi wiec pani odpoczywać - surowo upomniała ją pielęgniarka. - A teraz 

wydaje się pani zarumieniona. Mam nadzieję, że nie wzrasta pani gorączka. 

Carmella  wiedziała,  że  jest  zarumieniona  od  pocałunków  markiza,  ale 

ponieważ nie  mogła wdawać się w  wyjaśnienia, leżała spokojnie w łóżku, tak 
jak chciała pielęgniarka. Zamknęła oczy, czując jeszcze usta markiza na swoich 
ustach  i  ciepły  dreszcz  przebiegający  po  ciele,  kiedy  myślała  o  nim.  Po 
niedługiej  chwili  zapadła  w  pozbawiony  marzeń  sen,  a  kiedy  się  obudziła  i 
spojrzała na zegar, stwierdziła, że spała prawie dwie godziny. 

Weszła  pielęgniarka  i  zaciągając  zasłony,  przemawiała  do  Carmelli  jak  do 

dziecka. 

- Była pani bardzo grzeczna, a teraz przyszedł gość, który bardzo pilnie chce 

panią zobaczyć. 

Carmelli serce  zabiło z emocji, ale kiedy pielęgniarka skończyła poprawiać 

jej  włosy,  do  pokoju  wszedł  Gerry.  Pomyślała,  że  brat  wydaje  się  bardzo 
elegancki w nowym stroju do konnej jazdy i bardzo przystojny, jednak mimo iż 
go kochała, wiedziała, że nie ma porównania między nim a markizem. 

Gerry pocałował ją w policzek i zapytał: 
- Skąd się wzięło w tobie tyle sprytu, tyle niesłychanej bystrości, że ocaliłaś 

markizowi życie i, oczywiście, mnie przy okazji? 

Carmella spojrzała na niego pytająco, a on wyjaśnił: 
-  Markiz  właśnie  mi  powiedział,  że  skreślił  mój  tysiąc  funtów  długu.  A  że 

sądzi, iż jest mało prawdopodobne, że nasz jubiler sprzedał wszystkie szafiry z 
naszyjnika,  mam  poprosić  go  o  ich  zwrot,  a  markiz  zapłaci  za  nie  sumę,  jaką 
otrzymaliśmy od jubilera i kupi każdy brakujący kamień. Carmella westchnęła 
cicho. 

- Naprawdę tak powiedział? 
- Sam ledwie mogę w to uwierzyć! Ale w końcu ty naprawdę uratowałaś mu 

życie. 

- Tak..., wiem. Ale... jak moglibyśmy przyjąć od niego tak wiele? 
-  Nic  prostszego.  A  jeśli  ofiaruje  mi  konia,  nie  będę  się  wahał,  czy  go 

przyjąć! 

- Och, Gerry, jak możesz być taki... chciwy, kiedy on był taki... miły! 
-  Ależ  ja  się  tylko  przekomarzam.  A  markiz  ma  wszystko,  co  ja  chciałbym 

mieć. 

Gerald westchnął. 
- Zdaje mi się, że nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy jak w ciągu tych 

ostatnich kilku dni! 

background image

Carmella wiedziała, że ma na myśli konie. 
- Markiz powiedział mi, że jesteś bardzo dobrym jeźdźcem i myślę, że papa 

byłby dumny z ciebie. 

-  Sam  jestem  z  siebie  dumny!  Nigdy  przedtem  nie  skakałem  przez  tak 

wysokie przeszkody i przypuszczam, że to się już nigdy nie zdarzy. 

Zadumał się na chwilę, po czym stwierdził: 
-  Wszystko  to  dzięki  tobie,  Mello.  Byłaś  zadziwiająca!  Być  może  markiz 

zaprosi  nas  jeszcze  tutaj.  Właściwie,  jeśli  pamięta,  że  w  przyszłym  miesiącu 
organizuje bieg terenowy z przeszkodami, to sądzę, że może zaprosić mnie do 
wzięcia w nim udziału. 

-  Mam  nadzieję,  że  to  zrobi  -  powiedziała  cichym  głosem  Carmella.  Gerry 

wstał. 

- Muszę cię teraz opuścić - powiedział. - Nie zamierzam tracić żadnej chwili 

ani robić nic innego jak tylko jeździć konno, dopóki stąd nie wyjedziemy. 

Uśmiechnął się do Carmelli. 
- Nie zdrowiej zbyt szybko! Im dłużej będziesz chora, tym dłużej będę mógł 

jeździć na tych niezrównanych koniach! 

Carmella nie mogła się nie roześmiać, a Gerry wychodząc pomachał jej ręką. 

Miała  nadzieję,  że  markiz,  podobnie  jak  ona,  będzie  uważał  Gerry'ego  za 
człowieka jedynie nieodpowiedzialnego, nie zaś za prawdziwie pazernego; 

Upłynęło  może  pięć  minut,  kiedy  drzwi  znów  się  otworzyły  i  po  nagłym 

przypływie  podniecenia,  które  jak  płomień  ogarnęło  całe  jej  ciało,  Carmella 
poznała, kto przyszedł ją odwiedzić. 

Markiz przebrał się i wyglądał bardzo wytwornie, gdy podchodził do łóżka. 

Patrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi  z  emocji  i,  choć  nie  wiedziała  o  tym, 
bardzo wymownymi oczami. 

Ujął jej dłoń, a ona poczuła przebiegający jej po plecach dreszcz. Usiadłszy, 

jak zawsze, na brzegu łóżka, markiz powiedział: 

-  Przypuszczam,  Carmelio  Forde,  że  zdajesz  sobie  sprawę,  iż  odwiedzanie 

debiutantki  w  jej  sypialni  jest  czymś  całkowicie  sprzecznym  z  mymi 
zwyczajami, a rzekłbym nawet, że wstrząsającym. 

Cramella wydała cichy okrzyk, po czym zapytała ledwo słyszalnie: 
- Czy Gerry... powiedział panu, że... oszukiwaliśmy pana? 
- Gerry przyznał, że to był jego pomysł, a ja sądzę, że był to dobry pomysł 

na  wprowadzenie  do  mego  domu  wspólniczki.  Od  pierwszej  chwili 
zdumiewałaś mnie i intrygowałaś zarazem, aż się w tobie zakochałem. A potem 
dręczyłaś mnie nieznośnie. 

- Czy powiedział pan... że zakochał się... we mnie? - wyszeptała Carmella. 

background image

- Wiesz, że cię kocham!  Myślę, że kiedy byliśmy w galerii obrazów, oboje 

zrozumieliśmy, że stało się z nami coś, od czego nie możemy uciec. 

-  Sądzę,  ze  pokochałam  pana  wcześniej...  ale  nie  rozumiałam...  co  czuję..., 

ponieważ nigdy nie byłam zakochana. 

- Moje słodkie kochanie! Nie potrafię ci powiedzieć, co to dla mnie znaczy 

wiedzieć na pewno to, co moje serce mówiło mi od chwili, kiedy cię ujrzałem, 
że jesteś czysta i niewinna i że nie było w twoim życiu męża czy kochanka. 

Markiz  spostrzegł,  że  Carmella  zarumieniła  się,  kiedy  wypowiedział  słowo 

„kochanek", a jej rzęsy wydały się ciemne wobec białości jej skóry. 

- Jeśli gorszy cię ta myśl - zauważył - to jak sądzisz? Co ja czułem? 
Ponieważ  markiz  onieśmielał  ją  i  wprawiał  w  zakłopotanie  swą 

szlachetnością, Carmella powiedziała cicho, nie patrząc na niego: 

-  Chcę  podziękować  za  to,  że  jest  pan;.,  taki  miły  dla  Gerry'ego.  Gerry 

powiedział mi, co pan robi w sprawie naszyjnika i o tym, że... skreślił pan jego 
ogromny dług. 

-  Trudno  byłoby  mi  wyciągnąć  taką  dużą  sumę  od  mego  przyszłego 

szwagra! 

W  pierwszej  chwili  Carmella  nie  rozumiała.  Potem  zesztywniała,  choć  nie 

zabrała ręki z dłoni markiza. 

-  Co  pan...  powiedział?  -  zapytała  cichym,  niepewnym  głosem,  który  on 

ledwie usłyszał. 

- Powiedziałem - powiedział markiz stanowczo - że zamierzam cię poślubić, 

a  ponieważ  wiem,  Carmello,  że  mnie  kochasz,  nie  uwierzę,  że  i  ty  tego  nie 
chcesz. 

Carmella podniosła na niego oczy, a on wyraźnie zobaczył w nich to, co ona 

czuje.  Również  po  drżeniu  jej  ciała  poznał,  że  wywołał  w  niej  wstrząs,  a 
zarazem zachwyt, którego nie sposób wyrazić słowami. 

-  Kocham  cię!  -  powiedział  markiz.  I  znów  jego  usta  były  na  jej  ustach. 

Całował ją, aż ogarnęło ją uczucie, że się rozpływa, że nie jest już istotą ludzką, 
lecz kwiatem, promieniem słonecznym, śpiewem leśnych ptaków. 

Gdy markiz uniósł głowę, Carmella powiedziała: 
-  Kocham  pana!  Będę  pana  kochać,  dopóki  nie  będzie  już  nic  oprócz... 

miłości, ale wiem, że poślubienie mnie byłoby dla pana niedobre. 

- Niedobre? - zapytał zaskoczony markiz. 
-  Ponieważ...  jak  powiedział  part  przedwczoraj...  zawsze  żyłam  w  innym 

świecie niż pan. j i nie potrafiłabym pana uszczęśliwić. 

Markiz uśmiechnął się, a w jego oczach była czułość, kiedy zapytał: 
- Dlaczego tak mówisz? Carmella westchnęła. 

background image

-  Ponieważ  nasze  światy  są...  takie  różne,  że  popełniałabym...  błędy...  i  nie 

sądzę... żeby pańscy przyjaciele... mnie lubili. 

Z trudem wydobywała z siebie słowa, więc markiz zapytał miękko: 
- Coś jeszcze? 
- Nie zrozumie pan tego, ale ja jestem... zgorszona ich... zachowaniem. 
Spojrzał  na  nią  i  pomyślał,  że  żadna  kobieta  nie  potrafiłaby  wyglądać  tak 

uroczo, a zarazem tak niewinnie i czysto. 

Odezwał się cicho: 
- Powiem ci o czymś, Carmello, o czym nigdy z nikim nie rozmawiałem. 
Wiedział, że ona go słucha. 
-  Kiedy  byłem  młody,  młodszy  niż  twój  brat,  zakochałem  się  w  bardzo 

pięknej  dziewczynie,  która,  z  punktu  widzenia  świata,  byłaby  dla  mnie 
doskonałą żoną, a nasze małżeństwo zostałoby zaaprobowane przez jej i moich 
rodziców. 

Zamilkł na chwilę, po czym podjął: 
-  Powiedziała,  że  mnie  kocha,  ale  prosiła,  żebyśmy  przez  pewien  czas 

zachowali nasze uczucia w sekrecie. 

Głos markiza nagle stwardniał:  
- Ponieważ byłem gotów zrobić wszystko o co ona mnie poprosi, zgodziłem 

się  i  chociaż  widywaliśmy  się  prawie  każdego  dnia  i  tańczyliśmy  razem  na 
każdym balu, nikt nie wiedział, że zamierzamy się pobrać. 

Carmella,  słuchając  go,  doznawała  mak  zazdrości,  ponieważ  on  kiedyś 

kochał inną kobietę. Powiedział też, że owa dziewczyna była wyjątkowo dobrą 
partią, podczas gdy ona taką niejest. 

-  Tuż  po  zakończeniu  sezonu  -  ciągnął  markiz  -  kiedy  byłem  pewien,  że 

dziewczyna, którą kocham, pozwoli mi oświadczyć się o nią jej ojcu i że będę 
mógł powiedzieć moim rodzicom, jaki jestem szczęśliwy, ona oznajmiła mi, że 
zamierza poślubić kogoś innego. 

Carmella, która nie to spodziewała się usłyszeć, wydała okrzyk grozy: 
- Och, nie! Nie! Nie mogę w to uwierzyć! 
- Ja także mnie mogłem w to uwierzyć - powiedział markiz. Jego głos znów 

zabrzmiał cynicznie i pogardliwie, jak wtedy, kiedy Carmella go poznała. 

-  Mój  rywal  był  diukiem  -  ciągnął  markiz  -  który  poprzedniego  roku 

odziedziczył tytuł, podczas gdy ona wiedziała, że ja na swój muszę czekać. 

- Czy to był... jedyny powód? 
-  Jedyny!  Powiedziała,  że  nadal  mnie  kocha,  lecz  nie  może  się  oprzeć 

pragnieniu  zostania  diuszesą,  dziedziczną  damą  dworu  -  pokojową  Jej 
Królewskiej Mości i chęci kroczenia na kolację przed własną matką. 

background image

- A...ale jak ona mogła... myśleć, że coś takiego... ma znaczenie? 
- Dla niej miało to znaczenie! Ale to nie koniec historii. 
Carmella czekała. 
-  Sześć  lat  później,  kiedy  już  obdarzyła  swego  męża  dziedzicem,  a  potem 

drugim synem, zaproponowała, że zostanie moją kochanką! 

Markiz  mówił z nutą takiej goryczy  w głosie, że Carmella ledwie  mogła  to 

znieść.  Wydała  okrzyk  najwyższej  grozy  i  była  tak  wzburzona,  że  zabrałaby 
markizowi swą rękę, gdyby on jej nie przytrzymał. 

- Jak może jakakolwiek... kobieta... zachowywać się w taki... godny pogardy 

sposób? - wyszeptała. Ponieważ markiz milczał, ona mówiła dalej: 

- Ale  zdaję sobie  sprawę..., chociaż  jestem  wielką... ignorantką, że... damy, 

które tutaj goszczą,... właśnie tak się zachowują... i dlatego nigdy nie byłabym 
taką żoną, jakiej pan... pragnie. 

- Żona, jakiej pragnę - powiedział cicho markiz - to osoba, którą gorszyłoby 

takie  zachowanie;  osoba,  która  nigdy  nie  traktowałaby  mnie  tak,  jak  traktują 
swych mężów kobiety, o których mówimy. 

Carmella  westchnęła,  a  markiz  mówił  dalej:  -  Nie  ożeniłem  się  dlatego,  że 

nigdy  nie  byłbym  pewny,  czy  żona  mnie  nie  zdradza,  nie  tylko  z  kimś,  kogo 
może by kochała, ale nawet z księciem Walii, bo to akurat jest w modzie. 

-  Ale...  to  jest...takie  złe...takie  niegodziwe!  Dlatego,  choć  kocham  pana 

całym sercem i duszą...nie mogą zostać... pańską żoną. 

Westchnęła głęboko, po czym podjęła: 
- Chcę żyć na wsi i być szczęśliwa, tak jak byli szczęśliwi papa i mama... i 

mieć... dzieci, które nie wstydziłyby się swej matki... czy swego ojca. 

Na  chwilę  zapomniała  o  swej  nieśmiałości  i  mówiła  z  przekonaniem, 

któremu  trudno  byłoby  zaprzeczyć.  Po  czym,  obawiając  się,  że  markiz  się 
rozgniewa, powiedziała niepewnym głosikiem: 

-  Przepraszam...  przepraszam...,  jeśli  pana  dotknęłam,  ale...  nie  potrafię 

udawać...  i  wiem,  że  gdyby  pan  kiedyś  zachował  się  jak...  lord  Charles  i...  ci 
wszyscy mężczyźni... to chciałabym... umrzeć! 

Markiz  milczał przez chwilę, aż wreszcie, gdy to wszystko, co czuł, wzięło 

w nim górę, powiedział: 

- Moje kochanie, mój najdroższy skarbie bez skazy! Czy myślisz, że ja chcę 

cię  innej?  Jesteś  tym,  czego  zawsze  szukałem,  ale  sądziłem,  że  nigdy  nie 
znajdę.  Dlaczego  spotkało  mnie  to  zadziwiające  szczęście,  że  nie  tylko 
znalazłem cię i pokochałem, ale wiem, że i ty mnie kochasz? 

Pochylił się do przodu i delikatnie ujął jej twarz w dłonie. 

background image

-  Spójrz  na  mnie,  Carmello,  spójrz  na  mnie!  Carmella  usłuchała,  a  markiz 

zobaczył strapienie w jej oczach; była bliska łez. 

- Posłuchaj mnie, moja urocza - powiedział. - Przysięgam, że będę ci wierny, 

ponieważ  kocham  cię  jak,  jak  w  całym  swym  życiu  nie  kochałem,  nikogo. 
Możemy zapomnieć o tym, co się dzieje w Londynie i w Marlborough House, 
ponieważ  będziemy  mieszkać  tu,  w  Ingleton  lub  w  innym  z  moich  domów,  z 
naszymi końmi, a w przyszłości, daj Boże!, z naszymi dziećmi. 

- Czy... chce pan tego? Naprawdę chce pan tego? - Naprawdę! I przysięgam 

Bogu, że cię uszczęśliwię! Potem całował ją, a Carmelli wydawało się, że teraz 
on całuje ją jakoś inaczej. Jego pocałunki, namiętne i złaknione, miały w sobie 
też  rodzaj  uwielbienia,  jakby  uważał  ją  za  bezcenną  i,  jakkolwiek  słowo  to 
wydawało się dziwne, godną poszanowania. 

- Kocham cię... kocham... cię! - powiedziała Carmella, kiedy on uwolnił ją z 

objęć. 

Po czym spojrzała na niego trochę lękliwie i dodała: 
- Naprawdę... mogę cię poślubić? 
-  Czy  myślisz,  że  dopuściłbym,  żeby  cię  teraz  stracić?  Wkrótce,  kochanie 

moje,  odbędzie  się  nasz  ślub  i  to  bardzo  cichy.  A  że  Gerald  wspominał,  iż 
wasza  matka  jest  niezdrowa,  Sądzę,  że  jest  to  doskonała  wymówka,  by  się 
pobrać, a dopiero potem powiedzieć wszystkim! 

- Chcesz powiedzieć, że... nie będziemy  musieli... zaprosić tych wszystkich 

twoich przyjaciół? 

-  Pobierzemy  się  tutaj,  w  kaplicy.  I  będziemy  mieli  przy  sobie  tylko  ludzi, 

których  kochamy  i  którzy  zrozumieją,  że  „modny  świat"  nie  jest  już  moim 
światem i że przenoszę się do twojego. 

Carmella roześmiała się pełna radosnego szczęścia, a  markiz całował ją, aż 

zabrakło jej tchu. 

- Musisz tylko szybko zdrowieć i pozwolić, abym zajął się wszystkim. 
- Kocham  cię! -  wymruczała Carmella, ponieważ nie znalazła innych słów, 

by wyrazić to, co czuła. 

Markiz i markiza Ingleton ruszyli bryczką zaprzężoną w cztery niezrównanej 

urody konie. Dopiero wtedy Carmella zapytała: 

-  Czyja  naprawdę  jestem...  twoją  żoną?  Nadal  trudno  jest  mi  w  to... 

uwierzyć. 

-  Upewnię  cię  o  tym  dziś  w  nocy  -  przyrzekł  markiz  i  odwrócił  wzrok  od 

koni,  by  zobaczyć,  jak  żona  się  rumieni.  Pomyślał,  że  rumieniec  czyni  ją 
jeszcze piękniejszą. 

background image

Carmelli  wydawało  się,  że  wszystko  stało  się  niewiarygodnie  szybko. 

Pozostawiła wszystko markizowi, tak jak o to prosił. Coraz lepiej go poznawała 
i rozumiała, więc zauważyła, że sprawia mu przyjemność urządzanie jej życia z 
taką samą perfekcją, z jaką urządził swoje. 

Nie pozwolił jej powrócić do Londynu, lecz posłał po lady Bramforde, która 

do  tego  stopnia  była  podekscytowana  nowiną,  że  jej  córka  ma  poślubić  kogoś 
tak znacznego, a zarazem tak czarującego jak markiz, że zdawała się zdrowieć 
równie szybko, jak Carmella. 

Gerald  natomiast  był  w  swoim  żywiole,  ponieważ  mógł  spędzać  więcej 

czasu z końmi. 

Dzień przed ślubem markiz powiedział do Carmelli: 
- Właśnie uzgodniłem coś, co, jak sądzę, sprawi przyjemność zarówno tobie, 

jak i twojej matce. 

- Co to takiego? 
- Gerald wstąpi do mojego dawnego regimentu Gwardii Królewskiej. 
Carmella wydawała się osłupiała. 
- Myślę, że źle byłoby, gdyby nadal marnował czas w Londynie - powiedział 

markiz - gdzie znów może przegrać pieniądze, których nie posiada. Naprawdę, 
nie  możemy  ciągle  przywracać  naszyjnikowi  Bramforde'ów  jego  pierwotnej 
świetności. 

Carmella wiedziała, że mąż się z nią droczy. 
- I tak jesteśmy ci wdzięczni za wszystko, co dla nas zrobiłeś, a teraz jeszcze 

myślisz o Geraldzie... i próbujesz powstrzymać go przed popełnianiem głupstw. 

Później  dowiedziała  się,  że  markiz  przyznał  Geraldowi  pensję 

odpowiadającą  pensjom  większości  oficerów  Gwardii  Królewskiej,  a  do 
Bramforde  House  wysłał  swego  zarządcę  wraz  z  personelem,  by  zbadali,  co 
można zrobić z domem i z posiadłością. 

Poprzedniego  wieczoru,  kiedy  spokojnie  jedli  kolację  w  małej  jadalni, 

markiz powiedział: 

- Myślę, że pod koniec tygodnia będę miał dla ciebie wiadomości, Geraldzie. 
- Wiadomości? - dopytywał się Gerald. 
-  Słyszałem,  że  pewien  bardzo  bogaty  Amerykanin,  którego  trochę  znam, 

szuka  domu  na  terenach  myśliwskich.  Chce  go  wynająć  na  pięć  lat.  A,  że  nie 
jest  osobą  specjalnie  towarzyską,  nie  chce  nawiązywać  stosunków  z 
eleganckim towarzystwem Leicestershire. 

Carmelli zapłonęły oczy. 
- Chcesz powiedzieć, że on mógłby wynająć Bramforde House? - zapytała. 

background image

-  Wspomniałem  mu  o  domu,  a  on  uznał,  że  wydaje  się  idealny.  Co  więcej, 

będąc ogromnie zamożny, gotów jest wydać dużą sumę pieniędzy na wygody w 
domu.  Mogę  wam  powiedzieć,  że  oznacza  to  nie  tylko  renowację  pokojów  i 
praktycznie  umeblowanie  ich  na  nowo,  ale  również,  jako  że  on  jest 
Amerykaninem, zainstalowanie łazienek. 

Gerald wydał okrzyk radości, a Carmella zapytała: 
- Czy to znaczy, że on będzie również płacił czynsz? 
-  Bardzo  wysoki,  jeśli  Maynard  będzie  miał  tu  coś  do  powiedzenia  - 

powiedział  markiz.  -  I  myślę,  że  przy  odrobinie  szczęścia  do  czasu,  kiedy 
posiadłość  zostanie  uładzona  i  pod  okiem  kompetentnego  Maynarda  zacznie 
przynosić  dochód,  Gerald  przestanie  być  żołnierzem  i  będzie  mógł  osiąść  w 
Bramforde House jako ziemianin, którym i ja zamierzam zostać. 

Gerald  i  lady  Bramforde  prześcigali  się  w  podziękowaniach,  a  on  był 

wyraźnie  zażenowany  ich  wdzięcznością.  Kiedy  zostali  sami,  Carmella 
zapytała: 

- Jak to się dzieje, że jesteś tak niezwykle uprzejmy i hojny dla Gerry'ego? 

Jeśli on jest szczęśliwy, to mama także. A i mnie nie wydaje się, że mogłabym 
być szczęśliwsza, niż jestem w tej chwili. 

-  Zamierzam  uczynić  cię  o  wiele  szczęśliwszą,  kiedy  będziesz  moją  żoną  - 

powiedział markiz. 

- Trudno mi... powiedzieć, jaka jestem ci... wdzięczna. 
- To jedyny sposób, w jaki mogę ci podziękować za to, że żyję. Bo gdybyś 

mnie  nie  ocaliła,  Carmello,  nie  byłoby  mnie  tutaj,  żeby  ci  powiedzieć,  jak 
bardzo cię kocham i jak pragnę, żeby już było jutro, kiedy będziesz moja. 

A  gdy  Carmella  chciała  dziękować  mu  nadal,  pocałował  ją  i  już  nie  mogła 

myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że kocha go do szaleństwa. 

Kaplica, która została zbudowana w tym samym czasie, co dom, była bardzo 

piękna. Zasypano ją mnóstwem białych kwiatów, przeważnie lilii, a ich zapach, 
łagodna muzyka organowa i atmosfera świętości sprawiały, że Carmella miała 
wrażenie, iż wstąpiła do osobliwego nieba i że od tej chwili, jako że otrzymała 
boskie błogosławieństwo, wszystko będzie nieziemskie. 

Suknia  ślubna,  która  -  jako  prezent  od  markiza  -  nadeszła  z  Londynu,  była 

śliczna, podobnie jak wyprawa panny  młodej, którą dla niej zamówił.  Patrząc 
na swe stroje Carmella zrozumiała,  że tylko ktoś z artystycznym wyczuciem i 
szczególną  wrażliwością  na  wszystko,  co  jej  dotyczy,  mógł  wiedzieć,  co  jest 
dla niej odpowiednie. 

background image

Trochę  nieśmiało  opowiedziała  markizowi  o  tym,  jak  pożyczyła  stroje  od 

przyjaciółki  Geralda,  mademoiselle  Yvonne,  a  on,  choć  śmiał  się  z  jej 
opowieści, powiedział: 

-  Już  nigdy  nie  będziesz  musiała  tego  robić!  A  ja,  chociaż  każę  Geraldowi 

ofiarować  mademoiselle  Yvonne  stosowny  prezent,  kiedy  ją  zobaczy, 
dopilnuję, kochanie moje, by panny Iwony z tego świata nie wkraczały w ciche 
życie, jakie będziemy wieść na wsi. 

- W nasz nowy świat - powiedziała łagodnie Carmella. 
-  Świat  miłości  -  odparł  markiz.  -  W  ten  świat  ty  mnie  wprowadziłaś, 

najdroższa moja, i nigdy go już nie utracę. 

Gdy opuszczając Ingleton Hall wyjeżdżali z podjazdu, Carmella zapytała: 
- Jeszcze mi nie powiedziałeś, dokąd jedziemy? 
- To tajemnica - odparł markiz - ponieważ chcę, żebyśmy byli zupełnie sami. 

Żadnych  gości,  żadnych  rozrywek,  dopóki  nie  wrócimy,  a  i  wtedy  będziemy 
mieli milion rzeczy do zrobienia. Przede wszystkim, choć jeszcze ci o tym nie 
powiedziałem, cała posiadłość zechce uczcić nasze małżeństwo. 

Carmella spojrzała na niego zdumiona, a on wyjaśnił: - To oznacza, że będą 

dużo  jeść  i  pić,  upieką  całego  wołu  i,  oczywiście,  spodziewają  się 
fajerwerków... 

-  ...które  mnie  sprawią  taką  samą  przyjemność,  jak  im  wykrzyknęła 

Carmella.  -  Tylko  raz  w  życiu  widziałam  sztuczne  ognie  i  uważam,  że  są 
bardzo ekscytujące. 

-  Wobec  tego  urządzimy  wspaniały  pokaz  -  obiecał  markiz.  -  Tyle  jest 

rzeczy, kochanie moje, których nigdy nie miałaś, a które chcę ci dać i dzielić je 
z tobą. 

Zobaczył,  że  Carmella  się  uśmiecha  i  instynktownie  popędził  konie,  jakby 

palił się do tego, by już być u celu. 

Po  niespełna  dwóch  godzinach  dotarli  do  celu  podróży  i  Carmella  odkryła, 

że  jest  to  uroczy  dom,  zbudowany  w  stylu  włoskich  willi,  ze  schodzącym  ku 
Tamizie ogrodem. 

-  Kupiłem  ten  dom  dawno  temu  -  powiedział  markiz  -  kiedy  chciałem  się 

nauczyć  wiosłowania  na  kajaku.  Teraz  będę  cię  mógł  zabierać  na  wodę,  jeśli 
będziesz sobie tego życzyła. 

Uśmiechnął się i dodał: 
-  Myślę  jednak,  że  będzie  nam  dobrze  w  ogrodzie,  który  jeden  z  moich 

krewnych  zmienił  w  jeden  z  najpiękniejszych  i  najbardziej  egzotycznych 
ogrodów w kraju. 

background image

Carmella przekonała się, że tak jest w istocie. Dom był pięknie umeblowany 

i bardzo wygodny. W gruncie rzeczy stanowił on luksusową, pomniejszoną do 
wielkości domku dla lalek wersję Ingleton Hall. 

Patrząc na całe piękno wokół siebie Carmella uznała, że właśnie to miejsce 

wybrałaby na miesiąc miodowy z ukochanym mężczyzną. 

Leżąc  tej  nocy  w  wielkim  łóżku  osłoniętym  zwieszającymi  się  spod  sufitu 

zasłonami, w pokoju przesyconym zapachem kwiatów, Carmella rozglądała się 
dookoła.  Pokój  wypełniony  był  antycznymi  meblami,  a  wszystkie  wiszące  na 
ścianach  obrazy  były  dziełem  słynnych  malarzy.  Robiły  one  na  Carmelli 
wrażenie, że płynie na chmurze, która poniesie ją w obiecany jej przez markiza 
świat miłości. 

Kiedy  wszedł  do  pokoju,  rozsunął  zasłony  tak,  że  zobaczyli  gwiazdy 

rozbłyskujące na bezchmurnym niebie. Podszedł do łóżka i spoglądając na nią, 
powiedział: 

- Jak to robisz, że jesteś taka urocza? 
- Chcę, żebyś tak o mnie myślał. 
- Jesteś moja - powiedział markiz miękko. - Cała moja, od czubka głowy po 

stopy. Nigdy nie posiadałem nic równie cennego. 

- Przypuśćmy,... że okażę się... falsyfikatem, jak szafiry? 
Markiz roześmiał się. 
- Wiedziałem, że coś udajesz i że w rzeczywistości jesteś zupełnie inna. Nie 

dałem się zwieść! 

-  Nigdy  nie  zrobiłabym  nic,  żeby  cię...  zranić!  Jesteś  taki  cudowny  i.,. 

kocham cię! 

W głosie Carmelli zabrzmiała nuta, która sprawiła, że markizowi zapłonęły 

oczy. Wszedł do łóżka i wziął ją w ramiona. 

- Marzyłem o tym. A teraz, moja zachwycająca żoneczko, chcę cię nauczyć 

miłości. Będzie to najbardziej podniecające zajęcie w moim życiu. 

- Naucz mnie... naucz mnie, jak uczynić cię szczęśliwym - prosiła Carmella. 

- I jak być laką,... jakiej mnie chcesz. 

Znacznie później gwiazdy migotały w czerni nocy jak brylanty, a wpadające 

przez  okna  promienie  księżyca  zmieniały  wszystko  w  srebro.  Ekstatycznie 
szczęśliwa Carmella przysunęła się do męża i wyszeptała: 

- Jak mogę... powiedzieć ci, jak bardzo... cię kocham? Markiz przyciągnął ją 

do siebie. - Już mi to powiedziałaś, najdroższa. Boję się tylko, czy nie zraniłem 
cię w jakiś sposób. 

- Nie wiedziałam, że miłość może być tak wspaniała, tak... cudowna! 
- Co czułaś? 

background image

Kiedy ona przywarła do niego, szukając słów, markiz pomyślał, że nie miał 

pojęcia, iż takie szczęście istnieje. 

-  Czułam  to  samo,  co  wtedy...,  kiedy  patrzyliśmy  na  twój  piękny  obraz. 

Czułam, że gwiazdy i kwiaty są częścią naszej miłości. A potem wprowadziłeś 
mnie  do  nieba...  i  fale  światła  księżycowego  przepływały  przeze  mnie  i...  nie 
mogłam  myśleć...,  a  tylko...  czuć.  To  było...  czyste  i  bardzo  piękne..,,  ale 
również bardzo podniecające! 

- Nie wystraszyłem cię? 
-  Wiesz,  że  nie.  Aleja...  nie  zdawałam  sobie  sprawy,...  nie  wiedziałam,  że 

miłość jest jak... ogień. 

Carmella pomyślała, że markiz niezupełnie rozumie to, co ona powiedziała, 

więc wyjaśniła: 

-  Najpierw  było  we  mnie...  światło  księżyca...,  które  potem  zdawało  się 

zmieniać w płomyki... Czułam, jak drgają... i pomyślałam, że... być  może... ty 
czujesz to samo. 

-  Czułem  ogień,  który  pożera  mnie  od  chwili,  kiedy  cię  poznałem.  Ogień, 

najdroższa  moja,  który  jest  nie  tylko  namiętnością,  ale  który  oczyszcza  i 
wypala wszystko, co złe i grzeszne, a pozostawia jedynie to, czego oboje, ty i 
ja, szukamy; to, co jest czyste i dobre. 

Zaskoczona,  że  on  mówi  w  taki  sposób,  Carmella  przyglądała  mu  się  w 

świetle księżyca. 

- Jak to się dzieje, że  mówisz wszystko to, co chcę, żebyś powiedział? Nie 

sądziłam, że jakikolwiek mężczyzna będzie... myślał tak, jak ja. 

-  Myślimy  tak  samo,  czujemy  tak  samo,  jesteśmy  tym  samym.  Jesteśmy 

jedną  osobą,  moja  urocza!  Tak  jak  ja  jestem  częścią  ciebie,  ty  jesteś  częścią 
mnie i nie można nas rozdzielić. 

-  Właśnie  tego  chcę!  -  wykrzyknęła  Carmella.  -  Teraz  i  na  zawsze!  Jestem 

twoja..., cała twoja... Proszę, kochaj mnie, bo... nie mogłabym cię stracić... 

- Nigdy mnie nie stracisz - powiedział markiz głębokim głosem. - I wierzę, 

że  nasza  miłość  będzie  głębsza  i,  choć  to  się  wydaje  niemożliwe,  większa  z 
każdym rokiem. 

Pocałował ją delikatnie i powiedział: 
- Kocham, ubóstwiam cię! 
Carmella  instynktownie  przysunęła  się  do  niego.  A  on  poczuł  przy  sercu 

bicie jej serca, jego usta, najpierw delikatne i czułe, stały się bardziej namiętne. 
Całował  ją,  dotykał  rękoma  jej  ciała,  a  ona  czuła,  jak  przepływa  przez  nią 
światło  księżyca.  I  znów  srebrne  promienie  zmieniły  się  w  tańczące  płomyki. 

background image

Rozjarzyły się w jej piersi i, strzelając w górę, dosięgły ust, gdzie spotkały się z 
ogniem, który płonął w nim. 

 
 


Document Outline