background image
background image

GWIEZDNE WOJNY

MASKA KŁAMSTW

James Luceno

Przekład

Katarzyna Laszkiewicz

Tytuł oryginału

CLOAK OF DECEPTION

background image

Dla Karen-Ann,

jednej z niewielu osób,

które naprawdę wpłynęły na losy świata

– przynajmniej mojego.

James Luceno

background image

Dawno, dawno temu, w dalekiej galaktyce...
Po tysiącach pokoleń żyjących w pokoju galaktyczna Republika zaczyna się  kruszyć. 

Na Coruscant, w centrum cywilizowanego  świata, chciwość  i korupcja zżerają  galaktyczny 
senat, czemu nie są  w stanie zapobiec nawet talenty najwyższego kanclerza Valoruma. Na 
peryferiach Republiki zaś statki Federacji Handlowej opanowują hiperprzestrzenne szlaki.

Teraz jednak Federacja Handlowa staje się  obiektem ataków ze wszystkich sektorów, 

narażona na napaści piratów i terrorystów, domagających się  położenia kresu jej tyrańskim 
praktykom.

Nadszedł czas próby dla wszystkich tych, którzy nie szczędzą wysiłków, by utrzymać 

jedność Republiki – przede wszystkim rycerzy Jedi, którzy od niepamiętnych czasów strzegą 
pokoju i sprawiedliwości...

background image

D O R V A L L A

ROZDZIAŁ 1

Skąpany w blasku niezliczonych gwiazd frachtowiec Federacji Handlowej „Strumień 

Przychodów” unosił się leniwie nad alabastrowym płaszczem atmosfery Dorvalli.

Identyczny   jak   miriady   swoich   braci,   przypominał  talerz,   któremu   wycięto  środek, 

pozostawiając   dwa   masywne   ramiona   hangarów.   W   leżącej   pomiędzy   nimi   centrosferze 
znajdowały się potężne hiperprzestrzenne reaktory. Wygięte ramiona nie stykały się z przodu, 
jakby  projektant   zapomniał  zamknąć  ich   krąg.   W   rzeczywistości   jednak   ta   przerwa   była 
zamierzona, bo na końcu każdego z ramion mieściły się olbrzymie szczęki doków i wyloty 
hangarów.

Statek Federacji pożerał  olbrzymie ilości  ładunku, niczym  żarłoczna bestia; od trzech 

dni jego żerowiskiem była orbita Dorvalli.

Głównym towarem eksportowym tej peryferyjnej planety były rudy lommitu, jednego z 

najważniejszych   składników   transpastalowych   szyb   i   kabin   gwiezdnych   myśliwców. 
Niezgrabne   transportowce   wynosiły   rudę   na   wysoką   orbitę,   gdzie   towar   przenoszono   na 
samobieżne barki, transportery i kapsuły towarowe, niektóre wielkie  jak promy orbitalne, 
każdy ze znakiem Federacji Handlowej – Płomienistą Kulą. Setki bezzałogowych statków 
płynęły   strumieniem   między   dorvallańskimi   transportowcami   a   pierścieniem   frachtowca, 
przyciągane potężnymi promieniami ściągającymi w kierunku przerwy pomiędzy ramionami. 
Tam   urządzenia   cumownicze   doków   wciągały   statki   przez   pole   magnetyczne   do 
prostokątnych otworów prowadzących do ładowni.

Przed   atakami   piratów   lub   innych   napastników   chroniły   frachtowiec   patrole 

czterosilnikowych   gwiezdnych   myśliwców   o   tępych   nosach,   pozbawione   tarcz,   ale   za   to 
wyposażone   w   szybkostrzelne   działa   laserowe.   Pilotującymi   myśliwce   robotami   sterował 
centralny komputer umieszczony w sferycznym centrum dowodzenia frachtowca. 

Na rufowym wybrzuszeniu centralnej sfery wznosiła się  wieża dowodzenia i kontroli. 

Na   jej   mostku   postać  w   długiej   szacie   przechadzała   się  nerwowo   od   jednego   wklęsłego 
iluminatora do drugiego. Tafle iluminatorów ukazywały widok odległych końcówek ramion 
hangarów   i   pozornie   nieprzerwany   strumień  kapsuł,   połyskujących   w  świetle   centralnej 
gwiazdy   systemu.   Za   ramionami   frachtowca   i   strumieniem   rudobrązowych   kapsuł  lśniła 
białym blaskiem Dorvalla.

– Status – syknęła postać w długiej szacie.
Neimoidiański nawigator „Strumienia Przychodów” odpowiedział z ogromnego jak tron 

fotela stojącego poniżej poziomu rampy spacerowej mostka:

– Ostatnia z kapsuł towarowych wpływa na pokład, komandorze Dofine. – Rytmiczny 

język Neimoidian akcentował pierwsze sylaby przeciąganych śpiewnie słów.

– Doskonale – odparł Dofine. – W takim razie wezwij z powrotem myśliwce.
Nawigator odwrócił się w swoim fotelu twarzą do rampy spacerowej.
– Już teraz, komandorze?
Dofine przerwał niespokojny marsz, by rzucić pełne wątpliwości spojrzenie na członka 

swojej załogi. Miesiące spędzone w głębokiej przestrzeni tak pogłębiły wrodzoną nieufność 
komandora,   że   nie   był   już   pewien   zamiarów   nawigatora.   Czy   tamten   kwestionował   jego 
rozkazy w nadziei  podniesienia swojej pozycji, czy też może  istniał rozsądny powód, by 
opóźnić powrót myśliwców? Problem ten naprawdę trapił Dofine'a; ryzykował utratę twarzy, 
gdyby okazało się, że nie miał racji, podając w wątpliwość intencje podwładnego. Postanowił 
zaryzykować,   udając,   że   pytanie   wynikało   z   autentycznej   troski   i   nie   miało   groźnych 

background image

podtekstów.

– Chcę, by odwołano te myśliwce. Im prędzej opuścimy orbitę Dorvalli, tym lepiej.
Nawigator skinął głową.
– Jak pan sobie życzy, komandorze.
Dofine,   dowodzący   nieliczną   żywą   załogą   „Strumienia   Przychodów”,   miał   dwoje 

zaczerwienionych owalnych oczu z przodu głowy, wydatny pysk i opadające rybie usta. Żyły 
i   tętnice   pulsowały   tuż   pod   powierzchnią   pomarszczonej,   upstrzonej   plamami 
bladozielonkawej skóry. Niewysoki jak na swoją rasę – najsłabszy z miotu, jak mawiano za 
jego   plecami   –   ukrywał   chude   członki   pod   fałdzistą   niebieską   szatą   i   płaszczem   o 
wywatowanych   ramionach,   bardziej   odpowiednim   dla   duchownego   niż   dowódcy   statku. 
Nawet jego tiara – wysoki stożek z czarnej tkaniny – sugerowała bogactwo i wysoki urząd.

Nawigator ubrany był podobnie, w długą szatę i tiarę, ale jego długi do ziemi płaszcz 

był  jednolicie   czarny   i   prostszy   w   kroju.   Odczytywał  dane   z   urządzeń  nawigacyjnych 
otaczających jego  muszlowaty fotel przy użyciu gogli, a jego usta zasłaniał  płaski, okrągły 
komunikator.

Pokładowym łącznościowcem „Strumienia Przychodów” był wyłupiastooki Sullustanin 

o   obwisłych   szczękach.   Operator   centralnego   komputera   pokładowego   był   Graninem   – 
trójokim osobnikiem  o koźlej  twarzy.  Zielonoskóry Ishi  Tib z  wydatnym  dziobem pełnił 
funkcję wicekwestora statku.

Dofine nienawidził obcych jako członków załogi, ale musiał ich znosić ze względu na 

pomniejsze koncerny żeglugowe, stowarzyszone z Federacją Handlową: niewielkie spółki w 
rodzaju Viraxo Shipping albo potężne stocznie, jak TaggeCo i HoerschKessel.

Wszystkie   inne   zadania   na   mostku   wykonywał  człekokształtny   robot.   Komandor 

ponownie   zaczął  przemierzać  mostek   w   tę  i   z   powrotem,   gdy   nagle   znów   odezwał  się 
Sullustanin.

–   Komandorze,   Zakłady   Wydobywcze   Dorvalli   informują,   że   ich   należność   została 

zaniżona o sto tysięcy republikańskich kredytów.

Dofine machnął lekceważąco długimi palcami.
– Powiedz im, żeby sprawdzili swoje rachunki.
Sullustanin przekazał słowa Dofine'a i czekał teraz na odpowiedź.
– Mówią, że to samo powiedział pan ostatnim razem, kiedy tu byliśmy.
Dofine westchnął teatralnie i wskazał na wielki okrągły ekran w tylnej części mostka.
– Wyświetl ją.
Powiększony  wizerunek  rudowłosej,  piegowatej   kobiety  rasy  ludzkiej  ukazał  się  na 

ekranie w tym samym momencie, gdy pojawił się przed nim Dofine.

–  Nic   mi  nie   wiadomo,  by kwota   zapłaty  była   niepełna  –  powiedział  bez   żadnych 

wstępów.

Oczy kobiety błysnęły.
– Nie kłam, Dofine. Najpierw dwadzieścia tysięcy, potem pięćdziesiąt, a teraz sto. Ile 

będziemy musieli stracić przy następnej okazji, gdy Federacja Handlowa zaszczyci Dorvallę 
wizytą?

Dofine rzucił porozumiewawcze spojrzenie na Ishi Tiba, który uśmiechnął się słabo w 

odpowiedzi.

–   Wasza   planeta   leży   na   uboczu   normalnych   szlaków   przestrzennych   –   powiedział 

spokojnie w stronę ekranu. – Równie daleko od Rimmiańskiego szlaku handlowego, jak i od 
Trasy   na   Korelię.   Ta   sytuacja   rodzi   dodatkowe   wydatki.   Oczywiście,   jeśli   jesteście 
niezadowoleni, zawsze możecie prowadzić interesy z jakimś innym koncernem.

Kobieta prychnęła.
– Z innym koncernem? Przecież nikogo tu nie dopuszczacie!
Dofine rozłożył długie ręce.

background image

– Cóż więc znaczy sto tysięcy kredytów więcej czy mniej?
– To wyzysk!
Kwaśna mina, jaką przybrał teraz Dofine, wyjątkowo dobrze pasowała do jego obwisłej 

twarzy.

– Proponuję, żeby złożyła pani skargę w Komisji Handlowej na Coruscant.
Kobieta prychnęła i zaczerwieniła się ze złości.
– To jeszcze nie wszystko, Dofine.
Dofine spróbował się uśmiechnąć.
–   Ach,   znowu   się   pani   myli.   –   Przerwał   transmisję,   odwracając   się   twarzą   do 

Neimoidianina. – Daj mi znać, gdy zakończymy załadunek.

W   głębiach   hangarów   roboty   nadzorowały   wyładunek   kapsuł  towarowych   ze   stacji 

przeładunkowych   wysoko   nad   pokładem.   Garbate   kapsuły   z   bulwiastymi   nosami,   które 
nadawały im zadziorny wygląd, wpływały do hangaru unosząc się na repulsorach, a następnie 
były   rozsyłane   w   zależności   od  ładunku   i   przeznaczenia,   wymalowanego   zakodowanymi 
znakami na kadłubach. Każdy hangar był podzielony na trzy wysokie na dwadzieścia pięter 
strefy, których granice wyznaczały rozsuwane wrota. Zazwyczaj najpierw  ładowano strefę 
trzecią, najbliższą punktu centralnego. Jednak kapsuły zawierające towary kierowane do portu 
przeznaczenia innego niż Coruscant lub pozostałe planety Jądra były kierowane do ładowni w 
strefie pierwszej lub drugiej niezależnie od tego, w którym momencie zostały wniesione na 
pokład.

Po całym hangarze kręciły się automaty strażnicze ze zmodyfikowanymi karabinami 

bojowymi   firmy   BlasTech,   z  których   część   miała   końcówki  dezintegrujące.   Podczas   gdy 
roboty   wykonawcze   przypominały   puste   w   środku   pniaki   z   licznymi   gałęziami   ramion, 
jednostki   PK   o   giętkich   szyjach,   pudełkowate   GNK   lub   płaskostope   binarne   podnośniki, 
wygląd robotów strażniczych zainspirowały najwyraźniej struktury kostne któregoś z licznych 
dwunożnych   gatunków   zamieszkujących   galaktykę.   Pozbawione   zaokrąglonej   głowy   i 
metalowej   muskulatury   swoich   bliskich   kuzynów   –   robotów   protokolarnych   –   roboty 
strażnicze miały wąskie czaszki w kształcie przepołowionego walca, zakończone z przodu 
procesorem   mowy,   a   od   tyłu   nasadzone   ukośnie   na   sztywną,   cofniętą   szyję.   Tym,   co 
odróżniało je od reszty, był jednak plecak z dopalaczem sygnalizatorów i sterczącą z niego 
ruchomą anteną.

Większość   robotów   ochraniających   „Strumień   Przychodów”   była   po   prostu 

końcówkami centralnego komputera frachtowca; niektóre z nich jednak zostały obdarzone 
szczątkową inteligencją. Czoła i piersi tych dowódców zdobiły żółte odznaki podobne do 
wojskowych, nie tyle ze względu na same roboty, co raczej na użytek istot z krwi i kości, 
przed którymi odpowiadały.

OLR-4 był jednym z robotów-dowódców.
Ściskając   karabin   blasterowy   w   obu   dłoniach,   zgięty   pod   kątem   w   poprzek   klatki 

piersiowej, robot stał  w strefie drugiej hangaru, dokładnie w połowie odległości pomiędzy 
wielkimi   grodziami   wyznaczającymi   granice   pomieszczenia.   OLR-4   rejestrował  oznaki 
ożywionej   działalności,   jaka   toczyła   się  wokół  niego   –   strumienie   kapsuł  towarowych 
sunących  do strefy trzeciej, hałas  innych  kapsuł  osiadających  na pokładzie,  nieprzerwane 
trzaski i zgrzyty pracujących maszyn  – ale robił  to tylko częścią świadomości. Zadaniem 
OLR-4,   powierzonym   mu   przez   centralny   komputer   pokładowy,   było   wypatrywanie 
wszelkich odstępstw od normalności: zjawisk nie mieszczących się w przedziale parametrów 
zdefiniowanych przez komputer.

Ogłuszający zgrzyt,  który towarzyszył  unoszeniu się  kapsuły towarowej, biorąc pod 

uwagę  rozmiary   statku,   mieścił  się  całkowicie   w   tym   przedziale.   Tak   samo   dźwięki 
dobywające się z wnętrza kapsuły, które można było przypisać przesuwającym się wewnątrz 

background image

towarom. Nie dało się jednak powiedzieć tego samego o syku powietrza uwalnianego przez 
zawory bezpieczeństwa ani o metalicznych stukach i zgrzytach, które poprzedziły powolne 
unoszenie się nietypowo dużej, okrągłej klapy przedniego włazu.

Długa   głowa   OLR-4   okręciła   się  wokół  osi,   a   jego   wypukłe   sensory   optyczne 

zatrzymały     się  na   kapsule.   Powiększony   i   wyostrzony   obraz   transmitowany   był  do 
centralnego komputera, który nieustannie porównywał go z bazą podobnych wizerunków.

Wszelkie odstępstwa od normy były rejestrowane. 
W   tym   samym   momencie,   gdy   fotoreceptory   OLR-4   przyglądały   się  badawczo 

unoszonej klapie włazu, dodatkowe roboty strażnicze pospieszyły, by zająć  pozycje po obu 
stronach podejrzanej kapsuły. OLR-4 wysunął  podobną  do buta stopę, przyjmując postawę 
bojową, i wycelował w kapsułę swój karabin.

Otwarta  klapa   powinna  była  ukazać   wnętrze  kapsuły,   zamiast   tego  jednak ujawniła 

kolejną, szczelnie zamkniętą. OLR-4 zdołał określić skład chemiczny wewnętrznej klapy, ale 
jego słabiutki  procesor nie potrafił  powiązać  wyników  w  żadną  logiczną  całość.  Było  to 
domeną centralnego komputera, który szybko rozwiązał tę zagadkę – jednak nie dość szybko.

Zanim OLR-4 zdołał się poruszyć, wewnętrzna klapa wystrzeliła z kapsuły jak taran, z 

dostateczną siłą, by posłać dwa roboty strażnicze i trzy robocze na sam środek hangaru. OLR-
4 i trzy pozostałe roboty natychmiast otworzyły ogień  w stronę  odstrzelonej klapy i samej 
kapsuły, ale blasterowe pociski odbijały się od nich rykoszetem po całej ładowni.

Dwa roboty wskoczyły na szeroki kadłub kapsuły,  chcąc zaatakować  urządzenia od 

tyłu, ale ich wysiłki na nic się nie zdały. Blasterowe strzały trafiły je wcześniej, rozrywając na 
cztery   części  jednego   i   prawie   całkowicie   rozsadzając   drugiego.   Dopiero   wtedy   OLR-4 
uświadomił sobie, mimo swojego skromnego procesora, że nieprzyjaciel znajdował się z tyłu 
tarana. A sądząc po precyzji strzałów, intruzi byli istotami z krwi i kości.

Z kapsułą sunącą powoli nad głową, wśród setek robotów wykonujących przydzielone 

im zadania i nieświadomych wymiany strzałów, OLR-4 rzucił  się  w bok, ostrzeliwując się 
równą serią, by znaleźć się na korzystniejszej pozycji. Blasterowe strzały świszczały nad jego 
głową i ramionami, przelatywały między nogami.

Tuż  przed   nim   dwa   z   robotów   straciły   głowy,   strącone   celnymi   strzałami.   Trzeci 

pozostał  nietknięty, ale i tak upadł  na pokład, oszołomiony nieustannym, zimnym ogniem 
wyładowań elektrycznych.

Wewnętrzne monitory OLR-4 podpowiedziały mu,  że jego blaster jest przegrzany i 

bliski wyczerpania. Choć  niewątpliwie  świadom sytuacji, centralny komputer nie odwołał 
rozkazów, więc OLR-4 nie przerwał  ognia, próbując skryć  się  za taranem. Po jego prawej 
stronie kolejny robot, zestrzelony, spadł  z dachu kapsuły, a jego rozszarpany tors wirował 
niezgrabnie,   opadając   na   pokład,   gdzie   zmiażdżyła   go   osiadająca   kapsuła.   Inny   robot, 
pozbawiony nogi, podskakiwał  nie przerywając ognia, dopóki nie odstrzelono mu drugiej. 
Wtedy   upadł,   tocząc   się  bezwładnie   po   pokładzie   wśród   iskier   strzelających   z   jego 
syntezatora mowy.

OLR-4 uskakiwał to w prawo, to w lewo, unikając blasterowych strzałów. Prawie dotarł 

już do kapsuły, gdy został trafiony w prawe ramię, a siła wystrzału okręciła go wokół własnej 
osi. Zatoczył  się, ale zdołał  utrzymać  się  w pionie, dopóki nie trafiono go w lewe ramię. 
Wirując,   wylądował  na  plecach,  z   nogami   zaklinowanymi  pod  kapsułą.  Patrząc   do  góry, 
zarejestrował  kątem oka zbrojny oddział, który wtargnął  na pokład frachtowca: kilkanaście 
dwunożnych istot żywych, ubranych w mimetyczne kombinezony i czarne zbroje, z twarzami 
ukrytymi   za   aparatami   do   recyrkulacji   powietrza,   zaopatrzonych   w   urządzenia   do 
odzyskiwania tlenu, przypominających długie kły.

Fotoreceptory OLR-4 skupiły się  na istocie rasy ludzkiej, której długie czarne włosy 

opadały w lokach na szerokie ramiona. Serwomotory prawej dłoni robota zacisnęły się  na 
pręcie spustowym blastera, ale jedyną  odpowiedzią  przeciążonej broni był żałosny syk, po 

background image

którym blaster odmówił dalszej pracy.

– O-och – jęknął OLR-4.
Długowłosy mężczyzna spojrzał na niego, odwrócił się i wypalił.
Czujniki   ciepła   OLR-4   przekroczyły   przewidzianą   dla   nich   skalę,   a   przeciążone 

systemy   zawyły.   Zanim   stopiły   się   wszystkie   obwody,   robot   przekazał   ostatni   obraz   do 
centralnego komputera, po czym przestał istnieć.

Uspokajający szum urządzeń na mostku „Strumienia Przychodów” przerwał zgrzytliwy 

ton dobiegający z matrycy skanera. Sunąc wzdłuż rampy dowodzenia, Daultay Dofine zapytał 
o powód hałasu robota stojącego przy skanerze.

–   Monitory   dalekiego   zasięgu   donoszą   o   pojawieniu   się   grupy  niewielkich   statków 

zbliżających   się   w   naszym   kierunku   z   maksymalną   prędkością   –   odpowiedział   robot 
monotonnym, metalicznym głosem.

– Co? Co powiedziałeś?
Dalszych wyjaśnień udzielił Sullustanin.
– Identyfikatory rozpoznały statki typu CloakShape i jedną kanonierkę klasy Tempest.
Dofine'owi szczęka opadła ze zdumienia.
– To atak?
– Komandorze – odezwał się znów robot – statki nadal się zbliżają.
Dofine machnął gwałtownie w stronę wielkich monitorów.
– Chcę je zobaczyć! – Ruszył w stronę ekranu, gdy nagle usłyszał inny niepokojący 

dźwięk,   tym   razem   dochodzący   ze   stanowiska   operatora   systemów   statku,   również 
ulokowanego poniżej rampy.

– Centralny komputer informuje o zakłóceniach w strefie pierwszej hangaru, w prawym 

ramieniu statku.

Dofine spojrzał na Granina.
– Jaki rodzaj zakłóceń?
– Roboty ostrzeliwują jedną z kapsuł towarowych.
– Bezmyślne maszyny! Jeśli zniszczą ładunek...
– Komandorze, ekran pokazuje już myśliwce – zameldował Sullustanin.
– Może to tylko spięcie – zasugerował Granin.
Dofine popatrywał  czerwonymi oczami to na jednego członka załogi, to na drugiego, 

czując rosnący niepokój.

–   Gwiezdne   myśliwce   zmieniają   kurs.   Formacja   rozpada   się   na   dwa   oddziały.   – 

Sullustanin odwrócił się w stronę Dofine'a. – Lecą w szyku charakterystycznym dla Frontu 
Mgławicy.

– Front Mgławicy! – Dofine pospieszył w stronę ekranu i wskazał palcem czarny kształt 

kanonierki. – Ten statek to...

– „Jastrzębionietoperz” – powiedział szybko Sullustanin. – Statek kapitana Cohla.
–   To   niemożliwe!   –   prychnął   Dofine.   –   Nie   dalej   jak   wczoraj   widziano   go   na 

Malastarze.

Żuchwy Sullustanina drżały lekko, gdy wpatrywał się w ekran.
– Ale to jego statek. A tam, gdzie pojawia się  „Jastrzębionietoperz”, musi być  i sam 

Cohl.

– Myśliwce przegrupowują się do ataku – zameldował  robot. Dofine zwrócił się w 

stronę nawigatora.

– Uruchomić systemy obrony!
– Centralny komputer melduje, że w prawym hangarze nadal trwa strzelanina. Osiem 

robotów strażniczych zostało zniszczonych.

– Zniszczonych?

background image

– Systemy obrony mają na celu gwiezdne myśliwce Frontu Mgławicy. Tarcze ochronne 

podniesione.

– Myśliwce strzelają!
W prostokątnych iluminatorach eksplodowało nagle jasne światło, a mostek zadrżał od 

wstrząsu dość silnego, by przewrócić robota.

– Turbolasery odpowiadają ogniem!
Dofine   odwrócił  się  w   stronę  iluminatorów   w   samą  porę,   by   zobaczyć  kreski 

pulsującego czerwonego światła z centralnie zamontowanych baterii laserowych.

– Gdzie są najbliższe posiłki?
– W najbliższym systemie słonecznym – powiedział nawigator. – To „Akwizytor”. Jest 

lepiej uzbrojony niż „Strumień Przychodów”.

– Wyślij prośbę o wsparcie!
– Czy to rozsądne, komandorze?
Dofine   rozumiał  jego   zastrzeżenia.   Prośba   o   ratunek   zawsze   była   poniżająca.   Ale 

Dofine był  pewien,  że zrekompensuje upokorzenie, jeśli zdoła ocalić ładunek „Strumienia 
Przychodów”.

– Rób, co powiedziałem – polecił nawigatorowi.
– Myśliwce przegrupowują się do ponownego ataku – zameldował Sullustanin.
– Gdzie są nasze myśliwce? Dlaczego nie ruszają do kontrataku?
– Odwołał je pan, komandorze – przypomniał nawigator. Dofine machnął gwałtownie 

ręką.

– No to wypuść je, ale już!
– Centralny komputer prosi o zgodę na odcięcie strefy drugiej prawego hangaru.
– Potwierdzam! – zawołał Dofine. – Odetnij ją, szybko!

background image

ROZDZIAŁ 2

Zamaskowana   grupa,   która   wtargnęła   na   pokład   „Strumienia   Przychodów”,   była 

prawdziwą   zbieraniną,   równie   zróżnicowaną,   jak   załogi   gwiezdnych   myśliwców,   które 
zapewniały im wsparcie: ludzie i istoty innych ras, płci męskiej lub żeńskiej, krępi i szczupli. 
Ubrani   w   maskujące   kombinezony   i   matowe,   czarne   zbroje,   w   butach   bojowych   z 
przyssawkami i goglach, wypadli zza tarana, który pozwolił im zaatakować z zaskoczenia, 
ostrzeliwując   się   z   najnowocześniejszej   broni   zaczepnej   i   zawieszonych   na   ramionach 
zakłócaczy pola.

Garstka robotów, które  trzymały się  jeszcze  na nogach, padła na pokład, oderwane 

kończyny pryskały na wszystkie strony.

Mężczyzna,   w   którego   nie   trafił  OLR-4,   odważnie   wyszedł  na  środek   hangaru, 

sprawdził  odczyt   na   komunikatorze   noszonym   na   nadgarstku,   po   czym   zdjął  aparat   do 
recyrkulacji powietrza i gogle.

W powietrzu pozostał przenikliwy zapach walki – ozonu i stopionego metalu.
–   Atmosfera   zdatna   do   oddychania   –   oznajmił   pozostałym   członkom   grupy.   –   Ale 

poziom tlenu niski, jak na czterech tysiącach metrów. Zdejmijcie maski, ale miejcie je pod 
ręką... zwłaszcza wszyscy uzależnieni od t'bac.

Przy wtórze stłumionych śmiechów oddział wykonał polecenie.
Po zdjęciu aparatu twarz mężczyzny nadal przypominała maskę – ciemna skóra, gęsta 

broda i sztywne czarne włosy, a na czole, od skroni do skroni, wytatuowany rząd małych 
rombów. Fiołkowe oczy beznamiętnie analizowały uszkodzenia.

W zasięgu wzroku nie było ani jednego robota strażniczego, ale szczątki tych, które 

unicestwili,   zaśmiecały   pokład.   Roboty   wykonawcze   kontynuowały   swoje   zadania, 
niezmordowanie kierując kilka kapsuł do ich miejsc przeznaczenia.

Jeden z ludzi kopnął na bok uszkodzone ramię robota strażniczego.
– Te urządzenia mogą stać się niebezpieczne, jeśli kiedyś nauczą się myśleć jak należy.
– I strzelać jak należy – dodał brodacz.
– Niech pan to powie Rasperowi, kapitanie Cohl – powiedział Boiny, Rodianin. – To 

robot   go  wykończył.   –   Boiny,   zielonoskóry   samiec   o   okrągłych   oczach,   podrapał   się   po 
gęstych, giętkich, żółtych kolcach porastających ryjek.

– Miał robot szczęście, i tyle – zauważyła Rodianka.
–   To   nie   znaczy,   że   macie   traktować   to   tutaj   jako   ćwiczenia   –   ostrzegł   Cohl, 

przyglądając się każdemu po kolei. – Komputer centralny przyśle tu niedługo dodatkowe 
jednostki, a mamy do przejścia prawie kilometr, zanim dotrzemy do mostka.

Intruzi   rozejrzeli   się   po   zaokrąglonym   hangarze,   którego   sklepienie   ginęło   gdzieś 

wysoko. Ponad głowami mieli masywne dźwigary i belki, wyciągarki, tunele naprawcze i 
wyciągi – plątanina przewodów w rzadkiej atmosferze.

Kobieta rasy ludzkiej – jedyna w tym gronie – gwizdnęła cicho.
– Na krańce gwiazd, można by tu pomieścić całą armię inwazyjną.
Miała   skórę   równie   ciemną   jak   Cohl   i   krótkie   brązowe   włosy,   okalające   szczupłą, 

trójkątną twarz.

–   To   by   oznaczało,   że   muszą   wydać   cząstkę   swoich   zysków,   Rella   –   powiedział 

mężczyzna. – A Neimoidianie robią to tylko wtedy, gdy chcą sobie kupić nowe szaty.

Boiny wybuchnął piskliwym śmiechem.
– Wyhodujesz sobie niedożywioną neimoidiańską larwę, i tyle!
Cohl wskazał brodą na dwóch innych członków załogi.
– Zostańcie przy kapsule. Odezwiemy się, jak opanujemy mostek. – Odwrócił się w 

stronę pozostałych. – Zespół pierwszy, weźcie zewnętrzny korytarz. Reszta idzie ze mną.

background image

„Strumień Przychodów” zatrząsł się lekko. W oddali słychać było stłumione eksplozje. 

Cohl nadstawił ucha.

– To pewnie nasze statki.
W   hangarze   rozdzwoniły   się  syreny   alarmowe.   Pracujące   roboty   przerwały 

wykonywane czynności, gdy basowy łoskot przetoczył się pod ich stopami.

Rella spojrzała na przeciwległą grodź.
– Odcinają hangar.
Cohl dał znak zespołowi pierwszemu.
– Ruszajcie. Spotkamy się przy turbowindach na sterburcie. Nastawcie kombinezony na 

pulsowanie,   to   powinno   zmylić   roboty...   i   nie   szafujcie   pociskami   ogłuszającymi.   I 
pamiętajcie, żeby kontrolować poziom tlenu.

Zrobił parę kroków, ale zatrzymał się.
– Jeszcze jedno: jak was trafi robot, koszty leczenia w zbiorniku z bactą potrącę z 

waszej wypłaty.

Daultay Dofine stał  sztywno na rampie mostka, patrząc, jak bezlitosne statki Frontu 

Mgławicy atakują jego okręt.

Zbieranina   gwiezdnych   myśliwców   runęła   na   „Strumień   Przychodów”   pełną   mocą 

rzucając się na potężne ramiona frachtowca i trójsilnikową rufę jak drapieżne ptaki na ofiarę. 
Wiele z pilotowanych przez roboty statków zostało anihilowanych, gdy tylko wyłoniły się zza 
pola ochronnego „Strumienia Przychodów”.

Rozochocone  łatwym   zwycięstwem,   statki   wroga   przedarły   się  przez   krąg 

zakrzywionych  ramion, ostrzeliwując z bliska wieże dowodzenia w centralnej kuli. Ogień 
dział  jonowych   kanonierki   nadwerężał  tarcze   ochronne   „Strumienia   Przychodów”. 
Gwałtowne rozbłyski światła rozlewały się po iluminatorach mostka. Jedyne, co mógł zrobić 
Dofine, to twardo stać na mostku, przeklinając pod nosem terrorystów.

W zamian za przywilej wyłączności na handel z peryferyjnymi systemami gwiezdnymi, 

Federacja Handlowa zobowiązała się wobec galaktycznego senatu na Coruscant, że zadowoli 
się  potęgą  handlową  nie próbując budować  militarnej, opartej na sile marynarki wojennej. 
Jednak im dalej od Jądra zapuszczały się  frachtowce Federacji, tym częściej padały ofiarą 
piratów   i   terrorystów   w   rodzaju   bojowników   z   Frontu   Mgławicy,   której   wielu   członków 
miało porachunki nie tylko z Federacją Handlową ale i samym rządem na Coruscant.

W rezultacie senat zgodził  się, by frachtowce wyposażono w broń  obronną  w obawie 

przed atakami w niepatrolowanych systemach rozrzuconych pomiędzy większymi szlakami 
handlowymi i hiperprzestrzennymi. To jednak zmusiło tylko napastników do modernizacji 
uzbrojenia, która z kolei wymagała okresowej wymiany sprzętu obronnego na frachtowcach 
Federacji Handlowej.

Niepokoje na Środkowych i Odległych Rubieżach – w tak zwanych strefach wolnego 

handlu – stały się od tego czasu chlebem powszednim. A Coruscant była daleko, nawet przy 
prędkościach nadświetlnych,  i nie zawsze łatwo było  ustalić,  kto zawinił i kto wystrzelił 
pierwszy. Zanim sprawa trafiała do sądu, jedynymi dowodami były już tylko oświadczenia 
stron i rozstrzygnięcie stawało się niemożliwe.

Sprawy   Federacji   Handlowej   mogły   się   potoczyć   inaczej,   gdyby   nie   Neimoidianie, 

którzy słynęli ze skąpstwa. Kiedy przyszło im uzbrajać swoje olbrzymie frachtowce, szukali 
najtańszych dostawców i uparcie twierdzili, że ich największą troską jest ochrona ładunku.

Wbrew wszelkiemu rozsądkowi Neimoidianie zarządzili, by poczwórne baterie laserów 

zamontować  na   zewnętrznych  ścianach   ramion   hangarów.   Choć  umieszczenie   baterii   w 
płaszczyźnie   równikowej   sprawdzało   się  przy   bocznych   atakach,   okazało   się  całkowicie 
nieskuteczne w przypadku napaści z góry lub z dołu, gdzie mieściły się  prawie wszystkie 
najważniejsze   systemy   statków:   generatory   promienia  ściągającego   i   tarcz   ochronnych, 

background image

reaktory hipernapędu i centralny komputer pokładowy.

Federacja Handlowa była więc zmuszona inwestować w silniejsze i lepsze generatory 

tarcz,   grubsze   pancerze,   a   w   końcu   i   w   oddziały   gwiezdnych   myśliwców.   Przydziały 
myśliwców   podlegały   jednak   regulacjom   senatu   i   frachtowce   w   rodzaju   „Strumienia 
Przychodów” często okazywały się bezbronne wobec ataków okrętów pilotowanych przez 
doświadczonych napastników.

Świadom tych  ograniczeń, Daultay Dofine bezsilnie patrzył, jak statek z  ładunkiem 

rudy lommitu wymyka mu się z rąk.

– Tarcze pracują na połowie mocy – zameldował Granin z drugiego końca mostka. – 

Ale jesteśmy w niebezpieczeństwie. Jeszcze kilka ataków i tarcze padną.

– Gdzie jest „Akwizytor”? – jęknął Dofine. – Powinni już tu być!
Seria z kanonierki Frontu Mgławicy – osobistej jednostki kapitana Cohla – targnęła 

mostkiem. Jak Dofine przekonał się podczas wcześniejszych potyczek, sam rozmiar statku nie 
gwarantował ochrony, nie mówiąc już o zwycięstwie, a trzykilometrowa średnica frachtowca 
sprawiała jedynie, że był celem, w który trudno nie trafić.

– Moc tarcz spadła do czterdziestu procent.
–   Baterie   laserów   od   pierwszej   do   szóstej   nie   odpowiadają   –   dodał   Sullustanin.   – 

Myśliwce koncentrują ostrzał na generatorze tarcz i reaktorach napędu.

Dofine gniewnie zacisnął usta.
– Wydaj  rozkaz głównemu komputerowi, by uaktywnił wszystkie roboty,  wszystkie 

systemy obronne statku i przygotował się do odparcia napastników! – ryknął. – Kapitan Cohl 
nie postawi nogi na tym mostku. Po moim trupie!

W   prawym   ramieniu   hangarów   zespół   kapitana   Cohla   przedarł   się   z   trudem   przez 

zamykające   się   grodzie.   Wszystkie   urządzenia   w   strefie   trzeciej   sprzysięgły   się,   by   nie 
pozwolić   im   posunąć   się   choćby   o   metr   w   stronę   szybu   kompensacji   przyspieszenia, 
łączącego centrosferę z bocznymi ramionami.

Dźwigi nad ich głowami spuszczały na nich ciężkie haki; wieże wiertnicze przewracały 

się, zastępując im drogę; podnośniki binarne prześladowały ich jak senny koszmar, a poziom 
tlenu skakał w górę i w dół. Nawet roboty wykonawcze przyłączyły się do walki, ciskając w 
nich przecinakami łączy i kalibratorami mocy, jakby to były miotacze ognia i wibroostrza.

– Centralny komputer zwrócił cały statek przeciwko nam! – krzyknął Cohl.
Rella wystrzeliła do ścigającej ich grupy robotów PK uzbrojonych w hydroklucze.
– A czego się spodziewałeś, Cohl? Że podejmą nas jak królów?
Cohl skierował gestem Boiny'ego, Rellę i resztę zespołu w stronę ostatniej grodzi, która 

oddzielała   ich   od   turbowind   prowadzących   do   centralnej   kuli.   Rozrzedzone   powietrze 
wypełniało wycie syren alarmowych. Krzyżujące się promienie blastera, odbijane rykoszetem 
od ścian, tworzyły pirotechniczne widowisko godne parady w Dniu Republiki na Coruscant.

Cohl strzelił w biegu; stracił już rachubę, ile robotów wyeliminował i ile ładunków gazu 

do blastera zużył. Dwóch członków jego zespołu postrzeliły roboty, ale ani on, ani reszta nie 
mogli wiele zrobić, żeby pomóc rannym. Jeśli dopisze szczęście, uda im się dotrzeć do punktu 
zbornego, nawet jeśli będą musieli się tam doczołgać. Ścigana przez trzy binarne podnośniki 
drużyna   przebiegła   przez   ostatnią   gródź   I   zaczęła   się   przebijać   do   najbliższego   rzędu 
turbowind.

Klapa włazu prowadzącego do tuneli transferowych była zamknięta.
– Boiny! – krzyknął Cohl.
Rodianin schował blaster do kabury i ruszył do przodu. Obejrzał sobie klapę od góry do 

dołu, po czym podszedł do panelu sterującego wbudowanego w ścianę obok. Przygotowując 
się do złamania kodu, potarł dłonie i strzelił długimi placami zakończonymi przyssawkami. 
Zanim zdążył dotknąć klawiszy na panelu, Cohl walnął go pięścią w tył głowy.

background image

– Co to za popisy? – zapytał groźnie. – Po prostu rozwal panel!
Dofine spacerował nerwowo po rampie, gdy nagle klapa włazu na mostek eksplodowała 

i wpadła do środka, wyzwalając falę paraliżującego gorąca, która przewróciła go na pokład.

Szóstka   członków   drużyny   Cohla   wpadła   do   środka   w   kłębach   dymu;   mimetyczne 

kombinezony pozwalały im zlać się praktycznie nawet z wypolerowanymi ścianami mostka. 
Szybko i sprawnie rozbroili Granina i wstrzelili ograniczniki w piersi robotów.

Cohl przywołał gestem jednego ze swoich ludzi do stanowiska łączności.
– Połącz się z „Jastrzębionietoperzem”. Powiedz im, że opanowaliśmy mostek. Niech 

myśliwce ustawią się w szyku obronnym i przygotują do osłaniania naszego odwrotu.

Innego ze swoich żołnierzy skierował do stanowiska Granina.
–   Rozkaż   centralnemu   komputerowi,   żeby   się   uspokoił.   Niech   otworzy   wszystkie 

grodzie w hangarach.

Mężczyzna kiwnął głową i zeskoczył z rampy.
Wstukał kod do komunikatora na nadgarstku i uniósł go do ust.
– Zespół bazowy, mamy mostek. Przenieście kapsułę do strefy trzeciej i posadźcie jak 

najbliżej portalu w wewnętrznej ścianie hangaru.

Cohl   wyłączył   komunikator.   Omiótł   wzrokiem   zakładników,   zatrzymał   wzrok   na 

Dofine'ie i wyjął blaster.

Dofine, z rękami uniesionymi w geście poddania, cofnął się o dwa kroki, widząc, że 

Cohl podchodzi do niego.

– Zastrzeliłby pan nieuzbrojoną istotę, kapitanie Cohl?
Cohl przycisnął lufę blastera do klatki piersiowej komandora.
– Zastrzeliłbym nieuzbrojonego Neimoidianina i nadal mógłbym spać spokojnie.
Przyglądał się Dofine'owi przez dłuższą chwilę, po czym schował broń do kabury I 

zwrócił się w stronę Rodianina.

– Boiny, bierz się do roboty. Tylko szybko.
Odwrócił się z powrotem.
– Gdzie jest reszta pańskiej załogi, komandorze?
Donnę musiał przełknąć ślinę, zanim był w stanie wydać z siebie głos.
– Wracają promem z Dorvalli.
Cohl kiwnął głową.
– Świetnie, to uprości sprawę.
Dźgając Dofine'a palcem wskazującym w klatkę piersiową, szedł za nim wzdłuż rampy 

spacerowej, aż doszli do fotela nawigatora. Tam dźgnął go po raz ostatni, strącając z kładki 
prosto w fotel, a sam zeskoczył za nim.

– Musimy porozmawiać o pańskim ładunku, komandorze.
– O ładunku? – zająknął się Dofine. – Lommit, dostawa na Sluis Van.
– Do diabla z rudą – warknął Cohl. – Miałem na myśli aurodium.
Dofine starał się nie wybałuszać zanadto swoich czerwonych oczu, ale kiepsko mu to 

wychodziło.   Jego   membrany   powiekowe   zadrżały,   a   potem   podniosły   się   i   opadły 
kilkakrotnie.

– Aurodium?
Cohl nachylił się w jego stronę.
– Masz na pokładzie dwa miliardy w sztabach aurodium.
Komandor zesztywniał pod wpływem wzroku Cohla.
– Pan... pan się myli, kapitanie. „Strumień Przychodów” przewozi rudę.
Cohl wyprostował się na całą imponującą wysokość.
– Powtórzę to tylko raz: przewozisz sztaby aurodium... łapówki zebrane od światów 

Odległych Rubieży, żeby zagwarantować im błogosławieństwo Federacji Handlowej.

Choć przerażony, Dofine nie mógł się powstrzymać od sarkazmu:

background image

– A więc chodzi wam tylko o pieniądze. A ja słyszałem, że osławiony kapitan Cohl to 

idealista. Teraz widzę, że to zwykły złodziej.

Cohl niemal się uśmiechnął.
– Nie każdy może być złodziejem licencjonowanym, jak ty i twoja banda.
– Federacja Handlowa nie posługuje się przemocą i mordem, kapitanie.
Cohl złapał Dofine'a za ozdobną szatę i uniósł nad fotel.
– Akurat! – pchnął Dofine'a z powrotem. – Ale tym zajmiemy się kiedy indziej. Teraz 

liczy się tylko aurodium.

– A gdybym odmówił wydania sztab?
Nie   spuszczając   wzroku   z   Dofine'a,   Cohl   wskazał   ruchem   głowy   na   swojego 

rodiańskiego towarzysza.

– Ten tam, Boiny, montuje właśnie detonator termiczny w systemie kontroli przepływu 

paliwa   „Strumienia   Przychodów”'.   Jak   rozumiem,   urządzenie   zainicjuje   eksplozję 
dostatecznie silną, by zdmuchnąć twój statek za... Boiny?

– Za sześćdziesiąt minut, kapitanie! – odkrzyknął Boiny, unosząc do góry metalową 

kulę wielkości śmierdzimelona.

Cohl wyciągnął z kieszeni na nogawce kamuflującego kombinezonu przedmiot, który 

przylepił do wnętrza lewej dłoni Dofine'a. Ten spojrzał w dół i zobaczył, że to timer, który 
zaczął już odliczać czas. Uniósł wzrok, napotykając twarde spojrzenie Cohla.

– To co z tymi sztabami? – spytał Cohl. Dofine skinął głową.
– Dobrze, w porządku... jeśli obiecasz, że oszczędzisz statek.
Cohl roześmiał się.
– „Strumień Przychodów” to już przeszłość. Ale masz moje słowo, że oszczędzę twoje 

życie, jeśli będziesz robił, co ci każę.

Dofine spojrzał zezem.
– W takim razie dożyję twojej egzekucji.
Cohl wzruszył ramionami.
– Nigdy nic nie wiadomo, komandorze. – Wyprostował się i uśmiechnął do Relli. – A 

nie mówiłem? Poszło jak z pła...

– Kapitanie! – przerwał człowiek Cohla ze stanowiska łączności. – Z nadprzestrzeni 

wyskoczył   właśnie   statek.   Skanery   tożsamości   pokazują,   że   to   „Akwizytor”,   frachtowiec 
Federacji.

Rella cmoknęła.
– Co pan mówił, kapitanie?
Spojrzenie, jakim Cohl obrzucił Dofine'a, wyrażało autentyczne zaskoczenie.
–   Może   nie   jesteś   tak   tępomózgi,   na   jakiego   wyglądasz.   –   Wskoczył   na   rampę 

spacerową, by wyjrzeć  przez iluminatory.  Dołączyła  do niego Rella.  – Zmiana planów – 
oznajmił. – „Akwizytor” wypuści na nas gwiezdne myśliwce, gdy tylko znajdziemy się w ich 
zasięgu.   Przekaż   rozkaz   na   „Jastrzębionietoperza”,   żeby   wciągnęli   je   w   obręb  ramion 
frachtowca.

Dofine pozwolił sobie na uśmiech zadowolenia.
– Być może będzie pan musiał się obyć bez swego skarbu, kapitanie.
Cohl spojrzał na niego spode łba.
–   Nie   ruszę   się   stąd   bez   niego,   komandorze.   Pan   też   nie.   –   Złapał   Dofine'a   za 

nadgarstek, żeby spojrzeć na timer. – Pięćdziesiąt pięć minut.

– Cohl! – powiedziała Rella znacząco. Popatrzył na nią z ukosa.
– Nie ma aurodium, nie ma zapłaty, kochanie.
Zagryzła idealnie wykrojoną dolną wargę.
– To prawda, ale powinniśmy być żywi, żeby móc ją wydać.
Potrząsnął głową.

background image

– Nie mam w kartach śmierci... przynajmniej nie w tym rozdaniu.
W pobliżu mostka myśliwiec Frontu Mgławicy, ścigany promieniami zabójczej energii, 

rozpadł się w chmurze szczątków i rozgrzanego do białości gazu.

– „Akwizytor” zaczął ostrzał – zameldował jeden z najemników.
Na twarzy Relli pojawił się niepokój.
Cohl zignorował spojrzenie, które rzuciła w jego stronę. Wyrwał szarpnięciem Dofine'a 

z fotela, wciągnął go na rampę i pchnął w kierunku wyważonej klapy włazu na mostek.

– Mamy mało czasu, komandorze. Nasze okno wylotowe właśnie zaczęło się zamykać.

background image

ROZDZIAŁ 3

W   chaosie   i   mroku   panującym   w   prawym   ramieniu   hangarów   ostatnia   z   kapsuł 

sunących na repulsorach w stronę doku w strefie trzeciej nie przyciągnęła niczyjej uwagi. 
Kształtem przypominająca nieco bulwę, była większa od innych kapsuł w strefie trzeciej, 
choć nie tak duża jak ta, którą przechwycił Front Mgławicy, i dużo mniejsza od niektórych 
barek przewożących rudę. Co więcej, nic w jej wyglądzie nie sugerowało, że podobnie jak 
statek terrorystów, ma na pokładzie żywe istoty.

Przypięci pasami do ustawionych plecami do siebie foteli siedzieli dwaj mężczyźni, 

których ubiór był całkowitym przeciwieństwem stroju Daultaya Dofine'a. Ich jasne tuniki i 
spodnie były  luźne i pozbawione ozdób, długie do kolan buty zrobiono ze skóry nerfa, nie 
mieli też żadnej biżuterii, tiar ani diademów.

Skromne stroje tylko podkreślały otaczającą ich aurę tajemniczości.
Fałszywa   kapsuła   towarowa   nie   miała   żadnych   iluminatorów,   ale   kamery   ukryte   w 

poszyciu kadłuba przekazywały do wnętrza obrazy z wnętrza hangaru.

Obserwując bałagan, jaki pozostawiła po sobie drużyna kapitana Cohla, młody człowiek 

na przednim siedzeniu zauważył nosowym głosem:

– Kapitan Cohl pozostawił nam łatwy ślad, mistrzu.
– Rzeczywiście, padawanie. Ale ślad, który prowadzi cię do lasu, może nie być tym, po 

którym chciałbyś ten las opuścić. Rozciągnij swoje zmysły, Obi-Wanie.

Dosłownie   wciśnięty   w   tylne   siedzenie   starszy   mężczyzna   górował   nad   młodszym 

również wzrostem. Szeroką twarz okalała gęsta broda, a bujne, siwiejące włosy, zebrane do 
tyłu, odsłaniały szlachetne, łagodnie zarysowane brwi. Miał przenikliwe niebieskie oczy i 
wydatny nos, spłaszczony na końcu, jakby złamał go kiedyś tak pechowo, że nawet kuracja w 
płynie bacta nie mogła mu pomóc.

Nazywał się Qui-Gon Jinn.
Jego   towarzysz   siedzący   za   sterami   kapsuły,   Obi-Wan   Kenobi,   miał   młodzieńczą, 

gładko ogoloną twarz, rozszczepiony na czubku podbródek i wysokie, proste czoło. Ciemne 
włosy nosił krótko przycięte, z wyjątkiem pojedynczego, cienkiego warkoczyka, opadającego 
zza prawego ucha na ramię – symbolu statusu padawana. Słowo to, używane w zakonie, do 
którego należeli Qui-Gon i Obi-Wan, oznaczało ucznia lub protegowanego.

Zakon ten znany był pod nazwą rycerzy Jedi.
– Mistrzu, czy widzisz jakiś znak na ich statku? – zapytał przez ramię Obi-Wan.
Qui-Gon   odwrócił   się,   by   wskazać   otwartą   kapsułę   na   lewym   dolnym   ekranie 

umieszczonym ponad głową Obi-Wana.

– To ten. Planują widać wystrzelenie go z portalu w wewnętrznej ścianie pierścienia 

hangaru. Posadź naszą kapsułę w pobliżu, ustawioną włazem w przeciwną stronę. Tylko zrób 
to ostrożnie, żeby nie zwracać na nas uwagi. Cohl na pewno wystawi wartę.

– Czy życzysz sobie przejąć stery, mistrzu? – zapytał urażony Obi-Wan.
Qui-Gon uśmiechnął się do siebie.
– Tylko jeśli jesteś zmęczony, padawanie.
Obi-Wan zacisnął usta.
– Oczywiście, że nie jestem zmęczony,  mistrzu. – Przez chwilę patrzył  na ekran. – 

Chyba mam dla nas odpowiednie miejsce.

Jakby kierowana przez roboty nadzorujące ruch w hangarze, kapsuła osiadła na czterech 

okrągłych   wysięgnikach   ładowniczych.   Obaj   Jedi   w   milczeniu   przyglądali   się   obrazom 
transmitowanym przez kamery. Minęła długa chwila, zanim z kapsuły Cohla wyszli dwaj 
mężczyźni w maskach tlenowych i z karabinami rozpraszaczy pola w rękach.

– Miałeś rację, mistrzu – powiedział pojednawczo Obi-Wan. – Cohl staje się coraz 

background image

bardziej przewidywalny.

– Miejmy nadzieję, Obi-Wanie.
Jeden z wartowników okrążył kapsułę i wrócił do włazu, przy którym czekał drugi.
– Teraz mamy szansę – powiedział Qui-Gon. – Wiesz, że...
– Wiem, co mam robić, mistrzu. Nie rozumiem tylko, dlaczego. Moglibyśmy wziąć 

Cohla z zaskoczenia, tu i teraz.

–   Dużo   ważniejsze   jest   zlokalizowanie   bazy   Frontu   Mgławicy,   padawanie.   Wtedy 

przyjdzie czas na rozprawienie się z Cohlem.

Qui-Gon   włożył   do   ust   niewielki   aparat   oddechowy   i   dotknął   przełącznika,   który 

otwierał okrągłą klapę włazu. Obaj Jedi wyszli do hangaru, skąpanego w czerwonym świetle 
lamp alarmowych.

Żaden   przedmiot   nie   ucieleśniał   wyobrażenia   o   rycerzach   Jedi   bardziej   niż 

wypolerowane  metalowe  cylindry,  które Qui-Gon i Obi-Wan nosili przypięte  u pasa pod 
płaszczami.   Pas   zawierał   przegródki   mieszczące   mnóstwo   przydatnego   ekwipunku,   więc 
można   by   łatwo   uznać   te   trzydziestocentymetrowej   długości   cylindry   za   swego   rodzaju 
narzędzia – i rzeczywiście za takie uważali je Jedi. W rzeczywistości była to jednak broń 
światła, zarówno w sensie faktycznym,  jak i przenośnym,  używana przez Jedi od tysięcy 
pokoleń w podjętej przez nich dobrowolnie służbie na rzecz Republiki w roli strażników 
pokoju i sprawiedliwości.

Skupiający   światło   kryształ   stanowiący   serce   miecza   świetlnego   nie   był   jednak 

prawdziwym   źródłem   potęgi   Jedi;   tę   czerpali   z   wszechobecnego   pola   energetycznego, 
generowanego przez wszelkie formy życia  i spajającego galaktykę,  które nazywali Mocą. 
Zakon poświęcił dziesiątki tysięcy lat na studiowanie i kontemplację Mocy, a produktami 
ubocznymi tych studiów stały się umiejętności wykraczające poza wszystko, do czego zdolne 
były zwykłe istoty: zdolność poruszania obiektów na odległość siłą woli, wpływania na myśli 
słabszych   umysłowo   jednostek,   wgląd   w   przyszłe   wydarzenia.   Przede   wszystkim   jednak 
posiedli   umiejętność   zespolenia   swojego   umysłu   z   wszelkimi   formami   życia,   a   przez   to 
zjednoczenia się z samą Mocą.

Poruszając  się  nadnaturalnie  cicho  i  szybko,  Qui-Gon  zbliżył  się  do  kapsuły  Cohla. 

Rękojeść miecza świetlnego ściskał w prawej dłoni i przy każdej nadarzającej się okazji krył 
się za innymi kapsułami. Przy panującym w hangarze hałasie wiedział, że nie będzie  łatwo 
odwrócić uwagę wartowników. Musiał jednak zyskać choć kilka chwil dla Obi-Wana.

Na wypukłym nosie jednej z kapsuł leżały szczątki górnej części korpusu i wydłużonej 

głowy  robota bojowego. Zerkając w stronę wartowników Cohla, Qui-Gon włączył przycisk 
aktywatora świetlnego miecza, umieszczony ponad jego żłobkowaną rękojeścią.

Z   rękojeści   wystrzelił   z   sykiem   promień   zielonej   energii,   który   w   zetknięciu   z 

powietrzem zaczął cicho buczeć. Jednym zręcznym gestem Qui-Gon odciął głowę robota od 
cienkiej szyi. Jednocześnie wyciągnął lewą rękę dłonią na zewnątrz i pchnięciem Mocy posłał 
uszkodzoną głowę w powietrze na drugi koniec hangaru, gdzie z głośnym brzękiem upadła na 
pokład, nie dalej niż pięć metrów od miejsca, gdzie stali terroryści.

Obaj wartownicy odwrócili się w stronę, z której dobiegł dźwięk, z bronią gotową do 

strzału.

W tej samej chwili Obi-Wan ruszył w stronę kapsuły Cohla tak szybko, że zarys jego 

sylwetki zamazał się jak we mgle.

Na   środkowym   poziomie   centrosfery   frachtowca   Cohl,   Rella,   Boiny   i   pozostali 

członkowie drużyny Cohla patrzyli z wytrzeszczonymi oczami i otwartymi ustami na kasetkę 
ze   sztabkami   aurodium,   wyciągniętą   ze   skarbca   „Strumienia   Przychodów”   i   złożoną 
troskliwie   na   repulsorowym   wózku.   Hipnotyzując   swoim   pięknem,   sztabki   pulsowały 
zmieniającym się bezustannie wewnętrznym światłem, rozszczepianym na wszystkie kolory 

background image

tęczy.

Nawet Dofine i jego czterej oficerowie z trudem mogli oderwać oczy od klejnotów.
– A niech mnie kule biją! – powiedział Boiny. – Teraz mogę powiedzieć, że widziałem 

już wszystko.

Jego   słowa   wyrwały   Cohla   z   zamyślenia;   obrócił   się   w   stronę   Dofine'a,   skutego 

kajdankami ogłuszającymi.

– Zasłużył pan na moją wdzięczność, komandorze. Większość Neimoidian nie byłaby 

tak uczynna.

–   Posuwa   się   pan   za   daleko,   kapitanie   –   naburmuszył   się   Dofine.   Cohl   wzruszył 

lekceważąco ramionami.

– Powiedz to pan członkom Dyrektoriatu Federacji Handlowej.
Ruchem   głowy   polecił   Relli,   by   wyprowadziła   wózek,   po   czym   ujął   Boiny'ego   za 

ramiona i skierował go w stronę panelu sterującego.

–   Połącz   się   z   centralnym   komputerem   i   poleć   mu   skontrolowanie   systemu 

doprowadzania   paliwa.   Kiedy   komputer   odkryje   detonator   termiczny,   wyda   polecenie 
opuszczenia statku.

Boiny pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Upewnij się, że wystrzeli za burtę wszystkie kapsuły i barki towarowe – dodał Cohl.
Dofine spojrzał na niego oczami rozszerzonymi nagłym zrozumieniem.
– A więc lommit też się liczy.
Cohl odwrócił się w jego stronę.
– Bierzesz mnie za kogoś, kogo obchodzi stan stosunków między Federacją Handlową a 

Frontem Mgławicy.

Dofine wyglądał na zmieszanego.
– Dlaczego więc ratujesz ładunek?
– Ratuję? – Cohl zakrył usta dłonią i roześmiał się, wyraźnie rozbawiony. – Ja po prostu 

dbam o to, żeby „Akwizytor” miał do czego strzelać.

Z   tą   samą   niezwykłą   zwinnością,   z   którą   dotarł   do   kapsuły   terrorystów,   Obi-Wan 

powrócił do statku Jedi.

– Wszystko na miejscu, mistrzu – powiedział na tyle głośno, by jego głos przebił się 

przez wyjące syreny alarmowe.

Qui-Gon polecił mu gestem, by wszedł do kapsuły. Ale zanim Obi-Wan zrobił pierwszy 

krok, wszystkie kapsuły w hangarze zaczęły unosić się i lewitować w kierunku osadzonych w 
ścianach hangaru portali.

– Co się dzieje?
Qui-Gon rozejrzał się dookoła, lekko zdziwiony.
– Wyrzucają ładunek za burtę.
– To dość dziwne postępowanie jak na terrorystów, mistrzu.
Qui-Gon zmarszczył brwi w zamyśleniu.
– Centralny komputer pokładowy nie pozwoliłby na to, o ile statek nie znalazłby się w 

poważnym niebezpieczeństwie.

– Może tak właśnie jest, mistrzu.
Qui-Gon przyznał mu rację.
– Tak czy owak, padawanie, lepiej też się stąd wynośmy. Jeśli Cohl zrealizował swoją 

misję, zaraz tu będzie.

Ledwie dotrzymując kroku wózkowi repulsorowemu, na którym leżały sztabki, drużyna 

Cohla biegła  szerokim korytarzem  prawego ramienia  hangaru w  stronę punktu zbornego. 
Załoga   mostka   „Strumienia   Przychodów”   z   trudem   za   nimi   nadążała,   mimo   masek   do 

background image

recyrkulacji powietrza i sporadycznych kuksańców pod żebro lufami Masterów. Wszędzie 
wokół   nich   kapsuły   i   barki   transportowe   płynęły   w   stronę   portali   w   wewnętrznej   i 
zewnętrznej ścianie hangaru.

Nawet Cohl ciężko sapał, gdy w końcu dotarli do strefy trzeciej i do oczekującej na nich 

kapsuły. Tylko jednemu z członków drugiej drużyny – jasnowłosemu Bothaninowi – udało 
się przeżyć i dołączyć do nich, ale Cohl postanowił nie przejmować się w tej chwili losem 
pozostałych. Każdy członek załogi wybrany do tej operacji został dokładnie poinformowany, 
na jakie niebezpieczeństwa się naraża.

– Załaduj  aurodium!  – krzyknął  do Boiny'ego  przez komunikator  maski  aparatu  do 

recyrkulacji powietrza. – Rella, przelicz wszystkich i zagoń na pokład.

Daultay Dofine spojrzał zaniepokojony na timer odliczający czas, nadal przylepiony do 

wierzchu jego dłoni.

– A co będzie z nami? – zawołał.
Jeden z członków bandy Cohla wskazał zamaszystym gestem dużą kapsułę w pobliżu, 

która jeszcze nie odpłynęła wraz z innymi.

– Wyładujcie towar i upchnijcie się w środku.
Dofine zamrugał w przypływie paniki.
– Umrzemy tam!
Mężczyzna roześmiał się szyderczo.
– No właśnie.
Dofine spojrzał na Cohla.
– Dałeś mi słowo...
Cohl przekrzywił głowę, by spojrzeć na wyświetlacz timera, a potem wbił wzrok w 

komandora.

– Jeśli się pospieszycie, zdążycie jeszcze do kapsuł ratunkowych.

background image

ROZDZIAŁ 4

Obi-Wan zaczekał, aż kapsuła terrorystów uniesie się do góry, zanim włączył napęd 

repulsorowy. Oprócz ogromnych portali na końcach ramion hangaru, w każdej strefie otwarły 
się chronione polem magnetycznym portale w wewnętrznych ścianach. Sznury kapsuł i barek 
towarowych podpływały do otworów, ale szybko zaczęły się tworzyć zatory, mimo wysiłków 
sterującego ruchem centralnego komputera.

Obi-Wan zdawał sobie sprawę, że jeśli zbyt późno dotrą do portali, będą musieli razem 

z Qui-Gonem wymyślić inny sposób wydostania się z frachtowca. Młody Jedi był jednak 
wyjątkowo   metodyczny.   Przez   dłuższą   chwilę   studiował   ruch   kapsuł,   przewidując,   gdzie 
mogą utworzyć się korki, zanim zdecydował się na określony kurs. Skierowali się ku górze, 
pod samo sklepienie hangaru, pełne dźwigów i podnośników, by potem popłynąć w dół pod 
ostrym   kątem   ku   portalowi   strefy   trzeciej.   Otarłszy   się   lekko   o   trzy   kapsuły,   Obi-Wan 
zręcznie uniknął kolizji z dużą barką, która szybko sunęła w stronę wylotu portalu.

Cohl opuścił ramię hangaru dosłownie kilka minut wcześniej, ale sygnalizator, który 

umieścił   na   jego   kapsule   Obi-Wan,   gwarantował,   że   Jedi   będą   w   stanie   rozpoznać   jego 
kapsułę wśród licznej grupy innych statków.

– Mamy ich, mistrzu – powiedział do Qui-Gona, który obserwował tylne ekrany. – Lecą 

prosto ku centralnej kopule. Nie jestem pewien, czy chcą się przemknąć nad nią czy pod nią, 
ale zdecydowanie nabierają prędkości.

– Leć za nimi, Obi-Wanie. Ale utrzymuj stałą odległość. Za wcześnie jeszcze, by się 

ujawniać.

Z   widoczną  w  oddali   białą  centrosferą,  otoczoną  szerokim  łukiem  ramion  hangaru, 

wewnętrzna przestrzeń frachtowca przedstawiała sobą niezwykły widok, zwłaszcza teraz, gdy 
z   portali   hangarów   wylewały   się   strumienie   statków   wszelkich   rozmiarów   i   kształtów. 
Niestety, chaotyczne ruchy kapsuł i barek towarowych nie pozostawiały Obi-Wanowi wiele 
czasu   na   podziwianie   widoków.   Dzielił   uwagę   pomiędzy   jasną   plamę   kapsuły   Cohla   na 
wyświetlaczu   ponad   głową   a   ekrany   kamer   przekazujących   do   wnętrza   obraz   otoczenia 
kapsuły.

Większość kapsuł leciała  w stronę dolnej  części  centrosfery,  więc nawet niewielkie 

kolizje powodowały efekt domina. Wiele kapsuł wirowało bezładnie, inne, odbiwszy się od 
nich, leciały kursem kolizyjnym na ramiona hangarów.

Wszystko to zaczęło przypominać Obi-Wanowi jedno z ćwiczeń, jakie wykonywał w 

dzieciństwie w ramach nauki w Świątyni  Jedi na Coruscant, gdzie zadaniem  ucznia było 
niewzruszenie   skoncentrować   się na  jednej   czynności,  podczas  gdy  aż  pięciu  nauczycieli 
usiłowało odwrócić jego uwagę.

– Uważaj na naszą rufę, padawanie – ostrzegł go Qui-Gon.
Od dołu leciała ku nim kapsuła, celując prosto w rufę. W obawie, że zostaną wywróceni 

do   góry   nogami,   Obi-Wan   zwiększył   moc   doprowadzaną   do   przednich   silników 
manewrowych   w  samą   porę,  by ustabilizować  ich  lot.   Fala  uderzeniowa  zdmuchnęła  ich 
jednak z poprzedniego kursu i nagle zorientowali się, że pędzą w stronę grubego dźwigara, 
łączącego gigantyczną cetrosferę z ramionami hangarów.

Obi-Wan spojrzał na górny ekran, nie zobaczył na nim jednak pulsującej białej plamy.
– Mistrzu, zgubiłem ich.
– Skoncentruj się na tym, dokąd chcesz lecieć, Obi-Wanie – powiedział spokojnym 

głosem Qui-Gon. – Zapomnij o ekranie i pozwól, by poprowadziła cię Moc.

Obi-Wan na chwilę zamknął oczy i zdając się na instynkt, skorygował kurs. Zerknął na 

ekran i zobaczył kapsułę Cohla daleko przed nimi na sterburcie.

– Widzę ich, mistrzu. Kierują się ku górnej części centrosfery.

background image

– Kapitan Cohl to indywidualista. Zawsze trzyma się z boku.
Obi-Wan odpalił silniczki manewrowe, korygując kurs, i wkrótce zobaczył na ekranie 

mrugającą uspokajająco plamkę.

Centrosfera   wypełniała  coraz   większą  część  ekranu  przekazującego  obraz  z  kamery 

umieszczonej na dziobie kapsuły, pokazując piętro za piętrem kwater, mieszczących niegdyś 
sale   konferencyjne   i   lokale   mieszkalne,   zanim   Federacja   Handlowa   zdecydowała   się 
korzystać   z   automatów   jako   siły   roboczej.   Dotarli   już   niemal   do   ostatniego   poziomu 
centrosfery,   gdy   pojedynczy   myśliwiec   gwiezdny   przeciął   jeden   z   ekranów,   strzelając   z 
podwójnego działka laserowego do niewidocznego dla nich celu.

– To myśliwiec typu CloakShape, należący do Frontu Mgławicy – powiedział Qui-Gon. 

W jego głosie słychać było lekkie zaskoczenie.

Krępy, niezbyt efektowny myśliwiec z wygiętymi w dół skrzydłami – CloakShape – 

został   zaprojektowany   do   walk   w   atmosferze.   Terroryści   jednak   zmodyfikowali   jego 
wyposażenie, montując z tyłu śmigła i napęd hiperprzestrzenny.

– Ale do czego strzelają? – zapytał Obi-Wan. – Piloci Cohla musieli już zlikwidować 

wszystkie myśliwce „Strumienia Przychodów”.

– Podejrzewam, że wkrótce się tego dowiemy, padawanie. Na razie skup się na naszym 

bezpośrednim otoczeniu.

Obi-Wan nastroszył się lekko, słysząc tę łagodną reprymendę, szybko jednak przekonał 

się, że jest zasłużona. Miał zwyczaj wybiegania myślą w przód, zamiast koncentrować się na 
bieżącej chwili, co preferował Qui-Gon; rycerze Jedi nazywali to kontaktem z żywą Mocą.

Sporo powyżej łysej korony centrosfery i pudełkowatych skanerów wieńczących wieże 

dowodzenia   frachtowca   kapsuła   Cohla   nabierała   prędkości.   W   serii   śmiałych   manewrów 
wyłaniała się właśnie z chmury innych jednostek, wśród których kryła się do tej pory. Groziło 
im, że pozostaną zbytnio w tyle, więc Obi-Wan zwiększył moc silników.

W chwili, gdy przelatywali nad zakrzywioną górną powierzchnią centrosfery, Obi-Wan 

zdołał nadrobić  dystans  pomiędzy kapsułami.  Przygotowywał  się właśnie, by podążyć  za 
Cohlem w otwartą przestrzeń, gdy inny myśliwiec – tym razem zmodyfikowany Łowca Głów 
Z-95 – przeciął ich ekrany i eksplodował.

– Bitwa nadal trwa – stwierdził Qui-Gon.
Wyleciawszy ponad ramiona hangarów, dwaj Jedi dostrzegli źródło ognia. Nad nocną 

stroną Dorvalli unosił się jak pierścień drugi frachtowiec, ostrzeliwany przez statki Frontu 
Mgławicy.

– Posiłki Federacji Handlowej – doszedł do wniosku Obi-Wan.
– Ten frachtowiec może utrudnić sprawę – stwierdził Qui-Gon.
– Ale uda nam się dopaść Cohla tym razem.
– Cohl jest bardzo przebiegły, Obi-Wanie. Na pewno to przewidział. Nie zrobi nic, jeśli 

nie ma w zanadrzu planu awaryjnego.

– Ależ mistrzu, bez wsparcia swoich statków...
– Nie nastawiaj się na nic konkretnego – przerwał mu Qui-Gon. – Po prostu utrzymuj 

nas na kursie.

Wewnątrz równie ciasnego pomieszczenia w kapsule terrorystów ośmioosobowa załoga 

Cohla sprawnie wykonywała przydzielone wcześniej zadania.

– Wewnętrzna i zewnętrzna klapa włazu zahermetyzowana, kapitanie – zameldował 

Boiny,   siedzący   w   ciasnym   kącie   przed   wygiętą   konsolą   instrumentów   pokładowych.   – 
Wszystkie systemy w gotowości.

– Przygotuj się na przełączenie napędu z repulsorów na silniki fuzyjne – polecił Cohl, 

zapinając pasy.

– Napęd gotowy do przełączenia – zameldowała Rella.

background image

–   Mamy   łączność   –   odezwał   się   inny   z   członków   załogi.   –   Przełączam   się   na 

częstotliwość priorytetową.

– Przestrzeń czystą kapitanie. Minęliśmy granicę tysiąca metrów od centrosfery.
–   Łatwo   poszło   –   powiedział   Cohl,   wyczuwając   pewne   napięcie   w   powietrzu.   – 

Przyczaimy się do dziesięciu tysięcy, a potem spadamy.

Rella spojrzała na niego z aprobatą.
– Po pierwsze: precyzyjne planowanie. Po drugie: bezbłędne wykonanie...
– I po trzecie: unikaj wykrycia przed, w trakcie i po – zakończył Boiny.
– Kurs jeden-jeden-siedem – powiedział Cohl. – Przyspieszyć do zero pół. Przygotować 

napęd fuzyjny.

Odchylił się w fotelu i włączył ekran na sterburcie. „Jastrzębionietoperz” i pozostałe 

jednostki wsparcia nadal trzymały „Akwizytora” na dystans. Pomiędzy nimi jednak dwoiły 
się i troiły myśliwce Federacji, nękane przez pilotów Frontu Mgławicy i zmuszone lawirować 
pomiędzy   statkami   towarowymi   wypluwanymi   z   hangarów   „Strumienia   Przychodów”. 
Musieli po prostu dotrzeć do „Jastrzębionietoperza” i pokonać parę parseków, które dzieliły 
kanonierkę od „Akwizytora”.

Rella pochyliła się w jego kierunku i szepnęła:
– Cohl, jeśli to przeżyjemy, wybaczę ci, że w ogóle zgodziłeś się na tę operację.
Cohl już otwierał usta, żeby jej odpowiedzieć, gdy Boiny wszedł mu w słowo.
– Kapitanie, mam tu coś dziwnego. Może to przypadek, ale jedna z kapsuł towarowych 

leci równo za nami na szóstej.

– Pokaż – powiedział Cohl, zwracając fiołkowe oczy w stronę ekranu.
– To ta plamka w środku. Ta z wydłużonym nosem.
Cohl przez chwilę milczał, po czym powiedział:
– Zmień kurs na jeden-jeden-dziewięć.
Rella wykonała polecenie.
Boiny zaśmiał się nerwowo.
– Kapsuła zmienia kurs na jeden-jeden-dziewięć.
– Jakiś zryw grawitacyjny? – zapytał inny z członków załogi, mężczyzna o imieniu 

Jalan.

– Zryw grawitacyjny ? – powtórzyła Rella z wyraźną kpiną w głosie. – A co to takiego, 

na księżyce Bodgen, ten zryw grawitacyjny?

– To, co sprowadza myśli Jalana z prostego kursu – mruknął Boiny.
–   Zamknijcie   się   wszyscy   –   powiedział   Cohl,   drapiąc   w   zamyśleniu   zarośnięty 

podbródek. – Czy da się przeskanować tę kapsułę?

– Możemy spróbować.
Cohl wziął głęboki oddech i skrzyżował ramiona na piersi.
– Rozegrajmy to bezpiecznie. Zawracajcie w sam kocioł.

– Mistrzu, skanują nas – zameldował Obi-Wan. – I zmieniają kurs.
– Chcą się ukryć w tej chmarze kapsuł towarowych – powiedział Qui-Gon bardziej do 

siebie   niż   do   swego   ucznia.   –   Czas,   żeby   zaczęli   się   martwić   czym   innym,   Obi-Wanie. 
Uruchom detonator termiczny, gdy tylko oddalą się trochę od frachtowca.

Cohl   chwycił   się   podłokietników   ciasnego   fotela,   gdy   statek   zawrócił   ciasną   pętlą 

omijając swych sąsiadów, i skierował się w rój kapsuł zapełniających przestrzeń pomiędzy 
dwoma frachtowcami Federacji Handlowej.

– Nie możemy tak lecieć za daleko – ostrzegł Boiny, zaciskając przyssawki na końcach 

palców wokół instrumentów pokładowych.

– Cohl – odezwała się ostro Rella. – Jeśli się stąd zaraz nie wyniesiemy, skończymy w 

background image

samym środku walczących myśliwców.

Cohl nie odrywał wzroku od ekranów nad głową.
– Co robi kapsuła?
– Powtarza dokładnie każdy nasz manewr.
Jeden z mężczyzn zaklął pod nosem.
– Co tam siedzi w środku?
– Albo kto? – dorzucił drugi.
– Coś jest nie tak – powiedział Cohl, kręcąc głową. – Coś tu śmierdzi jak szczur.
Boiny spojrzał w jego stronę.
– Nie spotkałem nigdy szczura, który potrafiłby pilotować kapsułę, i to w taki sposób.
Cohl kłapnął dłonią w podłokietniki na znak, że podjął ostateczną decyzję.
– Nie ma co tracić więcej czasu. Włącz napęd fuzyjny.
– Takim cię lubię – powiedziała Rella, wykonując polecenie.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, Boiny zerwał się z fotela, machając gwałtownie rękami 

w stronę jednego z czujników na konsoli, niezdolny wykrztusić słowa.

– Boiny! – krzyknął Cohl, jakby chciał złamać czar, pod którego wpływem znajdował 

się Rodianin. – Skończ z tym!

Boiny odwrócił się w jego stronę; oczy miał okrągłe z niedowierzania.
– Kapitanie! Mamy detonator termiczny przylepiony do rdzenia reaktora!
Cohl spojrzał na niego z identycznym niedowierzaniem.
– Ile mamy czasu do wybuchu?
– Pięć minut! Odliczanie już się zaczęło!

background image

ROZDZIAŁ 5

Sterylne  powierzchnie,  zagłębione  stanowiska kontroli  i wypukłe  ekrany plazmowe, 

lśniące jak akwaria, na mostku „Akwizytora” były identyczne jak na siostrzanym statku, z 
jednym   wyjątkiem:   stanowiska   obsadzone   były   w   komplecie   ośmioma   oficerami 
pokładowymi, z których wszyscy byli Neimoidianami.

Komandor Nap Lagard spojrzał na przednie iluminatory, ukazujące w oddali „Strumień 

Przychodów”. Z tej odległości tęponose kapsuły i barki wypływające z hangarów wyglądały 
jak   plamki   lśniące   w   promieniach   słońca   systemu,   ale   zbliżenia   ukazywały   setki 
wybuchających   –  na   skutek   zderzenia   lub  trafienia   laserowym   ogniem   –   kapsuł,  których 
zawartość,   cenna   ruda   lommitu,   zaśmiecała   przestrzeń.   Przykry   widok,   choć   Lagard   już 
wcześniej postanowił, że odzyskają tyle ładunku, ile tylko się da – pod warunkiem, że uda się 
im przegonić terrorystów.

Ślady   działalności   Frontu   Mgławicy   widniały   jak   pieczęć   na   całej   powierzchni 

„Strumienia Przychodów”: pęcherze na durastali, dziury w poszyciu, kawałki poskręcanych 
dźwigarów. Niedawno wzmocniona, podwójna tarcza  ochronna uniemożliwiła  terrorystom 
zadanie podobnych ran „Akwizytorowi”. Ponadto na pokładzie „Akwizytora” stacjonowało 
dwa razy więcej pilotowanych przez roboty myśliwców. Gdy tylko frachtowiec wyłonił się z 
nadprzestrzeni, pomknęły ku niemu statki Frontu Mgławicy. Z pomocą poczwórnego działa 
laserowego myśliwcom udało się odeprzeć atak i zmusić terrorystów do powrotu w stronę 
„Strumienia  Przychodów”,  gdzie  nadal wrzał  konflikt.  Całe  mnóstwo  pilotowanych  przez 
roboty myśliwców  znikło  w  ogniu eksplozji, ale  straty nie ominęły  i terrorystów,  którzy 
stracili dwa statki typu CloakShape i jednego Łowcę Głów Z-95.

Tylko   „Jastrzębionietoperz”   –   lekka   kanonierka   wielkości   frachtowca,   należąca   do 

najemnika,   znanego   jako   kapitan   Cohl   –   nadal   stanowiła   zagrożenie   dla   „Akwizytora”, 
wystawiając   na   próbę   wytrzymałość   nowych   tarcz   frachtowca   pod   naporem   kolejnych 
ataków.

Teraz   jednak   nawet   „Jastrzębionietoperz”   musiał   się   wycofać,   mknąc   w   kierunku 

pokrytego czapą lodową bieguna Dorvalli; z mostka „Akwizytora” nadal widać był błękitny 
kilwater ogni z dysz wylotowych kanonierki.

– Wygląda na to, że ich przegoniliśmy – zauważył jeden z podwładnych Lagarda po 

neimoidiańsku.

Lagard potwierdził niezobowiązującym chrząknięciem.
–   Kapitan   Cohl   musiał   nakazać   opuszczenie   statku   –   ciągnął   zastępca.   –   Front 

Mgławicy wolał widać wyrzucić nasz lommit za burtę, niż dopuścić, by trafił do odbiorców 
na Sluis Van.

Lagard znowu chrząknął.
– Myślą pewnie, że to prawdziwy cios dla Federacji Handlowej. Ale zastanowią się 

jeszcze raz, kiedy Dorvalla będzie musiała zapłacić nam odszkodowanie.

Zastępca przytaknął.
– Sądy staną po naszej stronie.
Lagard odwrócił się na chwilę od ekranów.
– Tak. Ale nie możemy pozwolić, by podobne akty terroryzmu znowu się powtórzyły.
– Komandorze – wtrącił oficer łącznościowy – otrzymaliśmy zakodowaną transmisję od 

komandora Dofine'a.

– Ze „Strumienia Przychodów”?
– Z kapsuły ratunkowej, komandorze.
– Puść wiadomość przez megafony i przygotuj promień ściągający do przechwycenia 

kapsuły.

background image

Głośniki na mostku ożyły z trzaskiem.
– Wzywam „Akwizytora”. Tu komandor Dofine.
Lagard pospieszył na środek rampy.
– Dofine, tu komandor Lagard. Ściągniemy was bezpiecznie na pokład, najszybciej jak 

się da.

– Lagard, słuchaj uważnie – odezwał się Dofine. – Skontaktuj się pilnie z wicekrólem 

Gunrayem. Muszę z nim natychmiast porozmawiać.

– Z wicekrólem? Co jest aż tak pilne?
– Ta wiadomość jest przeznaczona wyłącznie dla uszu wicekróla – syknął Dofine.
Świadom, że stracił twarz, Lagard przystąpił do kontrataku.
– A co z kapitanem Cohlem, komandorze Dofine? Czy przejął twój statek?
Krótkie milczenie Dofine'a upewniło Lagarda, że strzał był celny.
– Kapitan Cohl umknął ze statku na pokładzie fałszywej kapsuły towarowej.
Lagard odwrócił się w stronę iluminatorów.
– Czy możesz ją zidentyfikować?
– Zidentyfikować? – prychnął Dofine. – Kapsuła jak każda inna!
– A „Strumień Przychodów”?
– „Strumień Przychodów” za chwilę eksploduje.

W   kapsule   terrorystów   Boiny   patrzył  z   rozpaczą  na   konsolę  instrumentów 

pokładowych.

– Trzydzieści sekund do detonacji.
– Cohl! – krzyknęła Rella, gdy kapitan nie zareagował. – Zrób coś!
Cohl spojrzał na nią, zaciskając usta.
– Dobra, odrzucić skorupę.
Terroryści co do jednego odetchnęli z ulgą, podczas gdy Boiny pospiesznie wystukiwał 

rozkazy na klawiaturze konsoli.

–   Ładunki   aktywowane   –   zameldował   Rodianin.   –   Odrzucenie   skorupy   za   dziesięć 

sekund.

Cohl prychnął.
– W takich chwilach chciałoby się zobaczyć wyraz twarzy swoich przeciwników.

Qui-Gon   i   Obi-Wan   obserwowali   kapsułę   Cola   na   swoich   ekranach.   Nagle   seria 

niewielkich   eksplozji   przecięła   wzdłuż   równika   kadłub   garbatej   kapsuły,   która   pękła   na 
dwoje, ukazując pod spodem smukłą sylwetkę wahadłowca.

Wahadłowiec   uruchomił   silniki   fuzyjne   i   skoczył   do   przodu,   pozostawiając   z   tyłu 

skorupy, z których dolna po chwili eksplodowała.

– To pewnie nasz detonator termiczny – powiedział Qui-Gon. – A co z sygnalizatorem?
– Przylepiony do poszycia wahadłowca i nadal sprawny, mistrzu – zameldował Obi-

Wan, przyglądając się płomieniom eksplodującej skorupy. – Znów udało ci się przewidzieć, 
co zrobi kapitan Cohl.

– Nie bez twojej pomocy, padawanie. Wiesz, co robić.
Obi-Wan uśmiechnął się, sięgając do instrumentów pokładowych.
– Szkoda, że nie mogę zobaczyć twarzy kapitana Cohla.

Kapitan   Cohl   otworzył   usta   ze   zdziwienia,   gdy   ścigająca   ich   kapsuła   rozpadła   się 

wzdłuż środkowej linii. Wewnątrz ukazał się bezskrzydłowy koreliański Lancet, pomalowany 
jaskrawą czerwienią od czubka wydłużonego dziobu po smukły ogon.

–   To   barwy   Coruscant!   –   powiedział   zaskoczony   Boiny.   –   Departament 

Sprawiedliwości!

background image

–  Powtarza   każdy  nasz manewr  –  zameldowała  Rella,  prowadząc  statek   zygzakami 

pomiędzy chmarą kapsuł towarowych i chmur rudy lommitu.

– Dogania nas – uściślił Boiny.
Rella nie mogła się z tym pogodzić.
– Od kiedy to piloci wymiaru sprawiedliwości postępują w ten sposób?
– A kto inny może być za sterami? – zapytał jeden z mężczyzn.
– Na pewno nie Neimoidianie.
Cohl wbił wzrok w twarz Relli.
– Jedi? – zapytali jednocześnie.
Cohl zastanowił się, po czym pokręcił głową.
– Co mieliby tu robić Jedi? To nie jest przestrzeń Republiki. Zresztą nikt, naprawdę nikt 

nie wiedział o tej operacji.

Boiny i reszta zgodzili się z nim ochoczo.
– Kapitan ma rację. Nikt nie wiedział o operacji.
W   głosie   Rodianina   wyczuwało   się   jednak   wyraźną   niepewność   i   nagle   Cohl 

uświadomił sobie, że wszyscy na niego patrzą.

– Nikt, Cohl? – powiedziała powoli Rella. Zmarszczył brwi.
– Nikt spoza Frontu Mgławicy.
– Może Moc im podpowiedziała – mruknął Boiny. Rella spojrzała na ekrany.
– Mimo wszystko nadal jeszcze możemy zdążyć na „Jastrzębionietoperza”.
Cohl pochylił się ku panoramicznym iluminatorom.
– Gdzie jest kanonierka?
– Wisi w punkcie zbornym nad biegunem Dorvalli – wyjaśniła Rella. Kiedy Cohl długo 

nie odpowiadał, dodała: – Polatam trochę w kółko, zanim się namyślisz.

Cohl spojrzał na Boiny'ego.
– Omieć skanem zewnętrzne poszycie wahadłowca.
– Zewnętrzne poszycie? – powtórzył Rodianin z powątpiewaniem.
– Rób, co mówię – powiedział sucho Cohl.
Boiny pochylił się nad konsolą, a po chwili wyprostował się w fotelu.
– Przylepili nam sygnalizator!
Cohl zmrużył oczy.
– Chcą nas namierzyć.
– Poprawka, Cohl – powiedziała Rella. – Właśnie nas namierzają.
Cohl zignorował jej uwagę i zwrócił się ponownie do Boiny'ego:
– Ile mamy czasu do eksplozji „Strumienia Przychodów”?
– Siedem minut.
– Możesz obliczyć topologię eksplozji frachtowca?
Boiny i Rella wymienili zaniepokojone spojrzenia.
– Do pewnego stopnia – powiedział niepewnie Rodianin.
– Więc zrób to. Potem podaj mi najlepsze przybliżenie promienia eksplozji i zasięg 

chmury szczątków.

Boiny przełknął ślinę.
–   Nawet   największe   przybliżenie   będzie   miało   dokładność   do   kilkuset   kilometrów, 

kapitanie.

Cohl zastanawiał się przez chwilę w milczeniu, po czym spojrzał na Rellę.
– Zawracaj statek. Ostro.
Spojrzała na niego.
– Jedno jest pewne: zwariowałeś.
– Słyszałaś, co powiedziałem – warknął Cohl. – Zawracaj w stronę frachtowca.

background image

Gdy   tylko   kapsuła   ratunkowa,   przechwycona   promieniem   ściągającym,   znalazła   się 

wewnątrz   hangaru   „Akwizytora”,   Daultay   Dofine   wygramolił   się   niezgrabnie   z 
baryłkowatego pojazdu.

Nawigator i pozostali członkowie załogi poszli w jego ślady. Komandor Lagard był w 

pobliżu, by ich powitać.

– To dla mnie zaszczyt uratować tak wybitną osobę – powiedział.
Dofine wygładził szaty i wyprostował przekrzywioną tiarę.
–   Tak,   niewątpliwie   –   odpowiedział.   –   Czy   skontaktował   się   pan   z   wicekrólem 

Gunrayem, jak prosiłem?

Lagard wskazał na neimoidiański mechanofotel, którym prawdopodobnie sam dotarł tu 

z mostka.

–   Wicekról   chętnie   wysłucha,   co   ma   mu   pan   do   zameldowania.   Podobnie   jak   ja, 

komandorze.

Dofine przepchnął się obok Lagarda i podszedł do fotela, który natychmiast ruszył w 

stronę centrosfery – niewątpliwie zdalnie sterowany przez Lagarda.

Wyprodukowany   przez   Dom   Rzemiosł   Affodies   z   samej   Neimoidii,   dziwaczny   i 

niezwykle kosztowny fotel miał dwie tylne nogi sierpowato wygięte, zakończone pojedynczą, 
uzbrojoną w pazury stopą, i parę drążków sterowniczych również wyposażonych w pazury. 
Wytrawione   laserem   wizerunki   stylizowanego   neimoidiańskiego   żuka   królewskiego 
pokrywały   jego   metalową   powierzchnię.   Wyposażone   w   żyroskopy   –   dla   utrzymania 
równowagi – urządzenie o wysokim oparciu było bardziej symbolem statusu niż praktycznym 
środkiem transportu, ale Dofine zorientował się, że wcale nie miało być przeznaczone dla 
niego.

Na   siedzeniu   widniała   okrągła   tarcza   hologramu,   który   wyświetlał   miniaturową 

sylwetkę samego wicekróla Nate'a Gunraya, przywódcy Wewnętrznego Kręgu Neimoidii i 
członka siedmioosobowego Dyrektoriatu Federacji Handlowej. Międzygwiezdne zakłócenia 
powodowały, że obraz przecinały ukośne, świetliste linie szumów transmisyjnych.

– Wicekrólu... – Dofine zgiął się w uniżonym ukłonie, zanim pospieszył  za szybko 

oddalającym się fotelem.

Gunray  miał  wysuniętą   dolną   szczękę,  a   jego  gruba   dolna  warga  opadała  nisko  na 

podbródek. Głęboka bruzda dzieliła jego wypukłe czoło na dwa wyraźne płaty. Miał zdrowy, 
szaroniebieski odcień skóry; bardzo o nią dbał, poddając się częstym masażom i stosując dietę 
z najdelikatniejszych grzybów.

Czerwonopomarańczowe, doskonale uszyte szaty wraz z długą do kolan brązową kapą 

spływały z jego wąskich ramion. Na szyi miał pektorał w kształcie łzy, wykonany z cennego 
elektrum,   a  na głowie  –  trójgraniastą  królewską  tiarę  zakończoną  parą  zwieszających  się 
ogonów.

– Cóż to za pilna wiadomość, komandorze Dofine? – zapytał Gunray.
–   Wicekrólu,   przypadł   mi   w   udziale   smutny   obowiązek   poinformowania   cię,   że 

„Strumień   Przychodów”   został   zaatakowany   i   zajęty   przez   członków   Frontu   Mgławicy. 
Ładunek rudy lommitu dryfuje wyrzucony za burtę, a rodzaj... eee... bomby odlicza czas do 
zniszczenia statku.

Uświadamiając sobie, że zapomniał odlepić timer z wierzchu dłoni, Dofine schował 

rękę głębiej w luźny rękaw szaty.

– A więc kapitan Cohl znów zaatakował – stwierdził Gunray.
– Tak, wicekrólu. Ale przynoszę znacznie gorsze wieści. – Dofine rozejrzał się dookoła 

w nadziei, że Lagard znajdzie się poza zasięgiem jego głosu, ale ten oczywiście stał tuż obok. 
– Kasetka ze sztabkami aurodium – wykrztusił w końcu. – Cohl dowiedział się o niej jakimś 
cudem. Nie miałem innego wyjścia, jak tylko mu ją oddać.

Spodziewając się reprymendy albo czegoś jeszcze gorszego, Dofine zwiesił wstydliwie 

background image

głowę, podążając za fotelem. Ale wicekról zaskoczył go.

– Na szali było życie twojej załogi.
– Właśnie, ekscelencjo.
– W takim razie wyprostuj się, komandorze – powiedział Gunray. – Bo to, co się dziś 

wydarzyło, może się okazać dobrodziejstwem dla Federacji Handlowej i błogosławieństwem 
dla wszystkich Neimoidian.

– Dobrodziejstwem, wicekrólu?
Gunray przytaknął.
–   Rozkazuję   ci   przejąć   dowodzenie   „Akwizytora”.   Odwołaj   myśliwce   i   wycofaj 

frachtowiec z walki.

–   Cohl   zawraca   w   stronę   frachtowca   –   doniósł   Obi-Wan   znad   instrumentów 

pokładowych myśliwca Departamentu Sprawiedliwości. – Czyżby udało mu się wyprowadzić 
w   pole   komputer   frachtowca,   tak   by   wyrzucił   ładunek,   chociaż   statek   nie   był   w 
niebezpieczeństwie?

– Wątpię – powiedział Qui-Gon. Przysunął twarz jak najbliżej transpastalowej kopuły. – 

Wszystkie   statki   wspomagające   Cohla,   nawet   korweta,   oddalają   się   od   „Strumienia 
Przychodów”.

– To prawda, mistrzu. Nawet „Akwizytor” odlatuje.
–   A   zatem   możemy   bezpiecznie   przyjąć,   że   frachtowiec   czeka   zagłada.   A   jednak 

kapitan Cohl pędzi w jego stronę.

– Podobnie jak my, mistrzu – uznał za stosowne dodać Obi-Wan.
– Co on planuje? – zapytał sam siebie Qui-Gon. – Nie jest to ktoś, kto by podejmował 

desperackie działania, Obi-Wanie, a już na pewno nie jest samobójcą.

– Prom nie zwalnia ani nie zmienia kursu. Cohl mknie prosto w kierunku prawego 

ramienia hangaru.

– Tam, gdzie wszystko się zaczęło.
Zaniepokojony Obi-Wan zmarszczył brwi.
– Mistrzu, jesteśmy okropnie blisko. Jeśli frachtowiec naprawdę czeka zagłada...
– Jestem tego świadom, padawanie. Może kapitan Cohl po prostu chce nas wybadać.
Obi-Wan milczał przez chwilę, zanim się odezwał, nie kryjąc niepokoju.
– Mistrzu?
Qui-Gon patrzył, jak prom kieruje się ostro w dół ku środkowi koła, które opasywał 

ramionami „Strumień Przychodów”. Rozpostarł zmysły i nie spodobało mu się to, co wyczuł.

– Przerwij pościg, Obi-Wanie – powiedział nagle. – Szybko!
Obi-Wan   dał   pełną   moc   silnikom   Lanceta   i   mocno   szarpnął   ku   sobie   drążek 

sterowniczy. Na pełnej prędkości statek zatoczył długą pętlę, oddalając się od frachtowca.

Nagle „Strumień Przychodów” eksplodował. W kabinie Lanceta wyglądało to, jakby 

ktoś nagle rozsunął nad kopułą oślepiającą, białą zasłonę. Niewielki statek został pchnięty do 
przodu   falą   uderzeniową   eksplozji,   która   porwała   go,   rzucając   myśliwcem   na   wszystkie 
strony. Zewsząd leciały na nich wielkie kawały stopionej durastali. Lancet zatrząsł się tak 
mocno, że wszystkie systemy po kolei zaczęły wysiadać, tryskając snopami iskier, ekrany zaś 
przekazywały wyłącznie szumy, zanim i one nie zgasły.

Oglądając się przez ramię, Obi-Wan widział, jak „Strumień Przychodów” rozpada  się 

na kawałki, jak potężne ramiona hangarów zderzają się ze sobą i odskakują na boki niczym 
zerwane z uwięzi półksiężyce. Centrosfera i mostek oderwały się od zniszczonego ramienia 
kompensatora przyspieszenia i pozostałości po dyszach wylotowych frachtowca.

W pewnej odległości od nich „Akwizytor” oddalał się w bezpieczny cień nocnej strony 

Dorvalli. Korweta Cohla i dwa wspomagające ją gwiezdne myśliwce pomknęły w przeciwną 
stronę i skoczyły w nadprzestrzeń.

background image

–   Dorvalla   albo   zyska   nowy   księżyc,   albo   padnie   ofiarą   olbrzymiego   meteorytu   – 

powiedział Obi-Wan, gdy można już było usłyszeć własny głos.

– Obawiam się tej drugiej ewentualności – powiedział Qui-Gon. – Skontaktuj się z 

Coruscant. Zawiadom Radę Pojednania, że Dorvalla potrzebuje natychmiastowej pomocy.

–   Spróbuję,   mistrzu.   –   Obi-Wan   zaczął   testować   przełączniki   na   konsoli,   mając 

nadzieję,   że   przynajmniej   niektóre   z   systemów   łączności   przetrwały   burzę   elektroniczną, 
która towarzyszyła eksplozji.

– Czy widać jakieś ślady wahadłowca Cohla?
Obi-Wan spojrzał na ekrany.
– Sygnalizator nie daje znaku życia.
Qui-Gon nie odpowiedział.
– Mistrzu, wiem, że Cohl nienawidził Federacji Handlowej. Czy to jednak możliwe, by 

tak mało dbał o własne życie?

Qui-Gon odpowiedział dopiero po dłuższej chwili.
– Jaka jest szósta i siódma Zasada Postępowania, padawanie?
Obi-Wan spróbował sobie przypomnieć.
– Szósta to: „Rozpoznaj światło i mrok w każdej rzeczy”.
– To jest piąta zasada.
Obi-Wan zastanowił się ponownie.
– „Zachowaj ostrożność, nawet w najzwyklejszych sprawach”.
– Ta jest ósma.
– „Ucz się widzieć wyraźnie”.
– Dobrze – powiedział Qui-Gon. – A siódma?
Obi-Wan pokręcił głową.
– Przepraszam, mistrzu, ale nie pamiętam.
– „Otwórz oczy na to, co nie jest oczywiste”.
Obi-Wan zastanawiał się przez chwilę.
– To jeszcze nie koniec.
– Na pewno nie, młody padawanie. Wyczuwam w tym wszystkim raczej jakiś groźny 

początek.

background image

C O R U S C A N T

ROZDZIAŁ 6

Cztery ściany gabinetu Finisa Valoruma, na szczycie najbardziej majestatycznego, jeśli 

nie  najwyższego,  budynku  rządowego  dzielnicy,  wykonane  były   z  płyt   transpastalowych, 
osadzonych pomiędzy kolumnami nośnymi budynku w równe pasy trójkątów.

Planeta-miasto  Coruscant – „Błyskotliwa  Tarcza”,  „Klejnot Światów  Środka”, rojne 

serce Republiki Galaktycznej – ciągnęło się we wszystkie strony, oszałamiając bogactwem 
lśniących kopuł, ostrych jak noże iglic i schodzących w dół tarasami budowli,  sięgających 
nieba.   Wyższe   budynki   przypominały   przerośnięte   rakiety,   które   nigdy   nie   zdołały   się 
oderwać   od   lądowiska,   albo   wysmagane   wiatrem   stożki   dawno   wygasłych  wulkanów. 
Niektóre z kopuł wyglądały jak spłaszczone półkule nasadzone na walcowate podstawy, inne 
przypominały płytkie, ręcznie wyrabiane ceramiczne misy z nierównymi brzegami.

Szerokie   aleje   sterowanego   magnetycznie   ruchu   powietrznego   sunęły   gładko   ponad 

miastem – strumienie pojazdów transportowych, aerobusów, taksówek i limuzyn kursowały 
pomiędzy wysokimi iglicami i ponad powietrznymi przepaściami jak ławice egzotycznych 
rybek. Zamiast jednak żerować, to one karmiły miasto, rozwożąc skarby galaktyki do tryliona 
chciwych istot, dla których Coruscant była domem.

Niezależnie   od   tego,   jak   często   Valorum   podziwiał   ten   widok   –   to   znaczy   niemal 

codziennie od siedmiu lat, od kiedy pełnił funkcję Najwyższego Kanclerza Republiki – nadal 
nie potrafił przyglądać się obojętnie splendorowi Coruscant. Spośród niezliczonych planet ta 
nie była ani największa, ani najpiękniejsza, ale wyrosła na jedyne w swoim rodzaju królestwo 
pionowych kształtów, bardziej typowe dla głębi oceanu niż dla życia w atmosferze.

Główne   biuro   kanclerza   Valoruma   mieściło   się   na   niższych   piętrach   kopuły  senatu 

galaktyki,   tam   jednak   był   zwykle   do   tego   stopnia   zasypywany   prośbami,   wnioskami   I 
sprawami, że dla specjalnych gości rezerwował tę podniebną kwaterę.

Stojąc ze złączonymi na plecach białymi dłońmi, patrzył na wschód, choć świt minął 

wiele   godzin   temu.   Miał   na   sobie   fioletową   portfelowo   zakładaną   tunikę   z   wysokim 
kołnierzem   i   dopasowane   kolorystycznie   spodnie,   przepasane   szeroką   szarfą.   Południowe 
słońce, spolaryzowane  przez tafle  transpastali,  zalewało  pokój, ale  jedyny  gość kanclerza 
zajął miejsce daleko poza zasięgiem światła.

– Obawiam się, panie kanclerzu, że stoimy w obliczu ogromnego wyzwania – doszedł z 

cienia głos senatora Palpatine'a. – Szarpana na swoich dalekich obrzeżach i trawiona korupcją 
w samym  sercu Republika stoi wobec groźby rozpadu. Potrzeba nam  porządku, środków, 
które   przywrócą   równowagę.   Nie   należy   wykluczać   nawet   najsurowszych   kroków 
zaradczych.

Choć podobne poglądy stawały się coraz bardziej rozpowszechnione, słowa Palpatine'a 

przeszyły kanclerza jak miecz. Fakt, że zdawał sobie sprawę ze słuszności podobnych racji, 
sprawiał jedynie, że tym ciężej było mu ich słuchać. Odwrócił się plecami do okien, wrócił do 
biurka i usiadł ciężko w miękkim krześle.

Podeszły wiek tylko przydawał kanclerzowi dystynkcji; miał krótko ostrzyżone siwe 

włosy, worki pod przenikliwymi niebieskimi oczami i ciemne krzaczaste brwi. Jego poważne 
rysy i głęboki głos kryły współczującego ducha i błyskotliwy intelekt. Jednak jako ostatni 
potomek  dynastii   politycznej  datującej   się o  tysiąclecia   wstecz   – dynastii,   która  zdaniem 
wielu osłabła wskutek swej niezwykłej długowieczności – nigdy nie zdołał pokonać do końca 
wrodzonego poczucia wyższości.

– Gdzie popełniliśmy błąd? – zapytał pewnym, choć smutnym głosem. – Jak mogliśmy 

background image

przegapić wszystkie zwiastuny dzisiejszych kłopotów?

Palpatine spojrzał na niego ze zrozumieniem.
–   Wina   nie   leży   po   naszej   stronie,   Najwyższy   Kanclerzu.   Leży   w   systemach 

peryferyjnych, a zrodziła ją niegodziwość tamtejszych władz, na którą ludność odpowiedziała 
oporem.   –   Starannie   modulował   głos,   pozornie   odporny   na   wszelkie   oznaki   gniewu   czy 
zaniepokojenia,   choć   często   pełny   znużenia.   –   Weźmy   na   przykład   ostatnie   wypadki   na 
orbicie Dorvalli.

Valorum przytaknął.
– Departament Sprawiedliwości poprosił mnie o spotkanie dziś po południu; chcą mi 

opowiedzieć o ostatnich wydarzeniach w tym systemie.

– Chyba mogę zaoszczędzić panu kłopotu, kanclerzu. Przynajmniej jeśli chodzi o to, co 

usłyszałem na ten temat w senacie.

– Pogłoski czy fakty?
– Po trosze i jedno, i drugie, jak sądzę. Senat jest pełny istot skłonnych interpretować 

sprawy według własnego uznania, niezależnie od faktów. – Palpatine przerwał, jakby zbierał 
myśli.

W jego dobrotliwej, choć nieco ciastowatej twarzy zwracały uwagę wodniste niebieskie 

oczy o ciężkich powiekach i wydatny nos. Rude niegdyś, a obecnie przyprószone siwizną 
włosy, gęste i sięgające za uszy, nosił zaczesane od czoła, zgodnie z prowincjonalną modą 
peryferyjnych   systemów   galaktyki.   W   stroju   również   przejawiał   gust   swego   rodzimego 
świata: ubierał się w haftowane tuniki z podwójnymi trójkątnymi kołnierzami i staroświeckie 
pikowane płaszcze.

Jako senator reprezentujący peryferyjną planetę Naboo wraz z trzydziestoma sześcioma 

innymi   zamieszkanymi   światami,   Palpatine   zaskarbił   sobie   szacunek   uczciwością   i 
otwartością   miłą   sercom   wielu   z   jego   kolegów-senatorów.   Na   licznych   spotkaniach   z 
kanclerzem,   zarówno   oficjalnych,   jak   i   prywatnych,   niejednokrotnie   dawał   wyraz 
przekonaniu,   że   bardziej   go   interesuje   przeprowadzenie   tego,   co   niezbędne,   niż   ślepe 
przestrzeganie zasad i przepisów, paraliżujących prace senatu.

–   Jak   niewątpliwie   powie   panu   Departament   Sprawiedliwości   –   zaczął   w   końcu   – 

najemnicy, którzy napadli i unicestwili statek Federacji Handlowej „Strumień Przychodów”, 
zostali zaangażowani przez terrorystyczny Front Mgławicy. Wydaje się prawdopodobne, że 
udało im się przedostać na pokład przy współudziale robotników w dokach na Dorvalli. W 
jaki   sposób   Front   Mgławicy   dowiedział   się,   że   frachtowiec   przewozi   fortunę   w   postaci 
sztabek aurodium, pozostaje jeszcze do ustalenia. Ale jest jasne, że planowali wykorzystać 
aurodium   dla   sfinansowania   kolejnych   aktów   terroru   wymierzonych   przeciwko   Federacji 
Handlowej, a może nawet przeciw koloniom Republiki na Odległych Rubieżach.

– Planowali?
–   Wszystko   wskazuje  na   to,   że   kapitan   Cohl  i   jego  drużyna   stracili   życie   podczas 

eksplozji, która zniszczyła „Strumień Przychodów”. Incydent ten będzie miał jednak mimo 
wszystko dalekosiężne skutki.

– Doskonale zdaję sobie sprawę przynajmniej z części z nich – powiedział Valorum z 

niesmakiem.   –   Wskutek   ciągłych   ataków   i   niepokojów   Federacja   Handlowa   zamierza 
domagać się interwencji Republiki, a w razie gdyby im się to nie udało, zgody senatu na 
rozbudowę ich kontyngentu robotów bojowych.

Palpatine zacisnął usta i pokiwał głową.
– Muszę przyznać, panie kanclerzu, że moją pierwszą reakcją było, żeby z miejsca 

odrzucić podobne żądania. Federacja Handlowa już teraz jest zbyt potężna – zarówno pod 
względem ekonomicznym, jak i militarnym. Ostatnio jednak zmieniłem stanowisko.

Valorum przyjrzał mu się z zainteresowaniem.
– Chętnie wysłucham pańskiej opinii.

background image

–  W  takim  razie   zacznijmy  od  tego,  że  Federacja  Handlowa to  przedsiębiorcy,  nie 

wojownicy. Zwłaszcza Neimoidianie są tchórzliwi na każdej arenie innej niż handel. Dlatego 
też   udzielenie   im   zgody   na   powiększenie   liczby   robotów   obronnych...   niewielkie 
powiększenie...   niespecjalnie   mnie   martwi.   Co   więcej,   może   nam   to   przynieść   pewne 
korzyści.

Valorum splótł palce i pochylił się do przodu.
– O jakich korzyściach pan mówi?
Palpatine wziął głęboki oddech.
–   W   zamian   za   przychylenie   się   do   ich   prośby   o   interwencję   i   zwiększenie   sił 

obronnych   senat   mógłby   zażądać,   by   wszelki   handel   z   systemami   peryferyjnymi   został 
obłożony podatkiem na rzecz Republiki.

Valorum odchylił się w swoim fotelu, wyraźnie rozczarowany.
– Już to przerabialiśmy, senatorze. Obaj wiemy, że senacka większość nie interesuje się 

zbytnio tym, co dzieje się w zewnętrznych systemach, a jeszcze mniej – w strefach wolnego 
handlu. Obchodzi ich jednak dobro Federacji Handlowej.

– Tak, bo do kieszeni wielu lśniących jedwabiem senatorskich szat wpadają łapówki 

Neimoidian.

Valorum prychnął.
– Pobłażanie swoim zachciankom jest dziś na porządku dziennym.
– Niewątpliwie, panie kanclerzu – powiedział pojednawczo Palpatine. – Ale samo w 

sobie nie jest to powodem, by pozwalać na podobne praktyki.

– Oczywiście, że nie – zgodził się z nim Valorum. – Od dwóch kadencji staram się 

wyplenić korupcję w senacie i rozplatać sieć regulaminów i przepisów, która nas krępuje. 
Uchwalamy przepisy, by zaraz się przekonać, że nie jesteśmy w stanie wprowadzić ich w 
życie.  Komisje senackie  plenią  się jak wirusy,  pozbawione  jakiegokolwiek  przywództwa. 
Potrzeba   ze   dwudziestu   komisji,   żeby   uzgodnić   wystrój   senackich   korytarzy!   Federacja 
Handlowa   rozwinęła   się,   wykorzystując   zawiłości   biurokracji,   które   sami   stworzyliśmy. 
Zażalenia   na   praktyki   Federacji   zalegają   w   sądach,   podczas   gdy   komisje   deliberują   nad 
każdym   szczegółem.   Nic   dziwnego,   że   Dorvalla   i   wiele   innych   światów   wzdłuż 
Rimmiańskiego  szlaku handlowego wspiera  terrorystów  w rodzaju Frontu Mgławicy.  Ale 
podatki nic tu nie zmienią. Wręcz przeciwnie, takie posunięcie mogłoby skłonić Federację 
Handlową   do   całkowitego   porzucenia   peryferyjnych   systemów   na   rzecz   bardziej 
lukratywnych rynków bliżej Jądra.

–   Co   pozbawiłoby   Coruscant   i   jej   sąsiadów   ważnych   surowców   i   artykułów 

luksusowych eksportowanych przez te systemy – wtrącił Palpatine tonem, który wskazywał, 
że jest to znany wszystkim banał. – Niewątpliwie Neimoidianie uznają opodatkowanie  za 
zdradę, choćby dlatego, że to właśnie Federacja przetarła większość tras hiperprzestrzennych 
łączących Jądro z peryferiami. Niezależnie od tego jednak może to stanowić szansę, na jaką 
wielu z nas czekało... szansę na ustanowienie kontroli senatu nad tymi szlakami handlowymi.

Kanclerz zastanawiał się przez chwilę w milczeniu.
– To może być polityczne samobójstwo.
– Och, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, panie kanclerzu. Ci, którzy zaproponują 

opodatkowanie,   wystawią   się   na   bezlitosne   ataki   ze   strony   Gildii   Komercyjnej,   Unii 
Technologicznej i pozostałych przewoźników, którzy otrzymali licencje na handel w wolnych 
strefach. Ale to właściwy krok.

Valorum wolno pokręcił głową, wstał i podszedł do okien.
– Nic nie ucieszyłoby mnie bardziej niż przystopowanie Federacji Handlowej.
– W takim razie czas działać – powiedział Palpatine. Valorum wpatrywał się w odległe 

wieże.

– Czy mogę liczyć na pańskie wsparcie?

background image

Palpatine wstał i dołączył do niego.
– Pozwoli pan, że będę w tym względzie szczery. Moja pozycja jako przedstawiciela 

peryferyjnego sektora stawia mnie w niezręcznej sytuacji. Niech to pana nie zmyli, panie 
kanclerzu, stoję po pańskiej stronie, jeśli chodzi o scentralizowanie kontroli i podatki. Ale 
Naboo   i   inne   systemy   zewnętrzne   będą   zmuszone   niewątpliwie   wziąć   na   siebie   ciężar 
opodatkowania, płacąc więcej niż dotychczas za usługi Federacji Handlowej.– Przerwał na 
chwilę. – Będę musiał działać z najwyższą ostrożnością.

Valorum tylko pokiwał głową.
– Jednak – dodał szybko Palpatine – może pan być pewny, że zrobię wszystko co w 

mojej mocy, by zdobyć poparcie senatu dla kwestii opodatkowania.

Valorum odwrócił się w stronę Palpatine'a i uśmiechnął lekko.
– Jak zawsze, jestem panu wdzięczny za radę, senatorze. Zwłaszcza teraz, gdy problemy 

trapią pana rodzimy system.

Palpatine westchnął ostentacyjnie.
– Na nieszczęście król Veruna wplątał się w skandal. Choć nigdy nie rozmawiałem z 

nim w cztery oczy na temat ekspansji wpływów Naboo w Republice, martwię się o niego, bo 
jego trudna sytuacja kładzie się cieniem nie tylko na naszą planetę, ale i na sąsiednie światy.

Kanclerz złączył dłonie za plecami i przeszedł na środek przestronnego pokoju. Kiedy 

zwrócił twarz w stronę Palpatine'a, widać było jasno, że wrócił myślami do spraw o szerszym 
znaczeniu.

– Czy Federacja Handlowa byłaby skłonna zaakceptować opodatkowanie w zamian za 

poluzowanie ograniczeń obronnych, które na nich nałożyliśmy?

Palpatine złączył długie palce i podparł nimi podbródek.
–  Towar,   jakikolwiek  by nie   był,   ma   zawsze   dużą  wartość   dla  Neimoidian.   Ciągłe 

napady   piratów   i   terrorystów   sprawiły,   że   są   w   desperacji.   Będą   protestować   przeciwko 
opodatkowaniu,   ale   w   końcu   się   zgodzą.   Alternatywą   jest   podjęcie   bezpośredniej   akcji 
przeciwko   grupom,   które   ich   napastują   a   wiem,   że   sprzeciwiłby   się   pan   podobnym 
działaniom.

Valorum zdecydowanie przytaknął.
– Republika od pokoleń nie miała sił zbrojnych, a ja na pewno nie będę tą osobą która je 

przywróci. Coruscant musi pozostać miejscem, gdzie najrozmaitsze grupy mogą się spotkać, 
by znaleźć pokojowe rozwiązanie ich konfliktów.

Odetchnął głęboko.
–   Lepszym   rozwiązaniem   będzie   zezwolenie   Federacji   Handlowej   na   podjęcie 

niezbędnych kroków, by mogli sami bronić się przed terrorystami. W końcu Departament 
Sprawiedliwości   nie   może   sugerować,   by   Jedi   zajęli   się   rozwiązaniem   problemów 
Neimoidian.

– Na pewno nie – powiedział Palpatine. – I Departament, i rycerze Jedi mają ważniejsze 

sprawy niż pilnowanie bezpieczeństwa szlaków handlowych.

– Coś przynajmniej pozostaje niezmienne – zauważył Valorum. – Pomyśleć tylko, gdzie 

byśmy się znaleźli, gdyby nie Jedi.

– Trudno to sobie wyobrazić.
Kanclerz przeszedł kilka kroków i położył dłonie na ramionach Palpatine'a.
– Dobry z pana przyjaciel, senatorze.
Palpatine odwzajemnił gest.
– Moje interesy to interesy Republiki, panie kanclerzu.

background image

ROZDZIAŁ 7

Pokryta   od   bieguna   do   bieguna   durabetonem,   plastalą   i   tysiącem   innych 

niezniszczalnych materiałów, Coruscant wydawała się całkowicie odporna na kaprysy czasu 
czy rozmaite ataki przyszłych agentów entropii.

Mówiono, że na Coruscant można przeżyć całe życie nie wychodząc z budynku, który 

uważa się za swój dom, i że nawet jeśli ktoś poświęciłby całe życie na eksplorację Coruscant, 
nie zdołałby objąć nią więcej niż kilka kilometrów kwadratowych  – już prędzej zdołałby 
odwiedzić   wszystkie   najodleglejsze   planety   Republiki.   Pierwotna   powierzchnia   planety 
zatarła się w pamięci tak dawno temu, a odwiedzana była tak rzadko, że stała się tajemnym, 
mitycznym światem; jego mieszkańcy chełpili się tym, że ich królestwo nie oglądało światła 
słonecznego od dwudziestu pięciu tysięcy standardowych lat.

Bliżej nieba, gdzie powietrze nie przestawało krążyć, a olbrzymie lustra rozświetlały 

dno   płytszych   kanionów,   rządziło   bogactwo   i   przywileje.   Tu,   całe   kilometry   ponad 
bezświetlną   głębią,   zamieszkiwali   ci,   którzy   preferowali   własną,   rozrzedzoną   atmosferę; 
poruszali się prywatnymi  powietrznymi  limuzynami;  obserwowali, jak płonące czerwienią 
słońce chowa się za krzywizną planety; zapuszczali się poniżej poziomu dwóch kilometrów 
tylko po to, by przeprowadzić co bardziej podejrzane transakcje albo odwiedzić gęste od 
pomników place przed charakterystycznymi gigantycznymi budowlami, których nie była w 
stanie najechać, pokonać ani powalić przeciętność. Jedną z takich budowli była Świątynia 
Jedi.

Wysoka na kilometr, ścięta piramida, otoczona piątką wysmukłych wież górowała nad 

otoczeniem, celowo odizolowana od hałasu nakładających się na siebie pól magnetycznych i 
nie poddająca się żadnym nowym modom. Pod nią rozciągała się przestrzeń pełna dachów, 
napowietrznych   mostów   i   skrzyżowań,   tworząc   oszałamiającą   geometryczną   mozaikę   – 
kolosalne spirale i koła, krzyże i trójkąty, kwadraty i romby – wielkie mandale wycelowane w 
gwiazdy, jakby tymczasowe uzupełnienie tamtejszych konstelacji. Świątynia od pierwszego 
rzutu oka miała w sobie coś kojącego i wyniosłego zarazem. Bo choć stanowiła nieustanne 
przypomnienie   starszego,   mniej   skomplikowanego   świata,   było   w   niej   coś   surowego   i 
niedostępnego, nieosiągalnego dla turystów czy kogokolwiek innego, kto chciałby ją zwiedzić 
powodowany czystą ciekawością. Kształt Świątyni miał ponoć symbolizować drogę młodego 
padawana   ku   oświeceniu   –   ku   zjednoczeniu   z   Mocą,   osiągniętemu   dzięki   wierności 
Kodeksom Jedi. Kształt ten jednak zręcznie ukrywał inny, bardziej praktyczny cel, bo pięć 
wież –  po jednej z każdej strony świata i jedna w środku – stanowiło maszty dla licznych 
anten i przekaźników, dzięki którym Jedi dowiadywali się o sytuacji i kryzysach w galaktyce, 
której służyli.

W   ten   sposób   równoważyły   się   kontemplacja   i   służba   społeczna.  Nigdzie   w   całej 

świątyni   te   połączone   cele   nie   były   widoczne   bardziej   niż   w  szczytowej   sali   Rady 
Pojednawczej.

Podobnie jak sala Wysokiej Rady na szczycie wieży obok, również i ta była okrągła, 

miała   łukowaty   sufit   i   okna   dookoła.   Jednak,   jako   pomieszczenie   mniej   oficjalne,   była 
pozbawiona   kręgu   dwunastu   krzeseł   zajmowanych   przez   członków   Wysokiej   Rady, 
decydującej o sprawach, które w danej chwili zaprzątały jej uwagę.

Qui-Gon  był   na   Coruscant   od   trzech   standardowych   dni,   zanim   Rada   Pojednawcza 

wezwała go, by stawił się przed jej obliczem. Przez ten czas zajmował się głównie medytacją, 
badaniem starożytnych tekstów, przechadzaniem się w półmroku świątynnych korytarzy lub 
sesjami treningowymi z użyciem miecza świetlnego z innymi rycerzami Jedi i padawanami.

Od swoich znajomych w galaktycznym senacie dowiedział się, że Federacja Handlowa 

poprosiła Republikę o interwencję lub położenie kresu aktom terroru, a także o zgodę na 

background image

powiększenie liczby robotów obronnych w obliczu ciągłych niepokojów. Choć petycje te nie 
były   niczym   nowym,   Qui-Gon   był   zdziwiony,   dowiedziawszy   się   o  zarzutach   Federacji 
Handlowej pod adresem kapitana Cohla, który nie tylko unicestwił „Strumień Przychodów”, 
ale i jakoby odebrał Federacji kasetkę ze sztabami aurodium, wartymi miliardy kredytów.

Idąc na spotkanie z członkami Rady Pojednawczej, nadal rozmyślał o tej sensacyjnej 

wiadomości,   nieświadom,  że   oni  także  chcieli  omówić   wypadki   na  Dorvalli.  Wiele   osób 
podzielało   opinię,   że   Qui-Gon   sam   zasiadałby   w   radzie,   gdyby   nie   jego   skłonność   do 
naginania   reguł   i   podążania   za   głosem   własnego   instynktu   –   nawet   wówczas,   gdy 
podpowiadał   on   co   innego   niż   kolektywna   mądrość   rady.   Nie   przysparzało   mu   to 
popularności   u   co   bardziej   wyniosłych   kolegów.   W   rezultacie   traktowali   go   nieco 
protekcjonalnie, uznając jego niechęć do podporządkowania się i przyjęcia miejsca w radzie 
jako jeszcze jedną oznakę niepoprawności.

Rada Pojednawcza składała się z pięciu członków – choć rzadko była to ta sama piątka. 

Dziś obecnych było tylko czworo: mistrzowie Jedi Pio Koon, Oppo Rancisis, Adi Gallia i 
Yoda.

Qui-Gon odpowiadał na pytania  ze środka pokoju, gdzie pozwolono mu usiąść, ale 

wolał stać.

–   Skąd   wiedziałeś,   Qui-Gonie,   o   planach   kapitana   Cohla   co   do   „Strumienia 

Przychodów”,   hę?   –   zadał   pytanie   Yoda.   Spacerował   po   wypolerowanych   kamiennych 
płytach podłogi, podpierając się laską.

– Mam informatora we Froncie Mgławicy – odparł Qui-Gon. Yoda zatrzymał się, by 

spojrzeć na niego.

– Informatora, powiadasz?
– To Bithanin – wyjaśnił Qui-Gon. – Skontaktował się ze mną na Malastarze, a później 

poinformował mnie, że Cohl planuje zaatakowanie „Strumienia Przychodów” nad Dorvallą.

Yoda potrząsnął głową w udawanym zaskoczeniu.
– Sensacyjna wiadomość jest to. Jedna z wielu niespodzianek Qui-Gona.
Długowieczny drobniutki Yoda – ktoś w rodzaju patriarchy – miał niemal ludzką twarz, 

z wielkimi, rozumnymi oczami, małym nosem i ustami o wąskich wargach. Na tym jednak 
kończyły się podobieństwa, skórę miał bowiem zieloną od trójpalczastych stóp po czubek 
głowy, a uszy długie i spiczaste, sterczące po bokach pomarszczonej głowy jak skrzydła.

Był członkiem Wysokiej Rady i trochę efekciarzem – wolał uczyć, używając zagadek i 

myślowych łamigłówek niż wykładów i odpytywania. Yoda i Qui-Gon znali się od dawna; to 
Yoda był tym, który niekiedy czynił Qui-Gonowi wymówki, że koncentruje się bardziej na 
żyjącej Mocy kosztem Mocy jednoczącej. Qui-Gon wyjaśniał mu wtedy, że po prostu taki już 
jest.   Nawet   podczas   szkoleń   w   posługiwaniu   się   mieczem   świetlnym   rzadko   kiedy 
przystępował   do   pojedynku   z   jakąś   gotową   strategią.   Improwizował   raczej,   modyfikując 
swoją technikę w zależności od potrzeby chwili – nawet wtedy, gdy ujrzenie spraw w dłuższej 
perspektywie mogłoby mu pomóc.

–  Qui-Gonie   –  odezwała   się  Adi   Gallia.   –  Dano  nam  do  zrozumienia,  że   to  Front 

Mgławicy zatrudnił kapitana Cohla. W jakim celu twój informator sabotował operację, którą 
sam Front Mgławicy usankcjonował?

Była młodą i przystojną kobietą z Korelii, o egzotycznych oczach, długiej, smukłej szyi 

i pełnych wargach. Wysoka i ciemnoskóra, nosiła na głowie obcisłą czapeczkę, spod której 
zwisało osiem warkoczyków przypominających strączki.

Qui-Gon zwrócił się do niej:
– Ta operacja nie była usankcjonowana. Dlatego udałem się tam z moim padawanem.
Yoda uniósł laskę i wycelował ją w Qui-Gona.
– Wyjaśnić to musisz.
Qui-Gon skrzyżował muskularne ramiona na piersi.

background image

–   Front   Mgławicy   przemawia   w   imieniu   wielu   światów   Środkowych   i   Odległych 

Rubieży,   które   nie   godzą   się   na   monopolistyczne   praktyki   i   siłową   taktykę   Federacji 
Handlowej.   Część   z   tych   planet   została   skolonizowana   przez   gatunki,   które   uciekły   ze 
światów   Jądra   przed   represjami   cywilizacji.   Bardzo   cenią   sobie   swą   niezależność,   a 
tymczasem muszą wchodzić w interesy z konsorcjami w rodzaju Federacji. Światy,  które 
próbowały   wysyłać   swoje   towary   przez   inne   przedsiębiorstwa,   padły   ofiarą   całkowitej 
blokady handlowej.

– Front Mgławicy może mieć szczytne cele, ale ich metody są bezlitosne – zauważył 

Oppo Rancisis, przerywając krótką ciszę.

Był potomkiem rodziny królewskiej z Thisspias; miał zaczerwienione oczy i drobne 

usta w dużej głowie, której cała reszta pokryta była gęstymi, białymi włosami, spiętrzonymi 
wysoko na czubku czaszki i opadającymi długą brodą z cofniętego podbródka.

– Kontynuuj, Qui-Gonie – polecił Pio Koon spod maski, którą zmuszony był nosić w 

środowisku tlenowym.  Podobnie jak Rancisis, Koon miał umysł  skłonny do analizowania 
strategii militarnych.

Qui-Gon skłonił głowę i ciągnął dalej:
–  Nie   będę  próbował  usprawiedliwiać   czynów   Frontu  Mgławicy,  powiem   tylko,   że 

próbowali   przekonać   Federację   Handlową   do   swoich   racji,   zanim   wstąpili   na   drogę 
terroryzmu. Mogli bez trudu sfinansować swoje operacje, przemycając przyprawę dla Huttów, 
ale odmówili wchodzenia w układy z jakimkolwiek gatunkiem, który akceptuje niewolnictwo. 
Nawet gdy w końcu weszli na ścieżkę przemocy, ograniczają swoje działania do zakłócania 
transportów Federacji Handlowej albo opóźniania ich statków na wszelkie możliwe sposoby.

– Unicestwienie frachtowca jest niewątpliwie sposobem na opóźnienie go – powiedział 

Rancisis.

Qui-Gon spojrzał na niego.
– Akcja Cohla to coś nowego.
– Co w takim  razie  doprowadziło  Front Mgławicy do takiej  eskalacji przemocy?  – 

zapytała Gallia.

Qui-Gon wyczuł, że pytanie zostało zadane w równym stopniu w imieniu Rady, jak i w 

imieniu Najwyższego Kanclerza Valoruma, z którym Gallię łączyły bliskie związki.

–  Mój  informator  twierdzi,   że  w  łonie  Frontu  Mgławicy  uformowało   się  radykalne 

skrzydło, i to ci bojownicy wynajęli kapitana Cohla. Bithanin i wielu innych sprzeciwiało się 
zatrudnianiu najemników, ale to radykałowie przejęli władzę w organizacji.

Yoda w zamyśleniu potarł podbródek.
– Sztabki aurodium, o to chodziło im?
Qui-Gon pokręcił głową.
– Szczerze mówiąc, mistrzu, nie jestem pewien, czy mam uwierzyć w zarzuty Federacji.
– Czy masz powody, by w nie wątpić?
– To kwestia metod. Federacja Handlowa utrzymuje, że jej troską jest zabezpieczenie 

przewożonych ładunków. Dlaczego więc mieliby transportować aurodium na pokładzie słabo 
bronionego frachtowca w rodzaju „Strumienia Przychodów”, gdy znacznie ciężej uzbrojony 
„Akwizytor” był zaledwie o jeden system słoneczny stamtąd?

– Rację ma – przyznał Yoda.
–   Dla   mnie   powód   jest   oczywisty   –   nie   zgodził   się   z   nimi   Rancisis.   –   Federacja 

Handlowa niesłusznie założyła, że nikt nie będzie podejrzewał, by „Strumień Przychodów” 
przewoził takie bogactwo.

– To kwestia bez poważniejszych konsekwencji – powiedziała Gallia. – Wykorzystanie 

najemników w rodzaju kapitana Cohla świadczy o rozpoczęciu skoordynowanych działań w 
celu   przeciwstawienia   się   siłą   oddziałom   obronnych   robotów   Federacji   Handlowej,   a   w 
konsekwencji wyeliminowania ich wpływów w systemach peryferyjnych.

background image

– Na szczęście kapitan Cohl nie stanowi już problemu – zauważył Pio Koon.
Yoda otworzył szerzej oczy.
– Dla Qui-Gona stanowi.
Qui-Gon poczuł na sobie badawcze spojrzenia rady.
– Nie wierzę, że zginął w eksplozji frachtowca – powiedział w końcu.
– Przecież sam tam byłeś! – zauważył Rancisis.
– Na własne oczy widziałeś – powiedział Yoda, mrugając szybko. Qui-Gon zacisnął 

usta.

–   Cohl   miał   zawsze   plany   na   każdą   ewentualność.   Nie   poleciałby   prosto   w   ogień 

eksplozji tylko po to, by uniknąć pogoni.

– W takim razie dlaczego nie schwytałeś go, tak jak planowałeś? -zapytał Rancisis.
Qui-Gon w zamyśleniu dotknął palcami ust.
–   Jak   powiedziała   mistrzyni   Gallia,   Cohl   to   dopiero   początek.   Razem   z   moim 

padawanem przymocowaliśmy sygnalizator do statku Cohla, w nadziei, że zaprowadzi nas do 
aktualnej   bazy   Frontu   Mgławicy,   która   może   się   znajdować   na   jednym   z   rimmiańskich 
światów, które popierają terrorystów. Po eksplozji sygnalizator przestał działać.

Gallia przyglądała mu się przez chwilę.
– Szukałeś Cohla, Qui-Gonie?
–   Nie   znaleźliśmy   z   Obi-Wanem   żadnego   śladu   wahadłowca.   O   ile   wiemy,   fala 

uderzeniowa eksplozji porwała go i wciągnęła w studnię grawitacyjną Dorvalli.

–   Czy   poinformowałeś   Departament   Sprawiedliwości   o   swoich   podejrzeniach?   – 

zapytał Rancisis.

– Najlepiej znane kryjówki Cohla są pod obserwacją – odpowiedziała za Qui-Gona 

Gallia.

Koon wstał z krzesła i stanął obok Qui-Gona.
– Kapitan Cohl był może najlepszy w swojej klasie, ale takich jak on jest wielu, równie 

bezlitosnych,   równie   drapieżnych.   Front   Mgławicy   nie   będzie   miał   trudności   z 
odbudowaniem swoich szeregów.

Rancisis z powagą pokiwał głową.
– Musimy uważnie przyglądać się tej sprawie.
Yoda przeszedł przez pokój, potrząsając brodą w przód i w tył.
–   Unikać   konfliktu   z   Frontem   Mgławicy   musimy.   Głosem   wielu   przemawiają.   Na 

szwank narażają naszą bezstronność.

– Zgadzam się – powiedział Rancisis. – Nie możemy opowiadać się po tej czy innej 

stronie.

–   Ależ   musimy!   –   zaprotestował   Qui-Gon.   –   Nie   jestem   sojusznikiem   Federacji 

Handlowej,   ale   akty   terroryzmu   Frontu   Mgławicy   nie   ograniczą   się   do   frachtowców. 
Niewinne istoty znajdą się w niebezpieczeństwie.

Wszyscy zamilkli, z wyjątkiem Yody.
–   Prawdziwym   rycerzem   Qui-Gon   jest   –   powiedział   tonem   łagodnej   wymówki.   – 

Zawsze podąża własną drogą.

background image

ROZDZIAŁ 8

Neimoidia – mała wilgotna planeta, nędznie oświetlana przez prastare słońce – była 

miejscem   unikanym   nawet   przez   Neimoidian.   Jej   położenie   –   stosunkowo   niedaleko   od 
samowystarczalnej   Korelii   i   wysoko   uprzemysłowionego   systemu   Kuat   –   przyniosło   jej 
więcej   szkód   niż   korzyści,   bo   raz   za   razem   bractwo   światów   Jądra   pomijało   ten   mało 
interesujący   świat   na   korzyść   jego   bardziej   atrakcyjnych   sąsiadów.   Społeczeństwo 
Neimoidian uformowało się więc w poczuciu izolacji.

Wzgardliwe   traktowanie   ze   strony   innych   światów   wyrobiło   w   tym   gatunku 

przekonanie, że postęp jest udziałem tych, którzy są nie tylko zdolni, ale i drapieżni. Dotarcie 
na szczyt łańcucha pokarmowego wymagało wspinania się po ciałach słabszych. Utrzymanie 
się   na   szczycie   wymagało   wyrwania   innym   wszelkich   zasobów,   jakimi   dysponowali,   i 
uniemożliwienia odebrania ich sobie.

Reguły te przywoływano zwykle, by wytłumaczyć,  jak i dlaczego Neimoidianie tak 

szybko   wysunęli   się   na  czoło   Federacji   Handlowej,   której   znakiem   rozpoznawczym   była 
bezwzględność.

Najzdolniejsi synowie Neimoidii opuszczali planetę w młodym wieku, preferując życie 

wędrownych   handlarzy   na   pokładach   statków   floty   handlowej   Federacji.   Wskutek   tego 
Neimoidia była  rzadko zaludniona; pozostawali na niej najsłabsi przedstawiciele gatunku, 
którzy zajmowali się doglądaniem hodowli świerzbu, upraw grzybni i farm żuków.

Wicekról Nute Gunray podzielał swoisty niesmak, jaki jego współbracia, podobni mu 

dobrowolni   wygnańcy,   odczuwali   dla   swego   ojczystego   świata.   Okoliczności   wymagały 
jednak, by spotkał się z członkami Wewnętrznego Kręgu w miejscu, które gwarantowało 
ochronę   przed   wścibskimi   oczami   Coruscant.   A   pod   tym   względem   Neimoidia   była 
najlepszym z możliwych rozwiązań.

Powrót do domu wiązał się i z tym nieodłącznym problemem, że nie sposób było uciec 

od   wspomnień   –   tkwiących   zwykle   gdzieś   pod   powierzchnią   świadomości,   na   poziomie 
komórkowym – z okresu pierwszych siedmiu lat życia, kiedy było się wątłą, bladą, wijącą się 
larwą, walczącą z każdą inną podobną larwą o przetrwanie i możliwość przepoczwarzenia się 
w czerwonookiego, beznosego, rybioustego i zdecydowanie nieufnego dorosłego osobnika.

Takiego jak Gunray, który okrywał ciało strojami z najdelikatniejszych tkanin, jakie 

można kupić za kredyty,  i który rzadko – jeśli w ogóle – oglądał się za siebie. Wicekról 
oddawał   się   tym   refleksjom,   podczas   gdy  jego   mechanofotel   sunął   na   miejsce   spotkania 
przestronnymi korytarzami wyciętymi w skale w taki sposób, by przypominały tunele lęgowe. 
Po drodze mijał rzędy robotów protokolarnych czekających na baczność po obu stronach.

Dotarł   w   końcu   do   ciemnej,   zatęchłej   groty,   stanowiącej   całkowite   przeciwieństwo 

lśniących   mostków   na   frachtowcach   Federacji   Handlowej.   Widać   w   niej   było   liczne 
przykłady egzotycznej flory, walczącej ze wszystkich sił o odzyskanie wilgoci z dusznego 
powietrza. Sklepione łukowato ściany zdobiły dwa godła pobożności i władzy: Krąg Ognia i 
garhai,   pancerna   ryba   symbolizująca   posłuszeństwo   i   oddanie   okazywane   oświeconym 
przywódcom.

Dwaj  najważniejsi   doradcy  Gunraya   –  namiestnik  wicekróla  Hath  Monchar   i  radca 

prawny Rune Haako  –  już czekali. Każdy miał na sobie czarną tiarę, stosownie do swej 
pozycji: Monchara była trójgraniasta, podobna nieco do tej, którą nosił Gunray, ale mniejsza; 
Haako nosił rodzaj skomplikowanego kaptura z dwoma rogami na przedzie i zaokrąglonym, 
wysokim tyłem.

Dwaj doradcy wykonali pełne szacunku gesty w kierunku Gunraya, gdy ten zszedł  z 

mechanofotela.

– Witaj, wicekrólu – powiedział, podchodząc do niego, Haako, zgarbiony i kulawy, z 

background image

podkurczonym z boku lewym ramieniem. – Mamy nadzieję, że trudziłeś się nie na darmo. – 
Przypominał nieco pająka, z tymi zapadniętymi policzkami, pooraną głębokimi zmarszczkami 
twarzą, zapuchniętymi oczami i pomarszczonymi fałdami skóry na podbródku i grubej szyi.

Gunray protekcjonalnie machnął ręką.
– Powiedział, że się pojawi. Mnie to wystarczy.
– Tobie może wystarczy – mruknął pod nosem Monchar. Gunray spojrzał na swego 

namiestnika.

– Wszystko potoczyło się, tak jak obiecał. Najemnicy Cohla zaatakowali, a „Strumień 

Przychodów” został zniszczony.

– I to ma być powód do świętowania? – zapytał Haako, poruszając fałdami aparatu 

głosowego.   –   Twój   plan   kosztował   Federację   Handlową   frachtowiec   klasy   pierwszej   i 
miliardy kredytów w aurodium.

Pulsujące   membrany   Gunraya   pozwalały   się   domyślać,   że   jego   opanowanie   było 

jedynie pozą. Zamrugał kilkakrotnie, ale zaraz odzyskał pewność siebie. 

– Jeden statek i szkatułka klejnotów. Jeśli nasz dobroczyńca rzeczywiście jest tym, za 

kogo się podaje, taka strata jest bez znaczenia.

Haako uniósł bezwładną dłoń.
– Jeśli  nim jest,  byłby  to powód do obaw, a nie  zadowolenia.  Zresztą  skąd mamy 

wiedzieć, czy mówi prawdę? Jakie dowody przedstawił, wicekrólu? Kontaktuje się z tobą 
niematerialnie, przez hologram. Może być kimkolwiek.

Gunray poruszył wydatną szczęką.
– Kto byłby na tyle wymóżdżony, żeby wysuwać podobne twierdzenia, nie mogąc ich 

udowodnić?

Wziął przenośny holoprojektor i ustawił na stole.
Kiedy Ciemny Lord po raz pierwszy nawiązał z nim kontakt, wydawał się wiedzieć 

wszystko  na  temat  Nute'a Gunraya  i  jego wspinaczki  na najwyższe  szczeble  władzy.  Na 
przykład to, jak Gunray zeznawał przed Dyrektoriatem Federacji Handlowej przeciwko Pulsar 
Supertanker – wówczas niezależnej spółce wchodzącej w skład konglomeratu – oskarżając 
ich o „złośliwy brak troski o zyski” i „bezproduktywne darowizny na cele dobroczynne”.

W   gruncie   rzeczy   wyglądało   na   to,   że   właśnie   to   zeznanie   i   podobne   deklaracje 

gorliwości zwróciły uwagę Dartha Sidiousa.

A jednak Nute Gunray pozostał wówczas równie sceptyczny, jak obecnie jego doradcy, 

demonstrowanych   przez   Dartha   Sidiousa   szerokich   wpływów   i   możliwości.   Sidious 
potajemnie  nakłonił  kilka  ważnych  planet  eksportujących  surowce,  by przyłączyły  się  do 
Federacji   Handlowej,   zrzekając   się   jednocześnie   prawa   do   własnej   reprezentacji   w 
galaktycznym   senacie   w   zamian   za   lukratywne   oferty   handlowe   i   –   o   ile   to   możliwe   – 
rozwiązanie problemu przemytu i piratów. Za każdym razem Sidious tak aranżował sprawy, 
że   zasługi   za   te   nabytki   przypadały   Gunrayowi,   tym   samym   wspierając   jego   autorytet   i 
gwarantując wybór na członka dyrektoriatu.

Kwestii, czy Sidious naprawdę zawdzięczał swoje wpływy mocom Sithów, Gunray nie 

był  w stanie rozstrzygnąć, ale też nie za bardzo go to obchodziło, biorąc pod uwagę, co 
wiedział   o   Sithach   –   starożytnym,   może   nawet   legendarnym   zakonie   czarnych   magów, 
niewidzianych w galaktyce od tysiąca lat.

Niektórzy mówili, że Sithowie to ciemna strona Jedi; inni twierdzili, że to Jedi położyli 

kres panowaniu Sithów w wojnie, w której stanęły naprzeciw siebie siły światła i ciemności. 
Jeszcze inni z kolei utrzymywali, że chciwi władzy Sithowie sami się powybijali. Gunray nie 
wiedział, która z tych wersji jest prawdziwa i miał nadzieję, że tak pozostanie.

Spojrzał na projektor; zbliżała się godzina umówionego spotkania.
Nie zdążył skończyć poprzedniej myśli, gdy nad urządzeniem pojawił się wizerunek 

zakapturzonej głowy i ramion oraz twarzy ukrytej głęboko w cieniu kaptura, spod którego 

background image

widać było jedynie pobrużdżony podbródek i wydatne szczęki starego człowieka. Płaszcz 
spinała pod szyją ozdobna brosza.

Kiedy postać przemówiła, jej głos przypominał przeciągły zgrzyt.
–  Widzę,  wicekrólu,   że  zebrałeś  swoich  podwładnych,   jak  prosiłem  –  zaczął   Darth 

Sidious.

Gunray wiedział,  że słowo „podwładni” nie znajdzie  uznania  u Monchara i Haako. 

Choć rozumiał, że niewiele jest w stanie zdziałać, uznał, że warto przynajmniej spróbować 
wyprostować sprawę.

– Moich doradców, lordzie Sidiousie.
Twarz Sidiousa nic nie zdradzała.
– Doradców... ależ oczywiście. – Przerwał na chwilę, jakby sondował niezmierzoną 

odległość,   jaka   ich   dzieliła.   –   Wyczuwam   atmosferę   obaw,   wicekrólu.   Czyżby   rezultaty 
naszych planów nie przypadły ci do gustu?

– Ależ skąd, w żadnym razie, lordzie Sidiousie – zająknął się Gunray. – Chodzi jedynie 

o to, że utrata frachtowca i sztabek aurodium martwi co poniektórych. – Spojrzał znacząco na 
swoich doradców.

–   Co   poniektórzy   pozbawieni   są   twojej   zdolności   widzenia   spraw   w   szerszej 

perspektywie, wicekrólu – powiedział Sidious tonem, w którym pobrzmiewała pogarda. – 
Być może powinniśmy ponownie zapoznać ich z naszymi zamiarami przysporzenia Federacji 
Handlowej sympatii w senacie. To dlatego poinformowałem Front Mgławicy o transporcie 
aurodium. Utrata sztabek wesprze naszą sprawę. Wkrótce politycy i biurokraci będą jeść ci z 
ręki,   a   wtedy   Federacja   Handlowa   będzie   mogła   stworzyć   armię   robotów,   której   tak 
potrzebuje. Firmy takie jak Baktoid, Zakłady Konstrukcyjne Haor Chall czy Colicoids będą 
się prześcigać, by zrealizować wasze zamówienia.

Gunray poczuł niepokój.
– Armię, lordzie Sidiousie?
– Bogactwa Odległych Rubieży czekają na tych, którzy mają dość odwagi, by po nie 

sięgnąć.

Gunray przełknął ślinę.
– Ależ lordzie Sidiousie, być może nie czas na podejmowanie takich działań...
– Nie czas? To wasze przeznaczenie. Jeśli będziecie mieć wsparcie armii, kto odważy 

się zakwestionować władzę Neimoidii nad szlakami handlowymi?

– Z chęcią powitamy możliwość obrony przed piratami i wywrotowcami – odważył się 

odezwać Runę Haako. – Nie chcemy jednak łamać warunków naszego traktatu handlowego z 
Republiką. Nie wtedy, gdy ceną za armię robotów jest opodatkowanie stref wolnego handlu.

– A więc słyszałeś o zamiarach kanclerza Valoruma – stwierdził Sidious.
– Tylko tyle, że zamierza starannie rozważyć tę propozycję – powiedział Gunray.
Sidious pokiwał głową.
–   Bądź   spokojny,   wicekrólu.   Najwyższy   Kanclerz   jest   naszym   najsilniejszym 

sprzymierzeńcem w senacie.

– A więc lord Sidious ma wpływy w senacie? – zaryzykował pytanie Haako.
Ale Sidious był zbyt sprytny, by złapać przynętę.
– Dowiesz się, że wielu jest takich, którzy wykonują moje rozkazy – powiedział. – 

Rozumieją, podobnie jak wy zrozumiecie, że najlepiej służą sobie, oddając się w służbę mnie.

Haako i Monchar wymienili ukradkowe spojrzenia.
–   Rządzący   członkowie   Dyrektoriatu   Federacji   Handlowej   raczej   nie   zaaprobują 

wydawania z takim trudem wypracowanych zysków na roboty – powiedział Monchar. – I tak 
uważają, że my, Neimoidianie, jesteśmy przesadnie podejrzliwi.

–   Jestem   świadom   opinii   waszych   partnerów   –   powiedział   chrapliwie   Sidious.   – 

Przyjmij moją radę: głupi przyjaciele są nie lepsi od wrogów.

background image

– Jednak sprzeciwią się takim planom.
– W takim razie będziemy po prostu musieli znaleźć sposób, by ich przekonać.
– On nie chciał okazać ci niewdzięczności, lordzie Sidiousie – przeprosił Gunray za 

swego podwładnego. – Po prostu... po prostu nie wiemy, kim jesteś i ile dasz radę załatwić. 
Możesz być na przykład potężnym Jedi, który chce nas wciągnąć w pułapkę.

– Jedi? – powiedział Sidious. – Nie kpij ze mnie. Przekonacie się jednak, że jestem 

pobłażliwym   panem.   Jeśli   chodzi   o   wasze   obawy   co   do   mojej   tożsamości...   mojego 
dziedzictwa, powiedzmy... przemawiać za mnie będą moje czyny.

Neimoidianie wymienili zakłopotane spojrzenia.
– A co z Jedi? – zapytał Haako. – Nie będą stali z boku.
– Jedi zrobią tylko  to, na co pozwoli im senat – powiedział Sidious. – Jesteście w 

grubym   błędzie,   jeśli   myślicie,   że   poświęcą   swoje   posiadłości   na   Coruscant,   występując 
przeciw Federacji Handlowej bez aprobaty senatu.

Gunray spojrzał znacząco na swoich doradców, zanim odpowiedział:
– Oddajemy się w twoje ręce, lordzie Sidiousie.
Sidious niemal się uśmiechnął.
– Tak sądziłem, wicekrólu, że dasz się przekonać. Wiem, że nie zawiedziesz mnie w 

przyszłości.

Obraz zniknął równie nagle, jak się wcześniej pojawił, pozostawiając trzech Neimoidian 

łamiących sobie głowy nad charakterem mrocznego przymierza, które właśnie zawarli.

background image

ROZDZIAŁ 9

Noc na Coruscant  była  pojęciem abstrakcyjnym.  Słońce zachodziło  jak zawsze,  ale 

światła   były   tak   wszechobecne   w   lesie   miejskich   wieżowców,   że   prawdziwa   ciemność 
zalegała jedynie w najgłębszych kanionach lub przybywała na wezwanie tych mieszkańców, 
którzy   mogli   sobie  pozwolić   na   zaciemnienie   transpastalowych   szyb.   Widziana  z   orbity 
ciemna strona planety jarzyła się jak ozdobny ornament wysadzany bioluminescencyjnymi 
formami życia, jakie można było znaleźć w gablotach kolekcjonerów sztuki albo w muzeach 
sztuki ludowej.

Na niebie nigdy nie było widać gwiazd, z wyjątkiem szczytowych pięter najwyższych 

budynków.   Inne   gwiazdy   rozświetlały   jednak   coruscańską   noc   w   słynnych   kompleksach 
rozrywkowych   –  piosenkarze,   aktorzy,  artyści  i   politycy.   Ci  ostatni  podlegali   najbardziej 
ulotnym modom, a ostatnimi czasy lubili pojawiać się w operze za przykładem Najwyższego 
Kanclerza Valoruma, którego znakomita rodzina słynęła również od niepamiętnych pokoleń z 
mecenatu nad sztuką.

W   galaktyce,   liczącej   miliony   rozumnych   gatunków   i   tysiąc   razy   więcej   światów, 

kultura była zawsze towarem wyjątkowo popularnym. W każdej chwili gdzieś na Coruscant 
odbywała   się   taka   czy   inna   premiera.   Niewiele   zespołów   i   trup   cieszyło   się   jednak 
przywilejem występowania na deskach Opery Coruscant.

Budynek był cudem baroku sprzed czasów Republiki: cały w stiukach i ornamentach, ze 

staroświecką  sceną, wznoszącymi  się rzędami  foteli  i prywatnymi  lożami  o zabytkowych 
zdobieniach.   W   ramach   gestu   w   stronę   obywateli   Coruscant   zbudowano   nawet   labirynt 
dolnych   galerii,   gdzie   zwykli   ludzie   mogli   oglądać   przedstawienie   na   hologramowych 
ekranach i udawać, że mogą zadawać się z osobistościami, które zasiadają nad ich głowami.

W programie była opera pod tytułem  Krótkie panowanie demonów przyszłości, dzieło 

napisane pierwotnie na Korelii, wystawiane jednak przez trupę Bithan, którzy objeżdżali z nią 
kolejne planety od dwudziestu standardowych lat.

Bithanie – dwunożny gatunek o okrągłych czaszkach, czarnych oczach pozbawionych 

powiek i workowatych fałdach skórnych poniżej szczęki – pochodzili z peryferyjnej planety 
Clack'dor VII i znani byli z tego, że odbierają dźwięki w taki sposób, jak ludzie kolory.

Biorąc pod uwagę, że to rodzice Finisa Valoruma sponsorowali powstanie  Krótkiego 

panowania, trudno się było dziwić, że sam najwyższy kanclerz zaszczycił swą obecnością 
przedstawienie po długo oczekiwanym powrocie trupy na Coruscant. Sam fakt, że będzie na 
nim obecny, wywindował ceny biletów do niemożliwości, a mimo to kupić je było równie 
trudno,   jak   adegańskie   kryształy.   W   efekcie   budynek   był   tak   wypełniony   po   brzegi 
luminarzami, jak od dawna się to nie zdarzyło.

Jak   zawsze,   Valorum   przyszedł   późno,   by   mieć   pewność,   że   zajmie   miejsce   jako 

ostatni.   Publiczność   powstała,   wyciągając   głowy,   by   go   zobaczyć;   oklaski   brzmiały   bez 
przerwy, gdy wkraczał do zabytkowej loży, zarezerwowanej dla członków jego rodziny od z 
górą pięciuset lat.

Wyrzekłszy   się   na   tę   okazję   swojej   zwyczajowej   eskorty   –   ubranych   w   niebieskie 

płaszcze i hełmy członków Senackiej Straży – Valorum przybył w towarzystwie asystentki 
administracyjnej, Sei Tarii, drobnej kobietki o połowę młodszej od niego, o migdałowych 
oczach i skórze koloru zboża, w twarzowych ciemnoczerwonych septojedwabiach.

Jak zwykle na Coruscant, publiczność rozplotkowała się, zanim jeszcze Valorum zdążył 

usiąść. Ale Najwyższy Kanclerz był uodporniony na plotki, po części ze względu na swoje 
arystokratyczne wychowanie, ale także i dlatego, że niemal każdy z senatorów, niezależnie od 
stanu cywilnego, zwykł był pojawiać się publicznie w towarzystwie atrakcyjnych samic.

Valorum dostojnie skinął ręką i skłonił głowę w geście cierpliwej łaskawości. Zanim 

background image

usiadł,   ukłonił   się   powtórnie   w   stronę   prywatnej   loży   dokładnie   po   przeciwnej   stronie 
amfiteatru.

Kilkunastu zamożnie wyglądających widzów w loży, którą Valorum wyróżnił swoim 

ukłonem, odpowiedziało podobnym gestem i pozostało na nogach, dopóki Sei Taria nie zajęła 
miejsca – niemały wyczyn dla właściciela loży, senatora Orna Free Taa, który w czasie swojej 
kadencji na Coruscant przytył tak bardzo, że zajmował aż trzy siedzenia.

Błękitnoskóry Taa, o wydatnych czerwonych wargach i powiekach, miał dużą owalną 

twarz i podwójny podbródek rozmiarów worka pokarmowego bantha. Był Twi'lekianinem 
pochodzącym z Rutii; jego grube warkocze główne lekku spoczywały na otłuszczonej piersi 
jak śpiące węże. Krzykliwa szata wystarczyłaby na namiot. Wyraźnie afiszował się ze swoją 
konkubiną, Twi'lekianką z Letha, młodzieńczą istotą o wysokich  kościach policzkowych i 
czerwonym ciele spowitym w zwoje połyskliwego jedwabiu.

Jako członek Komitetu Asygnacyjnego, Taa był w opozycji do kanclerza Valoruma od 

czasów, gdy jego ojczysta  planeta Ryloth, słynąca jako producent przyprawy,  nie zdołała 
uzyskać statusu planety uprzywilejowanej.

Gośćmi   Taa   byli   senatorowie   Toonbuck   Toora,   Passel   Argente,   Edcel   Bar   Gane   i 

Palpatine, który przybył w towarzystwie dwóch osobistych sekretarzy, Kinmana Doriana  i 
Sate'a Pestage'a.

– Wiecie,  dlaczego  Valorum tak kocha operę? – zapytał  Taa we wspólnym,  ledwo 

otwierając tłuste wargi. – Bo to jedyne miejsce na Coruscant, gdzie cała publiczność mu 
przyklaskuje.

– A przecież robi tu niewiele więcej niż w senacie – zauważyła senator Toora. – Po 

prostu przestrzega zasad i udaje zainteresowanie.

Bajecznie   bogata,   była   dwunożną   włochatą   istotą   o   szerokich   ustach,   trzech 

podbródkach i oczach jak paciorki; na czubku grzebienia sterczącego ze spłaszczonej głowy 
tkwił mały nos.

– Valorum stracił zęby – zapiał Passel Argente. Ten mężczyzna o ziemistej cerze był 

przedstawicielem Sprzymierzenia Przedsiębiorców; nosił czarny turban i fular, który odsłaniał 
tylko twarz i zakręcony róg sterczący z czoła. – W momencie gdy potrzeba nam energii, 
wizji, jedności, Valorum proponuje wypróbowane, rutynowe rozwiązania. Rozwiązania, które 
gwarantują zachowanie status quo.

– Ku naszej wielkiej radości – mruknęła pod nosem Toora.
–   Ale   ten   ukłon...   –   powiedział   Taa,   kierując   się   w   stronę   fotela   wykonanego   na 

specjalne zamówienie, by mógł w nim pomieścić spasione cielsko. – Czemu zawdzięczamy 
ten zaszczyt?

Toora lekceważąco machnęła ręką.
–   Według   mnie,   idiotycznemu   zamieszaniu   związanemu   z   wnioskiem   Federacji 

Handlowej. Valorum potrzebuje wszelkiego poparcia, jakie zdoła zdobyć, by przekonać nas 
do uchwalenia opodatkowania stref wolnego handlu.

–   W   takim   razie   to   jeszcze   dziwniejsze,   że   się   nam   kłania   –   zauważył   Taa. 

Zamaszystym   gestem   wskazał   na   inne   loże.   –   O,   tam...   senator   Antilles,   Horox   Ryyder, 
Tendau Bendon... wszyscy oni przyklaskują każdemu słowu kanclerza. Każdy z nich bardziej 
jest wart ukłonu niż my.

Taa   uniósł   tłustą   dłoń   w   geście   pozdrowienia,   gdy   nagle   towarzystwo   zdało   sobie 

sprawę, że są obserwowani.

– W takim razie ukłon musiał być przeznaczony wyłącznie dla senatora Palpatine'a  – 

zauważyła Toora znacząco. – Z tego co słyszałam, Najwyższy Kanclerz chętnie słucha  rad 
naszego delegata z Naboo.

Taa odwrócił się w stronę Palpatine'a.
– Czy to prawda, senatorze?

background image

Palpatine uśmiechnął się lekko.
– To nie jest tak, jak sobie wyobrażacie, zapewniam was. Najwyższy Kanclerz spotkał 

się ze mną, by poznać moją opinię na temat tego, jak systemy peryferyjne przyjmą kwestię 
opodatkowania. Nie rozmawialiśmy o niczym innym. Zresztą Valorum raczej nie potrzebuje 
mojej pomocy, by przepchnąć tę propozycję. Nie jest aż tak nieskuteczny, jak się niektórym 
wydaje.

–   Nonsens   –   powiedział   Taa.   –   Dojdzie   do   przepychanki   między   frakcjami   Baila 

Antillesa a tymi, którzy pozwalają, by w ich imieniu przemawiał Ainlee Teem. Jak zawsze, 
światy Jądra staną po stronie Valoruma, a najbliższe kolonie – przeciw. 

– Myślę, że jeszcze bardziej spolaryzuje senat – powiedział świszczącym głosem Edcel 

Bar   Gane.   Reprezentant   planety   Roona   miał   pękatą   głowę   i   wąskie,   uniesione   w 
zewnętrznych kącikach oczy.

Toora słuchała ich uwag, nie komentując. Ponownie spojrzała na Palpatine'a.
– Zaciekawił mnie pan, senatorze. Co dokładnie powiedział pan kanclerzowi w kwestii 

wpływu opodatkowania na systemy peryferyjne?

– Włączcie kurtynę akustyczną, a może będę skłonny wam się zwierzyć – powiedział 

Palpatine.

– Och, zrób to, Taa! – zapaliła się Toora. – Uwielbiam intrygować.
Taa   przestawił   przełącznik   w   barierce   loży,   uruchamiając   pole,   które   skutecznie 

izolowało pomieszczenie od wszelkich prób podsłuchu. Ale Palpatine odezwał się dopiero 
wtedy, gdy Sate Pestage – szczupły mężczyzna o ostrych rysach i przerzedzonych czarnych 
włosach – sprawdził, że pole działa.

Działania Pestage'a zrobiły wrażenie na senatorze Argente.
– Czy wszyscy na Naboo są równie ostrożni jak pan, senatorze?
Palpatine wzruszył ramionami.
– Proszę to uznać za wadę osobniczą. 
Argente pokiwał głową.
– Zapamiętam to sobie.
–   Proszę   więc   nam   wszystko   powiedzieć   –   odezwała   się   Toora.   –   Czy  Najwyższy 

Kanclerz obiera niebezpieczny kurs, przeciwstawiając się Federacji Handlowej?

–   Niebezpieczeństwo   polega   na   tym,   że   dostrzega   tylko   część   problemu   –   zaczął 

Palpatine.   –   Choć   pierwszy   by   temu   zaprzeczył,   w   głębi   serca   Valorum   jest   biurokratą, 
podobnie  jak  jego  przodkowie.  Przedkłada  przepisy  i  zasady  nad   bezpośrednie   działanie. 
Brakuje mu zdolności właściwej oceny sytuacji. To dynastia Valorum była w dużej mierze 
odpowiedzialna   za   danie   wolnej   ręki   Federacji   Handlowej   dziesięciolecia   temu.   A   jak, 
waszym zdaniem, udało im się zgromadzić tak wielkie dobra? Na pewno nie faworyzując 
peryferyjne   systemy,   tylko   wchodząc   w   lukratywne   układy   z   Klanem   Banków 
Intergalaktycznych i firmami w rodzaju TaggerCo. Szczególnie ironiczny wydźwięk ma fakt, 
że ten najnowszy kryzys kręci się wokół Frontu Mgławicy. Ojciec obecnego kanclerza miał 
okazję zlikwidować to ugrupowanie, ale nie zrobił tego, upominając ich jedynie, zamiast 
wyeliminować.

– Zaskakuje mnie pan, senatorze – powiedziała Toora. – Ale na plus, jak sądzę. Proszę 

mówić dalej.

Palpatine założył nogę na nogę i wyprostował się w fotelu.
– Najwyższy Kanclerz nie jest w stanie zrozumieć, że przyszłość Republiki zależy w 

znacznej  mierze   od  tego,  co   dzieje  się  na   Środkowych  i   Odległych  Rubieżach.   Choć  na 
Coruscant   panoszy   się   korupcja,   prawdziwa   korozja   zawsze   zaczyna   się   od   brzegów, 
postępuje od zewnątrz do środka i w końcu pożre i centrum. Jeśli Valorum nie zrobi czegoś, 
by   powstrzymać   tę   falę,   Coruscant   stanie   się   pewnego   dnia   niewolnicą   tych   systemów, 
niezdolną uchwalić żadnych przepisów bez ich zgody. Jeśli nie załagodzimy sprawy dziś, 

background image

możemy być zmuszeni podporządkować się ich władzy centralnej jutro. To one są kluczem 
do przetrwania Republiki.

Taa wysapał:
– Jeśli dobrze rozumiem, chce pan powiedzieć, że Federacja Handlowa jest ogniwem 

łączącym nas z tymi systemami... ambasadorami Coruscant, że tak powiem... i że w związku z 
tym nie możemy sobie pozwolić na izolowanie Neimoidian i reszty.

– Źle  pan zrozumiał  –. powiedział  twardo Palpatine.  – Federacji Handlowej  należy 

utrzeć trochę nosa. Valorum ma rację, forsując opodatkowanie, bo Federacja Handlowa i tak 
ma   już   za   wiele   wpływów   w   systemach   peryferyjnych.   Setki   systemów   zewnętrznych, 
desperacko dążących do utrzymania wymiany handlowej z systemami Jądra, przyłączyło się 
do   Federacji,   zrzekając   się   praw   do   własnego   przedstawiciela   w   senacie.  Na   razie 
Neimoidianie i ich partnerzy nie mają dość głosów, by zablokować opodatkowanie. Ale za 
rok, dwa zdobędą wystarczające poparcie, by blokować senat przy każdej okazji.

–   A   więc   poprze   pan   kanclerza   –   wywnioskowała   Toora.   –   Zagłosuje   pan   za 

opodatkowaniem.

– Na razie nie – powiedział ostrożnie Palpatine. – Z jego perspektywy opodatkowanie to 

sposób na ograniczenie wpływów  Federacji, a zarazem na wzbogacenie Coruscant. Takie 
podejście doprowadzi do izolacji nie tylko członków Federacji, ale i systemów peryferyjnych. 
Zanim oddam głos w imieniu Naboo, chcę wiedzieć, jak rozkładają się głosy. W tej chwili ci, 
którzy stoją pośrodku, zyskają najwięcej. Ci, którzy jasno widzą wszystkie strony problemu, 
są   najlepiej   przygotowani,   by   przeprowadzić   Republikę   przez   ten   krytyczny   okres 
przejściowy.   Jeśli   Valorum   zdoła   zgromadzić   odpowiednie   poparcie   bez   głosu   mojego 
sektora,   tym   lepiej.   Nie   uchylę   się   jednak     przed   obowiązkiem   zrobienia   tego,   co   w 
ostatecznym rozrachunku jest najlepsze dla wspólnego dobra.

– Tak mówi przyszły lider senackiej frakcji – powiedział Taa, wybuchając śmiechem.
Toora przyglądała się Palpatine'owi badawczo.
– Jeszcze parę pytań, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu.
Palpatine wskazał na scenę.
– Z przyjemnością podyskutuję o tej sprawie bardziej szczegółowo, ale przedstawienie 

zaraz się zacznie.

Ubrani w bezbarwne tuniki i miękkie buty, studenci Jedi stali naprzeciw siebie w dwóch 

rzędach, unosząc w dłoniach dwa tuziny włączonych mieczy świetlnych. Na znak mistrza 
miecza dwunastu studentów tworzących pierwszy rząd cofnęło się jednocześnie o trzy kroki i 
przyjęło   postawę   obronną   –  szeroko   rozstawione   stopy  i   miecze   poziomo   przed   sobą   na 
wysokości pasa.

Każdy z mieczy był zbudowany własnoręcznie przez studenta, który go trzymał, w taki 

sposób, by pasował do jego górnej kończyny. Nie znalazłoby się dwóch identycznych, choć 
wszystkie miały pewne wspólne cechy: porty ładowania, płytki projekcji ostrza, aktywatory, 
ogniwa energetyczne z diatum oraz rzadkie i cenne kryształy adegańskie,  które emitowały 
ostrze. Niewiele znano w galaktyce materiałów, których  miecz świetlny nie byłby w stanie 
przeciąć. W pełni naładowany i w odpowiednich rękach, wchodził w durabeton jak w masło 
lub powoli przepalał durastalowe grodzie gwiezdnych statków.

Na kolejny sygnał mistrza drugi rząd studentów przyjął postawę atakującą, przekręcając 

ramiona o ćwierć obrotu, obniżając środek ciężkości przez lekkie ugięcie kolan i unosząc 
miecz trzymany oburącz, jakby chcieli nim odbić piłkę.

Na ostatni znak instruktora drugi rząd energicznie zaatakował. Studenci w pierwszym 

rzędzie unieśli miecze do obrony i cofali się z taneczną precyzją, pozwalając przeciwnikom 
uderzać raz za  razem w uniesione ostrza. Gdy broniący cofnęli się do połowy sali, mistrz 
nakazał wstrzymać ćwiczenie i zmienić postawę.

background image

Teraz   ci,   co   się  przed   chwilą   bronili,   zaatakowali.   Świetlne   ostrza   cięły   powietrze, 

bucząc cicho; zgrzytały przy zetknięciu z mieczem przeciwnika i wypełniały salę treningową 
oślepiającymi   błyskami   światła.   Qui-Gon   i   Obi-Wan   obserwowali   ćwiczenia   z   galerii 
widokowej   nad   wyściełaną   materacami   podłogą   sali,   położonej   na   jednym   z   niższych 
poziomów  piramidy Świątyni  Jedi. Ćwiczenia  trwały od samego  rana, ale  tylko  na kilku 
twarzach widać było oznaki zmęczenia.

–   Pamiętam   wszystko,   jakby   to   było   wczoraj   –   powiedział   Obi-Wan.   Qui-Gon 

uśmiechnął się.

– Dla mnie minęło wiele takich wczoraj, padawanie.
Choć   dzieliło   ich   wiele   lat,   obaj   spędzili   młodość   w   Świątyni,   podobnie   jak   wielu 

innych   Jedi   –   czy   to   studentów,   czy   padawanów,   czy   mistrzów.   Moc   objawiała   się   we 
wczesnym dzieciństwie i większość przyszłych rycerzy przenosiła się do Świątyni, zanim 
ukończyła  sześć lat  – gdy tylko  ich zdolności  zostały odkryte  na  Coruscant  lub bardziej 
odległym świecie przez pełnoprawnego rycerza Jedi, albo gdy przywieźli ich do Świątyni 
członkowie rodziny. Choć często stosowano testy, by potwierdzić, czy kandydat ma zdolności 
do władania Mocą, nie przesądzały one o dalszych jego losach – nie było wiadomo, czy on 
albo   ona,   człowiek   albo   obcy,   ujmie   w   dłoń   miecz   świetlny   w   obronie   pokoju   i 
sprawiedliwości,   czy   spędzi   życie   w   służbie   Korpusu   Rolniczego,   pomagając   wyżywić 
biednych i upośledzonych galaktyki.

– Zawsze martwiłem się podczas ćwiczeń, że nie mam zadatków na padawana, a co 

dopiero na rycerza Jedi – dodał Obi-Wan. – Starałem się bardziej niż inni, by ukryć swoje 
wątpliwości.

Qui-Gon spojrzał na niego z ukosa.
– Gdybyś  starał się jeszcze bardziej, padawanie, na pewno pozostałbyś  w Korpusie 

Rolnictwa. Dopiero gdy przestałeś się starać tak mocno, odnalazłeś swoją ścieżkę.

– Nie potrafiłem się skoncentrować na chwili obecnej.
– I nadal nie potrafisz.
Dwanaście lat temu Obi-Wan został przydzielony do Korpusu Rolnictwa na planecie 

Bandomeer i tam właśnie spotkał Qui-Gona, którego poprzedni padawan przeszedł na ciemną 
stronę Mocy i porzucił Zakon Jedi. Jednak mimo więzów, które połączyły go z Qui-Gonem, 
bywały chwile, gdy nadal zastanawiał się, czy ma predyspozycje, by stać się rycerzem Jedi.

– Skąd mam wiedzieć, czy Korpus Rolnictwa nie był mi pisany, mistrzu? Być może 

nasze spotkanie na Bandomeer było tym rozwidleniem drogi, którym nie powinienem był 
podążyć.

Qui-Gon odwrócił się w końcu w jego stronę.
–   Jest   wiele   ścieżek,   które   można   wybrać,   Obi-Wanie.   Nie   każdy   z   nas   ma   dość 

szczęścia, by odnaleźć własną w swoim sercu... tę, którą postawiła przed nami Moc. Co 
czujesz, gdy badasz swoje uczucia względem wyborów, których dokonałeś?

– Czuję, że wybrałem właściwą ścieżkę, mistrzu.
– Zgadzam się. – Qui-Gon klepnął Obi-Wana po ramieniu, uśmiechnął się i odwrócił z 

powrotem, by popatrzeć na studentów. – Mimo to uważam, że świetny byłby z ciebie rolnik.

Studenci klęczeli teraz w dwóch rzędach, przysiadłszy na piętach. W pokoju panowała 

cisza i słychać było jedynie odgłos bosych stóp mistrza szermierki, który przechadzał  się 
pomiędzy rzędami uczniów, przyglądając się uważnie każdemu. Mistrz był Twi'lekianinem o 
smukłych warkoczach głównych i muskularnym torsie. Nazywał się Anoon Bondara, a jego 
umiejętności szermiercze nie miały sobie równych. Qui-Gon  stawał z nim do pojedynków, 
gdy tylko nadarzyła się okazja, bo potyczka z mistrzem Bondara, choćby najkrótsza, uczyła 
więcej niż dwadzieścia pojedynków z mniej utalentowanymi przeciwnikami.

Mistrz   miecza   zatrzymał   się   przed   studentką   o   imieniu   Darsha   Assant,   która   była 

zarazem   jego   padawanką.   Bondara   przykucnął,   by   ich   oczy   znalazły   się   na   tym   samym 

background image

poziomie.

– Co myślałaś, gdy atakowałaś?
– Co myślałam, mistrzu?
– Co miałaś w głowie? Jakie były twoje zamiary?
– Po prostu chciałam być tak silna, jak to tylko możliwe.
– Chciałaś wygrać.
– Nie, mistrzu. Chciałam uderzyć w nienaganny sposób. 
Bondara skrzywił się.
– Wyłącz myślenie. Nie oczekuj zwycięstwa, nie oczekuj porażki. Nie oczekuj niczego.
Obi-Wan spojrzał na Qui-Gona.
– Gdzie ja to już słyszałem?
Qui-Gon uciszył  go, nie spuszczając wzroku z mistrza Bondary,  który znów zaczął 

przechadzać się po sali.

– Miecz  świetlny nie jest  bronią, którą  powalacie  wrogów  albo rywali  – wyjaśniał 

Bondara.   –   To   broń,   którą   wykorzeniacie   własną   chciwość,   gniew,   szaleństwo.   Ten,   kto 
stworzył   miecz   i   dzierży   go  w   dłoni,   musi   żyć   tak,   by  samym   sobą   ucieleśniać   zagładę 
wszystkiego, co stoi na drodze pokoju i sprawiedliwości. – Zatrzymał się i popatrzył po kolei 
na każdego.

– Rozumiecie?
– Tak, mistrzu – odpowiedzieli jednym głosem.
Bondara głośno klasnął w dłonie.
– Nie, nie rozumiecie. Musicie nauczyć się trzymać miecz, rozluźniając uścisk na jego 

rękojeści. Musicie nauczyć się poruszać tak rytmicznie, aż zaczniecie tworzyć bezcielesne 
rytmy. Rozumiecie?

– Tak, mistrzu – odpowiedzieli.
– Nie, nie rozumiecie.  – Skrzywił  się i usiadł na końcu rzędów. – Opowiem wam 

historię.  Pewien   człowiek,   niesłusznie   oskarżony   o   popełnienie   zbrodni,   był   przewożony 
pojazdem repulsorowym przez pustynne bezdroża odległej planety do więzienia, położonego 
w samym sercu pustyni. Nagle, bez ostrzeżenia, pojazd zepsuł się tuż nad olbrzymim lejem w 
ziemi,   który   był   tak   naprawdę   wielką   i   żarłoczną   gębą   stworzenia  zamieszkującego   te 
pustkowia.   Nagła   awaria   wyrzuciła   strażników   tego   człowieka  prosto   w   pokrytą   śluzem 
paszczę tej istoty.  Mężczyznę również wyrzuciło z pojazdu,  ale w ostatniej chwili zdołał 
chwycić się płozy. Nie rękami, bo te miał skute kajdankami na plecach, ale własnymi zębami. 
Wkrótce w tej samej okolicy pojawiła się karawana podróżników. Zagubieni i głodni, zapytali 
mężczyznę,   czy   wie,   gdzie   znajduje   się  najbliższa   osada,   w   której   mogliby   odnowić 
wyczerpane  zapasy.  Mężczyzna  był  w rozterce. Wiedział,  że nie odpowiadając, skazywał 
najprawdopodobniej wędrowców na  pewną śmierć wśród piasków pustyni. Ale otwierając 
usta, by wypowiedzieć choćby  słowo, sam siebie skazywał na pewną śmierć w przewodzie 
trawiennym piaskowego potwora.

Bondara przerwał.
– Co w tych okolicznościach powinien zrobić ten człowiek?
Studenci wiedzieli z góry, że nie usłyszą odpowiedzi od Anoona Bondary.
Wstając, mistrz miecza powiedział:
– Wysłucham waszych odpowiedzi jutro.
Studenci zgięli się wpół i nie odrywali czoła od maty, póki mistrz Bondara nie opuścił 

sali.  Dopiero  wtedy wstali.  Nie  mogli   się doczekać,  by  zacząć   wymieniać   opinie  o  sesji 
treningowej, żaden jednak nie wspomniał o ewentualnym rozwiązaniu zagadki opowiedzianej 
przez nauczyciela.

Qui-Gon poklepał Obi-Wana po ramieniu.
– Chodź, padawanie, jest tu ktoś, z kim chcę porozmawiać.

background image

Obi-Wan zszedł za swoim mistrzem po schodach na miękką podłogę. Kilku innych 

mistrzów Jedi rozmawiało tam ze swoimi padawanami. Obi-Wan znał przelotnie paru z nich, 
ale osoby, do której prowadził ich Qui-Gon, nie spotkał nigdy.

Była chyba najbardziej egzotyczną kobietą, jaką kiedykolwiek widział. Miała skośne, 

szeroko rozstawione oczy o dużych błękitnych tęczówkach, których kolor podkreślała kreska 
na górnych powiekach. Nos miała szeroki i płaski, a skórę koloru drewna owocowego.

– Obi-Wanie, chciałbym, żebyś poznał mistrzynię Luminarę Unduli.
– Mistrzu Jinn – powiedziała kobieta zaskoczona i skłoniła głowę w pełnym szacunku 

ukłonie.

Qui-Gon również się ukłonił.
– Luminaro, to jest Obi-Wan Kenobi, mój padawan.
Skłoniła głowę przed Obi-Wanem. Dół jej trójkątnej twarzy zdobiły tatuaże w kształcie 

małych   rombów,   tworzących   pionowy   pasek   od   sinawej,   pełnej   dolnej   wargi  do   czubka 
okrągłego podbródka. Podobne tatuaże miała na wierzchu dłoni, na każdej kostce.

Twarz Qui-Gona spoważniała.
– Luminaro, Obi-Wan i ja spotkaliśmy niedawno kogoś, kto ma podobny tatuaż jak 

twój.

– Arwen Cohl – wpadła mu w słowo Luminara, zanim Qui-Gon zdążył powiedzieć coś 

więcej. Uśmiechnęła się smutno. – Gdybym dorastała na mojej ojczystej planecie, a nie w 
Świątyni, na pewno wysłuchałabym w młodości wielu opowieści o Arwenie Cohlu.

Spojrzała prosto w zaciekawione oczy Qui-Gona.
–   Walczył   o   wolność,   był   bohaterem   naszego   ludu   w   czasach   zmagań   z   sąsiednią 

planetą.   To   wielki   wojownik,   pełen   poświęcenia.   Jednak   gdy   mój   lud   wywalczył   sobie 
wolność, został wkrótce oskarżony o spiskowanie przez tych samych ludzi, u których boku 
walczył. To miał być sposób gwarantujący, że Cohl nie zostanie wyniesiony na najwyższe 
szczeble władzy, którą chcieli obdarzyć go ludzie. Spędził wiele lat w więzieniu, okrutnie 
traktowany, w surowych warunkach, ale to zahartowało tylko bardziej tego mężczyznę, i tak 
już   zahartowanego   w   walce.   Kiedy   uciekł   z   tego   okropnego   miejsca   z   pomocą   swych 
dawnych towarzyszy, zemścił się na swoich krzywdzicielach i poprzysiągł, że nic już więcej 
nie   zrobi   dla   świata,   o   którego   wyzwolenie   walczył   tak   zażarcie.   Został   najemnikiem   i 
przechwalał się otwarcie, że nie popełni więcej podobnego błędu. Twierdził, że w końcu 
zrozumiał   naturę   wszechświata   i   że   zawsze   będzie   o   krok   przed   tymi,   którzy   chcą   go 
pokonać, schwytać albo zagrozić mu w inny sposób.

Qui-Gon wziął głęboki oddech.
– Czy miał jakieś szczególne urazy do Federacji Handlowej?
Luminara pokręciła głową.
– Nie większe niż ktokolwiek inny w moim ojczystym systemie. Federacja Handlowa 

wprowadziła nas do Republiki, choć stało się to kosztem zasobów naturalnych mojej planety. 
Na   początku   Arwen   Cohl   przyjmował   zlecenia   tylko   od   tych,   których   sprawa   była   jego 
zdaniem słuszna. Ale z czasem, niewątpliwie z powodu krwi, którą przelał, stał się niczym 
więcej jak tylko piratem i zawodowym zabójcą. Choć mówi się też, że nigdy nie zdradził 
przyjaciela ani sojusznika.

Przerwała na chwilę, by dodać:
– Żałuję, że historia zapamięta Cohla raczej jako przestępcę niż jako bohatera. Było mi 

smutno, gdy usłyszałam, że zginął nad Dorvallą.

Gdy Qui-Gon nie odpowiadał, Luminara zapytała:
– Bo zginął, czyż nie?
Qui-Gon wyglądał na zmartwionego.
– Na razie mogę tylko stwierdzić, że zniknął nad Dorvallą.
Luminara przytaknęła niepewnie.

background image

– Niezależnie  od tego, czy Cohl jest żywy,  czy martwy,  sprawa jest teraz w gestii 

Departamentu Sprawiedliwości, tak?

Qui-Gon znowu nie odpowiedział od razu.
– Jedyne, czego jestem pewien, to że los Cohla jest w rękach innych niż moje.

background image

ROZDZIAŁ 10

Zwęglone i poszarpane w wybuchu, który rozerwał frachtowiec, prawe ramię hangaru 

„Strumienia   Przychodów”   wisiało   łukiem   nad   mizerną   czapą   polarną   Dorvalli,   tuż  poza 
zasięgiem cienia planety.  Wielka krzywizna durastali wydawała się tkwić tam od  zawsze. 
Wieczne słońce wlewało się do wnętrza przez główny portal hangaru – tam, gdzie prawdziwe 
ramię miałoby dłoń – oświetlając porozrzucane resztki kapsuł i barek towarowych.

Przyczepiony   do   wewnętrznego   poszycia   hangaru   niczym   muszla,   tkwił   samotny, 

poturbowany   wahadłowiec,   w   jego   wnętrzu   zaś   ośmioro   członków   jeszcze   bardziej 
zmaltretowanej załogi.

– Nadal czekam na to obiecane przebaczenie – powiedział Cohl do Relli.
Spojrzała na niego spod oka.
– Wtedy i tylko wtedy, gdy nas stąd wyciągniesz. Nie wcześniej.
Siedzieli w swoich fotelach, podobnie jak pozostali – niektórzy spali, opierając się na 

złożonych ramionach albo z głową odrzuconą w tył i otwartymi ustami. Oświetlenie było 
słabe,   panował   mróz,   a   recyrkulowane   powietrze   miało   wyraźnie   metaliczny   posmak. 
Nadużywana   toaleta   cuchnęła.   Siedzieli   wewnątrz   ramienia   hangaru   od   prawie   czterech 
standardowych   dni,   żywiąc   się   tabletkami   pokarmowymi   i   zabijając   nudę   wypadami   do 
wnętrza hangaru w kosmicznych skafandrach. Podczas gdy w wahadłowcu działała sztuczna 
grawitacja, wędrówka po hangarze przypominała eksplorację zatopionego wraku. Większość 
kapsuł towarowych leżała wzdłuż zewnętrznej ściany hangaru, ale chmury rudy lommitu i 
splątane kawałki robotów dryfowały wokół jak szczątki rozbitego wraku na falach. Boiny 
odkrył  nawet   ciało   jednego   Twi'lekianina,  który  nie  zdążył  do  punktu   zbornego,  spalone 
ogniem laserów do tego stopnia, że z trudem można je było rozpoznać.

Nie planowali pozostania w ramieniu hangaru po eksplozji. Kiedy jednak ustalili, że 

unosi się ono tuż ponad strefą grawitacji Dorvalli, Cohl uznał, że hangar będzie najlepszym 
miejscem   na   przeczekanie.   „Jastrzębionietoperz”   i   statki   wspomagające   Frontu   Mgławicy 
odleciały, i nawet „Akwizytor” zniknął – co kapitan Cohl uznał za interesujące, bo porzucanie 
towarów,   nawet   wyrzuconych   za   burtę,   nie   leżało   w   naturze   Neimoidian.   Innym 
rozwiązaniem byłoby skierowanie się ku powierzchni Dorvalli, do miejsca, w którym mieli 
bazę przed rozpoczęciem operacji. Cohl podejrzewał jednak, że mogła zostać odkryta i teraz 
jest pod obserwacją. Kiedy Rella i reszta zaproponowali, by zamiast tego udać się na pobliską 
Dorvallę   IV,   Cohl   przypomniał   im,   że   w   drodze   na   Dorvallę   były   statki   ratownicze,   a 
pojedynczy wahadłowiec pełznący przez przestrzeń na pewno przyciągnąłby ich uwagę.

W rzeczywistości statki ratowników pojawiły się w parę godzin po wybuchu. Od tego 

czasu   Zakłady   Wydobywcze   Dorvalli   własnymi   promami   zbierały   po   drodze   do   domu 
kapsuły towarowe, choć większość lommitu wyleciała w przestrzeń. Oderwaną centrosferę i 
drugie ramię hangaru odholowano z przeznaczeniem na złomowanie. Zajęcie się ratowników 
drugim ramieniem było tylko kwestią czasu.

Dla Cohla te długie dni były szczególnie nużące; zwłaszcza w porównaniu z latami 

odosobnienia, jakie znosił osadzony w więzieniu pod fałszywymi  zarzutami, wysuniętymi 
przez ludzi, którzy walczyli u jego boku i których zaliczał do przyjaciół. A ponieważ reszta 
załogi ufała  mu  bez zastrzeżeń,  oni również znosili  długie godziny  monotonii  bez słowa 
skargi. Większość z nich i tak miała stoickie podejście do życia, a i niewygody nie były im 
obce. Nikt, kto nie miał tych cech, nie zostałby wybrany do tej operacji.

Tylko   Rella   nie   miała   ochoty   milczeć.   Ale  łączyło   ją  z   Cohlem   szczególne 

porozumienie.

– Co tam słychać w kanale komunikacyjnym? – zapytał Cohl Boiny'ego.
– Nic, kapitanie. Ani szumów, ani trzasków.

background image

Rella prychnęła.
– A kogo się spodziewałeś usłyszeć, Cohl? „Jastrzębionietoperz” dawno odleciał.
Cohl spojrzał ponad jej ramieniem na Rodianina.
– Jak systemy?
– W gotowości.
– Wiecie co, – warknęła Rella niecierpliwie – mogę tu siedzieć równie długo jak wy, ale 

ta litania doprowadza mnie do kosmicznego obłędu. – Naśladując głos Cohla, powiedziała: – 
„Jak   systemy?”   –   a   potem   Boiny'ego:   –   „W   gotowości”.   –   Potrząsnęła   głową.   –   Nie 
moglibyście chociaż raz powiedzieć tego inaczej?

– Mam tu coś, co cię podniesie na duchu, Rella  – powiedział  Jalan poirytowanym 

głosem. – Orbita ramienia pogarsza się.

Wytrzeszczyła oczy w udawanym zdumieniu.
– Jeśli chcesz powiedzieć, że grozi nam, że spadniemy z nieba, to masz rację: jestem 

zachwycona!

Jalan spojrzał na Cohla.
–   Nie   ma   natychmiastowego   niebezpieczeństwa,   kapitanie,   ale   powinniśmy   chyba 

zacząć myśleć o odlocie.

Cohl pokiwał głową.
– Masz rację. Czas się pożegnać z tym miejscem. Dobrze nam się przysłużyło.
Rella spojrzała w sufit.
– Dzięki gwiazdom!
– A dokąd lecimy, kapitanie? – zapytał Boiny.
– Na dół.
– Kapitanie, mam nadzieję, że nie myśli pan o lądowaniu tym pudłem na Dorvalli – 

zaniepokoił się Jalan. – Ekipy ratownicze...

Cohl potrząsnął głową przecząco.
– Wracamy do bazy.
Załoga wymieniła niespokojne spojrzenia.
– Przepraszam, że pytam, kapitanie – odezwał się Jalan – ale czy nie powiedział pan, że 

baza jest najprawdopodobniej obserwowana?

– Jestem pewien, że jest obserwowana.
Rella przyglądała mu się przez chwilę.
–   Pokopało   cię,   Cohl?   Oglądamy   przelatujące   obok   statki   Departamentu 

Sprawiedliwości od czterech dni, że już nie wspomnę o korwetach Korpusu Kosmicznego 
Dorvalli.  Jeśli  chciałeś,  żeby nas  złapali,  po co  kazałeś  nam siedzieć  tyle  czasu tutaj?  – 
Zamaszystym gestem ogarnęła wnętrze kabiny.

Pozostali przyznali jej rację.
– Nawet jeśli uda nam się dotrzeć do bazy w jednym kawałku – ciągnęła Rella – co 

potem? Bez statku nadającego się do lotu w przestrzeni utkwimy na mieliźnie.

– Może warto jednak pokusić się o lot na Dorvallę IV, kapitanie – wtrącił Jalan. – Jeśli 

nam się uda... No bo przecież we Froncie Mgławicy myślą że zginęliśmy, ale mamy tu ze 
sobą całe to aurodium...

Rella rzuciła kose spojrzenie na Cohla.
– Czy ty w ogóle słuchasz?
Cohl zacisnął usta.
– A kiedy już Front Mgławicy dowie się, że żyjemy? Nie sądzisz, że poruszą planety, 

żeby nas znaleźć?

–   Może   to   bez   znaczenia,   kapitanie   –   powiedział   ostrożnie   Boiny.   –   Za   taką   ilość 

aurodium możemy sobie kupić nowe życie w Sektorze Korporacyjnym albo gdzie indziej.

Oczy Cohla ściemniały.

background image

–   Nic   z  tego.   Wzięliśmy   to  zlecenie   i   dokończymy   wszystko   jak  należy.   A   potem 

odbierzemy   wypłatę.   –   Odwrócił   się   gniewnie   w   stronę   Relli.   –   Zacznij   procedury 
przedstartowe. A reszta niech się przygotuje do lotu.

Stateczek   przecinał   rozświetloną   słońcem   powłokę   chmur   Dorvalli   rozjarzonym  do 

czerwoności  dziobem,   gubiąc   kawałki   poszycia   w   rozrzedzonej   atmosferze.   Członkowie 
załogi zacisnęli mocniej pasy i w skupieniu zajmowali się swoimi zadaniami, nie zwracając 
uwagi na przedmioty odrywające się od tablicy sterowniczej i krążące po ciasnej kabinie jak 
pociski.

Rella   starała   się   sprowadzić   rozdygotany   wahadłowiec   w   szeroką   dolinę   w   rejonie 

równika,   zamkniętą   dwoma   pionowymi   urwiskami.   Tam,   gdzie   kiedyś   rządziło   morze,   a 
ruchy   płyt   tektonicznych   całkowicie   przemodelowały   pierwotną   rzeźbę   terenu,   teraz   cały 
obszar   porośnięty   był   pierwotną   puszczą   pełną   olbrzymich   drzew   i   paproci.   Masywne, 
pionowe   ściany   skał,   porośnięte   bujną   roślinnością   wyrastały   tu   i   ówdzie   jak   wyspy   z 
poszycia lasu. Z ich szczytów spadały w dół oślepiające bielą wodospady, tworząc u podnóży 
skał bulgocące turkusowe jeziora.

Mimo pierwotnego krajobrazu, nie było to miejsce dziewicze. Zakłady Wydobywcze 

Dorvalli wycięły szerokie drogi prowadzące do co większych skalnych wypiętrzeń oraz dwa 
okrągłe   lądowiska,   dostatecznie   duże,   by   przyjąć   orbitalne   promy.   Skały   były   w   środku 
wydrążone i poprzecinane kopalnianymi szybami jak plaster miodu, a gruba warstwa lommitu 
pokrywała   okoliczną   roślinność.   Niewątpliwie   sztucznego   pochodzenia   były   też   głębokie 
kratery wypełnione zanieczyszczonymi wodami kopalnianymi, które odbijały słońce i niebo 
jak zamglone lustra.

To   stąd,   z   pomocą   kilku   pracowników   Zakładów   Wydobywczych   Dorvalli, 

niezadowolonych  z   faktu,   że   ich   planeta   jest   pozbawiona   reprezentacji   w   senacie,   Cohl 
wyruszył  z   misją   opanowania   „Strumienia   Przychodów”.   Ale   nie   wszyscy   na   Dorvalli 
nienawidzili Federacji Handlowej, a bardzo niewielu kochało najemników. Na pewno nie ci, 
którzy w Federacji Handlowej – jedynym  łączniku z planetami  Jądra – widzieli  ocalenie 
Dorvalli.

Wahadłowiec wychodził właśnie z szaleńczego lotu pionowego w dół, który porządnie 

wytrząsł im kości, gdy tępodzioby statek minął ich z bakburty tak ostentacyjnie, by nie mogli 
go nie zauważyć.

– Kto to był? – zapytała Rella, odruchowo robiąc unik, gdy ryk silników przelatującego 

statku targnął wahadłowcem.

– Korpus Orbitalny Dorvalli – zameldował Boiny, wpatrując się czarnymi okrągłymi 

oczami w identyfikator tożsamości. – Nadlatują z powrotem.

Cohl   odwrócił   się   w   fotelu   w   stronę   iluminatora,   by   obejrzeć   sobie   błyskawicznie 

zbliżającą   się   jednostkę.   Był   to   prosty   statek   wojskowy   o   nieruchomych   skrzydłach, 
jednoosobowy, ale za to wyposażony w podwójne działko laserowe.

– Odbieram transmisję, kapitanie – zameldował Boiny. – Każą nam lądować.
– Czy poprosili o identyfikację?
– Nie. Chcą tylko, żebyśmy lądowali.
Cohl zmarszczył brwi.
– W takim razie już wiedzą, kim jesteśmy.
– Ten Lancet Departamentu Sprawiedliwości... – powiedziała Rella, odwracając się w 

stronę Cohla. – Ktokolwiek nim leciał, pewnie zarejestrował naszą charakterystykę napędu.

Statek zaryczał nad ich głowami, tym razem jeszcze bliżej.
– Jeszcze raz tak nad nami przelecą, a spuszczą nas na ziemię, kapitanie – ostrzegł 

Jalan.

– Trzymaj kurs na bazę – polecił Cohl.
Wojskowy   statek   zrobił   ciasną   beczkę   i   naleciał   na   nich   jeszcze   raz,   tym   razem 

background image

ostrzeliwując ich z dziobowych dział laserowych. Wokół zaokrąglonego nosa wahadłowca 
zaświstały czerwone promienie laserowych wystrzałów.

– Ci faceci nie żartują, kapitanie! – powiedział Boiny. Cohl odwrócił się w stronę Relli.
– Rozglądaj się za jakimś miejscem do rozbicia wahadłowca. 
Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Masz na myśli lądowanie, tak?
– Mam na myśli to, co powiedziałem – sprostował z naciskiem Cohl. – A do tego czasu 

pełny gaz! Doprowadź nas tak blisko bazy, jak się da.

Zagryzła wargi.
– Spodziewam się co najmniej pierścionka z aurodium na zakończenie tej ekscytującej 

przejażdżki, Cohl.

– Znowu strzelają!
– Zrób unik – polecił Cohl.
– Nic z tego, kapitanie. Jest bardziej zwrotny od nas.
Lasery   atakującego   ich   statku   przeszyły   poszarpaną   linią   ogon   wahadłowca. 

Równomierny ryk silników zamienił się nagle w przerywane wycie. Poszycie rufy zaczęły 
lizać płomienie, a kabinę wypełniły kłęby gęstego dymu.

– Już po nas! – krzyknęła Rella. Ręka Cohla opadła ciężko na jej ramię.
– Wyrównaj lot! Odpalić repulsory i przygotować się na uderzenie! 
Ciągnąc za sobą czarną smugę dymu, wahadłowiec minął jedno z wypiętrzeń skalnych i 

skosił   czubki   drzew,   odzierając   je   z   najwyższych   gałęzi.   Rella   zdołała   utrzymać   statek 
poziomo jeszcze tylko przez chwilę, potem zaczęli pikować w dół. Statek uderzył w pień 
masywnego drzewa i przechylił się na sterburtę, wirując i tnąc jak piła tarczowa górne piętra 
lasu.

Ptaki   wyleciały   ponad   korony   drzew,   śmigając   na   wszystkie   strony.   Pasy 

bezpieczeństwa  pękły;  dwoje członków  załogi  poleciało  jak lalki do przodu i uderzyło  o 
poszycie kadłuba. Przewrócony na plecy wahadłowiec runął w kierunku ziemi. Iluminatory 
zatrzeszczały, pokryły się siatką pęknięć i eksplodowały do środka kabiny.

Lądowanie   było   twardsze,   niż   się   spodziewali.   Stabilizator   na   sterburcie   przeorał 

pokrytą liśćmi ziemię pod ostrym kątem, powodując, że wahadłowiec podskoczył do góry jak 
rzucona moneta, a oprzyrządowanie oderwało się od poszycia. Wydawało im się, że turlają 
się w nieskończoność, odmierzaną ogłuszającymi trzaskami kolejnych kolizji. Kadłub zapadł 
się, obwody eksplodowały, uwalniając szkodliwe płyny i gazy. Nagle było po wszystkim.

Powietrze wypełniły nowe dźwięki: trzaski stygnącego metalu, syk podziurawionych 

przewodów, ogłuszający jazgot przerażonych ptaków, stukot spadających gałęzi, owoców i co 
tam jeszcze uderzało o poszycie. Kaszel, jęki i stęknięcia...

Grawitacja pozwoliła Cohlowi zorientować się, że statek nadal leży do góry nogami. 

Odpiął pasy bezpieczeństwa i zwalił się na sufit wahadłowca. Rella i Boiny już tam byli, 
posiniaczeni   i   pokrwawieni,   ale   odzyskali   przytomność,   zanim   jeszcze   Cohl   się   do   nich 
doczołgał. Otoczył Rellę ramieniem i szybko rozejrzał się dookoła.

Pozostali członkowie załogi albo już byli martwi, albo właśnie umierali. Zadowolony, 

że Rella ma się stosunkowo dobrze, Cohl otworzył właz na bakburcie. Do wnętrza wdarło się 
parne powietrze, ale i ożywczy tlen. Cohl wychylił się na zewnątrz i natychmiast spojrzał na 
wyświetlacz kompasu w komunikatorze. Odzwyczajony od standardowego przyciągania, czuł 
się, jakby ważył dwukrotnie więcej. Każdy ruch wymagał wysiłku.

– Co z Jalanem? – zapytała słabym głosem Rella. Mężczyzna odpowiedział za siebie:
– Prawie koniec.
Cohl   wczołgał   się   do   środka.   Jalan   tkwił   przygnieciony   konsolą   instrumentów 

pokładowych. Kapitan położył rękę na jego ramieniu.

– Nie możemy cię zabrać ze sobą – powiedział cicho. Jalan kiwnął głową.

background image

– W takim razie pozwólcie mi zabrać ze sobą paru z tamtych.
Rella doczołgała się do Jalana.
– Nie musisz tego robić... – zaczęła.
– Jestem poszukiwany w trzech systemach – przerwał jej. – Jeśli znajdą mnie żywego, 

postarają się, żebym mocno pożałował, że nie umarłem.

Boiny spojrzał na Cohla, który pokiwał głową.
– Podaj mu kod autodestrukcji. Rella, podziel sztabki na cztery równe części. Dwie 

włóż do mojego plecaka, jedną do swojego, a jedną daj Boiny'emu. – Spojrzał na Rodianina. 
– Bierzemy tylko broń i aurodium. Żadnego prowiantu i wody, bo jeśli nie dotrzemy do bazy, 
służby więzienne Dorvalli zatroszczą się o nasz wikt. Jeśli to was nie dość motywuje, już nie 
wiem, co wam powiedzieć.

Po kilku chwilach opuścili wahadłowiec.
Cohl zarzucił na ramiona ciężki plecak, spojrzał na kompas i ruszył szybkim krokiem w 

stronę najbliższego wypiętrzenia. Rella i Boiny starali się jak mogli dotrzymać mu kroku, 
wspinając  się   wśród   gęstego   poszycia   przez   pierwszy   kwadrans,   podczas   gdy  statek 
wojskowy   przelatywał   nad  nimi   raz   po   raz,   wypatrując   śladów   wahadłowca.   U  stóp 
wypiętrzenia, patrząc w dół spod skały lommitu, zauważyli, jak statek zawisa nad czubkami 
drzew.

Rella skrzywiła się.
– Znalazł wahadłowiec.
– Ma facet pecha – odparł Cohl.
W tym  samym  momencie podstawą drzew pod statkiem targnęła potężna eksplozja, 

której pilot statku wojskowego najwyraźniej zupełnie się nie spodziewał. Próbował umknąć 
wirującej kuli ognia, ale było za późno. Silniki wybuchły, a myśliwiec jak kamień runął na 
ziemię.

Drugi myśliwiec przeleciał z hukiem nad ich głowami w tym samym momencie, gdy 

pierwszy   eksplodował.   Za   nim   leciał   następny,   pikując   ostro   ku   podstawie   wypiętrzenia, 
gdzie skrył się Cohl i jego towarzysze.

Myśliwiec ostrzelał wypiętrzenie, odrywając od skały lommitu olbrzymie głazy. Cohl 

obserwował, jak statek zawraca i tym samym kursem rusza do kolejnego ataku. Jednocześnie 
w   parnym   powietrzu   usłyszeli   inny,   groźniejszy   dźwięk.   Bez   ostrzeżenia   spod   podstawy 
chmur wystrzeliły czerwone promienie energii, trafiając w locie skrzydła myśliwca, który – 
pozbawiony możliwości manewru – wbił się nosem w skałę i rozpadł na kawałki.

– Tym też już nie musimy się przejmować! – zawołał Cohl dostatecznie głośno, by 

przekrzyczeć ryk na niebie.

Rella uniosła głowę w samą porę, by dostrzec wielki kształt statku sunącego nad ich 

głowami.

– „Jastrzębionietoperz”! – Spojrzała zaskoczona na Cohla. – Wiedziałeś! Wiedziałeś, że 

tu będzie!

Potrząsnął głową.
– Plan awaryjny przewidywał, że tu przyleci. Ale nie mogłem mieć pewności.
Niemal się uśmiechnęła.
– Może jeszcze ci wybaczę.
– Poczekaj, aż będziemy bezpieczni na pokładzie.
Zerwali się na nogi i pospiesznie ruszyli przez skalne osypisko wokół wypiętrzenia. 

Niedaleko „Jastrzębionietoperz”, nadal strzelając na wszystkie strony, opadł powoli w sam 
środek błotnistej i brudnej niecki niedaleko nich.

background image

ROZDZIAŁ 11

Tysiące rozumnych gatunków miało na Coruscant swój dom, nawet jeśli był to tylko 

wysoki na  kilometr, nijaki blok mieszkalny. I niemal każdy z tych gatunków miał tu swój 
głos,   nawet   jeśli   był   to   tylko   głos   osobnika   od   dawna   skorumpowanego   licznymi 
przyjemnościami, jakie mogła zaoferować Coruscant.

Te wszystkie głosy mogły się wypowiedzieć w galaktycznym senacie, którego budynek 

wyrastał jak spłaszczony grzyb w samym sercu dzielnicy rządowej. Otoczony mniejszymi 
kopułami i przyporami innych budynków, których szczyty nikły gdzieś wysoko na niebie, 
senat stał na skraju obszernego placu dla pieszych. Sam plac zaś, rozpięty ponad czubkami 
iglic   drapaczy   chmur,   był   ozdobiony   trzydziestometrowej   wysokości   posągami, 
wyobrażającymi   założycieli   Światów   Jądra.   Stożkowate   figury,   aluzyjnie   przypominające 
bezpłciowe postaci ludzkie o wydłużonych  członkach, stały na wysokich durabetonowych 
cokołach, dzierżąc wąskie ceremonialne berła. Motyw ten powtarzał się wewnątrz budynku 
senatu,   gdzie   publiczne   korytarze   otaczające   okrągłe   westybule   zdobiły   podobne 
wrzecionowate obeliski.

Przemierzając zdecydowanym krokiem te korytarze, senator Palpatine nie przestawał 

się dziwić, że senat nie zamówił jeszcze rzeźb wyobrażających  gatunki niehumanoidalne. 
Podczas gdy niektórzy delegaci byli skłonni przypisać brak niehumanoidalnych przedstawień 
zwykłemu   przeoczeniu,   inni   traktowali   ten   fakt   jako   świadomą   zniewagę.   Jeszcze   inni 
uważali, że są sprawy istotniejsze niż wystrój senackich korytarzy. Biorąc jednak pod uwagę 
rosnącą   dominację   nieczłekokształtnych   gatunków   ze   Środkowych   i   Odległych   Rubieży, 
których   delegacje   w   szybkim   tempie   zdobywały   przewagę   w   senacie   –   ku   ukrywanemu 
niezadowoleniu wielu ludzkich delegatów ze Światów Jądra – niewątpliwie zanosiło się na 
zmiany.

Wielopoziomowe   przejścia,   korytarze,   pionowe   i   poziome   turbowindy   budynku 

tworzyły   labirynt   nie   mniej   skomplikowany   niż   wewnętrzna   siatka   senackich   sojuszy, 
sprzymierzeń, grup interesów i koterii. Zwołanie przez Najwyższego Kanclerza Valoruma 
specjalnej sesji spowodowało, że korytarze były jeszcze bardziej zatłoczone niż zwykle, ale 
Palpatine czuł się podniesiony na duchu faktem, że tylu delegatów nadal potrafiło odłożyć na 
bok swoje prywatne sprawy, by zająć się kwestiami szerszej wagi.

Eskortowany przez dwójkę swoich asystentów – Doriana i Pestage'a – uśmiechał się 

uprzejmie i przeciskał przez tłum w stronę sali posiedzeń, mijając senackich strażników  w 
niebieskich   mundurach   po   obu   stronach   drzwi,   aż   wszedł   do   loży   Naboo   w   olbrzymim 
amfiteatrze.   Loża   –   jedna   z   tysiąca   dwudziestu   czterech   identycznych   pomieszczeń 
wznoszących   się  rzędami   wzdłuż   ścian   sali   posiedzeń   – była  okrągłą   ruchomą  platformą 
zdolną pomieścić około pół tuzina osób. Taka loża była w istocie wierzchołkiem klinowatego 
wyrostka, które sterczały ze ścian budynku od kopuły po najdalsze  krawędzie półkuli sali 
posiedzeń,   każda   zajęta   przez   osobną   delegację.   W   lożach  załatwiano   większość 
przyziemnych i nie zawsze legalnych interesów kwitnących w senacie.

Poprawiając fałdy płaszcza, Palpatine wstąpił na podium przy zewnętrznej krawędzi 

platformy. Ze względu na wysokie położenie loży Naboo w sali posiedzeń, widok z niej mógł 
przyprawić   o   zawrót   głowy.   Sala   obrad   była   celowo   odcięta   od   światła   słonecznego  i 
wątpliwej   atmosfery   Coruscant,   by   ograniczyć   wpływ,   jaki   mógłby   mieć   na   delegatów 
wieczorny zmierzch  –  innymi  słowy,  zachęcić   ich,  by koncentrowali  się  na  omawianych 
sprawach nawet wówczas, gdy sesja przeciągała się do późnej nocy. Coraz więcej obywateli 
uważało jednak nienaturalne warunki panujące w sali obrad za symbol izolacji senatu i jego 
oderwania od rzeczywistości. Senat postrzegany był  jako miejsce, które istnieje samo dla 
siebie, miejsce, gdzie debatuje się nad sprawami bez znaczenia,  chyba że chodzi o kwestie 

background image

dotyczące możliwości nielegalnego wzbogacenia się senackich reprezentantów.

A   jednak   Palpatine   wyczuł   w   powietrzu   wzmożone   zainteresowanie.   Krążące   po 

senacie pogłoski sprawiły, że wiedziano, o czym chce dyskutować Valorum, wielu jednak 
chciało to usłyszeć na własne uszy i szykowało się do odpowiedzi.

Aby wyrobić sobie zdanie o opiniach senatorów na kwestię opodatkowania szlaków 

handlowych prowadzących do systemów peryferyjnych, Palpatine poświęcił ostatnich  kilka 
dni   na   spotkania   z   jak   największą   liczbą   senatorów.   Delikatnie   starał   się  wpłynąć   na 
niezdecydowanych,   by  poparli   propozycję   kanclerza,   tak   by  Valorum   mógł  przeforsować 
swój pomysł bez wsparcia Naboo i sąsiednich światów. Jednocześnie Palpatine opracował 
kilka alternatywnych scenariuszy, by przygotować się na różny rozwój wypadków.

Zaskoczyło go, jak bardzo sam jest podekscytowany – ożywienie w sali plenarnej było 

zaraźliwe. Jednak, podobnie jak w operze, Valorum zwlekał z przybyciem. Kiedy w końcu się 
pojawił, atmosfera była gorąca.

Mównica   kanclerza   Valoruma   była   wysoką   na   trzydzieści   metrów   platformą 

wyrastającą ze środka podłogi jak kwiat na łodydze. Wyniesiony na szczyt łodygi turbowindą, 
Valorum stał samotnie, w otoczeniu strażnika, urzędnika kancelarii, dziennikarza i oficjalnego 
sprawozdawcy,   którzy   siedzieli   poniżej   okrągłego   dysku   loży.   Naśladując   dominującą 
kolorystykę senackich wnętrz, kanclerz miał na sobie płaszcz z brokatu w kolorze jasnego 
fioletu, z szerokimi rękawami i ozdobnym pasem.

Palpatine'owi   przyszło   do   głowy,   gdy   oklaskiwał   przybycie   kanclerza,   że 

umiejscowienie  loży   Valoruma   czyniło   z   niego   w   równym   stopniu   centrum   uwagi,   co   i 
doskonały cel.

Gdy brawa i okrzyki powitalne zaczęły się stopniowo uspokajać, Valorum uniósł ręce, 

prosząc gestem o ciszę. Jego pierwsze słowa wywołały uśmiech na twarzy Palpatine'a.

– Delegaci galaktycznego senatu! Stoimy w obliczu wielu naglących wyzwań. Nękana 

na swoich odległych obrzeżach morderczymi zamieszkami i przeżarta w samym sercu przez 
korupcję,   Republika   stoi   przed   groźbą   upadku.   Niedawne   wydarzenia   na   Środkowych   i 
Odległych Rubieżach wymagają, byśmy postawili tamę konfliktom, przywracając spokój i 
równowagę. Nasza sytuacja jest tak trudna, że nie powinniśmy wykluczać nawet najbardziej 
drastycznych środków zaradczych.

Valorum   przerwał   na  chwilę,   pozwalając,  by jego  słowa  dobrze  zapadły  w  umysły 

delegatów.

– Strefy wolnego handlu stworzono początkowo, by stymulować wymianę handlową 

pomiędzy   światami   Jądra   a   peryferyjnymi   systemami   Środkowych   i   Odległych   Rubieży. 
Uważano   wówczas,   że   wolny   i   nieskrępowany   handel   przyniesie   korzyści   wszystkim 
zainteresowanym. Strefy te stały się jednak rajem nie tylko dla przemytników i piratów, ale 
także   dla   karteli   handlowych   i   transportowych,   które   wykorzystały   wolność,   jaką   im 
zapewniliśmy, by zdobyć również potęgę polityczną i militarną.

Szmery poparcia i sprzeciwu podgrzały i tak już gorącą atmosferę sali.
–   Federacja   Handlowa   staje   przed   nami   z   wnioskiem,   abyśmy   zrobili   coś,   by 

zagwarantować   bezpieczeństwo   handlu   w   sektorach   peryferyjnych.   Mają   prawo   się   tego 
domagać,   a   my   jesteśmy   zobligowani   statutem,   by  zareagować   na   ich   prośbę.  W   istocie 
jednak to wątpliwe praktyki samej Federacji Handlowej doprowadziły do tego, że stała się 
celem ataków złodziei i terrorystów.

Valorum   podniósł   głos,   by   przebić   się   przez   gwar   setek   rozmów   prowadzonych   w 

licznych językach.

–   Jednocześnie   jednak   musimy   wziąć   na   siebie   część   winy   za   zaistniałą   sytuację, 

ponieważ właśnie to ciało zapewniło Federacji Handlowej taką swobodę, i właśnie to ciało 
pozostawało   długo   głuche   na   to,   co   dzieje   się   w   systemach   peryferyjnych.   Nie   możemy 
pozwolić,   by   podobne   praktyki   trwały   dalej.   Federacja   Handlowa   stała   się   opasłym 

background image

krwiopijcą, wchłaniającym  mniejsze koncerny i odmawiającym  prowadzenia  interesów  ze 
światami, które wysyłają towary za pośrednictwem ich zdziesiątkowanych konkurentów. Nie 
będzie przesadą, gdy powiem, że wolne strefy handlowe od dawna już nie są wolne. A mimo 
to Federacja Handlowa staje przed nami, by prosić o pomoc w położeniu kresu nieporządkom, 
które sama wywołała. Federacja prosi nas o ochronę – tak jakby ta organizacja mogła sama 
beztrosko   rozlokować   siły   wojskowe   przeciwko  piratom   i   terrorystom,   którzy   polują   na 
frachtowce   Federacji.   Jakby   mogła   dostarczyć  myśliwce   i   pancerniki,   zamieniając   tym 
samym strefy wolnego handlu w pole bitwy. Istnieje jednak rozwiązanie tego problemu. Jeśli 
Federacja   Handlowa   chce,   żebyśmy   to  my   zagwarantowali   bezpieczeństwo   handlu   w 
systemach peryferyjnych – które to zadanie wymagać będzie działania tak od tej organizacji, 
jak i od wielu systemów, które leżą w obrębie stref wolnego handlu – to te systemy planetarne 
muszą stać się członkami Republiki. Światy, które obecnie reprezentuje w senacie Federacja 
Handlowa, muszą zrzec się członkostwa w Federacji i przemówić w tej sali własnym głosem, 
znów jako autonomiczne systemy.

Valorum   pozwolił,   by   hałaśliwe   reakcje   trwały   przez   dłuższą   chwilę,   po   czym 

ponownie poprosił gestem o ciszę.

– Apelujemy, by światy stref wolnego handlu podjęły szybkie i zdecydowane działania. 

Organizacje terrorystyczne  w rodzaju Frontu Mgławicy są głośnym wyrazicielem cichego 
niezadowolenia   tych   planet.   Współpracując   zgodnie   ze   sobą,   ochotnicze   siły  wojskowe   i 
korpusy orbitalne systemów dotkniętych plagą terroryzmu będą w stanie zdławić zamieszki, 
zanim przerodzą się one w powszechną rewoltę. Bezpośrednim skutkiem tych działań będzie 
zlikwidowanie   stref   wolnego   handlu   jako   takich.   Szlaki  handlowe   do   tych   systemów 
peryferyjnych, które przyłączą się do Republiki, będą podlegały opodatkowaniu tak samo jak 
szlaki handlowe systemów Jądra, Kolonii czy Wewnętrznych Rubieży. Apeluję, byście wzięli 
pod uwagę, że takie działania powinny mieć miejsce już dawno temu. Bo strefa wolnego 
handlu przestaje nią być, gdy cały handel kontrolowany jest przez jeden kartel.

Hałaśliwe   okrzyki   poparcia  i  sprzeciwu  wypełniły  salę,  ale   reakcje  nie  były  aż  tak 

mieszane, jak się obawiał Palpatine. Mimo to był rozczarowany. Valorum przedstawił sprawę 
opodatkowania, nie wspominając o możliwych konsekwencjach ani o kompromisach, na jakie 
trzeba będzie pójść.

Zanim   wniosek   zostanie   przegłosowany,   specjalne   grupy   interesów   –   opłacane   z 

kieszeni   Federacji  Handlowej   lub  innego   podobnego  koncernu  –  zgłoszą  na  pewno  swój 
protest.   Następnie   wniosek   przejdzie   do   komisji,   gdzie   dalej   osłabi   się   jego   wymowę. 
Obrośnie tam przepisami pomocniczymi, których celem będzie uspokojenie protestów grup 
interesów   i   nacisków   protestujących.   W   końcu   dojdzie   do   niekończącej   się   debaty, 
przeciąganej w nadziei na odroczenie głosowania.

Były jednak sposoby, by przeciąć węzeł biurokratycznych zabiegów. Doprowadzony do 

ostateczności Palpatine rozejrzał się po amfiteatrze, zastanawiając się, kto wykona pierwszy 
ruch – dosłownie i w przenośni. Zrobili to Neimoidianie. Odłączyli swoją lożę od wspornika, 
na którym spoczywała, i skierowali ją na środek sali obrad. Odłączone loże przypominały 
skromniejsze  wersje  taksówek  powietrznych,  wypełniających   coruscańskie  niebo.  Krążyły 
pogłoski, że niektóre loże poruszają się szybciej niż inne – nawet na autopilocie – co było 
kwestią kluczową, bo delegaci często prześcigali się, chcąc uzyskać prawo głosu od kanclerza 
Valoruma.

– Udzielam głosu delegatowi Lottowi Dodowi – oznajmił Valorum – reprezentującemu 

Federację Handlową.

Lott   Dod   nosił   bogate   szaty   i   wysoką,   czarną   tiarę.   Unosząca   się   w   powietrzu 

holokamera ruszyła w jego stronę, by przekazać podobiznę płaskiej twarzy Doda na ekrany 
wbudowane w konsole innych lóż.

– Twierdzimy, że senat nie ma prawa nakładać podatków na peryferyjne strefy handlu. 

background image

To nic innego, tylko  spisek, mający na celu złamanie naszego konsorcjum. To Federacja 
Handlowa otworzyła  trasy hiperprzestrzenne  do systemów  peryferyjnych,  ryzykując  życie 
swoich   doświadczonych   kapitanów,   by   wprowadzić   te   prymitywne   niegdyś   planety   do 
Republiki i dostarczyć nowe zasoby światom Jądra. Teraz dowiadujemy się, że oczekuje się 
od nas, żebyśmy sami bronili się przed najemnikami i piratami, którzy strojąc się w piórka 
bojowników o wolność, chcą się po prostu wzbogacić naszym kosztem. Stajemy przed wami 
prosząc o pomoc, a zamiast tego stajemy się ofiarami pośrednich ataków.

Głośne   okrzyki   zachęty   doszły   od   lóż   przedstawicieli   Gildii   Komercyjnej   i   Unii 

Technologicznej.

– Jeśli senat nie chce angażować się w walkę z Frontem Mgławicy... bo w gruncie 

rzeczy   nie   jest   do   tego   zdolny   –   ciągnął   Dod.   –   Musi   przynajmniej   dać   nam   to,   czego 
potrzebujemy, by bronić się sami. W obecnym stanie rzeczy jesteśmy bezbronni w obliczu 
znacznie lepszych myśliwców.

Podczas gdy jedni przyklaskiwali, a inni tupali w proteście, Valorum jedynie skinął 

głową.

– Możemy wyznaczyć  komisję, by rozpatrzyła,  czy w obecnej  sytuacji zwiększenie 

waszego potencjału obronnego będzie właściwe – powiedział z powagą.

Kolejna loża oderwała się od zaokrąglonej ściany.
– Udzielam głosu Ainlee Teemowi, delegatowi z Malastaru – powiedział Valorum.
Teem, Granin, miał troje oczu na grubych, blisko osadzonych szypułkach.
– Skoro Federacja Handlowa chce się bronić na własny koszt, nie ma uzasadnienia dla 

opodatkowania   szlaków   handlowych.   –   Głos   Teema   był   głęboki   i   dudniący.   –   Mamy 
precedens w postaci Sojuszu Przedsiębiorców. W przeciwnym wypadku będzie wyglądało na 
to, że Republika nie jest zainteresowana niczym więcej, jak tylko odzieraniem z zysków tych, 
którzy mieli odwagę przetrzeć trasy hiperprzestrzenne, z których wszyscy obecnie korzystają.

Połowa amfiteatru zaczęła bić brawo. W tym samym momencie jednak na środek sali 

podpłynęła kolejna platforma.

– Udzielam głosu Bailowi Antillesowi z Alderaanu.
– Najwyższy Kanclerzu – powiedział mężczyzna głosem, w którym wyczuwało się silne 

emocje.   –   senat   w   żadnym   wypadku   nie   powinien   pozwolić   Federacji   Handlowej   na 
zwiększenie   liczebności   ich   armii   robotów.   Jeśli   Frontowi   Mgławicy   udało   się   zagrozić 
bezpieczeństwu pewnych sektorów, Federacja Handlowa powinna unikać tych miejsc, dopóki 
zainteresowane   sektory   nie   uporają   się   z   problemem   terroryzmu.   Udzielając   zgody   na 
zwiększenie  sił obronnych  Federacji Handlowej, naruszymy  równowagę  sił na Odległych 
Rubieżach.

– A co się stanie z planetami w tych zagrożonych sektorach? – zapytał senator Orn Free 

Taa z Ryloth.  Jego błękitne  warkocze  główne spoczywały na klapach  ekstrawaganckiego 
płaszcza. – Jak mamy handlować z planetami Jądra? Kto przewiezie nasze towary?

Wściekłe   i   szybkie   riposty   zaczęły   padać   ze   wszystkich   stron   sali   –   od   delegacji 

Wookiech,   Sullustan,   Bimmów   i   Bothan.   Valorum   próbował   uciszyć   zebranych,   cytując 
postanowienia regulaminu, ale wielu senatorów miało już dość regulaminów i zwyczajnie go 
zakrzyczano.

– Federacja Handlowa zrekompensuje sobie koszty opodatkowania, podnosząc stawki 

za swoje usługi – argumentował delegat Bothan.

– Systemy peryferyjne będą natomiast musiały wziąć na siebie ciężar podatków.
Palpatine zauważył, na co się zanosi, i szybko wysłał ubranego w czerń Sate'a Pestage'a 

z   odręcznie   napisaną   notatką   do   strażnika   kanclerskiego,   który  z   kolei   przekazał   notatkę 
Najwyższemu   Kanclerzowi.   Valorum   odebrał   wiadomość   w   tym   samym   momencie,   gdy 
bothański   delegat   zażądał   odpowiedzi   na   pytanie,   jak   zostaną   spożytkowane   wpływy   z 
nowych podatków.

background image

Unosząc wzrok znad notatki, kanclerz spojrzał na lożę Naboo, zanim odpowiedział:
– Proponuję, by pewien odsetek wpływów podatkowych został przeznaczony na ulgi i 

rozwój systemów peryferyjnych.

Głośny aplauz dobiegł z najwyższych lóż, gdzie wielu senatorów wstało, by dobitniej 

wyrazić swoje poparcie dla zgłoszonej propozycji. Z poziomów bliższych podłogi przyklasnął 
jej senator Wookiech, Yarua, Tendau Bendn z Ithoru i Horox Ryyder, reprezentujący tysiące 
planet w sektorze Raioballo.

Palpatine odnotował w myśli nazwiska tych, którzy zaprotestowali – w tym Toonbucka 

Toora, Po Nuda, Wata Tambora i innych. Następnie odłączył lożę od ściany i skierował ją na 
środek sali, ścigany przez dwie kamery.

– Udzielam głosu senatorowi z królestwa Naboo – powiedział Valorum.
– Najwyższy Kanclerzu – zaczął Palpatine – niech mi będzie wolno stwierdzić, że choć 

zasygnalizowano tu wiele istotnych kwestii, problem jest daleki od rozwiązania, i być może 
powinien zostać przeanalizowany głębiej na innym forum, kiedy już każdy będzie miał okazję 
przemyśleć to, co zostało dziś powiedziane.

Valorum przez chwilę wyglądał na zmieszanego.
– Na jakim forum, senatorze Palpatine?
– Zanim wniosek przejdzie do komisji, proponuję zwołanie szczytu, na którym delegaci 

Federacji Handlowej i stowarzyszonych  z nią światów będą mogli  spotkać się otwarcie i 
zaproponować rozwiązanie tych... „naglących wyzwań”, jak je pan nazwał. 

Ci   sami   senatorowie,   którzy   wcześniej   przyklasnęli   kanclerzowi,   teraz   wyrażali 

poparcie dla Palpatine'a.

Niepewność i może także złe przeczucia sprawiły,  że z twarzy Valoruma odpłynęła 

krew.

– Czy ma pan propozycję konkretnego miejsca, gdzie mógłby odbyć się taki szczyt, 

senatorze? – zapytał.

Palpatine zastanowił się.
– Może... na Eriadu?
Do loży Palpatine'a na środku sali dołączyła inna platforma. Członkowie zasiadającej w 

niej delegacji – ciemnoskórzy ludzie – nosili luźne szaty i turbany.

–   Najwyższy   Kanclerzu   –   odezwał   się   ich   rzecznik.   –   Eriadu   byłaby   zaszczycona, 

mogąc się stać gospodarzem takiego szczytu.

Senator   Troora   poparł   wniosek   i   zaproponował   przegłosowanie   moratorium   na 

propozycję opodatkowania.

Valorum nie miał innego wyjścia, jak się zgodzić.
– Spotkam się ze wszystkimi  zainteresowanymi  stronami, by ustalić datę szczytu  – 

zapowiedział,   gdy  ucichł   gwar.   –   Jeśli   chodzi   o   opodatkowanie   szlaków   handlowych   do 
systemów peryferyjnych, odraczam przegłosowanie tej kwestii do czasu odbycia szczytu i 
wyrażenia   opinii   przez   zainteresowanych.   Ponadto,   aby   podkreślić   zaangażowanie   senatu 
sprawą krzewienia pokoju i stabilności, osobiście wezmę udział w tym szczycie.

Wielu obecnych w sali posiedzeń wstało i oklaskami wyraziło swoje poparcie. 
Valorum odnalazł wzrokiem Palpatine'a i zatrzymał się na nim przez chwilę. Palpatine 

uśmiechnął się i konspiracyjnie pokiwał głową.

background image

ROZDZIAŁ 12

Prezentując poszarpane rany, których nie miał, kiedy po raz pierwszy pojawił się nad 

Dorvallą,   ani   później,   gdy   lądował   na   niej,   by   zabrać   Cohla   i   resztki   jego   załogi, 
„Jastrzębionietoperz”   unosił   się   w   przestrzeni,   przycumowany   kotwicą   grawitacyjną   na 
orbicie   szarej   planety   pokrytej   jałowymi   łańcuchami   górskimi   i   lodowato   niebieskimi 
morzami. Statek eskortowało pięć myśliwców typu CloakShape, szósty zaś przycumowany 
był  do śluzy powietrznej  na sterburcie kanonierki.  W oddali widniały orbitalne  kopalnie, 
przypominające grupę asteroid.

Wewnątrz śluzy „Jastrzębionietoperza” Cohl czekał czujnie na przybycie swych gości. 

Jego nagie ramiona pokrywały blizny po ostrych jak żyletki paprociach, przez które musiał 
się   przedzierać   na   Dorvalli,   a   ciemnoskóra   twarz   pokryta   maską   tatuaży   była   cała 
posiniaczona.   Kręcone   włosy   otaczały   jego   twarz   jak   stado   wściekłych   węży,   dodając 
surowości rysom, które wielu i tak już uważało za dzikie.

Lampka wskaźnika obok śluzy zamigotała.
– Chcesz, żebym zniknęła? – zapytała Rella, która stała za jego plecami.
Wyglądała  jeszcze gorzej niż Cohl. Jej lewe oko zakrywał opatrunek bacta, a lewe 

ramię miała w gipsie. Boiny nadal siedział w zbiorniku bacta.

Cohl pokręcił głową, nie spuszczając wzroku ze śluzy.
– Zostań tu, gdzie jesteś. I trzymaj blaster w pogotowiu.
Rella dobyła broń z kabury na prawym biodrze i sprawdziła, czy jest naładowana. Śluza 

otworzyła   się   z   sykiem   i   do   korytarza   weszły   dwie   osoby   –   szczupły   mężczyzna   i 
gadopodobny humanoid – ubrane bardzo podobnie w kaftany, spodnie z szorstkiej tkaniny i 
buty z cholewami do kolan. Humanoid miał szorstką, pofałdowaną skórę, która w słońcu 
mieniła się wszystkimi kolorami tęczy, i dłonie wielkości bokserskich rękawic. W płaskiej 
twarzy widniały liczne otwory nosowe, a z czoła sterczały cztery niewielkie rogi. W lewej 
dłoni niósł spory neseser.

– Witamy na Asmeru, kapitanie Cohl – powiedział człowiek we wspólnym. – Cieszę 

się, widząc pana żywego i w stosunkowo dobrym stanie.

Cohl na powitanie tylko skinął głową.
– Witaj, Havac.
Havac wskazał na swego olbrzymiego partnera.
– Pamiętasz Cindara?
Cohl   ponownie   skinął   głową.   Ani   on   sam,   ani   skanery   „Jastrzębionietoperza”   nie 

odnotowały śladów broni u dwójki gości.

– Rella – powiedział, przedstawiając gestem swoją towarzyszkę. Havac uśmiechnął się i 

kurtuazyjnie podał jej dłoń.

– Jak mógłbym zapomnieć?
– Chodźmy do przodu. Tam możemy porozmawiać – zaproponował Cohl. 
Oceniał w myśli idących przed nim gości. Havac nie nazywał się tak naprawdę, był to 

raczej   jego   pseudonim   bojowy.   Pracował   kiedyś   jako   holodokumentalista,   ale   w   czasie 
konfliktu „Naga Hiperprzestrzeń” działał na rzecz praw gatunków nieludzi, a ostatnich kilka 
lat poświęcił na dokumentowanie nadużyć, jakich dopuszczała się Federacja Handlowa. Nie 
był dość twardy, by posługiwać się przemocą, ale bystry i zdradziecki. Havac i Cindar nie 
byli typowymi przedstawicielami tysięcy członków Frontu Mgławicy, czy to rasy ludzkiej, 
czy obcej. Stanowili jednak dobrą reprezentację rozrastającej się frakcji wojskowej. W tej 
chwili sztab frontu mieścił się na jałowej planecie pod nim; jego członkowie rekrutowali się 
ze wszystkich światów wzdłuż Rimmiańskiego szlaku handlowego, od Sullustapo Sluis Van, 
ale   tylko   starożytne   rody   rządzące   sektorem   Seneksa   pozwoliły,   by   założył   bazę   na   ich 

background image

terenie.

– Gdzie reszta twojej załogi, kapitanie? – zapytał Havac, oglądając się przez ramię.
Pytanie uderzyło Cohla jak dopiero co przypomniany zły sen. To samo pytanie zadał 

dowódcy „Strumienia  Przychodów”  parę dni  wcześniej,  kiedy jego własna załoga  liczyła 
dwunastu członków.

– Można powiedzieć, że wielu z nich nigdy nie opuści przestrzeni Dorvalli – powiedział 

w końcu.

Potrwało to chwilę, zanim Havac pojął, co Cohl ma na myśli i współczująco zmarszczył 

czoło.

– Przykro mi to słyszeć, kapitanie. Ale myśleliśmy, że straciliśmy i ciebie.
Cohl potrząsnął głową.
– W żadnym wypadku.
– Połowa Rubieży opowiada  o tym,  co  się wydarzyło  nad  Dorvallą.  Naprawdę nie 

oczekiwaliśmy, że całkowicie unicestwi pan „Strumień Przychodów”.

– Nie lubię tracić czasu, zwłaszcza jak mam do czynienia z Neimoidianami – wyjaśnił 

Cohl. – Prędzej poświęcą samych siebie niż swój ładunek. Na szczęście dowódca „Strumienia 
Przychodów”  był  bardziej  tchórzliwy  niż  większość  z nich.  A   jeśli  chodzi  o  zniszczenie 
frachtowca, niech pan to uzna za prezent ode mnie.

Cała czwórka weszła do głównej kabiny na dziobie statku i usiadła wokół okrągłego 

stolika. Cindar położył neseser na środku stołu.

–   Mam   to   przekazać   panu,   kapitanie   –   powiedział   Havac.   –   Napędził   pan 

Neimoidianom niezłego stracha. Poprosili nawet o pomoc Coruscant.

Cohl wzruszył ramionami.
– Nie zaszkodzi spróbować.
Havac pochylił się do przodu trochę niecierpliwie.
– Macie aurodium?
Cohl spojrzał na Rellę, która odpięła od paska pilota i wstukała krótki kod. Niewielkie 

sanie repulsorowe, na których stała zamknięta kasetka, uniosły się znad pokładu i podpłynęły 
w stronę stolika. Rella  wprowadziła  kolejny kod i pokrywa  kasetki  odskoczyła,  a sztaby 
aurodium zalały tęczowym blaskiem kabinę.

Havac i Cindar patrzyli na klejnoty z otwartymi ustami.
– Nie jestem w stanie wyrazić, ile to dla nas znaczy – powiedział Havac.
Ale w oczach jego partnera pojawił się cień podejrzenia.
– Czy wszystkie są tutaj? – zapytał Cindar.
W obojętnym dotąd wzroku Cohla pojawiły się groźne błyski.
– Co sugerujesz?
Humanoid wzruszył ramionami.
– Zastanawiam się tylko, czy aby któraś ze sztabek nie zapodziała się po drodze.
Cohl gwałtownie sięgnął ręką przez stół i złapał Cindara za kaftan, przyciągając  jego 

twarz do swojej.

– Na tych klejnotach jest krew. Porządni ludzie oddali życie, żebyś mógł je dostać. – 

Puścił kaftan Cindara i odepchnął go. – Lepiej dobrze je spożytkujcie.

– Proszę, przestańcie – powiedział Havac. Cohl zaczerwienił się.
– Nie lubisz przemocy, chyba że na twoje rozkazy, co?
Havac przez chwilę wpatrywał się we własne dłonie, po czym uniósł wzrok.
– Niech pan będzie spokojny, kapitanie, dobrze spożytkujemy to aurodium.
Cindar wygładził przód kaftana, ale poza tym pozostał niewzruszony napaścią Cohla. 

Przesunął   neseser   w   jego   stronę.   Cohl   zdjął   go   ze   stołu   i   postawił   obok   nogi.   Cindar 
przyglądał mu się przez chwilę, zanim zapytał:

– Nie interesuje cię, czy są wszystkie?

background image

Cohl spojrzał na niego.
– Wytłumaczę ci to w ten sposób: za każdy kredyt, którego będzie brakowało, wykroję 

z ciebie kilo mięsa.

–   Czyli   byłbym   głupi,   gdyby   brakowało   –   powiedział   Cindar,   szczerząc   zęby   w 

uśmiechu.

Cohl przytaknął.
– Byłbyś głupi.
Rella wręczyła pilota Havacowi, a Cindar zamknął pokrywę kasetki.
– Co zrobicie z aurodium? – zapytał łagodnie Cohl.
Havac wyglądał na zdziwionego.
– Ależ kapitanie, czy ja pana pytałem, na co wyda pan swoją zapłatę?
Cohl uśmiechnął się.
– Jasne. Zrozumiałem.
Rella zwróciła się do Cohla:
– Pewnie podaruje aurodium swojej ulubionej fundacji dobroczynnej.
Havac roześmiał się.
– Niewiele się pani pomyliła.
– Mam dla ciebie kolejny prezent, Havac – powiedział Cohl. – Mieliśmy na Dorvalli 

pewien nieoczekiwany kłopot. Ktoś przedostał się na pokład „Strumienia Przychodów” w ten 
sam sposób co my. Ukryli statek w kapsule towarowej, zupełnie tak jak my. Namierzali nas, 
kiedy   opuściliśmy   frachtowiec   i   mało   brakowało,   a   pokrzyżowaliby   nasz   plan,   który 
uważałem   za   całkowicie   bezpieczny.   Ich   statek   okazał   się   Lancetem   Departamentu 
Sprawiedliwości.

Havac i Cindar wymienili zaskoczone spojrzenia.
– Departament Sprawiedliwości? – powiedział Havac. – Na Dorvalli, na litość gwiazd?
Cohl obserwował ich uważnie.
– Szczerze mówiąc, moim zdaniem to byli Jedi.
Havac spojrzał na niego z jeszcze większym niedowierzaniem.
– Skąd ci to przyszło do głowy?
– Przeczucie. Chodzi jednak o to, że nikt nie miał wiedzieć o tej operacji.
Zaniepokojony Havac odchylił się na oparcie fotela.
– Tym razem moja kolej, żeby zapytać: co pan sugeruje, kapitanie?
– Kto jeszcze we Froncie Mgławicy wiedział o tej operacji?
Cindar prychnął pogardliwie.
– Zastanów się, Cohl. Po co ktoś z nas miałby sabotować naszą własną operację?
– O to właśnie pytam – powiedział Cohl. – Być może nie wszyscy tam na dole popierają 

wasze metody...  na przykład  wynajęcie nas. Ktoś mógł próbować zaszkodzić  wam, a nie 
mnie.

Havac kiwnął głową.
– Dziękuję, kapitanie. Będę o tym pamiętał. – Przerwał na chwilę i dodał: – Jakie macie 

dalsze plany?

– Myśleliśmy o tym, żeby się wycofać z tego całego bałaganu – powiedziała Rella, 

biorąc jednocześnie za rękę Cohla. – Może kupimy sobie farmę wilgoci?

Havac uśmiechnął się.
–   Już   was   widzę.   Wy   dwoje   na   Tatooine,   pomiędzy   banthami   i   dewbackami.   To 

zupełnie w waszym stylu.

– A skąd ta ciekawość? – zapytał Cohl.
Havac przestał się uśmiechać.
– Szykujemy większą akcję. Coś w sam raz dla was. – Spojrzał na Rellę, a potem na 

Cohla. – Zarobilibyście tyle, że moglibyście przejść na emeryturę.

background image

Rella spojrzała na Cohla ostrzegawczo.
– Nie słuchaj go, Cohl. Dajmy zarobić komu innemu. – Przeniosła wzrok na Havaca. – 

Zresztą nie zamierzamy oszczędzać na emeryturze.

– Chcecie być bogatymi emerytami? – zapytał Cindar. – Kupcie Neimoidianina za tyle, 

ile jest wart, i sprzedajcie za tyle, ile uważa, że jest wart.

– Zadanie, które mam na myśli, zapewniłoby wam bardzo dostatnią emeryturę – kusił 

Havac.

– Cohl... – mruknęła Rella. – Powiesz tym facetom, żeby się zabierali na swój statek, 

czy ja mam to zrobić?

Cohl puścił jej rękę i podrapał się po brodzie.
– Nie zaszkodzi posłuchać, co mają do powiedzenia.
– Owszem, zaszkodzi, Cohl. Owszem, zaszkodzi.
Spojrzał na nią i roześmiał się.
– Rella ma rację – powiedział do Havaca. – Nie jesteśmy zainteresowani.
Havac wstał i wyciągnął dłoń do Cohla.
– Daj nam znać, jeśli zmienisz zdanie.

* * *

Znacznie bliżej Jądra „Akwizytor” powrócił do domu. Posępna Neimoidia wirowała 

powoli pod frachtowcem w kształcie pierścienia. Podobnie jak w odległym sektorze Seneksa, 
także i tu trwało spotkanie, na którym omawiano złowrogie plany. Dyskusja koncentrowała 
się na kwestiach broni i strategii, zniszczenia i śmierci. Tyle tylko, że statki, które dostarczyły 
do „Akwizytora” gości, nie potrzebowały cumować do śluz  powietrznych. Nie wtedy, gdy 
ramiona hangarów miały rozmiary pozwalające na ukrycie w nich armii inwazyjnej.

W strefie drugiej lewego hangaru, balansując na mechanofotelu kroczącym na czterech 

zakończonych   pazurami  łapach,  siedział   wicekról  Nute  Gunray w   purpurowych  szatach  i 
trójgraniastej tiarze. Na prawo od Gunraya stał jego doradca prawny Rune Haako i namiestnik 
Hath   Monchar;   na   lewo   –   nowy   dowódca   „Akwizytora”,   niewysoki  Daultay   Dofine, 
mianowany   tuż   po   klęsce   „Strumienie   Przychodów”   i   nadal  zaskoczony   swoim 
niespodziewanym awansem.

W   środku   hangaru   stał   olbrzymi,   dwuskrzydłowy   behemot,   przypominający   nieco 

rodzimy   gatunek   neimoidiańskich   owadów   o   skrzydłach   zupełnie   jak   z   gazy.   Dostojnie 
wypływając przez szeroko rozwarte szczęki rampy wjazdowej potwora, wyłaniały się z jego 
brzucha zastępy opancerzonych szarożółtych pojazdów, które wyglądały trochę jak atakujące 
banthy   –   gniewnie   wygięte   plecy,   ciężki   wydech   gazów   wylotowych,   działa   laserowe 
sterczące jak kły. Za nimi zaś zaczęły wyjeżdżać kierowane przez roboty repulsorowe czołgi 
z tępo ściętymi dziobami i wieżyczkami artyleryjskimi na szczycie. Te prototypowe machiny 
wojenne – gargantuiczny ładownik, monstrualny transportowiec i smukłe czołgi – zostały 
zaprojektowane   i   zbudowane   przez   Zakłady   Mechaniczne   Haor   Chall   i   Przedsiębiorstwo 
Zbrojeniowe Baktoid, których przedstawiciele stali wokół Gunraya, promieniejąc dumą.

Zwłaszcza  w Haor Chall doskonałość projektu traktowana była  niemal jak religijny 

dogmat.

– Spójrz, wicekrólu! – powiedział owadopodobny przedstawiciel Haor Chall, wskazując 

wszystkimi czterema ramionami na najbliższy transportowiec, którego okrągła klapa włazu, 
przytwierdzona u góry na zawiasach, właśnie się unosiła.

Gunray   patrzył   zdumiony,   jak   spod   klapy   wysuwają   się   teleskopowe   stojaki   z 

zawieszonymi na nich setkami robotów, które na jego oczach zaczęły rozkładać się do pozycji 
bojowej.

– I jeszcze to, wicekrólu – dodał skrzydlaty przedstawiciel Baktoida.

background image

Gunray   przeniósł   wzrok   na   ładownik   w   samą   porę,   by   zobaczyć   tuzin   kotwic 

powietrznych startujących ku sklepieniu hangaru. Te cienkie jak brzytwa pojazdy z podwójną 
podpórką dla stóp i działkiem blasterowym również były pilotowane przez roboty, których 
odchylone w tył korpusy sprawiały wrażenie, jakby ich właściciele trzymali się kurczowo 
poprzecznej kierownicy, walcząc o życie.

Gunray nie był w stanie wypowiedzieć słowa.
Choć   nigdy   nie   widział   niczego   podobnego,   w   każdym   z   prototypów   rozpoznał 

elementy   tych   samych   maszyn,   których   Federacja   Handlowa   od   stuleci   używała   do 
transportowania surowców i towarów. W kadłubie dwuskrzydłowego ładownika rozpoznał na 
przykład   wąską   barkę   Federacji  do   transportu   rudy.   Ale   Haor   Chall   ustawił   kadłub   na 
szerokiej podstawie i przypiął mu dwoje olbrzymich skrzydeł, chronionych zapewne przed 
opadnięciem za pomocą potężnych pól tensorowych.

Mimo animistycznego wyglądu, jaki Baktoid nadał transportowcom, Gunray rozpoznał 

w nich repulsorowe kapsuły towarowe Federacji, tyle że w znacznie większej skali. Jeśli 
chodzi o składane roboty bojowe i jednoosobowe latające platformy powietrzne, były to po 
prostu odmiany robotów strażniczych produkowanych dotychczas przez Baktoid i kotwice 
powietrzne produkcji Longspur & Alloi, stosowane na Bespinie. Jedno było całkowicie jasne 
– wszystko, co mu pokazano, służyło nie tyle obronie w przestrzeni, ile naziemnemu atakowi. 
Uświadomienie sobie tego faktu poraziło Gunraya; to było więcej, niż był w stanie pojąć; 
więcej, niż chciał pojąć.

–   Jak   zapewne   zauważyłeś,   wicekrólu   –   powiedział   przedstawiciel   Haor   Chall   – 

Federacja   Handlowa   posiada   już   większość   komponentów   potrzebnych   do   stworzenia   tej 
armii.   –   Wskazał   na   przedstawiciela   Baktoida.   –   W   kooperacji   z   Baktoidem   możemy 
przekształcić wasze roboty pracownicze i strażnicze w modele bojowe, wasze barki i kapsuły 
towarowe zaś w ładowniki.

– Im więcej jednostek, tym niższe koszty – dodał przedstawiciel Baktoida. – Zwłaszcza 

że komponenty statków  mogą  być  składowane  w różnych  miejscach...  skrzydła,  cokoły i 
kadłuby... można je złożyć w każdej chwili. Możecie umieścić jeden ładownik w każdym ze 
stu   frachtowców   albo   sto   ładowników   w   jednym   frachtowcu,   na   wypadek   specjalnych 
okoliczności.   Tak   czy   owak,   nikt,   kto   znajdzie   się   na   pokładzie   frachtowca   z   zamiarem 
inspekcji, nie pojmie, co właśnie ogląda. Jak mówi nasz wspólny przyjaciel, możecie mieć 
armię, której nikt nie zauważy.

– Nasz wspólny przyjaciel – mruknął Rune Haako na tyle cicho, że usłyszał go tylko 

Gunray. – Co nakaże Darth Sidious, staje się faktem.

– Lubimy prowadzić interesy z Neimoidianami – powiedział przedstawiciel Baktoida, 

występując o krok do przodu – ze względu na entuzjazm i podziw, jakie okazujecie na widok 
naszych dzieł. Chcemy więc zaproponować wam jeszcze jeden produkt: myśliwce, których 
nie   będą   już   musiały   pilotować   roboty,   bo   sterować   nimi   będzie   centralny   komputer 
pokładowy frachtowca. Być może warto również, byście skontaktowali się z firmą Colicoids 
z Colli IV. Opracowano tam podobno robota, który porusza się, tocząc się wokół własnej osi. 
– Insektoid wskazał zamaszystym  gestem na wnętrze hangaru. – Idealny do pokonywania 
rozległych przestrzeni wewnątrz waszych frachtowców, no i do obrony przed abordażem.

Gunray usłyszał, jak Dofine głośno przełyka ślinę, ale i tym razem odezwał się  tylko 

Haako.

– To szaleństwo – powiedział, zniżając głos i kuśtykając bliżej mechanofotela. – Czy 

jesteśmy kupcami, czy najeźdźcami?

– Słyszałeś, co mówił Darth Sidious – syknął Gunray. – Ta broń zapewni, że będziemy 

mogli   pozostać   kupcami.   Zagwarantuje,   że   terroryści   w   rodzaju   Frontu   Mgławicy  albo 
najemnicy,   jak   kapitan   Cohl,   nigdy   więcej   nie   odważą   się   nas   zaatakować.  Zapytaj 
komandora Dofine'a. Sam ci powie.

background image

–  Darth  Sidious  zrobił   z nas   bojaźliwe   sługi –  powiedział   Haako,  mrugając  raz  za 

razem.

– A mamy inne wyjście? Zamiast udzielić nam zgody na zwiększenie sił obronnych, 

senat straszy nas podatkami. Musimy wziąć sprawy we własne ręce, jeśli mamy chronić nasze 
towary. A może wolisz, byśmy nadal tracili statek za statkiem wskutek ataków terrorystów, 
tak jak stracimy zyski wskutek opodatkowania?

– Ale czy pozostali członkowie dyrektoriatu...
– Na razie nie powinni nic o tym wiedzieć. Wprowadzimy ich w sprawę stopniowo.
– I tylko wówczas, gdy okaże się to konieczne.
– Tak – powiedział Gunray. – Tylko wówczas, gdy okaże się to konieczne.

background image

ROZDZIAŁ 13

Ze   swymi   niezliczonymi   mrocznymi   kanionami,   tętniącymi   pośpiechem   ulicami, 

ukrytymi zakamarkami i wystającymi parapetami – wielością miejsc, gdzie można się było 
schować,   pozostając   na   widoku   –   Coruscant   sprzyjała   korupcji.   Sama   geografia   planety 
zachęcała do sekretów.

Palpatine był na Coruscant od paru lat, a miał wrażenie, że poznał miasto lepiej niż 

którykolwiek z jego rdzennych mieszkańców. Znał je tak, jak drapieżnik w dżungli zna swoje 
terytorium. Instynktownie rozumiał jego zmienne nastroje, instynktownie wyczuwał  ośrodki 
władzy i strefy niebezpieczeństwa. Czuł się niemal tak, jakby mógł dojrzeć wrzącą czerń 
panującą w senacie i promienne światło emanujące z iglic Świątyni Jedi.

Było to wspaniałe miejsce dla kogoś, kto przez długi czas był uczonym, historykiem, 

wielbicielem sztuki i kolekcjonerem rzadkich przedmiotów; dla kogoś, kto pasjonował się 
badaniem życia we wszelkich jego przejawach.

Często   zrzucał   swój   wykwintny   płaszcz,   by   przywdziać   prosty   strój   kupca   lub 

samotnika.   Zarzucał   wtedy   kaptur   na   głowę   i   wędrował   wśród   bezświetlnych   przepaści, 
mrocznych  ścieżek i zapomnianych  placów, tuneli i wąwozów zapuszczonego półświatka. 
Nierozpoznany podróżował na równik, na biegun i w inne odległe miejsca. Mimo ambicji – 
co do pozycji własnej, Naboo czy całej Republiki – nie było w nim ostentacji, i ta pozorna 
skromność pozwalała mu przejść niezauważonym, wtopić się w tłum tak, jak potrafi to tylko 
prawdziwy samotnik – ktoś, kto przez całe lata sam sobie dotrzymywał towarzystwa.

A jednak inni szukali jego towarzystwa. Może właśnie dlatego, że tak niewiele o sobie 

zdradzał.   Początkowo   zakładał,   że   wszyscy   uważają   jego   upodobanie   do   samotności   za 
intrygujące, tak jakby prowadził jakieś tajemnicze drugie życie. Szybko jednak dowiedział 
się, że tak naprawdę chcą po prostu mówić o sobie; że szukają nie doradcy, lecz słuchacza, 
ufając, że zachowa dla siebie sekrety ich życia tak samo, jak strzegł własnych. 

Tym właśnie kierował się Valorum, który nawiązał bliskie stosunki z Palpatine'em na 

początku swojej drugiej czteroletniej kadencji na stanowisku Najwyższego Kanclerza.

Tam,   gdzie   nie   starczało   mu   charyzmy,   nadrabiał   szczerością,   i   to   właśnie   ta 

bezpośredniość  przyczyniła  się  do  jego  popularności   w  senacie.  Oto  Palpatine,   zawsze  z 
gotowym uśmiechem, stojący ponad korupcją, ponad oszustwem czy dwulicowością, rodzaj 
spowiednika,   który   chętnie   wysłucha   najbardziej   banalnych   wyznań   czy   relacji   z 
niewłaściwych postępków, nie potępiając – przynajmniej nie na głos. Bo w sercu osądzał 
wszechświat wedle własnych kryteriów, jasno rozróżniających dobro od zła.

Nie szukał rady u nikogo poza samym sobą.
Ceniony   był   zwłaszcza   przez   delegatów   reprezentujących   planety   systemów 

peryferyjnych, głównie dlatego, że niewielka Naboo też do nich należała, leżąc na samym 
skraju   Środkowych   Rubieży,   za   jedynego   ważniejszego   sąsiada   mając   Malastar, 
zamieszkiwany przez Granów i Dugów. Podobnie jak wiele sąsiednich planet, Naboo była 
rządzona przez obieralnego monarchę – w dodatku całkowicie  nieoświeconego, jeśli o to 
chodzi   –   ale   była   światem   pokoju,   niezepsutym,   obfitującym   w   klasyczne   zabytki, 
zamieszkanym nie tylko przez ludzi, ale i miejscową rasę, Gunganów.

Podczas   gdy   większość   jego   kolegów   opuszczała   służbę   publiczną   w   powszechnie 

przyjętym  wieku dwudziestu lat, Palpatine postanowił zostać politykiem,  a jego pobyt na 
Coruscant dał mu wyjątkowy wgląd w nieszczęścia, które dotykały systemy peryferyjne. Po 
raz pierwszy usłyszał o Froncie Mgławicy, kiedy zaprzyjaźnił się z grupą Bithów, i to właśnie 
Bith przedstawił go niektórym z dowódców organizacji. Palpatine zasadniczo nie powinien 
mieć nic wspólnego z terrorystami, ale założyciele Frontu Mgławicy nie byli ani fanatykami, 
ani anarchistami. Wiele zarzutów stawianych Federacji Handlowej i rządowi na Coruscant 

background image

było w pełni uzasadnionych. Ważniejsze jednak wydawało się to, że tam, gdzie w grę w 
chodziła Federacja Handlowa, trudno było zachować bezstronność.

Gdyby Palpatine był jednym z wielu senatorów przyjmujących łapówki od Federacji, 

łatwo byłoby mu patrzeć w inną stronę, czy – jak mawiał Valorum – pozostawać głuchym na 
to, co działo się w systemach peryferyjnych. Jednak jako reprezentant jednego ze światów, 
który był całkowicie uzależniony od importu żywności i innych towarów przewożonych przez 
Federację, nie mógł zbagatelizować tego, co widział i słyszał.

W   końcu   Bith   przedstawił   go   najnowszemu   przywódcy   Frontu,   Havacowi.   Na 

wcześniejsze   spotkania   z   Havakiem   Palpatine   wybierał   ustronne   miejsca   na   dolnych 
poziomach   Coruscant,   gdzie   nie   docierało   prawo   i   porządek.   Obecny   kryzys   w   senacie 
wymagał   jednak   podjęcia   bardziej   wyrafinowanych   środków   ostrożności.   Palpatine 
zdecydował się więc na przeznaczony tylko dla ludzi klub na średnich poziomach Coruscant – 
miejsce,  gdzie patrycjusze  spotykali  się na t’backa, brandy,  żeby pograć w dejarika albo 
poczytać,  i gdzie  w związku z tym  było  się mniej  narażonym  na wścibskie oczy niż  na 
dolnych   poziomach.   Dodatkowym   środkiem   ostrożności   było   podanie   Havacowi   miejsca 
spotkania  dopiero w ostatniej chwili. Choć był  niezłym  taktykiem,  Havac nie dałby rady 
wmanewrować Palpatine'a w sytuację, w której senator byłby bezbronny.

– Valorum jest zuchwały – powiedział gniewnie Havac, gdy tylko usiedli przy stoliku w 

wykładanym drewnem salonie jadalnym klubu. – Ma czelność ogłaszać szczyt na Odległych 
Rubieżach...   nie   gdzie   indziej,   tylko   na   Eriadu...   nie   zaprosiwszy   do   udziału   Frontu 
Mgławicy.

– W przeciwieństwie do Federacji Handlowej – powiedział Palpatine – Front Mgławicy 

nie ma reprezentacji w senacie.

– Tak, ale Front ma wielu przyjaciół na Eriadu, senatorze.
– W takim razie tym lepiej dla was, jak sądzę.
Havac przyszedł sam, podobnie jak Palpatine, choć i Sate Pestage, i Kinman Doriana 

siedzieli   w   pobliżu.   Palpatine   od   razu   założył,   że   „Havac”   to   pseudonim,   co   wkrótce 
potwierdził Pestage. Pestage dowiedział się również, że Havac pochodził właśnie z Eriadu, 
gdzie   jego  pełne   pasji   holoreportaże   sprawiły,   że   uchodził   wśród  garstki   ludzi   za   wroga 
Federacji Handlowej, bojownika o prawa dla nieludzi, malkontenta i idealistę. Z całego serca 
chciał zmienić  galaktykę,  ale jego filmy obrazujące niesprawiedliwość nie znalazły wielu 
widzów.

Był dość nowy we Froncie Mgławicy, ale frakcja militarna Frontu wyznaczyła go do 

specjalnych   zadań.   Zrozpaczeni   obojętnością   senatu   i   powtarzającymi   się   nieustannie 
przypadkami gwałcenia przez  Federację umów handlowych, bojownicy postanowili przejść 
od   utrudniania   interesów  Federacji   Handlowej   do   otwartego   terroryzmu.   Havac   i   nowi 
radykałowie   we  Froncie   postanowili   uderzyć   Federację   Handlową   tam,   gdzie   zaboli   ją 
najbardziej – po wypchanych kieszeniach.

Palpatine   zachęcał   Havaca   do   działania,   nie   popierając   jednak   użycia   przemocy. 

Utrzymywał natomiast, że najpewniejszym sposobem wprowadzenia trwałych zmian będzie 
przeforsowanie ich w senacie.

–   Mamy   dość   Valoruma   –   powiedział   Havac.   –   Kiedy   sprawa   zaczyna   dotyczyć 

Federacji   Handlowej,   robi   się   potulny   jak   baranek.   Jego   groźba   opodatkowania   szlaków 
handlowych to czysta retoryka. Czas, żeby ktoś przekonał go, że Front Mgławicy może być 
wrogiem groźniejszym niż Federacja Handlowa.

Palpatine machnął ręką jakby bagatelizował sprawę.
–   To   prawda,   że   Najwyższy   Kanclerz   ma   niewiele   zrozumienia   dla   celów   Frontu 

Mgławicy, ale to nie on jest waszą główną przeszkodą.

Havac wytrzymał spojrzenie Palpatine'a, rzucone spod ciężkich powiek.
– Potrzebujemy silniejszego kanclerza. Kogoś, kto nie był od dziecka bogaczem.

background image

Palpatine ponownie machnął ręką.
– Gdzie indziej szukaj wrogów. Spójrz na członków Dyrektoriatu Federacji Handlowej.
Havac zastanawiał się przez chwilę nad jego słowami.
– Może masz rację. Może musimy spojrzeć w inną stronę. – Uśmiechnął się i ściszył 

głos,   by   dodać:   –   Zdobyliśmy   nowego   sojusznika.   ...potężnego   sojusznika,   który 
zaproponował nam parę możliwych działań.

– Doprawdy?
–   To   on   udostępnił   nam   dane,   których   potrzebowaliśmy,   by   zniszczyć   frachtowiec 

Federacji nad Dorvallą.

– Federacja ma tysiące frachtowców – przypomniał Palpatine. – Jeśli uważasz się za 

zwycięzcę zniszczywszy jeden z nich, to oszukujesz sam siebie. Musisz dotrzeć do szefów. 
Tak jak ja robię w senacie.

– Masz tam w ogóle jakichś przyjaciół?
– Bardzo niewielu. Tymczasem Federacja Handlowa ma poparcie wielu wpływowych 

delegatów: Toonbucka Toora, Tesseka, Passela, Argente'a... Wzbogacili się na tej lojalności.

Oburzony Havac potrząsnął głową. 
– To żałosne, że Front musi kupować poparcie w senacie. Równie haniebne jak to, że 

zmuszeni jesteśmy zatrudniać najemników.

– Nie ma innego sposobu – powiedział Palpatine z udawanym westchnieniem. – Sądy są 

bezużyteczne i uprzedzone. Ale korupcja ma swoje zalety:  możesz po prostu kupić głosy 
pozbawionych skrupułów delegatów, zamiast przekonywać ich, jak słuszna jest twoja sprawa.

Havac oparł łokcie na stole i pochylił się do przodu.
– Mamy fundusze, o które prosiłeś.
Palpatine uniósł brwi.
– Tak szybko?
– Nasz dobroczyńca powiedział nam, że „Strumień Przychodów”...
– Lepiej, żebym nie wiedział, skąd je wzięliście – przerwał mu Palpatine.
Havac pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Jest tylko jeden problem. Mamy je w sztabkach aurodium.
– Aurodium? – Palpatine odchylił się w tył, złączywszy palce. – Tak... to nastręcza 

pewną trudność.  Nie  bardzo  mogę  wręczać  sztabki   aurodium  tym  senatorom,   na których 
chcemy zrobić wrażenie...

– Zbyt łatwo je wytropić – dodał Havac.
– Właśnie. Musimy wymienić sztabki aurodium na republikańskie datarie, nawet gdyby 

to zajęło trochę czasu. – Palpatine milczał chwilę, a w końcu powiedział: – Proponuję, żeby 
jeden z moich asystentów pomógł wam otworzyć specjalne konto w banku na jednej z planet 
peryferyjnych, który nie będzie pytał o pochodzenie sztabek. Kiedy złożycie tam aurodium w 
depozycie, będziecie mogli przelać środki przez Bank Intergalaktyczny i podjąć je ponownie 
w formie republikańskich kredytów.

Pomysł wyraźnie przypadł do gustu Havacowi.
– Wiem, że spożytkuje pan te fundusze w najlepszy możliwy sposób.
– Zrobię, co w mojej mocy.
Havac uśmiechnął się z podziwem.
– Jest pan głosem zewnętrznych systemów, senatorze.
– Nie jestem głosem zewnętrznych systemów – zaprzeczył Palpatine. – Jeśli nalegasz, 

by przyznać mi jakiś honorowy tytuł, nazwij mnie głosem Republiki. Pamiętaj o tym, bo jeśli 
zaczniesz   myśleć   kategoriami   „systemy   zewnętrzne   a   wewnętrzne”,   „sektory  gwiezdne   a 
rubieże”, rozbijemy jedność Republiki. Zamiast równości dla wszystkich, doprowadzimy do 
anarchii i secesji.

background image

ROZDZIAŁ 14

Stojąc tuż za wschodnią bramą Świątyni Jedi, Qui-Gon zastanawiał się, w którą stronę 

się udać.  Dzień  był  ciepły  i bezchmurny,  tylko  na północy burze  krążyły  nad szczytami 
najwyższych budynków, a Qui-Gon nie miał nic do roboty.

Ruszył w stronę słońca, a wspomnienia z młodości wypływały i znikały w jego umyśle 

jak zmienne figury w talii sabaka. Widział w nich siebie w Świątyni, jak medytuje, uczy się, 
trenuje, zyskuje przyjaciół lub ich traci. Przypomniał sobie dzień, kiedy zakradł się do jednej 
z iglic i po raz pierwszy zobaczył fantastyczny krajobraz Coruscant, i jak od tamtej chwili 
marzył, by móc wałęsać się po mieście, przejść je od góry do dołu. Wyprawa ta bardzo długo 
pozostała niespełnionym marzeniem aż do czasu, kiedy miał kilkanaście lat, a i dziś w dużym 
stopniu daleka była od realizacji. W tych rzadkich przypadkach, gdy studentom pozwalano 
wyjść ze Świątyni, poruszali się po mieście jak wycieczki turystów i zawsze w towarzystwie 
takiego   czy   innego   opiekuna.  Wizyty   w   galaktycznym   senacie,   sądach,   budynkach   Rady 
Miejskiej... Te pierwsze wycieczki pozwoliły Qui-Gonowi zrozumieć, że Coruscant nie była 
bajkowym  miejscem,  jakim je sobie początkowo  wyobrażał.  Klimat  planety był  w  miarę 
uregulowany, pierwotna rzeźba terenu została przekształcona i zrównana już dawno temu, a 
naturalna roślinność istniała tylko wewnątrz pomieszczeń, gdzie łatwiej było ją pielęgnować i 
utrzymywać.

Moc, która istniała we wszystkich formach życia, na Coruscant była w pewien sposób 

skoncentrowana.   Wyczuwało   się   ją   tutaj   jednak   w   inny   sposób   niż   na   planetach,   które 
zachowały swój naturalny stan, gdzie wzajemne powiązania i związki wszystkich form życia 
tworzyły   subtelne   pływy   i   rytmy.   Podczas   gdy   na   wielu   światach   Moc   słyszało   się   jak 
delikatny szept, na Coruscant było to wycie – biały zgiełk milionów umysłów.

Qui-Gon   nie   miał   do   roboty   nic   poza   spacerowaniem.   Olbrzymia   holomapa   w   sali 

Najwyższej Rady pokazywała setki odległych miejsc, gdzie wystąpiły kłopoty lub katastrofy, 
ale   Rada   Pojednawcza   nie   przydzieliła   jemu   ani   Obi-Wanowi   żadnej   z   tych   spraw. 
Zastanawiał się, czy Yoda i pozostali nie są przypadkiem oburzeni jego widoczną obsesją na 
punkcie kapitana Cohla.

W opinii Qui-Gona członkowie Rady zbyt  chętnie  bagatelizowali  osobę Cohla jako 

zaledwie jeden z przejawów trudnych czasów, podczas gdy problem był znacznie głębszy. Z 
drugiej   strony   jednak   Rada   miała   skłonność   do   koncentrowania   się   na   konsekwencjach 
dzisiejszych   wydarzeń,   na   przyszłości,   a   nie   na   tym,   co   działo   się   w   chwili   obecnej. 
Zwłaszcza Yoda lubił powtarzać, że przyszłość jest w ciągłym ruchu, a mimo to i on, i Mace 
Windu postępowali czasem tak, jakby nie mieli o tym pojęcia.

Czyżby wiedzieli o jakimś wielkim wydarzeniu, nadciągającym zza horyzontu czasu? – 

zastanawiał się Qui-Gon. Czyżby on sam miał pozostać na nie ślepy tak długo, dopóki się nie 
potknie o nie i nie przewróci? Uznał, że powinien przynajmniej wziąć pod uwagę możliwość, 
że mistrzowie Wielkiej Rady wiedzą o czymś, o czym on nie wie.

Jedno,   z   czym   zgadzał   się   bez   zastrzeżeń,   to   że   Moc   jest   siłą   znacznie   bardziej 

tajemniczą niż się to wydawało któremukolwiek z Jedi.

Nie uszedł nawet kilometra gdy zaskoczyło go nagłe pojawienie się obok Adi Gallii.
– Podążasz w konkretnym celu, Qui-Gonie, czy tylko przechadzasz się w nadziei, że 

wpadniesz na coś wartego zainteresowania?

Uśmiechnął się.
– Właśnie wpadłem... na ciebie.
Roześmiała się, mimo karcącego spojrzenia.
Paznokcie Adi były wypolerowane, a ten sam błękitny kosmetyk, którym podkreślała 

kształt oczu, zdobił siecią żyłek wierzch jej dłoni. Była stałym członkiem Wysokiej Rady od 

background image

ponad dekady, a mistrzem Jedi od znacznie dłuższego czasu. Jej rodzice byli dyplomatami z 
Korelii, ale  podobnie jak Qui-Gon wychowywała się w Świątyni. Adi zawsze była po uszy 
zaangażowana w sprawy Coruscant i wiedziała pewnie więcej o planecie niż ktokolwiek inny. 
W   ciągu   wielu   lat   nawiązała   bliską   przyjaźń   z   Najwyższym   Kanclerzem   Valorumem   i 
kilkoma delegatami ze światów Jądra.

– Gdzie jest twój młody uczeń? – zapytała Adi.
– Wyostrza swój umysł.
– A zatem dałeś mu chwilę wytchnienia od swojej kurateli? – zażartowała.
– Sam też potrzebowałem wytchnienia – wyjaśnił Qui-Gon.
Roześmiała się, ale za chwilę spoważniała.
– Mam nowiny, które chyba cię zainteresują. Wygląda na to, że miałeś rację, sądząc, że 

Cohl przeżył eksplozję tamtego frachtowca Federacji Handlowej.

Qui-Gon stanął w samym  środku mostu powietrznego, którym właśnie przechodzili. 

Roboty i piesi stłoczyli się za jego plecami.

– Widziano go gdzieś?
Adi wychyliła się przez barierkę mostu i spojrzała do tyłu w stronę Świątyni.
– Korpus Orbitalny Dorvalli ścigał wahadłowiec, którego opis i charakterystyka napędu 

odpowiadały tym, jakie przekazaliście z Obi-Wanem. Wahadłowiec rozbił się i eksplodował 
na   powierzchni   planety,   podobno   niedaleko   od   miejsca,   w   którym   Cohl   miał   swoją 
tymczasową bazę.

Qui-Gon przytaknął.
– Znam te tereny.
–   Niewiele   pozostało   na   miejscu   katastrofy   do   zbadania,   ale   szczątki   trzech   osób 

znalezionych we wraku zostały zidentyfikowane jako towarzysze Cohla. Najciekawsze  jest 
jednak to, że wahadłowiec ewidentnie próbował dotrzeć na spotkanie z osobistym  statkiem 
Cohla.

– „Jastrzębionietoperzem”.
– „Jastrzębionietoperz” wylądował w pobliżu miejsca katastrofy, a potem wystartował z 

Dorvalli, ostrzeliwując się ciężko. Zestrzelił po drodze kilka miejscowych myśliwców.

– Cohl dotarł na statek – powiedział Qui-Gon.
– Jesteś pewien?
– Tak.
Adi skinęła głową.
– Jeden z pilotów myśliwców zameldował, że dwoje lub troje ludzi Cohla mogło dostać 

się na pokład „Jastrzębionietoperza”.

– Czy od tego czasu widziano gdzieś statek ponownie?
– Wskoczył w nadprzestrzeń, gdy tylko oderwał się od Dorvalli. Podwojono jednak 

obserwatorów przy wszystkich znanych kryjówkach Cohla. Zakładając, że żyje, prędzej czy 
później natrafią na niego, a przy odrobinie szczęścia schwytają.

– Adi, czy jest jakaś szansa, żebym razem z Obi-Wanem...
–   Cohl   nie   jest   już   naszym   zmartwieniem   –   przerwała   mu.   –   Najwyższy   Kanclerz 

Valorum próbuje zachęcić systemy położone wzdłuż Rimmiańskiego szlaku handlowego, by 
wzięły   na   siebie   odpowiedzialność   za   powstrzymanie   ataków   terrorystycznych   w  swych 
sektorach.   Interwencja   z   naszej   strony  mogłaby   być   postrzegana   jako  pośrednie  poparcie 
Federacji Handlowej.

Qui-Gon zmarszczył brwi.
–   To   krótkowzroczny   pomysł.   Większość   tych   planet   wspiera   Front   Mgławicy   w 

mniejszym  lub większym  stopniu. Rekruci, finansowanie, wywiad. .. Rimmiańskie światy 
dostarczają im to wszystko, a nawet więcej.

Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę.

background image

–   Qui-Gonie,   przypuśćmy,   że   mogłabym   zorganizować   ci   spotkanie   z   kanclerzem 

Valorumem, tak byś mógł osobiście zapoznać go ze swoją opinią...

Qui-Gon kiwnął głową.
– Zgoda.
– W takim razie postanowione. Idę właśnie na spotkanie z nim, a nie będzie lepszej 

pory niż teraz.

– Nie ująłbym tego lepiej.

W swoich komnatach pod okrągłą salą plenarną Valorum odchylił się na oparcie fotela, 

wzdychając ciężko, i przeciągnął się z rękami nad głową. Zakończył poranne zajęcia, a teraz 
musiał stanąć twarzą w twarz z tymi delegatami, którym nie udało się umówić spotkania i 
którzy niewątpliwie czekali przed biurem w nadziei na choćby chwilę jego czasu.

– Co mam w planach na popołudnie? – zapytał Sei Tarię, gdy weszła do gabinetu przez 

wysokie, bogato zdobione drzwi.

Młoda kobieta spojrzała na ekran komunikatora, który nosiła na nadgarstku.
–   Ma   pan   spotkanie   z   Adi   Gallią,   potem   kolejne   spotkanie   z   Bailem   Antillesem   i 

Horoksem Ryyderem.  Następnie spotkanie z przedstawicielami Sojuszu Przedsiębiorców  i 
delegacją handlową z Ord Mantell. Potem...

–   Wystarczy   –   przerwał   jej   Valorum,   złączył   dłonie   i   zamknął   oczy.   Wskazał   na 

korytarz za drzwiami.

– Jak źle wyglądają sprawy na zewnątrz?
– Równie tłoczno jak zawsze, proszę pana – powiedziała. – Ale obawiam się, że to nie 

wszystko.

Valorum wstał i sięgnął po płaszcz.
– W takim razie powiedz mi, co jeszcze.
–   Plac   jest   pełen   demonstrantów.   Niektórzy   nawołują   do   zerwania   stosunków   z 

Federacją Handlową, inni protestują przeciwko pana stanowisku w kwestii opodatkowania. 
Ochrona zaleca, by skorzystał pan z lądowiska na dachu.

– Nie – powiedział stanowczo Valorum. – Można było się tego spodziewać. Nie czas, 

żebym unikał krytyki.

Sei uśmiechnęła się z aprobatą.
– Powiedziałam ochronie, że na pewno tak właśnie pan zareaguje. Powiedzieli, że jeśli 

nalega pan na wyjście przez plac, potroją straże.

– Bardzo dobrze. – Valorum wzruszył ramionami. – Jesteś gotowa?
Sei podeszła do drzwi.
– Proszę przodem.
Gdy   tylko   Valorum   wszedł   do   przedpokoju,   dwóch   wysokich   członków   Straży 

Senackiej  zajęło miejsca  po jego bokach. Mieli  na sobie długie ciemnoniebieskie  szaty I 
rękawice, a także hełmy z podwójną przyłbicą, spod której widać było tylko oczy i usta. Na 
prawym ramieniu każdy ze strażników nosił długi, nieporęczny karabin, bardziej dla ozdoby 
niż do praktycznego użytku. Zanim Valorum przeszedł do przednich biur, kolejni strażnicy 
dołączyli   do   niego,   ochraniając   go   z   przodu   i   z   tyłu.   Niedaleko   publicznych   korytarzy 
dołączyła kolejna dwójka, i jeszcze dwaj w chwili, gdy Valorum pojawił się w korytarzu.

Przejście, choć szerokie, wypełniał tłum istot, które musiały stać tuż obok siebie wzdłuż 

ścian za naprędce wzniesionymi barierkami.

Strażnicy na przedzie uformowali klin i przeciskali się przez las wyciągniętych rąk. 

Niektórym udało się jednak wcisnąć do kieszeni płaszcza kanclerza jakąś wiadomość, która 
najczęściej jednak lądowała zadeptana na podłodze z wypolerowanych kamiennych płyt.

W korytarzu aż huczało od głosów, z których każdy starał się zainteresować kanclerza 

własną sprawą:

background image

– Panie kanclerzu, w kwestii negocjacji warunków pokoju...
– Panie kanclerzu, jeśli chodzi o niedawną dewaluację bothańskiego kredytu...
–   Panie   kanclerzu,   obiecał   pan   odpowiedzieć   na   oskarżenia   o   korupcję   wniesione 

przeciwko senatorowi Maximowi...

Valorum rozpoznawał niektóre z głosów i wiele twarzy. Przyciśnięty do lewej  ściany 

stał   delegat   z   Nowego   Bornaleksu.   Za   nim   senator   Grebleips   i   jego   trio   wielkookich, 
miękkostopych delegatów z Brodo Asogi. Na prawo przeciskał się przez tłum,  by zdążyć 
dotrzeć na czoło tłumu, zanim minie go Valorum, delegat z Malastaru, Aks Moe.

W   miarę   jak   podchodził   coraz   bliżej   wyjścia   na   plac,   gwar   senatorów   cichł   w 

porównaniu   z   hałasem   okrzyków   i   haseł   skandowanych   przez   tłum   demonstrantów 
zgromadzonych w Alei Założycieli, pod olbrzymimi posągami i zadeptanymi ławkami.

Straż Senacka zwarła szyki, niemal unosząc Valoruma do góry i transportując go na 

własnych ramionach.

Dowódca straży odwrócił się w stronę kanclerza:
– Skierujemy się prosto ku północnej platformie ładowniczej, proszę pana. Czeka tam 

już pana osobisty wahadłowiec. Nie będziemy się zatrzymywać, by odpowiedzieć reporterom 
czy demonstrantom. W przypadku jakichkolwiek nieprzyjaznych działań odda się pan nam w 
opiekę i zrobi to, o co poprosimy. Czy ma pan jakieś pytania?

– Nie mam żadnych – odpowiedział Valorum. – Ale spróbujmy przynajmniej wyglądać 

na przyjaźnie usposobionych, kapitanie.

* * *

– Nie wspominałaś, że zapraszasz mnie na mityng polityczny – powiedział Qui-Gon, 

kiedy razem z Adi Gallią przybyli na rozległy plac przed budynkiem senatu.

– Nie wiedziałam – odpowiedziała Adi, zaskoczona widokiem.
Tłum istot  wszelkich  gatunków  i ras  wypełniał  plac  od podstawy samego  budynku 

senatu   aż   po   wylot   Alei   Założycieli.   Z   balkonów   wychodzących   na   Aleję   widać   było 
uwieńczone iglicami budynki, których szczyty wystawały ponad powierzchnię placu.

– Gdzie masz się z nim spotkać? – zapytał Qui-Gon, przekrzykując gwar skandowanych 

haseł i ogólny hałas panujący na placu.

– Przed północnym wejściem – szepnęła mu do ucha.
Dostatecznie wysoki, by patrzeć ponad głowami tłumu, Qui-Gon spojrzał w kierunku 

kopuły senatu.

– Nie dostaniemy się do niego, o ile znam Straż Senacką.
– Przynajmniej spróbujmy – powiedziała Adi. – Jeśli się nie uda, znajdziemy go w 

prywatnym biurze w Wieży Prezydenckiej.

Qui-Gon wziął Adi za rękę i zaczęli przeciskać się przez tłum. W tej odległości od 

budynku   trudno   było   rozróżnić   wśród   protestujących,   kto   był   zwolennikiem,   a   kto 
przeciwnikiem kanclerza.

Qui-Gon skoncentrował się na uczuciach rezonujących w Mocy.
Pod  powierzchnią  gniewu   i  niezgody  wyczuł  coś  jeszcze.  Zwykłe  wycie   Coruscant 

przybrało groźny ton. Wyczuwał niebezpieczeństwo – nie ogólne zagrożenie, jakie mogło 
emanować z tego rodzaju zgromadzenia, ale konkretne i zogniskowane. Zamknął na chwilę 
oczy i pozwolił, by prowadziła go Moc.

Gdy otworzył oczy, zobaczył Bitha stojącego na skraju tłumu. Moc skłoniła Qui-Gona, 

by następnie spojrzał w lewo, na dwóch Rodian kryjących się za wysokim cokołem jednego z 
posągów. Bliżej północnej bramy senatu stało dwóch Twi'lekian i Bothanin.

Qui-Gon   uniósł   wzrok,   by   spojrzeć   na   nieprzerwany   sznur   pojazdów 

przemieszczających  się ponad północnym krańcem placu. Jego uwagę przyciągnęła zielona 

background image

taksówka  powietrzna – w kształcie dysku i bez dachu, nie różniła się niczym  od innych 
taksówek   wypełniających   niebo   Coruscant.   Jednak   fakt,   że   przemieszczała   się   poza 
wyznaczonymi korytarzami powietrznej nawigacji, powiedział Qui-Gonowi, że jej kierowca – 
kolejny Rodianin – znał powietrzne szlaki na tyle dobrze, by otrzymać wolne prawo jazdy.

W pobliżu taksówki, nieco poniżej, tuż nad krawędzią placu, unosiła się repulsorowa 

platforma, na której spoczywał osobisty wahadłowiec kanclerza Valoruma.

Qui-Gon odwrócił się w stronę Adi.
– Wyczuwam jakieś zakłócenia w Mocy.
Przytaknęła.
– Ja również, Qui-Gonie.
Spojrzał   w   górę   na   taksówkę   powietrzną,   a   potem   przeniósł   wzrok   na   Rodian   za 

cokołem pomnika.

– Najwyższy Kanclerz jest w niebezpieczeństwie. Musimy się spieszyć.
Odpiąwszy miecze świetlne od pasków, zaczęli przeciskać się przez tłum, a brązowe 

płaszcze falowały za ich plecami. Dotarli do północnego wyjścia w samą porę, by zobaczyć, 
jak formacja strażników wychodzi na plac. Za nimi szedł Valorum i jego młoda asystentka, w 
otoczeniu sześciu strażników, którzy prowadzili parę w stronę platformy cumowniczej.

Qui-Gon   spojrzał   w   górę.   Taksówka   powietrzna   zmieniła   kierunek   i   zawisła   nad 

placem.   W   tej   samej   chwili   dwaj   Twi’lekianie   ruszyli   pospiesznie   w   stronę   Valoruma   z 
rękami schowanymi w rękawach szerokich szat.

Skandujący krzyczeli coraz głośniej.
Nagle z tłumu wystrzeliły laserowe promienie, trafiając dwóch z przednich strażników, 

którzy upadli na kamienny bruk. Rozległy się krzyki, a ogarnięty paniką tłum rozpierzchł się 
na wszystkie strony.

Qui-Gon włączył  miecz świetlny i ruszył w stronę Twi'lekian, którzy dobyli broni i 

wypalili,   ale   zielone   ostrze   miecza   Qui-Gona   odbiło   ich   strzały.   Kolejne   pociski   energii 
wystrzelił   Rodianin,   ale   Qui-Gon   poruszał   się   szybko   i   odbił   również   jego   pociski. 
Zawirował,   unosząc   broń,   by   odparować   strzały,   starannie   kierując   je   ponad   głowami 
uciekających demonstrantów.

Moc podpowiedziała mu, że Adi, z włączonym niebieskim ostrzem kierowała się w 

stronę kanclerza, nakrytego ciałem jednego ze strażników.

W   pobliżu   rozległ   się   stłumiony   huk   eksplozji,   po   nim   zaś   plac   wypełniły   kłęby 

gryzącego   białego   dymu,   który   jeszcze   bardziej   podsycił   przerażenie   uciekających 
demonstrantów.

Qui-Gon   od   razu   zrozumiał,   że   eksplozja   miała   za   zadanie   tylko   odwrócić   uwagę. 

Prawdziwe   niebezpieczeństwo   groziło   z   przeciwnej   strony   placu,   gdzie   dwóch   kolejnych 
zamachowców biegło naprzód z niewielkimi blasterami w dłoniach. Kolejny strażnik upadł; 
jeden z zamachowców wystrzelił, widząc wyłom w kordonie ciał chroniącym kanclerza. Adi 
odbiła dwa wystrzały, ale trzeci trafił do celu.

Valorum skrzywił się z bólu i zatoczył.
Strażnik ruszył do przodu i strzelił z długiego karabinu, trafiając obu zamachowców. 

Qui-Gon usłyszał, że taksówka szybko schodzi w dół, i zauważył, że zwisają z niej trzy liny. 
Twi’lekianin  i dwaj Rodianie pobiegli  w tamtą  stronę i chwycili  za liny.  Qui-Gon wyjął 
wyrzutnię liny z kieszonki w pasie i wystrzelił ją w biegu. Hak wbił się mocno w podwozie 
taksówki, a lina z monowłókna zaczęła się rozwijać. Qui-Gon przypiął się do liny, włączył 
mechanizm zwijarki i wystrzelił w niebo z mieczem świetlnym w wyciągniętej prawej dłoni.

Mijając dwóch Rodian, odciął ich mieczem od lin; spadli, uderzając o kamienne płyty 

placu. Twi’lekianin jednak nadal był ponad nim i Qui-Gon zorientował się, że nie zdąży go 
dogonić. Taksówka powietrzna zbliżała się już do północnej krawędzi placu, kiwając się na 
boki, wyraźnie w nadziei strącenia Qui-Gona.

background image

Na wysokości najwyższego z posągów Założycieli  Qui-Gon puścił linę i zeskoczył, 

lądując na ramionach pomnika; stamtąd zszedł na cokół i w końcu na sam dół. Wycofując się 
i ostrzeliwując bez ustanku, Rodianin wpadł prosto na dwóch senackich strażników, którzy 
rzucili go brutalnie na kamienny bruk. Ze względu na złamaną nogę Rodianin nie był w stanie 
uciec.

Qui-Gon   obrócił   się   na   pięcie   i   pospieszył   w   stronę   kanclerza.   Pozostali   strażnicy 

uformowali wokół niego zwarty pierścień i stali z bronią gotową do strzału, wycelowaną na 
zewnątrz ochronnego kręgu. Adi zauważyła nadchodzącego Qui-Gona i poleciła strażnikom, 
by go przepuścili.

Na prawym boku kanclerza widniała spora plama krwi.
– Musimy go zanieść do ośrodka medycznego – powiedziała pospiesznie Adi.
Qui-Gon wsunął prawą rękę pod lewe ramię kanclerza Valoruma i uniósł go na nogi. 

Adi   podtrzymała   rannego   z   drugiej   strony.   Nie   wyłączając   mieczy,   zaczęli   prowadzić 
Najwyższego   Kanclerza   z   powrotem   w   stronę   budynku   senatu,   podczas   gdy   strażnicy 
osłaniali ich odwrót.

background image

ROZDZIAŁ 15

Byli   tacy,   co   twierdzili   –   zawsze   znajdą   się   osoby   skłonne   do   snucia   podobnych 

rozważań – że skacząc ze szczytu kopuły senatu, trafiało się prosto do senackiego  ośrodka 
medycznego,   w   którym   delegaci   cieszyli   się   specjalnymi   przywilejami...   oczywiście  przy 
założeniu, że wiatry wiejące ponad przepaściami Coruscant zepchną skoczka we właściwym 
kierunku  i   że  uda  mu   się  uniknąć   zderzenia  z   pojazdami  mijającymi  budynek   senatu  na 
kolejnych poziomach ruchu powietrznego.

Bezpieczniejszym i bardziej pewnym sposobem dotarcia w nienaruszonym stanie  do 

ośrodka medycznego galaktycznego senatu była przejażdżka turbowindą spod sali plenarnej 
albo podjechanie tam aerowozem – i z tej ostatniej metody skorzystał senator Palpatine.

Ośrodek   medyczny   zajmował   pięć   najwyższych   pięter   zwykłego   budynku,   który 

wznosił   się   stromo   na   środkowych   poziomach   Coruscant.   Liczne   prowadzące   do   niego 
wejścia były oznaczone kolorami lub w inny sposób, tak aby przedstawiciele gatunków,  z 
których niektóre wymagały specjalnej atmosfery i grawitacji, mogli trafić do odpowiedniej 
sekcji ośrodka. Podobne rozwiązanie zastosowano w lożach sali plenarnej senatu.

Sate   Pestage   pilotował   aerowóz.   Właśnie   wprowadzał   pojazd   na   wolne   miejsce   na 

platformie   ładowniczej   zakotwiczonej   przy   wejściu   przeznaczonym   dla   ludzi   i   gatunków 
blisko z nimi spokrewnionych. Wejście prowadziło do zdecydowanie najbardziej luksusowo 
urządzonej poczekalni.

– Nie trać czasu – polecił Palpatine z tylnego siedzenia. – Ale bądź dyskretny.
Pestage przytaknął.
– Załatwione.
Palpatine   wyszedł   z   okrągłego   aerowozu,   obciągnął   przód   haftowanego   płaszcza   I 

zniknął w drzwiach. W poczekalni spotkał senatora Orna Free Taa.

– Słyszałem, że pana tu znajdę – powiedział Palpatine.
Korpulentny Twi’lekianin potrząsnął masywną głową z wystudiowanym smutkiem.
– Tragiczne wydarzenie. Naprawdę straszne.
Palpatine uniósł brew.
– Dobra – prychnął  Taa. – Prawda jest taka,  że Valorum blokował moje prośby o 

obniżenie cła na ryli eksportowany z Ryloth. Jeśli moja wizyta w ośrodku medycznym może 
pomóc, to niech tam!

– Robimy to, co musimy – powiedział łagodnie Palpatine.
Taa przyglądał mu się przez chwilę.
– Czy mam uwierzyć, że pańska wizyta podyktowana jest autentyczną troską?
– Najwyższy Kanclerz jest głosem Republiki, prawda?
– Chwilowo – powiedział złośliwie Taa.
Gwardziści Straży Senackiej rozstawieni w poczekalni wylegitymowali Palpatine'a  co 

najmniej sześć razy, zanim wprowadzili go do przedsionka dla gości kanclerza. Przywitał się 
tam   z   delegatem   Alderaanu   w   senacie,   Bailem   Antillesem   –   wysokim,  przystojnym 
mężczyzną o ciemnych włosach – i z równie dystyngowanym senatorem z Korelii, Comem 
Fordoksem.

– Słyszeliście, kto jest winien tego zamachu? – zapytał Fordox, gdy Palpatine usiadł na 

kanapie naprzeciw niego.

– Tylko tyle, że w sprawę zamieszany jest podobno Front Mgławicy.
– Mamy dowody potwierdzające ich udział – powiedział Antilles. Na twarzy Fordoksa 

odmalował się gniew i zmieszanie.

– Nie mogę tego zrozumieć.
– Ten akt terroru musi zostać ukarany – zgodził się Antilles.

background image

W geście solidarności z ich uczuciami Palpatine zacisnął usta i potrząsnął głową.
– Okropny znak czasów – powiedział.
Większość   przypadłości,   przez   które   senatorowie   trafiali   do   ośrodka   medycznego, 

wynikała z nadmiernego folgowania sobie w jedzeniu i piciu, obrażeń odniesionych w grach 
sportowych,   w   kolizji   taksówki   powietrznej   albo   na   skutek   pojedynku.   Rzadko   kiedy 
przyjmowano tu delegatów z powodu choroby, a co dopiero – zamachu terrorystycznego.

Palpatine poczuwał się do odpowiedzialności. Powinien był dostrzec, co się szykuje, 

podczas   spotkania   z   Havakiem.   Młody   bojownik   nieraz   podkreślał,   że   Valorum   musi 
zrozumieć, jak niebezpiecznym przeciwnikiem jest Front Mgławicy. Palpatine uważał jednak, 
że Havac nie ma w sobie dość determinacji, by posunąć się do zamachu. Głupota Havaca 
czyniła z niego osobnika wyjątkowo groźnego. Czyżby naprawdę sądził, że Front Mgławicy 
zyska na zastąpieniu kanclerza Valoruma kimś innym? Czyżby nie zdawał sobie sprawy, że 
Valorum   był   jedyną   nadzieją   Frontu   na   powstrzymanie   zapędów   Federacji   Handlowej 
poprzez opodatkowanie jej i inne posunięcia?

Usiłując zamordować kanclerza, Havac nie tylko dawał Federacji Handlowej argument 

na poparcie głoszonej przez nich tezy, że Front Mgławicy stanowi publiczne zagrożenie, ale i 
przydawał wagi żądaniom Neimoidian, by pozwolono im zwiększyć własne siły obronne.

Trzeba przypomnieć Havacowi, kto jest jego prawdziwym wrogiem.
Chyba   że   Havac   świadomie   pozował   na   głupszego,   niż   był   w   istocie,   rozmyślał 

Palpatine. Nie można przecież  wykluczyć,  że jego miła, ale niepozorna twarz jest maską 
skrywającą przebiegły intelekt.

Palpatine zastanawiał się nad tym podczas odwiedzin Fordoksa i Antillesa u kanclerza. 

Nadal myślał o tym, gdy po pewnym czasie do przedpokoju weszła Sei Taria.

Palpatine wstał i ukłonił się.
– Miło panią widzieć, Sei. Jak się pani czuje?
Zmusiła się do uśmiechu.
– Teraz już dobrze, senatorze. Ale to było straszne.
Palpatine zrobił poważną minę.
– Uczynimy wszystko, co w naszej mocy, by chronić Najwyższego Kanclerza.
– Wiem, że pan to zrobi.
– Jak się czuje kanclerz?
Spojrzała na drzwi.
– Oczekuje pana.
Uzbrojeni strażnicy stali po obu stronach drzwi do pokoju kanclerza – pozbawionego 

okien pomieszczenia wypełnionego urządzeniami  diagnostycznymi  i nadzorowanego przez 
dwunożnego   robota   medycznego   wyposażonego   w   serwoszczypce   i   wokabulator 
przypominający aparat do recyrkulacji powietrza.

Valorum był blady i posępny, ale siedział w łóżku prosto, z prawą ręką od nadgarstka 

po bark w miękkim rękawie wypełnionym płynem bacta. Ta przezroczysta, galaretowata ciecz 
wytwarzana   przez  pewien  gatunek   owadów   stymulowała  regenerację  tkanek   i zasklepiała 
rany, zwykle nie powodując blizn. Palpatine często dochodził  do wniosku, że ta cudowna 
substancja była równie ważna dla przetrwania Republiki, jak rycerze Jedi.

– Najwyższy Kanclerzu – powiedział, podchodząc do łóżka. – Przyszedłem, gdy tylko 

się dowiedziałem, co się stało.

Valorum machnął ręką bagatelizująco.
–   Niepotrzebnie   się   pan   fatygował.   Jeszcze   dziś   mnie   wypuszczają.   –   Wskazał 

Palpatine'owi   krzesło.  –  Czy  wie  pan,  co  zrobili   strażnicy,   kiedy  mnie  tu   przywieziono? 
Wyrzucili wszystkich pacjentów z poczekalni, a potem opróżnili całe piętro, nie troszcząc się 
zupełnie o stan chorych.

– To w trosce o pańskie bezpieczeństwo – zapewnił Palpatine. – Wiedząc, że zostanie 

background image

pan   tu   przywieziony,   jeśli   im   się   nie   uda,   zamachowcy   mogli   umieścić   drugi   zespół   w 
recepcji szpitala.

– Być  może  – mruknął  Valorum.  – Wątpię  jednak, by działania  tych,  którzy mnie 

chronią przysporzyły  mi  nowych  zwolenników. – Zmarszczył  czoło. – Co więcej, muszę 
znosić udawaną troskę delegatów w rodzaju Orna Free Taa.

– Nawet senator Taa rozumie, że Republika pana potrzebuje – powiedział Palpatine.
– Nonsens. Jest wielu, którzy mogliby zająć moje miejsce. Bail Antilles, Ainlee Teem... 

czy choćby pan, senatorze.

Palpatine udał zdziwienie.
– Raczej nie, panie kanclerzu.
Valorum uśmiechnął się.
– Nie mogłem nie zauważyć, jak delegaci zareagowali na pańskie wystąpienie podczas 

sesji nadzwyczajnej.

– Odległe Rubieże domagają się głosu. Jestem tylko jednym z wielu.
Valorum pokręcił głową.
– To coś więcej. – Przerwał na chwilę. – Tak czy owak, chcę panu podziękować za 

notatkę, którą pański asystent przekazał mi na mównicę. Ale dlaczego nie poinformował mnie 
pan wcześniej, że planuje zwołanie szczytu?

Palpatine rozłożył bezradnie ręce.
–   To   była   decyzja   chwili.   Należało   coś   zrobić,   by   propozycja   opodatkowania   nie 

ugrzęzła w komisji, gdzie przepadłaby z kretesem.

–   Błyskotliwe   posunięcie.   –   Valorum   zamilkł   na   chwilę.   –   Departament 

Sprawiedliwości poinformował mnie, że ci zamachowcy należeli do Frontu Mgławicy.

– Też o tym słyszałem.
Valorum westchnął.
– Teraz wiem, z czym zmaga się Federacja Handlowa.
Palpatine nie odpowiedział.
– Ale czym kierował się Front Mgławicy, atakując mnie? Robię co mogę, by znaleźć 

pokojowe rozwiązanie ich problemów.

– Pańskie wysiłki najwyraźniej im nie wystarczają – powiedział Palpatine.
– Czy są aż tak przekonani, że Antilles albo Teem działaliby inaczej?
Palpatine starannie rozważył, jak sformułować swoją odpowiedź.
–  Senator   Antilles   myśli  tylko  o  Światach   Jądra.  Niewątpliwie   forsowałby  politykę 

nieinterwencji.   Jeśli   zaś   chodzi   o   senatora   Teema,   najprawdopodobniej   przystałby   na 
wszelkie   żądania   Federacji   Handlowej   dotyczące   dodatkowego   uzbrojenia   czy   licencji 
handlowych.

Valorum zastanowił się.
– Być może popełniłem błąd, zakładając, że Front Mgławicy nie powinien brać udziału 

w szczycie na Eriadu. Obawiałem się, żeby nie robiło to wrażenia, iż Republika uznaje ich 
roszczenia.   Co   więcej,   nie   bardzo   sobie   wyobrażałem,   by   zasiedli   przy   jednym   stole   z 
Neimoidianami. – W jego oczach pojawiło się zmieszanie. – Ale co spodziewali się osiągnąć, 
zabijając mnie?

Palpatine przypomniał sobie Havaca, rozwścieczonego, że nie zaproszono go na szczyt. 

„Potrzebujemy silniejszego kanclerza”, powiedział wtedy.

– Zadawałem sobie to samo pytanie – odparł. – Ale miał pan rację, nie zapraszając ich 

do udziału w szczycie. Są niebezpieczni... i nierealistyczni.

Valorum przytaknął.
–   Nie   możemy   ryzykować,   że   narobią   zamieszania   na   Eriadu.   Zbyt   wiele   od   tego 

zależy. Systemy peryferyjne muszą mieć okazję do zabrania głosu we własnym imieniu, nie 
obawiając się niechęci ze strony Federacji Handlowej ani odwetu ze strony Frontu Mgławicy.

background image

Palpatine   złączył   dłonie   w   zamyśleniu,   przywołując   wspomnienia   niedawnego 

spotkania z Havakiem; przepowiadał w myśli każde słowo, które wówczas padło z jego ust.

– Być może nadszedł czas, by poprosić Jedi o pomoc – powiedział w końcu.
Valorum przyglądał mu się przez chwilę.
– Tak, niewykluczone, że Jedi będą skłonni interweniować. – Rozchmurzył się nieco. – 

Dwoje z nich pomogło pojmać moich niedoszłych zabójców.

– Doprawdy?
– Senat musi zatwierdzić interwencję Jedi. Czy byłby pan skłonny zgłosić taki wniosek?
Palpatine uśmiechnął się.
– Uznam to za wielki zaszczyt, panie kanclerzu.

Zostawiając   za   plecami   platformę   ładowniczą   szpitala,   Sate   Pestage   przyspieszył   i 

włączył się do ruchu powietrznego na średnich poziomach, a potem na kolejnych pionowych 
skrzyżowaniach zaczął wznosić się coraz wyżej, aż dotarł do rzadko uczęszczanych szlaków 
zarezerwowanych dla limuzyn i luksusowych aerowozów. Tutaj rzadko kiedy można było 
trafić   na   taksówkę,   jeszcze   rzadziej   na   pojazd   dostawczy,   bo   ci,   którzy   zamieszkiwali 
najwyższe rejony miasta, mieli własne pojazdy,  a towary dostarczano im na niższe piętra 
budynków, skąd wynosiły je w górę turbowindy.

Pestage wznosił się do momentu, gdy znalazł się na najwyższej alei powietrznej.
W tej części Coruscant aleja zarezerwowana była dla aerowozów, które lotne skanery 

ruchu   mogły   zweryfikować   jako   należące   do   korpusu   dyplomatycznego;   pojazd   senatora 
Palpatine'a cieszył się takim przywilejem.

Podleciał   do   platformy   ładowniczej   luksusowego,   wysokiego   na   kilometr   drapacza 

chmur i zacumował. Z przedziału bagażowego pojazdu wyjął dwa kosztownie wyglądające 
bagaże.   Większy   był   kwadratowym   neseserem,   drugi,   kulisty,   miał   rozmiary   melona   i 
pasował do specjalnie zaprojektowanego naramiennego nosidełka.

Pestage   wniósł   oba   bagaże   do   recepcji   na   najwyższym   piętrze   budynku,   gdzie 

przeskanowano go od stóp do głów, zanim został wpuszczony do turbowindy prowadzącej do 
szczytowych apartamentów. Nazwisko jego pracodawcy znów otworzyło wiele drzwi, które 
inaczej pozostałyby zamknięte. Kilku mieszkańców było na miejscu, ale nie poświęcili mu 
uwagi, zakładając, że ktoś, kto dostał się w te rejony budynku, bez wątpienia ma prawo w 
nich przebywać.

Podszedł   do   prywatnej   turbowindy   apartamentu,   którego   właścicielem   był   jeden   z 

kolegów Palpatine'a w senacie, w tej chwili nieobecny, bo właśnie wczoraj odleciał na swoją 
rodzinną planetę.

Przed drzwiami  apartamentu  Pestage postawił bagaże  i wstukał kod na tabliczce  w 

ścianie. Kiedy skaner poprosił o potwierdzenie obrazu tęczówki, wstukał kolejny kod, który 
polecił skanerowi pominąć  zwyczajową rutynę  i po prostu otworzyć  drzwi. Kod obejścia 
zadziałał i drzwi wsunęły się w ścianę.

Miękkie   światło   włączyło   się   samo,   gdy   Pestage   wszedł   do   eleganckiego   salonu. 

Wszędzie dookoła widać było meble i dzieła sztuki, dobrze świadczące o smaku właściciela. 
Pestage podszedł prosto do drzwi na taras i wyszedł na zewnątrz.

Z dołu dochodził do niego cichy pomruk sznurów pojazdów, z góry – światła jeszcze 

wyższych   budynków.   Powietrze   było   o   dziesięć   stopni   chłodniejsze   niż   na   środkowych 
poziomach i znacznie czystsze. Za sięgającą mu do piersi ścianką zamykającą taras widział 
Świątynię Jedi z jednej strony i budynek senatu z drugiej.

Nie był to jednak widok, który by go zainteresował. Patrzył wyłącznie prosto przed 

siebie,   na   przeciwległą   stronę   miejskiego   kanionu,   gdzie   w   równie   wysokim   wieżowcu 
znajdował się podobny apartament.

Pestage   postawił   bagaże   na   podłodze   i   otworzył   je.   Neseser   zawierał   komputer   z 

background image

wbudowaną klawiaturą  i ekranem.  W drugim znajdował się robot podsłuchowy,  czarny i 
okrągły,   z   trzema   antenami   sterczącymi   z   okrągłego   korpusu.   Pestage   ustawił   robota 
dokładnie naprzeciw komputera.

Oba   urządzenia   komunikowały   się   przez   chwilę,   wymieniając   serię   pisków   i 

świergotów. Następnie robot podsłuchowy uniósł się i poszybował w stronę przeciwległego 
budynku.

Pestage   ustawił   komputer   w   taki   sposób,   by   móc   monitorować   lot   robota 

podsłuchowego, wystukując jednocześnie polecenia na klawiaturze.

Czarna kula dotarła w tym czasie na drugą stronę kanionu i zawisła na wprost jednego z 

oświetlonych okien apartamentu, transmitując kolorowe obrazy prosto na ekran komputera, 
na którym Pestage zobaczył pięć Twi’lekianek wylegujących się na wygodnych kanapach. 
Jedną z nich była czerwonoskóra lethańska konkubina senatora Orna Free Taa. Inne mogły 
być również jego faworytami albo po prostu przyjaciółkami Lethanki. Oddawały się plotkom 
i   sączyły   drinki   pod   nieobecność   opasłego   senatora,   który   odwiedzał   właśnie   kanclerza 
Valoruma w ośrodku medycznym.

Pestage był zadowolony. Kobiety wydawały się tak zatopione w rozrywkach, że raczej 

nie powinny przeszkadzać mu w jego sprawach.

Polecił robotowi podsłuchowemu, by przesunął się w stronę nieoświetlonego okna trzy 

pokoje  dalej   i  przeszedł   na  podczerwień.  W  chwilę  później  Pestage   zobaczył  na  ekranie 
zbliżenie komputerowego terminalu senatora Taa, który – choć wyposażony w urządzenia do 
komunikacji z odległymi systemami – nie mógł być obsługiwany zdalnie. Pestage wstukał 
kolejne polecenie.

Przysuwając   się   do   szyby,   robot   uruchomił   laser   i   przepalił   małą   dziurkę   w 

dźwiękoszczelnej i kuloodpornej tafli – wystarczająco dużą, by dało się przecisnąć przez nią 
teleskopową końcówkę do obsługi komputera, która wysunęła się z jego korpusu. Na samym 
jej końcu znajdował się zamek magnetyczny, który robot wsunął w port dostępowy terminalu.

Komputer włączył się i poprosił o kod wejściowy, który Pestage posłusznie wstukał. 

Nowicjusz mógłby zapytać senatora Palpatine'a, jak zdobył kod wejściowy, ale Pestage nie 
byłby prawdziwym profesjonalistą, gdyby nie wiedział, kiedy nie zadawać pytań.

Komputer Taa zaprosił go do środka.
Teraz chodziło jedynie o włamanie się do odpowiednich plików i wprowadzenie do nich 

zakodowanych   danych   dostarczonych   przez   Palpatine'a.   Nie   była   to   jednak   rutynowa 
infiltracja.   Po  pierwsze,  dane  nie  mogły  pozostawić  śladów,  a  po drugie,  musiały  zostać 
wprowadzone w taki sposób, by komputer był przekonany, że to on sam je odkrył. Następnie 
należało poinstruować system, by ujawnił dane dopiero w odpowiedzi na określone pytania 
zadawane przez Taa.

Najważniejsze jednak było to, by Taa sam był przekonany, iż odkrył dane o tak wielkiej 

wadze, że powinien wykrzyczeć je z dachu wieżowca.

background image

ROZDZIAŁ 16

W   samym   środku   iglicy   Świątyni   Jedi,   w   której   mieściła   się   sala   Wysokiej   Rady, 

znajdowała   się   olbrzymia   holograficzna   mapa   galaktyki,   z   wyświetlonymi   rejonami 
konfliktów i obszarami, w których działali Jedi. Sferyczny wizerunek zmieniał się, w miarę 
jak wielościeżkowy zestaw transmisyjny przekazywał nowe dane ze szczytu wieży, a dysk 
czytnika   umieszczony   pod   projektorem   skupiał   i   emitował   holopromienie,   podtrzymując 
obraz mimo fluktuacji napięcia.

Qui-Gon i Obi-Wan stali na okrągłym  chodniku okalającym  holomapę,  czekając na 

wezwanie członków  Wysokiej  Rady.  W pobliżu kilku innych  Jedi studiowało mapę  albo 
wychodziło na jeden z trzech zewnętrznych balkonów medytacyjnych, z których rozciągał się 
szeroki   widok   na   panoramę   miasta   u   stóp   Świątyni.   To   z   jednego   z   tych   balkonów, 
wychodzącego na wschód, Qui-Gon po raz pierwszy oglądał Coruscant.

–   Pierwszy   raz   widzę   Coruscant   podświetloną   –   zauważył   Obi-Wan,   patrząc   na 

sferyczną mapę, wsparty łokciami o reling wokół chodnika.

Qui-Gon   spojrzał   na   błyskający   punkt   oznaczający   Coruscant,   a   potem   jego   wzrok 

powędrował w bok do połowy szerokości kuli, gdzie błyszczał drugi punkt.

Dorvalla, pomyślał.
– Coruscant powinna być podświetlona przez cały czas... – zaczął, gdy nagle rozjarzył 

się kolejny punkt, jeszcze bardziej oddalony od środka kuli.

– Eriadu – oznajmił Obi-Wan, odczytując podpis pod punktem. Spojrzał pytająco  na 

Qui-Gona.

– Miejsce zbliżającego się szczytu handlowego.
– Czyj to był pomysł, mistrzu? – zapytał Obi-Wan.
– Senatora Palpatine'a – odpowiedział głęboki baryton za ich plecami.
Odwrócili się i zobaczyli Jorusa Cbaotha, który się im przyglądał. Cbaoth, jeden ze 

starszych mistrzów Jedi rasy ludzkiej, miał twarz o ostrych rysach, siwe włosy równie długie 
jak Qui-Gon i trzy razy dłuższą brodę.

– Palpatine reprezentuje Naboo – dodał Cbaoth.
– Planeta w sam raz dla Qui-Gona – dodał kolejny głos z dalszej części chodnika.
Cbaoth przytaknął.
–   Więcej   rdzennych   gatunków   na   kilometr,   niż   normalnie   znalazłoby   się   na   stu 

światach. – Uśmiechnął się. – Łatwo mi sobie wyobrazić Qui-Gona, który zapomina tam o 
całym wszechświecie.

Zanim Qui-Gon i Obi-Wan zdążyli odpowiedzieć, do pomieszczenia weszła Adi Gallia.
– Jesteśmy gotowi cię przyjąć, Qui-Gonie – oznajmiła.
Qui-Gon   i   Obi-Wan   skrzyżowali   ręce   na   piersiach,   chowając   dłonie   w   fałdach 

rękawów, i weszli za Gallią do turbowindy prowadzącej do sali na szczycie wieży.

– Nie odzywaj się, padawanie – powiedział cicho Qui-Gon, gdy dotarli do okrągłej sali. 

– Po prostu słuchaj i ucz się.

Obi-Wan kiwnął głową.
– Dobrze, mistrzu.
Łukowate okna z transpastali pozwalały bez przeszkód widzieć panoramę miasta we 

wszystkich kierunkach. Sufit również był łukowato sklepiony, a lśniącą podłogę pokrywały 
wzory koncentrycznych kół, ozdobione motywami kwiatowymi. Zostawiwszy Obi-Wana przy 
turbowindzie, Qui-Gon wyszedł na środek sali z dłońmi złączonymi przed sobą.

Na prawo od windy siedziała Depa Billaba, szczupła humanoidalna kobieta z Chalacta, 

ze znakiem między oczami. Miejsce obok niej zajmował Eeth Koth o twarzy przypominającej 
układankę linii i łysej głowie, z której sterczały żółtawe rogi nierównej długości. Następny 

background image

był długoszyi Quermianin, Yarael Poof, dalej Adi, Oppo Rancisis i Even Pieli, lannikański 
wojownik z twarzą przeciętą nabrzmiałą blizną. Na lewo od Piella siedziała Yaddle, żeńska 
przedstawicielka gatunku Yody; dalej Saesee Tiin z dwurożnej rasy Iktotchi; za nim Ki-Adi-
Mundi,   uderzająco   wysoki   humanoid   z   Cerei,   potem   Mace   Windu,   potężnie   zbudowany 
czarnoskóry mężczyzna z wygoloną czaszką. Na lewo od Windu, niemal naprzeciwko wejścia 
do turbowindy, zasiadał Pio Koon. Mace Windu pochylił się, splótł place i odezwał się do 
Qui-Gona:

–   Spotkaliśmy   się   właśnie   z   członkami   Departamentu   Sprawiedliwości   w   sprawie 

nieudanego zamachu na życie kanclerza Valoruma. Uważamy, że możesz rzucić dodatkowe 
światło na wydarzenia, które rozegrały się w senacie galaktycznym.

Qui-Gon przytaknął.
– Ja również tak sądzę.
Yoda spojrzał na Windu, a następnie przeniósł wzrok na Qui-Gona.
– Jak to się stało, Qui-Gonie, że w budynku senatu znalazłeś się? Zaalarmowany przez 

informatora we Froncie Mgławicy, czy tak?

– Ja odpowiem – odezwała się Adi Gallia. – Poprosiłam Qui-Gona, by towarzyszył mi 

w drodze do senatu. Chciał porozmawiać osobiście z Najwyższym Kanclerzem.

Windu spojrzał na nią, marszcząc brwi.
– W jakim celu?
Adi spojrzała przelotnie na Qui-Gona.
– Qui-Gon ma powody wierzyć, że Najwyższy Kanclerz jest w błędzie wierząc, że 

planety położone wzdłuż Rimmiańskiego  szlaku handlowego rozprawią się z terrorystami 
działającymi w tym sektorze.

– Naprawdę, Qui-Gonie? – zapytał Ki-Adi-Mundi.
Qui-Gon przytaknął.
– Front Mgławicy otrzymuje większość funduszy właśnie z tych światów.
– Wiele Qui-Gon o sytuacji wie – powiedział Yoda nieco sarkastycznie. – Rację miał, 

że kapitan Cohl eksplozję nad Dorvallą przeżył. – Przerwał. – Czy to Cohl za nieudaną próbą 
zamachu stoi?

– Nie, mistrzu – zapewnił Qui-Gon. – Cohl ucieka przed pogonią. Co więcej, nie jestem 

przekonany, że to Front Mgławicy faktycznie chciał skrzywdzić Najwyższego Kanclerza.

Rysy Yody stwardniały.
– Strzelali  do niego. Do ich tajnej  bazy w sektorze Seneksa ślady w dokumentach 

prowadzą.

– To zbyt proste, mistrzu – powiedział Qui-Gon z uporem. – Ślady były o wiele zanadto 

oczywiste.

– Terrorystami są, nie żołnierzami.
Windu spojrzał najpierw na Yodę, a potem na Qui-Gona.
– Niewątpliwie przemyślałeś tę kwestię. Kontynuuj.
–  Zamachowcy  celowali   w  strażników   Najwyższego   Kanclerza.  Uważam,  że  strzał, 

który   trafił   kanclerza,   nie   w   niego   był   wycelowany.   Ucieczka   również   wypadła 
nieprzekonująco. A ponieważ musieli z góry wiedzieć, że mają niewielkie szanse ucieczki, po 
co zabierali ze sobą dokumentację?

– Niepodobne do kapitana Cohla, co, Qui-Gonie?
Qui-Gon przytaknął.
– Nie byłby tak nieuważny.
Yoda położył palec wskazujący na ustach.
–   Zaplanował   to   z   oddali.   Nawiązać   kontakt   z   twoim   znajomym   Bithem   z   Frontu 

Mgławicy musisz.

Qui-Gon zwrócił się w jego stronę.

background image

– Zrobię to, mistrzu. Jednak po co Front miałby nastawać na życie kanclerza, który 

ostatecznie zajął stanowisko przeciwko Federacji Handlowej?

– Sam odpowiedz na to pytanie – powiedział Windu.
Qui-Gon nabrał powietrza i potrząsnął głową.
– Nie jestem pewien. Obawiam się jednak, że Front Mgławicy może  planować coś 

jeszcze bardziej zdradzieckiego.

„Jastrzębionietoperz”   leciał   wśród   wściekłych   rozbłysków   czerwonej   energii   nad 

powierzchnią zielonej planety, odznaczającej się parą niewielkich, blisko siebie osadzonych 
księżyców   pooranych   kraterami.   Ścigały   go   trzy   smukłe   statki,   od   dziobu   do   steru   w 
płomiennej coruscańskiej czerwieni, o tępo ściętych dziobach i trzech bębnowatych silnikach 
podświetlnych, uzbrojone w sprzężone baterie laserów.

Na   ciasnym   mostku   „Jastrzębionietoperza”   Boiny   wpatrywał   się   w   konsolę 

identyfikatorów tożsamości.

–   To   koreliańskie   krążowniki   orbitalne,   kapitanie!   Szybko   skracają   dystans. 

Szacunkowy czas, po którym nas wyprzedzą...

– Nie chcę wiedzieć – powiedział Cohl z kapitańskiego fotela, gdy eksplozja przechyliła 

statek na bakburtę. – Przeklęty Departament Sprawiedliwości! Czy naprawdę nie mają nic 
lepszego do roboty?

– Najwyraźniej w świecie nie, kapitanie – zareplikował Boiny.
Cohl obrócił się tyłem do przednich iluminatorów, żeby spojrzeć na Rellę siedzącą za 

sterami.

– Jak szybko będziemy mogli skoczyć w nadprzestrzeń?
Spojrzała na niego gniewnie.
– Komputer nawigacyjny nie pali się do współpracy.
Cohl spojrzał na Boiny'ego.
– Zachęć go trochę.
Rodianin, zataczając się, przeszedł przez sterownię i walnął ręką w komputer.
– Podziałało – powiedziała Rella z ulgą. Kolejny strzał zatrząsł statkiem.
– Skieruj całą moc na tylne tarcze – polecił Cohl.
– Już się robi, kapitanie – powiedział Boiny, przypinając się z powrotem do fotela.
Rella odwróciła się lekko w stronę Cohla.
– Wiesz co, nie każdego bawi unikanie śmierci o włos.
Roześmiał się teatralnie.
– I to mówi ktoś, kto uważał, że nie warto uciekać, jeśli ucieczka jest zbyt łatwa?
– To dawna ja. Nowa ja ma zupełnie inne poczucie humoru.
– Więc lepiej zadekuj gdzieś nową siebie, zanim nie skoczymy w nadprzestrzeń.
Ukąszony w ogon „Jastrzębionietoperz” przechylił się na bok.
– Gdzie te współrzędne skoku? – warknął Cohl.
– Już wychodzą – uspokoiła go Rella. – Najwyższy czas spadać z tego sektora, Cohl. 

Wszystkie nasze kryjówki są pod obserwacją.

– A gdzie niby mamy się udać?
– Nie dbam o to, nawet gdybyśmy mieli mieszkać u Huttów. Wiem tyle, że tutaj zrobiło 

się trochę za gorąco.

Cohl skrzywił się.
– Nie mów mi, że pracowałabyś dla tych opasłych robali.
– A kto mówi o pracy?
– A co z przejściem na sutą emeryturę?
– Na dziś zadowolę się zwykłym przejściem na emeryturę.
Cohl pokręcił głową.

background image

– Nie tak to sobie zaplanowałem. Zresztą nie podoba mi się pomysł, że ktoś przegania 

mnie z moich własnych terenów łownych.

– Nawet wtedy, gdy stało się jasne, że to na ciebie polują?
Cohl przyglądał się Relli przez chwilę.
– Ty mówisz poważnie? Naprawdę chcesz się wypisać z tej wycieczki?
Zagryzła wargi i przytaknęła.
– Jeżeli nie odzyskasz rozsądku, Cohl. Jesteśmy na to za starzy. Obiecaliśmy sobie parę 

rzeczy i chcę się nimi nacieszyć, póki nie jest za późno.

Zastanowił się, a potem roześmiał.
– Nie odejdziesz. Wiesz, że zatęsknisz za mną i zaczniesz mnie szukać.
Rella spojrzała na niego smutnym wzrokiem.
– Nadal myślisz o dawnej mnie, Cohl.
Spojrzał na Boiny'ego.
– Mam rację czy nie, że będzie mnie szukać?
Rodianin uchylił się jak przed ciosem.
– Nie mieszaj mnie do tego. Ja jestem od wykonywania rozkazów.
Cohl kiwnął głową wskazując na Rellę.
– To nasza pierwsza kłótnia.
– Mylisz się, Cohl. Ostatnia. – Sięgnęła po drążek. – Skaczemy!
Wśród kąsających go nadal promieni lasera „Jastrzębionietoperz” skoczył do przodu. 

Gwiazdy rozciągnęły się w linie i kanonierka znikła.

background image

ROZDZIAŁ 17

W pokoju recepcyjnym swojego biura w galaktycznym senacie Valorum włożył szatę z 

vedańskiej  tkaniny  i  przyjrzał   się swemu   odbiciu  w  lustrze   o misternie  zdobionej   ramie. 
Prawa ręka była już prawie zdrową a zamiast niewygodnego rękawa z płynem bacta okrywał 
ją miękki gips, ukryty pod szerokim rękawem wierzchniego płaszcza. Po obu stronach drzwi 
stali   gwardziści  Senackiej   Straży,  patrząc   przed  siebie,  ale   Valorum   nie  zwracał  na  nich 
uwagi. Przygotowywał się na przybycie mistrzów Jedi, Mace'a Windu i Yody.

Dynastia   Valorum   od   dawna   miała   nadzieję,   że   któryś   z   jej   potomków   okaże   się 

wrażliwy na Moc, ale jak na razie wyglądało na to, że ród Valorum po prostu nie ma Mocy 
we   krwi.   Ten   godny   pożałowania   brak   nie   przeszkadzał   jednak   Finisowi   Valorumowi 
podziwiać Jedi. Jak każdy dobrze urodzony młodzieniec  z Coruscant czy Światów  Jądra, 
spędził niezliczone godziny na wertowaniu rodzinnych kronik, pochłaniając relacje na temat 
kontaktów jego przodków z członkami zakonu – nierzadko z rycerzami i mistrzami, którzy 
przeszli do legendy. Opowieści te tylko wzmocniły przekonanie, które żywił od najmłodszych 
lat, że nawet jeśli nie zostanie Jedi, może przynajmniej obrać sobie ich za wzór i zachowywać 
się   tak,   jakby   Moc   była   jego   sojusznikiem,   poświęcając   się   podtrzymywaniu   pokoju   i 
sprawiedliwości.

Ale Republiką którą odziedziczył Valorum, nie dawała mu wielu okazji do krzewienia 

pokoju   czy   sprawiedliwości.   Przeżarty   chciwością   i   korupcją   senat   stał   się   narzędziem 
pogłębiania   przepaści   między   bogatymi   a   biednymi   i   zaspokajania   ambicji 
uprzywilejowanych i wpływowych.

Mimo   starań,   by   pozostać   wiernym   młodzieńczym   ideałom,   Valorum   otoczony   był 

senatorami   bogacącymi   się   dzięki   łapówkom   i   zniewolonymi   egoizmem.   Po   co   służyć 
wspólnemu dobru, jeśli bardziej opłaca się służyć Gildii Komercyjnej, Unii Technologicznej, 
Sojuszowi Przedsiębiorców czy Federacji Handlowej?

Czy to z powodów osobistych, czy też w zamian za przywileje handlowe dla swoich 

rodzinnych planet, ponad połowa senackich delegatów spowiadała się potężnym korporacjom, 
które w zamian żądały jedynie poparcia pewnych wniosków, a utrącenia innych. Niejeden raz 
Valorum postrzegany był  jako słaby,  gdy jego propozycje  przepadały w głosowaniu, i ta 
pozorna   słabość   sprawiała,   że   nawet   ci,   którzy   powinni   wiedzieć   lepiej,   uważali   go   za 
nieskutecznego.

Nieudolność   była   oczywiście   cichym   celem   samych   łapowników.   Gdyby   słaby 

przywódca   szybko   został   wymieniony,   a   silny   zagroził   ich   interesom,   najlepszym 
rozwiązaniem wydawało się popieranie takiego, który po prostu zrezygnował z walki.

Ta smutna pozycja była domeną Valoruma od zbyt  wielu lat, aż do niedawna, gdy 

senatorowie tacy jak Bail Antilles, Horox Ryyder, Palpatine i kilku innych zaoferowali swoje 
wsparcie w zwalczaniu korupcji, a przynajmniej w jej ograniczeniu. Wielu sądziło, że obecny 
kryzys związany z Federacją Handlową był polem doświadczalnym dla tego, co czekało ich w 
przyszłości. Valorum miał jedynie nadzieję, że ostatnie lata swej kadencji poświęci pracy na 
rzecz dobra ogółu, prawdziwej służbie pokoju i sprawiedliwości. Dlatego właśnie należało 
powstrzymać Front Mgławicy.

Zazwyczaj nie proszono rycerzy Jedi o interwencję w sporach handlowych, ale zamach 

na życie  kanclerza mniej miał wspólnego z handlem, a więcej – z zachowaniem prawa i 
porządku.   Ponieważ   Jedi   odpowiadali   przez   Najwyższym   Kanclerzem   i   Departamentem 
Sprawiedliwości, całkiem na miejscu było teraz zwrócić się do nich po pomoc, i w tym sensie 
próba   zamachu   okazała   się   niespodziewanym   darem   od   losu.   Valorum   nie   pamiętał,   by 
kiedykolwiek   odmówili   pomocy.   Czasami   jednak   kontakty   z   zakonem   pozostawiały 
kanclerzowi wrażenie, że ma do czynienia z potęgą większą niż władza, którą cieszyły się 

background image

najrozmaitsze konsorcja handlowe czy sama Republika.

Licząc dziesięć tysięcy członków, zakon Jedi dysponował taką siłą, że mógłby rządzić 

galaktyką, gdyby tego chciał – gdyby poświęcenie Jedi dla sprawy pokoju było choć odrobinę 
mniej żarliwe. Choć to rząd Republiki finansował zakon, czasami Valorum miał wrażenie, że 
ich pomoc będzie wymagać dodatkowych kosztów – że pewnego dnia zażądają, by za usługi 
odpłacono im po dziesięciokroć. Nie potrafił jednak wyobrazić sobie, czego mogliby zażądać 
od   Republiki   albo   od   niego   samego.   Chociaż   Jedi   działali   w   rzeczywistym   świecie, 
jednocześnie byli poza nim, żyjąc w Mocy, jakby to była odrębna rzeczywistość.

Czasami   Valorum   sądził,   że   Jedi   zachowują   się   tak,   jakby   Moc   rządziła   realnym 

światem, a rolą Jedi było takie postępowanie, by na zawsze zachować równowagę pomiędzy 
dobrem a złem, światłem a ciemnością – by szala nie przechyliła się w żadną stronę. Nie 
pozwalali,   by  otwarły  się   drzwi,   przez   które   wleje  się   mrok,   ale   też   by  światło   oślepiło 
wszystkich blaskiem jakiejś większej prawdy.

Dwa   tysiące   lat   wcześniej   Jedi   stanęli   wobec   zagrożenia,   jakim   dla   powszechnego 

pokoju stali się lordowie Sithów i ich armie zwolenników ciemnej strony. Utworzony przez 
upadłego   Jedi,   zakon   Sithów   wierzył,   że   władza   odrzucona   to   władza   roztrwoniona.   W 
miejsce   sprawiedliwości   dla   wszystkich   chcieli   zaprowadzić   jednomyślność   autokracji. 
Uważali, że zamieszanie i konflikty są ważniejsze dla procesu transformacji niż stopniowe 
zrozumienie.

Na szczęście ciemną stronę trudno było okiełznać i w końcu Sithowie doprowadzili do 

własnego upadku.

Valorum   usłyszał,   jak   strażnicy   strzelają   obcasami   na   baczność.   Drzwi   do   pokoju 

recepcyjnego   otworzyły   się   i   stanęła   w   nich   Sei   Taria,   a   za   nią   dwóch   mistrzów   Jedi. 
Promieniejący godnością Mace Windu, w płaszczu z kapturem, nieskazitelnie białej tunice i 
wysokich do kolan brązowych butach wydawał się wypełniać swoją obecnością cały pokój. 
Ale to drobny i tajemniczy Yoda, w znoszonych i mniej starannie uszytych szatach, zajął całą 
przestrzeń.

–   Mistrzowie   Yoda   i   Windu   –   powiedział   ciepło   Valorum.   –   Dziękuję   wam   za 

przybycie.

Yoda przyglądał mu się przez chwilę, zanim się odezwał:
– Uzdrowiony jesteś.
Valorum dotknął prawego przedramienia pod płaszczem.
– Już prawie wyzdrowiałem. Gdyby zamachowiec był lepszym strzelcem...
Windu i Yoda wymienili znaczące spojrzenia.
– W czym Jedi mogą ci służyć, Najwyższy Kanclerzu? – zapytał Windu.
Valorum wskazał na krzesła.
– Usiądźcie, proszę.
Windu usiadł, wysoki i wyprostowany, ze stopami płasko opartymi o podłogę. Yoda 

zastanawiał się, czy usiąść, ale w końcu zdecydował wyjść na środek pokoju, postukując 
laską.

– Lepiej myśli mi się, kiedy w ruchu jestem.
Valorum odesłał Sei Tarię i dwóch strażników i usiadł naprzeciwko Windu, skąd mógł 

również widzieć Yodę.

– Wiecie, jak sądzę, że zamachowcy zostali zidentyfikowani jako członkowie  Frontu 

Mgławicy.   –   Valorum   zaczekał   na   potakujące   kiwnięcie   głową   Windu,   zanim  dodał:   – 
Ustaliliśmy, że tych kilku, którzy uciekli, przyleciało z Asmeru, planety na  skraju sektora 
Seneksa.

Pochylając   się  nad  stołem,  który oddzielał  go  od  mistrza  Windu,   Valorum   włączył 

holoprojektor.   W   stożku   przezroczystego   błękitnego   światła   ukazała   się   gwiezdna   mapa. 
Valorum wskazał na gromadę systemów gwiezdnych.

background image

– Senex to sektor autonomiczny, rządzony przez ród zdecydowanie autokratycznych 

monarchów.   Republika   respektuje   niezależność   światów   Seneksa   i   nie   ma   interesu   w 
mieszaniu się w sprawy tych planet, zwłaszcza w świetle zgłoszonego niedawno przeze mnie 
wniosku,   by   światy   leżące   wzdłuż   Rimmiańskiego   szlaku   handlowego   położyły   kres 
terroryzmowi w tym sektorze. Skoro jednak sprawy tych systemów mają swoje konsekwencje 
aż na Coruscant, nie możemy bezczynnie stać z boku.

Valorum wyłączył holoprojektor.
–   Skontaktowałem   się   z   władcami   rodów   Vandron   i   Elegin,   rządzącymi   Asmeru   i 

innymi   układami   w   tej   części   sektora   Seneksa.   Zaprzeczają,   jakoby   udzielili   schronienia 
bojownikom   Frontu   Mgławicy.   Utrzymują   natomiast,   że   terroryści   odebrali   władzę   na 
Asmeru nielicznej rdzennej populacji, by mieć na planecie bazę operacyjną do ataków na 
statki   kursujące   między   Rimmiańskim   szlakiem   handlowym   a   Trasą   na   Korelię.   Chcąc 
uniknąć ataków ze strony Frontu Mgławicy, rody Vandron i Elegin postanowiły zignorować 
wydarzenia na Asmeru.

– Do czasu – wtrącił Windu.
Valorum przytaknął.
– Zgodzili się pomóc nam w próbie zatrzymania Frontu Mgławic na Asmeru do czasu 

zakończenia szczytu handlowego na Eriadu.

Yoda zmarszczył czoło.
– Hodowcami niewolników są! Nie lepsi niż ci we Froncie Mgławicy.
Valorum przyznał mu rację, wzdychając smutno.
– To prawda. To właśnie tolerowanie niewolnictwa nie pozwala sektorowi Seneksa na 

nawiązanie   otwartych   stosunków   handlowych   z   Republiką.   Możliwość   nawiązania   takich 
stosunków skłoniła ich do udzielenia nam pomocy.

Windu uniósł brwi.
– Jaką pomoc proponują?
–   Wsparcie   logistyczne.   Ze   względu   na   pobliskie   studnie   grawitacyjne   i   kopalnie 

orbitalne założone przez Front Mgławicy, podejście do Asmeru jest wyjątkowo trudne. Ród 
Vandron zaproponował, że przeprowadzi nas na orbitę.

Windu zastanowił się.
– A więc chce pan, byśmy towarzyszyli krążownikom Departamentu Sprawiedliwości.
– Tak – powiedział krótko Valorum. – Jeśli się zgodzicie, zgłoszę w senacie wniosek o 

zatwierdzenie waszego udziału w operacji. Pozwólcie, że to wyjaśnię. Ta operacja nie ma być 
pokazem siły ani próbą odwetu za to, co wydarzyło się tutaj. Proponuję wyekspediowanie 
dwóch krążowników z trzydziestoma osobami na pokładzie, plus tylu Jedi, ilu uznacie za 
stosowne wysłać. Z tego, co wiemy, osoby odpowiedzialne za zamach na moje życie należą 
do frakcji radykalnej. Pozostali mogli w ogóle nie wiedzieć o spisku. Jednak nie życzę sobie, 
żeby zakłócili przebieg szczytu na Eriadu. Pragnąłbym się również dowiedzieć, co chcieli 
osiągnąć,  usiłując  mnie  zabić.  Jeśli  ich  działania  są odpowiedzią  na brak zaproszenia  do 
udziału w szczycie, powinni się dowiedzieć, że pragnę spotkać się z nimi, muszą jednak 
najpierw   zaprzestać   ataków   na   statki   Federacji   Handlowej.   Jeśli   nie   są   skłonni   zawrzeć 
rozejmu,   Federacja   Handlowa   uzyska   zapewne   zgodę   na   zwiększenie   swojego   i   tak   już 
niemałego arsenału.

Windu spojrzał na Yodę, zanim odpowiedział:
– A jeśli nasze próby przekazania tych informacji ich dowódcom zostaną odtrącone?
Valorum zmarszczył brwi.
– Wówczas prosiłbym, by Jedi zadbali o to, żeby nikt powiązany z Frontem Mgławicy 

nie opuścił Asmeru. Mają tam pozostać, zanim nie podejmiemy dalszych decyzji.

Windu potarł podbródek.
– Może się okazać, że wysyła pan swoich funkcjonariuszy w pułapkę.

background image

– Musimy podjąć to ryzyko – powiedział twardo Valorum, ale dodał łagodniejszym 

głosem:   –   Musimy   przynajmniej   spróbować   negocjacji,   zanim   zdecydujemy   się   na 
desperackie środki. – Spojrzał najpierw na Windu, potem na Yodę, a wreszcie jeszcze raz na 
jednego i drugiego.

Yoda zatrzymał się, by zerknąć niezbyt przychylnie na kanclerza.
– Rozwiązania konfliktu chcemy.
Windu splótł palce i pochylił się do przodu.
– Federacja Handlowa nie powinna dostać zgody na zwiększenie uzbrojenia. Obronna 

czy   zaczepna,   broń   nie   jest   sposobem   rozwiązywania   takich   sporów.   Takie   działania 
doprowadzą tylko do eskalacji konfliktu.

– Zgadzam się – przyznał ze smutkiem Valorum. – Chciałbym, żeby sprawa była tak 

prosta. Ale Federacja Handlowa ma silne powiązania z politykami Republiki.

– Walkę w tobie wyczuwam – zauważył Yoda. – W tobie samym tkwi konflikt.
Rozgoryczony jego uwagą, Valorum pokręcił głową.
– Te kwestie wymagają wielkiej delikatności i zawierania układów, które budzą we 

mnie wstręt.

Windu zacisnął usta w wąską kreskę.
– Rozważymy, jakiej pomocy możemy udzielić na Asmeru.
Valorum był rozczarowany.
–   Dziękuję,   mistrzu   Windu.   Prosiłbym   również,   abyście   rozważyli   możliwość 

zapewnienia ochrony szczytowi na Eriadu. Obawiam się, że nikt nie jest bezpieczny.

Windu skinął głową, wstał i podszedł do drzwi. Yoda przed wyjściem odwrócił się w 

stronę Valoruma.

– Sprawę omówimy i poinformujemy cię o naszej decyzji.

* * *

„Jastrzębionietoperz”   i   zmodyfikowany   CloakShape,   połączone   pierścieniem 

cumowniczym  ze sztywnym rękawem komunikacyjnym, orbitowały zgodnie ponad ponurą 
Asmeru.

– Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że wrócisz – mówił Havac do kapitana Cohla 

w kajucie dziobowej kanonierki.

Cohl prychnął.
– Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że wrócę.
Partner Havaca, Cindar, ostentacyjnie rozejrzał się po kabinie.
– Gdzie twój pierwszy oficer, kapitanie?
– Odeszła – powiedział Cohl. Havac przyglądał mu się przez chwilę.
– A ty nie odszedłeś razem z nią? Dlaczego?
– Nie twój interes – warknął Cohl.
Cindar nie mógł powstrzymać domyślnego uśmieszku.
– Wróciłeś, bo nie umiałeś się oprzeć kredytom, a ona umiała.
Cohl pokręcił przecząco głową.
– To nie kredyty mnie tu sprowadziły. To życie. – Roześmiał się gorzko. – Jak ktoś taki 

jak   ja   przechodzi   na   emeryturę?   Co   ja   wiem   o   prowadzeniu   farmy?   –   Klepnął   blaster 
przypięty do kabury na biodrze. – Na tym się znam. Taki już jestem.

Havac wymienił zadowolone spojrzenia z Cindarem.
– W takim razie tym bardziej się cieszymy, mając cię na pokładzie, kapitanie.
Cohl oparł łokcie na stole.
– Lepiej dla was, żeby ta podróż mi się opłaciła.
Havac kiwnął głową.

background image

– Być może nie słyszałeś, że Najwyższy Kanclerz zamierza naciskać na wprowadzenie 

opodatkowania   stref   wolnego   handlu.   Jeśli   jego   propozycja   zostanie   zatwierdzona   przez 
senat,   Federacja   Handlowa   szybko   się   zorientuje,   że   spora   część   jej   zysków   ląduje   na 
Coruscant. I wszystko byłoby dobrze, gdyby Neimoidianie się z tym pogodzili, ale nie zrobią 
tego. Będą próbowali zrekompensować sobie utracone zyski, podnosząc taryfy przewozowe. 
Przy braku  innych  przewoźników,  systemy   peryferyjne  będą  zmuszone   płacić,   ile  zażąda 
Federacja. Planety, które nie zechcą grać według nowych reguł, nie będą obsługiwane, a ich 
rynki się załamią.

– Koniec z konkurencją – dodał Cindar. – Zaszkodzi to zwłaszcza planetom, którym 

desperacko  zależy   na  handlu   z  Jądrem.  Będzie  tam  mnóstwo  kredytów   dla  każdego,   kto 
zechce wykorzystać tę sytuację.

Cohl patrzył na obu mężczyzn, uśmiechając się z wyższością.
– A co to wszystko ma wspólnego ze mną? Niewiele mnie obchodzi, co stanie się z 

jedną czy drugą stroną.

Havac zmrużył oczy.
– I właśnie twojego braku zainteresowania wymaga to zadanie, bo naszym celem jest 

zmiana zasad gry.

Cohl czekał.
– Chcemy, żebyś zebrał zespół tropicieli, czujek i specjalistów od broni – powiedział 

Havac. – Muszą być wysoko wykwalifikowani i równie bezstronni, jak ty. Nie chcę jednak 
korzystać z zawodowców. Nie zamierzam ryzykować, że mogą być obserwowani albo że 
staną się pierwszymi podejrzanymi po fakcie.

– Szukasz zamachowców – domyślił się Cohl.
–   Nie   oczekujemy   twojego   udziału   w   samym   akcie   –   powiedział   Cindar.   –   Tylko 

zebrania zespołu. Jeśli to ukoi twoje sumienie, pomyśl o zespole jako o dostawie broni.

Cohl wydął wargi.
– Dam ci znać, jeśli moje sumienie będzie potrzebować ukojenia. Kto jest celem?
– Najwyższy Kanclerz Valorum – powiedział spokojnie Havac.
– Chcemy uderzyć podczas szczytu na Eriadu – dodał Cindar.
Cohl patrzył na nich z niedowierzaniem.
– I to jest ta duża robota, którą obiecywaliście?
Cindar rozłożył potężne dłonie.
– To ci zapewni emeryturę, kapitanie.
Havac pokręcił głową i roześmiał się.
– Kto podsunął ci ten błyskotliwy pomysł, Havac?
Havac zesztywniał.
– Udziela nam pomocy potężna, niezależna osoba, która sympatyzuje z naszą sprawą.
– Ta sama, która powiedziała wam o transporcie aurodium?
–   Im   mniej   wiesz,   tym   lepiej   dla   ciebie   –   ostrzegł   Cindar.   Cohl   znów   tylko   się 

roześmiał.

– To poufne, tak?
Havac zmarszczył czoło, wyraźnie zmartwiony.
– Uważasz, że to się nie uda?
Cohl wzruszył ramionami.
– Każdego można zabić.
– W takim razie dlaczego się wahasz?
Cohl prychnął z pogardą.
– Musicie mnie mieć za szmaciarza. Tylko dlatego, że ścigano mnie wzdłuż i wszerz 

Rimmy   i   całego   tego   sektora,   miałbym   się   nie   dowiedzieć,   co   piszczy   w   trawie? 
Próbowaliście zabić Valoruma na Coruscant, ale skopaliście sprawę. Teraz zwracacie się do 

background image

mnie, zamiast zrobić to od razu na samym początku.

Na twarz Cindara powrócił szyderczy uśmieszek.
– Nie byłeś zainteresowany, pamiętasz? Chodziło ci, zdaje się, po głowie, żeby zostać 

farmerem wilgoci na Tatooine.

–   Poza   tym   niczego   nie   skopaliśmy   –   powiedział   Havac.   –   Myśleliśmy,   że   jak 

zastraszymy Valoruma, to zaprosi Front Mgławicy do udziału w szczycie. Nie pojął aluzji, 
więc zamierzamy dokończyć sprawę na Eriadu.

Cindar uśmiechnął się złowieszczo.
– Zamierzamy sprawić, żeby nikt szybko nie zapomniał tego szczytu.
Cohl podrapał się w brodę.
– Ale po co? Żeby Valorum nie opodatkował stref wolnego handlu? W jaki sposób to 

miałoby pomóc Frontowi Mgławicy albo systemom peryferyjnym?

– Myślałem, że nie interesujesz się polityką – przyciął mu Havac.
– Pytam z czystej ciekawości.
– W porządku – zgodził  się Havac. – Jeśli  nie wprowadzą opodatkowania, planety 

peryferyjne nie będą się musiały martwić wyższymi kosztami. A jeśli chodzi o Federację 
Handlową, nadal będziemy się nimi zajmować tak, jak dotąd.

Cohl nie wyglądał na przekonanego.
– Narobicie sobie tylko dodatkowych wrogów, Havac... rycerzy Jedi, o ile się znam na 

czymkolwiek. Ale, jak sądzę, nie płacicie mi za myślenie.

– Właśnie – stwierdził Cindar. – Pozwól, że my zajmiemy się konsekwencjami.
– Nie ma sprawy – powiedział Cohl. – Porozmawiajmy jednak o Eriadu. Ze względu na 

to, co wyczynialiście na Coruscant, ochrona będzie wyjątkowo szczelna. Niezależnie od tego, 
jakie cele wam przyświecały, tylko sobie zaszkodziliście.

–   Tym   bardziej   zależy   nam   na   tym,   żeby   zgromadzić   doskonale   wykwalifikowany 

zespół – zgodził się Havac.

Cohl położył ręce na stole.
– Będę potrzebował nowego statku. „Jastrzębionietoperz” jest zbyt dobrze znany.
– Zrobione – obiecał Cindar. – Co jeszcze?
Cohl zastanawiał się przez chwilę.
– Przypuszczam, że nie uda wam się trzymać Jedi z dala od mojego kursu?
Havac uśmiechnął się.
– Jeśli o to chodzi, kapitanie, to mogę zagwarantować, że Jedi będą zajęci zupełnie 

gdzie indziej.

background image

S Y S T E M Y P E R Y F E R Y J N E

ROZDZIAŁ 18

Wypływając   z   cienia   małego   księżyca   w   słoneczne   światło,   dwa   krążowniki 

dyplomatyczne  zbliżały   się   do   ciemnobrązowej   tarczy   Asmeru.   Z   przodu   i   po   bokach 
karmazynowego   koreliańskiego   statku   leciała   eskorta   ciemnych   myśliwców   Tikiar, 
przypominających drapieżne ptaki z zakrzywionymi dziobami i pazurami. Nieco z tyłu, nadal 
w cieniu księżyca, trzymały się dwa olbrzymie  pancerniki z dziobami w kształcie kłów i 
eleganckimi płetwami steru, najeżone bronią i oznaczone królewskim godłem rodu Vandron.

Odległa o lata świetlne, wyhaftowana na usianym gwiazdami tle widniała olbrzymia 

spirala światła, blaknącego w kierunku środka najczarniejszej czerni.

Qui-Gon obserwował zwariowane niebo ze sterowni sunącego krążownika. Obok niego 

stał   Obi-Wan,   wychylając   się   pomiędzy   przednimi   siedzeniami,   by   mieć   lepszy   widok. 
Pilotka   i   pierwszy   oficer   mieli   na   sobie   dopasowane   niebieskie   mundury   Departamentu 
Sprawiedliwości.

–   Wchodzimy   na   pole   kopalniane   –   odezwała   się   kobieta,   jednocześnie   korygując 

ustawienia instrumentów pokładowych.

Porozrzucane w przestrzeni błyszczące cylindry przyciągnęły wzrok Qui-Gona.
– Mógłbym je wziąć za asteroidy – powiedział pierwszy oficer. Obi-Wan pochylił się 

nad nim.

– Nie wszystko jest tym, czym się wydaje.
Qui-Gon spojrzał na niego z dezaprobatą.
–  Pamiętaj  o  tym,   kiedy  znajdziemy  się   na  powierzchni,   padawanie   –  przypomniał 

cicho.

Obi-Wan przełknął ripostę, która cisnęła mu się na usta, i przytaknął.
– Dobrze, mistrzu.
Pierwszy oficer wywołał powiększony obraz kopalni.
–   Są   zaminowane   –   powiedział   przez   ramię   do   Qui-Gona.   –   Detonację   mogą 

prawdopodobnie wywołać statki strażnicze terrorystów albo ktoś na dole.

Podczas   gdy   Qui-Gon   rozważał   to,   co   usłyszał,   z   głośników   sterowni   rozległ   się 

kobiecy głos:

– „Wybitny”, tu „Ekliptyka”. Nasza eskorta radzi, byśmy unieśli tarcze i jak najszybciej 

lecieli   wyznaczonym   kursem.   Skanery   dalekiego   zasięgu   pokazują   trzy   statki   bojowe   na 
przeciwległym krańcu pola kopalnianego. Jesteśmy prawie pewni, że zdają sobie sprawę z 
naszej obecności.

Qui-Gon dotknął ramienia Obi-Wana.
– Czas, byśmy dołączyli do pozostałych w kapsule salonowej.
Wyszli z ciasnej sterowni i skierowali się ku rufie wąskim korytarzem, przechodzącym 

prosto   przez   stanowisko   nawigacji,   łączności   i   mesę   dla   załogi.   Korytarz   kończył   się   u 
wejścia do turbowindy, którą zjechali na dolny pokład. Tam weszli przez przedsionek do 
obszernej kapsuły salonowej.

Stożkowate   kapsuły,   wciśnięte   pod   ścięty   dziób   krążownika   i   moduł   przednich 

sensorów, były wymienne i umożliwiały utrzymanie innej atmosfery w każdym stożku. W 
sytuacji kryzysowej można je było po prostu wystrzelić z pokładu jako kapsuły ratunkowe. 
Ta, w której się znaleźli, miała iluminatory na sterburcie i bakburcie oraz duży okrągły stół z 
holoprojektorem na środku.

– Dotarliśmy do kopalni – powiedział Qui-Gon.

background image

– Rzeczywiście – zgodził się rycerz Jedi Ki-Adi-Mundi, wyjrzawszy przez iluminator 

na sterburcie. Miał gęstą siwą brodę i sumiaste wąsy, pasujące do krzaczastych brwi.

– Niepokoi się twój padawan, Qui-Gonie – zauważyła Yaddle siedząca za stołem. – 

Kopalnie to, czy inna troska?

Qui-Gon niemal się uśmiechnął.
– Zawsze tak wygląda. Zwykle ma złe przeczucia. Gdyby naprawdę był zaniepokojony, 

para buchałaby mu uszami.

– Tak – potwierdziła Yaddle. – Jak go szkolisz, obserwowałam. Parę widziałam.
–   Nie   niepokoję   się,   mistrzu   –   powiedział   łagodnie   Obi-Wan.   –   Staram   się   jednak 

wybiegać myślą do przodu. – Zaczekał, by Qui-Gon pouczył go, że powinien koncentrować 
się na żywej Mocy, ale przynajmniej raz mistrz oszczędził mu nauki.

– Słusznie czynisz,  próbując przewidzieć wypadki – odezwała się Yaddle. – Lekko 

traktuj sprawy dużej wagi, a zdecydowanie – te o nieistotnych konsekwencjach. Trudno jest 
stanąć wobec kryzysu  i rozwiązać go łagodnie, jeśli nie masz w sobie zdecydowania, bo 
niepewność podważy twe starania. Kiedy nadchodzi czas, wybieganie myślą w przód pozwala 
ci traktować sprawy lekko.

Przeniosła wzrok na Qui-Gona.
– Zgadzasz się ze mną, Qui-Gonie?
Skłonił głowę.
– Jak powiedziałaś, mistrzyni.
Saesee   Tiin,   siedzący   naprzeciwko   Yaddle,   uniósł   wzrok   i   uśmiechnął   się,   jakby 

odczytywał myśli Qui-Gona. Obok niego siedziała równie niewielka wzrostem jak Yaddle, 
Vergere z rasy Fosh i dawny uczeń Tracji, Cho Leem, który opuścił zakon Jedi kilka lat 
wcześniej. Szczupły tułów Vergere pokrywały krótkie różnokolorowe pióra. Jej lekko wklęsła 
twarz miała dwoje skośnych oczu, szerokie usta, delikatne bokobrody, oklapłe długie uszy i 
dwa czułki. Poruszała się na dwóch przegubowych nogach o płaskich stopach.

Obok Vergere stała Depa Billaba w ciemnym kapturze na głowie.
W głośnikach kapsuły zatrzeszczał głos pilotki „Wybitnego”:
– Mistrzu Tiin, otrzymałam transmisję od naszej eskorty.
Qui-Gon podszedł bliżej do stołu. Wkrótce ponad holoprojektorem ukazała się sylwetka 

mężczyzny o arystokratycznych rysach i postawie.

– Szacowni członkowie zakonu Jedi! – zaczął mężczyzna. – W imieniu lorda Crueya i 

lady Theala z rodu Vandron mam zaszczyt powitać was w sektorze Seneksa. Przepraszamy za 
krętą trasę, jaką musieliście podążać, i za wszelkie inne środki ostrożności, do zastosowania 
których   zmusiły   nas   okoliczności.   Siły   przypływów   i   broń   orbitalna  to   niezwykle 
niebezpieczna mieszanka.

Uśmiechnął się.
–  Mimo   wszystko   wierzymy,  że  nie  będziecie   oceniać  sektora  Seneksa  po  tym,   co 

zobaczycie na Asmeru. Na planecie tej wyrosły kiedyś wielkie miasta i piękne pałace, które 
jednak padły ofiarą zmian klimatycznych. Obecna populacja planety składa się z niewolników 
Ossanu, stworzonych na vandrońskiej planecie Karfedion, ale zesłanych tutaj ze względu na 
taki czy inny defekt. Wyhodowani do prac rolniczych, niewolnicy ci zdołali ułożyć sobie tutaj 
życie, ale nie sądzimy, by powitali was szczególnie ciepło. Podobne powitanie zgotowaliby 
zapewne   członkom   Frontu   Mgławicy,   gdyby   tamci   nie   dysponowali   najnowocześniejszą 
bronią.

–   Po   prostu   urocze   –   powiedział   Depa   na   tyle   cicho,   by   usłyszeli   go   tylko   jego 

towarzysze.

– Żałujemy, że tym razem nie możemy wam bardziej pomóc – dodał mężczyzna. – 

Może gdy obecny kryzys zostanie rozwiązany, rody sektora Seneksa i Republika będą mogły 
się spotkać, by omówić interesujące nas sprawy ku obopólnej korzyści.

background image

Miniaturowa   postać   znikła,   pozostawiając   siedmioro   Jedi   pełnych   obaw   i   złych 

przeczuć.

– A nie dotarliśmy nawet do połowy pola kopalnianego – odezwała się Yaddle.
Głośniki zatrzeszczały ponownie.
– Mamy transmisję z dołu, z Asmeru – oznajmiła pilotka. – Statki strażnicze Frontu 

Mgławicy   nie   stanowią   bezpośredniego   zagrożenia,   ale   myśliwce   rodu   Vendron   się 
rozproszyły, by znaleźć się z dala od ewentualnej akcji.

Przez lewy iluminator Qui-Gon zobaczył, jak smukłe myśliwce Tikiar z gracją oddalają 

się   od   „Wybitnego”.   Kiedy   znów   spojrzał   na   stół,   w   stożku   światła   emitowanym   przez 
holoprojektor stał humanoid o grubej szarawej skórze i wykrzywionych nieprzyjemnie ustach. 
Miał zapadniętą, wielką twarz i ogoloną czaszkę, z której czubka opadał na ramiona cienki 
warkoczyk. Qui-Gon sądził, że oto ma okazję po raz pierwszy ujrzeć jednego z wygnanych na 
Asmeru niewolników, ale przekonał się, że się myli, gdy humanoid przemówił:

–   Wzywam   krążowniki   Republiki!   Podajcie   swoją   tożsamość   albo   zostaniecie 

ostrzelani!

Saesee Tiin usiadł naprzeciwko holokamery i odpowiedział w imieniu Jedi, odrzucając 

kaptur, by można było zobaczyć jego drobną, świetlistą twarz i skierowane ku dołowi rogi.

– Jesteśmy członkami misji dyplomatycznej przysłanej przez Coruscant.
– To nie jest przestrzeń Republiki, Jedi. Nie macie tu żadnej władzy.
– To prawda – odpowiedział Tiin spokojnie. – Ale nakłoniliśmy władców tego sektora, 

by byli naszymi przewodnikami do Asmeru, chcemy bowiem rozpocząć negocjacje z Frontem 
Mgławicy.

Humanoid wyszczerzył zęby.
–   Zarzuty   Frontu   Mgławicy   dotyczą   Federacji   Handlowej,   a   nie   Coruscant. 

Rozwiążemy  tę   sprawę   własnymi   sposobami.   Poza   tym   dokładnie   wiemy,   jak   wyglądają 
„negocjacje” z Jedi.

Tiin pochylił się w stronę holokamery, mrużąc i tak już wąskie oczy.
– W takim razie pozwól, że wyjaśnię ci przyczynę naszego zaangażowania w tę sprawę. 

Coruscant   zarzuca   Frontowi   Mgławicy   próbę   zamachu   na   życie   jednego   z   dygnitarzy 
Republiki.

Humanoid zamrugał w ostentacyjnym zaskoczeniu.
– Nie rozumiem cię, Jedi. Czyje życie było zagrożone?
– Życie Najwyższego Kanclerza Valoruma.
Na grubokościstej twarzy humanoida pojawił się wyraz troski.
– Twoi przewodnicy cię oszukali. Jak mówiłem, nie działamy przeciw Republice.
– Ślady kilku zamachowców prowadzą na Asmeru – powiedział Tiin.
– Być może, ale my nic nie wiemy o ich działaniach.
Tiin wyłożył swoją prośbę:
– Proponuję, by ktoś z dowództwa odwiedził nas na pokładzie.
Humanoid prychnął.
– Chyba ci próżnia przewróciła w głowie.
–   W   takim   razie   czy   pozwolisz,   byśmy   wylądowali   i   porozmawiali   z   wami   na 

powierzchni?

– A mamy jakiś wybór?
– Nie, raczej nie.
– Tak właśnie myślałem – powiedział humanoid. – Ilu was tam jest, Jedi?
– Siedmioro.
– A ilu macie funkcjonariuszy Departamentu Sprawiedliwości?
– Około dwudziestu.
Humanoid   odwrócił   się,   by   porozmawiać   z   kimś,   kogo   nie   było   widać   w   stożku 

background image

holoprojektora.

–   W   geście   dobrej   woli   zostawcie   jeden   z   krążowników   na   orbicie,   a   wraz   z   nim 

większość   sił   Departamentu   –   odpowiedział   w   końcu.   –   Dwa   z   naszych   CloakShape'ów 
sprowadzą krążownik na powierzchnię.

Tiin   spojrzał   na   Yaddle,   potem   na   Billabę.   Obie   skinęły   głowami.   Odwrócił   się   z 

powrotem w stronę holokamery.

– Przyślijcie eskortę.
–   Czy   ktokolwiek   tutaj   czuje   się   zadowolony   z   takiego   rozwiązania?   –   zapytała 

Vergere, podczas gdy krążownik schodził w dół przez cienką warstwę chmur, przez które 
widać   było   pomarszczoną   powierzchnię   Asmeru.   Gdy   nikt   nie   odpowiedział   na   pytanie 
delikatnej, upierzonej Jedi, pokręciła z dezaprobatą swą nieproporcjonalnie dużą głową. – 
Tego się właśnie obawiałam.

Qui-Gon spojrzał znacząco na Obi-Wana. Obaj wyszli z kapsuły i wrócili do sterowni, 

skąd  widać  już było  rzeźbę   terenu:  skute  lodem  wierzchołki  łańcuchów   górskich,  jałowe 
wyżyny, strome i schodzące nierównymi tarasami wzgórza, bladozielone uprawy, wspinające 
się znad brzegów rwących czarnych rzek.

– Co powinniśmy zrobić, jeśli pojawią się kłopoty, mistrzu? – zapytał cicho Obi-Wan. 

Qui-Gon odpowiedział, nie odwracając wzroku od iluminatorów:

–   Gdy   złapie   cię   burza,   próbujesz   pozostać   suchy,   biegnąc   pod   dach.   Ale   i   tak 

przemokniesz.

– Lepiej od początku liczyć się z możliwością, że się zmoknie – stwierdził Obi-Wan. 

Qui-Gon przytaknął.

Na   horyzoncie   pojawiły   się   ruiny   starożytnego   miasta   –   monolityczne   pomniki, 

prostokątne place i schodkowe piramidy, odcinające się na tle nieba niczym łańcuch wzgórz. 
Tuż pod sobą widzieli geometryczne kształty i animistyczne symbole wycięte w wiecznie 
spragnionej wilgoci ziemi. Miasto otaczał niewysoki mur cyklopowych głazów, spiętrzonych 
zygzakowato.

Ruiny otaczał labirynt prymitywnych zabudowań, wzniesionych z błota i suszonej w 

słońcu gliny. Widzieli poruszające się po brudnych drogach sylwetki, niektóre na kołowych 
wózkach, inne poganiające stada jucznych  zwierząt o długiej sierści, równie wielkich jak 
banthy. Na północy wielkie jezioro, upstrzone skalistymi wysepkami, rozciągało się aż po 
horyzont, jak kropla płynnego agatu.

– Widzę lądowisko – zameldowała pilotka.
Wskazała   Qui-Gonowi   duży   plac   pomiędzy   ruinami,   szeroki   jak   ramię   hangaru 

frachtowca Federacji Handlowej, ale dwukrotnie dłuższy. Otoczony ze wszystkich czterech 
stron niskimi piramidami, plac był tak wielki, że pomieściłby całą flotyllę krążowników.

–   „Wybitny”,   tu   „Ekliptyka”.   –   Ten   sam   kobiecy   głos   rozległ   się   ponownie   w 

głośnikach sterowni; słychać  w  nim było  zdenerwowanie. – Nasze skanery wykryły  pięć 
niezidentyfikowanych   statków   wyłaniających   się   zza   ciemnej   strony   Asmeru.   Tikiary   i 
pancerniki rodu Vandron opuszczają orbitę.

Qui-Gon spojrzał ostro na pilotkę.
– To pułapka, pani kapitan. Proszę nakazać „Ekliptyce” ucieczkę.
– Wzywam „Ekliptykę”... – zaczęła pilotka, gdy nagle z głośników sterowni rozległ się 

szum zakłóceń. Po nim ponownie usłyszeli kobiecy głos, mocno zaniepokojony. – Wzywam 
„Wybitnego'”! Odpalają miny! Nie możemy manewrować! Zbliżają się niezidentyfikowane 
statki... cztery myśliwce i kanonierka klasy Tempest!

Obi-Wan spojrzał zaskoczony na Qui-Gona.
– „Jastrzębionietoperz”?
– Wkrótce się przekonamy.
Z głośników przez dłuższą chwilę dochodziło tylko niezrozumiałe skrzeczenie. W tym 

background image

samym momencie „Wybitny” zaczął się gwałtownie trząść.

– Przyciągają nas – stwierdziła zdumiona pilotka.
Razem z pierwszym oficerem zaczęli zmagania z instrumentami pokładowymi. Qui-

Gon przycisnął twarz do chłodnej transpastali iluminatora. W nachylonej płaszczyźnie jednej 
z   piramid   pojawił   się   prostokątny   otwór,   a   w   nim   wiele   mówiąca   instalacja   generatora 
promienia ściągającego.

– To generator komercyjny – powiedział Qui-Gon. – Damy radę się wyrwać?
– Możemy spróbować – zgodziła się pilotka.
– Możemy też przy okazji spalić napęd podświetlny – uznał za stosowne dodać  Obi-

Wan.

Pierwszy oficer włączył kanał stacji łączności.
– Wyślijcie impuls alarmowy na Coruscant, informujący o naszej sytuacji.
Pod   nimi   płaski   dach   rozległego   budynku   rozsuwał   się   jak   zasłona.   W   otworze 

zobaczyli lufę artyleryjską.

– Działo jonowe – powiedziała kapitan przez zaciśnięte zęby. Qui-Gon nachylił się nad 

nią.

– Najwyraźniej oczekiwali naszej wizyty, pani kapitan.
Pilotka   gwałtownie   obróciła   się  w   fotelu   w   stronę  tablicy   kontrolnej   kapsuł 

ratunkowych.

– Mistrzu, proszę powiedzieć swoim towarzyszom, by wyszli z kapsuły salonowej. Być 

może jest sposób na uniknięcie tej sytuacji.

Qui-Gon wyjrzał przez iluminator. Jeden z myśliwców typu CloakShape zmienił kurs, 

kierując się przed dziób krążownika. Lądowisko czekało dokładnie na wprost nich, odległe 
zaledwie o kilka kilometrów.

– Zawsze są sposoby, pani kapitan. Ale nie takie, o jakich pani myśli.
– Proszę zrobić, co mówiłam – warknęła.
Qui-Gon zawahał się, ale pochylił się nad mikrofonem interkomu.
– Mistrzu Tiin, natychmiast opuśćcie kapsułę.
– Dlaczego, Qui-Gonie?
– Nie ma czasu na wyjaśnienia. Spieszcie się.
Pilotka poczekała na potwierdzenie, że kapsuła jest pusta. Wówczas odpaliła ładunki 

oddzielaczy. Dziób krążownika otworzył się, gdy klamry magnetyczne pod sterownią puściły, 
a kapsuła wystrzeliła z kadłuba krążownika.

Niemal zupełnie odporna na promień ściągający ze względu na niewielkie rozmiary, 

kapsuła  wystrzeliła   przed  dziób  lecącego   coraz  wolniej   krążownika,  napędzana   własnymi 
silnikami, sterowanymi jednak przez pilotkę z pokładu „Wybitnego”.

Pilot myśliwca typu CloakShape nie mógł wiedzieć, co go trafiło.
Silnie   uderzony   w   ogon   przez   kapsułę,   myśliwiec   skoczył   do   przodu,   po   czym 

przechylił   się   gwałtownie   na   jeden   bok.   Pilot   próbował   wyprostować   lot,   ale   silnik 
repulsorowy odmówił posłuszeństwa i pilot stracił kontrolę nad statkiem. Strzelając kłębami 
białego dymu i strumieniami lepkiej cieczy, myśliwiec stanął dęba na prawym stabilizatorze, 
wpadł w korkociąg i runął w dół na centralny plac miasta.

Pilotka pochyliła się ku szybom, by śledzić upadek myśliwca. Zacisnęła prawą dłoń w 

pięść.

– Trzymaj cel... – szeptała błagalnie w stronę myśliwca. – Trzymaj cel...
CloakShape   uderzył   dziobem   w   nachyloną   ścianę   piramidy,   w   której   mieścił   się 

generator promienia ściągającego, i rozpadł się na kawałki. Trafiony bokiem generator przez 
chwilę   się   trzymał,   ale   zaraz   po   wewnętrznej   powierzchni   tarczy   ochronnej   zaczęły 
przebiegać iskry.

– Tego było nam potrzeba! – powiedziała pani kapitan.

background image

Włączyła  potrójne silniki na pełną moc i krążownik zaczął szybko się wznosić, ale 

nagle zatrzymał się, tylko po to, by po chwili wrócić na swój poprzedni, bezwładny kurs.

– Uszkodziła pani generator, pani kapitan – powiedział Qui-Gon. – Ale nie zniszczyła.
Pilotka nie przerwała prób wyrwania się z uścisku promienia ściągającego, ale udało jej 

się jedynie wprowadzić statek w dygot. Nadal trzymany promieniem ściągającym, „Wybitny” 
przechylił się gwałtownie na sterburtę, przelatując nad placem w stronę północnej piramidy. 
Qui-Gon   był   pewien,   że   uderzą   dziobem   w   budowlę,   ale   w   ostatniej   chwili   krążownik 
poderwał   się   do   góry.   Ogon   statku   zawadził   jednak   o   stożek   piramidy,   pozbawiając   się 
środkowego i prawego silnika.

W tym samym momencie działo jonowe otworzyło ogień.
Ładunki energii z samopowtarzalnych luf wyszukiwały kolejne wrażliwe miejsca na 

brzuchu statku. Trafienia odbijały się od tarcz, rozgałęziając się jak błyskawice i spowijając 
statek pajęczyną pulsującego błękitnego światła.

Wszystkie systemy pokładowe padły.
Przez chwilę na pokładzie zapanowała cisza, zanim część systemów obudziła się do 

życia. Krążownik zaczął schodzić lotem ślizgowym w dół, utrzymywany w powietrzu przez 
jedyny ocalały silnik.

Pod nimi, odbijając słoneczne światło, rozciągała się czarna tafla jeziora.
–   A   ja   myślałem,   że   to   była   przenośnia,   kiedy   mówiłeś   o   zmoknięciu,   mistrzu   – 

powiedział Obi-Wan, rozglądając się za czymś, czego mógłby się przytrzymać.

background image

ROZDZIAŁ 18

„Wybitny” musnął powierzchnię jeziora, zanurzył się w nim brzuchem i zaczął płynąć 

w stronę środka. Na wprost krążownika rosła w oczach jedna ze skalistych wysepek, dopóki 
statek nie wytracił pędu i nie zatrzymał się w kipieli. Przechylił się na uszkodzony bok i 
zaczął powoli tonąć.

Siedmioro Jedi i kilku funkcjonariuszy Departamentu Sprawiedliwości zebrało się obok 

śluzy przy pierścieniu cumowniczym na sterburcie. Otworzyli klapę włazu, wepchnęli ją do 
zimnej wody i zaczęli płynąć ku najbliższej wyspie, która wznosiła się bezładną zbieraniną 
wysmaganych wiatrem i wypłukanych przez wodę głazów na wysokość ponad stu metrów.

Qui-Gon dotarł do brzegu pierwszy i wydźwignął się z wody na suchy ląd, zapierając 

się   stopami   o   wąski   pasek   kamienistej   plaży.   Fale   wywołane   zatonięciem   krążownika 
rozbijały się wokół jego kostek. Wycisnął wodę z długich włosów i brody, a potem, zdjąwszy 
buty i przemoczoną tunikę, włożył płaszcz, który płynąc, trzymał nad głową. Odpiął miecz 
świetlny,   włączył   go   i   kilkakrotnie   ciął   powietrze   przed   sobą.   Zadowolony,   że   broń   nie 
została uszkodzona, wyłączył ją i przypiął z powrotem do szerokiego, skórzanego pasa.

Wziął głęboki oddech, ale nie zdołał napełnić płuc tlenem. Znajdowali się na znacznej 

wysokości   i   powietrze   było   rozrzedzone;   niebo,   niczym   odwrócona   misa   najczystszego 
błękitu,   wspierało   się   na   białym   lodzie   szczytów   górskich   na   horyzoncie.   Olbrzymia 
czerwona tarcza słońca Asmeru wisiała nisko na zachodzie. Temperatura szybko spadała i na 
pewno   należało   oczekiwać   mrozu   po   zapadnięciu   zmroku.   Na   południu   niebo   przecinały 
plamki   statków   schodzących   w   dół   w   studni   grawitacyjnej   planety.   Kierowały   się 
niewątpliwie ku lądowisku. Qui-Gon zastanawiał się przez krótką chwilę, który z nich to 
„Jastrzębionietoperz”.

Odwrócił  się  plecami  do  jeziora  i  pozwolił   wzrokowi  wędrować  po martwej   skale. 

Bardziej   przypominała   wytwór   raje   niż   natury,   niczym   piramida   z   ruinami   starożytnych 
budowli na szczycie.

Na prawo i lewo od Qui-Gona kolejne osoby wydostawały się na brzeg, przygięte pod 

ciężarem   przemoczonych   szat   i   butów.   Za   przykładem   Qui-Gona   Obi-Wan   wyskoczył   z 
wody, lądując na szczycie mniejszych głazów. Vergere unosiła się na powierzchni jak wodny 
ptak i dopiero kiedy dotarła na skraj kamienistej plaży, odbiła się mocno od dna nogami i 
wyskoczyła  na brzeg. Saesee Tiin  rozcinał  wodę szerokimi  dłońmi  jak płetwami.  Yaddle 
płynęła na potężnych ramionach Ki-Adi-Mundi, obejmując krótkimi nóżkami jego wydłużoną 
głowę z kokiem złotobrązowych włosów przylepionych do zielonej czaszki. Niedaleko od 
nich Depa Billaba wydostała się na brzeg z gracją, jakby wychodziła z ciepłej kąpieli. Trzysta 
metrów od brzegu nadal było widać ponad linią wody kadłub „Wybitnego”, wokół którego 
kipiały, pękając głośno, wielkie bąble powietrza.

Wszyscy byli nieco oszołomieni. Pilotka krążownika odniosła największe obrażenia: 

miała złamane ramię. Wyraźnie cierpiąc, doczołgała się do Qui-Gona; wysiłek wyczerpał ją 
tak, że ledwo mogła złapać oddech.

– Myślałam, że uda nam się wyrwać – powiedziała przepraszającym głosem.
–   Nie   potępiaj   na   razie   swych   działań   –   odparł   Qui-Gon.   –   Nic   nie   dzieje   się 

przypadkiem.

Pilotka pokiwała głową i spojrzała na Saesee Tiina.
– Czy to ród Vandron nas zdradził?
Itkotchianin skrzyżował ręce na szerokiej piersi.
– To bez znaczenia dla naszej obecnej sytuacji. – Spojrzał na Yaddle. – Pytanie brzmi: 

co teraz?

–   Niezwłocznej   odpowiedzi   pytanie   to   wymaga   –   powiedziała   maleńka   Jedi   –   bo 

background image

wkrótce towarzystwo mieć będziemy.

Qui-Gon spojrzał w stronę, w którą patrzyła. Od południowego brzegu leciało ku nim 

kilka statków.

Obi-Wan sięgnął ręką do pasa, by odpiąć miecz świetlny, ale Qui-Gon powstrzymał go 

jednym spojrzeniem.

– Na to zawsze będzie czas. Na razie musimy ocenić, na czym stoimy.
Obi-Wan rozejrzał się dookoła.
– Na wyspie, w środku jeziora, otoczeni przez wrogów, mistrzu.
– Czy to nie ty powiedziałeś, że nie wszystko jest tym, na co wygląda?
Obi-Wan zmarszczył czoło.
– Uważam się za upomnianego.
Qui-Gon dotknął łagodnie jego ramienia i wskazał podbródkiem na pozostałych.
– Nie ma sensu stać na widoku, gdzie jesteśmy łatwym celem.
Sięgnąwszy po Moc, rycerze, podtrzymując w środku funkcjonariuszy Departamentu 

Sprawiedliwości, odbili się od gruntu i unieśli na wyższe głazy. Z góry mogli lepiej zobaczyć 
zbliżające się barki. Napędzane repulsorowymi silnikami, statki miały tak samo makabrycznie 
wymyślne   kształty,   jak   jednostki   rodu   Vandron.   Niektóre   miały   zwierzęce   dzioby   i 
ożebrowanie   jak   walenie,   inne   misternie   uniesione   rufy   z   wyżłobionymi   na   nich 
wykrzywionymi pyskami. Wszystkie były uzbrojone w sprzężone baterie dział laserowych.

Flotylla przypominających bestie barek zawisła w pobliżu wyspy, celując z broni  w 

brzeg. Załogi ich były mieszane – ludzie, Weequayowie, Rodianie, Bithowie, Sullustanie i 
wiele innych ras – i ubrane w ciężkie zbroje, rękawice i hełmy okrywające usta i nos.

Stojący na dziobie  najbliższej  z barek wysoki  mężczyzna  odwinął kolorową szarfę, 

która zasłaniała dolną część jego twarzy, i przyłożył złożone dłonie do ust.

– Nie wiem, na ile was to obchodzi, Jedi, ale planowaliśmy zgotować wam znacznie 

cieplejsze i niewątpliwie nie tak mokre przyjęcie.

Saesee Tiin, Ki-Adi-Mundi i Qui-Gon pokazali się przeciwnikom.
–   Równie   ciepłe   jak   to,   którym   powitaliście   drugi   krążownik?   –   krzyknął   Tiin. 

Mężczyzna podprowadził barkę na wprost Tiina.

– Próbując uciekać, wasz krążownik zawadził o urządzenia kopalni i uległ zniszczeniu. 

Nie mieliśmy zamiaru do niego strzelać.

– A jakie zamiary macie wobec nas? – zapytał Ki-Adi-Mundi.
– Po pierwsze, chcemy wyrazić nasze rozczarowanie faktem, że Jedi przeciwstawiają 

się   wolnemu   handlowi   w   systemach   peryferyjnych,   opowiadając   się   po   stronie  Federacji 
Handlowej.

–   Nie   opowiadamy   się   po   niczyjej   stronie   –   powiedział   szorstko   Tiin.   –   Naszym 

jedynym celem jest rozwiązanie tego kryzysu, zanim przerodzi się w otwartą wojnę. Taki 
również był cel Najwyższego Kanclerza Valoruma, który absolutnie nie jest waszym wrogiem 
w tej sprawie.

– Nie mieliśmy nic wspólnego z próbą zamachu na jego życie! – krzyknął ktoś z innej 

łódki.

Rzecznik terrorystów obrócił się gniewnie w stronę, z której doszły te słowa, ale szybko 

odzyskał opanowanie.

–   Skoro   Valorum   nie   jest   naszym   wrogiem,   dlaczego   Front   Mgławicy   został 

wykluczony z udziału w szczycie na Eriadu?

– Jeśli zgodzicie się spotkać z Najwyższym Kanclerzem, sam wyjaśni wam powody.
Mężczyzna potrząsnął głową.
– To nie wystarczy. Konferencja pozwoli zjednoczyć się Federacji Handlowej i Gildii 

Komercyjnej przeciwko nam. Żądamy, by Valorum odwołał szczyt.

– Więc o to w tym wszystkim chodzi? – zapytał Qui-Gon, zataczając ręką szeroki krąg. 

background image

– Zamierzacie zatrzymać nas jako zakładników, by przedstawić swoje żądania?

Mężczyzna rozłożył ręce w ciężkich rękawicach.
– Jeśli tego nie zrobimy, jakie mamy szanse, że Valorum nas wysłucha, Jedi?
Odpowiedział mu Tiin.
– A gdyby Najwyższy Kanclerz odmówił spełnienia waszych żądań?
–   Wówczas   krew   tych   z   was,   którzy   tu   zginą,   splami   ręce   kanclerza   –   powiedział 

mężczyzna po dłuższej chwili. I dodał, zanim którykolwiek z Jedi zdążył mu odpowiedzieć: – 
Wszyscy   zdajemy   sobie   sprawę   z   waszych   umiejętności.   Nie   jesteśmy   jeszcze   aż   tak 
zdesperowani, by próbować wziąć was siłą. Wiemy, że jesteście w stanie przeżyć na tej gołej 
skale tak długo, jak zechcecie, nawet bez wody i żywności. Potrafimy się z tym pogodzić. W 
tej   chwili   liczy   się   tylko   fakt,   że   tu   utknęliście.   Mamy   jednak   nadzieję,   że   odzyskacie 
rozsądek i zgodzicie się, byśmy was uwięzili w warunkach bardziej podobnych do tych, do 
których jesteście przyzwyczajeni.

Noc mijała powoli. Rozgrzewając się ciepłem Mocy, Jedi stłoczyli się na kamiennej 

podłodze zrujnowanej świątyni na szczycie wyspy, wziąwszy między siebie funkcjonariuszy 
Departamentu   Sprawiedliwości.   Świecili   sobie   prętami   jarzeniowymi,   gdy   zaszła   taka 
potrzeba, a tabletki odżywcze musiały wystarczyć za posiłek. Nie mieli jednak wody – nie 
mogli pić wody z jeziora ze względu na jej wysokie zasolenie. Vergere podkurczyła  pod 
siebie nogi i siedziała jak na grzędzie. Yaddle otuliła się delikatną szatą i bez trudu zapadła w 
trans. Qui-Gon, Obi-Wan, Depa Billaba, Ki-Adi-Mundi i Saesee Tiin na zmianę obejmowali 
wartę.

Choć wyspa była pozbawiona życia, emanowała silną Mocą płynącą z ulotnej obecności 

istot, które niegdyś ją stworzyły.

Poprzez trapezowate okna w ścianach świątyni świt rzucił długie czerwone cienie na 

podłogę sali. Gdy wszyscy się obudzili, Yaddle i Depa Billaba przeszły do rzeczy.

– Do tej pory Coruscant musiała dowiedzieć się o naszym położeniu – powiedziała 

Billaba. – Jestem pewna, że Najwyższy Kanclerz Valorum nie będzie odwlekał szczytu na 
Eriadu. Może jednak wyśle dodatkowe siły Departamentu Sprawiedliwości na Asmeru.

–   Konflikt   wówczas   murowany   –   powiedziała   Yaddle.   –   „Ekliptyka”   już   stracona, 

najpewniej z całą  załogą. Na dalsze ofiary zanosi się. Jest lepszy sposób rozwiązania  tej 
sytuacji.

Nie był to pierwszy raz w ciągu czterystu siedemdziesięciu sześciu lat życia maleńkiej 

Jedi, gdy została uwięziona. Według legendy, została mistrzynią po spędzeniu ponad stu lat w 
podziemnym więzieniu na Koba.

– Front Mgławicy nie może liczyć na uzyskanie czegokolwiek, przetrzymując nas tutaj 

–   powiedział   podejrzliwie   Qui-Gon.   –   Przecież   muszą   wiedzieć,   że   zdołaliśmy   się 
skontaktować z Coruscant, zanim statek się rozbił.

– Może nie myślą w ten sposób – zasugerował Ki-Adi-Mundi. – Może taka strategia nie 

przyszła im do głowy.

Qui-Gon spojrzał na niego.
– Ależ tak. Widziałem, jak ją stosują.
– Wyjaśni ci to kapitan Cohl, jeśli w końcu staniesz z nim twarzą w twarz – powiedziała 

Yaddle. – Tymczasem zdecydować musimy, czy walczyć, czy ustąpić.

Vergere  zastrzygła  oklapłymi  uszami.  Spojrzała  znacząco  na  Qui-Gona i  przeniosła 

wzrok na pozbawione drzwi wejście do sąsiedniej sali świątyni. Qui-Gon nasłuchiwał przez 
chwilę, po czym razem z Ki-Adi-Mundi wstali i cicho przemknęli się w stronę przejścia, 
stając po obu stronach otworu.

Yaddle, Depa i Vergere zaczęły rozmawiać, jak gdyby nigdy nic. Nagle Qui-Gon i Ki-

Adi-Mundi sięgnęli za próg i wyszarpnęli stamtąd humanoidalną istotę, która wyglądała – 
albo wyglądał – jakby wyrosła z samej ziemi. Gruba skóra istoty, której płci nie dało się 

background image

zidentyfikować,   była   wyraźnie   odporna   na   wiatr,   śnieg   czy   wysokoenergetyczne 
promieniowanie.   Czworo   dłoni   i   nagie   stopy   przypominały   łopaty,   a   plecy   były   jakby 
stworzone   do   przenoszenia   ciężkich   ładunków.   Oczy,   niewątpliwie   przystosowane  do 
widzenia w ciemności, stanowiły jedyny wyraźny rys w pozbawionej uszu i nosa twarzy, z 
ustami ledwie przystosowanymi do mowy.

Unieruchomiona   w  mocnym  uścisku  Jedi,  istota  zaczęła  mamrotać   coś   nerwowo  w 

nieznanym języku.

Depa wstała.
– Mówi narzeczem kupców stosowanym w sektorze Seneksa – powiedziała.
Yaddle pokiwała głową.
– Jeden z tych rzekomo nieudanych bioinżynieryjnych niewolników musi to być.
Niewolnik nie przestawał mówić z wzrokiem wbitym w twarz Depy. Słuchała, a kiedy 

zamilkł, uśmiechnęła się i dotknęła łagodnie jego ramienia.

–   Wygląda   na   to,   że   pojawiła   się   alternatywa,   której   nie   braliśmy   pod   uwagę   – 

powiedziała całej reszcie. – Ta istota proponuje nam pomoc w ucieczce.

Qui-Gon zapytał, patrząc na niewolnika:
– Którędy?
Depa przetłumaczyła odpowiedź.
– Tą samą drogą, którą on tu dotarł.
Niewolnik wskazał na sąsiednie pomieszczenie. Qui-Gon i Obi-Wan włączyli dwa pręty 

jarzeniowe i schyleni weszli do sali. W przeciwległej ścianie zobaczyli kamienne drzwi, na 
wpół uchylone.

– Zbadałeś miejsce to nocą, tak? – zapytała Yaddle.
– Tak, mistrzyni – odpowiedział Obi-Wan. Potrząsnęła głową z dezaprobatą.
– Niedbały jesteś.
Niewolnik powiedział coś do Depy.
– Mówi, że świątynia i miasto są połączone podziemnymi tunelami. Niektóre prowadzą 

do budowli otaczających główny plac, czyli obecne lądowisko. Wygląda na to, że plac jest 
słabo   chroniony   i   niewolnik   uważa,   że   powinniśmy   bez   trudu   porwać   zaparkowane   tam 
myśliwce.

Yaddle zmrużyła oczy.
– Zapewne to właśnie uczynić mamy – powiedziała. – Mniej pewne jest, czy szanse 

mamy odlecieć z Asmeru.

Tiin kiwnął głową zdecydowanie.
– Odłożymy decyzję do czasu, gdy ta możliwość znajdzie się w naszym zasięgu.
Ruszyli gęsiego przez ukryte drzwi do ciemnego i wilgotnego korytarza. U podstawy 

stromych schodów, którymi  zeszli, czekało jeszcze dwóch niewolników, identycznych  jak 
pierwszy. Pochodnie, które mieli w ręku, kopciły czarnym gryzącym dymem. Szeroki tunel u 
stóp   schodów   zbudowany   był   z   kamiennych   bloków,   wyciętych   tak   precyzyjnie,   że   nie 
potrzebowały zaprawy; niektóre wykuto w idealne łuki, by tworzyły sklepienie. Ruchy terenu 
uszkodziły starożytne dzieło – woda z jeziora przesączała się przez niegdyś nieprzepuszczalne 
połączenia i zbierała w kałużach na podłodze. W niektórych miejscach ściany były całkowicie 
pokryte skrystalizowaną solą.

Depa   nie   przestawała   rozmawiać   z   niewolnikiem,   schodząc   po   schodach   poniżej 

poziomu jeziora.

– Kiedy Front Mgławicy po raz pierwszy przybył na Asmeru, poprosili niewolników o 

schronienie i niczego od nich nie żądali – wyjaśniła pozostałym. – Ale ci, którzy pojawili się 
potem...   nazwał   ich   „żołnierzami”...   zmusili   niewolników,   by   oddali   im   swoje   domy   i 
dostarczali żywności. Żołnierze są równie okrutni, jak lordowie Seneksa i często ścierają się z 
mniej skłonnymi do przemocy założycielami Frontu o to, jak przeprowadzić różne sprawy. 

background image

Na szczęście w tej chwili zostało niewielu żołnierzy.

– Niewielu? – powtórzył Qui-Gon, zwracając się do Obi-Wana. – To dziwne.
– Dlaczego, mistrzu?
– Gdzie są, gdy my jesteśmy tutaj?
Tunel zaczął wspinać się pod górę, a ze ścian przestała kapać woda, wskazując, że 

dotarli do stałego lądu. Mniejsze tunele odchodziły od głównego we wszystkich kierunkach; 
najwyraźniej w czasach starożytnych korytarzy tych regularnie używano do przemieszczania 
się po mieście. Do ścian przymocowane były prymitywne lampy, a kamienne krawędzie ścian 
na skrzyżowaniach aż lśniły, wypolerowane dotykiem niezliczonych dłoni.

– Zbliżamy się do lądowiska – oznajmiła cicho Depa.
Centralny   tunel   przeszedł   w   prostokątną   grotę,   z   prowadzącymi   w   górę   schodami 

pośrodku każdej ze ścian. Depa wskazała najbliższe z nich.

–  Te  zaprowadzą  nas   do północnej   piramidy.   Myśliwce  są  zaparkowane  w  pobliżu 

budowli, w której znajduje się generator promienia ściągającego.

– To spory kawałek drogi – zauważył Qui-Gon.
Depa przytaknęła.
– Większość strażników znajduje się w piramidzie z generatorem. Na pewno napotkamy 

opór.

Niewolnik poprowadził ich w górę schodów przez szereg niewielkich pomieszczeń aż 

do masywnego portalu, wychodzącego na plac. Zobaczyli kilka myśliwców CloakShape, a 
obok nich „Jastrzębionietoperza”, stojącego na trzech przyporach ładowniczych. Niedaleko 
od miejsca, w którym się znajdowali, kilku strażników gawędziło we wspólnym.

Qui-Gon   i   Obi-Wan   wyprowadzili   wszystkich   z   wyjątkiem   niewolników   na   plac, 

prawie   cały   ukryty   w   głębokim   porannym   cieniu.   Nie   pokonali   nawet   połowy   drogi   do 
myśliwców, gdy usłyszeli głos:

– Cieszę się, że w końcu postanowiliście do nas dołączyć.
Siedem mieczy świetlnych rozjarzyło się w jednej chwili, gdy Jedi utworzyli ochronny 

krąg,   przyjmując   pozycję   obronną.   W   środku   kręgu   przykucnęli   funkcjonariusze 
Departamentu Sprawiedliwości z gotowymi do strzału miotaczami.

Mężczyzna,   który   przemówił   do   nich   z   pokładu   poduszkowca,   wyszedł   na   balkon 

pałacowej   budowli   zamykającej   plac   z   krótszego   boku.  W   tej   samej   chwili   wokół  placu 
pojawili   się   żołnierze   Frontu   Mgławicy,   uzbrojeni   w   najróżniejsze   rodzaje   broni.   Za 
terrorystami zebrała się widownia zaciekawionych, ale czujnych niewolników.

– Znów zostaliśmy zdradzeni – powiedział Ki-Adi-Mundi.
Depa   spojrzała   w   kierunku   wejścia   do   piramidy.   Dwóch   uzbrojonych   terrorystów 

wypchnęło na plac trzęsących się ze strachu trzech niewolników.

– Tylko przez to, że łatwo było przewidzieć nasz ruch – powiedziała.
– Mistrzu, kto tu jest naszym wrogiem? – zapytał cicho Obi-Wan.
Qui-Gon potrząsnął głową.
– Zadaję sobie to pytanie od czasu wypadków nad Dorvallą, padawanie. Jest w tym 

wszystkim coś, o czym nie wiemy.

Rzecznik   terrorystów   wyszedł   z   pałacu   na   plac,   gdzie   dołączył   do   niego   drugi   – 

Bithanin.

Obi-Wan spojrzał szybko na Qui-Gona.
– Mistrzu, czy to nie jest...
– Cicho, padawanie – przerwał mu Qui-Gon.
Mężczyzna   i   Bithanin   zatrzymali   się   w   pewnej   odległości   od   groźnego   kręgu 

uformowanego przez Jedi.

–   Mamy   dwie   możliwości   –   zaczął.   –   Możemy   oczywiście   walczyć.   W   końcu 

wyszlibyście pewnie z walki zwycięsko. Ale kilku z was mogłoby tego nie dożyć, a ci, którzy 

background image

by   przeżyli,   musieliby   wcześniej   zabić   nas   wszystkich.   Albo...   –   przerwał   na   chwilę   – 
...możemy wszyscy opuścić broń.

Qui-Gon spojrzał na Yaddle i Tiina, którzy zdecydowanie kiwnęli głowami i wyłączyli 

miecze. Na znak rzecznika terroryści zaczęli chować miotacze do kabury. Qui-Gon i pozostali 
Jedi poszli w ich ślady, wyłączając miecze, ale trzymali na nich ręce w gotowości.

–   Jestem   zachwycony,   że   tak   szybko   doszliśmy   do   porozumienia   –   powiedział 

mężczyzna tonem, w którym dało się słyszeć autentyczną ulgę.

Qui-Gon zlustrował stojących przednim terrorystów.
– Gdzie jest kapitan Cohl? – zapytał po chwili. Pytanie zaskoczyło mężczyznę.
– Ach, oczywiście – zgadł. – Rozpoznał pan jego statek.
– Gdzie on jest? – powtórzył pytanie Qui-Gon. Mężczyzna pokręcił głową.
–  Z  przykrością   muszę   pana  poinformować,  że  kapitana  Cohla  nie  ma  już z  nami. 

Słyszałem,   że   przeszedł   na   emeryturę.   Ale   wracając   do   rzeczy...   czy   mogę   uznać,   że 
zawarliśmy rozejm?

– Chwilowo tak – zgodził się ostrożnie Tiin.
– Na początek mam jeszcze coś do załatwienia – powiedział terrorysta, odwracając się 

w stronę żołnierzy pilnujących trójki niewolników.

Bez  ostrzeżenia  rozległy  się strzały z miotacza  i niewolnicy padli  na  ziemię.  Depa 

wyłamała się z kręgu i podbiegła do nich. Uklękła obok niewolnika, który wyprowadził ich z 
piramidy. Dotknąwszy jego szyi, spojrzała na Yaddle i pokręciła głową ze smutkiem.

–   Oto,   co   dzieje   się   ze   zdrajcami!   –   krzyknął   mężczyzna   w   stronę   niewolników 

zebranych wokół placu.

Qui-Gon wymienił szybkie  spojrzenia  z Yaddle i Tiinem. Siedem mieczy świetlnych 

zapłonęło ponownie.

– Zrywamy rozejm – oznajmił Tiin.

background image

ROZDZIAŁ 20

Hologram   ukazywał   dyplomatyczny   krążownik,   który   próbował   manewrować   przez 

pole przypominających asteroidy kopalni. Zahaczał to o jedną, to o drugą, rozpadając się przy 
każdym zderzeniu aż wreszcie zniknął w nagłym rozbłysku ognistej eksplozji.

– To była „Ekliptyka” – wyjaśnił Valorum senatorom Bailowi Antillesowi, Horoksowi 

Ryyderowi   i Palpatine'owi.   Znajdowali  się  w  jego  biurze  w  budynku   rządu  Republiki.  – 
Obrazy zostały przekazane na Coruscant z „Famulusa”, jednego ze statków rodu  Vandron, 
który powiódł misję do sektora Seneksa. Przypuszczamy, że zginęło wszystkich dwudziestu 
funkcjonariuszy Departamentu Sprawiedliwości, którzy byli na pokładzie „Ekliptyki”.

Valorum wyłączył holoprojektor i usiadł na miękkim krześle.
– Czy mamy dalsze wiadomości z „Wybitnego”?
Valorum pokręcił głową.
– Wiemy tylko tyle, że osoby, które znajdowały się na jego pokładzie.. . siedmioro Jedi 

i   pięciu   naszych   funkcjonariuszy...   przeżyły   katastrofę.   W   tej   chwili   pewnie   zostali   już 
pojmani.

– Czy mamy jakieś dowody sugerujące, że ród Vandron był w to zamieszany? – zapytał 

senator Ryyder.

Był wyjątkowo wysoki, nawet jak na Anksa, a jego długa kudłata głowa wyrastała jak 

górski szczyt z wygiętej szyi. Jego skórę pokrywały nieregularne żółtozielone plamy, a palce 
przypominały wydłużone wrzeciona. Lubował się w jaskrawoczerwonych szatach z wysokim 
okrągłym kołnierzem.

– Żadnych dowodów – powiedział Valorum. – Lord Crueya utrzymuje, że dowódcy ich 

statków już wcześniej otrzymali rozkaz, by nie dać się wciągnąć w potyczkę, niezależnie od 
tego, co by się działo.

– Nie przyjmuję takiego wyjaśnienia, przynajmniej na razie – powiedział Antilles.
Valorum westchnął.
– Ja też nie jestem pewien, co o tym myśleć. Mistrz Yoda nie mylił się co do władców 

Seneksa. Nie są lepsi niż terroryści Frontu Mgławicy.

– Czy Front wystosował jakieś żądania? – zapytał łagodnie Palpatine.
– Jeszcze nie. Ale chyba możemy się domyślać, czego zażądają: rozwiązania Federacji 

Handlowej   albo   gwarancji,   że   Republika   obniży   taryfy   dla   systemów   peryferyjnych.   Nie 
zgodzę się na takie żądania, ale nawet jeśli nie podejmiemy innych kroków, uważam, że 
należy odłożyć szczyt do czasu rozwiązania kryzysu.

– Z całym szacunkiem, pozwolę sobie się z panem nie zgodzić – powiedział Palpatine. – 

Jestem pewien, że Front Mgławicy właśnie tego od nas oczekuje.

Valorum zmarszczył czoło.
–   Mogą   przetrzymywać   tych,   którzy   przeżyli,   jako   zakładników,   senatorze.   A   ja 

odpowiadam za wysłanie ich tam.

– To kolejny powód, by przyjąć twarde stanowisko. – Palpatine rozejrzał się po pokoju. 

– Najwyższy Kanclerzu, jeśli mogę tak powiedzieć, nadszedł czas, by pokazać, jak daleko 
sięga władza Republiki, zapewniając tym samym aprobatę senatu dla opodatkowania szlaków 
handlowych. Co więcej, jeśli wyeliminujemy Front Mgławicy, Federacja Handlowa będzie 
bardziej skłonna zaakceptować nowe podatki.

Valorum spojrzał na niego zasępiony.
– Czy muszę panu przypominać, senatorze, że sektor Seneksa nie znajduje się w obrębie 

przestrzeni   Republiki?   Wysłanie   dodatkowych   sił   na   Asmeru   stanowiłoby   naruszenie 
niezależności Seneksa. Senat nigdy nie zatwierdzi takiej akcji.

Palpatine pozostał spokojny.

background image

– Ponownie muszę się z panem nie zgodzić. Senat zaakceptuje akcję, bo w grę wchodzą 

interesy Republiki. – Popatrzył na Antillesa i Ryydera. – Jeśli założymy na chwilę, że Jedi 
zawiedli w swej misji dyplomatycznej, Front Mgławicy ma wolną rękę, by zakłócić przebieg 
szczytu na Eriadu, rozszerzając tym samym zasięg obecnego konfliktu nie tylko na Federację 
Handlową, ale także na Gildię Komercyjną i Sojusz Przedsiębiorców. Panie kanclerzu, sam 
pan powiedział, że bezpieczeństwo szczytu jest sprawą najważniejszą. To był główny powód, 
dla którego wysłał pan Jedi na Asmeru.

– Tak – przyznał Valorum. – Ma pan rację.
– A co z rodami Seneksa? – zapytał Ryyder Palpatine'a.
– Poprą każdą naszą akcję w zamian za odwołanie restrykcji, jakie nałożyliśmy na ich 

handel z Republiką.

Valorum zastanawiał się przez chwilę nad słowami Palpatine'a, ale pokręcił głową.
–   Nawet   jeśli   zdołamy   przekonać   senat,   by  zaakceptował   proponowane   przez   pana 

działania, pokaz siły na Asmeru może skłonić Front Mgławicy do zabicia zakładników.

Palpatine uśmiechnął się wyrozumiale.
– Panie kanclerzu, zakładnikami są Jedi.
– Nawet Jedi można zabić – wtrącił Antilles.
–   W   takim   razie   może   powinniśmy   pozostawić   decyzję   co   do   dalszych   kroków 

Wysokiej Radzie Jedi.

Valorum potarł opuchnięte powieki.
– Zgadzam się. Przedstawię im tę sprawę osobiście.

* * *

Rozrzedzone powietrze nad wyżyną świszczało od laserowych strzałów i buczało od 

mieczy świetlnych, rozcinane energią sztucznego światła.

Qui-Gon, Obi-Wan i Ki-Adi-Mundi stali oparci o siebie plecami, parując mieczami 

laserowe strzały, którymi terroryści zasypywali plac. Klingi ich mieczy – zielona, niebieska i 
fioletowa – poruszały się szybciej, niż oko było w stanie dostrzec, rozbłyskując jak nowe za 
każdym   razem,   gdy   posyłali   kolejny   strzał,   by   odbił   się   rykoszetem   od   starożytnych 
kamiennych murów lub nachylonych ścian piramidy.

W innym miejscu placu Vergere, stojąca wysoko na teleskopowych nogach, kierowała 

atakiem na schody sąsiedniej budowli, ze szmaragdowym ostrzem uniesionym nad pierzastą 
głową.   Za   nią   długimi   krokami   biegło   dwóch   funkcjonariuszy   Departamentu 
Sprawiedliwości, ostrzeliwując się z miotaczy.

Niedaleko od nich Saesee Tiin prowadził drugą parę funkcjonariuszy do ataku na pół 

tuzina terrorystów wciśniętych w wąską alejkę pomiędzy dwiema piramidami; jego miecz 
poruszał się tak szybko, że przypominał kobaltową mgłę, gdy Jedi odbijał blasterowe strzały i 
wytrącał miotacze z rąk przeciwników.

Yaddle i Depa zostały przy rannej pilotce krążownika w pobliżu wejścia do północnej 

piramidy.   Ostrzeliwane   burzą   ognia   ze   szczytu   bunkra,   w   którym   znajdowało   się   działo 
jonowe,   wirowały,   kręcąc   młynki   mieczami   i   odbijając   strzały,   jakby   brały   udział   w 
zwariowanym turnieju sportowym.

Większość niewolników rozpierzchła się, gdy rozległy się pierwsze strzały, po brutalnej 

egzekucji   swoich   towarzyszy,   którzy   pomogli   Jedi   w   ucieczce.   Kilku   z   nich   terroryści 
wykorzystali jednak jako żywe tarcze.

Qui-Gon, Obi-Wan i Ki-Adi-Mundi zaczęli przebijać się w głąb placu, kierując się w 

stronę myśliwców, by odciąć terrorystom drogę i do nich, i do kanonierki.

Qui-Gon   ruszył   z   determinacją,   na   wpół   świadom   buczenia   swego   miecza   i 

chaotycznego ostrzału z miotaczy. Jego umysł reagował na każde poruszenie przeciwników; 

background image

wirował w prawo, w lewo i w każdą inną stronę, z której nadlatywały strzały. Nie pozostawał 
ani na moment w jednym miejscu, koncentrując się tylko na tym, co miał przed sobą, a chwila 
za   chwilą   odpływały   w   przeszłość   jak   kilwater   płynącego   statku.   Trwał   skupiony   i 
niezauważalny,   niewidoczny   w   swej   obojętności,   nie   zatrzymując   się   ani   na   chwilę,   by 
obserwować sytuację, nie poświęcając ani jednej myśli temu, co innego mógłby zrobić.

Zranieni odbitymi  pociskami terroryści padali na ziemię wzdłuż jego szlaku, choć z 

żadnym nie starł się jeszcze bezpośrednio; nie wyglądało zresztą, by miało to kiedykolwiek 
nastąpić. Terroryści zaczęli już bowiem odwrót w kierunku myśliwców.

– Jeśli  wystartują,  będziemy  mieć  ręce  pełne roboty – stwierdził  Obi-Wan podczas 

chwilowej przerwy w ostrzale.

I wtedy nowy dźwięk poruszył zimnym powietrzem. Zza ostrej krawędzi południowej 

piramidy wypłynęły dwie repulsorowe barki, które wcześniej Jedi spotkali nad jeziorem.

Strzały z ich baterii laserowych omiotły plac, zwęglając trafione kamienie. Qui-Gon i 

Obi-Wan jednocześnie odskoczyli, szukając osłony, podczas gdy Ki-Adi-Mundi odparował 
strumień ognia, który obrócił nim dookoła.

Barki zawróciły, by ponownie zaatakować, ostrzeliwując się wściekle.
Chwilowa   przewaga   wroga   zmusiła   trójkę   Jedi   do   odwrotu.   Qui-Gon   zobaczył,   że 

zespoły Vergere i Tiina również zostały zepchnięte w dół schodów i dalej na plac. Vergere, 
która   pierwsza   dotarła   na   plac,   gestem   nakazała   funkcjonariuszom   Departamentu 
Sprawiedliwości natychmiast szukać schronienia pod ścianami północnej piramidy, ale tylko 
jednemu z mężczyzn udało się tam dotrzeć. Drugi został zastrzelony z pobliskiej wieży.

Dwaj funkcjonariusze walczący u boku Tiina byli ranni. Iktotchi chwycił jednego pod 

pachę lewą ręką, nie przestając odbijać strzałów mieczem świetlnym zaciśniętym w prawej 
dłoni.   Drugi   funkcjonariusz   czmychnął   do   tyłu,   osłaniając   ich   odwrót   pod  ogniem   z 
kanonierki.

Poruszając się jak cienie, Qui-Gon i Obi-Wan podbiegli na pomoc Tiinowi; wirowali i 

podskakiwali, by uniknąć strzałów.

Kanonierki zdążyły już zawrócić i nadlatywały, by po raz kolejny ostrzelać plac. Na 

znak Qui-Gona, razem z Obi-Wanem wyskoczyli na dziesięć metrów w górę z uniesionymi 
mieczami, odcinając repulsorowy silnik pierwszego ze statków.

Deszcz   iskier   posypał   się   na   nich   z   góry,   gdy   lądowali   na   ziemi   i   przeturlali   się, 

szukając osłony. Nad ich głowami pozbawiony kontroli statek wbił się w najwyższe piętro 
pałacu i eksplodował na tysiące rozgrzanych do białości strzępów, strącając na plac lawinę 
kamieni.

Tiin i funkcjonariusze Departamentu Sprawiedliwości zdołali skryć się w wejściu do 

piramidy, zanim runęła kamienna lawina. Qui-Gon i Obi-Wan poszli w ich ślady, uciekając 
przed   ogniem   powtarzalnych   laserów   z   drugiej   kanonierki,   ostrzeliwującej   ozdobione 
reliefami kolumny i kamienne nadproże portalu.

Yaddle i pozostali rycerze Jedi tłoczyli się w głębi korytarza.
Rozpłaszczony o ścianę Qui-Gon wyjrzał na plac.
– Musimy dotrzeć do tych myśliwców.
– Jeśli musimy, to dotrzemy – zdecydował Tiin.
Obi-Wan spojrzał na Qui-Gona i skinął głową, włączając swój miecz. Z uniesionymi 

mieczami świetlnymi wypadli z powrotem na plac.

Komnata   Wysokiej   Rady   wydawała   się   pusta   bez   trójki   mistrzów,   którzy   wraz   z 

Vergere, Qui-Gonem i jego padawanem polecieli na Asmeru. Teraz to Yoda stał na środku 
wykładanej   mozaiką   podłogi,   chodząc   w   tę   i   z   powrotem,   podczas   gdy   Mace   Windu   i 
pozostali członkowie Rady zastanawiali się, co należy zrobić.

–   Mimo   braku   wiadomości   z   „Wybitnego”   nie   możemy   zakładać,   że   starek   uległ 

background image

zniszczeniu, a ci. którzy znajdowali się na jego pokładzie, zginęli – powiedział Windu. – 
Wszystko, co mogę wyczuć w tej sprawie, podpowiada mi, że Yaddle i pozostali żyją.

– Ona żyje – powiedział Yoda. – Reszta też. Ale wielkie niebezpieczeństwo im grozi.
– To by potwierdzało, że Front Mgławicy faktycznie ma w ręku dwunastu zakładników 

– powiedziała Adi Gallia. – Żądają odwołania szczytu na Eriadu.

– Valorum nie może zgodzić się na ich żądania – ostrzegł Oppo Rancisis.
– I nie ma takiego zamiaru – zapewnił wszystkich Windu. – Zdaje sobie sprawę, że w 

ten sposób zmniejszyłby szanse przeforsowania propozycji opodatkowania.

– Front Mgławicy nie jest tu problemem – powiedział Yarael Poof. – W tym momencie 

chodzi o Federację Handlową.

Yoda odwrócił się w stronę mistrza.
– Tylko wygląda na mniej ważny Front Mgławicy. Kierują tym jednak. Oni kierują tym 

wszystkim. – Przeszedł jeszcze parę kroków i powiedział: – Jak figurami na planszy hologry 
sterują nami.

– W takim razie musimy zakończyć tę grę – powiedział z przekonaniem Even Pieli.
Windu przytaknął.
– Zapewniłem Najwyższego Kanclerza, że nie ma potrzeby, by osobiście przepraszać za 

to, co się stało. Zgodziliśmy się interweniować w tej sprawie. W związku z tym jest to tak 
samo nasz obowiązek, jak i jego.

– Zbyt płytko rozważyliśmy tę sprawę – powiedział zamyślony Yoda. – Ukryte siły tu 

działają. – Spojrzał na Windu. – Niejasna to sprawa. Mącą ją motywy, które trudno dostrzec.

Windu splótł dłonie i oparł łokcie na kolanach.
–   Senat   obiecał   Najwyższemu   Kanclerzowi   wszelkie   uprawnienia,   jakich   będzie 

potrzebował, by rozwiązać ten kryzys. Nie możemy jednak pozostawić decyzji jemu. 

Yoda pokiwał głową.
– Na szczycie koncentruje się jego uwaga.
–   Departament   Sprawiedliwości   także   uzyskał   rozszerzone   kompetencje   –   ciągnął 

Windu. – Są za wysłaniem dodatkowych sił z Eriadu, odległej o skok od Asmeru i sektora 
Seneksa.

–   Ale   przecież   Departament   ma   ochraniać   kanclerza   Valoruma   i   delegatów   – 

powiedziała  Gallia.   –   Są   przekonani,   że   mają   dość   personelu,   by   poradzić   sobie   w   obu 
miejscach.

– Czy mamy jakiekolwiek gwarancje, że rody sektora Seneksa będą się trzymały z dala 

od tej sprawy? – zapytał Poof.

– Możemy im zaproponować układ – powiedział Pieli. – Od dawna chcieli nawiązać 

stosunki handlowe z Republiką, ale byli izolowani ze względu na ciągłe pogwałcenia Praw 
Istot Rozumnych. Jeśli zgodzimy się być arbitrami w kwestii ich porozumienia z Republiką, 
jestem pewien, że zgodzą się przeoczyć naruszenie ich przestrzeni w związku z sytuacją na 
Asmeru.

Yoda patrzył w podłogę, kręcąc głową.
– Coraz głębsza, mroczniejsza i bardziej zagmatwana ta sprawa się staje. – Spojrzał na 

Windu. – Ilu Jedi na Eriadu jest?

– Dwudziestu.
– Wyślijmy dziesięciu na Asmeru z funkcjonariuszami Departamentu Sprawiedliwości, 

by pomogli mistrzowi Tiinowi i pozostałym – powiedział Yoda zatroskanym głosem. – Jedi 
spłacają długi, gdy przychodzi termin płatności.

Windu pokiwał głową z powagą.
– Niech Moc będzie z nimi – powiedziała Gallia w imieniu wszystkich.

background image

ROZDZIAŁ 21

Qui-Gon,   Obi-Wan,   Tiin   i   Ki-Adi-Mundi   wypadli   z   wejścia   do   piramidy,   atakując 

terrorystów, którzy zepchnęli ich wcześniej w głąb budowli. Pokonawszy jedną czwartą drogi 
od przeciwległej strony placu, Jedi uformowali klin. Klingi ich pracowitych mieczy odbijały 
strzały laserowe nadlatujące znad ich głów i ze wszystkich innych stron.

Za barierą energii tworzoną przez miecze świetlne szły Yaddle i Depa. Vergere i dwóch 

funkcjonariuszy bronili tyłów formacji.

Na samym  czubku klina Qui-Gon posuwał się powoli w głąb pola walki, wirując i 

przykucając. Jego zielony miecz buczał, odbijając kolejne strzały. Ranni terroryści spadali ze 
schodów, balkonów i dachów, żaden z nich jednak nie uciekł.

„Będziecie musieli zabić nas wszystkich”, powiedział przywódca terrorystów. 
Niespodziewanie ogień laserowy zaczął słabnąć. Qui-Gon wykorzystał tę chwilę, by 

rozejrzeć się dookoła i zdał sobie nagle sprawę, że terroryści zaczęli strzelać w stronę barykad 
otaczających plac.

Z   przeciągłym,   przeraźliwym   okrzykiem   wojennym   setki   niewolników   zaatakowały 

plac z uliczek pomiędzy piramidami. Nie mieli nic, czego mogliby użyć jako tarcz, a za broń 
służyły im kamienne topory i noże, dzidy zrobione z drewnianych rączek narzędzi i wszelkich 
innych przedmiotów, które udało im się naostrzyć i nasadzić na sztorc.

Strzały blasterowe powalały wielu, ale mimo to posuwali się naprzód, zdecydowani 

pozbyć się pozaziemców, którzy pozbawili ich tej odrobiny wolności i godności, jaką się 
cieszyli.

Qui-Gon zrozumiał, że powstanie musiało być przygotowywane od dłuższego czasu. 

Determinacja mogła jednak nie wystarczyć w starciu z blasterami.

Razem   z   Obi-Wanem   ponowili   natarcie   z   Vergere   u   boku;   podskoczyli   wysoko   i 

wylądowali, tnąc mieczami świetlnymi. Uwięzieni pomiędzy zbuntowanymi niewolnikami a 
Jedi, terroryści uformowali dwa szeregi, po jednym na każdy front.

Kolejna niespodzianka kazała Qui-Gonowi przystanąć. Niektórzy z terrorystów padali 

trafieni  ogniem z miotacza,  a  przecież  wydało  mu  się nieprawdopodobne,  by niewolnicy 
zdołali tak przebudować blastery, że pasowały do ich pozbawionych palców dłoni.

Wtem zobaczył, skąd pochodzi ogień.
Nadbiegając długimi skokami, pojawił się drugi oddział terrorystów, prowadzonych do 

walki przez Bithanina, który był informatorem Qui-Gona.

Wydarzenia   dnia   doprowadziły   do   rozłamu   Frontu   Mgławicy   na   dwie   frakcje: 

bojowników  odpowiedzialnych   za   atak   na   kanclerza   Valorum   i   umiarkowanych,   którzy 
ograniczali  się do pokojowych  form protestu przeciwko działaniom  Federacji Handlowej. 
Bojownicy najwyraźniej nie spodziewali się powstania ze strony własnych towarzyszy.  W 
jednej   chwili   walka   o   to,   kto   dotrze   pierwszy   do   myśliwców,   stała   się   jeszcze  bardziej 
desperacka.

Jeden z myśliwców już unosił się na repulsorach. Uświadomiwszy sobie, co się dzieje 

na dole, pilot wyprowadził statek z hangaru półobrotem i uruchomił dziobowe działo. Każdy 
rozbłysk   surowej   energii   dziesiątkował   przeciwników.   Kamienne   bryły   odrywały   się   od 
otaczających plac budynków, a ściany błyskawic, świszcząc jak szrapnele, powalały każdego, 
kto nie zdołał uciec promieniom śmiercionośnej energii.

Qui-Gon zrozumiał, że ten jeden myśliwiec może zadecydować o losach bitwy – nie 

tylko przeciwko sprzymierzeniu niewolników i umiarkowanych, ale również przeciwko Jedi.

W tej samej chwili myśliwiec zaczął krążyć nad tą stroną placu, na której znajdowali się 

Jedi.   W   zasięgu   ich   wzroku   pojawiły   się   lasery   zamontowane   na   końcówkach   skrzydeł, 
gotowe do strzału, gdy nagle, bez ostrzeżenia, statek eksplodował. Odłamki jego trójkątnych 

background image

skrzydeł   uderzyły   o   generator   promienia   ściągającego,   a   kadłub   myśliwca   stanął   w 
płomieniach i runął na plac.

Qui-Gon spojrzał w górę z miejsca, gdzie wcześniej przywarł całym ciałem do ziemi. 

Na lądowisko spadał deszcz rozgrzanych do białości odłamków, z których kilka mniejszych 
wypaliło mu dziury w płaszczu.

Szukał wzrokiem śladów broni, która zestrzeliła myśliwiec, i dopiero po chwili  zdał 

sobie sprawę, że decydujący strzał nie mógł paść z żadnego miejsca na powierzchni planety.

Musiał zostać oddany z nieba.
Karmazynowo-biały   statek   przeleciał   nad   jego   głową   tak   nisko,   że   Qui-Gonowi 

zaszczekały zęby.

– To Lancet Departamentu Sprawiedliwości – powiedział Obi-Wan, gdy przebrzmiał 

grzmot przelatującego myśliwca.

Widząc białe żyłki na błękicie nieba, Qui-Gon zrozumiał, że następne statki schodzą w 

dół studni grawitacyjnej planety. Odwrócił się i zobaczył Depę i dwóch funkcjonariuszy, z 
których jeden mówił coś do komunikatora na nadgarstku. Wyczuwając na sobie wzrok Qui-
Gona, funkcjonariusz spojrzał w górę i uniósł lewą dłoń w geście triumfu.

Qui-Gon spojrzał w niebo. Od południa zbliżał się koreliański krążownik.
Widok nadlatujących myśliwców nie powstrzymał jednak terrorystów od próby dotarcia 

do CloakShape'ów. Trzy kolejne myśliwce uniosły się nad placem. Zamiast jednak tracić czas 
na   ostrzeliwanie   niewolników,   statki   pomknęły   na   wschód,   ścigane   przez   dwa   Lancety. 
Czwarty CloakShape z warkotem obudził się do życia i wznosząc się ostro do góry, zdołał 
zestrzelić nadlatującego Lanceta.

Na lewo od Qui-Gona nie przestawało strzelać działo jonowe. Trafiony bezpośrednim 

strzałem, kolejny Lancet przewrócił się na plecy i zaczął cicho spadać na spaloną ziemię. 
Niedługo potem zza południowej piramidy zobaczyli strzelające w górę płomienie eksplozji.

Działo   kontynuowało   ostrzał   nieba,   ale   sprzymierzeni   niewolnicy   i   umiarkowani 

przypuścili właśnie atak na budowlę, w której było zamontowane. Dwunastu wojowników 
padło,   ale   reszta   trzymała   się   dalej,   ciskając   detonatorami   termicznymi   zza   głazów,   za 
którymi się schronili.

W chwilę później budowla stanęła w płomieniach i zapadła się w głąb.
Z   powodu   zamieszania   na   placu   krążownik   nie   mógł   wylądować.   Zawisł   więc   na 

poziomie szczytów piramid i otworzył spodnie klapy, z których około dwudziestu postaci 
zaczęło zsuwać się w dół na linach z monowłókna. Połowa uzbrojona była w miotacze, a 
reszta w miecze świetlne.

Zaciekła bitwa trwała jeszcze kilka minut. W końcu jednak otoczeni terroryści zaczęli 

rzucać   broń   na   ziemię   i   padać   na   kolana.   Inni,   schwytani   przez   niewolników,   wchodzili 
właśnie na plac z rękami uniesionymi do góry.

Tiin, Depa Billaba i kilku Jedi, którzy przylecieli krążownikiem, wędrowali po polu 

bitwy, zbierając broń i doglądając rannych. Qui-Gon zobaczył  Yaddle; stała u wejścia do 
północnej piramidy i kręciła głową ze smutkiem.

Razem z Obi-Wanem zaczęli szukać Bithanina. Wkrótce Qui-Gon zobaczył, że Obi-

Wan przywołuje go gestem z południowego rogu placu.

Qui-Gon   przypiął   miecz   do   pasa   i   ruszył   biegiem.   Zanim   jeszcze   dotarł   do   celu, 

wiedział, że stało się coś złego.

Bithanin leżał zwinięty w kłębek na boku, przyciskając długie palce do sczerniałego 

otworu w środkowej części tułowia. Qui-Gon przyklęknął obok niego.

– Próbowałem skontaktować się z tobą na Coruscant – zaczął mówić czarnooki obcy 

słabym głosem. – Ale po tym, co stało się na Dorvalli, Havac i inni zaczęli podejrzewać, że 
jest wśród nich informator.

– Havac? – powtórzył Qui-Gon. – Czy to ten, który zamordował niewolników?

background image

Bithanin pokręcił wielką głową.
–   On   jest   zaledwie   porucznikiem.   Havac   to   dowódca,   ale   nie   ma   go   tutaj.   Wielu 

bojowników odleciało. – Przerwał, by nabrać w płuca powietrza. – Zniweczyli wszystko, co 
próbowaliśmy osiągnąć. Zrobili z tego wojnę z Federacją Handlową, a teraz i z Republiką.

– To już koniec – powiedział Qui-Gon. – Pokonaliście ich. Oszczędzaj siły, przyjacielu.
Bithanin zacisnął dłoń na ramieniu Qui-Gona.
– To jeszcze nie koniec. Planują coś straszliwego.
– Gdzie? – zapytał Obi-Wan. – Kiedy?
Bithanin odwrócił się lekko w jego stronę.
– Nie wiem. Plan był trzymany w tajemnicy. Ale wiem, że bierze w tym udział kapitan 

Cohl...

Nie dokończył. Qui-Gon poczuł na sobie wzrok Obi-Wana. Światło w oczach Bithanina 

zgasło.

– Nie żyje, mistrzu – powiedział Obi-Wan.
– Jedi – odezwał się ktoś za plecami Qui-Gona. Był to humanoid rasy Nikto, o płaskiej, 

rogatej twarzy. – Nie chcę przeszkadzać, ale twój przyjaciel był i moim przyjacielem.

Qui-Gon wstał.
– Co wiesz o tej akcji, szykowanej przez człowieka o imieniu Havac i kapitana Cohla?
– Wiem, że ma coś wspólnego z planetą Karfedion.
– Karfedion? – powtórzył Obi-Wan, patrząc z najwyższą dezaprobatą na Niktianina.
– To rodzinna planeta rodu Vandron – powiedział Qui-Gon. – W samym sercu sektora 

Seneksa. – Odwrócił się w stronę humanoida. – Jak się nazywasz?

– Cindar.
– Wiesz, jak wygląda ten Havac?
– Wiem.
Qui-Gon zastanawiał się przez chwilę, a potem powiedział:
– Pójdziesz z nami.
Zaprowadził go do Tiina, Yaddle i pozostałych Jedi, zgromadzonych na placu.
–   Nie   ma   czasu   na   uporanie   się   z   tym   wszystkim   –   powiedział   Tiin,   pokazując 

zamaszystym  gestem   zniszczenia   wokół.   –  Wysoka   Rada  i   Departament  Sprawiedliwości 
poleciły nam opuścić sektor Seneksa jak najszybciej.

– Musimy się zatrzymać po drodze – przerwał mu Qui-Gon. – Na Karfedionie.
Tiin spojrzał na niego, czekając na wyjaśnienia.
– Cohl organizuje kolejną akcję. – Qui-Gon wskazał na Cindara. – On nam pomoże 

odnaleźć jego ślad.

Tiin i Yaddle wymienili spojrzenia.
– Cohl nie pracuje już dla Frontu Mgławicy – powiedział Tiin.
–   Ta   akcja   była   trzymana   w   ścisłej   tajemnicy.   Stoi   za   tym   ktoś   o   imieniu   Havac. 

Musimy udać się na Karfedion.

– To niemożliwe, Qui-Gonie – powiedziała Yaddle, kręcąc głową. – Opuścić Senex 

musimy.

Qui-Gon wzruszył ramionami.
– W takim razie udam się tam sam z moim padawanem.
Obi-Wan ze zdumienia otworzył usta.
– Nie na żadnym z naszych statków – powiedział Tiin z nutką wyzwania w głosie.
Qui-Gon rozejrzał się dookoła.
– W takim razie wezmę „Jastrzębionietoperza”.
– Sprawę osobistą z tego robisz – powiedziała Yaddle. – Bezpośrednim poleceniom 

Wysokiej Rady się sprzeciwiasz.

Qui-Gon nie dał się wciągnąć w dyskusję.

background image

– Odpowiadam przed Mocą, mistrzowie.
Yaddle przyglądała mu się przez chwilę.
– Ale jaki jest cel tego wszystkiego? Jaki jest cel?

Holotransparent połyskujący wśród kłębów dymu t'baca głosił: „Pijany Mynock wita 

Łupaczy Czaszek z Karfedionu”. Łupacze Czaszek, słynna karfediońska drużyna graczy w 
łup-piłkę, była znana w całym Seneksie z bezczelnego lekceważenia reguł gry i pogardy dla 
życia   przeciwników.   Wrzaskliwa   dwunastka   lokalnych   bohaterów   zebrała   się   w   kącie 
„Pijanego Mynocka”, przepijając z butelek sfermentowanego napoju do siebie i każdego, kto 
im się napatoczył  po drodze. Z każdą minutą  bardziej  pijani, wyraźnie  szukali okazji do 
bijatyki.

O kilka stolików dalej Cohl i Boiny siedzieli w towarzystwie potężnego mężczyzny, 

który sam mógłby należeć do Łupaczy Czaszek – gdyby był o kilka centymetrów niższy i 
wyglądał o połowę mniej groźnie.

Niebrzydka   kobieta   wyhodowana   na   jednej   z   karfediońskich   farm   niewolników 

postawiła   wysoką   szklankę   jasnożółtej   cieczy   przed   gościem   Cohla;   mężczyzna   wychylił 
znany ze swojej mocy trunek jednym haustem.

– Dzięki, kapitanie – powiedział z wdzięcznością w głosie, ocierając usta wierzchem 

dłoni. – Nieczęsto mam okazję popróbować autentycznego trunku.

Cohl zlustrował Lope'a, jak przedstawił się im mężczyzna, z przeciwległej strony stołu, 

za którym siedzieli. Ten typ bez wątpienia wyszedłby cało z każdej bijatyki; jednak operacja 
na   Eriadu   wymagała   nie   tyle   brutalnej   siły,   co   kombinacji   specyficznych   umiejętności   i 
inteligencji.   Oczywiście   nawet   w   najlepiej   przygotowanych   akcjach   zdarzały   się   sytuacje 
nieprzewidziane, gdy o wyniku decydowała w ostatecznym rozrachunku siła mięśni, ale Cohl 
nadal nie był przekonany, że Lope poradziłby sobie choćby i z taką ewentualnością.

– Co jest twoją specjalnością? – zapytał po chwili.
Lope oparł łokcie na stole.
–   Wibroostrze,   pałka   ogłuszająca,   pika   nerwowa.   Ale   umiem   też   posługiwać   się 

miotaczem. Pracowałem z Blastechem, MerSonnem, Czerkasem...

– Ale wolisz pracę na bliski dystans?
Lope wzruszył ramionami.
–   Jeśli   już   do   tego   dojdzie,   to   chyba   tak.   A   dlaczego   pan   pyta?   Co   to   za   robota, 

kapitanie?

Cohl pokręcił głową.
– Nie mogę ci powiedzieć, zanim nie zdecyduję, że wchodzisz do drużyny.
Lope kiwnął głową.
– Rozumiem. I zapewniam pana, kapitanie, że chętnie się do pana zaciągnę. Nie  ma 

lepszych od pana.

Cohl zignorował pochlebstwo.
– Gdzie do tej pory pracowałeś?
–   Na   ogół   wzdłuż   handlowej   Trasy   na   Korelię.   Miałem   swój   udział   w   Konflikcie 

Starkiańskim. Nadal siedziałbym w Jądrze, gdyby nie to, że wyznaczyli tam cenę za moją 
głowę za kawałek mokrej roboty, który odwaliłem na Sakorii.

– Jeszcze gdzieś jesteś poszukiwany?
– Tylko tam, kapitanie.
Cohl   uznał,   że   referencje   faceta   brzmią   dość   zachęcająco.   Lope   był   typowym 

wyrzutkiem, latającym od systemu do systemu, ale nie zawodowcem.

– Masz coś przeciwko pracy z przedstawicielami obcych ras, Lope?
Lope spojrzał przelotnie na Boiny'ego.
– Nie mam nic przeciwko Rodianom. A co, są jeszcze jacyś w drużynie?

background image

– Jeden Gotal.
Lope potarł wystającą szczękę.
– Gotal? Hmm... Nie mam nic przeciwko Gotalom.
Przy wejściu do kantyny wybuchło nagłe zamieszanie i czterech wysokich mężczyzn o 

złowrogim wyglądzie wkroczyło do baru. Cohl myślał, że to pewnie członkowie Łupaczy 
Czaszek albo jednej z drużyn ich rywali, dopóki najpotężniejszy z mężczyzn nie wspiął się na 
kontuar i nie strzelił w sufit.

– Lope, wiem, że gdzieś tu jesteś! – krzyknął, otrzepując się z płatów tynku i kurzu, 

które zaczęły spadać wokół niego. Jednocześnie rozglądał się po stolikach. – Gdzie jesteś, ty 
zdradziecki śmieciu?

Cohl przeniósł wzrok z mężczyzny w barze na Lope'a.
– Znajomy?
– Już niedługo – powiedział Lope, wstał i zamachał ręką. – Jestem tutaj, Pezzle.
Pezzle spojrzał spod zmrużonych powiek w stronę Lope'a, zeskoczył z baru i zaczął 

przepychać się przez tłum z blasterem w ręku. Jego oddział ruszył w ślady szefa.

– Jesteś nikczemnym oszustem – powiedział, gdy dotarł do ich stolika. – Myślałeś, że 

uda ci się odejść, nie płacąc nam za robotę?

Cohl obserwował, jak Lope jednym rzutem oka ocenia wszystko naraz: uniesioną broń 

Pezzle'a, pozycję pozostałych trzech mężczyzn i odległość ich dłoni od kolb miotaczy.

– Nie zarobiliście na swoją działkę – powiedział w końcu beznamiętnie. – Zajęliście się 

tylko jednym z nich, a ja musiałem po was sprzątać.

Cohl i Boiny zaczęli wstawać, ale Lope położył dłoń na ramieniu Cohla.
– Niech pan zostanie, kapitanie. To potrwa tylko chwilę. Niech pan to uzna za test 

kwalifikacyjny.

– W porządku – powiedział Cohl, siadając z powrotem.
Goście przy sąsiednich stolikach nie mieli w sobie tyle wiary co Cohl. Przewracając 

krzesła i każdą inną przeszkodę jaka stanęła im na drodze, starali się zejść z linii ognia.

Pocąc się obficie, Pezzle przełknął ślinę i odzyskał głos.
– Zapłacisz nam teraz – powiedział i splunął, wykrzywiając grube wargi.
Cohl nie zauważył, w którym momencie Lope sięgnął po blaster.
Zobaczył tylko zamazany obraz prawej ręki Lope'a, usłyszał huk kilku wystrzałów i w 

jednej chwili Pezzle i jego trio leżeli, dymiąc, na podłodze.

Nie opuszczając miotacza, Lope spojrzał wyczekująco na Cohla.
– Nadasz się – powiedział Cohl, kiwając głową.
Kosmoport   Karfedionu   stanowił   zlepek   doków   cumowniczych,   warsztatów 

naprawczych   i   kantyn   jeszcze   bardziej   podejrzanych   niż   „Pijany   Mynock”.   Powitawszy 
skinieniem  głowy kilku   członków  zespołu   technicznego   doku  cumowniczego  numer   331, 
Cohl,   Boiny   i   Lope   zaczęli   podchodzić   do   sfatygowanego   frachtowca,   dostarczonego   im 
przez Front Mgławicy.

– Co się stało z „ Jastrzębionietoperzem”, kapitanie? – zapytał Lope, patrząc niepewnie 

na statek.

– Był zbyt dobrze znany tam, gdzie się udajemy – odparł Cohl.
Przedstawił Lope'a dwóm mężczyznom, stojącym u stóp trapu frachtowca.
– Kapitanie – powiedział jeden chrapliwym głosem – w przedziale dziobowym czeka na 

pana jakaś dama.

– Kto to taki? – zapytał Cohl.
– Nie chciała powiedzieć.
Cohl i Boiny wymienili spojrzenia.
– Może to ta łowczyni nagród, która nas szuka – zasugerował Rodianin.
– Mam inny pomysł – powiedział Cohl, nie rozwodząc się dalej nad tematem.

background image

– Nie myślisz chyba...
– A kto inny? Nie wiem tylko, jak mnie tu znalazła.
– Może przylepiła ci lokalizator do jakiejś części ciała? – zapytał Boiny.
Zostawili Lope'a, by zapoznał się z resztą drużyny, i weszli na trap.
– A nie mówiłem, że za mną zatęskni? – rzucił przez ramię Cohl, wchodząc do kabiny 

na dziobie.

Rella siedziała w fotelu Cohla, skrzyżowawszy długie nogi.
–   Miałeś   rację.   Cohl   –   powiedziała.   –   Nie   mogłam   cię   zostawić...   ale   nie   z   tych 

powodów, o które mnie podejrzewasz. – Jej strój, składający się z tuniki, spodni i pelerynki z 
kapturem, był wykonany ze srebrzystej, metalicznej tkaniny, która połyskiwała przy każdym 
ruchu.

– Sądząc po twoim wyglądzie, powiedziałbym, że zbytnio nadszarpnęłaś swój fundusz 

emerytalny i potrzebujesz kredytów.

Spojrzała na niego spod oka.
– Czy możemy tu bezpiecznie rozmawiać?
Cohl dał znak Boiny'emu, który uruchomił system bezpieczeństwa kabiny.
– Słyszałam pogłoski, że kompletujesz nową drużynę – powiedziała Rella, kiedy Cohl 

usiadł.

Wzruszył ramionami.
– A co innego miałem robić, kiedy mnie rzuciłaś?
Nawet się nie uśmiechnęła.
– Z tego co słyszałam, szukasz tropicieli i drugorzędnych likwidatorów, takich jak ten 

osiłek, którego przyprowadziłeś.

– Trudna praca wymaga trudnego personelu.
Rella spojrzała mu głęboko w oczy.
– W co ty się wpakowałeś, Cohl? Bądź ze mną szczery... ze względu na dawne czasy.
Cohl namyślił się i odpowiedział:
– Chodzi o likwidację.
Pokiwała głową ze zrozumieniem.
– Kto jest celem?
– Valorum, na Eriadu.
Rella skurczyła się w sobie, jakby właśnie spełniły się jej najgorsze obawy.
– Nie dasz rady, Cohl.
Roześmiał się krótko.
– Zobaczymy.
– Posłuchaj... – zaczęła.
– Co, masz jakieś skrupuły? Nowy nabytek, jak te fatałaszki? Nowa ty?
– Skrupuły? Nie obrażaj mnie, Cohl.
– Więc o co ci chodzi? Czym Valorum różni się od innych?
Pokręciła głową.
– Nie chodzi o to, że to Valorum. Chodzi mi o ciebie, o twoją reputację. Nawet nie 

starając się zbytnio, dowiedziałam się, że byłeś na Belsavis, Malastarze, Clak'dori Yetoom. 
Myślisz, że innym będzie trudniej cię namierzyć? I nie chodzi mi o opryszków, którzy chcą 
się do ciebie zaciągnąć. Mówię o Departamencie Sprawiedliwości albo nawet o Jedi.

– Doceniam ostrzeżenie, Rella, ale to teraz i tak nie ma znaczenia. Mam już wszystkich, 

których potrzebuję. Chyba że i ty chcesz się zaciągnąć.

Wytrzymała jego wzrok.
– Chcę.
Zamrugał zaskoczony.
– Nie, nie żartuję, Cohl – powiedziała.

background image

W jednej chwili Cohl spoważniał, pochylił się i wziął ją za rękę.
– Słuchaj, mała, doceniam to, że mnie odszukałaś, ale lepiej, żebyś się nie angażowała 

w tę operację.

Spojrzała na niego spod zmrużonych powiek.
– Teraz to ja nie rozumiem. Przed chwilą zachowywałeś się tak, jakbyś miał w nosie 

całą galaktykę.

– Przechwałki, Rella, nic ponadto.
– Czyli żałujesz, że przyjąłeś to zlecenie?
–   Może   po   prostu   mój   wiek   daje   mi   się   we   znaki,   ale   chyba   powinienem   był   się 

wycofać,   gdy   miałem   taką   okazję.   W   końcu   chyba   nie   tak   trudno   jest   prowadzić   farmę 
wilgoci, co? To nawet może być zabawne...

Rella uśmiechnęła się szeroko.
–   Oczywiście,   że   będzie   zabawnie,   Cohl.   Po   prostu   daj   sobie   spokój   z   tą   sprawą. 

Możesz się wycofać w każdej chwili.

Pokręcił głową.
– Dałem słowo. Muszę doprowadzić to do końca.
Przyglądała mu się przez chwilę, wreszcie westchnęła ciężko.
–   Tym   bardziej   nie   mogę   cię   teraz   zostawić.   Jeśli   sam   nie   potrafisz   się   o   siebie 

zatroszczyć, muszę to zrobić za ciebie.

background image

ROZDZIAŁ 22

Eriadu – szara jak łupek planeta poszarpanych lądów i nielicznych mórz – od dawna 

pretendowała do miana Coruscant Odległych  Rubieży.  Do roli tej predestynowało  Eriadu 
korzystne   położenie   w   samym   sercu   sektora   Seswenna,   na   skrzyżowaniu   Rimmiańskiego 
szlaku   handlowego   i   Hydiańskiej   drogi.   Jednak   gdy   na   Coruscant   fabryki   i   odlewnie 
lokowano tylko na wyznaczonych obszarach, na Eriadu przemysł wziął we władanie całą 
powierzchnię,   zanieczyszczając   powietrze,   grunty   i   wody   nieprzerwanym   strumieniem 
toksycznych odpadów i produktów ubocznych. Co gorsza, choć w porównaniu z sąsiadami 
planeta była zamożna, jej władze bardziej interesowały się zapewnieniem nieskrępowanego 
wzrostu gospodarczego niż inwestycjami w recylkulatory powietrza, oczyszczalnie ścieków i 
utylizację odpadów, dzięki którym na Coruscant dawało się żyć.

Główne   miasto   planety   leżało   na   południowej   półkuli.   Tętniący   życiem   kosmoport 

rozrósł się wokół ujścia dużej rzeki i rozciągał niemal sto kilometrów na zachód, w głąb lądu, 
wzdłuż zatoki w kształcie palca, stopniowo pokrywając wzgórza, porośnięte niegdyś lasami, 
które wyrastały nad brzegami rzeki.

Z tylnego siedzenia chronionej polem siłowym repulsorowej limuzyny, która z wielką 

prędkością   mijała   demonstrujące   tłumy   zgromadzone   na   obrzeżach   eriaduańskiego 
kosmoportu,   Valorum   doszedł   do   wniosku,   że   miasto   musiało   być   kiedyś   niezwykle 
malownicze.

Dziś był to posępny labirynt zdobionych kafelkami kopuł, wąskich uliczek, wyniosłych 

łuków   i   wież   oraz   targowisk   pod   gołym   niebem,   pełnych   handlarzy   w   turbanach, 
skrywających   twarze   kobiet,   brodatych   mężczyzn   ćmiących   fajki   wodne   i   sześcionogich 
zwierząt   jucznych   obładowanych   towarami,   które   z   trudem   znajdowały   drogę   pomiędzy 
rdzewiejącymi śmigaczami i przestarzałymi saniami repulsorowymi. Valorum nie mógł się 
oprzeć wrażeniu, że Eriadu wygląda jak zapuszczone i podupadłe przedmieście Theed, stolicy 
Naboo.

Zgiełk   głosów   i   pojazdów   był   tak   intensywny,   że   niemal   przebijał   się   przez 

przydymione, dźwiękoszczelne szyby limuzyny,  chociaż wiele ulic zamknięto dla ruchu z 
okazji jego przejazdu. Ruch skierowano objazdami, a roboty strażnicze i agenci ochrony byli 
rozstawieni niemal na każdym skrzyżowaniu. Mieszkańcom pozwolono obserwować przejazd 
z wąskich chodników, ale każdy, kogo przyłapano by na wyglądaniu z okien budynków na 
wyższych   piętrach,   ryzykował,   że   zostanie   postrzelony   przez   snajperów   z   Departamentu 
Sprawiedliwości,   którzy   zajęli   pozycje   na   dachach   budynków   i   eskortowali   śmigaczami 
kawalkadę pojazdów delegacji coruscańskiej.

Valorum   dowiedział   się,   że   wcześniej   z   kosmoportu   wysłano   kilka   podobnych 

fałszywych   konwojów,   a   trasa   jego   przejazdu   została   zmieniona   w   ostatniej   chwili,   by 
uniknąć ewentualnych ataków.

Ochraniający   go   funkcjonariusze   Departamentu   Sprawiedliwości,   Straży   Senackiej   i 

roboty   strażnicze   używały,   określając   jego   osobę,   hasła   „towar”.   Po   tym,   jak   połowę 
wspierających sił rycerzy Jedi wysłano na Asmeru, szefowie ochrony zażądali, by Valorum 
zgodził się na czasowe wszczepienie lokalizatora, tak by w każdej chwili wiedzieli, gdzie się 
znajduje.

Na ironię zakrawał fakt, że to on znalazł się w centrum uwagi, podczas gdy w samej 

idei zorganizowania  szczytu  chodziło o to, by skoncentrować się na bolączkach  światów 
Odległych Rubieży. Mimo wszystko jednak był zadowolony, że dał się przekonać senatorowi 
Palpatine'owi,   by   nie   odwoływać   szczytu,   niezależnie   od   tego,   co   działo   się   w   sektorze 
Seneksa.

Ironią   było   również   i   to,   że   rodzina   Valorum   również   miała   swój   udział   w 

background image

zanieczyszczeniu  atmosfery   Eriadu,   którą   czasami   wręcz   doprowadzali   do   wrzenia,   gdy 
olbrzymie kule płomieni buchały z wysokich kominów ich fabryk na przedmieściach miasta.

Na rodzinny interes składał się koncern zajmujący się budową statków kosmicznych i 

przewozami,   zlokalizowany   na   orbicie   i   w   kilku   naziemnych   fabrykach.   Pod   względem 
wielkości produkcji nie mógł  się równać z potentatami  w rodzaju TaggeCo  i podobnych 
potężnych korporacji, a ich działalność transportowa nie dorównywała nawet Duro Shipping, 
nie wspominając nawet o Federacji Handlowej. Jednak spółka co roku przynosiła zyski, po 
części   zapewne   dzięki   temu,   że   kojarzono   ją   z   jego   nazwiskiem.   Krewni   kanclerza 
zaproponowali,   by   zatrzymał   się   w   jednej   z   ich   dostojnych   rezydencji,   ale   i   tym   razem 
poszedł   za   radą   senatora   Palpatine'a,   który   zasugerował,   by   zamieszkał   w   domu   jego 
znajomego, namiestnika gubernatora sektora.

Namiestnik   gubernatora   nazywał   się   Wilhuff   Tarkin,   a   jego   rezydencja   wychodziła 

podobno na sztucznie zabarwione na niebiesko wody zatoki.

Tarkin   miał   opinię   mężczyzny   ambitnego,   oddanego   wielkim   ideom   i   ambitnym 

zamierzeniom, i pod tym względem jego rezydencja nie rozczarowywała.

Równie   wielka   jak   posiadłość   zamożnych   eriaduańskich   kuzynów   Valoruma. 

Rezydencja została wzniesiona w mieszaninie  stylów, z przewagą coruscańskiej klasyki  i 
średniorubieżańskiego   dekoratyku,   który   przejawiał   się   w   wielkich,   nakrytych   kopułami 
pomieszczeniach, spiralnych  kolumnach i kamiennych  podłogach wypolerowanych  tak, że 
przypominały   lustro   wody.   Było   jednak   coś   bezosobowego   w   tych   wielkich,   wysokich 
pokojach i dostojnych kolumnadach. Tak jakby kosztowne umeblowanie i oprawne w ramy 
dzieła sztuki prezentowano tylko na pokaz, podczas gdy znacznie bliższe sercu właściciela 
byłyby antyseptyczne, surowe wnętrza kosmicznego frachtowca.

Valorum   został   wprowadzony   do   rezydencji   przez   eskortujący   go   krąg   Straży 

Senackiej.   Podobna   eskorta   towarzyszyła   Sei   Tarii   i   kilkunastu   pozostałym   członkom 
delegacji Coruscant. Pochód zamykała  Adi Gallia  i troje innych  Jedi, którzy przystali na 
prośbę Valoruma, by jak najmniej rzucać się w oczy.

Wewnątrz strażnicy pozwolili Valorumowi na odrobinę oddechu, ale tylko dzięki temu, 

że   wcześniej   każdy   gość   i   każdy   z   robotów   pełniących   rolę   służących   został   dokładnie 
przeskanowany. Cały dom, od podłogi po dach, został przetrząśnięty przez siły ochrony, która 
zajęła   część   posiadłości,   by   urządzić   w   niej   sztab   dowództwa   taktycznego   i   kontroli. 
Snajperzy usadowili się wśród gałęzi drzew i na parapetach na zewnątrz okien, a kanonierki 
patrolowały przybrzeżne wody.

Seswenna   Hall,   gdzie   miał   się   odbyć   szczyt,   swoją   efektowną   sylwetką   i   bogatą 

dekoracją dawał świadectwo priorytetom, którymi kierowali się przywódcy Eriadu. Pokryta 
mozaiką olbrzymia kopuła wieńczyła czubek najwyższego wzgórza w mieście, strzelając w 
górę na ponad dwieście metrów.

Valorum spodziewał się ceremonialnego powitania, ale nie był przygotowany na  tak 

liczne zgromadzenie. Zapowiedziano go i z Sei Tarią u boku wprowadzono do sali balowej 
wypełnionej   dygnitarzami,   reprezentującymi   światy   Środkowych   i   Odległych  Rubieży. 
Przybyli   z   Sullusta,   Malastaru,   Ryloth   i   Bespinu;   mało   który   darzył   Valoruma  wielkim 
afektem,   ale   nie   mogli   się   doczekać,   by   usłyszeć,   co   ma   im   do   powiedzenia   w   kwestii 
opodatkowania stref wolnego handlu.

–   Najwyższy   Kanclerzu   –   powiedział   mężczyzna,   dzięki   któremu   szczyt   stał   się 

rzeczywistością. – To prawdziwy zaszczyt powitać pana na Eriadu.

Namiestnik   gubernatora   Tarkin   był   żylastym   mężczyzną   o   intensywnie   niebieskich 

oczach   i   pozbawionej   wyrazu   twarzy.   Miał   wysokie,   kościste   czoło,   a   naciągnięta   skóra 
ukazywała   kształt   najmniejszej   kosteczki   jego   twarzy.   Krótko   obcięte   czarne   włosy, 
przerzedzone już na skroniach, zaczesywał do góry. Stał wyprostowany jak oficer, emanując 
aurą arystokratycznego chłodu.

background image

Valorum przypomniał sobie, że słyszał, iż Tarkin faktycznie był wojskowym, za czasów 

gdy Eriadu wchodziła w skład tak zwanego wówczas Regionu Pozaświatów.

– Czy senator Palpatine przybył z panem? – zapytał Tarkin.
–   Zatrzymały   go   na   Coruscant   jakieś   interesy,   które   wymagały   jego   obecności   – 

odpowiedział   Valorum.   –   Jestem   jednak   pewien,   że   delegacja   Naboo   dotrze   na   otwarcie 
szczytu.

Tarkin zlustrował kanclerza wzrokiem od stóp do głów, wcale się z tym nie kryjąc, 

jeszcze zanim weszli do sali balowej. Tłum delegatów rozstąpił się przed nimi.

–   Rzadko   się   zdarza,   by   ktoś   zaangażowany   w   politykę   całej   Republiki   opuścił 

Coruscant   –   ciągnął   Tarkin.   –   To   trochę   jak   więzienie,   nie   sądzi   pan?   Jeśli   obowiązki 
kiedykolwiek będą wymagały ode mnie zamknięcia się w jednym miejscu, mam nadzieję, że 
będzie to przynajmniej miejsce dostatecznie przestronne. – Rozłożył ręce, zataczając nimi 
szeroki krąg.

Valorum zmusił się do uśmiechu.
– Podróż była krótka i przyjemna.
– Tak, ale opuszczenie Coruscant i przyjazd tutaj... To dla pana chyba coś zupełnie 

niezwykłego.

– To coś zupełnie koniecznego – sprostował Valorum.
Tarkin uniósł brew i zwrócił się lekko w jego stronę.
–   Koniecznego?   Być   może,   ale   i   bezprecedensowego.   I   moim   zdaniem   wiele 

mówiącego  o   pańskiej   determinacji,   by   uczynić   to,   co   najlepsze   i   najsłuszniejsze   dla 
systemów   peryferyjnych.   –   Zniżył   głos,   by   dodać:   –   Mam   nadzieję,   że   nie   był   pan 
niepokojony przez zamieszki.

Valorum zmarszczył czoło.
– Nie widziałem żadnych zamieszek. Była oczywiście grupa demonstrantów w pobliżu 

kosmoportu, ale...

– Ach, tak, oczywiście. Nie mógł pan widzieć zamieszek, bo pański konwój w ostatniej 

chwili puszczono inną trasą.

Valorum nie był pewien, jak na to odpowiedzieć.
–   Niech   mi   będzie   wolno   wyznać,   panie   kanclerzu,   jak   bardzo   zaniepokoiła   nas 

wiadomość o niedawnej próbie zamachu na pańskie życie. No cóż, wszyscy mamy swoje 
lokalne problemy, jak sądzę. Ryloth ma swoich przemytników, król Veruna z Naboo swoich 
krytyków,   a   Eriadu   –   Federację   Handlową   i   perspektywę   opodatkowania  szlaków 
handlowych.

Valorum zauważył niezbyt przychylne spojrzenia, jakimi powitali go niektórzy z gości 

Tarkina.

–   Wygląda   na   to,   że   wiadomość   o   zamachu   nie   przysporzyła   mi   sympatii   wśród 

zgromadzonych tu gości.

Tarkin lekceważąco machnął ręką.
– Nasze obawy w  kwestii  opodatkowania  dotyczą  możliwości  wzrostu  korupcji,  co 

zawsze grozi, gdy powstaje kolejna warstwa biurokracji między rządzącymi a rządzonymi. 
Nie oznacza to jednak, że jesteśmy separatystami  albo że zachęcamy do otwartej  rebelii. 
Podobnie jak na innych światach Rimmy, na Eriadu również trafiają się poplecznicy Frontu 
Mgławicy,   ale   ja   do   nich   nie   należę,   jak   również   nikt   z   administracji   gubernatora.   Na 
niebezpieczeństwo   powstania   należy   odpowiedzieć   silną,   scentralizowaną   władzą.   Trzeba 
wyczuć właściwy moment i wtedy uderzyć.

Tarkin okrasił swoją przemowę ironicznym śmiechem.
– Proszę wybaczyć skromnemu namiestnikowi gubernatora jego gadaninę, Najwyższy 

Kanclerzu. Zdaję sobie sprawę, że odpowiadanie przemocą na przemoc nie leży w zwyczaju 
Republiki.

background image

– Do niedawna i ja bym tak myślała – odezwał się w pobliżu lekko prowokacyjny i 

protekcjonalny zarazem, subtelny, kobiecy głos. Jego właścicielka była damą w każdym calu, 
od końca trenu bezcennej szaty po oszałamiający klejnotami diadem.

Tarkin   uśmiechnął  się  lekko   i   podał  ramię  krępej   kobiecie,   którą  przedstawił 

kanclerzowi:

– Najwyższy Kanclerzu, mam przyjemność przedstawić panu lady Thealę Vandron  z 

sektora Seneksa.

Zaskoczony Valorum zaczerwienił się i skłonił głowę w kurtuazyjnym powitaniu.
– Witam, lady Vandron – powiedział beznamiętnym głosem.
– Być może zainteresuje pana wiadomość, że problem zakładników na Asmeru został, 

jeśli można tak to określić, rozwiązany.

– Asmeru? – powtórzył Tarkin. – A co to takiego?
Valorum szybko odzyskał opanowanie.
–   Republika   wysłała   misję   pokojową   składającą   się   z   Jedi   i   funkcjonariuszy 

Departamentu   Sprawiedliwości,   by   opanować   sytuację,   jaka   wynikła   tam   w   związku   z 
obecnością bojowników Frontu Mgławicy.

Tarkin spojrzał na niego z ukosa.
– Opanować sytuację czy bojowników?
– Cokolwiek okaże się konieczne.
Twarz Tarkina rozjaśniło nagłe zrozumienie.
– To dlatego kilku funkcjonariuszy i Jedi odwołano z Eriadu. No cóż, wygląda na to, 

panie kanclerzu, że nasze poglądy nie są tak bardzo przeciwstawne, jakby się wydawało.

– Próba zamachu skłoniła Najwyższego Kanclerza do podjęcia bezpośredniej akcji w 

przestrzeni nie należącej do Republiki – powiedziała lady Vandron, zerkając na Tarkina.  – 
Zasłużył na pochwałę, że jest skłonny wyprawić się tak daleko od domu w tych  trudnych 
czasach.

Valorum przyjął dwuznaczny komplement z wrodzoną rezerwą.
–   Szanowna  pani,   i  pan,   panie   namiestniku   Tarkin...   zapewniam   was,   możecie   być 

całkowicie spokojni, że Coruscant jest w dobrych rękach.

Choć Valorum nie cieszył się powszechnym poparciem na Coruscant, jego nieobecność 

dało się odczuć, zwłaszcza w dzielnicy rządowej, gdzie intrygi wisiały w powietrzu.

Członkowie galaktycznego senatu hojnie udzielili sobie urlopu na czas trwania szczytu 

handlowego.   Tylko   kilku   wyjątkowo   pracowitych   pojawiło   się   w   budynku   senatu,   żeby 
korzystając z okazji, nadrobić zaległości w pracy.

Jednym z nich był Bail Antilles.
Poranek   upłynął   mu   na   opracowywaniu   propozycji,   która   pomogłaby   rozładować 

napięcie między jego rodzinną planetą Alderaan a sąsiadującym z nią światem Delaya. Kiedy 
wychodził   na  lunch,  planował  jedynie  wychylenie   wysokiej   szklanki   gizerskiego  piwa  w 
swojej ulubionej restauracji w pobliżu Sądów Galaktycznych. Doścignęła go jednak polityka 
w osobie senatora Orna Free Taa, który wpadł na niego w jednym z publicznych korytarzy 
senatu.

Korpulentny, błękitnoskóry Twi'lekianin poruszał się na poduszkowych saniach.
– Czy mogę do pana na chwilę dołączyć, senatorze Antilles? – zapytał.
Antilles zaprosił go gestem.
– O co chodzi? – zapytał, wyraźnie poirytowany.
–   Przejdę   od   razu   do   rzeczy:   natrafiłem   na   pewne   niezwykle   interesujące   dane. 

Chciałem   przekazać   je   senatorowi   Palpatine'owi,   ale   zasugerował,   że   to   pan,   jako 
przewodniczący Komitetu Etyki Senackiej, będzie najwłaściwszą osobą, by zapoznać się z tą 
sprawą.

background image

Antilles miał ochotę zaprotestować, ale tylko westchnął z rezygnacją.
– Proszę mówić, senatorze.
Grube warkocze główne Taa zatrzęsły się z podniecenia.
– Jak pan wie, zostałem niedawno oddelegowany do Komisji Przydziałów. Zająłem się 

tam  szukaniem  precedensów  i innych  aspektów  prawnych  dotyczących  zaproponowanego 
przez   Najwyższego   Kanclerza   opodatkowania   stref   wolnego   handlu.   Jest   oczywiste,   że 
wszystkich skutków i konsekwencji opodatkowania nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ale 
mamy   nadzieję,   że   uda   nam   się   nie   dopuścić   do   korupcji,   jeśli   rozważymy   różne 
prawdopodobne scenariusze rozwoju sytuacji po przegłosowaniu opodatkowania przez senat.

– W to nie wątpię – mruknął Antilles.
Taa nie przejął się jego sarkazmem.
–   Najwyższy   Kanclerz   wyraził   życzenie,   by   pewien   odsetek   dochodów   zebranych 

dzięki opodatkowaniu szlaków handlowych... które w zamierzeniu ma ograniczyć  wpływy 
Federacji Handlowej... został przeznaczony na programy pomocowe dla światów Środkowych 
i   Odległych   Rubieży,   które   mogą   ucierpieć   na   skutek   wprowadzenia   opodatkowania.   Tu 
jednak   pojawia   się   pewien   dylemat.   Jeśli   wniosek   zostanie   przegłosowany  i   Federacja 
Handlowa będzie  zmuszona  zrezygnować  z wyłącznej  obsługi  pewnych  tras  handlowych, 
zyska na tym wiele mniejszych koncernów przewozowych,  nie tylko dzięki temu, że rynek 
stanie się bardziej konkurencyjny, ale również dzięki  funduszom przeznaczonym na rozwój 
systemów peryferyjnych.

Antilles spojrzał na senatora, wyraźnie nie rozumiejąc, do czego on zmierza.
– Nie bardzo rozumiem, gdzie tu pan widzi jakikolwiek dylemat.
–   W   takim   razie   proszę   pozwolić,   że   zilustruję   mój   wywód   przykładem.   Komitet 

Przydziałów przeszukał bazy danych pod kątem tych korporacji Odległych Rubieży, które 
mogą   zyskać   na   wprowadzeniu   opodatkowania,   a   następnie   porównał   wyniki   z   danymi 
Komisji Własnościowej, której również jestem członkiem. Skompilowana w ten sposób lista 
tysięcy przedsiębiorstw zawiera jeden ciekawy przypadek: koncern przewozowy z Eriadu, 
który otrzymał niedawno dość niespodziewany i, powiedziałbym, bardzo znaczny zastrzyk 
kapitału.

– To mnie nie dziwi – oznajmił Antilles. – Inwestorzy, którzy zwęszyli, co się święci, 

robią to samo co wasza komisja, tyle że oni szukają korzystnych możliwości finansowych.

– Właśnie – powiedział  Taa. – Inwestorzy spekulują. W tym  wypadku jednak nasz 

dylemat polega na tym, że właścicielami tego koncernu są krewni Najwyższego Kanclerza 
Valoruma z Eriadu.

Antilles zatrzymał się gwałtownie, odwracając twarz w stronę sani Twi'lekianina. Taa 

uniósł dłonie w obronnym geście.

– Proszę pozwolić mi wyjaśnić sprawę do końca. Absolutnie nie zamierzam sugerować, 

że w zachowaniu Najwyższego Kanclerza było coś niewłaściwego. Jestem przekonany, że 
zdaje sobie sprawę, iż na mocy artykułu 435 punkt 1759 ustawy o kodeksie etyki senackiej 
osoby mające dostęp do nowych projektów legislacyjnych  i kontraktów  budowlanych  nie 
mogą czerpać zysków z uzyskanej w ten sposób wiedzy, czy to poprzez  inwestycje, czy w 
jakikolwiek inny sposób.

Antilles zmrużył oczy.
– Ale jednak coś pan sugeruje przez sam fakt, że nie zamierza pan nic sugerować.
Taa pokręcił głową.
– Po prostu zastanawia mnie fakt, że Najwyższy Kanclerz nie poinformował senatu o 

tym potencjalnym konflikcie interesów. Jestem pewien, że dylemat zniknie, gdy uda nam się 
wyjaśnić pochodzenie zainwestowanego kapitału i upewnimy się, że inwestor nie jest w żaden 
sposób powiązany z Najwyższym Kanclerzem.

– Ustalił pan już coś w tej kwestii? – zapytał Antilles.

background image

– I tu mamy kolejną ciekawostkę – powiedział Taa. – Im głębiej się wgryzam w tę 

sprawę, tym więcej śladów się urywa. Wygląda to niemal tak, jakby ktoś świadomie starał się 
uniemożliwić   ustalenie,   skąd   i   od   kogo   pochodziły   zainwestowane   środki.   Moje 
niepowodzenia może wyjaśnić fakt, że nie mam uprawnień, by zapoznać się z odpowiednimi 
plikami zawierającymi dane finansowe. Dostęp do tych danych mogłaby mieć jedynie osoba 
wysoko postawiona. Na przykład ktoś taki jak pan.

Antilles spojrzał na senatora.
– Domyślam się, że zgromadził pan wspomniane dane, senatorze.
Taa powstrzymał uśmiech.
– Tak się składa, że mam ze sobą kopię.
Wręczył Antillesowi holocron z danymi. Antilles wziął holocron.
– Zobaczę, czego zdołam się dowiedzieć.

background image

ROZDZIAŁ 23

Zarekwirowany   „Jastrzębionietoperz”   mknął   w   kierunku   Karfedionu   –   pokrytego 

zielonymi plamami półkola, widocznego w przednich iluminatorach kanonierki. W ciasnej 
sterowni Qui-Gon siedział za sterami. Ubrany w poncho, szalik i buty pożyczone na Asmeru, 
wyglądał w każdym calu jak członek Frontu Mgławicy.

Obi-Wan stał za fotelem pierwszego oficera i właśnie zdejmował swój brązowy płaszcz.
– Połóż swoje ubranie tutaj – powiedział Qui-Gon, wskazując na pusty fotel nawigatora. 

– Razem z mieczem świetlnym.

Obi-Wan zamarł.
– Moim mieczem?
– Chcemy być pewni, że po wylądowaniu wezmą nas za tych, za których się podajemy.
Obi-Wan ociągał się przez chwilę, ale w końcu niepewnie kiwnął głową i odpiął od 

pasa cylinder miecza. Odłożył broń i usiadł z powrotem w fotelu pierwszego oficera.

– Mistrzu, czy na Asmeru postąpiliśmy właściwie? – zapytał, przerywając przedłużającą 

się ciszę. – Czy można było uniknąć przemocy, tak jak chciała mistrzyni Yaddle?

– Czy można uniknąć tego, czego cel określa Moc?
Obi-Wan zamilkł na następną dłuższą chwilę.
– Czy rozmyślanie o ciemnej stronie jest niebezpieczne?
– Ja staram się patrzeć w stronę światła, padawanie. Ale odpowiadając na twoje pytanie: 

myśl a działanie to dwie różne rzeczy.

– Ale skąd możemy wiedzieć, czy nasze myśli nie zabarwiają tego, co robimy? Ścieżka 

jest czasem taka wąska.

Qui-Gon przełączył „Jastrzębionietoperza” na autopilota i odwrócił się w stronę ucznia.
– Powiedzieć ci, jak wytłumaczył mi to Yoda, kiedy byłem nawet młodszy niż ty teraz?
– Tak, mistrzu.
Qui-Gon spojrzał na iluminator i zaczął:
– Na odległej planecie Generis rośnie wyjątkowo ciemny, gęsty i niemal całkowicie 

nieprzenikniony las drzew sallap. Od wielu pokoleń trzeba było nadkładać drogi, omijając las, 
by   dotrzeć   do   przepięknego,   głębokiego   jeziora   po   drugiej   stronie.   Pewien  lord   Sithów 
postanowił przeciąć szlak prosto przez las, by skrócić drogę do jeziora. Jak  sobie zapewne 
wyobrażasz, niewielu z tych, którzy postanowili wypróbować obie trasy, przeżyło, by o tym 
opowiedzieć.   Wszyscy   jednak   zgadzali   się,   że   choć   droga   przez   las  jest   krótsza,   w 
rzeczywistości nie prowadzi do jeziora. Natomiast droga wzdłuż lasu, choć długa i trudna nie 
tylko dociera do celu, jakim jest jezioro, ale jest celem samym w sobie.

Nie patrząc na Obi-Wana, Qui-Gon zapytał:
– Czy na Asmeru zapuściłeś się w ten ciemny las, czy pozostałeś na drodze światła, z 

Mocą jako towarzyszem i sojusznikiem?

–   Nie   myślałem   o   tym,   dokąd   zmierzam;   starałem   się   tylko   podążać   tam,   gdzie 

prowadziła mnie Moc.

– W takim razie masz odpowiedź.
Obi-Wan zwrócił twarz w stronę gwiazd.
– Sithowie byli przed Yodą, prawda, mistrzu?
Na twarzy Qui-Gona pojawił się cień uśmiechu.
– Nic nie było przed Yodą, padawanie.
Obi-Wan odwrócił się i rozejrzał po dziobowym przedziale kanonierki.
– Mistrzu, jeśli chodzi o tego Cindara...
– Cóż, ja też mu nie ufam.
– W takim razie po co lecimy na Karfedion?

background image

– Skądś musimy zacząć, padawanie. W swoim czasie nawet kłamstwa Cindara zdradzą 

jego prawdziwe intencje.

– Ale zdążymy przeszkodzić kapitanowi Cohlowi w tym, co zlecił mu Havac?
– Tego nie jestem w stanie przewidzieć, padawanie.
W tej samej chwili wszedł do sterowni Cindar i zauważył złożone na fotelu szaty i 

miecze świetlne Jedi.

– Nie będziecie się bez nich czuli jak nadzy?
Obi-Wan odwrócił się od tablicy kontrolnej, by na niego spojrzeć.
– Chcemy być pewni, że wezmą nas za tych, za których się podajemy.
– Nieźle to sobie zaplanowaliście – powiedział Niktianin. – Tym bardziej że ja sam 

nigdy nie byłem na Karfedionie i nie mam pojęcia, skąd zacząć szukać Cohla czy Havaca.

Qui-Gon spojrzał na niego.
– Nie martw się o to. Początek już mamy za sobą, jak sądzę.
Kiedy kanonierka przycumowała w doku, Qui-Gon, Obi-Wan i Cindar zeszli po rampie 

i ruszyli zasięgnąć języka w co bardziej zakazanych spelunkach otaczających kosmoport. Nie 
uszli nawet dwudziestu metrów, gdy dwóch techników zastąpiło im drogę tuż przy wyjściu na 
ulicę.

– To „Jastrzębionietoperz”, zgadza się? – zapytał wyższy Qui-Gona. Qui-Gon spojrzał 

mężczyźnie prosto w oczy.

– A kto pyta?
–   Bez   obrazy,   kapitanie   –   powiedział   drugi,   unosząc   poplamione   smarami   ręce   w 

uspokajającym geście. – Chcieliśmy tylko panu powiedzieć, że się pan spóźnił.

Obi-Wan chciał coś powiedzieć, ale się zreflektował.
– Spóźniliśmy się?
– Odleciał  parę godzin  temu  – odpowiedział  wysoki  – z całą  załogą  na pokładzie, 

zdezelowanym koreliańskim frachtowcem.

– A, tamtym – bąknął Qui-Gon.
Niższy technik spojrzał na niego konspiracyjnie.
– Wy też bierzecie udział w tej aferze na Eriadu?
– A jak myślisz? – zapytał Qui-Gon retorycznie.
Technicy wymienili znaczące spojrzenia.
– A nie potrzebuje pan przypadkiem dodatkowych dwóch par rąk, kapitanie? – zapytał 

wyższy.

Qui-Gon zlustrował ich od stóp do głów.
– Nie potrzebujemy techników. Na czym jeszcze się znacie?
– Na tym samym,  co tamci, którzy odlecieli z Cohlem, kapitanie – odparł wyższy, 

nabierając pewności siebie. – Broń ciężka i lekka, walka wręcz, materiały wybuchowe... niech 
pan tylko wymieni, co pana interesuje.

– Małe wojny i rewolucje – dodał drugi.
Qui-Gon kiwnął głową.
– Szepnę słówko kapitanowi Cohlowi.
Wyższy technik szturchnął towarzysza, wyraźnie zadowolony.
– Bardzo dziękujemy, kapitanie.
– Może nam pan powiedzieć, co się kroi? – zapytał drugi. – Żebyśmy wiedzieli, jak się 

przygotować?

Qui-Gon zdecydowanie pokręcił głową. Wyższy mężczyzna zmarszczył czoło.
– Rozumiemy. Po prostu słyszeliśmy, że chodzi o likwidację.
Qui-Gon nie odpowiedział; jego twarz pozostała niewzruszona.
– No to będzie pan wiedział, gdzie nas znaleźć, kapitanie – powiedział niższy.
Qui-Gon pozwolił, by odeszli parę kroków i zawołał za nimi:

background image

– A między nami mówiąc, był z nim Havac?
Pytanie wyraźnie ich zaskoczyło.
– Nie znam nikogo takiego, panie kapitanie – powiedział niższy. – Był tylko Cohl, jego 

rodiański pomagier i ci, których tu zatrudnił.

Drugi mężczyzna uśmiechnął się szeroko.
– No i ta kobieta.
Qui-Gon uniósł brew.
– Ach, więc ona też była.
Wyższy technik roześmiał się krótko.
– Gdyby wzrok mógł zabijać... ech! kapitanie...
Qui-Gon nawet nie spojrzał na Obi-Wana, zanim para techników nie wyszła z doku. 

Tym razem jednak kolejny ruch należał do Cindara.

– Szczęściarz z ciebie – powiedział humanoid, trzymając miotacz w taki sposób, że miał 

ich obu w polu rażenia.

– Nie powiedziałbym – odparł Qui-Gon.
– Nie miałeś tego usłyszeć – ciągnął Cindar. – Nie wiedziałem, że Cohl rzeczywiście 

był na Karfedionie.

– A zatem chodziło tylko o to, żeby nas zatrzymać z dala od Eriadu.
Cindar skrzywił się pogardliwie.
– I wygląda na to, że to koniec waszej podróży, Jedi. Co za pech, że zostawiliście 

miecze świetlne na pokładzie.

Qui-Gon rozłożył ręce.
– Chcieliśmy, żebyś poczuł się na tyle pewnie, by dobyć blaster i zdekonspirować się.
– Co takiego?
Obi-Wan   pstryknął   dyskretnie   palcami   w   kierunku   statku,   gdzie   rozległ   się   głośny 

brzęk. Cindar złapał przynętę i odwrócił się gwałtownie w tamtą stronę. Kiedy spojrzał z 
powrotem na Jedi, już ich nie było tam, gdzie wcześniej stali.

Zauważywszy Obi-Wana o dziesięć metrów na prawo, Cindar wcisnął spust, ale  Qui-

Gon przywołał Moc, by pchnąć trzymającą miotacz rękę i strzał poszedł w niebo. W tym 
samym momencie Obi-Wan przeskoczył nad głową Cindara i wylądował tuż za nim.

Cindar obrócił się na pięcie, gotów do strzału.
Obi-Wan zamaszystym kopniakiem wytrącił mu broń z ręki. Przykucnął, zakręcił się w 

kółko   i   wyprowadził   kolejnego   kopniaka,   trafiając   w   kolano   Cindara.   Krępy   humanoid 
przewrócił się na bok, ale szybko zerwał się na nogi i skoczył  do  przodu, atakując serią 
ciosów i kopniaków, które Obi-Wan blokował uniesionym przedramieniem i kolanem.

Zdenerwowany Cindar zarzucił ramiona na szyję Obi-Wana, stojąc twarzą do niego, ale 

po chwili obejmował tylko powietrze, bo szczupły Jedi wyśliznął się z uścisku. Straciwszy 
równowagę,   Cindar   potknął   się   i   wpadł   na   jedną   z   przypór   cumowniczych 
„Jastrzębionietoperza”.

Obi-Wan podskoczył i wylądował.
Cindar zaatakował. Miał w zanadrzu pewien plan.
Przewidując,   że   Obi-Wan   znów   skoczy,   zastopował   nagle   i   zamachnął   się   nogą. 

Trafiony w klatkę piersiową Obi-Wan poleciał w tył przewracając się na bok i lądując prosto 
na obu stopach, twarzą do Cindara. Humanoid natarł ponownie. Obi-Wan wykonał szybkie 
salto do tyłu, trafiając Cindara nogami prosto w szczękę.

Cindar zatoczył się do tylu i wpadł na tę samą przyporę cumowniczą. Unikając ciosów 

Jedi serią zwodów i skrętów, przykucnął, by nagle złapać Obi-Wana za prawą kostkę, nie 
zdążył jednak, bo ten kolejnym saltem odskoczył do tyłu.

Chwila   przerwy   w   walce   wystarczyła   Cindarowi   –   z   kabury   na   kostce   wyciągnął 

zapasowy miotacz.

background image

Pierwszy strzał trafił Obi-Wana w prawą nogę. Młody Jedi upadł na kolano. Qui-Gon 

pojawił   się   nagle   nie   wiadomo   skąd   i   odciągnął   go   z   toru   następnego   trafienia.   Pakiety 
skoncentrowanej energii rozszalały się po doku, tańcząc na ścianach i suficie. Cindar celował 
w Jedi, ale poruszali się zbyt szybko, żeby mógł ich trafić. Jego kolejne strzały odbiły się od 
podbrzusza „Jastrzębionietoperza” i wbiły w podłogę. I nagle ogień ustał.

Cindar   stał   na   wprost   Qui-Gona   i   Obi-Wana   z   rozbieganym   wzrokiem   i   wyrazem 

zaskoczenia na twarzy. Kiedy padł na twarz, zobaczyli osmaloną dziurę po laserowym strzale, 
który odbił się od podłogi i trafił go prosto w plecy.

Qui-Gon podszedł do ciała i sprawdził, czy Cindar daje znaki życia.
– Powiedział nam już wszystko, co mógł.
Obi-Wan podniósł się z podłogi, pomagając sobie zdrową nogą.
– Dokąd teraz, mistrzu? – zapytał.
Qui-Gon wskazał głową na „Jastrzębionietoperza”.
– Za kapitanem Cohlem. Na Eriadu.

– Karfedion? – zapytał zaskoczony Yoda. – Kolejna wyprawa, tak?
Saesee Tiin spojrzał na Yaddle, zanim odpowiedział:
– To ta sama wyprawa, która absorbowała go przez ostatnich kilka miesięcy.
Yoda   dotknął  warg   palcem   wskazującym,   zamknął  oczy   i   potrząsnął  głową  z 

niezadowoleniem.

– Znowu ten kapitan Cohl.
Jedenastu z dwunastu członków Rady Jedi zebrało się w swojej wysokiej wieży, gdzie 

za oknami słońce zachodziło za horyzont w feerii złocistych barw. Krzesło Adi Gallii było 
puste.

–   To   nie   w   stylu   Qui-Gona,   przeciwstawiać   się   wyraźnym   poleceniom   Rady   i 

Najwyższego Kanclerza – powiedział Pio Koon.

Yoda otworzył oczy i uniósł laskę.
– Nieprawda. Właśnie w jego stylu to jest. Zawsze do przodu, tam gdzie prowadzi go 

Żywa  Moc. Przyszłość nagnie się do działań  Qui-Gona... tak on myśli.  – Znów pokręcił 
głową.

– Jedyne realne niebezpieczeństwo polega na tym, że może pogłębić rozziew między 

Republiką a sektorem Seneksa – powiedział Oppo Rancisis. – Obawiam się, że wydarzenia na 
Asmeru i tak już postawiły Najwyższego Kanclerza w niezręcznej sytuacji.

– To decydujący moment – dodał Even Peill. – Vandron i inne rody arystokratyczne 

sektora   Senex   mogą   podać   Asmeru   jako   przykład   lekceważenia   samorządnych   sektorów 
przez   Republikę.   Cel,   jaki   postawił   sobie   Valorum...   zwiększenie   zaufania   do   Republiki 
wśród światów peryferyjnych... może zostać zaprzepaszczony.

Mace Windu już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy drzwi do turbowindy rozsunęły 

się i stanął w nich Ki-Adi-Mundi.

–   Przepraszam,   że   przeszkadzam,   mistrzu   Windu   –   powiedział   Cereańczyk   –   ale 

otrzymałem pilną wiadomość od Qui-Gon Jinna.

– Jaka to wiadomość? – zapytał Windu.
– Razem z Obi-Wanem udają się na Eriadu na pokładzie „Jastrzębionietoperza”.
Yoda wytrzeszczył oczy w udawanym zdumieniu.
– W kapitana Cohla Qui-Gon zamienił się!

background image

ROZDZIAŁ 24

Jako port handlowy, Eriadu przywykła do tego, że jej zanieczyszczone niebo przecinały 

setki statków. Szczyt handlowy sprawił jednak, że ruch powietrzny, zarówno na orbicie, jak i 
w atmosferze planety, pobił wszelkie rekordy.

Wśród   tysięcy   statków   czekających   na   kotwicy   nad   dzienną   stroną   planety   był 

zdezelowany koreliański frachtowiec, który w tej chwili stał się obiektem zainteresowania 
uzbrojonego po zęby statku oznaczonego emblematem władz celnych i imigracyjnych Eriadu. 
Między   statkiem   celników   a   frachtowcem   poruszała   się   jednoskrzydłowa  jednostka, 
dwukrotnie większa niż standardowy gwiezdny myśliwiec.

Rella i Boiny patrzyli, jak stateczek mija jeden z iluminatorów frachtowca na sterburcie. 

Ubrani   w   wysokie   do   kolan   buty,   spodnie,   bluzy,   kamizelki   i   miękkie   czapki   z   wąskim 
daszkiem wyglądali jak weterani przestrzeni.

– Załatwimy to po kolei – powiedziała Rella. – To nie tylko kwestia szkolenia, że 

celnicy są nieprzyjemni. Oni się tacy rodzą. – Spojrzała na Boiny'ego. – Mam jeszcze coś 
powtórzyć?

– Nie. Pójdę za tobą.
Przeszli do śluzy na sterburcie, czekając, aż się otworzy. W chwilę później na pokład 

weszło troje ludzi w jaskrawych mundurach i niesympatyczny dziki gad na czterech łapach, w 
elektronicznej obroży na szyi. Zwierzę strzeliło rozdwojonym językiem, liżąc powietrze.

Szefem celników okazała się białoskóra kobieta, szczupła i niemal równie wysoka jak 

Rella. Jasne włosy miała ściągnięte do tyłu i splecione w długi warkocz.

– Weźcie Czaka na rufę i stamtąd idźcie do przodu – poleciła swym towarzyszom. – Nie 

popędzajcie go. Oznaczcie każdy przedmiot, który zwróci jego uwagę. Zbadamy je później.

Dwaj   celnicy   i   niuchacz   skierowali   się   na   tył   statku.   Zwierzchniczka   patrzyła,   jak 

wychodzą a następnie przeszła za Rellą i Boinym do sterowni frachtowca.

– Proszę pokazać manifest przewozowy – poleciła, wyciągając prawą rękę w stronę 

Relli.

Rella  wyjęła  datakartę  z kieszonki  na piersi i położyła  na dłoni kobiety.  Celniczka 

włożyła kartę do przenośnego czytnika i zaczęła studiować niewielki ekran urządzenia. Z rufy 
dobiegło ich nagle głośne warczenie.

Celniczka obejrzała się przez ramię.
– Wasz niuchacz musiał zwęszyć nasz kambuz – powiedział wesoło Boiny.
Poważna twarz naczelniczki nie zmieniła wyrazu.
–   Nie   rozumiem   tego   –   powiedziała   po   chwili,   stukając   w   ekran   końcem   palca. 

Spojrzała podejrzliwie na Rellę. – Co dokładnie pani przywozi, pani kapitan?

Rella wycelowała w nią miotacz.
– Kłopoty.
Oczy kobiety rozszerzyły się ze zdumienia. Hałas za plecami zmusił ją, by się obejrzała. 

Na   widok   jej   zaskoczonej   twarzy   dwóch   potężnie   zbudowanych   ludzi   i   jeden   Gotal 
wyszczerzyło zęby w uśmiechu.

– Tamci dwaj są na rufie – powiedział Lope. – Zwierzak nie żyje.
– Dobra robota – pochwaliła Rella, zręcznie rozbrajając celniczkę.
Przyciskając broń do jej żeber, poprowadziła ją ku konsoli łączności.
– Chcę, żebyś wywołała swój statek – wytłumaczyła po drodze. – Powiedz temu, kto 

tam teraz dowodzi, że odkryłaś kontrabandę i chcesz, żeby przysłali tu jak najszybciej całą 
załogę inspekcyjną.

Kobieta próbowała się odwrócić twarzą do Relli, ale ta tylko zacisnęła uchwyt i pchnęła 

ją na fotel przy stanowisku łączności.

background image

– Do roboty – warknęła.
Po chwili wahania zrezygnowana kobieta zgodziła się i wywołała swój statek.
– Całą załogę? – zapytał jej rozmówca z niedowierzaniem. – Aż tak źle?
– Aż tak źle – potwierdziła celniczka, nachylając się nad mikrofonem.
Rella przerwała połączenie i cofnęła się o krok, przyglądając się kobiecie.
– Potrzebny mi twój mundur.
Celniczka spojrzała na nią.
– Mój mundur?
Rella poklepała ją po ramieniu.
–   Grzeczna   dziewczynka.   –   Odwróciła   się   w   stronę   Boiny'ego   i   pozostałych.   – 

Zajmijcie pozycję przy śluzie i bądźcie gotowi powitać gości.

Najemnicy odbezpieczyli miotacze i wybiegli ze sterowni.
Niecały kwadrans później przebrana w mundur służby celnej Rella weszła na mostek 

jednostki   celnej   i   omiotła   wzrokiem   instrumenty   pokładowe.   Podopieczna   Boiny'ego   – 
celniczka   –   weszła   za   nią   w   kajdankach   ogłuszających   i   ubraniu   Relli.   Boiny   popchnął 
kobietę   na   fotel   pierwszego   oficera   i   przycisnął   zakończony   przyssawką   palec   do 
miniodbiornika, który miał w prawym uchu.

– Lope pyta, co ma zrobić z inspektorami – powiedział do Relli.
–   Powiedz,   żeby   ich   zamknął   w   ładowni   rufowej   frachtowca   –   odpowiedziała,   nie 

odrywając wzroku od przyrządów.

Usiadła w fotelu pilota i dopasowała go do swojego wzrostu. Brudna tarcza Eriadu 

wypełniała przedni iluminator. Rella włączyła stację łączności i odwróciła się do celniczki.

– Nadaj wiadomość, że wysyłasz ładunek skonfiskowanych dóbr w dół studni. Powiedz, 

że chcesz, żeby ładunek został natychmiast przetransportowany do budynku odprawy celnej i 
poddany inspekcji... i żeby podstawili dla ciebie sanie repulsorowe.

Celniczka prychnęła.
– To wbrew procedurze. Nie zrobią tego.
Rella uśmiechnęła się.
–  Dzięki  za   ostrzeżenie.  Tym   razem   jednak  zrobią   co  trzeba,   bo  ci   na  dole  to   też 

członkowie   mojego   zespołu.   –   Dała   kobiecie   chwilę   na   przetrawienie   tej   informacji.   – 
Przyglądaj mi się spode łba, ile chcesz, ale w końcu i tak zrobisz, co ci każę.

Celniczka  pochyliła  się  nad  mikrofonem,   najwyraźniej   mając   nadzieję,  że  Rella   się 

myli. Jednak po wysłuchaniu jej wiadomości głos po drugiej stronie odpowiedział:

– Sanie będą na panią czekać.
Celniczka spojrzała wzburzona na Rellę.
– Myślisz, że nikt nie wie, że weszliśmy na pokład waszego statku?
– Zdaję sobie z tego sprawę, że wiedzą – odparła Rella. – Ale nie będziemy czekać do 

wieczora, żeby zrobić to, po co tu przylecieliśmy.

Zapięła pasy bezpieczeństwa kobiety w taki sposób, że ta prawie nie była w stanie się 

poruszyć.   Następnie   wzięła   od   Boiny'ego   kawałek   taśmy   samoprzylepnej,   którą   zalepiła 
celniczce usta.

– Przez chwilę musisz siedzieć cicho – powiedziała, pochylając się, by jej oczy znalazły 

się na poziomie wzroku celniczki. – To nie potrwa długo.

Razem   z   Boinym   przeszła   do   niewielkiej   kabiny   na   rufie   jednostki.   Cohl   i   jego 

najemnicy   już   tam   byli,   wciśnięci   pomiędzy   pół   tuzina   dwumetrowych   cylindrów 
załadunkowych,   które   przenieśli   z   frachtowca.   Wszyscy   nosili   maski   recyrkulacyjne   i 
kombinezony kosmiczne z kuloodpornymi kamizelkami pod spodem.

– Czy to konieczne? – spytał Cohla jeden z mężczyzn, wskazując na stojące pionowo 

rury.

– Pewnie wolałbyś przedrzeć się przez celników pod osłoną ognia?

background image

– Nie, kapitanie – odparł mężczyzna ponuro. – Po prostu nie lubię ciasnych przestrzeni.
Cohl roześmiał się niewesoło.
– Radzę ci się przyzwyczaić. Zaczynają się schody.
Mężczyzna niechętnie otworzył wąską klapę tuby i wcisnął się do środka.
– Jak w trumnie!
–   W   takim   razie   ciesz   się,   że   jesteś   żywy   –   skwitował   Cohl,   zamykając   klapę   od 

zewnątrz.

Pozostali zaczęli włazić do rur równie niechętnie.
– Ty też, Cohl – powiedziała Rella.
– Żałuję, że nie mogę do pana dołączyć, kapitanie – uśmiechnął się Boiny.
Cohl skrzywił się.
– Masz szczęście, że wśród inspektorów był Rodianin, inaczej wcisnąłbym cię razem z 

Lopem. – Odwrócił się w stronę Relli. – Naprawdę nie wiem, jak byśmy sobie z tym poradzili 
bez ciebie.

Spojrzała na niego koso.
– Daruj sobie, Cohl. Chcę tylko wydostać nas stąd całych i zdrowych. 
Wszedł do pojemnika.
– Naprawdę, nie zasługuję na ciebie.
– Pierwszy raz nie kłamiesz. Ale taka już jestem. – Sięgnęła do tuby, by poprawić 

kołnierz skafandra Cohla. – Lepiej, żebyś się nie przeziębił.

Cohl wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Zaplombowała tubę załadowczą i spojrzała na Boiny'ego.
– Przygotuj statek do opuszczenia orbity.
Zgodnie   z   obietnicą   sześć   par   sani   repulsorowych   czekało   na   jednostkę   celną   gdy 

wylądowali w kosmoporcie Eriadu.

Spętana tylko kajdankami ogłuszającymi celniczka pierwsza wysiadła ze statku.
Rzuciła   okiem   na   humanoida   i   obcego,   którzy   obsługiwali   sanie,   i   zachłysnęła   się 

własnym oddechem.

– Kim jesteście? – zapytała z mieszaniną zaskoczenia i niesmaku.
– Lepiej, żebyś tego nie wiedziała – mruknęła Rella, która znalazła się tuż za nią.
Kiwnęła na Boiny'ego, który przyłożył małą strzykawkę do karku celniczki i wstrzyknął 

jej   niewielką   porcję   przezroczystego   płynu.   Kobieta   w   jednej   chwili   opadła   bezwładnie, 
podtrzymywana przez Boiny'ego.

– Schowaj  ją w  jednym  z pustych  cylindrów  ładunkowych  – poleciła  Rella.  – Dla 

pewności zabierzemy ją ze sobą.

Wskoczyła na jedne z sań repulsorowych.
– Musimy się spieszyć – ostrzegła terrorystów z naziemnego kontyngentu Havaca. – 

Nie trzeba będzie długo czekać, by znaleźli i przeszukali frachtowiec.

Podjechała   saniami   do   włazu   na   rufie   jednostki   celnej,   którą   ktoś   już   wcześniej 

otworzył.   Wskoczyła   więc   do   ładowni   i   zastukała   o   matową   powierzchnię   kontenera,   w 
którym schowany był Cohl.

– Już niedługo – powiedziała cicho.
Kiedy   wyładowali   przypominające   trumny   pojemniki,   flotylla   sań   repulsorowych 

ruszyła przez durabeton lądowiska ku magazynowi celnemu, gdzie kolejna grupa terrorystów 
Havaca pilnowała rozsuwanych drzwi.

Wszędzie   dookoła   startowały   i   lądowały   statki.   Bliżej   terminali   kosmoportu 

pasażerowie   wysiadali   z   wahadłowców,   które   przeniosły   ich   z   transportowców 
zakotwiczonych na orbicie. Wszędzie pełno było robotów protokolarnych i transportowych, a 
także  agentów  ochrony,  oczekujących  na  dyplomatów   i dygnitarzy  przechodzących  przez 
odprawę.   Stłoczone   przy   barierze   ogłuszającej   wokół   kosmoportu   grupy   demonstrantów 

background image

głośno wyrażały swoje niezadowolenie,  machając transparentami  i skandując hasła. Sanie 
repulsorowe   wpłynęły   rzędem   do   magazynu,   a   brama   natychmiast   zasunęła   się   za   nimi. 
Operatorzy   sań   zaczęli   odplombowywać   cylindry,   które   otwierały   się   z   głośnym   sykiem 
wyrównywanego ciśnienia.

Cohl wygramolił się ze swojego cylindra, zerwał maskę recyrkulatora i zeskoczył na 

pokrytą   kurzem   podłogę,   rozglądając   się   wokół   wyczekująco.   W   magazynie   śmierdziało 
gazami wylotowymi statków kosmicznych i węglowodorami.

– Punktualnie jak zawsze, kapitanie – powitał go Havac, który wyłonił się wraz ze 

swym   oddziałem   zza   palisady   poustawianych   jeden   na   drugim   kontenerów.   Ubrany   w 
kolorowy turban i szal, zza których  widać było  tylko  oczy,  przywódca  Frontu Mgławicy 
ruszył w kierunku nieruchomych teraz sań repulsorowych. Stanął jak wryty, gdy zobaczył 
Rellę.

– Myślałem, że się wycofałaś.
– Miałam zanik pamięci – powiedziała. – Ale szybko dochodzę do siebie.
Havac obejrzał zgromadzonych najemników i odwrócił się do Cohla.
– Będą wykonywać rozkazy?
– Jeśli będziesz ich regularnie karmił – zapewnił Cohl.
–   Co   mamy   zrobić   z   tą   lalą?   –   zapytał   Lope,   wskazując   na   nadal   nieprzytomną 

celniczkę.

– Zostaw  ją tutaj – odpowiedział  mu Havac. – Zajmiemy  się nią – Odwrócił się z 

powrotem   w   stronę   Cohla.   –   Kapitanie,   proszę   za   mną.   Omówimy   pański   udział   w   tej 
operacji.

– W porządku – odparł Cohl.
Havac spojrzał na Lope'a i pozostałych najemników.
– Reszta z was niech tu zaczeka. Jak wrócę, zrobimy odprawę.

background image

ROZDZIAŁ 25

W zastrzeżonej strefie kosmoportu Adi Gallia wyszła na spotkanie Qui-Gona i  Obi-

Wana, gdy wysiadali z ostronosego wahadłowca, którym dostali się na powierzchnię planety.

– Ulubiony Jedi Wysokiej Rady – powiedziała Adi, gdy Qui-Gon podszedł bliżej, z 

brodą i płaszczem rozwichrzonymi przez wiatr. – Spodziewałam się podświadomie, że razem 
ze swoim wiernym padawanem wylądujecie, ostrzeliwując się, kanonierką kapitana Cohla.

– Zostawiliśmy „Jastrzębionietoperza” na orbicie – odparł Qui-Gon bez śladu wesołości 

w głosie. – Jak wygląda sytuacja tutaj?

– Mistrz Tiin, Ki-Adi-Mundi, Vergere i paru innych są w drodze z Coruscant.
Qui-Gon oparł ręce na biodrach.
– Poprosiłaś ochronę o przeszukanie koreliańskich frachtowców?
Adi spojrzała na niego nieszczęśliwym wzrokiem.
– Wiesz, ile koreliańskich frachtowców krąży w tej chwili po orbicie? Jeśli nie podasz 

im numerów rejestracyjnych albo charakterystyki napędu, małe mamy szanse, że uda im się 
coś znaleźć. W obecnej sytuacji przeszukanie każdego z tych statków zajęłoby celnikom i 
ochroniarzom tydzień.

– A co z kapitanem Cohlem?
Adi pokręciła głową tak gwałtownie, że woal umocowany do ciasnego czepka zakrył na 

chwilę jej urodziwe rysy.

–   Nikt,   kto   odpowiadałby   opisowi   Cohla,   nie   przechodził   przez   odprawę   po 

wylądowaniu na Eriadu.

–   Może   przylecieliśmy   pierwsi,   mistrzu?   –   zasugerował   Obi-Wan.   – 

„Jastrzębionietoperz” to chyba najszybszy statek, jakim leciałem.

Adi czekała na odpowiedź Qui-Gona, który pokręcił przecząco głową.
– Cohl gdzieś tu jest. Wyczuwam jego obecność.
Troje Jedi rozejrzało się dookoła, rozciągając swoje czucie w Mocy.
– Wyczuwam tyle zakłóceń, że nie mogę się na niczym skoncentrować – powiedziała 

Adi po dłuższej chwili.

W spojrzeniu Qui-Gona pojawiła się determinacja.
– Musimy przekonać Najwyższego Kanclerza, by pozwolił nam zająć miejsce Straży 

Senackiej u jego boku. To nasza jedyna nadzieja.

Havac prowadził ich długim korytarzem. Pod jedną ścianą leżało kilkunastu związanych 

i   zakneblowanych   celników,   z   oczami   przesłoniętymi   opaskami,   którzy   mimo   knebli 
próbowali wydawać z siebie stłumione jęki gniewu, gdy Cohl, Rella i Boiny przechodzili 
obok   nich.   Havac   doprowadził   ich   w   końcu   do   pomieszczenia,   w   którym   mieściła   się 
niewielka siłownia magazynu.

Otworzył drzwi i gestem zaprosił wszystkich do środka. Migające nad głową urządzenia 

oświetlały hałaśliwy generator i rzędy nierozpakowanych skrzyń. W pomieszczeniu cuchnęło 
smarami i płynnym paliwem.

Zachowanie Havaca zmieniło się w jednej chwili, gdy tylko zamknął za sobą drzwi. 

Odwinął pas tkaniny, który zakrywał mu twarz, i rzucił go na podłogę. Cohl przyglądał mu 
się z ciekawością.

– Coś się zrobił taki nerwowy, Havac?
– To przez ciebie – odparł rozzłoszczony Havac. – Omal nie zepsułeś wszystkiego.
Cohl wymienił szybkie spojrzenia ze swoimi towarzyszami i zapytał:
– Co ty pleciesz?
Havac z trudem się opanował.

background image

–  Jedi  dowiedzieli   się,  że  kompletujesz   grupę  zamachowców   i  że  planujesz coś   na 

Eriadu. Gdzie nie popatrzysz w HoloNecie, tam widać twoje zdjęcie!

– Znowu Jedi. – Cohl zmrużył oczy, patrząc na Havaca. – Myślałem, że ty i Cindar 

odciągniecie ich uwagę.

– I zrobiliśmy, co do nas należało. Zwabiliśmy Jedi na Asmeru, udało nam się nawet 

ściągnąć tam część tych, którzy przylecieli na Eriadu. Ale ty! Ty zostawiłeś za sobą taki ślad, 
że nawet amator by cię wytropił, a teraz przez ciebie Cindar zginął.

– Wybacz, że się nie rozpłaczę – powiedział beznamiętnie Cohl.
Havac zignorował jego uwagę i zaczął chodzić w tę i z powrotem.
– Musiałem zmodyfikować cały plan. Gdyby nie pomoc naszego doradcy...
– Wyluzuj się, Havac – przerwał mu Cohl. – Bo dostaniesz zawału.
Havac stanął za plecami Relli i wycelował palec w Cohla.
– Będę musiał wykorzystać tych, których dostarczyłeś, dla odciągnięcia uwagi.
Cohl skrzywił się zjadliwie.
–   Nie   mogę   na   to   pozwolić,   Havac.   Nie   po   to   ich   tu   przywiozłem,   żeby   się   dali 

powystrzelać jak kaczki. Ufają mi.

– Pociesz się, że umrą bogaci, Cohl. Zresztą nie obchodzi mnie, na co możesz pozwolić, 

a na co nie. Nie będziesz mi się tu wtrącał.

Cohl roześmiał się.
– A jak zamierzasz mnie powstrzymać? – Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
– Ani kroku dalej!
Havac chwycił nagle miotacz Relli. Spróbowała się odwrócić, ale nie zdążyła. Havac 

chwycił ją lewą ręką za szyję i przycisnął blaster do jej skroni.

Cohl zatrzymał się gwałtownie i zaczął powoli odwracać w jego stronę. Boiny był  w 

mniej więcej tej samej odległości od Havaca co on, ale żaden z nich nie zaryzykował ruchu.

– Nie masz dość ikry do takiej roboty, Havac – powiedział Cohl spokojnym głosem. – 

Odłóż blaster i puść ją.

Havac tylko zacisnął uścisk na szyi Relli. Chwyciła obiema rękami jego przedramię.
–   Sam   powiedziałeś,   kapitanie...   każdego   można   zabić.   Zrobię   to,   jeśli   spróbujesz 

wyjść. Przysięgam, że to zrobię.

Cohl spojrzał na Boiny'ego, zanim odpowiedział:
– Havac, zastanów się. Nie jesteś głupi, zgadza się? To nas wynająłeś do mokrej roboty.
Twarz Havaca była czerwona od gniewu i paniki; trząsł się cały.
– Nie doceniasz mnie. Nigdy mnie nie doceniałeś.
– Dobra – zgodził się Cohl. – Może masz rację. Ale to nie oznacza...
– Przykro mi, że tak musi być – przerwał mu Havac. – Ale jeśli chodzi o zabezpieczenie 

interesów  Odległych  Rubieży,  ludzie  tacy jak ty czy Rella  przestają się dla mnie  liczyć. 
Zresztą nasz doradca woli, żebyśmy pozostawili jak najmniej śladów.

Drzwi   się   otworzyły   i   dwóch   towarzyszy   Havaca   wpadło   do   środka   z   miotaczami 

gotowymi do strzału.

Cohl dostrzegł gorycz w pięknych ciemnych oczach Relli.
– Och, Cohl – powiedziała smutnym, cichym głosem.
Nagle Havac odwrócił blaster i strzelił.
Strzał minął Rellę i trafił w pierś Cohla. Drugi strzał poszedł w ścianę za jego plecami i 

odbił się rykoszetem w głąb pomieszczenia. Skręcając całe ciało, Cohl rzucił się na dwóch 
mężczyzn przy drzwiach, powalając obydwu naraz.

W tej samej chwili Rella zgięła prawą nogę, trafiając Havaca w krocze. Zatoczył się do 

tyłu, z trudem łapiąc oddech, ale nie puścił miotacza. Boiny rzucił się w stronę Relli, by ją 
pchnąć na podłogę, ale Havac zaczął strzelać wściekle, trafiając Rellę w szyję, a Boiny'ego w 
skroń.

background image

Walcząc z mężczyznami, których przewrócił, Cohl usłyszał strzały i zobaczył, jak Rella 

pada bezwładnie na ziemię. Wściekłość dodała mu sił. Wyrywał blaster z dłoni jednego z 
mężczyzn   i   zabił   go   strzałem   prosto   w   twarz.   Drugi   mężczyzna   przeturlał   się   i   wstał; 
przykucnięty, posłał serię w stronę Cohla. Cohl poczuł nagle piekący ból w udzie, brzuchu i 
na czole. Poleciał plecami na ścianę i powoli osunął się na podłogę, wypuszczając z ręki 
blaster.

W drugim końcu pomieszczenia Boiny jęknął i przewrócił na plecy. Z rany w głowie 

zaczęła się sączyć krew.

Spod półprzymkniętych powiek Cohl patrzył na Rellę. Pojedyncza łza zakręciła się w 

kąciku   jej   oka   i   spłynęła   po   policzku.   Cohl   wyciągnął   rękę   w   jej   stronę,   ale   nie   zdołał 
utrzymać jej pionowo; opadła na bok jak martwy kloc.

– Havac – powiedział Cohl słabym głosem, zanim głowa opadła mu na pierś.
Roztrzęsiony Havac puścił blaster Relli, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że go 

trzymał. Spojrzał rozszerzonymi oczami na swojego towarzysza.

– Czy... czy ona nie żyje?
Trzymając   broń   w   pogotowiu,   mężczyzna   podszedł   najpierw   do   Relli,   potem   do 

Boiny'ego i na końcu do Cohla.

– Tak, a tych dwóch wkrótce do niej dołączy. Co mamy z nimi zrobić?
Havac głośno przełknął ślinę.
– Władze poszukują kapitana Cohla – wyjąkał. – Może powinniśmy im pozwolić, by go 

znaleźli.

– A reszta? Ci, których Cohl przywiózł ze sobą?
Havac   zastanawiał   się   krótko.   Podniósł   szarfę,   którą   upuścił   na   podłogę,   i   zaczął 

okręcać ją wokół dolnej części twarzy.

– Wiedzą o mnie tylko tyle, że nazywam się Havac – powiedział, ruszając w stronę 

drzwi.

Umundurowany oddział eriaduańskiej  straży eskortował  Qui-Gona, Obi-Wana i Adi 

Gallię do silnie strzeżonych drzwi tymczasowej kwatery Najwyższego Kanclerza Valoruma w 
majestatycznym domu namiestnika gubernatora, Tarkina.

Sei Taria wprowadziła ich dalej.
– Nie miałem okazji osobiście podziękować wam za akcję pod budynkiem senatu – 

powiedział Valorum do Qui-Gona. – Gdyby nie wy i mistrzyni Gallia, pewnie nie stałbym tu 
dzisiaj.

Qui-Gon skłonił głowę w geście podziękowania i szacunku.
– Moc była z panem tego dnia, panie kanclerzu. Nie jesteśmy jednak przekonani, czy 

zagrożenie   zostało   wyeliminowane.   Mamy   powody   wierzyć,   że   atak   na   placu   został 
pomyślany po to, by zwabić siły policyjne Republiki do sektora Seneksa, odciągając  tym 
samym naszą uwagę od podobnego planu, który Front Mgławicy ma nadzieję zrealizować na 
Eriadu.

Valorum zmarszczył krzaczaste brwi,
– Atak na mnie w tym miejscu podkopałby wątłe poparcie, jakim cieszy się dziś Front 

na Odległych Rubieżach.

–   Front   Mgławicy   nie   więcej   wiary   pokłada   w   Republice   niż   w   koalicji   światów 

peryferyjnych – odpowiedział Qui-Gon spokojnie, ale zdecydowanie. – Atakując pana tutaj, 
Front  może   liczyć   na  to,   że   Republika   straci   wszelkie   zainteresowanie   strefami   wolnego 
handlu,   kładąc   tym   samym   podwaliny   dla   ruchów   separatystycznych   na   Odległych 
Rubieżach. – Zacisnął usta. – Wiem, że to wbrew wszelkiemu rozsądkowi, panie kanclerzu, 
ale wygląda na to, że Front Mgławicy przestał kierować się rozsądkiem.

Valorum odszedł parę kroków od Qui-Gona, a potem odwrócił się raptownie.

background image

– W takim razie do mnie należy przekonanie delegatów z sektorów peryferyjnych, by 

poluzowali jarzmo, które nałożyły na nie Federacja Handlowa i Front Mgławicy.

– Najwyższy Kanclerzu – wtrąciła Adi – czy zgodzi się pan przynajmniej rozważyć 

możliwość przełożenia pańskiej mowy otwierającej szczyt do czasu, gdy zdołamy ustalić, co 
planuje Front Mgławicy? Istnieje możliwość, że zamachowcy zdołali spenetrować tutejsze 
środki bezpieczeństwa.

Valorum potrząsnął głową.
–   Nawet   nie   chcę   o   tym   słyszeć.   Na   tym   etapie   wszelkie   odejście   od   ustalonego 

porządku zostałoby poczytane za słabość albo wahanie. – Spojrzał na trójkę Jedi. – Przykro 
mi. Zdaję sobie sprawę, że działacie w moim najlepszym interesie, ale dla dobra Republiki nie 
mogę pozwolić, byście mieszali się w tę sprawę.

Adi skłoniła głowę.
– Uszanujemy pańskie życzenie, Najwyższy Kanclerzu.
Jedi odwrócili się i wyszli z sali.
Gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi, Qui-Gon powiedział:
– Musimy natychmiast udać się do budynku, w którym ma się odbyć szczyt i zobaczyć, 

czy nie zdołamy tam się czegoś dowiedzieć.

background image

ROZDZIAŁ 26

–   Jeśli   zamach   na   Valoruma   nie   sprawił,   że   uwaga   całego   szczytu   skupiła   się   na 

kanclerzu, to sprawa Asmeru na pewno tak – powiedział do Palpatine'a senator Bor Gracus ze 
Sluis Van. Posuwali się powoli w tłumie pozostałych delegatów w kierunku skanerów służb 
granicznych kosmoportu Eriadu.

Delegaci rasy ludzkiej i obcych ras stali w kolejce, ubrani w stroje i nakrycia głowy z 

najprzedniejszych   tkanin   –   nie   wyłączając   Palpatine'a   i   jego   tymczasowego   towarzysza, 
noszących podobne bogato zdobione płaszcze o szerokich rękawach i wysokich podwójnych 
kołnierzach.

Sate Pestage i Kinman Doriana, też w czarnych płaszczach, trzymali się tuż za plecami 

Palpatine'a.

– Słyszałem pewne plotki... wielu delegatów ze światów Jądra i Wewnętrznych Rubieży 

uważa, że działania Najwyższego Kanclerza na Asmeru były zuchwałą próbą przypodobania 
się Federacji Handlowej.

Gracus był tęgim mężczyzną o wyłupiastych oczach i kartoflowatym nosie. Dumą jego 

ojczystego   świata   była   niewielka,   ale   kwitnąca   stocznia.   Podobnie   jak   inne   planety   na 
Rimmiańskim szlaku handlowym i w jego pobliżu, Sluis Van uważała, że sprawa przyszłego 
importu jest rozstrzygnięta.

– Plotki są wtedy cenne, gdy są trafne – odpowiedział po chwili Palpatine. – Najwyższy 

Kanclerz Valorum nie popiera nieuczciwych praktyk handlowych.

– Nieuczciwych, tak? Nie słyszałem, żeby pan wiwatował, gdy Valorum wygłosił swoją 

mowę, wychwalając korzyści, jakie przyniesie opodatkowanie stref wolnego handlu.

– To nie oznacza, że tak nie uważam – powiedział Palpatine opanowanym głosem.
– Jednak, podobnie jak pana, moja pozycja zmusza mnie do wygłaszania opinii tych, 

których reprezentuję, a Naboo jest na razie niezdecydowana.

Gracus spojrzał na niego spod oka.
– Chciał pan powiedzieć, że król Veruna jest niezdecydowany.
– Jego kłopoty dopiero się zaczęły, co do tego nie mam wątpliwości. Nasz regent jest 

zbyt   mocno   zamieszany   w   skandal,   by   zastanawiać   się   nad   sprawami   o   znaczeniu 
wykraczającym   poza   problemy   Naboo.   Zapomina,   że   większość   naszego   importu 
inwestycyjnego,   a   także   części   artykułów   spożywczych,   zależy   od   Federacji   Handlowej. 
Naboo ryzykuje równie wiele, jeśli nie więcej, niż inne światy peryferyjne, przeciwstawiając 
się   Federacji.   Musiałem   długo   przekonywać   króla,   że   moja   obecność   na   szczycie   jest 
niezwykle ważna.

–   Jest   pan   ogromnie   rozważny,   senatorze   –   powiedział   Gracus   głosem,   w   którym 

łagodne zniecierpliwienie walczyło o lepsze z podziwem. – Odpowiada pan na moje pytanie, 
nie odpowiadając na nie. Popiera pan Valoruma, a jednak go pan nie popiera. – Kiedy stało 
się   oczywiste,   że   Palpatine   nie   zamierza   odpowiedzieć,   Gracus   dodał:   –   Jak   rozumiem, 
rozmawiał   pan   z   Najwyższym   Kanclerzem   w   kwestii   wysłania   zbrojnego   oddziału   na 
Asmeru.

– Delegacji dyplomatycznej – poprawił go Palpatine.
– Jak byśmy tego nie nazwali, nie może pan zmienić wszystkiego, co tam zaszło. I nie 

może pan zaprzeczyć, że wygląda to raczej na misję siłową niż pokojową.

Palpatine machnął lekceważąco ręką.
– Informacje na temat tego, co tam zaszło, są w najlepszym wypadku skąpe. Co więcej, 

zapomina pan, że próbując zabić Najwyższego Kanclerza, Front Mgławicy zadarł z samą 
Republiką.

– Tak przynajmniej twierdzi Valorum – mruknął Gracus.

background image

–   Delegacja   została   zaatakowana   i   zareagowała   w   sposób   stosowny   do   sytuacji   – 

wyjaśnił Palpatine.

Gracus prychnął pogardliwie.
– Też mi  usprawiedliwienie!  Valorum wykorzystał  ten incydent,  by uprzedzić atak. 

Uniemożliwiając   Frontowi Mgławicy zakłócenie   szczytu,  nakłania  jednocześnie  Federację 
Handlową   do   zaakceptowania   opodatkowania.   Podejrzewam   też,   że   miał   i   inne   powody. 
Wszyscy   spodziewali   się,   że   rody   Seneksa   zaprotestują   przeciwko   pogwałceniu   ich 
terytorium, ale jak dotąd siedzą cicho. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że Valorum 
dogadał się z rodem Vandron. W zamian za brak protestów w sprawie Asmeru senat – a 
przynajmniej Valorum – mógłby przymknąć oko na powtarzające się przypadki naruszania 
Praw   Istot   Rozumnych   przez   ród   Vandron   i   uchylić   ograniczenia   uniemożliwiające 
Seneksowi handel ze światami Republiki.

–   Czy   chodzi   o   niewolnictwo,   czy   o   przemyt   przyprawy,   światy   Jądra   niezbyt   się 

interesują   niesprawiedliwościami   na   Odległych   Rubieżach   –   powiedział   Palpatine 
zmęczonym głosem. – Niezależnie od pogwałceń, planety Republiki chętnie handlowałyby z 
Seneksem, gdyby Senex miał coś wartościowego do zaproponowania. Gdyby tak nie było, 
Federacja Handlowa rozpadłaby się dawno temu. Jednak w rzeczywistości Neimoidianie i 
reszta stali się niezastąpieni jako dostawcy dla światów Jądra.

Gracus wyglądał na podenerwowanego.
– Cóż – prychnął – na światach Odległych Rubieży jednak wrze. Nawet ci, którzy nie 

popierają otwarcie Frontu Mgławicy, potępiają samowolną interwencję Republiki na Asmeru.

Palpatine uśmiechnął się dwuznacznie.
–   Jestem   pewien,   że   Najwyższy   Kanclerz   rozwieje   wszystkie   obawy   w   swojej 

przemowie do delegatów.

– Nie możemy się doczekać, co ma nam do powiedzenia – powiedział z przekąsem 

Gracus. – Wiadomo, że kiedy jedną ręką chce ukarać Federację Handlową opodatkowaniem, 
drugą głaszcze ją, eliminując jej najpoważniejszego przeciwnika.

Palpatine nie tracił dobrego humoru.
– Czasem trzeba reagować natychmiast. Najbardziej drobiazgowe plany nie pozwalają 

przewidzieć wszystkiego. – Patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. – Świat wokół nas 
nieustannie się zmienia, senatorze. W jednej chwili jesteśmy po stronie światła, by za chwilę 
znaleźć   się   w   mroku.   Sami   musimy   szukać   dróg   wyjścia.   Gdyby   można   naprawdę 
przewidzieć przyszłość... gdyby ktoś został obdarzony tak niezwykłą mocą... wówczas, być 
może, można by nagiąć przyszłość w tę czy inną stronę. Na razie jednak idziemy przed siebie, 
potykając się, po omacku, jak ślepcy szukając prawdy.

Gracus prychnął.
– Może powinien pan rozważyć swoją kandydaturę na stanowisko kanclerza, senatorze.
Palpatine pokręcił głową.
– Zadowala mnie odgrywanie mojej własnej roli za kulisami.
–   Do   czasu,   jak   przypuszczam   –   mruknął   Gracus,   gdy   Palpatine   wyprzedził   go   w 

kolejce.

Czerwone   oczy   Nate'a   Gunraya   wędrowały   po   rzędach   delegatów   oczekujących   w 

kolejce do prymitywnych eriaduańskich urządzeń skanujących. Jego wzrok spoczął na dwóch 
senatorach rasy ludzkiej – jeden był okrągły i plebejski, drugi wyprostowany i wyrafinowany 
–   zatopionych   w   ożywionej   wymianie   zdań.   Spojrzał   w   dół   ze   swego  mechanofotela   na 
senatora Lotta Doda.

– Kim jest ten człowiek w granatowym płaszczu... tam, co rozmawia z tym drugim, 

tęgim?

Dod podążył wzrokiem za palcem wskazującym wicekróla.

background image

– To senator Palpatine z Naboo.
– Nasz przyjaciel?
Dod pokręcił głową z powątpiewaniem.
– Robi wrażenie zwolennika umiarkowanego kursu, wicekrólu. Słyszałem jednak, że 

namawiał kanclerza Valoruma do wysłania sił policyjnych do sektora Seneksa.

– A zatem potencjalny przyjaciel – powiedział Gunray.
– Wkrótce przekonamy się, kto zajmuje jaką pozycję.
Za   nimi,   przykucnięty   na   durabetonie,   stał   wahadłowiec,   którym   przylecieli   na 

powierzchnię – statek o organicznym wyglądzie, na czterech wielostawowych, uzbrojonych w 
pazury łapach ładowniczych, z dwoma przypominającymi oczy otworami wentylacyjnymi i 
generatorem tarczy, który wyrastał z tylnej części płaskiego kadłuba jak uniesiony ogon.

Gunray   i   Dod   mieli   na   sobie   ceremonialne   szaty,   płaszcze   i   tiary   –   karmazynowy 

kaszmir   dla  wicekróla,   głęboki   fiolet   dla   senatora.   Z   przodu,   z   tyłu   i   po   obu   bokach 
maszerowały   roboty   strażnicze   z   karabinami   blasterowymi   przewieszonymi   przez   ramię. 
Roboty   były   odpowiedzią   Neimoidian   na   zaoferowane   im   przez   Eriadu   środki 
bezpieczeństwa. Ponadto Dyrektoriat Federacji Handlowej nalegał na zainstalowanie małego 
generatora tarczy w przydzielonej im części sali, w której miał odbywać się szczyt.

Jeden   rzut   oka   na   demonstrantów   oblepiających   mur   wokół   kosmoportu   przekonał 

Gunraya,   że   członkowie   dyrektoriatu   wykazali   się   godną   pochwały   przezornością,   mimo 
śmieszności, na jaką narazili się w opinii kolegów z galaktycznego senatu.

Pozostała   szóstka   członków   dyrektoriatu,   eskortowana   przez   eriaduańskich   agentów 

ochrony, prowadziła orszak Federacji Handlowej w stronę terminalu. Na samym przedzie szli 
czterej dyrektorzy rasy ludzkiej – dwaj z Kuat, jeden z Balmorry i jeden z Filve. Za nimi 
podążali dyrektorzy z Granu i Sullusta, ubrani w kosztowne tuniki i nakrycia głowy, znacznie 
jednak mniej ekstrawaganckie niż stroje Gunraya i Doda.

– Czy możemy uznać aferę na Asmeru za znak, że Valorum potajemnie nam sprzyja? – 

zapytał Sullustanin Granina.

–   Nie,   o   ile   Valorum   nie   zaskoczy   nas   wszystkich,   wycofując   się   z   propozycji 

opodatkowania – odparł Granin.

– Moi doradcy prawni zapewniają mnie, że Republika nie ma prawa nakładać podatków 

na strefy wolnego handlu – odezwał się Gunray we wspólnym ze swego dostojnie kroczącego 
postumentu.

Jeden z Kuatian obejrzał się przez ramię na Neimoidianina i roześmiał się głośno.
– Republika zrobi, co będzie chciała, wicekrólu. Jesteś głupcem, jeśli wierzysz, że jest 

inaczej. Valorum nie przestał być naszym przeciwnikiem.

Gunray   przełknął   w   milczeniu   poniżenie.   Ciekawe,   pomyślał,   co   Kuatianin 

powiedziałby   na   zapewnienie   ze   strony   Dartha   Sidiousa,   że   Valorum   jest   najsilniejszym 
sprzymierzeńcem Federacji Handlowej w senacie? Czy wówczas też byłby taki szybki, by 
szydzić i drwić?

Gunray mocno w to wątpił.
Arogancki   Kuatianin   i   pozostali   nie   mieli   pojęcia   o   sekretnym   przymierzu,   które 

Gunray   zawarł   z   lordem   Sithów.   Traktowali   kolejne   zakupy   coraz   nowocześniejszych 
robotów bojowych przez Neimoidian jako stratę pieniędzy, świadczącą o ich coraz silniejszej 
manii   prześladowczej.   Rzadko   kiedy   jednak   sprzeciwiali   się   tym   wydatkom,   bo   broń 
pozwalała zwiększyć bezpieczeństwo transportów. Nie wiedzieli również o planie Sidiousa, 
by   zwiększyć   zasięg   Federacji   Handlowej   poza   systemy   peryferyjne,   aż   na   zewnętrzny 
pierścień Odległych Rubieży galaktyki.

A mimo to Gunray był niespokojny.
Lord   Sithów   skontaktował   się   z   nim   tylko   raz   od   czasu   zaaranżowanego   przezeń 

spotkania   z  handlarzami   broni   z   koncernów   Baktoid   i   HaorChall.   Kontakt   był   krótki   i 

background image

jednostronny, a Sidious podkreślał w nim wagę uczestnictwa Gunraya w szczycie handlowym 
i zapewniał, jak zwykle, że wszystko toczy się zgodnie z planem.

– Sposobem na pokonanie kanclerza  Valoruma – powiedział  drugi Kuatianin – jest 

przekonanie  naszych  członków, że nic nie zyskują,  występując z Federacji i wystawiając 
własną reprezentację w senacie.

– Nawet jeśli oznaczałoby to przyznanie im lukratywnych przywilejów handlowych – 

dodał Sullustanin.

– Ale nasze zyski!... – wpadł mu w słowo Gunray, który mimo najszczerszych chęci nie 

zdołał się opanować.

– To systemy peryferyjne muszą przejąć ciężar podatków nałożonych przez Republikę – 

powiedział członek dyrektoriatu z Balmorry. – To jedyne rozwiązanie.

– A jeśli podatki okażą się zbyt wygórowane, by systemy peryferyjne były w stanie się 

z nich wywiązać? – zapytał Granin. – Stracimy nasz udział w rynku. To nam może poważnie 
zaszkodzić.

Tym razem Gunray zdołał się opanować.
„To jedna wielka szarada – powiedział mu Sidious. – Opodatkowanie jest tylko drobną 

przeszkodą na naszej drodze do większej chwały.  Pozwól swoim kolegom z dyrektoriatu 
mówić   i   robić,   co   uznają   za   stosowne.   Powstrzymaj   się   jednak   od   wtrącania   własnych 
odpowiedzi – zwłaszcza w czasie szczytu”.

Nasza droga, pomyślał Gunray.
Ale   czy   Darth   Sidious   okaże   się   prawdziwym   partnerem?   Czy   Neimoidianie   nie 

skończą jako jego poddani? Jak długo lord Sithów zadowoli się jedynie potęgą ekonomiczną? 
I co stanie się z wicekrólem Natem Gunrayem, gdy Darth Sidious znajdzie sobie cel znacznie 
bardziej godny jego mrocznej wiedzy?

Już teraz  namiestnik  wicekróla Hath Monchar i głównodowodzący Dofine, każdy z 

osobna, dali wyraz swemu niezadowoleniu z faktu zawarcia przymierza, nie zdając sobie 
sprawy, że zostało ono Gunrayowi nie tyle zaoferowane, co narzucone. 

Lord Sithów obiecał Gunrayowi skontaktować się z nim jeszcze raz przed rozpoczęciem 

szczytu. Być może, pomyślał z nadzieją wicekról, wtedy dowie się wszystkiego.

background image

ROZDZIAŁ 27

Havac i jego oddział wrócili do głównego pomieszczenia magazynu celnego, gdzie było 

słychać odległy ryk startujących statków. Piątka najemników zebranych przez Cohla siedziała 
na  płozach  sań  repulsorowych,  którymi   przyjechali  do  magazynu.  Widząc  chwiejny krok 
Havaca, Lope zorientował się, że stało się coś nieoczekiwanego. Zeskoczył z płozy i spojrzał 
w głąb korytarza prowadzącego na tyły budynku.

– Gdzie kapitan Cohl? – zapytał.
Havac zmrużył oczy widoczne ponad szarfą zakrywającą mu twarz i odwrócił się w 

jego stronę.

– Cohl wyszedł tylnym wejściem. Przesyła wam pozdrowienia. – Zanim ktokolwiek 

inny zdążył zadać dalsze pytania, zwrócił się do Lope'a: – Jaki rodzaj broni preferujesz?

Lope spojrzał jeszcze raz w głąb korytarza i wrócił do sań.
– Noże. Dowolnej długości.
Havac zwrócił się do drugiego mężczyzny.
– A ty? – zapytał pewniejszym tonem.
– Karabin snajperski.
Przeniósł wzrok na Gotala.
– Nie jestem strzelcem. Jestem zwiadowcą.
Havac przyglądał się przez chwilę pozostałej dwójce – mężczyźnie wyglądającemu na 

brutala i równie twardej kobiecie.

– Nie mam żadnych preferencji – mruknął mężczyzna.
– Ani ja – dodała kobieta. Havac wyjął przenośny holoprojektor z kieszeni i ustawił go 

na szczycie metalowej skrzyni towarowej. Wszyscy zebrali się wokół widocznego w stożku 
holoświatła wizerunku budynku z epoki klasycznej, o dachu w kształcie kopuły.

– Tutaj odbędzie się szczyt – powiedział Havac, a obraz zaczął się obracać, ukazując 

wysokie,  smukłe  wieże na każdym  z rogów i cztery główne wejścia. – Główna sala jest 
okrągła, zaprojektowana podobnie jak galaktyczny senat, ale w znacznie mniejszej skali i bez 
ruchomych  lóż.

Havac wywołał panoramiczny obraz wnętrza.
– Zgodnie z przesadnym przekonaniem o własnej wartości, delegacja Eriadu wybrała 

dla   siebie   miejsce   w   samym   środku   sali.   Delegacja   Coruscant   zajmie   rzędy   siedzeń   po 
wschodniej stronie... o, tutaj... a członkowie Dyrektoriatu Federacji Handlowej po zachodniej. 
Delegacje reprezentujące Światy Jądra, Wewnętrzne Rubieże i systemy  peryferyjne zajmą 
resztę   sali.   W   przypadku   zagrożenia   Federacja   Handlowa   może   uruchomić  pole   siłowe. 
Delegacja Valoruma zrezygnowała jednak z tarcz w geście dobrej woli.

Snajper przyglądał się obrazowi przez chwilę.
– Valorum będzie trudnym celem... nawet z najwyższych rzędów sali.
– Będziesz ponad nimi – wyjaśnił Havac. – Górna część sali to prawdziwy labirynt 

kładek i przypór dla techników i konserwatorów, a także loże dla prasy i mediów.

– Mielibyśmy większą szansę trafienia VaIoruma, zanim wejdzie do budynku – odezwał 

się Lope.

–   Być   może   –   zgodził   się   Havac.   –   Ale   nasz   plan   zasadza   się   na   założeniu,   że 

przenikniemy do środka i tam załatwimy robotę.

– Cztery wejścia – powiedział snajper. – Którym wejdzie Valorum?
Havac pokręcił głową.
– Tego nie wiemy.  Trasa jego przejazdu będzie trzymana  w tajemnicy do ostatniej 

chwili, a nie mamy nikogo w jego pobliżu, by udostępnił nam te dane. Dlatego potrzebujemy 
na zewnątrz tropiciela.

background image

Havac   wyświetlił   kolejny  obraz,   pokazujący   starsze   dzielnice   miasta,   gdzie   szczyty 

niezliczonych budynków mieszały się z okrągłymi kopułami i eleganckimi wieżowcami.

– Ochrona Eriadu stara się zagwarantować, że dachy będą puste, ale mają za mało 

repulsorowych pojazdów, by zapewnić stały nadzór, zwłaszcza na obszarach takich jak ten, 
gdzie   dachy   łączą   się   ze   sobą.   Zamiast   tego   regularnie   omiatają   miasto   z   powietrza, 
koncentrując się na budynkach przylegających do gmachu, w którym odbędzie się szczyt.

Havac wskazał na jedną z kopuł.
– Stąd jest niezły widok na cztery bulwary prowadzące do osobnych wejść do budynku. 

Tropiciele   –   wskazał   na   Lope'a,   Gotala   i   kobietę   –   będą   mieć   dość   czasu   pomiędzy 
policyjnymi   nalotami,   by   zająć   tam   pozycje.   Dostęp   do   dachu   mamy   z   naszej   tutejszej 
kryjówki.   Tam   się   również   spotkamy   po   wszystkim   albo   na   wypadek   wystąpienia 
nieprzewidzianych okoliczności. Kawalkadę poduszkowców wiozącą Valoruma łatwo będzie 
zauważyć. Gdy tylko ustalimy trasę ich przejazdu, przekażę tę informację pozostałym.

– A ty gdzie będziesz? – zapytał Lope. Havac odwrócił się do niego.
– Strzelcy będą już wówczas w środku, na kładkach ponad salą.
– To pierwsze miejsce, które przeczesze ochrona – warknął snajper. – Chcę mieć z tego 

coś ekstra, jeśli mam się tak wystawiać.

Havac potrząsnął głową.
– Dostaniesz tyle samo co inni. Wszyscy mamy ważne zadania.
– Havac ma rację – powiedział Lope. – Jeśli nie podoba ci się rola strzelca, zajmę twoje 

miejsce, a ty weź się za obserwację na dachu. I tak nie lubię pracy na wysokościach.

Snajper spojrzał na Lope'a.
– Nie powiedziałem, że tego nie zrobię. Pytam tylko, jak niby mam się dostać na te 

kładki.

Havac dał znak jednemu z obcych ze swojej drużyny. Niktianin umieścił sporą walizkę 

na tej samej skrzyni, na której stał holoprojektor. Kiedy ją otworzył, Havac wyjął z walizki 
kamizelkę i podał ją snajperowi.

– Dzięki tej kamizelce uznają cię za jednego z ochroniarzy – wyjaśnił. – Niezbędne 

dokumenty dostaniesz później. Chodzi o to, że znajdziesz się w sali, zanim pojawi się tam 
którykolwiek   z   delegatów.   Kiedy   się   dowiemy,   którym   wejściem   przybędzie   Valorum, 
będziesz mógł zająć taką pozycję, jaką uznasz za najlepszą.

Snajper zwinął kamizelkę i wsunął pod pachę.
– Kiedy mam strzelić?
– Cały szczyt zacznie się trzema długimi fanfarami odegranymi na trąbkach – ciągnął 

Havac. – Zaplanuj wszystko tak, by strzelić na początku trzeciej.

– Valorum będzie już wtedy na swoim miejscu?
Havac przytaknął i wywołał z powrotem obraz wnętrza sali.
– Tak. Ale pierwszy strzał ma trafić tutaj.
Snajper spojrzał na wskazywany przez Havaca punkt na podłodze i przeniósł zdumiony 

wzrok na terrorystę.

– Nie chwytam. Kto tam będzie?
– Nikt.
– Nikt – powtórzył snajper i zaczął kręcić głową. – Nie wiem, o co w tym wszystkim 

chodzi, aleja muszę dbać o swoją reputację. Kiedy najmuję się do strzelania, nie pudłuję.

Havac warknął spod szarfy:
– Dobra, w takim razie wybierz sobie jakiś cel. Zrań kogoś. 
Lope wystąpił do przodu.
– Myślałem, że naszym celem jest Valorum.
Havac potwierdził skinieniem głowy i spojrzał wszystkim w twarze.
– Ale nie chcę, żebyście to wy go zastrzelili.

background image

Podczas   gdy   Lope   wymieniał   zdziwione   spojrzenia   z   pozostałymi,   Havac   wyłączył 

holoprojektor i odstawił go na bok. Jednocześnie dwóch Bithan zaczęło otwierać metalową 
skrzynię,   na   której   przedtem   stało   urządzenie.   Wyciągnęli   z   niej   plątaninę   metalowych 
członków z długą, cylindryczną głową.

–   Poznajcie   najważniejszego   członka   naszego   zespołu   –   powiedział   Havac.   – 

Skonstruowany specjalnie dla nas przez tę samą firmę, która dostarcza Federacji Handlowej 
ich roboty strażnicze.

Wyjmując z kieszeni niewielkiego pilota, wpisał kod, a robot bojowy rozłożył się i 

stanął na baczność, z rękami wzdłuż boków i karabinem blasterowym na plecach. Niktianin 
oderwał sworzeń ogranicznika od pokrywy tułowia niemal dwumetrowego robota i odszedł na 
bok. Ogranicznik uderzył o podłogę i poturlał się pod najbliższe repulsorowe sanie.

Havac wstukał inny kod.
W   jednej   chwili   robot   sięgnął   przez   ramię   po   karabin   blasterowy.   Równie   szybko 

zareagowali najemnicy, przyjmując pozycje obronne i dobywając własnej broni.

– Spokój! – polecił Havac głośno, pomagając sobie gestem.
Znów wstukał sekwencję znaków na pilocie. Kiedy robot odwiesił broń na plecy, Havac 

zaczął obchodzić go dookoła.

– Jest zupełnie nieszkodliwy – zapewnił wszystkich – chyba że polecę mu co innego.
Gotal był jedynym, który nie schował broni.
–   Nie   będę   pracował   z   robotem   –   powiedział   gniewnie.   –   Ich   pole   energetyczne 

przeciąża moje zmysły.

– Nie będziesz musiał z nim pracować – zapewnił Havac. – On też będzie wewnątrz 

sali.

Lope i strzelec wymienili zaniepokojone spojrzenia.
– A kto go wprowadzi? – zapytał Lope.
– Federacja Handlowa.
Snajper z trudem usiłował domknąć szczękę.
– Chcesz powiedzieć, że to ten robot odwali zadanie strzelca?
Havac przytaknął.
– W takim razie po co ja mam strzelać w podłogę?
– Bo twój strzał uruchomi łańcuch zdarzeń, który pozwoli naszemu koledze wykonać 

otrzymane rozkazy. – Havac popatrzył na robota. – Ten robot nie musi być sterowany przez 
centralny komputer. Ale musi postrzegać zagrożenie, zanim przejdzie w tryb działania.

Lope zaczął kręcić głową.
– Chcesz, żeby wyglądało, jakby to Federacja Handlowa zabiła Valoruma?
Pozostali najemnicy wpatrywali się w Havaca.
– Co ci w tym nie pasuje?
– Kapitan Cohl powiedział nam, że to będzie prosta robota – zaprotestował snajper. – 

Nie mówił nic o Federacji Handlowej.

– Kapitan Cohl nie wiedział o wszystkich szczegółach planu – odpowiedział chłodno 

Havac. – Nie mogliśmy ryzykować przecieku.

Lope roześmiał się krótko.
– Myślę, że możemy to zrozumieć, Havac. Ale jeśli wyda się, że pomogliśmy wrobić 

Federację Handlową...

– Mają dłuższe ręce niż Republika, Havac – podjął snajper. – Napuszczą na nas każdego 

łowcę nagród od Coruscant po Tatooine. I nie wiem jak inni, ale ja nie mam zamiaru spędzić 
reszty życia zadekowany w jakiejś dziurze.

Havac rzucił im kamienne spojrzenie.
– Wyjaśnijmy sobie jedno. Żeby zrealizować ten plan, musimy przechytrzyć ochronę 

Eriadu, chłopców z Departamentu Sprawiedliwości i rycerzy Jedi. Jasne, niewykluczone, że 

background image

będziecie   się   musieli   wykupić   u   paru   łowców   nagród,   kiedy   skończymy.   Ale   sądząc   po 
waszej reputacji, jesteście w stanie to zrobić. Jeśli któryś z was uważa, że nie da rady, to 
lepiej, żeby powiedział nam o tym teraz.

Lope spojrzał na snajpera, na Gotala, a potem na ludzi i obcych z drużyny Havaca i z 

powrotem na snajpera.

– Wszystko jasne? – zapytał Havac, przerywając długą chwilę ciszy.
Lope przytaknął.
– Jeszcze tylko jedno pytanie, Havac. Gdzie ty będziesz w tym czasie?
– Tam, gdzie będę miał was wszystkich na oku – powiedział, i na tym stanęło.

Znad wykładanej mozaiką podłogi sali, w której odbywał się szczyt, Qui-Gon spojrzał 

w górę na rzędy foteli, na ozdobne wykusze łukowatych okien, na loże dla prasy i mediów, na 
kładki techniczne.  Jego wzrok zatoczył  pełen krąg, rejestrując grupy robotów badających 
kilka   setek   monitorów   wizyjnych   umieszczonych   na   sali,   zespoły   Departamentu 
Sprawiedliwości   i   miejscowej   ochrony,   przesuwające   się   wzdłuż   rzędów   z   wielkimi 
zwierzętami   trzymanymi   na   smyczach.   Niuchacze   wąchały,   smakowały   i   badały   stęchłe 
powietrze.

W części sali przeznaczonej dla delegacji Coruscant mistrzowie Tiin i Ki-Adi-Mundi 

przemykali się pomiędzy fotelami, szukając miejsc o najmniejszych zakłóceniach Mocy. W 
innej   części   sali   to   samo   robiły   Adi   Gallia   i   Vergere;   zmysłami   wyostrzonymi   Mocą 
próbowały odkryć choćby najdrobniejszą wskazówkę na temat tego, co zaplanowali Havac i 
zamachowcy Cohla.

Ze swoimi czterema wejściami i licznymi oknami, sala była prawdziwym koszmarem 

dla ochroniarza. Co gorsza, władze Eriadu ogłosiły, że szczyt będzie otwarty nie tylko dla 
delegatów, ale i dla reporterów HoloNetu, najrozmaitszych dygnitarzy i grup zasłużonych, 
muzyków,   przedstawicieli   przedsiębiorstw   i   niemal   każdej   innej   osoby   dysponującej 
najmniejszą choćby cząstką władzy i wpływów. Oczekiwano przybycia tylu różnych ras – 
każda w orszaku asystentów, tłumaczy i ochroniarzy – że prawie niemożliwe było ustalenie, 
kto jest upoważniony do przebywania w sali, a kto nie.

Qui-Gon zaczął drugie okrążenie. Delegacja Eriadu przyznała sobie miejsce w  środku 

sali,   na   najniższym   poziomie;   kanclerza   Valoruma   ulokowała   po   swojej   lewej   stronie, 
Dyrektoriat Federacji Handlowej zaś – po prawej. Gildia Komercyjna i Unia Technologiczna 
miały   zająć   miejsca   pomiędzy   nimi,   rozdzielone   przez   delegacje   Jądra   i  systemów 
peryferyjnych.

Wzrok Qui-Gona przyciągnęły ponownie napowietrzne kładki i pomosty; na wielu z 

nich zainstalowano urządzenia dźwiękowe i oświetlenie.

Snajperzy mogą tam zająć dowolną wybraną pozycję, pomyślał. Zamachowcy gardzący 

własnym życiem mogliby spowodować niewyobrażalne szkody.

– Wyczuwasz coś, mistrzu? – zapytał Obi-Wan zza jego pleców.
–   Tylko   tyle,   że   walczymy   z   niewidzialnym,   Obi-Wanie.   Za   każdym   razem,   gdy 

jesteśmy blisko zidentyfikowania przeciwnika, okazuje się kimś innym i znika.

– A więc to nie kapitan Cohl?
Qui-Gon pokręcił głową.
– Wyczuwam w tym rękę innego organizatora, kogoś, kto manipuluje Cohlem równie 

łatwo jak nami.

– Ale nie ten Havac.
Qui-Gon rozważył tę możliwość.
– Ten ktoś nosi imię, którego nie znam, padawanie. Być może tajemnica tkwi jedynie w 

tym, że nie jestem w stanie widzieć dalej niż obecną chwilę. A co ty czujesz?

Obi-Wan spoważniał.

background image

– Czuję, że rozwiązanie jest bliskie, mistrzu.
Qui-Gon klepnął go po ramieniu.
– To pokrzepiające, Obi-Wanie.
Adi Gallia i Vergere zeszły niżej spomiędzy rzędów foteli, by z nimi porozmawiać.
– Ochrona zapewniła  nas, że skanery przy wejściach są w stanie wykryć  materiały 

wybuchowe   i   broń,   niezależnie   od   ich   rodzaju   –   powiedziała   Adi.   –   Strażnicy   staną   na 
najniższym poziomie sali i będą patrolować przejścia między rzędami. Jednostki ochrony i 
roboty zajmą się nieustanną obserwacją dachów.

– To może powstrzymać Cohla przed zaatakowaniem tutaj – zauważył Qui-Gon. – Ale 

jeśli postanowi zacząć jeszcze na zewnątrz?

– Trasa przejazdu Najwyższego Kanclerza zostanie ustalona przez komputer w ostatniej 

chwili.

– Wolałbym, żeby wylądował aerowozem na dachu.
Adi pokręciła przecząco głową.
– Niestety, Qui-Gonie. Nalegał, że przyjedzie pojazdem naziemnym. Musimy zaufać 

tym samym środkom bezpieczeństwa, które podjęto podczas jego przejazdu z kosmoportu do 
rezydencji gubernatora Tarkina.

– Qui-Gonie! – zawołał nagle mistrz Tiin.
Qui-Gon odwrócił się i zobaczył, że Tiin razem z Ki-Adi-Mundi idą w jego stronę.
– Znaleziono frachtowiec kapitana Cohla – powiedział Tiin. – Koreliański frachtowiec. 

W kabinie byli związani celnicy.

Qui-Gon i Obi-Wan wymienili szybkie spojrzenia.
– Skąd wiedzą, że to ten sam, którym przyleciał tu Cohl?
–   Dane   z   komputera   nawigacyjnego   wskazują,   że   przybył   na   Eriadu   z   przestrzeni 

Karfedionu – wyjaśnił Ki-Adi-Mundi.

– Cohl musiał więc wylądować na powierzchni statkiem służb celnych – stwierdził Qui-

Gon.

Tiin przytaknął, zatrzymując się przed Qui-Gonem.
– Jednostkę służb celnych znaleziono w kosmoporcie.
–   Powinniśmy   sami   ją   obejrzeć   –   powiedział   Obi-Wan,   ruszając   z   miejsca.   Nagle 

zatrzymał się. – Ale co ich skłoniło do przeszukania frachtowca?

Tiin wyglądał, jakby się spodziewał tego pytania; na twarzy Qui-Gona pojawił się ten 

sam wyraz czujnego zaniepokojenia.

– Przeciek od anonimowego informatora.

background image

ROZDZIAŁ 28

Cohl zamrugał  i otworzył  oczy.  Zobaczył  nad sobą rozmazany obraz zakrwawionej 

twarzy Boiny'ego. Było mu niedobrze. Wiedział, że powinien czuć ból, ale nie był  w pełni 
świadom własnego ciała. Pewnie Boiny nafaszerował go środkami przeciwbólowymi.  Cohl 
poczuł   w   ustach   smak   krwi   i   coś   jeszcze   –   kwaśny   posmak   płynu   bacta.  Obraz   twarzy 
Boiny'ego zaczął nabierać ostrości. Strzał z miotacza wypalił głęboką bruzdę na lewym boku 
zielonoskórej czaszki Rodianina. Na powierzchni rany lśnił świeży opatrunek bacta, ale Cohl 
wątpił, by cudowna substancja mogła tym razem naprawdę pomóc.

Nagle przypomniał sobie, co się stało. Spróbował wstać.
–   Chwileczkę,   kapitanie   –   powiedział   Boiny,   słabym   i   schrypniętym   głosem.   – 

Potrzebuje pan chwili odpoczynku.

Cohl zignorował go. Poderwał się do pionu tylko po to, by upaść twarzą w dół na 

twardą   podłogę.   Poczuł,   że   pęka   mu   chrząstka   w   nosie,   a   krew   zaczyna   spływać 
strumyczkiem po wąsach i górnej wardze.

Zaczął się czołgać w stronę nieruchomego ciała Relli – nieruchomego i zimnego pod 

dotykiem jego palców, gdy pogładził ją po twarzy wyciągniętą ręką. 

Boiny znalazł się nagle tuż obok niego.
– Ona nie żyje, kapitanie – powiedział z bólem. – Kiedy się ocknąłem, było już za 

późno.

Cohl podczołgał się ostatni metr, który dzielił go od Relli. Otoczył ramieniem jej ciało, 

przycisnął do piersi i zapłakał.

– I po co wracałaś? – powiedział cicho, nie powstrzymując łez.
W końcu przeturlał się na plecy i spojrzał na Boiny'ego.
– Trzeba było pozwolić mi umrzeć.
Boiny najwyraźniej przewidział jego reakcję.
–   Gdyby   rzeczywiście   był   pan   umierający,   może   bym   to   zrobił.   –   Złapał   za   bok 

poszarpanej   koszuli   Cohla,   spod   której   ukazała   się   gruba   kamizelka   kuloodporna.   – 
Kamizelka pochłonęła większość strzałów, ale ma pan obrażenia wewnętrzne. – Spojrzał na 
podziurawione lewe udo Cohla, po czym pochylił się, by zbadać jego czoło. – Opatrzyłem jak 
się dało pozostałe rany.

Cohl dotknął głowy. Wystrzał z miotacza Relli spalił wszystkie włosy po prawej stronie 

czaszki, pozostawiając ranę równie głęboką i poszarpaną jak rana Boiny'ego.

– Gdzie znalazłeś...
– W szafie koło drzwi był awaryjny pakiet medyczny. Plastry bacta są już parę miesięcy 

po terminie ważności, ale może wystarczą nam na pewien czas.

Cohl otarł nos wierzchem dłoni i nabrał powietrza w płuca.
– A twoja głowa...
– Kości są pęknięte, a skóra spalona. Zaserwowałem sobie solidną porcję tych środków 

przeciwbólowych, które podałem i panu. Prawie przedawkowałem, ale przynajmniej widzę 
teraz tylko jednego kapitana Cohla

Cohl zdołał  podźwignąć się do pozycji  siedzącej. Rozejrzał się po pomieszczeniu  i 

zobaczył   mężczyznę,   którego   zabił,   leżącego   twarzą   do   góry   dokładnie   w   tym   samym 
miejscu, gdzie trafiła go kula. Poza tym było pusto. Przeniósł wzrok na Boiny'ego.

– Dlaczego nas nie wykończyli?
– Nie spodziewali się takiego rozwoju sytuacji. Havac pewnie spanikował.
Cohl zastanawiał się przez chwilę.
– Nie. Wiedział, że tropią nas Jedi. Chciał, żeby nas znaleziono. – Przerwał na chwilę, 

zanim dodał: – Ale chyba nie jest aż tak głupi, żeby wierzyć, że nic nie powiem o tej jego 

background image

operacji, powodowany jakimś chorym poczuciem honoru.

– Może liczył na to, że nie zdradzi pan Lope'a i pozostałych.
Cohl powoli pokiwał głową.
– I tu mnie  wyczuł.  Ale i tak pożałuje, że mnie  nie zabił, kiedy miał  okazję. – Z 

widocznym wysiłkiem uniósł się, przyklękając na zdrowym kolanie. – Czy któryś z nich jest 
jeszcze w budynku?

– Tylko celnicy w korytarzu. Magazyn jest pusty.
Cohl wyciągnął rękę do Rodianina.
– Pomóż mi wstać.
Skrzywił się, gdy Boiny podźwignął go do pionu. Ostrożnie postawił lewą nogę i poczuł 

się okropnie słabo.

– Będę potrzebował kuli.
– Coś się znajdzie – powiedział Boiny.
Cohl balansował na zdrowej nodze. Pomyślał, że serce mu pęknie, jeśli spojrzy jeszcze 

raz na Rellę, ale mimo to zmusił się, by popatrzeć w dół.

– Niektórzy rodzą się po to, by ich zdradzono – szepnął. – Nie wynagrodzę ci tego, 

Rella. Ale wykorzystam wszystko, co mi pozostało, by cię pomścić.

Opierając się na kuli, którą Boiny zmajstrował z metalowej rurki i okręconego szmatą 

uchwytu z plastali, Cohl wyszedł za Rodianinem na korytarz. Związani celnicy, z opaskami 
na oczach, pewnie się nawet nie zorientowali, gdy minęli ich chyłkiem, idąc w stronę wejścia 
do magazynu. Celniczka, której Rella zabrała mundur, leżała nieprzytomna, nadal ogłuszona 
po zastrzyku, który wpakował w nią Boiny jeszcze na pokładzie statku.

W pomieszczeniu na przedzie budynku słychać było odgłosy lądowań i startów, chociaż 

rozsuwane drzwi były zamknięte. Sanie repulsorowe nadal unosiły się metr ponad zakurzoną 
podłogą, a wszystko inne wyglądało mniej więcej tak samo, jak to sobie zapamiętał Cohl.

Boiny rozglądał się chwilę po magazynie, a potem przeszedł na środek pomieszczenia i 

zatrzymał się dwa metry od pierwszych sań.

– Była tu skrzynia towarowa.
Cohl przyglądał się śladom na zakurzonej podłodze.
– Zbyt duża na skrzynię z bronią.
Rozglądając się dookoła, jednocześnie zauważyli przenośny holo-projektor. Spoczywał 

na wysuniętej przyporze cumowniczej jednych z sań. Boiny dotarł do urządzenia pierwszy, 
ustawił  na   saniach  i   włączył.   Cohl  pokuśtykał   w  jego  stronę,  podczas   gdy  holoprojektor 
zaczął wyświetlać obrazy zapisane w pamięci.

– To sala, w której ma się odbyć szczyt – powiedział, widząc trójwymiarowy wizerunek 

majestatycznego budynku nakrytego kopułą na szczycie wzgórza.

Boiny pozwolił, by hologram ponownie odtworzył  sekwencję obrazów, zatrzymując 

urządzenie na obrazie pokrytego lasem wzgórza i czterech szerokich alei prowadzących  do 
budynku.

–   To   widok   z   dachów,   który   oglądaliśmy   wcześniej   –   stwierdził,   puszczając 

odtwarzanie   do   tyłu.   –   Havac   chce   pewnie   zaatakować   kanclerza,   zanim   ten   wejdzie   do 
budynku.

Cohl podrapał nędzne resztki swojej brody i przez chwilę się namyślał. Wskazał na 

urządzenie.

– Nie sądzę, żeby zapomniał holoprojektora. Chciał, żeby ktoś go znalazł... tak jak 

chciał, żeby nas znaleźli.

Wtem Boiny nachylił się i sięgnął pod jedne z sań.
– Mam tu coś, czego chyba nie mieliśmy znaleźć – powiedział, prostując się.
Cohl zmrużył oczy, wpatrując się w gruby metalowy cylinder, który pokazał mu Boiny.
– Sworzeń ogranicznika?

background image

– Bardzo nietypowy. – Boiny uniósł sworzeń tak, by znalazł się na poziomie ich oczu. – 

Podobny do tych, które wstrzeliliśmy robotom strażniczym  na „Strumieniu Przychodów”, 
tylko nieco zmodyfikowany dla nowszej jednostki. Może robota bojowego?

– A więc Havac ma robota – powiedział Cohl bardziej do siebie niż do Rodianina. – 

Czy to robot był w tej skrzyni? Znalazłeś inne bolce?

Boiny przyglądał mu się sceptycznie.
– Front Mgławicy miałby zatrudniać roboty? To niemożliwe. – Obejrzał jeszcze raz 

sworzeń. – Jedno jest pewne, kapitanie. To zostało wydłubane z robota. Widzę ślady jakiegoś 
narzędzia.

Cohl wziął od niego sworzeń i zacisnął w dłoni.
–   Ostrzegłem   Havaca,   że   ktoś   we   Froncie   musiał   poinformować   Departament 

Sprawiedliwości   o   naszych   planach   ataku   na   frachtowiec.   Tym   razem   podjął   dodatkowe 
środki ostrożności. – Cohl spojrzał na Boiny'ego. – Havac powiedział, że Front zwabił Jedi na 
Asmeru.   To   by  mogło   oznaczać,   że   zamach   na   Valoruma   na   Coruscant   mógł   być   tylko 
przykrywką, która miała odciągnąć uwagę od Eriadu.

– Słusznie – powiedział Boiny niepewnie.
Cohl spojrzał na holoprojektor.
– Havac zostawia nas i holoprojektor, żeby władze mogły nas odnaleźć.. . – Uśmiechnął 

się złowrogo. – Nie wiem, jak Havac zamierza to zrobić, Boiny, ale chyba wiem, co zamierza 
zrobić.

– To znaczy? – zapytał zdezorientowany Boiny.
Cohl schował sworzeń ogranicznika w kieszeni na piersi i zaczął kuśtykać w stronę 

korytarza.

Boiny ruszył za nim, pokazując na holoprojektor.
– Czy nie powinniśmy przynajmniej wykasować tych obrazów?
Cohl pokręcił głową.
– Zostaw go na widoku, dokładnie tak, jak zrobił to Havac. Jedynym sposobem, by go 

dopaść, jest spowodowanie, że cała reszta będzie ścigać własny ogon.

Przed wejściem do pałacowej rezydencji namiestnika gubernatora Valoruma, Sei Taria i 

pozostali   członkowie   delegacji   Eriadu   czekali   na   przybycie   kawalkady   repulsorowych 
pojazdów. Modne tuniki i brokatowe płaszcze znów były w powszechnym użyciu; jedynie 
ochroniarze, niemal równie liczni jak dyplomaci, ubrani byli inaczej.

– Mam nadzieję, że pański pobyt tutaj był przyjemny – powiedział Tarkin do kanclerza.
– Bardzo przyjemny – zapewnił Valorum. – Proszę pozwolić mi odwdzięczyć się panu 

podobną grzecznością, gdyby kiedykolwiek odwiedził pan Coruscant.

Tarkin uśmiechnął się samymi ustami.
– Mam nadzieję, panie kanclerzu, że Coruscant stanie się kiedyś moim drugim domem. 

A właściwie całe Jądro, od Coruscant po Alderaan.

– Jestem pewien, że tak się stanie.
Kapitan Gwardii Senackiej podszedł do nich z arkuszem duraplastu w dłoni. Zamiast 

zwykłego   ceremonialnego   karabinu   przez   plecy   miał   przewieszoną   najnowocześniejszą 
rusznicę blasterową.

– Mamy już trasę przejazdu, panie kanclerzu.
– Czy mogę spojrzeć? – zapytał Tarkin. Gwardzista spojrzał na Valoruma pytająco.
– Pokaż mu arkusz.
Tarkin przez chwilę przyglądał się trasie.
–   Trochę   kręta...   chyba   niepotrzebnie.   Ale   nie   powinniśmy   mieć   problemu   z 

punktualnym   dotarciem   na   szczyt.   –   Spojrzał   w   dół   na   długi   podjazd   prowadzący   do 
rezydencji.

background image

– Gubernator powinien się zjawić za moment. Wtedy ruszymy.
Miał dodać coś jeszcze, gdy w zasięgu ich wzroku pojawił się śmigacz i zbliżał się 

szybko w stronę miejsca, gdzie stał Valorum.

– A to kto znowu? – zapytał  Tarkin,  gdy dwuosobowy pojazd zatrzymał  się przed 

rezydencją.

Adi Gallia i Saesee Tiin, bez charakterystycznych płaszczy Jedi, wysiedli i podeszli 

prosto do kanclerza. Pierwszy odezwał się Tiin.

–   Najwyższy   Kanclerzu,   pojawił   się   pewien   problem.   Otrzymaliśmy   potwierdzoną 

wiadomość, że zamachowcy zdołali pokonać środki ostrożności podjęte przez straż Eriadu. 
Qui-Gon Jinn i kilku innych  Jedi udało się do kosmoportu w nadziei,  że uda im się ich 
pojmać.

– Zagrożenie jest realne, Najwyższy Kanclerzu – dodała żarliwie Adi.
Valorum zmarszczył czoło.
– Chcę, by ich znaleziono – powiedział w końcu. – Nie pozwolę, żeby szczyt został 

przerwany.

Tiin i Adi przytaknęli.
– Czy zgodzi się pan teraz, byśmy towarzyszyli panu na trasie przejazdu? – zapytał 

Tiin.

– Nie – powiedział krótko Valorum. – Musimy zachować pozory.
Adi spojrzała na niego twardo.
– Czy w takim razie zgodzi się pan przynajmniej na włączenie pola siłowego pańskiego 

pojazdu?

–   Zdecydowanie   nalegam   –   wtrącił   się   Tarkin.   –   Władze   Eriadu   mają   obowiązek 

zapewnienia panu bezpieczeństwa.

Z widoczną niechęcią Valorum kiwnął głową.
– Ale tylko do momentu, gdy dotrzemy do budynku.
Z twarzą zaczerwienioną w nagłym przypływie gniewu Tarkin odwrócił się w stronę 

grupy eriaduańskiej straży, stojącej za jego plecami.

–   Dopilnować,   żeby   ulice   były   przejezdne!   Aresztować   każdego,   kogo   uznacie   za 

podejrzanego! Nie przejmować się formalnościami! Podejmijcie wszelkie kroki, jakie uznacie 
za stosowne.

Agenci sił bezpieczeństwa Eriadu byli już na miejscu, gdy Qui-Gon, Obi-Wan, Vergere 

i Ki-Adi-Mundi dotarli do magazynu celnego.

Jeden   z   agentów   stał   ze   skanerem   wycelowanym   w   kilka   par   sań   repulsorowych 

zaparkowanych tuż przy wejściu. Na saniach leżało kilkanaście długich i wąskich cylindrów 
towarowych.   Przez   ich   otwarte   klapy   widać   było,   że   są   puste.   W   głębi   magazynu 
przesłuchiwano kilkoro wyraźnie rozwścieczonych celników.

Umundurowany   dowódca   agentów   służby   bezpieczeństwa   wyszedł   ze   słabo 

oświetlonego   korytarza.   Za   jego   plecami   szły   dwie   dwunożne,   owadopodobne   istoty   o 
zielonych  łuskach   i  chitynowych   pancerzach,  dużych   czarnych   oczach,   krótkich,   ściętych 
pyskach i bezzębnych otworach gębowych.

Qui-Gon zauważył, że na ich widok Obi-Wanowi aż opadła szczęka.
– To Verpini – wyjaśnił. – Organy wewnętrzne pozwalają im porozumiewać się za 

pomocą   fal   radiowych.   Verpini   potrafią   jednak   też   mówić   wspólnym,   posługując   się 
urządzeniem tłumaczącym. Mają niezwykle wyczulone zmysły, dzięki czemu doskonale się 
sprawdzają przy zabezpieczaniu miejsca przestępstwa.

– Verpini – powtórzył Obi-Wan, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Na widok czworga Jedi dowódca podszedł do nich, podczas gdy para obcych zaczęła 

badać zasnutą kurzem podłogę.

background image

Qui-Gon przedstawił siebie i towarzyszy.
–   Mamy   dwa   ludzkie   trupy   w   pomieszczeniu   na   tyłach   magazynu   –   powiedział 

dowódca,   zerkając   na   Vergere   takim   samym   wzrokiem,   jakim   Obi-Wan   patrzył   na 
verpińskich   tropicieli.   –   Mężczyzna   i   kobieta;   oboje   zginęli   od   postrzału   z   miotacza   z 
niewielkiej odległości, jednak z dwóch różnych egzemplarzy broni. Zwęglenia na podłodze i 
ścianach wskazują na to, że walka była prowadzona na pełny ogień. Ślady krwi świadczą, że 
przynajmniej  jeden z walczących  był  Rodianinem.  Z pakietu medycznego zginęły plastry 
bacta, skóra syntetyczna i kto wie co jeszcze. Czekamy na wyniki analizy odcisków palców i 
dłoni.

– Partner kapitana Cohla jest Rodianinem – powiedział Qui-Gon.
Dowódca zanotował informację w notesie elektronicznym i wskazał na grupę celników.
–   Zostali   ujęci   z   zaskoczenia   przez   co   najmniej   ośmiu   doskonale   uzbrojonych 

napastników, w większości ludzi, ale byli wśród nich co najmniej czterej Niktianie i para 
Bithan. Natychmiast ich skrępowano, zawiązano oczy i położono w korytarzu, w związku z 
czym  nie mogą  udzielić zbyt  wielu dodatkowych  informacji.  Kobieta dowodziła statkiem 
służb celnych porwanym przez terrorystów. Zidentyfikowała zwłoki w tylnym pomieszczeniu 
jako kapitana koreliańskiego frachtowca, na którego pokład weszła, by dokonać kontroli. Jest 
nadal   trochę   oszołomiona   od   zastrzyku   usypiającego,   ale   mówi,   że   widziała   również 
Rodianina i wydaje jej się, że przypomina sobie także Gotala i kilku mężczyzn rasy ludzkiej. 
Wygląda na to, że wszyscy opuścili magazyn przez tylne wrota, które wychodzą na drogę dla 
obsługi kosmoportu. Zakładamy, że poruszają się śmigaczami lub aerowozami.

Dowódca przeszedł na środek magazynu i zatoczył ręką szerokie koło.
– Wszystko wygląda tu tak, jak zastaliśmy, z wyjątkiem tego małego urządzenia, które 

znaleźliśmy pod jednymi z sań.

Qui-Gon   i   pozostali   Jedi   spojrzeli   w   kierunku,   który   wskazywał   palec   dowódcy,   i 

zobaczyli przenośny holoprojektor umieszczony na skrzyni towarowej.

– Cokolwiek by nie powiedzieć o Cohlu, na pewno nie jest niedbały – powiedział Qui-

Gon.

– My też sądzimy, że zostawili to wszystko celowo. Z drugiej strony, nawet zawodowcy 

popełniają błędy.

Dowódca podszedł do holoprojektora. Miał już uruchomić urządzenie, gdy podszedł do 

niego jeden z asystentów.

– Dowódco, Verpin mówi, że znajduje tu ślady co najmniej kilkunastu osób, z których 

część   przybyła   w   tych   cylindrach   towarowych.   W   pewnym   momencie   większość   z   nich 
zebrała się wokół czegoś, najprawdopodobniej skrzyni towarowej... o, tutaj... może po to, 
żeby obejrzeć zdjęcia z holoprojektora. Był wśród nich Gotal, który również przybył tu w 
jednym z cylindrów. Znaleźli jego sierść wewnątrz przedostatniego z cylindrów, a także na 
podłodze i to w dużych ilościach.

– Bójka? – zapytał dowódca.
–  To  możliwe,  proszę  pana.  Gotale  mają   tendencję  do  gubienia  sierści,  gdy  coś  je 

zaskoczy lub zaatakuje.

– Co mogło go przestraszyć?
– Trudno powiedzieć.
Dowódca uniósł wzrok znad notesu.
– Coś jeszcze?
–   Ślady   prowadzące   w   dół   korytarza   i   z   powrotem.   Jedne   niewątpliwie   należą   do 

Rodianina. Krew w pomieszczeniu na tyłach tłumaczy, dlaczego poruszał się tak niepewnie, 
wracając. Osobnik, który mu towarzyszył, też nie był w najlepszym stanie, sądząc z faktu, że 
lewą cześć ciała podpierał kulą zaimprowizowaną z kawałka rury. Ślady stóp tych rannych 
wskazują, że chodzili po całym pomieszczeniu. Rodianin podniósł coś spod jednych z sań, ale 

background image

nie jesteśmy pewni, co to było... chyba że holoprojektor. Dowody wskazują, że tych dwoje 
wyszło   przez   tylne   wrota,   podobnie   jak   reszta,   ale   szli   pieszo   aż   do   budki   transportu 
miejskiego za rogiem.

Dowódca skończył robić notatki i spojrzał na Qui-Gona.
– Czy to wszystko coś panu mówi?
–   Kapitan   Cohl,   Rodianin   i   ta   kobieta   musieli   zostać   zaatakowani   w   tylnym 

pomieszczeniu.

– Zaatakowani? Przez Havaca?
Qui-Gon przytaknął.
– Więc Havac myślał, że wszyscy troje nie żyją?
– Nie, spodziewał się, że znajdziemy kapitana Cohla i Rodianina żywych.
– Po co miałby tak ryzykować? – zapytał dowódca. Qui-Gon spojrzał na niego.
– Bo chciał, żebyśmy zgubili właściwy trop.
Zamyślony strażnik podrapał się po głowie. Obi-Wan przesunął holoprojektor w jego 

stronę.

– Zobaczmy, co tu mamy.

background image

ROZDZIAŁ 29

Lope wyjrzał przez wąskie drzwi prowadzące na dach kryjówki Frontu Mgławicy  w 

południowej części miasta. Niewielka jednostka sił bezpieczeństwa przeleciała nad dachem z 
południa na północ, kierując się w stronę miejsca, gdzie miał odbyć się szczyt.

– Jak w zegarku – powiedział do piątki terrorystów, ludzi i obcych, przykucniętych na 

schodach poniżej. – Mamy dziesięć minut.

Gotal przecisnął się obok niego i wyskoczył na dach, poruszając wygiętymi rogami, 

którymi badał zamglone powietrze.

Pięć metrów od drzwi machnął ręką na Lope'a i zniknął za pierwszą z licznych kopuł, 

które musieli minąć, by dotrzeć na miejsce, skąd będą mieli dobry widok na budynek, w 
którym odbywał się szczyt.

Lope i pozostali wyszli za nim i obeszli tę samą kopułę, za którą zniknął Gotal.
Lope miał na biodrze wibroostrze schowane w pochwie, a na nadgarstku miniaturową 

rakietnicę.   Pozostali   uzbrojeni   byli   zarówno   w   broń   do   walki   wręcz,   jak   i   miotacze.   Za 
pierwszą   kopułą   rozciągała   się   przed   nimi   płaszczyzna   połączonych   ze   sobą   dachów, 
urozmaiconych   okrągłymi   pagórkami   kopuł   i   stromymi   szczytami   kalenic,   przeciętą 
wąwozami   i   uskokami.   Ośmiokątne   wieże,   wąskie   iglice   i   anteny   wyrastały   ponad 
powierzchnią dachów jak pojedyncze drzewa.

Kopuły miały najprzeróżniejsze kształty. Niektóre przypominały pokrywki od garnków, 

inne  miały   kształt   półokrągłych   krypt,   jeszcze   inne,   butelkowate,   pokrywały   ceramiczne 
płytki. Niekiedy kopuła była małym  domkiem o miniaturowych  oknach. Gotal prowadził; 
szybko złapali równy rytm,  czy to przeciskając się krętymi  meandrami, czy to pokonując 
niebezpieczne występy, czy przeskakując z dachu na dach.

Skafandry mimetyczne pozwalały im wtopić się w tło – szare dachówki, czerwonawe 

cegły i pokryte czarnymi zaciekami kwaśnych deszczów kopuły.

Wspięli się na stromy dach i zeskoczywszy do niecki, którą utworzyły cztery schodzące 

się w tym miejscu kopuły, wychylili się zza krawędzi masywnej półkuli, skąd jak na dłoni 
mogli   zobaczyć   interesujący   ich   budynek.   Na   wschód   od   niego   rozciągały   się   wysokie 
wzgórza, spowite gęstym smogiem. Daleko na północy szeroka rzeka rozlewała się w wąską 
zatokę w miejscu, gdzie uchodziła do morza.

Długa połać równego dachu ciągnęła się aż po ostatnią kopułę, gdzie schodziły się dwie 

ulice, by utworzyć szeroki bulwar prowadzący do budynku, w którym miał się odbyć szczyt.

Byli w połowie drogi, gdy z dołu dobiegły do nich odgłosy zamieszania. Pokonując lęk 

wysokości, Lope podczołgał się do krawędzi dachu i spojrzał w dół zza niewysokiego murku 
biegnącego wokół. Oddziały do rozpędzania zamieszek zmieniały właśnie organizację ruchu i 
rozganiały gapiów, którzy zebrali się, by zobaczyć najwyższego dygnitarza galaktyki.

W  budynku  po drugiej  stronie  ulicy mieszkańcy zaciągnęli  zasłony lub pozamykali 

okiennice. Z wolno krążących po ulicy śmigaczy w kilku językach powtarzano komunikat 
grożący   najsurowszymi   konsekwencjami   każdemu,   kto   zostanie   złapany   na   dachu   lub   w 
strefie zastrzeżonej w pobliżu wejść do budynku.

Lope   zobaczył,   że   od   południa   zbliża   się   kawalkada   pojazdów   poduszkowych,   i 

zamachał   na   ludzi   Havaca,   by   dołączyli   do   niego   przy   murku.   Konwój   dziesięciu 
repulsorowych  limuzyn eskortowało tyle samo policjantów na grawimotorach pościgowych. 
Jeden z ludzi Havaca wpatrywał się przez elektrolornetkę w piąty z kolei pojazd konwoju.

– Valorum – powiedział ściszonym głosem. – Gubernator Eriadu i jego namiestnik jadą 

z nim.

Lope poprosił go o elektrolornetkę.
– Twój szef powinien był pójść po rozum do głowy i pozwolić nam zastrzelić go tutaj. – 

background image

Poklepał   się   po  rakietnicy   przymocowanej   do  nadgarstka.   –   Jeden  strzał   z   tej   zabawki   i 
byłoby po wszystkim.

Towarzysz Havaca odebrał mu lornetkę.
– W tej chwili Havac jest i twoim szefem. Zresztą pojazd Valoruma jest chroniony 

polem energetycznym. A teraz łap się za komunikator i daj znać naszym ludziom w budynku, 
że cel będzie wchodził południową bramą,

Lope   odczołgał   się   do   miejsca,   gdzie   czekali   pozostali,   i   wyjął   z   kieszeni   mały 

komunikator.

– Valorum przejeżdża tuż pod nami – wyjaśnił.
Włączył komunikator i wstukał numer, który dał mu Havac, ale w odpowiedzi usłyszał 

tylko szum zakłóceń.

– Musisz stanąć nad tymi antenami – powiedział Gotal. – Spróbuj się wspiąć na szczyt 

tej wysokiej kopuły.

Lope   przytaknął.   Podbiegł   skulony   do   kopuły   i   zaczął   się   wspinać.   Był   tuż   pod 

ozdobnym wierzchołkiem, gdy usłyszał za sobą odgłos silnika.

Zsunął się po ścianie kopuły i dołączył do pozostałych.
– Poduszkowiec patrolowy zbliża się w naszą stronę.
Kobieta, którą zatrudnił Cohl, spojrzała na czasomierz na nadgarstku.
– Za szybko na kolejną rundę.
Przygięło ich do ziemi, gdy trójka poduszkowców przeleciała tuż nad ich głowami. 

Odleciały niedaleko, by zaraz zawrócić w kolejnym podejściu.

– Zauważyli nas – powiedział Gotal. Lope uzbroił rakietnicę.
– Mamy na to radę.
Unosząc prawe ramię, wbił wzrok w pojazd lecący na przedzie.

Z   tylnego   siedzenia   śmigacza   cała   stolica   Eriadu   wyglądała   jednakowo.   Tak 

przynajmniej   wydawało   się   Qui-Gonowi   po   ponad   godzinie   krążenia   nad   miastem   w 
poszukiwaniu miejsca skąd wykonano zdjęcia zarejestrowane w holoprojektorze.

Przecięte na pół powolną mulistą rzeką miasto stanowiło bezładną mieszaninę kopuł, 

wewnętrznych   dziedzińców   i   strzelistych   wież.   Pocięte   było   wąskimi   ulicami   i   zaledwie 
kilkoma szerszymi bulwarami. Budynki wznoszono jeden nad drugim w najdziwaczniejszy 
sposób – tu wyrastała przybudówka, tam dodatkowe piętro – na całej przestrzeni od zatoki, aż 
po zbocza gór po drugiej stronie miasta.

Trudno się było dziwić, że nikomu z oficerów służby bezpieczeństwa nie udało się jak 

dotąd  odnaleźć   tych   dachów, które   zobaczyli   w  holoprojektorze  Havaca.  Krótki  przegląd 
dwuwymiarowych   map   tylko   utrudnił   sprawę,   więc   kopie   obrazów   zarejestrowanych   w 
holoprojektorze skopiowano do komputerów nawigacyjnych trzech śmigaczy, w nadziei że po 
kilku   przelotach   ponad   dachami   komputer   zdoła   dopasować   obraz   do   rzeczywistego 
ukształtowania   terenu.  Jak  dotąd  jednak  przeloty  w  okolicach   wschodniego   i północnego 
wejścia do budynku szczytu nie przyniosły rezultatów. Qui-Gon nadal był przekonany, że 
Havac   chciał,   żeby   holoprojektor   został   odnaleziony,   ale   nie   wykluczał   całkowicie 
możliwości,   że   terrorysta   zostawił   urządzenie   w   magazynie   celnym   przez   zwykłe 
przeoczenie.

Trójka śmigaczy znajdowała się w tej chwili o jakieś dwa kilometry na południe od 

budynku szczytu. Qui-Gon i Obi-Wan jechali jako pasażerowie w pierwszym pojeździe, Ki-
Adi-Mundi i Vergere – w drugim, a dwaj funkcjonariusze Departamentu Sprawiedliwości – w 
trzecim.

Spoglądając w dół przez prawą burtę śmigacza Qui-Gon zauważył jakiś ruch na dachu 

pod nimi.  Kiedy jednak osłonił oczy dłonią i spojrzał  ponownie, zauważył  tylko  coś, co 
wyglądało jak drganie rozgrzanego powietrza u podstawy wąskiej ceglanej wieży. Rozciągnął 

background image

zmysły poprzez Moc.

W   tej  samej  chwili  komputer  pokładowy śledzący  rzeźbę  terenu  zaczął   świergotać, 

wskazując tym samym, że dopasował okolicę do zadanego wizerunku. Na ekranie komputera 
wyświetlił się obraz z holo-projektora nałożony na widok rozciągający się z dachu pod nimi. 
Obróciwszy   się   w   fotelu,   Qui-Gon   zobaczył,   że   Ki-Adi-Mundi   daje   im  ręką   znak, 
potwierdzając, że komputer drugiego śmigacza również zidentyfikował miejsce.

Oficer eriaduańskiej straży przechylił śmigacz na bok i zaczął zataczać nim koło, by 

wrócić pętlą w to samo miejsce, gdy nagle włączył się wykrywacz zagrożeń, dodając swój 
sygnał do nieprzerwanego ćwierkania komputera pokładowego.

– Ktoś wycelował w nas pocisk samonaprowadzający! – zawołał zaskoczony pilot.
Obi-Wan wychylił się za burtę i pokazał palcem na dach.
– Tam, mistrzu!
Qui-Gon zauważył kątem oka niewielki pocisk i w tej samej chwili uświadomił sobie, 

że musiał zostać wystrzelony spod wieży, dokładnie z tego samego miejsca, w którym chwilę 
wcześniej zauważył ruch.

Pilot zanurkował gwałtownie śmigaczem, gotów do następnego manewru, gdyby pocisk 

nadal leciał w ich kierunku; miniaturowa rakieta podążała jednak nadal pierwotnym kursem. 
Mijając   o   włos   rufę   pojazdu,   wybuchła   wysoko   nad   ich   głowami,   obrzucając   deszczem 
odłamków śmigacz, który zawrócił, szukając źródła ognia.

– Rejestruję ruch pod nami – zameldował pilot, spoglądając w kierunku jednego ze 

skanerów. – Naliczyłem sześć postaci.

Obi-Wan uniósł się w fotelu.
– Nikogo nie widzę!
– Kombinezony mimetyczne – powiedział Qui-Gon. Odwrócił się w stronę pilota. – 

Znajdź jakieś miejsce do lądowania.

Qui-Gon   pozwolił   oczom   błądzić   po   kopułowatych   dachach.   Zauważył,   jak   zza 

wąskiego przesmyku między dwiema kopułami wyłaniają się na chwilę trzy ludzkie sylwetki, 
by za moment wtopić się w tło pokrytego kafelkami dachu.

Pilot   podprowadził   śmigacz   ku   szczytowi   baryłkowatego   dachu   i   posadził   pojazd. 

Laserowe   strzały   zaczęły   tańczyć   wokół   kadłuba   i   bezładnie   odbijać   się   rykoszetem   od 
sklepienia. Z  włączonymi  mieczami świetlnymi  Qui-Gon i Obi-Wan wyskoczyli  za burtę. 
Wylądowawszy na dachu, odbili się saltem i zeskoczyli na płaski dach poniżej. Niedaleko 
nich   Ki-Adi-Mundi,   Vergere   i   dwaj   republikańscy   funkcjonariusze   również   zeskoczyli   i 
zaczęli biec w ich kierunku.

Poruszając się tak szybko,  że ledwie widać było  ich sylwetki,  Qui-Gon i Obi-Wan 

pobiegli ku krańcowi płaskiej powierzchni,  skręcili pomiędzy kopułami  i przeskoczyli  na 
drugi brzeg  szerokiej  rozpadliny bez chwili  wahania.  Potem  przesadzili  przestrzeń  ponad 
wewnętrznym dziedzińcem, nie zważając na blasterowy ostrzał, i kontynuowali pogoń, nie 
wypadłszy z rytmu.

Terroryści wciągali ich coraz głębiej pomiędzy sinusoidalne kształty kopuł. Qui-Gon 

ścigał   widoczną   w   ruchu   parę,   okrążając   ich   łukiem,   aż   wysforował   się   naprzód.   Z 
uniesionym mieczem świetlnym przystanął, czekając, aż wybiegną wprost na niego. Zielone 
ostrze   jego   miecza   syczało   i   buczało,   tnąc   powietrze   i   odbijając   kilkanaście   laserowych 
strzałów – a w końcu także ciśnięty w jego stronę miotacz. Wyczuwając, że para terrorystów 
zmienia   trasę   ucieczki,   Qui-Gon   przewrócił   ich   jednym   silnym   pchnięciem   Mocy.   Dwaj 
funkcjonariusze   Departamentu   Sprawiedliwości   nadbiegli   w   samą   porę,   by   przygwoździć 
terrorystów,   zanim   ich   kombinezony   mimetyczne   miały   czas,   by   ponownie   się 
naenergetyzować.

Wyczuwając za sobą ruch, Qui-Gon odwrócił się, nie dość szybko jednak. Metrowe 

wibroostrze zaciśnięte w dłoni napastnika, którego niemal nie sposób było dostrzec, przecięło 

background image

prawy bok płaszcza Qui-Gona, mijając o włos żebra. Jedi obrócił się wokół osi, tnąc mieczem 
na ukos i rozcinając wibroostrze na pół.

Terrorysta czmychnął na środek dachu, gdzie ceglana ściana niewielkiej przybudówki 

pozwalała mu lepiej się zakamuflować, i dobył blaster. Jedi rzucił się do przodu, unikając 
laserowych promieni, by wziąć się za bary z mężczyzną podobnej postury. Strzały z miotacza 
ze świstem minęły prawe ucho Qui-Gona, który rzucił swoim przeciwnikiem o dach. Dwa 
kolejne strzały osmaliły mu włosy. Skoczył w prawo i przeturlał się pod osłonę. Sięgając po 
Moc, poruszył obluzowaną płytkę na szczycie dachu przybudówki. Uchwyt puścił i płytka 
spadła, wirując w powietrzu. Trafiła terrorystę w skroń, powalając go w jednej chwili.

Qui-Gon skoczył do przodu, chwytając w garść fałdy mimetycznego kombinezonu i 

odrywając je od bezwładnego ciała mężczyzny. Obwody kombinezonu pękły, tkanina puściła, 
i w końcu napastnik stał się widoczny.

Jedi uznał, że mężczyzna pozostanie nieprzytomny dostatecznie długo, by zajęli się nim 

funkcjonariusze Departamentu Sprawiedliwości. Na lewo zauważył Vergere, przeskakującą z 
kopuły na kopułę z taką wprawą jakby miała na plecach silniczki rakietowe. Biegnąc za nią, 
zauważył, że Vergere i Ki-Adi-Mundi doganiają Gotala, którego mimetyczny kombinezon nie 
był w stanie ukryć śladów gubionej sierści.

Qui-Gon rozejrzał się dookoła szukając wzrokiem Obi-Wana. Dostrzegł go pod  wysoką 

kopułą,  na murku zamykającym wewnętrzny dziedziniec. Skierował się w jego stronę, gdy 
nagle zauważył zamazany kształt zsuwający się po stromej krzywiźnie kopuły. Kształt wpadł 
na Obi-Wana, który stracił równowagę i spadł z murku poza krawędź przybudówki. Qui-Gon 
rzucił się do przodu z mieczem na poziomie biodra, by w ostatniej chwili wycelować ostrze w 
miejsce, gdzie, jak sądził, wyląduje terrorysta. Rozległ się pełen bólu krzyk, prawa ręka, nagle 
widoczna, poszybowała ponad dachem i spadła w dół na ulicę. Uszkodzony kombinezon 
mimetyczny wyłączył się, ukazując krzyczącą kobietę, która upadła na kolana, ściskając lewą 
dłonią kikut odciętego ramienia.

Qui-Gon podbiegł do murku; miał nadzieję, że Obi-Wan zdołał miękko wylądować. 

Zobaczył  jednak śmigacz unoszący się znad dziedzińca, z Obi-Wanem ściskającym  jedną 
ręką tylny stabilizator pojazdu.

Śmigacz delikatnie opuścił Obi-Wana na dach obok Qui-Gona. Niedaleko od nich Ki-

Adi-Mundi,   Vergere,  dwóch  funkcjonariuszy  Departamentu  Sprawiedliwości  i  paru 
eriaduańskich strażników krępowało sześciu terrorystów, których zdołali schwytać. Nie było 
wśród nich ani Havaca, ani kapitana Cohla.

– Niezły z ciebie kaskader, padawanie – powiedział Qui-Gon.
– Chyba wolałbyś, mistrzu, żebym trzymał się burty zębami.
Qui-Gon spojrzał na niego zaskoczony.
–   To   ta   zagadka,   którą   mistrz   Bondara   zadał   swoim   studentom   w   dniu,   w   którym 

rozmawialiśmy z Luminarą – wyjaśnił Obi-Wan. – O mężczyźnie trzymającym się zębami 
pojazdu nad zdradziecką paszczą.

–   Teraz   sobie   przypominam   –   powiedział   Qui-Gon   w   nagłym   przypływie 

zainteresowania.

Obi-Wan odetchnął głęboko.
– Po długich rozmyślaniach  uznałem,  że pojazd oznacza  Moc, a paszcza wyobraża 

niebezpieczeństwa, które czekają na tego, kto zejdzie z jej ścieżki.

– A ci zagubieni wędrowcy, którzy proszą o pomoc?
– No cóż, z jednej strony podróżnicy, nawet jeśli zgubili drogę, powinni wiedzieć, że 

nie na wiele się zda pytanie o drogę człowieka, który wisi nad paszczą potwora, trzymając się 
czegoś zębami. Ale najważniejsze jest to, że podróżnicy tylko odwracają jego uwagę, więc 
powinien ich zignorować, jeśli ma pozostać na ścieżce Mocy.

– Tylko odwracają uwagę – mruknął Qui-Gon.

background image

Wrócił myślami  do próby zamachu na życie  kanclerza i dowodów, które odkryli w 

magazynie celnym. Klepnął Obi-Wana po ramieniu.

– Pomogłeś mi uchwycić sens czegoś, co od dawna mi umykało. – Spojrzał na szóstkę 

terrorystów. – Nie na wiele tu się przydamy. Pospiesz się, padawanie. Plan Havaca jest nadal 
aktualny.

– Dokąd idziemy?
– Tam, gdzie od początku mieliśmy dotrzeć.

background image

ROZDZIAŁ 30

Przy południowym wejściu do budynku, w którym odbywał się szczyt, panował chaos i 

zamieszanie,   trwały   przepychanki   tłumu   gapiów   i   służby   bezpieczeństwa.   Reporterzy 
medialni przeciskali się przez ciżbę, by znaleźć dogodne miejsce dla swoich holokamer i 
nagrywarek.   Kordon   zbrojnych   policjantów   starał   się   powstrzymać   napierający   tłum,   by 
pozostawić miejsce dla przejeżdżających pojazdów – od najprymitywniejszych po najbardziej 
luksusowe limuzyny – przywożących delegatów pod ganek skrywający wejście do budynku. 
Funkcjonariusze Departamentu Sprawiedliwości krążyli w tłumie, starając się nie przyciągać 
uwagi,   co   było   trudne,   zważywszy   na   fakt,   że   w   uszach   mieli   najnowocześniejsze 
słuchawkofony,   a   na   nadgarstkach   –   skomplikowane   komunikatory.   Rycerze   Jedi,   w 
charakterystycznych brunatnych płaszczach i z przypiętymi  do pasa mieczami świetlnymi, 
nawet nie próbowali przejść niezauważeni.

– Nie wiem, jak nam się uda wejść do środka – powiedział Boiny do Cohla; stali w 

pierwszym   rzędzie   gapiów.   –   Nawet   jeśli   zdołamy   dostać   się   do   drzwi,   nie   damy   rady 
pokonać bramek ze skanerami na broń.

Mieli na sobie luźne szaty, sandały i turbany, pod którymi ukryli rany na głowach. Cohl 

znalazł   nawet   prawdziwą   kulę   z   lekkiego   stopu   aluminium,   ale   był   znacznie   bardziej 
osłabiony niż wtedy, gdy pospiesznie opuszczali magazyn  celny.  Przy życiu trzymały ich 
plastry bacta i regularne zastrzyki środków uśmierzających ból.

Cohl   spojrzał   w   górę   na   budynek.   Oprócz   strażników   przy   wejściu,   na   wieżach 

wieńczących każdy z rogów umieszczono snajperów z ostrą bronią.

– Przyjrzyjmy się innym wejściom – powiedział cichym, urywanym głosem. Zaczęli 

przeciskać się zygzakiem przez tłum. Zachodnie i północne wejścia były równie oblegane, 
przy wschodnim jednak tłoczyło  się znacznie  mniej  gapiów, a i ochrona była  tam mniej 
liczna.

Przy   wejściu   czekała   na   wpuszczenie   do   środka   cała   rzesza   asystentów 

administracyjnych  i   tłumaczy,   robotów   protokolarnych,   zespół   trębaczy   i   doboszy   w 
wysokich hełmach i krzykliwych mundurach, a także mieszana grupa istot różnych gatunków, 
reprezentująca   między   innymi   Ligę   Praw   Istot   Rozumnych   i   Stowarzyszenie   Światów 
Wolnego Handlu.

Kawałek   dalej   około   setki   osób   trzymało   dumnie   kolorowy   transparent,   z   którego 

wynikało,   że   są   weteranami   Starkiańskiego   Konfliktu   Hiperprzestrzennego.   Krótki,   lecz 
niezwykle   krwawy  konflikt   zakłócił   spokój   dwanaście   lat   temu,   a   toczył   się   głównie   na 
światach, gdzie płyn bacta był rzadko stosowany lub bardzo kosztowny. Wielu weteranów, 
zarówno ludzi, jak i istot innych ras, z dumą prezentowało więc paskudne blizny, okropnie 
zniekształcone   fałdy   pomarszczonej   skóry   albo   kikuty   kończyn   i   ogonów.   Niektórzy, 
częściowo sparaliżowani w wyniku ognia z rozpraszacza lub detonacji elektromagnetycznych, 
poruszali się na repulsorowych wózkach lub noszach.

To właśnie ta grupa przyciągnęła uwagę Cohla.
– Chyba mamy sposób, by dostać się do środka – odezwał się do Boiny'ego.

* * *

W   samym   środku   fragmentu   amfiteatru,   oddzielającego   delegację   Coruscant   od 

Dyrektoriatu Federacji Handlowej, w sekcji przeznaczonej dla delegatów systemu Naboo, 
siedział senator Palpatine w towarzystwie Sate'a Pestage'a, Kinmana Doriana i  paru innych 
osób.

Palpatine   patrzył   w   lewo,   gdzie   siedmiu   członków   dyrektoriatu   zajmowało   właśnie 

background image

miejsca.   W   środku   zasiadła   czwórka   ludzi,   po   bokach   mając   Sullustanina,   Granina   i 
Neimoidianina; otaczał ich oddział robotów strażniczych uzbrojonych w karabiny blasterowe 
przewieszone przez pudełkowate plecy.

Palpatine był tak zatopiony w myślach, że nie zauważył, jak zbliża się do niego senator 

Orn Free Taa, chociaż rutiański Twi’lekianin podjechał na repulsorowym fotelu, eskortowany 
przez licznych asystentów i pomocników.

– Imponujący pokaz – odezwał się Taa do Palpatine'a, rozglądając się po sali, a jego 

fotel opadł na podłogę. – Delegaci z Sullusta, Clak'dor, z sektora Seneksa, Malastaru, Falleen, 
Bothawui... widzę tu nawet przedstawiciela Huttów! – Taa przerwał, podążając za wzrokiem 
Palpatine'a,   który   patrzył   na   delegację   Federacji   Handlowej.   –   Ach...   a   oto   i  obiekty 
powszechnej fascynacji.

– Niewątpliwie – odparł Palpatine nieobecnym głosem.
– Jakież to typowe dla dyrektoriatu, zabrać ze sobą roboty! Chociaż przypuszczam, że 

to   niewielka   różnica,   czy   wybierze   się   rycerzy   Jedi,   czy   roboty.   Słyszałem   jednak,   że 
dyrektoriat nalegał też na zamontowanie projektora tarczy.

– Tak, również o tym słyszałem.
Taa przyglądał się Palpatine'owi przez dłuższą chwilę.
– Senatorze, pozwolę sobie zauważyć, że wygląda pan na zaniepokojonego.
Palpatine odwrócił się w końcu w swoim fotelu w stronę Taa.
–   Tak,   istotnie...   otrzymałem   właśnie   pewne   dość   niepokojące   informacje   z   mojej 

rodzinnej planety. Wygląda na to, że król Veruna abdykował.

Grube warkocze główne senatora Taa zadrgały.
– To... to... sam nie wiem, senatorze, czy to dobra wiadomość, czy zła, czy mam panu 

gratulować, czy współczuć. Ale czy to zmienia w jakikolwiek sposób pańską pozycję? Czy 
istnieje groźba, że zostanie pan odwołany?

– To się dopiero okaże – powiedział Palpatine. – Do czasu elekcji na Naboo będzie 

rządzić regent.

– Kto kandyduje do tronu?
– To również nie jest jeszcze jasne.
– Czy mogę zapytać, na kogo pan liczy?
Palpatine wzruszył ramionami.
– Na kogoś, kto zechce otworzyć Naboo na resztę galaktyki. Na kogoś, że tak powiem, 

mniej konserwatywnego niż król Veruna.

Oczy Taa zabłysły.
– A może... na kogoś, kogo łatwiej będzie przekonać do swoich racji?
Zanim   Palpatine   zdążył   odpowiedzieć,   w   sali   dało   się   wyczuć   poruszenie.   Głowy 

wszystkich obecnych obracały się w kierunku południowego wejścia. Wkrótce w drzwiach 
pojawił   się   Najwyższy   Kanclerz   Valorum   i   reszta   delegacji   coruscańskiej.   Rozległy   się 
kurtuazyjne raczej niż prawdziwie entuzjastyczne oklaski.

– Przybył – powiedział Taa, gdy Valorum podchodził do swoje miejsca. – A kto to jest 

ten mężczyzna obok? Poznaję gubernatora Eriadu, ale kim jest chudy człowiek obok niego, 
który wygląda, jakby był zagłodzony?

– To namiestnik gubernatora, Tarkin – odpowiedział Palpatine, nie przestając klaskać 

na powitanie delegacji.

– Aha... Tarkin. Trochę staroświecki gość, jak słyszałem. Bardzo bojowy i autorytarny.
– Władza może zmienić najsłabszego biurokratę w dzikiego kota manka.
– Właśnie, właśnie! To mi przypomina, senatorze... – dodał konspiracyjnym tonem. – 

Czy pamięta pan informacje, którą przekazałem jakiś czas temu, na temat udziałów rodziny 
Valorum w tutejszej spółce?

– Jak przez mgłę. To jakaś firma przewozowa, tak?

background image

Taa przytaknął.
– Jak pan wie, wiele mniejszych koncernów tylko czeka, by przejść do pierwszej ligi, 

jeśli propozycja Valoruma w sprawie opodatkowania zostanie przeforsowana. Inwestorzy ze 
światów Jądra, w rodzaju Ralltiir czy Kuat, aż się palą, by je dokapitalizować.

– A co to ma wspólnego z firmą rodziny Valorum? – zapytał łagodnie Palpatine.
–   Otóż   okazuje   się,   że   rzeczona   firma   przewozowa   otrzymała   niedawno   poważny 

zastrzyk kapitału, a Najwyższy Kanclerz nie poinformował o tym odpowiednich organów w 
senacie.   Oczywiście   zacząłem   się   zastanawiać,   czy   w   ogóle   wiedział   o   tym,   że   ktoś   tak 
poważnie zainwestował w jego rodzinną firmę, i kim jest ten inwestor.

– To niepodobne do kanclerza Valoruma, by ukrywać tego rodzaju informacje.
–   Początkowo   też   tak   uważałem.   Zakładałem,   że   jeśli   uda   się   ustalić,   że   te   środki 

pochodziły od kapitału spekulacyjnego, niepowiązanego bezpośrednio z samym Valorumem, 
wówczas,   mimo   wszelkich   pozorów,   można   będzie   uznać,   że   nie   doszło   do   naruszenia 
regulaminu   czy   zasad   etyki   senackiej.   Próbując   jednak   ustalić,   kim   jest   ten   tajemniczy 
inwestor, natrafiałem na same przeszkody, martwe tropy i dwuznaczne ślady. Jak sam pan 
zasugerował, postanowiłem zwrócić się z tą sprawą do senatora Antillesa, który ma dostęp do 
takich rodzajów informacji, których mnie samemu odmówiono.

– Czy senator Antilles zdołał coś ustalić?
Taa zniżył głos jeszcze bardziej.
– To, co mam panu do powiedzenia, nie może się wprawdzie równać z wiadomością o 

abdykacji króla Veruny, ale udało mi się dowiedzieć, że Antilles zdołał dotrzeć do źródła tych 
kapitałów. Początkowo sądził, że będzie to jakiś fundusz wysokiego ryzyka, ale okazało się, 
że   środki   pochodzą   z   wysoce   podejrzanego   konta   bankowego,  założonego 
najprawdopodobniej w celu transferowania nielegalnie pozyskanych funduszy do obszarów 
szczególnego zainteresowania.

– Mówiąc o „obszarach szczególnego zainteresowania” ma pan na myśli, jak sądzę, 

tych senatorów, którzy otrzymują wsparcie finansowe od rozmaitych organizacji, legalnych i 
nie tylko.

– Właśnie.
– Ale nie dowiedział się pan jeszcze, skąd pochodziły te fundusze?
– Wydaje nam się, że jesteśmy już na tropie, ale im bliżej wyjaśnienia się znajdujemy, 

tym   bardziej   kłopotliwe   stają   się   potencjalne   konsekwencje   tej   sprawy   dla   kanclerza 
Valoruma.

– Byłbym wdzięczny, gdyby zechciał pan dokładnie mnie informować.
Taa uśmiechnął się.
– Niczego nie ogłosimy, nie zasięgnąwszy wcześniej pańskiej opinii.
Palpatine i Taa odwrócili się, by popatrzeć, jak Valorum pozdrawia zgromadzonych, 

którzy zareagowali kolejną rundą oklasków.

– Na tę chwilę Najwyższy Kanclerz czekał tak długo – powiedział Palpatine. – Nie 

psujmy jej plotkami.

Taa wyglądał na rozgoryczonego.
–   Proszę   przyjąć   moje   przeprosiny,   senatorze.   Nie   miałem   zamiaru   zakłócać   tej 

doniosłej chwili. – Spojrzał w lewo. – Pozostawiam to Federacji Handlowej.

Wicekról   Nate   Gunray   czuł   się,   jakby   oczy   wszystkich   skierowane   były   na   niego, 

niezależnie od faktu, że to Valorum skupiał na sobie niepodzielną uwagę zebranych. Gunray 
patrzył natomiast wyłącznie na robota bojowego, którego mu dostarczono tuż przedtem, jak 
członkowie dyrektoriatu opuścili swe tymczasowe kwatery, by udać się na szczyt.

Nie   do   odróżnienia   od   innych   robotów   stanowiących   ochronę   dyrektoriatu   –   z 

wyjątkiem kilku żółtych oznaczeń – nowy nabytek stał na prawo od Gunraya, na samym 

background image

skraju   mównicy   Federacji   Handlowej.   Gunray   ledwie   miał   czas   rozgościć   się   w   swojej 
kwaterze na Eriadu, gdy Lord Sithów, wierny swemu słowu, pojawił się przed nim w postaci 
holograficznego obrazu z projektora, który sam przekazał wicekrólowi kilka miesięcy temu. 
Tym   razem   jednak   wizerunek   był   tak   wyraźny,   pozbawiony   jakichkolwiek   zakłóceń   czy 
szumów, że Gunray zaczął się zastanawiać, czy Sidious nie znajdował się aby na Eriadu albo 
na jednej z sąsiednich planet, zamiast ukrywać się w tajemniczej kryjówce, skąd roztaczał 
swą mroczną magię.

„Złożą ci wizytę nieznajomi, którzy przekażą w twoje ręce robota – poinformował go 

Sidious. – Robota bojowego. Nie pytaj ich o nic, ani o ich tożsamość, ani o robota. Polecisz 
robotowi po prostu dołączyć  do pozostałych,  które sprowadziłeś  na Eriadu. Robot będzie 
reagował na twoje rozkazy”.

Gunray aż się palił do pytań, powstrzymał się jednak, gdy do jego kwatery przybyli 

nieznajomi z wielką skrzynią, w której schowany był robot. Nie poinformował Lotta Doda o 
otrzymanych   instrukcjach   nawet   wtedy,   gdy   senator   –   jako   jedyny   z   całej   delegacji  – 
przypadkiem   zauważył,   że   mógłby   przysiąc,   iż   przywieźli   na   Eriadu   tylko   dwanaście 
robotów.

List przewozowy pozwoliłby szybko wyjaśnić tę kwestię, rzecz jasna, ale ponieważ 

statek   Federacji   Handlowej   miał   status   dyplomatyczny,   istniało   niewielkie 
prawdopodobieństwo, że służby celne zaprotestują, gdy delegacja powróci do kosmoportu z 
jednym robotem więcej.

Drugie   z   poleceń   lorda   Sithów   nie   przestawało   dręczyć   Gunraya   i   to   ono   było 

przyczyną jego obecnego niepokoju. Myślał o nim nawet teraz, gdy zespół muzyczny zaczął 
przygotowywać się na scenie do odegrania fanfar inaugurujących szczyt.

Za kilka minut sprawa się rozstrzygnie.
Gunray zanotował w pamięci, gdzie siedzi Lott Dod.
Dyskretnie   otarł   z   twarzy   pot   i   spróbował   się   uspokoić.   Nie   przestawał   jednak   w 

milczeniu odliczać minut.

background image

ROZDZIAŁ 31

Z wyściełanego fotela wózka repulsorowego, który Boiny pomógł mu zarekwirować 

jednemu z weteranów Starkiańskiego Konfliktu Hiperprzestrzennego, Cohl spojrzał na drugi 
koniec sali, gdzie zasiadła delegacja Federacji Handlowej, a naprzeciwko – kanclerz Valorum 
i jego coruscańska świta. Wzrok miał zamglony,  pole widzenia ograniczone do wąskiego 
tunelu, a całe ciało obolałe, mimo zastrzyków, które coraz częściej aplikował mu Boiny.

Rodianin stał za nim jako pielęgniarz, nie odrywając od oczu małej elektrolornetki, 

przez którą przyglądał się trzynastu robotom Federacji Handlowej.

– Tylko jednemu brakuje ogranicznika – powiedział prosto do ucha Cohla. – To ten z 

żółtymi oznaczeniami na głowie i korpusie. Na prawo od Neimoidianina, na samym skraju 
mównicy.

Cohl przyłożył do oczu elektrolornetkę.
– Widzę go – powiedział słabym głosem. Potem zaczął badać olbrzymią salę przez 

lornetkę. – Gdzieś tu musi być Havac, z pilotem w dłoni.

Boiny rozejrzał się dookoła.
– Możliwe, że robot został zaprogramowany w taki sposób, by zareagować na określone 

wydarzenie albo w określonym momencie. Ale nawet jeśli Havac ma pilota, niewykluczone, 
że nie musi mieć robota w zasięgu wzroku. Może być gdziekolwiek, nawet na zewnątrz sali.

Cohl pokręcił głową.
– Havac jest typem, który musi widzieć, co się dzieje. On to zaplanował. To jego pokaz.
Wzrok Boiny'ego wędrował wzdłuż rzędów krzeseł.
– Na pewno nie ma go w sekcji dla delegatów, i wątpię, żeby grał na trąbce...
Cohl odwrócił się gwałtownie w stronę Rodianina.
– Kim był Havac, zanim nawrócił się na terroryzm, Boiny? Zanim przyłączył się do 

Frontu Mgławicy?

Boiny zaczął się zastanawiać.
– Robił holofilmy, zdaje się?
– Właśnie. Dokumentalne. Był reporterem.
Jednocześnie unieśli głowy, spoglądając w stronę lóż dla prasy i mediów.

Zakończywszy pościg po dachach, Qui-Gon i Obi-Wan dołączyli do Saesee Tiina i Adi 

Gallii w sali szczytu, tuż przy północnym wejściu. Valorum siedział na prawo od nich i nieco 
powyżej, Dyrektoriat Federacji Handlowej – na lewo. Na wprost nich zajmowali  właśnie 
miejsca członkowie delegacji Eriadu, na podeście wzniesionym w samym środku sali. Poniżej 
zespół trębaczy i doboszy stroił instrumenty.

W powietrzu wyczuwało się podniecenie.
– Ta szóstka, którą złapaliśmy, utrzymuje, że nigdy nie słyszała o Cohlu ani o Havacu – 

powiedział Qui-Gon do pozostałych Jedi. – I że nic nie wiedzą o planowanym zamachu.

–   Co   w   takim   razie   robili   na   dachu,   uzbrojeni   i   niebezpieczni,   ostrzeliwując   się   z 

rakietnicy?

– Twierdzą że należą do złodziejskiej szajki, która chciała wykorzystać zamieszanie 

spowodowane szczytem, by obrabować bank sektora Seswenna.

– Czy powiedziałeś im o zdjęciu z dachu, które znalazłeś w holo-projektorze?
– Nie było po co. Może i liczyli na to, że uda im się zaatakować konwój Wielkiego 

Kanclerza z dachu, ale moim zdaniem mieli tylko odwrócić naszą uwagę. To właśnie Havac i 
Cohl robią od samego początku, począwszy od incydentu w galaktycznym senacie. Nawet 
jeśli choć jeden z nich przyzna się, że został wynajęty przez Cohla, mogą nadal utrzymywać, 
że  planowali  jedynie   napad.  Nie  mieli   przy  sobie  żadnych  dokumentów,   więc  nawet   nie 

background image

wiemy,   kim   są   i   skąd   pochodzą.   Eriaduańska   straż   porównuje   ich   podobizny   i   zdjęcia 
siatkówki, ale zakładając, że Cohl pozbierał ich z odległych planet, mogą minąć tygodnie, 
zanim kogoś zidentyfikują.

–   W   takim   razie   nie   pozostał   nam   już   żaden   trop   –   powiedziała   Adi.   –   Reszta 

zamachowców Havaca musi być gdzieś w budynku.

– Przy wejściu nic się nie wydarzyło – zauważył Tiin. – Nikogo nie aresztowano.
– To nic nie znaczy – powiedział Qui-Gon. – Dla zawodowców takich jak Havac czy 

Cohl, ten budynek jest równie nieszczelny jak bramka na finały wyścigów  ścigaczy.  Bez 
trudu dostali się do środka.

Tiin zacisnął usta.
– Jedyne, co możemy zrobić, to przygotować się do obrony Najwyższego Kanclerza.
Qui-Gon spojrzał w stronę kanclerza Valoruma.
– A pozwoli nam podejść bliżej?
–   Nie   –   powiedziała   Adi.   –   Wydał   wyraźne   rozkazy,   że   nie   chce,   by   cokolwiek 

zakłóciło  przebieg   szczytu.   I   nie   życzy   sobie   nas   u   swego   boku.   Chce,   żeby   Jedi   byli 
postrzegani jako bezstronni w tym sporze.

–   Cóż,   nie   możemy   stać   tutaj,   czekając,   aż   ktoś   go   zaatakuje   –   warknął   Tiin.   – 

Powinniśmy   rozdzielić   się   i   rozejrzeć   po   sali;   musimy   znaleźć   źródło   kłopotów,   zanim 
kłopoty znajdą Valoruma.

Obi-Wan,   który   przysłuchiwał   się   tylko   rozmowie,   zauważył   w   oczach   Qui-Gona 

znajomy   błysk.   Wyglądał   tak,   jakby   wpatrywał   się   w   jakąś   niewidzialną   osobę,   której 
obecność wyczuł poprzez żywą Moc.

– O co chodzi, mistrzu? – zapytał cicho.
– Wyczułem go, padawanie.
– Havaca?
– Cohla.

Ciasna,   zapuszczona   loża   medialna   przydzielona   reporterom   niezależnego 

eriaduańskiego dziennika HoloDaily mieściła kilka prostych krzeseł, konsolę kontrolną pod 
kilkoma   zakurzonymi,   płaskimi   ekranami   i   holotablicami   i   duże   jednoszybowe   okno 
wychodzące na salę, w której odbywał się szczyt.

Havac stał obok okna i spoglądał na sadowiący się tłum, montując jednocześnie na 

stojaku holokamerę.  Za plecami  miał dwóch swoich towarzyszy,  uzbrojonych w blastery, 
przemycone   do   budynku   kilka   tygodni   wcześniej.   Jeden   z   nich   miał   na   nadgarstku 
komunikator.

Skierowawszy holokamerę  na sekcję foteli zajmowanych  przez Federację Handlową 

Havac   przymocował   do   niej   skaner.   Następnie   wycelował   urządzenie   przypominające 
mikrofon kierunkowy w stronę trębaczy pośrodku sali.

– Czy tropiciele się odezwali? – zapytał przez ramię.
– Nie – odparł mężczyzna z komunikatorem. – A Valorum jest tu od ponad dziesięciu 

minut. Jak myślisz, co się stało?

– Najprawdopodobniej zostali odkryci.
– Skąd ten pomysł?
Havac odwrócił się w stronę mężczyzn.
– Bo zawiadomiłem władze o frachtowcu Cohla i zostawiłem holoprojektor, który na 

pewno znaleźli. – Czekał, aż się uśmiechną ze zrozumieniem, ale nie doczekawszy się, dodał: 
– To był  jedyny sposób, by zająć czymś  władze, podczas  gdy my zajmiemy  się naszym 
zadaniem.

–   W   takim   razie   musieli   również   znaleźć   Cohla,   a   przynajmniej   jego   zwłoki   – 

powiedział mężczyzna z komunikatorem.

background image

Drugi przyglądał się im z powątpiewaniem.
–   Przypuśćmy,   że,   jak   twierdzisz,   tropiciele   zostali   pojmani   i   postanowili   pójść   na 

ugodę, wyjawiając wszystko, co wiedzą... za kredyty albo za samo uwolnienie.

Havac wzruszył ramionami demonstracyjnie.
–   Znają   mnie   jako   Havaca,   a   żaden   Havac   nie   dostał   przepustki   od   służb 

bezpieczeństwa na wejście do tego budynku. Przelewów kredytów dla ludzi Cohla też nie 
będzie można powiązać z nami. Nasza kryjówka zostanie opróżniona, zanim doprowadzą tam 
władze. Odlecimy z Eriadu, zanim ktokolwiek zdoła zebrać do kupy wszystkie kawałki tej 
układanki.

Jeśli Havac spodziewał się, że uspokoi towarzyszy, to srodze się zawiódł. Przyglądali 

mu się jeszcze bardziej sceptycznie niż przedtem.

– Czy snajper jest na miejscu?– zapytał Havac niecierpliwie.
– Jest na pomoście; czeka, aż zaczną grać.
– Co mamy z nim zrobić po wszystkim? – zapytał mężczyzna z komunikatorem.
Havac zastanowił się przez chwilę.
– To wyrzutek społeczeństwa  z fałszywą  przepustką i blasterem, z którego właśnie 

wystrzelił w stronę delegatów. Zostaniesz bohaterem, jeśli go zastrzelisz... a przynajmniej 
postaraj się, żeby spadł z pomostu.

– Żadnych tropów?
– Jak najmniej.

Cohl   znów   podpierał   się   na   aluminiowej   kuli,   ale   teraz   do   przodu   szaty   miał   też 

przyczepioną   niewielką   flagę,   która   pozwalała   domyślać   się   w   nim   weterana   konfliktu 
starkiańskiego. Kuśtykając, wyszedł z turbowindy, która wyniosła go razem z Boinym na 
główny poziom pieszy budynku. Mogli stąd dostać się do korytarza prowadzącego do lóż 
medialnych i pomieszczeń straży na wyższych poziomach.

Szli właśnie w stronę wind, gdy za plecami usłyszeli głos.
– Kapitanie Cohl!
Cohl nie zatrzymał się, dopóki nieznajomy nie powtórzył jego nazwiska. Dopiero wtedy 

odwrócił się z rezygnacją. Dziesięć metrów za nim stał wysoki, długowłosy i brodaty Jedi z 
włączonym zielonym mieczem świetlnym.

– To chyba nie nasz dzień – mruknął Boiny.
Cohl usłyszał  charakterystyczny  trzask i szum drugiego miecza  i obejrzał  się przez 

ramię.   Drugi   Jedi   był   gładko   ogolonym,   młodym   mężczyzną   z   cienkim   warkoczykiem 
padawana.

– Nie mogliśmy się doczekać  spotkania  z panem od czasów  Dorvalli – powiedział 

starszy z Jedi.

Cohl i Boiny wymienili zaskoczone spojrzenia.
– To wy byliście w tym Lancecie – odgadł Cohl.
– Nieźle nas pan przegonił, kapitanie.
Cohl prychnął i pokręcił głową.
– No cóż, w końcu nas znaleźliście. I możecie odłożyć  na bok te jarzeniówki. Nie 

jesteśmy uzbrojeni.

Qui-Gon skierował czubek miecza w stronę podłogi i podszedł do Cohla i Boiny'ego.
– Gratuluję panu przeżycia eksplozji „Strumienia Przychodów”.
Cohl oparł się mocniej na kuli.
– Niewiele mi z tego przyszło, Jedi. Mój partner i ja jesteśmy podziurawieni kulami jak 

sito.

Qui-Gon   i   Obi-Wan   zbadali   ich   poprzez   Moc.   Zorientowali   się,   że   mężczyzna   nie 

kłamie. I on, i Rodianin byli poważnie ranni.

background image

– A tak na marginesie, skąd wiedzieliście o operacji nad Dorvallą?
– Od członka Frontu Mgławicy – odparł Qui-Gon. – Nie żyje.
– A zatem rzeczywiście mieli donosiciela. W takim razie Havac miał rację, że tę misję 

trzymał w takiej tajemnicy.

– Chętnie poznamy również i Havaca – powiedział Obi-Wan.
Cohl spojrzał na padawana.
– Lepiej postarajcie się zniszczyć robota, którego Havac wprowadził na salę.
– Robota? – zapytali jednym głosem Jedi.
– Bojowego – wyjaśnił Cohl. – Jest tam, z resztą robotów dyrektoriatu. Domyślamy się, 

że Havac planuje posłużyć się robotem, by zabić kanclerza Valoruma.

–   To   niemożliwe   –   powiedział   Qui-Gon.   –   Roboty   bojowe   nie   mogą   działać 

samodzielnie, niekontrolowane przez centralny komputer.

– Robot Havaca to jeden z nowych, ulepszonych modeli firmy Baktoid – powiedział 

Boiny. – Dowódca Wolnomyśliciel. Trzeba tylko zlecić mu zadanie, komendą głosową albo 
zdalnym sygnałem, a będzie gotów porwać za sobą wszystkie roboty dookoła.

Obi-Wan przyglądał mu się z niedowierzaniem.
– Chcesz powiedzieć, że zamiast jednego zamachowca mamy ich dwanaście?
– Trzynaście, jeśli chodzi o ścisłość – odparł Boiny.
– Mimo wszystko robot nie jest w stanie sam zainicjować takiej akcji – upierał się Qui-

Gon.

– I tu właśnie zaczyna się rola Havaca. Ma pilota.
Qui-Gon podszedł bliżej do Cohla.
– Gdzie on jest?
– Mam pewien pomysł.
– Powiedz mi, co wiesz, a ja zajmę się dalej tą sprawą. Obi-Wan odprowadzi ciebie i 

twojego partnera do szpitala. I dobrze was przypilnuje.

Cohl pokręcił głową.
– Jeśli chcesz dostać Havaca, Jedi, idziemy razem albo wcale. – Wskazał głową na 

Boiny'ego. – Zresztą tylko my możemy go zidentyfikować.

Qui-Gon nie zastanawiał się ani chwili. Spojrzał na Obi-Wana.
– Padawanie, odszukaj mistrza Tiina i pozostałych. Szybko.
– Ale, mistrzu...
– Idź, padawanie. Natychmiast.
Obi-Wan zacisnął usta, ale skinął głową i obrócił się na pięcie. Qui-Gon patrzył, jak 

jego uczeń biegnie w kierunku sali; wyłączył miecz i objął ramieniem drżące ciało Cohla.

– Niech się pan o mnie oprze, kapitanie.

background image

ROZDZIAŁ 32

Podczas gdy dziesięciu doboszy podawało rytm, dwa razy tyle rogów uniosło się w górę 

i  zaczęło odgrywać pierwszą z trzech długich fanfar. W tym samym  momencie Obi-Wan 
dotarł do Tiina i pozostałych Jedi.

– To roboty! – zaczął zadyszany.
Tiin kazał mu zwolnić i powtórzyć jeszcze raz wszystko, czego wraz z Qui-Gonem 

dowiedzieli   się   od   Cohla.   Dopiero   wtedy   zwrócił   się   do   Adi,   Ki-Adi-Mundi,   Vergere   i 
pozostałych.

– Zajmijcie pozycje jak najbliżej kanclerza Valoruma – polecił Adi i Vergere. – Obi-

Wan i Ki niech się ustawią w pobliżu mównicy Federacji Handlowej. Bądźcie rozluźnieni, ale 
czujni.

– Mistrzu Tiin, czy myślisz, że Federacja Handlowa podejrzewa, kogo mają w swoich 

szeregach?

– Nie sądzę. Są agresywni tylko jeśli chodzi o handel. Jeśli jednak ten Havac zdołał 

wprowadzić   robota   pomiędzy   inne,   musiał   to   zrobić   tak,   by  członkowie   dyrektoriatu   nie 
dowiedzieli się o tym.

– Czy powinniśmy rozkazać ich delegacji, by wyprowadzili roboty, mistrzu?
Odpowiedział mu Ki-Adi-Mundi:
– Ktokolwiek obserwuje sytuację, pewnie od razu uaktywniłby roboty.  Jeśli tak się 

stanie,   mogłoby   to   sprawiać   wrażenie,   że   stanowimy   zagrożenie   i   skłoniłoby   roboty   do 
zareagowania   ogniem.   Gdybyśmy   mieli   czas,   moglibyśmy   spróbować   wysłać   kogoś   do 
frachtowca Federacji Handlowej, by wyłączył centralny komputer kontrolujący roboty.

– Czy walczyłeś już kiedyś z takimi robotami, mistrzu Tiin?
– Słyszałem tylko, że nie są zbyt precyzyjne, padawanie.
Obi-Wan zmarszczył czoło.
– Jeśli wszystkich trzynaście zacznie strzelać, brak precyzji może nie mieć znaczenia.
Nie przebiegli nawet jednej czwartej korytarza prowadzącego do stanowisk dla mediów, 

gdy Boiny wyśledził Havaca przez małe okienko z transpastali osadzone wysoko w drzwiach.

Puszczając Cohla, by stanął o własnych siłach, Qui-Gon przycisnął plecy do ściany 

korytarza.

– Ilu ich tam jest? – zapytał Rodianina.
– Havac i może jeszcze dwóch ludzi; siedzą na prawo od wejścia.
Qui-Gon wskazał mu głową dźwignię otwierającą drzwi.
– Spróbuj otworzyć.
Boiny ostrożnie położył dłoń na dźwigni.
– Zamknięte. – Spojrzał na klawiaturę w ścianie. – Mógłbym pewnie obejść kod...
– Znam szybszy sposób – przerwał mu Qui-Gon.
Włączywszy   miecz   świetlny,   wbił   rozpaloną   klingę   w   mechanizm   zamka.   Metal 

rozjarzył się do czerwoności i zaczął się topić, napełniając powietrze gryzącym smrodem. 
Drzwi, skrzypiąc, rozsunęły się i schowały w ścianie.

Havac i jego dwaj towarzysze zdążyli już poderwać się na nogi i dobyć broni.
Deszcz   laserowych   strzałów   odbił   się   od   klingi   Qui-Gona,   który   trzymał   miecz 

uniesiony   do   góry   i   precyzyjnymi   ruchami   parował   kolejne   strzały.   Odbite   rykoszetem 
ładunki   wypełniły   całe   pomieszczenie,   trafiając   dwóch   ludzi   Havaca,   którzy   upadli   na 
podłogę. Osłupiały i przerażony Havac wypuścił broń z ręki. Qui-Gon przywołał ją Mocą, 
złapał i wsadził za szeroki pas, który nosił pod płaszczem.

Havac opadł na krzesło przy tablicy kontrolnej, unosząc drżące ze strachu ręce nad 

głowę.

background image

Boiny i Cohl weszli za Qui-Gonem do pomieszczenia.
Cohl rozejrzał się dookoła i spojrzał na Qui-Gona.
– Cieszę się, że nigdy nie musiałem z wami walczyć.
– Cohl! – wykrztusił Havac z bezbrzeżnym zdumieniem. Cohl zmrużył oczy.
– Następnym razem będziesz wiedział, czego się po mnie spodziewać. Amator z ciebie.
–   Gdzie   jest   pilot   do   zdalnego   sterowania   robotem   bojowym?   –   zapytał   Qui-Gon 

Havaca.

Havac spojrzał na niego z miną niewiniątka.
– Jaki pilot? Nie wiem, o czym mówisz.
Qui-Gon pochylił się nad nim.
– Wprowadziłeś swojego robota między te, które towarzyszą członkom Dyrektoriatu 

Federacji Handlowej. – Złapał Havaca za ubranie i podniósł z krzesła, przyciskając do szyby 
loży prasowej. – Gdzie jest pilot?

Havac bezskutecznie próbował odciągnąć rękę Qui-Gona.
– Dosyć! Puść mnie, to ci powiem!
Qui-Gon opuścił go z powrotem na krzesło.
– Nasz strzelec go ma – wypluł z siebie Havac.
– Wiem, kogo ma na myśli – powiedział Cohl. – Mają tu snajpera.
Qui-Gon spojrzał ponownie na Havaca.
– Gdzie on jest?
– Na kładkach pod sufitem – wymamrotał Havac, odwracając wzrok. Qui-Gon spojrzał 

na Cohla, podejmując decyzję.

– Czy czujesz się wystarczająco dobrze, żeby popilnować tych trzech, podczas gdy ja z 

twoim partnerem odszukamy strzelca?

Cohl usiadł na jednym z krzeseł.
– Dam sobie radę.
Qui-Gon  wręczył   mu  miotacz   Havaca.  Chciał   coś   powiedzieć,   ale   zmienił   zdanie   i 

wskazał na dwóch rannych mężczyzn.

– Przyślę tu robota medycznego.
– Nie ma pośpiechu – zapewnił.
Gdy   Qui-Gon   i   Boiny   zniknęli   za   drzwiami,   Cohl   spojrzał   złowrogo   na   Havaca. 

Trębacze przerwali na chwilę, po czym zaczęli drugą fanfarę.

Muzycy   kończyli   właśnie   ostatnią   zwrotkę,   gdy   do   mównicy   Federacji   Handlowej 

podszedł   posłaniec   i   zapytał   o   wicekróla   Gunraya.   Szef   delegacji,   Kuatianin,   skierował 
posłańca   w   dalszy   koniec   wygiętego   stołu,   za   którym   siedzieli   członkowie   dyrektoriatu. 
Gunray przyglądał się podchodzącemu posłańcowi z widoczną obawą

–   Przepraszam,   że   przeszkadzam,   wicekrólu   –   powiedział   posłaniec   we   wspólnym, 

dostatecznie głośno, by Gunray mógł go usłyszeć mimo fanfar trębaczy – ale wygląda na to, 
że pojawił się problem z pańskim wahadłowcem. Kontrola Portu Kosmicznego Eriadu musi z 
panem natychmiast porozmawiać.

Twarz Gunraya wydłużyła się, gdy wysunął do przodu wydatną szczękę.
– Czy to nie może poczekać do zamknięcia szczytu?
Posłaniec pokręcił głową.
– Bardzo mi przykro, wicekrólu, ale chodzi o bezpieczeństwo. Zapewniam,  że cała 

sprawa zajmie panu tylko chwilę.

Przewodniczący   delegacji,   który   obserwował   wymianę   zdań   między   Gunrayem   i 

posłańcem, zwrócił się do wicekróla:

– Proszę iść załatwić tę sprawę. Może będzie pan miał szczęście i nie będzie musiał 

wysłuchiwać wystąpienia Najwyższego Kanclerza.

background image

Lott Dod wstał, gdy Gunray zaczął się zbierać do wyjścia.
– Czy mam pozostać tutaj pod pańską nieobecność, wicekrólu?
Gunray zastanowił się i pokręcił głową.
–  Chodź  ze  mną.   Lepiej   się znasz  na  procedurach   i zawiłościach  prawnych  niż  ja. 

Pospieszmy   się   jednak,   senatorze...   nie   chcę   opuścić   ani   chwili   więcej   niż   to   absolutnie 
niezbędne.

background image

ROZDZIAŁ 33

Sto metrów  nad podłogą sali, w której odbywał się szczyt,  Qui-Gon i Boiny biegli 

plątaniną kładek, portali i łączników rozciągających się pod sklepieniem budynku od jednej 
ściany do drugiej. Marszowe dźwięki trąbek odbijały się od wypukłych ścian, nakładając się i 
wygasając. Przez olbrzymi witrażowy świetlik w kopule wlewało się kolorowe światło słońca.

Podwieszone do sufitu lub wsparte na wysięgnikach sterczących ze ścian kładki miały 

ażurową podłogę i cylindryczne poręcze; były dość wąskie, najwyżej na szerokość człowieka 
przeciętnych rozmiarów. W regularnych odstępach, a zwłaszcza w miejscach skrzyżowania 
dwóch kładek, znajdowały się balkony umożliwiające konserwację głośników i oświetlenia.

Liczba  miejsc,  w  których  mógł  się ukryć  samotny  strzelec,  uzbrojony w pilota  lub 

miotacz, była praktycznie nieograniczona.

Qui-Gon   i   Boiny   nie   zaszli   daleko,   gdy   spotkali   pierwszego   z   agentów   ochrony. 

Ochroniarz uniósł broń, gdy zobaczył, że nadchodzą i zapytał, kim są i po co tu przyszli. Qui-
Gon   wyjaśnił   mu   to   zwięźle,   jednocześnie   badając   agenta   za   pośrednictwem   Mocy,   by 
sprawdzić,   czy   rzeczywiście   ma   podstawy,   by   zachowywać   się   władczo.   Zaniepokojony 
rewelacjami   Qui-Gona   agent   włączył   komunikator   i   poinformował   znajdujących   się   w 
pobliżu  towarzyszy,  by powtórnie  sprawdzili  dokumenty każdej  osoby,  którą  spotkają  na 
kładkach,   upewniając   się,   czy   mają   identyfikatory   techników   lub   agentów.   Jednocześnie 
nakazał odcięcie wszystkich wyjść na zewnętrzny korytarz, prowadzący do lóż dla mediów.

W ciągu kilku chwil do Qui-Gona, Boiny'ego i agenta dołączyli dodatkowi pracownicy 

ochrony. Podzieliwszy się na trzy grupy, ruszyli przeczesywać kładki.

Qui-Gon i Boiny skierowali się od zewnętrznego korytarza w stronę środka sali. Tuż 

pod nimi stały dwa szeregi trębaczy i doboszy.

Dotarli do skrzyżowania i rozdzielili się.
Rozciągając czucie, Qui-Gon ruszył ostrożnie w stronę następnego balkonu. Zobaczył 

agenta ochrony z karabinem blasterowym w rękach.

– Dostałem wiadomość przez komunikator – powiedział. – Na następnym balkonie jest 

dwóch techników. Proponuję zacząć od nich.

Agent cofnął się, by przepuścić Qui-Gona. Jedi pobiegł do przodu, poczuł jednak, że 

Moc każe mu zawrócić. Zaczął się odwracać. Ktoś krzyknął:

– Jedi!
Qui-Gon obrócił się i zobaczył  Boiny'ego, jak biegnie pędem w jego stronę. Agent 

ochrony znalazł się pomiędzy nimi, nadal trzymając na ukos przez pierś karabin blasterowy. 
Boiny wskazał na agenta.

– To właśnie jest...
Agent spojrzał na Qui-Gona.
– On jest ze mną – zaczął mówić Qui-Gon.
Agent przykucnął i wystrzelił, trafiając Boiny'ego prosto w pierś. Rodianin przewrócił 

się do tyłu na kładkę. Dopiero wtedy agent odwrócił się w stronę Qui-Gona, nie przerywając 
ognia.

Qui-Gon   włączył   miecz   świetlny.   Laserowe   strzały   nadlatywały   jednak   z   taką 

prędkością   i  precyzją  że   trudno  mu  było   odbić  wszystkie.  Dwa  przedarły  się  przez  jego 
obronę, trafiając w lewe ramię i prawą nogę.

Qui-Gon się zatoczył.
Przyciągnięci   odgłosem   strzałów   trzej   agenci   nadbiegli   z   tej   samej   strony,   z   której 

przyszedł   Boiny.   Strzelec  Havaca   wyciągnął  drugi,  krótki  miotacz   z  kabury pod  pachą  i 
wystrzelił do agentów, raniąc dwóch.

Qui-Gon   zmienił   kąt   nachylenia   miecza,   by   móc   odbijać   strzały   na   boki,   a   nie   z 

background image

powrotem   w   stronę   strzelca,   bo   bał   się,   że   mógłby   trafić   w   agentów,   którzy   zdążyli 
odpowiedzieć ogniem, nie przejmując się zbytnio trudnym położeniem, w jakim znalazł się 
Qui-Gon.

Strzelec był oszałamiająco szybki; uchylał się przed strzałami od jednej strony kładki do 

drugiej, a ukryta  zbroja pochłaniała te nieliczne  strzały,  które zdołały go trafić. Qui-Gon 
skoczył do przodu. Tnąc poziomo mieczem, odciął dwa pionowe wsporniki podtrzymujące 
kładkę.

Następnie skierował miecz w dół, by odrąbać dolne przypory platformy.
Obie części rozciętej kładki przechyliły się gwałtownie, a Qui-Gon i strzelec Havaca 

zaczęli spadać w stronę coraz szerszej przerwy pomiędzy zwisającymi końcami platformy.

Z gardła strzelca wyrwał się przeraźliwy krzyk. Mężczyzna zsuwał się po kratownicy 

kładki, strzelając z obu miotaczy do Qui-Gona.

* * *

Chwilę krótkiej ciszy pomiędzy drugą a trzecią i ostatnią powitalną fanfarą zakłócił 

gwar podniesionych, spanikowanych głosów.

Valorum   siedzący   sztywno   w   samym   środku   mównicy   delegacji   Coruscant   nie   był 

pewien,   skąd   dochodzą   krzyki,   zanim   Sei   Taria   nie   zakryła   dłonią   ust,   palcem   drugiej 
wskazując na sufit.

W   labiryncie   kładek   pod   świetlikiem   kopuły   ze   świstem   krzyżowały   się   promienie 

laserowych wystrzałów. W kolorowym blasku odcinało się zielone ostrze miecza świetlnego. 
Deszcz iskier opadał na muzyków jak konfetti.

Sei krzyknęła.
Mistrzowie   Jedi   Adi   Gallia   i   Vergere   skoczyły   do  przodu   z   włączonymi   mieczami 

świetlnymi.

W tej samej chwili od jednej z kładek oderwała się postać i runęła w dół.
Z mównicy Federacji Handlowej po drugiej stronie sali przewodniczący dyrektoriatu 

patrzył osłupiały na strzelaninę wśród kładek i dźwigarów podwieszonych pod sklepieniem. 
Jednocześnie na dole zobaczył kilku Jedi i funkcjonariuszy Departamentu Sprawiedliwości, 
jak szybko, choć ukradkiem, ruszają w stronę mównicy dyrektoriatu. Kuatianin spoglądał to 
w   sufit,   to   na   podłogę   sali.   Czy   szczyt   został   zorganizowany   tylko   po   to,   by   wciągnąć 
dyrektoriat w pułapkę? – pytał sam siebie. Czy Republika odważy się zaatakować ich w 
miejscu publicznym?

Roboty   bojowe   momentalnie   przeszły   z   postawy   na   baczność   do   pozycji   bojowej, 

uginając dolne kończyny w stawach kolanowych, z jedną nogą w wykroku i zakrzywionymi 
ramionami.   Były   zaprogramowane   w   taki   sposób,   by   reagować   na   polecenia  każdego   z 
członków   dyrektoriatu   –   a   w   każdym   razie   przekazywać   ich   polecenia   do  centralnego 
komputera kontrolnego na pokładzie statku Federacji Handlowej – ale najlepiej radzili sobie z 
nimi Neimoidianie.

Przewodniczący rozejrzał się, szukając wzrokiem Nute'a Gunraya i uświadomił sobie, 

że wicekról jeszcze nie wrócił. Nie wiedząc, co robić w tej sytuacji, odwrócił się do jednego z 
asystentów.

– Włączyć pole siłowe! – rozkazał.
Dźwięki wystrzałów i okrzyki strachu z dolnej części sali dochodziły również do loży 

prasowej, którą załatwił sobie Havac. Siedząc na krześle z bronią wycelowaną w Havaca, 
Cohl usłyszał, jak holokamera włącza się z cichym trzaskiem, i zauważył, że Havac zerka w 
jej stronę.

– Czy mam rację, zakładając, że zamierzasz mnie zabić? – zapytał Havac. – W końcu w 

tym jesteś najlepszy, co?

background image

– Nieźle sobie radzisz jak na żółtodzioba, Havac.
Havac prychnął pogardliwie.
– Jestem gotów oddać życie za sprawę, kapitanie.
– Może i jesteś – odparł Cohl. – Ale nie dam ci tej satysfakcji. Zginiesz wyłącznie za to, 

że zabiłeś Rellę. A twoja sprawa i tak jest przegrana.

Havac ponownie zerknął na holokamerę.
– Tak sądzisz?
Cohl wskazał na transpastalowe okno.
– Słyszysz  te blastery?  Jedi znaleźli twojego strzelca, tego, który kontroluje robota. 

Valorum jest bezpieczny. Nigdy zresztą nie miałem zbyt wysokiego mniemania o tej akcji, 
widząc, że podobnie jak wy, Valorum dąży do rozwiązania Federacji Handlowej.

Havac roześmiał się.
– Nic nie zrozumiałeś, Cohl. Rzeczywiście jesteś już za stary do tej zabawy. Dlaczego 

myślisz, że naszym celem jest Valorum?

Uśmiech na twarzy Cohla nagle stężał.
Krzywiąc się z bólu, wstał z krzesła i dokuśtykał do okna. Strzelanina spowodowała, że 

w sali zapanował kompletny chaos. Członkowie Dyrektoriatu Federacji Handlowej stali za 
wygiętym łukowato stołem w otoczeniu swych robotów bojowych, bezpiecznie odgrodzeni 
tarczą   pola   siłowego.   Po   jednej   stronie   sali   grupa   Jedi   i   funkcjonariuszy   Departamentu 
Sprawiedliwości zbliżała się do mównicy Federacji Handlowej. Cohl odwrócił się w stronę 
Havaca z płonącymi oczami.

– Chodzi wam o Federację!
Havac nie mógł powstrzymać triumfalnego uśmiechu.
–   Potrzebowaliśmy   tylko,   żeby   uruchomili   pole   siłowe.   –   Wskazał   na   urządzenia 

wycelowane ku dołowi sali. – Skaner odebrał sygnał o aktywacji. Holokamera zajmie się 
resztą.

– To holokamera jest pilotem – powiedział Cohl jak w transie.
Rzucił się w stronę kamery, w pół drogi trafiając na Havaca. Wpadli na siebie i upadli 

na podłogę, nie puszczając jeden drugiego. Przeturlali się, walcząc o przewagę i   próbując 
wyrwać sobie nawzajem miotacz.

Cohl zamachnął się i wbił łokieć w twarz Havaca. Mężczyzna przeturlał się na bok, a 

Cohl wykorzystał siłę rozpędu przeciwnika, by wtoczyć się na niego i przygwoździć kolanami 
do podłogi.

Havac zaczął się wiercić, ale nie puścił blastera; wcisnął spust, posyłając kulę w brzuch 

Cohla. Cohl poczuł, że siła wystrzału odrzuca go do tyłu, ale skoczył ponownie na Havaca, 
całym swoim ciężarem napierając na broń i kierując lufę w stronę piersi przeciwnika.

Zebrał resztki sił, wcisnął spust i wystrzelił ostatni nabój.

Wisząc na jednym  ręku pod kołyszącą się kładką, Qui-Gon spojrzał w dół na salę. 

Trębacze przerwali fanfarę w pół nuty, porzucili trąbki i rozpierzchli się, szukając ochrony. 
Delegaci zerwali się z krzeseł i zaczęli uciekać, dosłownie depcząc innym po głowach, byle 
tylko znaleźć się z dala od strzelaniny.

Valorum   stał,   szczelnie   otoczony   kręgiem   utworzonym   przez   Gwardię   Senacką   i 

rycerzy Jedi.

Saesee Tiin, Ki-Adi-Mundi i Obi-Wan zajęli  pozycje  na wprost mównicy Federacji 

Handlowej;   unieśli   miecze   świetlne,   gotowe   do   odparcia   strzałów   robotów   bojowych. 
Członkowie dyrektoriatu uruchomili jednak ochronne pole siłowe, co oznaczało, że ze strony 
ich mównicy w głąb sali nie przedrze się żaden strzał.

Trzynaście robotów sięgnęło prawymi kończynami po laserowe rusznice, które miało na 

plecach.

background image

Funkcjonariusze   Departamentu   Sprawiedliwości   zaczęli   strzelać   w   stronę   pola 

siłowego, które po prostu wchłonęło ich strzały.

I wtedy roboty, wszystkie naraz, wykonały półobrót.
Widać   było,   że   członkowie   dyrektoriatu   mówią   coś   do   robotów,   coraz   bardziej 

nerwowo, aż w końcu zaczynają wycofywać się od wygiętego stołu. Roboty wystrzeliły.

Rycerze Jedi i republikańscy funkcjonariusze patrzyli bezradnie, jak strzały rozrywają 

na kawałki stół i krzesła, trafiając w końcu w ciała członków dyrektoriatu, wstrząsając nimi i 
ciskając na boki mównicy.

Ostrzał zakończył się równie gwałtownie, jak się rozpoczął.
Przez chwilę roboty czekały, aż rusznice wystygną, a następnie zawiesiły je z powrotem 

na plecach i odwróciły się twarzami w stronę sali.

Oszołomiony   tym,   co   zobaczył,   Qui-Gon   wspiął   się   na   chybotliwą   kładkę   i   usiadł 

ciężko, patrząc przed siebie w przestrzeń.

background image

W E W N Ę T R Z N Y  K R ĄG

ROZDZIAŁ 34

–   Front   Mgławicy   został   właściwie   rozwiązany   –   wyjaśniła   Qui-Gonowi 

funkcjonariuszka   Departamentu   Sprawiedliwości.   –   Tych   kilku,   których   udało   nam   się 
wytropić, zaprzecza, jakoby wiedzieli cokolwiek o akcji Havaca na Eriadu. Niektórzy wręcz 
nigdy go nie spotkali i twierdzą, że tego nazwiska używali rutynowo wszyscy członkowie 
radykalnej   frakcji   Frontu.   Zresztą   operacja   na   Eriadu   została   zaplanowana   w   najgłębszej 
tajemnicy, jako że bojownicy byli przekonani, że mają w swych szeregach informatora.

– Informatorem był jeden z umiarkowanych – uzupełnił Qui-Gon. – To dzięki niemu 

dowiedziałem się o planach napadu Cohla na frachtowiec Federacji Handlowej w pobliżu 
Dorvalli, a na Asmeru – o tajnej operacji zleconej Cohlowi przez Havaca.

Funkcjonariuszka   –   szczupła,   ciemnowłosa   kobieta   o   eleganckich   manierach   – 

zanotowała uwagi Qui-Gona w notesie komputerowym. Byli tylko we dwoje w małym kubiku 
na   olbrzymiej   sali   w   centrali   Departamentu   Sprawiedliwości   na   Coruscant.   Od   zamachu 
upłynął prawie cały standardowy miesiąc.

Dezaktywacja tarczy ochronnej, którą członkowie  Dyrektoriatu  Federacji Handlowej 

opuścili   –   nieświadomie   stając   się   sprawcami   własnej   zguby   –   wymagała   pracy   całego 
zespołu techników, uzbrojonych w rozpraszacze pola. Dwaj Neimoidianie, którzy przeżyli 
masakrę   –   wicekról   Nutę   Gunray   i   senator   Lott   Dod   –   nie   protestowali,   gdy   te   same 
rozpraszacze   zostały   użyte   w   celu   podporządkowania   i   wymuszenia   posłuszeństwa   na 
trzynastu robotach. Przywileje dyplomatyczne umożliwiły Neimoidianom odlot z Eriadu bez 
konieczności składania jakichkolwiek wyjaśnień.

Najwyższy   Kanclerz   Valorum   nakazał   Departamentowi   Sprawiedliwości 

natychmiastowe   rozpoczęcie   śledztwa,   ale   wkrótce   okazało   się,   że   Tarkin,   namiestnik 
gubernatora,   pokrzyżował   im   szyki.   Tarkin   przekonywał,   że   skoro   Eriadu   nie   zdołała 
zapewnić   bezpieczeństwa   szczytu,   sprawa  powinna   być   prowadzona   przez   miejscowych 
detektywów.   Zachodziła   obawa,   że   Tarkin,   obawiając   się   odwetu   Federacji   Handlowej, 
będzie próbował zrzucić winę na inne osoby. Zamiast tego jednak po prostu uniemożliwił 
śledztwo, pozwalając, by dowody i naoczni świadkowie zniknęli. Całkowicie zlekceważeni 
funkcjonariusze, których Valorum poprosił o pozostanie na Eriadu, w końcu zwinęli manatki i 
wrócili na Coruscant.

Qui-Gon   starał   się   śledzić   na   bieżąco   rozwój   wypadków,   ale   naczelnik   wydziału 

dochodzeniowego, który miał  być  łącznikiem z ekipą  na Eriadu,  dopiero co powrócił  na 
Coruscant.

–   Havac   okazał   się   z   pochodzenia   Eriaduaninem   –   ciągnęła   funkcjonariuszka.   – 

Naprawdę nazywał się Eru Matalis i był korespondentem medialnym i holoreporterem, a do 
Federacji   Handlowej   miał   zadawnione   urazy.   W   pewnym   momencie   został   przywódcą 
komórki Frontu Mgławicy na Eriadu i awansował dalej, aż wysunął się na czoło organizacji. 
Rewizja w kryjówce Frontu w stolicy Eriadu ujawniła, że Front miał kontakty we wszystkich 
instytucjach rządowych i w policji, i jego członkowie najprawdopodobniej wiedzieli wszystko 
o   środkach   ochrony   podjętych   z   okazji   szczytu.   Havac,   to  znaczy   Matalis,   ewidentnie 
wykorzystał swoje kontakty, by uzyskać przepustki, identyfikatory,  mundury ochroniarzy i 
inne dokumenty dla zamachowców wynajętych przez Cohla, a może nawet zdołał ukryć broń 
w sali balowej jeszcze przez rozpoczęciem szczytu.

– Operacja musiała zostać zaplanowana tuż po ogłoszeniu, że szczyt  się odbędzie – 

powiedział Qui-Gon. – Albo wkrótce po ataku na Najwyższego Kanclerza, tu na Coruscant. 

background image

Nie sądzę, byśmy kiedykolwiek zdołali się dowiedzieć, czy tamten zamach był prawdziwy, 
czy tylko miał odwrócić naszą uwagę od przygotowań do operacji na Eriadu.

–   Chyba   że   Cohl   albo   Havac   przemówią   do   nas   zza   grobu   –   powiedziała 

funkcjonariuszka. – A co z tymi zamachowcami, których udało się złapać?

– Wszyscy przetrzymywani twierdzą, że celem był Valorum... nawet ci dwaj, których 

odkrył pan z Havakiem w loży prasowej. Według ich historyjki, Havac chciał zorganizować 
atak w taki sposób, by wyglądało, że roboty Federacji Handlowej zabiły kanclerza Valoruma 
na rozkaz dyrektoriatu. Miało to doprowadzić do rozwiązania Federacji Handlowej, co było 
jednym   z   głównych   celów   Frontu.   Rozważaliśmy   możliwość,   że   roboty   miały   awarię 
oprogramowania i że atak na członków dyrektoriatu był pomyłką. Ale Baktoid dostarczył nam 
solidnych dowodów, że coś takiego nie mogło mieć miejsca.

– Czy Baktoid mógł pomagać Havacowi?
– Stanowczo zaprzeczają, by mieli w tym jakikolwiek udział. Ich inżynierowie pomogli 

nam nawet zbadać tego robota bojowego, tak zwanego dowódcę, co pozwoliło stwierdzić, że 
zawierał   mechanizm,   dzięki   któremu   mógł   być   sterowany   niezależnie   od   centralnego 
komputera, ale tylko przez krótki okres. Holokamera Havaca zainicjowała działania robota, a 
dwanaście   pozostałych   robotów   po   prostu   wykonywało   rozkazy   dowódcy.   Gdy   tylko 
centralny   komputer   zorientował   się,   co   się   dzieje   w   sali,   w   której   odbywał   się   szczyt, 
wyłączył je wszystkie.

Qui-Gon zastanawiał się przez chwilę.
– Ktoś musiał pomóc Havacowi dostarczyć robota Federacji Handlowej.
– Jak najbardziej – przytaknęła funkcjonariuszka. – Jednak przywileje dyplomatyczne 

nie pozwoliły nam dowiedzieć się wszystkiego, co chcieliśmy. Na przykład z akt kosmoportu 
Eriadu wynika, że dyrektoriat przywiózł ze sobą tylko dwanaście robotów. A zatem trzynasty, 
robot-morderca, musiał trafić w ich ręce już na powierzchni planety. Gunray, nowy wicekról 
zarządzający całej Federacji Handlowej, utrzymuje, oczywiście poprzez swoich prawników, 
że któryś z członków dyrektoriatu musiał otrzymać albo wprowadzić do sali robota. Senator 
Lott Dod twierdzi, że kiedy zwrócił uwagę wicekróla na trzynastego robota, ten wydawał się 
równie zaskoczony, jak sam Dod.

– A co z wiadomością, którą Gunray i Dod otrzymali w sali tuż przed rozpoczęciem 

szczytu?

– Była  prawdziwa... na tyle, na ile udało nam się to ustalić.  W jednym  z silników 

neimoidiańskiego wahadłowca miał miejsce wyciek plazmy. Wyciek został wykryty przez 
skanery kosmoportu i ktoś z tamtejszej obsługi skontaktował się z ochroną szczytu. Problem 
polega na tym, że nie udało nam się ustalić tożsamości tej osoby. Wicekról Gunray utrzymuje, 
że komunikator, który wręczył mu posłaniec, był wyłączony, gdy go otrzymał. Posłaniec to 
potwierdza. W chwili, gdy Gunray i Dod wracali na swoje miejsca, zamach był w toku i 
ochrona zatrzymała ich przez wejściem do sali.

Funkcjonariuszka pokręciła głową z niezadowoleniem.
– Wszystkie tropy kończą się na osobie Havaca.
Qui-Gon skrzyżował ręce na piersiach i kiwnął głową, choć niezbyt przekonująco.
– Na to wygląda.

– Cieszę się, że znów pana widzę, senatorze Palpatine – powiedziała prześliczna postać 

widoczna w polu holoprojektora. -Z niecierpliwością czekam na dzień, w którym spotkamy 
się znów osobiście.

– Ja również, wasza wysokość – powiedział Palpatine, kłaniając się z szacunkiem. 
Postać siedziała na tronie z okrągłym oparciem, na tle wysokiego, łukowatego okna i z 

potężnymi   kolumnami   z   surowego   kamienia   po   obu   stronach.   Jej   niski   głos   był   równie 
opanowany jak postawa; słowa dobiegały z umalowanych ust niemal bez intonacji. Szczupła, 

background image

o ślicznej, kobiecej twarzy, wyglądała wyjątkowo dostojnie jak na tak młodą osobę. Widać 
było, że traktuje swe obowiązki z najwyższą powagą. Urodziła się jako Padme Neberrie, 
odtąd  jednak  miała  być   znana  jako królowa  Amidala,   nowa  elekcyjna  władczyni   planety 
Naboo.

Palpatine odbierał transmisję w swoim apartamencie, w przypominającym górską grań 

wieżowcu na ulicy Republiki 500, w jednej z najstarszych i najbardziej reprezentacyjnych 
dzielnic miasta. Ściany i podłoga pokoju były czerwone jak tron Amidali, a cenne dzieła 
sztuki zajmowały każdą wnękę i każdy kąt.

Wyobraził sobie własną podobiznę unoszącą się nad kompozytowym holoprojektorem 

w komnacie rady w pałacu w Theed na Naboo.

–   Senatorze,   pragnę   poinformować   pana   o   czymś,   co   dopiero   teraz   zostało   mi 

ujawnione. Król Veruna nie żyje.

– Nie żyje, Wasza Wysokość? – Palpatine zmarszczył czoło, udając zaniepokojenie. – 

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie pokazywał się publicznie od czasu abdykacji. Z tego, 
co wiedziałem, był w dobrym zdrowiu.

–   Był   w   dobrym   zdrowiu,   senatorze   –   powiedziała   Amidala   swoim   monotonnym 

głosem. – Jego śmierć uznano za „przypadkową”, ale jej okoliczności są bardzo tajemnicze.

Choć   zaledwie   czternastoletnia,   nie   była   najmłodszą   monarchinią   wybraną   na   tron, 

jednak   niewątpliwie   jedną   z   najbardziej   konwencjonalnych,   zarówno   w   stroju,   jak   i 
zachowaniu.

Od stóp do głów  okrywała  ją czerwona  szata, szeroka  w  ramionach,  z mankietami 

obszytymi   futrem   potolli.   Wąski   gors   sukni   haftowany   był   bezcenną   nicią.   Jej   twarz, 
pomalowana   na   biało,   wychylała   się   z   szerokiego   kołnierza,   który   nie   tylko   okalał   jej 
delikatne rysy, ale przechodził w skomplikowane, wysadzane klejnotami nakrycie głowy o 
fałdach spływających na plecy królowej. Paznokcie również miała pomalowane na biało, a na 
każdym policzku widniała stylizowana kropka. Tradycyjna „blizna pamięci” dzieliła na pół 
jej dolną wargę, pomalowaną również na biało, w przeciwieństwie do górnej. Wokół królowej 
stało pięć dworek w purpurowych szatach z kapturami.

– Pragnę zapoznać pana z naszym nowym dowódcą gwardii, senatorze – powiedziała 

Amidala, wskazując na kogoś, kto znajdował się poza polem widzenia. – Kapitan Panaka.

Gładko   wygolony   mężczyzna   o   jasnobrązowej   skórze   wszedł   w   obręb   holopola. 

Wyglądał na pozbawionego poczucia humoru. Miał na sobie skórzaną kurtkę i pasującą  do 
niej czapkę, odpowiednią dla swej szarży. Panaka objął dowództwo gwardii niedawno, ale nie 
był nowy na dworze, służył bowiem przez pewien czas pod rozkazami swego poprzednika, 
kapitana Magnety.

– Ze względu na podejrzane okoliczności śmierci króla Veruna – powiedziała Amidala 

– kapitan   Panaka  uważa,  że  należy wzmocnić  środki  bezpieczeństwa   w  stosunku do  nas 
wszystkich, nie wyłączając pana, senatorze.

Palpatine wyglądał na zaskoczonego, a nawet lekko rozbawionego tym pomysłem.
– Na Coruscant to raczej zbyteczne, wasza wysokość. Jedyne niebezpieczeństwo, jakie 

mi   tu   grozi,   to   konieczność   spoufalania   się   z   innymi   senatorami   i   uodpornienia   się   na 
chciwość, która trawi galaktyczny senat.

Królowa ponownie pojawiła się w holopolu.
– A niedawny zatarg pomiędzy Federacją Handlową a terrorystami Frontu Mgławicy, 

senatorze?

Palpatine pokręcił głową z dezaprobatą.
–   Ten   przykry   incydent   pokazał   jedynie,   jak   nieskuteczna   stała   się   Republika   jako 

mediator w tego typu konfliktach. Zbyt wielu w senacie stawia swe własne potrzeby ponad 
potrzebami Republiki.

– Jakie losy czekają zgłoszoną przez kanclerza Valoruma propozycję opodatkowania 

background image

stref wolnego handlu?

– Jestem przekonany, że Najwyższy Kanclerz będzie forsował tę propozycję.
– Jak pan zagłosuje, senatorze, jeśli dojdzie do głosowania?
– Jak Wasza Wysokość życzy sobie, bym głosował?
Amidala zastanawiała się przez chwilę.
– Odpowiadam przez ludem Naboo. Życzyłabym sobie bardzo nawiązać dobre stosunki 

z kanclerzem Valorumem, ale Naboo nie może dać się wciągnąć w spory pomiędzy Federacją 
Handlową a Republiką. Zaakceptuję pańską decyzję w tej sprawie, senatorze.

Palpatine skłonił głowę.
–   W   takim   razie   rozważę   tę   sprawę   starannie   i   zagłosuję   zgodnie   z   tym,   co   w 

ostatecznym rozrachunku będzie najlepsze dla Naboo i dla Republiki.

Valorum stał przy wysokich oknach, spoglądając na panoramę miasta. 
–   Ostatnim   razem,   kiedy   się   tu   spotkaliśmy,   rozmawialiśmy   o   prośbie   Federacji 

Handlowej o ochronę przed terrorystami – powiedział. – I przez tych kilka miesięcy sytuacja 
tylko się zaogniła. Kiedy zastanawiam się nad rozwojem wypadków, które doprowadziły nas 
w to mroczne miejsce, czuję się zagubiony. Gdyby ktoś kilka miesięcy temu próbował mnie 
przekonać,   że   zmierzamy   w   takim   kierunku,   zlekceważyłbym   ostrzeżenie,   uważając   taki 
scenariusz za całkowicie niemożliwy.

Senator Palpatine nie odpowiedział. Czekał, aż Valorum odwróci się w jego stronę.
– Ze względu na to, co stało się w czasie szczytu, odroczyłem wniesienie na forum 

senatu   sprawy   opodatkowania.   Jednak   zarówno   ci,   którzy   popierają   propozycję,   jak   i   jej 
przeciwnicy naciskają na mnie, by rozwiązać tę sprawę raz na zawsze.

Valorum odwrócił się twarzą do Palpatine'a.
–   Pan,   chyba   bardziej   niż   ktokolwiek   inny,   wyczuwa   nastroje   senatu.   Czy   zamach 

przysporzył Federacji Handlowej tylu sympatyków, że nie zdołamy zebrać odpowiedniego 
poparcia dla opodatkowania?

–   Wręcz   przeciwnie   –   odpowiedział   Palpatine.   –   To,   co   stało   się   na   Eriadu,   tylko 

umocniło   powszechne   przekonanie,   że   wkraczamy   w   czasy   przemocy,   a   konflikt   między 
Federacją   Handlową   a   Frontem   Mgławicy   może   być   zwiastunem   dalszych   tragedii.   Co 
więcej, zważywszy na fakt, że u steru Federacji stoją teraz zorientowani wyłącznie na zyski 
Neimoidianie, można się spodziewać narastania napięcia w systemach peryferyjnych. Pański 
plan   skierowania   części   przychodów   podatkowych   do   światów   Odległych   Rubieży   jest 
godzien pochwały i powinien być jak najszybciej wdrożony. Wiele planet i walczących o 
przetrwanie koncernów zyska na tym posunięciu. Konkurencja rynkowa ograniczy w końcu 
zapędy   Federacji   Handlowej   w   sposób   samoistny,   bez   potrzeby   interwencji   ze   strony 
Republiki innej niż opodatkowanie.

Valorum pokiwał głową.
– A co z wnioskiem Federacji Handlowej o zwiększenie ich kontyngentu obronnego? 

Niezależnie od wyeliminowania zagrożenia ze strony Frontu Mgławicy Neimoidianie będą 
chcieli uzyskać nasze pozwolenie na zwiększenie liczebności ich sił obronnych.

–   To   prawda   –   powiedział   powoli   Palpatine.   –   W   geście   dobrej   woli   powinniśmy 

przynajmniej rozważyć możliwość udzielenia Federacji zgody na podjęcie wszelkich kroków, 
jakie uważają za stosowne dla ochrony swej floty. Rozpad Frontu Mgławicy nie wyklucza 
możliwości wystąpienia dalszych aktów terroru ze strony grup, które powstaną w ich miejsce.

Valorum spojrzał Palpatine'owi prosto w oczy.
– Czy będziemy mieć głos Naboo?
Palpatine westchnął.
– Niestety, królowa Amidala nie jest gotowa udzielić poparcia kwestii opodatkowania, 

ponieważ Naboo jest w dużym stopniu uzależniona od Federacji Handlowej, jeśli chodzi o 

background image

import wielu podstawowych dóbr. Jest młoda i nie ma doświadczenia w podobnych sprawach, 
ale chętnie się uczy. – Wbił wzrok w twarz kanclerza. – Ja jednak będę nadal robił wszystko, 
co w mojej mocy, by zakulisowo wspierać tę inicjatywę. Jestem przekonany, że uda nam się 
zebrać dość głosów.

Valorum uśmiechnął się z wdzięcznością.
– W zamian za wsparcie, jaki mi okazałeś, przyjacielu, przyjmij w zamian zapewnienie, 

że gdyby kiedykolwiek zaszła taka potrzeba, udzielę Naboo wszelkiej możliwej pomocy.

– Dziękuję, panie kanclerzu. Trzymam pana za słowo.

background image

ROZDZIAŁ 35

Publiczne korytarze galaktycznego senatu zapełniał tłum korespondentów HoloNetu, 

sympatyków i co bardziej obywatelsko nastawionych mieszkańców Coruscant. Odmłodniały 
Valorum   szedł   powoli   głównym   korytarzem,   eskortowany   przez   Gwardię   Senacką, 
wymieniając   dystyngowane   ukłony   z   senatorami   i   ignorując   pytania  zadawane   przez 
reporterów.

–   Najwyższy   Kanclerzu,   czy   kiedykolwiek   choć   przez   moment   wątpił   pan,   że 

propozycja opodatkowania zostanie ratyfikowana? – zapytał twi'lekiański korespondent.

Sei Taria odpowiedziała za niego.
– Inicjatywa od początku wzbudzała kontrowersje. Ale wszyscy zaangażowani wierzyli, 

że propozycja przejdzie, jeśli wszystkie strony będą miały okazję się wypowiedzieć.

Atrakcyjna kobieta przepchnęła się do pierwszego rzędu reporterów.
– Biorąc pod uwagę to, co stało się podczas szczytu handlowego, czy nadal uważa pan, 

że wszystkie strony miały okazję się wypowiedzieć?

I znów interweniowała Sei Taria.
– Choć ta tragedia zmusiła nas do skrócenia szczytu, wiele osiągnęliśmy na Eriadu. Ci, 

którzy nie mieli okazji wypowiedzieć się podczas szczytu, mogli wielokrotnie wyrazić swoje 
opinie tutaj, podczas dyskusji w senacie.

– Dyskusji czy sporów, panie kanclerzu?
Valorum bagatelizująco machnął ręką.
– Czy nie uważa pan, że opodatkowanie to cios dla praw systemów peryferyjnych?
– Systemy peryferyjne z pewnością skorzystają na tej sytuacji – odpowiedziała Taria.
–   Ale   wszystkie   światy   odniosą   korzyści   dzięki   tej   historycznej   decyzji.   W 

przeciwieństwie do tego, co głoszą różni ambitni  politykierzy,  przegłosowanie tej ustawy 
jasno dowodzi, że senat nie jest aż tak niesprawny i apatyczny, by nie mógł podjąć działań dla 
wspólnego dobra.

Kolejny korespondent przepchnął się do przodu.
– Czy ten moment jest dla pana ukoronowaniem kariery?
Taria uniosła ręce.
– Jeszcze dzisiaj biuro Najwyższego Kanclerza wyda oświadczenie w tej sprawie. Do 

tego momentu nie będziemy odpowiadać na dalsze pytania.

Reporterzy zaszemrali, ale w końcu umilkli i rozstąpili się, przepuszczając kanclerza 

oraz otaczających  go doradców i gwardzistów  w  stronę turbowindy prowadzącej  do  jego 
prywatnych apartamentów.

Znalazłszy się tam, zdjął płaszcz, usiadł ciężko w fotelu i głośno odetchnął.
– Dziękuję za interwencję – powiedział do Sei Tarii, gdy zostali sami w gabinecie.
Uśmiechnęła się i usiadła naprzeciwko.
– Powinniśmy jak najszybciej wydać oświadczenie. Czy zechce pan napisać coś teraz?
Valorum zmarszczył brwi, wstał i przeszedł na środek pokoju, złączywszy dłonie za 

plecami. Taria uruchomiła funkcję nagrywania w komunikatorze na nadgarstku.

– Od zbyt dawna senat grzązł w bagnie procedur i regulaminów – zaczął dyktować 

Valorum. – Dziś jednak udało nam się przezwyciężyć biurokratyczny bezwład, odkładając na 
bok małostkowe sprzeczki i własne interesy, by połączyć swe siły i uderzyć w imieniu całej 
Republiki.   W   tej   sposób   potwierdziliśmy   nasz   mandat   i   odnaleźliśmy   właściwą   drogę. 
Poczytuję   sobie   za   zaszczyt   możliwość   przedstawienia   tej   historycznej   propozycji. 
Zwycięstwo   byłoby   jednak   niemożliwe   bez   niezmordowanych   wysiłków  kilku   dobrych   i 
uczciwych delegatów. Powstrzymam się od wchodzenia w szczegóły techniczne dotyczące 
przebiegu głosowania. Pragnę jednak powiedzieć, że wiele zawdzięczamy  senatorom takim 

background image

jak...

Valorum przerwał, słysząc dzwonek do drzwi do gabinetu. Kiedy Sei Taria otworzyła, 

dwóch senackich gwardzistów wprowadziło do pokoju senatora z Alderaanu, Baila Antillesa. 
W  prawej   dłoni  przewodniczący  Komisji  Etyki  Senackiej  trzymał  durakartkę   sprawiającą 
wrażenie dokumentu prawniczego.

– Najwyższy Kanclerzu, jest mi niezmiernie przykro, że przynoszę złe wieści w dniu, w 

którym powinniśmy świętować – powiedział Antilles, wręczając dokument kanclerzowi. – 
Ten   dokument   to   oficjalne   wezwanie   do   stawienia   się   w   Sądzie   Najwyższym   w   celu 
ustosunkowania się do zarzutów korupcji i nielegalnego wzbogacenia.

Valorum zamrugał osłupiały. Po prostu nie mógł pojąć tego, co właśnie usłyszał.  To 

musiała być jakaś pomyłka albo żart w bardzo złym stylu. Serce zaczęło mu walić w piersi i 
nagle zaczęło mu brakować powietrza. Spojrzał na durakartkę, którą mu wręczono, a potem 
na Antillesa.

– Domagam się wyjaśnienia, o co w tym wszystkim chodzi.
Antilles zacisnął usta.
–   Jeszcze   raz   przepraszam,   panie   kanclerzu.   Niestety,   w   tej   chwili   nie   wolno   mi 

powiedzieć nic więcej o tej sprawie.

background image

ROZDZIAŁ 36

Valorum – w otoczeniu nie Gwardii Senackiej, lecz prawników – stawił się w Sądzie 

Najwyższym niemal dwa tygodnie później. W tym czasie jego prawnicy zdołali  ustalić, że 
podstawą stawianych mu zarzutów jest inwestycja dokonana w firmie Valorum Shipping na 
Eriadu.

Poza tym Valorum nie wiedział nic.
Sąd   Najwyższy   zebrał   się   na   zamkniętym   posiedzeniu   w   budynku   Sądów 

Galaktycznych   –   olbrzymiej   budowli   ozdobionej   ostrymi   łukami,   wysokimi   iglicami   i 
kolekcją   wyrafinowanych   rzeźb,   mieszczącej   się   na   tak   zwanej   Równinie   Coruscant, 
niedaleko od Świątyni Jedi.

Valorum i jego adwokaci usiedli przy długim stole naprzeciw dwunastu członków rady 

sędziowskiej  w długich  szatach.  Bail  Antilles  i inni  członkowie  Komisji  Etyki  Senackiej 
siedzieli prostopadle do nich.

Sędzia główny zwrócił się do Valoruma.
– Panie kanclerzu, jesteśmy wdzięczni, że zdecydował się pan stawić przed nami, choć 

nie otrzymał pan oficjalnego wezwania.

– Dano nam do zrozumienia, że dzisiejsze przesłuchanie ma charakter nieoficjalny – 

powiedział w imieniu Valoruma jeden z adwokatów.

– Słusznie pan zakłada.
Sędzia   spojrzał   na   Antillesa,   który   wstał   i   przemówił   ze   swego   miejsca   za   stołem 

komisji.

– Wysoki Sądzie, Najwyższy Kanclerzu – zaczął. – Zaledwie dwa tygodnie temu senat 

zebrał   się   na   specjalnym   posiedzeniu,   by   przegłosować   wniosek   zgłoszony   przez 
Najwyższego Kanclerza obłożenia podatkiem wszystkich dostaw towarów i innej działalności 
handlowej   na   obszarach   zwanych   wcześniej   jako   strefy   wolnego   handlu   systemów 
peryferyjnych.   Poprawka   do   pierwotnej   propozycji   przewidywała,   że   pewien   odsetek 
przychodów podatkowych osiągniętych w ten sposób przez Republikę zostanie przeznaczony 
na rozwój opieki społecznej i postępu technologicznego w systemach peryferyjnych. Wiele 
przedsiębiorstw działających w tych systemach zaczęło już teraz zbierać owoce tej poprawki 
w   postaci   inwestycji   kapitałowych   ze   strony   inwestorów   pochodzących   z   planet   Jądra. 
Jednym z takich przedsiębiorstw jest spółka Valorum Shipping and Transport z Eriadu, która 
otrzymała niedawno zastrzyk kapitału, wyjątkowo duży jak na spółkę, która przez ostatnich 
kilka standardowych lat wykazała minimalne zyski.

Adwokat Valoruma przerwał przemowę.
– Z całym szacunkiem, senatorze Antilles, do zeszłego tygodnia kanclerz Valorum nic 

nie   wiedział   o   zwiększeniu   kapitału   Valorum   Shipping.   Niezależnie   od   tego   pragniemy 
podkreślić, że chociaż firma ma w nazwie nazwisko Valorum, a sam kanclerz zasiada w jej 
radzie nadzorczej, to nie bierze on udziału w bieżącej działalność przedsiębiorstwa ani nie jest 
zaangażowany w każdą pojedynczą operację gospodarczą tej firmy. Przede wszystkim jednak, 
Wysoki Sądzie, od kiedy to fakt, że spółka generuje zyski, stanowi pogwałcenie prawa? W 
przypadku Valorum Shipping uważam, że chęć inwestowania w przedsiębiorstwa, których 
udziałowcami   są   prominentne   osoby   publiczne,   świadczy   tylko   o   zdrowym   rozsądku 
inwestorów. Nie jest przecież tak, że Najwyższy Kanclerz sam starał się znaleźć inwestorów 
dla tej spółki. Co więcej, zgodnie z przepisami Najwyższy Kanclerz ujawnił informacje na 
temat całego swego majątku, a jego deklaracje podatkowe są bez zarzutu.

Dwunastu sędziów spojrzało na Antillesa, który nadal stał ze zmarszczonym czołem, 

czekając, aż adwokat skończy.

– Jeśli wolno mi kontynuować... Komisja Etyki Senackiej nie zgłasza żadnych uwag do 

background image

oświadczeń złożonych przez adwokata Najwyższego Kanclerza. W rzeczywistości, gdy po raz 
pierwszy poinformowano mnie o tej sprawie, działaliśmy,  wychodząc  z założenia,  że nie 
miało miejsca żadne naruszenie regulaminu. Jednak...

Antilles pozwolił, by słowo to wisiało w powietrzu przez dłuższą chwilę, zanim zaczął 

mówić dalej.

–   Późniejsze   dochodzenie   wykazało,   że   środki   zainwestowane   w   spółkę   Valorum 

Shipping nie pochodziły od żadnego z inwestorów instytucjonalnych, czy to konsorcjum, czy 
funduszu   inwestycyjnego.   Środki   te   zostały   natomiast   podjęte   z   anonimowego   konta   i 
przeniesione na Eriadu przez coruscański bank o wątpliwej reputacji. Z premedytacją użyłem 
tu słowa „przeniesione”,  Wysoki  Sądzie,  ponieważ  środki  te zostały wniesione  w formie 
aktywów trwałych.

Adwokaci Valoruma spojrzeli na siebie zaskoczeni.
– Jakiego rodzaju?
– Sztabek aurodium.
Krew odpłynęła z twarzy kanclerza, a w pokoju zawrzało. Valorum naradzał się przez 

chwilę ze swoimi prawnikami. Po chwili jego rzecznik odpowiedział:

– Wysoki Sądzie, przyznajemy,  że ta inwestycja zaczyna wyglądać, że tak powiem, 

cokolwiek podejrzanie. Jednak senator Antilles nie wskazał jeszcze, w jaki sposób ta sprawa 
w ogóle łączy się z osobą Najwyższego Kanclerza.

Sądząc po wyrazie twarzy Antillesa, senator na to właśnie czekał. Spojrzał na kanclerza, 

by zadać mu ostateczny cios.

– Tym, co najbardziej zainteresowało... i zaniepokoiło... Komisję Etyki Senackiej, jest 

fakt, że wartość aurodium, a nawet liczba sztabek, dokładnie odpowiadają ilości i wartości 
aurodium, którego kradzież zgłosiła Federacja Handlowa po ataku na ich statek „Strumień 
Przychodów”, który miał miejsce nad Dorvallą kilka miesięcy temu.

Stłumione rozmowy rozbrzmiały w całej sali, podczas gdy Antilles wyszedł zza stołu i 

zbliżył się do ławy sędziowskiej.

–   Wysoki   Sądzie,   nie   jest   moją   intencją   formułowanie   oskarżeń.   Komisja   pragnie 

jedynie upewnić się, czy Najwyższy Kanclerz nie miał żadnego ukrytego celu w forsowaniu 
opodatkowania, na przykład wzbogacenia przedsiębiorstwa, którego jest współwłaścicielem. 
Komisja   pragnie   również   upewnić   się,   czy   sztabki   aurodium,   o   których   mówiliśmy, 
rzeczywiście   zniknęły   z   pokładu   „Strumienia   Przychodów”,   a   nie   po   prostu   zostały 
przeniesione   do   kasy  Valorum   Shipping,   by   przypieczętować   potajemny   układ   pomiędzy 
Najwyższym Kanclerzem a Federacją Handlową.

Senator   Palpatine   był   jednym   z   co   najmniej   setki   senatorów   zaproszonych   do 

luksusowego   apartamentu   Orna   Free   Taa   na   przyjęcie   składające   się   z   wykwintnych 
przekąsek   i  ekstrawaganckich   napojów.   Mimo   pozorów   spotkania   czysto   towarzyskiego, 
obecni   na   nim   goście   wyczuwali,   że   ma   ono   raczej   charakter   tajnego   spotkania 
konspiratorów,   i   podczas   gdy   osoby   postronne   sądziły,   że   świętowano   tu   zwycięstwo 
Valoruma   w   senacie,   faktycznym   powodem   radości   dla   zgromadzonych   była   niedawna 
niekorzystna odmiana losu, jaka go spotkała.

Na największym z licznych tarasów apartamentu błękitnoskóry twi’lekiański gospodarz 

stał przed audytorium zgromadzonych wokół niego senatorów, którzy chłonęli każde jego 
słowo.

–   Oczywiście   wiedzieliśmy   o   zarzucanych   mu   nieprawidłowościach.   Trzeba   było 

jednak   opóźnić   wybuch   skandalu   do   czasu   ratyfikacji   opodatkowania,   do   którego   nie 
doszłoby, gdyby pozycja Valoruma została przedwcześnie osłabiona.

Taa potrząsnął głową i grubymi lekku.
– Natomiast czekając z ogłoszeniem zarzutów i wspierając Valoruma, doprowadziliśmy 

background image

do   tego,   że   sytuacja,   która   w   normalnych   okolicznościach   zostałaby   uznana   za  zwykłą 
korupcję,   urosła   nagle   do   rozmiarów   przestępczego   spisku   zagrażającego   stabilności 
Republiki.

– Ale czy w tych zarzutach jest choć cień prawdy? – zapytał quarreński senator Tikkes, 

poruszając czułkami w oczekiwaniu na odpowiedź.

Taa wzruszył tłustymi ramionami.
– Jest aurodium, i są pozory spisku. Co jeszcze się liczy?
– Jeśli to prawda, to Valorum jest zagrożeniem dla dobra ogółu – zauważył Mot Not 

Rab.

Tikkes potwierdził entuzjastycznie.
– Lepiej pozbądźmy się go, zanim nastaną gorsze dni.
Pozostali pokiwali potakująco głowami, komentując propozycję między sobą.
–   Cierpliwości,   cierpliwości   –   apelował   łagodnym   głosem   Taa.   –   Słuszne   czy   nie, 

zarzuty   bardzo   podkopały   pozycję   Valoruma.   Musimy   tylko   pozbyć   się   tych   senatorów, 
którzy w przeszłości podtrzymywali  go na duchu, umożliwiając mu  utrzymywanie  się na 
powierzchni mimo podejmowanych przez nas prób zatopienia go. Zresztą niewykluczone, że 
utrzymanie go na stanowisku może okazać się korzystne.

– W jaki sposób? – zapytał senator z Rodii.
– Jeśli jego wpływy jeszcze się skurczą, a Departament Sprawiedliwości utraci część 

swoich uprawnień, trzeba będzie wyznaczyć komisje senackie, by wydawały opinie i decyzje, 
które   normalnie   podejmowałby   kanclerz.   Wzrośnie   znaczenie   sądów,   ale   procesy   będą 
ciągnęły   się   dłużej   niż   kiedykolwiek.   I   za   to   wszystko   będziemy   mogli   winić   kanclerza 
Valoruma.

–   Chyba   że   dojdzie   do   wyboru   silnego   wicekanclerza   –   uznał   za   stosowne   dodać 

Rodianin.

–   Nie   możemy   do   tego   dopuścić   –   powiedział   zdecydowanie   Taa.   –   W   roli 

wicekanclerza   potrzebujemy   doświadczonego   biurokraty.   –   Pochylił   się   w   stronę   kręgu 
konspiratorów.   –   Senator   Palpatine   zasugerował,   że   najlepiej   zrobimy,   wybierając   na   to 
stanowisko Chagrianina, Masa Ameddę.

–   Ale   Amedda   jest   podobno   przychylny   Federacji   Handlowej!   –   zaprotestował   z 

niedowierzaniem Tikkes.

– Tym lepiej, tym lepiej – rozpromienił się Taa. – Najważniejsze jest jednak to, że im 

bardziej   fanatycznie   będzie   się   trzymał   regulaminu,   tym   bardziej   utrudni   kanclerzowi 
podjęcie jakichkolwiek działań.

– Ale do jakiego końca mają doprowadzić te działania? – zapytał Mot Not Rab.
– Jak to? Do końca Valoruma – odparł Taa. – A kiedy nadejdzie pora, wybierzemy 

przywódcę, który ma w żyłach ogień.

– Bail Antilles już zaczął kampanię – poinformował Rodianin.
– Podobnie jak Ainlee Teem z Malastaru – dodał Tikkes.
Taa zauważył Palpatine'a stojącego w drzwiach na taras, zatopionego w rozmowie z 

senatorami z Fondoru i Eriadu.

–   Proponuję,   żebyśmy   rozważyli   kandydaturę   Palpatine'a   –   powiedział,   dyskretnie 

wskazując w jego stronę.

Tikkes i pozostali spojrzeli na wysokiego senatora z Naboo.
– Palpatine nigdy nie zgodzi się kandydować – powiedział Quarreńczyk. – Uważa, że 

jego miejsce jest za kulisami, a nie w świetle reflektorów.

Taa zmrużył oczy.
– W takim razie musimy go przekonać. Pomyślcie, ile by to oznaczało dla systemów 

peryferyjnych, gdyby Najwyższym Kanclerzem został ktoś spoza Światów Jądra.  W końcu 
mielibyśmy równość dla wszystkich ras. Jeśli ktokolwiek jest w stanie przywrócić porządek, 

background image

to tylko on. Ma w sobie odpowiednią kombinację altruizmu i nie narzucającej się siły. I nie 
dajcie się zwieść... w tych szerokich rękawach kryje się silna dłoń. Zależy mu na jedności 
Republiki i zrobi wszystko, by doprowadzić do przestrzegania prawa.

Tikkes nie krył wątpliwości.
– W takim razie nie będziemy w stanie sterować nim, tak jak to robiliśmy w przypadku 

Valoruma.

– I tu dochodzimy do sedna – powiedział Taa. – Nie będziemy musieli, bo on myśli tak 

jak my.

background image

ROZDZIAŁ 37

Odkąd   się   poznali,   Adi   Galia   nigdy   nie   widziała   kanclerza   Valoruma   tak 

przygnębionego.  Czasami   miewał   humory,   niekiedy   wymagał   od   siebie   zbyt   wiele,   ale 
oskarżenia o korupcję wtrąciły go w otchłań depresji, z której nie mógł się wydobyć. W ciągu 
miesiąca, jaki upłynął od ich ostatniego spotkania, postarzał się tak, jakby minął cały rok.

– Aurodium było ostatnim ciosem, jaki Front Mgławicy wymierzył mi w plecy – mówił 

do   niej.   –   Terroryści   byli   zdecydowani   zlikwidować   mnie   tak   samo   jak   członków 
Dyrektoriatu Federacji Handlowej. To jedyne wytłumaczenie. A wiesz, dlaczego moi krewni 
na Eriadu nie powiedzieli mi nic o aurodium? Bo poczuli się urażeni, że wolałem skorzystać z 
gościnności   namiestnika   gubernatora   Tarkina,   z   którym,   jak   się   okazuje,   nie   byli   w 
najlepszych stosunkach. A ja po prostu chciałem zrobić grzeczność senatorowi Palpatine'owi, 
który teraz czuje się winny, że wyświadczył mi w ten sposób niedźwiedzią przysługę.

Adi chciała odpowiedzieć, ale Valorum nie dał jej szansy.
–   Chociaż   nie   przestaję   zadawać   sobie   pytania,   czy   niektórzy   senatorzy   nie   byli 

rzeczywiście zamieszani w tę paskudną awanturę. Ci, którzy pragną pozbawić mnie nie tylko 
władzy, ale i honoru.

Adi przyszła odwiedzić go w jego biurze w senacie, który stał się siedliskiem plotek i 

insynuacji. Nastrój w senacie uległ radykalnej zmianie i Valorum winił za to siebie.

–   To   tylko   kwestia   czasu,   by   został   pan   oczyszczony   z   zarzutów   –   próbowała   go 

pocieszyć Adi.

Pokręcił głową.
– Niewielu jest zainteresowanych oczyszczeniem mnie z zarzutów. A najmniej media. 

A ponieważ ten terrorysta Havac nie żyje, nikt nie może potwierdzić z całą pewnością, że 
Federacja Handlowa nie próbowała kupić mojej przychylności.

–   Gdyby   tak   było,   po  co   miałby   pan   forsować   propozycję   opodatkowania   szlaków 

handlowych? Samo opodatkowanie dowodzi pańskiej uczciwości.

Słaby uśmiech kanclerza zadawał kłam jego poczuciu, że sytuacja jest beznadziejna.
–   Moi   krytycy   i   na   to   mają   gotową   odpowiedź.   Dla   zrekompensowania   podatków, 

przychody,   które   powinny   otrzymać   systemy   peryferyjne,   trafią   ostatecznie   do   głębokich 
kieszeni Neimoidian.

– To tylko poszlaki – powiedziała Adi. – Zostaną oddalone.
Valorum prawie jej nie słuchał.
– Nie obchodzi mnie, co mówią o mnie osobiście. W tej chwili jednak wszystko, co 

udało mi się osiągnąć w senacie, stoi pod znakiem zapytania. Mam odpowiadać przed Masem 
Ameddą,   który   jest   takim   fanatykiem   regulaminu,   że   uniemożliwi   przegłosowanie 
jakiegokolwiek projektu. Pojawi się za to coraz więcej komisji i komitetów, a wraz nimi coraz 
więcej okazji do prywaty i przekupstwa.

Valorum zamilkł na dłuższą chwilę, kręcąc głową.
– Mord na Eriadu, a teraz ten skandal, będą mieć daleko idące konsekwencje. Już teraz 

dano mi do zrozumienia, że Jedi mają się nie mieszać w dysputy handlowe, chyba że za 
wyraźną   zgodą   senatu.   Najgorsze   jest   jednak   to,   że   źle   przysłużyłem   się   Republice. 
Obywatele bez trudu odczytują sygnały,  jakie wysyła  im szef państwa, nawet jeśli jest to 
tylko nieskuteczny figurant. Zastanawiałem się nad powodami, dla których korupcja tak się 
rozpleniła, i zauważyłem, że sam nie jestem bez winy. Czy dla wygody nie zapomniałem o 
wszystkich   tych   układach,   które   zawarłem   z   istotami   niegodnymi?   Czy   dla   wygody   nie 
zapomniałem, że ja też jestem skorumpowany?

Oparł łokcie o stół i przycisnął palce do skroni, wbijając wzrok w blat.
– Miałem wczoraj w nocy okropny sen, który wydał mi się zarówno trafnym odbiciem 

background image

mojej obecnej sytuacji, jak i wizją przyszłości. W tym śnie otaczały mnie jakieś mgliste siły, 
jakieś nieznane upiory. Coś szukało mnie, wyciągając rękę z ciemności, by złapać mnie i 
zgnieść.

– Straszne, ale to tylko sen – pocieszyła go Adi. – To nie była wizja przyszłości.
Spoglądając na Adi, Valorum zdobył się jeszcze raz na słaby uśmiech.
– Gdybym tylko miał więcej popleczników, takich jak ty czy senator Palpatine.
–   Lepiej   mieć   kilku   wiernych   popleczników   niż   wielu   fałszywych   przyjaciół   – 

zapewniła Adi. – Może to cię pocieszy.

W wieży Wysokiej Rady w Świątyni Jedi jedenastu mistrzów wysłuchało relacji Adi ze 

spotkania z Valorumem. Jak zwykle, Yoda nie mógł usiedzieć na miejscu i przechadzał się w 
tę   i   z   powrotem   ze   swoją   nieodłączną   laską.   Ze   względu   na   udział   w   omawianych 
wydarzeniach, Qui-Gon i Obi-Wan również byli obecni na naradzie.

– Najwyższy Kanclerz w jednym ma rację – powiedział Mace Windu. – Aurodium 

mogło  pochodzić  tylko  od Havaca. Cohl dostarczył  mu  skradzione  sztabki,  a ten  założył 
anonimowe   konto   i   zadbał   o   to,   by   aurodium   zostało   zainwestowane   w   spółce   Valorum 
Shipping.

– Ale po co? – zapytał Yarael Poof.
– Sugerując zmowę, Havac chciał zaszkodzić i Najwyższemu Kanclerzowi, i Federacji 

Handlowej.

– Ale udało mu się to tylko w przypadku Valoruma – powiedziała Depa Billaba. – 

Neimoidianie opłacają się większości senatorów i skandal nawet nie dotknął Federacji.

– Rzeczywiście – zgodził się Oppo Rancisis.
– Zbyt mało uwagi sprawie tej poświęciliśmy – powiedział Yoda. – Wszyscy.
Yaddle zwróciła twarz w stronę Qui-Gona i Obi-Wana, którzy stali na zewnątrz kręgu 

mistrzów.

– Wy dwaj... lecicie to tu, to tam; ścigacie ślady... Gdybyście zatrzymali się choćby na 

chwilę, by wsłuchać się w jednoczącą Moc, może zobaczylibyście, co ma nastąpić.

– Zrobiłem to, co musiałem, mistrzowie – powiedział Qui-Gon bez śladu skruchy w 

głosie.

Yoda westchnął głośno.
– Nie winimy cię, Qui-Gonie. Ale do rozpaczy doprowadzasz nas czasem.
Qui-Gon skłonił głowę w głębokim ukłonie.
– Ten skandal to robota nie tylko Frontu Mgławicy – powiedziała Adi. – Najwyższy 

Kanclerz   ma   też   innych   wrogów,   ukrytych   wrogów,   którzy   nie   przestają   przeciw   niemu 
spiskować. Stale próbują wmanewrować go w sytuację, w której popełni poważny błąd, by 
móc odwołać go ze stanowiska lub zmusić do rezygnacji.

– I zastąpić kimś w rodzaju Baila Antillesa albo Ainlee Teema – mruknął Saesee Tiin.
Windu pokiwał głową.
– Kanclerz był zbyt ufny.
– Zbyt naiwny – dodał szorstko Even Pieli.
Yoda, który dotąd spacerował po sali, nagle przystanął.
– Pomóc mu musimy. W tajemnicy, jeśli trzeba.
– Musimy odczytać wolę Mocy w tej sprawie – powiedział Windu. – Musimy otworzyć 

się   na   sposoby   powstrzymania   zdradzieckiego   wiru   wydarzeń,   w   który   wciągana   jest 
Republika. Może uda nam się pomóc kanclerzowi wyczuć, co w trawie piszczy, zanim jego 
wrogowie wykorzystają to przeciw niemu.

– Moc podpowiada, że nadchodzą niebezpieczne czasy – powiedziała  Adi. – Jakby 

obudziła się jakaś mroczna siła, by pochłonąć całą galaktykę.

Yaddle przerwała długie milczenie.

background image

– Równowaga się chwieje.
Yoda zwrócił wzrok w jej stronę.
– Chwieje się, tak. Ale czy to równowaga między czasem niepokoju a spokoju, czy 

między czasem złym a jeszcze gorszym?

Windu złączył palce na poziomie twarzy.
– I czyja nieznana ręka popycha szale wagi?

background image

ROZDZIAŁ 38

Darth   Sidious   odwiedził   Nute'a   Gunraya   i   jego   doradców   za   pośrednictwem 

holograficznej  transmisji   na   pokładzie   „Saak'ak'a”,   frachtowca   Federacji,   zwanego   we 
wspólnym „Paskarzem”.

– Gratuluję awansu, wicekrólu – powiedział ochrypłym głosem Darth Sidious, w taki 

sposób, że pogarda zabrzmiała jak komplement.

– Dziękuję ci, mój panie – odpowiedział pospiesznie Gunray. – Nie mieliśmy pojęcia, 

kiedy mówiłeś o przekonywaniu naszych konkurentów w dyrektoriacie, że posuniesz się do...

–   Że   posunę  się   do   czego,   wicekrólu?   Wyobrażaliście   sobie   może,   że   zadziałam   z 

większą subtelnością, tak? Ale teraz nikt ci nie stanie na drodze, by wystawić własną armię i 
skierować przyszłość Federacji Handlowej na nowe tory.

Hath Monchar, Rune Haako i komandor Daultay Dofine spojrzeli na Gunraya z obawą.
– Nie chciałem cię obrazić, panie – zająknął się.
Sidious   milczał   przez   chwilę.   Gdyby   tylko   zdołali   spojrzeć   mu   w   oczy,   może 

dowiedzieliby się, o czym rozmyślał.

–   Wkrótce   podejmę   kroki   w   celu   wyeliminowania   innych   waszych   konkurentów   – 

podjął po chwili. – Ale to was nie dotyczy. Powinniście raczej poświęcić całą swoją uwagę 
rozpoznaniu   możliwości   waszych   nowych   zabawek:   robotów   bojowych,  gwiezdnych 
myśliwców i ładowników. Czy Baktoid i Haor Chall realizują zamówienia terminowo?

– Tak, mój panie – powiedział Gunray. – Choć kazali sobie za to słono zapłacić.
– Nie wystawiaj na próbę mojej cierpliwości gadaniną o kredytach, wicekrólu – ostrzegł 

go Sidious. – Gra toczy się o coś więcej niż wasz rachunek zysków i strat.

Gunray z trudem opanował drżenie.
– Czego od nas żądasz, panie?
– Przetestujemy twoją nową armię.
Gunray i Hath Monchar wymienili zaniepokojone spojrzenia.
– Przetestujemy?
Sidious wpatrywał się w niego przez nieprzyjemnie długą chwilę.
– Jak przypuszczam, nie jesteście specjalnie zadowoleni z faktu, że senat opodatkował 

szlaki handlowe – powiedział w końcu.

Gunray przytaknął.
– Senat nie miał prawa tego zrobić.
– Oczywiście, że nie. A czy jest lepszy sposób, by zademonstrować niezadowolenie, niż 

wprowadzając blokadę handlową?

– Na przykład Eriadu – podpowiedział szybko Gunray – ze względu na to, co się tam 

wydarzyło...

– Eriadu odpowiedziałaby zbrojnie, wicekrólu. Nie chcemy wojny. Chodzi nam jedynie 

o embargo.

– W takim razie jaką planetę mamy wybrać? – zapytał Monchar.
– Proponuję uderzyć w rodzinną planetę tego senatora, który najbardziej przyczynił się 

do uchwalenia opodatkowania: Naboo.

– Naboo? – powtórzył Haako, kompletnie zaskoczony.
Sidious przytaknął.
– Senator Palpatine jest mistrzem w ukrywaniu swego prawdziwego oblicza. Nawet nie 

domyślacie się, jak wiele szkód wam wyrządził.

– Ale czy taka blokada będzie legalna? – zapytał Gunray. – Valorum nie będzie na to 

patrzył spokojnie.

– Mam w zanadrzu niespodziankę dla naszego słabowitego kanclerza – zapewnił ich 

background image

Sidious. – Co więcej, skandal, w jaki wplątał się Najwyższy Kanclerz, kazał wielu senatorom 
przemyśleć   ich   stanowisko   w   kwestii   opodatkowania.   Niewielu   sprzeciwi   się   blokadzie 
handlowej planety tak odległej od Jądra.

Monchar wystąpił naprzód.
– A rycerze Jedi?
– Ich możliwości mieszania się w tę sprawę zostały już mocno ograniczone.
– Ale jeśli to zrobią, panie? – indagował Gunray.
– Odpowiemy, nie bawiąc się w subtelności.
Gunray ukłonił się głęboko.
– Po raz kolejny oddajemy się w twe ręce, panie.
Sidious uśmiechnął się blado.
– Już raz ci mówiłem, wicekrólu: najlepiej przysłużysz się sobie, oddając się w służbę 

mnie.