background image

Przytulił ją, a ona chętnie utonęła w jego ramionach. Leo był smuklejszy i szczuplejszy od 

Dariusa, ale mimo to, potrafił dawać solidne oparcie. Przypominał jeszcze chłopca, lecz miał 

już ciało dojrzałego mężczyzny. Anita wiele razy zastanawiała się nad momentem, gdy został 

przemieniony. Czy Kasjan wypatrzył go w tłumie, czy obserwował go od jakiegoś czasu? Leo 

sam postanowił odpowiedzieć jej na to pytanie. Usiedli na szerokiej kozecie i przytulili się do 

siebie. Leżała tuż obok niego, lecz w bliskości tej nie było intymności, jedynie przyjacielska 

zażyłość. 

-  Miałem  wtedy  17  lat.  Wyjechałem  z  Rzymu  do  Wenecji  na  wakacje  z  kilkoma  równie 

naiwnymi i niedoświadczonymi chłopcami z dobrych domów. Nie byliśmy przygotowani na 

to, co nas spotkało. Nie wiedziałem wtedy, że nigdy nie wrócę do domu… 

  

Leo  odsłonił  się  przed  nią,  pozwalając  czytać  sobie  w  myślach.  Odebrała  od  niego 

wciąż bardzo wyraźne wspomnienie tamtej chwili, która na zawsze odmieniła jego życie. 

 

 

Wenecja, sierpień 1497r. 

   Leonardo szedł uliczką, która była dość wąska  jak przystało na podejrzaną dzielnicę, 

jednak na tyle szeroka, by kilku mogło iść obok siebie. Zwiedzał gorszą część miasta wraz ze 

swymi  wiernymi  towarzyszami,  równie  pijanymi  jak  i  urodziwymi  młodymi  Włochami, 

szukającymi  mocniejszych  wrażeń,  pozbawionymi  poczucia  przyzwoitości  oraz  mającymi 

przemożną  chęć  życia  i  kosztowania  ze  wszystkich  pucharów  i  zastaw  świata.  Wszystko 

wokół wirowało i posiadało zamazane barwy i kształty, a im więcej w czubie mieli, tym było 

zabawniej. Antonio trzymał jeszcze butelkę wina, lecz jej zawartość szybko znikała, a wraz z 

nią  jego  uścisk  na  jej  szyjce.  W  końcu  porzucił  ją  gdzieś  pod  murem,  o  który  nieustannie 

musiał się podpierać, bo chwiejne ramię przyjaciela Paolo nie wystarczało by utrzymać pion. 

Z  całej  trójki  mężczyzn  Leonardo  był  najtrzeźwiejszy,  na  ile  tylko  mógł  być  po  wypiciu 

niemal  dwóch  butelek  wina.  Jego  zamroczone,  łobuzerskie  spojrzenie  na  pięknej,  jakby 

namalowanej  na  płótnie  twarzy,  dostrzegało  jeszcze  wystarczająco  dużo  szczegółów 

otoczenia,  że  był  w  stanie  prowadzić  swych  towarzyszy.  Śmiali  się,  śpiewali  wesoło  i 

przeżywali swój zachwyt nad miastem nocą, w którym gościli zaledwie od kilku dni. Przybyli 

tu na wakacje, lecz całe ich życie można by tak nazwać, ponieważ nie czuli na sobie jarzma 

obowiązków czy nauki. Ukończyli szkołę, lecz na studia im się nie śpieszyło, jak również i do 

armii,  gdzie  widzieliby  ich  ojcowie.  Zapragnęli  zaznać  wszelkich  swobód  życia,  aby  mieć 

miłe wspomnienia, gdy zobowiązania wobec rodziny każą o sobie przypomnieć.          

  

 

Teraz o tym nie myśleli – nie byli w stanie myśleć o czymkolwiek. Zmęczone, 

upojone  ciała  domagały  się  odpoczynku.  Zmierzali  do  kamienicy,  gdzie  zatrzymali  się  u 

przyjaciela, lecz w ich stanie nie łatwo było odnaleźć drogę i nie znali miasta na tyle dobrze, 

by obrać skrót. Wiedzieli, że muszą dotrzeć na via Piazza, a stamtąd skierować się w stronę 

kaplicy. Nie mieli pojęcia, że byli śledzeni. Gdy Leonardo spojrzał w stronę najciemniejszego 

rogu ulicy, dostrzegł tam jakby cień, a raczej kształt przypominający człowieka. Nie widział 

jednak  jego  twarzy  ani  nie  potrafił  określić,  czy  znajdował  się  tam  naprawdę.  Zaczynał  się 

background image

coraz  częściej  oglądać  za  siebie.  Przemożne  poczucie  zagrożenia  zbierało  już  żniwo  w  jego 

umyśle,  gdy  zdał  sobie  sprawę,  że  jeśli  przyjdzie  im  walczyć,  mogą  przegrać.  Jedną  ręką 

obejmował  chwiejącego  się  przyjaciela,  a  drugą  coraz  mocniej  zaciskał  na  sztylecie 

umocowanym  w  pasie.  Jego  najgorsze  obawy  ziściły  się  –  zostali  napadnięci  przez 

rzezimieszków chcących ich obrabować. Trzech pijanych młodzieńców było dla nich łatwym 

celem, lecz Leonardo nie zamierzał się poddać. W gorącym, wilgotnym powietrzu aż huczało 

od wystrzałów z pistoletów, lecz nikły w odgłosach sztucznych ogni, które rozświetlały niebo 

tuż  nad  pałacem  Dożów.  Zabawa  trwała  w  najlepsze,  podczas  gdy  trzech  nieszczęśników 

znalazło się w sytuacji bez wyjścia. Do tej pory padło kilka strzałów ostrzegawczych, by nie 

protestowali,  gdy  jeden  ze  złodziei  podszedł  bliżej  uciąć  sakiewki  od  ich  pasów.  Leo  nie 

pozwolił mu na to i rzucił się na mężczyznę jedynie z pięściami, bo odebrano mu jego broń. 

Siłowali  się,  a  jego  kompani  do  niego  dołączyli,  rozochoceni  jego  bohaterską  postawą. 

Złodzieje mieli przewagę – było czterech na ich trzech i byli trzeźwi. Paolo oberwał w głowę 

i  upadł,  a  Antonio  leżał  zaszlachtowany  pod  murem.  Leonardo  starał  się  o  tym  nie  myśleć, 

lecz  wiedział,  że  i  on  podzieli  ich  los.  Zabił  jednego  ze  złodziei,  lecz  dwóch  w  odwecie 

przygwoździło go do muru, a trzeci wystrzelił. Poczuł ciepło na brzuchu, a gdy spojrzał w dół 

na  swój  kaftan,  zobaczył,  że  pokrywał  się  czerwienią.  Kręciło  mu  się  w  głowie  i  tracił 

równowagę. Osunął się na ziemię tuż pod murem i przewrócił na bok. Coraz gorzej widział, a 

obraz tuż przed nim był zamazany, lecz nie rozumiał, co właśnie zobaczył. Złodzieje, którzy 

ich zaatakowali ginęli jeden po drugim, a pochylał się nad nimi jakiś cień. Leo myślał, że ma 

przewidzenia,  bo  nie potrafił  dostrzec szczegółów postaci, która niecałe kilka  metrów przed 

nim rzucała ludźmi o ściany jakby byli z papieru. Nie słyszał nawet ich jęków, a cień poruszał 

się  niezwykle  szybko,  zupełnie  jakby  potrafił  naraz  pojawiać  się  i  znikać.  Dziwny,  bliżej 

nieokreślony  strach  wyrwał  go  z  otępienia  i  zaczął  się  czołgać,  lecz  ból  znacznie  mu  to 

utrudniał.  Z  jakiegoś  powodu  chciał  dotrzeć  do  kanału,  sądząc,  że  ukryje  się  w  wodzie  i 

przeczeka  najgorsze.  Nie  zdołał,  bo  tuż  nad  nim  pojawiła  się  niezwykle  blada  twarz.  Nie 

widział wyraźnie rysów mężczyzny, lecz usłyszał jego głęboki, szlachetny głos: 

 

- Nie ruszaj się. Pij chłopcze, to ci pomoże. 

 

 

Leonardo posłusznie wykonał polecenie i wypił. Nie wiedział, co to było, lecz 

poczuł, że rozgrzało całe jego ciało, znacznie silniej niż wcześniej wypite wino. Był  jeszcze 

bardziej  otumaniony  niż  przedtem  i  nie  panował  nad  swymi  ruchami.  Wpadł  do  wody  i 

znalazł  się  na  środku  kanału,  starając  się  utrzymać  na  powierzchni.  Prawie  zderzył  się  z 

porzuconą gondolą, lecz jakimś cudem udało mu się na nią wspiąć i zasnął. 

 

 

Znaleziono  go  nad  ranem  wycieńczonego  i  zziębniętego,  ale  żywego. 

Przyjaciel  u  którego  gościł,  segniore  Facino,  otoczył  go  troskliwą  opieką.  Gdy  po  dwóch 

dniach  Leo  odzyskał  przytomność,  przyjaciel  z  żalem  zawiadomił  go  o  śmierci  jego 

towarzyszy. Odnalezione ciała leżały w posoce tuż obok czterech złoczyńców, którzy chcieli 

ich  obrabować.  Już  zawiadomiono  ich  rodziny,  a  cała  Wenecja  pogrążyła  się  w  żałobie  na 

czas ich pogrzebu. Za cud uznano, że Leonardo przeżył, bo rana którą odniósł była poważna. 

Jeszcze  większe  zdziwienie  wywoływało,  że  zagoiła  się  tak  szybko.  Uznano,  że 

background image

własnoręcznie  zabił  złodziei,  lecz  on  twierdził,  że  to  nieprawda,  że  musiał  być  tam  ktoś 

jeszcze. Był pewny, że ktoś mu pomógł. Nie pamiętał jednak zbyt wielu szczegółów z tamtej 

nocy.  Śniły  mu  się  koszmary,  których  nie  rozumiał.  Czuł  się  samotny,  a  towarzystwo 

starszego o dwadzieścia  lat przyjaciela rodziny, pana  Facino  i  jego  miłej, choć małomównej 

żony, nie wystarczało młodemu, spragnionemu wrażeń Leonardo. Rozpaczał po śmierci Paolo 

i Antonia, których groby często odwiedzał. 

 

  

Pewnej nocy, tuż po zapadnięciu zmroku, Leonardo doznał dziwnego uczucia, 

zupełnie  jakby  był  obserwowany.  Był  to  ledwie  zarys  wrażenia,  niewielki  dreszcz 

rozchodzący  się  po  jego  kręgosłupie,  niejasne  poczucie  niepewności.  Rozglądał  się,  ale 

nikogo  nie  widział,  uznał  więc,  że  to  tylko  jego  wyobraźnia.  Gdy  jednak  opuścił  kaplicę, 

gdzie  modlił się za dusze swych kompanów, zobaczył, że po przeciwległej stronie ulicy  stał 

wysoki  mężczyzna.  Nie  byłoby  w  nim  nic  dziwnego,  gdyby  nie  jego  wyrazisty  wzrok  i 

niezwykle  blada  twarz.  Patrzył  na  Leo  nieustannie,  jakby  wiedział,  że  za  chwilę  wyjdzie 

właśnie tylnymi drzwiami. Skąd mógł wiedzieć? A może go obserwował? Leo obawiał się, że 

to kolejny złodziej, który chce go obrabować, lecz nie mógł oprzeć się stwierdzeniu, że skądś 

go  znał.  Był  jeszcze  bardziej  zaskoczony,  gdy  mężczyzna  do  niego  podszedł,  robiąc  to  tak 

szybko, że Leo aż cofnął się ze strachu. Mężczyzna powiedział: 

 

- Nie musisz się mnie obawiać. Nie chcę cię okraść. 

 

- Skąd… skąd wiesz panie, że tego się właśnie obawiałem? – Leo już sięgał po swoją 

szablę,  lecz wzrok mężczyzny działał  na  niego w jakiś dziwny, obezwładniający  sposób  i w 

końcu nie wyciągnął broni. 

 

- Twoje doświadczenia ze złodziejami nie należały do przyjemnych – odpowiedział z 

lekkim uśmiechem, zaczął krążyć w kółko wolnym krokiem. 

 

- Moje doświadczenia?  Wiesz, co się  stało? Zaraz… czy  ja cię znam panie? Czy  już 

kiedyś się nie spotkaliśmy? 

- Ty mi powiedz, Leonardo. 

- Znasz  mnie? Skąd?  Kim  jesteś? – pytał w zdumieniu Leo. Blady  mężczyzna patrzył  na 

niego  odważnie,  wprawiając  go  w  coraz  większe  zakłopotanie.  –  Czy  byłeś  wtedy  przy 

kanale? Czy to ty zabiłeś złodziei, którzy mnie napadli? 

- Tobie udało się zabić jednego, ja zająłem się resztą. 

-  W  takim  razie  powinienem  ci  podziękować  panie.  Ocaliłeś  mi  życie –  Leonardo  oddał 

mu pokłon i patrzył na niego z podziwem. 

- To zabawne, bo chciałem ci je odebrać – uśmiechnął się, a Leo nerwowo przełknął ślinę. 

– Teraz już nie musisz się tego obawiać. Ty jeden w Wenecji nie musisz się mnie obawiać. 

- Ja jeden? – niczego nie rozumiał. – Kim jesteś panie? 

-  Powinieneś  raczej  zapytać,  w  jaki  sposób  wyzdrowiałeś.  Czyż  rany  od  kul  nie  goją  się 

tygodniami? 

-  Coś  mi  podałeś…  coś…  ciepłego  –  Leo  starał  się  wytężyć  pamięć.  –  Jesteś  panie 

medykiem? 

background image

-  Ależ  nie!  –  zaśmiał  się,  obnażając  przez  chwilę  wydłużone  kły.  Leo  je  zobaczył,  lecz 

uznał,  że  miał  zwidy.  –  Wprost  przeciwnie.  Zwykle  odbieram  życie,  a  nie  je  ratuję.  Jednak 

przy tobie chłopcze nie mogłem się powstrzymać.  

- Ale kim jesteś? 

- Hrabia Kasjan, jeszcze się spotkamy. 

 

 

Kasjan pokłonił się mu dokładnie w taki sam sposób, w jaki przedtem Leo sam 

to  zrobił,  czym  wprawił  go  w  osłupienie,  a  potem  zwyczajnie  zniknął,  zostawiając  go  na 

środku ulicy z masą pytań i wątpliwości. Kim był hrabia i dlaczego rozmawiał z nim w taki 

sposób,  jakby  mógł  czytać  mu  w  myślach?  Co  oznaczały  jego  słowa,  że  jako  jedyny  w 

mieście nie musi się go obawiać?  

  

Leonardo  był  coraz  bardziej  zagubiony.  Hrabia  nie  dawał  mu  spokoju.  Zasięgnął  o 

nim  informacji  u  kilku  znajomych,  którzy  twierdzili,  że  był  bardzo  tajemniczy,  bajecznie 

bogaty  i  dość  nietowarzyski.  Pochodził  z  Węgier,  lecz  władał  włoskim  tak  biegle,  że  nawet 

nie  słyszano  u  niego  żadnego  akcentu.  Zadziwiał  swoją  elokwencją  i  znajomością  sztuki,  a 

ponoć  w  pałacu,  który  wynajmował  znajdowała  się  najwspanialsza  kolekcja  dzieł  malarzy, 

jaką można było zobaczyć w mieście. Pałac był otwarty dla zwiedzających, a hrabia chętnie 

przyjmował  gości,  choć  nie  lubił  wydawać  uczt  czy  bywać  na  spotkaniach.  Wiedziony 

ciekawością  Leo  postanowił  wybrać  się  na  wystawę  cennych  obrazów,  jaką  zorganizował 

hrabia.  Sam  zajmował  się  malowaniem,  lecz  obawiał  się,  że  nigdy  nie  dorówna  ojcu,  który 

był  w  tym  prawdziwym  mistrzem.  Ku  jego  zaskoczeniu  był  w  pałacu  jedynym  gościem. 

Pomyślał,  że  może  wybrał  zbyt  późną  porę  na  odwiedziny  i  już  miał  opuścić  korytarz 

poobwieszany  płótnami  znanych  artystów,  gdy  poczuł,  że  ktoś  za  nim  stoi.  Podobnego 

uczucia doznawał za każdym razem, gdy spotykał hrabiego – po jego plecach wędrował silny 

dreszcz,  rozchodząc  się  po  całym  jego  ciele  jak  mrowie.  Dlaczego  tak  na  niego  reagował  i 

dlaczego hrabia zawsze potrafił go zaskoczyć? Kasjan z uśmiechem oprowadził go po pałacu 

i  pokazał  mu  swe  najcenniejsze  zbiory.  Leo  był  zdumiony  ilością  i  wartością  dzieł,  które 

zgromadził i czuł, że mógłby tu spędzić całą noc, by je podziwiać. Kasjan zaśmiał się: 

- Z chęcią cię ugoszczę. 

- Nie chciałbym się narzucać, panie. – Leo ponownie spojrzał na niego podejrzliwie, jakby 

hrabia potrafił czytać mu w myślach, a przecież było to niemożliwe. 

-  W  najmniejszym  stopniu  nie  będziesz  się  narzucał.  To  wielki  pałac,  ma  wiele  pustych 

pokoi. Możesz wybrać, który zechcesz. Ja zapewnię ci nocleg, mam nadzieję, że ty w zamian 

dotrzymasz mi towarzystwa. 

-  Oczywiście  panie!  –  Leo  był  podekscytowany  perspektywą  spędzenia  nocy  w  tak 

niezwykłym miejscu. 

- Ostrzegam, że w nocy mało sypiam. Wolę poświęcać na to dzień. 

- Ja również często sypiam w dzień, panie – śmiał się. – Zatem, mogę obejrzeć wszystkie 

twoje obrazy? 

-  Każdy  z  osobna  i  wszystkie  razem.  Twój  ojciec  również  maluje?  –  zapytał,  choć 

doskonale znał odpowiedź. 

background image

- Tak, panie. Skąd wiesz? 

-  Podziwiasz  obrazy,  oceniając  je  pod  kątem  użytej  techniki  czy  farb,  nie  wspominając 

przy tym o żadnej szkole malarstwa, więc uznałem, że musiał uczyć cię ojciec. 

-  Masz  bardzo  przenikliwy  umysł,  panie  –  stwierdził  Leo,  bo  Kasjan  ponownie  go 

zaskoczył. 

-  A  ty  bardzo  utalentowanego  ojca  –  gdy  Kasjan  to  powiedział,  Leo  zupełnie  zdębiał  i 

zaczynał  się  pokrywać  purpurą,  bo  najwidoczniej  hrabia  pokusił  się  o  sprawdzenie  jego 

rodowodu. – Spokojnie Leonardo. Nie zamierzam obwieszczać, że jesteś nieślubnym synem, 

adoptowanym przez dalekie wujostwo. Ojciec, twój imiennik, jest wspaniałym człowiekiem. 

Poznałem  jego  prace  nad  licznymi  wynalazkami,  a  także  widziałem  jego  obrazy.  Takiego 

dziedzictwa  nie  można uzyskać  jedynie poprzez uznanie pochodzenia od rodu Da Vinci. To 

jest  w  tobie  chłopcze  i  wiem  o  tym  lepiej  niż  ty.  Vavacci  to  sprytny  zabieg  słowny 

pochodzący od twego prawdziwego nazwiska. 

  

Leo  był  w  absolutnym  szoku.  Hrabia  rozłożył  go  na  czynniki  pierwsze.  Skąd  on  to 

wszystko wiedział? Był zażenowany, lecz odniósł wrażenie, że hrabia nie mówił tego, by go 

zawstydzić. Choć Leo był nieślubnym dzieckiem wielkiego wynalazcy i geniusza, nie czuł się 

godny  podobnej  spuścizny.  Hrabiemu  nie  przeszkadzało  jego  nieudokumentowane 

pochodzenie,  o  czym  go  zapewnił.  Leo  czuł  się  przy  nim,  jakby  był  przeźroczysty,  jakby 

Kasjan wiedział o nim wszystko, jakby nie mógł przed nim niczego ukryć. Zwłaszcza tego, w 

jaki  sposób  hrabia  na  niego  działał.  Był  zafascynowany  jego  intelektem,  powagą  i 

opanowaniem,  traktując  go  jako  wzór  godny  do  naśladowania.  Kasjan  miał  też  wspaniałą, 

potężną  postawę,  zupełnie  nieadekwatną  do  jego  kocich  ruchów,  cichego  przemykania 

korytarzem czy pełnych gracji pokłonów.  

  

Leonardo  gościł  u  niego  znacznie  dłużej  niż  zamierzał.  Nie  rozumiał,  co  go  tu 

trzymało,  lecz  nie  wyobrażał  sobie,  że  mógłby  być  gdzie  indziej.  Zwiedzali  miasto  razem, 

bywali  na przyjęciach, paradach, wystawach  i raz nawet wybrali  się  na rejs gondolą wzdłuż 

weneckich  kanałów.  Jedynym  miejscem,  którego  unikał  hrabia  był  kościół.  Nie  chciał  do 

niego wejść, zostając zawsze  na zewnątrz, gdy  Leo szedł  na  mszę czy  zwyczajnie  wchodził 

się  pomodlić.    Pewnej  nocy,  gdy  Leo  właśnie  wychodził  z  kaplicy,  na  jego  drodze  stanęła 

stara kobieta, która drżącymi dłońmi wręczyła mu krzyż, szepcząc: 

- Strzeż się tego diabła! On cię prowadzi do piekła! Przeklęty on i ty będziesz, jeśli go nie 

opuścisz! 

  

Leo  nie  zdążył  zapytać,  o  kim  mówiła,  lecz  ujął  w  dłoń  podarowany  mu  przez  nią 

krzyżyk i poczuł, że nie warto się go pozbywać. To byłoby bluźnierstwo, na które nie mógłby 

się  nigdy zdobyć, w przeciwieństwie do oddawania  się orgiom  i pożądaniu, co praktykował 

już od kilku  lat  i  co  jakimś  cudem  nie kłóciło się z  jego wiarą. Nie  mógłby  sobie odmówić 

rozkoszy,  dlatego  stanowczo  odrzucał  plany  wujostwa,  aby  został  księdzem.  Nie  zniósłby 

celibatu.  Założył  na  szyję  krzyżyk,  który  dała  mu  staruszka,  czując,  że  miał  jego  ochronę. 

Wyszedł na zewnątrz i zobaczył w oddali Kasjana, który czekał na niego na rogu ulicy. Gdy 

Leo podszedł do niego z uśmiechem, zatrzymał się w połowie drogi, gdyż dostrzegł na twarzy 

background image

hrabiego  dziwną  zmianę.  Widział  go  jedynie  przez  moment,  bo  zaraz  się  odwrócił,  lecz  był 

niemal  pewny,  że  jego  skóra  była  trupio  blada,  oczy  złowieszczo  świeciły,  a  wykrzywiony 

uśmiech zdobiły wystające zza warg białe kły. Podszedł do niego i chciał go odwrócić, ale on 

mu na to nie pozwolił. 

-  Panie,  co  się  stało?  Czy  cię  obraziłem?  Czy  złościsz  się  na  mnie?  –  Leo  pytał  z 

przejęciem próbując spojrzeć mu w oczy, lecz Kasjan nieustanie mu się uchylał. 

- Nie miałeś tego na sobie, gdy tam wchodziłeś. 

- Czego panie? – Leo nie rozumiał. 

- Tego, co masz na szyi – Kasjan odpowiedział z wysiłkiem. 

- Ale… to tylko krzyż? Dała mi go jakaś kobieta, mówiąc, abym strzegł się złego. 

- Co dokładnie kazała ci zrobić? – Kasjan pytał, nadal nie pokazując mu swej twarzy. 

-  Opuścić  jakiegoś….  diabła,  ale  nie  wiem  o  co  jej  chodziło?  Była  obłąkana,  nie 

potraktowałem jej słów poważnie. 

- A może powinieneś – stwierdził chłodno Kasjan. 

- Panie? Czy wiesz, co miała na myśli? Co mam uczynić?        

- Zdejmij go proszę. Nie mogę na niego patrzeć. 

- Na krzyż? Ale dlaczego? 

- Nie mogę… 

  

Nie  wyjaśnił  niczego  więcej,  po  prostu  ruszył  przed  siebie.  Leonardo  chciał  go 

dogonić,  lecz  nie  nadążał  za  jego  szybkim  krokiem.  Gdy  dotarł  do  pałacu,  szukał  hrabiego 

wszędzie, lecz nigdzie nie mógł go znaleźć. Już bał się, że nigdy go nie zobaczy, nie wiedząc 

nawet,  czym  tak  go  uraził,  gdy  odnalazł  go  w  podziemnej  krypcie  pałacu.  Wchodząc  do 

ciemnego  pomieszczenia  przeszywał  go  panujący  tu  chłód  i  nie  dostrzegał  zbyt  wielu 

szczegółów w ciemności.  W oddali zajarzyły dwa  małe punkty  i  aż cofnął się  ze strachu  na 

stopnie, na których się przewrócił. Masował sobie łokieć, którym uderzył o schody, gdy nagle 

poczuł  na  ramieniu  mrożący  dotyk.  Odsunął  się  gwałtownie  i  wtedy  rozpoznał  nad  sobą 

Kasjana. Był w samej koszuli i spodniach, a jego granatowy kaftan leżał starannie złożony na 

kamiennym  stole.  Hrabia  zrobił  kilka  kroków  w  tył  i  sięgnął  po  pochodnię  w  uchwycie  na 

ścianie.  Zapalił  ją  przy  użyciu  krzesiwa,  a  ogień  rozświetlił  mroczne  dotąd  wnętrze  krypty. 

Na  samym  środku  stała  czarna  trumna,  ustawiona  na  kamiennym  podwyższeniu,  która 

wywoływała  strach  już  na sam  swój widok. Leonardo rozglądał się wokoło, nie rozumiejąc, 

dlaczego hrabia tu przebywał. Postanowił więc mu to wyjaśnić:    

- Tu spędzam dni, Leonardo. Tu ukrywam się przed słońcem. Jestem trupem, który sypia w 

tej trumnie i powstaje co noc, by sycić się życiem innych. Tym właśnie jestem – wampirem. 

Diabłem, przed którym ostrzegała cię kobieta, który nie może znieść widoku krzyża, bo kala 

swym istnieniem jego świętość. 

- To nieprawda! – krzyknął Leo. – Jesteś dobry panie! Nie możesz być tym, kim mówisz 

Nie możesz… – Leo nadal leżał na schodach, wpatrując się w hrabiego z przerażeniem, lecz 

nie był w stanie uciec. 

background image

- Ale jestem nim. Tak wyglądam, gdy się pożywiam, spijając krew ludzkich istnień, które 

staną na mej drodze – obnażył przed nim kły, a jego wzrok zaświecił złowieszczo. – Jestem 

śmiercią  Leonardo,  a  ty  życiem.  Nie  chcę  ci  go  odebrać,  dlatego  proszę…  odejdź,  póki 

jeszcze możesz. Odejdź zanim cię zabiję. 

- Nie! Nie chcę odchodzić! – Leo płakał. Podniósł się ze schodów, podszedł do wampira i 

już bez cienia trwogi patrzył mu w oczy. 

-  Powiedziałem,  że  cię  zabiję.  Piłem  już  twoją  krew…  nie  spostrzegłeś  nawet  kiedy.  Z 

coraz  większym  trudem  się  przy  tobie  powstrzymuję,  a  następnym  razem  mogę  nie  być  w 

stanie się opanować. Nie słyszałeś, co powiedziałem? Odejdź! – wampir podniósł głos, lecz w 

jego oczach był smutek, nie gniew. 

-  Nie.  Chcę  być  przy  tobie,  panie.  Proszę,  nie  odsyłaj  mnie!  –  Leo  klęknął  przy  nim  i 

obejmując  go  w  pasie,  przytulił  się  do  niego.  –  Jeśli  musisz  to  mnie  zabij!  Nie  dbam  o  to! 

Chcę być przy tobie!  

-  Naprawdę  tego  właśnie  chcesz?  –  Kasjan  nie  dowierzał,  choć  mowa  ciała  chłopca,  a 

także jego myśli wyrażały tę najszczerszą chęć. 

- Tak! Uczyń mnie takim jak ty. 

-  Nie  wiesz  o  co  mnie  prosisz!  Nie  wiesz  czym  naprawdę  jest  wampir  -  zabójcą, 

złodziejem życia! Wstań chłopcze – Kasjan pomógł mu wstać i trzymał go za ramiona. – Czy 

jesteś  gotowy  na  pożegnanie  się  ze  światem?  Nigdy  już  nie  zobaczysz  słońca,  nie  będziesz 

jadał  i  pił  ludzkich  posiłków.  Ludzie  będą  dla  ciebie  jedynie  rezerwuarem  krwi.  Czy  tego 

właśnie chcesz? 

- Chcę być przy tobie panie, za wszelką cenę… nawet kosztem własnego życia, moralności 

czy sumienia. Chcę tego. 

- Wytrzymaj więc ból. Nie potrwa długo… 

  

 

Kasjan rzucił się na Leonarda, wgryzł się w jego szyję i wyssał całą jego krew. 

Gdy trzymał w rękach  jego stygnące ciało,  napoił go własną krwią, podstawiając  mu do ust 

nadgarstek i tłocząc w nie moc wieczności. Złożył jego ciało w trumnie, a sam położył się tuż 

obok. Zasnęli oboje tuż przed świtem i powstali następnego dnia po zachodzie słońca.