background image

Jill Barnett 

 

 

 

 

 

Jill Barnett 

 

 

 
 

Żmija 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Żmija 

 

 
 
 
 
Tytuł oryginału  
A SEASON IN THE HIGHLNADS 
Copyright © 2000 by Jill Barnett 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Żmija 

 

Przełożył  

Marian Grzegorz Woźniak  

 

 

 

background image

Jill Barnett 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Diabeł zawsze sprzyja początkującym 

stare szkockie przysłowie 

 

 

 

 

 

background image

Żmija 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 
 
 
Leżał  bez  ducha,  a  Grace  McNish  siedziała  na  nim  okra- 

kiem,  myśląc,  że  miała  dużo  szczęścia.  Była  zdumiewająco 
przytomna,  a  przecież  runęła  z  nie  byle  jakiego  drzewa  -  stara 
jarzębina  wybujała  wysoko.  Szczęśliwie  wylądowała  nie  na 
ziemi, ale na nim: na drabie z klanu McNabów. 

Wypatrzyła  go  z  daleka.  Jechał  jak  panisko,  jakby  cała    

droga  należała  do  niego.  Masywna  postać  spowita  w  zło-           
wrogie  barwy  McNabów.  Puszczony  luzem  kraj  tartanu  po-
wiewał  na  wietrze  jak  diabelski  ogon.  Tak  go  zapamiętała. 
Zapamiętała  też,  że  zaraz  wyciągnęła  sztylet  i  postanowiła 
zsunąć  się  na  niższą  gałąź,  aby  spaść  na  niego  jak  sęp,  gdy         
już  nadejdzie  stosowny  moment.  W  tym  wszakże  miejscu 
pamięć  odmawiała  jej  posłuszeństwa.  Nie  umiała  sobie  przy-
pomnieć,  jak  to  się  stało,  że  nagle  straciła  oparcie  i  zamiast 
spaść na McNaba niczym sęp, runęła zwyczajnie jak kamień. Na 
szczęście  prosto  na  niego  i  oto  siedziała  na  nim  okra-          
kiem,  ze  sztyletem  w  ręku,  starając  się  przybrać  groźną  minę            
i bacząc pilnie, czy drab czegoś nie knuje. 

Cała Szkocja wie, że McNabów trzeba się strzec. Nikt nie jest 

tak pazerny na ziemię i w ogóle wszystko, co ma jakąś wartość, 

background image

Jill Barnett 

 

jak  oni,  zwłaszcza  zaś  na  własność  McNishów.  Jak  pijawki 
wyssaliby wszystko do ostatniej kropli. 

Przykładając ostrze sztyletu do szyi jeńca, pochyliła się, żeby 

przyjrzeć mu się dokładniej. 

Nawet nie drgnął. 
Nie żyje? 
Podskoczyła na nim parę razy jak na łóżku. 
Nawet nie jęknął. 
Pochyliła się jeszcze niżej. 
Oddychał płytko, jak ktoś, kto śpi albo jest nieprzytomny. Na 

czole, tuż nad krzaczastymi brwiami, miał potężnego guza. 

Gdy  przesunęła  dłonią  po  własnym  czole,  zabolało.  Miała 

dokładnie  takiego  samego  guza,  wielkiego  jak  jajo.  Musieli  się 
stuknąć  głowami,  co  zapewne  wielce  ucieszy  dziadka,  gdy  mu  
o  tym  opowie.  Dziadek  zawsze  mawiał,  że  powinna  ruszać 
głową. No i ruszyła. 

A  tymczasem  mocniej  chwyciła  sztylet.  W  razie  czego 

wystarczy tylko pchnąć. 

Rozejrzała się na boki, czy w pobliżu nie czai się jeszcze jakiś 

McNab. Czasami podróżowali samotnie, ale bywało, że   i całą 
gromadą,  jak  wilcze  stado  podchodzące  owce.  Jednak                           
w  zasięgu  wzroku  nie  było  nikogo.  I  nic  się  nie  zmieniło,                 
jeśli  nie  liczyć  kępy  stratowanej  paproci  tam,  gdzie  uciekł            
jego koń. 

Wiadomo,  McNabowie  na  bydle  może  się  i  znają,  ale  na 

koniach absolutnie nie. 

Wydęła  pogardliwie  usta.  Właśnie!  A  zresztą  koń  i  tak 

najpewniej był skradziony. 

Pochyliła  się  jeszcze  niżej,  tak  że  niemal  dotknęła  jeńca 

nosem.  Miał  zadziwiająco  miły  oddech,  słodki,  i  świeży,  jakby 
najadł  się  jabłek.  A  ją  aż  skręcało  z  głodu.  Zjadłaby  nawet 
ogryzek.  Lewą  ręką  obmacała  pierś  mężczyzny  w  nadziei,  że 
znajdzie coś do zjedzenia za pazuchą. 

background image

Żmija 

11 

 

Nic  -  ani  kruszyny  chleba,  ani  kawałka  sera,  ani  nawet 

ogryzka jabłka. 

I jak tu nie pogardzać takim drabem, co nie potrafi zapanować 

nad wierzchowcem, a w jukach pewnie było coś do przekąszenia. 
Spojrzała  na  niego  ze  złością.  Odgarnęła  mu  nawet  kosmyk 
włosów z policzka, żeby wyraźniej widzieć tę nienawistną twarz. 

Nie  wyglądał  na  McNaba.  McNabowie  są  paskudni,  a  ten 

niezupełnie. 

Ciemne  brwi,  jasne  włosy,  długie  prawie  do  ramion,  twarz 

mocna, rysy wyraziste jak skały, wydatna, ale kształtna szczęka, 
gładko  ogolona,  co  też  dziwne,  bo  niemal  wszyscy  McNabowie 
noszą brody - wstydzą się wątłych podbródków i w ogóle tego, 
że są paskudni. 

Ten nie był. I tak słodko oddychał. 
Znów doleciał ją zapach jabłek. 
Jabłka,  jabłecznik,  pudding  z  jabłek,  ciastko  z  jabłkiem, 

jabłkowy  dżem,  jabłka  pieczone,  krem  z  jabłek,  pieczone  
siewki z jabłkowym nadzieniem. 

Zaburczało  jej  w  brzuchu.  Oj  wiedziała,  co  to  głód,  wiedziała 

też, że z głodu ludzie potrafią wyprawiać przedziwne rzeczy. 

Znów  obrzuciła  go  bacznym  spojrzeniem  w  obawie,  że 

mężczyzna coś knuje. 

Ale  oddychał  płytko  i  miarowo,  więc  się  uspokoiła.  Nie  na 

długo, bo oto z lasu po prawej dobiegł trzask łamanej gałązki. 

Spięła  się  w  sobie.  Jeszcze  mocniej  chwyciła  sztylet  i  nie 

ruszając  głową,  powiodła  oczami  w  prawo  i  lewo.  Usłyszawszy 
znajome  mruczenie,  podniosła  oczy  do  nieba  w  niemej  przy-
ganie.  Po  chwili  w  zaroślach  zaszumiało,  jakby  ktoś  się  prze-
dzierał albo utknął. 

-  Fiona?! - zawołała. 
-  To  ja,  strasznie  tu  gęsto  -  dobiegła  odpowiedź  i  łomot, 

jakby gęstwiną przeganiano parę wołów. 

Grace czekała. 

background image

Jill Barnett 

 

Wreszcie  ukazała  się  Fiona  McNish  we  własnej  osobie. 

Szamotała  się  i  wierciła  w  zaroślach  jak  derwisz  w  transie, 
usiłując wyrwać tartan, który wplątał się w osty. 

Grace  nie  wiedziała,  czy  ma  się  śmiać,  czy  zwymyślać 

niezdarę. A ta wreszcie wydostała się z gęstwiny, przytruchtała 
do  niej  i  przyklękła,  zerkając  ciekawie  na  jeńca.  Po  chwili 
przeniosła wzrok na Grace. 

-  Nie żyje? - Pogładziła się nerwowo po rudych włosach. - 

Wielkie nieba, tylko nie mów, że go zabiłaś. 

Grace wsunęła sztylet za pas. 
-  Żyje,  tylko  nieprzytomny.  Oby  tak  wszyscy  McNabo-   

wie... - Zaśmiała się. 

Jej kuzynka nawet się nie skrzywiła. Zrobiła taką minę, jakby 

chciała  natychmiast  uciec,  pobiec  do  starego  dziedzica                      
z  wieścią  o  fatalnym  błędzie,  jakiego  dopuściła  się  Grace 
McNish. 

Ta  jednak  była  czujna.  Złapała  ją  oburącz  za  głowę,  obróciła 

lewym uchem do siebie, bo na prawe Fiona mało co słyszała,    
i powiedziała: 

-  Na  szczęście jest nieprzytomny,  bo  narobiłaś  tyle  hałasu,        

że obudziłabyś nawet starego McAfeego. 

-  Jak to, przecież on nie żyje? 
-  Właśnie! 
-  Bo...  bo...  tartan  mi  uwiązł  w  zaroślach  -  wyjaśniła  Fiona 

pokornym tonem. 

-  A  kto  ci  kazał  włazić  w  gęstwinę?  Miałaś  się  ukryć  po 

drugiej stronie drogi i czekać na mój znak. 

-  Ukryłam się. 
-  Ale nie tam, gdzie ci kazałam. 
-  Bałam się. 
-  Czego? 
-  Bo on taki wielki. 
-  Ten  drab?  -  Grace  postukała  jeńca  palcem  w  pierś,  po         

background image

Żmija 

13 

 

czym  odwróciła  się  z  wyrazem  obrzydzenia  na  twarzy.  -  Im 
mniej McNabów, tym Szkocja będzie lepsza. 

-  Bałam się o ciebie. 
-  O mnie? 
-  Strasznie krzyczałaś. Słyszałam nawet prawym uchem. 
-  Niemożliwe,  a  już  zupełnie  niemożliwe,  żebym  krzyczała  

ze  strachu.  -  Grace  machnęła  ręką,  jakby  chciała  tym  gestem 
udowodnić,  że  ani  nie  jest  zachrypnięta  od  krzyku,  ani  nie 
wrzeszczała  jak  opętana,  gdy  spadała  z  gałęzi.  -  O  mnie  się         
nie bój!- dodała z mocą. - W moich żyłach płynie krew dawnych 
wojowników, jestem wnuczką lairda. 

-  Bałam się, że mogłaś sobie coś złamać? 
-  Złamałam... gałąź, ale za to zwaliłam z siodła tego draba. -

Grace zaśmiała się dumnie. 

Fiona znów ani drgnęła. 
-  O  mnie  się  nie  bój  -  powtórzyła  jej  kuzynka.  -  Popatrz, 

załatwiłam McNaba! Tym razem wszystko pójdzie jak z płatka, 
słowo daję. 

Fiona  odpowiedziała  taką  miną,  jakby  Grace  przyrzekała  jej 

gwiazdkę z nieba. 

-  Ależ to jest McNab. Spójrz tylko na tartan. 
-  Widzę,  ale  jeśli  naprawdę  myślisz,  że  wszystko  pójdzie 

dobrze,  to  się  chyba  mylisz  -  odparła  Fiona  ponuro.  -  Widzę 
same kłopoty. 

-  Tylko  jeden,  a  ten  nazywa  się  McNab  -  ucięła  Grace, 

próbując wstać. 

Coś jednak ściągnęło ją w dół i znów wylądowała na brzuchu 

jeńca.  Jej  tartan  uwiązł  pod  leżącym.  Szarpnęła  ostro,  czer-
wieniejąc  z  wysiłku,  wstydu  i  złości.  Bez  skutku;  tkanina                         
z trzaskiem pękła. 

-  Cholera,  ciężki  ten  drab...  -  mruknęła,  chwytając  mocniej 

materiał. 

-  A kiedy on się obudzi? 

background image

Jill Barnett 

 

Grace nie odpowiedziała od razu. Walczyła jeszcze z tkaniną. 

W końcu udało się ją odzyskać. 

-  Jeśli  o  mnie  chodzi,  niech  tak  leży  do  końca  świata.  -          

Z miną zwycięzcy stanęła okrakiem nad nieprzytomnym jeńcem. 
Widywała  takie  pozy  na  rodzinnych  obrazach,  które  wisiały         
w  starym  zamku,  nim  najechali McNabowie i  wszystko  pokradli. 
Obrazy  przedstawiały  dawnych  dziedziców,  stojących  nad 
ubitym  zwierzem  -  bykiem  lub  dzikiem  -  jak  to  bywało  przed 
wojną klanów. 

Spojrzała  na  swoją  zdobycz.  Nawet  nieprzytomny  wyglądał 

dorodnie i zdrowo. 

-  Popatrz tylko na niego, jaki duży. McNabowie nie głodują. 
-  To racja. Ten chyba nigdy nie pościł. 
-  Napycha  się  z  braćmi  naszą  baraniną!  Baraniną  McNi-

shów...  -  Grace  nagle  zamilkła,  bo  przyszedł  jej  do  głowy 
wspaniały pomysł. Skrzywiła się złowieszczo. 

-  Znam  tę  minę,  coś  ci  znowu  strzeliło  do  głowy.  -  Jej 

kuzynka  przeżegnała  się  z  lękiem  i  postąpiła  krok  do  tyłu,   
jakby  zobaczyła  potwora,  jednego  z  tych,  co  żyją  w  lochs, 
jeziorach.  -  Coś  knujesz,  a  ja  się  boję.  -  Targnęła  się  jakby         
do ucieczki. 

-  Poczekaj.  -  Grace  zastąpiła  jej  drogę.  -  To  naprawdę  

dobry pomysł. 

-  Zawsze tak mówisz... - Fiona nie dawała się zatrzymać. 
-  Posłuchaj tylko. - Kuzynka chwyciła ją za ramię.  
Fiona westchnęła z rezygnacją i spojrzała na nią pytająco. 
-  Za tego draba można wziąć niezły okup. 
-  Co to znaczy niezły? 
-  Nie  taki  jak  zwykle.  Nie  będziemy  liczyć,  ile  owiec  nam 

ukradli,  ale  -  Grace  uśmiechnęła  się  tajemniczo  -  weźmiemy 
okup według wagi! 

-  Wagi? - zdumiała się Fiona. 
-  Właśnie. Spójrz tylko na niego. 

background image

Żmija 

15 

 

Obie  skierowały  wzrok  na  leżącego.  Miał  szerokie  ramiona, 

wąskie  biodra;  odzienie  świadczyło  o  wysokiej  pozycji  w  klanie. 
Same  spodnie  musiały  kosztować  krocie,  a  w  butach  miał 
jedwabne sznurowadła. 

-

 

No  widzisz  -  odezwała  się  Grace  po  chwili.  -  Ciężki, 

można za niego  wziąć tyle, że  wystarczy najedzenie dla  całego 
klanu na długie miesiące. 

-

 

Twój  dziadek  nie  będzie  zachwycony.  Nie  pamiętasz,  co 

mówił?  Że  wkrótce  przyjeżdża  sam  Campbell,  lord  wysp,  i  że 
klany starają się siedzieć  cicho, żeby nie przysparzać zmartwień 
władcy. 

-  Ach...  -  Grace  machnęła  ręką  ze  złością  i  zaczęła  dreptać    

w  kółko.  -  Co  mnie  obchodzi  potężny  Colin  Campbell.  Jego 
wysokość nigdy nie raczyła nam pomóc. 

-

 

Ale  dziadek  ostrzegał  cię  jeszcze  dziś  rano.  Żadnych 

pomysłów w ciągu najbliższych dwóch tygodni. 

-

 

Biedny dziadek. Z braku mięsa jego umysł nie pracuje, jak 

należy... 

-

 

Grace... 

-

 

Tylko powiedz, co wielki Campbell zrobił dla nas? No? 

-

 

Nic, ale... 

-

 

Nawet  palcem  nie  ruszył  przez  te  wszystkie  lata,  kiedy 

McNabowie ciągle na nas napadali. 

-

 

To prawda, ale... 

-

 

Jakie  ale?  Dlaczego  mam  się  przejmować  Campbellem? 

Wiesz  tak  samo  dobrze  jak  ja,  że  gdyby  mu  na  nas  zależało,            
to  nie  pozwoliłby  McNabom  okradać  nas  ze  wszystkiego.  -
Stuknęła się palcem w pierś. - I ja mam się nim przejmować? -
powtórzyła. - Gdybym tylko mogła, dałabym mu popalić, że  aż 
hej. - Nadal krążyła, gniewnie zaciskając zęby. W końcu stanęła 
przed Fioną z rękami na biodrach. - Nic dla nas nie zrobił, nic! 

-

 

Mówią, że jest bardzo zajęty. 

background image

Jill Barnett 

 

-  Zajęty!  -  zaszydziła  Grace  -  Pewnie,  że  zajęty,  bo  bez 

przerwy liże buty angielskiemu królowi albo ugania się za tymi 
dzikusami  McGregorami.  Nic  dziwnego,  że  nie  ma  czasu  dla 
biednych klanów. 

Przez  chwilę  patrzyła  zatroskana  na  siebie.  Rankiem  od-

kryła  nową  dziurę  w  tartanie.  Potarła  uszkodzone  miejsce 
dłonią,  jakby  w  ten  sposób  można  było  naprawić  wyświech-
tane  odzienie,  i  spojrzała  na  bose  stopy.  Jedwabne  sznu--
rówki?  Jak  myśleć  o  sznurówkach,  gdy  nie  ma  się  trze-  
wików. 

-  Bez  jedzenia  i  bydła,  w  łachach  zamiast  przyzwoitego 

odzienia  klan  nie  przeżyje  zimy  -  oświadczyła  półgłosem             
i wyprostowała się dumnie na tyle, na ile pozwalało niepełne 
sto  pięćdziesiąt  centymetrów  wzrostu.  Wiedziała,  że  posturę 
ma  równie  skromną,  jak  odzienie,  ale  braki  w  tej  mierze 
starała się nadrabiać siłą ducha. 

Dziadek  mawiał,  że  cały  jej  duch  to  po  prostu  wybujała 

wyobraźnia  i  ośli  upór,  a  tego  drugiego  ma  ponoć  tyle,  ile 
Anglicy  fałszu.  Ona  jednak  uważała  się  za  spadkobierczynię 
całych  pokoleń  szkockich  górali.  Czuła  się  silna,  ponieważ            
w jej żyłach płynęła ich krew, a serce biło ich rytmem. 

Owszem,  bywała  uparta,  i  to  nie  jak  jeden  osioł,  ale 

wszystkie osły naraz,lecz tylko wtedy, gdy uważała, że dobrze 
służy klanowi. Wszystko, co robiła, robiła z myślą o klanie. 

Ktoś musi to zrobić, ktoś musi ich uratować. Dziadek może 

sobie wierzyć,że potężny Campbell przyjdzie im z pomocą, ale 
ona – Grace - nie miała żadnych złudzeń. Obciągnęła ubranie, 
aby ukryć dziury i przetarte miejsca, przez które zimą zawsze 
wdzierał  się  mróz,  boleśnie  przypominając  o  nędzy,  w  jakiej 
przyszło żyć jej, dziadkowi i całemu klanowi McNishów. 

-  Pierwszym  obowiązkiem  dziadka  jest  klan  -  oznajmiła, 

patrząc  przenikliwie  na  kuzynkę.  -  Jestem  więc  pewna,  że 
zażąda okupu od McNabów. 

background image

Żmija 

17 

 

-  I  jesteś  pewna,  że  dzięki  okupowi  zapomni  o  pożarze  - 

zaszydziła Fiona. 

Grace zmilczała szyderstwo. Jej kuzynka miała rację; to z jej 

winy spłonął cały zapas drewna i węgla na zimę.  

Fiona wyczuła jej słaby punkt. 
-  Jak  dobrze  pociągnę  nosem,  to  jeszcze  dziś  czuję  woń 

spalenizny,  a  gdy  przymknę  oczy,  widzę  starszego  pana,  jak 
pokraśniał  ze  złości.  Sama  nie  wiem,  co  było  czerwieńsze, 
płomienie czy jego oblicze. 

-  To prawda, że dziadek strasznie się wtedy rozgniewał. 
-  Mnie  by  do  głowy  nie  przyszło,  żeby  strzelać  płonącymi 

strzałami ze starej kuszy, a to ty dałaś Seamusowi te strzały. 

-  Naszym  obowiązkiem  jest  chronić  klan  przed  tymi  dra-

bami,  McNabami.  Dziadek  niewiele  może  zdziałać,  mając 
tylko jedną nogę – odparła Grace, unosząc dumnie głowę. 

-  I  z  jedną  potrafi  krzyczeć.  Sama  słyszałam,  jak  wtedy 

wrzeszczał. 

-  Na szczęście języka McNabowie mu nie ucięli - odrzekła 

Grace.  -  Zabili  synów,  okaleczyli  ciało  i  duszę.  Tylko  my  mu 
zostałyśmy  i  w  nas  cała  nadzieja.  -  Machnęła  ręką.  -  A  poza 
tym mówiłam Seamusowi, żeby mierzył w stronę jeziora. 

-  I tak też celował. 
-  Właśnie,  co  tylko  dowodzi,  że  trzeba  się  ciągle  ćwiczyć. 

Podpalałam  mu  strzały,  żeby  dokładnie  widział,  gdzie  trafia. 
To logiczne, nie? Miał mierzyć w wodę. 

-  Ale nie trafił. 
Taka  niestety  była  prawda.  Zamiast  ku  wodzie,  strzały 

pomknęły  prosto  w  stodołę  i  Grace  nosiła  w  sobie  poczucie 
winy.  Szczerze  żałowała  tego,  co  się  stało,  a  jeszcze  bardziej 
żal  jej  było  dziadka,  gdy  po  tym  wszystkim,  kuśtykając  o  kuli, 
ruszył  do  lasu  po  drewno.  Szedł  przytłoczony  ciężarem  nie-
szczęścia,  aby    naciąć  go  choć  trochę,  bo  wszystko,  co  rąbał 
przez wiele miesięcy , poszło z dymem. 

background image

Jill Barnett 

 

Grace  chciało  się  płakać,  pobiegła  za  dziadkiem,  żeby 

pomóc,  a  wtedy  on  -  jak  nigdy  -  kazał  jej  iść  do  domu  i  nie 
wychodzić.  Kiedy  próbowała  postawić  na  swoim,  wzruszył 
tylko ramionami i pokuśtykał przed siebie. 

-  Co  się  stało,  to  się  nie  odstanie  -  rzekła  krótko.  -  Ale 

mamy szansę, żeby nakarmić klan z zapasów, które McNabowie 
przygotowali  na  św.  Michała.  Na  coś  takiego  czekaliśmy  od 
dawna.  Czas  zacząć  im  odbierać  to,  co  nam  ukradli.  Nie  wolno 
marnować okazji, gdy sama wchodzi w ręce. 

-  Nie  jestem  pewna,  czy  to  taki  dobry  pomysł...  -  Fiona 

wyglądała tak, jakby niebo miało jej się zwalić na głowę. 

-  Czy ty naprawdę nie widzisz... 
-  Niby czego? 
-  ...że jest w tym palec boży. 
Fiona  aż  się  przygarbiła  pod  brzemieniem  nowiny,  co  jej 

kuzynka natychmiast dostrzegła i postanowiła wykorzystać. 

-  Pomyśl  tylko!  Spadłam  z  jarzębiny  dokładnie  wtedy, 

kiedy  nadjeżdżał  McNab.  Nie  chcesz  chyba...  -  zawiesiła  głos             
i  położyła  rękę  na  sercu  -  ...żebym  kwestionowała  wolę  Naj-
wyższego!  Spadłam  dokładnie  na  łeb  McNaba.  Jeśli  to  nie  jest 
palec boży, to co? 

-

 

Noga! 

-

 

Co ty pleciesz? 

-

 

Noga! Noga ci się omsknęła i spadłaś. 

-

 

Myśl  sobie,  co  chcesz  -  odrzekła  Grace  tonem,  który,  jej 

zdaniem,  powinien  wykluczać  wszelkie  wątpliwości.  -  Ja  wiem 
swoje. Pamiętasz  druciarza,  który przybył tu, na  wyspę, w tym 
roku?  Więc  on  właśnie  opowiedział  mi  o  planach  McNabów  
na  św.  Michała  i  tak,  jak  to  widzę,  to  jest  w  tym  wszystkim 
palec  boży.  To  nie  przypadek,  że  zwaliłam  się  na  McNaba              
i  nie  przypadkiem  mamy  teraz  szansę  na  okup.  Ja  nic  nie 
wymyśliłam,  tak  zostało  postanowione.  -  Grace  wymownie 
podniosła oczy do nieba, dając do zrozumienia, że ma za sobą

background image

Żmija 

19 

 

najwyższe przyzwolenie. - A skoro tak, to wszystko pójdzie jak 
z płatka - powtórzyła koronny argument. 

Fiona  nic  nie  odpowiedziała,  popatrzyła  tylko  na  nią,  a  po 

chwili przeniosła wzrok na leżącego, a potem znów na kuzynkę, 
jakby  doznała  objawienia.  W  tej  samej  chwili  z  oddali  dobiegł 
łoskot gromu. 

Grace  o  mało  co  nie  wybuchła  śmiechem.  W  lepszym 

momencie  nie  mogło  chyba  zagrzmieć.  Z  całą  powagą,  na  jaką 
zdołała się zdobyć, skrzyżowała ręce na piersi. 

-  Słyszysz? Pan w niebiesiech potwierdza! 
Fiona zbladła. 
-  I  mam  nadzieję,  że  nie  zamierzasz  sprzeciwiać  się  woli 

Najwyższego?! 

Fiona potrząsnęła trwożnie głową. 
-  Tak  też  myślałam.  -  Grace  postawiła  kropkę  nad  i,  wra-

cając do leżącego. 

Fiona podreptała pokornie za nią. 
-  Nie wygląda na McNaba - zauważyła. - McNabowie mają  

cofnięte brody, a ten nie. 

-  I co z tego? 
-  Nic, tylko nigdy nie widziałam McNaba z normalną brodą. 
-  Mogło  się  zdarzyć.  Domieszka  lepszej  krwi.  Pewnie  któryś             

z  przodków  uprowadził  kobietę  z  innego  klanu  i  zmusił  do 
małżeństwa. 

-  A ten jak się nazywa? 
-  A bo ja wiem! McNabów jest jak psów. 
Tym  razem  nawet  Fiona  skrzywiła  się  w  pogardliwym 

uśmiechu. 

-  Stary  Donnell  McNab  -  ciągnęła  jej  kuzynka  -  dorobił  się 

dwunastu  synów.  Jeden  w  drugiego  najgorsze  łotry  i  tchórze. 
Krzywdzą bezbronnych, okradają kobiety i dzieci. To musi być 
jeden z nich. 

-  Chyba tak. 

background image

Jill Barnett 

 

-  A  wiesz  -  Grace  pochyliła  się  konfidencjonalnie  nad 

Fioną- że potwór z loch to też McNab? 

-  Naprawdę? 
-  Niech  zginę  na  miejscu,  jeśli  to  nieprawda.  Był  taki 

McNab,  straszny  okrutnik,  okropny,  i  czarodziejka  z  gór  prze-
mieniła  go  w  potwora  i  zesłała  do  loch  na  wieczność.  -  Grace 
mówiła  coraz  wolniej  i  ciszej.  Dla  większego  efektu  zawiesiła 
nawet  głos,  zbliżyła  się  jeszcze  bardziej  do  Fiony  i  dalszy  ciąg 
wygłosiła  szeptem. - Możesz  mi wierzyć, bo to  święta  prawda, 
McNabowie  są  gorsi  od  najgorszych  wiedźminów.  -  Odstąpiła 
od  Fiony,  pochyliła  się  nad  leżącym  i  przyglądała  mu  się  przez 
chwilę.  -  U  wrót  piekielnych  straż  trzyma  dwóch  McNabów  -
powiedziała  z  głębokim  przekonaniem.  -  Pilnują,  żeby  nikt  nie 
uciekł.  Nurzają  się  w  rzece  zwanej  Styks,  pełnej  obrzydliwych 
wodorostów  i  buchającej  ogniem.  A  wiesz,  że  szatan...  -  znów 
ściszyła  głos-  ...wygląda  jak  stary  laird  McNab?  Kropka            
w kropkę, jakby skórę zdjął. 

-  To prawda? 
Grace tylko skinęła głową i dalej ciągnęła ponurą opowieść: 
-  A słyszałaś, że McNabowie wycinają jeńcom wątroby? 
Fiona zamarła z trwogi i przerażenia. 
-  Właśnie!  I  rzucają  wilkom  na  pożarcie.  -  Grace  machnęła 

ręką jak  rzekomy  McNab,  karmiący  wilcze  stado ludzką wątro- 
bą. - A wilki chodzą za nimi jak psy. Straszne bestie, stale głodne... 

Zdjęta  zgrozą  Fiona  cofnęła  się,  ale  jej  kuzynka  miała 

jeszcze coś w zanadrzu. 

-  A  pojmanych  żywcem  obdzierają  ze  skóry  –  oznajmiła 

tonem równie złowieszczym jak wiadomość, którą oto objawiła. 

Fiona  postąpiła  jeszcze  krok  do  tyłu,  a  Grace  zaczęła  krążyć 

wokół niej. 

-  I skalpują ich! -wykrzyknęła, strzygąc palcami nad rudymi 

kędziorami Fiony. 

A ta, zlękniona, złapała się oburącz za głowę. 

background image

Żmija 

21 

 

-  Nieee... 
-

 

Robią jeszcze gorsze rzeczy. 

-

 

Gorsze? 

-

 

Okropne. Gdy dopadną kobietę, zrywają z niej całe odzie-

nie i folgują sobie do woli. 

-

 

Nie  chcę  tego  słuchać.  -  Fiona  zaczęła  dygotać  z  lęku         

i zgrozy. 

-

 

A tak, folgują! - powtórzyła Grace. 

Minęła dłuższa chwila, nim Fiona przestała dygotać i opuściła 

ręce.  Jej  kuzynka  zastanawiała  się  tymczasem,  czym  jeszcze 
uczęstować nieboraczkę. 

-  Grace?  A  co  to  znaczy  folgują  -  spytała  Fiona,  ale  nie 

usłyszała odpowiedzi. - Powiedziałaś, że McNabowie zdzierają 
z kobiet szaty i folgują sobie? 

Grace też nie wiedziała, co to naprawdę oznacza, ale uznała, 

że niewiedza jej nie przystoi. Wzięła się pod boki i spojrzała na 
Fionę z góry. 

-

 

Jeśli nie wiesz, to ja ci nie powiem. 

-

 

A wiesz? 

-

 

Oczywiście.  Jestem  wnuczką  lairda  i  muszę  znać  takie 

sprawy. 

-

 

To mi powiedz. 

-

 

Nie mogę, nie jesteś wnuczką dziedzica. 

-

 

Ale  jestem  twoją  przyjaciółką  i  kuzynką,  co  prawda 

daleką, ale jednak. 

-

 

Właśnie  dlatego,  że  jesteś  moją  prawdziwą  przyjaciółką, 

oszczędzę  ci  szczegółów,  bo  są  naprawdę  okropne  -  odparła 
Grace  z  udawaną  wielkodusznością.  -  A  teraz  przestań  nudzić               
i pomóż mi spętać tego draba. 

-

 

Jak  ty  to  właściwie  robisz?  -  spytała  Fiona,  marszcząc 

czoło. 

-

 

Niby co? 

-

 

Gadasz tak, że zaczyna ci się wierzyć. 

background image

Jill Barnett 

 

-  Dar od Boga - rzuciła Grace przez ramię, bo zajęła się już 

leżącym.  Próbowała  obrócić  go  na  bok.  -  Do  diabła,  ciężki  jak 
smok,  cetnar  ani  chybi!  -  Zrezygnowała  z  próby  i  usiadła    na 
piętach.  -  To  przez  ten  zakuty  łeb.  Wszyscy  McNabowie                
to zakute łby. Chodźże mi pomóż - zażądała. 

Kosztowało  to  sporo  wysiłku,  ale  we  dwie  zdołały  wreszcie 

przewrócić  nieprzytomnego  mężczyznę  na  bok.  Grace  przy- 
szykowała się do następnego etapu. 

-  Dawaj  sznur  -  rozkazała,  nie  patrząc  nawet  na  kuzynkę.- 

Nie  doczekała  się,  więc  zirytowana  spojrzała  na  nią  ostrym 
wzrokiem. - No sznur! - powtórzyła. 

Fiona biegała w kółko, rozglądając się pilnie po ziemi. 
-  A gdzie on jest? 
Grace puściła ramię jeńca, na które zamierzała nałożyć pęta. 

Potężna ręka opadła bezwolnie na ziemię. 

-

 

Gdzie jest co? 

-

 

No, sznur. 

-

 

A ty nie masz? 

-

 

Nie. 

-

 

Przecież mówiłam ci, żebyś wzięła. 

-

 

Kiedy mówiłaś? 

-

 

Przed wyjściem. 

-

 

Naprawdę? 

-  Mówiłam, żebyś poszła do stodoły i wzięła sznur. 
Strapiona Fiona spojrzała pokornie na kuzynkę, a następnie 

pogrzebała  ręką  w  sporranie  -  skórzanej  torbie  przy  pasku. 
Gdy  po  chwili  otworzyła  dłoń,  oczom  Grace  ukazała  się 
brązowawa kulka jak z wosku, wielkości orzecha. 

-

 

A to co? 

-

 

Mydło. Leżało na stole. 

Grace westchnęła. Stodoła... na stole... Przygłuchłe biedactwo 

znów nie dosłyszało. 

-  Trudno - ucięła sprawę. -Ale czym go związać? – Zaczęła 

background image

Żmija 

23 

 

dreptać w kółko, szukając czegoś sposobnego. - Stań przy nim   
i w razie czego zdziel go przez łeb - rozkazała Fionie. 

-

 

Czym?. 

-

 

Choćby tą gałęzią, co się złamała. Leży obok niego. 

-

 

A jeśli go zabiję... - Zdjęta przerażeniem Fiona cofnęła się 

dwa kroki. Jej kuzynka nie zareagowała na to. - Nie mogłabym 
tego zrobić. 

-  Nie bój się, to McNab, nie wyzionie ducha od jednej gałęzi. 
Fiona ani drgnęła. 
-

 

Pan  w  niebiesiech  nie  złamałby  gałęzi,  gdyby  nie  chciał, 

abyśmy  z  niej  skorzystały  -  pośpieszyła  Grace  z  nowym 
argumentem. 

-

 

Przecież złamała się pod tobą. 

-

 

Prawda, ale Pan tak chciał, dlatego kazał mi stanąć na tej 

właśnie  gałęzi.  -  Grace  uznała  wyjaśnienie  za  ostateczne. 
Masując  się  palcem  w  czoło,  zaczęła  się  głośno  zastanawiać:  -
Nie mamy sznura, więc czym by go tu związać... 

Jej kuzynka, z orężem w drżącej ręce, stanęła nad jeńcem. 
A  Grace  olśniło.  Pas!  Miały  przecież  pasy,  i  Fiona,  i  ona. 

Spojrzała  na  jeńca.  On  też.  Weźmie  jego  pas.  A  że  bez  niego 
mężczyzna  zacznie  marznąć,  bo  mroźny  wiatr  będzie  się 
wciskał pod tartan, to nie szkodzi. To tylko McNab. 

Przyklękła  przy  nieprzytomnym  jeńcu  i  zaczęła  odpinać  mu 

pas.  Serce  ścisnęło  jej  się  na  widok  pięknej  wytłaczanej  skóry              
i  jeszcze  wspanialszej,  bogato  zdobionej  klamry  z  kutego 
srebra.  Ileż  to  musiało  kosztować?  Ilu  ludzi  można  by  za  to 
nakarmić. 

Lata  biedy  i  cierpień  sprawiły,  że  wszystko  przekładała  na 

jedzenie, choć gdzieś jeszcze, w zakamarkach pamięci, kołatało 
wspomnienie, że matka też kiedyś nosiła kosztowne stroje, złote 
ozdoby  i  drogie  kamienie.  Ale  wtedy  McNishowie  byli  bogaci             
i  możni.  Później  wszystko  się  zmieniło.  Czego  nie  zrabowali 
McNabowie, poszło najedzenie. Wszystko. I nic nie zostało. 

background image

Jill Barnett 

 

 
Ale oto miała przed sobą jednego z tych okrutników, złodziei                 

i rabusiów. 

W  żołądku  znów  zaczęło  jej  burczeć.  Zmęła  przekleństwo            

i  ze  złością  pociągnęła  za  luźny  koniec  pasa.  Niewiele  wskórała, 
więc chwyciła oburącz i pociągnęła z całej siły. 

Mężczyzna jęknął, gdy pas zacisnął się o dobre trzy dziurki. 
-

 

Grace. - Fiona przeraziła się. - Obudzisz go. 

-

 

Przepraszam, poniosło mnie. Chodźżeż tu do mnie. 

-

 

Po co? 

-

 

Spętamy go jego własnym pasem, pomożesz mi go odpiąć. 

-

 

Co mam zrobić? 

-

 

Pilnuj  go,  a  ja  spróbuję  go  obrócić  na  bok,  łatwiej  będzie 

wyciągnąć  pas.  I  pamiętaj:  gdy  tylko  się  ruszy  albo  otworzy 
oczy, wal w łeb. 

background image

Żmija 

25 

 

 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 

A on miałby ochotę walnąć ją. 
Tymczasem  zachowywał  żelazny  spokój.  On  -  książę  Argyl-           

lu, władca wysp, potomek monarchów Szkocji, możny i potężny 
Colin Campbell - leżał bezwolny, jakby uszły zeń wszystkie siły,  
i  pozwalał  się  pętać  tej  małej  żmii.  Udawał  zemdlonego.  Nie 
otwierał  oczu,  oddychał  płytko,  raz  tylko,  gdy  ta  żmija  niemal 
przepołowiła go jego własnym pasem, jęknął boleśnie. 

Zacisnęła  pas  o  co  najmniej  pięć  dziurek,  silna  bestia  -

pomyślał.  Pierś  jak  u  wołu,  mocne  ramiona,  ale  nogi  jak 
szczudła  i  siedzieć  też  nie  ma  na  czym  -  oceniał  na  ślepo,            
a  wsłuchując  się  w  jej  słowa,  malował  w  wyobraźni  resztę 
wizerunku  Grace  McNish  -  bo  tak  się  przecież  ta  mała  opraw-
czyni  nazywała.  Nos  zapewne  miała  haczykowaty,  ze  dwie 
brodawki  na  policzkach,  rudą  płeć,  takież  włosy,  ślepia  małe, 
chytre, oczywiście czarne i złośliwe jak ona sama. 

-  Gotowe - oznajmiła z dumą Grace, kończąc pętanie jeńca. 

Powiedziała  to  takim  tonem,  jakby  właśnie  związała  kokardę 
we  włosach,  a  nie  ręce  człowieka,  od  którego  mogła  zależeć 
cała  jej  przyszłość.  Skończywszy,  zatarła  dłonie,  co  Colin 
usłyszał wyraźnie. 

background image

Jill Barnett 

 

-  Odłóż  teraz  ten  drąg  i  chodź  tu  do  mnie  -  poleciła  przy-

jaciółce. - Obrócimy tego durnia. 

Colin  zacisnął  zęby.  Oj,  nauczy  tę  żmiję  szacunku,  ale 

jeszcze nie teraz. 

Poczuł  na  sobie  dwie  pary  małych  rąk.  Dwie  dłonie  chwyciły 

go za lewe ramię. To -jak się domyślał - ta Fiona. 

Druga  para  rąk  złapała  go  boleśnie  za  lewe  biodro.  To  ta 

żmija  Grace,  której  przyszłość  malowała  się  coraz  bardziej 
ponuro. 

Pojękując i dysząc z wysiłku, obróciły go na plecy. Zległ na 

spętanych dłoniach i bacznie nasłuchiwał, co postanowią dalej. 
Czekał  na  sposobny  moment,  aby  się  uwolnić  i  odpłacić 
napastniczkom pięknym za nadobne. 

-  Grace!  -  usłyszał  wołanie  i  pośpieszne  kroki.  Głos  wska-

zywał  na  młodego  chłopca,  a  trzask  łamanych  gałęzi,  że  pędzi 
przez chaszcze. 

Musiał biec co sił, bo z trudem zatrzymał się przed leżącym. 

Colin  poczuł  tylko,  jak  spada  na  niego  kaskada  błota,  zgniłych 
liści i patyków. Nie zareagował, nawet nie drgnął, co wcale nie 
było łatwe, zważywszy na to, że mokry liść spod pięt chłopca 
wylądował najpierw na nosie Colina, a potem zaczął przesuwać 
ku uchu, łaskocząc i drażniąc skórę na twarzy. 

-  Grace!  Jadą.  Trzy  wozy  pełne  dobra.  Zaraz  tu  będą.  I  nie 

ma  strażnika!  -  zameldował  przybysz,  dysząc  z  wysiłku  i  prze-
jęcia. 

-  A  pewnie,  że  nie  ma  -  podchwyciła  Grace.  -  Bo  go 

pojmałam,  Duncanie!  -  I  dla  podkreślenia  zwycięstwa  wbiła 
bosą stopę w brzuch jeńca. 

Colin aż jęknął. Trudno mu było utrzymać równy oddech, ale 

dołożył wysiłku. Jeszcze nie pora, żeby odkryć karty. Zwłaszcza - 
co  czuł  przez  skórę  -  że  cała  trójka  wpatrywała  się  w  niego             
z  wytężoną  uwagą.  Oj,  mieliby  się  z  pyszna,  gdyby  skoczył  na 
równe nogi! I pewnie by tak zrobił, gdyby nie spętane ręce. 

background image

Żmija 

27 

 

-  Hej!  -  zawołała  Grace,  zdejmując  stopę  z  jego  brzucha.  -

Nie gapcie się tak, szkoda czasu. A gdzie reszta? 

Reszta?  A  więc  jest  więcej  rabusiów.  Ciekawe  ilu?  -  pomyślał 

Colin. 

-

 

Siedzą w zasadzce - wyjaśnił Duncan. 

-

 

W porządku, a ty weź tego durnia i zaciągnij w krzaki. 

-

 

W krzaki? 

-

 

Trzeba go ukryć. Zaciągniemy go tam, w te wysokie zarośla. 

-

 

Grace,  a  co  z  jego  nogami?  Nie  są  spętane  -  zauważył 

przytomnie Duncan. 

Zapadła cisza. 
-  To  nie  problem  -  odezwała  się  po  chwili  Grace.  –  Ma 

sznurowadła w butach, jedwabne - dodała z przekąsem. – Weź 
je zwiąż, tylko solidnie. 

Colin zaklął w duchu. Sprytna bestia z tej małej żmii. 
Zaraz  potem  chwycili  go  za  ubranie  i pociągnęli  w  gęstwinę,   

a  on  niezauważalnie  zaczął  uwalniać  ręce  z  pęt,  przyrzekając 
sobie, że skręci tej małej żmii kark. 

Poczuł  pod  plecami  ostrą  skałę,  a  po  chwili  porzucili  go  jak 

wór w zaroślach. 

Leżał bez ruchu, nasłuchując, o czym mówią. Niestety, szum 

drzew zagłuszał słowa, poza tym ta mała żmija kazała wszystkim 
mówić szeptem. Po jakimś czasie nic już nie było słychać. Tylko 
wiatr pohukiwał w gęstwinie, mamiąc pozornym spokojem, jak 
wtedy, na początku podróży, gdy koń mu okulał. 

Zwiedziony takim właśnie pozornym spokojem, jechał niemal 

na oślep i to był błąd; kopyto trafiło w rozpadlinę i trzeba było 
zmienić konia. Żeby tylko konia, także strój. W upadku potargał         
i  opończę,  i  resztę  ubrania,  więc  musiał  się  przebrać.  A  w  przy-
drożnej  gospodzie,  do  której  trafił,  nie  było  niczego  przy-
zwoitego.  Byle  jakie  łachy  i  byle  jaka  szkapa,  która  zaraz 
zbiegła, gdy ta mała żmija spadła mu na plecy. 

Inaczej by to wyglądało, gdyby dosiadał swego Torquaya. 

background image

Jill Barnett 

 

Nie leżałby w chaszczach spętany własnym pasem jak ostatni 

dureń.  Wyobrażał  sobie,  co  powiedzą  przyboczni  z  orszaku, 
gdy  go  odnajdą.  Kpinom  i  docinkom  nie  będzie  końca.  Powinni 
nadjechać  najdalej  za  godzinę.  Na  szczęście  udało  mu  się 
poluzować pęta. Jeszcze trochę, a ręce będzie miał wolne.  

I wtedy Grace McNish otrzyma należną sobie lekcję.  
Od  strony  drogi  niósł  się  turkot  wozów  i  nawoływania  ludzi. 

Colin  skorzystał  z  okazji,  żeby  obrócić  się  na  brzuch,  i  wreszcie 
otworzył oczy. 

Zarośla  ograniczały  widok,  ale  i  tak  zobaczył  ciężko  ładowne 

furgony, z trudem pokonujące pnącą się w tym miejscu w górę 
drogę.  Żadnych  straży,  tylko  czeladź.  Staruszkowie  woźnice 
pokrzykiwali  wesoło,  popijając  wino  z  bukłaków,  nieświadomi 
niebezpieczeństwa, a jechali prosto w zasadzkę. 

Pierwszy wóz znikał właśnie z pola widzenia Colina, gdy jego 

wzrok  wyłowił  błysk  wśród  gałęzi  na  drzewie  -  promień  słońca 
odbił się od ostrza sztyletu. 

Gałąź poruszyła się, odbity promień zapląsał w liściach, a zaraz 

potem w leśną ciszę wdarł się okrzyk zagrzewający do boju.  

-  McNiiiish! 
Z  konaru  śmignęły  w  dół  bose  stopy  i  chmura  czarnych  jak 

kruk włosów. 

Ich  właścicielka  mierzyła  pewnie  w  woźnicę  i  wóz,  ale 

zamiast  skoczyć  zręcznie  jak  kot,  zwaliła  się  na  ziemię  niczym 
marionetka zerwana z uwięzi. 

Nie sięgnęła ani  woźnicy,  ani  nawet  wozu.  Zwaliła  się prosto 

w kałużę pełną błota. 

Przez sekundę, a może dwie, leżała w mazi, zdumiona takim 

obrotem  rzeczy,  lecz  spięła  się  w  sobie,  skoczyła  na  równe 
nogi i objawiła się światu utytłana błotem od stóp do głów. 

Rzuciła  się  na  woźnicę  i  tym  razem  trafiła  w  cel,  więcej 

nawet - udało jej się tak wywinąć sztyletem, że ostrze znalazło 
się przy jego szyi. 

background image

Żmija 

29 

 

-  McNiiish! - zakrzyknęła doniośle. 
-

 

McNiiish!  -  odparł  chór  jej  kompanów  ukrytych  wśród 

konarów, gdy jeden po drugim spadali na wozy McNabów. 

 

 
Właśnie! Spadali. 
Z jękiem, łomotem i przekleństwem. 
-

 

Duncan?  -  zatroskała  się  żmija,  słysząc,  że  to  on  właśnie 

wydał z siebie i jęk, i przekleństwo. 

-

 

Tak? 

-

 

Nic ci nie jest? 

-  Nieee... -zabrzmiała niepewna odpowiedź. - Nie trafiłem. 
Nie trafił! Ona też nie - zakpił w myślach Colin, zdziwiony do 

granic,  że  mimo  wszystko  akcja  zakończyła  się  powodzeniem. 
Ale  cóż,  pijani  woźnice  nie  stawiali  oporu.  Cud,  że  w  ogóle 
trzymali się na kozłach. 

Lecz  oto  powietrze  rozdarł  dźwięk  tak  piekielny,  jakby  setka 

kotów unisono obwieszczała swoje istnienie. 

Colin  aż  skurczył  się  w  sobie,  chroniąc  boleśnie  dotknięty 

słuch.  A  gdy  spojrzał  w  kierunku,  z  którego  dochodził  ów 
diabelski  pisk,  zobaczył  rudowłose  dziewczę.  Stało  przy  pierw-
szym ze zdobycznych wozów, z policzkami wzdętymi jak bania 
i z błogim wyrazem dęło w dudy. 

-  Fiona! 
Koncert trwał. Fiona znów nabrała powietrza i zadęła w instru-

ment.  Przejmujący  dźwięk  uderzył  Colina  boleśnie  już  nie  tylko  
w uszy, ale w zęby i każdą, najmniejszą nawet, kostkę jego ciała. 

Nie tylko on  cierpiał, słuchając zaimprowizowanego koncertu 

na piszczałkę solo. Pokryta błotem od stóp do głów żmija wtuliła 
uszy w ramiona, a staruszek woźnica zakrył swoje rękami. 

A Fiona znów zadęła. 
Pisk  był  tak  nieznośny,  że  Colin  chciał  już  skoczyć  na  równe 

nogi, by osobiście uciszyć muzykantkę. Ale ubiegła go Grace. 

background image

Jill Barnett 

 

Wolną  ręką  chwyciła  za  sznurek  umocowany  do  piszczałki         

i jednym ruchem wyrwała instrument z ust grającej. 

-  Fiona! 
Ta podniosła zdziwione oczy. 
-  Przestań. 
-  Jak  to?  -  zaprotestowała  Fiona,  najwyraźniej  dotknięta   

w swojej ambicji. - Przecież to nasz hymn, nie poznajesz? 

Ładny  hymn.  Colina  zęby  bolały,  a  nieznośny  pisk  niósł  się 

jeszcze  echem  po  całej  okolicy.  Ani  chybi  dotrze  do  samego 
Edynburga. 

-  Ależ  oczywiście,  moja  droga,  poznaję.  Tylko  następnym 

razem  włóż  tę  piszczałkę  do  ust  bliżej  lewego  ucha,  żebyś 
lepiej słyszała. 

Głucha  muzykantka,  jeszcze  tego  brakowało  do  kompletu!  -

pomyślał Colin, lecz odkrycie wcale go nie zdumiało. 

-  Duncan?  -  syknęła  ubłocona  żmija  przez  zęby,  gromiąc 

wzrokiem swego pomocnika. 

Duncan  pilnował  drugiego  wozu.  Wyglądał  na  jakieś  szesnaś-

cie  lat  -  włosy  zmierzwione,  czupryna  pełna  liści,  a  na  obliczu 
grudki błota. W ręku trzymał wiekowy obosieczny miecz, grożąc 
nim woźnicy,  który chyba nie zdawał sobie sprawy z niebezpie-
czeństwa  ani  w  ogóle  z  niczego.  Był  tak  pijany,  że  osunął  się    
z kozła i pochrapując głośno, pogrążył się w błogim śnie. 

-  Duncan  -  powtórzyła  ubłocona  żmija.  -  Sądziłam,                              

że kobza... zaginęła? 

Chłopak  zaczął  się  wiercić  jak  niepyszny,  po  czym  otworzył 

usta, chcąc coś powiedzieć, lecz nie zdążył. Potknął się i padł na 
klatkę z gęsiami, załadowaną na wóz. 

Ptaki  zagęgały,  podnosząc  larum  tak  głośne,  że  Colin  niemal 

zatęsknił do koncertu na piszczałce w wykonaniu Fiony. 

Duncan  próbował  uciszyć  rozdrażnione  kłębowisko  dziobów   

i  pierza  w  klatce,  co  miało  tylko  taki  skutek,  że  gęgający  chór 
zaczął wydawać jeszcze głośniejsze dźwięki. 

background image

Żmija 

31 

 

-  Zaginęła,  ale  ja  znalazłam  -  pośpieszyła  Fiona  z  wyjaś-

nieniem  tajemnicy  piszczałek.  -  Dziś  rano,  kiedy  jeszcze  spaliś- 
cie  -  dodała.  -  Nawet  nie  zgadniesz  gdzie.  -  Spojrzała  z  dumą 
na kuzynkę. 

-

 

Masz  rację,  pewnie  nie  zgadnę  -  odparła  Grace  z  ledwo 

skrywaną kpiną. - No więc... gdzie były? 

-

 

W  starym  kufrze  na  broń,  wiesz,  tym  z  wielkim  zamkiem.  

A  wiesz,  gdzie  on  stoi?  -  spytała  Fiona,  a  że  kuzynka  milczała, 
odpowiedziała  sama: -  W  stodole na stryszku, ale i tak byś nie 
znalazła, bo na kufrze leży stary koc, a na nim drwa, a wszystko 
zasłania  stary  stół,  przed  którym  leży  kupa  siana.  -  Przerwała 
wywód  i  zamyśliła  się  na  chwilę,  jakby  zatroskana.  -  Nie  mam 
pojęcia, skąd się moje piszczałki tam wzięły. 

A żmija odwróciła się na pięcie, mrucząc pod nosem, że ona   

z  kolei  nie  ma  pojęcia,  jak  Fiona  mogła  odnaleźć  instrument 
ukryty  w  kącie,  na  strychu,  za  kupą  siana  i  stołem,  w  głębi 
kufra, którego nikt od lat nie otwierał. 

-

 

Coś mówiłaś? - zainteresowała się Fiona, odrywając wzrok 

od ukochanych piszczałek. 

-

 

Nie,  nic  takiego.  Odłóż  te  fujarki  i  stań  przy  drodze,  żeby 

nikt  nas  nie  zaskoczył.  -Iain!?  Seamus!?  -  zawołała  Grace,  gdy 
kuzynka ruszyła wykonać polecenie. - Wszystko w porządku? 

-

 

Taaak - dobiegła zgodna odpowiedź. 

Colin  przeniósł  wzrok  na  trzeci  wóz,  stojący  nieco  z  tyłu         

za  dwoma  pierwszymi,  pod  baczną  strażą  dwóch  wyrostków,          
z  których  żaden  nie  przekroczył  jeszcze  dwunastego  roku 
życia.  Jeden  dzierżył  w  dłoni  pikę,  a  drugi  pordzewiałą  kuszę, 
której  lata  świetności  minęły  w  czasach,  zwykle  określanych 
mianem zamierzchłych. 

Pika  też  mogła  ozdobić  niejedną  kolekcję  starej  broni.  Na 

oko  liczyła  co  najmniej  sto  lat.  Drzewce  wygięte  pod  ciężarem 
czasu  wróżyło,  że  groźny  ongiś  oręż  nie  wytrzyma  dziś  nawet 
jednego  pchnięcia,  ba  -  rozpadnie  się  na  pół  przy  pierwszym 

background image

Jill Barnett 

 

energiczniejszym  zamachu.  A  co  do  kuszy,  to  Colin  wątpił,  aby 
posłano z niej choćby jedną strzałę w ciągu ostatnich trzystu lat. 

 A jakby tego było mało, to strzała, która w niej teraz tkwiła, 

obrócona  była  grotem  w  kierunku  strzelca,  co  wszelako  nie 
przeszkadzało  młodemu  człowiekowi  mierzyć  w  woźnicę. 
Pikinier też kierował swoją broń w starca na koźle. 

Colin  tymczasem  zdołał  uwolnić  dłonie  z  pęt.  Chyba  nigdy  

nie dane mu było oglądać równie żałosnej bandy rabusiów jak              
ta,  którą  miał  przed  oczami.  Gdyby  na  miejscu  starych  pijanic, 
siedzieli  na  kozłach  ludzie  choćby  odrobinę  trzeźwiejsi,  McNi-
showi  zbóje  leżeliby  już  pewnie  pokotem  i  mogliby  mówić             
o wielkim szczęściu, gdyby darowano im życie. 

Żałość brała, gdy patrzyło się na takich zbójców, a jawili się 

równie  nędznie  jak  ich  zbójeckie  umiejętności.  Ubrania 
złachmanione,  wyświechtane  -  dziura  na  dziurze    i    dziurą 
pogania - gołe pięty, bo nikt z całej bandy nie miał trzewików. 

Colin  podkurczył  nogi,    zamierzając  rozplatać  węzły  na 

sznurówkach. 

-  Diable  nasienie!  Nie  ruszaj,  bo  jak  nie,  to  wydrę  ci 

wątrobę  z  tego  zapijaczonego  cielska  i  rzucę  wilkom  na 
pożarcie! - dobiegł go gromki krzyk. 

Krzyczała oczywiście ta żmija. 
Ciekaw, co się dzieje, Colin zerknął. 
Grace  celowała  sztyletem  w  szyję  woźnicy.  Wyglądała 

okropnie.  Błoto  na  twarzy,  we  włosach  pełno  liści  i  gałązek. 
Colin  nie  był  w  stanie  dostrzec  oblicza,  widział  tylko  pęk 
czarnych włosów i błyszczące oczy. 

-  Złaźże  wreszcie  z  wozu,  zapijaczony  durniu!  –  wydarła 

się ponownie. 

Woźnica zachwiał się na koźle, beknął ze dwa razy i wreszcie  

stoczył się z wozu, stając na niepewnych nogach. 

Grace zeskoczyła za nim, wymachując groźnie sztyletem. 
Chłopiec  uzbrojony  w  pikę  przyprowadził  tymczasem  dru- 

background image

Żmija 

33 

 

giego  woźnicę.  Orszak  zamykał  wyrostek  z  kuszą.  Wywijał 
orężem bez sensu na prawo i lewo, marszczył czoło i przystawał 
co  chwila,  drapiąc  się  w  głowę,  jakby  się  zastanawiał,  co 
właściwie powinien zrobić. 

-  Obudź tego durnia! - krzyknęła Grace do Duncana, wska- 

zując  na  trzeciego  woźnicę,  który  pochrapywał,  pogrążony          
w pijackim śnie. 

Ale  Duncan  miał  kłopoty,  bo  gęsi  wzięły  go  w  jasyr.  Dwa 

dzioby  trzymały  go  za  koszulę,  a  gdy  próbował  się  wyrywać, 
reszta  ptaków  przystępowała  do  ataku,  dziobiąc  go  boleśnie.  
W  tej  sytuacji  dziewczyna  pofatygowała  się  osobiście.  Targnęła 
chrapiącego  za  nogę,  ten  ocknął  się,  potoczył  nieprzytomnym 
wzrokiem, zaklął szpetnie i zaczął masować obolałą kończynę. 

-  Złaź  -  rozkazała  Grace,  a  żeby  dodać  wagi  słowom, 

zaczęła go kłuć sztyletem. Wystarczyło. Pijaczyna stoczył się na 
ziemię i chwiejnym krokiem dołączył do pozostałej dwójki. 

-  Pan  McNab  nie  będzie  zadowolony,  gdy  się  dowie,  co  tu 

się stało - ostrzegł najtrzeźwiejszy z trójki. 

-  Guzik  mnie  to  obchodzi.  -  Grace  zaśmiała  się  szyderczo, 

na co jeden z pijaków rzucił się na nią. 

Wywinęła  się  jak  błyskawica,  siejąc  wokół  błotne  grudki,          

po  czym  zaczęła  krążyć  wokół  osłupiałej  trójki  jak  derwisz          
w tańcu, wymachując groźnie sztyletem. 

-  Uważaj!  -  zawołał  błagalnie  ów  trzeźwy,  widząc  niezbyt 

opanowane ruchy. 

-  Ty  uważaj.  -  Wzięła  się  pod  boki  i  rozpoczęła  przemó-

wienie: - Powiedźcie McNabowi, że klan McNishów z wdzięcz- 
nością przyjmuje dar w postaci tych trzech ładownych wozów. - 
Zaśmiała się, zadowolona z dowcipu, ukazując sznur białych jak 
śnieg  zębów.  -  Będziemy  mieli  wspaniałe  święta.  –  Znów  się 
zaśmiała,  ale  tym  razem  inaczej,  wyniośle,  co  podkreśliła 
jeszcze,  prostując  dumnie  plecy  i  podnosząc  głowę.  –  Przeszła 
przed trójką jeńców jak na paradzie, zawróciła na pięcie i znów 

background image

Jill Barnett 

 

wzięła  się  pod  boki.  -  I  nie  zapomnijcie  dodać,  że  pojmaliśmy 
jednego z tych jego przygłupów.  

Odpowiedziała jej cisza. 
-

 

Mamy jego syna! - uściśliła dziewczyna. 

-

 

Syna? Którego? 

-

 

A  czy  ja  ich  znam?  -  odpowiedziała  pytaniem  na  pyta- 

nie.  -  Wielki  jak  dąb,  a  taki  głupi,  że  konia  nie  upilnuje  -
wyjaśniła. 

Colin nabrał pełne płuca powietrza i wstrzymał oddech. 
-  I  powiedźcie  mu  -  uzupełniła  posłanie  -  że  jeśli  choć 

jeden  McNab  postawi  stopę  na  naszej  ziemi,  to  wyślemy  tego 
przygłupa prosto do piekła. 

Trójka  opilców  spojrzała  po  sobie;  najtrzeźwiejszy  pokręcił 

głową. 

-  Nie  rozumiem,  o  kim...  -  Nie  dokończył,  wzruszył  tylko 

ramionami. 

-  Nie  musisz  nic  rozumieć.  Masz  tylko  powtórzyć  staremu 

Donnellowi, co ci kazałam. Powiedz mu jeszcze, niech szykuje 
okup. Damy mu znać, czego żądamy. 

Stary sługa znów pokręcił głową, ale Grace uznała audiencję 

za zakończoną. 

-  Jeśli  zależy  wam  na  waszych  wątrobach,  to  zacznijcie 

przebierać tymi swoimi krzywymi nogami. No, jazda stąd! - 
Machnęła wymownie sztyletem. 

-  Ale... - Rozmówca chciał się jeszcze wdać w targi albo coś 

powiedzieć, lecz nie zdążył. 

Cal  przed  jego  nosem  i  tyleż  przed  czubkiem  nosa  Grace 

przemknęła strzała. 

Stary  padł  plackiem,  dziewczyna  zamarła,  a  Colin  całym 

ciałem  przywarł  do  ziemi.  Strzała  wbiła  się  w  drzewo  tuż  nad 
nim! Odczekał dobrą chwilę, nim odważył się unieść głowę. 

Woźnica,  który  padł  plackiem,  jeszcze  się  nie  podniósł; 

pozostała  dwójka  stała z  rozdziawionymi  gębami,  spopielała  ze 

background image

Żmija 

35 

 

strachu.  Po  sekundzie,  a  może  dwóch,  cała  trójka  puściła  się 
pędem, jakby ich gonił sam diabeł. 

-  Seamus!  -  krzyknęła  żmija.  W  jej  głosie  nie  było  nawet 

nuty  paniki;  trwała  nieruchomo,  nie  ruszając  się  z  miejsca.  -
Seamus! - krzyknęła jeszcze raz, obracając ostrożnie głowę. 

Seamusa nie było w zasięgu wzroku, tylko tam, gdzie jeszcze 

przed chwilą stał, leżała kusza z wciąż drgającą cięciwą. 

Przeniosła  wzrok  na  pikiniera,  a  temu  broń  wypadła  z  ręki                    

i zrobił taką minę, jakby nagle musiał iść na stronę. 

-  Ani  kroku,  Iain  -  warknęła  Grace,  podchodząc  do  niego.  -

Gdzie jest Seamus? 

-  Ja... ja... nie wiem. 
Spojrzała mu prosto w oczy. 
-  Ja...  ja...  nic  nie  widziałem...  przysięgam.  -  Podniósł  ręce 

do nieba. 

Grace już bez słowa ominęła wyrostka i przystanęła na skraju 

zarośli. 

-  Seamuuuus! 
W zaroślach zaszumiało. 
-

 

Seamus?  -  Nikt  jej  nie  odpowiedział,  więc  podeszła  bli- 

żej.  -  Seamus?  -  Z  gęstwiny  dobiegło  nerwowe  kichnięcie.  -
Wiem, że tam jesteś. 

-

 

Ja...  ja...  nie  chciałem  -  rozległo  się  w  zaroślach.  -  Palec  

mi się osunął. 

-

 

Wyłaź stamtąd. 

-

 

Ale  trafiłem  w  drzewo  -  dobiegła  wcale  niewylękniona, 

ale wręcz dumna odpowiedź. 

-

 

Wyłaź. 

-

 

A nie będziesz się gniewać? 

-  Nie będę, wyłaź.  
Znów zapadła cisza. 
-  Seamus! 
Z gęstwiny wychynęła głowa z parą chytrych jak u łasicy oczek. 

background image

Jill Barnett 

 

Ale  ów  niezwykły  dialog  żmii  z  gęstwiną  przerwało  inne 

wydarzenie. 

-  Grace,  Grace!  -  Od  drogi  nadbiegła  Fiona,  ściskając            

coś  w  obu  dłoniach.  -  Popatrz  tylko,  mam!  -  oznajmiła  z  wy-
raźną dumą. 

Jej kuzynka uniosła brwi. 
-

 

Co masz? 

-

 

No... żabę - odrzekła Fiona tonem pełnym oczekiwania na 

zasłużoną pochwałę. 

-  Żabę? 
-

 

Żabę,  przecież  powiedziałaś...  Postarałam  się,  choć  było 

trudno,  no  i  proszę.  -  Fiona  otworzyła  dłoń.  -  Tylko  nie 
rozumiem, po co ci ta żaba? 

-

 

Do niczego, wcale jej nie chcę. 

-

 

Ale kazałaś.... 

-

 

Powiedziałam tylko, żeby nikt nas nie zaskoczył. 

-

 

Nie rozumiem. 

Grace  pochyliła  się  nad  kuzynką  i  powtórzyła  jeszcze  raz, 

krzycząc prosto do ucha Fiony. 

-  Dzięki  Bogu,  bo  już  myślałam,  że  potrzebujesz  żaby  do 

jakichś  czarów.  -  Przygłucha  dziewczyna  odetchnęła  z  ulgą,        
gdy kuzynka wyjęła jej płaza z ręki i rzuciła w krzaki. 

Colin słuchał, łowiąc każde słowo, i sam nie wiedział, co myśleć 

o tej przedziwnej bandzie rzezimieszków. Pilnie też baczył, co się 
dzieje  przy  wozach.  Bo  oto  czarnowłosa  żmija  zostawiła  przyja-
ciółkę z jej rozterkami, podeszła do beczki z wodą, załadowanej na 
jeden z wozów, i zaczęła obmywać twarz z błota. 

Stała  plecami  do  niego  i  Colin  tylko  czekał,  aż  się  odwróci, 

żeby  potwierdzić  to,  co  sobie  wyobrażał.  Spodziewał  się  ujrzeć 
haczykowaty  nos,  brodawki  na  policzkach,  krótko  mówiąc, 
wiedźmę jak z najgorszego snu. 

I zamarł, nie śmiał nawet nabrać powietrza, gdy „wiedźma", 

odwróciwszy  się,  ukazała  mu  swoje  prawdziwe  oblicze.  Tak

background image

Żmija 

37 

 

pięknych  rysów  nie  widział  chyba  nigdy.  Za  coś  takiego  można 
by i w ogień skoczyć. 

Cera  wcale  nie  różowa,  lecz  biała  jak  śnieg  na  górskich 

szczytach i gładka niczym dojrzały owoc. Twarz taka, że za sam 
przywilej  patrzenia  każdy  mężczyzna  gotów  byłby  podpisać 
cyrograf  z  szatanem.  Żywe  świadectwo  perfekcji  Stwórcy,            
w  kształcie  przywodzące  na  myśl  serce.  Lekki  rumieniec  na 
wysokich  policzkach,  usta  pełne  -  na  sam  ich  widok  Colin 
poczuł  żywsze  tętno  krwi  -  oczy  lekko  skośne,  tajemnicze, 
jakby  przysłonięte  zwiewną  zasłoną  mgły.  Takie  oczy,  złaknione 
miłości  i  gotowe  sycić  się  nią  bez  końca,  rozpalają  mężczyzn          
do białości. 

Colin  ledwie  śmiał oddychać;  wsparł  ręce  na  podkurczonych 

kolanach i patrzył niepomny niczego, bo tak cudownego zjawis-
ka nie dane mu było widzieć nigdy. 

-

 

Duncan! - okrzyk Grace wyrwał go z odrętwienia.  

Cudowna, wspaniała... tylko ten język niewyparzony. 
-

 

Duncan, sprawdź, jak się ma ten nasz dureń. 

Colin powrócił do rzeczywistości. Sięgnął pod opończę, odpiął 

rodowy ryngraf,a zaraz potem omotał ręce pasem, aby wyglądało, 
że  nadal  leży  spętany  i  bezwolny.  Przymknął  oczy,  nabrał 
powietrza i zamarł w bezruchu, kryjąc ryngraf w zaciśniętej dłoni. 

W  gęstwinie  zaszumiało,  a  po  sekundzie  zapadła  cisza. 

Domyślił  się,  że  Duncan  stoi  nad  nim  i  bacznie  się  przygląda. 
Egzamin wypadł pomyślnie. 

-  Leży, jeszcze się nie ocknął. 
-  To  i  dobrze  -  odpowiedziała  dziewczyna,  podchodząc 

bliżej. 

I znów zapadła cisza. Grace najwyraźniej oceniała sytuację. 
-  Iain,  Seamus,  chodźcie  tutaj.  Załadujemy  go  na  wóz  -

zdecydowała. 

Colin poczuł, jak cztery pary rąk chwytają go gdzie popadnie. 

Palce, które wyjątkowo boleśnie złapały go za ramię, należały -
jak się domyślał - do Grace. 

background image

Jill Barnett 

 

Nie  chcąc  się  zdradzić,  nie  ułatwiał  im  zadania.  Leżał 

bezwolnie. Przy jego wzroście i wadze mieli co dźwigać. 

Ale  dźwignęli,  z  jękiem,  wysiłkiem  i  przekleństwami  mio- 

tanymi pod jego adresem. W tym ostatnim celowała oczywiście 
Grace.  Przeklinała  pogańską  duszę  starego  McNaba,  który 
„śmiał spłodzić takiego ciężkiego wieprza". 

Koniec końców zaczęli go ciągnąć jak wór. 
Na  skraju  drogi  Colin  niezauważenie  upuścił  ryngraf,  zo-

stawiając  znak  dla  swoich  ludzi.  Powinni  nadjechać  lada 
chwila,  a  przy  tym  tempie  załadunku  mogą  nawet  przybyć, 
zanim karawana zdobycznych wozów ruszy z miejsca. 

Nie  czuł  lęku,  no  bo  czego  miałby  się  obawiać.  Jeśli  już,  to 

tylko  tego,  że  ogłuchnie,  gdy  Fiona  znów  zadmie  w  swój 
ukochany instrument. Ale przypomniał sobie o strzale, wypusz-
czonej  niewprawną  ręką  strzale,  która  utknęła  w  drzewie  tuż 
nad jego głową. No cóż, nie ma przygody bez ryzyka, zwłaszcza 
gdy jest się w tak  niewprawnych  rękach.  A te  ręce tymczasem 
dociągnęły  go  na  drogę.  Duncan  z  Grace  wspięli  się  na  wóz           
i  zaczęli  go  wciągać  za  ramiona,  a  reszta,  dysząc,  próbowała 
unieść  go  w  górę.  Udało  się.  Grace  z  wysiłku  aż  przysiadła,              
a on zległ z głową na jej kolanach. 

Pachniała  piżmem  i  górską  rosą.  Dyszała  ciężko,  a  każdy 

oddech  sprawiał,  że  muskała  go  piersią  w  policzek.  Nie  śmiał 
się  ruszyć.  Marzył  tylko,  aby  jego  ludzie  nie  nadjechali  zbyt 
spiesznie. 

-  Wypasiony, nie ma co mówić - odezwał się jeden z wyrost-

ków. 

-  Spasł się na naszych owcach i bydle - mruknęła Grace, zbyt 

jeszcze  zmęczona,  by  ruszyć  się  z  miejsca,  więc  Colin  nadal 
mógł  chłonąć  jej  zapach  i  poddawać  twarz  pod  niezamierzoną 
pieszczotę. 

Westchnął  z  cicha  i,  niby  nadal  nieprzytomny,  obrócił  głowę 

tak,  by  jej  pierś  znalazła  się  tuż  przy  jego  ustach.  Z  trudem 
powstrzymał śmiech, gdy Grace targnęła się jak rażona piorunem. 

background image

Żmija 

39 

 

I  znów  zapadła  cisza.  Colin  czuł  na  sobie  jej  wzrok  i  gorący 

oddech,  gdy  pochyliła  się  nad  nim,  patrząc,  czy  powraca  do 
przytomności. 

-  Chyba  zaraz  się  ocknie  -  oznajmiła.  -  Nie  ma  czasu, 

ruszamy.  Iain  i  Seamus,  zajmiecie  się  ostatnim  wozem.  Ty, 
Duncan, drugim. Fiona, siadaj tu przy mnie. Będziesz mieć oko 
na tego draba. Słyszysz? 

-  Nie krzycz, słyszę. Już przynoszę drabinę, tylko gdzie ona 

jest? 

-  Jaka drabina? Pilnuj draba! 
-

 

Aaa, draba! Znaczy jego? 

-  Wreszcie  zrozumiałaś.  Dzięki  Bogu.  Tylko  postaraj  się            

o  jakiś  solidny  kołek.  -  Grace  odczekała  chwilę.  -  Poszła?  -
upewniła się, adresując pytanie do Duncana. 

-  Jest tam, w gęstwinie. 
-  I  Bóg  łaskaw.  Weź  schowaj  gdzieś  tę  kobzę.  Najlepiej  w 

kojcu z ptakami. Fiona boi się gęsi. 

Po chwili Grace dała znak do odjazdu. Koła zaturkotały, wozy 

zaczęły  się  toczyć,  wioząc  cenną  zdobycz  -  ziarno,  mąkę,  beki 
pełne  piwa  oraz  jeńca.  A  lord  Colin  Campbell,  książę  Argyllu, 
władca wysp, potomek monarchów, tylko uśmiechał się do siebie. 

Dawno się tak nie bawił. 
 
 
 
 
Wkrótce  na  opuszczoną  polanę  wpadła  gromada  zbrojnych 

jeźdźców.  Zatrzymali  konie;  dowódca  zsiadł  i  zaczął  się  pilnie 
rozglądać. Ślady kół, stóp, połamane gałęzie i stratowana trawa 
nie pozostawiały wątpliwości, co tu się działo. 

A  gdy  jeden  z  konnych  znalazł  ryngraf  na  skraju  zarośli, 

dowódca nie namyślał się ani chwili. 

-  Ruszamy za nimi! 
I oddział pogalopował dalej. 

background image

Jill Barnett 

 

 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
I  znów  zaburczało  jej  w  brzuchu.  Zerknęła  na  jeńca.  Ciągle 

jeszcze był nieprzytomny. McNab, więc nie ma się co cackać. 

Nabrała kubeł wody z potoku i chlusnęła na niego. 
Myślała,  że  mężczyzna  skoczy  na  równe  nogi,  zaklnie, 

zakaszle,  a  on  tymczasem  ani  drgnął.  Dopiero  po  chwili  uniósł 
jedną  powiekę,  potem  drugą,  leniwie,  niespiesznie  i  z  takim 
spokojem,  jakby  leżał  pod  gruszą  w  gorący,  słoneczny  dzień          
i cieszył się odrobiną chłodu. A przecież potok był zimny jak lód, 
a powietrze rześkie. 

I  te  oczy!  Ani  gniewne,  ani  złowrogie,  przeciwne,  błyszczące, 

czujnie i takie, że chciałoby się w nie patrzeć bez końca. 

Aż  ją  zamurowało.  Zaniemówiła.  Nie  śmiała  nawet  nabrać 

powietrza. 

Ach  te  oczy.  Cokolwiek  się  stanie,  zapamięta  je  do  końca 

życia. 

Wiedziała,  że  powinna  się  ruszyć,  coś  powiedzieć,  coś 

zrobić, a przynajmniej odejść, ale nie mogła. Nie była w stanie. 
Patrzyła  bez  słowa,  a  on  patrzył  na  nią.  Zwarli  się  jak  w  po-
jedynku. 

Kto pierwszy odwróci wzrok? 

background image

Żmija 

41 

 

Kto... ulegnie? 
Kto...? 
A  on  patrzył  tak,  jakby  czytał  w  jej  myślach.  Więcej  nawet, 

jakby  czytał  myśli,  których  sama  nie  śmiała  nawet  nazwać.               
I zniewalał ją spojrzeniem, jakby był myśliwym, a nie zdobyczą. 

-

 

Grace,  chodźże  tutaj!  -  Gromki  krzyk  Duncana  położył 

kres milczącemu pojedynkowi. 

-  Już idę. - Spuściła wzrok. 
A on zaśmiał się jak zwycięzca. 
Wyjęła  sztylet.  Jeniec  nawet  nie  drgnął.  Podeszła  bliżej.  Nie 

ruszył się, nawet okiem nie mrugnął i... patrzył. 

Przyłożyła  mu  sztylet  do  piersi.  Wystarczy  jedno  pchnięcie... 

Serce biło jej młotem. Nic, leżał jak przedtem i... patrzył, 

Przesunęła nóż niżej. Żadnej reakcji. 
Nabrała powietrza i przesunęła ostrze jeszcze niżej. 
Są  sprawy  i  rzeczy,  które  mężczyźni  cenią  wyżej  niż  serce,           

i nie ma takiego, co nie drgnie, gdy groźba zawisa nad jego... 

Patrzyła  więc,  co  zrobi.  Czas  jakby  stanął  w  miejscu,  powie-

trze stężało jak przed walną bitwą. 

-  Grace! - dobiegło niecierpliwe wołanie. 
Niech  go  wszyscy  diabli!  Uniosła  sztylet  jak  do  ciosu.  Nawet 

powieką  nie  ruszył.  Przegrała!  Jednym  cięciem  uwolniła  mu 
stopy z więzów. 

-  Wstawaj - machnęła groźnie nożem - i nie próbuj uciekać, 

bo  cię  poślę  do  piekła.  -  Zeskoczyła  z  wozu,  z  gracją  i  wdzię-
kiem, ale... nie zauważyła gwoździa, wystającego z boku. 

Ciszą targnął bolesny dźwięk rozrywanej tkaniny. 
Zawróciła,  oderwała  suknię  z  gwoździa  i  nie  bacząc  na 

śmiech  świadka  wydarzenia,  oddaliła  się  z  dumnie  uniesioną 
głową. I wielką dziurą w strategicznym miejscu z tyłu. 

-  McNish! 
Nie raczyła się odwrócić. 

background image

Jill Barnett 

 

-   To  najwspanialszy  widok  w  całej  Szkocji!  -  dobiegło  ją 

podszyte kpiną wesołe wołanie. 

Stanęła  w  miejscu.  Widok?  Jaki  widok?  Obejrzała  się, 

zastanawiając się, o co mu chodzi. 

A  on  gapił  się  rozradowany,  jakby...  odkrył  największą 

tajemnicę. 

Sięgnęła ręką do tyłu i... dotknęła gołej skóry. 
Dziura  po  gwoździu,  wielka  jak  łeb  tego  durnia,  odsłaniała 

oba pośladki w całej ich okazałości. 

Zaklęła  w  duchu.  Spiesznie  obciągnęła  odzienie,  zasłaniając 

sromotę,  i  z  całą  godnością,  na  jaką  potrafiła  się  w  tej  sytuacji 
zdobyć,  ruszyła  dalej,  życząc  tej  McNabowskiej  zarazie  wszyst-
kiego co najgorsze. Niech sczeźnie. 

 
 
 
 Nie  sczezł.  Zaczął  rozmasowywać  zesztywniałe  od  więzów 

członki. To i owo zesztywniało mu z zupełnie innych powodów. 

Rozmyślał o tym, co właśnie stało się jego udziałem.  
Stoczył  w  życiu  niejeden  pojedynek,  w  którym  stawką  była 

duma,  i  rozegrał  niejedną  skomplikowaną  grę,  w  której  o  zwy-
cięstwie  lub  przegranej  decydowała  taktyka,  kiedy  nawet  nie 
trzeba było słów, bo wystarczał odpowiedni gest lub spojrzenie. 
Takie właśnie gry toczy się w świecie polityki, gdy staje się oko 
w oko z monarchą albo przywódcą zwaśnionego klanu. 

Nigdy  jednak  nie  toczył  takiej  bitwy  na  spojrzenia  i  gesty            

z  kobietą,  zwłaszcza  zaś  z  tak  niezwykłą  i  tak  nieodgadnioną. 
Stała  przecież  nad  nim  ze  sztyletem  w  ręku  i  wystarczyłoby 
jedno  cięcie,  aby  pozbawić  go  życia  albo  jeszcze  gorzej  -
okaleczyć.  Chyba  oszalał,  dając  się  wciągnąć  w  taką  grę  z  kimś 
takim jak ona. 

Zeskoczył z wozu i zaczął szukać jej wzrokiem.  
Stała nieopodal, pogrążona w rozmowie z Duncanem, podczas 

gdy Fiona myszkowała zawzięcie wśród pakunków na wozie. 

background image

Żmija 

43 

 

-  Hej, nie widzieliście mojej piszczałki? 
Grace  pokręciła  głową,  uśmiechając  się  znacząco  do  swego 

rozmówcy,  i  wtedy  poczuła  chyba  na  sobie  wzrok  Colina,  bo 
obróciła się w jego stronę. I uśmiech znikł jej z twarzy. 

Sprawiło  mu  to  przykrość,  ale  nie  chciał  się  zastanawiać 

dlaczego. 

Grace  uniosła  dumnie  głowę,  dłoń  trzymała  na  rękojeści 

sztyletu. Wygrałam - zdawała się mówić. 

Punkt dla niej. 
On zaś, wsparłszy się o burtę wozu, popatrzył wymownie na 

tę część jej ciała, która przed chwilą, za sprawą przypadkowego 
gwoździa,  objawiła  się  całemu  światu.  Przeniósł  następnie 
wzrok  na  jej  bose  stopy,  a  stamtąd  wyżej.  Uśmiechnął  się 
nieznacznie,  wstrzymując  na  chwilę  spojrzenie  nieco  poniżej 
jej pasa, i dokończył dzieła, patrząc wyzywająco w jej oczy. 

Zarumieniła się jak piwonia. 
Punkt dla niego. 
Grace obróciła się na pięcie, a on tylko się zaśmiał. Spojrzał na 

spętane  dłonie;  węzeł  ledwo  się  trzymał,  ale  lepiej,  aby  mieli 
przekonanie, że jest inaczej. Jeszcze nie pora na zrzucenie pęt. 

Dał krok do przodu. 
-  Stój! - usłyszał za plecami drżący głos. 
Spojrzał  przez  ramię.  Seamus  mierzył  weń  z  kuszy.  Tym 

razem strzała wspierała się o cięciwę właściwym końcem.  

Punkt dla Seamusa. 
-  Stój! 
-  Stoję,  chłopcze,  stoję.  -  Colin  cenił  sobie  życie,  wolał 

niczego nie ryzykować. 

-  Znalazłam!  -  dobiegł  pełen  szczęścia  głos  Fiony.  -  Znalaz-

łam!  -  powtórzyła  i  ciszę  rozdarł  przejmujący  dźwięk  jej 
ukochanej kobzy. 

Colin padł na ziemię, w samą porę, bo strzała wypuszczona  

z kuszy Seamusa z furkotem przemknęła tuż nad jego głową. 

background image

Jill Barnett 

 

Gdy po chwili odważył się unieść wzrok, zobaczył przed sobą 

parę znajomych bosych stóp. Grace McNish. 

Ale  nie  zdążyła  nawet  powiedzieć  słowa,  powietrzem  znów 

bowiem targnął piekielny pisk piszczałek. 

-  A ktoś mówił, że Fiona boi się gęsi - zauważył z przekąsem 

Colin, gdy piszcząca melodia wreszcie przebrzmiała. 

-  Masz ostry słuch, McNab. 
-  Jak  ty  język  -  odparował,  wędrując  wzrokiem  od  bosych 

stóp w górę, ku twarzy równie pięknej, co wyzywającej. 

-  Ciekawe,  jak  na  ofermę,  co  nie  potrafi  nawet  konia 

upilnować, jesteś całkiem szybki. 

-  Nie  tylko,  mam  jeszcze  inne  zalety.  Umiem,  na  przykład, 

dostrzec w porę gwóźdź. 

Trafił,  Dziewczyna  znów  się  zarumieniła,  ale  nie  dała  za 

wygraną. 

-  Nie  mam  zamiaru  rozmawiać  z  draniem,  który  okrada 

kobiety i dzieci. 

-  A  McNabowie  nie  mają  kobiet  i  dzieci?  -  odrzekł,  patrząc 

wymownie na zdobyczne wozy. 

-  Nie  odwracaj  kota  ogonem,  bo  ci  się  to  nie  uda.  McNa-

bowie  nie  głodują  i  nie  mieszkają  jak  my  na  nagiej  wyspie 
pośrodku  jeziora,  gdzie  nie  ma  z  czego  żyć.  Czy  ty  w  ogóle 
wiesz,  co  to  jest  głód  i  łzy?  Co  to  znaczy  stracić  synów                          
i  bliskich?  Nie  móc  wykarmić  klanu?  I  żyć  jak  zwierz?  -  
Spojrzała  na  niego  tak  nienawistnym  wzrokiem,  że  przez 
chwilę  czuł  się  jak  prawdziwy  McNab  w  obliczu  McNishów.  -
Zabraliście  nam  wszystko.  Zrabowaliście  trzodę,  zajęliście 
ziemię,  pasiecie  brzuchy  naszym  nieszczęściem.  A  te  tłuste 
gęsi,  pomarańcze,  figi  to  skąd?  Z  tego,  co  ukradliście  McNi- 
shom.  -  Chwyciła  z  wozu  worek  pełen  fig  i  zaczęła  nim 
wymachiwać  przed  nosem  Colina.  -  Pasiecie  się  tym  wszyst- 
kim,  gdy  inni  nie  mają  nawet  kromki  chleba.  -  Rzuciła  worek         
na  ziemię.  -  Fig  wam  się  zachciało,  a  inni  puchną  z  głodu.

background image

Żmija 

45 

 

 Nie  macie  wstydu.  Bądźcie  przeklęci,  ty  i  ten  twój  złodziejski 
klan. 

Obróciła  się  na  pięcie  i  odeszła  z  dumnie  uniesioną  głową. 

Colin  powiódł  za  nią  wzrokiem.  Co  za  temperament!  Twarz 
anioła,  język  niewyparzony.  Prawdziwa  córa  swego  klanu. 
Wierna,  lojalna,  bez  reszty  oddana  rodzinie.  Rzadka  to  już 
cnota  w  Szkocji  wystawionej  na  angielskie  zakusy.  A  ciągłe 
wojny klanów ułatwiają tylko Anglikom osiągnięcie celu. 

Tak  rozmyślał,  uznając,  że  czas  już  chyba  zakończyć  mas-

karadę.  Powie  im,  kim  jest.  Nie  zdążył  jednak  wstać,  bo  oto 
nadbiegł Iain, dzierżąc w dłoni stary miecz. 

-  Hej  ty,  wstawaj!  -  rozkazał.  -  Pójdziesz  tam.  –  Machnął 

mieczem  w  stronę  wielkiej  sosny  na  skraju  polany.  –  Łatwiej 
tam będzie cię upilnować. 

Colin  wstał.  Był  o  dwie  głowy  wyższy  od  chłopca,  który                       

z wyraźnym wysiłkiem dźwigał ciężki miecz. 

-  A gdzie twoja pika? - spytał. 
Iain  speszył  się  nieco  i  wzrokiem  wskazał  na  Duncana,  który 

stał  właśnie  przy  ostatnim  wozie  i  udzielał  Seamusowi  po-
śpiesznej lekcji posługiwania się piką. 

-

 

Seamus weźmie pikę, bo z kuszą mu nie wyszło - wyjaśnił. 

-  A kto weźmie kuszę? 
-  Duncan. 
Colin  zmilczał.  Zmiana  oręża  nie  gwarantowała  większego 

bezpieczeństwa.  Czyż  to  nie  Duncan  padł  jak  długi  w  błoto,            
bo  „nie  trafił"  na  wóz?  Czyż  to  nie  jego  gęsi  wzięły  w  jasyr?  
Colin  zmarszczył  tylko  czoło,  postanawiając  nie  spuszczać  oka              
z kuszy. Seamus czy Duncan - lepiej mieć się na baczności. 

Zerkając  na  obu,  podszedł  do  drzewa  wskazanego  przez 

Iaina,  który  giął  się  pod  ciężarem  miecza;  w  rzeczy  samej 
ciągnął  go  po  ziemi,  bo  nie  mógł  już  unieść,  i  Colin  szczerze             
mu  współczuł.  Miecz  był  tak  solidny,  że  nawet  dorosłemu 
mężczyźnie nie byłoby łatwo. 

background image

Jill Barnett 

 

-  Tutaj? - upewnił się, gdy doszli na miejsce. 
Zdyszany  Iain  kiwnął  tylko  głową.  Gdy  jeniec  rozsiadł  się                    

pod  drzewem,  chłopiec  odszedł  parę  kroków,  zarzucił  sobie 
miecz  na  ramię  i  zaczął  chodzić  w  tę  i  we  w  tę  jak  strażnik  
przy zamkowych wrotach. 

W  leśnej  ciszy  wprawne  ucho  Colina  wyłowiło  szmer  inny             

niż  szum  gałęzi  na  wietrze.  Nie  ruszając  się,  zerknął  na  prawo             
i  lewo.  Ktoś  krył  się  w  gęstwinie.  Colin  ziewnął,  zmienił  nieco 
pozycję, jakby układał się do snu, i dzięki temu, bez wzbudzania 
podejrzeń,  mógł  omieść  wzrokiem  miejsce,  z  którego  dobiegł 
szmer. W zaroślach błysnęła stał. 

Ostrożnie,  aby  się  nie  zdradzić,  uwolnił  ręce  z  pęt.  Udał,  że 

zasypia, ale pilnie nadsłuchiwał, co się dzieje w zaroślach. 

Nie  mylił  się,  bo  oto  z  gęstwiny  ktoś  się  z  cicha  ku  niemu 

skradał. 

background image

Żmija 

47 

 

   
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
Chyba  się  starzejesz,  Mungo.  Słyszałem  cię  na  co  najmniej 

sześć  kroków  -  szepnął  Colin,  obserwując  jednocześnie  Iaina, 
który  służbiście,  jak  prawdziwy  wartownik,  chodził  tam  i  z  po-
wrotem, bacząc na jeńca. 

-  Dobrze  panu  mówić.  Chciałbym  widzieć,  jak  pan  by  się 

skradał ze strzałą w nodze - dobiegło z krzaków. 

Colin  z  trudem  powstrzymał  śmiech.  Punkt  dla  Seamusa.  

Mungo  krył  się  w  lesie  ze  swoimi  ludźmi,  gdy  chłopak  wypuścił 
strzałę i... trafił! - Dawno jesteście? 

-  Już jakiś czas. Z tego, co widzę, to nic panu nie grozi, co 

najwyżej może pan ogłuchnąć... 

-  Chodzi ci o ten instrument? 
-  Właśnie.  Jazgocze,  jakby  sam  diabeł.  Już  ja  dorwę  tego 

muzykanta. 

-  Muzykantkę. 
-  A która to? 
-  Ta ruda. 
-  A tak miło wygląda... Czyi to ludzie? 
-  McNishów. 
-  A z kuszy, który strzelał? 

background image

Jill Barnett 

 

-  Seamus. 
-  Nie celował, a trafił, niech go diabli wezmą. 
-  Mocno cię zranił? 
-  Eee,  nie  ma  o  czym  mówić,  draśnięcie,  ale  mnie  złości.  

Już  ja  go  dopadnę  tego...  jak  mu  tam,  Seamusa.  Więc  jak, 
przetnę panu pęta i zaczynamy? 

Colin nie odpowiedział; patrzył na Grace McNish. 
-  A  więc?  -  Mungo  czekał  na  rozkaz,  lecz  Colin  dalej 

milczał.  -  Czekają  na  pana  u  McNabów.  Ma  pan  być  u  nich            
na  święta.  Stary  Donnell  McNab  skarży  się,  że  zbyt  długo 
zwleka pan z odpowiedzią na jego posłanie w sprawie przejęcia 
reszty ziem McNishów - przypomniał mu Mungo. 

Colin  znów  zmilczał.  Ważył  w  myślach  odpowiedź.  Sporo             

już  zobaczył.  Bose  stopy,  nędzny  przyodziewek  i  wychudzone 
ciała,  które  miał  przed  oczami,  raczej  potwierdzały,  że  to 
McNishom dzieje się krzywda, a nie McNabom. 

-  No  cóż  -  odparł  wreszcie.  -  McNab  ma  rację,  sprawa 

przeleżała się już dość długo i czas coś postanowić. Ale jeszcze 
nie teraz, nie zaraz. 

Mungo nie protestował. 
-  Jak pan chce - mruknął. 
A  Colin  nie  odrywał  wzroku  od  Grace.  Myszkowała  na 

wozach,  sprawdzając  zawartość  skrzyń  i  worków.  Właśnie 
otworzyła  worek  pełen  fig,  spojrzała  na  nie  tak  łakomie,  że 
Colinowi  aż  dech  zaparło.  Patrzył,  co  dziewczyna  zrobi.  A  ona 
westchnęła  głęboko,  związała  wór  i  wrzuciła  z  powrotem  na 
wóz.  Nie  widział  dokładnie,  ale  wydawało  mu  się,  że  w  jej 
oczach zalśniły łzy. 

Pojął,  że  nie  przyszło  jej  to  łatwo.  Ledwo  się  trzymała             

z  głodu,  a  jednak  nie  uszczknęła  nic  dla  siebie,  nawet  jednej 
figi. Wszystko zostawiała dla rodziny, dla klanu. 

-  Oto  moje  rozkazy  -  szepnął  po  chwili.  -  Weź  ludzi  i  jedź 

do  McNabów.  Powiedz,  że  jestem  jeszcze  w  drodze.  Rozejrzyj

background image

Żmija 

49 

 

 
się,  pogadaj,  spróbuj  się  dowiedzieć  czegoś  więcej  o  sporze               
z McNishami, kiedy to się zaczęło i o co poszło. 

-  A pan? 
-  Dam  sobie  radę.  Chcę  się  bliżej  przyjrzeć  drugiej  stronie, 

sprawdzić, czy McNab ma rację, skarżąc się na McNishów. 

-  Chce pan tu z nimi zostać? 
-  Właśnie. 
-  Jak  pan  sobie  życzy  -  mruknął  Mungo.  -  Ale  w  ostatniej 

oberży,  w  której  się  zatrzymaliśmy,  mówili,  że  w  okolicy 
widziano McGregora. 

Była to ważna wiadomość. McGregorowie dawali się ostatnio 

mocno  we  znaki.  Colin  miał  ich  za  bandę  wyrzutków,  którzy 
dążą do podziału Szkocji. 

-  Widziano Peadra McGregora? To bardzo dobrze. Marzę 

o tym, żeby go dostać w swoje ręce. 

Mungo  nic  już  nie  odpowiedział,  tylko  uścisnął  Colina  za 

ramię  na  znak,  że  odchodzi.  Po  chwili  w  lesie  zaćwierkał 
skowronek  i  tylko  Colin  wiedział,  że  to  nie  ptasie  trele,  lecz 
jego ludzie nawołują się do drogi. 

Przez  jakiś  czas  patrzył  na  Iaina,  który  uginał  się  pod 

ciężarem miecza i ledwie powłóczył nogami, a potem przymknął 
oczy i zapadł w sen. 

 
 
Spał  dobrą  chwilę  i  nie  widział,  jak  Grace  podchodzi                    

z  miską  jedzenia.  Duncan,  Seamus  i  Fiona  rozsiedli  się  między 
wozami  i  też  pałaszowali,  aż  im  się  uszy  trzęsły.  Oni  również  
byli  wygłodzeni.  Nie  jedli  od  trzech  dni,  bo  kawałek  przaśnego 
chleba z garścią jagód trudno nazwać posiłkiem. 

-  Idź, zjedz coś, Iain. Ja popilnuję tego draba.  
Na te słowa rzekomy McNab otworzył oczy. 
-

 

Przyniosłam jedzenie. -Grace podsunęła jeńcowi miskę. 

-

 

Nie myślałem, że zadbasz także o mój żołądek. 

background image

Jill Barnett 

 

-  A  pewnie,  że  nie  myślałeś,  ale  my,  McNishowie,  nie 

głodzimy  jeńców  tak  jak  wy.  Ale  jak  patrzę  na  ciebie,  to  nie 
wyglądasz na głodnego. 

-  A podobam ci się? 
Oblała  się  rumieńcem  i  uniosła  rękę  z  miską,  jakby  chciała 

wylać na niego całą zawartość. 

-  No! Nie krępuj się, rzucaj. 
Zrobiłaby to, gdyby się nie odezwał. Opanowała się, opuściła 

rękę i podsunęła mu miskę. 

-  Bierzesz czy nie? - spytała, widząc, że nie reaguje. 
-  Jak mogę wziąć, kiedy mam ręce związane - odparł z nutą 

kpiny w głosie i zniewalającym uśmiechem na twarzy. 

Nie  poddała  się.  Spojrzała  na  niego  z  góry  i  przyklękła, 

obiecując  sobie  w  duchu,  że  nie  da  się  wyprowadzić  z  równo-
wagi.  Nie  kapituluje  się  przed  diabłem,  nawet  tak  wielkim  jak 
on,  bo  choć  siedział,  przewyższał  ją  o  głowę.  Miał  więc 
przewagę, ale właśnie dlatego postanowiła, że nie odda pola. 

-  Rozwiąż  mnie  -  poprosił,  jakby  chodziło  o  drobiazg  bez 

większego znaczenia. 

-

 

Żebyś uciekł? Mowy nie ma. Sama cię nakarmię.  

Znów się zaśmiał - pojedynek trwał. 
-

 

Będziesz  karmić  McNaba?  Ciekawe.  A  nie  wolałabyś, 

żebym sczezł? 

-  Wolałabym,  mimo  to  dam  ci  jeść.  -  Zamieszała  łyżką                   

w misce. 

-  Dlaczego? Przecież McNabowie nie zasługują na litość. 
-  Nie zasługują, ale chodzi o okup. Weźmiemy wedle twojej 

wagi,  więc  nie  mogę  pozwolić,  żebyś  schudł.  Każdy  funt  się 
liczy.  -  Spojrzała  na  niego,  jakby  przeliczała  w  myślach,  ile             
jest wart. - Za sam twój łeb dostaniemy niezłą sumę. 

-  Kiedy wreszcie przestaniesz gadać? 
-  Kiedy  wreszcie  otworzysz  tę  wielką  gębę.  -  Nabrała  pełną 

łyżkę jedzenia. 

background image

Żmija 

51 

 

-  Nie tylko gębę mam wielką. 
Udała,  że  nie  słyszy,  ale  rumieniec  na  jej  twarzy  świadczył            

o tym, że pojęła aluzję. 

A  on  zrobił  niewinną  minę,  jakby  nic  się  nie  stało.  Co  za 

diabeł!  A  w  dodatku  widać  było,  że  bawi  go  i  rozmowa,                      
i  sytuacja,  w  jakiej  się  znalazł.  Dziewczyna  zezłościła  się.                  
W  pierwszym  odruchu  chciała  nawet  wylać  zawartość  miski  
na  tę  roześmianą  gębę,  ale  nie  zrobiła  tego.  Zbyt  dobrze 
wiedziała co to głód, aby marnować jedzenie. 

Podniosła łyżkę. Nakarmi go jak najszybciej, i basta. 
A on nie odwracał wzroku od jej oczu. 
Ręka  z  łyżką  zawisła  w  powietrzu,  jakby  jego  wzrok  miał 

szczególną  moc.  Ale  Grace  wytrzymała  jego  spojrzenie.  Nie 
spuściła  oczu,  tylko  zrobiło  jej  się  jakoś  dziwnie.  Wzięła 
głęboki  oddech  i  zdecydowanym  ruchem  podsunęła  jeńcowi 
łyżkę  do  ust.  Nie  zauważyła,  że  pochylił  się  w  jej  stronę, 
przenosząc wzrok na jej usta. 

Znaleźli  się  niebezpiecznie  blisko  siebie.  Poczuła  zapach 

skóry  i  czegoś  jeszcze,  czego  nie  potrafiła  nazwać  -  zapach 
mężczyzny. Mogła się cofnąć, ale nie zrobiła tego. 

Podała mu jedzenie. 
-  Dzięki, Grace, jesteś słodka. 
Jeszcze nikt i nigdy nie nazwał jej słodką. I nie zdążyła nawet  

o  tym  pomyśleć,  kiedy  jego  wargi  dotknęły  jej  ust.  Tego  też 
nigdy  jeszcze  nie  doświadczyła.  Nikt  nigdy  nie  pocałował  jej             
w ten sposób. Zapomniała o świecie, zapomniała, że to McNab. 
Smakowała jego usta i swój pierwszy prawdziwy pocałunek. 

A  on  przygarnął  ją  do  siebie  udami  twardymi  jak  kamień                 

i  pociągnął  za  drzewo,  kryjąc  przed  spojrzeniami  czwórki  przy 
wozach.  Zadrżała,  gdy  jego  język  wypełnił  jej  usta,  ale  nie 
zrobiła nic, aby mu się wymknąć. 

Nie  wiedziała,  ile  to  trwało.  Chwilę?  Wieczność?  Czas 

przestał się liczyć. Aż nagle McNab oderwał usta od jej warg.

background image

Jill Barnett 

 

Natychmiast za nim zatęskniła, lecz on wędrował ustami po 

jej policzkach. 

Uniosła powieki. W jego oczach nie odczytała wyrachowania. 

Wydawał  się  równie  zaskoczony,  jak  ona.  Ale  nie  tylko  to 
odnalazła  w  jego  wzroku,  bo  także  moc,  namiętność  i  jeszcze 
coś,  coś  co  przepajało  ją  lękiem,  a  jednocześnie  tak  bardzo, 
tak  ogromnie  podniecało.  On  tymczasem  patrzył  na  nią,  jakby 
nie wierzył, że to wszystko dzieje się naprawdę. 

 
 
Bo nigdy jeszcze nie doświadczył takiego wszechogarniającego 

pragnienia  -  żądzy  graniczącej  z  szaleństwem.  Patrzył  na 
dziewczynę,  zdyszany,  a  ona  przymknęła  oczy,  jakby  w  ten 
sposób chciała zaprzeczyć temu, co nagle między nimi zaistniało, 

Na próżno. Stało się i on też doskonale o tym wiedział. Oczy 

jej  zwilgotniały,  a  policzki  pokryły  się  rumieńcem.  Przełknęła            
łzy, nie chcąc, aby je zobaczył. 

Zobaczył jednak. 
-  To nie wstyd płakać - szepnął. 
-  Nie płaczę - zaprzeczyła gwałtownie, ale nie mając odwagi 

spojrzeć  mu  w  oczy,  odsunęła  się  od  niego.  -  Nigdy  więcej 
mnie  nie  dotykaj,  ty...  -zerwała  się  na  równe  nogi  -...diable!  -
Obróciła  się  na  pięcie,  dumnie  unosząc  głowę,  jakby  chciała 
udowodnić,  że  jest  górą  i  że  jest  naprawdę  tak  silna,  za  jaką 
chciała uchodzić. 

Starała się, i to właśnie było widać, tylko to. 
Chciał jej powiedzieć, że nie jest McNabem, ujawnić prawdę, 

lecz  odeszła,  nim  zdążył  otworzyć  usta.  Wsparł  się  więc 
wygodnie  o  pień  i  przymknął  oczy,  śniąc  o  ubłoconych  wiedź-
mach,  żmijach  o  niewyparzonym  języku  i  kruczoczarnych 
niewiastach  o  niebiańskich  rysach  i  mocy  zniewalania  męskich 
serc jednym pocałunkiem. 

background image

Żmija 

53 

 

 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
Obudził go piekielny koncert na piszczałkach. 
-  Fiona, przestań! - krzyknęła Grace. 
Koncertmistrzyni,  stojąc  na  jednym  z  wozów,  westchnęła 

ciężko i z przyganą spojrzała na interweniującą kuzynkę. 

-  Nie  podoba  ci  się?  Nie  bierze  cię  za  serce  nasza  szkocka 

muzyka? 

Lepiej  nogi  brać  za  pas  i  zbiegać  choćby  do  Anglii  -         

pomyślał  Colin.  Największy  patriota  uciekłby  gdzie  pieprz 
rośnie. 

-  Odłóż  piszczałki  i  mów,  co  jest  na  wozie  -  poleciła          

Grace. - Robię spis. 

-  Skoro tak, to zagram ci później - odparła Fiona z nadzieją 

na  koncert.  Poklepała  czule  miech  i  nie  słysząc,  że  instrument 
westchnął boleśnie, zajęła się ładunkiem. 

Wartę trzymał teraz Seamus. Też chodził tam i z powrotem, 

ale  na  znacznie  dłuższej  trasie  niż  Iain  i  nie  dźwigał  miecza,  
lecz  pikę.  Maszerował  od  krańca  do  krańca  polany;  idąc                  
w  jedną  stronę  przechodził  obok  Colina,  a  po  nawrocie  obok 
wozów. 

Zawracał  energicznie.  Przy  kolejnym  nawrocie  pika  zaha-

background image

Jill Barnett 

 

czyła  o  sosnę  i  na  ziemię  posypała  się  chmura  igieł,  czego 
dzielny  wartownik  zdawał  się  nie  zauważać.  Nadal  kroczył, 
jakby  się  nic  nie  stało,  a  oręż,  który  dźwigał  na  ramieniu,  nie 
wymagał żadnej szczególnej uwagi. 

-  Na  moim  wozie  jest  dziesięć  szynek  -  meldował  tym-

czasem Iain. 

-  W  porządku  -  przyjęła  meldunek  Grace.  -  A  u  ciebie?!  -

zawołała do Fiony. 

Seamus maszerował niezmordowanie. 
-  Beczka  solonych  śledzi  -  raportowała  jej  kuzynka  –  trzy 

beczki piwa, pięćdziesiąt kuropatw i jabłka. 

Seamus doszedł właśnie do krańca polany i zawrócił. 
-

 

A  u  mnie  -  meldował  Duncan  -  mendel  gęsi  z  piekła 

rodem.  -  Któraś  znów  złapała  go  dziobem  za  koszulę.  -  Mam 
jeszcze trzy beczki mąki owsianej i... uwaga! 

-

 

Waga? Jaka waga? - spytała Fiona. 

-  Uwaga,  uważaj!  -  zawołał  Duncan,  podskakując  w  górę   

na  dobry  metr,  a  może  i  więcej.  Zdążył  w  ostatniej  chwili.       
Pika  Seamusa  zataczała  właśnie  koło  po  kolejnym  nawrocie               
i  ze  świstem  przecięła  powietrze  dokładnie  tam,  gdzie  jeszcze 
przed chwilą stał Duncan. Teraz wylądował na klatce z gęsiami. 

-  Seamus! - wrzasnął ze złością. 
Seamus  stanął  jak  wryty.  Grot  piki  zawisł  niebezpiecznie  tuż 

nad głową Grace. 

-  O  co  chodzi,  Duncan?  -  Seamus  odwrócił  się  uprzejmie. 

Pika przestała zagrażać Grace, ale z impetem uderzyła Duncana 
w plecy, bo tym razem nie zdążył uskoczyć. 

-

 

O  to,  że  wylegujesz  się,  podczas  gdy  wszyscy  inni  ciężko 

pracują  -  rzekł  Seamus  na  widok  przyjaciela,  który  spadł                       
z wozu pod ciosem oręża. 

Duncan spurpurowiał ze złości. 
-  I  nawet  gęsi  nie  raczyłeś  upilnować  -  kontynuował  Sea-

mus. - Jedna właśnie ucieka. Dajcie mi kuszę! 

background image

Żmija 

55 

 

-  Nie  -  odpowiedział  mu  chór  z  pięciu  gardeł,  bo  również 

Colin pośpieszył ze stanowczym protestem. 

Gęś zniknęła w zaroślach. 
 
 
 
Już  od  dobrych  dwóch  godzin  karawana  złożona  z  trzech 

wozów  pięła  się  po  górskiej  drodze.  Im  wyżej,  tym  mgła  była 
gęstsza,  a  las  jawił  się  dzikszy.  Karawanę  prowadził  Duncan, 
pieczę  nad  drugim  wozem  sprawował  Iain,  a  ostatnim  powoził 
Seamus,  mając  do  pomocy  Fionę.  Za  nimi  siedziała  Grace,  nie 
spuszczając z oka McNaba. 

Nieopodal  strzelał  ku  niebu  poszarpany  szczyt  Ben  Lawers. 

Wedle  niego  właśnie  Grace  obliczała,  że  do  celu  zostało  już 
tylko  sześć  godzin  jazdy.  A  cel  to  loch  Earn  -  górskie  jezioro              
ze  skalistą  wysepką  pośrodku  i  starym  rozpadającym  się  zam-
czyskiem,  siedzibą  klanu  McNishów,  bo  z  dawnej  świetności 
zostało już tylko to: spłachetek ugoru otoczony wodą. 

Po  nieszczęsnej  bitwie  pod  Boltachan,  która  miała  miejsce 

cztery lata temu, McNabowie stale najeżdżali ziemie McNishów, 
rabując  wszystko,  co  wpadało  im  w  ręce.  Grace  skończyła 
ledwie  czternaście  lat,  gdy  zaczęły  się  nieszczęścia  i  nie  miała 
pojęcia,  co  stało  się  zarzewiem  krwawego  konfliktu  i  zagłady 
klanu McNishów. 

Tyle  jedzenia,  ile  znajdowało  się  na  wozach,  klan  nie  widział 

od  lat.  Głodowali  wszyscy,  więc  będą  radzi,  widząc  tyle             
dobra  -  szynki,  gęsi  i  mąkę.  Dzieci  najbardziej  ucieszą  słodkie        
figi i pomarańcze, bo nigdy jeszcze nie zaznały ich smaku. 

Grace  uśmiechnęła  się  do  siebie,  wyobrażając  sobie  urado-

wane buzie najmłodszych. 

-  O  czym  myślisz,  McNish?  -  wyrwał  ją  z  zamyślenia  głos 

McNaba. 

Zadrżała.  Było  w  jego  głosie  coś  takiego,  że  krew  zaczynała 

krążyć  szybciej.  Spojrzała  na  jeńca.  Siedział  rozparty  jak  król            

background image

Jill Barnett 

 

na  workach  z  mąką.  Kiedy  ostatnio  na  niego  zerkała,  jeszcze 
spał. 

-  Spałeś - ni to spytała, ni stwierdziła. 
-

 

Spałem. 

-

 

Jak  człowiek  winny  zagłady  niemal  całego  klanu  może 

tak spokojnie spać. Czy ty nie masz sumienia? 

-  Moje sumienie jest czyste.  
Prychnęła z oburzenia. 
-  Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. 
-  Jakie? Zapomniałam - skłamała. 
-  Pytałem, o czym myślisz? 
-  A dlaczego cię to interesuje? 
-  Po prostu interesuje. 
-  Myślałam o klanie... o dzieciach. 
-  Masz dzieci? 
-  A co, chciałbyś je porwać przy najbliższej okazji? 
-  Nie porywam dzieci - odparł. 
-  Tylko mordujesz ich ojców. 
-  Straciłaś męża? 
-  Mam tylko osiemnaście lat. 
-  A więc możesz być mężatką od dwóch albo trzech lat. 
Nie odpowiedziała od razu. Oboje milczeli. 
-  Nie  jestem  zamężna  -  rzuciła  po  chwili.  Patrzył  na  nią 

tak, że serce znów zaczęło jej bić szybciej. 

-  Straciłaś ojca? - spytał. 
-  Oboje rodzice nie żyją. 
-  A te dzieci. Dlaczego się uśmiechałaś, myśląc o nich? 
-  Na pewno nie dlatego, że są sierotami. 
-  Na Boga, McNish, zawsze miałaś taki niewyparzony język? 
-  Zawsze. A ty zawsze byłeś tchórzem? 
Twarz Colina stężała, a oczy zagorzały ogniem. 
-  Uważaj,  co  mówisz  -  wycedził  przez  zęby.  -  Są  słowa,  za 

które płaci się głową. Ostrzegam - dodał ze śmiertelną powagą. 

background image

Żmija 

57 

 

 
-  Nikt  mi  nie  zabroni  mówić,  co  zechcę,  a  zwłaszcza  ty, 

McNab. Nie zapominaj, że mamy cię w ręku. 

Colin  zmilczał,  a  Grace  miała  wrażenie,  że  jeniec  liczy              

w myślach, żeby się w ten sposób powstrzymać od wybuchu. 

Dopiekło mu. I bardzo dobrze. 
Przybrała  obojętną  minę  i  patrząc  w  przestrzeń,  ugniatała 

w dłoni rąbek sukni. 

To jeniec przerwał milczenie. 
-  Zastanawiam  się,  McNish,  dlaczego  nie  masz  odwagi 

spojrzeć mi w oczy? 

Jak  na  komendę  podniosła  wzrok  i  zaczęła  się  weń  wpat-

rywać równie wyzywająco, jak on wpatrywał się w nią. 

-

 

I  zastanawiam  się  także,  dlaczego  nie  potrafisz  odpowie-

dzieć zwyczajnie, po ludzku, na zwyczajne ludzkie pytanie. 

-

 

Dobre  sobie.  Skąd  tak  nagle  u  ciebie  tyle  ludzkich  uczuć, 

McNab. Skąd raptem tyle troski o wdowy i sieroty po mężach              
i ojcach, których wymordowaliście? 

Nie odpowiedział, czekał na odpowiedź. 
-  A w ogóle co cię obchodzą moje myśli? 
Znów zmilczał. 
Niech go diabli! 
-  No  więc  powiem  ci,  skoro  tak  bardzo  chcesz  wiedzieć. 

Myślałam  o  naszych  dzieciach  i  o  tym,  że  nigdy  jeszcze  nie 
widziały takich smakołyków, jakie są na tych wozach. - Spuściła 
wzrok,  patrząc  na  swoje  ręce,  zniszczone  i  pełne  odcisków  od 
pracy  na  skalistej  ziemi,  która  i  tak  niczego  nie  rodzi.  - 
Myślałam  o  radości,  jaką  zobaczę  w  ich  oczach,  gdy  po  raz 
pierwszy  w  życiu  poczują  słodki  smak  pomarańcz  i  woń 
pieczonych  gęsi.  Dlatego  się  śmiałam.  Chciałabym,  żeby  dzieci 
były  szczęśliwe,  żeby  mamy  kołysały  je  do  snu,  a  ojcowie 
podrzucali  wesoło  do  góry.  Tylko  że  tak  już  nigdy  nie  będzie,   
bo  nie  ma  już  ojców,  a  głodnego  dziecka  nie  ukoi  żadna 
kołysanka.  Chciałabym  ujrzeć  uśmiech  na  twarzy  mojego 

background image

Jill Barnett 

 

dziadka.  On  nikogo  już  nie  ma  poza  mną.  Nie  przywrócę  mu 
nogi,  ale  kto  wie,  może  uda  mi  się  przywrócić  mu  dumę. 
Chciałabym, żeby było jak dawniej. 

-

 

A jak było? 

-

 

Dobrze, żyliśmy szczęśliwie. 

 
 
 
 A  więc  nie  mylił  się  -  potwierdzało  się  to,  co  przeczuwał. 

Klan  był  całym  jej  życiem,  a  ambicją  -  wyrównanie  krzywd.  Dla 
klanu,  dla  bliskich  nie  cofnie  się  przed  niczym,  zrobi  wszystko  -
myślał Colin, gdy Grace wyrzucała z siebie całą gorycz. 

Jakże doskonale ją rozumiał. Tak samo przecież postępował. 

Dziesięć  lat  walczył  o  przywrócenie  dobrego  imienia  rodu 
Campbellów.  Nie  o  lordowski  tytuł,  bo  ten  odziedziczył,  ale              
o  szacunek  i  respekt  dla  władców  Argyllu,  który  jego  wuj                    
i poprzednik na lordowskim stolcu utracił doszczętnie. 

Wuj  podburzał  klany,  prowokował  konflikty  i  spory,  wy-

sługując  się  królowi,  który  drżał  o  tron  i  bał  się,  że  gdy  spory 
zostaną zażegnane, ktoś może rzucić wyzwanie jego osobie. 

Colin  miał  ledwie  piętnaście  lat,  gdy  odziedziczył  tytuł                   

i  niemal  drugie  tyle  musiał  poświęcić  na  naprawę  krzywd 
wyrządzonych  przez  człowieka,  który  za  nic  miał  lojalność, 
tradycję  i  ludzki  szacunek.  Cenił  tylko  złoto  i  aby  je  zdobyć,               
nie cofał się nawet przed sianiem zamętu, intrygą i zdradą. 

Gdy poczuł na sobie wzrok  Grace, spojrzał  na nią. Odwróciła 

się jak przyłapana na czymś niestosownym i zaczęła myszkować 
w workach. Wyjęła trzy dorodne jabłka. Poczęstowała Seamusa 
i Fionę, a trzecie zaczęła obierać sztyletem dobytym zza pasa. 

Jak dziecko - pomyślał Colin, patrząc, jak starannie zdejmuje 

skórkę, formując z niej długą spiralę. Uśmiechnęła się zadowolo-
na,  że  udała  jej  się  tak  trudna  sztuka.  Nie  wyrzuciła  łupiny, 
chciała  ją  zjeść,  ale  speszyła  się,  widząc,  że  Colin  się  jej 
przypatruje. 

background image

Żmija 

59 

 

 Patrzył  na  nią  z  rozbawieniem  i  wzruszeniem  zarazem,  po 

prostu lubił na nią patrzeć. 

Może  dlatego,  że  miała  tak  szczerą  twarz  i  można  w  niej 

było  czytać  jak  w  otwartej  księdze.  Żadna  myśl  nie  mogła  się 
ukryć.  Teraz  zaś  Grace  McNish  była  w  doskonałym  humorze                 
i z takim apetytem spoglądała na jabłko, że Colin aż się zaśmiał. 

Kiedy  zerknęła  na  niego  przez  ramię,  puścił  do  niej  oko. 

Odwróciła  się  natychmiast,  udając,  że  nie  widzi.  Przez  chwilę 
wpatrywała się w jabłko, po czym mruknęła coś, ni to do siebie, 
ni do niego. 

-  Jeśli  chcesz,  żebym  usłyszał,  to  nie  mów  do  lasu,  tylko         

do mnie. 

Nie  raczyła  się  odwrócić,  spytała  jednak,  czy  ma  ochotę  na 

kawałek jabłka. 

-

 

Coś mi to przypomina. Kto to kusił jabłkiem...  

Zrozumiała aluzję i odwróciła się z iskrą w oczach. 
-  Tylko że ja, McNab, widzę tu tylko węża. 
-  Wiesz, korci mnie, żeby ci coś powiedzieć. 
--  Niby  co?  -  spytała  podejrzliwie,  ale  wzrok  mówił  coś 

zupełnie innego. 

Uśmiechnął się. Bawiła go swoim uporem i naiwnością. 
-  A więc? 
-  Eee, lepiej nie. 
-  Nie masz odwagi? 
-  Nie, ale nie chcę być nieuprzejmy. 
-  Łap!  -  krzyknęła  nagle,  rzucając  kawałek  jabłka  w  jego 

stronę. 

Zerwał  się  jak  błyskawica  i  złapał  ustami.  Spojrzała,  zdu- 

miona    jego  zręcznością,  lecz  nic  nie  powiedziała.  Colin  miał 
nadzieję,  że  się  przynajmniej  uśmiechnie,  ale  się  tego  nie 
doczekał. 

Przeżuł poczęstunek z apetytem. 
-  Nie dasz więcej? - spytał. 
 

background image

Jill Barnett 

 

Odkroiła  drugi  kawałek  i  podrzuciła  wysoko  w  powietrze. 

Znów chwycił. Rzuciła trzeci i czwarty. Nie uronił żadnego. 

Zaczęła  rzucać  coraz  szybciej,  ale  Colin  ze  zręcznością 

akrobaty  z  każdej  próby  wychodził  zwycięsko.  Gdy  złapał 
ostatni  kawałek,  roześmiała  się,  szczerze  rozbawiona.  I  znów  
go  ujęła  tym  śmiechem,  dźwięcznym  i  czystym  jak  górskie 
potoki. 

-  Miałam rację, McNab. Jesteś szybki. 
-

 

Raczej zwinny i cierpliwy. Są sprawy, kiedy lepiej działać 

wolno. 
Chyba  nie  zrozumiała;  była  jeszcze  zbyt  młoda  i  niewinna. 

Ale nie dała po sobie tego poznać. Zadarła tylko nos. 

-  Wolno, powiadasz... - Nagle zmieniła ton. - Jasne, tortury 

zawsze trwają długo, prawda, McNab? 

Ostatnie słowo zawsze musiało należeć do niej. 
 
 
 
Fiona  przymknęła  oczy  i  dobyła  z  kobzy  pierwsze  nuty 

starego  szkockiego  hymnu  na  cześć  zwycięstwa.  Taki  przynaj- 
mniej  miała  zamiar.  W  istocie  dźwięk,  który  dobywał  się              
z  piszczałek,  bardziej  przypominał  jęki  dogorywających  zwie-
rząt.  Gęsi  w  klatce  na  drugim  wozie  podniosły  takie  larum,  że 
echo poniosło się po całej okolicy. 

Grace  nie  wstrzymała  koncertu  -  na  złość  McNabowi,  który 

zwijał się jak w mękach. 

Droga  zwęziła  się  jeszcze  bardziej,  wóz  podskakiwał  na 

nierównościach,  a  po  obu  stronach  zbocza  schodziły  ostro               
w dół ku rzeczce, za którą ciemniała gęstwina lasu. 

Grace  poczuła,  że  żołądek  podchodzi  jej  do  gardła.  Przepaść 

napawała  ją  lękiem,  zwłaszcza  kiedy  wóz  niebezpiecznie 
chybotał  się  w  nierównych  koleinach.  Chwyciła  się  kurczowo 
jego boków. 

A  McNab  jakby  nie  zauważał  niebezpieczeństwa,    takie

background image

Żmija 

61 

 

przynajmniej  odniosła  wrażenie,  gdy  na  niego  zerknęła.  Tym 
bardziej  więc  postanowiła  nie  okazywać  lęku.  Wyprostowała 
się,  przestała  się  trzymać  wozu  i  założyła  ręce,  jakby  siedziała  
w fotelu, a nie nad skrajem przepaści. 

Koło  trafiło  w  rozpadlinę,  wozem  zatrzęsło  tak  gwałtownie, 

że  Fiona  okrutnie  sfałszowała,  ku  jeszcze  większemu  cierpieniu 
wszystkich słuchaczy. 

-   Pomyliłam  się  -  stwierdziła  z  całą  pokorą,  przerywając 

koncert.  Słychać  było  tylko  gęganie  rozeźlonego  drobiu  w  klat-
ce, lecz po chwili muzykantka zadęła w miech i znów, niestety, 
piszczałki  zabrzmiały  fałszywie.  -  Chyba  zacznę  od  początku  -
oznajmiła i zagrała jeszcze głośniej. 

McNab aż podskoczył. Puścił oko do Grace, która walczyła ze 

zbuntowanym od podróży żołądkiem. 

-   A  nie  myślałaś,  żeby  wrzucić  te  jej  dudy  do  jeziora?!  -

zawołał, wiedząc, że Fiona i tak nie usłyszy. 

Grace  puściła  wóz,  bo  bezwiednie  znów  się  za  niego  kur-

czowo chwyciła. 

Niech nie myśli, że się boję.  
Wozem rzuciło na nierówności. 
-   O  Jezu!-  krzyknęła,  wylatując  jak  z  procy.  Zawisła                  

nad  przepaścią,  w  ostatniej  chwili  zdążyła  się  jednak  złapać  
boku wozu. 

Zawołała  rozpaczliwie  o  pomoc,  ale  głos  tonął  w  powodzi 

nut wygrywanych zapamiętale przez Fionę.  

I  tylko  McNab  widział,  co  się  dzieje,  i  tylko  on  pośpieszył           

z pomocą. Chwycił Grace za ramiona i wciągnął do środka.  

Przylgnęła  do  niego  kurczowo  i  nie  była  w  stanie  powstrzy-

mać łez. 

-  Już  dobrze,  słonko,  już  dobrze  -  uspokajał  ją,  ocierając  

jej łzy. 

    Ręce miał wolne! 
    Odepchnęła go gwałtownie. 

background image

Jill Barnett 

 

-  Ty łotrze, udało ci się rozwiązać. 
-  Dzięki temu żyjesz. 
Pchnęła  go  ze  złością.  Właśnie  w  tym  momencie,  gdy  wóz 

znowu trafił w rozpadlinę. 

-  Niech  to  diabli!  -  zaklął  McNab,  kiedy  najpierw  rzuciło            

go  na  dziewczynę,  a  ułamek  sekundy  później  oboje  znaleźli         
się na zewnątrz. 

background image

Żmija 

63 

 

 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
Grace  była  pewna,  że  oto  wybiła  jej  ostatnia  godzina,  gdy 

nagle  poczuła  na  sobie  silne  ramiona  McNaba.  Objął  ją, 
przygarnął i osłonił. 

Z  góry  nie  było  tego  widać,  ale  zaraz  za  krawędzią                      

drogi  zbocze  nie  opadało  już  tak  ostro.  I  tam  właśnie  ich 
rzuciło.  Ziemia  aż  jęknęła  pod  ciężarem  dwóch  ciał,  które                  
z  jękiem  toczyły  się  w  dół  jak  śnieżna  kula  po  ostrych             
skałach. 

Grace  czuła,  jak  skały  rozdzierają  jej  skórę.  McNab  cały  

czas  starał  się  ją  osłaniać,  wystawiając  się  w  ten  sposób                
na  jeszcze  większe  ryzyko.  Jak  śnieżna  kula,  wyzwalająca 
lawinę,  tak  za  nimi  sypały  się  kamienie  i  skalne  złomy, 
spadając  do  potoku,  gdzie  wreszcie  szalona  podróż  dobiegła 
kresu. 

Woda była zimna jak lód. 
McNab podniósł się pierwszy. 
-  Do diabła! Czy ty zawsze musisz iść na całość? 
Grace tylko przez chwilę trwała nieruchomo. Zerwała się na 

równe  nogi,  wyciągnęła  sztylet  i  natarła  na  jeńca  całym  
ciałem. Padł jak długi, wyrzucając z potoku fontanny wody. 

background image

Jill Barnett 

 

Osunęła się na niego; ręka ze sztyletem zawisła nad jego szy-

ją.  McNab  otworzył  oczy,  spojrzał  najpierw  na  nią,  a  potem 
przeniósł wzrok na sztylet. Grace triumfowała!  

A on jakby z trudem hamował śmiech. 
-  McNish  -  nie  wytrzymał  i  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu  -

znowu? Tak nie wypada! 

Zrozumiała  aluzję.  Przypomniała  sobie,  że  na  polanie  pod 

drzewem też na nim zległa. 

Ale  tym  razem  McNab  przewrócił  ją  na  plecy,  objął  udami,             

i chwycił za nadgarstki. Sztylet wypadł jej z dłoni. 

-  I co teraz, McNish? - spytał ze śmiechem. 
 
 
-   Nie pójdzie ci tak łatwo! - zawołała wojowniczo, próbując 

go z siebie zrzucić. 

Przytrzymał  ją  mocniej,  nie  pozwalając  na  żaden  ruch  rąk            

i  nóg.  Nie  miała  się  jak  bronić.  Ruszała  tylko  głową,  wyrzucając 
fontanny  wody.  Walczyła tak,  póki  starczyło  sił,  a  potem  zległa 
bez ruchu, ciężko dysząc. 

McNab  widział  lęk  malujący  się  na  jej  twarzy.  Czuł  galo-

pujące  tętno  i  widział,  że  Grace  trwożnie  spogląda  ku  drodze, 
szukając pomocy. 

Ale  pomoc  nie  nadejdzie.  Dźwięk  piszczałek  milkł  już                    

w  oddali  -  znak,  że  nikt  z  pomocników  dziewczyny  nie  za-
uważył nawet, że zniknęła i ona, i jeniec. 

Była więc w jego mocy. 
-  No, zaczynaj! - syknęła, po czym zamknęła oczy, zacisnęła 

usta i wstrzymała oddech. 

Nie  zrozumiał.  Patrzył  na  nią  zdziwiony.  Trwało  to  dobrą 

chwilę.  Wreszcie  Grace  zabrakło  powietrza  i  wzięła  głęboki 
oddech. 

-  Jestem  gotowa  -  oświadczyła  dramatycznym  głosem              

i  znów  nabrała  powietrza  i  zległa  nieruchomo.  I  znów  minęła

background image

Żmija 

65 

 

długa  chwila.  Dziewczyna  uniosła  powieki.  -  Na  co  jeszcze 
czekasz, McNab? Zaczynaj. 

-  Niby co mam zacząć? 
-  To  co  zawsze.  Dobrze  wiem,  co  robicie  z  kobietami.  -

Zamknęła  oczy  i  demonstracyjne  odrzuciła  głowę,  aby  wiedział, 
że jest gotowa na... najgorsze. 

McNab ledwo stłumił śmiech. 
-  Ach  tak...  rzeczywiście,  zapomniałem...  -  zawiesił  głos  - 

...więc  od  czego  mam  zacząć?  -  Zmarszczył  czoło,  jakby 
rzeczywiście szukał odpowiedzi. 

-  Jak to od czego? Zedrzyj ze mnie ubranie, ośle. 
Nawet w takiej sytuacji nie potrafiła zapanować nad językiem. 
McNab  kiwnął  głową  i  znów  zrobił  taką  minę,  jakby  się 

głęboko zastanawiał. 

-  Ale...  -  odezwał  się  po  chwili  ze  śmiertelną  powagą-

równie dobrze mógłbym ci wyrwać wątrobę... 

Spojrzała na niego nieco innym wzrokiem. 
-  ...tylko nie ma tu wilków, żeby ją pożarły - dokończył. 
Grace odetchnęła. 
-  Jednak  -  ciągnął  McNab  -  może  rzeczywiście  zedrę             

z  ciebie  ubranie,  bo  i  tak  nic  innego  nie  potrafię  sobie  przy-
pomnieć,  a  powinienem,  bo  przecież  my,  McNabowie,  jesteś-
my  straszliwymi  okrutnikami.  Tylko  że  nic  mi  nie  przychodzi         
do głowy. 

Grace  słuchała  w  osłupieniu,  ale  lęk  najwyraźniej  jej  nie 

opuszczał;  starała  się  jednak  tego  nie  okazywać.  Postanowił 
więc  zmienić  taktykę.  Puścił  dziewczynę  i  jak  błyskawica 
sięgnął po sztylet, nie dając jej żadnych szans. 

Krzyknęła  ze  strachu  tak  głośno  i  rozpaczliwie,  że  echo 

musiało dobiec do niebios. 

-  Nie ruszaj się – rozkazał, przyciskając ją mocniej. 
-  O  Jezu,  tylko  nie  zdzieraj  ze  mnie  skóry  żywcem  - 

błagała, usiłując się wyrwać z żelaznych objęć. 

background image

Jill Barnett 

 

-  Do  diabla,  McNish,  uspokój  się  wreszcie.  –  Przycisnął  ją 

mocniej, żeby wreszcie złamać opór. – Nic ci nie zrobię! 

Minęła chwila, nim zrozumiała. Uspokoiła się. 
-  Jak to? – spytała podejrzliwie. 
-  Zwyczajnie,  nie  mam  zamiaru  cię  skrzywdzić.  -  Wstał                 

i wyciągnął rękę, żeby jej pomóc. 

Uparta jak zawsze, nie skorzystała z pomocy. Sama wygrzeba-

ła się z potoku, ogarnęła się nieco i dumnie podniosła czoło. 

-  Miałam  rację,  jesteś  tchórzem  -  oświadczyła  najgłupiej, 

jak tylko można. 

Nic  nie  odpowiedział,  policzył  tylko  w  myślach  do  dziesięciu            

i  odetchnął  głęboko,  a  następnie  zaczął  badać  wzrokiem 
urwisko,  szukając  wejścia  na  górę.  Obrócił  sie  dopiero,  gdy 
usłyszał plusk wody. 

Grace  próbowała  się  ogarnąć.  Wykręcała  tartan,  a  woda             

z  przemoczonego  ubrania  strumieniem  spływała  do  potoku. 
Dziewczyna  była  przemoczona  do  suchej  nitki.  Mokra  koszula 
przylgnęła do ciała, ukazując cała jej kruchą postać. Z Colina też 
kapało, również był przemoczony. 

Grace wykręcała odzienie  kawałek po kawałku z taką mocą,                 

z  jaką  najchętniej  wzięłaby  go  za  kark.  Tymczasem  nawet  na 
niego nie spojrzała, choć musiała wiedzieć, że na nią patrzy. 

Colin,  milcząc,  odwrócił  się  i  znów  zaczął  wypatrywać 

ścieżki na urwisku. 

-

 

 A  więc  co  chcesz  ze  mną  zrobić?  –  rzuciła,  gdy  tylko 

odwrócił  się  do  niej  plecami.  Wiedział,  że  odczekała  specjalnie, 
żeby go upokorzyć. Też odczekał chwilę. 

-  A jak sądzisz, co powinienem? - spytał wreszcie. 
-  Nie jestem z McNabów, nie znam się na torturach. 
Zmrużył  oczy,  zastanawiając  się,  czy  nie  powiedzieć  wreszcie 

prawdy, że nie jest McNabem. 

-  A  co  byś  powiedziała,  gdybym  nadal  uznawał  się  za 

twojego jeńca? - spytał. 

background image

Żmija 

67 

 

Zdumiał ją i zaskoczył. 
-  Powiedziałabym... powiedziałabym, że jesteś tchórzem i... 

głupcem! 

Jak  zwykle  chlapnęła  bez  zastanowienia.  Człowiek,  który 

najpierw mówi, a potem myśli, nie zasługuje na prawdę, tylko na 
nauczkę, a on chętnie jej takiej nauczki udzieli. Na razie zmilczał. 

-  A...  a  dlaczego  chciałbyś  być  moim  jeńcem?  -  odezwała 

się po chwili. Głos zdradzał, że nie jest pewna, jak potraktować 
jego propozycję. 

-

 

Żeby  ci  udowodnić,  że  McNabowie  wcale  nie  są  tacy,  jak 

myślisz - odparł i znów zaczął badać wzrokiem urwisko. 

-  I  sądzisz,  że  uwierzę?  Chcesz  nas  szpiegować,  i  tyle  -

warknęła. 

Tym razem policzył w myślach do pięćdziesięciu. 
-  Nie wierzę, słyszysz, nie wierzę! - zawołała. 
Nic  nie  odpowiedział.  Przeszedł  parę  kroków,  żeby  obejrzeć 

urwisko pod nieco innym kątem. 

-  Co tak wypatrujesz? – nie wytrzymała. 
-  Jak się wydostać na górę. 
Powiodła  wzrokiem  po  zboczu  pełnym  kamiennych  złomów, 

ledwie  trzymających  się  podłoża.  Od  góry  zaczynała  już  scho-
dzić mgła, kładąc się białymi plamami na skalnych szczytach. 

-  Zaraz  po  nas  wrócą-  oświadczyła  Grace  z  fałszywym 

przekonaniem. 

-  Idź za mną. - Ruszył przed siebie między skały. 
-

 

Tędy jest lepiej - odwarknęła, idąc w przeciwną stronę.  

Odwrócił się, chwytając ją za ramię. 
-  Tędy! 
-  Tamtędy! 
Zacisnął  zęby,  że  aż  zatrzeszczało.  Zabić  taką  upartą  babę  

to mało. 

Odwzajemniła  się  tym  samym.  Zacisnęła  szczęki  i  spojrzała  

na niego pogardliwie. 

background image

Jill Barnett 

 

Colin nie wytrzymał; złapał ją wpół i nie bacząc na gwałtowne 

protesty, postawił przed sobą i popchnął w plecy. 

-  Tędy! 
A ona, jak to ona, najpierw zmęłła przekleństwo, a następnie 

otworzyła usta, żeby powiedzieć coś głośniej. Nie dał jej szans. 

-  Ruszaj! - Naparł na nią z groźną miną. 
Dała za wygraną, ale nie do końca. Ruszyła, lecz pomrukiwała 

coś  pod  nosem  o  głupcach,  co  na  niczym  się  nie  znają.  Miał 
ochotę zrzucić ją z powrotem do potoku. 

Pierwsze  dziesięć  metrów  poszło  stosunkowo  łatwo,  dalej 

zaczynała się goła skała. 

-  I co teraz, panie McNab? - spytała dziewczyna, co w istocie 

znaczyło: „A nie mówiłam!". 

Colin  policzył  do  stu,  a  następnie  zaczął  wypatrywać  wyjścia            

z  pułapki,  starając  się  nie  słyszeć  uszczypliwych  uwag  i  złoś-
liwości.  A  gdy  Grace  zaczęła  mówić  o  przygłupich  McNabach, 
wzniósł  oczy  ku  niebu,  pytając  Boga,  w  jakim  celu  obdarzył 
niewieści ród darem mowy. 

Gdyby  nie  to,  że  postanowił  na  własne  oczy  sprawdzić 

postępowanie  McNabów  i  wybadać,  na  czym  polega  spór             
z  McNishami,  powiedziałby  jej  prawdę,  że  nie  jest  McNabem, 
ale  Campbellem,  i  miałaby  nauczkę.  Jeśli  jednak  chciał  się 
dowiedzieć prawdy, musiał nadal udawać McNaba. 

-  Chodź tutaj - syknął. 
-  Po co? 
-  Bo ci każę. 
-  A ja nie chcę. - Wzięła się pod boki i nie ruszyła z miejsca. 
-  Chodź tutaj, mówię. 
-  A mnie się nie chce. 
Spurpurowiał ze złości i skoczył do niej. Wyrwała się, ale po 

sekundzie chyba zmądrzała. 

-  No dobra, już idę. 
Wspinaczka  na  górę  i  ciągłe  kłótnie  trwały  dobrą  godzinę,

background image

Żmija 

69 

 

weszcie  jednak  wydostali  się  na  drogę.  Grace  mogła  mówić            
o  szczęściu,  że  Colin  nie  skręcił  jej  karku,  tak  się  w  nim 
gotowało.  Tymczasem  usiedli  zdyszani,  wypatrując  wozów, 
lecz  przejmująca  cisza  świadczyła,  że  nie  nadjeżdżają.  Nie 
słychać było nawet piszczałek Fiony. 

-  Wrócą - powtarzała Grace co parę minut. 
A  minuty  mijały  jedna  za  drugą.  Dziewczyna  zaczęła  rysować 

patykiem  kółka  w  piasku,  Colin  dreptał  niecierpliwie  tam                 
i z powrotem. 

-  Byłaś  pewna,  że  zauważą,  że  nas  nie  ma,  kiedy  Fiona 

skończy grać... 

Nie odpowiedziała. 
-

 

A jak długo trwa ten hymn? - dopytywał się Colin. 

-

 

Gdyby  udało  jej  zagrać  od  początku  do  końca  bez  po-

wtórek, to około dziesięciu minut - odparła po chwili. 

-

 

A z powtórkami? 

-

 

Bóg  jeden  raczy  wiedzieć.  Jak  się  pomyli,  zawsze  zaczyna 

od początku. 

Colin  westchnął  ciężko  i  usiadł  obok  niej.  Spojrzała  na  niego          

z  niechęcią,  lecz  on,  nie  zważając  na  to,  wyciągnął  nogi                 
i rozsiadł się wygodniej. 

-  Przyjdzie nam długo czekać - oznajmił. 
-  Mylisz się McNab, zaraz tu będą. 
Gdy  słońce  zaczęło  zachodzić,  Colin  wstał,  otrzepał  ubranie             

i bez słowa ruszył w stronę, w którą pojechały wozy. 

-  Gdzie idziesz?  
Nie odpowiedział. 
-  McNab? 
Szedł dalej bez słowa. 
-  Jesteś moim jeńcem, nie wolno ci tak sobie odejść. 
Chwilę  jeszcze  trwało,  ale  usłyszał  za  plecami  spieszne 

kroki.  Uśmiechnął  się  do  siebie  i  wydłużył  krok,  zmuszając 
dziewczynę do biegu. 

background image

Jill Barnett 

 

-  Czegoś się nauczyłaś, prawda? 
Milczała;  zacisnęła  tylko  usta,  zmrużyła  oczy  i  biegła  dalej, 

usiłując dotrzymać mu kroku. 

-  Żaden McNab nie będzie uczył McNishów - warknęła. 
-  A jednak. 
-  Niby  czego?  -  Przystanęła  zdyszana,  tracąc  do  niego  kilka 

kroków.  Nie  odpowiedział,  szedł  dalej.  Usłyszał,  że  Grace 
znowu  biegnie.  -  Na  przykład,  jak  upilnować  konia?  -  nie 
dawała za wygraną. 

-  Na  przykład,  jak  trafić  w  cel,  skacząc  z  drzewa  -  od-

wzajemnił się. 

Gdyby  nie  to,  że  złapał  ją  za  nadgarstek,  dostałby  pięścią            

w  szczękę.  Tego  było  już  za  wiele!  A  gdy  Grace  ponowiła 
próbę,  zamierzając  się  na  niego  z  drugiej  ręki,  przestał  się 
zastanawiać, chwycił ją wpół i zarzucił sobie na ramię jak wór. 

-  To  cię  nauczy,  że  są  granice  cierpliwości!  -  zawołał, 

przekrzykując jej przekleństwa i protesty. 

I  choć  dziewczyna  nie  dawała  za  wygraną,  wiercąc  się, 

kręcąc,  pokrzykując  i  błagając  na  przemian,  ruszył  przed  siebie, 
trzymając ją mocno i starając się niczego nie słyszeć. 

background image

Żmija 

71 

 

 
 
 
 
 
 

 
 

 

 

 
 
  Tak  uszli  spory  kawałek.  Gdy  Grace  zrozumiała  wreszcie,            

że  niczego  nie  wskóra,  że  McNab  traktuje  ją  jak  wór  owsa             
i  gwiżdże  na  jej  protesty,  uspokoiła  się  i  zamilkła.  Milczała 
nawet  wtedy,  gdy  wreszcie  postawił  ją  na  ziemi.  Zaraz  skie-
rowała  się  ku  niewielkiej  polance  przy  drodze,  gdzie  pasło  się 
stadko  kuropatw.  Oczami  duszy  widziała  ptaki  piekące  się  na 
ognisku. Żołądek głośnym burczeniem upominał się o swoje. 

McNab  też  milczał.  Spojrzał  na  dziewczynę,  przeniósł  wzrok 

na  ptaki  i  zaczął  się  skradać  w  stronę  zarośli  otaczających 
polankę, dając Grace znak, żeby była cicho. 

W  odpowiedzi  obrzuciła  go  pełnym  oburzenia  spojrzeniem. 

Dureń traktuje ją głupią! 

Colin  wziął  kamień,  podszedł  jeszcze  bliżej  ptaków  i  cisnął. 

Udało  się.  Jedną  kuropatwę  już  mieli.  Cisnął  drugi  kamień              
i znów trafił. Zamierzał właśnie pójść po łup, ale Grace dała mu 
znak, żeby poczekał i nie robił hałasu. 

Podniosła kamień z drogi. 
-  Teraz  moja  kolej  -  szepnęła  z  taką  miną,  jakby  chciała 

cisnąć w niego. Z trudem pohamował wesołość. 

Grace wycelowała starannie. 

background image

Jill Barnett 

 

-  Hej,  trafiłaś!  -  zawołał  ze  zdumieniem,  gdy  trzeci  ptak 

legł na ziemi, nie zdążywszy nawet załopotać skrzydłami. 

-  Oczywiście,  dziwi  cię  to?  -  rzuciła  przez  ramię,  strzepując 

kurz z dłoni. 

-  Nic  mnie  już  nie  zdziwi,  McNish  -  odparł,  kucając  przy 

ptakach. 

Grace przystanęła; nie mogła pozwolić, żeby ostatnie słowo 

należało do niego. 

-  Wyobraziłam  sobie,  że  to  twój  łeb,  więc  trafiłam  od 

pierwszego razu. 

Zaśmiał się, jakby był pewien, że to właśnie usłyszy z jej ust. 
-  I  załatwiłam  większą  sztukę  niż  ty  -  pochwaliła  się, 

pochylając nad zdobyczą. 

Nie  odpowiedział. Podniósł  wszystkie  trzy  kuropatwy  i  nagle 

znieruchomiał. 

-  Te dwa twoje to pokurcza - dodała. 
Znów  zmilczał,  złapał  ją  tylko  za  ramię  i  energicznie  pociąg-

nął za sobą między drzewa. 

-  O co ci chodzi? - zaprotestowała. 
-  Nie gadaj. Szybko. Tędy. 
-  Niby gdzie? 
-  Bądź cicho. 
-  Ty  bądź  cicho.  Nigdzie  nie idę,  nie  jestem  głupia,  wracam 

na drogę. 

-  Zamknij się, babo! 
Od drogi dobiegło rżenie koni, a zaraz potem śmiech. 
-  Mówiłam!  Wracają  po  nas.  -  Grace  wyrwała  mu  się            

i  ruszyła  w  stronę  drogi.  -  Widzisz,  durniu,  mówiłam,  że 
wrócą,  toś  nie  wierzył.  -  Jeszcze  by  coś  dodała,  gdyby             
nie  zakneblował  jej  ust  ręką  i  nie  przyciągnął  stanowczo               
do  siebie.  Wyrywała  się,  próbowała  krzyczeć,  ale  nie  ustę-
pował. 

-  Uspokój się, do diabła - szepnął. 
 

background image

Żmija 

73 

 

Przeraziła się. Pomyślała, że McNab szykuje pułapkę, w którą 

zaraz  wpadnie  Duncan  i  cała  reszta.  Próbowała  walczyć,  ale  
on  jeszcze  mocniej  przyciągnął  ją  do  siebie  i  powlókł  w  gęs-
twinę. 

-  Popatrz - szepnął, obracając ją w stronę drogi. 
Grace  struchlała.  Na  drogę,  z  lasu  po  drugiej  stronie,  wjeż-

dżało kilku konnych. Jeden w drugiego opryszek z piekła rodem. 

Najroślejszy,  z  siwą  grzywą  i  rudą  brodą,  uderzył  piką               

w ziemię. 

-  Pusto, Tom. Nic nie widać. 
-  Właśnie  -  dodał  drugi,  okryty  czerwoną  chustą.  -  Pusto, 

Tom, a obiecywałeś piękne łupy. 

-  Jechali  tędy,  Sim  -  pośpieszył  z  odpowiedzią  mały  czło-

wieczek  z  chytrymi  oczkami  i  kilkoma  nożami  za  pasem, 
zwracając się do właściciela czerwonej chusty. - Widziałem ich 
na własne oczy, McGregor - dodał, adresując ostatnie zdanie 
do siwego osiłka. 

-  Nie  dziw  mu  się,  McGregor  -  odezwał  się  ten,  którego 

nazwano  Simem.  -  Tom  wypróżnił  rano  cały  dzban  i  ma  zwidy.              
A zresztą co zezowaty może widzieć? 

Wszyscy  zarechotali,  tylko  Tom  zaklął,  wyciągnął  nóż  i  rzucił 

się na Sima, ściągając go z siodła. 

Zaczęła  się  bójka.  Pozostali  zaraz  stanęli  w  kręgu  i  zaczęli 

podburzać  walczących,  aż  wreszcie  siwy  McGregor  położył 
temu  kres.  Wbił  pikę  między  adwersarzy,  a  butem  przycisnął 
uzbrojoną dłoń Toma do ziemi. 

-  Basta, straciliśmy już dość czasu. 
Wojujący  usłuchali,  a  po  chwili  cała  banda,  kląć  głośno, 

ruszyła tam, skąd przybyła. 

-  Na nas czyhali? - spytała Grace szeptem. 
-  Na wozy. Dobrze, że twoi jednak nie wrócili. 
Dziewczyna  spojrzała  na  drogę  i  zadrżała  na  myśl  o  tym,               

co mogło się stać, gdyby Duncan z resztą zawrócili. 

background image

Jill Barnett 

 

-  Chodź,  McNish,  idziemy.  Trzeba  coś  zrobić  z  tymi  pta-

kami. Tylko nie wyłaź na drogę. 

Colin wziął ją za rękę, a ona nie zaprotestowała. 
 
 
 Noc  bezksiężycowa,  ciemno  choć  oko  wykol,  ale  bór  tętnił 

życiem.  Hukały  sowy,  brzęczały  owady,  szumiał  wiatr.  Tylko 
Grace  milczała.  Nie  odzywała  się  od  dłuższego  czasu,  choć             
z każdym krokiem oddalali się coraz bardziej od drogi i domu. 

Myślała,  że  McNab  ciągnie  ją  do  siebie,  do  siedziby  klanu,  

ale  gdy  odeszli  spory  kawał,  przystanął  nagle  w  lesie  i  powie-
dział,  że  tu  będzie  bezpiecznie  i  że  tu  zostaną  na  noc.  Tak  też 
się  stało.  I  oto  siedzieli  przy  ognisku.  Mężczyzna  dokładał  do 
ognia, odwrócony do niej plecami. 

Patrzyła  na  niego,  myśląc,  że  nie  zachowuje  się  jak  McNab. 

Ani jej nie atakował, ani nic. W ogóle nie zwracał na nią uwagi, 
choć  -  też  przyznawała  to  w  duchu  -  robiła  wszystko,  by  go 
zezłościć. Nie reagował, jakby jej nie było. 

Otuliła  się  szczelniej  opończą.  Przyrzekła  sobie,  że  będzie 

milczeć,  nie  powie  ani  słowa.  To  powinno  dać  mu  do  myślenia. 
Tymczasem  ukradkiem  zerkała  na  niego.  Powinna  go  nie-
nawidzić,  bo  każdy  McNab  to  wróg.  Nienawiść  do  nich  miała  
we  krwi.  McNishom  nic  zresztą  już  nie  zostało,  tylko  to  -
nienawiść do McNabów. 

Ale,  o  dziwo,  nie  potrafiła  wykrzesać  z  siebie  nienawiści. 

Patrząc  na  niego,  powinna  widzieć  wszystkie  krzywdy,  jakie 
McNabowie  wyrządzili  McNishom,  a  tymczasem  nic  z  tego. 
Patrzyła  i  patrzyła,  a  nienawiść  nie  nadchodziła.  Gdy  zamknęła 
oczy,  było  jeszcze  gorzej;  nie  widziała  McNaba,  widziała... 
mężczyznę, i w dodatku wielce przystojnego. 

Powiedziała sobie, że nie będzie o nim tak myśleć, i znów się nie 

udało.  Ten  profil,  te  usta,  te  oczy,  te  mocne  ramiona  i...  ten 
spokój,  ten  absolutny  spokój,  wręcz  obojętność  na  wszystkie  jej 
manewry. 

background image

Żmija 

75 

 

 
Starała się myśleć o krzywdach i zemście, lecz nawet własne 

myśli  nie  chciały  jej  słuchać.  Nieposłuszna  pamięć  przywoły-
wała wspomnienie pocałunku. Zaraz potem przypomniała sobie, 
jak  śmiesznie  chwytał  kawałki  jabłka,  które  mu  rzucała,  i  jak  
się wtedy serdecznie śmiała. Dawno się tak nie bawiła. 

Przypomniała sobie też, jak chwycił ją za ręce, gdy wypadła        

z  wozu,  i  jak  ją  osłaniał  i  chronił,  kiedy  oboje  polecieli                        
w przepaść. 

McNab? Trudno w to uwierzyć, ale tak, McNab.  
Uratował  ją,  gdy  jak  głupia  chciała  wejść  w  sam  środek 

bandy opryszków. 

Mimo wszystko powinna go nienawidzić. Przecież to McNab! 

Lecz jakoś nie potrafiła. 

Była głodna jak wilk; zapach pieczonych kuropatw drażnił jej 

powonienie.  Postanowiła  na  niego  nie  zerkać,  a  w  myślach 
przywołała  wszystkie  niegodziwości  i  krzywdy  doznane  od 
wrażego  klanu.  Może  w  ten  sposób  zdoła  rozpalić  w  sobie 
ogień  nienawiści,  a  zarazem  wytłumi  to  coś,  co  lęgło  się                   
w zakamarkach serca. 

W oddali zawył wilk, huknęła sowa. Grace ogarnęła opończę. 

McNab dołożył drew i ogień buchnął wesoło. 

-  Pewnie jesteś bardzo głodna? 
-  Wcale  nie  -  odparła,  przeklinając  własny  brzuch,  bo 

burczał tak, że echo niosło. 

Colin  spojrzał  na  nią  wymownie  i  znów  zajął  się  ogniskiem, 

Ptaki skwierczały na rożnie, które wystrugał. 

-

 

Łżesz,  McNish,  albo  się  mylisz,  słyszę,  jak  ci  w  brzuchu 

burczy. 

-

 

Nigdy  się  nie  mylę  i  zawsze  mam  rację  -  odparła  po-

śpiesznie,  niepomna,  że  przyrzekała  sobie,  że  nie  odezwie  się 
słowem. 

-  A to burczenie? 
-  Burczy,  i  co  z  tego?  Nie  jestem  głodna-  powtórzyła                   

background image

Jill Barnett 

 

z  uporem,  Nigdy  w  życiu  nie  odda  pola,  bo  byłoby  to  wbrew 
pierwszej  zasadzie  Grace  McNish:  nigdy  nikomu  nie  przy-
znawać  racji.  -  A  w  ogóle  to  nie  przejmuj  się  mną,  McNab.              
W  naszym  klanie  nawykliśmy  do  głodu.  -  Mówiąc  to,  patrzyła 
łakomie  na  skwierczące  ptaki.  Nie  mogła  już  wytrzymać.  Tak                    
ją  skręcało  w  żołądku,  że  zjadłaby  je  natychmiast,  nawet  na 
surowo. 

-  Jeszcze  się  nie  upiekły?  -  jęknęła  pokornie.  Poczuła  się 

strasznie  nieszczęśliwa.  Nawet  własny  brzuch  nie  chciał  jej 
słuchać. 

-  Jeszcze chwila. 
-  Największy jest mój, pamiętaj. 
Zaległa cisza. 
-  Największy?  Mówiłaś  o  ptakach?  -  spytał  z  niewinną 

miną. Wiedział, jak ją zbić z pantałyku. 

-  Ty chyba jesteś chory albo masz obsesję, McNab. 
-  Chcesz największego? Dostaniesz, ale poproś. 
Nie  wytrzymała.  Wzięła  się  pod  boki  i  wygłosiła  całe 

przemówienie: 

-  Jak to? To ja trafiłam największego i ten mi się należy. 
-  Znowu chcesz się kłócić? 
-  Nie  mam  zamiaru.  Największy  jest  mój,  i  tyle.  Cały 

problem  z  wami,  McNabami,  polega  na  tym,  że  zawsze  wy-
ciągacie łapy po cudze. 

Colin odczekał dobrą chwilę, po czym zapytał rzeczowo: 
-  A kto zabił pierwszą kuropatwę? 
Nie musiał czekać na odpowiedź. 
-  Ależ  oczywiście  ty  -  odparła  Grace  głosem  słodkim  jak 

miód. – Jeśli idzie o zabijanie, McNabowie są zawsze pierwsi. 

Spojrzał na nią tak, jakby chciał czynem potwierdzić, że tym 

razem ma absolutną rację. 

Grace  uznała,  że  lepiej  nie  brnąć  dalej  –  czasami  potrafiła 

myśleć rozsądnie – więc zmieniła temat. 

background image

Żmija 

77 

 

-  Uważaj, palą się! 
Colin  spojrzał  na  ogień  i  zaklął.  Dwa  mniejsze  ptaki  płonęły 

żywym ogniem. Rzucił się jak błyskawica i poderwał rożen. 

-  Poproszę mojego ptaszka – odezwała się Grace najsłodziej, 

jak tylko potrafiła. 

Spojrzał na nią ukosem. 
-

 

Ten w środku, tłusty i nieprzypalony jest mój – wyjaśniła. 

Patrząc jak McNab jej własnym sztyletem zsuwa ptaki z patyka. 
Dwa  mniejsze,  zwęglone,  spadły  na  ziemię  z  trzaskiem.  Na 
moment  zrobiło  jej  przykro,  ale  tylko  trochę.  Przyda  mu  się 
lekcja. Niech pozna, co to głód. 

-  Czekam. 
Wbił  nóż  w  tłustą  sztukę  i  podał  jej.  Krople  tłuszczu  za-

skwierczały na ogniu. 

Dziewczyna  chwyciła  kuropatwę  tak  łapczywie,  jakby  się 

bała,  że  ktoś  jej  odbierze.  Odłamała  udko,  przymknęła  oczy                 
i  ugryzła  pierwszy  kęs.  Co  za  wspaniałość!  Żuła  powoli, 
delektując  się  smakiem.  Przełknęła.  Oblizała  wargi.  Gdy  otwo-
rzyła  oczy,  zobaczyła,  że  McNab  patrzy  wygłodniałym  wzro-
kiem. Odruchowo przycisnęła ptaka do piersi. 

-  To moje, McNab. 
-

 

Co twoje? 

-

 

Ano to. - Podsunęła mu pachnącego ptaka pod nos.  

Zaklął  i  ze  złością  wbił  zęby  w  swój  zwęglony  posiłek.  Mina 

mu  zrzedła.  Wyglądał  tak,  jakby  rzeczywiście  miał  w  ustach 
kawałek  najprawdziwszego  węgla.  Przestał  jeść,  a  Grace, 
gdyby ktoś ją zapytał, gotowa byłaby przysiąc, że zobaczyła łzy 
w jego oczach. 

-  Mniam,  mniam  -  mruknęła,  z  zachwytem  biorąc  do  ust 

kolejny kęs swojej kuropatwy. 

McNab spojrzał na swoje jedzenie z  najwyższą niechęcią, ale 

też odgryzł kawałek. 

-  Ach, tylko trochę przypalone - oznajmił. 
 

background image

Jill Barnett 

 

-  A  moje  w  sam  raz,  doskonałe.  –  Pochyliła  się  nad  jego 

kuropatwą,  przyjrzała  się  jej  uważnie.  –  Ooo!  –  zawołała, 
pokazując  palcem.  –  Tu  jest  kawałek  mięsa  jakby  mniej  przy-
palony, widzisz? 

-  Widzę, bardzo dobry. - Odgryzł kawałek, splunął i wyrzucił 

zwęglonego ptaka w krzaki. 

-  A moja jest wspaniała, mniam, mniam. 
Colin  obejrzał  drugiego  ptaka,  skrzywił  się  i  nawet  nie 

spróbował  ugryźć,  od  razu  wyrzucił,  a  zaraz  potem  obdarzył 
Grace  takim  spojrzeniem,  że  bez  słów  zrozumiała,  że  ma  dość 
jej i jej gadania. 

Ale nie byłaby sobą, gdyby nie brnęła dalej. 
-  Bardzo  smaczne  -  oznajmiła,  żując  kolejny  kęs  z  le-           

dwie  skrywanym  uśmiechem.  Jej  towarzysz  zerwał  się                  
z  miejsca.  Słyszała  jego  kroki  za  plecami,  ale  nie  raczyła 
spojrzeć.  Skończyła  posiłek,  resztki  wrzuciła  do  ognia  i  do-                   
piero  wtedy  odwróciła  się,  podnosząc  wzrok,  i  to  był  jej           
trzeci  błąd.  Drugi  polegał  na  tym,  że  nie  zwróciła  uwagi                  
na  jego  kroki,  a  pierwszy  -  że  dokuczyła  mu  ponad  wszelką 
miarę. 

-  Lubisz się drażnić, McNish? – rzucił, patrząc na nią z góry. 
-  Ano lubię. - Wytrzymała jego wzrok. 
Schylił  się  i  chwycił  ją  w  ramiona  tak  błyskawicznie,  że 

nawet nie zdążyła pomyśleć, co się dzieje. 

-  A teraz, m'fheudail, zobaczysz, co ja lubię. 
 
 
 
 Grace  wpadła  we  własne  sidła.  Chciała  oczywiście  coś 

powiedzieć, więc otworzyła usta, a on tylko na to czekał. 

Zamknął  jej  usta  pocałunkiem  i  jeszcze  mocniej  przyciągnął 

do  siebie.  Broniła  się  tylko  przez  chwilę,  a  w  każdym  razie 
znacznie krócej, niż się spodziewał. 

Gdy  językiem  zaczął  szukać  jej  ust,  uniosła  zaciśnięte  pięści,            

background image

Żmija 

79 

 

a  sięgnąwszy  ramion,  bo  wyżej  i  tak  nie  sięgała...  rozluźniła 
palce  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  przygarniając  go  do  siebie, 
tak jak on przygarniał ją. 

Oboje zatracili się w namiętnym pocałunku. 
-  Och,  McNab,  co  ty  ze  mną  wyprawiasz?  –  szepnęła,  gdy 

brakło jej tchu i oderwała wargi od jego ust. 

-  Nic  takiego,  zdzieram  z  ciebie  ubranie.  -  Delikatnie  szarp-

nął za suknię - I... folguję sobie. 

-  Nie mów tak. - Pokręciła zakłopotana głową, a gdy ustami 

trafiła na jego wargi, przyciągnęła go znów do siebie. 

Opuścił  rękę,  obejmując  ją  w  pasie  i  przytulając  do  siebie. 

Przylgnęła do niego całą sobą. 

Krew  uderzyła  Colinowi  do  głowy.  Co  za  kobieta!  Zakołysał 

biodrami  w  miłosnym  rytmie  starym  jak  świat.  Odpowiedziała 
tym  samym,  jakby  uznając,  że  powinna  sprostać  każdemu 
wyzwaniu. 

Nie odrywała ust od jego warg. Namiętny pocałunek trwał, 

a  w  nim  krew  wrzała.  Takiej  fali  namiętności  nie  doświadczał 
jeszcze  nigdy.  Dziewczyna  przylgnęła  do  niego  jeszcze  mocniej,          
a  on  jeszcze  mocniej  ją  przyciskał.  Trwali  w  zgodnym  rytmie 
obu ciał. 

Ręce  Colina  zbłądziły  niżej,  ku  krajowi  sukni,  a  zaraz  potem 

rozpoczęły  wędrówkę  w  górę  wzdłuż  nagich  nóg,  ku  udom,  
tam gdzie jej ciało skrywało największą tajemnicę. 

  Jęknęła  z  rozkoszy,  pieszcząc  jego  słuch  długo  wyczekiwa-

nym  sygnałem  przyzwolenia.  Wyczuwał  palcami  jedwab  nagiej 
kobiecej  skóry,  miękki  i  delikatny  jak  płatki  róż.  Powędrował 
niżej,  a  gdy  dotarł  z  powrotem  do  kolan,  uniósł  dziewczynę,             
a ona spętała go nogami namiętnym węzłem. 

I znów z ust Grace dobył się stłumiony jęk, ni to błaganie, ni 

szloch, a jednocześnie jej dłoń wślizgnęła się pod jego ubranie. 

  Nie  wypuszczając  jej  z  objęć,  ułożył  ją  na  ziemi  i  dopiero 

wtedy oderwał się od jej ust. Palcami pieścił jej powieki i wargi. 

background image

Jill Barnett 

 

- Och, m'fheudail. 
Otworzyła  zamglone  oczy  i  odwzajemniła  pieszczotę,  doty-

kając  jego  warg.  Zanurzył  się  w  jej  wzroku  bez  reszty  i  bez 
końca.  A  ona,  naśladując  jego  pieszczotę,  wędrowała  palcami 
po  policzkach  Colina,  ku  powiekom  i  z  powrotem  ku  na-
brzmiałym wargom. 

Chwycił  ją  za  nadgarstek,  przytrzymał,  a  drugą  ręką  rozpiął 

koszulę,  dotykając  nagiej  szyi  i  brzucha.  Znieruchomiała, 
wstrzymała  oddech,  a  jej  oczy  jeszcze  bardziej  zasnuły  się 
mgłą pożądania. Oblizała wargi. 

Colin  tymczasem  śmielej  rozsunął  koszulę,  obnażając  piersi,              

i  delikatnie  powiódł  palcami  po  sutkach.  Chciała  usiąść,  chciała 
odwzajemnić pieszczotę, ale jej nie pozwolił. Wsunął rękę pod 
plecy dziewczyny, uniósł ją ku sobie i na długą chwilę przylgnął 
ustami  do  nagiej  kibici.  A  gdy  oderwał  usta,  na  skórze  został 
znak. 

Ona zaś niecierpliwą ręką odsłaniała jego pierś z okrycia.  
Otwierając  usta  najszerzej,  jak  tylko  mógł,  powędrował  ku 

jej  piersiom.  Zaraz  potem  ułożył  Grace  na  ziemi  i  znów  jej 
dotykał, pieścił, rozpalając w niej coraz to nowe ognie namięt-
ności. 

-  Palisz mnie, McNab - szepnęła. - Pal do końca, niech cała 

spłonę. 

Zwolnił  rytm,  spowolnił  pieszczotę,  jakby  chciał  odsunąć 

spełnienie. Jęknęła, targając go niecierpliwą ręką za odzienie. 

Odsunął  się  nagle,  wsunął  ramiona  pod  jej  kolana,  ustami 

sięgając w najtajniejsze zakamarki jej kobiecości. 

I znów jęknęła, pulsując cała z rozkoszy. Drżała jeszcze, gdy 

powtórzył  pieszczotę.  Opuściła  nogi  i  jednym  ruchem  zerwała 
odzienie z jego bioder. Ułożył się na dziewczynie, przywierając 
do niej całym ciałem. 

A  potem  znów  rozpoczął  wędrówkę  ustami  od  brzucha  ku 

piersiom  i  wyżej  ku  szyi,  a  gdy  jego  nabrzmiała  męskość

background image

Żmija 

81 

 

znalazła  się  u  wrót  jej  kobiecości,  zamarł  bez  ruchu  na  krótką 
chwilę, która dla niej trwała całą wieczność. 

Wchodził  w  nią  powoli,  patrząc  w  oczy  z  obawą,  czy  nie 

pojawi  się  w  nich  cień  lęku  albo  smuga  bólu.  A  oczy  Grace              
z  każdą  chwilą  robiły  się  coraz  większe,  ale  nie  dała  mu  w  nie 
spoglądać  do  końca.  Targnęła  się  do  przodu,  przywierając 
ustami  do  jego  warg.  Wchodził  w  nią  dalej  i  głębiej,  aż  wyczuł 
przeszkodę. I znów znieruchomiał. 

Wtedy ona przerwała pocałunek, odrzuciła głowę, zamykając 

powieki. 

Na  nic  już  nie  czekał.  Jednym  zdecydowanym  pchnięciem 

pokonał  przeszkodę,  biorąc  dziewczynę  całą  w  posiadanie, 
wiedząc, że nikt przed nim tego nie uczynił. 

Krzyknęła i wymierzyła mu cios pięścią w szczękę. 
-  Do diabła... McNish... - Zmroziło go. - Czemu? 
-  Zraniłeś mnie - rzuciła oskarżenie. 
-  Musiałem. 
-  Dlaczego?  Bom  z  McNishów?  -  W  jej  oczach  zalśniły              

łzy. 

Jezu Chryste! Zazgrzytał zębami, wziął głęboki oddech.  
-  Boli tylko za pierwszym razem. 
-  Wielkie nieba! - Zatrwożyła się. - Co cię boli? 
-  Mnie? Nic - odparł bez zastanowienia. 
-  A więc robiłeś to już kiedyś? 
Piekło  i  szatani...  Jeśli  odpowie  zgodnie  z  prawdą,  dostanie 

zapewne  niejeden,  ale  wiele  ciosów.  Przygarnął  dziewczynę 
do siebie, ucałował w policzki, w usta i szyję. 

-  Mężczyzn  nie  boli,  tylko  kobiety  -  szepnął.  -  I  tylko  za 

pierwszym  razem.  Odsunął  ją  lekko  od  siebie  i  spojrzał  prosto             
w oczy. - Bardzo boli? - spytał z troską. 

Milczała.  Przez  chwilę  trwała  nieruchomo,  jakby  pogrążona 

w sobie, po czym zakołysała z lekka biodrami. 

Policzył w myślach, nie wiedzieć do ilu, modląc się, żeby... 

background image

Jill Barnett 

 

-  Wcale nie boli! 
Odetchnął  z  ulgą,  cofnął  się  odrobinę,  najdelikatniej,  jak 

potrafił, aby nie sprawić jej bólu. 

-

 

Nie  wychodź,  nie  zostawiaj  mnie!  -  zawołała  zlękniona,                  

a jej małe dłonie zacisnęły się na jego ciele. 

-

 

Nie  zostawię.  Będziemy  teraz  jednym  ciałem,  McNish.  -

Wsunął się głębiej, cofnął i znów wsunął  w odwiecznym rytmie 
zespolenia ciał. 

Grace przymknęła oczy. 
-

 

Czuję  cię,  czuję  cię  całego.  -  Przywarła  do  niego  jeszcze 

mocniej. 

-

 

A nie boli? - spytał z troską. 

Uniosła  powieki,  ukazując  oczy,  zamglone,  pragnące,  o  bar-

wie ciemnego szmaragdu jak górskie knieje. 

-  Nie.  -  Pokręciła  głową  i  jakby  na  dowód,  że  mówi  szczerą 

prawdę, spętała go mocniej nogami. 

Brał ją powoli, niespiesznie docierał do kresu, cofał się i wracał, 

smakując  każdy  ruch,  sycąc  się  kobiecym  ciałem  i  spełniając  jej 
najtajniejsze pragnienia. Przywoływał całą swoją siłę, aby chwila 
stała się wiecznością, bo tak chciał - chciał w niej trwać bez końca, 
rozkoszować się nią, słuchać jej szeptów i westchnień rozkoszy. 

-  Jeszcze - błagała, poruszając coraz szybciej biodrami. 
Samczy  instynkt  wołał  o  to  samo,  ale  Colin  nie  chciał.  Nie 

chciał  zamieniać  wieczności  na  chwilę,  więc  kochał  ją  wolno, 
rytmem  serca,  a  nie  ciała.  Dziewczyna  otworzyła  oczy,  za-
mglone,  spragnione  i...  śmiałe.  Przygarnęła  go  mocnej,  wpra-
wiając biodra w jeszcze szybszy ruch. 

-

 

Szybciej,  McNab,  szybciej  -  ponaglała,  wyszeptując  nie-

cierpliwe pragnienie. 

-

 

Wolniej,  McNish  -  odpowiadał,  nurzając  się  w  niej  i  wy-

chodząc najwolniej, jak mógł, by chwila była wiecznością. 

Uniosła biodra, wciągając go głębiej, i uśmiechała się uśmie-

chem spełnienia, gdy sięgnął kresu jej ciała. Przymknęła oczy,  

 

background image

Żmija 

83 

 

łamiąc zgodny do tej pory rytm. Nie dał się zwieść. Przygarnął ją 
do siebie, zwolnił i poszukał ustami jej piersi. 

Jęknęła  z  rozkoszy.  Powędrował  ustami  niżej,  wytyczając 

ścieżkę  pocałunków  na  brzuchu,  a  potem  znów  na  piersiach. 
Zmienił  pozycję,  klęknął  i  uniósł  Grace  ku  sobie,  a  ona 
chwyciła go oburącz za szyję. 

Nie  przyspieszał  rytmu,  ale  ważył  i  smakował  każdy  ruch. 

Wnikał  w  nią  i  wychodził  na  przemian,  czując,  jak  go  wchłania                  
i wyzwala, wchłania i wyzwala. 

Jej  nagły  krzyk  oznajmił  kres  wieczności.  Colin  przestał 

walczyć i runął za nią w przepaść spełnienia. 

Gdy  się  ocknął,  otoczyła  go  ciemność,  jakby  oślepł.  Przed 

oczami  miał  czerń  jej  włosów.  Jeśli  na  tym  polega  ślepota,  to 
podda  się  jej  z  rozkoszą.  Chłonął  włosy  dziewczyny,  jej  ciepło, 
zapach i ciało. 

Odetchnął  głęboko.  Powietrze  niosło  woń  miłosnego  speł-

nienia i aromat sosnowego boru, który był im komnatą. 

Patrzył  na  nią,  jak  z  wolna  dochodzi  do  siebie.  Uniosła 

powieki, odnalazła go wzrokiem. 

-  Wielkie nieba - westchnęła ledwie słyszalnym szeptem. 
Jeśli  na  zawsze  miałby  doświadczać  tylko  jej  miłości,  będzie 

najszczęśliwszym  człowiekiem  pod  słońcem.  Gdy  to  sobie 
uświadomił,  zrozumiał,  że  właśnie  przegrał  bitwę,  którą  miał 
nadzieję wygrać. 

 
 
 
Gdy  na  niego  spojrzała,  wyglądał  jak  przetrącony.  Opuściła 

wzrok. Sama też się tak czuła. 

Podobało  jej  się.  Podobało?  Chciałaby  to  robić  do  końca 

życia! Z nim. Z nim? 

Jak  zdrajczyni!  Jak  tchórz!  Jak  słaba  kobieta!  Jak  w  ogóle 

mogła do tego dopuścić? 

A jednak dopuściła. Przymknęła oczy, czując, że przytłacza ją 

background image

Jill Barnett 

 

ogrom winy. Zległa z wrogiem. Z McNabem. I jakby tego było 
mało  -  miłowała  go.  Tak,  miłowała  i  nie  mogła  temu 
zaprzeczyć. 

-  Musimy  porozmawiać  -  odezwał  się  tym  swoim  aksamit-

nym głosem, którego mogłaby słuchać bez końca. 

Odgarnęła włosy i drgnęła, odsłaniając twarz.  
Colin  również  zadrżał.  Coś  w  jej  oczach  sprawiało,  że  zdjął 

go lęk. 

-  Skrzywdziłem cię. 
Odwróciła  wzrok  i  nie  patrząc,  odepchnęła  go  od  siebie. 

Wstał. Ona też stanęła na nogi, ogarniając ubranie na sobie. 

-  McNish? 
Znów ten głos. Jak trudno mu się oprzeć. 
-  Nie, nie skrzywdziłeś mnie. Sama jestem winna - odparła, 

nie  patrząc  na  niego.  Sama!  Zdradziła.  Zdradziła  klan.  Skrzyw- 
dziła  siebie  i  bliskich.  Co  powie  dziadek,  gdy  się  dowie,  że 
zrobiła to z McNabem. 

-  Muszę ci coś powiedzieć. - Wyciągnął do niej ręce. 
-  Nie, nie teraz. - Szarpnęła się. 
Gdy  dotknął  jej  ramienia,  zesztywniała  i...  wyglądała  tak, 

jakby zaraz miała się rozszlochać. Ona, która nigdy nie płakała. 

-

 

McNish. 

-

 

Nie, nie teraz, McNab. Ani teraz, ani nigdy. - Uciekła. 

Ona, która nigdy przed nikim i niczym nie uciekała. 
 

background image

Żmija 

85 

 

 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
  Gdzież  ona,  u  diabła,  się  podziała  -  mruczał  Colin  do 

siebie,  przedzierając  się  przez  gęstwinę.  Nie  sposób,  żeby 
odeszła daleko. McNish, ty diablico. 

Noc choć oko wykol. Szedł po omacku od drzewa do drzewa, 

wypatrując, szukając. Zniknęła. Jak kamień w wodę. 

Nagle jakiś głos rozdarł nocną ciszę. 
Colin zamarł. 
-  Puść  mnie,  ty  diabelskie  nasienie!  -  Ten  głos  znał  aż  za 

dobrze. A język tym bardziej. 

Przylgnął do drzewa. 
-  Och,  ty  przeklęta  żmijo.  Łap  ją,  Sim.  Suka  ugryzła  mnie            

w rękę. 

-

 

Zobaczysz,  co  ci  jeszcze  zrobię,  padalcu.  McNaaab!  -

Słychać było, że boleśnie kopnęła jednego z opryszków. 

Colin dobył noża i wyskoczył na polanę. 
-  Puście ją! 
Dwaj  bandyci  obejrzeli  się  za  siebie,  ale  nie  uwolnili  dziew-

czyny.  Rzut  oka  wystarczył,  by  Colin  przekonał  się,  że  -  na 
szczęście - nie jest ranna. 

-  Najwyższy czas, McNab - warknęła. 

background image

Jill Barnett 

 

Był to jeden z tych częstych  momentów, kiedy nie starczało 

jej rozumu, by docenić niebezpieczeństwo.  

-  To  jest  McNab  -  oświadczyła  bandytom  z  dumą.  -  A  kto                

to  są  McNabowie,  pewnie  wiecie,  bo  wszyscy  wiedzą.  Wyry-             
wają wrogom wątroby i rzucają wilkom na pożarcie, ot co! 

-  McNish - jęknął Colin. 
-   McNab oprawi was żywcem ze skóry, złodzieje! – wyrwała 

się, a gdy tylko odzyskała swobodę ruchów, zaraz złapała tego, 
co stał bliżej, za kudły. - A ciebie oskalpuje! 

-   Jezu Chryste, weźcie te zarazę ode mnie, bo stracę resztki 

włosów. 

-  Puśćcie ją! - zagrzmiał Colin, nie bardzo przekonany, czy to 

ją trzymają, czy ona trzyma ich. 

-  Wy śmierdzące padalce... 
-   McNish, zamknij się. 
Posłuchała.  Zamilkła,    a  nawet  przestała  ciągnąć  ich  za                  

włosy.  Oni  też  ją  puścili.  Ogarnęła  ubranie  i  z  dumnie  pod-
niesionym czołem potruchtała do Colina. 

-  Mogłeś się pośpieszyć. 
-  Porozmawiamy  później  -  rzucił.  -  A  gdzie  reszta?  -  zwró-             

cił się do bandytów, przygwożdżając ich wzrokiem. 

Mniejszy obejrzał się lękliwie w lewo i prawo. 
-  Nikogo  więcej  nie  ma.  Tylko  my  dwaj.  I  to  ona  na  nas 

napadła. 

-  Ja?  -  wrzasnęła  Grace,  biorąc  się  pod  boki.  -  To  łgar-                  

stwo  i  łżecie,  że  jesteście  sami.  Sama  widziałam  McGregora                        
i resztę.   

-  McNish,  do  diabła,  bądź  cicho.  -  Colin  chwycił  jej  rękę 

pchnął za siebie.  

-   Przecież ty też widziałeś - zaprotestowała oburzona.  
-   Dzięki ci wielce, że im to mówisz. 
Zrozumiała, że palnęła głupstwo, zaczerwieniła się nawet, ale 

trwało to tylko chwilę. 

 

background image

Żmija 

87 

 

-  Trudno,  mleko  się  wylało  -  wzruszyła  ramionami  -  ale  to 

nie powód, żebyś ze mnie szydził, McNab. 

Nie  zdążył  odpowiedzieć,  poczuł  bowiem  na  plecach  ostrze            

noża. Ktoś zaszedł ich z tyłu. 

-  Nie ruszać się, bo... - zagrzmiała groźba. 
-  Widzisz, McNab - rzuciła Grace półgłosem. - Pytałeś, gdzie 

reszta, teraz już wiesz. 

 
 
Powiedli  ich  na  inną  polanę,  gdzie  stały  trzy  zdobyczne                   

wozy  z  ładunkiem,  który  miał  wykarmić  cały  klan  McNishów,                    
a  obok  -  spętani  -  leżeli  Duncan,  Fiona,  Seamus  i  Iain,  na                 
szczęście  cali  i  zdrowi.  Grace  naliczyła  ośmiu  opryszków,  ale                    
nie było wśród nich herszta - McGregora. 

Tymczasem  nałożono  im  pęta,  a  Grace  dodatkowo  zakneb-

lowano,  rzucono  na  ziemię  i  kazano  czekać,  podczas  gdy                        
banda  rozsiadła  się  przy  ogniu,  łypiąc  łakomie  na  obie  dziew-
czyny. 

-  Cóżeś  nam  tu  przyprowadził,  Tom?  Coś  na  uciechę? 

Spódniczka, tak? Chętnie się nią zajmę. 

Tom z Simem spojrzeli najpierw po sobie, potem na Grace. 
-  Nie  wiesz,  co  mówisz,  Lem.  My  jej  nie  chcemy,  a  i  tobie               

się odechce. 

 -  Głupiście. Jest całkiem, całkiem... - Lem wstał od ogniska,               

a  Grace  w  ciemności  wyciągnęła  nogi,  szykując  się,  żeby  go 
kopnąć, gdy podejdzie bliżej. 

-  Wara  ode  mnie,  podły  szczurze!  -  wrzasnęła,  kiedy  Tom 

wyciągnął jej knebel. McNab chyba parsknął śmiechem, Duncan              
i  Iain  też,  ale  nie  była  pewna,  bo  krzyknęła  tak  gromko,  że 
niemal ogłuchła. 

-  Lubię takie ostre. - Lem oblizał się obleśnie. 
-  No to masz. - Napluła na niego. 
-  Trzymaj się, Grace! - zawołał Duncan. 

background image

Jill Barnett 

 

Nie  trzeba  było  jej  zachęcać.  Nóg  jej  nie  związano,  więc 

wymierzyła opryszkowi solidnego kopniaka. 

Lem zaklął i skoczył do niej, zaciskając pięści. Nie zdążył, bo 

jak spod ziemi wyrósł przed nim Colin. 

-  Zostaw ją! 
Bandyta  zatrzymał  się;  ważył  szanse.  Przeciwnik  był  o  głowę 

albo  i  więcej  wyższy  i  roślejszy  i  nawet  ze  spętanymi  rękami 
mógł być niebezpieczny. 

-  To  moja  żona.  Nie  próbuj  jej  dotknąć,  bo  zabiję.  A  do 

dziewczyny - spojrzał na Fionę - też nie podchodź. Niech im się 
coś stanie, a zabiję, jak nie ja, to inni, a mam ich wielu. 

Grace szczęka opadła. Żona? Co mu się stało? Chyba oszalał. 
-  Żona? -powtórzył jak echo zdumiony do granic Duncan. 
Lem  łypnął  podejrzliwie  na  chłopca.  Ten  zaczerwienił  się      

po same uszy. 

-  Twój  przyjaciel  chyba  się  dziwił.  Co  to  ma  znaczyć? 

Jesteś żoną czy nie? Mów prawdę. 

Grace  zmartwiała.  To  tak  jakby  postawiono  ją  pod  ścianą. 

Jeśli  powie,  że  tak,  nie  będzie  odwrotu.  Wedle  praw  Szkocji 
bowiem  mężem  i  żoną  zostają  ci,  co  zgodnie  ogłaszają  to 
wszem i wobec. 

Spojrzała  na  Colina,  szukając  w  jego  oczach  odpowiedzi  na 

pytanie,  czy  wie,  co  zrobił.  Wystarczy  jej  jedno  słowo  i  będą 
małżeństwem. 

Milczał, a z jego oblicza też nie potrafiła niczego odczytać. 
Będzie  miał  nauczkę  -  pomyślała,  gdy  nagle  zrobił  taką 

minę, jakby był pewien, że Grace zaprzeczy i powie „nie". 

Jej to wystarczyło. Zmrużyła oczy i spojrzała na Lema. 
-  Oczywiście, jestem jego żoną. 

background image

Żmija 

89 

 

 
 
 
 

 

 

 

 
 
 
 
 Colin  aż  się  zaśmiał.  Plan  powiódł  się  doskonale.  Zareago-

wała  dokładnie  tak,  jak  to  sobie  umyślił  i...  zdała  sobie  sprawę,          
że  wpadła  w  sprytnie  zastawioną  pułapkę,  bo  zbladła  jak 
kreda. 

Tom  teatralnym  gestem  zdjął  kapelusz  i  skłonił  się  przed  

Colinem, bacząc tylko, żeby nie znaleźć się zbyt blisko Grace. 

-  Współczuję  ci  z  całego  serca,  chłopie  -  oznajmił  i  chyba              

po  raz  pierwszy  w  całym  swoim  złodziejskim  życiu  powiedział 
prawdę.  Pokręcił  jeszcze  głową  i  wrócił  z  Simem  do  ogniska, 
pomrukując coś o piekle na ziemi. 

Lem został jeszcze, gapiąc się to na Grace, to na jej męża. 
-  Wara od kobiet - ostrzegł go jeszcze raz Colin. 
Lem tylko zaklął szpetnie. 
-

 

Weź tę swoją babę i tę drugą też, i zejdźcie mi z oczu. Ona 

ma milczeć, bo ją znów zaknebluję. 

-

 

Kogo? Mnie? - żachnęła się Grace. 

-

 

Bądź  cicho,  żono!  -  zmitygował  ją  Colin  i  nie  licząc,  że 

dziewczyna  posłucha  słownej  przestrogi,  dał  jej  kolanem  w 
zadek. 

Mężczyźni  zarechotali,  Grace  zmilczała,  ale  gdy  tylko  Lem 

wystarczająco daleko się oddalił, syknęła do Colina półgłosem: 

background image

Jill Barnett 

 

 -  Nabrałeś mnie, McNab. Jeszcze pożałujesz, 
-  Zapewne,  zapewne,  m'fheudail,  skarbie  -  rzucił,  gdy  od-

chodziła z dumnie podniesioną głową. 

Po  chwili  ruszył  za  nią,  by  dołączyć  do  Duncana  i  innych,              

a  pod  drodze  dokładnie  zbadał  wzrokiem  cały  obóz.  Gdy  zaś 
dotarł tam, gdzie przycupnęli jeńcy, stanął nad Grace, a ta tak 
się wierciła i kręciła, aż obróciła się do niego plecami. Duncan                 
i cała reszta patrzyli na nią z wyrazem najwyższego zdumienia. 

-  Grace  -  zdobył    się  na  odwagę  Duncan  –  poślubiłaś 

McNaba?! 

Ale  wystarczyło  jedno  gromiące  spojrzenie  dziewczyny,  by 

zamilkł jak niepyszny. 

Colin  przysiadł  się  do  niej;  oczywiście  zaraz  się  odsunęła. 

Pochylił  się  do  Duncana,  który  przycupnął  z  Iainem,  Fioną             
i Seamusem. 

-  Gdzie wasza broń? 
-  Przy  wozie,  tym  tutaj  -  odparł  chłopak,  wskazując  wóz 

stojący  kilka  metrów  od  nich.  I  rzeczywiście  pika,  kusza                    
i  miecz  leżały  na  stosie  przy  kole.  Tyle  samo  metrów  dzieliło             
ich  od  tego  arsenału,  co  od  ogniska,  przy  którym  rozsiedli  się 
bandyci. 

Colin pochylił ku Grace, która znów zaczęła się odsuwać. 
-  Siedź spokojnie, małżonko, jeśli chcesz wyjść stąd cało. 
Spojrzała  na  niego  z  niechęcią,  uparta  i  przekorna  jak 

zawsze. Teraz on zaczął się wiercić i przesuwać, aż znalazł się 
w  takim  miejscu,  w  którym  zasłonił  ją  sobą  przed  wzrokiem 
opryszków łypiących od ogniska. 

-  Pod koszulą mam twój sztylet - szepnął. - Wyciągnij. 
Posłuchała,  a  co  więcej,  nie  odezwała  się  słowem.  Zaczęła 

manipulować  spętanymi  rękami  pod  jego  ubraniem,  aż  wyma-
cała coś twardego. 

-  Wspaniale - pochwalił. - Chwyć go. 
Przesunęła palcami i objęła mocno rękojeść. 

background image

Żmija 

91 

 

-  To nie to - szepnął.  
Dziewczyna zamarła. 
-

 

Rękojeść jest mniejsza. 

Dostał  łokciem  w  żołądek,  aż  się  zakrztusił,  i  w  samą  porę, 

bo wybuchłby śmiechem. 

-  A  teraz  przetnij  mi  pęta.  -  Podsunął  jej  związane  na 

plecach ręce. 

Nie przecięła, wsunęła mu tylko nóż w dłoń. 
-

 

Nie, najpierw ty przetnij moje. 

-

 

McNish,  nie  pora  na  kłótnie  -  syknął,  zaciskając  zęby. 

Grace  nie  zareagowała.  -  Żona  powinna  być  posłuszna  -  zaczął              
z innej beczki. 

-

 

Mam  sztylet,  więc  uważaj,  co  mówisz.  Jeszcze  raz  mi 

przypomnisz, że dałam się nabrać, a tak cię urządzę, że zostanę 
wdową.  A  poza  tym  nie  ślubowałam  ci  posłuszeństwa  ani               
w ogóle niczego. 

-

 

Przetnij te pęta, do diabła! 

Odczekała jeszcze długą chwilę, żeby zezłościć go reszty, po 

czym zrobiła to, co kazał, i oddała mu sztylet. 

-  A teraz ty mi przetnij – zażądała. 
Udał,  że  nie  słyszy.  Przeciął  więzy  Duncanowi  i  dwóm 

pozostałym  chłopcom,  szeptem  nakazując,  żeby  niczego  nie 
dawali po sobie poznać, i ukrył nóż za pasem. 

-  Teraz mnie - domagała się Grace. 
-

 

Jeszcze nie pora. 

-

 

Co to znaczy? 

-

 

Bądź cierpliwa, droga małżonko. 

-

 

Niech cię diabli wezmą, McNab. 

Znów  udał,  że  nie  słyszy.  Pilnie  baczył,  co  dzieje  się  przy 

ognisku.  Opryszkowie  wytoczyli  antałek  piwa  i  raczyli  się  bez 
opamiętania, a teraz zebrało im się na śpiewanie. 

-  Śpiewamy  z  nimi  -  rzucił  Colin  do  swoich  i  dołączył  do 

chóru nucącego starą szkocką balladę. 

background image

Jill Barnett 

 

-

 

Wiecie  co,  chłopcy,  przydałaby  się  kobza!  -  zawołał,  gdy 

utwór  dobiegł  końca.  -  Nasza  ruda  -  głową  wskazał  Fionę  -
potrafi  pięknie  grać  -  obwieścił,  nie  bacząc  na  rozpaczliwe 
gesty Grace. 

-  No to dajcie jej dudy! - krzyknął któryś od ogniska. 
-

 

Niech nam zagra! - zawtórowali inni. 

-

 

Pomożesz  nam  -  szepnął  Colin  do  lewego,  oczywiście, 

ucha  Fiony.  -  Zagraj  najgłośniej,  jak  tylko  możesz.  A  potem 
ukryj się za wozem. Zrozumiałaś? 

Kiwnęła  głową,  przejęta,  że  McNab  powierza  jej  tak  ważne 

zadanie. 

Ten, którego zwano Tomem, podniósł się od ogniska i chwiej-

nym krokiem poszedł po dudy porzucone na jednym z wozów. 

-  A  wy,  gdy  tylko  Fiona  zacznie,  biegiem  po  broń  -  polecił 

Colin  chłopcom.  -  Ty,  Duncan,  weźmiesz  pikę,  Iain  miecz,                 
a ty, Seamus, bierz kuszę. 

-  Tylko nie  kuszę i nie on - zaprotestowali Duncan  z Ianem               

i obie dziewczyny zgodnym chórem. 

-  Nie  gadajcie,  wiem,  co  robię.  I  pamiętajcie:  zaczynamy 

dopiero, gdy Fiona zagra. Zrozumiano? 

-  A co ze mną? - spytała Grace. 
-

 

Cicho, Tom nadchodzi. 

Tom właśnie przyniósł ukochany instrument Fiony. Kazał jej 

wyciągnąć  spętane  ręce  i  przeciął  postronki.  Jego  kamraci 
patrzyli  wyczekująco.  Dziewczyna  wzięła  miech  pod  pachę                   
i zadęła tak, że echo zadudniło po całej okolicy. 

Słuchaczy przy ognisku zamurowało. 
-  Teraz!  -  krzyknął  Colin,  a  sam  skoczył  do  gardła  Lema.            

Nie  wiadomo,  jak  to  by  się  skończyło,  gdyby  kątem  oka  nie  
spostrzegł  Duncana,  wymachującego  piką.  Rzucił  opryszka             
i  kucnął,  a  chłopak  zwalił  się  na  Lema,  przeszywając  go  na      
wylot. 

O jednego bandytę mniej. 
 

background image

Żmija 

93 

 

Colin  zerwał  się  na  nogi,  złapał  dwóch  bandytów  za  łby, 

łupnął  o  siebie  i  to  wystarczyło,  by  bez  ducha  padli  na  ziemię. 
Kątem  oka  zerknął  na  Iaina,  który  mocował  się  z  ciężkim 
mieczem. 

-  Daj  spokój,  zarzuć  go  sobie  na  ramię  -  poradził  Colin,                    

a  chłopak  chętnie  skorzystał  z  sugestii  z  niebywałym,  acz 
przypadkowym  skutkiem.  Miecz  zamiast  w  ramię  Iaina,  trafił                 
w czaszkę złodzieja, który akurat znalazł się za plecami chłopca. 

Czterech bandytów zległo już na ziemi. 
Colin sięgał po następnego wroga, gdy tuż przed jego nosem, 

jak  czarna  pantera,  skoczyła  Grace.  Mierzyła  w  plecy  tego, 
którego  zwali  Tomem.  Ten  zawył,  jakby  go  sam  diabeł  ścigał,               
a diabeł co prawda spudłował, ale zdołał zarzucić spętane ręce 
na szyję opryszka. 

Ten ruszył w szaleńczy pląs, usiłując wyzwolić się z duszącej 

pętli.  Charczał  i  wrzeszczał  jak  szaleniec  i  Colin  wręcz  zaczął                       
mu współczuć. 

Sim próbował przemknąć na prawo od Colina, lecz ten zwalił 

go  pięścią  z  półobrotu.  Sim  padł  prosto  pod  nogi  Toma,  który 
upadł, pociągając za sobą Grace. 

Colin  chciał  jej  nawet  pomóc,  ale  sama  sobie  doskonale 

poradziła,  pozbawiając  obu  opryszków  przytomności  celnymi 
kopniakami. 

Już sześciu leżało bez życia. 
Siódmy zamachnął się na Colina, ale ten skontrował, a kątem 

oka dostrzegł, że Seamus naciąga kuszę i zaczyna mierzyć. 

-  Uwaga!-  krzyknął.  -  Seamus  będzie  strzelał!  Padł  plac-

kiem  na  ziemię,  a  za  nim  cała  reszta  McNishowych  wojow-
ników. 

Seamus  pociągnął za  spust, strzała załopotała  w  powietrzu  

i  wbiła  się  w  sosnę,  przy  której  krył  się  ósmy  opryszek, 
przygwożdżając go do drzewa. 

Colin odetchnął z ulgą. Zwycięstwo! 

background image

Jill Barnett 

 

-  McNaaab!  -  rozległo  się  stłumione  wołanie.  Para  bosych 

stóp  wystawała  spod  dwóch  ciał,  Toma  i  Sima,  podczas  gdy 
Grace bez skutku próbowała się uwolnić od podwójnego ciężaru. 

Udało jej się wreszcie wyciągnąć głowę. 
-  Nie  stój  jak  dureń!  -  wrzasnęła  jak  zwykle  jadowitym 

tonem. - Pomóż mi i przetnij wreszcie te pęta! 

Colin  stanął  w  miejscu,  zastanawiając  się,  czy  uczynić 

zadość  tak  wyrażonej  prośbie  swojej  słodkiej  żoneczki,  gdy     
tuż  nad  jego  głową  przeleciał  nóż,  ciśnięty  mocną  ręką,  i  wbił            
się w bok wozu. 

Padł na ziemię i błyskawicznie uwolnił ręce Grace. 
-  Długo  na  ciebie  czekałem,  ale  wreszcie  się  doczekałem!  -

zagrzmiał  ponury  głos  McGregora.  Stał  na  skraju  polany, 
podrzucając w ręku ryngraf Campbellów. 

-  Ja  też  -  odwarknął  Colin  i  jak  zwierz  rzucił  się  na  wroga. 

Zwalił go na ziemię i obaj zwarli się w śmiertelnym uścisku. 

Rozgorzała walka, na którą obaj dawno czekali.  
McGregor  wzniósł  pięść  potężną  jak  młot.  Colin  zdołał 

uniknąć  ciosu,  a  jednocześnie  trafił  kolanem  w  podbrzusze 
bandyty. 

-  Daj mu popalić, McNab! Weź go za gardło, wal w brzuch, 

wykończ go... 

Colin  zerknął  kątem  oka.  Grace  wygrzebała  się  spod  dwóch 

ciał, usiadła na nich jak na zydlu i machając rękami, zagrzewała 
go do walki. 

Wystarczyła  jednak  ta  chwila  nieuwagi,  bo  oto  poczuł,  że 

wali  się  na  ziemię,  a  przed  oczami  wirują  mu  wszystkie 
gwiazdy  świata.  Dosięgła  go  pięść  McGregora.  Zerwał  się 
jednak i półociemniały od ciosu, runął na bandytę. 

- W nos, w oko, w bebech... - zagrzewała rozogniona walką 

Grace. 

Colin wyprowadził straszliwy cios z prawej. Trafił. Echem po 

całej polanie poniósł się chrzęst łamanej szczęki opryszka. 

background image

Żmija 

95 

 

 McGregor padł jak podcięte drzewo. 
-   Pięknie,  McNab,  wspaniale!  -  Grace  z  uciechy  zaczęła 

klaskać. - Wiedziałam, że dasz radę! 

Colin  jeszcze  nie  triumfował.  Podniósł  nóż,  który  wypadł  

mu  z  rąk,  i  przystawił  do  piersi  McGregora,  podczas  gdy  ten 
wodził  wzrokiem  od  Grace  do  Colina  i  na  powrót  do  dziew-
czyny. 

-   A ta diablica, to kto? - wykrztusił zdumiony. 
-   Moja żona. 
-  A McNab? Który to? 
Grace  poderwała  się  z  żywego,  acz  nieprzytomnego  zydla, 

zwabiona  pytaniem.  Stanęła  nad  McGregorem  z  rękami  na 
biodrach i dumną miną. 

-  Jak to który? Ten. - Pokazała palcem Colina. 
McGregor  zarechotał,  jakby  usłyszał  coś  niezwykłe  zabaw-

nego. Chłopcy zaczęli pętać mu ręce i nogi. 

-  Z  czego  się  śmiejesz,  padalcu?  -  Grace  ściągnęła  groźnie 

brwi. 

McGregor spojrzał na swojego wroga. 
-  Wydaje  mi  się,  Campbell,  że  powinieneś  przedstawić  się 

swojej małżonce. 

-  Campbell?  -powtórzyła  Grace,  wbijając  wzrok  w  ryngraf, 

który  wypadł  z  ręki  McGregora.  Schyliła  się,  podniosła  go,              
a  jej  zdumienie  nie  miało  granic,  bo  oto  miała  przed  oczami 
herb  księcia  Argyllu,  władcy  wysp.  Spojrzała  na  właściciela                  
i widać było, że krew odpłynęła jej z głowy, bo zbladła jak lilia. 

-  Jaki  z  niego  McNab  -  McGregor  rechotał  -  toż  to  Colin 

Campbell we własnej osobie. 

Rozległ się głuchy dźwięk padającego na murawę ciała.  
Jej  wysokość  Grace,  księżna  Argyllu,  zlegla  bez  ducha  na 

ziemi. 

background image

Jill Barnett 

 

 
 
 
 
 
 
 
 

10 

 
 
 
 
  Colin  potrzebował  niewiele  czasu,  aby  się  upewnić,  że  to 

nie  McNabowie  zasługują  na  względy,  ale  klan  jego  małżonki. 
Wystarczyło,  że  zobaczył,  jak  się  sprawy  mają  na  nagiej 
wysepce  McNishów,  a  gotów  był  gołymi  rękami  dobrać  się  do 
pazernych gardeł Donnella McNaba i jego synów. 

Ale  z  pobytu  na  wyspie  wyciągnął  jeszcze  inną  lekcję. 

Odkrył tajemnicę gwałtownego i dumnego zarazem charakteru 
żony.  Gdy  przybyli  na  wyspę,  na  powitanie  wyszedł  im, 
kuśtykając,  stary  Angus  McNish.  Mimo  nędzy  i  wszystkich 
nieszczęść,  jakie  spadły  na  jego  klan,  siwy  starzec  kroczył               
z  dumnie  podniesionym  czołem  i  w  ogóle  zachowywał  się  tak, 
jakby  nie  liczył  się  ani  ciężar  lat,  jakie  dźwigał,  ani  nędzne 
odzienie na grzbiecie, ani zrujnowany zamek. 

Z  Angusem  Colin  przegadał  kilka  długich  godzin,  a  zaraz 

potem  skoczył  na  siodło  i  popędził  do  McNabów.  Szczęściem 
dla  nich  droga  nie  była  krótka,  podróż  zajęła  cały  dzień,  więc 
zdążył  nieco  ochłonąć.  Gdyby  nie  to,  z  miejsca  kazałby  całe 
McNabowe  plemię  załadować  na  statki  i  wysłać  na  kraniec 
świata  do  dzikusów,  gdzie  mieliby  za  swoje,  jeśli  w  ogóle 
udałoby im się przeżyć. 

background image

Żmija 

97 

 

  
Powstrzymał  się  od  najsurowszego  wyroku,  ale  uprzedził, 

że  jeśli  nie  porzucą  złodziejskiego  procederu,  jeśli  ukradną 
komuś choćby jabłko, wtedy nie będzie dla nich litości. Odbierze 
im ziemię, puści z torbami i przepędzi ze Szkocji na zawsze. 

Nie  mógł,  oczywiście,  przywrócić  życia  tym,  co  zginęli  za 

przyczyną McNabów - pamięć o cierpieniach pozostanie u ludzi 
na  zawsze  -  ale  nałożył  na  McNabów  dotkliwe  kary.  Z  ich 
majątku  kazał  wypłacić  hojne  odszkodowania  rodzinom  ofiar, 
odebrał rabusiom połowę bydła i oddał McNishom, nie mówiąc 
już  o  tym,  że  nakazał  zwrócić  zagrabioną  ziemię.  Ustanowił 
także  straże  wokół  ziem,  jakie  McNabom  zostały,  aby  już  nigdy 
nikomu nie zagrażali. 

Ci  zachowali  się  tak,  jak  można  było  się  tego  spodziewać  -

tchórzliwie.  Gdy  Colin  ze  swoimi  ludźmi  wyjeżdżał,  Donnell              
z  bandą  synów  gotów  był  całować  ziemię,  po  której  stąpał 
jednonogi Angus McNish, 

Po  powrocie  do  zamku  McNishów  Colin  Campbell  zdał 

sobie  boleśnie  sprawę,  że  wojny  klanów  i  złodziejstwa  McNa-
bów  to  drobiazg  w  porównaniu  z  problemem,  z  jakim  teraz 
przyszło  mu  się  zmierzyć.  Grace  McNish  zamknęła  się  w  swojej 
komnacie  na  zamkowej  wieży,  oświadczając,  że  nie  chce  mieć              
z nim nic wspólnego. 

Skoro  góra  nie  chce  przyjść  do  Mahometa,  Mahomet  musi 

udać  do  góry.  Tak  też  postąpił  lord  Colin.  Udał  się  do  komnat 
małżonki.  Przyjęła  go  wyniośle,  słowa  nie  powiedziała  na 
powitanie. 

-  Długo będziesz się boczyć? - spytał. 
Nie raczyła odpowiedzieć. 
-

 

Sądziłem,  że  się  ucieszysz,  gdy  się  dowiesz,  że  nie  jestem 

McNabem. 

-

 

I pomyliłeś się, mój panie. 

-

 

Nie mów do mnie „panie", 

-

 

Jakżeż  to?  Przecież  jesteś  wielkim  i  potężnym  Colinem 

background image

Jill Barnett 

 

Campbellem,  księciem  Argyllu  i  królem  kłamstw,  -  Demon-
stracyjne  obróciła  się  na  pięcie,  częstując  jego  lordowską 
wysokość widokiem swoich pleców. 

Doskonale  wiedział,  że  to  po  to,  aby  go  zezłościć,  więc 

machnął ręką i podszedł do niej. 

-  A ty, McNish, nigdy w życiu nie kłamałaś. 
Obróciła się do niego z ogniem w oczach. 
-  Liczy  się  tylko  to,  że  doskonale  wiedziałeś,  kim  jestem,             

i  to  od  samego  początku,  mój  panie. A  co  do  łgarstw,  to  nigdy 
nie kłamałam, gdy chodziło o ważne sprawy. 

-

 

Przyznajesz  zatem,    że  małżeństwo  to  ważna  sprawa,             

m 'fheudail 

-  Nie nazywaj mnie skarbem, bo sobie tego nie życzę. 
-  Nie  raczyłaś  odpowiedzieć  na  moje  pytanie.  -  Objął  ją                 

i przyciągnął do siebie.  

Zesztywniała. 
-  A więc czy małżeństwo to ważna sprawa? 
Broda  zaczęła  jej  drżeć,  łzy  popłynęły  po  policzkach,  ode-

pchnęła go od siebie i strasznie się rozszlochała.    

Było  to  tak  do  niej  niepodobne,  że  Colin  stanął  jak  wryty                  

i  zrobiło  mu  się  okropnie  żal.  A  ona  dygotała  jak  kupka 
nieszczęścia, szlochając coraz głośniej. Chciał ją uciszyć, lecz nic    
z  tego  nie  wyszło.  Ludzie  na  dole  pomyślą  pewnie,  że  ją  bije, 
tak strasznie rozpaczała. 

-  McNish...  -  Nic  lepszego  nie  przyszło  mu  do  głowy,  nie 

wiedział,  co  powiedzieć  i  co  zrobić.  Stał  i  patrzył,  a  im  dłużej 
stał, tym ona głośniej szlochała. 

 

-

 

Chcesz, żebym wyszedł. 

-

 

Ta... tak.  

Ruszył do drzwi. 
-

 

Nieeee.  

Zatrzymał się. 
-

 

Saaama nieee wieeem. - Dalej szlochała. 

background image

Żmija 

99 

 

-  Co u licha powinienem zrobić? - zapytywał sam siebie. 
-

 

Jesteś nieszczęśliwa? 

-

 

Saaama nieee wieeem. 

-

 

Pomyśl  logicznie.  Nic  takiego  się  nie  stało,  żeby  tak 

rozpaczać. 

-

 

Logicznie? - Rozszlochała się jeszcze bardziej. 

-  Żałujesz, że wyszłaś za mnie? 
Zmilczała. 
Czekał na odpowiedź i chyba minęła wieczność, a dziewczyna 

nic, tylko szlochała. W końcu stracił cierpliwość. 

-  Skoro  nie  raczysz  odpowiedzieć,  to  wychodzę  –  rzekł 

ostrym  tonem.  -  Wrócę,  gdy  nabierzesz  rozumu  i  przestaniesz 
zachowywać się jak szalona. 

Pomogło. 
-

 

Szalona?  -  Obróciła  się  jak  na  zawołanie,  ukazując  oczy 

spuchnięte i czerwone od łez. 

-

 

Tak, i mam tego dość. 

-

 

Ty  masz  tego  dość,  a  ja  jestem  szalona  -  powtórzyła, 

akcentując każde słowo. 

Po  chwili  jego  lordowską  mość  zbiegał  jak  niepyszny  po 

paradnych  schodach,  chroniąc  się  przed  lawiną  talerzy,  dzba-
nów,  mis  i  tym  podobnych  przedmiotów,  którymi  lady  jęła 
ciskać bez opamiętania. 

Uszedłszy  mimo  wszystko  z  życiem,  Colin  udał  się  do 

Angusa McNisha, który wypoczywał w wielkiej sali, nasłuchując 
z  rozbawieniem  odgłosów  debaty  wnuczki  z  jej  wysoko 
urodzonym małżonkiem. 

Nie tylko on, bo przy stole w wielkiej sali zebrali się również 

wierni  towarzysze  Campbella  z  dzielnym  Mungiem  na  czele              
i oczywiście wszyscy łypali ciekawie na swojego pana. 

Mungo  pierwszy  poderwał  się  z  miejsca.  Stanął  w  całej 

swojej  prawie  dwumetrowej  okazałości,  dobył  miecz  i  podał 
Colinowi. 

background image

Jill Barnett 

 

-  Weź,  panie,  żebyś  miał  się  czym  bronić  przed  szanowną 

małżonką. 

Wszyscy zarechotali jak z najprzedniejszego dowcipu. 
-

 

Zrazu  myśleliśmy,  że  dajesz  jej  nauczkę,  bo  tak  straszne 

rozpaczała, ale, widzę, było odwrotnie. 

-

 

Następnym  razem  zabiorę  was  ze  sobą,  żebyście  mnie 

pilnowali. 

-  Chętnie poniańczę, ale nie ciebie, lecz wnuka.  
Przyjacielskie  przekomarzania  trwały  jeszcze  dobrą  chwilę, 

aż Colin machnął ręką i zasiadł na wielkim krześle przy ogniu. 

Zapadła  cisza,  a  potem  ludzie  dyskretnie,  jeden  po  drugim, 

zaczęli  wymykać  się  z  sali,  aż  zostali  we  trójkę  -  Colin,  Angus                 
i Mungo. Usiedli przy stole. 

Angus podał mężowi wnuczki puchar wina. 
-  Napij  się,  dobrze  ci  zrobi.  Ależ  ona  wrzeszczała,  słychać 

było na całej wyspie. 

-  Podejrzewam,  że  echo  poniosło  aż  do  Londynu  -  dodał 

Colin z rezygnacją. 

-  No,  no,  no  -  odezwał  się  Mungo  tonem  niekłamanego 
podziwu - ale masz guza na głowie! Wielki jak gęsie jajo. 
-  Nie zdążyłem uciec. – Colin pomacał się po głowie i skrzy-
wił z bólu. 
-  Dziewczyna  ma  temperament,  jak,  wypisz  wymaluj,  jej 

babka - oznajmił Angus. - Nie będziesz się nudził, mój chłopcze, 
tak jak ja się nie nudziłem. 

-  Trzeba było sprawić jej porządne lanie – mruknął Colin. 
-  Dobrze  ci  mówić.  Nawet  jak  miałem  obie  nogi,  nie 

mogłem jej dogonić.   

-  Masz  rację,  nie  będę  się  nudził,  ale  problem  w  tym,  że 

nie potrafię jej rozgryźć. 

-  Cierpliwości, wszystko przyjdzie z czasem. Nauczysz się, jak 

z nią postępować. 

-  A  ja  nie  wytrzymałbym  ani  chwili  z  taką  złośnicą  -

background image

Żmija 

101 

 

 mruknął  Mungo.  -  Marzy  mi  się  co  innego:  cichy,  spokojny 
dom. Będę najszczęśliwszy, gdy znajdę taką żonę. 

Colina  aż  targnęło  ze  zdumienia.  Znali  się  od  dwudziestu  

lat,  w  niejednej  bitwie  walczyli  i  zdawałoby  się,  że  poza 
żołnierką  Mungo  świata  nie  widzi.  Nigdy  nie  wspominał                      
o  żadnych  białogłowach  i  patrzcie  -  ten  wielki  wojownik 
marzył  o  domowym  zaciszu.  Świat  chyba  oszalał  albo  stanął             
na  głowie  i  poza  nim,  Colinem,  wszyscy  zwyczajnie  powa-
riowali. 

Mungo  sięgnął  po  chleb  i  mięsiwo,  po  czym  zachęcił  Colina, 

aby poszedł w jego ślady. 

-  Zjedz coś, odpocznij, niech małżonka trochę ochłonie. 
Colin  nie  dał  się  długo  namawiać.  Dolał  wina,  urwał  wspa-

niale  upieczone  gęsie  udo  i  potoczyła  się  rozmowa  o  dawnych 
czasach, wspólnych przygodach i bitwach. 

Czas  mijał  niepostrzeżenie  i  gdy  w  pewnym  momencie  Colin 

wstał,  żeby  dołożyć  do  ognia,  bo  przygasał,  spostrzegł  Fionę. 
Weszła  do  sali  nie  wiadomo  kiedy,  ale  ze  spojrzeń  rzucanych  
na Munga wiadomo było, po co i do kogo przyszła. 

To ją miał na myśli Mungo, gdy mówił o cichym i spokojnym 

domu. Ale też trudno o większy kontrast - rudowłose dziewczę, 
słodkie  jak  miód,  i  wojownik  wielki  jak  niedźwiedź  o  pooranej 
bliznami  twarzy  i  rękach  jak  bochny,  co  i  tura  powalą,  gdy 
trzeba, nie mówiąc już o latach, a tych Mungo miał co najmniej 
dwa  tuziny  więcej  niż  jego  wybranka,  z  którą  łączył  nadzieję  
na ciszę i spokój. 

Tylko co z ukochanym instrumentem Fiony? 
Jak  pożenić  ciszę  i  spokój  z  zamiłowaniem  do  hałaśliwych 

koncertów? 

Ale  gdy  Colin  spojrzał  na  maślane  oczy  i  głupawy  uśmiech                  

na  twarzy  rozmarzonego  Munga,  wiedział,  że  kobza  Fiony  nie 
będzie  żadną  przeszkodą.  Stary  wojak  przepadł  z  kretesem,  tak 
jak  z  kretesem  przepadł  on,  Colin.  Mungo  machnie  ręką  na 
muzyczne  umiłowania  przyszłej  małżonki,  tak  jak  on  nie 

background image

Jill Barnett 

 

przejmował  się  talentem  Grace  McNish  do  wykręcania  kota 
ogonem. 

Fiona dyskretnie zakaszlała. 
-  Wasza  wysokość  -  dygnęła  jak  prawdziwa  dworka  -

przynoszę posłanie od małżonki waszej książęcej wysokości. 

Angus nalał Colinowi pełny puchar wina. 
-  Napij  się,  chłopcze,  wypij  do  końca,  nim  pozwolisz  jej 

mówić. 

Fiona  już  otwierała  usta,  ale  Colin  dał  znak,  żeby  poczekała. 

Wypił  duszkiem  do  ostatniej  kropli  i  dopiero  wtedy  rozpoczął 
posłuchanie. 

-  Mówże, z czym przychodzisz. 
Fiona  spojrzała  najpierw  na  Munga,  potem  znów  na  Colina, 

przybrała  pozę  pełną  szacunku  i...  zrobiła  najgłupszą  na 
świecie minę. 

-  Za... zapomniałam. 
Spuściła oczy i zaczęła coś mamrotać pod nosem. Trwało to 

dobrą chwilę, aż wreszcie podniosła oczy i znów dygnęła. 

-  Przypomniałaś sobie? 
-  Tak, wasza wysokość. 
-  No to słucham. 
Dziewczyna  nabrała  powietrza  w  płuca  i  zaczęła  wyrzucać             

z siebie słowa, jakby w obawie, że za chwilę znów zapomni. 

-  Jej  wysokość,  księżna  Argyłlu,  wnuczka  Angusa,  Bairda 

klanu  McNishów,  i  małżonka  waszej  wysokości,  władcy  wysp, 
pragnie  zakomunikować,  iż  nie  żywi  żalu,  to  znaczy...  nie 
żałuje...   

Colin  odetchnął;  kamień  spadł  mu  z  serca.  Tak  się  bał,  tak 

bardzo się bał, że Grace będzie żądać rozwiązania małżeństwa. 

-   Jej  wysokość  poleciła  mi  również  zakomunikować  waszej 

wysokości, co następuje: „Nawet gdybym żałowała, że za 

background image

Żmija 

103 

 

ciebie wyszłam, czego po prawdzie nie żałuję, to i tak bym się 
do  tego  nie  przyznała,  bo  nie  zwykłam  przyznawać  się  do 
błędów, a kto myśli inaczej, ten jest osioł i dureń". 

Cała Grace! 
Szczery śmiech z trzech męskich gardeł poniósł się po całym 

zamku, wyspie, jeziorze i całej Szkocji. 

background image

Jill Barnett 

 

 
 
 
 
 
 
 

Epilog 

 
 
 
 
 
 I  oto  mijał  trzynasty  rok  od  dnia,  kiedy  księżna  Grace 

nastała  na  zamku  Findon  -  odwiecznej  siedzibie  rodu  Camp-
bellów.  Lord  Colin  władał  sprawiedliwie,  zyskując  szczery 
szacunek  poddanych.  Wyciszył  spory,  w  szkockich  górach 
zagościł  wytęskniony  pokój  i  spokój,  czego,  niestety,  nie 
dałoby się powiedzieć o zamku Findon. 

W  dzień  św.  Michała,  do  którego  książę  pan  i  księżna  mieli 

szczególne  nabożeństwo,  w  zaniku  rozległy  się  dzwony,  wzy-
wające  Campbellowski  drobiazg  na  świąteczne  ciasto  -  trady-
cyjny biszkopt z owocami zwany dundee. 

Na podwórcu nieopodal wielkiej sali, w której służba wyłożyła 

ciasto,  ośmioletnia  dziewczynka  wydarła  się  na  całe  gardło                 
i z bitewnym okrzykiem - „Campbell"! runęła z rosłej jarzębiny na 
plecy  chłopaka,  swego  brata  Gavina,  najstarszego  potomka 
książęcej pary i przyszłego dziedzica tytułu i dóbr. Chłopiec był 
ponad  wiek  cierpliwy,  inteligentny  i  -  na  szczęście  -  równie 
rosły i mocarny, jak jego ojciec. 

-  Zaniesiesz mnie braciszku? 
-  Jeśli sobie życzysz, Annabello. 
-  No  to  chodźmy  -  ucieszyła  się  mała,  obejmując  brata  za 

szyję. Mając takiego wierzchowca, mogła być pewna, że żadna  

background image

Żmija 

105 

 

z  sióstr  nie  wyprzedzi  jej  w  wyścigu  do  stołu,  a  więc  jej 
przypadnie pierwszy i najsmaczniejszy kawałek ciasta. 

Na  schodach  dołączył  do  nich  młodszy  od  Gavina  Lucas.  

Też  zapowiadał  się  na  rosłego  mężczyznę,  jak  brat  i  ojciec,              
i  jak  oni  miał  niewyczerpane  zasoby  cierpliwości,  co  znakomicie 
różniło  obu  chłopców  od  czwórki  młodszego  rodzeństwa  -
dziewczynek, które co do jednej wrodziły się w mamę. 

Gdy  chłopcy  z  Annabellą  na  plecach  wpadli  do  wielkiej  sali, 

zobaczyli  rodziców  złączonych  w  pocałunku.  Annabella  nie 
zwróciła  na  nich  najmniejszej  uwagi.  Zsunęła  się  pleców 
Gavina,  podbiegła  do  stołu  i  sięgnęła  po  nóż,  aby  ukroić  sobie 
pierwszy  kawałek.  Nie  zdążyła,  bo  ojciec  czujnie  wziął  ją         
w  ramiona,  wyjął  nóż  z  małej  dłoni,  podrzucił  córkę  wesoło             
do  góry  i  przytulił,  strofując  łagodnie,  że  powinna  jednak 
opanować łakomstwo i poczekać, aż się wszyscy zbiorą. 

Mama  uśmiechnęła  się  tajemniczo,  głaszcząc  obu  chłopców 

po czuprynach. 

-  Moi drodzy - zaczęła uroczyście - mamy dla was wspaniałą 

wiadomość. Na wiosnę przybędzie wam rodzeństwa. 

Lucas  z  Gavinem  odmówili  w  duchu  pacierz,  aby  nowy 

członek  rodziny  okazał  się  chłopcem,  bo  dziewczyn  było  już 
stanowczo dość. 

Drzwi  otworzyły  się  z  hukiem  i  do  sali  wpadły  bliźniaczki  -

Bridget  i  Isabell.  Biegły  co  tchu,  Bridget  na  czele.  Z  trudem 
wyhamowała  przy  rodzicach,  ale  nie  zagrzała  miejsca,  łokciami 
utorowała sobie drogę przez tłumek rodzeństwa i stanęła przy 
stole. 

-  A widzisz - wykrzywiła się do Isabell -jestem pierwsza! 
-  Tylko dlatego, że  mnie  oszukałaś.  Zamknęłaś  mnie  w piw-

nicy - odparła Isabell z wyraźną pretensją. 

-  Głupio ci, że sama na coś takiego nie wpadłaś. 
Isabell zadarła nos i oświadczyła z głębokim przekonaniem: 

background image

Jill Barnett 

 

-  Jesteś gorsza od McNabów. 
I  byłyby  się  tak  kłóciły  nie  wiadomo  dokąd,  gdyby  nie 

dwuletnia  Marta,  która  zmyliwszy  uwagę  wszystkich,  prze-
czołgała się między nogami rodziców, wdrapała na stół i skoczy-
ła... w sam środek bogato zdobionego lukrem ciasta. 

Niemal  nikt  nie  uszedł  cało.  Gavin  dostał  lukrem  w  czoło,             

co  wyglądało  tak,  jakby  z  włosów  zwisał  mu  sopel  lodu.  Lucas 
miał  zaklejone  lukrem  cale  prawe  oko,  Bridget  -  twarz  w  pie-
gach  od  okruchów,  Isabell  -  włosy  w  cukrowych  strąkach,                    
a  Annabella  zajęła  się  wydłubywaniem  orzechów  z  tartanów 
rodziców i swojego. 

Tylko Grace nic się nie dostało, mogła się więc ze wszystkich 

śmiać, co, oczywiście, czyniła z wielką przyjemnością. 

Gdy  wreszcie  Marta  zdołała  się  wygrzebać  ze  słodkiej 

kąpieli,  oblizała  łakomie  usteczka,  spojrzała  na  wszystkich               
z zachwytem i oznajmiła: „pierwsa!". 

Spokoju na zamku Findon nie było, ale miłości nie brakowało    

i nikt nigdy niczego nie żałował.