background image

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Wysokie progi

Białystok: Krajowa Agencja Wydawnicza, 1988

background image

ROZDZIAŁ I 

Ksawery Runicki przygryzł wargi i umilkł. Rozłożone łaskawym i bezradnym gestem 

ręce   prezesa   Niesiołowskiego   i   jego   twarz,   niemal   kwadratowa   w   obwisłych   fałdach 
policzków,   wyrażały   zawziętą   kamienną   stanowczość   zaledwie   maskowaną 
konwencjonalnym ubolewaniem. 

Runicki wstał. Jakże chętnie rzuciłby mu teraz wprost w oczy, że niczego innego nie 

spodziewał się w ogóle ani po Towarzystwie Kredytowym Ziemskim, które zamiast służyć 
interesom ziemiaństwa, tylko je gnębi, ani po jego prezesie, nadętym synekurzyście, który nie 
może  współżyć  z ziemianami,  bo jest wnukiem zwykłego  karczmarza.  Byłby to policzek 
mocny i celnie wymierzony. Nie przydałby się jednak na nic. I tak Wysokie Progi za półtora 
miesiąca pójdą na licytację. Jedynym ratunkiem byłoby wpłacenie Towarzystwu zaległej raty 
z odsetkami  w kwocie trzydziestu  dwóch tysięcy.  Na pokrycie  tej  sumy Runicki  miał  w 
kieszeni zaledwie osiem, a o zdobyciu skądkolwiek bodaj jeszcze kilku tysięcy nie było co 
marzyć. 

– Bardzo żałuję – mówił Niesiołowski, ściskając na pożegnanie rękę Runickiego – ale i 

tak zrobiliśmy maksimum ustępstwa. 

Chciał   jeszcze   dodać   jakąś   zdawkową   radę   czy   pociechę,   lecz   Runicki   skłonił   się   i 

wyszedł. W ogromnym hallu było kilkadziesiąt osób, oczekujących na podobne wyroki, lub 
mających   nadzieję   coś   wytargować.   Zapewne   spotkałby   tu   znajomych,   narażając   się   na 
wypytywania   i   wyrazy   współczucia.   Przecież   każdy   mógł   zajrzeć   do   zwisających   na 
łańcuszkach   książek   powiatowych,   gdzie   wypisywano   z   jakąś   idiotyczną   dokładnością 
terminy wszystkich  licytacji,  jakby Towarzystwu  zależało  na  kompromitowaniu  własnych 
członków. Że zaś zaglądał każdy przez głupią ciekawość i chęć nacieszenia się kłopotami 
innych, to było pewne. Sam Runicki za każdej swej bytności w "Tekazecie" robił to zawsze. 

Nie chcąc witać się z nikim, wysoko podniósł głowę i przeszedł szybko do wyjścia z 

miną niemal wesołą. Zbiegł po szerokich marmurowych schodach i portierowi, który podał 
mu palto, demonstracyjnie rzucił srebrną dwuzłotówkę. 

Pomimo pierwszych dni kwietnia na dworze padał śnieg, zmieszany z deszczem. Asfalt 

ulicy Kredytowej pokryty był gęstą maźliwą kaszą. Zza nagich gałęzi drzew sterczała kopuła 
ewangelickiego   kościoła.   Jak   na   złość   nie   było   ani   jednej   taksówki,   a   nie   cierpiał 
przychodzenia do Bristolu piechotą i chociaż było stąd do hotelu kilka tylko minut drogi, 
zawrócił w przeciwną stronę i wsiadł do samochodu na rogu Jasnej. 

W hotelu służba, jak zawsze, powitała go entuzjastycznie. Portier raportował, że neseser 

przywieziono z dworca przed godziną; że numer na pierwszym piętrze jest przygotowany, w 
ciągu ostatnich kilku dni dopytywał się o pana dziedzica pan hrabia Komorowski, że przed 
tygodniem   telefonował   antykwariusz   z   Wierzbowej   z   zawiadomieniem,   że   wyszukał 
renesansowy ekran do kominka, że... 

–  Dobrze,   dobrze...   –  przerwał   Runicki.   –  Proszę   mnie   teraz   połączyć   z   Wysokimi 

Progami. Będę u fryzjera. 

– Słucham pana dziedzica. 

Skinął   głową   i   poszedł   do   fryzjera.   Pan   Ryszard,   który   zawsze   osobiście   obsługiwał 

Runickiego, golił właśnie kogoś minorum gentium, z kim widocznie w zakładzie nie liczono 

background image

się zbytnio, gdyż pan Ryszard kazał się zastąpić któremuś z pomocników, a sam już był na 
usługi "szanpana dziedzica". Wiedział spryciarz, że pachnie to grubym napiwkiem. 

Po niemal dwutygodniowej niebytności w Warszawie włosy Runickiego wymagały wielu 

zabiegów.   W   domu,   w   Wysokich   Progach,   golił   się   sam,   w   Grójcu   zaś   fryzjerom   nie 
dowierzał. 

Mycie głowy, strzyżenie, golenie, podcięcie wąsików, by na całej długości górnej wargi 

wyciągnęły się równiuteńką linią, lecz ani o jeden milimetr nie wysunęły się poza kąciki ust, 
co psułoby cały styl  uśmiechu. Poza tym nikt nie umiał podczernić wąsów i brwi z taką 
dyskrecją, jak Ryszard, ani tak zręcznie ostrzyc, by podkreślić tę niewielką ilość siwizny na 
skroniach. Zresztą nie tylko dlatego lubił go Runicki. Pan Ryszard w każdym zwrocie, w 
każdym ruchu czy ukłonie miał ten doskonały ton czci, podziwu i famulusowskiej poufałości, 
których przede wszystkim należało wymagać od służby. A że bynajmniej nie dla wszystkich 
był taki, zasługiwało to na tym większe napiwki. 

Włosy zostały uczesane z niezmiennym, chociaż na wsi z trudem dającym się utrzymać 

na   poziomie   doskonałości   rozdziałkiem,   sięgającym   niemal   do   karku,   wypomadowanym 
najlepszą brylantyną i przyprasowanym rurkami. Podczas masażu twarzy panna Nelly szybko 
i sprawnie robiła manicure. Właśnie operacja była skończona, gdy wpadł boy: 

– Wysokie Progi, panie dziedzicu. Czy pan dziedzic rozkaże przełączyć do kabiny? 

– Nie, nie trzeba, pomówię z recepcji. 

Nie   spiesząc   się   zbytnio,   by   nie   posądzono   go   o   obawę   zapłacenia   za   kilka 

zmarnowanych  minut połączenia  telefonicznego, uregulował należność, zostawił resztę na 
kontuarze kasy dla pana Ryszarda i, żegnany "uszanowaniami" całego personelu, poszedł do 
portierni. Zawsze z domem stąd rozmawiał. Po pierwsze, przy służbie mówił po francusku 
(chociaż   służba   hotelowa   wybornie   znała   ten   język),   ale   swego   akcentu   nie   miał   się   co 
wstydzić. Mówił jak rodowity Paryżanin. Po wtóre umiał w ten sposób pokierować rozmową, 
by nikt obecny z jego odpowiedzi nie mógł się zorientować w temacie. 

Tym razem wyjątkowo trudno było wytłumaczyć matce tak spreparowanymi zdaniami, że 

nie ma żadnej nadziei, że Towarzystwo na dalsze ustępstwa nie pójdzie i że licytacja jest 
nieunikniona.   Jak   na   złość   matka   była   tego   dnia   wyjątkowo   niepojętna.   Gdy   wreszcie 
zrozumiała, krzyknęła na całe gardło: 

– To znaczy, że pójdziemy z torbami! 

I krzyknęła tak głośno, że Runicki musiał zakaszlać się, by portier tego horrendum nie 

usłyszał. Potem zaczęła biadolić i rozczulać się nad synem. 

– Jak ty, biedaku, musisz się tym denerwować! No, nie przejmuj się, proszę. Zabaw się, 

rozerwij się, moje ty życie. 

Próbował jeszcze wyłożyć matce, by pojechała do wuja Tomasza i postarała się wycisnąć 

zeń potrzebne pieniądze, lecz pani Runicka co kilka zdań powtarzała: 

– A po cóż ja mam do tego gbura jeździć?... 

– Zatelefonuję jeszcze raz wieczorem – wściekły, chociaż wciąż uśmiechnięty, zakończył 

Ksawery. 

Położył   słuchawkę   i   spojrzawszy   na   zegarek,   wydał   dyspozycję   portierowi.   Kazał 

przynieść do swego numeru te rzeczy, które stale trzymał w Warszawie, to jest miejskie futro, 

background image

frak, smoking, żakiet, wizytowe ubranie, odpowiednią bieliznę, obuwie, słowem wszystkie 
części garderoby, potrzebne w mieście podczas ciągłych przyjazdów i nieraz kilkudniowych 
pobytów. 

Apartamencik   na   pierwszym   piętrze   składał   się   z   salonu,   alkowy   i   łazienki.   Runicki 

przede   wszystkim   rozebrał   się   i   wziął   kąpiel.   W   Wysokich   Progach   już   od   dwóch   dni 
wodociąg był zepsuty i do kąpieli trzeba było grzać wodę w pralni. 

Właściwie   mówiąc,   niepotrzebnie   kazał   przygotować   swoje   rzeczy.   Po   wiadomości 

otrzymanej w Towarzystwie Kredytowym stracił ochotę do wszystkiego. Zamierzał złożyć 
kilka wizyt w Warszawie i zaprosić kogoś ze znajomych na obiad do Bristolu, ale teraz wolał 
być sam. 

Wyciągnął się w szlafroku na kanapie i zaczął rozmyślać. 

Sytuacja   była   bez   wyjścia.   Na   dwóch   tysiącach   morgów   Wysokich   Progów   wisiało 

więcej długów niż sam majątek przy dzisiejszych  skandalicznie niskich cenach ziemi był 
wart. Dotychczas,  a ściślej  mówiąc,  do ubiegłej  jesieni, spychało  się najpilniejsze rzeczy 
drobnymi  pożyczkami,  jakie jeszcze skądkolwiek,  od znajomych,  krewnych,  od Żydów  z 
Grójca, dały się wyciągnąć. 

Wszyscy   oni   w   razie   licytacji   oczywiście   grosza   nie   dostaną.   Po   Towarzystwie   i 

należnościach   podatkowych,   na   hipotece   figuruje   prawie   milion   Banku   Gospodarstwa 
Krajowego. Wszyscy drobni wierzyciele,  a tych  będzie  pewno na drugi milion,  odejdą z 
kwitkiem. 

Nie tylko własna ruina, ale i kompromitacja. Wprawdzie wylatują z majątków nie jedni 

Runiccy, ale zerwanie niektórych osób jest wprost nieznośnie upokarzające. Zwłaszcza tych 
znajomych, od których on sam, Ksawery Runicki, brał gotówkę i ręczył słowem za zwrot. 

– Właściwie należałoby sobie palnąć w łeb – pomyślał, a po chwili powiedział głośno: – 

palnąć w łeb. 

Zirytowała   go   ta   myśl.   Przecież   to  nie   sztuka   uciec   od   życia.   Sztuką...   sztuką   jest... 

Sztuką, tak, nielada sztuką byłoby znalezienie w przeciągu czterdziestu kilku dni panny z 
takim posagiem, by można było – spłacić połowę długów. Chodzi przecież o gotówkę. Kto 
dziś ma taką gotówkę!? 

Zaczął w pamięci wyliczać znane i zasłyszane nazwiska. Nie może przecież ożenić się 

tak, jak wuj Tomasz, z Żydówką. 

Chociaż i Żydzi teraz nie mają pieniędzy. Jeżeli by jednak znalazła się taka?... Kazio 

Laszkowski bywa w takich domach, zna ich wszystkich. Przecież muszą jeszcze być bogaci 
ludzie. 

Zerwał się i zaczął chodzić po pokoju. Oczywiście może kiedyś ożenić się dobrze, ale na 

ratowanie Wysokich Progów będzie już wówczas za późno. 

– Sprzedadzą. Na pewno rozparcelują... 

Zresztą i o partię będzie trudniej. Pan Ksawery Runicki z Wysokich Progów, to zawsze 

więcej niż po prostu Ksawery Runicki... Zupełnie inne kwalifikacje. Rzucił okiem na paczkę 
pieniędzy, którą położył na stole. Osiem tysięcy kilkaset złotych. Resztki. W domu zostało 
zaledwie dwieście. Osiem tysięcy to nic. Wpłacenie ich do Towarzystwa byłoby zwykłym 
głupstwem.   Zastanowił   się:   ładnym   i   prawdziwie   pańskim   gestem   byłoby   urządzenie 
ogromnego pijaństwa, na cały Bristol, na całą Warszawę. Sprosić wszystkich  znajomych, 

background image

pokazać im, jak się robi przyjęcia, potem co do grosza uregulować rachunek i zastrzelić się 
przy stole. To byłaby klasa! Jakiś grecki patrycjusz przecież przy uczcie przeciął sobie żyły. 

Runicki wzruszył ramionami: 

– Tylko nie grajmy przed sobą komedii. 

Przeliczył  pieniądze i zabrał się do ubierania.  Dochodziła czwarta. Przede wszystkim 

należało zjeść obiad. 

O małżeństwie zresztą niepodobna było myśleć teraz, chociażby przez wzgląd na Mirę: 

Wdał się w ten romans najniepotrzebniej w świecie. Właściwie mówiąc, nigdy nie podobała 
mu się zbytnio, a po dwóch latach stała się wręcz ciężarem, kulą u nogi. Gdyby była bogata, 
gdyby wreszcie diabli wzięli tego jej stryja, wszystko by ułożyło się prosto i jasno. Niestety 
nie  zanosiło  się  na  to  wcale.   Przeciwnie.  Stryj  Miry  zamyślał   sam o  małżeństwie,  a  dla 
bratanicy nie zrobi nic, zwłaszcza po tym jej niedorzecznym rozwodzie z Pawłem. 

Runicki przy każdej sposobności podkreślał w okolicy i wobec wszystkich znajomych, że 

Mira   rozwiodła   się   bynajmniej   nie   dla   niego.   Po   prostu   niezgodność   charakterów.   Dla 
zaakcentowania tej sytuacji wyrażał się nawet o Pawle, którego w gruncie nie cierpiał, z 
najwyższym  uznaniem. Ile razy spotkali się, umyślnie i demonstracyjnie prowadził z nim 
długie rozmowy. Pomimo to nie należało się łudzić. W powiecie nikt w to nie wierzył, i nie 
wierzył przede wszystkim Paweł. 

Nie dalej, jak przed tygodniem Mira powiedziała głośno na imieninach u Mańkiewiczów: 

–  Nie   po   to   rozwiodłam   się,   by   znowu   wyjść   za   mąż.   Nie   ma   na   świecie   takiego 

mężczyzny, któremu mogłabym zaufać, a zresztą najbardziej mi odpowiada samotność. 

Formalnie zatem wszystko było w porządku. Widywali się po dawnemu z tą różnicą, że 

teraz nie trzeba było kryć się przed Pawłem. Formalnie nikt nic nie mógł zarzucić. Jednak, 
żeniąc   się   z   kimś   innym,   Runicki   naraziłby   się   na   całkiem   niedwuznaczny   osąd   swego 
postępowania, i to osąd powszechny. 

Przeklinał   teraz   w   duchu   ten   swój   najgłupszy   krok   w   życiu,   kiedy   przez   chęć 

zaimponowania sąsiadom zaczął zabiegać o względy Miry. Okrzyczano ją jako najładniejszą. 
Poza tym była jedyną kobietą wykształconą naprawdę, jedyną w okolicy, posiadającą tytuł 
doktora   filozofii.   Ambicje   Ksawerego   podniecał   i   fakt,   że   Paweł   był   naprawdę   pięknym 
mężczyzną. A że Wysokie Progi sąsiadowały o miedzę z Borychówką, zabiegi o względy 
młodej mężatki poszły, psiakrew, łatwiej, niż tego by pragnął. 

Pozory   były   nadal   po   jego   stronie,   ale   czuł,   rozumiał,   wiedział,   że   pozory   tu   nie 

wystarczyłyby. 

Przez chwilę zaczął obliczać wartość Borychówki. Nie była zadłużona zbyt wysoko. W 

ciągu trzyletniego gospodarowania na majątku posażnym Paweł, naprawdę dzielny rolnik, 
zdołał zrobić niejedno. W najlepszym wszakże wypadku wyciągnęłoby się przy sprzedaży 
Borychówki śmieszną kwotę stu pięćdziesięciu do dwustu tysięcy. 

– Absurd – wzruszył ramionami z najwyższą irytacją. 

Zresztą   ona   sama   musi   to   zrozumieć.   Najlepiej   byłoby   pogadać   z   nią   otwarcie. 

Powiedzieć   coś   o   ratowaniu   ojcowizny,   o   obowiązku   spadkobiercy   nazwiska,   o   tym,   że 
Wysokie Progi już od trzystu lat są w rodzinie Runickich. Musi zrozumieć!... Przecież nie 
przestaną   się   kochać,   przecież   ożeni   się   tylko   dla   pieniędzy...   Jest   dość   inteligentna,   by 
właściwie to ocenić. Kwestia prostej logiki!  A jednak –  był  pewien, że Mira nie potrafi 

background image

pogodzić się nawet z oczywistą słusznością. 

– Więc niech się nie godzi! – wybuchnął. 

Cóż   mu   może   zrobić?   Nic,   absolutnie   nic!...   Ale   nie   o   to   mu   chodziło.   Żadnych 

formalnych   zobowiązań   wobec   Miry   nie   miał.   Nigdy   nie   przyrzekał   jej   małżeństwa,   od 
rozwodu starał się ją odwieść. Jest w zupełnym porządku... Do niczego przyczepić się nie 
może,   nie   ma   prawa   i   zresztą   na   pewno   się   nie   przyczepi.   Jeżeli   też   bał   się   podobnej 
rozmowy,   to   dlatego,   że   wiedział,   jak   nań   wówczas   spojrzy.   Owo   "jak"   już   w   samej 
wyobraźni było dotkliwsze od policzka. 

– Niech to wszyscy diabli! – zaklął. – Nie mogę myśleć o tych wszystkich rzeczach, nie 

mogę!... 

Z   wściekłością   zaczął   się   ubierać   i   dopiero   przy   głębszym   zastanowieniu   się   nad 

wyborem odpowiedniego krawata poczuł jakąś ulgę. Pomimo to postanowił samotnie zjeść 
obiad i wypić przy nim dużo alkoholu. Na dole w restauracji umyślnie usiadł w kącie, chociaż 
dostrzegł przy dwóch stolikach znajomych: Płaszowskich z Pomiechowa i Taraszkiewicza 
zajmującego w Warszawie jakieś intratne stanowisko w liniach okrętowych, czy w czymś 
takim. Ukłonił się z daleka i usiadł sam. Dyrektor sali i dwaj kelnerzy podbiegli natychmiast. 
Od   innych   stolików   wszystkie   oczy   zwróciły   się   ku   Runickiemu.   Wiedział,   że   ci   i   owi 
informują się u służby o nim. Każdy kelner z szacunkiem wyjaśniał tonem podkreślającym 
pozycję nowego gościa: 

– To pan Runicki z Wysokich Progów. 

Ksawery, ile razy dobiegała jego uszu nazwa rodzinnego majątku, cieszył się już samym 

brzmieniem   tej   nazwy.   Pocieszki   liczyły   aż   cztery   tysiące   morgów,   Michałówka   jeszcze 
więcej, ale nie zamieniłby się na nie przez wzgląd na ten wielkopański akcent, jaki tkwił w 
Wysokich Progach. 

I teraz wystawiono na licytację! Była w tym oburzająca niewspółmierność i Runickiego 

dręczyła   myśl,   że   wszyscy   spoglądający   ku   niemu,   a   już   na   pewno   Płaszowscy   i 
Taraszkiewicz,   wiedzą  o  tym.  Dlatego   zamiast  koniaku   kazał   podać  czystą  wódkę,  którą 
zresztą wolał zawsze, a także siedział z miną kamienną: by nie zachęcić nikogo z nich do 
rozmowy. 

Jednak po pewnym czasie Taraszkiewicz, który jadł obiad z kilkoma panami i paniami, 

wstał i skierował się ku Runickiemu. Lubili się wzajemnie, kolegowali kiedyś w gimnazjum. 
Ojciec Taraszkiewicza miał kiedyś duże dobra pod Kozienicami. Od szeregu lat spotykali się 
wyłącznie na terenie Warszawy i nieraz bawili się razem, oczywiście, na koszt Runickiego. 
Sytuacja   finansowa   Tolka   Taraszkiewicza   była   niezła,   pozwalała   mu   utrzymać   się   na 
powierzchni życia towarzyskiego i życia w ogóle, jednakże umiał za każdym razem akurat o 
tyle zwlekać z sięgnięciem do kieszeni, by Ksawery zdążył naprzód sięgnąć do swojej. Sięgał 
zaś z prawdziwą przyjemnością. Bynajmniej nie przez rozrzutność, tylko po prostu dlatego, że 
kosztem tych kilkuset złotych zapewniał sobie ów mały, ale wyraźny dystansik między nimi, 
między tymi wszystkimi, za których płacił a sobą. On wyznaczał knajpę, na niego czekano, 
do niego zwracała się służba o dyspozycje i z rachunkami. Chociażby towarzystwo miało być 
największe, stolik zawsze rezerwowano na jego nazwisko. Nawet jeżeli siadał przy cudzym – 
od razu stawał się gospodarzem. Nie pieniądze odgrywały w tym wyłączną rolę, lecz i sposób 
bycia, ale na taki właśnie sposób bycia pozwala możność wydawania pieniędzy. 

Zaraz po pierwszych "jaksięmaszach" okazało się, że Taraszkiewicz wie już o licytacji. 

background image

– Zresztą, komu dziś to nie grozi – machnął ręką – u ciebie, stary, jeszcze chyba najlepiej. 

Familia czcigodna ruszy kabzą i już. Prawda? 

– Jakoś się to zrobi – skrzywił się Runicki. 

– Zapewne. Mówiono mi, żeś był dziś w Tekazecie. Na długo przyjechałeś? 

– Jeszcze nie wiem. Psują mi humor te idiotyczne sprawy. 

–  A jakże tam stary?... Wciąż siedzi w rewolucji francuskiej?... Szczęśliwy człowiek... 

Maman zdrowa? 

– Dziękuję ci. 

–  Nie   jesteś   rzeczywiście   w   najlepszym   humorze.   Napijmy   się.   Pozwolisz?...   Jestem 

wprawdzie po obiedzie, ale... kieliszek czystej nigdy nie zawadzi. 

Kelner uprzedził go i napełnił kieliszki. 

– Sam przyjechałeś? – znacząco zapytał Taraszkiewicz. 

– Przecież zawsze sam przyjeżdżam – z przymusem uśmiechnął się Runicki. 

– No tak. Twoje zdrowie... Cóż porabia pani Mira? 

– Nie wiem. Dawno jej nie widziałem – skłamał Runicki. – Zresztą, tak mi już obrzydły 

stosunki na wsi... 

– Hm... Więc posiedź w Warszawie... 

– I Warszawa znudziła mi się ostatecznie. Ten klimat, ten obrzydliwy klimat! 

Taraszkiewicz strzelił palcami: 

– Wiesz! Mam dla ciebie pomysł! 

– No? 

– Nie musisz teraz wracać do Wysokich Progów? 

– No... niekoniecznie... 

– Machnij się zatem na naszą wycieczkę morską. Będziesz miał wszystko: inny klimat, 

zmianę wrażeń, miesiąc beztroskiego życia. Jak Boga kocham. Szczerze cię namawiam. Sam 
pojechałbym   z   przyjemnością,   gdybym   mógł.   Prawie   trzy   tygodnie   na   morzu,   tydzień   w 
Paryżu, poza tym Londyn, Sewilla, Paryżanki, Hiszpanki... Jak Boga kocham warto! 

Runicki   zainteresował   się   i   Taraszkiewicz   obszernie   musiał   poinformować   go   o 

szczegółach. Wycieczka pojutrze odjeżdża z Gdyni wielkim okrętem "Sarmatia". Morzem do 
Londynu, trzy dni pobytu, zwiedzanie albo w grupach, w ogólnym koszcie, albo na własną 
rękę. Później do Marsylii, stamtąd koleją na tydzień do Paryża, przejazdy i hotele opłacone, 
wycieczki,   zwiedzanie,   utrzymanie   –  wszystko.   Ale   ma   się   rozumieć   można   zupełnie 
odseparować się od całej bandy rodaków. W powrotnej drodze Hiszpania, Sewilla, Kordoba, 
ewentualnie Grenada, walki byków. I znowu wypoczynek na morzu aż do Gdyni. 

–  W  tym   wszystkim  trzy  przewagi  nad  indywidualną  podróżą.  Po pierwsze  znacznie 

taniej, po drugie, żadnych kłopotów, ani tu na miejscu z paszportem i wizami, ani w drodze, 
bo wszystko jest świetnie zorganizowane, a poza tym przymus oderwania się od wszelkich 
trosk i boskie morze. Miesiąc błogiego farniente... 

background image

Runicki   zapalił   się   do   tego   pomysłu.   Perspektywa   oderwania   się   od   rozpaczliwej 

rzeczywistości,   od   beznadziejnych   i   bezpłodnych   biadań   nad   sytuacją   materialną,   od 
dręczącego stosunku z Mirą Czerską – pociągała go silnie. Ostatecznie matka z rządcą dadzą 
sobie  radę w bieżących  sprawach, co zaś  dotyczy  kwestii utrzymania  się przy Wysokich 
Progachna to nikt nie poradzi. Poza tym Runicki nigdy nie podróżował okrętem i to zachęcało 
go bodaj jeszcze bardziej, niż możność poznania Hiszpanii i Anglii. 

Rozmowa skończyła się tym, że Taraszkiewicz pożegnał się ze swoim towarzystwem i 

obaj z Runickim pojechali do biura linii okrętowej. Tutaj, po obejrzeniu fotografii okrętu i 
kabin, po wyłowieniu z listy pasażerów kilkunastu bardzo dobrych nazwisk i po oświadczeniu 
Taraszkiewicza, że może staremu przyjacielowi służyć znaczną zniżką ceny –  rzecz została 
załatwiona. 

Runicki ani się opatrzył, gdy znalazł się przy kasie i zapłacił za bilet. Zawartość portfela 

poważnie zeszczuplała, za to kieszeń wypełniła się prospektami, mapami, rozkładami jazdy 
itp. Wszystkie formalności tego jeszcze dnia miał załatwić Taraszkiewicz. 

Dopiero znalazłszy się na ulicy Runicki zastanowił się nad tym, że właściwie popełnił 

głupstwo. I to znowu przez tę swoją manierę przeprowadzania spraw od ręki, bez głębszego 
namysłu, bez rozważenia wszystkich stron projektu. 

Wyjazd na cały miesiąc,  ba, na miesiąc  i kilka dni w takim okresie był  co najmniej 

świadectwem lekkomyślności. Zapewne niektórzy mogą to ocenić jako gest dobrej klasy. Ale 
większość zrobi z tego nowy zarzut. Powiedzą jeszcze, że pojechał puścić resztki... A cóż u 
licha ma zrobić z tymi resztkami?! 

Zły na  siebie   poszedł   na pocztę.   Wolał   stąd mówić  z  Wysokimi   Progami.   W hotelu 

zawsze zachodziła obawa, że panienka z centrali może rozmowę usłyszeć, a teraz należało z 
matką i z rządcą Pieczyngą pogadać wyczerpująco i otwarcie. 

Pani Runicka zapłakana i piorunująca na wierzycieli przyjęła szczegółową relację syna z 

pełnią wiary, że przecież wuj Tomasz, do którego zaraz jutro pójdzie, nie pozwoli im zginąć. 
Natomiast ucieszyła się z zamiaru Ksawerego. 

–  Jedź   synku,   oczywiście,   jedź!...   Doskonale   ci   to   zrobi   –  odpowiadała   na   jego 

tłumaczenia. 

Obiecała  też najbliższym  pociągiem wysłać  walizkę  z letnią  garderobą i z wszelkimi 

niezbędnymi do dłuższej podróży rzeczami. 

Pan   Pieczynga   natomiast   przeraził   się   i   zaczął   odwodzić   Ksawerego   od   zamiaru. 

Argumentów   mu   nie   brakowało   –  zatargi   z   nieopłaconymi   ludźmi,   szereg   terminów   na 
licytację bydła, uprzęży, koni, a nawet mebli. 

– Ja tu chyba się powieszę, proszę pana! 

– Cóż ja panu pomogę? – bronił się Ksawery. 

– Nie będziemy mieli co, czym, ani kim siać! – ryczał w telefonie Pieczynga. 

– O, Boże! Więc niech pan nie sieje, niech pan nic nie robi. A co do licytacji ruchomości, 

to najlepiej przepędzić krowy do Borychówki. Meble i maszyny może pan też gdzieś po 
sąsiadach   polokować.   No,   panie   Stefanie,   już   jakoś   pan   to   zrobi.   Ja   doprawdy   do   tego 
wszystkiego nie mam już nerwów, ni zdrowia. No, do widzenia. A niech pan przypomni 
mojej  matce,  by zapakowano  ze  trzy pary tenisowych  spodni. Napiszę z  podróży.  Tylko 
dajcie mi wytchnąć. 

background image

Odłożył słuchawkę, rzeczywiście wyczerpany tą rozmową do reszty. 

Pieczynga   miał   prawdziwy   talent   w   psuciu   humoru   Runickiemu.   Gdyby   nie   to,   że 

rzeczywiście   był   doskonałym   rolnikiem   i   że   w   rodzinie   Runickich   pracował   już   od   lat 
przeszło trzydziestu, a na Wysokich Progach od dziesięciu, Ksawery rozstałby się z nim od 
dawna. Właściwie mówiąc w całym domu jedyną osobą, z którą należałoby się naprawdę 
liczyć, był właśnie ten rządca, czy raczej administrator. 

Ojciec, istotny winowajca fatalnej sytuacji całej rodziny, nie liczył się wcale. Zresztą nie 

chciał mieć żadnego wpływu ani na dom, ani na syna. Zagrzebany w starych szpargałach, 
obłożony stertami książek, interesował się tylko tą swoją anegdotyczną w okolicy rewolucją 
francuską. 

Matka, najlepsza w świecie kobieta, którą trzeba było znać tak, jak znał ją Ksawery, by 

wybaczyć  jej wszystkie ekstrawagancje i ten sposób bycia, nie umiała jednak rzeczowo i 
systematycznie zajmować się sprawami majątku, ani prowadzeniem gospodarstwa kobiecego, 
chociaż przy nim się upierała. 

W tych warunkach największe wysiłki Pieczyngi rozpełzały się wniwecz. Wszyscy w 

domu czuli w nim jakby nieuprawnionego a wiecznie niezadowolonego kontrolera. Zdawał 
się mścić na Runickich za to, że sam nic nie posiadał. Wszystko, cokolwiek miało służyć 
wygodzie,   co   stanowiło   o   lepszym   poziomie   egzystencji,   o   zaspokojeniu   zamiłowań 
Runickich,   lub   o   reprezentacji   Wysokich   Progów   –  uważał   za   zbytki,   za   luksus,   za 
rozrzutność. O każdy grosz trzeba było  z nim walczyć, pilnować, by zainkasowanymi  za 
sprzedaż zboża pieniędzmi  nie pokrywał jakichś zobowiązań, które mogły czekać, by nie 
odwoływał wydanych zamówień i nie targował się tam, gdzie nie wypadało. 

Taki   stan   rzeczy   zastał   Ksawery   już   przed   sześciu   laty,   kiedy   zrezygnowawszy   z 

przeciągających   się   i   w   gruncie   zbędnych   studiów   w   Wyższej   Szkole   Gospodarstwa 
Wiejskiego w Poznaniu, za namową stryja Marka osiadł na wsi i przejął z rąk matki zarząd 
Wysokich Progów. 

W   początkowym   zapale   przyznawał   nawet   rację   panu   Pieczyndze   i   współpracowali 

zgodnie.   Był   to   okres   gwałtownej   poprawy   w   koniunkturze   rolniczej.   Ceny   zboża 
zwyżkowały, kredyty były niemal nieograniczone. Kto żyw napraszał się i lokował kapitał w 
majątkach ziemskich. I tu między rządcą a Ksawerym zaczęła się różnica poglądów. Podczas 
studiów   poznańskich   Ksawery   zapoznał   się   z   bliska   z   wielkopolskim   ziemiaństwem   i   z 
tamtejszymi sposobami prowadzenia gospodarki. Były to sposoby nowoczesne polegające na 
wielkich wkładach i wielkim zysku. Melioracje, sztuczne nawozy, najwyższe gatunki zbóż, 
kosztowna uprawa, maszyny, traktory, naukowa hodowla bydła, nierogacizny, drobiu, ryb. 
Skuteczność tej metody widział na własne przecież oczy. Właściciele obszarów o połowę, ba, 
trzykrotnie mniejszych od Wysokich Progów mieszkali w pałacach, utrzymanych na bardzo 
wysokim poziomie, otoczonych wspaniałymi parkami. W majątkach posiadano wodociągi, 
kanalizację, elektryczność, centralne ogrzewanie, trzymano samochody. 

Dlatego po rozejrzeniu się w rodzinnych Wysokich Progach Ksawery orzekł, że wszystko 

należy zmienić. Zaczął od gruntownego wyremontowania pałacu z nadbudowaniem drugiego 
piętra, od elektryfikacji, wodociągów, centralnego ogrzewania, przebudowy stajni cugowej, 
obór i chlewów. Jednocześnie sprowadził najnowsze maszyny rolnicze, przeplanował ogród i 
parki według projektów sprowadzonego z Anglii specjalisty, wyszlamował i wybetonował 
oba stawy dawne i wykopał trzy nowe, gdzie rozpoczął racjonalną hodowlę ryb i raków. 

Olbrzymie   te   inwestycje   pochłaniały   równie   olbrzymie   kwoty.   Pieniędzy   jednak   nie 

brakowało. Ceny wciąż szły w górę, wartość ziemi rosła. 

background image

Pan   Pieczynga,   rolnik   starej   daty,   walczył   z   każdą   innowacją.   Ostrzegał   przed 

przesadnymi, jego zdaniem, inwestycjami, krakał, że zbyt intensywna gospodarka w razie 
zmiany koniunktury musi przynieść nieproporcjonalnie ciężkie deficyty. 

Najlepszym dowodem, że nie miał racji, były trzy następne lata. Dochodowość Wysokich 

Progów wprawdzie jeszcze nie mogła wzrosnąć nadmiernie, ale sama ich wartość właśnie 
dzięki   poczynionym   wkładom   podniosła   się   bardzo.   Widomym   wyrazem   tego   była 
wzrastająca   łatwość   w   uzyskaniu   pożyczek   na   dalsze   numery   hipoteki,   lub   po   prostu   na 
weksle. 

Pan Pieczynga musiał siedzieć cicho. Nie przyznawał, przez upór, że woli gospodarować 

w Wysokich Progach w nowych warunkach, lecz wdrożył się w nie i wszystko szło o tyle 
sprawnie, że sam Ksawery mógł więcej czasu poświęcić życiu osobistemu i towarzyskiemu. 

W owym czasie grał sporo i szczęśliwie na wyścigach, a to zachęciło go do zafundowania 

sobie własnej stajni wyścigowej. Wprawdzie zbytnio na koniach się nie znał, lecz jakoś szło, 
stajnia zaś dawała w stolicy swego typu pozycję właścicielowi. 

Zresztą   i   w   okolicy   wielki   rozmach   gospodarki   Ksawerego   zapewnił   mu   stanowisko 

poważne. Został wiceprezesem powiatowego związku ziemian, sąsiedzi nieraz zasięgali jego 
opinii w różnych sprawach. Wprawdzie po cichu i za plecami pokpiwano też podobno z 
wielkopańskich innowacji w Wysokich Progach, ale na to nie zwracał uwagi. 

W   każdym   razie   stopa   życiowa   domu   podniesiona   została   znacznie.   Zamiast   starej 

Klemensowej w kuchni zainstalował się kucharz, doskonały kucharz, dawniejszy zastępca 
szefa kuchni w Bristolu, dwaj lokaje, stangreci, szoferzy, wszyscy w liberiach. 

W duchu Ksawery przyznawał rację panu Pieczyndze, że może istotnie zbyt wiele szło na 

wyjazdy do Warszawy, na urządzanie polowań i przyjęć w Wysokich Progach. Ale wymagały 
tego stosunki, trudno zaś było odmawiać sobie najzwyklejszych przyjemności, które po prostu 
były potrzebą. 

I gdyby nie kryzys... Gdyby nie kryzys... Tego nikt nie umiał przecież przewidzieć. Taki 

stryj Marek, czy inni jemu podobni, którzy jeszcze mocno trzymają się ziemi, a teraz chwalą 
się swoją ostrożnością i oszczędnością, nie dlatego prowadzili i do śmierci prowadzić będą 
gospodarkę ekstensywną, że umieją przewidywać, tylko z powodu braku inicjatywy, braku 
aspiracji, z powodu lenistwa, no, i prymitywnych potrzeb. 

Łatwo im teraz krytykować. Ale, jakby wyglądali, gdyby nie popsuła się koniunktura?. 

– Teraz będą psy wieszać na mnie – gryzł się Ksawery. – Niech ich wszyscy diabli! 

Ponieważ po prostu bał się jakiejkolwiek rozmowy na temat licytacji Wysokich Progów i 

głupich   pytań   na   temat,   co   zamierza   zrobić,   od   kilku   tygodni   unikał   już   sąsiadów   i 
znajomych, naturalnie o tyle tylko, o ile to było możliwe. 

I   obecnie   ta   niechęć   do   spotkania   kogokolwiek   była   powodem   zrezygnowania   z 

odwiedzania   znajomych.   Umyślnie   na   kolację   wstąpił   do   niedużej   restauracji,   tuż   przy 
bocznej ulicy, w przekonaniu, że nie zastanie tu nikogo. 

Toteż cofnąłby się od drzwi, gdyby już nie było za późno: w sali, w samym środku, 

ucztowało towarzystwo, coś z siedem osób, sami znajomi. 

Wejście Runickiego powitali głośnymi wiwatami. 

– Wery! Patrzcie, Wery! 

background image

– Witaj, złotko! – krzyczał pan Trelicki. 

– Cóż za dobre bogi przyniosły cię do nas? 

– Przyjechałeś? 

– Niech pan tu siada! 

– Służba! Nakrycie! 

–  Gdzieś   się   podziewał,   kuzynku?   –  zataczał   się   pan   Runicki,   jakiś   podobno   daleki 

krewny Ksawerego. 

Zresztą   wszyscy   byli   mocno   pod   gazem.   Okazało   się,   że   były   to   imieniny   Franka 

Lupowskiego,  który w  dodatku miał  oblać  swój awans, gdyż  został adiutantem  dowódcy 
brygady. 

Na szczęście humory już były w tym stadium, kiedy zamiłowanie plotkarskie i wścibianie 

nosa w cudze sprawy nikogo nie dręczy. 

Po  dłuższym   pobycie   w  restauracji  uchwalono   przenieść   się  "do  innego  Żyda".   Całe 

towarzystwo ulokowało się w dwóch samochodach i pojechało do Wilanowa, stamtąd do 
nocnego dancingu, potem do drugiego. 

Gdy Ksawery nad ranem znalazł się w hotelu i przeliczył pozostałą gotówkę, okazało się, 

że wydał coś ponad tysiąc złotych. 

Próbował robić sobie z tej racji wyrzuty, lecz senność przemogła. Spał do czwartej po 

południu i obudził się z nieznośnym bólem głowy. 

– Czy nadeszły moje rzeczy? – zapytał służącego, który przyniósł mu tacę z wodą sodową 

i cytrynami. 

– Tak jest, proszę pana dziedzica. 

– Więc przynieście tu i będziecie pakować resztę. O której jest pociąg do Gdyni? 

– O dziesiątej piętnaście. 

– No, dobrze. 

Dwa proszki od bólu głowy i coś dziesięć cytryn wraz z morzem czarnej kawy zrobiły 

swoje. 

Zdołał skupić tyle uwagi, by wydawać z łóżka dyspozycje pakującemu walizy służącemu. 

Nie   wychodząc   z   numeru   zjadł   kolację,   wysłał   na   dworzec   chłopca   hotelowego   celem 
zdobycia wolnego miejsca w sleepingu (o czym zapomniał pomyśleć wcześniej), uregulował 
należność i przed samym odjazdem pociągu był na dworcu. 

Na szczęście w ostatniej chwili znalazł się wolny przedział sypialny. 

Runicki natychmiast położył się i spał znowu, jak zabity, aż do rana. 

background image

ROZDZIAŁ II 

Był to dość duży dwukominowy okręt pasażerski, utrzymujący stałą komunikację między 

Gdynią a Nowym Jorkiem i Halifaxem po drugiej stronie Atlantyku. Jak wszystkie statki, 
które ujrzały światło dzienne w stoczniach holenderskich, duńskich czy angielskich, wraz z 
początkiem   bieżącego   stulecia,   nie   mógł   się   poszczycić   ani   zbyt   wysmukłą   linią,   ani 
szczególniejszymi  wygodami. Wyglądał jednak korpulentnie i bezpiecznie, a odnawiany i 
przerabiany niemal co roku wywierał wrażenie schludności, a nawet miejscami młodzieńczej 
świeżości. 

–  Okręty   są   jak   kobiety   –  mówił   drugi   oficer,   porucznik   Hurny   –  po   trzydziestce, 

nieprawdaż, wymagają makijażu, ale cieszą się jeszcze powodzeniem tam, gdzie nieprawdaż, 
nie mają młodszej konkurencji. Za to nie robią niespodzianek i wiadomo już czego trzymać 
się w postępowaniu z nimi. 

Jak na swój dojrzały wiek S. S."Sarmatia" poruszała się dość żwawo, robiąc przeciętnie 

trzynaście węzłów, co w tłumaczeniu na język lądowców równa się dwudziestu kilometrom 
na   godzinę.   O   ile   szybkość   ta   mogła   nie   zadawalać   pasażerów   spieszących   w   ważnych 
sprawach   do   Ameryki,   lub   z   powrotem,   o   tyle   wycieczkowej   publiczności   wystarczała 
zupełnie. 

Ciężka i wysilona praca maszyn na dole okrętu, im było wyżej w jego pokładach i w 

hierarchii   cen   biletów,   tym   mniej   dawała   się   odczuć.   Hałas   cichł   już   całkowicie   na 
spacerowym,   do   kabin   zaś   pierwszej   klasy   nie   docierało   nawet   drżenie   najniższych, 
zanurzonych na dobre sześć metrów w wodzie części kadłubu. 

Tonaż   "Sarmatii"   wynosił   piętnaście   tysięcy   przy   pełnym   obciążeniu,   którego   nie 

pamiętała już jednak od dobrych lat dwudziestu, to jest od czasu, gdy pod swą pierwotną 
nazwą "Dagmary" kursowała między Bałtykiem a portami Dalekiego Wschodu z ładunkiem 
drobnicy w jedną, a z ryżem i herbatą w drugą stronę. Wtedy i wnętrze jej nie było jeszcze 
zabudowane w obecny sposób, nie było tam małych, biało lakierowanych kabin, wyłożonych 
czerwonymi chodnikami, lecz tylko ogromne magazyny, gdzie piętrzyły się worki i skrzynie, 
skrzynie i worki. Kajuty istniały tylko na głównym pokładzie, no i dla rzadko trafiających się 
bogatych   podróżnych   na   pokładzie   mostowym.   "Dagmara"   była   bowiem   statkiem 
towarowym. 

Odkąd   zmieniła   imię   i   zaczęła   pływać   pod   polską   banderą,   przewoziła   przeważnie 

emigrantów do Ameryki  i reemigrantów do kraju. W okresie jednak najmniejszego ruchu 
wychodźczego   służyła   jako   okręt   wycieczkowy   i   wypoczynkowy,   a   w   związku   z   tym 
przyozdabiała się nowymi lakierami, nowym urządzeniem kabin i dywanami w salonach, a 
przede   wszystkim   odświętnym   nastrojem   trzepoczących   girland,   chorągiewek   i   sznurami 
wielobarwnych żarówek, rozbawionym tłumem pasażerów, hałasem śmiechów i dźwiękiem 
dwóch orkiestr: jednej marynarskiej, drugiej cywilnej. 

Surowość   i   rygor,   panujące   na   "Sarmatii"   podczas   normalnych   rejsów,   ustępowały 

miejsca serdecznej temperaturze gościnności. Zwierzchnicy załogi byli niejako gospodarzami. 
Kapitan,   oficerowie,   inżynier,   lekarz   okrętowy,   intendent   uważali   za   swój   obowiązek,   za 
obowiązek czasami naprawdę miły,  zajmować się gośćmi, bawić panie, grać w bridge'a z 
panami,  lub pokazywać  nieznane  im osobliwości, jak radiostację, przyrządy nawigacyjne, 
maszyny. 

background image

Wszystkiego tego dowiedział się Ksawery Runicki już w dwie godziny po zainstalowaniu 

się  na "Sarmatii"  od  bardzo  uprzejmego   porucznika  Hurnego,  gdy stojąc  na mostkowym 
pokładzie, obserwowali niknący i zacierający się na horyzoncie kontur Półwyspu Helskiego. 

Szczęśliwie zaczynała się podróż. Barometr stał wysoko, od północnego zachodu wiał 

wiatr tak lekki, że nie był w stanie nawet zmarszczyć gładkiej, niczym wypolerowana tafla 
metalu, powierzchni morza. Niebo ogromne i błękitne, zamykało widnokrąg przezroczystym 
kloszem, bez najmniejszej skazy. 

Słońce od podwietrznej przygrzewało mocno w krystalicznie czystym powietrzu, chociaż 

termometr w cieniu wykazywał zaledwie sześć stopni ciepła. 

Runicki w futrze i w sportowej czapce, z lornetą morską przewieszoną przez ramię, stał 

obok porucznika Hurnego i słuchał objaśnień o kolorach różnych mórz i oceanów. Obok raz 
po raz przesuwali się pojedyńczo lub grupkami współpasażerowie. Zdążyli już rozlokować się 
po kabinach i teraz łazili po całym okręcie, by przyjrzeć się wszystkiemu od burty po burtę, 
od dzioba, gdzie ostry przód okrętu wrzynał się w nieruchomą gładź wody, aż po rufę, gdzie 
piana spod śrub kotłowała się w jednostajnym szumie, układając się aż do opuszczonego 
widnokręgu, w prostą jak strzała, szeroką taśmę wzburzonej, stratowanej przez cielsko okrętu, 
drogi. 

Takie same oględziny przeprowadził już i Ksawery.  Pomimo  nowości jaką dlań była 

morska podróż, czuł się nieco rozczarowany. Dość szybko zorientował się w tym labiryncie, 
jakim   wydał   mu   się   okręt   na   początku,   w   zdawałoby   się   niezliczonych   przejściach, 
schodkach, korytarzach i wejściach. Wszystko razem wyglądało to jak hotel, złudzenie to 
utrwaliło się jeszcze mocniej, gdy zajrzał do baru, gdzie z braku lepszego zajęcia wypił parę 
kieliszków porto. 

Wróciwszy nieco zziębnięty do kabiny, zabrał się do rozpakowania rzeczy. W przepisach, 

które zdążył  już przestudiować, wskazywano,  iż kufry i większe walizy należy oddać do 
przechowania. Wobec tego rozlokował w szafie ubrania, obuwie, bieliznę i różne drobiazgi. 
Wezwany   dzwonkiem   steward   zajął   się   walizami   i   oświadczył,   że   lunch   będzie   za   pół 
godziny. 

Wobec   tego   Ksawery   przystąpił   do   studiowania   listy   pasażerów.   Nieduża   welinowa 

książeczka zawierała spis wszystkich podróżnych według alfabetu. Przy każdym nazwisku 
był   podany   zawód   oraz   numer   zajmowanej   kabiny.   Przede   wszystkim   z   zadowoleniem 
odnalazł siebie: Ksawery Runicki, ziemianin, kabina nr 5. 

Łatwo   się   zorientował,   że   im   mniejszym   numerem   były   oznaczone   kabiny,   tym 

kosztowały   drożej.   Było   tylko   dwadzieścia   kabin   jednoosobowych   pierwszej   klasy,   coś 
czterdzieści dwuosobowych w drugiej i wiele tanich na niższych pokładach. 

Przejrzał zatem nazwiska z pierwszej i drugiej klasy w nadziei, a raczej w obawie, że w 

tej masie podróżnych może znaleźć się przecież i ktoś znajomy. Na szczęście nie znalazł 
nikogo. Natomiast podkreślił sobie kilka nazwisk znanych: hr. Jerzy Dokszycki, ziemianin, 
prof. Wacław Gniewosz hr. Maria Znaniecka, ziemianka, dr Juliusz Wurm, przemysło wiec i 
rzecz całkiem niespodziewana – owa ruda aktorka, którą pamiętał ze "Złotej Maski". 

– Kabina szósta – zauważył – to musi być obok. 

Rozległ się gong. 

Runicki wziął papierosy, poprawił przed lustrem włosy i krawat; przypudrował koniec 

nosa, który wydał mu się nieco zaczerwieniony i zszedł na dół. 

background image

Sala jadalna, wspólna niestety dla pierwszej i drugiej klasy, mieściła się na pokładzie 

głównym.   Gdyby   nie   niski   sufit   i   niezbyt   gęste   podtrzymujące   ten   sufit   kolumienki, 
przypominałaby   zwykłą   salę   restauracyjną   w   przyzwoitym   hotelu.   Cała   była   zastawiona 
niedużymi   okrągłymi   stołami,   nakrytymi   każdy   na   sześć   osób.   W   rogu   grała   na   podium 
orkiestra w marynarskich mundurach. 

Uprzejmy   kierownik   sali   wskazał   Ksaweremu   jego   miejsce,   objaśniając,   że   stara   się 

zawsze tak dobrać towarzystwo, by każdy stół w swoim kółku czuł się najlepiej. Oczywiście, 
później można dobrać się inaczej, innymi grupami. 

– Może pan jednak już teraz ma jakieś życzenia... 

– O, bynajmniej. Proszę mi tylko powiedzieć, kto siedzi przy tym stole? 

–  Ależ służę. Szanowny pan, to raz, –  zajrzał do notesu –  hrabia Dokszycki, to dwa, 

generał Przybyś, to trzy, hrabina Znaniecka, to cztery, małżonka generała, to pięć i lekarz 
okrętowy dr Pasznicki, to sześć. 

– Wybornie – skinął głową Ksawery. 

– Może za mało pań – usłużnie uśmiechnął się kierownik sali – ale... Jest tu jedna piękna 

osóbka, znana artystka warszawska, pani Nieczajówna... Mógłbym zamienić kogoś na nią... 
Tylko nie wiem. 

– O nie, nie – żywo przerwał Ksawery – dziękuję panu! 

– Ja też tak sądziłem właśnie. 

Ksawery   wahał   się   chwilę,   czy   usiąść   pierwszy,   gdy   nadszedł   podprowadzony   przez 

kierownika   starszy   pan.   Był   to   Dokszycki.   Przedstawili   się   sobie   i   zajęli   miejsca   obok. 
Dokszycki, niski, szpakowaty blondyn o czerwonej twarzy i w wyłupiastych binoklach na 
długim orlim nosie robił wrażenie człowieka wiecznie niezadowolonego. Ksawery znał go ze 
słyszenia,   jako   namiętnego   gracza   i   człowieka   skorego   do   awantur.   Wiedział   też,   że 
Dokszycki posiada na Wołyniu nieduży, lecz dochodowy majątek, że ożeniony jest z panną 
Brejską z Kutnowskiego i że jego pierwszą żoną była jakaś Włoszka, czy Hiszpanka, która 
popełniła samobójstwo. Ze swej strony Dokszycki słyszał wiele o Ksawerym, o Wysokich 
Progach   i   o   całym   Grójeckiem,   zaś   matkę   Ksawerego,   z   domu   hrabiankę   Holimowską, 
spotykał  jako dorastającą panienkę u swoich kuzynów  Dowmuntów  na Kowieńszczyźnie, 
jeszcze za dawnych czasów. 

Rozmowa tedy zawiązała się łatwo dokoła koligacji i znajomości. 

Nadszedł dr Pasznicki, młody jeszcze, sympatyczny brunet i generałostwo Przybysiowie. 

On   lat   około   sześćdziesięciu,   pucołowaty   i   obsypany   brodawkami,   rozsianymi   ze 
zdumiewającą gęstością na ziemistej twarzy, ona, ogromna kobieta, ważąca na oko ze sto 
kilo, rozrośnięta w biodrach i biuście pomimo na pewno przekroczonej czterdziestki. Oboje 
zachowywali się z wielką godnością i zaczęli od narzekania na niewygody w kabinie, na zbyt 
wąskie łóżka, na ciasnotę i na zbyt intensywne ogrzewanie. Generał wspominał, że kiedyś, za 
dobrych czasów, kiedy był jeszcze oberlejtnantem w siedemdziesiątym szóstym regimencie 
cesarsko-królewskiej armii, jeździł po Dunaju statkiem znacznie lepszym. 

Doktor  wszczął   z  generałem   polemikę,   a  Ksawery  z niepokojem  spoglądał   na wolne 

dotychczas miejsce. Jeżeli i ta Znaniecka okaże się starą babą, przebywanie przy stole nie 
będzie należało do przyjemności. 

Tymczasem   zapełniały   się   inne   stoły.   Ksawery,   zerkając   raz   po   raz,   zauważył   kilka 

background image

niebrzydkich kobiet i comme il faut ubranych mężczyzn. 

Przeważnie jednak publiczność była raczej szara, nie umiejąca się ani ubrać, ani trzymać 

swobodnie. To ostatnie tłumaczyło się zresztą swego rodzaju zażenowaniem, wynikłym ze 
znalezienia się wśród tłumu ludzi nieznanych, z którymi trzeba będzie spędzić z górą miesiąc 
czasu, jakby w jednym domu. 

Już prawie wszystkie miejsca były zajęte. Stoły obficie zastawione zimnymi przekąskami 

zaabsorbowały uwagę podróżnych. Generał, pochrząkując, zabrał się energicznie do węgorza, 
nieufnie zerkając ku homarom i langustom, aż wreszcie nie wytrzymał: 

– Dobre są te raczki? – zwrócił się do Dokszyckiego. 

– Homary – poprawiła generałowa. 

–  Krewetki?...   –  niezłe   –  od   niechcenia   wyjaśnił   Dokszycki   i   przysunął   genarałowi 

półmisek. 

–  To zimne? –  zawahał się generał. –  Mnie szkodzą te zimne, panie dobrodziejaszku, 

delikatesy. Zaraz, panie dobrodziejaszku, dostaję tego, no, wzdęcia. 

Runicki,   obserwując   sąsiednie   stoły,   zauważył,   że   i   tam   półmiski   z   krewetkami   i 

langustami nie cieszą się zaufaniem pasażerów. 

– Hołota – pomyślał. 

Sam, chociaż wolałby inne rzeczy, jadł tylko to. Nie bardzo mu smakowały, ale należało 

się popisać. Zbliżył się starszy steward z kartą win. Dokszycki kazał sobie podać jakąś starkę, 
Ksawery   koniak,   doktor   kieliszek   czystej,   generał,   zapytawszy   o   cenę   reńskiego, 
zrezygnował. 

Szybko   sprzątnięto   nakrycia   po   przekąskach   i   nagle   przez   dwoje   drzwi   sali,   jak   na 

komendę, szybkim krokiem weszli stewardzi, niosąc długie, wąskie półmiski z sandaczem. W 
ciągu dwóch minut cała sala była obsłużona. 

Pani Znaniecka zjawiła się dopiero przy drugim daniu. W kostiumie z grubego tweedu z 

jasnymi, gładko rozczesanymi na środku głowy włosami, pomimo niewątpliwej trzydziestki, 
wyglądała   bardzo   świeżo   i   apetycznie.   Nie   była   ładna,   lecz   miała   w   sobie   moc   rasy. 
Przypominała angielską sportslady z tych, jakie się widuje w zagranicznych ilustracjach, w 
sprawozdaniach z życia high lifu. 

– Wspaniała – ucieszył się Runicki, dyskretnie podnosząc rękę do nosa, by stwierdzić, że 

po uścisku dłoni pozostał zapach dyskretnych sportowych perfum. 

O ile to było przyzwoite prawie nie odrywał od niej oczu. Siedzieli naprzeciw siebie. 

Włosy miała jasnoblond, a oczy niebieskie. Jadła szybko i dużo, ale robiła to z wdziękiem. 
Wraz z jej przyjściem przy stole od razu ożywiła się atmosfera. Rozmowa stała się ogólna. 

Przy pomocy szeregu precyzyjnych pytań Runicki do końca lunchu zdołał dowiedzieć się, 

że pani Znaniecka mieszka w grodzieńszczyźnie, że jest od sześciu lat mężatką, ma córeczkę, 
że wybrała się "Sarmatią", gdyż w obecnych ciężkich czasach na indywidualną podróż nie 
może sobie pozwolić, a koniecznie chce poznać Hiszpanię, że jej mąż jeszcze jako kawaler 
był sekretarzem poselstwa w Madrycie, że poza tym lekarze zalecili jej morską podróż, której 
trochę się obawia, gdyż nie wie, czy podlega chorobie morskiej, czy nie. 

– I ja, panie dobrodziejaszku, też tego się boję – zawołał generał – ale podobno wszędzie 

panuje pogoda. Zresztą mamy tu przecież pana doktora. 

background image

Rozmowa zeszła na środki przeciw morskiej chorobie i centralną osobą stał się lekarz 

okrętowy.  Ksawery nie bez niezadowolenia  stwierdził,  że pani Znaniecka  zbyt  często się 
zwraca   i   patrzy   na   doktora   Pasznickiego   z   innym   wyrazem   oczu,   niż   spoglądając   na 
Dokszyckiego lub na generała. 

– A pan – zwróciła się do Runickiego – ulega pan morskiej chorobie? 

–  Broń Boże –  żywo zaprzeczył Ksawery –  podróżowałem już okrętami sporo. Nawet 

duże sztormy nie wywołują u mnie żadnych niedyspozycji. 

Mówił   tak   w   nadziei,   że   komunikaty   meteorologiczne,   zapowiadając   pogodę,   nie 

zawiodą. W gruncie rzeczy ogarniała go porządna trema na myśl o Chybotaniu się okrętu, 
który sunął teraz po Bałtyku, niczym po najrówniejszej szosie. 

Korzystając z tego, że zdążył już jako tako zapoznać się z "Sarmatią", zaraz po śniadaniu 

zaofiarował się, jako guide, pani Znanieckiej, która wprost z lądu weszła do kabiny i niczego 
jeszcze nie widziała. 

– Mąż przywiózł mnie autem – tłumaczyła, gdy wyszli na pokład – i przez całą noc nie 

spałam. Ależ tu zimno! 

– Trzeba koniecznie wziąć futro – powiedział Ksawery. 

– Mam kabinę drugą, którędy to się przechodzi? – zapytała. 

– Jesteśmy sąsiadami – wyjaśnił – mój numer jest piąty. Pani pozwoli tędy. 

Odprowadził ją na górę. Sam prędko narzucił futro i stanął w oczekiwaniu przy schodach. 

Wtedy   właśnie   zobaczył   ową   Nieczajównę.   Widział   ją   dawniej   kilka   razy   w   "Złotej 

Masce" i rok temu w Bristolu, kiedy dla zaimponowania temu idiocie Berhalmowi, posłał jej 
kwiaty, spięte szpilką od krawata. 

Teraz wydała mu się zdumiewająco młoda. W jej krótkim, uważnym spojrzeniu dostrzegł 

jakiś wyraz, którego nie umiał nazwać, wyraz, którego nie znał, a który nagle go zaniepokoił. 

Nieoczekiwanie   dla   samego   siebie   przechylił   głowę   i   ukłonił   się.   Odpowiedziała   mu 

nieznacznym   skinieniem   i   przeszła   obok.   Już   w   następnej   chwili   zastanowił   się   nad 
bezsensownością swego ukłonu. Głupi odruch. Jeżeli chodziło o zachowanie dobrych form, 
ostatecznie nie popełniłem nietaktu. Bądź co bądź są współpasażerami w długiej podróży, ale 
co   sobie   taka   aktorka   może   pomyśleć!...   Nie   był   zadowolony   z   siebie.   Nie   lubił   takich 
drobnych   uchybień.   Tego   rodzaju   ukłon   nie   zobowiązywał   go   do   niczego,   lecz   tej 
Nieczajównie  mógł  nasunąć  przypuszczenie,   że  uważa   się  za   uprawnionego  do  ukłonu  z 
powodu kwiatów. Właściwie posłał je wtedy jedynie dla "zadania szyku". Byli całą paczką na 
premierze.   Kasia   Rżewska   zachwycała   się   urodą   Nieczajówny   i   dopatrując   się   wszędzie 
czegoś erotycznego, i tu stwierdziła, że aktorka przy piosence "Mniej abstrakcji, więcej akcji" 
specjalnie   ustawiła   się   przed   Ksawerym   i   śpiewała   do   niego.   Kasia   zaczęła   go   nawet 
podejrzewać o bliższe stosunki z Nieczajówną, czemu wówczas w doskonale wystudiowanym 
oburzeniu,   oburzeniu   zbyt   gorącym,   zaprzeczył.   Posłanie   kwiatów   miało   być   niejako 
odszkodowaniem   za   krzywdzące   podejrzenie,   a   szpilka   została   wpięta   na   intencję 
podrażnienia   Pusia   Berhalma.   Puś   oczywiście   zaraz   nazajutrz   rozgadał   to   wszystko   w 
Ministerstwie Spraw Zagranicznych! W rezultacie przez dłuższy czas utrzymywała się wśród 
znajomych opinia, że Ksawerego łączą z Nieczajówną bliższe stosunki, to zaś nie przynosiło 
mu ujmy. Romans z młodą, ładną i znaną, a w związku z tym oczywiście kosztowną aktorką 
był swego rodzaju dobrą notą, dla której warto było znieść kilka przykrych scen od Miry. 

background image

Jednak tu, na okręcie, sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Tu wypadało ściśle 

trzymać  się własnej sfery;  co więcej  umyślił  jak najbliższe zaprzyjaźnienie  się z hrabiną 
Znaniecką nie wyłącznie ze względów towarzyskich. Podobała mu się naprawdę i spodziewał 
się, że wywarł na niej równie dodatnie wrażenie. 

Nie wyobrażał też sobie, by młoda mężatka, wybierając się w tego rodzaju podróż, robiła 

to bez nadziei natrafienia na romantyczną przygodę. Był też pewien, że, jeśli ktoś, to właśnie 
on byłby najodpowiedniejszym w takiej przygodzie partnerem. 

Dlatego aż do wieczora niemal nie rozstawał się z panią Znaniecką. Oprowadzał ją po 

okręcie, załatwiał wynajęcie leżaków i ustawienie ich w najodpowiedniejszym, a przy tym 
odosobnionym  miejscu na mostowym  pokładzie, przynosił pledy z jej kabiny,  przy czym 
stwierdził, że ma bardzo ładne przybory podróżne, jadł z nią razem podwieczorek, a na obiad 
zeszli jednocześnie. 

Po krótkim posiedzeniu w barze przy coctailach, kiedy pani Znaniecka udawała się na 

spoczynek, mógł już na dobranoc powiedzieć jej "pani Marychno". 

Na   okręcie,   ludzie,   zmuszeni   do   nieustannego   przebywania   w   jednym   i   tym   samym 

towarzystwie, znajomią się i zbliżają bardzo szybko. 

Dopiero około północy,  kiedy opustoszały pokłady,  zawrócił  do swojej kabiny.  Mała 

klitka, na dwa metry szeroka i na trzy długa, z wąskim łóżkiem metalowym, przymocowanym 
do ściany, z szafą, zamykaną umywalką i z wąską kanapką, pokrytą czerwonym pluszem, 
przypominałaby przedział sleepingu, gdyby nie okrągłe, nieduże okno okrętowe, gdyby nie 
pas ratunkowy, wystający z kraty pod sufitem i gdyby nie bariera przy łóżku, broniąca przed 
spadnięciem w razie silnego chybotania okrętu. 

Teraz jednak było cicho i spokojnie, ciepło, przytulnie i bezpiecznie. 

Dzień na okręcie zaczynał się wcześnie. Już wpół do siódmej na korytarzach rozlegał się 

gong. Śniadanie podawano tylko do dziewiątej. Owoce, wędliny, jaja, dżemy i sery, kawę lub 
herbatę z doskonałym świeżutkim pieczywem. O jedenastej roznoszono bulion w filiżankach, 
o pierwszej podawano lunch, o piątej podwieczorek, a o siódmej obiad. 

W   hallu   co   kilka   godzin   wyznaczano   na   mapie   położenie   okrętu,   wywieszano   różne 

zawiadomienia   i   informacje.   Tu   też   umieszczony   był   barometr,   dzięki   czemu   przez   hall 
ustawicznie przepływała fala podróżnych. 

Po pierwszym dniu rozgorączkowania i myszkowania publiczność zdążyła się uspokoić. 

Pokłady   pokryły   się   gęsto   leżakami,   na   których   owinięci   w   futra   i   pledy   podróżni 
odpoczywali od jednego posiłku do drugiego. 

W   barach   popijano   cocktaile,   w   salonach   uformowało   się   kilkanaście   stolików   do 

bridge'a. 

Ponieważ   pani   Znaniecka   chciała   nacieszyć   się   widokiem   morza   i   świeżym   ostrym 

zapachem powietrza, prawie nie schodzili z pokładu, chociaż wiatr wzmógł się. Nieustanna 
rozmowa o wspólnych  znajomych,  o ich małżeństwach, rozwodach, flirtach i skandalach, 
szybko wyczerpała ten temat. Pani Maria interesowała się jeszcze muzyką i literaturą, ale w 
tych   dziedzinach   Ksawery   był   zupełnie   laikiem   i   mógł   jedynie   spełnić   rolę   uprzejmego 
słuchacza, dość sprytnego, by w odpowiednim miejscu wstawić swoje" oczywiście",  a w 
innym   zręcznie   strawestować   zdanie   zasłyszane   właśnie   przed   chwilą.   To   jednak   nie 
wystarczało   do   podtrzymania   rozmowy,   tym   bardziej,   że   pani   Znaniecka   nigdy   nie   była 
pewna słuszności swoich poglądów i wręcz domagała się opinii towarzysza. 

background image

Dygresja w stronę medycyny też nic nie poprawiła sytuacji, Ksawery stykał się jedynie z 

kwestiami   weterynaryjnymi,   sam   zaś   będąc,   dzięki   Bogu,   zdrowym,   nie   interesował   się 
medycyną. Że nie znał się na muzyce, z tego nie można mu było robić zarzutów. Po prostu 
wolno człowiekowi być niemuzykalnym. Natomiast wątłość swojej orientacji w literaturze 
musiał tłumaczyć i usprawiedliwiać. Gospodarstwo, nawał interesów, obowiązki towarzyskie. 
Wszystko to pochłania więcej czasu niż go zawiera doba. Urwanie paru godzin dla książki 
jest wręcz niemożliwością. 

Dlatego "tych ostatnich rzeczy" nie czytał. W rzeczywistości nie lubił książek. Nudziły 

go. Skupienie uwagi na losach osób fikcyjnych męczyło nerwy. Kiedyś przeczytał Trylogię 
Sienkiewicza,   później   zdobywał   się   już   tylko   na   powieści   kryminalne.   Ale   tego,   ma   się 
rozumieć, nie mógł powiedzieć pani Znanieckiej. 

Przed wieczorem z tej racji, by nie popaść znowu w podobnie nużące tematy, jak i w 

realnym zamiarze prędszego dojścia do celu, zmienił ton i rozpoczął zaloty. 

W tym względzie miał już wyrobioną metodę, którą uważał za najbardziej celową. Było 

to połączenie brutalnej i pewnej siebie męskości z wytworną formą ataku. Na pierwszy ogień 
poszło   zapewnienie,   iż   mąż   pani   Marychny   popełnił   szaleństwo,   pozwalając   żonie   na   tę 
podróż. On, Ksawery gdyby miał żonę (oczywiście taką żonę), nie puściłby jej na krok od 
siebie. 

Nie, bynajmniej nie przez brak zaufania. Przez poczucie wartości takiego skarbu, dla 

którego zdobycia każdy rabuś gotów jest przecież na największe ryzyko. 

Pani Znaniecka ze śmiechem powiedziała, że czasy piratów minęły. 

Był   to   doskonały   moment   do   zaciśnięcia   szczęk,   zatopienia   wzroku   w   ciemności, 

ściągnięcia brwi i wydobycia z siebie jednego tylko, lecz nabrzmiałego treścią słowa: 

– Szkoda!... 

Runicki wiedział, że przypomina teraz, że musi przypominać właśnie pirata i że pani 

Marychna przygląda mu się z uznaniem. 

Nie należało jednak przeciągać struny i odezwał się: 

– Jest w pani coś dziwnego, czego nie umiem nazwać... 

– Czy chodzi panu o wnętrzności? – zaśmiała się, robiąc aluzję do jego nieświadomości w 

dziedzinie anatomii – mogę to panu ułatwić: wątroba, śledziona, nerki, serce... 

Uśmiechnął się z przymusem: 

– Serce zajęte. W wieczystej dzierżawie. 

– Nie zgadł pan: oddane na własność. 

– Każdą własność można odebrać. Zwłaszcza dziś. Licytacja, i oto własność dostaje się w 

ręce najwięcej dającego... 

Zniżył głos i patrząc jej wprost w oczy zakończył: 

–  Nie   wiem,   czy   to,   co   posiadam,   warte   jest   setnej   części   tego   serca.   Ale   byłby   to 

królewski nabytek. Nawet taka malutka cząsteczka. 

Potrząsnęła głową: 

background image

– Po pierwsze, jest pan za mało wymagający, a po drugie, cóż za odskok od romantyki do 

powszechności,   od   pirata   do   komornika.   Mógłby   pan   zdobyć   się   chociażby   na   zajazd 
Soplicowa. 

– Na co? 

– Na zajazd. 

– Co pani przez to chce powiedzieć? – speszył się. 

Na szczęście zbliżył się do nich kapitan z propozycją zagrania w bridge'a. 

– Zaziębicie się państwo na pokładzie – powiedział, gdy pani Znaniecka oświadczyła, że 

nie umie grać, a nawet kart nie rozróżnia – no, tak, pozwolą się państwo zaprosić do mnie na 
kieliszeczek. To nigdy na morzu nie szkodzi. 

Zgodzili się chętnie. Bądź co bądź, kapitan był tu pierwszą osobą i wizyta w jego kajucie 

pochlebiała Runickiemu. Jeżeli zaś chodziło o niewątpliwy fakt, że zaproszenie zawdzięczał 
tylko pani Znanieckiej, która podobała się kapitanowi, nie miał żadnych obaw. 

Kapitan Turczyna liczył już około pięćdziesiątki, robił wrażenie wiecznie nie umytego, na 

kilka   kroków   czuło   się   odeń   alkohol,   a   poza   tym   był   chudy,   jak   kościotrup   i   niemal 
karykaturalny w swoich małpich ruchach. 

Mówił straszliwym  akcentem polsko-petersburskim i komicznym  językiem,  w którym 

mieszały   się   słowa   rosyjskie   z   angielskimi,   a   francuskie   kończyły   się   ozdobą   polskich 
końcówek. 

Śmiał się przy tym cienko i zgrzytliwie niczym zarzynany kogut, lecz z tym wszystkim 

był dzielnym marynarzem, starym wygą, który słynął z tego, iż w ciągu całej swojej kariery 
nie tylko nie zatopił, lecz nie uszkodził żadnego okrętu. Znał jak własną kieszeń wszystkie 
porty   świata,   brał   udział   w   kilku   bitwach   morskich   jako   komendant   pancernika,   jego 
podwładni   zapewniali,   że   swymi   wspomnieniami   mógłby   wypełnić   setki   sensacyjnych 
powieści.   On   sam   jednak   bez   amatorstwa   i   bardzo   rzadko   mówił   o   sobie,   i   o   swoich 
przeżyciach, i o morzu. Z pasażerami rozmawiał dość chętnie, lecz tamtych kwestii unikał. 

Wkrótce nadszedł doktor Pasznicki, majtek podał kawę i alkohol. Ksawery, który wdał 

się w rozmowę z kapitanem, niechętnie spoglądał na lekarza, flirtującego z panią Znaniecką. 
Byli tak sobą zajęci, że pani Marysia nie dostrzegła nawet najczulszych spojrzeń Runickiego. 

W pół godziny później odprowadzając ją do kabiny, był ostentacyjnie zimny. 

– Tak, proszę pani – odpowiadał krótko – nie proszę pani... 

– Co panu jest? – zdziwiła się. 

– Och, nic! Neurastenia. 

– Pan i neurastenia?... Ależ pan tryska zdrowiem! 

Zniecierpliwił się: 

– Bardzo panią przepraszam, że ośmielam się być zdrowym. 

– Nie robię z tego panu zarzutu. 

– Jednak pozwolę sobie zauważyć – wycedził – że stan nerwów nie ma nic wspólnego ze 

zdrowiem. 

background image

– Szkoda – zaśmiała się. 

– Dobranoc pani – ukłonił się sztywno. 

– I panu życzę przyjemnego snu. 

– O nie. Ja jeszcze wracam do baru. Zdaje się, że będę dziś pił przez całą noc. 

Przyjrzała się mu z ironicznym błyskiem w oczach: 

– Zdaje się, że chce mnie pan obciążyć odpowiedzialnością za ten... swój kaprys. 

– Wybryk chciała pani powiedzieć? 

– Więc dobrze, wybryk. 

– Skądże mam obciążać panią?... 

– Zdaje się, że uzurpuje pan sobie prawo wyłączności co do mego towarzystwa. 

– Chcę je zdobyć – odpowiedział, robiąc ponurą minę. 

– Niech się pan nie trudzi... 

– Gdyż?... – podjął. 

– Gdyż się nie opłaci. 

– Zobaczymy. 

– Pan zobaczy. Ja widzę to już teraz. 

Czuł się obrażony i z trudem ukrywał złość. Chciał jednak powiedzieć jej coś przykrego, 

by chociaż w ten sposób zemścić się: 

– Ha, trudno – rozłożył ręce – głową muru nie przebiję. 

–  Właśnie –  podchwyciła –  od początku miałam takie wrażenie, że pan należy do typu 

ludzi czyhających na zdobycze... łatwe. 

– Tak?... Nie powiem, żeby i pani zdobywanie względów doktora szło zbyt trudno. 

Pani Znaniecka zmierzyła go roziskrzonym wzrokiem i skinęła głową: 

– Dobranoc panu. 

– Dobranoc pani – powiedział, gdy już znikła za drzwiami kabiny. 

Rozmowa   ta   wytrąciła   go   z   równowagi   i   rzeczywiście   zamierzał   uspokoić   się   przy 

pomocy alkoholu. Niestety była już godzina późna i bary pozamykano. 

Zły na siebie położył się spać i zasnął przy obmyślaniu zemsty. 

Nazajutrz przystąpił do realizacji tej zemsty. Wstał wcześniej, zjadł śniadanie i wśród 

rozlokowujących się na pokładzie zaczął wypatrywać kogoś, kto by mógł być karą dla pani 
Znanieckiej. 

Ta lustracja jednak nie dawała na razie rezultatu. Żadna z obserwowanych kobiet nie 

wyglądała   ani   dość   szykownie,   ani   dość   ładnie,   by   wystarczyła   na   wywołanie   uczucia 
zazdrości u tamtej. 

A należało się spieszyć. Pani Znaniecka zaraz po śniadaniu wyjdzie na pokład i musi już 

background image

od razu zobaczyć go z inną kobietą. 

I w tym  właśnie momencie  Ksawery dostrzegł  Nieczajównę. Stała  sama  przy burcie, 

wpatrując się w morze. W tanim brązowym futerku i w berecie, w nieco nieodpowiednich 
pantofelkach na zbyt wysokim obcasie, nie wyglądała dostatecznie elegancko, ale przecież 
możliwie. Za to jej miedziane włosy w słońcu połyskiwały wręcz wspaniale, no, a uroda nie 
pozostawiała nic do życzenia. 

Przeszedł dwa razy obok, namyślając się, czy zacząć. Ostatecznie byłoby wcale rozsądne 

zapewnienie   sobie   na   czas   podróży   przyjemnej   towarzyszki,   która   by   w   przelotnym 
romansiku nie widziała nic zdrożnego. Do wczorajszego wieczora był przeświadczony, że 
najodpowiedniejszym   do   tego   obiektem   byłaby   pani   Znaniecka.   I   dziś   zupełnie   stracił 
nadzieję. W każdym razie perspektywa długich zabiegów bez gwarancji. 

Co  innego  z  tą.  Taka  aktorka  z  natury rzeczy  musi   być  łatwa.   Poza  tym   nie  będzie 

wymagała szczególniejszych względów. Nie uroi też sobie żadnych praw. Co najwyżej za jej 
ustępliwość trzeba będzie zapłacić jakimś pierścionkiem, czy naszyjnikiem. W Paryżu takie 
rzeczy (nawet w dobrym guście) nie kosztują drogo. Zresztą warta jest porządnej ceny. Jest 
wspaniale   zbudowana,   ma   fenomenalnie   kolorową   cerę   i   usta   prawie   perwersyjne.   Przy 
rudych włosach, przy całej tej wyzywającej urodzie wyglądała jednak zdumiewająco świeżo, 
niemal dziewczęco. 

Im dłużej przyglądał się, tym mocniej utwierdzał się w postanowieniu. Uprzytomnienie 

faktu sąsiedztwa kabin, a zatem wyjątkowej wygody, zrobiło resztę. 

Korzystając z tego, że Nieczajówna odwróciła głowę, szerokim gestem zdjął czapkę i 

powiedział z uśmiechem: 

– Dzień dobry pani! Nie za duży tu wiatr? 

– Nie – potrząsnęła głową – lubię to. 

Ściągnął rękawiczkę z prawej ręki: 

– Pani pozwoli, że się formalnie przedstawię. Ksawery Runicki. Właściwie, to jest kiedyś, 

przed dwoma zdaje się laty, miałem zaszczyt wprawdzie nie osobiście... Ale pani na pewno 
już tego nie pamięta. 

–  Źle  pan  ocenia   moją  pamięć   –  zaśmiała   się  i   podała  mu   rękę,  wymawiając   swoje 

nazwisko. 

– To prawdziwy zaszczyt, więcej, niż zaszczyt, to wielka przyjemność dla mnie, szarego 

rolnika, że pani przy tylu hołdach raczyła zapamiętać i mój. 

– Byłam wtedy naprawdę speszona. Nawet nie wiedziałam, jak podziękować. 

– A tu poznała mnie pani? 

– Oczywiście! 

Powiedziała to z takim akcentem, że aż się zarumieniła. Runicki dostrzegł to i od razu 

poczuł wielką pewność siebie. Jednocześnie doszedł do przekonania, że Nieczajówna o wiele 
efektowniej wygląda z bliska, niż na scenie i że jest bardzo miła. 

–  Jakaż   szkoda   –  westchnął   –  że   nie   jadamy   przy   wspólnym   stole.   Pani   ma   miłe 

towarzystwo? 

background image

– Owszem. 

– Ja nie. Nudzę się i obawiam się, że z nudów zacznę jeść tyle, że utyję. Rozmowy przy 

moim stole nie należą do zajmujących. 

– Ja myślałam inaczej – zaśmiała się. 

– Dlaczego? 

– Robi pan wrażenie bardzo zajętego. 

– Ja? – oburzył się – kim? 

– No, nie tymi dwoma starszymi panami, ani tym oficerem marynarki... 

– To lekarz okrętowy. 

– Więc i nie lekarzem, ale tą piękną blondynką. 

– Aż piękną? Czy to nie nadmiar uprzejmości z pani strony? 

– Rzeczywiście, pan myśli zapewne o jej uszach?... Tak, ma za duże i nieładne. Nogi też 

są cokolwiek za szczupłe, ale poza tym jest śliczna. 

Runicki przypomniał sobie nogi i uszy pani Znanieckiej. Aż sam zdziwił się sobie, że 

dotychczas tego nie zauważył. Naprawdę to ją szpeciło. 

–  Ale   pani   ma   wyrobioną   spostrzegawczość   –  zauważył   z   uznaniem.   –  Strach   mnie 

ogarnia na myśl, ile też defektów znajdzie pani we mnie? 

– Sądzę, że niedużo. 

– Więc, jednak są! O Boże! 

– Chyba panu aż tak bardzo nie zależy na tym? 

– Na czym? 

– Na urodzie, no i na moim zdaniu... 

–  Dla   pani   chciałbym   być   piękny   –  przymrużył   oczy.   Zmierzyła   go   wzrokiem   i 

uśmiechnęła się: 

– Jest pan niebrzydki. 

– Dziękuję – ukłonił się szarmancko. 

–  Tylko dlaczego pan się tak czesze? Co do mnie obawiałabym się dotknąć pańskich 

włosów, by nie uszkodzić tej idealnej fryzury. 

– Proszę. Niech pani je zburzy! 

– O nie, straciłby pan przez to co najmniej pół godziny na uczesanie. 

–  Mówi to pani takim tonem, jakby dbanie o siebie uważała pani u mężczyzn za coś 

niepotrzebnego. 

– Ale pan chyba uważa to za najpotrzebniejsze? 

Zmieszał się troszkę: 

– Umie pani mówić impertynencje. 

background image

– Ależ bynajmniej, nie chciałam panu powiedzieć nic przykrego. 

– Czy rzeczywiście wyglądam na... gogusia? 

Oburzyła się szczerze: 

– Skądże! Jest pan chyba odrobinę próżny i to wszystko. 

– A pani jest najbardziej czarującą osobą, jaką widziałem. 

– Nie wierzę. 

–  Słowo   daję.   I   niech   pani   się   nie   dziwi,   że   płacę   chlebem   za   kamień,   tak   celnie 

wymierzony do mego ogródka. 

Runickiemu   tak   doskonale   rozmawiało   się   z   Nieczajówną,   że   zapomniał   nawet   o 

pierwotnym   celu,   o   podrażnieniu   pani   Znanieckiej   i   dopiero   gdy   zobaczył   ją   objuczoną 
pledami i widocznie zdążającą do leżaków, ucieszył się sukcesem planu: musiała widzieć ich 
roześmianych i zajętych sobą. 

Wczesnym rankiem, kiedy wszystkie pokłady są zalewane wodą, szorowane i sprzątane, 

leżaki bywają zestawione w wielkie sterty. Ksawery też, zerkając ukosem, widział wybornie, 
jak pani Znaniecka męczy się wyszukiwaniem swego. Udawał jednak w dalszym ciągu, że 
jest całkowicie zajęty swą towarzyszką. 

– Dobrze jej tak – myślał – niech poczuje, jak to wygodnie beze mnie. 

Po   pewnym   czasie   zaproponował   Nieczajównie   spacer   na   dziób   okrętu.   Przechodząc 

obok   pani   Znanieckiej   ukłonił   się   z   przesadną   grzecznością.   Odpowiedziała   mu 
nienaturalnym półuśmiechem, ku jego najwyższemu ukontentowaniu. 

– Ma za swoje! 

Całe przedpołudnie spędził z Nieczajówną, oprowadzając ją po okręcie i tłumacząc różne 

urządzenia. 

– Pan jednak zna się na tym! – dziwiła się. 

– O tak, trochę. Dość dużo podróżowałem okrętami. I to nie takimi starymi skorupami, 

jak nasza "Sarmatia", ale wielkimi nowoczesnymi olbrzymami. 

–  A ja sądzę –  mówiła  Nieczajówna –  że najciekawsza byłaby podróż najmniejszym 

stateczkiem.   Na   przykład   żaglowcem.   Wyobrażam   sobie,   jak   podczas   burzy   skacze   taka 
łupinka na falach. Niczym piłka. To dopiero emocja. 

– Zapewne – przytaknął – ale brak wygód... 

–  No, i morska choroba. Podobno im mniejszy okręt, tym o nią łatwiej. Czy to bardzo 

przykre? 

Runicki zaśmiał się: 

– Ja myślę. 

– A pan często chorował? 

– O, nie. Ja nie ulegam morskiej chorobie. 

–  A   ja,   niech   pan   sobie   wyobrazi,   ogromnie   się   jej   boję.   Swoją   drogą   chciałabym 

background image

zobaczyć burzę na morzu, czy choćby takie wielkie fale, ale mam stracha. 

– Na wszelki wypadek polecam się w charakterze pielęgniarza – zażartował. 

Rozstali   się   dopiero   przed   lunch'em.   Przy   swoim   stole   Ksawery   zastał   już   całe 

towarzystwo, oprócz doktora, który musiał zająć się jakimś chłopcem i jego zwichniętą nogą. 

– Jakże pani spędziła ranek? – zwrócił się do pani Znanieckiej z uprzejmą złośliwością. 

– Dziękuję, bardzo miło i w bardzo inteligentnym towarzystwie – odpowiedziała – bawił 

mnie pan Flaubert. 

– Czy też lekarz? – Ksawery zrobił ironiczną minę. 

– Nie, drogi panie, pisarz z XIX wieku – odcięła się. 

By zamaskować otrzymany sztych, Ksawery powiedział całkiem dobrodusznie: 

– O tak, to bardzo dobry autor. Tak... Flaubert... Owszem, czytałem... 

– Czy jego "Notre Dame de Paris", czy "Lettres de mon moulin" – zapytała niewinnie. 

Ksawery zaczerwienił się, nie tracąc jednak kontenansu skinął głową: 

– Zdaje się jedno i drugie. 

Generał Przybyś podniósł widelec: 

– Znałem jednego Flobera. Miał trafikę na Grauegasse we Wiedniu. Tęgi taki z baczkami, 

panie dobrodziejaszku. Jak dziś pamiętam. Ale to chyba nie ten, choć też francuski znał. 
Zresztą   kto   go   wie,   ci,   panie   dobrodziejaszku,   autorzy,   to   często   pod   tymi,   pod 
pseudonimami... 

– Ale skądże! – zmitygowała go małżonka, widząc, że Dokszycki ma rozbawioną minę. – 

Skądże!   Przecież   pani   hrabina   wyraźnie   powiedziała,   że   z   dziewiętnastego   wieku.   W 
starożytności. 

Ksawery zwrócił się do pani Znanieckiej: 

– Czy pani i po lunch'u zamierza poświęcić się lekturze? 

– Jeszcze nie wiem. Mam do napisania parę listów. 

– Do męża?... 

– Czy to pana aż tak interesuje? – zapytała prawie niegrzecznie. 

–  Bardzo –  nie dał się zbić z tropu –  chcę chociaż ucieszyć  się odblaskiem cudzego 

szczęścia. 

– Wymagania zbyt rozległe. 

– Cóż pocznę. Na własne odebrano mi nadzieję. 

– Widocznie postąpiono słusznie – odpowiedziała zimno. 

Pomimo to po śniadaniu uparł się, by jej towarzyszyć. W saloniku, gdzie pisano listy, 

wszystkie  stoły były  zajęte, w czytelni  również. Zresztą zbliżała się pierwsza w podróży 
atrakcja i warto było pójść na pokład. Okręt zbliżał się do Holtenau, do wschodniej bramy 
Kanału Kilońskiego. Po obu stronach horyzont zaczął zarysowywać się szarymi liniami, które 

background image

wkrótce zamieniły się w zielono-żółte brzegi. Morze zwęziło się w niewielką zatokę, skąd 
wyciągało się długą stukilometrową szyją kanału, by połączyć się w ujściu Elby z wodami 
Morza Północnego. 

I Bałtyk  tutaj roił się od statków, widocznie oczekujących  na swoją kolej wejścia do 

kanału.   "Sarmatia",   jako   największa,   wyminęła   inne   i   stanęła   przy   śluzie.   Z   pokładu 
pasażerowie przez lornetki przyglądali się zakotwiczonym  okrętom, brzegom i budynkom 
Holtenau.   Tymczasem   dźwigi   okrętowe   nie   próżnowały.   Raz   po   raz   pochylając   się   nad 
bulwarem mola, unosiły olbrzymie paki i skrzynie, beczki i pudła, by zrobić pół obrotu i 
zostawić to wszystko w nienasyconym brzuchu "Sarmatii". Okręt prowiantował się świeżymi 
zapasami. Wykarmienie i napojenie sześciuset pasażerów i stu z górą osób załogi równało się 
dziennemu zużyciu około czterech tysięcy kilogramów mięsa, ryb, jarzyn, owoców, wina, 
piwa i najrozmaitszych innych dodatków. 

Pasażerowie z braku innego zajęcia nawiązywali rozmowy z niemieckimi urzędnikami i 

żandarmami, przechadzającymi się po idealnie wycienionym kamiennym nadbrzeżu z minami 
powagi i dostojeństwa. 

Liczni   przekupnie   na   długich   drągach   podawali   na   pokład   papierosy,   czekolady, 

pocztówki   i   inne   drobiazgi   w   małych   kapturkowatych   torebkach,   otrzymując   w   zamian 
garście bilonu. 

Wreszcie śluzę otwarto i wraz z masami bałtyckiej wody "Sarmatia" wpłynęła do kanału. 

Na prawie osiem godzin wielki okręt został wciśnięty między dwa brzegi, tak bliskie, że 
zdawało się, dobrym skokiem wprost z pokładu można było bliższego z nich dosięgnąć. 

Po obu stronach rozciągały się płaskie, lekko sfalowane wzgórzami łąki, a wśród nich tu i 

ówdzie czerwieniły się zabudowania folwarków. 

– Gdyby nie ogromne mosty poprzerzucane nad kanałem – mówił Runicki – mogłoby się 

nam zdawać, że jesteśmy na Pilicy, czy na Bugu. 

Pani Znaniecka przytaknęła: 

– Rzeczywiście, już nasz Niemen, a nawet Wisła jest szersza. I krajobrazy tam ładniejsze, 

góry porosłe lasem, osypiska. Więcej malowniczości, więcej przyrody. Tu jest wszystko już 
zanadto uporządkowane i wylizane. 

– Kultura, wysoka kultura – z podziwem powiedział Ksawery. 

– Nie, proszę pana, tylko cywilizacja. 

– Mówiłem o kulturze rolnej – zniecierpliwił się tymi ciągłymi poprawkami – zresztą i 

kultura jest wyższa w Niemczech niż u nas, a zwłaszcza niż tam, na kresach. Im dalej na 
zachód, tym większa kultura. 

– Mogę to łatwo osądzić po panu – odpowiedziała dwuznacznie. 

– Niby dlaczego po mnie? 

– Przez uprzejmość. 

– Nie oczekiwałem jej od pani. 

– Zatem był pan rozsądny w swoich oczekiwaniach. 

Zacisnął usta i umilkł. Zawsze tak było. Każdy temat kończył się między nimi zgrzytem. 

background image

Już   teraz   nie   podobała   mu   się   wcale   i   jeżeli   upierał   się   przy   dotrzymywaniu   jej 

towarzystwa, to jedynie dlatego, że irytowała go myśl zostawienia pani Znanieckiej czasu do 
zastanowienia się nad jego osobą. Co gorsza, mogła jeszcze wykpić go w rozmowie z takim 
choćby   doktorem.   Wprost   pojąć   nie   umiał,   jak   kobieta   z   takiej   sfery   może   znajdować 
przyjemność   w   obcowaniu   z   ludźmi,   istniejącymi   właściwie   po   to,   by   dbać   o   zdrowie, 
interesy,   czy   wygodę   tych,   którzy   za   to   płacą.   Lekarzy,   adwokatów,   inżynierów   i   temu 
podobnych, uważał w gruncie rzeczy za służbę, oczywiście wyższej rangi od szoferów czy 
karbowych, ale przecież służbę. Fakt ich wykształcenia nie imponował mu wcale. Przecież 
nie po co innego się kształcili, jak tylko po to, by dobrze służyć. Do tego musieli nabrać 
przyzwoitych manier, by nie razić swoim zachowaniem się tych, którzy im płacą. Bynajmniej 
nie   uważał   za   wskazane   podkreślenia   wobec   nich   tej   różnicy.   W   czasach   tak 
demokratycznych i tak tego by nikt należycie nie ocenił. Ale stąd daleko jeszcze było do 
wdawania się z nimi na równej stopie. 

Poza   ziemiaństwem,   oficerami   z   lepszych   pułków,   potentatami   finansowymi,   no,   i 

oczywiście   poza   przedstawicielami   władzy,   Runicki   nie   wyobrażał   sobie   "swego 
towarzystwa". 

Tym bardziej gniewał go Dokszycki, grający od rana do nocy w bridge'a z jakimiś trzema 

panami, o gminnych nazwiskach, a zwłaszcza wściekły był na Znaniecką za doktora i za tę 
wyraźną przewagę jej sympatii na tamtą stronę. 

Przed   obiadem   już   znowu   byli   pokłóceni   i   Ksawery   milczał   uparcie.   Jak   zwykle   w 

chwilach   rozdrażnienia,   odżywała   w  nim   pamięć  wszystkich  przykrości,   jakich  doznał   w 
życiu. Jednocześnie i przyszłość zaczynała się rysować przed nim najczarniejszymi barwami. 

Wysokie Progi nie w pierwszym, to w drugim terminie zostaną zlicytowane i przyjdzie 

pójść   do   rodziny   na   łaskawy   chleb,   albo   zdychać   z   głodu.   Wprawdzie   mógłby   objąć 
administrację  u któregoś  z krewnych,  ale  oni wszyscy nie  mają doń zaufania.  Natomiast 
posada rządcy u obcych – to już lepsza kulka w łeb. 

Ksawery wychylał jeden kieliszek po drugim. Właściwie cała ta podróż jest szaleństwem. 

Wyszastać resztę pieniędzy i wrócić nie wiadomo po co i nie wiadomo do czego. 

Jak na złość pani Znaniecka umawiała się głośno z doktorem na wspólne zwiedzanie 

Londynu. Nawet nie raczyła zwrócić uwagi na to, iż Ksawery po prostu zalewa się koniakiem. 

Wstał  od stołu wściekły i wyszedł  na  pokład. Po obu stronach  cicho przesuwały się 

zielone   brzegi.   Tu   i   ówdzie   w   mroku   połyskiwały   ostrzegawcze   latarnie.   Pod   wpływem 
pochłoniętego alkoholu humor zaczął się poprawiać. Postanowił odszukać Nieczajównę. 

Musiała   jeszcze   być   na   pokładzie.   Znalazł   ją   wkrótce   na   tyle   okrętu   przy   łodziach 

ratunkowych. Pod ich osłoną, zakryci od wiatru, siedzieli na ławkach czterej jacyś młodzi 
mężczyźni, a wśród nich ona. Albo należało zrezygnować, albo przyłączyć się do nich, na co 
najmniejszej nie miał ochoty, albo zdobyć się na tupet. 

Wybrał to ostatnie i powiedział w półukłonie: 

–  Nareszcie   panią   znalazłem.   Przypominam,   że   obiecała   mi   pani   pokazać   swoje 

fotografie. Zatem służę. 

– Fotografie – odezwał się któryś z panów – a to i my z rozkoszą zobaczymy. 

Runicki jednak bezceremonialnie wziął Nieczajównę pod rękę i, rzuciwszy przez zęby, 

panowie wybaczą, skierował się do schodków. 

background image

Już zeszli na dół, gdy powiedziała zgorszona: 

– Jak pan mógł tak skłamać! Przecież wcale panu nie obiecywałam! 

– Nie wiem, jak mogłem, ale musiałem. 

– Na drugi raz zaprzeczę, będzie pan skompromitowany. 

– Na pewno – skinął głową. – Na pewno, jeżeli będzie pani wolała towarzystwo tamtych 

bubków. 

– Pan musi być zarozumiały. 

– Nie, ale nie trzeba było okazywać mi, że się pani podobam. 

Oburzyła się szczerze: 

– No, wie pan, ja panu okazywałam? To już... to już... 

– Bezczelność?... 

– I w ogóle pan wcale mi się nie podoba. 

Ksawerego ogarnęło rozdrażnienie. 

– W takim razie przepraszam. Pani pozwoli, że ją odprowadzę z powrotem. 

– Dziękuję. Nie chcę. 

– Dlaczego? 

– Po pierwsze, nic mnie tam nie ciągnie, a po wtóre... po wtóre, pan jest niegrzeczny. 

Uchwycił jej rękę i pocałował kilka razy. 

–  Proszę wybaczyć. Nawet pani nie przypuszcza, jak bardzo pragnę pani towarzystwa. 

Myślałem o nim, jak o lekarstwie, jak o ratunku... 

Powiedział   to   tak   złamanym   głosem   i   z   tak   smutnym   wyrazem   twarzy,   że   się 

zaniepokoiła. 

– Czy panu coś się stało?... Może jakaś przykra wiadomość?... 

– Tak, bardzo przykra – skłamał – otrzymałem depeszę radiową. 

– Ktoś jest chory?... Czy o interesach!... 

–  Ach –  machnął ręką –  nie mówmy już o tym. W każdym razie bardzo jestem pani 

wdzięczny za życzliwość. Już sama obecność pani dodaje mi otuchy. 

Spojrzała nań jakoś bardzo ciepło, a po chwili powiedziała: 

– Może rzeczywiście pokazać panu te fotografie?... 

– Och, bardzo proszę. 

– Więc pan zaczeka w tym górnym salonie, a ja skoczę do kabiny i przyniosę. 

– Po co? – zaoponował – tam tyle ludzi. Najlepiej chodźmy do pani. 

Zawahała się, lecz gdy zaczął nalegać, zgodziła się. 

background image

Po   chwili   był   już   u  niej.   Ze   skromnego   neseseru   wydobyła   duże   pudło   pełne   zdjęć. 

Niektóre znał już z ilustracji, inne z natury: przedstawiały Nieczajównę w rozmaitych rolach 
w "Złotej Masce". 

Siedzieli   obok   siebie   na   kanapie.   Wypity   koniak   i   bliskość   tej   młodej   apetycznej 

dziewczyny musiały zrobić swoje. Ostrożnie wziął jej dłoń i zaczął głaskać. Zaśmiała się i 
cofnęła rękę, pokazując fotografię. Wówczas spróbował ją objąć. 

– O nie – zaprotestowała spokojnie, ale stanowczo. 

– Cóż to pani przeszkadza? – udawał zdziwienie. 

– Nie! Proszę wziąć rękę. 

Nie zrobiła żadnego gestu, jednak w jej głosie było tyle nakazu, że cofnął się. Wówczas 

zaśmiała się i powiedziała: 

– Będę pana bardzo lubiła, jeżeli zostanie pan takim, jakim ja sobie pana wyobrażam. 

– To znaczy jakim? 

– Wierzę w pańską intuicję – spojrzała mu serdecznie w oczy. 

Stanowczo Nieczajówna miała w sobie coś, co go brało. Nie umiał tego określić, ale czuł 

do niej nie tylko coraz silniejszy pociąg fizyczny, lecz i jakąś dotychczas nie znaną czułość, 
jaką miewa się czasem do dzieci! 

A potem inaczej się z nią rozmawiało, inaczej niż z Mirą, inaczej niż z kobietami z jego 

środowiska, ale także nie tak, jak z aktorkami, których przecież znał sporo. Nie starała się go 
kokietować, ani mu czymkolwiek imponować. Nie wygłaszała przemądrzałych aforyzmów, 
ani nie wtrącała cytatów z różnych książek. Przeciwnie. Z największym zainteresowaniem 
słuchała wszystkiego, co jej mówił. Nieraz przyłapał w jej spojrzeniu wyraz życzliwości, przy 
tym zaś bynajmniej nie narzucała się. Była prosta, naturalna, wesoła, bez pretensji. 

A po za tym bardzo ładna, oryginalna i efektowna. Gdyby zbliżył się do niej w owych 

czasach, gdy miał jeszcze dużo pieniędzy, dałby jej świetną oprawę, suknie, futra, biżuterię. 
Wtedy byłoby czym pochwalić się przed znajomymi! No, i miałoby się dziewczynę pierwszej 
klasy. 

–  Teraz   cóż?...   Kwestia   tych   paru   tygodni   i   na   tym   koniec.   Na   szczęście   wystarczy 

gotówki... 

Przesiedzieli razem do późna, wyszli już w nocy na pokład, by przyjrzeć się urządzeniom 

Brunsbuttel, gdzie okręt zatrzymał się na chwilę przed wpłynięciem na Morze Północne. 

Rozstali się przed kabiną Nieczajówny i Runicki wrócił do siebie. Zasypiając, rozmyślał 

nad wytworzoną sytuacją, nad wrażeniem, jakie wywoła na okręcie to jego trzymanie się bądź 
co bądź z aktorką, nad plotkami, które niewątpliwie dotrą do Warszawy i Wysokich Progów. 

– A niech! – zgrzytnął zębami, przypomniawszy sobie Mirę. 

Miał wyjątkowo pomyślną okazję do skorzystania z wolności i oczywiście nie wątpił, że 

skorzysta z niej w całej pełni. 

Oporność   Nieczajówny   wynikała   przecież   nie   z   jej   cnotliwości,   która   była   nie   do 

pomyślenia u aktorki. Ani z obawy plotek na okręcie. Ostatecznie, gdy ktoś jest aktorką, 
może  sobie  pozwolić  na lekceważenie  opinii.  Po prostu  Nieczajówna nie  należy do tych 

background image

najłatwiejszych i przed zawiązaniem bliższych stosunków chce go trochę lepiej poznać. Bo, 
że się jej podobał, o tym nie mogło być dwóch zdań. 

Nazajutrz lał deszcz. 

Morze Północne było lekko sfałdowane. Bruzdy zielonawo-ołowianej wody biegły na 

spotkanie okrętu i rozcinały się na jego dziobie, by spłynąć bokami w gęstej, zdawałoby się, 
tłustej   pianie.   Fala   jednak   była   zbyt   niska,   by   rozkołysać   potężny   kadłub   "Sarmatii". 
Pasażerowie z rzadka przemykali pod daszkami, głównie jednak przepełniali salony i bary, 
gdzie panował teraz prawdziwy tłok. 

Po wyjściu od fryzjera, gdzie dzięki sutym napiwkom udało mu się wywinąć od czekania 

w kolejce, Ksawery przede wszystkim upolował stolik z dwoma fotelami na krytym pokładzie 
i tam kazał stewardowi przynieść coctaile i owoce, potem zaś odszukał Nieczajównę. Właśnie 
kończyła śniadanie i bardzo szczerze ucieszyła się wiadomością o zarezerwowanym stoliku. 

Ze swojego miejsca widzieli morze i dość często mijające ich okręty. 

Rozmawiali   już   jak   dobrzy   znajomi.   Runicki,   który   zawsze   lubił   wyróżniać   się 

pomysłami,  chciał kazać,  by tutaj  podano im lunch, lecz  Nieczajówna orzekła, że to nie 
wypada. 

– Ludzie pomyślą Bóg wie co! 

– A cóż nas obchodzi ta hołota – wzruszył ramionami. – Doprawdy, panno Magdaleno, 

panno Magdusiu, proszę mi pozwolić. 

Jednak nie dała się przekonać i musieli zjeść lunch w sali przy różnych stołach. Ksawery 

nagradzał to sobie częstymi spojrzeniami w stronę Nieczajówny, co robił niemal ostentacyjnie 
na złość pani Znanieckiej, z którą pociął się znowu, właściwie mówiąc niepotrzebnie, bo już 
go nic nie obchodziła. Rzeczywiście miała brzydkie uszy,  wstrętne uszy, no, i te nogi: – 
piszczele. 

Wieczorem w dolnej jadalni urządzono kino i górne salony opustoszały. Tylko amatorzy 

bridge'a nie ruszyli się od swoich stolików. 

Jednak   ich   spory,   przechodzące   od   czasu   do   czasu   w   głośne   sprzeczki,   wystarczyły 

Ksaweremu jako pretekst do propozycji przeniesienia się do kabiny. 

– Teraz pani musi mnie rewizytować – uparł się i gdy Nieczajówna wahała się, dodał: – 

Pokażę pani swoje zdjęcia. 

To ją przekonało. Rzeczywiście miał ze sobą, jak zawsze, całą paczkę fotografii. Pałac w 

Wysokich Progach, fragmenty parku, wielkie lustrzane schody szeregu stawów, epizody z 
polowań na bażanty, na lisa, na kuropatwy i kaczki, konie, stajnię wyścigową itp. 

Panna   Magda   Nieczajówna   w   milczeniu   słuchała   długich   wyjaśnień   i   komentarzy. 

Wreszcie westchnęła: 

– Pan musi być bardzo szczęśliwy. 

Zaśmiał się niewyraźnie, lecz nie zaprzeczył. 

–  Jak   ja   panu   zazdroszczę   tego   wszystkiego!   W   tym   pałacu   jest   ładniej   niż   w 

Łazienkach... I tylko pomyśleć, że to wszystko własne!... 

Po kilka razy wracała do poszczególnych zdjęć. Na koniec wybrała jedno: 

background image

– Niech mi pan to da – powiedziała po prostu. 

Zdjęcie   przedstawiało   Ksawerego   na   karym   ogierze   na   tle   wielkiej   grabowej   alei. 

Wierzchowiec wspiął się właśnie, a postać jeźdźca lekko przegiętego w siodle wyglądała 
naprawdę   efektownie.   Ksawery   sam   najlepiej   lubił   to   swoje   zdjęcie.   Uwypuklało   jego 
dzielność, zręczność i pańskość. Rad też był, że ona na tym się poznała. Na przykład Mira 
chciała tu dopatrzeć się pozy, a inni nie zwracali wcale uwagi... Był tedy więcej niż rad, był 
trochę wzruszony. 

– Chce pani to mieć?... Służę. 

– Dziękuję bardzo. 

– O nie, to ja dziękuję – pochylił się do niej. 

Zerwała się z miejsca: 

– Muszę już iść. Późno. 

Widocznie   obawiała   się,   że   znów   zostanie   zaatakowana,   toteż   Runicki   wstał   z 

uśmiechem: 

–  Panno Magdaleno, proszę mi wierzyć, że w żadnym razie nie zrobiłbym nic, co by 

mogło   panią   do   mnie   zniechęcić.   Przecież   chciałbym   móc   spędzić   z   panią   tak   jeszcze 
niejedną godzinę. Obawiam się tylko, czy pani nie znudziła się?... 

–  O   nie   –  zaprzeczyła   poważnie.   –  Było   mi   przyjemniej,   niż...   niż...   może   trzeba. 

Dobranoc. 

– Panno Magdaleno... – pochylił się i pocałował ją w rękę. 

Stała przez chwilę z dłonią na klamce, wtem zaśmiała się i powiedziała: 

– A że pan był dziś bardzo grzeczny... należy się panu nagroda. 

Kończąc, wspięła się na palce i musnęła wargami jego policzek. Nim zdążył zorientować 

się, już jej nie było. 

Dotyk jej warg był przelotny,  ledwie odczuwalny. Nie dał jednak Ksaweremu zasnąć 

niemal do świtu. Przewracał się z boku na bok, klnąc siebie za nieśmiałość i śmieszny brak 
wyrobienia. Przecież należało zatrzymać ją, albo w każdym razie pod byle pozorem pójść do 
jej kabiny. Tak cackając się narazi się tylko na drwiny. 

Wstał, zdjął z włosów siatkę, wytarł twarz i ręce kolońską wodą i wyjrzał na korytarz, 

zawrócił   jednak,   wypił   szklaneczkę   czerwonego   wina   i,   narzuciwszy   futro   na   pidżamę, 
wyszedł na pokład. 

Wśród   czarnej   nocy   daleki,   jakiś   niezmiernie   daleki   horyzont   połyskiwał   dwoma 

punkcikami światła: Anglia. 

Nagle w odległości jakiegoś kilometra zjawiło się inne światełko, z okrętu wytrysnął słup 

jasności i reflektor oświetlił spienione fale, a wśród nich niewielką łódź motorową. 

Maszyny "Sarmatii" zwolniły i po chwili spuszczono sznurową drabinę, po której wdrapał 

się   na   pokład   jakiś   niski,   krępy   człowiek.   To   wezwany   radiotelegraficznie   pilot   portu 
londyńskiego przybył, by wprowadzić okręt w gardło Tamizy. 

Po   kilkugodzinnym   zaledwie   śnie   obudził   Runickiego   dziwny   spokój.   Okręt   stał   na 

background image

kotwicy i jedno spojrzenie przez okno wystarczyło, by zerwać się z łóżka: Londyn. Wkrótce 
na całym okręcie zaczął się gorączkowy ruch. Większość pasażerów miała wziąć udział w 
opłaconym już w cenie biletu zwiedzaniu miasta autokarami. Runicki spieszył, by jeszcze raz 
spróbować odciągnąć od tego Nieczajównę. 

Ułożył już sobie plan: przede wszystkim wynajmą taksówkę i pojadą do hotelu. Nie ma 

sensu co wieczór wracać na pokład dla zaoszczędzenia kilkuset złotych za hotel. Uczywiście 
myślał tylko o "Savoyu". 

Niestety zbyt długo musiał czekać na kąpiel i gdy z neseserem w ręku wybiegł na pokład, 

zobaczył  ruszające już z bulwaru wielkie zielone autobusy pełne po brzegi. Poszukiwania 
Nieczajówny spełzły na niczym. Okazało się, że już odjechała. Zły na siebie i na nią, nie 
zaniechał jednak swoich zamiarów. 

Po   zejściu   na   brzeg   z   trudem   odszukał   postój   taksówek.   Miał   przy   tym   prawdziwą 

satysfakcję: doktor Pasznicki i pani Znaniecka na próżno usiłowali mieszaniną francuskiego i 
niemieckiego wytłumaczyć szoferowi o co im chodzi. Runicki doskonale władał angielskim i 
znalazł wdzięczne pole do popisu, a raczej do nonszalanckiej usługi. 

Od   Greenwich   Pier   do   centrum   City,   gdzie   stał   "Savoy",   miał   czas   rozczarować   się 

Londynem... Prawie godzinna jazda wąskimi ulicami wśród bliźniaczo do siebie podobnych 
domków   wystarczyła,   by   przekonać   się   o   brzydocie   tego   miasta.   Z   rzadka   tylko   i   to   w 
niektórych dzielnicach wznosiły się gmachy większe, zapewne publiczne, oraz cztero–  czy 
pięciopiętrowe kamienice, pokryte szyldami biur i przedsiębiorstw. 

Natomiast hotel olśniewał wspaniałością urządzeń. Po rozlokowaniu się i po wizycie u 

fryzjera, wyszedł na miasto. 

Ksawery nie miał żyłki do zwiedzania. Nudziły go muzea i galerie obrazów, zabytki i 

pamiątki historyczne. Toteż plonem całodziennej włóczęgi po Londynie było tylko obejrzenie 
z zewnątrz pałaców Buckinghamskiego i St. James'kiego, spacer po Hyde Parku i pobieżne 
zaznajomienie   się   z   lokalami   gastronomicznymi.   Wieczorem   był   w   kinie   i   w   teatrze 
rewiowym i wrócił do hotelu w przeświadczeniu, że nie ma nic nudniejszego, niż łażenie po 
mieście, gdzie nikogo nie zna, a w dodatku łażenie samotne. 

Dlatego  też bardzo wczesnym  rankiem  wstał i limuzyną  hotelową pojechał  do portu. 

Chciał koniecznie złapać Nieczajównę przed wyjazdem autokarów. A poza tym zależało mu 
na pokazaniu się współpasażerom "Sarmatii" w luksusowej prywatnej maszynie. Wprawdzie 
cennik   hotelowy   jeżył   się   od   słonych   pozycji,   ale   "wykazanie   klasy"   było   największą 
przyjemnością, wartą funtów. 

Nieczajówna ucieszyła się, gdy zapukał do jej kabiny i bez dłuższych ceregieli zgodziła 

się zrezygnować z ogólnej wycieczki. Zresztą wczoraj zwiedziła już wszystko ważniejsze. 

Po drodze opowiedziała mu wiele, a usłyszawszy, że on przez ten czas nic nie zobaczył, 

orzekła, że muszą to zwiedzić. 

– Jak panu nie wstyd! To lenistwo! – strofowała go. 

Posługując się baedeckerem i planem Londynu, a także wczorajszymi kursami wycieczki 

spędzili cały dzień na zwiedzaniu. Byli w katedrze Westminsterskiej, u św. Pawła, w Muzeum 
Brytyjskim, w Parlamencie i w Tower. 

– Ależ z pani genialny guide! – entuzjazmował się raz po raz. 

I rzeczywiście; w towarzystwie tej czarującej dziewczyny, wśród żartów i uśmiechów, 

background image

czas mijał zupełnie inaczej. Najpierw trochę szokowała Runickiego swoboda, głośny śmiech i 
głośne mówienie towarzyszki. 

–  Oglądają   się   na   nas   ludzie   –  próbował   ją   stuszować   –  ci   Anglicy   wezmą   nas   za 

dzikusów. 

– Więc i świetnie! – śmiała się. – Nie rozumieją naszego języka, nie przyzwyczajeni są do 

takiej   wesołości.  Ale  to  chyba  najrozkoszniejsze,  taka   zupełna  swoboda. Można  przecież 
pozwolić sobie na nią tylko w obcym mieście, gdzie nas nikt nie zna i nigdy nie pozna. 
Zresztą, niech pan spojrzy, czy oni tak bardzo gorszą się nami?... Co?... 

Ksawery musiał bezstronnie przyznać, że oglądający się przechodnie, zarówno mężczyźni 

jak i kobiety, patrzą na nich z nieukrywaną sympatią i zadowoleniem. 

– Biedacy! – zaśmiewała się Nieczajówna. – Oni też rozbrykaliby się, gdyby tylko mogli. 

Jak im oczy się śmieją! 

Ku   wielkiemu   żalowi   Ksawerego   musieli   zrezygnować   z   obiadu   w   Savoyu:   panna 

Nieczajówna nie chciała słyszeć o powrocie na okręt w celu nałożenia wieczorowej sukni, a 
wejście do restauracji hotelowej po siódmej nie w wieczorowym stroju było niemożliwe. 

Toteż wstąpili do jednego z tysiąca lokali Lyons, a potem poszli do kina. Było już po 

północy, gdy odwiózł ją na "Sarmatię". 

Nazajutrz również cały dzień spędzili razem, z tą tylko różnicą, że łazili po sklepach. 

Ksawery kupił moc ładnych drobiazgów dla siebie. Błagał Magdalenę, by również zechciała 
przyjąć od niego cokolwiek, lecz ta była nieprzejednana. 

Za to zrobiła mu inną przyjemność, zabrała ze sobą wieczorową suknię i przebrała się do 

obiadu w jego apartamencie. Suknia miała rozcięte plecy i odsłaniała ramiona, a Ksawery 
podczas całego obiadu przyglądał się towarzyszce z zachwytem. Miał i sprawdzian jej urody: 
wszyscy   na   sali,   nie   wyłączając   pań,   spoglądali   na   nią   z   wybitnym   zainteresowaniem. 
Przekonał się też, że gdy trzeba, może zachować się niczym wielka dama. 

O jedenastej wrócili na okręt, wrócili prawie w ostatniej chwili, gdy już podnoszono 

kotwicę. 

Mały, płaski, jak kalosz, holownik naprężył linę i "Sarmatia" ruszyła z miejsca, spiesząc, 

by zdążyć minąć ujście Tamizy i wejść na morze przed końcem przypływu. 

Magdalena stojąc na dziobie obok Runickiego, powiedziała w zamyśleniu: 

– Z pana byłby wcale niezły chłopiec, gdyby pana trochę kochać i bardzo bić. 

– Niech mnie pani choć trochę pokocha – szepnął cicho, gdyż obok było pełno ludzi. 

– Po co to panu? – spojrzała mu w oczy prawie z gniewem i rzuciwszy – dobranoc! – bez 

podania ręki odwróciła się i poszła do kabiny. 

Ksawery,   siedząc   samotnie   w   barze,   długo   rozmyślał   nad   tymi   dziwnymi   słowami 

Nieczajówny. Jedno zdawało się nie ulegać wątpliwości: żywiła dlań na pewno więcej niż 
zwykłą sympatię. 

–  Byłbym   ostatnim   idiotą   –  doszedł   wreszcie   do   konkluzji   –  gdybym   z   tego   nie 

skorzystał. 

Wstał, uregulował rachunek, przechodząc przez hall upewnił się, że barometr nie spada, 

background image

opustoszałymi korytarzami dotarł przed drzwi, oznaczone numerem szóstym. Wewnątrz było 
ciemno. 

Wystarczyło zapukać lub wejść po prostu bez pukania, a reszta ułoży się sama. Nie trzeba 

być dziecinnym. Nieśmiałość dobra jest dla dzieci... 

Ostrożnym   ruchem   przekręcił   gałkę   klamki:   drzwi   były   zamknięte.   Syknął   przez 

zaciśnięte zęby. Po co ona zamyka drzwi!... 

Raptem poczuł, że krew napływa mu do mózgu: a jeżeli ona tam nie jest sama?... W 

jednej   sekundzie   przypomniał   sobie   twarze   wszystkich   mężczyzn,   z   którymi   widział   ją 
rozmawiającą.   Niemal   pewny   był   jednego   z   nich.   Przysiągłby,   że   czuje   go   za   tymi 
zamkniętymi drzwiami. Taki barczysty blondyn, podobno słynny narciarz, a poza tym ma być 
bogaty... 

Z ust Ksawerego wyrwało się ciche, lecz wściekłe słowo: 

– Suka! 

Chciał brutalnie uderzyć pięścią w drzwi, bodaj zrobić skandal, pobudzić wszystkich i 

skompromitować tę perfidną aktorkę. Jednak pohamował się. Wszedł do swojej kabiny, lecz 
nie mógł tu wysiedzieć. Wypalił kilka papierosów i postanowił wyjść na pokład. 

Noc   była   jasna   i   księżycowa.   Z   zachodu   wiał   ciepły,   wiosenny   wiatr,   przesycony 

zapachem morza. Runicki ostrożnie, na palcach, zbliżył  się do okna kabiny Nieczajówny. 
Było   otwarte.  Nagłym  ruchem  błysnął  do  środka latarką  elektryczną.   To  jedno  mgnienie 
wystarczyło, by rozwiać wszystkie niepokoje: spała i oczywiście sama. 

Nawymyślawszy   sobie   od   kretynów   i   rozglądając   się   uważnie,   czy   nikt   jego   głupiej 

eskapady nie widział, wrócił do siebie i zasnął. 

W ten sposób mijały im dni na niekończących się rozmowach, wieczory – na rozstaniach. 

"Sarmatia" przecinała łagodne, granatowe fale Atlantyku, płynąc wprost na południe. 

background image

ROZDZIAŁ III 

O   ile   podróż   w   jedną   stronę   odbywała   się   spokojnie   i   niefrasobliwie,   o   tyle   droga 

powrotna   zaczęła   się   pod   złym   znakiem.   Już   z   Kadyksu   sygnalizowano   silną   falę.   Na 
szerokości zaś Oporto ocean rozhulał się na dobre. 

Z lewej burty fale raz po raz zamiatały przód okrętu. Z pokładu znikły leżaki. Dziób 

"Sarmatii" w miarowych pochyleniach zanurzał się aż po otwory kotwiczne, a wówczas rufa 
wznosiła się wysoko, by znów opaść. Bryzgi piany uderzały w okna kabin pierwszej klasy, 
sięgały w silniejszych porywach wiatru aż do mostku kapitańskiego. 

W   kadłubie   skrzypiało   od   uderzeń   bałwanów.   Na   szerokości   Cap   Finisterre,   niebo 

pokryło się chmurami, wicher wzmógł się, wyjąc wściekle w olinowaniu masztów. 

Pasażerowie zaczęli chorować. 

Runicki   obudził   się   z   silnym   bólem   głowy.   Przypisywał   to   początkowo   nadmiarowi 

wypitej w Sewilli malagi. Dopiero gdy przez firanki dojrzał tańczące morze, zrozumiał, co się 
stało. W niewyraźnym samopoczuciu zaczął się ubierać. Niepodobna było utrzymać się na 
nogach. Dlatego też zrezygnował z golenia się i kąpieli, chociaż z przyjemnością zanurzyłby 
się w zimnej wodzie. 

W jadalni stoły były pokryte ramami, w których pobrzękiwały szklanki i stukały talerze. 

Zataczając  się  dobrnął  do swego miejsca.  Było  już dość  późno, a  pomimo   to  większość 
nakryć pozostawała nietknięta. 

– Chorują – pomyślał. 

Lecz jednocześnie powziął postanowienie: 

– Ja się nie dam. 

Musiał wytrwać. Zbyt wielu osobom, przede wszystkim Magdzie, mówił, że nie podlega 

chorobie morskiej. Zresztą czuł tylko ból głowy i coś niewyraźnego w dołku. 

Przełknąwszy   pospiesznie   filiżankę   kawy   i   bułkę   z   wędliną,   Ksawery   czym   prędzej 

wyszedł   na   pokład   w   przeświadczeniu,   że   świeże   powietrze   najskuteczniej   powstrzyma 
przykre objawy.  Na chwilę tylko  wpadł do kabiny po pigułki przeciwdziałające chorobie 
morskiej.   Silny   prąd   wiatru   i   owe   pigułki   pomogły   rzeczywiście.   Jednakże   każda   próba 
powrotu do wnętrza okrętu sprowadzała nudności. 

Pomimo to przemógł się i stawił się na lunch. Podobnych ryzykantów było dużo. Tylko 

nieliczne miejsca świeciły pustkami. Przy stole Runickiego nie brakowało nikogo. Jednak już 
przy końcu zimnych przekąsek generał zbladł nagle i najprędzej, jak umiał, zataczając się 
między stołami, wybiegł z jadalni. Zaczęły się dekompletować i inne stoły. Wytrwalsi żegnali 
uciekinierów salwami śmiechu i oklaskami. W drugim końcu sali Magda, różowa i wesoła, 
widocznie nie odczuwała wcale tego ohydnego kołysania się statku. 

– Muszę wytrwać – zacisnął zęby Runicki, Również pani Znaniecka jadła z doskonałym 

apetytem. Natomiast Dokszycki, nie dokończywszy sandacza, zerwał się i przyciskając do ust 
serwetkę, wybiegł galopem. 

– To straszne – jęknęła generałowa i, zatrzepotawszy obfitymi członkami, otworzyła usta 

niczym konająca ryba. 

background image

Lekarz chwycił butelkę z koniakiem: 

– Pani będzie łaska... 

Nie dokończył, i stało się. 

Na   szczęście   współbiesiadnicy   zdążyli   wykręcić   się   na   swoich   przymocowanych   do 

podłogi fotelach i odskoczyć w porę. 

Dwaj stewardzi ujęli damę pod ręce i starając się zachować między nią, a sobą pełen 

szacunku   dystans,   wyprowadzili   ją   mazurowym   krokiem.   Dwaj   inni   w   oka   mgnieniu 
przenieśli pozostałe trzy osoby do już dawniej opróżnionego stolika. 

Doktor pobiegł ratować generałową. Pani Znaniecka z obrzydliwym łakomstwem zabrała 

się do tłustych kotletów z jagnięcia. Runicki udawał, że je. Naprawdę łykał tylko koniak. 
Pomimo to wręcz bał się podnieść oczy znad talerza. Co chwila ktoś wybiegał, a poza tym 
samo spojrzenie na okna sali wywoływało mdłości. Widać było to ocean zasłaniający całe 
szyby, to szare chmury. 

–  Niechże pan zje tej sałatki –  perfidnie zachęcała pani Znaniecka –  zrobiona jest na 

wybornej oliwie. Lubi pan oliwę?... Ale to jagnię! Tłuszczyk zwłaszcza... 

Byłby zamordował tę babę. Ślina napłynęła mu do ust w nieprawdopodobnych ilościach, 

zaciskał   szczęki,   aż   mu   oczy   wyłaziły   na   wierzch,   ale   przecież   dotrwał   do   końca   i   z 
podniesioną   głową   wyszedł   z   jadalni.   Niestety,   przy   wyjściu   zobaczył   sędziego 
Balczyńskiego, z którym przed paru dniami szalał w Sewilli. Sędzia, zielony, jak grynszpan, 
chusteczką usiłował zdusić głośną czkawkę i, jak na złość, przed samym Ksawerym –  nie 
wytrzymał. Na dobitek Ksawery odwróciwszy się gwałtownie, ujrzał w lustrze własną twarz i 
przeraził się. 

Na szczęście ostatkiem sił zdołał wypaść na pokład i pochylić się nad burtą. 

Po pięciu minutach już mu było wszystko obojętne. Prosił Boga tylko o jedno, by nie 

zobaczyła go w tej sytuacji Magda. Widocznie jednak los i tego nie chciał mu oszczędzić. 

– Wery, mój biedaku! – usłyszał za sobą jej głos. – Wszędzie szukałam pana. 

– Fatalnie się czuję – spojrzał na nią prawie z niechęcią. 

Wyglądała świeżo i zdrowo, jak zwykle. 

–  Chodźmy na górny pokład –  wzięła go pod rękę –  tam usiądzie pan na ławce... No, 

niech się pan mnie trzyma, mocniej. 

Posłusznie dał się zaprowadzić na górę i usadowić. Przyniosła pled, którym go otuliła i 

pomarańcze. Dopiero, gdy zaczęła chusteczką wycierać rękawy jego wiatrówki, spostrzegł, że 
ma je w obrzydliwy sposób zapryskane. 

– Magduś – jęczał – nabierze pani do mnie obrzydzenia. 

–  Ależ bynajmniej –  oburzyła się –  jest pan chory i to wszystko! Musi pan mieć jakąś 

opiekę. 

I rzeczywiście, odtąd opiekowała się nim przez całe trzy dni. Zostawiała go tylko na 

krótko samego,  by zdobyć  dlań lekarstwa, których  zaczynało  na okręcie braknąć, lub też 
pospiesznie  zjeść lunch  czy obiad.  Wieczorem  odprowadzała  go do kabiny i  bez żenady 
pomagała w rozebraniu się. 

background image

Runicki poddawał się z rezygnacją tej opiece. Początkowo usiłował szczerze protestować, 

później   tylko   udawał,   że   nie   godzi   się   na   to   pielęgniarstwo,   wreszcie   przyzwyczaił   się 
zupełnie. Nawet irytował się w duchu, gdy na dłuższy czas zostawiała go samego. Nie tylko 
przez wzgląd na okropny stan fizyczny, lecz i dlatego, że przywykł uważać Magdę za osobę 
bliską, niemal konieczną. Cieszył się jej uśmiechami, brakowało mu nawet tych wymówek i 
nagan, których tyle nasłuchał się od niej w Paryżu i później w Hiszpanii. 

Już wtedy znajdował jakąś dziwną przyjemność w strofującym tonie jej głosu, ilekroć 

starała   się   powstrzymać   go   od   szastania   pieniędzmi   lub   od   niewysypiania   się   i   różnych 
ekstrawagancji. Ku własnemu zdumieniu Ksawery łatwiej, niż mógł przypuszczać, dał się 
Magdzie odwieść od planowanych na Paryż szaleństw. Nie odnowił znajomości z żadną z 
dawnych kokotek, a jeżeli spędził dwie noce z jakąś przygodną dziewczyną, to zawiniła temu 
tylko sama Magda, która uparła się w swojej cnocie. 

I   tego   Ksawery   nie   umiał   sobie   wytłumaczyć,   lecz   odczuwał   w   tym   uporze   Magdy 

niekłamaną przyjemność. Wyraźnie wolał ją taką, jaką była. Może dlatego, że dzięki temu 
mógł   ją   wyżej   cenić,   może   dlatego,   że   mu   to   trochę   imponowało.   Przecież   wcale   nie 
ukrywała, że go lubi, że go bardzo lubi. Przecież nie szukała żadnego innego towarzystwa, 
chociaż i na okręcie, i w Paryżu wciąż nie brakowało jej adoratorów. Wyróżniała go ponad 
wszelkie   wątpliwości.   I   nawet   wyrachowania   nie   mógł   się   w   tym   doszukać,   gdyż   nie 
przyjmowała   nawet   najmniejszych   prezentów.   Rzeczywiście,   piękną   srebrną   torebkę, 
wysadzaną   turkusami,   którą   kupił   dla   niej   na   Place   Vendöme,   i   ogromny   flakon 
najmodniejszych perfum, musiał zachować na podarki dla krewnych i zapakować do walizy. 

Jeszcze nigdy nie spotkał kobiety, której towarzystwo tak silnie pociągało, stawało się 

niemal niezbędnym. Codziennie pierwszą jego myślą było spotkanie się z Magdą. I że też 
zawsze mieli sobie moc rzeczy do powiedzenia. Nie znaczyło to bynajmniej, by zgadzali się 
we wszystkim. Raczej odwrotnie. Niemal każdy temat wywoływał różnicę zdań i sprzeczali 
się nieustannie. Magda miała wręcz odwrotny pogląd na życie, na ludzi, na stosunki, a co w 
najwyższym   stopniu  irytowało   Runickiego,   nie   próbowała  dostroić   się  do  jego  wymagań 
towarzyskich. 

Na   tym   tle   doszło   nawet   do   skandalicznej   historyjki,   której   Ksawery   nie   umiał   jej 

przebaczyć. 

Przed wyjazdem z Paryża urządził pożegnalny obiad dla swego kuzyna Chodkiewicza, 

sekretarza z ambasady polskiej, dla paru jego przyjaciół i kilku pań. Obiad był szczytem 
wykwintu, rachunek wyniósł przeszło półtora tysiąca franków i właśnie podczas tego obiadu, 
gdy jeden z panów zapytał Magdę, czy nie wywodzi się z Podola, gdzie zdaje się spotkał takie 
nazwisko, ona palnęła głośno: 

–  Na pewno nie, proszę pana. Mój ojciec i mój dziad zawsze mieszkali w Warszawie. 

Jeżeli przechodził pan kiedyś Tamką, musiał pan zauważyć dużą jatkę. Z szyldu nad tą jatką, 
która należy do mego ojca, pamięta pan nazwisko Nieczaj. 

Już w trakcie tego oświadczenia, Runicki zrobił wszystko, co leżało w jego mocy, by je 

przerwać, lub zagłuszyć. Niestety, nawet późniejsza próba obrócenia tej enuncjacji w żart nic 
nie pomogła, a wywołała wręcz odmienny skutek. Mianowicie Magda, widocznie nie umiejąc 
zorientować się w sytuacji, powiedziała z naciskiem: 

– Ależ mój ojciec jest rzeźnikiem. 

Zabiłby ją w tej chwili. Był przekonany, że ośmieszyła go raz na zawsze w oczach ludzi, 

że   wkrótce   i   do   kraju   dojdzie   moc   głupich   dowcipów   na   temat,   że   szalał   w   Paryżu   z 

background image

rzeźniczką. 

O jej pochodzeniu wiedział dawniej. Powiedziała mu to znacznie wcześniej, nie wiadomo 

zresztą po co. Wolałby wcale o tym nie słyszeć. Takie pochodzenie uważał za rzecz, jeżeli nie 
hańbiącą,   to   w   każdym   razie   wstydliwą   i   nad   wyraz   przykrą.   Ostatecznie   była   istotą 
samodzielną, artystką i nie należało obciążać się w cudzych oczach tą jatką. 

Układał nazajutrz długo, w jaki sposób ma to Magdzie wyłożyć i był przeświadczony, że 

przyzna mu rację i wyrazi skruchę za swoją niepotrzebną, wręcz karygodną szczerość wobec 
tamtych ludzi. Gdy jednak przyszło do rozmowy ani rusz nie mógł wykrztusić ani słowa o 
owej jatce i rzeźnickim pochodzeniu. 

Na jego zaś aluzje możliwie ostrożne i dalekie, odpowiedziała krótko, że nie zamierza 

nigdy stroić się w cudze piórka. 

I   to   była   właśnie   jedyna   wielka   plama   na   jej   osobie,   plama,   której   nie   mógł   jej 

przebaczyć.  Chociaż jednocześnie z drugiej  strony odwaga cywilna  Magdy napełniała  go 
podziwem. 

W   każdym   razie   odtąd   najstaranniej   unikał   groźnego   tematu.   O   ile   bowiem   zwykłe 

sprzeczki   nie   sprawiały   mu   żadnej   istotniejszej   przykrości,   o   tyle   tutaj   obawiał   się 
niebezpiecznego rozdźwięku. A tego nie chciał. Czułby się nieszczęśliwy, gdyby sympatia 
Magdy odrobinę odwróciła się ku innemu. 

Zresztą   opinia   publiczna   na   okręcie   od   dawna   połączyła   ich   osoby.   Z   półsłówek   i 

żarcików nietrudno było domyśleć się, że wszyscy uważają ich za kochanków. Oczywiście 
Runicki   zawsze   z   oburzeniem   odpierał   aluzje,   lecz   umiał   to   zrobić   w   ten   sposób,   by 
bynajmniej podejrzeń nie zachwiać. 

Przeciwnie; uważałby się za skompromitowanego, gdyby dowiedzieli się, że nic u Magdy 

nie wskórał. 

Miewał czasami i wyrzuty sumienia na myśl, że opinia taka może uwłaczać Magdzie. 

Uspokajał je jednak swoim ostentacyjnym szacunkiem, jaki okazywał publicznie Magdzie. 
Bądź co bądź szacunek Ksawerego Runickiego z Wysokich Progów nie każdej kobiecie trafić 
się może. 

I w inny sposób starał się jej to wynagrodzić: nawet, gdy byli we dwójkę, traktował ją jak 

księżniczkę. 

Robił to zresztą bez wysiłku. Zrodziło się w nim poza wszystkim innym, jakieś dziwne 

zaufanie do Magdy, jakieś przeświadczenie, że ona nie zechce nigdy źle go zrozumieć, że 
pomimo różnicy zdań, w krytycznej chwili znalazłby w niej sojuszniczkę, na której słowach 
można polegać, w której dobrą wolę niepodobna nie uwierzyć. 

O   ileż   czułby   się   szczęśliwszy,   gdyby   mógł   jej   wyznać   wszystko.   Gdyby   mógł 

powiedzieć   jej,   że   i   jego   bogactwo,   i   wielkopańskość,   i   Wysokie   Progi,   że   wszystko   to 
stanęło, a raczej zawisło nad krawędzią przepaści, i że on sam po powrocie do kraju stanie się 
niczym, dosłownie niczym. 

W jaki sposób zareagowałaby na to?... 

Nie łudził się. Spojrzałaby nań z lekceważeniem i na pewno nie darowałaby mu tej blagi, 

tej mistyfikacji, ani szastania resztkami, które to szastanie oczywiście scharakteryzowałaby 
jako głupotę i nieuczciwość. Bo sama nazywała nieuczciwością wszystko to, co zmierzało do 
ukrycia prawdy, do zamydlenia oczu, do ubrania się w cudze piórka. 

background image

Właśnie w niej potępiał, ale i podziwiał tę odwagę, z jaką umiała dobrowolnie wyrzec się 

pozycji i pozorów. Dobrowolnie i niepotrzebnie. Któż zmuszał ją do przyznawania się, że 
podróży nie opłaciła z własnej kieszeni, lecz otrzymała ją jako nagrodę na jakimś, przecież 
ośmieszającym konkursie pasty do zębów! Nawet wolałby zatajenie, wolałby kłamstwo, niż 
taką bezsensowną i drażniącą otwartość. Bywały chwile, gdy podejrzewał Magdę, iż umyślnie 
przyznaje się do ojcowskiej jatki i do owej pasty do zębów, by podrażnić jego poczucie 
dobrego tonu, by poniżyć go wykazaniem, że pomimo wszystko, on, wielki pan, nie potrafi 
odsunąć   się   od   niej,   chociaż   ani   pochodzeniem,   ani   pozycją   nie   odpowiada   jego 
wymaganiom. 

Dręczyła też Ksawerego chęć odpłacenia jej podobną szczerością. Jakąż odczułby ulgę, 

przyznawszy się do bankructwa, do faktu, że właściwie całym jego majątkiem jest obecnie 
kilkadziesiąt   złotych,   jedyna   pozostałość   po   Paryżu   i   Sewilli,   że   imponująca   książeczka 
czekowa   i   dekoracyjnie   wypełniające   pugilares   stare   banknoty   austriackie,   nie   posiadają 
żadnej innej wartości poza wartością złudzenia. Jakby odetchnął, gdyby mógł jej powiedzieć 
wszystko. Zaczynając od tego, że ojciec nie jest żadnym uczonym, a tylko maniakiem ze 
swoją   nieszczęsną   rewolucją   francuską,   że   za   matkę   musiał   tak   często   rumienić   się,   że 
Wysokie Progi zrujnowane zostały właściwie przez pasję utrzymywania się na magnackim 
poziomie, przez chęć dorównania innym, którzy i tak spoglądali na Runickich z góry, a teraz 
nie wiadomo czy w ogóle raczą poznawać bankrutów. Tak, zaczynając od tego, a kończąc na 
przyznaniu   się,   że   przybycie   okrętu   do   Gdyni   w   niedzielę   uniemożliwi   sprzedanie,   czy 
zastawienie czegokolwiek dla zdobycia pieniędzy na dojazd do Warszawy. 

Nie, na takie zwierzenia nie mógł sobie pozwolić. Należało utrzymać się w tym samym 

tonie do końca. Zapewne, w Warszawie Magda łatwo się dowie o licytacji Wysokich Progów, 
lecz wówczas on nie będzie musiał świecić przed nią oczami. 

W ogóle po przyjeździe do kraju nie zobaczy jej więcej. Na myśl o tym odczuwał dziwne 

podrażnienie i niezadowolenie z siebie samego. Usiłował jednak na próżno wynaleźć jakiś 
dobry   sposób   umożliwienia   dalszych   stosunków.   Zdawało   mu   się,   że   wprost   nie   potrafi 
wyrzec się towarzystwa Magdy. Kilka tygodni, spędzonych razem w takich warunkach, jak na 
okręcie, wytworzyły atmosferę zżycia się, jakby nie rozstawali się z sobą przynajmniej kilka 
lat. Zresztą i Magda to samo odczuwała. 

– Wprost wierzyć się nie chce – mówiła – że już za kilka dni rozstaniemy się. 

– Bo też nie rozstaniemy się – zapewniał, spuszczając oczy. – Będziemy się widywali. Ja 

nie wytrzymam bez mojej słodkiej samarytanki. Musimy często widywać się. 

–  O nie –  zapewniała. –  To już nie będzie to samo. Ja będę musiała pracować, bardzo 

dużo pracować. Daj Boże, bym otrzymała jakieś możliwe engagement... A pana pochłoną 
pańskie sprawy, stosunki, interesy, zabawy... Nie, Wery, nawet nie chciałabym widywać się z 
panem. Bo i po co?... Spędziliśmy pięknie tę podróż – i koniec. 

A podróż kończyła się rzeczywiście. Po silnej atlantyckiej fali w Zatoce Biskajskiej i po 

nieco   spokojniejszej   w   La   Manche,   Morze   Północne   było   ciche,   jak   górskie   jezioro. 
Pasażerowie odzyskiwali zdrowie i humory. 

Wieczorami na okręcie odbywały się prawie codziennie dancingi, w dzień grywano w 

ping-ponga i w różne gry pokładowe. 

Gdy   "Sarmatia"   znalazła   się   znowu   w   znanym   już   Kanale   Kilońskim,   wszystkich 

ogarnęła melancholia powrotu. Ostatni wieczór podróży został upamiętniony wielkim balem 
pożegnalnym,   a   nazajutrz   o   świcie   na   horyzoncie   zamajaczył   znajomy   kontur   Półwyspu 

background image

Helskiego. 

Spakowane   bagaże   piętrzyły   się   w   kabinach.   Runicki   stał   z   Magdą   przy   burcie   i 

zdenerwowany   w   najwyższym   stopniu,   już   nie   zwracając   uwagi   na   współtowarzyszy, 
porywczo głaskał jej ręce. 

– Nie zapomni mnie pani?... Magduś!... Prawda?... Nie zapomnisz?... 

– Nie zapomnę. 

Oboje nie umieli ukryć wzruszenia. Ile razy jednak któreś z nich zaczynało mówić o 

przyszłych   spotkaniach,   o   projektach   i   zamiarach,   rozmowa   urywała   się.   Magda   czuła 
nierealność tych planów, Runicki zaś nie mógł zdobyć się w takiej chwili na tyle cynizmu, by 
okłamywać ją, właśnie ją, bo siebie przecież nie mógłby już teraz oszukać. Pasemko ziemi 
coraz bliżej i bliżej rosło, rozszerzało się, nabierało kolorów, stawało się rzeczywistością. O 
ile tam, na dalekich morzach, w odległości tysięcy kilometrów, próby zasugerowania samemu 
sobie wiary w możliwość, w prawdopodobieństwo wspólnych projektów przychodziły łatwo, 
o tyle teraz, twarz w twarz z rzeczywistością, byłyby wręcz bezczelnym oszustwem. 

Na   pokładzie   gorączkowy   ruch,   bieganina,   nawoływania   się,   wytwarzały   atmosferę 

przykrego  podniecenia.  Obawa rewizji celnej, wertowanie  rozkładu pociągów, niepokój  o 
walizy,   pożegnania,   zapisywanie   adresów,   wymiana   zdjęć   fotograficznych   –  wszystko   to 
przesycało tłum ludzi elektrycznością. 

Runicki tłumaczył Magdzie, dlaczego musi pozostać w Gdyni jeszcze przez dzień lub 

dwa.   Otrzymał   radiodepeszę   w   związku   z   ważnymi   sprawami   finansowymi,   dla   których 
załatwienia trzeba widzieć się z kilku osobistościami zarówno w Gdyni, jak i w Gdańsku. 

W rzeczywistości bynajmniej nie zamierzał zatrzymać się w Gdyni. Nawet nie mógłby 

tego zrobić, gdyż zostało mu zaledwie kilkanaście złotych, czyli kwota wystarczająca jedynie 
na   wykupienie   biletu   trzeciej   klasy   i   to   przy   skorzystaniu   ze   zniżki,   przysługującej 
uczestnikom wycieczki. Ułożył sobie, że wsiądzie do pociągu w ostatniej chwili, by Magda, 
która na pewno pojedzie pierwszą klasą, lub może drugą, nie mogła go zobaczyć. Po drodze 
nie   ruszy   się   z   wagonu,   a   w   Warszawie   wysiądzie   ostatni.   Tam   zostawi   bagaż   na 
przechowanie i zatrzyma się w Bristolu, gdzie już jakoś sobie poradzi. 

Plan   wymagał   zręcznego   przeprowadzenia.   Najmniejsza   nieuwaga,   byle   drobne 

niedopatrzenie   obróciłyby   wszystko   w   niwecz.   Na   szczęście   Magda   nie   żywiła   żadnych 
podejrzeń. Pociąg do Warszawy odchodził za dwie godziny.  Ksawery,  przeprowadziwszy 
Magdę przez rewizję celną, ulokował ją w autobusie idącym na dworzec, prosząc, by zaraz 
zajęła miejsce w wagonie ze względu na możliwy tłok. 

Gdy tragarze chcieli i jego rzeczy umieścić w autobusie, wstrzymał ich. 

– Nie, nie, to pójdzie do hotelu. Mam zresztą czas. 

W   tym   podnieceniu   pożegnał   się   z   Magdą   jakoś   za   mało   serdecznie.   Po   czym, 

przeczekawszy   trzy   kolejne   autobusy,   wsiadł   do   czwartego.   Po   przybyciu   na   dworzec 
stwierdził, że nie omylił się w rozliczeniu czasu: Magdy już tu nie było, zapewne siedziała już 
w pociągu. 

Załatwił swój bilet i zostały mu tylko dwa złote na tragarza. Wyczekał do ostatniej niemal 

chwili i przekonawszy się, że w oknach pociągu nigdzie nie ma Magdy, kazał zanieść swoje 
rzeczy do ostatniego wagonu. Pociąg już ruszał, gdy zdążył odebrać z rąk tragarza ostatnią 
walizkę. Odetchnął z ulgą i zajrzał do wnętrza wagonu. Było tu pusto. Wniósł rzeczy do 

background image

najbliższego   przedziału,   złożył   je   na   półkach,   na   twardej,   wstrętnie   żółtej   i   śmierdzącej 
lakierem ławce rozesłał pled i wyszedł na korytarz. 

Na cofnięcie się było już za późno. Tuż przed nim stała Magda. 

Ksaweremu ugięły się nogi, a krew uderzyła do twarzy. W jednym mgnieniu przez głowę 

przebiegło tysiąc wykrętów, tysiąc usprawiedliwień i wyjaśnień. Może jej powiedzieć, że nie 
zastał w Gdyni owych osobistości, z którymi miał załatwić interesy, że w ostatniej chwili 
zdecydował się jechać, że ledwie zdążył wskoczyć do ostatniego wagonu (niestety, trzeciej 
klasy), że tak jest zmęczony, że już mu się nie chciało przenosić do pierwszej, że... Albo, że 
tragarz   przez   pomyłkę   kupił   bilet   (idiota!)   do   trzeciej   klasy,   że   jednak   wobec   tak 
niespodziewanego, a cudownego spotkania już tu zostanie... Albo, że w pierwszej był tłok, 
więc umyślnie wybrał trzecią... 

Wszystkie   te   koncepcje   były   dobre,   obmyślane   w   spokoju,   niektóre   z   nich   nawet 

wyglądałyby prawdopodobnie, ale spotkanie było tak nagłe, że wprost nie umiał wydobyć z 
siebie   ani   słowa   i   stał   przed   nią   z   najgłupszym   wyrazem   twarzy,   czerwony   jak   sztubak 
przyłapany   na   gorącym   uczynku,   bezradny,   wściekły   na  nią   i  na   siebie,   zrozpaczony   do 
ostatnich granic. 

Gdyby   w   tej   chwili   wyskoczenie   przez   okno   z   pędzącego   pociągu   mogło   uratować 

sytuację – wyskoczyłby bez chwili namysłu. 

Niestety i to nie zmazałoby kompromitacji. 

Magda   również   musiała   być   zaskoczona   jego   obecnością,   gdyż   przez   dłuższy   czas 

patrzyła nań w zdumieniu szeroko otwartymi oczyma, zanim zdołała powiedzieć: 

– Więc jedzie pan?... 

Przygryzł wargi i milczał. Cóż mógł powiedzieć, jak zacząć?... Ogarnął go bezmierny 

smutek i zupełna rezygnacja. Stało się, nic tego nie zmieni, ośmieszył  się w jej oczach i 
zdyskredytował. 

–  Dlaczego  pan nie chciał,  bym  wiedziała,  że pan jedzie tym  pociągiem?  –  zapytała 

prawie gniewnie. 

Nic nie odpowiedział, a ona zaśmiała się sucho: 

–  Domyślam   się.   Wstydził   się   pan   mego   towarzystwa.   Na   okręcie   co   innego,   ale   w 

kraju... 

–  Nie   –  apatycznie   potrząsnął   głową.   –  Myli   się   pani.   Nie   przyznałem   się,   gdyż 

wstydziłem się tego, że muszę jechać trzecią klasą. 

– Nie rozumiem. Dlaczego pan musi? 

Wzruszył ramionami: 

– To proste: nie mam pieniędzy. 

– Pan? – spojrzała nań zdumiona. 

–  Nie mam, a nie mogłem do nikogo zwrócić się po pożyczkę. Gdyby nie dzisiejsze 

święto, zastawiłbym swoją papierośnicę, lub inne rzeczy... Niestety, ta przeklęta niedziela. 

Przyglądała mu się z uwagą. Na jej twarzy wyraz zdumienia stopniowo zmieniał się w 

uśmiech, aż wreszcie roześmiała się głośno: 

background image

– Biedaku, niemądry rozrzutniku! Tak się pan wyszastał?! 

– Do grosza – przyznał ponuro. 

–  Jak   pan   mógł!?   Przecież   tyle   razy   zachęcałam   pana   do   oszczędności!...   To   jest 

doprawdy karygodne. 

– O, zapewne – przytaknął. – Nawet karygodniejsze, niż pani może sobie wyobrazić. 

Podkreślił to szczególniejszym tonem, lecz nie zwróciła na to uwagi, natomiast zasępiła 

się: 

– Bardzo, bardzo mi przykro – odezwała się po dłuższej chwili – Doskonale zdaję sobie 

sprawę z faktu mojej współwiny... 

– Skądże!? 

–  Tak, tak... Pan masę pieniędzy wydał  na nasze wspólne zabawy....  Wie pan, że to 

obrzydliwe   z   pańskiej   strony.   Przecież   przynajmniej   w   ostatnich   dniach   musiał   się   pan 
orientować w ilości posiadanej gotówki!... I po co było wyrzucać pieniądze choćby wczoraj 
na to wino, na owoce... Obrzydliwe! Przez pana czuję się teraz jak złodziejka. Kością mi w 
gardle stoją te banany i ananasy. Jak można do tego stopnia nie liczyć się z gotówką! I przeze 
mnie pan musi jechać trzecią klasą. 

– Ostatecznie, to nie taka tragedia – próbował obrony. 

–  Dla mnie, ale nie dla pana!... Zresztą może to i dobrze się stało. Będzie pan miał na 

przyszłość nauczkę. 

– Spóźnioną – mruknął Runicki. 

Magda spoglądała nań prawie z gniewem i widocznie była zbyt wzburzona, by zwrócić 

uwagę na te niedomówienia. 

–  A   poza   tym   jest   pan   dziecinnie   niezaradny   –  wybuchnęła   znowu.   –  Przecież   i   na 

okręcie, i na dworcu w Gdyni były kantory bankowe. Mógł pan wystawić czek, albo sprzedać 
tę zagraniczną walutę, której ma pan pełny portfel. Oczywiście. 

– Nie – zaprzeczył z ironicznym uśmiechem. 

– Dlaczego? 

– Bo książka czekowa nic nie jest warta. W banku nie mam ani grosza, a te banknoty?... 

Sięgnął do kieszeni i otworzył pugilares. 

–  Te banknoty mogą służyć do tapetowania ścian. To tylko kolorowy papier z czasów 

austriackiej inflacji. Widzi pani?... 

– Jak to?... Więc po cóż pan je nosi? 

– Po co?... Dla dekoracji. 

– Nie rozumiem. 

–  Całkiem   proste   –  wzruszył   ramionami.   –  Pusty   portfel   kompromituje   człowieka   o 

pewnej pozycji towarzyskiej i społecznej. 

– Aha! 

background image

– O, może pani śmiać się. Dlatego właśnie mówię to pani. Tak, panno Magdo... A poza 

tym... Poza tym, jeżeli to panią interesuje, mogę jeszcze dodać, że... wracam tylko po to, by 
palnąć sobie w łeb... O nie, to już nie komedia. Niech pani tak na mnie nie patrzy. Palnąć w 
łeb. To jedyne, co mi zostało do zrobienia... W nędzy żyć nie potrafię i zresztą nie chcę 
potrafić. A jestem kompletnie zrujnowany. Moje Wysokie Progi za tydzień idą na licytację i 
zostaną sprzedane. 

Zaśmiał się krótko: 

– Tak, panno Magdo. 

– Więc, jakże... – spoglądała nań wystraszonymi oczyma. – Więc, dlaczego pan pojechał 

na tę wycieczkę?... Dlaczego wydał pan tyle pieniędzy!? 

–  Tyle,  tyle  –  skrzywił  się. –  Wydałem  siedem,  czy osiem tysięcy.  To nie są żadne 

pieniądze.   To   kropla,   która   nic   nie   mogła   zmienić   w   mojej   sytuacji.   Nie   uratowałbym 
Wysokich Progów nawet stoma tysiącami. A w ogóle już żadnego ratunku nie ma. Tak, panno 
Magdo,   pozwoliłem   sobie   tylko   na   niewielki   zbytek...   Na   taką,   nazwijmy   to,   podróż 
przedśmiertną... 

Odwrócił się do niej plecami, by ukryć łzy. 

Spływały mu po policzkach gęsto i coraz gęściej na klapy świeżo kupionego w Londynie 

za dwanaście funtów Burberry. Kontrast tego sportowego płaszcza i śladów łez (męskich łez!) 
roztkliwiał go jeszcze bardziej. Bodaj po raz pierwszy uprzytomnił sobie w całej wyrazistości 
beznadziejność swego położenia i fakt, że jest godzien współczucia, a może nawet litości. I po 
raz pierwszy czuł, że litość nie przyniosłaby mu ujmy.  Było w tym  coś bolesnego, ale i 
słodkiego zarazem, że oczekiwał słów pociechy od dziewczyny, której najbardziej pragnąłby 
zaimponować,   którą   chciałby   pociągnąć   męskością,   siłą,   bogactwem,   a   której   mógł   teraz 
ofiarować tylko spowiedź złamanego człowieka. 

Czuł się upokorzony, zniweczony, obezwładniony. Nie widział twarzy Magdy i na próżno 

usiłował   wyobrazić   sobie   jej   twarz.   Ironia?...   Pogarda?...   Może   tylko   zniechęcenie   i 
obojętność?... Wolałby usłyszeć słowa ostre, kategoryczne potępienie, nawet gniew. 

Ksawery otarł oczy i powiedział: 

– Przepraszam panią. 

Nie dosłyszała tego w hałasie trzeszczącego wagonu, lecz gdy zrobił krok ku swemu 

przedziałowi, chwyciła go za rękaw: 

– Niech pan zaczeka... Albo dobrze, chodźmy tam. 

Weszli do przedziału i usiedli naprzeciw siebie. 

– Tak nie można... – zaczęła – tak postępują dzieci... 

– Pani pogardza mną, prawda? – zapytał, uśmiechając się tak gorzko, jak tylko umiał. 

– Nie! – potrząsnęła głową. – Tylko dziwię się panu. 

I mówiła mu o rzeczach, których nasłuchał się już dość od wuja i od stryja, o rzeczach 

może i słusznych ale irytujących w najwyższym stopniu: jest młody, może pracować, dojść do 
pięknych rezultatów itd. 

– Tak... – przerwał. – Ale ja na niczym się nie znam, niczego nie umiem. 

background image

Wtedy opowiedziała  mu,  jak ciężkie  życie  miała  sama,  ile  walk  stoczyć  musiała,  by 

uzyskać  możność   jakiej  takiej   egzystencji.  Ile   zawodów   i  rozczarowań!  Ale  przecież   nie 
poddała się, chociaż jest tylko samotną dziewczyną, nie zaś mężczyzną o silnych barach. Ona 
też nic nie umiała, ale nauczyła się. I teraz wraca w całkowitej niepewności co do dalszych 
swych losów. Nie wie, czy znajdzie zarobek, gdzie, ani jak prędko, a jednak wierzy w swoje 
siły, wierzy, że wytrwa. 

– A jeszcze jedno powiem panu – położyła ręce na jego zaciśniętych dłoniach – że pan 

stał się mi teraz znacznie bliższy, że wolę pana takiego. 

– Wolne żarty! – zmarszczył brwi. 

–  Bynajmniej,   Wery.   Przedtem   oddzielała   pana   ode   mnie   prawie   przepaść.   Cóż   nas 

łączyło?... Bądźmy szczerzy i nie owijajmy rzeczy w bawełnę. Pan myślał o przygodzie, a 
gdyby   był   bogaty,   chciałby   pan   zrobić   ze   mnie   swoją   utrzymankę.   Nie,   niech   pan   nie 
zaprzecza. Wiem, że tak jest, jak mówię. Ale mylił się pan. Nigdy nie zostałabym pańską 
utrzymanką, chociaż... właśnie dlatego, że tak bardzo pana lubię... 

–  Magduś! –  zaprotestował żarliwie –  jak nawet możesz podejrzewać mnie o to!? Czy 

pani nie widzi, czym pani jest dla mnie? Magduś!... 

Był teraz sam najmocniej przekonany o szlachetności swoich intencji, a że nerwy miał już 

zupełnie roztrzęsione, znów do oczu zaczęły się cisnąć łzy. 

–  Przecież  ja panią kocham.  Nikogo w życiu tak nie kochałem,  jak panią... –  mówił 

rozedrganym   głosem.   –  Przecież   moja   rozpacz   z   utraty   majątku   jedynie   dlatego   jest 
beznadziejna, że właśnie teraz, kiedy pierwszy raz w życiu znalazłem kogoś, komu... dla 
kogo... 

Zakrył twarz rękami i zaszlochał. 

Prawie przemocą odciągnęła jego ręce i zaczęła całować wilgotną twarz. 

– Wery – szeptała – mój Wery... No, nie płacz, nie płacz... 

Pociąg   zatrzymał   się   na   jakiejś   większej   stacji,   do   przedziału   weszło   dwóch   panów. 

Widocznie jednak zorientowali się, że trafili tu nie w porę, gdyż chrząknąwszy kilka razy 
przenieśli się gdzie indziej. 

Przez całą drogę, aż do Warszawy, Runicki opowiadał Magdzie o Wysokich Progach i o 

stanie interesów. Niespodziewanie dla samego siebie ożywił się i znacznie uspokoił. Nawet 
na przyszłość nie patrzył już w tak beznadziejnie czarnych kolorach. Już samo to, że Magda z 
rzeczowym   i   niesłabnącym   zaciekawieniem   wypytywała   go   o   wszystko,   że   żywość   jej 
zainteresowania   i   zdumiewająco   łatwa   orientacja   nadały   rozmowie   charakter   niemal 
konferencji,   że   szybko   przechodziła   do   sprawy   nad   wszelkimi   wstawkami   natury 
emocjonalnej, już samo to wywoływało wrażenie jeżeli nie nadziei, to przynajmniej swego 
rodzaju próby zaradzenia w sytuacji, która według Magdy nie była pozbawiona możliwości 
ratunku. 

Nie mógł pojąć, skąd ta młoda dziewczyna  i do tego aktorka nabrała tyle zmysłu do 

interesów.   Przypuszczał,   że   wynikało   to   z   jej   nieszczęsnego   pochodzenia.   Widocznie 
wyrastając w sferze drobnych kupców i handlu mięsem, musiała otrzaskać się z interesami, a 
przynajmniej nauczyć się patrzenia na życie od tej właśnie strony. Dopiero, gdy wspomniała 
mimochodem   o   tym,   że   przez   dłuższy   czas   prowadziła   administrację   "Złotej   Maski", 
odetchnął   z   ulgą,   bądź   co   bądź   jej   doświadczenie   nie   wywodziło   się   z   jatki,   co   byłoby 

background image

najbardziej przykre. 

Jednakże   Ksawery,   zdumiewając   się   rzeczowością   Magdy,   nie   mógł   nie   dojść   do 

wniosku, że jej zmysł życiowy jest prostym następstwem instynktu właściwego środowisku 
ludzi, których egzystencja składa się ze zdobywania i z ciułania pieniędzy, z dorabiania się. I 
jakkolwiek dotychczas nie odczuwał dla takich instynktów nic poza obrzydzeniem, musiał 
teraz w duchu przyznać, że w walce o byt, w walce narzuconej dziś przez kryzys  jemu i 
tysiącom innych ziemian brak tego instynktu równa się niemal konieczności przegranej. 

To, co go tak raziło i gniewało zawsze w naturze rządcy, pana Pieczyngi, wydało mu się 

teraz u Magdy cenną i godną zazdrości zaletą. Zresztą nie było to to samo. Pan Pieczynga 
miał   w  swoim  rozumowaniu   coś   chłopskiego.  Jego  ciągłe   "przetrwać"  lub  "przetrzymać" 
powtarzały się w każdej dyskusji, a raczej w każdym narzekaniu. Natomiast Magda, chociaż 
podobnie myślała o różnych wyrzeczeniach się, jednak miała i ten pęd naprzód. 

Dojeżdżali do Warszawy. Runicki ani się spostrzegł, jak szybko minęły godziny. Dopiero 

światła dworca uprzytomniły mu, że to już wieczór. 

Jak   przed   miesiącem,   gdy   wyjeżdżał,   nie   chciało   mu   się   myśleć   o   zbliżającej   się 

katastrofie,   tak   i   teraz   odpędzał   uporczywie   powracający   niepokój.   Ale   teraz   z   innych 
powodów. Wtedy wiedział, że nie ma żadnego ratunku, teraz zaś poddawał się nadziei, że 
jakoś to będzie, a w tym, co ma być, niejasną, niesprecyzowaną, ale przecież główną rolę 
powierzał Magdzie. 

Tragarze nieśli walizki w ogromnym tłoku przez długi peron. Ksawery mocno trzymał 

Magdę pod rękę, by nie zgubić jej w tłumie. W pewnej chwili spotkał jej uśmiechnięte oczy i 
bez namysłu powiedział: 

– Gdybym spotkał cię dawniej, gdybym dawniej cię poznał, kiedy jeszcze byłem bogaty, 

prosiłbym, żebyś zechciała zostać moją żoną. 

I zapytał: 

– Czy zgodziłabyś się? 

– Nie wiem – odpowiedziała poważnie. – Nie wiem, jak bym postąpiła wtedy, ale wiem, 

że gdybyś teraz wpadł na taki pomysł... nie odmówiłabym na pewno. 

– Chyba żartujesz – zaśmiał się. 

– Spróbuj! 

Zatrzymała się i patrzyła mu prosto w oczy. 

– Dziś to byłoby szaleństwem – wzruszył ramionami. 

– Więc zdobądź się na szaleństwo – powiedziała z naciskiem. 

Przepływający niecierpliwą falą tłum potrącał ich i spychał. Oboje jednak nie spostrzegli 

tego. 

– To nie miałoby żadnego sensu – zawołał prawie z przerażeniem. – Pomyśl sama! 

– Już pomyślałam. 

– Magduś! Ja przecież nie mam prawa! Jaka byłaby nasza przyszłość! 

– Słowem, nie chcesz mnie?... Powiedz szczerze. Nie będę miała o to żalu do ciebie. Nie 

background image

chcesz? 

– Ach, nie to... Wiesz, że niczego bardziej nie pragnąłbym. Tylko inna rzecz... 

– Wery! – przerwała mu. – Masz rację. Jesteś tchórzem, a zresztą... Zresztą, do widzenia. 

Zawróciła na miejscu i dopędził ją dopiero przy taksówce. Wsiadała właśnie i podawała 

adres Hotelu Mieszczańskiego. 

– Magduś! – usiłował ją zatrzymać. 

Wychyliła się i powiedziała z uśmiechem: 

– Żegnam pana i dziękuję za miłe towarzystwo. 

Zatrzasnęła drzwiczki i taksówka ruszyła. 

Ksawery szybko oprzytomniał. Najmądrzej byłoby pojechać za nią. Niestety, nie miał 

pieniędzy nawet na tragarza, który ulokował jego rzeczy w następnej taksówce. 

– Nie mam drobnych – zwrócił się Runicki do szofera. – Niech pan da tragarzowi dwa 

złote i do Bristolu. 

W hotelu powitano go jak zawsze z niezmienną radością. Portier uregulował należność 

taksówkarza   i   wśród   ukłonów   wręczył   Runickiemu   paczkę   listów.   Wpakował   je   bez 
przeglądania do kieszeni i nie wchodząc na górę, zaraz z budki telefonicznej, połączył się z 
Hotelem Mieszczańskim. 

– Tam przed chwilą przyjechała pani Nieczajówna, czy tak? 

– Tak jest – odpowiedziano. 

– Proszę mnie połączyć z jej numerem. 

– W numerach nie mamy telefonów, ale w tej chwili poprosimy na dół. A kto prosi? 

– Runicki. 

Czekał kilka minut, aż w słuchawce odezwał się ten sam głos: 

– Pani Nieczajówna powiedziała, że nie podejdzie i żeby pan nie dzwonił. 

Ksawery odłożył słuchawkę. Gdyby miał pieniądze, pojechałby do niej natychmiast... 

– Psiakrew! – zaklął, lecz w tejże chwili wpadł na doskonały pomysł. 

–  Niech   pan   –  zwrócił   się   do   portiera   –  pośle   kogoś   do   kwiaciarni.   Duży   pęk   róż. 

Czerwonych. Muszę zaraz wysłać. 

– Służę panu dziedzicowi. Ile sztuk pan każe, ze dwadzieścia?... 

– Nie. Niech będzie pięćdziesiąt. Tylko najlepszych! I proszę o papier listowy. 

Usiadł w hallu i napisał od ręki: 

"Błagam cię Magduś, byś  została moją żoną. Kocham cię i niech się dzieje co chce. 

Ksawery". 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Pałac   w   Wysokich   Progach,   wielki   masywny   budynek   w   stylu   późnego   renesansu, 

rozpierał się szeroko w starym parku, zamykając klamrą rozłożystych  skrzydeł  olbrzymią 
mozaikę   trawników.   W   środku   przed   wyniosłą   fasadą   leżała   ogromna   kamienna   misa 
wodotrysku,   widocznego   aż   z   szosy   przez   długą   grabową   aleję.   Wokół   rozchodziły   się 
promieniście  strzyżone  szpalery zatapiając  się w ciężkiej, bujnej zieleni  drzew. Z prawej 
strony połyskiwały w słońcu odległe szybki inspektów, z lewej strony ponad konarami lip, 
dębów i klonów żółty komin gorzelni, królujący wśród pięknych murowanych stodół, stajen i 
innych zabudowań gospodarskich. Za pałacem potężnymi podestami, niby olbrzymie schody 
z   polerowanego   srebra,   schodziły   ku   nie   kończącym   się   niskim   łąkom   rybne   stawy.   Na 
horyzoncie wąziutką linijką czerniał las rozcinający w przejrzystym powietrzu blady błękit 
nieba od świeżej zieleni łąk wyrazistą czarną smugą. 

W   pałacu   ranek   zaczynał   się   późno.   Pierwszy   dzwonek   odzywał   się   w   pokoju 

kredensowym zwykle około dziewiątej. Wówczas Leon nie spiesząc się odpasał fartuch, w 
którym   froterował   i   sprzątał   parterowe   pokoje,   brał   przygotowaną   już   tacę   z   herbatą   i 
sucharkami i szedł na górę do pana starszego, zastając już go zwykle przy biurku w gabinecie 
lub   na   drabince   w   bibliotece,   wydobywającego   z   półek   wśród   tumanów   kurzu   rozmaite 
foliały. 

Pokoje pana Michała Runickiego, od lat nazywanego w Wysokich Progach "jaśnie panem 

starszym", nigdy nie bywały sprzątane ani wietrzone. Toteż okna tu stały się z biegiem czasu 
niemal nieprzezroczyste, na meblach, pod meblami, na dywanach i oknach, na portierach i 
firankach zalegały pokłady kurzu, a powietrze było kwaśne i gorzkie od dymu niezliczonej 
liczby papierosów, wypalanych w ciągu dnia i nocy przez pana Michała. 

Czasem, gdy raz na dwa, lub raz na trzy tygodnie Leonowi udało się dorwać do tego 

śmietnika, zdążył  zaledwie z grubsza zamieść pokoje i wygarnąć stosy niedopałków  oraz 
zmiętych   szpargałów,   zdarzało   się   to   jednak   rzadko,   gdyż   pan   Michał   prawie   nigdy   nie 
zapominał, schodząc na obiad, pozamykać drzwi na klucz. Poza codzienną okazją obiadu nie 
opuszczał  swoich pokoi wcale. Kiedyś,  na początku swojej służby w Wysokich  Progach, 
Leon próbował z tym walczyć, z biegiem czasu przekonał się wszakże, że niczego nie uzyska. 
Pod tym względem pan Michał Runicki był zawziętym pedantem. Dochodziło do tego, iż 
nawet dawniej za swoich młodszych lat, kiedy od czasu do czasu wyjeżdżał do Warszawy lub 
Paryża na kilka miesięcy, nie pozwalał niczego tknąć w swoich pokojach i zamykał je na 
wszystkie spusty. Pani Runicka wówczas kazała mechanikowi otwierać drzwi wytrychem, a 
gdy pan wstawił amerykańskie zamki, do jego apartamentów dostawano się po drabinie przez 
okno. Po każdym takim sprzątaniu, chociaż Leon własną głową ręczył, że nie tknięto ani 
jednej książki, ani jednego papierka, że wszystko z najwięgkszą dokładnością zostało ułożone 
na poprzednim miejscu, wybuchało prawdziwe piekło. Zresztą śmietnik powstawał na nowo. 
Od wybuchu  wojny światowej  ustały wyprawy warszawskie  i zagraniczne  pana  Michała, 
wyprawy,   z   których   przywoził   stosy   książek   i   odpisów   porobionych   własnoręcznie   z 
unikatów   wyszperanych   po   różnych   bibliotekach.   Uznał,   że   ma   już   dość   materiałów   i 
przystąpił do opracowania swego dzieła o rewolucji francuskiej. 

Owe dzieło stało się z biegiem lat ulubionym tematem kpin i żarcików w całej okolicy. 

Dookoła osoby pana Michała krążyły niezliczone anegdoty, a nowych nie brakowało nigdy, 
gdyż   pani   Aldona   Runicka   nie   umiała   i   nie   lubiła   robić   tajemnic   ze   swego   pożycia 
małżeńskiego. Jej namiętność do wygrzebywania ze wszystkiego pikantnych ziaren komizmu 

background image

i   wszelkich   drastyczności   nie   mogła   wyrzec   się   satysfakcji   połechtania   znajomych 
opowiadaniami o dziwactwach męża. 

Zresztą  z  równą  otwartością  popisywała  się pani  Aldona i  własnymi,  których  jej  nie 

brakowało.   Miała   pasję   uchodzenia   za   Messalinę   i   nie   pomijała   żadnej   sposobności,   by 
zgorszyć   otoczenie,   przerazić   je   swoją   śmiałością,   lub   wręcz   wyuzdaniem.   Przy   swojej 
pięćdziesiątce   trzymała   się   jeszcze   wcale   nieźle.   Wysoka,   szerokobiodra   i   potężnobiusta, 
obficie mięsista, jędrna i żywa w ruchach, mogła się jeszcze podobać i ostatnio miewała dość 
częste   i   dość   niewybredne   awanturki.   Gdyby   jednak   chciano   wierzyć   jej   zapewnieniom, 
należałoby przyjąć, że w promieniu dziesięciu mil od Wysokich Progów nie ma ani jednego 
mężczyzny   jako   tako   zdatnego   bez   różnicy   wieku   i   pozycji   społecznej,   którego   by   pani 
Aldona nie "wypróbowała". Umiała opowiadać o tym z dowcipem i werwą, a gdy zapuszczała 
się   w   szczegóły,   jej   oczy,   olbrzymie   i   nieporównanie   piękne,   iskrzyły   się   takim 
temperamentem, promieniowały taką zaborczością, że nawet młode panie odciągały swych 
mężów spod tego niebezpiecznego ostrzału. 

Pomimo to, pani Aldona Runicka nie miała złej opinii. 

–  Pies, co dużo szczeka, mało daje mleka –  mówił o niej poczciwy pan Mańkowicz z 

Laskowicy, a wiele osób przyznawało mu rację. 

Poza tym lubiano panią Aldonę za jej dobroć, za wesołość i gościnność. Specjalnie zaś 

przepadała za nią młodzież. Nigdzie bowiem nie bawiono się tak swobodnie, jak w Wysokich 
Progach,   nigdzie   w   parkach   nie   było   tylu   altanek,   ukrytych   w   gąszczu   i   odległych   od 
oświetlonych elektrycznością alei, nigdzie żadna pani domu z takim poświęceniem, z taką 
pasją   nie   patronowała   parkom   i   pareczkom.   Kojarzyła   je   samorzutnie   i   bezapelacyjnie, 
ochraniała od zbytniej ciekawości rodziców czy małżonków, pokrywała ich nieobecność, w 
zamian żądając tylko, jednego –  jak najszczegółowszej relacji, najbardziej wyczerpującego 
sprawozdania, zwierzeń bez żadnych niedomówień, a co przyznać jej należało, umiała takie 
zwierzenia wydobyć zarówno z mężczyzn, jak i z kobiet, chociaż ogólnie wiedziano, że pani 
Aldona nie potrafi ich utrzymać dla siebie. 

Towarzyska aż do przesady, nie umiała kwadransa spędzić samotnie. Od wczesnego rana, 

zaledwie zdążyła jako tako nie wstając z łóżka poprawić włosy i zrobić twarz, już musiała 
mieć   kogoś   do   rozmowy.   Toteż   poza   sześciu   osobami   stałych   rezydentów   w   Wysokich 
Progach nie bywało w roku ani jednego dnia, by nie było gości, czy to z dalszego sąsiedztwa, 
czy z Warszawy. Pokoje gościnne na drugim piętrze rzadko bywały puste. 

Poza tym pani Aldona znajdowała się w nieustannych rozjazdach. Konno, na wielkim 

bułanym   wałachu,   linijką   lub   powozem,   a   za   dawnych   dobrych   czasów   jednym   z 
samochodów oblatywała najbliższe sąsiedztwo tak, by już do podwieczorku wrócić z zapasem 
wyczerpujących wiadomości. 

Najwięcej   jednak   czasu   poświęcała   synowi.   Pomimo   ogromnej   różnicy   usposobień, 

pomimo ostrych uwag i częstych awantur, urządzanych matce przez Ksawerego o byle co, 
uwielbiała go ponad wszystko na świecie. Zgodna, pogodna i wesoła, stawała się napastliwą, 
groźną   i   zawziętą   przeciwniczką   każdego,   kto   ośmielił   się   krytykować   postępowanie   jej 
jedynaka. W nim nie widziała żadnych wad, a raczej te, które dostrzegała, kładła na karb 
dziedziczności,  złego wpływu  kobiet,  lub okoliczności.  Zresztą  w jej oczach był  ideałem 
urody, zdolności, charakteru, a przy tylu zaletach miał prawo nie wyzbywać się jakichś tam 
drobnych usterek. 

Toteż w Wysokich Progach wszystko było dla młodego dziedzica. Wiedział o tym pan 

Michał,   wiedzieli  ubodzy  krewni,  rezydenci,  siedzący  tu   na  łaskawym  chlebie,   wiedziała 

background image

służba. 

Spokój, wygoda i przyjemność Ksawerego były tu najwyższym prawem. 

Mężem zajmowała się pani Aldona o tyle tylko, o ile mogła mu coś zrobić na przekór. 

Nie   przez   złośliwość   bynajmniej.   Ani   przez   potrzebę   dokuczania.   Sama   właściwie   nie 
wiedziała, dlaczego. Może podświadomie żywiła doń żal za to, że nie był takim mężczyzną, 
do jakiego po dziś dzień tęskniła, może mściła się za jego obojętność czy też za to, że nie 
miała żadnego nań wpływu ani dostępu do jego zainteresowań, niedorzecznych, jałowych i 
śmiesznych.   Ale   żal   ten   i   potrzeba   drażnienia   męża   rozpływały   się   w   jej   usposobieniu, 
wrzącym, bujnym, spontanicznym, nie nasilając się nigdy do wyraźnych i wrogich form. 

Natomiast pan Michał, pogrążony w swojej pracy, wyrobił sobie w stosunku do żony 

politykę absolutnej, chemicznie czystej obojętności. Z uprzejmym i pobłażliwym uśmiechem 
wysłuchiwał wszelkich pretensji, w razie ostatecznego nacisku ograniczał się do stwierdzenia, 
że jest odmiennego zdania, z nieskazitelną galanterią całował ją w rękę i wracał do siebie, by 
znowu zagrzebać się w stosach książek i papierów. 

Zaniepokojenie   zdradzał   tylko   wówczas,   gdy   pani   Aldona   "nawiedzała"   go   w   jego 

pokojach. Wówczas przerywał pracę i nie odstępował jej na krok w obawie, że żona zniszczy 
mu   lub   zarzuci   jakieś   notatki.   Zdawał   się   wówczas   nie   słyszeć   jej   słów,   całkowicie 
zaabsorbowany śledzeniem rąk żony, która na jedną sekundę nie umiała pozostawić ich w 
bezruchu. 

–  Bądź tak dobra, Donatko –  powtarzał co chwila –  połóż tę książkę... Nie ruszaj tych 

kartek... Przepraszam cię, zgnieciesz ten rysunek... 

Już wolał, równie zresztą rzadkie, wizyty syna. Ksawery nie szperał na biurku, a nawet 

nie siadał u ojca, w obawie zakurzenia ubrania. Przychodził z zapytaniami, nie mającymi 
żadnego związku z interesami ani gospodarstwem. Odkąd objął prowadzenie majątku, nie 
zamienili ze sobą w tych sprawach ani słowa. Natomiast czasami potrzebował informacji o 
dalszych krewnych lub znajomych, albo też wyjaśnienia w różnych kwestiach sobie obcych, 
jak historia, geografia, znaczenie słów cudzoziemskich, zasłyszanych od kogoś nazwisk itp. 

To była jedyna przyjemność pana Michała w Wysokich Progach. Umiał dużo, uchodził 

nawet w niepobłażliwych dlań oczach żony za "oczytanego", a w okolicy za "encyklopedię 
spraw niepotrzebnych". O tych właśnie niepotrzebnych sprawach lubił rozmawiać i ilekroć 
znalazł chętnych słuchaczy, przesiadywał na dole czasem i po kilka godzin. 

Wśród   sąsiadów,   a   zwłaszcza   wśród   gości   z   Warszawy,   których   nigdy   w   Wysokich 

Progach  nie   brakowało,  zdarzali   się  i  ludzie   znający  się  na  archeologii,  czy  filozofii,  na 
historii lub zagadnieniach socjalnych. Ci, dostawszy się w ręce pana Michała, byli "dosłownie 
przepiłowywani", jak to określała pani Aldona. 

Pomimo to lubiła obecność męża w salonie: był dekoracyjny. Wysoki, szczupły, ładnie 

osiwiały, wykwintny w obejściu, a nawet ubrany staromodnie, lecz czysto i dobrze, sprawiał 
dodatnie wrażenie. Jak co dzień, u siebie, siedział w swoim odwiecznym szlafroku z miękkiej 
łosiowej skóry, do stołu jednak ubierał się starannie. 

Jedynym  też czystym kątem w jego apartamencie była łazienka, dokąd już Leon miał 

nieskrępowany   dostęp   i   gdzie   codziennie   golił   swego   pana.   Podczas   tego   obrzędu,   jak   i 
podczas ubierania się, stary służący wysłuchiwał całych wykładów. Gdyby też miał nieco 
lepszą   pamięć,   od   biedy   mógłby   objąć   już   katedrę   historii   na   jakimś   pomniejszym 
uniwersytecie.   Znał   expedite   dzieje   rewolucji   francuskiej,   genealogię   Burbonów, 

background image

Bonapartych, czy Habsburgów, wiedział, jakie suknie nosiła Józefina, kogo przyjmował u 
siebie Danton, czym  żywił się Robespierre, co się działo w Termidorze i jakich sztuczek 
używał Fouche. 

Pan   Michał   Runicki,   zdawało   się,   potrzebował   tych   rozmów   dla   uporządkowania 

własnych   myśli.   Dzieło   swoje,   zamierzone   początkowo   na   dwa   tomy,   wciąż   przerabiał   i 
uzupełniał,  a stosy zapisanych  kartek  rosły i nie dawało się przewidzieć  do jakich dojdą 
rozmiarów. Wiedział doskonale, że w oczach otoczenia uchodzi za maniaka, za grafomana, 
niemal za szkodnika, który zmarnował majątek, nie umiał prowadzić interesów, nie potrafił 
być głową domu, ani domu tego utrzymać na tradycyjnym poziomie. 

Zarzuty te irytowały go kiedyś, nie o tyle wszakże, by próbował walki z nimi ani tym 

bardziej, by usiłował dowieść czynami ich niesłuszności. Od dzieciństwa nie miał zamiłowań 
gospodarskich. Po swoim ojcu, jako starszy syn, odziedziczył Wysokie Progi, podczas gdy 
młodszemu, Markowi, przypadły Zaloty. Pan Michał, mając lat dwadzieścia dziewięć, ożenił 
się z panną Aldoną Holimowską na wyraźne życzenie ojca, który, nie wierząc w energię syna, 
wybrał mu właśnie pannę, słynącą z prawie męskiego usposobienia, a poza tym posiadającą 
czterysta   tysięcy   rubli   posagu   i   tytuł   hrabiowski.   Małżeństwo   od   początku   nie   było 
szczęśliwe,   póki   jednak   żył   ojciec,   dzięki   jego   arbitralności   i   nieustannemu   czuwaniu, 
trzymało   się   jako   tako.   Pan   Michał,   chciał   czy   nie   chciał,   musiał   zajmować   się 
gospodarstwem,   pilnować   interesów,   słowem,   zarządzać   tym   wszystkim,   do   czego   czuł 
nieprzezwyciężony wstręt. Toteż, gdy tylko Ksawery objawił chęć zajęcia się tymi rzeczami, 
natychmiast oddał mu władzę i tytuł dziedzica. Odtąd też nigdy nie wtrącał się do niczego, 
chociaż   i   dawniej   właściwie   tylko   udawał,   że   wysłuchuje   uważnie   raportów   rządcy   i   że 
decyduje w ważniejszych kwestiach. 

Stosunek pana Michała do Ksawerego ułożył się w niewyrażonej nigdy, ale doskonale 

przez obu odczuwanej wzajemnej pogardzie. Syn w duchu lekceważył ojca i surowo potępiał 
jego rewolucję francuską, ojciec uważał jedynaka za głuptasa i snoba. Obaj jednak mieli dość 
kompromisowości w naturze i dość miękkości w charakterze, a przede wszystkim zbyt dobrze 
byli wychowani, by mogło między nimi dojść do scysji, czy choćby do powiedzenia sobie 
prawdy w oczy. 

Zresztą, widywali się rzadko i niemal wyłącznie na terenie czysto towarzyskim, na dole, 

w salonach, gdzie pan Michał z uśmiechem nazywał syna księciem regentem, a Ksawery 
okazywał ojcu manifestacyjnie szacunek. 

Natomiast   stosunek   między   panią   Aldoną,   panem   Michałem   i   Ksawerym,   pomimo 

zdecydowanego ustalenia się i utrwalenia w niezmiennych normach, ani na jeden dzień nie 
przestawał być osią zainteresowań domowników. 

Nie licząc pana Pieczyngi, przysięgłego mruka, w pałacu mieszkało zależnie od pory roku 

około dziesięciu osób stałych gości, czyli mówiąc po prostu rezydentów na łaskawym chlebie, 
przeważnie   dalekich   zubożałych   krewnych   lub   powinowatych.   Niektórzy   z   nich   mieli   w 
Wysokich   Progach   jaką   taką   przydatność.   Ciotka   Olesia   zajmowała   się   drobiem,   pani 
Mikcińska spiżarnią i kuchnią, pan Suchobłocki piwnicą i pieczarkami, a dziadzio Missuna, 
obdarzony   z   jakiejś   zapomnianej   już   racji   tytułem   profesora,   spełniał   funkcję   czegoś   w 
rodzaju marszałka dworu. 

On też, jak i staruszka pani Miechowiczowa, przyrodnia ciotka pani domu, oraz generał 

Borejko   stanowili   w   Wysokich   Progach,   przynajmniej   we   własnych   oczach,   kastę 
uprzywilejowanych, a to z tego względu, że na hipotece figurowały i ich niewielkie sumki. 

Reszta   wegetowała   bez   żadnych   uprawnień   czy   zajęć.   Dla   wszystkich   wszakże 

background image

rezydentów podstawą egzystencji i jej głębokim sensem były niekończące się wieczne plotki, 
nasilające się czasem w okresach większego podniecenia do skali intryg. W ustawicznych 
szeptach i najpoufniejszych naradach przeprowadzano rozwód państwa Runickich, żeniono 
Ksawerego,  sprzedawano  Wysokie  Progi, wydalano  pana Pieczyngę,  zwalniano  kucharza, 
pisarzy prowentowych,  Leona,  lokajczyków,  pokojówki, ogrodnika, czy rybaka.  Zdawano 
sobie   sprawozdania   z   istotnych   lub   przewidzianych   sprzeczek   między   Runickimi, 
przepowiadano   zerwanie   czy   też   nawiązanie   stosunków   z   tym   lub   innym   sąsiedztwem, 
postanawiano udzielić rady Ksaweremu, wpłynąć na pana Michała, odwieść panią Aldonę. 

Słabą   stroną   tych   wysoce   dyplomatycznych   układów   i   planów   było   to,   że   nigdy   nie 

zostawały   urzeczywistnione,   a   to   z   tej   prostej   przyczyny,   że   pani   Aldona   na   wszystko 
odpowiadała uśmiechem, lub krótkim: – "Dosyć tych głupstw", pan Michał wcale słuchać ich 
nie chciał, zaś Ksawerego bano się nawet zaczepić. 

Bano się z dwóch powodów. Przede wszystkim nikt tak jak on nie umiał dać odczuć 

rezydentom, że są na łaskawym chlebie i że zależą tylko od jego pańskiej łaski. W chwilach 
dobrego humoru pozwalał sobie na drwiny często bardzo dotkliwe, w chwilach złego potrafił 
krzyczeć gorzej niż na służbę, nie znosząc przy tym najmniejszych sprzeciwów. Po wtóre zaś 
każde   niezadowolenie   Ksawerego   odbijało   się   w   stokrotnej   skali   na   usposobieniu   pani 
Aldony. 

Od rana, zanim zapytano o pogodę i stan barometru, interesowano się humorem pana 

Ksawerego. Gdy tylko usłyszano jego poirytowany głos, pustoszał hall i taras, zielony salon i 
jadalnia, rezydenci uciekali do swych pokoi i nie wychylali  nosa. Jedno przed drugim za 
żadne skarby nie przyznałoby się do strachu. Ot, migrena, pilna robota, lub chęć drzemki. 
Ksawery też był jedyną osobą w domu, o której nic złego nigdy się nie mówiło. Obawa przed 
denuncjacją   była   silniejsza   niż   nienawiść   i   przeciwnie,   w   rozmowach   prześcigano   się   w 
pochwałach dla młodego dziedzica. Więcej, bo wmawiano w siebie, że istotnie jest on prawie 
geniuszem.   Chciano   tego,   by   tak   było   naprawdę,   by   Ksawery   osiągnął   we   wszystkim 
największe powodzenie. 

I nic dziwnego, jego los decydował o losie Wysokich Progów, a los Wysokich Progów 

był ich losem. 

Jednakże   najbardziej   paląca   ciekawość   nie   pomagała   w   zajrzeniu   w   tajemniczą 

przyszłość. Ksawery z nikim nie wdawał się w rozmowy, plany swe ukrywał najstaranniej, a 
omawiał je wyłącznie z matką i z panem Pieczyngą. Pani Aldona zaś, zazwyczaj otwarta i 
szczera, o sprawach swego syna nie lubiła mówić, a z pana Pieczyngi nic wyciągnąć się nie 
dawało. 

Trzeba   było   zatem   patrzeć,   patrzeć   uważnie   i   wyciągać   wnioski   ze   zdarzeń 

dostrzegalnych i nie dających się ukryć. A zdarzenia były wymowne, najpierw przyjechał 
Szlomka z Grójca, później Halpern z Radomia i jeszcze trzej Żydzi. Lokaj, który nosił herbatę 
do kancelarii, widział, że dawali pieniądze panu Ksaweremu. Później pan Ksawery wyjechał 
do Warszawy, a później gruchnęła hiobowa wieść, że termin licytacji został utrzymany. Do 
Wysokich   Progów   istnym   korowodem   zaczęli   zjeżdżać   się   wierzyciele.   Pani   Aldona   nie 
przyjmowała nikogo, a całe piekło spadło na pana Pieczyngę. Nocami przepędzano oborę, 
przeprowadzano konie, przewożono maszyny rolnicze i meble co cenniejsze od Borychówki, 
do   Zalotów   i   do   innych   sąsiadów.   Po   całych   dniach   wierzyciele   zapełniali   hall   i   salon 
krzykami, płaczem, awanturami. Pani Aldona kilka razy jeździła do brata, hrabiego Tomasza 
Holimowskiego, lecz wracała z niczym, była też, według relacji stangreta i w Zalotach, ale 
pan   Tadeusz   Runicki   też   widocznie   pomocy   nie   obiecał,   gdyż   wyjechała   z   Zalotów   bez 
pożegnania. 

background image

Tymczasem  rozszerzyła  się po okolicy wiadomość  przyniesiona  podobno do państwa 

Mańkiewiczów przez ich kuzyna z Warszawy, pan Ksawery wyjechał za granicę, do Paryża, a 
może do Ameryki, wyjechał oczywiście po to, by ożenić się i przywieźć grube pieniądze. 

Pogłoski   te   nie   uspokoiły   wierzycieli,   natomiast   sprawiły   to,   że   pośród   rezydentów 

zapanowała otucha. Powrotu dziedzica wyczekiwano jak zbawienia. 

Jego   telefon   z   Warszawy   zelektryzował   wszystkich,   a   przyjazd   w   dwa   dni   później 

napełnił serca nadzieją. 

Wprawdzie nic do tej nadziei nie upoważniało. Przyjechał taksówką i zabawił zaledwie 

godzinę. Najpierw zamknął się z panem Pieczyngą, później z matką, potem wszyscy troje 
udali się do pana Michała, a potem odjechał, zabierając ze sobą neseser pani Aldony. 

Tegoż   dnia   przed   pałac   zajechały   fornalki   i   zaczęło   się   coś,   co   mogło   wyglądać   na 

przeprowadzkę. Pakowano i ładowano na wozy najcenniejsze meble, obrazy, stare wina z 
piwnicy, dywany, brązy i srebra. Sprowadzono też z sąsiedztwa wszystkie dawniej wysyłane 
rzeczy i wszystko odeszło pospiesznie do Warszawy.  Pałac ogołocony z najpiękniejszych 
sprzętów wywierał przygnębiające wrażenie. Pan Michał, bezradny i zakłopotany, raz po raz 
wybiegał   ze   swoich   pokoi,  pani   Aldona   z   twarzą   obrzękłą   od  płaczu   snuła   się  jak  cień. 
Wszyscy to dostrzegli od razu, nie miała już w uszach swoich wspaniałych butonów, ani 
pierścionków na palcach. 

Z urywkowych, skrzętnie pozbieranych informacji dało się ustalić, że całą biżuterię, do 

której  była  tak  przywiązana,  że  te  wszystkie   odziedziczone   po matce   i  babkach  klejnoty 
zabrał pan Ksawery.  Zabrał również kolekcję starych monet i zbiór tabakierek, złoto, nie 
wyłączając obrączek, i srebra, nie pomijając nakryć i świeczników. 

Jednak pan Pieczynga  nie wydawał  się tym  wszystkim  przybity.  Przeciwnie,  zacierał 

ręce, a nawet w rzeczywistości tego dnia i następnych rozmawiał pewniej. 

Jakoż w sam przeddzień licytacji nadeszła wiadomość, rata Towarzystwa Kredytowego 

została   uregulowana,   procenty   w   bankach   popłacone,   Wysokie   Progi   jeszcze   jakiś   czas 
pozostają w rękach dotychczasowych właścicieli. 

I   poszło   wszystko   dawnym   trybem.   Ustały   najazdy   wierzycieli,   komorników, 

sekwestratorów, adwokatów. Wróciły maszyny rolnicze, krowy i stajnia, powozy i resztki 
mebli,   którymi   jako   tako   połatało   się   braki.   Praca   w   polu   i   w   ogrodzie   odbywała   się 
zwyczajnym porządkiem, znowu zaczęli zaglądać goście już nie z pogrzebowymi minami. 
Tylko  Ksawerego nie było.  Siedział  w Warszawie  i tam załatwiał  interesy,  układał  się z 
wierzycielami, pracował podobno, jak wół. 

Zaczęły też różne o tym jego pobycie rozchodzić się plotki. Pierwsze przyniosła pani 

Mira Czerska. Wpadła do Wysokich Progów wprost ze stacji kolejowej, wzburzona i tak 
zdenerwowana,  że,   rozmawiając   z  panią   Aldoną  w   żółtym  buduarze,   nie  zwracała   wcale 
uwagi na to, że w sąsiednim hallu słychać było każde słowo. Przede wszystkim okazało się, 
że na próżno przesiedziała dwa dni w Warszawie, gdyż Ksawery wręcz ukrywał się przed nią. 
Nie stoi w Bristolu i nie mogła go znaleźć. Mecenas Zaremba, w którego kancelarii Ksawery 
załatwia interesy, twierdził, a oczywiście kłamał, że sam nie wie, gdzie Ksawery mieszka. 
Natomiast  wszyscy warszawscy znajomi utrzymują, że przywiózł sobie z zagranicy jakąś 
dziwkę i że chce z nią się żenić. 

Pani Aldona z oburzeniem i całkiem szczerze zaprzeczyła. Nazajutrz jednak stangret z 

Borychówki   przywiózł   list   do   pani   Aldony,   w   którym   pani   Mira   donosiła,   że   z 

background image

najpewniejszego źródła wie już ponad wszelką wątpliwość, że Ksawery jest po ślubie z jakąś 
tancerką. 

Posypały   się   i   dalsze   plotki,   jedne   fantastyczniejsze   od   drugich,   lecz   wszystkie   były 

dostatecznie sprzeczne, by nie wierzono żadnym. Przede wszystkim zarówno w Wysokich 
Progach, jak i w okolicy rozumiano dobrze, że zażegnanie katastrofy przez wyzbycie  się 
kosztowności nie ratuje Runickich na długo. Najdalej po roku wylecą z Wysokich Progów, 
jeżeli   Ksawery   nie   ożeni   się   bogato   i   to   bardzo   bogato.   Dlatego   w   tajemniczym,   a 
przedłużającym się pobycie młodego Runickiego w Warszawie dopatrywano się oczywistych 
konkurów o rękę jakiejś milionowej panny. 

Takie   były   domysły   i   takie   historie,   gdy   niespodziewanie   przyszło   wyjaśnienie:   w 

powozie   wysłanym   na   popołudniowy   pociąg,   kiedy   konie   zaczęły   już   okrążać   gazon, 
zobaczono obok Ksawerego młodą przystojną pannę. Stangret Walery widocznie odczuwał 
podniosłość chwili, gdyż zajechał z fantazją i trzy razy strzelił z bata niczym na ekonomskich 
chrzcinach. 

Ksawery   był   widocznie   zdenerwowany   i   nadrabiał   spokojną   miną,   gdy   pomagał 

towarzyszce wysiąść z powozu. 

Wszyscy byli w hallu, gdyż zerwali się od niedokończonego obiadu, zostawiając przy 

stole tylko pana Michała. Ksawery uroczyście podszedł do matki i dobitnie powiedział: 

– Pozwól, mamo, że ci przedstawię moją narzeczoną, pannę Magdalenę Nieczajównę. 

Zapanowała  zupełna cisza. Magda blada i zażenowana skłoniła się i, zrobiwszy krok 

naprzód, bezgłośnie poruszyła wargami. 

Pani Aldona przez krótką chwilę przyglądała się jej uważnie, aż nagle zawołała: 

–  Ależ ona jest śliczna!... Michale!... Michale!... Zawołajcież tu pana Michała! Witam 

panią   –  wyciągnęła   obie   ręce   do   Magdy.   –  No,   mój   Wery   ma   dobry   gust.   Mogę   panią 
pocałować, prawda? 

Była prawie o pół głowy wyższa od Magdy, a kiedy ją przytuliła do swojej rozległej 

postaci, zasłoniła ją całkiem sobą. 

Ksawery stał nieruchomo, to uśmiechając się, to marszcząc brwi. Najwięcej bał się tej 

chwili.   Bał   się,   że   matce,   którą   nawiedzały   różne   humory,   przyjdzie   na   myśl   zacząć   od 
indagacji. A chciał właśnie odłożyć je na później. 

Przywożąc   Magdę   bez   uprzedzenia,   bez   jednego   napomknięcia   o   swoich   zamiarach 

małżeńskich, liczył się z silnym sprzeciwem, lecz będąc zdecydowany na wszystko, wolał 
wziąć byka za rogi i postawić na jedną kartę. 

Na   szczęście   plan   ten   nie   zawiódł.   Nadszedł   właśnie   z   serwetką   ojciec   i   Ksawery  z 

ponowną solennością przedstawił mu Magdę. 

– Cieszę się niezmiernie – powiedział pan Michał i pocałował ją w rękę. 

Chciał nie dopuścić do żadnych wypytywań w jej obecności, zatroszczył się natychmiast 

o gościnny pokój i odprowadził tam Magdę. 

–  Boże –  mówiła, trzymając go za rękę, gdy już znaleźli się sami –  tak mi się trzęsą 

kolana. 

– Dobrze, Magduś, dobrze. Przebierz się teraz, uspokój się i zaczekaj na mnie. Dobrze? 

background image

– Ale przyjdź prędzej! 

– Jak najprędzej – zapewnił ją serdecznie. 

Niestety, musiała nań czekać przeszło godzinę. Ksawery zamknął się z matką w sypialni i 

tak, jak to sobie z Magdą ułożył, wygarnął od razu wszystko. 

Pani Aldona słuchała w  milczeniu.  Wbrew  przewidywaniom nie  wzburzyła  jej wcale 

wiadomość, że Magda jest aktorką. Zauważyła nawet: 

– Jesteś, mój Wery, dość wielkim panem, byś się mógł z tym nie liczyć. 

Natomiast uparła się, by wyjaśnił jej pochodzenie przyszłej synowej. 

– Musisz przecież wiedzieć, mój drogi, kto jest jej ojcem? 

–  Jakąż   to   odgrywa   rolę?   –  usiłował   wykręcić   się   Ksawery   –  pochodzi   z   rodziny 

mieszczańskiej, ale w dzisiejszych czasach nie widzę w tym żadnej ujmy. Kocham ją i z góry 
uprzedzam... 

– Ależ synku! – przerwała. – Po co się denerwujesz! 

– Bo mama występuje z jakimiś bezsensownymi zastrzeżeniami. 

–  Bynajmniej. Tylko chcę wiedzieć coś o jej rodzinie. Chyba  to nic niezwykłego, że 

ludzie, z którymi zbliżamy się... 

– Wcale nie zbliżamy się. Magda nie utrzymuje ze swoją rodziną żadnego kontaktu. 

– Dlaczego? 

– Zerwała stosunki. 

–  Oczywiście,   mój   drogi,   tak   głupia   nie   jestem.   Jeżeli   nie   utrzymuje   stosunków,   to 

znaczy, że musiała je zerwać. Ale dlaczego? 

Ksawery poruszył się niecierpliwie: 

– Mieli jej za złe, że wstąpiła na scenę. 

–  Ach   tak?   –  ucieszyła   się   pani   Aldona   –  Więc   to   jacyś   porządni   ludzie.   W 

mieszczaństwie   też   się   to   zdarza.   No,   powiedz,   co?...   Przemysł,   kupiectwo?...   Nie   rób 
tajemnicy! Jesteś śmieszny z tą skrytością. 

Ksawery wstał i upewniwszy się, że nikt nie podsłuchuje pod drzwiami, powiedział: 

– Ojciec Magdy jest... kupcem, tak, kupcem mięsnym. 

– Mięsnym?... Co ty mówisz?! To znaczy?... 

– No, tak – rozłożył ręce. – Nic na to nie poradzę. Jest rzeźnikiem. 

Wykrztusił to z siebie z najwyższym trudem. Wstydził się teraz spojrzeć matce w oczy i 

odwrócił się do okna. 

–  Jest bogatym, bardzo bogatym rzeźnikiem. Jednym z najbogatszych w Warszawie – 

dodał tonem usprawiedliwienia. 

– To okropne – jęknęła pani Aldona. 

– Ja myślę – wybuchnął. 

background image

– Synu drogi! – rzuciła mu się na szyję. 

– Niechże mama mnie puści... 

– Biedaku! 

– Mamo! Uprzedzam cię, że żadnych perswazji... 

– Ależ ja – przerwała – nic nie mówię, synku drogi. Tylko wyobrażam sobie, jak ci z tym 

musi być ciężko... Córka rzeźnika! Boże!... 

Z całej siły ścisnął jej rękę: 

– Ciszej! Ciszej! Mama jeszcze gotowa przez megafon zawiadomić o tym wszystkich. 

– I tak przecież dowiedzą się. Takie rzeczy nie dają się ukryć. 

– A mama cieszy się z tego. 

Pani Aldona wzruszyła ramionami: 

– Ja płakać nie będę. Wiesz dobrze, że przede wszystkim myślę o twoim szczęściu. Ale 

okolica! No! 

– Więc co robić?... – załamał ręce. 

–  Czy ja wiem?... Skandal będzie kolosalny. Wystarczy sama nasza kochana rodzinka. 

No! 

– Więc trudno. W oczy mi nikt słowa nie powie, a co będzie za plecami, to już mniejsza o 

to. Zresztą, droga mamo, kiedy wuj Tomasz żenił się z Żydówką, też musiał być skandal, a 
jednak rozeszło się i dziś najlepsze towarzystwo bywa u nich. 

–  No tak, ale stary Goldblum już sam należał do towarzystwa. No i za córkę dał dwa 

miliony rubli. 

Ksawery żachnął się: 

– A kto potrzebuje wiedzieć, że ja za Magdę nie dostaję grubych pieniędzy? 

Pani Aldona osłupiała: 

– Jak to nie dostajesz? 

– No, bo nie dostaję. 

– Nie? 

– Powiedziałem. Ani grosza. 

Pani Aldona szeroko otworzyła oczy i nagle wybuchnęła: 

– Chyba oszalałeś!? 

– Może i oszalałem. 

– Ani grosza? Mówisz przecież, że ten rzeźnik jest bogaty! 

– I cóż z tego? Nie da córce nic i zresztą nie przyjąłbym rzeźnickich pieniędzy. 

– Nie, to nie do wiary, nie do wiary – pani Aldona chwyciła się za głowę. – Więc cóż z 

nami będzie? Oddałam ci wszystko, co mi jeszcze zostało. O, Boże, jakaż byłam głupia! Moje 

background image

brylanty! 

Ciężko opadła na fotel i wybuchnęła płaczem. Ksawery, sam roztrzęsiony nerwowo, nie 

próbował jej pocieszać. 

Nie   wzruszył   się  jednak   wcale   łzami   matki,   a   przynajmniej   nie   o   tyle,   by  mogło   to 

wpłynąć na zmianę jego postanowień. 

Po pewnym czasie pani Aldona wytarła oczy, zapudrowała nos i powiedziała: 

–  Z   drugiej   strony  nie   mam   prawa   wymagać   od  ciebie,   byś   myślał   o  mnie   i   twoim 

biednym ojcu. 

– Ależ myślę, mamo! – rozgniewał się. 

–  Tak.   Myślisz,   że   jesteśmy   dostatecznie   starzy  i   niepotrzebni,   by  iść  pod   kościół   z 

pudełkiem od sardynek. 

– Bynajmniej, mamo. Masz najlepszy dowód, że licytacja jest odłożona. A jeśli wszystko 

ułoży się dobrze, zdołamy utrzymać się przy Wysokich Progach. 

– Daj spokój żartom – przerwała pani Aldona. 

–  To nie są żarty.  Mama nawet nie wyobraża sobie, jaki to skarb moja Magda. Ona 

potrafi... 

– Przestań. Jest ładna i młoda. Ale to wszystko. 

–  Myli się mama. Magda świetnie zna się na interesach. Jeżeli udało mi się ułożyć z 

bankami, to dzięki jej stosunkom. 

– Wiesz! – zaśmiała się ironicznie – tym mógłbyś się pochwalić. Stosunki aktorki... 

– Mamo! – warknął. 

– Nic nie mówię. Czy masz zamiar i ojca poinformować o swoim postanowieniu? 

– Tak, ale proszę cię, mamo, o jedno, zachowaj dla siebie te wiadomości, które masz o 

Magdzie. Jeżeli żywisz do niej teraz niechęć, to jednak licz się z tym, że cokolwiek by się 
stało, rozumiesz, cokolwiek by zaszło, ona i nikt inny zostanie moją żoną, a twoją synową. 
Poza tym jestem przekonany, że sama w niej się zakochasz... 

–  Ależ,   ja   nic   nie   mam   przeciw   tej   dziewczynie.   Uważam   tylko   za   nonsens   wasze 

małżeństwo, które zresztą na pewno do skutku nie dojdzie... 

Ksawery zmarszczył brwi: 

– Dojdzie, albo sobie w łeb palnę. Teraz rozumiesz? 

Wyraz jego twarzy musiał przestraszyć panią Aldonę, gdyż zawołała: 

– Synku, kochanie! Jak możesz takie rzeczy mówić?... 

Objęła go i zaczęła całować. 

– Widzisz, mamo – mówił, marszcząc brwi. – Bardzo kocham ciebie i ojca też, bardzo 

przywiązany jestem do Wysokich Progów, ale jeżeli będziecie mi utrudniali małżeństwo z 
Magdą, bez wahania wyrzeknę się was i domu i pójdę choćby na karbowego gdziekolwiek. 
Klamka zapadła. Wierz mi, mamo, że dzięki Magdzie, tylko dzięki niej odzyskałem chęć do 

background image

życia i nadzieję, że uda mi się uratować i was, i siebie. 

– Synku mój – rozczuliła się pani Aldona. 

– A jeżeli chodzi o Magdę... Na miły Bóg, przecież niejeden już ożenił się z aktorką. To 

żadna hańba! Ludzie z najlepszego towarzystwa żenią się z girlsami. 

Powtarzał  jej  z  największym  przekonaniem  wszystko   to,  co  sam  sobie   tak  niedawno 

musiał  wmawiać.  Pani  Aldona, widząc,  że dalszymi  sprzeciwami  zraziłaby sobie  syna,  a 
zresztą   nie   umiejąc   walczyć   o   swoje   poglądy   i   nie   przywiązując   do   nich   zbytniej   wagi, 
pogodziła się dość łatwo z sytuacją. 

Pan Michał natomiast przyjął wszystko zupełnie spokojnie. 

– Jesteś już dorosły – powiedział – i powinieneś wiedzieć, co robisz. Osobiście nie wierzę 

w możność współżycia, oczywiście, szczęśliwego współżycia dwojga ludzi pochodzących z 
tak różnych środowisk. Ale ponieważ nie wierzę również w ogóle w celowość małżeństwa, 
bądź łaskaw nie liczyć się z moją opinią. 

Zaś   na   pytanie   Ksawerego,   czy   ojciec   zechce   okazać   Magdzie,   której   sytuacja   w 

Wysokich Progach będzie trudna, pewną życzliwość, pan Michał zapewnił: 

– O, bez wątpienia. Nigdy w życiu i wobec nikogo nie byłem nieuprzejmy. No, a teraz 

przeproszę cię, gdyż mam pilną robotę. 

W pięć minut później Ksawery mówił Magdzie: 

– Wywarłaś na wszystkich bardzo dodatnie wrażenie. Ojciec jest tobą zachwycony, matka 

też. 

Przy kolacji panował nastrój ogólnego podniecenia. Pana Michała, jak zwykle, nie było 

przy   stole.   Wieczorami   jadał   u   siebie.   Pani   Aldona   posadziła   Magdę   przy   sobie   i   nie 
spuszczała z niej oczu. Pan Pieczynga jadł w milczeniu, nie podnosząc głowy znad talerza. 
Ciotka Olesia i pani Mikcińska przerzucały się spojrzeniami, dziadzio Missuna chrząkał, a 
pani Miechowiczowa, cedząc słowa, opowiadała jedną ze swych reprezentacyjnych historyjek 
o swojej wizycie u przyrodniej siostry w Lubelskiem. 

Ksawery uważnym okiem patrolował całe towarzystwo. 

Magda rozmawiała swobodnie i naturalnie z panią Aldoną o swojej niedawnej podróży. 

– Nic jej nie można zarzucić – raz po raz powtarzał sobie w duchu Ksawery. 

Nawet przy pani Aldonie wyglądała rasowo, a zachowywała się dystyngowanie, niczym 

dama z najlepszego towarzystwa. 

– Byłaś świetna, bardzo ci dziękuję – powiedział jej Ksawery, odprowadzając ją na górę. 

– Masz doskonałe maniery. 

– Jestem aktorką – zaśmiała się. – Po prostu zachowałam się tak, jakbym grała na scenie 

narzeczoną hrabiego. 

– Nie wspominaj już o tej scenie, o rolach, o tym wszystkim – skrzywił się. 

– Już dobrze, dobrze... 

–  A jutro rano pokażę ci całe gospodarstwo, park i inne rzeczy. Dobranoc, dobranoc, 

kochanie... Niech ci się dobrze śpi pod dachem twego domu. 

background image

Zarzuciła mu ręce na szyję i powiedziała trochę ni w pięć ni w dziewięć: 

– Ty pomimo wszystko jesteś jednak dobrym chłopcem. 

Wstali wcześnie i rozpoczęli obchód gospodarstwa. Wszędzie wrzała już praca, a służba 

widocznie wiedziała już o przyjeździe narzeczonej dziedzica, gdyż nie ograniczyła się do 
zwykłych powitań, lecz przyglądała się długo przyszłej pani. 

Zabudowania folwarczne, gorzelnia, młyn, obory i przejażdżka linijką po polach zajęły 

im czas do drugiego śniadania. Później oglądali pałac i Ksawery nie posiadał się z radości, 
widząc, że Magda jest wszystkim zachwycona. 

W obawie, by ktoś z domowników nie pozwolił sobie na jakąkolwiek nieuprzejmość w 

stosunku do Magdy, Ksawery nie rozstawał się z nią ani na chwilę. Jeżeli chodziło o matkę, 
był jej serdecznie wdzięczny za ton, jaki przybrała w rozmowie z przyszłą synową. Była 
prawie przyjacielska i kilka razy uściskała Magdę. 

Nastrój   przy  obiedzie   już   był   całkiem   swobodny.   Pan  Michał   ze   swoją   staroświecką 

galanterią bawił Magdę żarcikami na swój temat. Po obiedzie zajechały konie i nastąpiło 
pożegnanie. Magda musiała wracać do Warszawy, by zdążyć na wieczorne przedstawienie w 
Teatrze Letnim, gdzie grała niedużą rólkę w zastępstwie jednej z tamtejszych aktorek. 

Pomimo   błagań   i   nalegań   Ksawerego   nie   chciała   porzucić   sceny,   a   raczej   możności 

zarobkowania. 

– Po ślubie – mówiła – co innego, ale teraz muszę przecież z czegoś żyć. 

Jednocześnie udało jej się uzyskać engagement do filmu i to na rolę główną. Na protesty 

Ksawerego odpowiedziała krótko: 

– To da mi osiem tysięcy, a termin w Banku Wschodnim odłożony został pod warunkiem 

wpłacenia właśnie ośmiu tysięcy. 

Cóż jej mógł na to powiedzieć?  Rzeczywiście,  jeżeli istniały jakieś szanse ratowania 

majątku, to tylko w razie współdziałania Banku Wschodniego. 

Ksawery z początku nie mógł się pogodzić z myślą, że pieniądze, zapracowane przez 

Magdę,   mogą   być   dla   niego.   Jednak   tak   się   jakoś   złożyło,   że   Magda   kilkakrotnie   już 
pomagała mu drobnymi  sumkami. Opłaty stemplowe, koszty paru aktów notarialnych  itp. 
poszły z jej kieszeni. 

Sam rozumiał, że w tych warunkach Magda nie może przerwać swojej pracy, a chociaż 

bolało go to najbardziej, nic na to poradzić nie mógł. 

Chciał teraz wraz z nią jechać do Warszawy, lecz i na to nie mógł sobie pozwolić. Poza 

tym Magda żądała, by siedział na wsi i pilnował interesów. 

Odprowadzając ją na stację kolejową był pochmurny i kilka razy wracał do tematu już 

przesądzonego; pojedzie do Warszawy bodaj na jeden dzień. Ona jednak, jak zwykle w tych 
rzeczach, była uparta. Pożegnali się i Ksawery zawrócił do domu. 

background image

ROZDZIAŁ V 

Niełatwo   przychodziło   Magdzie   zorientowanie   się   w   sprawach   Wysokich   Progów. 

Najwięcej  przeszkód  wynikło  z usposobienia  Ksawerego, który wprost nie  umiał  stawiać 
rzeczy jasno. Wstydził się długów, szczególnie osobistych, starał się ukryć sens i znaczenie 
różnych  zobowiązań, a nawet nazwiska wierzycieli  drobniejszych,  rozmaitych  pachciarzy, 
handlarzy czy służby. 

Od dawniejszych wyznań w pociągu zmienił się o tyle, że nabrał przesadnego optymizmu 

i lekceważył  sobie najpilniejsze i najważniejsze sprawy. Magda musiała pamiętać sama o 
wszystkim,   pilnować   wszystkiego.   Zaczęło   się   od   doprowadzenia   do   jakiego   takiego 
porządku ksiąg i rachunków. Panował w nich chaos z tej racji, że prowadzone były częściowo 
przez   Ksawerego,   częściowo   przez   pana   Pieczyngę,   nieraz   zaś   nawet   przez   pisarzy 
prowentowych. 

Stopniowo   wszystko   to   skoncentrowało   się   w   rękach   Magdy.   Nie   ze   wszystkim 

wprawdzie   umiała   sobie   poradzić,   lecz   doświadczenie   nabyte   w   okresie   prowadzenia 
administracji "Złotej Maski" przydało się także o tyle, że wiedziała przynajmniej, do kogo 
zwrócić się o pomoc. 

Poza tym, wierząc w zmysł do interesów pana Biesiadowskiego, zapoznała go gruntownie 

z całym materiałem. Pan Feliks przyjął wiadomość o zamierzonym małżeństwie Magdy z 
rezygnacją. Od czasu napadu stan jego zdrowia przedstawiał wiele do życzenia i skłaniał go 
do częstych smutnych refleksji. Pomimo choroby bynajmniej nie zaniedbał interesów, a w 
stosunku do Magdy zachował dawną, serdeczną życzliwość. Po rozejrzeniu się w materialnej 
sytuacji Wysokich Progów, orzekł, że można by jeszcze majątek uratować kosztem wielkich 
oszczędności, ułożenia się na pięćdziesiąt procent z wierzycielami, zwłaszcza z tymi, którzy 
spadliby   bez   grosza   w   czasie   licytacji,   no   i   przez   korzystną   sprzedaż   Karczówki, 
piętnastowłókowego  folwarku Wysokich  Progów. Ponieważ  zaś  Karczówka miała  osobne 
księgi hipoteczne, rzecz była do przeprowadzenia. Nadto, zdaniem Biesiadowskiego, należało 
spróbować   wydobycia   skądkolwiek   kilkudziesięciu   tysięcy   gotówki.   Kiedy   zaś   Magda 
wyraziła wątpliwość co do możliwości takiej pożyczki, Biesiadowski zaproponował, że sam 
mógłby wziąć, na przykład, w dzierżawę stawy rybne na pięć lat. 

Transakcja   ta,   zdaniem   Ksawerego,   była   wysoce   niekorzystna,   a   tenuta   dzierżawna, 

ofiarowana   przez   Biesiadowskiego,   bardzo   niska,   ponieważ   jednak   innych   amatorów 
niepodobna było znaleźć, a pieniądze były od razu niezbędne, umowę podpisano. 

Jednocześnie   Magda   zwróciła   się   do   kilku   pośredników   z   propozycją   sprzedaży 

Karczówki. 

Z   tym   wszystkim   cały   swój   wolny   czas   musiała   poświęcać   interesom   Ksawerego. 

Ponieważ zaś w pertraktacjach, w podpisywaniu umów itp. musiała go nieraz zastępować, 
otrzymała odeń odpowiednią plenipotencję. 

Przyjęła   ją   wprawdzie   niechętnie,   chociaż   był   to   dowód   pełnego   zaufania   ze   strony 

narzeczonego, ale sama musiała przyznać, że z chwilą uznania za konieczność obecności 
Ksawerego  na  wsi,  niepodobna  było  przy  każdej  okazji  wzywać   go do  Warszawy.   I tak 
przyjeżdżał co tydzień na sobotę i niedzielę. 

Wówczas spędzali czas na nie kończących się omawianiach spraw bieżących... 

background image

–  Doprawdy   –  krzywił   się   Ksawery.   –  Nie   wyobrażam   sobie,   by   takim   językiem 

przemawiała miłość pary narzeczonych. 

– Cóż chcesz – wzruszała ramionami Magda. – Sam jesteś temu winien. Gdybyś myślał 

więcej o przyszłości wtedy, gdyś jeszcze był sam... 

– No, już nie strofuj mnie, Magduś, już dobrze, dobrze... Więc jak z tymi opasami? 

I   zdawała   mu   relację.   Dzięki   Biesiadowskiemu   uzyskała   to,   że   handlarze   bydła   z 

Grójeckiego gotowi byli na niezłych warunkach lokować krowy, przeznaczone na rzeź, na 
czas podpasienia w opróżnionych, z racji nieopłacalności gospodarstwa mlecznego, oborach 
wysokoproskich. 

Idące stąd i z innych pomniejszych źródeł wpływy nie uprawniały jednak do różowych 

myśli. Trzeba było nieustannie czuwać, dreptać po bankach i urzędach, zabiegać o ulgi i 
prolongaty, pilnować gotówki, by nie dostała się do rąk Ksawerego lub jego matki. Ci nie 
umieli oszczędzać i należało ich do tego zmusić. 

Po   pewnym   czasie   Magda   doszła   do   przekonania,   że   główną   przyczyną   rozrzutności 

Ksawerego jest jego próżnowanie. Bynajmniej nie był z natury leniwy. Przeciwnie, gdy tylko 
chciał się popisać lub po prostu nie miał kim się wyręczyć, potrafił pracować zawzięcie. Z tej 
obserwacji   bardziej,   niż   z   konieczności   ograniczenia   wydatków   wynikła   dymisja   pana 
Pieczyngi i obu pisarzy prowentowych, a także pana Lisieckiego, który zarządzał młynem i 
gorzelnią,   a  właściwie   pobierał   pensję  za   pół   godziny  dziennej   roboty,   gdyż   gorzelany  i 
młynarz wystarczali w zupełności. 

Najtrudniej   poszło   z   panem   Pieczyngą.   Magda   rozmawiała   z   nim   tylko   dwa   razy. 

Pomimo pozornej uprzejmości starego rządcy odczuła w jego tonie jakby lekceważenie i cień 
pogardy dla siebie. Zasadniczo oboje dążyli do tego samego, lecz Pieczynga traktował Magdę 
po trosze jak intruza. 

Bardzo boleśnie dotknęło to Magdę. Z jednej strony żywiła doń sympatię, lecz z drugiej 

rezerwa   pana   Pieczyngi   uniemożliwiała   okazanie   już   nie   tylko   sympatii,   lecz   nawet 
przychylności. Dlatego w tych rozmowach przybrała ton zimny i może zanadto dźwięczący 
poczuciem władzy. 

–  Mówimy   o   oszczędnościach   –  powiedziała   w   końcu.   Czy   pan   znajduje,   że   mój 

narzeczony nie potrafiłby samodzielnie prowadzić gospodarstwa? 

– Przecież prowadzi – zauważył Pieczynga. 

– Przy pańskiej pomocy. Ale czy dałby sobie radę sam? 

Pan Pieczynga poczerwieniał: 

–  Ach,  o   to   pani   chodzi?...  Zapewne.   Uważam   pana   Ksawerego   za   bardzo   zdolnego 

rolnika. Sądzę też... Hm... Sądzę, że byłoby nawet wskazane... Ja... Tym bardziej, że ja dość 
już jestem stary, by podlegać woli osób zbyt młodych i niedoświadczonych. Poza tym nie 
lubię niewyraźnych sytuacji i chciałbym wiedzieć, czy mam posadę u pana Runickiego, czy 
też u pani? 

Sapał coraz głośniej i widocznie musiał bardzo panować nad sobą, by nie wybuchnąć. 

– Oczywiście, że u pana Runickiego – spokojnie powiedziała Magda. 

– To chwała Bogu – wstał z krzesła. – Zatem wiem, kogo mam słuchać, a teraz pozwoli 

pani, że ją pożegnam. 

background image

– Żegnam pana – skinęła mu lekko głową i Pieczynga wyszedł z jej pokoiku hotelowego. 

Tegoż  wieczora zażądała  od Ksawerego wymówienia  Pieczyndze.  Ksawery długo się 

wahał i wykręcał. Przytaczał słuszne zresztą argumenty, twierdził, że nie można tak od razu 
rozstać się z oficjalistą, który przez tyle lat był prawą ręką ojca i jego samego, z człowiekiem 
tak zacnym i uczciwym. 

Na wszystkie te argumenty Magda najprostszą i najskuteczniejszą znalazłaby odpowiedź. 

Wystarczyłoby dać Ksaweremu do zrozumienia, że Pieczynga ośmielił się ją obrazić. Jednak 
wolała nie stawiać sprawy na tej płaszczyźnie. Wiedziała zresztą, że i tak przeprowadzi to, co 
postanowiła. 

Zresztą pan Pieczynga przyjął wymówienie spokojnie. Jako rządca miał świetną opinię i o 

takie, a nawet lepsze stanowisko nie było mu trudno. I tak poza tym zostawał w Wysokich 
Progach do jesieni. Natomiast część służby pałacowej oraz zredukowani oficjaliści musieli 
odejść zaraz. Na wypłatę zaległych od dawna poborów Magda podpisała umowę z impresario, 
organizującym objazd trupy teatralnej po prowincji. Objazd miał trwać przez trzy miesiące, a 
Magda uzyskała pokaźną zaliczkę, gdyż miała być główną atrakcją zespołu. 

Pod wieloma względami krzyżowało to jej plany, lecz najbardziej chodziło przecież o 

zdobycie koniecznej gotówki. 

Na koniec czerwca ustalili z Ksawerym termin ślubu. 

Magdzie nie zależało na przyspieszeniu ślubu. Jeżeli zgodziła się na tak bliski termin to 

jedynie   pod   naciskiem   niecierpliwości   Ksawerego.   Przed   ostatecznym   ustaleniem   daty 
zwlekała, jak mogła. Nie dla uzyskania czasu do namysłu. Na małżeństwo zdecydowała się 
już   dawno.   Jeszcze   zanim   usłyszała   zwierzenia   Ksawerego.   Podobał   się   jej   przecież   od 
pierwszego spojrzenia. Tak właśnie wyobrażała  sobie od lat  pensjonarskich prawdziwego 
pana: Dumny,  wytworny,  elegancki, przystojny brunet z siwiejącymi  włosami,  ziemianin, 
prawie arystokrata, urodzony w pałacu, obracający się w najwyższych sferach. Gdy z biegiem 
czasu poznawała go coraz bliżej, odkrywając jedne po drugich jego wady i śmiesznostki – nie 
martwiła się nimi wcale. Raczej przeciwnie. Cieszyły ją, gdyż zmniejszyły dystans, który 
dzielił   aktorkę,   zwykłą   –  co   tu   ukrywać   –  aktoreczkę   od   pana   całą   gębą.   Zły   stan   jego 
interesów również sprawiał Magdzie radość. Rozumiała doskonale, że znalazłszy pole do 
działania   dla   siebie,   że   przez   pomoc,   dawaną   Ksaweremu,   jeszcze   bardziej   wyrównuje 
istniejące różnice. Żeniąc się z nią, Ksawery nie robi już żadnej łaski. Wprawdzie dla niej, 
znającej go tak dobrze, jak i jego położenie majątkowe, nie był  już księciem z dawnych 
marzeń,  ale   dla  świata   pozostanie  nim  zawsze  ze  swoim  nazwiskiem,  manierami,  no  i z 
Wysokimi Progami, które dlatego właśnie należało ratować za wszelką cenę. 

Zdawała sobie dokładnie sprawę ze swoich uczuć. Nie była w Ksawerym zakochana tak, 

jak   kiedyś   w   Bończy,   ale   przecież   lubiła   go   szczerze.   Z   jego   powierzchownością   tak 
efektowną, z jego trochę dziecinnym umysłem, z jego zaletami, no, i z Wysokimi Progami, z 
pałacem, parkiem, z koligacjami i z pozycją towarzyską, gdyż –  nie ukrywała tego przed 
sobą, a nawet przed nim –  bez tego wszystkiego nie byłby już tym, czym był dla niej: nie 
byłby spełnieniem jej marzeń. 

I nie chodziło Magdzie o bogactwo, o luksusowe próżnowanie, nawet nie o dostatek. 

Przecież dążąc uparcie do realizacji swoich młodocianych celów życiowych, nie bała się ani 
niewygód,   ani   przykrości,   ani   ciężkiej,   wyczerpującej   pracy.   Spokój   i   dobrobyt   miała   w 
domu, którego się wyrzekła. Bogactwa i wygody odrzuciła wraz z odrzuceniem oświadczyn 
Biesiadowskiego, z pięknego, beztroskiego życia zrezygnowała, gdy nie przyjęła propozycji 
dyrektora Stęposza i kilku podobnych. Gdyby nawet Ksawery nie kochał jej tak bardzo, jak 

background image

tego nieustannie dawał dowody, zgodziłaby się na to małżeństwo. 

Jeżeli też próbowała je odwlec, to z myślą o zarobieniu jak najwięcej pieniędzy jeszcze 

przed   ślubem.   Poza   tym   uważała   za   pożyteczne   rozpowszechnienie   się   wiadomości   o 
"mezaliansie" Ksawerego wśród jego krewnych i znajomych. 

– Niech oswoją się z tym – mówiła. 

– To nierozsądne – protestował Ksawery – gdyby już raz klamka zapadła, nie mieliby o 

czym gadać, a tak nawet nie wyobrażasz sobie, na co jestem nieustannie narażony. 

–  To nie po rycersku z twojej strony –  śmiała się. Chcesz, bym i ja z tobą dzieliła te 

przykrości? Przecież po "zapadnięciu klamki" spadnie to i na mnie. 

O   jednej   przyczynie   swego   zwlekania   nie   wspominała   narzeczonemu,   o   Mirze. 

Wiedziała, że Ksawerego łączył z Mirą kilkuletni romans, że pani Mira dla niego rozwiodła 
się z mężem. I w to jedno Magda nie chciała wnikać, chociaż Ksawery nieraz napomykał o 
swoich,   związanych   z   tym   przykrościach.   To   już   powinien   był   załatwić   samodzielnie. 
Mimochodem tylko zwróciła jego uwagę, że może przecież liczyć w tym na pomoc matki. 

Magda nie chciała mieszać się w likwidację stosunku narzeczonego z panią Mirą głównie 

dlatego, że w duchu, chociaż starała się to w sobie stłumić, całkowicie była po jej stronie. 
Gdyby też nie zamierzała zostać żoną Ksawerego, uważałaby, że obowiązany jest ożenić się z 
Mirą. Obejrzawszy jej fotografię i dowiedziawszy się o niej dość dużo, w gruncie rzeczy 
dziwiła się Ksaweremu, że wybrał nie Mirę, może starszą i brzydszą, ale wykształconą, no i 
panią ze swojej sfery. 

Bezstronność Magdy jednak nie posuwała się zbyt daleko. Zbyt twarde było jej życie i 

zbyt trzeźwo na świat patrzyła, by ustępować komukolwiek bodaj bezprawnie odebraną mu 
pozycję. 

Miała zresztą poważniejsze kłopoty. Pomimo zapewnień Ksawerego, że w jego rodzinie 

zostanie przyjęta jak najserdeczniej, liczyła się przecież z czymś zupełnie odwrotnym. Zbyt 
często w usposobieniu Ksawerego dostrzegała ślady świeżo przeżytych przykrości, o których 
nic jej nie mówił. Nietrudno było  domyślić  się, że były to skutki niechęci  Runickich do 
zamierzonego małżeństwa syna. 

Po pierwszej swej bytności w Wysokich Progach Magda nie umiała zorientować się w 

nastroju pana Michała i pani Aldony.  Zbyt  była  oszołomiona i podniecona swoją własną 
sytuacją, by wyrobić sobie spokojny sąd. Odniosła szereg różnorodnych i często sprzecznych 
wrażeń. Pan Michał wydał jej się lekceważąco uprzejmym, lecz i obojętnym. Pani Aldona 
surową i nieprzystępną, potępiającą każdym spojrzeniem, a tylko przez grzeczność, lub raczej 
przez miłość dla syna gościnną i miłą w stosunku do takiego intruza, za jakiego musiała 
uważać Magdę. 

Natomiast miny ciotek, kuzynek i innych ubogich krewnych rezydujących w Wysokich 

Progach   były   wyraźnie   nieżyczliwe,   niechętne,   prawie   złe,   z   trudem   maskowane 
zdawkowymi uśmiechami. 

Magda musiała  kilka  razy usłyszeć  od Ksawerego, że  "ci w  ogóle  się nie liczą",  by 

otrząsnąć się z uczucia zwykłego niemądrego strachu. 

Nie łudziła się też, że najbliższa rodzina, to znaczy Runiccy z Zalotów i Holimowscy z 

Radzieńca, nie przyjmą jej dobrze. Gdyby miała możność dowiedzenia się o ich nastrojach, 
może by starała się w jakiś sposób pozyskać ich sobie. Niestety, jedynym źródłem informacji 

background image

był Ksawery, a ten wszystko rozmyślnie przedstawiał w różowym świetle. 

Magda rozumiała, że jednak najpierw i głównie należy zdobyć przychylność pani Aldony. 

Korzystając ze sposobności, że właśnie wypadały jej urodziny, wysłała do niej krótki, ale 
bardzo serdeczny list zakończony wyrazami  żalu,  że nie może  złożyć  życzeń  osobiście i 
zawierający dyskretną aluzję, że przybyłaby do Wysokich Progów, gdyby wiedziała, że nie 
sprawi tym przykrości. 

Pani   Aldona   musiała   nie   wspomnieć   synowi   ani   słowem   o   otrzymanym   liście,   gdyż 

Ksawery nic o nim nie wiedział. Opowiadał tylko nazajutrz to, że matka była przybita w dniu 
swoich urodzin. Od lat tego dnia odbywał się w Wysokich Progach tradycyjny wielki bal, 
zaniechany   w   tym   roku   ze   względów   oszczędnościowych.   Nie   wiedział   też   widocznie   o 
zamierzonej wyprawie matki do Warszawy. 

Dlatego też zjawienie się pani Aldony było dla Magdy zdarzeniem tak niespodziewanym, 

że na pewno uciekłaby, gdyby tylko zdążyła. Nie miała wszakże na to czasu, gdyż w ślad za 
pokojówką   hotelową,   meldującą   przybycie   Runickiej,   w   drzwiach   ukazała   się   olbrzymia 
postać. 

Magda chciała pocałować ją w rękę, lecz pani Aldona zasłoniła się: 

– O nie, niechże mnie pani nie postarza!... Pozwoli pani, że usiądę? 

– Ależ proszę – podsunęła jej Magda najwygodniejszy fotel. 

–  Przepraszam –  ciągnęła  pani Aldona, zdejmując rękawiczki i zapalając  papierosa – 

przepraszam,   że   nie   uprzedziłam   pani   o   mojej   wizycie.   Zamiar   przyjazdu   do   Warszawy 
powzięłam dość nagle. I to w związku z pani listem. 

– Z moim listem?... – uśmiechnęła się Magda, starając się opanować niepokój. 

– Tak. Dziękuję pani za życzenia. Bardzo to miło z pani strony. Czy... Czy mój syn ma 

dziś przyiechać? Pani na pewno, wie... 

– Wery?... Dziś chyba nie. 

– O, to doskonale. Będziemy miały czas pomówić o różnych rzeczach. Pani kocha mego 

syna? 

– Tak, proszę pani. 

– Nie dziwię się – z uznaniem przytaknęła pani Aldona. – Wcale się nie dziwię. Chłop, 

jak dąb. Bary takie w biodrach wąski, a te oczy!... To się nazywa mężczyzna. Czasami żałuję, 
że jestem jego matką. W przeciwnym razie dla takiego mężczyzny straciłabym głowę i dużo 
ponadto... Cha...cha...cha... 

Śmiała się głośno i szeroko, nie spostrzegając zdumienia Magdy. 

–  Przyzna mi pani rację –  mówiła dalej. –  W dzisiejszych czasach coraz mniej takich 

mężczyzn, mężczyzn, że no! 

Słowo   "mężczyzn"   wymawiała   tak   soczyście   i   z   takim   smakiem,   że   Magda   aż 

zarumieniła się. 

– Zapewne – bąknęła. 

– On musi być pierwszorzędny w łóżku, co? – przymrużyła oko pani Aldona. 

background image

– Tego nie wiem – z naciskiem powiedziała Magda. 

– Jak to? Dlaczego? 

– No, bo jestem jego narzeczoną, nie kochanką... 

– Co pani mówi! – rozłożyła ręce Runicka i z najwyższym zdumieniem wpatrywała się w 

Magdę. – Jak to? Ani razu? 

– Ani razu. 

– I wytrzymała pani?... Świat się kończy. Albo... Albo pani jest taka sprytna?... Nie, nie 

wierzę! Żeby mój Wery dał się tak za nos wodzić? Świat się kończy!... 

Znowu   wybuchnęła   niepohamowanym   śmiechem.   Jej   olbrzymi   biust   wznosił   się   w 

gwałtownych   porywach,   policzki   pod   warstwą   różu   zaróżowiły   się   naprawdę,   szerokie 
zmysłowe   wargi   odsłoniły   dwa   rzędy   równych   silnych   zębów,   a   oczy,   rzeczywiście 
wspaniałe, wprost jarzyły się radością. 

Nagle w jednym mgnieniu spoważniała i powiedziała surowo. 

–  Musicie zerwać. Pani przecież rozumie, że wasze małżeństwo nie miałoby żadnego 

sensu? 

– Jestem przeciwnego zdania – równie poważnie i zimno odpowiedziała po chwilowym 

namyśle Magda. 

–  Naraża pani i jego, i siebie na niezliczone przykrości. Czy zdaje pani sobie sprawę z 

tego, że jej fach, a tym bardziej fach pani ojca... Tylko proszę mnie źle nie zrozumieć. U mnie 
snobizm nie wchodzi w grę. Trzeba jednak liczyć się z ludźmi. Przynajmniej o tyle, o ile. 
Rozumie pani?... A poza tym druga strona medalu, z czego wy, z czego ja i mój mąż, z czego 
my wszyscy będziemy żyli?... Ksawery może ożenić się bogato i jeżeli pani... 

– ...Dobrze mu życzy – dokończyła Magda z wymuszonym uśmiechem, – jeżeli dobrze 

życzę, mam zrezygnować z małżeństwa, czy tak?... 

–  Oczywiście.  Podobacie  się sobie?  Bardzo pięknie.  Będę  na pewno ostatnią  z tych, 

którzy mogliby coś mieć przeciw temu. Kochajcie się na zdrowie, ale po co małżeństwo?... 
Nie   przyjechałam   tu,   by   robić   sceny,   grozić   odmową   błogosławieństwa   czy   podobnymi 
głupstwami.   Po   prostu   chcę   pani   przemówić   do   rozsądku.   I   jestem   przekonana,   że 
porozumiemy się. 

– I ja jestem tego pewna. Cóż?... Rezygnuję. 

Rozłożyła ręce i wstała. Pani Runicka aż przeraziła się łatwością odniesionego sukcesu: 

– Mówi pani serio? 

– Najzupełniej. Rezygnuję, oczywiście, pod tym warunkiem, że Ksawery nie przez panią 

zrobi mi tę propozycję, lecz osobiście. 

– Ależ, broń Boże! – zerwała się pani Runicka. – Daję pani słowo, że Wery o niczym nie 

wie... 

–  Jak to, więc pani bez jego wiedzy zwraca się do mnie, byśmy we dwie, poza jego 

plecami rozstrzygnęły o jego przyszłości?... Nie, proszę pani. Nie uważam, bym miała do tego 
prawo. Owszem, najlojalniej zakomunikuję mu żądanie pani... 

background image

– Broń Boże – przerwała z niepokojem pani Aldona – chyba nie chce pani poróżnić syna 

z matką! Zaklinam panią, ani słowa o mojej bytności. Zaklinam! Chciałam, by inicjatywa 
zerwania wyszła od pani, ale skoro... skoro oboje chcecie popełnić szaleństwo, ja umywam 
ręce. Wszyscy razem pójdziemy pod kościół z pudełkiem od sardynek. Trudno. 

Dyszała ciężko i nerwowymi ruchami obciągała kostium, opinający jej obfite kształty. 

– Nie będzie tak źle, proszę pani – pojednawczo odezwała się Magda. 

– Ach! – machnęła ręką pani Aldona. 

– Zapewniam panią. Jeżeli pani pozwoli, zaraz to udowodnię. 

I nie czekając na zgodę pani Runickiej, wzięła ze stołu paczkę papierów, nad którymi 

siedziała przez cały ranek. 

–  Widzi pani  –  mówiła  –  oto list z Banku Wschodniego.  Zgadzają się czekać  przez 

dalszych osiem miesięcy. A tu mam umowę na wydzierżawienie stawów, tu zaś zestawienie... 

I zaczęła szczegółowo wyliczać przewidywane wpływy, konieczne wydatki, streszczała 

umowy, układy, sypała cyframi, sumowała pozycje oszczędności. 

Pani   Runicka   słuchała   w   milczeniu,   ziewnęła   kilka   razy   ukradkiem,   a   gdy   Magda 

zamierzała sięgnąć po nową paczkę papierów, zatrzymała ją: 

– Niech się pani nie trudzi. Doprawdy, dosyć... 

– Więc widzi pani, że nie jest wcale tak źle? – z poczuciem zwycięstwa zapytała Magda. 

– Moja droga – odpowiedziała z uśmiechem pani Aldona. – Ja się na tym nic, ale to nic 

nie rozumiem. I przyznam się, że pojąć nie mogę, skąd pani zna się na tych sprawach? 

– Nie znałam się wcale, ale skoro trzeba było... 

– Dziwna z pani dziewczyna. Hm... Że też się pani chce!? Od tego głowa może rozboleć. 

Szalona dziewczyna. Zamieniać lekkie i wygodne, beztroskie życie na taką mordęgę... 

– Myli się pani. Życie aktorki nie jest wcale lekkie ani beztroskie. 

– No, przynajmniej swobodne. Mężczyzn ma się do wyboru, ile dusza, a raczej ile ciało 

zapragnie – zaśmiała się znowu pani Aldona – no, niech mi pani powie, czy aktorzy są tacy 
perwersyjni?... 

– Ależ, proszę pani – zgorszyła się Magda. 

– Nie powiem, przysięgam ci, nie powiem Ksaweremu ani słowa. Możesz przecież być 

szczera z przyszłą świekrą, oni wszyscy są zboczeńcami?... Taki, na przykład, Demkowski? 
Przepiękny kawał mężczyzny. Uda jak stal. Co?... Taki musi kobietę zmiażdżyć, zgnieść?... 
Wspaniały samiec!... Przyznaj się, miałaś z nim romans?... 

Magda z przerażeniem przyglądała się jej i zdołała tylko zaprzeczyć ruchem głowy. 

–  Na   ogół   mężczyźni   są   zanadto   wstydliwi   –  ciągnęła   pani   Aldona   poufale,   nie 

spostrzegając   zmieszania   Magdy   –  wstydliwość   taka,   przyznaję,   ma   pewien   smaczek, 
nieprawdaż? Rola gorszycielki musi pociągać każdą wyrafinowaną kobietę. Ale ja osobiście 
uwielbiam rozpasanie, nawet wyuzdanie. Wery jest, jak myślę, istną dziewicą, cha... cha... 
cha... Nie cierpi nawet rozmowy o swoich przeżyciach erotycznych. To nic, będzie go pani 
szkolić. Jestem przekonana, że zrobi pani z niego mistrza. Ale uwaga! Rezerwuję dla siebie 

background image

prawo   do   szczegółowych,   do   najszczegółowszych   sprawozdań.   Mnie,   moja   droga,   nie 
potrzebuje się pani krępować... 

Przymrużyła figlarnie oko i dodała z przekonaniem: 

– Ja pasjami to lubię, pasjami!... 

Magda   milczała,   w   najwyższym   stopniu   zgorszona.   Nieraz   za   kulisami,   czy   wśród 

koleżanek słyszała najbardziej nieprzyzwoite rozmowy, słowa ordynarne, tłuste anegdoty, ale 
w sposobie mówienia o tych rzeczach pani Aldony było coś tak żenującego, tak przejmująco 
bezwstydnego,   że   aż   musiała   ugryźć   się   w   język,   by   nie   odpowiedzieć   jakimiś   ostrymi 
słowami. 

Cały szacunek jaki nie tyle żywiła, ile chciała żywić dla matki narzeczonego, stał się teraz 

niepodobieństwem.   Po   wyjściu   pani   Aldony,   która   pożegnała   Magdę   namowami   do 
"nieodkładania przyjemności na noc poślubną", sprzeczne i męczące uczucia doszły do głosu. 

Więc takie są te prawdziwe wielkie damy?... Ich wyniosłość i dobre maniery są zatem 

jakąś bezwartościową dekoracją, jak inflacyjne banknoty w portfelu Ksawerego. A przecież 
pani Aldona jest hrabianką z domu, wychowana w klasztorze aż za granicą, pochodzi z jednej 
z najstarszych i od wieków znakomitych rodzin. 

Bończa kiedyś mówił: 

–  Trzeba od szeregu pokoleń przyzwyczaić się do swego wielkopaństwa, by móc sobie 

pozwolić na największy luksus, to jest na publiczne pokazywanie, że się jest świnią. Jeżeli 
odważy   się   na   to   człowiek   nowy,   niedostatecznie   przeświadczony   o   swojej   absolutnej 
niezależności od opinii, to go ludzie jako świnię ze wzruszającą konsekwencją zarżną na 
kiełbasy. 

Nie, Magda nie brzydziła się panią Aldoną. Uważała ją tylko za rozwydrzoną, starzejącą 

się kobietę, nawet dość miłą, ale wymagającą pobłażliwego traktowania swoich dziwactw. 

W   każdym   razie   po   tej   rozmowie   Magda   czuła   się   pewniej   na   własnych   nogach. 

Przekonała   się,   że   już   liczyć   się   nie   potrzebuje.   Bezsprzecznie,   miała   silniejszą   od   nich 
pozycję i sama czuła się silniejsza. Coraz wyraźniej zdawała sobie sprawę, że i Ksawery już 
teraz w Wysokich Progach nic nie ma do decydowania, że nieświadomie, ale dobrowolnie 
wyrzekł się tego prawa na rzecz przyszłej żony. 

Im   bliżej   jednak   czuła   się   osiągnięcia   celu,   tym   bardziej   w   jej   oczach   malała   sama 

wartość   tego   celu.   Zbyt   łatwo   ustępowały   przed   nią   trudności,   zbyt   lekko   usuwały   się 
przeszkody. Przyszłość wprawdzie była ich jeszcze pełna, ale w Magdzie znikła już wszelka 
obawa. Wiedziała, że je przezwycięży. 

Z całkiem też inną miną przyjechała po raz drugi do Wysokich Progów. Ani śladu nie 

pozostało w niej z dawnej tremy. Przeciwnie. Trzymała się z godnością, niemal wyniośle 
wobec   rezydentów,   wobec   służby   z   pewnością   siebie   przyszłej   pani,   a   wobec   państwa 
Runickich z prawie poufałą serdecznością. 

Nazajutrz wyjeżdżała na tournee i była to wizyta pożegnalna, a jednocześnie przedślubna. 

Ślub bowiem mieli wziąć w Krakowie, gdzie zespół Magdy zatrzymywał się na kilka dni. 

Ksawery był zachwycony metamorfozą Magdy. Wodził za nią oczyma, a gdy znaleźli się 

sami, powiedział: 

–  No,   winszuję   ci.   Teraz   już   wyglądasz,   jak   pani   Ksawerowa   Runicka   z   Wysokich 

background image

Progów. 

Magda zaśmiała się: 

– Czy to ma być szczyt wszelkiej wartości? 

Odczuł w jej słowach ironię i trochę się obraził. 

– Zapewne. Nie jest to tyle, co powiedzmy Radziwiłłowa z Nieświeża, ale upewniam cię, 

że niejedna kobieta... hm... nie traktowałaby tego tak lekko... 

–  Ja też nie traktuję lekko. Przeciwnie. Ciężko mi z tą twoją drażliwością. No, a teraz 

chodźmy obejrzeć pokoje, które nadadzą się dla letników. 

W   zachowanej   na   razie   przed   panią   Aldoną   tajemnicy   Ksawery   we   wszystkim   lubił 

tajemniczość   –  po   dłuższych   sprzeciwach   i   grymasach,   zgodził   się   na   projekt   Magdy 
urządzenia,   wzorem   wielu   innych   dworów,   letniego   pensjonatu   w   Wysokich   Progach. 
Inspekcja   pałacu   nie   dziwiła   nikogo,   gdyż   wszyscy   przypuszczali,   że   chodzi   o   wybór 
apartamentu.   Dopiero   wieczorem   Ksawery   po   długim   chrząkaniu   oświadczył   matce,   że 
postanowił urządzić pensjonat. 

– Jest to obrzydliwe – zakończył – ale niestety konieczne. Obliczyliśmy z Magdą, że da to 

najlepszy zbyt na produkty i około siedmiu tysięcy wpływu. 

Pani Aldona wbrew obawom Magdy ucieszyła się: 

– Ależ świetnie! Będzie przynajmniej wesoło. Tylko uwolnijcie mnie od zajmowania się 

letnikami.   Mogę   im   dotrzymywać   towarzystwa,   grać   w   bridge'a,   ale   nie   prowadzić 
gospodarstwo. 

– O nie, tym zajmie się pani Mikcińska – wtrącił Ksawery. 

– Po co? – spojrzała nań Magda – ja sama to poprowadzę! 

– Tego nie chciałbym – skrzywił się – będą to nasze miodowe miesiące. 

–  Więc   cóż   z   tego?   Ty   przecież   i   tak   będziesz   musiał   pilnować   robót   w   polu,   a   ja 

próżnować nie zamierzam. 

Rzecz   została   rozstrzygnięta.   Chodziło   jeszcze   o  jedno.  Poza   pokojami   gościnnymi   i 

pokojami   służby,   która   miała   być   przeniesiona   na   folwark,   wypadało   do   kompleksu 
letniskowego zaliczyć gabinet pana Michała, ze względu na sąsiedztwo łazienki. 

Uzyskanie na to jego zgody wydawało się niepodobieństwem. Pani Aldona aczkolwiek 

ucieszyła się sposobnością dokuczenia mężowi, zapewniała, że nie odstąpi on swego gabinetu 
za żadne skarby. Ksawery nie chciał zwrócić się z tym do ojca w obawie, że usłyszy odmowę, 
która poderwałaby tylko jego autorytet pana domu. 

Wobec tego do biblioteki na górę poszła Magda. Zapukała i weszła. Pan Michał zerwał 

się zakrywając nagą szyję kołnierzem szlafroka, chciał wycofać się do sąsiedniej sypialni, 
lecz Magda zatrzymała go prawie przemocą: 

– Wcale nie patrzę na pański strój. Zresztą to moja wina. Wtargnęłam tu bez uprzedzenia. 

–  Najmocniej panią przepraszam –  wciąż zakrywał się pan Michał –  wyglądam chyba 

okropnie. 

–  Bynajmniej. Wygląda pan bardzo miło i po domowemu. A ja mam do pana interes. 

background image

Zjawiam się jako delegatka. 

–  O! Aż tak oficjalnie?  –  zaśmiał się pan Michał –  a ja, niepoprawny zarozumialec, 

łudziłem się, że to wizyta całkiem spontaniczna. 

Magda rozejrzała się po pokoju: 

–  Boże,   ile   tu   książek!   A   to   owe   pańskie   rękopisy.   Czy   to   wszystko   o   rewolucji 

francuskiej? 

– Wszystko – uśmiechnął się. 

– Szkoda, że ja jestem taka sobie głupiutka gąska westchnęła – zresztą, pan na pewno i 

komuś mądrzejszemu nie pozwoliłby przeczytać swoich prac? 

– Cóż znowu!... A czy panią interesuje ten temat? 

–  Szalenie –  wysiliła pamięć –  zwłaszcza współzawodnictwo Dantona z Robespierrem. 

To takie potężne. 

Była kiedyś na jakiejś sztuce o Wielkiej Rewolucji i trochę pamiętała z tego. 

Pan Runicki lekko dał się pociągnąć za język. Posiadał moc materiału anegdotycznego i 

tym rzeczywiście zainteresował Magdę. Zdumiewało ją przy tym, że o tych ludziach, dawno 
umarłych,   mówił   z   taką   żywością,   jakby   opowiadał   ploteczki   o   najbliższych   znajomych. 
Drwił nawet z ich śmiesznostek, dowcipnie akcentował różne dwuznaczniki, całkiem zresztą 
niewinne, czasami zniżał poufnie głos, jakby się obawiał, że pani Vosier lub Ivetta Bertanon, 
o   których   opowiadał,   mogą   podsłuchiwać   pod   drzwiami.   Magda   wtrącała   swoje   okrzyki 
zdumienia i pytania zawsze w porę. 

Miała swój własny system, swoją metodę prowadzenia rozmowy ze starszymi panami. 

Metoda ta była niezawodna, a polegała na mieszaninie naiwnego podziwu i prawie dziecinnej 
kokieterii.  Starsi panowie przepadali za taką okazją do przekonania się, że są jeszcze po 
trochu mężczyznami, a że poza tym młode i ładne oczy widzą w nich studnię mądrości i 
piramidę wiedzy.  Była to metoda łatwa, a Magda wyspecjalizowała się w niej jeszcze za 
czasów   swoich   codziennych   sjest   kawiarnianych   z   dyrektorem   Balzerem,   z   prezesem 
Godzińskim i resztą. 

I pan Michał pod tym  względem nie różnił się od nich. Ożywił się, rozruszał, sypał 

dowcipami, zakończył zaś serią bardzo zgrabnych komplementów, wśród których, jak Magda 
z góry przewidywała, nie zabrakło i tradycyjnego u wszelkich "tatusiów" zapewnienia, że 
szkoda, że jest stary, bo gdyby nie był stary, byłby młodszy, a wtedy – wiadomo. 

– Można by pomyśleć – zastanawiała się kiedyś Magda – że każdy starszy pan za młodu 

był masowym zdobywcą serc. 

Teraz ostrożnie przystąpiła do rzeczy. Oczywiście to okropne, ale musi wrócić już na dół, 

wrócić z pomyślnym rezultatem swojej misji. Chodzi o gabinet. Pan Michał i tak prawie go 
nie używa, pracując zawsze w bibliotece, a gabinet będzie potrzebny dla letników. Nie teraz. 
Za tydzień, za dwa, może za trzy. 

Musiała po kolei wyjaśnić plany pensjonatowe i uzyskała zgodę wraz z zapewnieniem, że 

dla niej gotów wyrzec się nawet sypialni i zamieszkać choćby w stajni. 

– Pan jest bardzo, bardzo dobry – ściskała na pożegnanie jego rękę – ale mnie będzie pan 

przeklinał, bo później, po ślubie będę często pana nudziła. Pan tak cudownie opowiada! 

background image

Ksawery odprowadził nazajutrz Magdę do Warszawy. Mieli tam różne zakupy. Jeszcze 

przed   jej   wyjazdem   na   tournee   należało   obejrzeć   i   wybrać   różne   dodatkowe   sprzęty   do 
pokojów, przeznaczonych na pensjonat. 

Zespół   aktorski   wyjeżdżał   z   Dworca   Głównego   późnym   wieczorem   i   Ksawery 

odprowadził Magdę, ale tylko do poczekalni, wstydził się świecenia swoją obecnością wśród 
tej   hałastry.   Magda   nie   brała   mu   tego   za   złe,   chociaż   nie   zdołał   przed   nią   zamaskować 
istotnych   pobudek   twierdzeniem,   że   nieraz   sam   urządzał   w   restauracjach   przyjęcia   dla 
aktorów.   Rozumiała,   że   wtedy   występował   w   charakterze   fundatora,   teraz   zaś,   pomimo 
wszystko byłby, jak równy między równymi, tylko narzeczonym jednej z aktorek. 

Nie   brała   mu   tego   za   złe   jeszcze   i   dlatego,   że   sama   od   dnia   zaręczyn   przybrała 

półświadomie nowy ton wobec koleżanek i kolegów, a nawet wobec dyrektorów. Po trochu 
traktowała ich z góry, a swoją pracę jako czysto zarobkową rzecz, jako przykrą konsekwencję 
faktu,   że   ona,   przyszła   pani   Wysokich   Progów,   chwilowo   znalazła   się   w   trudnościach 
materialnych. Zresztą i wśród nich, w tym swoim dotychczasowym otoczeniu, dostrzegała 
inny stosunek do siebie. Cieplejszy, życzliwszy, bardziej wersalski. Przestawała być rywalką, 
wychodziła bogato – jak wierzono – za mąż, w związku z czym można było liczyć kiedyś w 
razie   potrzeby   na   drobne   pożyczki,   a   w   każdym   razie   na   splendor,   wynikający   z 
przyjacielskiego "tykania" jaśnie pani. 

Myśląc o swoim rozstaniu z życiem teatralnym, Magda nie odczuwała ani odrobiny żalu. 

Naprawdę nic jej z tym światem nie łączyło. Był dla niej tylko etapem, stopniem, szczeblem, 
przedsionkiem do uplanowanej przyszłości. W marzeniach już od dawna porzuciła teatr, a i 
obecna jego rzeczywistość  była  dla niej  na wskroś  nieważka,  przypadkowa.  Ogarniało  ją 
przerażenie na myśl, że jej małżeństwo z Ksawerym mogłoby się rozchwiać. Byłby to cios, 
którego znieść już by nie potrafiła. 

Dlatego właśnie dość łatwo zgodziła się na nieodkładanie ślubu do czasu zakończenia 

tournee. Nie mogła jednak zerwać kontraktu i ślub musiał się odbyć nie w Warszawie, lecz w 
Krakowie i to skromnie, bez welonu, bez orszaku, bez wesela. 

Ciężko przyszło Magdzie zrezygnować z takiego wspaniałego ślubu, o jakim marzyła od 

dziecka. W wyobraźni chwila ta, przeżywana po tysiąc razy, wyglądała tak pięknie. Niestety, 
rozsądek kazał inaczej. Pomijając już kwestię tournee, należało ograniczyć się do cichego 
ślubu z dwóch względów. Po pierwsze wystawna ceremonia i wesele kosztowałyby szalone 
sumy,   a   po   wtóre,   nie   wiadomo   było,   czy   i   jak   zareagowaliby   na   zaproszenie   znajomi, 
sąsiedzi i krewni Ksawerego. 

Toteż ślub odbył się cichy, w małym kościółku krakowskim. 

Ponieważ trupa teatralna musiała tu czekać trzy dni na oswobodzenie sali, aktorzy mieli 

wolny czas, a Magda swoje trzy "miodowe" dni i trzy miodowe noce. 

Ksawery przyjechał rannym pociągiem w niedzielę, a odjechał w środę. Czas ten spędzili 

razem, nie rozstając się ani na chwilę. Ksawery w rezultacie zaklinał Magdę, by mu pozwoliła 
zostać dłużej, lecz pomimo tego, że sama również bardzo by tego pragnęła, wyprawiła go do 
domu, a odprowadzając na dworzec, tak zajęta była pożegnaniem, że Ksawery wskoczył do 
pociągu już w biegu. 

W dniu ślubu otrzymali tylko jedną depeszę: od pani Aldony: 

"Oboje z ojcem przesyłamy Wam, drogie dzieci, najserdeczniejsze życzenia szczęścia i 

rodzicielskie   błogosławieństwo   –  stop   –  niech   Wery   przywiezie   mi   od   Metera   takie 

background image

rękawiczki jak przed dwoma laty, koniecznie żółte – stop – Wasza matka". 

Więcej nikt o dacie ślubu nie wiedział. Życzenia od kolegów przyjęła sama Magda, gdyż 

udział w tej ceremonii Ksawerego pociągnąłby za sobą konieczność urządzenia kolacji, czyli 
zarówno koszty, jak i przerwę w od dawna przez oboje upragnionej samotności. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Dwór   w   Zalotach   ani   rozmiarami,   ani   wyglądem   nie   mógł   się   równać   z   pałacem 

wysokoproskim. Był to długi parterowy dom z facjatami i z kilkoma oszklonymi gankami, 
przykryty   stromym   gontowym   dachem,   gęsto   łatanym   i   niesymetrycznie   upstrzonym 
kominami. Ze wszystkich stron przyrastały doń różne przybudówki, częściowo tynkowane i 
bielone wapnem, częściowo świecące nagimi belkami byle jak ociosanymi. Przed domem był 
wprawdzie duży trawnik z bukietem jodeł w środku, ale zapuszczony, porosły łopianami i 
ostem, pstrzący się kretowiskami. Swobodnie wałęsały się po nim kury i gęsi, wylegiwały się 
na słońcu psy, wywracały kozły dzieci służby folwarcznej, a stale pasł się niski brzuchaty 
osioł, na pół wyleniały ze starości i ślepy na jedno oko. Alejka wjazdowa i objazd pokryte 
były nigdy nie naprawianym brukiem z okrągłych kamieni, miejscami powyrywanych. Garby 
i wyboje, a po lada deszczu kałuże o niewiadomej głębokości upiększały i inne alejki, kręto 
biegnące za dom, gdzie od razu zamykał się dziedziniec folwarczny już wcale nie brukowany, 
a   otoczony   ze   wszystkich   stron   zabudowaniami   gospodarskimi.   Pod   ścianami   leżały   tu 
pordzewiałe   obręcze,   połamane   pługi,   jakieś   kłody   i   wielkie   kupy   gnoju.   Dopiero   dalej 
rozciągał się stary cienisty sad, warzywniki, a za nimi grunty orne i łąki. Tak wyglądały 
Zaloty,   gdy   w   upalne   niedzielne   popołudnie   młodzi   państwo   Runiccy   przyjechali   tu   z 
pierwszą wizytą. 

Magda oczom nie chciała wierzyć. Słysząc tyle o gospodarstwie stryja Marka, wiedząc, 

że "na pieniądzach siedzi", pojąć nie mogła, by ten zapuszczony dwór mógł być jego własną 
siedzibą.   W   ogóle   poza   Wysokimi   Progami   nie   widziała   jeszcze   ani   jednej   siedziby 
ziemiańskiej i nie wyobrażała sobie, by tak to mogło wyglądać. 

Nie zastali nikogo. Bosa dziewucha, z kosmykami żółtych włosów, wymykających się 

spod kwiecistej chustki, przyjęła ich na progu oświadczeniem, że "jaśnie pana tylko patrzeć", 
bo pojechał na grochy, a jaśnie panienki "to w sadzie, czy w lesie, rozmaicie i kto ich wie". 

Wobec   tego   Ksawery   kazał   stangretowi   nie   wyprzęgać,   podjechać   w   cień   i   czekać, 

tymczasem zaś pokazywał Magdzie stryjowskie gospodarstwo. Pokazywał z dumą, widząc jej 
rozczarowanie: 

– Co, Magduś, nie wszędzie jest tak, jak u nas? – pytał ukontentowany. 

– Ależ tu całkiem, jak u biednego chłopa! 

– Brak potrzeb kulturalnych. 

– Zdumiewające. 

– Czy ty wiesz, Magduś, że tu nie tylko elektryczności, ale nawet łazienki w całym domu 

nie ma! 

– Więc w czymże się myją? 

Zaśmiał się: 

– W razie ostatecznej potrzeby w balii. 

– Żartujesz?! 

–  Broń Boże. W balii, w cebrzykach. Latem kąpią się w tym jeziorku, coś je widziała 

przed lasem. A potem tutaj nie zabawimy długo, bo oni z kurami spać idą. Stryj nie lubi 

background image

sztucznego światła, bo jego zdaniem lampa psuje wzrok, no i nafta jest droga. Stary jest 
skąpy. 

Obeszli dom naokoło i usiedli na ganku, gdzie stało kilka koszykowych foteli i kilka 

zydlów zbitych z sosnowych z lekka oheblowanych desek. Roje much unosiły się nad stołem 
na krzyżakach, na których pozostały jeszcze resztki okruszyn po obiedzie. 

Z   wnętrza   wybiegła   siwa,   drobna   staruszka,   straszliwie   zaaferowana,   sepleniąc 

powtórzyła prawie dosłownie to, co już usłyszeli przed kwadransem od służącej i, ukłoniwszy 
się kilka razy, znikła w sieni. 

– To klucznica, Michalinka – objaśnił Ksawery i nagle spochmurniał. 

Fakt,   że   Michalinka   nie   zaproponowała   ani   herbaty,   ani   owoców,   nie   mógł   być   bez 

znaczenia.   Nie   prosiła   nawet,   by   czekali.   Przeciwnie,   pomimo   zaaferowania   z   całym 
naciskiem podkreśliła, że "nie wiadomo, kiedy wrócą". 

Mogło to znaczyć,  że stryj  i kuzynki  umyślnie ulotnili się z domu,  spodziewając się 

wizyty, której... której może przyjąć nie chcieli. 

Wybierając się do Zalotów, Ksawery przewidywał i taką ewentualność. Wprawdzie dwie 

młodsze kuzynki na pewno nie miały w głębi duszy nic przeciw Magdzie, ale decydował tu 
przede wszystkim stryj Marek i jego pupilka Janka. Ona tu właśnie była od śmierci matki 
panią domu i, pomimo stosunkowo niedużej różnicy wieku, miała wielki wpływ na siostry. 

–  Czekamy jeszcze dwadzieścia minut –  spojrzał Ksawery na zegarek –  jeżeli do tego 

czasu nikt nie wróci... 

Nie  dokończył,  gdyż  właśnie  w  bocznej   alei   rozległ  się  tętent   szybkiego   kłusa  i  zza 

zakrętu ukazał się rosły szpak z lekko anglezującą amazonką na grzbiecie. Z odkrytą głową, z 
jasnoblond włosami ostrzyżonymi po męsku i z opaloną na brąz cerą wyglądała na młodego 
chłopaka. 

– To Ruta – powiedział Ksawery – ładna, prawda? I jak trzyma się w siodle! 

I Ruta ich dostrzegła: 

– Hop, hop!... – krzyknęła ku nim. – Uwaga!... 

I z miejsca przechodząc w galop, okrążyła trawnik, zawróciła ostrym łukiem i ruszyła 

wprost na pasącego się w środku osła. Jeszcze chwila, poderwała szpaka i pięknym susem 
przeskoczyła   żywą   przeszkodę.   Potulny   osioł   nie   zwrócił   na   to   żadnej   uwagi,   a   Ruta 
roześmiana i zadyszana zeskoczyła z siodła przed gankiem. 

– Klasa, co? – zawołała i, nie czekając potwierdzenia, odwróciła się, by włożyć w usta 

dwa palce i gwizdnąć tak przeraźliwie, aż szpak przysiadł na zadzie. 

W tejże chwili z krzaków wybiegł chłopiec stajenny i zabrał konia. Ruta weszła na ganek, 

ściągnęła z rąk duże skórzane rękawice i, rzuciwszy je wraz z pejczem na stół, wyciągnęła 
rękę do Magdy: 

– Runicka – powiedziała po prostu. – Na imię mi Ruta. Wery, czy mogę do niej mówić 

"na ty"? 

– Ależ bardzo mi będzie przyjemnie – zaczerwieniła się Magda. 

– No, to musimy się pocałować – orzekła Ruta i rozległy się dwa głośne cmoknięcia, po 

background image

czym panna nadstawiła policzek Ksaweremu i jednocześnie krzyknęła w otwarte drzwi: – 
Pić!... Pić!... 

W długich butach, spodniach i w angielskiej bluzce z szafirowym krawatem wyglądała 

prawie po męsku. Tylko pełen wdzięku owal twarzy, dziewczęco świeża cera i szafirowe oczy 
z nieprawdopodobnie długimi rzęsami zaprzeczały temu wrażeniu. Za to ruchy miała ostre, 
szybkie, zawadiackie. 

Słyszałam, że jesteś bardzo ładna – mówiła do Magdy z taką swobodą, jakby się znały od 

lat. –  Dziekan mi mówił. Spotkałam go za Rydzynką. Byliście wczoraj na nieszporach?... 
Zachwycał się tobą, ale ty jesteś, naprawdę, wspaniała. Jeździsz konno? 

– Prawie nie. 

– Dopiero ją uczę – wtrącił Ksawery. 

– Ty ją uczysz? Daj spokój!... Magda, on zrobi z ciebie manekina. Ja cię nauczę. Chcesz, 

zaraz spróbujemy... Każę ci osiodłać "Mitrofana". Spokojny, jak cielę. 

– Ależ, Ruta, – skrzywił się Ksawery – nie pojedzie przecież w wizytowej sukni. 

– To prawda – przyznała. – O, już niesie ten ślimak ten żółw. Prędzej, ślamazaro! 

Dziewczyna w chustce potknęła się na progu i postawiła przed Rutą emaliowany dzbanek 

z wodą i blaszaną kwaterkę. 

– Uch, gorąco – otarła Ruta usta wierzchem dłoni. Nie ma, jak zimna woda na taki upał. 

Zgrzałam się, jak stary pies. Gdzie ojciec?... 

– Jeszcześmy go nie widzieli – odpowiedział Ksawery. – Podobno pojechał na grochy. 

– A tak. Nawet widziałam z daleka jego bryczkę. Czy pani, to jest czy ty uprawiasz jakieś 

sporty? – zwróciła się do Magdy. 

– Trochę pływam i trochę próbowałam się ślizgać. 

– Ruta uprawia wszystkie sporty – zauważył Ksawery. 

– To prawda – potwierdziła. – Narty, biegi, koszykówka, szermierka, nawet boks. Wery, 

nadstaw buzię! Pokażę twojej żonie klasyczny prawy sierpowy. 

– Dziękuję – zasłonił się rękami. 

Wybuchnęła śmiechem: 

– Ale najlepiej lubię hippikę. Cóż może być rozkoszniejszego, jak wziąć dobrego konia 

między nogi! To mi frajda! 

Zaczęła opowiadać o swoim treningu do jesiennych konkursów hippicznych, w których 

na pewno zdobędzie pierwsze miejsce, jeżeli ojciec pozwolił jej stanąć. Magda przyglądała 
się Rucie z podziwem. Zakurzone buty z cholewami, niewymanicurowane ręce, ani nawet 
spocone czoło nie zmniejszały jej uroku. Raczej przeciwnie, podkreślały bujność, żywość i 
śmiałość tej młodziutkiej, bo niespełna osiemnastoletniej panienki. Nie wyobrażała sobie, by 
tak wyglądać mogła wychowanica klasztoru... 

Tymczasem nadjechał ojciec, tęgi i przy swoim średnim wzroście tak barczysty, że był 

prawie   kwadratowy.   Gęste   siwe   włosy,   czarne   wiechciowate   brwi   i   szpakowate,   krótko 
przystrzyżone   wąsy,   na   tle   czerwonej   kwadratowej   twarzy,   nadawały   mu   wyraz   surowy, 

background image

niemal zagniewany. W maciejówce i w butach z cholewami, w tabaczkowym wytartym gęsto 
cerowanym ubraniu przypominał raczej ogrodnika z warszawskich przedmieść, lub ekonoma 
niż   właściciela   dużego   majątku.   Pomimo   pozorów   surowości   i   nadętej   miny,   słynął   z 
dobroduszności i z humoru. Magda zdążyła  już nasłuchać się o nim wielu opowiadań, w 
których   podrwiwano   wprawdzie   ze   sknerstwa   pana   Marka,   ale   przebaczano   mu   to   przez 
wzgląd na różne zalety. 

Wszystkie obawy Ksawerego, jak się okazało, były bezpodstawne. Pan Marek przyjął 

Magdę niezbyt wprawdzie serdecznie, ale z nienaganną uprzejmością. Rutę wysłał zaraz po 
siostry,   a  sam  zaczął   mówić  o  gospodarstwie,   o  urodzajach,   o  podatkach  i  cenach.  Jego 
wymowa   była   też   oryginalna:   ze   szczególnym   upodobaniem   zaciągał   z   chłopska,   lekko 
"mazurząc" i gęsto wtrącając zwroty czysto wiejskie. 

Magdzie przyglądał się z ukosa, lecz z jego spojrzenia trudno było wymiarkować, co o 

niej sądzi. Z tym wszystkim był jakby odrobinę zakłopotany. 

Dopiero, gdy Magda wtrąciła uwagę o opłacalności pomidorów, zwrócił się wyraźnie do 

niej: 

–  To niedobra moda. Te wszystkie nowości do niczego nie doprowadzą. Jakże to pani 

kalkuluje? 

Czując się trochę, jak na cenzurowanym, ale znając rzecz już gruntownie, Magda mówiła 

szybko i pewnie, przytaczając cyfry, obliczając ceny, koszta dostawy itd. Pan Marek słuchał 
uważnie i w końcu zawołał: 

– A skądże pani zna się na tym?! 

– Skoro zostałam żoną ziemianina – zaśmiała się. 

–  No, tak –  pokręcił głową –  ale ja pani powiem,  że względem tych  to pomidorów, 

kalafiorów i podobnych rzeczy, to za rok, dwa wszyscy rzucą się na nie i ceny spadną na łeb, 
a co wtedy?... Tymczasem zboże... 

– Na zboże wszyscy od dawna się "rzucili" – wtrąciła przekornie – i dlatego takie mamy 

ceny. 

– Sztuczki, łaskawa pani, sztuczki – upierał się pan Marek – wyścig za nowościami. 

Właśnie   nadeszła   najstarsza   z   panien   Runickich,   Janina.   Mogła   mieć   niespełna 

trzydziestkę   i   na   nią   wyglądała.   W   letniej   skromnej   sukni   z   szarego   płótna   i   w   żółtych 
sandałach bez obcasów była trochę może niezgrabna, lecz jej jasna, dziwnie spokojna twarz, 
okolona   zaplecionymi   i   upiętymi   na   głowie   warkoczami,   koloru   prawie   popielatego, 
przyciągała wzrok swoją wspaniałą pięknością. Tylko zbyt duże piersi i krótka szyja przy 
podniesionych ramionach psuły to wrażenie. Również ręce miała brzydkie, grube i ciężkie z 
krótkimi palcami. Poruszała się wolno, jakby z jakąś ceremonialnością. 

– Moja córka, Janina – przedstawił Marek. 

Podały sobie ręce i Janina powiedziała niskim głębokim altem: 

– Bardzo mi przyjemnie panią poznać. 

–  I   ja   się   bardzo   cieszę   –  próbowała   opanować   się   Magda   –  tyle   o   pani   słyszałam 

dobrego. 

– To chyba nie w Wysokich Progach – uśmiechnęła się. 

background image

– Owszem. Przecież pani słynie jako świetna gospodyni i jako wybitna działaczka wśród 

ziemiaństwa. I ja liczyłam, bardzo liczyłam na to, że zechce mnie pani niejednego nauczyć, 
bo jestem przecież mieszczką i na wielu rzeczach jeszcze się nie znam. 

– A czy to interesuje panią? – z dość chłodnym zdziwieniem podkreśliła Janina. 

– O tak – przyszedł Magdzie na pomoc Ksawery – nie możesz sobie nawet wyobrazić, 

Janko, co ta Magda wyprawia. 

I zaczął chwalić się zdolnościami gospodarskimi żony z takim ferworem, że aż ta musiała 

go mitygować. 

– W takim razie dostałeś, mój drogi, żonę, na jaką chyba nie zasłużyłeś. 

Pomimo wyraźnego przytyku, Ksawery z właściwą sobie umiejętnością wszystko obrócił 

w żart.  Magda jednak widziała,  jak w  kieszeni  zaciska  pięści.  Nie cierpiał  Janiny,  a ich 
niechęć, jak to Magda zauważyła, była obustronna. 

Tymczasem   nakryto   stół   zgrzebnym,   lecz   pięknie   haftowanym   obrusem   i   podano 

podwieczorek: ciastka, sucharki, pierniki, a do tego kilka gatunków marmolad i konfitur. 

Przed Ksawerym i przed Magdą służąca postawiła filiżanki z herbatą, reszta towarzystwa, 

domowi, pili mleko. 

– A cóż się dzieje z Astrą? – zapytał Ksawery, wskazując na wolne miejsce. 

– Maluje nad sadzawką – wyjaśniła Janka. 

– Nie wspomniałeś nic o tym, że panna Astra jest też malarką – odezwała się Magda. 

–  Jest  wszystkim,   tylko  nie  tym,  czym   trzeba  –  zmarszczył  brwi  pan  Marek i  czym 

prędzej zmienił temat, zaczynając mówić o czymś innym. 

Magda wiedziała, że w Zalotach uważano Astrę za "zakałę rodziny".  Zresztą nie bez 

powodów. Astra, mając jeszcze lat dziewiętnaście, to jest przed sześciu laty, uciekła z domu, 
a gdy ją po dłuższych poszukiwaniach odnaleziono w Paryżu, okazało się, że wyszła za mąż 
za   jakiegoś   niebieskiego   ptaka   i   występuje   jako   chórzystka   w   operetce.   Na   szczęście 
małżeństwo   dało   się   unieważnić   i   Astra   wróciła   do   ojca.   Jednak   nie   na   długo,   gdyż 
pokłóciwszy  się   o  jakieś  głupstwo  wstąpiła  w   Warszawie   do  szkoły  pielęgniarek.  Innym 
znowu razem skompromitowała rodzinę, występując jako kandydatka  na " miss  Polonię", 
czyli zabiegając o tytuł najpiękniejszej Polki w konkursie, urządzonym przez jedno z pism. 
Poza tym  w całej  okolicy głośno było  o jej romantycznych  przygodach.  Wszakże szczyt 
osiągnęła,   zorganizowawszy   wiec   komunistyczny   w   jednym   z   sąsiednich   miasteczek. 
Wpakowano ją wtedy do ciupy i tylko dzięki poruszeniu "nieba i ziemi" udało się ocalić ją 
przed procesem i skazującym wyrokiem. W Wysokich Progach nazywano Astrę histeryczką i 
Magda   sama   gorszyła   się   bardzo,   słuchając   opowiadań   o   jej   wybrykach.   Tym   niemniej 
ciekawa była ją poznać, tym bardziej, że plotkowano również, jakoby Ksawerego łączyły 
kiedyś z Astrą bliższe stosunki, chociaż sam Ksawery żarliwie temu zaprzeczał. Panna Astra 
okazała się przystojną, wysoką i dobrze zbudowaną panną. Przyszła pod koniec podwieczorku 
i   siadłszy   naprzeciw   Magdy,   zaczęła   ją   wypytywać   o   różnych   aktorów,   malarzy, 
kompozytorów i o stosunki teatralne, w których orientowała się świetnie. 

– Ostatnimi czasy – mówiła Magda – nie miałam z tym środowiskiem wiele wspólnego. 

Rumieniła   się   przy   tym   i   usiłowała   skręcić   w   jakiś   inny   temat,   gdyż   jak   najprędzej 

chciałaby zapomnieć  sama  o swojej teatralnej  przeszłości,  a zwłaszcza  iż dziko brzmiały 

background image

szczegóły z tej przeszłości w tym starym dworze i to podczas pierwszej wizyty. 

Astra   jednak   zdawała   się   nie   spostrzegać   intencji   Magdy,   a   w   pewnym   momencie 

wypaliła: 

– Jakże się miewa uroczy Kamil Bończa? 

Magda zbladła i wzruszyła ramionami: 

– Nie wiem. 

– Ale rozstaliście się, zdaje się, nie tak dawno? On podobno szalenie się w pani kochał. 

Tak, Bończa jest czarujący. Sama przepadałam za nim... 

Astra zaczęła wyliczać zalety Bończy, a na zakończenie powiedziała: 

– Nie ma pani pojęcia, jak zazdrościłam pani! 

Ksawery   siedział   jak   na   szpilkach,   purpurowy   aż   po   białka.   Wreszcie   wybuchnął:   – 

Przestań, Astro, to nas nie interesuje. 

Spojrzała   nań   ironicznie   i   chciała   powiedzieć   coś   złośliwego,   lecz   poczciwa   Ruta 

uratowała sytuację: 

– Wiecie co? – zawołała. – Chodźcie do stajni, pokażę wam piękną klacz, którą świeżo 

kupił mi ojciec! Chodźmy, chodźmy! 

Wszyscy skwapliwie skorzystali z tej sposobności, ale Astra też poszła z nimi i zaraz 

wzięła Magdę pod rękę: 

– Właściwie powinnam być z tobą po imieniu, jeżeli nie masz nic przeciw temu. Nazywaj 

mnie Astrą. 

– A ty mnie Magdą. 

–  Świetnie. Moje prawdziwe imię jest Zofia, ale wybrałam sobie szwedzkie Astrid. To 

ładniej brzmi. Prawda?... 

– Ślicznie – potwierdziła Magda, pomału odzyskując równowagę. 

– Widziałam cię wiele razy na scenie i uważam, że szkoda cię na żonę dla takiego snoba i 

mydłka, jak mój kochany kuzynek. On nawet nie jest zły, tylko dziwnie ciasny i porządnie 
głupi. 

Magda   obejrzała   się,   a   stwierdziwszy,   że   nikt   ich   nie   może   słyszeć,   odezwała   się 

pojednawczo: 

– Przykro mi, że masz tak złe zdanie o Werym. Zapewniam cię, że... 

– Ach – przerwała Astra. – Nie broń go przede mną. Znam doskonale jego zalety. Chyba 

nie ukrywał tego przed tobą, że był moim kochankiem?... No, nie przerażaj się – wybuchnęła 
śmiechem – Kiedyś miałam taki kaprys, ale moje kaprysy nie powtarzają się. Co ci jest? 

Magda odwróciła głowę. Zrobiło się jej niewypowiedzianie przykro. 

– Przecież nie miałaś go za dziewicę – ironicznie zaśmiała się Astra. 

Magda nic nie odpowiedziała, korzystając z tego, że właśnie doszli do stajni i połączyli 

się   z   resztą   towarzystwa.   Jednak   z   trudem   udawała   dobry   humor   do   końca   wizyty. 

background image

Oczywiście, nie odczuwała zazdrości. Nie miała do niej żadnego prawa, jak i do przeszłości 
Ksawerego w ogóle. Nawet nie umiała sobie sprecyzować, o co ma żal do niego. 

W każdym razie oboje wracali z Zalotów pochmurni. Ksawery bąknął coś o tym, że nie 

cierpi atmosfery, panującej w domu stryja i umilkł. 

W miejscu,  gdzie droga do Wysokich  Progów skręcała  z szosy i wchodziła  w aleję, 

zatrzymał konie: 

– Przejdźmy się, dobrze? – zwrócił się do Magdy i, nie czekając na jej odpowiedź, kazał 

stangretowi odjechać. 

Magda domyśliła się od razu, że będzie ją indagował o Bończę. Dotychczas nigdy o nim 

nie wspomniał. W ogóle na temat przeszłości Magdy nie było między nimi mowy. Zdawał się 
wręcz unikać czegokolwiek, co by mogło zakłócić jego spokój. Więcej, bo ilekroć Magda, a 
zdarzało się to kilka razy, próbowała zacząć zwierzenia, które uważała za swój obowiązek, 
Ksawery zawsze zagadywał  ją byle  czym.  Teraz jednak, idąc ze spuszczoną  głową i nie 
podnosząc oczu, zapytał: 

– Jak... Jak było z tym... no, z tym Bończą? 

– Przecież wiesz – powiedziała cicho. 

– Nic nie wiem – uciął. 

A po chwili dodał: 

– Nie wiem, lecz sądzę, że mam prawo wiedzieć. 

– Ma się rozumieć... Sądziłam jednak, że przynajmniej słyszałeś o tym. Nie była to żadna 

tajemnica. 

–  Jeżeli   nie   była,   to   dlaczego   nie   mówisz   wprost,   tylko   kluczysz?!   –  hamował 

podniecenie. 

– Nie kluczę. Żyłam z Bończą. 

– Ach tak! 

– Ale było to już dawno. Przed półtora rokiem zerwaliśmy. 

Ksawery zaśmiał się krótko. 

– Miła historia, psiakrew. 

– Nie tylko nie miła, lecz bardzo przykra. Postąpił ze mną dość brzydko, ale... mniejsza o 

to. 

– Wcale nie mniejsza – wybuchnął – może to w twoim świecie takie rzeczy uważają za 

drobiazgi! Psiakrew! Właściwie powinienem wybić tego łajdaka szpicrutą po pysku, a potem 
zastrzelić, jak psa. 

Magda milczała. 

–  Tylko ja, doprawdy, nie wiem, co z takim fantem zrobić. Przecież byłoby śmieszne, 

żeby Ksawery Runicki stawał do pojedynku z jakimś... Aktorzyną!... Psiakrew!... A poza tym 
diabli wiedzą z... iloma podobnymi typami musiałbym się pojedynkować!... 

– Wery! – zawołała z wyrzutem. 

background image

On jednak zbyt był wzburzony: 

– No, tak! Skądże ja mogę wiedzieć! Jakież ja mam gwarancje!? Któż by ci tam zabraniał 

mieć bodaj stu kochanków, kto wie, może nawet jakichś żydziaków, no tak, żydziaków!... 
Wśród aktorów jest tego dużo. Wybór co się zowie! Nie mam żadnej gwarancji!... 

– Owszem, masz. 

– Jaką? – zawołał z szyderstwem. 

– Ja ci mówię. 

– Ach! – machnął ręką. 

–  Więc  nie   wierzysz  mi?  –  zatrzymała   się,  a  w   jej   głosie  zabrzmiała  groźba.   –  Nie 

wierzysz? 

Ksawery opanował się i przygryzł wargi. 

– Moja droga – wycedził. – Przyznasz sama, że w tym świecie teatralnym romans to tak, 

jak chleb z masłem. A ja później narażony jestem na wysłuchiwanie w domu mego stryja 
podobnych rzeczy o mojej żonie. 

– Więc po co ożeniłeś się ze mną?!... Nikt cię do tego nie zmuszał. Przeciwnie. Pozwolę 

sobie przypomnieć, że to ja zrywałam z tobą i to nie raz. Czemuś nie skorzystał z wygodnej 
okazji? 

– Magduś, przecież ja cię kocham! – zawołał z największym oburzeniem. 

– I dlatego mnie obrażasz?... Tak?... A potem, jeżeli teatr jest tak zdemoralizowany, że 

romans jest chlebem powszednim, to jakże jest, mój drogi, z tobą? W domu twego stryja 
podobnych rzeczy i ja wysłuchałam swoją porcję. 

– Jak to? 

– Astra przyznała się mi, żeście nie ograniczyli się do kurtuazyjnych uczuć!... 

– Astra jest histeryczką. To wariatka. 

– Więc miałeś romans z wariatką. Ale sądzę, że nie byłeś zupełnie w porządku, narażając 

swoją żonę na podobne zwierzenia dawnej swojej kochanki. Tym bardziej, że nie żałowała 
dość... krytycznej opinii o tobie. 

Ksawery zaciekawił się: 

– Cóż ta rozwydrzona gęś mogła mówić? 

– Powiedziała, że jesteś snobem. 

– Nie widzę w tym nic dyskwalifikującego – wzruszył ramionami. – Po Astrze mogłem 

się spodziewać czegoś więcej. 

– Nie obawiaj się, było i więcej. 

– Więcej nasza noga w Zalotach nie postanie – uniósł się. – W ogóle wizyty to prawdziwa 

męczarnia. 

– Największą męczarnią jest nie wiedzieć, czego się chce i nie mieć odwagi przyjąć na 

siebie odpowiedzialności za to, co się zrobiło. 

background image

– Co przez to chcesz powiedzieć? 

Magda wzięła go za rękę: 

–  Przez to chcę powiedzieć, że jeżeli jeszcze raz urządzisz mi taką ordynarną scenę – 

natychmiast wyjadę i nie zobaczymy się więcej. 

– Magduś! 

W jego tonie było tyle szczerego wyrzutu, że powtórzyła już znacznie łagodniej. 

– Wyjadę natychmiast. 

– Więc ty mnie nie kochasz? Wcale nie kochasz? 

–  Owszem. Tylko  kocham cię takim,  jakim powinieneś być,  jakim cię poznałam. To 

znaczy,   przede   wszystkim   dobrze   wychowanym.   Jeżeli   twoje   wychowanie   pozwala   ci 
opanować różne przykre strony twojej natury, te strony, których nie znam i poznawać nie 
zamierzam, to między nami będzie zgoda. Jeżeli zaś nie raczysz trzymać w cuglach... 

– Już dobrze... dobrze... kochana Magduś, Magdulo, Dusinko... 

Objął   ją   i   pocałunkami   zmusił   do   milczenia.   Dzięki   swojej   wybornej   tresurze 

towarzyskiej   umiał   zmienić   temat   i   nawet   wyrazem   twarzy   nie   przypomniał   świeżo 
przebrzmiałej awantury. Jednak Magda nie zapomniała o niej. By zaś na przyszłość oduczyć 
Ksawerego od podobnych wybuchów, zaraz po przyjściu do pałacu oświadczyła, że boli ją 
głowa i nie zeszła na kolację. 

Uważała za konieczne trzymanie Ksawerego ostro. Inaczej pozwalał sobie zbyt wiele. 

Natychmiast po każdym straszeniu pokorniał i stawał się serdeczniejszy. Pod tym, jak i pod 
wielu innymi względami był bardzo dziecinny. Ile razy Magda nie była z niego zadowolona, 
usiłował śmiesznie naiwnymi sposobami wpłynąć na poprawę jej humoru. Wówczas zjawiał 
się czasem umazany smarami, by przekonała się naocznie, że sam poprawiał którąś z maszyn, 
a jeszcze częściej mobilizował matkę, a nawet ojca. Zacny pan Michał, do którego Magda 
szczerze   się   przywiązała,   zjawiał   się   wówczas   u   niej,   zakłopotany   narzuconą   mu 
dyplomatyczną misją i zaczynał rozmowę o rewolucji francuskiej. Lubiła zresztą te rozmowy, 
sama często zaglądając do pana Michała. 

Tym razem jednak staruszek nie dał się oderwać od swoich papierów i przyszła pani 

Aldona. Siedziała przy tym jak na szpilkach, gdyż na dole czekał na nią inżynier Barski, jeden 
z letników, młody jeszcze chłopak, który, według zapewnień pani Aldony, kochał się w niej 
na zabój. 

Toteż   po   kilku   zdaniach   świadczących,   że   spełnia   posłannictwo   "podtrzymywania 

małżeńskiego szczęścia syna", pani Aldona zwróciła rozmowę na zalety męskie inżyniera 
Barskiego. 

Magda   jeszcze   nie   zdążyła   przyzwyczaić   się   do   sposobu   mówienia   świekry   i   jej 

zwierzenia   wywoływały   w   Magdzie   prawie   wstręt.   Tym   bardziej,   że   pani   Aldona   wręcz 
lubowała się w soczystości określeń, a rzeczy z prawdziwą pasją lubiła nazywać po imieniu. 

W  tym  wszystkim   jednak było  sporo jakiejś   dziecinnej  śmiałości,  jakiegoś  naiwnego 

tupetu. 

W stosunku zarówno do Ksawerego, jak i do jego rodziców, Magda odczuwała jakby 

potrzebę opiekowania się nimi, niczym dziećmi, które cieszyły się tym, że ktoś za nie myśli, a 
jednocześnie wykorzystywały lada sposobność, by uniknąć kontroli i palnąć byle głupstwo. 

background image

Wystarczyło, by w ręku Ksawerego znalazły się jakieś pieniądze, a z całą pewnością albo 
kupował coś zbędnego, albo regulował te rachunki, które jeszcze mogły czekać. Znowuż pani 
Aldona, pod wpływem chwilowego kaprysu rozdawała służbie i komu się dało prezenty, albo 
wydawała   dyspozycje   sprzeczne   z   zarządzeniami   Magdy,   której   przecież   z   taką   radością 
przekazała na samym wstępie tytuł i rolę pani domu. Zacny pan Michał natomiast nie umiał 
się pogodzić z faktem obecności letników. Wystarczyło, by pod jego oknami, gdzie wspaniale 
operowało słońce, usadowiło się kilka osób i zaczęła się głośna rozmowa, a zaraz posyłał 
służącego z prośbą o ciszę. To zaś zrażało ludzi, dobrze płacących  i mających  prawo do 
korzystania z wiejskiej swobody. Interwencja Magdy serdeczna, ale stanowcza skutkowała 
tylko na krótki czas. 

Rodzice   Ksawerego   polubili   ją   szczerze,   a   on   sam   nie   pomijał   okazji   do 

zamanifestowania swojej miłości. Pomimo to Magda czuła się w Wysokich Progach obco. Na 
początku nie umiała zdać sobie sprawy z przyczyn tego uczucia. Sądziła, iż wynika ono z 
obcości samego terenu, z obcości codziennych spraw i trybu życia w pałacu. Stopniowo jak 
zaznajamiała  się  coraz  gruntowniej   ze  wszystkim   i koncentrowała  w  swym   ręku władzę. 
Wiedziała, że jest tu panią nie tylko z nazwy. 

A   jednak   sama   musiała   wmawiać   to   sobie.   Musiała   wmawiać,   gdyż   traciła   pewność 

siebie. Dlatego może traktowała służbę zbyt oschle, a w stosunku do rezydentów była zanadto 
zapobiegliwa.   Natomiast   z   ich   strony   odczuwała   wyraźny   chłód,   pokryty   wprawdzie 
obrzydliwą usłużnością i nadskakiwaniem, ale nie dający się zamaskować. Patrzyli na nią, jak 
na   intruza.   Każdy   jej   ruch,   każdy   krok,   każde   słowo   było   nieustannie   krytykowane, 
oczywiście   przy   niej   wyłącznie   szpiegującymi   spojrzeniami,   ale   po   kątach   wiecznymi 
szeptami i ironicznymi uśmieszkami. 

Magda znienawidziła ich wszystkich i wreszcie wypowiedziała im otwartą wojnę: panią 

Mikcińską   usunęła   od   zarządzania   spiżarnią   i   kuchnią,   ciotce   Olesi   odebrała   drób,   panu 
Suchobłockiemu piwnicę. Krótka burza, jaka z tego powodu wynikła, posłużyła Magdzie za 
pretekst do usunięcia darmozjadów, jak ich wyraźnie przed Ksawerym nazywała, w ogóle z 
Wysokich Progów, a przeniesienia pani Miechowiczowej do facjatki przy gorzelni. Wśród 
pozostałych   rezydentów   zapanował   strach,   natomiast   służba   stała   się   wobec   nowej   pani 
jeszcze bardziej zdyscyplinowana i jeszcze głębiej niechętna. 

Któregoś dnia Magda, przechodząc pod oknami kuchni, usłyszała głos lokaja: 

–  ...Czego się po rzeźniczce spodziewać –  mówił –  jej się w głowie od tego państwa 

przewróciło. Chamskie nasienie... 

– Tak, jaśnie panią to trzeba się urodzić – potakiwał kucharz. – Zobaczycie, że i dziedzic 

jej długo nie wytrzyma. 

– Żeby ją prędzej przepędził. 

Magda odeszła jak najciszej i przez pół godziny płakała w swojej sypialni. 

Pierwszym   odruchem   było   zemścić   się,   wydalić   natychmiast!...   Albo   jeszcze   lepiej: 

powtórzyć wszystko Ksaweremu, by nahajem ich obił i wyrzucił. Jednak później przyszła 
refleksja: pensja lokaja zalegała od przeszło dwóch lat, a kucharza od prawie trzech. 

Trzeba   było   zacisnąć   zęby   i   udawać,   że   się   przyjmuje   za   dobrą   monetę   owe   pełne 

szacunku "Słucham jaśnie panią"... 

Nie rozumiała, pojąć nie mogła, czego ci ludzie od niej chcą, co mają przeciw niej?... 

Przecież odkąd ona objęła tu rządy, nie spotkała ich żadna krzywda, nie było wypadku, by 

background image

usłyszeli od niej słowo niegrzeczne, jeden rozkaz nieuprzejmy. Nie pogorszył się stół służby, 
a   zwiększyły   się   dochody  pod   postacią   napiwków   letników.   Poza   tym   zaczęli   regularnie 
otrzymywać bieżące pensje!... Za co jej nienawidzili?... 

Na   pytanie   to   nie   umiała   znaleźć   odpowiedzi,   a   widziała   jednocześnie,   że   i   służba 

folwarczna spoglądała na nią lekceważąco. 

Cóż mogła na to poradzić?... Pozostawało zacisnąć zęby i robić swoje. Roboty zresztą 

było tyle, różnorodnych obowiązków wzięła na siebie tak dużo, że gdy wieczorem kładła się 
do łóżka, zasypiała natychmiast, nie mając czasu na gorzkie rozmyślania, a budzono ją o 
wschodzie słońca. Wówczas też zawsze spotykała Ksawerego, wracającego od wydawania 
obroków. Nieco później oboje jedli śniadanie, potem rozstawali się aż do południa: on jechał 
w   pole,   ona   obliczała   udój,  ekspediowała   mleko,   jarzyny   i   drób   do  Grójca   i   Warszawy, 
wydawała dyspozycje, pilnowała wydawania produktów na cały dzień dla robotników, dla 
służby, dla letników i kurników, była w ogrodzie i w sadzie, przy parniku i w kuchni, w 
młynie i w wędzarni, z grubą książką pod pachą, z książką pękatą od rachunków, raportów, 
notatek i karteluszków. W początkach swych rządów wysokoproskich ten nawał cyfr i danych 
napełniał   ją   przerażeniem.   Zdawało   się   jej,   że   nigdy   nie   zorientuje   się   w   tym   chaosie. 
Stopniowo   jednak   wszystko   stawało   się   coraz   przejrzystsze,   coraz   zrozumialsze,   bardziej 
logiczne i łatwiejsze do zapamiętania. Codziennie notowane liczby przemawiały dobitniej, 
kształtując się w perspektywie wydatków  i dochodów. Umiała już nie tylko pytać, lecz i 
wypytywać,   nie   tylko   przyjmować   od   podwładnych   sprawozdania,   lecz   i   poddawać   je 
krytyce.   Znikły   dawne   uśmiechy   służby,   która   podrwiwała   sobie   z   pani   dziedziczki,   nie 
wiedzącej, co to jest osypka i nie umiejącej odróżnić jęczmienia od pszenicy, a kurzych jaj od 
kaczych. Także kucharz nauczył się z biegiem czasu, że pani dziedziczka zupełnie dobrze 
orientuje się w ilościach potrzebnej mąki, masła, czy cukru. 

Kiedy około dziewiątej zaczynały terkotać w kredensowym dzwonki, Magda już tam była 

i   osobiście   kontrolowała   tacki   ze   śniadaniami,   ekspediowane   do   pokoi   letników.   A 
wszystkiego trzeba było dopatrzeć samej, by każdy dostał to, czego chciał, i nie za dużo, ani 
niezbyt   skąpo.   I   tak   były   ustawiczne   narzekania,   pretensje,   grymasy.   Nieraz   musiała 
wysłuchać słusznych i niesłusznych zażaleń, a pamiętać o każdym,  by nie zrazić nikogo. 
Nawet czyszczenia ubrań doglądała czasami, a później wpadała na obowiązkową pogawędkę 
do matuni, jak nazywała, na jej własne życzenie, panią Aldonę. Słuchała jej zachwytów i 
westchnień,   jej   wybuchów   śmiechu   i   narzekań,   udając   zainteresowanie,   a   jednocześnie 
skupiając myśli, by czegoś nie zapomnieć. Później inspekcja sprzątania i przygotowania do 
lunchu, audiencje dla interesantów, rozmówki z letnikami, którzy chcieli i mieli prawo "czuć 
się   jak   w   gościnie",   wreszcie   lunch,   przygotowania   do   podwieczorku,   wyznaczenie   dla 
letników   koni   pod   wierzch   i   do   bryczek,   rachunki,   obiad   o   siódmej,   dyspozycje,   chwila 
wytchnienia i twardy, kamienny sen. Tak szły dni za dniami, dni ciężkiej jednostajnej pracy. 
Lecz nie zrażała się do niej Magda. Przeciwnie, polubiła ją, znajdując podnietę nie tylko w 
stale wzrastających dochodach, lecz i w podziwie Ksawerego, który nie znajdował wprost 
słów zachwytu dla "swojej jasnej pani". 

– Cudo ty moje – całował ją po rękach – jakiż ja skarb w tobie znalazłem. 

– No, nie przesadzaj – rumieniła się. 

– Powiadam ci, że wszyscy sąsiedzi będą mi ciebie zazdrościć. Nie ma takiej drugiej pani. 

– No, no, – reflektowała go. – Weź choćby twoją kuzynkę, Jankę Runicką z Zalotów. 

– No tak – krzywił się – ale ona nic poza tym nie widzi w życiu. 

background image

– A ja? – zapytywała ze smutnym uśmiechem. 

– Ty? – oburzał się – ty masz mnie, który cię uwielbia, który przez ciebie i dla ciebie jest 

szczęśliwy. 

– Naprawdę, Wery? – pytała drżącym głosem. 

– Jakże możesz wątpić! 

–  Zbrzydłam –  uśmiechała się –  patrz, cera mi się popsuła, i włosy ściemniały, i ręce 

zrobiły się szorstkie. 

– Nie, nieprawda – porwał ją na ręce – jesteś najpiękniejsza, najcudowniejsza, jedyna. 

I wylew czułości kończył się gorącymi  uściskami, a później rozkoszną, półprzytomną 

nocą, której ujemną stroną było to, że wykradała za słodką wprawdzie cenę, ale wykradała 
kilka godzin tak niezbędnego odpoczynku. 

Ksawery dotrzymał  przyrzeczenia i do rozmowy o Bończy nie wracał. Jednak ilekroć 

napomknął paru słowami o teatrze, stawał się pochmurny i znikał na resztę dnia z pałacu. Gdy 
go później pytała, gdzie był, zbywał ją zdawkowymi informacjami: 

– Miałem interes w Grójcu. 

Albo też: 

– Byłem w Karczówce. 

Wiedziała,  że  nie  mówił  prawdy,   chociaż   nie  sprawdzała   tego  ani  u stangreta,  ani  u 

nikogo z letników. Wśród tych było kilka młodych i ładnych kobiet, wyraźnie polujących na 
Ksawerego. On jednak w stosunku do nich zachowywał tylko konieczną uprzejmość, chociaż 
sam o niektórych mówił, że są interesujące. Magda znała go już dość dobrze, by być spokojną 
o jego wierność, przynajmniej w Wysokich Progach. Na pewno zaś nie bywał w żadnym z 
sąsiednich majątków, gdyż plan wizyt ułożony wspólnie, plan, do którego Ksawery, jak do 
wszelkich formalności towarzyskich, przywiązywał aż przesadne znaczenie, nie mógł być 
pokrzyżowany   ani   naruszony.   Po   bytności   w   Zalotach   następnej   niedzieli   pojechali   do 
wujostwa Holimowskich do Radzieńca. Był to dom i ludzie zupełnie innego pokroju, niż w 
Zalotach.   Wuj   Tomasz,   ongi   członek   rosyjskiej   Rady   Państwa,   lubował   się   we 
wspaniałościach.   Dlatego   pałac,   według   jego   wskazówek   wybudowany   z   czerwonej 
patynowanej cegły, miał przypominać zamek średniowieczny i sterczał dwiema okrągłymi 
basztami   z   dość   wysokiego   wzgórza,   z   daleka   przypominając   kościół,   a   z   bliska   pruski 
dworzec  kolejowy,  wewnątrz  zaś sprawiał wrażenie  muzeum.  Pan Tomasz,  puściwszy za 
młodu wcale pokaźną fortunę i straciwszy rodowe dobra na Litwie, ożenił się z córką jednego 
z najbogatszych bankierów warszawskich, wówczas słynną pięknością i olbrzymiego posagu, 
panną Haliną Goldblum, kupił Radzieniec i tu osiedlił się wraz z żoną i dwiema siostrami. 
Młodszą, Aldonę, której organicznie nie znosił, wydał za Michała Runickiego z Wysokich 
Progów, starszą, Klementynę, zatrzymał u siebie, powierzając jej rządy domu. Było publiczną 
tajemnicą, że pani Halina nie tylko nie miała żadnego prawa głosu, nie tylko była raz na 
zawsze odsunięta od obowiązków reprezentacji, lecz dzięki płochliwemu usposobieniu nawet 
nie pokazywała się gościom. 

– Moja żona jest niedysponowana – mimochodem wyjaśniał pan Tomasz tym, którzy, nie 

będąc   poinformowani   o   istotnych   obyczajach   Radzieńca,   zaczynali   od   konwencjonalnego 
pytania o szanowną małżonkę. 

Wygalowany odźwierny przy bramie, herby i dziewięciopałkowe korony na liberiach, na 

background image

portyku, na porcelanie i srebrze, pozamykane wysokie okna, stare zbroje w hallu, cisza prawie 
kościelna, wszystko to zrobiło na Magdzie onieśmielające wrażenie. 

Ksawery usiłował zachowywać się swobodnie i nadrabiał miną, lecz też nie był w swoim 

sosie. 

Czekali dobre dziesięć minut, zanim otworzyły się drzwi i na progu ukazał się gospodarz. 

Bardzo   wysoki,   raczej   szczupły,   o   białej   bezbarwnej   twarzy,   z   sinawymi   workami   pod 
oczyma, prawie łysy, mógł mieć około siedemdziesiątki, lecz pomimo to trzymał się prosto, 
wyniośle i wytwornie, a jego ciemne ubranie leżało na nim zadziwiająco świetnie. 

–  Dzień dobry, drogi wujaszku –  przywitał go Ksawery. –  przywiozłem przedstawić ci 

moją żonę. 

Pan Holimowski, nie spiesząc się, umieścił w lewym oku monokl i, przyjrzawszy się 

Magdzie uważnie, wyciągnął do niej rękę: 

– Miło mi panią poznać – powiedział sucho. 

Magda nie mogła wydobyć ani słowa z zaciśniętego gardła. 

Ratując   sytuację,   Ksawery   zaczął   zachwycać   się   parkiem   i   pałacem   radzienieckim, 

zapewniając, że ile razy tu przyjeżdża, zawsze nowy ogarnia go zachwyt. 

–  Proszę –  wskazał fotele pan Tomasz i sam usiadł dopiero wtedy, gdy Magda zajęła 

miejsce. 

– Jakże miewają się panie?... – odezwał się. 

– Dziękuję ci. Są zdrowe. Przypuszczam, że przekonasz się o tym osobiście. Wkrótce już 

zejdą. 

Magda zauważyła, że Ksawery przyjął tę zapowiedź z ulgą. 

– Cóż kochany wujaszek porabia? – zapytał już swobodniej. 

– Starzeję się, to wszystko – z bladym uśmiechem odpowiedział pan Tomasz i zwracając 

się do Magdy, dodał: – Gdy się jest tak bardzo młodą, niepodobna zrozumieć tego słowa. 

– Każdy wiek ma swoje dodatnie strony – zaryzykowała Magda. 

– Zapewne. Doświadczenie, prawo, lub przynajmniej pretensje do szacunku... Tak... tak... 

Jakże podoba się pani nasza okolica? 

– Nie znam jej prawie wcale. Tak pochłania mnie praca, że... 

–  Nie może sobie wujaszek wyobrazić –  pospieszył  na pomoc czujny Ksawery –  jak 

Magda pracuje. Istny szał! 

Starzec kiwnął głową: 

– Owszem, słyszałem. Bardzo to chwalebne. Kursują już legendy o pani rządach u mego 

siostrzeńca. Nareszcie w Wysokich Progach znalazł się ktoś, kto nie myśli  o wyrzucaniu 
pieniędzy za okno. Słyszałem, że szukacie amatora na Karczówkę? 

Ksawery przybladł z lekka i zaprzeczył: 

– Zastanawiałem się nad tym, ale to już dziś nieaktualne. 

background image

– Czyżby? – podniósł brwi pan Tomasz z niedowierzaniem. 

Magdzie przyszło na myśl, że może on kupiłby Karczówkę i dlatego powiedziała: 

– Jeżeli znalazłby się dobry kupiec... 

–  Więc   jednak?...   Przed   kilku   dniami   był   u   mnie   dyrektor   Banku   Wschodniego   z 

Warszawy,   pan   Stęposz.   Wspomniał   zaś,   że   pani   pertraktowała   z   nim   co   do   sprzedaży 
Karczówki. 

– Magda? – zdziwił się Ksawery. 

– Wspomniałam panu Stęposzowi o tym w rozmowie, tak, między innymi – pospiesznie 

dodała Magda. 

Rzeczywiście,   będąc   w   Warszawie   przed   paru   tygodniami,   odbyła   z   dyrektorem 

Stęposzem wielką naradę w sprawie Karczówki, lecz umyślnie zataiła to przed Ksawerym, 
który z niewiadomych powodów był zazdrosny o Stęposza. Ani przypuszczała, że w tak głupi 
sposób   wyda   się   to   właśnie   w   Radzieńcu.   Układała   też   w   głowie   cały   plan   uspokojenia 
Ksawerego, lecz pan Holimowski niespodziewanie zaczął znowu: 

–  Pan Stęposz jest dla pani pełen uznania, a nawet zachwytu. Urodę pani dzięki niemu 

poznałem już w samych superlatywach, zanim uzyskałem obecnie sposobność stwierdzenia, 
że nie ma w nich odrobiny przesady. 

Znowu włożył monokl i patrzał na Magdę spokojnym, zimnym, ale łakomym okiem. 

– O, pan jest zbyt łaskaw – bąknęła. 

Tymczasem nadeszły panie. Najpierw  żona pana Tomasza, pani Halina, drobna, siwa 

staruszka o smutnym uśmiechu na bardzo zwiędłej i zniszczonej twarzy, i panna Klementyna. 
Tę Magda poznałaby sama od razu. Była  bardzo podobna do pani Aldony,  tylko jeszcze 
tęższa od niej. Tylko głos i sposób mówienia miały całkiem różny. Panna Klementyna cedziła 
słowa   z   jakimś   kamiennym   spokojem,   jakby   czytała   patetyczne   kazanie,   lub   recytowała 
zdania od dawna nauczone na pamięć. Na pierwszy już rzut oka nietrudno było stwierdzić, że 
pogłoski   o   jej   despotyzmie   i   surowości   w   najmniejszym   stopniu   nie   zawierają   przesady. 
Wyniosłość, pewność siebie i duma biły z jej twarzy,  rękę wyciągnęła do Magdy w taki 
sposób, że niepodobna było tej ręki nie pocałować. 

Podczas, gdy pani Halina usiadłszy skromnie w kąciku wielkiej kanapy, wciąż milczała, 

rzucając   nieśmiałe   spojrzenia,   to   na   męża,   to   na   gości,   panna   Klementyna   zaczęła   od 
zgromienia siostrzeńca: 

– Mój drogi, nie byłeś łaskaw spełnić swojej obietnicy. Miałam nieostrożność pożyczenia 

twojej kochanej matce wzorów do haftu, ale sądziłam, że skoro ona w dalszym ciągu jest 
niedostatecznie poczytalna, przynajmniej ty dopilnujesz, by przedmioty pożyczone zostały mi 
na   czas   zwrócone,   jak   to   obiecałeś.   Widocznie   jednak   odziedziczyłeś   po   swojej   matce 
systematyczność godną pożałowania. Ponieważ tedy nie chciałabym zwracać się do policji, 
bądź łaskaw zająć się osobiście tą sprawą. 

– Jeżeli pani pozwoli – odezwała się Magda – zaraz jutro odszukam u mamy te wzory i 

odeślę. 

–  Dziękuję   pani,   moje   dziecko,   ale   to   obowiązek   pani   męża.   Między   nami   mówiąc, 

dziwię się pani, że może pani wytrzymać w tym domu wariatów... 

– Zostaw to – skrzywił się Tomasz. 

background image

– Ależ tak – oburzyła się – w domu wariatów. Moja siostra pod tym względem jest warta 

tego nieszczęśliwego Michała. Nieprawdaż, Halino? 

Staruszka   przestraszona   zatrzepotała   powiekami   i   niezliczone   fałdki   jej   policzków 

zakłębiły się, jakby niespokojnym żuciem. 

– Zapewne – szepnęła ledwie dosłyszalnie i rozbiegane jej okrągłe czarne oczy nabrały 

jeszcze więcej wyrazu bezradności. 

Panna Klementyna zdawała się samym spojrzeniem pastwić nad bratową i napawać się 

przewagą swojej siły. Magdzie nie wiadomo dlaczego przypomniał się Edmund Kamionka, 
czeladnik w jatce, który przez druty pułapki celował szpikulcem do oszalałego z przerażenia 
szczura. Czy on w stosunku do Adeli potrafi też być takim okrutnym człowiekiem?... Od 
bardzo dawna Magda nie miała żadnych wiadomości z domu. Ani o siostrze, ani o ojcu. Tutaj, 
wśród złoconych mebli, między tymi ludźmi, wspomnienie o domu na Dobrej uderzyło jakąś 
ciepłą, bolesną, przejmującą falą. Nagle zapragnęła zobaczenia ich wszystkich, zobaczenia za 
wszelką cenę. Mniejsza, jak ją przyjmą. Wejdzie po krzywych, brudnych schodach, drzwi 
otworzy   Wikta,   a   z   wnętrza   zapachnie   kwaśnymi   pomidorami   i   naftaliną.   W   pokoju   po 
dawnemu  pewno stoi stół nakryty  zieloną  ceratą,  a przy łóżku, ogromny i ciężki,  klęczy 
ojciec, w białej koszuli i w długich kalesonach, odmawiając pacierze. 

 ...Jest strasznie gruby, czerwony, siwy i ordynarny, czuć od niego zapachem łoju i mdłą 

wonią mięsa i głos ma chrapiący, prostacki... A jednak... jednak tylko on, tylko ten dom, to 
ciasne, ubogie mieszkanko i ten stół z zieloną ceratą – przecież tylko to jest bliskie, ważne, 
najważniejsze – i niepowrotne, a najbardziej pożądane. 

Z nieprawdopodobną jasnością zrozumiała teraz, że wszystko, co osiągnęła, że wszystko, 

do   czego   doszła,   jest,   istnieje   i   ma   pewną   wartość   jedynie   przez   tamto,   dla   kontrastu   z 
przeszłością... Sama przez się teraźniejszość jest niczym. I praca, i Wysokie Progi, i Wery, i 
tych troje obcych starców, i ten ciemny ponury pałac, przypominający muzeum. 

Ta refleksja napełniła Magdę spokojem. To, co jeszcze przed kwadransem wydawało się 

jej nieskończenie ważnym, czy przyjmą ją, jak z nią będą rozmawiać, jak przywitać się z 
nimi, jak siedzieć i co mówić – teraz stało się błahe, obojętne, bez istotnego znaczenia. 

Nie była  już nawet przejęta dramatycznością  stosunków  w tym  domu,  a jeżeli  miała 

współczucie dla biednej pani Haliny, to jedynie dlatego, że rola tej kobiety przypominała 
Magdzie   jej   własną.   Wychodząc   za   hrabiego   Holimowskiego,   pani   Halina   była   młoda   i 
piękna,   swoim   posagiem   zapewniła   mężowi   i   jego   siostrom   bogactwo,   a   dziś   jest   tylko 
niepotrzebną, obcą, starą kobietą, której nienawidzą, której wstydzą się, gdyż  pochodzi z 
innego, pogardzanego przez nich świata. 

– Czy mnie czeka to samo – pomyślała Magda. 

I na samą myśl zacisnęła szczęki. Ksawery właśnie coś opowiadał i spojrzała nań prawie 

z nienawiścią. O nie, ona nie da się zapędzić w taką pułapkę! Ma dość siły woli i charakteru, 
by nie ustąpić nikomu miejsca pani na Wysokich Progach! Jest intruzem, to prawda, ale nie 
da   się   zadziobać,   poniżyć   i   zepchnąć.   Dzięki   pracy,   dzięki   stosunkom,   dzięki   zawziętej 
wytrwałości nie dopuści do upadku Wysokich Progów, utrzyma je, ale nie dla Runickich, nie 
dla Ksawerego, tylko dla siebie. 

Podniosła   oczy   i   śmiało,   prawie   wyzywająco   spojrzała   w   oczy   wszystkim,   obcym, 

wrogim,   pysznym,   uważającym   się   za   coś   niesłychanie   od   niej   wyższego.   A   gdy   panna 
Klementyna tonem wszechwładnej cesarzowej zapytała ją o letników, Magda odpowiedziała: 

background image

– Owszem, mam ich teraz około dwudziestu osób, a w przyszłym roku zamierzam liczbę 

tę jeszcze powiększyć. 

Umyślnie i wyzywająco podkreśliła słowo "mam" i "zamierzam". 

– Zapewne. Daje to zyski. Ale taki mieszczański proceder zmieni wkrótce ziemiaństwo w 

hotelarzy. 

– Wygodniej chyba być hotelarzem, niż nędzarzem – sucho zauważyła Magda. 

– Tak się pani zdaje, moje dziecko – z lekka podniosła głos panna Klementyna – bo nie 

rozumie pani, że ziemiaństwo to nie tylko posiadanie ziemi i dochodów z tej ziemi, ale także i 
pewne tradycje, i pewne wartości moralne. 

–  Jednak   trudno   żywić   się   tradycjami,   a   największe   wartości   moralne   nie   zastąpią 

pieniędzy i pracy. 

–  Myli  się pani. Zastąpią.  Pozostaną zawsze tym  magnesem, który będzie ściągał ku 

sobie, dzięki swej sile, zarówno pieniądze, jak i pracę z warstw, które właśnie po to istnieją, 
by   stanowić,   że   tak   powiem,   kompost   materialny   dla   warstwy   historycznej.   Wątpię,   by 
zmieściło się to w skali pojęć, jaką rozporządza pani. Nie zamierzam też większych w tym 
kierunku robić wysiłków. Uważam tylko za swój obowiązek zwrócić pani, moje dziecko, 
uwagę, że wypadałoby nie używać twierdzeń kategorycznych wobec osób starszych, których 
wychowanie upoważnia do żądania od młodych osób nie tylko umiejętności jadania ryby bez 
noża, ale i modulowania tonu swoich wypowiedzi. 

Magda dostrzegła zaniepokojenie Ksawerego i jego błagalne spojrzenie, lecz pomimo to 

powiedziała: 

–  Proszę mi wybaczyć  moją ciasnotę pojęć. Od tak niedawna zostałam ziemianką, że 

jeszcze nie nauczyłam się pogardzać ani pieniędzmi, ani pracą, z których... korzystam. 

Pan Tomasz zaśmiał się z widoczną chęcią złagodzenia sytuacji: 

– Na razie tylko Wysokie Progi i mój siostrzeniec korzystają z pani pasji do pracy. 

– I to bardzo korzystają – podkreślił czym prędzej Ksawery. – Doprawdy, droga ciociu, 

moja   Magda   wchodzi   w   ślady   cioci.   Nareszcie   mam   w   domu   porządek   i   ład.   Pod   tym 
względem też zyskałem prawdziwy skarb. 

Nieznacznie otarł pot z czoła i zapytał: 

– Jakże z tym lasem, czy wujaszek dostał prawo wyrębu? 

Jednakże pani Klementyna nie dała się zagadać i nie zwracając najmniejszej uwagi na 

słowa siostrzeńca, zwróciła się znowu do Magdy: 

–  Korzysta pani, moje dziecko, przede wszystkim z zaszczytu wejścia w sferę, której 

obyczaje, formy i moralność zbudowały to, co nazywamy kulturą. I to trzeba docenić. To 
trzeba zrozumieć.  Jestem przekonana, że z czasem to nastąpi. Na razie zaś  przynajmniej 
należałoby gruntowniej pojąć przyjętą na siebie rolę i grać ją lepiej. Przypuszczam, że pani 
sceniczna przeszłość będzie znacznym tu dla niej ułatwieniem. 

–  Owszem   –  skinęła   głową   –  zanim   przejmę   się   swoją   nową   pozycją,   postaram   się 

zastosować do rady szanownej pani. Postaram się naśladować moralność, obyczaje i formy 
sfery, do której miałam zaszczyt wejść. Wzorów mi nie zabraknie. Znajdę ich dość, choćby w 
rodzinie mego męża. 

background image

– Magda! – syknął Ksawery ledwie dosłyszalnym, lecz wściekłym szeptem. 

– O co ci chodzi? – zapytała go głośno. 

Panna Klementyna zmarszczyła brwi. 

–  Moje dziecko. Postępuje pani niemądrze, urządzając sobie z naszej rozmowy popis 

swojej   zjadliwości   i   sprytu.   W   dyskusji   nie   wystarcza   być   złośliwą,   lecz   trzeba   przede 
wszystkim zdobyć się na złośliwość w stawianiu kwestii. Wie pani doskonale, że to, co jej 
mówię,   wypływa   nie   z   chęci   dokuczenia   pani.   Gdyby   chodziło   o   szermierkę   słowną, 
mniemam,   że   potrafiłabym   odnieść   zbyt   łatwe   i   zbyt   tanie   zwycięstwo.   Jednakże   moje 
aspiracje nie idą w tym kierunku. Sądzę, że rozumie pani sama, dlaczego. Jeżeli też usiłuję 
wpłynąć na formowanie się pani stosunku do naszej sfery, powoduję się jedynie względem na 
pani dobro. Czuje pani doskonale, że ambicja, która kazała pani poszukać męża ziemianina, 
wynikała z faktu, że dostrzegła jednak pani w tym środowisku wartości wyższego rzędu. I tak 
będzie zawsze, przynajmniej w Polsce. Tysiące dziewcząt z warstw mieszczańskich marzą i 
będą marzyły o zbliżeniu się do warstwy ziemiańskiej. Można to nazwać snobizmem, ale 
snobizm musi zawsze pociągać ku czemuś, co uważamy za lepsze, za cenniejsze, za wyższe. I 
nie   zmieni   tego   faktu   to,   że   wśród   ziemiaństwa   znajdują   się   nawet   liczne   jednostki,   nie 
zasługujące na podziw czy szacunek. A pani doskonale wie, moje dziecko, jakich wzorów 
radzę pani szukać i, co więcej, w duchu przyznaje mi pani słuszność. 

Spojrzała na zegarek i dodała: 

– Kiedyś chętnie o tym z panią obszerniej pomówię. Niech pani któregoś dnia przyjedzie. 

Teraz, niestety, nie mam czasu. 

Wstała i nie pozostało nic innego, jak przystąpić do pożegnania. Ksawery, czerwony i 

zdenerwowany, robił dobrą minę. Pan Tomasz obojętnie manipulował monoklem. 

Wtem odezwała się nieśmiało pani Halina: 

– A może byście... może zostalibyście na podwieczorku? 

Wszyscy   spojrzeli   na   nią,   zdumieni   tym   przejawem   odwagi,   a   panna   Klementyna 

powiedziała: 

– Naturalnie, jeżeli nie spieszycie się do domu... 

– Bardzo dziękuję cioci – zapewnił Ksawery – ale musimy koniecznie jechać. 

– Przyjedzie pani? – zapytała Klementyna, żegnając się z Magdą. 

– Jeżeli pani pozwoli... 

– Proszę. 

Do przedpokoju nikt ich nie odprowadził. Wyszli prędko i zajęli miejsce w powozie. Gdy 

konie ruszyły i minęły bramę, Ksawery zdjął kapelusz i wytarł chusteczką czoło: 

– Nie, Magduś – powiedział zmęczonym głosem – to było całkiem niepotrzebne. 

– Co? – zapytała spokojnie. 

–  Jak to co? Zachowałaś się tak wojowniczo, jakby zależało ci na tym, by do reszty 

popsuć moje stosunki z Radzieńcem. 

–  Ach, Wery, więc miałam słuchać tych uszczypliwości i może jeszcze uśmiechać się 

background image

słodko?... Wiesz!... Mówiła do mnie, jak do jakiejś służącej... 

– Ciszej – ścisnął ją za przegub ręki – stangret słyszy. 

Ale Magda była wzburzona: 

– Serce się krajało, gdy się widziało tę biedną panią Halinę. No, nie zazdroszczę jej losu. 

Cóż z tego, że Żydówka! To jej miliony były dobre, a teraz... 

– Magduś! Błagam, ciszej! – jęknął Ksawery. 

Ponieważ Magda nie zwracała na to uwagi, zaczął chrząkać, mruczeć i pokaszliwać, by 

zagłuszyć jej słowa, co z kolei jeszcze bardziej ją zirytowało. 

– Zawsze robisz tajemnicę z tego, o czym i tak wszyscy wiedzą – zawołała. 

Zrozpaczony zacisnął zęby i odwrócił głowę. Magda też umilkła i dojechali do domu w 

ponurym nastroju. Przez cały wieczór nie zamienili ani słowa, nazajutrz Ksawery wyjechał w 
pole bez śniadania. 

Wszystko to wpłynęło fatalnie na usposobienie Magdy. Wyobraźnia już jej podsuwała 

zerwanie, rozwód, wyjazd z Wysokich Progów, lecz na przekór wyobraźni zawzięła się: 

– Zobaczymy! 

Pani Aldona, letnicy, rezydenci i służba patrzyli na nią w zdumieniu. Zmieniła się z dnia 

na dzień. Stała się nagle surowa, wyniosła i apodyktyczna. Za byle uchybienie zwymyślała 
kucharza,   staremu   Leonowi   oświadczyła,   że   od   pierwszego   może   poszukać   sobie   innej 
służby, pani Aldonie, która próbowała się za nim wstawić, zrobiła awanturę. 

–  Co   ci   się   stało,   kochanie   moje?...   Przecież   nie   można   za   taki   drobiazg   wyrzucać 

człowieka, który od tylu lat... 

– Można i wyrzucę go. 

– Ależ ja się na to nigdy nie zgodzę! – wybuchła pani Aldona. 

– Przepraszam mamę, czy ja tu jestem panią domu, czy nie? 

– Kochanie, tyś oszalała! Ona oszalała!... Co się z tobą dzieje?... 

– A to się dzieje, że nie zamierzam nadal być tu wyrobnicą i pozwalać się lekceważyć. 

Leon systematycznie ignoruje moje rozkazy, a ja dłużej tego tolerować nie będę. 

W kwadrans później pani Szarkowskiej, która bez pozwolenia zerwała sobie pęk róż, 

Magda powiedziała: 

–  Stanowczo   wypraszam   sobie   podobne   rzeczy.   Dziwię   się   pani,   że   będąc   osobą 

kulturalną, mogła pani zrywać cudze kwiaty. 

Pani Szarkowska, żona znanego lekarza i starsza już dama, oburzyła się: 

– To ja wypraszam sobie wszelkie uwagi i taki ton. 

– Na inny, wobec takiego postępku, mnie nie stać. 

– Ach, to naturalne. Zapewne w jatkach zawsze takiego używają. 

– Zgadła pani – spojrzała na nią z nienawiścią Magda. – Ale używają tylko w stosunku do 

amatorów cudzej własności. 

background image

– To bezczelność! – wrzasnęła pani Szarkowska. – Pani może mi najwyżej przysłać za te 

kwiaty rachunek. 

–  Za kwiaty i w ogóle. Za kwadrans otrzyma pani rachunek, a konie na stację za pół 

godziny. 

– Sama tu jednej sekundy dłużej bym nie została! 

– Tym lepiej. 

Magda pobiegła do kancelarii, wypisała rachunek, wydała dyspozycje stangretowi, by 

zajechał w jednego konia najgorszą bryczką i zamknąwszy się na klucz długo płakała. 

Po   wczorajszej   wizycie   w   Radzieńcu   nie   zdołała   jeszcze   uporządkować   w   sobie 

sprzecznych wrażeń i postanowień. Czuła, że postępuje głupio, że niepotrzebnie narobiła tyle 
zamieszania i awantur, że jest to histeria, którą musi opanować. Chciała być taką, jak panna 
Klementyna, chciała samą siebie upewnić, że nie jest przybłędą, lecz panią. Że jej rola w 
Wysokich Progach to nie tylko rola wołu roboczego, że nie pozwoli się zepchnąć do takiej 
żałosnej i sromotnej pozycji, jak pani Halina w Radzieńcu. 

I wszystko to jakoś źle wychodziło. 

– Boże, Boże – płakała. – Nie chcę już tego wszystkiego. Rzucę to i znowu będę zarabiać 

na siebie, albo przebłagam ojca by mnie wziął do domu, do pracy w jatce... 

Słyszała kilkakrotnie pukania do drzwi kancelarii, lecz nie reagowała na to. Otworzyła 

dopiero, gdy usłyszała zaniepokojony i błagalny głos Ksawerego. Musieli go ściągnąć z pola, 
bo jeszcze nie było dwunastej. 

–  Żoneczko moja, najdroższa –  wpadł przestraszony i porwał ją w ramiona. –  Czego 

płaczesz?... Czego? Kto cię skrzywdził?... Powiedz, a ja ich wszystkich... 

Musiała go uspokajać i zapewniać, że nikt jej nic złego nie zrobił. 

– Po prostu jestem zdenerwowana, bardzo zdenerwowana, i to wszystko. 

Wydał się jej jeszcze bardziej dziecinny i bezradny. Cóż przyszłoby jej z wyznania mu 

swoich obaw, niepokojów i smutków. Nie potrafiłby niczego zrozumieć, ani nic pomóc. Jego 
reakcje nie wychodziły poza obręb natychmiastowych wybuchów, gróźb, mściwości, która 
już   po   paru   godzinach   rozpływała   się   w   refleksjach,   a   przede   wszystkim   nie   potrafiłby 
zmienić siebie, zmienić tego, że wskutek miękkości jego charakteru nie miała się na kim 
oprzeć,   nie   miała   komu   zaufać.   Mogła   wierzyć   tylko   we   własne   siły.   To   było   zupełnie 
inaczej, niż kiedyś w domu: właśnie ojciec stał w środku jej życia, jak granitowa kolumna, jak 
skała.   Nie   zawsze   przyjazna,   ale   pewna,   o   niewzruszonej   tożsamości.   We   wszelkich 
rachubach, przewidywaniach, zamiarach trzeba było z tym przede wszystkim się liczyć, ale 
przynajmniej wiedziało się, czemu i dlaczego. 

Panna Klementyna Holimowska z Radzieńca też była taka, jaką należy być, należy umieć 

być zwłaszcza wśród tych ludzi... 

Pogładziła Ksawerego po włosach i uśmiechnęła się: 

– Jesteś dobry dla mnie, Wery, bardzo dobry... 

– Przecież kocham cię, kocham, jak długo dotąd nie kochałem... 

Miał w oczach łzy. O ileż wolałaby nawet gniew. Czemu wszystko, co najlepsze w tym 

background image

człowieku, musi przejawiać się słabością?... 

Tegoż  wieczora dał nowy dowód tej  słabości: zaczął  mówić  o wydalonym  przez nią 

lokaju. I nie zdobył się na męskie postawienie sprawy: Chcę, by został. Nie. Nie stać go było 
na   to.   Chciał   dyplomatycznie   wpłynąć   na   zmianę   decyzji   Magdy,   podsuwał   preteksty, 
którymi taką zmianę mogłaby upozorować. Dla niego zawsze ważniejsze od istoty rzeczy 
było to, jak ta rzecz na zewnątrz wyglądała. 

Kwestia pozostawienia Leona była dla Magdy prawie obojętna. Jednak nie ustąpiła. Dla 

zasady. W duchu potępiała siebie za ranne awantury i postanowiła mocniej trzymać się w 
garści, ale nie cofnąć się ani o krok z wybranej  drogi. Dlatego przez szereg dni unikała 
dawnej poufałości z panią Aldoną, prawie nie widywała pana Michała, a dla Ksawerego była, 
może nieopatrznie, chłodniejsza. Tymczasem złożyli jeszcze kilkanaście wizyt w sąsiedztwie. 
Przeszły one dla Magdy bez większego wrażenia z tej racji, iż wyzbyła się już całkowicie 
dawnego zalęknienia i niepokoju. Spokojnie i odważnie patrzyła ludziom w oczy. Miała do 
tego prawo i pełne tego prawa poczucie. Zaczęły się również rewizyty. Z Zalotów przyjechał 
pan Marek z Rutą, z Radzieńca wuj Tomasz, z Szawłowa państwo Janowscy, z Pomiechowa 
Płaszowscy, z Widrów Mańkiewiczowie, Lisowscy z Polanki. Nie zjawiła się tylko stara pani 
Zawiszyna z Bosierza, co zresztą było usprawiedliwione jej sędziwym wiekiem. 

Był  to tryumf  nie lada,  chociaż  Magda nie łudziła  się, by sam fakt rewizyt  należało 

przeceniać. Nikt nie chciał zrywać stosunków z Wysokimi Progami, ale też nie uzewnętrzniał 
większej życzliwości dla ich nowej pani. Nawet w rozmowach, jeżeli zwracano się nie do 
Ksawerego czy do jego matki, lecz do Magdy, robiono to raczej przez ciekawość. 

Jednak ucieszyła się tym dlatego, że wiedziała, jak bardzo uspokoiło to Ksawerego i jak 

dziecinnie się tym cieszył. 

–  No,   widzisz   –  zacierał   ręce   –  jeżeli   Radzieniec   przyjechał   i   zwłaszcza   ta   jędza 

Mańkiewiczowa, to jasne, że nikt nie ośmieli się zrobić nam afrontu. 

Nie złożyli  tylko wizyty w najbliższym  sąsiedztwie: w Borychówce, co było całkiem 

zrozumiałe,   tym   bardziej,   że   ekscentryczna   pani   Mira   Czerska   nie   uważała   za   potrzebne 
hamowania swego języka i wszędzie, gdzie tylko mogła, wyrażała się w sposób obelżywy o 
Magdzie. Wieści o tym różnymi drogami docierały do Wysokich Progów i Magda była o tym 
wcale nieźle poinformowana. Nie dziwiła się zresztą niczemu. 

–  Twoja była kochanka –  powiedziała kiedyś Ksaweremu –  gotowa jeszcze strzelić do 

mnie, zaczaiwszy się gdzieś przy drodze... 

Ksawery oświadczył, że to jest niemożliwe, ale zaniepokoił się. 

– Cóż – wzruszyła ramionami Magda – języka nic jej nie zwiąże. 

– Zrozum, że jestem bezsilny – usprawiedliwiał się Ksawery – pani Czerska nie ma ani 

brata, którego bym mógł wyzwać, ani nikogo. Trudno przecież obarczać odpowiedzialnością 
jej męża, z którym się rozeszła. No przyznaj, że nic na to nie mogę poradzić!... 

– Ależ oczywiście. Niepotrzebnie przejmujesz się tymi głupstwami. 

– To nie głupstwa – podniecał się Ksawery – to bardzo przykre. 

Wzruszyła ramionami, dziwiąc się, że Ksawery, który dawniej nie chciał liczyć się w 

ogóle z nikim, a o Borychówce wspominał lekceważąco, teraz tak przeceniał złośliwości, 
rozpuszczane przez porzuconą kochankę. Było w tym coś niezrozumiałego. Magda jednak 
wszystko składała na karb własnego rozdrażnienia. Istotnie w swoim usposobieniu dostrzegła 

background image

jakieś dziwne zmiany. Stała się skora do płaczu, do wybuchów niezadowolenia, do gniewu. Z 
jej zdrowiem również nie było dobrze. Coraz częściej ogarniało ją zmęczenie, brak apetytu, 
stosunkowo często bezsenność. Kilka razy doznała zawrotu głowy i przykrych mdłości. 

– Jestem przepracowana – tłumaczyła to sobie. 

Pomimo   to nie  zmieniła  ani  na  jotę  swego codziennego  programu,  aż  pewnego  dnia 

zrozumiała wszystko. Była w ciąży. 

background image

ROZDZIAŁ VII. 

Jesienią cisza nastała w Wysokich Progach. Opustoszał pałac, wyjechali letnicy, a wraz z 

nimi   umilkły   gramofony   i   radio,   posprzątano   trzcinowe   fotele   z   trawników,   odprawiono 
połowę pomocniczej służby. Na krokietowym placu i na kortach tenisowych leżały gęsto żółte 
i czerwone liście, alejki w parku tak były nimi zasłane, że szło się po nich jak po sprężystym, 
szeleszczącym dywanie. Im dalej w głąb, tym ich było więcej, aż drzewa się przerzedzały i 
przed oczyma rozciągała się szeroka przestrzeń pokryta rudą podściółką, z której tu i ówdzie 
wznosiły się czarne pnie dębów i klonów, lip i buków, kasztanów i grabów. U samej góry 
dziwaczną koronką gmatwały się najcieńsze, już całkiem przez wiatr z liści odarte gałęzie, 
pod samym niebem, niskim, smutnym, matowoszarym. 

W nocy padało i w parku było wilgotnie, pachniało ziemią i deszczem. Spokojnie było i 

cicho, tak, że Magda słyszała nawet przytłumiony turkot wozów na dalekiej szosie, a gdy 
przystanęła, krople wody, opadające z gałęzi, wywoływały taki szmer w liściastym podłożu, 
jakby czyjeś ostrożne kroki zbliżały się do niej ze wszystkich stron. 

Codziennie teraz odbywała dłuższe przechadzki, najczęściej samotnie, gdyż pan Michał 

po lunchu wracał do siebie, pani Aldona twierdziła, iż wilgoć jej szkodzi, a Ksawery zawsze 
znalazł jakiś pretekst, by nie zostać z Magdą. To miał być pilny interes w Grójcu, to musiał 
wpaść do kogoś z sąsiadów, to po prostu "przejechać" któregoś konia. 

Nie brała mu tego za złe. Teraz, gdy zajęć gospodarskich miał znacznie mniej, nudził się 

w domu. Początkowo – jak to zawsze u niego – był rozentuzjazmowany, cieszył się niczym 
sztubak,   chodził   dumny,   na   wszystkie   strony   opowiadał,   że   żona   spodziewa   się   syna, 
obmyślał imiona dla przyszłego dziedzica, Magdy nie opuszczał na krok, obcałowując ją raz 
po raz i obsypując najczulszymi wyrazami. Tak było, póki mu to nie spowszedniało. Wybierał 
się wtedy w sąsiedztwo, to na bridge'a, to po prostu na pogawędkę, gdyż – jak utrzymywał – 
musiał się całemu światu pochwalić swoim szczęściem. Magda nie zaniechała swoich zajęć, 
chociaż   pani   Aldona   gwałtownie   ją   do   tego   namawiała.   Zresztą   była   teraz   znacznie 
wolniejsza. Uważała zaś za konieczność osobiste doglądanie wszystkiego. Dość już miała 
doświadczenia, by każde swe niedopatrzenie umieć obliczyć  w sumie tylu a tylu złotych, 
których   wciąż   było   za   mało.   W   swobodnych   godzinach   wychodziła   na   spacer.   Zwykle 
obchodziła park i sad, zawracała ku stawom i wracała koło folwarku. Tym jednak razem 
dotarła aż do parkanu i ścieżką między ugorami skierowała się ku odległej prawie o kilometr 
kotlince, gdzie stał stary drewniany krzyż z zardzewiałą Męką Pańską i z zawieszonym na 
drzewcu poniżej oszklonym obrazkiem Matki Boskiej Karmiącej. 

Nie   była   religijna   i   nie   miała   zamiaru   modlić   się,   ale   ot,   tak,   na   wszelki   wypadek 

odmówić pacierz i zostawić pod krzyżem kilka georginii zerwanych w ogrodzie. 

Koło krzyża przechodziła ku szosie kręta droga polna, zwana w okolicy Sierpówką, a 

łącząca Hańczę, Borychówkę, wieś Pożarki i jeszcze kilka pobliskich dworów z resztą świata. 

Właśnie, gdy zbliżyła się do krzyża, od tamtej strony nadciągał wóz chłopski, opatrzony 

słomą i ciężko wyładowany kartoflami, zaprzężony w parę chudych szkap. Wóz przechylał 
się   w   garbatych   koleinach,   a   jego   właściciel,   stary   chłop,   szedł   ścieżką   obok,   obojętnie 
cmokając od czasu do czasu na konie. 

Przed wjazdem na strome zbocze kotlinki konie przystanęły,  chłop zaś zdjął czapkę i 

ukłonił się. Poznała go od razu zarówno po łysinie, jak i po czerwonym ogromnym nosie. Był 

background image

to stary Rymoń z Pożarków, który nieraz z różnymi prośbami przychodził na folwark. Magda 
z uśmiechem odpowiedziała na ukłon, a chłop zatrzymał się: 

–  Podobnież jaśnie pani dziedziczka także samo do Borychówki!?... A jakże, jest tam 

jaśnie pan, ale tylko patrzeć jak wyjedzie. Akurat kiedym przy borychowskiej stodole skręcił, 
ogierka pod ganek podprowadzali. 

– Jakiego ogierka? – szeroko otworzyła oczy Magda. 

–  A dyć wysokoproskiego, karego z łyską, co na nim jaśnie pan dziedzic jeździ. Stare 

mam oczy, ale kunia to z całej okolicy rozeznam. Ho! 

Magda uczuła gwałtowne zaciśnięcie się serca i ledwo dosłyszalnym szeptem bąknęła: 

– Dziękuję. 

Chłop   cmoknął   na   swoje   szkapy,   ukłonił   się   nisko,   powiedział   "pochwalony"   i 

podpierając wóz pod górę ruszył swoją drogą. 

– To niemożliwe... nie... niemożliwe – gorączkowo myślała Magda. 

W pierwszej chwili chciała biec sama do Borychówki, by naocznie przekonać się, że to 

nie   wierzchowiec   Ksawerego,   że   chłop   się   omylił.   Zastanowiła   się   jednak   i   doszła   do 
wniosku, że i tak Ksawery musiałby jechać tędy. Chcąc ominąć krzyż, musiałby nadłożyć 
dobre pięć kilometrów na Kruszewo. 

Postanowiła czekać. 

Tuż  przy krzyżu  rosły krzaki dzikiego  bzu, wyżej  kotlinka  porośnięta  była  już tylko 

zeschłymi   wrzosami,   a   na   samym   wierzchu   leżały   gęste   kupy   kamieni,   wyoranych   i 
odrzuconych tu z zagonów. Wybrała jeden większy najmniej wilgotny kamień i usiadła. 

Było to nieprawdopodobieństwem, a jednak te codzienne wyjazdy Ksawerego musiały 

nasunąć podejrzenia. Aż dziwnie jej było, że dotychczas nie przyszło jej do głowy pomyśleć o 
Borychówce. Tym bardziej, że ilekroć wpadał ktoś z sąsiadów, Ksawery zawsze zachowywał 
się   niespokojnie:   widocznie   bał   się,   by   w   rozmowie   nie   wyszło   na   jaw,   że   nie   był   u 
Płaszowskich, czy Mańkiewiczów, lecz u Miry. 

–  Tchórz, smarkacz, podły –  cisnęły się do ust słowa, lecz zaczęła siebie reflektować: 

przecież tak wzruszająco mówił o swoim celibacie w związku ze stanem jej zdrowia!... 

– Nie, niemożliwe! – powiedziała głośno. 

I w tej właśnie chwili na odległym o jakieś pół kilometra pagórku zobaczyła wyraźnie, 

jak na dłoni: Ksawery prowadził "Derwisza", a obok szła wysoka brunetka w niebieskiej 
sukni z zarzuconym na ramiona nieprzemakalnym płaszczem. 

Magda   instynktownie   pochyliła   się   i   przez   badyle   wrzosów   przyglądała   się   im   ze 

zdziwieniem. Więc tak. Zdradzał ją ze swoją dawną kochanką. Nie mogła jeszcze dokładnie 
rozeznać jej rysów. Wiedziała jednak, że Mira ma około trzydziestki i że nie cieszy się opinią 
ładnej. Wyglądała w każdym razie ciężko i staro. 

Magda w pierwszym odruchu chciała uciekać do parku, lecz było to niemożliwe: gdy 

tylko wydostanie się z kotlinki na ugór, zobaczą ją od razu i oczywiście gotowi ją posądzić o 
to, że umyślnie tu przyszła ich szpiegować. 

– Co robić!? Co robić?!... 

background image

Teraz już słyszała odgłos kopyt konia i ich niewyraźne głosy. Zsunęła się w dół. Najlepiej 

będzie udać, że niczego nie widziała. Tak!... Uklęknąć i udawać zemdloną. Niech przejdą 
mimo, niech ta... ta... dziwka ma czas cofnąć się. 

Był to wybieg naiwny i Magda zdawała z tego sobie sprawę, ale cóż innego miała do 

wyboru?... Owszem, można było jeszcze inaczej postąpić. Wyjść naprzeciw, stanąć przed 
nimi twarzą w twarz i powiedzieć w oczy... Tak, że wie wszystko, że żadnych wyjaśnień nie 
potrzebuje   i   że   życzy   im   szczęścia...   A   później   skinąć   głową   i   odejść.   Oczywiście, 
natychmiast spakować swoje rzeczy i jak najprędzej wyjechać. 

– Dokąd? – odezwała się rozwaga. 

– Tak, dokąd?... Do Warszawy?... Wynająć sobie skromny pokoik i postarać się o jakąś 

pracę... 

Nagle zrozumiała, że jest bezradna. Przecież w takim stanie na żadnej scenie nie otrzyma 

nic,   zresztą   o   jakąkolwiek   pracę   dziś   tak   trudno.   Prawie   niemożliwe.   Wrócić   do   ojca?... 
Zwrócić   się   o   pomoc   do   siostry   i   szwagra?...   Niepodobieństwo.   Nawet   pójść   do   kogoś, 
choćby   do   dyrektora   Stęposza   na   utrzymanie,   teraz,   kiedy   spodziewa   się   dziecka... 
Wprawdzie Ksawery musiałby jej płacić alimenty, ale po pierwsze nie chciałaby od niego 
przyjąć ani grosza, a po drugie wiedziała dobrze, że z chwilą, gdy jej w Wysokich Progach 
nie   stanie,   nie   tak   łatwo   tu   będzie   o   pieniądze.   Wszystko   znowu   pójdzie   po   staremu: 
marnotrawstwo, nieporządek... Cała praca, cała ogromna praca, którą włożyła, poszłaby na 
nic. Nic by po niej tu nie zostało. Nawet życzliwego wspomnienia. Zaliczono by ją do długiej 
litanii awanturek Ksawerego i wieszano by na niej psy. Nikt, absolutnie nikt nie stanąłby w jej 
obronie. Dla nich wszystkich była przecież obca. Ani obejrzą się za nią. Zawsze przyznają 
rację Ksaweremu. Powiedzą, że wziął sobie za żonę lafiryndę i dzięki Bogu, że uciekła. A 
tamci, w domu, ojciec i krewni, nawet Biesiadowski – też dobrego słowa dla niej nie znajdą... 
– Więc co robić?!... 

Pomysł udawania, że nic nie wiedziała, wydał się jej teraz jeszcze bardziej dziecinny. 

Tymczasem głosy zbliżały się. Można już było rozróżnić poszczególne słowa. 

Magda zacięła usta: 

– Zrzec się wszystkiego?... Nie! O, nie! 

Przede wszystkim musi myśleć o dziecku, które ma przyjść na świat. Ono będzie miało 

największe   prawa,   a   przez   to   i   na   matkę   spływa   prawo,   nawet   obowiązek   wytrwania. 
Mniejsza o Ksawerego. Czuła dlań teraz tylko wzgardę. Z dawnych uczuć nie pozostało nic, 
ale czyż uczucia potrzebne są do życia?... Panią Aldonę łączy z mężem wspólny dach. A 
pomimo to jest po swojemu szczęśliwa. Panna Klementyna nikogo nie kocha i przez nikogo 
nie jest kochana. 

Więc można żyć wśród nich samotnie. I nie potrzebować żadnego oparcia, a rządzić, być 

u siebie... Tak! Pewnie... To ona uratowała Wysokie Progi, ona związała z nimi swoje życie, 
ona jest w nich panią... 

Z góry dobiegł niski alt pani Miry: 

– ...będę zatem czekała kartki od ciebie – mówiła – ale jeżeli nie przyślesz do południa... 

Magda nie chciała podsłuchiwać. Zresztą już była zdecydowana. Pewnym i spokojnym 

krokiem szła pod górę. 

background image

Ksawery na jej widok cofnął się o krok i upuścił szpicrutę, którą trzymał w ręku. Pani 

Mira zbladła i urwała w pół zdania. 

Magda skinęła głową i powiedziała całkiem spokojnie: 

– O ile się nie mylę, pani Czerska?... 

Oboje milczeli, wobec czego dodała: 

– Bardzo mi przyjemnie! 

– Właśnie spotkaliśmy się – jąkał się Ksawery. – Jechałem właśnie z Hańczy... 

Magda uśmiechnęła się ironicznie: 

–  Po cóż te tłumaczenia się, mój drogi?... Przedstawiasz panią w takim świetle, jakby 

czatowała na ciebie. 

– Pani wybaczy – wybuchnęła Czerska – ale... 

–  Wiem doskonale –  wzruszyła  ramionami  Magda –  że mój mąż bywa codziennie w 

Borychówce. 

– Więc nie czatuję na nikogo po drogach! 

– Cóż za różnica: po drogach, czy w domu?... Kobieta w pani wieku... Chociaż naprawdę 

jest pani znacznie młodsza i ładniejsza, niż mogłabym sądzić z tego, co mi mówił Ksawery... 
Miłe rozczarowanie. Mój drogi! Znajduję, żeś zupełnie niesłusznie nazwał panią podtatusiałą 
sawantką. 

– Magdo! – jęknął Ksawery. 

– Czy powtarzam nieściśle? – zwróciła się doń najwynioślej, jak umiała. 

– Doprawdy... Magduś... Nic podobnego... A poza tym ta cała scena... 

– Wyszpiegowała nas pani – zaczęła pani Mira. 

Magda jej przerwała: 

– Bynajmniej. Myli się pani bardzo. Stało się to tylko dzięki przypadkowi. Przykro mi, że 

popsułam państwu humory. Naprawdę to drobiazg. Jeżeli pani Ksawery nadal jest potrzebny 
do posług w łóżku, proszę bardzo. Nie ma czego się krępować. Mnie to nie zawadza. 

– Jak pani śmie! – krzyknęła Czerska. – Wypraszam sobie ten rzeźnicki styl. 

– Rzeźnicki? Zapewne. Wśród rzeźników takie damy jak pani, nazywają lafiryndami! – 

wypaliła Magda. 

Ksawery w samą porę skoczył między obie kobiety, gdyż pani Czerska rzuciła się ku 

Magdzie. 

– Na miły Bóg! – wołał szeptem, chociaż nikogo nie było przynajmniej w promieniu pół 

kilometra. – Na miły Bóg, uspokójcie się!... – To straszne! 

–  Jestem   zupełnie   spokojna,   mój   zacny   mężu   –  odpowiedziała   Magda.   –  To   twoja 

kochanka... 

– Magduś!... 

background image

– ...to twoja kochanka zachowuje się dość nieetycznie. Aż dziwię się, że przy twojej pasji 

dobrego   tonu   nie   nauczyłeś   jej   odpowiedniej   formułki   towarzyskiej   na   podobną   okazję. 
Podnieś pani płaszcz! Nie zapominaj się, mój zacny mężu. Jak to mówisz?... Że prawdziwy 
gentelmen w każdej okoliczności. 

Ksawery rzeczywiście nie opuszczając cugli, pochylił się do leżącego na ziemi płaszcza, 

lecz pani Mira z wściekłością podniosła płaszcz sama. 

– Magduś – błagalnie zawołał Ksawery. – No, po co to wszystko... No trudno, stało się... 

– Ależ ja nie robię ci żadnych wymówek. Proszę bardzo. Bądź łaskaw nie przeszkadzać 

sobie.   Jeszcze   raz   przepraszam,   że   zakłóciłam   państwu   sielankę...   Do   widzenia!...   Do 
widzenia!... 

Skinęła dwa razy głową i nie oglądając się zawróciła w stronę Wysokich Progów. W 

głowie jej szumiało, a serce tłukło się nieprzytomnie w piersiach. Była półprzytomna. Całą 
siłę woli skupiała, by iść prosto z podniesioną głową. 

Szła tak dobrych pięć minut, gdy usłyszała za sobą tętent. 

Ksawery dopędził ją, zeskoczył z konia i przez chwilę szedł obok w milczeniu. I Magda 

nie   odzywała   się.   Zdążyła   już   opanować   się.   Wprawdzie   jeszcze   teraz   z   przyjemnością 
spoliczkowałaby tę nędzną kreaturę, ale postanowiła za wszelką cenę nie wychodzić z obranej 
roli i postępować rozsądnie. 

–  Wiem –  zaczął Ksawery –  że byłem nieuczciwy! Tak... Przyznaję się, niepotrzebnie 

ukrywałem przed tobą, że zaglądam do Borychówki... Niepotrzebnie tam zaglądałem w ogóle, 
ale zapewniam cię, że zdarzało się to rzadko, bardzo rzadko, a poza tym nie zdradziłem cię 
ani razu... 

– Kłamiesz – odpowiedziała spokojnie. 

Ksawery zrobił szybki krok, by ją wyprzedzić, zatrzymał się i zrobił uroczystą minę: 

– Więc daję ci na to słowo honoru! 

– Kłamiesz – powtórzyła Magda, idąc dalej i nie patrząc nań wcale. 

Świetnie znała tę jego sztuczkę i ten ton: ilekroć kłamał w rzeczach ważniejszych, stale 

się nim posługiwał. 

– Nie wierzysz mi? – zapytał gorzko. 

– Przestań grać komedię – wzruszyła ramionami. 

– Ach! Więc ja gram? – zaśmiał się tragicznie. Umilkł, a po dłuższej chwili powiedział: 

– Jesteś niesprawiedliwa. Więc, przypuśćmy, że rzeczywiście popełniłem w stosunku do 

ciebie... podłość, ale... 

–  Och, podłość to zbyt mocne słowo, mój drogi. Ciebie nawet w złym nie stać na nic 

wielkiego. Po prostu, zrobiłeś świństwo, świństwo... 

–  No dobrze, ale przecież wiesz, że ciebie tylko, jedną ciebie kocham!... Przecież nie 

potrafisz temu zaprzeczyć! Popełniłem błąd, przyznaję. Lecz chcę odpokutować. Wierz mi, 
Magduś, że mam wprost potrzebę ekspiacji. Pragnę dać ci dowód, że każdą pokutę z twojej 
ręki przyjmę. 

background image

Zrobił pauzę i zakończył: 

– Jeżeli tego zażądasz... palnę sobie w łeb. 

Magda spojrzała nań obojętnie: 

– Pokutę?... Owszem. Wydaje mi się, że najodpowiedniejszą pokutą dla ciebie będzie... 

– Przyjmę każdą. 

– ...będzie obowiązek codziennego bywania nadal u tej pani. 

– Chyba żartujesz?... – żachnął się. 

– Dlaczego? 

– Więcej tam moja noga nie postanie. Daję ci na to... 

– Tylko bez honoru, proszę cię. 

– Więc przysięgam ci. 

– Niepotrzebnie. Zapewniam cię, mój drogi, że to mi wcale nie przeszkadza. Używaj na 

zdrowie... 

– Ach – wybuchnął – nie wiedziałem, że tyle złości siedzi w tobie, że potrafisz być tak 

bezwzględna dla człowieka, który cię ubóstwia. 

Doszli  właśnie  do  parkanu  otaczającego  park  i  Magda,  odsunąwszy  zbutwiałą   deskę, 

weszła do środka. Ksawery prowadząc konia, musiał okrążyć park, gdyż z tej strony furtki nie 
było. 

Nim znalazła się przed pałacem, Ksawery zdążył już dojechać i oddać konia. Czekał na 

nią przed drzwiami. Minę miał ponurą i skruszoną. 

– Nie zechcesz ze mną pomówić? – zapytał. 

Potrząsnęła głową: 

– Zaoszczędź mi tego. Zresztą nie mamy nic do mówienia. 

– A... a... co zamierzasz zrobić? 

– Ja?... – spojrzała mu prosto w oczy. – A cóż zdaniem twoim powinnam zrobić? 

Chwycił jej ręce i zaczął całować. Nie broniła mu, miała dłonie bezwładne, obojętne. 

Ksawery szeptał: 

– Przebacz mi, przebacz, jedyna, najdroższa!... Całym życiem nie odpłacę ci się za to, ale 

przebacz... Ja wiem, że nie zasłużyłem na to, ale przebacz... 

Słuchała   tego,   jak   pustych   dźwięków.   Widziała,   że   Ksawery   mówi   szczerze,   że   ma 

najlepsze chęci, ale – nic to już jej nie obchodziło. 

Ogarnęła okiem gazon, grabową aleję, pałac i odpowiedziała drewnianym głosem: 

– Dobrze. Przebaczam. 

Chciał ją objąć w nagłym porywie radości i wzruszenia, ale ona spokojnie odsunęła jego 

ręce: 

background image

– Muszę iść zrobić rachunki, przepraszam cię. 

I zostawiła go samego przed drzwiami. 

Ksawery na cały szereg dni zmienił się nie do poznania. Czuł się winnym wobec Magdy i 

wszelkimi sposobami starał się odzyskać jej uczucie. Rozumiał, że przebaczyła  mu nie z 
serca, ale z przekonania. Irytowało go to, lecz zły humor spędzał na całe otoczenie, zaś wobec 
Magdy   był   milszy   i   serdeczniejszy,   niż   nawet   w   pierwszych   tygodniach   po   ślubie.   Nie 
zaniedbał   niczego,   by   się   jej   przypodobać.   Wstawał   znowu   sam   do   obroków,   pilnował 
osobiście dostawy, doprowadził do porządku książki gospodarskie, a jeżeli wyjeżdżał z domu, 
to   tylko   do   urzędu   skarbowego,   lub   do   starostwa,   i   po   powrocie   zdawał   szczegółowe 
sprawozdanie, powołując się na świadectwo stangreta, by Magda mogła mieć pewność, że nie 
tylko w Borychówce nie był, lecz i w ogóle nie zaglądał nigdzie, gdzie by Mirę mógł spotkać. 

W   Wysokich   Progach,   gdzie   nikt   o   niedawnym   zajściu   nie   wiedział,   zachowanie   się 

Ksawerego wzbudzało  ogólne zdziwienie.  Natomiast  Magda nadal przyjmowała  wszystko 
obojętnie. Stała się milcząca i oschła, w stosunku do służby wymagająca jeszcze bardziej i 
jeszcze bardziej apodyktyczna. W tym okresie cała władza bezapelacyjnie przeszła w jej ręce. 
Już nawet pani Aldona nie ośmielała się wydawać żadnych dyspozycji i jeżeli sama chciała 
dokądś   pojechać,   wysyłała   służącego   do   pani   dziedziczki   czy   i   które   konie   może   kazać 
zaprząc.  W  razie  uchybienia   tej   władzy  Magda  z   całym   naciskiem  umiała   podkreślić   jej 
prawa, a Ksawery, który nigdy o władzę nie był zazdrosny, teraz, pragnąc przypodobać się 
żonie, umyślnie przy każdej sposobności zaznaczał, że najwyższą instancją jest Magda. 

Tak   układały  się  stosunki,  gdy do  Wysokich   Progów  na  kilkudniowy  pobyt  zjechała 

panna   Klementyna   z   Radzieńca.   Dzięki   bystrości   swej   i   spostrzegawczości   szybko 
zorientowała się w sytuacji i niemal od razu zajęła wobec Magdy najżyczliwsze stanowisko. 
Lekceważąc siostrę, jej męża uważając za maniaka, a Ksawerego za półgłówka, nie ukrywała 
swego   uznania   dla   Magdy.   Przeprowadziła   iście   inspektorski   przegląd   gospodarstwa,   a 
chociaż oczywiście wiele znalazła usterek i braków, nie żałowała i pochwał. 

Ujęta tym Magda, patrzyła w pannę Klementynę, jak na wzór do naśladowania, a że już 

przedtem   szerokie   w   tym   kierunku   żywiła   ambicje,   łatwo   przejęła   się   poglądami   panny 
Klementyny   na   rolę   kobiety   ziemianki:   oszczędność,   laboratoryjny   porządek,   handlowa 
kalkulacja,   reprezentacyjność   umiarkowana,   dyscyplina   bezwzględna.   Tylko   w   takiej 
atmosferze mogą być kultywowane czyste obyczaje i ład moralny, i stare cnoty szlacheckie. 

–  Zwłaszcza teraz –  mówiła panna Klementyna –  gdy ma pani zostać matką, dać życie 

nowemu dziedzicowi starego nazwiska, należy uprzątnąć tutejsze życie z wszelkich śmieci. 
Naturalnie,   póki  żyje   moja  siostra  i  jej  nieszczęśliwy  mąż,  nie  będzie  to  możliwe   w  stu 
procentach. W każdym razie trzeba w miarę możliwości odgrodzić ich w ich rezerwacie i 
uniemożliwić jakikolwiek wpływ na dziecko. 

Magda   przyznawała   pannie   Klementynie   zupełną   rację,   a   bolał   ją   tylko   lekceważący 

stosunek ciotki do Ksawerego. Oceniała go sama bardzo nisko, żywiła do niego głęboki i nie 
dający się usunąć żal, a jednak pragnęła za wszelką cenę, by Ksawery w oczach innych ludzi 
nie uchodził za snoba, ani za głupca. Przyznawała mu też głośno wszystkie te zalety, które 
bezprzecznie i dla wszystkich oczywiście posiadał. Nie mówiła tylko jednego: że dla niej nie 
przedstawiały już one żadnej wartości. 

Traktowała   go   uprzejmie,   dość  chłodno,   ale   życzliwie.   Usiłowała   nawet   wzbudzić   w 

sobie wdzięczność za jego dobrą wolę, chociaż wiedziała, że jest ona wynikiem nie tyle 
skruchy, ile nieumiejętności znoszenia zimnej atmosfery w domu. Pomimo pozorów męskości 
charakteru, był słaby i miękki. 

background image

Gdy  doszło   między   nimi   znowu,   któregoś   dnia   po  wyjeździe   panny   Klementyny,   do 

rozmowy na ten, wciąż wiszący w powietrzu temat, nawet rozpłakał się. 

Było to tak. 

Wczesnym   rankiem   Magda   na   dziedzińcu   folwarcznym   przyłapała   jakiegoś   obcego 

wyrostka,   który   na   jej   widok   zaczął   rejterować.   Wobec   tego   jednemu   z   ludzi   kazała   go 
dopędzić   i,   pomimo   wykrętów,   wydobyła   odeń   list,   który   miał   wręczyć   dziedzicowi, 
koniecznie do rąk własnych. List był z Borychówki. 

Magda znalazła Ksawerego w kuźni i wywoławszy go, podała mu list. 

– Przyniósł chłopiec z Borychówki – powiedziała bez żadnej intonacji. 

Ksawery zaczerwienił się i cofnął ręce za siebie. 

– Nie chcę go. 

– Cóż za dziecinada – wzruszyła ramionami. Weź. 

– Nie chcę. Spal, wyrzuć, przeczytaj; zrób, co chcesz. Ja w ogóle tego listu nie wezmę do 

ręki. 

Magda spojrzała nań uważnie i powiedziała podstępnie: 

– Czemu właśnie tego listu nie chcesz, skoro inne z tejże Borychówki odbierasz, a nawet 

na nie odpisujesz? 

Był to tylko domysł, ale Ksawery nie połapał się i żarliwie zaprzeczył: 

– Nieprawda! Nie odpisałem na żaden! 

– Ale otrzymałeś i czytałeś. Nie róbże wyjątku. 

Ksawery wziął list, zawahał się chwilę i nagłym ruchem przedarł go na połowę. Rozejrzał 

się, jakby szukając miejsca, gdzie by wyrzucić i schował do kieszeni. 

–  Niepotrzebnie   przedarłeś   –  obojętnie   zauważyła   Magda   –  będziesz   musiał   składać 

kartki do czytania. 

– Ach, więc myślisz, że dlatego?... 

Wyjął i podarł na drobne strzępy. 

– Posłuchaj no Wery – powiedziała Magda. – Jest między nami pewne nieporozumienie. 

Tobie się zdaje, że ja mam coś przeciw twoim stosunkom z panią Czerską. Bardzo się mylisz. 
Owszem.   Uważam,   żeś   powinien   nie   zapomnieć   o   niej.   Kilkuletnie   uczucia   mają   swoje 
prawa. A poza tym, rozumiem, że przebywanie ze mną może cię nudzić. Ja nawet gimnazjum 
nie skończyłam, zaś pani Mira jest kobietą wykształconą, doktorem filozofii. To też dużo 
znaczy. 

– Nie drwij ze mnie – przerwał wzburzonym głosem – czy znajdujesz specjalną rozkosz 

w znęcaniu się nade mną? Ja ze skóry wyłażę, żeby ci było najlepiej... Doktor filozofii?... Czy 
mnie potrzebne czyjeś wykształcenie!? Otóż, powiem ci, że odwrotnie. Ona zamęczała mnie 
zawsze swoją mądrością. Sto tysięcy razy wolę ciebie! Milion!... 

– Doprawdy, niezasłużony zaszczyt. 

–  Niezasłużona przede wszystkim ironia –  powiedział drżącym głosem. W oczach miał 

background image

łzy. 

– Masz rację – powiedziała łagodnie – przepraszam cię za mój ton. 

To go rozczuliło. Stali za węgłem obory gdzie nikt ich nie mógł  widzieć i Ksawery 

rozpłakał się na dobre: 

–  Ty nawet nie wiesz, jak ja cierpię –  mówił, ocierając oczy chusteczką –  nawet nie 

przypuszczasz... No cóż, nie będę cię okłamywał... Rzeczywiście, bywałem w Borychówce i 
ciągnęło mnie tam... Czy ja wiem może przyzwyczajenie, może po prostu chęć rozerwania 
się... Ona, widzisz, zna mnie od dawna, i całą okolicę, i wie, że interesuję się tym, co gdzie 
słychać, kto się z kim żeni, czy rozwodzi, czy ma romans... Ja nie umiem ci tego wyjaśnić, bo 
my nigdy o tych rzeczach nie rozmawiamy ze sobą. Ty ich nie lubisz, nie obchodzą cię. Tylko 
mnie źle nie zrozum... Przecież jej cała wiedza tylko mnie męczy, ale ona... Przysięgam ci, że 
jej nie kochałem nigdy... 

Magda   niewiele   z   tych   wyznań   zrozumiała.   Wyłowiła   z  nich   tylko   jeden   zarzut   pod 

swoim adresem: nie umie zaciekawić się plotkami towarzyskimi. 

Zastanawiała   się   nad   tym   długo,   przypominała   sobie   różne   rozmowy,   wizyty   w 

sąsiedztwie   i   przyjazdy   gości.   Rzeczywiście,   nudziła   się   prawie   zawsze,   gdyż   głównym 
tematem rozmów, tematem, przy którym od razu ożywiał się nastrój Ksawerego i wszystkich, 
przy którym nawet pan Michał nie szukał pretekstu ucieczki do swojej pracowni, były plotki 
towarzyskie. Przynajmniej Magda tak to nazywała. 

Nigdy nie umiała przejąć się ani zainteresować faktem, że ktoś się żeni, wydaje córkę, lub 

rozwodzi, że tak, a nie inaczej przeprowadza działy majątkowe, że tak się nazywała jego 
babka   z   domu,   że   taki   miała   posag   czyjaś   żona,   że   tak   idą   koligacje   i   pokrewieństwa. 
Nazwiska i nazwy majątków nic jej nie mówiły. Nie znała tych ludzi, a wiedząc, że i nikt z 
osób, tak szczegółowo zajmujących się ich sprawami, też osobiście ich nie zna, wprost pojąć 
nie mogła, dlaczego z takim namaszczeniem, z taką zawziętością i erudycją rozprawiają o 
obcych sobie ludziach. 

Najważniejsze sprawy podatków, ustaw rolnych, ba, wojny i kataklizmy, jak i najbliższe 

kwestie rodzinne – wszystko to schodziło w kąt wobec tego, że jakaś panna Szementówna z 
Toroczewicz   na   Wołyniu   wychodziła   za   jakiegoś   Misia   Stolyhwę   z   Bieraczyc   w 
Poznańskiem, chociaż nikt z obecnych na oczy ich nie widział. 

Mieszkańcy i goście Wysokich Progów wprost pasjonowali się tymi sprawami i mówili o 

nich tak, jakby najbliżej ich dotyczyły. Zdawało się, że na pamięć każdy i każda wyliczyć 
mogą  wszystkie   nazwiska  ziemiańskie   i  wszystkie  majątki  w   całej  Polsce,   oraz  wszelkie 
pokrewieństwa i koligacje. 

Dla Magdy był to chaos nazwisk i informacji obcych, obojętnych, drażniących już tym, 

że się nie mogła w nich zorientować, podczas gdy dla nich wszystkich samo czyjeś imię 
wystarczyło, jako powód do ogólnego śmiechu, czy oburzenia, lub też do długich sporów. 

Podczas podobnych rozmów Magda czuła się najbardziej obco. Co więcej, zdawało się 

jej, że umyślnie ten temat wybierano, by dać jej odczuć, że ona w tym środowisku znalazła się 
przypadkowo i niepotrzebnie. Toteż kilkakrotnie próbowała okazać zainteresowanie i pytała o 
to lub owo, lecz potem czuła niesmak i niechęć do samej siebie. Ich wszystkich zaś zdawało 
się   irytować   to,   że   Magdzie   nie   imponują.   W   tonie   Ksawerego   często   wyławiała   nutki 
zniecierpliwienia, gdy przerywała mu jakieś wywody o koligacjach. 

Nigdy   jednak   nie   okazał   jej   tego   zbyt   wyraźnie.   W   ogóle   swoją   delikatnością 

background image

wynagradzał w znacznej mierze inne cechy. 

Spadły   pierwsze   dość   późne,   ale   za   to   obfite   śniegi.   Za   radą   lekarza   Magda   miała 

wyjechać na kilka dni do Warszawy. Przy sposobności zamierzała załatwić szereg spraw i 
interesów,   a   przede   wszystkim   doprowadzić   do   końca   pertraktacje   dotyczące   sprzedaży 
Karczówki. 

Ksawery w tym celu przygotował dla niej plenipotencję. Nie zdziwiła się, że wolał zostać 

w Wysokich Progach, a na pożegnanie powiedziała mu: 

– Trochę odpoczniesz od mojego towarzystwa. 

– Jak możesz tak mówić! – zawołał ze zbyt skwapliwym oburzeniem. 

– No, dobrze, dobrze. Baw się wesoło. 

– Jeżeli chcesz, to będę ci towarzyszył – zaofiarował się natychmiast. 

– Nie, dziękuję ci, do widzenia. 

– Do widzenia, jedyna. 

W Warszawie od czasu swego zamążpójścia Magda bywała rzadko. Codzienne zajęcia 

nie pozwalały na zbyt częste wyjazdy, ani na zbyt długi pobyt poza domem. 

Teraz postanowiła spędzić w stolicy przynajmniej tydzień. 

Przede wszystkim odwiedziła znanego ginekologa, który orzekł, że wszystko zapowiada 

się normalnie, potem widziała się z dyrektorem Stęposzem. Na szczęście Bank Wschodni 
zdecydował się ostatecznie na kupno Karczówki. Rozmowy z adwokatami, wizyty u rejenta i 
różne formalności pochłonęły kilka dni. Potem dopiero Magda odpoczęła i zaczęła załatwiać 
zakupy. Postanowiła też odwiedzić dawnych znajomych ze "Złotej Maski". Wszyscy oni byli 
rozproszeni. Teatry rewiowe albo przestały istnieć, albo zeszły na psy. Większość kolegów 
znalazła przytułek w pomniejszych teatrach dramatycznych, niektórzy wyjechali do różnych 
miast.   Siostry  Stelli  otworzyły   własną  szkołę  baletową  w  tym   lokalu,   w  którym  niegdyś 
uczyła się Magda u pani Iwony. 

Bończę też tam spotkała, gdyż wykładał u sióstr Stelli historię tańca. 

Nawet nie przypuszczała, by spotkanie to mogła przyjąć tak obojętnie. 

Gdy zwrócił się do niej po imieniu, powiedziała spokojnie: 

– Mój Boże, to takie dawne czasy... Sądzę, że wygodniej nam będzie, nam obojgu, mówić 

do siebie na pan i pani. 

Rozmowa z Bończą i jeszcze z kilkoma kolegami teatralnymi jeszcze głębiej przekonała 

Magdę, że nic ją z tym światkiem nie łączy. Ten rozdział przeszłości minął, nie zostawiając 
najmniejszej niteczki, która by z nią Magdę łączyła. 

Jadąc do Warszawy, tłumiła myśl odwiedzenia ojca i siostry. Nie miałoby to żadnego 

sensu.   Przede   wszystkim   wiedzieli   o   niej   wszystko,   lub   prawie   wszystko   przez 
Biesiadowskiego. Gotowi by przypuszczać, że przypomniała sobie o nich tylko po to, by 
pochwalić się, by zadrzeć nosa i pokazać tym, co jej się wyrzekli, że przecież sama zaszła 
wyżej, niż mogli marzyć, tym, co ją odepchnęli, jako zwichniętą, zaimponować teraz swoim 
jaśnie państwem. 

A   Magda   bynajmniej   tego   nie   chciała.   Nie   chciała   wystąpić   przed   ojcem   z   miną 

background image

wyższości, nie chciała go ani upokorzyć,  ani zmusić do wyrażenia żalu, że tak źle z nią 
postąpił. Jednak im dłużej siedziała w Warszawie, tym lepiej zdawała sobie sprawę, że po to 
tylko tu siedzi, by zdecydować się na wizytę u ojca. Wciąż silniejsza ogarniała ją tęsknota, aż 
pewnego wieczoru, podniósłszy wysoko kołnierz swego futra, weszła do tak dobrze znanej 
bramy.  Nic się tu nie zmieniło. Tak samo mętna żarówka opleciona drutem sterczała nad 
wejściem na schody, tak samo na schodach było brudno i ciemno. Nawet drewniane stopnie 
między   drugim   i   trzecim   piętrem   trzeszczały   i   chwiały   się   tak   samo.   Zadzwoniła.   W 
przedpokoju usłyszała  szybkie  męskie  nieznajome  kroki. Drzwi uchyliły  się i dopiero po 
głosie go poznała, był to pan Kamionka, mąż Adeli. 

– Kto? Do kogo?... – zapytał, natężając wzrok. 

– Dobry wieczór, panie Edmundzie. Nie poznaje mnie pan? 

Kamionka cofnął się: 

– Panna Magdalena... Pani Magdalena – poprawił się. Proszę... Przepraszam bardzo... 

Weszła za nim. Był w marynarce, bez kołnierzyka i krawata. Na ich miejscu świeciła się 

złocona główka spinki. Utył bardzo, przez prawy policzek biegła szeroka różowa blizna. 

– Przepraszam bardzo – jąkał się. – Nie spodziewaliśmy się... 

– Dobry wieczór – podała mu rękę. 

– Moje uszanowanie – pocałował z rozmachem i szastnął nogą. 

– Ojca nie ma? 

– Nie ma proszę pani... Ale pewno niedługo wróci. 

– A Adela? 

– Adela jeszcze w jatce. Proszę bardzo... Proszę... 

Weszła do pokoju. I tu nic się nie zmieniło, tylko abażur na lampie był nowy. 

Kamionka   odsunął   krzesło,   wytarł   je   dłonią   i   podał   Magdzie.   Pomału   odzyskiwał 

swobodę: 

– Prędzej bym się nagłej śmierci spodziewał... Jak pragnę Boga... Taka niespodzianka. 

– Jakże, zdrowi wszyscy? – zapytała. 

– A zdrowi. Dziękuję. Pani też wygląda, można powiedzieć, jak się należy. 

– A, jak się powodzi?... 

Kamionka skrzywił się: 

– Ciężkie czasy. Ludzie poszczą, nabożniejsi się porobili. 

– Jak to? – nie zrozumiała żartu. 

– A no, mniej mięsa konsumują. Kryzys. Opchnie jeden z drugim byle co. Lepsze gatunki 

wcale nie idą. 

– Tak... To ojciec musi martwić się – westchnęła. 

Przyglądała się Kamionce. Zmienił się bardzo. Co się z tego ładnego chłopca zrobiło. 

background image

Utył, rozrósł się, oczy mu tłuszczem zapłynęły i ruszał się teraz jakoś niezdarnie. 

Nagle w sąsiednim pokoju rozległ się płacz dziecka. 

– Co to? – zerwała się Magda. 

– Aaa – zaśmiał się. – To przychówek. Znaczy się niby moja córeczka. 

– Córeczka? Co pan mówi. Można zobaczyć? 

W dawnym panieńskim pokoiku Magdy stały teraz dwa ogromne jesionowe łóżka, a w 

nogach zielony wózek dziecinny. 

– Boże! – zawołała Magda, pochylając się nad czerwoną małą twarzyczką, wynurzającą 

się z białej, obszytej koronkami poduszki. 

– Zofia jej na imię – objaśnił Kamionka. 

– Jakie cudne maleństwo. Ileż ono ma? 

– Ano za tydzień akurat wypadnie cztery miesiące, jak Adela porodziła. 

Magda przyglądała się dziecku i łzy napływały jej do oczu. 

– Czy poród był lekki? – zapytała. 

–  Było tam trochę strachu, ale szczęśliwie się skończyło. Adelka już na czwarty dzień 

poszła do sklepu. 

– Tak prędko? 

– Trzeba pilnować interesu. 

– Wyobrażam sobie jak musicie oboje być szczęśliwi. Takie cudne maleństwo. 

Kamionka zaśmiał się: 

– Dziecko, jak dziecko, a my owszem. Nie narzekamy sobie. Żeby nie to, że Adelka... 

– Może chora? 

– Nie tam, zdrowa. Tylko, że jej zupełnie, proszę pani, w głowie się przewróciło. 

– Pod jakim względem? 

– Całkiem bez żadnego względu. Wciąż jej się zdaje, że ja nic innego nie robię, tylko za 

kobitami latam. Ani mnie to w głowie, a ona wciąż tylko podejrzewa i beczy niewiadomo 
czego. 

Magda spojrzała nań uważnie: 

– Aha – powiedziała tylko. 

– A jak pragnę Boga – uderzył się w piersi. – Wcale się takimi rzeczami nie zajmuję. I do 

kogo mam chodzić?... Do takiej Kowalszczanki?... Prosta dziwka jest, bez żadnej ogłady... 
Babska zazdrość tylko. 

Wzruszył ramionami i zaśmiał się krótko. 

–  Był  czas –  zaczął znowu. –  Był  czas, że była taka jedna, za którą bym  i w ogień 

skoczył... Ale nawet na mnie spojrzeć nie chciała... I pewno. Nie ja byłem dla niej... 

background image

Wlepił w Magdę swoje źrenice, które po dawnemu wydały się jej straszne. 

– Chodźmy – powiedziała. – Zaczekam na ojca i na Adelę. 

Usiedli w pierwszym pokoju przy stole i Kamionka westchnął: 

– A pani Magdalena to wciąż piękniejsza... Ech... Pani to umiała sobie życie urządzić. Co 

my, proste ludzie. W wejściowych drzwiach zgrzytnął klucz. 

– O, jest Adela – powiedział obojętnie i krzyknął: 

– Adelka, a chodź ino! Gościa mamy... 

– Pan Kwiatkowski?.. – zawołała zasapanym głosem Adela. – A to dobrze. Tylko buty ze 

śniegu obtrząsnę. 

– Chodź ino, chodź, nie Kwiatkowski. 

Drzwi uchyliły się i Adela w nich skamieniała: 

– Jezus, Maria! – wyszeptała – Magda! 

Rzuciły się sobie w objęcia i obie zaczęły płakać. Od Adeli czuć było mdłym zapachem 

jatki   i   pieluszkami.   Schudła   i   postarzała   bardzo.   Wyglądała   tak   staro,   jak   matka,   kiedy 
umierała. 

Czy ja też tak zbrzydnę po porodzie? – przebiegło przez głowę Magdy. 

Tymczasem   Adela   zdjęła   palto   i,   usiadłszy   tuż   przy   siostrze,   przyglądała   się   jej   z 

rozczuleniem, zachwytem i podziwem. 

Długo nie mogła zdobyć się na żadne pytanie. 

– Jakże ci, Magduś – wykrztusiła wreszcie. – Jesteś szczęśliwa? 

– Owszem – odpowiedziała Magda z bladym uśmiechem. 

– To chwała Bogu, chwała Bogu... Ślicznie wyglądasz, ślicznie. 

– Tak sobie... 

– A widziałaś moją kruszynkę? 

– Widziałam, pan Edmund mi pokazywał. Jest rozkoszna. 

Adela   pomimo   to   pobiegła   do   drugiego   pokoju   i   wróciła   z   wózkiem.   Czerwona 

twarzyczka niemowlęcia skrzywiła się w płaczu. 

– Światło w oczy bije. Po co taskasz bachora – ostro odezwał się Kamionka. 

Na schodach rozległo się donośne chrząkanie i wszyscy przycichli. 

– Zabieraj bachora – półgłosem zakomenderował Kamionka. 

Adela   pośpiesznie   wypchnęła   z   pokoju   wózek,   a   Magda   wstała.   Niewypowiedziane 

wzruszenie zacisnęło jej gardło. I niepokój: Jak ją ojciec powita?... Co powie?... Nie umiała 
tego bliżej sobie określić, ale w swojej obecności wyczuwała coś nieodpowiedniego... Może 
niepotrzebnie ubrała się w to drogie futro?... Niepotrzebnie się uperfumowała... Ojciec perfum 
nie lubi. A może należało go w ogóle o swoim przyjściu uprzedzić... Znajdzie ją tu już w 
komitywie z Adelą i Edmundem, i z tymi sprzętami, i z tym domem, w którym nie chciał jej 

background image

mieć nawet wtedy, gdy już była znaną aktorką... 

Teraz wprawdzie to całkiem coś innego. Na palcu nosi obrączkę, ma zostać matką, jest 

żoną wielkiego pana... 

–  Tak, tak tamto pierwsze trzeba podkreślić, lecz broń Boże, nie zranić jego ambicji... 

Niech mu nawet do głowy nie przyjdzie, że wynosi się ponad niego... 

Pan Nieczaj otworzył drzwi, zrobił krok naprzód i zatrzymał się. Jego ogromna czerwona 

twarz   nie   zmieniła   się   zupełnie.   Tak   samo   była   poważna,   jakby   gniewna,   nabrzmiała, 
zdawałoby się tryskająca nadmiarem krwi. Ale ramiona nieco się pochyliły, brzuch wyrósł i 
zarysował się ociężale, a na głowie i wąsach przybyło siwych włosów. 

Widok   Magdy   zdziwił   go   i   w   pierwszej   chwili   to   jedno   dostrzegła   w   jego   małych 

bystrych oczach. 

Zbliżyła się doń i powiedziała: 

– Tatku, to ja... 

Zrobił ruch, jakby się chciał cofnąć, lecz ona chwyciła jego rękę i zaczęła pokrywać 

gorącymi pocałunkami. 

– Tatku... tatku – powtarzała, nie mogąc zahamować łez. 

– Magda – powiedział cicho. 

– Ja, tatku. Nie gniewaj się na mnie, że przyszłam... 

Adela i jej mąż na palcach wycofali się do swego pokoju i przymknęli za sobą drzwi. 

–  Przyjechałam  na  kilka dni  i musiałam  tatkę  zobaczyć  –  mówiła  Magda, wciąż  nie 

puszczając ręki ojca. 

Boże! Ileż dałaby teraz za to, by ją pogładził po głowie, by chociaż dłoń na jej ramieniu 

położył... Ale pan Nieczaj stał nieruchomo. 

– Widzisz – odezwał się po chwili. – Powiadasz, że musiałaś... Zawsze tak. Tylko o sobie 

myślisz.   Nie   zastosowałaś   się,   że   zakazałem   ci,   że   dla   mnie   może   za   ciężko   patrzeć   na 
rodzoną córkę, co wyparła się i ojca, i domu... 

– Tatku... 

– No, trudno! Taka twoja natura. Nie wdałaś się w rodziców... 

Westchnął, uwolnił rękę z rąk córki i ciężko usiadł przy stole. 

Zapanowało długie milczenie. Magda otarła łzy i zapytała: 

– Tatko wie, że wyszłam za mąż?... 

– Wiem – skinął głową. 

– A teraz spodziewam się dziecka – dodała z odcieniem dumy. 

Była pewna, że w oczach ojca to ją jeszcze bardziej zrehabilituje, niż małżeństwo. Ale 

pan Nieczaj podniósł brwi: 

– Niby czyjego dziecka? 

background image

– Jak to czyjego, no, mojego! – zdziwiła się. 

Potrząsnął głową: 

– Nie. To nie będzie twoje dziecko, choćbyś je w największym bólu rodziła. To będzie 

ich dziecko. 

– Jak to ich? 

– Ich, tych panów, tych arystokratów. Ty im tylko wysługę robisz. Głupia jesteś, to tego 

nie rozumiesz, ale jak to dziecko podrośnie to sama zobaczysz. Wstydzić się będzie przed 
swoimi, że jego matka to rzeźnicka córka. Wtedy dowiesz się, czyje to dziecko... 

Zniżył głos i dodał: 

– Taka dla ciebie będzie kara, żeś się tej jatki wstydziła i ojca rzeźnika. 

– Co też tatuś mówi, ja się wcale nie wstydziłam... 

Ogarnęło ją przerażenie, że ojciec może mieć rację, że to maleństwo, noszone teraz pod 

sercem, kiedyś może się jej wyprzeć, wstydzić, może znienawidzieć. 

– Tak, Magda – ciągnął pan Nieczaj – na świecie nic nie ginie. 

Chrząknął i umilkł, a po chwili zapytał: 

– No, i jakże ci tam? 

Chciała przekonać i ojca, i siebie, że wszelkie obawy są bezpodstawne: 

– O, bardzo dobrze – zaczęła mówić żywo. – Bardzo. Jestem szczęśliwa. Mój mąż mnie 

kocha, jest dla mnie dobry. Jego rodzice też. Krewni tak samo. Wszyscy. Dbają o mnie... 
Ufają. Przecież ja tam wszystkim rządzę. Pracuję bardzo dużo, ale za to oni są mi wdzięczni... 

– Tak – przerwał pan Nieczaj. – To oni. A ty?... 

– Ja? – zaniepokoiła się Magda. 

– No, tak, czy ty jesteś wśród nich szczęśliwa? 

Magda przełknęła ślinę i powiedziała jak najbardziej przekonywująco: 

– Pewno, że jestem szczęśliwa. 

– Ha, daj ci Boże – mruknął pan Nieczaj. 

– Czemuż nie mam być szczęśliwa?... Każda byłaby szczęśliwa. Co ja byłam?... Biedna 

dziewczyna, aktoreczka. A teraz jestem panią dużego majątku. Wielką panią. Czyż to nie 
szczęście?... 

Ojciec nie przytaknął, a jego mina wyrażała powątpiewanie. Czyżby w swoim uporze nie 

rozumiał,   że   zrobiła   wielką   karierę,   o   jakiej   córka   zwykłego   rzeźnika   nawet   marzyć   nie 
mogła?... 

Postanowiła przekonać go za wszelką cenę: 

–  Mieszkamy w ogromnym  pałacu. W całej Warszawie nie ma  takiego. A w środku 

urządzenie, jak w Zamku. Dywany,  wspaniałe meble, samego srebra jest na sześćdziesiąt 
osób! Różni goście, to wszystko obywatele, dyrektorzy, nawet ministrowie. A obora, prawie 
dwieście krów. Stajnia siedemdziesiąt koni. I to wszystko moje. Tak, moje, bo to Ksawerego, 

background image

a on mi pełną plenipotencję dał. Mogę tatkowi pokazać. Mam to przy sobie... 

Sięgnęła do torebki, lecz pan Nieczaj powstrzymał ją ruchem ręki: 

– Po co, nie trzeba. 

–  A męża takiego też nie każdej uda się zdobyć. Wysoki, przystojny,  młody i pan z 

panów. O, niech tatko zobaczy fotografię. No, niechże tatko zobaczy... 

Pan Nieczaj niechętnie wziął zdjęcie i przyglądał się mu z niezadowoloną miną. 

– Owszem – powiedział po chwili. – Niczego sobie. 

– Więc, widzi tatko, że takie szczęście to nie każdej się trafi... 

Pilnie spoglądała w oczy ojcu, lecz nie mogła z nich wyczytać, czy w duchu przyznał jej 

rację. 

– No, tak – odezwał się po dłuższym milczeniu. Wszystko, co mówisz, wygląda bardzo 

pięknie... Bardzo pięknie... Ja też nie ganię cię, żeś wyszła za mąż. Owszem, to nawet lepiej, 
ale na świecie długo już żyję, niejedną rzecz widziałem, nie nad jedną swoje zastanowienie 
miałem... I tak wiem, że obcy to zawsze obcy. Choćbyś ze skóry, człowieku wyłaził, to i tak 
swoim między nimi się nie staniesz. A co do tych pałaców i wspaniałości... Pewno... Ale 
sercu ludzkiemu nie to drogie, co drogie, a to, co swoje. Mówisz, że wielcy panowie. Ja tam 
całe życie byłem prostakiem, do wielkich państwa nie pchałem się, bo i oni mnie nie chcieliby 
i ja bym ich nie chciał. A nie chciałbym dlatego, że mnie nie pieniądze imponują, ani że tam 
ktoś umie chodzić i parlefransować. Byle łachudra to potrafi. I psa w cyrku na tylnych albo i 
na przednich łapach biegać nauczą. Nie to ma znaczenie, ale to jaki jest człowiek. Choćby i 
najbardziej nosa zadzierał, to mnie nie oszuka. Znam ja ich. Nie ma już tych panów, co 
dawniej... Choć i dawniej też... Pieniądze puszczali, żadnej wiary nie mieli, po knajpach i 
dansingach ich pełno, a później bruki szlifują. Co człowiek do rąk gazetę weźmie, to za 
każdym razem czyta: a tu takiego hrabiego wsadzili do więzienia, a tu drugiego... A jakby i ta 
reszta swoje pieniądze potraciła, to też by się zabrała i do cudzych, i za kraty. Bo Boga w 
sercu nie mają, ani też samego postanowienia w sobie. O! Ale co ja ci będę gadał. I tak nie 
zrozumiesz. 

Machnął ręką i dodał: 

– Miałaś uczciwego człowieka. Chciał się żenić, poszłaś inną drogą. Jak sobie posłałaś, 

tak się wyśpisz. No, a teraz już czasu więcej nie mam. Tak już pożegnaj się i idź z Bogiem. 

Magda próbowała jeszcze przeciągnąć rozmowę.  Pytała o zdrowie ojca, o interesy,  o 

krewnych i znajomych, ale pan Nieczaj odpowiadał niechętnie, zdawkowo, a w końcu wyjął 
swój gruby notes i poślinił ołówek. Trzeba było iść. 

Pocałowała ojca w rękę, weszła na chwilę do siostry i szwagra, którzy nawet nie mieli 

odwagi jej odprowadzić. Już była na schodach o piętro niżej, gdy usłyszała, że na górze drzwi 
się otwierają. Stanęła. 

– Magda! – rozległ się niski, przyciszony głos pana Nieczaja. 

– Jestem – odezwała się. 

– A słuchaj no – jakby się wahał, zatrzymał się ojciec. Gdyby ci tam już bardzo źle było... 

To możesz wrócić. Kąt w mieszkaniu się znajdzie i co do gęby włożyć, a pracy w jatce 
zawsze jest dość... 

background image

– Tatku wybuchnęła płaczem – tatku... 

Wzruszenie nie pozwalało jej mówić. Zawróciła, biegła na górę, chcąc rzucić mu się do 

nóg, ale pan Nieczaj groźnie zamachał rękami: 

– Idź już, idź! Nie ma po co... Idź – i czym prędzej cofnął się do mieszkania, zamykając 

drzwi. 

Oparła się o poręcz schodów i długo zalewała się łzami. W piersiach aż skowyczało z 

miłości do tego surowego, nieszczęśliwego ojca, do tego tyrana... Jakże dobrze wiedziała, co 
za   walkę   musiał   on   przeprowadzić   ze   swym   sumieniem,   ze   swą   despotyczną   naturą,   by 
zdobyć się na takie poświęcenie, by dać przemówić temu odepchniętemu, zbolałemu sercu, 
gdzie zapiekła się krzywda, gdzie, jak nieznośna drzazga, tkwiła szorstka i cierpka, ale jedyna 
miłość dla niej, dla złej, niewdzięcznej córki... 

Tak... Zerwać się i biec do niego! Upaść do kolan, mocno przycisnąć jego grubą rękę. I 

tak już zostać z nim na zawsze, do śmierci, powiedzieć mu, wyszlochać, że kłamała, że 
wszędzie   jest   nieszczęście   i   pustynia,   iż   wszyscy   są   dalecy   i   obcy,   tylko   on   i   to   małe 
mieszkanko, jak jedyna wyspa na wrogim, cudzym świecie, to wciąż jej własne, najbliższe, 
najdroższe... 

Boże! Ileż odczułaby ulgi, jaką cichą i wielką radością krzyczałoby w niej serce! Jak 

błogo, jak słodko odetchnęłaby... 

Więc nie uwierzył jej, jego kochane oczy musiały przeniknąć ją na wskroś. Poznał jej 

cierpienia i smutek... 

– Tatku – zanosiła się łkaniem – tatku... 

I im większe ogarniało ją rozczulenie, tym bliżej była decyzji: wrócić, zaraz, natychmiast. 

Ani obejrzeć się za siebie! Co ją łączy, co wiąże z tamtymi? Z Ksawerym? Przecież nic. 
Nawet nie dziecko, bo i to zechcą jej odebrać. Gdy przyjdzie na świat, będzie już należało do 
nich, a później wstydzić się będzie matki, wyprze się jej... Nie! Musi je zachować dla siebie, 
tylko dla siebie... Nie da go nikomu! 

Oplotła ręce wokół siebie i z jakąś rozpaczliwą czułością łagodnie przycisnęła dłonie. 

Na dole rozległy się czyjeś kroki i głosy. Jacyś ludzie wchodzili na górę. Szybko otarła 

twarz, poprawiła kapelusz i zaczęła schodzić. Każdy stopień oddalał ją, zdawało się, o setki 
mil od małego, ubogiego mieszkanka. A jednak nie zatrzymała się. 

Po głowie tłukły się myśli, niby biedne, wystraszone ptactwo, więc co, oszukiwała samą 

siebie? Grała przed samą sobą komedię? Nie, nie! Niczego w życiu szczerzej nie pragnęła, niż 
powrotu. Ale pchało ją coś, czego nie rozumiała, wobec czego była bezsilna. 

Nie bała się szarego życia, nie odczuwała wstrętu do pracy w jatce, nawet tych dawnych, 

prostych ludzi umiałaby może polubić. Ależ czyż można wyrwać z siebie to, co przez długie 
lata nawarstwiło się w duszy? Przecież od dziewczęcych urojeń, poprzez tysięczne wysiłki, 
walkę i cierpienia szła ku osiągnięciu tego, co uważała za jedyne szczęście. Zawiodła się, ale 
cofnąć się już nie umiała. 

Jeszcze jedno piętro. Minęła dwoje ludzi, jeszcze jedna kondygnacja schodów i była już 

w bramie, na ulicy. 

Od Wisły dął silny, mroźny wiatr. 

– Nie mogę, nie mogę – szeptała w miękkie futro kołnierza – niech się dzieje, co chce... 

background image

Nie mogę. 

Wsiadła   do   pierwszej   spotkanej   dorożki,   w   hotelu   prędko   spakowała   walizki.   O 

dziewiątej odchodził pociąg. Zdążyła jeszcze na czas. Wagon drgnął, przed oknami z wolna 
zaczęły przesuwać się latarnie, koła zastukotały na zwrotnicach. 

Warszawa w migotaniu drobnych światełek znikała na horyzoncie. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Hucznie   i   wesoło   obchodzono   w   Wysokich   Progach   uroczystość   chrzcin   przyszłego 

dziedzica. Przyjechała cała rodzina, bliższe, a nawet dalsze sąsiedztwo, znajomi z miasta, 
różni dygnitarze, jeden biskup i dwaj prałaci. Po obrzędzie chrzestnym, przy którym dziecku 
nadano imiona Tomasza Michała, Ksawery, rozpromieniony chodził krok w krok za kuzynką 
Janką, obnoszącą bohatera uroczystości w batystowej poduszce między gośćmi. 

– Podobny do mnie, jak dwie krople wody – zapewniał każdego. – Prawda? 

Pani Aldona unosiła się zachwytami nad niewątpliwą niezwykłością wnuka i już –  jej 

zdaniem  –  widoczną  inteligencją,  chociaż  Tomasz  Michał  liczył  zaledwie  sześć  miesięcy 
obecności na świecie. 

Nawet   "pan   starszy"   wyrzekł   się   tego   dnia   swej   rewolucji   francuskiej   i   niezwykle 

ożywiony krzątał się wśród gości raz po raz zaglądając do buduaru, gdzie przy opróżnionej 
kołysce siedziała Magda. 

Wyglądała jeszcze blado, a duże cienie pod oczami świadczyły, że niezupełnie wróciła do 

zdrowia. Poród, wbrew zapewnieniom lekarzy, był ciężki, po nim zaś wywiązały się różne 
komplikacje, wprawdzie nie groźne dla życia, ale połączone z dotkliwymi cierpieniami. 

Dopiero przed kilkoma tygodniami wstała z łóżka, a i teraz zalecano jej mało ruchu. 

Zapewne wskutek osłabienia jej stan nerwowy również wymagał pieczołowitej opieki. Toteż, 
unikając gwarniejszych pokoi, ulokowała się w zielonym buduarze i tu przyjmowała życzenia 
i powinszowania. 

Od połogu otoczona lekarzami, wśród surowo przestrzeganej ciszy, pierwszy raz znalazła 

się wśród tylu ludzi i to ją męczyło. 

Od czasu do czasu do buduaru wpadał Ksawery przysiadał obok demonstracyjnie całował 

ją w czoło i żartobliwie pytał: 

– Jakże się czujesz, matrono polska? 

Ogromnie był rad ze swego dowcipu, z syna, z gości i z siebie. 

Magda przyjmowała to wszystko z uśmiechem, któremu starała się nadać jak najmniej 

wymuszony wygląd. Wiedziała, że każde jej słowo, każdy ruch, są uważnie obserwowane 
przez obecnych, wiedziała również, że czuląca się do niej panna Bożenka Słucka postara się 
później wyzyskać przeciw niej wobec Ksawerego najdrobniejsze uchybienie. 

Panna   Bożenka   od   kilku   miesięcy   była   kochanką   Ksawerego.   Jej   ojciec,   właściciel 

odległego o siedem kilometrów Serkowa, przez palce patrzył na romans córki, w przekonaniu, 
że Ksawery rozejdzie się z Magdą dla niej. Że zaś mówiono o tym głośno w całej okolicy, 
Magdzie   nietrudno   było   o   wszystkim   się   dowiedzieć,   nawet   gdyby   nie   otrzymywała 
anonimów. 

Różni   "życzliwi"   i   "oburzeni"   donosili   jej   o   przewrotnych   planach   panny   Bożenki   z 

najdrobniejszymi szczegółami. Magda z łatwością domyślała się, kim były autorki anonimów. 
Nie   przejmowała   się   jednak   ich   treścią   wcale   tak,   jak   i   poprzednimi,   zawierającymi 
informacje o różnych innych zdradach męża. 

Zobojętniała na to zupełnie. Zresztą wiedziała o czymś, co ostudziłoby matrymonialne 

background image

zapędy takich Bożenek, polujących na Wysokie Progi, wiedziała, że na hipotece majątku, na 
pierwszym miejscu, wpisana została gruba pozycja na jej własne imię. 

Dokonała tego podstępem. Może nie bardzo uczciwie, ale korzystając z pełnomocnictwa i 

chcąc zabezpieczyć swoje prawa, spłaciła innych wierzycieli, zajmując ich miejsce. Ksawery 
zresztą pogodził się z tym bez najmniejszego sprzeciwu. Może dlatego, że przekonała go 
wymowa adwokata, który radził tak zabezpieczyć się przed wierzycielami, a może z racji jego 
programowego   desinteressement   w   sprawach   finansowych,   co   uważał   za   pierwszą   cechę 
dżentelmeństwa. 

Tak   czy   owak,   Magda   była   pewna   jednego,   a   mianowicie,   iż   rozwód   nie   byłby   dla 

Ksawerego interesem. 

Z   łatwością   też   mogłaby   odstraszyć   od   niego   Słucką   przez   samo   wyjaśnienie   jej 

materialnej sytuacji Wysokich Progów. Jeżeli nie robiła tego, to jedynie z tej racji, że romans 
męża z tą czy inną kobietą nie sprawiał jej żadnej różnicy, a na jego wierność nie liczyła i nie 
pragnęła jej zresztą. 

Już nie starała się przeciwdziałać wyjazdom męża, a nawet robiła, co mogła, by ułatwić 

mu   jego   wykręty,   by   umożliwić   zachowanie   jakich   takich   pozorów.   Nie   wysilała   się   w 
udawaniu, że o niczym nie wie. Po prostu milczała i z uśmiechem przyjmowała zarówno 
misterne wybiegi Ksawerego, jak i wybuchy jego rozrzewnień, na które zdobywał się, ilekroć 
odezwało się w nim sumienie. 

Lecz i jego sumienia nie przeceniała. Zbyt dobrze znała pobudki podobnych odruchów: 

zjawiały się wtedy, gdy Ksawery albo pokłócił się ze swoją kochanką, albo gdy potrzebował 
pieniędzy. Kasa bowiem znajdowała się w ręku Magdy, a robienie większych długów groziło 
Ksaweremu awanturami. Pod tym względem była nieustępliwa i nieubłagana: 

–  Nie mam  prawa marnować  majątku  twego syna  –  mówiła  –  i jeżeli  w ten sposób 

będziesz mnie oszukiwał... 

– Jakich ty słów używasz? Magduś! – oburzał się. 

– Używam słów słusznych. Bo to jest zwykłe oszustwo. Oszukujesz siebie i mnie. 

– No, musiałem pożyczyć te kilkaset złotych. Zrozum, tak się złożyło. Czy nie wierzysz, 

że musiałem pomóc Zygmuntowi? 

Nie wierzyła. Wiedziała dobrze, że pieniądze wydał na jakiś prezent. Nie chodziło też jej 

o to, lecz o pieniądze. Nie wątpiła, że najmniejsze z jej strony ustępstwa pociągnęłyby powrót 
Ksawerego do dawnej rozrzutności, że tym samym Wysokie Progi, z tak wielkim trudem 
uratowane, znalazłyby się znowu wobec katastrofy, której tym razem już niepodobna byłoby 
zażegnać. 

Dlatego z powodu najdrobniejszego długu urządzała Ksaweremu serię scen, przykrości i 

nawet   awantur,   co   wprawdzie   tym   skuteczniej   wystraszało   go   z   domu,   ale   zapobiegało 
lekkomyślnym wydatkom. 

Daleki kuzyn Ksawerego, pan Jan Raszewski, który od kilku już miesięcy siedział w 

Wysokich Progach i przyglądał się temu wszystkiemu, po jednym z takich zajść zwrócił się 
do Magdy: 

– Chciałbym kuzynkę o coś zapytać... O czymś pomówić... Czy można być szczerym? 

– Ależ proszę kuzynie. 

background image

–  Przyjmie   kuzynka   ode   mnie   pożyczkę?...   Doprawdy   nie   zrobi   mi   różnicy   jakieś 

powiedzmy kilkanaście tysięcy,  a ja już doprawdy patrzeć nie mogę, jak kuzynka zdziera 
sobie nerwy o takie drobiazgi. 

– Ależ ja nie potrzebuję wcale pieniędzy – zdziwiła się. 

– Myślałem inaczej. 

– Ach, bo kuzyn sądzi, że ja przez skąpstwo tak nudzę Ksawerego? 

– No, nie przez skąpstwo... 

– Tak kuzyn może myśleć. Zna kuzyn Ksawerego? 

– Sądzę, że tak. 

– Więc wie kuzyn, że dla niego nie ma, nie istnieje granica, ani rachunek w wydawaniu 

pieniędzy? I jeżeli urządzam o byle co piekło, to przeważnie ze względów pedagogicznych. 

Zaśmiał się: 

– Pedagogika dość bolesna. 

– Radykalna. 

– Trzeba kogoś kochać, by tak, na zimno zmuszać siebie do psucia własnych nerwów dla 

czyjegoś dobra. 

Uwaga była rzucona luźno, ale Magda odpowiedziała wyraźnie: 

– O, tak. Do szaleństwa kocham swego syna. 

Raszewski chciał coś powiedzieć, lecz przygryzł wargi i tylko spojrzał Magdzie w oczy z 

jakimś dziwnym naciskiem. 

Wiedziała, że ją lubi. Bywały nawet wypadki, kiedy mogła przypuszczać, że podobała mu 

się. Nigdy jednak nad tym się nie zastanawiała. 

Janek   Raszewski,   starszy   o   pięć   zaledwie   lat   od   Ksawerego,   wyglądał   prawie   na 

pięćdziesiątkę, gdyż  po pierwsze był  zupełnie siwy,  a po drugie jego sposób bycia,  jego 
spokojne ruchy, powściągliwość i małomówność, przypominały raczej starszego pana. Do 
Wysokich Progów sprowadziła go za swego pobytu  u krewnych  na Podolu pani Aldona. 
Dlatego   też   Magda   początkowo   przyjęła   go   niezbyt   życzliwie,   podejrzewając   o   flirt   ze 
świekrą, której zachowanie się, płomienne spojrzenia i cały arsenał zabiegów zdawały się to 
potwierdzać. Jednak z biegiem czasu Magda przekonała się, że podejrzenia były bez podstaw. 
Kuzyn Janek nie zwracał na panią Aldonę więcej uwagi niż wymagała tego uprzejmość. 

Zresztą przyjechał tu na wypoczynek  po ciężkiej  chorobie, przekazawszy na ten czas 

zarząd   swojego   majątku   młodszemu   bratu.   Lekarze   zalecili   mu   jak  najspokojniejszy  tryb 
życia, póki całkiem nie wydobrzeje. Toteż nie brał udziału ani w sąsiedzkich zabawach, ani w 
wycieczkach czy piknikach, przesiadując przeważnie na tarasie, obłożony książkami. 

Ponieważ i Magda była rekonwalescentką, dużo czasu spędzali razem. Tak się ułożyło, że 

pan Janek dyskutował z panem Michałem i czytał książki w tych godzinach, kiedy Magda 
zajmowała się dzieckiem lub gospodarstwem. Resztę dnia przebywał w towarzystwie Magdy. 

Bardzo go polubiła. Jego równe usposobienie, pogodny uśmiech, umysł żywy i głęboki, 

ujmująca a wykwintna prostota, a nawet powierzchowność, uderzająca brzydotą, pociągały ku 

background image

niemu. Niezbyt wysoki, bardzo chudy, a wskutek tego jakby przygarbiony, o twarzy długiej, 
ziemistej i o szarych, zamyślonych oczach, miał przecież w uśmiechu i w brzmieniu głosu 
moc   wdzięku.   Wychowany   w   Anglii,   uchodził   powszechnie   za   szczyt   taktu   specyficznie 
angielskiego, a może i sam nieco stylizował się na Anglika, jeżeli tak można było nazwać 
zamiłowanie do pewnego typu ubrań, potraw i tematów. 

Jego   zjawienie   się   w   Wysokich   Progach   zelektryzowało   wszystkie   okoliczne   dwory, 

gdzie tylko były panny na wydaniu. Raszewski bowiem, od trzech lat wdowiec, uważany był 
za dobrą partię, za porządnego kandydata na męża. 

Magda, skoro przekonała się, że kuzyna  Janka nic z panią Aldoną nie łączy,  z kolei 

zaczęła go też posądzać o matrymonialne zamiary. Nawet sama zachęcała panny z sąsiedztwa 
do atakowania tej, jak się zdawało, skłonnej do poddania się, fortecy. 

Dlatego   w   Wysokich   Progach   coraz   częściej   zaczęły   bywać   panny   Rżewskie   i   ich 

kuzynki   z   Pomiechowa,   Zosia   Sarbiewska,   Kira   Nęcka,   Lilitka   Suchobłocka,   Mirta 
Harniewiczówna, no, i cała trójka z Zalotów. 

Szybko   orientując   się   w   sytuacji,   wszystkie   te   panny   usilnie   zabiegały   o   życzliwość 

Magdy, nie ulegało bowiem wątpliwości, że pan Jan żywi dla niej największą sympatię, że ją 
wysoko ceni i że zatem z jej zdaniem będzie się liczył. Tym też, nie ulegając złudzeniom, 
tłumaczyła   sobie   Magda   nagłą   zmianę   frontu   nie   tylko   wśród   tych   zadzierających   nosa 
dziewcząt, lecz i wśród ich matek, czy ciotek. 

– Dzięki kuzynowi stałam się modna w okolicy – mówiła panu Raszewskiemu – jeszcze 

kilka tygodni, a gotowam uwierzyć, że przestali mnie uważać za intruza. 

–  To, co kuzynka mówi –  odpowiedział –  jest najlepszym dowodem, jak bezsilna jest 

wszelka niechęć wobec niej. 

– Nie tak bardzo bezsilna – wzdychała. 

– Bezsilna, gdyż kuzynka ma dość poczucia własnej wartości, by stanąć ponad tym. 

– Nie wiem – potrząsała głową. – Ja nie potrafię jednak tak gardzić wszystkimi, jak... 

– Jak kto?... 

– Jak oni mną gardzą – dokończyła i przygryzła wargi. 

Pan Raszewski poruszył się na krześle: 

– Nie wierzę, by tak być mogło. To jest nieprawdopodobne... A zresztą... Gdyby nawet 

tak było, czyż dosięgłoby to bodaj... bodaj... nóg pani? 

– Dosięga... O, tak dosięga! Bo za cóż bym ich nienawidziła? 

Powiedziała to cicho, ale z takim błyskiem w oczach, że pan Jan umilkł na chwilę. 

– Kogo pani tak nienawidzi, kuzynko? – zapytał po chwili. 

– O, czyż pan nie wie? Czy pan nie rozumie? Ich wszystkich. Tych ludzi, którzy uważają 

się za uprawnionych  do patrzenia  na mnie  z wysokości...  swoich drzew genealogicznych 
dlatego, że jestem córką ... Pan tego może nie wie, że jestem córką rzeźnika? Tak! Mój ojciec 
ma do dziś jatkę na Tamce. Jatkę, w której ja pracowałam... 

Spojrzał jej prosto w oczy: 

background image

– Wiem o tym. 

–  Czyż to jest taką hańbą? Czy naprawdę jestem ulepiona z innej gliny? Czy i memu 

dziecku każą, gdy dorośnie, pogardzać mną, rodzoną matką? 

Raszewski uśmiechnął się: 

– Sama kuzynka widzi, jaki w tym tkwi absurd. 

– O nie. Nie zaprzeczy pan, bo pan ich jeszcze lepiej rozumie, niż ja. 

– Jeżeli nawet! Czy sądzi kuzynka, że myślę tak, jak oni? 

Spojrzała nań uważnie. Miał wygląd wzruszonego i dlatego nie powiedziała owego "nie 

wiem", które już miała na ustach. 

– Czy kuzynka mnie też do nich zalicza? 

–  O  nie  –  zaprzeczyła  szczerze  –  Nie  byłabym  przecież  z kuzynem  tak  szczera,  tak 

niepotrzebnie szczera. 

Ostrożnie i powoli wziął jej rękę i podniósł do ust. 

– Dziękuję – szepnął – Bardzo dziękuję. 

Później  siedzieli  w milczeniu,  oboje zamyśleni.  Ona automatycznie  szydełkowała,  on 

patrzył gdzieś w przestrzeń. Umieli tak godzinami bez słowa siedzieć obok siebie i Magda 
zawsze odnosiła dziwne wrażenie, że jej myśli jakoś, w niewytłumaczalny sposób, splatają się 
z jego myślami, że nie posługując się wyrazami prowadzą w dalszym ciągu rozmowę. 

–  Mogłabyś,   kochanie,   jakoś   zabawiać   tego   biedaka   Janka   –  powiedział   jej   kiedyś 

Ksawery. – Nudzicie się oboje, jak mops w szufladzie. Ja wiem, że on jest mało interesujący, 
ale już poświęć się... 

Magda wzruszyła ramionami: 

– Wcale się nie nudzimy. A poza tym, dlaczego nazywasz go biedakiem? 

– No, biedak, bo z jego chorowitością i z tą, za przeproszeniem urodą, nudziarz... 

–  Mój Wery –  spojrzała nań chłodno. –  Bardzo, bardzo żałuję, że nie jesteś do niego 

podobny. 

– Wolne żarty – oburzył się. 

– A jeszcze ci i to powiem, że milczenie w towarzystwie Janka jest bardziej interesujące, 

niż rozmowa... 

– ze mną – dokończył. – Dziękuję za uznanie. Wybaczysz jednak, że jestem odmiennego 

zdania. 

–  Dobre mniemanie o sobie, to połowa szczęścia, ale tak dobre, to już chyba szczęście 

całe i to z nawiązką. 

Ksawery wzruszył ramionami: 

– Gdybym przejął się opinią, jaką ma o mnie mój szanowny papa i jaką mnie darzy moja 

najdroższa żona, chybabym się musiał powiesić. Ale na szczęście nie jestem aż taki głupi i 
wiem, że chcesz wzbudzić we mnie zazdrość. Proszę cię bardzo. Ale wybierz inny obiekt, 

background image

gdyż o Janka dalibóg nie potrafię być zazdrosny. 

Rozmawiali w sypialni Magdy i Ksawery zezem obserwował siebie w lustrze. Wydał się 

jej jeszcze bardziej dziecinny niż zawsze. 

– Mylisz się – powiedziała. – Pan Jan, jako rywal, mógłby się z tobą wcale nie liczyć... 

– Mówisz, bo chcesz mnie podrażnić – skrzywił się. 

– Nie, bynajmniej. Chcę cię tylko otrzeźwić. Czyż nie widzisz, dlaczego mamy teraz taki 

tłok różnych dziewic? 

– Ach! – machnął ręką. – Przyjeżdżają dla Janka, oczywiście... Każda chciałaby wyjść za 

mąż. Przyjeżdżają dla niego, bo ja już jestem nie do wzięcia, ale przecież nie z nim się po 
kątach całują... 

– Tylko z tobą? 

– O, tego nie powiedziałem... 

– Nie błaznuj, Wery – westchnęła. – To nie jest ani imponujące, ani taktowne. Poza tym 

absolutnie wykluczam tego rodzaju wybryki pod jednym dachem. I ostrzegam cię, że tego już 
nie umiałabym tolerować! 

–  Przepraszam cię –  skłonił się sztywno. –  Nie miałem zamiaru ci zaimponować, ani 

dotknąć twego wyrafinowanego poczucia taktu, którego skromne wychowanie nie umiało 
mnie nauczyć. 

Chciał wyjść, lecz go zatrzymała: 

– Coś przez to chciał powiedzieć? – zapytała z roziskrzonym wzrokiem. 

– To, że moi rodzice źle mnie wychowali. 

–  Masz rację. Bardzo źle –  odpowiedziała już spokojnie. –  Bo jeżeli pozwalasz sobie 

wobec   słabej   i   chorej   kobiety,   wobec   kobiety,   którą   rzekomo   kochasz,   na   tak   szydercze 
aluzje... 

– Ależ Magduś, ja żadnych aluzji... 

–  Znęcaj się, znęcaj razem ze wszystkimi nade mną –  mówiła przerywanym głosem. – 

Wytykaj, wyszydzaj moje pochodzenie... To bardzo rycerskie, bardzo szlachetne... 

Rzucił się przed nią na kolana, przepraszał i przysięgał na przemian, całował jej ręce i 

nogi, zapewniał, że ani mu w głowie, coś podobnego postało, a w chwilę potem, że jest 
łajdakiem i ostatnim chamem, że wstyd mu samego siebie. 

Rozrzewnił się, jak zwykle, łzy spływając po twarzy zwilżały uczernione wąsy i farba się 

rozmazywała, a włosy sterczały zburzone kosmykami na wszystkie strony. 

Potem   na   pół   godziny   zasiadł   przed   lustrem   i   Magda   musiała   pomagać   mu   w 

doprowadzeniu przedziałka do poprzedniej nieskazitelności. 

Po każdej podobnej scenie manifestacyjnie przez kilka dni adorował żonę, co mu nie 

przeszkadzało wymykać się na spotkania z Bożenką Słucką. 

Życząc Raszewskiemu jak najlepiej, Magda przejęta była całkiem poważną troską, którą z 

panien   mu   swatać?   Przy   tej   sposobności   doszła   do   przeświadczenia,   że   jest   niezwykle 
wymagająca.   W   każdej   widziała   jakieś   wady,   każda   w   zestawieniu   z   panem   Jankiem 

background image

wydawała   się   wręcz   okropna.   Człowiek   tego   pokroju   zasługiwał   na   żonę   pod   wszelkimi 
względami   nieprzeciętną.   A   przede   wszystkim   wierną,   uczciwą,   stałą.   Tymczasem   o 
większości okolicznych panien krążyły sprawdzone i niesprawdzone plotki, które w oczach 
Magdy   absolutnie   je   dyskwalifikowały.   Kiedyś,   wkrótce   po   osiedleniu   się   w   Wysokich 
Progach, Magda oburzała się, ilekroć docierały do jej uszu pogłoski o flirtach i romansach 
dziewcząt  i   mężatek  z   sąsiedztwa.  Będąc  w   "Złotej  Masce",  przekonała   się  naocznie,  że 
zawsze wiadomości podobne są albo z gruntu fałszywe, albo przesadzone. Prawie całe miasto 
uważało za pewnik, że każda aktorka czy tancerka z miejsca jest do zdobycia za mniejszą lub 
większą kwotę, że dzień po dniu ma nowych kochanków. Nie było to jednak prawdą. 

Przynajmniej połowa tych kobiet nie zasługiwała na najmniejszy zarzut, a reszta? Reszta 

robiła to z potrzeby, dla utrzymania się przy pracy, dla kariery, czasem dla pieniędzy, częściej 
jednak z miłości, z prawdziwej i nie zawsze słodkiej miłości. 

Z biegiem czasu, zbliżając się do coraz to nowych kobiet z okolicy, nabierała o nich coraz 

gorszej   opinii.   Po   prostu   puszczały   się.   Dla   sportu,   dla   zabicia   nudów,   dla   kaprysu. 
Oczywiście, było też dużo takich, o których nic złego nie można było powiedzieć, ale te nie 
cieszyły   się   popularnością.   Młodzież   mówiła   o   nich   ziewając,   jak   na   przykład   o   Jance 
Runickiej,   czy   o   Krysi   Dorowiczównie.   Ogromnie   traciły   wśród   reszty   rozwydrzonych 
panien.   Wyglądały   świętoszkowato,   a   chociaż   może   niejedna   z   nich   miała   bardzo   dużo 
wdzięku,   z   racji   powściągliwości   i   przestrzegania   dobrych   form,   nie   znajdowały   tylu 
sposobności do zwrócenia na siebie uwagi. 

Dla Raszewskiego zaś Magda chciała znaleźć jakiś wymarzony ideał. 

Jeżeli zaś Ruta z Zalotów bynajmniej ideałem nie była, w każdym razie jej uroda, czar, a 

przede wszystkim młodość wysuwały ją na czoło w planach Magdy. Jedynym minusem Ruty 
było zbytnie rozhukanie, zanadto rozwinięty temperament i – co Magdę najbardziej raziło – 
brak dystynkcji. 

Ogromnie lubiła Rutę. Jednakże żonę Raszewskiego musiała wyobrażać sobie jako damę 

w całym znaczeniu tego słowa. W tym też kierunku usiłowała wpłynąć na Rutę. Oczywiście 
nie wtajemniczała jej w swoje projekty. Zapraszała ją tylko coraz częściej i tak manewrowała, 
by pan Janek jak najdłużej mógł przebywać w jej towarzystwie. 

Ruta nie unikała Raszewskiego. Zdobywała się nawet na przesiadywanie z nim i Magdą 

po kilka godzin, co przy jej ruchliwości było prawie poświęceniem. Podobał się jej, a poza 
tym uległa powszechnej modzie. Jednak ku niezadowoleniu, a nawet zgorszeniu Magdy nie 
umiała ocenić nadzwyczajności tego człowieka. 

Była na to zbyt młoda. Dopiero po dłuższym życiu i po wielu doświadczeniach kobieta 

uczy się cenić mężczyznę. Z wiekiem stopniowo ceni go coraz bardziej, coraz mniej zwraca 
uwagę na jego wady, coraz pobłażliwsze stosuje kryteria, aż wreszcie ślepnie na to, co ją 
kiedyś   jako   młodą   dziewczynę   śmieszyło   czy   odpychało   w   mężczyźnie   i   zaczyna   go 
przeceniać. 

Ruta   miała   zaledwie   lat   osiemnaście,   Magda   postanowiła   rozbudzić   w   niej   zachwyt, 

bezprzecznie należny Raszewskiemu. Rezultat jednak długich rozważań i przedstawień jego 
wyjątkowości był całkiem niespodziewany. 

Oto pewnego dnia, po wysłuchaniu dłuższych wywodów Magdy, Ruta z właściwą sobie 

bezpośredniością powiedziała: 

– Ależ ty jesteś w nim zakochana! 

background image

Magda nieoczekiwanie dla siebie samej zmieszała się: 

– Co też ty pleciesz! 

– Nawet się zaczerwieniłaś! – wybuchła śmiechem Ruta. 

– Ja?... Co za pomysł! Jesteś bardzo niemądra. 

– No, tak się nim zachwycasz – usprawiedliwiała się Ruta. 

–  Ależ! Zachwycam się! Wcale nie zachwycam się, tylko po prostu widzę jego zalety. 

Sprawiłaś mi dużą przykrość. Nie Ruteńko, posądzałam cię o więcej subtelności. 

Skończyło się przeprosinami i zapewnieniem, że był to tylko niewczesny żart. Ale po 

wyjeździe Ruty Magda długo nie mogła doprowadzić do porządku swoich myśli. 

Zapewne. Uważała Raszewskiego za mężczyznę całkiem wyjątkowego. Żadnego innego 

nie mogłaby z nim porównać. Ale posądzenie jej z tego powodu o miłość było nonsensem. 
Miłość przede wszystkim jest ślepa. Gdy kochała się w Bończy, obojętne jej było, jakie ma 
zalety i wady. Ceniła go nad cały świat. Oto wszystko. Miłość... Misia Pichelówna dałaby się 
zabić   za   swego   kochanka,   choć   był   bandytą   i   sutenerem.   Pamiętała   także   uczucie 
Biesiadowskiego,   uczucie,   które  nie  zmieniało  się  pomimo  tego,   że  ona,   Magda,  w   jego 
pojęciu zeszła na złą drogę. Bo kocha się nie za coś, lecz niewiadomo dlaczego... 

A tutaj Magda mogła wyliczać jego plusy niczym w spisie inwentarza. 

– Absurd. 

Pomimo   takiej   konkluzji   Magda   zaczęła   baczniej   obserwować   siebie   w   stosunku   do 

Raszewskiego. Niewątpliwie czuła doń bardzo wiele sympatii, na pewno z nikim nie było jej 
tak dobrze. Może nawet za wiele okazywała mu życzliwości. Za wiele... 

I   posądzenie   Ruty   sprawiło   to,   że   Magda   próbowała   teraz   unikać   towarzystwa   pana 

Janka, że starała się nadać swemu sposobowi bycia ton bardziej konwencjonalny. Nawet nie 
przypuszczała, że będzie jej z tym nieznośnie, że tyle trzeba będzie zadać sobie przymusu. 

Raszewski od razu dostrzegł tę zmianę. Nic nie powiedział, ale w jego oczach widziała 

wciąż zdumione pytanie i jakby niepokój czy smutek. A to dręczyło ją jeszcze bardziej. 

Na szczęście zbliżał się dzień chrzcin małego Tomka i w związku z przygotowaniem do 

tej  uroczystości  miała  więcej  zajęć,  niż  zwykle.   Przyjęcie   na  prawie  sto osób, z  których 
połowa zostać miała na noc, lub nawet na kilka dni, obmyślenie wszystkiego, zaopatrzenie 
spiżarni   i   piwnicy,   sprowadzenie   orkiestry   z   Warszawy   i   cała   masa   związanych   z   tym 
kłopotów pochłaniała moc czasu. 

Tym bardziej dbała o wszystko, że od objęcia przez nią rządów w Wysokich Progach 

miało to być pierwsze wielkie przyjęcie, wielki zjazd i bal. Ksawery nalegał, by nie robić 
żadnych tym razem oszczędności. 

– Musimy im pokazać – mówił – że Wysokie Progi nie zeszły na dziady. 

Wtrącał   się   we   wszystko.   Wymógł   na   Magdzie   cały   szereg,   jej   zdaniem,   zbędnych 

wydatków.   Wina   miały   być   najlepszych   marek,   sala   balowa,   jadalnia   i   hall   musiały   być 
oświetlone świecami, dla służby, nawet dla kelnerów, sprowadzonych z miasta, trzeba było 
zamówić liberyjne fraki. 

–  Moja droga –  wstawiała się za synem pani Aldona. Już skoro tylko raz na kilka lat 

background image

zaprosimy trochę gości, niechże przynajmniej wygląda to po ludzku. 

I   Magda   nie   opierała   się   zbytnio.   Jej   samej   zależało   na   wystawności,   nawet   na 

wykwincie.   Wiedziała,   że   najmniejsze   uchybienie   zostanie   przez   kochanych   gości 
przepytlowane   później   po   tysiąc   razy   i   że   we   wszystkim   będą   starali   się   doszukiwać 
towarzyskiego, gospodarskiego i wszelkiego innego niewyrobienia "rzeźniczki". 

Minęły już wprawdzie dawno te czasy, gdy ktokolwiek mógł się odważyć na jakąś aluzję, 

kpinkę,   czy   dowcip.   Magda  nauczyła   się   jednym   spojrzeniem   przywoływać   do   porządku 
najbardziej   swobodnych   znajomych,   kilku   słowami   osadzać   w   miejscu   każdego,   kto, 
rozmawiając z córką rzeźnika Nieczaja z ulicy Tamki, zapomniał, że jest ona panią Runicką 
na Wysokich Progach. Szkoła panny Klementyny z Radzieńca nie poszła na marne. 

Za plecami mogli szeptać do woli, ale gdy z podniesioną głową i z zimnym uśmiechem 

na ustach wchodziła do salonu i na mgnienie oka zatrzymywała się, by dać obecnym czas do 
zauważenia jej obecności, musiały, tak, musiały umilknąć wszystkie rozmowy. 

Chciano by ją zepchnąć na ostatnie miejsce i właśnie dlatego nie mogła sobie pozwolić na 

zajmowanie innego, niż pierwsze. 

Może i domyślali się, jak bardzo nuży ją ta poza, ile nerwów i zmęczenia kosztuje ją ta 

rola. Mniejsza o to. Znalazłszy się sama, dość miała czasu na biedny, bezsilny płacz, na gniew 
i smutek. Wobec ludzi trzeba było nie być sobą. 

– Jesteś wręcz wspaniała – zachwycał się nią Ksawery – wyglądasz jak udzielna księżna. 

I całował ją po rękach, wdzięczny za zaspokojenie jego snobizmu. 

Nie było mu wprawdzie tak wesoło ani tak swobodnie jak dawniej, gdy w Wysokich 

Progach pod protektoratem pani Aldony aż dudniło od niekrępowanej zabawy, gdy iskrzyło 
się od pieprznych dowcipów, pikantnych plotek i anegdot, ryzykownych dwuznaczników, a 
często   gęsto   i   od   słówek   grubych,   soczystych,   dosadnych   przyjmowanych   podłechtanym 
chichotem lub głośnym rubasznym śmiechem. Wtedy i rozmowy były inne, a w drażnieniu 
własnej   czy   cudzej   wstydliwości   znajdowało   się   powab   przyśpieszonych   konkurów, 
kończących się doraźnie w gąszczu parku lub na ławeczkach przy stawie. Taka już była tu 
atmosfera, naelektryzowana, ostra, łaskotliwa. 

W   Radzieńcu   rozmawiano   o   polityce,   w   Zalotach   o   zasiewach,   zbiorach,   cenach   i 

perspektywach rynkowych, w Pomiechowie o polowaniach, w Hańczy o koniach i wyścigach. 

Do Wysokich Progów przyjeżdżali – poświntuszyć... Ci sami ludzie w każdym domu byli 

inni. Tam dyskutowali, ówdzie nudzili się, gdzie indziej bawili się, lecz nigdzie tak, jak u pani 
Aldony. 

Dziś Wysokie Progi pod surowym spojrzeniem Magdy stały się cichsze, sztywniejsze, ale 

za to bardziej wytworne, bardziej pańskie. 

Nawet   taki   facecjonista   i   mistrz   od   wybryków,   jak   Władek   Zaimski   z   Bezmianowa, 

któremu przebaczano tysiączne nietakty, a który przyjechał wprawdzie z frakiem w walizie, 
jak wszyscy, ale w sportowym ubraniu, zażenował się po przywitaniu Magdy i aż do wieczora 
nie pokazał się, ukrywając w sypialni Ksawerego. A przecież Magda powiedziała mu tylko: 

– Ładnie to z pańskiej strony, panie Władysławie, że przerwał pan dla nas zapewne miłą 

przejażdżkę konną. 

Ksawery, który to słyszał, rósł jak na drożdżach. Przechodząc obok Magdy, szepnął: 

background image

– Brawo! Dałaś mu po nosie, z pierwszoklaśnym fasonem. 

– Mój Wery – zatrzymała go. – Zastanów się, jakie to zabawne... 

– Co? 

– No to, że nawet wytworność chwalisz trywialnymi, gminnymi wyrazami. 

Zaniepokoił się: 

– Przecież nikt nie słyszał? 

Magda zmierzyła go zimnym spojrzeniem: 

– Owszem. Ja słyszałam. 

Skrzywił się, ale zaraz roześmiał i pocałował ją w rękę: 

– Przepraszam, kochanie. 

Odszedł, a Magda słuchając jakichś nudnych wywodów siedzących obok prałata Skuminy 

i wojewodziny Buszerowej, z goryczą rozmyślała o Ksawerym, o tym warchole Zaimskim, o 
nich wszystkich. Wydawali się jej śmieszni i niemądrzy. Ten snobizm, to nadymanie się, ta 
poza, to ustawiczne wspinanie się na palce. Ziemiaństwo. Czymże są lepsi od wszystkich 
innych? Jaką posiadają wartość osobistą, czy społeczną? Większość z nich to nieuki i lenie. 
Ci, co tak głośno rozprawiają o gospodarstwie, najczęściej nic nie robią. Pracuje za nich 
rządca, karbowy, chłop, no i ziemia, na którą nie zapracowali, która spadła im do kieszeni po 
przodkach.   Po   tych,   co   ją   albo   mieczem   wywalczyli,   albo   za   wiele   zasług   otrzymali. 
Narzekają na złą koniunkturę, na nieprzychylną politykę, oburzają się tak, jakby swoje prawa 
ciężkim trudem zdobyli, jakby dla ich zachowania palcem ruszyli! Czemuż taki Biesiadowski 
mógł   z   niczego,   własną   pracą   dorobić   się   miliona,   czemu   ojciec   mógł   powiększyć 
odziedziczoną jatkę, ba, czemu żaden chłop swoich mizernych paru mórg nie stracił, żaden, 
jak Polska długa i szeroka, a Karczówkę trzeba było sprzedać, a nie ma w całej okolicy 
nikogo, kto by z ojcowizny czegoś nie dał na długi, nie parcelował, lub folwarku nie sprzedał, 
z wyjątkiem wuja Holimowskiego, co go żydowskie pieniądze ratują, i stryja Marka, który 
umie –  jak trzeba –  w łatanych spodniach chodzić i rzucić palenie dla oszczędności paru 
złotych miesięcznie. 

Więc skąd te pretensje, skąd ta pycha? Są gorsi od innych, bo i dla ogółu nic nie robią. 

Nieliczni  tylko pracują społecznie,  czy politycznie. Nazywają siebie warstwą historyczną. 
Owszem, ich przodkowie byli nią naprawdę, oni tworzyli naród i państwo, oni doprowadzili 
je   do   potęgi,   a   później   do   upadku.   Bo   karleli,   bo   degenerowali   się   duchowo,   bo   ich 
potomkowie odziedziczali pychę, ale nie ambicję, chęć posiadania, ale nie siłę, pretensję do 
rządzenia, ale nie wolę. 

–  Wszystko,   co   jest   piękne   i   wielkie,   co   jest   tradycją   i   kulturą   –  mówiła   panna 

Klementyna – stworzyli królowie i szlachta. 

Magda obrzuciła wzrokiem tłum gości i uśmiechnęła się ironicznie: – Cóż oni tworzą? Co 

wielkiego i pięknego? Jaką tradycję? Jaką kulturę po tych dworach, gdzie do starych bibliotek 
nikt nie zagląda, gdzie już nie tylko o nową książkę, lecz o gazetę trudno? Gdzie sztukę 
reprezentuje taki sam gramofon, jak w mieszkaniu rzeźnika Nieczaja, tylko o kilkadziesiąt 
czy kilkaset złotych droższy, literaturę – przygodnie pożyczony tygodnik humorystyczny, a 
nauke, popularne odczyty przez radio, odczyty, przy których zresztą zasypia się tak często! 
Jakąż oni zostawią swym dzieciom tradycję i kulture? 

background image

– O czym kuzynka rozmyśla – usłyszała nad sobą głos Raszewskiego. 

Przetarła czoło i uśmiechnęła się: 

– O bardzo, bardzo przykrych rzeczach, o bardzo bolesnych. 

– Czy może się nimi kuzynka ze mną podzielić? 

– Nie – potrząsnęła głową. – Kuzyn nie zrozumie mnie. Przepraszam bardzo, ale pan nie 

może tego zrozumieć... A poza tym nie chciałabym kuzyna do siebie zrażać... 

– O, to jest niemożliwe... 

– Zapewniam pana. Myślałam bardzo brzydko o... 

– O mnie?... – pochwycił. 

– O, nie... Cóż znowu... Ale o swoich gościach. – Prawda, jak to nieładnie? Zresztą nie 

tylko o gościach. O domownikach też. 

W oczach Raszewskiego błysnęło zaciekawienie: 

– Z domowników, to chyba nie o mężu, którego kuzynka kocha... 

Zrobił pauzę, jakby na odpowiedź [...] – Broń Boże – zaprzeczyła żywo – on właśnie jest 

wyjątkiem. 

– Dlaczego? 

Niepostrzeżenie   dla   siebie   samej   dała   się   wciągnąć.   I   oto   słowo   po   słowie   zaczęła 

powtarzać mu swoje myśli. Słuchał w skupieniu i nie przerywał. On tak cudownie umiał 
słuchać. Dla niego rozmowa nie była li tylko sposobnością do popisania się zręcznością ani 
nawet okazją do zaimponowania inteligencją. Chciał i umiał podążać za cudzymi myślami, 
zależało mu na najlepszym zrozumieniu przedstawianych poglądów, nie zaś na chwytaniu za 
słówka,   czy   wykorzystywaniu   niezręcznych   zwrotów   osoby,   z   którą   prowadził   dyskusję. 
Rozmawiając z nim nie trzeba było ważyć słów w obawie, że zostaną przyjęte ze złą wolą, 
można   było   odpocząć   po   nieustannej   czujności   i   mówiąc   po   prostu,   wiedząc,   że   nawet 
nieudolnie wyrażone myśli zostaną zrozumiane. 

Siedział   obok   lekko   pochylony   ku   Magdzie.   Szare   oczy   patrzyły   prosto   i   życzliwie, 

ciemna, opalona twarz odcinała się wyraźnie między siwizną włosów a bielą gorsu. Był już 
we fraku, jak i większość panów. Panie jeszcze przebierały się na górze. 

Raz   po   raz   ktoś   zbliżał   się   do   Magdy   i   wówczas   przerywała   swój   wywód   na   kilka 

zdawkowych odpowiedzi. Wreszcie umilkła. 

Nie   wątpiła,   że  jeżeli   nie   obraziła   Raszewskiego,  w   każdym   razie   zniechęciła  go  do 

siebie. Może i źle zrobiła. Bądź co bądź należało liczyć się z tym, że należy do tej, tak surowo 
skrytykowanej przez nią kasty, że należy do niej z dziada pradziada, że sam jest ziemianinem, 
że   tysiącami   nici   przyjaźni,   pokrewieństwa,   wspólnych   poglądów   i   wspólnych   interesów 
związany jest z ziemiaństwem. 

Już zaczynała żałować niepotrzebnego przypływu otwartości, gdy Raszewski powiedział: 

– Rozumiem, droga kuzynko, jej gorycz. Na pewno w tym, co kuzynka mówiła, jest wiele 

racji, ale gorycz będzie zawsze przeszkodą w bezstronności. Dlatego przez nią, jak przez 
przydymioną szybkę, można dostrzec niektóre jaskrawe kolory, wyrazistsze kształty, bardziej 
rzucające się w oczy szczegóły. Ale obraz nie będzie prawdziwy. 

background image

– Takim go widzę – odpowiedziała. 

–  Bo szybka nie jest przeźroczysta. Nie z winy kuzynki, broń Boże! Leżą na niej całe 

pokłady sadzy. Kiedyś opowiadała mi kuzynka, dlaczego chciała wyjść za ziemianina. Otóż 
to, czego pragniemy, ubieramy zawsze w tęczowe kolory. Niepodobna marzyć o rzeczach 
pospolitych. Przynajmniej ten, kto marzy, przedmiotu swoich marzeń nie uważa nigdy za coś 
szarego, banalnego, zwykłego. Idealizowanie celu zaś sprowadzić musi rozczarowanie w tej 
samej chwili, gdy cel osiągamy. 

–  Czyż nie ma celów prawdziwie pięknych, których osiągnięcie nie jest równocześnie 

rozczarowaniem? 

– Zapewne. Lecz stawiając przed sobą taki cel, należy z góry przygotować siebie... 

– Do zawodu?... 

–  Nie.   Właśnie   ustrzec   się   od   zawodu   trzeźwym   rozważeniem   wszystkich,   możliwie 

wszystkich stron dodatnich i ujemnych. 

Magda uśmiechnęła się blado: 

– A pan, kuzynie, zawsze swoje cele wybiera według rezultatu takiego buchalteryjnego 

rachunku? 

Spojrzał jej niespokojnie w oczy, zaczerwienił się z lekka i powiedział: 

– Jeżeli celem jest... ma być... szczęście... a uzmysłowione jest, ucieleśnione, uosobione, 

wtedy rachunek na nic się nie przyda. Jest zbędny, bo uczucie nie umie rachować. 

Zmarszczył brwi i niecierpliwie poruszył ramieniem: 

– Ale odbiegliśmy od tematu – zaczął. – Otóż kuzynka nie znalała w środowisku naszym 

walorów umysłowych, kulturalnych, moralnych, społecznych czy indywidualnych dlatego, że 
spodziewała się ich nadmiaru, ich pełni. A tego wymagać nie można. Zresztą sama kuzynka 
dostrzegła wyjątki i takich ludzi, i takie rodziny, i takie obyczaje, dla których trzeba mieć 
szacunek. 

– Wyjątki – wtrąciła Magda. 

– Nie tak rzadkie, jak się zdaje, jak się może zdawać komuś, kto poznał tylko Wysokie 

Progi. Nie zamierzam kuzynki nawracać, ale proszę mi wierzyć, że nie wszędzie jest tak źle. 
Poza tym  pozwolę sobie na małe  porównanie. Otóż w ziemiaństwie jest tak, jak na roli, 
przychodzą czasem nieurodzaje. Plony wówczas bywają wątłe, nędzne, karłowate. Posucha, 
deszcze, mrozy, słowem klęski, wobec których ludzie są bezsilni, tak samo jak bezsilni są 
wobec wojny czy kryzysu gospodarczego, wobec potężnych przemian ekonomicznych czy 
obyczajowych – najżyźniejsze grunty pod ich działaniem porastają bezużytecznymi, a nawet 
szkodliwymi chwastami. Ale przecież ta ziemia nie traci swojej racji bytu, ani swojej istotnej 
wartości. Gdy klimat wraca do zachwianej równowagi, cierpliwa ziemia znów hojnie będzie 
rodzić kłosy pełne, ziarna zdrowe, owoce dojrzałe. Bo w ziemi jest siła i moc przetrwania, bo 
nie kończy się jej życie wraz ze żniwami, wraz z jednym, czy nawet z kilkoma pokoleniami. 

Zamyślił się i dodał: 

– Na bruku i betonie nic rosnąć nie może. Tak jak miasta żywią się tym, co daje ziemia, 

tak   samo   i   cała   kultura   tych   miast   to   produkt   ziemi.   Dość   przypomnieć   sobie   nazwiska 
uczonych i poetów, nazwiska naszych mężów stanu i działaczy społecznych, ba, nazwiska 
wielotysięcznej   inteligencji   miejskiej.   Tych,   co   tworzyli   kulturę   i   tych,   co   ją   utrwalali. 

background image

Ogromna ich większość wyszła właśnie z tej ziemi, z tej warstwy, z dworów i dworków. Nie 
twierdzę, by było to zasługą ziemiaństwa. Nie. To jego przyrodzona funkcja. Było i będzie 
wielkim rezerwuarem, z którego cały kraj czerpie, było i będzie glebą, żywiącą wszystkich... 

Magda słuchała zdziwiona i zaskoczona jego wywodami. Cisnęły się jej na usta rozmaite 

słowa   sprzeciwu,   kontrargumenty,   pytania.   Tak   chciałaby   z   nim   o   tym   pomówić.   Tym 
bardziej, że w jego poważnym bezosobowym tonie odczuła jakby chłód do siebie. 

Niestety, przysiadło się do nich kilka osób, a w końcu przybiegł Ksawery: 

– Jak to? – zawołał. – Jeszcze się nie przebrałaś? 

– A to już czas? 

– Ja myślę! Zaraz zaczyna się bal. Co ty wyprawiasz, moja droga! 

– Nie widzę powodu aż do rozpaczy. Nie będę przecież tańczyć i możecie zaczynać beze 

mnie – odpowiedziała spokojnie. 

– Ależ nie wypada! Musisz natychmiast przebrać się! irytował się Ksawery. 

– Uspokój się, Wery – powiedziała już zagniewana. – Sama wiem, co mam robić i kiedy. 

Wstała i wyszła z pokoju. W jadalni dopędził ją Raszewski. 

– Nie zatańczy kuzynka? Ani jednej tury? 

–  Nie, dziękuję –  potrząsnęła głową. –  Zatańczyłabym z panem, ale przede wszystkim 

musiałabym zacząć z mężem, a do tego najmniejszej nie mam ochoty... 

Szybko przebrała się, zajrzała jeszcze do dziecka i zeszła na dół. Gdy weszła do sali 

balowej, Ksawery skinął na orkiestrę i rozległy się pierwsze tony straussowskiego walca. 

Ksawery skłonił się przed Magdą, gdy zaś podziękowała mu skinieniem głowy, poprosił 

matkę. Za nimi poszły inne pary. Bal się rozpoczął. 

Zamigotały w świecznikach i kinkietach żółtymi płomykami świece. Walc zapełniał salę 

rytmicznie  wirującą  masą   barwnych   sukien,  czarnych   fraków, wielkimi  żywymi  plamami 
obnażonych pleców. 

Po   drugiej   stronie,   przy   drzwiach   do   złotego   salonu   stał   Janek   Raszewski,   smukły, 

samotny, zapatrzony, poprzez tłum tańczących, gdzieś w przestrzeń. Magdę ogarnęło nagłe i 
nierozumne   rozczulenie.   Do   tych   jego   smutnych   oczu,   do   nieładnej,   ale   jakże   stylowej 
twarzy, do tych siwych włosów. Po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że człowiek ten 
musiał przeżyć jakąś wielką tragedię. Nie siwieje się tak łatwo w czterdziestym roku życia. 
Musiała go spotkać jakaś wielka krzywda. Po raz pierwszy poczuła Magda wręcz potrzebę 
dania mu pociechy, współczucia, ciepła. 

Widziała dobrze spojrzenia tych panien, które, wirując, rzucały mu przez ramię tancerza 

zalotne uśmiechy. I ogarnęła ją złość: przecież to zwykłe kłamstwo! Żadna z nich, nawet 
Ruta, nie zrozumie go, nie zdoła ocenić jego wartości. Każdej chodzi tylko o zrobienie partii, 
o majątek, o jego stosunki, o pozycję towarzyską. 

– Czy mogę przysunąć pani fotel? – usłyszała za sobą głos wuja Holimowskiego. 

– O, dziękuję panu, takim inwalidą już nie jestem. 

Usiedli   obok   i   pan   Holimowski,   umieściwszy   monokl   w   lewym   oku   lustrował 

background image

przemykające obok pary, dzieląc się z Magdą złośliwymi uwagami. 

–  Czyż tak powinien wyglądać walc –  krzywił usta -nasza obecna młodzież w walcu 

przypomina   raczej   stadko   poczciwych   owieczek,   opanowanych   kołowacizną.   Walc! 
Widziałem walca w Burgu, w Zimowym Pałacu. Niech pani spojrzy, czyż to jest taniec? 

Poruszeniem głowy wskazał Ziutę Brzeską i młodego Sękowskiego. 

– Podrygi, żałosne podrygi – poprawił monokl. – Nie rozumiem odwagi tych państwa. A 

pani? Przecież znając tańce sceniczne... Czyż nie razi pani ta kanciastość ruchów? Taki, na 
przykład, ciężki tułów w serii spazmatycznych zrywów? Albo to? Boże! 

Rzeczywiście, Magda nie tak sobie wyobrażała wytworny bal w pałacu. Wydawali się 

niezgrabni, a przy tym tak zajęci prawidłami tańca, że w ich ruchach nie było ani swobody, 
ani wdzięku. Nieliczne tylko pary tańczyły ładnie. 

– Ach – myślała – pokazałabym im, jak się tańczy. 

Lecz zaraz przyszła refleksja: 

– I tak nie mogłabym zbytnio wyróżniać się. Powiedzieliby, że tańczę scenicznie. 

Ksawery odprowadził matkę i usadowił ją obok Magdy, a sam udał się na poszukiwanie 

nowej   tancerki.   Pani   Aldona,   zadyszana   i   z   wypiekami   na   policzkach,   wachlowała   się 
zawzięcie, aż jej loczki nad czołem fruwały. 

–  Nieoceniony chłopak, nieoceniony –  powtarzała,  z trudem łapiąc  oddech. –  Jak on 

prowadzi! 

– Za wysoko trzyma rękę – cierpko zauważył jej brat. 

–  Co?   Za   wysoko?   No   wiesz,   Tomku,   to   już   przyczepka!   Tyś   sam   nigdy   lepiej   nie 

tańczył. 

– Możliwe. W każdym razie nie tak trywialnie. 

Pani Aldona aż wstrzymała sapnięcie. 

– Co? 

–  Mówię,  że  twój  syn  jest  do  walca  za  mało  wytworny  –  kwaśno skonstatował  pan 

Holimowski. 

Pani Aldona oburzyła się: 

– Ach tak? Wy wszyscy widzicie w Ksawerym wszystkie wady, nawet wyssane z palca! 

Może i dla ciebie mój syn jest... trywialny? 

Magda zmierzyła ją zimnym spojrzeniem: 

– Nigdy tego nie powiedziałam. 

– Jeszcze tego by brakowało – wybuchnęła pani Aldona. 

– Nie powiedziałam, ale to nie znaczy, bym tego nie pomyślała. Nie chodzi mi o taniec. 

Na   ogół   Wery   jest   może   dystyngowany   według   szablonu,   ale   stąd   do   wytworności, 
prawdziwej wytworności, daleko. 

Pan Holimowski zaśmiał się krótko: 

background image

– Bardzo trafna definicja. 

–  Co? Co? Tyś na brwiach powinna chodzić przed Werym – zasyczała do Magdy pani 

Aldona i chciała jeszcze coś dodać, lecz właśnie orkiestra umilkła i otoczyło ich kilkanaście 
osób. 

Magda   z   wolna   wycofała   się   z   sali.   Dalsze   pokoje   były   puste.   Tylko   w   palarni,   w 

tureckim gabinecie i w myśliwskim pokoju przy kilkunastu stolikach starsi panowie i panie 
grali w bridge'a. W małym hallu, gdzie urządzony był bufet z przekąskami, pięć czy sześć 
osób raczyło się alkoholem. W oranżerii przejście Magdy spłoszyło jakąś czułą parę. Magda 
zarzuciła na ramiona szal i wyszła na taras. Był cichy, chłodny, jesienny wieczór. Z okien 
smugi  światła   wpadały  w  ciemność,  tu   i  ówdzie  układając  się  zamazanymi   w  konturach 
prostokątami na trawnikach. Z daleka, od czworaków, dobiegały ledwie dosłyszalne dźwięki 
harmonii. Po drugiej stronie w zabudowaniach folwarcznych odzywało się od czasu do czasu 
szczeknięcie psa. 

Po szerokich schodach zeszła z tarasu i schodziła coraz głębiej w ciemność, nieruchomą, 

spokojną ciemność uśpionych drzew. Żwir skrzypiał pod stopami. Szare, bliskie niebo nie 
przeświecało żadną gwiazdą. 

Usiadła na ławce przy stawie i patrzyła w czarny kontur wysoko wznoszącego się pałacu, 

gęsto poznaczony jasnymi  kwadratami okien. Był to jej dom. Dom jej męża, dziecka, jej 
nowej rodziny. Zamykający w sobie całą jej przyszłość, całe życie aż do późnej starości. 
Całe!... 

A  przecież,  gdyby  teraz  wstała  i poszła  dalej, najdalej, w  ten nieprzenikniony  mrok, 

gdyby roztopiła się w nocy, gdyby się w niej zanurzyła na zawsze, jak w tym stawie, gdyby 
ciemność zamknęła się za nią, jak tafla wody... Nie zostałoby tu po niej ani śladu. Ani śladu. 
Nic nie drgnęłoby w tym pałacu, nawet zmiany żadnej nikt by nie zauważył. Dwa lata, tak, 
prawie dwa lata jej życia pod tym dachem, wśród tych ludzi, zapomniano by jak nieważny 
epizod. Chciano by zapomnieć, zmyć, jak rażącą plamę. Była i poszła. Ani Ksawery, ani jego 
rodzice. Cóż znaczy dla nich, co może znaczyć?  A syn? Czy nauczono by go nigdy nie 
zapytać:   –  Gdzie   jest   matka?...   Któż   by   z   nich   pragnął   zobaczyć   łzy   wzruszenia   za   tą 
przybłędą?... 

Serce skurczyło się boleśnie, dojmująco, krew zapulsowała w krtani. 

Czemuż   nie   umie   już,   jak   dawniej,   uciec   od   rzeczywistości,   ozdobić   ją   wyobraźnią, 

rozjarzyć fantazją, przybrać marzeniami?! 

Przymknęła powieki. Więc jak? Jak? Aha, to jest jej dom, radosny i pełen szczęścia. I 

miłości. Jest kochana. Bardzo kochana. Pochyla się nad nią, jego najdroższa głowa, szare, 
mądre oczy są pełne uśmiechu, a usta muskają czoło, policzki, wargi. A jej ręce zanurzają się 
w puszystych, siwych, srebrnych włosach i mówi mu, i przysięga, że za każdą cząsteczkę jego 
przeżytych cierpień zapłaci mu swoją ogromną, po tysiąckroć razy powtarzaną miłością. A 
cały świat, jest dla nich dwojga, pachnący,  promienny,  ich świat, bo we dwoje są całym 
światem. I mały Tomek nie jest synem Ksawerego, nie. Na pewno! Jest synem tej ich miłości. 

Ten pałac, tam wysoko, ależ tak, tak. To miłość, to szczęście. 

Wargi   szeptały   w   gorączkowym   pośpiechu,   palce   zaciskały   się   kurczowo,   po   twarzy 

szybko spływały łzy. 

Tak, teraz wiedziała o sobie całą prawdę: kocha go. 

background image

Boże! Czemuż nie rozumiała tego wcześniej! Jak mogła popełnić na sobie taką zbrodnię, 

jak małżeństwo z Ksawerym! Jakież przekleństwo związało jej życie? 

Pałac   rozbrzmiewał   daleką,   przytłumioną   melodią.   Melodie   zmieniały   się   jedna   po 

drugiej. Bóg wie, jak długo tu siedziała. 

– Wracać, trzeba wracać. 

Podniosła się z wysiłkiem i drewnianym krokiem szła do domu. 

Nagle stanęła. Cóż to za melodia? Stara, tak dobrze znana. Co oni grają? Tak. "Królowa 

Pereł". Jej pierwszy występ. 

"W moim pałacu z korali, 

Wśród opalowych mgieł..." 

A później czarna jaskinia sali hucząca od oklasków. Brawo, brawo!... Brawo!... 

"W moim pałacu z korali, 

Wśród opalowych mgieł..." 

Potem kolacja w Bristolu i szepty, i odwracające się głowy, zaciekawione oczy, i ten stół 

w środku, a przy nim Ksawery. Purpurowe róże i kartka "Hołd i podziw dla Królowej Pereł". 
Kartka do wiązanki kwiatów przypięta była złotą szpilką z wielką perłą. Z fałszywą perłą. 

– Wprowadzono panią w błąd – mówił jubiler – to tylko niezła imitacja. 

Jej wymarzone życie, jej upragniony pałac z korali – to tylko imitacja. 

Weszła przez hall i od razu znalazła  się w tłumie gości. Zastanowiło  ją, że wszyscy 

spoglądali   ku   niej   z   jakimś   szczególnym   zaciekawieniem,   badawczo   i   złośliwie.   Za   jej 
zbliżeniem się milkły śmieszki i półgłosem prowadzone rozmowy. 

Nie rozumiała o co chodzi, zresztą nie miała czasu nad tym się zastanawiać. Kucharz dał 

znać, że kolacja gotowa i należało prosić do stołu, a raczej do stołów, gdyż jadalnia, pomimo 
swoich ogromnych rozmiarów, nie mogła pomieścić wszystkich, wobec czego w sąsiednim 
pokoju urządzono filię dla młodszego towarzystwa. Tam z własnego popędu zainstalowała się 
też pani Aldona. Magda rezydowała w jadalni, mając z jednej strony pana Holimowskiego, z 
drugiej zaś sędziwego senatora Szamotę. 

Trochę   żałowała   teraz,   że   Raszewskiego   umieściła   "na   folwarku",   gdzie   bawiono   się 

wesoło   i   hałaśliwie.   Młodzież   mocno   podpiła   już   sobie,   kobiety   również.   Raz   po   raz 
wybuchały tam istne huragany śmiechu. Tu natomiast nastrój był poważny. W jednym końcu 
rozmawiano o podatkach, w drugim dyskutowano gruntownie jakiś spr bridge'owy. Od czasu 
do   czasu   niektórzy   uważali   za   stosowne   zwracać   się   do   Magdy   z   jakimiś   banalnymi 
pytaniami, na które odpowiadała z wysiłkiem zbierając myśli. 

Wreszcie ucztująca młodzież wstała od stołu i podążyła tłumnie do balowej sali. I Magda 

wstała również, umożliwiając starszemu towarzystwu śpieszny powrót do zielonych stolików. 

W Wysokich Progach nie dziękowano sobie po jedzeniu i tylko mniej uważni i mniej 

zwracający uwagę na dobre formy, wywoływali zamieszanie i tłok przy Magdzie. 

Tymczasem   orkiestra   zagrała   walca.   Magda   w   przejściu   spotkała   Raszewskiego.   Był 

dziwnie zmieniony. Nie mogła sobie sprecyzować, na czym ta zmiana polega, ale zdawał się 
unikać jej wzroku, a w uśmiechu miał jakby przymus. 

background image

– Niewesoło pan się bawił? – zapytała. 

– Owszem, dziękuję kuzynce. 

– A może ma kuzyn do mnie żal, że go uplasowałam wśród młodzieży? 

– Ależ bynajmniej. 

– Sądziłam, że będzie panu przyjemniej – dodała tonem usprawiedliwienia. – Chociaż są 

już nietrzeźwi. 

– Kuzynka zdaje się wychodziła do parku? – zapytał, spuszczając oczy. 

– Tak – odpowiedziała krótko. 

– Czy warto? Na miłość boską, czy warto? – błysnął nagle jakimś nieswoim spojrzeniem. 

– Dlaczego? – zdziwiła się. – Wcale nie jest tak zimno. Zresztą miałam szal. 

– Po co pani chodziła? 

– Jak to po co? 

– Czy nie może mi kuzynka tego powiedzieć? 

– Ależ owszem. Tylko to wcale nie będzie sensacją: chciałam trochę pomarzyć. 

Uśmiechnęła się i spojrzała w lustro: 

–  O, widzi kuzyn, jakie tego skutki: nos mi się błyszczy i włosy nie w porządku. Na 

dworze wilgoć. Pójdę poprawić te braki. 

Zatrzymał ją: 

– Bardzo chciałbym z kuzynką pomówić. 

– Czy coś się stało? – przestraszyła się. 

– Ach, nie. Będę czekał. 

Weszła na górę, zajrzała do dziecka i kluczem otworzyła drzwi do swojej sypialni. Był to 

jeden z kilku zaledwie pokoi nie oddanych do użytku gości. Jednak i tu musieli się dostać, 
zapewne   przez   łazienkę.   Na   toalecie   był   nieład,   a   rozesłane   łóżko   wyraźnie   zgniecione. 
Widocznie któraś z pań nie uważała za nietakt wylegiwać się na cudzej pościeli. 

Magda poprawiła włosy, przypudrowała twarz i właśnie schodziła na dół, gdy orkiestra z 

walca przeszła na kujawiaka. 

Przepadała   za   tym   tańcem.   W   zespole   pani   Karnickiej   należała   do   najlepszych 

specjalistek od kujawiaka. 

Przez długą amfiladę biegły ku niej rytmiczne fale dźwięków. Zdawały się ślizgać po 

lśniących posadzkach, przebiegać stłumionym krokiem po miękkich dywanach, podrywać się 
pod wysokie sufity, obiegać nieuchwytnym echem po ścianach. Dopędzały się i spotykały, 
przepływając różnymi drogami przez szeroko otwarte drzwi, by zlać się w jedność melodii, 
by zatopić równym jednakowym nurtem cały dom, by przesycić powietrze swoim śpiewnym 
tętentem... 

Szła ku sali balowej  poprzez  ten nurt muzyki  dziwnie przenikającej, dziwnie  ciepłej, 

niemal dotykalnej. 

background image

Było w jej brzmieniu coś niewypowiedzianie prostego, coś dojmująco wzruszającego. 

Każdy nowy dźwięk mówił znajomym, kochanym głosem, znajome, przyjacielskie słowa, a 
każde mgnienie krótkich oczekiwań wypełniało się pogodną a radosną pewnością, że każdy 
następny   ton   będzie   jeszcze   piękniejszy,   jeszcze   droższy,   jeszcze   bardziej   zrozumiały   i 
swojski. 

– Boże, jak oni grają... 

Nigdy jeszcze nie słyszała tak granego kujawiaka. Fortepian zdawał się zapominać w 

takcie,   skrzypce   i   wiolonczela   wydobywały   z   siebie   zaledwie   połowę   swoich   subtelnych 
możliwości.   Smyczki   zdawały   się   zaciągać   chropawo,   prawie   skrzypieć,   jakby   nie   po 
gładkich strunach, lecz po nierównej korze biegły... Było w tym coś ze zgrzebnego płótna i 
coś z dotyku dłoni do grubej skóry razowego chleba. A przecież melodia płynęła okrągłymi 
wieńcami rzucanymi na łagodny prąd rzeki... 

Przy   drzwiach   sali   było   kilka   osób.   Magda   stanęła   za   ich   plecami   i   patrzyła   na 

tańczących.   Niewiele   już   par   zostało   i   z   tych   ubywały   coraz   to   nowe.   Zostawały   tylko 
najlepsze, najbardziej zgrane, najbardziej rozmiłowane w tym tańcu. 

A melodia raz po raz zmieniała się. Przez szeregi dawnych tonów przebiegały nowe, w 

rytmicznych przesunięciach zajmowały miejsca poprzedników i zdawały się same tańczyć 
swój przezroczysty taniec dźwięków. Zanosiły się beztroskim śmiechem, muskały się cichymi 
westchnieniami,   jakby   zapłakały   nieboleśnie   i   znowu   porywały   się   w   wir,   w   zawrót,   w 
kołowrót radości. Wówczas wybuchały głośno aż powietrze drżało, a po chwili cichły tak, że 
słychać   było   szept   atłasowych   pantofelków,   muskających   drobnymi   pocałunkami   taflę 
posadzki. 

Wokół   wirujących   czarnych   sylwetek   tancerzy   zabiegały   frywolnie   i   zalotnie   jasne 

falbany   sukienek,   wyginały   nad   rozchwianymi   odwróconymi   kielichami   krynolin   wąskie 
talie, przechylały się jasne i ciemne główki w przekornych półuśmiechach. 

O, zapewne, nie tańczyli  tak ładnie, jak to robiono na scenie. Ale ich taniec dziwnie 

harmonizował z tą melodią. Od tancerzy wprost biła jakaś moc, męska pewność siebie, siła. 
Nawet Ksawery był  inny niż zwykle, inny niż zawsze. Zmienił się nie do poznania. Nie 
widziała   teraz   jego   przylizanego   przedziałka   na   głowie,   ani   nawet   tej   wiecznej   pozy   w 
ruchach. Tańczył z Janką Runicką i oboje – należało to przyznać – byli najlepszą parą. Toteż 
wkrótce zostali sami na środku. Wokół tłum gości zacieśniał się w krąg, ale im niewiele 
trzeba   było   miejsca.   Jak   bąk,  wirujący   w   jednym   punkcie,   tak   Ksawery   tkwił   w   tysiącu 
obrotów niezmiennie w samym środku. Spokojny a swobodny, śmiały a opanowany, giętki a 
prosty jak świeca, podniecony lecz z rysem skupienia między brwiami – był prawie piękny. 
Niemal bezszelestnie obracał się na miejscu, od czasu do czasu w przebiegu końcem stopy 
uderzał   lekko   w   posadzkę,   a   te   dwa   uderzenia   brzmiały   jak   ciche   oklaski   na   każdym 
przytłumionym skręcie melodii. 

Patrzyła   nań   długo,   na   pełne   zachwytu   oczy   kobiet   i   wyżej   na   ściany   zawieszone 

poczerniałymi płótnami portretów. 

I oni, tamci, ci w atłasach i białych perukach, ci w czarnych aksamitnych kaftanach, ci w 

purpurowych   kontuszach   i   z   podgolonymi   głowami,   oni   wszyscy,   jego   dziadkowie   i 
pradziadkowie musieli tak tańczyć kujawiaka. Może wtedy jeszcze i tego pałacu nie było, 
może   zamiast   lśniącego   parkietu   pod   ich   stopami   potrzaskiwały   grube   deski,   a   zamiast 
wielkiej orkiestry przygrywało nieudolnie kilku grajków wiejskich, ale kujawiak był ten sam i 
Runiccy ci sami. Zmieniły się stroje, przeminęły podgolone łby i fryzowane peruki, przeminie 
frak kunsztowny przedziałek Ksawerego, może nawet po tym pałacu kamień na kamieniu nie 

background image

zostanie, po Wysokich Progach śladu żadnego. Ale po dziadach i pradziadach, po Ksawerym i 
jego   synu   Tomaszu   przyjdą   wnuki   i   prawnuki,   przechowają   tę   tradycję,   z   dumą   będą 
wymawiać swoje nazwisko, bo nazwisko dla nich będzie zawsze tą tradycją, a ta melodia 
przemawiać   będzie   do   nich   swoim   żyznym   słowem   przeszłości,   swoimi   niezmiennymi 
zwrotkami, które jednakowo zabrzmią dla każdego z nich. Wszystko, co tu jest, wyrasta z 
tego, co minęło, karmi się sokami dawności, jednym ramieniem sięga w przeszłość, drugim w 
przyszłość, splata się łańcuchem silniejszym  niż łańcuch przyczyn  i skutków, łańcuchem, 
którego każde ogniwo, choćby kształtem było inne, z tego samego wykute zostało żelaza. Jest 
jakaś tajemnica w tym, że nie zrywa się ta więź, choćby przyszły lata najgorszego urodzaju, 
że tak, jak wierzy Raszewski, przetrwa i zginąć nie może... 

– Czymże ja jestem w tym łańcuchu? – ze smutkiem myślała Magda. – Jakimś epizodem 

nic   nie   znaczącym,   jakimś   zbędnym   upiększeniem,   nie   cenioną   ozdobą   i   chwilowym 
dodatkiem. I dlaczego? 

Tu przypomniały się jej słowa ojca, tu zrozumiała  jego ból. Tego właśnie nie umiał 

przebaczyć synowi, że zerwał łańcuch, że poszedł w bok, że nie stanie przy warsztacie ojca, 
dziada i pradziada. Więc to jednak jest ważne? Więc jednak ma jakąś cenę dla człowieka ta 
przeszłość, z którą na pozór nic go nie wiąże? 

A szczęście osobiste, a własna wartość człowieka? Nie, to jest niemożliwe! Niemożliwe! 

W Magdzie buntowało się jej poczucie prawa do swego własnego szczęścia. Czyż nie 

było tysiąca, miliona wypadków, że jedno ogniwo odrywało się od łańcucha? Czy koniecznie 
musiało ulec zagładzie, zginąć, zaprzepaścić się, zmarnować? Nie, po stokroć nie! 

Melodia rozgrzewała się, rytm tętnił gwałtownie, tańcząca para wirowała w zawrotnym 

tempie. 

–  Nieprawda   –  przekonywała   siebie   Magda.   –  Nieprawda.   Nie   dlatego   jestem   taka 

nieszczęśliwa. A wszystko nie ma żadnego znaczenia, tylko szczęście! Drzewo jest skazane 
na życie tam, gdzie zostało zasadzone. Nawet pies ma prawo uciec tam, gdzie mu będzie 
lepiej. 

Na ramieniu uczuła dotyk czyjejś zimnej ręki. Drgnęła i mimowolnie cofnęła się. Tuż za 

nią stała Kasia Rżewska i uśmiecha się z tą swoją nieszczerą serdecznością: 

–  Moja kochana Magduś –  mówiła półgłosem –  moja droga! Chcę ci powiedzieć, jak 

bardzo cię podziwiam. Naprawdę jesteś wyjątkowa! Wyjątkowa! 

Magda szeroko otworzyła oczy: 

– Nie rozumiem, Kasiu, o co chodzi? 

Panna Rżewska pociągnęła ją w stronę kominka: 

–  No, okazałaś tyle  spokoju! Inna na twoim miejscu wywołałaby piekielną awanturę! 

Nawet ja, daję ci słowo. A ty ani słówka tej rozwydrzonej gęsi nie powiedziałaś! Naprawdę... 

– Ale komu? O co chodzi? – przerwała Magda. 

Kasia spuściła oczy: 

– No, możesz nie robić przede mną tajemnicy. Prawie wszyscy o tym mówią. 

– O czym? 

background image

–  No, Magduś, kochanie! Przecież sześć osób widziało, na własne oczy widziało. To 

oburzające, przyznaję, to jest wstrętne nawet. Nie dziwiłabym się może Ksaweremu... O nie, 
nie myśl, że chcę go bronić, albo usprawiedliwiać. Popełnił świństwo! I co za nieostrożność! 
Nawet drzwi łazienki nie zamknął! Wprawdzie był mocno zawiany... 

Magda zmarszczyła brwi: 

– Słuchaj, Kasiu, o niczym nie wiem! Powiedz wyraźnie. 

– Jak to, nie wiesz?... Nikt ci nie powiedział?... Ach tak, to dlatego jeszcze nie wypędziłaś 

z domu tej dziwki! To bezczelność, żeby w twojej własnej sypialni, na twoim łóżku!... 

Magda zbladła: 

– O kim mówisz? 

–  No, jak to o kim, o Bożence! Sześć osób widziało. Mańkiewiczowa, Staś, Huszcza, 

Lilka,   Astra,   Taraszkiewicz...   Nawet   drzwi   nie   zamknęli...   Och,   co   ci   jest   kochanie?   – 
dokończyła przestraszonym głosem. 

Magda przymknęła oczy, cała krew zbiegła się do serca. Kurczowo oparła się o kominek: 

– Nic, nic – szepnęła – dziękuje ci... 

– Może wody ci przyniosę? 

– Nie, dziękuje. Nic mi nie jest. 

Kasia z trudem ukrywała emocję: 

– Albo chodźmy, napij się wódki. To ci doskonale zrobi. 

Magda   potrząsnęła   przecząco   głową.   Zbierała   wszystkie   myśli,   by   zapanować   nad 

nagłym osłabieniem nóg. 

– Pozwól – z lekka odsunęła Kasię – pójdę sama. 

W sąsiednim pokoju zobaczyła Taraszkiewicza, który z przejęciem opowiadał coś kilku 

paniom. 

–  Panie Tolu –  zwróciła się do niego, starając się opanować drżenie głosu –  czy nie 

zechciałby pan... 

– Ależ służę – podbiegł nieco zakłopotany. 

Oparła się na jego ramieniu: 

– Chciałam z panem pomówić... 

– Jestem do dyspozycji. 

Usiedli obok w gabinecie. 

– Wiem o wszystkim – zaczęła – ale chciałabym usłyszeć to od pana, który był naocznym 

świadkiem. 

Taraszkiewicz zrobił szereg niewyraźnych ruchów, próbował wykręcić się, zapewniając, 

że niczego nie widział, że to plotki, że wreszcie jest przyjacielem Ksawerego. 

Jednak   przyparty   przez   Magdę,   opowiedział   wszystko.   Mańkiewiczowa   weszła   do 

background image

łazienki,   przypadkiem   zajrzała   przez   niedomykające   się   drzwi   do   sypialni,   a   później 
sprowadziła tam jeszcze kilka osób. 

–  Dziękuję   panu   –  skinęła   głową   –  niech   pan   będzie   tak   dobry   i   odszuka   pana 

Raszewskiego. 

– Zaraz go pani przyślę – poderwał się. 

Zakryła  twarz rękami, usiłując skupić myśli. Nie wiedziała jeszcze, co zrobić należy. 

Czuła tylko gwałtowną, niepohamowaną potrzebę zemsty. Pod czaszką przemykały jedna za 
drugą myśli. Wziąć rewolwer i zabić go, jak psa. Ją?... Ach, cóż ona tu miała za znaczenie. 
Dziwka!... Ale i ona też!... Nienawidziła go teraz tak, jak jeszcze nikogo w życiu. Czuła doń 
taki wstręt, że na samą myśl o nim ogarniało ją obrzydzenie. 

– Podlec! Podlec! – cisnęły się na usta słowa, które nie były w stanie wyrazić ani części 

tej nienawiści i wzgardy. 

Nie chodziło o niego, ani o wyłączność, ani o wierność. Zdradził ją znowu. Ale to było 

już nadmiarem, było policzkiem, wymierzonym w jej godność, chamskim podeptaniem jej 
praw!... 

Nie wiedziała, po co wzywała Raszewskiego. Wiedziała tylko, że od niego jednego może 

oczekiwać pomocy, ratunku. Że wśród tego tłumu ludzi on jeden jest jej drogi, bliski. Niech 
stanie w jej obronie! 

Wyobraźnia   podsunęła   przed   oczy   obraz   pojedynku.   Oto   stają   naprzeciw   siebie   z 

wyciągniętymi lufami pistoletów. Padają strzały i Ksawery pada z przestrzeloną piersią. 

– Niech zdycha, jak pies, jak pies!... 

Lecz natychmiast przyszła refleksja: a co będzie, jeżeli zginie Janek? 

–  Nie, nie wolno mi, nie wolno! Nie mam prawa od niego żądać, by stawał w mojej 

obronie. Tak... Niech tylko coś poradzi... Trzeba stąd wyjechać, jak najprędzej, może zaraz... 
Zabrać dziecko i wyjechać. 

W każdym razie postanowiła nie okazywać Raszewskiemu ani cierpienia, ani wzburzenia. 

Gdy   jednak   wszedł   do   niej,   gdy   zobaczyła   jego   pełne   tkliwości,   kochane,   szare   oczy   – 
wybuchnęła płaczem. 

Nie pocieszał jej wcale. Tylko stał tuż przy jej fotelu tak, by zasłonić ją od ciekawych 

spojrzeń osób przechodzących przez gabinet. Po dłuższej chwili, gdy uspokoiła się nieco i 
podniosła nań załzawione oczy, powiedział cicho, ale stanowczo: 

– Chodźmy! Musi kuzynka pójść na górę do siebie. 

Posłusznie wstała, pozwoliła wziąć się pod rękę, a gdy już byli w jej pokoju, rozpłakała 

się na nowo. Widziała jak przymknął drzwi, jak zaczął chodzić po pokoju, jak rysy jego 
twarzy ściągały się raz po raz. Jakże był dobry, że o nic nie pytał, że nic nie mówił, że nie 
próbował wyrazić jej współczucia!... 

W pokoju panował półmrok kolorowy od niebieskich i różowych szybek ampli. Kroki 

Raszewskiego   bezgłośnie   wsiąkały   w   gruby   puszysty   dywan.   Z   dołu   dobiegały   dźwięki 
przytłumionego   blues'a,   a   za   oknami   warczał   motor   samochodu.   Ktoś   już   odjeżdżał. 
Prawdopodobnie   generałostwo   Juszczycowie...   Pewno   szukają   jej,   by   się   pożegnać. 
Juszczycowa ma ogromne stosunki w Ministerstwie Skarbu... Gotowa się obrazić... 

background image

Aż dziwiło to Magdę, z jaką obojętnością pomyślała o tym.  Cóż ją teraz obchodziły 

interesy Runickich?... Wysokie Progi?... Jakie to obce, jakie to obmierzłe, obce i wrogie. Ta 
sypialnia, jej własna sypialnia. Patrzyła na nią teraz, jak na pokój hotelowy. 

Łóżko jeszcze nosiło ślady tamtych dwojga. Pościel zmięta i rozrzucona, wygniecione 

poduszki. 

Wzdrygnęła się. Nie mogłaby już usnąć na tym łóżku, w tym pokoju. I to jej odebrali. Po 

cóż łudziła się, po co walczyła o swoje stanowisko, po co tyle pracy, trudu, wyrzeczeń się, 
codziennej udręki i musztry każdego słowa, każdego gestu? Za jednym zamachem poszło w 
gruzy wszystko. Przekonała się od razu, że nawet pozorów nie chciano jej zostawić, że nie 
liczono się z nią wcale, że lekceważono ją, zelżono, zdeptano. I ci ludzie mają czelność bawić 
się tam na dole, w jej domu, chociaż wiedzą, jaka ją spotkała zniewaga. Nie przeszkodzi im to 
przyjaźnić się z Ksawerym. Nie, a tylko dla niej będą mieli ironiczny uśmiech. Nikt z nich nie 
zawaha się nawet przez chwilę, po czyjej stanąć stronie. Bo czymże dla nich jest ona, córka 
jakiegoś rzeźnika? Przybłędą! 

I przypomniała sobie głos ojca: na ciemnych zniszczonych i ubogich schodach rozlegał 

się przytłumiony i chrapliwy: 

– Gdyby ci już tam bardzo źle było, to możesz wrócić. Kąt w mieszkaniu się znajdzie i co 

do gęby włożyć, a pracy w jatce zawsze jest dość... 

Nie! Nie mogła wrócić! Nie może, nie ma prawa wobec siebie samej tak zaprzeć się 

wszystkiego, tak upokorzyć się przed losem, tak wyrzec się życia. Wtedy był jeszcze czas na 
to. Ale teraz, poniżona i odtrącona? Nie! Czymże zapłaci ojcu za szereg lat krzywdy? Czym 
okupi swoją przegraną, jak odważy się spojrzeć w oczy, w te stare, kochające a surowe oczy, 
które jej powiedzą: 

–  Nie wierzyłaś, zła córko, ojcu, nie słuchałaś go. Zobaczże teraz, ileś krzywdy jemu i 

sobie zrobiła i po co? 

Nie, nie mogła nawet myśleć o powrocie, ale i tu zostać nie mogła. Za żadną cenę! Gdyby 

Ksawery rzucił się jej przy wszystkich do nóg, gdyby mogła go wychłostać nahajem po tej 
jego   głupiej   bezmyślnej   twarzy,   gdyby   za   przebaczenie   obiecywał   jej   psią   wierność   – 
przebaczyć już nie umiałaby. 

Drgnęła, gdy usłyszała głos Raszewskiego. Usiadł naprzeciw i patrząc w ziemię pytał: 

– Więc aż tak wielkie pani cierpienie? Więc, aż tak bardzo pani go kocha? 

– Ja? – prawie przeraziła się Magda. – Kogo kocham? 

– No, męża – powiedział przez zaciśnięte zęby. 

Zerwała się z miejsca. Krew uderzyła jej do twarzy. Oczy roziskrzyły się nienawiścią, a 

palce wyciągniętych rąk zwarły w skurczu. 

–  Ja   go   nienawidzę   –  zawołała   głośno.   –  Słyszy   pan?   Nienawidzę!   Nigdy   go   nie 

kochałam! Nigdy! Zostałam jego żoną, bo wierzyłam, że on mnie kocha, bo myślałam, że jest 
człowiekiem, nie bezdusznym głupcem! Jak pan może tak myśleć! Nigdy! 

Zobaczyła  w  lustrze swoje odbicie:  wyglądała  okropnie.  Zapuchnięte  oczy,  czerwone 

wypieki na policzkach, usta wykrzywione złym grymasem. Odruchowo poprawiła włosy i 
odwróciła się: 

– To szczęście – skonstatowała z ulgą – że tu jest tak ciemno. 

background image

Raszewski, zaskoczony jej uniesieniem, siedział milczący. Opanowała się i mówiła już 

spokojniej: 

– A zresztą zostałam jego żoną i z wyrachowania. Nie, nie będę przed panem robić z tego 

tajemnicy, udawać, że miałam wzniosłe pobudki. Owszem, niech i pan stanie po ich stronie. 
Niech i pan należycie mnie oceni. Takie małżeństwo było dla mnie karierą. Dla przeciętnej 
aktorki, dla córki prostego rzeźnika wyjść za mąż nawet za takiego bubka, to przecież szczyt 
marzeń.   Widzi   pan.   Taka   jestem.   Próżna,   chciwa,   zarozumiała,   wyrachowana!   Intruz, 
parweniuszka, przybłęda. Dziewczyna z Powiśla, której zamarzyło się zostać jaśnie panią, a 
udało się tylko dosłużyć do roli bezpłatnej posługaczki i samicy do rodzenia dzieci jaśnie 
panu.   Nie   chcę   pana   oszukiwać,   nie   chcę   pańskiej   życzliwości,   ani   współczucia,   ani 
serdeczności. Nie chcę ich kraść! Rozumie pan? 

Chciał jej przerwać, lecz powstrzymała go ruchem. 

– Nie, nie, nie chcę od pana zdawkowych słów politowania. W zupełności zasłużyłam na 

to, że potraktowano mnie w ten sposób. Może miałam i dobre intencje, może wierzyłam, że 
potrafię pokochać Ksawerego, może nie dla kariery, nie dla korzyści, lecz przez pragnienie 
lepszego, piękniejszego życia chciałam zostać jego żoną. Ale to już nikogo nie obchodzi. Ani 
pana...   Ani   pana...   O,   proszę,   niechże   pan   nie   zadaje   sobie   trudu...   Wiem   i   tak,   że 
niepotrzebnie naraziłam pana na te moje zwierzenia. Zmuszam pana do współczucia i wiem, 
że panu naprawdę przykro, ale to, to takie bolesne... takie bolesne... 

Wzruszenie wzbierało w niej znowu, łzy cisnęły się pod powiekami. 

Raszewski ostrożnie, lecz mocno ujął jej rękę. 

– Pani Magdalenko – zaczął i głos mu się załamał. Pani Magdalenko... Ja panią kocham... 

Gwałtownie wyrwała rękę: 

– Co?... Co pan powiedział?!... 

W   jej   głosie   zabrzmiał   prawie   przestrach.   Raszewski   nie   zrozumiał   tego   okrzyku   i 

zmieszał się: 

–  O, bardzo przepraszam panią... Bardzo przepraszam, że w takiej chwili, Kiedy panią 

spotkała tak wielka krzywda, że ośmieliłem się mówić o sobie... Ale, widzi pani, sądziłem, że 
może teraz właśnie moje uczucie, moje wielkie uczucie przyda się pani, że może będę... że 
dostąpię szczęścia, że zechce pani... że może będę mógł pomóc w czymkolwiek... 

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami i nie mogła wydobyć z siebie ani słowa. 

–  O, ja wiem, że popełniam podłość – prędko mówił Raszewski –  bo to nie jest godne 

uczciwego człowieka wyzyskiwać moment czyjejś tragedii, egoistycznie starać się wyzyskać 
sytuację. Ale przysięgam, pani Magdalenko, przysięgam, że nie mogę dłużej milczeć. I tak od 
dawna musiała pani widzieć, że ją kocham. Zapewne nie zdobyłbym się nigdy na zmącenie 
pani   życia   swymi   wyznaniami.   Ale   teraz   błagam   panią,   o   przebaczenie.   Musiałem   to 
powiedzieć. Nieładnie odpłacam się pani za jej dobrą przyjaźń, za ufność, za serdeczność. 
Zresztą jeżeli pani potrafi, proszę przebaczyć. Nie wiem, co pani zamierza zrobić, jak dalej 
pokierować swym życiem. Pragnę tylko jednego: niech pani wierzy, że najbezinteresowniej, 
nie   oczekując   żadnej,   najmniejszej   nagrody  będę   uważał   się   za   szczęśliwego   mogąc   być 
pomocnym, mogąc... 

– Panie Janku – przerwała Magda. – Co pan mówi? Czy pan zastanowił się nad tym? Czy 

pan zdaje sobie sprawę z tego, jaką kobietę pan kocha? 

background image

–  O tak –  odpowiedział,  marszcząc  brwi. –  Kocham jedyną,  jaka dla  mnie  na ziemi 

istnieje. 

– Boże! Co za szczęście! Co za szczęście! 

Magda zerwała się i, zakrywszy oczy rękami, wybuchnęła płaczem. Przecież mieszało się 

jej w głowie od tego wszystkiego. Słyszała tak wyraźnie, a niepodobna było wierzyć własnym 
uszom. Jakże się to wszystko mogło stać? Jakże on... on właśnie mógł ją pokochać!... On, 
który   zdawał   się   nieosiągalnym,   niedoścignionym...   On,   ten   najdroższy,   ten   jedyny 
człowiek...   Czymże   zasłużyła   na   tak   przerażająco   wielkie   szczęście,   którego   niepodobna 
ogarnąć myślą, zrozumieniem... 

– O tak, tak – zanosiła się łkaniem. – Jest Bóg, wielki i dobry, i tak miłosierny dla mnie 

nędznej, dla mnie grzesznej... Boże! Boże!... Dziękuję ci, dziękuję... 

Na pół przytomna w nagłym porywie rzuciła się na kolana przed Raszewskim, przywarła 

do jego nóg, całowała ręce, usiłujące ją podnieść. Nie wiedziała, co robi, ogarnęło ją jakieś 
nieznane   szalone   pragnienie   wdzięczności,   zatracenia   się   w   dziękczynnej   ekstazie,   w 
rozedrganej najgłębszymi dźwiękami triumfalnej modlitwie. 

Raszewski z trudem rozplótł jej ręce i podniósł by mocno objąć ramionami trzęsącą się, 

rozszlochaną, nieprzytomną. 

Za oknami wstawał późny, jesienny świt. Niebo na wschodzie zaróżowiło się i stopniowo 

przechodziło w żywą ognistą purpurę. Z dołu dobiegały dźwięki orkiestry. Jedna po drugiej 
zmieniały   się   melodie.   Kolorowe   światło   ampli   nikło   i   roztapiało   się   w   pierwszych 
promieniach słońca. Ale Magda i Raszewski nic nie słyszeli i nic nie widzieli tylko swoje 
słowa i swoje oczy, pełne szczęścia. 

Długa nieobecność Magdy na dole zwróciła powszechną uwagę. Mówiono już o tym 

prawie głośno, spodziewając się skandalu. Nie psuło to jednak zabawy. Przeciwnie. Dobre 
humory, podniecone oczekiwaniem sensacji, sprawiły, że wciąż odkładano białego mazura. 
Tylko nieliczni goście z bliższego sąsiedztwa odjechali do domu. 

Ksawery,   z   początku   speszony  i   zaniepokojony,   nabrał   lepszej   myśli.   Nie   wątpił,   że 

Magdzie doniesiono o wszystkim. Wahał się, czy nie pójść na jej poszukiwania, zastanawiał 
się nad tym, jak należy się tłumaczyć, jak usprawiedliwiać, jak prosić o przebaczenie. 

Głupio się stało. Wszystkiemu była winna ta nieobliczalna Bożenka, ale ostatecznie... 

stało się i nic na to nie pomoże. 

– Jakoś się to załatwi – odkładał wszystko na później. 

Tymczasem tańczył i pił, ile wlazło, by dodać sobie otuchy, lecz jak na złość upić się nie 

mógł.  Wreszcie  zdołał zbagatelizować  dla siebie całe zajście.  W dalszym  ciągu  było  mu 
przykro, zdawał sobie sprawę, że skrzywdził Magdę, że ją może obraził. Więc, przeprosi – 
cóż więcej może zrobić? 

Nie   przewidywał   żadnych   poważniejszych   konsekwencji.   Może   przez   kilka   dni   nie 

zechce z nim rozmawiać, może zrobi publiczną awanturę Bożence (ta swoją drogą zasłużyła 
na to!), może nawymyśla przy gościach i jemu. 

– Trudno – myślał. – Palnąłem głupstwo, trzeba odcierpieć. 

Ani przez chwilę nie wyobrażał sobie, by Magda miała powziąć jakieś bardziej stanowcze 

zamiary. Jednakże, gdy około dziesiątej zjawiła się w drzwiach balowej sali, zaniepokoił się. 

background image

Wyglądała dziwnie spokojna, a nawet zadowolona. 

Znakiem ręki zatrzymała orkiestrę i czystym mocnym głosem zawołała: 

– Proszę państwa na śniadanie! 

W   jadalni   urządzono   bufet   na   stojąco.   Zimne   mięsa,   przekąski,   bigos,   jajecznica   na 

boczku i temu podobne rzeczy zapijano gorącym barszczem i grzanym piwem. 

Ksawery,   przechodząc   przez   hall,   zobaczył   matkę,   usiłującą   zatrzymać   Janka 

Raszewskiego. Janek był w podróżnym płaszczu, a służba znosiła jego walizy. 

– Wery! Może ty mu przemówisz do rozsądku! – zawołała pani Aldona. 

–  Dlaczego wyjeżdżasz? –  zwrócił się do Raszewskiego Ksawery –  otrzymałeś  może 

jakąś depeszę? 

Raszewski zdawał się nie spostrzegać go wcale: 

– Bardzo ci dziękuję, Donatko, za gościnę. Muszę jechać. 

– Ależ Janku – zastąpił mu drogę Ksawery. 

– Zostańże – nalegała pani Aldona. 

– Naprawdę nie mogę – sucho odpowiedział Raszewski i ucałował rękę pani Aldony. – 

Jutro ci napiszę. 

– Obraziłeś się o coś, Janku?... – chciał go poufale wziąć pod rękę Ksawery. 

– Wybacz – odsunął go. – Bardzo się spieszę... 

Jeszcze   kilka   osób   zatrzymało   się   w   hallu.   Raszewski   wyminął   stojącego   na   drodze 

Ksawerego i wyszedł. Po chwili jego samochód zniknął w grabowej alei. 

– Oszalał! – wybuchnęła pani Aldona. 

– Może ojciec zrobił mu jaką przykrość? – starał się odgadnąć Ksawery. – Ale dlaczego 

nie pożegnał się ze mną? 

Ani mu do głowy nie przyszło, by wyjazd Raszewskiego łączył się w jakikolwiek sposób 

z tamtą sprawą. 

Tymczasem kończyło się śniadanie i orkiestra zagrała białego mazura. W godzinę później 

gości na dole już nie było. Jedni odjechali, inni poszli spać do gościnnych pokoi. 

Magda   nie   odczuwała   zmęczenia.   Wzięła   kąpiel,   przebrała   się,   wydała   dyspozycje 

służbie,   codziennym   zwyczajem   obeszła   gospodarstwo   i   zabrawszy   wszystkie   książki 
rachunkowe   zasiadła   w   swoim   buduarze   do   pracy.   W   sąsiedniej   garderobie   Ksawerego 
słyszała jego kroki i pogwizdywanie. Widocznie też nie zamierzał kłaść się, chociaż wstania 
najwcześniejszych gości można było się spodziewać około czwartej. Po paru minutach kroki 
Ksawerego rozległy się z drugiej strony w sypialni Magdy, potem obok w łazience i znowu w 
garderobie.   Widocznie   krążył   koło   buduaru,  nie   mogąc   zdecydować   się   na   wejście.   Gdy 
wreszcie zapukał, odpowiedziała zupełnie spokojnie: 

– Proszę – i nawet nie oderwała oczu od rachunków. 

–  To   niedobrze,   żeś   się   nie   położyła   –  zaczął   niepewnym   tonem   i   dodał.   –  Mamy 

wspaniałą pogodę... 

background image

– Owszem – skinęła głową. 

– Kazałem zamieść korty tenisowe – mówił, patrząc w okno. – Może kto zechce zagrać. 

Zapalił papierosa, chrząknął i zauważył: 

– Jakoś nie jesteś usposobiona do rozmowy. 

– Jak widzisz, jestem zajęta. 

– Czy to aż tak pilne? – zapytał z lekkim rozdrażnieniem w głosie. 

– Tak – odpowiedziała spokojnie. – Od trzech dni nie robiłam rachunków, a od dwóch 

tygodni zestawień. A chcę wszystko zostawić w porządku. 

Zapanowało milczenie. 

– Jak to zostawić? – po pauzie odezwał się Ksawery. 

–  Całkiem  po prostu. Zostawić tobie,  czy też komuś, kto po mnie  prowadzenie  tych 

rzeczy obejmie. 

Zaśmiał się nieszczerze, usiłując zmienić ton rozmowy i jej sens, którego się na pewno 

domyślał. 

– Ach, więc dokuczyło ci już to buchalterowanie? 

– Nie o to chodzi. Po prostu – wyjeżdżam. 

– Jak to wyjeżdżasz? 

Odłożyła pióro i spojrzała mu prosto w oczy: 

– Wyjeżdżam. Postanowiłam rozejść się z tobą. 

Gwałtownie usiadł na krześle po drugiej stronie biurka. 

– Nie rozumiem. Chyba żartujesz? 

– O, najmniejszej do tego nie mam ochoty. 

– Jesteś zmęczona i rozdrażniona, niewyspana, jeszcze niezupełnie zdrowa. To są nerwy. 

Nie! Stanowczo nie mogę w tych warunkach wziąć twego oświadczenia na serio. 

–  Mylisz się –  potrząsnęła głową. –  Nie jestem wcale zdenerwowana. Najspokojniej w 

świecie komunikuję ci, że jeszcze dziś wyjeżdżam, oczywiście zabieram dziecko, a kwestie 
prawne, związane z naszym rozwodem, załatwimy przez adwokata. 

Ksawery patrzył na nią szeroko otwartymi oczami. Zrobił się czerwony jak burak i nie 

mógł słowa z siebie wydobyć. 

– A teraz przepraszam cię – stanowczo zakończyła Magda. – Mam pilną robotę. 

– Chyba oszalałaś! – zerwał się. – Ty nie możesz tego zrobić. Po pierwsze, w ogóle nie 

puszczę   cię!   To   niemożliwe!   Ja   wiem   doskonale,   o   co   ci   chodzi.   Przyznaję,   popełniłem 
głupstwo. Nie byłem zupełnie trzeźwy. Powiedzieli ci wszystko. Sam zresztą przyznałbym 
się. Postąpiłem bardzo źle. Po świńsku, nawet po łajdacku, ale, na miły Bóg, gotów jestem do 
każdej, do absolutnie każdej ekspiacji. Zerwę z nią, przestanę tam bywać. W ogóle, jeżeli ci 
to dogadza, gotów jestem zmienić się w zakonnika. Daję ci słowo honoru, że nigdy cię więcej 
nie zdradzę! 

background image

–  Słyszałam już to nieraz –  przerwała mu. –  Zresztą nie chodzi mi o to. Zostawiam ci 

całkowitą swobodę. Moje postanowienie jest nieodwołalne. 

Zaczął biegać po pokoju. 

– Magduś! – wołał. – Nawet Bóg przebacza, gdy widzi szczerą skruchę! 

– Jestem tylko człowiekiem. 

– Więc nie wierzysz?! 

– To już obojętne – wzruszyła ramionami. – Nie zależy mi ani na twojej wierności, ani w 

ogóle na tobie. 

– Jak ty możesz! Jak ty możesz tak mówić! – wyciągnął nad nią zaciśnięte pięści. 

– Uspokój się – powiedziała zimno. 

–  Nie uspokoję się –  krzyknął i, zorientowawszy się, że jego głos brzmi zbyt głośno, 

zajrzał do sąsiednich pokoi, pozamykał dalsze drzwi i wróciwszy przysunął sobie krzesło. 

Magda obojętnie segregowała notatki. 

– Zrozum – zaczął, starając się mówić spokojnie. – Zrozum, że nie mogę zgodzić się na 

taki nieprzemyślany krok. Na skandal, na plotki! 

–  To   trudno   –  powiedziała.   –  Skandal   już   się   stał,   plotki   już   są,   a   krok   mój   jest 

gruntownie przemyślany. I nie trać czasu. Decyzji nie zmienię. 

Ksawery zaśmiał się szyderczo: 

– Ach tak! Teraz już wiem dlaczego byłaś łaskawa wpisać sobie na hipotece Wysokich 

Progów dwieście tysięcy. Od dawna przygotowywałaś swój plan. Bardzo sprytnie. 

Magda zmierzyła go pogardliwym spojrzeniem. 

–  Nie żałuj mi i tego rozczarowania. Najlepiej będzie, gdy posądzisz mnie o kradzież. 

Proszę cię. Dla wyjaśnienia jednak dodam, że miałam zamiar natychmiast przepisać tę sumę 
na Tomka. Teraz jednak nie uważam za możliwe nawet dla mego dziecka przyjąć cokolwiek 
od człowieka, uważającego jego matkę za oszustkę. 

– To są puste słowa – krzyknął Ksawery. – Doskonale wiesz, że tak nie myślę, że to tylko 

gorycz... 

– Dlatego, proszę cię, Wery, przerwijmy tę rozmowę. Obawiam się, że twoja gorycz nie 

zadowoli się obelgami. Może jeszcze zechcesz mnie uderzyć? 

– Magduś! Magduś! – załamał ręce. – Co ty ze mną wyprawiasz! Co ja takiego zrobiłem, 

że mścisz się z taką zawziętością!? Magduś, no przebacz mi, błagam cię, przebacz... 

Chwycił   jej   ręce   i   całował   gwałtownie.   Z   oczu   kapały   mu   gęsto   łzy,   znacząc   się 

ciemnymi plamami na szafirowej sukni Magdy. 

– Widzisz, ja płaczę! Ja tak cierpię – mówił przerywanym głosem. 

– Daj spokój – powiedziała. – Znam już te komedie i nie wzruszają mnie wcale. 

– Pomyśl, co ja pocznę bez ciebie! 

– Och, o to jestem spokojna. 

background image

– Tak?! Tak?! Palnę sobie w łeb! Daję ci na to... 

– Wiem – przerwała. – Słowo honoru. 

Z całej siły uderzył pięścią w biureczko: 

–  Nie   pozwalam   ci   drwić   z   mego   honoru!  Nie   pozwalam!   Słyszysz!   Ty,   jako   córka 

rzeźnika, nie masz pojęcia, co to jest honor! Wypraszam sobie! 

Podniecał się własnymi słowami i krzyczał coraz głośniej, wymachując nad nią rękami. 

Magda wstała i wyciągnęła rękę w kierunku drzwi: 

–  Proszę   wyjść   –  powiedziała   cicho,   lecz   takim   tonem,   że   Ksawery   uspokoił   się 

natychmiast. 

– Kobieto, nie doprowadzaj mnie do szaleństwa, bo... 

– Wyjdź w tej chwili – powtórzyła. 

– Dobrze! Dobrze! Idę... 

Wybiegł trzaskając drzwiami. 

Magda   drżąca   i   wyczerpana   do   reszty   opadła   na   fotel.   Dopiero   po   dłuższej   chwili 

opanowała   nerwy   i   gorliwie   zabrała   się   do   rachunków.   Wstała   od   biurka,   gdy   usłyszała 
dźwięk gongu. Poprawiła włosy i zeszła na dół. Goście i domownicy grupkami rozmawiali w 
hallu.   Witała   się   z   nimi   z   bladym   uśmiechem,   pytała   czy   wypoczęli,   jak   się   czują, 
zachowywała się tak, jak zawsze. Jednak ogólny nastrój był zważony. Wszyscy nadrabiali 
minami i przy śniadaniu wciąż urywała się rozmowa. Ksawery nie zjawił się przy stole. Na 
zapytania gości Magda spokojnie tłumaczyła jego nieobecność zmęczeniem. Natychmiast po 
śniadaniu zaczęli się rozjeżdżać. Jedne po drugich zajeżdżały powozy, karety, samochody. 
Magda do końca wszystkich żegnała w hallu. O trzeciej wyjechali ostatni. 

Wówczas Magda zwróciła się do pani Aldony: 

– Chciałabym z mamą pomówić. 

Zamknęły się w narożnym pokoju i Magda rzeczowo i spokojnie opowiedziała o swoim 

postanowieniu. Pani Aldona wiedziała już o zajściu. Miała szczegółowe sprawozdanie, nie 
uważała   jednak   "tak   drobnej   rzeczy"   za   wystarczający   powód  do   rozwodu.  Jednak   samą 
perspektywą rozwodu nie była oburzona. Raczej mogło się wydawać, że widzi dla siebie, czy 
też dla Ksawerego i dobre strony w pozbyciu się z Wysokich Progów arbitralnej synowej. 
Najbardziej zainteresowała się tym, co Magda zrobi ze sobą. 

– Z czego ty będziesz żyła? Jak sobie dasz radę? 

– Na razie zamieszkam w Warszawie – wyjaśniła Magda. – Będę pracowała. W każdym 

razie z głodu nie umrę. 

–  Bo nie wiem –  wtrąciła pani Aldona –  czy w dzisiejszych ciężkich czasach Ksawery 

będzie ci mógł służyć jakimiś alimentami... 

– O, może mama o tym nie myśleć. Nie przyjęłabym od niego ani grosza. 

–  No   tak,   ale   przecież   nie   możesz   na   przykład   występować   w   teatrze.   Nazwisko 

Runickich, jakby ci to powiedzieć, nie nadaje się do sceny. 

Magda wzruszyła ramionami: 

background image

– Nie mam zamiaru wracać do teatru. Zresztą już będąc żoną Ksawerego występowałam, 

a zarobione właśnie na scenie pieniądze szły na potrzeby – Runickich. Jednak teraz proszę się 
nie obawiać. Prawdopodobnie natychmiast po uzyskaniu rozwodu wyjdę za mąż. 

Pani   Aldona   oczywiście   zaczęła   wypytywać   za   kogo,   a   gdy   usłyszała   nazwisko 

Raszewskiego, nie mogła wyjść ze zdumienia. 

Pod koniec ich rozmowy zjawił się Ksawery. Był już spokojny, opanowany i chłodny. Na 

indagacje   matki   odpowiedział,   że   jest   bezsilny   wobec   decyzji   Magdy.   Z   kamienną   miną 
zgodził się przejąć rachunki i kasę. Po czym usiadł w jej sypialni i w milczeniu przyglądał się, 
jak   pakowała   rzeczy.   Zabierała   tylko   niedużą   walizkę   i   neseser   oraz   drugą   z   wyprawką 
Tomka. 

Przeżycia ubiegłego wieczoru i nieprzespanej nocy, podniecenie nerwowe i największe 

napięcie woli stopniowo przechodziły w ciężkie obezwładniające znużenie. Na pewno nie 
znalazłaby w sobie dość siły, by utrzymać się na nogach, by pamiętać o różnych drobiazgach, 
które   należało   zabrać,   by   odsunąć   od   siebie   bolesne   wzruszenie,   wzruszenie 
niewytłumaczalne, które odczuwa się przy rozstaniu z ludźmi, przedmiotami, ze ścianami, 
wśród których przeżyło się tyle dni, tyle tygodni, tyle miesięcy... Na pewno nie znalazłaby w 
sobie   dość   mocy,   gdyby   nie   pewność,   że   tam   w   Warszawie   oczekuje   niecierpliwie   jej 
przyjazdu nowe życie, słoneczne, piękne i radosne szczęście. Jakże bardzo była tego pewna. 
Nigdy dotychczas nie szła ku swej przyszłości z taką wiarą. Bo wierzyła teraz nie tylko w 
jego   dobroć   i   mądrość,   nie   tylko   w   jego   miłość,   lecz   i   w   swoje   ogromne   uczucie, 
przepełniające każdą myśl bezgraniczną ufnością i pogodą. Teraz wiedziała, że poza granicą 
tych jej ostatnich wysiłków jest prawdziwe życie. Właśnie to życie, gdzie się kończy twarda 
konieczność   walki,   ustawiczna   męczarnia   przymusu,   obowiązek   wiecznego   pogotowia, 
zdobywania, czujności. Tam, w tym nowym świecie, pod jego opieką jakże odpocznie, ile 
ulgi zazna w rozprężeniu naciągniętych nerwów, w bezpieczeństwie i beztrosce. 

– Przepraszam cię – rozległ się głos Ksawerego. – Widzę, że pakujesz rzeczy Tomka. Nie 

wyobrażasz chyba sobie, że pozwolę ci zabrać mojego syna. 

Magda drgnęła i zmierzyła go nienawistnym spojrzeniem: 

–  Nie masz prawa dziecka zatrzymać –  siliła się na spokój. –  Każdy sąd mnie przyzna 

opiekę. Dziecko nie może zostać w domu ojca, który swoimi obyczajami... 

– Szkoda czasu na próżne słowa – wzruszył ramionami. – Nie oddam Tomka. 

– Co? – zbliżyła się doń z roziskrzonymi oczyma. Chcesz popełnić i tę podłość? 

–  Nazywaj to, jak ci się podoba. Tomek tu zostanie. Jeżeli go naprawdę kochasz, nie 

możesz odjechać. 

– Wery! – krzyknęła przerażona. 

– To moje nieodwołalne postanowienie. Zobaczymy, czy wolisz spełnić obowiązek matki 

i żony, czy lecieć za pierwszym lepszym, który ci w głowie zawrócił. 

– Jak ty śmiesz tak mówić – wybuchnęła. – Ty, ty... 

Cisnęły się jej na usta najobelżywsze, najostrzejsze słowa. Cała trzęsła się ze wzburzenia, 

aż nie panując nad sobą – rozpłakała się bezradnie. Wówczas Ksawery zmienił ton. Zaczął ją 
błagać, by została, obiecywał  poprawę, zaklinał.  Nie rozumiał,  że już nic na świecie  nie 
zdołałoby jej powstrzymać. Gdy na wszystko odpowiadała jednym żądaniem, by oddał jej 
dziecko, zerwał się i krzyknął: 

background image

– Nie. Nie tylko dziecka ci nie oddam, ale i tobie nie pozwolę wyjechać. Mam do tego 

prawo. 

Otworzył drzwi, a stwierdziwszy, że dziecko z niańką jest w sąsiednim pokoju, zamknął 

je z powrotem,  klucz schował do kieszeni  i wyszedł.  Magda przez kilka  minut  siedziała 
bezradna na brzegu łóżka. Nie, nie pozwoli sterroryzować się! Nacisnęła dzwonek i kazała 
zaprzęgać konie. Po dobrym kwadransie pokojówka wróciła z oświadczeniem, że "jaśnie pan 
zakazał stangretowi zaprzęgać". 

–  Dobrze   –  skinęła   głową   Magda   i   nie   namyślając   się   nałożyła   kapelusz   i   płaszcz. 

Spojrzała na zegarek. Do stacji były niecałe trzy kilometry. Pójdzie pieszo i jeszcze zdąży na 
pociąg. Wzięła neseser, zbiegła ze schodów i prosto przez gazon ruszyła przed siebie. 

Kolana jej drżały, neseser stawał się coraz cięższy, ale nie zatrzymała się ani na chwilę, 

nawet nie obejrzała się za siebie. Nie wątpiła, że odzyska dziecko. Ksawery nie chciał oddać 
go dobrowolnie, będzie miał skandaliczny proces i sąd zmusi go do tego. 

Była już prawie w połowie grabowej alei, gdy usłyszała za sobą tupot nóg. Po chwili 

dopadł   jej   chłopak   kredensowy.   Zadyszany   i   z   wystraszonymi   oczyma   bełkotał   coś 
niezrozumiale: 

– Proszę jaśnie pani... Niech jaśnie pani wraca... Nieszczęście się stało!... 

– Jakie nieszczęście? 

– Jaśnie pan się zabił! 

– Jezus, Maria! – krzyknęła Magda. 

Nie wahała się chwili i prawie biegiem zawróciła do pałacu. W pokoju przyległym do 

palarni tłoczyli się rezydenci i służba. Wewnątrz na sofie, blady, z zamkniętymi oczami, leżał 
Ksawery. Rozpięta marynarka, kamizelka i koszula były zabryzgane krwią. Obok w kącie 
pokojówka cuciła panią Aldonę. Pan Michał nachylony nad synem badał jego puls. 

–  Szybko  –  krzyknęła  Magda  do służby.  –  Na koń i  do Grójca po lekarza!...  Niech 

przyjeżdża natychmiast taksówką. A wy czego stoicie? Prędzej wody, ręczniki i jodynę z 
apteczki!... 

Zrzuciła kapelusz, ściągnęła rękawiczki. 

– Puls dobry – zwrócił się do niej spokojnie pan Michał. – Słaby, ale dobry. Przebił się 

sztyletem. 

Na   brzegu   sofy   leżał   zakrwawiony   aż   po   rękojeść   mały   marokański   sztylet,   jeden   z 

kilkunastu rozwieszonych w palarni na ścianach. 

W   piersi   Ksawerego   z   lewej   strony   ziała   szeroka   rana.   Przyniesiono   wodę,   ręcznik, 

jodynę   i   Magda   szybko   zrobiła   prowizoryczny   opatrunek.   Ksawery   oddychał   normalnie. 
Ułożyła  wygodnie   jego  nogi,  pod głowę  wsunęła   kilka  poduszek,  kazała   przenieść  panią 
Aldonę   do   sypialni   i   powierzyła   ją   opiece   pani   Miechowiczowej.   Wyprosiła   z   palarni 
wszystkich, nie wyłączając pana Michała, otworzyła okno. 

Krwawienie nie ustawało. Wkrótce przyjechał lekarz i natychmiast zabrał się do badania 

rannego.   Stojąc   za   nim,   Magda   przyglądała   się   szybkim,   wprawnym   ruchom   jego   rąk, 
odpowiadała na pytania. Po kwadransie opatrunek był gotów. 

Lekarz dał znak Magdzie i wyszli do sąsiedniego pokoju. 

background image

– Czy będzie żył? – z niepokojem zapytała Magda. 

– Ależ naturalnie – odpowiedział półgłosem. – Rana jest zupełnie powierzchowna. 

– Jak to? – nie zrozumiała. 

– No tak. Ostrze nie tknęło nawet żeber. Pchnięcie było ukośne – zniżył głos i dodał – 

Robi to takie wrażenie, jakby odciągnął sobie skórę i pod nią wbił sztylet w kierunku pachy, 
w górę. Nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Będzie trochę osłabienia z upływu krwi, nieduża 
gorączka,   ale   to   wszystko   –  kwestia   czterech,   pięciu   dni.   Nawet   mięśnie   są   tylko   lekko 
draśnięte. 

Magda   nie   mogła   powstrzymać   uśmiechu,   co   widząc   lekarz   zaśmiał   się   również   i 

pożegnał się, obiecując zajrzeć nazajutrz. 

Pomimo wszystko o wyjeździe Magdy nie mogło już być tego dnia mowy. Po pierwsze, 

pani Aldona dostała po obudzeniu się z omdlenia spazmów i trzeba było czuwać nad nią, by 
co pięć minut przysięgać, że Ksaweremu nic nie grozi, po drugie nie było już pociągu do 
Warszawy.   Pan   Michał   przyjął   wiadomość   o   diagnozie   lekarza   machnięciem   ręki   i 
zapewnieniem, że sam był przeświadczony, że to tylko komediancki wybryk syna. Nie chciał 
nawet zejść, by go zapytać, jak się czuje. 

Tak, czy owak Magda musiała na kilka dni zostać w Wysokich Progach. Jeszcze przed 

wieczorem stelefonowała się z Raszewskim. Był bardzo zaniepokojony i błagał Magdę, by 
najprędzej przyjeżdżała, chociaż przyznał, że wypada na jakiś czas zostać. 

Ksawery przez cały wieczór udawał nieprzytomnego, a oczy otwierał tylko wtedy, gdy 

sądził, że Magda tego nie widzi. W nocy jednak dostał dość silnej gorączki. Trzeba było 
czuwać przy nim do rana, kiedy wreszcie zasnął. 

Nazajutrz przed południem znowu przyjechał lekarz. Pacjenta znalazł dobrze i jeszcze raz 

zapewnił wszystkich, że nic mu nie będzie. 

Z   zachowania   się   Magdy   Ksawery   łatwo   wywnioskował,   iż   cała   komedia   z 

samobójstwem nie wywarła na niej większego wrażenia. Wstydził się też spojrzeć jej w oczy i 
starał się nie doprowadzić do rozmowy na ten temat. Prosił tylko, by nie przemęczała się przy 
nim i by zechciała zostać, póki on nie będzie mógł wstać. Ponieważ jednak poza Magdą nikt 
mu nie mógł dogodzić, trzeba było sprowadzić Leona, przed rokiem wydalonego lokaja, do 
którego Ksawery najbardziej był przyzwyczajony. 

Magda nie oponowała. Nie chciała już do niczego się tu wtrącać. I tak przecież wiedziała, 

że po jej wyjeździe wszystko w Wysokich Progach wróci do dawnych zwyczajów. 

Ksawery zmienił się podczas choroby o tyle, że pogodził się z losem. Zgodził się nie 

tylko   na   wyjazd   Magdy  i   na   nieutrudnianie   rozwodu,   lecz   i   na   oddanie   jej   dziecka   pod 
warunkiem, że będzie mógł je widywać, ile razy zechce, i że Magda zachowa dla jego ojca 
życzliwość. 

Wreszcie   po   czterech   dniach   nastąpiło   pożegnanie.   Ksawery   jeszcze   nie   wstawał. 

Pożegnał się z Magdą i rozrzewnił się przy tym. Pani Aldona nie wyszła jej odprowadzić, pan 
Michał jeszcze nie był ubrany. 

Zajechał powóz. Leon wyniósł walizki i podał je stangretowi na kozioł. Magda usadowiła 

się i wzięła od niańki dziecko na ręce. 

Konie   ruszyły,   okrążając   gazon.   Przed   drzwiami   pałacu   pozostała   grupka   służby, 

background image

milczącej, nieruchomej. 

Już powóz wjechał w grabową aleję, gdy Leon strzepnął dłonie i powiedział: 

– Chamskie nasienie!... Lafirynda!... 

Koniec.