background image

VALERIE PARV 

PS KOCHAM CIĘ 

Tytuł oryginału: P.S. I Love You 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Szanowny Panie Branden! 

Nazywam się Suzanne Kimber i od razu wyznaję, że jestem Pana gorącą wielbicielką. 

Wiem, że otrzymuje Pan tysiące listów, zapewniam jednak, że ten list będzie jedyny w swoim 

rodzaju, wiec proszę, by go Pan przeczytał do końca. 

Mam czternaście lat i uczę się gry na klarnecie. W naszej szkole muzycznej obowiązuje 

specjalny program, zgodnie z którym każdy uczeń musi znaleźć sobie artystycznego opiekuna 

wśród  wybitnych kompozytorów lub  wirtuozów naszych czasów.  Postanowiłam zwrócić się  z 

prośbą do Pana, arcymistrza klarnetu, by został Pan moim mistrzem i opiekunem. 

Zaczęłam uczyć się gry na klarnecie już w szkole podstawowej. 

Oczywiście,  nie  żywię  złudzeń,  że  uda  mi  się  powtórzyć  Pański  sukces  i  nagrać 

pierwszy samodzielny album w  wieku czternastu lat, zamierzam jednak pójść w Pana ślady i 

zająć się profesjonalnie grą na klarnecie, a potem, być może, produkcją płyt. Marzę, by tak 

jak Pan pewnego dnia mieć własne studio nagrań. Nie chcę zajmować Panu zbyt wiele czasu. 

Wyjaśnię tylko, że Pańska pomoc przejawiałaby się przede wszystkim w udzielaniu mi 

korespondencyjnie wskazówek i komentarza do taśm z moimi nagraniami. Czy wyświadczy mi 

Pan ten zaszczyt i zechce zostać moim opiekunem? Tak bardzo proszę! 

Z wyrazami szacunku - Suzanne (Suzie) Kimber 

PS Szczególnie lubią „Koncert Andrettiego”. Słuchając go, dostają gęsiej skórki. 

Reid Branden, wyraźnie zbulwersowany, wpatrywał się w zadrukowaną maszynowym 

pismem kartkę. Papier zadrżał lekko w jego smukłej dłoni o długich, delikatnych palcach, gdy 

ponownie  przebiegł  wzrokiem  ostatnią  linijkę  dopisaną  w  widocznym  pośpiechu 

dziewczęcym, niewyrobionym pismem. 

Gdzie i kiedy to dziecko mogło usłyszeć „Koncert Andrettiego”? 

- Jeszcze  jedna  zakochana  wariatka?  Och,  czyżbym  nie  dość  starannie  przejrzała 

pocztę? 

- To  nie  żadna  wariatka.  -  Posłał  swej  asystentce,  Toni  Rigg,  lodowaty  uśmiech.  - 

Doskonale selekcjonujesz korespondencję, Toniu, i dobrze o tym wiesz. To prośba od jakiejś 

uczennicy, bym został jej muzycznym opiekunem. - Skrzywił się i westchnął z irytacją. - Och, 

kiedy wreszcie nastolatki przestaną mnie traktować jak gwiazdora estrady? 

- Dopiero  wtedy,  gdy  przestaniesz  wyglądać  jak  jeden  z  nich  -  odrzekła  Tonia  z 

uśmiechem na twarzy. 

background image

Niecierpliwym  ruchem  przeczesał  palcami  jasnobrązową,  bujną  czuprynę,  która  -  z 

czego zapewne nie zdawał, sobie sprawy - w niemałym stopniu przydawała mu popularności. 

- Czy  ja  naprawdę  wyglądam  jak  gwiazdor?  Przecież  już  nie  występuję  przed 

publicznością!  Cóż  może  być  pociągającego  w  trzydziestoletnim  dyrektorze  zespołu  i 

kierowniku muzycznym! - Przesunął dłonią po swym twardym jak skała brzuchu. - Do licha, 

chyba nawet zaczął rosnąć mi brzuszek! 

- Nie  kokietuj!  -  roześmiała  się,  -  Widocznie  muszę  ci  przypomnieć,  że  nie  tylko 

wyglądasz jak holywoodzki amant, lecz również jesteś niezrównanym muzykiem i wirtuozem 

fonograficznego biznesu. Czy znasz kogoś innego, komu udałoby się wprowadzić Mozarta do 

pierwszej dziesiątki muzycznych przebojów? 

- Może  zatem  nadszedł  czas,  bym  przestał  grać  i  skoncentrował  się  wyłącznie  na 

biznesie? 

Wzruszyła ramionami. 

- Jeśli  jeszcze  bardziej  skoncentrujesz  się  na  biznesie,  będziemy  musieli  znów  się 

przeprowadzić. Tym razem na jakąś odludną wyspę, gdzie nie trzeba płacić podatków. 

- A propos przeprowadzek... - Z pewną ulgą przyjął zmianę tematu. - Czy już doszłaś 

do siebie po przeprowadzce z Los Angeles do północnego Sydney? 

- Trochę  mi  brakuje  podniecającej  atmosfery  i  zgiełku  tamtego  miasta  -  przyznała.  - 

Ale  Australia  też  ma  swoje  uroki.  Chociażby  ten  wspaniały  apartament  wśród  chmur,  który 

dla mnie przygotowałeś! A jak postępują twoje poszukiwania jakiegoś lokum? 

- .  Powoli.  Mam  już  naprawdę  dość  mieszkania  w  wynajętych  apartamentach. 

Rozglądam się za solidnym domem... 

Uniosła starannie wypielęgnowane brwi. 

- Chcesz zamieszkać tutaj na stałe? 

- Taki  mam zamiar. Teraz, gdy amerykańska  filia  firmy wspaniale  się rozwija,  mogę 

wreszcie skupić się na rynku australijskim. Właściwie od dawna o tym marzyłem. 

- Och,  wiem.  W  głębi  serca  czułeś  się  zawsze  prawdziwym  Australijczykiem.  - 

Wyciągnęła rękę po list, który nadal trzymał w palcach. - Mam się tym zająć? Wysłać typową 

odpowiedź i zdjęcie z autografem? 

- Nie! - Słowo to zabrzmiało ostrzej,  niż  zamierzał, więc uśmiechnął się  lekko, żeby 

pokryć  zmieszanie.  -  Zajmę  się  tym  sam.  -  Za  wszelką  cenę  musi  się  dowiedzieć,  gdzie  to 

dziecko usłyszało „Koncert Andrettiego”! 

Tonia sprawiała wrażenie na wpół zdziwionej, na wpół zirytowanej. 

- W takim razie może również sam zajmiesz się tym? 

background image

- Gestem wskazała piętrzący się na biurku stos listów. - Masz tu między innymi dwie 

propozycje małżeńskie. Kto wie, może któraś cię zainteresuje? - dodała z drwiną w głosie. 

- Wielkie dzięki - powiedział miękko. - Naprawdę wspaniale się spisujesz, Toniu: Nie 

będę  się  Wtrącać.  Ale  ten  list  mnie  zaintrygował...  Muszę  coś  sprawdzić,  nim  podejmę 

decyzję: 

Uśmiechnęła się z życzliwą pobłażliwością. 

- Ty tu rządzisz, szefie. Daj mi znać; jeśli zechcesz podyktować odpowiedź. 

- Jesteś bezcennym skarbem! Czy już ci to mówiłem? 

- Nie tak często, jak bym chciała. 

- W przyszłości się poprawię. Doprawdy przeraża  mnie  myśl,  że pewnego dnia  mnie 

porzucisz, ponieważ zechcesz wyjść za mąż. 

- Jaki  ty  jesteś  staroświecki!  -  Obdarzyła  go  spojrzeniem  pełnym  politowania.  - 

Kobiety  już  nie  porzucają  pracy  tylko  z  tego  powodu.  A  poza  tym...  wcale  nie  zamierzam 

wychodzić za mąż. 

- Doprawdy? 

Twarz Toni oblała się lekkim rumieńcem. 

- Och, oczywiście, że mam taki zamiar... - zająknęła się. 

- Ale chyba znasz powiedzenie, że potrzeba pary do tanga? 

- Znam  -  uciął  krótko.  Nie  mogła  wyrazie  się  jaśniej,  nawet  jeśli  powiedziałaby  to 

wprost, co zresztą uczyniła kiedyś późnym wieczorem, gdy wypili razem butelkę wina... 

Cóż, usiłował odwzajemnić jej uczucia... ale nie potrafił. 

Poczuwał  się  nawet  do  winy  za  jej  samotność.  Teraz  jednak  pod  wpływem  emocji, 

które  wzbudził  ten  list,  dodał  z  ożywieniem,  całkiem  ignorując  jej  słowa:  -  Powinnaś  na 

dzisiaj skończyć. Z pewnością masz mnóstwo roboty w domu. 

- Nieoceniona rada. - Zabrała koszyk z korespondencją i wyszła, starannie zamykając 

za sobą drzwi. 

Reid Branden wiedział nadto dobrze, że z rady tej nie skorzysta. Tonią miała zwyczaj 

poświęcać  się  dla  niego  niczym  najbardziej  oddana  żona.  Wielka  szkoda,  ale  zupełnie  nie 

widział jej w tej roli. 

Przeniósł wzrok na list, który nadal kurczowo ściskał w dłoni. Rozluźnił nieco palce, i 

kartka z wolna opadłą  na  blat biurka. Patrzył  na  nią z zakłopotaniem, owładnięty  nagłą  falą 

dręczących wspomnień... 

„Koncert  Andrettiego”  kojarzył  mu  się  nieodmiennie  z  Penny  Sullivan.  Penny 

Sullivan - tylko o nią mogło tu chodzić. 

background image

Choć niechętnie się do tego przyznawał, przez ostatnie pięć lat myślał o niej często - 

nazbyt  często...  Odnosił  nawet  wrażenie,  że  wspomnienie  jej  naturalnego  wdzięku  i  urody 

nigdy w nim nie wygasło. 

Czy nadal nosiła włosy długie aż do ramion? Pamiętał, że opadały jej na twarz niczym 

miękka kurtyna i falowały zalotnie przy najlżejszym poruszeniu. A jaki miały cudny kolor! 

Określał go mianem świetlistego brązu... 

Pamiętał,  że  uważała  się  za  zbyt  pulchną  -  ale  przecież  połączenie  wąziutkiej  talii  i 

pełnych bioder do dziś nasuwało mu różne myśli, nie mające wiele wspólnego z biznesem... 

I  pamiętał  jej  oczy.  Były  równie  fascynujące  -  szeroko  otwarte,  o  barwie  ciepłego 

bursztynu,  i  zawsze  lśniły,  jakby prześwietlane słońcem albo  napełnione  łzami... W każdym 

razie tak wyglądały podczas ich ostatniego spotkania. 

To było zaledwie kilka dni po powrocie do Sydney z Canberry, gdzie odniósł ogromny 

sukces,  grając  na  koncercie  charytatywnym.  Ogromny  sukces,  jeśli  chodziło  o  koncert, 

ponieważ z Penny to była całkiem odmienna historia... 

- Zachowujesz się jak dziecko! - oświadczył jej wówczas z wyrzutem. - Każdy może 

popełnić  błąd,  ale  trzeba  umieć  się  do  niego  przyznać.  Ty  natomiast  zachowujesz  się  jak 

gdyby nigdy nic! 

Uniosła dłonie w odwiecznym geście obrony. 

- I właśnie na tym polega problem... - westchnęła ciężko. 

- Uważasz zatem, że jestem winna, czy tak? 

- Chyba nie zaprzeczysz, że siedziałaś za kierownicą, gdy samochód uderzył w ścianę! 

Przecież  sama  chciałaś  wyjść  wcześniej  i  osobiście  wręczyłem  ci  kluczyki,  pod  warunkiem 

jednak,  że  skorzystasz  z  usług  kierowcy.  Ale,  oczywiście,  tego  nie  zrobiłaś  i  usiadłaś  za 

kierownicą, mimo że byłaś pijana! 

- Przecież  to  był  koktajl  z  okazji  koncertu,  więc,  oczywiście,  że  piłam  -  powtórzyła 

tonem  człowieka,  który  opowiada  tę  samą  historię  do  znudzenia.  -  Kojarzę,  że  dałeś  mi 

kluczyki, ale całkiem nie pamiętam, jak wsiadałam do samochodu. 

Mam  zupełną  pustkę  w  głowie  od  momentu,  gdy  powiedziałeś,  że  spotkamy  się  w 

hotelu, aż do chwili, kiedy pochylałeś się nade mną na miejscu wypadku. 

- Miałaś  szczęście,  że  niemal  natychmiast  zdecydowałem  się  za  tobą  pojechać.  Jeśli 

byliby ranni i trzeba by było wezwać policję... 

- Wtedy oskarżono by mnie o prowadzenie pod wpływem alkoholu, a zatem muszę ci 

gorąco podziękować za ocalenie mej skóry - powiedziała z irytacją. 

background image

Nie mogła przestać myśleć, że chodziło przede wszystkim o ocalenie reputacji Reida. 

Gdy  lekarz  badał  ją  i  Tonię,  Tonia,  choć  wpółprzytomna,  powtarzała  w  kółko,  że  opinia 

publiczna  w  żadnym  razie  nie  może  dowiedzieć  się  o  wypadku,  ponieważ  zagrażałoby  to 

karierze  Reida.  Jeszcze  wielokrotnie  powtarzała  charakterystycznym  dla  siebie  wyniosłym 

tonem, że obie, poprzez swój związek z Reidem, również są osobami publicznymi i powinny 

zważać na opinię. 

Oczywiście  lekarz  zachował  pełną  dyskrecję  i  nikt  o  niczym  się  nie  dowiedział.  Po 

guzie  na  głowie  Penny  wkrótce  nie  było  śladu,  choć  musiała  przy  tym  doznać  lekkiego 

wstrząsu  mózgu,  ponieważ  całkiem  zatarły  się  w  jej  pamięci  wydarzenia  mające  miejsce 

pomiędzy opuszczeniem przyjęcia a odzyskaniem przytomności tuż po zderzeniu. To, że obie 

z  Tonią  wyszły  z  wypadku  obronną  ręką  było  istnym  cudem,  ponieważ  uderzenie  było  tak 

silne,  że  samochód  praktycznie  nadawał  się  do  kasacji.  Reid  oczywiście  nie  martwił  się  o 

samochód. 

W każdej chwili mógł zastąpić go innym. Ale Tonia i Penny były nie do zastąpienia... 

Pobłażliwa wyrozumiałość Reida wyprowadzała Penny z równowagi. 

- Nie  mogę  znieść  myśli,  że  podejrzewasz  mnie  o  coś  takiego!  -  powiedziała  z 

głuchym  żalem.  -  I  jest  mi  szczególnie  przykro,  ponieważ  dobrze  znam  twoją  opinię  o 

ludziach, którzy piją, a potem niefrasobliwie wsiadają do samochodu. 

- Nie powinnaś się dziwić, skoro właśnie ktoś taki zabił moich rodziców. 

- No  i  widzisz?  Ton  głosu,  sposób,  w  jaki  patrzysz,  gdy  pogrążasz  się  we 

wspomnieniach  z  dzieciństwa,  budzą  we  mnie  lęk...  Przeraża  mnie  myśl,  że  pewnego  dnia 

będziesz na mnie patrzył z takim wyrzutem. 

- To nie ma nic wspólnego z nami - zapewnił ją żarliwie. 

Mimo wszystko była bliska łez. Skrzywiła twarz, jakby za chwilę miała się rozpłakać. 

Opanowała się dopiero, gdy przybliżył się do niej. 

- Proszę, nie. Nie chcę twojego... twojego przebaczenia - wykrztusiła z takim trudem, 

jakby  wypowiadała  słowa  śmiertelnej  obrazy.  -  Chcę  jedynie,  byś  pozwolił  mi  mieć 

wątpliwości. 

W końcu stracił cierpliwość. 

- Jakie  wątpliwości?  -  .  rzekł  podniesionym  tonem.  -  Na  litość  boską,  przecież  to ty 

siedziałaś za kierownicą! 

W jej oczach nadal błyszczały łzy, gdy uniosła głowę. 

- A  więc  to  ja  musiałam  prowadzić,  prawda?  Żadna  inna  możliwość  nie  wchodzi  w 

grę? 

background image

- Żadna inna możliwość, nie ma sensu. 

Uważał,  że  jej  upór  był  wynikiem  doznanego  szoku.  Jakie  zresztą  było  inne 

wytłumaczenie? Przecież własnymi rękami wyciągnął ją zza kierownicy. I znów krew mu się 

ścięła w żyłach na myśl, że mogło to być jej martwe ciało. Z powodu nieostrożności, do której 

nie chciała się przyznać, tej nocy mógł stracić je obie - ją i Tonie. 

Ostatecznie  i  tak  stracił  Penny.  Wkrótce  po  wypadku  porzuciła  pracę  maszynistki  w 

agencji  reklamowej,  gdzie  się  poznali,  i  wyjechała  do  Anglii.  Było  oczywiste,  że  uciekła 

przed nim, toteż nie usiłował jej odnaleźć. 

To  nie  miałoby  sensu,  ponieważ  wszystko  między  nimi  było  skończone.  Jedynym 

wspomnieniem po tych romantycznych miesiącach pozostał utwór muzyczny skomponowany 

pewnej gorącej nocy - „Koncert Andrettiego”, nazwany tak, dość niefrasobliwie, na cześć ich 

ulubionej włoskiej restauracji. 

Zadedykował go Penny. Pierwsze - i jedyne wykonanie - nagrał na kasetę z myślą, że 

dopracuje  go  jeszcze,  nim  przedstawi  publiczności.  Tego  wieczoru,  kiedy  zdarzył  się 

wypadek,  dał  kasetę  Penny,  aby  ją  przesłuchała.  Lecz  potem  o  niej  zapomniał,  mając 

ważniejsze sprawy na głowie. 

Nigdy nie poznał jej opinii o koncercie - nawet nie wiedział, czy w ogóle przesłuchała 

kasetę. Nie wiedział - i nic go to nie obchodziło. To był jedyny utwór, którego nigdy w życiu 

nie chciał ponownie zagrać. 

I  z  pewnością  nie  zrobił  profesjonalnego  nagrania.  A  zatem,  w  jaki  sposób  owa... 

Suzanne  Kimber  mogła  go  kiedykolwiek  usłyszeć?  Zaczął  szybko  rachować  w  myślach. 

Penny  ma  teraz  dwadzieścia  sześć  lat...  Jest  przecież  za  młoda,  by  mieć  czternastoletnią 

córkę.  Do  licha,  dał  się  ponieść  wyobraźni  i  na  chwilę  nawet  uległ  fałszywej  emocji,  która 

towarzyszyła tej myśli. To wszystko nie miało sensu! A zatem, kim była Suzanne Kimber? 

Papier  firmowy  szkoły,  na  którym  napisano  list,  nie  podsuwał  żadnego  rozwiązania. 

Nazwisko Kimber nic mu nie mówiło. A jednak... Jednak to nieznajome dziecko natknęło się 

gdzieś  na  utwór  muzyczny  przeznaczony  tylko  dla  jednej  kobiety  na  świecie...  Czuł,  że  nie 

zazna spokoju, póki nie wyjaśni tej tajemnicy. 

Pod wpływem nagłego impulsu nacisnął guzik interkomu. 

- Słucham, szefie? - odezwała się Tonia, która zwykle urzędowała za ścianą. 

- A więc jeszcze jesteś? - spytał tonem lekkiej nagany. 

- Jeszcze tylko dwie minuty - roześmiała się. - Jest za dwie dwunasta i przypominam 

ci, że dałeś mi wolne popołudnie. 

Czyżbym miała je właśnie stracić? 

background image

- Sprytna czarownica! Toniu, jesteś bezcenna i masz szansę raź jeszcze to udowodnić. 

Czy w liście przysłanym przez tę uczennicę była zwrotna koperta? 

Usłyszał szelest papierów, a potem rzeczową odpowiedź Toni: 

- Tak. Odłożyłam ją na bok, ponieważ sądziłam, że będzie odpowiedź. 

Poczuł  nagły  ucisk  w  piersiach,  ale  dzięki  długoletnim  ćwiczeniom  muzycznym  w 

każdej sytuacji potrafił panować nad swoim oddechem. 

- Przypuszczam, że podała na niej adres szkoły...? 

- Właśnie nie. Zapewne przez roztargnienie napisała swój domowy adres. Kangaluma 

nad Neutral Bay. Całkiem niezłe miejsce zamieszkania. 

Owszem, jeśli to był ten dom, który tak dobrze pamiętał... 

A  więc  znalazł  związek  -  choć  nadal  nie  wiedział,  co  to  wszystko  oznaczało. 

Nieoczekiwanie zalała go fala wspomnień. 

Dopiero nieco zdziwiony głos Toni wyrwał go z zamyślenia. 

- Czy przynieść ci tę kopertę? 

- Nie, dziękuję, Toniu. 

To  oczywiste,  że  miała  zamiar  napisać  adres  szkoły,  myślał,  wyłączając  interkom. 

Musiała się pomylić, i dziękował Bogu za tę pomyłkę. 

Nie  pozostawało  mu  nic  innego,  jak  pójść  tym  tropem  i  sprawdzić,  dokąd  go 

zaprowadzi. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Już trzeci raz od powrotu ze szkoły sprawdzasz skrzynkę na listy - zauważyła Penny, 

kryjąc uśmiech. - Spodziewasz się wygranej na loterii? 

Jasne policzki Suzanne przybrały różowy odcień. 

- Powinnam  już  dostać  odpowiedź  od  Reida  Brandera  -  odparła  nieśmiało.  -  Minęły 

całe dwa tygodnie. 

- Dwa tygodnie to niezbyt długo, jeśli w grę wchodzi tak sławny muzyk - pocieszyła ją 

Penny,  nie odwracając wzroku od ekranu komputera. Pisała  właśnie  listy do klientów firmy 

ubezpieczeniowej, dla której wykonywała prace zlecone. 

Raptem palce zastygły jej na klawiaturze. Och, nie! To niemożliwe, żeby... 

Spojrzała na swą siostrzenicę z nagłym przestrachem: 

- Czyżbyś nie napisała tego listu na szkolnym papierze? 

- spytała z naciskiem. - Odpowiedź przyjdzie do szkoły, prawda? 

- Jej głos wyrażał nadzieję. 

- Owszem,  włożyłam  list  do  koperty  ze  szkolnym  nadrukiem,  ale...  -  Suzie  zrobiła 

zakłopotaną minę. 

- Ale co? - Penny miała tak bardzo ściśnięte gardło, że ledwie mogła mówić. 

To oczywiste, że nie chciała mieć z tym listem nic wspólnego, ale przecież nie mogła 

odmówić Suzie pomocy. Napisała  jej  więc  list na brudno. Dziewczynka  nie  miała zielonego 

pojęcia, ile wysiłku kosztowało ją przełamanie wewnętrznych oporów. Nawet teraz, po pięciu 

latach, gdy myślała o Reidzie Brandenie, czuła w sercu krwawiącą ranę. 

List oczywiście podpisała Suzie, ale mimo wszystko dręczyła ją świadomość, że Reid 

bierze do ręki kartkę papieru i czyta słowa napisane przez nią samą... 

- Co z tobą, Suzie? - odezwała się ponownie głosem ochrypłym z emocji. 

- Nasz wychowawca zachęca nas, byśmy w takich sytuacjach wykazywali inicjatywę, 

więc to zrobiłam - odrzekła Suzie pewniejszym tonem. - Ręcznie dopisałam PS i załączyłam 

kopertę  zwrotną  z  moim  obecnym  adresem.  Pomyślałam,  że  szybciej  doczekam  się 

odpowiedzi... 

- Suzie, to nieprawda, nie mogłaś tego zrobić! - jęknęła. 

- Przecież będę tu mieszkać jeszcze cały miesiąc, zanim rodzice nie wrócą z zagranicy 

- usprawiedliwiła się dziewczynka. 

- Nie mogłam podać swojego stałego adresu... 

background image

- Ale teraz on wie, gdzie mieszkasz i... - I gdzie ja mieszkam, dopowiedziała w duchu. 

- Przecież to nie jest żaden dziwak ani nikt podobny - obruszyła się Suzie, całkiem nie 

pojmując zdenerwowania Penny. 

- To sławny człowiek i cieszy się powszechnym szacunkiem. 

Mogłam  bez  obaw  podać  mu  ten  adres...  -  Wyraz  napięcia  na  twarzy  Penny 

powstrzymał ją od dalszych słów. 

- Co napisałaś w postscriptum? 

- Napisałam,  że  słuchanie  jego  nagrań  sprawia  mi  ogromną  przyjemność  -  odrzekła 

niepewnie.  -  Właściwie  nie  wiem,  dlaczego  zrobiłam  taki  dopisek.  Być  może...  być  może 

chciałam  dodać  coś  od  siebie,  ponieważ  cały  list  właściwie  ty  napisałaś...  Och,  sądzisz,  że 

wszystko tym popsułam? 

- Oczywiście,  że  niczego  nie  popsułaś  -  pocieszyła  ją  Penny  ze  współczuciem.  - 

Psycholodzy  twierdzą  nawet,  że  PS  szczególnie  przykuwa  uwagę  adresata.  Rzec  można, 

instynkt cię nie zawiódł. 

- Naprawdę? Och, w takim razie wszystko w porządku. 

Wiem, że powinnam cię o to spytać i cieszę się, że nie jesteś na mnie zła. - Załzawione 

oczy Suzie nagle pojaśniały. 

- Nie  jestem  na  ciebie  zła  -  przyznała  pojednawczo  Penny,  choć  w  duchu  ciężko 

westchnęła. 

Cóż,  to  dziecko  nie  miało  pojęcia  o  jej  minionym  związku  -  z  Reidem  Brandenem. 

Suzie miała wówczas zaledwie dziewięć lat i mieszkała z rodzicami w dalekiej Adelajdzie. 

Penny  po  dziś  dzień  nie  mogła  uwierzyć  ani  zrozumieć,  jak  to  się  stało,  że  Branden 

zainteresował  się  skromną  dwudziestojednoletnią  dziewczyną...  To  graniczyło  z  cudem, 

ponieważ dla niej ucieleśniał on wymarzony ideał. 

Jedyną przeszkodą była wówczas jego piękna osobista asystentka, Tonia Rigg. Penny 

doskonale pamiętała jej cierpką uwagę, gdy po raz pierwszy zjawiła się w biurze Reida, żeby 

skonsultować treść reklamy, nad którą pracowała. 

- I po co tu przyszłaś? - powitała ją Tonia lodowatym tonem. - Czyżby na praktykę? 

Penny z wypiekami na twarzy, jąkając się, wyjaśniła cel swego przybycia. Nieznajoma 

wyniosła  kobieta  wprawiła  ją  wówczas  w  zakłopotanie.  Poczuła  się  nagle  głupiutką, 

nieopierzoną  smarkulą.  Zdała  sobie  nagle  sprawę,  do  czego  dotychczas  nie  przywiązywała 

wagi, że jej ubranie pochodzi z domu towarowego, Tonia zaś nosi kreacje sławnych krawców. 

background image

Dowiedziała  się  później  w  agencji,  że  asystentka  Reida  pochodzi  z  bardzo  bogatej 

rodziny i właściwie pracuje dla kaprysu. Dla Penny rychło stało się oczywiste, dlaczego Tonia 

lubiła pracować u boku Reida. 

Czy Tonia zrealizowała już swój plan i poślubiła szefa? 

Nie  było o tym  wzmianki w prasie, ale Reid  mógł przecież użyć swoich wpływów  i 

utrzymać tajemnicę... 

Na  myśl  o  tym,  że  Reid  poślubił  Tonie,  Penny  ścisnęło  się  serce.  I  nawet  nie  zdała 

sobie sprawy, że wydała cichy okrzyk protestu. 

- Nic ci nie jest?. - Suzie uspokajająco położyła jej dłoń na ramieniu. 

- Wszystko w porządku. - Z wysiłkiem uśmiechnęła się. 

- Zbyt długo ślęczę nad klawiaturą, chyba złapał mnie skurcz. 

- W  takim  razie  przewietrz  się,  rozprostuj  kości,  pooddychaj  świeżym  powietrzem. 

Sama stale mi to powtarzasz. 

Penny mimowolnie się uśmiechnęła. 

- Mówisz  takim  samym  tonem  jak  twoja  mama.  .  -  Jo,  starsza  o  osiem  lat  siostra 

Penny, miała nieznośny zwyczaj ciągłego pouczania jej. 

- Czy to dobrze, czy źle? - spytała, marszcząc brwi. 

Zmierzwiła jedwabiste jasne włosy swej siostrzenicy. 

- Ani źle, ani dobrze. To po prostu stwierdzenie faktu, jakby powiedziała mama. Masz 

jednak  rację,  przyda  mi  się  łyk  świeżego  powietrza.  Te  listy  mogą  poczekać.  Jeśli  chcesz, 

możesz skorzystać z komputera przy odrabianiu lekcji. 

Na dźwięk ostatnich słów Suzie skrzywiła się. 

- Och, zamierzałam wyjść z tobą... - jęknęła. 

Penny stanowczym gestem wskazała jej wolne krzesło. 

- Najpierw lekcje, młoda damo - powiedziała ostrym tonem, czując ogromną potrzebę 

pozostania przez chwilę sam na sam ze swoimi myślami. 

Gdy  wychodziła  z  domu,  słyszała  za  sobą  uspokajający  dźwięk  -  delikatny  stukot 

klawiszy. 

Stromą ścieżkę, która schodziła ku przystani, znów należałoby wypielić, pomyślała z 

poczuciem  winy.  W  ogrodzie  było  jak  zwykle  bardzo  dużo  do  zrobienia,  ale  ostatnio  praca 

zawodowa i opieka nad Suzie pochłaniały ją bez reszty. 

Jakże  to  musiało  być  cudownie  w  ubiegłym  stuleciu,  gdy  rozległymi  włościami 

zajmowała się rzesza ogrodników. 

background image

Z  biegiem  czasu  teren  wokół  domu  zmniejszył  się,  ale  staranne  utrzymanie  ogrodu 

nadal wymagało dużo pracy. 

Zapewne Jo miała rację, namawiając ją do sprzedaży posiadłości. 

Za  uzyskane  pieniądze  mogłaby  kupić  skromne,  mieszkanie  i  zabezpieczyć  się  na 

przyszłość.  Siostra,  która  dobrze  wyszła  za  mąż,  wspaniałomyślnie  chciała  zrzec  się  swojej 

części spadku po rodzicach. 

Odrzuciła  jednak  tę  hojną  propozycję.  Ojciec  przed  śmiercią  przekazał  dom  obu 

córkom  z  zastrzeżeniem,  że  Penny  będzie  mogła  mieszkać  w  nim  tak  długo,  jak  zechce. 

Wówczas decyzja ojca wydała jej się rozsądna, teraz jednak doszła do wniosku, że nadeszła 

pora  siostrę  spłacić.  Oszczędzanie  pieniędzy  nastręczało  jednak  wiele  trudności,  ponieważ 

równocześnie musiała utrzymywać dom. 

Opuszczenie  Kangalumy  wchodziłoby  w  grę  jedynie  w  wyjątkowym  przypadku  - 

jeśliby  się  szaleńczo  zakochała  i  zechciała  wyjść  za  mąż.  Jak  na  razie  była  to  daleka 

perspektywa. 

Po zerwaniu z Reidem wszystkie związki z mężczyznami - a było ich zaledwie kilka - 

okazały się powierzchowne. 

Obawiała się zaangażowania, nie chciała po raz drugi narażać swego serca na ból. 

Już sama miłość okazała się bolesnym uczuciem, a co dopiero miłość nieszczęśliwa  i 

zakończona  rozstaniem.  Postanowiła  zatem  zająć  się  własną  pracą  i  utrzymaniem  domu 

rodzinnego. A jeśli czasem doskwierała jej samotność, wówczas powtarzała sobie, że spokój 

serca wart był tej ceny. 

Jo nie podzielała tak wielkiego przywiązania do domu. 

Opuściła rodzinne pielesze zaraz po ślubie z  Andrew Kimberem, Penny  zaś spędziła 

poza domem jedynie dwa lata życia. 

Pracowała  wówczas  w  Londynie,  gdy  wiadomość  o  chorobie  ojca  sprowadziła  ją  z 

powrotem  do  Kangalumy,  która  była  rodzinnym  gniazdem  wszystkich  pokoleń  Sullivanów 

niemal od zarania dziejów, czyli od czasów pierwszego osadnictwa. 

Penny z całego serca pragnęła ten dom utrzymać. 

Należałoby  przeprowadzić  gruntowny  remont,  pomyślała  ze  smutkiem,  omiatając 

wzrokiem  niszczejące  mury.  Ale  na  to  nie  było  jej  stać.  Ojciec  wydawał  pieniądze  równie 

szybko, jak je zarabiał, i w rezultacie na utrzymanie Kangalumy pozostawił bardzo skromną 

sumę. 

Z  miejsca,  w  którym  teraz  stała,  dom  prezentował  się  bardzo  romantycznie.  Fasada 

porośnięta  była  bluszczem  i  kolorowym  powojem,  kominy  miały  kształt  wieżyczek,  a 

background image

staroświecki  dach  w  stylu  elżbietańskim  pokrywała  czerwona  dachówka,  teraz  już  nieco 

spłowiała, przybierająca odcień łagodnej patyny. 

Od  strony  przystani  wchodziło  się  do  domu  przez  okazałą  werandę,  a  stamtąd  do 

wnętrza  przez  szeroki  hol  wyłożony  dębową  boazerią.  Kręta  klatka  schodowa  zakończona 

miniaturową  wieżą  prowadziła  na  piętro,  gdzie  znajdował  się  istny  labirynt  małych  pokoi, 

pełniących rolę sypialni. 

Na  parterze  mieściła  się  przestronna  jadalnia  o  gotyckich  oknach,  dzielonych 

kamiennymi  słupkami,  i  o  łukowatym  sklepieniu.  W  tym  wnętrzu  Penny  najbardziej  lubiła 

ogromny  pałacowy  kominek,  nad  którym  całą  niemal  ścianę  pokrywały  pozostałości 

oryginalnego  fresku,  przedstawiającego  przybicie  do  wybrzeży  Sydney  jednego  z  okrętów 

Pierwszej  Floty  -  „Syriusza”.  Było  to  dzieło  wybitnego  artysty,  nadwornego  malarza 

królowej,  który,  jak  głosiła  tradycja,  namalował  ów  fresk  z  wdzięczności  za  gościnność 

okazaną mu przez jednego z przodków Penny. 

Niegdyś  Reidowi  fresk  ten  ogromnie  się  spodobał,  przypomniała  sobie  Penny  ze 

wzruszeniem.  Stał  wówczas  blisko  niej,  dokładnie  w  tym  samym  miejscu,  i  rozprawiał  z 

ożywieniem o renowacji budynku. On nigdy, by się nie zgodził na sprzedaż Kangalumy... 

Czyż  jego  opinia  ma  teraz  jakiekolwiek  znaczenie?  -  pomyślała  z  żalem  i  odwróciła 

głowę  w  stronę  morza,  oddając  rozpuszczone  włosy  na  pastwę  wiatru.  Och,  z  pewnością 

martwi  się  niepotrzebnie!  Reid  nie  skojarzy  jej  z  listem  Suzie.  Od  czasu,  gdy  się  rozstali, 

osiągnął tak wybitną pozycję w świecie  muzycznym, że prawdopodobnie  nie pamięta nawet 

jej nazwiska, nie mówiąc już o adresie... 

Dlaczego nie potrafię zdobyć się na taką samą obojętność? 

- pytała  siebie  z  rozpaczą.  Pięć  lat  powinno  wystarczyć  na  ugaszenie  wspomnień.  I 

pewnie tak by się stało, gdyby nieustannie nie napotykała zdjęć Reida w codziennej prasie... 

Dlaczego oszukiwała samą siebie? Przecież nie była to prawda. Jego wizerunek wyrył 

się mocno w pamięci. 

Od pamiętnego wieczoru, gdy zaprosił ją na kolację, żeby - jak naiwnie przypuszczała 

-  porozmawiać  o  sprawach  służbowych,  zapłonęli  do  siebie  gorącą  namiętnością.  Reid 

odsunął wówczas notes i pióro, które położyła przed sobą - i poprzez stół chwycił jej ręce. 

- Myślałam,  że  będziemy  rozmawiać  o  programie  koncert  u  .  .  .  -  zająknęła  się 

niepewnie. 

- Chcesz właśnie o tym rozmawiać? - Jego oczy żarzyły się jak rozpalone węgle. 

- Nie... - Niemal straciła oddech. 

background image

- To dobrze. W takim razie porozmawiamy o ważniejszych sprawach... Na przykład o 

tym,  jak  niezwykły  kolor  mają  twoje  oczy,  gdy  się  uśmiechasz,  i  o  tym,  ze  twoje  włosy 

układają  się  tak  zalotnie  na  czole...  -  Aby  podkreślić  gestem  słowa,  nawinął  niesforne 

pasemko jej włosów na palec. 

Od  tamtej  pory  stale  się  spotykali.  Zapraszał  ją  na  koncerty  swych  przyjaciół  i 

szeptem,  w  ciemności  ściskając  ją  za  rękę,  opowiadał  o  muzyce.  Ciągle  poszerzał  jej 

muzyczne horyzonty. 

Nie  była  to  jedyna  dziedziną  w  której  uzupełniał  jej  edukację,  pomyślała,  rumieniąc 

się  na  wspomnienie  wspólnie  spędzonych  nocy.  Był  czułym,  wrażliwym  i  podniecającym 

kochankiem. 

W jego ramionach czuła się jak bezcenny klejnot. 

Nie  mogła  sobie  darować,  że  wówczas,  pięć  lat  temu,  wyszła  wraz  z  Tonia  nieco 

wcześniej  z  przyjęcia  po  koncercie  w  Canberze.  Reid  musiał  jeszcze  udzielić  kilku 

wywiadów,  a  Tonia  bardzo  się  niecierpliwiła  i  chciała  jak  najszybciej  powrócić  do  hotelu. 

Wypiła już kilka drinków i stawała się coraz bardziej nieznośna. Penny, choć z przyjemnością 

poczekałaby na Reida, postanowiła jej towarzyszyć. Och, gdybyż mogła tę decyzję podjąć po 

raz wtóry! 

Niejasno pamiętała kogoś z hotelowej obsługi, jak przyprowadził samochód Reida, ale 

wszystko,  co  nastąpiło  później,  niknęło  w  złowieszczej  mgle.  Padał  deszcz,  jezdnia  była 

śliska  jak  szkło;  odbijały  się  na  niej  światła  ulicznych  latarni  i  drogowych  znaków...  W 

pamięci Penny zapanował chaos. 

Słyszała jeszcze jak przez sen piski przerażenia i huk uderzającego w coś samochodu. 

Potem nastała cisza. 

Wróciła do przytomności, gdy Reid wynosił ją ze zmiażdżonego auta i umieszczał w 

innym,  które,  jak  dowiedziała  się  później,  pożyczył  od  przyjaciela.  Wraz  z  Tonia  zostały 

błyskawicznie przewiezione do hotelu i poddane lekarskim oględzinom. Okazało się, że prócz 

siniaków  i  zadrapań  oraz  podejrzenia  lekkiego  wstrząsu  mózgu  u  Penny  -  nie  odniosły 

poważniejszych obrażeń. 

To wszystko, co utrwaliło się jej w pamięci. Nie pamiętała jednak najważniejszego... 

Niejasno przypominała sobie spór z Tonią, która z nich powinna prowadzić... Czy Reid miał 

rację?  Czy  naprawdę  uparła  się,  żeby  prowadzić  samochód,  mimo  że  na  przyjęciu  wypiła 

kilka drinków? 

Tonia zaświadczyła o takim właśnie przebiegu wypadków. 

background image

Penny wprawdzie nie przypominała sobie momentu, kiedy zasiadła za kierownicą, ale 

teraz niczego już nie była pewna... 

Gdy  o  tym  rozmawiali,  w  głosie  Reida  dosłyszała  nutę  nagany  i  głębokiego 

potępienia. Postanowiła zatem się wycofać. 

Pojęła w lot, że go poważnie rozczarowała, i doskonale zdawała sobie sprawę, iż przy 

najbliższej okazji - być może przy pierwszej kłótni - wykorzysta ten argument przeciw niej. 

Podobnie  przecież  było  w  małżeństwie  jej  rodziców.  Gdy  ojciec  nawiązał  romans  z 

koleżanką ze szkoły, gdzie wykładał przedmioty artystyczne, matka przeżyła szok. Jednak po 

pewnym czasie mu wybaczyła, tym samym ratując swoje małżeństwo. 

Ale  przez  resztę  życia,  przy  każdej  kłótni,  wypominała  mu  to  potknięcie.  Matka 

zmarła na zapalenie płuc, gdy Penny miała zaledwie trzynaście lat. Obydwie z siostrą, mimo 

młodego  wieku  doskonalę  zdawały  sobie  sprawę  z  romansu  ojca,  ponieważ  matka  przez 

subtelne aluzje i drobne złośliwości niezmiennie wracała do tego tematu. 

Pamiętała  cierpienie  ojca,  gdy  bez  ustanku  wypominano  mu  jeden  jedyny  życiowy 

błąd,  i  zdawała  sobie  sprawę,  że  sama  czegoś  podobnego  by  nie  zniosła.  Właśnie  z  tego 

powodu zerwała znajomość z Reidem. 

Pogrążona w myślach, zbliżyła się do ogrodowej altanki. 

To  ojciec  był  inicjatorem  jej  zbudowania...  Altanka,  na  wpół  ukryta  pod  peleryną 

pnących  róż,  była  teraz  w  opłakanym  stanie.  Obok  wejścia  leżała  przewrócona  na  bok 

wiktoriańska  misa  na kwiaty. Z każdego  jej pęknięcia wyrastały kwitnące  sukulenty, tytoń  i 

geranium,  które  wysiały  się  same  z  dobrze  niegdyś  Utrzymanych  klombów.  Westchnęła 

ciężko. Tyle tu było do zrobienia. Ona  jednak przy  swych  nieregularnych dochodach  mogła 

jedynie walczyć o utrzymanie domu. Posiadłość była workiem bez dna.... 

Ale w tej chwili naprawdę absorbowała ją jedna myśl - co będzie, jeśli Reid odpowie 

na  list  Suzie?  I  z  bijącym  sercem  zastanawiała  się,  czy  dostatecznie  panuje  nad  sobą,  by 

znieść ponowne ż nim spotkanie. 

Łudziła  się  nadzieją,  że  Reid  przyśle  po  prostu  list  z  uprzejmą,  zdawkową  odmową. 

Był  zbyt  sławnym  i  zajętym  człowiekiem,  by  zajmować  się  uczennicą.  Kierował  przecież 

prestiżowym studiem nagrań, które specjalizowało się w popularyzowaniu muzyki poważnej. 

Przypomniała  sobie  z  nagłym  bólem  w  sercu,  że  to  zawsze  było  jego  marzeniem.  Oczyma 

wyobraźni  widziała  jego  smukłe  palce  przebiegające  po  klawiszach  klarnetu...  Poczuła 

rosnącą irytację. Och, dlaczego wybór Suzie nie padł na kogoś innego! 

- Cześć, Penny. 

background image

Przestraszona  odwróciła  się,  a  widząc  jego  władczą  postać  stojącą  na  progu  altany, 

wprost zamarła z przerażenia. 

- Nie... - wykrzyknęła i nagle urwała. To niemożliwe! 

On nie mógł tu być. 

- Nie? - Ironicznie uniósł brew. - Od razu odmawiasz? 

Zanim o cokolwiek cię poprosiłem? 

Usłyszała w jego głosie rozbawienie i poczuła lekką złość. 

- „Nie” jest odpowiedzią na wszystko, o co masz zamiar mnie poprosić - powiedziała 

drżącym głosem. Czuła, że ręce i nogi ma zimne jak lód, i mimowolnie skrzyżowała ramiona 

w geście obrony. - Dość często posługiwaliśmy się tym słowem podczas naszego ostatniego 

spotkania, czyż nie? 

- Wydaje mi się, że to ty go nadużywałaś - poprawił ją. 

- I jak widzisz, nic się pod tym względem nie zmieniło. 

Nagle odżyły w Penny wspomnienia tego ostatniego wieczoru, kiedy  Reid przyszedł 

po  nią,  by  zabrać  ją  na  koncert  do  Opery.  Czekała  na  niego  tutaj  -  w  altanie.  Wyglądał 

podobnie  jak  dziś  -  przystojny,  muskularnie  zbudowany,  a  z  całej  jego  postawy  biła 

zdumiewająca  pewność  siebie.  I  podobnie  jak  dziś  -  wstrzymała  oddech  na  jego  widok.  A 

potem... 

Potem złożył na jej stęsknionych ustach, namiętny pocałunek. 

Zdało jej się, że jeszcze teraz czuje ciepło jego dłoni na swych gołych ramionach. 

Była  tak  rozgorączkowana,  że  odważyła  się  figlarnie  spytać,  czy  ich  nieobecność  na 

koncercie  zostanie  zauważona,  a  w  jego  oczach  rozbłysły  swawolne  iskierki...  Była  tym 

spojrzeniem  uszczęśliwiona,  dodało  jej  pewności  siebie.  Wsparta  na  jego  silnym  ramieniu 

poczuła się jak królowa. 

Ale po chwili słodki obraz rozpłynął się we mgle pamięci, na jego miejscu zaś pojawił 

się  inny.  Znów  była  wrażliwą,  niedoświadczoną  dziewczyną,  którą  Reid  wyciąga  ze 

zmiażdżonego  samochodu.  Gdy  spojrzała  mu  wówczas  w  oczy,  dostrzegła  w  nich  wyraz 

potępienia. I choć później po stokroć zapewniał,  że  jej wybaczył, za każdym razem, gdy  na 

niego  patrzyła,  doznawała  obezwładniającego  poczucia  winy.  Wybaczył,  ale  nie  zapomniał, 

myślała. 

Obserwując  teraz  grę  uczuć  na  twarzy  Reida,  zdała  sobie  sprawę,  że  nadal  pamięta. 

Czy  pamięta  również,  jak  cofnął  się  z  nie  skrywanym  wstrętem  od  jej  przesyconego 

alkoholem oddechu? Czy myślał o tym teraz, gdy na nią patrzył? 

background image

Odwróciła się ostentacyjnie i poprzez plątaninę zieleni skierowała wzrok ku przystani. 

Zmusiła się do swobodniejszego oddechu. Och, gdybyż tylko obecność Reida nie napełniała 

ją stale poczuciem winy! 

Od  tamtej  pory  była  bardzo  przykładnym  kierowcą.  Ocierając  się  o  śmierć,  doznała 

szoku.  Przede  wszystkim  jednak  nie  chciała,  by  kiedykolwiek  spojrzano  na  nią  z  takim 

samym potępieniem, jakie wówczas ujrzała w oczach Reida. 

- Skoro nic się nie zmieniło, dlaczego tutaj przyjechałeś? 

- udało jej się wykrztusić przez zaciśnięte gardło. 

- Przecież mnie zaprosiłaś. 

Niepewnie błądziła wzrokiem po wnętrzu altany, jakby szukając drogi ucieczki. 

- Ja cię zaprosiłam? Mijasz się z prawdą. 

- Czyżbyś zaprzeczała, że do mnie napisałaś w sprawie opieki nad jakąś uczennicą? 

- Moja siostrzenica, Suzanne Kimber, napisała do ciebie. 

- To  na  jedno  wychodzi.  -  Wytrzymał  jej  zaskoczone  spojrzenie.  -  Nieważne,  kto 

podpisał się pod listem. Wiem, że jesteś jego autorką. 

- Niech Ci będzie. - Narastał w niej gniew.. - Napisałam go dla Suzie. Ale skąd o tym 

wiesz? 

- Zapominasz, że kiedyś dla mnie pracowałaś. Poznaję twój oryginalny styl - dodał z 

błyskiem  złośliwości  w  oczach.  -  A  poza  tym,  któż  inny  mógłby  zetknąć  się  z  „Koncertem 

Andrettiego”! 

- Ależ  j  a  .  .  .  -  Gwałtownie  wciągnęła  powietrze,  a  potem  mimowolnie  przyłożyła 

dłoń do otwartych ust. 

- Suzie  dopisała  PS.  Wyznała  mi,  że  słuchając  Andrettiego,  dostaje  gęsiej  skórki. 

Doskonale wiesz, że tylko jedna osoba mogła jej udostępnić tę kasetę. 

- Słyszała  ją  tylko  raz  -  wyznała  zdenerwowana.  -  Zaskoczyła  mnie,  gdy  siedziałam 

zasłuchana i spytała, co to za utwór. Myślałam jednak, że o nim zapomniała. 

- Jak widać, nie. Co więcej, ten utwór zrobił na niej większe wrażenie niż na kobiecie, 

dla której został skomponowany - dodał oskarżycielskim tonem. 

Oczywiście to nie była prawda. Ileż razy słuchała, tej pięknej muzyki, mającej w sobie 

cudowną moc pocieszania, Słodka, upajająca melodia, nagrana bezpretensjonalnie, po prostu 

tak,  jak  skomponował  ją  twórca.  Muzyka,  która  poruszała  do  głębi,  bardziej  niż  symfonie 

wielkich mistrzów. Penny wiedziała, że była to jej muzyka. 

Suzie usłyszała ją w pierwszą bolesną rocznicę śmierci ojca Penny. Zazwyczaj Penny 

upewniała  się,  że  jest  całkiem  sama,  gdy  puszczała  tę  taśmę.  Tym  razem  jednak  zaniedbała 

background image

zwykłej  ostrożności.  Nawet  nie  zauważyła  obecności  Suzie  w  pokoju,  aż  do  chwili  gdy  ta 

głęboko westchnęła przy ostatnich taktach. 

Nim  Penny  zdążyła  zareagować,  Suzie  podbiegła  do  magnetofonu,  wyjęła  kasetę  i, 

przeczytała  tytuł  własnoręcznie  napisany  przez  Reida.  Oczywiście  nie  mogła  rozpoznać 

charakteru pisma. 

- Mogłabym  się  założyć,  że  to  Reid  Branden  -  powiedziała  z  ożywieniem.  -  Ale  nie 

poznaję tego kawałka. Co to jest? 

- Masz rację. To „Koncert Andrettiego” Reida Brandena. 

Jeden z  moich klientów rozmyśla  nad wykorzystaniem tej  melodii dla potrzeb nowej 

reklamy telewizyjnej - skłamała w nadziei, że rozwieje tym wszelkie podejrzenia. 

- Wiesz,  to  zapiera  dech  -  oświadczyła  Suzie  i  dodała  z  entuzjazmem:  -  Czy  to 

oznacza, że zamierzasz współpracować z Brandenem? 

- Wątpię.  Reid  Branden  chybaby  nie  pozwolił  na  wykorzystanie  swej  muzyki  w 

telewizyjnej reklamówce. 

Suzie  zrobiła  wówczas  zawiedzioną  minę,  ale  ku  jej  ogromnej  uldze  przyzwoliła  na 

zmianę tematu. 

Penny  nigdy  nie przyszłoby  do głowy, że  jej siostrzenica wspomni o tym utworze w 

liście  do  Brandena;  A  jednak  tak  właśnie  się  stało.  Ten  utwór  był  jakby  wizytówką  Penny. 

Nic dziwnego, że Reid natychmiast wszystkiego się domyślił... 

I teraz stał przed nią. 

- Jestem pewna, że nie przyjechałeś tu po to, by grzebać w wygaszonych popiołach - 

powiedziała z sercem ściśniętym jak w żelaznych kleszczach. 

Och,  żeby  tylko  nie  odgadł,  że  podjęła  się  instynktownej  obrony.  Za  wszelką  cenę 

musiała  wznieść  wokół  siebie  wysoki  mur  obojętności,  ponieważ  widok  tego  mężczyzny 

wzbudził w niej tęsknoty ukryte tak głęboko, że sama się o nie już nie podejrzewała. Całkiem 

zapomniała,  że  Reid  Branden  roztaczał  wokół  siebie  tajemniczy,  zmysłowy  urok,  któremu 

zawsze ulegała. 

- Czasami  znajduje  się  iskierkę  nawet  w  wygaszonym  popiele  -  zauważył  w 

zamyśleniu. - Wówczas wystarczy dmuchnąć, by znów rozniecić ogień. 

Zrobił  stanowczy  krok  w  jej  stronę;  zaskrzypiała  stara,  drewniana  podłoga.  Penny 

oparła się o ażurową ściankę altany, zafascynowana widokiem szlachetnych, surowych rysów 

twarzy Reida, która była coraz bliżej i bliżej. 

Wystarczyło  to  jedno  spojrzenie  i  rozpoznała  wszystkie,  niegdyś  tak  bliskie  sercu 

szczegóły  -  falujące  włosy,  wysokie,  inteligentne  czoło  przecięte  śmiałą  linią  czarnych  jak 

background image

węgiel  brwi...  Ale  przede  wszystkim  oczy  -  niezapomniane  oczy,  które  płonęły,  jarzyły  się, 

gdy na nią patrzył, i które posiadały jakąś magiczną moc zmieniania koloru - z orzechowego 

na  zielononiebieski,  Całkiem  wstrzymała  oddech,  ponieważ  te  oczy  były  teraz  tuż  tuż. 

Przecież nie chciała, by jej dotknął, a jednak... 

Nagle  okręcił  się  na  pięcie.  Usłyszała  ciche  przekleństwo  i  serce  jej  zamarło  z 

wrażenia. Nie mogła się przecież tak bardzo pomylić, to nie mogło być złudzenie... Wyraźnie 

dostrzegła w jego twarzy obrzydzenie! Obrzydzenie! 

Poczuła,  jak  wezbraną  falą  ogarnia  ją  gniew.  Bezsilny  gniew.  Och,  dlaczego  się  w 

porę  nie  wycofała?  Dlaczego  mu  nie  wyjaśniła,  że  po  uczuciu  sprzed  lat  nie  pozostał  już 

nawet popiół! Zamiast tego biernie czekała na rozwój wydarzeń... 

Czyżby naprawdę pragnęła jego dotyku? Musiał to zauważyć... 

Byłby  ślepy,  gdyby  tego  nie  zauważył!  Ale  nagle  przypomniał  sobie  tamtą  noc. 

Przypomniał  sobie,  do  czego  jest  zdolna.  Wybaczył,  ale  nie  zapomniał...  Jego  oczy,  nim 

zdołał je odwrócić, wyrażały nagą, brutalną prawdę. Prawdę, której na imię było: pogarda! 

- Dlaczego tego nie powiesz? - wybuchła. - Dlaczego po prostu nie spytasz, czy nadal 

prowadzę po pijanemu? Tę myśl masz wypisaną na czole! 

Gdy odwrócił głowę, twarz jego przypominała maskę. 

- Skoro tak uważasz, nie ma znaczenia, co ci odpowiem. 

Myśli  tłukły  jej  się  po  głowie  w  szalonej  gonitwie.  W  sercu  czuła  zamęt  uczuć. 

Wszystko  działo  się  tak  szybko...  Ą  przecież  miała  dziwne  wrażenie,  że  od  pojawienia  się 

Reida Brandena minęła cała epoka. 

To tylko dlatego, że przypomniał jej o nocy, którą ze wszystkich sił pragnęła wyrzucić 

z pamięci. Wyłącznie dlatego. 

Z pewnością nic już nie czuła do tego mężczyzny. W każdym razie nie dopuszczała do 

siebie innej myśli. 

- Lepiej będzie, jeśli wyjedziesz - oznajmiła z godnością. 

- Nadal  uważasz,  że  ucieczka  jest  najskuteczniejszym  lekarstwem  na  rozwiązanie 

twoich problemów, Penny? 

- Ucieczka? 

- Czyżbyś  już  raz  nie  uciekła,  gdy  sprawy  między  nami  zaczęły  się  gmatwać?  - 

Przeszył ją ostrym spojrzeniem. - A teraz, może mi powiesz, że nie myślisz o ucieczce? 

Buntowniczo  uniosła  podbródek.  Być  może  zasłużyła  sobie  na  jego  krytykę  tamtej 

fatalnej nocy, ale z pewnością nie mogła pozwolić, by ją oskarżał o tchórzostwo. Odejście od 

tego mężczyzny było największym aktem odwagi w jej życiu. 

background image

- Nic  o  mnie  nie  wiesz  -  powiedziała  z  pasją.  -  Jeśli  chciałabym  uciec  od  swoich 

problemów,  to  przede  wszystkim  sprzedałabym  dom,  zamiast  trzymać  się  go  zębami  i 

pazurami! 

I  nie  wróciłabym  tu,  żeby  przez  dwa  lata  opiekować  się  umierającym  ojcem!  I  nie 

rozmawiałabym teraz z tobą... 

Słoneczny promyk pojawił się w jego zielononiebieskich oczach. 

- Nie  wiedziałem,  że  tyle  przeszłaś...  Być  może  twój  brak  odwagi  dotyczy  jedynie 

mojej osoby. 

Stała  na  wprost  niego  wyczerpana  bardziej  niż  po  długim  biegu.  Ta  konfrontacja 

kosztowała ją zbyt wiele. 

- Przykro mi, że straciłeś tyle czasu - zdobyła się na obojętny ton. - Powiem Suzie, że 

to nie był dobry pomysł... 

- Być może dla ciebie, ale nie dla mnie. - W jego oczach rozgorzały gniewne błyski. - 

Nie sprawię zawodu twojej siostrzenicy, choćby twoja duma miała na tym ucierpieć. A zatem 

pójdziesz ze mną do domu na własnych nogach, czy też mam cię tam zanieść? 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Sama  myśl,  że  Reid  może  ją  zanieść  do  domu  w  swych  silnych  jak  stal  ramionach, 

wystarczyła,  by  Penny  dostała  skrzydeł.  Już  raz  zrealizował  podobną  groźbę.  Wówczas  to 

była zabawa i zakończyła się śmiechem i pocałunkami, ale teraz, gdy miała łzy pod powieką, 

czułaby się takim gestem poniżona. 

Pospiesznie  poszła  przodem,  wyciągając  krok,  jakby  uciekała  przed  jego  oddechem, 

nieznacznie poruszającym jej włosami i przyprawiającym ją o dreszcz podniecenia. 

Dlaczego przyjechał? Czego właściwie od niej oczekiwał? 

Instynktownie  czuła,  że  powodem  tej  wizyty  była  nie  tylko  Suzie.  Czyżby  szukał 

zemsty  za  jej  ucieczkę?  Ale  przecież  nawet  nie  próbował  jej  odnaleźć...  Nigdy  też  nie 

podważył wersji Toni o całym wydarzeniu. Właściwie można by powiedzieć, że ich namiętny 

związek rozbił się o ten sam mur co samochód. 

Gdy weszli do domu, Suzie nadal ślęczała przy komputerze. 

- Masz gościa, Suzie - odezwała się Penny. 

- Jeśli  to  Amanda,  powiedz  jej,  żeby  poczekała...  -  burknęła,  nawet  nie  odwracając 

głowy. 

W oczach Reida pojawiły się figlarne błyski. 

- Ale ja nie mam na imię Amanda - powiedział wesoło. 

Słysząc  męski  głos,  Suzie  uniosła  głowę  i  na  jej  twarzy  pojawił  się  nagle  wyraz 

radosnego zaskoczenia. 

- Wielkie  nieba, to ty, Reid? - wybuchła z dziewczęcą spontanicznością. - To znaczy 

pan,  panie  Branden  -  poprawiła  się,  przeczesując  palcami  włosy  w  odwiecznym  kobiecym 

geście zakłopotania. Na jej policzki wypłynął jaskrawy rumieniec. 

- Możesz mi mówić Reid - zapewnił ją bardzo poważnym tonem. - A ty z pewnością 

jesteś ową Suzanne Kimber, która napisała do mnie tak wylewny list. 

- Nazywaj mnie Suzie. - Nieśmiało zerknęła na Penny. 

- Nie  napisałam  go  sama....  -  wyznała.  -  Moja  ciotka,  Penny,  zawodowo  zajmuje  się 

prowadzeniem  korespondencji,  więc  poprosiłam  ją  o  pomoc...  Mam  nadzieję,  że  nie 

popełniłam żadnego oszustwa. 

- Ależ  skąd!  Uzyskanie  pomocy  przy  pisaniu  tak  ważnego  listu  dobrze  świadczy  o 

twojej inicjatywie. 

background image

- Dzięki.  -  Nagle  poderwała  się  z  krzesła.  -  Powinnam  chyba  zaproponować,  byś 

usiadł. Może napijesz się kawy? 

Penny upiekła dziś marchewkowe ciasto. Daję słowo, palce lizać! 

Reid  podprowadził  podnieconą  nastolatkę  do  fotela,  usadowił  ją  wygodnie,  a  sam 

usiadł naprzeciw niej. 

- Może twoja ciotka zrobi nam kawę, a tymczasem opowiesz mi o swych muzycznych 

pasjach, zgoda? 

Penny poczuła się dziwnie rozgoryczona sposobem, w jaki ją odprawił, choć zdawała 

sobie  sprawę,  że  uczynił  tak  wyłącznie  po  to,  aby  w  spokojnej  rozmowie  Suzie  mogła  się 

nieco odprężyć. Przygotowując kawę, czuła wewnętrzny  niepokój; z  jakąż  łatwością potrafił 

zapanować  nad  sytuacją!  -  zżymała  się  w  duchu,  przywołując  w  pamięci  wspomnienie  z 

pierwszego  z  nim  spotkania.  Podobnie  jak  Suzie  uległa  jego  czarowi  i  pozwoliła  sobą 

kierować.:. 

Przez  uchylone  drzwi  obserwowała,  jak  jej  siostrzenica  pochyla  się  ku  Reidowi, 

każdym  gestem  i  słowem  zapewniając  go  o  swej  adoracji.  Czyżby  ona,  Penny,  w  podobnie 

egzaltowany sposób starała się wówczas przyciągnąć jego uwagę? 

Szczerze musiała przyznać, że w istocie tak było... 

Gdy wnosiła tacę do salonu, niemal zderzyła się z Suzie. 

- Reid  chce,  bym  coś  dla  niego  zagrała!  -  wykrzyknęła  bez  tchu  i  zniknęła  w 

czeluściach korytarza. 

Chwilę  później  wróciła  ze  swym  ukochanym  klarnetem.  Penny  spostrzegła,  że  Reid 

przyglądał  jej  się  z  aprobatą,  gdy  uważnie  składała  klarnet  i  przygotowywała  się  do  gry. 

Nastąpiła  chwila  ciszy;  Suzie  uspokoiła  oddech,  a  potem  zaczęła  grać  „Fantazję  B  -  dur”, 

którą przygotowała na swój ostatni egzamin. 

Melodia była wyjątkowo piękna, a Suzie grała utwór z dużym talentem. Nawet Penny 

to  zauważyła.  Była  teraz  zadowolona,  że  pomogła  siostrzenicy  napisać  list.  Niewątpliwie 

zasługiwała ona na pomoc muzyka tej miary co Reid. Penny zrozumiała, że musi poskromić 

swe  uczucia,  uzbroić  się  w  cierpliwość,  ukryć  cierpienie.  Talent  Suzie  wart  był  takiego 

poświęcenia. 

Gdy młoda wirtuozka skończyła grę, Reid odczekał kilka chwil w skupieniu, a potem 

złożył dłonie do oklasków. 

- Brawo,  Suzie!  Grasz  z  takim  samym  zaangażowaniem  jak  ja,  gdy  byłem  w  twoim 

wieku. 

Dziewczynka spłonęła rumieńcem. 

background image

- Och, nie mogę się porównywać z takim mistrzem jak ty - zaprzeczyła nieśmiało. 

- I wcale nie powinnaś. Musisz dążyć do wyrobienia sobie własnego stylu. Powinnaś 

grać  tak  oryginalnie,  by  publiczność  rozpoznawała  cię  z  zamkniętymi  oczami.  -  A  potem 

udzielił  jej  kilku  fachowych  wskazówek:  -  Zwróć  uwagę  na  stały  przepływ  powietrza,  gdy 

grasz pełną nutę... - Wyjął jej instrument z ręki, by to zademonstrować. 

Suzie wypróbowała następnie kilka dźwięków; zagrała je w zauważalny sposób lepiej. 

W  ciągu  zaledwie  kilku  minut  dokonała  pod  jego  czujnym  okiem  widocznych  postępów, 

pomyślała Penny z radością pomieszaną z niepokojem. 

- Skoncentrujemy się na tym dłużej przy następnym spotkaniu - stwierdził po krótkim 

namyśle. 

- Ależ  wcale  nie  musicie  się  spotykać  -  zaprotestowała  nieoczekiwanie  Penny.  - 

Chodzi o to, że... Nikt nie oczekuje, że poświęcisz jej tyle swego cennego czasu. Wystarczy, 

jeśli od czasu do czasu przesłuchasz taśmy z jej nagraniami i opatrzysz je komentarzem. 

Na chwilę zatrzymał jej wzrok siłą swego spokojnego, lecz twardego spojrzenia. 

- Zapomniałaś, Penny, że niczego w życiu nie robię połowicznie. 

Jeśli zdecyduję się pomagać Suzie, nie będę robił tego na odległość. 

Ależ to niemożliwe!. - krzyczało serce Penny. Czyżby nie, widział, że ona nie zniesie 

następnej jego wizyty? 

- Kochanie, zamierzałaś chyba umyć dziś włosy, prawda? 

- powiedziała z naciskiem. Nie mogła przecież kontynuować tej rozmowy w obecności 

siostrzenicy. 

Suzie  spojrzała  na  ciotkę  z  niemym  wyrzutem,  ale  posłusznie  rozłożyła  klarnet  i 

zapakowała go do futerału. 

- Czy dobrze zrozumiałam, że zamierzasz nas jeszcze odwiedzić? 

- zwróciła się niepewnie do Reida. 

- Oczywiście - przytaknął, posyłając Penny wymowne spojrzenie. - Nigdy nie rzucam 

słów na wiatr. 

- Och, to najwspanialszy dzień w moim życiu! Dziękuję... 

Reid. 

Choć  Penny  nie  podzielała  entuzjazmu  swej  siostrzenicy,  z  mimowolnym 

zadowoleniem słuchała, jak Suzie, tanecznym krokiem przemierzając korytarz, gwizdała pod 

nosem skoczną melodię. 

- Ona ma prawdziwy talent - zauważył Reid, gdy wreszcie zostali sami. 

- Jest także młoda i nieodporna. Mam nadzieję, że będziesz o tym pamiętał. 

background image

- Masz na myśli siebie czy Suzie? - spytał cicho, a gdy dłuższy czas nie odpowiadała, 

dodał z troską w głosie: - Dlaczego ona z tobą mieszka? Kłopoty rodzinne? 

- Nie. Moja siostra, Jo, podróżuje wraz z mężem po południowo - wschodniej Azji, a 

nie chcieli, by Suzie traciła szkołę, więc... Tu jest bardzo dużo miejsca. 

- Zazwyczaj mieszkasz tu sama? 

- Zazwyczaj. Prócz tych okresów, kiedy mieszkają tu moi kochankowie - odparowała. 

Nie  chciała,  by  użalał  się  nad  jej  samotnością.  Nie  mogła  dopuścić,  by  doszedł  do 

wniosku, że bez niego jej życie było puste. 

Spojrzał na komputer stojący na ciężkim dębowym biurku. 

- Pracujesz teraz w domu? - zdziwił się lekko. 

- Tak. Odkąd wróciłam z Londynu,  by zaopiekować się chorym ojcem.  Ojciec zmarł 

dwa  lata  temu,  ale  nadal  wolę  pracować  u  siebie.  -  Nie  miała  zamiaru  opowiadać  mu  o 

kłopotach  ze  znalezieniem  stałej  pracy.  Gdy  tylko  zorientowała  się,  że  o  każdą  pracę  w 

reklamie ubiega się przynajmniej pięćdziesiąt osób, postanowiła założyć własny interes. Praca 

w domu jednocześnie umożliwiała opiekę nad chorym ojcem. 

Stopniowo  przyzwyczaiła  się  do  takiego  trybu  życia  i  nawet  nie  była  pewna,  czy 

chciałaby go teraz zmieniać. 

Reid odchylił się na krześle, wyraźnie rozluźniony. 

- Nie przyjechałem tu tylko po to, by poznać Suzie - oznajmił po krótkim namyśle. 

Zwilżyła językiem suche wargi; napięcie w niej rosło, czuła, że za chwilę wybuchnie. 

- Jakie mogłeś mieć inne powody? - spytała z drżeniem w głosie. 

- Chylę czoło przed twoją domyślnością. 

- Nie żartuj ze  mną, Reid. Rubryki towarzyskie pełne  są plotek o twoich romansach. 

Nie sądzę, by brakowało ci damskiego towarzystwa. 

Zmrużył oczy i uśmiechnął się lekko. 

- Nie powinnaś wierzyć we wszystko, co piszą w gazetach. 

Ale nie twojego... towarzystwa pragnąłem... - Nastała chwila ciszy. - Przyjechałem, by 

zaproponować ci pracę - dokończył. 

Ulga  walczyła  w  niej  z  rozczarowaniem.  Właściwie  powinna  być  zadowolona  z 

takiego obrotu sprawy, a jednak czuła dziwny, nieuzasadniony zawód. 

- Mam już pracę - odrzekła z pozornym spokojem. 

- To,  co  chcę  ci  zaproponować,  nie  powinno  kolidować  z  twoimi  pozostałymi 

zobowiązaniami.  List,  który  napisałaś  w  imieniu  Suzie,  nasunął  mi  pewien  pomysł.  Jak  się 

domyślasz, jestem stale zasypywany najrozmaitszą korespondencją... 

background image

Chciałbym, byś mi ją poprowadziła. 

- Czy Tonia Rigg już ci w tym nie pomaga? - powiedziała szybciej, niż zdążyła ugryźć 

się w język. Cóż za brak taktu! 

- Tonia jako moja asystentka i tak ma pełne ręce roboty. 

W  Stanach  wynająłem  agencję,  która  przejmuje  moją  pocztę, tutaj  jednak  chciałbym 

podejść do sprawy bardziej osobiście. 

- Rozumiem, chcesz, żebym wykonywała za Tonie całą czarną robotę? - Och, chętnie 

zapadłaby się pod ziemię ze wstydu, że to powiedziała. 

Musiał dosłyszeć w  jej głosie  ledwie uchwytny cień  zazdrości, ponieważ  spojrzał  na 

nią badawczo. 

- Nigdy się nie lubiłyście, prawda? - zapytał. 

Nie było w tym nic dziwnego, skoro rywalizowały o tego samego mężczyznę... 

- Teraz to już nie ma znaczenia powiedziała cicho i dodała pewniejszym tonem: - Od 

kiedy wyjechałeś na podbój Ameryki, bezrobocie znacznie wzrosło. Możesz przebierać wśród 

chętnych do pracy. Dlaczego wybrałeś właśnie mnie? 

- Czyżbyś zapomniała, jak wspaniałe nam się współpracowało? 

Rozumieliśmy  się  tak  doskonałe,  że  czasami  nie  potrafiłem  rozpoznać,  który  list 

napisałem sam, a który jest twojego autorstwa. 

W  takim  razie,  jak  to  się  stało,  że  całkiem  przestali  się  rozumieć,  gdy  nastąpił 

wypadek?  -  pomyślała  z  żalem.  Zupełnie  nie  zrozumiał,  jak  ważne  dla  niej  było  prawo  do 

posiadania wątpliwości... 

- To się nie uda - powiedziała. - Jestem zadowolona ze swej pracy w domu i... 

Machnął lekceważąco ręką. 

- Niczego nie musisz zmieniać w swoim trybie życia. 

- Będziesz mi przysyłał listy? - zdziwiła się. 

- Będę ci je dostarczał osobiście - odparł z uśmiechem. 

Nad  czym  się  zastanawiała?  Jak  w  ogóle  mogła  rozważać  tak  szaloną  propozycję! 

Czyż  nie znalazła  się w wystarczająco kłopotliwym położeniu, gdy zaoferował  się pomagać 

Suzie? 

A teraz na domiar złego zastanawiała się nad podjęciem z nim współpracy! Nonsens! 

- To nie jest dobry pomysł - powiedziała twardo. 

- Ponieważ  dzieli  nas  przeszłość,  czyż  nie?  Czyżby  naprawdę  pozostało  coś,  co  nas 

dzieli? 

background image

- Och, zachowujesz się arogancko! - Udawała zirytowaną, a serce coraz mocniej tłukło 

jej się w piersiach. - Nie widzieliśmy się prawie pięć lat. W tym czasie mogłam wyjść za mąż 

i mieć gromadkę dzieci! 

Popatrzył na nią z pewnym rozbawieniem. 

- A zrobiłaś choć jedną z tych rzeczy? 

Była teraz na siebie zła, że wybrała taki sposób obrony. 

Ale przed czym właściwie się broniła? 

- Oczywiście,  że  nie!  -  burknęła,  niezadowolona,  że  dała  się  podejść.  -  Byłam  zbyt 

zajęta... Musiałam powtórnie zaistnieć na rynku reklamy w Sydney. 

- Czyż  można  nie  mieć  czasu  na  miłość?  -  Uniósł  brew  i  popatrzył  z  ironią.  - 

Powiedziałbym, że tracisz coś, do czego, o ile sobie przypominam, miałaś ogromny talent. 

Poczuła, że twarz jej oblewa krwawy rumieniec. Zaczęła  nerwowo mieszać cukier w 

filiżance kawy. Przed poznaniem Reida nie miała pojęcia o posiadaniu takiego talentu... To on 

go odkrył. Jego pieszczoty  i  mistrzowski dotyk rozbudziły w niej  namiętność, która ją samą 

zaszokowała. 

- Nie bądź taki pewny siebie - odparowała z nagłą werwą. 

- Po prostu moje nazwisko nie znajdowało się w nagłówkach gazet tak jak twoje! 

- A więc są w twoim życiu inni mężczyźni - skonstatował z posępną miną. - A może 

jest tylko jeden mężczyzna? 

Mimo  wszystko  poczuła  ukłucie  w  sercu,  gdyż  tym  samym  potwierdził  gazetowe 

plotki.  Łatwość,  z  jaką  przyjął  jej  kłamstwo,  potwierdzała,  że  sam  musiał  być  związany  z 

wieloma  kobietami.  Ale  czegóż  mogła  się  spodziewać?  Był  przecież  bogaty,  sławny, 

przystojny... Och, nie spodziewała się jednego - że to odkrycie tak bardzo ją zaboli! 

- To nie twoja sprawa! - odcięła  się  z pozornym  chłodem, choć  nerwy  miała  napięte 

jak postronki. Czy w takim stanie w ogóle mogłaby ż nim współpracować? 

- Masz rację - zgodził się bez dalszych komentarzy. 

- Myślę,  że  lepiej  będzie,  jak  już  pójdziesz  -  powiedziała,  czując  gorzki  smak  w 

ustach. - A jeśli zechcesz pomagać Suzie, wystarczy, byś zastosował się do programu, który 

proponuje szkoła. To nie powinno zabrać ci dużo czasu. 

- Niestety, zmuszasz mnie, bym jej propozycję odrzucił. 

- Na litość boską, dlaczego? - Posłała mu zdziwione spojrzenie. 

- Czy dlatego, że nie chcę dla ciebie pracować? A może dlatego, że pięć lat temu cię 

rozczarowałam i znalazłeś okazję do zemsty? 

Rysy twarzy mu stwardniały. 

background image

- Zemsta  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego  -  wycedził  przez  zaciśnięte  zęby.  Po  chwili 

dodał  swobodniejszym  tonem:  -  Nim  tu  przyjechałem,  sprawdziłem,  na  czym  polega  ów 

szkolny  program  współpracy  mistrza  z  uczniem  i  doszedłem  do  wniosku,  że  szkole  zależy 

przede  wszystkim  na  zdobyciu  prestiżu  poprzez  nawiązanie  kontaktów  ze  sławnymi 

muzykami. 

Nie ma tam mowy o prawdziwym, głębokim zaangażowaniu się tych ludzi w pracę z 

uczniem. 

- Och, szkoła nie może oczekiwać głębokiego zaangażowania od ludzi zajętych własną 

karierą zawodową. 

Dla uczniów mają oni pełnić rolę wzorców godnych naśladowania. 

Nikt się nie spodziewa, że program ten dokona cudów. 

- Wierzę wyłącznie w cuda, na które trzeba ciężko zapracować. 

Jestem  gotów  do  poświęcenia  czasu  i  zrobienia  wysiłku...  ale  nie  uczynię  mniej.  To 

oznacza wszystko albo nic, Penny. Co wybierasz? 

- Powinieneś  porozmawiać  o tym  z  rodzicami  Suzie  -  odparła  wymijająco,  nerwowo 

ściskając  dłonie.  -  Wrócą  w  przyszłym  miesiącu.  Tak  czy  inaczej  każda  decyzja  wymagać 

będzie ich zgody. 

Popatrzył na nią przenikliwie i po chwili rzekł; 

- Tak  właśnie  zamierzałem  postąpić.  Tymczasem  jednak  mogę  dokonać  w  jej 

muzycznym rozwoju prawdziwej rewolucji. 

Byłby to stracony czas, którego już się nie odzyska, Penny. 

- To szantaż - przerwała mu, czując że ogarnia ją strach. 

- Mam  dla  ciebie  pracować,  w  przeciwnym  bowiem  razie  nie  pomożesz  Suzie,  czy 

tak? 

W ciemnych oczach Reida pojawiło się zniecierpliwienie. 

- Tłumacz to sobie jak chcesz. Moim zdaniem propozycja jest uczciwa. 

Może  miał  rację...  Chyba  to  ona  zatraciła  poczucie  proporcji,  pozwoliła,  by  serce 

rządziło  głową.  Właściwie  dlaczego  miałaby  odtrącać  tak  intratną  propozycję?  Nie  miała 

przecież  za  dużo  pieniędzy...  Poza  tym,  podczas  wizyt  Reida  byłaby  przynajmniej  czymś 

zajęta. 

- Dobrze - wyszeptała. - Spróbuję, ale jeśli to się nie uda... 

- To musi się udać - odrzekł z nutką triumfu w głosie. 

- Moje plany zazwyczaj się udają. 

background image

Penny  nadal  czuła  w  głowie  zamęt,  dłonie  miała  wilgotne,  a  serce  trzepotało  jej  jak 

oszalałe.  Jeśli  zacznie  pracować  dla  niego,  będzie  musiała  opanować  nerwy.  I  zrobi  to  dla 

dobra  Suzie!  Na  litość  boską,  to  tylko  miesiąc!  Potem  wróci  Jo  i  sama  ustali  warunki 

współpracy  z  Reidem.  Ona  zaś  będzie  wreszcie  mogła  wycofać  się  ze  swych  zobowiązań, 

jeśli tego zapragnie... 

- Kiedy mam zacząć dla ciebie pracować? - spytała, dusząc w sobie gniew. 

- Za kilka dni. Jesteśmy w trakcie rozkręcania firmy. Do końca tygodnia Tonia sobie 

poradzi.  -  I  nieoczekiwanie  zmienił  temat:  -  Miałem  wrażenie,  że  gdy  cię  spotkałem, 

wybierałaś  się  na  spacer.  Może  pospacerujemy  razem?  Pokażesz  mi,  co  się  zmieniło  w 

Kangalumie. 

Wytarła spocone dłonie o dżinsy. 

- Wydawało  mi  się,  że  jesteś  zajętym  człowiekiem,  skoro  pracujesz  nad  rozruchem 

firmy w Sydney. 

Spojrzał na nią zagadkowo i od razu pożałowała swych słów. Musiał się zorientować, 

że dokładnie śledziła w prasie przebieg jego kariery. 

- Być  może  wiesz,  że  mam  bliźniaczą  firmę  w  Los  Angeles  -  podjął  -  jak  również 

studia nagrań w wielu innych miejscach. 

Ale  intensywna  praca  tylko  wówczas  sprawia  przyjemność,  jeśli  od  czasu  do  czasu 

można od niej uciec. Na przykład teraz mam na to ochotę. 

W  milczeniu  wyszli  do  ogrodu.  Tym  razem  Penny  spojrzała  na  dom  takimi  oczami, 

jakimi z pewnością Reid musiał go widzieć; odpadające dachówki, zapchane, cieknące rynny, 

popękane tynki, instalacje wymagające natychmiastowej wymiany... 

Dom był naprawdę w pożałowania godnym stanie. 

Mogła być dumna jedynie z podłogi w holu, którą własnoręcznie za pomocą szlifierki 

i roztworu soli z trudem wyczyściła. 

Teraz kolorowe płytki lśniły w słońcu przedzierającym się przez witrażowe szyby we 

frontowych drzwiach. 

Była pewna, że badawcze oczy Reida nie pominęły żadnego szczegółu. 

- Nadal jest tu wiele do zrobienia - wysiliła się na swobodny ton. 

- Widać, że twój ojciec zaniedbał wiele rzeczy, gdy zachorował. 

- To nie było pytanie. Po prostu stwierdził fakt. 

Dotarli do samego końca dawnego podjazdu dla powozów, który teraz porastał trawą. 

Tuż za nim znajdował się owalny klomb pełen róż, oleandrów oraz kwitnących na czerwono 

background image

krzewów  pigwy*.  Rośliny  zdawały  się  błagać  o  ratunek  przed  naporem  panoszącego  się 

wokół zielska. 

Reid nie okazywał zainteresowania stanem ogrodu. Omiótł wzrokiem sylwetkę domu 

na tle malowniczej, ruchliwej Neutral Bay. Dom stał na wzniesieniu, z którego roztaczał się 

widok na  całą zatokę - widok, który wart był  i  milion dolarów, jeśli posiadłość poddano by 

remontowi i modernizacji. 

Penny patrzyła na Reida i starała się przeniknąć jego myśli. 

Była  zażenowana,  że  widzi  dom  w  ruinie,  a  jego  właścicielkę  w  stanie 

pozostawiającym wiele do życzenia. Całkiem nagle dotarło do niej, że prezentuje się tak samo 

żałośnie  jak  jej  dom  i  ogród;  włosy  już  dawno  wymagały  fachowej  ręki,  nie  miała  śladu 

makijażu, a jej ubrania, wytarte i niemodne, zupełnie nie nadawały się do wyjścia. 

Co się stało z modną, zadbaną  maszynistką, którą poznał pięć  lat temu? Penny czuła 

na sobie ciężar tych trudnych lat. 

Choroba  ojca,  która  pochłonęła  ogromne  pieniądze,  długi  i  ustawiczne  kłopoty 

finansowe,  walka  o  przetrwanie  -  wszystko  to  nadwerężyło  jej  siły.  Jakże  inne  byłoby  jej 

życie,  gdyby  pozostała  z  Reidem...  Podróżowałaby  z  nim  po  świecie,  a  Kangaluma 

przywrócona do dawnej świetności stałaby się jedną z ich rezydencji... 

Westchnęła  ciężko.  Nie  było  sensu  zastanawiać  się  nad  czymś,  do  czego  z  ważnych 

powodów nie doszło. Postanowiła natychmiast wziąć się w garść. 

- Czy zobaczyłeś już wszystko, co chciałeś zobaczyć? 

- spytała z lekką irytacją. 

- Och, tak. 

Obrzucił ją niedbałym wzrokiem, a ona poczuła, że drży. 

Nie!  Musiała  zacisnąć  szczęki,  by  głośno  nie  zaprotestować  przed  natłokiem 

intymnych  wspomnień,  które  rozbudzał  w  niej  każdy  jego  gest,  każde  najbardziej  niewinne 

spojrzenie... 

- Wiatr od morza jest chłodny - powiedziała. - Chciałabym już wrócić do domu. Skoro 

dotarłeś tu, bez trudności, myślę, że nie muszę cię odprowadzać. 

Skłonił się z gracją, jakby przystając na tę delikatną, lecz stanowczą odprawę. 

- Uczynię to natychmiast, gdy tylko załatwimy ostatnią sprawę. 

- Cóż jeszcze pozostało nam do załatwienia? - zdziwiła się. 

- Chodzi o dom. Chciałbym tu zamieszkać. 

Poczuła, jak przechodzą ją ciarki. 

- Kangaluma nie jest na sprzedaż - oświadczyła bez namysłu. 

background image

- Za żadną cenę. 

- Rozumiem cię doskonale. Interesuje mnie jednak wynajęcie domu. Chciałbym mieć 

tutaj bazę, nim znajdę coś stałego w okolicy. 

- Dom nie jest dla ciebie odpowiedni - usiłowała go zniechęcić. 

- Sam widzisz, w jakim jest stanie... 

Machnął lekceważąco ręką. 

- Och,  tym  się  można  zająć...  Mogę  ulokować  tu  trochę  pieniędzy  dla  własnego 

komfortu, oczywiście. 

Jakże to prosto brzmiało w  jego ustach! I zapewne  było dlań proste. Skoro miał tyle 

pieniędzy... Poczuła dziwne ukłucie w sercu, musiała jednak odmówić. 

- Wiesz, że nie mogę. Nie zamierzam mieszkać gdzie indziej. 

- Ale przecież nie musisz się wyprowadzać! 

Aż wstrzymała oddech ze zdumienia. 

- Nie sugerujesz chyba, że zamieszkamy tu razem? - wykrztusiła. 

- Dlaczego nie? Już kiedyś mieszkaliśmy we wspólnych apartamentach hotelowych i, 

o ile sobie przypominam, nawet korzystaliśmy ze wspólnych sypialni. 

Ton  jego  głosu  i  nieznaczny  uśmiech  przyczajony  w  kącikach  ust  sprawił,  że  miała 

ochotę rzucić się na niego z pięściami. 

Opanowała się jednak w porę i zdobyła na sensowną odpowiedź: 

- Zapominasz,  że  mieliśmy  wówczas  do  siebie  zaufanie,  którego  nie  da  się  kupić  za 

żadne pieniądze. 

- Jesteś pewna, że niczego już nie można naprawie? 

Pytanie zawisło, w głębokiej ciszy. Jeśli wierzył, że była zdolna narażać ludzkie życie, 

wsiadając pijana za kierownicę, istniała tylko jedna odpowiedź. 

- Tak - rzekła twardo. - Nigdy już się z tobą nie zwiążę.. 

Zmusiłeś mnie, bym dla ciebie pracowała, ale nie potrafisz mnie zmusić, bym dzieliła 

z tobą mój dom. 

- Gościnne  skrzydło  jest  chwilowo  wolne...  Gotów  jestem  sowicie  zapłacić  za 

wynajem... 

Wymienił tak zawrotną sumę, że Penny z wrażenia oparła się o pobliskie drzewo. 

- To szalona suma... - jęknęła. 

- Jeśli to będzie konieczne, podwoję ją. 

background image

Perspektywa  odrestaurowania  Kangalumy  i  przekształcenia  jej  w  ekskluzywny 

pensjonat  przybliżyła  się...  Penny  pragnęła  tego  od  lat.  Teraz  realizacja  jej  marzeń  była  w 

zasięgu reki. 

- Dlaczego  akurat  Kangaluma?  -  Popatrzyła  na  Reida.  -  Za  takie  pieniądze  mógłbyś 

kupić każdą posiadłość w Sydney. 

- Tu mi się szczególnie podoba - wyznał całkiem otwarcie. 

- Przemawia  do  mnie  urok  tego  miejsca:  patyna  starości,  jakby  unoszący  się  zapach 

dawnych czasów, piękno i trwałość... 

Mam szczerze dość blichtru nowoczesnych hoteli... 

Kangaluma jawi mi się jako prawdziwy dom. 

Tymi  słowami  kruszył  jej  wewnętrzne  opory.  Pomyślała,  że  tak  musiał  się  czuć 

człowiek kuszony przez diabła. 

- Zapominasz,  że  to  jest  mój  dom  -  oponowała  resztkami  sił.  -  Jak  możemy  tu 

zamieszkać razem? 

- Będziesz pilnowała prac renowacyjnych, ponieważ sam  mam zbyt dużo zajęć. Poza 

tym,  nie  posiadam  twej  wiedzy  o  historii  posiadłości...  -  zacisnął  wargi:  -  Mieszkając  w 

skrzydle  gościnnym,  wierzę,  że  uda  mi  się  nie  naruszyć  twej...  hmm...  prywatności,  jeśli  to 

właśnie masz na myśli. 

Na  jej  twarzy  pojawiły  się  wypieki.  A  więc  domyślił  się,  że  wyobrażała  sobie  ich 

razem... Serce ścisnęło jej się z bólu. 

Och,  czemu  nie  wyciągnęła  wniosków  z  lekcji,  którą  dostała  w  przeszłości?  Jeżeli 

sama  myśl  o  zamieszkaniu  z  Reidem  pod  jednym  dachem  tak  bardzo  podniecała  jej 

wyobraźnię, co będzie, jeśli stanie się to rzeczywistością? 

Nic  -  ponieważ  ona  na  to  nie  pozwoli!  Łączyć  ich  będzie  tylko  praca  i  dobro  Suzie. 

Cóż  z  tego,  że  zamieszka  pod  jej  dachem?  Jest  zbyt  zajęty,  aby  spędzać  tu  wiele  czasu,  a 

kiedy  znajdzie  już  odpowiedni  dom  dla  siebie,  wyprowadzi  się,  ona  zaś  uzyska  niezbędne 

środki  na  kapitalny  remont  domu.  Byłaby  naprawdę  szalona,  gdyby  nie  skorzystała  z  tak 

wspaniałej oferty, jedynie dlatego, że kiedyś łączyło ją z tym mężczyzną uczucie... Uczucie, 

które dawno wygasło... 

- Zgadzam się na tę propozycję - ustąpiła z bijącym sercem. 

Odważnie  wysunęła  podbródek  gotowa  do  ostatecznej  rozgrywki.  -  Ale  pod  jednym 

warunkiem... 

- Słucham cię - rzekł wielkodusznie. 

- Nie życzę sobie, aby wprowadziła się tu Tonia Rigg. 

background image

A przede wszystkim nie chcę, aby... - zwilżyła wargi - aby tu spała... 

„Z tobą”, równie dobrze mogła powiedzieć, ponieważ sens jej słów był aż nadto jasny. 

Cóż,  po  prostu  nie  lubiła  Toni,  i  choć  tolerowała  jej  obecność  w  pracy  jak  swego  rodzaju 

dopust Boży, całkiem nie mogła znieść myśli o niej i Reidzie razem w Kangalumie. 

Przecież  nie  jestem  o  nią  zazdrosna,  myślała  gorączkowo,  próbując  się 

usprawiedliwić. Zazdrość oznaczałaby, że nadal interesuję się Reidem, a przecież to nie była 

prawda... A więc o co chodziło? 

- To byłoby... - zająknęła się. - To byłby zły przykład dla Suzie - dodała z naciskiem w 

nadziei, że wytłumaczenie wypadnie przekonująco. 

Przyglądał  jej  się  z  rozbawieniem.  Czytał  w  niej  jak  w  otwartej  książce!  Och,  miała 

ochotę go udusić. 

- Tonia  ma  swoje  własne  mieszkanie  w  północnym  Sydney  -  zapewnił  ją.  -  Czy  to 

wystarczy? 

- Myślę, że tak... - Czuła, że ogarnia ją strach. Strach i przerażenie. Do licha, na co się 

zgodziła? Otworzyła usta, aby zaprzeczyć, wycofać się, póki nie było za późno. 

- W  takim  razie  wszystko  załatwione  -  uciął  krótko,  nim  zdążyła  otworzyć  usta.  - 

Przyjadę jutro rano dokonać bardziej szczegółowych ustaleń. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Na  Ben  Boyd  Road,  którą  Reid  przebijał  się  z  powrotem  do  północnego  Sydney, 

panował ogromny ruch. 

Spędził  w  Kangalumie  więcej  czasu,  niż  zamierzał,  i  teraz  czekała  go  praca  do 

późnych  godzin  nocnych.  Lepsze  to  niż  powrót  do  pustego  apartamentu  nad  biurem, 

pomyślał. 

Przyzwyczajony  do  jazdy  po  prawej  stronie  drogi,  musiał  stale  uważać,  by  uniknąć 

błędów w prowadzeniu samochodu, ale nie przeszkodziło mu to intensywnie myśleć o starym 

domu. Zamieszkanie w nim byłoby bardzo dogodne. 

Właściwie jedyną przeszkodę stanowiła jego piękna właścicielka. 

Widok Penny Sullivan wywołał przypływ nieoczekiwanych emocji. To dziwne, sądził 

przecież, że wszystko skończone... I było skończone, powtórzył w myślach. 

A  jednak...  jednak  gdy  zobaczył  ją  w  tej  romantycznej  chatce  nazywanej  altaną, 

poczuł w sercu gwałtowne ukłucie. 

Na tle porośniętej kwiatami ażurowej ściany wyglądała jak obrazek. A gdy spostrzegł, 

że  jej  włosy  nadal  miękko  i  luźno  opadają  wokół  twarzy,  podkreślając  czyste,  klasyczne 

piękno jej rysów - cóż, ogarnęło go dziwne, przemożne zadowolenie... 

Była  drobniejsza,  niż  pamiętał,  i  miał  ochotę  -  ochotę,  nad  którą  z  ledwością 

zapanował - żeby objąć jej talię. 

Spojrzał  na  swe  odbicie  w  lusterku  i  zmarszczył  brwi.  Nie  powinien  zapominać, 

dlaczego się rozstali. 

Nic dziwnego, że Penny  nie  mogła zrozumieć  jego obsesji  na punkcie wypadku. Nie 

była z  nim  pamiętnego dnia, gdy w wiadomościach wieczornych zobaczył wrak samochodu 

swoich  rodziców.  Przyglądał  się  oniemiałym  wzrokiem,  jak  wynoszono  ich  nakryte 

prześcieradłami  ciała...  A  potem  pokazano  pijanego  mężczyznę,  który  płakał,  i  rękami 

zakrywał twarz. Ale jego żal nie mógł pomóc ofiarom. 

W ten oto sposób dorastającemu chłopcu zawalił się świat; wszystkie plany i radosne 

marzenia rozpadły się na kawałki. 

W tej jednej chwili dotarła do Reida, że ojciec nigdy już nie pojedzie z nim na tournee, 

a  matka  nie  usiądzie  w  pierwszym  rzędzie,  gdy  będzie  debiutował  w  Carnegie  Hall.  Cała 

miłość, ogromne wsparcie, z których czerpał siły przez piętnaście lat, legły w gruzach z winy 

background image

nieodpowiedzialnego,  pijanego  człowieka,  który  nie  był  nawet  w  stanie  pojąć  rozmiarów 

tragedii, jaką spowodował. 

Tej straty nic ani nikt nie mógł Reidowi wynagrodzić. 

I nikomu nie był w stanie wybaczyć podobnego błędu. Nienawidził ludzi, którzy pili, a 

potem siadali za kierownicą. Nie spodziewał się tego po Penny... 

W dodatku zachowała się tak, jakby to on był winny. Do licha, przecież ofiarował jej 

przebaczenie i zapomnienie! 

W porządku - może tylko przebaczenie. Trudno mu było zapomnieć. 

Och, gdybyż tylko potrafiła stawić czoło samej sobie, przyznać się do błędu - a nie z 

jakimś  irytującym  uporem  szukać  wokół  winowajcy...  Być  może  wówczas  ich  związek 

miałby szanse na przetrwanie? 

Nie pamiętała momentu, w którym zasiadła za kierownicą, i wobec tego spodziewała 

się, że uwierzy w jej niewinność! 

Prawdopodobnie była bardziej pijana; niż sądziła. 

A więc uciekła. Uciekła do Anglii. A on? On nie miał powodów uciekać. Dobrze się 

stało, że spotkali się ponownie. 

Dopiero teraz, gdy zobaczył Kangalumę, zrozumiał, że takiego właśnie domu szukał. 

Oszukał Penny. Nie zamierzał kupować niczego w pobliżu. Pragnął wyłącznie jej posiadłości 

- i zamierzał ją zdobyć. 

Zdawał sobie sprawę, że to oznaczało, przynajmniej na początku, mieszkanie razem z 

Penny.  Biorąc  pod  uwagę  swe  dzisiejsze  reakcje,  musiał  być  ostrożny;  nie  powinien 

zapominać,  że  związek  z  Penny  należał  do  przeszłości,  i  nie  było  sensu  tej  niezbyt  udanej 

przeszłości wskrzeszać. 

Tak czy owak, odbudowa domu jawiła mu się jak wyzwanie - i z przyjemnością temu 

wyzwaniu chciał stawić czoło. 

Znał  pewnego  inżyniera,  który  specjalizował  się  w  rekonstrukcji  historycznych 

budowli. Jeśli zaoferuje mu sowite wynagrodzenie, ten człowiek gotów przenieść dlań góry... 

Nie namyślając się dłużej, sięgnął po słuchawkę telefonu. 

Kiedy Reid nadmienił, że dla własnej wygody zamierza dokonać w domu kilku zmian, 

Penny  przypuszczała,  że  chodzi  mu  o  pomalowanie  ścian  i  wyłożenie  podłóg  nową 

wykładziną. 

Nie przyszło jej do głowy, że zamierza odrestaurować Kangalumę. 

Właściwie  dała  się  wyprowadzić  w  pole.  Powinna  się  czegoś  domyślić,  gdy  Reid 

przyjechał z panią architekt, i tak zręcznie manewrował, że w końcu pozbył się Penny i sam 

background image

oprowadził tę kobietę po posiadłości. Dwa tygodnie później pojawił się inżynier, uzbrojony w 

techniczne plany, które, nie pytając nikogo o zdanie, rozłożył na stole w jadalni. 

Penny,  chcąc  nie  chcąc,  musiała  przenieść  swe  miejsce  pracy  do  pokoju  położonego 

na  tyłach  domu.  Hałas,  kurz,  mdlące  zapachy  farb  roznosiły  się  po  całym  domu.  Z  dnia  na 

dzień  stawała  się  coraz  bardziej  rozdrażniona.  Co  Reid  Branden  sobie  myślał  -  czyj  to  był 

dom? 

Odpowiedź  była  aż  nadto  oczywista.  Penny  z  niepokojem  zerknęła  na  marynarkę 

Reida  niedbale  rzuconą  na  krzesło,  które  widziała  przez  otwarte  drzwi.  Stos  jego  książek  i 

papierów leżał obok jej książek na stoliku do kawy, jego zaś ulubiona kawa - Mocca Kenya, 

przypomniała sobie z westchnieniem - wyparła z kuchni jej kawę rozpuszczalną. 

Musiała jednak przyznać, ze denerwowały ją nie tylko fizyczne oznaki jego obecności 

w Kangalumie. Nigdy nie przypuszczała, że mieszkanie z nim pod jednym dachem przyniesie 

jej tyle zgryzot. Czy  był  w pobliżu, czy też przebywał poza domem - stale prześladował  jej 

myśli, przywoływał wspomnienia... 

Piknik w Centeunial Park, a potem konna przejażdżka. 

Reid  na, wspaniałym gniadym rumaku  niczym rycerz bez zbroi... Reid trzymający  ją 

za rękę, gdy siedzieli razem na dywanie i słuchali Joan Sutherland, jak śpiewa partię z „Łucji 

z Lammermooru”. Reid za sterami jachtu na wodach zatoki... 

Jego włosy potargane wiatrem i oczy promieniujące radością... 

Przestań, szepnęła do siebie błagalnie. Takie rozmyślania wiodły donikąd. Popatrzyła 

na swoje ręce. Drżały. 

Próbowała  właśnie  zabrać  się  do  przeglądania  ogromnego  stosu  korespondencji  - 

plonu zaledwie trzech dni - gdy jeden z robotników wsadził głowę przez drzwi. 

- Może  tu  być  trochę  głośno,  proszę  pani  -  powiedział  z  uprzejmym  uśmiechem.  - 

Robimy właśnie gościnną łazienkę za przepierzeniem. Pomyślałem, że lepiej będzie, jak panią 

uprzedzę. 

Dosyć tego! Zirytowana wyłączyła komputer i wstała. 

- I tak miałam zamiar wyjść - powiedziała, siląc się na uprzejmy ton. 

Skinął głową z wyraźną aprobatą. 

- To najlepsze, co może pani zrobić. 

Była  to  pierwsza  wizyta  Penny  w  ogromnym  biurowcu  z  betonu  i  szkła,  w  którym 

mieściły się biura Reida. Choć wiedziała, że mu się powiodło, rozmiary i przepych wieżowca 

zrobiły na niej wrażenie. Nazwisko Reida i logo jego firmy widać było z daleka. 

background image

- To miejsce zarezerwowane dla pana Brandena - powiedział wyniośle strażnik, kiedy 

zatrzymała swój samochód na podziemnym parkingu. 

Rozejrzała  się  wokół  niepewnie;  miejsca  starczyłoby  dla  trzech  samochodów.  W 

mgnieniu oka rozpoznała mercedesa Reida. 

- Wszystko w porządku. Mieszkamy razem. - Posłała oniemiałemu strażnikowi słodki 

uśmiech, po czym niepostrzeżenie zniknęła w jednej z wind. 

Kilka chwil później drzwi windy otwarły się bezszelestnie na wprost recepcji. Widok 

marmurów, połyskliwego chromu i miękkich wykładzin onieśmielił Penny do tego stopnia, że 

przez ulotny moment zastanawiała się, co też porabia w tym luksusowym wnętrzu. 

Kiedy  wreszcie  dotarła  do  przestronnego  gabinetu  Toni  Rigg,  przemknęło  jej  przez 

głowę, że wiele straciła, tak długo stroniąc od pracy biurowej. 

Na widok Penny Tonia uśmiechnęła się wymuszenie. 

- Minęło sporo czasu, Penny... Sullivan, czyż nie? 

- Witaj,  Toniu.  -  Penny  z  wysiłkiem  odwzajemniła  uśmiech.  Tonia  z  pewnością  nie 

mogła  jej  zapomnieć.  Niepotrzebnie  udawała,  że  nie  pamięta  jej  nazwiska.  -  Wyglądasz  jak 

zwykle oszałamiająco - dodała ze sztuczną wesołością. 

- Czyżbyś uległa amerykańskiej modzie i poddała się operacji plastycznej? 

- Mówisz na podstawie własnych doświadczeń? - W kocich oczach Toni zapłonęły złe 

błyski. - W mojej rodzinie kobiety takimi sprawami się nie przejmują. 

Sama  prosiłam  się  o  guza,  pomyślała  Penny.  Obecność  Toni  w  zadziwiający  sposób 

wyzwala we mnie najgorsze instynkty... 

- Czy zastałam Reida? - spytała łagodnym tonem, ostentacyjnie ustępując z pola walki. 

- Muszę się z nim zobaczyć w sprawie remontu, który przeprowadza w moim domu. 

- Ach, prawda, zapomniałam, że chwilowo mieszka w gościnnym skrzydle. - Ostatnie 

słowa wymówiła z naciskiem. 

- I sądzisz, że on również śpi w gościnnym skrzydle? 

- powiedziała  szybciej,  niż  zdążyła  pomyśleć.  -  W  mojej  sypialni  stoi  wygodne 

podwójne łóżko. 

Tonia pobladła i na chwilę zaniemówiła. 

- Twój  dom  stanowi  dla  Reida  nową  zabawkę  -  rzekła  wolno,  odzyskując  rezon.  - 

Uwielbia stwarzać coś z niczego. 

Szkoda,  że  nie  widziałaś,  jakie  cudo  wyczarował  na  południu  Stanów  z  pewnego 

zrujnowanego  domu,  pamiętającego  chyba  czasy  wojny  secesyjnej.  Oczywiście,  gdy  dom 

będzie gotów, zajmiemy się czymś innym. 

background image

Tonia celowo użyła liczby mnogiej, żeby ją zdenerwować. 

I  prawie  jej  się  to  udało.  Penny,  choć  zachowała  kamienną  twarz,  zaczęła  się 

gorączkowo  zastanawiać,  czy  tamten  dom  na  południu  Stanów  nie  był  przypadkiem 

własnością jakiejś uroczej Amerykanki... 

- Czy mogłabyś zawiadomić swego szefa o mojej wizycie? 

- odezwała się z pozornym spokojem. 

Na wargach Toni pojawił się lodowaty uśmiech. 

- Reid ma obecnie ważną naradę i nie można mu przeszkadzać. 

Musisz trochę poczekać. - A po chwili dodała z naciskiem: 

- Może napijesz się kawy albo... czegoś mocniejszego? 

Penny  odebrała  to  jako  aluzję  do  swych  rzekomych  skłonności  do  alkoholu. 

Popatrzyła na Tonie zimnym wzrokiem. 

- Niczego nie potrzebuję - rzekła z naciskiem. 

- Może poczytasz prasę? - Tonia pochyliła się nad stolikiem zarzuconym kolorowymi 

magazynami. - Co my tu mamy? 

Och,  „Vogue”,  to  nie  dla  ciebie,  z  pewnością  cię  nie  zainteresuje...  -  Ostentacyjnie 

odłożyła na bok magazyn o modzie i szukała dalej. 

Penny  dotknięta  kolejną  aluzją,  tym  razem  dotyczącą  jej  stroju,  spojrzała  na  siebie 

krytycznie. Cóż, długa czarna spódnica  i  luźno tkany kremowy  sweter pamiętały  lepsze dni. 

Ale przecież nie przyszła oszołomić Reida swym modnym strojem. 

Popatrzyła  na  wspaniały  wełniany  kostium  i  łososiową  bluzkę  Toni  i  mimowolnie 

westchnęła.  Może  nie  postąpiła  słusznie?  Być  może  zostałaby  potraktowana  poważniej, 

gdyby ubrała się bardziej wytwornie? 

Do  licha!  Od  dawna  ubierała  się  na  luzie,  trochę  w  stylu  cyganerii.  Czyżby  teraz  z 

powodu Reida wszystko miało ulec zmianie? Zacisnęła wargi i nie patrząc na Tonie, sięgnęła 

po magazyn literacki! Ubranie nie świadczy o człowieku, pomyślała. 

Tonia  zakręciła  się  niespokojnie  na  krześle.  Najwyraźniej  korciło  ją,  by  wznowić 

rozmowę. 

- Bardzo  sprytnie  postąpiłaś  -  westchnęła  -  wysyłając  do  Reida  list  w  imieniu  swej 

siostrzenicy... Udało ci się wzbudzić jego zainteresowanie. 

- To Suzie napisała do niego. - W oczach Penny pojawiły się gniewne iskierki. - Jest 

bardzo utalentowana i Reid może jej pomóc. 

- A nie lękasz się o jej reputację? - spytała Tonia z wyrazem powątpiewania na twarzy. 

- Nie rozumiem - zdziwiła się Penny. 

background image

- Reid nie cieszy się kryształową opinią, jeśli chodzi o kobiety. 

Ten  związek  może  zaszkodzić  szkole,  do  której  uczęszcza  twoja  siostrzenica  - 

zawyrokowała Tonia. 

- Trudno to nazwać związkiem... Suzie skorzysta z doświadczenia zawodowego Reida, 

i nic poza tym. 

Tonia parsknęła nieprzyjemnym śmiechem. 

- Tylko  mi  później  nie  mów,  że  cię  nie  ostrzegałam  -  powiedziała  głosem  pełnym 

drwiny. 

Nie było w stylu Toni martwić się o czyjąś reputację. O co jej może chodzić? - dziwiła 

się  w  duchu  Penny.  Nie  miała  jednak  czasu  na  roztrząsanie  problemu,  ponieważ  drzwi  do 

gabinetu  Reida  otworzyły  się  niespodziewanie  i  pojawiła  się  w  nich  grupa  mężczyzn,  a  na 

końcu on sam. 

Na widok Penny uniósł brwi. 

- Czemu zawdzięczam twoją wizytę? 

- Muszę z tobą porozmawiać... w cztery oczy. - Zerknęła niechętnie na Tonie. 

- W  takim  razie  zapraszam  cię  na  lunch.  -  Stanowczym  gestem  położył  dłoń  na  jej 

ramieniu i poprowadził w stronę windy. - Czy nadal lubisz włoską kuchnię? 

- Owszem, ale... - usiłowała protestować. 

- Mam  na  stałe  zarezerwowany  stolik  w  „Piccolo''  przy  Milson  Point  -  uciął,  nim 

zdążyła dokończyć. 

Restauracja  mieściła  się  w  niepozornej  kamienicy  schowanej  za  nowoczesnym, 

wysokim  biurowcem, ale widok na port, który rozciągał  się z  jej ogromnych okien, godzien 

był malarskiego pędzla. Dzisiaj okna te pozostawały otwarte, wpuszczając do środka łagodny 

wiatr od morza i ciepłe promienie wiosennego słońca. 

Stolik  Reida  mieścił  się  w  rogu  przy  oknie;  Penny  czuła  na  twarzy  łagodną  morską 

bryzę, gdy zamawiała wodę Perrier, krewetki i rybę z grilla. 

Reid wybrał wino i oddał kartę kelnerowi. 

- Zjem  to  samo  -  powiedział,  a  potem  pochylił  się  ku  Pehny.  -  A  teraz  powiedz  mi, 

jaka to ważna sprawa nie mogła poczekać do wieczora? 

Czuła  się  skrępowana  intymną  atmosferą,  jaka  nieoczekiwanie  zapanowała  przy 

stoliku. Nie tak wyobrażała sobie to spotkanie. 

- Chodzi o remont... Prace posunęły się trochę za daleko... 

- plątała się bezradnie. - Musisz je natychmiast przerwać. 

background image

Nastąpiła  dłuższa  przerwa,  podczas  której  spróbował  podane  właśnie  wino,  skinął 

aprobująco głową i pozwolił kelnerowi napełnić kieliszki. 

- Jeśli  martwisz  się  o  koszty  -  rzekł  wolno,  gdy  kelner  zniknął  z  pola  widzenia  -  to 

wiedz, że ponoszę je dla własnego komfortu. 

- Myślałam, że chodzi ci o niewielki, powierzchowny remont. 

Tymczasem armia stolarzy kładzie cedrową boazerię w holu, a następna ekipa montuje 

nową łazienkę! - stwierdziła z oburzeniem. 

- Nie podoba ci się takie wykończenie? - spytał, udając, że nie pojmuje w czym rzecz. 

Przyniesiono krewetki i Reid zaczął je jeść z dużym apetytem. 

Porcja Penny leżała nienaruszona. 

- Muszę  ci  wyjaśnić  -  podjęła  po  namyśle  -  że  ojciec  pozostawił  dom  mnie  i  mojej 

siostrze, Jo, z zastrzeżeniem, że każda z nas może w nim mieszkać, tak długo jak zechce... 

Widzisz,  chciałabym  zatrzymać  dom  i  spłacić  Jo...  A  jeśli  doprowadzisz  go  do  tak 

wysokiego standardu, nigdy  nie  będę  mogła sobie na to pozwolić. Będzie  miał  zbyt wysoką 

cenę... 

- dokończyła. 

Zrzuciwszy  wreszcie  ten  ciężar  z  serca  zabrała  się  ze  smakiem  za  krewetki. 

Zmartwienia zawsze pobudzały jej apetyt. 

Reid w zamyśleniu bawił się kieliszkiem. 

- Dlaczego wcześniej nie powiedziałaś mi o tych swoich planach? 

- Nie przypuszczałam, że pokusisz się o kapitalny remont - oświadczyła. 

Przez chwilę zastanawiał się, patrząc przez okno nieobecnym wzrokiem, a potem rzekł 

krótko: 

- Rozwiązanie jest bardzo proste. 

- Odwołasz prace? 

- Nie. Wstrzymam je na pewien czas. Najpierw zlecę profesjonalnej firmie dokonanie 

waloryzacji  budynku  w  jego  obecnym  stanie.  Połowa  wyceny  będzie  częścią  Jo.  Wartość 

następnych prac renowacyjnych stanowić będzie moją część... 

Na twarzy Penny pojawiły się rumieńce gniewu. 

- To oznacza jedynie, że będę miała was dwoje do spłacenia. 

I to ma być rozwiązanie? 

- Jeśli  jest  dobra  wola  obu  stron,  zawsze  znajduje  się  rozwiązanie  -  rzekł 

sentencjonalnie. 

background image

Ale  przecież  było  to  rozwiązanie  korzystne  wyłącznie  dla  niego!  -  buntowała  się  w 

duchu. 

- Nie  spróbowałaś  nawet  wina  -  zauważył  jakby  od  niechcenia,  gdy  przyniesiono 

drugie danie. 

- Obecnie rzadko piję - ucięła. 

Samochód  zostawiła  w  północnej  dzielnicy  Sydney,  a  musiała  jeszcze  dojechać  do 

domu. Wbrew temu, co sądził, nie siadała za kierownicą po wypiciu alkoholu. 

Przez dłuższą chwilę jedli w milczeniu; dziwnym zbiegiem okoliczności jednocześnie 

wyciągnęli  rękę  po  sól  i  wówczas  Reid  nerwowo  cofnął  dłoń.  Cofnął  dłoń,  jakby  się  bał, 

jakby nie chciał jej dotknąć! Penny poczuła ucisk w żołądku. Czyżby przypadkowe dotknięcie 

jej ręki  wzbudzało w  nim  aż takie obrzydzenie?  Dlaczego zatem postanowił  mieszkać z  nią 

razem w Kangalumie? Może wcale by go nie obeszło, gdyby się stamtąd wyprowadziła? 

Pełna  niespokojnych  myśli  w  milczeniu  piła  kawę,  raz  po  raz  zerkając  na  Reida, 

rejestrując każdy jego gest, każde poruszenie. 

Przesuwały jej się przed oczami sceny z przeszłości... 

Jakże inaczej wyglądały wówczas ich wspólne posiłki! 

Wreszcie  Reid  dopił  kawę.  Zauważyła,  że  regulując  rachunek,  zostawił  napiwek, 

którego  wysokość  z  pewnością  przeszła  najśmielsze  oczekiwania  kelnera.  Z  goryczą 

uświadomiła sobie, że pod względem sytuacji materialnej dzieli ją od niego przepaść. 

- Czy musisz odebrać dziś Suzie ze szkoły? - spytał. 

Zaprzeczyła ruchem głowy. 

- Suzie woli wracać autobusem z przyjaciółmi. Dzisiaj rozzłościła się, gdy nalegałam, 

że ją odwiozę. 

- W takim razie możemy jechać prosto do domu? 

My?  Nie  planowała  wspólnej  jazdy  dokądkolwiek.  Wspólny  lunch  wystarczająco 

nadszarpnął jej siły. 

- Zostawiłam  samochód  zaparkowany  w  budynku  twojego  biura  -  powiedziała 

stanowczym tonem. 

- Daj mi kluczyki, ktoś ci go później odprowadzi. Rozumiem, że chcesz mieć zrobioną 

wycenę domu jak najszybciej, prawda? 

- Owszem, ale... 

- Chodźmy już! - stanowczo przeciął jej wątpliwości. 

Raz  jeszcze  uległa  presji  jego  silnej  osobowości.  Zawsze  niezmordowanie  dążył  do 

celu i potrafił porywać za sobą innych. Uświadomiła sobie z jaskrawą wyrazistością, że nadal 

background image

dysponował czarodziejską mocą, jakimś rodzajem magnetyzmu, któremu nie zdolna była się 

przeciwstawić. Co dziwniejsze, nawet nie miała ochoty się opierać! Jego argumentacja miała 

niezwykłą  siłę; potrafił wymuszać zgodę na wszystko, nie posługując się ani  szantażem, ani 

gwałtem. Jak to się działo, że zazwyczaj mówiła „tak”, zanim zdążyła pomyśleć? 

W dodatku wydawało jej się to później całkiem naturalne... 

Patrząc na niego kątem oka, zdała sobie sprawę, że znów postawił na swoim. Wpadła 

przecież do jego biura zdeterminowana, za wszelką cenę chcąc zmusić go do przerwania prac 

remontowych, teraz zaś siedziała obok niego w samochodzie i w najlepszej komitywie, jakby 

związani cichym porozumieniem, podążali do domu... Do jej domu! 

Z  niepokojem  przyglądała  się  dłoniom  Reida  -  delikatnym  dłoniom  muzyka 

spoczywającym  na  kierownicy.  Za  każdym  razem,  gdy  zatrzymywali  się  na  światłach, 

wystukiwał palcami melodię, która zapewne dźwięczała mu w głowie. 

Z wysiłkiem przełknęła ślinę; pamiętała jeszcze ciepły dotyk tych rąk na swoim ciele, 

pamiętała, jak wygrywał nimi rozkoszną, miłosną melodię. Poczuła dreszcz przebiegający po 

kręgosłupie. Jeśli muzyka była pokarmem miłości... 

Nie! - pomyślała. Wypadli z rytmu, zapomnieli nut, nie potrafią już zagrać razem tego 

rodzaju muzyki. Na zawsze zapamięta wyraz twarzy Reida, gdy przypadkowo musnął jej dłoń 

w restauracji. Malował się na niej szok, obrzydzenie... 

Mogą razem pracować, utrzymywać poprawne stosunki koleżeńskie, wiedziała jednak; 

że Reid w głębi duszy zawsze będzie nią pogardzać. 

Patrzyła martwym wzrokiem na drogę. Dlaczego jej myśli zawsze błądziły wokół tych 

samych  spraw?  Przyłożyła  wilgotną  dłoń  do  rozpalonego  czoła.  Dlaczego  nie  potrafiła 

dokładnie  odtworzyć  wydarzeń  sprzed  pięciu  lat?  Wszystkie  dowody  świadczyły  przeciwko 

niej... Jeśli  nie  mogła zaakceptować swej winy, powinna oczyścić  się z zarzutu. Ona  jednak 

potrafiła  jedynie zaprzeczać... W każdym razie Reid tak uważał. I to właśnie  było głównym 

powodem sporu między nimi. 

- Boli cię głowa? 

- Nie... - opuściła rękę. - Po prostu rozmyślałam... 

Na szczęście nie drążył tematu, ponieważ dojechali już do Kangalumy. 

Reid  wyjaśnił  kierownikowi  robót,  że  musi  zawiesić  rozpoczęte  prace,  aż  zostanie 

sporządzona dokładna wycena nieruchomości. 

- To  tylko  niewielka  zwłoka  -  wyjaśniał.  Po  chwili,  gdy  robotnicy  zaczęli  pakować 

sprzęt  i  zbierać  się  do  odjazdu,  nieoczekiwanie  zwrócił  się  do  Penny:  -  Przypuszczam,  że 

Suzie niedługo wróci ze szkoły. Chciałbym trochę z nią popracować. 

background image

Spojrzała mu badawczo w oczy, i nagle zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy są w 

domu  całkiem  sami.  Robotnicy  odjechali,  a  Suzie  wróci  dopiero  za  pewien  czas...  Z 

niewiadomej  przyczyny  ogarnęła  ją  panika!  A  przecież  nie  bała  się  Reida!  Nie,  to  było  coś 

więcej - była to jakaś dręcząca świadomość jego obecności, która sprawiała, że całe jej ciało, 

każdy mięsień i nerw drżały od szalonego napięcia. 

Bezwiednie zrobiła krok do tyłu. 

- Napijesz się kawy? - spytała nienaturalnie cichym i lekko drżącym głosem. 

Popatrzył na nią spokojnie, drwiąco. 

- Nie, dziękuję. 

To  stawało  się  nie  do  zniesienia.  Czy  zdoła  zachować  dystans,  czy  uda  jej  się  nadal 

grać rolę wzorowej pani domu? 

Przecież nikim innym dla niego już być nie mogła. 

Nerwowo zdmuchnęła kurz z piętrzących się na biurku książek. 

- Czym ci więc mogę służyć? - spytała. 

- Och,  miałbym  ochotę  na  kilka  rzeczy,  ale  nie  sądzę,  byś  mi  je  dała  po  dobroci  - 

zażartował. - Czy nie mam racji, Penny? 

Wojowniczo uniosła głowę, ostatkiem sił opanowując zdenerwowanie. 

- Jeśli chodzi ci o seks, to z całą pewnością masz rację. 

Wolałabym umrzeć! - rzuciła mu prosto w twarz. 

Rozciągnął usta w drwiącym uśmiechu. 

- Nie zawsze byłaś nastawiona wobec mnie tak niechętnie - rzekł przeciągłym tonem, i 

nie zważając, że gotowała się z furii, dodał: - Nie powiedziałaś mi jeszcze, czy w twoim życiu 

jest ktoś wyjątkowy, ktoś... 

- To nie twoja sprawa! - przerwała mu gwałtownie. 

Popatrzył  na  nią  z  rozbawieniem;  czuła,  że  czyta  w  niej  jak  w  otwartej  książce  i 

droczy się z nią teraz jak kot z myszą. 

- Oczywiście,  domyśliłem  się  prawdy,  Penny  -  powiedział  jakby  od  niechcenia.  - 

Żaden  mężczyzna  przecież  by  nie  pozwolił,  żeby  inny  zajął  jego  terytorium.  Skoro  więc 

zgodziłaś się, bym tu zamieszkał, wnoszę, że... 

- Do  licha  z  tobą,  Reid!  -  zawołała  ze  złością.  -  Właściwie,  dlaczego  tak  nalegałeś, 

żeby  tu  zamieszkać?  -  Wskazała  wymownym  gestem  na  panujący  wokół  bałagan.  -  Z 

pewnością  nie  mogłeś  liczyć  na  ciepłą,  domową  atmosferę!  W  tej  chwili  więcej  ciepła 

mógłbyś znaleźć we własnym biurze. 

Zastanawiam się więc, dlaczego to robisz? 

background image

- Znasz powiedzenie o łące sąsiada... - Popatrzył na nią wyzywająco. - Zawsze wydaje 

się nam bardziej zielona. 

Potrząsnęła głowa, ale  nie potrafiła oderwać od niego oczu; miała wrażenie, że  jakaś 

dziwna siła przykuwa jej wzrok do jego twarzy. 

- Masz bujną wyobraźnię - wymamrotała. Chciała odwrócić się i uciec, byle tylko nie 

kontynuować rozmowy, która stawała się coraz bardziej dwuznaczna. 

Podszedł kilka kroków i stanął na wprost niej. 

- Nic podobnego - zaprzeczył. - Lata występów nauczyły mnie wyczuwać i rozumieć 

nastroje  publiczności.  Zawsze  wiem,  co  myślą...  -  Przysunął  się  jeszcze  bliżej.  -  I  zawsze 

wiem, czego ode mnie chcą. 

- Tym razem  się  mylisz... - Miała tak ściśnięte gardło, że  ledwie  mogła  mówić. Puls 

walił jej  jak oszalały, z wysiłkiem przełykała ślinę. - Doceniam twoją pomoc przy remoncie 

domu, ale nie oznacza to, że chcę czegoś więcej od ciebie... 

Niespodziewanie  powiódł  palcem  po  jej  policzku.  Zadrżała,  a  serce  niemal  jej  bić 

przestało  na  wspomnienie  podobnych  chwil  z  przeszłości,  które  kończyły  się  zwykle 

gwałtownym wybuchem namiętności. 

- Jesteś pewna? - wyszeptał czule. 

Odgarnął  z  szyi  jej  włosy  i  pocałował  ją  w  kark.  Cały  pokój  zawirował  jej  przed 

oczami; oddychała coraz szybciej. 

Czyżby naprawdę zapomniała, jaką nieodpartą siłę miały jego pocałunki? Jakże łatwo 

byłoby  teraz  poddać  się  gwałtownemu  wzruszeniu,  pozwolić,  by  zaniósł  ją  do  sypialni  i 

zaspokoić  pragnienia,  które  tak  długo  pozostawały  uśpione...  Była  szalona,  uważając,  że 

zdołała  pogrzebać  je  na  zawsze.  Wystarczyło  delikatne  muśnięcie  jego  palców,  by  je 

ponownie obudzić. 

Zdawała sobie sprawę, że powinna coś zrobić - cokolwiek, by zakończyć tę żenującą 

scenę,  ale  jej  ciało  buntowało  się  przeciw  logicznym  nakazom  rozumu.  Gdy  Reid  pochylił 

głowę  i  delikatnie  dotknął  wargami  kącika  jej  ust,  jęknęła  żałośnie,  na  wpół  protestując,  na 

wpół poddając się gwałtownej fali namiętności. 

- A  widzisz  -  wyszeptał  prosto  w  jej  twarz,  a  wibracja  jego  głosu  przeniknęła  ją  do 

głębi. - Nadal potrafię odgadnąć, co myśli moja publiczność. 

Nagle ją puścił i odsunął się o krok. Na jego wargach pojawił się drwiący uśmieszek. 

Penny zagotowała się ze złości. 

Czuła się ośmieszona, upokorzona. 

background image

- Ty łajdaku! - krzyknęła, nie mogąc się opanować. - Popełniłam błąd, że pozwoliłam 

ci się tu wprowadzić! Powinnam była wiedzieć, że wykorzystasz sytuację! 

Stał spokojnie, jakby obojętny na jej gniew. 

- Ale ty przecież wiedziałaś, Penny - powiedział z irytującą pewnością. - Wiedziałaś, 

tylko nie chcesz się do tego przed sobą przyznać. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Penny  buntowała  się  w  duchu,  rozzłoszczona  jego  przenikliwością  oraz  własnym 

brakiem konsekwencji. Nigdy nie planowała ani też nie miała nadziei, że kiedykolwiek znów 

się pocałują. Właściwie nie chciała mieć z nim nic wspólnego. 

Dlaczego więc odwzajemniła pocałunek? Ja myśl ją irytowała. 

Wiedziała  przecież,  że  powinna  go  odepchnąć,  gdy  tylko  poczuła  dotyk  jego 

zmysłowych ust. 

Och, dlaczego tego nie uczyniła? Nie powinna dopuścić, by  ją upokarzał.. .Spojrzała 

mu w oczy znienacka. Błyszczały w nich złośliwe iskierki, a kąciki ust unosiły się z wyraźną 

satysfakcją. . 

- Nie  rozumiem,  dlaczego  narzucanie,  się  kobiecie  uważasz  za  tak  zabawne!  - 

wybuchła. 

- Wprost  przeciwnie.  Nigdy  nie  byłem  i  nie  jestem  zwolennikiem  przemocy.  Nie 

można nazwać nadużywaniem siły pogłaskanie kogoś po policzku. O tak... - Zademonstrował 

to po raz wtóry, a ją znów od stóp do głów przeszły ciarki. 

Gwałtownie odskoczyła do tyłu. 

- Jak śmiesz! Jak możesz nawet przypuszczać, że nadal cię kocham? 

- Cóż, wszyscy popełniamy błędy - rzekł gładko. - Tylko niektórzy z nas nie potrafią 

się do nich przyznać. 

Nie mogła się pomylić, sens tych słów był aż nadto wymowny. 

To  ona  nie  chciała  się  przyznać,  że  spowodowała  wypadek...  A  gdyby  wówczas 

skapitulowała, gdyby  wyznała winę  i poprosiła o wybaczenie?  Czy tym  samym zasłużyłaby 

na miłość? 

- Nie... - wypowiedziały prawie bezgłośnie jej usta. 

Ani za cenę rozkoszy, ani miłości nie mogła przyznać się do błędu, którego być może 

wcale nie popełniła. O wydarzeniach tamtej straszliwej nocy powinna koniecznie dowiedzieć 

się czegoś więcej. 

- Znowu „nie”? - Uniósł w górę brwi w odwiecznym geście zdziwienia. - Ostatnio to 

twoje ulubione słowo, Penny. 

- W stosunku do ciebie to najlepsza obrona - odparowała. 

Oczy pociemniały mu gwałtownie, miały teraz kolor głębokiej morskiej zieleni. 

- Nawet najmocniejszą linię obrony można przełamać. 

background image

- I po cóż miałbyś to robić? - spytała zaczepnie. 

- Sam zadaję sobie to pytanie od, chwili, gdy ponownie cię ujrzałem. 

A  zatem  intrygowała  go,  stanowiła  dlań  wyzwanie.  W  jego  głosie  dosłyszała  nutę 

dziwnej determinacji i poczuła się niepewnie. 

- Czego ty właściwie ode mnie chcesz? - spytała. 

- Przecież to oczywiste - przeciął jej wątpliwości. - Chcę Kangalumy. 

- Mojego domu? 

- Mówiłaś, że tylko połowa domu należy do ciebie. 

Chciałbym wykupić udziały twoje i twojej siostry i osiedlić się tu na stałe. 

Oczy  rozszerzyły  jej  się  ze  zdumienia.  Przez  chwilę  stała  zaszokowana,  nie  mogąc 

wydobyć głosu. 

- A więc... wszystkie prace, które tu rozpocząłeś... - wyjąkała. 

- Wszystko to ukartowałeś, prawda? 

- Chyba  nie  sądzisz,  że  zainwestowałbym  tyle  pieniędzy  w  wynajęty  dom?  - 

odpowiedział rzeczowym tonem. 

A więc to był plan, przewrotny plan odebrania jej domu! 

- Nie możesz, nie pozwolę ci na to! - zawołała głosem drżącym z emocji. 

- Za późno. Jeśli wycofam się z inwestycji, nie pozostanie ci nic innego, jak wystawić 

dom  na  sprzedaż,  a  bądź  pewna,  że  dam  najwięcej.  Możesz  zresztą  po  dobroci  sprzedać  mi 

Kangalumę według dokonanej wyceny, wówczas będziesz mogła stawiać warunki... 

Wybuchła nagle histerycznym śmiechem. 

- Musisz mnie bardzo nienawidzić - zawyrokowała. 

- Nie masz racji, Penny - zaprzeczył ze stoickim spokojem. 

- To jedynie rzeczowa propozycja; dzięki  której  masz  być  może ostatnią okazję ubić 

dobry interes. Odnoszę wrażenie, że wyświadczam ci przysługę. 

- Jak na to wpadłeś? - zakpiła. 

- Posiadłość  jest  zbyt  duża,  by  samotna  kobieta  poradziła  sobie  z  jej  utrzymaniem. 

Zamiast prowadzić aktywne życie towarzyskie, do którego jesteś stworzona, spędzasz czas na 

pieleniu grządek. 

- Widzę,  że  uważasz  się  również  za  eksperta  od  mojego  życia  prywatnego  -  odcięła 

się. - Dziękuję ci za troskę, ale wolałabym, byś pozostawił w spokoju mnie i moje chwasty. 

- Wyrządziłbym ci wówczas ogromną krzywdę, Penny - oświadczył. - Przychodzi mi 

do głowy jeszcze jedno rozwiązanie... 

- Umieram z ciekawości, by je usłyszeć - drwiła. 

background image

- Moglibyśmy  mieszkać  razem  w  Kangalumie  -  rzekł  otwarcie,  a  gdy  nie  mógł 

doczekać się odpowiedzi, ponaglił: 

- I co ty na to? 

Stała jak zahipnotyzowana. Całkiem ją zaskoczył. 

- I uważasz, że miałbyś pod ręką zabawkę? - powiedziała w końcu z wyrzutem. 

- Czy  właśnie  taki  układ  proponujesz?  -  W  jego  zielonkawych  oczach  zabłysły 

diabelskie iskierki. 

- Proponuję, żebyś poszedł do diabła! - powiedziała, starannie dobierając słowa. 

Wydawał się spokojny, choć ona dygotała ze zdenerwowania. 

- Jeśli mam być szczery, wolałbym pierwszą ewentualność - powiedział. 

Nie  zdążyła  odpowiedzieć,  ponieważ  trzaśniecie  frontowych  drzwi  zwiastowało 

nadejście Suzie. 

- Tu  jesteśmy!  -  zawołała  Penny  ze  sztuczną  wesołością,  rzucając  Reidowi 

ostrzegawcze spojrzenie. 

Popatrzył na nią chłodno, z wyrzutem. Poczuła lekkie zażenowanie. 

Reid  zachowywał  się  w  stosunku  do  Suzie  bardzo  poprawnie.  Nie  powinna  go 

podejrzewać,  że  wciągnie  nastolatkę  w  swe  prywatne  sprawy.  Gdy  dziewczynka  weszła  do 

pokoju,  stał  z  rękami  w  kieszeniach  przy  dużym,  balkonowym  oknie  i  w  zamyśleniu 

obserwował zatokę. 

- Witaj, Suzie - Penny z uśmiechem zwróciła się do siostrzenicy. 

- Jak poszło w szkole? 

- W porządku. - Oczy jej pojaśniały, gdy zobaczyła Reida. 

- Cześć, Reid. Wcześnie dziś wróciłeś. Chciałeś sprawdzić postęp prac budowlanych? 

- Zjedliśmy dziś lunch z twoją ciotką. Postanowiłem więc wrócić z nią do Kangalumy 

i poświęcić ci trochę czasu. Oczywiście, jeśli masz ochotę. 

- Wspaniale! - uradowała się Suzie. - Przyniosę klarnet. 

- Spotkamy się w altanie, zgoda? - wtrąciła Penny. - Tu jest za duży bałagan. 

Poza tym przebywanie z Reidem w tym samym pokoju po tym, co się pomiędzy nimi 

stało,  było  zbyt  krępujące.  Pomyślała,  że  na  zewnątrz  łatwiej  uporządkuje  myśli.  Musi  się 

teraz dobrze zastanowić. Przecież nie odda mu Kangalumy. 

W  napiętej,  dręczącej  ciszy  szli  ramię  w  ramię  w  stronę  altany.  Niemal  fizycznie 

wyczuwała obok siebie  jego władczą obecność. Emanowała  z  niego siła równie pierwotna  i 

nieujarzmiona jak morski wicher, który burzy falę. Czyż mogła przeciwstawiać się takiej sile i 

mieć nadzieję na zwycięstwo? 

background image

- Nie  musimy  ze  sobą  walczyć,  Penny  -  powiedział,  jakby  czytając  jej  myśli  - 

Pamiętaj, że istnieje alternatywa. 

- Znasz już moją odpowiedź - ucięła szorstko. 

- To nie była przemyślana odpowiedź. 

- Nawet  gdybym  miała  rozmyślać  przez  resztę  życia,  doszłabym  do  takiego  samego 

wniosku - odparła z niezłomną pewnością siebie. 

- Pożyjemy, zobaczymy - rzekł filozoficznie. 

Na  szczęście  nie  mieli  czasu  na  dalszą  rozmowę,  ponieważ  szybkim  krokiem 

nadciągała Suzie. Po chwili wszyscy troje usiedli w cieniu altany. 

Penny  przyniosła  ze  sobą  teczkę  z  papierami.  Miała  nadzieję,  że  przy 

akompaniamencie  Suzie  odpisze  na  kilka  listów  Reida.  Jednak  skupienie  uwagi  na  pracy 

okazało  się  niemożliwe.  Niecałe  dwa  metry  dalej  siedział  Reid,  i  choć  teraz  interesował  się 

wyłącznie grą Suzie, Penny była boleśnie świadoma jego obecności. Raz jeden przypadkiem 

skrzyżowali spojrzenia. Musiał wiedzieć, że mu się przygląda... Do diabła z nim! 

Dźwięki klarnetu również ją rozpraszały. Reid zresztą co chwila przerywał Suzie. 

- Giampieriego należy zacząć bardzo spokojnie - pouczał. 

- Wyobraź  sobie,  że  łagodne  fale  oceanu  miękko  uderzają  o  brzeg,  a  potem 

gwałtownie urastają do ogromnych rozmiarów i z łoskotem rozbijają się o skały. 

Tak  jak pocałunki  Reida, pomyślała Penny,  i wydało  jej  się, że znów czuje  łagodny, 

pieszczotliwy dotyk jego warg, wyzwalający w niej lawinę gwałtownych wzruszeń. Odniosła 

wrażenie, że muzyka akompaniuje jej myślom. 

Nie mogła usiedzieć dłużej na miejscu. 

- Przyniosę  coś  zimnego  do  picia.  -  Odrzuciła  propozycję  pomocy  ze  strony  Suzie.  - 

Lemoniada jest już gotowa. ZA chwilę wracam. 

Donośne dźwięki klarnetu dobiegały  ją z tyłu, gdy szła  ścieżką w stronę domu. Była 

tak zamyślona, że niemal zderzyła się z nadchodzącym z naprzeciwka mężczyzną. Ubrany był 

w dżinsy i kurtkę, a z jego ramienia zwisała duża, skórzana torba. 

- Poinformowano mnie, że zastanę tu Reida Brandem - powiedział, jakby zaskoczony 

jej widokiem. 

- Och,  jest  pan  rzeczoznawcą,  czyż  nie?  -  I  nie  czekając  na  odpowiedź,  dodała 

uprzejmie: - Pan Branden jest teraz w altanie na końcu tej alejki. Proszę podążać za muzyką! 

Spojrzał na nią dziwnie, jakby nie dowierzał własnym uszom. . 

- Dziękuję, już pędzę - i niemal pobiegł we wskazanym kierunku. 

background image

Dziwny facet, pomyślała, wchodząc do domu. Co prawda nie zdążyła mu się uważnie 

przyjrzeć  i  niewiele  by  o  nim  mogła  powiedzieć.  Reid  to  prawdziwy  czarodziej,  skóro  tak 

szybko udało mu Się sprowadzić fachowca od wyceny. 

Postawiła  dodatkową  szklankę  na  tacy,  dorzuciła  trochę  domowych  ciasteczek  i 

wyszła, by dołączyć do pozostałych. 

Na  ścieżce  została  niemal  przewrócona  przez  domniemanego  rzeczoznawcę,  który 

pędził na oślep z przeciwnej strony. 

Torbę  miał  otwartą  i  Penny  kątem  oka  zauważyła  wystający  z  niej  długi  czarny 

przedmiot. 

- Dziękuję pani - mężczyzna uśmiechnął się złośliwie. 

- Bardzo mi pani pomogła. 

Pomogła?  Nagle  ogarnęły  ją  wątpliwości.  Gdy  weszła  do  altanki  i  ujrzała 

rozwścieczoną twarz Reida, doznała nagle olśnienia. Czyżby... 

- Dlaczego wpuściłaś tu tę szumowinę? - pienił się Reid. 

- To fotoreporter z magazynu „Inside”! 

- Och,  nie!  -  zakryła  dłonią  usta,  gdy  uświadomiła  sobie  wszystkie  możliwe 

konsekwencje. 

- Ten  szmatławy  brukowiec  celuje  w  sensacyjnych  historyjkach  z  życia  sław,  a  jeśli 

nie mają niczego w zanadrzu, wymyślają własne historie! 

- Nie  wiedziałam...  -  wykrztusiła,  zawstydzona  własną  naiwnością.  Jakże  mogła 

wpuścić kogoś takiego na teren posiadłości i jeszcze wskazać drogę do Reida... I do Suzie? 

- Czy... czy udało mu się zrobić zdjęcia? - spytała z przerażeniem. 

- Niestety, tak. Zrobił kilka, nim zdołałem go wyrzucić. 

Oni  zwykle  pstrykają,  a  potem  w  nogi.  Do  licha,  jak  mogłaś  nie  zauważyć  aparatu, 

który targał ze sobą! 

- Zauważyłam  dopiero,  gdy  wychodził.  Schował  go  do  torby.  -  Popatrzyła  na  Reida 

swymi jasnymi, niemal przezroczystymi oczami. - Zrobił wspólne zdjęcie tobie i Suzie? 

- Reid  właśnie  demonstrował  mi  poprawny  układ  palców,  gdy  znienacka  wyskoczył 

ten  facet  -  objaśniła  podekscytowana  Suzie,  nie  zdając  sobie  jeszcze  sprawy  z  powagi 

sytuacji. 

- No i zrobił nam zdjęcie... Czy one ukażą się w prasie? 

- Obawiam się, że tak. - Ton głosu Reida świadczył, że obawia się najgorszego. 

background image

Penny  przypomniała  sobie,  że  Reida  w  środowisku  muzycznym  nazywano  kiedyś 

playboyem. Łatwo można było sobie wyobrazić uciechę gawiedzi, gdy połączą jego nazwisko 

z mentorskim programem prywatnej szkoły. I właśnie przed tym przestrzegała ją Tonia... 

Tonia! 

Serce  zamarło  jej  w  piersiach.  Czyżby  za  tym  wszystkim  stała  Tonia?  Któż  inny 

mógłby  poinformować  prasę  o  zaangażowaniu  się  Reida  w  szkolny  program  pomocy 

uzdolnionym  dzieciom?  Nie  miała  jednak  przeciwko  niej  żadnego  dowodu.  Nie  powinna 

rzucać oskarżeń na wiatr. 

- I co teraz zrobimy? - spytała zduszonym głosem. 

- Zaatakujemy! Atak jest najlepszą formą obrony, czyż nie? - Wykrzywił ponuro usta. 

- Ale jak? Nie uda ci się przecież powstrzymać tej gazety przed wydrukowaniem tego, 

co zechcą. 

- I  nie  będę  ich  powstrzymywał.  Dostarczę  im  natomiast  historię  znacznie  bardziej 

wybuchową. 

- Co masz na myśli? 

- Ogłoszę nasze zaręczyny! 

Poczuła się tak, jakby dostała nagle cios w żołądek. 

- Co takiego?! 

- Zaręczycie się? To wspaniale! - Suzie podskakiwała z radości. 

- Suzie,  bądź  tak  dobra  i  zanieś  tacę  do  domu.  Muszę  porozmawiać  z  Reidem  na 

osobności. 

Suzie z ociąganiem spakowała klarnet, zabrała tacę i odeszła. 

Gdy  tylko  jej  sylwetka  zniknęła  za  zakrętem,  Penny  zwróciła  się  do  Reida  z  ledwie 

powstrzymywaną furią: 

- Jak mogłeś! Chyba oszalałeś! Nie wyjdę za ciebie i nigdy się z tobą nie zaręczę. Nie 

pojmujesz, że cię nienawidzę? 

- W  przeciwnym  razie  obrzucą  błotem  nie  tylko  mnie,  ale  również  Suzie  i  szkołę, 

skompromitują ideę programu mentorskiego. 

Wolisz, aby tak właśnie się stało? 

- Oczywiście, że nie. - To, co stanie się z nią, wyraźnie go nie obchodziło... Ale czyż 

mogła  pozwolić,  by  Suzie  cierpiała  za  niewinność?  Co  będzie,  jeśli  w  wyniku  prasowej 

nagonki  siostrzenica  załamie  się,  a  program  jej  szkoły  zostanie  wyśmiany?  -  Czy  jesteś 

pewien, że nie ma innego wyjścia? 

- spytała. 

background image

- Jeśli zostanę w końcu szacownym, żonatym mężczyzną, to przypuszczam, że skandal 

nas ominie. Oczywiście, jeśli potrafimy dobrze zagrać swe role. 

Jaki miała wybór? Po krótkim namyśle uległa. 

- Zgoda.  Zrobię  to  ze  względu  na  Suzie.  Wiem,  ile  znaczy  dla  niej  muzyka  i  ten 

program. 

- Skoro mnie nienawidzisz, nie oczekuję innych motywów twej decyzji - powiedział z 

krzywym  uśmiechem.  A  po  chwili  dodał  rzeczowym,  spokojnym  tonem:  -  Musimy  działać 

szybko. „Inside” wychodzi w piątek. Dziś mamy wtorek... 

Jutro  rano  zwołam  konferencję  prasową  i  zawiadomię  o  naszych  zaręczynach. 

Informacja  znajdzie  się  w  wieczornych  wiadomościach,  a  w  czwartek  rano  na  łamach  całej 

prasy. 

W piątek „Inside” będzie miał się z pyszna, jak ostatni koń na wyścigach. 

W  głowie  miała  zamęt  myśli.  Jakże  on  mógł  o  tej  sprawie  mówić  w  sposób  tak 

chłodny i bezosobowy! Dla niej publiczne zaręczyny z Reidem stanowić będą ciężką próbę... 

Niegdyś  byłoby to wielkie, radosne wydarzenie,  ale teraz... Teraz nie  była  właściwie pewna 

swych  uczuć.  Przede  wszystkim  się  bała,  ale  gdzieś  głęboko  w  sercu  czuła  dziwne 

podniecenie - podniecenie, którego nie sposób było logicznie wyjaśnić. 

Nie  powinna  przecież  ekscytować  się  pomysłem  publicznego  ogłoszenia  zaręczyn!  - 

zżymała  się w duchu  i  natychmiast postanowiła, że zakończy całą sprawę, gdy tylko groźba 

skandalu minie. Tak czy owak, nie mogła poskromić chęci stawienia czoła nieoczekiwanemu 

wyzwaniu.  Tak  musi  czuć  się  człowiek  dotknięty  nagłym  szaleństwem,  pomyślała  z 

rezygnacją. 

Następnego  ranka  przy  śniadaniu  z  ponurą  miną  rozmyślała  o  konferencji  prasowej, 

którą zwołał Reid. 

- Lepiej się poczujesz, jeśli cokolwiek zjesz - poradził jej życzliwie. - Przyjmij radę od 

człowieka, który nauczył się już walczyć z tremą. 

- Czy nie mógłbyś pójść na tę konferencję beze mnie? 

- spytała. 

- Cóż warte jest wesele bez udziału panny młodej! - zażartował złośliwie. 

Rzuciła mu przerażone spojrzenie. 

- Kto to mówi o pannie młodej i weselu? 

- Wesele następuje zazwyczaj po zaręczynach, czyż nie? 

- ironicznie wykrzywił kąciki ust. 

- Nie tym razem. 

background image

- W takim razie nie musisz się o nic martwić. - Ze spokojem podniósł się z krzesła. 

Konferencja  prasowa  za  chwilę  miała  się  rozpocząć.  Penny  nerwowym  ruchem 

wygładziła koronkowe obrzeżenie bluzki, którą miała na sobie. Cały jej strój był w odcieniu 

dojrzałego melona, który, jak zapewniła ją ekspedientka,, doskonale podkreślał jej karnację. Z 

irytacją  przypomniała  sobie  propozycję  Reida,  że  zapłaci  za  jej  nową  kreację.  Oczywiście, 

odmówiła.  Musiała  mu  zresztą  przypomnieć,  że  nie  były  to  ich  prawdziwe  zaręczyny  i  nie 

mogła pozwolić sobie na taką poufałość. 

W sali konferencyjnej oczekiwał ich tłum dziennikarzy. 

Były  tam  przynajmniej  trzy  ekipy  telewizyjne,  a  stół,  przy  którym  mieli  zasiąść, 

pokrywał  gąszcz  mikrofonów.  Teraz  Penny  odczuła  zadowolenie,  że  sprawiła  sobie  nowe 

ubranie. 

Świadomość dobrego wyglądu podniosła ją na duchu. 

Gdy weszli, przywitał ich pomruk zainteresowania. Wszyscy utkwili wzrok w Reidzie, 

który  mocno  obejmował  Penny  w  talii  i  prowadził  do  stołu.  Ramię  władczo  ją  obejmujące 

dodawało  jej  odwagi.  Nie  mogła  jednak  wyzbyć  się  wrażenia,  że  prowadzona  jest  na 

egzekucję... Ale czyż nie była to prawda? 

Doskonale wiedziała, że po złożeniu  stosownych  oświadczeń całe  jej prywatne  życie 

legnie w gruzach. Taka była cena ratowania Suzie i honoru szkoły. 

Gdy już zasiedli za stołem, Reid nieoczekiwanie uścisnął jej dłoń, dodając odwagi, a 

potem  pochylił  się  do  mikrofonu  i  w  sposób  elegancki  i  swobodny  powitał  dziennikarzy. 

Jakże mu zazdrościła pewności siebie i opanowania, którego musiał nauczyć się z racji swej 

zawodowej kariery. 

- Wróciłem  do  Australii,  by  uregulować  dwie  ważne  sprawy  -  powiedział  głosem 

ciepłym, wzbudzającym zaufanie. - Po pierwsze, pragnąłem zorganizować w Sydney główne 

biuro  mojej  korporacji,  i  jak  widzicie,  udało  mi  się  tego  dokonać.  Po  drugie...  -  urwał  na 

moment, dla wywołania dramatycznego efektu - pragnąłem poprosić o rękę Penny Sullivan. 

Właśnie wczoraj uczyniła mi ten zaszczyt i wyraziła zgodę. 

Jak  należało  się  spodziewać,  oświadczenie  Reida  wywołało  wrzawę,  potem  zaś 

nastąpiła eksplozja pytań. Naturalnym tonem, z wdziękiem odpowiedział na wszystkie, nawet 

te najbardziej krępujące. 

- Dlaczego czekał pan tak długo, by wrócić  i oświadczyć się? - padło kolejne trudne 

pytanie. 

background image

- Najpiękniejsze rzeczy w życiu zawsze warte są oczekiwania - odparł bez zmrużenia 

okiem, i uśmiechnął się kącikiem ust do Penny. - Byłem zaprzątnięty najpierw budową swego 

muzycznego imperium, Penny zaś rozwijała się zawodowo... 

I dopiero teraz, gdy wróciłem, obydwoje zdaliśmy sobie sprawę, że nie mamy ochoty 

czekać ani chwili dłużej. 

Nieprawdaż, kochanie? 

Pełne miłości spojrzenie, którym ją obdarzył i ostatnie pieszczotliwe słowo sprawiły, 

że  spłonęła  rumieńcem.  Reporterzy  nie  omieszkali  uwiecznić  na  zdjęciach  uroczego 

zażenowania narzeczonej. 

- Nie  chcieliśmy  dłużej  czekać  -  oznajmiła,  starannie  dobierając  słowa:  -  Gdy  znów 

ujrzałam Reida, odniosłam wrażenie, jakby czas stanął w miejscu... 

- Jak to się stało, że znów jesteście razem? - dopytywał się wścibski dziennikarz. 

- Dostałem  list  od  pewnej  uroczej,  młodej  damy,  która  wkrótce  zostanie  moją 

siostrzenicą  -  Reid  wybawił  Penny  z  opresji.  -  Suzanne  Kimber  jest  utalentowaną 

klarnecistką. 

Poprosiła,  bym  został  jej  muzycznym  opiekunem,  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  z  jej 

ciotką wiążą mnie najściślejsze więzy... więzy miłości. 

Jakże  gładko  potrafił  kłamać!  Penny  z  ogromnym  wysiłkiem  pokonując  wewnętrzne 

opory, zdołała się uśmiechnąć i lekko skinąć głową. 

- Czekamy na pocałunek, Reid! - zawołał nagle jeden z kamerzystów. 

Reid uśmiechnął się radośnie. Zbyt radośnie, pomyślała Penny. To był uśmiech niemal 

szyderczy. 

Chwilę później nie była zdolna myśleć, gdy objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. 

Poczuła  znów  na  ustach  jego  twarde,  zachłanne  wargi  i  tysiące  namiętnych  pragnień 

oszołomiło  jej  wyobraźnię.  Serce  biło  jak  oszalałe,  a  całe  ciało  ogarnęła  fala  rozkosznej 

słabości.  Zdając  sobie  sprawę,  że  wokół  błyskają  flesze,  usiłowała  spiorunować  Reida 

groźnym spojrzeniem, ale nagle straciła, zdolność widzenia. 

Przed  oczami  zamigotały  jej  gwiazdy,  zaczęła  nerwowo  mrugać  powiekami,  chcąc 

przywrócić  obrazowi  ostrość,  i  właśnie  w  tym  momencie  uświadomiła;  sobie,  że  Reid 

dziękuje, dziennikarzom za przybycie. 

Penny  znów  poczuła  się  upokorzoną.  Reid  potrafił  przyjmować  wszystko  z 

kamiennym spokojem, ona zaś za każdym razem, gdy ją dotknął, robiła z siebie idiotkę. A to 

był dopiero początek. Ta nieznośna sytuacja zapewne będzie trwała jeszcze jakiś czas. 

background image

Wszystko poszło zgodnie z planem, pomyślał Reid, przebiegając wzrokiem nagłówki 

w gazetach. Zdjęcie jego, i Suzie ukazało się co prawda w magazynie „Inside”, ale w powodzi 

artykułów  dotyczących  jego  zaręczyn  z  Penny  przeszło  niemal  niezauważenie.  Reid 

doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  że  bez  ogłoszenia  zaręczyn  sprawa  przedstawiałaby  się 

całkiem inaczej... 

Z  trudnością  przychodziło  mu  myśleć  o  sobie  jako  o  zaręczonym  mężczyźnie, 

zwłaszcza że Penny w niczym nie przypominała oddanej narzeczonej. Oczywiście, na pokaz 

potrafiła  udawać,  ale  jeśli  ktoś  przyjrzałby  jej  się  uważniej,  dostrzegłby  na  dnie  jej  oczu 

płonącą  nienawiść.  To  było  trochę  dziwne,  ponieważ  w  jego  ramionach  stawała  się  taka 

miękka, krucha i bezbronna. Trudno było zrozumieć kobiecą duszę. 

Przyznać musiał, że on również nie był nieczuły. Wywierała na nim o wiele większe 

wrażenie niż jakakolwiek inna kobieta, mimo że nadal żywił wobec niej pewną urazę... 

Właściwie dlaczego się z nią nie ożenił? 

Palce zastygły mu na klawiszach klarnetu. Jak większość muzyków każdego poranka 

ćwiczył swe umiejętności. Czy słońce, czy deszcz, upał czy zawierucha - grał co dzień i to z 

zapałem, który wzbudzał podziw nawet kolegów po fachu. 

Dziś jednak uporczywe myśli o Penny wybijały go z artystycznego transu. 

Mieszkając  razem  z  nią  i  jej  siostrzenicą,  posmakował  zwykłego  rodzinnego  życia. 

Każdego poranka witały go te same twarze, i każdego wieczora opowiadał, jak spędził dzień. 

Taki tryb życia miał swoje przyjemne strony... 

Właśnie tak sobie wyobrażał przyszłość z Penny, aż do chwili, gdy na zawsze stracił 

do niej zaufanie. Na zawsze? 

A może nie było jeszcze za późno, żeby ponownie spróbować? 

Całowanie  Penny  rozbudziło  w  nim  wiele  przyjemnych  wspomnień...  Tak,  pod 

względem  fizycznym  byli  doskonale  dobrani.  Ale  czy  to  wystarczy  do  zbudowania 

wspólnego życia? 

Pamiętał jej niezrozumiały upór w sprawie wypadku. Nie chciała przyznać się do winy 

i  to  właśnie  stanowiło  między  nimi  prawdziwą  kość  niezgody.  Gwoli  sprawiedliwości 

przejrzał 

wówczas  raz 

jeszcze  wszystkie  dane,  które  przedłożył  towarzystwu 

ubezpieczeniowemu,  ale  nie  znalazł  niczego,  co  mogłoby  sugerować  jej  niewinność.  Co 

więcej, on sam musiał zatuszować fakt, że piła. I zamiast być mu za to wdzięczna, wyglądała 

na śmiertelnie obrażoną. 

Do  licha,  takie  rozumowanie  prowadziło  donikąd.  Nie  chciała  się  zmieniać,  więc 

niepotrzebnie tracił czas na rozmyślania.. 

background image

Podniósł  klarnet  do  ust  i  zaczął  grać  sonatę  Brahmsa  w  tonacji  F  -  moll  Ten  trudny 

utwór wymagał szczególnej koncentracji. 

Pogrążony w muzyce zaczął powoli odzyskiwać wewnętrzną równowagę. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Penny  po  raz  kolejny  przeglądając  się  w  lustrze,  doszła  do  wniosku,  że  zaręczyny 

niestety  poczyniły  spustoszenie  na  jej  koncie  bankowym.  Reid  lubił  spotykać  się  z  nią  w 

biurze  i  zabierać  na  lunch  do  modnych  restauracji.  Musiała  więc  zadbać  o  swą  garderobę. 

Rzeczy,  które  nosiła  po  domu,  były  całkiem  nieodpowiednie  do  pokazywania  się  w  nich  u 

boku Reida w wytwornych lokalach Sydney. 

Dżersejowy  żakiet  i  spodnie  w  kolorze  kawy,  które  miała  dziś  na  sobie,  kupiła 

niedawno,  podobnie  jak  wiele  innych  rzeczy,  które  wypełniały  teraz  jej  szafę.  Przyglądając 

się sobie w lustrze musiała przyznać, że wygląda o wiele lepiej. Podcięte końce włosów oraz 

kilka kosmyków wijących się na czole łagodziły kontur twarzy i dodawały jej uroku. 

Skrzywiła  się  nieznacznie  do  własnych  myśli;  zaręczyny  z  Reidem  wytrąciły  ją  z 

równowagi. Te wszystkie artykuły w prasie... Czasami miała wrażenie, że potraktowano ją jak 

kolejną udaną inwestycję Reida Brandena. 

Jednak te zaręczyny miały również pewne dobre strony. 

Kilka dni temu Suzie powiedziała jej, że wygląda odlotowo. 

„Narzeczeństwo  ci  służy”  -  ten  komentarz  jeszcze  długo  brzmiał  w  uszach  Penny. 

Zresztą  obiektywnie  musiała  przyznać,  że  wyglądała  na  dużo  młodszą  i  bardziej  ożywioną, 

podobnie jak śpiąca królewna, w chwili gdy książę obudził ją pocałunkiem. 

Czyżby  to  wszystko  było  zasługą  Reida?  Rzeczywiście  wniósł  do  jej  domu  powiew 

świeżego  powietrza...  Często  się  sprzeczali,  potrafił  doprowadzać  ją  do  pasji,  ale  miał  tyle 

osobistego  uroku,  że  zwykle  kapitulowała.  Był  z  nią  każdego  ranka  i  każdego  wieczoru  jak 

wieczna  pokusa,  i  czasami  zastanawiała  się,  jak  długo  zdoła  wytrzymać  napiętą  sytuację, 

która wytworzyła się między nimi. 

Przypomniała sobie ż zażenowaniem, jak pewnego dnia wyjął jej z ręki słoik, którego 

nie  potrafiła  otworzyć,  odkręcił  z  dziecinną  łatwością  wieczko  i  uśmiechając  się  złośliwie, 

wręczył jej z powrotem. 

- Dałabym sobie doskonale radę bez ciebie... - To były próżne słowa i zdawała sobie 

sprawę,  że  nie  zawierały  całej  prawdy.  Gdy  ją  dotykał  przelotnie  i  patrzył  przy  tym 

przenikliwie  w  jej  twarz,  traciła  poczucie  rzeczywistości,  stawała  się  jakby  inną  osobą  - 

bezbronną jak lalka z gałganków. - Dawałam sobie doskonale radę, nim się tu wprowadziłeś - 

powtórzyła mało przekonującym tonem. 

- Rozumiem, że dzięki swoim kochankom - drwił bezlitośnie. 

background image

- Oni przynajmniej nie wprowadzili takiego rozgardiaszu, że nie mogę nawet znaleźć 

otwieracza do słojów! - odcięła się ostro. 

- I z pewnością nie uczynili twojego życia w połowie tak podniecającym jak dziś. 

Cała sytuacja najwyraźniej zdawała się go bawić. Jakież to było nieznośnie irytujące! 

Czyżby nie dostrzegał napięcia, w którym teraz żyła? W tym wszystkim najbardziej bolesna 

była świadomość, że kiedyś tak wiele ich łączyło. 

Pora zapomnieć o przeszłości, powtórzyła sobie po raz nie wiadomo który. Starając się 

zapanować  nad  chaosem  myśli,  energicznie  chwyciła  torebkę  i  kluczyki  do  samochodu. 

Musiała się szybko opanować, jeśli nie chciała obnażyć przed Reidem swej zbolałej duszy. 

Strażnik  na parkingu pozdrowił  ją  jak dobrą znajomą. Jadąc windą, pomyślała, że to 

zadziwiające, ile może zdziałać pierścionek zaręczynowy. 

Pierścionek  był  kolejnym  źródłem  jej  niepokoju.  Duży,  okrągły  brylant  wydawał  się 

stanowczo zbyt cenny jak na zwykły rekwizyt. Reid życzył sobie, by nosiła go przy każdym 

wyjściu, ona zaś uparcie powtarzała, że zwróci go, gdy tylko cała farsa dobiegnie końca. 

Gdy Penny pojawiła się w biurze Reida, zastała tam Tonie Rigg. Od czasu ogłoszenia 

zaręczyn asystentka Reida wyraźniej unikała spotkania z Penny. Życie prywatne szefa widać 

nie było jej obojętne. 

- Reid  jest  teraz  na  zebraniu  -  powiedziała  obojętnym  tonem,  wymowny  wzrok 

kierując na drzwi, które wiodły do jego sanktuarium. 

- Wiem - Penny skinęła głową. - Mówił mi, że zebranie być może opóźni nasz lunch. 

Obiecał, że to nie potrwa długo. 

- Och,  to  cały  nasz  Reid.  U  niego  nic  nie  trwa  długo  -  powiedziała  Tonia  z 

zagadkowym uśmiechem. 

Pięć  lat  temu  wyniosłe  zachowanie  Toni  z  pewnością  zbiłoby  Penny  z  pantałyku. 

Teraz jednak odznaczała się większą pewnością siebie. 

- Domyślam się, że nie pochwalasz naszych małżeńskich planów - rzekła otwarcie. 

- Szczerze  mówiąc,  nie  pochwalam  tego  całego  kamuflażu  -  odparła  z  niezmąconym 

spokojem Tonia.. - Wasze plany trudno nazwać poważnymi. 

- Tak? Dlaczego tak sądzisz? - Penny czuła, że zaczyna brakować jej powietrza. 

Oczy Toni wyglądały jak zielonkawe jeziora skute lodem, gdy po chwili napiętej ciszy 

przemówiła: 

- Sądzę tak dlatego, że Reid nadal sypia ze mną. 

Penny  poczuła  ostre  ukłucie  bólu  w  sercu.  Ból  był  tak  dojmujący,  że  zaczęła  się 

zastanawiać nad swoją reakcją.. 

background image

Przecież niczego sobie z Reidem nie obiecywali. Dlaczego więc wyznanie Toni tak ją 

nieprzyjemnie oszołomiło? 

Spojrzała asystentce w twarz, zrazu niepewna, i nagle doznała olśnienia. 

- Doprawdy?  -  zadrwiła.  -  Nigdy  nie  sądziłam,  że  grzeszysz  tak  bujną  wyobraźnią, 

Toniu. 

- I  nie  omyliłaś  się  w  swych  sądach.  -  Twarz  Toni  pozbawiona  była  jakiegokolwiek 

wyrazu.  Wyglądała  jak  porcelanowa  lalka,  i  tylko  pobladłe  kostki  u  rąk,  którymi  nerwowo 

przytrzymywała się biurka, świadczyły o stanie jej nerwów. 

- Zawsze trzymam fantazję na wodzy. Nie muszę cię chyba przekonywać, że okrągłe 

znamię na jego biodrze nie jest wytworem mojej wyobraźni, nieprawdaż? 

Penny  zachwiała  się,  jakby  rażona  piorunem.  Żałowała  teraz,  że  w  ogóle  zaczęła  tę 

rozmowę. 

- Nie twierdzę, że nigdy z nim nie spałaś - rzekła z wysiłkiem. 

- Przez wiele lat się nie widywaliśmy. Nie mam złudzeń, że spędził je w klasztorze... 

- Nie rozumiesz mnie, Penny - Tonia przerwała jej bezlitośnie. 

- Reid nigdy się z tobą nie ożeni, ponieważ ma zamiar poślubić mnie! 

Penny czuła, że jej cierpliwość się wyczerpuje. 

- W takim razie już dawno by ci się oświadczył! - wybuchła. 

- Marnujesz życie, czekając na cud, który nigdy się nie wydarzy. - Pochyliła się nad jej 

biurkiem  i  dodała  konfidencjonalnym  szeptem:  -  Obydwie  dobrze  wiemy,  kto  przysłał  tego 

lichego  fotografa  do  mojego  domu!  Sądziłaś,  że  plotki  wypłoszą  stamtąd  Reida.  A  przecież 

powinnaś wiedzieć, że jego nikt do niczego nie potrafi zmusić. I nikomu nie włoży na palec 

pierścionka, jeśli sam tego. nie zechce. Widzisz? 

- Wyciągnęła rękę. - Pierścionek siedzi na moim palcu i pozostanie tam tak długo, jak 

długo Reid będzie sobie tego życzył. 

Tonia wyglądała na lekko oszołomioną. 

- A  więc  domyśliłaś  się...  -  powiedziała  z  nieznacznym  uśmiechem.  -  Byłam 

przekonana, że to dobry plan. Szkoda, że się nie udało... 

Penny  wcale  nie  czuła  satysfakcji.  Była  po  prostu  bardzo  wyczerpana  i  za  wszelką 

cenę pragnęła zakończyć kłótnię. 

- Teraz  więc,  skoro  już  tyle  się  wyjaśniło,  może  złożymy  broń?  -  podjęła 

pojednawczym tonem. - Zakończmy tę śmieszną walkę. 

Nerwowym ruchem Tonia porządkowała papiery na biurku. 

background image

- Śmieszną?  Wątpię,  czy  Reid  się  ucieszy,  jeśli  jeszcze  dziś  po  południu  znajdzie  na 

biurku  moją  rezygnację.  Zwłaszcza  że  zamierzam  mu  wyjaśnić,  że  to  ty  jesteś  za  nią 

odpowiedzialna. 

- Przecież  wcale  nie  musisz  rezygnować  z  pracy...  -  odezwała  się  Penny  lekko 

oszołomiona. 

- Owszem,  muszę. - Tonia zacisnęła usta. - Właściwie  jest to doskonałe rozwiązanie. 

Chciałabym zobaczyć, jak będziesz tłumaczyć się przed Reidem - roześmiała się ponuro. 

- I żebyś nie miała złudzeń, on bez wątpienia skontaktuje się ze mną. Zbyt wiele nas 

łączy, przede wszystkim zaś jestem mu teraz bardzo potrzebna. 

Tonia wstała i nie patrząc już więcej na pobladłą twarz rywalki, opuściła pokój. 

Penny była bardzo zaskoczona reakcją Reida. 

- Czy to ty ją sprowokowałaś? - spytał rozwścieczony. 

W obronnym geście skrzyżowała ramiona. Ciekawe, czy byłby równie zdenerwowany, 

gdyby to ona opuściła biuro zamiast Toni... 

- A  co  miałam  robić?  -  rzuciła  ostrym  tonem.  -  Miałam  się  głupio  uśmiechać,  gdy 

powiedziała mi, że nadal z nią sypiasz? 

Prześliznął się po niej rozbawionym wzrokiem. 

- I co bardziej cię zdenerwowało; zachowanie. Toni, czy też fakt, że ze mną sypia? 

Z trudnością przełknęła, ślinę. Żałowała, że nie zostawiła otwartych drzwi, gdy weszła 

do  jego  gabinetu  po  zakończeniu  konferencji.  Gabinet  był  ogromny,  z  wielkich  szklanych 

okien rozciągał się wspaniały widok na port, ale przebywając tu sama z Reidem, czuła się jak 

w pułapce. 

- Obydwoje  wiemy,  że  nasze  zaręczyny  są  fikcją  -  podjęła  z  wysiłkiem.  -  Tak 

naprawdę nic nie oznaczają i oczywiście nie musimy się przed sobą tłumaczyć ze swego życia 

prywatnego. 

Oparł się niedbale o róg biurka i skrzyżował ramiona. 

- Niemniej  jednak  zaspokoję  twoją  nieuzasadnioną  ciekawość  -  uśmiechnął  się  pod 

nosem. - Otóż nie spałem z Tonią, od czasu gdy ci się oświadczyłem. Być może się zdziwisz, 

ale mam swój kodeks honorowy. 

Poczuła irracjonalną ulgę, a w serce jej wstąpiła dziwna otucha. 

Musiała się opanować, zdusić w sobie te zdradzieckie myśli. 

Nie powinny ją przecież obchodzić jego intymne sprawy! 

- Czy mam to wyznanie potraktować jak komplement? 

background image

- spytała  gniewnie.  -  Jeśli  chcesz  wiedzieć,  ja  również  z  nikim  nie  jestem  związana. 

Jesteśmy zatem kwita. 

Przez  chwilę  patrzył  na  nią  spod  zmrużonych  powiek,  potem  zsunął  się  z  biurka, 

pochylił ku niej i położył ręce na jej ramionach. 

- Dobrze, że zdobyłaś się na odrobinę szczerości - powiedział. 

- Mam wrażenie, że jesteś zła, ponieważ trochę cię zaniedbuję... 

Ciepło płynące z jego rąk przenikało przez żakiet i łagodnie ogrzewało jej ciało. 

- Chyba oszalałeś! - powiedziała ze zniecierpliwieniem. 

- Sugerujesz, że jestem złakniona seksu? 

Wolno przesunął palcem po jej mocno zaciśniętych ustach. 

- Nie  złakniona,  ale  pozbawiona  -  wyszeptał.  -  Zwłaszcza  jeśli  przywołamy 

wspomnienia razem spędzonych nocy... 

Broniła się przed tymi wspomnieniami, broniła z całych sił, ale bliskość Reida, zapach 

jego  wody  po  goleniu  i  ta  specyficzna  zmysłowa  atmosfera  pewności  i  siły,  jaką  roztaczał, 

obezwładniały  ją.  Bezwiednie,  jakby  wbrew  własnej  woli,  przymknęła  oczy  i  lekko 

przechyliła się w jego kierunku. 

Poczuła pieszczotliwy dotyk jego ust na czubku głowy. 

Wstrzymała  oddech.  Czar  jednak  prysł,  ponieważ  nagle,  z  nieoczekiwaną 

gwałtownością,  odsunął  ją  od  siebie.  Doznała  zawodu,  jak  dziecko,  któremu  odebrano 

podarunek. 

Spojrzała  Reidowi  w  oczy  i  dostrzegła  w  nich  iskierki  szczerego  rozbawienia. 

Powinna  go  nie  lubić...  Dlaczego  więc  serce  biło  jej  tak  mocno,  jakby  za  chwilę  miało 

wyskoczyć z piersi? 

- Mylisz się - oświadczyła z nagłą stanowczością. - Prędzej umrę, niż pójdę z tobą do 

łóżka. 

- Och, cóż za determinacja - zakpił z wyraźną dezaprobata. 

- I  pomyśleć,  że  przed  chwilą  gotowa  byłaś  paść  mi  w  ramiona.  Chyba  nigdy  nie 

zrozumiem  kobiet.  Gotów  byłbym  się  założyć,  że  w  wyobraźni  często  wracałaś  do  tamtych 

chwil i wyobrażałaś sobie, jakby to było, gdyby znów... 

- To  nieprawda!  -  skłamała  bez  zastanowienia.  Bała  się  tylko,  że  wyraz  oczu  ją 

zdradzi. Reid potrafił czytać w niej jak w otwartej książce. Ileż to nocy przeleżała bezsennie, 

tęskniąc za jego mocnymi ramionami, za uczuciem, które bezpowrotnie utraciła. : 

- Mógłbym  cię  zmusić,  byś  cofnęła  te  słowa  -  powiedział  z  błyskiem  wyzwania  w 

oczach. Nie zrobię tego jednak. 

background image

Wolę, byś cofnęła je z własne woli. 

- Będziesz musiał długo Czekać - odparła, nie kryjąc złości. 

- Zobaczymy. - Uniósł kącik ust w tajemniczym uśmiechu. 

- Może lunch poprawi ci humor i będziesz bardziej uległa. 

Rzuciła mu mordercze spojrzenie, ale gdy ścisnął ją za łokieć i poprowadził do drzwi, 

nie stawiała oporu. 

Lunch  jedli w  napiętej  atmosferze, której  nie poprawiały ukradkowe, zainteresowane 

spojrzenia pozostałych gości. 

Penny  nie  mogła  się  przyzwyczaić,  że  Reid  był  teraz  niezwykle  popularną  osobą  i 

ustawicznym ośrodkiem zainteresowania obcych ludzi. 

- Nie zwracaj na nie uwagi - poradził z życzliwą troską. 

- Wkrótce znudzi im się podpatrywanie nas. 

- Czy nie przeszkadza ci, że na każdym kroku śledzą cię oczy innych ludzi? - spytała, 

tracąc nagle apetyt na sałatkę. 

- Nic a  nic. - Niedbale wzruszył ramionami. - Aplauz tych  ludzi pomógł  mi przecież 

dotrzeć do miejsca, w którym teraz się znajduję. . 

Ten odkrywczy punkt widzenia zadziwił ją, nie kontynuowała jednak tematu. 

- Naprawdę  przykro  mi  bardzo  z  powodu  dzisiejszego  incydentu  z  Tonia  - 

powiedziała. - Wcale nie chciałam, żeby zrezygnowała z pracy. 

- Obydwoje dobrze wiemy, dokąd prowadzi droga wybrukowana dobrymi chęciami - 

westchnął lekko. - Nie ukrywam jednak, że odejście Toni w tej chwili jest mi wyjątkowo nie 

na rękę... 

Nim  zdążył  dokończyć,  przemknęła  Penny  przez  myśl  różnorodność  możliwych 

powodów. Zgromiła się w duchu za wybujałą wyobraźnię. 

- Moje studio nagrań - ciągnął Reid - jest głównym sponsorem dorocznej australijskiej 

nagrody muzycznej. Całą kampanią zajmowała się Tonia. 

- Chyba nie cierpisz na brak pracowników? - podkreśliła nieco złośliwym tonem. 

Spojrzał na nią badawczo. Musiał być świadom jej myśli. 

- Nie  ma  problemu  z  pracą  biurową,  nie  zapominaj  jednak,  że  Tonia  miała 

reprezentacyjne obowiązki... - Bawił się przez chwilę kieliszkiem, a potem znów spojrzał jej 

ostro w oczy. - Mam pomysł - oznajmił stanowczo. - Skoro stałaś się powodem tego całego 

zamieszania, powinnaś zająć jej miejsce, przynajmniej do czasu rozdania nagród. 

background image

Penny czuła zamęt w głowie. O co mu chodziło? - zastanawiała się gorączkowo. I po 

chwili  doznała  olśnienia.  Zdała  sobie  sprawę,  czego  Reid  po  niej  oczekiwał.  Miałaby 

uczestniczyć w samej ceremonii rozdania nagród. To było przecież niemożliwe! 

- Nie  mogłabym  -  zaprzeczyła  żywo.  Nie  miała  ochoty  na  tak  uroczysty,  galowy 

występ u boku Reida. 

- Owszem możesz - powiedział ze śmiertelnym spokojem. 

- Tonia,  jak  wiesz,  często  wyręczała  mnie  w  obowiązkach  reprezentacyjnych;.. 

Widziałaś, jak media zareagowały na wiadomość o naszych zaręczynach? Wyobrażasz sobie 

ich reakcję, jeśli pokażę się na ceremonii wręczenia nagród z obcą kobietą u boku? 

- Czy nie możesz.. usiłowała się bronić. - Czy nie możesz zatrudnić kogoś do pracy 

w biurze i... i sam stawić się na ceremonii? 

Pochylił się ku niej; na jego ponurej twarzy pojawiły się oznaki lekkiego rozbawienia. 

Dla  osób  postronnych  musieli  wyglądać  jak  para  prawiąca  sobie  czułości.  Ale  słowa,  które 

popłynęły z ust Reida były zadziwiająco ostre: 

- Biuro  nie  stanowi  problemu.  Moi  pracownicy  poradzą  sobie  ze  sprawami 

reprezentacyjnymi. Chodzi jednak o Suzie. 

Potrzebujemy dla niej opiekunki. 

- Co Suzie ma z tym wszystkim wspólnego? - spytała z narastającym niepokojem. 

- Ceremonię wręczenia nagród uświetnią występy młodych, utalentowanych gwiazd - 

wyjaśnił. - Suzie zasługuje na to, by znaleźć się wśród nich. 

Myśli  tłukły  jej  się  w  głowie  w  szalonej  gonitwie.  Siostrzenica  zagra  dla  śmietanki 

muzycznej, jej występ pokażą w telewizji... 

- Wplątałeś w to Suzie, aby uzyskać moją współpracę, prawda? - spytała podejrzliwie. 

- Ona ma wybitny talent - wyprowadził ją z błędu. - Zasługuje na to, by jej pomóc. 

Penny ciężko westchnęła; czuła się wyprowadzona w pole. 

- W porządku - powiedziała pojednawczo. - Odegram swą rolę dla jej dobra. Ale gdy 

tylko wróci  Jo, Suzie wyjedzie do domu  i  moja rola  na tym  się skończy. Nie  możesz prosić 

mnie o nic więcej. 

Rzucił jej śmiałe spojrzenie. 

- Mogę prosić cię o wiele więcej, droga Penny. Nie zamierzam jednak prosić cię o ani 

trochę więcej, niż możesz mi ofiarować... . 

Poczuła dreszcz przebiegający po kręgosłupie i nerwowo przełknęła ślinę. Grał jej na 

nerwach, grał z taką samą zręcznością jak na swoim ukochanym klarnecie. 

background image

- Przestań się ze mną droczyć - syknęła. - Zerwę z tobą współpracę, jeśli nie zaczniesz 

traktować mnie z szacunkiem! 

Wyciągnął  rękę  poprzez  stół  i  palcami  objął  jej  dłoń  -  delikatnie,  a  jednocześnie  w 

jakiś sposób zaborczo. 

- Ależ darzę cię szacunkiem - szepnął. - I będę darzył nie mniejszym również rano. 

- Och! - Próbowała wyrwać mu dłoń, ale uścisk miał jak ze stali. 

Kolistym  ruchem  delikatnie  wodził  kciukiem  po  wrażliwej  skórze  jej  nadgarstka; 

Czuła,  jak  z  tego  miejsca  rozchodzi  się  wzdłuż  ramienia  fala  upiornego  gorąca  i  jej  twarz 

oblała się rumieńcem. 

- -  Jeśli  chcesz  sprawdzić,  kto  z  nas  jest  silniejszy,  gwarantuję  ci,  że  przegrasz.  - 

Uśmiechnął się chłodno, - Wmawiasz sobie, że mnie nienawidzisz, a naprawdę zastanawiasz 

się, jak byś się czuła, gdybym zamiast twego nadgarstka dotykał innych części ciała... 

- Jesteś  niemożliwy!  -  Przerwała  mu  gwałtownie,  świadoma,  że  był  bardzo  bliski 

prawdy. - Dlaczego to robisz? O co ci chodzi? 

- Przecież  to oczywiste.  Zaręczyny  rozbudziły  w  nas  obojgu  uczucia,  o  które  już  się 

nie podejrzewaliśmy. A ty nie chcesz się do nich przyznać, ponieważ  mogłoby to oznaczać; 

że uciekając przede mną, popełniłaś błąd. 

Oczy  Penny  nagle  zasnuła  mgła.  Zaczęła  nerwowo  mrugać  powiekami,  by 

powstrzymać napór łez. Nie mogła się rozpłakać, nie mogła przyznać się do winy.,... 

- Związek  dwojga  ludzi  nie  może  opierać  się  tylko  na  wzajemnym  pożądaniu  - 

powiedziała niepewnie. 

- Wcale  nie  miałem  na  myśli  wyłącznie  związku  fizycznego  -  stwierdził  rzeczowym 

tonem, jakby rozmawiali o interesach. 

- Miałem nadzieję, że nasze fikcyjne zaręczyny zamienią się w prawdziwe. 

Szumiało jej w głowie, a w ustach czuła dziwną suchość. 

Czyżby była bliska zemdlenia? Opanowała się resztkami sił i przemówiła: 

- Przecież tak naprawdę nie chcesz się ze mną ożenić? 

- To cię tak dziwi? Pięć lat temu byliśmy tego bliscy. 

Zbyt dobrze pamiętała, dlaczego do ślubu nie doszło. Nigdy nie zapomni obrzydzenia, 

które dostrzegła na jego twarzy, gdy wyciągnął ją z rozbitego samochodu. Po tym wydarzeniu 

wszystko się odmieniło... 

Właściwie  dlaczego  nie  chciała  się  przyznać  do  winy?  Dlaczego  nie  chciała 

potwierdzić,  że  wypiła  za  dużo  na  przyjęciu,  a  potem  wbrew  naleganiom  Toni  usiadła  za 

kierownicą i pojechała? 

background image

W głębi serca nie wierzyła w taki przebieg wypadków..... 

Ale  w  żaden  sposób  nie  potrafiła  udowodnić  swej  niewinności,  Nie  miała  na  to 

świadka. Co więcej, sama nie mogła przypomnieć sobie niczego, co wydarzyło się pomiędzy 

wyjściem z przyjęcia, a odzyskaniem przytomności w ramionach Reida. Czuła, instynktownie 

czuła, że za zasłoną niepamięci kryła się jakaś tajemnica... Och, gdybyż mogła wydobyć choć 

okruch prawdy ze swego zmąconego umysłu! Całe lata usiłowań spełzły jednak na niczym. 

- Powiedz  mi - podjęła ostrożnie, gasząc w  sercu najsłabsze przebłyski  nadziei  - czy 

nadal uważasz, że to ja spowodowałam pięć lat temu wypadek? 

Jego milczenie było aż nadto wymowne. 

- Nic się nie zmieniło, prawdą? - dodała z ponurą miną. 

Twarz Reida przybrała kamienny wyraz. 

- To nie jest odpowiednie miejsce ani czas, byśmy o tym dyskutowali - powiedział. 

- W takim razie, kiedy o tym będziemy rozmawiać? 

Czy wówczas, kiedy dojdzie między nami do sprzeczki? 

Wówczas będziesz dysponował przeciw mnie dogodnym argumentem? 

- Jesteś  śmieszna!  -  Choć  mówił  cicho,  głos  jego  wibrował  gniewem.  -  Wyobrażasz 

sobie sytuacje, które nigdy nie będą mieć miejsca. 

Obraz przed jej oczami rozmywał się w coraz gęściejszej mgle. Przetarła oczy dłonią i 

spojrzała mu w twarz. 

- Doprawdy?  Mój  ojciec  miał  w  życiu  tylko  jeden  romans  i  matka  szlachetnie  mu 

wybaczyła.  Ale  przez  wszystkie  następne  lata  nie  pozwoliła  mu  o  tym  zapomnieć. 

Rozumiesz? 

Nie chcę takiego samego małżeństwa! 

- Rozumiem. - Skinął na kelnera i uregulował rachunek. 

Potem energicznie odsunął jej krzesło; - W takim razie chodźmy! 

- Dokąd mamy pójść? 

- Tam, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać. 

Chciałbym ci coś zademonstrować. 

- Przerażasz mnie - szepnęła, gdy już włączali się do ruchu. 

- O co tutaj chodzi? 

Rzucił jej posępne, zagadkowe spojrzenie. 

- Najwyższy  czas,  byś  zrozumiała,  dlaczego  mam  tak  obsesyjnie  wrogi  stosunek  do 

pijanych kierowców. Nie wiem, może to niewiele zmieni... W każdym jednak razie lepiej się 

poznamy. 

background image

Dłuższą  chwilę  jechali  w  milczeniu.  Gdy dotarli  do budynku, w którym  mieściły  się 

jego  biura,  wsiedli  do  windy  i  Reid  nacisnął  guzik  ostatniego  piętra.  Mieścił  się  tam 

apartament  przeznaczony  dla  gości  albo  -  jak  ją  poinformował  -  dla  niego  samego,  jeśli 

pracował do późna w nocy, co często mu się zdarzało. 

- W tej chwili to jest mój dom - powiedział, gestem zapraszając ją do środka. 

Wnętrze w niczym nie przypominało prawdziwego domu. 

Urządzenie było zimne, nieprzytulne, z przewagą chromu i czarnej, błyszczącej skóry. 

Tylko widok z okien salonu zapierał dech. 

Reid  bez  słowa  wcisnął  kilka  guzików  i  ścienna  boazeria  rozsunęła  się,  odsłaniając 

ogromny ekran telewizyjny i zestaw wideo. 

- Usiądź, proszę - niemal rozkazał. 

- Powiedz mi, o co tu chodzi? - poprosiła ze ściśniętym sercem. 

Dłuższą  chwilę  przeglądał  kasety,  aż  wreszcie  znalazł  tę,  której  szukał.  Uruchomił 

odtwarzacz. 

Nim zdążyła się zorientować, podszedł do niej, objął ją mocno ramieniem i niemal siłą 

posadził na skórzanej kanapie. 

- Ty  brutalu,  puść  mnie!  -  usiłowała  protestować,  z  trudem  oddychając  w  jego 

mocnym uścisku. 

Ramię  Reida  obejmowało  ją  niczym  stalowa  obręcz,  czuła  mięśnie  jego  ud  tuż  przy 

swoim ciele i nagle... nieoczekiwanie zalała ją zdradziecka fala podniecenia. 

Nieporuszony  jej  protestami,  a  potem  niemym  zmieszaniem,  utkwił  wzrok  w 

ogromnym ekranie telewizyjnym. 

- A teraz popatrz i postaraj się zrozumieć moje uczucia - powiedział gorzkim tonem i 

nacisnął przycisk pilota. 

Był  to  fragment  starej  kroniki  filmowej  przedstawiający  relację  z  wypadku 

samochodowego.  Najpierw  pokazano  z  oddali  dwa  kompletnie  zmiażdżone  i  poskręcane 

samochody. 

Potem  kamera  przybliżyła  twarze  policjantów  i  strażaków,  którzy  przecinali  blachę, 

żeby wydobyć z wraków ciała ofiar. 

- Ten  fragment  został  zmontowany  dla  wiadomości  telewizyjnych  -  poinformował 

Reid głosem zimniejszym niż lód. 

Penny wzdrygnęła się lekko. To, co widziała, było wstrząsające. 

background image

Kilka  sekwencji  później  pokazano  policjanta  przesłuchującego  pijanego  kierowcę. 

Mężczyzna  był  w  szoku,  płakał.  To  musiał  być  człowiek,  który  spowodował  wypadek, 

pomyślała. 

Gdy Reid wyłączył wideo, Penny nagle zdała sobie sprawę, że twarz ma mokrą od łez. 

- W tym wypadku zginęli moi rodzice - powiedział cicho. 

- Wiele  lat  później,  gdy  nagrywałem  coś  dla  telewizji,  natknąłem  się  na  tę  taśmę  w 

archiwum.  Zatrzymałem  ją  na  pamiątkę.  Niech  będzie  ostrzeżeniem  dla  wszystkich 

nierozważnych ludzi. 

Zwróciła ku niemu zalaną łzami twarz. 

- Jeśli chodzi ci o ludzi takich jak ja, dlaczego nie powiesz tego wprost? - wybuchła. - 

Przypominam ci tego pijaka, czyż nie? Dlatego mi go pokazałeś? Ale ze mną to nie było tak. 

Och, nie wiem dlaczego, ale jestem całkowicie przekonana, że, zaszła tu jakaś okrutna 

pomyłka! Czasami śni  mi  się ten wypadek  i, we  śnie wszystko przebiega  inaczej, ale tuż po 

obudzeniu niczego nie pamiętam. Wiem tylko, że było inaczej. 

Rozumiesz? 

Twarz mu pociemniała z gniewu. Nigdy w życiu nie widziała go w stanie tak silnego 

wzburzenia. Dłonie miał zaciśnięte w pięści i głęboko ukryte w kieszeniach spodni. 

- Na wszystkie świętości, Penny! - wykrzyknął z pasją. 

- Czyżbyś nadal bujała w świecie fantazji? Ciągle chcesz się upierać jak dziecko, że to 

nie  była  twoja  wina?  Właśnie  ten  twój  piekielny  upór  stoi  pomiędzy  nami!  Zastanów  się 

jednak,  jeśli  to  nie  ty  prowadziłaś  wówczas  samochód,  to  kim  był  kierowca?  Tonia  leżała 

nieprzytomna na fotelu pasażera... 

Nikogo więcej z wami nie było. Kto więc prowadził? 

Od  dawna,  od  samego  początku,  podejrzewała  Tonie.  Nie  miała  jednak  żadnych 

dowodów. 

- Sprawdziłeś, że była nieprzytomna? - zainteresowała się. 

Popatrzył na nią z niesmakiem. 

- Miała  zamknięte  oczy,  nie  poruszała  się,  nie  reagowała  na  bodźce.  To  chyba 

wystarczy? 

- W  takim  razie  może  jechałyśmy  z  kierowcą,  który  uciekł  z  miejsca  wypadku....  - 

plątała się bezradnie. 

- A  może  kierowca  nie  uciekł  z  miejsca  wypadku,  tylko  pozwolił,  by  uciekła  mu 

pamięć, co? - zadrwił. 

Chciała się poderwać z miejsca, ale przytrzymał ją siłą. 

background image

- Zrywam  te  zaręczyny!  -  krzyknęła.  Łzy  żalu  i  bezsilnej  złości  płynęły  jej  po 

policzkach.  Usiłowała  zsunąć  z  palca  pierścionek,  ale  nie  chciał  przejść  przez  kostkę.  - 

Nienawidzę cię, słyszysz, nienawidzę! 

Westchnęła  głęboko,  gdy  mocno,  stanowczo  zacisnął  palce  wokół  jej  ręki.  Wolno, 

nieubłaganie przysunął  ją  bliżej do siebie. Po chwili czuła przy  swoim ciele twarde  mięśnie 

jego  ramion.  Serce  waliło  jej  jak  młotem.  Nie  miała  już  siły  się  wyrywać.  Poczuła  falę 

nagłego ciepła, od której osłabła. 

- Już lepiej, prawda? - powiedział cicho i czule, gdy przestała walczyć. - Powinnaś się 

wreszcie nauczyć, że uciekając, niczego nie rozwiążesz. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Drżała z podniecenia, gdy wolno unosił jej rękę do ust. 

Potem ujął jej twarz w obie dłonie i przyciągnął do siebie. 

Nerwowo zwilżyła usta, zdążyła jeszcze spostrzec mocny zarys jego policzka, a potem 

wszystkie rozsądne myśli uleciały jej z głowy, ponieważ poczuła gorące dotknięcie jego warg 

na swoich. 

Powinna go  nienawidzić - powinna  nienawidzić  własnej  słabości  i uległości, ale pod 

dotknięciem  jego  warg  cała  drżała  niespokojnie,  jakby  porażona  szaleństwem  szczęścia.  W 

głowie  jej  się kręciło,  miała wrażenie, że za  chwilę osunie się  w  jego ramionach, przywarła 

więc doń mocniej, otaczając rękami jego szyję. 

Przez  krótką  chwilę  trwała  w  radosnym  uniesieniu,  prawie  nie  oddychając,  gdy  on 

zachłannie całował jej usta. Przebierał leniwie palcami w jej włosach i ta delikatna pieszczota 

na  nowo  rozbudzała  jej  zmysły.  Otworzyła  usta,  żeby  zaprotestować,  ale  on  tylko  pogłębił 

pocałunek i zamiast protestu wydała z siebie cichy jęk rozkoszy. 

Gdzie się podziała jej duma, szacunek do samej siebie? 

Zastanawiała  się  gorączkowo,  czy  w  ogóle  ma  jeszcze  jakiś  wybór.  W  geście 

desperackiej obrony uderzyła go pięściami w ramiona. 

- Puść mnie! - wykrztusiła. 

Zdjął ręce z jej ramion, ale nie cofnął się ani o krok. 

- Nie jesteś uczciwa wobec samej siebie, Penny - powiedział, krzywiąc się cynicznie. 

- Mylisz  się  -  odparowała.  -  Postąpiłam  nieuczciwie,  pozwalając  ci  się  całować, 

ponieważ wiem, co o mnie myślisz. 

- Ach, więc wiesz, co o tobie myślę! - roześmiał się nieprzyjemnie. 

- Zapewniam cię, że gdybyś naprawdę wiedziała, zarumieniłabyś się od stóp do głów. 

Spuściła rzęsy, aby pokryć zmieszanie. 

- Powinnam już pójść do domu - wyjąkała cicho. 

- Przecież jesteś w domu! 

Nim zdołała zdać sobie sprawę, co zamierzał zrobić, podszedł do frontowych drzwi  i 

przekręcił  klucz  w  zamku.  Usłyszała  cichy  trzask.  Wracając  do  pokoju,  schował  klucz  do 

kieszeni spodni. 

Ą  więc  zamknął  ją  w  środku!  Zamiast  buntować  się  i  oburzać,  poczuła  przyjemny 

dreszcz podniecenia... Zdumiona własną reakcją, zdradziecką mową swojego ciała, spojrzała 

background image

niepewnie  na  niego. Spotkała się  już  z opinią, że Reid  Branden  jednym  spojrzeniem potrafi 

uwieść  kobietę.  Rzeczywiście  miał  wiele  uroku, ale  ona  przecież  o tym  wiedziała,  powinna 

być ostrożna i mieć się stale na baczności. 

- Otwórz drzwi i wypuść mnie stąd - powiedziała tonem dalekim od przekonania. - Co 

sobie ludzie pomyślą? 

- Pomyślą,  że  jesteśmy  szczęśliwą  parą  i  po  prostu  nie  możemy  doczekać  się  nocy 

poślubnej. 

Czyżby chodziło mu o reklamę? - pomyślała. 

- Może  powinnam  zajrzeć  pod  łóżko  i  sprawdzić,  czy  nie  ukrywa  się  tam  jakiś 

reporter? - zapytała gniewnie. Czyżby naprawdę czuła rozczarowanie? 

- Cynizm jest tu nie na miejscu. - Skrzywił się z dezaprobatą. 

- Ta noc należy do nas, wyłącznie do nas, Penny. 

- Nie  ma  „nas”!.  -  zaprotestowała  z  ożywieniem,  -  A  poza  tym,  muszę  już  wracać. 

Czeka na mnie Suzie... 

- Suzie nocuje dziś u przyjaciółki - wpadł jej w słowo. 

- Sama mi o tym powiedziała. 

- Nie jestem przygotowana, by zostać na noc... - upierała się i była to szczera prawda. 

Nieoczekiwanie przybliżył się i porwał ją w ramiona. 

- Penny  -  szepnął  namiętnie  -  chciałbym,  aby  ta  noc  dała  nam  szansę  pojednania. 

Zapomnij teraz o całym świecie. 

- Nigdy ci tego nie wybaczę zaklinała się jeszcze, gdy, niósł ją do sypialni. - Nigdy ci 

nie wybaczę... 

Położył ją na ogromnym łóżku; miękka, futrzana narzuta drażniła jej skórę. Próbowała 

skupić myśli - na próżno. Sylwetka Reida rysowała się niewyraźnie na ciemnym tle. 

Pochylił  się,  by  rozpiąć  jej  żakiet.  Rozum  jej  podpowiadał,  że  powinna  uciec  z  tego 

zaczarowanego świata, ale  mając  Reida tak blisko, doznając delikatnej pieszczoty  jego rąk i 

ust, czując znajomy męski zapach piżma - pogrążała się w hipnotycznym śnie. 

Już  dawno  nikt  nie  trzymał  jej  w  objęciach,  nie  pieścił  i  tak  desperacko  nie  pragnął. 

Czy  było  niewybaczalnym  błędem,  że  zapragnęła  wykorzystać  sytuację?  Czas  jakby 

zatrzymał  się.  Reid  powiedział,  że  stanął  tylko  dla  nich...  Czy  potrafi  spojrzeć  na  to 

wydarzenie, jakby działo się poza czasem, bez związku z resztą jej życia? Czy będzie mogła 

wrócić potem do rzeczywistości? Do rzeczywistości bez Reida...? 

Nie!  -  krzyczało  jej  serce.  Mógł  ją  zauroczyć,  mógł  uwieść  wbrew  jej  woli,  ale  nie 

mógł domagać się jej wewnętrznej aprobaty. 

background image

- Puść mnie - nalegała. - To zaszło za daleko... 

Pogładził ją czule po policzku. 

- Kochana Penny, zrobiliśmy dopiero pierwsze kroki. 

- Nienawidzę cię za to! - Rzuciła mu spojrzenie pełne wyrzutu. 

- To tylko słowa... Twoje ciało mówi mi co innego... 

Cóż  za  kobietę  z  niej  robił!  Namiętną,  rozpustną  nawet,  która  wbrew  zdrowemu 

rozsądkowi poddaje się dyktatowi zmysłów... Powinna zamienić się w kamień, nie reagować 

na  jego  pieszczoty...  Tymczasem,  gdy  ją  ledwie  dotknął,  całkiem  traciła  głowę.  Odwróciła 

twarz, by uniknąć jego bacznego spojrzenia, ale chwycił jej podbródek i zmusił, by patrzyła 

mu prosto w oczy. 

- To cudownie, że tak reagujesz. Na Boga, to cudownie! 

Pomyślała,  że  byłoby  to  naprawdę  cudowne,  gdyby  się  kochali.  Ale  czy  ich  wiązało 

uczucie? 

Okropnie  się  bała, że zna odpowiedź. Czyżby - przynajmniej z  jej strony ? - to była 

rzeczywiście miłość? Być może wbrew swoim zaklęciom nigdy nie przestała go kochać? 

Dziwne, ale wolałaby wierzyć, że kieruje nią tylko pożądanie. 

W  przypadku  Reida  z  pewnością  tak  było.  Wystarczała  mu  sama  przyjemność 

fizyczna.  Ale  czy  również  jej  powinna  wystarczyć?  Tracąc  kontrolę  nad  rozwojem 

wypadków, prawdopodobnie popełniła największy życiowy błąd. 

Tracąc  kontrolę?  Omal  nie  roześmiała  się  w  głos.  Przecież  prawie  go  zachęciła!  Do 

licha, powinna mieć pretensje wyłącznie do siebie. 

Nie pozostało jej teraz nic innego, tylko zdobyć się na odrobinę nonszalancji. 

- Więc tak się czuje niewolnica w haremie? - spytała. 

Uniósł się na jednym łokciu. 

- Trudno to nazwać haremem, skoro jesteś tu jedyną kobietą - powiedział żartobliwym 

tonem.  -  A  jeśli  chodzi  o  niewolę,  jak  to  nazywasz,  powinnaś  być  wdzięczna,  że  nie 

pozwoliłem ci uciec. Zastanów się tylko, ile byś straciła. 

Zażenowana  chciała  ukryć  twarz.  Spontaniczna  namiętność,  z  jaką  go  przyjęła, 

zdumiała ją samą. Wolałaby, żeby jej o tym nie przypominał. 

- Nie musiałeś mnie jednak zamykać na klucz - odezwała się stłumionym głosem. 

Kolistym ruchem pogładził jej rozpalone ciało. Przeszył ją znowu rozkoszny dreszcz i 

bezwiednie wydała z siebie ciche westchnienie. 

- Jesteś całkowicie przekonana, że cię zamknąłem? 

Usiadła na łóżku, obejmując ramionami zgięte kolana. 

background image

- Przecież widziałam, że zamykałeś drzwi... 

- Widziałaś jedynie, że wkładałem klucz do kieszeni. Nie poszłaś sprawdzić zamka. 

- Ty łotrze! Jeślibym wiedziała... Och, nie powinnam ci nigdy zaufać... 

- Czy zrobiłem ci krzywdę? - pochylił się ku niej czule. 

- Nie, ale...; 

- Rozczarowałem cię? 

Och, wielkie nieba, przecież nie mogła skłamać! 

- Nie - potwierdziła niechętnie. 

Podłożył palec pod jej brodę i uniósł twarz ku górze. 

- A  zatem  jesteś  zła,  ponieważ  zmusiłem  cię  do  dokonania  pewnego  odkrycia,  do 

którego nie chcesz się przyznać. Alę dlaczego, Penny? Dlaczego? Co cię tak bardzo przeraża 

w szczerym uczuciu, że przed nim nieustannie uciekasz? 

Nerwowo skubała palcami futrzaną narzutę. 

- Jeśli  już  musisz wiedzieć, wiąże się to z małżeństwem  moich rodziców. To nie  był 

udany związek... Z pozoru sama słodycz, ale pod powierzchnią wrzący kocioł bólu, wrogości 

i wzajemnej urazy. To wszystko wypływało na wierzch, gdy się kłócili... 

- Ale jednak pozostali razem? 

- Dla dobra dzieci. Byłam przecież ja i Jo... Czasami myślę, że byłoby o wiele lepiej, 

gdyby  się  spokojnie  rozstali,  zamiast  trzymać  nas  jak  na  rozżarzonych  węglach.  Nigdy  nie 

wiedziałyśmy, co im przyjdzie do głowy następnego poranka. 

Reid otoczył ją czule ramieniem. Był to bardzo kojący, pocieszający gest. 

- Doskonale wiem, co czujesz - powiedział. - Widzisz, po śmierci rodziców czułem się 

bardzo samotny. Moja babcia ze wszystkich sił starała się wypełnić pustkę, która wytworzyła 

się  wokół  mnie,  ale  to  nie  było  to  samo...  Na  szczęście  była  jeszcze  muzyka.  Muzyka 

pozwoliła mi przetrwać ciężkie chwile. 

- Jo była moją jedyną przyjaciółką - opowiadała dalej. 

- Niestety, opuściła dom; gdy miałam zaledwie dwanaście lat. 

Podjęła pracę w  agencji  handlu  nieruchomościami,  a potem poślubiła  jej właściciela. 

Naprawdę  bardzo  mi  jej  brakowało,  szczególnie  gdy  Andrew,  zaraz  po  urodzinach  Suzie, 

przeniósł swą agencję do Adelajdy. 

- A jednak mimo lęków płynących z dzieciństwa, Jo podjęła ryzyko i wyszła za mąż - 

podkreślił Reid. 

- Ona  zawsze  była  ode  mnie  silniejsza.  I  jest  o  osiem  lat  starsza.  Być  może  lepiej 

radziła sobie z poczuciem niepewności. 

background image

Wolnymi,  uspokajającymi  ruchami  zaczął  masować  jej  plecy.  Penny  była  mu 

wdzięczna,  że  nie  usiłował  zbagatelizować  jej  obaw  dotyczących  małżeństwa  za  pomocą 

banalnych, utartych słów. Dotyk jego był o wiele bardziej krzepiący. 

Czuła,  że  powoli  opuszcza  ją  napięcie,  które  zawsze  ją  paraliżowało,  gdy  myślała  o 

małżeństwie swoich rodziców. 

Dźwięk dzwonka wyrwał ją z półsnu. Reid zerknął na zegarek. 

- To chyba nasza kolacja. Zamówiłem jedzenie do pokoju... 

- Zawiązał jedwabny szlafrok i poszedł otworzyć drzwi. 

Penny leżała jeszcze chwilę, pogrążona w myślach. Czy naprawdę unikała życiowych 

wyzwań?  Uciekła  przecież  do  Londynu  zaraz  po  wypadku,  żeby  uniknąć  słów  krytyki  ze 

strony  Reida...  Potem  była  o  krok  od  zrobienia  urzędniczej  kariery,  gdy  choroba  ojca 

przywołała ją z powrotem do Australii. 

Czy to również była ucieczka, pretekst, by wyplątać się z zawodowych zobowiązań? 

Niech  diabli  porwą  Reida  za  to,  że  rozbudził  w  niej  tyle  wątpliwości.  Nie  każdy 

obdarzony był tak niewzruszoną pewnością siebie jak on. Nie każdy przecież miał tak wielki 

talent,  którym  hipnotyzował  publiczność;  i  dzięki  któremu  odnosił  sukcesy  w  biznesie.  Nie 

każdy był chodzącą doskonałością! 

Stanęła w drzwiach salonu rozżalona i zła. Ale jej humor poprawił się nieco na widok 

wózka  restauracyjnego  nakrytego  na  dwie  osoby.  Stała  na  nim  samotna  czerwoną  róża  w 

kryształowym wazonie i para srebrnych świeczników. 

- Wybacz,  że  nie  ubiorę  się  do  kolacji  -  odezwała  się  z  lekką  nonszalancją.  Była  na 

bosaka, owinięta tylko ręcznikiem kąpielowym. 

W  jego  oczach  pojawiły  się  iskierki  rozbawienia.  Podszedł  i  podał  jej  ramię  z 

wyszukaną galanterią. 

- W porównaniu z tym, co widziałem przed chwilą, wyglądasz na bardzo wystrojoną - 

powiedział z chłodną ironią. 

- Bądź łaskaw mi o tym nie przypominać. Cała ta sprawa wydaje mi się niesmaczna.. 

- W takim razie masz specyficzny gust - skwitował z uśmiechem, podając jej kieliszek 

szampana. 

Powinna  zrezygnować  z  kolacji,  odmówić  wypicia  z  nim  szampana,  ale  gdy  uchylił 

pokrywkę i zobaczyła soczyste ostrygi przybrane tartym jajkiem i kawiorem, ślinka napłynęła 

jej  do  ust.  Przecież  odmowa  zjedzenia  kolacji  nie  zmieni  niczego,  co  się  już  wydarzyło, 

przekonywała siebie. 

- Ostrygi a la caryca, moje ulubione - powiedział i uniósł pełną łyżkę do jej ust. 

background image

Chcąc  nie  chcąc,  musiała  spróbować  i  przyznać,  że  ostrygi  były  rzeczywiście 

znakomite. Karmiona łyżką, czuła się słaba i bezbronna jak dziecko. W końcu zniecierpliwiła 

się i zaczęła sama jeść. 

- Co  byś  powiedział,  gdybym  krzyknęła  do  kelnera,  żeby  zawołał  policję?  -  spytała, 

pałaszując mięsistą ostrygę. 

- Powiedziałbym, że  jesteś aktorką i ćwiczysz kwestię przed  jutrzejszym występem - 

roześmiał się, szczerze ubawiony. 

Nagle spojrzał na nią zagadkowym wzrokiem. - Ale nie krzyknęłaś, prawda? 

Właściwie  dlaczego  tego  nie  zrobiła?  Och,  czemu  nie  sprawdziła,  czy  drzwi  były 

rzeczywiście zamknięte? Nie była całkiem pewna, czy chce znać odpowiedź... 

Po  ostrygach  przyszła  kolej  na  znakomitego  homara  w  smakowitym  sosie,  z  kruchą 

sałatą i chrupiącymi bułeczkami, a potem był jeszcze deser - wiśnie w syropie z bitą śmietaną. 

Gdy przyszedł czas na kawę, ogarnęło ją uczucie błogiej sytości i zadowolenia. 

- Romans  i  smaczna  kuchnia,  oto  najskuteczniejsze  lekarstwo  na  zły  humor  - 

powiedział Reid, przyglądając jej się z wyraźną satysfakcją. 

- Nie  jest to jednak  lekarstwo na  brak  szacunku  i zaufania - odrzekła. - Nigdy ci  nie 

wybaczę sposobu, w jaki mnie tu zwabiłeś. Gdybym miała jakąkolwiek szansę, uciekłabym! 

Roześmiał się drwiącym, gardłowym śmiechem. 

- Kłamiesz  jak  z  nut,  moja  śliczna.  Miałaś  wszelkie  szanse,  by  stąd  wyjść.  I  nie 

przypominam  sobie,  bym  kiedykolwiek  tego  wieczoru  musiał  stosować  przymus  -  dodał  i 

roześmiał się cicho. 

Wiedziała, że Reid mówi prawdę, ale to tylko pogłębiało jej frustrację. 

- Dajże  już  spokój!  Dobrze  wiesz,  że  nie  zachowałeś  się  jak  dżentelmen,  ponieważ 

wykorzystałeś swoje... swoje większe doświadczenie, żeby mną manipulować. 

Cynicznie uniósł jedną brew. 

- Wygląda na to, że jesteś bardzo podatna na manipulację. 

- Och, nienawidzę... nienawidzę każdej minuty, którą tutaj spędziłam! - wybuchła. 

- Doprawdy? 

Nim  zdążyła  się  zorientować,  odsunął  stolik  i  podniósł  ją  z  krzesła  jak  piórko. 

Serwetka,  którą  trzymała  na  kolanach  spadła  na  podłogę  -  i  gdyby  w  ostatniej  chwili  nie 

przytrzymała ręcznika, również osunąłby się na ziemię. 

- Co ty wyprawiasz! - oburzyła się. 

- Znów  uciekam  się  do  manipulacji  -  poinformował  ją  ze  śmiechem.  -  To  najlepszy 

sposób, byśmy zbliżyli stanowiska. 

background image

Daremnie się broniła, bijąc go po ramionach i kopiąc. 

- To jedyna metoda, jaką znasz, prawda? - krzyczała, ale opór jej powoli słabł. Czuła, 

jak  wezbraną  falą  ogarnia  ją  pożądanie.  Natrętnie  stawał  jej  przed  oczami  obraz  Reida 

dotykającego  ją  z  wielką  czułością  i  oddaniem...  -  Puść  mnie  -  wykrztusiła  z  najwyższym 

wysiłkiem. 

- Z  największą  ochotą  -  powiedział.  Dotarli  już  do  sypialni  i  teraz  Reid  delikatnie 

układał ją na rozesłanym łóżku. 

- Czy jest jeszcze coś, co mógłbym dla ciebie zrobić, Penny? 

- z a p y t a ł . 

Tak, pokochaj mnie! - krzyczało jej serce. I patrz na mnie tak jak kiedyś, z ciepłem  i 

czułością.... 

Gdy  otworzyła  oczy,  spostrzegła  ze  zdziwieniem,  że  właśnie  w  ten  sposób  na  nią 

patrzył. Czyżby była to grą jej wyobraźni? 

Chciała  wierzyć,  że  w  zimnym  świetle  poranka  jego oczy  jarzyć  się  będą  taką  samą 

czułością... 

Nie zastanawiając się dłużej, zarzuciła  mu ręce  na szyję  i przyciągnęła go do siebie. 

Przez ulotną chwilę, gdy kołysał ją w swych mocnych ramionach, łudziła się nadzieją, że jest 

jeszcze przed nimi jakaś szansa. 

- To chyba jedyne miejsce, gdzie naprawdę się rozumiemy - wyszeptał, odrywając na 

chwilę usta od jej warg. 

- Nie sądzę, byś dbał o wzajemne zrozumienie - odparła. 

Spojrzał na nią zaniepokojonym, przenikliwym wzrokiem. 

- Dbam o to o wiele bardziej, niż myślisz - obruszył się. 

- I w gruncie rzeczy nie wierzę, że mnie tak bardzo nienawidzisz. 

Rozumiem, że przypominam ci o pewnych wydarzeniach, które wolałabyś wymazać z 

pamięci, ale to jeszcze nie powód, byś widziała we mnie potwora. 

Traciła  powoli  jasność  myśli,  ponieważ  pieszczoty  Reida  stawały  się  coraz  bardziej 

natarczywe. Ostatkiem woli zmusiła się do koncentracji. 

- A więc to wszystko moja wina - jęknęła z żalem. 

- Wcale tego nie powiedziałem. 

Gwałtownie potrząsnęła głową. 

- Ale przecież tak myślisz! - rzekła z wyrzutem. 

- Penny, przecież to ty ode mnie uciekłaś. Wolałaś ukryć się w Londynie, niż spojrzeć 

mi w twarz. 

background image

Mogłeś za  mną pojechać! -  myślała z  bólem w sercu. Przecież  mógł  ją odnaleźć, ale 

tego nie zrobił... Doszła do wniosku, że go bardzo rozczarowała i dlatego na dobre skończył z 

nią znajomość. 

- Och, puść mnie - błagała. - Pozwól mi odejść! 

Co on z nią wyprawiał! Była szalona, że mu na to pozwalała. 

To prawda, że pasowali do siebie pod względem  fizycznym,  ale  była przekonana, że 

wypadek sprzed lat wkrótce rzuci cień na ich szczęście... Szczęście? Czy naprawdę mogli być 

jeszcze szczęśliwi? Nie, życie jej rodziców udowodniło, że to nie było możliwe. 

- Teraz czy rano? - spytał jedwabistym tonem. 

Nagle ogarnęły ją tysiące wątpliwości. Wystarczy jedno, słowo... jedno słowo, a on ją 

uwolni. Dlaczego nic nie mówi? 

Dlaczego  nie  wypowie  tego  słowa?  Wspomnienia  dawnych  dni,  dawnych  nocy  były 

tak wyraźne... Czuła się oślepiona ich nadzwyczajną jasnością i pod wpływem rozbudzonych 

pragnień wyszeptała: 

- Rano, proszę... 

Wyciągnął się leniwie obok niej. 

- A widzisz? W tych sprawach rozumiemy się najlepiej. 

- Ale przecież to niczego nie zmienia - powiedziała niepewnie. 

- Oczywiście,  że  nie.  -  Ucałował  raz  jeszcze  jej  powieki,  a  potem  nakrył  ich  oboje 

miękką kołdrą i odsunął się nieznacznie na swoją stronę łóżka, pozostawiając tylko rękę czule 

przyciśniętą do jej piersi. 

Zamierzał usnąć? Powinna poczuć ulgę, lecz zamiast tego czuła dojmującą frustrację. 

Dlaczego właśnie teraz postanowił być jej posłuszny? 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Padało,  wielkie  krople  deszczu  rozbijały  się  na  szybie  z  głuchym  dźwiękiem. 

Zamglone  uliczne  latarnie  rzucały  wstążki  drgającego  światła,  w  którym  cały  krajobraz 

nabierał nierzeczywistego wyglądu. Zaludniały ten świat tajemnicze, ciemne postacią, a serce 

Penny biło w tym samym szalonym rytmie, co miotające się tam i z powrotem wycieraczki. 

Nagle  z  ciemności  za  szybą  wyłoniły  się  wielkie  rozdziawione  usta  o  złowieszczo 

błyskających  zębach.  Nie,  to  nie  były  usta...  Przypominały  raczej  przedni  pas  ogromnej 

ciężarówki. 

Z  gardła  Penny  wydostał  się  przeraźliwy  krzyk,  ponieważ  ciężarówka  minęła  ją  o 

włos. Jakby w proteście rozległy się wokół, dźwięki klaksonów, które zagłuszyły upiorny pisk 

hamulców. Samochód ślizgał się po mokrej jezdni i, mimo że kurczowo trzymała się fotela, a 

pasy uwierały ją w piersi, rzucało nią jak korkiem po oceanie. Po chwili nie miała już dokąd 

uciekać. Zobaczyła przed  sobą  ceglany  mur, który rósł  i rósł... W ostatniej chwili, gdy  była 

tuż  tuż,  mur  przemienił  się  w  potężną  dłoń  policjanta  regulującego  ruchem...  W  jednej 

sekundzie dłoń z  metalicznym  zgrzytem zamknęła się wokół niej  i  cały  świat przewrócił się 

do góry nogami. 

- Nie! - Obudził ją własny rozpaczliwy krzyk. 

Oszołomiona rozejrzała się po obcym wnętrzu. Gdzie się znajdowała? Powoli wracała 

pamięć.  Spędziła  tę  noc  w  apartamencie  Reida.  Posłanie  obok  niej  było  puste  i  gdyby  nie 

zgnieciona,  ciepła  jeszcze  poduszka,  mogłaby  sądzić,  że  wszystko  było  snem.  Z  żywym 

rumieńcem na policzkach przypomniała sobie, że tej nocy kochali się jeszcze kilkakrotnie. 

Była  wdzięczna  losowi,  że  oszczędził  jej  teraz  widoku  Reida.  Rozmawiał  przez 

telefon. Słyszała jego głos dobiegający z drugiego pokoju. Ze strzępów słów domyśliła się, że 

była to rozmowa o interesach. 

Twarz miała nadal wilgotną od potu i trzęsła się jak w febrze z powodu przerażających 

wrażeń, których doznała we śnie. Podkurczyła nogi i nakryła się szczelniej futrzaną narzutą, 

ale w żaden sposób nie mogła rozgrzać zziębniętego ciała. 

Dlaczego  akurat  tej  nocy  przyśnił  jej  się  wypadek?  -  zastanawiała  się  i  doszła  do 

wniosku,  że  lawinę  wspomnień  wywołał  film  pokazany  jej  poprzedniego  wieczoru.  Gdy 

przypomniała  sobie  wyraz  twarzy  Reida  podczas  projekcji,  serce  skurczyło  jej  się  z  bólu. 

Zrozumiała teraz, dlaczego w stosunku do niej odczuwał tak silny wstręt... Okazywało się, że 

background image

tylko  w  jednej  dziedzinie  mogła  go  zadowolić...  Zażenowana  miała  ochotę  schować  głowę 

pod kołdrę. 

Usiłowała  przypomnieć  sobie  szczegóły  snu.  We  śnie  przebieg  wydarzeń  nabierał 

dziwnej  jasności.  Nagły  skręt,  żeby  uniknąć  zderzenia  z  ciężarówką,  potem  uderzenie  w 

ceglany mur... Wypadki przesuwały jej się przed oczami jak żywe. 

I  tylko  jeden  problem  niezmiennie  ją  nurtował  -  we  śnie  nigdy  nie  siedziała  za 

kierownicą! 

Na  jawie  nie  była  wcale  pewna,  czy  ciężarówka naprawdę  istniała.  Być  może  był  to 

rodzaj  samoobrony,  chęć  wyjaśnienia  okoliczności  wypadku.  Uderzenie  w  głowę 

spowodowało zanik pamięci - we śnie widziała  jedynie oderwane obrazy, a gdy  budziła się, 

nawet one rozmywały się we mgle. 

Westchnęła  ciężko.  Żeby  tak  Reid  wrócił  do  sypialni,  objął  ją  silnym  ramieniem  i 

zapewnił, że wszystko w porządku! 

Jakże  tęskniła  teraz  do  pieszczoty  jego  rąk.  Ale  kochanie  się  z  nią  nie  było 

jednoznaczne z miłością.. .On jej nie kochał, i robienie sobie jakichkolwiek nadziei było taką 

samą fantazją jak sen, w którym zawsze obserwowała wypadek z miejsca dla pasażera. 

Reid  ciągle  rozmawiał  przez  telefon,  przemierzając  długimi  krokami  pokój  i  żywo 

gestykulując do niewidocznego rozmówcy. 

Penny  wślizgnęła  się  niepostrzeżenie  do  sąsiadującej  z  sypialnią  łazienki  i  wzięła 

prysznic. Gdy włożyła dżersejowy kostium i spojrzała w lustro, skonstatowała, że wygląda w 

nim całkiem świeżo. Świadoma była jednak plotek, które wywoła jej widok w takim samym 

stroju, w  jakim przyjechała tu wczoraj. Niech  sobie  ludzie gadają! Odkryła ze zdziwieniem, 

że właściwie niewiele ją to obchodzi. 

Czyżby i to było zasługą Reida? Wycisnął piętno na jej osobowości, podobnie jak na 

całym  jej  życiu.  I  pomyśleć,  że  zaledwie  tydzień  temu  wydawał  się  postacią  z  zamierzchłej 

przeszłości!  A  teraz  nie  mogła  nie  zauważyć  zachodzących  w  niej  zmian,  zarówno 

wewnętrznych, jak zewnętrznych. 

Gdy pojawiła się w pokoju, Reid właśnie skończył rozmowę. 

Przez dłuższą chwilę przyglądał jej się wzrokiem pełnym aprobaty. Stała zażenowana

gorączkowo  poszukując  słów  stosownych  do  sytuacji.  Cóż  jednak  mogła  powiedzieć 

mężczyźnie,  z  którym  spędziła  taką  namiętną  noc?  Spojrzenie  mu  w  oczy  było  dla  niej 

ogromnym wysiłkiem. Ale on widać nie miał żadnych oporów. 

- Wyglądasz dziś uroczo, Penny - odezwał się swobodnie. 

- Chodź, zjemy razem śniadanie. 

background image

Stolik,  nakryty  dla  dwóch  osób,  zastawiony  był  śniadaniowymi  przysmakami: 

świeżymi owocami i chrupiącym pieczywem, na którego widok ślinka napływała do ust. 

- Wcale nie czuję się „uroczo” - powiedziała tonem lekkiej wymówki. - Kostium mam 

pognieciony, a włosy w kompletnym nieładzie. Wyglądam jak czupiradło! 

- Wyglądasz  jak kobieta, która spędziła prawdziwie  namiętną  noc. Twoje opuchnięte 

usta  świadczą,  że  były  zachłannie  całowane,  a  oczy  błyszczą  tak,  że  mam  ogromną  ochotę 

odłożyć wszystkie sprawy na później i pozostać z tobą za zamkniętymi drzwiami. 

- Czy  mam cieszyć  się z  faktu, że zostałam wykorzystaną  jak zabawka? - odrzekła  z 

urażoną miną. 

Zmrużył  oczy,  ale  spod  opuszczonych  rzęs  widać  było  przeszywające  błyski  jego 

źrenic. 

- Kto tu mówi o wykorzystaniu? Nie wziąłem więcej, niż sam dałem. 

Usiadła naprzeciw niego, ale nie ośmieliła się spojrzeć mu w twarz. 

- Nie wypada mi zaprzeczyć, prawda? - rzekła nieśmiało. 

Czy on w ogóle miał pojęcie, ile ją kosztowało to wyznanie? 

- No, w końcu zdobyłaś się na odrobinę szczerości - skwitował. 

- Robimy postępy. 

Uniosła dumnie głowę i rzuciła mu wrogie spojrzenie. 

- Mylisz się - powiedziała zniecierpliwiona. - Nie będzie dalszych postępów. Sprawa 

zakończy  się  tu  i  teraz.  -  Gestem  odmówiła  kawy,  którą  jej  podsunął.  -  Dziękuję.  Marzę 

jedynie o tym, byś pozwolił mi wrócić do domu. 

Odstawił filiżankę i rzucił pogniecioną serwetkę na stół. 

,, - Odwiozę cię do Kangalumy - powiedział. 

- Nie musisz się trudzić, mój samochód stoi na dole. 

- Ach,  więc  znowu  to  samo.  -  Zaklął  pod  nosem.  -  Widzę,  że  łatwiej  ci  uciec,  niż 

przyznać, że ostatniej, nocy zaszło pomiędzy nami coś niezwykłego. 

- Przyznaję, kochaliśmy się - rzekła bezbarwnym głosem. 

- Ależ, nie! Kochaliśmy się wspaniałą, namiętną miłością. 

I w tym tkwi różnica! - dodał z ożywieniem. 

- Różnica polega tylko na doborze słów - odrzekła z uporem. 

- Przeżycie natury fizycznej nie oznacza jeszcze miłości. 

- A więc nie jesteś zadowolona? - Pytanie zabrzmiało cynicznie, drwiąco. 

- Przyznałam  już, że tak! - zawołała z rozpaczą. - Cóż więcej chcesz usłyszeć?  Mam 

oświadczyć,  że  jesteś  najlepszym  kochankiem  na  świecie?  Dobrze  wiesz,  że  w 

background image

przeciwieństwie do ciebie nie potrafię tego ocenić... - zająknęła się, ale było już za późno. Nie 

powinna mu niczego sugerować. 

- Przepraszam, nie powinnam tego powiedzieć. 

- Nie powinnaś - powiedział ostro, z naciskiem. 

A jednak nie zaprzeczył! Była więc jedną z wielu kobiet, z którymi spędzał podobne; 

namiętne  noce.  Przypomniała  sobie  nagle,  jak  Tonia  z  niezachwianą  pewnością  siebie 

twierdziła, że Reid się  z  nią  skontaktuje. Nie  miała prawa  być zazdrosna, a  jednak...  jednak 

bardzo ją to obchodziło. Och, jej uczucia były bardzo, bardzo pogmatwane! 

- Przecież cię przeprosiłam - powtórzyła. 

- I to wszystko? 

Czegóż więcej od niej chciał? 

- Czy przeprosiny nie wystarczą? - spytała gorączkowo pod wpływem natłoku myśli. 

Czyżby nie spostrzegł jej zdenerwowania? Miniona noc sprawiła jej dużo radości, ale 

równocześnie  jakiś  głos  wewnętrzny  kazał  jej  się  bronić  przed  związkiem  pustym, 

pozbawionym głębszych uczuć. 

Reid zwinnym jak pantera krokiem przeszedł wokół stolika. 

- Jeśli chodzi o ciebie, to nie wystarczą. - Powiódł dłonią po wrażliwym miejscu na jej 

karku. 

Rumieniec oblał jej policzki, a serce jakby znów obudziło się do życia. 

- Przestań - ledwie zdołała z siebie wykrztusić. 

- Nie mów tak. Dopiero zacząłem... 

Odgarnął  jej  włosy  na  bok,  pochylił  głowę  i  obsypywał  jej  kark  delikatnymi 

pocałunkami. Poczuła falę nagłego ciepła, od której osłabła. Gdy odchylił jej głowę do tyłu i 

przywarł do ust, oczy jej zalśniły szczęściem. 

Bezwiednie podniosła ręce do góry i objęła jego twarz. 

Oddając  mu  pocałunek,  westchnęła  z  rozkoszą,  ponieważ  nagle  opuściły  ją  wszelkie 

wątpliwości  i  opory.  Poddała  się  silnym  ramionom  Reida  i  jego  twardym  wargom  jak 

nieuchronnemu przeznaczeniu, jak sile wyższej, która rozwiązywała za nią jej problemy. 

Po chwili postawił ją na nogi; oszołomiona zdała sobie sprawę, że powoli zmierzają w 

stronę sypialni. 

- Dlaczego to robisz? - spytała, nagle odzyskując rozsądek i odsuwając się od niego. 

Zmarszczył brwi, lekko zniecierpliwiony. 

- Naprawdę nie znasz odpowiedzi? Pragnę cię  jak żadnej kobiety  na świecie, a twoje 

reakcje świadczą, że podzielasz moje pragnienia. 

background image

- Och,  mylisz  się! - zaprzeczyła odruchowo, a kłamstwo przepełniło  jej  serce gorzką 

rozpaczą. - Nawet mnie nie lubisz, a jeśli chodzi o moje uczucia do ciebie... 

- Nienawidzisz mnie? - powiedział z lekkim rozbawieniem i zaśmiał się cicho. 

- Przecież to oczywiste. 

- Oczywiste jest tylko to, że nienawidzisz, gdy doprowadzam cię do takiego stanu jak 

dziś... Ale dawniej było inaczej. 

Nie mogliśmy wytrzymać bez siebie ani chwili,, ponieważ razem potrafiliśmy wspiąć 

się na szczyty rozkoszy. 

Zatkała dłonią uszy. 

- Teraz wszystko się zmieniło. Przede wszystkim ja się zmieniłam. 

Nie  chciała  tego  słuchać,  nie  chciała,  by  przypominał  jej,  co  utraciła.  Przez  ostatnie 

pięć lat przechodziła istne katusze, napotykając wszędzie jego zdjęcia, i jednocześnie zdając 

sobie sprawę, że dla niej był dawno stracony. 

I właśnie dlatego postanowiła wyjechać za granicę. W dodatku Tonia zadzwoniła do 

niej  z  informacją,  że  Reid  postanowił  rozwiązać  umowę  z  agencją  reklamową,  w  której 

pracowała.  Nie  wierzyła  słowom  Toni,  aż  do  chwili  gdy  potwierdziła  je  prasa.  Zrozumiała 

wówczas, że wszystko stracone. 

Wyjechała więc do Londynu, nawet nie szukając z nim kontaktu. 

Reid błądził ręką po jej ciele, przyprawiając ją o rozkoszne dreszcze. 

- Nie  wszystko  się  zmieniło,  Penny  -  mówił  łagodnym,  przekonywającym  tonem.  

Nie utraciłaś zdolności całkowitego wyprowadzania mnie z równowagi. 

Na krótką chwilę w jej sercu zapłonął wątły promyk nadziei. 

Przypomniała sobie  jednak  szybko, że słowa Reida odnoszą się wyłącznie do reakcji 

fizycznych. 

- Proszę,  przestań  -  powtórzyła.  -  W  tych  okolicznościach  nie  możemy  być  już 

zaręczeni. 

W jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk. 

- Określ swoje warunki. Być może zechcę je spełnić. 

A  gdyby  mu  wyznała,  że  najbardziej  pragnie  jego  bezwarunkowej  miłości? 

Wyobrażała  sobie  ten  drwiący  uśmiech,  którym  zapewne  skwitowałby  te  nierozsądne 

pragnienia. 

- Chciałam  powiedzieć  -  poprawiła  się  -  że  już  dłużej  pod  żądnym  warunkiem  nie 

mogę  udawać.  Komedia  skończona,  Reid.  Media  straciły  zainteresowanie  tematem  szkoły, 

Suzie i ciebie. Możemy powrócić do rzeczywistości. 

background image

- Nie doceniasz zajadłości dziennikarzy - odrzekł po namyśle. 

- Podejrzanie krótkie zaręczyny rozbudzą ich dociekliwość. 

- Jak długo mamy jeszcze udawać? 

- Traktujesz to jak test na wytrzymałość, Penny? - zakpił. 

- Ostatniej nocy z pewnością o tym nie myślałaś. 

- Czy musisz mi stale o tym przypominać? - odwróciła zapłonioną twarz. 

- A ty musisz, stale ze mną walczyć? 

Tak, pomyślała. To był przecież  jedyny sposób zachowania pomiędzy  nimi pewnego 

dystansu. Musiała stale walczyć, żeby choć trochę oddalić moment nieuchronnej kapitulacji. 

Przez krótką, szaloną chwilę pozazdrościła Toni, że tyle lat pracowała u boku Reida, 

była jego prawą ręką i... kochanką. 

Nawet  teraz,  w  ferworze  słownej  potyczki,  ledwie  mogła  pohamować  ochotę 

zaprowadzenia go do sypialni... 

- Zawieź mnie do domu, proszę - szepnęła niemal błagalnie. 

Co  się  ze  mną  dzieje?  -  myślał  ze  złością  Reid,  włączając  się  do  ruchu  na  Military 

Road. Ostatecznie Penny  zgodziła  się,  by odwiózł  ją do domu, pod warunkiem  wszakże, że 

dziś jeszcze odprowadzi jej, samochód do, Kangalumy. 

Nie  wszystko  poszło  po  jego  myśli.  Zatrzymał  Penny  na  noc  poza  domem,  ale 

przecież nie miał zamiaru zachowywać się wobec niej jak szejk. Pomysł z zamknięciem drzwi 

zrodził się całkiem niespodziewanie. Właściwie, co też mu przyszło do głowy? 

Nie  miał  również  zamiaru  pokazywać  jej  tego  filmu,  aż  do  chwili  gdy  stracił 

cierpliwość. Gdyby tak obsesyjnie nie obstawała przy swojej wersji wydarzeń, nie narażałby 

jej na tę ciężką próbę. I siebie także, jeśli miał być szczery. 

Oglądanie filmu było dlań torturą trudną do zniesienia. 

Zastanawiał się nawet, dlaczego w ogóle zatrzymał tę kasetę. 

Czyżby jako groźne memento? Gdy oglądał film po raz pierwszy jako kilkunastoletni 

chłopiec,  kipiał  tak  wielką  wściekłością,  że  mógłby  zabić...  Na  szczęście  znalazł  ujście  dla 

rozładowania młodzieńczego buntu na koncertach; potem w studiu nagrań. W końcu zamiast 

zabijać - podbił świat biznesu. 

Teraz gotów był podjąć nowe wyzwanie. 

Posiadanie własnego domu miało zwieńczyć sukces. Kangaluma, pomyślał z radością 

w sercu. Niczego bardziej nie pragnął. 

Zerknął na Penny, która siedziała obok skulona na fotelu i zapatrzona w szpaler drzew 

oddzielający drogę od oceanu. 

background image

Wyglądała  tak  krucho  i  bezbronnie...  Ostatniej  nocy  dała  się  poznać  z  całkiem  innej 

strony, pomyślał. Czuł jeszcze zadrapania na plecach, będące widomym dowodem burzliwej 

namiętności, którą razem przeżyli. 

Ciekawe, co też by powiedziała, gdyby je nagle zademonstrował jej? Pewnie zrobiłaby 

się purpurowa ze wstydu. 

Z pewnością nie miała pojęcia o ranach, które zadała. I to nie tylko na ciele, pomyślał 

z goryczą. 

Zlecił dokonanie wyceny  Kangalumy, z  myślą  że Penny  później  sprzeda  mu dom. Z 

początku pomysł wydawał się całkiem logiczny. Przekonywał nawet samego siebie, że działa 

dla jej dobra... Właściwie, kiedy zaczął ponownie rozważać ten problem? 

- Spodziewałaś się gościa? - spytał, widząc srebrnoszarego mercedesa zaparkowanego 

przed domem. 

- To chyba samochód Jo! - zawołała ze zdziwieniem. 

- Przecież zamierzali spędzić w Azji jeszcze kilka tygodni... 

- Może miała dość podróżowania i postanowiła wrócić wcześniej? - zasugerował. 

- Możliwe - rzekła bez głębszego przekonania. - Mam tylko nadzieję, że nie czeka od 

dawna...  -  Na  myśl  o  tym,  że  Jo  dowie  się,  z  kim  spędziła  noc,  przeszły  ją  ciarki.  Znów 

poczuła się małą dziewczynką, która musi tłumaczyć się przed starszą siostrą. 

- Czy ona ma klucz? 

- Nie zapominaj, że połowa domu do niej należy. Lepiej już wejdę do środka i dowiem 

się, co się stało. 

Położył jej dłoń na ramieniu, jakby chciał ją pokrzepić. 

- Być może nic - opowiedział. 

- Nie znasz mojej siostry - odparła z powątpiewaniem. 

- Tylko trzęsienie ziemi może ją zmusić do zmiany planów. 

- Porozmawiam przez chwilę z ekipą budowlaną - rzekł taktownie i otworzył jej drzwi. 

- Będziesz mogła pobyć z siostrą sam na sarn. 

- D z i ę k i - obdarzyła go uśmiechem pełnym zrozumienia. 

- Może masz rację? Pewnie nic się nie stało. 

Jednak  widząc  zmarszczoną  twarz  siostry,  szybko  zmieniła  zdanie.  Gdy  Penny 

pojawiła się w drzwiach kuchni; Jo właśnie przygotowywała kawę. 

- Gdzie byłaś? Okropnie się denerwowałam. 

background image

Penny z trudem powstrzymała uwagę, że  ma  już dwadzieścia  sześć  lat i  nie  musi się 

przed nikim usprawiedliwiać. Od czasu śmierci matki Jo opiekowała się siostrą i nawet teraz 

trudno jej było wypaść z roli. 

- Nie było mnie tu ostatniej nocy - wyjaśniła Penny niechętnie. 

- Przez całą noc? Och, Pen, mam nadzieję, że jesteś ostrożna! 

- O której przyjechałaś? - Penny pospiesznie zmieniła temat. 

- Około siódmej rano. Na szczęście miałam klucz. - Podała Penny filiżankę z parującą 

kawą. 

- Czy  coś  się  stało?  -  spytała  Penny.  -  To  niepodobne  do  ciebie,  byś  bez  ważnego 

powodu zmieniła plany. - Roześmiała się nerwowo. - Gdy byłyśmy małe, tata zawsze mówił, 

że według twojego rozkładu zajęć można regulować zegarek. 

Jo uśmiechnęła się kwaśno i sięgnęła po torebkę. Wyjęła stamtąd wycinek z gazety i 

podała go siostrze. 

- Przyjechałam z tego powodu - powiedziała z wyrzutem. 

- Och! - jęknęła Penny. To był artykuł z magazynu „Inside” ze zdjęciem Reida i Suzie, 

którym usiłowano wywołać skandal. Nigdy jej w głowie nie postało, że „Inside” może dotrzeć 

aż do Azji! 

- Wiem, do czego jest zdolny ten szmatławiec, ale w niczym nie umniejsza to szoku, 

jakiego  doznałam,  gdy  zobaczyłam  Suzie  wplątaną  w  podobną  historię!  -  ciągnęła  Jo 

histerycznym tonem. - Co tu się dzieje, Pen? 

- Och,  to  wszystko  bzdury  -  zapewniła  ją  siostra.  -  Reid  wyszedł  naprzeciw 

programowi szkoły i został opiekunem artystycznym Suzie. To wszystko. 

- Ręczę  za  prawdziwość  słów  Penny  -  rozległ  się  z  tyłu  dźwięczny  baryton,  i  Reid 

zamaszystym krokiem wszedł do kuchni. 

Przybycie  Reida  musiało  wytrącić  Jo  z  równowagi,  ponieważ  umilkła  nagle  jak 

spłoszony ptak. 

- Zapewne jesteś siostrą Penny, Joanną? Nazywam się Reid Branden. - Podał jej rękę. 

- Branden... - powtórzyła Jo jak echo. 

Penny  nigdy  przedtem  nie  widziała  starszej  siostry  w  stanie  tak  kompletnego 

zdumienia.  Poczuła  nieoczekiwany,  niczym  nie  uzasadniony  dreszcz  dumy.  Przez  jedno 

krótkie uderzenie serca żałowała, że nie jest naprawdę zaręczona z Reidem Brandenem. Jego 

osoba wywierała silne wrażenie na kobietach. Jak widać, nie wyłączając jej siostry. 

background image

W nienagannie skrojonym garniturze wyglądał jak ucieleśnienie sukcesu i życiowego 

doświadczenia.  Od  pierwszego  wejrzenia  wzbudzał  zaufanie,  i  Jo  z  pewnością  zdążyła  już 

pożałować swej nieuzasadnionej podejrzliwości. 

Reid spojrzał ukradkiem na Penny i... puścił do niej oko. 

Czyżby jej się zdawało? Musiała chyba śnić! 

- Gratuluję wybitnie utalentowanej córki - zwrócił się do Jo. - Penny opowiadała  mi, 

że  osobiście  zachęcałaś  Suzie  do  włączenia  się  w  szkolny  program  współpracy  ze  znanymi 

muzykami. 

Jo dławiło w gardle. 

- A więc... a więc to ty jesteś jej muzycznym opiekunem? 

- wykrztusiła. - Nie zwierzała mi się, do kogo zamierza napisać. 

- Pewnie sądziła, że jej odmówię i nie chciała cię martwić. 

Ale napisała wspaniały, uroczy list, który mnie zafrapował. 

A  kiedy  ustaliłem,  kim  jest  jej  ciotka...  -  zrobił  artystyczną  pauzę  i  spojrzał  ciepłym 

wzrokiem na Penny. 

- Czy to oznacza, że Penny... - Jo wyglądała, jakby za chwilę miała zemdleć. - Że wy 

dwoje... 

- Właśnie tak! - Reid przeciął jej wątpliwości. - Być może wiesz, że poznaliśmy się z 

Penny, nim wyjechałem do Ameryki. 

- Owszem, ale nie zdawałam sobie sprawy, że do siebie wróciliście. Po tylu latach... 

- Spotkaliśmy  się,  by  porozmawiać  o  talencie  Suzie,  i  tak  to  się  zaczęło.  To  zdjęcie 

zostało zrobione w dniu, w którym podjęliśmy decyzję o ogłoszeniu  naszych zaręczyn. Jeśli 

reporter  „Inside”  poczekałby  jeszcze  kilka  sekund,  zobaczyłby  Penny  niosącą  tacę  z 

szampanem... Dla Suzie, oczywiście, wodę - dodał z lekkim uśmiechem. 

- Oczywiście - przytaknęła Jo machinalnie - . - Doprawdy nie wiem, co powiedzieć... 

Jestem bardzo szczęśliwa z waszego powodu. Wiesz przecież, Penny, jak dobrze ci życzę... 

- Wiem - potwierdziła Penny bez chwili wahania. 

Czasami  Jo  zbyt  przejmowała  się  rolą  starszej  siostry  i  stawała  się  nieznośna,  ale  w 

głębi duszy nieustannie pragnęła dla Penny największego szczęścia. Poprzedni jej związek z 

Reidem aprobowała z głębi  serca, a po zerwaniu okazała wiele delikatności, unikając  na ten 

temat jakichkolwiek rozmów i aluzji, za co Penny była jej niezmiernie wdzięczna. 

Teraz  Jo  była  w  widoczny  sposób  dumna  ze  swojej  młodszej  siostry,  a  Reid 

całkowicie  ją  oczarował.  Penny  nie  potrafiła  obronić  się  przed  uczuciem  satysfakcji  z  tego 

powodu, mimo że we własnych oczach zasługiwała na miano oszustki. 

background image

Gdy cała ta mistyfikacja się skończy, będzie miała wiele do wyjaśniania, teraz jednak 

korzystała z niezasłużonej aprobaty i - o dziwo - było jej z tym dobrze. 

Jo  pozbierała  się  już  po  doznanym  wstrząsie  i  wskazując  na  prasowy  wycinek, 

oświadczyła z dostojnym spokojem: 

- Przykro mi, że zareagowałam tak ostro. Ale zrozumiesz moją reakcję, Penny, kiedy 

sama zostaniesz matką. Chciałam chronić Suzie. 

- Nie  zagrażało  jej  żadne  niebezpieczeństwo  -  zapewnił  Reid.  -  To  wszystko  tylko 

wymysły dziennikarzy brukowej prasy. Wierzę, że udało nam się rozwiać twoje obawy. 

- Oczywiście,  Reid.  I  dziękuję  ci  za  pomoc.  -  Pochyliła  się  do  przodu  i  dodała:  - 

Prawdę  mówiąc,  chciałam  i  tak  już  wracać  do  domu.  Dla  mnie  w  Azji  jest  zbyt  tłoczno  i 

głośno... Andrew uwielbia tę atmosferę i postanowił jeszcze tam zostać. 

Reid  objął  ramieniem  Penny;  poddała  mu  się  bez  sprzeciwów,  musiała  przecież 

udawać spokojną i zadowoloną. 

- Doskonale  to  rozumiemy,  nieprawdaż,  Penny?  Wróciłaś,  Joanno,  we  właściwym 

czasie, by pomóc Penny w przygotowaniach do ślubu. 

Jo uśmiechnęła się z aprobatą, podczas gdy Penny zaczynała się w środku burzyć. Jak 

śmiał wciągać jej siostrę w plany, które nigdy nie miały być zrealizowane! 

- Zbyt wcześnie o tym mówić - wycedziła. - Jo dopiero przyjechała... 

- Obawiam się, że masz rację, Penny. - Jo lekko skinęła głową. - Muszę pojechać teraz 

do domu, żeby ochłonąć po podróży. Potem jednak z przyjemnością dam się oprowadzić po 

domu. Widzę, że wraca do życia... - uśmiechnęła się przyjaźnie do siostry - podobnie jak ty, 

Penny. 

- Renowacja to mój pomysł - wtrącił szybko Reid, widząc, że Penny nie potrafi ukryć 

zażenowania  takim  obrotem  rozmowy.  -  Chciałem  wynająć  dom,  więc  modernizacja 

wydawała się konieczna. 

- A nowy, wspaniały wygląd Penny, czy to również twoje dzieło? - Jo nie dała się tak 

łatwo odwieść od tematu. 

Reid czulę ujął dłoń Penny i powiedział; 

- Mam taką nadzieję. 

Jo wyglądała na ukontentowaną. 

- Muszę  już  uciekać.  Zabiorę  Suzie  ze  szkoły,  a  jutro  przyjedziemy  tu  razem  po  jej 

rzeczy. Och, nie mogę się już doczekać, by ją zobaczyć! 

Ledwie zamknęły się drzwi za jej siostrą, Penny zwróciła się do Reida z wyrzutem: 

- Jak mogłeś! 

background image

- A cóż takiego zrobiłem? - zdziwił się z olimpijskim spokojem. 

- Jak mogłeś mówić o ślubie, do którego nigdy nie dojdzie! 

- Mogłaś mnie sprostować, moją droga - zauważył z irytującą pewnością siebie. 

Dlaczego tego nie uczyniła? 

- Jeślibym zaprzeczyła - tłumaczyła się niepewnie - Jo mogłaby mieć wątpliwości, czy 

mówimy prawdę w sprawie Suzie. 

- Właśnie.  -  Skinął  głową.  -  A  teraz,  jeśli  już  zakończyłaś  wymówki,  chodź,  chcę  ci 

coś pokazać. 

Poprowadził  ją  przez  hol,  który  po  odświeżeniu  drewnianej,  rzeźbionej  boazerii 

wyglądał  niezwykle  wytwornie.  Reid  szeroko  otworzył  masywne  drzwi  do  jadalni  i  oczom 

Penny ukazał się opromieniony słonecznym blaskiem pokój. 

- Och, Boże! - wyrwało jej się z piersi. 

W oczach Reida pojawił  się  błysk triumfu. Pokój został kompletnie odrestaurowany. 

Ciemnozielone ściany okalał nieco jaśniejszy fryz przedstawiający kiście winogron. Podobny 

motyw występował w elementach stolarki, w dekoracji stylowego kominka i żyrandola. 

Uwagę  Penny  przykuł  zabytkowy  fresk.  Nie  widziała  go  czas  dłuższy,  ponieważ  w 

jadalni  pracowali  robotnicy  i  nie  mogła  tu  wchodzić.  Fresk,  oczyszczony  i  odrestaurowany, 

odzyskał  niegdysiejszy  blask.  Wizerunek  Syriusza  pokonującego  fale  w  podmuchach 

potężnego wiatru był jak żywy. 

- Jak tego dokonałeś? - spytała zaskoczona. 

- Wynająłem konserwatorów, którzy pracowali tu dzień i noc pod osłoną innych prac 

renowacyjnych. - W głosie jego dźwięczała nie ukrywana satysfakcja. 

Penny  poczuła  w  ustach  smak  goryczy.  A  więc  przymierzał  się  do  pozostania  tu  na 

stałe! - myślała gorączkowo. 

Chciał ją pozbawić Kangalumy! 

- Ukartowałeś to wszystko, czyż nie? - kipiała z furii. 

- Chcesz przywłaszczyć sobie mój dom... To dlatego zmusiłeś mnie, bym spędziła noc 

w twoim apartamencie! 

- Nie bądź śmieszna, Penny. 

- Doprawdy? W takim razie przyrzeknij, że odjedziesz z Kangalumy, gdy cała ta farsa 

się skończy. 

Przez chwilę obserwował ją czujnym, wyczekującym spojrzeniem. 

- Nigdy,  nie  ukrywałem,  że  pragnę  albo  tego  domu,  albo  jego  pięknej  właścicielki  - 

odezwał się wreszcie z lekkim zniecierpliwieniem. 

background image

Chciała  gwałtownie  zaprotestować,  ale  słowa  więzły  jej  w  gardle.  Potrząsnęła  tylko 

bezradnie  głową,,  a  w  oczach  jej  błysnęły  łzy.  Po  chwili  opanowała  się,  wyprostowała 

ramiona. 

- Żadne z nas nie jest na sprzedaż i dobrze o tym wiesz - oświadczyła. - Suzie, jak się 

domyślasz, wraca już do domu, nie ma więc powodu przedłużać naszych zaręczyn. Uważam, 

że możemy je zakończyć teraz. Postaram się znaleźć sposób, żeby zapłacić ci za renowację - 

dodała z godnością. 

Podszedł  do  niej  i  objął  ją  ramieniem.  Ostatkiem  sił  zmusiła  się  do  zachowania 

spokoju i kamiennego wyrazu twarzy. 

- Tylko  jedną  formę  zapłaty  zaakceptuję  -  powiedział  czułym  tonem.  -  Będzie  nią 

twoja dalsza współpraca. 

A więc postawił ją przed wyborem - utratą domu lub szacunku do samej siebie. 

- Nie możesz tego ode mnie żądać - powiedziała. 

- Ja o to proszę... - Dotykał kciukiem pulsu na jej szyi i z satysfakcją Wyczuwał jego 

szalone  bicie. - Na zewnątrz taka wojownicza, a  w środku tak bardzo namiętna... Stanowisz 

przedziwną mieszankę, moja mała czarodziejko. 

- Pod żadnym względem nie jestem twoja. Do licha, puść mnie! 

- Puszczę  cię,  jak  to  określasz,  dopiero  po  tym,  jak  wystąpisz  w  charakterze  mojej 

narzeczonej  na  ceremonii  wręczania  nagród.  Dokładnie  tydzień  później  przepiszę  na  ciebie 

swój udział w Kangalumie, zgoda? 

Dwa tygodnie. Zapewne uda jej się wytrzymać jeszcze dwa tygodnie. Być może miał 

rację, wspominając o niebezpieczeństwie, jakie wiązało się ze zbyt pośpiesznym zerwaniem. 

Poza  tym  jest  jeszcze  Suzie,  która  tak  bardzo  cieszy  się  z  możliwości  publicznego 

występu... 

- W porządku, zgoda - ustąpiła. 

- Mądra decyzja. 

Wydawało  jej  się,  że  wieki  minęły,  gdy  wreszcie  oderwał  od  niej  ręce.  Chwiejnym 

krokiem udała się do kuchni, tocząc ze sobą wewnętrzną walkę. Zgodziła się na jego warunki, 

wiedząc  jednocześnie,  że  powinna  z  nim  walczyć  do  ostatniego  tchu.  Ta  walka  stawała  się 

coraz trudniejsza. Określił jej ustępliwość mianem mądrej decyzji, ale ona czuła wewnętrznie, 

że popełniła największy życiowy błąd. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Ceremonia  wręczenia  nagród  muzycznych  zbliżała  się  szybko,  a  Penny  z  każdym 

dniem  czuła  się  coraz  bardziej  zdenerwowana.  Pojawienie  się  tam  u  boku  Reida,  gdy  oczy 

wszystkich zebranych będą na nich zwrócone, napawało ją zrozumiałym przerażeniem. 

- Nie  mam  odpowiedniego  stroju  -  powiedziała,  uciekając  się  do  starej  kobiecej 

wymówki. 

Uśmiechnął się ze zrozumieniem. 

- Czy to jedyny powód twoich obiekcji? - spytał. 

- Tak... - odrzekła bez przekonania. 

Prawdziwym  powodem  była  przecież  osoba  Reida.  Zdążył  już  ją  poinformować,  że 

przyjęcie z tej okazji przeciągnie się zapewne do białego rana i w związku z tym zamówił dla 

nich  apartament  w  hotelu.  Nie  miała  cienia  wątpliwości,  że  nie  zarezerwował  dwóch 

oddzielnych  pokojów.  Starała  się  bezskutecznie  przekonać  samą  siebie,  że  ją  to  niewiele 

obchodzi. 

Reid nakreślił kilka słów na wizytówce, którą jej podał. 

- Aloys to mój przyjaciel ze Stanów - wyjaśnił. - Z pewnością wybawi cię z kłopotu. 

Oczy  Penny  rozszerzyły  się  ze  zdumienia.  Aloys  Gada,  jeden  z  najsłynniejszych 

amerykańskich  kreatorów  mody,  przebywał  teraz  w  Sydney  w  związku  z  imprezą 

dobroczynną. 

Jak donosiła prasa, przywiózł ze sobą niedużą, ekskluzywną kolekcję. 

- Nie stać mnie na takie kreacje - oświadczyła Penny, patrząc podejrzliwie na Reida. 

Uśmiechnął się lekko i wyjął z portfela amerykańską kartę kredytową. 

- Potraktuj to jako inwestycję z mojej strony - powiedział, wręczając jej kartę. 

W pierwszej chwili wpadła we wściekłość. 

- Podobną inwestycję jak tę, którą robisz w Kangalumie? 

- rzuciła z pasją. - Czy masz zamiar kupić mnie razem z moim domem?. 

- Trudno  powiedzieć,,  by  z  twoim  domem  mi  się  to  udało  -  zripostował,  zaciskając 

usta. 

To prawda, pomyślała. Za dwa tygodnie przepisze na nią swoje udziały w posiadłości 

i  cała  sprawa  dobiegnie  szczęśliwego  końca.  Szczęśliwego?  Takie  zakończenie  sporu 

satysfakcjonowało ją mniej, niż się spodziewała. 

Wzięła zaoferowaną jej kartę kredytową. 

background image

- Skoro  lubisz  wyrzucać  pieniądze,  nie  będę  się  z  tobą  spierać  -  skwitowała  tonem 

wyższości. - Poza tym przynajmniej tego, wieczoru nie będziesz musiał się mnie wstydzić. 

Oczy Reida zwęziły się ze złości. Kurczowo zaciśnięte dłonie schował w kieszeniach 

spodni. 

- Dlaczego uważasz, że miałbym się ciebie wstydzić? - zapytał gniewnie. 

Przecież nie mógł być z niej dumny! Miała wrażenie, że wcale go nie obchodziła. 

- Och, tak tylko mi się powiedziało - rzuciła obojętnie. 

- W  takim  razie  postaraj  się  nie  pleść  trzy  po  trzy.  -  Głos  Reida  zabrzmiał 

nadspodziewanie groźnie. 

- W przeciwnym bowiem razie, co zrobisz? Dasz mi w skórę? - obruszyła się. 

- Nie  boisz  się  podsuwać  mi  tak  niebezpiecznych  pomysłów?  -  Jego  oczy  rzucały 

ostrzegawcze błyski. 

- Sam jesteś wystarczająco pomysłowy... 

- Pragnę ci przypomnieć, że kilka dni temu moja pomysłowość bardzo ci odpowiadała 

- rzucił jakby od niechcenia. 

Jakiś  intrygujący  błysk  w  jego  oczach  i  lekkie  skrzywienie  ust  sprawiło,  że 

wstrzymała  oddech.  Wspominała  wydarzenia  tamtej  nocy,  do  których  z  pewnością  teraz 

nawiązywał, częściej niż sama chciała się do tego przyznać. I mimo najszczerszych chęci nie 

potrafiła  sobie  wmówić,  że  była  wówczas  jedynie  biernym  uczestnikiem  wydarzeń.  Ta 

świadomość ją przerażała. 

- Z  pewnością  tak  by  nie  było,  gdybym  wiedziała,  że  realizujesz  plan  Wyciągnięcia 

mnie  na  noc z  Kangalumy - odparta z wyrzutem. - W tym czasie wprowadzałeś w czyn tak 

zwane inwestycje, które w konsekwencji miały pozbawić mnie domu! 

- Twoja interpretacja wydarzeń zasadniczo różni się od mojej... 

- ...która, oczywiście, jest jedyną słuszną interpretacją - dopowiedziała zajadle. 

- Posłuchaj, Penny, co do jednej sprawy z pewnością się nie mylę - rzekł spokojnie. - 

Jeśli tamta sytuacja by się powtórzyła, zareagowałabyś tak samo jak poprzednio. 

Nie była w stanie zaprzeczyć. Może dlatego, że nie potrafiła kłamać komuś prosto w 

oczy? 

- Wychodzę  po  zakupy  -  powiedziała  z  całą  godnością,  na  jaką  było  ją  stać, 

przecinając tym samym wszelką dalszą dyskusję. 

Gdy zamykała za sobą drzwi, nadal słyszała jego drwiący śmiech. Drogo za to zapłaci, 

pomyślała mściwie. 

background image

Aloys  Gada  wynajmował  luksusowy  apartament  w  hotelu  z  widokiem  na  ocean. 

Nazwisko Reida podziałało jak magiczne zaklęcie i jeszcze tego poranka Penny umówiła się 

na wizytę. 

Dwie  godziny  później  opuściła  mistrza  oszołomiona,  ale  triumfująca.  Wprost  nie 

mogła uwierzyć, że właśnie wydała kilka tysięcy dolarów na jedną czarną suknię. Za to jaką! 

Ta  kreacja  wprost  zapierała  dech  -  od  przylegającej  do  ciała  góry,  która  opinała  jej  smukłą 

talię jak ciasny futerał, aż po wirujący wokół kostek dół wykończony jedwabną koronką. 

Penny  czuła  się  trochę  skrępowana  jedynie  głębokim  dekoltem  w  szpic, 

wykończonym  brylancikami,  które  schodziły  aż  do  pasa  niczym  błyszcząca,  mieniąca  się 

wstęga. 

- Czy  nie  uważa  pan,  że  jest  trochę  zbyt  śmiała?  -  spytała  niepewnie  sławnego 

projektanta. 

- Niczego nie odsłania, jedynie prowokuje - rzekł poważnie. 

- Zaufaj  mi.  Reid  Branden,  jak  również  wszyscy  goście  na  sali,  nie  będą  mogli 

oderwać, od ciebie wzroku. 

Ta  perspektywa  wcale  nie  dodawała  animuszu.  To  było  jak  igranie  z  ogniem...  Do 

licha z Reidem! Dlaczego tak bardzo liczyła się z opinią tego mężczyzny! W 'sukni czuła się 

świetnie, dodawała jej pewności siebie, a właśnie tego potrzebowała, by bez żenady spojrzeć 

w twarz tłumnie zgromadzonym widzom. Jeśli  Reid  będzie  miał kłopoty z  samokontrolą, to 

przecież nie będzie jej wina. 

Wątpliwości ogarnęły ją znów, gdy Reid zapukał do drzwi i zakomunikował, że czas 

jechać.  Skończyła  właśnie  czesać  włosy  -  zawiązała  je  w  węzeł  na  karku,  pozostawiając 

wokół  twarzy  kilka  luźnych,  wijących  się  kosmyków.  To  dodawało  kokieterii  i  łagodziło 

surowość fryzury. Przyjrzała się sobie krytycznie. Cóż, brakowało jedynie biżuterii. Posiadała 

tylko  sztuczną,  która  zupełnie  nie  pasowała  do  prawdziwych  brylantów  upiększających 

suknię, postanowiła więc nic nie zakładać. 

- Mam  nadzieję,  że  jesteś  zadowolony  ze  swej  inwestycji  -  powiedziała  do  Reida, 

nerwowo oblizując usta świeżo pomalowane karminową szminką. 

Mierzył ją od stóp do głów z wyraźnym zadowoleniem. 

Potem powiódł delikatnie palcem po mieniącym się obrzeżeniu koronki. 

- Jestem więcej niż zadowolony - powiedział namiętnym głosem, który przyprawił ją o 

dreszcz. - Być może zapomnę nawet o nagrodach... 

- Nie...  nie  możemy...  -  zaprotestowała,  dobrze  rozumiejąc  aluzję.  -  Przecież  sam 

mówiłeś, że jesteś głównym sponsorem imprezy... 

background image

- I to właśnie daje mi możliwość wyboru, czy będę uczestniczyć w ceremonii, czy nie 

- zauważył z uśmiechem. 

Teraz  żałowała,  że  wybrała  właśnie  tę  suknię.  Wyglądała  w  niej  wyzywająco.  Jakże 

mogła być tak nieroztropna! 

- Mam pomysł - przypomniał sobie. - Poczekaj chwilę. 

Zaintrygowana wykonała polecenie. Co miał zamiar zrobić? 

Wrócił tak szybko, że nie zdążyła zastanowić się nad tym głębiej. 

Podał jej aksamitne pudełko. 

- Załóż je - poprosił. 

Gdy  drżącymi  palcami  otworzyła  pudełko,  jej  oczom  ukazała  się  para  kunsztownie 

oprawionych w złoto brylantowych kolczyków w kształcie łez. Serce zabiło jej gwałtownie. 

- Ależ, nie mogę tego przyjąć... Są zbyt kosztowne. 

- Nawet jeśli to prezent od kochającego narzeczonego? 

W uszach Penny te słowa zabrzmiały jak drwina. 

- Nie, nie założę ich. 

- Suknia  i  kolczyki  stanowią  komplet  -  odrzekł.  -  Albo  je  założysz,  albo...  Albo  nie 

założysz nic. Wybieraj! 

- W takim razie pójdę na bankiet tylko w samej bieliźnie! 

- oświadczyła buńczucznie. 

Popatrzył na nią tak, jakby domyślał się, jak skąpo była odziana pod spodem. 

- To  rzeczywiście,  wspaniały  pomysł.  Obawiam  się  jednak,  że  w  tym  stroju  nie 

doszłabyś dalej jak do drzwi. 

Te  prowokujące  słowa  rozbudziły  jej  zmysły.  Palce  drżały  jej  jak  w  febrze;  usiłując 

wyjąć kolczyk, upuściła go. 

Podniósł go i wziął do ręki drugi. 

- Pozwól, proszę... 

Gdy wpinał kolczyk w jej ucho, a potem, gdy odsuwając rękę, musnął jakby niechcący 

jej policzek, ogarnęła ją przemożna chęć odwrócenia głowy i dotknięcia wargami jego dłoni... 

Ten niespodziewany kaprys był tak silny, że opanowując się, miała w oczach łzy. 

- Czyżbyś była rozczarowana, że wychodzimy? - spytał prowokacyjnie: 

- Oczywiście, że nie... - Uwaga Reida przywróciła ją do rzeczywistości. - Im szybciej 

przez to przebrniemy, tym lepiej dla nas. 

Podał jej torebkę - cudo z mięciutkiej, koźlej skóry, doskonale dobrane do sukni. 

- Zgadzam się z tobą w zupełności, jednak z całkiem innych powodów. 

background image

Jakie miał powody? Mogła tylko zgadywać. 

Największe  sławy  świata  muzyki  i  filmu  wysiadały  z  połyskliwych  limuzyn  i  po 

czerwonym dywanie wchodziły do hotelu. Policja chroniła dostojnych gości przed szalejącym 

na zewnątrz tłumem wielbicieli. 

Penny szła obok Reida, jego mocne jak granit ramię dodawało jej odwagi. Cieszyła się 

w duchu, że Jo zdążyła już wprowadzić córkę za kulisy, żałowała zaś, że sama jakimś cudem 

nie może stąd uciec. Reid wyjaśnił, że Suzie potrzebuje jej wsparcia. Nie powiedział jednak, 

że także on sam jej potrzebuje, zauważyła z goryczą. 

- Doskonale dajesz sobie radę - szepnął jej do ucha. 

Uśmiechnęła się w stronę kamer jak zawodowa aktorka. 

- Oto  sam  wielki  Reid  Branden  w  towarzystwie  narzeczonej  -  zewsząd  dochodziły 

głosy. 

Mimo  woli  rozpierała  ją  duma,  gdy  spoglądała  w  górę  na  przystojną  twarz  Reida. 

Dlaczego  przedtem  nie  zauważyła,  że  gdy  się  uśmiechał,  na  jego  policzku  robił  się  mały 

dołeczek? 

Ani eleganckiego zarysu ciemnych  brwi, które podkreślały głęboko osadzone oczy o 

fascynującym wyrazie? 

Dręczyła  ją  i  podniecała  zarazem  świadomość,  że  nad  ranem  pójdą  razem  do 

wynajętego apartamentu hotelowego. 

Była tak zajęta myślami, że ledwie spostrzegła, jak przekroczyli próg foyer i znaleźli 

się w sali bankietowej. 

Zdawało się, że wszyscy naraz chcą rozmawiać z Reidem. 

Penny znała tu niewiele osób: kilka sławnych postaci ze świata reklamy, Aloysa Gada, 

który uśmiechał się teraz do niej szerokim, aprobującym uśmiechem oraz  mniej przychylnie 

usposobioną Tonie Rigg. 

- Miło mi cię widzieć, Toniu - odezwała się Penny, gdy się mijały. - Jak się miewasz? 

Tonia upiła łyk szampana. 

- Jak  widzisz,  doskonale.  Jestem  tu  z  Jimem  Carringtonem  z  wytwórni  Carrington 

Records. Mam nadzieję, że zostanę jego osobistą asystentką. - Roześmiała się dźwięcznie. 

Penny  poczuła  ulgę,  gdy  Reid  podprowadził  ją  do  innego  towarzystwa.  Tonia 

wyglądała na podminowaną i zachowywała się dziwnie gorączkowo. Szampan, jak widać, nie 

zdołał ukoić jej nerwów. 

background image

Ceremonię rozdania nagród, transmitowaną bezpośrednio przez telewizję, uświetniały 

występy młodych talentów. Penny poczuła dreszcz dumy, gdy Suzie w białej, długiej sukni, w 

której wyglądała jak prawdziwy anioł, stanęła w światłach rampy. 

Nim zaczęła grać, poszukała wzrokiem Penny, która dyskretnie uniosła rękę do góry z 

zaciśniętym kciukiem. Suzie podbudowana tym gestem odważnie uniosła głowę i rozpoczęła 

grę.  To  był  piękny,  wzruszający  utwór  Mozarta,  który  w  wykonaniu  młodej  klarnecistki 

zahipnotyzował słuchaczy. 

Reid miał rację, Suzie zasługiwała na tę szansę, może nawet bardziej niż inni. 

Miała  zarumienioną  twarz,  gdy  po  ogłuszającym  aplauzie  opuszczała  instrument. 

Potem z wdziękiem ukłoniła się publiczności i zniknęła za kulisami. 

Penny usiłowała wstać, ale poczuła rękę Reida na ramieniu. 

- Zostań - nakazał. 

- Przyszłam  tu  dla  Suzie  -  powiedziała  łamiącym  się  ze  wzruszenia  głosem.  - 

Powinnam pójść i jej pogratulować. 

- Będzie na to czas później, po kolacji - powiedział stanowczo. 

- Szkoda, żebyś straciła resztę programu. 

Cóż więcej ją obchodziło? - zastanawiała się gorączkowo. 

Zaczynała  ją  boleć  głowa.  Dlaczego  nalegał,  żeby  została,  skoro  odegrała  już  swoją 

rolę, pozostając na sali aż do występu Suzie? 

Reida dwukrotnie wywoływano na podium - raz, aby wręczył  nagrodę, drugi zaś, by 

jemu wręczyć wyróżnienie za wkład w rozwój przemysłu fonograficznego. 

Czy  to  właśnie  miała  zobaczyć?  Gdy  zbliżał  się  do  podium,  wstała  wraz  z  resztą 

widowni  i  klaskała  jak  w  transie.  Co  się  z  nią  działo?  Serce  jej  pęczniało  z  dumy,  choć  za 

wszelką  cenę  usiłowała  zdusić  te  uczucia.  W  złotawym  blasku  reflektorów  Reid  wyglądał 

olśniewająco pięknie; niezwykle szerokie ramiona podkreślał nienagannie skrojony smoking, 

a kontrastująca z nim połyskliwa biała koszula rozświetlała oliwkową twarz. Gdy zbliżył się 

do mikrofonu, wszyscy na sali umilkli, Penny zaś aż wstrzymała oddech. 

Przemówił krótko i prosto, podziękował swym kolegom za uhonorowanie go nagrodą. 

Gdy już miał powrócić na miejsce, przewodniczący jury nieoczekiwanie podszedł do niego i 

szepnął  mu  coś  na  ucho.  Reid  potrząsnął  głową  raz  i  drugi,  ale  nagle  piękna  młoda  kobieta 

wkroczyła na scenę, niosąc klarnet Reida. Zapewne wcześniej wszystko zostało uzgodnione. 

Oklaski  doszły  zenitu,  widownia  bowiem  zorientowała  się,  że  Reid  Branden  będzie 

dla niej grał. 

background image

Przez  chwilę  składał  i  sprawdzał  instrument,  potem  zaś  raz  jeszcze  podszedł  do 

mikrofonu. Nim przemówił, wzrokiem poszukał Penny. 

- Chciałbym  zadedykować  ten  utwór  pięknej  damie,  która  zgodziła  się  zostać  moją 

żoną. A zatem dla wszystkich państwa, a specjalnie dla Penelope... „Koncert Andrettiego”. 

Gdy  zaczął  grać,  a  przeszywające  dźwięki  wzmagały  się  coraz  bardziej,  niczym 

uderzające o brzeg fale oceanu, Penny odniosła wrażenie, że zapada noc. Melodia stawała się 

groźna i ponura, a w jej tle szumiał ocean. 

W  sercu  czuła  ból  graniczący  z  rozkoszą.  Muzyka  ta  przemawiała  do  najskrytszych 

zakamarków jej duszy. Pod przymkniętymi powiekami gromadziły się łzy. Łzy prawdziwego 

wzruszenia.  Dlaczego  spośród  tylu  utworów  wybrał  właśnie  „Koncert  Andrettiego”..  - 

muzykę  napisaną  dla  ukochanej  kobiety  podczas  trwania  miłosnego  związku?  Dzisiaj  ten 

związek przecież nie  istniał... Przejmujące tony budziły wspomnienia, pobrzmiewały w nich 

echa dawnej namiętności - namiętności, po której nic nie zostało prócz bólu. 

Gdy wreszcie umilkły oklaski  i Reid triumfalnie  powrócił do stolika, zastał Penny w 

fatalnym nastroju. Od wewnętrznego napięcia, wzruszenia i zakłopotania rozbolała ją głowa. 

Reid  uniósł  jej  dłoń  do  ust.  Oczy  jej  zaszły  łzami,  ponieważ  uświadomiła  sobie,  że 

robi to wyłącznie ze względu na publiczność. 

- Nigdy  nie  słyszałam  równie  pięknej  muzyki  -  wyznała  szczerze,  ogarnięta 

tęsknotami, których nawet nie odważyła się nazwać. 

- Chciałem  zagrać  to  specjalnie  dla  ciebie  -  powiedział  łagodnie.  -  Domyślasz  się 

dlaczego, prawda? 

- Zagrałeś  to  z  nostalgią...  Tak  jakbyś  zbyt  długo  przebywał  z  dala  od  kraju  - 

powiedziała wzruszona. 

Popatrzył na nią badawczo. 

- O wiele za długo - stwierdził krótko. 

Gdy  ceremonia  rozdania  nagród  dobiegła  końca  i  wyłączono  oślepiające  światła 

telewizyjnych kamer, atmosfera przy stolikach stała się bardziej swobodna. Do stolika Penny 

i  Reida  przysiadły  się  Suzie  i  Jo.  Twarz  Suzie  promieniała  szczęściem,  ponieważ  zewsząd 

zbierała  gratulacje.  Penny  z  dumą  w  sercu  przeczuwała,  że  do  gratulacji  i  sławy  jej 

siostrzenica będzie musiała się przyzwyczaić. 

Gdy  Jo  i  Suzie  wcześniej  opuszczały  bankiet,  Penny  rozpaczliwie  pragnęła  wyjść 

razem z nimi. Ból wprost rozsadzał jej czaszkę. Marzyła, by zaszyć się w samotności choć na 

kilka chwil. 

Okazja nadarzyła się, gdy Reida odwołano do innego stolika. 

background image

Przepraszając,  Penny  oddaliła  się  do  toalety.  Spryskiwała  zimną  wodą  skronie,  gdy 

dobiegł ją z tyłu znajomy głos. 

- Czyżbyś  za  dużo  wypiła,  Penny?  Mam  nadzieję,  że  dziś  wieczór  nie  usiądziesz  za 

kierownicą. 

- Nie, Toniu, zostajemy tu z Reidem na noc - powiedziała i z satysfakcją spostrzegła, 

że Tonia natychmiast straciła dobry humor. 

- Myślisz, że wygrałaś, prawda? - Napastliwy ton świadczył, że to ona wypiła za dużo 

szampana. 

- To nie są zawody, Toniu. - Z wysiłkiem zdobyła się na opanowanie. 

- Doprawdy?  -  szydziła  Tonia.  -  Mnie  się  natomiast  wydaje,  że  zachowujesz  się  jak 

zwycięzca, który zgarnia łup. 

Mam na myśli te brylantowe świecidełka, które nosisz. 

Penny całkiem bezwiednie sięgnęła ręką do ucha i dotknęła kolczyka. 

- Reid nalegał, bym je założyła... - wyjaśniła. 

- I zapewne powiedział, że kupił je specjalnie dla ciebie? 

- Co to ma za znaczenie? - obruszyła się Penny. 

- To  miał  być  prezent  urodzinowy  dla  mnie!  -  wypaliła  Tonia.  -  Jeśli  nie  wierzysz, 

sama go o to spytaj! 

Ta wiadomość poraziła Penny, opanowała się jednak w porę. 

- To już chyba nie ma żadnego znaczenia, skoro ja je noszę, prawda? - powiedziała z 

całą  godnością,  na  jaką  było  ją  stać  i  dumnym  krokiem  wyszła,  pozostawiając  Tonię  w 

kompletnym osłupieniu. 

Wmawiała  sobie,  że  to  zupełnie  nieważne  dla  kogo  Reid  kupił  kolczyki,  ponieważ 

traktowała  je  jako  rekwizyt  wypożyczony  na  jeden  wieczór.  Zaręczyny  przecież  nie  były 

prawdziwe,  nie  miała  więc  zamiaru  zatrzymywać  prezentu.  Dlaczego  więc  uwaga  Toni 

napełniła jej serce taką goryczą? - zastanawiała się z dziwacznym uporem. 

- Wyglądasz blado - zauważył Reid, gdy wróciła do stolika. 

- Chciałabyś już wyjść? 

- Jesteś tu  honorowym  gościem  -  zawahała  się.  -  Nie  mogę  wymagać,  byśmy  wyszli 

tylko dlatego, że rozbolała mnie głowa. 

Wstał i energicznie odsunął krzesło. 

- To wyjaśnia sprawę. Idziemy na górę. 

background image

Trwało jednak całe wieki, nim wreszcie opuścili salę, ponieważ po drodze Reid zbierał 

gratulacje  od  swych  znajomych  i  wielbicieli.  Kiedy  dotarli  do  apartamentu,  Penny  była 

prawie nieprzytomna z bólu. 

Zapalił światło i poprowadził ją do wytwornej sypialni. 

Rozciągał się stąd wspaniały widok na rozświetlone miasto. 

Gdy automatycznie sięgnęła po nocną koszulę, wyjął ją jej ż ręki i sam zaczął rozpinać 

suwak sukni. 

- Ledwie trzymasz się na nogach - powiedział. - Pozwól, że to zrobię.... 

Przez mgłę bólu czuła delikatny dotyk jego palców. Potem przyodział ją w jedwabną 

koszulę, wziął na ręce i ostrożnie ułożył na ogromnym łóżku. 

Na chwilę została sama; gdy wrócił, trzymał w dłoni szklankę z musującym płynem. 

- Aspiryna - wyjaśnił, przytykając szklankę do jej warg. 

Kiedy  posłusznie  wypiła,  pochylił  jej  głowę  w  dół  i  zaczął  łagodnymi  ruchami 

masować  kark  i  ramiona.  Napięcie  mięśni  ustępowało  pod  delikatnym  dotykiem  jego  dłoni. 

Czuła niemal rozkosz i zastanawiała się, czy nie śni. Po chwili jednak ten błogostan zmąciła 

myśl o Toni i jej złośliwym komentarzu. 

- Jak twoja głowa? - spytał czule. - Trochę lepiej? 

- O wiele lepiej - wymamrotała sennie. 

Aż trudno było uwierzyć,  lecz oślepiający  ból  minął  bez  śladu. Zamiast niego czuła, 

jak  po  całym  ciele  rozchodzi  się  krzepiące  ciepło  i  pomyślała  z  podziwem,  że  Reid  swymi 

dłońmi  muzyka  mógłby  skruszyć  kamień.  Ileż  kobiecych  ciał  rozgrzewał  tymi  zmysłowymi 

palcami?  -  przemknęła  jej  przez  głowę  dokuczliwa  myśl.  Gdy  nagle  oderwał  ręce  od  jej 

karku, doznała szoku, jakby została nieoczekiwanie zdradzona. 

Przewróciła się na plecy i rozejrzała po pokoju. Reid zniknął. 

Czyżby śniła kolorowy sen? 

Wrócił po chwili, niosąc dwie szklanki. 

- Brandy pomoże ci zasnąć - powiedział. 

Upiła pierwszy łyk alkoholu, Czując w gardle palący ogień. 

A  może  paliło  ją  bardziej  spojrzenie,  którym  ją  obdarzył?  Tak  czy  owak,  żywy 

płomień rozchodził się po jej ciele i dosięgał już okolic serca. Pomyślała w przelocie, że była 

to  prawdopodobnie  ostatnia  noc,  którą  spędzą  razem...  Ich  niepisana  umowa  dobiegała 

końca... Bała się, że ogień za chwilę strawi jej serce. 

Gdy  wyjmował  szklankę  z  jej  uległych  rąk,  ledwie  zdolna  była  oddychać.  Słyszała 

dźwięczenie  kryształu,  kiedy  odstawił  puste  szklanki,  i  przyspieszony  oddech,  który  w 

background image

cichym  pokoju  brzmiał  jak  groźny  pomruk.  A  potem  twarz  Reida  rozpłynęła  się  w  gęstej 

mgle, gdy bez słowa przycisnął ją do siebie. Kochała tego mężczyznę. Przyjęła tę prawdę że 

zdziwieniem. Nadal go kochała... Czyżby miłość do niego nigdy w niej nie wygasła? 

W ramionach Reida znajdowała odpowiedź na wszystkie dręczące ją wątpliwości. Ale 

najgorsze,  że  myśl  o  życiu  bez  niego  napawała  ją  teraz  rozpaczą...  Zaoferował  jej 

małżeństwo,  i  przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  przyjąć  tej  propozycji,  byle  tylko 

zatrzymać go przy sobie. 

Bez miłości to się nie może udać, myślała gorączkowo. 

Czyżby  przykład  jej  rodziców  nie  wystarczył?  Błąd  popełniony  w  przeszłości  w 

każdej chwili mógł zniszczyć ich związek. 

Nie,  stanowczo  nie  mogła  podjąć  takiego  ryzyka.  Na  chwilę  powróciła  do 

rzeczywistości,  przypomniała  sobie,  że  jest  późny  wieczór,  że  leży  w  czułych  ramionach 

Reida  -  być  może  po  raz  ostatni.  Otworzyła  oczy  i  napawała  się  widokiem  jego  pięknie 

wyrzeźbionej  głowy  i  Szlachetnych  rysów  twarzy,  która  była  teraz  tak  blisko  niej. 

Nieświadomie rozwarła wargi, jakby w niemej prośbie o pocałunek, a gdy spełnił jej żądanie, 

nie mogła powstrzymać naporu łez. 

- Nadal boli cię głowa? - Przesunął palcem po śladach łez na jej policzku. 

- Nie, to nie z tego powodu... - Siłą odwróciła od niego wzrok i zmusiła się do zadania 

pytania, które ją nurtowało: 

- Powiedz mi, kiedy Tonia obchodziła urodziny? 

Zdziwiony zmarszczył brwi. 

- Chyba jakieś kilka dni temu - odrzekł. - Dlaczego o to pytasz? 

A więc kolczyki mogły być przeznaczone dla Toni... Znów próbowała wmówić sobie, 

że nic ją to nie obchodzi. Jednak bez powodzenia. 

- Usłyszałam  przy  kolacji  pewien  komentarz  -  skłamała  zręcznie.  -  To  nie  ma 

znaczenia... - Poruszyła się nieznacznie. 

- Podobał mi się twój dzisiejszy występ - zmieniła szybko temat. 

Zaczął  ją  obsypywać  gorącymi  pocałunkami,  jakby  całkiem  inaczej  zrozumiał  jej 

słowa. 

- Występ na bis będzie jeszcze wspanialszy - obiecał. 

I tak było. 

- Czy musisz wracać dzisiaj do pracy? - spytała następnego dnia rano, gdy jechali do 

Kangalumy. 

background image

Czas,  który  im  jeszcze  pozostał,  mijał  bezlitośnie  szybko,  zachłannie  więc  pragnęła 

wykorzystać  każdą  minutę.  Och,  dlaczego  była  tak  szalona,  żeby  dokładnie  wyznaczać 

moment rozstania! 

- Muszę  -  powiedział  niemal  z  żalem.  -  Dziś  rano  mam  kilka  ważnych  spotkań.  Ale 

sądzę, że uporam się z tym do lunchu i zjemy go razem na plaży, zgoda? 

Nawet gdyby zaproponował, że usiądą i będą patrzeć, jak rośnie trawa, zgodziłaby się 

z entuzjazmem, byłe tylko przedłużyć razem spędzone chwile. 

- To będzie nasz pożegnalny lunch - oznajmiła grobowym tonem. 

- Dlaczego? - Rzucił jej zaniepokojone spojrzenie. 

- Za  tydzień  wszystko  już  będzie  poza  nami  -  z  wielkim  trudem  zdobyła  się  na 

swobodny ton. - Czy już masz pomysł, jak ogłosić nasze rozstanie? 

- Rzeczywiście pragniesz, by tak się stało? 

W  jego  głosie  była  nuta,  która  poruszyła  ją  do  głębi.  Nie,  wcale  tego  nie  pragnę!  - 

chciała krzyknąć, zamiast tego jednak powiedziała: 

- Myślałam, że tego właśnie chcesz... Taką zawarliśmy umowę. 

- Masz rację - zgodził się bez dalszych komentarzy. 

Powiedz mi, że zmieniłeś zdanie! - krzyczało jej serce. 

Powiedz, że nasza umowa okazała się kolosalnym błędem! 

Reid  jednak  milczał  jak  zaklęty.  Nie  odezwał  się  już  ani  słowem,  aż  do  powrotu  do 

domu. 

Na stoliku w holu leżał list; podniosła go z obojętną miną. 

Na kopercie widniał nadruk znanej firmy prawniczej. 

- Jakieś kłopoty? - spytał Reid, widząc, że Penny gwałtownie wciąga powietrze. 

Podniosła na niego oczy błyszczące od łez. 

- To list od adwokata Andrew, męża Jo. Jo poinformowała go o naszych zaręczynach. 

Adwokat  donosi  mi,  że  zgodnie  z  warunkami  testamentu  ojca,  przestaje  istnieć  „żywotna 

potrzeba”, bym tutaj  mieszkała... Twierdzi, że zgodnie z prawem powinnam  sprzedać dom  i 

zwrócić Jo jej część spadku... 

Czy to możliwe, żeby mnie zmusili, Reid? 

Wyjął list z jej dłoni i szybko przebiegł go wzrokiem. 

- Testament twego ojca, jak widać, nie był precyzyjny... 

Zawsze go można podważyć. Zdolny, konsekwentny prawnik podejmie się tej sprawy. 

background image

- Och,  Reid!  Nie  mam  pieniędzy,  by  spłacić  Jo...  I  nie  chcę  procesować  się  z  moją 

rodziną.  Muszę  zaraz  skontaktować  się  z  siostrą  i  powiedzieć  jej,  że  wcale  nie  jesteśmy 

zaręczeni! 

- Chwyciła go za ramię. - Reid, muszę powiedzieć jej prawdę! 

Zaprzeczył ruchem głowy. 

- Nic z tego, Penny. Prawda jest taka, że chcę cię poślubić. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Osłupiała  z  przerażenia.  Jak  mógł  być  tak  samolubny!  Jakże  mógł  dopuścić,  by 

straciła dom! 

- Jeśli ty tego nie zrobisz,  sama powiadomię Jo - powiedziała  z rozpaczą w głosie. - 

Nie sądzę, żeby naprawdę potrzebowali tych pieniędzy. 

Chciała odejść, ale gwałtownie chwycił ją za nadgarstek i przytrzymał. 

- Obawiam  się,  że  potrzebują.  Zmuszasz  mnie,  bym  otworzył  ci  oczy  na  poczynania 

twego  szwagra.  Doszły  mnie  niedawno  wiadomości,  że  Andrew  dokonał  pochopnych 

inwestycji i teraz stoi na krawędzi bankructwa... Jak widzisz, przedłużył swoje wakacje. Być 

może w ogóle nie zamierza powracać... 

Stała przez  chwilę  jak skamieniała, potem  zaś  bezwładnie opadła  na krzesło  i ukryła 

twarz w dłoniach. Jakże zazdrościła Jo szczęścia... A teraz... 

- Zawsze  uważałam,  że  Jo  ma  wszystko:  wspaniałego  męża,  udane  dziecko...  - 

mówiła. - Nawet nie przyszło mi do głowy, że... 

- Nikt sobie tego nie wyobrażał, a szczególnie twoja siostra. 

W  tych  okolicznościach  łatwiej  ci  przyjdzie  zrozumieć  postępowanie  Andrew, 

prawda? 

Owszem,  potrafiła  zrozumieć..;  ale  wcale  nie  było  to  łatwiejsze  do  zniesienia.  Cóż, 

musiała  stwierdzić,  że  Reid  wyświadczył  im  wielką  przysługę,  inwestując  w  dom.  Dom 

zyskiwał  na  wartości.  Penny  zamierzała  podzielić  dochód  ze  sprzedaży  na  równe  części, 

skoro jej siostra znalazła się w tak trudnym położeniu. 

- Pojadę się z nią zobaczyć - postanowiła. 

- Pojechać z tobą? 

Desperacko  tego  pragnęła,  zmusiła  się  jednak,  by  zaprzeczyć  ruchem  głowy.  Gdyby 

teraz doświadczyła jego pocieszającej obecności, o ileż bardziej cierpiałaby przy rozstaniu! 

- Powiedziałeś,  że  masz  ważne  spotkanie...  To  jest  nasza  sprawa  rodzinna,  między 

mną i Jo. 

- Oczywiście - nie nalegał. - Skoro jesteś pewna, że tego właśnie chcesz. 

Spojrzała nań pytająco - , ale twarz jego przypominała granitową maskę. Miała ochotę 

krzyknąć mu prosto w twarz, że wcale tego nie chce, pragnęła paść mu w ramiona i usłyszeć, 

że  jest  kochana...  Och,  jakże  chciała,  by  ją  zapewnił,  że  świat  się  jeszcze  nie  kończy,  że 

wszystko wróci do normalności... 

background image

Zamiast tego jednak uśmiechnęła się blado. 

- Jestem tego pewna - zapewniła go drżącymi wargami. 

Ku jej ogromnemu zaskoczeniu położył jej ręce na ramionach, przyciągnął do siebie i 

zaczął pokrywać jej włosy zachłannymi pocałunkami. Potem odsunął ją raptownie od siebie i 

popatrzył jej w oczy zagadkowym wzrokiem. 

- Do zobaczenia na lunchu - powiedział z pewną nonszalancją i odszedł. 

Jo  miała  spłoszony  wyraz  twarzy,  gdy  nieoczekiwanie  zobaczyła  Penny  na  progu 

swego domu. 

- Domyślam się, że dostałaś list od adwokata Andrew? 

- powiedziała bez ogródek. 

Penny  weszła  do  środka  i  ze  zdziwieniem  spostrzegła,  że  wokół  panuje  straszliwy 

bałagan,  całkiem  niepodobny  do  stylu  życia  jej  siostry.  Na  kanapie  leżało  otwarte  pudełko 

chusteczek do nosa, a na podłodze poniewierało się kilka zużytych. 

Łzy również nie pasowały do zawsze trzeźwej i opanowanej Jo. 

- Być  może  domyślasz  się,  że  Andrew  nie  ma  zamiaru  wracać...  -  Jo  patrzyła  w 

przestrzeń i mówiła jakby do siebie. 

- Ma  kłopoty  w  interesach  i  popadł  w  straszliwe  długi...  Domyślałam  się  tego,  ale 

odrzucałam  od  siebie  tę  myśl.  I  dopiero  gdy  nie  chciał  wracać  do  domu,  nawet  po 

przeczytaniu tego artykułu o Suzie, zrozumiałam, że żyje w nieprawdopodobnym napięciu... - 

Łzy  ciekły  jej  po  policzkach,  kurczowo  zaciskała  dłonie.  -  Och,  Penny,  co  ja  teraz  pocznę? 

Tak bardzo go kocham, ale on nie chce, nie oczekuje ode mnie pomocy. 

Nawet  gdy  powiedziałam  mu  o  twoich  zaręczynach  z  Reidem,  nie  wyglądało,  by 

wstąpiła w niego jakakolwiek nadzieja. 

Sprawia wrażenie, jakby cały świat przestał go w ogóle obchodzić... 

- Dom po renowacji osiągnie wysoką cenę - powiedziała ' 

Penny, czując, że każde słowo sprawia jej niesamowity ból. 

- Twoja część na pewno pozwoli wam zacząć wszystko od nowa. 

Jo posłała siostrze spojrzenie dozgonnej wdzięczności. 

- To bardzo szlachetnie z twojej strony, Penny, wiem jednak, że mój mąż zmusza cię 

do sprzedaży domu, który tak bardzo kochasz. 

- On mnie do niczego nie zmusza. - Penny mocno zacisnęła zęby. - Chcę wam pomóc. 

I nagle rzuciły się sobie w ramiona. 

- Nie  mogę  uwierzyć,  że  to  prawda  -  szlochała  Jo.  -  Myślałam,  że  mamy  z  Andrew 

wszystko, o czym można zamarzyć, a okazuje się... 

background image

- Powiedziałaś już o tym Suzie? - . zaniepokoiła się Penny. 

- Zbieram  się  na  odwagę.  Ona  jeszcze  nie  wie,  że  Andrew  być  może  w  ogóle  nie 

wróci. 

- Nie wierzę! Nie wierzę wam! To wszystko kłamstwo... 

Penny  odwróciła  głowę,  słysząc  z  tyłu  drżący  głos  swej  siostrzenicy.  Twarz;  Suzie 

miała barwę popiołu. 

- To  wszystko  twoja  wina!  -  napadła  na  matkę.  -  To  przez  ciebie  ojciec  wyjechał! 

Moja rodzina się rozpada, a ty nawet nie zamierzasz mnie o tym poinformować... 

- To nieprawda - powiedziała Jo zdławionym szeptem. 

- Kocham cię... 

- Tak  samo  twierdzisz,  że  kochasz  mego  ojca,  a  już  postawiłaś  na  nim  krzyżyk  - 

odrzekła  Suzie  z  goryczą.  -  Jak  mam  uwierzyć  w twoją  miłość?  -  Odwróciła  się  na  pięcie  i 

wypadła z domu jak burza. 

- Biegnij  za  nią!  -  ponagliła  Penny  siostrę,  sama  zaś  usiadła  w  salonie  i  sięgnęła  po 

chusteczkę. Co za dramat! 

Po kilku minutach Jo wróciła ogromnie rozstrojona. 

- Nigdzie nie mogę jej znaleźć, Pen! - zawołała od progu. 

- Gdzie mogła pójść? 

Rozległ się dzwonek telefonu; Jo ze zbielałą twarzą podniosła słuchawkę. Nie była to 

jednak Suzie. 

- To Andrew! Dzwoni z lotniska... Och, Penny, on wrócił do domu! - Głos Jo drżał z 

emocji, oczy błyszczały radością. 

- Muszę natychmiast odnaleźć Suzie i powiedzieć jej, że wszystko się zmieniło. 

- Tak się cieszę, Jo. - Penny miała również łzy w oczach. 

- Nie  martw się, znajdziemy Suzie. Zatelefonuj do wszystkich znajomych... - urwała, 

przyszedł  jej  bowiem  do  głowy  lepszy  pomysł.  -  Ona  mogła  zwrócić  się  do  Reida, 

zachowywał się zawsze wobec niej bardzo przyjacielsko... 

- Zadzwonisz do niego? 

- Pojadę do niego do biura. Jeśli zastanę tam Suzie, natychmiast ją przywiozę. 

Gdy  Penny  wkrótce  dotarła  do  biura  Reida,  jego  nowa  asystentka  poinformowała  ją, 

że pan Branden przebywa w swym mieszkaniu na górze i że ma teraz gościa. Penny od razu 

poczuła ulgę. A więc słusznie przypuszczała, że Suzie zwróci się do Reida! Szybkim krokiem 

pomaszerowała do prywatnej windy. 

background image

Ale to nie Suzie otworzyła j ej drzwi. Tonia w czarnej minispódniczce i kokieteryjnej, 

koronkowej  bluzce  wyglądała  równie  olśniewająco  jak  zawsze.  Na  widok  zdenerwowanej 

Penny uniosła swe starannie wypielęgnowane brwi. 

- Och,  czyżbyś  była  aż  tak  zdziwiona?  Ostrzegałam  cię  przecież,  że  tu  wrócę  - 

wycedziła. 

A  więc  to  z  nią  Reid  miał  spotkanie!  Penny  czuła,  jak  wezbraną  falą  zalewa  ją 

rozpacz. Czyżby to było  możliwe,  że tak szybko  otrząsnął się po spędzonej  z  nią  nocy  i od 

razu  skontaktował  z  Tonią?  A  zatem  ona,  Penny,  była  niczym  innym  jak  przelotnym, 

chwilowym kaprysem... Och, odszedł od niej człowiek, którego kochała i jednocześnie traciła 

Kangalumę... 

Te myśli były nie do zniesienia. 

- Muszę zobaczyć  się z  Reidem - opanowała  się  z  najwyższym trudem  i wytrzymała 

jadowite spojrzenie Toni. 

- Reid jest w sypialni - Tonia celowo przeciągała słowa. 

- Wątpię, by teraz ciebie oczekiwał. 

- Mimo  to  muszę  natychmiast  się  z  nim  zobaczyć  -  odparła  Penny  z  determinacją 

człowieka,  który  nie  ma  już  nic  do  stracenia.  Najważniejsza  była  teraz  Suzie,  powtarzała 

sobie w duchu. - Wpuścisz mnie dobrowolnie, czy mam użyć siły? 

- dodała z pasją. 

Tonia  niechętnie  ustąpiła,  po  czym  odwróciła  się  i  sięgnęła  po  wiszącą  na  oparciu 

krzesła torebkę. Na krześle leżały teczki z dokumentami. 

- Kto przyszedł, Toniu? 

Dźwięk  znajomego  głosu,  a  potem  widok  Reida  sprawił,  że  serce  Penny  stanęło  w 

miejscu.  Reid  miał  na sobie  beżowe,  lniane spodnie, w których dziś rano wyjechał  z domu, 

ale był bez koszuli, a przez ramię przewieszony miał ręcznik. 

- Do licha, nie mogę tego sprać - wymamrotał, a potem nagle znieruchomiał na widok 

Penny. Przez chwilę w jego oczach pojawił się jakiś przelotny błysk. 

- Cześć, Penny - rzekł. - Wcześnie dziś przyjechałaś. 

Próbowała  uspokoić  przyspieszone  bicie  serca,  którym  zareagowała  na  jego  widok. 

Spodnie opierały się mu nisko na wąskich biodrach, a włosy na piersi układały .się w kształt 

litery V i ginęły poniżej luźno zapiętego, skórzanego paska. 

Szybko oderwała od niego wzrok. . 

- Przyjechałam,  by  cię  spytać,  czy  nie  kontaktowała  się  z  tobą  Suzie?  -  powiedziała 

wprost. 

background image

Jego twarz przybrała dziwny, czujny wyraz. 

- Co się stało? 

- Podsłuchała naszą rozmowę z Jo... O Andrew... On wraca, jest w drodze, z lotniska 

do domu, ale Suzie już tego nie usłyszała. Wybiegła z domu bardzo wzburzona. 

- Do mnie nie dzwoniła, Tonia przyszła zaledwie kilka minut temu... Nie widziałaś jej, 

prawda, Toniu? 

- Nie, nie widziałam jej - rzekła Tonią. 

- Znalazłaś  już  dokumenty,  których  potrzebowałaś?  Wiedziałem,  że  po  nie  wrócisz, 

więc przyniosłem je na górę, żeby się nie zapodziały. Czy to już wszystko, Toniu? 

Była  to  wyraźna  odprawa.  Penny  poczuła  wielką  ulgę.  A  więc  przynajmniej  w  tej 

sprawie błędnie oceniła sytuację. 

- Wszystko znalazłam, dziękuję - rzekła Tonia nieco urażonym tonem. - Już uciekam. 

- Zakręciła się na pięcie. - Może spróbujesz wywabić tę plamę sokiem cytrynowym? - rzuciła, 

będąc już na progu. 

- O co chodzi z tym wywabiaczem plam? - spytała Penny, gdy za Tonią zamknęły się 

drzwi. 

- Pobrudziłem sobie koszulę tuszem z drukarki - wyjaśnił. 

- Przebierałem  się właśnie, gdy pojawiła  się Tonia w poszukiwaniu teczek ze  swymi 

osobistymi  dokumentami...  Ale  mniejsza  z  tym!  Penny,  musimy  odnaleźć  Suzie!  Czy  Jo 

dzwoniła już do jej przyjaciół? 

- Tak, dopiero później pomyślałam o tobie... 

- Mam pomysł. - Strzelił palcami. - Szkoła! 

Penny zagryzała wargę. 

- Ale przecież dziś jest wolny dzień, nie ma lekcji, więc po co miałaby iść do szkoły? 

- Nie zapominaj, że Suzie kocha muzykę. I zapewne w niej poszuka ukojenia. Jestem 

niemal pewien, że odnajdziemy ją w szkolnym studiu! 

- Obyś miał rację - jęknęła. - Jo szaleje z niepokoju... 

Szybko skierował się do sypialni. 

- Idę się ubrać. Zadzwoń do Jo i poinformuj ją, że jedziemy do szkoły. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Reid  wyłonił  się  z  sypialni  ubrany  w  granatowy  dres  i  białą  koszulę  polo.  W  tym 

stroju wyglądał jak niezwykle przystojny atleta. 

- Jedziemy  -  powiedział.  -  Zawiadomię  tylko  swoją  asystentkę,  na  wypadek  gdyby 

Suzie jednak zadzwoniła. 

Jechali wzdłuż Falcon Street i Military Road w pełnej napięcia ciszy. Wreszcie dotarli 

do ruchliwej ulicy, przy której mieściła się szkoła Suzie. Gdy wysiedli i w milczeniu podążali 

w  stronę  głównego  wejścia,  Reid  automatycznie  wziął  Penny  pod  rękę.  Miała  wrażenie,  że 

dotknął jej rozpalonym żelazem i na skórze pod cienką bluzką wypalił jej znamię... 

- To ona! - Triumfalny okrzyk Reida wyrwał ją z zadumy. 

Wytężyła  wzrok  i  spostrzegła  Suzie  zbliżającą  się  z  naprzeciwka  do  szkolnego 

budynku.  Nawet  z  pewnej  odległości  widać  było,  że  na  jej  młodej  twarzy  maluje  się 

przygnębienie. 

- Suzie! - zawołała Penny, przyspieszając kroku. 

Dziewczynka uniosła głowę i obrzuciła ciotkę niechętnym spojrzeniem. 

- Idź sobie! - krzyknęła. - Nie chcę z wami rozmawiać. 

- Chcemy ci pomóc... - odezwała się Penny łagodnie. 

- Chcesz dostarczyć pieniędzy, żeby rozbić moją rodzinę! 

- przerwała jej Suzie. - Czy to ma być pomoc? 

Penny stanęła przerażona. Jakże opacznie zrozumiano jej intencje! 

- Ależ, Suzie... - usiłowała zaprzeczyć. 

- Twój  ojciec  jest  właśnie  w  drodze  do  domu  -  wtrącił  Reid.  -  Chciałby,  żebyś  go 

przywitała. 

- Próbujesz  mnie  tylko  pocieszyć  -  powiedziała  głuchym  głosem  i  skierowała  się  w 

stronę  przejścia  dla  pieszych  na  wprost  szkoły.  -  Zostawcie  mnie  w  spokoju  -  dodała,  i  nie 

patrząc na jezdnię, zeszła z krawężnika. 

W tej samej chwili zza zakrętu wyłoniła się ogromna ciężarówka. 

Penny  stała  jak zahipnotyzowana, nie zdając  sobie sprawy,  że scena, która działa się 

na jej oczach - działa się naprawdę. 

- Suzie, uważaj! - krzyknęła jak we śnie. 

Powrócił  koszmarny  sen  o  wypadku,  w  którym  kiedyś  uczestniczyła...  Ale  teraz  był 

dzień, kierowca trąbił, rozpaczliwie hamował. 

background image

Nagle Reid rzucił  się do przodu. Nigdy  by  nie uwierzyła, że  można tak szybko biec! 

Pędem  dobiegł  do  Suzie  i  mocnym  ruchem  ramienia  ściągnął  ją  z  jezdni.  Dziewczynka 

zachwiała się i upadła na chodnik. Ułamek sekundy później potężna ciężarówka przetoczyła 

się przez pasy z ogłuszającym piskiem hamulców. 

- Reid!  -  Penny  nie  poznawała  swojego  głosu,  biegnąc  w  kierunku  Reida,  którego 

uderzenie ciężarówki popchnęło prosto na pobliskie drzewo. 

Niepewnie podniósł się z ziemi, ale zamiast uśmiechu, skrzywił usta w grymasie bólu. 

- Nie bądź taka wystraszona - odezwał się nieswoim głosem. 

- Nic mi nie jest... To tylko lekki wstrząs. 

- Jesteś  pewien?  -  zaniepokoiła  się  Suzie,  która  zdążyła  już  wstać  i  pozbierać  swoje 

rzeczy. - Nie zniosłabym myśli, że coś ci się stało z mojego powodu. Tak mi przykro... 

Lewa ręka Reida zwisała bezwładnie wzdłuż ciała, prawą zaś usiłował pogładzić ją po 

głowie. 

- Daj spokój, Suzie. Spójrz, właśnie przyjechała twoja matka i... jeszcze ktoś, na kogo 

z pewnością czekasz. 

Penny  odwróciła  głowę  i  na  widok  Jo  i  Andrew,  trzymających  się  za  ręce,  łzy 

szczęścia i wzruszenia napłynęły jej do oczu. Suzie z piskiem radości rzuciła się im w objęcia. 

Po  chwili  dołączył  do  nich  kierowca  ciężarówki.  Zatrzymał  się  tuż  za  przejściem  i  wielce 

zdenerwowany sprawdzał, czy nikomu nic się nie stało. 

Po kilku minutach Suzie z rodzicami wróciła do domu. 

Dopiero wtedy Reid, nie mogąc już dłużej udawać, oparł się chwiejnie o drzewo. 

- Nie  chciałem  wystraszyć  Suzie  -  odezwał  się  cicho  -  ale  ta  piekielna  ciężarówka 

uderzyła mnie w ramię.: Bardzo mnie boli... Mam nadzieję, ze to nie jest złamanie. 

- Musisz natychmiast pojechać do lekarza - powiedziała Penny kategorycznym tonem. 

Szeroko otworzył oczy w udawanym zdziwieniu. 

- Tylko  mi  nie  mów,  że  naprawdę  obchodzi  cię  moje  zdrowie  -  rzekł  lekko 

rozbawiony. 

- Oczywiście, że mnie obchodzi - powiedziała szczerze, a po chwili dodała, zmuszając 

się do pewnej beztroski: - Martwiłabym się każdym, kto zostałby ranny. Takie już mam dobre 

serce. 

- Tylko tyle? 

- A czego się spodziewałeś? 

Nagle zrobił na niej wrażenie człowieka śmiertelnie zmęczonego. 

background image

- Jedźmy  już  stąd  -  powiedział  zniecierpliwiony.  -  Będziesz  musiała  prowadzić,  sam 

nie dam rady. 

Odmówił  wsparcia  na  jej  ramieniu  i  chwiejnie  pomaszerował  do  samochodu.  Co 

będzie, jeśli uraz jest poważniejszy, niż przypuszczał? - zastanawiała się trwożnie Penny. Jeśli 

nie mógłby grać... Zadrżała z przestrachu. Czym byłby świat bez muzyki Reida! 

Podał  jej  kluczyki.  Gdy  otworzyła  drzwi,  pomogła  mu  wsiąść,  a  potem  sama  zajęła 

miejsce za kierownicą. I nagle znieruchomiała. 

- Do licha! - zaklęła pod nosem. - Nie mogę prowadzić twojego samochodu! 

- Dlaczego? O co chodzi, Penny? 

Popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami z uczuciem pewnego zażenowania. 

- Widzisz,  nie  mogę  prowadzić  samochodu  z  ręczną  skrzynią  biegów...  Mam  prawo 

jazdy tylko na automatyczną! 

- Co takiego? 

Spojrzała na niego bezradnie. 

- Nie  mogę  prowadzić  twojego  samochodu,  bo  ma  ręczną  skrzynię  biegów  - 

powtórzyła.  -  Przykro  mi,  ale  musimy  wezwać  taksówkę.  -  Ze  złością  uderzyła  ręką  w 

kierownicę. 

Ku jej ogromnemu zdumieniu podniósł jej rękę do ust i ucałował. 

- Kochana Penny... Nigdy w życiu nic bardziej mnie nie uradowało. 

Cieszył się, że nie mogła poprowadzić samochodu? Pomyślała, że zaczyna bredzić w 

szoku  pourazowym.  Ale  oczy  Reida  były  krystalicznie  jasne,  głos  dźwięczny,  gdy 

demonstrował jej, jak skorzystać z telefonu w samochodzie. 

Kiedy przyjechała taksówka, uparł się, żeby pojechać do Kangalumy. Przez całą drogę 

panowała między nimi dziwnie napięta atmosfera. 

- Powinniśmy najpierw pojechać do szpitala - upierała się Penny. 

- Szpital  zaczeka.  Mam  ważniejsze  sprawy  do  załatwienia  -  odparł  kategorycznie. 

Jednak bladość jego twarzy świadczyła, że ciężko walczył z bólem. 

Gdy  znaleźli  się  w  domu,  przyjął  szklaneczkę  whisky  i  jednym  łykiem  wypił  ją  do 

dna. 

- Powiedz mi, Reid - zaczęła Penny - dlaczego uparłeś się, żeby tutaj przyjechać? 

- Och,  nadal  nic  nie  rozumiesz!  -  zniecierpliwił  się  i  dodał  spokojniejszym  tonem:  - 

Przez  cały  czas  boisz  się,  że  w  przyszłości  wykorzystam  ten  nieszczęsny  wypadek 

samochodowy  przeciwko  tobie,  prawda?  Znasz  mój  stosunek  do  pijanych  kierowców  i 

background image

obawiałaś  się,  że  wcześniej  czy  później  wypomnę  ci  tę  nieostrożność...  -  Zamyślił  się  na 

chwilę i rzekł z naciskiem: 

- Widzisz, Penny, to nigdy nie będzie mieć miejsca. 

- Oczywiście, że nie - przyznała, świadoma, że dla nich nie ma już przyszłości. 

- Nie  ma  nic,  co  mogłoby  zakłócić  nasze  szczęście...  ani  teraz,  ani  w  przyszłości  - 

powiedział,  jakby  ignorując  jej  stwierdzenie. - Otóż, teraz wiem, że  nie  mogłaś tamtej  nocy 

prowadzić! 

- O czym ty mówisz? - wykrztusiła zdezorientowana. 

Skrzywił twarz z bólu, gdy niechcący poruszył zranionym ramieniem. 

- Samochód,  którym  wówczas  jechałyście,  miał  ręczną  skrzynię  biegów  -  wyjaśnił 

podnieconym głosem. - Czy teraz rozumiesz? 

Czuła silny ucisk w klatce piersiowej, który niemal uniemożliwiał jej oddychanie. 

- Och, Reid, czy to znaczy..... 

Tonia często korzystała z  moich samochodów, które miały ręczną skrzynię  biegów. 

Z  tego  wynika,  że  wtedy  też  prowadziła,  a  potem  po  wypadku,  gdy  leżałaś  nieprzytomna, 

musiała cię przesunąć na siedzenie kierowcy. 

Penny kurczowo przyciskała palce do pulsujących skroni. 

- Tak,  o  Boże,  wszystko  sobie  przypominam...  -  Nagle  ze  zdumieniem  odkryła,  że 

wróciła jej pamięć tamtego wieczoru. 

Wszystko przypomniała sobie, jakby to było wczoraj! 

- Nie chciałam prowadzić  i Tonia powiedziała, że pójdzie po kierowcę. Czekałam  na 

siedzeniu  pasażera,  gdy  ona  nieoczekiwanie  zasiadła  za  kierownicą  i  włączyła  silnik!  Nie 

mogłam  jej  powstrzymać,  nie  mogłam  wysiąść...  Zapewniła  mnie,  że  wszystko  będzie  w 

porządku. 

- Dobrze już, dobrze... - przerwał jej Reid, ocierając spocone czoło. - Wszystkich nas 

wywiodła  w  pole!  Podświadomie  znałaś  prawdę,  Penny,  i  dlatego  miałaś  tak  silne 

wewnętrzne przekonanie, że nie prowadziłaś samochodu... Ale dlaczego ona to zrobiła? 

Penny doskonale znała odpowiedź. Tonia kochała Reida. 

A wiedząc, co on  myśli o pijanych kierowcach;  nie  mogła ryzykować, że straci  jego 

szacunek. Zrobiła więc wszystko, żeby gniew Reida skupił się na Penny... 

- Czy  mi  kiedykolwiek  wybaczysz,  że  nie  chciałem  ci  uwierzyć?  -  spytał  Reid  z 

niepokojem. 

- Kto to powiedział, że w miłości nie trzeba przepraszać? 

background image

- odpowiedziała pytaniem. 

- W  takim  razie  już  nigdy  za  nic  cię  nie  przeproszę,  jak  długo  będziemy  żyli  - 

powiedział z uśmiechem. 

Gdy pojęła sens jego słów, nagle opuściła ją odwaga. Co się stanie, jeśli okaże się, że 

źle go zrozumiała? Musiała szybko przeciąć wszelkie wątpliwości. 

- Nie  będę  oczekiwać  od  ciebie  żadnych  przeprosin,  ponieważ  cię  kocham  - 

powiedziała jednym tchem, jakby w obawie, że ze strachu nie zdoła dokończyć. 

Objął ją prawym ramieniem i przycisnął do siebie, a potem złożył na jej rozchylonych 

ustach długi, namiętny pocałunek. 

- Myślałem,  że  już  nigdy  tego  od  ciebie  nie  usłyszę  -  wyszeptał  prosto  w  jej  drżące 

wargi. 

- I  ja  tak  myślałam...  Tamtej  nocy  po  wypadku  wyraz  twojej  twarzy  świadczył 

dobitnie, że nie chcesz mnie więcej, widzieć... 

- To  nie  do  ciebie  miałem  pretensję,  miałem  ją  do  siebie  za  to,  że  pozwoliłem  wam 

samym  wracać  do  hotelu.  Powtarzałem  sobie,  że  gdybym  był  z  wami,  uchroniłbym  nas 

wszystkich od tego okropnego przeżycia. Czułem do siebie obrzydzenie, i chciałem ci o tym 

jak najprędzej powiedzieć, ale wyjechałaś z kraju. 

- Kiedy doszedłeś do wniosku, że mnie kochasz? - spytała nieśmiało. 

Przesunął palcem po jej pełnych ustach. 

- Od chwili gdy po raz pierwszy zobaczyłem cię w Kangalumie, wmawiałem sobie, że 

pragnę jedynie twojego domu. 

Ale  naprawdę  kochałem  jego  piękną  właścicielkę.  Podjęcie  prać  renowacyjnych  w 

całej  posiadłości  było  najlepszym  sposobem  zbliżenia  się  do  ciebie.  -  Uśmiechnął  się 

łagodnie. - I udało się, prawda? 

- Za  każdym  razem,  gdy  ośmielałam  się  myśleć  o  wspólnej  przyszłości,  czułam,  że 

przeszłość niebawem ożyje i nas rozdzieli, tak jak to było w przypadku moich rodziców... 

- Nigdy  nic  nas  nie  rozdzieli  -  oświadczył  z  mocą,  a  serce  Penny  podskoczyło  z 

radości. - Byłem tego świadom już wtedy, gdy kupowałem ci kolczyki. 

- A więc kupiłeś  je dla  mnie? - Och, Tonia powiedziała  mi, że kupiłeś  je dla  niej  na 

urodziny - wyznała, zawstydzona teraz własną podejrzliwością. 

- Tonia  powinna  odpowiedzieć  nam  na  kilka  pytań  -  rzekł  cierpko.  -  Moi  prawnicy 

zajmą się tym... 

Miękko położyła dłoń na jego ramieniu. 

- Proszę, zostaw to w spokoju. Wystarczy mi, że ty znasz prawdę. 

background image

Uniósł jej dłoń do ust i po kolei ucałował każdy palec. 

- Potrafisz  wybaczać  szybciej  niż  ja...  Zrobię  wszystko  co  zechcesz,  aby  uczynić  cię 

szczęśliwą. 

- Byłabym  szczęśliwa  -  powiedziała  z  narastającym  niepokojem  w  głosie  -  gdybyś 

natychmiast pojechał do lekarza. 

Reid  z  pewnością  bardzo  cierpiał,  nie  było  jednak  sposobu,  żeby  się  teraz  do  tego 

przyznał. Wędrował wargami po jej twarzy i szyi, przyprawiając ją o rozkoszne dreszcze. 

- Czy tylko w ten sposób mogę uczynić cię szczęśliwą? 

- szepnął z wielką czułością. 

- Nie tylko... - zaprzeczyła drżącym głosem. - Ale będziemy mieć na to jeszcze dużo 

czasu... 

- Jesteś twardą kobietą, Penny Sullivan - westchnął z udawaną przesadą. Złożył na jej 

wargach długi, zachłanny pocałunek, który na nowo pobudził jej zmysły. - Uczynię wszystko, 

co  w  mej  mocy,  aby  nie  trwało  to  zbyt  długo.  Ale  jest  jeszcze  jedna  sprawa  -  dodał, 

powstrzymując jej rękę, która sięgała po telefon. - Chcę ci coś ofiarować. 

- Niczego więcej nie potrzebuję. - wyszeptała. 

Przecież ofiarował jej swą miłość, obdarzał ją najwspanialszym skarbem na świecie. 

- A co z Kangalumą? 

- Nie  ma  znaczenia...  Mój  dom  będzie  wszędzie  tam,  gdzie  ty  będziesz  ze  mną  - 

powiedziała z niezmąconą pewnością siebie. 

Cóż znaczyłaby dla niej teraz Kangaluma, jeśli nie mogłaby jej dzielić z Reidem? 

Ale Reid właśnie o tym pomyślał. 

- Dziś rano dzwoniłem do prawnika Andrew i złożyłem mu ofertę wykupienia udziału 

Jo. Dostaną natychmiast pieniądze do dyspozycji, a Kangaluma i tak zostanie w rodzinie... 

W naszej rodzinie - dodał znacząco. 

Penny  oczyma  duszy  zobaczyła  swój  rodzinny  dom  pełen  rozbieganych,  wesołych 

dzieci i małych łóżeczek stojących w pokoikach na górze. 

- W tym domu jest wiele pokojów - powiedziała z zapartym tchem. 

- I mam nadzieję, że uda nam się zapełnić je naszymi dziećmi... 

- Możemy spróbować - zgodziła się z uśmiechem. 

Przyciągnął ją znów do siebie, a ona czuła ogień płynący z jego dotyku. Och, jakże go 

teraz pragnęła! 

- Lepiej pojedźmy do lekarza, nim całkiem o tym zapomnę - westchnął. 

background image

- Musimy pamiętać o podziękowaniu Suzie - dodała - za to, że znów jesteśmy razem. 

Wyobraź sobie, że nigdy nie dowiedzielibyśmy się prawdy o wypadku i nigdy byśmy się nie 

odnaleźli, gdyby nie napisała tego listu. 

- Na  szczęście  to  uczyniła  -  powiedział  ochryple.  -  Po  prostu  oniemiałem, 

przeczytawszy w PS o „Koncercie Andrettiego”. 

A teraz dodam swoje własne PS, które znaczy: 

Penny Sullivan, kocham cię. 

- Już niedługo przestanę być PS - przypomniała mu z uśmiechem. - Po ślubie będę PB. 

- Och,  nie  bądź  taka  drobiazgowa,  gdy  staram  się  wyrażać  poetycko  -  zgromił  ją 

żartem. 

Pragnął  objąć  ją  teraz  ramionami  tak  mocno,  by  doznała  zawrotu  głowy.  Jednak 

jednym  ramieniem  nie  władał  zbyt  dobrze...  Do  licha,  akurat  teraz  musiał  zostać 

poturbowany! 

Ale przecież na jego miejscu mogła być Suzie, pomyślał z trwogą. Widok Suzie, która 

wstała i pobiegła do rodziców, wart był tego cierpienia... 

I  ta  dziewczyna  przytulona  do  niego...  którą  obejmował  jednym  ramieniem...  warto 

było na nią czekać choćby całe życie. 

- Kocham cię, Penny Sullivan - powiedział. 

Pocałowała go z całą dotychczas tłumioną namiętnością. 

- Nie masz pojęcia, jak cudownie jest usłyszeć od ciebie te słowa. 

- A więc powtórzę je znów: kocham cię, kocham, kocham... 

Niech diabli wezmą to ramię! 

Najdroższy Reidzie! 

Jest  już  bardzo  późno.  W  szpitalu  panuje  kompletna  cisza,  a  twój  nowo  narodzony 

synek śpi spokojnie obok mnie. 

Jakże się cieszą, że mogłeś uczestniczyć w przyjściu Francisa na świat! Żałuję jednak 

bardzo, że sama nie będę mogła być z tobą na ceremonii rozdania Oscarów. Nigdy nawet nie 

marzyłam, że nasza melodia - „Koncert Andrettiego „ - stanie się kanwą muzyki filmowej i że 

dostaniesz  za  nią  tak  prestiżową  nagrodą...  Zawsze  uważałam,  że  to  wyjątkowy  utwór  i 

chętnie podzielą się nim teraz z całym światem. 

Jestem zadowolona, że postanowiłeś nazwać naszego najmłodszego synka: Francis, po 

swoim ojcu. Suzie, która odwiedziła nas zaraź po twoim wyjeździe, przysięga, że jego usteczka 

mają doskonały kształt dla przyszłego klarnecisty i cieszy się bardzo, że wkrótce zostanie jego 

matką chrzestną. 

background image

Bardzo za tobą tęsknię. Nawet jeśli przylecisz prosto z Los Angeles, i tak minie kolejny 

dzień bez ciebie... Ledwie się mogą doczekać: Tęsknię do was wszystkich: do Emmy i Jessie, a 

także  do  naszych  „  nieznośnych  „  bliźniąt  -  Brada  i  Josha,  i  do  malutkiej  Gillian.  Do  całej 

naszej rodzinki. Jak widzisz, zgodnie z naszym życzeniem, zapełniliśmy już wszystkie pokoje w 

Kangalumie. Ty zaś wypełniłeś pustką w moim sercu. 

Wracaj szczęśliwie do domu, najdroższy. Kocham cię. 

Twoja żona od pięciu cudownych lat 

Penny