background image

 

1

TRINE ANGELSEN 

 

CZAS CIEMNOŚCI 

 

SAGA CÓRKA MORZA III 

 

 
 
Rozdział 1 
 
 

Elizabeth  stała  przez  kilka  sekund,  patrząc  za  oddalającym  się  Krystianem.  Musi  go 

zatrzymać  za  wszelką  cenę,  pomyślała,  i  bez  namysłu,  z  Ane  na  ręku,  rzuciła  się  za  nim 
biegiem. 
 

Niemal go doganiała kiedy zawołała ją gospodyni ze Storvika. 

 

- No nie, czy Ti ty, Elizabeth?! Tak rzadko się widujemy, że ledwie cię poznałam. 

 

Elizabeth  przystanęła,  rzucając  ukradkowe  spojrzenia  za  Krystianem.  Żeby  tylko  nie 

straciła go z oczu, zanim nie porozmawiają! 
 

- A to chyba Ane- Elsie? Czy nie tak się mała nazywa? – spytała kobieta. 

 

- Tak – odparła Elizabeth, siląc się na uśmiech. – Proszę mi wybaczyć, ale trochę się 

ś

pieszę – usprawiedliwiała się, próbując odejść, ale tamta nie słuchała. Co gorsza wzięła od 

niej Ane. 
 

Elizabeth  dreptała  w  miejscu  niecierpliwie.  Jeszcze  widziała  plecy  Kristiana.  Stał  i 

rozmawiał  z…  O  nie!  Lensman,  przeraziła  się  i  poczułam  jak  zimny  pot  spływa  jej  po 
plecach. Mężczyźni, patrzyli w jej stronę i kiwali głowami. Zaszumiało jej w uszach, a kolana 
zaczęły drżeć. Ogarnięta nagłą paniką, chciała do nich podejść, ale opanowała się w ostatniej 
chwili.  Czy  lensman  mógł  ją  aresztować  tutaj,  na  kościelnym  wzgórzu?  Funkcjonariusz 
tymczasem uchylił czapki i ruszył w jej kierunku. Jednak w tym samym momencie podszedł 
do niego pastor i obaj mężczyźni się zatrzymali. 
 

- Jaka ona do ciebie podobna – usłyszała głos kobiety. – Ale w jej twarzy widzę także 

obce rysy. 
 

-  Daslruda  –  wyrwało  się  Elizabeth.  Nagle  uświadomiła  sobie,  co  powiedziała,  i  jej 

twarz oblał rumieniec. 
 

 - Dalsruda? – powtórzyła kobieta, badawczo przyglądając się Ane. 

 

-  To  znaczy…  chciałam  powiedzieć,  że  muszę  dogonić  Dalsruda  –  jąkała  się 

Elizabeth. – O, tam niedaleko stoi Kristian Dalsrud. Koniecznie muszę z nim porozmawiać, 
zanim sobie pójdzie. 
 

-  No  to  rzeczywiście  powinnaś  się  pospieszyć  –  rzekła  kobieta,  lecz  wcale  nie  miała 

zamiaru  oddać  jej  Ane.  –  Ciesz  się,  że  twoja  córka  jest  mała  i  nie  musi  jeszcze  chodzić  do 
szkoły – dodała. 
 

-  A  to  czemu?  –  spytała  zdziwiona  Elizabeth  i  odebrała  córkę  z  rąk  gospodyni  ze 

Storvika. 
 

- W samej nauce nie ma nic złego, ale radziłabym uważać na człowieka, który został 

tu nauczycielem. To potworne, co on wyprawia, bezbożnik jeden. Dobrze, że moje dzieci już 
dorosły. 
 

Elizabeth słuchała tego tylko jednym uchem. Lensman nadal rozmawiał z pastorem, a 

Kristian stał nieco dalej. 
 

- Twoja siostra chyba już w tym roku idzie do szkoły? 

background image

 

2

 

-  Nie,  tej  wiosny  skończyła  dopiero  sześć  lat  –  wyjaśniła  Elizabeth.  –  Dziękuję  za 

rozmowę,  ale  muszę  już  iść.  –  Uśmiechnęła  się  i  szybko  ruszyła  przed  siebie,  zanim  tamta 
zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. 
 

Lensman odwrócił głowę i patrzył na nią uważnie, kiedy go mijała. Jego wzrok był tak 

przenikliwy, że pod Elizabeth nogi ugięły się ze strachu. 
 

- Dzień dobry – pozdrowił ją. Potem skinął ma pożegnanie pastorowi i poszedł dalej. 

 

Elizabeth przystanęła, czując, że zakręciło się jej w głowie z przerażenia i zarazem z 

nagłej  ulgi.  A  więc  Kristian  jednak  nie  doniósł  o  mnie  lensmanowi,  pomyślała.  Musiała  na 
kilka  sekund  zamknąć  oczy,  żeby  ochłonąć.  Głęboko  wciągnęła  powietrze  i  podeszła  do 
Dalsruda. 
 

-  Jak  mam  rozumieć  to,  co  napisałeś,  Kristianie?  –  spytała  cicho,  żeby  nie  zwracać 

niczyjej  uwagi.  –  Nic  mnie  nie  dręczy  ani  nie  spędza  mi  snu  z  powiek.  Cofnęła  się  o  krok, 
gdy napotkała jego spojrzenie. Czyżby w jego oczach dostrzegała smutek? Szybko odegnała 
tę myśl. Nie, to coś innego. Namiętność?? Jednak i to wrażenie natychmiast zniknęło. 
 

Kristian popatrzył jej w oczy. 

 

-  Dobrze  wiem,  że  bardzo  wiele  rzeczy  nie  daje  ci  spokoju,  Elizabeth,  ale  czy 

odważysz się wyznać to jemu? 
 

Elizabeth podążyła wzrokiem za spojrzeniem Kristiana i ku swemu przerażeniu ujrzała 

zbliżającego się w ich stronę Jensa. Kristian przez kilka pełnych napiętych sekund wpatrywał 
się w nią uporczywie, a potem odwrócił się na pięcie i zniknął w tłumie. Mogę powiedzieć, że 
jestem chora, pomyślała. 
 

- Co się dzieje?- spytał Jens, gdy znalazł się tuż obok. 

 

- Źle się czuje – odparła. Nie musiała niczego udawać. Naprawdę było jej słabo. 

 

Jens zerknął w stronę, gdzie zniknął Kristian, a potem utkwił wzrok w Elizabeth. 

 

- Kim jest ten człowiek? – rzucił szorstko. 

 

Elizabeth patrzyła  pustym wzrokiem gdzieś ponad ramieniem męża, nabrała głęboko 

powietrza i poprawiła Ane na ręku. 
 

- To syn Leonarda Dalsruda – rzekła w końcu, ale jej głos zabrzmiał cienko i ochryple. 

–  Pobiegłam  za  nim,  żeby  się  dowiedzieć,  czy  Helene  też  była  w  kościele,  i  wtedy  źle  się 
poczułam. 
 

- I co? – Była? – dopytywał się Jens. 

 

Elizabeth poczuła, że ogarnia ją panika. Co będzie, jeśli odpowie „nie”, a okaże się, że 

Jens spotkał Helene? Wyprostowała się i spojrzała mężowi w oczy. 
 

- Tak, ale już poszła – odparła. Mówiąc to, pomyślała, że Helene mogła  się tu nadal 

kręcić. A jeśli przyjaciółka pojawi się, zanim wrócą do domu? 
 

- W takim razie to ją widziałem – zauważył Jens niepewnie. – Poszła przed chwilą. 

 

Jaka  szkoda,  że  się  nie  spotkały!  Tak  bardzo  chciała  pogadać  z  przyjaciółką!  Nie 

widziały się już pół roku. 
 

- Muszę usiąść – odezwała się Elizabeth. Było jej słabo. 

 

Jens objął żonę ramieniem i poprowadził do wozu. Powiedz mu!, krzyczał w niej jakiś 

głos. Wyznaj, co zrobiłaś! Ale milczała. 
 
 

Elizabeth  siedziała,  cerując  skarpetę,  i  rozmyślała.  Tygodnie  po  Bożym  Narodzeniu 

nie  były  łatwe.  Wydawało  jej  się,  że  Jens  przez  cały  czas  ją  obserwuje,  i  przez  to  traciła 
pewność  siebie:  poruszała  się  sztywno  i  nienaturalnie  i  długo  ważyła  słowa,  zanim  się 
odezwała. 
 

Jeśli  tam  pod  kościołem  dobrze  zrozumiała  słowa  Kristiana,  to  przyznał  się  do 

wysłania  anonimu.  Ale  dlaczego  napisał  ten  list?  Czyżby  wiedział,  co  uczyniła  jego  ojcu? 
Nie, to niedorzeczność! Kristian nie mógł wiedzieć. Nikt o niczym nie wiedział! 

background image

 

3

 

Bezwiednie opuściła skarpetkę na kolana, a wzrokiem błądziła po pokoju. Postanowiła 

spalić list, zabrała go ze sobą na dół, ale tam siedział Jens. Schowała więc anonim do kieszeni 
spódnicy,  ale  kiedy  chciała  go  wyjąć  następnego  dnia,  listu  nie  było.  Czy  gdzieś  go 
przełożyła? Ostatnio była dziwnie roztargniona. Przeszukała całą izbę, zajrzała pod wszystkie 
meble i chodniki. Wyjęła ubrania z kufrów, przetrząsnęła je i schowała na miejsce. Trwało to 
tak długo, że Jens zaczął się już dziwić, czemu niepotrzebnie traci tyle czasu. Później szukała 
tylko wtedy, gdy zostawała sama w domu. Przejrzała wszystkie szuflady i szafy i z każdym 
dniem  ogarniała  ją  coraz  większa  panika.  A  jeśli  Jens  znalazł  list?  Co  by  mu  powiedziała? 
Usłyszała w sieni kroki męża i wróciła do cerowania. 
 

Wniósł  ze  sobą  do  kuchni  mroźne,  świeże,  zimowe  powietrze,  a  topniejący  śnieg  z 

jego butów zostawił na podłodze niewielkie kałuże. 
 

-  Przyniosłem  torf  –  oznajmił  i  wrzucił  go  do  skrzyni.  –  Nazbieram  do  pełna,  żeby 

starczyło na dłużej – dodał i ruszył do wyjścia. 
 

-  Dziękuję.  Przygotuję  ci  kufer  z  ubraniem  i  jedzenie  na  drogę  –  zaproponowała  i 

podniosła się. 
 

- Dobrze – odparł Jens z beztroskim uśmiechem. Zdjął rękawicę i pogładził Elizabeth 

po policzku. – Ale na razie zostaw rzeczy w kuchni. Wezmę je, kiedy znowu wrócę z torfem. 
Zawahał się przez moment. – Wyglądasz na zmęczoną, Elizabeth. Wydaje mi się, że za dużo 
pracujesz. 
 

Spróbowała się uśmiechnąć, czując nagle gorącą radość wywołaną jego troską. 

 

- Tak, być może – przyznała. – Ostatnio nie jestem w zbyt dobrej formie. 

 

- Zauważyłem. Coś ci dolega od pierwszego świąt, kiedy byliśmy w kościele. 

 

Elizabeth poczuła, że twarz ją pali i odwróciła się od męża. 

 

-  Tak,  zimą  dopada  nas  czasem  osłabienie,  ale  myślę,  że  nie  ma  powodu  do 

zmartwienia  –  stwierdziła  i  szybko  skierowała  się  na  schody  prowadzące  na  górę.  Zaraz 
potem  usłyszała  odgłos  zamykanych  drzwi  i  Jensa,  który  wygwizdywał  jakąś  melodię. 
Odetchnęła  z  ulgą  i  szybko  wślizgnęła  się  na  poddasze,  żeby  przynieść  ubranie  do 
spakowania. 
 

Zanim  Jens  wrócił,  zdążyła  przygotować  prowiant  i  ubranie.  Gdy  przyszedł, 

uśmiechnął się i rozejrzał po kuchni. 
 

-  Zawsze  mnie  zdumiewa,  kiedy  widzę,  ile  rzeczy  mam  ze  sobą  zabrać  –  rzekł, 

zdejmując kurtkę. 
 

-  Tyle  samo  zapakowałam  dla  taty  –  wyjaśniła  Elizabeth.  –  Jutro  przyjdzie  Maria. 

Cieszę się, że dotrzyma mi towarzystwa i pomoże w pracy, kiedy was tak długo nie będzie – 
mówiła nienaturalnie ożywiona. Spróbowała się uśmiechnąć. – Jeśli nie chcesz nieść ubrania 
pod pachą, to idź na górę i przynieś kufer. 
 

- Już idę – odparł. 

 

Słyszała, jak ciągnie za sobą kufer po podłodze, i zawołała: 

 

- Pomóc ci? 

 

-  Tak,  kiedy  będę  schodził  w  dół,  chwyć  z  drugiej  strony  i  przytrzymuj  – 

odpowiedział.  Kufer  był  duży,  z  wygiętą  pokrywą  i  wytartymi  malowanymi  ozdobami. 
Powinien pomieścić ubranie i żywność na kilka miesięcy. 
 

- Znalazłem list – rzucił Jens niespokojnie. 

 

Elizabeth z wrażenia omal nie upuściła kufra. 

 

- Jaki lis? – udało jej się w końcu wykrztusić. 

 

 

- Czy nie jest ci za ciężko? – spytał Jens, zamiast odpowiedzieć. 

 

- Nie, poradzę sobie – odparła. Myśli kłębiły jej się w głowie. Na pewno chodzi o list 

od  Kristiana,  przeraziła  się.  Dobry  Boże,  pomóż  mi,  poprosiła  w  duchu.  Spraw,  by  się 
okazało,  że  Jens  nie  zdążył  go  przeczytać.  I  pomóż  mi  znaleźć  odpowiednie  słowa! 
Zamierzała powiedzieć „skłamać”, ale to nie mogła przecież Stwórcy poprosić. 

background image

 

4

 

Kiedy  wreszcie  postawili  kufer  na  podłodze  w  kuchni,  ani  na  moment  nie  mogła 

oderwać wzroku od listu, który Jens trzymał w ręku. Rozpoznała pismo, ale miała taki zamęt 
w głowie, że nie potrafiła znaleźć odpowiedniej wymówki. Jens podał jej kopertę. 
 

- Podejrzewam, że to do ciebie, ktoś napisał tu twoje imię. 

 

Udała, że się ucieszyła. 

 

- Tak, to ten sam list, który dostałam zeszłego lata od Helene. Gdzie go znalazłeś? 

 

- Leżał za kufrem. Musiałaś go tam zgubić. 

 

- Pewnie tak – przyznała i szybko wepchnęła list do kieszeni spódnicy.  – Pójdziemy 

wybrać rzeczy, które trzeba włożyć na dno kufra – mówiła dalej, nie patrząc mężowi w oczy. 
 

-  Helene  dawno  się  nie  odzywała  –  zauważył  Jens,  który  najwyraźniej  chciał 

porozmawiać na ten temat. 
 

-  Ma  pewno  ma  dużo  pracy  –  odparła  krótko  Elizabeth.  –  O  nie,  zobacz!  Ane,  już 

porozrzucała  wszystko,  co  przygotowałam!  –  Sama  słyszała  w  swym  głosie  rozdrażnienie, 
choć  właściwie  nic  się  nie  stało.  –  Ane  ledwie  zdążyła  dotknąć  rękawa  wełnianego  swetra 
Jensa. 
 

-  Co  cię  dręczy?  –  spytał  Jens  łagodnie  i  objął  ją.  –  Tak  się  zaczerwieniłaś  i 

zmieszałaś, biedactwo. 
 

- Nic – odburknęła, próbując się uwolnić z jego objęć. 

 

-  Spójrz  na  mnie,  Elizabeth  –  zażądał,  wziął  ją  pod  brodę  i  uniósł  jej  twarz.  –  Czy 

Helene napisała w tym liście coś, co cię rozzłościło? Pamiętam, że bardzo się zdenerwowałaś, 
kiedy go dostałaś. 
 

Musiała nad sobą zapanować, zanim mogła odpowiedzieć. 

 

- Nie, po prostu Helene zbyt rzadko pisze. A ja tak strasznie za nią tęsknie. Poza tym 

martwię się, że jutro wyjeżdżacie, ty i tato. 
 

To ostatnie przynajmniej było prawdą, pomyślała. 

 

- Moja biedna Elizabeth – szepnął Jens i przytulił ją. – Będę do ciebie pisał tak często, 

jak to możliwe, mimo że nie mam do tego zdolności. 
 

- Nie przejmuj się – odrzekła. – Wystarczy, że napiszesz jeden list, tak bym widziała, 

ż

e szczęśliwe dotarłeś na miejsce. – Nagle przypomniała sobie o czymś, o co już dawno miała 

spytać. – Jens, może słyszałeś coś o nowym nauczycielu? Jaki on jest? 
 

Zastanowił się. 

 

- Nie, nie przypominam sobie, żeby ktoś o nim mówił. A ty? Wiesz coś? 

 

-  Tak,  wspomniała  o  nim  kobieta,  kiedy  rozmawiałyśmy  przed  kościołem. 

Powiedziała, że to bezbożnik, ale szczerze mówiąc, nie słuchałam jej zbyt uważnie. 
 

-  Powtarzała  pewnie  tylko  jakieś  plotki  –  uznał  Jens  beztrosko  i  znów  przyciągnął 

Elizabeth ku sobie. 
 

- Na pewno – mruknęła, starając się nie myśleć  o nauczycielu. Jak dobrze było czuć 

zapach i ciepło Jensa, słuchać serca, które tak spokojnie biło w jego piersi. Wszystko wkrótce 
się ułoży. Oby tylko starczyło jej cierpliwości i oby pozwoliła, by czas jej pomógł. 
 

Za  oknem  się  zmierzchało.  Elizabeth  westchnęła  zadowolona  i  pomyślała,  że  mimo 

wszystko ma dużo szczęścia. 
 
 

Jens  na  poddaszu  układał  Ane  do  snu.  Sam  się  zaofiarował,  że  położy  mgłą,  by 

Elizabeth  mogła  się  spakować  kufer.  Jeszcze  zanim  dotarł  na  górę,  wrzuciła  list  do  pieca. 
Wpatrywała się w płomienie pochłaniające papier.   
 

- No to na zawsze zniknął ze świata – szepnęła z ulgą, po czym zabrała się do pracy. 

 

Wszystko  układała  z  miłością.  Na  stole  stało  jedzenie.  Trochę  dostali  z  Heimly,  ale 

większość  sami  zaoszczędzili.  Przygotowała  roladę  mięsną,  wędzony  udziec  z  barani, 
suchary, mało, ser i na koniec czarny chleb, który nie psuł się zbyt szybko. Miała nadzieję, że 
wiktuałów starczy, choć Jensa nie będzie aż do wiosny. 

background image

 

5

 

Do  niewielkiej  szufladki  zamykanej  zasuwaną  klapką  włożyła  przybory  do  pisania, 

trochę pieniędzy, psałterz i na koniec Biblięktórą Jens dostał od rodziców. 
 

Ubrania  męża  porozkładała  na  podłodze.  Sześć  par  rękawic  do  połowów;  były  duże, 

jak  powinny.  Wełniane  koszule,  cztery  pary  kalesonków,  skarpety  z  szarej  wełny,  tej 
najcieplejszej,  drewniaki  do  chodzenia  w  domu,  dodatkowe  spodnie,  odświętna  koszula  do 
kościoła.  Sztuka  po  sztuce  Elizabeth  układała  w  kufrze  każdą  rzecz  tak  starannie,  by  na 
wszystko znalazło się miejsce. Na samym wierzchu położyła derkę, żeby Jens miał się czym 
okryć  w  nocy.  Następnie  zamknęła  wieko  i  odwróciła  się  w  stronę  kuchennego  krzesła. 
Leżało na nim wierzchnie ubranie, które Jens miał włożyć jutro – gruba kurtka i spodnie ze 
skóry.  Były  zniszczone.  Właściwie  przydałby  się  nowy  komplet,  stwierdziła,  bo  ten,  który 
Jens  teraz  nosił,  został  przerobiony  z  ubrania  po  teściu,  Jakobie.  Ale  będą  musieli  z  tym 
poczekać do przyszłego roku, westchnęła. 
 

Sięgające  ponad  kolana  zimowe  buty,  z  bydlęcej  skóry  z  drewnianymi  podeszwami, 

nasmarowali  dziegciem  od  środka  i  z  zewnątrz,  żeby  nie  przemakały.  Elizabeth  przeszedł 
dreszcz,  kiedy  pomyślała  o  sztormie  i  możliwej  katastrofie.  Gdyby  ktoś  wpadł  do  wody  w 
ciężkim  ubraniu,  w  żaden  sposób  nie  utrzymałby  się  na  powierzchni.  Poszedłby  na  dno  jak 
kamień, nawet gdyby morze było spokojne. 
 

Szybko  odegnała  ponure  myśli.  Jeśli  nie  chciała  oszaleć,  nie  mogła  sobie  na  nie 

pozwolić. W tej samej chwili usłyszała, że Jens schodzi po schodach.. 
 

- Zimno ci? – spytał, objął ją czule i pocałował w szyję. 

 

Elizabeth przytuliła się do niego i skinęła głową. 

 

- Trochę – odparła. 

 

Niechętnie wypuścił ją z ramion i przyniósł koc i baranicę. 

 

- Położymy się tu na trochę – rzekł, wskazując na podłogę przy palenisku. 

 

Elizabeth  nie  odpowiedziała,  tylko  zdmuchnęła  płomień  lampy  stojącej  na  stole. 

Powoli zaczęła się rozbierać. Jens uczynił to samo, jak gdyby wcześniej się umówili. Ogień 
rzucił ich cienie na podłogę, kiedy objęci położyli się na miękkim posłaniu. Teraz Elizabeth 
czuła  się  spokojna  –  wszystkie  złe  myśli  odpłynęły,  gdy  znalazła  się  w  ramionach  męża. 
Najważniejsze, że Jens jest przy niej. Dla niej, na zawsze, pomyślała. 
 

Wziął jej piersi w swe dobre ręce, lekko ścisnął, ważył w dłoniach, potem skosztował 

brodawek. Elizabeth syknęła z rozkoszy i wygięła ku niemu ciało. Usta Jensa przesuwały się 
w  dół  jej  brzucha,  potem  wzdłuż  ud,  a  następnie  z  powrotem  w  górę.  Przeszedł  ją  dreszcz, 
wyciągnęła ręce nad głowę. 
 

Może robić, co zechce, ma nade mną całkowitą władzę, pomyślała. Jego dłoń znalazła 

drogę do jej pulsującego łona, a usta całowały wewnętrzną stronę ud. 
 

- Och, Jens – jęknęła, poruszając biodrami w takt ruchów jego ręki. – Chodź – błagała, 

czując, nieznośne napięcie. 
 

Jens powoli przykrył ją całą swym silnym ciałem. Kiedy w nią wszedł, napotkała jego 

spojrzenie. Źrenice miał tak duże i czarne, że mogłaby się w nich utopić. Rzęsy długie i gęste. 
Potem  zamknęła  oczy  i  uniosła  się  na  fali  cudownych  uczuć,  słysząc  z  daleka  swe  imię 
szeptane przez Jensa. 
 

Potem leżeli mocno przytuleni. Opletli się nawzajem nogami, Elizabeth oparła głowę 

na  ramieniu  męża.  Słyszała  jego  równy  oddech.  Nagle  Jens  drgnął  –  nie  chciał  przespać  tej 
ostatniej wspólnej nocy, odgadła, i pogłaskała go czule po policzku. 
 

-  Śpij  spokojnie,  Jensie.  Pamiętaj,  że  jutro  czeka  cię  długi  i  trudny  dzień  –  rzekła 

łagodnie. 
 

Skinął głową i Elizabeth poczuła po chwili, że jego ramię, którym ją obejmował, stało 

się bezwładne. Sama leżała bezsennie, wsłuchując się w miarowy oddech męża. Zmagała się 
z  mnóstwem  natrętnych  myśli.  Czuła  piekący  ból,  którego  nie  mogła  się  pozbyć  ani  nie 
potrafiła nazwać. 

background image

 

6

 

Nie  był  to  niepokój,  który  od  lat  niezmiennie  ogarniał  wszystkie  kobiety  przed 

zimowymi  połowami.  Nie  tylko  lęk  o  ukochanego  mężczyznę,  który  będzie  mieszkał  w 
rybackim baraku, marzł na morzu i być może zostanie tam zaskoczony przez sztorm. Nie, to 
było coś innego. Elizabeth wiedziała, że tej zimy coś się wydarzy, ale nie miała pojęcia co. 
Usiłowała  przywołać  Linę-Laponkę.  Wyszeptała  jej  imię  w  nocnej  ciszy,  ale  na  próżno.  I 
chociaż już wcześniej Lina-Laponka nie odpowiadała na jej prośby, poczuła rozczarowanie. 
 

W  ostatnich  godzinach  przed  świtem  modliła  się  bezgłośnie,  by  Pan  miał  w  swej 

opiece  wszystkich  rybaków  wybierających  się  tej  zimy  na  morze  i  żeby  szczęśliwie 
doprowadził  ich  z  powrotem  do  domu,  bo  tego  nigdy  nie  można  być  pewnym.  Modlitwa 
trochę ją uspokoiła. Zamknęła oczy i mocniej przytuliła się do Jensa. 
 

Zapadając w stan między jawą a snem, nagle poczuła obecność jakiegoś człowieka. To 

nie  Jens,  pomyślała  półprzytomna,  nie  wiedząc,  skąd  to  przeświadczenie.  Wrażenie  było 
nieprzyjemne i chciała się obudzić, ale jej się nie udało. Było też gorąco i… uwodzicielskie. 
Kusiło i przerażało jednocześnie. Bardziej przerażało, bo było zakazane, pomyślała i odniosła 
wrażenie, że jakaś dłoń gładzi ją po włosach, a czyjś głos szepcze: Twoje włosy są jak srebro, 
Elizabeth.

 

 

Uświadomiła sobie, że słyszała już kiedyś te słowa.  

Kiedy  próbowała  sobie  przypomnieć,  od  kogo,  stanął  jej  przed  oczami  Kristian.  Uśmiechał 
się do niej z głową pochyloną do tyłu, a w jego oczach kryło się coś mrocznego. Miała ochotę 
uciekać. Czego chciał? Po co tu się zjawił? 
 

Trzymaj się ode mnie z daleka, próbowała powiedzieć, ale nie była w stanie wydobyć 

głosu. Wtedy roześmiał się jeszcze głośniej i w tym samym momencie zniknął. 
 

Nagle  się  przebudziła.  Leżała  przez  chwilę,  wpatrując  się  w  ciemność.  Oddychała 

płytko i urywanie, drżała na całym ciele. Jeszcze mocniej przywarła do Jensa. To musiał być 
sen, pomyślała, próbując ochłonąć. 
 

- Jasne, że to był tylko sen – wyszeptała. 

 

Dobrze było usłyszeć własny głos. Jens poruszył się, wymamrotał coś przez sen i spał 

dalej.  Dlaczego  przyśnił  mi  się  Kristian?  Czego  on  ode  mnie  chce?  Co  planuje?  Myśli  nie 
dawały jej spokoju, więc uznała, że najlepiej zrobi, gdy wstanie. Cicho ubrała się i wyszła do 
obory. 
 
 

Kiedy rano zasiedli przy stole do śniadania i próbowali zamienić kilka słów, rozmowa 

się nie kleiła. Przytłaczało ich zbyt wiele myśli. 
 

- Musisz się porządnie najeść – starała się przekonać męża. – Masz przed sobą długą 

drogę. 
 

Jens tylko skinął głową w odpowiedzi. 

 

Potem poszedł się ubrać, a ona szybko sprzątnęła ze stołu i przebrała Ane. Zmywanie 

musi poczekać do jutra. Sporo domowych czynności, które powinna dziś wykonać, odłożyła 
na później. Mycie naczyń i większe porządki w dniu wyprawy na połowy, czyli „wymywanie 
mężczyzn”, zapowiadało nieszczęście – to wiedziała już jako mała dziewczynka. 
 

Jens niósł Ane na rękach aż do rozstaju dróg. Śmiało pocałował dziecko w policzek, 

nie wstydził się, okazywać córce ojcowskiej czułości. Potem objął Elizabeth. Utonęła w jego 
muskularnych ramionach, czując na policzku dotyk miękkiej, gładkiej owczej skóry. Pragnęła 
zachować  to  wrażenie  na  całą  zimę.  Chciała  coś  powiedzieć,  ale  ścisnęło  ją  w  gardle.  Nie 
potrafiła też znaleźć właściwych słów. Do wiosny tyle czasu… Czekanie będzie długie. Znów 
ogarnęło ją uczucie, którego nie potrafiła wytłumaczyć. Zaniepokoiła się. 
 

Wreszcie  Jens  wypuścił  ją  z  objęć.  Uczynił  to  niechętnie,  lecz  zaraz  ruszył  szybkim 

krokiem, nie oglądając się za siebie. 
 

Do  brzegu  przybiła  dziesięciowiosłowa  łódź  Abrahama.  Tym  razem  załoga  składała 

się  z  siedmiu  osób.  Oprócz  Abrahama,  który  dowodził,  płynęli:  Jakob,  Jens  wraz  z  ojcem 

background image

 

7

Elizabeth, Andresem, i jeszcze trzech mężczyzn. Jeden z nich pomógł Jensowi wnieść kufer. 
Elizabeth starała się nie patrzeć w stronę męża. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że wszedł 
na pokład łodzi. Pragnęła zachować dotyk jego ramion i miękkiej owczej skóry na policzku. 
 

Odwróciła  się  i  spojrzała  w  stronę  Neset.  Ujrzała  tam  Dorte  z  Danielem  na  biodrze. 

Drte kilka lat temu również spakowała kufer mężowi i pomachała mu na pożegnanie. Wtedy 
widziała  go  po  raz  ostatni.  Kolejny  mężczyzna  zostawił  ją,  gdy  zaszła  w  ciążę.  Mimo  to 
każdego roku stawała przed domem i żegnała rybaków wypływających w morze. 
 

Mężczyźni  energicznie  odepchnęli  łódź  od  kamienistego  brzegu  i  zaczęli wiosłować. 

Od razu łapią rytm, pomyślała Elizabeth. Mają to we krwi, tak jak my, kobiety, zajmowanie 
się domem i dziećmi. Odprowadziła łódź wzrokiem, póki nie zniknęła. 
 

Już miała się odwrócić i ruszyć do Nymark po Marię, gdy zauważyła Ragnę. Teściowa 

stała  ze  spuszczoną  głową  i  złożonymi  rękami.  Pogrążona  w  modlitwie,  nie  zauważyła,  że 
chusta zsunęła się z jej ramion. 
 

Tak,  mężczyznom  przydadzą  się  słowa  modlitwy  na  drogę,  stwierdziła  Elizabeth  w 

duchu.  Jednak  na  moją  udrękę  nie  pomagają  żadne  modły,  pomyślała.  Coś  się  stanie,  tego 
była pewna. 
 
Rozdział 2 
 
 

Elizabeth  odstawiła  talerz,  który  właśnie  umyła  po  obiedzie.  Maria  natychmiast  go 

wytarła.  W  kuchni  ciągle  jeszcze  pachniało  słoną  rybę,  stwierdziła  Elizabeth.  Wykręciła 
ś

cierkę. 

 

- Co lubisz jeść? – spytała siostra i zeszła z krzesła, na którym stała. 

 

- Wszystko jest dobre – odparła Elizabeth krótko i zaczęła wycierać stół. 

 

-  Zgoda,  ale  musi  chyba  być  coś,  co  lubisz  najbardziej?  Moroszki  smakują  przecież 

lepiej niż solona ryba, prawda? 
 

Elizabeth  wpatrywała  się  w  okno.  Od  dawna  nie  padał  śnieg,  ale  za  to  chwycił  tak 

siarczysty  mróz,  że  aż  cały  dom  trzeszczał.  Niedługo  wróci  słońce  i  minie  czas  ciemności, 
pomyślała tęsknie. Wraz ze słońcem nadejdzie wiosna – i mężczyźni. 
 

- Co mówiłaś? Nie dosłyszałam. 

 

-  Wiem,  że  każde  jedzenie  jest  dobre  –  mówiła  Maria.  –  Ale  strasznie  już  mi  się 

znudziła solona ryba, którą jemy codziennie. 
 

Elizabeth skinęła głową, zbierają ścierką okruchy ryby i ziemniaków. Jeśli miała być 

szczera,  sama  też  już  miała  dość  jednostajnej  diety.  W  czasie  zimowych  połowów,  kiedy 
mężczyźni przebywali poza domem, kobiety i dzieci, jadły tylko solone produkty, 
 

- Dziś wieczorem wypłynę zastawić linę – postanowiła. – Na jutro będzie świeża ryba. 

A dzisiaj upiekę chleb i zjemy chrupiący chlebek z masłem. Co ty na to, siostrzyczko? 
 

- Jesteś najukochańsza na świecie – uśmiechnęła się Maria. 

 

Elizabeth  wyszła  do  spiżarni.  Słyszała,  że  Maria  zagaduje  Ane.  Myśl  o  świeżym 

chlebie  wszystkim  poprawiała  nastrój.  Dziś  wieczorem  sprawiają  sobie  prawdziwą 
przyjemność. Elizabeth nuciła pod nosem, zdejmując z półki drewniany pojemnik, w którym 
trzymała mąkę. Jest podejrzanie lekki, przemknęło jej przez głowę, a kiedy otworzyła wieko, 
jej  przypuszczenia  się  potwierdziły:  pudełko  było  całkiem  puste.  Serce  mocniej  jej  zabiło, 
kiedy zajrzała za drzwi w poszukiwaniu worka z mąką. Jednak z góry znała odpowiedź. Jak 
mogłam  być  taka  rozrzutna?-  pomyślała  gorączkowo  i  przypomniała  sobie  dzień,  kiedy 
zużyła resztę mąki. 
 

Wstrzymała na moment oddech. Nie wolno jej płakać z powodu własnej głupoty. Tak, 

głupoty,  stwierdziła  bezlitośnie.  Powinna  była  oszczędzać.  Spodziewała  się  pieniędzy  od 
Jensa lub ojca, ale jeszcze nie dotarły. Teraz nie miała innego wyjścia, jak tylko popłynąć do 
sklepiku i zrobić zakupy na kredyt. 

background image

 

8

 

- Żebraczka – szepnęła w ciasnej spiżarni i zadrżała.  

 

O  tej  porze  roku  większość  kobiet  musiała  kupować  na  kredyt,  pozwalając 

sklepikarzowi zapisywać dług w zeszyciem ale i tak Elizabeth uważała, że to upokarzające. 
Nikt nie wiedział, jak udadzą się połowy, i nie było gwarancji, że wracali z długiem, czasem 
tak  dużym,  że  przechodził  na  następne  pokolenia.  Elizabeth  wzdrygnęła  się.  Jeśli  Bóg  tej 
zimy  się  nad  nimi  zlituje,  będzie  gorąco  dziękowała  za  każdy  kęs  włożony  do  ust.  Szybko 
przetarła twarz i wyprostowała się, zanim wróciła do kuchni. 
 

- Jak długo nie mam taty i Jensa? – spytała Maria. 

 

-  Cztery  tygodnie  –  odpowiedziała  Elizabeth.  Zobaczyła,  że  siostra  wysunęła  cztery 

paluszki i zamyśliła się. 
 

Miesiąc  to  długo,  pomyślała  Elizabeth.  Ciągle  czekała  na  list,  jednak  nie  dostała 

jeszcze żadnej wiadomości od Jensa i ojca, ani jednego słowa o tym, że dotarli szczęśliwie na 
zimowe łowiska. Czekanie było bolesne. 
 

-  Muszę  się  wybrać  po  mąkę  –  rzekła  z  udawaną  swobodą.  –  Możesz  przez  chwilę 

popilnować Ane? 
 

- A nie mogłybyśmy popłynąć z tobą? – spytała Maria prosząco. – Będziemy bardzo 

grzecznie siedziały w łodzi. 
 

Elizabeth zastanowiła się. Marii również przydałoby się trochę odmiany. Jeśli dobrze 

opatuli dziewczynki, to chyba się nie przeziębią. 
 

- Dobrze, możecie popłynąć ze mną – odparła i poczuła dziecięcą radość, widząc, jak 

bardzo Maria się ucieszyła. 
 
 

Elizabeth  wiosłowała  jak  mężczyzna.  Usiadła  z  szeroko  rozstawionymi  nogami  i 

oparła  stopy  na  ławce,  jak  to  robił  Jens.  Na  samym  środku  fiordu  na  moment  w  górze 
dostrzegła  swój  dom  –  był  jak  ciemnobrązowa  plamka  na  tle  białego  śniegu.  Maleńkie 
gospodarstwo jej i Jensa, pomyślała i poczuła radość. 
 

- Czy potrafisz dochować tajemnicy? – spytała siostrę. 

 

Maria skinęła głową i w napięciu zagryzła dolną wargę. 

 

- Na wiosnę Jens zbuduje szopę na łodzie, która będzie należała tylko do nas/ 

 

-To prawda? 

 

-  No  pewnie  –  uśmiechnęła  się  Elizabeth  i  znów  zaczęła  wiosłować.  –  Jakob 

podarował nam kawałek ziemi. Jens zbuduje szopę z kamienia i z desek, które kupi. Co o tym 
myślisz, Maryjko? 
 

Siostra  skuliła  się,  wpatrzona  w  ląd.  To  przyjemne  móc  się  z  kimś  podzielić  dobrą 

wiadomością, wydawała się przez to jeszcze lepsza i bardziej radosna. 
 

Dół  spódnicy  Elizabeth  był  mokry,  a  palce  zmarznięte,  kiedy  weszła  do  sklepiku. 

Pośród  całego  tego  bogactwa  zgromadzonego  w  środku  poczuła  się  jak  w  bajce.  Z  sufitu 
zwisały gęsto różnego rodzaju towary: od zimowych butów po czerpaki i miedziane czajniki. 
Na podłodze stały worki z cukrem i mąką, beczki z syropem i ze śledziami. 
 

- Chodźcie, dzieci – rzekła i podeszła do pica. – Ogrzejcie się tu trochę. – Zdjęła Ane 

czapkę  oraz  rękawiczki  i  przysunęła  rączki  dziecka  w  stronę  pieca.  –  Nie  stój  za  blisko, 
Mario, żebyś się nie oparzyła – napomniała siostrę, rozglądając się po pomieszczeniu. Nieco 
dalej w głębi zobaczyła dwie kobiety i starszego mężczyznę pogrążonych w rozmowie. Jedna 
z kobiet trzymała w rękach gazetę. Nordlands Amtstidende, przeczytała Elizabeth. W sklepiku 
zawsze wykładano stare gazety i czasopisma, żeby klienci mogli sobie poczytać. 
 

-  Posłuchajcie  –  zawołała  kobieta,  wpatrując  się  w  gazetę  przymrużonymi  oczami.  – 

Znalazłam  ogłoszenie:  Niniejszym  zawiadamiam,  że  od  dzisiaj  w  moim  mieszkaniu  w 
kamienicy Madame Larsen rozpoczynamy wyprzeda
ż wszelkiego rodzaju ubrań z lnu, wełny i 
bawełny  sprowadzonych  ze  Szwecji.  Bodo,  dwudziestego  drugiego  sierpnia  1871  roku.  O. 
Johnson. 

background image

 

9

 

- Mogę zobaczyć? – spytała jakaś korpulentna kobieta. 

 

Chyba nazywa się Hartuvikka, pomyślała Elizabeth. 

 

Hartuvikka przyciągnęła do siebie gazetę. 

 

- To stara gazeta, z zeszłego roku, a poza tym wyprzedaż jest w Bodo! – prychnęła. 

 

Elizabeth stłumiła uśmiech. Mówi, tak jakby miała pieniądze, żeby sobie kupować to, 

co chce! Ale każdemu wolno marzyć, a stare gazety są jak nowe, kiedy nie ma innych. 
 

Szukała  w  pamięci  nazwiska  starszego  pana.  Chyba  Kornelius,  pomyślała.  Staruszek 

niecierpliwił się, zdawało się, że coś mu leży na sercu, ale widać nie zdobył się na odwagę, 
ż

eby to powiedzieć. Kiedy ich spojrzenia spotkały się, Elizabeth skinęła głową i uśmiechnęła 

się, a potem znów skierowała swoją uwagę na dzieci.  
 

- Trochę się rozgrzałaś, Mario? – spytała. Siostra przytaknęła. 

 

- Czy mogłabyś mi wyświadczyć drobną przysługę? – odezwał się za nią męski głos. 

Elizabeth odwróciła się i ujrzała Korneliusa, który w pomarszczonych dłoniach trzymał list. – 
Nie mam już tak dobrego wzroku jak dawniej –  rzekł zakłopotany. – Czy  nie sprawiłoby ci 
zbyt dużego kłopotu, żeby mi przeczytać list? 
 

Pewnie staruszek nie potrafi  czytać, przemknęło  Elizabeth przez myśl. Wiedziała, że 

nie wszyscy ludzie w jego wieku chodzili do szkoły. 
 

-  Oczywiście,  że  mogę  go  przeczytać  –  odparła  i  uśmiechnęła  się,  bo  rozbawił  ją 

uroczysty  ton  słów  mężczyzny.  –  Chodźcie  dzieci  –  zwróciła  się  do  Marii  i  Ane  i 
poprowadziła dziewczynki do ławki stojącej pod ścianą. 
 

Kiedy wszyscy usiedli, otworzyła kopertę szpilką do włosów i rozłożyła list. 

 

- To od Johana Salamona Christophersena – wyjaśniła. 

 

Kornelius skinął głową i uśmiechnął się zadowolony. 

 

- Ach, od Johana, tak. To syn mojego brata – dodał, zanim Elizabeth zaczęła czytać. 

 
 

Panie Corneliusie Jakobsenie, 

 

piszę  do  Pana  kilka  słów.  Nasza  załoga  zgromadziła  już  piętnaście  beczek  wątróbek, 

więc  ryb  jest  tutaj  w  bród.  Wygląda  na  to,  że  połowy  w  tym  roku  będą  udane,  oby  tylko 
pogoda si
ę utrzymała. 
 

Co  się  tyczy  nowości,  to  niewiele  jest  do  pisania  poza  tym,  że  słyszałem,  że  Wielki 

Einar opuścił ów wypełniony grzechem świat w wieku czterdziestu lat. Można by mu niemal 
zazdro
ść szczęścia, że wyprowadził się z tej grzesznej Sodomy. 
 

Wszyscy jesteśmy zdrowi, nie licząc kilku przeziębionych. Jednakże najgorzej mają ci, 

którzy muszą mieszkać w rufówce, bo marzną na kość
 

To tyle o nas. Życzę Panu pomyślności w każdym przedsięwzięciu. 

 

 

 

 

 

 

 

Johan Salamon Christophersen 

 
 

Elizabeth  ostrożnie  złożyła  kartkę  i  włożyła  do  koperty.  W  pomieszczeniu  zapadła 

zupełna  cisza  i  dziewczyna  zrozumiała,  że  wszyscy  słuchali  tego,  co  czytała.  Poczuła 
zakłopotanie w imieniu staruszka, jednak odniosła wrażenie, że raczej promieniał z dumy. Nie 
każdy dostawał listy. 
 

- Ciekawe, co się przydarzyło Wielkiemu Einarowi – zastanawiała się. 

 

-  Nie  wiem  –  odparł  Kornelius.  –  Już  wcześniej  słyszałem,  że  zmarł.  Po  prostu 

wieczorem  położył  się  spać,  a  następnego  dnia  już  nie  żył.  Nie  wiadomo,  kiedy  Pan 
zdecyduje, że nasz czas tu na ziemi już minął. 
 

-  Tak,  to  prawda  –  przyznała  Elizabeth  cicho,  oddając  list  właścicielowi.  Kornelius 

podziękował kilka razy za pomoc i wstał. 
 

Elizabeth  posiedziała  jeszcze  chwilę,  myśląc  o  mężczyźnie,  który  wyszedł.  Zawsze 

był  trochę  dziwny,  nikt  nie  słyszał,  żeby  miał  jakąś  rodzinę.  Potem  pomyślała  o  rybakach 
mieszkających w rufówce – nadbudówce umieszczonej w niektórych kutrach na samym tyle. 

background image

 

10

Słyszała, jak Jens kiedyś mówił, że gdy dobijali do brzegu, zdejmowali rufówkę i zanosili ją 
na  ląd.  Zwykle  jednak  przechowywali  w  niej  sprzęt.  Szczerze  współczuła  tym,  których  nie 
było stać nawet na to, by wynająć choćby jakąś budę na wiosła, pomyślała ze smutkiem. W 
nocy z pewnością musieli okropnie marznąć. A jeśli list pochodził ze Storvaagen? Może nie, 
jest przecież tyle przestrzeni rybackich. Nie chciała pytać. Szybko otrząsnęła się z ponurych 
myśli. 
 

- Przypilnuj przez chwilę Ane – poprosiła Marię. – Pójdę kupić mąkę, to zajmie tylko 

chwilę. 
 

Młody sprzedawca uśmiechnął się do niej i ukłonił. 

Elizabeth  odpowiedziała  uśmiechem,  skinęła  głową  i  wyraziła  kilka  zwyczajnych  uwag  o 
pogodzie.  Chłopak,  który  dostał  tu  pracę,  był  bardzo  sympatyczny.  Złośliwi  twierdzili,  że 
stanął  za  ladą,  bo  nie  znosił  morza.  Mówiono,  że  cierpiał  na  chorobę  morską.  I  ktoś  taki 
miałby  się  mienić  mężczyzną,  prychali  ludzie  z  pogardą.  Ale  Elizabeth  nie  słuchała  ich 
gadania.  Było  jej  całkiem  obojętne,  dlaczego  sprzedawał  w  sklepiku,  podczas  gdy  inni 
mężczyźni wyruszali na połowy. 
 

-  Czym  mogę  służyć,  Elizabeth?  –  spytał,  opierając  ręce  na  lodzie.  –  Może  trochę 

brązowego  cukru  dla  dziewczynek?  –  Wskazał  potężny  słój,  wypełniony  brązowymi 
kryształkami, które tak wybornie smakowały. 
 

- Nie, chciałam kupić tylko odrobinę mąki – bąknęła, nerwowo mnąc rękawice. – Ale 

muszę  poprosić  o  zapisanie  w  zeszycie…  do  czasu,  aż  Jens  wróci  –  dodała,  patrząc 
sprzedawcy w oczy. 
 

Uśmiechnął się wesoło. 

 

- Dobrze, chyba da się to zrobić. Zresztą… 

 

Nie dokończył zdania, ponieważ nagle zjawiła się Josefine i odepchnęła go brutalnie. 

 

- Ja się tym zajmę – rzekła stanowczo. 

 

Młody sprzedawca kilka razy otworzył i zamknął usta, a potem potulnie się wycofał i 

zajął  sprzątaniem  na  półkach.  Jednak  Elizabeth  zauważyła,  że  cały  czas  ukradkiem  je 
obserwował.  Domyśliła  się,  że  nieszczęśnik  nie  mógł  się  sprzeciwić  żonie  samego 
właściciela.  Współczuła  mu,  a  jednocześnie  zastanawiała  się,  co  takiego  zamierzał  jej 
powiedzieć. 
 

Napotkała spojrzenie szarych oczu kobiety za ladą. 

 

- Jak już mówiłam, chciałabym kupić trochę mąki na kredyt. Zapłacę, gdy Jens wróci 

do domu – powiedziała. 
 

Minęło kilka sekund, a Jodefine się nie odzywała. 

Rozmowy, które inni klienci prowadzili za plecami Elizabeth, ucichły, dało się słyszeć tylko 
słabe skrzypienie desek podłogi, kiedy ktoś się poruszył. Elizabeth powtórzyła trochę głośnej: 
 

- Chciałabym kupić trochę mąki. 

 

-  Chcesz  mąki,  rozumiem  –  powiedziała  Josefine  wysokim,  skrzekliwym  głosem.  – 

Ale czy masz czym zapłacić? 
 

Elizabeth pokręciła głową, poczuła, że się poci. Ale zaraz wyprostowała się. 

 

- Nie, nie mam. I chyba niewiele z nas, kobiet, ma teraz pieniądze, kiedy mężczyźni są 

na  połowach.  Ale  jak  tylko  Jens  wróci,  spłacę  dług.  Jednak  do  tego  czasu  dzieci  muzę  jeść 
chleb. 
 

Słyszała,  że  głos  jej  się  łamał,  gdy  mówiła  ostatnie  zdanie,  i  musiała  odchrząknąć. 

Dlaczego  Josefine  zachowywała  się  wobec  niej  tak  opryskliwie?  Oboje,  zarówno  ona,  jak  i 
Abraham byli przecież na chrzcinach Ane, a wtedy żadne z nich nie powiedziało złego słowa. 
 

Ktoś z tyłu zakasłał i Elizabeth zdobyła się na odwagę.  

 

- Dostanę mąkę, czy nie? 

 

Ż

ona  sklepikarza  nie  od  razu  powiedziała,  obracała  w  palcach  pozłacaną  broszkę, 

przypiętą  na  piersi  do  sukni.  Czarny  szal  z  długimi  cienkimi  frędzlami  bzyczał  na  jej 

background image

 

11

ramionach.  Dlaczego  ta  kobieta,  która  tak  wiele  posiada,  żałuje  mi  mąki?,  dziwiła  się 
Elizabeth, czując bolesne pieczenie w piersi. 
 

- A jeśli twój mąż wróci bez pieniędzy? – spytała Josefine zimno. 

 

- Wtedy zapłacę jesienią jagodami i puchem – odparła Elizabeth, słysząc, że głos jej 

drży. Bardziej ze złości i rozgoryczenia niż ze strachu. 
 

Josefine  popatrzyła  na  nią  zimnym  wzrokiem,  a  potem  podeszła  do  worka  z  mąką  i 

napełniła nią torbę z szarego papieru. Następnie wyjęła duży zeszyt, przerzuciła kilka kartek i 
powiodła palcem w dół słupka z nazwiskami i liczbami. To przypomniało Elizabeth chwilę, 
kiedy oboje z Jensem udali się do pastora, żeby dać na zapowiedzi. Skojarzenie pojawiło się 
całkiem niespodziewanie, a Elizabeth w jednej chwili zrozumiała: Josefine nie była ani trochę 
lepsza  od  innych  zamożnych  ludzi,  którym  upokorzenie  biedaków  sprawiało  przyjemność. 
Zacisnęła  mocno  zęby,  czekając  na  mąkę.  Następnie  wzięła  torbę  i  dała  znak  Marii,  że 
powinny już iść. Wtedy Josefine głośno odchrząknęła. 
 

- Tak przy okazji, to przyszedł do ciebie list, Elizabeth – rzekła i wysunęła szufladę. 

 

Elizabeth  powoli  cofnęła  się  i  wzięła  kopertę,  którą  podała  jej  żona  sklepikarza. 

Ostrożnie przełamała pieczęć lakową i zobaczyła, że w środku są pieniądze. Na kilka sekund 
zamknęła oczy, żeby odzyskać panowanie nad sobą. Kiedy na powrót je otworzyła, napotkała 
spojrzenie młodego sprzedawcy. Odgadała, że wiedział o liście. Chciał jej o nim powiedzieć, 
ale Jozefine go przegoniła. 
 

-  Wiedziałeś,  że  dostałam  pieniądze  –  rzekła  Elizabeth,  patrząc  Josefine  prosto  w 

oczy. 
 

Kobieta udała niewiniątko. 

 

- Kto? Ja? Jakim cudem miałam się tego domyślić? 

 

-  Na  liście  była  pieczęć  lakowa  –  odparła  Elizabeth  i  rzuciła  na  ladę  kopertę  z 

pieniędzmi.  –  Masz  tu  za  mąkę,  a  do  tego  poproszę  jeszcze  tutkę  tego  –  wskazała  na  słój 
brązowego cukru. 
 

Josefine wzruszyła obojętnie ramionami i zaczęła odważać cukier. Przez cały czas w 

kącikach jej ust igrał uśmiech. Kiedy skończyła, Elizabeth wzięła Ane na biodro, a Marię za 
rękę. W drzwiach odwróciła się. 
 

-  Dostaniesz  za  swoje,  Josefine,  możesz  być  pewna  –  rzekła  drżącym  ze  wzburzenia 

głosem.  Czuła,  jak  krew  pulsowała  jej  w  głowie  i  szumiało  w  uszach,  gdy  przebiegła 
spojrzeniem po zebranych w sklepiku, a potem szybko wyszła na dwór. 
 

Maria nie odzywała się przez całą drogę do brzegu. 

Dopiero gdy dotarły do łodzi, spytała: 
 

- Jak chcesz się na niej zemścić? 

 

Elizabeth znieruchomiała i spojrzała na siostrę. 

 

- Zemścić się? – powtórzyła. – Nie mam takiego zamiaru. Wchodź do łodzi i siadaj, 

dam ci Ane na kolana.  
 

-  Powiedziałaś,  że  Josefine  dostawanie  się  za  swoje  –  mówiła  dalej  Maria.  –  To 

znaczy, że chcesz się jej odpłacić za to, że była dla ciebie taka podła. 
 

Elizabeth posadziła Ane na kolanach Marii i także weszła do łodzi. 

 

- Tak się tylko mówi, gdy jest się na kogoś złym albo ma się go dość – odpowiedziała 

lekceważąco. Jednak w głębi duszy wcale nie była spokojna. Rzuciła te słowa przy świadkach 
i teraz ludzie mogą to wykorzystać. Wiedziała jak we wsi roznoszą się plotki. 
 

Z jej ust unosiły się obłoczki pary, kiedy dobiła do brzegu. Choć trzymał mróz, czuła, 

jak  bardzo  się  spociła.  Przystanęła  na  kilka  sekund  i  spojrzała  na  drugą  stronę  fiordu,  na 
którym,  niczym  cieniuteńka  koronkowa  firanka,  unosiła  się  mroźna  mgła.  Obym  nigdy  nie 
wypowiedziała tych słów pod adresem Josefine, pomyślała i już ich pożałowała. 
 
Rozdział 3 

background image

 

12

 
 

W  drodze  do  domu  prawie  nie  odzywała  się  do  Marii.  Rozmyślała  nad  słowami 

siostry, które dręczyły ją bardziej, niż chciała przyznać. 
 

Kiedy wyciągnęły łódź na ląd, Maria spytała, czy mogłaby pójść do Dorte. 

 

-  Nie  –  odparła  Elizabeth  trochę  zmęczona.  –  Musisz  mi  pomóc,  jeśli  mamy  zdążyć 

zrobić chleb na kolację. 
 

Pomyślała  o  liście.  Nie  chciała  go  wyjmować,  zanim  w  całym  domu  nie  zrobi  się 

cicho. Wtedy w spokoju będzie mogła przeczytać wieści od Jensa. Skoro mogła czekać cztery 
tygodnie, to wytrzyma jeszcze kilka godzin. 
 

- A ty zastaw linę – odparła Maria, przypominając jej o jeszcze jednej obietnicy. 

 

Elizabeth  westchnęła  w  duchu.  Obiecała  świeżą  rybę.  Teraz  już  nie  mogła  się 

wycofać. 
 
 

Elizabeth formowała ostatni chleb, kiedy przyszła Dorte z synkiem. 

 

- Nie przeszkadzam? – zapytała sąsiadka. 

 

- Nie, wejdź – zaprosiła ją Elizabeth i szybko sprzątnęła w kuchni. Odwiedziny Dorte 

zaskoczyły ją u ucieszyły jednocześnie. 
 

Elizabeth  mówiła  o  błahostkach,  kiedy  razem  z  Marią  stawały  na  stole  i  herbatkę. 

Dobrze było spotkać się z kimś dorosłym i porozmawiać. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, 
jak bardzo jej tego brakowało. Chwilę później siedziały przy kuchennym stole, jedząc chleb z 
cukrem.  Niewiele  się  odzywały,  ale  nawet  cisza  wydawała  się  Elizabeth  miła,  niemal 
uroczysta. 
 

Maria usiadła przy końcu blatu i oparła brodę na rękach. 

 

- Gdzie jest tato Daniela? – spytała nagle. 

 

Elizabeth  omal  nie  upuściła  filiżanki.  Rzuciła  szybkie  spojrzenie  na  Dorte  i 

zauważyła, że ta zaczerwieniała się i umknęła wzrokiem. 
 

Elizabeth surowo popatrzyła na siostrę. 

 

- Mario, nie pyta się o takie rzeczy – rzekła. 

 

- Umarł? – dopytywała się dalej Maria. 

 

Elizabeth wiedziała, że siostra, choć nieświadomie, sprawiła Dorte przykrość. 

 

-  Nie  sądzę  –  odpowiedziała  krótko  i  zaczerpnęła  oddechu,  żeby  zmienić  temat.  Ale 

Maria uprzedził ją.  
 

- Dlaczego popatrzyła na Dorte, która wbiła wzrok w blat stołu.    

 

Elizabeth rozgniewała się. 

 

- Przestań, Mario. Nie wszyscy ludzie, którzy mają razem dziecko, mieszkają ze sobą. 

Z różnych powodów. 
 

Maria skinęła głową zamyślona. 

 

-  Niektóre  dzieci  pytały  mnie  w  sklepiku,  gdzie  jest  moja  mama,  ale  ona  przecież 

poszła do nieba. – Zagryzła wargę, a potem znów się ożywiła. – Przecież mój tato może być 
również tatą dla twojego synka! W ten sposób Daniel stanie się moim młodszym bratem. Czy 
to nie sprytny pomysł? 
 

- Nie odparła Elizabeth. – To wcale nie jest sprytny pomysł. Idź i zobacz, co dzieciaki 

wyciągają z szafy. 
 

Maria ześlizgnęła się z krzesła i poszła do Ane i Daniela. Elizabeth wolno wypuściła 

powietrze z płuc i na moment zamknęła oczy. Potem spojrzała Dorte w twarz. 
 

- Wybacz, proszę, jej zachowanie – rzekła cicho. 

 

Dorte pokręciła głową. 

 

-  Nic  się  nie  stało.  Jest  przecież  tylko  dzieckiem.  Dorośli  zachowują  się  znacznie 

gorzej. 
 

- Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała Elizabeth. Czując narastający gniew. 

background image

 

13

 

Dorte zawahała się chwilę, nim odparła: 

 

-  Nie  jestem  pewna,  ale  zdaje  mi  się,  że  celowo  zadają  mi  podobne  pytania,  by  mi 

dokuczyć.  –  Uśmiechnęła  się  bezbarwnie.  –  Tak,  wiem,  że  to  brzmi  beznadziejnie,  ale  tak 
właśnie się czuję. Ciągle pytają o to samo. 
 

- Kto taki? Co mówią? – dopytywała się Elizabeth. 

 

-  No,  ludzie  we  wsi,  ci,  których  spotykam  w  sklepiku.  Szczególnie…  -  urwała,  a  po 

chwili rzuciła: - Ragna. Nie powinnam tak mówić o twojej teściowej, ale ona jest wyjątkowo 
natarczywa. Chce wiedzieć, co się stało z ojcem Daniela, gdzie on się podziewa. I za każdym 
razem robi mi się tak samo przykro. 
 

- Co wtedy odpowiadasz? 

 

- Mówię, że nie wiem, gdzie jest ani czy wróci. Co mogę więcej powiedzieć? Czuję na 

sobie ich spojrzenia i słyszę szepty, gdy tylko się odwrócę. – Dorte pospiesznie otarła oczy, a 
potem spuściła wzrok, przyglądając się skaleczeniu na dłoni. 
 

Elizabeth zerknęła na siostrę, która bawiła się z maluchami. 

 

- Może mogłabym zostać również twoją ciocią, Danielu? – spytała. Chłopczyk podał 

jej mały czajniczek, który znalazł w szafce, i uśmiechnął się szeroko, ukazując dwa nieduże 
białe ząbki. Maria pocałowała go w policzek. – No to umawiamy się, że będę ciocią i dla was 
obojga. 
 

Biedna Dorte, pomyślała Elizabeth. Gdybym tylko mogła jej jakoś pomóc! Nietrudno 

wyobrazić  sobie,  jak  Dorte  musi  się  czuć.  Ona  sama  znalazłaby  się  w  podobnej  sytuacji, 
gdyby Jens się z nią nie ożenił i nie przygarnął Ane niczym własnego dziecka. Dzięki temu 
wszyscy sądzili, że to on jest ojcem dziewczynki. 
 

- Muszę na chwilę wyjść – rzekła nagle Dorte i wstała. 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Kiedy Dorte pójdzie do domu, możesz popłynąć zarzucić linę, a ja przypilnuję Ane – 

odezwała się Maria. –Już się cieszę, że jutro, wreszcie zjemy świeżą rybę! 
 

Elizabeth popatrzyła na  siostrę i westchnęła. Potem wstała i dołożyła do  ognia torfu. 

Przy  takim  mrozie  musiała  dobrze  palić.  Zastanowiła  się,  czy  drzwi  na  poddasze  zostały 
otwarte. Musiała to sprawdzić. Chodziła po kuchni tam i z powrotem, nie mogąc się uspokoić. 
Wprost nie pojmowała czemu ludzie tak dokuczali Dorte. 
 

Kiedy  dzieci  zdziwione  zaczęły  wodzić  za  nią  oczami,  usiadła.  W  tej  samej  chwili 

wróciła Dorte. Podeszła prosto do paleniska, żeby się ogrzać. 
 

-  Jest  za  zimno,  żeby  wychodzić  bez  porządnego  ubrania  –  zauważyła  i  wyciągnęła 

ręce w stronę ognia. – Elizabeth… - zaczęła z wahaniem, unikając jej wzroku. – Pewnie się 
domyślasz,  że  nie  przyszłam  do  ciebie  bez  powodu.  Pomyślałam  sobie,  że  może 
popłynęłabym  nałowić  trochę  ryb.  Mam  straszną  ochotę  na  świeżą  rybę.  Już  mi  się 
sprzykrzyło solone jedzenie. 
 

Elizabeth przerwała jej. 

 

- I chciałabyś, żebym przypilnowała Daniela? 

 

-  Tak,  jeżeli  to  nie  sprawi  ci  kłopotu  –  poprosiła  Dorte  ze  wzrokiem  utkwionym  w 

palenisko. 
 

- Oczywiście, że go przypilnuję. Nie możesz go brać ze sobą, kiedy jest tak zimno – 

odparła Elizabeth łagodnie. 
 
 

Dorte  poszła  do  domu,  a  Elizabeth zaczęła  sprzątać  ze  stołu.  Dobrze, że miała  czym 

zająć ręce. W głębi duszy czuła narastający niepokój. 
 

-  Nie  myśl,  że  jestem  bezczelna,  ale  mam  nadzieję,  że  Dorte  złapie  dwie  ryby,  żeby 

mogła się z nami podzielić – odezwała się Maria. 
 

Elizabeth skinęła bezwiednie głową. 

 

- Dobrze, że nie powiedziałaś, że też zamierzałaś zarzucić linę – mówiła dalej Maria. 

background image

 

14

 

Elizabeth znów skinęła głową, ale myślami była całkiem gdzie indziej. 

 

- Maryjko, czy mogłabyś przez chwilę przypilnować maluchów? – spytała nagle. 

 

- Pewnie, że tak. A dokąd idziesz? 

 

-  Do  Ragny.  –  Ukradkiem  chwyciła  czółenko  do  krosien  i  wsunęła  je  do  kieszeni 

spódnicy. – Muszę coś od niej pożyczyć. Nie zabawię długo. Tylko pilnuj, żeby dzieciaki się 
nie poparzyły – upomniała siostrę. 
 

Maria przewróciła oczami. 

 

- Przecież dobrze o tym wiem – odpowiedziała tonem dorosłej. 

 
 

Zapukała tylko raz i zaraz śmiało weszła do środka. 

Ragna wydawała się nieco poirytowana. 
 

- Chyba należy poczekać na zaproszenie, a nie wpadać jak burza – zwróciła synowej 

uwagę,  osuszając  ręce  fartuchem.  Indianne  stała  obok  i  wycierała  naczynia,  które  Ragna 
właśnie umyła, a Olav siedział przy końcu stołu i przeglądał książkę. Elizabeth poczuła, jak 
złość  powoli  ją  opuszcza.  Może  rzeczywiście  nie  powinna  wchodzić  do  domu  Ragny  w  ten 
sposób? – pomyślała, ale zaraz porzuciła tę myśl. 
 

- Chciałabym porozmawiać z tobą chwilę na osobności – wyjaśniła. 

 

Teściowa popatrzyła na nią pytająco i w końcu wyprosiła dzieci. 

 

- Idźcie zobaczyć, czy na poddaszu się nagrzało i czy ogień jeszcze pali się w piecu. 

 

Elizabeth poczuła ukłucie zazdrości. Ach, gdyby tak mieć piec na poddaszu! 

 

- Usiądź – zaproponowała Ragna i wskazała na krzesło.  

 

-  Nie  zostanę  długo,  muszę  ci  tylko  o  czymś  powiedzieć  –  oznajmiła  Elizabeth  i  od 

razu dodała: - Dorte nic nie wie o mojej wizycie i nie powinna się dowiedzieć, ze tu byłam. 
Jasne? 
 

Ragna niechętnie skinęła głową, a Elizabeth mówiła dalej: 

 

- Dorte pokochała pewnego mężczyznę, zapewniał, że i on ją kocha. Nie patrz tak na 

mnie – wtrąciła, gdy dostrzegła na twarzy teściowej ledwie zauważalny grymas. – Ta kobieta 
długo żyła samotnie jako wdowa – mówiła dalej. – My miałyśmy szczęście, w każdym razie 
aż  do  teraz,  i  nikt  nam  nie  da  gwarancji,  ile  to  potrawa.  Ale  do  rzeczy.  Dorte  spotkała 
mężczyznę, który obiecywał jej małżeństwo, a ona mu uwierzyła. 
 

Elizabeth urwała, pozwoliła, by jej słowa zapadły w pamięci teściowej. 

 

- Jednak ten mężczyzna kłamał, Ragno. Kłamał jej prosto w oczy, ponieważ kiedy się 

dowiedział,  że  Dorte  będzie  miała  dziecko,  porzucił  ją  bez  słowa,  łajdak.  –  Elizabeth 
podniosła  głos  wzburzona  niegodziwością  mężczyzny.  –  Kolejny  raz  Dorte  rozpaczała  z 
powodu mężczyzny. Jednak Daniel stał się dla niej pociechą, jest najdroższą istotą, jaką ma. 
A co na to ludzie? Jak oni ją traktują? Wiesz może coś o tym, Ragno? – spytała i pochyliła się 
nad stołem. 
 

Teściowa wzruszyła ramionami, nie chciała spojrzeć Elizabeth w oczy. 

 

- Cóż, sama widziałam i słyszałam – skłamała Elizabeth. – Zadręczacie ją pytaniami o 

ojca  Daniela,  gdzie  jest  i  kiedy  wróci.  Niektórzy  nawet  obrzucają  ją  wyzwiskami.  Dlatego 
muszę  cię  spytać,  Ragno:  co  złego  Dorte  ci  zrobiła?  Czy  wyrządziła  ci  jakąś  krzywdę? 
Zabrała ci coś? A może po prostu sprawia ci radość dręczenie i oczernianie innych? – spytała 
już spokojniej, jednak nadal szumiało ej w głowie, a głos drżał. 
 

Ragna zaczerwieniła się i wycedziła przez zęby: 

 

- A może Dorte jest zbyt przewrażliwiona i dlatego trudno jej znieść nawet najbardziej 

niewinne pytania? 
 

-  Może  –  przyznała  Elizabeth.  –  Ale  czy  musicie  tyle  razy  pytać  ją  o  to  samo? 

Zwłaszcza że nic wam do tego. Być może nadejdzie taki dzień, kiedy Dorte się podźwignie i 
jej będzie się powodzić lepiej niż wam wszystkim. Co wtedy powicie? 
 

Ragna wstała, a Elizabeth uczyniła to samo. 

background image

 

15

 

- Wtedy po prostu przeproszę, jeżeli będzie chciała mnie słuchać. Rozmawiałam z nią 

całkiem zwyczajnie i nigdy nie zamierzałam być nieuprzejma – rzekła Ragna. 
 

-  Przyznaj  uczciwie  sama  przed  sobą,  że  jednak  czułaś  pewną  satysfakcję,  gdy 

wypytywałaś Dorte o ojca Daniela – nie ustępowała Elizabeth. – Chciałabym jednak wierzyć i 
mam nadzieję, że jeśli ktoś przy tobie będzie mówił źle o Dorte, okażesz dość odwagi, by się 
z nim nie zgodzić. No, ale zostawmy to. Jak wspomniałam, Dorte nie powinna się dowiedzieć 
o tym, że tu byłam – powiedziała na koniec, podała Ragnie rękę i pożegnała się. 
 

Ragna umknęła wzrokiem, a uścisk jej dłoni był słaby. 

 

Elizabeth  odetchnęła  z  ulgą.  Cieszyła  się,  że  udało  jej  się  zachować  spokój,  ale 

musiała  przyznać,  ze  nie  było  to  łatwe.  Najważniejsze,  że  zdobyła  się  na  odwagę  i 
powiedziała Ragnie kilka słów prawdy. Stała przez chwilę, zamyślona, ale mróz zmusił ją, by 
ruszyła się z miejsca. 
 

- Mój Boże – szepnęła. – Dzieci zostały same, a ja tkwię tu jak kołek! 

 

Zerknęła w górę ku czarnemu niebu usianemu gwiazdami i pomyślała o Dorte. Oby jej 

się dobrze ułożyło, westchnęła, a potem szybko ruszyła zboczem pod górę. 
 
 

Weszła do domu i w twarz uderzyło ją ciepło od kuchni. 

 

- Zamykaj drzwi! – ofuknęła ją Maria. – Nie widzisz, że dziecko jest prawie gołe? 

 

Elizabeth  pospiesznie  zamknęła  drzwi.  Omal  nie  roześmiała  się  na  widok  siostry, 

która klęczała na podłodze i zmieniała Danielowi pieluszkę. 
 

- Nieźle sobie radzisz – pochwaliła Marię ze szczerym podziwem. 

 

- Strasznie długo cię nie było. Co właściwie robiłaś u Ragny? 

 

-  Poszłam  pożyczyć  od  niej  czółenko.  –  Elizabeth  wyciągnęła  z  kieszeni  czółenko, 

które wcześniej zabrała z domu. 
 

Maria ubrała Daniela i wstała. 

 

- Jak to? Skąd się u niej wzięło? – spytała, wpatrując się w czółenko. 

 

- Co masz na myśli? – zdziwiła się Elizabeth. 

 

- Są na nim twoje inicjały. E.A.R. – przeczytała. – To znaczy Elizabeth Andresdatter 

Rask. 
 

-  No  tak,  pożyczyłam  jej  –  przyznała.  Odwróciła  się  do  stołu  i  przesunęła  trochę 

bochenki chlebów. 
 

- Chyba nie zamierzasz teraz tkać? – spytała Maria. – Ale dobrze jest odzyskać swoją 

rzecz. 
 

- Myślę, że dam jeden chleb Dorte i Danielowi – oznajmiła Elizabeth nieco głośniej, 

niż to było konieczne. 
 

Ogarnął  ją  niepokój,  kiedy  zawijała  chleb  w  czystą  ściereczkę.  Gdzie  się  podziewa 

Dorte? – pomyślała. Podeszła do okna i wyjrzała na dwór. 
 

- Pójdę położyć Ane, a ty przypilnuj Daniela – powiedziała do Marii i wyszła. 

 
 

Ane od razu, gdy znalazła się w łóżeczku, odwróciła się na brzuch i wsunęła kciuk do 

buzi. Elizabeth została przy niej jeszcze chwilę i gładziła ją po włosach. 
 

-  Gdybyś  choć  trochę  zdawała  sobie  sprawę,  z  tego  bardzo  cię  kocham  –  szepnęła, 

patrząc na zamykające się powieki córeczki. 
 

Nagle  przeszył  ją  lodowaty  strach.  Uczucie  trwało  tylko  moment,  ale  Elizabeth  od 

razu zrozumiała, że to ostrzeżenie. Usiłowała odgadnąć czego miało dotyczyć, ale jej się nie 
udało.  Pozostaje  mi  czekać.  W  przyszłości  przekonam  się,  co  to  miało  znaczyć,  pomyślała 
zrezygnowana. 
 

- Śpij dobrze, moja maleńka, niech aniołowie cię strzegą – szepnęła i wymknęła się z 

pokoju, choć wiedziała, że Ane tak łatwo się nie budzi. 

background image

 

16

 

Gdy  dochodziła  do  drzwi,  przez  mgnienie  zamajaczyła  jej  przed  oczyma  Maria. 

Znowu przeniknął ją lodowaty chłód, tym razem znacznie silniejszy. Trwało to zaledwie kilka 
sekund.  Pewnie  mi  się  zdawało,  pocieszała  się  w  duchu,  nie  nie  może  się  stać  mojej  małej 
siostrzyczce. Mimo wszystko zadrżała ze strachu. 
 

W kuchni wzięła Daniela na kolana, przytuliła do siebie i powoli kołysała. 

 

-  Jesteś  zmęczona  ,  Mario?  –  spytała  i  zerknęła  na  młodszą  siostrę,  która  usiadła  na 

ławie. 
 

Maria pokręciła głową, lecz mimo to ziewnęła. 

 

- Nie, poczekam, aż Dorte wróci. 

 

-  Na  pewno  zaraz  będzie  –  stwierdziła  Elizabeth  i  w  tej  samej  chwili  ogarnęło  ją 

przeczucie, że się nie myli. Tak bardzo jej ulżyło, że z radości pocałowała Daniela w czoło. – 
Mój maleńki chrześniaku! Niedługo przyjdzie twoja mama z mnóstwem ryb. 
 

- Skąd wiesz? – spytała Maria. 

 

 Czasami po prostu wiem takie rzeczy, ale zachowaj to w sekrecie. Ludzie będą gadać, 

ż

e kłamiesz. 

 

Maria skinęła głową i w kuchni zapadła cisza. Daniel drzemał, ale nie spał. Zdawało 

się, że i on czekał. Za oknem świecił księżyc, uświadamiając ludziom, że jest już późno. Zbyt 
późno dla małych dzieci, które dawno powinny spać. 
 

Podskoczyli  wszyscy  troje,  kiedy  usłyszeli  kroki  w  sieni.  Potem  siedzieli  jak  na 

szpilkach,  wpatrując  się  w  drzwi,  które  po  chwili  się  otworzyły.  Stanęła  w  nich  Dorte, 
trzymając  w  ręku  duże  wiadro  pełne  ryb.  Chustkę  miała  mocno  związaną  pod  brodą,  a  jej 
policzki zaczerwieniły się od mrozu. 
 

- Późno wróciłam, ale połów mi się udał – mówiła rozpromieniona. Postawiła ciężko 

wiadro  na  podłodze  i  wzięła  na  ręce  Daniela,  który,  aż  się  do  nie  wyrywał.  –  Jedno  wiadro 
zostawiłam u siebie – mówiła dalej. – Ale nie dam rady zjeść wszystkich, więc pewnie znów 
przybędzie solonych. 
 

- Może dałabyś trochę Ragnie? – zaproponowała nagle Elizabeth. 

 

- Ragnie? – powtórzyła Dorte z niedowierzaniem. 

 

-  Tak,  podziel  się  z  nią.  Wiem,  że  wyjdzie  Ci  to  na  dobre.  Czasami  dobrze  jest 

odpłacić dobrem za zło. 
 

Dorte zastanowiła się chwilę, a potem uśmiechnęła się blado. 

 

- Chyba nigdy nie postępowałam inaczej,  ale mogę jeszcze raz spróbować- odparła i 

szybko ubrała Daniela. 
 

-  Dziękuję  bardzo  za  ryby,  Dorte.  Zapakowałam  wam  jeden  chleb  –  powiedziała 

Elizabeth i podała jej bochenek owinięty ściereczką. 
 

Dorte przyjęła go z wahaniem. – To zbyt wiele. Nie powinnaś. To znaczy… 

 

-  Bierz!  –  przerwała  jej  Elizabeth.  –  Chociaż  tyle  należy  ci  się  za  ryby  –  dodała  i 

odprowadziła oboje do sieni. – Dorte – zagadnęła cicho, żeby Maria nie mogła jej usłyszeć. – 
Słyszałaś może, co mówią o nowym nauczycielu?  
 

Dorte pokręciła głową. 

 

- Nie, nie pamiętam, by ktoś przy mnie o nim wspomniał.  

 

- Nieważne – machnęła ręką Elizabeth i uśmiechnęła się. 

 
 

Dopiero późnym wieczorem Elizabeth znalazła chwilę, żeby przeczytać list od Jensa. 

Przysunęła  baranicę  do  paleniska  i  usiadła  z  podkulonymi  nogami.  W  blasku  płomieni 
przeczytała: 
 
 

Storvaagen luty 1872 roku 

 
 

Kochana Elizabeth, 

background image

 

17

 

wreszcie przybyliśmy na miejsce i chciałbym Ci opowiedzieć o naszej podróży. To była 

trudna  droga.  Mieliśmy  niesprzyjający  wiatr,  ale  mimo  wszystko  cało  dotarliśmy  do  celu. 
Mieszkamy  w  baraku,  który  nale
ży  do  Abrahama,  więc  nie  musimy  wynajmować  go  do 
wła
ściciela osady, Wolffa. 
 

Odkąd  tu  przybyliśmy,  kilka  razy  wybrałem  się  do  kościoła.  Prawie  nie  wydaję  na 

siebie  pieniędzy,  jednak  wielu  jest  takich,  którzy  trwonią  spore  sumy  na  dziewczęta, 
wdzi
ęczące się w domach kawowych w Kabelvaag. Potem łapią jakieś nieznane choroby i w 
dodatku zostaj
ą z pustym portfelem. 
 
 

Elizabeth zmarszczyła brwi i jeszcze raz przeczytała ostatnie linijki. Domy kawowe? – 

pomyślała.  Nigdy  o  czymś  takim  nie  słyszała.  Może  to  miejsce,  gdzie  sprzedają  kawę?  Ale 
co, u licha, mogły mieć wspólnego z kawą choroby i łatwe dziewczęta? Będzie musiała o to 
spytać Jensa, kiedy wróci do domu. 
 
 

Cena za ryby wynosi sześć talarów za setkę, czyli bardzo dobrze płacą. A więc możesz 

na  wiosnę  myśleć  o  własnej  szopie  na  łodzie.  Przesyłam  Ci  trochę  pieniędzy,  żebyś  mogła 
kupi
ć coś do jedzenia i co tylko potrzebujesz. 
 

Nie  chcę  skarżyć,  ale  dola  rybaka  jest  bardzo  ciężka.  Marzniemy  cały  dzień,  gdy 

wypływały w morze, a kiedy wracamy, w baraku też jest zimno. Bardzo mało śpimy, ledwie po 
Kika godzin. 
 

Twój ociec prosił mnie,  żebym serdecznie pozdrowił całą  Waszą trójkę.  Mówi, że nie 

może pisać, ponieważ palce zesztywniały mu od mrozu i pracy. Przyśle Wam niedługo trochę 
pieni
ędzy. 
 

Aha.  Zapomniałem  Ci  przekazać,  że  któregoś  wieczoru  spotkałem  tu  Kristiana 

Dalsruda. 
 
 

Ciało  Elizabeth  przebiegł  lodowaty  dreszcz.  Musiała  kilka  razy  przeczytać  ostatnie 

zdanie.  Boże,  ratuj,  pomyślała.  Co  Kristian  mógł  Jensowi  powiedzieć?  I  czy  w  ogóle  coś 
wiedział? Szybko doczytała list. 
 
 

Na  razie  kończę,  ponieważ  zapisałem  już  całą  kartkę  i  ręka  mi  się  zmęczyła. 

Wszystkiego najlepszego, moje kochane dziewczęta. Pozdrówcie wszystkich we wsi  
 

 

 

 

 

 

 

 

Twój oddany Jens. 

 
 

-  Co?  –  zdumiała  się  na  głos.  –  I  nic  więcej?  –  Odwróciła  kartkę,  druga  strona  była 

pusta. Sprawdziła dokładnie kopertę, chociaż wiedziała, że nic niw niej nie ma. Jens nie mógł 
tak  po  prostu  napisać,  że  spotkał  Kristiana,  i  na  tym  skończyć!  Wypuściła  list  z  ręki.  Czy 
Kristian rozmawiał z Jensem? Czy to dlatego Jens nie napisał nic więcej? 
 

Przeczytała  list  jeszcze  raz.  Nie,  gdyby  Jens  cokolwiek  wiedział,  wówczas  z 

pewnością by jej o tym wspomniał. Przynajmniej tak jej się zdawało. 
 
Rozdział 4 
 
 

Tego  popołudnia  Elizabeth  dużo  czasu  spędziła  w  oborze.  Tutaj  czuła  taki  spokój, 

jakiego  nie  znajdowała  w  żadnym  innym  miejscu,  a  jej  myśli  mogły  swobodnie  wędrować 
własnymi drogami. Wstała ze stołka, żeby przecedzić mleko. Kiedy wróci do domu, pozwolili 
sobie na filiżankę kawy. Weźmie tylko kilka ziaren i zrobi najsłabszą, jak się da. Powinna też 
napisać kolejne listy do ojca i Jensa. Jakiś czas temu wysłała list do każdego z nich. Jednak 
nie zdobyła się na to, żeby wypytać do Kristiana, nie udało jej się znaleźć odpowiednich słów. 
Napisała  tylko  o  tym,  że  czują  się  dobrze  i  wszystko  pomyślnie  się  układa.  Ani  słowa  o 

background image

 

18

codziennych  trudnościach.  Mężczyznom  na  połowach  jest  wystarczająco  ciężko,  by  mieli 
jeszcze martwić się o nią. Elizabeth przeciągnęła się i wyszła na podwórze. 
 

Nagle przystanęła, patrząc w dół doliny. W oddali ujrzała Ragnę, która zebrawszy w 

dłoń  spódnicę,  szybkim  krokiem  parła  do  przodu.  Za  nią,  daleko  z  tyłu,  szła  Indianne  z 
Olavem, który podskakiwał, aby nadążyć za matką. Elizabeth poczuła, jak strach ściągnął jej 
gardło, a serce mocniej zabiło w piersi. Odniosła wrażenie, że stało się coś złego. Przez kilka 
sekund stała bez ruchu, lecz po chwili oprzytomniała i szybko ruszyła do domu. 
 

- Mario! – zawołała w stronę kuchni. – Przygotuj kawę, idzie Ragna z dziećmi. Zrób 

też kilka kanapek, proszę.  
 

Trzęsącymi  się  rękami  zdjęła  ubranie,  w  którym  pracowała  w  oborze,  i  umyła  się. 

Musi zmierzyć się z tym, co ją czeka. Na wszelki wypadek złożyła ręce i wyszeptała: 
 

- Dobry Boże, dodaj mi sił. Amen. 

 

Jeśli tato albo Jens nie żyją dodała w myślach. Nie miała odwagi powiedzieć tego na 

głos. 
 

-  Dodaj  trochę  więcej  kawy  –  rzekła,  wchodząc  do  kuchni.  Maria  wysypała  właśnie 

ziarna do zaparzaczka. Próbowała pomóc siostrze przy nakrywaniu do stołu, ale myślami była 
zupełnie  gdzie  indziej.  –  Kiedy  przyjdą,  pójdziesz  z  dziećmi  do  izby  –  dodała  i  zerknęła 
pośpiesznie przez okno. – Chcę przez chwilę porozmawiać z Ragną. 
 

- Ale w izbie jest tak zimno – zaprotestowała Maria.  

 

- Otworzyłam drzwi do kuchni i dołożyłam drewna. 

Izba nie jest duża i zaraz się nagrzeje. Jeszcze jedno. 
Sprawdź, czy Ane nadal śpi. 
 

Maria  skinęła  głową  i  ruszyła  na  poddasze.  Zbiegła  na  dół  prawie  w  tym  samym 

czasie, kiedy Ragna zapukała do drzwi. 
 

Teściowa Elizabeth przez dłuższą chwilę stała w progu, trzymając się framugi drzwi, i 

próbowała odzyskać oddech. 
 

-  Dzień  dobry  i  szczęść  Boże  –  wykrztusiła  wreszcie,  po  czym  weszła  do  środka  i 

opadła ciężko na najbliższe krzesło. 
 

-  Widziałam,  że  idziesz  –  rzekła  Elizabeth  spokojnie,  biorąc  od  Ragny  duży  szal  i 

rękawice. – Domyśliłam się, że chcesz mi coś powiedzieć, ale poczekajmy, aż dzieci pójdą do 
izby – zaproponowała. 
 

Zdawało  się,  że  spokój  Elizabeth  udzielił  się  również  Ragnie.  Chwilę  później,  kiedy 

teściowa piła kawę małymi łyczkami, nawet nie drżała jej ręka. 
 

- No, powiedz mi teraz mi, co cię do mnie sprowadza – poprosiła Elizabeth. Z  głębi 

izby  dobiegały  rozmowy  i  śmiech  dzieci.  A  Maria  narzekała  na  zimno,  pomyślała, 
przypominając sobie słowa siostry. Pewnie była ciekawa, z czym przychodzi Ragna. 
 

- Jeszcze nikomu o tym  nie mówiłam, nawet dzieciom – zaczęła Ragna i wyjęła zza 

pazuchy kopertę. – To list od Jakoba. Powiedziałam im wprawdzie, że to wiadomość od ojca, 
ale nie zdradziłam, co pisze. 
 

Wykrztuś wreszcie, kobieto, o co  chodzi, pomyślała Elizabeth i zacisnęła dłonie pod 

stołem. 
 

- Chyba najlepiej będzie, jeśli ci przeczytam – zaproponowała Ragna. 

 

- No to czytaj wreszcie. 

 

Ragna  wygładziła  dłonią  zwiniętą  kopertę  i  wyjęła  z  niej  kartki.  Odchrząknęła, 

przebiegając wzrokiem zapisaną stronę. 
 

-  O,  tutaj,  mam.  Jens  został  napadnięty  i  ugodzony  nożem  –  oznajmiła  drżącym 

głosem. 
 

-  Co  takiego?  –  wyszeptała  Elizabeth.  Nagle  zrobiło  jej  się  słabo  i  musiała  się 

przytrzymać blatu. 

background image

 

19

 

-  Tak  jest  tutaj  napisane.  To  się  stało  tuż  przy  baraku  późnym  wieczorem.  Jens 

wyszedł tylko na chwilę, kiedy… 
 

- Żyje?! – przerwała jej Elizabeth. Sama słyszała, jak obco zabrzmiał jej głos. 

 

- Jest ranny, Jakob musiał zaszyć ranę – wyjaśniła Ragna. 

 

Elizabeth zaschło w gardle, musiała kilka razy przełknąć ślinę. 

 

- Gdzie go ugodzono? – spytała w końcu. 

 

-  W  policzek!  Pomyśl  tylko,  co  by  było,  gdyby  dostał  w  szyję?  –  Ragna  pokręciła 

głową  i  spuściła  wzrok.  –  To  szczęście  od  Boga,  że  tak  się  skończyło.  Ale  Jens  został 
oszpecony na całe życie. Jak on będzie żył z taką blizną? 
 

Elizabeth  nie  mogła  wydobyć  słowa.  Z  trudem  docierało  do  niej  to,  co  powiedziała 

teściowa.  Jens  nie  zginął,  został  ugodzony  nożem  w  policzek  i  będzie  miał  brzydką  bliznę. 
Ale jakie to miało znaczenie, skoro żył? 
 

- Kto go zranił? 

 

-  Nie  wiedzą.  Nikogo  nie  widzieli.  Jens  był  sam,  jak  mówiłam.  Całe  szczęście,  że 

akurat  przechodził  tamtędy  Kristian  i  przyprowadził  go  z  powrotem  do  baraku.  Inaczej  nie 
wiadomo, jak by się to skończyło. 
 

Elizabeth czuła, jak mocno wali jej serce. Przerwała Ragnie: 

 

- Jaki Kristian? – spytała, chociaż znała odpowiedź. 

 

-  Kristian  Dalsrud/  tak  jest  tutaj  napisane  –  odparła  Ragna,  spoglądając  na  kartkę, 

którą trzymała w dłoni. – Zjawił się niemal dokładnie wtedy, kiedy to się stało, ale jemu też 
nie udało się zobaczyć, kto zaatakował Jensa. 
 

Z izby dobiegł śmiech dzieci. Drzwi otworzyły się i Elizabeth kątem oka dostrzegła, 

ż

e  Indianne  wystawiła  głowę.  Długie  czarne  warkocze  miała  przewiązane  czerwonymi 

wstążkami. Bardzo ładnie, pomyślała Elizabeth. Dziewczynka odziedziczyła ciemne włosy po 
ojcu,  natomiast  Olav  był  bardziej  podobny  do  Ragny.  Dlaczego  przyszło  mi  to  do  głowy 
właśnie teraz? – zastanawiała się. Nagle usłyszała głos teściowej. 
 

-  Indianne,  musisz  jeszcze  chwilkę  zostać  w  izbie.  Widzisz,  że  rozmawiam  teraz  z 

Elizabeth. 
 

Dodała coś jeszcze, ale Elizabeth już tego nie słyszała.  

 

Kristian,  Kristian  Dalsrud,  huczało  jej  w  głowie.  Oby  tylko  rana  Jensa  dobrze  się 

goiła! Zakażenie mogło doprowadzić nawet do śmierci. W kuchni nagle zrobiło się gorąco i 
Elizabeth  poczuła,  że  pot  jej  spływa  po  plecach.  Opięła  kilka  guzików  bluzki  i  z  trudem 
przełknęła ślinę. Poprzez kłębiące się myśli dotarły do jej świadomości słowa Ragny. 
 

-  Tu  jest  trochę  pieniędzy  od  twojego  ojca,  były  w  kopercie.  Prosił  Jakoba  o 

przekazanie pozdrowień i podziękowania za list. 
 

- Dziękuję. – Elizabeth wzięła banknoty i schowała je do kredensu. Nagle ogarnął ją 

niepokój. 
 

- Wydaje mi się, że powinniśmy trochę otworzyć drzwi – zauważyła. – Nie sądzisz, że 

tu jest za gorąco? – Podeszła do drzwi, otworzyła je i odetchnęła z ulgą. Zimne powietrze z 
sieni podziałało kojąco i pomogło jej ochłonąć. 
 

Ragna  mówiła  dalej,  ale  Elizabeth  już  jej  nie  słuchała.  Myślami  była  cały  czas  przy 

Jensie.  Chwilę  później  Ragna  zawołała  dzieci  i  zaczęła  zbierać  się  do  wyjścia.  Elizabeth 
oprzytomniała na tyle, by podziękować za odwiedziny i wiadomość. 
 

- O czym to rozmawiałyście z Ragną, że byłyście takie tajemnicze? – spytała Maria, 

gdy znów zostały same. 
 

Elizabeth sprzątała ze stołu. Ręce jej się trzęsły. 

 

- Nie mamy żadnych tajemnic – odrzekła z wahaniem. Nie mogła powiedzieć Marii o 

tym,  co  się  przydarzyło  Jensowi,  w  każdym  razie  jeszcze  nie  teraz.  Najpierw  sama  musiała 
przetrwać  nowinę.  –  Po  prostu  my,  dorośli,  lubimy  porozmawiać  na  osobności  –  rzekła.  – 
Dokładnie tak jak wy, dzieci. Wy też od czasu do czasu lubicie pobyć same. Idź na poddasze i 

background image

 

20

przynieś rzeczy, które leżą na skrzyni. Nie jest ich dużo, przepiorę je zaraz tu, w kuchni. A ja 
pójdę przynieść wody. 
 

Na schodach oparła się plecami o ścianę i na kilka minut zamknęła oczy. Powinnam 

jej powiedzieć, pomyślała. Ale jak? 
 

- Mario, Jens został ugodzony nożem – rzekła półgłosem. – Nie, nie tak – upomniała 

samą siebie. – Jakiś nieznajomy mężczyzna zranił Jensa nożem… 
 

Zrezygnowała. Słowa same się znajdą, czas jej pomoże. 

 
 

W  kuchni  było  gorąco,  ale  okna  były  zamarznięte.  Maria  uklękła  na  ławie  i  pisała 

litery na szybie. Elizabeth miała uczucie, jakby wokół jej głowy zaciskała się ciężka obręcz. 
Wyłowiła  z  garnka  ostatnią  sztukę  ubrania  i  włożyła  do  wiadra.  W  tej  samej  chwili  Ane 
uderzyła dwoma przykrywkami i Elizabeth podskoczyła ze strachu. 
 

- Ane-Elise - upomniała córeczkę. 

 

Nie wierzyła własnym oczom, kiedy zobaczyła, że dziecko dumnie odrzuciło główkę i 

podpełzło do Marii. 
 

Chyba  mi  się  w  ten  sposób.  Po  raz  pierwszy  od  chwili  narodzin.  Ane  uświadomiła 

sobie, że córka mogła odziedziczyć jakieś cechy rodziny Dalsrudów.  Ból głowy  nasilił się i 
Elizabeth zrobiło się niedobrze. 
 

Wyszła z wiadrem na dwór i ciężko ruszyła w stronę rzeki. Wzdrygnęła się na myśl o 

płukaniu rzeczy w lodowatej wodzie, ale nie miała innego wyboru. 
 

Zacisnęła  zęby  i  przez  nos  głęboko  wciągnęła  powietrze.  Nagle  dostrzegła  Dorte. 

Właściwie nie miała już ochoty z kimkolwiek rozmawiać, ale było za późno. 
 

- Dzień dobry, Dorte. 

 

- dzień dobry. Widzę, że nam obu wypadło dziś pranie – odparł Dorte. Prostując plecy, 

i zerknęła szybko na Daniela. 
 

Elizabeth  dostrzegła  w  jej  oczach  czułość  i  rozpoznała  w  nich  własne  uczucia.  Tak 

samo  ona  patrzyła  na  Ane.  Swą  córkę,  która  już  teraz  posyłała  jej  dumne  spojrzenia… 
Odsunęła od siebie tę myśl. 
 

- Daniel jest taki cierpliwy – zauważyła. 

 

- To prawda. Przybiłam skrzynię do sanek, żeby mógł wygodnie siedzieć. Otulałam go 

baranicą  i  wełnianym  kocem,  więc  nie  marznie.  Tak  samo  go  okrywa,,  gdy  wypływamy 
razem łodzią. Już się przyzwyczaił. A jak tam Ane? 
 

Elizabeth pochyliła się nad swoimi wiadrami. 

 

- dziękuję, dobrze – odparła krótko i zaczęła płukać ubrania. 

 

- Czy powiedziałam coś złego? – spytała Dorte ostrożnie. 

 

- Nie,  co takiego miałabyś powiedzieć? A jak ci poszło u Ragny, kiedy  zaniosłaś jej 

ryby? 
 

-  Osłupiała,  ale  przyjęła  je  i  podziękowała.  To  dziwne,  bo  wcześniej  nieraz 

próbowałam być dla niej miła, ale mnie ignorowała. 
 

- Może teraz żałuje – zauważyła Elizabeth i uśmiechnęła się pod nosem. 

 

- Pewnie tak – odparła Dorte. 

 

Przez dłuższą chwilę pracowały obok siebie w milczeniu. W końcu Elizabeth musiała 

chuchnąć na palce, które tak zesztywniały od zimna, że nie mogła utrzymać w nich ubrania. 
Włożyła rękawice i masowała dłonie, póki nie wróciło w nich czucie. 
 

- Musisz częściej robić przerwy – poradziła jej Dorte. 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami. 

 

- Jeśli chcę szybko skończyć, to… - Chwyciła się za głowę i zamknęła oczy. 

 

- Źle się czujesz? – spytała Dorte zmartwiona. 

 

- Tylko boli mnie głowa. Zaraz mi przejdzie. 

 

- Gadają o tobie wie wsi – rzekła nagle Dorte, wracając do płukania. 

background image

 

21

 

Elizabeth miała wrażenie, że się przesłyszała. 

 

- Co takiego mówią? – spytała po chwili, bojąc się odpowiedzi. Wyglądało na to, że 

Dorte pożałowała swych słów, ponieważ poczerwieniała na twarzy i zacisnęła usta. – Musisz 
mi powiedzieć, Dorte – dodała Elizabeth stanowczo. 
 

-  Mówią,  że  jesteś  surowa  i  nieustępliwa.  Poza  tym  potrafisz  widzieć  różne  rzeczy, 

których inni nie widzą. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się krzywo. Tylko tyle? – pomyślała. 

 

- Nie musisz wierzyć we wszystko, co usłyszysz – odparła lekkim tonem i wykręciła 

ostatnią sztukę prania, 
 

-  Nie  wierzę  –  zapewniła  Dorte.  –  Kilka  razy  powiedziałam  im,  żeby  przyjrzeli  się 

sobie. 
 

- Dziękuję – rzekła Elizabeth, czując, że słowa Dorte dodały jej otuchy. Postanowiła 

zachować je w pamięci na trudne dni. – Jens został ugodzony nożem – wyrwało się jej nagle. 
Dziwne, ale poczuła ulgę. 
 

- Co ty mówisz? – szepnęła Dorte i spojrzała na nią przerażona. 

 

Elizabeth głęboko wciągnęła powietrze i wolno je wypuściła. 

 

-  Ragna  dostała  od  Jakoba  list.  Napisał,  że  jakiś  nieznany  mężczyzna  zranił  Jensa 

nożem. Jakob musiał zszyć ranę. 
 

Dorte położyła rękę na piersi. 

 

- Gdzie Jens dostał? Czy wezwali do niego doktora? 

 

-  Ma  rozcięty  policzek.  Nie  słyszałam,  żeby  był  u  niego  doktor.  Najgorsze,  że  nie 

wiem, jak powiedzieć o tym Marii. Mała musi się  przecież dowiedzieć. 
 

-  Po  prostu  powiedz,  co  się  stało.  Maria  jest  silna  tak  jak  ty.  Zresztą  z  Jensem  na 

pewno nie jest tak źle, jak myślisz. 
 

Elizabeth przez chwilę milczała. Czemu ludzie uważali, że jest silna? Ona tak o sobie 

nie myślała, ale może rzeczywiście to prawda? 
 

-  Dobrze,  powiem  Marii  –  postanowiła  i  poczuła,  że  ból  głowy  zelżał.  –  Dziękuję, 

Dorte. Dobrze z tobą porozmawiać.  
 

Nawet woda nie wydała się już taka zimna.   

 

Elizabeth powiedziała siostrze o Jensie jeszcze tego samego wieczoru, kiedy leżały już 

w łóżku. Maria przyjęła wiadomość lepiej, niż się Elizabeth spodziewała. 
 

- Na pewno wyzdrowieje – Maria rzekła z przekonaniem. – Skoro nawet nie wzywali 

lekarza, to chyba rana nie była tak poważna. 
 

- Pewnie tak – przyznała Elizabeth i pocałowała siostrę na dobranoc. 

 

Długo  nie  mogła  usnąć,  leżała,  wpatrując  się  w  ciemność.  Maria  przeżyła  śmierć 

matki,  raz  omal  się  nie  utopiła  i  widziała  Elizabeth  poważnie  chorą.  Za  każdym  razem 
wzywali  doktora,  dlatego  teraz  Maria  uznała,  że  z  Jensem  nie  mogło  być  tak  źle.  Elizabeth 
uśmiechnęła się na myśl o prostym sposobie rozumowaniu siostry. Jak dobrze być dzieckiem 
wolnym od trosk. 
 

Kiedy  zasypiała,  uderzyła  ją  pewna  myśl.  Dlaczego  Jens  sam  nie  napisał  i  nie 

zawiadomił o napadzie? Zaniepokoiła się, coś tu się nie zgadzało. 
 
Rozdział 5 
 
 

Po podwieczorku Maria spytała, czy mogłaby pójść do Heimly. 

 

- A po co? – spytała Elizabeth. 

 

- Chciałabym się pobawić z Indianne. 

 

Elizabeth  zmyła  po  posiłku  naczynia,  wykręciła  ścierkę,  wytarła  stół  do  sucha  i 

dopiero wtedy się odezwała. 
 

- No to idź. Ale bądź tak dobra i wróć przed kolacją. 

background image

 

22

 

Maria przewróciła oczami, zdejmując z gwoździa ubranie. 

 

-  Widziałam  to  –  ostrzegła  Elizabeth.  –  I  nie  życzę  sobie  takiego  zachowania.  Nie 

siedź tam zbyt długo, na dworze mocno wieje i boję się, że pogoda się popsuje. 
 

-  Dobrze,  przepraszam  –  mruknęła  Maria  i  już  chciała  wyjść,  ale  Elizabeth  ją 

przytrzymała. 
 

- Czemu ci się tak śpieszy? – spytała. 

 

- Pomagam w domu cały dzień, a gdy tylko chcę się tylko pobawić, zaraz się złościsz! 

 

Elizabeth  puściła  ją  i  Maria  wypadła  za  drzwi.  To  prawda,  że  młodsza  siostra  nie 

próżnowała, ale musiały się dzielić obowiązkami, żeby ze wszystkim sobie poradzić. 
 

W  głębi  duszy  czuła  jednak  wyrzuty  sumienia.  Musiała  się  czymś  zająć,  aby  je 

zagłuszyć. W końcu zaczęła robić na drutach. Siedząc nad robótką, jakby zapomniała, że czas 
płynie.  Dopiero  kiedy  w  dom  uderzył  tak  silny  podmuch  wiatru,  aż  zatrzeszczały  ściany, 
uświadomiła sobie, że jest późno. Zaniepokojona podeszła do okna i wyjrzała na dwór. Było 
ciemno. Maria powinna wrócić dawno temu, pomyślała i poczuła skurcz w żołądku. 
 

- Muszę po nią pójść – rzekła do siebie i zaczęła szykować ubranie dla  Ane. W tym 

samym momencie usłyszała czyjeś kroki w sieni i po chwili gwałtownie otworzyły się drzwi. 
 

-  Czy  jest  tu  Indianne?!  –  zawołała  zdyszana  Ragna,  witając  się.  Szal  i  kurtkę  miała 

całkiem ośnieżone, a nos i policzki czerwone od mrozu. 
 

Elizabeth ogarnął strach. Jak dobrze byłoby móc odpowiedzieć „tak”, pomyślała. 

 

- Nie, nie ma jej – wykrztusiła wreszcie. Czuła, że ma sucho w ustach. – Maria poszła 

dziś do was i ponieważ zrobiło się późno, właśnie miałam po nią iść. – Zobaczyła, że Ragna 
zachwiała się i musiała przytrzymać się framugi. – Z pewnością nie wybrały się gdzieś daleko 
– dodała, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie. 
 

- Oby tak było – rzekła Ragna cicho. 

 

Elizabeth  zaczerpnęła  powietrza.  Nie  wolno  się  poddać  panice.  Dziewczynki  na 

pewno są w pobliżu. 
 

-  Ubiorę  Ane,  a  ty  w  tym  czasie  rozejrzyj  się  w  oborze  i  pozostałych  budynkach. 

Potem  zejdziemy  do  wsi,  zostawię  małą  pod  opieką  Dorte  i  ruszamy  szukać  dalej. 
Dziewczynki muszą być gdzieś w pobliżu. 
 

Ragna skinęła głową i wyszła. 

 
 

Chwilę  później  szły  drogą  w  dół,  jednak  dziewczynek  nigdzie  nie  było  widać. 

Elizabeth  i  Ragna  skuliły  się  przed  sypiącym  w  oczy  śniegiem.  W  końcu  dotarły  do  domu 
Dorte. Elizabeth zapukała do drzwi, mocno przyciskając Ane do piersi. 
 

-  Dobry  wieczór,  Dorte  –  przywitała  się.  –  Nie  widziałaś  przypadkiem  Marii  i 

Indianne? 
 

- Są jeszcze na dworze?  Spytała Dorte z niedowierzaniem. 

 

Elizabeth skinęła głową, a Ragna wtrąciła: 

 

- Przypilnujesz Ane, kiedy pójdziemy ich szukać? 

 

- Tak, naturalnie. Zawiadomcie mnie, gdy tylko je znajdziecie. 

 

- Oczywiście – obiecała Elizabeth. – Jeśli zrobi się późno, po prostu połóż Ane spać. 

 

Słowa  Dorte  dodały  jej  otuchy;  powiedziała:  Gdy  tylko  je  znajdziecie,  jak  gdyby  to 

było oczywiste. 
 
 

-  Poszukaj  u  was,  w  Heimly,  a  ja  pójdę  do  domu  taty.  –  zarządziła  Elizabeth,  kiedy 

znów znalazły się na dworze. Rozdzieliły się bez słowa. 
 

W Nymark nie było śladu dziewczynek.  Zwierzęta zaryczały żałośnie, gdy  Elizabeth 

zajrzała do obory. Powinna dorzucić im siana, ale musi z tym trochę poczekać. Przy szopie na 
łodzie zawahała się. Nie, Maria by tu nie wchodziła, pomyślała. Siostra bała się zaglądać do 

background image

 

23

szopy  od  czasu,  kiedy  długo  leżało  tu  ciało  mamy  przed  pogrzebem.  Mimo  wszystko 
Elizabeth weszła do środka. 
 

-  Mario!  –  zawołała,  ale  nikt  nie  odpowiedział.  Fale  uderzały  o  szkiery  i  na  ich 

grzbietach tworzyły się białe grzebienie piany, widoczne w ciemności. Elizabeth zrobiła lejek 
z dłoni, przyłożyła je do ust i zawołała jeszcze raz, zanim ruszyła do Heimly. Coś jej mówiło, 
za wszelką cenę starała się zachować spokój, ogarnął ją coraz większy strach. Serce waliło jej 
mocno,  a  pod  powiekami,  niczym  drobne  igiełki,  kłuły  łzy.  Przychodziły  jej  na  myśl  różne 
miejsca,  gdzie  mogłaby  się  schować  Maria  i  Indianne,  właściwie  nie  było  ich  tak  wiele  i 
wkrótce  wszystkie  zostaną  przeszukane.  Gdy  jeszcze  chodziło  o  jedno  dziecko…  ale  obie! 
Elizabeth nie mieściło się w głowie, że mogły tak przepaść jak kamień w wodę. 
 

Olav i Ragna wyszli jej na spotkanie. Wszyscy troje musieli stanąć tyłem do wiatru, 

by móc rozmawiać. 
 

- Znalazłaś je? – spytała Elizabeth, choć znała odpowiedź. 

 

Ragna pokręciła głową. 

 

- Szukałam wszędzie ale nigdzie ani śladu. 

 

Elizabeth  ogarnęła  bezradność  pomieszana  ze  strachem.  Gdzie  one  się  podziały? 

Miała nadzieję, że bawiły  się w jednym z budynków  gospodarczych. O tej porze nie mogły 
być  przecież  nigdzie  indziej,  po  ciemku,    taką  pogodę.  Wpatrywała  się  w  mrok,  szukając 
odpowiedzi. A jeśli dziewczynki wybrały się w góry… i jedna z nich jest ranna? Nie, wtedy 
druga sprowadziłaby pomoc. 
 

Co  robić?  Dalsze  szukanie  to  jak  błądzenie  po  omacku.  Gdyby  nie  pokłóciła  się  z 

siostrą,  kiedy  Maria  wychodziła  z  domu!  Przez  chwilę  pomyślała,  że  mała  nie  wraca,  bo 
ciągle  jeszcze  się  gniewa,  ale  zaraz  uznała,  że  to  niemożliwe.  Zauważyła,  że  Ragna  zakryła 
dłońmi twarz i płacze. 
 

- Olav – zwróciła się Elizabeth do chłopca. – Mógłbyś obrządzić zwierzęta taty? 

 

Skinął głową. 

 

Elizabeth mówiła dalej: 

 

-  Znajdę  Indianne  i  Marię,  obiecuję  ci  –  rzekła  i  przytuliła  go.  Jak  mogę  mu  dawać 

takie obietnice? – zastanawiała się w duchu. 
 

-  Ragno  –  powiedziała  stanowczo,  kiedy  Olav  odszedł.  –  Jesteś  pewna,  że  wszędzie 

szukałaś? Wołałaś je? 
 

Ragna opuściła ręce. 

 

- Tak, zaglądałam wszędzie, ale nigdzie ich nie ma. Moje dziecko… - rozpłakała się. 

 

-  Uspokój  się,  Ragno.  Płacz  nic  tu  nie  pomoże.  Zajrzałaś  do  wszystkich  boksów  w 

oborze? 
 

- Tak.  

 

- A do waszej szopy na łodzie? 

 

- Nie, tam nie. 

 

Ragna przestała płakać i Elizabeth dostrzegła w jej oczach niewielki błysk nadziei. 

 

- Chodź! – nakazała i ruszyła przodem. 

 

Sztorm był tak silny, że wiele razy traciły równowagę. Elizabeth musiała zaczekać na 

przerwę  między  podmuchami,  by  otworzyć  drzwi.  Zmroziło  ją,  gdy  zajrzała  do  środka.  Do 
końca życia zapamiętam ten moment, pomyślała blado. 
 

Ragna szła tuż za nią. Zatrzymała się w wejściu na chwilę, a potem zaczęła krzyczeć. 

Rozdzierająco, jak  gdyby  chciała wyrzucić wszystek strach, który nosiła  w sobie przez cały 
wieczór. 
 

Elizabeth stała w drzwiach jak skamieniała. Jedna z łodzi zniknęła! 

 

Dziewczyna zaczęła dygotać na całym ciele. Wycie Ragny dudniło jej w uszach. 

 

-  Zamilcz,  Ragno!  –  wrzasnęła  i  potrząsnęła  teściową  za  ramiona.  Ale  Ragna  nie 

przestawała krzyczeć, więc Elizabeth, nie widząc innego wyjścia, wymierzyła jej policzek. 

background image

 

24

 

Krzyk  przeszedł  w  żałosny  szloch.  Elizabeth  objęła  Ragnę  i  kołysała  jak  dziecko,  szepcząc 

jej do ucha słowa pociechy. Wreszcie puściła ją i podjęła decyzję. 
 

- Chodź, spuścimy naszą łódź i popłynę szukać dzieci. 

 

Ragna stała nieruchomo, patrząc, jak Elizabeth mocuje się z łodzią, by zepchnąć ją na 

wodę. Wtedy jakby nagle oprzytomniała. 
 

- Nie możesz wypłynąć w taką pogodę, Elizabeth! – próbowała ją powstrzymać. – To 

samobójstwo. 
 

Elizabeth spojrzała na nią. 

 

- Tam jest twoja córka i moja siostra! Wydostanę je na ląd, wierz mi! 

 

Nie  mówiąc  nic  więcej,  zepchnęła  łódź  i  usiadła  na  środkowej  ławeczce.  Duża  fala 

chciała  ją  z  powrotem  wyrzucić  na  ląd,  ale  następna  uniosła  łódź  i  porwała  w  morze. 
Elizabeth chwyciła za wiosła, ale wiatr i prąd same niosły ją coraz dalej i dalej. Ragna została 
na brzegu i  czekała. Może to ostatni raz, kiedy  widziałam teściową, pomyślała Elizabeth. A 
Ragna  może  już  nie  zobaczy  ani  mnie,  ani  swojej  córki.  Wpatrywała  się  w  czarne, 
rozpryskujące się fale, w dal gdzie morze i niebo zlewały się w jedno. 
 

Ś

nieg  ją  smagał,  chusta  na  głowie  już  dawno  przemokła,  twarz  i  ręce  traciły  czucie. 

Ale Elizabeth ledwie zwracała na to uwagę, unosząc się na rozkołysanym morzu. 
 

  -  Mario!  Gdzie  jesteś?!  –  zawołała.  Wołała  tak  kilka  razy,  zanim  wreszcie 

zrozumiała,  że  to  na  nic.  Porywy  sztormu  kradły  i  bezlitośnie  dławiły  jej  słowa.  – 
Siostrzyczko – szepnęła, a łzy na jej policzkach mieszały się ze słoną morską wodą. 
 

Wzdrygnęła  się  na  myśl  o  wodnych  upiorach.  Wszystkim  było  wiadomo,  że  rybacy, 

którzy utonęli w morzu, zmieniali się w upiory. Ukazywali się zwłaszcza w sztormowe noce 
jako  obrzydliwe  morskie  potwory  w  ubraniach  ze  skóry  i  wodorostów,  postrzępionych 
zwisających  jak  łachmany.  Wciągali  pod  wodę  innych,  mszcząc  się  za  swój  los.  Elizabeth 
bała się, musiała to przyznać. Bała się, że sama zginie, zanim uratuje dzieci. O ile upiór już 
ich nie dopadł, pomyślała ze zgrozą. 
 

Nagle dostrzegła wiosło unosząc się na wodzie. Boże, pomóż je dosięgnąć, pomodliła 

się w duchu. Może ono da mi odpowiedź? Czym prędzej wciągnęła własne wiosła w dulki i 
ostrożnie  wychyliła  się  przez  burtę.  Jeszcze  trochę…  Duża  fala  omal  nie  wywróciła  łodzi, 
kiedy  Elizabeth  sięgała  po  wiosło.  Ale  udało  się!  Dziewczyna  złapała  wyryte  inicjały:  J.  R. 
Jens Rask. 
 

- O, Boże, Boże – jęknęła. – Nie pozwól, by dzieci utonęły! To ja mam na sumieniu 

potworny grzech, Boże, ulituj się nad tymi niewinnymi kruszynami… 
 

Opuściła  głowę  i  ramiona  i  rozpłakała  się.  Mogła  już  tylko  się  poddać.  Jeśli 

dziewczynki zgubiły wioska, to nie ma już żadnej nadziei. 
 

Nagle  odniosła  wrażenie,  że  słyszy  słabe  wołanie.  Wyprostowała  się  i  zaczęła 

nasłuchiwać.  Czy  to  głos  Marii,  czy  tylko  jej  się  zdawało?  Wytężyła  słuch,  ale  do  jej  uszu 
docierało tylko wycie wichru. To ryczą upiory wodne, zwykł mówić ojciec, kiedy na morzu 
szalał taki sztorm jak dzisiaj. W takie dni nikt nie powinien siadać do wioseł, bo to oznaczało 
pewną śmierć. Elizabeth znów przez moment mignął przed oczami obraz Marii, taki sam, jaki 
ukazał się jej kilka razy w ostatnich dniach. A więc te wizje były ostrzeżeniem przed tym, co 
stało się dzisiaj. 
 

Upiór  i  złość  wzięły  górę.  Ani  sztorm,  ani  upiór  nie  skrzywdzi  jej  siostrzyczki! 

Elizabeth  zacisnęła  zęby,  oparła  stopy  na  ławeczce  przed  sobą  i  z  całych  sił  zaczęła 
wiosłować. 
 

Niedużą łodzią rzucało w przód i w tył, jak gdyby była z papieru. Elizabeth zerknęła 

szybko  przez  ramię,  żeby  zobaczyć,  gdzie  znajduje.  Początkowo  pomyślała,  że  to  tylko 
złudzenie. Spojrzała jeszcze raz. Tak, tuż za sobą ujrzała Tanholmen, a na brzegu dostrzegła 
łódź! Ostatkiem sił skierowała się w tamtą stronę, na przekór zimnu, wiatrowi, i morskiemu 
prądowi, które chciały ją zatrzymać na morzu. Nie tracąc czasu na uwiązanie łodzi, wybiegła 

background image

 

25

na ląd. Rozpoznała, że łódź na brzegu należy do Jakoba, i poczuła nikłą nadzieję. Łódź leżała 
do  góry  dnem,  oparta  o  duży  kamień.  Kilka  cali  od  niej  Elizabeth  zatrzymała  się,  żeby  się 
przygotować  na  to,  co  ją  czeka.  Czy  w  środku  były  dzieci?  A  jeśli  tak,  to  czy  żyły?  Dobry 
Boże, spraw, by żyły, pomodliła się w duchu i uklękła, żeby zajrzeć pod łódź. 
 

Zobaczyła  dziewczynki,  które  siedziały  ciasno  skulone.  Patrzyły  na  nią  wielkimi 

oczami,  drżały  z  zimna  i  ze  strachu.  Po  chwili  obie  wybuchnęły  płaczem,  cztery  dziecięce 
ręce  kurczowo  objęły  Elizabeth  za  szyję.  Dziewczynki  próbowały  coś  powiedzieć,  ale  nie 
zdołały  wydobyć  głosu.  Elizabeth  wciągnęła  je  za  sobą  z  powrotem  pod  łódź,  z  trudem  się 
tam mieściły we trzy, mimo że jedna złamana ławka pozwalała wyżej podnieść głowę. 
 

Indianne jako pierwszej udało się odzyskać mowę. 

 

-  Maria  cały  czas  powtarzała,  że  przypłyniesz  i  nas  uratujesz,  ale  ja  straciłam  już 

nadzieję. 
 

Maria przytaknęła, wtulona w pierś Elizabeth. 

 

- Wiedziałam, że nigdy nie zostawiłabyś nas samych. Bo przecież jestem twoją małą 

siostrzyczką, prawda? 
 

Elizabeth  miała  zbyt  ściśnięte  gardło,  by  odpowiedzieć  więc  tylko  skinęła  głową. 

Musimy się dostać do domu, pomyślała blado. Jeżeli zostaniemy tu na noc, zamarzniemy na 
ś

mierć.  Ale  czy  wolno  mi  zabrać  obie  dziewczynki  z  powrotem  na  morze?  A  jeśli 

poprowadzę je prosto na śmierć? 
 

- Zimno mi – poskarżyła się Indianne, trzęsąc się i szczękając zębami. 

 

Elizabeth pomasowała jedną i drugą po plecach i mocniej przytuliła do siebie. 

 

-  Musimy  trochę  poczekać,  aż  sztorm  osłabnie  –  rzekła,  starając  się,  by  jej  głos 

zabrzmiał lekko i beztrosko. – A potem popłyniemy do domu. 
 

- To Maria wpadła na pomysł, żebyśmy odwróciły łódź i bawiły się w dom – mówiła 

Indiane. – Łódź była strasznie ciężka, ale wiatr dmuchnął tak mocno, że przewrócił ją na nas. 
Ale to a namówiłam Marię do wypłynięcia w morze. 
 

-  Razem  na  to  wpadłyśmy  –  poprawiła  ją  Maria,  najwyraźniej  pragnąc  chronić 

przyjaciółkę. 
 

-  Nie  chcę  wiedzieć,  co  która  zrobiła  –  powiedziała  Elizabeth  łagodnie.  – 

Najważniejsze, że żyjecie i że was znalazłam. 
 

- Nie jesteś zła? – spytała Maria. 

 

- Nie, naturalnie, że nie. 

 

Wszystkie  trzy  chyba  tak  samo  marzniemy,  pomyślała,  uświadamiając  sobie,  że 

straciła czucie w palcach u rąk i nóg. Miała nadzieję, że nie odmroziła ich, bo to mogło być 
groźne. 
 

Wiatr przybrał na sile, dmuchał w dno łodzi i szarpał nią. Od ziemi ciągnęło chłodem i 

wilgocią,  które  przenikały  przez  ubranie.  Elizabeth  przygarnęła  dziewczynki  i  położyła  na 
sobie, żeby przynajmniej od spodu miały sucho. 
 

- Indianne, czujesz swoje nogi? – spytała Maria. 

 

Przyjaciółka pokręciła głową. 

 

Elizabeth starała się nie rozpłakać. To niemożliwe, pomyślała. Czy po to je znalazłam, 

by teraz miały umrzeć w moich ramionach? 
 

Sztorm  wył  i  kołysał  łodzią,  a  fale  wściekle  biły  o  brzeg.  Maria  nagle  wydała  się 

dziwnie wiotka. Elizabeth nią potrząsnęła. 
 

- Nie wolno ci spać! – krzyknęła w panice. 

 

- Jestem taka zmęczona – mruknęła siostra sennie. 

 

- Zaraz popłyniemy do domu – obiecała Elizabeth, żeby ją podtrzymać na duchu. – Do 

domu i ciepłego łóżeczka! 
 

Podjęła decyzję, zresztą nie miała wyboru. Mocno trzymając się nawzajem, z trudem 

dobrnęły do łodzi. 

background image

 

26

 

-  Usiądźcie  blisko  siebie  –  nakazała  i  zdjęła  szal,  którym  przewiązała  dziewczynki. 

Mroźny wiatr kłuł przez ubranie niczym haczyki na ryby, utrudniał oddech. 
 

Za chwilę były z powrotem na morzu. 

 

- Trzymajcie się mocno – krzyknęła. – Zaraz będziemy na miejscu! 

 

Jednak  prawda  była  taka,  że  Elizabeth  nie  miała  pojęcia,  gdzie  je  zniosło.  Wokół 

panowała ciemność. Morze kipiało, a śnieg chłostał niemiłosiernie.  
 

Usta  Elizabeth  poruszały  się  w  niemych  modlitwach,  które  tylko  ona  rozumiała. 

Wznosiła  je  do  Boga,  matki  i  Liny-Laponki.  Błagała  o  litość  i  pomoc  –  przynajmniej  ze 
względu  na  dzieci.  Obiecała  przyznać  się  do  swego  przestępstwa.  Tak,  nie  będzie  z  tym 
zwlekać! 
 

Wtedy  przestało  sypać,  lecz  wiatr  nadal  wiał  równie  mocno  jak  przedtem.  Elizabeth 

spojrzała  na  dziewczynki.  Maria  obejmowała  Indianne,  jak  gdyby  pragnęła  ją  pocieszyć  i 
dodać sił. Miały siedem i osiem lat, ledwie zdążyły posmakować życia, pomyślała. 
 

Nagle  dostrzegła  ląd.  Przepełniała  ją  ogromna  radość,  dodając  energii.  Elizabeth 

wiosłowała, że ramiona jej drżały z wysiłku. Chusta zsunęła się z jej głowy i włosy plątały na 
wietrze. Do domu, do domu, śpiewało jej w duszy w takt uderzeń wioseł. Wyskoczyła z łodzi 
i brodząc w lodowatej wodzie, ciągnęła za sobą łódź. Odrętwiałymi palcami przywiązała ją, a 
potem wysadziła Marię i Indianne. 
 

Ragna  zalała  się  łzami,  kiedy  wszystkie  trzy  wreszcie  stanęły  przed  nią  w  kuchni. 

Twarz miała spuchniętą od płaczu i drżały jej ręce, kiedy przytulała córkę. Elizabeth kiwnęła 
na Marię i obie wymknęły się cicho, bez słowa. Musiały czym prędzej powiadomić Dorte. 
 

Woda  kapała  ze  spódnic,  włosy  zwisały  jak  mokre  strąki.  Maria  dygotała  z  zimna, 

kiedy dotarły do Neset. 
 

- Wielkie nieba! Wejdźcie! – zawołała Dorte na ich widok, wciągnęła obie do środka i 

posadziła w pobliżu paleniska. 
 

Potem  szybko  zdjęła  z  nich  mokre  ubrania.  Elizabeth  nawet  nie  protestowała.  Dorte 

biegła  tam  i  z  powrotem,  przynosząc  ciepłe  wełniane  koce,  baranice  i  derki.  Następnie  obu 
siostrom podała  gorącą  kawę.  Zadała tylko jedno pytanie:  czy  Indianne  żyje. Elizabeth była 
jej wdzięczna, ponieważ nie byłaby w stanie odpowiedzieć na więcej. Gdy wreszcie razem z 
Marią  położyły  się  na  podłodze  blisko  paleniska,  jej  powieki  zrobiły  się  równie  ciężkie  jak 
cała reszta ciała. 
 

- Czuję rwanie w palcach – mruknęła Maria sennie. 

 

W  tej  samej  chwili  Elizabeth  uświadomiła  sobie  to  samo.  Rwało  i  pulsowało  w 

palcach  u  rąk  i  nóg,  ale  była  zbyt  wyczerpana,  by  się  tym  przejmować.  Najważniejsze,  że 
wróciło w nich czucie.  
 

- Dziękuję Ci, Boże – szepnęła i zapadła w sen.  

 
Rozdział 6 
 
 

Dziewczynki  przypłaciły  swą  przygodę  kaszlem  i  gorączką,  zaś  Elizabeth  nawet  się 

nie przeziębiła. Pewnie jestem z solidniejszego materiału, pomyślała. 
 

Maria  czuła  ogromną  potrzebę  opowiadania  wszystkim  dookoła  o  tym,  co  się  stało. 

Indianne  pilnowano  teraz  przez  całą  dobę  na  okrągło.  Ale  po  pewnym  czasie  i  Ragna,  i 
Elizabeth zaczęły myśleć o innych sprawach. Zbliżała się wiosna i mężczyźni w każdej chwili 
mogli  wrócić  z  połowów.  W  sklepiku  rozmawiano  tylko  o  tym,  kto  już  wrócił.  Ojcowie, 
bracia i synowie mieli lada dzień zawitać do domów z pieniędzmi i rękami do pomocy. 
 

Kobiety  żyły  w  wieczornym  napięciu,  a  w  domach  każdego  dnia  musiał  panować 

idealny porządek. Do takiego właśnie domu powinni wrócić mężczyźni po długich zimowych 
miesiącach rozłąki. 

background image

 

27

 

Codziennie  Elizabeth  zabierała  ze  sobą  dzieci  wychodziła  na  wzgórze  Nonshaugen, 

ż

eby wypatrywać kutrów. Niepokój, który się w niej zrodził po wiadomości z listu od Jakoba, 

nie  ustępował.  Nieustannie  dawał  o  sobie  znać  i  nie  pozwalał  się  odprężyć.  Kilka  lat  temu 
dręczyły ją wizje, które były prawdziwym utrapieniem. Teraz wręcz pragnęła, by dzięki nim 
mogła uzyskać jakąś podpowiedź. 
 

Przyłożyła Ane na drugie biodro, podążając z Marią pod górę zboczem wzgórza. 

 

- Widzisz, Elizabeth? Wydeptałyśmy już ścieżkę, wchodząc tyle razy na Nonshaugen 

– odezwała się Maria. 
 

Elizabeth zatrzymała się i rozluźniła trochę ubranie przy szyi. Stała tak przez chwilę, 

wpatrując się przed siebie. 
 

- Kwiecień – powiedziała na głos, smakując to słowo. 

Kwiecień przyniósł ze sobą tak wiele niespodzianek – tak dobrych, jak i mniej miłych. 
 

-  Jak  myślisz,  Ane,  czy  tato  będzie  bardzo  zaskoczony,  gdy  zobaczy,  jak  urosłaś?  – 

rzekła do dziecka. 
 

Ane uśmiechnęła się w odpowiedzi, aż rozbłysły jej złocisto- brązowe oczy. Ma mój 

kolor oczu, pomyślała Elizabeth. Dokładnie tak, jak tego chciałem. 
 

- Płyną! Płyną! – zawołała Maria, zbiegając ścieżką w dół. – Pośpiesz się! Zawracaj! 

 

Elizabeth  nie  ruszyła  się  z  miejsca.  Słowa  siostry  powoli  docierały  do  jej 

ś

wiadomości. Maria pędem przebiegła obok. 

 

-  Płyną  –  szepnęła  Elizabeth,  kiedy  zaczęła  rozumieć.  Stopy  wydawały  się  jej 

niewiarygodnie lekkie, a w sercu czuła radość, kiedy  w pośpiechu schodziła w dół. Poczuła 
wilgoć pod powiekami, aż musiała szybko otrzeć łzy. Pocałowała Ane w oczy i w policzki, a 
potem zakręciła się z nią dokoła i roześmiała. 
 

- Jens i tato wracają do domu! Jestem taka szczęśliwa! 

 

Ostatni odcinek drogi pokonała biegiem. Zwinnymi palcami zerwała z głowy chustkę. 

Tak bardzo chciała ładnie wyglądać, kiedy po tylu miesiącach spotkała się z Jensem. 
 

Czuła, że jej policzki płonęły z emocji, kiedy mężczyźni wyciągali łódź na brzeg. 

 

- I raz, i dwa, i trzyyymaaaj – wołali chórem. 

 

Elizabeth  wiedziała,  że  mieli  dużo  rzeczy  do  wyniesienia  na  ląd,  a  łódź  była  duża  i 

ciężka. 
 

Wszyscy się zjawili na brzegu. Ragna z dziećmi czekała na męża i ojca. Dorte nikogo 

nie miała, ale i tego roku przyszła, jak przychodziła od lat, ponieważ taki moment zdarzał się 
tylko  raz  do  roku.  Maria  niecierpliwie  dreptała  w  miejscu,  nie  mogę  się  doczekać,  kiedy 
porozmawia  z  ojcem,  ale  Elizabeth  trzymała  się  nieco  z  tyłu;  nie  chciała  stać  w  pierwszym 
szeregu. 
 

Jakob wyszedł z łodzi i odnalazł swą rodzinę. Wyciągnął swą wielką dłoń i przywitał 

się z Ragną. Poklepał dzieci po głowach i uśmiechnął się chytrze, napomykając o prezentach, 
które miał w kufrze. 
 

Andres  podniósł  Marię  do  góry  i  zaraz  postawił  ją  z  powrotem  na  ziemię.  Nie 

wydawało się zbytnio przytulać, bez względu na to, jak wielka była radość. 
 

Elizabeth podeszła do Jensa. Jęknęła, kiedy się odwrócił. Rana od ciosu nożem biegła 

od  skroni  do  kącika  ust.  W  niektórych  miejscach  zaczynała  już  zarastać,  w  innych  była 
zaogniona  i  brzydka.  Elizabeth  miała  ochotę  pogładzić  męża  po  zdrowym  policzku  i 
powiedzieć,  że  wszystko  będzie  dobrze,  jak  pocieszała  Marię  i  Ane,  kiedy  się  skaleczyły. 
Jednak ani spojrzenie, ani gesty Jensa nie zachęcały do czułości. W jego niebieskich oczach 
malowały  się  ból  i  pewnego  rodzaju  powściągliwość.  Niemal  rozgoryczenie,  pomyślała 
Elizabeth  i  wyciągnęła  do  męża  wolną  rękę.  Lecz  on  w  tej  samej  chwili  się  odwrócił  i 
powiedział  coś  do  jednego  z  mężczyzn.  Wskazał  na  swój  kufer  i  razem  z  tamtym  wyniósł 
bagaż na ląd. 

background image

 

28

 

Elizabeth odniosła wrażenie, jak gdyby czas i miejsce przestały istnieć, a zostali tylko 

ona i Jens. Wstydzi się tej blizny, pomyślała. Serce jej krwawiło z rozpaczy, że została w ten 
sposób odtrącona. To nie ten sam Jens, którego znała. Równie dobrze mógłby mnie uderzyć, 
pomyślała. Tak samo by zabolało. 
 

-  Gdy  zostaniemy  sami,  spróbuję  go  pocieszyć.  Powiem,  że  jego  blizna  nie  ma 

ż

adnego  znaczenia,  że  dla  mnie  jest  piękny  bez  względu  na  to,  jak  wygląda  –  mruknęła  do 

siebie. 
 

- Mówiłaś coś? – spytała Dorte, która stanęła obok. 

 

Elizabeth podskoczyła przestraszona.  

 

- Nie, gadałam do siebie. – Roześmiała się krótko. 

 

Dorte skinęła głową wyrozumiale. 

 

- Wierz mi, że i mnie wiele razy to się zdarza. Tak to jest, kiedy człowiek przez cały 

dzień jest sam. Wzięłam sanki i mogę je wam pożyczyć. Zobaczyłam, że nie zabrałaś swoich. 
Przychodzą się chyba Jensowi do przewiezienia kufra? – dodała. 
 

- Tak, pewnie! Dziękuję, Dorte. Pomyślałaś o wszystkim. 

 

Podszedł  do  nich  Andres  i  Dorte  się  przywitała,  lecz  zaraz  szybko  się  wycofała. 

Elizabeth podała ojcu rękę. 
 

- Witaj w domu, tato. Dobrze cię znowu widzieć. Maria tak bardzo na ciebie czekała i 

strasznie tęskniła. 
 

Uśmiechnął  się  pod  bujnym  zarostem  i  zerknął  za  siebie,  na  Marię,  która  próbowała 

ciągnąć jego kufer. 
 

-  Dzielna  dziewczyna.  A  co  u  ciebie?  Dobrze  sobie  radziłaś  z  opieką  nad  dwiema 

oborami? 
 

- Tak, całkiem nieźle – rzekła z przekonaniem. 

 

- A jak się chowa maleńka? – spytał i poczochrał Ane po głowie. Wnuczka roześmiała 

się, ukazując drobne ząbki. 
 

Wszyscy  mężczyźni  zapuścili  brody,  pomyślała  Elizabeth.  Nawet  tato.  Wszyscy, 

oprócz Jensa… bo jego policzek przecina długa rana. Odchrząknęła i kopnęła nogą kamyk. 
 

-  Przygotowaliśmy  dom  na  twój  powrót.  Może  przyszedłbyś  do  nas  na  górę,  jak  się 

wykąpiesz  i  przebierzesz?  To  znaczy,  chciałam  powiedzieć,  że  może  zjadłbyś  u  nas  coś 
ciepłego? Dałabym ci też trochę świeżego jedzenia na później. 
 

Skinął głową. 

 

-  Dziękuję.  Przyjdę.  –  Potem  pożegnał  się  i  ruszył  w  stronę  Marii,  mocującej  się  z 

kufrem. 
 

Elizabeth z wahaniem podeszła do Jensa, ciągnąc za sobą sanki. 

 

- Witaj w domu, Jensie – rzekła, słysząc, że jej głos trochę drży. 

 

- Dziękuję – odparł i uśmiechnął się do Ane. 

 

- Pożyczyłam sanki od Dorte, żebyś mógł przewieźć swój kufer. 

 

Nie  odpowiedział.  Elizabeth  pomogła  mu  postawić  kufer  na  sankach.  Kiedy  chciała 

chwycić razem z mężem za linkę, odtrącił ją. 
 

-  Myślałam  że  razem  pociągniemy  twój  bagaż  –  wyjaśniła  zakłopotana  i  spróbowała 

się roześmiać. 
 

Jens nie odpowiedział. Coś jest nie tak, pomyślała, i to nie tylko z powodu szpecącej 

blizny.  Dreszcz  przebiegł  jej  po  plecach,  gdy  sobie  to  uświadomiła,  a  żołądek  ścisnął  w 
bolesny, ciężki supeł. 
 
 

Jens zachowywał się wobec niej dziwnie wrogo, ale do Ane mówił dużo. To też jakaś 

pociecha, pomyślała. Mimo wszystko cieszyła się, kiedy wreszcie dotarli do domu. 
 

-  Postanowiłam  w  izbie  balię.  Przyniosę  wody  i  będziesz  się  mógł  wykąpać  – 

zaproponowała. 

background image

 

29

 

- Dobrze – odparł krótko i zniknął za drzwiami. 

 

Elizabeth  wyjęła  czyste  rzeczy  dla  męża,  przypominając  sobie,  jak  to  kąpali  się  w 

kuchni  całkiem  bez  skrępowania.  Miała  nadzieję,  że  Jens  i  tym  razem  nie  będzie  chciał  się 
kąpać w izbie, ale nic nie powiedział. Czuła rozczarowanie. 
 

Kiedy  balia  była  pełna  wody,  zniknął  w  izbie  i  dobrze  zamknął  za  sobą  drzwi. 

Zupełnie  tak,  jakbyśmy  byli  dla  siebie  obcy,  pomyślała  Elizabeth,  wzdychając  i  poszła 
szykować obiad. Nastawiła w garnku solone mięso, a potem wyjęła kilka ziaren kawy, żeby 
przygotować  coś  gorącego  do  picia.  Oszczędzała  mięso,  kawę  i  cukier,  żeby  urządzić 
powitalną z okazji powrotu męża. Teraz było jej przykro. Jens nie wspomniał ani słowem o 
Kristianie ani o napadzie przed barakiem. To też dziwnie, stwierdziła w duchu. Pewnie stało 
się to, czego się najbardziej obawiała: Kristian powiedział coś na jej temat, dlatego Jens się 
nie odzywał. 
 

Elizabeth czuła krople potu na czole, kiedy nakrywała do stołu. Zwykle, gdy dręczyły 

ją  bolesne  myśli,  praca  jej  pomagała,  jednak  tym  razem  było  inaczej.  W  końcu  usiadła  na 
krześle, objęła się ramionami i próbowała spokojnie oddychać. Uspokój się, upomniała samą 
siebie. Siedziała tak kilka minut. Nagle w kuchni stanął Jens. Upłynęła dłuższa chwila, zanim 
zdołała się odezwać. 
 

- Obciąć ci włosy? Mam trochę czasu, właśnie nastawiłam obiad. 

 

Skinął głową i usiadł na krześle, a Elizabeth poszła po nożyczki. Przypomniała sobie, 

jak ostatnio obcinała mu włosy. Wtedy klepał ją po pośladkach i chciał, żeby usiadła mu na 
kolanach. Teraz siedział bez ruchu i nie odzywał się ani słowem. 
 

Jej  wzrok  cały  czas  wędrował  w  stronę  blizny.  Nie  było  tak  źle,  jak  się  wcześniej 

obawiała,  większa  część  rany  ładnie  się  zagoiła,  a  na  resztę  da  mu  jakąś  maść.  Jednak 
rozcięcie  było  brzydko  zaszyte,  na  policzku  na  zawsze  zostanie  czerwony  ślad  i  nawet  jeśli 
Jens zapuści brodę, zarost nie zasłoni całkowicie blizny. Elizabeth skoncentrowała się na tym, 
co miała zrobić. Przyjemnie było przeciągnąć palcami przez jasne włosy męża, jeszcze mokre 
po kąpieli. 
 

-  Coś  nam  się  przydarzyło,  kiedy  wyjechałeś  –  odezwała  się  po  chwili.  Postanowiła 

opowiedzieć mu o przygodzie Marii i Indnianne, zanim usłyszy o tym od kogoś innego. 
 

- Ach, tak – odparł, nie okazując zainteresowania. 

 

-  Pewnego  wieczoru  w  czasie  burzy  Maria  i  Indianne  wzięły  łódź.  –  Zobaczyła,  że 

zesztywniał, więc czym prędzej mówiła dalej. – Zgubiłby jedno wiosło, ale udało im się jakoś 
wydostać na brzeg w Tangholmen. Tam je znalazłam. 
 

Otworzył  usta,  ale  zaraz  je  zamknął.  Pewnie  jest  ciekaw  szczegółów,  pomyślała 

Elizabeth, ale skoro tak się zachowuje, to może sobie poczekać. Nie dodała więc nic więcej. 
Później ją sam wypyta, 
 

-  No,  skończyłam  –  oznajmiła  i  zamiotła  włosy  z  podłogi.  –  Dziękuję  za  list  i 

pieniądze – dodała. 
 

- I ja dziękuję za list – odparł. 

 

- Pisałeś coś o domu kawowym w Kablevaag i że mężczyźni trwonili tam pieniądze. 

Co miałeś na myśli? Czy pilili tyle kawy? 
 

Po raz pierwszy się uśmiechnął. I chociaż Elizabeth wiedziała, że to z niej się śmieje, 

zrobiło jej się lżej na sercu. 
 

- Dom kawowy to po prostu ładniejsza nazwa burdelu – rzekł. –Kobiety sprzedają tam 

swoje ciała – dodał. – Dziwki. Biorą pieniądze za to, że mężczyźni mogą się z nimi przespać. 
 

Elizabeth poczuła, że rumieniec oblał jej twarz i szyję. 

 

- Sprzedają…? Ale dlaczego? – spytała z niedowierzaniem. 

 

Wzruszył ramionami. 

 

-  Muszą  jakoś  przeżyć,  jak  wszystkie  inne.  Jeżeli  nie  mają  mężczyzny,  który  by  je 

utrzymywał,  to  nie  pozostaje  im  zbyt  wiele  możliwości  do  wyboru.  To  bieda  i  głód  nimi 

background image

 

30

kierują. – Powiedział to tak krótko i brutalnie, że Elizabeth aż się wzdrygnęła. Nie zaspokoił 
jej ciekawości, więc pytała dalej. 
 

- Dużo kobiet to robi? 

 

- Dwadzieścia, może trzydzieści. Nie liczyłem ich. 

 

Poczuła  kiełkującą  złość.  Powiedział,  że  ich  nie  liczył.  A  więc  pewnie  je  widywał! 

Czy  były  ładne?  Czy  powinna  spytać?  Szybko  zarzuciła  ten  pomysł,  nie  powinna  dociekać. 
Było  jej  raczej  żal  kobiet,  które  nie  mogły  się  utrzymać  w  inny  sposób.  Zdecydowała  się 
jednak spytać o choroby, o których wspomniał w liście. 
 

- Pisałeś, że mężczyźni nabawiali się różnych chorób. Jakich? 

 

Nie wydawał się wcale zażenowany, uśmiechnął się tylko krótko. 

 

-  Prawdziwą  plagą  są  wszy.  Wiesz,  że  nie  wszyscy  rybacy  dbają  o  czystość… 

przenoszą to paskudztwo, a potem swędzi i piecze między udami. 
 

Elizabeth zrobiło się niedobrze. Czy jeżeli ktoś się drapie w kroczu, to znaczy, że ma 

wszy? Podeszła do paleniska i zdjęła jedzenie z ognia. 
 

-  Niedługo  pewnie  przyjdzie  tato  z  Marią  –  rzekła  lekkim  tonem  i  odwróciła  się  w 

stronę Jensa. Wpatrywał się gdzieś w dal przez okno i bezwiednie gładził bliznę. 
 

Nagle Elizabeth poczuła, że ma dość tego przedstawienia. Już dawni powinna spytać, 

co  się  wydarzyło  na  połowach,  ale  chciała  poczekać,  aż  Jens  sam  zacznie  mówić.  Teraz 
uznała, że musiałby czekać z byt długo. 
 

-  Jens,  powiedz  mi  wreszcie  co  cię  gryzie  –  wyrzuciła  jednym  tchem.  –  Jeżeli 

wstydzisz się tej blizny, to naprawdę niepotrzebnie. Powinieneś dziękować Stwórcy, że udało 
ci się ujść z życiem. A przynajmniej za to, że ten który cię zaatakował, nie wrócił, żeby cię 
zabić. Jaki mógł mieć powód, żeby zrobić coś takiego? Zupełnie tego nie pojmuję. 
 

Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale powstrzymał ją wyraz twarzy Jensa. 

 

Jego oczy zwęziły się, szczęki pracowały. 

 

- Wiem, kto to był! – rzekł krótko. 

 

- Wiesz? – Z ust Elizabeth wydobył się ledwie słyszalny szept. 

 

- Kristian Dalsrud! 

 

Odruchowo postąpiła kilka kroków do tyłu i położyła dłoń na piersi. 

 

-  Kristian  Dalsrud?  –  spytała,  uświadamiając  sobie,  że  powtarza  jego  słowa.  –  Ale 

dlaczego nikomu o tym nie powiedziałeś?- zdumiała się. – I dlaczego on się na ciebie rzucił? 
Czy to się stało wtedy… kiedy napisałeś  w liście, że spotkałeś Kristiana? 
 

Jens pokręcił głową. 

 

-  Nie.  Za  pierwszym  razem  rozmawialiśmy  o  połowach,  pogodzie  i  wspólnych 

znajomych.  Dopiero  później  nabrałem  podejrzeń.  Wydawał  się  zbyt  miły.  Pewnie 
zachowywał  się  tak,  żeby  pokazać,  jaki  z  niego  porządny  gość.  Chcesz  wiedzieć  dlaczego 
nikomu nie powiedziałem, że do był Kristian? Jak myślisz, czy ktoś by mi uwierzył? Przecież 
to  właśnie  on  pomógł  mi  dojść  do  baraku  i  z  takim  przekonaniem  opowiedział  o  ciemnej 
sylwetce, która zniknęła w mroku. 
 

Elizabeth  po  omacku  szukała  krzesła,  czując,  że  za  chwilę  upadnie.  Usiadła  ciężko, 

zaciskając  dłonie  na  kolanach,  i  słuchała,  jak  Jens  mówił  dalej.  W  jego  głosie  brzmiało  coś 
złowróżbnego, coś, co przyprawiło ją o gęsią skórkę. 
 

-  Spotkaliśmy  się  przed  barakiem,  Kristian  i  ja  –  opowiadał  Jens.  –  Był  dwudziesty 

czwarty marca, wielkie święto pijaństwa. 
 

Elizabeth  słyszała  niezliczone  historie  o  tym  dniu,  kiedy  żółtodziób,  rybak,  który  po 

raz pierwszy brał udział w połowach, musiał całej załodze postawić wódkę. Jednak rybakom 
zwykle  było  i  sporo  kupowali  sami.  Najczęściej  wlewali  w  siebie  za  dużo  i  zabawa  często 
kończyła się bójkami i awanturami. 
 

-  Kristian  był  pijany  –  mówił  dalej  Jens.  –  Ale  to,  co  powiedział,  to  nie  był  pijacki 

bełkot. A miał to i owo do powiedzenia! – dodał z naciskiem. 

background image

 

31

 

Elizabeth poczuła, że serce jej szybciej zabiło, i przestraszyła się, że Jens zobaczy to 

przez jej ubranie. Kristian wiedział! On wiedział, co zrobiła. Powinna była wyznać Jensowim 
ż

e ma na sumienie czyjeś życie, i wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. Że nie chciała… 

 

Jens mówił dalej. 

 

- Nie chciałem uwierzyć w to, co Kristian wygadywał, i uderzyłem go. Tak, przyznaję. 

I  właśnie  wtedy  wyjął  nóż.  To  się  stało  tak  szybko,  że  nie  zdążyłem  zareagować  ani  nawet 
pomyśleć.  A  potem  znalazłem  się  w  baraku.  –  Wpatrywał  się  przed  siebie,  jak  gdyby  to 
wszystko oglądał na nowo. – Jakob zeszył ranę, była paskudna. Jednak zapamiętałem to, co 
Kristian mi opowiedział na twój temat i twojego prowadzenia się w Dalsrud. 
 

- Wszystko ci wyjaśnię – próbowała się usprawiedliwić, ale przerwał jej szorstko. 

 

- Nie, pozwól mi dokończyć. Powiedział, że sypiałaś z nim i z parobkiem i że niejeden 

raz ściskałaś się na sianie z innymi. – Roześmiał się krótkim, gorzkim śmiechem. – Myśli, że 
to  ja  jestem  ojcem  Ane,  więc  trzymałem  język  za  zębami  i  nie  wyjawiłem  mu  tego,  co 
powiedziałaś,  że  jakoby  Leonard  wziął  cię  siłą.  Nie  chciałem  Krystianowi  wierzyć.  Ale  on 
dawał  wiele  przykładów.  Między  innymi  wspomniał  o  spotkaniu  w  kościele  na  Boże 
Narodzenie. Pamiętasz, Elizabeth – spytał i znów utkwił w niej wzrok. 
 

Przytaknęła  bezwiednie.  Pewnie,  że  pamiętała,  to  wtedy  Kristian  się  przyznał,  że 

przysłał anonim i spytał, czy miewa bezsenne noce. 
 

- Powiedział, że poszłaś za nim i błagałaś, żeby  nic nie mówił o tym, jak się za nim 

uganiałaś, kiedy służyłaś w Dalsrud. 
 

Elizabeth siedziała bez ruchu i słuchała opowieści Jensa. 

 

- To wtedy się na niego zamachnęłam, krzycząc, że jest cholernym kłamcą, ale on się 

uchylił i chybiłem. Potem zranił mnie nożem. Więcej nie powiedział, tylko pomógł mi dojść 
do  chaty.  Wymyślił  kłamstwo  o  jakimś  podejrzanym  typie  i  zniknął.  Od  tamtej  pory  go  nie 
widziałem. W nocy długo nie mogłem zasnąć. Rozmyślałem nad jego słowami. I doszedłem 
do  wniosku,  że  nie  wszystko  było  kłamstwem.  Mówił,  że  wysłałaś  do  niego  list  –  pełen 
wyznań,  jak  bardzo  go  kochasz.  Jednak,  jak  twierdził,  odesłał  go  z  powrotem.  Wtedy 
zrozumiałem, że list, który cię zdenerwował, nie był od Helene, lecz od Kristiana. A teraz już 
sam nie wiem, co o tym myśleć. Czy o Leonardzie też kłamałaś? Czy ojcem Ane jest jeden z 
parobków? 
 

Elizabeth  wpatrywała  się  w  Jensa  z  niedowierzaniem.  Po  co  Kristian  wymyślał  tak 

obrzydliwe  łgarstwa?  Skąd  w  człowieku  bierze  się  tyle  podłości?  Jak  mógł  tak  oszpecić 
Jensa?  Jednocześnie  odetchnęła  z  ulgą,  że  Kristian  nie  wspomniał  Jensowi  ani  słowem  o 
okolicznościach śmierci Leonarda. Może nic nie podejrzewał? Chciało jej się płakać ze złości 
i rozczarowania, musiała zagryźć  wargę. W końcu wstała i spojrzała na Jensa. Nie umknęła 
wzrokiem ani o cal. 
 

-  Jens,  teraz  ty  mnie  posłuchaj  i  sam  zdecyduj,  komu  uwierzyć:  mnie,  swojej  żonie, 

czy  jemy,  Krystianowi  Dalsrudowi.  To,  że  Leonard  mnie  zgwałcił,  to  prawda.  Upokorzył 
mnie,  bił  i  wykorzystywał  w  obrzydliwy  sposób.  Zaszłam  w  ciążę,  lecz  jego  to  nic  nie 
obchodziło.  Powiedział,  że  nawet  jeśli  komuś  zdradzę  prawdę,  i  tak  nikt  mi  nie  uwierzy. 
Komu prędzej dadzą wiarę: biednej służącej czy bogatemu gospodarzowi? Miał rację. Skoro 
nawet ty mi nie wierzysz… 
 

Nagle  poczuła,  że  jeśli  powie  jeszcze  choć  słowo,  rozpłacze  się.  Zerwała  chustę  z 

gwoździa i wybiegła za drzwi. 
 

Biegła, ile sił w nogach, obok obory i szopy z torfem, przedostała się na drugi brzeg 

rzeki,  przeskakując  przez  kamienie,  a  potem  dalej  w  głąb  doliny.  Tu,  u  stóp  góry,  leżało 
jeszcze dużo śniegu i szybko się zmęczyła. W końcu usiadła na dużym kamieniu i spojrzała 
na  wieś.  Domy  zdawały  się  stąd  takie  małe,  nawet  Heimly  ze  wszystkimi  zabudowaniami  i 
głównym domem. Przetarła spoconą twarz i powoli odzyskiwała równy oddech.  

background image

 

32

 

Co Kristian chciał osiągnąć, opowiadając o niej takie kłamstwa? Mogło się zdawać, że 

pragnie zburzyć jej szczęście, które znalazła u boku Jensa. Czy żałował jej tego? 
 

Nagle uderzyła ją pewna myśl. Czyżby był zazdrosny? Przygryzła wewnętrzną stronę 

policzka, zastanawiając się dalej. Można by niemal odnieść takie wrażenie. Ale nie, to chyba 
niemożliwe,  Kristian  mógł  mieć  każdą,  której  zapragnął.  Taki  przystojny,  a  w  dodatku 
dziedzic  dużego  dworu.  Czego  mógł  chcieć  od  tak  biednej  dziewczyny  jak  ona?  Poza  tym 
była przecież mężatką. Szczęśliwą mężatką! 
 

Zawstydzona  spojrzała  w  szare  niebo.  Jako  dziecko  wierzyła,  że  znajdzie  się  bliżej 

Boga,  jeśli  wdrapie  się  na  szczyt  góry.  Może  rzeczywiście  tak  było?  Może  Bóg  otaczał  ją 
szczególną  opieką,  skoro  jakoś  do  tej  pory  dawała  sobie  radę?  A  może  czekał  tylko,  aż  się 
przyzna do grzechu, jak obiecywała wiele razy? 
 

Nagle  poczuła,  że  coś  każe  jej  wracać  do  domu,  i  to  szybko.  Przeczuwała  

niebezpieczeństwo.  Wstała,  zebrała  spódnicę  i  zaczęła  zbiegać  w  dół.  Po  chwili  zatrzymała 
się i obejrzała za siebie. Nic się nie działo. Czyżby sobie coś ubzdurała? Jednak niepokojące 
przeczucie  zagrożenia  na  ustępowało.  Znowu  zaczęła  biec  do  domu.  I  wtedy  to  usłyszała. 
Najpierw  jako  słaby  grzmot  gdzieś  w  oddali,  potem  odgłos  zaczął  się  zbliżać,  powoli,  ale 
nieustannie.  Spojrzałam  skąd  dochodził  hałas,  i  sparaliżowana  strachem  wpatrywała  się  w 
lawinę śnieżną, która zeszła tuż obok, porywając za sobą kamienie i niewielkie krzewy. Ja też 
miałam zginąć, pomyślała Elizabeth, gdy lawina zatrzymała się trochę dalej w dole. Nie była 
wielka, jest wiosna, jednak w górach leżało jeszcze dość śniegu, by roztrzaskać człowieka o 
skały i kamienie.  
 

Elizabeth  uświadomiła  sobie,  że  przecież  nikt  nie  wiedział,  dokąd  poszła.  Zadrżała  i 

szczelniej owinęła się chustą. 
 

- Dobry Boże, dziękuję, jeszcze raz dziękuję! A więc i tym razem jeszcze nie nadeszła 

moja  kolej  –  rzekła  drżącym  głosem  i  osunęła  się  na  kolana.  Czy  to  ostrzeżenie?  Najpierw 
omal nie utonęła, potem w niewiarygodny sposób udało jej się przeżyć, gdy w czasie sztormu 
wracała  z  dziewczynkami  z  Tangholmen.  A  teraz  to!  Co,  do  licha,  mnie  spotka  następnym 
razem? – pomyślała. Klęczała tak kilka minut, aż wreszcie podniosła się i ruszyła w dół. 
 
Rozdział 7 
 
 

Elizabeth  zapadła  w  drzemkę,  ani  nie  spała,  ani  też  jeszcze  się  nie  rozbudziła. 

Wydawało  się  jej,  że  z  dołu  dobiegł  ją  jakiś  odgłos,  ale  nie  przejęła  się  tym,  tylko  mocniej 
przytuliła  do  Jensa.  Może  to  tylko  deszcz,  który  bębnił  w  okno,  albo  wiatr  uderzający  w 
ś

ciany domu, pomyślała zaspana. 

 

Cofnęła się wspomnieniami do wczorajszego dnia. Zdążyła właśnie dotrzeć do szopy z 

torfem, kiedy na podwórzu zjawili się ojciec i Maria. 
 

- Co robisz? – spytał Andres. 

 

-  Zamierzałam  przynieść  trochę  torfu,  ale  zapomniałam  wziąć  skrzynki,  więc  może 

kiedy indziej… 
 

Poczuła, że się czerwieni z powodu kiepskiej wymówki, ale nic lepszego nie przyszło 

jej do głowy. 
 

- Elizabeth chyba zaczyna się starzeć – szepnęła Maria do ojca. 

 

- Słyszałam, co powiedziałaś – rzekła Elizabeth i spróbowała się roześmiać, ale sama 

usłyszała, jak nienaturalnie zabrzmiał jej śmiech. 
 

- Widziałaś, że w Spisstind zeszła lawina? – spytał ojciec, gdy weszli do domu. 

 

Elizabeth musiała się odwrócić, kiedy odpowiedziała. 

 

- Tak, w górach jest jeszcze mnóstwo śniegu, więc to chyba nic dziwnego? 

 

- Cieszysz się, że cię tam nie było – odezwała się Maria. 

background image

 

33

 

- Co, do diaska, Elizabeth miałaby tam robić? – zdziwił się ojciec, po czym zwrócił się 

do Jensa. – No, jak się czujesz? Dobrze jest wrócić do domu? 
 

- Tak, bardzo dobrze –  odparł Jens i Elizabeth poznała po  głosie męża, że naprawdę 

tak myślał. 
 
 

Jedząc obiad, rozmawiali o zimowych połowach. 

 

- Wyobraź sobie, Elizabeth – zaczął ojciec i przełknął ślinę. – Kiedy przybyliśmy do 

Storvaagen, powitaniom i pogawędkom nie do końca. Na Lofoty przypływają przecież rybacy 
z  całego  wybrzeża.  Ale  był  tam  jeden  człowiek  z  Rana,  którego  nigdy  przedtem  nie 
widziałem. Miał na środku czoła koszmarnie wielką brodawkę! Wtedy któryś z dowcipnisiów 
spytał, czy może rośnie mu róg. I tu zaraz Erasmus z Vika wtrącił swoje. 
 

Uśmiechnęli się, słysząc to imię, a Andres tymczasem opowiadał dalej. 

 

- I rzekł do tego z Rana: To największa brodawka, jaką widziałem w swoim życiu! 

 

Andres  roześmiał  się  najgłośniej  ze  wszystkich.  Elizabeth  pochwyciła  spojrzenie 

Jensa. Zauważyła, że gorycz z jego oczu zniknęła, i poczuła się szczęśliwa. Uśmiechnęła się 
do  męża,  ostrożnie  i  pojedynczo,  na  znak,  że  nie  chowa  urazy.  Odpowiedział  uśmiechem  i 
mrugnął  ledwie  dostrzegalnie.  Przebiegł  ją  cudowny  dreszcz,  pełne  słodyczy  napięcie  i 
oczekiwanie  na  noc.  Zawstydziła  się  swoich  myśli  i  podniosła  się  gwałtownie,  żeby 
przygotować kawę. 
 

-  Od  tej  pory  zyskał  przydomek  –  mówił  dalej  Andres.  –  Wszyscy  nazywali  go  po 

prostu: Brodawka. Mieli coś wymyślić dla Erasmusa, który na to wpadł, ale uznali, że on już 
na chrzcie dostał imię, które brzmiało jak przezwisko. 
 

Elizabeth  uśmiechała  się,  sprzątając  ze  stołu.  Słyszała,  że  Jens  zaczął  teraz  jakąś 

opowieść. A więc dzień jednak dobrze się kończy. 
 
 

Nadszedł  wieczór,  Elizabeth  wreszcie  znalazła  czas,  żeby  zrobić  porządek  z  kufrem, 

który Andres pomógł Jensowi wnieść do kuchni. 
 

- Dzisiaj wpakuję ubrania, ale wybiorę je kiedy indziej – zdecydowała i uniosła wieko. 

Uderzył ją szczególny zapach wełny i skóry. Jens powiedział kiedyś, że zabrał ze sobą zapach 
domu. Ona zaś uważała, że rzeczywiście pachną Jensem. 
 

-  Mam  dla  ciebie  prezent  –  powiedział  czule  i  podszedł  do  niej.  Pogrzebał  trochę  w 

kufrze. Elizabeth drżała z niecierpliwości. A więc jednak o niej myślał, kiedy był daleko! 
 

- Trzymaj – rzekł i podał jej duży jedwabny szal z długimi frędzlami. 

 

Jest jak  woda  i  powietrze  pomiędzy  palcami,  stwierdziła  Elizabeth,  niemal  nie  miała 

odwagi dotknąć delikatnego materiału. 
 

- Nie podoba ci się? – spytał. 

 

-  Podoba  –  odparła  wzruszona.  –  Ogromnie  mi  się  podoba!  Ale  nie  powinieneś 

wydawać na mnie tyle pieniędzy. 
 

Ujął jej twarz w swoje wielkie dłonie, pocałował ją w czoło, nos, w usta. 

 

- Przymierz – zaproponował i powoli opuścił ręce. 

 

Pomógł  jej  założyć  szal  na  ramiona.  W  świetle  lampy  jedwabny  materiał  z  każdym 

Elizabeth połyskiwał raz niebiesko, raz czarno. 
 

- Jest jak ocean – rzekła z zachwytem. – Będę go wkłada do kościoła, będę go także 

wyjmowała  z  kufra,  kiedy  wyjedziesz,  żeby  sobie  wyobrażać,  że  jesteś  przy  mnie.  – 
Przyłożyła policzek do chłodnego, gładkiego jedwabiu. Był dokładnie taki jak ocean: czarny, 
niebieski, zimny i miękki. 
 

Jens długo przyglądał się żonie. 

 

-  Cieszę  się,  że  ci  się  podoba  –  szepnął  ochrypłym  głosem.  Potem  odchrząknął  i 

zanurzył  ręce  w  kufrze.  –  Kupiłem  też  trochę  materiału  dla  Ane.  Możesz  jej  chyba  uszyć  z 

background image

 

34

tego  coś  ładnego?  Niezbyt  łatwo  jest  znaleźć  dla  takiego  malucha  jakiś  prezent  –  dodał 
przepraszająco. 
 

Elizabeth wzięła granatowy materiał. Stwierdziła, że starczy na sukienkę i spódniczkę. 

Może  na  coś  jeszcze,  jeżeli  będzie  ostrożnie  używać  nożyczek  i  nie  zmarnuje  ani  skrawka. 
Nie wiedziała, co powiedzieć i jak Jensowi podziękować. Chwila była tak przyjemna. Nigdy 
jej nie zapomni. 
 

Zanim  położyli  się  spać,  powiesiła  szal  na  haku,  przy  łóżku.  Będzie  tam  wisiał  i 

zawsze, kiedy na niego spojrzy, jej myśli pobiegną ku Jensowi. Granatowy materiał odłożyła 
do kufra. Któregoś dnia zabierze się za szycie, potrzebowała spokoju, żeby je zacząć. 
 
 

Przestraszyła  się,  kiedy  usłyszała  jakiś  odgłos  dochodzący  z  dołu,  z  kuchni.  Przez 

moment chciała obudzić Jensa, ale pomyślała, że jest wyczerpany i potrzebuje snu. Wstała i 
ruszyła  niepewnie  w  stronę  schodów  prowadzących  z  poddasza  na  dół.  Aż  jęknęła  słysząc 
płacz niemowlęcia. Poczuła gęsią skórkę na ramionach. 
 

Przystanęła  i  przywarła  plecami  do  ściany.  Nie  wiedziała,  czy  powinna  iść  dalej. 

Niemowlę  płakało  coraz  głośniej.  Elizabeth  poczuła  się  bezsilna.  Tak  bardzo  chciałaby 
maleństwu pomóc, ale co mogła zrobić? 
 

Płacz nieco przycichł. Otworzyła oczy i ostrożnie wypuściła ustami powietrze. Nadal 

słyszała płacz dziecka. Złożyła ręce i zaczęła odmawiać w duchu Ojcze nasz.  
 

Dopiero  kiedy  skończyła  modlitwę,  otworzyła  oczy  i  znów  nasłuchiwała.  Usłyszała 

jedynie deszcz chłoszczący szyby, wycie wiatru i szum wezbranej rzeki. Płacz dziecka ucichł. 
Na drżących nogach przemknęła z powrotem do łóżka i wślizgnęła się pod ciepłą kołdrę. Jens 
poruszył się niespokojnie i mruknął coś przez sen. Leżała nieruchomo, żeby go nie obudzić. 
Nie  mogąc  zasnąć,  wpatrywała  się  w  sufit  tak  długo,  aż  oczy  zaczęły  ją  szczypać,  a  głowa 
rozbolała. Wiedziała, że to, co usłyszała dziś w nocy, już nie da jej spokoju. 
 
 

Kiedy  noc  zaczęła  pochodzić  w  dzień,  Elizabeth  wysunęła  się  spod  kołdry, 

bezszelestnie włożyła ubranie i niechętnie poszła do schodów. Powtarzała sobie, że przecież 
płacz, który słyszała w nocy, dawno ucichł. Mimo to wciąż się bała. Zeszła na dół i przeszła 
przez  kuchnię  do  sieni,  gdzie  zapaliła  lampę.  Następnie  wyszła  ba  podwórze  i  pobiegła  do 
obory. 
 

Cały czas odnosiła wrażenie, że ktoś ją obserwuje, raz po raz odwracała się za siebie i 

kilka razy omal nie krzyknęła, kiedy zdawało jej się, że widzi jakiś cień. 
 

-  Weź  się  w  garść  –  nakazała  sobie  w  pośpiechu  idąc  w  stronę  rzeki,  gdzie  musiała 

wstawić  mleko  do  schłodzenia.  Na  nierównej  ścieżce  było  ślisko  i  z  trudem  utrzymywała 
równowagę.  W  dzieciństwie  nasłuchała  się  opowieści  o  huldrach,  duchach  wodnych  i 
upiorach, ale nigdy nie bała się ciemności. Próbowała śpiewać, żeby słyszeć własny głos, ale 
przyszedł  jej  do  głowy  tylko  ten  psalm,  który  śpiewali  na  pogrzebie  matki,  więc  zamilkła. 
Ostatni odcinek drogi do domu przebiegła truchtem. 
 
 

Na  ganku  musiała  trochę  odczekać,  żeby  wyrównać  oddech,  i  dopiero  wtedy  weszła 

do środka. Zza drzwi dobiegł ją głos Jensa, który przemawiał pieszczotliwie do Ane. A więc 
już się obudzili i wstali, pomyślała. Kiedy otwierała drzwi, przywołała na twarz uśmiech. 
 

- Dzień dobry. Już wstaliście – zauważyła i nalała wody do mycia. Jens podrzucał Ane 

na  kolanie.  W  pewnej  chwili  mała  dotknęła  paluszkami  jego  rany,  czego  on  jakby  nie 
zauważył. Elizabeth poczuła ulgę. 
 

Czy  powinna  powiedzieć  mu  o  tym,  co  słyszała  w  nocy?  Czy  jej  uwierzy?  A  jeśli 

pomyśli, że postradała zmysły? Może rzeczywiście oszalała? 
 

- Coś się stało? – spytał Jens. 

background image

 

35

 

-  A  co  miałoby  się  stać?  –  odpowiedziała  pytaniem,  starając  się  nie  okazywać 

zdenerwowania.  –  Po  prostu  tak  bardzo  się  cieszę,  że  znowu  jesteś  w  domu,  że  niemal  nie 
mogę uwierzyć, że to prawda. 
 

Uśmiechnął się i ją objął. 

 

-  Czy  cieszysz  się  aż  tak,  by  móc  powtórzyć  to,  co  robiliśmy  wczoraj  wieczorem?  – 

spytał ochryple i położył dłoń na jej pośladku. 
 

- Jens, przestań, dziecko na nas patrzy – zaprotestowała zawstydzona, kierując wzrok 

na Ane, która siedziała na podłodze i bawiła się kołem kołowrotka. 
 

- Jest tak mała, że nic nie rozumie – przekonywał Jens. 

 

- Nie, uspokój się – odparła i tym razem stanowczo go od siebie odsunęła. – Siadaj i 

jedz. 
 

Zdumiewające,  jak  dobrze  smakowało  jedzenie,  od  kiedy  Jens  był  w  domu.  Szara 

kasza, która zwykle wydawała się kleista i bez smaku, dziś bez trudu dała się przełknąć. 
 

- Chyba zostało już niewiele siana – rzekł nagle Jens. 

 

Elizabeth  spojrzała  na  męża.  W  blasku  stojącej  na  stole  łojowej  lampy  widziała  go 

wyraźnie. 
 

- Powinnam naciąć wodorostów. Ale wkrótce będziemy chyba mogli wypuścić bydło 

na pastwisko? Przynajmniej za dnia. 
 

Skinął głową. 

 

- Mhm. Ale po wodorosty pójdę ja. Miałaś za mało roboty, kiedy mnie nie było? 

 

W odpowiedzi posłała mu uśmiech. 

 
 

Ciężka  praca  nigdy  się  nie  kończy,  pomyślała  Elizabeth,  kiedy  Jens  wyszedł  ciąć 

wodorosty. Ale tak dobrze jest mieć kogoś, z kim można ją dzielić. Wstała, zebrała talerze i 
chciała je postawić na blacie, lecz nagle ujrzała przed sobą niewyraźny zarys męskiej postaci. 
Olai,

 uderzyło ją. Widziała ducha zmarłego, mężczyzny, który kiedyś mieszkał w tym domu! 

 

Naraz  zwróciła  uwagę  na  Ane.  Dziecko,  patrząc  z  przestrzeń,  uśmiechało  się  ufnie. 

Potem pokręciło główką, jak gdyby ktoś je o coś pytał, a następnie wyciągnęło przed siebie 
rączkę  z  kawałkiem  chleba.  Elizabeth  patrzyła  szeroko  otwartymi  oczami.  Serce  biło  jej jak 
oszalałe,  kiedy  uświadomiła  sobie  prawdę:  Ane  widziała  to  samo,  co  ona,  tylko  jeszcze 
wyraźniej! 
 

W  dwóch  długich  susach  Elizabeth  pokonała  kuchnię  i  chwyciła  córeczkę  na  ręce. 

Ane próbowała się jej wyrwać, ale ona trzymała ją mocno. 
 

-  Nie  tkniesz  mojego  dziecka,  ja  ci  to  mówię  –  szepnęła  w  pustą  przestrzeń  kuchni. 

Osunęła  się  na  stołek,  przyciskając  małą  do  piersi.  Czyżbym  traciła  zmysły?  Rozejrzała  się 
wokół  przerażona.  Przeszukiwała  wzrokiem  każdy  kąt,  ale  nie  dostrzegła  ani  nie  wyczuła 
niczego niezwykłego. 
 

Zaczęła dygotać. 

 

- Nie zniosę więcej – szepnęła. – Mam dość tych wszystkich wizji, głosów i upiorów. 

Tego tylko brakuje, by biedna Ane odziedziczyła po mnie tę zdolność! 
 

To  oczywiste,  że  każdy  ma  swój  krzyż,  który  niesie  przez  życie,  a  mnie  przypadł 

właśnie taki, pomyślała. Ale jestem silna i dam radę go dźwigać, przynajmniej ze względu na 
Ane. Szybko wyjęła ciepłe ubranie, ubrała się i otuliła dziecko. Nie wytrzyma dłużej w domy. 
Musi wyjść, znaleźć Jensa i opowiedzieć mu, co widziała. Muszą się pozbyć tych upiorów raz 
na zawsze. 
 
 

Znalazła męża na brzegu, tuż obok miejsca, gdzie zamierzali postawić szopę na łodzie. 

Stał  odwrócony  do  niej  plecami  i  ścinał  wodorosty.  Wyprostował  się  trochę,  odniósł  rękę  i 
pomachał jej, po czym wrócił do pracy. Elizabeth zeszła na sam brzeg. 
 

- Jens, muszę z tobą porozmawiać – rzekła. 

background image

 

36

 

- Mów – odparł, nie podnosząc wzroku. 

 

- To ważne – dodała z naciskiem. 

 

-  Co  powiedziałaś?  –  spytał,  ocierając  czoło  przedramieniem.  Jego  palce  były 

czerwone z zimna. 
 

- Powiedziałam, że… - zaczęła, lecz urwała. – To może poczekać – dokończyła cicho, 

ale nie ruszyła się z miejsca. 
 

Jens wrócił do ścinania wodorostów. 

 

-  Zaraz  skończę  –  oznajmił  i  skinął  głową  w  stronę  balii  już  prawie  pełnej 

morszczynu. Elizabeth patrzyła przed siebie pustym wzrokiem. Powietrze pachniało inaczej, 
jak gdyby wiosna roztopiła wszystkie zapachy morza i szkierów. 
 

Jak mu o tym powiedzieć? Najlepiej po prostu wyznać, że i ona, i Ane widzą upiory i 

ż

e ma dość tej udręki. 

 

- Wystarczy na dzisiaj – stwierdził Jens, wrzucając ostatnią garść wodorostów do balii. 

 

- Jens! – zawołała nagle Ragna od drogi. Elizabeth poczuła, że ścisnęło ją w dołku na 

dźwięk  głosu  teściowej,  wymawiającej  imię  syna.  Obie  nigdy  nie  darzyły  się  przyjaźnią. 
Teściowa czyniła jej złośliwe uwagi, kiedy Elizabeth najmniej się tego spodziewała, poza tym 
Ragna miewała zmienne nastroje i trudno było zrozumieć jej intencje. 
 

Elizabeth  przypomniała  sobie  słowa  pewnej  kobiety,  którą  spotkała  na  kościelnym 

wzgórzu  w  dniu  swojego  ślubu.  Staruszka  powiedziała  wtedy,  że  Elizabeth  da  sobie  radę  z 
teściową.  Chyba  rzeczywiście  wszystkim  się  zdawało,  że  jest  aż  tak  silna!  Dorte  również 
kiedyś o tym wspominała. Czasami taka opinia wydawała się raczej ciężarem. 
 

Ragna zeszła na brzeg. 

 

-  Przyszłam  się  tylko  spytać,  czy  przyjdziesz  do  mnie  na  drugie  śniadanie  –  rzekła, 

patrząc na Jensa. 
 

Prowokuje  mnie,  pomyślała  Elizabeth  i  poczuła  gniew.  Tym  bardziej  ucieszyły  ją 

słowa Jensa. 
 

-  Dziękuję  za  troskę,  ale  Elizabeth  właśnie  mnie  uprzedziła,  że  w  domu  czeka 

jedzenie. 
 

Dziękuję,  Jensie,  powiedziała  Elizabeth  w  duchu  i  zapleczami  teściowej  posłała 

mężowi uśmiech. Wiedziała, że Ragna nie podda się od razu, i miała rację. 
 

- Widzę, że Ane-Elise wyszła dziś na spacerek – zaszczebiotała Ragna, jak gdyby nie 

słyszała odpowiedzi syna. Uśmiechnęła się i wyciągnęła ręce do dziecka, które chętnie poszło 
do  babci.  –  Chodź  ze  mną,  właśnie  zaczęłam  nakrywać  do  stołu  –  dodała  i  ruszyła  z 
powrotem pod górę. 
 

- To nie w porządku – mruknęła Elizabeth, ruszając za teściową. 

 

- Mówiłaś coś? – spytał Jens. 

 

- Tak, powiedziałam, że zaprosiła tylko ciebie,  a skoro odmówiłeś, zabrała dziecko i 

poszła. 
 

- Pokaż jej, gdzie jest jej miejsce – szepnął Jens. 

 

Ś

wietnie,  ona  tylko  na  to  czeka,  stwierdziła  Elizabeth.  Uzna  to  za  pretekst,  żeby 

wszcząć awanturę. Już ją trochę znała. 
 

-  Dziękujemy  za  zaproszenie  –  rzekła  ciepłym  głosem  i  uśmiechnęła  się,  gdy  Ragna 

się odwróciła. 
 

Teściowa skinęła głową, lecz nie odpowiedziała. 

 

I tu cię mam, pomyślała Elizabeth i wzięła Jensa pod ramię. 

 
 

W kuchni Ragny zawsze pachniało jedzeniem albo sodowym mydłem, dokładnie tak 

jak  w  Dalsrud,  uderzyło  Elizabeth,  kiedy  weszli  do  środka.  Wskazano  jej  miejsce  pośrodku 
stołu przy oknie. Pomieszczenie było przytulne, ściany pokryto boazerią, na podłodze leżały 

background image

 

37

dywaniki z gałganków, a w oknach wisiały zasłony. Mimo to w ich kuchni, w Dalen, było coś 
szczególnego. Elizabeth patrzyła jak Indianne zdejmuje z Ane okrycie. 
 

-  Może  ci  w  czymś  pomóc?  –  zaproponowała  teściowej,  która  krzątała  się  tam  i  z 

powrotem. 
 

- Nie, siedź. W tym domu nie mamy w zwyczaju zapędzać gości do roboty – odparła 

Ragna, po czym zwróciła się do Jensa. – Co u ciebie, Jens? Wydaje mi się, że zmizerniałeś. 
Tak, tak, nie każdemu zawsze się powodzi. Ale dobrze jest przyjść do domu i porządnie się 
najeść. 
 

Elizabeth  zaniemówiła. Teściowa  naprawdę  wiedziała,  jak  jej  dopiec.  Jak  gdyby  ona 

nie  gotowała  Jensowi  porządnych  posiłków!  Szukała  kąśliwej  odpowiedzi,  ale  nie  znalazła 
słów. 
 

-  Tak,  dobrze  było  wrócić  do  Elizabeth,  by  znów  nabrać  ciała  –  odparł  Jens.  – 

Miesiące na połowach nie zawsze były syte. Mimo że zabrałem ze sobą solidny prowiant, nie 
zawsze miałem czas, żeby zjeść. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się ukradkiem. Ragna przez moment sprawiała wrażenie zbitej 

z tropu, ale szybko odzyskała pewność siebie. 
 

-  Nie,  na  pewno  nie  było  ci  łatwo  –  przyznała.  –  Gdybyś  wiedział,  jak  bardzo  się 

przeraziłam,  kiedy  dostałam  list,  w  którym  pisałeś  o  tym,  że  ktoś  cię  zranił  nożem. 
Umierałam  ze  strachu!  I  w  dodatku  nie  miałam  z  kim  porozmawiać,  ja,  samotna  kobieta  z 
dwójką dzieci. 
 

Elizabeth  napotkała  spojrzenie  Jensa  i  lekko  pokręciła  głową.  Wydawało  jej  się,  że 

Jens,  wie,  że  Ragna  kłamie,  ale  nie  zdążyła  się  upewnić,  ponieważ  zanim  zdołał  cokolwiek 
powiedzieć, do kuchni wszedł Jakob, głośno tupiąc. 
 

-  O,  kto  nas  odwiedził?!  Hopsasa!  –  zawołał  teść  i  podrzucił  Ane  do  góry,  aż 

zapiszczała  z  uciechy.  Potem  uśmiechnął  się  i  postawił  małą  z  powrotem  na  ziemi.  –  No, 
naprawiłem  dwa  zniszczone  boksy  w  oborze  –  dodał  i  podszedł  do  miski,  żeby  się  umyć. 
Zamienił kilka słów z Jensem, a potem usiadł przy stole na wprost Elizabeth. Nagle uderzyło 
ją, że siedzieli dokładnie tak samo jak tego dnia, kiedy wzięła buteleczkę z lekarstwem. Coś 
przyciągnęło wtedy jej wzrok ku oknu. Wtedy stało tam geranium, a za doniczką znajdowała 
się buteleczka z napisem „Optium”. Zdumiało ją, że ciągle pamiętała nazwę. Teraz rośliny nie 
było, na pewno zwiędła. Zamiast doniczki na parapecie leżała stara, zniszczona Biblia. Ręka 
Elizabeth podniosła się, jakby sama z siebie, i dotknęła księgi. 
 

- Co robisz? – spytał Jens, siadając obok ojczyma. 

 

- Szukam lekarstwa – wyrwało się Elizabeth, która zaraz pożałowała swych słów. 

 

Jens uniósł brwi pytająco. 

 

- Lekarstwa? – powtórzył. 

 

Elizabeth    wpatrywała  się  w  niego.  Duży  zegar  w  izbie  wybił  jedenastą.  Za  kilka 

godzin będą jedli obiad, pomyślała. Zdziwiła się, jak mogła teraz myśleć o czymś takim. 
 

W  tej  samej  chwili  w  pomieszczeniu  rozległ  się  w  krzyk.  Wszyscy  poderwali  się  z 

miejsc, aż krzesła się poprzewracały. Ragna stała z wyprostowaną lewą ręką, z której kapała 
wrząca  kawa.  Czajnik  do  kawy  leżał  na  podłodze,  a  jego  zawartość  szybko  wsiąkała  w 
wyszorowane do białości deski. 
 

W kuchni zapanował chaos. Wołano o surowe jajka i tłuszcz, nie było nic lepszego na 

oparzenia. Ragna wyła z bólu. Elizabeth błyskawicznie znalazła się przy Ragnie, chwyciła jej 
ramię i zanurzyła w wiadrze z zimną wodą, które stało przy drzwiach. 
 

- Czyś ty rozum postradała?! – wrzasnęła Ragna, próbując się wyrwać, ale Elizabeth 

trzymała ją z siłą, o jaką siebie nie podejrzewała. 
 

- Przynieść tłuszcz! Jakob, zabierz ją! – rozkazała Ragna. 

background image

 

38

 

- Nie rusz mnie – uprzedziła Elizabeth. Coś w jej głosie kazało innym się odsunąć. – 

Tu nie pomogą ani jajka, ani tłuszcz – mówiła dalej. – Olav, biegnij do Dalen i przynieś maść. 
Jest w ciemnozielonym kubku w szafie po lewej stronie w kuchni. 
 

Usłuchał  bez  wahania.  Elizabeth  tak  dugo  trzymała  rękę  Ragny  w  wodzie,  aż  tamta 

uspokoiła się i przestraszyła krzyczeć. 
 

- Czy już lepiej? – spytała łagodnie i obejrzała oparzenie. 

 

Ragna  skinęła  głową,  ona  także  przyglądała  się  obolałej  ręce.  Skóra  była 

zaczerwieniona, ale poparzenie nie wyglądało tak groźnie, jak mogło się wydawać; ślad został 
tylko na dwóch palcach i niewielkiej części dłoni. 
 

- Może nawet nie będzie pęcherzy – rzekła Elizabeth, kiedy Olav przybiegł z maścią, 

zdyszany i spocony. – Dziękuję, Olavie – dodała i pogładziła go po brązowych włosach. 
 

Potem posmarowała i zabandażowała rękę Ragny. 

 

- Zostaw sobie maść. Latem nazrywałam nowych ziół i zrobię jej więcej – zwróciła się 

do teściowej. 
 

W kuchni zapadła cisza. Indianne wytarła rozlaną kawę, ale i tak na podłodze została 

ciemna plama. Potem dziewczynka usiadła na ławce obok Olava i wzięła Ane na kolana. 
 

Jens i Jakob na powrót zajęli miejsca. Elizabeth zauważyła, że Jakob tęsknie spoglądał 

na półkę, gdzie leżała jego fajka. 
 

-  Zaraz  będzie  ci  lepiej,  zobaczysz  –  przerwała  ciszę  i  skinęła  głowę  ku  Ragnie.  – 

Pamiętaj tylko, żeby codziennie zmieniać bandaże, to wkrótce ręka wydobrzeje. Dzieci chyba 
pomogą ci w domowych obowiązkach. A jeśli czegoś będziesz potrzebowała, daj mi znać. 
 

Ragna  nie  odpowiedziała.  Elizabeth  wiedziała,  że  teściowa  nigdy  nie  poprosi  jej  o 

pomoc, bez względu na to, jak bardzo by jej było trudno. 
 
 

-  Muszę  z  tobą  pomówić  –  rzekła  do  Jensa,  gdy  tylko  wieczorem  wślizgnęli  się  pod 

kołdrę. 
 

Bawił się jej warkoczem, nie odpowiedział, ale wiedziała, że jej słucha, więc mówiła 

dalej z powagą.  
 

- Jens, wiesz, że widuję upiory. – Poczekała, aż przytaknie, i po chwili podjęła znowu. 

–  Opowiadałam  ci,  że  przeżyłam  coś  dziwnego,  kiedy  byliśmy  tu  po  raz  pierwszy  i 
oglądaliśmy dom. Pamiętasz? 
 

Ponownie skinął głową. 

 

- Ale zdarzyło się to nie tylko wtedy – wyznała. – Później też widywałam Ilia. A dziś 

w  nocy  słyszałam  płacz  dziecka  dochodzący  z  kuchni.  Przeraziłam  się,  Jens.  Boję  się.  A 
rano… rano przekonała się, że Ane też coś zobaczyła. Ona również widziała Olaia. 
 

Jens wypuścił z dłoni jej włosy. 

 

- Jest na to za mała – stwierdził zdecydowanie. 

 

- Widziałam na własne oczy – zaprotestowała Elizabeth. – Ane siedziała na podłodze i 

chciała mu dać kawałek chleba, który trzymała w rączce. – Oparła się na łokciu i spojrzała z 
góry  na  Jensa.  Różowa  blizna  odcinała  się  w  mroku  na  jego  policzku  i  przypominała 
Elizabeth o niegodziwości Kristiana. Nagle wydało jej się bardzo ważne, by Jens jej uwierzył. 
–  Przeciez  nic  w  tym  dziwnego,  że  Ane  odziedziczyła  moje  niezwykłe  zdolności,  choć 
wolałabym, żeby tak się nie stało. Ale jestem pewna tego, co widziałam i co słyszała, tylko od 
ciebie zależy, czy mi uwierzysz. – Chciała dodać „tym razem”, ale powstrzymała się. 
 

- Co zamierzasz teraz zrobić? – spytał spokojnie. 

 

Elizabeth znów położyła głowę na poduszce. Wierzy mi, śpiewało jej w duszy. 

 

- Nie wiem, Jens. Miałam nadzieję, że to ty znajdziesz odpowiedź – rzekła szczerze. 

 

-  Może  powinnaś  porozmawiać  z  pastorem.  Najwyraźniej  ktoś  nie  może  znaleźć 

spokoju w grobie. Pastor mógłby się pomodlić za jego duszę. 

background image

 

39

 

Elizabeth wpatrywała się w ciemność, zastanawiając nad słowami męża. Jak miałaby 

to wytłumaczyć pastorowi? A jeśli ją wyśmieje? 
 

- Nie, nie mogę tego zrobić, Jens – odparła w końcu. 

 

- Czy w takim razie widzisz inne wyjście? 

 

- Nie wiem. W każdym razi jeszcze nie wiem – wyznałam rozczarowana. 

 

-  Elizabeth  –  zagadnął  nagle  Jens.  –  Kiedy  byliśmy  w  Heimly,  zanim  Ragna  się 

oparzyła… powiedziałaś, że szukasz lekarstwa. Co miałaś na myśli? 
 

Elizabeth ogarnęło przerażenie. Miała nadzieję, że Jens nie zwrócił na to uwagi. 

 

- Tak powiedziałam? – spytała, że zyskać na czasie. 

 

- Tak – stwierdził z przekonaniem. 

 

- Musiałam się przejęzyczyć albo ty źle usłyszałeś. Może chodziło mi o Biblię

 

- Nie można powiedzieć „lekarstwo”, mając na myśli Biblię – nie poddawał się. 

 

- Może jednak mi się to przydarzyło – rzekła i położyła się na nim, bo wiedziała, że 

bardzo to lubił. Miała nadzieję, że Jens zapomni o tych kilku słowach. Gładziła jego mocne, 
twarde  ciało,  wiedziała,  że  zamknął  oczy,  czując  rozkosz.  Wyprężyła  się  i  skinęła,  kiedy  w 
nią wszedł. Jęczała cicho i zaczęła się poruszać w jego rytmie. 
 

- Elizabeth, nie rób tego więcej! – Chwycił ją za biodra i zatrzymał. 

 

- Co się stało? – spytała niecierpliwie. 

 

- Jest  mi zbyt dobrze – mruknął, uniósł ją lekko i położył obok siebie. Wziął w usta 

jej  brodawkę,  twardą  i  ciemnobrązową.  Przesuwał  ustami  w  dół  brzucha  Elizabeth,  a  ona 
wyciągnęła  ramiona  ponad  głowę  i  westchnęła  z  lubością  jego  język  bawił  się  jej  pępkiem, 
kosztował  ud  po  wewnętrznej  i  zewnętrznej  stronie.  Kiedy  przesunął  się  wyżej,  syknęła  z 
rozkoszy i przerażenia. 
 

- Nie, Jens, co ty robisz? – jęknęła. 

 

Nie odpowiedział, więc poddała się pragnieniom i pożądaniu. 

 
 

Kiedy później leżeli zmęczeni i nasyceni, w umyśle Elizabeth zrodziło się podejrzenie. 

Gdzieś  Jens  się  tego  nauczył?  W  domach  kawowych  w  Kablevaag?  Zazdrość  oplatała  ją 
podstępnie niczym wąż, gotowa udusić. Wreszcie Elizabeth musiała spytać. 
 

- Wcześniej tego nie robiłeś – zagadnęła ostrożnie. 

 

- Nie – odparł krótko i przyciągnął ją ku sobie. Owijał sobie jej włosy wokół dłoni. 

 

- Jak na to teraz wpadłeś? – chciała wiedzieć. 

 

- Czy coś nie daje ci spokoju? – odpowiedział pytaniem i spojrzał na nią w ciemności. 

 

Zebrała się na odwagę i spytała wprost. 

 

- Czy robiłeś to z innymi? Czy któraś cię tego nauczyła? 

 

Długo milczał. Zbyt długo, uznała. 

 

- Nie masz o mnie zbyt dobrego mniemania – rzekł wreszcie. Dłonią nadal spokojnie 

pieścił jej włosy. 
 

- Po prostu muszę wiedzieć – wyjaśniła. – O nic cię nie oskarżam. 

 

- Jesteś zazdrosna – stwierdził. 

 

- Tak, jestem – przyznała. 

 

Odczekał chwilę, zanim się odezwał. 

 

- Nie masz ku temu powodów, Elizabeth. Kocham tylko ciebie. Ale wiesz, mężczyźni 

trochę  rozmawiają  o  kobietach.  Zwłaszcza  kiedy  sobie  wypiją.  I  wtedy  można  usłyszeć 
najdrobniejsze  opowieści.  Zapewniam  cię,  że  nie  odwiedzałem  żadnego  domu  kawowego  i 
nie tam nauczyłem się tego, o co spytałaś. 
 

Elizabeth  zamknęła  oczy.  Była  mu  wdzięczna.  Przytuliła  się  do  niego,  przycisnęła 

piersi  do  jego  ciała,  a  dłonią  gładziła  jego  płaski  brzuch.  Tak  bardzo  chciała  mu  sprawić 
przyjemność. Tak wielką, jaką on jej dał… 
 

background image

 

40

Rozdział 8 
 
 

Elizabeth  klęczała  przed  niedużym  okienkiem  na  poddaszu  i  obserwowała  wieś. 

Wiosna  zagościła  na  dobrze  w  gospodarstwach  położonych  niżej,  ale  tu  na  górze  leżało 
jeszcze  sporo  śniegu.  Elizabeth  zwolniła  haczyki  i  otworzyła  okno  na  oścież,  wciągając 
zapach zbutwiałej trawy i mokrej ziemi. 
 

Przypomniały jej się upiory i płacz dziecka. Dawno o tym nie myślała, właściwie od 

czasu, kiedy opowiedziała o swoim przeżyciu Jensowi. Potem, w natłoku codziennych zajęć, 
zapomniała  o  tamtym  widzeniu.  Westchnęła.  Gdyby  znowu  coś  zobaczyła  albo  usłyszałam 
nadal nie wiedziałaby, jak powstrzymać ów dziecięcy płacz. 
 

Wzrokiem przebiegła ponad Heimly i zobaczyła Ragnę przechodzącą przez podwórze. 

Ręka teściowej już się zagoiła, ale Ragna nigdy nie podziękowała za pomoc. Elizabeth zresztą 
wcale tego nie oczekiwała, 
 

Ane podpełza do niej na czworakach, chwyciła się framugi okna i dźwignęła na nóżki, 

ż

eby coś zobaczyć. Uśmiechając się z zadowolenie, wyjrzała na dwór. 

 

-  Ojej,  Ane,  potrafisz  już  stać?!  –  zawołała  Elizabeth,  czując,  jak  jej  serce  wypełnia 

duma. Chciała zawołać Jensa, ale przypomniała sobie, że popłynął rozstawić sieci. 
 

- Wszyscy muszą się o tym dowiedzieć – rzekła i uścisnęła dziecko. – Pójdziemy do 

razu do mojego taty i cioci Marii. 
 
W dole na skrzyżowaniu dróg zatrzymała się i poczekała, bo zobaczyła teściową. Ragna szła 
szybkim  krokiem,  twarz  miała  ściągniętą,  jakby  o  coś  była  zła.  Co  tym  razem  zrobiłam  nie 
tak? – pomyślała Elizabeth, przygotowana na najgorsze. 
 

-  Dobrze,  że  cię  spotkałam  –  zaczęła  Ragna.  Urwała  na  chwilę,  jak  gdyby  chciała 

wzbudzić jej ciekawość, ale Elizabeth tylko uniosła brwi. – Chodzi o nowego nauczyciela – 
mówiła dalej Ragna. 
 

Elizabeth przypomniała sobie, co jakiś czas temu mówiła o nim kobieta, którą spotkała 

na kościelnym wzgórzu. 
 

- Czy coś się z nim stało? – spytała. 

 

Twarz  Ragny  jeszcze  bardziej  się  ściągnęła,  o  ile  to  było  możliwe,  a  usta  utworzyły 

wąską kreskę, 
 

- Mówią, że on dotyka dzieci. To bezbożne. Żaden porządny człowiek nie robi czegoś 

takiego. 
 

Dotyka dzieci, powtórzyła w duchu. Co, u licha, Ragna ma na myśli? 

 

- Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała, 

 

Ragna zaczerwieniła się i umknęła wzrokiem, jak gdyby szukała odpowiednich słów. 

 

- Dotyka dzieci tak, jak dotykają się dorośli – wyjaśniła krótko. 

 

Elizabeth  stłumiła  krzyk.  Nikt  z  dorosłych  nie  mógł  robić  dzieciom  czegoś  takiego? 

Chyba tylko człowiek chory!  
 

-  Indianne  i  Olav  powinni  w  tym  roku  pójść  do  szkoły,  ale  nie  wiem…  Nie,  w  tej 

sytuacji nie odważę się wypuścić ich z domu. Ale co mam w takim razie zrobić? – spytała. 
 

Elizabeth  rozumiała  ją, niełatwo  było  walczyć  z  takimi  ludźmi,  dopóki nie  miało  się 

dowodów. A kto się odważy publicznie powiedzieć, że nauczyciel robi takie rzeczy? 
 

- Kto o tym mówi? – spytała w końcu. 

 

- Wielu ludzi we wsi o tym gada. 

 

Elizabeth spojrzała na teściową. 

 

- Może to tylko plotka – rzekła pocieszająco. 

 

-  Plotka!  –  prychnęła  Ragna.  –  Nie,  nauczyciel  to  stary,  obleśny  drań,  który… 

Powtarzam tylko to, co słyszałam. 
 

To prawda, zawsze plotkujesz, pomyślała Elizabeth. 

background image

 

41

 

-  Na  razie  zachowaj  spokój  –  poradziła.  –  Zobaczymy,  jak  będzie.  Jeżeli  nauczyciel 

spróbuje dotykać twoich dzieci, to pewnie ci o tym powiedzą. Są już dość duże, mają przecież 
osiem i dziewięć lat. 
 

Ragna niechętnie skinęła w milczeniu głową. 

 

Elizabeth przełożyła Ane na drugie biodro. 

 

- Wybierałam się właśnie do taty. Muszę już iść. – Zrobiła kilka kroków, lecz znów się 

zatrzymała. – Ane nauczyła się wstawać – wyjaśniła z uśmiechem, ale Ragna tylko kiwnęła 
głową i poszła. 
 

Elizabeth  nie  miała  teściowej  za  złe,  że  jej  nie  słuchała.  Raczej  ogarnął  ją  niepokój. 

Może rzeczywiście było ziarno prawdy w tym, co Ragna powiedziała o nauczycielu? 
 
 

Elizabeth spotkała ojca przed domem. 

 

- O, dzień dobry! – pozdrowił ją. – Wybrały się panny spacer? 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Wejdźcie do środka – zaprosił je i puścił przodem. 

 

-  Spotkałam  Ragnę…  -  zaczęła  Elizabeth,  kiedy  znaleźli  się  w  kuchni,  ale  na  widok 

Marii, która grzebała w starym kufrze mamy, nie dokończyła zdania. 
 

- Co ty wyprawiasz? – spytała szorstko. 

 

- Chciałam, żebyś przerobiła niektóre rzeczy mamy, zanim pójdę do szkoły. 

 

- Jesteś jeszcze za mała na naukę – rzekła. 

 

- Phi! – prychnęła Maria i odrzuciła głowę. – Indianne i Olav też idą do szkoły. 

 

- Są starsi od ciebie – próbowała przekonywać Elizabeth. 

 

- I co z tego? Myślisz może, że nie dam rady dojść tak daleko? 

 

Elizabeth  zabrakło  słów.  Nie,  Maria  nie  była  za  mała,  ani  na  to,  by  pokonywać  taki 

kawał drogi, ani żeby się uczyć. 
 

Podchwyciła  spojrzenie  ojca,  szukając  w  nim  oparcia,  ale  on  tylko  uśmiechnął  się  z 

dumą. 
 

-  Tak,  Maria  nauczyła  się  już  kilku  liter  –  rzekł  i  wyjął  jakąś  książkę.  Na  okładce 

widniał tytuł: Katechizm Lutra. – Poza tym ma tę książkę, którą dostałyście od matki, i potrafi 
z niej czytać. Tak, wszystko będzie dobrze, skoro w naszej rodzinie są tak mądre kobiety  – 
uśmiechnął się szeroko. – Siadaj, Elizabeth – zaproponował i wskazał jej krzesło. 
 

Pokręciła głową. 

 

-  Nie,  dziękuję,  właściwie  wybierałam  się  do…  -  skłamała  i  w  tej  samej  chwili  tego 

pożałowała, bo teraz będzie musiała tam popłynąć, choć nie mam tam do załatwienia żadnej 
sprawy. 
 

- Świetnie się składa. Właśnie myślałem, że powinienem zrobić zakupy. W taki razie 

może byś mi coś kupiła? 
 

Elizabeth koniecznie chciała powiedzieć ojcu o plotkach krążących o nauczycielu, ale 

jak miała to zrobić, żeby Maria nie słyszała? 
 

- Proszę – rzekł Andres i podał jej skórzaną sakiewkę z monetami. – Maria musi mieć 

tabliczkę i rysik, skoro ma pójść do szkoły. 
 

Elizabeth  wzięła  sakiewkę,  odrętwiała  i  oszołomiona,  ale  opanowała  się  na  tyle,  by 

poprosić ojca o zaopiekowanie się Ane. 
 
 

Fiord  był  gładki  jak  lustro  i  łódź  łatwo  sunęła  do  przodu.  Elizabeth  nie  czuła  też 

chłodu, ponieważ z każdym  ruchem wiosłami robiło jej się coraz cieplej. Kiedy  wyciągnęła 
łódź na ląd, była mokra od potu. Rozpięła kurtkę i popatrzyła na morze. W pewnej odległości 
od  brzegu  zobaczyła  dwie  łodzie.  Zamrużyła  oczy  i  przyjrzała  się  dokładniej.  Rozpoznała 
jedną z nich. To Jensa. Wyciągał sieci. Nie miała pewności, kto znajdował się w drugiej łodzi. 

background image

 

42

Wzruszyła  ramionami  i  już  zamierzała  iść,  kiedy  domyśliła  się,  kto  to.  Abraham  i  młody 
sprzedawca! 
 

Od  czasu  nieprzyjemnego  incydentu  w  sklepiku  nie  natknęła  się  już  później  na 

Josefine.  Jednak  teraz  na  pewno  ona  stała  za  ladą,  skoro  mężczyźni  wypłynęli  na  fiord.  A 
więc to bzdury, co mówili ludzie, że ten chłopak nie znosi morza, pomyślała. Srała na brzegu 
jeszcze  kilka  sekund,  a  potem  wyprostowała  się  i  zdecydowanym  krokiem  ruszyła  w  stronę 
sklepiku. Nie pozwoli sobą pomiatać tej zarozumiałej babie! Istnieją pewne granice. Josefine 
upokorzyła  ją  przy  innych  klientach.  To  prawda,  że  ona,  Elizabeth,  się  rozzłościła,  ale  jest 
przecież tylko człowiekiem. 
 

Na drodze leżał piasek zmieszany z rozkoszowanymi muszlami, dokładnie tak jak w 

Dalsrud, zauważyła. Trzeszczał pod butami. Kiedy weszła do środka, nad drzwiami do sklepu 
odezwał  się  dzwonek.  Za  ladą  stała  Josefine  i  obsługiwała  jakiegoś  mężczyznę,  którego 
Elizabeth  nigdy  przedtem  nie  widziała.  Wyróżniał  się  wytwornym  ubraniem.  Elizabeth 
podeszła  do  stolika  z  gazetami.  Udawała,  że  czyta,  ale  ukradkiem  zerkała  na  nieznajomego. 
Kim on, u licha, jest? 
 

-  Dziękuję  –  rzekł  do  Jeosefine  i  Elizabeth  usłyszała,  że  mówił  obcym  dialektem. 

Odwrócił się w jej stronę.  
 

- Dzień dobry – przywitał się i wyciągnął wypielęgnowaną, białą dłoń. 

 

Elizabeth  uścisnęła  ją  z  wahaniem,  a  wzrokiem  błądziła  między  przybyszem  a 

Josefine. Dlaczego ten człowiek się z nią wita? 
 

- Dzień dobry – odpowiedziała.  

 

- nazywam się Henning Nielsen i jestem nowym nauczycielem – rzekł, ukazując rząd 

białych zębów. 
 

Elizabeth  wypuściła  nagle  jego  dłoń.  Wydawało  się,  że  nie  zwrócił  na  to  uwagi. 

Mówił dalej: 
 

- Miło cię poznać. Może masz rodzeństwo, które zacznie chodzić wkrótce do szkoły? 

 

Elizabeth niechętnie skinęła głową. 

 

- Tak, siostrę. 

 

Nauczyciel się uśmiechnął. 

 

- Chyba nie zapamiętałem twojego imienia – odparł. 

 

-  Elizabeth  Andersdatter  Rask  –  przedstawiła  się,  zdumiona,  że  głos  jej  nie  zawiódł. 

Uważnie  przyglądała  się  nauczycielowi.  Nie  chciało  jej  się  wierzyć,  że  człowiek  o  tak 
łagodnej  twarzy  mógłby  robić  dzieciom  coś  złego.  –  Chyba  nie  pochodzisz  stąd?  –  spytała, 
ż

eby coś powiedzieć. 

 

- Nie, przyjechałem z Christianii – odparł i uśmiechnął się ciepło. – Mówią, że bardzo 

trudno jest przetrać noc polarną. Czy to prawda.? 
 

- Nie, właściwie nie wiem – przyznała i pomyślała, że jej mowa wydaje się szorstka i 

dziwna  w  porównaniu  do  słów  wypowiadanych  przez  niego.  –  Nie  przez  całą  dobę  panują 
takie  same  ciemności,  ale  rzeczywiście  nie  widzimy  słońca.  Może  jest  trochę  ponuro.  A 
niepogoda… Można się do tego przyzwyczaić, tak jak do nocy polarnej – dodała. 
 

Przez cały czas patrzył jej w oczy i przytakiwał raz po raz, jak gdyby to, co mówiła, 

było  ogromnie  interesujące.  Elizabeth  pomyślała,  że  krążące  o  tym  człowieku  plotki 
niesłusznie go oskarżają. 
 

- Mam w każdym razie nadzieję, że ci się tu spodoba – stwierdziła. 

 

- Dziękuję bardzo – odpowiedział. – Jak się nazywa twoja siostra? 

 

- Maria Andersdatter. Poza tym z mojej wsi jeszcze dwoje innych dzieci idzie w tym 

roku do szkoły: Indianne i Olav. 
 

- Zapamiętam ich imiona – rzekł z uśmiechem i wyszedł. 

 

Elizabeth odprowadziła go wzrokiem, a potem zbliżyła się do lady. 

 

- Sprawa wrażenie sympatycznego – rzekła raczej do siebie. 

background image

 

43

 

-  To  prawda  –  przyznała  krótko  Josefine.  –  Lepiej  nie  słuchaj  plotek,  które  o  nim 

krążą. To znajomy mojej rodziny i wiem, co mówię. 
 

Elizabeth nie przywiązywała wago do jej słów, ale była pewna, bez względu na to, co 

mówiła  Ragna  i  inni,  że  Henning  Nielsen  nie  dotykał  dzieci.  Jeżeli  ktoś  będzie  twierdził 
inaczej,  ona  nie  pozwoli  na  rozpowiadanie  podobnych  kłamstw!  Mężczyzna  był  urodziwy, 
niebezpiecznie  urodziwy,  i  pewnie  dlatego  budził  w  niej  niepokój.  Coś  odróżniło  go  od 
innych, ale nie miała pojęcia, co takiego. 
 

- Nie słucham plotek – zapewniła, zwracając się do Josefine. – Przyszłam po tabliczki 

i rysiki – dodała. 
 

Josefine  nie  odpowiedziała,  tylko  podeszła  do  jednej  z  półek  i  wróciła  z  małą 

kamienną tabliczką w drewnianej ramce i niedużym drewnianym pudełkiem. 
 

- Rysik leży w środku – rzekła krótko. 

 

- Czy to wystarczy? – spytała Elizabeth i opróżniła sakiewkę na ladę. 

 

Josefine  skinęła  głową  i  Elizabeth  zapakowała  wszystkie  rzeczy  do  torby  z  grubego 

materiału. W tej samej chwili Josefine chwyciła za brzeg lady i jęknęła cicho. 
 

- Źle się czujesz? – spytała Elizabeth, widząc że właścicielka sklepiku zbladła, a na jej 

czole pojawiły się krople potu. – Boże! – wyszeptała i w dwóch susach znalazła się za ladą. – 
Przytrzymaj  się  mnie  –  powiedziała  i  podtrzymała  Joseine,  rozglądając  się  za  krzesłem. 
Ponieważ go nie znalazła, ułożyła kobietę na podłodze. – Leż spokojnie, zaraz znajdę coś, na 
czym mogłabyś się położyć. 
 

Josefine  nie  protestowała,  znowu  jęknęła  i  skuliła  się  z  bólu.  Elizabeth  otworzyła 

drzwi  z  tabliczką  z  napisem  „Biuro”.  Przebiegła  wzrokiem  po  pokoju  i  zauważyła  biurko, 
krzesło,  szafę…  i  niedużą  ławę,  na  której  leżały  dwie  poduszki  i  wełniany  koc.  Szybko  je 
złapała i pobiegła z powrotem do Josefine. 
 

- Jak się czujesz? – spytała łagodnie i wygodniej ułożyła kobietę na twardej podłodze. 

– Gdzie cię boli? 
 

- Moje dziecko – szepnęła Josefine i położyła dłonie na brzuchu. 

 

Dopiero  wtedy  Elizabeth  spostrzegła,  że  Josefine  jest  w  ciąży.  Jej  suknia  była  tak 

zgrabnie uszyta, a lada tak wysoka, że wcześniej tego nie zauważyła.  
 

- Który to miesiąc? 

 

- Dopiero siódmy – jęknęła Josefine. W jej szarych oczach malowało się przerażenie. 

– O Boże – jęknęła ponownie kuląc się z bólu. – Przecież to jeszcze za wcześnie! – Szlochała, 
z trudem łapiąc oddech. Kurczowo chwyciła się Elizabeth, wbiła paznokcie w jej ramię, aż ta 
syknęła i wyswobodziła rękę. 
 

- Oddychaj spokojnie – poleciła Elizabeth. Miała nadzieję, że Josefine nie dosłyszała 

drżenia  w  jej  głosie.  –  Leż  i  nie  ruszaj  się,  to  wszystko  będzie  dobrze  –  pocieszyła  ją  i 
pomodliła  się  w  duchu,  żeby  miała  rację.  Niechby  ktoś  tu  przyszedł,  pomyślała  w  depresji. 
Potrzebny jest lekarz, i to szybko. Inaczej będzie musiała liczyć tylko na siebie. Ale coś jej się 
nie zgadzało. Brzuch Josefine wydawał się za mały jak na siódmy miesiąc. 
 

- Nie bój się – próbowała ją pocieszyć, że ale sama słyszała, jak żałośnie zabrzmiały 

jej słowa. 
 

Nagle  Josefine  krzyknęła,  przeciągle  i  rozpaczliwie.  Wybiegła  plecy  w  łuk,  a  potem 

opadła  bezwładnie  na  podłogę.  Elizabeth  przeżegnała  się  i  podciągnęła  spódnicę  leżącej. 
Halka  przesiąkła  już  wodami  płodowymi.  Poród  już  się  rozpoczął  i  Elizabeth  nie  mogła 
uczynić nic innego, jak tylko dodawać otuchy Josefine. 
 

-  Twoje  dziecko  chce  się  wydostać  na  świat  –  powiedziała.  –  Musisz  mu  pomóc, 

Josefine. Przyj, jak poczujesz, że już czas. 
 

Josefine pokręciła głową. 

 

- Nigdy w życiu! Jeszcze za wcześnie. Nie dostaniesz go, słyszysz! 

background image

 

44

 

-  Mówisz  od  rzeczy  –  mówiła  Elizabeth,  starając  się  zachować  spokój.  –  Twoje 

dziecko chce się urodzić i Ne możesz tego powstrzymać. Nie przeciwstawisz się naturze. 
 

Josefine zacisnęła usta, jak gdyby chciała zatrzymać krzyk, który w niej wzbierał. W 

końcu  dłużej  nie  mogła  się  bronić  i  przeraźliwie  wyjąc,  zaczęła  przeć.  Elizabeth  odebrała 
dziecko.  Z  trudem  się  opanowała,  patrząc  na  malusieńką  dziewczynkę,  karłowatą  i 
zdeformowaną.  Teraz  zrozumiała,  dlaczego  Josefine  miała  niewielki  brzuch.  Dziecko  było 
chore i zmarło jeszcze w łonie matki. 
 

Na  podłodze  leżał  czarny  jedwabny  szal,  który  Josefine  zwykła  nosić  na  ramionach. 

Elizabeth podniosła go i szybko owinęła martwego noworodka. 
 

- Chcę zobaczyć moje dziecko – szepnęła Josefine. 

 

- To była dziewczynka. – Elizabeth nie wiedziała jak dopowiedzieć resztę. 

 

W  tej  samej  chwili  zadźwięczał  dzwonek  nad  drzwiami  sklepiku  i  usłyszała  głosy, 

kobiecy i męski. Zerwała się z podłogi. 
 

- Musicie posłać po lekarza. Josefine urodziła przedwcześnie i… 

 

Nagle rozległ się przeciągły krzyk. 

 

-  Zabiła  moje  dziecko!  –  wrzeszczała  Josefine,  przyciskając  do  piersi  martwą 

dziewczynkę. – Rzuciła urok na mnie i na moje maleństwo. Ona… o Boże, jak ona wygląda! 
 

Elizabeth  pochyliła  się  nad  rozpaczającą  matką,  ale  ta  odepchnęła  ją  z  taką  siłą,  że 

zatoczyła się na ścianę i uderzyła w tył głowy. Przez kilka sekund jasne punkciki tańczyły jej 
przed  oczami,  słyszała  jakieś  głosy,  a  potem  zamykające  się  drzwi.  Oszołomiona  słyszała 
głosy,  które  coś  krzyczały,  i  zamykające  się  drzwi.  Jakaś  kobieta  obejmowała  Josefine, 
martwe dziecko owinięte szalem leżało obok matki na podłodze. 
 

Gdzie się podział ten mężczyzna? – pomyślała zamroczona Elizabeth powoli wstała i 

oparła się o ścianę, żeby nie upaść. 
 

Znowu  rozległ  się  dzwonek  przy  drzwiach  i  do  sklepu  weszli  Abraham  z  młodym 

sprzedawcą. 
 

- Gdzie ona jest?! – ryknął Abraham i rozejrzał się dokoła. 

 

A  więc  Kornelius  powtórzył  mu  to,  co  powiedziała  Josefine,  pomyślała  Elizabeth  i 

otworzyła usta, żeby coś odpowiedzieć. 
 

Uprzedziła ją Josefine, wskazała na Elizabeth drżącym palcem i zawołała: 

 

- To ona rzuciła na mnie urok, czarownica! Wy byliście świadkami – dodała. 

 

Elizabeth uświadomiła sobie, że dzisiaj do sklepiku przyszli ci sami ludzie, którzy byli 

tu  tego  dnia,  kiedy  dostała  list  od  Jensa.  Przypomniała  sobie,  że  wówczas  odgrażała  się 
Josefine, że kiedyś dostanie za swoje. 
 

Josfine jęknęła, kiedy Abraham wziął ją na ręce. 

 

- Zabiorę ją do prywatnej części domu – rzucił przez ramię i spojrzał na sprzedawcę.  

– Zaprzęgnij konia. Kornelius nie sprowadzi bez niego doktora – polecił i wyszedł. 
 

Kornelius  wybiegł  za  drzwi  i  Elizabeth  przez  moment  zapragnęła,  by  i  ona  mogła 

zrobić  to  samo.  Ale  bolała  ją  głowa  i  było  jej  słabo.  Przeniosła  wzrok  na  Hartuvikkę,  która 
stała z założonymi rękami. 
 

- Odnoszę wrażenie, że tam, gdzie się pojawiasz, zawsze dzieje się coś złego – rzekła 

niespodziewanie kobieta. 
 

- Co chcesz przez to powiedzieć?- spytała Elizabeth. 

 

- No nie, trzymajcie mnie. Myślisz, że nie słyszeliśmy o tym, że Ragna się poparzyła? 

Też wtedy tam byłaś! Mówi się również, że służyłaś w Dalsrud, kiedy umarł gospodarz. 
 

Elizabeth znowu musiała oprzeć się o ścianę. Czuła, jak na jej czoło występują krople 

potu  i  musiała  siłą  się  powstrzymać,  żeby  go  nie  otrzeć.  Nie  chciała  zdradzić  swojego 
zainteresowania.  Jednak  nie  udało  jej  się  całkiem  opanować  drżenia  głosu,  kiedy 
odpowiedziała: 

background image

 

45

 

-  Ragna  po  prostu  oparzyła  się  kawą.  I  nie  byłyśmy  wtedy  same.  Poza  tym  po 

oparzeniu nie ma już śladu. Czy to ona wam o tym powiedziała? 
 

Hartuvikka nic nie odrzekła. 

 

- Plotki szybko się rozchodzą – rzekła tylko i Elizabeth domyśliła się, że tym razem to 

nie  sprawka  Ragny.  Ludzie  zobaczyli  pewnie  bandaże  i  gadali,  co  im  ślina  na  język 
przyniosła. 
 

- A co chcesz powiedzieć, twierdząc, że byłam w Dalsrud, kiedy umarł Leonard? 

 

- Widzę, że nie brak ci tematu. Mówisz o nim po imieniu? Cóż, różne krążą plotki, a ja 

powtarzam tylko to, co słyszałam. 
 

Strach wyzwolił w Elizabeth złość. 

 

-  Powinnaś  trzymać  język  za  zębami  i  nie  powtarzać  wszystkiego,  co  słyszysz  – 

poradziła i pochyliła się, żeby podnieść z podłogi zawinięte w szal dzieciątko. 
 

- Zostaw to! – warknęła któraś z kobiet. Elizabeth cofnęła się przestraszona. 

 

- Czy nie uważasz, że już dość złego narobiłaś? – spytała Hartuvikka i sama wzięła na 

ręce martwego noworodka. 
 

Elizabeth zamknęła oczy. Najlepiej zrobię, jak stąd pójdę, pomyślała. Nie jestem teraz 

w stanie rozmawiać z lekarzem ani z kimkolwiek innym. Wzięła torbę i wszyła ze sklepiku.  
 
 

Elizabeth wiosłowała nie szczędząc sił. Słońce mocno świeciło, wiatr był ciepły, lecz 

mimo to ostry. Niósł ze sobą wiosnę i słony zapach oceanu. 
 

Na myśl o dziecku Josefine poczuła samotną łzę, która stoczyła się do kącika ust. Łżę 

za  maleńką  dziewczynką,  której  nie  dane  było  przeżyć.  Elizabeth  wiedziała,  że  na  zawsze 
zapamiętała tę maleńką główkę pokrytą delikatnym puszkiem. 
 

Elizabeth  była  na  pozór  spokojna,  kiedy  z  powrotem  znalazła  się  w  kuchni  ojca. 

Przyszedł tam również Jens.  
 

-  Z  Josefine  jest  nie  najlepiej  –  powiedziała  spokojnym  głosem,  choć  czuła,  że  jest 

roztrzęsiona. Zapadła przytłaczająca cisza. Nagle Elizabeth uświadomiła sobie, jak bardzo jest 
zmęczona. Osunęła się na stołek. 
 

Ane  wyrwała  się  Marii  i  na  czworakach  podpełza  do  matki.  Elizabeth  pochyliła  się 

nad córką i wyciągnęła zapach, który mają tylko małe dzieci. 
 

- Co powiedziałaś? – spytał Jens. 

 

-  Że  Josefine  zaniemogła.  Spodziewała  się  dziecka,  ale  straciła  je,  właśnie  wtedy, 

kiedy  przyszłam  do  sklepiku  po  tabliczkę  i  rysik  –  wyjaśniła.  Uświadomiła  sobie,  że 
rozmowie przysłuchuje się Maria. To nic, pomyślała, i tak dowiedziałaby się od innych. 
 

- Nie wiedziałam nawet, że była w ciąży – zdziwił się ojciec. 

 

- Dziecko Josefine urodziło się za wcześnie, było zbyt małe i zdeformowane. Pewnie 

umarło już jakiś czas temu jeszcze w brzuchu matki. 
 

- Co to znaczy zdeformowane? – spytała Maria, ale Elizabeth nie miała siły jej teraz 

tego tłumaczyć. 
 

-  Potem  do  sklepiku  przyszli  ludzie  i  postanowili  sprowadzić  doktora.  Całą  winą  za 

nieszczęście  obarczali  mnie,  twierdząc,  że  rzuciłam  urok  na  Josefine.  Krążą  plotki,  że 
przyczyniłam się również do tego, że Ragna oparzyła rękę, i… - urwała, bojąc się dokończyć. 
Jednak wiedziała, że musi powiedzieć wszystko,  zanim zrobią to za nią inni. –  I do śmierci 
Leonarda Dalsruda – wykrztusiła. 
 

W  kuchni  znów  zapadła  cisza.  Nawet  Ane  zamilkła.  Przytuliła  się  do  piersi  marki  z 

kciukiem w buzi. Elizabeth czekała na reakcję ojca i Jensa. Po części to,  co mówili ludzie,. 
Była  prawdą.  Otruła  Leonarda.  Dlatego  bała  się  spojrzeć  mężowi  w  oczy.  Patrzył  na  nią  z 
niedowierzaniem u wydawało się, że minęła wieczność, zanim się odezwał. 
 

-  To  kłamstwo  –  rzekł  tylko,  jakby  miał  nadzieję,  że  Elizabeth  wyśmieje  całe  to 

gadanie. 

background image

 

46

 

-  A  jednak  tak  mówią  –  rzekła  słabym  głosem,  mocniej  przytuliła  Ane  i  zaczęła  ją 

kołysać. 
 

-  Słyszeli  kto  takie  oszczerstwa!  –  krzyknął  ojciec.  Elizabeth  widziała  go  tak 

wściekłym tylko raz: kiedy się domyślił, że ona jest w ciąży. 
 

- Co powiedzieli Abraham i Josefine? – spytał i podniósł się ze stołka. Jens uczynił to 

samo.  Stali  po  przeciwległych  końcach  kuchennego  stołu.  W  środku  między  nimi  siedziała 
Maria, spięta i zaciekawiona jednocześnie. 
 

Maria nie powinna tego słuchać. Ale teraz było już za późno, dziewczynka sporo już 

usłyszała. 
 

- Josefine zarzuciła mi, że śmierć dziecka to moja wina, a potem Abraham zaniósł ją 

do domu. 
 

-  Popłynę  tam  i  porozmawiam  z  nimi  –  postanowił  Jens  o  zerwał  kurtkę  z  oparcia 

krzesła. 
 

-  Nie  –  poprosiła  Elizabeth  i  również  wstała.  – Teraz  jest  tam  tłum  ludzi.  Na  pewno 

przyszedł też doktor. Mają tam i tak dość zamieszania. Najlepiej, jeśli puścimy te plotki mimo 
uszu. 
 

- Plotki czy nie, nie możemy pozwolić, by rozpowiadano o nas takie kłamstwa – rzekł 

ojciec czerwony na twarzy. 
 

-  Siadajcie  –  nakazała  Elizabeth,  czując,  że  wraca  jej  dawna  siła.  Ta,  która  zawsze 

pozwalała jej przetrwać, kiedy wydawało się, że wszystko stracone. 
 

Jesn  z  ojcem  wymienili  spojrzenia.  Niechętnie  z  powrotem  usiedli.  Po  chwili 

odchrząknęła. 
 

- Kiedy byliście na połowach, przydarzyło mi się coś przykrego – zaczęła. – Razem z 

Marią  wybrałyśmy  się  do  sklepiku,  żeby  kupić  mąkę  na  kredyt.  Josefine  mnie  upokorzyła  i 
straciłam panowanie nad sobą. Powiedziałam jej, że kiedyś dostanie za swoje, może być tego 
pewna. Słyszeli to Hartuvikka i Kornelius. I jeszcze ktoś, ale nie pamiętam jego imienia. To 
dlatego teraz uważają, że rzuciłam na Josefine urok. 
 

Z ojca jakby uszło całe powietrze, skulił ramiona i zacisnął pięści. Jens wpatrywał się 

w jakiś punkt na ścianie, a Maria gryzła kosmyk włosów. 
 

- Nikt z nas nie może się teraz pokazać w Storvika – stwierdziła Elizabeth. – A później 

pewnie też nie. 
 

- Unikając ludzi, nie uciszysz ich gadania. Ale musi istnieć jakiś sposób, by przerwać 

te oskarżenia – odezwał się Jens. 
 

-  Będzie,  jak  powiedziałam  –  odparła  stanowczo  i  wstała.  –  Idziemy  do  domu.  Jeśli 

ktoś  ma  rozmawiać  z  mieszkańcami  Storvika,  to  tylko  ja.  –  Odczekała  chwilę,  zatrzymała 
spojrzenie na Jensie, dopóki nie skinął głową. 
 

Ojciec podniósł wzrok. 

 

-  Zawsze  robisz  to,  co  chcesz  –  rzekł  zmęczony,  lecz  mimo  to  się  uśmiechnął. 

Widocznie uznał, że decyzję córki należało uszanować. 
 

Długo szli obok siebie w milczeniu. Pierwszy odezwał się Jens. 

 

-  Jesteś  dla  siebie  zbyt  surowa,  Elizabeth,  skoro  nie  chcesz,  byśmy  popłynęli  do 

Storvika i porozmawiali z Abrahamem i Josefine. 
 

-  Muszę  tak  być  –  rzekła  cicho.  –  Życie  jest  twarde  i  jeśli    chcę  przeżyć,  muszę  tak 

właśnie postępować. 
 

Choć  w  jej  słowach  było  sporo  racji,  nie  powiedziała  całej  prawdy.  Najbardziej  bała 

się  tego,  co  Hartuvikka  mogłaby  rozgłosić  o  Leonardzie.  Potrzebowała  czasu,  żeby  to 
przemyśleć.  
 

- Rozmawiałam z nowym nauczycielem – rzekła nieoczekiwanie zmieniając temat. 

 

- Ach, tak. I jaki on jest? 

background image

 

47

 

-  To  dobry  człowiek  –  stwierdziła  z  przekonaniem.  –  Możemy  tylko  się  cieszyć,  że 

Maria będzie się u niego uczyła. 
 

Jens  objął  żonę  ramieniem,  a  ona  przytuliła  się  do  niego.  Dobrze  mieć  Jensa  przy 

sobie, dawał poczucie bezpieczeństwa i wsparcie. 
 
Rozdział 9 
 
 

Kuchnię  wypełnił  intensywny  zapach  sodowego  mydła,  kojarzący  się  Elizabeth  z 

wiosennymi porządkami. Jako dziecko siadywała na skrzyni z torfem, a matka w tym czasie 
myła podłogi, opowiadając o huldrach i nieziemskich stworach. Tak było, zanim urodziła się 
Maria i Elizabeth nie musiała włączać się do prac domowych. Dzieciństwo miała szczęśliwe. 
Naturalnie  wtedy  również  rodzinę  spotkały  smutki  i  zmartwienia,  ale  wraz  z  upływem  lat 
sprawiały wrażenie coraz bardziej błahych.  
 

Elizabeth podniosła się z trudem, potarła dolną część kręgosłupa i rozprostowała nogi. 

Szorowanie podłóg na kolanach zabierało dużo czasu. Ale też zrobiło się ładnie, stwierdziła, 
podziwiając  świeżo  wysprzątane  pomieszczenie.  Ściany,  sufit  i  podłoga  –  wszystko  lśniło 
czystością.  Miedziane  garnki  wiszące  pod  pułapem  nad  paleniskiem  wypucowała 
poprzedniego  dnia.  Teraz  błyszczały  jako  złoto.  Musiała  przyznać,  że  winna  była 
wdzięczność  teściowej.  Gdyby  Ragna  nie  zaofiarowała  się,  że  przypilnuje  dzisiaj  Ane,  nie 
uporały się tak szybko z porządkami. Elizabeth podeszła do pryczy pod oknem i usiadła. 
 

Na stole leżały spódnica i bluzka, które przerobiła dla Marii ze starych rzeczy mamy. 

Tego  pierwszego  dnia  w  szkole  siostra  będzie  wyglądała  jak  mała  dama.  Elizabeth 
uśmiechnęła się trochę smutno. To dziwne, że Maria jest już taka duża. Mała Maryjka… W 
myślach zawsze będzie ją tak nazywała, nawet gdy młodsza siostra skończy sto lat. 
 

Przyłożyła  policzek  do  szyby.  Kiedy  wytężyła  wzrok,  mogła  dostrzec  w  dole  Jensa, 

który przy brzegu budował szopę na łodzie. Ich własną! Elizabeth czuła się taka szczęśliwa, 
ż

e będą mieli szopę mieli szopę na łodzie należącą tylko do nich. 

 

Przebiegła  wzrokiem  ponad  gospodarstwem  Heimly.  Jak  tylko  trochę  odetchnie, 

pójdzie po Ane. 
 

Zamknęła oczy i cofnęła się myślami do dzisiejszego przedpołudnia. 

 

Gdy tylko Jens wyszedł, zjawiła się u nich Ragna. Teściowa przyniosła  w niedużym 

worku trochę owczej wełny. 
 

-  Wzięłam  ze  sobą  trochę  wełny  dla  ciebie    -  powiedziała.  –  Może  starczy  na  jakieś 

ubranko dla Ane-Elise – dodała i posadziła sobie małą na kolanach. 
 

- Serdecznie ci dziękuję, Ragno. Dowiedziałam się już, z jakich roślin można uzyskać 

wyjątkowo żywe kolory. Mogę latem nazbierać ich trochę również dla ciebie, jeśli chcesz. 
 

Ragna  w  milczeniu  skinęła  głową.  Elizabeth  obserwowała  ją  ukradkiem.  Kiedy 

widziała,  jak  teściowa  uśmiechała  się  i  obdarzała  Ane  pieszczotami,  czuła  jednocześnie 
radość  i  ból.  Ragna  ciągle  doszukiwała  się  podobieństw  między  dzieckiem  a  Jensem. 
Elizabeth  za  każdym  razem  myślała,  że  życie  byłoby  inne,  gdyby  Jens  naprawdę  był  ojcem 
Ane. Szybko odegnała te myśli. Nie mogła sobie na nie pozwolić. Ane  była dzieckiem jej i 
Jensa, i kwita. 
 

- Pięknie wyczyściłaś te miedziane garnki – zauważyła Ragna. 

 

Nagle  Elizabeth  odniosła  wrażenie,  że  teściowa  przyszła  nie  tylko  po  to,  żeby 

przynieść wełnę. 
 

- Wczoraj je szorowałam. A dzisiaj postanowiłam wysprzątać całą kuchnię – odparła. 

 

Ragna jakby nagle się ożywiła. 

 

-  W  takim  razie  może  wezmę  Ane-Elise  do  siebie,  żebyś  mogła  popracować  w 

pokoju? 
 

Elizabeth uśmiechnęła się z wdzięcznością. 

background image

 

48

 

-  O,  tak,  byłoby  świetnie,  gdybyś  się  mogła  nią  zająć.  Ale  pewnie  sama  masz  dużo 

pracy, więc… 
 

Ragna przerwała jej. 

 

-  Bzdury,  potrafię  przypilnować  dziecka  i  jednocześnie  zajmować  się  pracą. 

Wychowałam przecież dwoje własnych. 
 

No to na pewno teraz też sobie poradzi, dopowiedziała w myśli Elizabeth. Dlaczego, 

proponując  jej  pomoc,  teściowa  zawsze  ją  krytykuje?  Mimo  wszystko  wolała  puścić  mimo 
uszu tę uwagę. O wiele szybciej upora się z robotą bez Ane kręcącej się pod nogami. 
 

-  W  takim  razie  pójdę  na  górę  i  przyniosę  dla  niej  jakieś  rzeczy  na  zmianę  – 

powiedziała  i  ruszyła  w  stronę  schodów  na  poddasze.  Jednak  w  połowie  drogi 
znieruchomiała, gdy usłyszała słowa teściowej: 
 

-  Słyszałam,  że  byłaś  w  sklepiku  i  odebrałaś  poród  –  powiedziała  Ragna.  –  I  że 

dziecko urodziło się martwe. 
 

Elizabeth głęboko zaczerpnęła powietrza i odwróciła się do Ragny. 

 

-  Tak,  to  prawda  –  przyznała,  zaciskając  dłonie  pod  fartuchem.  –  Josefine  urodziła 

dziewczynkę, która przyszła na świat za wcześnie. 
 

- Mówią nie tylko to – ciągnęła dalej Ragna. 

 

- Ach tak – rzekła Elizabeth ze spokojem. 

 

-  Gadają,  że  rzuciłaś  zły  urok  na  Josefine  i  dlatego  straciła  dziecko.  Mało  tego, 

twierdzą, że byłaś w Dalsrud, kiedy umarł Leonard. Ponoć siedziałaś przy jego łóżku. 
 

Elizabeth chwyciła garnek z wrzącą wodą i zestawiła z ognia. 

 

- Pójdę na górę przynieść rzeczy – powtórzyła. Na górze osunęła się na łóżko i pustym 

wzrokiem wpatrywała się w ścianę. – Stało się – rzekła cicho sama do siebie. – Skoro plotki 
dotarły do Ragny, to rozpęta się piekło. Będzie mi dokuczać. Wiem o tym, dobrze ją znam. 
 

Próbowała  wymyślić  coś  na  swoją  obronę,  ale  nic  jej  przychodziło  do  głowy. 

Zaprzeczenie, że nie miała z tym nic wspólnego, Ragne nie wystarczy. To musi być coś, co 
zamknie jej usta raz na zawsze. 
 

- Elizabeth wstała i chwyciła kilka pieluszek, które leżały na kufrze, a potem zeszła na 

dół. 
 

- Nie odpowiedziałaś mi na moje pytanie – rzekła Ragna z wyrzutem. 

 

- Nie słyszałam, żebyś mnie o coś pytała – odparła Elizabeth. 

 

- Mówiłam, że krążą plotki o tym, w jaki sposób Leonard… 

 

Elizabeth przerwała jej. 

 

- To słyszałam, ale to nie brzmiało jak pytanie. Nie dbam o to, co opowiadają o mnie 

we wsi. Trzymam się z dala od plotek. Jednak wtedy, kiedy ludzie oczerniają tych, którzy są 
mi drodzy, wpadam w gniew. – Poczekała, aż słowa dotrą do teściowej. Chciała przypomnieć 
jej o tym, jak rozpowiadała plotki o Dorte. 
 

Widocznie celnie trafiła, bo teściowa zmieniła temat. 

 

- Przyjdź po Ane-Elise, kiedy skończysz – rzekła krótko i nagle zaczęło się je śpieszyć 

do wyjścia. 
 

Ale Elizabeth nie zamierzała tak łatwo jej wypuścić. 

 

-  Pewnie  słyszałaś  również  o  tym,  że  rozmawiałam  z  tym  starym,  okrutnym 

nauczycielem,  który  dręczy  dzieci?  –  Ragna  zaczerwieniła  się,  a  Elizabeth  mówiła  dalej.  – 
Nie jest ani stary, ani odrażający. To młody, sympatyczny mężczyzna. Pochodzi z porządnej 
rodziny w Christianii i jest znajomym Josefine. – Wymyśliła sobie owo pochodzenie z dobrej 
rodziny  i  nie  wspomniała  o  tym,  że  Henning  Nielsen  ma  w  sobie  coś,  co  urzeka  kobiety.  – 
Zastanawia mnie tylko, kto odważył się rozpowiadać o nim takie okropne rzeczy – dodała. 
 

Ragna nie odpowiedziała, tylko czym prędzej wyszła za drzwi. 

 

background image

 

49

 

Elizabeth  westchnęła  i  odgarnęła  za  ucho  kosmyk  włosów.  Od  kilku  godzin  nie 

widziała córki i już za nią tęskniła. Siedziała zatopiona w myślach, gdy nagle usłyszała słaby 
odgłos. Początkowo nie zareagowała, sądziła, że dochodził z zewnątrz. Może to zaskrzeczał 
ptak albo zapiszczała mysz pod deskami podłogi? Jednak odgłos stawał się coraz silniejszy, 
jakby  się  zbliżał.  Powoli  wdzierał  się  w  jej  świadomość.  Płacz  dziecka!  Pełen  bólu  płacz 
noworodka  –  przytłumiony,  jakby  spowijała  go  gruba  wełna  i  jakby  dochodził  z  daleka,  a 
jednocześnie jak gdyby dziecko płakało tuż obok, w kuchni. Elizabeth wstała, kolana pod nią 
drżały.  Wzrok  utkwiła  w  schodach  na  poddasze.  Chciała  coś  powiedzieć,  odmówić  Ojcze 
nasz, 

cokolwiek, byleby uciszyć ów płacz. 

 

Jednak  zaschło  jej  w  gardle  i  tylko  bezgłośnie  zaszlochała.  Przerażona  wypadła  za 

drzwi.  Niemal  frunęła  w  dół  wzgórza,  przeskakiwała  przez  kamienie  i  kępy  trawy. 
Wyczerpana upadła, przycisnęła ręce do zimnej ziemi. Albo postradałam zmysły, pomyślała 
w desperacji, albo zaraz to się stanie. Nie mam już siły słuchać tych głosów i płaczu, nie dam 
rady… 
 

Leżała tak, aż wilgoć i zimno zaczęły przenikać przez ubranie. Powoli obejrzała się w 

stronę  domu.  Muszę  się  dowiedzieć,  skąd  ten  płacz,  pomyślała.  Jeżeli  nie  uda  mi  się  go 
uciszyć, oszaleję! 
 

Wstała i zaczęła schodzić z ścieżką w dół w stronę Heimly. 

 
 

W kuchni panowała cisza, kiedy  Elizabeth tam  weszła. Ragna siedziała  z robótką na 

drutach. 
 

- Dzień dobry – przywitała się Elizabeth. Pożałowała, że nie poprawiła ubrania, zanim 

pokazała się teściowej. 
 

- Dzień dobry – odpowiedziała Ragna i odłożyła robótkę na krzesło. – Już skończyłaś 

sprzątanie?  Ane  jest  na  poddaszu  i  bawi  się  z  Indianne.  Olav  i  Jakopb  poszli  pomóc 
Jensonowi  przy  budowaniu  szopy  na  łodzie.  Siadaj  –  wskazała  na  krzesło  i  podeszła  do 
kredensu, żeby wyjąć filiżanki i spodeczki. 
 

Elizabeth zyskała trochę czasu na zebranie myśli. 

 

- Upadłaś po drodze? – spytała Ragna, patrząc na mokrą spódnicę synowej. 

 

-  Tak,  poślizgnęłam  się  na  górze  w  Dalen.  Muszę  się  umyć.  –  Podeszła  do  wiadra  i 

zaczerpnęła wody do miski. 
 

 Widzę, że sama sobie tu radzisz – zauważyła Ragna cierpko. 

 

Nie podoba jej się, że czuję się jak u siebie w domu, pomyślała Elizabeth. 

 
 

Nie rozmawiały wiele, zanim usiadły przy stole, żeby napić się kawy i coś przegryźć. 

 

- Musisz coś zjeść, bo inaczej wyniesiesz z tego domu cały dobrobyt – przymusiła ją 

Ragna, podsuwając półmisek bliżej Elizabeth. 
 

Dziewczyna wzięła kawałek chleba, ale nie ugryzła ani kęsa. 

 

- Kto mieszkał przed nami w Dalen? – spytała niespodziewanie. 

 

Ragna wpatrywała się przed siebie, jakby tam miała napisaną odpowiedź. 

 

- To była rodzina komorników – zaczęła. – Mieli bardzo dużo dzieci, aż piętnaścioro. 

–  Ragna  również  zapomniała  o  jedzeniu,  a  w  jej  głosie  pojawiło  się  przygnębienie.  – 
Pamiętam,  że  bardzo  ciężko  pracowali.  Niełatwo  było  wykarmić  taką  gromadę.  Często 
ż

ebrali,  zwykle  wysyłali  po  prośbie  któregoś  z  dzieci.  Przypomniałam  sobie  dobrze  jedno  z 

nich,  dziewczynkę  w  wieku  może  pięciu  kat,  śliczną  z  kręconymi  włosami.  Tak,  biedni 
ludzie. – Ragna pokręciła głową, po czym ciągnęła dalej. – Dawaliśmy, co tylko mogliśmy, 
ale sami wtedy niewiele mieliśmy. Tak samo jak teraz nie każdego roku zbiory były równie 
bogate. Jakob i ja byliśmy krótko po ślubie. 
 

Zatem  nic  dziwnego,  że  nie  pamiętam  tych  ludzi,  jeszcze  mnie  wtedy  nie  było  na 

ś

wiecie, stwierdziła Elizabeth w duchu. 

background image

 

50

 

- Ojciec rodziny, Olai, się powiesił – westchnęła Ragna. – Mówiono, że nie miał już 

siły znosić biedy. Zostawił wszystko na barkach żony. Pochowali go poza cmentarzem, jak to 
samobójcę.  Życie  to  najpiękniejszy  dar,  jaki  Bóg  dał  człowiekowi,  a  kto  je  zniszczy,  nie 
zasługuje na to, by spocząć w błogosławionej ziemi. 
 

Potrafię go chyba zrozumieć, pomyślała Elizabeth. Ile znoju i biedy może udźwignąć 

człowiek,  zanim  się  załamie?  Jednak  to  jeszcze  nie  dało  jej  odpowiedzi,  dlaczego  ciągle 
słyszy płacz dziecka. To, że Olai nie spoczął w błogosławionej ziemi i nie znalazł spokoju po 
ś

mierci, nie ma nic wspólnego z płaczem noworodka. 

 

- Co się stało potem? – spytała. 

 

-  Wszystkie  dzieci  zostały  rozmieszczone  w  rodzinach  w  różnych  częściach  kraju,  a 

matka dostała zasiłek i zamieszkała u jakichś ludzi. 
 

-  A  więc  wyprowadziła  się  z  Dalen?  –  spytała  Elizabeth  i  upiła  łyk  kawy,  która  już 

wystygła. 
 

Ragna siknęła głową. 

 

- Czy miała ze sobą noworodka, kiedy wyjeżdżała? – dopytywała się Elizabeth. 

 

- Nie, najmłodsze miało za dwa- trzy lata. To niemal dziwne, że wszystkie przeżyły, 

tyle ich było. Nie stracili ani jednego. Pewnie, mimo wszystko, Bóg miał ich w swej opiece. 
 

A więc żadne z dzieci Olaia nie umarło, pomyślała Elizabeth. 

 

- A czy przed nimi mieszkali tam jacyś ludzie? – chciała wiedzieć. 

 

-  Nie,  ten  dom  został  zbudowany  jako  zagroda  komornicza  –  wyjaśniła  Ragna.  – 

Przedtem  nie  było  tam  żadnych  zabudowań.  Mogę  to  powiedzieć  z  całkowitą  pewnością, 
ponieważ  nikt  by  nie  zbudował  domu  w  tak  niedostępnej  okolicy,  z  dala  od  morza  i  żyznej 
ziemi. 
 

Zdawało  się,  jakby  Ragna  pożałowała  swych  słów,  ponieważ  w  jej  ruchach  pojawiła 

się  jakaś  nerwowość.  Może  się  zawstydziła,  że  nam  ofiarowała  ten  plac?  –  zastanowiła  się 
Elizabeth.  Ale  my  mimo  wszystko  pokochaliśmy  to  miejsce,  ponieważ  należy  do  nas  i  nie 
musieliśmy u nikogo zaciągać długu. 
 

- Jeszcze kawy? – Ragna przysunęła bliżej czajnik. 

 

Elizabeth położyła dłoń na filiżance i pokręciła głową. 

 

-  Nie,  dziękuję,  zaraz  muszę  wracać  do  domu.  Dziękuję  za  rozmowę  i  poczęstunek. 

Było bardzo miło. 
 

Naprawdę tak uważała, chociaż po rozmowie z Ragną czuła się niewiele mądrzejsza. 

Raczej wprost przeciwnie. 
 

W  kuchni  pachniało  jeszcze  świeżością  po  gruntownym  sprzątaniu.  Gotując  rybę  i 

ziemniaki, Elizabeth nieustannie zerkała za siebie, a jej ruchy zdradzały zdenerwowanie.  
 

Obiad  był  gotowy,  zanim  Jens  wrócił  do  domu,  więc  wyjęła  wełnę,  która  przyniosła 

Ragna  i  usiadła  przy  kołowrotku.  Starała  się  bardzo,  by  nitka  była  równia  i  bez  zgrubień. 
Nagle usłyszała, że ktoś za nią stanął. Obróciła się na stołku. 
 

- Ojej, ale mnie wystraszyłeś, Jensie! 

 

- Czego się tak boisz? – spytał, zdjął kurtkę i usiadł przy stole. 

 

- Po prostu zamyśliłam się – rzekła z udawaną beztroską. Coś ją powstrzymało przed 

opowiedzeniem o tym, co jej się przydarzyło. 
 

Jesn wydaje się zmęczony i mizerny, pomyślała, obserwując  go ukradkiem.  I prawie 

się nie odzywa, spojrzała na niego kątek oka, kiedy odkładał sztućce i dziękował za smaczne 
jedzenie. Ręce miał pokaleczone po całodziennej pracy. 
 

- Czy nie możesz zostawić tej roboty do jutra? – spytała cicho i wstała od stołu. 

 

Nie od razu odpowiedział; położył się na pryczy i zasłonił oczy ramieniem. 

 

- Samo się nie zrobi – odparł w końcu. 

 

Elizabeth zostawiła go w spokoju. Sprzątnęła ze stołu, a brudne naczynia postawiła na 

blacie. 

background image

 

51

 

- Pójdę na górę położyć Ane – oznajmiła, ale nie była pewna, czy słyszał. 

 

Otuliła kołdrą córeczkę i pogładziła ją po włosach.  

 

- Mama musi położyć spać swojego aniołeczka, żeby brzuszek odpoczął po jedzeniu – 

szepnęła i lekko pocałowała Ane w policzek. 
 

Jens  już  spał,  gdy  wróciła  na  dół.  Nie  chciała  go  obudzić.  Postanowiła  zająć  się 

przędzeniem, a zmywanie zostawić na później. Wtedy Jens się przeciągnął i niechętnie wstał. 
 

- No, trzeba wracać do roboty – rzekł i ziewnął. 

 

-  Mógłbyś  mi  najpierw  przynieść  trochę  wody  do  zmywania?  –  spytała,  ale 

zawstydziła się, że prosi go o wykonanie pracy, która należy do kobiet. 
 

- Jasne – rzekł po prostu, wziął dwa wiadra i wyszedł. 

 

Nie  chciała,  żeby  znów  zostawił  ją  samą  w  domu,  bała  się  upiorów.  Dreptała 

zdenerwowana tam i z powrotem, kiedy Jens wrócił. Postawił wiadra na podłodze. 
 

- Proszę, przyniosłem wodę – oznajmił. – Ale teraz muszę już iść. – Pocałował ją w 

czoło. 
 

Elizabeth zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego. 

 

-  Dlaczego  nie  możesz  zostać  jeszcze  chwilę?  –  zamruczała.  –  Ane  śpi  i  zostaliśmy 

całkiem sami… 
 

Zanim zdążył odpowiedzieć, pocałowała go i przywarła do niego biodrami. 

 

Przyciągnął ją ku sobie. 

 

-  Jesteś  dobra,  moja  Elizabeth  –  szepnął  o  pocałował  ją  w  szyję,  próbując  rozpinać 

guziki  jej  bluzki.  Nagle  zatrzymał  się  i  nieco  ją  od  siebie  odsunął.  –  Przyznaj  się,  co  cię 
dręczy? – spytał i przyjrzał się żonie badawczo. 
 

- Nic – odpowiedziała, umykając wzrokiem. 

 

Jednak on nadal trzymał ją na dystans. 

 

-  Robisz  wszystko,  żebym  został  –  rzekł  łagodnie.  –  Powiedz  mi,  o  co  chodzi,  to 

zostanę  dziś  w  domu  i  ci  pomogę.  –  Usiadł  na  brzegu  paleniska,  pociągnął  ją  ku  sobie  i 
posadził na kolana. 
 

Elizabeth kiwnęła głową. Jakie on ma długie nogi, pomyślała i przytuliła się do piersi 

męża. 
 

-  Znowu  słyszałam  płacz  dziecka  –  zaczęła.  –  Tak  się  przestraszyłam,  że  pognałam 

pędem do Ragny. Wstąpiła tu rano i zabrała Ane do siebie – dodała. – Ragna opowiedziała mi 
o  rodzinie,  która  tu  przed  nami  mieszkała.  –  Zawahała  się  chwilę,  po  czym  mówiła  dalej.  – 
Ż

adne z ich dzieci nie umarło tuż po urodzeniu. 

 

- Wierzysz w to? – spytał. 

 

- Tak, chociaż gdyby było inaczej, to tłumaczyłoby płacz noworodka, który słyszałam. 

Jeśli  maleństwo  umarło,  zanim  zostało  w  ochrzczone,  teraz  nie  może  zaznać  spokoju  w 
grobie. – Zobaczyła, że Jens, jeżeli to się będziesz powtarzać. 
 

- Boisz się? – spytał, w jego głosie nie było śladu drwiny. 

 

-  Tak  –  odparła  szczerze.  –  Już  wcześniej  widziałam  zmarłych,  ale  to  teraz  mnie 

przeraża. Czuję w tym coś złego. Coś… Nie wiem, co to takiego. 
 

- Rozumiem – rzekł i przytulił ją. 

 

Objęła go za szyję i szepnęła: 

 

- Zostań dzisiaj przy mnie. Proszę cię. 

 

Uśmiechnął się krzywo i pocałował żonę. 

 

- Zobaczę – mruknął. 

 

Elizabeth nie chciała puścić Jensa i usiadła, obejmując jego biodra udami. Usłyszała, 

ż

e  jego  oddech  stał  się  cięższy,  a  kiedy  Jens  próbował  rozpiąć  jej  bluzkę,  pomogła  mu. 

Poczuła, że jest gotów i jęknęła z rozkoszy. 
 

- Rozbierz mnie – poprosiła i wstała. 

background image

 

52

 

Zrobił,  jak  kazała.  Ona  również  zdjęła  z  niego  całe  ubranie.  W  końcu  stanęli 

naprzeciw siebie zupełnie nadzy. Wtuliła się w jego ramiona, czuła, jak długie włosy łaskoczą 
dół jej pleców, kiedy Jens rozwiązał wstążkę i je rozpuścił. Był taki ciepły i duży, nigdy się 
nim nie nasyci, pomyślała i położyła się na stercie ubrań. Łono jej pulsowało z podniecenia. 
 

- Weź mnie teraz, od razu – szepnęła. 

 

Jens  pokręcił  głową  i  spojrzał  na  nią  z  góry.  Grzywka  opadała  mu  na  oczy. 

Uśmiechnął się zaczepnie. 
 

- Nie, jeszcze nie – odparł i pogładził ją po biodrach. 

 

Elizabeth próbowała się lepiej ułożyć. Dłonią odnalazła jego przyrodzenie i objęła je 

ostrożnie. 
 

-  Czekaj-  szepnął  Jens  i  delikatnie  odsunął  jej  rękę.  –  Spełnię  twoją  wolę  –  obiecał 

zdławiony, głosem i wślizgnął się w nią. 
 

Elizabeth uniosła biodra, wychodząc mu na spotkanie, aż do chwili, gdy poczuła, jak 

przez całe jej ciało przeszła fala rozkoszy. W tym samym momencie Jens wyprężył się, jęknął 
i po chwili ciężko na nią opadł. 
 

Został z nią do końca dnia. Wszystko inne mogło poczekać. 

 
 

Początkowo Elizabeth nie mogła zrozumieć, co ją tej nocy obudziło. Miała wrażenie, 

ż

e miękka dłoń gładzi ją po policzku o ktoś szeptem wypowiada jej imię. Oszołomiona, ale 

bez strachu wpatrywała się w ciemność. 
 

Może mi się to tylko śni, pomyślała zmęczenia i chciała zamknąć oczu. Wtedy w kacie 

pokoju  dostrzegła  nieznaczny  ruch.  Powoli  ruch  stawał  się  coraz  bardziej  wyraźny,  aż  w 
końcu z mroku wyłoniły się kontury  Liny-Laponki. Elizabeth chciała wymówić jej imię, ale 
staruszka położyła palec na ustach i na znak, żeby milczała. 
 

- Jesteś ostatnio zmęczona i czegoś się lękasz – rzekła Lina łagodnie. 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Domyśliłam się tego, dlaczego pragnę ci pomóc i dać ci odpowiedź na pytania, które 

sobie  zadajesz.  Olai  nie  był  w  stanie  dłużej  znosić  biedy  i  głodu.  Ze  swym  własny, 
cierpieniem jakoś by sobie poradził, ale nie mógł patrzeć, jak cierpią dzieci. Co noc płakały 
przez  sen.  Starsze  nie  odzywały  się  w  ciągu  dnia  i  cierpiały  w  milczeniu,  ale  młodsze,  te, 
które  niczego  nie  rozumiały…  -  Lina  urwała,  jak  gdyby  ów  obraz  na  nowo  odżył  w  jej 
pamięci  i  nie  mogła  dalej  mówić.  –  Żona  Olaia  urodziła  chłopczyka.  Był  słaby,  a  ona  nie 
miała pokarmu. Jej piersi były puste, ponieważ ona też nie miała co jeść. Maleństwo płakał z 
głodu  dzień  i  noc,  aż  Olai  w  końcu  stracił  nad  sobą  panowanie  i  udusił  noworodka.  Żonie 
powiedział, że teraz ich dziecko znalazło lepsze miejsce i nie będzie musiało więcej cierpieć. 
Potem sam się powiesił, bo żona nie mogła mu wybaczyć tego, co zrobił. Tak, wiem, o czym 
myślisz, Elizabeth: Ragna powiedziała ci, że nie mieli wtedy noworodka. Jednak nikt nawet 
nie wiedział, że żona Olaia była w ciąży. – Lina zamilkła i po chwili mówiła dalej. – Ani ów 
chłopczyk, ani Olau nie mogą znaleźć spokoju. I ty musisz im pomóc, Elizabeth. Olai ukrył 
noworodka  pod  podłogą  w  kuchni  i  ty  musisz  zadbać  o  to,  by  dziecko  spoczęło  w 
poświęconej  ziemi.  Wtedy  chłopczyk,  który  nawet  nie  został  ochrzczony  przez  pastora, 
odnajdzie wieczny spokój. Rodzice urządzili mu tylko skromny domowy chrzest. 
 

Lina-Laponka  zniknęła  równie  szybko,  jak  się  pojawiła.  Elizabeth  wypełnił  błogi 

spokój i chwilę później zapadła w sen bez marzeń sennych. 
 
 

W pokoju szarzało, gdy  na powrót otworzyła oczy. Oszołomiona szukała po omacku 

wokół  siebie,  poczuła  ciepłe,  szerokie  plecy  Jensa  i  przytuliła  się  do  niego.  Powoli 
przypomniała  sobie  sen…  ale  czy  to  był  sen?  Zadrżała  i  naciągnęła  kołdrę  na  ramiona. 
Przypomniała  sobie  to,  co  jej  Lina  powiedziała,  słowo  po  sowie.  Bez  względu  na  to,  czy  to 
sen, czy jawa, to Laponka podsunęła jej rozwiązanie zagadki. 

background image

 

53

 

Przez chwilę leżała i zastanawiała się, czy powinna się ubrać, zanim Jens się obudzi, 

czy może lepiej go obudzić i od razu wszystko opowiedzieć. Zdecydowała się na to pierwsze. 
Ostrożnie wymknęła się z łóżka i wzięła ubranie przewieszone na oparciu krzesła. W ciągając 
pończochy,  rzucała  ukradkowe  spojrzenia  w  kąt,  w  którym  widziała  Linę-Laponkę. 
Niecierpliwiła się jednocześnie bała, co znajdą pod podłogą. Może powinnam sama szukać i 
nie mówić nic Jensowi? Mogło się przecież zdarzyć, że pod kuchennymi deskami nic nie ma. 
Co on sobie wtedy o niej pomyśli? 
 

- Tak wcześnie wstałaś? – usłyszała nagle za sobą.  

 

Podskoczyła i krzyknęła, aż Ane się obudziła i zaczęła płakać. 

 

- Nie chciałam cię przestraszyć – przeprosił Jens i uniósł się na łokciu. 

 

Elizabeth wzięła córeczkę na ręce i kołysała, dopóki miała nie przestała płakać. Potem 

odwróciła się do Jensa. Odgarnął włosy i ziewnął. 
 

- Nie możesz spać? – spytał. 

 

Muszę  mu  powiedzieć,  niech  sobie  myśli,  co  chce,  zdecydowała  i  usiadła  na  brzegu 

łóżka. 
 

- Widziałam dziś w nocy Linę-Laponkę. Wyjawiła mi, co się przed laty w tym domu 

wydarzyło – zaczęła. 
 

Jens zmarszczył brwi i przełknął ślinę. 

 

- No i co takiego się stało? – spytał. 

 

Ubierz się, to wszystko ci opowiem. 

 

Jens ubrał się w milczeniu i Elizabeth opowiedziała mu całą historię. Kiedy skończyła, 

spojrzała na męża, czekając na jego reakcję. 
 

-  Pójdę  obrządzić  zwierzęta  w  oborze,  a  ty  zajmij  się  Ane.  Potem  zerwę  podłogę  – 

rzekł z powagą. 
 

Elizabeth skinęła głową w odpowiedzi i zeszli na dół. 

Odczuła ulgę, że Jens jej uwierzył. 
 
 

Tego ranka żadne z nich nie miało ochoty na kaszę.  

Tylko Ane jadła z apetytem. Jens długo jest w oborze, pomyślała Elizabeth. Ciągle kierowała 
wzrok ku miejscu, skąd zwykle dochodził płacz dziecka, jak gdyby spodziewała się, że znów 
go usłyszy. 
 

Wreszcie  Jens  wrócił.  Elizabeth  posadziła  Ane  na  podłodze  i  dała  jej  do  zabawy 

koszyk  z  kłębkami  wełny,  żeby  siedziała  spokojnie.  Spojrzała  na  córkę  z  czułością.  Ane 
wydawała  się  tak  krąglutka  i  zadowolona.  Żadne  dziecko  nie  powinno  płakać  z  głodu, 
pomyślała, czując dławienie w gardle. 
 

-  Wydaje  mi  się,  że  powinieneś  szukać  tam  –  rzekła  i  wskazywała  na  podłogę  przy 

schodach  prowadzących  na  poddasze.  Słyszała  o  martwych,  nieochrzczonych  dzieciach, 
których  dusze  błąkały  się  wśród  żywych.  Zdarzało  się,  że  niezamężna  matki  zabijały 
noworodki, żeby uniknąć wstydu. Widma tych dzieci pojawiły się w miejscach, gdzie zostały 
zakopane, i wołały matki lub dawać inne znaki, które mogły zdradzić zbrodnię. 
 

Jednak to dziecko zginęło z ręki ojca, ponieważ cierpiało z głodu. Elizabeth pomodliła 

się w duchu, żeby niczego nie znaleźli. Może wcale nie widziała Liny, może to wszystko było 
snem? 
 

Kiedy Jens zdjął dwie pierwsze deski, zrobiła kilka kroków do tyłu. Jednak po chwili 

podeszła bliżej i uklękła. Zajrzała do środka. 
 

- Coś tu jest – rzekł Jens o zaczął rozgrzebywać ziemię. 

 

Ich oczom ukazywały się resztki worka z juty i maleńki szkielet. 

 

Elizabeth odwróciła się do Jensa o spojrzała mu w oczy. Łzy przesłoniły jej obraz. 

 

-  O  Boże  –  szepnęła  i  oparła  się  na  piersi  męża.  Jesn  oddychał  szybko,  jak  gdyby 

brakowało mu powietrza., 

background image

 

54

 

A  więc  to  prawda.  Olai  pozbawił  życia  własnego  synka,  pomyślała.  Ogarnął  ją  taki 

wielki  smutek,  jak  gdyby  to  jej  dziecko  tu  leżało.  To  niegodne,  by  takie  maleńkie  ciało 
pogrzebać  pod  deskami  podłogi.  Czy  biedactwo  bardzo  cierpiało,  kiedy  ojciec  dusił?  Jaki 
musiało  czuć  ból,  gdy  głód  ściskał  jego  maleńki  brzuszek?  Ujrzała  przed  sobą  maleńkiego 
człowieka  wymachującego  rączkami  i  zaciskającego  piąstki.  Dawno  nie  płakała,  lecz  teraz 
szlochała  na  piersi  Jensa  z  powodu  niemowlęcia,  które  kiedyś  tak  samo  płakało,  żałośnie  i 
długo. 
 
Rozdział 10 
 
 

Ostatnio podłogowa deska wróciła na miejsce. 

Elizabeth otarła łzy. 
 

-  Musimy  zająć  się  resztą,  Jens  –  rzekła  zmęczona  i  wzięła  Ane  na  ręce.  Przytuliła 

miękkie ciało dziecka, dziwiąc się na nowo, jak można odebrać życie takiemu maleństwu. 
 

Nagle  usłyszeli  czyjeś  kroki  na  kamiennej  półce.  Po  chwili  ktoś  mocno  zapukał  do 

drzwi. Elizabeth podskoczyła ze strachu. 
 

- Na Boga, kto to może być o tak wczesnej porze? – szepnął Jens ochryple. 

 

Elizabeth  rzuciła  szybkie  spojrzenie  na  miejsce,  gdzie  znaleźli  zwłoki  dziecka  i 

uznała,  że  niczego  podejrzanego  nie  było  widać.  Mimo  to  jej  głos  zabrzmiał  nienaturalnie 
wysoko i przenikliwie, gdy powiedziała „proszę”. 
 

Gość  musiał  się  pochylić,  żeby  zmieścić  się  w  drzwiach,  i  po  chwili  wypełnił  sobą 

prawie całą kuchnię. 
 

-  Dzień  dobry  przywitał  się  Jens.  On  pierwszy  odzyskał  mowę.  –  Wcześnie  nam 

lensam składa wizytę. 
 

- Hm, wizytę – mruknął i, jak Elizabeth zauważyła, poczuł się niezręcznie. – Jest coś, 

o czym chciałbym porozmawiać z Elizabeth, a jak wiadomo, jeśli ma się dużo do zrobienia, 
dobrze jest zacząć wcześnie rano. 
 

- Prawda, prawda – przytaknął Jens i poprosił lensmana, by zajął miejsce przy stole, 

 

Elizabeth  czuła, że  serce  mocno  wali  jej  w  piersi.  Jak Jens może  być  taki  spokojny? 

Mocniej  przytuliła  Ane.  Dobrze  czuć  ją  tak  blisko.  Opanuj  się,  upomniała  samą  siebie. 
Lensman nie wie nic o  Leonardzie, a o szkielecie dziecka niewiele możemy powiedzieć, bo 
nie mamy z tym nic wspólnego. Uspokojona tymi myślami zestawiła Ane na ziemię. 
 

-  Może  filiżankę  kawy?  –  zaproponowała  i  poszła  zaparzyć  kawę,  zanim  otrzymała 

odpowiedź. 
 

Jens  i  lensman  rozmawiali  o  codziennych  sprawach,  a  Elizabeth  nakrywała  do  stołu. 

Wyjęła obrus, postawiła miseczkę z brązowym cukrem, który długo oszczędzali. 
 

Widząc to, lensman rzekł: 

 

- Proszę sobie nie robić kłopotu z mojego powodu, nie zostanę dużo czasu. 

 

-  No,  ale  odrobiny  kawy  lensman  chyba  nie  odmówi  –  uśmiechnęła  się,  a  w  duchu 

powiedziała: Mów, czego chcesz, i kończ! 
 

Wymieniła  z  Jensem  spojrzenia  i  nieznacznie  wskazała  w  stronę  narożnika  kuchni. 

Potem  lekko  pokręciła  głową  na  znak,  żeby  jeszcze  zaczekali  z  opowieścią  o  straszliwym 
znalezisku. 
 

- Widzę, że się pan skaleczył – zauważył lensman i skinął w stronę policzka Jensa. 

 

-  Tak,  to  się  stało  w  Storvaagen  –  wyjaśnił  Jens  i  pogładził  bliznę.  –  Ktoś  na  mnie 

napadł w ciemności. Nikt nie widział, kto to, i niczego nie udało nam się dowiedzieć – dodał. 
Elizabeth dosłyszała w jego głosie nutę goryczy. 
 

-  Proszę,  zjedzcie  coś  –  wtrąciła  i  nalała  kawy.  –  Może  chleba  z  solony,  mięsem?  – 

zaproponowała  nieco  nieśmiało  i  pomyślała  ciepło  o  Ragnie,  która  dała  im  trochę  jedzenia. 

background image

 

55

Dzięki  niej  mogli  teraz  jeść  chleb  na  śniadanie  zamiast  polewki,  stwierdziła  w  duchu,  i 
poczuła ukłucie wyrzutów sumienia z powodu takiej rozrzutności. 
 

Poczekała, aż lensman skosztuje kawy i chleba, po czym spytała: 

 

-  Mówił  lensman,  że  chciał  ze  mną  o  czymś  porozmawiać?  –  Cieszyła  się,  że 

nauczono  ją  zwracać  się  w  odpowiedni  sposób  do  ważnych  osób.  Wiedziała,  że  nie  należy 
mówić  do  nich  na  ty.  No  to  czegoś  się  przynajmniej  nauczyłam  w  Dalsrud,  pomyślała  i 
uśmiechnęła się z goryczą. 
 

-  Tak,  rzeczywiście  –  zaczął,  zwlekając  z  wyjaśnieniem.  –  Któregoś  dnia  wezwała 

mnie Jozefine z Storvika. Jak twierdzi, urodziła martwe dziecko. 
 

Elizabeth skinęła głową i wzięła Ane na kolana. 

 

- Mówiła dalej, że pani jako jedyna była w sklepiku, wtedy kiedy to się stało. 

 

Elizabeth znów skinęła głową. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że lensman zwracał 

się do niej na pani. To sprawiło jej przyjemność. 
 

- Tak, zgadza się – potwierdziła. – Przyszłam kupić tabliczkę i rysik dla Marii, mojej 

siostry. Josefine mnie obsługiwała i nagle źle się poczuła. Byłyśmy wtedy tylko my dwie w 
sklepiku, jak lensman wie. Pomogłam dziecku przyjść na świat, ale niestety zmarło jeszcze w 
łonie matki. Urodziło się bardzo malutkie, poza tym było tak zdeformowane, że i tak by nie 
przeżyło. 
 

Urwała.  Musiała  przełknąć  dławienie  w  gardle.  Trudno  było  myśleć  o  zwłokach 

noworodka pod podłogą lub o martwym dziecku Josefine, siedząc z małą, delikatną  Ane na 
kolanach. 
 

- Świat nie jest sprawiedliwy – rzekła smutno. – To powszechnie znana prawda. 

 

-  Tak,  ma  pani  rację  –  przyznał  lensman  i  wyjął  z  kieszeni  niedużą  książkę. 

Przewertował  kilka  kartek  i  mówił  dalej.  –  Josefine  twierdzi  dalej,  że  przyszła  pani  do 
sklepiku w czasie zimowych połowów, żeby kupić mąkę na kredyt. Zgadza się? 
 

- Tak, przypłynęłam z dziećmi. To było zresztą tego samego dnia, kiedy dostałam list 

z pieniędzmi od Jensa, dlatego od razu spłaciłam dług. To dla nas ważne, żeby nie zaciągać 
długów – dodała. 
 

- Josefine twierdzi, że rzuciła pani na nią zły urok, ponieważ doszło między wami do 

drobnej sprzeczki. 
 

Wtedy wtrącił się Jens 

 

-  Przepraszam,  że  przerywam,  ale  lensman  nie  wierzy  chyba  w  takie  przesądy?  Nikt 

nie może nikogo rzucić uroku! Czarownic już nie ma! 
 

-  W  tej  sprawie  moje  zdanie  nie  ma  nic  do  rzeczy  –  odparł  lensman.  –  Ale  dla 

porządku muszę wysłuchać obu stron. Wtedy stwierdzę, czy przekazać sprawę dalej. 
 

-  Oczywiście  –  zgodziła  się  Elizabeth  i  poczuła  przypływ  odwagi.  –  Ale  zarówno 

ś

wiadkowie,  którzy  przyszli  do  sklepiku,  i  doktor,  którzy  zjawili  się  później,  mogą 

zaświadczyć,  że  dziecko  urodziło  się  za  wcześnie,  było  zdeformowane  i  niezdolne  rozwijać 
się  ani  przeżyć.  To,  czy  mogę  rzucać  urok  na  ludzi,  jak  lensman  twierdzi,  to  zupełnie  inna 
sprawa.  To  plotka,  która  nie  ma  z  porodem  Josefine  nic  wspólnego.  Jednak  wierzę,  że  tak 
szanowany człowiek jak lensman ma inne i ważniejsze sprawy niż zajmowanie się babskimi 
plotkami. 
 

Mówiąc  to,  uśmiechnęła  się  w  taki  sposób,  że  załagodziła  trochę  swą  kąśliwą 

wypowiedź. W tej sytuacji nie mógł nic powiedzieć, 
 

Wreszcie zamknął notatki, odchrząknął i upił trochę kawy. 

 

-  Cóż,  Abraham  też  powiedział  coś  o  tym,  że  dziecko  nie  było  całkiem  takie  jak 

powinno. – Znowu odchrząknął. – W takim razie trzeba zakończyć tę sprawę. 
 

Zamierzał  wstać.  W  tym  momencie  Elizabeth  spojrzała  znacząco  na  Jensa. 

Odpowiedział jej skinieniem głowy, więc zaczerpnęła powietrza i rzekła: 

background image

 

56

 

-  Chcielibyśmy  z  lensmanem  o  czymś  porozmawiać  –  zaczęła.  –  Jens…  musiał 

naprawić podłogę w kuchni. Wtedy coś odkryliśmy… coś, czego najchętniej chcielibyśmy się 
pozbyć. 
 

Trudno jej było o tym mówić, musiała szukać każdego słowa. Musiała też kłamać. Nie 

mogła przecież powiedzieć lensmanowi, że słyszy głosy i widzi nieboszczyków. 
 

Jens przyszedł jej z pomocą. 

 

-  Pod  podłogą  znaleźliśmy  szkielet  noworodka  –  wyznał  i  mówił  dalej,  zanim 

funkcjonariusz zdążył zadać jakiekolwiek pytanie. – Leżał tu przez wiele lat. Od czasu, kiedy 
jeszcze mieszkała tu rodzina Olaia. 
 

Lensman stał w miejscu i długo wpatrywał się w Jensa, jak gdyby rozważał, czy mu 

uwierzyć. Wreszcie skinął głową. 
 

-  Tak  przypominam  sobie.  Olai  odebrał  sobie  życie.  Mieli  bardzo  dużo  dzieci,  jak 

pamiętam,  i  kosztowało nas  wiele  trudu,  żeby  je  wszystkie  umieścić  w  jakiejś  rodzinie.  Nie 
wiem, czy ich matka jeszcze żyje. Jeśli mam być szczery, nie wiem nawet, gdzie jej szukać. 
 

Jens mówił dalej jednym tchem: 

 

- Nie chcemy nawet zgadywać, w jaki sposób dziecko zmarło… - urwał, pozwalając, 

by  słowa  zawisły  w  powietrzu.  –  Ale  jedno  jest  pewne:  stało  się  to  dawno  temu  i 
chcielibyśmy  prosić  lensmana,  aby  zabrał  ten  szkielet  do  pastora,  by  mógł  go  pochować  w 
błogosławionej ziemi. 
 

-  Naturalnie  –  odparł  lensman  i  wstał.  –  Czy  kości  leżą  jeszcze…  -  Skinął  głową  w 

stronę podłogi przy schodach i spojrzał pytająco na Jensa. 
 

- Tak, leżą tam, gdzie je znaleźliśmy. Uznaliśmy, że najlepiej ich nie ruszać. 

 

Elizabeth popatrzyła na Jensa, a potem na lensmana. 

 

- Pójdę do izby, chyba że lensman chciałby jeszcze ze mną o czymś porozmawiać? 

 

- Nie, nie, wszystko powinno być teraz w porządku. Proszę mi wybaczyć kłopot, który 

sprawiłem, i przyjąć podziękowania za poczęstunek. 
 

Skinęła głową i pomyślała, że przed ślubem z Jensem głęboko by mu się ukłoniła. Ale 

teraz wystarczyło skinienie. Dorosła. Z Ane na ramieniu poszła do izby i dokładnie zamknęła 
za  sobą  drzwi.  Usiadła  na  pryczy  i  otworzyła  księgę  psalmów  na  chybił  trafił.  Śpiewała  ów 
psalm  już  wcześniej  i  szybko  przypomniała  sobie  melodię.  Nie  słyszała  zbyt  wyraźnie,  jak 
Jens z lensmanem zrywają deski podłogi. Niech Bóg obdarzy tę maleńką duszę i duszę Olaia 
spokojem wiecznym, pomyślała, a potem cicho zaśpiewała. 
 
 

Ś

mierć mym wybawieniem, bo Jezus przy mnie jest,  

 

Umieram bez trwogi, zostawiam padół łez. 

 
 

Umieram, lecz się raduję: jestem częścią Jezusa. 

 

Szczęśliwy podnoszę kotwicę i spokojnie do domu żegluję… 

 
 

Elizabeth czuła, że opuściły ją wszystkie siły. Potrafiła być mocna, jeśli trzeba, ale ze 

ś

miercią dziecka nigdy nie będzie umiała się pogodzić. 

 

Jens  podszedł  do  pieca  i  przykucnął  obok  żony.  Wyjęła  robótkę,  żeby  czymś  zająć 

ręce. Późnym wieczorem, jak teraz, na to jeszcze starczało jej energii. 
 

- Myślę, że powinniśmy jutro wybrać się do kościoła – zaproponował. – Co ty na to, 

Elizabeth? 
 

Uśmiechnęła  się  blado.  Musiała  się  najpierw  zastanowić,  zanim  odpowiedziała. 

Dobrze  by  im  zrobiło  wysłuchanie  słowa  Bożego,  pomyślała.  Lubiła  usiąść  na  chwilę  w 
kościele, wtedy jej dusza wypełniała się takim spokojem, jak gdyby znalazła się bliżej Niego. 
Wtedy też łatwiej jej było złożyć ręce do modlitwy i dziękczynienia. 

background image

 

57

 

-  Tak,  wybierzemy  się  –  rzekła.  –  Ale  w  takim  razie  powinnam  przygotować  sobie 

spódnicę, którą dostałam od ciebie w prezencie na Boże Narodzenie. Muszę ją jutro założyć – 
dodała. 
 

- Dobrze – odparł i wstał. – Mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia.  

 

Przepełniona  radością,  jakiej  dawno  nie  doświadczyła,  Elizabeth  odnalazła  w  kufrze 

nową  spódnicę.  Ostrożnie,  żeby  nie  obudzić  Ane,  wyjęła  ją  wraz  z  czystą  bielizną  i 
pończochami.  Potem  sięgnęła  po  bluzkę  i  choć  nie  była  nowa,  nie  nosiła  zbyt  wyraźnych 
ś

ladów  zużycia.  Poza  tym  była  czarna,  więc  dobrze  nadawała  się  do  kościoła.  Elizabeth 

pomyślała, że jeśli narzuci na ramiona szal, który dostała od Jensa, prawie całkiem ją zakryje. 
 

Nie spieszyła się. Przyłożyła rzeczy do siebie i stała przez chwilę, marząc o wielkim 

lustrze  na  poddaszu,  takim  jakie  miała  Ragna.  Wtedy  mogłaby  się  cała  w  nim  przejrzeć. 
Wyjęła  też  skórzane  buty,  które  bardzo  rzadko  wkładała.  Obejrzała  je  dokładnie,  zanim 
postawiła  na  podłodze.  Potem  usiadła.  Ogarnęło  ją  bardzo  przyjemne  uczucie.  Radość,  że 
jutro  włoży  niedzielne  ubranie,  wyjdzie  ze  wsi,  i  spotka  się  z  ludźmi.  Uświadomiła  sobie 
teraz, że właśnie tego potrzebowała. 
 

Wstała,  by  przygotować  niedzielne  ubranie  dla  Jensa  i  najładniejsze  rzeczy  dla  Ane. 

Potem  wzięła  świecę  i  cicho  zeszła  do  kuchni,  lampa  na  stole  zgasła  i  pomieszczenie 
rozświetlał tylko blask ognia w palenisku. 
 

Gdy Elizabeth znalazła się na dole, podszedł do niej mąż. 

 

-  No,  jesteś  nareszcie  –  rzekł  i  wziął  ją  za  rękę.  –  Nagrzałem  wody,  możesz  się 

wykąpać. 
 

-  Ależ  Jens  –  zaprotestowała.  –  Nie  możemy  tak  często  się  kąpać!  Ile  musiałeś  się 

namęczyć, żeby nanosić wody. 
 

- No, dalej – zachęcał, nie słuchając jej protestów. – Najpierw ty, a potem ja. 

 

Ociągała  się  trochę,  ale  parująca  woda  okazała  się  zbyt  kusząca.  Elizabeth  szybko 

ś

ciągnęła z siebie ubranie i z głębokim westchnieniem zanurzyła się w kąpieli. Jens usiadł na 

podłodze i oparł się o balię. Długo panowała cisza. Elizabeth siedziała z zamkniętymi oczami 
i  rozkoszowała  się  ciepłą  wodą,  w  której  tak  wspaniale  odpoczywała.  Po  chwili  otworzyła 
oczy, wyciągnęła rękę i potargała Jensowi włosy. 
 

-  Nie  pojmuję,  jak  ludzie  mogli  uwierzyć  w  to,  że  rzuciłam  urok  na  Josefine  – 

powiedziała. 
 

Jens wpatrywał się w płomienie. 

 

-  To  przypomina  mi  pewne  zdarzenie,  które  miało  miejsce  na  Storvaagen  –  rzekł 

zamyślony. 
 

- Opowiedz mi o tym – poprosiła. 

 

Jens zaczął opowiadać. 

 

-  Był  tam  pewien  mężczyzna,  który  nazywał  się  Mons  i  mieszkał  w  innym  baraku. 

Naprawdę sympatyczny człowiek, często z nim rozmawiałem. Któregoś dnia wybrałem się do 
niego.  Kiedy  podszedłem  do  baraku,  zobaczyłem  przez  okno,  że  jeden  z  jego  kompanów  o 
imieniu Jurgen grzebie w kufrze Monsa. 
 

- Skąd wiedziałeś, czyj to był kufer? – spytała Elizabeth. 

 

-  Na  wieku  widniały  inicjały  Monsa.  Trochę  się  cofnąłem,  ale  nie  przestawałem 

obserwować  przez  okno,  co  tam  się  dzieje.  Zobaczyłem,  że  Jurgen  wyjął  z  sakiewki  Monsa 
sporo srebrnych monet i włożył do swojej kieszeni. Początkowo ogarnęła mnie taka złość, że 
miałem ochotę wpaść do środka i dać tamtemu nauczkę. Ale się rozmyśliłem. Poszedłem do 
Monsa,  powiedziałem  mu  o  wszystkim,  i  ułożyłem  chytry  plan.  Mons  miał  udawać,  że  o 
niczym  nie  wie,  a  kiedy  zauważy  brak  pieniędzy,  zacznie  strasznie  rozpaczać  i  rozpytywać 
wszystkich, czy nie widzieli złodzieja. Miał w ten sposób sprawdzić, czy Jurgen się przyzna. 
Mons zrobił tal, jak uradziliśmy, ale złodziej zachowywał się jak gdyby nic. Po jakimś czasie 

background image

 

58

poszedłem  do  tamtego  baraku  i  Mons  opowiedział  mi,  że  zginęły  mu  pieniądze.  Pytał,  czy 
pomogę mu je odnaleźć. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie i że to potrwa tylko moment. 
 

Rybacy  zastanawiali  się,  jak  to  zrobię,  więc  powiedziałem  im,  że  znam  sposób, 

którego  nauczyłem  się  od  pewnego  Lapończyka.  Następnie  przygotowałem  miskę  z  wodą, 
wyszeptałem  nad  nią  kilka  słów  i  postawiłem  na  kufrze  Monsa.  Miska  miała  tak  stać  do 
następnego  dnia.  Zapowiedziałem,  że  wtedy  przyjdę  znowu.  Nawet  ci,  którzy  wcześniej  nie 
darzyli mnie zaufaniem,  zaczęli mi wierzyć, bo zwykle wskazywałem im najlepsze łowiska. 
To  proste  Elizabeth,  wystarczy  znaleźć  miejsce,  gdzie  na  powierzchni  wody  zbierają  się  
pęcherzyki  powietrza.  W  każdym  razie  wróciłem  następnego  dnia,  zdjąłem  miskę  z  kufra  i 
postawiłem  na  stole.  Wyrecytowałem  kilka  słów,  patrząc  w  wodę,  a  następnie  poprosiłem 
Monsa,  żeby  podszedł  bliżej  i  też  spojrzał.  Powiedziałem  mu,  że  ujrzy  twarz  tego,  który 
zabrał  jego  pieniądze.  Mons  od  razu  zobaczył  Jurgena.  Potem  podeszli  inni,  żeby  też 
zobaczyć. Podchodzili jeden za drugim, i zerkali w miskę, i wszyscy widzieli to samo. Wtedy 
Jurgen się przyznał do kradzieży i oddał dwadzieścia pięć talarów. Resztę wydał, ale obiecał 
ze zwrócić. 
 

Elizabeth usiadła w balii. 

 

- Czy z tym odbiciem to prawda? 

 

Jens roześmiał się krótko. 

 

-  Nie,  bujda!  Mons  był  tak  mocno  przekonany,  że  to  Jurgen  jest  winny,  że  wmówił 

sobie, że to jego ujrzał w misce. Pozostali nie chcieli być gorsi i woleli nie protestować, więc 
twierdzili to samo! 
 

Ta  historia  wywarła  na  Elizabeth  duże  wrażenie,  z  dwu  powodów;  dlatego,  że  Jens 

wpadł na taki chytry pomysł, i dlatego, że ludzie dali się tak nabrać. 
 

W  czasie  gdy  Jens  się  kąpał,  przypomniała  sobie  wieczór  przed  zamążpójściem. 

Wtedy ojciec opowiadał jej historię o huldrach. Sądziła, że już nigdy żadna opowieść tak jej 
nie rozbawi. 
 

Wypełnił  ją  błogi  spokój,  kiedy,  siedząc  w  kościele,  przebiegła  wzrokiem  po 

zgromadzonych  wiernych.  Wyprostowała  plecy  zadowolona,  że  mogła  tu  przyjść  w  niemal 
nowej  spódnicy  i  w  niecodziennej  fryzurze.  Dziś  rano  zebrała  włosy  w  luźną  koronę. 
Kosztowało  ją  to  wiele  trudu  zauważyła  mnóstwo  szpilek  do  włosów,  ale  rezultat  był  tego 
wart. Po drugiej stronie kościoła siedział Jens, a na samym przedzie Ragna i Jakob. Poza tym 
z ich wsi tej niedzieli nikogo nie było. 
 

Elizabeth zaczęła słuchać kazania. 

 

- „Czy Bóg jest sprawiedliwy?” spytał mnie kiedyś pewien człowiek – zaczął pastor. – 

Muszę przyznać, że jego pytanie zaskoczyło mnie, i jednocześnie wzburzyło. Oczywiście, że 
Bóg jest sprawiedliwy, pomyślałem. „Zrobiłem coś złego i prosiłem o wybaczenie, ale czuję, 
ż

e mnie nie wysłuchał” mówił dalej ów mężczyzna. 

 

Elizabeth  ciarki  przeszły  po  plecach.  Wydawało  jej  się,  że  czuje  na  sobie  surowy 

wzrok  pastora,  mimo  że  siedziała  na  samym  końcu.  Czy  wielebny  mógł  wiedzieć  o  jej 
grzechach,  czy  tylko  sobie  wymyślił  tego  człowieka,  który  pytał  o  boską  sprawiedliwość? 
Uznała, że kazanie skierowane jest do niej. Ściskała psałterz w dłoniach i zamknęła oczy. Nie, 
oczywiście, że pastor nie mógł znać jej myśli. Otworzyła oczy, 
 

Duchowny mówił dalej: 

 

-  W  Piśmie  Świętym  możecie  przeczytać  takie  słowa:  „Jeżeli  zwrócisz  się  do  Boga  i 

prosisz  Go  o  litość,  jeżeli  jesteś  czysty  i  uczciwy,  wówczas  będzie  cię  strzegł  i  wskrzesi  twój 
dom  sprawiedliwo
ści”. 

Na  nic  się  nie  zda  modlitwa  z  zaciśniętymi  dłońmi,  ona  naprawdę 

musi płynąć z serca! W Księdze Psalmów napisano: „Strzeż mnie, bym nie zboczył na drogę 
zatracenia, i prowad
ź mnie drogą wieczności”. 
 

Słowa  pastora  zapadły  w  serce  Elizabeth.  Z  reszty  kazania  docierały  do  niej  tylko 

urywki, jej myśli błądziły gdzie indziej. 

background image

 

59

 

Wyszła z kościoła wcześniej niż Jens. Dawno nie czuła się tak lekko i nie była w tak 

dobrym nastroju. Tego dnia słowa pastora podziałały jak oczyszczenie. 
 

Ane zasnęła na jej ramieniu i zaczęła jej ciążyć.  Elizabeth rozejrzała się za Jensem i 

nagle  napotkała  wzrok  Josefine.  Spojrzenie  szarych  oczu  wwiercało  się  w  nią,  jak  gdyby 
mówiło: Nigdy mnie nie zapomnisz. Będę cię prześladować do końca twego życia. 
 

Elizabeth podeszła do Josefine. 

 

- Dzień dobry – przywitała się. – Chciałabym z tobą pomówić, Josefine. 

 

- Nie sądzę, byśmy miały jeszcze o czym rozmawiać – odparła tamta chłodno. 

 

Elizabeth głęboko wciągnęła powietrze. 

 

- Josefine, posłuchaj mnie – rzekła spokojnym  głosem. – Jest mi strasznie przykro, że 

straciłaś  dziecko.  Zapewniam  cię,  że  nie  uczyniłam  nic,  b  zaszkodzić  tobie  lub  twojemu 
dziecku. Musisz mi uwierzyć. Nie rozmawiałaś z lensmanem? Chyba powiedział to samo? 
 

- Domyślam się, że jesteś w zmowie z tym i owym. 

Potrafisz przekabacić każdego, żeby ci uwierzył. 
 

Elizabeth na moment oniemiała. Czy ta kobieta postradała zmysły, czy jest po prostu 

samym złem? Nagle ogarnął ją gniew. 
 

-  To  ja  próbuję  wyciągnąć  rękę  na  zgodę,  a  ty  się  tak  zachowujesz!  Wiesz  równie 

dobrze jak ja, że dziecko było martwe, zanim się urodziło. Nie zrobiłam nic poza tym, że ci 
pomogłam. 
 

-  Tak,  było  martwe  –  przyznała  Josefine.  Zmrużyła  oczy  i  zbliżyła  się  o  krok  do 

Elizabeth. – A kto mu odebrał życie? Nikt inny, tylko ty! 
 

Elizabeth starała się stłumiła wściekłość, 

 

- Gdy mogłaś deptać leżącego, czułaś się wielka – wybuchnęła. – Teraz sama doznałaś 

przykrości  i  przekonałaś  się,  co  to  jest  bezsilność,  a  ponieważ  nigdy  przedtem  tego  nie 
doświadczyłaś, zrzucasz winę na mnie. 
Mam  nadzieję,  że  kiedyś  zrozumiesz,  o  co  mnie  oskarżasz,  i  że  w  ten  sposób  tylko  siebie 
ośmieszasz. Jesteś żałosna, Josefine, i naprawdę ci współczuję. – Ostatnie słowa wymówiła z 
sarkazmem, a potem odwróciła się i odeszła zdecydowanym krokiem. 
 
 

W  powrotną  drogę  do  domu  zabrali  się  z  Ragną  i  Jakobem.  Elizabeth  ciągle  jeszcze 

czuła złość. Mogła powiedzieć Josefine jeszcze więcej. Miała nadzieję, że niektóre z jej słów 
jednak trafiły do sklepikarki. 
 

Ragna zerknęła na synową i odchrząknęła, 

 

- Jakob i ja zostaliśmy zaproszeni do Dalsrud – rzekła. – Kristian powiedział, że was 

też serdecznie zaprasza. Myślę, że zależy mu na tym, byście przyjechali. 
 

Elizabeth drgnęła i poszukała dłoni Jensa. 

 

Ragna mówiła dalej: 

 

- Kristian chciał wiedzieć, jak się czujesz, Jens, po tym wypadku na Storvaagen. 

 

Elizabeth ucieszyła się, że siedzi, gdyż nagle poczuła, że jej kolana zrobiły się dziwnie 

miękkie. Na szczęście dla niej Jens odpowiedział. 
 

- Nie mam czasu pojechać do Dalsrud, bo czeka nas mnóstwo roboty. Szopa na łodzie 

jeszcze nie jest gotowa. 
 

- Mówiliśmy o następnej niedzieli – prychnęła Ragna. –  A to dzień wolny  od pracy, 

więc i tak niewiele byście zrobili. 
 

-  A  co  takiego  miałbym  robić  w  Dalsrud?  –  wzbraniał  się  Jens.  –  Nie  mam  z  tymi 

ludźmi nic wspólnego. 
 

-  W  każdym  razie  zostaliście  zaproszeni  –  rzuciła  Ragna.  –  A  w  takiej  sytuacji 

uprzejmość nakazuje przyjąć zaproszenie. Przynajmniej tyle mógłbyś zrobić, skoro Kristian ci 
pomógł,  gdy  cię  ugodzono  nożem.  Naprawdę  podziwiam  Dalsrudów.  Są  tacy  troskliwi  dla 
innych! Nie znam im podobnych. 

background image

 

60

 

Tak, pomyślała Elizabeth, rzeczywiście nie mają sobie równych, ale nie z powodu och 

troski o innych, to pewne. 
 
 

-  Nie  jadę  do  Dalsrud  –  rzekł  Jens  ponuro,  chodząc  tam  i  z  powrotem  po  sypialni. 

Wiele razy to powtórzył od czasu, kiedy wrócili z kościoła. – Bez względu na to, jaką znajdę 
wymówkę, Ragna nie da za wygraną – mówił dalej. 
 

Elizabeth  nie  od  razu  odpowiedziała.  Usiadła  na  brzegu  łóżka  i  zaczęła  zdejmować 

pończochy. 
 

- Rozbieraj się i chodź spać, Jens. Jest późno, a jutro czeka nas sadzenie ziemniaków. 

 

Nie odpowiedział, ale mimo wszystko zaczął się rozbierać. Robił to ze złością. Kiedy 

wreszcie  położył  się  do  łóżka,  przygarnął  Elizabeth  ku  sobie,  lecz  wydawał  się  nieobecny, 
gdy tak leżał, wpatrując się w sufit. 
 

- Dobranoc, moja Elizabeth – odezwał się wreszcie i pocałował ją. 

 

Elizabeth zrobiło się go żal. Leżała, wsłuchując się w jego oddech. Co Kristian chciał 

osiągnąć i po co to wymyślił? – zastanawiała się. Czy kryły się za tym jakieś niecne zairy? 
Czy chciał rozbić jej małżeństwo? Nie, nie mogli tam pojechać. Nie miała na to sił. I dlaczego 
właściwie  zaprosił  Ragnę    i  Joakoba?  Przecież  tych  dwojga  nigdy  nic  nie  łączyło  z 
Dalsrudami. 
 

Jens przewrócił się niespokojnie na drugi bok. 

 

- Jens, śpisz? – szepnęła. 

 

-  Nie  –  odparł.  –  Nie  tylko  ze  względu  na  siebie  nie  chcę  jechać,  Elizabeth.  Myślę 

także o tobie. 
 

Elizabeth  zesztywniała.  Znowu  odżył  w  niej  strach,  czego  Jens  mógł  się  o  niej 

dowiedzieć. 
 

- Dlaczego? – szepnęła ochryple. 

 

-  Z  powodu  tego  wszystkiego,  o  co  Kristian  cię  oskarżył,  kiedy  go  spotkałem  na 

Storvaagen. 
 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Ach, tak. Jdnak nie przejmuj się tym za bardzo. Ludzie gadają o mnie tyle różnych 

rzeczy, że gdybym to wszystko brała do siebie, już dawno powinno się rzucić do morza. 
 

Mocniej ją przytulił. 

 

-  Moja  drobna,  silna  Elizabeth  –  szepnął  –  i  zaczął  ją  pieszczotliwie  gładzić  po 

ramieniu. 
 

- Nie Jens, nie dzisiaj – rzekła odsunęła jego rękę. – Jestem taka zmęczona. Spotkało 

mnie zbyt wiele jak na jeden dzień. 
 

- Wiem, wiem – rzekł wyrozumiale. – Chciałem tylko mieć cię blisko siebie. 

 

Przytuliła się do niego, zadowolona, że ją zrozumiał. 

 

- Znajdę jakieś rozwiązanie, żebyśmy nie musieli jechać do Dalsrud – rzekła. 

 

- Nie zamartwiaj się tym zbytnio – odpowiedział. – Samo się jakoś ułoży. 

 

Po chwili Elizabeth poczuła, jak niczym miękki, ciemny koc otulała ją sen, odpędzając 

bolesne myśli. 
 
 

Przez  resztę  tygodnia  padało,  ale  w  końcu  sobota  wstała  słoneczna  przy  błękitnym, 

bezchmurnym  niebie,  więc  postanowili  sadzić  ziemniaki.  Pole  nie  było  aż  tak  duże,  by 
potrzebowali  konia,  ale  wystarczająco  rozległe,  by  sztywniały  im  plecy  i  bolały  nogi. 
Elizabeth  szła  za  Jensem  i  wkładała  ziemniaki  w  bruzdy.  Oby  Bóg  sprawił,  by  zbiory  się 
udały, pomyślała. 
 

- Szczęść Boże – usłyszała za plecami czyjś głos. Elizabeth aż krzyknęła ze strachu i 

szybko obejrzała się za siebie. 
 

- Nie skradaj się do ludzi w ten sposób – rzekła zirytowana do Ragny. 

background image

 

61

 

- Rozmarzyłaś się w czasie pracy? – spytała teściowa zjadliwie. 

 

Elizabeth nie miała siły się z nią droczyć. 

 

Po chwili podszedł do nich Jens. 

 

- Coś szczególnego leży ci na sercu, skoro zdecydowałaś się przyjść aż tutaj w samym 

ś

rodku dnia? 

 

- Tak chciałam się dowiedzieć, czy jesteście gotowi do jutrzejszej podróży do Dalsrud 

– odparła Ragna i popatrzyła na nich po kolei, a potem utkwiła wzrok w czarnych od ziemi 
rękach  Elizabeth.  –  Jakim  sposobem  tak  się  umazałaś?  Chcesz  jechać  z  takimi  czarnymi 
palcami? 
 

- Nie sądzę… - zaczął Jens, ale Elizabeth mu przerywała. 

 

- Do tego czasu je domyję. Będziemy gotowi w samą porę. Nie martw się. 

 

Posłała Jensowi spojrzenie, mówiące, by się nie odzywał. A sama uśmiechnęła się do 

Ragny i ciągnęła dalej: - Naprawdę wyczekiwaliśmy tej podróży. Dobrze nam zrobi, gdy na 
trochę się stąd wyrwiemy i pogawędzimy z innymi ludźmi. Prawda, Jensie? 
 

Jens przytaknął niechętnie, ale nic nie powiedział. 

Ragna  zdawała  się  nieco  zabita  z  tropu,  ale  zaraz  skinęła  głową  i  uśmiechnęła  się 
zadowolona. 
 

-  W  takim  razie  zejdziecie  na  dół  jutro  przed  południem?  Jesteśmy  zaproszeni  na 

obiad, chyba już mówiłam? 
 

-  Nie,  jeszcze  nie  wspomniałaś  –  odparła  Elizabeth.  –  Ale  to  naprawdę  miło.  Miałaś 

rację, że Dalsrudowie są ludźmi, jakich mało. Są niespotykanie gościnni. 
 

- Dobrze, w takim razie zadowolona Ragna i ruszyła z powrotem do domu. 

 

- Czyś ty całkiem rozum postradała?! – zawołał ostro Jens, kiedy Ragna nie mogła ich 

już słyszeć. 
 

- Nie. Wiem, co robię – odpowiedziała Elizabeth. – Rozmyślałam o tym przez wiele 

dni, więc się nie denerwuj. Jakoś to będzie. 
 

- Zamierzasz jechać?- niepokoił się Jens. 

 

Uśmiechnęła się tylko zamyślona. Wiedział, że niczego więcej od niej nie dowie, więc 

już się nie odzywał. 
 

Elizabeth  aż  do  bólu  szorowała  ręce,  ale  ziemia  tak  głęboko  wniknęła  we  wszystkie 

pory,  że  trzeba  się  było  nieźle  natrudzić,  żeby  ją  zmyć.  Elizabeth  nie  śpieszyła  się  z 
szykowaniem do wyjścia, cierpliwie wysłuchując narzekań Jensa. 
 

- Wydawało mi się, że mówiłaś, że nie pojedziemy do Dalsrud – rzekł, mocując się z 

guzikami u rękawów koszuli. 
 

-  Dotrzymam  tego,  co  obiecałam.  Jeżeli  trochę  poczekasz,  załatwię  to  –  rzekła 

spokojnie i narzuciła jedwabny szal na ramiona.  – Dobrze wyglądam? – spytała i odwróciła 
się do męża. 
 

- Zawsze jesteś piękna – odparł i podszedł do niej. 

 

- A jak fryzura? 

 

- Świetnie się trzyma – zapewnił. – Jednak nie pojmuję, dlaczego… 

 

- Nie myśl o tym – przerwała mu.  

 

- Powinniśmy już być w Heimly – zauważył niechętnie. 

 

- Wiem – przyznała spokojnie. – Ale czekam, aż Ragna po nas przyjdzie. 

 

- Dlaczego? – nie rozumiał. 

 

Zanim  Elizabeth  mu  odpowiedziała,  usłyszeli  czyjeś  kroki  w  sieni,  i  zaraz  potem  w 

drzwiach stanęła Ragna czerwona na twarzy i wyraźnie poirytowana. 
 

- Co się, u licha, z wami dzieje! – rzuciła w progu i utkwiła wzrok w synowej. 

 

Jakie  to  typowe,  westchnęła  w  duchu  Elizabeth.  Zawsze  to  ja  jestem  winna.  Tym 

razem chyba rzeczywiście tak było. 

background image

 

62

 

- Właśnie wychodziliśmy – rzekła na głos. Zatoczyła się trochę i musiała przytrzymać 

się krawędzi stołu. 
 

-Źle się czujesz? – zaniepokoił się Jens i podszedł do niej. 

 

Powoli się wyprostowała. 

 

- Nie, tylko mi się zakręciło w głowie. Ale to przejdzie. 

 

- Mam nadzieję, ze się teraz nie rozchorujesz – rzekła Ragna. 

 

- Ja też – przyznała Elizabeth. – Tak się cieszyłam na ten wyjazd. – Znowu musiała się 

przytrzymać. Oddychała ciężko, a jedną rękę przyłożyła do ust. – Przepraszam – wybełkotała 
i wybiegła do ustępu. Tam szybko zamknęła się na haczyk i wyjrzała przez rozeschnięte deski 
na  podwórze.  Wyjdą  za  nią?  Jeśli  tak,  włoży  palec  do  gardła.  Postała  tak  dłuższą  chwilę,  a 
potem powoli wróciła do domu. 
 

Ragna i Jens wyszli jej na spotkanie. 

 

- Wymiotowałaś? – chciał wiedzieć Jens i przyjrzał się jej badawczo. 

 

- Może spodziewasz się dziecka? – spytała teściowa wprost. 

 

Elizabeth poczuła wyrzuty sumienia, że kłamie. 

 

- Nie, to nic poważnego i zaraz mi przejdzie. Jestem tylko zmęczona. 

 

Ragna prychnęła. 

 

-  Na  pewno  wkrótce  poczuje  się  lepiej  –  rzekła  Elizabeth  z  przekonaniem.  – 

Jedziemy? 
 

-  Nie,  potrzebujesz  spokoju,  połóż  się  do  łóżka  –  nakazała  Ragna  władczo.  –  Jens 

może się zająć dziś oborą a poza tym przy niedzieli nie ma zbyt wiele do roboty. 
 

Elizabeth skinęła głową i pozwoliła, by Jens podprowadził ją do pryczy i położył. 

 

- Tylko trochę odpocznę, to będę mogła jechać z wami – rzekła słabym głosem. 

 

- Nie chcę więcej słyszeć tych bzdur – burknęła Ragna szorstko. – Jak wrócę, zajrzę tu 

do ciebie. 
 

Ragna nie zdążyła jeszcze dobrze zamknąć za sobą drzwi, gdy Elizabeth wstała. 

 

- Nie, leż spokojnie – upomniał ją Jens zmartwiony. 

 

- Jestem zdrowa – rzekła krótko. – Nic mi nie było, ale nie miałam odwagi wyjawić ci 

mego planu. Mógłbyś się zdradzić. 
 

Przez chwilę wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami. 

 

- To niewiarygodne, jak ty dobrze potrafisz kłamać – zauważył z powagą. 

 

Na  Elizabeth  podziałało  to  jak  kubeł  lodowatej  wody.  Gdyby  tylko  wiedział,  że 

naprawdę jestem w tym świetna, pomyślała. 
 
 

Zdjęła odświętne ubranie i schowała do kufra. Niepokój dawał o sobie znać, jak cierń 

pod  skórą.  Przez  cały  czas  czuła  na  sobie  wzrok  Jensa.  Zupełnie  jakby  niedowierzał,  że 
potrafiła wymyślić takie kłamstwo. 
 

Ragna nie przyszła, ale pod koniec dnia zajrzał do nich Jakob. Jens poszedł po torf i 

Elizabeth  była  sama  kiedy  rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Teść  przygładził  włosy  i  spytał 
synową o zdrowie. 
 

-  Dziękuję,  już  mi  lepiej  –  odpowiedziała.  Zawsze  lubiła  Jakoba,  był  dobrym 

człowiekiem, dlatego było jej przykro, że musi go okłamywać. 
 

-  Ragna  też  się  o  ciebie  niepokoiła  –  rzekł  Jakob.  –  Ale  nie  miała  czasu  do  was 

przyjść. Prosiła mnie, bym cię pozdrowił. I mam jeszcze coś dla ciebie, od Kristiana! 
 

Elizabeth stłumiła krzyk, wpatrywała się bezmyślnie w kopertę, którą Jakob jej podał. 

Broniła  się  przyjęciem  koperty,  tak  jakby  znajdowało  się  w  niej  coś  groźnego.  Wahała  się 
póki,  nie  usłyszała  w  sieni  kroków  Jensa.  Wtedy  szybko  ją  chwyciła  i  wsunęła  głęboko  do 
kieszeni  spódnicy.  Chciała  poprosić  Jakoba,  żeby  nic  o  tym  nie  mówił  Jensowi,  ale  było  za 
późno. W tej samej chwili mąż stanął w kuchni. 

background image

 

63

 

- Posiedź trochę, muszę na chwilę wyjść – zwróciła się do Jakoba i wybiegła za drzwi. 

Znów  wychodek  stał  się  jej  ratunkiem.  W  wychodku  rozerwała  kopertę  i  zaczęła  czytać  w 
ś

wietle padającym przez szpary w ścianie. 

 
 

Droga Elizabeth, 

 

serce  mi  krwawi,  że  nie  mogłaś  złożyć  choćby  krótkiej  wizyty.  Dobrze  byłoby  Cię 

znowu zobaczyć, gdyż od ostatniego naszego spotkania minęło dużo czasu. 
 

Jak się czuje Jens? To prawdziwa tragedia, że ma tak okaleczoną twarz. 

 
 

Musiała się opanować, by przeczytać resztę listu. Czyżby się nie domyślała, że znała 

całą  prawdę  o  wypadku?  Głęboko  zaczerpnęła  powietrza  i  szybko  przebiegła  wzrokiem 
kolejne linijki. 
 
 

zakładam, że opowiedział Ci wszystko: jak wyciągnął nóż przeciw mnie i że działałem 

w obronie własnej. 
To dla jego dobra nikomu o niczym nie powiedziałem. 
 

 

 

 

 

 

 

Najserdeczniejsze pozdrowienia 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Od Kristiana 

 
 

Elizabeth ogarnął gniew, podarła list na drobne kawałeczki i wrzuciła di ustępu. 

 

- To tam jest miejsce dla czegoś takiego – mruknęła z grymasem. Pomyśleć tylko, że 

Kristian mógł być tak zuchwały, by próbować zasiać w niej wątpliwość w związku z tym, co 
się stało, pomyślała i jak najszybciej wróciła do domu. 
 

Gdy weszła do kuchni, zastała tam tylko Jensa i Ane. 

 

- Czy Jakob już poszedł? – spytała zdziwiona. 

 

- Tak, przed chwilą. Śpieszył się. 

 

Elizabeth skinęła głową. Gdyby teść wspomniał  Jensowi o liście, ten natychmiast by 

jej o tym powiedział, była tego pewna. 
 
Rozdział 11 
 
 

Elizabeth  siedziała  na  plaży  i  patrzyła  na  dzieci,  bawiące  się  nad  brzegiem  wody. 

Gorące lipcowe słońce sprawiało, że morze lśniło, jak gdyby kąpał się w nim tysiące gwiazd. 
Nieopodal  płynął  edredon  z  czterema  puchatymi  pisklętami  podążającymi  rzędem  z  tyłu. 
Zanurzały się w niewielkich falach i cały czas rozglądały dokoła. Elizabeth kuliła palce stóp 
w białym piasku, nabierała też trochę w dłonie i przesiewała między palcami, nie spuszczając 
wzroku  z  Ane.  Dziewczynka  skończyła  trzynaście  miesięcy.  Stąpała  niepewnie  na 
chwiejnych,  tłuściutkich  nóżkach  i  oglądała  uważnie  wszystko,  co  znalazła.  Słaby  podmuch 
wiatru targał lekko jej jasne włosy. 
 

Matia krzyknęła od wody: 

 

- Indianne, chodź tu. Woda jest gorąca! 

 

Olav  podwinął  spodnie  i  wszedł  do  wody,  aż  sięgnęła  mu  nad  kolana.  Cały  czas 

pilnował, by znaleźć się trochę dalej od brzegu niż Maria. Elizabeth roześmiała się w duchu. 
Nikt  jej  nie  powie,  że  woda  jest  gorąca.  Była  lodowata.  Ale  latem  zawsze  taplali  się  w 
wodzie, usta mieli sine, a gęsia skórka pokrywała ramiona i nogi, ciągnęło ich do wody. 
 

Elizabeth  zobaczyła  Dorte  i  przywołała  ją  ruchem  ręki.  Kobieta  usiadła  na  piasku  i 

pozwoliła Danielowi pobiec do dzieci. Jego rude włosy lśniły w słońcu. 
 

- Będzie z niego przystojny mężczyzna, kiedy dorośnie – zauważyła Elizabeth, a Dorte 

pokraśniała  z  radości.  –  Może  kiedyś  z  tych  dwojga  będzie  para?  –  mówiła  dalej  z 
uśmiechem. 

background image

 

64

 

Dorte wzięła wysuszony morszczyn i skruszyła go między palcami. 

 

- Ale nie są podobnego pochodzenia. Ane znajdzie chyba lepszego kandydata na męża 

niż mój Daniel. 
 

Elizabeth rozzłościła się. 

 

- Przestań, Dorte. Mam nadzieję, że nie nauczysz Daniela, że jest mniej wart niż inni 

ludzie! 
 

Dorte uśmiechnęła się przelotnie, obracając w palcach morszczyn. 

 

- No nie, nie jest mniej wart… - przyznała z wahaniem.  – Ale niezależne od tego, jak 

to nazwiemy, niektórzy uważają się za lepszych niż inni. 
 

- Nie w mojej rodzinie – rzekła Elizabeth stanowczo, ale rozumiała, co Dorte miała na 

myśli. 
 

Zapadła cisza. Tylko ostrygojad skrzeczał żałośnie. Jako mała dziewczynka Elizabeth 

wyobrażała sobie, że ptaki zawodzą z bólu. Ojciec powiedział jej, że to skorupiaki je gryzą, 
więc ona biegała za biednymi ptakami, żeby je ratować. 
 

- Dlaczego się uśmiechasz? – spytała Dorte. 

 

-  Nie,  nic,  przypomniało  mi  się  tylko  coś  z  dzieciństwa.  A  co  u  ciebie,  Dorte?  – 

spytała. Dawno się nie widziałyśmy. 
 

Nietrudno  się  było  domyślić,  że  Dorte  coś  gnębi.  Ze  smutkiem  wpatrywała  się  w 

morze. 
 

-  Słyszałam  niedawno,  że  ojciec  Daniela  ożenił  się  po  raz  drugi  –  wyznała 

zdławionym głosem. 
 

Elizabeth objęła ją ramieniem. 

 

- Jest ci przykro? – spytała ze współczuciem. 

 

- Właściwie nie wiem – odparła Dorte. – Wyjechał na południe kraju. Jego nowa żona 

spodziewa się dziecka. – Przełknęła ślinę i próbowała się uśmiechnąć. 
 

Elizabeth milczała, nie chciała Dorte przerywać. 

 

- Nie, jak się dobrze zastanowię, nie sprawia mi to przykrości – rzekła Dorte twardo. – 

Nie chciałabym, żeby wróciła. Nigdy! Za bardzo mnie zranił, kiedy tak po prostu odszedł. 
 

- Rozumiem – rzekła Elizabeth z przekonaniem. 

 

-  Tylko  co  powiem  Danielowi,  kiedy  spyta  o  ojca?  –  spytała  Dorte,  wpatrując  się 

swymi zielonymi oczami w Elizabeth. 
 

- Nie wiem – odpowiedziała szczerze. – Najlepiej powiedz mu prawdę. 

 

- Sprawię  mu przykrość. 

 

-  Na  pewno,  ale  kiedyś  być  może  chłopiec  dowiedziały  się  o  tym  od  kogoś  innego. 

Lepiej,  żeby  to  usłyszał  od  ciebie.  Ale  masz  dużo  czasu  do  namysłu,  Dorte.  Daniel  jest 
jeszcze taki mały. 
 

Elizabeth spojrzała na dzieci. Daniel znalazł muszelkę, wsunął ją do ust i smakował. 

Potem  podał  ją  Ane.    Maria  i  jej  rówieśnicy  wyszli  z  wody  i  teraz  robili  odciski  stóp  na 
piasku.  Nad  samą  wodą  piasek  był  żółto-  biały  i  twardy.  Dorte  wstała  i  zeszła  na  dół  do 
Daniela i Ane. 
 

Ach,  nie  ma  to  jak  być  beztroskim  dzieckiem,  pomyślała  Elizabeth,  wzdychając  i 

spojrzała Tangholmen. Przyszedł jej do głowy pewien pomysł. A gdyby tak namówić Jensa i 
razem z nim któregoś dnia tam popłynąć? Moglibyśmy zabrać ze sobą coś do jedzenia i picia 
i wybrać się tam tylko we trójkę… Właściwie dlaczego nie dzisiaj? 
 

Powoli docierał do niej głos Indianne. 

 

- Wiesz, Mario, jak byliśmy w Dalsrud, to jedliśmy ciasto z grubą warstwą kremu! 

 

Elizabeth zamieniła się w słuch, gdy Maria odpowiadała. 

 

- Kiedyś Elizabeth tam pracowała i wtedy na pewno codziennie jadła takie ciasta! 

 

- Pamiętam, że twoja siostra tam była – odparła Indianne. – Kristian o niej opowiadał. 

background image

 

65

 

Elizabeth  wstrzymała  oddech.  Próbowała  dowiedzieć  się  od  Ragny,  jak  się  udały 

odwiedziny w Dalsrud, ale nie usłyszała nic konkretnego. W tej samej chwili wróciła Dorte, i 
słowa dziewczynek już do Elizabeth nie docierały. 
 

-  Wydaje  mi  się,  że  Daniel  jest  dziwnie  gorący  –  stwierdziła  Dorte  zmartwiona  o 

wzięła synka na ręce. 
 

Elizabeth skinęła bezwiednie głową. Jej uwagę skipiały Maria i Indianne. Jednak teraz 

dziewczynki zajęły się już czymś inny,. 
 

-  Na  pewno  szybko  mu  przejdzie  –  rzekła.  –  Małe  dzieci  z  byle  powodu  mogą 

gorączkować. – Wstała i otrzepała piasek ze stóp Ane. – Mario, pora wracać – krzyknęła. – 
Robota czeka. 
 

 

 

Dopiero kiedy została sama z siostrą, miała okazję czegoś się dowiedzieć, 

 

- Mario – zaczęła niepewnie. –  Indianne mówiła coś, że Kristian wspomniał o mnie, 

kiedy z Ragną były w Dalsrud. Co takiego powiedział? 
 

Maria wzruszyła ramionami, 

 

- Nie wiem. Nie mówiła, bo nie pytałam. A dlaczego? 

 

- Nie, nic – odparła Elizabeth, żałując, ze w ogóle poruszyła ten temat. 

 
 

Po kolacji Elizabeth objęła męża za szyję i spytała. 

 

- Jens, co byś powiedział, gdybyśmy wzięli łódź i popłynęli do Tangholmen? 

 

-  A  po  co?  –  zdziwił  się.  –  I  co  z  Ane?  –  Wskazał  głową  na  córkę,  która,  stojąc  na 

niepewnych nóżkach, szperała w kuchennej szufladzie. 
 

-  Czy  wygląda  na  zmęczoną?  –  spytała  Elizabeth  wesoło  i  przytuliła  się  do  męża. 

Poczuła, że zadrżał, gdy znalazła się tak blisko,  i to ją ucieszyło. –  Nie  uważasz, że byłoby 
przyjemnie? 
 

Zastanawiał się przez chwilę, gładząc ją po plecach. 

 

- No, dobrze – rzekł i uśmiechnął się do niej. 

 

Lekki  wiatr  rozwiewał  jej  włosy.  Mewy  fruwały  nad  nimi  i  skrzeczały  ochryple,  ale 

poza  tym  nad  fiordem  panowała  cisza.  Elizabeth  przypomniała  sobie  czasy,  gdy  jako  dzieci 
wypływali w letnie noce, na czarniaki. Tylko Ane siedząca na jej kolanach, uświadamiała jej, 
ż

e tamte czasy minęły. A może nie? – pomyślała niespodziewanie. Teraz robili dokładnie to 

samo,  wypłynęli  późny,  wieczorem.  Tylko  że  w  tej  chwili  mogli  dzielić  owo  przeżycie  z 
córką. 
 

-  Podpłyń  na  drugą  stronę  i  przybij  do  brzegu  –  rzekła  do  Jedna.  –  Ta,  jest  zaciszna 

zatoczka, nikt nas nie zobaczy z lądu. 
 

Uczynił, jak poprosiła, i po chwili byli na miejscu. 

 

- Skoro już tu jestem, to nazrywam trochę roślin – rzuciła przez ramię i zdjęła z szyi 

chustę.  Zaskoczyło  ją  bogactwo  kwiatów,  mchów  i  kory.  Znajdzie  tu  coś  do  farbowania 
wełny, na przyprawy i lekarstwa. 
 

 

 

Kilka godzin później słońce schodziło do morza, ale mimo to było jasno jak w dzień. 

Letnie  noce  zawsze  powinny  być  takie,  pomyślała  Elizabeth,  kładąc  się  na  wrzosie  obok 
Jensa. Nieco dalej na miękkim posłaniu z derki spała Ane okryta kocykiem. 
 

Niebo  wydawało  się  odległe,  a  światło  stało  się  tak  jaskrawe,  że  Elizabeth  musiała 

zmrużyć oczy. Jens zerwał źdźbło trawy i połaskotał ją w szyję. Roześmiała się i spojrzała na 
niego zaczepnie. 
 

- Wykąpiemy się? – spytała. 

 

- Co? Jest strasznie zimno – rzekł z niechęcią. 

 

- Dzieciaki kąpały się dzisiaj. Tchórzysz? – rzuciła wyzywająco, wstała i spojrzała na 

męża z góry. 

background image

 

66

 

- Ja ci dam tchórza! – odparł i zaczął się rozbierać. W końcu stanął przed nią nagi jak 

go Pan  Bóg stworzył. Gdy słońce świeciło mu  w plecy, wyglądał jak wyjęty prosto z bajki, 
pomyślała Elizabeth. Jego jasne włosy i opalona skóra lśniły. 
 

Elizabeth zdjęła ubranie i poczuła się wolna. Z rozkoszą napawała się letnim wiatrem, 

który muskał jej ciało jedwabistą pieszczotą. Rozwiązała wstążkę przy warkoczu i potrząsnęła 
głową, aż gęste włosy opadły jej na plecy. 
 

- Jesteś jak huldra – szepnął Jens, wziął ją za rękę i razem zbiegli na brzeg. 

 

Jens krzyknął, kiedy zimna woda dotknęła jego nagiej skóry. Elizabeth syknęła, lecz 

zaraz  zanurzyła  w  fiordzie  całe  ciało,  pozwalając  mu  oswoić  się  z  chłodem.  Jens  odpłynął 
trochę dalej, a Elizabeth przyglądała mu się z radością. 
 

- Chodź dalej – kusił, podając jej rękę. 

 

Elizabeth chwyciła ją i z wahaniem ruszyła za nim, lecz po chwili zaczęła się opierać. 

 

- Nie, nie mam odwagi! Tam może być grząsko. 

 

- Tutaj nie jest – zapewnił. – Ale skoro się boisz, to nie musimy. 

 

Spojrzała na niego z wdzięcznością. Od czasu, kiedy niemal się utopiła, ciągle jeszcze 

odzywał się w niej strach. 
 

Położyli się na wodzie, a drobne fale igrały z ich skórą, aż tworzyła się na niej gęsia 

skórka. 
 

- Chodź – rzekł Jens i poprowadził Elizabeth za sobą na brzeg. – Zimno ci? – spytał i 

zarzucił kek na ramiona swoją koszulę. 
 

- zamoczy się i pogniecie – zauważyła, ale nie zdjęła koszuli. Tak cudownie pachniała 

Jensem. 
 

Wtuliła  się  w  ramiona  męża,  odsunęli  się  na  miękki  mech.  Położyła  się  na  nim, 

całowała go i smakowała, słone krople wody i nagrzaną słońcem skórę. 
 

- Kocham cię, Jensie – szepnęła, uświadamiając sobie, że zbyt rzadko mu to mówi. 

 

- Ja też cię kocham. 

 

Elizabeth  ukryła  te  chwile  głęboko  w  sercu.  I  ona,  i  Jens  raczej  w  czynach  niż  w 

słowach  okazywali  sobie  uczucia,  pomyślała,  całując  jego  brzuch.  Jej  usta  były  miękkie  i 
delikatne,  a  każdy  pocałunek  zdawał  się  miłosnym  wyznaniem.  Zapach  wrzosu  i  mchu 
podniecał ją w nowy, niezwykły sposób. Odrzuciła głowę do tyłu. 
 

Jens ujął jej piersi w dłonie, pieścił brodawki językiem, aż zakręciło się jej w głowie. 

Powoli ześlizgnęła się w dół po jego silnym ciele i krzyknęła z rozkoszy, gdy poczuła, ze w 
nią wszedł. Słońce osunęło się do morza, barwiąc niebo na czerwono, jakaś mewa odezwała 
się gdzieś daleko, a morze leniwie uderzało o brzeg. Elizabeth pogrążyła się w nieziemskiej 
rozkoszy. 
 

Potem leżeli mocno przytuleni, a cudowne odprężenie wypełniało ich ciała. 

 

- Nie wiedziałam, że umiesz pływać – zagadnęła sennie. 

 

-  Nauczyłem  się  jeszcze  jako  dziecko  –  odparł  i  ciągnął  w  zamyśleniu:  -  Jakonb 

mówił,  że  lepiej  tego  nie  umieć,  bo  jeśli  dojdzie  do  katastrofy  na  morzu,  to  człowiek  tylko 
dłużej cierpi. Ale wiesz, dzieci nie zawsze słuchają dorosłych. Pływałem, kiedy nikt mnie nie 
widział. 
 

- Tak, tak to jest z dziećmi – przyznała Elizabeth, usiadła i poszukała swojego ubrania. 

–  A  jeśli  ktoś  nas  widział?  –  dodała.  –  Albo  dowiedział  się,  że  wybraliśmy  się  na  wyspę  w 
ś

rodku  nocy,  w  dodatku  z  małym  dzieckiem!  –  Poczuła  miłe  łaskotanie  w  dole  brzucha. 

Odchyliła głowę i uśmiechnął się do męża. 
 

Pocałował ją w nos i roześmiał się. 

 

- Jesteś zwariowaną dziewczyną, wiesz? – spytał, ale nie czekał na odpowiedź, tylko 

dodał poważnie. – I kocham cię za to, że właśnie taka jesteś. 
 

background image

 

67

 

Elizabeth  siedziała,  trzymając  na  kolanach  wielki  pęk  roślin,  i  przysłuchiwała  się 

wodzie,  uderzającej  o  dno  łodzi.  Kiedy  byli  dziećmi,  Jens  straszył  ją,  że  to  puka  potwór 
morski.  Udawała,  że  w  to  wierzy,  żeby  sprawić  Jenosiw  przyjemność.  Jednak  wszyscy 
wiedzieli, że potwór morski pokazuje się tylko w czasie sztormu. 
 

Poczuła powiew zimnej bryzy i poszedł ją dreszcz. 

Ż

ałowała,  że  nie  zabrała  kurtki.  Ogarnął  ją  dziwny  niepokój,  którego  nie  potrafiła  nazwać. 

Poprosiła Jensa, żeby trochę szybciej wiosłował. 
 

- Do czego ci się tak śpieszy? – spytał. 

 

Nie odpowiedziała. 

 

Kiedy zbliżali się do lądu, zobaczyła schodzącą nad brzeg Ragnę. Teściowa rozglądała 

się,  jak  gdyby  kogoś  szukała,  i  po  chwili  ich  dostrzegła.  Zaparła  się  pod  boki  i  czekała. 
Elizabeth poczuła ucisk w żołądku. 
 

- Ragna stoi na brzegu i na nas czeka – zauważyła ponuro. 

 

- Na pewno rozsadza ją ciekawość, gdzie byliśmy – odparł. 

 

- Myślę, że chodzi o coś jeszcze – domyślała się Elizabeth. 

 

Piersi Ragny pracowały jak miechy, kiedy oboje wyszli z łodzi. 

 

- Gdzie wy, u licha, podziewaliście? – syknęła. 

 

- Czy czegoś od nas chcesz? – spytał Jens, wyciągając łódź. 

 

- Tak, nie możecie tak po prostu znikać w ten sposób bez słowa! 

 

-  A  czy  ty  zawsze  nas  informujesz,  dokąd  idziesz?  –  spytał  Jens.  Chciał  powiedzieć 

coś jeszcze, ale Elizabeth posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. 
 

Ragna mówiła dalej, zwracając się do synowej. 

 

- Daniel jest chory. To dlatego cię szukała, 

 

Elizabeth poczuła, jakby serce w niej zamarło, i ogarnął ją lodowaty strach. 

 

- Co mu jest? 

 

- Ma bardzo wysoką gorączkę. Dorte odchodzi od zmysłów. 

 

-  Skoro  dziecko  jest  tak  bardzo  chore,  to  powinniście  posłać  po  doktora  –  rzekł 

zmartwiony Jens. 
 

- Nie ma  go – odparła Ragna krótko. – Dorte pytała o  ciebie,  Elizabeth. Poszłam do 

Dalen, ale was nie znalazłam. Czy możecie mi teraz powiedzieć, gdzieście się podziewali? 
 

- Nie – odrzekł Jens krótko i zwrócił się do Elizabeth. – Idź do Dorte, a ja położę Ane 

spać. 
 

-  Dlaczego  masz  takie  mokre  włosy?  –  spytała  Ragna  i  przyjrzała  się  Elizabeth, 

mrużąc oczy. 
 

Elizabeth poczuła, że ogarnia ją gniew. 

 

- Kąpaliśmy się – powiedziała i spojrzała teściowej prosto w oczy. 

 

Ragna nie odezwała się, odwróciła się tylko na pięcie i odeszła. 

 
 

Elizabeth bez pukania wpadła do domu Dorte. 

 

- Co mu jest? – spytała i przyłożyła dłoń do czoła Daniela. 

 

Dorte nie odpowiedziała. Stała w milczeniu ze słabnącym dzieckiem na ręku. 

 

- Jest bardzo gorący – stwierdziła Elizabeth. – Rozbierz go. Trzeba go ochłodzić. 

 

Dorte z wahaniem spełniała polecenie. 

 

- Myślisz, że dobrze zrobimy, jeśli go rozbierzemy? 

 

-  Jestem  pewna  –  odparła  Elizabeth  i  przyniosła  trochę  wody  w  filiżance.  –  Masz, 

spróbuj go napoić. Musi dużo pić. 
 

Daniel  z  trudem  upił  kilka  małych  łyczków,  ale  za  każdym  razem  z  trudem  łapał 

powietrze. 
 

-  Dobrze  –  rzekła  Elizabeth.  –  Teraz  przygotuję  dla  niego  lekarstwo  –  oznajmiła  i 

otworzyła zawiniątko, które trzymała w dłoni. 

background image

 

68

 

- Co mu jest? – zduszonym głosem spytała Dorte. 

 

-  To  tylko  przeziębienie.  Kaszel  i  trochę  gorączki  to  nic  niezwykłego  –  wyjaśniła, 

starając się zachować spokój, jednak nie całkiem jej się to udało. 
 

-  Z  takimi  małymi  dziećmi  nigdy  nic  nie  wiadomo  –  westchnęła  Dorte  i  wytarła 

Danielowi nos chusteczką. 
 

Elizabeth nastawiła w garnku wody, dmuchnęła w żar i odpowiedziała. 

 

- To prawda, a najgorzej jak dostaną wysokiej gorączki. Ale nie martw się, postaram 

się, by zaraz spadła. – Uśmiechnęła się do Dorte, żeby jej dodać otuchy. – Rozumiem, że się 
boisz, ale możesz być spokojna. 
 

- Łatwo ci mówić! 

 

Elizabeth  nie  odpowiedziała,  tylko  skupiła  się  na  parzeniu  ziołowej  herbaty,  która 

powinna trochę obniżyć gorączkę i ułatwić dziecku oddychanie. Dorte dreptała po izbie tam i 
z  powrotem.  Daniel  kasłał  sucho  i  pojękiwał  cicho.  Elizabeth  rozumiała  strach  Dorte.  Sama 
czułaby  podobnie,  gdyby  to  Ane  zachorowała.  Zamoczyła  ściereczkę  w  wodzie  i  podała  ją 
Dorte. 
 

- Ochłodź go trochę tą zimną ścierką, to mu dobrze zrobi – poradziła. 

 

Dorte  w  milczeniu  zrobiła  to,  co  Elizabeth  jej  kazała.  Wkrótce  potem  herbatka  była 

gotowa. 
 

- Spróbuj dać mu to do picia – poleciła Elizabeth. 

 

Dorte  podmuchała  trochę  na  wrzątek,  zanim  podała  napój  Danielowi.  Kiedy  malec 

wszystko  wypił,  Dorte  znów  zaczęła  z  nim  chodzić  po  pokoju.  Elizabeth  wodziła  za  nią 
wzrokiem. Patrzyła na jej drżące plecy. 
 

- Dorte, usiądź na ławie – rzekła władczo. Wzięła od niej chłopca i usidła obok. 

 

- Jesteś zmęczona, prawda? – spytała. – Ty też potrzebujesz odpoczynku; nikt nie jest 

w stanie znosić takiego napięcie w nieskończoność. Wszystko się ułoży, Dorte. Dotknij tutaj. 
Zobacz. Daniel już nie jest taki gorący! 
 

Dorte położyła dłoń na policzku synka, skinęła głową i uśmiechnęła się blado. 

 

- Dziękuję – szepnęła. – Zachowałam się głupio. Widziałam cię przez okno w kuchni, 

jak wróciłaś. Pokłóciłaś się z Ragną i to moja wina. 
 

- Bzdura! To zrozumiałe, że obawiałaś się o swoje dziecko, a jeśli chodzi o Ragnę, to 

nie dbam o to, co mówi albo myśli. 
 

- Jesteś twarda, Elizabeth. 

 

- Tak mówią. Ale tym się też nie przejmuję. 

 

Dorte roześmiała się po raz pierwszy od przyjścia Elizabeth. 

 

Elizabeth również musiała się uśmiechnąć, ale zaraz spoważniała. 

 

-  Nie  wiesz  przypadkiem,  dlaczego  Ragna  i  Jakob  zostali  zaproszeni  do  Dalsrud?  – 

spytała szybko. 
 

- Nie, a dlaczego? 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami. 

 

-  Wydawało  mi  się  to  dziwne,  ponieważ  teściowe  nigdy  wcześniej  nie  mieli  z 

Dalsrudami nic wspólnego. 
 

-  Hm,  mówili  sobie  tylko  „dzień  dobry,  o  ile  wiem  –  przyznała  Dorte.  –  Trochę 

rozmawiali przed kościołem i tyle. 
 

Tak,  pomyślała  Elizabeth,  ale  nic  poza  tym.  Wolała  zostawić  ten  temat  i  szybko 

wstała. 
 

- Zostawię tu trochę swoich ziół. Jeśli Daniel znowu zagorączkuje, to zaparz mu z nich 

herbatkę, ale nie sądzę, żeby to było konieczne. 
 

Dorte również się podniosła i spojrzała czule na synka.  

 

- Ale smacznie śpi – rzekła cicho. 

background image

 

69

 

-  Tak,  on  też  był  zmęczony  –  stwierdziła  Elizabeth  i  ostrożnie  podała  chłopczyka 

matce. 
 

- Obje potrzebujecie teraz odpoczynku. A jeśli coś cię zaniepokoi, to przyjdź do nas, 

bez względu na porę. 
 

- Bardzo dziękuję  szepnęła Dorte. – Jestem szczęściarą, że mam taką przyjaciółkę. 

 
 

Elizabeth ucieszył widok domu na wzgórzu. Dom jej i Jensa! Zerwała kilka kwiatów i 

zerknęła na niebo o północy, które słońce zabarwiło wszelkimi odcieniami czerwieni. 
 

-  Dzięki  Ci,  Boże,  że  stworzyłeś  coś  tak  pięknego  –  wyszeptała,  pokazując  ostatni 

odcinek drogi do domu. Była przekonana, że Daniel w ciągu kilku dni całkiem wyzdrowieje. 
 
Rozdział 12 
 
 

Elizabeth położyła owczą skórę na kolanach i wyjrzała przez okno. Niebo było ciężkie 

i  ciemnoszare.  Zwieźli  już  większość  siana,  ale  część  zgniła  i  nie  nadawała  się  do  użytku. 
Torfu w każdym razie uzbierali wystarczająco dużo, więc nie powinni marznąć zimą. Jednak 
późna jesień była paskudna, Elizabeth musiała to przyznać. Drzewa zrzuciły wszystkie liście, 
i stały teraz nagie i czarne. 
 

-  Co  byś  powiedział,  gdybyś  miał  popłynąć  na  zimowe  połowy  w  niedźwiedziej 

skórze, zamiast baraniej? – spytała Elizabeth i uśmiechnęła się 
 

-  To  przypomina  mi  pewną  historię,  którą  usłyszałem  jakiś  czas  temu  –  odparł  Jens. 

Siedział po przeciwnej stronie kuchni i naprawiał sieci. 
 

- Opowiedz – poprosiła. 

 

-  Hm,  to  się  zdarzyło  dwadzieścia  –  trzydzieści  lat  temu  na  Zachodnich  Lofotach. 

Pewnego  człowieka  nachodził  niedźwiedź.  No  i  ten  mężczyzna  umówił  się  z  pewnym 
Lapończykiem,  że  jeżeli  ten  upoluje  niedźwiedzia,  dostanie  w  zamian  ustaloną  ilość  owczej 
wełny.  Dziwne  w  tej  historii  jest  to,  że  niedźwiedź  grasował  w  dolinie  nazywanej 
Bjornsandalen,  prawie  tak  samo  jak  ja  tutaj!  Mówi  się,  że  to  był  ostatni  niedźwiedź  na 
Zachodnich Lofotach. 
 

Elizabeth  oparła  policzek  na  ręku  i  słuchała,  Jens,  opowiadając,  cały  czas  naprawiał 

sieć, a robił to tak szybko, że Elizabeth nie mogła wyjść z podziwu. 
 

Jens mówił dalej: 

 

- No tak, Lapończyk pojawił się w dolinie i ustrzelił niedźwiedzia, ale kiedy przyszedł 

po wełnę, nie dostał jej. Tak się z tego powodu rozzłościł, że zagroził: „Lisy i orły dokuczą ci 
gorzej  niż  niedźwiedź”.  I  tak  się  stało.  Któregoś  dnia  orzeł  zaatakował  gospodarza,  a  lis 
zadusił wiele owiec pasących się w górach. W końcu, żeby ratować ostatnie owce, mężczyzna 
zabrał  je  do  łodzi  i  wywiózł  na  wyspę.  Ale  lis  popłynął  za  nim.  Gospodarz  był  tak 
zrozpaczony, że musiał prosić inne Lapończyka o pomoc. Ten drugi nie bardzo chciał, ale w 
końcu się zgodził ale zażądał wynagrodzenia. 
 

- Miał dostać więcej? – spytała Elizabeth 

 

- Tak, tak mówią. Prawda jest taka, że chytry dwa razy traci. 

 

Elizabeth rozłożyła owczą skórę na blacie stołu i wzięła nożyce. Zawahała się trochę i 

przymierzała  w  nowym  miejscu.  Jens  powinien  mieć  nowe  ubranie  na  zimowe  połowy, 
dlatego  kiedy  zabili  owcę,  jej  skórę  przeznaczyli  właśnie  na  to.  Skóra  pachniała  tranem 
zmieszanym  z  tłuszczem  zwierzęcym.  Tym  właśnie  ją  nacierano,  żeby  nie  przepuszczała 
wody.  Razem  z  innymi  skórami,  które  im  zostały,  powinno  starczyć  na  kurtkę  i  spodnie. 
Elizabeth musiała uważać, żeby dobrze przyciąć i nie zniszczyć skóry. Zauważyła, że trochę 
trzęsie  się  jej  ręka,  i  zachciało  jej  się  śmiać  z  samej  siebie.  Potem  znalazła  nitkę,  ale  długo 
szukała igły. W końcu musiała spytać Jensa, lecz on pokręcił głową i wzruszył ramionami, a 
potem wrócił do swojej roboty. 

background image

 

70

 

Elizabeth wiedziała, że musi dzisiaj skończyć szycie. 

 

- Zejdę na dół i spytam Ragnę – rzekła zrezygnowana. 

 

W Heimly ktoś był. Z komina unosił się dym. 

 

- Dzień dobry i pokój temu domowi – przywitała się Elizabeth. 

 

- Dzień dobry, a któż to do nas zawitał? Przyszłaś sama? – spytał Jakob, zaglądając do 

sieni. 
 

- Tak, chciałam tylko spytać, czy mogłabym pożyczyć igłę do skór. 

 

-  Chyba  się  znajdzie.  Ale  wejdź  do  środka  i  siadaj.  Ragna  wzięła  dzieci  i  poszła  w 

odwiedziny  do  Storvika.  Nie  jestem  pewien,  do  kogo.  Zresztą  wszystko  jedno.  Właśnie 
zaparzyłem  sobie  trochę  kawy  –  mówił  dalej  i  zdjął  czajnik  z  haka  nad  paleniskiem.  –  Nie 
wiem  tylko,  gdzie  Ragna  trzyma  ciasto.  Może  zjadłabyś  kromkę  chleba  z  syropem  lub 
cukrem? 
 

Elizabeth pokręciła głową. 

 

- Nie, dziękuję. Nie jestem głodna, ale kawy chętnie się napiję. Tylko nie mogę zbyt 

długo zostać, bo Jens pilnuje Ane i… 
 

- Nic się nie stanie – uśmiechnął się Jakob.  Ane nie zazna krzywdy. 

 

Elizabeth  zdjęła  chustę  i  usiadła,  a  następnie  upiła  łyk  gorącego  napoju  i  zadrżała. 

Jawa była mocniejsza i bardziej cierpka niż ta, do której przywykła. Zaledwie kilka rzy mogli 
sobie z Jensem pozwolić na kawę, i to żałośnie cienką. 
 

- Jak wam się mieszka w Dalen? – spytał jakob. 

 

Elizabeth szukała przez chwile właściwych słów, którymi mogłaby opisać, jak bardzo 

pokochała to niewielkie gospodarstwo. 
 

-  Dobrze  –  odpowiedziała.  –  I  uważam,  że  z  każdym  rokiem  wiedzie  nam  się  coraz 

lepiej.  Poza  tym  wielkie  znaczenie  ma  dla  nas  to,  że  jest  nasze  własne.  Nigdy  ci  się  nie 
odwdzięczę za to, że otrzymaliśmy tę ziemię. 
 

-  Naprawdę  nie  trzeba.  –  Poszperał  w  kieszeni  i  wyjął  fajkę,  potem  napełnił  ją 

tytoniem i wstał. Wziął nieduży patyk z paleniska i zapalił ją. 
 

Poruszyła się nerwowo na krześle, zabrzęczała filiżanką, wodząc za nim wzrokiem. W 

końcu Jakob usiadł i pykał fajkę, aż białe kłęby dymu niczym dywan rozłożyły się nad jego 
głową. 
 

- Od palenia ma się mocne płuca – rzekł poważnie. 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- To nie moja sprawa, ale przestraszyłem się, że coś się u was stało – wyznał. 

 

- Co masz na myśli? 

 

-  Wczesnym  rankiem,  kiedy  musiałem  wyjść  na  chwilę,  zauważyłem,  że  odwiedził 

was lensman. 
 

- Tak, to prawda – potwierdziła. – Czy ktoś jeszcze go widział? 

 

Pokręcił głową. 

 

-  Nie,  Ragna  z  dziećmi  była  w  domu,  a  Dorte  pracowała  w  oborze.  Dostrzegłem 

lensmana w oknie kuchenny, - wyjaśnił. – Skrot twój ojciec nie wspomniał o tej wizycie ani 
słowem, to chyba on też nic nie widział. Nikomu o tym nie mówiłem, możesz być spokojna. 
 

Elizabeth  nie  wahała  się  ani  przez  chwilę,  Jakobowo  mogła  zaufać.  Dlatego 

opowiedziała  mu  całą  historię,  od  momentu.  Jak  usłyszała  głosy,  do  chwili,  gdy  lensman 
wydobył szkielet dziecka. Nie wspomniała tylko o Josefine. 
 

Fajka  zgasła,  lecz  Jaob  nawet  się  nie  ruszył,  żeby  ją  na  nowo  zapalić.  Długo 

wpatrywał się przed siebie, zanim się odezwał. 
 

-  A  więc  miewasz  wizję?  –  spytał  zwyczajnym  tonem,  jakby  gdyby  chciał  wiedzieć, 

czy na dworze pada. 
 

-  Miewam.  Kiedy  byłam  mała,  na  mamę  ktoś  rzucił  urok,  i  dlatego  taka  jestem  – 

odparła. 

background image

 

71

 

-  Hm,  sądzę  raczej,  że  już  się  z  tym  urodziłaś  –  rzekł  zamyślony.  –  Niektórzy 

posiadają ów dar. Jednak bez względu na wszystko, pielęgnuj tę zdolność, Elizabeth. Jednak 
nie chwal się nią i bacz, komu o niej opowiadasz. Ludzie potrafią być zawistni. 
 

- Tak, wiem o tym – przyznała sucho. 

 

- A więc zamierzasz uszyć Jensowi ubranie ze skóry? No tak, musi mieć ciepłą odzież, 

kiedy  znów  wyruszy  na  zimowe  połowy.  Kiedy  byliśmy  z  wizytą  w  Dalsrud,  Kristian 
powiedział, że żonaci mężczyźni to szczęściarze, bo mają kobiety, które o nich dbają. 
 

Elizabeth zachłysnęła się kawą i usiała odkaszlnąć. 

Kiedy się opanowała, pomyślała, że to właśnie okazja, na którą czekała. 
 

- Tak, pamiętam, że Dalsrudowie was zaprosili. My z Jensem też mieliśmy jechać, ale 

się rozchorowałam, więc… - urwała i zamilkła na moment. – Czy wyjazd się udał? – spytała 
krótko. 
 

- Tak, było przyjemnie. Pojechaliśmy do nich dlatego, że Kristian chciał mi sprzedać 

konia. Ale nie mogłem go kupić, bo mam dość roboty ze swoimi. Powiedziałem mu o ty. 
 

Elizabeth  poczuła  ulgę,  słuchając  słów  Jakoba.  A  więc  to  dlatego  teściowie  zostali 

zaproszenie do Dalsrud! 
 

Rozmawialiśmy    też  o  innych  sprawach,  wspominaliśmy  też  o  tobie  –  rzekł  teść, 

pociągając za swą wielką, czarną brodę. 
 

- Ach, tak, powiedziała Elizabeth, starając się przybrać obojętny ton. – A co takiego o 

mnie mówiliście? 
 

- Nic szczególnego, tylko tyle, że kiedyś ta, pracowałaś i że byli z ciebie zadowoleni. 

A  potem  rozmawialiśmy,  że  wyszłaś  za  mąż  za  Jensa,  ale  o  tym  Kristian  już  wiedział.  I 
właśnie wtedy zauważył, ze Jens miał szczęście, skoro dostał ciebie. 
 

Czy  Kristian  naprawdę  powiedział,  ze  Jesn  jest  szczęściarzem?  Wydawało  jej  się  to 

niemal dziwne. 
 

- Wiele już razy zastanawiałem się nad tym, czemu Kristian nie znalazł sobie żony – 

mówił  dalej  Jakob.  –  Jest  przecież  jedynym  spadkobiercą  całego  Dalsrud.  Jednego  z 
największych majątków w okolicy. Mówił coś o… Zaraz, jak on się wyraził… Wspomniał, że 
spotkał raz dziewczynę, w której się zakochał, ale ona już należała do innego. Skoro nie mógł 
się z nią związać, to wszystko mu jedno. 
 

Elizabeth  oniemiała.  Nagle,  niczym  błyskawica,  uderzyła  ją  pewna  myśl.  Czyżby 

Krystianowi  chodziło  o  nią?  Czyżby  był  zazdrosny?  Czy  dlatego  okaleczył  Jensa?  Ale  co 
miał znaczyć pierwszy list? Coś tu się nie zgadzało. 
 

Mane, Tekle, fares 

pisał, twoje dni są policzone, zważono cię i okazałeś się zbyt lekki. 

 

Czy to groźba pod adresem Jensa? Czyżby Kristian chciał, by Jens poznał prawdę i z 

tego  powodu  odszedł  od  Elizabeth,  tak  by  on  sam  mógł  się  z  nią  związać?  To  możliwe, 
pomyślała  i  poczuła,  jak  wstyd  pali  jej  twarz.  Skąd,  u  licha,  w  jej  głowie  takie  grzeszne 
myśli? 
 

Nagle zaczęło jej się śpieszyć i wstała. 

 

-  Zbyt  długo  się  zasiedziała,.  Bardzo  dziękuję  za  kawę  –  rzekła  i  narzuciła  szal.  – 

Masz może tę igłę? – przypomniała Jakubowi. 
 

Teść znalazł igłę i jej podał. 

 

-  Zdarza  się,  że  ja  też  trochę  szyję  ze  skóry.  Tak,  czasem  nawet  buty  –  powiedział, 

odprowadzając  Elizabeth  do  sieni.  –  Nie  wybierasz  się  przypadkiem  do  Dorte?  –  spytał 
niespodziewanie. 
 

- Właściwie nie, a dlaczego? 

 

- Ragna prosiła mnie, żebym zaniósł jej kawałek solonego mięsa. Za jakąś pracę, którą 

Dorte dla niej wykonała. 
 

- Przynieś je, to wstąpię do niej po drodze – rzekła Elizabeth. 

background image

 

72

 

Poszedł  pośpiesznie  do  jadalni,  ale  poprosił  Elizabeth,  żeby  poczekała,  i  zniknął  w 

izbie. Zostawił drzwi otwarte, więc widziała, jak otworzył małą szufladkę w sporej szkatule i 
coś wyjął. Uśmiechnął się, ale sprawił wrażenie niemal zakłopotanego, kiedy wrócił. 
 

- Proszę, weź – rzekł i podał jej dwa talary. 

 

Elizabeth długo wpatrywała się w srebrne momenty. 

 

Na  jednej  z  nich  widniał  wieniec  z  liści,  wewnątrz  którego  znajdowały  się  lew  i 

korona. Na innej dostrzegła napis: Carl XV Król Norwegii i Szwecji. Budujmy kraj prawa. 
ś

rodku  umieszczono  podobiznę  króla.  Miał  kręconą  brodę  i  włosy  ułożone  w  fale.  Był 

przystojny, stwierdziła Elizabeth. 
 

Z zakłopotaniem spojrzała Jakubowi w oczy. 

 

- Nie mogę tego przyjąć – rzekła, trzymając monety w ręce. – To za dużo. 

 

-  Nie,  nie  –  zaprotestował.  –  Kup  coś  ładnego  dla  Ane  i  jeszcze  coś  dla  was.  Nie 

dostajecie od nas zbyt wiele. 
 

- Nigdy tak nie uważałam – zawahała się, myśląc o gospodarstwie i szopie na łodzie. – 

Ale bardzo dziękuję. 
 

- No już, wracaj do domu. Jens nie może wiecznie być niańką do dziecka – mruknął 

łagodnie i popchnął ją przed siebie. 
 

Elizabeth zacisnęła monety w dłoni. Jakob zawołał za nią: 

 

- Idź ostrożnie, żebyś nie upadła i nie połamała nóg! 

 

Podniosła rękę na znak, że go słyszała, i lekkim krokiem ruszyła do Neset. 

 
 

-  Dzień  dobry  i  pokój  temu  domowi  –  przywitała  się  Elizabeth  i  złapała  w  ramiona 

Daniela, który do niej przybiegł. – O rety, jakiś ty ciężki – zawołała, huśtając malca w górę i 
w dół. 
 

- Pokaż, jaki jesteś duży, Danielu. 

 

Chłopczyk wyciągnął w górę rączki i uśmiechnął się szczęśliwy. 

 

-  Co?  Aż  tak  urosłeś?!  –  zdumiała  się  i  zrobiła  wielkie  oczy.  Po  chwili  ostrożnie 

postawiła go na podłogę. 
 

-  Czas  szybko  płynie  –  zauważyła  Dorte.  –  Pomyśleć  tylko,  że  mój  Daniel  ma  już 

półtora roku. 
 

Zawsze mówi o nim: mój Daniel, pomyślała Elizabeth. Dobrze wiedziała dlaczego. 

 

- Byłam w Heimly i Jakob poprosił mnie, żeby ci to dać – powiedziała i podała Dorte 

zawiniątko z solony, mięsem. 
 

Dziewczyna wzięła pakunek. 

 

-  Ojej,  ile  jedzenia!  Ale  sobie  sprawimy  ucztę,  mój  Danielu  –  szepnęła  i  położyła 

mięso na stole. – Och, ten Jakob, ten Jakob, on jest niemożliwy. Ragna obiecała mi mięso za 
pracę, ale nie aż tyle. Oby tylko nie zauważyła, że okazał się zbyt hojny. 
 

Z pewnością zauważy, pomyślała Elizabeth w drodze do domu. Ale Jakob i tak będzie 

miał ostatnie słowo. 
 
 

Jens  stał  w  oknie  i  wypatrywał  żony.  Elizabeth  zatrzymała  się  i  pomachała  mu,  a 

potem przyśpieszyła kroku.  
 

- Bałeś się o mnie? – spytała, gdy znalazła się w domu. 

 

- Nie mogę powiedzieć, że nie – odparł. Zaskoczony wziął pieniądze, które mu podała. 

– Skąd je masz? – zdziwił się, wpatrując się w monety. 
 

-  Dostaliśmy  je  od  Jakoba.  Był  sam  w  domu  i  nie  miał  z  kim  porozmawiać,  dlatego 

zabawiłam tak długo. 
 

- Dlaczego nam je dał? 

 

Wzruszyła ramionami. 

background image

 

73

 

-  Powiedział,  że  rzadko  coś  od  nich  dostajemy.  Nie  cieszysz  się,  Jensie?  –  spytała  i 

wyciągnęła ręce po Ane. 
 

- Oczywiście, że się cieszę. Musimy to uczcić! Chodź, zrobimy sobie kawę, bo nas na 

to stać, a jutro kupimy trochę nowej. 
 
 

Na  dworze  zaczęło  się  ściemniać,  kiedy  Elizabeth  na  powrót  zajęła  się  szyciem.  Od 

czasu  do  czasu  rzucała  spojrzenia  na  Jensa.  Siedział  na  ławeczce  przy  palenisku  i  strugał 
nowe  chodaki.  Popatrzyła  przez  okno  w  ciemność  na  pierwszy  śnieg,  który  spadł.  Doznała 
tego samego uczucia, którego zawsze doświadczała na ten widok w dzieciństwie. 
 
Rozdział 13 
 
 

Ś

nieg padał jeszcze przez kilka tygodni z zaledwie kilkudniową przerwą. 

 

Jakob zaprzągł konia do śnieżnego pługa i oczyścił drogi między budynkami, ale przy 

samych  ścianach  trzeba  było  odgarnąć  śnieg  za  pomocą  ciężkich  drewnianych  łopat.  Drogi 
pod górę do Dalen nie sposób było całkiem oczyścić, dlatego musieli używać rakiet lub nart, 
jeśli ktoś posiadał coś tak wspaniałego. 
 

Elizabeth  trzymała  w  dłoni  pudełko  szpilek  i  przymierzała  Marii  sukienkę,  którą 

przerobiła  ze  starego  ubrania  matki.  Mamie  by  się  to  podobało,  myślała  często  przy  takiej 
robocie.  Nie  pozwalała,  by  coś  się  marnowało,  a  zwłaszcza  ubrania.  Naszywała  łaty  i 
cerowała dopóty, dopóki rzecz nie nadawała się już na nic innego jak na szmaty. 
 

- Auu, ukłułaś mnie! – jęknęła Maria. 

 

- Stój spokojnie, bo nie będziesz miała nic nowego – zagroziła Elizabeth i zrobiła krok 

do  tyłu,  żeby  lepiej  widzieć.  Materiał  był  brązowy,  a  sukienka  bez  żadnych  ozdób.  Ach, 
gdyby  tak  mieć  pieniądze  na  ładne,  błyszczące  guziki!  Sukienka  wyglądałaby  wtedy  dużo 
strojniej, pomyślała rozmarzona. Ale takie rzeczy to nie dla nich. Guziki mulili robić sami z 
kości. – Będziesz śliczna jak księżniczka – rzekła na głos i uśmiechnęła się do siostry. 
 

Maria obróciła się ostrożnie na stołku, na którym stała. 

 

- Myślę, że powinnam ją schować do świąt. Jak sądzisz, Elizabeth? 

 

- Chyba tak, no i do czasu, kiedy znów zacznie się szkoła.   

 

- Wydaje mi się, że nie zacznie się wcześniej niż wiosną, bo napadało tyle śniegu, że 

dzieci  nie  dadzą  rady  chodzić  tak  daleko  –  zauważyła  Maria.  –  Ale  wiesz  co,  Elizabeth? 
Potrafię czytać i pisać równie dobrze jak Indianne i Olav. Nawet trochę lepiej, chociaż są ode 
mnie więksi. 
 

-  Starsi  –  poprawiła  ją  Elizabeth.  –  Ale  nie  przechwalaj  się  za  bardzo,  Maryjko,  to 

nieładnie. 
 

- Dlaczego? 

 

Elizabeth na poczekaniu nie znalazła odpowiednio dobrej odpowiedzi, więc skuliła się 

na zdejmowaniu sukni z siostry. 
 

- No, ubieraj się, pośpiesz się, żebyś zdążyła, zanim Jens wróci, by nie zobaczył cię w 

bieliźnie. 
 

W  sieni  rozległo  się  tupanie  i  po  chwili  do  kuchni  wszedł  Jens,  wnosząc  powiew 

zimowego powietrza. 
 

-  Zrobione!  –  oznajmił,  ściągając  czapkę  i  rękawiczki.  –  Odśnieżyłem  nową  drogę 

między budynkami, ale utrzyma się tylko do jutra, bo ciągle pada. – Powinienem wybrać się 
do sklepiku. Brakuje ci czegoś, Elizabeth? 
 

- Tak, nie mam brązowych nici, cukru i mąki na cisto świąteczne. Chyba nic poza tym. 

 

- No to musisz wybrać się ze mną. Nie znam się na tych rzeczach. 

background image

 

74

 

Elizabeth  zastanowiła  się.  Naturalnie  Jens  mógł  to  wszystko  kupić,  a  jeśli  trzeba, 

mogłaby mu to zapisać na kartce. Ale z drugiej strony dobrze byłoby się na trochę wyrwać z 
domu. 
 

- Przypilnuję Ane – zaofiarowała się Maria, zanim Elizabeth zdążyła spytać. 

 

- Dasz radę? – spytała Elizabeth pełna obaw. 

 

Maria prychnęła. 

 

- Czy dam radę? Znam takich, którzy opiekują się całą gromadką dzieci, a są w moim 

wieku. Poza tym zostawałam już z Ane sama. Zapomniałaś? Będę jej pilnować, żeby się nie 
oparzyła i żeby nie zrobiła sobie innej krzywdy. 
 

Elizabeth pokręciła głową. Nie, nie zapomniała, że siostra okazała się bardzo zaradna. 

Była dla niej wielką pomocą w czasie, kiedy Jens wypłynął na zimowe połowy. Pomyślała o 
Amandzie,  córce  komornika,  którą  poznała  w  Dasrud.  Ciekawe,  co  się  z  nią  dzieje? 
Prawdopodobnie  trafiła  do  jakiegoś  gospodarstwa  jako  służąca  i  dostaje  wyżywienie  w 
zamian za pracę. 
 

- mam zostać z Ane, czy nie?  Niecierpliwiła się Maria. 

 

Elizabeth  zawahała  się.  Ane  był  już  większa,  bardziej  ruchliwa  i  ciekawska. 

Wystarczy moment, by stało się coś złego. Zerknęła na córeczkę, która przecierała oczy. 
 

- Dobrze, zostań – zdecydowała i wzięła Ane na ręce. – Położę ją, to na pewno będzie 

spała do naszego powrotu. 
 

Maria  wzruszyła  ramionami  i  wyjęła  robótkę  na  drutach  z  torby,  którą  ze  sobą 

przyniosła. 
 

- Co robisz? – spytała Elizabeth. 

 

- Szalik dla Daiela. To prezent pod choinkę. 

 

Elizabeth  poczuła  jednoczenie  i  dumę,  i  lęk  o  młodszą  siostrę.  Maria  radziła  sobie  z 

tyloma rzeczami – czasami nawet brała na swoje barki zbyt wiele. 
 
 

Mimo, że Elizabeth ubrała się bardzo ciepło, płynąc fiordem dotkliwie marzła. Jak w 

takim  razie  Jens  musi  marznąć  w  czasie  zimowych  połowów?  Całe  dnie  spędzał  na  morzu, 
najczęściej  w  przemoczonych  rękawicach.  Zrobi  mu  na  drutach  kilka  dodatkowych  par, 
postanowiła. 
 

Przed wyjściem do sklepiku otrzepali buty ze śniegu. W środku było ciepło i gwarno. 

 

Jens  podszedł  do  znajomego.  Elizabeth  pomyślała,  że  za  każdym  razem,  gdy  tu 

wchodzi, to jakby wkraczała do innego świata. Te zapachy wszystkich towarów: skóry, kawy, 
syropu  i  cukru.  Już  samo  oglądanie  tego  bogactwa  dawało  jej  uczucie,  jakby  znalazła  się  w 
niebie. Jeśli miała okazję, przeglądała również gazety, chociaż były stare. 
 

Na  ścianie  wisiało  lustro  w  złoconej  ramie  i  Elizabeth  przez  moment  ujrzała  w  nim 

własne odbicie. Miała policzki czerwone od mrozu, czarna chusta zsunęła się do tyłu na kark, 
tak  że  wysunęły  się  spod  niej  jasne  włosy.  Elizabeth  poprawiła  chustę  i  podeszła  do  półki, 
której nigdy tu przedtem nie widziała. Musiało tu stać coś, co dopiero przywieziono. Ujrzała 
równo  ustawione  ksiązki  i  przeczytała  tytuły  kilku  z  nich:  Podręcznik  dla  dzieci  Willuma 
Stephensona i Mała Anna Carla Didrika. Elizabeth zdjęła z półki tę drugą i ostrożnie zaczęła 
wertować, znalazła tu również obrazki. Ach, gdyby mogła kupić coś takiego dla Ane, kiedy 
córka trochę podrośnie… albo dla Marii. Pokręciła głową nad własną głupotą. Nawet dorośli 
nie wydawali pieniędzy  na inne książki poza Biblię i Psałterzem. Poza tym Maria miała już 
książkę,  którą  dostała  kiedyś  od  matki  na  Boże  Narodzenie.  To  bardzo  drogi  prezent  i 
Elizabeth  nigdy  nie  mogła  zrozumieć,  jak  matkę  było  na  niego  stać.  Mimo  wszystko  nie 
mogła się wyzbyć myśli, jak by to było pięknie móc kupić coś ładnego dla córki lub młodszej 
siostry.  Jej  wzrok  padł  na  inną  książkę.  Napisaną  przez  Maren  Elizabeth  Bang.  Pomyśleć 
tylko,  że  nosi  to  samo  imię,  co  kobieta,  która  napisała  książkę  zdumiała  się  Elizabeth  i 
przeczytała  tytuł:  Poradnik  domowy  dla  wszystkich,  zawierający  wskazówki  na  temat 

background image

 

75

przyrządzania w najlepszy i najtańszy sposób potraw wiejskich, a także opisy warzenia piwa i 
robienia wypieków itp. Przydatne dla ka
żdego norweskiego chłopa.

 

 

Przypomniała  sobie,  że  Ragna  miała  książkę  kucharską.  Może  udałoby  się  ją  od 

teściowej pożyczyć? Wtedy mogłaby zaskoczyć ojca i Jensa jakimś nowymi ciastami na Boże 
Narodzenie. 
 

Zbliżała  się  do  lady  i  czekała  na  swą  kolej.  Za  ladą  stali  Abraham  i  sprzedawca,  na 

szczęście Josefine nie było widać. Abraham obsługiwał jakiegoś mężczyznę, ale przywitał się 
z Elizabeth, kiedy ją zobaczył. Elizabeth uśmiechnęła się w odpowiedzi i lekko skinęła głową. 
Ucieszyła się, że uczynił ten drobny gest w jej stronę. 
 

-  Chciałabym  kupić  brązową  nić  do  szycia,  funt  cukru  i  dwa  funty  mąki  –  rzekła  do 

młodszego sprzedawcy i po chwili dodała: - Jens zapłaci, kiedy będzie kupował dla siebie. 
 

- Dobrze – odpowiedział chłopak i postawił na ladzie pojemniki z mąką i cukrem. – 

Czy zaczynasz już robić świąteczne wypieki? – spytał. 
 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Tak. Co prawda nie zamierzam piec zbyt wiele ciast, ale pracy w kuchni jest tyle, że 

najlepiej zacząć już teraz. 
 

- Oczywiście – zgodził się i odmierzył miarką towar. 

 

Ławka,  na  której  siadywali  starsi  klienci,  stała  pusta,  więc  Elizabeth  usiadła,  żeby 

poczekać  na  Jensa.  Zrobiło  jej  się  gorąco,  więc  zsunęła  chustę  na  tył  głowy.  Po  chwili 
podeszła jakaś mała dziewczynka i usiadła obok. Mogła mieć tyle lat co Maria, może trochę 
mniej i zerknęła na nią kątem oka. Mała potarła nogę i skrzywiła się. 
 

- Co ci się stało? – spytała Elizabeth. 

 

-  Krowa  kopnęła  mnie  w  zeszłym  roku.  Tak  mocno,  że  złamała  mi  nogę.  Noga  nie 

chce się goić, chociaż babcia próbowała mi robić okłady z kaszy u ciepłej ścierki. 
 

Elizabeth  pokręciła  głową.  Niektórzy  nadal  wierzyli  w  lecznicze  właściwości 

gorących okładów z kaszy, nie zważając na cierpienie, jakie tym sprawiali chorym. Ostrożnie 
położyła rękę na chudej nóżce dziewczynki i przesuwała w górę i w dół. Nagle dziewczynka 
krzyknęła: 
 

-  O!  Czuję  w  stopie  mrowienie  i  ciepło.  –  Roześmiała  się  krótko  i  Elizabeth  cofnęła 

rękę. 
 

- Nie pomasuj jeszcze, to takie dziwne. 

 

Ludzie  zebrani  w  sklepiku  odwrócili  się  ku  nim  i  patrzyli  z  zainteresowaniem. 

Elizabeth nie lubiła zwracać na siebie uwagi i już chciała coś powiedzieć, gdy dziewczynka 
zawołała  radością:  -  Ale…  moja  stopa  jest  zdrowa,  mamo,  patrz!  –  Zaczęła  podskakiwać, 
ż

eby zademonstrować. – Ona ją wyleczyła – rzekła i pokazała na Elizabeth. 

 

Wokół  rozległ  się  stłumiony  gwar.  Elizabeth  gwałtownie  się  podniosła.  Chciała  coś 

powiedzieć, ale nie mogła znaleźć słów. 
 

- To niezupełnie tak – zaczęła niepewnie i poczuła rosnący niepokój. Dokonała czegoś 

niezwykłego, choć nie podejrzewała, że to potrafi. Co się stało? Czy to naprawdę możliwe, by 
uśmierzać ból tylko poprzez dotyk? 
 

-  Często  tak  się  dzieje  w  przypadku  złamań  –  rzekła.  –  Czasami  kości  szybko  się 

zrastają i… - Jej słowa zawiły w powietrzu, nie przekonały zebranych w wiejskim sklepiku. 
 

Wtedy zjawił się Abraham. 

 

- Co tu się dzieje? – spytał szorstko. 

 

-  Ta  kobieta  uśmierzyła  ból  temu  dziecku  –  rzekł  jakiś  mężczyzna  i  skinął  w  stronę 

Elizabeth. 
 

Chciała zaprzeczyć, ale przerwała jej któraś z kobiet. 

 

- Jeżeli potrafi uśmierzać ból, to na pewno potrafi też rzucać urok na ludzi! 

 

To było jak policzek. 

background image

 

76

 

-  To  nieprawda  –  zaprotestowała  Elizabeth.  –  Nie  potrafię  ani  rzucać  uroków,  ani 

uśmierzać bólu. 
 

- Wyjdź stąd! – rzekł Abraham groźnie i pokazał na drzwi, wpatrując się w Elizabeth. 

 

Jens torował sobie drogę wśród ludzi. 

 

-  Skończcie  z  tym!  –  rzekł  głośno  i  spojrzał  Abrahamowi  prosto  w  oczy.  –  Jesteś 

dorosłym  mężczyzną,  Abrahamie,  i  znasz  nas  już  tyle  lat.  Chyba  nie  wierzysz,  że  ja,  który 
zostałem wychowany przez Ragnę i Jakoba Myranów, jestem mężem czarownicy? Przez tyle 
lat łowiliśmy razem ryby, więc sądzę, że już mnie trochę znasz. 
 

Elizabeth z trudem powstrzymywała histeryczny śmiech. 

 

- O nic jej nie oskarżyłem – odparł Abraham. – Ale to dziwne! Zawsze kiedy ona się 

pojawia, coś tu się dzieje. 
 

Wielu klientów zaczęło kiwać głowami i pomrukiwać. 

 

-  Cisza!  –  nakazał  Jens  i  ponownie  zwrócił  się  do  Abrahama.  –  Uważam,  że 

należałoby  przeprosić  Elizabeth.  I  was  też  to  dotyczy  –  dodał,  rzucając  surowe  spojrzenie 
parze, która wszczęła całe zamieszanie. 
 

-  Nie  –  odezwała  się  Elizabeth  stanowczo,  gdy  wreszcie  doszła  do  siebie. 

Wyprostowała  się  i  po  kolei  patrzyła  na  wszystkim  w  oczy,  unikając  jednak  wzroku 
Abrahama. – Wiem, że niektórzy bez zastanowienia powtarzają coś, co kiedyś usłyszeli, ale 
czemu  jest  w  was  tyle  złości?  Gdybyście  byli  bardziej  światli,  wiedzielibyście,  że  taki  ból 
może sam minąć, sam z siebie. To nie ma nic wspólnego ze mną! – Dopiero teraz spojrzała 
Abrahamowi w twarz i rzekła, zniżając głos: - Rozumie, że mogłeś to opacznie odczytać, ale 
przecież ty też słyszałeś o takich przypadkach, prawda? 
 

Abraham musiał parę razy odchrząknąć, zanim odpowiedział. 

 

-  Tak,  naturalnie  słyszałem  o  tym.  –  Ponownie  odchrząknął.  –  No  to  przedstawienie 

skończone – rzekł do klientów i podniósł ręce, jak gdyby chciał, by się rozeszli. 
 

Elizabeth skinęła głową i szybko wyszła. Zauważyła jeszcze, że Abraham mówił coś 

Jensowi  na  ucho,  ale  nie  chciała  wiedzieć,  o  czym  rozmawiali.  Pragnęła  tylko  znaleźć  się 
daleko  stąd.  Szybko  zeszła  na  brzeg.  Czekając  na  męża,  wpatrywała  się  w  morze.  Fiord 
spowity  mgłą,  wyglądał  nierealnie.  Nagle  Elizabeth  usłyszała  za  sobą  chrzęst  kroków  na 
ś

niegu i odwróciła się. Drgnęła, gdy zobaczyła małą dziewczynkę ze sklepiku i jej matkę. 

 

Kobieta dygnęła i objęła córkę ramieniem. 

 

- Prozę przyjąć moje podziękowania. Proszę mi wybaczyć moją niewiedzę, ale nigdy 

nie słyszałam, by taki ból przeszedł sam z siebie. Zatem jeśli to pani się do tego przyczyniła, 
bardzo  dziękuję.  –  Ponownie  się  skłoniła  i  zniknęła,  zanim  Elizabeth  zdążyła  wykrztusić 
słowo. 
 

-  W  co  ja  się  wplątała,  -  mruknęła  pod  nosem  i  usiadła  w  łodzi.  Wreszcie  ujrzała 

Jensa, który wielkimi krokami schodził w dół. 
 

Długo milczeli. Elizabeth próbowała przygotować sobie jakieś wyjaśnienie, ale jej się 

nie udawało. W końcu Jens spytał: 
 

- Co tam się stało, Elizabeth? 

 

-  Nie  wiem  –  odparła  zgodnie  z  prawdą.  Skrzyżowała  ramiona  w  ochronie  przed 

chłodem, lecz również żeby dodać sobie otuchy. – Wydaje mi się, że ta mała tylko chwilowo 
poczuła  się  lepiej.  Przypadek  sprawił,  że  stało  się  to  dokładnie  w  tek  samej  chwili,  kiedy 
przyłożyłam rękę. 
 

Może Jens się domyślił, że skłamała, ale przyjął jej tłumaczenia. 

 

-  Jakob  wspomniał,  że  przyszłej  zimy  zamierza  kupić  łódź,  więc  mógłbym  pływać 

razem  z  nim  –  rzekł,  zmieniając  temat.  –  To  dobrze,  bo  nie  byłbym  dłużej  zależny  od 
Abrahama.  Straszny  z  niego  chytrus!  Ale  mu  powiedziałaś  do  słuchu  –  uśmiechnął  się  z 
zadowoleniem i zaczął szybciej wiosłować. 

background image

 

77

 

Elizabeth nie widziała w tym nic zabawnego i żeby  czymś zająć ręce, zabrała się do 

wybierania wody z dna łodzi. Wody nie zebrało się dużo, więc szybko się z tym uporała, ale 
nadal trzymała czerpak w dłoniach. 
 

- Jens – zaczęła ostrożnie patrząc mężowi prosto w oczy. – To, co się stało w sklepiku, 

mogło  być  przypadkiem.  Często  zastanawiałam  się  nad  swoimi  zdolnościami.  Czasami 
przewiduję zdarzenia, i jak już wiesz, widzę i słyszę upiory. 
 

Wiosłował jeszcze chwilę, po czym rzekł: 

 

- Tak, może potrafisz uzdrawiać ludzi, ale nie mogłabyś  rzucać na nikogo uroku. Po 

prostu nie byłabyś do tego zdolna. 
 
 

Elizabeth szła zamyślona do Heimly. Chciała pożyczyć od Ragny książkę kucharską, 

więc Jens ruszył pierwszy do domu, ponieważ Ane została tylko z Marią. 
 

Tak  bardzo  się  zamyśliła,  że  weszła  do  sieni,  nie  oczyściwszy  butów  ze  śniegu. 

Podniosła  rękę,  żeby  zapukać  do  kuchennych  drzwi,  kiedy  usłyszała  głos  teściowej.  Ragna 
była bardzo wzburzona. 
 

- To jakiś idiotyczny zwyczaj, żeby oddawać innym jedzenie i ubrania tylko dlatego, 

ż

e  jest  Boże  Narodzenie!  Nie  mamy  nic  ponad  czego  sami  potrzebujemy,  a  z  ubranek,  z 

których dzieci wyrosłym robimy chodniki. 
 

- Chyba lepiej przekazać je tym, którzy marzną? – spytał Jakob. 

 

Elizabeth nie zamierzała podsłuchiwać, ale mimo to wciąż stała pod drzwiami. 

 

- Czy w tym roku też mamy coś posłać do Dalen? – odpowiedziała pytaniem wyraźnie 

niezadowolona Ragna. 
 

- Jak moglibyśmy postąpić inaczej?! Na Boga, to przecież nasza rodzina! 

 

- Nie wzywaj imienia Boda nadaremnie – furknęła Ragna. 

 

-  To  nie  zadawaj  takich  bzdurnych  pytań.  Mówimy  o  naszym  przybranym  synu, 

wnuczce i synowej. 
 

- Mogłabym się obyć bez takiej synowej. 

 

-  Uważaj,  co  mówisz, Ragno  –  rzekł  zniżonym  głosem.  Elizabeth  usłyszała  w  głosie 

teścia pewną stanowczość i poczuła, że oblewa ją zimny pot. 
 

- Co masz przeciwko Elizabeth? – mówił dalej Jakob. 

 

- Jest bezczelna i zarozumiała. 

 

- Po prostu jej zazdrościsz. 

 

- teraz to ty uważaj, co mówisz – zagroziła Ragna. Jej głos drżał. 

 

-  Chciałaś,  by  Jens  ożenił  się  z  bogatszą  dziewczyną,  a  tymczasem  okazało  się,  że 

Elizabeth jesr pracowita, a w dodatku potrafi zajmować się dziećmi. I tego nie możesz znieść 
– nie poddawał się Jakob. 
 

Zapadła tak długa cisza. W końcu Ragna niechętnie przyznała. 

 

- Tak, jest pracowita… 

 

Elizabeth nie chciała słuchać dalej i cicho wymknęła się na schody. 

 

Nie  do  końca  zgadzała  się  z  tym,  że  Ragna  była  zazdrosna.  Uważała  raczej,  że 

teściowa  koniecznie  chciała  jej  wytknąć  jakieś  błędy,  a  ponieważ  nie  znajdowała  nic,  do 
czego  mogłaby  się  przyczepić,  była  zła.  Elizabeth  głęboko  zaczerpnęła  powietrza,  otupała 
buty ze śniegu i weszła z powrotem. Głosy dobiegające ze środka brzmiały teraz spokojnie. 
Szybko zapukała do drzwi, by się nie rozmyślić. 
 

- Proszę – odezwała się Ragna. 

 

-  Dzień  dobry  i  pokój  temu  domowi  –  przywitała  się  Elizabeth.  –  Przyszłam  się 

zapytać, czy mogłabym pożyczyć książkę kucharską. 
 

Ragna uniosła jedną brew i odczekała chwilę, a potem spytała opryskliwie: 

 

- Książkę kucharską? A po co? 

background image

 

78

 

-  Chcę  upiec  ciasto  na  Boże  Narodzenie.  W  tym  roku  chciałaby,  spróbować  czegoś 

nowego. Dlatego byłabym wdzięczna, gdybyś mi mogła ją pożyczyć. 
 

Ragna skinęła głową. 

 

- No dobrze – rzekła krótko i przyniosła książkę. 

  

Elizabeth wyjęła półcienną torbę i schowała poradnik. 

 

- Dziękuję, będę na nią uważać – obiecała i wypadła za drzwi. 

 
 

W  kuchni  pachniało  świeżo  pieczonym  ciastem  i  przyprawami,  które  Jakob  wykradł 

dla niej z własnego domu. 
 

- O ile wiem, używa się tego do świątecznych wypieków – powiedział, wręczając jej 

trzy maleńkie pudełeczka. – Ale niech to zostanie między nami, że masz je ode mnie – dodał. 
 

Elizabeth  dygnęła  i  podziękowała  za  wspaniałości.  To  będą  najpiękniejsze  święta, 

pomyślała. Zaprosiła Marię, żeby mogła piec razem z nią. 
 

Na  razie  zrobiły  siedem  rodzajów  ciastek,  ale  nie  spodziewały  się  gości,  więc  to 

powinno wystarczyć dla nich trojga, siostry i ojca, kiedy usiadają do Wigilii. 
 

Elizabeth  dreptała  tam  i  z  powrotem,  pilnowała  ognia,  zmieniła  blachy  i  ostrożnie 

układała ciasta na blacie, parząc sobie opuszki palców. Ane koniecznie chciała wejść na stół. 
 

- Nie, nie Wolo – powiedziała Elizabeth i otarła ramieniem spoconą twarz. 

 

-  Powinniśmy  pozwolić  Ane  piec  z  nami  –  uznała  Maria  i  zanim  Elizabeth  zdążyła 

cokolwiek powiedzieć, posadziła dziecko na stole. 
 

Mała chwyciła surowe ciasto, a jej drobną twarzyczkę rozjaśnił uśmiech. 

 

- Nie, nie, moja droga – sprzeciwiła się Elizabeth i zabrała jej ten kawałek. 

 

- Ja ją nauczę – oznajmiła Maria i podała Ane mały wałek, który zrobił dla niej Jens. 

 

- Masz robić tak – wyjaśniła i pokazała, jak się wałkuje. Ane zaczęła, mocno uderzać 

wałkiem w stół. Po kilku próbach Maria się poddała. 
 

- Jest za mała – rzekła z westchnieniem. 

 

Elizabeth  nie  zareagowała,  widząc,  że  Ane  zjada  surowe  ciasto.  Odrobina  jej  chyba 

nie zaszkodzi, uznała, wstawiając ostatnią blachę do pieca. 
 

-  Tutaj  znalazłaś  przepis?  –  spytała  Maria,  podnosząc  w  górę  książkę  kucharską 

Ragny. 
 

- Nie – odparła Elizabeth. – Uważaj na nią, nie jest moja – dodała, ostrożnie wzięła ją 

od Marii i postawiła na półce. – Kiedy posprzątam, pozwolę i ją obejrzeć. Pod warunkiem, że 
będziesz uważała – zaznaczyła. 
 

Sama  nie  korzystała  z  książki.  Słowa  Ragny  odebrały  jej  ochotę  na  korzystanie  z 

poradnika. Wyjęła własne, poszarpane karteczki z przepisami. 
 

- Mogę teraz przejrzeć książkę Ragny? – spytała Maria, kiedy wszystko uprzątnęły. 

 

Elizabeth zdjęła egzemplarz z półki i położyła na stole. Po chwili usłyszała, jak Maria, 

przesuwając  małym  palcem  pod  każdą  literką,  sylabizując,  odczytuje  tekst  ze  strony 
tytułowej.  –  „Książka  kucharska  do  użytku  w  zwyczajnych,  skromnych  gospodarstwach 
domowych  jak  i  dla  wydających  mniejsze  i  większe  przyjęcia.  Christiania  1864.  Bolette 
Maria Jansen”. 
 

- Jak ty dobrze czytasz! – pochwaliła ją Elizabeth i wytarła dokładniej paluszki Ane. 

Nagle uderzyła ją pewna myśl i musiała spytać. – Skąd wiedziałaś, że to książka Ragny? 
 

- Olav widział cię, kiedy szedł do stajni – wyjaśniła Maria z uśmiechem. – Mówił, że 

najpierw  weszłaś,  potem  wyszłaś,  a  potem  znowu  weszłaś  do  środka.  Ale  kiedy  następnym 
razem wyszłaś, pędem wróciłaś do domu. Potem spytał Jakoba, co tam robiłaś. 
 

Elizabeth poczuła na ramionach gęsią skórkę, a jej głos nie brzmiał całkiem naturalnie, 

kiedy odpowiedziała: 
 

-  No  tak,  zapomniałam  Jakubowi  coś  powiedzieć,  ale  rzeczywiście,  mogło  się  to 

Olavowi wydać trochę dziwne. 

background image

 

79

 

Maria  tylko  skinęła  głową  i  z  powrotem  skupiła  się  na  książce.  Z  największym 

zainteresowaniem odczytywała przepisy, poruszając wargami. 
 

Elizabeth  powoli  wypuściła  powietrze.  Dzieci  po  prostu  takie  są.  Nie  potrzebowały 

zawiłych wyjaśnień, by zaspokoić ciekawość. 
 
Rozdział 14 
 
 

Na dworze zaczynało się ściemniać. Gęsto padający śnieg wirował wokół budynków i 

układał się w zaspy. W takie popołudnia dobrze było usiąść w domu, zapalić lampę tranową i 
rozkoszować się ciepłem paleniska. 
 

Elizabeth  nakrywała  do  podwieczorku,  kiedy  usłyszała  jakieś  głosy.  W  pierwszej 

chwili pomyślała, że to Ragna i Jens, ale kobiecy głos był zbyt czysty i przenikliwy. Słyszała 
go już wcześniej, ale nie pamiętała, kiedy ani gdzie. 
 

Zaniepokoiła  się  i  zaczęła  nerwowo  przesuwać  talerze  o  szklanki,  żeby  nakryć  dla 

jeszcze jednej osoby. Potem rozejrzała się po kuchni. Wszystko było w najlepszym porządku. 
Jednak mimo to nie usiadła. 
 

Kiedy otworzyły się drzwi, z wrażenia musiała się przytrzymać oparcia krzesła. 

 

- Jeżeli przyszłaś tu, żeby mi znów wymyślać. Hartuvikka, to muszę cię prosić, żebyś 

natychmiast zawróciła!  
 

Potężna kobieta umknęła wzrokiem i zaczerwieniła się. Jens, który wszedł tuż za nią, 

wyjaśnił: 
 

- Prosiła mnie o wybaczenie. 

 

- Ach, tak – odparła Elizabeth krótko. 

 

Hartuvikka odchrząknęła kilka razy, z zakłopotaniem wpatrując się we własne stopy. 

 

-  Chciałam  prosić  o  wybaczenie,  Elizabeth.  To  było  nieładnie  z  mojej  strony,  że  cię 

oskarżyłam.  Oczywiście  nie  miałaś  nic  wspólnego  z  tym,  że  Josefine  urodziła  kalekie 
dziecko. To było okropne z mojej strony, że mogłam przy wszystkich w sklepiku powiedzieć 
coś takiego po tym, jak jej pomogłaś. 
 

-  Zapomnijmy  o  tym,  Hartuvikko  –  zaproponowała  szczerze  Elizabeth.  Uśmiechnęła 

się do kobiety i zdjęła rękę z oparcia krzesła. – Czy to dlatego tu przyszłaś? Czy może masz 
inną sprawę? 
 

Hartuvikka bawiła się przez chwilę rękawicami, po czym odpowiedziała. 

 

-  Chciałabym  porozmawiać  z  tobą  w  cztery  oczy. Jeśli  nie  sprawię  kłopotu  –  dodała 

szybko, zerkając na nakryty stół. 
 

- Chodźmy do izby – rzekła Elizabeth i ruszyła przodem. – Siadaj, proszę – wskazała 

na ławę. – Co cię dręczy? – spytała łagodnie, przesuwając sobie krzesło. 
 

- Nie, to znaczy… Trudno mi to wytłumaczyć, rozumiesz. 

 

- Mimo to spróbuj – zachęciła ją Elizabeth. 

 

- Słyszałam, że uzdrowiłaś w sklepiku Abrahama pewną dziewczynkę. A ja… ostatnio 

co  miesiąc  bardzo  krwawię.  –  Hartuvikka,  mówiąc,  cały  czas  wpatrywała  się  w  swoje  ręce. 
Elizabeth nie mogła się nadziwić, że od ostatniego ich spotkania ta kobieta tak się zmieniła. – 
Mam już tyle lat, że dawno powinnam przestać krwawić – mówiła dalej Hartuvikka. – Lecz 
teraz jest tak źle, że boję się nawet wyjść z domu. 
 

Elizabeth  zagryzła  dolną  wargę,  zastanawiając  się,  czy  powinna  odmówić.  To,  że 

pomogła  dziewczynce,  nie  mieściło  jej  się  w  głowie.  Nie  chciała  się  do  tego  przyznać,  ale 
bała  się  własnych  umiejętności.  Jeżeli  jednak  rzeczywiście  potrafiła  leczyć,  powinna 
Hartuvikce pomóc. 
 

- Połóż się – rzekła w końcu i podsunęła jej poduszkę. – Zobaczę, co się da zrobić. 

 

Hartuvikka  natychmiast  spełniła  jej  polecenie,  a  Elizabeth  położyła  ręce  na  jej 

brzuchu.  Sama  nie  wiedziała,  co  z  tego  wyniknie.  Dziewczynka  w  sklepiku  mówiła  coś  o 

background image

 

80

mrowieniu  w  stopie,  zanim  poczuła  ulgę.  Nagle  Elizabeth  przypomniała  sobie  tekst,  który 
słyszała dawno temu. Poszukała w pamięci i wymruczała ledwie słyszalnie. 
 
 

Jak oczywiste jest to, że człowiek trafił do piekła, zanim przełknął fałszywe słowo, tak 

oczywiście, tak naprawdę mogę decydować o tej krwi. 
 
 

Powstrzymaj więc tę krew, która wypływa z Hartuvikki, w imię  Ojca i Syna, i Ducha 

Ś

więtego. 

 
 

Stań,  krwi,  jak  Zbawca  Śiata  stanął  w  rzece  Jordan,  kiedy  otrzymał  chrzest  z  rą

ś

więtego Proroka Jana. 

 
 

Następnie odmówiła Ojcze nasz, odczekała chwilę i otworzyła oczy. 

 

- Nie mogę ci obiecać – uprzedziła. – Ale zrobiłam wszystko, co potrafię. 

 

Hartuvikka wstała. 

 

- Tak bardzo jestem wdzięczna, że nie potrafię tego wyrazić. Jak mam ci wynagrodzić 

tę pomoc? 
 

- Nic nie chcę. To, że mogę pomóc, jest największą nagrodą. 

 

Kiedy kobiety weszły do kuchni, Jens siedział przy stole, ale jedzenie było nietknięte. 

 

- Usiądź z nami, Hartuvikko – zaproponowała Elizabeth. 

 

Hartuvikka tak energicznie pokręciła głową, że aż policzki jej zadrżały. 

 

-  Nie,  nie,  dziękuję  bardzo,  ale  muszę  wracać  do  domu.  Zrobiło  się  już  ciemno,  a 

przede mną daleka droga – wyjaśniła i wyszła. 
 

Elizabeth wzięła Ane na kolana i usiadła do stołu. Razem z Jensem odmówili krótką 

modlitwę i przez chwil e jedli w milczeniu. 
 

- Czego chciała? – spytał Jens. 

 

- Chciała, żeby jej pomogła w… kobiecych dolegliwościach. 

 

- I co zrobiłaś? 

 

- Odmówiłam kilka zdań o krwi, trzymając dłonie na jej brzuchu. 

 

- Myślisz, że mądrze zrobiłaś, Elizabeth? 

 

- A co jest mądre? – odpowiedziała pytaniem. – Bez względu na to, co bym zrobiła, 

niektórzy ludzie i tak uznają to za złe. A jak ty myślisz, co powinnam zrobić? 
 

- Zrobiłaś to, co należało – rzekł z przekonaniem. 

 

Elizabeth odetchnęła z ulgą. 

 

- Uważam, że postąpiłaś wspaniałomyślnie, pomagając jej p tym, jak cię oskarżyła – 

mówił dalej Jens. – Mimo że prosiła o wybaczenie. 
 

Elizabeth wzruszyła ramionami. 

 

- Czułam, że nie mogłabym postąpić inaczej. 

 

Dopiero  później  przyszło  jej  do  głowy,  że  powinna  poprosić  Hartuvikkę,  by  nikomu 

nie mówiła. Ale teraz było za późno. 
 
 

Elizabeth  gotowała  mydło,  aż  w  całej  kuchni  pachniało  ługiem,  kiedy  Indianne 

przybiegła  z  wiadomością  od  Ragny.  Dziewczynka  nieśmiało  zapukała  do  drzwi,  weszła  do 
ś

rodka i dygnęła ledwie dostrzegalnie. Elizabeth zauważyła, że Idnianne miała na sobie nową 

kurtkę  z  rdzawoczerwonej  wełny.  Ach  gdyby  tak  też  przed  świętami  i  ona  mogła  sobie 
pozwolić na nowe ubranie, pomyślała i zadała sobie pytanie, czy nie jest zazdrośnicą. 
 

-  Mama  powiedziała,  że  macie  zejść  do  nad  i  spróbować  jej  ciasta  świątecznego  – 

oznajmiła z powagą. 
 

- Tak powiedziała? – zdumiała się Elizabeth, mieszając w garnku. – Nie wspomniała, 

o której godzinie mamy przyjść? 

background image

 

81

 

-  Nie,  ale  wydaje  mi  się,  że  chciała,  żebyście  przyszli  od  razu,  ponieważ  szukała 

ładnego obrusa, kiedy wychodziłam. 
 

Elizabeth zdjęła garnek z ognia i dolała do niego trochę wody. Irytowało ją, że Ragna 

oczekiwała,  iż  rzucą  wszystko,  czym  są  zajęci  i  natychmiast  przyjdą.  To  nie  zaproszenie 
przyniosła Indianne, ale rozkaz. Z drugiej strony Elizabeth nie chciała się kłócić z teściową, a 
taka wizyta byłaby miłą odmianą w monotonnej codzienności. 
 

-  Podziękuj  swojej  mamie  i  powiedz,  że  porozmawiam  z  Jensem.  Jeżeli  znajdziemy 

czas,  to  za  chwilę  przyjdziemy.  –  Zauważyła,  że  Indianne  poczuła  się  niepewnie,  i 
pożałowała, że nie była dla niej bardziej życzliwa. – Skończę tylko gotować mydło, przebiorę 
się i przyjdę przynajmniej z Ane. A Jens może też będzie. Masz bardzo ładną kurtkę! 
 

Indianne uśmiechnęła się blado. 

 

- Dziękuję – odpowiedziała i znowu dygnęła. 

 

Elizabeth przelała mydło do małych pudełek. Pewnie Ragna chce nam coś powiedzieć, 

pomyślała, sprzątając kuchnię. Tylko co? 
 
 

- Strasznie późno przyszliście – zawołała Ragna z wyrzutem, witając ich w sieni. Ale 

gdy  tylko  ujrzała  Ane,  na  jej  twarzy  zaraz  pojawił  się  uśmiech.  –  Czy  to  mała  Ane-Elisa 
przyszła do swojej babci? – zaszczebiotała. 
 

- Musieliśmy skończyć robotę – wyjaśniła Elizabeth chłodno, a w duchu dodała: Nie 

możemy czekać gotowi na twoje zawołanie. 
 

- Jakob musiał wyjechać i wróci trochę później – rzekła Ragna. 

 

Zaczęli zdejmować wierzchnie ubranie. Elizabeth zauważyła, że wniosła sporo śniegu 

i rozejrzała się za czymś, czym mogłaby  go zgarnąć. W kącie stało wiadro ze ścierką, więc 
poszła po nie. 
 

- Co chcesz zrobić? – spytała Ragna, ze zdumieniem. 

 

 -  Zamierzałam  wytrzeć  po  sobie  podłogę  –  odparła  i  w  tej  samej  chwili  pożałowała 

swoich słów. Szybko wyprostowała się i wygładziła suknię. Przecież nie powinnam się tym 
przejmować, pomyślała zła na siebie. 
 

- Usiądźmy przy stole – zaproponowała Ragna i ruszyła przodem. 

 

Indianne i Olac siedzieli osobno przy małym okrągłym stoliku. Byli ładnie ubrani, jak 

zawsze.  Olav  miał  na  sobie  krótkie,  granatowe  spodnie  z  kantem,  a  jego  siostra  sukienkę, 
granatowe spodnie z kantem, a jego siostra sukienkę do kolan, także granatową. Oboje mieli 
włosy uczesane na mokro. To takie do Ragny podobne, pomyślała Elizabeth i uśmiechnęła się 
do dzieci. Chociaż to tylko my przyszliśmy z wizytą, wszystko zostało wyszykowane jak na 
Wigilię. 
 

- Siadajcie, proszę – rzekła teściowa i zniknęła w kuchni. 

 

Elizabeth była pełna obaw. Ragna coś knuje, pomyślała i poruszyła się nerwowo. 

 

Teściowa wróciła z kuchni i postanowiła przed dziećmi nieduży półmisek z ciastkami. 

 

- Wśród kobiet zapanowała nowa moda – oznajmiła i nalała kawy do filiżanek. – Ale 

nie dotarła jeszcze tu na północ, jedynie do dużych miast. 
 

Elizabeth  spojrzała  na  nią,  nie  rozumiejąc.  Słowa  „moda”  nigdy  nawet  nie  słyszała. 

Ragna widocznie nie zauważyła jej miny, bo mówiła nadal. 
 

- Używają albo poduszki, albo usztywnienia, żeby utworzyć tu dużą kulę – wyjaśniła i 

wskazywała na swój krzyż. 
 

- A więc teraz kobiety będą chodziły z wielkimi tyłkami? – roześmiał się Jens. 

 

Ragna posłała mu surowe spojrzenie, a potem zdjęła pokrywę z półmiska. 

 

- Częstujcie się. Są tylko trzy rodzaje, ale do świąt jeszcze daleko. 

 

To te, które się nie udały, zauważyła Elizabeth, trochę za bardzo przypieczone albo o 

dziwny,  kształcie.  Ale  wszystko  jedno,  jedzenie  to  jedzenie,  uznała  i  się  poczęstowała. 
Musiała jednak przyznać, że było jej przykro. 

background image

 

82

 

- Nie zaprosiłam was tu bez powodu – powiedziała nagle Ragna, odłamując kawałek 

ciasta. 
 

Teraz się okaże, pomyślała Elizabeth. 

 

- Tak? – rzekła krótko. 

 

- Zauważyłam, że ludzie odbywają istne wędrówki do Dalen – zaczęła Ragna. 

 

Elizabeth poczuła, że pocą się jej dłonie. Czyżby teściowa widziała u nich lensmana? 

 

-  Widziałam  jakiś  czas  temu  Hartuvikkę  zmierzającą  pod  górę,  która,  jak  sama 

twierdzi,  została  uzdrowiona.  –  Ragna  niemal  splunęła  tym  słowem,  jakby  było 
przekleństwem. 
 

- Rozmawiałaś z nią? – spytała Elizabeth. 

 

-  Tal,  spotkałam  ją  kilka  dni  później,  kiedy  wybrałam  się  do  sklepiku  Abrahama. 

Wtedy też usłyszałam, czym się zajmujesz. Mówią, że niby potrafisz uwalniać ludzi od bólu! 
Ale ty się pewnie nie przejmujesz, że o tobie gadają, Elizabeth – rzuciła chłodno. 
 

- Nie, nie dbam o to – przyznała Elizabeth spokojnie. Kątem oka dostrzegła, że dzieci 

przyglądają się jej i uważnie słuchają rozmowy. – Jednak dziwi mnie, że ty, Ragno możesz w 
ten sposób obmawiać za plecami swoją synową. 
 

To  był  strzał  na  ślepo,  ale  najwyraźniej  trafiony,  ponieważ  krew  uderzyła  do  twarzy 

teściowej. 
 

- Elizabeth nie może wyrzucać za drzwi ludzi, którzy proszą o pomoc –  odezwał się 

Jens. 
 

Elizabeth zagryzła wargę o z wdzięcznością uścieła dłoń męża. 

 

-  Wcale  tego  nie  powiedziałam  –  rzekła  Ragna  słodkim  głosem.  –  Ale  chyba  nie 

powinna uprawiać tych pogańskich praktyk, w których wzywa zarówno diabła, jak i naszego 
Pana! 
 

- Może to właśnie dar od Boga – odparła Elizabeth, starając się panować nad głosem. 

– W Piśmie Świętym jest napisane, że On uzdrawiał – dodała. 
 

Ragna z trudem łapała powietrze. Aż chwyciła się za serce. 

 

-  Wywyższasz  się  i  twierdzisz,  że  jesteś  jednym  z  boskich  posłanników?  –  spytała 

oburzona. 
 

- Nie, ale myślę, że może otrzymałam dar odnoga – odpowiedziała Elizabeth śmiało, 

patrząc teściowej prosto w oczy. 
 

W ciszy, która zapadła, tykanie dużego zegara wydawało się wprost ogłuszające. 

 

Ragna otwierała i zamykała usta kilka razy, jednak nie wydobyła z nich ani słowa. 

 

- Jaka dobra, mocna kawa – odezwał się nagle Jens i zaraz rozległ się tłumiony chichot 

dzieci.  W  tej  samej  chwili  dał  się  słyszeć  odgłos  kroków  w  sieni.  Elizabeth  poznała,  że  to 
Jakob. Słyszała, że powiesił kurtkę, zanim wszedł do izby. 
 

- O, nie, co to za goście złożyli nam wizytę? – spytał. Wydawał się bardziej poważny 

niż  zwykle.  Usiadł  ciężko.  Ragna  szybko  przyniosła  czajnik  i  nalała  wszystkim  kawy,  po 
czym wróciła na miejsce. Jedli ciastka i pili, aż w końcu Jakob powiedział: 
 

- Dzieci, jeśli skończyliście, to możecie odejść od stołu. 

 

Podniosły  się  z  ociąganiem.  Chętnie  posłuchałyby  rozmowy  dorosłych,  pomyślała 

Elizabeth. 
 

Jakob odczekał, aż dzieci wyjdą i rzekł poważnie: 

 

- Słyszałem dziś najnowsze wieści. 

 

- Czy coś się stało? – spytała Ragna nieco drżącym głosem. 

 

- Ole Siwert Moland… został ukarany. 

 

Elizabeth chciała spytać, kto to, ale coś ją powstrzymało. Domyśliła się, że historia nie 

jest wesoła. 
 

Jakob mówił dalej: 

 

- Był dwa razy żonaty i siedział w więzieniu w Kabelvaag, ponieważ otruł obie żon. 

background image

 

83

 

Elizabeth  westchnęła  i  zasłoniła  dłonią  usta.  Kawałek  ciasta,  który  miała  w  ustach, 

okazał się nagle zbyt duży i musiała go popić kawą. 
 

-  Ole  stał  się  w  więzieniu  bardzo  religijny,  ułożył  nawet  kilka  psalmów.  Ale  to  w 

ż

aden sposób nie wpłynęło na wyrok – opowiadał Jakob. – Ścięto mu głowę. Kiedy kat chciał 

mu  odsłonić  szyję,  Moland  zrobił  to  sam.  Potem  poprosił,  by  odśpiewano  jeden  z  jego 
psalmów, i tak się stało. Następnie położył głowę na pniu, a kat zrobił, co do niego należało. 
 

- Co to za człowiek, który godzi się odbierać ludziom życie? – spytała Elizabeth. 

 

-  Podobno  czynią  to  przestępcy,  którzy  sami  zostali  skazani  na  śmierć.  W  ostatniej 

chwili godzą się przyjąć funkcję kata i w ten sposób ratują własne życie. 
 

Ragna uczyniła znak krzyża. Długo siedzieli w milczeniu, wpatrując się przed siebie, 

każdy zatopiony we własnych myślach. 
 

- To nie w porządku, że ludzie mogą decydować o życiu i śmierci innych – odezwała 

się Elizabeth półgłosem. 
 

- Ale Ole Siwert Moland aż dwa razy zadecydował o życiu swych żon! Uważasz, że to 

jest w porządku? – spytała Ragna wzburzona. 
 

Elizabeth nie wiedziała, co odpowiedzieć. Odniosła wrażenie, że to o niej rozmawiają. 

O  niej  i  jej  potwornej  zbrodni,  którą  popełniła  względem  Leonarda  Dalsruda.  Nie  jestem 
lepsza od Molanda, pomyślała zrozpaczona. 
 

- Chyba tak nie uważasz, Elizabeth? – spytał Jens, przyglądając się jej. 

 

- Znasz moje zdanie, ale wy tego nie zrozumiecie! To Bóg decyduje o życiu i śmierci, 

nie człowiek! – Elizabeth zawstydziła się swojego wybuchu i pożałowała swego zachowania. 
– Przepraszam – rzekła pokornie i wstała. – Dziękujemy za kawę i ciasto. Musimy wracać do 
domu, Ane jest zmęczona. 
 

Szybko  wyszła  do  sieni,  włożyła  okrycie,  a  potem  ubrała  Ane.  Na  pożegnanie 

uścisnęła ręce Ragny i Jakoba i jeszcze raz podziękowała za poczęstunek. 
 

-  Musicie  przyjść  kiedyś  do  nas  w  odwiedziny  –  rzekła,  właściwie  tylko  po  to,  żeby 

zatrzeć złe wrażenie. 
 

Jakob skinął głową i uśmiechnął się łagodnie. 

 

- Przyjdziemy, Elizabeth. Dziękuję. 

 

W  tym  człowieku,  było  coś,  co  sprawiało,  że  ludzie  dobrze  się  czuli  w  jego 

towarzystwie, pomyślała, gdy wracali pod górę do Dalen. 
 

W domu próbowała się czymś zająć, ale Jens chwycił ją za ramię i powstrzymał. 

 

- Zareagowałaś dzisiaj dość porywczo – rzekł. 

 

- Co masz na myśli? – spytała niewinnie, cofnęła ramię i zaczęła kroić mydło. 

 

- Twoje słowa w Heimly – odparł nerwowo, co od razu zauważyła. 

 

-  Ragna  czasem  mnie  irytuje!  –  Nabrała  powietrza,  żeby  poprosić  Jensa,  by  wyniósł 

mydło do spiżarni, ale ją uprzedził. 
 

-  Chyba  zgadzasz  się,  że  człowiek,  który  zamordował  dwie  żony,  powinien  zostać 

ukarany? 
 

Elizabeth  nie  odpowiedziała,  tylko  sama  chwyciła  skrzynkę  z  mydłem  i  wyniosła. 

Została w komórce możliwe najdłużej, ale w końcu musiała wrócić. 
 

- Taki człowiek jak Ole jest zbyt niebezpieczny, by mógł chodzić wolno – twierdził z 

uporem Jens.  
 

Słowa  męża  nią  wstrząsnęły.  Czy  ona  była  niebezpieczna?  –  pomyślała.  Musiała  na 

kilka sekund zamknąć oczy, żeby odzyskać panowanie nad sobą. 
 

-  Masz  rację  –  rzekła  zmęczona.  –  Uważam  tylko,  że  myśleć.  Czy  możemy 

porozmawiać o czymś innym? 
 

Jensa się uspokoił. 

 

- Drżysz – stwierdził. 

background image

 

84

 

-  Jestem  tylko  zmęczona  –  mruknęła  i  zagryzła  wargę,  żeby  się  nie  rozpłakać.  Całe 

szczęście, że Jens nie wie o Leonardzie, pomyślała. 
 

Tej  nocy  Elizabeth  śniło  się,  że  wchodzi  po  stopniach  na  szafot.  Miała  taką  szeroką 

spódnicę,  że  omal  się  o  nią  nie  potknęła.  Związano  jej  ręce  z  tyłu.  Gdzie  jest  Jens?  – 
pomyślała w panice i rozejrzała się dokoła. Musiał przyjść i ją uratować! Nie chciała umierać! 
Kolana  pod  nią  drżały,  dzwoniła  zębami.  Jens,  pomyślała  znowu  i  ponownie  popatrzyła  na 
tłum  ludzi.  Kobiety  i  mężczyzn,  młodych  i  starych,  bogatych  i  biednych.  Wszyscy  z 
wykrzywionymi  złością  twarzami,  wykrzykiwali  obelgi  pod  jej  adresem,  wymachiwali 
pięściami. Jakaś kobieta rzuciła kamieniem, ale nie trafiła. Elizabeth napotkała jej spojrzenie. 
 

-  Dlaczego?  –  szepnęła,  ale  nie  otrzymała  odpowiedzi.  Może  tamta  nie  słyszała? 

Domyśliła się, że to publiczna egzekucja. Ludzie odbyli daleką drogę, żeby zobaczyć, jak jej 
głowa zostaje oddzielona od reszty ciała. Załkała. 
 

- Jens! Jens! – zawołała, a ludzie w odpowiedzi zaczęli krzyczeć jeszcze głośniej. 

 

- Morderczyni, morderczyni, ladacznica, ladacznica! – skandowali. 

 

Elizabeth chciała zaprotestować, ale nie mogła wydobyć głodu. Wtedy w ciżbie ludzi 

dostrzegła Jensa. Wiedziała, że mógłby ją uratować, gdyby tylko zdążył na czas. Zawołał coś, 
ale widziała tylko poruszające się usta, jego słów nie dosłyszała. Tłum ludzi odepchnął go do 
tyłu. 
 

Wtedy kat zmusił ją by uklękła. Zawiązał jej oczy brudną szmatą, a wtedy tłum oszalał 

z radości. Popłynęły jej łzy. 
 

- Jens! – łkała. Sama słyszała, jak rozpaczliwie i żałośnie brzmi jej głos. 

 

Nagle znalazła się obok swego ciała, tak że mogła być świadkiem własnego stracenia. 

Ujrzała  grubą  linię  wokół  swych  nadgarstków,  i  jęknęła,  bo  jej  ręce  były  sine  i  spuchnięte. 
Długi,  jasny  warkocz  leżał  ciężko  na  ramieniu.  Kat  podniósł  go  do  góry  i  obciął  wielkim 
nożem,  a  następnie  rzucił  go  w  tłum.  Teraz  włosy  nie  będą  już  przeszkadzać  w  egzekucji, 
pomyślała  obojętnie.  Jakie  mam  szczupłe  plecy,  zauważyła.  Wtedy  kat  uniósł  topór  nad 
głowę.  Kilka  sekund  wcześniej,  zanim  go  opuścił,  krzyknęła  po  raz  ostatni.  Przeciągle  i 
boleśnie. A potem głowa spadła do kosza. 
 

Na  moment  zapadła  cisza,  a  potem  kat  chwycił  jej  głowę  i  podniósł  w  górę. 

Zgromadzeni  zaczęli  krzyczeć  z  radości.  Wtedy  kat  wolną  ręką  ściągnął  czarny  kaptur, 
zasłaniający  jego  twarz.  Elizabeth  krzyknęła  głośno,  gdy  napotkała  jego  wzrok  i  ujrzała 
złośliwy uśmiech. To był Leonard! 
 

Poderwała się, zbudzona własnym krzykiem, mokra od potu. 

 

-  Co  się  stało?  –  spytał  Jens  sennie  i  chciał  ją  przytulić.  Jednak  wywinęła  się  z  jego 

objęć i wstała. 
 

- To tylko sen. Śpij, pójdę tylko się załatwić – szepnęła. 

 

Zasnął, zanim wyszła z pokoju. Boso wymknęła się do kuchni i nalała odrobinę wody 

do  miski.  Syknęła,  kiedy  zimna  woda  dotknęła  skóry  twarzy  i  szyi.  Później  odczuła  ulgę. 
Oparła się plecami i szepnęła: 
 

- Jak długo zdołał ukrywać przed tobą prawdę, Jensie? 

 
Rozdział 15 
 
 

Elizabeth po raz ostatni świece w garnku z łojem, nucąc przy tym kolędę. Przypomniał 

jej się dzień, kiedy z książeczki, którą dostała od matki, pierwszy raz przeczytała Marii tekst 
kolędy. Potem nauczyła się melodii od Ragny. 
 

- Raduję się co rok tego dnia, bo wtedy narodził się Jezus – 

zaśpiewała. 

 

Tak, naprawdę z radością czekała na to Boże Narodzenie. Zeszły rok był dla niej jakby 

próba, czy jest dostatecznie dorosła i zaradna, by samodzielnie przygotować święta. Poza tym 
w zeszłym roku zmarła matka, w dodatku okazało się, że sama jest w ciąży. 

background image

 

85

 

Te święta będą wyjątkowo piękne! Zaprosi ojca i Marię, by spędzić je razem z nimi. 

Tak  bardzo  zatopiła  się  we  własnych  myślach,  że  nie  słyszała  kroków  w  sieni. 
Niespodziewanie w kuchni pojawił się ojciec. 
 

- Szczęść Boże – przywitał się, ściągając czapkę. 

 

Elizabeth  zauważyła,  że  śnieg  na  spodniach  sięgał  mu  po  kolana;  spadając,  tworzył 

małe kałuże na podłodze. 
 

- Ach, to ty – ucieszyła się. – Ogrzej się trochę i zdejmij buty. Jak się czuje Maria? 

 

Ojciec odłożył rękawice na buty i podszedł do stołu, zanim odpowiedział: 

 

- Poszła do Heimly pobawić się z dziećmi. 

 

- Zasłużyła na to. Małej może być czasami ciężko – zauważyła Elizabeth, rozstawiając 

na stole spodeczki i filiżanki – Dobrze, że mamy kilka dni świąt – mówiła dalej. – Wszyscy 
trochę odpoczniemy. 
 

Ojciec przytaknął i wziął Ane na kolana 

 

- Tak, to prawda. Tylko nie przepracuj się zbytnio z naszego powodu. 

 

-  Phi,  też mi  robota!  Po prostu  trzeba  coś  przygotować,  upiec,  wytopić  świece.  Poza 

tym pomagałeś przecież Jensowi przy uboju. – Usiadła przy stole i dodała łagodnie: - Nawet 
nie wiesz, jak bardzo jestem ci za to wdzięczna, tato. Nie wiem dlaczego, ale szlachtowanie 
zwierząt budzi we mnie wstręt.. – Zaczerpnęła głęboko powietrza i uśmiechnęła się. – Muszę 
cię o coś spytać. 
 

- Słucham. 

 

- Chciałabym, żebyście z Marią przyszli do nas na Wigilię. 

 

Ojciec  umknął  wzrokiem,  zestawił  Ane  na  podłogę  i  zawahał  się  chwilę,  zanim 

odpowiedział: 
 

- Maria zaprosiła Dorte również w tym roku. 

 

- Ale ona też może przyjść 

 

Ojciec pokręcił głową. 

 

-  Bardzo  ci  dziękuję  za  zaproszenie,  ale  myślę,  że  dla  Marii  to  bardzo  ważne,  by 

mogła spędzić święta we własnym domu. 
 

Elizabeth poczuła bolesne rozczarowanie. 

 

- Maria chce być dokładnie taka jak ty – wyjaśnił ojciec, widząc wyraz jej twarzy. 

 

- Jak ja? – spytała zaskoczona. 

 

- Tak, także chce przygotować co trzeba na Boże Narodzenie. Wywnioskowałem to z 

tego, co mówiła. – Uśmiechnął się. – Pierwszego dnia świąt wybieramy się do kościoła, ale 
drugiego przyjdziemy do was 
 

Rozczarowanie przeszło w radość, która ogarnęła Elizabeth aż po opuszki palców. To 

prawda, przyznała w duchu. Mam teraz własną rodzinę. 
 

W wigilijny wieczór wszystko odbyło się zgodnie z tradycją. Od potraw po ozdoby na 

choince.  Elizabeth  razem  z  Jensem  przez  cały  czas  porównywała  ten  dzień  z  poprzednią 
Wigilią, ciesząc się, że Ane podrosła i już więcej rozumiała z tego, co wokół niej się dzieje. 
 

W tym roku również były prezenty. Elizabeth dostała od Jensa przybory do pisania, by 

mogła  do  niego  pisać,  kiedy  wypłynie  na  zimowe  połowy.  Elizabeth  natomiast  podarowała 
mężowi i Ane rękawice i skarpety 
 

- Co roku daję ci to samo – rzekła z poczuciem winy. 

 

-  Miałem  nadzieję,  że  tak  będzie  –  odparł  Jens  z  radością  i  Elizabeth  poczuła,  że 

mówił szczerze. 
 

Dla Ane zrobił nieduże pudełko z drewna z drewnianymi zabawkami w środku. 

 

- Może teraz zostawi w spokoju kołowrotek, gdy będziesz przędła nici na prezenty dla 

mnie – uśmiechnął się. 
 

Kiedy zapalili świece, a Ane zasnęła, oboje usiedli obok siebie na pryczy. 

background image

 

86

 

-  To  była  równie  piękna  Wigilia  jak  w  zeszłym  roku  –  westchnęła  Elizabeth 

zadowolona. – Z tą jedynie różnicą, że dzisiaj nie widzieliśmy zorzy polarnej. Wydaje mi się, 
ż

e  dziś  w  nocy  i  jutro  będzie  brzydka  pogoda.  Pewnie  w  takim  razie  nie  pójdziemy  do 

kościoła. 
 

-  Poczytamy  Biblię  w  domu  –  uspokoił  ją  Jens.  –  Bóg  nas  usłyszy.  A  drugiego  dnia 

wszyscy ze wsi przyjdą tu na górę, to będzie okazja, żeby porozmawiać – dodał. 
 

W  odpowiedzi  Elizabeth  mruknęła  coś  niezrozumiale.  Sama  zaproponowała,  by 

zaprosili Ragnę i Jakoba, choć na myśl o tej wizycie ogarniały ją mieszane uczucia. 
 
 

Stało się tak, jak podejrzewała – następnego ranka, na dworze panowała zła pogoda i 

nie poszli do kościoła. Ale dzień mijał szybko i dobrze było odpocząć w domowym zaciszu. 
 

Drugiego  dnia  świąt  Elizabeth  wstała  wyjątkowo  wcześnie,  żeby  przygotować 

wszystko  na  przyjęcie  gości.  Jedzenie  gotowe  i  stało  obok  ognia,  żeby  nie  wystygło. 
Jagnięcia,  ziemniaki  i  brązowy  sos.  Mięso  dostali  od  ojca  jako  podziękowanie  za  wszystko, 
co Elizabeth dla niego zrobiła, jak powiedział. 
 

Zdjęła duży fartuch i powiesiła na gwoździu. 

 

- Jestem taka zdenerwowała – powiedziała i zerknęła szybko do lustra. Zobaczyła, że 

kilka  kosmyków  włosów  się  wysunęło,  więc  upięła  je  spinką.  Twarz  miała  zarumienioną, 
pewnie nie tylko z gorąca, pomyślała, ale i z przejęcia. 
 

Jens podszedł do Elizabeth i ją objął. 

 

-  Czym  się  tak  denerwujesz?  –  spytał  spokojnie.  –  Przyjdzie  tylko  nasza  rodzina  i 

Dorte. 
 

- Wiem, ale dawno nie było u nas tylu osób. Ostatni raz kiedy się pobraliśmy. 

 

-  To  był  piękny  dzień,  a  i  ten  będzie  równie  udany,  bo  teraz  masz  więcej 

doświadczenia. 
 

Elizabeth pamiętała każdy szczegół ze swego ślubu. Wtedy na stole stał nowy serwis 

Ragny,  a  oprócz  tego  srebrne  świeczniki.  Teraz  było  skromniej,  części  zastawy  różniły  się 
wzorami,  a  niektóre  z  naczyń  miały  wyszczerbione  krawędzie.  Świeczniki  były  cynowe,  a 
kieliszki bez nóżek. Różnica była ogromna. Stanowił jednak odrębną rodzinę, jak powiedział 
ojciec,  i  sami  urządzali  bożonarodzeniowe  przyjęcie.  Tak,  Elizabeth  cieszyła  się,  a  nawet 
czuła dumę z powodu tego, co udało jej się przygotować. 
 

Z zewnątrz dobiegły ich głosy i Elizabeth uwolniła się z objęć Jensa. 

 

-  Idą!  –  zawołała  i  wyjrzała  przez  okno.  –  Idą  wszyscy  naraz!  Ratunku,  musisz  mi 

pomóc, Jensie! 
 

W  kuchni  się  zaroiło,  kiedy  weszli  goście,  otrzepawszy  buty  ze  śniegu.  Płaszcze, 

czapki,  buty  i  rękawice  przekazali  Elizabeth,  a  ona  umieściła  je  obok  paleniska,  żeby 
wyschły.  Śnieg  topniał  na  deskach  podłogi  i  tworzył  kałuże.  Ale  teraz  jestem  u  siebie, 
pomyślała Elizabeth i zerknęła z ukosa na Ragnę. Szybko przyciągnęła nogą ścierkę i kałuże 
zniknęły. 
 

Wszyscy złożyli sobie świąteczne życzenia i rozmawiali o wczorajszej niepogodzie. 

 

- To straszne, żeby nie można było pójść do kościoła w Boże Narodzenie – oburzyła 

się  Ragna  i  odgarnęła  kilka  kosmyków  włosów,  które  wysunęły  się  z  ciasno  upiętego  koka. 
Maria  powiedziała  kiedyś,  że  Ragna  używała  masła,  żeby  fryzura  układała  się  gładko. 
Elizabeth nawet nie zdziwiło, że teściowa smaruje włosy tak dobrym jedzeniem. 
 

-  Proszę  bardzo  –  rzekła,  zapraszając  do  stołu.  Nikt  nie  chciał  usiąść  pierwszy,  więc 

musiała ich namawiać. W końcu wszyscy zajęli miejsca, a Jens odmówił modlitwę. 
 

Półmiski  i  misy  zaczęły  krążyć  dookoła.  Goście  nakładali  sobie  odrobinę  każdej 

potrawy. Potem przez chwilę jedli w milczeniu, aż wreszcie Jakob odchrząknął i odezwał się: 
 

- Przepyszna jagnięcina. Muszę przyznać, że świetnie gotujesz, Elizabeth. 

background image

 

87

 

- Dziękuję – odparła Elizabeth i wymieniła z ojcem spojrzenia. Już miała powiedzieć, 

ż

e mięso jest darem od niego, ale przerwała jej Ragna. 

 

- Zjedliście roladę mięsną i owocową, którą wam przyrządziłam? 

 

Nie może znieść pochwały, którą dostałam, pomyślała Elizabeth. Może to prawda, co 

mówił  Jens,  że  Ragna  była  o  nią  zazdrosna?  Zazdrość  może  być  groźna,  może  prowadzić 
ludzi do strasznych czynów, pomyślała. 
 

-  Nie,  rozumiesz  chyba,  że  musimy  oszczędzać  takie  przysmaki,  żeby  na  długo 

starczyły – odparła i uśmiechnęła się do teściowej. 
 

Zauważyła, że Ragna zaczerwieniła się ze wstydu, a może też trochę z zakłopotania.  

 

-  Cieszę  się  na  każde  Boże  Narodzenie,  też  będę  mogła  tego  spróbować  –  rzekła 

nieśmiało Dorte. 
 

Mimo  że  Elizabeth  widziała,  jaką  przyjemność  sprawiła  teściowej  swą  pochwałą, 

przez resztę obiadu siedziała jak na szpilkach. Sos zastygał na jej talerzu, a mięso zrobiło się 
zimne,  zanim  zjadła.  Przez  cały  czas  spodziewała  się  kolejnych  uszczypliwych  słów  od 
Ragny. Tymczasem mężczyźni rozmawiali, a dzieci robiły miny, wierząc, że nikt z dorosłych 
tego nie widzi. Elizabeth pozwoliła im na to, obawiając się ponownie otworzyć usta. 
 

Kiedy na stole pojawiły się ciasta  i kawa, poczuła, że zaczyna się uspokajać. 

 

- Tuż przed świętami rozmawiałem z Hartuvikką – odezwał się nagle ojciec. – Prosiła 

mnie,  żebym  ci  podziękował  za  pomoc,  Elizabeth.  Powiedziała,  że  już  jej  lepiej,  choć  nie 
wiem, co miała na myśli. To samo z dziewczynką z chorą stopą. 
 

Elizabeth  dostrzegła  błysk  w  oczach  Ragny.  Usta  teściowej  zmieniły  się  w  wąską 

kreskę. 
 

- Pewnie nie słyszałeś, Andresie, czym się twoja starsza córka zajmuje – rzekła Ragna. 

 

Ojciec zanurzył ciasto w kawie i spojrzał na nią pytająco. 

 

- No tak – mówiła dalej, nie czekając na odpowiedź. – Ona uzdrawia ludzi. 

 

- Tak? – spytał ojciec spokojnie. – Pomagasz im, Elizabeth? 

 

- Chyba tak – odparła cicho. 

 

- W takim razie spełniasz dobre uczynki – stwierdził, po czym dolał sobie trochę kawy 

i wypił z przyjemnością. 
 

Ragna  przyglądała  się  z  odrazą  jego  manierom  przy  stole,  a  potem  znów  utkwiła 

wzrok w Elizabeth. 
 

- Słyszałam, że możesz decydować o życiu i śmierci – rzekła tajemniczo. 

 

Elizabeth  poczuła,  jak  pot  jej  spływa  po  plecach.  Wreszcie  Jens  zorientował  się,  o 

czym mowa, i wtrącił się do rozmowy: 
 

-  Nie  będziemy  teraz  wywlekać  tej  historii  o  dziecku  Josefine  i  Abrahama  –  rzekł 

stanowczo. 
 

I więcej o tej sprawie nie wspomniano. 

 

Jednak  Elizabeth  czuła  na  sobie  wzrok  Ragny  przez  cała  resztę  dnia.  Teściowa  nie 

może  chyba  wiedzieć  o  Leonardzie,  pomyślała  gorączkowo.  Na  pewno  miała  na  myśli 
dziecko Josefine. 
 

Nie mogło być inaczej. 

 
 

Almanach  wskazywał  rok  tysiąc  osiemset  siedemdziesiąty  trzeci.  Dni  wypełniała 

praca  i  krzątanina.  Wkrótce  miały  się  zacząć  zimowe  połowy,  i  należało  odpowiednio 
wyposażyć  na  nie  Jensa.  To  nawet  dobrze  tak  się  zmęczyć  pracą,  uważała  Elizabeth,  bo 
zmęczona zasypiała od razu, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki. 
 

Tak upływały kolejne dni i zanim Elizabeth się zorientowała, nadszedł ostatni wieczór 

pobytu  Jensa  w  domu.  Mocno  przytuliła  się  do  męża.  Tego  ostatniego  wieczoru  Elizabeth 
dała  z  siebie  wszystko,  żeby  Jensa  zadowolić.  Czuła,  że  i  on  odwzajemnił  się  tym  samym. 
Dawno nie kochali się tak żarliwie i nie zaznali takiej rozkoszy. 

background image

 

88

 

Setki  razy  rozmawiali  o  połowach.  Zimowa  wyprawa  oznaczała  i  radość,  i  tęsknotę, 

jak zawsze. Jesn musiał zarabiać pieniądze, ale czas rozłąki był długi. I nic więcej nie da się 
na ten temat powiedzieć, pomyślała Elizabeth, czując, jej powieki stają się ciężkie. 
 
 

Ś

niło  jej  się,  że  leży  w  łóżku  obok  Jensa.  Nagle  drzwi  otworzyły  się  i  weszła  Lina-

Laponka.  W  pierwszej  chwili  Elizabeth  pomyślała,  że  Lina  zachowuje  się  wyjątkowo 
zuchwale, skoro nachodzi ludzi na poddaszu, i lepiej okryła nagie ramię Jensa. 
 

- Długo już się dręczysz – zaczęła Lina. 

 

Elizabeth udała, że nie rozumie. 

 

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz – rzekła. 

 

-  Nieprawda,  dobrze  wiesz.  Za  każdym  razem,  kiedy  padnie  jakaś  drobna  uwaga, 

bardzo długo czujesz się źle, bo myślisz, że wszyscy wiedzą, co się stało z Leonardem. Ciągły 
strach  cię  wyniszcza,  Elizabeth,  i  jeżeli  nie  wyznasz  wszystkiego  Jensowi,  będzie  źle. 
Słyszysz, co mówię, Elizabeth? 
 

Niechętnie skinęła głową. 

 

- Powiem mu – mruknęła. – Gdy tylko znajdę odpowiednią chwilę. 

 

-  Nie,  masz  mu  to  wyznać  teraz.  Dziś  w    nocy  musisz  mu  wszystko  wyjawić,  od 

początku do końca, to bardzo ważne. Jeśli tego nie zrobisz, może się stać coś strasznego… 
 

Zza Liny wyłonił się jakiś cień. Sylwetka kata! 

 
 

Elizabeth  gwałtownie  usiadła  na  łóżku,  z  trudem  oddychała.  Przetarła  twarz  i 

wpatrywała się w ciemność. 
 

- Znowu przyśniło ci się coś złego? 

 

Podskoczyła  ze  strachu  na  dźwięk  głosu  męża.  W  uszach  ciągle  jej  brzmiały  słowa 

Liny. Rady Laponki zawsze były dobre, nigdy jej nie oszukała. 
 

- Jens, muszę ci coś powiedzieć – rzekła szybko, żeby się nie rozmyślić. 

 

Być może poznał po jej głosie, że to coś ważnego, ponieważ usiadł na łóżku, gotów jej 

wysłuchać. 
 

- Jednak zanim zacznę, muszę cię prosić o jedno: nie osądzaj mnie, zanim nie poznasz 

całej  historii.  Potem  możesz  uczynisz,  co  zechcesz…  Nawet…  -  urwała.  Nie  przeszło  jej 
przez  usta:  „wydać  mnie  lensmanowi”.  Przełknęła  ciężko  ślinę  i  zaczęła  opowiadać:  - 
Pamiętasz ten dzień tuż przed moim wyjazdem do Dalsrud? 
 

Jens skinął głową w odpowiedzi. 

 

- Miałeś pomóc Dorte z nowym blatem. 

 

Jens odchrząknął nieznacznie. 

 

- Tak, mogę ci to wytłumaczyć, Elizabeth. Rozumiesz… 

 

-  Nie  –  przerwała  mu.  –  Nie  chodzi  o  to,  co  tam  robiłeś.  Jednak  ja  myślałam,  że 

spędziłeś z Dorte całą noc, bo widziałam cię rano, Kidy nosiłeś deskę. Oszalałam ze złości i z 
zazdrości. W każdym razie, kiedy dotarłam do Dalsrud, chciałam się zemścić. Pozwoliłam, by 
Kristian mnie uwiódł. 
 

Poczuła, że Jens zesztywniał, i błyskawicznie dodała: - Do niczego między nami nie 

doszło. Zupełnie nic, Jens. Tylko patrzyłam na niego, myślałam o nim, lecz nic więcej. Ale to 
już wiesz. 
 

Jens odetchnął z ulgą. 

 

- Droga Elizabeth, nie ma potrzeby rozdzierać ran. 

Wszyscy popełniliśmy błąd i prawdę mówiąc, też zwracałem na siebie uwagę i chciałem się 
przypodobać, kiedy Dorte… 
 

- Nie, Jens, nie chcę tego słuchać. To sprawa między tobą a Dorte i ze względu na nią 

zapomnijmy o tym. Dorte opowiedziała mi o wszystkim dawno temu. I musisz wiedzieć, że to 

background image

 

89

ja ją wypytywałem. Ale jest coś więcej, Jens. Dużo więcej. I proszę, nie przerywaj mi, zanim 
nie skończę. 
 

Westchnęła, ale musiała przez to przebrnąć. 

 

-  Któregoś  dnia  razem  z  Helene  robiłyśmy  pranie.  Miałam  przynieść  wody  z  rzeki. 

Wtedy nadszedł Leonard. On… - Elizabeth musiała przełknąć kilka razy ślinę, kiedy na nowo 
odżyło  w  niej  tamto  odrażające  zdarzenie.  Nie  chciała  płakać,  ale  łzy  same  popłynęły  jej  z 
oczu. Nie powstrzymała ich. 
 

- Próbowałam uciekać, ale mnie dogonił. Zdarł ze mnie ubranie i zgwałcił. Myślałam, 

ż

e  mnie  rozerwie.  To  było  takie  potworne,  a  ja  tak  strasznie  się  bałam. Nie  rozumiałam,  co 

robi, wydawało mi się, że umieram.  Zaczęłam krzyczeć z całych sił. Pamiętam, że wołałam 
mamę. 
 

Poduszka i włosy Elizabeth były mokre od łez. Coraz trudniej jej było  mówić. Płacz 

przeszedł w spazmy. Ale musiała opowiadać dalej, musiała to z siebie wyrzucić. 
 

-  Wtedy  Leonard  mnie  uderzył  tak,  że  omal  nie  straciłam  przytomności.  Lecz  to  nie 

było najgorsze. Czułam, jakbym płonęła, kiedy mnie zostawił, tak bardzo bolało. Krwawiłam 
i byłam ledwie żywa. Z trudem dowlokłam się z powrotem do pralni i do Helene. Zajęła się 
mną, i wtedy, i później. Przez wiele dni leżałam w łóżku na stryszku, unikając ludzi. Helene 
musiała pilnować swojej roboty, zresztą jej też nie chciała widzieć. Doszłam jednak do siebie, 
a  po  jakimś  czasie  zorientowałam  się,  że  jestem  w  ciąży.  –  Musiała  przerwać,  żeby  się 
opanować.  Pamiętała,  że  miała  ochotę  zrobić  sobie  krzywdę,  tak  by  dziecko  umarło  w  jej 
łonie, pamiętała pomysły, żeby wyjechać i oddać Ane. Czy mogła o tym powiedzieć Jensowi? 
Czy  zrozumiałby?  Musisz  wyznać  wszystko,  Elizabeth.  Słowa  Liny-Laponki  odzywały  się 
echem  w  jej  myślach.  –  Chciałam  oddać  Ane  obcym  ludziom,  chciałam  też  zrobić  sobie 
krzywdę,  żeby  umarła  w  moim  brzuchu,  ale  Helene  mnie  powstrzymała.  I  za  to  jestem 
wdzięczna i jej, i Stwórcy. Pokochałam Ane, jeszcze zanim się urodziła. Ale Leonardowi nie 
umiałam wybaczyć.  Nigdy bym nie mogła!  Żywiłam do niego taką nienawiść, której nie da 
się  opisać,  i  poprzysięgłam  mu  zemstę.  Nikomu  się  do  tego  nie  przyznałam.  –  Zamilkła  i 
głęboko  wciągnęła  powietrze.  Teraz  miało  nastąpić  najgorsze.  –  Pamiętasz,  kiedy  Ragna 
złamała rękę i kiedy do was przyszłam? Wtedy ukradłam jej lekarstwo. Zawartość wlałam do 
kawy Leonarda, żeby się rozchorował. Lecz on… on zmarł tej samej nocy. 
 

Minęło kilka sekund, zanim słowa żony dotarły do Jensa. 

 

-  Coś  ty  zrobiła?  –  spytał  ochryple  w  tej  samej  chwili  sam  sobie  odpowiedział.  – 

Odebrałaś  życie  człowiekowi.  Jesteś  morderczynią…  O  Boże!  –  jęknął  i  usiadł  na  łóżku, 
opierając stopy na podłodze. Ukrywał twarz w dłoniach. 
 

- Nie, Jensie! – łkała. – Musisz zrozumieć, że nie zrobiłam tego z rozmysłem. Byłam 

taka wściekła! Zamierzałam go tylko nastraszyć!! 
 

Chciała  wziąć  męża  za  rękę,  ale  wyrwał  się,  jak  gdyby  się  oparzył.  Potem  szybko 

wstał włożył spodnie. 
 

-  Nie  odchodź,  Jens  –  prosiła  żałośnie.  –  Wracaj,  bo  zamierzasz.  Mogę  wstać,  to 

wygodnie się położysz. 
 

Skuliła się, szlochając spazmatycznie, nie była w stanie powiedzieć nic więcej. 

 

- To różnica być na kogoś złym, a go zabić – rzekł bezlitośnie. 

 

Elizabeth  skuliła  się.  Kiedy  usłyszała,  jak  jego  kroki  milkną  na  schodach,  pozwoliła 

mu odejść. 
 

Płakała tak długo, aż rozbolała ją głowa i zabrakło jej łez. Oparła się plecami o ścianę 

i  patrzyła  przed  siebie  pustym  wzrokiem.  W  łóżku  po  drugiej  stronie  pokoju  leżała  Anw. 
Jeżeli Jens zgłosi to przestępstwo lensmanowi, Ane straci matkę. Czy mógłby sprawić swemu 
dziecku taki ból? Ale dlaczego nie? Może uzna, że to wyjdzie Ane na dobre? 
 

-  Jens,  tak  bardzo  cię  kocham  –  szepnęła.  –  Potrzebuję  cię  niezależnie  od  tego,  co 

chcesz zrobić… 

background image

 

90

 

Otworzyła  na  powrót  oczy  i  zapatrzyła  się  w  ciemność.  Potem  odrzuciła  kołdrę, 

włożyła koszulę Jensa i wymknęła się po schodach na dół. Włosy opadły jej na plecy, koszula 
zwisała  rozpięta,  lecz  Elizabeth  nie  czuła  skrępowania  wypełniła  ją  tylko  nieskończona 
pustka. 
 

-  Jens  –  szepnęła  przy  jego  plecach.  Siedział  przy  palenisku,  w  którym  jeszcze  się 

ż

arzyło. Na jego silne ciało padał czerwony blask. Przypomniała sobie chwilę, kiedy kochali 

się tu na podłodze przed paleniskiem. To Jens ją nauczył, że kobiecie i mężczyźnie może być 
razem  dobrze.  Zatarł  odrazę  i  strach  po  tym,  co  zrobił  jej  Leonard,  jednak  jej  występku 
nikomu nie uda się wymazać. Świadomość tego pozostanie w niej na zawsze. 
 

-  Jens  –  powiedziała  trochę  głośniej  na  wypadek,  gdyby,  jej  nie  usłyszał.  –  Sam 

zdecydujesz, co zrobisz. Jeżeli zameldujesz o mnie lensmanowi, przyjmę należną karę. Albo 
razem ze mną będziesz nosił tę tajemnicę i nikomu jej nie zdradzisz. Lecz niezależnie od tego, 
co postanowisz, muszę cię prosić, żebyś zrobił to szybko. Musisz to zrobić teraz… 
 
POSŁOWIE 
 
 

Niektóre  zdarzenia,  osoby  i  nazwy  miejsc  w  tej  książce  są  prawdziwe,  dlatego 

chciałbym o nich powiedzieć kilka słów. 
 

Wspomniałam  kilka  razy  o  osadzie  rybackiej  Storvaagen  lub  Storvagan,  jak  zwą  ją 

obecnie. Leży ona kilka kilometrów na zachód od Kabelvaag. Około roku 1814 Caspar Lorch 
wybudował główne gospodarstwo w osadzie. Około roku 1844 przejęła je rodzina Wolffów i 
aż do przełomu wieków posiadłość była ich własnością. 
 

Storvagan należała do największych osad na zachodnich Lofotach, podczas zimowych 

połowów  mieszkało  w  niej  raz  dwa  tysiące  rybaków.  W  czasach  Wolffa  na  jego  polecenie 
osiedliło się ta, czternastu ubogich chłopów. 
 

W  1909roku  w  głównym  budynku  powstał  dom  starców  i  był  wykorzystywany  do 

tego celu aż do lat siedemdziesiątych. Obecnie na terenie jej starej rybackiej osady powstało 
muzeum. Budynek główny został częściowo odrestaurowany i urządzony tak, jak za czasów, 
gdy mieszkała w nim rodzina Wolffa. Można tu się przechadzać po bogatych salonach byłego 
właściciela i może nawet zajrzeć di sypialni jednej z jego córek. Budynek główny kontrastuje 
z małymi i ciasnymi barakami rybaków. Właściciel osady, Wolff, o którym w książce lewie 
wspomniano żył zatem naprawdę. 
 

Ole Siwert Moland z opowieści Jakoba pochodził z Valberg na Zachodnich Lofotach i 

był  więziony  w  Kabelvaag.  W  tym  czasie  w  Kabelvaag  znajdowało  się  również  miejsce 
straceń, nieopodal  centrum, mniej więcej tam,  gdzie teraz stoi gimnazjum. Nie udało mi się 
znaleźć wzmianki o tym, o jakiej porze roku Ole został stracony, więc pozwoliłam sobie na 
pewną swobodę i kazałam Jakubowi, by swą relację zdał na początku zimy. Egzekucja miała 
miejsce  w  1872  r.  Jednym  z  jej  świadków  była  moja  praprababcia.  Miała  wtedy  zaledwie 
dwanaście lat. 
 

Historia  o  Lapończyku,  który  zastrzelił  niedźwiedzia,  również  podobno  jest 

prawdziwa.  
 

Natomiast  wszystkie  inne  miejsca  i  postaci  są  wytworem  fantazji  i  nie  mają  nic 

wspólnego ani ze zmarłymi, ani też z obecnie żyjącymi 
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trine Angelsen