background image

JAN PARANDOWSKI 
 
DYSK OLIMPIJSKI 
 
Pierwsze wydanie książki ukazało się w 1933 r.  

background image

Część pierwsza 
W GIMNAZJONIE 
I. Pokój boży 
W  nieporównanej  czystości  ateńskiego  poranku  głos  spondofora  brzmiał 
pięknym  głębokim  tonem.  Trębacz  miejski  wygładził  przed  nim  ciszę 
tłumów, które o pierwszym świcie zwołał. Jasny czworobok rynku odbierał 
bezszelestnie zapowiedź wielkiego święta. 
W  trzecią  pełnię  po  przesileniu  letnim,  w  elejskim  miesiącu  Parthenios, 
Olimpia  przyjmie  zawodników  i  gości.  Stanąć  do  igrzysk  ma  prawo  każdy 
Grek  wolno  urodzony,  nie  splamiony  zabójstwem,  nie  obciążony  klątwą 
bogów.  I  wszystek  świat  powinien  być  wolny  od  zbrodni,  bez  zmazy  krwi, 
niezakłócony  zgiełkiem  broni,  a  najbardziej  ziemia  elejska  i  święty  gaj 
Dzeusa, i czas, i miejsce igrzysk. Pokój boży. 
Stare  wyrazy,  jeszcze  dostojniejsze  w  rozlewnej  wymowie  kapłana 
olimpijskiego,  po  raz  siedemdziesiąty  szósty  powtarzały  święte  przymierze, 
które u brzasku dziejów zawarli i na spiżowym dysku spisali królowie historii 
wczesnej jak legenda: Ifitos z Elidy, Kleostenes z Pisy i Likurgos ze Sparty. 
W pamięci słuchających wiły się ostre litery napisu, który biegnie po kręgu 
spiżowym  od  krańca  do  środka,  jak  wąż,  boski  wizerunek  wieczności.  Od 
trzech  stuleci  tym  samym  głosem  woła  Olimpia,  co  cztery  lata  wdziera  się 
świetlistą pręgą stadionu między Gniew i Spór, wytrąca miecze i przy jednym 
ołtarzu  trzyma  wrogów.  Od  dwunastu  pokoleń  odmierza  swój  czas 
niebieskimi  znakami,  liczy  księżyce  i  zawsze  tą  jedyną  pełnią,  czarą 
mistyczną, zaprzysięga pokój. 
Mowa  spondofora  zdaniem  po  zdaniu  rozbrajała  kraje,  miasta,  góry, 
wybrzeża.  Hellada,  rozproszona  w  sto  drobnych  ustrojów,  pozamykanych 
granicami,  murami,  wałami,  żyjących  w  odosobnieniu  swych  praw  i 
obyczajów,  w  rozjątrzeniu  dziedzicznych  waśni,  otwierała  się  wolną 
przestrzenią  wzdłuż  dróg  i  ścieżek,  które  rozkaz  boży  obdarzał 
bezpieczeństwem.  Obezwładniał  nawet  rozbójników  z  wąwozów  górskich, 
nawet  barbarzyńców  niepodległych  religii  Dzeusa,  albowiem  każdy  Grek 
przyjmował  na  siebie  obowiązek  ścigania  tych,  którzy  by  jakimkolwiek 
gwałtem zagrodzili drogę do Olimpii. Nastawa! czas powszechnego rozejmu. 
Zapowiedziany z wiosną, miał trwać do jesieni łącząc dwie najświętsze pory 
roku: kiedy niebo daje obietnice i kiedy je wypełnia. 
Spondofor  stał  na  kupie  rumowiska,  którą  jego  szlachetna  postać  i 
dostojeństwo służby czyniły piedestałem z marmuru. Agora nie miała w sobie 
nic  prócz  geometrycznej  złudy  czterech  przecinających  się  kątów.  Aleja 
platanów  zaledwie  dawała  poznać  wiosnę  wśród  pni  zwęglonych.  W 

background image

przejrzystym  niebie  płowy  złom  Akropolu  podnosił  ciemne  zgliszcza 
świątyń.  Pożoga  wojny  perskiej  zabliźniała  się  powoli  w  zapachu  wapna  i 
świeżych  cegieł,  który  osnuwał  miasto  od  pośpiesznych  lepianek  aż  po 
zdumiewający trud nowych murów. 
Widać  je  było  gdzieniegdzie  poprzez  pustkę  zniszczonych  ulic,  wsparte  na 
dzikim  podmurowaniu  z  byle  jakich  kamieni,  rozbitych  kolumn, 
pokruszonych  posągów.  Zrzucono  w  nie  wszystko,  co  zostało  z  dawnych 
Aten, i rozszerzono ich obwód na miarę wielkiej przyszłości. 
Lud  zebrany  na  rynku  był  zaniedbany,  bosy,  w  ciemnych  roboczych 
chitonach przepasanych rzemieniami. Ale kapłan wsłuchiwał się w pracowity 
rytm  miasta,  jakby  w  nim  drżał  ton  młotów  Przeznaczenia,  i  skończywszy 
swą  mowę  przed  tym  ludem,  podobnym  do  tłumu  niewolników,  trzymał 
długo wyciągniętą prawicę, jakby stał przed zgromadzeniem samych królów. 
Do  spondofora  podszedł  ten  z  obywateli,  który  był  proksenosem  Elidy, 
pełnomocnym zastępcą spraw olimpijskich wobec bogów i władz ateńskich, i 
podał mu rękę, by go wprowadzić do prytanejonu. 
Był  to  naprędce  sklecony  budynek,  na  jaki  mogło  się  zdobyć  miasto 
zniszczone pożarem perskim. W pustej, na pół ciemnej sali paliło się ognisko, 
wieczny  płomień  Hostii.  Weszli  prytanowie,  kilku  archontów,  sporo 
członków Rady. 
Poseł olimpijski wyjął z zanadrza złotą czarę i zaczerpnął wina ze stojącego 
obok dzbana. Archont król odebrał od niego fialę i wylał w płonące ognisko. 
Za  czym  inni  z  archontów  i  jeden  z  prytanów,  i  proksenos,  i  znów  sam 
Spondofor  napełnili  czary  winem  i  wylewali  je  w  ognisko,  aż  płomień 
przycichł, by za chwilę ze świeżą siłą wzbić się z trzeszczących drew. Wobec 
Hestii,  wieczyście  utajonej  w  swym  ogniu,  wobec  Dzeusa,  pana  Olimpii, 
wobec  Pallady,  opiekunki  miasta,  Ateny  wstępowały  w  święte  przymierze, 
zawarte u świtu dziejów przez królów Elidy, Pisy i Sparty. 
Tymczasem na rynku wzburzyły się wspomnienia ostatniej olimpiady. 
Wypadła w chwili, kiedy Kserkses przekroczył granice Grecji (r. 480 p. n. e.). 
Ze  Sparty  i  Aten  szły  rozpaczliwe  poselstwa  o  pomoc,  nawoływano  do 
wspólnej obrony, horyzont płonął pożarem. Ale dwie trzecie świata greckiego 
odgrodziły  się  od  wojny  swoimi  górami  i  morzami,  zabezpieczyły  się 
przymierzem  z  królem  perskim,  kilka  państw  wysłało  do  Olimpii 
zawodników i procesje jak w czasach niezakłóconego pokoju. W tym samym 
dniu, w którym nagi trup Leonidasa zawisł na krzyżu w otwartych na oścież 
Termopilach,  w  Olimpii  wieńczono  biegi  i  skoki.  Dym  spalonych  Aten 
pomieszał  się  chyba  gdzieś  na  wysokościach  nieba  z  dymem  olimpijskiej 
hekatomby. 

background image

Te  gryzące  wspomnienia  podawano  sobie  półgłosem,  w  oderwanych 
wyrazach.  Tu  i  ówdzie  gorętsze  słowo  oskarżyło  nikczemność  ludzką. 
Mówiono  o  kapłanach  olimpijskich,  o  bogach,  gorycz  była  bliska 
bluźnierstwa. Nastawały momenty ciszy i głowy pochylały się bezradne nad 
niecofnionym grzechem minionego czasu. 
Nagle ktoś wyraził myśl, jakoby właśnie Salamina była nagrodą za to, że nie 
zaniedbano  wielkiego  święta.  Myśl  była  nowa  i  zawiła,  lecz  nikt  jej  nie 
zgłębiał, zatrzymano się na jej radosnej powierzchni. 
W samym dźwięku: Salamina, był czar przejmujący. Zdawało się, że bije z 
niego  światło,  każdy  czuł  w  sobie  jasność,  płuca  oddychały  lekko  jak  w 
podniebnym  eterze.  Świadomość  zwycięstwa,  od  czterech  lat,  co  dzień 
żywsza,  działała  jak  wino,  wyzywająco  i  zdobywczo.  Wśród  najtwardszej 
pracy,  pod  ciężarem  kamieni  na  budowę  nowego  domu  albo  nad  świeżą 
bruzdą  stratowanego  pola  zdarzało  się  to,  co  i  w  tej  chwili się  zdarzyło:  że 
ludzie  stawali  nagle  jakby  rażeni  radością,  wybuchali  śmiechem,  krzyczeli, 
tańczyli,  wielu  podniosło  nieomal  bolesny,  do  skargi  podobny  śpiew, 
niewypowiedziane  żądze  nabrzmiewały  we  wszystkich  tkankach,  chcieliby 
jeść, pić, nagimi ciałami zmagać się na piasku, świat wydawał się nie dłuższy 
od stadionu, ziemią można by rzucać jak dyskiem po Mlecznej Drodze! 
Gdy  Spondofor  wyszedł  z prytanejonu, zdumiał  się  widząc  tłum  uniesiony  i 
hałaśliwy, ten sam tłum, który go przyjął tak poważnym milczeniem. 
— Na Atenę! — rzekł proksenos. — Będzie to olimpiada, jakiej jeszcze nie 
było. Przeżywamy wielkie czasy. 
—  Obawiam  się  —  odparł  kapłan  —  że  wielu  nie  przyjedzie.  Na  Teby, 
Tesalię nie można liczyć. 
— Zdrajcy zostaną w domu, to pewne. Czy będziesz u nich? 
Spondofor spojrzał nań zdumiony: 
—  Oczywiście.  Przed  Dzeusem  wszyscy  są  równi.  Bóg  nie  troszczy  się  o 
nasze kłótnie. 
Około  południa,  przyjąwszy  posiłek  w  domu  proksenosa,  Spondofor  ruszył 
dalej.  Jechał  na  wozie  zaprzężonym  w  muły,  a  jego  wysoka  laska  herolda, 
wetknięta w siano, którym wyłożono pudło wozu, otwierała mu drogę wśród 
tłoku podmiejskiego gościńca. Oczekiwała go północ Grecji: Beocja, Focyda, 
Eubeja, Tesalia, skąd weźmie okręt, by opłynąć wybrzeża trackie i zakończyć 
swą misję w Bizancjum. 
W tym samym czasie dwaj inni spondoforowie gromadzą miasta wschodu i 
zachodu.  Wybrani  ze  szlachetnych  rodów  elejskich,  ambasadorowie  boscy 
kojarzą związek powszechny, wielką amfiktionię dokoła świętego gaju. Jeden 
idąc  przez  Achaję,  Etolię,  Epir  przybije  do  brzegów  Sycylii,  a  po  długiej 

background image

wędrówce  wśród  bogatych  miast  Wielkiej  Grecji  odwiedzi  tych,  co  żyją  u 
krańców  świata:  ludzi  z  Marsylii  i  Gades.  Drugi,  któremu  wypada  droga 
przez  Mesenię  i  Lakonię,  poprowadzi  swój  statek  między  wyspami  Morza 
Egejskiego i wzdłuż przystani Azji Mniejszej. 
Od  wielkich  szlaków,  którymi  wędrowali  spondoforowie,  oddzielały  się 
drogi, drożyny, ścieżki w głąb kraju i z ust do ust podawaną wieścią roznosiły 
ich poselstwo. Przychodziło ono do rybaków pochylonych nad sieciami, niby 
nagła fala podnosiło statki zakotwiczone w przystaniach, pasterze marzyli o 
nim  na  połoninach,  karawany  odbierały  je  w  jakiś  wieczór  na  obozowisku 
pustynnym.  Obcy  ludzie  witali  się  tą  zapowiedzią.  Mówiło  się  o  niej  po 
winnicach i polach, w każdym domu. 
Poruszyły się palestry i gimnazjony, ile ich było, może tysiąc, może więcej, 
na  całym  obszarze  świata  greckiego.  Kto  pójdzie?  Komu  można  powierzyć 
honor miasta? Kiedy trzeba wyruszyć? Na te pytania było sto odpowiedzi, w 
miarę  słów  rzeczy  wikłały  się,  starsi  podnosili  wątpliwości,  w  odległych 
stronach  szło  o  daleką  drogę,  koszty,  gdzie  indziej  wszystko  zależało  od 
władz  państwowych.  Dojmujący  niepokój  trawił  obietnicami,  nadzieją.  Po 
ćwiczeniach, przy zapadającej nocy, nikt nie śmiał opuścić boiska i młody rój 
trwał  w  szeptach  namiętnych,  z  oczyma  wśród  gwiazd,  jakby  z  ich 
świetlistego milczenia miało się odezwać rozstrzygnięcie losu. 
Tu i ówdzie jednak znalazł się ktoś na tyle swobodny i stanowczy, że ruszał 
sam,  natychmiast  po  zapowiedzi  spondofora.  Po  drodze  spotykał  innych  i 
gdzieś w okolicy Megary zebrała się już spora gromadka. 
Był  to  orszak  lekki  i  biały,  drobny  obłok  na  drodze  idącej  ponad  błękitem 
Zatoki Korynckiej. Bez tłumoków, węzełków i wozów, szli w swobodzie nóg 
nie umiejących liczyć odległości, w beztrosce ust znajdujących chłód u źródeł 
i  biorących  posiłek  z  rąk  gościnności  lub  przypadku,  w  nieporównanej 
wygodzie swych młodych lat powierzających myśl o noclegu mchom lasów 
ogrzanych  wiosną.  Jakieś  świty  przeszły  po  górach,  jakieś  mroki  sczerniły 
morze,  nikt  nie  wiedział,  ile  ich  było  —  pięć,  sześć  najwyżej  —  i  Elida, 
wolna od murów, wchłonęła ich gorącym tchnieniem któregoś popołudnia. 
 
II. Kraj wieczystego sojuszu 
Ziemie  Elidy  zajmowały  zachodnią  połać  Peloponezu,  otwartą  na  Morze 
Jońskie trzema zatokami o płaskich i martwych wybrzeżach. 
Żaden port nie mącił swym zgiełkiem ciszy jakby utkanej z sieci rybackich. 
Jedynie  na  północy  Hyrmine  i  Kyllene  ocaliły  w  sypkim  lądzie  dwie 
przystanie,  gdzie  ostatecznie  mogły  rzucić  kotwicę  statki  z  Wysp  Jońskich, 
Sycylii i dalekiego Zachodu. Morze odpychało Elidę od swych szlaków. Prąd 

background image

idący  z  Adriatyku  wzdłuż  Epiru  spotykał  się  z  prądem  Zatoki  Patraskiej  i 
wszystek  piasek,  który  sam  przyniósł,  i  gęsty  muł,  który  spływał  od  ujścia 
Acheloosu,  wielkiej  rzeki  Etolii,  przez  wieki  odrzucał  na  tę  krawędź 
Peloponezu, aż ją do szczętu zasklepił, rozmył w bagniska i laguny. 
Siedziała  na  nich  uparta  ludność  rybaków,  pośród  nieprzebranego  dostatku 
połowów  wynędzniała  w  chorobach,  bezradna  wobec  klęski  drapieżnych 
owadów,  z  którymi  walkę  powierzała  bogom.  Kaplice  Dzeusa  Apomyiosa-
Muchołapa,  obwieszone  wotami,  były  pełne  wizerunków  mówiących  w 
swym  niezgrabnym  kształcie  o  cudownych  pogromach  najazdu 
błonkoskrzydłych.  Fale  podbiegały  pod  małe  świątyńki  Posejdona,  prawie 
zawsze zamknięte. 
Poza tym smutnym pasem lagun i piasków rozlegał się cudowny kraj, jakby 
umyślnie  ukryty  przed  szpiegami  z  morza.  Równinę  marszczyły  lekkie 
wzgórza,  które  ku  wschodowi  pięły  się  coraz  wyżej,  by  wreszcie  osiąść  na 
widnokręgu  surowym  mrokiem  gór  arkadyjskich.  Tam  gdzieś  wśród  jarów 
Erymantu brał początek Penejos, który wydobywszy się z ciasnych wąwozów 
w  środku  kraju  otrzymywał  dopływ  Ladonu  i  obfitą  strugą  roznosił  żyzną 
wilgoć. 
Nad  brzegami  tych  rzek,  pomiędzy  setką  strumieni  i  potoków,  ścieliły  się 
doliny niosące śpiew zboża aż na pochyłości pagórków. Wszelkie drzewa, od 
białej topoli przybyłej z niewiadomej północy do palmy wyrosłej na jakimś 
postoju korsarzy fenickich, znajdowały grunt i powietrze na potrzebę swych 
korzeni  i  tkanek.  Niskie  wzgórza  pachniały  szpilkowymi  lasami.  Byssos, 
cudowny  krzew  bawełniany,  tylko  w  tej  części  Grecji  dojrzewał  bladożółtą 
przędzą.  Odwieczne  bogactwo  trzód,  koni  i  mułów  przeżyło  w  micie  o 
stajniach  Augiasza.  Błogosławieństwo  wina  było  tak  jawne,  że  wiara 
Elejczyków tutaj pomieściła ród i kolebkę Dionizosa. 
W ten kraj urodzaju i ciszy, zielonych dolin i łagodnych pagórków wchodziło 
się  jak  w  sen  o  złotym  wieku.  Nigdzie  nie  spotykało  się  murów,  żadne 
twierdze czy zamki nie więziły wzroku. Z braku kamienia budowano z gliny i 
z cegieł suszonych na słońcu. Niskie domki, pobielane wapnem, rozweselone 
barwnym  fryzem  nad  drzwiami,  jaśniały  po  dąbrowach,  wśród  winnic, 
sadów, od czasu do czasu zbiegały się razem, by stworzyć wieś, najczęściej 
rozpraszały się po polach, nie dbając nawet o bliskość dróg, luźne, na ledwo 
widocznych nitkach wydeptanych ścieżek. Niezawodny spokój panował nad 
ziemią, na widok obcych ludzie podnosili się od pracy, osłaniali oczy dłonią i 
czas  mógł  sobie  swobodnie  płynąć  ponad  ich  niespiesznym  trudem. 
Wszystko tu się wydawało lżejsze niż gdzie indziej, oddech, krok, ważkość 
przedmiotów  —  praca  musiała  być  mniej  ciężka  na  tych  polach,  które  już 

background image

zaczynały  szumieć  zbożem,  gdy  w  innych  stronach  Grecji  była  pora 
pierwszej runi. 
Wzdłuż  dróg  biegły  słupy  z  wizerunkami  Hermesa,  w  gajach  i  lasach  były 
świątyńki  Afrodyty  i  Artemidy,  przy  każdym  źródle  kaplica  albo  pieczara 
Nimf;  drzewa,  stykając  się  koronami,  podawały  sobie  wota  rozwieszone po 
gałęziach.  Ci,  którzy  przychodzili  ze  stron  ledwo  zabliźniających  się  po 
niedawnej wojnie, z westchnieniem brali w płuca powietrze ziemi, rzekłbyś, 
leżącej pod skrzydłem bożym. 
Ten  błogi  spokój,  który  wydawał  się  łaskawym  darem  nieba,  był  w 
rzeczywistości zdobyty krwią i gwałtem. 
U południowych granic Elidy leżała Olimpia, przedmiot odwiecznego sporu. 
Była  niegdyś  własnością  Pisy,  małego  państewka  ciągnącego  się  wąskim 
pasem  wzdłuż  dolnego  biegu  Alfejosu.  Dopóki  gaj  olimpijski  był  świętym 
uroczyskiem  paru  gmin  sąsiednich,  niczyja  zawiść  nie  sięgała  w  te  ciche  i 
skromne  strony.  Odbywały  się  tam  obrzędy  i  ofiary  po  żniwach,  czczono 
stare  bóstwa:  Ziemię,  Kronosa,  matkę  Reję,  ukrywającą  swe  dziecko  w 
pieczarze  górskiej.  W  pewne  dni  urządzano  igrzyska,  na  których  królowie 
Pisy rozsądzali zawodników i rozdawali nagrody. Ale z czasem igrzyska stały 
się głośne, świętość miejsca zaczęła wysyłać coraz dalsze promienie, stanęła 
pierwsza świątynia, Herajon, wzniesiona przez miasto Skillus. 
Wywiązały  się  długie  i  kunsztowne  zabiegi,  król  Pisy  musiał  oddać  połowę 
swej  władzy  nad  Olimpia  królowi  Elidy  i  obaj  przewodniczyli  igrzyskom. 
Pisy nie stać było na opór, za Elidą opowiedziała się Sparta. Wtedy właśnie 
utworzono owo święte przymierze, które ustanawiało pokój boży, czteroletni 
okres  igrzysk,  prawa  dla  zawodników.  Wieczysty  sojusz  poręczyli  trzej 
królowie: Elidy, Pisy i Sparty, orędzie wyryto na spiżowym dysku i złożono 
w  Herajonie,  pod  opieką  bogini.  Jeszcze  Arystoteles  widział  ów  sędziwy 
krążek, gdzie spod śniedzi dawało się odczytać imię spartańskiego Likurga. 
Przez  parę  wieków  był  spokój.  Elida  wprawdzie  zdobywała  coraz  większą 
przewagę,  ale  po  dawnemu  dwaj  sprzymierzeni  królowie  zasiadali  nad 
olimpijskim  stadionem.  Wreszcie  zabrakło  królów.  Oba  państwa 
jednocześnie zmieniły ustrój, władza przeszła do oligarchii możnych rodów. 
Zarząd igrzysk powierzono dwom dostojnikom, zwanym hellanodikami. Byli 
to zawsze potomkowie starych szczepów, spadkobiercy legend i bohaterów, 
na  czas  świąt  wdziewali  purpurę  królewską.  Gasnąca  Pisa  miała  w  tym 
wszystkim  już  tylko  znikomy  udział,  gromadziła  się  w  niej  gorycz  i  jakiś 
nierozważny  poryw  buntu  doprowadził  do  wojny.  Elida  zgniotła 
Pisejczyków, ich prastara stolica, położona na wzgórzu o parę stadionów od 
Olimpii, poszła z dymem i powoli zaczęła niknąć w pamięci ludzkiej sama jej 

background image

nazwa. 
Nowe,  rozszerzone  państwo  elidzkie  osiadło  wygodnie  w  dolinach  trzech 
rzek:  Penejosu,  Ladonu  i  Alfejosu.  Nie  doznawało  żadnych  wstrząsów,  nie 
mieszało się do cudzych spraw, po jego żyznych polach nie powiał nawet ów 
awanturniczy niepokój, który ze wszystkich stron Grecji wypędzał osadników 
na zakładanie zamorskich kolonii. Zdawało się, że historia tego kraju usnęła 
w cieniu oliwki olimpijskiej. 
Ocknął ją dopiero głos wojny perskiej. Panująca oligarchia nie podjęła hasła 
obrony  narodowej.  Miała  zamiar  czekać,  aby  w  ostatniej  chwili  przyłączyć 
się  do  zwycięzców,  jak  to  było  zwyczajem  świątyń  i  rządów 
arystokratycznych.  Obliczono  tak  trafnie,  że  oddziały  elidzkie  stanęły  pod 
Platejami  po  skończonej  bitwie.  Zwycięscy  Grecy  zabierali  się  właśnie  do 
ofiar  i  podziału  łupów.  Spóźnionych  sprzymierzeńców  wyśmiano,  była  to 
hańba  w  oczach  całego  świata.  Wojsko  elidzkie  wróciło  do  domu  z 
poczuciem  wstydu  i  zdrady.  Z  tego  nastroju  skorzystała  partia 
demokratyczna,  opanowała  wzburzone  umysły,  dokonano  przewrotu.  Po 
obaleniu  oligarchii  powstał  związek  gmin,  urzędnicy  byli  z  wyboru,  o 
wszystkim stanowiła Rada Sześciuset, odbywały się zgromadzenia narodowe 
jak w Atenach. 
Nie  zmieniło  to  jednak  życia  kraju,  który  nie  dał  się  ruszyć  ze  swego 
wiejskiego  zacisza.  Ludzie  siedzieli  po  winnicach  i  polach,  nie  dbając  o 
rządy, niewiele się troszcząc o swoją stolicę. Nabierała ona znaczenia dopiero 
w  roku  olimpiady,  tu  bowiem  znajdował  się  zarząd  igrzysk.  I  on  uległ 
zmianie.  Zamiast  dwóch  dziedzicznych  hellanodików  wybrano  dziewięciu, 
po  jednemu  z  każdego  szczepu  elidzkiego.  Okres  ich  urzędowania  trwał 
cztery lata i upływał w miesiąc po zakończeniu igrzysk. 
W tym roku była to pierwsza olimpiada nowych hellanodików. Wybrano ich 
spośród  obywateli,  którym  zamożność  dawała  swobodę  i  niezależność. 
Sprawy gimnastyki i zawodów nikomu nie były obce, oni zaś wyróżniali się 
większą  od  innych  wiedzą.  Mimo  to  nie  ufano  im  do  tego  stopnia,  by  ich 
zostawić  bez  opieki  doświadczenia  i  tradycji.  Zatrzymano  więc  dwóch 
dawnych  hellanodików,  którzy  mieli  im  pomagać  swą  radą.  Nie  posiadali 
żadnej  władzy,  nic  nie  rozstrzygali  swą  wolą,  ale  dla  tych  dwóch  starców, 
którym  życie  upłynęło  wśród  igrzysk  i  którzy  nie  rozumieli  świata  poza 
stadionem,  było  dostateczną  pociechą,  że  w  swym  nowym  dostojeństwie 
„stróżów  prawa"  —  nomophylakes  —  jak  ich  nazywano,  mogą  ocalić 
mądrość wieków w zamęcie młodego bezpamiętnego czasu. 
 
III. Pora oliwy 

background image

Elida,  stolica  ziemi  elidzkiej,  leżała  w  głębi  kraju,  nad  Penejosem. 
Rozrzucona  na  kształt  wsi,  ukrywała  swe  domki  ceglane  wśród  ogrodów  i 
gajów. W dzielnicach ściślej zabudowanych życie obracało się dokoła spraw 
związanych z gimnastyką. Służył jej handel i przemysł miasta. Przez otwarte 
drzwi  widziało  się  rzemieślników  wyrabiających  dyski,  oszczepy,  haltery, 
rzemienie  pięściarskie,  skrobaczki.  Sklepy  z  oliwą  szły  długim  rzędem, 
którego  koniec  mieszał  się  ze  sklepami  garncarzy,  ulica  była  zastawiona 
naczyniami  na  oliwę  od  małych  aryballosów  i  bombyliosów  do  potężnych 
dwuusznych  amfor  mogących  pomieścić  zapas  kilkomiesięczny.  W  pobliżu 
zazwyczaj  przechadzali  się  lub  siedzieli  po  ławkach  starzy  atleci,  w 
oczekiwaniu  zajęcia  trenerów.  Nawiązywali  rozmowy  z  młodymi  ludźmi, 
oszołamiając  ich  swą  znajomością  gatunku  oliwy,  sądem  o  sprzętach 
gimnastycznych. 
Ale  zawodnicy,  którzy  tego  dnia  przyszli,  zastali  domy  zamknięte,  ulice 
puste,  nie  było  kogo  spytać  o  drogę  do  gimnazjonu.  Odnaleźli  go  sami, 
widząc  olbrzymią  przestrzeń  obwiedzioną  murem.  Nie  trafili  jednak  do 
bliższej bramy idącej od rzeki przez ulicę Milczenia i krążąc doszli do rynku. 
Tam znaleźli się nieoczekiwanie wśród podnieconego tłumu. 
Cały rynek poruszał się w dziwnych szmerach i szeptach. W pewnej chwili 
wszystko ucichło i od zachodniej strony dał się słyszeć śpiew. 
W  tej  części  agory  stała  świątynia  Sylena,  a  za  nią  niewielki  budynek  bez 
wszelkich  ozdób,  bez  kolumn,  pokryty  płaskim  dachem.  W  swym 
czworobocznym  kształcie  wyglądał  jak  kostka  kamienna.  Niskie  drzwi  z 
brązu,  zielone  od  śniedzi,  były  zamknięte,  a  rygiel,  który  je  zasuwał, 
owiązano  sznurem  w  wielokrotny  węzeł.  Przed  tymi  właśnie 
opieczętowanymi drzwiami kolegium szesnastu kapłanek śpiewało: 
Przybywaj,  boże  wiosny,  Dionizosie!  Wejdź  do  świątyni  elejskiej!  Charyty 
cię  wiodą  białoramienne,  Słyszę  tętent  twoich  racic,  Czcigodny  byku, 
czcigodny byku! 
Pieśń  powtarzała  się  wiele  razy,  coraz  bardziej  niecierpliwa,  namiętna,  już 
była nieomal krzykiem, gdy się urwała nagle. Tłum znieruchomiał, wszyscy 
wpatrzyli się w drzwi od kaplicy. 
Kapłanki  zdejmowały  sznur,  każda  po  kolei  rozplątywała  jeden  supeł. 
Ostatnia odsunęła rygiel i trzy z nich weszły do środka. Na rynku cisza stała 
się  głębsza  i  cięższa.  Ale  wkrótce  trzy  kobiety  znów  ukazały  się  na  progu 
niosąc  wielkie  dzbany.  Radość,  która  biła  z  ich  twarzy,  rozniosła  się 
płomieniem. Zerwały się okrzyki, wielbiono Dionizosa. 
Jeden z Elejczyków mówił do obcych przybyszy: 
—  To  jest  nasze  święto  dionizyjskie,  Thyia.  A  to  jest  nasz  cud  wina. 

background image

Corocznie  w  opieczętowanej  świątyni  trzy  puste  dzbany  napełniają  się 
winem. Euoe! 
I pobiegł, aby na własne oczy oglądać dzbany urodzaju. 
Zawodnicy  z  trudem  dobrnęli  do  portyku,  którym  po  drugiej  stronie  rynku 
otwierały  się  zabudowania  gimnazjonu.  Obok  był  dom  hellanodików, 
sędziów i zarządców igrzysk. Młodzi ludzie tam weszli, po chwili zjawił się 
jeden  z  hellanodików  i  przy  zachodzącym  słońcu  zapisywał  ich  imiona. 
Każdy podawał imię swoje i ojca, nazwę gminy, z której pochodził. 
Jeden ze „stróżów prawa", siwy staruszek, przysłuchiwał się temu obrzędowi; 
co  pewien  czas  wtrącał  pytanie,  ostrzegał,  by  mówić  prawdę.  Hellanodik, 
któremu  zmrok  sypał  się  na  pismo,  zaczynał  się  niecierpliwić.  Ale  tamten 
wciąż powtarzał: 
— Pamiętajcie, że tylko czysta krew helleńska i nie splamione zbrodnią ręce 
dają  prawo  do  świętych  zawodów.  Wasze  imiona,  wasz  ród,  wasze  życie 
będzie  jeszcze  zbadane,  wypytamy  świadków,  ludzi  z  waszych  gmin,  i 
kłamca stanie pod gniewem bogów. 
Potem  rozmieszczono  ich  w  domach  noclegowych  należących  do 
gimnazjonu. Nikt nie otrzymał więcej niż łóżko, wąskie i twarde, bez okrycia. 
W małej izdebce trudno się było obrócić, co oczywiście nie miało znaczenia: 
krótka noc była do spania, o siwym świcie już wszyscy byli na boisku. 
Prawo  olimpijskie  wymagało,  żeby  przez  ostatni  miesiąc  przed  igrzyskami 
każdy,  kto  miał  w  nich  brać  udział,  odbył  ćwiczenia  w  Elidzie.  Zazwyczaj 
jednak  zjeżdżano  wcześniej  i  za  obola  dziennie  korzystano  z  doskonałych 
urządzeń gimnazjonu. Byli i tacy, którzy tu spędzali pełne dziesięć miesięcy 
przepisowego treningu, niezamożni na koszt swej gminy. 
Ci  „starsi"  wyszli  z  domów  noclegowych  nadzy,  co  zaskoczyło 
nowoprzybyłych.  Okazało się, że to  nie obyczaj,  lecz przezorność, nie było 
bowiem szatni jak w zwyczajnych gimnazjonach. Ten i ów zdjąwszy chiton 
przerzucał go z ręki do ręki nie wiedząc, co z nim począć. Kilku pobiegło z 
powrotem  do  swych  izb,  inni  po  prostu  zostawiali  zwinięte  chitony  pod 
murem na murawie. 
„Starsi"  przypatrywali  się  nowym  badawczo.  Nogi,  ramiona,  tułów  były 
indywidualne  jak  fizjognomie,  wolne  jednak  od  maski,  szczerze  ukazywały 
właściwą  treść  człowieka,  jego  zamiary  i  możliwości.  Każdy  z  przybyszów 
czuł  na  sobie  sieć  spojrzeń,  które  go  mierzyły,  opasywały,  dotykały. 
Doznawało  się  niemal  bólu  w  tym  miejscu,  gdzie  czyjeś  oko  odkrywało 
fałdkę tłuszczu lub wątłość mięśnia. Niejednemu przyszło posłyszeć: 
—  Zdejmą  ci  tę  miękką  podściółkę  tutaj,  nie  bój  się.  I  pomiędzy  ich 
nieufnością a rubaszną swobodą „starszych" zaczęły padać kładki: — Jak się 

background image

nazywasz? — Skąd? — Co zamierzasz robić? 
Chłopcy  odpowiadali  prędko  i  cicho  i  stali  bez  ruchu,  ze  spuszczonymi 
oczami,  nie  mogąc  opanować  lekkiego  drżenia,  ilekroć  zbliżał  się  do  nich 
obcy  mężczyzna.  Ale  dorośli  od  razu  się  rozgadywali  i  hałasowali  ponad 
wszelką potrzebę. Co drugi, jeśliby mu się wierzyło, miał za sobą niezwykłe 
przewagi  po  różnych  igrzyskach  świątecznych,  był  o  krok  od  lauru 
pityjskiego,  przez  niegodziwość  losu  ominęło  go  zwycięstwo  w  Istmie  lub 
Nemei.  Co  chwila  mówili:  „ta  wasza  Elida",  i  patrzyli  na  bieżnię  spod 
zmrużonych  powiek,  jakby  nawet  stadion  wydawał  im  się  tu  za  krótki. 
Wszystko się kończyło tym zdumiewającym: „u nas w Koryncie", „u nas w 
Atenach", „u nas na Eginie", póki wreszcie nie przebrała się miara, gdy ktoś 
rzekł: „u nas w Opuncie". 
—  No,  i  cóż  tam  jest  u  was  w  Opuncie,  powiedz,  kochany  —  spokojnie 
zapytał Sodamos z Miletu. 
Opuntyjczyk  Efarmostos,  krępy  młodzieniec,  trochę  jakby  wypchany 
mięśniami,  ocknął  się  nagle  w  powszechnym  milczeniu  jak  na  pustyni. 
Poczerwieniał. 
— W Opuncie — wyjąkał — gimnazjon jest w lesie. 
— Na Artemidę, to bardzo rozsądne. Możecie tam sobie łapać zające. 
Po śmiechu, który przeleciał nad nimi, hałaśliwy i krótki jak burza, wszyscy 
się obejrzeli. Te słowa rzucił ktoś obcy. 
Nikt  go  nie  znał.  Nawet  nocy  nie  spędził  w  gimnazjonie,  przyszedł  skądś 
rano,  widać  było  jeszcze  brudne  kółka  dokoła  nóg,  z których  zdjął  obuwie. 
Ale od razu wszyscy wiedzieli, co o nim sądzić. 
To ten, który jest radością boiska, towarzyszem i przyjacielem wszystkich, to 
ten, który rozbraja hellanodików, zawsze jest świeży i gotów do wszystkich 
ćwiczeń i z każdej porażki wychodzi bogatszy o jakieś jutro, które uczyni go 
lepszym. 
Prawdziwy  zawodnik  pięcioboju,  miał  ciało  jak  czyste  ziarno,  z  którego 
odwiano słomę i plewy. W swych osiemnastu latach stał na granicy wdzięku i 
siły,  niepewny  jeszcze,  dokąd  go  przydzielą:  do  chłopców  czy  mężczyzn. 
Nazywał się Sotion, pochodził z Tarentu, stryj wziął go na swój okręt, który 
onegdaj zatrzymał się w Patrai. 
—  Nie  wiedziałem  zupełnie,  jak  się  tu  idzie,  do  Elidy  —  rzekł  i  miało  się 
ochotę wierzyć, że jakiś ptak pokazał mu drogę. 
—  Myślałem,  że  zastanę  tu  większe  towarzystwo  —  jednym  spojrzeniem 
przeliczył te trzydzieści par oczu, które go darzyły życzliwością. 
— Trzeba ci tu było przyjść razem ze mną — odezwał się Sodamos. 
On  był  tu  najdłużej.  Starszy  brat,  z  którym  wspólnie  prowadzili  handel, 

background image

przywiózł go jesienią, przed okresem burz zimowych, i teraz żeglował gdzieś 
wzdłuż  Afryki.  Sodamos  był  przez  pewien  czas  jedynym  cudzoziemcem 
wśród samych Elejczyków. Deszcze rozmyły boiska, zdarzało mu się marzyć, 
że pije wino przy ognisku, na którym palą się suche drwa, rąbane w lecie. 
— Byłem już bliski starości. Potem zjawili się ci Arkadyjczycy, od których 
nigdy nie słyszało się słowa. 
Wskazał dwóch młodzieńców, którzy trzymali się z dala od innych. 
— Czy  może  mi ktoś pożyczyć oliwy?  — zapytał Sotion.  — Zapomniałem 
wziąć ze sobą. 
— Masz tu, weź — wołano ze wszystkich stron. Gdyby zechciał, mógłby się 
wykąpać  w  oliwie,  którą  mu  podawano.  Ateńczyk  Grylos  stał  najbliżej  i 
Sotion  od  niego  przyjął  mały  aryballos,  naczyńko  gliniane  kształtu  kuli,  o 
wąskim otworze, przez który gęsty płyn wyciekał zielonymi kroplami. 
Nacierano  całe  ciało,  od  kostek  u  nóg  po  nasadę  włosów.  Zawodnicy 
pomagali  sobie  wzajemnie.  Kilku  miało  niewolników  albo  starych  atletów, 
którzy im służyli za trenerów. Zwano ich aleiptai, masażystami, i podziwiano 
umiejętność.  Kto  wyszedł  z  ich  rąk,  był  cały  jednolicie  różowy,  rzekłbyś, 
wykąpany  w  jutrzence.  Chłopcy  nie  obywali  się  bez  nich,  mając  w  nich 
jednocześnie opiekę, a bogatego Ksenofonta z Koryntu otaczała świta służby. 
Spartanie  patrzyli  na  to  z  lekceważeniem.  Prawo  odejmowało  im  wszelkich 
nauczycieli i pomocników. Przywykli, by liczyć tylko na siebie, z niezwykłą 
zręcznością  nacierali  się  sami,  niejeden  wyglądał  jakby  porwany  wirem 
tanecznym, z taką szybkością ciało obracało się, wyginało i odginało wśród 
klaszczących rąk i parskania. 
Jeden z nich odrzuciwszy pusty aryballos podskoczył w górę. 
— Chwała naszemu rodowi! — zawołał. — My pierwsi zaczęliśmy używać 
boskiej oliwy. My stworzyliśmy gimnastykę. 
Sodamos spojrzał nań przez ramię: 
— Nazywasz się Eutelidas i jeśliby ci odjąć nazwisko, nie ważyłbyś więcej 
niż twoje głupie słowa. Wszyscy się roześmiali. Eutelidas, urażony w swe 
imię, które rzekomo dziedziczył po sławnym olimpijczyku, krzyknął: 
— Masz wiecznie wagę i łokieć pod ręką, kupczyku. 
Sodamos nie zaparł się swego kupiectwa. 
— Jeśli cię piraci przywiozą kiedyś do Miletu, kupię cię za parę drachm. 
Spartanin  szukał  odpowiedzi,  ale  tymczasem  zaczęto  nań  zrzucać,  co  kto 
mógł:  żarty,  wyzwiska.  Zagłuszyli  go  po  prostu.  Dopiero  Grylos  wrócił  do 
początku: 
— Co to znaczy: my? Chyba nie sądzisz, że Spartanie wymyślili gimnastykę? 
— Nie, mówiłem, że Dorowie. 

background image

— To już lepiej, ale i to nieprawda. Czy znasz Homera? 
Znów  zaczęto  się  śmiać,  bo  kogóż  o  to  można  zapytać  inaczej  niż  żartem? 
Eutelidas odpowiedział: 
— Co tu Homer ma do rzeczy? 
—  Jak  zawsze,  bardzo  wiele.  Ale  najpierw  powiedz  mi,  czy  sądzisz,  że 
Homer był Doryjczykiem? 
Ktoś się odezwał: 
—  Mógł  nim  być,  bo  powiadają,  że  pochodził  z  Argos.  Podniósł  się  taki 
krzyk,  jakby  do  kłótni  wmieszały  się  wszystkie  miasta,  w  których  Homer 
miał  się  urodzić.  Ale  Grylos,  młody,  o  pierwszym  zaroście,  zapanował  nad 
zgiełkiem swą rozsądną powagą: 
— Przecież w Homerze nie znajdziesz ani jednego dźwięku doryckiego. Jest 
tam nasza stara mowa jońska i trochę z narzecza Eolów. 
Nie tylko Eutelidas, ale i twardy Beota, Pataikos z Tespiów, zrozumiał, o co 
chodzi. Homer pierwszy mówi o igrzyskach, zna wszystkie zawody, a że nie 
był  Doryjczykiem...  ach,  to  jasne  jak  dzień,  na  Dzeusa!  to  jasne,  że 
Doryjczycy  nie  wymyślili  gimnastyki!  —  Cudownie,  Grylos,  cudownie!  — 
Dobrześ  nas  przekonał.  —  Nie  idź  na  pięściarza.  Szkoda,  żeby  ci  kto  łeb 
rozbił.  —  Tak,  jakbyś  nas  wszystkich  rzucił  na  łopatki!  —  Klepali  go  po 
plecach, 

mierzwili 

mu 

włosy, 

nasyceni 

rozkoszą 

zręcznego, 

przekonywającego  wywodu,  który  z  dwóch  pytań  i  paru  zdań  wyleciał  jak 
strzała bezszelestnie zawieszona w przestworzu. 
Grylos podszedł do Eutelidasa: 
— I to ci jeszcze powiem, że wy, Spartanie, nic nie znaczycie w gimnastyce. 
Sto  lat  temu  byliście  wszędzie  na  pierwszym  miejscu,  a  teraz  najmniejszy 
kraj  ma  więcej  zwycięzców  niż  wasza  wielka  Sparta.  Zatrzymaliście  się  w 
starych czasach i już się nigdy stamtąd nie ruszycie. Eforowie nie pozwalają 
wam uprawiać pięściarstwa ani pankrationu. Dlaczego? Bo wiedzą, że nic nie 
zrobicie, że każdy was pokona. Zostawili wam tylko zwyczajną bijatykę. Ty 
może coś jesteś wart, ale na pewno nie tyle, co twój przodek czy imiennik, 
ten  piękny  Eutelidas,  który  jedyny  ze  wszystkich  chłopców  zwyciężył  w 
pentatlonie. 
Grylos mówił to z niesłychaną namiętnością. Eutelidas pociemniał z gniewu. 
— Nic nie znaczymy? Na Dioskurów! — krzyknął — przekonasz się o tym 
jeszcze. Dobrze robisz, że stajesz do hoplitodromów. Ćwicz się, ćwicz się w 
biegu z bronią, żebyś mógł szybko uciekać przed moją włócznią. 
Blisko,  twarz  przy  twarzy,  jakby  się  mieli  rzucić  na  siebie,  wykrzykiwali 
groźby, których nikt nie rozumiał. Otoczył ich zamęt, wielu dało się porwać 
temu  wybuchowi  nienawiści.  Jedni  byli  za  Atenami,  drudzy  za  Spartą.  W 

background image

swej  szczupłej  gromadce  streszczali  burzliwą  rozmaitość  greckiego  świata, 
sto  razy  na  dzień  pokłóceni  o  rzeczy,  które  dzieliły  ich  przodków  od  wielu 
pokoleń,  wyśmiewali  swoje  narzecza  i  obyczaje,  odbierali  sobie  bogów  i 
bohaterów,  a  w  takiej  jak  ta  chwili  stawały  do  walki  historie  ich  miast,  nie 
załatwione  zatargi  i  ponad  ich  uniesieniem  dzwoniły  miecze  niedalekiej 
wojny. 
Sotion  stał  z  boku,  z  założonymi  rękami.  Pierwszy  raz  w  życiu  był  w 
Helladzie i  jeśli  nie liczyć  paru dni drogi z  Patrai do  Elidy  mógł dzisiejszy 
ranek nazywać pierwszym dniem na starej ziemi. W poczuciu obcości oparł 
się o swe rodzinne miasto, które wyrosło przy nim nagle jak złuda pustynna. 
W  półkręgu pagórków  Tarent  rozwija  wachlarz  swych ulic zbiegających  ku 
przystani. Wysunięty półwysep odcina ją od wielkiego morza, które wpływa 
tylko  wąską  cieśniną.  Tysiące  łodzi  krąży  po  niej,  ludzie  wychylają  się  za 
burty i ciągną sieci pełne ryb. Gdzie indziej pale wbite w dno zatoki wskazują 
miejsca  małży  purpurowych.  Przy  groblach  stoją  okręty  ze  zwiniętymi 
żaglami, i Sotion, urodzony o rzut dyskiem od portu, widzi siebie, jak liczy 
ich maszty i po znakach na dziobie, po gryfach, ptakach, bóstwach, sfinksach 
odgaduje,  z  jakich  krajów  przyszły.  A  oto  rzeczka  Galesos,  ciemna  pośród 
żółtych  pól.  Na  pierwszym  jej  zakręcie  pod  miastem  stoi  grobowiec 
Falantosa, założyciela Tarentu. 
Sotion  nigdy  nie  umiał  pojąć  tej  historii,  w  której  była  i  pierwsza  wojna 
meseńska, i jakiś spisek, i że wszystko przepadło, bo Falantos nie włożył na 
głowę hełmu,  co  miało być  umówionym  znakiem,  i  ludzie  rzucający  się  do 
świątyń i ołtarzy, by prosić o litość, i znów inni uciekający z kraju, i kobiety, 
które zawsze nazywano „dziewicami", mimo że miały dzieci — to wszystko 
gmatwało się w zmorę gwałtów i nieszczęść, i tylko jedna rzecz była jasna: 
okręt,  który  po  straszliwej  burzy,  na  wpół  zgruchotany,  wpływa  do 
błogosławionej cieśniny, Falantos wyskakuje na brzeg i pocałunkiem bierze 
tę ziemię za swoją. 
Falantos  był  z  Heraklidów,  cała  jego  drużyna  to  byli  Spartanie,  krew 
spartańska płynie w żyłach Sotiona. Ale ani jedna jej cząsteczka nie drgnęła, 
kiedy  Grylos  znieważał  Eutelidasa.  Obwarowany  spokojem  i  obojętnością, 
stał  w  pobliżu  tej  kłótni  niby  żywy  obraz  Tarentu  patrzącego  spoza  swojej 
cieśniny na burzę, która go nie może dosięgnąć. Wreszcie krzyknął im, jakby 
ze strażnicy lepszego świata: 
— A długo tak będziecie hałasowali? 
Pierwszy  odskoczył  Sodamos,  jeszcze  czerwony  od  sojuszu  z  Atenami. 
Powoli wszyscy się uspokoili, wrócili do nacierania, nawet Eutelidas schylił 
się  po  swój  aryballos,  w  którym  nie  było  już  ani  kropli.  Każdy  przeżuwał 

background image

słowa,  których  nie  zdążył  wykrzyczeć.  Najniespodziewaniej  przerwał 
milczenie  Timasarchos.  Chłopiec  pochodził  ze  sławnej  rodziny  muzyków 
egineckich  i  czystość  jego  głosu  niewątpliwie  przewyższała  jego  zdolności 
zapaśnicze. Nie mogąc brać udziału w zwadzie mężczyzn, pozostał w samym 
początku  sprzeczki  i  teraz  mówił  ten  ustęp  Iliady,  w  którym  poeta  śpiewa 
igrzyska na mogile Patroklosa. 
Wszystko  się  zatrzymało,  ręce  przestały  biegać  po  ciele.  Słuchano  z 
przymkniętymi  oczami,  aby  tym  rychlej,  tym  wyraźniej  ujrzeć  równinę 
trojańską,  zwalisko  kamieni,  które  służyło  za  metę,  wozy  stające  do 
wyścigów. 
Pięciu bohaterów trzymało lejce: Antilochos, Diomedes, Menelaus, Eumelos, 
Merioneus,  jakby  pięć  stron  Grecji,  szło  do  gonitwy:  Mesenia,  Argolida, 
Lakonia,  Tesalia,  Kreta,  i  kiedy  tamci  okryli  się  kurzawą,  w  duszach 
słuchających  zatliła się  modlitwa, każdy  żądał  zwycięstwa dla swego kraju, 
wierzył prawie, że da się jeszcze odwrócić wiersze płynące od kilku stuleci. 
Ale  oto  Eumelos  wypadał  z  wozu,  Menelaus  powściągał  konie  wśród 
moczarów,  słyszało  się  przejmujący  krzyk  Antilocha  i  wreszcie 
gniadozłociste ogiery Diomedesa buchnęły oparem zwycięskiego potu. 
Potem  szły  walki  na  pięści,  w  których  Epejos  pokrwawił  Euryala,  i  zapasy 
nie  rozstrzygnięte  między  Ajaksem  a  Odyseuszem,  i  biegi,  w  których 
Antiloch  przyszedł  ostatni, i  rzut  dzidą,  i  strzał  z  łuku, i  kula  żelazna, którą 
Polypoites przerzucił przez całe pole. 
Spod  sędziwych  słów  odsłaniało  się  zawsze  to  samo  igrzysko,  walka 
zręczności,  siły  i  woli,  wspaniała  duma  podnosiła  serca  na  myśl,  że  każdy 
ruch dzisiejszego boiska rozstrzygnął się i ustalił w mięśniach bohaterów, w 
złotej chwale mitu, w obliczu bogów. Krew szumiała heksametrami, Czas się 
odwrócił,  opowiadanie  Nestora  o  zawodach  w  Buprasion  okryło  rapsod 
niebem  elejskim.  Buprasion  było  niedaleko,  o  dzień  drogi,  wydawało  się 
jeszcze  bliższe,  wszystko  stało  się  bliskie,  Troja  osiadła  na  wzgórzu  nad 
miastem,  gimnazjon  był  obozem  Greków,  Penejos  za  jego  murami  płynął 
głosem Skamandru. Rozkoszny lęk nie pozwalał obejrzeć się za siebie, plecy 
drgały  pod  tchnieniem  tajemniczej  obecności:  —  może  Achilles  wzeszedł 
nagle z grobu leżącego u wejścia do gimnazjonu? 
Ktoś  rzeczywiście  krzyknął  w  tyle.  Był  to  Hysmon,  jeden  z  hellanodików, 
który zaczynał dzień ćwiczeń. 
 
IV. Na świętej bieżni 
Zawodnicy  przeszli  do  „świętej  bieżni".  Tak  nazywano  część  gimnazjonu 
przeznaczoną do biegów, dysku, oszczepu i skoków. Miała kształt prostokąta. 

background image

Ze  wszystkich  czterech  boków  rzędy  platanów  grały  plamami  cienia  po 
słonecznym piasku. Miejsce startu wskazywała głęboka ryta kresa i taka sama 
biegła  po  przeciwnej  stronie  u  mety  między  dwoma  słupami  drewnianymi. 
Dwie  kresy  zamykały  długość  stadionu,  sześćset  stóp  według  miary 
olimpijskiej oznaczonej niegdyś stopą Heraklesa. 
Niewolnik przyniósł hellanodikowi długą rozwidloną rózgę. Hysmon wezwał 
nowoprzybyłych  i  kazał  się  im  podzielić  na  chłopców  i  mężczyzn.  Było 
trochę zamieszania, nie wszyscy bowiem mieli jednakowe pojęcie wieku. W 
wielu  stronach  rozróżniano,  oprócz  chłopców  i  mężczyzn,  „bezbrodych",  i 
Sotion do takich właśnie należał. Glaukos z Chios stał bezradny, gdyż na jego 
wyspie wiek zawodniczy dzielił się na pięć rodzajów. Ale w Olimpii liczyło 
się chłopców od piętnastu do osiemnastu lat, Sotiona więc przeznaczono do 
mężczyzn.  Glaukosa  do  chłopców.  Zresztą  Hysmon  kierował  się  raczej 
budową  ciała,  dojrzałością  fizyczną  niż  datami,  którymi  nie  opiekowała  się 
żadna uchwytna chronologia. 
Wybrano pierwszą czwórkę chłopców. Hysmon badał ich postawę na starcie. 
Nogi  miały  być  zsunięte,  prawa  stopa  o  parę  cali  w  tyle  tak,  żeby  wielkim 
palcem  dotykała  podbicia  lewej  stopy,  kolana  lekko  zgięte,  tułów  nieco 
pochylony ku przodowi. 
— Głowę trzymać prosto, prawą rękę wyciągnąć jak do powitania. 
Oczy  hellanodika  z  dokładnością  cyrkla  mierzyły  wszystkie  te  przegięcia  i 
odchylenia,  hamowana  niecierpliwość  ciężyła  w  kościach  rosnącym 
znużeniem,  człowiek  starzał  się  w  tym  oczekiwaniu  i  nie  miał  nadziei,  że 
kiedykolwiek dobiegnie do mety. 
Na koniec okrzyk: ,,apite!" — goń! — rozerwał ciszę jak huk gromu. 
Nie puszczono ich dalej nad kilka kroków. Przez czyjeś plecy przeleciał świst 
rózgi i  całą  czwórkę  odwołano,  z pełni  biegu  wracało się  jak z  szumiącego 
nurtu, w oszołomieniu, nikt nie wiedział, co zaszło. 
Start był za szybki. Zanim nauczono się oddechem  wyczuwać miejsce, skąd 
zaczynała  się  swoboda  pędu,  rozkaz  hellanodika  wezwał  nowe  pary.  Kilka 
biegów doszło do skutku, ale Hysmon nie był zadowolony. Jednych zganił, 
że nie umieją trzymać prostej linii w biegu i zbaczając w prawo lub w lewo 
tracą  parę  zbędnych  ruchów,  u  innych  dostrzegł  zbyt  wydłużony  krok  przy 
starcie, dwóch czy trzech brakiem wytrwałości zdradziło swe zaniedbanie w 
ćwiczeniach. 
Po  sinych,  trupio  rozwartych  ustach  poznać  było  druzgocący  wysiłek,  ręce 
przytrzymywały  serce.  Biedny  Timasarchos,  który  przez  nieuwagę 
hellanodika  odbył  dwa  biegi,  jeden  po  drugim,  po  ostatnim  skoku  u  mety 
zatoczył się, dobiegł jeszcze do muru, ale ogarnął go zamęt,  dłonie zsunęły 

background image

się po kamieniach i padł wymiotując. Sotion pomógł Melesiasowi, który był 
trenerem chłopca, przenieść go na murawę. 
Hysmon  wyznaczał  czwórki  mężczyzn  i  Sotion  znalazł  się  w  pierwszej. 
Próbowano diaulos: dobiegłszy do mety trzeba było wrócić w nowym biegu 
do miejsca startu. Ponad cierpliwość ludzką wydawało się żądanie, by u mety 
bieg swój pohamować, odwrócić się, przyjąć postawę jak u startu i ruszyć z 
powrotem. Jeden za wcześnie zwalniał, by nie przebiec mety, drugi odwracał 
się  tak  gwałtownie,  że  wpadał  na  towarzysza,  wszyscy  zaś  byli  zbyt 
podnieceni, żeby zachować należytą postawę. 
„Starsi"  uśmiechali  się  widząc,  z  jaką  rozpaczą  „nowi"  znoszą  surowość 
przepisów olimpijskich. Każdy z nich miał już za sobą podobną chwilę, gdy 
zdawało mu się, że nic nie wie, nic nie umie, że pierwszy raz w życiu stoi na 
boisku,  i  kiedy  wreszcie  wpadł  w  odrętwienie;  nie  słyszał  rozkazów,  świst 
rózgi zwiększał tylko popłoch. 
Grylos wrócił ze swojej czwórki bez tchu, ale zachwycony. 
—  Na  Atenę  —  szepnął  —  to  jest  dobra  praca.  U  nas  po  wojnie  nie  ma 
porządnych gimnazjonów. 
—  A  mówią,  że  w  Atenach  są  najlepsi  nauczyciele?  —  zapytał  również 
szeptem Sodamos. 
—  Powiedz:  byli.  Wszyscy  poszli  na  Eginę,  tam  płacą  ciężkim  złotem.  O, 
widzisz  Melesiasa,  który  masuje  swego  chłopca?  Jeszcze  rok  temu  był  w 
Atenach. 
Umilkli  słysząc  głos  Hysmona.  Hellanodik  strofował  któregoś  z  biegaczy. 
Mówił, że sama szybkość nie wystarcza, zwierzęta ją posiadają w wyższym 
stopniu, na pewno nikt nie sprosta nogom jelenia. Jeden tylko człowiek może 
uczynić z biegu dzieło sztuki. Powinien w każdym momencie wyglądać tak, 
żeby  nagle  przemieniony  w  kamień,  objawił  się  w  całym  pięknie  postawy, 
ruchu, twarzy wolnej od skurczu. 
Do  południa  wypróbowano  jeszcze  parę  rodzajów  długiego  biegu. 
Niewolnicy usunęli słupy u mety i ustawili pośrodku cokół kamienny, który 
miało się okrążać. Okrążeń było siedem i dwanaście. Chłopcy w tych biegach 
nie brali udziału, z mężczyzn kilku usprawiedliwiło się znużeniem. 
W najdłuższym biegu wyróżnił się Ergoteles. Sodamos zdziwił się: 
— Mówiłeś, że jesteś z Himery. Doprawdy, pierwszy raz widzę Sycylijczyka, 
który tak dobrze biega. 
— Jestem obywatelem Himery od niedawna. Urodziłem się na Krecie. 
—  To  widać od  razu  —  rzekł  Sodamos  —  na tej  wyspie  rodzą  się  najlepsi 
biegacze. 
Inni jednak chcieli wiedzieć, co go wypędziło z kraju. Ergoteles mówił o tym 

background image

niechętnie.  Były  tam  jakieś  zamieszki,  walki  stronnictw,  podczas  których 
zabito  mu  ojca,  Filanora.  Słuchano  go  ze  współczuciem.  To  okrutny  dzień, 
kiedy człowiek odrywa się od swojej ziemi, zostawia za sobą prochy swych 
ojców,  opiekę  swych  bogów,  cały  świat  rzeczy,  których  już  nigdy  nie 
podobna  odzyskać.  Oto  on  mówi:  ,,Chciałbym  zdobyć  wieniec,  żeby 
pocieszyć duszę mego biednego ojca", a wszyscy myślą: „Czy możliwe, aby 
dusza  Filanora  poniechała  swój  grób,  przebrnęła  morze  i  w  nowym, 
nieznanym  domu  syna  dotknęła  owego  wieńca?  Czy  wpuściłyby  ją  bóstwa 
Sycylii?" Milczą i mijają go wzrokiem, jakby poza jego plecami rozlegała się 
daleka, mglista pustka. 
Ale  on  nie  odgadywał  ich  myśli,  widocznie  te  sprawy  były  w  nim  dawno 
rozstrzygnięte.  Szczęśliwy,  że  tyle  mu  poświęcają  uwagi,  biorąc  nawet  ich 
ciszę  za  objaw  uznania,  wdał  się  w  opowieść  o  swojej  podróży,  swoich 
planach.  Miał  zamiar  po  Olimpii  objechać  różne  igrzyska  miejscowe, 
spodziewał się, że w gimnazjonie i po drodze nawiąże znajomości, które mu 
zapewnią  opiekę  na  obczyźnie.  Odpowiedziano  mu:  „Oczywiście", 
„Niewątpliwie" — nikt nie mógł obfitszym słowem oderwać się od zadumy. 
Odkąd Ergoteles z Sycylijczyka zmienił się w Kreteńczyka, wszystko w nim 
wydawało się godne zastanowienia. 
Cera bardziej smagła, niżby ją można przypisać południowemu słońcu, nos z 
lekka  zadarty,  osobliwa  szczupłość  członków,  pomimo  dobrych  mięśni  i 
przyzwoitego wzrostu, i wreszcie coś, czego się nie da określić, coś w oczach 
czy  w  uszach,  coś  tak  nieuchwytnego,  jakby  nie  należało do samej  postaci, 
lecz  drżało  gdzieś  w  powietrzu,  które  ją  otacza  —  nie  można  było  z  tego 
powziąć wyraźnego uczucia obcości, jedynie jakby lekki cień snuł się między 
nim a słuchającymi go towarzyszami. Kreteńczyk nazywał nogi: a k a r a, w 
zachwycie  przed  czymś  pięknym  wołał:  droion!  i  wszyscy  w  milczeniu 
patrzyli na jego wąskie wargi, jakby w rozchyleniu obcego wyrazu otwierała 
się szczelina na coś nieznanego i tajemniczego. 
Ta  chwila  mroku  kryła  w  sobie  rzeczywiście  wielką  noc  zapomnianych 
czasów.  Leżały  w  niej  pałace,  miasta,  wieki  pracy  i  potęgi,  smukły, 
wąskobiodry,  gibki  szczep  niewiadomego  pochodzenia  i  języka  szedł  skądś 
po  szczeblach  cywilizacji, kamiennym,  miedzianym  i  brązowym,  budował i 
tworzył, oświecał cały archipelag egejski, żeglował po Morzu Śródziemnym 
aż  do  portów.  Egiptu,  miał  swój  dostatek  i  swoją  sztukę,  opowiadał  swoją 
historię na cienkich glinianych tabliczkach, tańczył i śpiewał, i grał na harfie, 
gonił byki na arenie, urządzał igrzyska, sadził oliwkę i winną latorośl, słuchał 
królów, których godłem była lilia — aż nastał dzień zniszczenia, to wszystko 
runęło i zapadło się pod ziemię, jakby było tylko czarodziejską złudą. 

background image

Kreteńczyk  Ergoteles,  rodem  z  Knosos,  stał  na  szczycie  swego 
niepamiętnego dziedzictwa, całym swym kształtem, całą swą duszą stał wciąż 
na  tym  samym  miejscu,  gdzie  był  do  niedawna  dom  jego  ojca  na  wzgórzu, 
które  swymi  garbami  wyrosło  ponad  zrównanym  z  ziemią  pałacem  królów 
jego szczepu. Ale ani on sam o tym nie wiedział, ani nie dojrzał go tam nikt z 
tych, którzy nań teraz patrzyli z taką uwagą. Rozproszyły ją słowa Sotiona: 
—  Gdyby  Tarent  leżał  na  wszystkich  drogach,  którymi  chcesz  iść,  byłbyś 
zawsze gościem w moim domu. 
Tymczasem biegi skończyły się, można było odejść na południowy posiłek. 
Żaden swąd nie objaśniał kierunku, w którym miała znajdować się kuchnia. 
Nie było jej wcale. Pożywienie składało się z sera i owoców, garści oliwek, 
kromki  chleba.  Wino  było  wzbronione  i  przekupniów  nie  wpuszczano  do 
gimnazjonu. Otrzymawszy od szafarza swe porcje, owinięte w liście figowe, 
zawodnicy  wrócili  na  boisko.  Sotion  podrobił  ser  na  małe  okruchy  i 
wydziobywał  je  palcami  jak  dziecko.  Jadł  najdłużej  ze  wszystkich,  na  sam 
koniec  zostawił  dwie  suszone  figi,  z  których  po  kolei  odgryzał  nieznaczne 
kęsy. Nie mając nigdy pełnych ust mógł gadać bez przerwy. Powtarzał mity 
wszystkich  palestr  i  gimnazjonów  o  ludziach  prześcigających  konie,  o 
łowcach chwytających jelenie. 
— Feidipides przybiegł z Aten do Sparty w dwa dni — rzekł Eutelidas. 
— I jeszcze miał czas rozmawiać z bogami po drodze — wtrącił Grylos. 
— Jak to: rozmawiać z bogami? — zapytał Sotion. 
— Rzeczywiście nie słyszałeś o tym? 
— Ani słowa. 
—  Kiedy  herold  Feidipides  biegł  ze  swoim  poselstwem  od  wodzów 
ateńskich,  zastąpił  mu  drogę  Pan.  Był  taki,  jak  go  przedstawiają:  brodaty  i 
kozłonogi.  Feidipides  przestraszył  się,  ale  Pan  pozdrowił  go  łagodnie  i 
skarżył  się,  dlaczego  to  Ateńczycy  go  zaniedbują,  chociaż  on  jest  im  tak 
przychylny  i  już im  wiele  dobrego  zrobił,  i  jeszcze  nieraz się przysłuży.  Ci 
Arkadyjczycy, gdyby umieli mówić, powiedzieliby ci, że to prawda, bo to się 
zdarzyło w ich stronach, w górach Partenion, pod Tegeą. 
Wszyscy  spojrzeli  na  dwóch  Arkadyjczyków,  którzy  siedzieli  nieruchomo, 
jakby  naprawdę  nie  rozumieli  ludzkiej  mowy.  Grylos  znów  się  zwrócił  do 
Sotiona: 
—  Kiedy  Feidipides  opowiedział  to  w  Atenach,  zaraz  zbudowano  Panowi 
świątyńkę pod Górą Zamkową w skale i teraz corocznie składamy mu ofiary. 
— Ileż to może być stadiów z Aten do Sparty? — zapytał Sodamos. 
— Tysiąc sto sześćdziesiąt — odparł Eutelidas. 
— No, to żeby to zrobić w dwa dni... dziś już trudno o takich biegaczy. 

background image

— A Euchidas? — zawołał nagle Pataikos. 
— Prawda, Euchidas.— rzekł Grylos. — To wielki biegacz. Posłano go spod 
Platejów  do  Delf  po  nowy  ogień  (bo  wiesz  —  mówił  do  Sotiona  —  u  nas 
wtedy wszystkie ogniska były zanieczyszczone przez Persów i brało się nowy 
ogień ze świątyni delfickiej) — no, więc pobiegł i tego samego dnia wrócił. 
—  Ja  znam  tę  drogę  —  odezwał  się  Efarmostos  —  będzie  tysiąc  stadiów 
razem w jedną i drugą stronę. I jaka droga! Same góry. 
Rozmowa powoli słabła. Po biegu bolały biodra, silne słońce rozleniwiało, z 
daleka  słyszało  się  pianie  kogutów,  co  wzmagało  poczucie  gorąca.  Plecy 
natrafiały  na  chłodny  mur,  przeciągały  się  ciała  w  odrętwieniu,  senność 
zamykała usta w pół słowa, ciepły szept krwi wzburzonej ćwiczeniami mówił 
o metach pachnących gałązką dzikiej oliwki. 
Ocknęli się na skrzypienie kół. Osioł ciągnął wózek, na którym stał brzuchaty 
pithos.  Prowadził  go  chłop  elejski  spod  Akrorei,  który  o  świcie  zeszedł  ze 
swoich gór i teraz w samo południe przynosił świeżą wodę w swej szczelnej, 
glinianej  beczce.  Otoczono  go  wesołym  krzykiem.  Podniósł  pokrywę 
naczynia  i  zaczerpnąwszy  kubek  podał  pierwszemu  Sodamosowi,  którego 
znał  najdłużej.  Każdy  z  zawodników  strącił  wpierw  parę  kropel  bogom, 
czyniąc to możliwie najzręczniej, aby zbyt wiele nie uronić. 
Woda! Cudowna krew ziemi, bezbarwna i czysta, jak i c h o r, który płynie w 
żyłach bogów. Niedocieczoną tajemnicą spośród żwiru i kamieni bije źródło 
w  rytmicznych  uderzeniach  serca.  W  nikłej  fałdce  olbrzymiego  ciała  Matki 
Ziemi  żyje  Najada,  niby  kropla  rosy  na  szorstkiej  korze  dębu.  Cały  trud 
swego  życia  oddaje  ten  okruch  boskości  na  nieprzerwane  snucie  płynnej 
przędzy  —  pajęczyca  błogosławiona.  Oto  jest  jej  ciało,  bogini  przejrzystej, 
chłód  jej  dziewiczej  urody,  zapach  jej  leśnych  włosów,  smak  jej  warg 
wilgotnych,  i  zawarta  w  tym  kubku  wchodzi  w  człowieka  żywa  i 
nieśmiertelna, zawsze ta sama i zawsze jedna. 
Wypiwszy do dna, każdy zatrzymał na chwilę oddech, jakby się bał spłoszyć 
bóstwo, które go przenikało. 
Pora  odpoczynku  była  skończona.  Zjawił  się  fletnista,  niewolnik,  który  na 
aulosie przygrywał do skoków, dysków i rzutów oszczepem. Starsi znali go i 
wołali po imieniu: Smilaks. Odpowiadał ruchem głowy, mały i cichy, jakby 
zagłuszony  swym  długim  chitonem  w  wielkie  żółte  kwiaty.  Przyniesiono 
halteres, ciężarki do skoków. 
Przeważnie były nowe, z żelaza, kupione w Elidzie. Wyglądały jak czółenka 
lub  ćwiartki  jabłka,  wydrążone  w  środku  dla  uchwytu.  Były  niewątpliwie 
zgrabne,  celowe,  doskonałe.  Ale  kilku  posiadało  stare  —  półokrągłe, 
sierpowate  kawały  kamienia.  Od  długiego  używania  środek  wygładził  się 

background image

miękką  wklęsłością,  dłoń  spoczywała  w  nim  luźno,  dałoby  się  niejedno 
powiedzieć  o  ich  niewygodnym  kształcie.  Nikt  by  się  jednak  nie  rozstał  z 
taką pamiątką. Dziedziczyło się to po ojcach i dziadach, wierzyło się, że nie 
sam ich ciężar unosi ciało do skoku, lecz dusze przodków uskrzydlają je swą 
powietrzną  obecnością.  Jeśli  nie  każdy  mógł  się  czymś  takim  pochwalić, 
stanęły  temu  na  przeszkodzie  wojny,  pożary  albo  po  prostu  przodkowie 
zabrali  te  rzeczy  do  grobu  czy  też  złożyli  w  świątyni  na  pamiątkę  swych 
zwycięstw. 
Sotion  zaś  z  dumą  pokazywał  dwa  obłe  kawały  ołowiu,  które  za  każdym 
dotknięciem czerniły ręce: 
— Miałem siedem lat, kiedy ojciec wyjął to ze skrzyni i dał mnie. Bardzo się 
przy tym spłakał. Bo przedtem służyły one starszemu bratu, który umarł. 
I  Sotion  po  raz  drugi  tego  dnia  wrócił  do  Tarentu.  Oto  szeroka  droga 
zamiejska,  z  obu  stron  wysadzana  grobowcami.  Wśród  nich  wysoką  płytą 
kamienną  wznosi  się  stela,  na  której  w  płaskiej  rzeźbie  wyobrażono 
młodzieńca z dyskiem. Dysk wielkim białym kołem świeci tuż przy głowie i 
zdaje się, jakby uśmiechnięta twarz brata wyłaniała się z księżyca w pełni. 
Nadszedł hellanodik, Smilaks przytknął do ust fletnię i wydobył z niej parę 
tonów pityjskiej melodii. Hysmon wywołał Sodamosa do zaczęcia skoków. 
Silnie ująwszy haltery, Sodamos pobiegł kilku krótkimi, skaczącymi krokami 
i  zatrzymał  się  na  płycie  kamiennej,  b  a  t  e  r.  Tu  nagłym  rozkołysaniem 
ramion podrzucił haltery na wysokość głowy, po czym gwałtownie opuścił je 
w dół, jednocześnie pochylając się całym ciałem tak, że ręce sięgały poniżej 
kolan.  W  następnym  mgnieniu  oka  znów  podrzucił  haltery  i  wzbił  się  w 
powietrze,  jakby  porwany  siłą  ich  ciężaru.  Leciał  wydłużonym  łukiem,  w 
kabłąk  przegięty  ponad  porywem  wyciągniętych  ramion,  które  w  ostatniej 
chwili błyskawicznie cofnął w tył, by jeszcze pchnąć się dalej, i spadał. 
Długość skoku zaznaczono kresą na piasku. Hysmon ocenił ją na piętnaście 
stóp.  Był  to  niezły  początek,  ale  pokazało  się,  że  nie  ma  w  nim  żadnej 
wróżby.  Jeden  po  drugim  szły  same  nieprawidłowe  skoki.  Ten  potknął  się 
przy lądowaniu, inny upadł, kilku skoczyło z rozstawionymi nogami i kresa 
Sodamosa  wciąż  pozostawała  samotna.  Wyrównał  ją  dopiero  Sotion. 
Hellanodik po pewnym czasie kazał mu powtórzyć. 
Nie osiągnął większej długości, ale nie o to chodziło, był on bowiem wzorem 
postawy, ruchów, lotu. 
Kilkunastu  chwil,  które  wypełnia  swą  pracą,  nie  podobna  odróżnić  od 
towarzyszącej im muzyki. Z pierwszym oddechem rozbiegu bierze jej rytm: 
zwarcie  nóg  na  odskoczni,  dwa  półkola  ramion  rozkołysanych  halterami, 
rozstanie z ziemią — wiążą się falą wielokształtną z dźwiękiem aulosu. Łuk 

background image

skoku  wzdyma  się  w  lekką  podłużną  krzywiznę,  ma  się  wrażenie,  że  ta 
niewidzialna linia jest struną, napiętą, uczepioną o jakiś punkt wyraźny, który 
wzywa i czaruje siła jego wytężonych oczu. Ostatnie odbicie się, pchnięcie w 
tył ramion odbywa się z taką rozwagą ruchów, jakby nie był zawieszony w 
powietrzu, jakby nie ulegał porywającemu pędowi, jakby na ten niewymierny 
okruch czasu znalazł tam w przestrzeni oparcie trwałe i pewne jak ziemia. A 
potem  jest  już  tylko  ciężarem,  który  spada.  Wydaje  się  uśpiony,  ma  oczy 
zamknięte, pod cienkimi powiekami widać wypukłość rogówki, długie rzęsy 
rzucają  cień  na  policzki.  Skoczywszy  odbija  się  lekko  i  następny  krok 
powstrzymuje całą siłą naprężonych łydek, i jakby rzeczywiście budził się ze 
snu, rozkłada ramiona, płuca wspinają się głębokim oddechem. 
Hellanodik  oglądał  go  uważnie,  aż  zatrzymał  się  u  ciemnych  obwódek  nad 
kostkami.  Zawodnicy,  którzy  z  gotowymi  halterami  czekali  swojej  kolei, 
przysunęli się bliżej. Nikt bowiem nigdy nie słyszał, żeby kierownik ćwiczeń, 
przyszły  sędzia  igrzysk,  wyróżnił  kogoś  pochwałą.  Rózgi  i  nagany 
utrzymywały wszystkich w doskonałej równości, raczej zależało na tym, by 
nikt  nie  dał  się  unieść  nagłej  i  złudnej  przewadze.  Tymczasem  Hysmon 
zwrócił się do Sotiona. 
— Dziś przyszedłeś? Z daleka? 
— Z Buprasion. Tam spałem w dzień, na noc wyszedłem. 
Nic  więcej,  ale  po  grupie  zawodników  powiało  westchnieniem.  Oto  były 
właściwe słowa. Wyrażały istotę rzeczy, należytą ocenę zdarzenia, gdzie nie 
szło  o  samą  piękność  skoku,  lecz  o  nieświadomą,  milczącą,  skromną 
dzielność  młodego  ciała,  które  po  długiej  drodze  odbyło  dwa  biegi  w 
stadionie i całą świeżość bioder oddało jeszcze na trzykrotny poryw halterów. 
Każdy odczuł gorący uścisk radości i dumy, jakby Sotiona ujrzał na tarczy i 
jakby sam, własną dłonią, brzeg owej tarczy podnosił. 
Już nie wrócono do skoków, hellanodik kazał przynieść dyski. 
Rzuty  odbywały  się  z  miejsca  zwanego  b  a  l  b  i  s,  oznaczonego  trzema 
kresami,  jakby  ktoś,  rysując  kwadrat,  zostawił  jeden  bok  otwarty.  Była  to 
szczupła  przestrzeń,  nie  szersza  nad  dwie  stopy.  Przedniej  kresy  nie  wolno 
było  przekroczyć,  nawet  przydeptać  palcami.  Tu  stał  hellanodik  i  zanim 
przystąpiono  do  mierzenia  długości  rzutów,  „nowi"  mieli  wykazać 
opanowanie  postawy.  Kilku  zachowało  się  niezgrabnie,  odsunięto  ich  na 
koniec, by ochłonęli z roztargnienia. 
Tymczasem  wywoływano  ,,starszych".  Jeden  po  drugim  obsypywał  dysk 
piaskiem dla łatwiejszego chwytu, wbiegał do balbis, czynił właściwe ruchy i 
obroty i wyprężony w swym ostatnim przegięciu leciał wzrokiem za świstem 
metalu.  Rzuty  oznaczano  strzałami  wbitymi  w  piasek.  Skupiły  się  prawie 

background image

wszystkie w jednym miejscu i pierzaste ich sterówki zdały się rosnąć grządką 
kłosów pośród pustej bieżni. Nikt nie mógł się pochwalić wyraźną przewagą. 
„Nowym", którzy wreszcie weszli w grę, wiodło się jeszcze gorzej. Składali 
to  na  ciężar  dysku.  Był  on  według  wagi  olimpijskiej,  cały  z  masywnego 
brązu,  cięższy  niż  te,  których  używano  gdzie  indziej,  w  gimnazjonach  i  na 
igrzyskach.  Sotion,  który  przywykł  do  kamiennego  dysku,  grubszego  i  o 
dłuższej średnicy, nie  mógł sobie poradzić z tym śliskim,  małym krążkiem. 
Nachmurzony, z rozwianymi włosami, po każdym rzucie otwierał usta jakby 
do  okrzyku  i  znów  przygryzał  wargi,  gdy  niewolnik  wbijał  strzałę  na 
upokarzającej  odległości.  Zapomniał,  gdzie  się  znajduje,  chwytał  wolne 
dyski, które leżały na ziemi, biegł, rzucał, jakby był sam na boisku, w końcu 
rózga  hellanodika  przywołała  go  do  przytomności.  Skurczył  się  pod  tą 
różową pręgą, która wytrysła na plecach, odskoczył i zaśmiał się strzelistym, 
wesołym śmiechem. 
Ćwiczenia szły dalej. Hysmoin wytykał niedorzeczności w rozmachu ramion, 
prostował  kierunek  nóg,  zmieniających  się  przy  obrocie,  pouczał,  gdzie 
powinien  się  znaleźć  środek  ciężkości  nachylonego  ciała,  tym,  którzy  się 
przypatrywali,  objaśniał  celowość  wysiłku  z  ruchu  mięśni  naprężonych  w 
momentach  rzutu.  U  „starszych"  raziły  go  wciąż  te  same,  niepoprawne 
grzechy, jednego z aleiptesów skrzyczał i zagroził mu rózgą, jeśli nie usunie 
błędów swego ucznia. 
W  pewnej  chwili  dał  rozkaz,  by  zebrać  strzały  z  bieżni  i  ślady  ich  zasypać 
piaskiem.  Drugi  niewolnik  pojawił  się  z  pękiem  oszczepów.  Smilaks,  który 
od południa dął bez przerwy na swoim aulosie, dostał kubek wina. 
Oszczep  był  prostym  kijem,  grubości  palca,  nie  przekraczającym  wzrostu 
ludzkiego. Pośrodku przytwierdzało się rzemień ze zwisającą pętlą. Należało 
go  uwiązać  mocno,  kilku  ścisłymi  owinięciami,  żeby  się  nie  zsunął  po 
gładkim  drążku.  Włożywszy  w  pętlę  dwa  palce,  wskazujący  i  średni, 
trzymano drzewce ponad ramieniem w gotowości do rzutu. Wywołany biegł 
w  paru  krótkich  podskokach  do  balbis  i  cofniętym  wstecz  ramieniem,  z 
pełnego rozmachu, puszczał oszczep. 
Uszanowanie kresy nastręczało tu więcej trudności niż przy dysku, albowiem 
biegło się z głową nieco odwróconą, z oczyma utkwionymi w oszczep, który 
powinien  był  unieść  się  ponad  pętlę  tak,  aby  tworzył  słaby  kąt  do  linii 
poziomu; to położenie zapewniało dalekość rzutu. 
Uwaga  wszystkich  skupiała  się  na  dwóch  wiecznie  milczących 
Arkadyjczykach. Z oszczepem w ręku przeobrażali się od razu w ludzi gór i 
łowów. Kłopot z kresą dla nich nie istniał, albowiem nie używali podbiegu. 
W postawie wyprostowanej, z łokciem prawej ręki zgiętym w doskonały kąt 

background image

prosty,  ważyli  przez  mgnienie  oka  oszczep  chwiejący  się  na  pętli  i  ciskali 
krótkim  ruchem,  jakby  szło  o  dosięgnięcie  zwierza  z  zasadzki.  Lewa  ręka, 
którą  każdy  zawodnik  gwałtownie  w  tył  odrzucał,  trwała  u  nich  bez  ruchu, 
spętała  ją  odwieczna  dziedziczna  czujność,  żeby  nagłą  nieostrożnością  nie 
obudzić  gałązek  w  zaroślach.  Ich  oszczepy  osiągały  niemal  trzecią  część 
stadionu. 
Sodamos,  który  z  nimi  spędził  długie  miesiące  i  codziennie  patrzył  na  tę 
doskonałość, za każdym razem wydawał okrzyk podziwu: 
— Na Heraklesa, choćbyś całe życie się uczył, nigdy im nie dorównasz. 
—  Tak  —  rzekł  Efarmostos  —  ale  samym  oszczepem  nie  można  się 
popisywać w Olimpii, a oni, zdaje się, nic więcej nie potrafią. 
—  Kto  wie.  Są  nieźli  w  biegu,  skok na pewno poprawią.  Z tym  już  można 
przecisnąć się do pentatlonu. Nadbiegł Eutelidas. 
—  Nie  mogę  się  przyzwyczaić  do  tutejszych  oszczepów.  U  nas  w  Sparcie 
oszczep  ma  ostry  grot  i  rzuca  go  się  do  celu.  Na  słupie  wisi  tarcza  z 
wymalowanym okiem.  Zdarzało mi się trafić w samo oko, na czterdzieści i 
więcej stóp. 
Na Atenę  — szepnął Grylos do Sotiona  — i powiadają, że Spartanie nigdy 
nie kłamią. 
Dzień  jak  jabłko  podzielony  na  pięć  części  miał  jeszcze  w  swym  ostatnim 
odcinku  między  wydłużonymi  cieniami  a  zmierzchem  kęs  najsłodszy  — 
zapasy. Myśl o tym zdolna była podtrzymać wśród zniechęcenia daremnych 
rzutów, nieumiejętnych skoków, porażek u kresu dysku czy oszczepu. Ciała, 
przejęte  najbardziej  dominującą  nieufnością,  odświeżały  się  w  pragnieniu 
walki.  Co  za  rozkosz  wydobyć  się  nareszcie  z  natłoku  jednakowych  i 
miernych  wysiłków  i  odżyć,  na  nowo  stać  się sobą  w  uścisku  przeciwnika! 
Oto  byłeś  chwilą,  po  której  żaden  ślad  nie  zostawał,  wśród  setek  ruchów, 
takich  samych  jak  twoje,  przepadałeś,  rozwiewałeś  się  szybciej  niż  mgła 
między grotem oszczepu a jego nikłym świstem, a teraz będziesz istniał całą 
swą  bryłą,  obcy  człowiek  pozna  ciężar  twej  obecności  i  uszanuje  cię 
najżywszą uwagą. 
Skoro kazano im przejść do Tetragonu, uczynił się ścisk przy drzwiach, które 
wychodziły ze „świętej bieżni". 
W  obramieniu  niskiego  muru  zamykał  się  płowy  kwadrat  piasku.  Ta  część 
gimnazjonu,  odwrócona  ku  zachodowi,  była  pełna  słońca.  „Starsi"  od  razu 
rzucili  się  na  ziemię  i  zaczęli  tarzać  się  w  piasku.  Reszta  poszła  za  nimi, 
podniósł  się  zgiełk,  śmiech,  tuman  kurzu  wzbił  się  nad  kłębowiskiem  ciał. 
Drobny  pył  przylegał  do  naoliwionych  członków,  wyłaniały  się  postaci 
cudaczne,  nagość  znikała  pod  szarym  brudem.  Hellanodik  końcem  rózgi 

background image

wskazywał  miejsca,  których  jeszcze  nie  obsypano  piaskiem,  zwłaszcza  na 
karku  i  na  ramionach.  Szło  o  to,  aby  suche  ciała  uczynić  łatwiejszymi  do 
chwytów. 
Wreszcie wywołano pierwszą parę. Nachylili się ku sobie z ukosa, wyciągnęli 
ramiona  i  prawie  jednocześnie  chwycili  się  w  uścisk  zapaśniczy.  Hysmon 
krzyknął, nie zrozumieli, dopiero rózga ich rozdzieliła. Od razu świat spełzł. 
Hellanodik  chciał  poznać,  jaką  siłą,  wyrobieniem  mięśni  i  umiejętnością 
rozporządzają  nowi  zawodnicy.  Nie  dopuszczał  więc  do  prawdziwej  walki, 
lecz  przechodził  po  kolei  wszystkie  chwyty,  z  których  składała  się  tradycja 
zapaśnicza  odziedziczona  po  bogach  i  bohaterach.  Klechdy  gimnazjonów 
podawały  przepisy,  jakich  Atena  uczyła  pierwszych  ludzi,  mówiły  o 
sposobach,  jakimi  uświetniło  się  zwycięstwo  Heraklesa  nad  Antajosem, 
Tezeusza nad Kerkyonem, Peleusa nad srebrnonogą Atalantą, to były rzeczy 
wiecznie  żywe,  rozważało  się  je  niby  wczoraj  rozegraną  walkę,  rzeźbiarze 
pokazywali w metopach świątyń, garncarze malowali na dzbankach i czarach, 
wrosły one w zwroty techniczne, którymi określano chwyty. 
Hysmon co chwila rzucał rozkaz w dwóch, trzech słowach. Wypowiadane w 
narzeczu elejskim, nie zawsze i nie wszystkim były zrozumiałe, pojmowało 
się je najczęściej w tym ostatecznym natchnieniu, które zdawało się wynikać 
z  owej  trwożnej  pustki  za  plecami,  falującej  szelestem  rózgi.  Przeciwnicy 
wpadali na siebie i znów się rozstępowali, chwytali się za ramiona, za karki, 
za  biodra,  były  to  oderwane  ruchy,  niby  żywe  obrazy  do  zwrotów 
technicznych.  Rzecz  wyglądała  raczej  na  lekcję  języka  niż  na  ćwiczenie 
zapaśnicze. 
Wciąż  wracali  do  zasadniczej  postawy.  Stopy  głęboko  wpierali  w  piasek, 
kurcząc  palce,  jakby  chcieli  ziemię  pochwycić,  całym  tułowiem  osiadali 
ciężko  na  rozstawionych  nogach,  plecy  i  barki  wyginały  się  łukiem,  kark 
chował  się  między  łopatki.  Kolana  drgające  w  hamowanym  wysiłku, 
natężone spojrzenia oczu, gotowość rąk wyciągniętych przed siebie tworzyły 
milczący dramat walki, która ich omijała. Hysmon uważnie oglądał mięśnie 
ud  i  łydek,  ścięgna  kolan.  Mały  Glaukos  zachwiał  się  od  razu,  ledwo 
Timasarchos chwycił go w przegubie. Hellanodik odwołał go i Ksenofontowi 
kazał powtórzyć ten sam chwyt. Chłopiec był już nim widocznie nasycony, 
każdy ruch obliczył zawczasu, bo wprost z postawy zasadniczej wyszedł do 
ataku. Wpił się obu dłońmi w przedramię, którego tamten nie zdołał cofnąć, i 
odwrócił się błyskawicznie, by go sobie zarzucić na plecy. Ale Timasarchos 
lewą  rękę,  którą  miał  wolną,  wsunął  mu  pod  pachę,  obaj  zakręcili  się 
młynkiem i upadli na ziemię. 
Hellanodik oddał rózgę niewolnikowi i usiadł na ławce pod murem. „Starsi" 

background image

powitali  to  wesołym  hałasem.  Sotion,  przysłoniwszy  oczy  od  słońca,  które 
oblewało  go  szkarłatem,  stał  na  środku  boiska,  nie  rozumiejąc  okrzyków. 
Eutelidas  skoczył  nań  jak  żbik  i  zaczęli  się  zmagać.  Ze  wszystkich  stron 
słyszało  się  nawoływania,  każdy  wzywał  upatrzonego  przeciwnika. 
Ćwiczenia skończyły się, była chwila wolnych zapasów. 
Tetragon  zawrzał  walką.  Kilkanaście  par  splatało  się  i  rozwierało, 
odskakiwano  od  siebie,  plątano  się  wśród  obcych  i  zdarzało  się,  że  ktoś 
walczył dalej z innym, zgubiwszy swą parę. Nieraz było to rzeczą podstępu, 
jeden  drugiemu  wykradał  po  prostu  współzawodnika,  uścisk  zapaśniczy 
zaspokajał  tęsknotę,  na  którą  złożyły  się  nieme  chwile  podziwu,  radości, 
wzruszenia,  tysiąc  niewyjaśnionych  pobudek,  tysiąc  błysków,  jakimi  ten 
jeden kształt upatrzony zapełnił dzień ćwiczeń. 
Nie  przestrzegano  zasad  tzw.  prostej  walki,  która  trwała  tylko  do  chwili 
upadku, lecz przewracano się po ziemi i następowały momenty, kiedy boisko 
kłębiło  się  ciałami  wśród  zduszonych  oddechów.  Niekiedy  uderzył  nagle 
krótki  śmiech  —  niby  ptak,  skrzydlata  młodość  wyrywała  się  z 
zachwyconych mięśni. 
Dwaj  „stróże  prawa",  których  wejścia  nikt  nie  zauważył,  stali  u  furtki. 
Wsparci  na  długich laskach,  siwowłosi  i biali,  w  swym  zupełnym  bezruchu 
byli podobni do. rzeźb nagrobnych. Nie pamiętając nazwisk, nie rozpoznając 
rysów  tych  młodych  twarzy,  które  z  walczącego  tłumu  raz  wraz  wychylały 
się  na  kształt  słońc  uznojonych,  odnajdywali  w  nich  dawne  olimpiady, 
wspaniałe  czterolecia  pięły  się  wyżej  i  wyżej  i  urywały  się  na  zawrotnej 
przełęczy  ich  własnej  młodości.  Wtedy  głębokim  westchnieniem  brali  w 
płuca  ostry  opar  potu,  który  miał  dla  nich  smak  bardziej  orzeźwiający  niż 
powietrze morza. 
Hysmon spojrzał na niebo, które już gasło po wieczornej pożodze, i klasnął w 
dłonie. Boisko zakotłowało, z kurzawy piasku wytrysły kształty ludzkie, niby 
w dzień stworzenia świata. 
Wszyscy  zbiegli  się  do  studni  położonej  po  drugiej  stronie  Tetragonu,  w 
osobnym  dziedzińcu.  Skrobaczką,  płaskim,  wydłużonym,  tępym  sierpem 
zdejmowano  warstwy  piasku,  którym  nasiąknęła  naoliwiona  skóra.  Pataikos 
nieustannie  czerpał  wodę,  przechylając  się  całym  ciałem  poza  cembrowinę. 
Pełne wiadra szły z rąk do rąk, oblewano się wzajemnie, co chwila chłodny 
strumień  jasnym  chlustem  uderzał  o  czyjeś  piersi,  plecy.  Zmywano  się 
gąbkami, niektórzy używali nitronu, soli ługowej. Trenerzy wycierali swych 
chłopców  grubymi  ręcznikami,  inni  wprost  spod  wody  biegli  osuszyć  się 
samym powietrzem. 
Powoli studnia opustoszała, zawodnicy poszli po wieczorny posiłek. Zostały 

background image

po nich kałuże rozlanej wody i w ciemniejącej nocy pod gwiazdami snuło się 
kilka starych kobiet zbierających z ziemi tłusty brud, mieszaninę kurzu, oliwy 
i  potu,  z  której  przyrządzano  maść  wzmacniającą  kości  wątłych  dzieci. 
Wreszcie i one znikły, niewolnicy zamknęli bramy, jedną od ulicy Milczenia, 
drugą od rynku, obok mogiły cenotafu Achillesa. 
 
V. Kosmos 
Gimnazjom  coraz  bardziej  się  zaludniał.  Co  dzień  widziało  się  kilku  lub 
kilkunastu młodych ludzi, którzy wychodzili z hellanodikajonu, mijali boiska 
i znikali w zabudowaniach mieszkalnych. Starano się odgadnąć, z jakiego są 
kraju, bliżsi rzucali im wprost pytania, a ich odpowiedzi określały się coraz 
innymi  granicami,  polatywały  nazwy  znanych  miast  i  czasem  układały  się 
wzdłuż  drogi,  którą  przejechał  spondofor,  zapadłe  gminy  odzywały  się 
głucho,  na  pewne  dźwięki  powstawał  w  głowach  zamęt,  róża  wiatrów 
wirowała, w żadnej stronie świata nie znajdując oparcia, dalekie zaś kolonie 
ogłaszały się z dumnym chełstem fal bijących o wybrzeża mitów. 
Każdy śpieszył złożyć swoje rzeczy, by jak najrychlej znaleźć się na boisku. 
Ludzie  z  Akarnanii,  Etolii,  Epiru  zawsze  zapominali  zdjąć  buty  podróżne, 
które na piasku wyciskały ciężkie ślady rzędami dołków od gwoździ. Innym 
znów  trudno  się  było  rozstać  z  chitonem,  a  kiedy  go  wreszcie  zrzucili, 
zatrzymywali przepaskę osłaniającą biodra. 
Poznawano  w  nich  ludzi  z  kresów,  gdzie  obyczaj  grecki  mieszał  się  z 
przesądem barbarzyńskim. Najwięcej oporni byli Jończycy z Azji Mniejszej, 
sąsiedzi  Wschodu.  Hellanodikowie  wzruszali  na  to  ramionami.  Zupełna 
nagość  obowiązywała  dopiero  w  Olimpii.  W  piętnastej  olimpiadzie, 
półtrzecia  wieku  temu,  Orsippos  zgubił  w  biegu  przepaskę  i  nagi  wziął 
wieniec. Co wynikło z przypadku, stało się prawem. 
Ale towarzysze byli mniej pobłażliwi od hellanodików. Zwłaszcza Spartanie i 
inni  Dorowie,  którzy  w  odwiecznym  dziedzictwie  pozbyli  się  wszelkiej 
nieśmiałości,  wyśmiewali  wstydliwych.  Przezywali  ich  Persami.  Paru 
chłopców, bliskich płaczu, utknęło w dziecinnym uporze. Przestano się nimi 
zajmować i nikt nie zauważył, kiedy znikła ostatnia przepaska. 
Nieraz jakąś osobliwością przybysze zakłócali porządek ćwiczeń. Niewolnik 
Murzyn,  który  towarzyszył  pewnemu  zawodnikowi  z  Kyrene,  wywołał 
zbiegowisko. Zabroniono mu pokazywać się w gimnazjonie, po całych więc 
dniach  przesiadywał  w  pokoju  swego  pana  i  śpiewał.  Nie  był  to  właściwie 
śpiew,  bo  bał  się  podnieść  głos,  nucił  przez  zaciśnięte  wargi  i  w  chwilach 
ciszy dolatywało przejmujące brzęczenie, jakby jakiś wielki owad tłukł się w 
uwięzi. Po tygodniu Kyrenejczyk przeniósł się do miasta. 

background image

Nazywał  się  Telesikrates.  Zapisał  się  do  biegu  w  zbroi,  jakby  na  złość 
naturze, która jego krępą postać i rozłożyste barki wyraźnie przeznaczyła do 
zapasów.  Z  tego,  co  mówił,  wynikało,  że  kierował  się  nie  warunkami 
fizycznymi,  ale  dziejami  swego  rodu.  Jeden  z  jego  przodków,  Aleksidamas, 
zdobył w biegu rękę księżniczki libijskiej. 
—  Było  to  w  mieście  Irasa  —  opowiadał.  —  Król  Antajos  urządził  biegi  i 
zwycięzcy przyrzekł swą córkę. Dziewczyna była metą. W stroju weselnym, 
z wieńcem na głowie, stała w otwartym polu, w odległości dwóch stadionów. 
Do biegu stanęło ze dwudziestu młodych ludzi, wszystko z dobrych rodzin, 
przyjaciele  króla.  Mój  pradziad  zwyciężył.  Wyprzedził  wszystkich  o  parę 
kroków, chwycił dziewczynę za ramię, jakby to był słup mety, i okręcił się z 
nią w koło. Na Ammona! 
Sotion wyciągał z niego coraz nowe szczegóły, które wszystkich rozweselały. 
Był nieporównany w powadze i ciekawości, na każde słowo miał swoje: „Na 
Dzeusa" — ,,Niesłychane! zdumiewające!", trzepał Kyrenejczyka po plecach, 
a  kiedy  ten  już  się  wyczerpał  i  chyłkiem  rozcierał  poczerwieniałą  łopatkę, 
rzekł: 
— Wstydź się. Któż swojej prababce każe tańczyć?! 
—  Mówisz:  prababka,  ale  wtedy  była  to najpiękniejsza  dziewczyna  w  całej 
Libii. 
—  W  Libii?  Czemużeś  tego  od  razu  nie  powiedział.  Telesikrates  stał 
osłupiały wobec takiej niegodziwości. 
— Wyśmiewają się ze mnie — powiedział wieczorem swemu Murzynowi. 
— Bo pewnie nie wiedzą, jaki bogaty jest twój ojciec. 
Nazajutrz Telesikrates był pierwszy na boisku i ledwo zawodnicy się zebrali, 
zaczął  opowiadać,  ile  stary  Karneades  ma  pola,  sadów,  winnic,  bydła, 
niewolników, okrętów. Gdy przyszło do spichlerzy, Sotion krzyknął: 
— Na Heraklesa! zatrzymaj się, bo nas zasypiesz i udusisz! 
Jeden  Sodamos  pilnie  wszystkiego  wysłuchał  myśląc,  że  da  się  z  tego 
skorzystać  w  swoim  czasie.  Zaczęto  mówić  o  czym  innym  i  znów 
Kyrenejczyk został pod progiem ich wesołego życia, już niemal zawstydzony 
swoją  złotą  skrobaczką.  Ale  do  południa  miał  parę  dobrych  biegów,  po 
przerwie  próbował  się  w  pięściarstwie,  zapamiętano  kilka  jego  uderzeń  i 
zanim dzień minął, okazało się, że bez pomocy prababki i bez dostatków ojca 
można coś znaczyć na tym świecie. 
Był to jednak czas najżywszego ruchu, wczorajszy dzień znikał bez śladu w 
natłoku nowych ludzi. Taki np. Gerenos mógł w swym cieniu schować tuzin 
Telesikratesów. 
Odkryto  go  po  śladach  na  piasku.  Przyszedł  któregoś  dnia  przed  świtem, 

background image

wcisnął  się  jakąś  boczną  furtką,  którą  może  przez  nieuwagę  wytrącił  z 
zawiasów, i przewędrował wszystkie boiska, zanim trafił do hellanodikajonu. 
Sotion,  który  w  jakiś  czas  potem  wybiegł  z  domu  mieszkalnego,  spostrzegł 
wielkie  stopy  głęboko  odciśnięte  w  ziemi.  Był  szary,  mgławy  ranek,  pod 
zachmurzonym  niebem  trwała  cisza,  gimnazjon  nie  odzywał  się  żadnym 
głosem.  Tarentyjczyk  okręcił  się  parę  razy  wokoło:  nie  było  żywej  duszy. 
Opadł  go  strach,  dziecinny  lęk,  który  chwyta  za  gardło  i  pęta  nogi.  Z  tych 
śladów,  które  nie  należały  do  żadnego  z  zawodników,  które,  jak  mu  się 
zdawało,  nie  mogły  należeć  do  żadnego  człowieka,  szedł  powiew  groźnej 
obecności. „Herakles" — nie mógł opanować tej myśli i aż przymknął oczy, 
takim krzykiem szalony domysł rozdarł jego mózg. 
—  Trzeba  mnie  było  widzieć,  trzeba  mnie  było  widzieć  —  opowiadał 
zanosząc się od śmiechu — jak ja tam stałem, na nogach z ołowiu czy gliny, 
nad tym śladem jak  nad przepaścią. Mówię wam: nad przepaścią. Bo to mi 
się w oczach rozrastało, przysiągłbym, że tylko dwie stopy leżały na całym 
stadionie. 
Ostatecznie  wybawił  go  Sodamos,  który  swym  kupieckim  okiem  od  razu 
poznał, że ślady są może odrobinę większe od stopy mierniczej. 
— A u nas — rzekł Filon z Tyras, znad ujścia Bohu — pokazują ślad stopy 
Heraklesa na łokieć długi. Sodamos uniósł głowę ruchem przeczenia: 
—  To  bajka.  Herakles  był  zwykłego  wzrostu.  Nie  można  wierzyć 
wszystkiemu, co o nim opowiadają w każdym kącie świata. W Olimpii, a nie 
w  żadnym  Tyras,  wymierzył  on  stadion  własną  stopą  i  każdy  może  się 
przekonać, że była mało co większa od mojej czy twojej. 
— Ale nikt z nas nie wykonałby ani jednej jego pracy — wzruszył ramionami 
Filon. 
— Bo nikt z nas nie jest synem bożym, za nikim nie stoi Atena i nikt z nas 
nie  ma  jego  wspaniałej  duszy.  Herakles  był  silny,  ponad  wszelkie 
wyobrażenia  silny,  Milon  z  Krotony  był  dzieckiem  wobec  niego,  ale  sama 
siła  nie  wystarcza.  To  była  dusza  bez  trwogi.  On  umiał  na  wszystko  się 
odważyć, on wiedział, że zrobi to, do czego się weźmie. On był cierpliwy i 
wytrwały, mógł iść na koniec świata nie myśląc, ani gdzie będzie spał, ani co 
jadł.  Kto potrafi  znieść  tyle  dni  samotności,  ile  on  zniósł,  i  to  w  górach,  w 
pustyniach, w dzikich stronach, gdzie każdy był jego wrogiem? On nigdy nie 
myślał o niebezpieczeństwie ani o sile lwa czy wielkoluda, z którym walczył, 
myślał tylko o samej walce i że ją trzeba podjąć, i że trzeba zwyciężyć. 
Sodamos  nigdy  jeszcze  nie  mówił  w  ten  sposób.  Ponad  ciemnym  zarostem 
policzki  zapłonęły  rumieńcem,  jakby  ogień  wewnętrzny,  dusza  płomienna  i 
namiętna,  której  się  w  nim  nie  domyślano,  wyjrzała  nagle  ze  swego 

background image

bezpiecznego zamknięcia. Towarzysze mieli niejasne uczucie onieśmielenia, 
nikt nie wiedział, co znaczy ten wybuch: czyli skra boża zatliła się w nim na 
chwilę nieoczekiwanej ekstazy i oświetliła mu rzeczy, dokoła których błądzą 
ludzkie  domysły,  czy  bolesna  szczerość  wydobyła  na  jaw  jakieś  głębokie 
doświadczenie,  jakiś  rozruch  pragnień  i  niemocy?  Mimowolnie  zdjęli  z 
niego-swoje  spojrzenia  pozwalając  mu  ostygnąć.  Dopiero  po  długiej  chwili 
odezwał się Grylos: 
—  Ale  ta  stopa  jest  większa  od  olimpijskiej.  Jego  słowa  wpadły  w  puste 
milczenie.  Zabrano  się  do  oliwy,  gdy  nagle  wszedł  człowiek,  który  ich 
zaprzątał od świtu. 
Nikogo  nie  zawiódł.  Najwyższego  z  zawodników,  Eurymenesa  ze  Samos, 
przewyższał  o  głowę.  Wszyscy  wydawali  się  drobnymi  przy  jego  udach, 
piersiach, barkach. Wyglądał trochę dziko, porosły czarnym włosem, z gęstą 
czarną brodą i szerokimi łukami nastrzępionych brwi. Po krótko strzyżonych 
włosach poznano zapaśnika. Pierwszy zaczepił go Grylos: 
— Na Dzeusa! mógłbyś sobie opalić te włosy na ciele. Gerenos spojrzał na 
Grylosa z takim wyrazem oczu, że nie wiadomo było, czy się dziwi, czy jest 
strapiony. Wreszcie spoza brody wyszło parę zgrzytliwych dźwięków, które 
dopiero po chwili zrozumiano: 
— To nie należy do przepisów. 
— Być pięknym należy do przepisów starszych niż Olimpia, kosmaczu. 
Daremnie  olbrzym  szukał  czyjejś  pomocy.  Nawet  chłopców  ośmielił  swym 
niezaradnym  milczeniem.  Glaukos  widząc  dwie  białe  nitki  na  skroni, 
zawołał: 
— Czemuś tak późno przyszedł, dziaduniu? A Grylos: 
— Wybrał się jeszcze w roku Maratonu, ale miał daleką drogę, nie zdążył. 
Rzeczywiście,  pochodził  z  Naukratis,  znad  ujścia  Nilu,  i  stał  pośród  tego 
śmiechu z pochyloną głową, z czołem w głębokich zmarszczkach, jakby czuł 
się  winny  tej  olbrzymiej  odległości.  Wreszcie  Sotion  odciągnął  go  w  inną 
stronę, dobry Sotion, chociaż i on nazywał go ,,przodkiem". 
Nie pamiętano tak licznego zjazdu. Jakby wszystkie gimnazjony otwarły się 
na  kształt  śluz,  ogromny  strumień  młodości  pędził  na  Elidę.  W 
zabudowaniach  mieszkalnych  zabrakło  miejsca,  wynajmowano  domy  w 
mieście,  które  niesłychanie  zdrożały.  Wielu  nocowało  pod  namiotami. 
Hellanodikowie  zdwoili  surowość  wymagań,  tylko  najtęższe  mięśnie  i 
najbardziej  opanowana  zręczność  mogły  się  utrzymać  na  boiskach. 
Wykluczeni  nie  mieli  odwagi  wrócić  do  domu,  snuli  się  wciąż  jeszcze, 
wymachiwali  halterami  w  jakimś  kącie  pod  murem,  podnosili  dyski, 
odmierzali  rzut  oszczepu,  pomagali  innym  przy  obsypywaniu  się  piaskiem 

background image

lub zmywaniu wieczornym, szczęśliwi, gdy ktoś krzyknął ich imiona, których 
hellanodikowie  już  nie  wywoływali.  Zazwyczaj  niedługo  cieszyli  się  tym 
życiem cieni, rosnący ścisk wypychał ich za mury. 
Już cały gimnazjon jest w ruchu. 
Od  rzeki,  ulicą  Milczenia,  pod  świątynią  Artemidy  Filomeiraks,  bogini 
,,kochającej chłopców", idzie szereg zapaśników. Niosą na głowach hydrie z 
wodą.  Z  dziedzińca  gimnazjonu  skręcają  w  prawo  i  wchodzą  w  obszerny 
prostokąt  obwiedziony  murem.  Ich  towarzysze  już  pracują.  Rozsypani  w 
różne  strony  burzą  kilofami  ziemię,  wybierają  kamyki  i  rzucają  je  w  kąt 
boiska. Skopany grunt polewają wodą, póki nie zmieni się  w gęste błoto, w 
którym  nogi  grzęzną  powyżej  kostek.  Osłabia  ono  siłę  upadku,  ale  ukrywa 
zasadzki  dla  ślizgających  się  stóp  —  i  ciała  w  nim  wytarzane  stają  się 
nieuchwytne. 
To jest Maltho, czyli Miękkie Pole, dzielnica pankrationu. 
Pankration  łączy  zapasy  z  pięściarstwem.  Dozwolone  są  wszelkie  chwyty  i 
ciosy, prawie nie ma części ciała bezpiecznej od uderzeń i kopnięć, duszenie, 
wykręcanie palców u rąk i nóg przyjęło słownictwo techniczne w wyrazach 
pokrytych sędziwością prastarego obyczaju. 
Jest  to  walka  prawdziwie  męska,  walka  ciał  i  dusz  dojrzałych.  Nikt  nie 
odważyłby się przyjść na Miękkie Pole z wątpliwościami lat, muskulatury lub 
wyszkolenia.  Aipytos,  który  prowadzi  ćwiczenia,  prawie  nie  podnosi  głosu: 
jeśli przerywa walkę, czyni to najczęściej, żeby udzielić jakiejś wskazówki, 
albo  temu,  kto  jest  w  położeniu  beznadziejnym,  poddać  sposób  obrony, 
którego ów nie dostrzega. 
Ale  dzisiaj  dwóch  wypędził  z  gimnazjonu:  jednego  Elejczyka,  drugiego, 
zdaje się, z Argos. Nic im nie podobna było zarzucić, każdemu wolno o tym 
myśleć,  co  chce.  Może  dostrzegł  w  nich  jakiś  rys  niepohamowania?  usta 
zaciśnięte, wilgotną mgłę w oczach po nieoczekiwanym ciosie? Możesz mu 
zaufać,  że  cię  uwolnił  od  niebezpiecznego  przeciwnika.  Taki  potrafi  cię 
kopnąć  w  słabiznę,  wepchnie  ci  palce  do  ust,  do  nosa,  wydłubie  oko. 
Dostanie  chłostę  w  Olimpii?  Marna  pociecha,  kiedy  wielkie  święto  tak 
sromotnie się skończy. 
Za murem Miękkiego Pola hałasują pięściarze. Ciała krępe, osadziste, silne, o 
muskulaturze idącej wypukłym reliefem, masywne czaszki — jakby ludzie z 
innej rasy. 
Nakładają  rzemienie.  Są  to  cienkie,  wąskie  paski  z  byczej  skóry, 
niewyprawianej, tylko przepojonej tłuszczem. Mają po dziesięć stóp długości. 
Najpierw  związuje  się  pętlę  i  wkłada  w  nią  dłoń  zostawiając  kciuk  wolny. 
Potem okręca się rzemieniem każdy palec z osobna i wszystkie cztery palce 

background image

razem,  ale  tak,  żeby  stawy  mogły  się  zginać  i  zaciskać  w  pięść.  Wreszcie 
rzemień idzie wierzchem dłoni, wielokrotnie zwija się dokoła przegubu i w 
połowie przedramienia kończy się, wsunięty pod ciasno umocowane zwoje. 
Oto  już  lewa  ręka  gotowa,  z  prawą  trudniej  samemu  sobie  poradzić.  — 
Przytrzymaj mi rzemień. — Na Dzeusa! znów mi się wymknął. — Chwyć go 
zębami.  —  Owiń  mi  tylko  mały  palec.  —  Chłopcy  z  pomocą  swych 
aleiptesów  już  mają  wszystko  w  porządku,  ten  i  ów  włożył  nawet  czapkę 
ochronną  ze  skóry  wyścielonej  suknem,  z  nausznikami,  które  czynią  go 
głuchym. Agesidamos, niecierpliwy jak iskra, biegnie w kąt boiska, gdzie u 
konaru drzewa wisi k o r y k o s. 
Wór,  zszyty  ze  skóry  świni,  wypełniony  piaskiem,  zachował  kształt 
zwierzęcia  z  wyciągniętymi  sztywno  łapami.  Agesidamos  sroży  się  na  nim 
próbując  celności  oka  i  siły  swych  pięści,  a  ten  przyjmuje  ciosy  głuchym 
echem i wolnym, smutnym kołysaniem się martwego bezwładu. 
Tetragon  drży  od  śmiechu.  Gerenos  wytarzał  się  w  piasku  i  stoi  teraz 
niepodobny  do  żadnego  stworu  ziemskiego.  Ale  oto  przychodzi  Kapros, 
przewodniczący hellanodików. Śmiechy milkną, aby, gdy zniknie obrócić się 
w jego stronę. 
Jego imię znaczy: dzik, ale i co innego. Sto razy na dzień powtarza się o nim 
te same grube żarty. Przynoszą one odrobinę ulgi w tym uwielbieniu, którego 
jest godzien ten niezwykły, wspaniały człowiek. 
Co dzień dwa albo trzy razy przejdzie wszystkie boiska nie zatrzymując się 
nigdzie.  Po  drodze  rzuca  parę  spojrzeń,  zdawałoby  się  roztargnionych  i 
przelotnych.  Tymczasem  zna  wszystkich,  wie  wszystko,  i  jeśli  nazajutrz 
Hysmon  albo  Aipytos,  albo  któryś  inny  wywoła  cię  i  przesunie  ręką  po 
biodrze,  możesz  być  pewien,  że  to  Kapros  zwrócił  mu  uwagę,  że  masz 
mięsień zniekształcony przez złe ćwiczenie. Takie oczy widzą chyba dalej niż 
dzień  dzisiejszy  i  ma  się  przesądne  poczucie,  że  on  już  zna  imiona,  które 
herold ogłosi na stadionie olimpijskim w dniu świętej pełni. 
Z  hellanodikajonu  wali  nowa  gromada.  Mijając  mogiłę  Achillesa  każdy  na 
znak  czci  podnosi  do  ust  wielki  palec.  Rozbierają  się  na  małym  boisku, 
nacierają  się  oliwą,  mają  dziwnie  wyniosłe  miny.  Grylos  zawiera  z  nimi 
znajomość, odpowiadają mu niedbale, chcą okazać jakąś wielkość w swych 
ruchach powolnych i znużonych. Dowiaduje się wreszcie, że jest wśród nich 
paru zwycięzców w igrzyskach istmijskich, które właśnie się skończyły. 
„Mogliby być trochę skromniejsi"  — myśli Grylos, ale ich słowa czynią na 
nim  wrażenie.  Widać  przez nie  aleję  sosen  wysokich  i  smukłych, świątynię 
Posejdona, okręg święty i stadion leżący w pradawnym łożysku rzeki. Z obu 
stron  Istmu  korynckiego  rozlega  się  bławat  morza,  dwie  drogi  wielkiego 

background image

świata, który tu spłynął okrętami, mrowiem ludzi. 
—  Było  tak  pełno  jak  nigdy  —  powiada  jeden  i  Grylos  uznaje,  że  trudno 
lekceważyć człowieka, którego wywyższył okrzyk ogromnego tłumu. 
— A czy ktoś z was staje do hoplitodromów? — pyta. 
— Znajdzie się, znajdzie, mój piękny. 
Nagle  otwierają  mu  przed  samym  nosem  szkatułkę.  Leży  w  niej  wieniec  z 
suchych  selerów,  wieniec  istmijski  opleciony  w  kilka  wstążek  czerwonych. 
To znaczy więcej niż wszelkie słowo i nad szkatułką pochyla się wnet parę 
głów,  nawet  Gerenos  patrzy  z  wysoka.  Ale  Sotion,  który  nagle  skądś 
wychynął w samym środku, bierze nieznajomego za podbródek i zagląda mu 
prosto w oczy weselem swego jasnego spojrzenia: 
— Tylko nie zapomnij, że drzewo oliwne rośnie wyżej od selerów. 
Oczywiście,  przez  cały  dzień  o  niczym  innym  się  nie  mówi.  Hysmon 
prowadzi  z  ,,nowymi"  pierwsze  ćwiczenia,  wszyscy  są  ciekawi  nowin  ze 
„świętej bieżni". 
— Nic wielkiego. 
— Jeden dobry biegacz. Nazywa się Dandis. 
— Skąd? 
— Powiadają, że z Argos. 
— Mówiłem. Na Istmie złazi się sama lichota. 
—  Widziałeś,  jak  Hysmon  skrzywił  się,  gdy  mu  powiedzieli,  skąd 
przychodzą. 
— To co innego. Tu się nie mówi o Istmiach. 
— Dlaczego? 
— To pochodzi jeszcze z czasów Heraklesa. Elejczycy są związani klątwą i 
nigdy żaden Elejczyk nie pójdzie na igrzyska istmijskie. 
— Jaką klątwą? 
—  Dobrze  nie  wiem.  To  historia  starsza  od  księżyca.  Zapytaj  kogo  z 
tutejszych. 
Na boisku pięściarskim śliczny Alkimidas dostaje w skórę. Jasne loki spadły 
mu na czoło, czerwone od wstydu. Wstydzi się nie dlatego, że go biją, lecz że 
hellanodik mówi: 
—  Uderzasz  otwartą  dłonią  jak  dziewczyna.  Sotion  przebiega  Tetragon. 
Zatrzymuje się, aby zobaczyć, jak Gerenos walczy z Eurymenesem. 
Olbrzym jest groźniejszy w spoczynku niż w zapasach. Zdaje się, że używa 
swych  rąk  do  jakiejś  cierpliwej  zabawy,  tych  potężnych  rąk,  których  każdy 
chwyt jest przeznaczony do zdławienia. Boi się swej siły, ugina się pod nią 
jak pod ciężarem. Hellanodik strofuje go nieustannie, staje się coraz bardziej 
niezręczny.  Chwieje  się  na  nogach,  ale  w  tej  chwili  spostrzega  Sotiona. 

background image

Eurymenes już jest w powietrzu i pada o kilka kroków. 
Na  dziedzińcu,  przy  studni,  Menaikes  zdejmuje  czapkę,  spod  której  płynie 
.krew. Dostał w ucho. Nabiera wody, zmywa i ogląda się wokoło: — Żeby mi 
ktoś dał kłaczek wełny z ciepłą oliwą... 
Na  ,,świętej  bieżni"  Hysmon  kończy  próby  z  Istmijczykami  i  widać  po 
osowiałych  spojrzeniach,  że  oliwka  olimpijska  istotnie  rośnie  wysoko.  Przy 
furtce pojawia się Sotion, znika i słychać, jak gdzieś woła: „Stadion wolny!" 
Wraca z nim kilku innych, zaczynają własny trening. 
Łażą na czworakach; skaczą w miejscu, podnosząc kolana na wysokość pasa; 
leżąc na grzbiecie, przebierają w górze nogami; wywijają halterami ruchem 
oszczepu,  podrzucają  dyski  i  chwytają  je  w  dłonie  z  powietrza.  Eutelidas 
skacze  w  górę  i  za  każdym  skokiem  uderza  się  piętami  w  pośladki.  Liczy 
601,  602,  603,  a  widząc,  że  Pataikos  patrzy  nań  w  zdumieniu,  mówi  nie 
przerywając skoków: 
— U nas — nazywa się to — bibasis — 605. — I dziewczyny — dochodzą 
— 606 — do tysiąca uderzeń. 
Agesidamos z Lokrów rozegrał dobrą walkę na pięści i teraz rozsiadł się na 
murawie,  a  jego  aleiptes,  Ilas,  spryskuje  go  wodą,  naciera  mu  kark,  uda. 
Nagle  chłopiec  odsuwa  jego  rękę  i  biegnie  za  Sotionem.  Gonią  się  po 
„świętej bieżni". Sotion zwalnia, staje, a gdy tamten dopada go, kładzie mu 
dłonie  na  ramionach i  jednym  susem  przeskakuje przez  chłopca.  Już stoi  w 
gromadzie  dyskobolów  i  gdy  za  chwilę  wywołują  go  do  rzutu,  wychodzi 
spokojnie, jakby nie ruszał się z szeregu. 
Od dawna oswoił się z brązowym krążkiem. Znów swoją kresą odskoczył o 
pół stopy od Sodamosa. 
— Idziesz do wieńca po moich plecach — szepcze mu przyjaciel i nie ma w 
tych słowach ani cienia zazdrości. 
Kochają się, ponieważ są godni siebie. Nie byłoby mowy o przyjaźni, gdyby 
jeden stał o kilka stopni niżej. Obaj znają swą wartość. Sodamos, silniejszy i 
bardziej  dojrzały,  wie  dokładnie,  ile  może  oczekiwać  od  swoich  mięśni. 
Sotion rozwija się nieustannie, każdy dzień z tego ludzkiego kwiatu odgina 
świeży płatek, nic w nim nie podobna przewidzieć, jakby jego praca była nie 
dziełem wysiłku, lecz natchnienia. 
Sodamos  ogarnia  go  ramieniem  tak,  że  dłonią  dotyka  jego  serca.  Sotion 
oddaje mu uścisk bezwiednie. 
—  Widzisz  Ischomachosa  —  mówi  —  kto  by  pomyślał!  Pamiętasz,  jak 
przyszedł,  jak  się  obracał,  jak  deptał  balbis?  Nie  widziałem  go  dzisiaj  w 
biegu. 
— Był bardzo dobry — odpowiada Sodamos i widzi jeszcze to, na co Sotion 

background image

nie zwraca uwagi: że Ischomachos za każdym rzutem ogląda się za siebie i 
szuka wzroku Sotiona. 
Z Miękkiego Pola nadbiegł Pataikos: 
— Kallias teraz walczy. Chodźcie, warto zahaczyć. 
— Ateńczyk? — pyta Sotion. — Nie, nie mogę, będę miał jeszcze dwa dyski. 
— Uważaj na rzemień, nie dość ciasno go związałeś. 
Zsuwa się po drążku. 
— Zrobiłem dziś trzy stadiony. 
— Muszę się drugi raz natrzeć oliwą. 
— Jak tam Telesikrates? 
— Gdyby słuchał bogów, którzy go przeznaczyli na pięściarza, na pewno by 
coś zrobił. W hoplitodromie przyda się na ogon do jakiejś dobrej czwórki. 
— Nalej tu jeszcze wody. 
— Powiedział mu, że ma za słaby kark do zapasów. 
— Ale wziąłeś rozmach! Myślałem, że rzucisz aż do morza i narazisz się na 
koszt nowego dysku. 
Ergoteles, sam jeden, odrabia długi bieg. Hysmon patrzy za nim i woła: 
— Pięty o włos wyżej. 
A potem: 
— Który stadion?  
Ergoteles z pełnego biegu: 
— Jedenasty. 
Hellanodik  przerwał  walkę  Kalliasa  z  Aristokleidesem,  która  trwała  zbyt 
długo. Była tak piękna, tak szybka, chciałoby się rzec: tak namiętna, gdyby to 
słowo  dało  się  zastosować  do  dwóch  wybornych,  opanowanych  graczy! 
Rozchodzą  się  z  uśmiechem,  każdy  oddaje  się  staraniom  swego  aleiptesa, 
który  zeń  ściera  znużenie.  Żaden  nie  doznał  obrażeń,  ze  wszystkich  tych 
aktów druzgocącego gwałtu wyszli z paru nieznacznymi sińcami. 
To jest prawdziwy pankration. Człowiek zwiera się z człowiekiem w zupełnej 
nagości,  niczym  nie  ochroniony,  nie  mający  innej  broni  prócz  siły  mięśni, 
wytrzymałości kośćca  i stawów i okazuje  się,  że odporność  ciała  jest  ściśle 
przystosowana do ciosów, które można wymierzyć nogą lub ramieniem. 
Kapros  wchodzi  do  ,,świętej  bieżni".  Jakaś  czwórka  skończyła  krótki  bieg, 
zostały po niej ślady na świeżo przetrząśniętym piasku. Hellanodik powiódł 
po nich oczami i odszedł. 
— Co on tam widział? 
Kilku  biegaczy  idzie  brzegiem  toru,  jakby  szukali  rzadkich  muszli  po 
odpływie morza. 
— Patrz: na ich trzy stopy jego dwie. 

background image

— Na Dzeusa! 
— Kto tu biegł z prawej strony? 
— Skamandros z Mitylene. 
Efarmostos,  który  jest  tylko  zapaśnikiem,  nie  walczy,  lecz  bawi  się  z 
Sotionem, zawodnikiem pięcioboju. 
Pozwala  mu  na  wszystko:  —  Możesz  sobie  wywijać  swoje  koziołki  — 
powiada.  Sotion  jest  rozdrażniony,  skupia  się  i  gdy  tamten  nazbyt  go 
lekceważy,  przewraca  go  na  ziemię.  Ale  Opuntyjczyk  pociąga  go  za  sobą, 
jednym  ramieniem  przewija  go  jak  węźlistym  powrozem  i  przygniata  do 
piasku. — Mógłbym cię tak trzymać przez całą Iliadą — śmieje się — i nie 
wstałbyś, tak jak Hektor nie wstaje ze swego stosu. 
A Sotion leży, chociaż Efarmostos już go puścił. Czuje piasek wcinający się 
w  łopatki,  zasypujący  bruzdę  kręgosłupa,  po  całym  ciele  rozchodzi  się 
gryzące  uczucie  porażki.  Słowa  Efarmostosa,  których  już  nie  pamięta, 
zostawiły  nad  nim  ciemność  jakiegoś  wielkiego, smutnego  czasu.  Przesuwa 
językiem  po  suchych  wargach,  które  mają  smak  gorzki.  „Tak  smakuje 
klęska." Ściąga na siebie stadion, jakby to była chlajna, i chowa się pod nią 
jak dziecko, które boi się strachów nocnych. Otwiera oczy, nad nim ogromne 
niebo  w  bursztynach  zachodu.  Gdy  wstaje,  przenika  go  dreszcz,  jakby 
dotknął stopą własnego grobu. Przeskakuje go, biegnie: Alala! 
Tylko  sen  na  czas  krótkiej  nocy  letniej  obezwładniał  to  wcielenie  ruchu. 
Pierwszy świt, który wchodził do jego izdebki przez szparę w murze, wąską 
na  kształt  strzelnicy,  podrywał  go  jak  nagle  dotkniętą  sprężynę.  Sotion 
wyskakiwał z łóżka, w kilku susach zlatywał ze schodów, wołał, krzyczał i 
od razu cały dom stawał w ogniu jego brzasku. Przez resztę dnia wyobrażał 
myśl  Heraklita:  że  płomień  ożywia  istoty  ludzkie.  Zdawało  się,  że  nawet 
powietrze drży wokół niego, jakby rzeczywiście trwał w stanie rozżarzenia. 
Zajmowały  się  od  niego  dusze  i  ciała.  Hellanodikowie  nie  pamiętali  takiej 
skwapliwości,  takiego  zapału,  jakie  teraz  panowały  na  boiskach.  Ludzie,  w 
pierwszych dniach mierni, dojrzewali niby rośliny przeniesione pod gorętsze 
niebo. 
W  swym  nieustannym  ruchu  gimnazjon  przybrał  kształt  widującego 
kosmosu. Pośrodku znajdowało się jądro, gromada najtęższych zawodników, 
orbita  Sotiona.  Należeć  do  niej,  oddychać  powietrzem  najżarliwszej  walki, 
żyć  w  szczerej  prawdzie  dzielności  —  stawało  się  marzeniem  każdego,  kto 
tylko, złożywszy rzeczy w domu  mieszkalnym, rozejrzał się po boisku. Ale 
można było spędzić miesiąc i nie doczekać się dnia, w którym jeden z tych 
półbogów  podejdzie  do  ciebie,  podniesie  hojnym  słowem  wartość  twego 
trudu  i  otoczy  cię  ramieniem  jak  purpurową  szarfą.  Po  obwodzie  tego 

background image

wspaniałego  koła  tłukło  się  wielu  takich  jak  Telesikrates,  których  wciąż 
trzymano na odległość żartu. 
Nieco dalej osobnym kręgiem wyróżniali się najlepsi z chłopców w układzie 
własnych  gwiazd  i  planet,  świat  szczególnie  uroczy  w  swej  nieprzystępnej 
skromności,  pełen  satelitów  —  starych  i  czujnych  trenerów.  W  różnych 
stronach,  u  biegaczy,  pięściarzy,  pankratiastów,  zapaśników,  wyłaniały  się 
drobne  konstelacje  o  niepewnym  blasku,  niekiedy  wschodziły  komety, 
zbliżały się do centralnego jądra i po kilku dniach znikały w  niewiadomym 
kierunku. 
A  po  krańcach  horyzontu,  niby  pas  Mlecznej  Drogi,  roił  się  trudny  do 
rozróżnienia tłum, prawdziwa miazga ciał, których imion nikt nie znał. 
 
VI. Ikkos z Tarentu 
Któregoś dnia z tej miazgi wyłonił się nowy zawodnik. Powiedziano o nim 
do Sotiona: 
—  Tam  jest  ktoś  z  twoich  stron,  z  Tarentu.  Efeb  przyjrzał  mu  się,  przez 
chwilę  latały  po  mózgu  kawałki  ulic,  zrąb  muru  nad  ogrodem,  palestra 
obsadzona drzewami figowymi, mała zatoczka z łódką uwiązana u brzegu, aż 
wreszcie, jakby wśród tłumu spostrzegł znajomą twarz, zawołał: 
— Ikkos! 
Tamten odwrócił się i podał mu rękę. 
— Wyrosłeś — rzekł. 
— Rozstaliśmy się jeszcze w palestrze. Ale ty byłeś starszy ode mnie. 
Puszysty  cień  okrywał  policzki  Ikkosa,  zresztą  ich  ciała  wydawały  się  w 
jednym wieku. Wargi Sotiona drgnęły, lecz słowa, które je poruszyły, zostały 
niewymówione. Ikkos rzekł: 
—  Tak,  przeniosłem  się do  Krotony.  Po  śmierci  ojca.  Od  roku  i  matka  jest 
razem  ze  mną.  Pracuję  w  gimnazjonie  Tisikratesa.  Stary  wziął  mnie  za 
pomocnika i można jakoś żyć. Teraz nawet dał mi na podróż. 
— Ale zapisałeś się... 
—  ...jako  Tarentyjczyk,  oczywiście.  Mam  tam  przecież  dom,  pole  i 
opiekunów. Na Heraklesa, muszę wrócić i policzyć się z nimi. 
Sotion  zmrużył  powieki  nie  mogąc  udźwignąć  ciężkiego,  złowrogiego 
spojrzenia, jakim nabrzmiały orzechowe oczy Ikkosa. 
— Co będziesz robił? — zapytał prędko. 
— Pentatlon. 
— To znów będziemy razem — i pożegnał go uśmiechem, biegnąc na czyjeś 
wołanie. 
Dzieje  Ikkosa  zaczęły  się  jednak  dopiero  od  południa.  Przy  wspólnym 

background image

posiłku  jadł  rybę.  Była  to  najbardziej  rzeczywista  a  zarazem  najpospolitsza 
ryba, jaką można sobie wyobrazić, ale gdyby stadion zmienił się w jezioro z 
Trytonami i Nereidami, zdumienie nie mogłoby być większe. 
— Skąd on wziął rybę? 
— Jeśli chcesz powiedzieć, że ją złapał na wędkę, oskrobał i ugotował, to ci 
nie  uwierzę  —  rzekł  Grylos.  —  Skąd?  Przyniósł  mu  ten chłopak, który  mu 
służy za aleiptesa. 
— Widziałeś? — zapytał Pataikos. 
— Nie, Beoto, ale nie potrzebuję widzieć, żeby się domyślić takiej zwykłej 
rzeczy. 
Zwykłej  rzeczy!  Grylos  nazywa  „zwykłą  rzeczą":  że  zawodnik,  który  tego 
dnia przyszedł po całym ranku ćwiczeń, miał czas posłać chłopca do miasta i 
zdobyć  się  na  urozmaicenie  obiadu,  na  jakie  się  nikt  nie  zdobył  od  kilku 
miesięcy.  Ileż  tu pytań  cisnęło się od  razu!  Kiedy  pomyślał  o  tym?  Dokąd, 
nie  znając  miasta,  posłał  chłopca?  Skąd  wiedział,  jaki  posiłek  dadzą  mu  w 
gimnazjonie? A wreszcie: do czego mu potrzebna ta ryba, tak gwałtownie, że 
nie mógł z nią poczekać choćby do jutra? 
Milczeli.  Starali  się  nawet  nie  patrzeć  w  stronę  Ikkosa,  a  kiedy  w  końcu 
poszło tam  parę  spojrzeń,  Tarentyjczyk  oddawał  właśnie  chłopcu  dokładnie 
ogryziony kościec ryby, żeby go gdzieś wyrzucił.  Śledzono teraz chłopca w 
nadziei,  że  da  się  go  skrzyczeć,  jeśli  położy  to  w  jakimś  niewłaściwym 
miejscu. Ale on wyszedł z gimnazjonu i wszyscy nabrali przekonania, że bez 
omyłki trafił do śmietnikowego dołu. I to jeszcze ich ubodło. Ta pełna miara 
rozsądku  i  dokładności  miała  w  sobie  coś  obraźliwego,  każdy  poczuł  się 
dotknięty  we  wspomnieniu  swych  pierwszych  dni,  nieśmiałych  i 
niezgrabnych. 
Przywlókł  się osiołek  z beczką  wody.  Gliniany  kubek  zaczął krążyć,  zimne 
łyki  brano  w  usta  w  głębokim  westchnieniu  i  oddawano  puste  naczynie  z 
wiecznie 

tym 

samym 

podniecającym  uczuciem  niedosytu.  Ikkos 

otrzymawszy z kolei kubek nie ruszył się z miejsca, ale tak jak leżał, postawił 
go obok siebie na piasku. Zawodnicy spojrzeli po sobie: czy jemu się zdaje, 
że leży przy uczcie? Kallias, który miał po nim pić, krzyknął prawie: 
— Prędzej, jeszcze inni czekają. Ikkos jakby się zdziwił: 
— Niechże się trochę ogrzeje, jest bardzo zimna. To już było nie do wiary. 
Ryba,  jakkolwiek  wciąż  niepojęta,  należała  jednak  do  spraw  ludzkich,  w 
których  każdy  może  mieć  własny  sąd.  Ale  zaczynać  spór  z  wodą, 
przyjmować  nieufnie  to,  co  jest  bezcennym  darem  bogów,  którego  na  tej 
skwarnej  ziemi  nigdy  nie  ma  w  obfitości  —  doprawdy  to  już  jest 
bluźnierstwem.  Ten  i  ów  nie  mógł  się  powstrzymać,  by  mu  tego  nie 

background image

powiedzieć w kilku szorstkich słowach, które traciły sens w krzyku, tak już 
wszystkich opanowała nagła wściekłość. 
Ikkos  był  tym  po  prostu  zaskoczony.  Podniósł  się,  usiadł,  wziął  kubek  do 
ręki. 
— Hermesowi — rzekł i wylał na ziemię prawie całą zawartość. Pozostał mu 
tylko jeden łyk, który wypił, ale widać było, że przed połknięciem na chwilę 
zatrzymał wodę w ustach. 
Po nim pił Kallias nie odejmując warg od naczynia. 
— Przeziębisz sobie kiedyś żołądek — rzekł Ikkos. Po raz pierwszy pobudził 
ich do śmiechu. 
— Ależ to pomyłka, chłopcy — wołał Grylos. — Wzięliśmy go za atletę, a 
on jest lekarzem. 
— Daj mi coś na ból zęba! 
— Może masz cudowną maść na stopy, żeby szybciej biegły? 
Zapalczywsi od razu sięgnęli do najdotkliwszych przezwisk.  — Kiełbaśnik! 
—  Garbarz!  —  Posyłali  go  sprzedawać  warzywa  na  targu.  Nareszcie  ktoś 
jednym słowem: — Szewc! — zepchnął go na samo dno ludzkości. 
Szewc  to  człowiek o  bladej  twarzy  i  wypaczonym  kręgosłupie,  to  człowiek 
ciasnej  komórki,  którą  powietrze  omija,  szewc  to  człowiek,  który  wiecznie 
siedzi  i  w  jego  nędznym  kształcie  zawiera  się  najokropniejsze  widmo 
nieporuszonego, złamanego bytu. 
Nikt z nich naprawdę nie gardził pracą, wielu z niej wyszło i miało do niej 
powrócić, ale w tym klasztorze ciała czuli się społeczeństwem wywyższonym 
ponad  świat  ludzi,  którzy  się  trudzą,  troszczą,  zabiegają,  ludzi,  którzy  liczą 
pieniądze,  sprzedają  i  kupują,  ludzi,  którzy  mieszkają  w  domach,  śpią  pod 
ciepłą  chlajną,  przedłużają  dzień  marnym  płomykiem  lampy.  I  jakby  ich 
owionął mdły zapach zwykłego, pospolitego życia, nagle przestali hałasować, 
jeszcze tylko parę głosów się odezwało. 
—  Dać  nam  go  do  Sparty  —  mruknął  Eutelidas.  —  Przetrzepaliby  mu  tam 
skórę. 
—  Sotion!  cóż  to  za  dziwak  przyszedł  z  Tarentu?  Ale  Sotion  wzruszył 
ramionami  i  tak  zostawili  Ikkosa,  który  leżąc  na  murawie  przymknął  oczy, 
jakby nie słyszał, co się nad nim dzieje. 
Popołudniowe ćwiczenia rozproszyły ich w różne strony. Osobliwy gość nie 
dawał im jednak spokoju. Coraz ktoś zaglądał do ,,świętej bieżni" i wracał z 
nowinami,  w  których  nie  mieścił  się  ani  „garbarz"  ani  „kiełbaśnik",  Ikkos 
sprawiał  się  dobrze,  rózga  Hysmona  nie  miała  sposobności  zaspokoić  ich 
złośliwych  pragnień.  Za  całą  pociechę  zostało  im  skarcenie  chłopca,  który 
pobiegł odmierzyć skok swego pana. Hysmon krzyknął: 

background image

— To do ciebie nie należy. 
Było to niewiele, zawsze jednak stanowiło pewną ulgę, gimnazjon poczuł, że 
stoi na swym dawnym miejscu, w granicach właściwych władz i zwyczajów. 
Ale przy dyskach Ikkos odezwał się nagle do Sotiona: 
— Za silne słońce do ćwiczeń. 
— Więc przynieś sobie parasol. 
Odpowiedź  Sotiona  była  tak  piękna,  że  ciarki  szły  po  krzyżach,  gdy  ją 
powtarzano.  Skamandros  z  Mitylene  śpiewał  ją  po  prostu.  Nagle  urwał, 
uderzył  się  w  czoło  i  oto  co  sobie  przypomniał:  jamby,  jamby  starego 
Anakreonta z Teos! Była w nich mowa o jakimś Artemonie, niewieściuchu i 
strojnisiu, wiersze jakby zesłane przez uśmiech bogów: 
Synalek Kyki parasolkę nosi  
o rączce z kości słoniowej... 
Podjęto je całym chórem. A potem już każdy z osobna: „Syn Kyki — Ikkos" 
— „pais Kykes — Ikkos". „Skiadiske! skiadeion! skiadeion!" Słowo: parasol, 
w  odcieniach  wszelkich  dialektów,  powtarzało  się  ponad  wytrzymałość 
ludzką.  Skiadeion!  chłopców  strąciło  to  słowo  w  oszołomienie  dzieciństwa, 
mały Glaukos upił się nim do tego stopnia, że wśród krzyków, rózg, wśród 
tysiąca dotkliwych przygód, nie zdołał już pozbierać swych piętnastu lat aż 
do  pory  zmierzchu.  Istniało  przekonanie,  że  nawet  Gerenos  był  bliski 
śmiechu. 
Nazajutrz widok Ikkosa na boisku wielu zaskoczył. Zdaje się, że ten i ów we 
śnie  pozbył  go  się  na  zawsze.  Co  najwyżej  spodziewano  go  się  jeszcze 
zobaczyć  z  muru  Miękkiego  Pola,  jak  idzie  obładowany  swoimi  rzeczami 
przez dziedziniec, krużganek hellanodików, mając za całe towarzystwo swój 
cień na wielkim, pustym rynku. W każdym razie nikt nie był przygotowany 
na jego twarz spokojną, na ostre spojrzenie spod zrośniętych czarnych brwi i 
gdy  go  się  widziało  wśród  paru  uważnych  ruchów,  jakimi  wylewał  oliwę, 
rozcierał ją na ciele, jak plecy podstawiał swojemu chłopcu, który służył mu 
troskliwie, bez słowa — ci dwaj ludzie krzątający się w zupełnym milczeniu 
nabierali  pozorów  nierzeczywistego  zjawiska.  Miało  się  ochotę  krzykiem 
spłoszyć natrętne przywidzenie. 
Nikt się nie odzywał. Zdarzały się chwile takiej ciszy, że się słyszało konika 
polnego,  który  gdzieś,  pijany  rosą,  śpiewał  bez  pamięci.  Gdy  czyjaś  dłoń 
klasnęła o czyjeś plecy, podrywano się jak na huk gromu. Wielu z chłopców, 
wyczerpanych  z  niecierpliwości,  dusiło  się  w  tym  ogłuszającym  milczeniu. 
Oczekiwano, że pęknie ono lada chwila, jak łuk zbyt silnie napięty. Ale Ikkos 
wskazał swemu chłopcu rozrzucone po ziemi naczynia i wyszedł na stadion. 
Można było teraz mówić swobodnie, okazało się jednak, że nie ma o czym. 

background image

Wynikło  parę  sprzeczek  o  aryballos,  o  rzemyk,  urywano  je  w  pół  zdania, 
jakby  ludzie  natychmiast  zapominali,  o  co  się  kłócą.  Wśród  chłopców  ktoś 
wspomniał parasol. Pobiegło za nim parę wzgardliwych spojrzeń. „Głupi jak 
mewa!" — krzyknął Grylos w jego stronę. Cały ten śmiech wczorajszy ciążył 
im niby czad po pijatyce. 
Jeden Sotion poruszał się w jakimś lżejszym powietrzu. Oczywiście i on był 
zupełnie  inny.  Od  świtu  nikogo  nie  obdarzył  swą  wesołością,  ukrył  ją  w 
sobie, widać ją było przez piękną, gładką, złocistą skórę. Odczuwało się, że 
tam panuje dawny ład, że ani jedna struna nie została naruszona w tej harfie 
ludzkiej. Czemuż więc żadnym słowem, żadnym gestem nie podźwignie ich 
ku swej równowadze? 
Wymykał  się  z  ich  przymusu  swobodą  swego  świetnego  ciała,  był  szybszy 
niż  kiedykolwiek.  Tak  ich  pochłonęło  to,  co  najchętniej  nazwaliby  jego 
zdradą, że nikomu na myśl nie przyszło rozważyć, jakie to sprawy stara się 
odeprzeć  mnóstwem  prędkich  i  dokładnych  ruchów  i  co  może  być  na  dnie 
jego skupionej uwagi. 
Był  gotów  drugi  po  Ikkosie.  Zamknął  swój  aryballos,  otarł  palcami  parę 
kropel  oliwy,  które  zostały  na  wierzchu,  i  położył  naczynie  pod  murem,  w 
swoim zwykłym miejscu. Nie odwróciwszy się pobiegł na „świętą bieżnię". 
Sodamos w chwilę później znalazł go tam stojącego o kilka kroków od furtki, 
z założonymi rękami. 
W  połowie  stadionu  Ikkos  biegł  drobnym  krokiem,  wysoko  podnosząc 
kolana.  Potem  zmienił  bieg  posuwając  się  wolno  długimi  rzutami  ciała, 
wreszcie  zatrzymał  się  i  przebierał  nogami  w  miejscu,  skacząc  na  palcach. 
Dwaj  przyjaciele  przypatrywali  się  wszystkim  jego  ruchom:  skłonom, 
opadom,  wykrętom  tułowia,  podskokom.  Nie  było  w  tym  nic  nowego, 
należały  one  od  wieków  do  ćwiczeń  w  palestrach  i  gimnazjonach,  lecz  od 
razu widziało się, że jest tu pewien porządek, chciałoby się zrozumieć sens i 
powód tej kolejności ruchów. 
Sodamos rzekł: 
— Czy my nie za wiele się nim zajmujemy? 
— Z pewnością. 
Rozmowę posłyszeli inni, którzy tymczasem nadeszli, Powiało od tych słów 
dobroczynną trzeźwością. 
W  istocie,  co  za  głupstwo  poświęcać  tyle  uwagi  człowiekowi,  o  którym  na 
razie  nic  więcej  nie  wiadomo,  jak  to,  że  jada  ryby  i  nie  lubi  zimnej  wody! 
Czy  kto  widział,  żeby  najlepsi  zawodnicy,  dla  których  cały  tłum  ludzi 
nowych  i  nieznanych  posiada  przejrzystość  powietrza,  zaczęli  nagle  pełzać 
domysłami,  podejrzeniami,  szeptami  dokoła  osoby  mogącej  jutro  zniknąć  z 

background image

ich horyzontu? To śmiechu warte i niejeden rzeczywiście parsknął śmiechem 
pędząc do swoich ćwiczeń. 
Równa,  prosta  fala  rozsądku  rozbiegła  się  po  całym  gimnazjonie  nie 
docierając  tylko  tam,  gdzie  w  ogóle  nic  nie  miało  dostępu:  do  dwóch 
Arkadyjczyków, nieporuszonych w swej obojętności. 
Przy południowym posiłku już tylko paru chłopców zajrzało w stronę Ikkosa, 
by się przekonać, że znów jego służący przyniósł coś z miasta. Nikt się tym 
nie zgorszył, okazało się, że Telesikrates i kilku innych, którzy nie nocowali 
w  zabudowaniach  gimnazjonu,  urządzają  sobie  rano  śniadanie,  jakie  im  się 
podoba. Nawet podczas picia wody zostawiono Tarentyjczyka na koniec, by 
mógł  sobie  swobodnie  ogrzać  swój  kubek.  Mieli  chwilę  wielkoduszności, 
jakby usunęli się z drogi wątłej i niedołężnej istocie. 
Ikkos nie należał do ludzi, którzy przestają istnieć, gdy się do nich odwrócić 
plecami. W towarzystwie swego chłopca prowadził życie osobne, bynajmniej 
jednak  nie  samotne.  Zdawało  się,  że  i  na  bezludnej  wyspie  miałby  pełno 
zajęcia, tyle czynności wymagała jego osoba. 
Obok  wspólnych  ćwiczeń  odbywał  własny  trening,  zawiły  system  ruchu  i 
spoczynku. Chłopiec uważał na każde jego skinienie i co chwila biegł po coś, 
przynosił,  odnosił,  naczyńka  z  oliwą,  skrobaczki,  gąbki,  ręczniki,  nawet 
grzebienie do  włosów.  Nikogo nie  zdziwiło,  gdy  posłyszano, jak  się  skarży 
na mały przydział oliwy: 
—  Trzy  kyatosy  na  dekadę  w  tej  porze  roku!  To  nawet  siedmioletniemu 
chłopcu nie wystarczy. 
Nacierał się niemal po każdej części pentatlonu. Skoro między jedną a drugą 
miał  więcej  czasu,  natychmiast  kładł  się  i  chłopiec  zabierał  się  do  masażu, 
jakiego nawet pięściarze nie wymagają. I nie obeszło się, by się przy tym nie 
skrzywił: miał urazę do słońca, że wypaliło trawę, której zeschłe źdźbła nie 
dawały żadnej wygody jego ciału. 
Najtroskliwszy  był  wieczorem,  przy  studni.  Ileż  to  było  zachodu  ze 
skrobaczką, najpierw ostrzejszą, potem zupełnie tępą, ile wiader zużywał, jak 
się kazał wycierać to gąbką, to płótnem, wreszcie, co już najbardziej drażniło, 
zawijał się w obszerną wełnianą chlajnę i tak znikał pędząc wśród ciemności 
jak  duch!  Kupił  własne  wiadro,  żeby  nie  zostawać  na  łasce  powszechnego 
rozgardiaszu. 
Ta kąpiel zajmowała mu wiele czasu. Rozwijał niezwykłą chytrość, by przed 
zmierzchem tak się uporać  z robotą, aby najprędzej znaleźć się przy studni. 
Oczywiście  przeszkadzano  mu  w  tym,  ile  możności:  to  była  rozkosz 
pomyśleć, że Ikkos znów straci odrobinę nocy, która dlań była za krótka. 
Noc za krótka! Hej, Ikkos, a może w dawnym życiu byłeś kogutem i jeszcze 

background image

ci się wciąż zdaje, że rozkazujesz słońcu?! 
Niektórzy  uważali,  że  warto  go  posłuchać,  choćby  po  to,  aby  się  później 
wyśmiewać po kątach. 
Taka  np.  rzecz  prosta  i  zwyczajna  jak  piasek.  Ikkos  bierze  go  w  garść, 
przesiewa  przez  palce,  rozdmuchuje,  póki  nie  zostaje  na  dłoni  szczypta 
drobniutkiego pyłu. I już ten pył jest albo szorstki, albo łagodny, albo twardy, 
albo  miękki,  albo  żółty,  albo  czarny.  Obydwa  rodzaje  są  dobre,  dają  ciału 
gibkość. Woli jednak żółty, bo od niego skóra staje się lśniąca. Ale są jeszcze 
inne: z przymieszką gliny — dobry do oczyszczenia; ten zaś, który wygląda 
jak  pył  z  potłuczonej  cegły,  wzmaga  pocenie  się  u  ciał  zbyt  suchych;  na 
chłodną  porę  roku  byłby  właściwy  piasek,  w  którym  są  składniki  smoły 
ziemnej, bo daje skórze ciepło. Ikkos wie znacznie więcej, wie, gdzie czego 
szukać  po  świecie,  i  wylicza  kraje,  miasta,  wyspy,  jakby  prowadził  handel 
piaskiem po całym Morzu Śródziemnym. 
Doświadczeni trenerzy słyszą o tym po raz pierwszy w życiu. Stary Melesias 
wydaje  się  sobie  dzieckiem  i  patrzy  na  Ikkosa  tak  pilnie,  jakby  się 
spodziewał,  że  za  chwilę  ta  młoda  twarz  o  silnych  rysach  rozsypie  się  w 
zmarszczki i pokryje  długim,  siwym  zarostem.  Inni  po prostu widzą  w nim 
bajczarza. 
Ikkos  nie  przywiązywał  wagi  do  zachowania  się  ludzi.  Obojętność  go  nie 
zrażała,  śmiech  nie  dotykał  i  gdy  ktoś  znalazł  się  przy  nim  na  długość 
ramienia, zaczynał rozmowę nie troszcząc się o to, jak tamten przyjmie jego 
słowa.  Najczęściej  nie  znał  imion  współzawodników,  co  było  mu 
niepotrzebne,  bo  nigdy  nikogo  nie  wołał.  Istniały  dlań  tylko  ciała  i  z 
pierwszego  spotkania  zatrzymywał  w  pamięci  wszystkie  szczegóły,  które 
stanowiły  o  indywidualnej  budowie.  Nosił  w  swej  głowie  zdumiewającą 
kolekcję łydek, ud, bioder, piersi, karków, barków, mięśni i jakby ktoś inny 
powiedział:  „Znałem  raz  w  Metaponcie  człowieka,  który...",  tak  on  mówił: 
,,Spotkałem raz w Metaponcie kolano o takich ścięgnach, że..." 
Niejednemu pochlebiało należeć do tego zbioru kształtów ludzkich. Marzyli o 
tym  właśnie  ci  zawodnicy  bezimienni,  pospolity  tłum  nieopanowanych 
zamiarów i miernych zdolności, ci, jak ich nazywano ,,odźwierni", albowiem 
ich krótkotrwały byt upływał gdzieś w pobliżu bramy, między chwilą, kiedy 
po  raz  pierwszy  weszli,  a  tą,  kiedy  wychodzili,  aby  więcej  nie  wrócić. 
Ciemiężeni  przez  hellanodików,  zawiedzeni  w  swych  nadziejach,  skazani 
wyłącznie  na  towarzystwo  ludzi  tego  samego  poziomu,  które  ich  jeszcze 
bardziej upokarzało, przyjęli sojusz z Ikkosem jak niespodzianą łaskę bogów. 
W  ich  skali  miał  on  wielkość  trzykrotnego  zwycięzcy.  Biedny,  znękany 
losem  biegacz,  którego  zawsze  rózga  odpędzała  od  mety,  albo  smutny 

background image

zapaśnik  o  kolanach  zdartych  od  ciągłych  upadków  drżał  z  rozkoszy,  gdy 
Ikkos rozważał jego niedostatki. To dodawało otuchy, choćby nie było mowy 
o  tym,  że  można  je  usunąć.  Wśród  nich  zdobył  prawdziwych  wyznawców. 
Chodzili za nim, naśladowali jego ruchy, słuchali poleceń, przyjmowali cały 
tryb  jego  życia,  jakby  to  były  obrzędy  magiczne,  zdolne  im  zapewnić 
powodzenie. 
Był  ostatecznie  zgubiony.  Koło  Sotiona  już go nie  odróżniało  od tłumu,  do 
którego  sam  przystał.  Znalazł  się  w  szarym  końcu  wszystkich  spraw 
gimnazjonu,  nikt  teraz  nie  wiedział,  kiedy  je,  kiedy  pije  wodę,  gdyż 
otrzymywał swoje porcje razem z tymi, którzy zawsze byli na ostatku. Nawet 
hellanodikowie wywoływali go wśród najsłabszych partii. 
 
VII. Rzut Fayllosa 
Po przesileniu letnim  dni stają  się krótsze.  Nieuchwytnie odpada  po  jednym 
płatku  z  różowego  świtu  i  któryś  promień  wieczorny  rychlej  zapala  się 
żółtym blaskiem. Oko ludzkie nie potrafi dostrzec tych różnic, żaden zegar, 
żaden  przyrząd  nie  troszczy  się  o  znikome  ułamki  czasu.  Młody  świat  V 
wieku  nie  upomina  się  o  minuty  i  sekundy,  całe  dni  umykają  spod  jego 
rachuby, miesiące księżycowe kłócą się ze słonecznym porządkiem, co osiem 
lat wynika zamęt i wtedy rzuca się na ofiarę czasu trzy dodatkowe miesiące. 
Rok grecki jest ociosany śmiałym dłutem i nikt nie dba o wióry, które porywa 
wiatr wieczności. 
Ale gimnazjon czuwa jak chronometr. Najwrażliwszy ze zmysłów, instynkt, 
dał  znać  przed  paru  dniami,  że  ogień  niebieski  minął  punkt  swego 
rozżarzenia,  i  oto  każdy  widzi  na  stadionie  źdźbło  cienia,  którego  jeszcze 
wczoraj  nie  było.  Ubywa  czasu,  magnetyczny  prąd  niepokoju  wprawia  w 
drżenie  dusze  mające  swój  biegun  w  pełni  olimpijskiej,  która  się  przybliża. 
Zawodnicy  wychodząc  na  boiska  podnoszą  głowy,  patrzą  spod 
przymrużonych  powiek  na  świeżą  jasność  wynikłą  zza  gór  arkadyjskich  i 
całują swe dłonie na znak czci dla boga słońca. 
Upał zaczyna się  od rana, przez  cały  dzień gimnazjon  wre i kipi, zaprawdę 
już  przelewa  się  przez  brzegi.  Znów  napływają  zawodnicy.  Hellanodikowie 
pracują  w  pocie  i  w  znoju,  Hysmon,  w  krótkim  chitonie  bez  rękawów, 
wykonywa  swą  rózgą  twarde  rządy.  Jak  Odyseusz  u  wejścia  do  podziemia 
mieczem odpędzał cisnące się do świeżej krwi tłumy cieni, tak on walczy z 
wzrastającą ciżbą i krok za krokiem wycina w niej drogę dla najlepszych. 
Chętnie pozbyłby się gdzieś tych ludzi żarliwych i świetnych, którzy już nie 
potrzebują jego pomocy. Wolno im robić, co chcą. Kąpią się w rzece, siedzą, 
stoją,  rozmawiają,  wracając  do  ćwiczeń  nie  słyszą  swych  imion,  zaledwie 

background image

któryś z hellanodików rzuci okiem w tę stronę, gdzie oni biegają, skaczą lub 
walczą. Czują dokoła siebie spokój, jakby z cyklonu wydostali się na równy, 
łagodny prąd. 
Wreszcie  otworzono  dla  nich  Pletrion.  Po  wszystkich  boiskach 
hellanodikowie  zaczęli  wołać:  —  Ergoteles!  Dandis!  Gerenos!  Efarmostos! 
Sotion  Sodamos!  Kallias!  —  Pierwsze  imiona  stadionu,  pentatlonu, 
pięściarstwa,  zapasów,  pankrationu  podniosły  się  ponad  znieruchomiałym 
gimnazjonem i kiedy w końcu przebrzmiały, wielu błagalnie wsłuchiwało się 
w  ciszę,  jakby  istniała  jeszcze  nadzieja,  że  da  się  z  niej  oderwać  i  własne 
imię. Z gimnazjonu, jak z dojrzałego jabłka granatu, wyciśnięto wszystek sok 
i została łupina ze strzępami miąższu, w której może znajdzie się jeszcze parę 
kropel. 
Pletrion  nazywano  „przedsionkiem  Olimpii".  Otwierano  go  tylko  dla  tych, 
którzy na pewno staną przed ołtarzem Dzeusa. Wywołani opuszczali boiska, 
niejeden  zabierał  ze  sobą  swoje  sprzęty,  zdawało  się,  że  z  ich  odejściem 
wszystko się kończy i gimnazjon stacza się w powszedni, nieokreślony czas, 
gdy ostatnia olimpiada minęła, a do następnej daleko. 
Pletrion oddzielał od innych boisk najpierw dziedziniec ze studnią, a za nim 
ogródek  kwitnący  dokoła głębokiej  cysterny.  Jakiś  człowiek  czerpał  wodę  i 
rozlewał ją po grządkach. Na widok wchodzących krzyknął: 
—  Iść  ścieżką  i  nie  deptać  kwiatów!  Szli  więc  pojedynczo,  ostrożnie,  po 
wąskiej  dróżce  wyłożonej  cegłami  przez  ten  osobliwy  skrawek  świata, 
którego by się nikt nie domyślał za ścianą ich zgiełku. 
Pletrion  tworzył  kwadrat  o  bokach  stu  stóp  długości,  zamknięty  murem 
pełnym  wnęk  na  ławki  i  posągi.  Wizerunki  Heraklesa,  Hermesa,  Apollona, 
patronów  młodzieży  zawodniczej,  uśmiechały  się  w  kamieniach  wykutych 
starą  sztuką  rzeźbiarską.  Po  ścianach  było  mnóstwo  napisów,  wiele  już 
zatartych  i  spłowiałych.  Ci,  którzy  się  tu  niegdyś  ćwiczyli,  wycinali  czymś 
ostrym  swe  imiona  z  nazwą  ojczyzny,  nieraz  z  jakimś  dowcipnym  słowem, 
zawsze z określeniem rodzaju zawodów. Spotykało się nazwiska zamierzchłe, 
już  legendarne,  i  trudno  było  uwierzyć,  że  można  dotknąć  miejsca,  gdzie 
spoczywała dłoń olbrzymiego Lygdamisa, Polymestora, który na polu zająca 
doścignął, Krotończyka Milona o nieprzebranej sławie. 
Była  to  najstarsza  część  gimnazjonu,  najdawniejsze  boisko,  pamiętające 
czasy  pierwszych  olimpiad.  Rozrzewniająca  szczupłość  tego  pola  sławy 
ukazywała świat mały, drobny, spoczywający pod nikłym horyzontem, który 
nie  przekraczał  granic  Elidy.  Całe  to  miejsce  wydawało  się  szacownym 
szczątkiem,  świętą  relikwią  od  szczelin  w  murze,  których  nigdy  nie 
naprawiano,  aż  do  szarego  piasku,  który  wyglądał,  jakby  go  przyprószył 

background image

popiół wieków. 
Wszyscy  poruszali  się  nieśmiało,  obchodzili  mur,  stawali  przed  posągami, 
odczytywali  napisy.  Sotion  przekręcał  głowę,  aby  pozbierać  litery,  którymi 
się upamiętnił wielki Chionis ze Sparty. Szły one od prawej strony ku lewej, 
następując  na  siebie  ukosem,  coraz  niżej,  tak  że  musiał  przysiąść,  by 
pochwycić  koniec  napisu.  Ale  napis  urywał  się  w  popękanym  murze,  z 
którego w tym miejscu wyrastała kępka trawy. 
Nie  wiedzieli  na  razie,  co  robić.  Dla  kilkudziesięciu  ludzi  o  tak  różnych 
zawodach  sto  stóp  kwadratowych  nie  na  wiele  mogło  się  przydać.  Wśród 
zapaśników,  pankratiastów  i  pięściarzy  zarysowały  się  jakieś  plany,  które 
wrychle wygasły. Efarmostos sięgnął ręką do piasku i oderwał pełną grudkę. 
— Jest zupełnie zbity — rzekł. 
Ciała nawykłe do nieustannego ruchu zaczęły słabnąć w tej bezczynności. 
— Można usiąść — rzekł Sotion trochę niepewnie, jakby rozważał, czy to się 
nie sprzeciwia obyczajowi tego miejsca. 
Wybrał  ławkę  wsuniętą  w  głęboką  wnękę.  Był  tu  rozkoszny  cień,  prawie 
gęsty;  platan,  rosnący  za  murem,  pochylał  nad  tą  stroną  kilka  wspaniałych 
konarów.  Wszyscy  się  tu  pomału  zebrali  i  siedząc,  leżąc,  stojąc,  tworzyli 
niekształtną grupę bezruchu, ospałości i nudy. 
Sotion  ze  swego  mroku  patrzy  na  piaszczysty  plac  w  migotliwym  skwarze. 
Ni stąd, ni zowąd pyta: 
— Czy Helios trzyma swą tarczę w ręce, czy ma zawieszoną na plecach? 
—— W lewej ręce — odpowiada Gerenos. 
To nie jest tarcza — mówi Skamandros — ale koło. 
Koło u wozu? To on na jednym kole jeździ? 
— Nie! Drugiego z tej strony nie widać. 
— Wyjeżdża z Etiopii, gdzie ma dom ze złota. 
— Nie dom, tylko jaskinię. Pieczarę z kryształu — poprawia Gerenos. 
— Wieczorem kąpie się w Oceanie u Hesperyd. 
— A kiedy wraca? 
—  W  nocy  przepływa  Ocean  z  zachodu na  wschód.  Agesidamos przymyka 
oczy  jak  dziecko,  które  już  dosłuchało  swej  bajki  i  gotowe  zasnąć.  Ale 
jeszcze się przezwycięża: 
— Okrętem? 
— Nie, w złotej czarze. 
Po chwili Ergoteles: 
— Kiedy tu jechałem z Himery, był na statku człowiek, który o tych rzeczach 
inaczej mówił. 
— Synu Filanora — wtrąca się Telesikrates — kto to był? 

background image

— Nie wiem. Mądry człowiek, jak mi się zdaje. Jechał gdzieś z wybrzeża, z 
Krotony albo z Metapontu. 
Mówił... 
Ergoteles waha się, przycisza głos: 
— Według niego Helios nie jeździ po niebie. Jak inni bogowie, powiada, nie 
robi nic, żyje w szczęściu, nie trudzi się tak straszliwie. My za to ruszamy się 
nieustannie. 
— Jak to: my? — szepce kilku. 
—  My,  to  znaczy  Ziemia.  Ziemia  i  Słońce,  i  Księżyc,  i  wszystkie  gwiazdy 
krążą, biegną bez końca.  
—  Ziemia  biegnie?  —  przeraża  się  Pataikos.  Grylos  też  nie  rozumie,  ale 
sądzi, że sposób, w jaki nie rozumie Beota, jest nieporównanie gorszy: — Nie 
bój się, ona ci nie ucieknie. 
—  Tamten  to  umiał  wyjaśnić  —  mówi  Ergoteles.  —  Rodzisz  się  w  tym 
wiecznym  ruchu,  powiada,  umierasz,  więc  go  nie  spostrzegasz.  I  jeszcze 
inaczej, ale już nie pamiętam. Nazywał to tańcem. Jakby się wszystkie ciała 
niebieskie  trzymały  za  ręce  i  wirowały  dokoła  ołtarza.  Ołtarzem  jest  ogień, 
wielki żar, którego my nie widzimy. Od niego idzie światło i ciepło, i życie 
po ziemi, słońcu i wszystkich gwiazdach. 
Milczą.  Każdy  to  otwiera  się,  to  zamyka,  przez  uchylone  dusze  wchodzi 
powiew tej niezrozumiałej myśli. Ognisko, ołtarz  — wszechświat zbiera się 
w  poufny  kształt  domu,  w  którym  odbywają  się  gody.  Ziemia  i  słońce, 
państwo  młodzi  wraz  z  orszakiem  weselnym  obchodzą  dokoła  ołtarz  i 
wszyscy  zapalają  pochodnie  u  macierzystego  ogniska.  Nowa  myśl,  zrazu 
niepokojąca,  uśmierza  ich  pojęciem  śpiewnego  ładu;  poddam  wspaniałym 
prawom materii, które utrzymują ich ciała w doskonałej równowadze, czują 
się  pewni  i  bezpieczni  jak  sam  wszechświat  toczący  się  niezależnie  od 
ludzkich mniemań. 
Gwar  gimnazjonu  trwał  poza  tym  skrawkiem  ciszy,  stłoczony,  gęsty, 
nieprzerwany. Ale w tej fali, jednolitej jak sztaba metalu, ich doświadczony 
słuch wyróżniał wszystkie warstwy głosów. Boisko za boiskiem odzywało się 
inaczej,  niekiedy  zabrakło  jakiegoś  tonu,  w  dzikim  krajobrazie  zgiełku 
tworzył  się  wąwóz  milczenia—  wtedy  mówiono:  „Kończą  skoki",  albo: 
„Aipytos przerwał walkę." 
Ogarnęło  ich  rozkoszne  lenistwo.  Świadomość  cudzych  wysiłków, 
nieustający rytm pracy dawał odczuć pełną słodycz odpoczynku. 
Wtem:  —  Gimnazjon  do  tej  pory  jak  otwarty  pergamin,  którego  wszystkie 
litery  jednocześnie  mówią,  zaczął  się  zwijać.  „Święta  bieżnia",  Tetragon, 
Miękkie  Pole  cichły  kolejno  i  pokrywały  się  drobnym  niezrozumiałym 

background image

szumem. — Co się stało? — Sotion pierwszy się zerwał. 
Wypadek,  który  spłoszył  cały  bieg  dnia,  zdarzył  się  na  ,,świętej  bieżni". 
Onomastos,  hellanodik,  prowadzący  ćwiczenia  w  dysku,  kazał  odmierzyć 
rzut Ikkosa. Niewolnik czyniąc to posługiwał się oszczepem o pięciu stopach 
długości.  Policzono  dziewiętnaście  oszczepów.  Ostatni  znalazł  się  tuż  przy 
strzale, nawet palca nie podobna było przesunąć. Onomastos rzekł: 
— To jest rzut Fayllosa. 
Gdyby  poprzestał  na  samej  liczbie  dziewięćdziesięciu  pięciu  stóp,  rzecz 
byłaby  tylko  godna  uwagi,  lecz  skoro  ją  oparł  o  imię  bohatera,  stawała  się 
wielką. 
Fayllos  z  Krotony  odniósł  trzykrotne  zwycięstwo  w  Delfach,  raz  w  biegu, 
dwa  razy  w  pentatlonie.  Osiągnął  to  około  dwudziestego  roku  życia,  w 
połowie wspaniałej przyszłości. Na siedemdziesiątą piątą olimpiadę wróżono 
mu  wieniec  oliwny.  Rzeczywiście  był  już  gotów  do  drogi,  kiedy  wybuchła 
wojna.  Fayllos  sprzedaje  pole,  dom,  który  mu  ofiarowało  miasto,  pożycza 
jeszcze pieniądze od przyjaciół, kupuje okręt, zbiera ochotników i sam jeden 
z  całego  italskiego  pobrzeża  idzie  na  pomoc  Starej  Ziemi.  Zginął  pod 
Salaminą. 
Sotion i jego towarzysze zastają gimnazjon tak odmieniony, jakby ich tu nie 
było od roku. Jest ich przecież kilkudziesięciu, każdy z osobna coś znaczy, a 
oto  stoją  na  boisku  i  czują,  że  waga  ich  spadła  nieskończenie,  stadion  niby 
deska ruchoma przechyla się całkowicie w stronę Ikkosa. Pataikos klaszcze w 
dłonie: 
—  Zaraz  pierwszego  dnia,  kiedy  go  zobaczyłem  z  tą  rybą,  wiedziałem,  że 
będzie tu z nim kłopot. I przyszło im znów patrzeć na wszystkie „dziwactwa 
tarenckie",  na  niezrozumiały  porządek  ćwiczeń,  kaprysy  z  jedzeniem, 
ogrzewanie wody; widok krzątającego się wokół niego chłopca, rozmaitość i 
skwapliwość  jego  czynności  mogła  wstrząsnąć  najtęższą  równowagą. 
Wydobywszy się z tłumu, w którym go niegdyś zgubili, teraz nie schodził im 
z  oczu.  Nawet gdy  go  się nie  widziało,  człowiek  odczuwał  jakby  drażniące 
łaskotanie  w  plecach,  odwracał  się  i  spotykał  wzrok  Ikkosa,  beznamiętny  i 
uważny. 
— Co on w nas widzi? — złościł się Eutelidas. A Sotion odpowiadał: 
—  Płuca,  serce,  mięśnie,  ścięgna,  kości,  chrząstki.  Zawsze  mi  się  zdaje,  że 
jestem przezroczysty, gdy na mnie patrzy. 
—  Ale  i  jemu  warto  się przyjrzeć  —  mówił  Efarmostos.  —  Był  wczoraj  w 
Tetragonie, widziałem go w zapasach. Bardzo mi się podobał. 
Rzeczywiście Ikkos zachowywał się jednocześnie jak mistrz i jak niedołęga. 
Znał  wszystkie  chwyty,  umiał  na  pamięć  ich  prastare  nazwy,  określał  je 

background image

imionami bogów, bohaterów, sławnych atletów, powoływał się na przepisy z 
różnych igrzysk, ale często Eurymenes  miał sposobność doradzać  mu, żeby 
napisał o tych rzeczach książkę i nie bawił się w zapaśnika. Prawie nigdy nie 
wychodził poza obronę i miewał momenty oszałamiające, wzrok nie potrafił 
odkryć tej błyskawicy, którą się wyzwalał z najtwardszego uścisku. Lecz w 
następnej  chwili  stawał  się  nieporadny,  wpadał  w  jakąś  pustkę,  nie  widział 
najprostszej  możliwości,  która  mu  się  nastręczała.  „Ślepy  czy  udaje?"  — 
nigdy nie zdołano tego rozstrzygnąć. 
Najbardziej jednak nieznośne było to, że gimnazjon wyglądał teraz jak dom 
zwierciadlany:  zachowanie się  i  ruchy  Ikkosa powtarzały  się po  wszystkich 
boiskach  z  taką  dokładnością,  jakby  on  sam  mnożył  się  bez  końca  i  tylko 
zmieniał  twarze,  chłopięce,  brodate,  białe,  ciemne.  Zdumiewała  obojętność 
hellanodików. Czy oni tego nie widzą? W którym gimnazjonie pozwolono by 
na to? Wszystko idzie na opak. Ludzie wyraźnie się zaniedbują. Od czasu do 
czasu ktoś przepada, nie podobna go nigdzie znaleźć, jeden Eutelidas umiałby 
wskazać,  gdzie  się  nicpoń  ukrywa.  Spartanin  jest  oburzony.  Rozluźnienie 
dyscypliny  obraża  go,  wychowany  w  uczuciach  gromadnych  i  obozowych, 
burzy się przeciw tej nowej woli, która zaczyna panować na boiskach, 
—  Ciebie  Hysmon  lubi  —  mówi  do  Sotiona.  —  Ty  mu  powiedz.  Oni 
wszyscy za jego plecami uciekają na dziedziniec. Nawet połowy ćwiczeń nikt 
nie odrabia. 
Ale Sotion wzrusza ramionami: 
— Pilnuj samego siebie. 
Trawił ich czas, niedościgła potęga, coraz inaczej odczuwali jego działanie. 
Budzili się przed świtem i dzień gonił ich w popłochu, pod wieczór stawali u 
studni zziajani, bez sił, odprowadzając wzrokiem niknące blaski, jakby to był 
ostatni zachód świata. To znów miesiące, które tu spędzili, wydawały się im 
nad  podziw  krótkie,  a  czas,  który  im  jeszcze  zostawał,  mimo  że  w  istocie 
coraz go mniej było, rozszerzał się w przestronny i wygodny obszar. Wtedy 
nabierali  podnieconej  ufności,  można  było  jeszcze  wszystko  przerobić, 
otwierali się na oścież dla jakiejś niesłychanej i zbawiennej przemiany. 
I  rzecz  nie  do  wiary:  te  chwile  niepokoju  i  rozdrażnienia  stały  się  w  „kole 
Sotiona" tym, czym byłby bunt straży i wojna domowa w oblężonym mieście. 
Widmo Ikkosa wychylało się już zza każdego węgła. 
Skamandros, ile tylko mógł, przesiadywał w Pletrionie. 
— Ostatecznie na to go otwarto, żeby było gdzie wypocząć. 
Dandis go popierał: 
— Staję do diaulosu i nie wiem, po co mam robić wszystkie ćwiczenia, jak 
chłopiec w palestrze. Zwłaszcza że nikt mnie do tego nie zmusza. 

background image

Efarmostos wręcz mówił: 
— Sotion jest dziecinny. Chce mu się uganiać przez cały dzień, kiedy słońce 
praży. I Menaikes: 
— Mam dwie, trzy walki na dzień i uważam, że to dosyć. Aipytos nie żąda 
więcej. Sotion chce się bawić, niech się bawi. Czy tu mało chłopców? 
Sotion  nie  mógł  już  liczyć  na  chłopców.  Trenerzy,  olśnieni  umiejętnością 
Ikkosa, wysiadywali swych wychowanków jak zatroskane kwoki. W żadnym 
jeszcze gimnazjonie nie słyszało się tak często: „Nie męcz się! — Nie ruszaj 
dysku, to ci niepotrzebne. — Nie skacz po jedzeniu, czekaj, aż cię zawoła." I 
od świtu do zmierzchu osnuwali ich siecią masaży, że niejeden ledwo mógł 
się potem podźwignąć. 
To było śmieszne i żałosne. Nieporadna myśl marszczyła im czoła, te czoła 
tak  gładkie  i  ufne,  dręczyła  ich  potrzeba  zrozumienia,  chcieliby  się  samym 
sobie  wytłumaczyć,  nie  znajdowali  słów,  spoza  niedorzecznych  gestów 
przeglądały zmącone dusze. 
Sotion  zdumiał  się  spostrzegłszy,  jak  bardzo  go  to  przejmuje.  Od  paru 
miesięcy żył z nimi, walczył, dzielił się chlebem i nadzieją. Nie uważał się za 
nic  więcej  ani  mniej  od  każdego  z  nich,  biegł  po  prostu  swoją  ścieżką, 
równoległą  do  tych,  którymi  oni  biegli.  Dopiero  teraz  okazało  się,  że  jego 
droga szła kołem i że wszystkie inne zbiegały się w niej promieniami. Wódz? 
To słowo w tych murach nie miało żadnego sensu, nikt by go nie wymówił, 
nikt by go nikomu nie ofiarował. 
Jedyna rzecz, która się odsłaniała niby zdradzona tajemnica — to było serce. 
Teraz to leżało jak na dłoni. Wszystko, co było w nich najcenniejszego, nie 
pochodziło  ani  z  dziedzictwa,  ani  z  powszechnej  namiętności,  ani  nawet  z 
pragnienia  zwycięstwa.  Rodziło  się  ono  we  wzruszeniu,  w  zdolności 
nieoczekiwanej  i  z  którą  nikt  by  się  nie  liczył.  Przyjmowało  się  cudzy 
wysiłek  za  własny,  towarzysz  był  przedmiotem  dumy  i  przez  nią  człowiek 
stawał się bogatszy; tkliwość, uczucie raczej obezwładniające, zmieniało się 
w  źródło  siły,  uporu  i  odwagi.  Oto  był  ów  krąg  płomienny,  który  ich  — 
kilkadziesiąt  ciał  podobnych  do  innych  —  wyodrębniał  w  zamęcie 
gimnazjonu. 
I on, Sotion, efeb, pozbawiony wszelkich praw, żeby przewodzić dorosłym, 
znalazł  się  w  samym  środku  koła,  ponieważ  był  obdarzony  większym  od 
innych żarem. 
Rzeczywiście,  karmił  ich  sobą,  nasycał  ich  swym  uniesieniem,  rozpalał 
radością, którą brał ż każdego ich triumfu. Jeśliby oderwali ze swego czasu 
wszystkie  chwile,  którymi  ich  natchnął,  zostałyby  im  bezbarwne  dni 
przymusu  i  obowiązków.  Nie  ograniczony  żadnym  celem,  nieporównanie 

background image

wolny  świecił  jak  zabłąkany  wiór  złotego  wieku,  promieniujący  jego 
szczęśliwym  i  bezużytecznym  życiem.  Był  wcielonym  duchem  igrzyska, 
rozradowanej służby bożej, której ofiarą jest wzmożony rytm serca, natężenie 
mięśni, ciało ociekające potem, jak ofiarą ołtarza jest muzyka fletów, trzask 
ognia i krew zabitego zwierzęcia. 
Nigdy  nie  było  o  tym  mowy  pomiędzy  nimi,  te rzeczy  były  same  przez się 
zrozumiałe, wyrażał je każdy swym ruchem, w którym nie było ani namysłu, 
ani oszczędności, szafował sobą w nieświadomym poczuciu bogactwa swych 
młodych  sił i doskonałość, którą osiągał, nie  była dziełem  rozwagi, lecz po 
prostu  łaską  bogów,  odwzajemniających  się  za  czystą  i  szczerą  ofiarę. 
Miłość, którą go otoczyli i w której sami znajdowali najwyższą podnietę, nie 
była niczym innym, jak tylko przyznaniem się ich helleńskich dusz do ideału 
zaszczepionego przez ojców i dziadów. 
I nagle rozdzieliła ich niepewność. Przyszedł człowiek, którego wyśmiano i 
odtrącono,  ale  który  utknął  wśród  nich  jak  kamień  w  strumieniu.  Wszystko 
teraz szło rozszczepieniem, zmarszczkami, kotłowało się w drobnych wirach. 
Po raz pierwszy w życiu Sotion, nie znający innych stanów prócz spokojnej 
jasności,  która  go  wypełniała,  poczuł  gorycz  wewnętrznej  rozterki.  Ikkos 
drażnił  go,  niepokoił,  trwożył.  Zjawienie  się  tego  przyjaciela  z  dzieciństwa 
sprawiło  na  nim  takie  wrażnie,  jakby  na  granicy  swego  świata  znalazł  ślad 
obcej stopy. 
Ten jego świat utracił swe bezpieczeństwo i Sotion teraz poruszał się jak po 
chwiejnym,  niepewnym  gruncie.  Opuściła  go  odwaga,  miał  chwilę  takiego 
upadku,  że  jedynym  pragnieniem  było  zniknąć,  zsunąć  się  z  tej  gorejącej 
krawędzi, zgubić się w ciemnym, zbytecznym życiu ludzi miernych. 
Sodamos mówił do Grylosa (obydwaj, ludzie morza, mieli wspólny język): 
— Sotion płynie pod zwiniętymi żaglami. 
Trwało  to  kilka  dni.  Nagle  któregoś  popołudnia  Sotion  wyrównał  „rzut 
Fayllosa". 
Oto była jedyna wymowa właściwa na tych słonecznych piaskach! Ów dysk, 
jak natchnione słowo, porwał ludzi, którzy byli bliscy odstępstwa. Tak wódz 
podnosi  swe  wojska,  omdlewające  wśród  pustyni,  świeżym  i  przenikliwym 
hałasem. I jakby Sotion nadłamał jakąś zaporę, zaczęto się posuwać naprzód. 
Sodamos  poszedł  dalej  o  rozpiętość  dłoni,  Eutelidas  zbliżył  się  do  nich  o 
niecałe dwie stopy. I łańcuch nawiązany w pentatlonie szedł w coraz dalszych 
ogniwach — „koło Sotiona" znów sprzęgło się razem. 
Ikkos  miał  w  tym  wszystkim  swój  niezapomniany  udział.  „Rzut  Fayllosa" 
pozostał  jego  bezspornym  dobrem,  okryty  szacunkiem  niby  przodek 
świetnego  potomstwa.  Cokolwiek  by  się  powiedziało  o  tym  człowieku, 

background image

stworzył  on  jednak dzień,  który  w  życiu  gimnazjonu był  początkiem  nowej 
ery.  Sam  nie  wysunął  się  już  naprzód,  ale  (co  umiano  cenić)  nie  cofał  się 
nigdy. Zawsze równy, trwał na zdobytym miejscu jak w twierdzy. Pojednano 
się z nim przymierzem walki. 
Kallias, pankratiasta, mówił przed całym pentatlonem: 
—  To  jest  przeciwnik,  który  wart  jest  zachodu.  Przeciwnik,  zapewne...  Ale 
znów,  kiedy  odzyskano  równowagę,  kiedy  nikt  już  nie  myślał  „szukać 
zbawienia  w  Tarencie",  jak  mówiono  o  tym  dziwnym  czasie  wahań  i 
niepokoju,  Ikkos  znalazł  się  nieomal  na  swym  dawnym  miejscu,  w  rysach 
dokuczliwej  śmieszności.  Nie  podobna  było  przezwyciężyć  odrazy  do  jego 
sposobu  życia.  Odstręczał  ich  zuchwałą  żądzą  przekształcania  wszystkiego. 
Inaczej zbudowałby gimnazjon, inaczej rozsadził drzewa, zaprowadziłby inne 
pory  snu,  ćwiczeń  i  posiłków,  dzień,  bogaty  dzień  boży,  sączyłby  się 
kroplami  wody  w  klepsydrze.  Pośród  tego  wyrachowania  i  rozsądku  nie  ma 
po prostu czasu, aby żyć. 
— Żyć? — powiada Ikkos. — To może za ciebie zrobić każdy niewolnik. 
— O mój drogi, nie dam się w tym wyręczyć niewolnikowi — odparł Sotion. 
Ikkos zaśmiał się przez nos, głucho: 
— Pięknie, pięknie. I ja się nie dam wyręczyć, ale ja żyję ze swoich mięśni! 
Wszyscy  żachnęli  się,  jakby  na  miejscu  Tarentyjczyka  zobaczyli  innego 
człowieka, którego nikt nie znał. 
 
VIII. Nad granicą życia 
Działo się to w Pletrionie, do którego Ikkos należał od dawna. 
— To miejsce jakby dla niego wymyślone — mówił Eutelidas, gdy go tam po 
raz pierwszy zobaczył. 
Rzeczywiście, Tarentyjczyk zajął je z właściwą sobie dokładnością. Wybrał 
od  razu  najlepszą  ławkę,  we  wnęce  wyszperał  uschły  korzeń,  na  którym 
zawiesił  naczynie  z  oliwą,  miał  pod  ręką  swoje  skrobaczki  i  ręczniki.  On 
jeden  używał  Pletrionu  nie  tylko  na  czas  posiłku  i  odpoczynku,  ale  i  do 
własnego  treningu.  Nikt  nie  umiał  powiedzieć,  skąd  wystarał  się  o  świeży 
piasek. 
I teraz, kiedy wszyscy już skończyli swoje sery i owoce, on jeszcze nie zabrał 
się  do  jedzenia,  oczekując  tej  jakiejś  chwili,  w  której,  ochłonąwszy  od 
ćwiczeń, uważał, że może to uczynić bez szkody dla zdrowia. Siedział w swej 
mrocznej  wnęce,  jak  mógł  najwygodniej,  z  ręcznikiem  na  plecach,  by  nie 
dotykać gołym ciałem — nie wiadomo: szorstkiego czy chłodnego muru. Po 
tych  niezwykłych  słowach  wisiał  nad  nimi  swym  ostrym  spojrzeniem  — 
jastrząb uczepiony pustego przestworza. 

background image

— Co was tak przestraszyło? 
Rozwinął  z  liści  figowych  swoją  porcję  i  zaczął  jeść.  Patrzył  na  nich  teraz 
wesoło, widocznie bawiło go ich zakłopotanie. 
—  No,  Melesiasie,  powiedz  im,  co  miałem  na  myśli.  Jesteśmy  obaj  ludźmi 
tego  samego  zawodu.  Jestem  gimnazjastą  tak  jak  ty.  Każesz  sobie  przecież 
płacić za to, że tego tu Timasarchosa kształcisz na zapaśnika? 
— Zarabiam na życie umiejętnością, nie ciałem. 
—  I  masz  słuszność.  Pomimo  że  jesteś  ubrany,  zgaduję,  że  twoje  ciało  nie 
mogłoby cię już dzisiaj utrzymać. Ale ja się jeszcze czegoś spodziewam od 
swoich nóg i ramion. 
— Co to właściwie znaczy: żyć ze swoich mięśni?  — zapytał dobrodusznie 
Pataikos. 
—  Błogosławiona niech będzie  Beocja!  —  zawołał  Ikkos.  —  Mówią, że  to 
kraj ludzi tępych, a ty pierwszy odzywasz się rozsądnie w tym towarzystwie. 
Oto co znaczy: ćwiczę się, chcę być silny i zręczny i mam nadzieję, że mi to 
przyniesie kawałek chleba. 
— Kawałek chleba? To po to idziesz do Olimpii? — zapytał Sodamos. 
— Nie inaczej. Oliwka olimpijska jest dosyć pożywna, prawda? 
Spojrzeli  po  sobie  w  osłupieniu.  Owładnęła  nimi  bezmyślna  konkretność, 
każdy widział tylko gałązkę z kilkunastu szarymi listkami, martwy szelest tej 
uschłej  relikwii  siał  w  mózgu  pustkę.  Jednocześnie  odczuwało  się  jakiś 
ciężar, powietrze stało się mdłe. Sodamos przeciągnął ręką po czole. 
—  Zawsze  się  tego  domyślałem  —  szepnął.  Ale  Ikkos  żył  dziś  w 
bezchmurnym eterze: 
— Gry los, u was na Panatenajach dają zwycięzcom dzbany z oliwą. Można 
to  sprzedać  i  ma  się  za  to  trochę  pieniędzy.  Ale,  jeśli  weźmiesz  wieniec  w 
Olimpii, to powiedz: ile prawo Solona każe ci wypłacić ze skarbu? 
— Pięćset drachm — odparł Ateńczyk. 
— A widzisz, to będziesz zamożny. 
— Nigdy o tym nie myślałem. 
— Być może. Ale ja myślę o takich drobnostkach. 
— A nie zapomnij zajść kiedy do Argos. U nas można wygrać piękne rzeczy 
z brązu! — zawołał Dandis. 
— A u nas puchar srebrny! 
—  Słyszałem  o  ciepłym  płaszczu  w  Pellene!  Zewsząd  sypały  się  podobne 
okrzyki, Ikkos wyciągnął ręce, jakby zgarniał to, co mu rzucano. 
— No, dalej, dalej. A ty mi nic nie dasz, Ksenofoncie? 
— Dlaczego ja? — przestraszył się chłopiec. 
—  Jesteś  synem  sławnego  Tessalosa.  Co  robił  twój  ojciec  przez  pół  życia? 

background image

Czy nie jeździł po wszystkich igrzyskach? czy nie zebrał paruset nagród? 
Chłopiec  okrutnie  poczerwieniał  i  rozglądał  się  żałosnym  spojrzeniem. 
Ergoteles, który stał obok, pogładził go po długich włosach: 
—  Bądź  spokojny.  Nie  ty  powinieneś  się  wstydzić.  Ikkos  wziął  do  ust 
kawałek sera, zżuł, połknął: 
—  Jesteście  dziećmi  wszyscy,  od  Glaukosa,  któremu  się  jeszcze  nie  śni 
zarost,  do  Gerenosa,  któremu  już  broda  siwieje.  Patrzycie  na  mnie,  jak  na 
wilkołaka, bo mówię otwarcie to, o czym każdy myśli po cichu. 
— Nie dotykaj naszych myśli! — krzyknął Sodamos. 
— Dobrze. Od pierwszego dnia postawiliście mnie tak daleko od siebie, że 
nie tylko waszych myśli, ale i waszych ciał nie mogłem dotknąć inaczej jak w 
walce. 
— Sam sobie jesteś winien — rzekł Sotion. 
— Wyśmiewaliście się ze mnie jak z błazna na jarmarku. 
— Czym więc jesteś? — zapytał Gerenos. Ikkosa rozgniewał surowy ton tego 
pytania: 
—  Ach,  ty  włochaczu!  Tobie  będę  o  tym  mówił?  Widziałem,  jak  z  ciebie 
kawałami  odpadało  nieuctwo,  Eurymenes  toczył  cię  po  piasku  jak  kamień. 
Od słoni uczyłeś się zapasów. 
— Dosyć, dosyć — upominał go Kallias. — Może się nam sprzykrzyć twoje 
gadanie. 
— Odkądże to w Atenach rozmawia się pięścią?  
Ikkos  nigdy  jeszcze  nie  miał  nad  nimi  takiej  przewagi.  Nie  można  go  było 
odpędzić  żadnym  słowem.  Był  zuchwały,  drwiący,  nieznośny.  Nagle  ich 
zadziwił. 
— Jestem biedny — rzekł. 
Wielu  myślało,  że  się  przesłyszeli.  O  czym  on  mówi,  ten  człowiek  okryty 
atletyczną nagością? Inni  zaś, których pojęcia  wyrosły  w  poszanowaniu  dla 
dostatku, rozumieli: biedny to znaczy zły, niegodziwy, zdolny do wszelkich 
występków. Do nich to odezwał się Ikkos: 
—  Tylko  ostrożnie!  Przypomnijcie  sobie,  co  Simonides  z  Keos  mówi  o 
jednym  olimpioniku,  że  przedtem  nosił  ryby  z  Argos  do  Tegei.  I  ja 
musiałbym  robić  coś  w  tym  rodzaju,  gdybym  się  zawczasu  nie  nauczył 
gimnastyki.  I  śmiem  powiedzieć,  że  nauczyłem  się  lepiej  niż  ktokolwiek,  a 
tylko wy zobaczyliście w tym błazeństwo. 
Strząsnął  okruchy  sera,  które  mu  zostały  na  udzie,  okrył  znów  plecy 
ręcznikiem  i  przywarł  do  swej  chłodnej  ściany.  Wszyscy  milczeli,  jakby 
pogrążeniu w leniwej, południowej zadumie. 
—  Za  wiele  myślisz  o  sobie  —  odezwał  się  Kallias.  —  Dlaczegóż  to 

background image

mieliśmy się troszczyć o to, co robisz? 
—  Nikt  od  was  tego  nie  żądał.  Ale  po  takich  zawodnikach  można  się  było 
spodziewać, że znają się trochę na gimnastyce. 
— Na Dzeusa, może ty ją dopiero odkryłeś? 
—  Synu  Didymosa,  jesteś  wielki  pan.  Odkąd  żyjesz  na  świecie,  nigdy  nie 
pomyślałeś,  skąd  przychodzą  do  ciebie  wszystkie  rzeczy,  które  ci  służą. 
Jedzenie, łóżko, na którym śpisz, ubranie, które nosisz, te piękne skrobaczki, 
z których jedną zgubiłeś i nawet nie przyszło ci do głowy jej szukać, dom — 
chociaż pewno masz więcej niż jeden dom  — to wszystko bierzesz tak bez 
zastanowienia jak powietrze. Masz do wszystkiego niewolników, a i tu służy 
ci  dwóch  aleiptesów.  Abyś  był  taki,  jak  jesteś,  inni  postarali  się  za  ciebie. 
Wszedłeś  w  swą  zręczność,  w  sztukę  swych  pięści  jak  w  gotowy  chiton,  o 
którym nie wiesz, kto nań zebrał len, kto go wytkał, kto uszył. 
— Chyba nie powiesz, że uczyłem się gimnastyki z założonymi rękami? 
—  Na  pewno  ci  to  powie  —  wtrącił  się  Telesikrates.—  On  musi  nas 
wszystkich uważać za nicponiów. 
— Ie! — zawołał Ikkos — ty, synu Karneadesa, możesz dla wszystkich być 
przykładem  pracowitości.  Ciągniesz  swój  pług  pod  górę.  Urodziłeś  się 
zapaśnikiem, a stajesz do biegu. To już wygląda na bohaterstwo, które zresztą 
powinien  by  ci  Hysmon  wybić  z  głowy,  czy  skądinąd,  bo  nie  wiem,  gdzie 
tobie można przemówić do rozumu. 
Uśmiech  łączy  ludzi.  Ten  błahy  skurcz  mięśnia  jarzmowego,  który  zmienia 
parę  kresek  w  rysunku  twarzy,  wystarczy  nieraz  za  wielomówny  traktat 
rozejmu.  Ostatnie  słowa  Ikkosa  u  jednych  zatoczyły  tylko  słaby  łuk  ust  i 
posiały odrobinę zmarszczek przy zewnętrznych kącikach oczu, u innych zaś 
podniosła się nawet warga górna, odsłaniając zęby, i mięsień okrężny zwęził 
szpary  powiek.  Tarentyjczyk  nie  nadużył  przywileju,  jakim  go  obdarzyła  ta 
chwila wesołości, i rzekł z prostotą: 
—  Musiałem  wcześnie  myśleć  o  sobie  i  przy  tym  nauczyłem  się  myśleć  o 
wszystkim  innym.  Wtedy  gimnastyka  wydała  mi  się  godna  zastanowienia. 
Przekonałem się, że nasze palestry i gimnazjony mogłyby nam dawać więcej, 
niż dają. 
— Wystarczyły lepszym niż my, to i nam wystarczą — przerwał Sodamos. 
— Nie dziwiłbym się, gdyby tak mówił Arkadyjczyk. Ale w twoich stronach, 
tak  jak i  w  naszym  Tarencie,  ludzie od dzieciństwa patrzą na  morze,  nie w 
głąb lądu. Morze się porusza, a ląd stoi, niezmieniony. Ja to tak rozumiem: 
ląd to jest to, co było, a morze to samo jutro, nowe, świeże. Tego, co było, 
nikt już nie zmieni, a nawet nie trzeba zmieniać — czy było złe, czy dobre. 
Ale to, co jest przed nami, to możemy zrobić tak, jak chcemy. 

background image

— Tak jak się bogom podoba — rzekł Gerenos. 
— Grylos, powiedz mu ateńskie przysłowie: Ateny wzywaj, ale i ręką ruszaj. 
Grylos skinął głową z zadowoleniem. 
—  Tak,  mój  Naukratyjczyku  —  mówił  Ikkos.  —  Bogom  prędko  by  się 
sprzykrzyło,  gdybyśmy  ze  wszystkim  na  nich  się  oglądali.  Co  tu  mówić  o 
bogach!  Nie  zdaje  mi  się,  żebym  ich  czymkolwiek  obrażał.  Przeciwnie, 
niczym  nie  można  ich  tak  ucieszyć,  jak  tym,  że  człowiek  dąży  do  jakiejś 
doskonałości. Kto wie: gdybym miał twoje siły, może bym na tym poprzestał, 
ale moje ciało nie należało do najlepszych w palestrze. Pamiętasz, Sotion? 
— Tak jak i moje — odparł efeb. 
— A prawda — i zatrzymał się na jego postaci tak długim spojrzeniem, jakby 
się zapatrzył. 
Wszyscy mimowolnie odwrócili się w stronę Sotiona. Wydał im się bardziej 
rozrosły,  dojrzalszy.  I  nie  było  to  złudzenie.  Widzieli  go  zawsze  w  ruchu, 
sami  zaprzątnięci  swym  intensywnym  życiem.  Niekiedy  zwrócił  uwagę 
nowym  szczegółem,  jakby  niewidzialne  dłuto  przesunęło  się  po  jego 
kształtach.  Tak  np,  silniej  rozwinięte  mięśnie  pleców  wchłonęły  szorstkość 
kręgosłupa,  którego  pręga  występowała  niegdyś  ostro  jak  u  chłopców. 
Całości jednak nikt nie ogarniał i dopiero w tej chwili, gdy stał nieporuszony, 
uderzał ich pełnym aromatem swojego rozkwitu. 
—  Tak,  to  chwalebna  rzecz  takie  ciało  —  rzekł  Ikkos.  I  wraz  z  oddechem, 
ciszej: — Wychowane w takiej lekkomyślności. 
— Ty byś się nie odważył? — zaśmiał się Sodamos. 
—  Chcesz  mnie  dotknąć,  ale  zgadłeś.  Nie  odważyłbym  się  wszystkiego 
zostawiać naturze. 
— Zbyt wiele miałbyś do stracenia! 
— Nie kłóćmy się. Kiedy wam mówię, że rozmyślałem nad gimnastyką, nie 
chcę  przez  to  powiedzieć,  że  sam  wymyśliłem  to  wszystko;  co  was  tak  u 
mnie dziwi. Czy wiecie, że Milon napisał książkę.  — Ty możesz się śmiać, 
Filonie. Do Tyras jest tak daleko, że może dopiero twój prawnuk dostanie tę 
książkę.  Chociaż  i  tobie  by  się  przydała.  Znalazłbyś  tam  wskazówkę,  że 
zapaśnik potrzebuje trochę mięsa raz na dzień. 
— Przepisy olimpijskie nic o tym nie wiedzą. 
—  Mój  drogi,  przepisy  olimpijskie  należą  do  czasów,  kiedy  w  Olimpii  nie 
było  innych  zawodów  oprócz  biegów.  Zresztą,  czy  są  tu  jakieś  przepisy  o 
jedzeniu?  Dają  wam  po  staremu  ser  i  figi  suszone,  ale  jeśli  ktoś  chce  jeść 
inaczej,  może  sobie  na  to  pozwolić.  Do  dziś  nie  wiem,  czemu  was  tak 
spłoszyła ta ryba, którą mi przyniesiono pierwszego dnia? 
Pytanie było dla wszystkich, ale odpowiedział na nie Grylos: 

background image

— Sam byś się śmiał, gdybyś mógł wtedy patrzeć na siebie. Któryż zawodnik 
tak się troszczy o swój żołądek, ledwo wszedł do gimnazjonu? 
—  A  o  co,  mój  Ateńczyku,  ma  się  troszczyć  zawodnik,  jeśli  nie  o  swoje 
ciało? Co byś powiedział o lutniście, który swą harfę zostawia gdzie bądź, nie 
dba o nią, aż rdza zeżre struny? Ciało to nasz instrument, musimy się z nim 
dobrze obchodzić, żeby nasza gra była doskonała. 
Ktoś  westchnął.  Kilku  poruszyło  się  niecierpliwie.  Piasek,  na  którym 
siedzieli,  zaczął  im  dokuczać.  Skamandros  wstał,  przeciągnął  się  i  ziewnął 
jak  pies.  Sotion  opuścił  swe  miejsce  pod  murem,  przeszedł  parę  kroków  i 
pochyliwszy się przepysznym łękiem, nabrał garść piasku z boiska. Dał mu 
się sypać powoli z zaciśniętej pięści, a potem otworzył dłoń i wpatrywał się 
w  pozostałe  ziarenka,  jakby  je  liczył.  Wreszcie  strząsnął  je,  obtarł  rękę  o 
biodro. 
— Tego twojego zawodnika, Ikkosie — rzekł — czuć łóżkiem. 
Wszystkie głowy zwróciły się ku niemu, a ponieważ stał w szczerym słońcu, 
oczy  mrużyły  się  pod  blaskiem,  który  rzucała  nasycona  oliwą  jego  pierś, 
szeroka i spokojna. 
— Jak to? 
— Na Heraklesa! Gdy ciebie słucham i myślę o tym zawodniku, który ma się 
tak troszczyć o siebie, zdaje mi się, że widzę pokój wpółciemny, cichy, słyszę 
łyżkę ostrożnie obracaną w naczyniu z lekarstwem. On przecież upomina się 
o  spokój,  ten  twój  zawodnik,  słońce  mu  doskwiera,  snu  mu  za  mało. 
Potrzebuje  odmierzonego  jedzenia,  martwi  się  ubytkiem  czy  nadmiarem 
swojego ciężaru, w wielu rzeczach widzi niebezpieczeństwo, i w wielu takich 
rzeczach,  na  które  nikt  nie  zwraca  uwagi,  które  bierze  się  po  prostu  jak 
powietrze w płuca. On radzi się lekarzy albo sam sobie jest lekarzem — czy 
nie  mówiłeś  nam  kiedyś,  że  dla  biegaczy  niebezpieczne  jest  powiększenie 
śledziony i że istnieją odwary z ziół, które trzeba pić, żeby tego uniknąć? 
— Zapewne — zgodził się Ikkos. — Kto mówi, że nasz zawód nie wymaga 
poświęceń? Sotion podniósł rękę: 
— Nie ma zawodu atletów! 
—  Nie  ma?  Jesteś  tego  pewny?  —  Ikkos  zaśmiał  się  przez  nos  głuchym 
chrząknięciem. — Astylos... 
Powszechny  szmer  podjął  to  imię.  Astylos  z  Krotony  był  najświetniejszym 
zawodnikiem tego czasu. W trzech ostatnich igrzyskach olimpijskich zdobył 
siedem wieńców, w stadionie, w diaulosie i w biegu zbrojnym. Rzucić cień 
na podobną sławę było niegodziwością. 
— Jesteś złym człowiekiem — krzyknął Grylos. 
— Nie zapominaj — Ikkos również podniósł głos — że od kilku lat siedzę w 

background image

Krotonie. A mogliście zauważyć, że nie chowam swych oczu do worka. Ale 
skoro to was obraża, nie powiem nic więcej. Sami się przekonacie w Olimpii. 
— Astylos będzie w tym roku? 
— Będzie i jeśli się nie mylę, zrobi wam niespodziankę. 
Znów stracili z nim kontakt. Rozmowa szła w istocie po manowcach, wśród 
niejasności  i  zagadek.  Ikkos  znał  niewątpliwie  swą  drogę  i  zawsze  umiał 
zająć takie miejsce, skąd widać było całą ich gromadę jak w otwartym polu. 
Sam  natomiast  znikał  co  chwila,  ukrywał  się  poza  słowami;  wróciła  dawna 
niechęć  do tego człowieka, który  wydał im  się  tak obcy,  jak  jeszcze  nigdy. 
Wielu miało ochotę wstać i odejść, zostali jednak i siedzieli naprzeciw niego 
jakby  po  dwóch  stronach  przepaści.  Wrażenie  odległości  było  tak  silne,  że 
zaskoczyło ich, gdy posłyszeli jego głos przerywający ciszę bez wysiłku: 
—  Jeśli  was  razi  słowo:  zawód,  mówmy:  sztuka.  Chyba  nikt  z  was  nie 
zaprzeczy, że bieg, pentatlon lub zapasy są sztuką? Uczymy się jej, nie każdy 
ma  równe  zdolności.  Minęły  czasy,  kiedy  Glaukos  z  Karystos  wprost  od 
pługa stał się pięściarzem. 
— Ale na złe mu to nie wyszło, skoro wziął kilka wieńców  — odezwał się 
Menalkes. 
— Ale ty nie poszedłeś jego śladem? Proszę was, nie mówmy jak dzieci. Jest 
nas tu kilkudziesięciu dobrych zawodników, każdy przeszedł palestrę, potem 
gimnazjon, ten i ów postarał się o aleiptesa albo o gimnastę, który go dalej 
kształcił,  wreszcie  przyszliście  tutaj,  gdzie,  jak  powiadają,  jest  najlepsza 
szkoła, i dzień po dniu każdy ćwiczy się, jak może i umie... 
— Ale ty przekraczasz granicę — przerwał Sotion. 
— Jaką granicę? 
— Granicę życia! 
Te dwa słowa wpadły w nich jak ostry promień. Rozluźnił się zawiły mrok, 
wszystkie  niesnaski,  jakie  trapiły  ich  umysły,  nieporadne  wobec  spraw 
utajonych  w  głębi  przeczuć  i  podświadomych  odruchów,  i  cała  niechęć  do 
zagadkowego przybysza znalazły olśniewające wyjaśnienie. Prawda była tak 
bliska,  że  wielu  w  półotartych  ustach  zatrzymało  okrzyk  zdziwienia:  jak 
można jej było nie dostrzec! 
— Mówisz o nas, jakbyśmy sami byli na świecie. 
A  poza  nami  są  tysiące,  które  ten  sam  świt  budzi  do  ćwiczeń  i  ten  sam 
zmierzch odprowadza z gimnazjonów. 
— Nasza doskonałość jest dla nich podnietą i wzorem. 
—  Tak  i  ja  myślę,  ale  jaki  wzór  możesz  ty  im  dać,  tym  wszystkim,  którzy 
nigdy  nie  wyjdą  z  życia?  których  los  nie  wyprowadzi  na  naszą  drogę?  W 
jakim celu chcesz im dać ciało wymagające i kapryśne, nauczyć ostrożności? 

background image

na  jaki  pożytek  mają  się  otaczać  troską,  niby  kosztowny  posążek  w 
drewnianym  pudle  —  doprawdy,  jakaś  krucha  rzecz,  która  może  się  zepsuć 
lub uszkodzić? 
— A co ty im każesz robić? 
— Nic. Zostawiam ich tam, gdzie są — w tych ogrodach radości i swobody, 
w  palestrach  i  gimnazjonach,  które  z  łaski  bogów  zbudowali  nasi 
przodkowie.  Ja  jestem  jednym  z  nich,  tym  tylko  na  chwilę  różny,  że 
szczęśliwy los pozwolił mi iść do Olimpii — szczęśliwy los, nic więcej. 
Ikkos  nie  odezwał  się,  patrząc  nań  spojrzeniem  tak  ciemnym,  jakby  cały 
mrok  wnęki,  w  której  siedział,  zgromadził  się  pod  łukiem  jego  zrośniętych 
brwi. Sotion widział go przez mgłę. 
—  Ty  chowasz zawodników na pokaz.  Ty  ich  stroisz  w  siłę  i  w  zręczność, 
potrzebną  tylko  na  krótką  chwilę  widowiska.  Dlatego  ci  mówię,  że 
przekraczasz granicę życia. Taki zawodnik, jakiego ty chcesz wykształcić, to 
już  nie  siła  albo  raczej  bezużyteczna  siła,  nieprzydatna  życiu,  wymagająca 
czujności  i  opieki  jak  słabość.  Mówisz:  wyrzeczenie.  Nie  chcę  się  niczego 
wyrzekać. Co by to była za rozpacz pomyśleć kiedyś, że pozostałem dłużny 
swojemu ciału, że w najlepszej części życia nie oddałem mu wszystkiego, na 
co mnie było stać. 
Zamilkł  i  jeszcze  drżał  od  krzyku  swej  duszy.  Poczuł  na  sobie  gorące 
spojrzenie towarzyszy, zajął się od nich: 
—  Byłeś  mi  wstrętny  jak  dozorca  niewolników,  kiedy  obskoczyli  cię  owi 
biedni ludzie, którym narzucałeś swoją wolę. Ograniczałeś ich. Nie idzie mi o 
to, co jesz i kiedy śpisz, przypuszczam nawet, że można się od ciebie nauczyć 
niejednej dobrej rzeczy, ale ty byś chciał nas spętać. Odtąd nie wolno by już 
było  odetchnąć,  nie  pomyślawszy  wpierw,  czy  to  pora  krótkiego,  czy 
głębokiego  oddechu.  Za  tobą  idzie  marny  lęk,  głupi,  nie  znany  dotychczas 
ludziom  rodzaj  tchórzostwa,  lęk  o  każdy  ruch  zbyteczny  i  nierozważny. 
Pilnujesz  swego  ciała  jak  pełnej  amfory,  żeby  nie  rozlać  ani  kropli,  żeby  ją 
donieść nienaruszoną do samej Olimpii. Cel cię ujarzmia. 
— A ty — Ikkos odchrząknął, jakby usuwając jakąś przeszkodę w gardle — 
czy tobie o nic nie idzie? Nawet o to, żeby być najlepszym? 
— Być najlepszym, tak — zawołał Sotion. 
I to jest wartość, która sobie wystarcza. 
—  Chcesz  powiedzieć:  że  nie  oczekuje  zapłaty?  Nawet  jeśli  zapłatą  jest 
sława? 
— Sława! — to jakbyś powiedział: niebo! 
— Tak gwałtownie oderwałeś się od ziemi, że daruj, jeśli za tobą od razu nie 
pójdę. 

background image

— Kto wie, może byś tam nigdy nie zaszedł o własnych siłach! — krzyknął 
Sodamos. 
Ikkos  wstał  i  wyszedł  ze  swojej  wnęki.  Ręcznik,  który  mu  okrywał  plecy, 
rzucił  na  ławkę.  Ten  kawał  płótna,  zawsze  złożony  z  tak  drażniącą 
dokładnością, tak równy w swym czworoboku, nie zagiętym ani jedną fałdą, 
leżał  teraz  zmięty,  połamany  w  bruzdy  i  zmarszczki,  istna  ruina  spokoju  i 
ładu. 
Ikkos  zaczął  chodzić  wzdłuż  przeciwległego  muru,  jakby  odbywał 
poobiednią  przechadzkę.  Równym  krokom  towarzyszył  szept  piasku. 
Odzywał się jak miara czasu, bezużyteczna rachuba chwil, które rozpływały 
się w pogodnej ciszy. Przyjaciele Sotiona siedzieli teraz jakby nad brzegiem 
gładkiej jasności, przezroczystej aż do głębi złotego dna. Myśli kołysały się 
w nich ruchem łodzi, na których wiosła spoczywają bezczynnie. 
Nagle  dało  się  słyszeć  rżenie  koni.  Wtargnęło  gdzieś  z  bliska,  zwierzęta 
musiały stać tuż pod gimnazjonem. W jednej chwili wszyscy byli na nogach. 
Chłopcy pobledli. 
Konie  już  przyszły!  Jak  mocne  pianie  kogutów  zapowiada  nadchodzący 
dzień,  tak  rżenie  konia  przynosi  ludziom  z  gimnazjonu  pierwszy  znak,  że 
pora  ćwiczeń  i  prób  dobiega  końca.  Pojawiają  się  one  z  początkiem 
ostatniego  miesiąca,  stają  do  przeglądu  i  wpisane  na  listę  wyścigów, 
odchodzą do Olimpii. 
Cały  Pletrion  wybiegł na  rynek. Pośrodku  stała  gromada  koni.  Po kopytach 
owiniętych  w  ochraniacze  z  łyka  i  po  białym  kurzu,  który  przylgnął  do 
sierści, widać było, że właśnie przyszły z dalekiej drogi. Ergoteles rzekł: 
— To są konie sycylijskie. 
— Skąd wiesz? 
— Poznaję ludzi Hierona. 
I wskazał im służbę, masztalerzy i stajennych, z których każdy miał srebrny 
naramiennik  z  cyframi  tyrana  syrakuzańskiego.  Krzątali  się  dokoła  swych 
zwierząt,  prowadząc  je  po  kolei  do  hellanodika,  który  badał  wiek  konia, 
obrzucał  go  szybkim  spojrzeniem  i  zapisywał  jego  imię  na  skorupce 
glinianej. 
Przypatrywał się temu obrzędowi tłum miejski, który ujrzawszy zawodników 
powitał  ich  okrzykami.  Od  razu  uczynił  się  dokoła  nich  ścisk,  obiegły  ich 
żarliwe  oczy,  wysunęło  się  parę  odważniejszych  rąk,  by  dotknąć  ich  ciał. 
Jakaś gwałtowniejsza fala porwała Sotiona. 
—  Patrzcie,  co  z  nim  robią!  —  zawołał  Sodamos.  Ale  już  Gerenos  biegł  i 
roztrącał  ludzi.  Wydarł  im  chłopca  i  wyniósł  z  ciżby  na  ramionach.  Sotion 
przerzucił nogę na barki olbrzyma, wspiął się i usiadł mu na karku — jakby 

background image

młody Dionizos jechał na kudłatym Sylenie. 
Część druga 
O L I M P I A 
I. Księżyc nad Olimpią  
Nastał  trzeci  nów  od  przesilenia  letniego.  Wielki  obłęk  nieboskłonu, 
rozciągnięty  od  gór Kaukazu do słupów He-raklesa,  rozniósł te  nocne  wici 
po  całym  obszarze  greckiego  świata.  Niby  gwiazda  wskazująca  kierunek, 
wzeszła  Olimpia  na  szczyt  horyzontu.  Spośród  lasów  i  gór,  i  z  piasków 
nadbrzeżnych  zaczęły  się  wysnuwać  wszystkie  drogi  od  ścieżek 
zbiegających  z  przełęczy  do  otwartych  szlaków  morskich  —  bogom 
patrzącym z wysoka mogłyby się wydać nićmi, które śpieszą ku wrzecionu. 
Tak liczne, rozpierzchłe, pogmatwane zbierały się w końcu w parę włókien 
przelatujących przez ziemię elidzką. 
Najwcześniej poruszyła się droga, która idzie z achaj-skiej Dyme i w okolicy 
Buprasion łączy się z tą, która prowadzi gości z zachodniego morza, z dwóch 
portów: 
Hyrmine i Kyllene. 
Koła  skrzypiały  w  głębokich  koleinach  wyżłobionych  z  dwóch  stron 
gościńca, na którym wozy nie mogły się wyminąć. Obok biegła ścieżka dla 
pieszych  i  dla  tych,  co  jechali  wierzchem,  na  koniach,  mułach  lub  osłach. 
Szły  procesje,  uroczyste  t  h  e  o  r  i  e,  wysyłane  przez  państwa  i  miasta,  a 
razem  z  oficjalnymi  przedstawicielami  ciągnęli  zwyczajni  pielgrzymi. 
Dzielnice,  szczepy,  miasta,  gminy  trzymały  się  razem,  można  je  było 
rozróżnić  po  pustych  przerwach  między  jedną  a  drugą  partią  wozów, 
jezdnych  i  pieszych.  Czasem,  gdy  koło  się  złamało  lub  padło  zwierzę  w 
zaprzęgu,  porządek wikłał się,  odstępy  ginęły  w  nagłym  zamęcie,  wreszcie 
cała  droga  stawała  i  podnosiły  się  krzyki.  Przeszkodę  usuwano,  wóz 
wymagający naprawy ustępował z gościńca i mógł ruszyć dopiero na samym 
końcu; zbierał się tam pomału tłum maruderów ze wszystkich stron świata. 
Wędrówka  szła  leniwym  krokiem  wołów,  które  stanowiły  większość 
zaprzęgów.  Upał  ciążył  w  nogach,  trawił  pragnieniem,  zwierzęta  ryczały  o 
wodę.  Zatrzymywano  się  przy  każdej  strudze.  Wtedy  następowało 
ożywienie, młodzi biegli z pełnymi wiadrami, z rąk do rąk podawano sobie 
chłodne  kubki;  niektórzy  rozbierali  się  i  przez  chwilę  leżeli  na  kamieniach 
płytkiego potoku. Ogarniała ich nagła rześkość, śpiewali. Ilekroć zdarzył się 
las lub bodaj kępa drzew, rozsiadali się w ich cieniu, ktoś grał na piszczałce, 
ktoś  częstował  winem  i  potem  trzeba  było  biec  szmat  drogi,  by  dopędzić 
swój oddział. 
Przed  słońcem  chronił  kapelusz  o  szerokich  opadających  kresach.  Wielu 

background image

miało  czapki  skórzane  i  jeśli  się  je  zdjęło,  wypływał  z  nich  strumień  potu. 
Innym  wystarczała  chustka,  którą  związali  pod  szyją,  niejeden  miał  tylko 
osłonę swych gęstych włosów. Noszono je przeważnie długie, zaplecione w 
warkocze,  które  chowano  w  płóciennych  woreczkach  uwiązanych  u  tyłu 
głowy. Panowie z Sycylii i Wielkiej Grecji jechali w wygodnych powózkach, 
wpółleżąc pod parasolami.  Na  niektórych  wozach  rozpięto budy  płócienne. 
Czasem w ich rozchyleniu widziało się blade twarze ludzi starszych, których 
osłabiła daleka droga. 
Od  południa  zniecierpliwienie  rosło,  o  byle  co  wybuchały  kłótnie,  dzień 
trwał,  jakby  się  nigdy  nie  miał  skończyć.  Z  nadejściem  wieczoru  zgiełk 
obejmował  cały  pochód,  jedni  chcieli  nocować,  drudzy  krzyczeli,  żeby 
jechać dalej, korzystając z chłodu. Woły, smagane batami, wpierały nogi w 
pudła  wozów  jadących  przed  nimi.  Ale  znużenie  wszystkich  wreszcie 
obezwładniło i wśród rżenia koni,  ryku osłów, ludzie zasypiali nieraz z nie 
domówionym  słowem  na  ustach.  Leżeli  bez  pamięci  po  polach  świeżo 
zoranych, po ścierniskach, u brzegu drogi, która krzepła we śnie i w mroku i 
tak zastawał ją świt, jakby znieruchomioną zaklęciem. 
Z pierwszym brzaskiem podnosił się rwetes, który nadciągał z daleka. Hen w 
tyle  przybywały  nowe  wozy,  wołano  o  wolny  przejazd,  ludzie  budzili  się, 
przeciągali zdrętwiałe członki, słońce wydobywało rosę z ubrań w cierpkim 
zapachu ozonu. 
Pod Elidą tworzyły się chwilowe obozowiska, które wciąż się zmieniały. Po 
gimnazjonie  snuło  się  mnóstwo  ludzi  szukających  wśród  zawodników 
krewnych, przyjaciół lub znajomych. Kapros kazał w końcu zamknąć bramy, 
żeby nie przeszkadzano w ćwiczeniach. Dopuszczano przybyszów tylko do 
hellanodikajonu, gdzie składali zeznania o zawodnikach pochodzących z ich 
gmin. Nikomu nie wolno było zatrzymać się dłużej nad jeden dzień, żeby nie 
zabierać miejsca tym, co nadjeżdżali. 
Dalsza  droga  pięła  się  pogórzem  Akrorei  w  kierunku  na  Oinoe,  której 
odwieczne  jawory  szumiały  klechdami  o  królu  Augiaszu  i  jego  córce-
czarodziejce  zbierającej  zioła  nad  brzegiem  Ladonu.  Kupcy  zostawali  na 
parę  dni  w  Alession,  w  którym  odbywał  się  jarmark,  chorych  przyciągały 
cudowne  źródła  Heraklei  wytryskające  spod  świątyni  Nimf  Jońskich.  Za 
Salmoną,  niegdyś  stolicą  Salmoneusa,  którego  Dzeus  zabił  piorunem, 
odsłaniał się widok na dolinę Olimpii. 
Leżała w klinie między dwiema rzekami; szeroki Alfejos spotykał się tu ze 
swym  dopływem,  „szumiącym"  Kladeosem.  Wśród  wzgórzy  otaczających 
równinę rozróżniało się stożek Friksy, z której szczytu przeglądała zza drzew 
świątynia Ateny Kydońskiej; pagórek, na którym wciąż jeszcze czerniły się 

background image

zgliszcza zburzonej Pisy; wreszcie Kronion, góra Kronosa, rzucała swój cień 
pachnący  sosnami  na  przytulony  do  jej  stoków  okręg  święty.  Był  to 
właściwie gaj, widziało się wysokie korony platanów i niską szarość oliwek, 
ponad  które  wychylały  się  dachy  paru  budowli  —  w  jednym  miejscu  stała 
otworem pusta przestrzeń z kopcem dymiącego ołtarza. Stąd rozbiegały się 
dwie złociste smugi stadionu i hipodromu. 
Serdeczna  cisza,  ujmująca  łagodność  czuwały  nad  każdym  zarysem 
krajobrazu. Ci, którzy wchodzili tu po raz pierwszy, stawali w zadumie nad 
skromną prostotą osady Dzeusa. Fokijczycy, wychowani w obliczu dzikiego 
majestatu  Delf,  wspinali  się  po  wyniosłościach,  skąd  jeszcze  przestronniej 
wyrażał  się  spokój  zielonych  dolin,  lesistych  wzgórzy,  rzeki  płynącej  w 
wysokich brzegach zarosłych mirtami, rzeki ociągającej się wśród zakrętów, 
oblewającej  puszyste  ostrówki  w  swym  szerokim  łożysku,  by  nareszcie  w 
bezmiarze  płowego  światła  pochwycić  błyszczący  rąbek  Jońskiego  Morza. 
Taki więc był dom boga i jeśli on sam wybrał to miejsce, taka musiała być i 
jego dusza. Tymczasem wokół Olimpii wzbierała powódź ludzka. 
Od ujścia Alfejosu szła jedna fala, którą przyniosły małe statki, kołyszące się 
teraz  na  płyciznach  redy,  druga  z  północy,  od  Elidy,  trzecia  z  południa,  z 
Trifilii  i  Mesenii,  wreszcie  czwarta  od  wschodu.  Ostatnia,  najludniejsza, 
posuwała się wielką drogą idącą przez całą Arkadię od źródeł Alfejosu, który 
ten  gościniec  narodów  przebił  wśród  gór  najdzikszych.  Wiązały  się  z  nim 
wszystkie drogi ze wschodniego pobrzeża: z Lakonii, z Argolidy, z Koryntu, 
z  Megary,  do  których  znów  przyłączały  się  dalsze,  z  Attyki,  z  Grecji 
środkowej  i  ze  wszystkich  wysp  Archipelagu,  i  z  Azji  Mniejszej,  i  znad 
Morza  Czarnego,  wiele  bowiem  okrętów  zawijało  do  portów  Aten  lub 
Koryntu, by nie opływać całego Peloponezu. Teraz to wszystko spotykało się 
na równinie między dwiema rzekami. 
Nadjeżdżające  wozy  zatrzymywały  się  w  odległości  dwóch  stadionów  od 
świętego  okręgu.  Tworzyła  się  w  tym  miejscu  pusta  przestrzeń,  skąd  Rada 
Olimpijska mogła czuwać nad porządkiem. 
Od  świtu  do  nocy  jej  członkowie,  w  otoczeniu  rabduchów  i  mastigoforów, 
służby  uzbrojonej  w  kije,  przyjmowali  pielgrzymów.  Najpierw  zjawiali  się 
architeorowie,  przewodniczący  procesji,  oznajmiali  gminę,  liczbę  swych 
ludzi,  wozów  i  zwierząt  i  układali  się  o  miejsce  na  obóz.  Najlepsze  były 
oczywiście  najbliższe,  oddawano  je  państwom  i  miastom  szczególnie 
zasłużonym  wobec  Olimpii;  wiele  mogły  pomóc  osobiste  stosunki 
architeora. Musiał się on nieraz napocić, biegając od jednego członka Rady 
do  drugiego,  błagając,  zaklinając,  powołując  się  na  swe  znajomości, 
przypominając  się  ich  pamięci,  podnosząc  istotne  lub  urojone 

background image

pokrewieństwa,  a  jeśli  ich  nie  było  między  ludźmi,  odnajdywał  je  wśród 
bóstw  i  bohaterów  swego  kraju,  Dzeusowi  olimpijskiemu  podsuwał  jakąś 
nimfę  ze  swych  ojczystych  stron,  wyprowadzał  z  tego  związku  długie 
potomstwo: własny ród, własną osobę zaczepiał o jakąś gałąź tej genealogii. 
Dochodziło  do  kłótni,  gdy  komuś  wyznaczono  miejsce  o  kilka  stadiów  od 
Olimpii. Ale należało je zająć jak najprędzej, bo w tym roku mogło się ono 
wydać nieomal przywilejem. Trudno sobie wyobrazić, gdzie staną ci, którzy 
przyjadą ostatni. 
Poszczególne partie ruszały po kolei. Każdej towarzyszył członek Rady, by 
nie  przekraczano  wyznaczonych  granic  obozu.  To  zabierało  tyle  czasu,  że 
drogi  zamieniały  się  w  nieustanne  koczowiska,  rozgoryczone  i  swarliwe. 
Nieraz  po  całym  dniu  oczekiwania  dopiero  pod  noc  otrzymywano  wolny 
przejazd. 
W  równinę  utkaną  ze  srebrnego  światła  wchodziło  się  jak  w  sen  i  wielu 
znalazłszy się na swym obozowisku siadało na ziemi, z dłońmi splecionymi 
na  podkurczonych  kolanach:  patrzyli  w  skromne  zarysy  Olimpii,  słuchali 
ciszy nasiąkłej rosą, a zwierzęta, ugniecione jarzmem, którego nie zdjęto, z 
żałosnym pojękiwaniem dotykały ich głów swymi wilgotnymi nozdrzami. 
Nikt nie kładł się spać, póki księżyc nie zaszedł. Tysiące oczu wspierało go 
w tej krótkiej wędrówce. Odbijając się w nich tracił swój rzeczywisty kształt, 
zbyt prosty i niepojęty. 
Dla  jednych  bogini  Selene  ukazywała  złoty  diadem  na  ciemnych  włosach, 
dla innych wieniec ze srebrnych listków, to znów pochodnią oświecała sobie 
drogę  pośród  nocy.  Widziano  jej  oko  o  siwym  blasku,  niepokalaną  białość 
policzka, rąbek czoła spod uchylonej zasłony. Odprowadzano ją do pieczary 
w głębokich górach albo na brzeg strumienia, który ziemię opływa. Jechała 
na wozie, na byku, na koniu, na mule, na białorunym baranie. 
„Wieloimienna" rodziła się z tytanów, Hyperiona i Tei, to znów z Heliosa, 
który  gdzie  indziej  był  jej  bratem,  a  niekiedy  małżonkiem.  Wymykała  się 
wyobraźni ludzkiej jak jej własne światło, mieniące się wśród fal morskich 
świetlnymi  splotami  węża.  Dla  wielu  czysta  i  niepokalana  dziewica,  w 
Nemei  była  matką  potwornego  lwa,  w  Arkadii  kochanką  leśnego  Pana, 
ludzie z karyjskiej Heraklei znali pewną grotę w górze Latmos, gdzie się ona 
co noc pochyla nad wiecznie uśpionym Endymionem. 
Ale tu na elejskiej ziemi, której Endymion był jednym z pierwszych królów, 
Selene  urodziła  mu  pięćdziesiąt  córek,  pięćdziesiąt  miesięcy  ośmioletniego 
cyklu,  świętego  kręgu  dwóch  olimpiad  i  teraz  właśnie  ostatnia  córka,  w 
„dziewiczym" miesiącu Parthenios, szła ku swej pełni. 
 

background image

II Pod namiotami 
W  dolinie  rzecznej  wyrosło  olbrzymie  i  barwne  osiedle.  Gęsto  skupione  w 
pobliżu świętego okręgu, rozluźniało się w swych dalszych odnogach, które 
zresztą z każdym dniem coraz bardziej się wypełniały. Namioty okrągłe lub 
czworoboczne,  ze  skóry  i  z  płótna  w  różnych  kolorach,  zbierały  się 
gromadami  według  gmin,  jedna  od  drugiej  oddzielona  wąskim  przejściem. 
Ale pokrewne gminy trzymały się razem i te większe obszary tworzyły jakby 
kraje  —  widziało  się  Attykę,  Lakonię,  Beocję,  Sycylię,  sto  granic  świata 
greckiego broniło swej niezależności w tym ścisku. 
Poddawano się jednak urokowi łatwego ich przekraczania. Nagle Tespijczyk 
wyruszał  na  poszukiwanie  siekiery  i  chociaż  miał  własną  w  namiocie, 
przynosił  ją  od  Bizantyjczyków,  Meseńczyk  odnajdywał  swego  psa  w 
dalekim  Epirze,  wyspa  Samos  poiła  wodą  Marsylię.  Spełniało  się  coś  w 
rodzaju dziecinnego snu, jakby u nóg wyrosły hermesowe skrzydełka. Świat 
wyrzekł  się  swego  ogromu.  Można  było  nareszcie  odwiedzić  go  na 
wszystkich krawędziach, nasycić się smakiem obczyzny. 
Każdy  obóz  miał  własny  kształt.  Rozkład  namiotów,  spiętrzenie  wozów, 
miejsce wybrane na śmietnik, nieznaczne szczegóły w pozornej jednolitości 
bezwiednie  ulegały  właściwościom  kraju,  z  którego  przyszły.  Przeczuwało 
się  w  nich  rytm  gór,  dolin,  wybrzeży,  zwierzęta  wyciągały  szyje  w  różne 
strony,  jakby  odgadując  kierunek  rodzinnych  obór  i  stajni.  Ubrań  ludzkich 
trzymały się wszystkie klimaty, Arkadyjczycy spod chłodnych wierchów nie 
rozstawali  się  z  kożuchem,  dokoła  brązowej  nagości  mieszkańców  Libii 
szerzyła się pustynia, gdzie nie ma ani wody, ani deszczu, gdzie nawet rosa 
nie pada. I jakby każdy przyniósł trochę powietrza swej ziemi, poznawało się 
je  po  odrębnym  zapachu  obozów.  Szedł,  nie  wiadomo  skąd,  od  ludzi  i 
sprzętów,  wynikał  z  rozchylonych  namiotów,  spośród  trocin  i  śmieci,  w 
których  oddawały  ostatnie  tchnienie  liście,  źdźbła  trawy,  zeschłe  kwiaty, 
przyniesione  w  bagażach.  Zdarzało  się,  że  z  fałdów  płaszcza,  który  długo 
leżał w skrzyni, wylatywał  motyl, porzucając kokon wplątany  między nitki 
wełny,  i  trzepotał  w  swych  niezwykłych  barwach  niby  duch  obcego  lądu. 
Różnorodny obyczaj wyglądał z każdej czynności. 
Przez gesty ludzkie szły strefy, równoleżniki, południki, objawiał się w nich 
byt  pasterzy,  rolników,  kupców,  żeglarzy;  rożen  w  rękach  spartańskich 
obracał  się  wartkim  szeptem  włóczni,  Argiwczyk  siedział  na  zydlu  jak  na 
grzbiecie  końskim,  mieszkańca  lasów  poznawało  się  po  bezszelestnym 
kroku.  Ale  Grecja  macierzysta  pomimo  całej  rozmaitości  wydawała  się 
niemal  jednolitą  pośród  fantastycznych  żywiołów  kolonii:  Afryka,  Iberia, 
Galia,  Iliria,  Italia,  Scytia,  Sarmacja,  Syria,  Egipt  z  głębi  tajemniczych 

background image

dziejów i cywilizacji pokrywały swym oddechem owe setki miast greckich, 
łańcuch  nikłych  ogniw  uczepionych  u  ich  wybrzeży.  W  codziennym 
współżyciu  z  barbarzyńcami,  na  szlakach  karawan,  w  zgiełku  portów, 
przywierały do człowieka myśli, przesądy, nałogi, jak pył uliczny wchodzi w 
pory  ciała.  Dusza  pokrywała  się  dziwnymi  ornamentami,  uśmiech, 
spojrzenie,  ruch  ręki  wyrażały  się  jakby  w  znakach  nieznanego  alfabetu. 
Wystarczyło  jednak  nieraz  zobaczyć  węzeł  sznura  albo  kształt  garnka, 
wystarczyło  pochwycić  drobną  zmarszczkę,  mrugnięcie  powieki,  będące 
ostatnią falą głębokiej i utajonej burzy uczuć, by spośród arabesek i szyfrów 
wyjrzało cudowne, braterskie podobieństwo. 
W  tysiącznych  niespodziankach  oddalano  się  i  znów  zbliżano  do  siebie. 
Język rozbity na niezliczone narzecza i gwary, w koloniach porosły cudzym 
chwastem,  stwarzał  gorszące  nieporozumienia.  Pospolity  przedmiot,  sprzęt 
powszechnego użytku okrywał się nagle tajemnicą, której nie podobna było 
wytłumaczyć  w  dwóch  krańcach  obozowiska.  Akcenty,  spółgłoski, 
przydechy,  rodzaje  podlegały  niepojętym  kaprysom,  nawet  nie  można  było 
zaufać  samogłoskom  tak  dalece  przekształcały  się  w  rozchyleniu  gardła, 
układzie ust, nacisku zębów. Ze słów pozostawał często nagi pień, sam rdzeń 
dźwięku,  któremu  niepamiętne  wieki  powierzyły  sens  danej  rzeczy.  Ale 
jakże szybko i wyniośle rozrastały się te odziomki w słuchu i w sercu. Raz 
pochwycone  i  pojęte,  odnajdywały  swe  korzenie,  szerzyły  się  w  gałęzie, 
kwitły olbrzymim ulistwieniem, w którym jednak trwał cień rozkoszny, cień 
obszarów i czasu. 
W  jasnym  poczuciu  wspólnoty  majaczyły  zarysy  pradawnego  bytu,  kiedy 
jeszcze wszystkie szczepy były razem, kiedy podobne obozowisko, otoczone 
szumem  stepów  północnych,  ważyło  myśl  wędrówki  i  podbojów.  Gdzie  to 
było? kiedy to było? Żadne wspomnienie, żaden mit nie podaje o tym wieści. 
A jednak musiał być czas, kiedy nie było ani Dorów, ani Eolów, ani Jonów, 
tylko  jeden  naród  sprzęgnięty  owymi  ścięgnami,  które  i  teraz  przenoszą 
myśli po różnodźwięcznych wargach. 
Inaczej  skądżeby  się  brało  to  dziwne  włókienko  ciepła,  które,  rzekłbyś,  do 
samej duszy przyszywa każdy szelest wspólnej obecności? 
Wielu znało się z poprzednich olimpiad, odnajdywali się towarzysze jakichś 
wspólnych przygód, przypominały się twarze widziane w dalekich portach, 
w półmroku zajazdów, najbardziej ustronne drogi ludzkie, powiązane kiedyś 
przypadkiem,  znów  schodziły  się  nieoczekiwanie.  Co  chwila  wybuchały 
krzykliwe spotkania. 
— Na Dzeusa! Kogo widzę? 
— Pewnie znów miałeś burzę? 

background image

— Ale jaką. Już słyszałem Syreny. 
— Tak, tak. W naszym wieku moglibyśmy już zostać w domu. 
—  Nie,  to  okropna  rzecz  pomyśleć,  że  umrzesz  w  łóżku,  w  którym  się  na 
świat przyszło, 
— Co mi tam mówisz o latach!... 
Każdy  czuł  się  tak  młody,  że  cały  świat  wydawał  mu  się  w  wieku 
dziewczyny, która oto szybko przebiega między namiotami. Znika i tylko jej 
głos  słychać  za  płóciennymi  drzwiami,  jej  miękki,  lekki  głos,  złoty  wiór 
pośród tych wszystkich męskich chrzęstów, które nagle pomilkły. W całym 
obozie nie ma ani jednaj kobiety. Zostały w domu, albowiem prawo zabrania 
im wejść do gaju świętego w porze igrzysk, nawet Alfejosu przekroczyć im 
nie  wolno.  Tam,  za  rzeką,  w  stronę  Skilluntu,  widać  skałę  Typajską,  skąd 
strącono  by  winowajczynię.  Za  pamięci  ludzkiej  nigdy  się  to  jeszcze  nie 
zdarzyło. Ale prawo jest szanowane, chociaż nikt już nie ma pojęcia, skąd się 
wzięło.  Jakiś  zamierzchły  przesąd  bytu  rolniczego  odtrącił  kobiety,  by  nie 
osłabiały siły urodzajów, odtrącił je od obrzędów olimpijskich tak samo, jak 
nie  dopuścił  ich  do  kultu  patrona  zboża,  Eunostosa,  w  Tanagrze,  i  jak 
zamknął  przed  nimi  świątynię  Kronosa.  Tylko  dziewczęta  korzystały  z 
odwiecznego przywileju swojej czystości. 
Wśród nich była jedna, której imię krążyło po całym obozie. 
Szła, wsparta na ramieniu ojca, nieomal równa mu wzrostem. Peplos dorycki 
w  swym  oszczędnym  kroju  nie  pochłaniał  jej  ciała,  nie  zagrzebywał  w 
obfitości materii. Odczuwało się jędrną dojrzałość jej kształtów poprzez ten 
kawał  sukna,  który,  ściągnięty  w  pasie,  biegł  w  dół  długimi  równoległymi 
fałdami.  Za  każdym  krokiem  fałdy  się  rozwierały,  pod  miękką  wełną 
odsłaniał się zarys nogi, pełny i doskonały. Szeroka w barkach, o śmiałych 
piersiach,  które  prężyły  się  pod  osłaniającym  je  apoptygma,  smagłością 
ramion, szyi, stóp wyłaniających się z sandałów opowiadała światu o swym 
ciele, wychowanym przez słońce wybrzeży i wiatry morza. 
Urodzona  w  Skionie,  na  półwyspie  palleńskim,  Hydna  towarzyszyła  ojcu, 
Skyllisowi, w jego wyprawach na połów gąbek. Jeszcze na wpół dziecinnymi 
rękami odrywała od skał podwodnych te galaretowate krzewy żyjące, coraz 
śmielsza,  coraz  wytrwalsza  w  walce  z  morzem,  z  ciężarem  fal,  w  które 
zapadała, coraz szybsza i dokładniejsza w pracy pośród błękitnych mroków 
głębi. Płuca dojrzewały do niezwykłej siły oddechu, powietrze zaczerpnięte 
na  powierzchni  morza  trwało  w  nich  tak  długo,  że  Skyllis,  który  pierwszy 
wypływał, musiał za każdym razem przeżywać ten sam lęk i tę samą radość. 
Wychylała  się  nareszcie,  ponad  wodą  wytryskał  na  mgnienie  oka  jej  tors, 
rozdygotany  wysiłkiem  płuc,  które  otwierały  się  jakby  na  cały  przestwór 

background image

świata, i już znowu była świetlistym ruchem, cząstką płynnego żywiołu, póki 
z ostatnią falą nie rozstała się na wybrzeżu. 
Nigdy  nie  wyobrażała  sobie,  że  jej  sztuka  może  się  przydać  na  coś  innego 
oprócz  połowu  gąbek.  Ale  oto  przychodzi  wojna,  nastaje  jakby  zmierzch 
świata,  ogromna  powódź  ludzka  zmywa  ich  dom,  morze  bije  tysiącami 
wioseł,  ich  łódź,  uczepiona  do  nieznanego  statku,  płynie  z  północno-
wschodnim  wiatrem.  Nie  wiadomo,  ile  czasu  przetrwali  w  tym  dzikim 
zamęcie. Niebo, morze i ziemia wrzeszczały wszystkimi językami, z których 
ani jedno słowo nie było podobne do ludzkiej  mowy.  Wszystko, co Hydna 
przez  cały  ten  czas  zrozumiała,  mieściło  się  w  tym  zdaniu:  „Trzeba  im 
poobrywać kotwice." Był to głos ojca, stłumiony i nikły, ledwo dosłyszalny 
poza hukiem burzy w noc czarną jak ziemia. 
I  zaczęło  się  wędrowanie  pod  falami.  Podpływali  pod  okręty,  pełzali  w 
szlamistym,  wirującym  mroku,  póki  ich  ręce  nie  trafiły  na  linę  kotwiczną; 
wtedy  szarpali  ją,  wydzierali  żelazne  kły  wbite  w  dno  i  wynurzali  się  dla 
nabrania  oddechu.  Huragan  jak  piorun  przeszywał  im  płuca,  trzask  statku, 
który wicher porywał, i rozpaczliwy krzyk załogi pomnażał na chwilę łoskot 
burzy, ale oni znów szli pod wodę i znów inny okręt leciał w przepaść nocy. 
Kilkadziesiąt okrętów perskich puścili na śmierć. To było ich dzieło, Skyllisa 
ze Skione i jego córki Hydny. Przynieśli o nim wieść sami, przepłynąwszy 
którejś z następnych nocy z Afetaj do Artemision. 
— Patrz, osiemdziesiąt stadiów przepłynęła ta dziewczyna. 
— Myślisz, że nie mieli łódki? 
—  O  jakiej  łódce  mówisz?  Zapytaj  Lykomedesa,  syna  Aischreasa,  jeśli  tu 
gdzieś  jest.  On  był  trierarchem  tego  statku,  do  którego  dziewczyna 
podpłynęła. Rzucił jej linę. Wspięła się po niej prędzej, niżbyś ty to zrobił. 
— I powiedzcie, że oni nie przyszli z pustymi rękami. 
Nasi  dowódcy  od  nich  dopiero  dowiedzieli  się  czegoś  pewnego  o  ruchach 
floty perskiej. 
To  piękna  rzecz  taka  dziewczyna  i  taki  obóz  napełniony  wielkimi 
zdarzeniami! 
Cudem  znalazły  się  obok  siebie  namioty  Ateńczyków,  Spartan,  Tegeatów, 
Koryntu, Potidai, Sikyonu, Epidauros, Trojdzeny, brakowało tylko kapliczki 
Androkratesa,  źródła  Gargafa,  aby  te  niskie  wzgórza  i  równinę  dookolną 
wziąć za pole walki pod Platejami. Towarzysze broni witali się z radosnym 
zdumieniem,  z  jakim  spotykają  się  ludzie,  którzy  przetrwali  złe  czasy. 
Wzbijał  się  nad  nimi  zgiełk  wspomnień.  Ktoś  komuś  uratował  życie,  ktoś 
kogoś  wyniósł  z  bitwy,  ranni  pokazywali  sobie  zagojone  blizny. 
Westchnieniem  posilano  dusze  umarłych.  A  kiedy  już  brakło  słów, 

background image

mówiono:  Na  Dzeusa!  Na  Palladę!  Na  Hermesa!  Na  Aiaka!  Cały  Olimp 
krzyczał w ich radości. 
Zbierały  się  większe  gromady,  wszyscy  trzymali  się  za  ręce  i  wołali:  — 
Salamina!  —  albo:  —  Plateje!  —  albo:  —  Mykale!  —  aby  wezwać  tych, 
którzy  obozowali  daleko.  Poczym  odchodzili  w  stronę  Harpiny,  gdzie  było 
pusto, i rozsiadali się w obszernych kołach. 
Było  najpilniejszą  rzeczą  dowiedzieć  się,  jak  wyglądają  te  sprawy  w  tylu 
różnych pamięciach. Żadne archiwum, żadne kroniki nie krępowały zdarzeń 
przelatujących wciąż jeszcze na skrzydłach wieści. 
Na  dalekim  wybrzeżu  karyjskim  dwunastoletni  chłopak  bawi  się  teraz 
muszlami albo pędzi wózek zaprzężony w psa i jeszcze upłynie trochę czasu, 
zanim  wybierze  się  w  podróż  po  świecie,  zanim  z  ust  ludzkich  wysłucha 
dziejów i zanim je raz na zawsze utrwali w książce, która mieć będzie taki 
początek: „Czego się Herodot z Halikarnasu dowiedział, to spisał tutaj, żeby 
z czasem nie zaginęło, co się przez ludzi dokonało, zwłaszcza zaś, żeby nie 
przeszły  bez  sławy  wielkie  i  cudowne  czyny  zarówno  Hellenów  jak  i 
Barbarzyńców." 
Za  pięć  olimpiad  cały  naród  go  usłyszy.  Tutaj,  w  cieniu  świętego  okręgu, 
ozwie się słodkie brzmienie mowy jońskiej znad rozwiniętego papirusu. Czas 
odwróci się w  swoim biegu i obszar wielkich lat streści w kilku godzinach 
wszechwidzącego słowa.  Nowe pokolenie,  które  w dzień  Maratonu spało  z 
podniesionymi  w  górę  piąstkami,  a  po  Salaminie  chłopięcym  głosem 
śpiewało pean, i jeszcze młodsze, któremu te nazwy kleiły oczy na kolanach 
dziadka, opanuje nareszcie całkowitą wizją wszystko, co żyło rozproszone w 
pogłoskach i gawędach. A starcy, ze zwiniętymi dłońmi u uszu, zdumiewać 
się będą, że nie przypominają sobie tego człowieka, który jednak mówi tak, 
jakby niegdyś był wśród nich, mimo że ani jeden siwy włos nie świadczy za 
jego obecnością w tych czasach. 
I jakiekolwiek miałoby się o tych rzeczach własne przekonanie, trzeba go się 
będzie wyrzec, bo któż odtąd podoła swoim bezbronnym słowem tej sztuce 
zdań o miłej melodii? Wtedy już nie będzie sporu o to, kto zdradził Persom 
drogę  do  Termopylów,  Efialtes  czy  Onetes,  i  nie  będzie  już  czasu,  by 
dorzucić swe imię w zamęt bitwy nad trupem Mardoniosa. Wszystko będzie 
rozstrzygnięte  i  skończone,  na  nic  się  nie  przyda  stukać  laską  o  ziemię, 
chwytać ludzi za płaszcz, nie przekrzyczysz swym starczym głosem historii. 
Nikt oczywiście nie przypuszczał, że coś podobnego się stanie. Dla tych kół 
rozpostartych pod mogiłą zalotników istniała tylko jedna księga, ta sama od 
wieków,  księga  pamięci  i  tradycji,  lotna  i  niestała,  zagmatwana  jak  zwoje 
mózgów ludzkich, lecz oporna wobec wszelkich klęsk, pożarów i ruiny. 

background image

Pracowano  nad  jej  najświeższymi  kartami.  Były  one  już  pełne  skreśleń, 
wstawek  i  dopisów.  Każdy  miał  jeszcze  nadzieję,  że  bodaj  odsyłaczem 
zawiśnie u brzegu którejś stronicy. Trzeba tylko siłą głosu, trafnym słowem, 
dokładnym  opisem  okoliczności  ujarzmić  uwagę  jak  największej  liczby 
słuchaczy,  wedrzeć  się  w  ich  wspomnienia  i  przekształcić  je  na  tyle,  żeby 
uczynić  w  nich  wyłom  na  miarę  własnej  osoby.  Nie  jest  to  łatwe,  skoro 
wszyscy przyszli z tym samym zamiarem i już od pierwszych słów wszczął 
się  hałas.  Może  najrozsądniej  czekać  w  milczeniu  jak  ten  grubas,  który 
dłonie  położył  na  rozpartych  udach,  uśmiecha  się  i  swym  ociężałym 
spokojem drażni ludzką ciekawość. Nikt go sobie nie przypomina. 
Nazywa się Ameinokles. Ameinokles, syn Kretinesa. Pochodzi z Korope nad 
Zatoką Pegazyjską. Tam miał dom, łódź, parę niewolników i sieci. Niewielki 
to  majątek,  ale  można  wyżyć,  bo  ryb  nigdy  nie  zbraknie.  Aż  tu  mówią,  że 
wielki  król  idzie  na  Helladę.  Trudno  było  nie  wierzyć,  gdy  się  posłyszało 
szum  wioseł.  Okręty  królewskie  przybiły  wprawdzie  do  drugiego  brzegu 
Magnezji,  ale  Magnezja  jest  tak  wąska,  że  co  się  dzieje  po  tamtej  stronie, 
słychać po tej. Flota stanęła między miastem Kastanaj a przylądkiem Sepias. 
Część statków wyciągnięto na brzeg, część zakotwiczono. Tak przenocowali 
w zupełnej pogodzie i ciszy. 
Ale na drugi dzień morze stało się niespokojne, podniosła się burza i silny 
wiatr, który idzie od Hellespontu. Tę burzę, jak wszystkim wiadomo, zrobił 
Boreasz  na  prośbę  Ateńczyków,  Boreasz,  który  jest  żonaty  z  ich  dawną 
królewną. Ile tylko statków znalazło się dość daleko od brzegu, porwało je 
morze i rzuciło jedne na Ipni pod Pelionem, drugie na przylądek Sepias, inne 
na  ląd  pod  Kastanaj  lub  Meliboją.  To  wtedy  właśnie  Skyllis  ze  swą  córką 
odczepili kotwice wielu statkom. Ameinokles widział burzę, jak się zerwała i 
minęła  w  trzy  dni  później;  mówiono,  że  czterysta  okrętów  królewskich 
poszło  w  drzazgi.  A  potem,  przy  spokojnym  morzu  reszta  floty  opłynęła 
brzegi Magnezji i weszła do zatoki, i zatrzymała się koło Afetaj, skąd Jazon 
przed  wiekami  wyruszył  po  złote  runo.  Wtedy  po  całym  wybrzeżu  było 
pełno Persów, niemiło się z nimi spotykać. 
Ameinokles  przeszedł  na  drugą  stronę,  gdzie  nie  było  żywej  duszy.  Dobre, 
ciche  fale  biegły  do  brzegu  i  od  czasu  do  czasu  przynosiły  deski,  belki, 
wiosła, szczątki okrętów. Gdyby nie trupy, które, opite wodą, wzdęte i sine, 
rozkładały  się  w  słońcu  letnim,  mógłby  powiedzieć,  że  nie  byle  jakie 
mieszkanie da się porównać z kajutą statku, strzaskanego i wbitego między 
dwie  skały  na  samotnym  wybrzeżu  w  bezmiernym  spokoju  morza  i  nieba. 
Tam  przesiedział  całą  wojnę  i  nie  skarży  się  na  stratę  czasu.  Fale  wciąż 
pomnażały  jego  gospodarstwo.  Było  co  dzień  wiele  roboty,  choćby  tylko 

background image

porozrzucać te stosy mokrego drzewa i rdzewiejącego żelastwa, pod którymi 
mogły się znaleźć rzeczy pewnej wartości. Jakoż znalazły się, nawet więcej, 
niż przypuszczał. Były tam naczynia srebrne i złote, szkatłuki z pieniędzmi, 
amulety, różne sprzęty, nieraz trudne do rozpoznania, ale zawsze coś się na 
nich świeciło. 
Nie  powiedział  żadnej  cyfry,  nikt  tego  nie  oczekiwał,  mogły  sobie  w 
głowach krążyć takie wagi złota, na ile komu pozwala wyobraźnia. Oddano 
się  tym  domysłom  z  rozkoszą  i  dźwięk  żółtych  sztabek,  który  grał  w 
mózgach,  zagłuszył  jego  ostatnie  słowa.  Widziano,  że  Ameinokles  porusza 
jeszcze ustami, że ręce rozkłada, że coś jakby łzy błyszczą w jego oczach, ale 
tylko najbliżsi zrozumieli, że idzie tu o dzieci, prawdopodobnie o jego dzieci, 
które pomarły. Nikt nie wsparł go w jego smutku, bo zbyt ich nasycił swym 
szczęściem. 
Byli  jak  najbardziej  skłonni  je  podzielić.  Żołnierze,  którym  hełm  wyżłobił 
niestartą białą smugę na czole, wyzbyli się swej pierwszej urazy, że grubas 
zajmował tak długo uwagę, należną ich sprawom. Zapanował w nich kupiec, 
którego  każdy  w  sobie  nosił,  i  tajnymi  fibrami  swej  istoty  dali  płynąć 
bogactwu, jakie im zwycięstwo przyniosło. 
Z  zachwytem  weszli  w  rozpamiętywanie  dostatków  perskich.  Pod  ich 
słowami  znów  się  spiętrzyły  namioty  przetykane  złotem  i  srebrem,  łóżka 
wykładane kością słoniową, kubki, czary, zastawy, broń kosztowna. Jeszcze 
raz przebiegł ich dreszcz niespodzianki, którą było odkrycie na wozach, na 
pospolitych  wozach  obożnych,  worków  wypchanych  kotłami,  miednicami, 
półmiskami  z  ciężkiego  srebra.  Oczywiście  trupom  nie  zostawiono  szabel 
drogocennych,  sztyletów,  naramienników,  łańcuchów,  kolczyków, 
pierścieni.  Wszyscy  mieli  żywo  przed  oczyma  ten  wielki  stos  barw  i 
blasków, dokoła którego krzątali się pisarze i rachmistrze. Lakońscy heloci 
brali każdą rzecz z osobna, podawali ją do zapisu i odnosili na nowe miejsce 
składu. 
Rozdział  łupów  był  sprawiedliwy,  każdy  otrzymał,  co  mu  się  należało  w 
jeńcach, w kobietach, w złocie, w srebrze, w bydle, ale to pewne, że helotów 
zbyt długo pozostawiono bez dozoru. Nikt nie powiedział więcej ze względu 
na Eginetów, którzy siedzieli w gromadzie. Wiadomo, że oni na tym sporo 
zarobili,  nie  darmo  pochodzą  od  mrówek.  Znaleźli  jakiś  sposób,  by  odjąć 
helotom  strach i nieufność  i  wytrząsnęli  z  nich bez  liku  złotych i srebrnych 
rzeczy. Tamci sprzedawali skwapliwie, bo pieniądze zawsze łatwiej ukryć i 
przenieść, ale w tym szybkim targu złoto szło za cenę miedzi. 
Egina, drobna wyspa — można sobie wyobrazić, jak się taka mała sakiewka 
wypełniła!  Była  chwila  milczenia,  którą  Egineci  przyjęli  z  na  pół 

background image

przymkniętymi  oczami.  Patrzono  na  nich.  Kupcy  z  Miletu,  z  Bizancjum,  z 
Koryntu  gładzili  brody  w  spokojnej  zadumie  nad  tym  dostatkiem,  który  w 
żadnym razie nie powinien ominąć ich portów. Ludzie z Sycylii i Wielkiej 
Grecji  nie  okazywali  zainteresowania,  dla  nich  cała  Grecja  wyglądała  jak 
kupa  głodnych  obdartusów,  kłócących  się  o  poobgryzane  kości.  Ale 
Ateńczycy rozważali, że ów trójkąt skalisty w zatoce sarońskiej leży o krok 
od ich brzegów i że już czas najwyższy, aby się o ten krok posunąć. Układy 
handlowe, sojusze, wojny skrzyżowały się w spojrzeniach. 
Za  chwilę  była  już  mowa  o  tym,  ile  Persowie  zdołali  uratować.  Przede 
wszystkim  odpłynął  Kserkses,  a  tego,  co  on  miał  z  sobą,  nie  podobna  w 
ogóle  obliczyć  w  granicach  finansów  greckich.  Rzucano  różne  cyfry,  które 
biegnąc  kołem  wyokrągliły  się  potwornie.  Zawisła nad nimi  przygniatająca 
wizja  bogactwa,  wszyscy  skurczyli  się  pod  nią,  zdruzgotani  własnym 
ubóstwem. Widzieli armię Artabadzosa, uciekającą na północ, widzieli flotę 
króla, odpływającą ku wschodowi, dwa horyzonty zatrzasnęły się niby drzwi 
pchnięte  gwałtownie,  ledwo  starczyło  czasu,  by  nie  dać  sobie  zmiażdżyć 
palców. Odczuli bezsilną rozpacz, jakby ich ktoś oszukał, okradł, ograbił. 
Wśród  pustki,  jaka  ich  nagle  objęła,  nadciągał  ów  chłód  tak  znajomy  ich 
duszom,  którego  chyba  nigdy  nie  zapomną.  Szedł  on  z  pierwszą  wieścią  o 
wyprawie  Kserksesa  i  było  to,  jakby  Los  poruszył  wielkimi  czarnymi 
skrzydłami. Grecja wydała się wtedy tym, czym była w istocie: małą, ciasną 
komórką,  na  którą  się  walił  gmach  świata.  Byli  bowiem  przekonani,  że 
walczą z całym światem.  W wojsku wielkiego króla stały najdalsze narody 
ziemi od Etiopów do Indów. Ilu ich było? 
Żadna  liczba  nie  mogła  ich  już  dziś  zadowolić.  Dodawali,  mnożyli 
nieustannie.  Przypominano  sobie  coraz  inne  rodzaje  broni  i  za  każdym 
odkryciem  dorzucano  po  kilkanaście,  kilkadziesiąt  tysięcy.  Gdy  doszli  do 
trzech  milionów,  zabrakło  po  prostu  tchu  do  dalszej  rachuby.  Wtedy  ktoś 
zerwał się i krzyknął, że trzeba to pomnożyć dwa razy, i zasypał ich tłumem 
z okrętów, które wiozły zboże, bydło rzeźne, sprzęty. Ale nawet okazało się, 
że  licząc  wojsko,  nie  pomyślano  o  niewolnikach,  ciurach  obozowych, 
kucharzach,  kobietach,  rzezańcach.  Wyobraźnia  przeciążona  stanęła  i  oto 
mrowie ludzkie roiło się w niej w nieskończoność. 
— Pomyślcie — mówił jeden z Koryntyjczyków, handlarz zbożem — jeśli 
każdy otrzymywał tylko chojniks pszenicy, nie więcej, to co dzień potrzeba 
było jedenaście razy po dziesięć tysięcy i trzysta czterdzieści medymnów. A 
nie liczę kobiet, rzezańców, bydła, psów. 
W  myślach  wyciągnęły  się  długim  szeregiem  wielkie  murowane  spichrze, 
aby  pomieścić  tę  jednodzienną  strawę,  rozpostarły  się  łany  zboża,  które 

background image

nadaremnie szukały przestrzeni wśród gór i skał Grecji. Podpełzało ku nim 
ogromne  cielsko,  pstre,  wielobarwne,  pancerze,  hełmy,  tarcze  można  było 
wziąć za łuski, dzidy jeżyły się ostrą szczeciną: — smok, nowy Tyfon, groził 
bogom i ludziom Hellady. Ale wrychle ta ciężka masa rozpraszała się, traciła 
swą  niesamowitą  spoistość,  strzępami  odpadały  od  niej  kawały  coraz 
mniejsze,  w  końcu  miało  się  przed  sobą  kilku  lub  kilkunastu  ludzi  na 
odległość miecza. Pod dziwacznym strojem, w fałdach długich płaszczów, w 
szerokich  haftowanych  spodniach  tkwiły  ciała  pulchne  i  słabe,  w  które 
żelazo  wchodziło  jak  w  ciasto.  Każdy  zachował  w  skurczu  palców, 
trzymających głowicę miecza, wspomnienie łatwych pchnięć i koniec ostrza 
jawił  mu  się  obwieszony  duszami  zmarłych,  niby  kwiat  purpurowy  pod 
rojem pszczół. 
— Opowiem wam coś, o czym nie wszyscy wiedzą — odezwał się Lampon z 
Eginy.  —  Kserkses  uciekając  zostawił  Mardoniosowi  wszystkie  swoje 
sprzęty  kuchenne.  Kiedyśmy  zdobyli  obóz,  Pausanias  zobaczył  te  rzeczy: 
złoto,  srebro,  dywany,  i  kazał  piekarzom  i  kucharzom  królewskim  podać 
obiad  tak,  jakby  dla  Mardoniosa.  Możecie  sobie  wyobrazić,  że  oni  to 
wszystko zrobili, jak tylko mogli najlepiej. Było na co patrzeć, na te stoły, 
gdzie  puchary  z  kryształu  należały  do  najlichszych  rzeczy,  a  potraw  było 
tyle, że w naszym języku dla połowy z nich nie ma nazwy. Pausanias aż się 
przeraził  i  zaraz  powiada:  „Niech  mi  tu  podadzą  nasz  spartański  obiad." 
Przynieśli  mu  dwa  gliniane  półmiski  i  postawili  tam,  na  środku  tych 
wspaniałości. Pausanias bardzo się śmiał i mówi do nas: „Patrzcie, mężowie 
helleńscy, patrzcie na głupotę Persa, który, mając takie jedzenie, wybrał się 
w  daleką  i  śmiertelną  drogę,  żeby  nam  odebrać  nasz  chleb  razowy  i  talerz 
biednej zupy." 
Śmieją się, ale już ktoś woła: 
— A może nam opowiesz inną rozmowę z Pausaniasem! 
Lampon blednie, potem staje się czerwony, pot występuje na czoło. Duszno 
mu wśród tych setek oczu. Wstaje i odchodzi bez słowa. 
— Co mu się stało? 
— Nie wiecie? Ja byłem przy tym, pod Platejami. Nasz Lampon przybiega 
do króla Sparty i powiada: 
„Synu  Kleombrota,  dokonałeś  nadprzyrodzonej  rzeczy.  Bóg  pozwolił  ci 
uratować  Helladę  i  zdobyć  sławę,  jakiej  nikt  dotąd  nie  miał.  Zrób  jeszcze 
resztę,  żeby  twoja  sława  była  jeszcze  większa  i  żeby  na  przyszłość  nikt  z 
obcych  nie  ważył  się  na  zbrodnie  przeciw  Hellenom.  Bo  Leonidasowi  w 
Termopylach  Mardonios  i  Kserkses  ucięli  głowę  i  przybili  ją  na  krzyżu. 
Trzeba  im  tym  samym  zapłacić  i  jeśli  ukrzyżujesz  Mardoniosa,  pomścisz 

background image

swego wuja Leonidasa." A na to Pausanias: „Przyjacielu z Eginy — powiada 
—  cenię  twą  przychylność  i  roztropność,  ale  tu  jesteś  na  złej  drodze.  Bo 
kiedy wysławiasz mnie i moją ojczyznę, i moje czyny, to po cóż mnie znów 
poniżasz?  A  ty  mnie  rzucasz  w  proch,  jeśli  mi  radzisz,  żebym  trupa 
znieważał, i jeszcze mi mówisz, że tym się moja sława powiększy! To dobre 
dla  Barbarzyńców,  ale  nie  dla  Hellenów,  a  nawet  i  u  Barbarzyńców 
uważamy to za hańbę. Leonidasowi należy się zemsta, to prawda, ale on już 
ma swoją zemstę. Uczciły go niezliczone dusze tych, którzy tutaj polegli, i 
tych, którzy zginęli w Termopylach. A ty mi nie przychodź drugi raz z taką 
radą  i  bądź  szczęśliwy,  że  cię  puszczam  bezkarnie."  Teraz  wiecie,  kto  jest 
Lampon! 
Z  wyjątkiem  Spartan  wszyscy  dali  się  porwać  podniecającej  gadaninie.  Po 
kilku  mówiło  jednocześnie.  Gromady  stawały  się  coraz  gęstsze.  Chyłkiem 
wkradali  się  do  nich  ludzie,  którzy  nic  tam  nie  mieli  do  roboty.  Ale  w 
olbrzymim  gwarze  dobrze  jest  mieć  przy  sobie  jakieś  potulne  ucho. 
Nieznajomy siedzi i słucha, i oczy mu się świecą, uśmiecha się i mówi: „Tak 
było, mój drogi." Inny jednak sam się wrychle wyrywa, gada bardzo głośno, 
a gdy kilka par oczu zacznie mu się przyglądać uważnie, milknie. 
Bogom nieśmiertelnym wiadomo, co znaczy dla człowieka taka cisza, kiedy 
głos więźnie w gardle, niedopowiedziane słowo kamieniem leży w tchawicy, 
a w dłoniach, zatrzymanych w połowie gestu, dźwiga się całe swoje miasto 
czy nawet cały swój kraj, bezlitośnie odkryty. Bo wszyscy od razu wiedzą, 
od  dawna  policzono  każde  państwo,  każdą  gminę,  każdą  wieś,  która  nie 
przyłączyła się do wielkiej obrony narodowej, nie mówiąc już o tych, które 
walczyły po stronie Persów. 
Byle jednak siedzieć cicho, można mieć spokój. Nikt tutaj ludzi wzgardą nie 
roztrąca.  Tylko  Fokijczycy  chcieliby  spotkać  bodaj  jednego  człowieka  z 
Tesalii,  niechby  to  była  zupełna  lichota,  kulawiec,  garbus,  najnędzniejszy 
wiór tesalski, żeby mu raz wreszcie plunąć w oczy przed całym światem. 
Zdrada Tesalii była wiadoma. Opanowana przez swoich książąt, poddała się 
wielkiemu  królowi  i  szła  z  nim  przeciw  Grecji,  paliła  miasta,  pustoszyła 
kraje. Fokida została przez nich stratowana. Tego się nie da zaprzeczyć. Ale 
Fokijczycy  niepotrzebnie  tak  krzyczą.  Istnieje  między  nimi  a  Tesalią 
odwieczna  nienawiść.  Zawsze  są  po  przeciwnych  stronach.  Gdyby  Tesalia 
była  przeciw  królowi,  oni  byliby  z  królem  i  paliliby  miasta  tesalskie.  To 
pewne. Trzeba jednak przyznać, że stało się inaczej i że Fokijczycy dzielnie 
się bili, i że ponieśli ogromne straty, a Tesalia była kupą zdrajców. Da się z 
nią  porównać  tylko  Teby.  Dlatego  dziś  nie  ma  w  Olimpii  ani  jednych,  ani 
drugich. Mniejsza o Tebańczyków, ale szkoda wybornych koni tesalskich. 

background image

Na  tę  myśl  odpadła  z  nich  cała  wojna  i  wszyscy  pociągnęli  w  stronę 
hipodromu,  gdzie były  stajnie.  Niektóre  jeszcze budowano naprędce  z byle 
jakich  bierwion  i  desek.  Z  powodu  gorąca  konie  trzymano  w  zamknięciu. 
Przed  zasłonami  z  płótna,  które  okrywały  drzwi,  stali  niewolnicy.  Dookoła 
kręciło  się  mnóstwo  ludzi,  którzy  ich  zagadywali  i  odchodzili  nie 
doczekawszy  się  odpowiedzi.  Czasem  udało  się  komuś  rozchylić  zasłonę, 
oczy  wytężały  się  w  mroczną  szparę,  z  której  szły  szmery  i  ostra  woń 
zwierząt.  Mówiono,  że  w  tym  roku  będzie  wiele  koni  perskich,  cudownej 
wręcz  doskonałości.  Potwierdzała  domysły  obecność  kilkunastu  Persów 
wśród służby stajennej. Każdy znał dobrze ich czapki sukienne, pstre kaftany 
z  rękawami,  szerokie  spodnie.  Dolatywał  od  nich  przykry  zapach  skóry 
ludzkiej, zamkniętej w ciasnym i grubym ubraniu. 
Byli to jeńcy z rozdziału zdobyczy. Bledli, ilekroć się ktoś zbliżał do nich, i 
zdawało  się,  jakby  odzyskiwali  życie  w  nieustannie  ponawiającym  się 
zdumieniu,  że  nikt  im  nie  robi  krzywdy.  Na  przechodniów  patrzyli  z  psią 
uległością,  jakby  im  zawdzięczali  nosy,  oczy,  uszy,  członki,  które  w  ich 
pojęciu przestawały być własnością jeńców. 
Zamknięte  stajnie  nie  mogły  zbyt  długo  zatrzymać  niczyjej  uwagi,  tłum 
powoli się rozpraszał i wsiąkał w szumiący gwar targowiska. 
 
III. Targowisko 
Niezliczone  budy,  kramy,  stragany  ciągnęły  się  nad  ujściem  dróg, 
prowadzących  do  Olimpii,  i  po  krańcach  obozu,  sięgając  aż  do  Harpiny. 
Agoranomi, urzędnicy targowi, rozstrzygali spory o wagi i miary i doglądali 
porządku. Każdy rodzaj handlu miał swoje miejsce. Wszystko, co służyło do 
jedzenia, trzymało się razem. 
Najobfitsze  było  królestwo  ryb.  Obszerne  kadzie  kłębiły  się  gorączkowym 
życiem  tłustych,  mięsistych  ciał.  Szedł  z  nich  odór  gęstego  błota,  w  które 
powoli zmieniała się woda pod wpływem słońca i kurzu. Ale gorzej wiodło 
się  rybom,  będącym  w  danej  chwili  przedmiotem  targu;  twardo  znosiły 
nieustępliwość ludzkich sakiewek. Leżały na desce straganu z wytężonymi w 
orbitach  oczyma  i  bijąc  ogonami  na  próżno  wzdymały  skrzela,  których  nie 
ożywiła ani kropla wilgoci w suchym i spiekłym powietrzu. Czasem wracały 
do kadzi, najczęściej nóż przecinał im gardła. Patrzył na to posępnie rzeźnik, 
osamotniony  w  tym  rybim  zgiełku.  Półnagi,  w  okrwawionym  fartuchu, 
odpędzał  gałęzią  wielkie  czarne  muchy,  jedynych  gości  swej  jatki.  W 
dojmujący  upał  trudno  było  zwabić  kogokolwiek  widokiem  mięsa  i  sądząc 
po sinawych plamach, należało przypuszczać, że stanie się ono łupem psów, 
które, uwiązane pod wozami, wyły z głodu i pragnienia. 

background image

Dalej było ciche państwo zboża. Sprzedawano mąkę pszenną i jęczmienną, 
rozmaitego mlewa, były nawet żarna i młyn obracany przez osła, skąd sypała 
się  mąka,  wolna  od  wszelkich  podejrzeń.  Pod  namiotami  siedzieli  kupcy  z 
Olbii,  otoczeni  workami  ziarna.  Tu  załatwiały  się  wielkie  sprawy:  dostawy 
dla  miast  nawiedzonych  nieurodzajem,  układy  handlowe,  sojusze  firm  i 
faktorii,  wreszcie  ziemianie  przychodzili  na  rozmowy  o  melioracjach. 
Olbijczyków słuchano z szacunkiem należnym zamożności i doświadczeniu. 
Siedząc w limanie dnieprowym, sąsiadowali z bezkresnymi obszarami tłustej 
czarnej ziemi, bliscy najdalszych mitów. Opowiadali, że u nich żyje Achilles, 
którego po śmierci przeniosły tam boginie morskie. Długi piaszczysty język 
lądu, wcinający się w morze, służy mu za stadion i nieraz widać szybki cień 
bohatera,  umykający  niby  biały  obłok.  Powoływali  się  na  świadectwo 
żeglarzy,  jakby  sam  widok  podobnej  chyżości  był  zbyt  wielkim  wysiłkiem 
dla ich ciał tłustych i ociężałych. 
Poza  ich  namiotami  pachniały  stoły  ze  świeżym  pieczywem.  Każdemu  już 
zbrzydły  m  a  d  z  e,  twarde  placki,  które  drobiło  się  do  czystego  wina  na 
pierwsze  śniadanie.  Niejeden  zaś  z  mieszkańców  gór  i  nieużytków  po  raz 
pierwszy  widział  prawdziwy  chleb  pszenny,  o  ciemnej  skórze  i  cudnym 
białym  wnętrzu.  Inni  długo  przebierali  wśród  bułek,  zaskoczeni  ich 
rozmaitym  kształtem:  były  bowiem  jak  gwiazdy  morskie,  jak  półksiężyce, 
wyobrażały wszelakie zwierzęta. Na szerokich deskach przynoszono ciastka 
z serem, z sezamem, pieczone na miodzie, jeszcze gorące. 
Kramy  z  owocami  dojrzewały  w  rumieńcach  jabłek,  w  złocie  gruszek,  w 
słodkim  zapachu  daktyli.  Przy  kupnie  orzechów  domagano  się  paru  liści, 
które  wetknięte  w  pościel,  chroniły  od  robactwa.  Z  zielonych  pęków 
rzeżuchy i trybulki, spośród główek sałaty, ponad wiankami czosnku i cebuli 
wyrastały olbrzymie ogórki sikyońskie. Ci, którzy je kupowali, narażali się 
na  Cypryjczyka  mającego  obok  stragan  z  korzeniami.  Za  drogie  pieniądze 
nabył skądś worek pieprzu i wielkim głosem szerzył jego chwałę. Mówił o 
Indiach,  które  są  na  krańcu  ziemi,  o  morzach  wzburzonych,  o  latających 
wężach,  drobne  czarne  ziarnka,  które  trzymał  na  dłoni,  stawały  się  darem 
wstrząsających  przygód,  mnóstwo  ludzi  przypłaciło  je  życiem,  on  zaś 
skłonny był oddać jeden kyathos za dwa obole. 
Nikt  oczywiście  nie  był  zdolny  do  podobnej  rozrzutności.  Ale  wymowa 
Cypryjczyka odbierała wszelki smak potrawom, wyszydzała nieufność ludzi, 
którzy,  jak  sądził,  nigdy  nie  wyjrzeli  poza  dym  swojej  chałupy,  gdy  zaś 
przysłaniał  oczy  wyglądając,  czy  nie  nadchodzą  „jego  stali  odbiorcy, 
panowie z Sycylii", ten i ów dobijał z nim targu na pół obola. 
Jadłodajnie ogłaszały się z daleka przenikliwym swędem oliwy. Pod zasłoną 

background image

z  płótna  stały  kuchnie,  wmurowane  w  ziemi,  o  kilku  paleniskach,  nad 
którymi żelazne trójnogi podtrzymywały kotły i rondle. Można było widzieć, 
jak  świeżo  umyta  i  obłuszczona  ryba  idzie  na  patelnię,  jak  się  ją  polewa 
oliwą,  winem,  zaprawia  korzeniami  i  wreszcie,  wyrzuconą  na  talerz, 
przysypuje szczyptą sylfionu, który daje zapach ponętny. 
Ludzie  jedzą stojąc, łyżką  lub palcami,  z chlebem  pod  pachą, z  którego  co 
chwila kęs odgryzają. Talerz wraca do gospodarza czysto wylizany, tłuszcz z 
warg i brody ściera się miąższem chleba i tę wilgotną, lepką gałkę rzuca się 
kurom hałasującym w kojcach. 
Nikt teraz nie odmówi sobie kubka wina. Winiarnie mieszczą się w altanach, 
wspartych  na  paru  słupach,  z  dachem  uczynionym  z  gałęzi  i  liści.  Przy 
każdej  jest  dół  wykopany  w  ziemi,  by  w  nim  chować  dla  chłodu  gliniane 
stągwie. Z trzech rodzajów: czarnego, które jest ciemno czerwone jak krew z 
tętnicy, białego,, które jest jasne jak słoma, i żółtego o złotawym połysku, to 
ostatnie  jest  najlepsze  na  trawienie.  Zachowuje  właściwą  miarę.  Albowiem 
czarne jest zbyt gęste i mocne, białe zaś cienkie i słabe. Oczywiście każdy 
ma  własne  upodobania,  znawcy  długo  wahają  się  między  Fius,  Sikyonem, 
Chios,  Lesbos,  Tasos,  Rodos,  Knidos,  jak  okręt  zbłąkany.  Zresztą  nikt  nie 
pije czystego wina. Mieszają je z wodą do dwóch trzecich, nawet do trzech 
piątych.  Zdyszani  chłopcy  biegną  z  hydriami  do  źródeł  odległych  o  kilka 
stadiów. Niejeden poprzestaje na samej wodzie i w zachwycie podnosi do ust 
chłodny dzbanek. Gdzie indziej roznoszą myrinites, wino zaprawione sokiem 
mirtowej jagody o odurzającym zapachu. Włóczą się przekupnie z konwiami 
jabłecznika, z winem z fig i z daktyli. 
Ale dopiero u granic tego osiedla smaków zaczynał się tłok największy. 
Nieprzejrzany szereg kramów, których z każdym dniem przybywało, mieścił 
w sobie wszystko oprócz broni. Nie tylko nie znalazłoby się jej u kupców, 
lecz  i  w  obozie  nikt  jej  nie  posiadał.  Pielgrzymi  z  daleka,  którym  droga 
wypadała przez góry i pustki odludne, gdzie trudno było polegać na ustawie 
o  pokoju  Bożym,  przyjeżdżali  uzbrojeni,  ale  cały  swój  oręż  zostawiali  na 
granicy Elidy. Tam, w osobnych składach, przechowywano ich miecze, łuki, 
oszczepy, proce aż do chwili, kiedy się po nie zgłoszą w drodze powrotnej. Z 
wyjątkiem  więc  sprzętu  wojennego  można  tu  było  znaleźć  wszystko,  co 
mogło okazać się potrzebne ludziom oddalonym o setki i tysiące stadiów od 
domu. Narzędzia, gwoździe, koła do wozów, naczynia, zebrane w ogromnej 
ilości,  wydawały  się  z  pozoru  zwyczajnym  usypiskiem  targowym, 
przeznaczonym  na  okrycie  rażących  i  nieprzewidzianych  niedostatków. 
Rzadko  jednak  ktoś  korzystał  z  tych  rzeczy  w  sposób  tak  trzeźwy,  by 
przecisnąć  się  przez  tłum,  kupić  beczkę  lub  grzebień  i  wrócić  z  tym  do 

background image

swego  zaspokojonego  gospodarstwa.  W  istocie  bowiem  nikomu  na  niczym 
nie zbywało. Każdy wyruszył zaopatrzony na parę miesięcy podróży i raczej 
znalazłoby  się  w  bagażach  trochę  rzeczy  zbędnych,  niż  odkryłoby  się  brak 
koniecznej.  Mimo  to  wszyscy  wybierali,  kłócili  się  o  ceny  i  obładowani 
różnymi przedmiotami snuli się w nieustannym poszukiwaniu. 
Naczynia  z  ateńskich  garncarni  wabiły  swym  kształtem  wykwintnym  i 
ciekawą  treścią  scen,  które  na  nich  wymalowano.  Krzesła,  stoliki,  zydle 
mileckie  nie  miały  równych  w  wygodzie,  piękności  drzewa  i  kunszcie 
roboty.  Upominano  się  o  liny  od  powroźników  spod  Maratonu.  Kupcy 
korynccy uderzali łyżkami o wielkie misy, aby dać poznać przecudny dźwięk 
ich  brązu.  Złotnicy  za  drewnianymi  kratami,  wśród  swych  tęczowych 
skarbów,  pokazywali  tajemnicę  bursztynu,  chwytającego  za  potarciem  o 
sukno  włosy,  włókna.  Wokół  kramu  z  olejkami  i  maściami  szerzyły  się 
przeróżne zapachy, wiele nie miało wprost nazwy i wyłaniały się niby szept 
nieznanego kraju. Na wschodnich dywanach gryfy i byki skrzydlate strzegły 
drzewa  życia,  purpura  zaś  fenicka  oddawała  ciemną  i  gęstą  barwę  morza, 
okrytego fiołkowym zmierzchem. 
Z  kolonij  sprowadzono  osobliwe  zwierzęta.  Były  lwy,  pantery,  małpy 
wywoływały podniecony śmiech swym podobieństwem do człowieka, strusie 
chowały  swe  drobne  główki  w  płaszczach  przechodniów.  Megaryjczyk, 
któremu z łupów perskich dostał się wielbłąd, woził na nim chłopców, biorąc 
pół obola za trzy przejażdżki. Na wysokiej żerdzi stały pawie, niespokojne, 
krzykliwe, a obok ciągnęła się długa estrada z desek, na której sprzedawano 
niewolników.  Zazwyczaj  byli  nadzy,  mężczyznom  badano  mięśnie, 
dziewczyny  i  kobiety  siedziały  przy  krosnach  lub  haftowały,  aby  pokazać 
swą  sztukę.  Tylko  jeńcom  wojennym  zostawiono  ubrania,  Kaspijczykom 
futra,  Chalybom  czerwone  owijacze  na  nogach,  Sycylijczycy  przywieźli  ze 
dwa tuziny Kartagińczyków, wziętych pod Himerą. Pomimo wysokiej ceny 
kupowano  ich  w  nadziei,  że  ci  ziomkowie  Kadmosa  okażą  znajomość 
szczególnych  rzemiosł,  kunsztów,  czarów.  Kilka  pacholąt  etiopskich  o 
kręconych włosach, spiętrzonych w wysokie fryzury, o ciałach jakby ulanych 
z brązu, z ukosa patrzyło na tłum, z którego czyjeś ręce miały się wyciągnąć 
po ich młodość i urodę. 
Ludzie, którzy całe życie nie sięgali myślą poza chiton i chlamidę, wytkane i 
skrojone  ręką  matki,  żony,  niewolnicy,  doznawali  onieśmielenia  widząc 
płótna i wełny wszelkich barw, najczęściej białe, żółte, czerwone i zielone, 
gotowe suknie o wzorzystych deseniach. Były płaszcze w gwiazdy, kwiaty, z 
wyobrażeniami zwierząt, scen wojny, łowów lub mitu. Bizantyjczyk rozwijał 
wspaniały  strój  o  zielonym  szlaku,  na  którym  wyhaftowano  złote  kaczki. 

background image

Zanim można było ochłonąć z podziwu, wyszedł z tłumu jakiś chłop ubrany 
w  difterę,  gruby  kaftan  ze  skóry,  wyjął  z  ust,  gdzieś  spod  dziąseł,  srebrny 
pieniądz,  zapłacił  bez  targu  i  zarzuciwszy  płaszcz  na  ramię  odszedł  nie 
słysząc żartów, zakuty w dojmującym poczuciu swego szaleństwa. 
Każdy chciał unieść jakąś cząstkę niepojętej rozmaitości świata. Najbłahsza 
rzecz stawała się pamiątką i była czymś osobliwym przez kształt lub sposób 
wykonania.  Nie  znalazłoby  się  dwóch  takich  samych  przedmiotów.  Nad 
wszystkim pracowała osobna myśl, troska, cierpliwość. Razem z pomysłem 
rzemieślnik  przekazywał  swym  dziełom  tradycję,  obyczaj,  nastrój,  oddech 
swego  środowiska.  Kupione,  szły  w  daleką  drogę  przestrzeni  i  czasu,  aby 
wśród  innych  ludzi  trwać  niby  garść  zakrzepłych  słów,  zwięzła  i 
przekonywająca  opowieść  o  horyzontach,  które  nie  kończą  się  u  kresu 
rodzinnej  wsi.  Formy,  linie,  motywy,  niby  pnącze,  czepiały  się  nowego 
gruntu, rozwijały się lub przekształcały w rękach natchnionych ich obcością, 
wlokły się śladami karawan i wypraw, by nieoczekiwanie wpleść się w byt 
krajów  i  ludów,  istniejących  poza  granicami  domysłu  we  fiordach 
Skandynawii, na niżach słowiańskich, wśród pustyń Tybetu. 
Ubożsi,  wyzwoliwszy  się  z  bierności,  jaką  im  narzucał  zbytek  bogatych 
kramów,  tłoczyli  się  dokoła  drobiazgów,  które  po  prostu  nie  miały  ceny: 
brano po kilka, żeby w końcu dały się zamknąć w rozmiarach pół lub ćwierci 
obola.  Fujarki,  koszyki,  wózki  dla  dzieci,  lalki  z  wosku  lub  z  gliny  o 
ruchomych  członkach,  wstążki,  kolczyki  i  pierścionki  z  brązu  i  miedzi, 
gliniane  lampki  na  oliwę,  nieprzebrane  mnóstwo  łamliwych  i  kruchych 
rzeczy,  którym  droga  powrotna  zastawi  tyle  sideł.  Trzeba  wziąć  jak 
największy ich zapas, by nie zostały próżne te drobne ręce, które się po nie 
wyciągną,  i  by  ostatocznie  znalazło  się  coś  jeszcze  w  tej  dłoni,  która  tak 
długo  przysłaniała  oczy  wypatrując  wśród  słońca  i  kurzu  wóz  męża. 
Poselstwa  i  pielgrzymi,  zwłaszcza  z  niedalekich  stron,  sprowadzili  własne 
zwierzęta  ofiarne,  wielu  jednak  kupowało  je  dopiero  w  Olimpii.  Woły, 
jałówki, owce wielkimi stadami trzymano w ogrodzeniach i stoiskach wzdłuż 
Alfejosu. Przy każdej sztuce ciągnęły się spory tak długie, jakby nigdy nie 
miało  dojść  do  zgody.  Oglądano  zwierzę  od  brzegów  racic  aż  po  szczyt 
rogów,  kupujący  dotykał  wszystkich  części  ciała,  jakby  przez  skórę  chciał 
wybadać prawidłowy układ wnętrzności, zdawało się, że liczy włosy sierści, 
tak  go  niepokoiła  każda  plamka  na  ich  niepokalanej  białości.  Nurtowała 
okrutna niepewność, że zwierzę okaże jakiś brak, jakieś znamię i że w końcu 
odpędzą  je  od  ołtarza.  Bykom  sypano  jęczmień  i  jeśli  nie  jadły  dość 
skwapliwie,  uważano,  że  są  chore.  Ludzie  krzyczeli,  wymyślali,  targowali 
się, odchodzili, wzywali na naradę wszystkich krewnych i znajomych i znów 

background image

wracali w obawie, że w ostatnich dniach ceny pójdą w górę. 
Ci,  którzy  nie  mogli  się  zdobyć  na  pięć  drahm  za  wołu  ani  na  trzy  za 
jałówkę, ani na jedną za owcę, stali u brzegu tego hałasu, spokojni i zawistni. 
Dla nich sąsiednie budy wystawiły ubogie pozory ofiar: zwierzęta lepione z 
wosku  lub  ciasta,  gliniane  lub  brązowe  wota;  kwiaty,  kadzidła.  Ale  i  tu 
pomyślano  o  bogatych.  Na  osobnych  straganach  widziało  się  naczyńka  z 
wodą wziętą z cudownych źródeł, pęki ziela zebrane na grobach półbogów i 
bohaterów albo wyrosłe na jakichś miejscach świętych, strzałki piorunowe, 
okruchy  meteorytów.  Amulety  w  złocie,  w  srebrze,  brązie,  w  wypalanej 
glinie,  w  kamieniu  przedstawiały  wielorakie  symbole  bóstw,  odrażające 
postacie  demonów  wschodnich  albo  w  nieznanym  piśmie  zawierały  słowa 
magiczne. Chłop tracki, ogromny wąsal w spodniach, owijał w liście drobne 
osełki masła, żółte i zjełczałe, które kupowano jako maść leczniczą. 
W  różnych  miejscach  targowiska  siedzieli  wekslarze.  Ich  ręce  w 
nieustannym  ruchu  zdawały  się  prząść  ten  dźwięk  srebra,  który 
niepochwytną  siecią  ogarniał  cały  obóz.  Leżały  przed  nimi  stosy  monet, 
ułożone  według  kształtu  i  wartości,  rozsypywały  się  cieniutkie  blaszki, 
wyrażające  połówki  i  ćwiartki  obola,  w  bezładnej  kupie  gromadziły  się 
pieniądze  wytarte,  okryte  śniedzią,  sczerniałe  od  kwasów  i  wilgoci.  Co 
chwila ktoś wymieniał monetę swego kraju na pieniądz, jakiego żądał obcy 
kupiec, lub większą sztukę na drobne. Przynoszono stare pieniądze z godłem 
po  jednej  stronie,  a  puste  na  odwrocie,  i  nowe,  które  na  awersie  miały 
wizerunek  bóstwa,  a  na  rewersie  święty  symbol.  Po  żółwiu,  zwierzęciu 
Afrodyty Niebiańskiej, poznawało się monety Eginy, Krotona miała trójnóg 
apoliński,  Lida  lwa  Wielkiej  Matki  Bogów.  Pegaz  uskrzydlał  statery 
korynckie, w okolu didrachmy kreteńskiej Minotaur kurczył swą poczwarną 
postać, Europa jechała na byku, Herakles wypoczywał w ogrodzie Hesperyd. 
Gdzie  indziej  nie  było  ani  bóstw,  ani  świętych  symbolów,  lecz  samo 
bogactwo kraju zawierało się w soczystej łodydze kyreńskiego sylfionu, na 
pieniądzach zaś Metapontu dojrzewał cudny kłos pszenicy z uwieszonym u 
jego wąsów konikiem polnym. 
Jedni  wekslarze  posiadali  wiedzę  wagi  i  aliażu  wszystkich  miast  Grecji, 
kolonii,  państw  barbarzyńskich  i  uśmierzali  nieufność,  jaka  dzieliła  krążki 
srebra,  wieczyście  ze  sobą pokłócone ułamkami  ciężaru i kruszcu.  Tylko u 
nich  mogli  Spartanie  znaleźć  względy  dla  swej  żelaznej  waluty  i  z  goryczą 
przyjmowali  parę  srebrnych  blaszek  w  zamian  za  tłumoczki  wyładowane 
pospolitym  chrzęstem.  Natomiast  pieniądze  z  Kos,  z  Aspendos  z 
wyobrażeniem  dyskobolów,  szły  powyżej  wartości,  gdyż  wielu  brało  je  na 
amulety dla zawodników. Przy monetach nie mających swej wagi wynikały 

background image

kłótnie,  kładziono  je  na  szalki,  badano  metal  na  kamieniu  probierczym, 
chociaż oko wekslarza z daleka rozróżniało „białe złoto", czyli elektron, od 
prawdziwego  srebra  i  dostrzegało,  gdzie  po  okolu  pieniądza  przesunęły  się 
nożyce,  które  zeń  odcięły  wiórek  grubości  włosa.  Rzadko  uciekano  się  w 
tych  sporach do  pomocy  agoranomów.  Rozstrzygali  je sami  wekslarze  tym 
jakimś suchym gestem, im tylko właściwym, i pieniądz odsunięty na brzeg 
stołu  zdawał  się  być  wyrzucony  poza  granice  świata.  Wiedziało  się,  że  ten 
sam  los  spotka  go  na  wszystkich  stołach,  niejeden  nabierał  zabobonnej 
trwogi,  że  jego  fałszywy  grosz  wpisano  na  tabliczkach  woskowych, 
skorupkach, deszczułkach, papirusach, które pokryte rachunkami, otwierały 
się pod  ręką  wekslarzy.  W  rzeczywistości  były  tam  zapisy  długów,  zleceń, 
zestawów,  pierwsze  tego  rodzaju  poczynania,  które  niby  umówione  znaki 
świetlne,  pojawiały  się  tu  i  ówdzie,  w  niektórych  miastach  handlowych, 
dziwne i kuszące zapowiedzi pieniężnego przemysłu. 
Targ  olimpijski  nie  dał  się  z  niczym  porównać.  Rynki  wielkich  miast  — 
Bizancjum, Miletu, Syrakuz, Akragas — wyglądały przy nim drobne i mdłe. 
Brakło  im  owej  powszechności,  każde  żyło  zaciśnięte  w  granicach,  cłach, 
sojuszach,  w  niepokoju,  w  chciwości,  wśród  dążeń  uszczuplonych 
położeniem  i  naturą  gleby.  Tu  zaś  wyrastało  miasto  jakby  wyzwolone  ze 
wszelkich  ułomności  ziemskich,  gdzie  nie  było  innych  dni  prócz 
świątecznych,  gdzie  wszystkie  myśli  odnosiły  się  do  rzeczy  miłych  i 
radosnych,  miasto  powstałe  u  progu  ideału,  jakby  na  wybrzeżu  Utopii,  tak 
zwięzłe w krótkości i wdzięku swego życia, że ledwo poznane, wydawało się 
już wspomnieniem. Wchodziło się w nie łatwo, na drugi dzień poruszano się 
już  ze  spokojem  i  niedbałością  stałych  przyzwyczajeń,  gorączkowe 
zachowanie  się  nowoprzybyłych  przyjmowano  z  uśmiechem,  jak  ludzi  z 
prowincji,  dzień  wypełniał  się  mnóstwem  drobiazgów,  które  go 
nieuchwytnie pożerały. 
Szopy balwierzy otwierano z brzaskiem dnia, jak na rynku wielkomiejskim. 
Przed  każdą  stało  parę  krzeseł,  które  nigdy  nie  były  wolne.  Długie  włosy 
zaplatano w warkocze i albo im pozwalano opadać na plecy, albo zwijano w 
gęste czuby spięte szpilką lub powiązane wstążkami; przypiekano loczki nad 
czołem  i  na  skroniach,  układając  z  nich  wieńce  gwiazd  lub  rozet.  Jedni 
zatrzymywali  wąsy,  drudzy  dawali  je  golić  ostrą,  jak  sierp  zakrzywioną 
brzytwą, która boleśnie darła zarost, ledwo zmiękczony ciepłą oliwą. Brody 
strzyżono  w klin, niektórzy  kazali  je  trefić  w  długie  faliste  strumienie.  Ale 
młodzi  mężczyźni  pozbywali  się  ciężkich  fryzur,  strzygli  się  krótko  jak 
pięściarze lub zapaśnicy, wielu oddawało pod brzytwę swój pierwszy zarost. 
Starzy  patrzyli  na  nich  bez  zgorszenia:  nikt  nie  miał  ochoty  opierać  się 

background image

nowym czasom, które ukazywały jasne oblicze efeba. 
Dookoła  krzątaniny  balwierskiej  roiło  się  od  bywalców  i  gawędziarzy. 
Znoszono  tam  wszelkie  wiadomości  i  pogłoski,  rozstrząsano  zdarzenia  z 
krańców świata, najnowsze, a tak odległe jak promień z wygasłej gwiazdy. 
Plotka okryła się splendorem międzynarodowym i był w tym osobliwy smak, 
że  obgadywało  się  sekrety  Afryki,  Azji  i  Europy  jak  sąsiadów  zza  ściany. 
Górale z Arkadii lub Epiru, wieczyście stojący za czyimiś plecami, jakby ich 
nie odstępowały ojczyste wierchy zamykające horyzont, pozwalali przemijać 
chwilom  sposobnej  ciszy,  czując,  że  nie  czas  na  ich  bajdy  o  kobyle,  która 
urodziła zająca, albo o dwugłowych cielętach. Niekiedy zjawiali się żebracy, 
czeladka  dzeusowa,  wszędobylscy,  nietykalni  włóczędzy,  i  w  skardze  lub 
okrzyku  porzucali  jakiś  strzęp  swego  życia,  na  którym  był  ślad  krwi,  pył 
dróg  niezmierzonych.  Żeglarze  o  jasnych  oczach,  jakby  wykąpanych  w 
przestworzu, wyłaniali się nagle ze swego milczenia opowieścią o wrzącym 
morzu, Złotych Górach, Wyspach Ognistych i Krainie Błogostanu, leżącej na 
wielkim kontynencie za Oceanem, i wszyscy z zapartym tchem, wytężonym 
wzrokiem  ciążyli  na  ich  wargach,  rzekłbyś  w  oczekiwaniu,  że  jakieś 
wreszcie słowo wyrwie ich poza ten ogryzek ziemi, który był wtedy całym 
światem. 
 
IV. Gaj Dzeusa  
W dziesiątym dniu miesiąca Parthenios wyruszyli zawodnicy z Elidy. Było 
ich około trzystu. Od ostatniej pełni wiele się zmieniło, przyszli nowi ludzie, 
wśród  chłopców  znajdował  się  Drakon  z  Argos,  zwycięzca  w  poprzedniej 
olimpiadzie; Teognetos, który szedł za nim, wymierzał jak najkrótsze kroki, 
żeby go nie potrącać. Na długą pieszą drogę wybrali się w samych chitonach 
albo  w  chlamidach  narzuconych  na  nagie  ciała.  Niejeden  tak  odwykł  od 
wszelkiego odzienia, że nawet ten lekki strój krępował go i obciążał. Resztę 
bagażu oddali na wozy jadące w tyle. 
Za  nimi  prowadzono  kilka  koni,  które  przyszły  w  ostatniej  chwili, 
spóźnionym transportem. Miały na głowach płócienne kaptury od słońca, a 
kopyta osłaniały im, na kształt butów, niezgrabne worki skórzane. Zwierzęta, 
zniecierpliwione powolnym krokiem, rwały się z uzdy. W końcu puszczono 
je naprzód, służba stajenna wzięła je pod wierzch. 
Teraz  ostatnie  szeregi  zawodników  miały  za  sobą  wozy  książęce.  Pod 
purpurowymi zasłonami siedzieli: Hieron z Syrakuz w towarzystwie swego 
szwagra  Chromiosa,  powracającego  z  Nemei  ze  świeżym  zwycięstwem; 
Teron  z  Akragas,  z  synem  Trasidaiosem,  władcą  Himery,  Arkesilas  z 
Kyrene, którzy w każdą olimpiadę posyłali swoje konie. Do ich świetności 

background image

przyłączyli się różni potomkowie boskich rodów z Argolidy, Beocji, Attyki, 
Eubei, wszelka arystokracja, od wieków trzymająca się tradycji konia. 
Osobno  jechał  Aleksander  syn  Amyntasa,  król  macedoński,  powożąc 
perskim rydwanem, którego pudło wybite złotą blachą lśniło wyobrażeniami 
słońca,  księżyca,  gwiazd.  Przed  dwudziestu  laty  sam  stawał  do  biegu  w 
stadionie.  Najpierw  nie  chciano  go  dopuścić,  nie  uważając  go  za  czystego 
Greka.  Ale  powołał  się  na  pochodzenie  od  królów  z  Argos,  stworzył 
fantastyczną genealogię w nadziei, że zwycięstwem wpisze się na zawsze do 
złotej księgi panhelleńskiego szlachectwa. Wieniec go ominął, zasłużył sobie 
jednak  na  szacunek  i  przyjaźń  przez  swe  stanowisko  w  wojnach  perskich, 
pamiętano jego wskazówki pod Platejami, i teraz każdy witał go z daleka. 
Następowały  wozy  hellanodików,  członków  Rady,  kapłanów.  Dalej 
prowadzono  zwierzęta  ofiarne,  dziesiątki  wołów,  krów,  owiec,  hekatombę 
Elejczyków,  a  wśród  ich  nieskazitelnej  białości  wyróżniał  się  tęgi  czarny 
baran, przeznaczony na grób Pelopsa. Osobny wóz dźwigał żelazną klatkę, w 
której  spał  dzik  złowiony  w  lasach  Arkadii;  nad  jego  krwią  miała  się 
dokonać  przysięga  zawodników.  Resztę  pochodu  wypełniały  spóźnione 
pielgrzymki i procesje samej Elidy. 
Zwierzęta i wozy ubrano zielenią, każdy miał wieniec na głowie albo kwiat 
we  włosach.  Spośród  gwaru  wyłaniał  się  nagle  silny  głos  któregoś  z 
kapłanów,  w  układającym  się  przez  chwilę  milczeniu  starano  się  pojąć 
słowa, wreszcie z następną strofą hymn ogarniał wszystkich. 
„Droga  święta"  szła  wzdłuż  morza,  które  w  pierwszych  kilkudziesięciu 
stadiach  przesłaniały  wzgórza."  Wreszcie  rozchyliły  się  odsłaniając  od 
zachodu piaszczyste  wybrzeże.  Parę  rzeczułek przerywało  gościniec, który, 
nie znajdując mostów, zbiegał w dół wyschniętych łożysk; wozy z chrzęstem 
obijały  się  po  kamieniach.  Jedyny  most  leżał  nad  rzeką,  która  w  wysokich 
brzegach  ocaliła  pasemko  wody.  Był  to  Jardanos,  zachowujący  w  swej 
nazwie  wspomnienie  Fenicjan,  okryty  chwałą  kilku  wierszy  Homera 
opowiadających o walce Nestora z Arkady jczykami. 
Słońce skłoniło się ku morzu, gdy pochód stanął u źródeł Piera. 
Z gęstych zarośli sączyła się wąska struga, która o stadion dalej wysychała w 
piaskach.  Tym  włókienkiem  trzymała  się  ludowej  pamięci  dawna  granica 
między  Elidą  i  Pisą,  po  tamtej  stronie  leżał  święty  kraj  Olimpii.  Wszyscy 
zeszli  z  wozów,  jeden  z  kapłanów  wziął  od  służebnika  miesięczne  prosię, 
które kwiczało przeraźliwie. Chwyciwszy je za uszy, głębokim cięciem noża 
rozdarł  gardziel.  Krew  obryzgała  mu  chiton,  reszta  spłynęła  do  źródła, 
mieniąc się na ciemnej wodzie jak refleks zachodzącego słońca. Wszyscy po 
kolei  zanurzali  ręce  w  strumyku,  skraplali  szaty,  spełniając  obrzęd 

background image

oczyszczenia. 
Przenocowano w niedalekich Letrinach. Miasteczko, żyjące z pielgrzymów, 
było jedną gospodą, gdzie każdy znalazł łóżko i dzban doskonałego wina. 
O  świcie  ruszono  dalej,  około  południa  spośród  wzgórzy  wyłoniło  się 
Dyspontion, patrzące na szeroki strumień Alfejosu. Rzeka płynęła środkiem 
ogromnego  łożyska,  rozszczepiając  się  i  wyginając  wśród  mielizn  i  wysp 
obnażonych  letnim  ubytkiem  wody.  Docierały  tu  jeszcze  statki  idące  od 
ujścia,  drogi  z  południa,  Trifylii  i  Mesenii  kończyły  się  u  brodu,  wołano  o 
promy. Ale procesja ominęła ten zgiełk trzymając się prawego brzegu; znów 
ją  zakryły  wzgórza  i  nieoczekiwanie  pojawiła  się  na  oczach  tłumu 
obozującego w dolinie olimpijskiej. 
Powitał ją potężny okrzyk, hellanodikowie wyjechali na czoło pochodu, żeby 
swą purpurą rozwierać ciżbę. Zawodników wzięto w środek orszaku, by ich 
uchronić  przed  natręctwem  wzbierającego  tłoku.  Niektórych  jednak 
poznawano i ludzie z ich miasta wołali ich po imieniu. Konie płoszyły się, 
stawały  dęba,  dostojnicy  zsiedli  z  wozów,  rabduchowie  pomogli  służbie 
odprowadzić  zwierzęta  ku  stajniom.  Gromada  Ateńczyków  porwała  na 
ramiona króla Aleksandra i zaniosła do jego obozu. 
Tymczasem  zawodników  skierowano  do  Altis  i  zamknięto  za  nimi  bramy. 
Hysmon,  który  przy  nich  został,  objaśniał,  gdzie  znajdują  się  baraki 
przygotowane  na  nocleg.  Nikt  go  nie  słuchał,  jak  gdyby  poważny  szum 
świętego gaju odbierał im słuch na wszelkie ludzkie słowo. Sotion stojąc w 
pierwszym szeregu rozglądał się po drzewach, zdumiony. Ścieżka, która mu 
wybiegła  spod  nóg,  o  parę  kroków  dalej  gubiła  się  jak  w  lesie.  Hysmon 
domyślił się, o co mu idzie. 
— Stadion — rzekł — jest po tamtej stronie. Drakon was zaprowadzi. 
Poszli wydłużonym szeregiem. 
Białe topole unosiły na śmigłych pniach szerokie korony, a pod srebrzystym 
drżeniem ich liści oliwki trwały w mądrej ciszy. Ptaki odzywały się z zarośli. 
Gdzieniegdzie  przeglądał  ołtarz  świeżo  wybielony.  Nagle  drzewa  się 
rozstąpiły,  pośrodku  niewielkiej  polany  leżał  pagórek  z  kilku  sosnami  na 
szczycie.  Niski  mur  otaczał  go  pięciobocznym  obwodem.  Był  to  kurhan 
Pelopsa. 
Patrząc  na  ten  zielony  garb,  rozluźniony  przez  deszcze  i  burze  wieków, 
weszli w surowe powietrze mitu. 
Zdawało  się,  że  widzą  króla  Oinomaosa,  z  czarną  brodą,  o  ciemnym 
spojrzeniu  spod  nawisłych  brwi,  jak  wsparty  na  włóczni,  rozważa  tuman 
kurzu  na  drodze.  Obok  stoi  Hipodameja,  jego  piękna  córka,  jasne  włosy 
spadają jej na plecy, ręką przyciska serce i drży słysząc coraz bliższy tętent. 

background image

Znów  jakiś  książę  jedzie  prosić  o  jej  rękę.  Przyszedł,  wita  się  z  królem. 
Krucze włosy wiją się w puklach dokoła śniadej twarzy. Pelops. Przyniosło 
go morze z dalekiej Lidii. Król Oinomaos mówi: 
,, Jeśli zwyciężysz w wyścigach, oddam ci córkę. Albo zabiję cię tą dzidą. 
Przed  tobą  było  trzynastu  i  wszyscy  leżą  w  ziemi."  Zaprzęgają  konie, 
wsiadają,  lecą.  Wiatr  z  nimi.  W  gorącej,  jasnej  umykającej  oddali  słychać 
krzyk.  Hipodameja  zamyka  oczy.  Czyjeś  ręce  na  włosach,  śniada  twarz 
Lidyjczyka tuż przy jej twarzy. Służba wynosi króla z roztrzaskanego wozu. 
— Straszne wyścigi musiały być w tych czasach — odezwał się Telesikrates. 
— Jechało się przez pola, rowy. Chyba nie było hipodromu? 
— Jaki hipodrom! — rzekł Ikkos. — Pierwsze igrzyska, zdaje się, wyprawił 
właśnie Pelops na pogrzebie Oinomaosa. 
— A ja słyszałem od Elejczyków — rzekł Efarmostos — że tu już Dzeus bił 
się  z  Kronosem  o  świat.  Walczyli  po  prostu  jak  zapaśnicy.  Dzeus  położył 
ojca  przerzutem,  potem  urządził  igrzyska,  na  których  Apollon  prześcignął 
Hermesa w biegu. 
— Trudno o tym coś wiedzieć — przerwał Sodamos. — Wtedy może nawet 
jeszcze  ludzi nie  było. Jedno  jest  pewne:  że igrzyska  olimpijskie ustanowił 
Herakles. 
— Który? — zapytał Drakon. 
— A jaki może być inny? 
—  Tu  powiadają,  że  Idajski.  Ten,  co  z  Krety  przyszedł  ze  swymi  braćmi 
Kuretami. 
—  To  jakieś  mętne  podanie.  Był  tylko  jeden  Herakles,  syn  Alkmeny.  On 
wymierzył  stadion  i  urządził  igrzyska.  Przyniósł  topolę  i  oliwkę  z  kraju 
wiecznej wiosny, od Hiperborejczyków znad Istru. 
— Znad Istru? — zdziwił się Filon z Tyras. — To niedaleko naszych stron, 
tam oliwki nie rosną. 
—  Herakles  wziął  szczep  z  naszej  oliwki  ateńskiej  i  tu  zasadził  —  rzekł 
Kallias. 
Ale  Generos,  który  odszedł  o  parę  kroków,  oglądał  jakiś  słup  samotnie 
stojący. 
— Co to jest? 
—  To  był  dom  Oinomaosa  —  odpowiedział  Drakon.  —  Dzeus  go  spalił 
piorunem. 
Całą gromadą obstąpili słup popękany i osmolony. Obok było ogrodzenie z 
kamieni,  jakie  zawsze  kładzie  się  tam,  gdzie  piorun  uderzył.  Wszyscy 
wpatrywali się w ten okruch ziemi, na którym nawet trawa nie rosła, jakby 
się  tu  wiecznie  palił  straszliwy  ogień  boży.  Ich  oczy  zatrzymywały  się  w 

background image

okolu kamieni, błądziły po dwóch ołtarzach stojących w pobliżu, wracały do 
sczerniałego słupa i nikt się nie ruszał, urzeczony tajemnicą tego miejsca. 
A w głębi ziemi tuż pod słupem, tam dokąd nie mógł trafić ich wzrok, leżały 
szczątki  pradawnych  domów,  zlepiska  nie  ociosanych  kamieni  rzecznych, 
zarzucone mnóstwem narzędzi krzemiennych, pospolitych garnków — ślady 
zaginionej ludzkości, z której ocalały tylko kości dziecka ukryte w wielkim 
dzbanie  glinianym.  Pod  warstwami  piasku,  ziemi,  popiołów  tliło  się,  niby 
płomyk  fosforyczny  na  próchnie,  wspomnienie  czasów,  kiedy  Olimpia  nie 
miała  swojego  imienia  i  kiedy  jeszcze  Dzeus  nie  objął  jej  w  posiadanie 
piorunem.  Tam  niewątpliwie,  w  tych  wygasłych  i  nikomu  nie  znanych 
osiedlach, kwitły korzenie wiary, która na powierzchni gaju rosła niejednym 
ołtarzem.  Z  ludzkości,  która  umarła,  zostały  duchy,  demony,  cienie, 
bezimienne  postaci  półbogów,  oderwane  słowa,  mnóstwo  rzeczy 
posiadających  nieskończoną  moc  trwania  i  działania,  nawet  jeśli  nigdy  nie 
istniały. 
Kallias,  potomek  kapłanów  eleuzyńskich,  który  sam  kiedyś  nieść  będzie 
pochodnię,  jak  gdyby  instynktem  dziedzicznym  poczuł  osobliwość  tego 
miejsca,  stulił  trzy  palce  prawej  ręki  bezwiednym  gestem  człowieka 
rzucającego kadzidło na ołtarz. Ale inni już ruszyli dalej, zauważono posągi 
wyglądające spoza drzew. Sotion niecierpliwił się: 
— Na to zawsze mamy czas — i pociągnął za sobą Drakona. 
— Czy to już tutaj? — zapytał, gdy otwarła się równa, szeroka przestrzeń. 
Chłopiec skinął głową. 
Wyszedłszy  z  gaju  mieli  teraz  przed  sobą  jasne  pole,  które  kończyło  się  u 
wzgórzy i u brzegów rzeki. 
— Tam, po prawej ręce — mówił Drakon — widzicie hipodrom. Ciągnie się 
wzdłuż  Alfejosu  aż  do  wzgórza  Pisy.  A  tu,  gdzie  stoimy,  zaczyna  się  już 
stadion, zaraz od wielkiego ołtarza. 
Wielki  ołtarz  Dzeusa  miało  się  po  lewej  ręce  nieco  z  tyłu  i  gdy  się  nań 
obejrzeli, zobaczyli za nim świątynię, a bliżej terasę idącą stopniami w górę, 
na  niej  rząd  małych  świątyń,  a  wyżej  wzgórze  Kronosa  podnosiło  się 
łagodnym stokiem zarosłym sosnami. 
Hipodrom był wyraźnie oddzielony zielonym pasem uczynionym widocznie 
z  nasypu,  który  okryły  krzaki.  Ale  stadion  nie  miał  dokładnego  kształtu. 
Szeroki u podstawy, którą tworzyła linia ostatnich drzew Gaju, zwężał się ku 
wschodowi  —  kawał  płótna,  niezręcznie  wykrojony.  Nie  podobna  było 
odgadnąć, jak się tu wyrysuje prostokąt bieżni. 
Nie  posypano  jej  jeszcze  świeżym  piaskiem,  nawet  nie  wyrównano,  widać 
było  wyrwy  i  rowy,  wyżłobione  strumieniami  deszczów,  które  zimą 

background image

spływały tu ze wzgórza Kronosa. Zawodnicy doznali rozczarowania u brzegu 
tego pola zmarszczek i fałdów. 
Górą  przelatywały  ostre  gwizdy.  Jaskółki  szybowały.  Ich  lot  niedościgły 
przejmował  upojeniem.  Wszystkie  oczy  uwięzły  w  ich  skrzydłach,  serca 
liczyły  niewymierne  chwile  przelotu  od  startu  do  mety.  Wreszcie  głowy 
ociężały  na  zesztywniałych  karkach,  westchnęło  w  nich  znużenie 
dwudniowego pochodu. 
Weszli  z  powrotem  do  Altis.  Lecz  była  to  jakaś  inna  droga  i  w  pewnym 
miejscu Drakon rzekł szeptem: 
— Kallistefanos. 
Rosło  tu  jednak  więcej  drzew  oliwnych  i  nie  wiedzieli,  które  z  nich  jest 
„tym,  co  daje  piękne  wieńce".  Chłopiec  wskazał  im  jedno,  stojące  osobno, 
stare,  pogięte,  zgrzybiałe.  Z  pnia  spękanego  szczelinami  wyrastały  dwie 
gałęzie,  węźliste  jak  nabrzmiałe  mięśnie,  i  na  kształt  ramion  otwartych 
podawały słońcu ofiarę swej szarej zieleni. 
To  więc  było  Kallistefanos.  Tym  imieniem  matki  usypiały  synów.  Tyle  do 
niego  przylgnęło  marzeń,  że  gdyby  szczytem  sięgało  nieba  i  było  całe  ze 
złota,  mniej  wydawałoby  się  dziwne  niż  w  tym  zwyczajnym,  ubogim 
kształcie.  Pokryte  mchem,  rojące  się  od  mrówek,  sypiące  próchnem  z 
dziupli,  rozczulało  swą  sędziwością,  było  jak  sam  siwy  czas.  W  jednym 
miejscu  snuła  się  pajęczyna,  zupełnie  jak  wtedy,  gdy  wyrocznia  delficka 
odpowiedziała  królowi  Ifitosowi:  ,,Zwycięzcom  dasz  wieńce  z  tej  oliwki, 
którą znajdziesz w Gaju pod przędzą pająka." 
Lekki  wiatr  otwierał  skąpą  koronę  drzewa,  widziało  się  każdą  witkę 
oddzielnie,  przeginały  się  nie  poruszając  drobnymi  liśćmi,  można  je  było 
policzyć,  na  pewno  nie  starczyłoby  nawet  dla  połowy  tych,  którzy  je  teraz 
ogarniali  żarliwym  spojrzeniem.  Obok  był  ołtarz  Nimf,  które  pilnowały 
świętego  drzewa.  Po  kilku  krokach  Drakon  wyprowadził  ich  na  drogę 
procesyjną,  która  kończyła  się  u  bramy  wejściowej.  Otworzył  im  jeden  z 
rabduchów  i  oto  już  były  baraki,  a  nie  opodal  Buleuterion,  gmach  Rady, 
ukazywał absydy swoich dwóch skrzydeł. Hałaśliwy tłum cisnął się dokoła 
budynku. 
— Co się tam dzieje? — zapytał Sotion. 
—  Nie  wiem  —  odpowiedział  Drakon.  —  Jakieś  sprawy.  Tam  siedzi 
epimeletes, który zarządza skarbem olimpijskim. 
Ale  nie  szło  w  tej  chwili  o  skarb  olimpijski.  Tłum  poruszyło  zjawienie  się 
dwóch ludzi, którzy nie witając się z nikim zniknęli w Buleuterionie. Starego 
nikt nie znał, imię młodego było na wszystkich ustach: Teagenes z Tasos. 
W  ostatniej  olimpiadzie  zapisał  się  do  pankrationu  i  pięściarstwa. 

background image

Zawodników  z  powodu  wojny  było  niewielu,  ale  w  walce  na  pięści  miał 
Teagenes silnego przeciwnika: Eutymosa z Lokrów. Na koniec uderzył go w 
palce otwartej lewej ręki, wywichnął ze stawów i zwyciężył. Był jednak tak 
wyczerpany,  że  nie  mógł  już  podjąć  walki  w  pankrationie,  gdzie  był  tylko 
jeden  przeciwnik,  Arkadyjczyk  Dromeus  z  Mantinei.  Dromeus  dostał 
wieniec,  jak  się  to  mówi,  „nie  dotknąwszy  piasku".  Teagenesa  uznano 
winnym  gorszącego  zamieszania.  Po  cóż  zapisywał  się  do  podwójnych 
zawodów,  nie  obliczywszy  się  z  siłami!  Zgrzeszył  próżną  chełpliwością, 
obraził  Dzeusa,  skazano  go  na  grzywnę:  miał  zapłacić  talent  srebra  do 
skarbca  olimpijskiego  i  drugi  talent  Eutymosowi.  Powodów  wyroku  nie 
znano,  można  się  było  domyślać,  że  hellanodikowie  chcieli  w  ten  sposób 
uczcić Eutymosa, który już był olimpionikiem. 
I  oto  Teagenes  stał  przed  epimeletesem  i  spłacał  grzywnę.  Przyniesiono 
wagę. Brązowa szala dzwoniła srebrem w różnych monetach i oddzielnych, 
niestemplowanych kawałkach. Razem z próbą metalu trwało to długo, kilka 
monet  odrzucono  jako  bez  wartości.  Towarzysz  Teagenesa,  krępa  postać  o 
rysach  fenickich,  po  krótkim  targu  wyłożył  nowe  sztuki.  Był  to 
przedstawiciel  rządu  tazyjskiego,  który  za  swego  olimpionika  płacił 
grzywnę. Po skończonym obliczeniu zapytano o pieniądze dla Eutymosa. 
— To już z nim sam załatwię — rzekł Teagenos i wyszedł. 
W nieobjaśniony sposób wszystko, co się działo w Buleuterionie, przeniosło 
się nieomal jednocześnie do tłumu, a przez tłum do zawodników, którzy stali 
przy swoich barakach. 
— Jestem pewny, że nie da mu ani obola — rzekł Ikkos. 
— A co? 
— Może mu ofiarować coś, co warte jest talent srebra. 
Drakon, który nie znał Ikkosa, miał odwagę zapytać: 
— Co masz na myśli? 
— A co byś powiedział, gdyby, ci Teagenes obiecał, że nie będzie więcej z 
tobą walczył? Pozwolę się wam nazwać żerdką do podpierania fasoli, jeżeli 
Teagenes zapisze się do pięściarzy. 
Ale to już zbyt blisko dotyczyło Menaikesa: 
— Sądzisz, że Eutymos?... 
— Tak, śliczny Opuntyjczyku, będziesz miał z nim do czynienia. 
Tłum  odpłynął  spod  Buleuterionu,  wzgórza  zbierały  noc  nad  doliną. 
Zawodnicy weszli do baraków. 
Długi prostokąt z desek, dwa szeregi łóżek rozdzielone wąskim przejściem, 
zamiast  czwartej  ściany  płótno,  zastępujące  drzwi.  Pachniało  świeżym 
drzewem. Przez rzadki dach przeciekały gwiazdy. Obóz pod Olimpią huczał 

background image

gwarem, niekiedy wyrywał się głośniejszy krzyk, bliski śmiech, nuta pieśni. 
Zawodnicy  wsłuchiwali  się  w  te  hałasy  szukając  w  nich  znaków 
wróżebnych, one zaś milkły, zapadały w ciszę nocną; złożoną z szumu rzeki, 
rechotu  żab,  śpiewu  świerszczy.  Ciała,  opite  tlenem,  tonęły  w  sen  bez 
marzeń. 
Nazajutrz,  dwunastego,  był  dzień  wolny.  Hellanodikowie  poszli  na 
posiedzenie Rady, zawodnicy nie mieli żadnych obowiązków. Zanim zdołali 
rozważyć  tę  swobodę,  baraki  zalał  tłum,  który  od  świtu  kłócił  się  z 
rabduchami  pod  Buleuterionem.  Powstał  wrzask,  zamęt,  rozpychano  się, 
potrącano,  obcy  ludzie  wskakiwali  na  łóżka,  krzyczano  imiona,  które 
powtarzały  się  i  wywoływały  pomyłki,  było  dużo  śmiechu,  raz  wtargnęło 
czyjeś  łkanie.  Kończyły  się  tu  bowiem  długie  rozłąki  bez  wieści,  pełne 
niepokojów.  Od burz,  korsarzy,  od nieprzewidzianych  zdarzeń  zależało,  by 
na zawsze rozdzielić ręce, które teraz w uściskach odnajdywały ojca, brata, 
przyjaciela.  Jakiś  starzec  przedzierał  się  przez  tłum  i  wołał:  —  Mnaseas! 
Mnaseas! — coraz głośniej. Dopóki miał do zwalczania gwar, starczyło mu 
siły  w  płucach,  ale kiedy  wreszcie zupełna  cisza  rozpostarła się  przed  jego 
krzykiem,  zawirował  w  jednym  spojrzeniu  przerażonych,  wytrzeszczonych 
oczu, otwartymi oniemiałymi ustami chwycił powietrze i padł bez zmysłów. 
Zabrano  go  i  wszyscy  wyszli  do  obozu.  Został  jeden  Ergoteles.  Stara 
ojczyzna  nie  upomniała  się  o  niego,  w  nowej  miał  jeszcze  zbyt  płytkie 
korzenie.  Dom,  żona,  syn  w  kołysce,  pole  przynoszące  tysiące  medymnów 
pszenicy, jeńcy kartagińscy przy żarnach — oto wszystko, co ma na świecie, 
pod tym niebem, którego nie widział żaden z jego przodków, na tej dalekiej 
ziemi, w której nikt z nich nie leży. Zbyt mało znaczy człowiek, gdy tylko 
własny  cień  ma  za  towarzysza.  Cztery  zgłoski,  które  składają  się  na  jego 
imię,  są  dość  pospolite,  a  jednak  nikt  ich  dziś  nie  wymówił,  nawet  przez 
pomyłkę. 
Zawołano go nagle. Sotion stał przy nim. — Byłem w obozie — mówił. — 
Przywitałem się z ojcem, potem z jednym stryjem, potem z drugim stryjem, z 
trzecim stryjem, potem było sześciu wujów i niepojęta liczba drobniejszych 
krewnych.  Cały  Tarent  trzymałem  w  objęciach.  Zjadłem  po  dwa  ciastka  w 
każdym  namiocie.  Wino  wylewałem  bogom  i  teraz  nowa  rzeka  płynie  do 
Alfejosu.  Na  Dzeusa!  tysiąc  trzysta  i  dwadzieścia  sześć  kuksańców 
przyjacielskich w same brzuchy, nie licząc tego, co trzepnąłem po udach, po 
plecach. Uciekłem. Ty nie masz pojęcia, co się tam dzieje! Sodamos od razu 
pokłócił  się  z  bratem  o  jakieś  stołki,  których  tamten  nie  przywiózł.  Ikkos, 
zdaje  się,  znalazł  swoich  opiekunów,  bo  widziałem,  jak  splunął  w  strony 
dwóch starców. Telesikrates ciągnął mnie do swego ojca, ale się wyrwałem. 

background image

Widziałem  tylko  z  daleka  jego  namiot.  Zajechałbyś  tam  czwórką  koni, 
możesz mi wierzyć! 
Ergoteles pochylał się nad jego prędkimi, niewyczerpanymi słowami jak nad 
strumieniem górskim. Świeżość lasu była w jego oddechu. Roześmiane oczy 
mieniły  się  zielonymi  plamkami  światła  przesianego  przez  koronę  jaworu. 
Chlamida  okrywała  jego  słoneczne  ciało  białym  obłokiem.  Ruchliwy  jak 
wiatr, co chwila burzył ją, wzbijał gestami rąk, lekka materia wzdymała się 
na kształt dzwonu i smagła nagość grała połyskiem brązu. 
— Gdzie Gerenos? 
— Od rana chodzi po Olimpii, jakby szukał czegoś, co zgubił w poprzednim 
życiu. 
—  A  może  i  my  pójdziemy?  Spotkałem  tu  człowieka,  który  mi  obiecał 
pokazać świątynię. 
— Jaką? 
— Hery. Tu nie ma innej. 
To  był  głos  człowieka,  o  którym  mówił  Sotion.  Nie  wiadomo,  skąd 
przyszedł,  zdawało  się,  że  wyrósł  z  ziemi,  nagle  i  cicho  jak  grzyb.  Był  to 
kleiduchos,  odźwierny  świątyni,  i  swą  godność  nosił  w  wielkim  żelaznym 
kluczu,  przewieszonym  przez  ramię  na  rzemieniu.  Prowadził  ich  tą  samą 
drogą,  którą  szli  wczoraj  z  Drakonem.  Drzewa  były  pełne  wotów,  czego 
przedtem nie zauważyli. 
Wszędzie  wisiały  drobne,  na  kształt  dziecinnych  zabawek,  wózki,  kółka, 
dwusieczne  topory,  miecze,  hełmy,  tarcze,  ostrza  włóczni,  trójnogi, 
cymbałki,  diademy,  agrafy,  naramienniki,  kolczyki,  pierścienie,  grzebienie; 
tu  i  owdzie  mały  człowieczek  z  brązu,  zaczepiony  o  gałązkę  haczykiem 
wyrastającym  mu  z  głowy,  wyrażał  pamięć  o  jakimś  zwycięzcy  z  czasów, 
kiedy  jeszcze  nie  było  posągów;  niekształtne  figurki  koni,  o  cienkich 
nóżkach  i  zbyt  wielkich  głowach,  opowiadały  o  zamierzchłych  wyścigach; 
kobiety  ulepione  z  gliny  tańczyły  kołem  trzymając  się  za  ręce;  niekiedy 
jeszcze  dawniejszy  kształt  ludzki  kołysał  się  podobny  do  dzwonka,  albo 
postać ze ściśniętymi nogami, z rękoma założonymi na piersiach, wypukłych 
jak główki od szpilki, z twarzą bez ust i oczu, przeciętą tylko długim nosem, 
wyobrażała odwieczną boginię miłości i życia. Wśród rodzimego pospólstwa 
hipopotam,  sfinks  albo  asyryjski  demon  skrzydlaty  wyrywał  się  nagle  jak 
okrzyk w obcym języku. 
Śniedź  pokrywała  te  okruchy  brązu,  które  swą  zielenią  wrastały  w  zieleń 
oliwek,  topoli,  platanów,  niby  jakieś  dziwne  owoce,  sięgając  najwyższych 
gałęzi.  Spotykało  się  je  i  na  ziemi,  strącone  wiatrem,  które  kleiduchos 
podnosił  i  zawieszał  z  powrotem.  W  ich  nieprzebranym  mnóstwie  wyrażał 

background image

się  ogrom  minionego  czasu  i  dwaj  zawodnicy  szli  jak  przez  mgłę  widm, 
spokojni, czując za sobą rzeszę umarłych, którzy mogą ich wesprzeć. 
Herajon  był  tuż  za  Pelopionem.  Stara  budowla  wspierała  się  na  grubych 
słupach  dębowych,  a  w  ich  czarnym  szeregu  odcinała  się  strumieniem 
jasności jedna kolumna z kamienia, którą wstawiono w miejsce zbutwiałego 
słupa.  Od  strony  wzgórza,  jak  mówił  kleiduchos,  było  już  dziesięć  takich 
kolumn. 
— Tam od północy więcej szkodzą im deszcze. 
Ponad słupami szło belkowanie drewniane, podtrzymujące spadzisty dach o 
gzymsach  z  palonej  gliny,  malowanych  w  czerwone,  błękitne,  jasnożółte 
linie,  gałązki,  kwiaty.  Rynny  kończyły  się  głowami  lwów  o  paszczach 
rozwartych.  Po  paru  stopniach  weszli  do  przedsionka  i  kleiduchos  zanurzył 
w zamku swój klucz żelazny. Wysokie, okute brązem drzwi otwarły się do 
środka  i  wtargnęła  przez  nie  ostra  smuga  światła.  Zatrzymała  się  o  kilka 
kroków od progu, jakby onieśmielona mrokiem długiego wnętrza, które dwa 
rzędy  kolumn  dzieliły  na  trzy  nawy.  Nad  nimi  podnosił  się  strop  w 
krzyżowaniu  grubych  belek.  Ściany  na  podmurowaniu  kamiennym  były  z 
cegieł,  które  szarożółtymi  plamami  przeglądały  spod  wytartego 
gdzieniegdzie stiuku. 
— Pod posadzką jest ziemia wzięta ze szczytu Kronionu — rzekł kleiduchos. 
Jednocześnie uczynił gest, że mogą wejść dalej, poza linię światła. 
W głębi świątyni, tuż przy ścianie z piedestału zajmującego całą szerokość 
środkowej nawy, wznosił się posąg Dzeusa. Bóg stał, oparty na berle jak na 
włóczni,  w  hełmie  na  głowie.  Był  to  Dzeus  Areios,  surowy  bóg  dawnych 
czasów, bóg pierwszych wieków Olimpii. Obok zaś na tronie siedziała jego 
siostra-żona. 
Kamienna bogini miała na głowie polos uwity z liści, a włosy okryte siatką 
falowały nad czołem rzędem płaskich loków. Spod wysokich brwi patrzyły 
szerokie oczy z białej i niebieskiej emalii. Cienkie proste usta uginały się w 
dwa  dołki  w  kącikach  warg  i  rodził  się  w  nich  uśmiech,  który  pełny  owal 
twarzy  obdarzał  dobroduszną  życzliwością.  Od  złoconego polosu,  od siatki 
czerwonej  i  równie  czerwonych,  nieco  jaśniejszych  włosów  spływało 
światło. 
Resztę postaci ukrywał peplos, którego ciężkie hafty opadały do stóp posągu. 
— Możeście widzieli w Elidzie — odezwał się kleiduchos — dom na rynku, 
gdzie  mieszka  szesnaście  kobiet.  To  są  kapłanki.  One  tam  tkają  i  haftują 
peplos dla bogini,  który  przynoszą  co  cztery  lata,  w  święto  Herajów.  Starą 
szatę oddaje się do skarbca. A tu jest dysk Ifitosa. 
Nie można było powiedzieć rzeczy ważniejszej głosem bardziej obojętnym. 

background image

Obaj  zawodnicy  pochylili  się  nad  krążkiem  brązu  leżącym  na  trójnogu. 
Słowa  drogocennego  napisu  tkwiły  w  metalu,  jak  głos  ludzki,  w  czarnej 
burzliwej  nocy,  i  swym  jaśniejszym  zarysem  wydobywały  się  na  kształt 
niezrozumiałego  szeptu.  Litery  zazębiały  się  o  siebie,  krzywiły  w  obiegu 
koła,  i  to,  co  zdawało  się  być  początkiem  wyrazu,  okazywało  się  końcem 
innego,  który  znów  nie  miał  początku.  Oczy  zaszły  łzami,  nie  widzieli  już 
nic. Ergoteles dotknął ręką dysku. Gdy ją cofnął, Sotion ujął brąz, jakby go 
chciał  unieść.  Ale  tylko  trzymał  na  nim  dłonie,  na  całej  tarczy  pisma, 
rzekłbyś, kapłan odbierający przysięgę sojuszu. 
— Chodźmy — rzekł kleiduchos — pokażę wam skrzynię Kypselosa. 
— Daj się w niej zamknąć! — krzyknął Sotion.  
Olimpia  była  pełna  głosów.  Słyszało  się  zgrzyt  wiader  u  studni,  gdzieś 
otwarto cysterny i woda biegła z szumem do kanałów, które ją roznosiły po 
całym  Altis.  W  rogu,  między  murem  a  prytanejonem,  ksyleus,  drwal 
świętego  okręgu,  ciął  równe  polana,  według  tradycyjnej  miary,  z  drzewa 
białej  topoli.  Skrzypiały  wozy  wiozące  piasek  na  stadion.  Kilkunastu  ludzi 
wyrównywało  pomarszczoną  ziemię.  Kierował  nimi  Hysmon.  Obchodził 
teraz  część  już  zasypaną  i  co  parę  kroków  wbijał  palec  w  ziemię,  mierząc 
grubość warstwy piasku. 
— Stary czuje w palcach nasze bose nogi — szepnął Sotion. 
Ze wszystkich ścieżek nadchodzili ludzie, zawodnicy ze swoimi krewnymi. 
Hysmon  odpędził  ich,  żeby  nie  przeszkadzali  w  robocie.  Odsyłał  ich  do 
kamienia Bybona, do posągów. 
Kamień  Bybona  leżał  tuż  pod  Herajonem.  Był  to  obły  kawał  czerwonego 
piaskowca, na którym wyryto napis: 
„Bybo, ująwszy mnie jedną ręką, przerzucił przez głowę." 
W  kamieniu  były  dwie  szpary  jakby  dla  uchwytu.  Ten  i  ów  zdołał  go 
udźwignąć  na  wysokość  kolan,  lędźwi,  nie  było  mowy,  żeby  ktokolwiek 
mógł nim rzucić swobodnie. Ikkos, który skądś nadszedł i przypatrywał się 
zabawie, zawołał: 
— Poszukajcie Gerenosa! 
Naukratyjczyk znalazł się rzeczywiście i bez słowa zbliżył się do kamienia. 
Nie mógł wsunąć w szparę całej dłoni, weszły zaledwie trzy palce. Podniósł 
kamień szybko na wysokość piersi, potem obrócił go w dłoni i w chwili gdy 
zdawało  się,  że  mu  się  wyśliźnie,  nagłym  pchnięciem  odrzucił  go  o  parę 
kroków. 
Ikkos odezwał się do Eurymenesa: 
— Pilnuj się, żeby ci on kości nie połamał w zapasach. 
— Zostawcie to — przybiegł Alkimidas — pokażę wam coś lepszego. 

background image

I już szli za nim w tym dniu bezczynnym, miotani jak liście na wietrze. 
— To jest mój pradziad — rzekł Egineta. Był to Praksidamas, zwycięzca w 
59  olimpiadzie.  Wycięty  z  pnia  cyprysowego  drzewa,  cały  w  ciemnych 
smugach,  chropowaty  od  deszczów,  wiatru  i  słońca  trwał  w  bezruchu  z 
przyciśniętymi  do  ud  rękami,  na  których  grubą  pozłotą  wymalowano 
rzemienie  pięściarskie.  Pośrodku  czoła  rysowało  się  pęknięcie,  niby 
zmarszczka  trzech  ćwierci  stulecia.  Alkimidas  chciał  w  nim  widzieć 
podobieństwo.  Nie  było  żadnego.  Drewniany  Praksidamas  miał  głowę 
okrągłą,  szeroką  twarz  rozciągniętą  nieprzytomnym  uśmiechem  i  patrzył 
wypukłymi  oczyma  z  niebieskiego  szkliwa,  które  dawały  twardy,  niemal 
martwy połysk. Podobny był jedynie do Reksibiosa z Opuntu, którego nigdy 
za  życia  nie  widział,  a  który  teraz  stał  obok  niego  na  sąsiednim  cokole, 
wyrżnięty w klocu figowym, zwycięzca młodszy o dwie olimpiady. 
Idąc skrajem świętego gaju, od domu Oinomaosa, spotykali rzędy posągów, 
których piedestały nosiły imiona żyjące w pamięci zawodników. Powtarzano 
je głośno jak litanię: Frikias z Pelinny! Eutelidas ze Sparty! Fanas z Pellene! 
Damaretos z Herai! Milon z Krotony! Ze wszystkich patrzyły te same oczy 
wypukłe,  uśmiechały  się  te  same  wargi  mięsiste,  wycięte  w  czerwonej 
miedzi, tak samo włosy wiły się nad czołem w gwiazdki i kółka, a opadały 
na  plecy  sztywno  jak  klaft  egipskich  bogów.  Po  hełmach  poznawano 
hoplidromów,  dysk  był  godłem  pentatlonu,  niekiedy  pięściarz  lub  zapaśnik 
czynił  ruch  ostrożny  i  nieśmiały,  stłumiony  szept  tej  siły,  która  mu  dała 
zwycięstwo. 
Przeważały  postacie  sztywne  i  wyprostowane,  o  tułowiach  zbyt  długich,  o 
piersiach  zbyt  skąpych,  jakby  ludzie  z  wygasłej  rasy,  którą  wiódł  w  cień 
czasu  stary  Hermes,  owinięty  w  chiton  i  chlamidę,  w  hełmie  na  głowie,  z 
barankiem  pod  pachą.  Ale  oto  Dzeus  Metapontyjczyków  wielkim  krokiem 
szedł w nowe czasy. W wyciągniętej prawicy trzymał piorun, na lewej dłoni 
siedział orzeł z na pół rozpostartymi skrzydłami, jakby gwałtowny ruch boga 
podnosił  go  do  lotu.  Następowały  po  nim  posągi,  których  kształty  coraz 
bardziej się wyokrąglały, traciły swą martwość, co chwila ktoś z zachwytem 
dostrzegał  wyborne  mięśnie  brzucha,  kolano  jędrnie  osadzone,  śmiałą 
krzywiznę uda. Z dwóch piedestałów rwały się konie, połyskujące świeżym 
brązem,  o  grzywach  błękitnych,  sterczących  jak  grzebień  hełmu.  Wreszcie 
olbrzymi  Herakles  z  łukiem  i  z  maczugą  pędził  do  jakiejś  bitwy  w  wozie 
fenickiego Melkarta. 
Wysokopienny gaj kształtów ludzkich i boskich był podszyty mnóstwem płyt 
kamiennych,  które  wciskały  cię  w  każde  wolne  miejsce.  Wyryto  na  nich 
napisy  dotyczące  praw  i przywilejów olimpijskich, słowa  wdzięczności  lub 

background image

pochwały.  Miasta  i  plemiona  ogłaszały  traktaty  i  sojusze,  Anaitowie  i 
Metapiowie  zobowiązywali  się  do  pięćdziesięcioletniego  rozejmu,  potężny 
Selinus  brał  pod  swą  opiekę  wygnańców  w  Megary,  na  pociemniałym  od 
starości  kamieniu  Elijczycy  i  Herajczycy  zawierali pokój  stuletni.  Zamykał 
to  wszystko  niby  ostatnie  słowo  hymnu  olbrzymi  blok  marmuru  ze  spisem 
narodów, które walczyły pod Platejami. 
Stali  u  brzegu  drogi  procesyjnej,  za  którą  już  był  mur  Altis.  Przejęło  ich 
uczucie  niedostatku.  Jedna  świątynia,  parę  kaplic,  trochę  posągów, 
kilkadziesiąt ołtarzy, ukrywających pospolity kamień pod świeżym wapnem 
—  dało  się  to  unieść  niby  lekki  tobołek  najniezbędniejszych  rzeczy. 
Doskonałość ich ciał nie doznawała zaspokojenia wobec tej sztuki, która nie 
umiała jej sprostać. 
A  o  dwa  kroki  od  ich  rozczarowania,  w  głębi  gaju,  Libon  z  Elidy, 
budowniczy, rozmawiał z sekretarzem Rady Olimpijskiej: 
—  ...wyciąć  te  drzewa.  Sześć  platanów,  osiem  topoli,  trzynaście  oliwek. 
Kallistefanos  znajdzie  się  pod  opistodomem.  Świątynia  będzie  miała 
dwieście stóp długości nie licząc terasy wejściowej, która zresztą będzie już 
poza gajem. Pokażę ci rysunki. 
Ponad  skromną,  starą  Olimpią  budowała  się  nowa  w  przestworzu,  w 
niebieskiej puszczy, w tej magnetycznej nicości, gdzie na kształt błyskawicy 
rodzi  się  myśl  epoki.  Świeży  czas  nadciągał,  dusze  orzeźwiały  się  jak  pod 
napływem  ozonu.  Szerzyła  się  jakaś  błogość  niby  wielkie  szczęście  z 
odzyskanego  ładu,  z  wojny  zwycięskiej,  z  nadmiaru  sił;  oglądano  się  za 
nowym  kształtem  życia.  Było  go  wszędzie  pełno,  w  pewnych  chwilach 
nabierało  się  dotkliwego  wrażenia,  że  wokół  tłoczą  się  formy,  jakby 
rzeczywistość  została  opanowana przez  świat nienarodzony.  Ludzie, którzy 
go mieli stworzyć, ukrywali się w tłumie, Perikles skończył dwadzieścia lat, 
Fidiasz,  Myron,  Poliklet  chodzili  po  Olimpii  nieznani.  We  wnętrzach  gór 
prężyły się marmury, które jutro wyzwolą się ze swego kamiennego snu, w 
łomach  Pentelikonu  istniały  już  wszystkie  atomy  Partenonu,  w  śnieżnym 
łonie wyspy Paros dojrzewało młode piękno. 
 
V. Gałązka dzikiej oliwki 
Nazajutrz o świcie składano ofiarę Hestii.  
W  prytanejonie,  który  w  każdym  osiedlu  greckim  jest  jakby  pierwszym 
domem, pali się akamatonpyr — „nieznużony", niewygasający ogień. Czujny 
i  niepokalany,  wyobraża  dziewiczą  boginię,  która  jak  gwiazda  wieczyście 
nieporuszona  siedzi  pośrodku  olimpijskiego  domu  bogów.  Poczęty  w 
świszczącym  obrocie  dwóch  drewien,  w  zaraniu  czasów,  nie  może  być 

background image

odnowiony inaczej, jak tylko owym ruchem powrotnym. Polana białej topoli, 
dzień  i  noc  płonąc,  usypały  wzgórek  popiołu,  który  tylko  raz  w  roku,  w 
miesiącu  Elafios,  odmiata  się,  zbiera  i  wynosi  na  ołtarz  Dzeusa.  Ciężkimi 
kamieniami obłożono popielisko, by go nie rozniósł wiatr wdarłszy się nagle 
przez  otwarty  pułap.  Czworoboczna  sala,  w  której  mieści  się  ołtarz,  jest 
ciasna  i  wysoka,  czarna  od  sadzy  i  dymu  jak  komin.  Kapłan  rozgarnia  na 
wpół  zwęglone  głownie,  które  przez  noc  okrywały  zarzewie.  Jest  zawsze 
chwila niepokoju, czy drobne czerwone plamki ocalałe w popiołach rozjarzą 
się  i  trysną.  Rzuca  się  zeschłe  liście  oliwne,  które  kurczą  się  zwijają, 
wróżbita  z  natężeniem  wsłuchuje  się  w  nieuchwytny  szept  ich  śmierci.  Na 
nową garść liści spada kropla oliwy, syczy, podnosi się włókienko gryzącego 
swądu,  kapłan  nachyla  się  i  cuci  zdrętwiały  płomień  własnym  tchnieniem. 
Pod jego wydętymi wargami drży grzywka ognia. Wtedy otwiera ramiona i 
resztą  oddechu  zaczyna  hymn.  Śpiewa  powoli  i  dobitnie,  aby  nie  spłoszyć 
prastarego  dźwięku  słów,  wzywa  wszystkich  bogów  helleńskich  i  obcych, 
herosów i ich żony, bohaterów wędrówek, wojen i podbojów. 
Tymczasem na drugim krańcu Altis, w południowym skrzydle Buleuterionu, 
zawodnicy stoją przed hellanodikami. Rozdziela ich rząd kolumn, które idą 
przez  środek  sali.  Kapros  przewodniczy  kolegium  sędziów  siedząc  między 
dwoma  ,,nomofylakes".  W  ręku  trzyma  leukoma,  białą  tablicę,  z  której 
odczytuje  imiona  zawodników  i  rodzaj  walki.  Po  raz  pierwszy  słyszą  jego 
głos,  krótki  i  porywczy  jak  głos  wodza.  Mijają  chwile  przejmującej 
niepewności,  nikt  nie  może  opanować  drżenia  na  myśl,  że  z  jakichś 
powodów  jego  imię  nie  zostanie  odczytane.  Spokojni  są  tylko  dawni 
olimpionikowie.  Stoją  w  pierwszym  szeregu,  a  ich  beznamiętne  twarze 
wschodzą jak gwiazdy na tym wzburzonym firmamencie. Wśród ich białych 
chlamid wyróżniają się ozdobne płaszcze książąt. 
Imię  Astylosa  otwiera  listę  i  trzykrotny  zwycięzca  zapisuje  się  do  biegu  w 
zbroi. 
—  Eutymos,  syn  Astyklesa,  z  Lokrów  Italskich  —  pięściarstwo  —  mówi 
Kapros. 
Teagenes przy swoim nazwisku rzuca prędko: — Pankration! 
Ikkos  trąca  łokciem  Kalliasa,  który  stoi  przy  nim.  Ateńczyk  kiwa  głową  i 
próbuje się uśmiechnąć. 
Przychodzi kolej na książąt, którzy liczą po kilka zwycięskich wyścigów, i 
nareszcie zaczyna odpowiadać gimnazjon elidzki. Przy imieniu Spartańczyka 
Ladasa,  który  przyszedł  najpóźniej,  hallanodikowie  naradzają  się  szeptem, 
brak mu bowiem kilku dni do pełnego miesiąca ćwiczeń w Elidzie. Kapros 
nachyla się do jednego ze „stróżów prawa" i słychać, jak ten mówi: 

background image

— Odbywać ćwiczenia w Elidzie to nie żadne prawo, lecz zwyczaj. 
—  Ale  który  już  stał  się  prawem  —  powiada  Onomastos.  —  Jakżebyś 
inaczej odróżnił plewy od ziarna? 
—  To  możesz  widzieć  z  jednego  spojrzenia  —  staruszek  wskazuje  na 
Ladasa. 
— Ma już zwycięstwo w Nemei i w Istmiach — odzywa się drugi. 
Kapros rozstrzyga krótkim skinieniem, podnosi głowę i patrzy na biegacza. 
Ladas bierze to za pytanie i mówi: 
— Długi bieg. 
Ale  Kapros  nie  zdejmuje  z  niego  wzroku,  przez  chwilę  okrąża  jego  głowę 
uważnym,  pełnym  troski  spojrzeniem.  Spartanin  blednie.  Kiedy  zawodnicy 
zaczynają się rozchodzić, on jeszcze nie może ochłonąć. 
—  Co  on  we  mnie  zobaczył?  —  pyta  Gerenosa.  Naukratyjczyk  przystaje 
jakby ogłuszony pytaniem, rozkłada ręce. 
— Kapros — mówi — jest z rodu Klytiadów, jasnowidzów. 
Ale  obaj  toną  w  szmerze,  który  ich  otacza.  Sodamos  szepce,  że  kogoś  nie 
wywołano.  Nie  wiadomo  kogo,  czuje  się  tylko  brak  imienia,  którego  w  tej 
chwili nikt nie może sobie przypomnieć. 
Ze stopni Buleuterionu wchodzą w tłum, który się rozstępuje. 
Między jednym a drugim skrzydłem gmachu znajduje się sala, z trzech stron 
otoczona  murem,  otwarta  na  wschód,  nie  okryta  dachem.  Tworzy  surowy 
kwadrat  samych  kamieni,  kamieni  ścian  i  posadzki,  i  tylko  w  środku  stoi 
ołtarz.  Nie  pobielony,  odsłania  błękitnawą  szarość  wapniaka,  który 
zbudowały miriady małży, wciąż jeszcze widoczne w swych nie strawionych 
przez  czas  skorupach.  Czarne  plamy  krwi,  nie  zmyte  przez  deszcze,  nie 
wypite przez słońce, trwają od ostatniej olimpiady. 
Na tym ołtarzu panuje Dzeus Horkios, patron przysięgi. 
Kapłan  rozpalił  ogień  głownią  wziętą  z  ołtarza  Hestii  i  teraz  dorzuca 
świeżych drew. Zawodnicy wchodzą i ustawiają się po obu stronach ołtarza, 
osobno mężczyźni, osobno chłopcy. Pierwsi odrzucili chlamidę tak, że prawe 
ramię odsłania się nagie i swobodne. U chłopców chlamida opada równo w 
dół, okrywając ramiona, które im są niepotrzebne: w ich imieniu przysięgać 
będą ojcowie, a jeśli nie ma ojca, stryj albo starszy brat, albo ktoś z dalszych 
krewnych.  Ci  stoją  za  gromadą  chłopców.  A  pod  trzecią  ścianą  oczekują 
trenerzy. 
Z  wejściem  hellanodików  zaczyna  się  zgiełk  w  tłumie,  który  zalega  całą 
przestrzeń  między  Buleuterionem  a  mogiłą  Hipodamei.  Rabduchowie 
krzyczą domagając się wolnego przejścia, wywijają laskami, w końcu udaje 
się  im  utworzyć  pomiędzy  dwoma  szeregami  ludzi  szeroką  ulicę.  U  jej 

background image

wylotu słychać ryk, służba kapłańska prowadzi dzika. 
Zwierzę, uległe dziwnemu przeczuciu, porwało się o krok od ołtarza. Dwóch 
ludzi  trzymało  je  na  łańcuchach,  umocowanych  do  zawiłej  obroży, 
opasującej pachwiny przednich nóg, kark i część brzucha. Dzik szarpał się, 
wymierzał kłami oślepłe ciosy, wreszcie wparł w ziemię racice. Ale że szło 
mu  głównie  o  to,  by  nie  podejść  do  ołtarza,  nie  zważał,  gdy  go  łańcuchy 
podciągnęły w górę. Stracił wprawdzie oparcie w przednich nogach, które na 
chwilę  zawisły  w  powietrzu,  lecz  zadnimi  trzymał  się  dzielnie.  Całkowicie 
pochłonięty  tą  sprawą,  nie  wydał  nawet  ryku,  kiedy  nóż  rozpłatał  mu 
odsłoniętą  szyję.  Zwalił  się  z  głuchym  rzężeniem  i  od  razu  nogi  mu 
zesztywniały.  Zdjęto  obrożę  i  łańcuchy,  otwarto  wnętrzności  i  kapłan 
wykroił  płuca,  serce,  wątrobę.  Oddarł  kawał  skóry,  owinął  weń  krwawiące 
mięso  i  położył  na  ogniu,  który  przyjął  je  z  trzaskiem,  sykiem  i  swądem 
spalonej sierści. 
Hellanodikowie zbliżyli się do ołtarza. Kapros zwrócił się do zawodników: 
—  Zanim  —  mówił  —  złożą  przysięgę,  niech  każdy  poradzi  się  ze  swoją 
duszą,  czy  staje  wobec  boga  czysty  i  pewny,  że  nie  obrazi  go  najlżejszym 
kłamstwem.  Nikogo  nie  hańbi  odejść  od  ołtarza,  dając  dowód  rzetelności  i 
trwogi  przed  gniewem  bożym.  —  Po  białych  gromadach  przeszło  drżenie. 
Ten i ów pobladł, kilku chłopców z kurczowo zaciśniętymi wargami patrzyło 
w  bok,  zdawało  się,  urzeczeni  ciemnym  połyskiem  brązowego  kolosu 
Dzeusa,  który  ponad  murem  Altis  wychylał  się  do  pół  ciała  z  szeroko 
rozwartymi oczami, z piorunem w dłoni, gotowym do rzutu. 
Trwało  długie  milczenie.  Hellanodik  zaczął  odczytywać  imiona 
zawodników. Wywołani wychodzili z gromady i stawali parami, zwróceni w 
stronę  ołtarza.  Po  ostatnim  nazwisku  hellanodik  wypowiadał  formułę 
klątewną,  gdzie  każdy  stwierdzał,  że  godzien  jest  igrzysk,  że  pochodzi  z 
rodziców  helleńskich,  wolno  urodzonych,  że  nie  ciąży  na  nim  krew 
niewinnie  rozlana,  że  nie  obarcza  go  żadna  grzywna  należna  bogom  lub 
świątyniom,  że  swój  obowiązek  zawodnika  podjął  szczerze,  po  dziesięciu 
miesiącach ćwiczeń, że w walce, do której staje, nie będzie używał żadnych 
podstępów,  nie  będzie  kusił  przeciwnika  przekupstwem,  oddając  jedynie 
swój wysiłek na chwałę boga, który według swej woli wyznaczy mu nagrodę 
lub zostawi go bez niej. 
Wszyscy podnieśli prawe ramię i jedni mówili krótko: — Przysięgam — inni 
dodawali jeszcze: — Jeślim słusznie przysiągł, niech mi się stanie to, czego 
pragnę, a jeśli krzywo, niech mnie spotka nieszczęście  — albo inne słowa. 
Kilku,  wystąpiwszy  z  szeregu,  przysięgało  przy  samym  ołtarzu  dotykając 
dłonią gorącego skrwawionego kamienia. 

background image

Z  chłopcami  szło  dłużej.  Najpierw  wywoływano  ich  po  imieniu,  potem 
zgłaszał  się  ten,  kto  za  nich  przysięgał,  przedstawiał  się  bogu  i  wreszcie, 
położywszy  dłoń  na  głowie  młodego  zawodnika,  własnym  życiem  i 
szczęściem poręczał jego prawo. 
Na końcu odbyła się przysięga hellanodików. Oczyściwszy się wpierw paru 
kroplami krwi ofiarnej (zanurzali ręce w trzewiach dzika), kolejno powtarzali 
słowa,  które  im  odczytywał  przewodniczący  Rady:  że  sądzić  będą  według 
praw  boskich  i  sumienia,  że  nie  dadzą  się  uwieść  żadnym  pozorom, 
namowom, groźbom, przekupstwu, że motywy swoich wyroków zachowają 
w tajemnicy. 
Dołożono świeżego paliwa i ostry ogień strawił resztki ofiary. Dzika, który 
leżał  rozpłatany  w  kałuży  krwi,  należało  usunąć.  Mięso  zwierzęcia 
klątewnego  było  nietykalne.  Służba  kapłańska  dźwignęła  go  z  ziemi  i 
poniosła do Alfejosu: on odda go morzu, niby głuchej wieczności. Lecz dwa 
psy obozowe, idąc za śladem krwi, skoczyły do wody i pochwyciły płynące 
mięso wśród gałęzi starego mirtu, które spadały ku rzece. 
Wszystkimi  ścieżkami  świętego  gaju  cisnęli  się  ludzie  w  stronę  stadionu, 
mimo  że  zawody  chłopców  zaczynały  się  dopiero  po  południu.  Nasyp, 
oddzielający  bieżnię  od  hipodromu,  już  był  zajęty;  u  wschodniego  krańca, 
gdzie  stadion  przechodził  w  równinę  nadrzeczną,  znoszono  ławy,  stołki, 
krzesła  składane.  Ale  największy  gwar  obejmował  stok  Kronionu.  Ludzie 
darli  się  w  górę  jak  w  dzień  potopu.  Nogi  ślizgały  się  po  pochyłości 
zasypanej szpilkami, obsuwano się i potrącano stojących niżej. Chwytano się 
gałęzi,  które  łamały  się  z  trzaskiem.  Ci,  co  zdołali  się  wdrapać  na  drzewa, 
hałasowali wesoło, w bezpieczeństwie i w cieniu. 
Cień  miał  tu  największą  wartość.  Było  gorąco,  miesiąc  Parthenios  był 
jeszcze  pełnią  lata.  Ze  wszyskich  pór  roku  ta  wydawała  się  najmniej 
odpowiednia  do  zgromadzenia  wielkiego  tłumu  na  całodzienne  widowiska. 
Ale  taki  porządek  ustanowił  w  prawiekach  lud  rolniczy.  Oto  żniwa  się 
skończyły, zboże wymłócono i zsypano do spichrzów. Człowiek ma spokój 
do  połowy  września,  kiedy  na  niebie  wzejdzie  Bootes  i  wyruszy  ze  swym 
gwiaździstym Wazem na zbiór owoców, wina i oliwy. 
Surowy  obyczaj  nie  pozwalał  okrywać  głowy  ani  kapeluszem,  ani 
jakąkolwiek zasłoną. Wszyscy jednak mieli wieńce, niektórzy spletli sobie z 
kwiatów i z liści jakby czepki, które powstrzymywały ostrze słońca. 
Falujący  stok  wspierał  się  na  terasie  opadającej  ku  Altis  dziewięciu 
stopniami.  Zajmowały  ją  małe  budowle  kształtu  świątyń,  ich  fasady 
ozdobione  kolumnami  patrzyła  ku  południowi,  dając  znać,  że  nie  są 
mieszkaniem bogów. Były to skarbce, w których składano cenniejsze wota, 

background image

sprzęty  ofiarne.  Napisy  na  architrawach  głosiły,  czyją  są  własnością:  Gela, 
Metapont,  Bizancjum,  Sikyon,  Samos,  Epidamnos  streszczały  na  tej 
szczupłej przestrzeni daleką rozpiętość greckiego świata, z jednego budynku 
przypominało  się  miasto  Sybaris,  od  kilkudziesięciu  lat  leżące  w  ruinie,  a 
skarbiec  Syrakuzańczyków,  najmłodszy,  niby  trofeum  rozpowiadał  ich 
zwycięstwo nad Kartaginą. Biegły po nich barwne gzymsy, kwitły w słońcu 
palmety z malowanej terakoty, rynny otwierały się zwierzęcymi paszczami, 
na magarejskim skarbcu rzeźby w tympanonie przedstawiały Gigantomachię, 
u Kyrenejczyków nimfa Kyrene walczyła z lwem. Każdy kamień ich murów 
przywieziono z ojczyzny, niejedną część całkowicie wykończono w domu, i 
były  one  symbolem  ziemi  rodzinnej,  widomym  znakiem  sojuszu  z  bogiem 
olimpijskim. 
Powoli  zaczęto  je  zajmować.  Do  tych  lóż  wspaniałych  mieli  prawo  tylko 
przedstawiciele państw, których one były własnością. Tam zaś, gdzie prawo 
wygasło  albo  stało  się  sporne,  rozstrzygało  postanowienie  Rady.  Poza  tym 
działały różne obowiązki gościnności, które teraz odgrywano w ukłonach, w 
gestach uprzejmych, w słowach wspominających powinowactwo szczepów, 
kolonii, bohaterów. 
Władza i bogactwo miały ruchy powolne, krok ciężki, jakby w sandałach ze 
złota, sute płaszcze odejmowały rękom swobodę, jednolity uśmiech tworzył 
złudzenie ufności i przyjaźni. Tłum ze wzgórza patrzył na nich jak na osoby 
z  pierwszych  scen  dramatu,  nieprzewidziane  beznamiętne  spotkania  na  tle 
chóru,  który  śpiewa  wiarę  w  miłość  i  sprawiedliwość.  I  było  to  zjawisko 
godne  podziwu,  gdy  znało  się  wzajemne  stosunki  tych  ludzi,  gdy  się 
wiedziało,  że  jeden  pracuje  nad  ruiną  drugiego,  że  oto  dla  Hierona  słońce 
straciłoby  swój  blask,  jeśliby  mu  wywróżyć,  że  stary  Teron  z  Akragas  nie 
umrze w nędzy i poniżeniu. Ale Hieron z uśmiechem na schorowanej twarzy 
szedł między Teronem a jego synem Trasidaiosem, między dwoma zatrutymi 
sztyletami, i wprowadzał ich do skarbca Geli, i wracał witając się po drodze 
z panami z Selinuntu, których pragnął widzieć w kajdanach. 
Z dołu po stopniach wchodziły wciąż nowe gromady, nie wywołując ścisku. 
Byli  to  ludzie,  dla  których  świat  był  aż  nadto  przestronny.  Torowały  im 
drogę okręty płynące pod ich znakami, magazyny stojące w portach, tysiące 
niewolników z ich pól, kto zaś sam przez się niewiele znaczył, opierał się o 
potęgę  swego  państwa  i  niejeden  z  architeorów  czynił  wrażenie,  że  jak 
bogini Kybele dźwiga na głowie koronę z wież swego miasta. 
Ale  król  macedoński  usiadł  skromnie  na  jednym  z  niższych  stopni  terasy. 
Gdy go tam dostrzeżono, rozszedł się po wzgórzu szmer uznania. Da wielu 
było  to  hasłem.  Niepewni,  czy  zaproszą  ich  do  skarbców  —  dostojnicy 

background image

drobnych  państw  —  przyjęli  z  radością  te  miejsca,  które  on  uczynił 
zaszczytnymi.  Zbierali  się  członkowie  Rady,  kapłani,  i  zapewniwszy  sobie 
miejsca  stali  i  rozmawiali,  skoro  i  tak  będzie  dość  czasu,  by  doświadczyć 
niewygody  tych  szorstkich  i  wąskich  kamieni.  Z  terasy  odzywały  się 
nawoływania,  słyszało  się  imiona  okryte  szacunkiem.  Ktoś  krzyknął:  — 
Pindar! — i kiedy paręset oczu pobiegło za jego wskazującym palcem, ten i 
ów zdołał zauważyć poważnego mężczyznę o pięknej brodzie, który znikł w 
skarbcu Geli. 
Wzgórze  opanowywał  zgiełk,  ilekroć  rozpoznawano  któregoś  z  dawnych 
olimpioników. Na dźwięk swego imienia odwracały się twarze młodzieńców 
o pierwszym zaroście, mężczyzn w sile wieku, pojawiali się ludzie, których 
posągi  stały  w  świętym  gaju,  kilku  starców  przeszło  jak  widma 
zamierzchłych czasów. Entuzjazm wzbudził stary Damaretos z Herai. 
Pierwszy  zwycięzca  w  biegu  zbrojnym  z  sześćdziesiątej  piątej  olimpiady, 
wspaniały starzec z siwą brodą i długimi włosami, które w kilku warkoczach 
spadały  mu  na  ramiona,  szedł  trzymając  pod  ręce  syna  Teopomposa, 
zwycięzcę  w  pięcioboju,  i  swego  wnuka  Teopomposa,  który  w  ostatniej 
olimpiadzie  wziął  wieniec  w  zapasach.  Uderzająco  podobni  z  rysów  i 
postawy, mieli w sobie coś z dębu, którego stary, potężny pień rozrasta się 
dwoma  konarami.  Damaretos  wyobrażał  najwyższe  szczęście  dostępne 
człowiekowi na ziemi. Ci, którzy go widzieli przed czterema laty, gdy wnuk 
ze świeżym wieńcem podszedł, aby mu go złożyć na kolanach, zdumiewali 
się, że jeszcze żyje, jakby ten nadmiar łaski bogów był ponad siły dłuższego 
trwania.  Cała  terasa  podniosła  się,  wszyscy  oddawali  mu  swoje  miejsca. 
Wszedłszy na górę, usiadł wśród Megarejczyków, którzy byli najbliżsi. 
Z rezerwuaru nad Herajonem puszczono wodę. Kanał, idący wzdłuż terasy, 
niósł  szybki  strumień  między  najniższymi  stopniami.  Natychmiast  z  góry 
zaczęto  posyłać  dzbanki  i  one  szły  z  powrotem  podawane  z  rąk  do  rąk. 
Dostojnicy z pierwszych rzędów zamienili się w roznosicieli wody. Nikt nie 
uchylał się od tego obowiązku, król Aleksander działał najżwawiej. Na górze 
robiono  ogromne  zapasy,  wiele  rozlewało  się  po  drodze.  Wynikały  spory  o 
zamienione  naczynia.  Nagle  wszystko  ucichło  na  widok  hellanodików 
wychodzących z Gaju. 
Kapros  idzie  pierwszy,  za  nim  ośmiu  innych,  po  dwóch.  Za  tym  blokiem 
czerwieni wysuwa się długi rząd nagich chłopców, jak sztaba złota. Patrzą w 
ziemię,  pilnując  swych  nóg,  żeby  nie  przekroczyły  miary.  Za  ostatnią  parą 
ukazują się trenerzy biało ubrani. Nadciąga za nimi reszta zawodników w tej 
samej bieli. Trenerzy wchodzą za ogrodzenie, które dla nich przygotowano 
pod ołtarzem  Hery,  zawodnicy  otaczają  namiot hellanodików.  Tylko nadzy 

background image

chłopcy jak złom płowego piaskowca nieruchomieją przed ołtarzem Dzeusa, 
którego kopiec dymi resztkami rannej ofiary. 
Z Herajonu wynoszą trójnóg, dwóch ludzi ustawia go przed sędziami. Grunt 
jest nierówny, stół chwieje się, przesuwają go w jedną i drugą stronę, póki 
nie  znajduje  mocnego  oparcia.  I  znów  jest  chwila  oczekiwania,  wszyscy 
patrzą w stronę Gaju, którego zielona ściana jest w tym dniu pełna zdarzeń 
jak  scena  teatru.  Wychodzi  z  niej  teokolos,  naczelny  kapłan  w  miesiącu 
igrzysk. Obok chłopiec niesie pęk gałązek dzikiej oliwki i złoty nóż, którym 
je  obciął  z  drzewa.  Jest  to  syn  jednego  ze  spondoforów,  przyszły  kapłan, 
mający oboje rodziców przy życiu, albowiem nie wolno sięgać do świętego 
drzewa  nikomu,  czyj  los  przeszedł  pod  cieniem  śmierci.  Na  środku  placu 
teokolos  bierze  chłopca  za  rękę,  jakby  go  chciał  ocalić  .przed  straszliwą 
próżnią, napełnioną spojrzeniami  wielu tysięcy.  Kapros odbiera  od chłopca 
nóż i gałązki i kładzie je na trójnogu. 
Jeden z hellanodików odczytuje nazwiska z białej tablicy. Wywołany odrywa 
się z czworoboku, który porusza się i faluje, żeby go wypuścić. Natychmiast 
to samo nazwisko ogłasza herold i zwrócony do widzów, zapytuje, czy kto 
nie  zna  jakiejś  zmazy,  która  je  obciąża.  Tyle  badań,  tyle  poszukiwań 
poświęcono każdemu z zawodników, tylu świadków przesłuchano na dowód 
ich czystości, a oto jeszcze w tym ostatnim momencie wystawia się ich przed 
światem  w  podejrzeniu  i  nieufności!  Ale  słowom  herolda  odpowiada 
milczenie, niekiedy imię jednego z szesnastu wywołanych odzywa się skądś 
półgłosem i czyjeś oczy wypatrują go z daleka. 
Zaledwie  dwóch  lub  trzech  okazuje  zupełną  dojrzałość,  kształty  znalazły 
ostateczne  proporcje,  które,  oczywiście,  rozwiną  się  i  wzrosną.  U  innych 
linie  są  jeszcze  zbyt  proste,  kąty  zbyt  ostre,  ich  przyszłe  krzywizny  i 
rozchylenia  nie  dają  się  przewidzieć.  Tylko  nogi,  wdrożone  do  biegu, 
rozwinęły się przed czasem, podobnie jak drzewo od strony słońca okrywa 
się pełnymi owocami, a na gałęziach w cieniu wiszą jeszcze zielone. 
Hysmon  podaje  im  urnę.  Są  w  niej  tabliczki  z  kości,  na  każdej  wypisana 
litera z alfabetu. Zawodnicy podchodzą kolejno, z odwróconą twarzą, ramię 
zanurzają w naczyniu (czuje się spłoszony ruch palców w tej ciemnej głębi) i 
wyciągnąwszy los, podają go za siebie stojącym w tyle hellanodikom. W ten 
sposób każdy otrzymuje miejsce w jednej z czterech czwórek. 
Pierwsza odchodzi na start, który mieści się naprzeciw ołtarza Dzeusa. Trzej 
hellanodikowie,  wśród  nich  Hysmon,  odprowadzają  ich  i  siadają  pod 
namiotem, który dla nich rozpięto na grzbiecie nasypu. Po drugiej stronie, na 
białym kamieniu ofiarnym siedzi kobieta, jedyna, która ma prawo być tutaj 
w porze igrzysk. Jest to kapłanka Demeter Chamyne. 

background image

Oddzielona od hellanodików całą szerokością stadionu, z mogiłą Endymiona 
za  plecami,  wsparta  swym  odwiecznym  i  niezrozumiałym  prawem,  jest 
żywym szczątkiem dawno zgasłego świata. 
Bóstwo,  któremu  służy,  nie  posiada  kształtu.  Aby  je  usprawedliwić  w 
pojęciach  nowego  czasu,  połączono  je  z  Dometrą,  boginią  ziemi  rodzącej. 
Ale  prastara  Chamyne  źródłosłowem  swej  nazwy  odsłania  zupełnie  inną 
treść:  oznacza  Czeluść,  niewątpliwie  owo  bezdno,  w  które  śmierć  strąca 
życie  ludzkie.  Ukrywa  się  poza  nią  odległy  wiek  niewiedzy,  lęku  i 
bezbronności.  Z  tych  paru  zgłosek  wygląda  pusty  i  bezbrzeżny  byt 
wczesnych  ludzi  błądzących  wśród  nieodgadnionej  rzeczywistości  i  wśród 
tajemnic, które sami sobie stworzyli. 
Chłopcy  ustawili  się  do startu  i ten  sam  głos,  który  ich tyle  razy  podrywał 
przy ćwiczeniach, głos Hysmona: — Apite! — pchnął ich na stadion. 
Słońce,  nieznacznie  przechyliwszy  się  z  południa  rzuca  im  pod  nogi  ich 
własne  cienie,  krótkie  i  drżące.  Jednemu  rozluźniły  się  włosy  splecione  w 
czub  na  tyle  głowy  i  płyną  ponad  lśniącym  karkiem.  Ręce,  puszczone  w 
ruch.  jak  szkrzydła,  biją  powietrze,  które  płonie  pożarem  w  ostatnim 
oddechu.  Oto  ktoś  pierwszy  dotknął  kresy  i  nie  mogąc  się  zatrzymać, 
przebiegł  jeszcze  parę  kroków,  ale  ślad  jego  stopy  widać  u  mety,  z 
podłużnym, głębszym od innych, odciskiem wielkiego palca. 
Zwycięzcą  jest  chłopiec  z  Bizancjum  i  miasto  rodzinne  wzywa  go 
okrzykiem. Dla innych jego imię jest jeszcze obojętne, słychać niecierpliwie 
wołania o spokój, druga czwórka stoi na starcie. 
Krótkie  są  chwile  biegu.  Cztery  smugi  świetlistego  pędu  jak  cztery 
błyskawice,  po  każdej  okrzyk  tłumu  jak  grom  i  oto  nadchodzi  ciężka, 
wezbrana cisza, pod niebem bezchmurnym gromadzi się burza ludzka. 
Zwycięzcy wszystkich czwórek idą na rozstrzygający start. 
Jaskółka  przeleciała  z  gwizdem,  na  którymś  drzewie  poruszyły  się  gałęzie 
pod  ciężarem  niespokojnego  ciała,  słychać,  jak  ktoś  pije  wodę  szybkimi, 
głośnymi łykami. Ponad stadionem wznosi się nieme oczekiwanie. 
Czterej  chopcy  stoją  na  starcie  i  chociaż  to  sami  zwycięzcy,  są  jeszcze 
pisklętami  bieżni.  Ogrom  chwili  ich  przygniata,  nie  mogą  opanować 
lekkiego drżenia, na ramionach pod warstwą oliwy widać gęsią skórkę. 
Hysmon  krąży  nad  nimi  jak  bocian,  który  ma  zrzucić  swe  młode  do 
pierwszego  lotu.  Gdyby  to  było  możliwe,  powiedziałby  coś,  wsparłby  ich 
jakimś  słowem  albo  pieszczotą.  Tymczasem  wciąż  poprawia  ich  postawę, 
przesuwa ich nogi ku kresie, jakby próbował cięciwę łuku. 
— Apite! 
Oderwali  się  od  ziemi  i  już  nic  ich  nie  zbawi.  Lecą  z  chyżością  i  ślepotą 

background image

kamiena strąconego w przepaść. Hysmon nie rusza się z miejsca, uwięziony 
wszystkimi  ich  błędami,  które  widzi  lub  które  sobie  wyobraża,  ogłuszony 
niespodziewanym  uczuciem  lęku  —  czyżby  pragnął,  żeby  cała  czwórka 
odniosła zwycięstwo? 
A  oni  biegną,  jakby  mieli  spełnić  to  niedorzeczne  pragnienie.  Już  są  w 
połowie stadionu, już minęli dwie trzecie, sprzęgnięci wciąż tą samą równą 
linią,  jakby  kresa  startu  biegła  wraz  z  nimi,  przeciągnięta  w  poprzek  ich 
piersi! 
Świat cały zatrzymuje się w ich równowadze, ani jeden oddech nie narusza 
tej boskiej szali, na której ich losy ważą się niezmiennym ciężarem. 
Nagle  gładka  powierzchnia  biegu  zakołysała  się  krótką  falą  i  pękła  w 
miejscu,  w  którym  biegł  Glaukos.  Wszystko  zadrżało  od  tego  wysiłku.  Od 
pierwszych stopni terasy aż po szczyt wzgórza przeleciał prąd magnetyczny, 
każdy  odczuł  nacisk  ogromnej  woli  skupionej  w  drobnym  ciele  chłopca  z 
Chios. 
Kilka  oderwanych  głosów  zawołało  jego imię.  Natychmiast  podjęte,  urosło 
w  krzyk,  który  wdarł  się  w  przestrzeń  dzielącą  go  od  towarzyszy  i  coraz 
silniejszy,  namiętny,  gwałtowny  biegł  za  nim  i  jak  powódź  wyniósł  go  za 
metę. 
Była  jeszcze  chwila,  gdy  wrzawa  szalała  wokół  niego,  a  on,  z  ramieniem 
wzniesionym  ostatnim  ruchem  biegu,  wyglądał  jak  rozbitek  wzywający 
ratunku, wreszcie, jakby rzeczywiście tonął, opadł na stopnie ołtarza i wielka 
fala głosów odpłynęła, po prostu wsiąkła w piasek stadionu. 
Uczyniła  się  cisza.  Zachowanie  się  chłopca  było  niezrozumiałe.  Zwyczaj 
nakazuje,  żeby  zawodnik,  bez  względu  na  to,  jak  niewątpliwe  jest  jego 
zwycięstwo, stał w swojej czwórce i czekał, póki nie zawołają go do namiotu 
hellanodików. Część widzów, którzy mają miejsca na zachód od ołtarza, nie 
umie sobie wytłumaczyć jego zniknięcia. Ale cała terasa i całe wzgórze od 
strony bieżni nie spuszcza go z oka. 
Oto  usiadł  na  najniższym  stopniu  ołtarza,  podnosi  prawą  nogę,  kładzie  na 
udzie lewej i pochyla się nad swą stopą. Tuż pod małym palcem jest cierń, 
wyjmuje go i kropla krwi błyszczy na ciele. 
W jakim miejscu i kiedy bieżnia ukąsiła go tym cierniem? Czy stało się to, 
zanim oderwał się od czwórki, czy w kilku ostatnich skokach? Nikt tego nie 
wie,  on  sam  nie  miał  o  tym  pojęcia,  póki,  poza  strumieniem  biegu,  dusza 
ciała nie wróciła do świadomości. 
Glaukos, siedzący i pochylony, z piersią wciągniętą pod kabłąk pleców, był 
taki  mały  i  skromny,  jakby  zamiast  zwycięskiego stadionu leżała poza  nim 
zwyczajna polna miedza, po której biegł za motylem. Jeszcze palcem roztarł 

background image

kroplę krwi na stopie, wstał i zajął swe miejsce u brzegu czwórki, z której 
był  najniższy.  Żadne  wzruszenie  nie  mąciło  poważnego  owalu  twarzy. 
Umniejszały ją gęste włosy, które spadały na brwi i odsłaniały mały trójkąt 
czoła. 
—  To  dzielny  chłopiec  —  rzekł  Ikkos  do  Sotiona  —  ale  najlepszy  w  tej 
czwórce  jest  Leagros.  Glaukos  miał  czas  odpocząć  przez  dwa  biegi,  a 
Leagros zaraz po swoim  miał bieg zwycięzców. Dodaj jeszcze, że Glaukos 
jest najlżejszy i stopy nie tak głęboko grzęzną mu w piasku. 
—  Ale  nie  wiesz,  czy  Leagros  dobiegłby  z  cierniem  w  nodze.  Sodamos 
śmieje się: 
—  Jaki  zabawny  ten  mały  Ksenofon!  Czy  wiecie,  że  on  ślubował  swej 
Afrodycie  Korynckiej  pięćdziesiąt  dziewcząt,  jeśli  zwycięży.  Zawsze  mu 
mówiłem, że te jego dziewczęta jeszcze się nie narodziły. 
— Porusza ustami, jakby się kłócił z Afrodytą — powiada Telesikrates. 
—  Dajcie  mu  spokój  —  mówił  Skamandros  —  z  niego  wyrośnie  dobry 
zawodnik. Ale Grylos przerywa rozmowę: 
— Patrzcie na Hysmona! 
Hellanodik  szedł  od  startu  wielkimi  krokami,  zostawiwszy  w  tyle  swoich 
dwóch  kolegów.  Było  aż  nadto  widoczne,  jak  głęboko  zranił  go  ów  cierń. 
Usta mu drżały. Stojąc przed namiotem, nie mógł słowa przemówić, chociaż 
już podniósł rękę. Kapros od razu go zażegnał: 
—  Rozumie  się,  każ  nasypać  świeżego  piasku.  Wtedy  Hysmon  zawołał 
jednego  z  rabduchów  głosem  tak  chrapliwym,  że  biedny  człowiek  mógł  w 
nim  słyszeć  zgrzyt  zasuwy  więziennej.  Służący  pobiegł  co  tchu  w  stronę 
Buleuterionu,  ku  wielkiej  uciesze  tłumu,  który  gonił  go  okrzykami  jak 
zawodnika. 
—  Glaukos  —  odezwał  się  Kapros  i  wstał,  gdy  chłopiec  zbliżył  się  do 
trójnogu,  na  którym  leżały  gałązki  oliwne.  Hellanodik  wziął  z  nich  dwie, 
powiązał czerwoną wstążką i ten wieniec włożył na głowę Glaukosa. Herold 
ogłosił pierwsze zwycięstwo w siedemdziesiątej szóstej olimpiadzie, podając 
imiona chłopca, jego ojca i jego ojczyzny, wyspy Chios. 
Ojczyzna  zeszła  ku  niemu.  Gromada  obywateli,  wśród  których  był  ojciec 
Glaukosa, wydobyła się z tłumu i otoczyła go kołem. Przyłączyło się do nich 
wielu Ateńczyków, albowiem wyspa Chios należała do Aten. 
Glaukos  zdjął  wieniec  i  podał  go  ojcu.  Był  to  żołnierz  spod  Salaminy, 
któremu topór perski odciął prawe ramię w chwili, gdy miał się wedrzeć na 
jeden ze statków królewskich.  Nie  chcąc,  na  złą  wróżbę, brać  wieńca lewą 
dłonią, skinął na swego brata. Stryj przyjął wieniec i włożył go z powrotem 
na  skronie  chłopca.  Wtedy  zaczęli  się  doń  cisnąć  inni,  przewiązywali  mu 

background image

ręce, piersi, uda białymi i czerwonymi wstążkami, we włosy wtykali kwiaty, 
w końcu stał jak posąg boga przystrojony w dniu święta. 
Tłum hałasował. Z góry rzucano gałązki zielone, które spadały na siedzących 
wzdłuż terasy. Co chwila podnosił się silniejszy okrzyk, biegł od Kronionu 
aż po wzgórze Pisy i nawet rzeka nie mogła go przerwać, brzmiał za rzeką 
—  to  wysokie  wzgórza  Trifylii  za  Alfejosem  odzywały  się  głosami  kobiet, 
które z tej odległości miały prawo przypatrywać się igrzyskom. 
Tymczasem nadjechał wóz z piaskiem. Hysmon kazał wysypać tylko ostatni 
odcinek  bieżni,  jakieś  sto  stóp  przed  ołtarzem,  miejsce  przeznaczone  do 
zawodów pięściarzy i zapaśników. Reszta stadionu na tę część igrzysk była 
wolna, z czego natychmiast skorzystano. Ludzie, mający  miejsca po tamtej 
stronie startu, nadciągnęli ze swoimi ławami i stołkami, wielu siadało wprost 
na  piasku,  w  pierwszym  rzędzie  Glaukos  ze  swoim  orszakiem.  W  pobliżu 
startu  pozostawała  tylko  kapłanka  Chamyne,  która  ze  swego  samotnego 
ołtarza nie widziała nic prócz wygasłej bieżni. 
Wywoływano  chłopców  stających  do  zawodów  pięściarskich.  Było  ich 
zaledwie sześciu. Sodamos zdziwił się: 
— Na Heraklesa! nie przypuszczałem, że ich tak rozpędzą. Zdaje mi się, że 
w Elidzie nazbierałaby się setka w różnych czasach. 
Sotion, który wielu pamiętał, żałował dwóch lub trzech par. 
— Nie ma o czym mówić — wtrącił się Ikkos — i tak zabiorą dość czasu. 
Chłopcy potrafią skakać do wieczora. 
Mylił się. Pierwsza para  — Protolaos z Alkimidasem  — od razu weszła w 
ostrą  walkę.  Błyskawiczne  ciosy,  błyskawiczne  uniki,  nie  rozbiegali  się, 
wciąż nacierając na siebie, ślady ich stóp wykreśliły na piasku nierówne koło 
czy elipsę, jakby magnetyczny krąg trzymał ich w swojej orbicie. 
Pierwszy  Alkimidas  umyka  ze  splotu  ciosów  i  wychyla  się  o  parę  kroków 
dalej,  z  otwartymi  ustami,  jakby  wychynął  z  zimnej  wody.  Ale  Protolaos 
natychmiast wciąga go w wir. 
Alkimidas  walczy  tylko  prawą  pięścią.  Lewa  służy  mu  do  osłony,  nie  ma 
odwagi użyć jej do ciosu. Spętało go natrętne przypomnienie, gdy hellanodik 
ukarał go za to, że uderzył lewą dłonią nie zdążywszy zamknąć jej w pięść. 
Protolaos, wolny w swych ruchach, bije go lewą, ukosem. Z nosa Alkimidasa 
cieknie krew, pod nowymi uderzeniami rozmazuje się dokoła ust i płonie w 
środku twarzy jak kwiat czerwony. 
Żagiew, żagiew  gorąca spada  w tłum.  Już  nie same  tylko pięści  Protolaosa 
biją  w  Alkimidasa,  biją  weń okrzyki  widzów,  ścigają go, gonią,  cały  świat 
jest przeciw niemu, aż wreszcie, bez tchu, podnosi dłoń uznając swą porażkę. 
Noc w głowie, noc w uszach, noc w oczach, ale oto uśmiech rozjaśnia mu 

background image

twarz — dusza Alkimidasa, drżąca rozkoszą walki, przegląda ze znużonego 
ciała jak słońce zza chmur. 
Z  trzech  zwycięzców  Protoloasa,  Pyteasa  i  Agesidamosa  Pyteas  wyciągnął 
los  szczęśliwy,  który  był  w  pogardzie,  mógł  bowiem  przez  całą  walkę 
Mantinejczyka  z  Lokryjczykiem  siedzieć  spokojnie,  odpoczywać  i  miał  w 
końcu  do  czynienia  z  wyczerpanym  przeciwnikiem.  Ale  Pyteas,  syn 
bogatego  i  potężnego  Lampona,  był  wolny  od  wszelkiej  troski.  Był  z  rodu 
ludzi  znających  dokładnie  wartość każdej  rzeczy  i  zdających  sobie sprawę, 
że te, które są najcenniejsze, łatwiej zdobyć trafem, przez uśmiech losu, jeśli 
się  da,  podstępem.  Połowę  majątku  i  znaczenia  zawdzięczali  Psolichidzi 
takim  okolicznościom,  w  których  nie  można  się  było  liczyć  z  sądem 
ludzkim. 
Pyteas  więc  z  całym  spokojem  oddał  się  zabiegom  swego  aleiptesa.  Obaj 
należeli do małej garstki, która została wierna Ikkosowi. Naśladowali go do 
granic  niedorzeczności.  I  teraz  nie  zwracając  uwagi  na  ten  burzliwy  świat, 
który ich otaczał, zabrali się do swojej roboty. 
Najpierw  aleiptes  zmył  Pyteasa  gąbką,  potem  spryskał  go  wodą,  wreszcie 
natarł  świeżą  oliwą.  Przez  cały  czas  starał  się  stać,  żeby  go  osłaniać  od 
słońca.  Chłopcu  zachciało  się  pić,  aleiptes  przyniósł  mu  kubek,  ale  nie 
pozwolił przełknąć ani kropli, tylko przepłukać usta. Nie wiedząc, czy masaż 
byłby  odpowiedni,  przesuwał  po  jego  ciele  dłonie  ruchem  egipskich 
zaklinaczy chorób. Może by go w końcu uśpił, gdyby nagły krzyk widzów 
nie wyrwał ich spośród tej magii. 
Timasarchos  był  pokonany.  Miał  starte  kolano,  widocznie  upadł.  Jego 
aleiptes, Melesias, sławny „wychowawca zwycięzców", był nieprzytomny ze 
złości. Owinął go ręcznikiem tak gwałtownie, jakby go chciał udusić. 
Agesidamos idąc do swego trenera minął Pyteasa, owiewając go tchnieniem 
gorącego ciała. Rozluźnił mu się rzemień na lewej ręce, miał zaledwie czas, 
by go przewinąć na nowo, gdy już herold zapowiedział ostatnie spotkanie. 
Zanosiło  się  na  długą  walkę.  Pyteas  postanowił  wyzyskać  swą  świeżość  i 
wyczerpać przeciwnika bez ciosów. Trzymał się z daleka, wciąż odskakiwał, 
lotny i nieuchwytny, głuchy na wołania:  — Tchórz! — którymi starano się 
zmusić go do walki. Agesidamos z początku dał się wciągnąć w grę, gonił go 
z  zapamiętaniem,  wreszcie  stanął  w  miejscu  i  czekał.  Pochlebny  śmiech 
widzów opłynął go jak strumień wody. 
Egineta  przez  chwilę  trwał  w  pomieszaniu,  oddalony  o  dwa  kroki. 
Ostrożność,  z  jaką  zaczął  się  zbliżać,  wywołała  nowe  hałasy.  Pyteas, 
podcięty  wstydem  jak  biczem,  rzucił  się  na  Lokryjczyka.  Agesidamos  go 
powstrzymał  i  natychmiast  sam  przeszedł  do  ataku.  Egineta  doskonale  się 

background image

bronił. Ale Agesidamos był tak nagły, tak niespodziewany, tak zapalczywy, 
że Pyteas cofał się coraz bardziej oszołomiony. 
Stadion olimpijski rzadko był widownią tego, co teraz nastąpiło. Ci, którzy 
widzieli  poprzednie  Pyteasa  spotkanie  i  zwycięstwo,  nie  mogli  być  na  to 
przygotowani. Bo  oto  —  stanął, skurczył  się  i  obie  ręce  położył  na  głowie, 
aby ją osłonić. Ten ruch bezradności i strachu, za który chłopcy dostają rózgi 
w  palestrze,  był  czymś  tak  niezrozumiałym,  że  wielu  domyślało  się 
podstępu.  Widzowie zamilkli  oczekując niespodzianki.  Sam  Agesidamos,  z 
pięściami  gotowymi  do  ciosu  i  obrony,  zawahał  się  jak  pies  przed  jeżem, 
który zwinął się w kłębek. 
Wtedy, Ilasie, zdobyłeś sławę nieśmiertelną i na zawsze połączyłeś swe imię 
z  imieniem  swego  wychowanka.  Krzyknąłeś  Agesidamosowi,  swemu 
chłopcu: — Z dołu bij! 
Agesidamos  słyszy  ten  okrzyk  i  jak  w  natchnieniu  uderza  w  nieosłonięty 
podbródek Pyteasa. Krew rzuca się z rozbitej szczęki, nogi chwieją się, syn 
Lampona  zatacza  się  i  pada.  Lokryjczyk  ma  prawo  jeszcze  raz  uderzyć, 
nachyla  się,  ale  nagle  otwiera  pięść  i  tą  samą  ręką,  którą  pokonał 
przeciwnika, podnosi i wspiera towarzysza. 
Cóż zostaje z krzyku, oklasków, uniesienia choćby wielu tysięcy ludzi? Jest 
to zawsze tylko chwila, zaprawdę jedyna i potężna, ale ostatecznie ginąca w 
bezmiarze  czasu.  Nic  nie  powstrzyma  fal  głosu,  które  coraz  dalszymi 
kręgami  odchodzą  w  swą  nadziemską  wędrówkę,  wieczyście  obecne  i  na 
wieki stracone dla uszu ludzkich. Te, które w ów dzień brzmiały imieniem 
Agesidamosa,  szepczą  gdzieś  jeszcze  wśród  pajęczyny  wszechświata,  tak 
samo  niepowetowane  jak  prochy  tego  świetnego  ciała  będącego  wówczas 
przedmiotem podziwu i rozkoszy. 
Lecz  oto  płyta,  na  której  przetrwał  ton  owego  skwarnego  popołudnia  18 
sierpnia 476 roku przed naszą erą: 
Jest  czas,  kiedy  ludziom  potrzeba  wiatru,  i  jest  czas  wód  niebieskich, 
deszczowych  dzieci  chmur.  A  kiedy  wysiłek  osiąga  swój  cel,  potrzeba 
hymnów  słodkich  jak  miód,  zapowiedzi  sławy  dalekiej,  wiernego 
świadectwa wielkich cnót. 
Niezniszczalna jest sława zwycięzców olimpijskich. I ja, synu Archestratosa, 
Agesidamosie, na cześć twej walki przy złotym wieńcu kładę moją pieśń. 
To  jest  oda  Pindara,  której  wszystkie  słowa  istniały  w  nim  tego  dnia,  gdy 
siedział w skarbcu Geli, obok swego starego przyjaciela Terona z Akragas, i 
gdy  wstał,  aby  uścisnąć  dłoń  swego  młodego  przyjaciela,  Agesidamosa  z 
Lokrów  Zefiryjskich.  Przyprowadził  go  ojciec  Archestratos  i  zwracając  się 
do księcia mówił: 

background image

— Słyszałem, synu Ainesidema, że po igrzyskach Pindar jedzie z tobą. Jeśli 
pozwolisz, będę go prosił, by część tego czasu ofiarował mojemu domowi. 
— Przyjadę po ciebie okrętem — mówi Agesidamos do Pindara. 
Chłopiec,  owinięty  wieńcami  i  wstążkami,  pachnie  zielenią  i  boiskiem.  Na 
rękach różowieją jeszcze pręgi od rzemieni pięściarskich, a na kolumnie, o 
którą się oparł, zostaje tłusty ślad oliwy. 
Tymczasem  ze  stoków  wzgórza  zauważono  wóz  jadący  wzdłuż  Alfejosu. 
Poruszał  się  bardzo  szybko  w  tumanie  pyłu.  Błyszczały  w  słońcu  okucia 
wozu, uprzęże koni, nad którymi falował nieustannie długi bat. Pod obozem 
zwolnił biegu i ukrył się wśród namiotów. 
Któż to może być? 
Był  w  tym  pytaniu  niepokój,  który  porusza  dom  późnym  wieczorem,  gdy 
wszyscy swoi są razem, a na podwórzu słychać nagle czyjeś kroki. Odżyło 
wspomnienie ostatniej olimpiady, kiedy drogi były pełne nowin i popłochu. 
Człowiek, który niespodzianie się zjawił, należał właśnie do tych czasów. 
Szedł teraz mimo Buleuterionu zostawiwszy za sobą gromadę niewolników 
obozowych,  którzy  go  śledzili  z  daleka.  Wrychle  przesłoniły  go  drzewa 
Gaju. Tysiące oczu pilnowały wylotu wszystkich ścieżek. Musiał tam przez 
chwilę  błądzić,  albowiem  zjawił  się  od  strony  mogiły  Pelopsa.  Od  razu  go 
poznano. Żaden głos się nie podniósł, wciąż jeszcze towarzyszyła mu niema 
uwaga, jakby tłum rozstrząsał mu rysy, jakby liczył białe nitki, które ostatnie 
cztery  lata  wetkały  w  piękną  czarną  brodę,  tak  dobrze  znajomą  bryzom 
salamińskim.  Ale  ludzie  z  kolonii  nie  wiedzieli,  kto  to  jest,  i  imię 
Temistoklesa zaczęło się szerzyć rosnącym szmerem. 
Zatrzymał  się,  uniósł  głowę  lekkim,  ukośnym  ruchem,  jakby  badał  sens 
owych  szeptów.  Podniósł  wysoko  ramię  na  powitanie.  Odpowiedział  mu 
okrzyk,  najpierw  jednolity,  potem  zmienił  się  w  zgiełk  wszelkich  głosów  i 
wołań, które prowadziły go aż do stopni terasy. 
Nie  puszczono  go  dalej.  Z  ludzi, którzy  wstali,  aby  go  powitać,  uczynił  się 
mur,  a  on  stał  pod  nim  i  ściskał  dziesiątki  dłoni.  Króla  Aleksandra  objął 
ramieniem; mieli sobie tak wiele do powiedzenia, że nie przyszło im na myśl 
ani  jedno  słowo.  Inni  natomiast  zasypywali  go  pytaniami,  na  które 
odpowiadał  skinieniem  i  uśmiechem.  Spostrzegłszy  Hydnę,  stojącą  na 
jednym z wyższych stopni, podał jej rękę ponad głowami. 
Całe wzgórze zwaliło się na terasę, ciżba zalała skarbce. Trzeszczały gałęzie, 
rozdeptywano  naczynia  z  wodą.  Cisnęli  się  do  swego  wodza  ludzie  spod 
Salaminy:  —  Czy  mnie  pamiętasz?  —  Wykrzykiwano  własne  imiona, 
szczegóły  bitwy.  Każdy,  kto  w  ten  dzień  widział  go  ze  swego  statku,  był 
pewny, że i on go widział. 

background image

Jakaś  gwałtowna  fala  przyniosła  Hierona,  który  z  początku  się  opierał,  a 
później zaczął sam iść w stronę Temistoklesa. 
—  Czemużeś  wtedy  nie  przyszedł?  —  rzekł  Ateńczyk.  —  Spóźniłeś  się  o 
cztery lata.  
Tyran syrakuzański zdołał się uśmiechnąć: 
— Bylibyśmy się nie zmieścili w zatoce. 
— Ustąpiłbym ci trochę miejsca na pełnym morzu. 
„Skrzydlate  słowa"  z  jaskółczą  szybkością  rozlatywały  się  po tłumie,  który 
przyjmował je z ogłuszającym wybuchem śmiechu. 
Ze stopnia na stopień Temistokles powoli wchodził na górę, wspierany przez 
tych, którzy się za nim tłoczyli. 
Nikt już nie pilnował porządku. Wielu straciło swoje miejsca i nie podobna 
było  myśleć  o  ich  odzyskaniu.  Pozostawali  na  terasie  zamieniając  ją  w 
ogromne  i  bezładne  koczowisko.  Książęta  i  oligarchowie,  ściśnięci  w 
przedsionkach  skarbców,  wyglądali  na  więźniów.  Tłum  hałasował  z 
zuchwałą  swobodą,  jakby  z  nadejściem  tego  wodza  demokracji  dokonano 
nagłego przewrotu. 
Tu i owdzie jednak odzywały się wołania o spokój, część widzów pozostała 
wierna  igrzyskom.  Szły  one  swoją  koleją.  Zapasy  chłopców  dawno  się 
zaczęły. Nie pamiętano, kto z kim walczy, głos herolda przepadł w ogólnym 
rozgardiaszu.  Tylko  ziomkowie  rozpoznawali  swych  zawodników  i 
próbowali przekrzyczeć ich imiona. Nie słuchano ich, nie było siły oderwać 
ludzi od ich własnej wielkości. 
Dopiero  po  długim  czasie  sami  umilkli,  wyczerpani  wzruszeniem,  opici 
słowami.  Opadli  w  błogie  uczucie  sytości,  podzieliwszy  się  Salaminą  jak 
chlebem. 
Słońce  ukryło  się  za  wzgórzami,  dolina  nasiąkła  barwą  młodego  wina.  Od 
ołtarza  Dzeusa  padał  cień,  na  którego  granicy  dwaj  chłopcy  walczyli  jak 
duchy dnia i nocy. Wreszcie jeden z nich padł na kolana, z całego ciała tylko 
część ramion, po łokcie, była w świetle, tamten zaś pchnął go i ostatecznie 
powalił w mrok. 
Na  jasnej  części  stadionu  w  szkarłatach  zachodu,  w  pożarze  okrzyków, 
pozostał Teognetos z Eginy, zwycięzca w zapasach chłopców. 
 
VI Dzień Sotiona 
Drugi  dzień  igrzysk  zaczynał  się  w  hipodromie.  Poprzedzała  go  noc  pełna 
krzątaniny i niepokoju. Ci, którzy mieli konie, nie kładli się spać w obawie, 
żeby  służba  czegoś  nie  zaniedbała.  Po  tysiąc  razy  słyszało  się  te  same 
pytania:  ,,Ile  im  dano  pszenicy,  kiedy  ostatni  raz  jadły,  czy  nie  okazują 

background image

jakiejś  słabości."  Masztalerze  błagali  swych  panów,  żeby  nie  budzili 
zwierząt,  które  potrzebują  snu.  Wtedy  odzywały  się  przyciszone  sykania, 
wszyscy  milkli  albo  rozmawiali  szeptem  jak  obok  pokoju  chorego.  Nagle 
ktoś, tknięty złym przeczuciem, brał latarkę i szedł zaglądać do żłobów albo 
sprawdzał,  czy  obcy  ludzie  nie  kręcą  się  koło  stajni.  Kilku  nocowało  przy 
koniach. 
Hieron  wziął  swego  gniadosza,  Ferenikosa,  do  namiotu.  W  połowie  nocy 
obudził  swego  szwagra  Chromiosa,  by  poszedł  czuwać  nad  czwórką,  która 
stawała do wyścigu wozów. W ostatniej chwili go zatrzymał: 
— Czy nie ma tu gdzieś człowieka, który się rozumie na czarach? 
— Może ktoś z Kartagińczyków — odparł Chromios. — Ale po co? 
—  Teron  na  pewno  zakopał  tabliczkę,  tabliczkę  magiczną  przeciw  naszym 
koniom. Trzeba coś na to zrobić. Jeszcze jest czas, póki księżyc nie zajdzie. 
— Jeszcze jest czas — zniecierpliwił się Chromios — żebyś się przespał. 
Hieron nie mógł zasnąć, ale ilekroć próbował wyjść, Ferenikos rżał przez sen 
i  tyran  syrakuzański  zastygał  w  bezruchu.  Obok  jego  jeździec,  młody 
Chrysippos, spał bez pamięci. 
Ledwo  zaczęło  szarzeć,  otwarto  stajnie.  Konie,  wyprowadzone  z  mroku, 
rżały z głową podniesioną ku niebu, jakby wzywając Heliosa, któremu były 
poświęcone. Ludzie wybiegali z namiotów, półnadzy, wpół rozbudzeni. Na 
twardej  spalonej  ziemi  kopyta  dzwoniły  metalicznym  tętentem  cymbałów. 
Wspaniała uroda zwierząt przejmowała rozkoszą. Zdawało się, że przyszły z 
innego  świata,  że  w  doskonałości  ich  kształtów  objawiają  się  idee,  wzory 
ponadziemskie,  z  którymi  koń  codzienny  ma  dalekie  i  niejasne 
podobieństwo. 
Były wśród nich konie z Argolidy, z Attyki, z Eubei, potomkowie mitów. Ich 
przodków  ujeżdżał  Hipolitos,  syn  Amazonki,  miały  w  swych  żyłach  krew 
cudownych  klaczy  króla  Diomedesa,  w  ich  historii  były  czasy,  kiedy  spod 
cwałujących kopyt tryskały źródła, a bóg morza, Poseidon, w postaci konia 
galopował  po  pierwszych  łąkach  świata.  Chyżość  swych  nóg  zawdzięczały 
długim wiekom wędrówek i wojen, ich piękne dusze uczyły się wierności i 
poświęcenia  w  obozach  rycerzy,  z  którymi  razem  odchodziły  w  dymach 
pogrzebowego  stosu.  Ani  jedno  ścięgno,  ani  jeden  mięsień,  będące  częścią 
ich  podziwu  godnej  budowy,  nie  były  dziełem  przypadku,  pracowała  nad 
nimi  nieprzerwana  dziedziczna  troska  ludzi  tej  samej  co  one,  szlachetnej 
rasy. 
Nie  ustępowały  im  konie  z  Sycylii  i  Wielkiej  Grecji,  młodsze  w  swym 
rodowodzie,  lecz  wypielęgnowane  w  największym  zbytku.  Rozpowiadano 
niebywałe  rzeczy  o  przepychu  ich  stajni,  o  lekarzach  czuwających  nad  ich 

background image

zdrowiem,  o  tym,  jak  się  im  odmierza  owies,  jęczmień  lub  pszenicę,  i  o 
pomnikach,  jakie  im  stawiają  po  śmierci.  Niektórzy,  oczarowani  ich 
wdziękiem,  byli  pewni,  że  są  karmione  kwiatami.  Ale  Kyrenejczycy 
rzeczywiście  dawali  swym  koniom  lotos.  Pochodziły  one  z  rasy  libijskiej, 
rude jak lisy, osobliwej budowy, o grzbiecie głęboko wciętym, nad którego 
wklęsłością szeroki zad wznosił się na kształt sklepienia. 
Na  widok  koni  perskich  powstał  szmer.  Wzięte  przy  zdobyciu  obozu  pod 
Platejami,  rozeszły  się  już  po  świecie  drogą  handlu.  Teron  posiadał  całą 
czwórkę.  Do  ich  obsługi  kupowano  jeńców.  Każdy  z  nich  miał  obiecaną 
wolność  w  razie  zwycięstwa  i  śmierć  na  wypadek  klęski:  nie  widziano 
innego sposobu, jak sobie zapewnić wierną opiekę nad zwierzętami, których 
zwyczajów i tresury nikt nie znał. One zaś szły niespokojnie, jakby je drażnił 
zapach  obcego  narodu.  Jończycy  z  Azji  Mniejszej,  bywalcy  po  różnych 
drogach,  rozpoznawali  wśród  nich  szerokopiersiste  konie  z  Kapadocji, 
wskazywali te, które pochodzą z Bitynii, Frygii, Meonii. 
Nie było ani jednego karosza. Nikt by się nie ważył dosiąść albo zaprząc do 
wozu  zwierzęcia,  które  przez  swą  maść  należało  do  bóstw  śmierci  i 
podziemia.  Wszelkie  odcienie  gniadych,  jabłkowitych,  kasztanów,  siwków 
szły  pięknymi  jasnymi  plamami,  wśród  których  para  Nizejczyków 
zachwycała swą olśniewającą białością. 
Kąpano konie w świętej wodzie Alfejosu. Stajenni wjeżdżali z nimi w sam 
środek rzeki i po kilku zanurzeniach wracali na brzeg. Tutaj wyczesywano je 
i  można  było  widzieć  na  własne  oczy  srebrne  i  złote  grzebienie,  które 
wyjmowali  z  woreczków  skórzanych  ludzie  tyranów  sycylijskich.  Potem 
nacierano je oliwą jak zawodników. Piękne długie grzywy rozczesywano na 
dwie  strony,  fryzowano  włosy  nad  czołem.  Konie  perskie  miały  grzywę  z 
lewego  boku  ostrzyżoną.  Tym,  które  miały  zająć  boczne  miejsca  przy 
czworoprzęgu,  zaplatano  ogony  i  związywano  je  w  gruby  węzeł  tuż  przy 
nasadzie. 
Niewolnicy przynosili wodę. Wyprawiano ich wśród nocy do dalekich źródeł 
górskich.  Każdemu  towarzyszył  człowiek  zaufany,  który  przed  nabraniem 
wody  zbadał  naczynie,  a  później  zamknął  je  i  opieczętował.  Teraz 
sprawdzano  pieczęcie  i  panowie  sami  je  zdejmowali.  Brzuchate  sagany  z 
brązu  zawierały  ilość  wody  określoną  w  długich  medytacjach.  Zanim  je 
podano  koniom  wlewano  jeszcze  parę  kubków  wina,  aby  podniecić 
zwierzęta.  Wszystkie  były  na  czczo,  tylko  Persowie  karmili  swoje  garścią 
lucerny. 
Jeźdźcy  i  woźnice  byli  już  gotowi.  Pierwsi  nadzy  i  natarci  oliwą  jak 
zawodnicy,  drudzy  w  długich  białych  chitonach,  które,  związane  w  pasie, 

background image

opadały do kostek w równoległych fałdach, na podobieństwo żłobkowanych 
kolunm.  Na  szyi,  w  wycięciu  chitonów,  widać  było  sznurki  od  amuletów, 
które  nosili  na  piersiach.  Ich  niebezpieczny  zawód  nasiąknął  odwiecznymi 
przesadami. Któryś z nich szeptem zgrozy zaklinał się, że nigdy więcej nie 
stanie do igrzysk istmijskich. 
— Zdawało mi się, że słup pary wyszedł nagle spod ziemi. Dopiero, kiedy 
mnie wyniesiono razem z moim wozem, dowiedziałem się, że to syn Syzyfa, 
Glaukos, który się zabił na wyścigach, chodzi tam po hipodromie. 
Inni  wzruszali  na  to  ramionami.  Istmijskiego  Glaukosa  można  nazwać 
dobrym duchem w porównaniu z olimpijskim demonem, który wałęsa się we 
wschodnim  krańcu hipodromu, gdzie  jest słup  wskazujący  miejsce  okrążeń. 
Nikt nie zna jego prawdziwego imienia, nazywają go po prostu Taraksippos. 
— Ten, co straszy konie. 
—  Wygląda  jak  straszydło  nocne,  z  ognistymi  ślepiami!  —  Jak  dziecko  o 
twarzy starca, z długą brodą i rozwichrzonymi włosami! — Jest ptakiem! — 
Zupełnie podobny do kreta, wyłazi nagle z ziemi, tuż pod nogami koni!  — 
Brzęczy straszliwie jak potworny bąk! 
Nie  wiadomo,  jak  właściwie  wygląda.  Prawdopodobnie  może  wziąć  każdą 
postać, jaka mu się spodoba, i niejeden widział go, jak się zmienił w konia i 
na  piątego  biegł  u  wozu,  póki  go  nie  rozniósł.  Rzadko  który  bóg  ma  tak 
żarliwych wyznawców. Całą noc składano ofiary na jego ołtarzu. Woźnice, 
jeźdźcy i sami panowie usypali tam górę z placków smażonych na miodzie. 
Zrzucali wstążki, wieńce, odcinali kawałek ubrania lub nawet pukiel włosów, 
żeby  dać  coś  z  siebie  w  zamian  za  bezpieczeństwo  swych  koni  i  własnej 
osoby. 
Uderzając dłonią o ziemię mówili: — Taraksipposie, idź w pole, idź w las, 
idź  na  drogi,  którędy  jadą  wozy.  -Albo nawet:  —  Taraksipposie,  mam  pod 
Etną tabun koni i oddaję ci je dla twojej zabawy. — Wskazywali mu tysiące 
miejsc,  które  powinien  odwiedzić,  ofiarowywali  mu  swoje  stajnie,  obory, 
wymyślali  dlań  najdziksze  swawole  w  miastach,  w  wąwozach  górskich, 
niekiedy  wręcz  wyśmiewali  się,  że  mając  przed  sobą  cały  świat  ciekawy  i 
nieznany,  jak  ślimak  bezsilny  trwa  wciąż  pod  tym  samym  słupem.  Inni 
grozili  mu  gniewem  silniejszych  demonów:  —  Będziesz  związany, 
Teraksipposie, i przywalony wielkim kamieniem, będziesz jęczał tysiąc lat, 
póki  mój  potomek,  którego  imienia  nie  znam,  nie  uwolni  cię  nowym 
zaklęciem. 
Ale już zaprzęgano konie. Woźnice uważali na każdy ruch służby, oglądali 
każdą  część  wozu.  Wywodził  się  on  z  dawnego  rydwanu  wojennego,  tak 
samo o dwóch wysokich kołach, ale mniej obszerny, dla jednej tylko osoby 

background image

dawał miejsce w swym lekkim pudle, które z tyłu było otwarte. Uprząż, lejce 
połyskiwały  złotem.  Panowie  wręczali  woźnicom  bicze  gestem  tak 
poważnym  i  pełnym  godności,  jakby  szło  o  nadanie  prowincji.  Jeźdźcy 
obwiązywali rzemieniami nogi przy kostkach. Nie było strzemion ani siodeł. 
Uchwyciwszy się grzywy, wskakiwali na konie. Za nimi ruszyły wozy. 
Sotion  zbudził  się  w  opustoszałym  baraku.  Nie  tylko  puste  były  łóżka 
chłopców, którzy od tej nocy nie należeli już do zawodników i przeszli do 
obozu, ale i mężczyźni zerwali się wcześniej. 
Płótno u wejścia było odrzucone na dach, w prostokątnej próżni odsłaniał się 
skrawek  nieba.  Pierwszy  promień  słońca  wybiegł  zza  gór  i  ustrzelił  biały 
obłok,  który  zaróżowił  się,  trwał  kilka  chwil  nieporównanie  uroczy  i 
rozpłynął  się  w  bladym  przestworzu  —  gorące  wargi  dnia  wypiły  jednym 
tchem tę rosistą pianę. 
Młody  Tarentyjczyk,  który  nie  miał  zwyczaju  szukać  po  niebie  znaków, 
widział  to  zdarzenie  i  odczuł  je,  albowiem  przypuszczał,  że  ten  dzień  nie 
może  się  zacząć  tak  samo  jak  każdy  inny.  Przez  zwykłe  ludzkie  złudzenie 
znalazł się dziś w centrum wszechświata. 
Miał przed sobą szmat czasu. Nie dało go się inaczej mierzyć jak własnym 
cieniem.  Sotion  wybiegłszy  z  baraków  obejrzał  się  za  tym  swoim  wielkim 
ciemnym towarzyszem, który będzie teraz wciąż malał, a kiedy znów zacznie 
się wydłużać, nastanie pora pentatlonu. 
Między  barakami  a  Buleuterionem  było  pusto.  Wszystko  odeszło  w  stronę 
rzeki,  gdzie  jeszcze  stały  konie,  albo  do  hipodromu,  którego  granice 
zaczynały  się  już  zaludniać. Niedaleko  jednak odzywały  się  znajome  głosy. 
Sotion idąc za nimi wszedł w zarośla porastające brzegi Kladeosu. W dole, 
między  wysokimi,  prostopadłymi  ścianami  żółtego  piaskowca,  biegł  wąski 
strumyk.  Zawodnicy  myli  się  stojąc  w  wodzie,  która  sięgała  im  do  kostek. 
Aby jej zaczerpnąć w dłonie pochylali się i łuki ich ciał sklepiały się wzdłuż 
potoku  niby  przęsła  mostu.  Brali  całe  garście  piasku  z  dna  i  wycierali  nim 
skórę. Wielkie płaty czerwieni występowały na piersiach, plecach. 
Opowiadali sny, mówili o wróżbach. Prawie każdy po drodze do Elidy odbył 
pielgrzymkę  do  jakiejś  wyroczni.  Roztrząsali  zawiłe  słowa,  którymi  im 
odpowiedział  Apollon  w  Klaros,  na  Delos,  w  Ptoion,  w  Delfach;  kilku 
słyszało szmer świętego dębu w Dodonie; komuś wróżył głos Teirezjasza w 
Tilfosion  nad  Tritonem,  a  Gerenos  zwierzył  się  w  końcu,  że  spał  w 
zaczarowanej pieczarze Trofoniosa w Lebadei. 
— Najpewniejsza wydaje mi się wróżba z koni w Onchestos — rzekł Ladas. 
—  Odbywa  się  to  na  polu,  przed  gajem  Poseidona.  Zaprzęgają  konie  do 
wozu,  zacina  się  je  i  puszcza  bez  woźnicy.  Jeśli  wjadą  wprost  do  Gaju, 

background image

można być pewnym zwycięstwa. 
Pataikos  i  Efarmostos,  którzy  nie  mają  nic  więcej  oprócz  własnych  snów  i 
paru  amuletów,  czują  się  po  prostu  bezbronni.  Nagle  słyszą,  jak  Kallias, 
potomek kapłanów eleuzyjskich, mówi: 
—  I  tu  jest  wyrocznia.  Wróżbici  ze  starych  rodów  Iamosa  i  Klytiosa 
wykładają  sny  i  rozumieją  się  na  ruchach  dymu  z  palonej  ofiary.  Olimpia 
była wcześniej wyrocznią niż miejscem igrzysk. 
Wtedy Sotion skoczył w dół. Znalazł się za plecami Kalliasa. 
— Z której gwiazdy spadłeś? — uśmiechnął się Ateńczyk. 
— Z księżyca. 
— I cóż tam mówią? 
— Powiadają, że jutro będzie pełnia. 
— O, to jest wróżba, której można zaufać — rzekł Grylos. 
Sotion  wszedł  do  wody  i  pokazał,  co  to  znaczy  myć  się  w  strumieniu 
olimpijskim o świcie dnia swojego agonu. 
Pod  jego  stopami  zawrzało,  tryskały  fontanny  i  jakby  skądś  dobył  nowe 
źródła, tam gdzie inni znajdowali garść wody, on chlustał całymi strugami. 
Wił się w szalonym tańcu, parskał, krzyczał, a woda, którą wzbijał rękami i 
nogami,  szalała  z  nim  razem  w  śmiechu  rzęsistym.  Wybiegł  z  tej  kąpieli 
nieprzytomny, z szeroko rozwartymi oczami, w których świat jeszcze kręcił 
się  wirem  wody,  a  jego  rozweselona  krew  płonęła  i  wielka  łuna  ogarnęła 
ciało. 
Wziął grzebień od Grylosa, tak samo jak pierwszego dnia w Elidzie wziął od 
niego naczynie z oliwą. Rozczesał wilgotne włosy, a kiedy odrzucił je w tył, 
nad  czołem  ukazał  się  rąbek  jaśniejszej  skóry  niby  sierp  księżyca.  Grylos 
pomógł  mu  spleść  dwa  warkocze,  którymi  otoczył  głowę,  a  ich  końce 
związał nad czołem i przykrył je grzywką. 
Mówiono o wczorajszych zawodach. Eurymenes wychwalał Teognetosa. 
—  Temistokles  wszystko  popsuł.  Nikt  nie  patrzył  na  tę  walkę,  która  była 
naprawdę piękna. 
—  I  dodaj  —  rzekł  Pataikos  —  że  zwyciężył  Drakona,  który  jest 
olimpionikiem. Takie zwycięstwo liczy się podwójnie. 
— Liczyłoby się naprawdę wysoko — przerwał mu Grylos — gdyby ostatnia 
olimpiada  była  coś  warta.  Ale  nie  było  na  niej  nawet  czterdziestu 
zawodników. 
Sotion uświadomił sobie nagle nieobecność Ikkosa. Mógł również zauważyć 
brak  wielu  innych,  którzy  rozbiegli  się  po  obozie,  lecz  miał  aż  nadto 
powodów, by myśleć tylko o nim. Gdzie się podział? Obóz go na pewno nie 
znęcił, nie należał do ludzi, którzy snują się między namiotami i nawiązują 

background image

rozmowy ze spotkanymi. Jeszcze mniej prawdopodobne, żeby oglądał konie 
albo  szukał  miejsca  w  hipodromie;  miał  je  bowiem  zapewnione,  razem  z 
innymi zawodnikami, przy namiocie hellanodików. 
Sotion  pobiegł  wzdłuż  Kladeosu  do  miejsca,  w  którym  brzeg  opada  i  daje 
przejście do Altis. Stamtąd poszedł wprost do stadionu. 
Ikkos był na bieżni. Stał jeszcze z halterami w ręku, jego chłopiec zbierał się 
do odmierzenia długości skoku. Pochylony nad oszczepem, który mu służył 
za  miarę,  odwrócił  głowę  na  szmer  piasku.  Zmieszał  się,  jakby  go 
przychwycono na złym uczynku, i spojrzał na pana. 
Ikkos również się odwrócił. 
— Czy robisz tak cały pentatlon? — zapytał Sotion. 
— Miałbym ochotę, gdybyś mi zechciał towarzyszyć w zapasach. 
— Tak, ale po południu. 
Chłopiec  tymczasem  odmierzył  skok  i  szepnął  Ikkosowi  jakąś  cyfrę,  na  co 
ten skinął głową. 
— Zdaje mi się, że widzisz w tym coś niewłaściwego — zwrócił się znów do 
Sotiona. 
— Nie idzie o mnie, ale jeśli cię zobaczy ktoś z Rady albo z hellanodików... 
— Wiem i dlatego wybrałem czas, kiedy są czym innym zajęci. Znam tych 
ludzi. Im dopiero za sto lat przyjdzie na myśl, żeby tu zbudować gimnazjon i 
palestrę. 
—  Poczekaj  więc  sto  lat,  a  tymczasem  uszanuj  zwyczaj,  który  zabrania 
używać stadionu olimpijskiego do ćwiczeń. 
Ikkos dał znak chłopcu, który natychmiast wszystko sprzątnął. 
— Chyba mnie nie zdradzisz? 
—  Czemuż  się  nagle  mnie  boisz  —  zdziwił  się  Sotion  —  skoro  miałeś 
odwagę przyjść tu, gdzie każdy cię mógł dostrzec? 
— Wiedziałeś, że tu jestem? 
— Domyśliłem się i przyszedłem, żeby cię ostrzec. 
— Na Dzeusa! wygląda tak, jakbyś się bał mnie utracić. 
Sotion  milczał  zamyśliwszy  się  nad  dziwacznością  tego  człowieka.  Ikkos, 
staranny i ostrożny, dokładny i przewidujący, w sam dzień swoich zawodów 
mógł  się  narazić  na  przygodę,  która  skończyłaby  się  chłostą  albo 
wykluczeniem, albo jednym i drugim. 
— Nie rozumiem — rzekł — po co ci to potrzebne? 
—  Nie  rozumiesz?  Wyszliśmy  z  Elidy  dziesiątego.  Dziś  jest  trzynasty.  Od 
pięciu  dni  nie  odbywałem  ćwiczeń.  Gdy  jestem  w  waszym  towarzystwie, 
zdarza  mi  się  odpowiadać  na  takie  pytania,  jakbym  rozmawiał  z  ludźmi, 
którzy nigdy nie widzieli gimnazjonu. 

background image

— A słuchając ciebie można pomyśleć, że jesteś barbarzyńcą, który nie zna 
naszych obyczajów. Przecież mogłeś znaleźć inne miejsce. 
— Zapisałem się do pentatlonu, a nie do łapania kóz. Chcesz, żebym biegał i 
skakał po ścierniskach? 
— Ergoteles znalazł pod Harpiną doskonałą łąkę. 
— Pod Harpiną! Sześć stadiów tam, sześć stadiów z powrotem. Tobie by się 
może podobało, żebym wrócił z nogami z ołowiu? 
— Kup sobie muła! 
I  zostawił  go  pod  Herajonem.  Nie  miał  cierpliwości  na  te  rozmowy,  w 
których  zawsze  w  końcu  odzywała  się  pogarda  i  nienawiść.  Żadnego 
porozumienia  nie  mogło  być  między  nimi.  Należeli  do  dwóch  obcych 
światów.  Świat  Sotiona  był  jeszcze  tak  silny,  że  Ikkos  przedstawiał  się 
zaledwie  jako  natrętne  dziwactwo,  które  się  wymija  po  drodze.  I  kiedy 
Sotion szedł przez otwarty plac we wschodniej części Altis, towarzyszyły mu 
posągi  ludzi,  którzy  stworzyli  wszystkie  jego  ideały:  dzielności  i  siły 
posłusznej  prawom  życia,  radosnej  uległości  wobec  wszelkich  warunków, 
zdrowia wolnego od nieufności i skąpstwa. Ich uśmiechnięte twarze patrzyły 
na wschód, ich ciała z drzewa, marmuru i brązu paliły się świeżym słońcem, 
nawet ich cienie kryły się wśród drzew, które rosły za nimi. 
Dzisiejszy dzień mógł go postawić w ich szeregu. Ta myśl zatrzymała go w 
miejscu.  Jednym  spojrzeniem  ogarnął  cały  orszak  sławy,  od  słupa 
Oinomaosa  do  Buleuterionu,  i  zauważył,  że  miałby  się  tu gdzie  pomieścić. 
Posągi  nie  tłoczyły  się  jeszcze,  zostawało  między  nimi  sporo  wolnej 
przestrzeni, nie zajętej nawet przez tablice pamiątkowe. Ale jak we śnie nie 
podobna  zobaczyć  własnej  twarzy,  tak  Sotion  nie  mógł  sobie  wyobrazić 
swego  posągu.  W  myślach  widział  tylko  cokół  ze  swym  imieniem,  wyżej 
była już pustka, której nie umiał zapełnić żadnym kształtem. Zawstydził się 
w końcu tej próżności: 
— Pewnie mój marmur śpi jeszcze pod ziemią! 
Ikkos zaś idąc od Herajonu minął prytanejon i wszedł w las, który ciągnął się 
nieprzerwanie  ku  stokom  góry  Kronosa.  Rosły  tu  stare  platany,  pod  ich 
gęstymi  konarami  było  prawie  ciemno.  Chłopiec  niosący  przybory 
gimnastyczne został o parę kroków w tyle. Straciwszy z oczu Ikkosa, którego 
przesłoniły  drzewa,  zaczął  go  wołać.  Wyglądali  na  dwóch  wędrowców 
zabłąkanych w jakimś samotnym świecie, na krańcach zachodu. 
Powiadają,  że  człowiekowi  zdarza  się  przejść  w  życiu  przez  swój  grób, 
dotknąć  stopą  miejsca  swej  śmierci,  i  że  ta  chwila  nigdy  nie  mija 
niepostrzeżenie,  oznajmia  się  nagłym  niewytłumaczonym  lękiem,  który 
odezwałby  się  zupełnie  wyraźnie,  jeśliby  wtedy  dusza  była  wolna  od 

background image

wszelkiej myśli, od wszelkich wrażeń, cicha i otwarta jak pusta przestrzeń. 
Tak  samo  drogi  nasze  krzyżują  się  z  drogami  przyszłych  czasów,  niekiedy 
odwracamy się jakby na szmer kroków idących za nami. Być może czas od 
początku istnienia aż po koniec wszechrzeczy roztacza się niby równy step, 
każdy  biegnie  po  nim  w  swej  koleinie,  a  jeśli  na  chwilę  z  niej  zboczy, 
natychmiast wkracza albo w to, co nazywamy przeszłością, albo w to, co ma 
nadejść. 
Od  prytanejonu  Ikkos  szedł  po  ziemi  przyszłości.  Cały  ten  obszar,  dziki  i 
zarosły  jak  puszcza,  miał  się  kiedyś  zamienić  w  gimnazjon  z  portykami,  z 
wielkim boiskiem długości stadionu, z osobnymi dziedzińcami dla pięściarzy 
i zapaśników, zaopatrzony we wszystko, aby ciała przeznaczone do igrzysk 
nie doznały przerwy  w zabiegach nad swą doskonałością. Wszystko, czego 
Ikkosowi tak brakło, miało tu być spełnione i przewyższone. Żadna cząstka 
świadomości  nie  dała  mu  znać  o  tym,  tylko  raz  jeden,  dotknąwszy  pnia 
platanu, miał wrażenie, że dłoń przesunęła się po słupie kamiennym. 
,,Jestem zmęczony — pomyślał. — Zmęczony albo pozbawiony równowagi. 
W  najważniejszej  chwili  życia  nie  mam  spokoju  ani  własnego  miejsca. 
Popełniłem już dziś jedno szaleństwo, a teraz zmysły zaczynają mnie łudzić. 
Od kilku dni nie wiem, jaki jest stan moich mięśni." 
To  go  trawiło  najgłębiej.  Wytrącony  z  codziennej  medytacji  swego  ciała, 
znalazł  się  w  niepewności  jak  żeglarz,  który  nie  może  oznaczyć  miejsca, 
gdzie  płynie  jego  statek.  Siła,  zręczność,  sztuka  Ikkosa  składała  się  z 
obliczeń, każdy dzień zaprawy zamykał rachunkiem, w którym na następny 
zostawało  coś  do  odjęcia  lub  do  uzupełnienia.  Z  tej  całej  matematyki 
posiadał teraz jedynie wyniki ostatnich, pośpiesznych dni w Elidzie i miarę 
dzisiejszego  skoku,  który  był  wprawdze  dobry,  ale  nie  dawał  żadnego 
oparcia, jako oderwany fragment. Zdany wyłącznie na prawdopodobieństwo, 
Ikkos tracił odwagę. 
Potykając  się  o  nadziemne  korzenie  i  mijając  krzaki,  które  mu  zagradzały 
drogę,  niósł  w  sobie  gorycz.  Czas,  w  którym  żył,  pruł  się  na  nim  wzdłuż 
szwów i nie było sposobu zastąpić go nowym, własnego kroju. 
A we wschodniej stronie Altis Sotion szedł równo w koleinach swej epoki, 
nie  podejrzewając,  jak  niewiele  już  jej  zostało,  cały  w  myślach,  uczuciach, 
pragnieniach  swego  czasu,  który  leżał  na  nim  nieskazitelnie  i  był  mu  tak 
właściwy, jak jego ciało było odpowiednie dla jego duszy. 
Przed chwilą przypomniał sobie, że jest nagi, i zaczął iść do baraków. Lecz 
zawróciła go wrzawa wyścigów. Nie byłby Tarentyjczykiem, gdyby pozostał 
niewrażliwy  na  tętent  koni.  Wbiegł  na  mogiłę  Hipodamei,  skąd  miało  się 
widok na hipodrom. 

background image

Wyścigi  wozów  były  już  rozpoczęte.  Stanęło  ich  trzydzieści,  dziesięć 
tuzinów  koni  szło  w  lejcach.  Trzy  okrążenia  minęły  spokojnie;  jakby 
widowisko miało się wyczerpać na tym biegu barw, połysku i chrzęstu. Ale 
był  to  zaledwie  łagodny  świt  zdarzeń,  które  nigdy  nie  zachodziły  bez 
krwawej łuny. 
Czekało  jeszcze  dwadzieścia  okrążeń,  gdyż  pełna  długość  biegu  wynosiła 
siedemdziesiąt  dwa  stadia.  Konie  coraz  bardziej  się  rozpalały.  Woźnice, 
przechyleni nad pudłem wozu, które im sięgało do bioder, odrzucili bicze. Z 
ich  twarzy,  ściągniętych  skurczem,  z  napiętych  mięśni  poznawało  się 
wysiłek, z jakim walczą przeciw samowoli zwierząt. 
W czasie piątego okrążenia oderwał się prawy przyczepny koń Karneadesa z 
Kyrene.  Woźnica  nie  mogąc  zatrzymać  wozu  dojechał  do  startu  i  tam  już 
pozostał. 
— Przegryzł mu linę — rzekł. 
Taraksippos  więc  zaczynał  zabawę.  Ci,  którzy  znali  obyczaje  demona, 
przepowiadali  groźne  rzeczy.  Porzucony  koń  przyłączył  się  do  jakiejś 
czwórki,  potem  znów  biegł  samotnie,  błąkał  się  po  jezdni,  uciekając  przed 
pędzącymi wozami, to znów goniąc za nimi, póki tuż przy starcie nie udało 
go się schwytać w pętlę rzuconego sznura. 
Wozy  mknęły  w  szalonym  pędzie,  okryte  gęstą  chmurą  pyłu.  Rozorana 
jezdnia  odsłoniła  spod  piasku  czerwoną  ziemię,  którą  darły  kopyta  koni 
zasypując  pierwsze  szeregi  widzów  grudkami.  Hipodrom  skurczył  się,  stał 
się wirującą elipsą, oszołomione dusze ludzkie zapadły w niesamowity krąg 
ruchu. Świat, rozpalony od wczesnego skwaru, był bliski wrzenia, sklepienie 
nieba drżało jak pokrywa garnka. I nagle wirująca obręcz pękła. 
Wóz  państwowy  z  Argos  zawadził  o  słup  okrążeń,  rozległ  się  trzask 
złamanego  koła,  krzyk  wielu  tysięcy  ludzi.  Konie  argwiskie  rzuciły  się  w 
bok  i  wpadły  na  konie  z  Mesany,  które  były  najbliżej.  Uczynił  się  zator, 
nadjeżdżające  wozy,  nie  mogąc  pohamować  pędu,  zlatywały  na  siebie  jak 
gwiazdy  wytrącone  z  orbit.  Splotło  się  potworne  kłębowisko,  które  tylko 
śmierć mogła rozwiązać. 
Ale woźnica Terona, który był ostatni, zdążył zawczasu powściągnąć konie i 
zbliżywszy  się  ostrożnie,  śmiałym  zawrotem  wyminął  to  rozdygotane  jak 
wulkan  usypisko  wozów,  zwierząt  i  ludzi.  Zamknął  oczy,  aby  nie  widzieć, 
lecz  obraz  zgrozy  wdarł  się  przez  uszy  wstrząsającym  zgiełkiem  rżenia  i 
jęków. 
Służba  olimpijska  biegła  na  pomoc.  Chwytano  konie,  które  się  zerwały, 
wynoszono ludzi, którzy lecieli z rąk, bezwładni, śmiertelnie bladzi; plamy 
krwi  zostawały  po  nich  na  piasku.  Gdy  czwórka  Terona  znów  nadjechała, 

background image

wszystko  się  rozbiegło  dając  jej  wolny  przejazd.  I  ten  jedyny  ocalały  wóz 
krążył  po  hipodromie  bez  przeszkód  i  bez  rywali.  Woźnica  stał 
wyprostowany wysoko trzymając lejce. 
Ilekroć  zbliżał  się  do  fatalnego  słupa,  wśród  widzów  robiła  się  cisza  w 
oczekiwaniu, że Taraksippos nie wypuści i tej ofiary. Rzeczywiście, w chwili 
gdy trąba herolda ogłosiła ostatnie okrążenie, konie z Akragas żachnęły się 
na widok martwego towarzysza, który tam leżał, jeszcze nie uprzątnięty. Ale 
woźnica  zapanował  nad  nimi  i  pokonał  ich  strach  wzmożoną  szybkością. 
Gnali  przez  pustą  jezdnię  jakby  przed  niewidzialnym  pościgiem,  póki  nie 
wyzwolił ich przejmujący dźwięk trąb — u pustej mety. 
Sotion  zeszedł  z  kurhanu  Hipodamei.  Mijając  namiot  hellanodików 
posłyszał, że go ktoś woła. Aipytos skinął nań ręką. 
— Czy widziałeś Ikkosa? — zapytał. 
— Tak. 
— Gdzie? 
— Pod Herajonem. 
— Ale był na stadionie? 
— Nie wiem. 
— A czyje ślady tam zostały? 
—  Nie  wiem  o  żadnych  śladach.  A  Ikkos,  kiedy  go  spotkałem,  szedł  od 
prytanejonu. Hellanodik pokiwał głową niedowierzająco: 
— Kleiduchos widział jednego z zawodników, który się kręcił po stadionie. 
Mówi, że musiał to być ktoś z pentatlonu. 
—  Na  Dzeusa!  nie  wydaje  mi  się,  żeby  kleiduchos  tak  się  rozumiał  na 
zawodnikach. 
— On powiada, że tamten miał haltery. 
— Nic nie widziałem — rzekł Sotion stanowczo. 
— Możesz odejść. Ale jeśli się wykryje, i ty dostaniesz. 
Zawodnicy  już  wiedzieli  o  wszystkim.  Obstąpili  Sotiona  i  zaczęli  go 
wypytywać. Czuł, że im nie wymknie się łatwo, jeśli zacznie odpowiadać na 
pytania. 
—  Wiecie  —  szepnął  —  Ikkos  wybrał  się  w  połowie  nocy  na  stadion  i 
przerobił  tam  cały  pentatlon.  Ponieważ  nie  miał  towarzysza  do  zapasów, 
zaprosił Hermesa. Tylko nie mówcie o tym nikomu. 
Żart  ich  uspokoił.  Rzecz,  z  której  można  się  śmiać,  w  ich  lekkich  duszach 
traci swój ciężar, jakby się ją przeniosło na planetę o innej masie. 
— Chodźmy do obozu coś zjeść — rzekł Sodanwa — potem nie będzie już 
czasu. 
— Namiot mego ojca jest najbliżej — odezwał się Eutelidas. 

background image

Był  pusty,  ale  na  głos  Spartanina  nadbiegł  helota.  Przyniósł  ser,  chleb, 
świeże gruszki. 
— Czy wam się nie zdaje — mówi Sodamos — że czas, któryśmy spędzili w 
Elidzie, jest już bardzo daleko? 
Znaczy to innymi słowy: „Jest to nasze ostatnie wspólne śniadanie i czy po 
dniach igrzysk spotkamy się kiedyś?" I znaczy to jeszcze: „Powiedzcie, czy 
czas w gimnazjonie nie był najpiękniejszy, czy nie zawierał tego, co w życiu 
ma największą wartość: dążenie?" 
Każdy z nich, oczywiście (jakżeby mogło być inaczej?), czuje na skroniach 
wieniec, który go czyni zupełnie innym człowiekiem, i ten inny człowiek nie 
ma już miejsca wśród dawnych towarzyszy, zostaje za furtą. Osiągnięty cel, 
pomimo swej niezmiernej chwały, pustoszy serce, które żyło tak wspaniale. 
Czy  kiedykolwiek  nadarzy  się  nowy  cel,  równie  boski?  czy  znajdą  się 
jeszcze  dni  tak  upajającej  nadziei?  Czy  świat  może  czymkolwiek  zastąpić 
nieprzebrane  uroki  koleżeństwa  i  przyjaźni,  które  każdy  dzień  wzbogacał 
szlachetną walką? 
I niespodzianie zaczęła się rozmowa, w której nie było nic z igrzysk, nic z 
niepokoju  przed  rozstrzygającą  chwilą,  wszyscy  trzej  weszli  w  hałaśliwe 
wspomnienia  gimnazjonu.  Wynosili  stamtąd  imiona  uwikłane  w  błahe  i 
niezapomniane  zdarzenia,  rozpamiętywali  towarzyszy,  którzy  nie  doszli  do 
Olimpii,  jakby  tych,  co  polegli  w  ostatnim  starciu  przed  ogłoszeniem 
rozejmu. 
Hipodrom przeżył już swe największe chwile. Po czwórkach koni nastąpiły 
wozy  zaprzężone  w  muły.  Było  ich  zaledwie  sześć,  same  sycylijskie.  Ze 
starej  Grecji  jedna  tylko  Tesalia  posiadała  piękne  muły  wyścigowe,  ale 
Tesalia  w  tym  roku  nie  wzięła  udziału  w  igrzyskach.  Elejczycy,  którym 
odwieczny  zabobon  wzbraniał  hodowli  tych  zwierząt,  odnosili  się  do  tego 
agonu z niechęcią. Zwyciężył wóz Anaksilasa z Rhegion. 
Teraz kończono kalpę, czyli bieg klaczy. 
W  połowie  ostatniego okrążenia  jeźdźcy  zeskakiwali  na  ziemię  i  trzymając 
konia za uzdę, porwani jego pędem, biegli z nim razem do mety. Ta jedyna 
część  wyścigów  nie  należała  do  królów.  Do  kalpe  stawało  drobne 
ziemiaństwo, każdy był jeźdźcem własnego konia, zżyty z nim od źrebięcia. 
Widzowie  czując,  jak  mało  tu  jest  popisu  i  próżności,  a  jak  wiele 
zamiłowania i sztuki, towarzyszyli jeźdźcom nieustannym gwarem zachęty. 
Zwyciężył młody Ateńczyk, Kalippos, z okolic Maratonu, na klaczy Melissa. 
Jego bieg był godny stadionu. 
Ale  znów  królowie  wrócili,  gdy  otrąbiono  wyścigi  wierzchowców.  Dla 
niejednego była to druga stawka tego dnia, po klęsce wozów. W tej liczbie 

background image

był i Hieron. 
Stracił dwa konie,  które  wyszły  ze  złamanymi  nogami,  a  jego  woźnica był 
śmiertelnie  ranny.  Cierpiał  jednak  nie  tyle  z  własnej  porażki,  ile  ze 
zwycięstwa Terona, którego podejrzewał o czary. Myśl, że Teron odjedzie z 
wieńcem, a on wróci z pustymi rękami, przejmowała go zgrozą. 
— Idź — rzekł do Chromiosa — i powiedz Chrysipposowi, że dostanie minę 
srebra, jeśli zwycięży. 
— Dostanie dwie, bo ja mu dam drugą.  
Chrysippos dosiadł gniadosza tak wesoło, jakby już niósł owe dwie miny w 
węzełku  na  plecach.  Wielu  znało  konia  z  igrzysk  pityjskich,  odezwały  się 
wołania: — Ferenikos — które Hiron wziął za dobrą wróżbę. Nie słyszał, że 
tak  samo  witano  inne  konie,  zewsząd  brzmiały  okrzyki:  —  Knakias!  — 
Fojniks! — Aiolos! — Fojbos!  
Ferenikos wysunął się naprzód, a w następnej chwili Fojniks go wyprzedził. 
Powtarzało  się  to  kilka  razy  przez  całą  długość  hipodromu.  Hieron  miał 
uczucie, że stoi nie na ziemi, ale na wzburzonym morzu: fala to w górę go 
podnosi,  to  strąca  w  dół.  Jego  słabe  nerki  chwycił  gorący  uścisk.  To  była 
śmierć — ta ciemność, która go ogarnęła, ilekroć Ferenikos uchylał się poza 
czerwony  kadłub  Fojniksa,  to  było  nowe  życie,  ilekroć  jasny  gniadosz 
wylatywał na swobodną przestrzeń. 
Jakże trudno być królem. Niech ktoś na chwilę oderwie oczy od hipodromu i 
spojrzy  w  tę struchlałą twarz,  w te ogniste  wypieki  —  to okropne nie  móc 
schować swej twarzy, która nic już ukryć nie umie! 
Jeszcze  raz  leci  w  głąb;  na  widok  czerwonego  łba,  który  wysuwa  się 
naprzód,  zamyka  oczy,  zapada  w  mrok  bez  końca,  a  kiedy  okrzyk:  — 
Ferenikos!  —  podźwiga  go  do  życia,  Hieron,  władca  Syrakuz,  stoi  pod 
okrutnym  firmamentem  tysięcy  oczu  blady,  z  sinymi  wargami,  z  czołem 
wilgotnym od potu. 
Chrysippos zeskoczył z konia i prowadzi go za uzdę. Staje przed Hieronem, 
który drżącymi rękami zawiązuje mu na skroniach białą wstążkę zwycięstwa. 
Razem  idą  do  namiotu  hellanodików.  Jeździec  pozostaje  o  krok  w  tyle,  a 
Hieron, trzymając Ferenikosa za jasną grzywę, czeka, póki Kapros nie ułoży 
wieńca z gałązek oliwnych. 
Herold,  ogłaszający  zwycięstwo  konia  syrakuzańskiego,  na  próżno  się 
wysilał. Już go nikt nie słuchał, już tłum wylewał się z hipodromu i parł w 
stronę  stadionu.  Słońce  było  bliskie  południa,  pozostawał  niewielki  czas 
przerwy.  Za  dawnych  olimpiad  przedłużał  się  on  znacznie,  bo  starzy 
hellanodikowie,  ucztując  po  królewsku,  nie  śpieszyli  się  z  obiadem.  Ale 
Kapros nakazał krótki posiłek, który już czekał w prytanejonie. Tym, którzy 

background image

poszli  do  swych  namiotów,  groziło,  że  się  spóźnią:  połowa  skarbców  była 
pusta. 
Na  stopniach  jednego  z  nich  siedział  Temistokles.  Gardła  ludzkie,  jeszcze 
niewypoczęte  po  wrzaskach  hipodromu,  zlekceważyły  te  cztery  piękne 
sylaby.  Oszczędzano  swój  głos  dla  nowych  ludzi,  wczorajszych  i 
dzisiejszych  zwycięzców.  Przychodzili  z  białą  wstążką  na  skroniach: 
Glaukos, Agesidamos, Teognetos, Kalippos. Woźnica Terona, który nie zdjął 
swej  długiej  szaty  i  sandałów  okrytych  kurzem,  przyniósł  wiadomość  o 
rannych i rozpowiadał ją głośno pod milczącym wzgórzem. 
Inni byli zajęci jedzeniem. Mieli zapasy w tłumoczkach, rozwijali je teraz i 
co chwila wybuchały śmiechy na widok miazgi, w jaką skwar i tłok obróciły 
ich sery, chleby i owoce. 
Tak  samo  wyglądała  bieżnia,  po  której  przeszły  tysiące  nóg.  Któż  by 
zechciał  szukać  na  niej  zbrodniczych  śladów  Ikkosa!  Zapomniano  o  nich, 
zasypano je piaskiem, świeżym, żółtawym piaskiem, tak czystym i drobnym, 
jakby go przesiano przez sito. Spod łopat i grabi służby olimpijskiej wysnuł 
się stadion schludny, gładki, ponętny jak zwój pergaminu, nie tknięty jeszcze 
ani jednym słowem, a gotów przyjąć całe piękno, całą wzniosłość ludzkiego 
natchnienia. 
Wejście  zawodników  odezwało  się  rzeczywiście  jak  początek  poematu. 
Kilkanaście cudownych wierszy, w których mieści się zapowiedź dziwnych i 
niepokojących  zdarzeń,  wzruszeń,  igraszek  losu,  klęsk  i  triumfów  i  w 
których jest obecne bóstwo zamknięte w inwokacji. 
Pentatlon  tworzy  najpiękniejszych  ludzi,  a  to  był  kwiat  pentatlonu. 
Ceremoniał ze stołem, wieńcami, dłużył się, nadchodzili spóźnieni książęta, 
ale nikt na to nie zwracał uwagi, całe wzgórze w nieporuszonym milczeniu 
wpatrywało się w zawodników. 
Wzrok  chłonął  te  kształty,  wyrzeżbione  sztuką,  do  jakiej  nie  był  zdolny 
wówczas żaden artysta na ziemi, ogarniał więcej, niż można ogarnąć jednym 
zmysłem,  nasycał  równocześnie  dotyk,  smak  i  powonienie,  jakby  to  były 
owoce  o skórze nad podziw  delikatnej,  o miąższu  soczystym,  o  wybornym 
zapachu. Zawodnicy mogliby tak stać do wieczora i odejść, a nikt by się nie 
upomniał  o  igrzyska,  wystarczyłaby  sama  ich  obecność,  jak  w  niektórych 
uroczystościach  pochód  pięknych  mężczyzn  zamyka  nabożeństwo,  niby 
ostatnia modlitwa. 
Widok tych ciał dał się porównać ze wszystkim, co sprawia najpodnioślejszą 
rozkosz, dałby się porównać z nocą gwiaździstą. Albowiem poza uchwytną, 
zmysłową  świetnością  był  w  nich  głęboki  rozum  rzeczy  doskonałych. 
Zaspokajały  pragnienie  ładu  jak  kosmos.  Lecz  zaspokajały  je  w  sposób 

background image

nieporównanie bliższy i bardziej serdeczny. Były to przecież owoce ziemi — 
te  urocze  istoty,  i  doskonałość,  którą  wyobrażały,  nie  wykraczała  poza 
ludzką możliwość, mieściła się w niej, ośmielała ją, wyzywała. 
Spojrzenia,  wędrujące  od  jednego  zawodnika  do  drugiego,  wracały  do 
Sotiona, aby już przy nim pozostać. 
Wzrost,  krągłość  głowy  i  szyi,  delikatne  wargi,  prosty  nos,  włosy,  które  w 
słońcu wydawały się jeszcze jaśniejsze, oczy wyraziste — wszystko było tak 
nieskazitelnie helleńskie, że patrzono weń jak w krajobraz ojczysty. 
Pentatlon zaczynano zwykłym biegiem, na jeden stadion. Biegi odbywały się 
parami.  Jedenastu  zawodników  podzielono  na  cztery  pary  i  jedną  trójkę. 
Sotion  znalazł  się  w  trójce  razem  z  dwoma  Arkadyjczykami.  Miał  ostatni 
bieg,  przed  nim  zwyciężyli  kolejno:  Sodamos,  Ischomachos,  Eutelidas, 
Ikkos. 
Pierwszy  krok  Sotiona  od  startu  był  tak  długi,  że  wydawało  się,  jak  gdyby 
skoczył. Zajmował środkowe miejsce i od razu wysunąwszy się naprzód, stał 
się szczytem trójkąta, którego dwa inne punkty poruszały się za nim wciąż w 
tym samym oddaleniu. Na dwadzieścia stóp od mety jeden z Arkadyjczyków 
porwał się z wysiłkiem, który mu boleśnie wykrzywił usta. Ale w tej chwili 
Sotion  ukończył  bieg,  w  ostatnim  ruchu  rozłożył  ramiona  i  Arkadyjczyk 
zatrzymał się na tej żywej barierze. 
Powitał go okrzyk tak gorący, jak gdyby on jeden był zwycięzcą i jak gdyby 
to był już koniec pentatlonu. 
Sotion  doznał  uczuć,  o  jakich  nie  miał  pojęcia.  Po  raz  pierwszy  w  życiu 
posłyszał głos świata. W jego młodości była do tej pory cisza pustelni. Żył w 
nieustannym  ruchu,  w  nieprzerwanym  gwarze,  ale  był  to  ruch,  który  sam 
tworzył,  i  był  to  krzyk  własnej  krwi,  który  wokół  niego  szumiał.  Świat, 
ludzie  —  nic  o  nich  nie  wiedział,  myślał  o  nich  drobnymi,  nagłymi 
urywkami, tak samo mogłaby myśleć strzała przelatująca wśród pól, domów 
i ich mieszkańców. 
I  nagle  ów  nieznajomy  świat  wołał  go  po  imieniu!  Wołał  go  po  imieniu, 
wyraźnie wszystkimi trzema zgłoskami jego imienia, które nigdy dotychczas 
nie  wydało  mu  się  bardziej  rzadkie  i  własne.  Dziesięć,  dwadzieścia, 
trzydzieści tysięcy ludzi powtarzało ten dźwięk osobliwy. I jakże namiętnie, 
z jaką siłą! On żył w każdym z tych wołających głosów, on był w każdym z 
tych ludzi i oni mnożyli go przez swą nieprzebraną liczbę, i Sotion poczuł się 
zwielokrotniony  poza  granice  wyobraźni.  Radość,  wstrząsająca  jak  lęk, 
otworzyła  mu  duszę.  Spojrzał  w  nią  ze  zdumieniem:  była  jasna  i  ognista, 
jakby słońce w niej wzeszło. 
Zagrał  flet.  Nie  był  to,  jak  w  gimnazjonie,  niewolnik,  lecz  sławny  muzyk, 

background image

Midas, w laurowym wieńcu. Grać do pentatlonu w Olimpii było zaszczytem, 
było  sławą,  gdyż  nikt  nie  mógł  marzyć  o  większym  audytorium.  W  Altis, 
wśród  zwycięzców,  stał  posąg  Pytokritosa,  który  przez  szereg  olimpiad 
towarzyszył  swą  sztuką  zawodom.  Midas,  zanim  podjął  zwykłą  melodię 
igrzysk, odegrał krótki utwór, nagrodzony w Delfach, modlitwę do Apollona. 
Znikomy  głos  aulosu  szedł  nisko,  nie  mogąc  się  przebić  przez  wrzawę 
ludzką,  dopiero  gdy  ucichła,  podniósł  się,  wyprostował  jak  błękitne 
włókienko dymu z kadzideł ofiarnych. 
Skoki rozpoczął Ischomachos. Był dobry, ale poniżej swych możliwości. Od 
jego  kresy  następne  oddalały  się  jak  szczeble  drabiny.  Na  najwyższym 
zatrzymał  się  Sodamos,  o  dwa  palce  dalej  od  Ikkosa.  Sotion,  który  skakał 
ostatni, uzyskał tę samą długość, pokrywając swoimi stopami jeszcze świeży 
ślad przyjaciela. 
Piękno jego skoku nie ominęło niczyjej uwagi. Oczy widzów, wśród których 
człowiek  nieobyty  z  gimnastyką  mógł  być  tylko  szczególnym  wyjątkiem, 
spostrzegły,  rozróżniły  i  zapamiętały  najdrobniejszy  ruch.  Jeśliby  Sotion 
skoczył  o  dwie  stopy  gorzej,  zachwyt  by  się  nie  zmniejszył.  Ten  żywy 
pocisk,  przelatujący  niezrównanym  łukiem,  objawiał  wartość  daleką  od 
wszelkiej  miary.  Ciało  Tarentyjczyka,  zrośnięte  z  kilku  taktami  muzyki, 
zdawało  się  być  zmysłowym  symbolem.  I  skok  Sotiona  takie  właśnie 
znaczenie  miał  dla  widzów,  w  których  wspomnieniu  pozostał  niby  urywek 
melodii. 
Była  to  zawsze  uroczysta  chwila,  gdy  zawodnikom  podawano  do  wyboru 
trzy dyski pochodzące ze skarbca świątyni Hery. 
Były  one  jednej  wielkości,  jednego  ciężaru  i  niewątpliwie  równie  sędziwe 
jak  dysk,  na  którym  spisano  święte  przymierze  igrzysk;  pamiętały  wiek 
brązu  albo  ten  posępny  brzask  żelaza,  kiedy  stara  dynastia  miedzi  i  cyny, 
przeżywszy  dziesiątki  stuleci,  wychowawszy  tysiące  pokoleń,  które 
wywiodła z epoki kamiennej — uległa nowemu światu, powstającemu z krwi 
i  ognia.  Czas  jednak  nie  osiadł  na  nich  najlżejszym  śladem  śniedzi. 
Przechowywane  w  torbach  skórzanych,  owinięte  w  sukno  napojone  oliwą, 
pojawiały się na krótką chwilę raz na cztery lata, jakby zbudzone z długiego 
snu,  swym  ciemnym  połyskiem  przypominały  węża,  którego  wiosna 
wydobyła ze starej skóry. Zawodnicy biorąc je do rąk widzieli w ich gładkiej 
powierzchni  własne  twarze  i  nie  mogli  opanować  wzruszenia  na  myśl,  że 
może patrzy na nich widmo czy duch zaklęty w metalu od wieków. 
Pierwszy rzut nie powiódł się nikomu oprócz Ikkosa. Jego strzała odbiegła o 
kilkanaście  stóp  od  innych,  które  wbite  w  różnych  stronach  bieżni,  szły 
wzdłuż krzywej wykreślającej stan nieopanowanej równowagi. 

background image

Biedny Ischomachos poległ bezsławnie. Trzy razy unieważniono mu rzut za 
wykroczenie  z  granic  balbis.  Stał  teraz  z  oczyma  nabrzmiałymi  od  łez, 
zdruzgotany i nieprzytomny. Był wykluczony z dalszej walki. 
— Możesz się pójść ubrać — krzyknął Hysmon. 
Mimowolnie  spojrzał  na  swe  nagie  ciało,  przedmiot  swej  dumy,  które 
wydało mu się odtąd na resztę życia zupełnie bezużyteczne. 
Działo  się  to  poza  świadomością  Sotiona.  Agon  opętał  go  i  znieczulił.  Z 
całego  świata,  z  tego  świata,  który  przed  chwilą  odezwał  się  doń  swym 
potężnym  głosem,  pozostał  tylko  jeden  wiór,  drobna  strzała  o  czerwonej 
sterówce, oznaczająca rzut Ikkosa. Za chwilę przyłączyła się do niej druga, 
prawie na tej samej odległości. Ikkos pracował równo i ściśle. 
Sotion  nie  mógł  ustać  w  miejscu  oczekując  swej  kolei.  Niecierpliwość 
wyczerpywała  go  jak  pragnienie  miłosne.  Ujął  wreszcie  dysk  spotniałą 
dłonią i nie obsypawszy go piaskiem rzucił. Krążek zawirował w powietrzu i 
jeszcze na stadionie kręcił  się  jak  bąk,  ale  miejsce  pierwszego  zetknięcia z 
ziemią trwało smutną szczerbą wśród najgorszych rzutów. 
Wtedy  publiczność  okazała  Sotionowi  swe  serce.  Każdy  go  odczuł  i 
zrozumiał,  dusze  wychowane  w  gimnazjonach,  zahartowane  w  instynkcie 
współzawodnictwa, widziały wyraźnie, co się w nim dzieje. Był jak lunatyk i 
lada głos mógł go strącić w przepaść. Ani jeden szmer się nie podniósł. 
Z  innych  już  powodów  widzowie  wstrzymali  oddech,  gdy  Sotion  po  raz 
trzeci zbliżył się do balbis. 
Był  zupełnie  spokojny.  Prawą  nogę  wysunął naprzód i  chociaż  ciężar  ciała 
opierał się na lewej nodze, prawa, w napiętych mięśniach łydki i w mocno 
osadzonej stopie, była gotowa do podtrzymania go w ruchu. Odwołał się do 
niej  w  następnej  chwili,  gdy  przerzucając  dysk  z  lewej  do  prawej  dłoni, 
pochylił się ku przodowi, potem gwałtownie odwrócił się w prawo, przegięty 
całą  postacią,  żywa  zapowiedź  brązu  Myrona,  i  znów  się  wyprostował 
przenosząc ciężar ciała na lewą nogę, i wreszcie po raz ostatni cofnął się w 
tył,  i  ramię  rozhuśtane  trzykrotnym  rozmachem,  wspaniała  dźwignia  ze 
ścięgien i mięśni, puściło dysk. 
Leciał  płasko  krając  powietrze,  cicho,  rzekłbyś,  samym  błyskiem,  a  kiedy 
spadł,  podskoczył  z  brzękiem  raz,  dwa  razy,  i  tak  w  skurczach  i  jękach 
przedśmiertnych  oddał  swą  duszę,  cząstkę  wiekuistego  ruchu.  Sotion  po 
rzucie  stał  z  wyciągniętym  ramieniem,  wsparty  na  wszystkich  mięśniach 
prawej nogi, płuca były pełne oddechu, aż głęboki, porywczy krzyk wydarł 
się z nich, skoro dysk minął granicę Ikkosa. 
Po  oszczepach  odbywała  się  narada  hellanodików.  Rozważano  wyniki 
czterech części pentatlonu, żeby ustalić, kto wejdzie do rozstrzygającej walki 

background image

w zapasach. 
— Nie wiem, czy jest konieczna  — rzekł Hysmon. — Zwycięzca w trzech 
rodzajach może być zwycięzcą całego pentatlonu. 
— Tak — odparł Aipytos — ale Sotion nie jest bezspornym zwycięzcą. 
— Czy dlatego, że Arkadyjczyk lepiej rzucił oszczepem? 
— Nie. Arkadyjczyk w ogóle się nie liczy. 
— Więc kto? 
— Ikkos, Sodamos. 
— Sodamos ma tę samą długość skoku co Sotion — odezwał się Onomastos 
— ale któż by go z nim porównał! Zresztą nigdy u nas miara nie rozstrzyga. 
Niech każdy zapyta samego siebie: kto jest z nich wszystkich najlepszy, kto 
ma  największą  wartość,  nie  na  jedną  chwilę  igrzysk,  chwilę  przypadku  i 
pośpiechu,  ale  na  każdy  czas,  kiedy  człowiek  odwołuje  się  do  swej  siły  i 
zręczności. 
—  Sodamosa  nie  można  odrzucić  —  opierał  się  Aipytos  —  i  to  z  tych 
samych powodów. 
—  Na  Dzeusa!  —  rzekł  jeden  ze  stróżów  prawa  —  nie  można  odrzucić 
Sodamosa, ale nasz obyczaj olimpijski mówi jeszcze i to: Jeśli w pentatlonie 
jest  trzech  dobrych,  dzielnych,  uczciwych  zawodników,  nie  powinno  się 
żadnego z nich skazywać na siedzące miejsce. 
„Siedzącym" — ephedrios nazywano tego z trzech, którego los wyznaczał na 
koniec,  do  walki  ze  znużonym  przeciwnikiem.  Wczoraj  ów  los  wypadł 
Pyteasowi i porażkę uczynił podwójnie żałosną. W istocie, nikt z bohaterów 
pentatlonu  nie  zasługiwał  na  to.  Kapros  rozstrzygnął  sprawę  dorzucając 
Eutelidasa. 
—  Wart  jest  tego  —  rzekł  —  jako  dobry  zawodnik,  jako  Spartanin,  i  ze 
względu na imię, które nosi. 
Lecz  imię  to  nie  miało  się  już  więcej  powtórzyć  w  spisie  zwycięzców 
olimpijskich. 
Eutelidas nie mógł się równać z Ikkosem, którego los mu przeznaczył. Uległ 
nawet prędzej, niż przewidywano, nieomal prędzej, niż zdołano to spostrzec. 
Cała  bowiem  uwaga  widzów  była  poświęcona  drugiej  parze.  Walczyły 
jednocześnie, gdyż Kapros nie chciał przedłużać igrzysk do zmierzchu. 
Ikkos  pozbywszy  się  przeciwnika,  miał  czas  nie  tylko  wypocząć,  spełnić 
wszelkie obrzędy oczyszczenia i odświeżenia swej skóry, ale i przyjrzeć się 
walce Sotiona z Sodamosem. Śledził ją pilnie, zapamiętał mnóstwo ważnych 
i  użytecznych  szczegółów.  Po  chwili  spuścił  z  oka  Sodamosa,  było 
widoczne, że przyjdzie mu walczyć z Sotionem. 
Nie  czekał  już  nań  długo.  Szedł  oto  w  huraganie  okrzyków,  ociekających 

background image

potem jak bóg zrodzony z chmur i błyskawic! 
W  ogrodzeniu  przeznaczonym  dla  trenerów  miał  swoje  naczynie  z  oliwą. 
Ktoś  podał  mu  ręcznik.  Ktoś  wycierał  mu  plecy.  Jakby  go  obsługiwały 
duchy, nie mówił nic, nie rozróżniał twarzy. Gdy ciało było już suche, zaczął 
w nie wcierać oliwę. 
Pusty  aryballos  wymknął  się  z  palców.  Sotion  odtrącił  go  nogą  jak  rzecz 
bezużyteczną.  Okrągłe  naczyńko  potoczyło  się  pod  stopnie  terasy.  Hydna, 
siedząca  w  pierwszym  rzędzie,  schyliła  się,  podniosła  je  i  zatrzymała  w 
dłoni. Oczy jej spotkały wzrok Sotiona. 
Szlachetne spojrzenie dziewczyny wyrażało podziw, szacunek i ufność i było 
przyjacielskie, jak mocny uścisk towarzysza. 
Od  pierwszych  chwytów  Sotion  spostrzegł,  że  ma  do  czynienia  z  nowym, 
nieznanym  Ikkosem.  Od  razu  wypełniły  się  te  „puste  miejsca",  które  tak 
zastanawiały  wszystkich  w  gimnazjonie.  Tam  Ikkos  tylko  się  bronił,  tutaj 
prowadził  atak.  Sotion,  oszołomiony  tą  niespodzianką,  uległ  pierwszemu 
podstępowi  nie  zdoławszy  go  przewidzieć.  Ręka,  którą  próbował  się 
zatrzymać, weszła głęboko w piasek i dotknęła samej ziemi. To wskrzesza i 
wzmacnia,  albowiem  w  żyłach  ludzkich  płynie  krew  synów  Ziemi, 
Gigantów. 
Sotion poczuł ją w sobie. Odezwała się ogniem palącym, płomieniem gniewu 
i  złości.  Gdyby  w  tej  chwili  rozporządzał  mięśniami  Gerenosa,  zadławiłby 
tego człowieka ukrytych ścieżek. To nie był już Ikkos, towarzysz dawnych 
lat albo przedmiot dających się ominąć sporów i niechęci, to była wroga siła, 
drapieżna  i  okrutna.  Więcej  niż  własnego  zwycięstwa  zapragnął  porażki 
przeciwnika. 
Nie mógł na razie uczynić nic, jak tylko mieć się na baczności. Ale i to nie 
było łatwe. Zawsze otwarty na przestrzał, w każdym spotkaniu dawał całego 
siebie i przez te miesiące, kiedy byli razem w Elidzie, Ikkos mógł go zbadać 
dokładnie. Rzeczywiście znał go na pamięć. Wystarczył pierwszy ruch, szkic 
ruchu, nieraz błysk oczu, tych pięknych, jasnych, szczerych oczu, żeby Ikkos 
go  uprzedził.  Nie  było  w  nim  niewiadomych,  Ikkos  rozwiązywał  go  jak 
dziecinne zadanie. 
Co  go  jednak  trzymało  na  uwięzi  —  to  niewyczerpana  świeżość  Sotiona. 
Ilekroć  próbował  jakiegoś  rozstrzygającego  chwytu,  wkładając  weń  cały 
zasób swych sił, napotykał opór tak rześki i stanowczy, do jakiego sam może 
nie byłby już zdolny, gdyby Sotion ochłonął ze swej ostrożności. Ale on zbyt 
dotkliwie pamiętał pierwszy upadek, tak nagły, tak niespodziewany i wierzył 
już  tylko  w  sprężystość  swego  ciała.  Ikkos  przeżywał  chwile  daremnego 
wysiłku, jakby walczył z wodostryskiem. 

background image

Opamiętał  się  rychło.  Był  teraz  oszczędniejszy  w  ruchach,  mniej  pilny. 
Zwolna  oswoił  przeciwnika  z  myślą,  że  stać  go  już  tylko  na  obronę.  Parę 
razy  zachwiał  się  z  lekka,  jakby  nie  był  pewny  swych  nóg.  Sotion  i  w  to 
uwierzył.  Z  naiwnym,  prostodusznym  podstępem  uczynił  ruch,  jakby  go 
chciał chwycić za kark, i natychmiast pochylił się, aby go złapać za nogę i 
przewrócić. Ikkos cofnął się o krok, Sotion stracił równowagę, upadł. 
Nie można powiedzieć, że podniósł się w mgnieniu oka. Zużył na to o wiele 
więcej  czasu.  I  nie  wyprostował  się  od  razu,  przez  chwilę  trwał  na 
czworakach, kolana i obie dłonie w piasku. A zanim wrócił do zasadniczej 
postawy, obtarł spoconą twarz: ręką uwalaną w kurzu przesunął po twarzy, 
na  której  zostały  śmieszne  i  brzydkie  plamy.  Płaty  brudu  okrywały  mu 
kolana, występowały cętkami na biodrach, na piersiach, jedna łydka ukryła 
się pod nagolennicą z pyłu. Wyglądał jak w łachmanach. 
Serdeczny  sojusz,  który  tłum  widzów  zawarł  z  nim  na  stadionie,  został 
zerwany.  Pierwsi  odstąpili  go  Tarentyjczycy.  Mając  przed  sobą  dwóch 
zawodników  z  Tarentu,  wybrali  na  koniec  tego,  który  dawał  im  większą 
pewność zwycięstwa. Kiedy zaczęli hałasować za Ikkosem, nikt ich z zarazu 
nie poparł. A nawet tu i owdzie krzyknięto imię Sotiona. Lecz nie były to już 
skrzydła  zdolne  do  wysokiego  uniesienia.  Trzepotały  się  coraz  nieufniej, 
słabły. 
Sotion  w  tym  jednym  popołudniu  zdobył  doświadczenie  długiego  życia. 
Świat, którego nie znał i nie troszczył się o jego istnienie, zwabił go, nasycił 
rozkoszą  swego  zachwytu,  dał  odczuć  wszystkie  uroki  swej  bliskości  i 
pochwały,  a  kiedy  wydawało  mu  się,  że  największym  nieszczęściem  jest 
znaleźć się poza jego widnokręgiem, odwrócił się od niego, i Sotion został 
sam,  aby  w  jednej  chwili, dojrzałej  jak  całe lata,  wyczerpać do dna gorzką 
naukę osamotnienia. 
Nieoczekiwanie w jego zmąconej duszy wyłania się postać Sodamosa. Widzi 
go takim, jakim niedawno trzymał go w twardym uścisku: włosy zwichrzone, 
twarz  spotniała  i  uznojona,  na  niej  blade  pręgi  wysiłku,  ale  przez  oczy 
przegląda niezachwiany spokój wyznawcy Heraklesa. 
Obraz  jest  krótki  jak  błyskawica  i  równie  olśniewający.  Sotion,  któremu 
walka nie pozwala na żadną myśl i odejmuje mu wręcz wszelką świadomość, 
poza  świadomym  czuciem  rozumie  pełny  sens  tej  zjawy  i  jakby  na  głos 
wróżebnego  snu  budzi  się  w  uśmiechu.  Jest  znów  sobą,  zawodnikiem 
żarliwym i radosnym kapłanem wspaniałej liturgii ciała. 
Ale  jego  ofiara  dobiega  końca.  Wyczerpany  swym  ruchliwym 
przedpołudniem,  rozrzutnością  sił  w  zawodach,  walką  z  Sodamosem,  nie 
może  sprostać  swojemu  skąpemu  przeciwnikowi.  Ikkos  żyje  z  tego,  co 

background image

zaoszczędził w ciągu dnia, a co wyraża się w takim rachunku. Lekki trening 
rano.  Masaż.  Sen  przed  obiadem  w  żywicznym  cieniu  na  stoku  Kronionu. 
Potem  drobne  ułamki  zebrane  w  ciągu  zawodów,  okruchy  energii  nie 
zmarnowanej  na  żaden  ruch  zbyteczny.  Wreszcie:  walka  z  Eutelidasem, 
łatwa i krótka, dająca jeszcze czas na odpoczynek. 
To  wszystko  razem  jest  w  tej  chwili  wielką  fortuną  w  porównaniu  z 
Sotionem, który już nic nie posiada. 
Po raz ostatni zrywa się do walki, podnosi ręce, chce pochwycić Ikkosa, ale 
tamten  ujął  go  w  pasie,  otoczył  dławiącym  uściskiem,  i  ręce,  wciąż 
wyciągnięte,  trwają  w  swym  podniesieniu,  jakby  dźwigały  niewidzialny 
dzban, i Sotion, bez tchu, z uśmiechem, który zdaje się umykać z pobladłej 
twarzy  jak  duch,  sam  pnie  się  w  górę,  jakby  drżącymi  ustami  miał  wypić 
ostatnie  wino  swej  marnotrawnej,  hulaszczej  uczty,  i  już  stopami  nie  sięga 
ziemi.  Ikkos  wybija  mu  ją  spod  nóg,  odbiera  mu  ziemię,  i  Sotion pada  jak 
nędzarz wyzuty z domu pod progiem lichwiarza, a ostatnie promienie słońca 
sypią mu swe bezużyteczne złoto. 
 
VII. Święto pełni 
Dzień grecki liczył się od wieczora do wieczora. Koniec pentatlonu zamknął 
czternasty dzień miesiąca Parthenios, i nowy dzień rodził się w bursztynach 
zachodu. 
Było  to  święto,  właściwe  święto  pełni.  Niegdyś  ten  jeden  obrót  ziemi 
dookoła  osi  obejmował  w  swym  kręgu  światła  i  mroku  całą  uroczystość, 
ofiary  i  igrzyska.  Lecz  igrzyska  się  rozrastały,  coraz  większa  liczba 
zawodników nie mogła się zmieścić w jednym dniu, który wreszcie pękł i na 
kształt  rozbitego  słońca  otoczył  się  czterema  planetami.  Pozostał, 
oczywiście, nie tylko środkiem, ale i źródłem wszystkiego. Z niego, z jego 
treści,  napełnionej  modlitwą  i  dymem  ofiar,  igrzyska  nabierały  ważności, 
same  stawały  się  częścią  kultu;  stadion  biegł  do  ołtarza  Dzeusa  jak  droga 
pielgrzymów. 
Ten dzień miał dwie połowy: ciemną i jasną. Ta druga zacznie się ze świtem, 
część  Dzeusa  i  bogów  niebieskich,  a  o  zmierzchu  nastaje  pora  duchów, 
demonów i bóstw podziemnych. 
Pierwsi wyszli ofiarnicy Pelopsa. Na mogile herosa zapalono ogień i zakłuto 
czarnego barana. Ksyleus, drwal świętego gaju, wyciął część mięsa z karku i 
odłożył  ją  osobno.  Było  to  jego  prawo,  niezwykłe,  albowiem  nikomu  nie 
wolno  tknąć  ani  jeść  mięsa  zwierząt  ofiarowanych  bóstwom  podziemnym. 
Ich  krew  należy  się  ziemi,  w  której  żyją  dusze  —  i  krew  czarnego  barana 
spływała  w  otwór  idący  do  wnętrza  mogiły.  Ich  mięso,  kości  i  skórę  ma 

background image

strawić ogień  nieśmiertelny  —  i  czarny  baran palił  się na ołtarzu,  na  który 
wciąż  dorzucano  świeżych  drew,  póki  wszystko  nie  obróci  się  w  popiół  i 
węgiel. 
Trwało to długo, księżyc już wyszedł zza gór Trifylii, a ofiarnicy, wpatrzeni 
w ogień, czekali. Na koniec jeden z nich zaczął wołać Pelopsa. Wzywał jego 
duszę, nasyconą świeżą krwią, i mówił jej o Olimpii, w której heros niegdyś 
panował: zapraszał go na igrzyska. 
W tym samym czasie członkowie rodu lamidów, olimpijscy wróżbici, zebrali 
się w małej okrągłej kaplicy stojącej poza świętym gajem. Kaplica była pusta 
i ciemna. Ofiarnicy przynieśli ze sobą pochodnie, których gęsty smolny dym 
kłębił się pod drewnianym wiązaniem dachu. U południowej ściany był niski 
ołtarz,  eschara,  zwyczajny  kamień,  obciosany  w  prostokąt.  Najstarszy  z 
lamidów zapalił na nim swoją pochodnią garść chrustu i wsypał do płomieni 
kadzidła.  „lamos!  lamos!"  —  wróżbici  olimpijscy  wzywali  swego  przodka, 
syna Apollona. Śpiewali hymn. 
Szczupła  przestrzeń  kaplicy  wypełniała  się  dymem  z  ołtarza  i  z  pochodni, 
powietrze było gęste i duszące. Ludzie krztusili się, kaszlali, łzy napływały 
im  do  oczu.  Piękne  stare  wiersze  hymnu  więdły  w  ich  zaflegmionych 
głosach,  więdły  w  nich  fiołki,  o  których  mówiło  się  w  hymnie,  fiołki 
nadrzeczne,  na  których  dziewica  Euadne  złożyła  swe  dziecko.  Całe  życie 
lamosa,  utkane  z  promieni  słonecznych  i  kwiatów,  kruszyło  się  i 
rozsypywało  jak  uschły  badyl  w  mętnym  bulgotaniu  tych  głosów.  Ze 
wszystkiego, czym był niegdyś ów syn boży, został w końcu popiół i dym, 
pochodnie dogasały, okrągła kaplica wyglądała jak grób, rozpościerał się w 
niej mrok, mrok śmierci, którego nawet bogowie nie mogą uniknąć. 
I  tak  w  ten  wieczór  nasycony  pełnią  księżyca,  w  pobliżu  obozowiska 
tryskającego  ogniami  i  wrzawą,  ofiarnicy  snuli  się  wokół  umarłych 
półbogów,  przy  mogile  Endymiona  pod  wzgórzem  Kronosa  i  przy  grobie 
Oinomaosa  za  Kladeosem  i  stamtąd  szli  pod  Harpinę,  gdzie  we  wspólnym 
kurhanie  leżeli  zalotnicy  Hipodamei.  Wzywali  ich  wszystkich  trzynastu  w 
tym  porządku,  w  jakim  ongi  zginęli  od  włóczni  króla  Pisy  —  Mermnos, 
Hippothoos,  Pelops  z  Opuntu,  Akarman,  Eurymachos,  Eurylochos, 
Automedon,  Lasios,  Chalkon,  Trikoronos,  Alkathoos,  Aristomachos, 
Krokalos.  Inni  zaś  na  granicy  Herai  wywoływali  z  grobu  Koroibosa, 
pierwszego  zwycięzcę  igrzysk  olimpijskich.  A  w  dalekiej  Elidzie  kapłanki, 
obstąpiwszy cenotaf Achillesa, płakały i uderzały się w piersi, jakby dopiero 
umarł, po czym głośnym, wesołym krzykiem zapraszały go na igrzyska, na 
których powinien być — on — wieczny rówieśnik zawodników. 
Tej  nocy  mało  kto  spał  w  obozie.  Było  zbyt  wiele  roboty  przed  rannymi 

background image

ofiarami. Ludzie myli się, czesali, trefili włosy i brody; niewolnicy biegli po 
wodę,  bielili  i  wygładzali  chitony  i  chlamidy,  splatali  wieńce;  doglądano 
zwierząt  ofiarnych;  naradzano  się  nad  uczestnictwem  w  procesjach; 
brakowało nagle różnych rzeczy, dobijano się do zamkniętych bud, szukano 
przekupniów  po  namiotach.  Wielki  księżyc  przyświecał  tej  krzątaninie  i 
swym ruchem oznaczał czas upływającej nocy. 
Przed  świtem  pogasły  ogniska,  namioty  zaczęły  cichnąć,  między  murem 
Altis a Kladeosem wyroiły się gromady ludzi, których białe stroje wsiąkały 
w  mgły  rozpostarte  nad  doliną.  Coraz  więcej  ich  przybywało,  w  półmroku 
bełkotał gęsty zgiełk tłumu, zwolna jednak niekształtna masa ścieśniała się i 
wydłużała, jakby ją uginały niewidzialne ręce. 
To członkowie Rady Olimpijskiej wyznaczali miejsca procesji państwowych. 
Ich  głosy,  już  ochrypłe,  walczyły  z  drażliwością  ludzką,  która  co  chwila 
pochłaniała  je  wezbraną,  namiętną  wrzawą.  Oddziały,  z  takim  trudem 
spojone, znów się rozluźniały, zdawało się, że to się nigdy nie skończy. Ale z 
szeregów, które już były gotowe do drogi, zaczęto wołać: — Świt! Świt! — i 
to słowo magiczne, zapowiadające najświętszą porę dnia, od razu wszystkich 
uśmierzyło. Pochód ruszył pod rozwidnionym niebem, spokojny i pełen ładu, 
jakby z ciemności, z mglistego zamętu powstał nowy rodzaj ludzki. 
Wyciągnąwszy się wzdłuż zachodniego muru Altis, pochód stanął, albowiem 
Rada Olimpijska, idąca na przedzie, zetknęła się z kolegium hellanodików. 
Ten  purpurowy  ścieg  połączył  procesje  państwowe  z  również  białym 
orszakiem  kapłanów  oczekujących  pod  prytanejonem.  Szli  teraz  na  czele, 
drogą procesyjną, między świątynią Hery a mogiłą Pelopsa. 
W  pierwszym  szeregu  byli  trzej  teokolowie,  najwyżsi  kapłani  kultu 
olimpijskiego; za nimi spondoforowie, z długimi laskami posłańców bożych, 
nieśli złote fiale; kathemerothytes — kapłan odprawiający codzienną ofiarę 
na ołtarzu Dzeusa, mimo że dziś powierzył swą służbę jednemu z teokolów, 
szedł, aby czuwać nad należytym wykonaniem obrzędów. Towarzyszyli mu 
dwaj egzegeci, nauczyciele rytuału, każdy ze zwojem papirusu zawierającym 
przepisy  ofiarne;  ale  ich  siwe  głowy  pamiętały  więcej  niż  papirusy, 
przechowywały  nieprzebraną  tradycję  wszystkich  pokoleń,  od  czasu  kiedy 
Dzeus objął panowanie nad Olimpią. 
Była to jednak nieledwie młodość w porównaniu z tym, co wyobrażali idący 
za  nimi  Basilai.  Jak  ich  bóg,  Kronos,  wyrastał  z  odmętów  świata,  ledwo 
narodzonego i trwającego jeszcze w swym pierwszym wrzeniu, sam ukryty 
w  mroku,  w  wieczystej  nocy,  tak  oni  należeli  do  epok  równie  dalekich  i 
ciemnych,  kiedy  wieki  na  wzór  gór  kształtujących  się  w  spazmach  ziemi 
piętrzyły się i opadały w szarym brzasku pod krwawą pręgą świtu. Wtedy po 

background image

ziemi greckiej przelewały się wędrujące rasy, jakaś nieznana fala przyniosła 
tego boga, osadziła go na wzgórzu, modlono się doń krwią ludzką w porze 
wiosennego  zrównania  dnia  z  nocą.  Basilai  byli  już  tylko  szczątkiem 
prastarego  kultu.  Odsunięci,  razem  ze  swoim  bogiem,  szli  w  orszaku  jego 
następcy, bezczynni i podrzędni jak potomkowie podbitego narodu. 
W  następnych  szeregach  zebrali  się  wróżbici  olimpijscy,  kleiduchowie, 
mający  nadzór  nad  świątyniami  i  skarbcami,  ksyleus,  spondaulowie  z 
fletniami, kilku pomocników kapłańskich, wysokiego wzrostu i wielkiej siły, 
z  toporami  do  zabijania  zwierząt.  Służba  kapłańska  niosła  kosze  z 
przyrządami  ofiarnymi,  kotły  miedziane,  wodę  w  smukłych  hydriach.  Na 
końcu  prowadzono  zwierzęta,  byki  i  barany,  zupełnie  białe.  Była  to 
hekatomba Elejczyków, kilkadziesiąt sztuk wybranych ze wszystkich stad w 
kraju. Z pozłoconymi rogami, w girlandach kwiatów i zieleni, szły spokojnie 
i  na  pół  sennie,  odurzone  odwarem  z  maku,  który  im  wlano  do  ostatniej 
paszy. 
Orszak  kapłański  zatrzymał  się  przed  ołtarzem,  hellanodikowie  z  Radą 
Olimpijską zasiedli na stopniach terasy. Między ołtarzem a terasą było wolne 
przejście dla procesji państwowych. 
Każdą  prowadził  architeor  z  proksenosem,  w  otoczeniu  wysokich 
urzędników i znakomitych obywateli, wśród Ateńczyków był Temistokles, u 
Spartan eforowie, wszędzie widziało się mężczyzn lub chłopców z przepaską 
na  skroniach,  byli  to  zwycięzcy  z  Olimpii,  Delf,  Nemei,  Istmiów,  żywe 
ozdoby  orszaku.  Każde  państwo  starało  się  pokazać  ich  jak  najwięcej,  nie 
brakło  nawet  starców  zgrzybiałych,  którzy  w  jakichś  niepamiętnych  latach 
odznaczyli się na stadionie. Świeże wieńce tegoroczne uświetniały procesje 
Chios,  Lokryjczyków,  Eginy;  Ikkos  szedł  na  czele  Tarentu,  z  książęcą 
wyniosłością. 
I  ta  sama  żądza  współzawodnictwa  obarczyła  procesje  mnóstwem 
liturgicznego sprzętu, naczyń złotych i srebrnych, którymi miał przemawiać 
dostatek  ich  krajów.  W  setkach  rąk  powtarzały  się  niezliczone  kratery, 
miednice, czasze, thymiateria dymiące wonią kadzideł, zdarzały się gromady 
tak  obładowane,  jakby  wracały  z  rozdziału  zdobyczy  wojennej.  Byli  to 
przedstawiciele  państw,  które  posiadały  w  Olimpii  własne  skarbce. 
Wydobyli  z  nich  wszystko,  co  przodkowie  tam  zgromadzili:  wieńce  złote, 
rogi  obfitości,  relikwie  bohaterów,  skrzynie  i  kasety,  posążki  bogów, 
wreszcie  przedmioty  nie  mające  nazwy  ani  przeznaczenia,  skamieniałości 
innego bytu. Niosło się te rzeczy jak emblematy ojczyzny, aby ją mieć przy 
sobie  żywą  i  namacalną,  aby  jakimś  widomym  włóknem  trwać  na  swoim 
okruchu  ziemi  i  nie  utonąć  w  tej  białej  powodzi,  która  nieprzerwanie 

background image

wylewała się z drogi procesyjnej. 
Pochód  ciągnął  się  bez  końca.  Wędrowała  nieprzebrana  ilość  państw  i 
kolonij,  i  jeśli  nie  było  wszystkich,  te,  których  brakło,  należały  albo  do 
najodleglejszych,  albo,  chociaż  bliskie,  ukrywały  się  w  dzikich  górach, 
wśród  barbarzyńskich  obyczajów.  Tym  wyraźniej  widziało  się  nieobecność 
Tesalii, sojuszniczki Persów, nieomal wyczuwało się pustkę w tym miejscu, 
gdzie  zwyczajnie  między  Spartą  a  Syrakuzami  szli  dumni  królowie  z  rodu 
Aleuadów,  wiodąc  ze  sobą  zawsze  pełną  hekatombę  stu  byków.  Nie  było 
również Teb, ale ich miejsce przez osobny przywilej zajął Pindar; był sam, 
za nim sługa prowadził dwa barany. 
Procesje  przechodziły  mimo  ołtarza  i  ustawiały  się  na  stadionie.  Kapłani 
oczekiwali,  póki  wszyscy  się  nie  zbiorą,  spoglądając  co  chwila  na  niebo, 
które na wschodzie płonęło roztopionym złotem. Skromny wzgórek Pisy nie 
mógł  na  długo  wstrzymać  słońca.  Wytrysło  zeń  nagle,  olśniewające,  po 
całym  tłumie  przebiegł  dreszcz  błysków,  zamigotały  wszystkie  naczynia 
złote,  wszystkie  polerowane  brązy,  diademy  książąt,  złote  nitki  haftów  na 
płaszczach architeorów. Jeden z członków Rady Olimpijskiej wstał i ruchem 
ręki zatrzymał tych, którzy jeszcze nadchodzili. 
Nie były to procesje państwowe, lecz pielgrzymki prywatne, z którymi nikt 
się  nie  liczył.  Stały  teraz  na  drodze  procesyjnej,  wśród  bydlęcego  łajna  i 
zdeptanych kwiatów,  które  pochód  zostawił po  sobie.  I  wśród  nich istniały 
stopnie  i  pierwszeństwa,  najubożsi  znaleźli  się  na  końcu,  za  murem  Altis. 
Często nie  mieli  nawet  zwierząt  ofiarnych,  lecz  figurki  z  ciasta  lub  wosku, 
naśladujące  byki  i  barany.  Szczęśliwi  poniekąd,  że  nie  obrażają  boga 
widokiem  swej  biedy,  rozsiadali się  na  ziemi,  osnuci drobnym,  cierpliwym 
szeptem. 
Tymczasem kapłani zbliżyli się do ołtarza. 
Był  to  wysoki  stożek  o  ściętym  szczycie,  ziemiste  szary.  Poza  kamiennym 
ogrodzeniem, które wielką elipsą opasywało jego podnóża, nie było w nim 
żadnego  podmurowania.  Wyrósł  z  nieuprzątanych  przez  wieki  szczątków 
ofiarnych  i  z  popiołu,  który  wymiatano  z  ogniska  Hestii  w  prytanejonie. 
Corocznie w jelenim miesiącu  — Elafios, wróżbici olimpijscy zgarniali ów 
popiół, mieszali go z wodą i tą lepką masą okładali stoki usypiska. Woda z 
Alfejosu,  pełna  cząstek  wapiennych  i  kredy,  nadawała  jej  spoistość, 
opierającą się deszczom zimowym. Pagór nabrał takiej trwałości, że stopnie 
wykute w jego zboczach siedziały w nich jak w skale. 
Prowadziły  na  terasę,  która  biegnąc  wokół  stożka  dzieliła  go  na  dwie 
nierówne  części;  górna  była  mniejsza,  leżała  na  terasie  jak  niekształtny 
kopiec.  Kapłani  i  wróżbici  weszli  na  terasę,  pomocnicy  zaś  kapłańscy  i 

background image

służba ze zwierzętami czekali u stóp ołtarza. Drwal świętego okręgu ułożył 
na kopcu popielnym stos polan, uciętych według miary rytualnej, a teokolos 
rzucił w środek żarzącą się głownię wziętą z ogniska Hestii. Drzewo białej 
topoli opornie chwytało płomień, który ksyleus podniecał ruchem wachlarza. 
Teokolos odwracając się do zgromadzonych zawołał: 
— Eufemeite! 
Słowo,  wzywające  do  skupienia  i  ciszy,  rozpoczynało  nabożeństwo. 
Spondaulowie  zagrali  na  fletniach,  aby  przytłumić  wszelki  głos  ziemski. 
Jeden ze służby kapłańskiej wziął w obie ręce kocioł z wodą i niósł go wokół 
ołtarza,  od  prawej  strony.  Wróciwszy  do  swego  miejsca  wszedł  na  terasę. 
Teokolos  wyjął  głownię  z  ogniska  i  zanurzył  ją  w  kotle.  Woda  z  sykiem 
przyjęła  pocałunek  ognisty.  Kapłani  kolejno  zwilżali  ręce  tą  wodą,  którą 
płomień  nieśmiertelny  poświęcił.  Drugi  sługa  podał  teokolowi  na  srebrnej 
tacy ziarna jęczmienia prażone ze solą. 
— Czy są tu ludzie oddani bogu? — zapytał naczelny kapłan. 
Spondaulowie  przestali  grać,  aby  każdy  mógł  słyszeć  pytanie;  wszyscy 
odpowiadali:  —  Tak!  —  Zaiste!  —  Ze  wszech  miar!  —  albo  krótkim 
zaklęciem  na  bogów  i  przez  chwilę  tłum  szumiał  tymi  głosami.  Gdy 
przebrzmiały,  kapłan  rozrzucił  kilka  garści  jęczmienia  między 
zgromadzonych i zawołał: 
— Módlmy się! 
Znów zagrały fletnie, pod ołtarz podprowadzono pierwszego byka. Teokolos 
zeszedł  z  terasy,  posypał  mu  głowę  jęczmieniem  i  złotymi  nożycami  uciął 
kosmyk włosów na czole, poświęcając go na ofiarę. Po czym wrócił na górę, 
włosy zwierzęcia wrzucił do ognia. 
Rozległ  się  głuchy  ryk,  łoskot  padającego  ciała,  rzężenie  —  byk  legł  pod 
toporem.  Jeszcze  przerżnięto  mu  gardło  i  pełny  kubek  świeżej  krwi 
powędrował  przez  ręce  spondoforów  na  górę,  gdzie  skropiono  nią  brzeg 
ogniska.  Pomocnicy  kapłańscy  z  niepojętą  szybkością  uporali  się  z  ciałem 
byka.  Obdarli  je  ze  skóry,  rozpłatali,  wycięli  tłuszcz,  odrąbali  uda.  Udźce 
okryli tłuszczem, owinęli w skórę i zanieśli je teokolowi. Kapłan z ofiarą w 
ręku odwrócił się do tłumu: 
— Módlmy się! 
Po czym złożywszy mięso ofiarne na rozżarzonych polanach: 
—  Ojcze  Dzeusie,  który  panujesz  nad  Olimpią  —  zaczął  mówić  ze 
wzniesionymi do nieba ramionami i chociaż w dole nie słyszano jego słów, 
które umykały w odległości, w trzasku ognia, w muzyce fletów, każdy mógł 
je  powtórzyć  w  duchu:  najpierw  litanię  przydomków  najwyższego  boga, 
potem prośbę, by przyjął tę ofiarę od ludu Elejczyków i użyczył im swojej 

background image

opieki,  im  i  ich  ziemi,  i  wszelkim  stworzeniom,  które  są  ich  dostatkiem,  i 
oddalił  od  nich  wszelkie  zło,  wojnę,  pomór,  ogień,  i  pozwolił  starcom 
cieszyć się jak najdłużej blaskiem słońca w kwitnącym domu pośród dzieci i 
wnuków. 
Modlitwa  ogarniała  wszystko,  czego  człowiek  może  spodziewać  się  od 
świata, wszystkie jego uroki i pożytki j każdy mógł się przyłączyć osobnym 
życzeniem: 
w  szeptach,  które  się  podniosły,  upominano  się  o  zdrowie,  o  wieńce 
olimpijskie, aż do błahszych rzeczy, ukrytych w zakamarkach gospodarstwa. 
Modlili się sami Elejczycy. Nikt nie miał prawa wtrącać się do ich ofiary i do 
ich  rozmowy  z  bogiem.  Na  innych  przyjdzie  czas,  kiedy  staną  przed 
ołtarzem.  Nagle  fletnie  umilkły  i  teokolos  kończył  modlitwę  w  sposób 
nieoczekiwany: 
— I oddal od nas walkę i zamęt, żebyśmy cię czcili imieniem Pana Pokoju i 
Wybawcy. Pokonaj w nas zawiść i podejrzliwość, z których rodzi się spór. 
Pojednaj  wszystkich Hellenów,  napój  ich winem  przyjaźni, obróć ich serca 
ku łagodności i pobłażliwości. 
Te słowa były zdumiewiające i zrozumiałe. Zdawało się, że przemawia nimi 
sama ziemia grecka, samo wnętrze ojczystej gleby przeoranej wojną perską, 
która po raz pierwszy stworzyła braterstwo broni między szczepami. Nigdzie 
nie  były  one  bardziej  właściwe  niż  w  tym  miejscu,  skąd  co  cztery  lata 
wychodziło  orędzie  powszechnego  pokoju,  gdzie  sama  myśl  o  wojnie  była 
zbrodnią, gdzie przez krótki czas kilku dni żyło się w świecie wyzwolonym z 
granic. 
Wielu  wysłuchawszy  podniosło  ręce  przyłączając  się  do  modlitwy. 
Niektórzy  jednak,  zaskoczeni  jej  niezwykłością,  patrzyli  na  egzegetów  w 
obawie,  że  się  nie  zgadza  z  rytuałem.  Twarze  egzegetów  były  spokojne. 
Słowa  teokola  nie  były  dla  nich  nowością.  W  tradycji  olimpijskiej 
powtarzały  się  wiele  razy,  słyszały  je  przeróżne  wieki  nad  tym  ołtarzem, 
którego popiół był trwalszy od ludzkich nadziei. 
Stary  lamida  nie  spuszczał  z  oka  płonącej  ofiary.  Blask  ognia,  chyżość 
płomieni,  swąd  skóry  i  mięsa,  wreszcie  dym  we  wszystkich  jego 
przemianach,  jak  się  zwijał,  rozkręcał  i  wznosił  —  każdy  szczegół 
unicestwienia  badał  i  rozważał,  usiłując  pojąć  z  tych  znaków  wolę  boga. 
Były pomyślne. 
—  Dzeus  przyjął  ofiarę  —  rzekł  —  na  szczęście  i  dobro  ludu  i  ziemi 
Elejczyków. 
Ale na dole zabijano już nowe sztuki bydła i co chwila szły na górę świeże 
kubki  krwi  i  udźce  okryte  tłuszczem.  Spondaulowie  grali  nie  odejmując 

background image

fletni od ust, kapłani śpiewali hymny. Niewolnicy zabierali ubite zwierzęta i 
nieśli  je  do  kuchni  w  prytanejonie.  Pielgrzymki,  które  stały  pod  świątynią 
Hery,  tłoczyły  się,  by  zrobić  im  miejsce.  Liczono  zwierzęta:  było  ich 
sześćdziesiąt. 
Po  hekatombie  Elejczyków  zaczęły  się  ofiary  państw  i  kolonii  z  całego 
greckiego  świata.  Kolejno,  w  porządku,  w  którym  przyszły  i  w  którym 
ustawiły  się  na  stadionie,  procesje  zbliżały  się  do  ołtarza,  na  czele  każdej 
architeor z proksenosem. Proksenos był obywatelem elejskim, którego dane 
państwo  obrało  za  swego  przedstawiciela  wobec  bogów  miejscowych. 
Albowiem  Dzeus  rządzący  Olimpią,  aczkolwiek  jak  wierzono,  był  tym 
samym  bogiem,  którego  czcił  cały  świat,  był  jednocześnie  tylko  bogiem 
Olimpii, określonego miejsca w ziemi elejskiej, i nikt obcy nie miał do niego 
prawa. Proksenos więc stawał się pośrednikiem między bogiem swego kraju 
a ofiarą tych, którzy go powołali. 
Stojąc  przed ołtarzem  kładł  dłoń  na  ramieniu  architeora  zastępującego  cały 
kraj i lud Aten, Sparty czy Syrakuz, przedstawiał go i polecał swemu bóstwu. 
Dopiero  wtedy  architeor  zaczynał  hymn  i  dawał  znak  swoim  ludziom,  by 
przyprowadzili  zwierzęta.  Sam  odcinał  im  kosmyk  włosów,  sam  rozrzucał 
garście  jęczmienia,  ale teokol odbierał od  niego  udżce ofiarne  i  kładł  je na 
ogniu.  Stary  lamida  za  każdą  ofiarą  patrzył  w  płomienie  i  obdzielał 
wróżbami miasta, wyspy, archipelagi, wybrzeża dalekie, które w procesjach 
szły do ołtarza. 
Ksyleus  pracował  w  pocie  czoła  podsycając  ogień  nowymi  polanami. 
Niewolnicy  przynosili  wciąż  świeże  zapasy  drzewa  ze  składów,  ksyleus 
odliczał każdej procesji ilość paliwa i pobierał opłatę; stało przy nim spore 
naczynie z brązu, do połowy już pełne monet: część  z tego odda do skarbu 
olimpijskiego, ale to, co mu zostanie, wystarczy na zakupienie pola, winnicy 
i  domu.  Procesje  składały  również  datki  na  samą  Olimpię,  pod  ołtarzem 
piętrzyła  się  już  kupa  pieniędzy,  nad  którą  czuwał  epimeletes.  Ale  Hieron 
złożywszy  ofiarę  kazał  zdjąć  złote  okucia,  które  byki  miały  na  rogach,  i 
rzucił je zamiast pieniędzy. Od tej pory każdy podchodząc do ołtarza kładł 
przed epimeletesem jakiś drobiazg cenny, dawano kubki, agrafy, pierścienie, 
naramienniki;  Gerenos,  który  prowadził  procesję  z  Naukratis,  ofiarował 
piękny kocioł na trójnogu, obity złotą blachą, cały w płaskorzeźbach, gdzie 
widziało  się  wschodnią  boginię  Anaitis  o  wielkich  skrzydłach,  między 
dwoma lwami. 
Dzień zbliżał się ku południowi. Całe stada byków i baranów zabito, wielkie 
kałuże  krwi  rozlewały  się  wokół  ołtarza.  Sam  ołtarz  ociekał  krwią,  stopnie 
prowadzące na terasę były czerwone i śliskie. Droga, którą wynoszono mięso 

background image

do obozu, między posągami zwycięzców, płonęła od jaskrawych plam. Opar 
krwi  wisiał  nad  Olimpią,  powietrze  przesycone  jej  wonią  zwabiło  kanie, 
które zaczęły krążyć swym powabnym, pływającym lotem. 
Trzej  teokolowie  zmieniali  się  nieustannie,  co  jakiś  czas  zastępował  ich 
kathemerothytes,  wszyscy  już  byli  wyczerpani.  Spondaulowie  bez  tchu 
odejmowali fletnie od zsiniałych, twardych jak drewno warg i kiedy nikt nie 
grał,  nie  śpiewał,  nie  modlił  się,  w  chwili  nagłej  ciszy,  słyszało  się  tylko 
trzask  ognia  i  skwierczenie  tłuszczu  ściekającego  na  rozżarzone  węgle. 
Niekiedy  płomienie kurczyły  się,  pochłonięte  w  kłębach  dymu,  który  gryzł 
oczy przenikliwym swędem. 
Na  terasie  było  straszliwe  gorąco,  którego  nie  chłodził  najlżejszy  powiew, 
cały  świat  stał  w  ogniu  niewzruszonej  sierpniowej  pogody.  Kapłani  w 
szatach splamionych krwią, o twarzach sczerniałych od sadzy, z gorejącymi 
oczami,  w  otoczeniu  pomocników  ćwiartujących  ofiary  i  jakby  skąpanych 
we  krwi  wyglądali  na  służebników  piekła.  Jeden  tylko  naczelnik  rodu 
lamidów,  szlachetny  starzec,  symbol  rzeczy  odwiecznych,  stał  świeży  i 
spokojny,  znój  nie  tknął  jego  pięknych  rysów  i  nie  dając  się  nikomu 
wyręczyć,  niestrudzenie  patrzył  w  ogień  i  we  wnętrzności  zwierząt 
ofiarnych, a kiedy odwracał się, by oznajmić swe wróżby, otwierało się nad 
ludźmi niezmącone spojrzenie jego niebieskich oczu. 
Stadion wyludnił się w końcu, procesje po złożeniu ofiar wróciły do obozu, 
nadeszła pora zwyczajnych pielgrzymów. Ale kiedy ruszyli spod Herajonu, 
kapłani  zaczęli  opuszczać  ołtarz.  Został  tylko  kathemerothytes  i  ksyleus, 
który  podwyższył  cenę  paliwa.  Wynikały  kłótnie  i  targi.  Wynajmowano 
obywateli elejskich na osobistych proksenosów, płatni fletniści żądali po dwa 
obole  od  ofiary.  Egzegeci  krzyczeli,  żeby  się  śpieszyć,  bo  Dzeus  nie 
przyjmuje  modłów  po  południu.  Odbywano  więc  skrócone  obrzędy,  w 
których zwierzęta szły pod nóż z taką szybkością jak w rzeźni. 
Wielu nie mogąc się docisnąć szukało innych ołtarzy. 
Było  ich  wszędzie  pod  dostatkiem,  przy  każdym  stał  kapłan,  który 
skinieniem zachęcał pielgrzymów. Za obola rozpalał mały ogień z suchych 
gałązek i sam służył za pośrednika między bóstwem a obcym przybyszem; 
spełniał  swą  rzecz  uczciwie,  pozwalał  na  długie  modlitwy,  przyłączał  się 
nawet  do  nich,  niekiedy  śpiewał  parę  strof  hymnu,  którego  stare  na  wpół 
zrozumiałe  słowa  zdawały  się  być  pożyczone  z  mowy  bogów.  Najczęściej 
palono kadzidła i wylewano parę kubków wina, ale niektórzy kładli w ogień 
woskowe figury zwierząt ulubionych przez bóstwo: dla Apollona ciastka w 
kształcie łuku lub liry, Heraklesowi duże ogórki z wetkniętymi patyczkami, 
naśladującymi nogi, rogi i uszy zwierzęcia. 

background image

Cała  Olimpia  płonęła  i  dymiła,  wszędzie  widziało  się  ręce  wzniesione  do 
nieba, modlono się głośno. Skoro jednak słońce wyraźnie minęło południe, 
kapłani odeszli od ołtarzy i tłum zaczął się rozpraszać. Gaj święty pozostał w 
swym  plugawym  opuszczeniu.  Dym,  swąd,  woń  spalenizny  mieszały  się  z 
odorem  rozkładającej  się  krwi,  porzuconych  ochłapów  mięsa,  jelit, 
wnętrzności  i  łajna.  W  powietrzu  unosiły  się  cząsteczki  popiołu  i  sadzy, 
gdzieniegdzie nawet drzewa stojące zbyt blisko ołtarzy były osmalone. 
Ale  już  agoranomi  spędzali  niewolników  z  grabiami,  łopatami,  taczkami; 
przyjechało  kilka  wozów  z  piaskiem;  gąbkami  zmywano  ołtarze.  Kanie 
zdążyły  porwać  trochę  odpadków  i  odleciały  za  wzgórza.  Lekki  wiatr 
przedwieczorny oczyścił niebo. 
W odświeżonym powietrzu odzywają się nowe zapachy: pieczonego mięsa, 
oliwy, korzeni. Wzbijają się coraz gęstsze z tysięcy rożnów i kotłów ponad 
żywicznymi dymami ognisk. Ludzie, wygłodzeni od świtu, oczami pożerają 
to  wszystko,  co  smaży  się  i  skwierczy,  co  dusi  się  w  garnkach  z  brązu,  te 
nieczułe, gnuśne substancje, które nigdy się nie upieką i nigdy nie zakipią. 
Dorzucają  drew  do  ognia,  całe  naręcza  chrustu,  całe  gałęzie  sosen,  każdy 
kawał drzewa, który im wpadnie w ręce; spaliliby wozy i namioty — niebo 
zajęło się i płonie ogromną pożogą. 
Wreszcie  wyjmują  rożny,  podnoszą  pokrywy  kotłów,  z  darniowych  pieców 
wyłania się woń świeżego chleba, szczera i ufna, że ją niebo wysłucha. Na 
deskach  wspartych  o  kamienie,  na  skrzyniach  przygodnych,  na  pudłach 
wozów  albo  wprost  na  matce  ziemi  dymią  półmiski,  okrągłe  i  obfite  jak 
świat.  W  dzbanach  malowanych  jarzy  się  złote  wino.  W  glinianych 
stągwiach oddycha kroplistą rosą przeczysta woda. 
Nasyciwszy swych bogów człowiek przystępuje do ich stołu. Je to samo, co 
oni, pije z tych samych naczyń, które jeszcze nie obeschły od dotknięcia ich 
warg. Spożywając mięso ofiarne wchodzi w komunię z bóstwem, potwierdza 
swą współistotność z tym szczepem niebieskim, którego ziarno po społu ze 
wszystkimi  ziarnami  leżało  kiedyś  na  dnie  Chaosu.  Wszechświat  krąży  w 
jego  wnętrznościach.  Z  każdym  kęsem  spożywa  źródła,  chmury,  słońce, 
glebę zapłodnioną nasionami, ze szpiku wysysa wiatry szumiące w trawach, 
chrupią  mu  w  zębach  cztery  pory  roku,  przez  żyły  przepływa  pełny  cykl 
bytu, nieogarniona tajemnica przemian, wiekuista droga w zwyż i  w dół od 
martwej  do  żyjącej  przyrody,  i  jego  żołądek  trawi  atomy,  przy  których 
narodzeniu gwiazdy pękały w zamieci czasów. 
Ogniska  uwolnione  z  rożnów  i  trójnogów  gryzą  z  trzaskiem  kadzidła  i 
prychają  odurzającym  dymem.  Ludzie  wstają  czerwoni  od  światła  ognisk  i 
od  wewnętrznego  żaru.  Śmieją  się,  krzyczą.  —  Tenella!  Tenella!  —  refren 

background image

starej  pieśni  Archilocha,  pieśni  zwycięzców  olimpijskich,  kształtuje  dziki 
zgiełk  w  melodyjną  strofę;  z  namiotu    Hierona  w  smudze  ciszy,  która  go 
otacza, przebija się głos Pindara, oda zwycięska roztacza się w swej pawiej 
okazałości,  srebrny  szmer  harfy  sączy  się  jak  źródło  bijące  pod  krzakiem 
gwiazd, po niebie wędruje księżyc — czara napełniona nektarem nocy. 
Brzask poruszył obóz, wypędził ludzi nad stadion, ale ich nie rozbudził. Noc 
mięsa  i  wina  przytępiła  zmysły.  Wejście  zawodników,  zapowiedzi  herolda, 
pierwsze  biegi  działy  się  w  półmroku;  dusze  były  na  wpół  pochylone  jak 
okiennice  nad  ranem.  Skamandros  z  Mitylene  zwyciężył  pośród  zupełnej 
ciszy  i  odszedł  z  wieńcem,  samotny  i  zdumiony,  że  trud  kilku  lat, 
niezmierzone przestrzenie, które przebiegł ćwicząc swe nogi, streściły się w 
paru oddechach, w chwili tak krótkiej i głuchej. 
Dopiero  przy  następnych  biegach  świat  ożył.  Słońce  wyszło  zza  wzgórza 
Pisy.  Rozjaśniony  stadion  migotał  cieniami  biegaczy.  Był  to  d  i  a  u  l  o  s, 
podwójny bieg, od startu do mety i z powrotem. Podzieleni na dwie szóstki, 
zawodnicy  przeminęli  szybko  i  równie  szybko  odbył  się  pojedynek 
zwycięzców.  Wieniec  zdobył  Dandis  z  Argos.  Jego  imię  uderzyło  w  niebo 
jak dzwon. 
Ogłoszono dolichos, długi bieg na dwadzieścia cztery stadia. 
Zawodników było siedmiu. Sami młodzi mężczyźni; najstarszy, Timodemos 
z  Acharnów,  miał  dwadzieścia  osiem  lat.  Ich  ciała,  każde  samo  w  sobie 
rozsądne i świetne, razem tworzyły uderzające zbiorowisko różnych zasad — 
jakby  duch  biegu,  w  poszukiwaniu  doskonałego  kształtu,  rozważał 
czworoboki, płaszczyzny i łuki, przymierzał wzrost, odliczał ilość substancji 
mięsnej i kostnej, póki nie odkrył tej smukłej linii, tego lekkiego sklepienia 
klatki  piersiowej,  tych  skąpych  bioder,  tych  suchych  nóg  o  wielkiej 
rozpiętości kroku, którymi paru z nich obdarzył. Ale czy rzeczywiście w nich 
zamieszkał  ten  duch  kapryśny,  który  tak  często  omija  wspaniałe  gmachy 
ludzkie i osiada w skromnych ciałach, ukryty w komorze serca, na dnie płuc, 
w wilgotnych krużgankach krwi i soków? 
Nasz  bieg  długodystansowy,  opisujący  nieprzerwaną  elipsę,  wygląda 
zupełnie  inaczej  niż  grecki  dolichos,  który  nie  znał  okrążeń.  Zawodnicy, 
rozstawieni  na  całą  szerokość  stadionu,  biegli  w  prostych,  równoległych 
liniach,  z  przestronnymi  odstępami  między  jednym  a  drugim.  Dotarłszy  do 
końca bieżni, oznaczonego kresą, odwracali się w miejscu i tą samą drogą, 
po  własnych  śladach,  biegli  z  powrotem.  Za  każdym  razem  Kapros  na 
skorupce  glinianej  wycinał  rylcem  znak,  licząc  stadiony  jak  odmierzone 
łokcie płótna. 
Gładką powierzchnię przecięło siedem bruzd, wydeptanych przez biegaczy. 

background image

Rozpięte  między  dwiema  kresami  startu  i  mety,  całej  bieżni  nadawały 
podobieństwo siedmiostrunnej liry. Młode, nagie ciała przelatywały w nich z 
szybkością  fali  dźwiękowej.  Poruszał  je  wspólny  rytm,  opadający  tym 
samym  tętentem,  któremu  towarzyszył  miękki  chrzęst  żwiru.  Była  to 
najbardziej  urocza  część  biegu,  te  pierwsze  stadia,  równe  i  szlachetne,  gdy 
każdy  jest  świeży,  ożaglony  nadzieją,  gdy  wszyscy  jednocześnie  kończą  i 
odwracają się do nowego lotu, na mgnienie oka zatrzymują się na kresie, z 
lekka  pochyleni,  jakby  mieli  skoczyć  w  nurt  rzeki,  i  rzeczywiście  jest  coś 
płynnego  w  powietrzu,  w  ludziach,  jakieś  orzeźwiające  tchnienie  przenika 
tłum,  bieżnia  wydaje  się  jeziorem  albo  zatoką  słoneczną,  po  której  mknie 
siedem wąskich łódek w miarowym szmerze wioseł. 
Ale ten błogi stan równowagi i spokoju trwał krótko. W pewnej chwili linia 
biegu zaczęła się chwiać i wyginać, ten i ów z zawodników tracił na każdym 
stadionie  jakąś  odrobinę  przestrzeni,  o  znikomy  ułamek  czasu  później 
dobiegał kresy i te okruchy mnożyły się, rosły, coraz bardziej go oddalały. 
Siódemka rozsypała się i bieżnia zmieniła się w pole gry, niesamowitej gry, 
gdzie pionki zachowują swe miejsca nie przerywając ruchu, a gracze siedzą 
na  wzgórzu  wielotysięcznym  tłumem  i  krzykiem  usiłują  kierować  swoimi 
pionkami,  które  im  się  wymykają.  Najgłośniej  krzyczały  wyspa  Samos  i 
Posejdonia, rozgoryczone widokiem swych zawodników, którzy od szóstego 
stadionu zaczęli gasnąć. 
Istniały dwa ogniska wielkiej i niesłabnącej chyżości: w pierwszym torze, w 
którym biegł Ergoteles, i w siódmym, który zajmował Spartanin Ladas. Od 
razu  wzięli  ostry  pęd,  który  przyniósłby  zaszczyt  w  krótkim  biegu,  i 
narzucali  go  wszystkim.  Nikt  tego  nie  mógł  dłużej  wytrzymać.  Za 
Samijczykiem i Posejdończykiem odpadło po chwili jeszcze dwóch, by orać 
swą bruzdę w cierpliwym i beznadziejnym znoju. 
Jeden  Timodemos  nie  ustępował.  Zajmując  czwarty  tor  w  samym  środku 
bieżni, wahał się między Ladasem i Ergotelesem jak wskazówka wagi. Był 
naprawdę dzielny i cała Attyka wspierała go swym zaufaniem. Ale sposób, w 
jaki  z tego  korzystał,  dawał  poznać,  że  dusza  Timodemosa  nie  dorównywa 
jego ciału. Ciało bowiem było surowe, nazbyt surowe jak na biegacza, zdatne 
do ciężkiej walki, zniosłoby nawet pankration w swej twardej muskulaturze. 
Duszę zaś miał lekką i próżną. Każdy okrzyk burzył się w nim, rozzuchwalał 
go,  a  przewaga  kilku  kroków,  która  wyniosła  go  na  czoło  trójki i  rozpaliła 
entuzjazm  widzów,  odebrała  mu  wszelkie  umiarkowanie.  Wypijał  siebie 
głębokimi haustami, jakby już najbliższy stadion był ostatnim. 
Minęła  jednak  dopiero  połowa  biegu.  Widzowie  uspokoili  się  czekając 
dalszych  zdarzeń.  Timodemos  odczuł  tę  ciszę  przejmującym  chłodem  w 

background image

sercu  i  ze  szczytu  chyżości,  na  który  się  wdarł,  objęło  go  nagle  tchnienie 
wielkiej przestrzeni, otchłań pozostałych dziesięciu stadionów odezwała się 
nienasyconą  pustką.  Siłą  rozpędu  leciał  w  nią  przez  jakiś  czas,  ale  już 
zmierzch wisiał nad nim. Ergoteles i Ladas znów go wyprzedzili. 
Przez cały czas zuchwałych wysiłków Timodemosa dwaj biegacze odbywali 
swą  drogę  spokojnie,  beznamiętnie,  nie  dając  się  porwać  cudzej  woli,  nie 
umniejszając  własnej  szybkości.  Obaj  biegli  tym  samym  krokiem,  z 
ramionami  zgiętymi  w  łokciach,  z  wysuniętą  klatką  piersiową,  z  głową 
podniesioną  wysoko,  zapatrzeni  przed  siebie  w  jakiś  cel,  który  zdawał  się 
leżeć daleko poza stadionem. 
Wyglądali  na  dwóch  posłańców,  na  owych  hemerodromów,  których  rząd, 
wojsko  lub  naród  wysyła  do  odległych  miejsc  z  jakąś  misją  tajemną,  nie 
dając  im  żadnego  pisma.  Nadzy  i  bezbronni,  znajdują  opiekę  w  prawach 
boskich,  stoi  za  nimi  Dzeus,  patron  heroldów,  i  Hermes,  który  sam  jest 
posłańcem.  Równym  oddechem  otwierają  sobie  drogę  przez  pola,  winnice, 
po moczarach, wśród lasów, mijają miasta i wsie, ludzie rozstępują się przed 
nimi nie śmiejąc ich zatrzymać, słońce odprowadza ich w wąwozy górskie, 
gdzie zostają już sami w nieznajomej nocy, aby o świcie zlecieć w doliny i 
przynieść swoje poselstwo tam, gdzie należy, choćby je przyszło wyszeptać 
razem z ostatnim tchnieniem. 
Są  skrzydłami  świata.  Świat  bowiem,  powolny,  cichy  świat V  wieku toczy 
się  w  żmudnych  koleinach  wozów  zaprzężonych  w  woły;  koń,  osioł  i  muł 
służą mu do granic swych zdolności, lecz zawsze może im stanąć w poprzek 
gąszcz lasu, zaczajone grzęzawisko, urwista przepaść, mnóstwo rzeczy, które 
tylko człowiek pokona. Boiska palestr i gimnazjonów hodują szlachetną rasę 
gońców, niedościgłych pożeraczy przestrzeni, a igrzyska dają ich poznać, by 
wszyscy  mogli  ich  znaleźć  kiedyś,  w  dzień  niespodziany,  w  czas  nowego 
Maratonu. 
Tak właśnie przedstawiali się swojemu światu Ergoteles i Ladas, obaj równi i 
doskonali.  Inni  byli  gorsi  tylko  w  porównaniu  z  nimi.  Dwóch  natomiast 
znalazło  się  już  nawet  poza  porównaniem.  Straciwszy  jeden  stadion  biegli 
teraz  w  przeciwnym  kierunku,  jakby  duch  igrzysk  odwrócił  się  do  nich 
plecami.  Timodemos  spadł  o  jakie  sto  stóp,  których  nie  miał  już  nigdy 
wyrównać.  Coraz  gęstsze  powietrze  go  otaczało,  brnął  przez  nie  z  oczyma 
we mgle, z ustami słonymi od potu, który mu twarz zalewał. Niekiedy jego 
imię zrywało się jeszcze z czyichś ust, ale docierało doń oddalone, stłumione 
szumem krwi w skroniach, jakby i ono, magiczna cząstka człowieka, chciało 
go porzucić w tej ostatniej chwili. 
Zbliża  się  koniec  biegu.  Widzowie  wstali,  nie  mogąc  usiedzieć  pod 

background image

brzemieniem wzruszenia. Sparta zaczęła nawoływać swojego zawodnika. Ze 
Spartą  krzyczała  cała  Lakonia,  wszystkie  miasta  hołdownicze,  połowa 
szczepów doryckich. 
— La-das! La-das! 
Nieludzki ryk, skupiony w tym potężnym spondeju, kuł w stadion jak młot... 
Ergoteles  czuł  na  sobie  wszystkie  uderzenia.  Kruszyły  one  świat,  słońce 
rozpryskiwało się i paliło oczy snopami iskier. Nogi martwiały nie znajdując 
oparcia  na  ziemi,  która  go  się  wyrzekła.  Straszliwa  samotność  zmroziła  go 
do szpiku. Oderwany od swych kreteńskich przodków, niezwiązany krwią z 
nową ojczyzną, Himerą, był wciąż jeszcze swą osobistą własnością, do której 
nikt  nie  miał  prawa.  Okrzyki  bijące  w  Ladasa  wyrażały  święte  prawo 
szczepu, kraju, gminy, gleby nawiezionej prochami umarłych, prawo do jego 
mięśni, do tętna jego serca, do oddechu płuc. Ergoteles był obrany z ziemi, 
jak  dusza,  kórej  ciała  nie  pogrzebano,  był  widmem  skazanym  na  żałosne  i 
mdłe tułactwo. Poczuł się zupełnie bezużytecznym. 
Biegł bez czucia i woli, nawałnica wrzasków niosła go w próżnię bezkresną. 
Znalazłszy  się  przy  końcu  bieżni  zrobił  jeszcze  parę  kroków,  jakby  miał 
zamiar uciec. W tej chwili ostry dźwięk trąby zapowiedział ostatni stadion. 
Ergoteles odwrócił się i znowu wpłynął w swój tor. 
Przez jeden z tych cudów, jakich pełna jest dusza wiernego zawodnika, okrył 
się spokojną jasnością. Był to spokój człowieka, którego wyrzucono za burtę 
i kazano mu iść po rozkołysanej fali, a który nagle spostrzegł, że w istocie 
idzie i woda nie ugina się pod nim. Świat po dawnemu wrzał, burzył się, wył, 
jakby  wszystkie  wichry  zebrały  się,  żeby  go  zdmuchnąć,  on  zaś  biegł  w 
swojej bruździe niby wytrwały płomień po naoliwionej linie. 
Ladas  odniósł  zwycięstwo.  Te  kilka  kroków,  które  zyskał  wtedy,  gdy 
Ergoteles  oszołomiony  wybiegł  poza  kresę  i  spóźnił  się  na  ostatni  stadion, 
były jedyną jego zdobyczą. 
—  Gdybyś  chciał,  miałbyś  wieniec  —  rzekł,  kiedy  stali  przed  ołtarzem 
Dzeusa. 
Ergoteles milcząc uścisnął mu ramię. Więcej od słów mówiło serce Ladasa 
swym głuchym bulgotem. 
Publiczność  ucichła  nagle,  jakby  ją  ogarnął  sen.  Pomimo  zwycięstwa  bieg 
nie  był  jeszcze  skończony.  Prawo  olimpijskie  żądało,  żeby  każdy,  pod 
groźbą chłosty, wykonał pracę, której się podjął. Pięciu zawodników tułało 
się  po  stadionie.  Biegli  uparcie  do  celu,  o  który  już  nikt  się  nie  troszczył, 
szlachetni w swoim wysiłku, bezbłędni w postawie i ruchach, pełni piękna, 
na które nie zwracano uwagi. Gdy ostatni z nich skończył, połowa Spartan, 
obecnych  na  widowisku,  opuściła  swe  miejsca,  wszyscy  zebrali  się  wokół 

background image

Ladasa i już uwieńczonego ponieśli do obozu. 
Zamknęła się pierwsza część dnia, najrychłejsza. Nie było przerwy, od razu 
powołano  zapaśników.  Stadion  skurczył  się  w  mały  obszar  walki,  a  z  nim 
razem  zacieśnił  się  świat  osaczony  przez  coraz  gorętsze  słońce.  Pierwszy 
Eurymenes  ogarnął  uściskiem  swych  długich  ramion  Pataikosa,  odbierając 
widzom dech w płucach. 
Chlamidy,  chitony  paliły  ciała,  ludzie  odrzucali  je  i  siedzieli  półnadzy.  Ich 
mięśnie  drgały.  Każdy  ruch  zapaśników  burzył  im  krew,  szumiał  w  żyłach 
odą  ich  własnej  młodości.  Ilekroć  na  stadionie  ktoś  padał,  wzgórze 
oddychało ciężko, jakby wszystkich ugniatał ten sam los. 
Tak znieśli klęskę Pataikosa, Efarmostosa, Eurymenesa. Gerenes zdumiał ich 
i  przeraził.  Olbrzym,  pokryty  gęstym  czarnym  włosem,  wyglądał  na  stwór 
mityczny, na jednego z tych leśnych ludzi, stróżów trzód boskich, z którymi 
walczył Herakles. Nie miał przeciwników na swoją miarę. Jego zwycięstwo 
było  nieuniknione  i  niesprawiedliwe  jak  spustoszenie  dokonane  siłą 
żywiołów. 
Jakże  bogaty  jest  dzień!  Wychodzą  pięściarze.  Los  wyznaczając  pary 
odkłada  Eutymosa  na  koniec,  rzekłbyś,  dobry  gospodarz,  który  po  lekkim 
winie poda stągiew mocnego i wytrawnego trunku. 
Filon  i  Menaikes  stoją  naprzeciw  siebie  jak  po  dwóch  stronach  krosien  i 
przędą  powietrze  lekkimi  gestami  podstępu.  Zwodzą  się  oczyma,  które 
patrzą gdzie indziej, niż chce uderzyć ręka, wyciągniętymi dłońmi obmacują 
przestrzeń  jak  ślepcy.  Żwawe  nogi  noszą  się  w  tanecznych  skokach. 
Zaciśnięte pięści gromadzą ciosy, które rozpryskują się w próżni. 
Czaszka, oczy, nos, szczęka, uszy — najcenniejsze organy istoty ludzkiej, są 
wyjęte  spod  prawa,  które  natomiast  chroni  szyję,  piersi,  całą  resztę  ciała. 
Pozornie  okrutne,  prawo  olimpijskie  właśnie  przemienia  walkę  w 
dramatyczną  grę  zręczności.  Cel  uderzeń  jest  tak  szczupły,  tak  łatwy  do 
osłony, że tysiące zabiegów nie mogą go dosięgnąć. 
Widzowie  rozpalają  się.  Za  chwilę  wieje  od  nich  namiętność  tak  dzika,  że 
walczący w porównaniu z nimi są zupełnie spokojni. 
Zatrzymajmy się w tym miejscu. 
Igrzysko zaczęto o świcie, a teraz jest południe. 
Pełnych  osiem  godzin  według  naszej  miary  czasu  trwa  spektakl, 
podniecający  i  gwałtowny.  Nie  ma  przerw  oprócz  tych,  które  sam  obrzęd 
narzuca:  przedstawianie  zawodników,  narady  siędziów,  wieńce.  Nikt  nie 
opuszcza swego miejsca. 
Ci nieprawdopodobni ludzie zapomnieli o głodzie, czasem wezmą łyk wody 
w  gorące  usta,  znoszą  skwar,  jakby  siedzieli  pod  wachlarzami  ze  strusich 

background image

piór — niby dziwny okaz jętek jednodniówek, u których całe życie zbiegło 
się we wzroku, w funkcji patrzenia i odczuwania. Wciąż niesyci, z tą samą 
świeżością  witają  każdą  parę  zawodników,  ich  dusze  gniotą  się  między 
pięściami  walczących  i  znów  jedną  godzinę  sierpniowego  popołudnia 
wypijają  nie  parząc  sobie  gardła.  Owszem,  wszystkie  gardła  są  mocne  i 
dźwięczne, gdy Eutymos, syn Astyklesa, bierze wieniec za pięściarstwo. 
Bez  żadnej  przerwy  następuje  pankration,  synteza  boksu  i  zapaśnictwa,  w 
której  wszystko  wolno,  w  której  nawet  śmierć  jest  przewidywana,  chociaż 
nigdy  się  nie  zdarza,  bo  dwa  wyborne  ciała,  wyszkolone  i  umiejętne, 
zobojętniają się jak dwie elektryczności różnoimienne. 
Herold  zapowiada  spotkanie  Teagenesa  z  Tasos  z  Ateńczykiem  Kalliasem. 
Obaj  wchodzą  do  ogrodzenia  aleiptesów,  którzy  oczekują  ich  z  wodą,  z 
oliwą, z gąbką, z ręcznikiem. Trzydzieści tysięcy par oczu pożera każdy ich 
ruch,  te  pospolite  obrzędy  mycia,  nacierania  —  rzekłbyś  tłum  dewotów  w 
olbrzymiej  nawie  kościoła  wypatruje,  jak  diakoni  stroją  biskupów  w 
pontyfikalne szaty. 
Teagenes pierwszy stoi na piasku. Od grubych kostek aż po twardą, okrągłą 
czaszkę  jest  zbudowany  z  samej  zasady  użyteczności.  Ani  odrobina 
materiału nie wymknęła się poza surowy trzon siły i oporu. Podnosi pięść i 
wszyscy czują, że tu ani jedno uderzenie nie pójdzie na marne. 
Patrzymy w nasz niespokojny, nerwowy zegarek, w ten nasz słabowity czas, 
podrobiony na liche ułamki — dobiega już trzecia po południu. Kto pierwszy 
omdleje? Gdzie tu jest legendarna śmierć filozofa Talesa, który sto lat temu 
umarł w Olimpii od udaru słońca? Może wśród starców? Lecz oto najstarszy, 
Damaretos z Herai, wychodzi z cienia z przedsionku jednego ze skarbców, 
aby być bliżej zbrojnego biegu, który ma się zacząć. Ten bieg uważa niejako 
za swoją rzecz, którą stworzył przed czterdziestu laty. Przysłania ręką oczy, 
jakby  chciał  rozpoznać  wśród  połyskliwych  brązów,  które  służba  przynosi, 
hełm,  tarczę  i  nagolennice,  swój  pamiętny  rynsztunek  zwycięstwa.  Ale 
hełmy i tarcze są nie do rozróżnienia podobne, a nagolennic nie widać. Nie 
ma ich, ośmiu nagich biegaczy podchodzi do startu, w hełmach na głowie, z 
tarczami na lewym ramieniu. 
— Teraz już tak biegną, ojcze — mówi Teopompos, syn. — Kapros zniósł 
nagolennice. 
Damaretos  parska,  jakby  się  zakrztusił  zbyt  lekkim  powietrzem  nowych 
czasów: 
— O, to pewnie sprawa tego Astylosa! 
Nie  on  jeden  jest  przeciw  Astylosowi.  Dwustu  Krotończyków  wyje  z 
wściekłości.  Ten  człowiek,  który  w  trzech  olimpiadach  dał  swemu  miastu, 

background image

Krotonie, sześć wieńców oliwnych, wyrzekł się ojczyzny i biegnie teraz jako 
Syrakuzanin. Biegnie rozpaczliwie dobrze, biegnie prosto do mety, która po 
raz  siódmy  ulega  mu  jak  pies.  Grylos  drugi,  Telesikrates  trzeci.  Wśród 
trzydziestu tysięcy krzyk Krotończyków przepada jak szmer bezgłośny. Ale 
ci, którzy bliżej nich stoją, słyszą wyraźnie: 
— Zdrajca! 
— Hieron kupił go jak konia! 
— Muła swego nazwę Astylos! 
—  On  ma  u  nas  dom,  który  dało  mu  miasto.  Trzeba  go  zburzyć  i  zaorać 
miejsce! 
— Albo zmienić na więzienie! 
Hieron rzeczywiście kupił Astylosa. Za ile? Mówią o dziesiątkach talentów. 
Wiadomość szerzy się błyskawicznie, okrzyki milkną, ludzie patrzą po sobie, 
zaniepokojeni.  Nigdy  podobna  rzecz  nie  zdarzyła  się  za  pamięci  ludzkiej. 
Nie powinni mu dać wieńca! Ale Kapros woła go do namiotu i zaplata mu na 
skroniach trzy gałązki dzikiej oliwki. 
Igrzyska skończone. Noc i dzień następny należały się zwycięzcom. Wyspa 
Lesbos,  której  stolicę,  Mitylenę,  okrył  sławą  Skamandros,  Argos  z 
Dandisem, Sparta z Ladasem, Tarent z Ikkosem, wyspa Tasos z Teagenesem, 
wyspa  Chios  z  małym  Glaukosem,  Egina  z  Teogne,  Ateny  z  Kallipposem, 
zwycięzcą  w  kalpie  —  szły  oddzielnymi  gromadami,  zwycięzca  pośrodku, 
cały w szarfach, przy nim fleciści. Śpiewano starą pieśń Archilocha: 
Tenella! Witaj, Herakleeie, władco przesławny l 
Tenella, zwycięzco! Witaj, lolaosie, towarzyszu wierny! 
Tenella! Witaj, Heraklesie, władco przesławnyl 
Rozśpiewane  gromady  ciągnęły  ulicami  obozu,  wzdłuż  rzeki,  wracały  do 
Świętego  Gaju,  wychodziły  na  drogi  idące  w  świat.  Lokryjczycy  z  Italii, 
upojeni  podwójnym  zwycięstwem,  hałasowali  najgłośniej:  Agesidamos  i 
Eutymos  wywalczyli  im  stanowisko  pierwszych  pięściarzy  świata.  Książęta 
ucztowali  w  swych  namiotach.  Olbrzymi  namiot  Hierona  gościł  Astylosa  i 
do późnej nocy jaśniał dziwnym światłem stu lamp oliwnych, przenikającym 
przez purpurowe ściany. 
O  świcie  wezwano  zwycięzców  do  Świętego  Gaju.  Szli  w  procesji, 
prowadzeni przez hellanodików i kapłanów, Zatrzymali się u sześciu ołtarzy 
poświęconych dwunastu bogom. Każdy kolejno ofiarowywał libację i garść 
kadzidła.  Potem  tą  samą  drogą  wrócono  do  prytanejonu,  gdzie  władze 
olimpijskie podejmowały zwycięzców uroczystym obiadem. 
Już zwijano namioty. Pokój boży miał skąpo wymierzony czas, nim upłynie 
miesiąc,  drogi  pokruszą  się  na  drobne  kawałki,  pośród  mnóstwa  granic, 

background image

sprzecznych  praw,  wiekuistych  zatargów.  Spieszono  się  więc,  w  dwa  dni 
wszystkie gościńce okryły się kurzawą. 
Zawodnicy przed odjazdem szli na brzeg Alfejosu i rzucali do wody wieńce 
splecione z gałązek sosny, topoli i oliwki, jak hieroglif ziemi olimpijskiej, do 
której chcieli powrócić. Bystry nurt porywał je szybko, oni zaś biegli, póki 
starczyło tchu, póki na jakimś zakręcie nie znikły im z oczu. Niektóre jednak 
zatrzymywały się po drodze, okrążały wiry, kołowały przy mieliznach — o, 
szczęście!  —  prąd  znosił  je  ku  przeciwległemu  brzegowi  i  zostawiał  w 
bezpiecznym załomie. 
Któregoś  dnia  ostatni  wóz  znikł  za  wzgórzami.  Olimpia  wróciła  do 
zwyczajnej samotności, dziwna osada, położona jakby bliżej nieba niż ziemi. 
W porównaniu z bogami, którzy w niej mieszkali, ludzie stanowili niewielką 
garstkę: paru kapłanów, kleiduchos, paru urzędników przy skarbie, ksyleus, 
trochę służby, razem kilkanaście rodzin, ukrytych w małych domkach poza 
świętym okręgiem. Czekały ich cztery lata ciszy pozbawionej zdarzeń. 
W  dolinie  nadrzecznej  zostało  śmietnisko  z  tych  wszystkich  dni,  w  ciągu 
których kilkadziesiąt tysięcy ludzi żyło tutaj, jadło, trawiło. Czasem ktoś ze 
służby olimpijskiej wałęsał się tam w poszukiwaniu rzeczy, które by się na 
coś  przydały.  Ten  i  ów  uzbierał  garść  oboli,  drugie  tyle  wessała  ziemia  na 
użytek  archeologów.  Wiatr  poganiał  szmaty,  deszcze  spłukiwały 
nieczystości.  Wreszcie  Alfejos,  odwieczny  gospodarz  kraju,  wystąpił  z 
brzegów w zimowych rozlewach. 
EPILOG 
Nieśmiertelny  czas  odmawiał  różaniec  księżyców  i  znów  ta  sama  pełnia 
sprowadzała ludzi z krańców świata. Powracały znajome twarze: Sodamos, 
Eurymenes,  Kallias,  Ergoteles,  Efarmostos,  Menaikes,  Grylos,  Sotion  — 
wszyscy doczekali się wieńca. Najpóźniej mały Ksenofon, który dopiero po 
dwunastu  latach  dorósł  do  oliwki  olimpijskiej.  Telesikrates  pocieszył  się 
wawrzynem delfickim. Potem nikli w życiu, w bogatym wspaniałym życiu V 
wieku p. n. e. jak żeńcy w wysokim zbożu. 
Ikkos  przez  długi  szereg  olimpiad  nie  omijał  igrzysk.  Siedział  zawsze  w 
którymś ze skarbców, wśród honorowych gości. Zwycięstwo przyniosło mu 
o  wiele  więcej,  niż  spodziewał  się  wycisnąć  ze  swych  opornych  stryjów. 
Porzucił Tarent i jeździł po świecie, odwiedzał palestry i gimnazjony, gdzie 
za  dobrą  zapłatą  uczył  wiedzy  o  doskonaleniu  ciała.  Słuchano  go  jak 
nieomylnej  wyroczni.  Wychował  całą  szkołę  trenerów,  którzy  w  ciągu 
jednego pokolenia przekształcili życie sportowe Grecji. 
Byli  naprawdę  mistrzami  w  swej  sztuce.  Ciała  powierzone  ich  opiece 
podlegały  świadomym  i  właściwym  ćwiczeniom.  Przez  krótki  czas 

background image

obserwacji  oceniali  bez  błędu  przyrodzone  zdolności,  aby  następnie 
zaprawiać  wychowanków  do  odpowiedniego  rodzaju  zawodów.  Pod  ich 
kierunkiem nikt się nie błąkał, nie szukał po omacku, ale szedł prosto do celu 
i  zazwyczaj  zwyciężał.  Kto  miał  być  biegaczem,  był  nim  od  pierwszej 
chwili,  zapaśnik,  pięściarz  czy  pankratiasta  żył  w  swoim  świecie,  w 
odrębnych  warunkach,  w innych  porach ćwiczeń, inaczej karmiony.  To,  co 
młodzi  ludzie  z  czasów  Sotiona  uważali  za  szlachetną  zabawę,  za 
strząśnięcie  paru  kropel  z  nadmiaru  swej  młodości,  stało  się  poważnym  i 
wytrawnym  przedsięwzięciem.  Nie  wolno  było  szukać  rozkoszy  w 
nieograniczonej możności wyzyskania swych naturalnych sił, wszystko było 
rozumnie ograniczone. 
Te  nowe  boiska  wyglądały  jak  szkółki  drzew  albo  jak  hodowla  rasowych 
psów, gdzie pilnie strzeże się czystości gatunków. Rodziły się tam osobliwe 
okazy,  którym  życie  powszednie  nie  potrafiłoby  sprostać.  Ze  zdumieniem 
dowiadywano się o nadzwyczajnych wynikach, o rzutach dyskiem, skokach, 
podnoszeniu ciężarów, o bezprzykładnej sile zapaśników i zanim ochłonięto, 
z  innych  gimnazjonów  nadchodziły  nowe  wieści,  jeszcze  bardziej 
oszałamiające. Po całym świecie greckim szło z ust do ust kilkanaście imion 
pełnych rozgłosu i ze zrozumiałą niecierpliwością oczekiwano ich spotkania. 
Nigdy  igrzyska  nie  zgromadziły  tak  wielkich  tłumów,  a  było  ich  teraz 
znacznie więcej. Każde miasto kilka razy do roku podczas uroczystych świąt 
urządzało  zawody,  na  które  starano  się  pozyskać  owe  osobliwości  rodzaju 
ludzkiego.  Najsławniejsi  nauczyli  się  ociągać,  odmawiać,  nieraz  daleka 
podróż nie opłacała im się dla błahej nagrody. Każdy z nich miał w swym 
dorobku  stosy  wieńców,  szarf,  wszelkich  odznaczeń,  nie  mówiąc  już  o 
pieniądzach,  rzeczach  dających  się  sprzedać  albo  innych  pożytkach,  jak 
domy ofiarowane przez wdzięczne miasta, dożywotnie utrzymanie. Nie było 
dość wysokich słów na wyrażenie ich sławy, co drugi był „pierwszym atletą 
wszystkich czasów", nadawali sobie tytuł „następców Heraklesa", ich tablice 
pamiątkowe  układały  się  w  długie  litanie  najjaskrawszych  przymiotników. 
Sądzono  jednak,  że  nie  można  ich  niczym  dość  wynagrodzić  za  zaszczyt, 
jaki wyświadczają ludzkości należąc do niej, mimo że szybkość nóg lub siła 
pięści  daje  im  prawo  do  istot  nadludzkich.  Jeszcze  większy  zaszczyt 
przynosili  państwom,  których  byli  obywatelami,  i  zaszczyt  ten,  na  wzór 
Astylosa,  umieli  wyrazić  w  określonej  sumie.  Niejeden  stawał  się  w  końcu 
obywatelem całego świata, tyle razy w różnych okazjach powoływał się na 
inne pochodzenie. 
Zwyczajny  człowiek,  który  jak  na  przyzwoitego  Hellena  przystało,  odbył 
swe  chłopięce  lata  palestry,  zaglądał  do  tych  nowych  gimnazjonów  z 

background image

zazdrością.  Czuł  to,  co  mogłyby  czuć  kwiaty  polne  widząc  przez  szkła 
cieplarni  stworzenia  sobie  podobne,  ale  urastające  do  niesłychanej  chwały 
dzięki szczególnym warunkom. 
Z samych zapachów zalatujących z ich kuchni poznawało się drogocenność 
tej hodowli. Zwyczajny człowiek żywił się jarzynami, serem, owocami, rybą, 
mięso widywał rzadko, przy święcie; tu zaś nieustanna uczta parowała znad 
kotłów. Jakże uboga i prostoduszna była ta rybka Ikkosa, która tak poruszyła 
gimnazjon  elidzki!  Niewątpliwie  należała  do  gatunku,  który  nie  był  godny 
tych stołów. Zresztą sam Ikkos odchodził coraz dalej w cień przeszłości, w 
sto  lat  po  śmierci  wydawał  się  tym,  którzy  z  niego  powstali,  dziwnym 
przodkiem z epoki jeszcze skromnej i nierozwiniętej. 
W  nowych  gimnazjonach  każdy  miał  własną  dietę,  inną  biegacz,  inną 
pięściarz,  inną  zapaśnik.  Ten  ostatni  żywił  się  mięsem,  aby  zwiększyć 
objętość i wagę ciała. Dobierano mu osobne porcje wieprzowiny, tłuste ryby 
morskie,  bułeczki  pszenne  z  makiem.  I  było  to  wymierzone,  obliczone, 
czuwał  nad  tym  lekarz,  który  troszczył  się  o  jego  trawienie,  o  stolec,  w 
ważniejszych wypadkach sprawdzał naocznie jakość wypróżnienia. W łaźni 
nie  opuszczał  go  balneolog.  Każdy  dzień  miał  swoje  nasiadówki,  natryski, 
krótkie  momenty  parni,  błyskawiczne  zanurzenia  w  zimnym  basenie, 
stopniowało się je w zależności od tuszy, temperamentu zawodnika, radzono 
się nawet gwiazd, których konstelacje świeciły przy jego urodzeniu. A potem 
wyznaczano  godziny  przechadzki,  nakazywano  sen,  pozbawiano  ruchu, 
trening  zaś  był  ułożony  w  pracowitych  tablicach,  aby  nie  została 
zmarnowana ani odrobina energii z tych bezcennych brył ludzkich. Byt ich 
upływał  między  stołem,  łóżkiem,  wanną  a  rękami  masażystów.  Nie 
zostawiano  ich  nigdy  bez  opieki  jak  dzieci,  dzieci-olbrzymów  co  prawda, 
lecz po dziecinnemu kruche, które lada powiew życia mógł zabić. 
To  wszystko  było  zbyt  drogie,  żeby  wielu  mogło  z  tych  cudów  korzystać. 
Porzucało  się  dla  nich  życie  jak  dla  klasztoru  i  nie  wykonywając  żadnej 
pożytecznej  pracy  należało  mieć  środki,  aby  się  utrzymać  przez  szereg  lat. 
Na  to  zdobywali  się  tylko  ludzie  zamożni  albo  tacy,  którzy  z 
przewidywanych zysków obiecywali sobie pokryć włożony kapitał. Zajęcie 
agonisty  weszło  w  życie  jak  osobny  zawód,  bardzo  hojny  i  okryty 
szacunkiem.  Oczywiście  nie  mówiło  się  o  tym  otwarcie,  było  nawet  w 
zupełnie  złym  smaku  pomawiać  zawodników,  że  gonią  za  zarobkiem. 
Stworzono  tysiące  pozorów,  aby  im  ułatwić  życie  między  surową  cnotą  a 
pięknymi dochodami. 
Naród, który pół wieku temu składał się poniekąd z samych zawodników, w 
którym  każdy  obywatel  nie  upośledzony  kalectwem  był  gotów  podjąć 

background image

jakąkolwiek  walkę  na  stadionie  i  zachowywał  tę  zdolność  aż  pod  próg 
starości, zrzekł się nagle tych ambicji na korzyść garstki wybranych. Urobiło 
się powszechne mniemanie, że skoro sport jest rzeczą tak zawiłą, tak trudną, 
skoro  jest  niepodobieństwem  nadążyć  w  zwykłych  warunkach  za 
szaleństwem  rekordów,  najwłaściwiej  będzie  spocząć  na  ławie  widzów 
pośród  biernych  wzruszeń.  Postarano  się  przede  wszystkim  o  te  ławy  i 
stadiony rozbudowały się w wygodne warstwy siedzeń. 
Pozwalały  one  łatwiej  znosić  długie  widowiska,  ale  nie  chroniły  od  nudy. 
Ten gość, nieznany dawnym wiekom, towarzyszył teraz biegom i zawodom 
pentatlonu, które mimo wszystko zachowały znaczną szlachetność, a w swej 
prostocie zdawały się mdłe i bezbarwne. Właściwą treść igrzyska stanowiły 
zapasy, pięściarstwo i pankration, to było główne danie, sute i ciężkie, jak te 
przekarmione,  olbrzymie  ciała,  które  występowały  do  walki.  Bokser 
najrychlej stawał się bożyszczem tłumu, pod warunkiem, że nie oszczędzał 
krwi ani przeciwnika, ani własnej. Służyły mu do tego celu osobne rękawice, 
jakże dalekie od miękkich rzemieni, którymi niegdyś ochraniano palce! Były 
to  kilkakrotne  zwoje  twardej  i  grubej  skóry,  tak  ukształtowane,  że  pięść 
nabierała w nich siły uderzeń żelaza. Miażdżono sobie nosy, uszy, rozbijano 
szczęki,  były  to  chwalebne  rany,  które  rzeźbiarze  oddawali  w  brązie  z 
najgorliwszą dokładnością. 
Sztuka musiała przejść szkołę naturalizmu, aby zdobyć się na wierne portrety 
tej  nowej  odmiany  homo  sapiens.  Tworzyła  postacie  zdumiewające 
ogromem  mięsa  i  muskułów,  siedzące,  oparte  o  drzewo  lub  kolumnę,  w 
niesamowitym  bezwładzie  siły,  która  wydaje  się  jedynie  ciężarem.  I  nie 
cofnęła  się  przed  ich  twarzami  przekazując  kilka  wizerunków  zupełnej 
zwierzęcości,  o  wąskich  czołach,  pustych  oczach,  spłaszczonych  nosach,  o 
wargach złożonych z dwóch płatów mięsa, to wszystko zgubione w dzikim 
zaroście. Na końcu tej galerii pojawiły się w czasach cesarstwa rzymskiego 
obrazy  jeszcze  bardziej  odrażające,  spotykane  na  mozaikach,  gdzie  atleta 
zdaje się wyobrażać jakiś twór z innych epok geologicznych, coś w rodzaju 
ludzkiego  ichtiozaura,  o  gigantycznym  ciele  i  niezwykle  małej  głowie,  w 
której trudno domyślić się mózgu. 
Dość  rychło  nauczono  się  łączyć  podziw  dla  zawodowych  agonistów  z 
pogardą. Każdy uznawał, że nie podobna im sprostać, ale nikt nie chciał być 
do nich podobny. Szanująca się młodzież nie marzyła o wieńcach, chyba o 
tych, które można zdobyć puszczając własne konie na wyścigach. Alkibiades 
w  wieku  Sotiona  przesiadywał  w  stajni.  Tylko  w  ustronnych  dzielnicach, 
dokąd  nie  docierały  nowe  czasy,  w  Arkadii,  w  Epirze,  w  Etolii,  nawet  w 
Tesalii istniały jeszcze gimnazjony ożywione dawnym duchem i wychodzili 

background image

z  nich  zawodnicy  dobrej  woli,  którzy  jeszcze  niekiedy  zapisywali  się  na 
liście  zwycięzców.  Powszechnie  jednak  sport  skurczył  się  do  ćwiczeń 
gimnastycznych i zabaw ruchowych dla dorastającej młodzieży albo w swej 
pospolitej formie służył do wyszkolenia żołnierza. 
Cicero  jadąc  do  Grecji  miał  nadzieję  zobaczyć  tam  posągi  chodzące  po 
ulicach  i  zdziwił  się,  jak  bardzo niewielu  młodych  ludzi  w  Atenach  mogło 
się  poszczycić  prawdziwą  urodą.  Oswojono  się  z  widokiem  bladej  cery, 
zgarbionych  pleców,  wąskiej  klatki  piersiowej,  cienkich  nóg,  obwisłego 
brzucha,  ze  wszelkimi  kształtami  przygasłej  ludzkości,  uwięzionej  w 
wielkich miastach i ciasnych domach. Na koniec lekarze zapisywali skromne 
dawki  sportu  narodowi,  który  pierwszy  otworzył  światu  oczy  na  piękno 
zdrowego ciała. 
Wśród tych przemian Olimpia trwała nieustannie. Ze Świętego Gaju zostało 
tylko  imię,  które  usprawiedliwiała  kępa  drzew  ocalałych  w  sąsiedztwie 
świętej  oliwki.  Resztę  pochłonęły  nowe  budowle.  Wspaniała  świątynia 
Dzeusa  ukrywała  w  swym  potężnym  wnętrzu  arcydzieło  Fidiasza,  zewsząd 
otwierały się portyki, kolumnady. Posągi zwycięzców wciskały się w każde 
wolne  miejsce,  były  ich setki,  wreszcie  tysiące,  osobny  świat. Żyło  w  nich 
wiecznie młode pokolenie, nie tknięte żadną skazą. 
Olimpia ulegała zmieniającym się czasom nie wyrzekłszy się ani jednego ze 
swoich  dogmatów.  Co  przed  wiekami  zostało  spisane  na  świętym  dysku, 
było  prawem,  które  dawało  się  objaśniać,  ale  nie  omijać.  Zbudowano 
palestrę  i  gimnazjon  według  nowych  wymagań  i  ostatnie  dni  przed 
igrzyskami  zawodnicy  odbywali  w  nich  trening.  Najbezwstydniejsi 
zawodowcy składali starą przysięgę szlachetnego sportu i najczęściej byli jej 
wierni.  Przekupienie  przeciwnika  zdarzało  się  rzadko  i  jeśli  je  odkryto, 
winnych  skazywano  na  wysoką  grzywnę.  Za  naruszenie  świętego  rozejmu 
Spartę wyklęto z igrzysk. Lichasa, członka spartańskiej rodziny królewskiej, 
wychłostano  publicznie  za  wykroczenie  przeciw  postanowieniom 
hellanodików.  Przezwyciężono  nawet  rzecz  najtrudniejszą:  helleńskie 
pochodzenie  zawodników.  Utrzymano  je  w  mocy,  ale  nowym  narodom, 
które upominały się o udział w igrzyskach, stworzono odpowiednią metrykę. 
Tak przyjęto do krwi greckiej Macedonię, później Rzym, wreszcie nieomal 
świat cały. Trwałość Olimpii wielu podtrzymywała na duchu i w najgorszych 
czasach  szły  od  niej  prądy  romantyczne,  które  obumierające  gimnazjony 
odwracały ku starym ideałom. 
Nie był tu już południowy dzień, ale łagodne pożyczone światło, które miało 
jeszcze wystarczyć na całe wieki. Niewygasająca wojna rozdzierała szczepy 
greckie, zmierzch ogarniał największe potęgi, miecz Aleksandra przeorywał 

background image

Wschód,  szybowały  orły  rzymskie,  a  Olimpia  nieprzerwanie  domagała  się 
pokoju na  swe  księżycowe  święto.  Było wielką ulgą odetchnąć  ciszą  ziemi 
elejskiej,  kiedy  reszta  świata  żyła  pod  krwawą  łuną.  Parę  tygodni 
niezmąconego istnienia dawało niejakie pojęcie o tym, że świat nie straciłby 
uroku,  gdyby  ludzie  przestali  myśleć  o  wzajemnym  wytępieniu.  Niekiedy 
Olimpia  stawała  się  prawdziwą  Ligą  Narodów,  prawdziwą,  albowiem 
zamiast obłudnych dyplomatów i skrytego ceremoniału obrad rozporządzała 
sumieniem całych krajów, reprezentowanych przez tysiące ludzi wszelkiego 
stanu. W początkach wojny peloponeskiej poselstwo z Mytilene wniosło na 
olimpiadzie skargę przeciw tyranii Aten i domagało się autonomii; Gorgias, 
sławny  sofista,  odsłonił  zdradzieckie  konszachty  Sparty  z  królem  perskim; 
niezliczone  układy,  sojusze,  dekrety  o  wolności  tu  najpierw  zostały 
ogłoszone  i  wyryte  na  tablicach  kamiennych.  Przez  Olimpię  prowadziła 
najprostsza  droga  do  ludzkiej  uwagi  i  pamięci,  i  spotykały  się  na  niej 
postacie  wielkie  i  małe,  zwyczajne  i  osobliwe,  królowie,  cesarze  rzymscy 
zostawiali na niej swój ślad. 
Według chronologii greckiej pierwsza olimpiada odbyła się w roku 776 p. n. 
e., ostatnia zaś, dwusetna dziewięćdziesiąta trzecia, w r. 693 n. e. Tysiąc sto 
siedemdziesiąt  lat  życia  to  dla  instytucji  ludzkich  czas  bezprzykładny. 
Niejednemu narodowi nie starczy tchu na przetrwanie tak długiej drogi. Lecz 
w późnej starości Olimpia zwyczajem wszystkich starców jeszcze dodawała 
sobie  lat  i  zachował  się  dysk  z  napisem  określającym  wiek  igrzysk  na 
dwadzieścia stuleci. Babka sportu greckiego wszystko dookoła przewyższała 
żywotnością. Świat, który z nią razem się narodził, rozsypywał się w gruzy. 
Drogi  prowadzące  pielgrzymów  szły  wśród  ruin  przez  miasta,  z  których 
tylko  imiona  zostały,  przez  ziemie  wyludnione.  Sama  Olimpia  była  pełna 
szczerb, najcenniejsze posągi ją opuściły, wiele ołtarzy zgasło, jakby śmierć 
dotknęła nawet niebiosa. Krew helleńska, rozpylona po trzech kontynentach, 
rzadko krążyła w żyłach zawodników. Ostatni z zapamiętanych zwycięzców 
nie  posiadał  jej  ani  kropli,  ani  kropli  tej  bezcennej  krwi,  która  niegdyś  nie 
znosiła  najlżejszej  domieszki,  której  czystość  badano  z  tak  trwożną, 
zabobonną  sumiennością.  Był  to  książę  armeński  Warazdates,  z  rodu 
Arsacydów,  który  w  roku  385  otrzymał  wieniec  za  pięściarstwo.  Nie  tylko 
nie  był  Grekiem,  ale  należał  do  szczepu  stanowiącego  niegdyś  część 
królestwa Persji i być może któryś z jego przodków, wzięty do niewoli pod 
Salaminą  czy  Platejami,  znajdował  się  pośród  jeńców  pilnujących  konie  w 
dniach wielkiej 76 olimpiady. 
Trudno sobie wyobrazić, jak wyglądały igrzyska w tych ostatnich latach, nie 
musiały  być  jednak  czymś  godnym  lekceważenia,  jeśli  książęta  panujący 

background image

brali  w  nich  udział.  Olimpiada  nie  umarła  naturalną  śmiercią.  W  r.  393 
dekret  cesarza  Teodozjusza  I  zniósł  pogańskie  święto.  Zapewne  odczytano 
go  podczas  igrzysk.  Ktoś  z  wysokich  urzędników  chrześcijańskiego 
monarchy stojąc na terasie skarbców wezwał zgromadzonych, aby wrócili do 
domów,  i  zawodników,  aby  okryli  swą  nagość.  Towarzyszyło  mu 
niewątpliwie  kilku  mnichów,  którzy  za  przykładem  św.  Pachomiusza, 
występowali  przeciw  gimnazjonom,  łaźniom  i  schludności  ciała.  Ci  zabrali 
kapłanom klucze od świątyń, aby rozbić posągi bogów i podłożyć ogień. W 
dwa  lata  później  Alaryk,  wódz  Gotów,  ustępując  przed  generałem 
bizantyjskim,  Stilichonem.  skrył  się  w  lesiste  góry  Foloe  wprost  naprzeciw 
Olimpii.  Hordy  barbarzyńców  wałęsały  się  po  dolinie,  poiły  konie  w 
Alfejosie,  zaglądano  do  martwych  budowli  w  poszukiwaniu  skarbów.  W 
całej okolicy nie było już żywej duszy. 
Człowiek jednak z trudem opuszcza miejsca, które mu nazbyt długo służyły. 
W V wieku Olimpia znów się zaludniła. Wieś, rzecz wieczna, oporna wobec 
wszelkich przewrotów, samosiewna jak chwast, pobudowała się w nędznych 
lepiankach uczynionych z gruzów, które były pod ręką. Chłopi orali ziemię i 
zbierali  wino  rosnące  na  wzgórzach.  Z  pracowni  Fidiasza,  wielkiego 
ceglanego  domu,  w  którym  rzeźbiarz  ateński  wykonał  swego  Dzeusa, 
zrobiono  kościół  bizantyjski  o  trzech  nawach,  z  absydą  dobudowaną  we 
wschodniej ścianie. Herajon, skarbce, gimnazjon, palestra, świątynia Dzeusa, 
dziesiątki  innych  budynków  jeszcze  się  trzymały.  Użyto  ich  na  fortecę  w 
czasach, kiedy Wandalowie pustoszyli zachodnie brzegi Grecji. 
Ale  już  nadciągali  nowi  ludzie.  Przyszli  tą  samą  drogą,  którą  przyszli 
niegdyś pierwsi mieszkańcy ziemi elejskiej, drogą wszelkiego historycznego 
ruchu,  z  północy  na  południe,  przepłynąwszy  wąskie  morze  oddzielające 
Peloponez od Grecji środkowej. Byli to Słowianie. Język grecki zamilkł, i po 
górach,  osadach  utrwaliły  się  nazwy,  które  należą  do  naszej  mowy. 
Przybysze  zjawili  się  w  złą  godzinę.  Peloponez  dwukrotnie  w  ciągu  VI 
wieku  zatrząsł  się  w  niesamowitych  spazmach,  jakby  nie  chciał  przyjąć 
obcych ludów. Z Olimpii nie został kamień na kamieniu. Co nie upadło pod 
trzęsieniem ziemi, to zawaliły wzgórza, które się obsunęły. Wreszcie Alfejos 
i Kladeos, w nieustannych powodziach, zmieniwszy łożyska przykryły ruiny 
głęboką czterometrową warstwą piasku. 
Zupełna  pustka  ogarnęła  te  miejsca.  Dolinę  opanowały  gęste  zarośla, 
wzgórza  okryły  się  lasem.  Żywiła  je  wilgocią  boska  rzeka  przynosząc  w 
swym  niestrudzonym  strumieniu  chłód  arkadyjskich  wąwozów.  Wrócił 
dawno  wygnany  bóbr  i  zamieszkał  nad  Alfejosem  jak  za  czasów  budowli 
palowych  pierwszego  człowieka.  Niezliczone  księżyce  odmieniały  swój 

background image

kształt od nowiu do pełni, nie pilnowane przez niczyje oczy. Czasem ktoś z 
dalszych  osad  położonych  za  wzgórzami,  goniąc  zwierzynę  zabłąkał  się 
wśród mirtów i sosen, wracał do swoich, nie umiejąc powiedzieć, gdzie był 
— te strony nie miały żadnej nazwy. 
W r. 1875, pod łopatami archeologów niemieckich, zaczęły się wydobywać 
ruiny Olimpii. Wykopaliska trwały sześć lat. Szczątki świętego okręgu leżały 
na dnie  wygrzebanej  ziemi  biało-szare i pokruszone,  jak kości  w otwartym 
grobie.  Ale  duch,  razem  z  nimi  uwięziony  od  piętnastu  stuleci,  był  żywy. 
Odkrycie  Olimpii  stało  się  hasłem  odrodzenia  igrzysk.  Pierwsze  próby, 
współczesne pierwszym chwilom wykopalisk, podjęto w Atenach; były one 
nieśmiałe i kłopotliwe, jakimi musiały być niegdyś początki samej Olimpii. 
Wrychle  jednak,  w  r.  1896,  otwarto  I  Olimpiadę  ery  nowożytnej.  Duch 
agonistyki greckiej zaczął swój drugi żywot, aby powtórzyć w nim wszystkie 
dawne cnoty i błędy. 
 
OBJAŚNIENIA NAZW I WYRAZÓW 
Agonista — zawodnik. 
Agora — rynek. 
A i a k — bohater mityczny, czczony na wyspie Eginie. 
Akrorea — górzysta okolica na wschód od Elidy. 
Altis — w narzeczu elejskim: gaj; tak nazywano święty okręg Olimpii, gdzie 
stały świątynie, ołtarze, posągi. 
Amfiktionia  —  sojusz  kilku  państw  sąsiadujących  z  jakimś  miejscem 
szczególnie  świętym  (np.  Delfy,  Olimpia)  dla  ochrony  tego  miejsca  przed 
wrogami. 
Apomyios (Dzeus) — bóstwo odwracające plagę much. 
Apoptygma — część stroju kobiecego (peplosu), osłaniająca piersi. 
Archiloch — poeta grecki z VII w. p. n. e. 
Architraw — część belkowania świątyni, tuż nad kolumnami. 
Archonci  —  wysocy  urzędnicy  ateńscy,  do  których  należała  część 
sądownictwa i pewne czynności obrzędowe. 
Artabadzos  —  jeden  z  wodzów  perskich  podczas  wyprawy  Kserksesa  na 
Grecję. 
Aryballos — małe gliniane naczyńko na oliwę, w kształcie kuli; tym samym 
był b o m b y l i o s, o kształcie bardziej podłużnym. 
Augiasz — mityczny król Elidy, który miał nieprzebrane stada bydła.  
Basilai  —  kapłani  Kronosa  w  Olimpii;  ich  nazwa  ma  jakiś  tajemniczy 
związek z tytułem królewskim: basileus. 
B a t e r — odskocznia. 

background image

Boreasz — bóg wiatrów północnych. 
Buleuterion — siedziba Rady Olimpijskiej, gdzie mieścił się również skarb i 
sekretariat, prowadzący spis zawodników, archiwa itd. 
Cenotaf  —  pusty  grób.  Zmarłemu  w  dalekich  stronach  sypano  nieraz  taką 
pustą mogiłę na ojczystej ziemi i przy niej odbywały się obrzędy nagrobne. 
Chamyne — prastare bóstwo ziemi i śmierci, które Grecy utożsamili ze swą 
boginią Demetrą. 
Charyty — boginie piękności i wdzięku. 
Chionis ze Sparty — sławny zawodnik, wielokrotny zwycięzca. 
Chiton — spodnia część stroju greckiego, koszula. 
Chlajna—płaszcz;  właściwie  kawał  wełnianego  sukna,  którego  używano 
również jako okrycia w nocy. 
Choiniks— miara, trochę więcej niż litr; 48 choiniksów tworzyło 1 medymn, 
czyli ponad 50 litrów.  
Dekada — dziesięć dni. 
Diaulos — „bieg podwójny", na długość dwóch stadionów. 
Didrachma — moneta, dwie drachmy. 
Dioskurowie  —  synowie  Dzeusa,  Kastor  i  Polydeukes;  bóstwa  szczególnie 
czczone w Sparcie. 
E f e b — młodzieniec w wieku lat 18—20. 
Epimeletes—sekretarz  Rady  Olimpijskiej,  który  również  zarządzał  skarbem 
Olimpii. 
Eufemeite — Uciszcie się! Tym słowem kapłan zaczynał obrzęd ofiarny. 
F i a l e — czasza na wino. 
Haltery — ciężarki do skoku. 
Helios — 'bóg słońca. 
Hellanodikajon — dom, w którym mieszkali ł urzędowali hellanodikowie — 
sędziowie w igrzyskach olimpijskich. 
H  e  l  o  c  i  —  niewolnicy  państwowi  w  Sparcie,  którzy  spełniali  posługi  i 
prace u osób prywatnych. 
Hemerodromi  —  szybkobiegacze,  używani,  zwłaszcza  podczas  wojny,  jako 
kurierzy do przenoszenia wiadomości, rozkazów, not państwowych. 
H e r a j o n — świątynia bogini Hery. 
Hipodrom — plac do wyścigów konnych. 
Hoplitodromos — bieg w zbroi. 
Hydria — wysmukłe gliniane naczynie na wodę. 
I  a  m  o  s  —  mityczny  przodek  rodu  olimpijskich  wróżbitów, lamidów, syn 
Appolona i Euadny, która go rodziła wśród fiołków, wyraz: ia — fiołki, tkwi 
w jego imieniu. 

background image

I c h o r — krew bogów, inna od ludzkiej, bezbarwna i przejrzysta. 
Ida — święta góra na Krecie. 
I f i t o s — król Elidy z czasów legendarnych. Wraz z Kleistenesem z Pisy i 
spartańskim  Likurgiem  zawarł  rodzaj  przymierza,  które  obejmowało 
postanowienia  o  igrzyskach  olimpijskich.  Ten  akt  spisano  na  dysku 
spiżowym, o czym wzmianka na str. 7. 
Isthmos — międzymorze korynckie, sławne z igrzysk (Istmie). 
J a z o n — bohater mityczny, wódz tzw. wyprawy Argonautów, zdobywca 
czarodziejskiego złotego runa. 
Kadmos  —  mityczna  postać;  pochodził  jakoby  z  Fenicji,  nauczył  Greków 
alfabetu. 
Kallistefanos  —  „o  pięknych  wieńcach";  tak  nazywano  oliwkę,  z  której  w 
Olimpii brano gałązki na wieńce zwycięzców. 
Kleiduchos — klucznik. 
K  r  o  n  o  s  —  ojciec  Dzeusa  i  jego  poprzednik  na  tronie  bogów  i  świata; 
wzgórze olimpijskie Kronion od niego wzięło nazwę. 
Kureci  —  półboskie  istoty,  które  najczęściej  pojawiają  się  w  mitach  jako 
młodzieńcy opiekujący się małym Dzeusem w jaskini górskiej na Krecie. 
Kyatos — mały kubek; zarazem miara płynów. 
Kypselos  —  król  Koryntu  z  VII  w.  p.  n.  e.  W  olimpijskim  Herajonie 
przechowywano  tzw.  skrzynię  Kypselosa,  cenny  zabytek  o  pięknych 
rzeźbach;  w  tej  skrzyni  Kypselos  jako  dziecko  miał  się  ukrywać  przed 
mordercami. 
M i l o n z Krotony — na wpół legendarny atleta z VI w. p. n. e. Opowiadano 
cuda o jego sile. 
Najada — bogini źródła. 
Naukratis — kolonia grecka w delcie Nilu. 
N  e  m  e  a  —  urocza  miejscowość  niedaleko  Koryntu,  ze  świętym  gajem 
Dzeusa, gdzie, podobnie jak w Olimpii, odbywały się igrzyska. 
Obol — drobna moneta attycka. 
Olimpionik — zwycięzca w zawodach olimpijskich.  
Opistodom — tylny przedsionek świątyni.  
Palestra  —  szkoła  gimnastyczna,  zazwyczaj  dla  małych  chłopców. 
Gimnazjony były dla starszej młodzieży. 
Pankration — rodzaj zawodów, połączenie zapasów i pięściarstwa. 
Parthenios—w kalendarzu Elidy miesiąc przypadający na drugą połowę lipca 
i  pierwszą  połowę  sierpnia.  W  różnych  stronach  Grecji  były  różne 
kalendarze i miesiące wszędzie nazywały się inaczej. 
Pentatlon  —  pięciobój,  zawody  sportowe  obejmujące:  biegi,  skok  w  dal, 

background image

rzucanie dyskiem, mocowanie się, walkę na pięści. 
P e p l o s — długa zwierzchnia szata Greczynek.  
P  i  n  d  a  r  —  znakomity  poeta  grecki  z  V  w.  p.  n.  e.  twórca  mnóstwa  ód, 
pieśni pochwalnych na cześć zwycięzców w igrzyskach sportowych. 
P i t h o s — wielkie naczynie gliniane w kształcie beczki.  
Pityjski  laur  —  wieniec  wawrzynowy  zwycięzców  w  igrzyskach  pityjskich 
odbywających się co cztery lata w Delfach. 
P o l o s — wysoka czapka albo rodzaj korony.  
Proksenos  —  obywatel  pełniący  w  stosunku  do  obcego  państwa  podobne 
funkcje jak dziś konsul honorowy. 
Prytanowie — (w Atenach) 50 członków Wielkiej Rady, którzy w ciągu 35 
dni  załatwiali  różne  sprawy  państwowe  i  kierowali  zgromadzeniem 
ludowym.  Zbierali  się  i  jadali  w  prytanejonie,  który  w  każdym  mieście 
greckim był tym, czym u nas ratusz. 
Salmoneus  —  król  mityczny  panujący  w  mieście  Salmone  w  Elidzie; 
podania przedstawiały go jako bluźniercę, którego Dzeus zabił piorunem. 
Simonides  z  Keos  —  poeta,  556—486  p.  n.  e.  Twórca  pieśni  chóralnych, 
elegii, hymnów, ód ku czci zwycięskich zawodników. 
Skiadiske (skiadeion) — parasol. 
Spondualowie  —  niżsi  kapłani,  którzy  grali  na  fletach  podczas  obrzędów 
ofiarnych. 
Spondofor  —  kapłan  olimpijski.  Spondoforów  było  trzech,  do  ich  funkcyj 
należało m. in. zapowiadanie igrzysk olimpijskich po miastach greckich. 
S y l e n — bóstwo leśnie, nieodstępny towarzysz Dionizosa. 
Syreny — demony morskie; „słyszałem syreny" — mówił o sobie człowiek, 
który był bliski utonięcia. 
S t a t e r — starogrecka moneta srebrna. 
Tenella — przyśpiew skoczny. 
Tetragon — kwadrat; tak nazywała się część gimnazjonu w Elidzie. 
Theoria  —  procesja;  theoros  —  biorący  udział  w  procesji  ;  architheoros  — 
przewodnik procesji. 
Thymiateria — kadzielnica. 
Trierarch — kapitan okrętu. 
T y f o n — potwór mityczny, z którym walczyli bogowie w zamierzchłych 
wiekach. 
Tympanon  —  trójkątne  pole  u  szczytu  fasady  świątyni,  które  zapełniano 
rzeźbami. 
Dokładne  wyjaśnienia  mitów  i  postaci  religii  greckiej  znajdzie  czytelnik  w 
książce autora niniejszej pracy pt. Mitologia, wierzenia i podania Greków i 

background image

Rzynuan. 

background image

SPIS TREŚCI 
Część pierwsza  
W GIMNAZJONIE 
I Pokój boży     ......   7  
II Kraj wieczystego sojuszu ....   13 
III Pora oliwy      .......   18 
IV Na świętej bieżni  ......  28 
V Kosmos   .    ....... 46 
VI Ikkos z Tarentu   ......  61 
VII Rzut Fayllosa   .......   72 
VIII Nad granicą życia  ......  85 
Część druga  
O L I M P I A 
I Księżyc nad Olimpią   ..... 101 
II Pod namiotami    ...... 107 
III Targowisko      ...... 123 
IV Gaj Dzeusa ........ 134 
V Gałązka dzikiej oliwki    153 
VI Dzień Sotiona  ....... 176 
VII Święto pełni   ....... 206 
Epilog     .......... 233 
Objaśnienia nazw i wyrazów    248