background image

TRACY BAER 

PUŁAPKA ZWANA MIŁOŚCIĄ 

PrzełoŜyła Renata Kochan 

background image

ROZDZIAŁ 1 

Tej  zimowej  nocy  było  bardzo  zimno.  Dobywająca  się  z  nozdrzy  końskich  para 

momentalnie  zmieniała  się  w  biały  obłoczek,  kopyta  wystukiwały  twarde  stakkato  na 

zamarzniętym  śniegu,  a  mimo  to  Abby  Mills  czuła  nieodpartą  potrzebę,  by  pędzić  przed 

siebie, wciąŜ dalej i dalej, wydającą się nie mieć końca, rozległą równiną. Wiedziała, Ŝe albo 

znajdzie odpowiedź na dręczące ją pytanie, której tak długo szuka, albo wyczerpana do reszty 

osunie się z siodła. 

Miała  uczucie,  Ŝe  stanowi  jedność  z  koniem  i  wszechświatem.  Tu,  na  tej  pokrytej 

ś

niegiem  równinie  nie  było  autobusów  i  samochodów,  przypominających  boleśnie,  Ŝe  juŜ 

wkrótce upomni się o nią dzień powszedni ze wszystkimi swymi problemami. 

Drobniutkie  lodowate  płatki  śniegu  kłuły  niby  cienkimi  igiełkami  jej  twarz.  Była 

wdzięczna za ten niewielki ból, pozwalał jej nie tracić kontaktu z rzeczywistością. Przechyliła 

się ponad szyją klaczy. 

-   Właśnie  tego  potrzebuję,  Malinko  -  szepnęła  do  zwierzęcia  -  szalonego  pędu  i 

wiatru we włosach. Uleć ze mną daleko, daleko stąd, zawieź mnie do oazy spokoju. 

Oaza spokoju to było miejsce ze snów, do którego często uciekała w myślach, będąc 

jeszcze  małym,  często  smutnym  dzieckiem.  Co  prawda  miała  rodziców,  lecz  mimo  iŜ  ją 

kochali  i  robili  wszystko,  aby  ją  uszczęśliwić,  nie  umieli  nawiązać  z  nią  bliŜszego 

uczuciowego  kontaktu.  Ów  chłód  emocjonalny,  kładący  się  cieniem  na  jej  dzieciństwie, 

sprawił, Ŝe w Abby nigdy nie zrodziło się pragnienie, aby wyjść za mąŜ i samej mieć dzieci. 

Było wręcz przeciwnie. 

Jako  mała  dziewczynka  nigdy  nie  bawiła  się  z  koleŜankami  w  rodzinę,  za  to  zawsze 

sobie wyobraŜała, Ŝe lalki są jej braćmi i siostrami, których nie miała. W szkole uchodziła za 

doskonałą,  a  przy  tym  pewną  siebie  uczennicę,  była  ładna  i  powszechnie  lubiana,  nie  miała 

zatem  powodu  się  skarŜyć.  WszakŜe  jej  dzieciństwo  i  wczesna  młodość  nie  naleŜały  do 

najszczęśliwszych, a i teraz, przy swoich dwudziestu czterech latach czuła, Ŝe to, co naprawdę 

liczy się w Ŝyciu, po prostu przeszło niepostrzeŜenie obok niej... 

Na  czternaste  urodziny  otrzymała  od  rodziców  w  prezencie  lekcje  jazdy  konnej.  Od 

tego  czasu  regularnie  odwiedzała  stadninę.  Malinka  była  jeszcze  źrebięciem,  kiedy  Abby 

znalazła  się  tam  po  raz  pierwszy,  za  małym,  aby  pokonać  nawet  najmniejszą  przeszkodę. 

Przez długi czas musiała więc jeździć na innym  koniu, lecz jej serce nieodwołalnie naleŜało 

do Malinki. 

background image

To  na  Malince  pokłusowała  któregoś  dnia  do  wytęsknionej  oazy  spokoju,  siedząc  na 

jej  grzbiecie  oddawała  się  marzeniom  i  snuła  plany  na  przyszłość.  Podczas  jednej  z  takich 

wypraw  zdecydowała  się  studiować  rolnictwo,  na  długo  przedtem,  zanim  jej  szkolne 

koleŜanki podjęły jakąkolwiek decyzję w tym względzie. Absolutnie przekonana o słuszności 

swego wyboru, ukończyła z odznaczeniem college, a w niedługi czas potem uzyskała jeszcze 

dyplom z zakresu hodowli bydła. 

ś

ycie  w  Deerfield,  z  jego  ruchem  ulicznym,  zatłoczonymi  chodnikami  i  sklepami, 

biurowcami  i  lokalami  tanecznymi  nie  dawało  jej  wszakŜe  zadowolenia,  choć  znalazła 

ciekawą pracę w działającym dla potrzeb rolnictwa instytucie badawczym. Nie, nie mogła tu 

znaleźć  swojej  oazy  spokoju,  musiała  jej  szukać  poza  Deerfield.  Zanim  to  sobie  jednak 

ostatecznie uświadomiła, spędziła wiele bezsennych nocy. 

KaŜdego dnia zaraz po pracy jeździła do stadniny, aby odbyć przejaŜdŜkę na Malince. 

Od  razu  z  pierwszej  pensji  wpłaciła  za  nią  zaliczkę,  a  potem  co  miesiąc  wpłacała  pewną 

sumę.  Młodszy  koń  z  pewnością  byłby  lepszym  interesem,  lecz  Abby  od  samego  początku 

chciała zostać właścicielką wyłącznie Malinki. Pragnęła mieć ją zawsze obok siebie, niestety 

w Deerfield nie miała jej gdzie trzymać. 

To Paul, kolega, z którym od czasu do czasu wychodziła tu i tam, pomógł jej podjąć 

decyzję. JuŜ podczas nauki w High Scool i potem, gdy był w college’u, kaŜdego lata pracował 

na farmie, więc zaproponował Abby to samo. 

Kiedy  Paul  mówił  o  przyrodzie,  czynił  to  niemal  tak,  jak  gdyby  był  poetą.  Nieraz 

nachodziła ją myśl, aby zabrać go ze sobą do stadniny i wyruszyć wraz z nim konno do krainy 

marzeń.  Nie  mogła  się  jednak  przemóc.  Nie  chciała  nikogo  ze  sobą  zabierać  do  własnego, 

intymnego świata, a juŜ z pewnością Ŝadnego męŜczyzny. 

Abby  była  pewna,  Ŝe  zdarzy  się  coś,  co  całkowicie  odmieni  jej  Ŝycie.  Nie  miała 

konkretnego wyobraŜenia, co to miałoby być, wolała na razie o tym nie rozmyślać. 

Przy tym wszystkim bardzo lubiła Paula i ceniła sobie jego rady, przyjaźń i szczerość. 

Praca w instytucie badawczym trzymała ją przez całe lato w mieście. Gdyby mogła ten czas 

spędzać na wsi, z pewnością by lepiej rozumiała, o czym Paul mówił przez cały czas. MoŜe 

udałoby jej się coś znaleźć dla siebie i dla Malinki, jakąś stodołę czy starą farmę, którą dałoby 

się doprowadzić do porządku. 

W dwa tygodnie później Abby znalazła dokładnie to, czego szukała. Był to stary młyn 

usytuowany  na  niewielkim  wzniesieniu.  W  pobliŜu  przepływał  najczystszy  potok,  jaki 

kiedykolwiek  widziała.  Nieco  z  tyłu  stała  mała  stodoła.  Naokoło  rozciągały  się  sady, 

warzywniki i pełne kwiatów ogrody. 

background image

Ku  swemu  zaskoczeniu,  a  przy  tym  wielkiej  radości  stwierdziła,  Ŝe  młyn  po 

dokonaniu  drobnych  napraw  i  przeprowadzeniu  gruntownych  porządków  da  się  znowu 

uruchomić.  Znajdowało  się  tam  parę  antycznych  mebli,  oczywiście  dość  zniszczonych,  ale 

Abby  wiedziała,  jak  je  odnowić,  a  brakujące  sztuki  umeblowania  postanowiła  kupić  na 

aukcjach i wyprzedaŜach, oczywiście zwracając uwagę na to, aby pasowały do reszty i razem 

tworzyły stylową całość. 

Młyn  był  oddalony  dobry  kawałek  drogi  od  stadniny.  Abby  przywiozła  Malinkę 

specjalnym samochodem do przewozu zwierząt, aby się przekonać, czy klacz będzie się tam 

dobrze  czuć.  Kiedy  stwierdziła,  Ŝe  jej  ulubienicy  podoba  się  nowe  schronienie,  od  razu 

postanowiła  kupić  młyn  i  stodołę.  Na  szczęście  okazało  się,  Ŝe  moŜe  zrobić  to  w  formie 

miesięcznych rat. 

Z  początku  trudno  jej  się  było  dogadać  z  właścicielem,  lecz  gdy  ten  zobaczył,  Ŝe  jej 

zamiary  są  naprawdę  powaŜne  i  jak  umiejętnie  obchodzi  się  z  koniem,  odniósł  wraŜenie,  Ŝe 

oddaje swoją posiadłość w dobre ręce. 

-  Ten młyn ma sto pięćdziesiąt lat - poinformował. - Zbudował go mój dziadek. 

Abby  wiedziała,  Ŝe  kupno  takiego  gospodarstwa  wiąŜe  się  ze  sporą 

odpowiedzialnością.  Owo  historyczne  miejsce  naleŜało  za  wszelką  cenę  utrzymać  w 

charakterystycznym dla niego stylu. 

Natychmiast podzieliła się tą wielką nowiną z rodzicami, a nieco później podpisała akt 

kupna i rozpoczęła przygotowania do przeprowadzki. Zamiast, jak dotychczas, spędzać tylko 

lato na wsi, miała tu pozostać do końca Ŝycia. 

Samochodem  jechało  się  tu  z  Deerfield  niecałą  godzinę,  lecz  młyn  znajdował  się 

dostatecznie  daleko  od  zgiełku  wielkiego  miasta,  zatem  Abby  musiał  gruntownie  zmienić 

swój dotychczasowy styl Ŝycia. 

Paul bardzo się cieszył z jej decyzji i podarował jej z tej okazji zestaw przyrządów do 

badania gleby. 

Abby nazwała swój nowy dom „Oazą Spokoju”. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

Z  grubej  deski  znalezionej  w  stodole  Abby  sporządziła  szyld.  Wycięła  w  drewnie  za 

pomocą specjalnych narzędzi stylowane litery nowej nazwy posiadłości, zabejcowała deskę i 

polakierowała, po czym z nieopisaną dumą przytwierdziła ją nad drzwiami wejściowymi. 

Od  pierwszej  chwili  miała  wraŜenie,  Ŝe  pod  tym  dachem  ciągle  jeszcze  Ŝyją  duchy 

przeszłości. Dowodem na to wydawały się być stare lalki z gałganków znalezione w jednym z 

pokoi, a takŜe wycięta z kolby kukurydzy oryginalna fajka. 

Poprzedni właściciel nie powiedział jej za wiele o swych > przodkach, którzy tutaj Ŝyli 

i  gospodarowali,  ale  juŜ  po  kilku  dniach,  kiedy  szukając  zapomnianych  skarbów  przejrzała 

zawartość  wybudowanych  szaf  i  strychu,  traktowała  wszystkie  przedmioty  naokoło  jak 

starych przyjaciół. 

Był  początek  maja,  gdy  z  radosnym  sercem  przystąpiła  do  prac  renowacyjnych. 

Wykorzystując światło dzienne starannie pociągnęła ramy okienne i Ŝaluzje ciepłą w tonacji, 

Ŝ

ółtą  farbą.  Nad  oknami  w  części  mieszkalnej  młyna  i  pod  okapem  stodoły  wymalowała 

ornamenty  kwietne  i  symbole,  mające  jej  zapewnić  ciche  szczęście  i  dobre  zbiory. 

Wieczorami, po mozolnym przekopywaniu ogrodu i pracach zmierzających do przywrócenia 

meblom  ich  pierwotnego  wyglądu,  wertowała  zakupione  przez  siebie,  poświęcone 

ogrodnictwu ksiąŜki, aby jak najszybciej przystąpić do uprawy warzyw. 

O  tej  porze  roku  sady  stanowiły  prawdziwą  rozkosz  dla  oczu.  Drzewa  owocowe, 

okryte  wręcz  rozrzutną  ilością  kwiecia,  zapowiadały  bogate  zbiory.  Upajająca  woń  wpadała 

przez szeroko otwarte okna docierając do najdalszych zakątków domu. 

Pod  koniec  pierwszego  tygodnia  spędzonego  w  „Oazie  Spokoju”  Abby  zajęła  się 

warzywnikiem.  Pieczołowicie  przygotowała  grządki  i  wytyczyła  ścieŜki,  wydając 

jednocześnie  bezlitosną  walkę  chwastom.  Ogródka  kwiatowego  nie  chciała  jednak  zakładać 

według z góry ustalonego planu. Cieszył ją urzekający barwami gąszcz rozkwitłych kwiatów i 

ziół  rosnących  gdzie  popadnie,  zwaŜała  tylko,  aby  nic  nie  wybujało  zbyt  wysoko,  bo  wtedy 

zasłoniłoby słońce innym roślinom. 

TuŜ  pod  oknami  kuchennymi  znajdowały  się  jeszcze  resztki  dawnych  grządek  z 

ziołami. Abby posiała obok roślin wieloletnich takŜe inne: bazylię, pietruszkę, szczypiorek i 

majeranek. Jesienią zamierzała te wszystkie zioła ususzyć. 

Miała nawet ochotę sprawić sobie parę kur, bo to oznaczało codziennie świeŜe jajka, 

lecz  ostatecznie  odłoŜyła  tę  sprawę  do  następnego  roku.  Najpierw  musiała  zająć  się  czym 

background image

innym. Przede wszystkim naleŜało doprowadzić dom do połysku, gdyŜ na następny weekend 

zapowiedzieli swą wizytę rodzice, nie wolno jej było teŜ zapominać o Malince, która musiała 

regularnie  zaŜywać  ruchu.  Gdyby  nie  klacz,  Abby  od  rana  do  nocy  kręciłaby  się  po  domu  i 

ogrodzie, a tak kaŜdego dnia wyjeŜdŜała w innym kierunku, poznając w ten sposób okolicę. 

Na dwa dni przed przyjazdem rodziców wyfroterowała wszystkie podłogi, a w oknach 

zawiesiła  nowe  firanki.  Na  razie  mieli  się  zadowolić  rozkładanymi  leŜankami,  gdyŜ  zakup 

czegoś wygodniejszego Abby pozostawiła do letniej aukcji. 

Właściwie  powinnam  zaprosić  teŜ  Paula,  myślała.  Pierwszy  na  to  zasłuŜył,  poddając 

jej pomysły i zachęcając do ich realizacji. 

Tego  popołudnia  wybrała  się  do  właścicieli  tych  farm  w  sąsiedztwie,  gdzie  przy 

wejściu widniał napis, Ŝe moŜna tam kupić owoce i jarzyny. Do tej pory zaopatrywała się we 

wszystko  w  supermarkecie  w  pobliskim  miasteczku,  na  ten  weekend  chciała  się  jednak 

zaopatrzyć w produkty pochodzące bezpośrednio ze wsi, aŜeby podkreśliły sielską atmosferę 

„Oazy Spokoju”. 

Jako  pierwszą  odwiedziła  panią  Wilkins,  której  farma  leŜała  najbliŜej  młyna.  Starsza 

pani juŜ nieraz widziała młodą sąsiadkę jeŜdŜącą konno i była rada, Ŝe wreszcie znalazła się 

okazja do pogawędki. 

Abby powiedziała, Ŝe z pewnością w niedługim czasie zjawi się u niej z wizytą, ale Ŝe 

w  tej  chwili  jest  bardzo  zajęta,  bo  oczekuje  rodziców,  którzy  mają  przyjechać  w  pierwsze 

odwiedziny. Potem spytała panią Wilkins, czy ta nie mogłaby jej sprzedać trochę chrupiącej 

sałaty prosto z grządki. 

-   AleŜ  oczywiście  -  zapewniła  ucieszona  sąsiadka.  -  A  moŜe  chciałaby  pani 

spróbować moich marynat? 

-  Boskie! - zachwycała  się Abby, spróbowawszy róŜnych marynowanych specjałów, 

konfitur i zawekowanych kompotów. - Wezmę po jednym słoiku z kaŜdego rodzaju. Pewnie 

nie zdradzi mi pani swoich smakowitych przepisów? 

-   Zwykle  tego  nie  robię  -  roześmiała  się  pani  Wilkins  -  ale  w  pani  wypadku  zrobię 

wyjątek. 

-  Dzięki - ucieszyła się Abby. 

-   Wie  pani  co?  -  rzuciła  skwapliwie  farmerka.  -  Po  prostu  zadzwonię  do  pani,  gdy 

następnym razem będę coś takiego przygotowywała. Będzie pani mogła zobaczyć na własne 

oczy, jak to się robi. 

-  Jest pani aniołem, pani Wilkins! Dokładnie tego sobie Ŝyczyłam, lecz nie śmiałam o 

to poprosić. 

background image

-   Jednego  się  pani  musi  nauczyć  zaraz  na  początku,  Abby,  bo  przecieŜ  chyba  mogę 

tak do pani mówić, prawda? My tu na wsi nie bawimy się w formalności. Po prostu nie mamy 

na to czasu. 

-  Dobrze, będę o tym pamiętać. Potrwa jeszcze trochę, zanim będę mogła coś zebrać 

w  mym  ogrodzie,  więc  na  pewno  będę  zachodzić  do  pani.  A  przy  okazji,  studiowałam 

rolnictwo. Gdyby pani zechciała kiedyś zasięgnąć ksiąŜkowej porady, jestem do dyspozycji. 

ś

egnając się za panią Wilkins Abby wiedziała juŜ, Ŝe z tą sąsiadką jej stosunki ułoŜą 

się najlepiej, jak tylko moŜna sobie Ŝyczyć. 

W  poniedziałek  rano  Abby  wróciła  z  powrotem  do  pracy  w  instytucie.  Był  piękny 

słoneczny  dzień  i  Paul  pootwierał  w  laboratorium  wszystkie  okna.  Choć  w  powietrzu  czuć 

było przede wszystkim spaliny, pachniało jednak takŜe trochę wiosną. Kiedy tak siedziała nad 

probówkami, tęsknota za „Oazą Spokoju” rosła w niej z przemoŜną siłą. 

-  To śmieszne, wcześniej w ogóle nie zwracałam uwagi na złe powietrze tu w mieście 

- powiedziała do Paula. 

-   Wygląda  na  to,  Ŝe  wiejskie  powietrze  lepiej  ci  słuŜy  -  stwierdził.  -  Sprawiasz 

wraŜenie zdrowszej i szczęśliwszej. 

-  Masz ochotę obejrzeć z końcem tygodnia mój nowy dom? - spytała. -  Moi rodzice 

teŜ  przyjadą,  lecz  chcę  mieć  w  tobie  honorowego  gościa.  PrzecieŜ  tyle  ci  zawdzięczam! 

Gdyby nie twe sugestie, sama z siebie prawdopodobnie nigdy bym się na to nie zdobyła. 

-   To  brzmi  naprawdę  zachęcająco,  niestety  nie  będę  mógł  przyjechać  do  ciebie  w 

piątek po pracy. Muszę załatwić sprawy związane z moim letnim zajęciem. Jeśli dopisze mi 

szczęście, będę pracować nie tak daleko od twego młyna. Co o tym myślisz? 

-   Cudownie,  Paul!  Odmieniłeś  całe  moje  Ŝycie  i  naprawdę  nie  wiem,  jak  ci  za  to 

dziękować. 

-   Odstąp  mi  trochę  marynat  i  konfitur,  gdyŜ  z  pewnością  będziesz  je  w  jesieni 

przygotowywać. To wszystko, czego sobie Ŝyczę. 

Kiedy Abby w piątek po pracy wróciła da domu, jej rodzice czekali juŜ pod drzwiami. 

Nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Widocznie byli tak ciekawi jej nowego mieszkania, 

Ŝ

e przyjechali dwie godziny wcześniej, niŜ się spodziewała. 

Oczekiwała tej wizyty takŜe z pewną obawą, spodziewając się, Ŝe matka skrytykuje w 

jej nowym domu absolutnie wszystko. W mniemaniu pani Mills nawet najpiękniejszy zamek 

nie mógł konkurować z  zaciszem jej własnego domowego ogniska. Ku jej zdumieniu matka 

wydawała się całkowicie zadowolona z jej wyboru. 

-  Ale mimo wszystko powinnaś zawiesić nie takie przezroczyste firanki, moje dziecko 

background image

-  nie  mogła  się  powstrzymać  od  uwagi.  -  Jeśli  chodzi  o  mnie, to  nie mogłabym  mieszkać  w 

domu gdzie sąsiedzi zaglądają do okien i widzą, co się robi. 

Abby o mały włos nie wybuchnęła głośnym śmiechem. Młyn stał na wzniesieniu, więc 

gdyby ktoś chciał zajrzeć w okna, musiałby wpierw przytaszczyć ze sobą drabinę. 

Pani  Mills  wysunęła  jeszcze  parę  propozycji,  które  nie  były  dalekie  od  krytyki,  lecz 

wreszcie, trochę stropiona swym niefortunnym wystąpieniem w sprawie firanek, poddała się i 

tylko kiwała potakująco głową. 

Ojciec Abby za to mówił niewiele, ale było widać, jaki jest dumny z córki. 

Kiedy  Abby  przygotowywała  świąteczny  obiad  w  kuchni,  układając  sobie  w  głowie, 

jak to postawi na stole zapalone świece, mające przydać staremu młynowi właściwego efektu, 

doszła  ją  z  pokoju  rozmowa  rodziców.  Nieokreślone  uczucie  kazało  jej  naraz  podejść  pod 

drzwi i nadstawić uszu. 

-   PrzecieŜ  chyba  jej  nie  pozwolisz  mieszkać  tu  na  tym  pustkowiu?  -  usłyszała  głos 

matki. 

-  Al»Ŝ uspokój się, moja droga. Abby jest dorosła i ma prawo układać sobie Ŝycie, tak 

jak chce. 

-   Ale  przecieŜ  jesteśmy  ostatecznie  jej  rodzicami,  mamy  zatem  prawo  zabrać  w  tej 

sprawie głos! 

-  Oczywiście. Ale nie mamy juŜ prawa niczego jej narzucać. 

-   Na  szczęście  pozostaje  dla  nas  jeszcze  jedna  nadzieja.  Zaprosiła  teŜ  tego  miłego 

chłopca, Paula. JuŜ nam więcej nie  wmówi, Ŝe nie zaleŜy jej na nim.  Ze  wszystkimi innymi 

zrywała od razu. 

-  Co chcesz przez to powiedzieć, Joan? - spytał pan Mills zdziwiony. 

-  śe ten Paul jest być moŜe naszą ostatnią szansą. MoŜe wreszcie doŜyjemy chwili, Ŝe 

się opamięta i zrobi coś rozsądnego z własnym Ŝyciem. 

-  Przypuszczam, Ŝe mówisz o małŜeństwie i wnukach. 

-  Tak, właśnie tak. 

Abby  dosłownie  trzęsła  się  Ŝ  oburzenia.  CzyŜ  matka  nie  rozumie,  Ŝe  ona  nie  jest  juŜ 

małym  dzieckiem?  Na  szczęście  w  tym  momencie  nadjechał  Paul,  zrobiwszy  wszystko,  aby 

jednak  móc  skorzystać  z  zaproszenia,  bo  inaczej  jak  nic  wpadłaby  do  pokoju  i  urządziła 

rodzicom  scenę.  PoniewaŜ  juŜ  go  znali,  mogła  spokojnie  zostać  w  kuchni  i  skończyć 

przygotowywanie obiadu, a przy okazji nieco się uspokoić. 

Prawdopodobnie  matka  będzie  natychmiast  próbowała  przeciągnąć  Paula  na  swoją 

stronę,  myślała  gniewnie,  wiedziała  jednak,  Ŝe  moŜe  polegać  na  przyjacielu.  Doskonale 

background image

orientował się w planach pani Mills, nie marzącej o niczym innym, tylko o wydaniu córki za 

mąŜ,  była  więc  pewna,  Ŝe  tego  rodzaju  rozmowę,  a  niechybnie  naleŜało  się  jej  spodziewać, 

przerwie taktownie pod byle pretekstem, lub zręcznie skieruje na inne tory. Najkomiczniejsze 

jednak  w  tym  wszystkim  było  to,  Ŝe  to  właśnie z  Paulem  miałaby  się  związać  na  powaŜnie, 

choć  prawdę  mówiąc  i  jej  samej  nieraz  to  przychodziło  do  głowy.  Rozumieli  się  przecieŜ 

doskonale,  mieli  podobne  zainteresowania,  a  Paul  niejednokrotnie  dawał  wyraz  temu,  Ŝe 

Ŝ

yczy sobie, aby jego przyszła Ŝona miała własne zdanie. 

Zgadzali się teŜ co do tego, Ŝe praca jest najwaŜniejsza w ich Ŝyciu, postanowili teŜ, Ŝe 

nigdy  nie  staną  się  ofiarami  jakichkolwiek  konwencji,  Abby  wszakŜe  zaskoczył  sposób,  w 

jaki Paul odnosił się do jej matki. Czynił to bowiem z taką atencją, Ŝe wszystko wskazywało 

na  to,  iŜ  nie  miałby  nic  przeciwko  poślubieniu  jej  córki.  Kiedy  wniosła  jedzenie,  gawędzili 

ciągle  jeszcze  o  tym,  jak  dobrze  byłoby  osiedlić  się  na  stałe  w  takim  uroczym  zakątku  i 

wychowywać w czystym powietrzu zdrowe dzieci. 

Tą ostatnią uwagą Paul raz na zawsze przekreślił się w oczach Abby. Miała wraŜenie, 

iŜ  ją  zdradził  przechodząc  w  tak  oczywisty  sposób  do  obozu  rodziców.  Naraz  poczuła  się 

bardzo  samotna,  ale  nie  zamierzała  zejść  z  raz  obranej  drogi.  Oznaczałoby  to  przecieŜ 

rezygnację z marzeń i pogrzebanie ambitnych planów na przyszłość. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

Przez  resztę  weekendu  Abby  bacznie  zwaŜała  na  to,  aby  rozmowa  dotyczyła 

wyłącznie  spraw  związanych  z  zagospodarowaniem  ogrodu  i  ponownego  uruchomienia 

młyna. 

Kiedy  wczesnym  rankiem  wyruszyła  z  Paulem  na  konną  przejaŜdŜkę  w  pola, 

próbowała mu wyjaśnić, co ją tak bardzo przygnębiło poprzedniego wieczoru, Ŝe nawet tu na 

zewnątrz nie umie się pozbyć uczucia przymusu. 

Paul  co  prawda  powiedział,  Ŝe  ją  doskonale  rozumie.  Abby  jednak  podświadomie 

czuła, Ŝe wypowiedzi jej matki w kwestii małŜeństwa i dzieci zrobiły swoje. Kiedy bowiem 

przejeŜdŜali obok farmy bawiło się z pół tuzina dzieci, Paul zauwaŜył, Ŝe to taki miły widok i 

Ŝ

e sam chętnie widziałby się w roli ojca. Mógł oczywiście rzucić tę uwagę ot, tak sobie, nie 

podkładając pod nią Ŝadnych głębszych treści, lecz Abby w mgnieniu oka dosłownie cała się 

najeŜyła i świadomie ociągała się z powrotem do domu. 

W niedzielę wieczorem, tuŜ przed wyjazdem rodziców, musiała przyrzec matce, Ŝe w 

ś

rodku  tygodnia  wpadnie  do  nich  na  obiad,  lecz  wcale  nie  zamierzała  dotrzymać  obietnicy. 

Jeśli  chodzi  o  Paula,  to  do  letniej  przerwy  zostały  zaledwie  dwa  tygodnie,  a  przez  ten  czas 

mieli  jeszcze<  tyle  do  zrobienia,  Ŝe  spokojnie  mogła  ograniczyć  rozmowy  z  nim  do 

minimum. 

Potem  chciała  się  całkowicie  skoncentrować  na  „Oazie  Spokoju”.  W  wielkim  domu 

towarowym  Stamptona  poczyniła  zakupy  za  ponad  dwieście  dolarów.  Była  w  tym  przede 

wszystkim  sekretarka  automatyczna.  Co  prawda  mogła  te  pieniądze  włoŜyć  w  urządzenie 

domu, lecz uznawszy, Ŝe przede wszystkim liczy się spokój, wolała je zuŜyć na ten cel niŜ na 

nowy dywan, który uznała za mniej waŜny. 

Ostatniego  piątku  Paul  wyszedł  gdzieś  na  jakiś  czas,  postanowiła  zatem  co  prędzej 

jechać do domu, aby oszczędzić sobie poŜegnania z nim, czuła jednak, Ŝe musi mu zostawić 

choć parę słów, bo inaczej przez całe lato miałaby wyrzuty sumienia. 

Był to dla niej najtrudniejszy list, jaki kiedykolwiek pisała. Ostatecznie Paul przez tyle 

lat był jej przyjacielem. Gdyby nie dał do zrozumienia, Ŝe myśli o niej powaŜnie, z pewnością 

zapraszałaby go częściej do „Oazy Spokoju”. 

Zawsze  będziesz  moim  najlepszym  przyjacielem  -  zaczęła  -  /  wiele  Ci  zawdzięczam. 

Wiem, Ŝe chcesz dla mnie jak najlepiej, dlatego Cię proszę, abyś nie przyjeŜdŜał do , , Oazy 

Spokoju”, dopóki nie dam Ci znać. Nie myśl, Ŝe  nie chcę juŜ Twej przyjaźni, ale tylko w ten 

background image

sposób będę się mogła sama odnaleźć. Uwierz, to dla mnie niesłychanie  waŜne. Nie kłopocz 

się o mnie, nie jestem sama. Mam przecieŜ Malinkę i własny kąt. 

Abby 

List  to  rodziców  wysłała  pocztą.  Wiedziała,  Ŝe  unikać  w  ten  sposób  kłótni  to  czyste 

tchórzostwo, lecz nie umiała inaczej. 

Było  wspaniałe  słoneczne  popołudnie,  kiedy  samochód  Abby,  wypełniony  po  brzegi 

artykułami  Ŝywnościowymi  i  wszelkim  innymi  potrzebnymi  w  gospodarstwie  rzeczami, 

opuszczał miasto. Nie zamierzała wrócić przed początkiem września do Deerfield. 

W pierwszy wakacyjny weekend zamierzała ostatecznie skończyć renowację mebli do 

jadalni i wyplewić grządki. Na poniedziałek była juŜ umówiona z panią Wilkins, która miała 

ją nauczyć, jak się robi wino z wiśni i marmoladę z truskawek. 

Miała przy sobie wszystkie instrumenty do badania gleby, uzupełniwszy otrzymany od 

Paula  zestaw  dodatkowymi  przyrządami,  zabrała  teŜ  na  wieś  mikroskop.  Chciała  sprawdzić, 

jakie  ma  szanse  na  dobre  zbiory,  nie  uŜywając,  w  przeciwieństwie  do  sąsiadów,  nawozów 

sztucznych i nie stosując chemicznych oprysków. 

Abby  doskonale  wiedziała,  dlaczego  w  swych  projektach  zagospodarowania  farmy 

kieruje  się  chłodną  naukową  rzeczowością,  choć  sama  przed  sobą  nie  chciała  się  do  tego 

przyznać.  „Oaza  Spokoju”  ze  względu  na  swe  przepiękne  połoŜenie  w  malowniczej  okolicy 

miała w sobie coś niepokojąco romantycznego, a romantyczność była tym, czego Abby lękała 

się jak ognia. 

Liczyła  się  dla  niej  tylko  nauka.  Mogła  się  tutaj  bez  reszty  poświęcić  swym 

zainteresowaniom,  wykluczyć,  przynajmniej  na  razie,  wszelkie  Ŝycie  uczuciowe.  Praca 

naukowa wymagała jej zdaniem absolutnej koncentracji. 

Kiedy  wszakŜe  jechała  tak  wśród  szmaragdowych  pól  i  kwitnących  łąk,  zobaczyła 

naraz  wszystko  w  innym.  świetle,  a  gdy  skręcała  w  wąską  drogę  polną  wiodącą  do  „Oazy 

Spokoju”, na jej wargach igrał lekki uśmiech. Trzeźwe spojrzenie na czekające ją obowiązki 

zagubiło  się  widać  gdzieś  na  drodze  między  przedmieściami  Deerfield  a  tonącymi  w  zieleni 

farmami. 

Mniej  więcej  pół  mili  przed  „Oazą  Spokoju”  zatrzymała  samochód  na  poboczu  i 

wysiadła, po czym wspięła się na niewielki pagórek, z którego miała doskonały widok na swą 

nową  siedzibę.  Z  radosną  dumą  stwierdziła,  jak  pięknie  wyglądają  kwiaty  posadzone  wokół 

przerobionej  na  stajnię  stodoły,  gdzie  pomieściła  Malinkę,  i  jak  dobrze  prezentują  się 

pomalowane na Ŝółto futryny okienne. 

-   Ładny  widok,  prawda?  -  wyrwał  ją  nagle  z  zamyślenia  jakiś  przyjemnie  brzmiący, 

background image

sympatyczny  męski  głos.  Nieco  przestraszona  rozejrzała  się  wokoło.  Widocznie  była  tak 

zatopiona  w  myślach,  Ŝe  nie  słyszała  nadjeŜdŜającego  starego  wozu  terenowego  ani  nie 

zauwaŜyła stojącego teraz tuŜ za nią męŜczyzny. 

-   Przepraszam,  Ŝe  panią  wystraszyłem  -  ciągnął.  -  Jestem  tu  juŜ  od  paru  minut,  ale 

była  pani  tak  zajęta  kontemplacją  krajobrazu  i  najwyraźniej  tak  szczęśliwa,  Ŝe  nie  chciałem 

przeszkadzać. Jeśli się nie mylę, panna Mills, prawda? To pani kupiła stary młyn. 

-  Tak. Ale kim... 

-  Nazywam się Grant - pospieszył z wyjaśnieniem. - Ted Grant. Moja farma przytyka 

z  tyłu  do  farmy  Wilkinsów.  Widziałem  juŜ  panią  kilka  razy  przejeŜdŜającą  na  koniu,  ale 

wyglądało na to, Ŝe nie ma pani czasu nawet na krótkie rozmowy. Zachodziłem juŜ parę razy 

do pani, aby się przestawić, a przy okazji przynieść parę świeŜych jajek, ale nigdy nie miałem 

szczęścia pani zastać. 

-  Do dziś pracowałam  w Deerfield -  wyjaśniła  Abby.  - Spędzę tutaj lato. Cieszę się, 

Ŝ

e  pana  poznałam.  -  Obrzuciła  go  przy  tym  taksującym  spojrzeniem.  -  Wolno  mi  o  coś 

zapytać? 

-  AleŜ oczywiście. My tu nie mamy Ŝadnych tajemnic, a rodziny znają się od pokoleń. 

^  -  Wiem.  Pani  Wilkins  juŜ  mi  o  tym  mówiła.  Nie  jest  pan  aby  za  młody,  aby 

gospodarować na takiej rozległej farmie? 

Ted Grant spojrzał na nią rozbawiony. 

-  Droga panno Mills, zdąŜyłem się poinformować, Ŝe jest pani w tym samym wieku 

co ja. Pani teŜ przecieŜ kupiła młyn. 

-  Poddaję się. Proszę wybaczyć - roześmiała się Abby. 

-  Nie ma sprawy. Moja matka umarła, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, a ojciec 

dosłownie  w  parę  lat  później,  wcześnie  więc  mi  przyszło  uczyć  się  samodzielności.  Zresztą 

nie  podobało  mi  się,  co  pod  koniec  swego  Ŝycia  zrobił  z  farmą  mój  ojciec.  Prawdę 

powiedziawszy,  nie  przynosiła  Ŝadnego  dochodu.  Mój  dziadek  był  jednym  z  pierwszych 

osadników tutaj, czułem się zatem w obowiązku za wszelką cenę utrzymać farmę i przestawić 

ją na nowoczesne zarządzanie. 

-  Bardzo słusznie - przytaknęła Abby. - Studiowałam rolnictwo i wiem, Ŝe jest jeszcze 

tyle do zrobienia w tej dziedzinie. 

-   Stop!  -  przerwał  jej  ze  śmiechem.  -  Zanim  wygłosi  pani  wykład  na  temat 

nowoczesnych  sposobów  gospodarowania,  sam  chciałbym  jeszcze  wtrącić  słówko.  Nie 

powinno się tak całkiem odchodzić od starych chłopskich mądrości. Niektóre rzeczy są godne 

uwagi nawet w naszych nowoczesnych czasach i nie naleŜy z nich rezygnować. ZałoŜę się, Ŝe 

background image

mógłbym  tu  przytoczyć  całe  mnóstwo  interesujących  spraw,  na  przykład  jak  trzymać 

szkodniki  z  dala  od  grządek  z  jarzynami  sadząc  naokoło  aksamitki.  Takie  współzaleŜności 

istnieją takŜe między innymi kwiatami i roślinami uprawnymi. 

Abby  słuchała  przyglądając  mu  się  ukradkiem.  Młody  męŜczyzna  wydał  jej  się  nad 

wyraz sympatyczny, poza tym sprawiał wraŜenie, iŜ jego wykształcenie nie skończyło się na 

zwykłej szkole średniej. Nie miał w sobie nic z arogancji, choć był bardzo bezpośredni. Nosił 

takie same farmerki jak wszyscy naokoło, lecz wypłowiałe od słońca jasne włosy miał nieco 

dłuŜsze, niŜ było w zwyczaju, a wokół jego szyi widniał kolorowy łańcuszek. 

Naraz zapragnęła go bliŜej poznać. Jego szaroniebieskie oczy świadczyły o szczerości 

i  otwartym  sposobie  bycia,  a  chociaŜ  odznaczał  się  wyjątkowo  szczupłą  sylwetką,  z  jego 

postaci emanowała jakaś wyjątkowa siła, głos zaś był miękki i godny zaufania... 

W mgnieniu oka wszystko w Abby zawołało na alarm. Znajomość z tym człowiekiem 

mogła  się  okazać  niebezpieczna!  Ted  uosabiał  dokładnie  typ  męŜczyzny  mogącego  z 

powodzeniem  uśpić  jej  czujność!  Z  początku  będą  rozmawiać  o  gospodarstwie  i  tym 

podobnych  rzeczach,  potem  poznają  się  lepiej  i  wreszcie  ani  się  obejrzy,  a  znajdzie  się  w 

pułapce zwanej miłością... To byłoby straszne! 

Ale  z  drugiej  strony  był  jej  sąsiadem,  musiała  więc  okazywać  mu  przynajmniej 

uprzejmość. Poza tym mogła się przecieŜ nauczyć od niego tylu rzeczy... 

-  AleŜ pani mnie nie słucha... 

Abby uśmiechnęła się przepraszająco. 

-  Przypatrywałam się mojej „Oazie Spokoju”... 

-   „Oaza  Spokoju?”  -  powtórzył.  -  Nazwa  pasująca  do  urody  tego  miejsca.  Ojciec 

nazwał naszą farmę po prostu „Farma Granta”, i tak nazywałaby się do dziś, gdybym jej nie 

przemianował na „Drugą Nadzieję”. 

-   Po  tym  wszystkim,  co  mi  pan  tu  opowiedział,  uwaŜam,  Ŝe  jest  to  odpowiednia 

nazwa  -  pochwaliła  Abby.  -  A  teraz  proszę  wybaczyć,  muszę  wreszcie  dojechać  do  domu  i 

zająć  się  Malinką,  zanim  zrobi  się  ciemno. Jeśli pańska  oferta  dotycząca  jajek  jest  aktualna, 

jutro rano chętnie bym wzięła kilka. 

-   Pewnie,  Ŝe  aktualna,  pod  warunkiem,  Ŝe  zaprosi  mnie  pani  na  filiŜankę  •  kawy. 

Kiedyś  często  bywałem  w  młynie.  Gdy  byłem  dzieckiem,  bardzo  lubiłem  tu  przychodzić  i 

zawsze wyobraŜałem sobie, Ŝe mieszkają tu dobre duchy. 

-  Naprawdę? To dziwne, ja teŜ miałam takie wraŜenie, gdy się wprowadzałam. Wcale 

się  ich  jednak  nie  boję,  gdyŜ  wydaje  się,  Ŝe  to  przyjaźnie  usposobione  istoty,  i  dobrze  się 

czuję w ich towarzystwie. 

background image

-  Tak jak ja w towarzystwie pani - rzekł z uśmiechem Ted. - Czy myślała juŜ pani o 

tym, aby uruchomić młyn? Nieco się na tym znam, mógłbym więc pani powiedzieć, co trzeba 

naprawić.  Nie  wiem,  czy  interesuje  panią  szybkie  dorobienie  się,  ale  jestem  pewien,  Ŝe 

mogłaby pani zrobić na tym niezły interes. Okoliczne gospodynie same pieką chleb, a gdyby 

jeszcze mogły do niego uŜywać mąki z własnego ziarna, smakowałby im podwójnie. 

-  Myślałam juŜ o tym, choć nie jako o źródle dochodu. Miałam ochotę sama z niego 

korzystać,  bo  chcę  się  nauczyć  wypiekać  chleb.  Zakupiłam  juŜ  wszelkie  moŜliwe  ksiąŜki:  o 

pieczeniu  chleba,  sporządzaniu  marynat  i  kompotów,  smaŜeniu  konfitur,  uprawie  warzyw, 

stolarstwie, odświeŜaniu mebli, zakładaniu ogrodu i... 

-   Proszę  skończyć!  -  zaniósł  się  serdecznym  śmiechem  Ted.  -  Mogę  to  sobie 

doskonale wyobrazić.  Zamierza pani otworzyć  w  swym domu  wiejski oddział wypoŜyczalni 

miejskiej. 

-  NiechŜe pan sobie ze mnie nie Ŝartuje! - obruszyła się Abby. - Robię wszystko, aby 

się nauczyć czegoś z ksiąŜek, a pan... 

-  Panno Mills... 

-  Proszę mówić do mnie Abby. 

-   Dobrze,  Abby.  Nie  mogę  nie  wyrazić  mego  zdania.  Nie  powinnaś  trzymać  swego 

ś

licznego  noska  wiecznie  w  ksiąŜkach,  lecz  spróbować  zastosować  te  wiadomości 

praktycznie. Dopiero w ten sposób zdobędziesz właściwie podejście do pracy. 

Mówi jak Paul, pomyślała Abby. Musiała jednak przyznać, Ŝe to, co mówi, i sposób, 

w jaki to robi, bardzo jej się podoba. Nic nie mogła na to poradzić, Ŝe jej serce dosłownie rwie 

się  do  niego,  kiedy  z  takim  zaangaŜowaniem  mówi  o  Ŝyciu  na  farmie.  Czuła,  Ŝe  Ted  i  ona 

bardzo szybko zbliŜą się do siebie, choćby nawet czyniła wszystko, aby tego uniknąć. 

Odprowadził ją do samochodu. 

-   Moja  farma  nie  wygląda  stąd  tak  pięknie  jak  twoja,  ale  mogę  cię  zapewnić,  Ŝe  w 

całej okolicy nie dostaniesz tak dobrej szarlotki jak u mnie. 

-  Z pewnością wkrótce skorzystam z zaproszenia, a jutro rano ty przyjdziesz do mnie 

na kawę. MoŜe być o siódmej? Przypuszczam, Ŝe wstajesz tak wcześnie jak ja. 

-   Dokładnie  o  tej  porze  zamierzałem  do  ciebie  wpaść.  Wiesz,  bardzo  podoba  mi  się 

twoja klacz. To taki piękny rasowy koń. Nie myślałaś, Ŝeby wykorzystać ją do hodowli? 

-  Malinka nie jest dla mnie tylko zwierzęciem, jest dla mnie czymś więcej. Mając ją 

przy sobie mogę stawić czoło reszcie świata. Ze strachem myślę o chwili, w której moŜe mi 

jej zabraknąć. Nie jest juŜ taka młoda... 

-  CzyŜby więc w twym Ŝyciu nie było miejsca na dobrego przyjaciela? 

background image

-  AleŜ jest, Ted. 

Dopóki  pozostanie  to  w  granicach  przyjaźni,  dodała  w  duchu.  Ted  był  rzeczywiście 

męŜczyzną, który łatwo mógł zagrozić jej wolności. 

OdjeŜdŜając przyglądała mu się w lusterku wstecznym. Znajomość z Tedem oznaczała 

przyjemne  wzbogacenie  jej  nowego  Ŝycia,  zresztą  po  zerwaniu  z  Paulem  potrzebowała 

przyjaciela. 

Paul zrozumiałby, gdyby opowiedziała mu o Tedzie. On sam, raczej przecieŜ teoretyk, 

nie  mógł  konkurować  z  gospodarzem,  korzystającym  z  doświadczeń  trzech  generacji  w 

zakresie  uprawy  roli  i  hodowli  bydła.  Napisze  mu  o  nim,  bo  postanowiła  ostatecznie  raz  na 

tydzień przesyłać mu parę słów. 

i  -  Widzimy  się  jutro  rano!  -  zawołał  jeszcze  za  nią  Ted.  -  Najchętniej  pijam  kawę 

mocną i czarną. 

Abby  poczuła  się  naraz  szczęśliwa  i  zadowolona.  W  takim  nastroju  zajechała  przed 

dom, nie weszła jednak do środka, lecz zajrzała najpierw do Malinki. 

-   Ach,  Malinko...  -  szepnęła  klaczy  do  ucha.  -  Naprawdę  wystartowałyśmy.  Nowy 

dom, nowe Ŝycie, znalazłyśmy nawet nowego przyjaciela. 

Wyczyściwszy zgrzebłem konia nasypała mu obroku i nalała świeŜej wody, po czym 

zabrała  się  do  wyładowywania  samochodu.  Pierwszą  rzeczą,  jaką  wniosła  do  domu,  była 

automatyczna  sekretarka.  Dopiero  kiedy  ją  zainstalowała  i  stwierdziła,  Ŝe  działa,  przy  jej 

cichutkim brzęczeniu zajęła się pozostałymi rzeczami. 

Abby wiedziała, Ŝe nie ma dla niej odwrotu, spaliła przecieŜ za sobą wszystkie mosty. 

Bez jej zgody nikt z przeszłości nie miał przekroczyć progu „Oazy Spokoju”. 

Uporawszy  się  z  przywiezionymi  rzeczami,  włoŜyła  najstarsze  dŜinsy,  narzuciła 

ubrudzony  farbą  kitel  i  zaczęła  kłaść  ostatnią  warstwę  lakieru  na  odnawiane  przez  siebie 

meble. Była bardzo dumna z siebie, bo rzeczywiście wyjątkowo jej poszło. 

Potem  zasiadła  na  wyściełanej  ławie  i  przez  firanki  z  Ŝółtego  tiulu  rozkoszowała  się 

zachodzącym  stopniowo  ponad  łąkami  słońcem.  Miała  przy  tym  uczucie,  Ŝe  mieszka  tu  od 

dawna, choć przecieŜ jej Ŝycie w „Oazie Spokoju” dopiero się zaczęło. Nie wiedziała jeszcze, 

jakie miejsce zajmie w jej nowym Ŝyciu Ted, miała wszakŜe świadomość, Ŝe musi się bardzo 

strzec, gdyŜ inaczej jej zamysły spełzną na niczym. 

Na  razie  w  gruncie  rzeczy  nie  było  powodu  do  niepokoju.  Zresztą  w  ten  urzekający 

pięknem, romantyczny wieczór nie chciała sobie łamać nad tym głowy, wolała przyglądać się 

fascynującej  grze  barw,  rozkoszować  się  napływającymi  zza  otwartego  okna  zapachami, 

upajać wieczorną ciszą. Zadumana i wyciszona wewnętrznie puściła wodze wyobraźni... 

background image

ROZDZIAŁ 4 

Ted  teŜ  podziwiał  zachód  słońca  z  okien  swego  pokoju,  lecz  w  przeciwieństwie  do 

Abby zajmował się bardziej jej osobą niŜ ona jego. 

Wrócił  do  domu  z  postanowieniem,  Ŝe  powinien  tak  szybko,  jak  to  moŜliwe, 

zapomnieć o Abby, która zdąŜyła się juŜ zakraść do jego serca. Często bywał w interesach w 

Deerfield i przy okazji, gdzie tylko się dało, zawierał znajomości z dziewczętami. Niektóre z 

nich  były  bardzo  ładne,  inne  interesujące  i  inteligentne,  Ŝadna  jednak  nie  zawładnęła  jego 

sercem. 

Z Abby rzecz się miała inaczej. Była ładniejsza niŜ wszystkie inne, wydawała mu się 

teŜ duŜo mądrzejsza od nich, a przy tym wszystkim wywierała jakiś dziwny magiczny wpływ. 

Dlaczego  ciągle  brzmiał  w  jego  uszach  jej  głos?  Dlaczego  ciągle  czuł  zapach  jej 

perfum?  PrzecieŜ  ich  rozmowa  trwała  krótko,  a  on  miał  uczucie,  jak  gdyby  spędzili  na 

pogawędce  wiele  godzin.  Prawie  jej  nie  znał,  a  wydawało  mu  się,  Ŝe  ich  znajomość  ciągnie 

się juŜ całe wieki. Nie był marzycielem, o nie, wręcz przeciwnie. Zawsze był dumny z tego, 

Ŝ

e  w  kaŜdej  sytuacji  potrafi  zachować  zimną  krew.  Owszem,  lubił  się  zabawić,  lecz  w 

pierwszym  rzędzie  chodziło  mu  o  to,  aby  podźwignąć  „Drugą  Nadzieję”,  zatem  całe  jego 

działanie było podporządkowane temu celowi. 

W  takim  razie  dlaczego  naszła  go  raptem  ochota,  aby  wyciągnąć  gitarę?  Właściwie 

powinien  się  przecieŜ  zająć  księgą  gospodarską,  obliczyć  dochód  ze  sprzedaŜy  mleka, 

podsumować ostatnie wydatki. 

Próbował skoncentrować się na tym zajęciu, lecz na próŜno. Cyfry skakały mu przed 

oczami,  rozpływały  się,  a  na  ich  miejscu  pojawiała  się  urocza,  a  zarazem  nieco  smutna  i 

zamyślona twarz Abby. 

Zapytywał siebie, jakie zmartwienie moŜe mieć dziewczyna taka jak Abby, Ŝe nie daje 

jej spokoju. Chciał stanąć u jej boku, słuŜyć pomocą, najlepiej jak potrafi - gdyby tylko na to 

pozwoliła.  Co  prawda  sprawiała  wraŜenie,  Ŝe  doskonale  obchodzi  się  bez  towarzystwa,  lecz 

mimo to obudziła w nim instynkty opiekuńcze. 

Podchodził  parę  razy  do  telefonu,  aby  ją  spytać,  czy  nie  miałaby  ochoty  na  mały 

spacer,  lecz  ostatecznie  zaniechał  tego.  Jeszcze  gotowa  pomyśleć,  Ŝe  się  narzuca.  Z 

pewnością  jest  teraz  w  ferworze  pracy,  naokoło  niej  leŜą  porozrzucane  narzędzia,  które 

widział w samochodzie. 

Dziewczyna, która z takim zajęciem mówi o politurowaniu mebli, a teraz zakasawszy 

background image

rękawy robi generalne porządki, prawdopodobnie nie tęskni za towarzystwem, a juŜ na pewno 

nie za nim, znajomym zaledwie od paru godzin. 

Kiedy  weszła  Kay,  Ted  ciągle  jeszcze  stał  w  ciemnym  pokoju,  zapatrzony  w 

rozgwieŜdŜone niebo. Nie mógł się doczekać siódmej rano. 

-  Kay, to ty? - spytał przez ramię. 

-  Tak, Ted - odparła nieco zdziwiona gospodyni. - Stało się coś? 

-  SkądŜe, wszystko w porządku. Mamy jeszcze szarlotkę? 

-  Zostało prawie pół, ale jeśli chcesz jutro zanieść coś takiego tej nowej  sąsiadce, to 

mogę jeszcze dziś wieczór upiec świeŜą. 

Ted nie po raz pierwszy się zdumiał, jak Kay umie czytać w jego myślach. Ale nie to 

było  waŜne,  niewaŜna  była  buchalteria.  WaŜna  była  tylko  Abby.  Jeśli  chce  coś  u  niej 

wskórać,  nie  wolno  mu  się  narzucać.  Musi  uzbroić  się  w  cierpliwość,  choć  zawsze 

przychodziło mu to z trudem. 

Co  się  ze  mną  dzieje?  CzyŜby  to  tylko  wiosna?  Mam  nadzieję,  Ŝe  do  jutra  rana  się 

opamiętam,  pomyślał.  Nawet  jeśli  ucieszy  się  jajkami  i  szarlotką,  nie  będę  natarczywy, 

najwyŜej zaproponuję swą pomoc, jak to jest w zwyczaju między sąsiadami. 

Znowu próbował skoncentrować się na pracy, lecz i tym razem mu się nie udało. Za to 

wyobraŜał sobie, co Abby w tej chwili robi, i czy o nim myśli. 

Znowu  naszła  go  ochota,  aby  do  niej  zatelefonować,  przemyśliwał  juŜ  nawet  nad 

stosownym  rozpoczęciem  pogawędki,  choć  Ŝaden  sensowny  pretekst  nie  przychodził  mu  do 

głowy.  Wreszcie  zrezygnował  z  tego,  zły  sam  na  siebie.  Ostatecznie  przecieŜ  miał  własną 

dumę. 

Gdyby  wiedział,  Ŝe  Abby  rzeczywiście  o  nim  w  tej  chwili  myśli,  dręczona  tymi 

samymi pytaniami i wątpliwościami, z pewnością spałby lepiej tej nocy... 

TakŜe Abby próbowała się tego wieczoru uporać z róŜnymi zaplanowanymi pracami, 

lecz  poza  wyczesaniem  Malinki,  zadaniem  jej  obroku  i  pociągnięciu  politurą  mebli  nie 

zdobyła się na nic więcej. Zamiast tego usiadła przy oknie i zatonęła w marzeniach. 

To była urzekająca, romantyczna noc, z wszechogarniającą ciszą, jaka bywa tylko na 

wsi. W Deerfield nocne niebo wyglądało inaczej, nie było takie czarnogranatowe, a gwiazdy 

nie lśniły jak diamenty. 

Dokładnie  tak  jak  Ted,  i  Abby  nie  mogła  myśleć  o  niczym  innym,  tylko  o  nim. 

ś

ałowała teraz, Ŝe zachowała się wobec niego z taką rezerwą. Czy coś by się stało, gdyby go 

natychmiast zaprosiła do siebie i pokazała, co zrobiła ze starego młyna? 

Otrząsnęła  się  z  rozmarzenia  i  zasiadła  za  maszyną  do  szycia,  aby  skończyć  szycie 

background image

poduszek  na  krzesła  w  jadalni,  ale  poniewaŜ  przez  nieuwagę  przeszyła  sobie  palec,  a  ścieg 

wypadł wyjątkowo krzywo, zaniechała z westchnieniem tego zajęcia i połoŜyła się spać. 

Niestety  nie  mogła  zasnąć  i  przewracała  się  z  boku  na  bok  w  swoim  wielkim  łoŜu  z 

baldachimem.  Zdrowy  rozsądek  ją  tym  razem  całkiem  zawiódł,  a  do  głosu  doszły 

romantyczne odczucia, przybierając z kaŜdą minutą na sile. 

Z determinacją powtarzała sobie raz po raz, Ŝe w jej Ŝyciu nie ma miejsca na miłość. 

Gdyby miała zakochać się w jakimś męŜczyźnie, to byłoby lepiej, gdyby została w Deerfield i 

wyszła za mąŜ za Paula. 

MoŜe  nie  powinnam  jutro  rano  otwierać  drzwi  Tedowi,  przemknęło  jej  przez  głowę. 

Później  mogłaby  tak  urządzić,  Ŝe  gdyby  przyszedł  ponownie,  pracowałaby  na  pełnych 

obrotach, miałaby więc wymówkę, Ŝe nie moŜe go przyjąć. 

Ostatecznie i ta myśl wydała jej się dziecinna. Powinna przecieŜ umieć przyjaźnić się 

z męŜczyzną, nie padając mu przy tym z uniŜeniem do nóg. PrzecieŜ zawsze byłam dumna z 

własnej samodyscypliny, powtarzała samej sobie. 

W  takim  męŜczyźnie  jak  Ted  na  pewno  nie  mogła  się  powaŜne  zakochać.  Nie 

dorównywał jej wykształceniem, zresztą na jej gust był za młody. Gdyby rzeczywiście miała 

kiedyś  wyjść  za  mąŜ,  musiałby  to  być  duŜo  starszy  męŜczyzna,  który  dał  coś  juŜ z  siebie  w 

swym zawodzie. 

Ted  nie  spełniał  tych  wymagań.  ChociaŜ  zdawało  się,  Ŝe  potrafi  być  powaŜny,  w 

sumie brał Ŝycie lekko.  Świadczyły o tym jego swawolne oczy i sposób,  w jaki się ubierał i 

zachowywał.  Gdyby  straciła  dla  niego  serce,  doszłoby  do  tego,  Ŝe  zamiast  zajmować  się 

domem  i  gospodarstwem,  spędziłaby  lato  chodząc  nad  rzekę  popływać,  łowić  ryby,  a  resztę 

czasu poświęciłaby na zabawy w wiejskim klubie. 

Jeszcze  bardziej  nęciła  ją  stara  gitara,  którą  widziała  u  Teda  w  samochodzie.  Nade 

wszystko  lubiła  pieśni  ludowe,  lecz  nie  miała  czasu  na  słuchanie  muzyki.  Mimo  to 

postanowiła nauczyć się grać na gitarze, oczywiście dopiero wtedy, gdy pokończy wszystkie 

inne prace. 

A  jeśli  Ted  będzie  koniecznie  chciał  się  do  niej  zbliŜyć?  Szybko  jednak  odsunęła  od 

siebie  tę  myśl.  Nie  chciała  się  angaŜować,  bo  oznaczałoby  to  pogrzebanie  jej  planów 

dotyczących  „Oazy  Spokoju”.  Nie  powinna  zresztą  zanadto  wybiegać  naprzód.  Będą  mieli 

dość czasu, aby pogłębić swą znajomość, a później się zobaczy. Wszystko musi się odbywać 

zgodnie z planem. 

Naraz zaczęła się śmiać z samej siebie. To był czysty bezsens, Ŝe chciała wieść Ŝycie 

uczuciowe  zgodnie  z  planem.  PrzecieŜ  miłość  i  pokrewne  jej  porywy  serca  nie  kierują  się 

background image

rozsądkiem. 

Na  razie  w  jej  Ŝyciu  nie  było  miejsca  na  miłość.  Po  prostu  nie  była  na  to  jeszcze 

gotowa.  Mimo  wszelkich  zastrzeŜeń  musiała  jednak  przyznać  się  sama  przed  sobą,  Ŝe 

nietrudno jej przyszłoby obdarzenie Teda głębszym uczuciem. 

AŜ  za  dobrze  wiedziała,  Ŝe  mogłaby  stracić  dla  niego  głowę.  Niewykluczone,  Ŝe 

uświadomiła sobie to juŜ w momencie, gdy stanął obok niej. Przeskoczyło między nimi coś w 

rodzaju iskry elektrycznej, choć przecieŜ ich rozmowa była powierzchowna, rozmawiali tylko 

o  gospodarstwie,  a  Ted  jej  nawet  nie  dotknął.  Mimo  to  czuła  się  teraz  tak  szczęśliwa,  jak 

gdyby dopiero co wysunęła się z jego objęć. Jeszcze nigdy nie owładnęło nią takie uczucie do 

męŜczyzny, nie był jego obiektem ani Paul, ani nikt inny. 

A czy Ted czuł podobnie? Naturalnie nie mogła tego wiedzieć, lecz miała uczucie, Ŝe i 

jemu zaleŜy na bliŜszej znajomości. Wydawało jej się, Ŝe dało się to wyczytać z jego oczu. 

Jak  łatwo  przyszło  jej  wyobrazić  siebie  i  Teda,  ciasno  objętych  i  spoglądających  z 

dumą  na  swoje  plony.  Był  to  przepiękny  obraz,  który  zapierał  jej  dech  w  piersiach.  Musi 

poskromić  swą  fantazję!  Zbyt  wielką  przypisuje  wagę  temu,  co  prawdopodobnie  jest  tylko 

tworem jej imaginacji. 

MoŜe  Ted  juŜ  wcale  o  niej  nie  myślał.  Z  pewnością  nie  była  jedyną  dziewczyną, 

wobec której był szarmancki i której prawił komplementy. 

W gruncie rzeczy tak nawet byłoby lepiej. Czuła się teraz śmiertelnie zmęczona i choć 

nie  do  końca  jeszcze  uporała  się  ze  swymi  skomplikowanymi  uczuciami  wobec  Teda, 

przyszło odpręŜenie i miała nadzieję, Ŝe wreszcie zaśnie. 

Kiedy  otwarła  oczy,  słońce  stało  juŜ  wysoko.  Spojrzała  sennie  na  budzik  i  usiadła 

przeraŜona na łóŜku. Była za kwadrans siódma! Za parę minut Ted stanie pod jej drzwiami, a 

ona  nawet  jeszcze  nie  była  ubrana!  Pędem  pobiegła  do  łazienki,  umyła  się  zimną  wodą,  po 

czym  wskoczyła  w  dŜinsy,  związała  włosy  w  koński  ogon  i  pociągnęła  tuszem  rzęsy,  ale 

bardzo lekko, ostatecznie przecieŜ była na wsi. 

Właśnie  zagotowała  się  woda  na  kawę,  kiedy  zadźwięczał  dzwonek  u  drzwi.  Punkt 

siódma, stwierdziła z zadowoleniem. Ceniła punktualnych męŜczyzn. 

Ted  był  podobnie  ubrany  jak  ona.  Uśmiechnęła  się  mimo  woli.  PoniewaŜ  obydwoje 

mieli jasne włosy, w pierwszej chwili moŜna ich było wziąć za brata i siostrę. 

-  Mam nadzieję, Ŝe poczekałaś na mnie ze śniadaniem - rzekł z uśmiechem wręczając 

jej koszyk okryty kraciastą serwetą. 

-   Mmm,  szarlotka  pachnie  bosko  -  oświadczyła  wciągając  smakowity  zapach.  -  A 

jakie wielkie jajka! 

background image

JakŜe miałabym jeść śniadanie nie mając takich wspaniałości? 

-   Czuję,  Ŝe  zdąŜyłaś  juŜ  zaparzyć  kawę.  To  będzie  juŜ  druga  od  świtu  -  powiedział 

sięgając po napełnioną przez nią filiŜankę. 

-   Zawsze  dotrzymuję  słowa,  Ted.  Masz  chwilę  czasu?  Chciałam  się  ciebie  poradzić, 

jak zasadzić aksamitki. 

Gdy  wypili  kawę  i  skosztowali  szarlotki,  wyszli  na  dwór.  Abby  zapytywała  siebie  w 

duchu,  czy  Ted  zauwaŜył,  Ŝe  ona  przy  śniadaniu  mówiła  cokolwiek  za  szybko,  wręcz 

nerwowo, a gdy wychodząc otarł się o nią, umknęła od razu na bok. 

Przedstawiła  mu  swoje  problemy  związane  z  zagospodarowaniem  ogrodu.  Ted 

wyjaśnił jej, Ŝe wydzielające mocny zapach rośliny, takie jak papryka, aksamitki i nasturcja, 

chronią  sadzonki  takŜe  od  szkodników,  zatem  sadząc  je  moŜe  zrezygnować  z  chemicznych 

oprysków,  ona  natomiast  wytłumaczyła,  dlaczego  z  kaŜdego  rodzaju  warzyw  wysadziła  aŜ 

tyle gatunków. Chciała mianowicie stwierdzić, który z nich nadaje się najlepiej do uprawy w 

tej okolicy, a potem podzielić się wynikami z sąsiedztwem. 

Abby  sprawiała  wraŜenie  nieco  oficjalnej,  ograniczając  tematy  rozmowy  do  spraw 

gospodarskich,  Ted  był  szarmancki  i  gotów  w  kaŜdej  chwili  słuŜyć  pomocą,  a  przy  tym 

obydwoje starali się zachować dystans i ta świadomość przysparzała im bólu. Abby czuła, Ŝe 

Ted ją obserwuje z niepokojem, lecz nie zdobyła się na cieplejszy gest, pozostała uprzejma i 

nieprzystępna,  próbując  za  wszelką  cenę  ukryć  własne  uczucia.  Unikała  jego  wzroku,  gdyŜ 

cokolwiek  wytrącał  ją  z  równowagi,  choć  zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  w  przypadku  innego 

męŜczyzny byłoby jeszcze gorzej. 

Ted  okazał  się  prawdziwą  encyklopedią  wiedzy  o  gospodarstwie.  Swoje  rady 

wygłaszał sucho, choć z humorem, ilustrując je wesołymi zdarzeniami z Ŝycia własnej farmy. 

Kiedy  opowiadał,  jak  to  szczeniaki  rozgrzebały  mu  kiedyś  całą  grządkę  cebuli,  albo 

jak kotka okociła się na zagonku kapusty przeznaczonej na wystawę, miała ochotę wybuchnąć 

serdecznym  śmiechem,  ale  ograniczyła  się  jedynie  do  uprzejmego  uśmiechu,  nie  mogąc 

pozbyć się uczucia skrępowania. 

Tedowi widać nigdzie się tego ranka nie spieszyło, co było po myśli Abby, która nie 

Ŝ

yczyła  sobie  niczego  innego,  jak  tego,  aby  został  jak  najdłuŜej.  WszakŜe  jeszcze  nigdy  nie 

znajdowała się w takiej sytuacji. Czuła się niemal jak zakochana nastolatka. Kiedyś nie miała 

takich  problemów.  Gdy  któryś  z  męŜczyzn  się  nią  zainteresował,  czuła  się  pochlebiona,  ale 

nie  traciła  głowy.  Tym  razem  nie  było  to  takie  proste.  Kosztowało  ją  wiele  trudu,  aby 

zwalczyć w sobie rosnący pociąg do Teda. Ale właściwie dlaczego tak się przed nim broniła? 

-  To prawdziwa radość, gdy się widzi, co zrobiłaś z tego starego opuszczonego młyna 

background image

-  ciągnął  Ted,  nie  będąc  wszakŜe  pewnym,  czy  do  Abby  dotarły  jego  wcześniejsze  słowa.  - 

Byłoby grzechem pozwolić leŜeć takiej urodzajnej ziemi odłogiem. 

-   Masz  zupełną  rację  -  odparła  wracając  do  rzeczywistości.  -  Praca  w  ogrodzie 

pomaga mi się pogodzić z resztą świata. 

-   W  końcu  następnego  tygodnia  -  wtrącił  niby  mimochodem  -  w  starej  stodole 

odbędzie się zabawa. My tutaj bardzo lubimy takie imprezy. 

-  Czy będzie między innymi taniec w kwadracie? 

-  Na pewno. Tańczyłaś to juŜ kiedyś? 

-  Nie. W Deerfield nie znają czegoś takiego. W zwykłych lokalach i nocnych klubach 

tego się nie tańczy. 

-  U nas nie ma za wielu miejsc, gdzie moŜna się zabawić. 

-  Muszę się przyznać, Ŝe lubiłam od czasu do czasu gdzieś wyjść. 

-  Nie będzie ci brakowało Ŝycia miejskiego? 

-   Nie  -  oświadczyła  z  przekonaniem.  -  Wszystko,  czego  potrzebuję,  to  świeŜe 

powietrze. 

-   Czy  mogę  cię  w  takim  razie  zaprosić  na  tańce?  -  Ted  zdjął  z  głowy  sfatygowany 

kowbojski  kapelusz  i  skłonił  się  z  przesadną  galanterią  przed  Abby.  Wyglądało  to  tak 

komicznie,  Ŝe  zapomniała,  iŜ  przyrzekła  sobie  zachowywać  się  z  rezerwą,  i  wybuchnęła 

głośnym śmiechem. 

-  Twój śmiech, mam nadzieję, oznacza „tak” - upewniał się, udając, Ŝe się nie moŜe 

wyprostować jak dotknięty ischiasem farmer. 

Abby nie przestawała się śmiać. 

-  Oczywiście, Ted. Nie mogłabym odrzucić twego zaproszenia, skoro kosztowało cię 

ono tyle wysiłku. Chodź, pomogę ci wsiąść do samochodu, mój ty biedny staruszku. 

Wsunęła  mu  rękę  pod  ramię  rozweselona  Ŝartem,  choć  od  razu  przemknęło  jej  przez 

głowę,  czy  jednak  nie  przesadziła,  dotknąwszy  bowiem  jego  ciała  odniosła  wraŜenie,  Ŝe 

wpadła na parkan pod napięciem elektrycznym. 

Ted wyprostował się gwałtownie i spojrzał na nią, lecz uśmiech znikł z jego twarzy, a 

w oczach czaiło się nieme pytanie, na które nie waŜyła się odpowiedzieć. 

Przez moment stali bez ruchu. Abby  nie wiedziała, czy nie byłoby lepiej  puścić jego 

ramię, Ted teŜ wyglądał na speszonego. 

Abby  opanowała  się  pierwsza.  Na  szczęście  przypomniała  sobie  w  porę,  Ŝe  woli 

trzymać się z daleka od tego męŜczyzny. 

-   Jest  juŜ  późno,  sir  -  rzuciła  siląc  się  na  beztroskę  i  puściła  jego  ramię.  -  Jak  pan 

background image

myśli, dojdzie pan o własnych siłach do samochodu? 

-   Oczywiście.  Serdeczne  dzięki,  Lady  Abby.  Proszę  się  za  bardzo  nie  przejmować 

mym stanem. W tym schorowanym ciele mimo wszystko tkwi trochę siły. 

Aby  to  udowodnić,  jednym  susem  skoczył  na  przyczepę  swego  samochodu.  Tam 

stanął  na  szeroko  rozstawionych  nogach  i  wydał  okrzyk,  który  mógłby  zrobić  konkurencję 

Tarzanowi. 

Po  zachowawczości  Abby  nie  zostało  śladu.  Śmiejąc  się  do  łez  postąpiła  w  jego 

stronę,  choć  właściwie  dopiero  co  zamierzała  się  z  nim  jak  najszybciej  poŜegnać.  W  tym 

momencie  jednak  myślała  tylko  o  tym,  jak  dobrze  jej  robi  jego  obecność  i  Ŝe  Ted  wygląda 

naprawdę atrakcyjnie. 

Kiedy  tak  stanęła  naprzeciw  niego  z  rozpromienioną  twarzą,  zeskoczył  nagle  z 

przyczepy, okręcił ją wokół siebie i uniósł wysoko na rękach, a potem, przeskoczywszy bloki 

skalne i parkan, popędził z nią w kierunku domu wydając przy tym indiańskie okrzyki. 

Bezbronna leŜała na jego piersi, a śmiała się tak, Ŝe z jej oczu puściły się łzy. Ted je 

natychmiast  scałował,  musiało  mu  jednak  w  tym  momencie  przyjść  do  głowy,  Ŝe  trochę 

przesadził, bo przybrał zbolałą minę i posadził ją ostroŜnie w bujaku stojącym na werandzie. 

ś

artobliwy nastrój ulotnił się jak sen. 

-  Wybacz, nie miałem prawa tak się zachowywać, Abby - zaczął się usprawiedliwiać. 

-  Tak  mi  przykro...  JeŜeli  w  tej  sytuacji  nie  zechcesz  przyjąć  mego  zaproszenia  na  tańce, 

zrozumiem to. 

•  -  No  cóŜ,  ja...  -  zaczęła  zmieszana,  lecz  zaraz  uświadomiła  sobie,  Ŝe  byłoby 

dziecinadą z jej strony, gdyby chciała go ukarać za swawolne zachowanie - ... nie ma powodu 

robić całej historii z niewinnego Ŝartu. Oczywiście, Ŝe pójdę z tobą na tańce, ale tylko wtedy, 

gdy przyrzekniesz, Ŝe nie będziesz mnie wlókł za sobą po całej okolicy. 

-  Przyrzekam - odetchnął z ulgą i uśmiechnął się szeroko. - Będę się z tobą obchodził 

jak z prawdziwą damą, bo nią jesteś. 

-  Znakomicie, sir. Czy istnieją tu jakieś przepisy dotyczące stroju? 

-  Właściwie nie. Ale czy nie mówiłaś, Ŝe w najbliŜszych dniach masz odwiedzić panią 

Wilkins? 

-  Tak. W następny poniedziałek ma mnie uczyć smaŜyć konfitury. 

-   A  więc  zapytaj  ją  o  odpowiednią  sukienkę.  Panie  tutaj  szyją  sobie  własnoręcznie 

kostiumy na takie okazje. 

-  Mnie teŜ to sprawi przyjemność. Chciałabym brać pełny udział w tutejszym Ŝyciu. 

-   To  mnie  cieszy.  Zatem  jeŜeli  nie  jesteś  na  mnie  zła,  wpadnę  tu  w  następnym 

background image

tygodniu  i  przyniosę  ci  trochę  sadzonek  aksamitek  i  nasturcji  z  mojej  szklarni.  Gdybyś 

dopiero teraz wysiała nasiona, twoje jarzyny nie miałyby z tego wielkiego poŜytku. 

-   To  byłoby  miło  z  twej  strony,  Ted.  Mam  nadzieję,  Ŝe  do  tego  czasu  uda  mi  się 

przygotować parę słoików z domowymi specjałami, aby ci się zrewanŜować. 

-   To  brzmi  kusząco,  Abby.  Mam  wraŜenie,  Ŝe  wszystko,  czego  się  tkniesz,  musi  się 

udać. 

Spłonęła lekkim rumieńcem pod jego spojrzeniem. 

-   A  teraz  juŜ  idź,  Ted.  My  farmerzy  nie  moŜemy  spędzać  całego  dnia  na 

pogaduszkach, bo nasze pola uduszą się w natłoku chwastów. 

Ted uśmiechnął się. Doskonale wiedział, co Abby chciała przez to powiedzieć. Tylko 

dotąd, a dalej juŜ nie, drogi przyjacielu, a w kaŜdym razie nie w tym momencie. 

PoŜegnał się i skierował do swej cięŜarówki. Abby patrzyła za nim, dopóki nie wsiadł 

i nie pomachał jej, mając nadzieję, Ŝe jej twarz jest beznamiętna i nie zdradza Ŝadnych uczuć. 

Ted  natomiast  nie  zadawał  sobie  trudu,  aby  z  czymkolwiek  się  kryć.  Kiedy  ich 

spojrzenia się spotkały, wiedziała juŜ, Ŝe pierwsze wraŜenie jej nie myliło. Ted najwidoczniej 

widział  w  niej  więcej  niŜ  tylko  nową  sąsiadkę,  która  potrzebuje  pomocy.  Nie  za  bardzo 

wiedziała, co zrobić, aby temu przeciwdziałać, lecz ciągle jeszcze wierzyła, Ŝe moŜe odnosić 

się do niego przyjacielsko, a przecieŜ z dystansem. Z pewnością będą ze sobą omawiać róŜne 

sprawy  związane  z  gospodarstwem,  ale  mogą  to  robić  czysto  po  kupiecku,  bez  Ŝadnych 

zobowiązań. Tyle Ŝe rozsądek i uczucia to dwie róŜne rzeczy i najczęściej nie idą w parze... 

Z tą zabawą teŜ był problem. Na pewno pozna wielu ludzi i nowe kroki taneczne, ale 

Ted,  jej  partner  na  ten  wieczór,  raczej  nie  będzie  zachwycony,  gdy  ona  zacznie  mówić  o 

gospodarstwie. W końcu przy takiej okazji kaŜdy chce się zabawić. Ale nawet jeŜeli uda jej 

się  przetrwać  ten  wieczór  i  nie  pozwolić  na  to,  aby  się  do  siebie  zbliŜyli,  to  i  tak  będzie  się 

musiała mieć na baczności. Znajdzie się przecieŜ tyle powodów do zacieśnienia znajomości... 

background image

ROZDZIAŁ 5 

Abby na powrót rzuciła się w wir pracy, lecz dopiero po południu udało jej się na jakiś 

czas przepędzić Teda ze swych myśli. 

Najpierw  zabrała  się  do  czyszczenia  stajni  Malinki,  koniem  teŜ  zresztą  naleŜało  się 

zająć, a odwiedziny Teda zburzyły cały rozkład dnia. Nie mogło zdarzać się to zbyt często, bo 

inaczej nie zdąŜyłaby z pracą. 

Koło  południa  zabłąkało  się  do  niej  paru  turystów,  pytając,  czy  ma  jarzyny  na 

sprzedaŜ.  ChociaŜ  Abby  nie  mogła  im  nic  zaoferować,  ogarnęło  ją  przyjemne  uczucie,  Ŝe 

„Oaza  Spokoju”  jest  juŜ  regularną  farmą.  Do  wieczora  czas  zajęły  jej  eksperymenty  z 

hodowlą  róŜnych  rodzajów  bakterii,  udało  jej  się  nawet  dojść,  co  trzeba  zrobić,  aby 

uruchomić  młyn.  W  końcu  śmiertelnie  zmęczona  runęła  na  łóŜko  i  rozkoszowała  się  ciszą  i 

spokojem panującym wokoło. Nawet w najmniejszym stopniu nie odczuwała samotności, jak 

obawiała się jej matka. 

W niedzielę rano obudziło ją bicie dzwonów. Wcześniej tylko z rzadka zachodziła do 

kościoła,  lecz  teraz,  przystosowując  się  do  Ŝycia  na  wsi,  uznała,  Ŝe  to  jest  ze  wszech  miar 

wskazane, jakkolwiek nie wiedziała, jakiego wyznania są tutejsi ludzie. 

Jedyną  przeszkodą  w  jej  teraźniejszym  Ŝyciu  był  Ted.  Poprzedniego  dnia  pracowała 

do  upadłego,  aby  nie  musieć  o  nim  myśleć,  ale  w  przyszłości  postanowiła  postawić  sprawę 

jasno. Miała za duŜo pracy, aby jeszcze zaprzątać sobie głowę jakimiś głupstwami. 

Odbyła na Malince długą przejaŜdŜkę i wróciła zmęczona, lecz szczęśliwa do młyna. 

Zwykle  po  takiej  wyprawie  kładła  się  na  chwilę,  tym  razem  jednak  nie  dane  jej  było 

odpocząć.  Nie  mogła  uleŜeć  spokojnie,  musiała  coś  robić,  bo  ta  nerwowa  krzątanina 

pozwalała jej nie myśleć o Tedzie. 

Były właściciel dał jej adres rzemieślnika, który mógł jej pomóc przy rozruchu młyna. 

Abby  uznała,  Ŝe  nadszedł  czas,  aby  zająć  się  i  tą  sprawą.  Tak  naprawdę  to  chciała  zrobić 

wszystko sama, zasięgnąwszy  wcześniej u tego  człowieka rady.  Oczywiście nie zapomniała, 

Ŝ

e  Ted  jej  oferował  pomoc  w  tym  względzie,  nie  chciała  jednak  z  niej  skorzystać.  Czy 

powodem tej decyzji było, iŜ koniecznie chce to zrobić po swojemu, czy teŜ podyktowana ona 

została obawą przed jego bliskością, tego nie była w pełni .. świadoma. 

Odszukała zatem pana Gurneya, wysłuchała jego rad, a wróciwszy do „Oazy Spokoju” 

przygotowała  wszystko,  co  było  konieczne  do  rozpoczęcia  naprawy.  Towarzyszyła  jej 

radosna świadomość, Ŝe juŜ tego lata jej młyn będzie mełł ziarno na mąkę. Czekająca ją praca 

background image

nie  wyglądała  na  zbyt  cięŜką  i  niekoniecznie  wymagała  doświadczenia.  Oczywiście  za 

niewielką opłatą mogłaby nająć kogoś do pomocy, ale wolała zrobić to sama. 

Zaczęła od wyczyszczenia kamieni młyńskich, a potem sprawdziła koła zębate, jak jej 

radził  pan  Gurney.  Mogło  się  przecieŜ  zdarzyć,  Ŝe  coś  się  jednak  w  tej  całej  maszynerii 

wypaczyło, a efektem tego byłaby nie najlepsza mąka. 

Trwało trochę, zanim uporała się z wieloletnim brudem i wszystko naoliwiła. Dopiero 

teraz  mogła  zacząć  rozglądać  się  za  gatunkami  zboŜa,  z  których  miałaby  w  przyszłości  piec 

chleb. Musiała się teŜ rozejrzeć za jakimś elektrykiem, gdyŜ nie dało się wieczorem pracować 

tylko przy lampie naftowej. 

Kiedy  dzień  chylił  się  ku  zachodowi,  wzięła  gorącą  kąpiel  i  przygotowała  sobie 

kolację, na którą składała się zupa z puszki i kilka kanapek, a potem usadowiła się pod oknem 

z  jedną  ze  swych  ksiąŜek  poświęconych  przetworom  domowym.  Następnego  dnia  z  rana 

miała przecieŜ iść do pani Wilkins. 

W  Abby  wzrastało  przekonanie,  Ŝe  tylko  wtedy  odnajdzie  się  w  swoim  nowym,  tak 

przecieŜ odmiennym od jej dotychczasowych doświadczeń Ŝyciu, jeśli będzie podchodzić do 

niego trzeźwo i od ściśle naukowej strony. Tylko przy takim nastawieniu moŜna było liczyć 

na sukces. Ted ze swoją beztroską nie zaszedłby daleko będąc w jej sytuacji. 

Zrobiła  wszystko,  aby  ten  weekend  minął  szybko,  kładła  się  spać  wyczerpana  i 

zasypiała  kamiennym  snem,  lecz  nie  umiała  sobie  odpowiedzieć  na  pytanie,  co  ją  tak  gna  z 

miejsca na miejsce, od jednego zajęcia do drugiego... 

Poniedziałkowy  ranek  był  tak  piękny,  Ŝe  do  pani  Wilkins  postanowiła  udać  się  na 

Malince.  Jej  sportowy  samochód  nie  pasował  zresztą  do  okolicy  i  stylu  Ŝycia,  jakie  teraz 

prowadziła. 

Pani  Wilkins  juŜ  na  nią  czekała.  Z  miejsca  zaprowadziła  ją  do  przestronnej,  lśniącej 

czystością  kuchni,  a  tam  poŜyczyła  jej  fartuszek  i  zaprezentowała  róŜne  naczynia  i 

urządzenia, potrzebne przy smaŜeniu konfitur. Abby zdąŜyła się juŜ czegoś dowiedzieć na ten 

temat z ksiąŜek, miała więc jakie takie rozeznanie, co ją tego popołudnia czeka, a w tej chwili 

rozkoszowała się nadzieją, Ŝe juŜ niedługo sama będzie umiała sporządzać takie rzeczy. 

Pani  Wilkins  nie  miała  jednak  zamiaru  smaŜyć  konfitur  według  przepisu  z  ksiąŜki 

kucharskiej, robiła to po swojemu tłumacząc Abby ze śmiechem, Ŝe ludzie na wsi mają swoje 

własne metody, sprawdzone przez wiele pokoleń. 

Obierając  truskawki  z  szypułek  i  przygotowując  syrop,  opowiedziała  Abby  stare  i 

nowe  historie  z  okolicy,  przeplatając  je  instrukcjami,  z  jakich  owoców  najlepiej  sporządzać 

konfitury,  a  jakie  nadają  się  bardziej  na  galaretki,  wyjaśniła  jej  teŜ,  gdzie  i  w  jakich 

background image

warunkach najlepiej przetwory przechowywać. 

Abby  w  gruncie  rzeczy  mogła  zapomnieć  wszystko,  czego  się  nauczyła  z  ksiąŜek, 

przyznając teraz w duchu, Ŝe praktyka wygląda całkiem inaczej niŜ teoria. Mogła co prawda 

wygłosić  wykład  na  temat  nawoŜenia  gleby,  ale  nie  miała  pojęcia,  w  jakich  miesiącach 

dojrzewają poszczególne rodzaje jerzyn. 

Pani Wilkins odnosiła się do niej serdecznie, lecz Abby wracała do domu z uczuciem, 

Ŝ

e  jest  na  powrót  głupiutką,  nic  nie  wiedzącą  uczennicą.  Mimo  całych  lat,  które  poświęciła 

rolnictwu jako przedmiotowi studiów, miała wraŜenie, Ŝe o prawdziwej praktyce rolniczej nie 

wie nic. 

Tego, jak pani Wilkins smaŜyła konfitury, nie wyczytałaby w Ŝadnej ksiąŜce. Miała na 

to  przepis  podyktowany  doświadczeniem  całych  generacji.  CzyŜby  właśnie  o  to  chodziło 

Tedowi, gdy mówił, Ŝe samą teorią nie osiągnie się rekordowych wyników? 

Abby  straciła  pewność  siebie  i  to  ją  niezmiernie  martwiło,  lecz  z  samozaparciem 

pracowała dalej próbując uruchomić młyn. Kiedy skaleczyła się o jedno z kół zębatych, z jej 

ust wyrwało się przekleństwo. Niestety co dzień zdarzały jej się takie małe wypadki. Mimo to 

zacisnęła zęby i pracowała niezmordowanie dalej. 

W  czwartek  wieczorem  przypomniała  sobie,  Ŝe  w  sobotę  ma  się  odbyć  zabawa 

wiejska, a ona zapomniała spytać panią Wilkins, jak się powinna ubrać na taką okazję. 

Ale właściwie po co? Gdyby Ted powaŜnie myślał o zaproszeniu jej, na pewno by juŜ 

dawno zadzwonił z pytaniem, kiedy ma po nią przyjechać. 

Przyłapała  się  na  tym,  Ŝe  krąŜy  wściekła  jak  osa  no  domu,  wmawiając  sobie  raz  po 

raz,  Ŝe  nie  ma  czasu  na  jakieś  głupie  zabawy  w  stodole.  Mimo  to  spoglądała  ciągle  w 

kierunku telefonu pytając siebie, dlaczego jest taki uparty i nie dzwoni. 

W  piątek  rano  podjęła  decyzję.  Zrezygnowała  z  zajęć  na  farmie  i  pojechała  do 

pobliskiego  miasteczka,  gdzie  wyszukała  sklep  tekstylny,  który  prowadził  równieŜ  sprzedaŜ 

gotowych wykrojów. 

Właścicielka  zadowolona,  Ŝe  ma  nową  klientkę,  pokazała  Abby  cały  szereg 

drukowanych materiałów, a takŜe łatwe do uszycia wykroje strojów, wkładanych specjalnie z 

okazji  tańca  w  kwadracie.  Abby  była  pewna,  Ŝe  do  soboty  z  pewnością  uszyje  jedną  z  tych 

ładnych  sukienek.  Prawdopodobnie  będzie  to  strata  czasu,  gdyŜ  zdawało  się,  Ŝe  Ted  o  niej 

zapomniał, ale czuła, Ŝe uszycie tego kostiumu tak czy tak sprawi jej przyjemność. 

Wybrała  róŜowy  kreton,  z  którego  zamierzała  uszyć  bluzkę  z  krótkimi  bufiastymi 

rękawami,  prawdziwie  ludową  w  stylu,  a  do  obszycia  ciemnozieloną  taśmę.  Spódnica  miała 

być  z  wełny,  z  szeroką  falbaną  u  dołu,  a  lamówka  o  nieco  jaśniejszym  odcieniu  zieleni.  Do 

background image

tego Abby zamierzała uszyć z ciemnoróŜowego materiału szeroki pasek. 

W  sobotę  rano  sukienka  była  praktycznie  gotowa,  Abby  brakowało  tylko  czarnych 

pantofli, jakie widziała na wystawie jednego ze sklepów obuwniczych, gdzie reklamowano je 

jako obuwie przeznaczone do tańca ludowego. 

Dlaczego nie miałabym sobie ich kupić?, pytała samą siebie wyjeŜdŜając ponownie do 

miasteczka. Przynajmniej będę miała skompletowany cały strój, nawet jeślibym miała nosić te 

rzeczy  tylko  w  domu.  Planowała  zresztą  urządzić  grillparty  dla  przyjaciół  z  miasta,  a  wtedy 

jako gospodyni byłaby stylowo ubrana. 

Kupiwszy  pantofle  i  załatwiwszy  jeszcze  trochę  innych  sprawunków,  zjadła  lunch  w 

przyjemnie  urządzonej  restauracji  na  obrzeŜu  miasta,  którą  ostatnio  odkryła.  W  domu 

podbiegła  najpierw  do  sekretarki  automatycznej,  aby  przesłuchać  taśmę.  Ostatecznie  nigdy 

nic nie wiadomo. Ktoś przecieŜ mógł zostawić waŜną wiadomość. 

Były dokładnie cztery, a wszystkie pochodziły od Teda. Zawiadamiał, Ŝe ma kłopoty z 

chorym  cielakiem,  lecz  Ŝe  zwierzę  prawdopodobnie  wyzdrowieje  do  sobotniego  wieczoru. 

Druga i trzecia były prośbami o jak najszybszy telefon. W czwartej przekazał wiadomość, Ŝe 

zabierze  ją  następnego  dnia  o  siódmej,  aby  mogli  jeszcze  zjeść  obiad  w  małej  stylowej 

restauracyjce, usytuowanej przy wylocie drogi z miasta. 

Abby  wybuchnęła  śmiechem.  Ted  z  pewnością  myślał  o  lokalu,  z  którego  właśnie 

wróciła.  Zdjęła strój z wieszaka i przyłoŜyła do siebie, po czym nucąc melodię zakręciła się 

kilka  razy  po  pokoju.  Naraz  wpadło  jej  do  głowy,  Ŝe  jeszcze  nie  zastanowiła  się  nad 

odpowiednią  na  jutrzejszy  wieczór  fryzurą,  a  co  gorsze,  nie  zadzwoniła  do  Teda  z 

potwierdzeniem, Ŝe siódma godzina jutro wieczór całkiem jej odpowiada. 

Abby  nie  naleŜała  do  dziewcząt,  które  celowo  trzymają  męŜczyzn  w  niepewności, 

mimo to sprawiała jej przyjemność myśl, Ŝe Ted moŜe chodzi nerwowo tam i z powrotem po 

pokoju wyczekując jej telefonu. Ona sama prawie cały dzień czekała na telefon od niego, nie 

czuła  więc  teraz  wyrzutów  sumienia.  Zaraz  jednak  wyśmiała  samą  siebie.  Ostatecznie  nie 

miała  powodu,  aby  w  ten  sposób  go  karać,  podeszła  więc  zdecydowanym  krokiem  do 

telefonu. 

-   Czy  pan  Grant  jest  w  domu?  -  spytała  kobiety  która  podniosła  słuchawkę.  Abby 

przypuszczała,  Ŝe  to  gospodyni  Teda,  wypiekająca  takie  pyszne  szarlotki,  ale  mimo  to 

owładnął nią niejasny gniew na nią, choć nie umiała sobie wytłumaczyć dlaczego. 

-   Czy  to  panna  Mills?  -  spytała  serdecznie  Kay  i  niechęć  Abby  znikała  w  jednej 

chwili. Gospodyni najwyraźniej oczekiwała jej telefonu. 

-  Tak - odparła juŜ całkiem przyjaźnie. 

background image

-  Pan Grant czekał na telefon od pani, lecz właśnie wyszedł do obory, aby zajrzeć do 

chorego cielęcia. Zaraz go zawołam. 

Teraz  Abby  zrozumiała,  dlaczego  Ted  tak  ciepło  wyraŜa  się  o  Kay.  Jego  dobro 

musiało jej najwyraźniej leŜeć na sercu, skoro się tak ucieszyła, Ŝe znalazła się dziewczyna, 

która choć odrobinę się nim zajmie. 

-  Halo, Abby? - Głos Teda wydał jej się zaspany i pełen oczekiwania. Raptem zrobiło 

jej  się  przykro,  Ŝe  nie  zadzwoniła  od  razu.  Takie  zagrywki  z  męŜczyzną  tak  otwartym  i 

szczerym były nie fair. 

-  Tak, to ja. 

-  Przykro mi, Ŝe to nie ja zadzwoniłem pierwszy. 

-   Nie  masz  powodu  się  usprawiedliwiać.  Jak  tam  z  cielakiem?  PrzeŜyje?  Mogę  coś 

dla ciebie zrobić? 

-   Miło,  Ŝe  o  to  pytasz.  Wygląda  na  to,  Ŝe  wszystko  będzie  w  porządku.  Ten  mały 

dzikus  przyplątał  się  do  większych  cieląt  i  został  przez  nie  stratowany.  W  pierwszym 

momencie myślałem, Ŝe będzie z nim źle, ale dziś jest juŜ lepiej. Na razie trochę się jeszcze 

chwieje na nogach, ale to wszystko. 

-   Cieszę  się  -  odetchnęła  Abby.  -  Wiesz,  ja  teŜ  studiowałam  hodowlę  bydła,  wiem 

chyba  wszystko  o  wadach  dziedzicznych  i  innych  chorobach,  ale  obawiam  się,  Ŝe  w  takim 

wypadku byłabym bezradna. Im dłuŜej tu jestem, tym bardziej sobie uświadamiam, jak uboga 

jest moja wiedza. 

Jeśli  chodzi  o  młode  sztuki,  zwykle  nie  jest  tak  źle,  jak  na  to  wygląda.  Troskliwą 

opieką moŜna zdziałać cuda. Ale takiej rady nie wyczytasz w swoich ksiąŜkach. Tę cudowną 

formułę  moŜna  zastosować  do  wszystkich  istot  Ŝywych  i  często  tylko  ona  pozostaje,  kiedy 

inne środki zawodzą. Sam juŜ doświadczyłem tego wiele razy. Cieszyłbym się, gdybym takŜe 

i  w  innych  dziedzinach  mógł  ci  pokazać,  Ŝe  uczone  księgi  nie  zawierają  całej  wiedzy. 

Praktyka na farmie pozwala zaobserwować takŜe inne rzeczy. 

-  Wierzą ci, Ted - przyznała Abby - i mam nadzieję wiele się od ciebie nauczyć. 

-   Jestem  na  twoje  usługi.  Ale  jutro  wieczór  chciałbym  pokazać  ci  coś  innego; 

„Tańczącą Królową” i jej znakomitą pieczeń z kluskami. 

Abby  juŜ  juŜ  miała  mu  powiedzieć,  Ŝe  sama  odkryła  ten  klejnot  pomiędzy 

restauracjami,  ale  w  porę  ugryzła  się  w  język  nie  chcąc  psuć  Tedowi  radości.  Jeszcze 

niedawno  taka  myśl  nie  przyszłaby  jej  do  głowy.  Ze  zdziwieniem  stwierdziła,  Ŝe  coraz 

częściej wstawia się w jego połoŜenie. 

-  Cudownie! - powiedziała zamiast tego. - Czekam na ciebie punktualnie o siódmej. 

background image

-  Tak się na to cieszę, Abby - rzekł ciepło i odwiesił słuchawkę. 

Abby  natomiast  odwiesiła  swoją  dopiero  wtedy,  gdy  usłyszała  dalekie  szczęknięcie. 

Chciała być przez to dłuŜej blisko Teda. 

Następnego  dnia  juŜ  za  dwadzieścia  siódma  była  gotowa  i  czekała  na  niego  z 

niecierpliwością. Pani Wilkins poradziła jej jeszcze przez telefon, aby pod sukienkę włoŜyła 

sutą halkę, więc teraz wyglądała ona szczególnie strojnie. 

Kiedy o siódmej usłyszała samochód Teda, wybiegła mu na spotkanie, zanim jeszcze 

zdąŜył  zadzwonić.  Był  zachwycony  jej  widokiem.  W  stylowym  wieśniaczym  stroju,  z 

jasnymi lokami opadającymi na ramiona wyglądała jak najprawdziwsza wiejska piękność.  Z 

zadowoleniem  stwierdził  teŜ,  Ŝe  jej  makijaŜ  jest  delikatniejszy  niŜ  zwykle.  W  ogóle 

zapytywał siebie w duchu, dlaczego ona tu na wsi uŜywa wszystkich tych szminek. Abby ze 

swą świeŜą, dziewczęcą urodą podobała mu się bardziej bez makijaŜu. 

ZauwaŜył teŜ od razu, Ŝe tego dnia zachowuje się inaczej. Nie była taka zachowawcza 

wobec  niego,  uśmiechała  się  promiennie  i  wydawała  się  zadowolona  z  jego  towarzystwa.  A 

więc chyba się nie mylił mając wraŜenie, Ŝe jej chłodny sposób bycia i narzucony przez nią 

dystans  słuŜy  tylko  skrywaniu  prawdziwych  uczuć.  Teraz  stała  przed  nim  czarująca,  nie 

mogąca doczekać się zabawy roześmiana dziewczyna. 

Ted  juŜ  od  dawna  kochał  się  w  Abby,  ale  nie  był  tego  jeszcze  do  końca  świadomy. 

Dopiero teraz uzmysłowił to sobie z absolutną jasnością. Skłonił się przed nią dwornie i podał 

jej  ramię,  aby  powieść  dziewczynę  do  samochodu,  a  dopiero  kiedy  upewnił  się,  Ŝe  siedzi 

wygodnie, sam zajął miejsce za kierownicą. 

Podczas  jazdy  raz  po  raz  nachodziła  go  ochota,  aby  uścisnąć  jej  rękę.  Byłby  to 

ostatecznie  niewinny  gest,  lecz  mimo  to  nie  odwaŜył  się  na  to.  Tak  się  cieszył,  Ŝe  wreszcie 

odtajała w jego obecności, i za Ŝadne skarby nie chciał tego zniszczyć. Mogłaby się przecieŜ 

na nowo od niego odwrócić. 

Przy  obiedzie  teŜ  nie  pozwolił  sobie  na  Ŝadne  czulsze  słówko  czy  gest,  zadowalając 

się  opowiadaniem  Abby  wesołych  zdarzeń  ze  swego  dzieciństwa,  a  ona  zaśmiewała  się  do 

łez. 

Kiedy  sączyli  po  obiedzie  brandy,  Ted  wiedział  juŜ  z  całą  pewnością,  Ŝe  nie 

wytrzyma,  jeŜeli  tego  wieczoru  nie  weźmie  jej  przynajmniej  raz  w  ramiona.  Jeśliby  się  taka 

okazja nie miała nadarzyć, to powinien chociaŜ dać wyraz swoim uczuciom dla niej. 

-   Nie  weźmiesz  mi  za  złe,  jeśli  ci  powiem,  Ŝe  wyglądasz  fantastycznie?  -  spytał 

ostroŜnie. 

-   Za  złe?  -  posłała  mu  zadowolone  spojrzenie.  -  Od  samego  początku  czekam  na  to, 

background image

kiedy  wreszcie  wyjedziesz  z  jakimś  komplementem.  Ale  mimo  wszystko  obawiam  się,  Ŝe 

reszta towarzystwa juŜ na pierwszy rzut oka odkryje we mnie przebraną turystkę z wielkiego 

miasta. Kto wie, czy nie zostanę przepędzona belami siana. 

Ted roześmiał się. 

-   Z  pewnością  ściągniesz  na  siebie  spojrzenia  wszystkich,  ale  nie  musisz  się  bać,  Ŝe 

nie zostaniesz zaakceptowana. Przeciwnie, będę musiał staczać boje z innymi męŜczyznami, 

aby móc choć raz z tobą zatańczyć. 

-   Ach  Ted  -  uśmiechnęła  się  szczęśliwa  jak  nigdy  -  jeśli  naprawdę  chcesz,  mogę 

zarezerwować dla ciebie wszystkie tańce. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

Kiedy  znaleźli  się  wreszcie  w  stodole,  zabawa  trwała  juŜ  w  najlepsze.  Abby  była 

zadowolona,  Ŝe  przystanęli  na  chwilę  w  drzwiach  spoglądając  na  tańczących.  Miała  niemal 

tremę, więc uczepiła się ramienia Teda i przez moment nie chciała wejść do środka. 

-  Co się stało, Abby? - spytał. 

-   Sama  nie  wiem,  co  się  ze  mną  dzieje  -  odparła  Ŝałośnie.  -  Byłam  juŜ  na  tylu 

zabawach  i  potańcówkach,  a  teraz  nagle  strasznie  boję  się  wejść.  Co  będzie,  jeśli  ci  ludzie 

mnie odrzucą? 

-   Odrzucą?!  Oni  będą  oczarowani!  -  oświadczył  z  przekonaniem.  -  Chodź,  właśnie 

ustawiają się do tańca w kwadracie. Wystarczy, Ŝe będziesz słuchała poleceń wodzireja i dasz 

się prowadzić. Zaczynają zwykle od najprostszych figur, a potem początkujący wycofują się i 

poprzestają na przyglądaniu się. 

Spojrzała na niego niepewnie. 

-  Ale musisz mi przyrzec, Ŝe nie zostawisz mnie na środku samej. 

-  Parę razy zmienimy partnerów, ale tylko na krótko. Nie martw się, zawsze znajdzie 

się  ktoś,  kto  będzie  z  tobą  dalej  tańczył.  Pomyśl  tylko,  my  tutaj  jesteśmy  jedną  wielką 

rodziną. 

-  Zatem dobrze, Ted. Jeśli uwaŜasz, Ŝe... 

Z ociąganiem weszła za nim do środka, a resztę ułatwili jej inni. Jak powiedział Ted, 

wszyscy  byli  bardzo  mili  i  wyglądali  na  szczerze  zadowolonych  z  jej  przyjścia.  Nie  miała 

zresztą czasu się nad tym zastanawiać, bo właśnie rozbrzmiały dźwięki muzyki, więc musiała 

uwaŜać, Ŝeby się nie potknąć i nie wypaść z rytmu. 

Szło  jej  wszakŜe  lepiej,  niŜ  przewidywała.  Poszczególne  kroki  okazały  się  nie  takie 

trudne,  stopniowo  teŜ  pozbywała  się  swego  skrępowania,  a  nawet  rozluźniła  się  na  tyle,  Ŝe 

mogła w tańcu myśleć o czym innym, a nie tylko o tym, aby nie zgubić kroku. 

Komiczne, nigdy nie miałam oporów przekraczając próg przepełnionej sali balowej, a 

tutaj  przyszło  mi  to  z  takim  trudem,  pomyślała.  Dlaczego  tym  razem  było  inaczej? 

Oczywiście, Ŝe to wiązało się z Tedem. ZaleŜało jej na tym, co on o niej myśli, tym bardziej, 

Ŝ

e to on ją tu wprowadził, a więc w jakiś sposób za nią ręczył. Chciała, bardzo chciała, takŜe 

ze względu na niego, aby ją polubiono. 

Owo 

przeświadczenie 

powinno 

właściwie 

być 

powodem 

ostroŜniejszego 

postępowania z nim, lecz tego wieczoru nie pragnęła niczego więcej, jak się zabawić. 

background image

Muzyka  rozbrzmiała  na  nowo.  Ted  szeptał  jej  wskazówki  do  ucha  i  prawił 

komplementy,  Ŝe  tak  dobrze  jej  idzie.  Abby  cieszyło  to  bardzo.  Ten  wieczór  wart  był  tego, 

aby  choć  na  chwilę  zapomnieć  o  mocnych  postanowieniach,  według  których  zamierzała 

ułoŜyć sobie tu Ŝycie. 

Taniec  sprawiał  jej  przyjemność,  ale  czuła  teŜ  narastające  zmęczenie.  W  którymś 

momencie nawet zatoczyła się z wyczerpania, poprosiła więc Teda, aby na moment wyszli na 

dwór. 

Ted przyjął to z wyraźną ulgą. 

-  Tak się cieszę, Ŝe to ty zaproponowałaś. 

-  Dlaczego? - spojrzała na niego zdziwiona. 

-  Nie chciałem się przyznać, Ŝe juŜ mam dość, przynajmniej na razie. Jesteś z miasta, 

a tańczysz jak najlepsi stąd. A ty się bałaś, Ŝe się zblamujesz! 

-  To juŜ jest poza mną. Ted, popatrz na ten księŜyc! To rozgwieŜdŜone niebo wygląda 

wprost bajecznie! 

-  Tym bardziej, Ŝe ty pod nim stoisz - rzucił pieszczotliwie. 

Coś  w  Abby  szepnęło  o  ostroŜności,  lecz  nie  chciała  niszczyć  uroku  tego  wieczoru 

niechętnym gestem czy zimnym słowem. Od miesięcy nie czuła się tak lekko. Byłaby szkoda, 

gdyby sobie teraz zepsuła te piękne godziny. 

Ku  swemu  zaskoczeniu  uznała  uwagę  Teda  za  absolutnie  w  porządku,  nie  miała 

jednak uczucia, Ŝe musi coś odpowiedzieć. 

TakŜe Ted milczał przez chwilę, a potem naraz ujął jej dłoń. 

-   Przed  czym  tak  się  bronisz,  Abby?  -  szepnął  tkliwie.  -  Najwyraźniej  czegoś  się 

boisz. 

Podniosła  głowę  i  zajrzała  w  jego  pełne  czułości  oczy.  Ted  miał  rację.  Rzeczywiście 

było coś, czego się bała. Właściwie nie chodziło jej o to, Ŝe mógłby zranić jej uczucia, lękała 

się,  Ŝe  moŜe  stracić  kontrolę  nad  sobą  i  w  ten  sposób  postradać  niezaleŜność,  którą  z  takim 

trudem sobie wywalczyła. 

MoŜe  zresztą  chodziło  o  jedno  i  drugie.  MoŜe  tym  swoim  powściągliwym 

zachowaniem  chciała  się  ustrzec  przed  nieszczęśliwą  miłością,  a  Ted  zdołał  ją  przejrzeć? 

Tego nie wiedziała, wiedziała tylko, Ŝe od momentu poznania Teda jej Ŝycie uległo zmianie. 

Gdy  była  w  jego  towarzystwie,  świat  wydawał  jej  się  piękniejszy,  poza  tym  mogła  się  od 

niego wiele nauczyć. Miała tylko pewne wątpliwości, czy zdoła uporać się z tą sytuacją. 

Dlaczego  ten  wieczór  musiał  być  aŜ  taki  piękny,  a  ona  tak  podatna  na  romantyczne 

nastroje? 

background image

Jak  gdyby  odgadując  jej  myśli,  Ted  mocniej  ścisnął  jej  dłoń.  Kto  wie,  czy  nie 

odczuwał  lekkiego  dreszczu,  jaki  przebiegł  przy  tym  jej  ciało...  Jeśli  tak,  to  znał  juŜ 

odpowiedź, której ona rozpaczliwie szukała. 

Ted  delikatnie  pociągnął  Abby  za  sobą  na  wąską  ścieŜkę,  a  ta  zaprowadziła  ich  nad 

staw. Tam zdjął marynarkę, rozłoŜył ją na brzegu i usiadł, zapraszając ją, aby zrobiła to samo. 

Abby jednak nie chciała na razie siadać. Miejsce było wyjątkowo piękne, miała więc 

ochotę okrąŜyć staw i rozejrzeć się po okolicy, choć było juŜ ciemno. śałowała, Ŝe nie moŜe 

widzieć kwiatów porastających jego brzegi, za to czuła przynajmniej ich upojny zapach. 

Ted postępował za nią w milczeniu. 

-   Przypuszczam,  Ŝe  to  jest  główny  powód,  dla  którego  sprowadziłaś  się  na  wieś  - 

powiedział w którymś momencie, jak gdyby wiedząc doskonale, co się z nią dzieje. 

-  Tak - potwierdziła. - Kocham naturę, świeŜe powietrze i wszystko, co zielone. 

-  Wiem. Ale nie to miałem na myśli. Ty szukasz tutaj spokoju, prawda? 

-  Masz rację. Nie przyznaję się zbyt chętnie do tego, ale moje Ŝycie w Deerfield było 

bardzo stresujące. Musiałam się stamtąd wynieść, aby odnaleźć siebie samą. 

-  Pozwolisz, abym ci w tym pomógł? - spytał powaŜnie. 

W  pierwszym  odruchu  chciała  się  nie  zgodzić.  Instynktownie  broniła  się  przed  nim, 

aby  nie  dowiedział  się  o  niej  całej  prawdy.  Ale  naraz  puściły  się  jej  łzy  z  oczu  i  sama  nie 

wiedząc jak znalazła się w jego ramionach i przywarła twarzą do jego piersi. 

Trwali tak przez chwilę. Ted głaskał ją uspokajająco po głowie, a ona była wdzięczna, 

Ŝ

e nie posuwa się do innych czułości. Nie rzekł słowa, dając jej czas, aŜ się uspokoi. 

-   Nie  wiem,  co  się  ze  mną  stało  -  wyznała  zakłopotana.  -  To  było  bardzo  głupio  z 

mojej strony. I w dodatku ubrudziłam ci koszulę tuszem do rzęs. 

-   To  drobiazg.  CóŜ  znaczy  kilka  plam  wobec  tego  Ŝe  mogłem  cię  trzymać  w 

ramionach, Ŝe okazałaś mi tyle zaufania i wypłakałaś się na mej piersi. JuŜ ci lepiej? 

-  Tak, o wiele lepiej. Jestem ci wdzięczna, Ŝe nie stawiasz Ŝadnych pytań. Nie byłoby 

mi łatwo na nie w tej chwili odpowiedzieć. 

-   Wiem  -  szepnął  powaŜnie.  -  W  przyszłości  teŜ  nie  musisz  tego  robić,  jeśli  nie 

chcesz. Będę zawsze przy tobie, gdy będziesz potrzebowała mej pomocy, ale nigdy o nic nie 

zapytam. 

Dzięki za zrozumienie, Ted. Twoja przyjaźń znaczy dla mnie bardzo wiele. Czy wolno 

mi wyrazić jakieś Ŝyczenie? 

-  JuŜ jest spełnione. 

-  MoŜesz mnie po przyjacielsku pocałować w policzek? 

background image

Rzuciła to tak po prostu, bez zastanowienia. Wiedział to od razu, poniewaŜ cały czas 

uwaŜnie studiował jej twarz. 

-   Dziękuję,  Ted  -  westchnęła  z  zadowoleniem,  gdy  spełnił  jej  prośbę.  -  Jeśli  o  mnie 

chodzi, to moŜemy teraz z powrotem wmieszać się w tłum, ale najpierw muszę doprowadzić 

się  do  porządku.  Oni  tam  pewnie  tańczą  juŜ  trudniejsze  tańce.  Wytłumaczysz  mi  zasady? 

Niestety będę musiała przy tym siedzieć, bo mam całkiem obrzmiałe stopy. 

-   Naturalnie.  W  ogóle  juŜ  dziś  nie  musisz  tańczyć,  jeśli  nie  chcesz.  Teraz  tańczą 

„Łańcuch  filiŜanek”,  a  potem  przyjdzie  kolej  na  „Bąka”,  „Stokrotkę  Południa”  i  „Fruwające 

koło”.  Te  nazwy  są  dość  skomplikowane,  a  i  kroków  nie  nauczysz  się  tak  od  razu.  Ale 

popatrzeć  na  innych  teŜ  jest  przyjemnie.  Nie  miałabyś  nic  przeciwko  temu,  gdybyśmy  się 

wspięli po drabinie na stryszek z sianem? Stamtąd będzie wszystko jeszcze lepiej widać... 

background image

ROZDZIAŁ 7 

Wracała  wesoła  i  zrelaksowana.  Ted  pomógł  jej  się  wspiąć  na  drabinę  i  stamtąd 

obserwowali radosny, rozbawiony tłum. Abby klaskała tak jak inni w takt muzyki, wypytując 

Teda o reguły poszczególnych tańców. O swoim niedawnym wybuchu zdąŜyła juŜ zapomnieć 

i  rozkoszowała  się  teraz wieczorem  jeszcze  bardziej  niŜ  poprzednio.  Nie  czuła  w  sobie  tego 

nerwowego  napięcia,  gdy  Ted  obejmował  ją  ramieniem  lub  od  czasu  do  czasu  całował  w 

policzek, i była naprawdę rozczarowana, kiedy zabawa się skończyła. 

A  przecieŜ  ta  noc  zdawała  się  nie  mieć  końca.  Abby  nie  mogła  się  oprzeć  i  mimo 

pęcherzy  na  stopach  nie  zrezygnowała  z  ostatnich  tańców.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  nie  zrobi 

jednego  kroku,  a  i  tak  było  jej  przykro,  gdy  wszyscy  zaczęli  się  rozchodzić.  Oznaczało  to 

przecieŜ takŜe koniec mile spędzonego czasu z Tedem. 

Pragnęła zbliŜyć się do niego, moŜe nawet go pokochać, lecz w kontekście jej planów 

na przyszłość nie miało to sensu. Ted stanowił powaŜne zagroŜenie dla jej zamierzeń, , choć 

zmaganie się z uczuciami do niego przychodziło jej coraz cięŜej. 

Ów  rozdźwięk  między  uczuciem  a  rozsądkiem  sprawił,  Ŝe  w  drodze  do  domu  była 

bardzo  milcząca.  Dlatego  teŜ,  gdy  Ted  chciał  ją  otoczyć  ramieniem,  zareagowała  całkiem 

inaczej, po prostu odtrąciła go i wbiła się w kąt samochodu, jak najdalej od niego. 

Ted  nie  nalegał,  lecz  gdy  zajechali  przed  młyn,  najwyraźniej  nie  spieszył  się  z 

otwarciem drzwi samochodu, aby mogła wysiąść. 

-   Wiem,  Ŝe  jesteś  bardzo  zmęczona,  ja  zresztą  teŜ  -  zaczął  -  ale  mimo  to  chciałbym 

wiedzieć,  czy  coś  z  tego,  co  dziś  wieczór  było  między  nami,  sprawiło  ci  przykrość.  Jeśli  o 

mnie chodzi, to zapewniam, Ŝe nie Ŝałuję niczego. 

-  Ja teŜ nie - odparła cicho nie patrząc na niego. 

-  A więc o co chodzi? 

-   O  nic.  Jestem  tylko  śmiertelnie  zmęczona,  Ted.  Nie  pogniewasz  się,  jeśli  teraz  się 

poŜegnam?  Miałam  zamiar  zaprosić  cię  jeszcze  na  kawę,  ale  po  prostu  jestem  do  niczego. 

Moje nogi całkiem odmówiły posłuszeństwa. Chyba to rozumiesz. 

Ted nie rozumiał, lecz mimo to rzekł: 

-  Oczywiście Abby. Odprowadzę cię tylko do drzwi. 

Wysiadł i pomógł wysiąść takŜe i jej, Abby wszakŜe nie chciała, aby jej towarzyszył. 

-  Nie, tych parę kroków przejdę sama. Ostatecznie nie jesteśmy w Deerfield, gdzie za 

kaŜdym drzewem czai się napastnik. 

background image

-  To prawda, ale tak czy tak będę czekał w samochodzie, dopóki nie znajdziesz się w 

domu. A moŜe i to ci przeszkadza? 

Przełknęła głośno ślinę. 

-  Ach, Ted... - wykrztusiła. Na więcej nie umiała się zdobyć. 

-  Co ci jest? 

-  Nic. Jestem po prostu skonana i to wszystko. To był cudowny wieczór, dziękuję ci. 

Zadzwonisz do mnie? 

-  Tak - odrzekł krótko. 

Spuściwszy  głowę  ruszyła  wykładaną  płytami  dróŜką  prowadzącą  do  werandy.  W 

drzwiach  miała  jeszcze  ochotę  się  obejrzeć,  lecz  nie  zdobyła  się  na  odwagę.  Bała  się,  Ŝe 

wybuchnie  łzami  albo  nawet  pobiegnie  do  niego  i  rzuci  mu  się  w  ramiona.  Naprawdę 

wstydziła się swej słabości. 

Ted  nie  odjechał  od  razu.  Patrzył  za  nią,  jak  manipuluje  przy  drzwiach,  a  później 

wchodzi. To. Ŝe porusza się powoli, z widocznym trudem, podpowiedziało mu, Ŝe znowu coś 

ją  dręczy.  Najchętniej  pobiegłby  za  nią,  przytulił  i  pocieszył,  ale  nie  ruszył  się  z  miejsca. 

Nawet  kiedy  zatrzasnęły  się  za  nią  drzwi,  nie  był  zdolny  obrócić  kluczyka  w  stacyjce  i 

odjechać. Czekał, aŜ zapalą się światła w domu. 

Wyglądało na to, Ŝe Abby poszła najpierw do kuchni, pewnie aby się czegoś napić, a 

potem zabłysło światło w jej sypialni. 

Robiło  mu  się  coraz  cięŜej  na  duszy.  Właściwie  dlaczego  nie  odjeŜdŜa?  Co  Abby 

sobie  o  nim  pomyśli?  Naraz  zapragnął  znaleźć  się  moŜliwie  jak  najdalej,  zapalił  więc  silnik 

starając się robić jak najmniej hałasu. 

Ale ona i tak usłyszała warkot motoru. JuŜ się zaczynała dziwić, dlaczego nie słyszała, 

jak odjeŜdŜa, lecz nie przyszło jej do głowy, Ŝe ciągle jeszcze stoi pod domem. Podeszła do 

okna i przez szczelinę w zasłonie widziała, jak Ted ostroŜnie nawraca samochód. Nie obejrzał 

się przy tym ani razu, jak gdyby czuł, Ŝe ona go  obserwuje.  Był wściekły na samego siebie. 

Jak ma wytłumaczyć Abby swoje dziwne zachowanie? 

Abby  nie  była  ani  rozgniewana,  ani  wytrącona  z  równowagi,  tylko  wyczerpana  do 

reszty,  czuła  jednak  przy  tym  coś  jakby  satysfakcję,  Ŝe  Ted  najwyraźniej  teŜ  nie  ma  więcej 

odwagi  niŜ  ona.  W  gruncie  rzeczy  to,  Ŝe  dwoje  dorosłych  ludzi  nie  umie  przezwycięŜyć 

własnej dumy, wydało jej się śmieszne. 

Za Ŝadne skarby wszakŜe nie chciała dopuścić, aby ich kontakty przybrały inną formę, 

niŜ wymaga tego zwykła znajomość. Gdyby stało się inaczej, z pewnością odwiodłoby to ją 

od  pracy,  a  takie  coś  oznaczało  zaniedbanie,  a  moŜe  nawet  i  przekreślenie  zamysłów 

background image

związanych z „Oazą Spokoju”. 

Nie przyszło jej trudno wynalezienie z tysiąca powodów, dla których powinna zerwać 

z Tedem, a im więcej ich wynajdywała, tym łatwiej mogła ukryć przed samą sobą prawdę. 

Skoncentruj  się  na  „Oazie  Spokoju”  i  trzymaj  swe  serce  na  wodzy,  powiedziała 

zdecydowanie  do  swego  odbicia  w  lustrze,  kiedy  siedziała  przed  toaletką  przygotowując  się 

do pójścia spać. 

Długo  nie  dane  jej  było  zaznać  spokoju,  dopiero  po  dwóch  godzinach  udało  jej  się 

nabrać niejakiego dystansu do Teda i zasnąć męczącym, pełnym koszmarów snem. 

Zerwała się z samego rana, a jej pierwsza myśl dotyczyła Malinki. Długa przejaŜdŜka 

powinna im obu dobrze zrobić, pomyślała. 

Osiodławszy konia wyjechała na wąską ścieŜkę, po czym puściła się kłusem. Schyliła 

się  przy  tym  nad  głową  klaczy,  opowiadając  jej  o  wszystkim,  co  przeŜyła  poprzedniego 

wieczoru. Malinka była dla niej jak przyjaciółka albo matka, której moŜna ze wszystkiego się 

zwierzyć, a juŜ na pewno była cierpliwą słuchaczką. 

-  Będę się musiała nauczyć z tym Ŝyć - zwierzyła się koniowi - zagrzebię się po uszy 

w pracy i tym razem juŜ nikt ani nic mnie od tego nie odciągnie. 

PoniewaŜ  było  jeszcze  za  wcześnie  na  składanie  wizyt,  ściągnęła  lejce  i  skierowała 

Malinkę  z  powrotem  na  drogę  do  młyna,  choć  miała  szaloną  ochotę  zamienić  z  kimś  parę 

słów, nie mówiąc o tym, Ŝe marzyła jej się dłuŜsza pogawędka z miłą panią Wilkins. 

Właściwie dlaczego nie zrobić tego później? zapytała samą siebie. To była wspaniała 

myśl.  Weźmie  jedną  ze  swych  ksiąŜek  kucharskich  i  wyczaruje  coś,  co  mogłaby  jej  zanieść 

jako podziękowanie za naukę kiszenia kapusty. W końcu zdecydowała się, Ŝe upiecze chleb, i 

wyszukała  w  miarę  łatwy  przepis,  przy  którym  nie  było  moŜliwości  popełnienia  zbyt  wielu 

omyłek. 

Wszystko  skończyło  się  wielkim  bałaganem  w  kuchni:  zasypanymi  mąką  i  lepkimi 

kawałkami ciasta stołem i podłogą. Ona sama miała na twarzy i ubraniu  mąkę, ale  czuła się 

przy  tym  wspaniale.  Kiedy  miała  konkretne  zajęcie,  łatwiej  jej  było  rozeznać  się  w 

charakterze uczuć, jakie nią owładnęły, i uporać się z ich natłokiem. 

Zostawiła  ciasto  do  wyrośnięcia,  a  sama  na  cały  głos  nastawiła  płytę  z  muzyką 

rockową  i  zabrała  się  do  sprzątania.  Prace  domowe  skutecznie  przepędzały  jej  wewnętrzną 

nerwowość, pozwalając wreszcie się odpręŜyć. 

Mimo  to  nie  opuszczało  jej  pragnienie,  aby  podejść  do  telefonu.  Aparat  był  dla  niej 

wyzwaniem,  ale  pozostała  nieugięta.  Rzucając  raz  po  raz  okiem  na  ciasto  pracowała 

zawzięcie,  aŜ  wreszcie  nadeszła  pora  wsadzania  chleba  do  pieca.  Zrobiwszy  to  od  razu 

background image

zadzwoniła do pani Wilkins, zapowiadając swe odwiedziny. 

Abby coraz bardziej uświadamiała sobie, jak bardzo tęskni za towarzystwem. Jeszcze 

do niedawna uwaŜała to za niemoŜliwe, teraz jednak samotność działała jej na nerwy. 

Pani Wilkins sprawiała wraŜenie zadowolonej, Ŝe Abby do niej zadzwoniła. 

-   Właśnie  o  tobie  myślałam.  Na  mojej  kuchni  skwierczy  olbrzymia  pieczeń,  którą 

mogłabym  nakarmić  całą  armię.  Byłaby  szkoda,  gdybyś  zjadła  samotnie  niedzielny  obiad, 

proszę zatem do mnie. 

Abby  z  radością  przyjęła  zaproszenie. Jak  to  dobrze,  Ŝe  upiekła  chleb.  W  ten  sposób 

mogła wnieść własną część do świątecznego posiłku. 

Przypuszczała,  Ŝe  będzie  to  coś  w  rodzaju  spotkania  rodzinnego,  wyszukała  więc  w 

szafie  skromną  w  kroju,  ale  twarzową  sukienkę,  odpowiednią  jej  zdaniem  na  wiejskie 

niedzielne  spotkanie.  Co  prawda  wóz  sportowy  nie  pasował  do  wiejskiej  scenerii,  uznała 

jednak,  Ŝe  na  proszony  obiad  nie  wypada  przyjeŜdŜać  konno,  zresztą  i  tak  było  na  to  za 

późno.  Pani  Wilkins  zaprosiła  ją  na  czwartą,  zostało  jej  więc  dosłownie  tyle  czasu,  aby  się 

przebrać, owinąć bochenek chleba celofanem i przewiązać wstąŜką. Po drodze do samochodu 

ś

cięła  jeszcze  szybko  parę  dopiero  co  rozkwitłych  kwiatów.  W  Deerfield  Abby  nigdy  nie 

zdecydowałaby  się  wziąć  udziału  w  obiedzie  rodzinnym,  ale  na  wizytę  u  pani  Wilkins 

cieszyła  się,  i  to  nie  tylko  dlatego,  Ŝe  tęskniła  do  towarzystwa.  Była  to  dla  niej  doskonała 

okazja, aby choć na chwilę zapomnieć o Tedzie. Przy nim znowu owładnęłaby nią słabość, a 

doskonale wiedziała, Ŝe coraz mniej moŜe liczyć na własną samodyscyplinę. 

Otwarte drzwi domu pani Wilkins zapraszały juŜ z daleka. Kiedy Abby wchodziła po 

kilku  stopniach  na  werandę  niosąc  swój  mały  podarek,  z  wnętrza  doszedł  ją  śmiech 

męŜczyzny, a takŜe obcy damski głos. 

Najwidoczniej pani Wilkins miała większą rodzinę, niŜ Abby przypuszczała. Czy aby 

jej obecność nie będzie komuś przeszkadzać? 

Ładna  młoda  dziewczyna  krąŜyła  z  zastawionymi  tacami  między  kuchnią  i  jadalnią. 

Miała na sobie dŜinsy i podkoszulek w paski, a kasztanowate długie włosy związała w koński 

ogon. 

W jadalni siedziało dwóch młodych męŜczyzn mniej więcej w tym samym wieku  co 

Abby, a takŜe jakiś starszy pan w okularach i z brodą. Prowadzili właśnie oŜywioną rozmowę 

z... O mój BoŜe, nie, tylko nie to! 

Na widok Teda w sztruksowych spodniach i w swetrze z golfem, siedzącego na sofie i 

roztaczającego cały swój wdzięk, jej ręce zaczęły nerwowo drŜeć. 

Gdy  obca  dziewczyna  wróciła  z  kuchni,  Abby  od  razu  zauwaŜyła  spojrzenia,  jakimi 

background image

obrzucała  Teda.  Nie  było  wątpliwości,  ta  mała  musiała  się  w  nim  zadurzyć.  Kto  wie,  jak 

długo się znają, przemknęło Abby przez głowę. 

Nie mogła się zdobyć, aby wejść, ale właśnie nadeszła pani Wilkins z olbrzymią misą 

sałatki. Na widok Abby uśmiechnęła się i wyciągnęła do niej wolną rękę. 

-  Tak się  cieszę, Ŝe przyszłaś, Abby -  rzekła serdecznie. - Panowie  wprost nie mogą 

się  doczekać,  tak  chcą  cię  poznać.  Teda  juŜ  znasz,  a  Karen  to  moja  siostrzenica.  Spędza  u 

mnie  weekendy.  W  przyszłości  będziecie  się  tu  u  mnie  spotykały,  ale  tamci  panowie  nie 

pozostaną zbyt długo. 

Pani Wilkins nie zdradziła, co to za goście, a Abby teŜ nie chciała o to pytać, czekając, 

aŜ pani domu ją przedstawi. 

Wchodząc  skinęła  przelotnie  głową  Tedowi  i  przywitała  się  z  pozostałymi  trzema 

męŜczyznami.  Okazało  się,  Ŝe  są  to  naukowcy  z  zagranicy,  którzy  zajmują  się  problemami 

rolnictwa i odbywają podróŜ naukową po Stanach - Mieli mieszkać przez parę tygodni u pani 

Wilkins, bo tylko ona w całej okolicy dysponowała odpowiednią liczbą wolnych pokoi. 

-   To  profesor  Gunyar  ze  Szwecji  -  zaczęła  prezentację  pani  Wilkins  -  a  to  jego 

asystenci  Lars  i  Alex.  Moi  panowie,  to  Abby  Mills,  o  której  juŜ  opowiadałam.  Ona  teŜ 

skończyła rolnictwo, z pewnością więc znajdziecie państwo wspólne tematy. 

-  Nie zapominaj o mnie, Martho - wmieszał się Ted. - Tam gdzie spotykają się bardzo 

wykształceni ludzie, łatwo przeoczą się fakt, Ŝe matka natura rządzi się własnymi prawami i 

Ŝ

e istnieją metody, sprawdzone juŜ od stuleci. Obojętne, jak szybki jest postęp techniki i jakie 

eksperymenty przeprowadza się na tym polu, bez samej natury się nie obejdzie. 

-  Och, Ted - zaszczebiotała Karen siadając obok niego na sofie - wyglądasz naprawdę 

bojowo, gdy rozprawiasz o takich rzeczach. 

-   On  jest  prawdziwie  wojowniczą  naturą  -  wyrwało  się  Abby.  Zabrzmiało  to 

sarkastycznie, choć nie było to jej zamierzeniem. 

-   Miło  cię  widzieć,  Abby  -  rzucił  chłodno  Ted,  ona  zresztą  teŜ  poprzestała  na 

skinięciu głową. Nie mogła się przemóc, aby przywitać się z nim mniej oficjalnie. 

CzyŜby  gniewał  się  na  nią,  Ŝe  wczoraj  tak  pospiesznie  się  poŜegnała?  MoŜe  stracił 

zainteresowanie dla jej osoby? Pewnie ta ładna dziewczyna koło niego, nie spuszczająca ani 

na  moment  z  niego  wzroku,  jest  jego  najnowszym  podbojem,  w  kaŜdym  razie  wydawał  się 

nią zajęty, a na nią, Abby, nie zwracał uwagi. 

Przez parę sekund stała zbita z tropu i jakby zagubiona, ale na szczęście pani Wilkins 

tak serdecznie się nią zajęła, Ŝe Abby mimo wszystko poczuła się dobrze w jej domu. 

-   Jakie  piękne  kwiaty,  Abby  -  zawołała  uradowana.  -  A  co  to  tak  pachnie  w  tym 

background image

wytwornym opakowaniu? 

-   To  chleb  z  mąki  owsianej  i  melasy.  Mam  nadzieję,  Ŝe  przyda  się  jako  dodatek  do 

obiadu, którym chce pani podjąć gości. 

-   Własnoręcznie  upieczony  chleb  doskonale  pasuje  do  mojej  wiejskiej  duszonej 

pieczeni  -  zapewniła  pani  Wilkins.  -  Poza  tym  spokojnie  moŜesz mówić  mi  po  imieniu.  -  A 

teraz chodź ze mną do kuchni i spróbuj sosu. Wydaje mi się, Ŝe czegoś mu jeszcze brakuje. 

Objęła  Abby  ramieniem  i  zaprowadziła  ją  do  kuchni.  Karen  wyglądała  na  nieco 

znuŜoną powaŜną rozmową prowadzoną w salonie, bo teŜ weszła za nimi. 

Abby spróbowała sosu, a jego smak wydał jej się znakomity, kolor zresztą teŜ. 

-  Mieszkasz w mieście? - zwróciła się do Karen. 

Postanowiła być uprzejma dla tej dziewczyny, gdyŜ była to siostrzenica pani Wilkins, 

ale w jej głosie pobrzmiewała nutka zazdrości. Miała nadzieję, Ŝe Karen tego nie zauwaŜyła, 

choć Abby sama czuła, jakie to Ŝałosne. Karen i Ted znali się prawdopodobnie od lat, a ona 

nie miała w końcu do niego prawa, zatem zazdrość była tu nie na miejscu. 

-   Tak  -  odparła  dziewczyna  -  ale  urodziłam  się  tutaj,  gdyŜ  moi  rodzice  po  ślubie 

mieszkali przez pewien czas u cioci Marthy. Co prawda juŜ od wielu lat mieszkam w mieście, 

ale na wsi bardziej mi się podoba, dlatego teŜ odwiedzam ciocię, jak tylko mogę. 

-  A więc znasz teŜ ludzi, którzy tu mieszkają. 

-   Oczywiście  -  przytaknęła  Karen.  -  Przede  wszystkim  Teda.  JuŜ  jako  mała 

dziewczynka  podkochiwałam  się  w  nim,  lecz  dopiero  teraz  jestem  na  tyle  dorosła,  aby  móc 

stwierdzić, jaki jest cudowny. To prawdziwy skarb, prawda? 

-  Tak, prawdziwy skarb - mruknęła do siebie Abby, po czym się odwróciła i podeszła 

do  Marthy  stojącej  przy  kuchni.  Czuła,  Ŝe  jest  bliska  utraty  panowania  nad  sobą,  co 

niechybnie  skończyłoby  się  powiedzeniem  czegoś  niemiłego  dziewczynie,  scena  zazdrości 

jednak była ostatnią rzeczą, jakiej sobie Ŝyczyła. Nigdy by sobie nie pozwoliła na coś takiego. 

-  To zupa tak pachnie, Martho? - spytała odrobinę za głośno starszej pani. 

.  Wyrzucała  z  siebie  słowa  nieledwie  w  pośpiechu,  czując  jednocześnie  na  sobie 

wzrok  Karen.  Tak  nagle  wykluczona  z  rozmowy,  myślała  pewnie  teraz,  Ŝe  Abby  nie  jest  za 

dobrze wychowana. Ostatecznie jednak to było lepsze, niŜ gdyby miała uchodzić w jej oczach 

za zŜeraną zazdrością kobietę, w dodatku zazdrością bezpodstawną. 

We trzy nałoŜyły potrawy  na półmiski i wniosły  do jadalni. Abby uspokoiła się przy 

tym  nieco.  Jej  pierwsze  podejrzenie,  Ŝe  Martha  celowo  zaprosiła  Teda,  aby  nieco  wyręczyć 

los, z pewnością nie było uzasadnione, tak samo jak i przypuszczenie, Ŝe Ted sam się wprosił, 

gdy usłyszał, Ŝe na obiedzie będzie takŜe Abby. Pani Wilkins zaprosiła go na pewno tylko z 

background image

powodu zagranicznych gości, zastanawiała się stawiając na stole koszyk z kromkami chleba i 

bułkami.  Zatem  nie  było  to  spotkanie  rodzinne,  jeśli  przy  stole  mieli  zasiąść  fachowcy  od 

rolnictwa z róŜnych stron. 

Z zainteresowaniem przysłuchiwała się potem profesorowi Gunyarowi, gdy ten mówił 

o płodozmianie i przygotowaniu zboŜa do siewu. Niewątpliwie znał się na rzeczy. 

U  jego  młodych  asystentów  podobała  jej  się  gorliwość,  z  jaką  stawiali  wszelkie 

moŜliwe  pytania,  poza  tym  obaj  byli  bardzo  przystojni.  Dopóki  będą  mieszkać,  wypadałoby 

dotrzymać im towarzystwa i choć trochę oprowadzić po okolicy. 

Oczywiście nie zamierzała na oślep szukać nowej przygody miłosnej, przeciwnie, była 

najdalsza od tego. Nie miała jednak nic przeciwko temu, aby poświęcić tym młodym ludziom 

trochę  czasu.  Byłoby  to  zresztą  z  poŜytkiem,  mogliby  się  od  siebie  z  pewnością  czegoś 

nauczyć. Naturalnie oznaczało to dodatkowe zajęcie, ale właśnie czegoś takiego chciała, aby 

mieć  czas  wypełniony  po  brzegi,  Po  raz  pierwszy  od  momentu,  kiedy  weszła  do  domu  pani 

Wilkins,  na  jej  twarzy  zagościł  uśmiech.  Teraz  juŜ  była  pewna,  Ŝe  przetrwa  wieczór  nie 

wywołując  sceny  zazdrości,  nie  wyglądało  teŜ  na  to,  Ŝe  miałaby  obraŜona  wrócić  wcześniej 

do domu. 

Wnosząc  następny  półmisek  posłała  nawet  uśmiech  Tedowi  i  z  zadowoleniem 

stwierdziła, Ŝe napięcie między nimi jakby opadło. 

Ted wszakŜe ciągle jeszcze był skoncentrowany, jakkolwiek silił się na wesołość. Nie 

umiał dojść, co spowodowało, Ŝe ubiegłego wieczoru rozstali się niemal skłóceni. Abby nadal 

stanowiła dla niego zagadkę. Najchętniej wziąłby ją na bok i nie owijając w bawełnę spytał, 

co  się  stało,  niestety  w  tym  momencie  musiał  zadowolić  się  patrzeniem na  nią  poprzez  stół. 

Ich  spojrzenia  raz  po  raz  się  spotykały,  lecz  zarówno  jemu,  jak  i  jej,  trudno  było  z  nich 

cokolwiek wyczytać. 

Przy stole panowała oŜywiona atmosfera. Goście ze Szwecji wydawali się doskonale 

czuć w towarzystwie gościnnej pani domu i ładnych dziewcząt, wiedli błyskotliwie rozmowę 

i rozkoszowali się wspaniałym jedzeniem. 

Ted  nie  sprawiał  wraŜenia  zazdrosnego  o  to,  Ŝe  Alex  zajmuje  się  przede  wszystkim 

Abby. Zakres studiów, jakie miała za sobą, był nieledwie taki sam jak i młodego Szweda, nic 

więc dziwnego, Ŝe mieli sobie wiele do powiedzenia. 

-  Wydaje mi się, jakbyśmy znali się od wielu lat - zauwaŜył w pewnym momencie. - 

Jaka szkoda, Ŝe politycy nie umieją tak się dogadać jak my, szarzy ludzie. 

-  Całkowicie się z panem zgadzam - przytaknął Alex - ale gdyby politycy znaleźli się 

w tak uroczym towarzystwie, z pewnością nie myśleliby o pracy. 

background image

Przy  tych  słowach  spojrzał  znacząco  na  Abby,  a  potem  juŜ  nie  odrywał  od  niej 

wzroku.  Siedział  naprzeciwko  niej  i  robił  wszystko,  aby  ich  ręce  niby  przypadkiem  się 

dotykały, gdy sięgała po sztućce czy przyprawy. 

Nie uszło to uwagi Teda, choć inni wydawali się tego nie zauwaŜać. Za to on sam ją 

nieustannie obserwował. 

Alex rzeczywiście spodobał się Abby. Był czarujący, a choć nie budził w niej Ŝadnych 

romantycznych  uczuć,  nie  miała  powodu,  aby  nie  odpowiedzieć  mu  odrobiną 

zainteresowania. 

Kątem  oka  zauwaŜyła,  Ŝe  Karen  stara  się  ściągnąć  na  siebie  uwagę  Teda,  zarzucając 

go pytaniami i wciągając w rozmowę. 

Przy deserze Alex i  Lars zamienili się miejscami. Alex koniecznie chciał usiąść koło 

Abby, aby móc z nią swobodniej rozmawiać. Jego wyraźne zainteresowanie pochlebiało jej, 

pozwalało  przy  tym  choć  na  chwilę  zapomnieć  o  zimnej  wojnie,  jaką  wiodła  z  Tedem. 

Najgorsze  jednak  było  to,  Ŝe  to  ona  sama  tę  wojnę  wywołała.  Wymagała  od  niego,  aby  ją 

rozumiał tam, gdzie ona sama nie umiała siebie zrozumieć. Tego była absolutnie świadoma. 

Chciała,  aby  trzymał  się  z  daleka,  bo  obawiała  się,  Ŝe  zakocha  się  w  nim  po  uszy  i 

straci  w  ten  sposób  wolność,  a  gdy  rzeczywiście  zachowywał  dystans,  trzęsła  się  ze  złości i 

gotowa  była  utopić  w  łyŜce  wody  dziewczynę,  którą  z  grzeczności  się  zajmował.  Po  prostu 

Ŝą

dała  od  niego  dwóch  absolutnie  róŜnych  rzeczy  w  tym  samym  czasie,  co  oczywiście  było 

niemoŜliwe do wykonania. 

Nie  było  łatwo  siedzieć  w  towarzystwie  przy  świątecznie  nakrytym  stole  i  bić  się  z 

tymi  wszystkimi  myślami.  Na  szczęście  Alex  starał  się  zaprzątać  całą  jej  uwagę.  Miała 

nadzieję,  Ŝe  Ted  widzi  owe  starania  młodego  Szweda  i  Ŝe  to  choć  trochę  wywołuje  w  nim 

zazdrość. 

Abby  wiedziała,  Ŝe  zachowuje  się  jak  nieprzytomnie  zakochana  nastolatka,  ale  nie 

umiała tu nic zmienić. Kiedy po obiedzie przeszli do salonu na kawę, usiadła obok Alexa, a 

podczas  rozmowy  przysunęła  się  tak  blisko  do  niego,  jak  gdyby  w  obawie,  aby  nikt  im  nie 

przeszkodził. 

Karen  tymczasem  nie  odstępowała  Teda  i  usiadła  mu  niemal  na  kolanach,  zalewając 

go  potokiem  słów.  Najwidoczniej  jednak  nie  było  to  zbyt  interesujące,  bo  Ted  rozmawiał  z 

nią  mało,  co  ku  swemu  zadowoleniu  stwierdziła  Abby.  Właściwie  to  Ted  powinien  jej  być 

obojętny,  a  przecieŜ  świadomość,  Ŝe  nie  jest  uszczęśliwiony  bliskością  Karen,  wyraźnie  ją 

cieszyła. 

Raz  Ted  przyłapał  Abby  na  tym,  Ŝe  go  obserwuje,  i  wytrzymał  jej  spojrzenie,  a 

background image

bolesny, pytający wyraz jego oczu sprawił, Ŝe serce w niej stopniało. 

Panie w którymś momencie opuściły pokój, aby zająć się zmywaniem, a gdy wróciły 

uporządkowawszy kuchnię, panowie dyskutowali zajadle na temat cen zboŜa. 

Abby  od  razu  wyczuła  napięcie  wiszące  w  powietrzu.  Rozmawiali  przed  wszystkim 

Alex  i  Ted.  Ich  głosy,  choć  uprzejme,  a  przede  wszystkim  spojrzenia  powiedziały  jej  całą 

prawdę. Mierzyli się wzrokiem jak dwaj bokserzy, którzy właśnie stanęli naprzeciwko siebie 

w ringu. 

Karen oczywiście od razu przysiadła się do Teda, a Abby zapragnęła naraz zaczerpnąć 

ś

wieŜego  powietrza.  Chłodny  wieczorny  wiatr  z  pewnością  ochłodzi  jej  rozpaloną  twarz  i 

przyniesie ulgę skołatanej duszy. Z tą myślą wyszła do ogrodu. 

W  chwilę  potem  usłyszała  na  werandzie  kroki.  Wyjrzała  ostroŜnie  zza  drzewa,  sama 

nie będąc widziana. Gdy zobaczyła, Ŝe to Alex, czym prędzej skryła się w cieniu, chodź nie 

bardzo wiedziała, dlaczego się przed nim chowa. 

Raptem  ktoś  ujął  ją  za  ramię  i  odwrócił  do  siebie.  PrzeraŜona  chciała  krzyknąć,  ale 

napastnik zamknął jej dłonią usta, zanim wydała pierwszy dźwięk. Jej oczy rozszerzyły się z 

przeraŜenia. Na szczęście zorientowała się, Ŝe to tylko Ted. Strach przemienił się natychmiast 

we wściekłość. 

-  Co ci przyszło do głowy, aby mnie napadać po nocy i straszyć? - syknęła. 

-  Dlaczego miałbym cię straszyć. Czekałaś na kogoś? MoŜe na Alexa? 

-  Nonsens. A nawet gdybym na niego czekała, ciebie nie powinno to obchodzić. 

-  A jednak mnie obchodzi, Abby. Nie igraj z mymi uczuciami, bo nie ręczę za siebie. 

Wyraził tymi słowami więcej, niŜ chciała. Były tak znaczące i pełne treści, Ŝe bardziej 

ją przeraziły niŜ jego nagłe pojawienie się przed nią w ciemności. Miała rozpaczliwą ochotę 

uciec i skryć się w najciemniejszym kącie. 

Odwróciła  się,  chcąc  wrócić  do  domu,  gdzie  czuła  się  w  miarę  bezpieczna,  lecz  Ted 

nie pozwolił jej odejść. 

-  Puść mnie, Ted - prosiła - jest mi zimno. 

-   Przykro  mi,  Ŝe  zachowałem  się  wobec  ciebie  tak  gwałtownie,  lecz  będziesz  mogła 

stąd  odejść  dopiero  wtedy,  gdy  mi  wytłumaczysz,  dlaczego  nagle  zaczęłaś  się  do  mnie  tak 

dziwnie odnosić. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

-  Nie wiem, co miałabym wyjaśniać - obruszyła się Abby, lecz sama nie wierzyła, Ŝe 

Ted da się tak łatwo odprawić. Czuła, Ŝe nie zabrzmiało to przekonywująco, nie odwaŜyła się 

więc podnieść na niego oczu. 

Ted za to nie odrywał od niej wzroku i nie uszła jego uwadze jej niepewność. 

-  Nie interesują mnie miłosne historie - wybuchnęła wreszcie - a wczoraj wieczorem 

podczas tańca miałam wraŜenie, Ŝe dokładnie o to ci chodzi. Ale nie chciałam zranić twoich 

uczuć. Nie mam ci nic do zarzucenia, naprawdę... 

-  To nie jest przyjemne, gdy nagle zostaje się tak po prostu odsuniętym - burknął. 

-   Czy  aby  nie  przesadzasz,  Ted?  Nabrałeś  o  mnie  fałszywego  wyobraŜenia,  a  tak 

naprawdę to między nami przecieŜ nic nie było. A teraz chodź, bo jest mi zimno. 

-  Tak łatwo nie uda ci się z tego wywikłać, Abby, nawet nie próbuj. Nie jestem głupi. 

Wczoraj wieczorem zauwaŜyłem, Ŝe się mną interesujesz, a w kaŜdym razie do owej chłodnej 

sceny  poŜegnania  przed  twoim  domem.  Prawdopodobnie  to  były  jedynie  gierki 

rozpieszczonej  dziewczyny  z  miasta.  Szukasz  tylko  przyjemności,  a  gdy  ten  ktoś  ci  się 

znudzi, po prostu go odtrącasz i wypatrujesz następnej ofiary! 

-  Nie potrzebuję słuchać takich grubiańskich oskarŜeń! - krzyknęła tracąc panowanie 

nad sobą. 

-  A jednak wysłuchasz, co ci mam do powiedzenia, moja droga. I nie wmawiaj mi, Ŝe 

nie  wiesz,  o  czym  mówię.  Dziś  wieczór  dosłownie  wieszałaś  się  na  Alexie.  Czy  on  będzie 

tym następnym? 

Najchętniej  by  powiedziała  Tedowi,  Ŝe  przywiązuje  zbyt  wielką  wagę  do  tego,  co 

jakoby  zaobserwował.  Miała  ochotę  go  zapewnić,  Ŝe  myli  się  wytaczając  wobec  niej  takie 

oskarŜenia, ale nie zrobiła tego. 

Bała się, Ŝe jeŜeli zacznie cokolwiek wyjaśniać,  nie zapanuje nad swymi uczuciami i 

ze łzami w oczach po prostu rzuci się Tedowi w ramiona. Ów lęk nie pozwolił jej powiedzieć 

nic rozsądnego. 

-  CóŜ, jeśli koniecznie tego chcesz, to ci powiem - rzuciła niewiele myśląc. W głowie 

miała  tylko  zarzuty,  jakie  zrobił  jej  Ted.  -  Owszem,  flirtowałam  dziś  wieczór  z  Alexem. 

Miałam  nadzieję,  Ŝe  tym  razem  nie  okaŜesz  się  tak  uparty  jak  wczoraj  w  nocy,  kiedy  to 

najwyraźniej  nie  mogłeś  zdobyć  się,  aby  odjechać  spod  mego  domu.  Przypuszczam,  Ŝe 

sądziłeś,  iŜ  między  nami  moŜe  być  coś  więcej  niŜ  tylko  przyjaźń,  -  Proszę  sobie  tym  nie 

background image

zawracać  głowy,  panno  Mills  -  odparł  lodowato  Ted.  -  Wiem  juŜ  wszystko.  Nie  ma  obawy, 

nie będzie mnie juŜ pani więcej oglądać pod swym domem. 

-  Ted, proszę... Naprawdę nie to miałam na myśli... 

-  Zrozumiałem, panno Mills. Teraz juŜ nie ma Ŝadnych niejasności. 

-  Wieczór jest taki piękny. Dlaczego mamy go psuć kłótnią? 

-  Jestem najdalszy od tego, aby cokolwiek pani psuć. Dlatego powiem teraz dobranoc. 

Z  tymi  słowami  przyciągnął  ją  raptownie  do  siebie.  Ani  się  obejrzała,  a  juŜ  leŜała  w 

jego ramionach. Objął ją rękami i z całej mocy przycisnął do siebie. Podniosła głowę, chcąc 

coś powiedzieć, ale nie było jej to dane, gdyŜ w tym momencie uczuła jego wargi na swych 

ustach. 

Pocałunek  Teda  był,  twardy  i  Ŝądający,  nieomal  brutalny,  lecz  zaraz  potem  stał  się 

miękki i czuły, a jego dłonie zaczęły pieszczotliwie głaskać jej ciało. 

Równie  nagle,  jak  ją  przyciągnął  do  siebie,  wypuścił  ją  z  objęć  i  nie  oglądając  się 

ruszył w kierunku domu. Abby została na miejscu oszołomiona jak nigdy. 

-  Sama znajdziesz drogę! - rzucił jeszcze przez ramię. - Przychodzi ci to z łatwością, 

obojętne,  jaki  wybierzesz  kierunek.  Pozostaje  mi  tylko  Ŝyczyć  Alexowi  szczęścia  z  tobą. 

Będzie mu potrzebne. 

Wszystko poszło nie tak. Ted opacznie zrozumiał to, co próbowała mu wytłumaczyć. 

Chciała  tylko  sprowadzić  ich  kontakty  do  ram  zwykłej  przyjaźni.  Uparcie  wierzyła,  Ŝe 

męŜczyzna i kobieta mogą być dobrymi przyjaciółmi nie oczekując od siebie niczego więcej. 

A  teraz  on  był  na  nią  wściekły,  mało  tego,  wyglądało  na  to,  Ŝe  juŜ  nie  odezwie  się  do  niej 

słowem. 

Patrzyła za nim ze łzami w oczach. 

-  O Ted - szepnęła - naprawdę nie chciałam cię zranić. Ale tak będzie dla nas lepiej. 

Gdyby to wszystko nie było takie skomplikowane... 

Płakała  rozpaczliwie,  nie  mogąc  się  uspokoić.  Wiedziała,  Ŝe  nie  wróci  do  gości, 

dopóki nie odzyska panowania nad sobą. Zresztą jeszcze bardziej niŜ przedtem potrzebowała 

ś

wieŜego powietrza i czasu do przemyślenia całej sytuacji. Miała tylko nadzieję, Ŝe jej długa 

nieobecność nie rzuci się nikomu w oczy. 

Praca  była  treścią  jej  Ŝycia,  dopóki  nie  poznała  Teda.  Teraz  zapytywała  samą  siebie, 

czy to wszystko warte było tych cierpień, jakie przyszło im obydwojgu znosić. PrzecieŜ tylko 

uczucie się liczy, ale zrozumiała to dopiero teraz, gdy wszystko wydawało się stracone. 

-  Abby? Gdzie jesteś? 

To  wołał  Alex.  Ruszyła  powoli  w  kierunku  domu.  MoŜe  istotnie  będzie  lepiej,  jak  z 

background image

kimś  porozmawia.  Nie  było  sensu  dręczyć  się  rzeczami,  których  nie  mogła  ani  nawet  nie 

chciała zmienić. 

-  Jestem tutaj, Alex - zawołała. - JuŜ idę. 

Alex czekał na nią na werandzie, a gdy tylko podeszła do schodów, zbiegł i wyciągnął 

rękę, aby jej pomóc. 

Jego opiekuńczość i nieco staroświecka rycerskość działały na nią kojąco, ale w duchu 

czuła, Ŝe szorstki sposób bycia Teda daleko bardziej ją fascynuje. 

Podobało jej się, Ŝe potrafi powiedzieć bez ogródek, co myśli, a takŜe i to, Ŝe nie kryje 

się ze swymi uczuciami. Tyle Ŝe to ostatnie nie czyniło jej Ŝycia prostszym... 

Do  tej  pory  zawsze  starała  się  być  wobec  niego  zimna  i  powściągliwa.  UwaŜała,  Ŝe 

jeśli chce się odnieść sukces w Ŝyciu, naleŜy trzymać uczucia na wodzy i w miarę moŜności 

ich nie okazywać. To była jej dewiza. 

Alex  przeciwnie,  nie  stanowił  dla  niej  niebezpieczeństwa,  w  dodatku  pojawił  się  w 

odpowiednim czasie. Posłała mu uśmiech, tym razem szczery. 

Alex  był  szarmanckim  młodym  męŜczyzną.  Z  pewnością  spędzi  z  nim  wiele  miłych 

godzin, bez względu na to, co ją łączy z Tedem. 

-  Wszystko w porządku? - spytał zatroskany prowadząc ją do salonu. 

-   Tak,  w  najlepszym,  dzięki.  Chciałam  tylko  odetchnąć  świeŜym  powietrzem.  Na 

czym  to  przerwaliśmy?  Aha,  miałaś  mi  opowiedzieć,  jak  wygląda  u  was  w  Szwecji  system 

kształcenia. Czy to prawda, Ŝe wasze uniwersytety róŜnią się od naszych? 

Próbowała  słuchać  Alexa,  lecz  jednocześnie  rozglądała  się  naokoło.  Od  razu 

zauwaŜyła, Ŝe Teda juŜ nie ma. 

Karen teŜ gdzieś znikła. Pani Wilkins podawała właśnie profesorowi kawę. 

Ona  teŜ  była  spostrzegawcza,  zaraz  więc  właściwie  odebrała  nerwowe  spojrzenia 

Abby. 

-   Ted  mnie  prosił,  abym  usprawiedliwiła  jego  nieobecność  -  rzekła  Ŝyczliwie,  jakby 

dorozumiewając się, co  Abby  dręczy.  - Chciał pokazać Karen cielątko, a potem iść z nią na 

spacer. Zapewne wrócą późno, więc kto wie, czy jeszcze ciebie tu zastaną. 

-  Dziękuję - wykrztusiła Abby, po czym prędko się odwróciła, zanim Martha zdąŜyła 

wyczytać  z  jej  twarzy  rozczarowanie.  Dobrze,  Ŝe  Alex  był  obok,  bo  inaczej  czułaby  się 

strasznie. 

-   Słyszałem,  Ŝe  kupiłaś  i  wyremontowałaś  stary  młyn.  -  Wydawał  się  tym  bardzo 

zainteresowany. 

-   Tak,  to  prawda.  Młyna  co  prawda  jeszcze  nie  uruchomiłam,  ale  jest  juŜ  prawie 

background image

gotowy. Wszystkie prace wykonałam sama. 

-  Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałbym go kiedyś zobaczyć. Interesują mnie 

stare wiejskie budowle. 

-  Ja... tak, oczywiście, chętnie ci wszystko pokaŜę. Nie miałbyś ochoty wyjść teraz na 

mały spacer? Jest tak pięknie na dworze... 

Twarz Alexa rozpromieniła się. 

-  To doskonały pomysł. 

Alex wiedział, jak wykorzystać niezbyt przestronne wnętrze sportowego wozu Abby, i 

usiadł  tak  blisko,  Ŝe  ich  ramiona  się  dotykały.  Abby  mówiła  o  Ŝyciu  w  Deerfield,  on  zaś 

rozwodził  się  nad  samotnością  człowieka  przebywającego  w  obcym  kraju.  Gdy  rozmowa 

zeszła  na  Malinkę,  zdąŜył  juŜ  objąć  ją  ramieniem,  a  ona  nie  miała  moŜliwości  mu  się 

wywinąć.  To  prawda,  był  czarujący  i  szarmancki,  lecz  jego  zamiary  nie  ulegały  juŜ  teraz 

najmniejszej wątpliwości. Miała uczucie, Ŝe wpadła z deszczu pod rynnę. 

Najgorsze  jednak,  Ŝe  dręczyły  ją  wyrzuty  sumienia,  iŜ  tak  bezlitośnie  obeszła  się  z 

Tedem, a przy tym była na niego wściekła. Jeśli rzeczywiście tak za nią szalał, to dlaczego tak 

szybko  pocieszył  się  szukając  towarzystwa  Karen?  Gdyby  z  nią  nie  pojechał  pod  byle 

pretekstem,  i  jej,  Abby,  nie  przyszłoby  do  głowy,  Ŝeby  zakręcić  się  koło  Alexa.  Choć  w 

gruncie  rzeczy  nie  była  to  taka  zła  myśl,  bo  przynajmniej  na  chwilę  mogła  zapomnieć  o 

Tedzie.  Oczywiście  nie  posunie  się  tak  daleko,  jak  przypuszczała,  Ŝe  zrobi  to  Ted.  Z 

pewnością skręcił z Karen na jakąś boczną drogę i tam zaparkował samochód... 

Owo  wyobraŜenie  sprawiło,  Ŝe  naraz  odechciało  jej  się  wszystkiego.  Zapragnęła 

natychmiast  wrócić  do  domu...  bez  Alexa.  Kiedy  zaczęła  nawracać  samochód,  aby  odwieźć 

go do Marthy, nie krył swego zaskoczenia. 

-  Nie jedziemy zatem do młyna? - spytał jakby nieco rozzłoszczony. 

-  Jest juŜ późno, więc pomyślałam, Ŝe lepiej będzie, jak odwiozę cię z powrotem. Na 

pewno masz wypełnione jutrzejsze przedpołudnie, więc musisz się dobrze wyspać. 

Twarz Alexa wyraźnie zdradzała, Ŝe jego umysł pracuje gorączkowo. 

-  CzyŜbyś uznała, Ŝe jestem zbyt natrętny? 

Zabrzmiało  to  co  prawda  w  miarę  uprzejmie,  lecz  w  tonie  jego  głosu  było  coś,  co 

ś

wiadczyło,  jak  bardzo  jest  rozczarowany.  To  coś  przypominało  nie  znoszące  sprzeciwu 

Ŝą

danie. Spróbował przyciągnąć ją do siebie. 

-  Jesteś czarującą dziewczyną, Abby - rzucił szorstko - ale nie wiem, dlaczego tak się 

bronisz. PrzecieŜ jeden mały całus dla samotnego cudzoziemca to chyba niezbyt wygórowane 

Ŝą

danie, prawda? Ostatecznie po to wyjechaliśmy na ten spacer. 

background image

Abby  dosłownie  zesztywniała.  Czy  naprawdę  taki  był  cel  ich  przejaŜdŜki? 

Oszołomiona  do  reszty,  nie  umiała  sobie  odpowiedzieć  na  to  proste  pytanie.  Ale 

prawdopodobnie jej wcześniejsze zachowanie dało Alexowi prawo mieć nadzieję... 

-  Alex, naprawdę nie wiem, co ci na to odpowiedzieć - szepnęła Ŝałośnie. 

Puścił ją wzdychając przy tym z rezygnacją. 

-   Wcale  nie  musisz  tego  robić,  Abby.  Teraz  juŜ  wiem,  o  co  chodzi.  To,  Ŝe  się  tak 

wzbraniasz,  wszystko  mi  powiedziało.  Jest  dla  mnie  absolutnie  jasne,  Ŝe  szukałaś  mej 

bliskości tylko dlatego, by wzbudzić zazdrość w tym Tedzie. Nie mylę się, prawda? 

-   To  po  prostu  śmieszne  -  wybuchnęła  nerwowo.  -  Jak moŜesz... Jak  moŜesz  mi  coś 

takiego przypisywać? 

-   To  jest  prawda  -  odparł  spokojnie  Alex.  -  Wiem,  Ŝe  chcesz  mnie  teraz  jak 

najszybciej odstawić do pani Wilkins, ale pozwól dać sobie dobrą radę. 

-  O co... o co ci chodzi? - Abby była kompletnie zbita z tropu. 

-  Nie wykorzystuj nigdy Ŝadnego męŜczyzny, tak jak mnie na przykład, aby wzbudzić 

uczucia w kim innym, bo z pewnością go wtedy stracisz. 

-  A więc myślisz, Ŝe nie będzie zazdrosny? - spytała niepewnie. 

-   Naturalnie,  Ŝe  z  początku  będzie  zazdrosny.  KaŜdy  męŜczyzna  byłby  szczęśliwy, 

gdyby  zainteresowała  się  nim  taka  dziewczyna  jak  ty.  I  kaŜdego  dotknęłoby  do  Ŝywego, 

gdyby  nagle  zwróciła  się  ku  innemu.  W  pierwszym  rzędzie  byłby  jednak  wściekły,  Ŝe  nie 

waha się igrać z jego uczuciami. A Ted wydaje się bardzo dumny. 

Uśmiechnęła się do niego. 

-  Jestem ci wdzięczna, Ŝe mi to wytłumaczyłeś. Masz rację, ten spacer wymyśliłam w 

określonym celu. Tak mi przykro... Wybacz, proszę... 

-   Tu  nie  ma  nic  do  wybaczenia.  Tak  czy  tak  jest  to  dla  mnie  czymś  w  rodzaju 

wyróŜnienia, Ŝe to właśnie mnie wybrałaś do rozegrania tej małej gierki. 

Abby zatrzymała samochód przed domem Marthy, po czym impulsywnie pocałowała 

Alexa w policzek. 

-  A czymŜe to sobie na to zasłuŜyłem? - spytał zdziwiony. 

-  Tym, Ŝe zachowałeś się wobec mnie tak uczciwie i po przyjacielsku, gdy tymczasem 

ja... 

-   PrzecieŜ  to  zrozumiałe.  Ty  po  prostu  budzisz w  męŜczyźnie  potrzebę  opiekowania 

się  tobą,  chęć  niesienia  ci  pomocy.  Nie  wiedziałaś  o  tym?  Tedowi  moŜna  naprawdę 

pogratulować. Musi być w nim coś szczególnego, skoro taka dziewczyna jak ty cierpi z jego 

powodu. Powinien się uwaŜać za szczęściarza. 

background image

Zanim wszedł do domu, jeszcze raz jej pomachał. Abby właśnie nawracała samochód, 

gdy jeszcze raz podbiegł do niej, dając znaki, by zaczekała. 

-   Dobrze,  Ŝe  jeszcze  nie  pojechałaś.  Chciałem  ci  tylko  szybko  powiedzieć,  Ŝe  Karen 

musiała dawno wrócić, skoro zdąŜyła juŜ nakręcić włosy na wałki. 

-  Alex, jesteś prawdziwym skarbem! - uśmiechnęła się z ulgą. - Jeździsz moŜe konno? 

Nie,  nie  obawiaj  się,  nie  mam  Ŝadnych  ukrytych  myśli.  Gdybyś  miał  ochotę,  mógłbyś 

poŜyczyć  konia  od  pani  Wilkins  i  jutro  o  siódmej  rano  wyruszyć  ze  mną  na  przejaŜdŜkę. 

Naprawdę cieszyłabym się, gdybyś zechciał mi towarzyszyć. 

-  Jeśli tak, to chętnie z tobą pojadę - zapewnił Alex promieniejąc radością. 

Po drodze do „Oazy Spokoju” czuła się juŜ zdecydowanie lepiej. Miała uczucie, Ŝe w 

Alexie  znalazła  prawdziwego  przyjaciela.  Na  tę  poranną  przejaŜdŜkę  zaprosiła  go  całkiem 

szczerze  i  juŜ  się  na  nią  cieszyła.  Przynajmniej  na  chwilę  będzie  mogła  zapomnieć  o 

dręczącym  ją  chaosie  uczuć,  poczuje  się  wesoła  i  uwolniona  od  nich.  Chciała  pokazać 

Alexowi tyle rzeczy, okolicę i pobliskie farmy. Przede wszystkim powinna go zainteresować 

farma, gdzie tytułem próby prowadzono uprawę tarasową. Abby juŜ od dawna zamierzała ją 

odwiedzić, ale jak do tej pory nie znalazła na to czasu. 

Właśnie  w  ten  sposób  chciała  ułoŜyć  sobie  Ŝycie.  Praca,  odrobina  rozrywki  i  dobry 

przyjaciel, z którym łączą jedynie zainteresowania, nic więcej. 

W  ostatnim  czasie  zapędziła  się  w  ślepą  uliczkę,  ale  ostatecznie  nie  było  przecieŜ  za 

późno, aby wszystko zacząć od nowa, dokładnie tak, jak to sobie wcześniej zaplanowała. Od 

tej  pory  nie  pozwoli  juŜ  na  to,  aby  ktokolwiek  pokrzyŜował  jej  plany  i  zachwiał  uczuciową 

równowagą. 

Kiedy siedziała z Alexem w samochodzie, czuła się zgnębiona i rozbita, teraz wszakŜe 

patrzyła juŜ na świat innymi oczyma. 

Po powrocie udało jej się prędko przygotować do snu i paść na łóŜko, nie poświęcając 

nawet  jednej  jedynej  myśli  Tedowi.  Wcześniej  nastawiła  budzik  na  szóstą.  W  ten  sposób 

będzie  miała  czas  wziąć  prysznic,  zjeść  śniadanie,  nakarmić  Malinkę  i  przygotować  ją  do 

drogi. 

Tej  nocy  spała  nadspodziewanie  dobrze  i  czuła  się  bardziej  pewna  siebie  niŜ 

poprzedniego dnia. 

Alex  juŜ  na  nią  czekał.  TuŜ  obok,  uwiązany  do  parkanu,  skubał  trawę  koń.  W 

zielonych, gabardynowych spodniach, sztruksowej bluzie i chustce zawiązanej pod szyją Alex 

wyglądał jak wytworny ziemianin, nie mogła więc nie uśmiechnąć się na jego widok. Miał w 

sobie coś, co decydowało o nienagannym, poprawnym wyglądzie, a przecieŜ nie było w nim 

background image

sztywności  właściwej  jego  koledze  czy  profesorowi.  Gdyby  w  miejsce  Alexa  czekał  na  nią 

Ted,  z  pewnością  siedziałby  teraz  w  znoszonych  dŜinsach  i  kraciastej  koszuli  na  poręczy 

werandy  wymachując  nogami,  Alex  zaś  stał  w  nienagannej  postawie,  chłodny  i  z  rezerwą,  i 

tylko  sposób,  w  jaki  uderzał  się  po  łydce  trzymanymi  w  ręku  okularami  słonecznymi, 

zdradzał, jak niecierpliwie na nią czeka. 

Doszła  do  wniosku,  Ŝe  pod  tym  względem  jest  do  niej  podobny.  Za  tym  chłodnym 

opanowaniem  kryły  się  z  pewnością  te  same  uczucia,  które  Ted  wyraŜał  całkiem  otwarcie. 

Alex lepiej potrafił się kontrolować. To czyniło go w jej oczach jeszcze sympatyczniejszym. 

Naprawdę była zadowolona, Ŝe spędzi z nim ten poranek. 

Na  widok  Abby  twarz  Alexa  rozjaśniła  się,  nie  zarzucił  jednak  przy  tym 

powściągliwego  sposobu  bycia.  Z  tym  swoim  nieco  staroświeckim  zachowaniem  był 

dŜentelmenem w kaŜdym calu. Tak bardzo róŜnił się od Teda, Ŝe tym łatwiej przyszło jej na 

chwilę zapomnieć o tamtym. 

-  PrzejaŜdŜka z tak ładną amazonką to prawdziwa przyjemność - zauwaŜył wsiadając 

na konia. - Prawdziwy szczęściarz ze mnie. 

-   Alex,  byłeś  wczoraj  wieczór  taki  miły  dla  mnie  -  zaczęła  rozpromieniona.  -  Poza 

tym, jak widzę, umiesz obchodzić się z końmi, a to budzi we mnie jeszcze większą sympatię 

dla ciebie. Myślę, Ŝe my dwoje będziemy się doskonale rozumieć. 

Odwzajemnił jej uśmiech. 

-   Twoja  Malinka  to  naprawdę  ideał  konia  -  rzekł  z  uznaniem.  -  I  tak  dobrze 

utrzymana. Od razu widać, Ŝe pielęgnujesz ją z prawdziwym oddaniem. To naprawdę smutne, 

jak  niektórzy  traktują  te  szlachetne  zwierzęta,  widząc  w  nich  tylko  lokatę  kapitału.  Z 

pewnością lepiej by się chowały, gdyby odnoszono się do nich z odrobiną uczucia. 

-   Zaskakujesz  mnie  -  zauwaŜyła  uradowana.  -  Sądziłam,  Ŝe  sprawy  hodowli 

rozpatrujesz zwykle tylko od strony naukowej. Wiesz juŜ, co mam na myśli. 

Spojrzał na nią pytająco. 

-  Nie, obawiam się, nie. 

-  Chciałam przez to powiedzieć, Ŝe warunki, w jakich trzymane są konie, i specjalnie 

dobrany pokarm uwaŜasz za istotniejsze niŜ odnoszenie się do nich z miłością. 

-  Nie jesteś daleka od prawdy - przyznał się Alex - bo kiedyś naprawdę tak myślałem. 

Wzruszałem  ramionami,  gdy  starsi  mówili,  Ŝe  odpowiednim  podejściem  i  cierpliwością 

moŜna  osiągnąć  więcej.  Ale  gdy  wczoraj  rozmawiałem  o  tym  z  Tedem,  trafiło  mi  do 

przekonania  jego  zdanie  w  tej  kwestii,  więcej,  uznałem  je  za  naprawdę  rozsądne.  Prawdę 

mówiąc, nie widziałem jeszcze jego zwierząt. Czy nie mówiłaś, Ŝe będziemy przejeŜdŜać koło 

background image

jego farmy? 

-  Tak. 

Wysunęła  się  naprzód  i  dojechawszy  do  rozwidlenia  dróg  wybrała  ścieŜkę,  która 

wiodła  obok  farmy  Teda  do  miejsca  na  wzniesieniu,  skąd  rozciągał  się  widok  na  plantację 

tarasową, będącą tego dnia ich celem. 

Właściwie  zamierzała  przejechać  obok  farmy  Teda  tak  szybko,  jak  to  moŜliwe,  nie 

rozwodząc  się  zbytnio  nad  „Drugą  Nadzieją”.  Ostatecznie  jednak  doszła  do  wniosku,  Ŝe 

wyglądałoby to śmiesznie, gdyby nie zatrzymali się tam bodaj na krótko. 

-  Jeśli chcesz, moŜemy zobaczyć, czy Ted jest w domu, i złoŜyć mu krótką wizytę - 

zaproponowała wiedząc, Ŝe nie da się tego uniknąć. 

Po  drodze  pokazywała  mu  róŜne  farmy,  wyjaśniając,  w  czym  kaŜda  z  nich  się 

specjalizuje oraz jakie stosuje metody. 

Wszystko  przebiegało  tak,  jak  Abby  sobie  Ŝyczyła,  ale  gdy  za  zakrętem  ukazała  się 

„Druga Nadzieja”, zdjął ją nerwowy niepokój. Nie mogła skoncentrować się na tym, co Alex 

do niej mówi, i dawała nie mające związku z rozmową odpowiedzi. 

-   JeŜeli  nie  zatrzymamy  się  zbyt  długo  na  farmie  Teda,  to  znaczy...  hm,  myślę,  Ŝe 

powinniśmy  się  raczej  pospieszyć,  aby  starczyło  nam  czasu  na  obejrzenie  farmy  tarasowej, 

skoro mamy wrócić na lunch. MoŜemy przywiązać konie i wbiec na górę do Framptonow, to 

właściciele. Właściwie powinniśmy byli wcześniej zadzwonić... trochę głupio, ale pójdziemy 

tam... I... tak, powinniśmy teŜ... 

-   Abby,  co  się  z  tobą  dzieje?  -  potrząsnął  głową  Alex.  -  Tak  ściągnęłaś  wodze,  Ŝe 

mało  brakowało,  a  Malinka  wpadłaby  w  wykrot.  Na  szczęście  stąpa  pewnie,  bo  inaczej 

leŜałabyś teraz w trawie. Poza tym jesteś blada jak ściana. Źle się czujesz? 

Abby  rzeczywiście  nie  dojrzała  wykrotu  na  drodze,  bo  jak  zahipnotyzowana 

wpatrywała się w farmę Teda, gdzie o bielejący z daleka drewniany parkan opierały się obok 

siebie dwie postacie. Mniejsza z nich, z włosami uczesanymi w kucyki, w opiętych dŜinsach, 

to była Karen. Powyginany kapelusz kowbojski Teda moŜna było poznać nawet z odległości 

mili. 

Dałaby teraz wszystko, aby po prostu zawrócić Malinkę i umknąć z tego miejsca, ale 

jej duma na to nie pozwoliła, choć Alex prawdopodobnie by to zrozumiał. 

Jego  wzrok  powędrował  od  jej  nagle  pobladłej  twarzy  do  przekomarzającej  się  przy 

płocie pary. 

-   Wiem,  co  się  z  tobą  dzieje,  Abby  -  szepnął  współczująco,  pojąwszy,  co  ją  tak 

wyprowadziło z równowagi - ale choćby dla pozoru musimy zamienić z nimi parę słów. JuŜ 

background image

nas przecieŜ zobaczyli. 

-  No i co z tego? - Ŝachnęła się podenerwowana, ale zaraz odzyskała panowanie nad 

sobą. - Wybacz, Alex. Masz zupełną rację. Chodź, przywitamy się z nimi. 

Alex pomógł jej zsiąść z konia, a kiedy szli w górę dróŜką do miejsca, gdzie stali Ted i 

Karen, Abby ujęła bezwiednie Alexa za rękę. Był to niewinny przyjacielski gest, któremu nie 

towarzyszyły Ŝadne ukryte myśli. 

Ted miał najwyraźniej inne zdanie na ten temat, mówiły to jego oczy, lecz Abby tego 

nie  zauwaŜyła.  Nie  odrywała  oczu  od  Karen,  która  przyglądała  jej  się  z  dziwnym  wyrazem 

twarzy. Wyglądało to tak, jakby dziewczyna wiedziała, Ŝe Ted interesuje się Abby, i oceniała 

swoje szanse u niego. 

Ted  podniósł  głowę  znad  prospektu,  który  właśnie  pokazywał  Karen,  i  pozdrowił 

nadchodzących.  Abby  uśmiechnęła  się  do  niego  uprzejmie,  jak  gdyby  między  nimi  nic  nie 

było,  nie  doszło  do  Ŝadnej  sprzeczki,  ot,  po  prostu  sąsiedzi,  spotykający  się  na  krótką 

pogawędkę. 

-  Halo Abby, jak miło cię widzieć - zawołała udając radość Karen. - Nie wiedziałam, 

Ŝ

e dziewczęta z wielkich miast wstają tak wcześnie. 

-   Nie  masz  pojęcia,  do  czego  my,  wielkomiejskie  dziewczyny,  jeszcze  jesteśmy 

zdolne,  moja  kochana  -  odparowała  Abby,  po  czym  odwróciła  się  do  niej  plecami.  -  Co  z 

cielęciem,  Ted?  Alex  i  ja  chętnie  byśmy  je  zobaczyli,  jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu. 

Interesują mnie równieŜ nowe odmiany zboŜa, z którymi eksperymentujesz. 

-   A  czego  niby  miałbym  mieć  coś  przeciwko  temu?  Alex,  chyba  ci  opowiadałem 

wczoraj o eksperymencie w szklarni. 

-  Tak, wspomniałeś o tym, a Abby wyjaśniła mi, na czym rzecz polega. MoŜna w ten 

sposób  oszczędzić  czas  i  pieniądze.  Ja  sam  mam  ochotę  podjąć  podobne  próby,  ale  jak 

mówiła  Abby,  potrzebne  są  do  tego  specjalne  lampy,  niestety  nie  do  dostania  u  nas  w 

Szwecji. 

-  śaden problem, przecieŜ moŜemy ci je posłać, prawda. Ted? - rzuciła spontanicznie. 

W mgnieniu oka zagłębili się w fachowej rozmowie. Na Karen nikt nie zwracał uwagi. 

Dziewczyna stała niezdecydowana, co ma robić, i ze zdenerwowania wykręcała sobie palce u 

rąk.  Chrząknęła  nawet  kilkakrotnie,  w  nadziei,  Ŝe  ktoś  sobie  o  niej  przypomni,  ale  to  nie 

odniosło skutku. 

Po  chwili  poddała  się.  Nie  mogła  konkurować  z  tymi  zapaleńcami,  wzruszyła  więc 

tylko ramionami i wskoczyła na rower. 

-  Ciocia Martha z pewnością juŜ się o mnie niepokoi - krzyknęła głośno, jak gdyby to 

background image

było  konieczne.  -  Spała  jeszcze,  kiedy  wyjeŜdŜałam,  więc  będzie  lepiej,  gdy  jak  najszybciej 

wrócę. 

Ted  musnął  ją  w  policzek  na  poŜegnanie,  Alex  skinął  jej  tylko  przelotnie  głową,  a 

Abby udawała, Ŝe jej nie dostrzega. Przez cały czas miała nadzieję, Ŝe dziewczyna w końcu 

zrezygnuje i odejdzie, i dopiero teraz, kiedy to się naprawdę stało, nieco się rozluźniła. 

Ted  spoglądał  w  milczeniu  na  Abby,  a  udręczony  wyraz  jego  oczu,  którego  nie 

potrafił  dłuŜej  skrywać,  peszył  ją  i  zbijał  z  tropu.  Choć  nie  powiedział  słowa,  wydawał  się 

prosić  o  wyjaśnienie.  Musiała  się  odwrócić  do  Alexa  i  zagadnąć  go  o  coś,  bo  inaczej  z 

pewnością wybuchnęłaby łzami. 

Szczerze mówiąc, Alex teŜ czuł się nieswojo, w przeciwieństwie jednak do Karen nie 

mógł tak po prostu zniknąć. Musiał więc spróbować jakoś wyjść z sytuacji. 

-  Właśnie jedziemy obejrzeć farmę tarasową - powiedział dlatego do Teda. 

-  Ach tak - mruknął od niechcenia Ted wpatrując się w plecy Abby. 

-   Pojedziesz  z  nami?  -  zaproponował  Alex.  -  Potem  moglibyśmy  zjeść  lunch  w 

tutejszym klubie, a moŜe nawet i trochę popływać. 

Ted  rzucił  szybkie  spojrzenie  na  Abby,  aby  się  przekonać,  czy  i  ona  go  zaprasza  na 

wspólną  przejaŜdŜkę,  ale  Ŝe  nie  powiedziała  słowa,  uśmiechając  się  tylko  beznamiętnie 

odmówił. 

-  Szkoda, Ŝe ta propozycja nie miała miejsca parę minut wcześniej - dodał chłodno. - 

Karen z pewnością by chętnie z wami pojechała. 

Abby drgnęła, co nie uszło uwagi Alexa. 

-  Myślę, Ŝe Martha nie byłaby zachwycona, gdybyśmy zabrali jej siostrzenicę na cały 

dzień - rzekła sztywno. 

-   To  prawda.  Zresztą  Karen  tak  czy  tak  mnie  prosiła,  abym  towarzyszył  jej  dziś 

wieczorem,  poniewaŜ  chce  odwiedzić  przyjaciół,  których  poznała  ubiegłego  lata  -  oznajmił 

spokojnie Ted. - Dlatego przynajmniej w ciągu dnia powinna być z ciotką. 

-  Wygląda na to, Ŝe masz przed sobą ekscytującą noc - rzuciła drwiąco Abby - zatem 

lepiej  będzie,  jeśli  teraz  trochę  wypoczniesz.  Takie  wyrośnięte  dzieci  potrafią  umęczyć 

człowieka. 

-   A  szczególnie  takie  ładne  stworzenie  jak  Karen.  Ma  szalony  temperament  i 

dosłownie tryska szalonymi pomysłami. JuŜ się cieszę na ten wieczór. 

-   Ja  natomiast  nie  miałbym  na  coś  takiego  ochoty  -  wmieszał  się  co  prędzej  Alex 

próbując  ratować  sytuację.  Doskonale  wiedział,  jak  bardzo  te  słowa  zraniły  Abby.  -  Wolę 

rozejrzeć się po okolicy, potem przekąsić coś siedząc pod drzewem na trawie. W takim razie 

background image

nie jedziesz z nami, Ted? 

Było  to  raczej  stwierdzenie  niŜ  pytanie.  Alex  specjalnie  tak  je  sformułował,  aby  Ted 

nie miał wyboru. Czuł, Ŝe nie byłoby dobrze, gdyby Ted wybrał się z nimi. 

-   Nie,  dziękuję  -  brzmiała  zwięzła  odpowiedź.  -  Co  prawda  nie  będę  wypoczywał, 

mam jeszcze wiele do zrobienia przed wieczorem. Poza tym trójka to niewygodna liczba. 

-   Gdyby  Karen  została,  nie  namyślając  się  pojechałbyś  z  nami  -  zauwaŜyła  cierpko 

Abby. 

Nie czekając na odpowiedź wspięła się na płot i wskoczyła na grzbiet Malinki. Ted i 

Alex popatrzyli na siebie bez słowa, dziwiąc się w duchu, co jej się nagle stało. 

Abby  zdąŜyła  jeszcze  usłyszeć,  jak  Alex  mamrocze  jakieś  słowa  przypominające 

przeprosiny. Gdyby co prędzej nie podbiegł do niej, puściłaby się galopem ze wzgórza. 

Ś

ciągnęła wodze, lecz w tym momencie poczuła jego rękę na swej nodze. 

-   Tylko  Ŝadnych  łez,  Abby,  bo  inaczej  i  ja  się  rozpłaczę  -  zaŜartował.  -  I  jak  bym 

wtedy wyglądał przed Tedem? 

Zagryzła  wargi,  aby  się  nie  rozszlochać.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu  i  spłynęły  po 

policzkach, nie odwaŜyła się wszakŜe ich otrzeć, gdyŜ Ted mógłby to zauwaŜyć. 

-  Nie ma obawy, nie zrobię sceny - rzuciła zdławionym głosem. 

-   Mam  nadzieję.  W  końcu  mamy  określone  plany  na  dzisiejszy  dzień,  nie  mówiąc  o 

tym, Ŝe chciałbym go przyjemnie spędzić. W Ameryce będę krótko i mam zamiar spędzić ten 

czas z tobą, jeśli na to pozwolisz, ale proszę, nie psuj mi go. Szwedzkie Ministerstwo Spraw 

Zagranicznych, które dało mi stypendium, nigdy by się na to nie zgodziło. 

Abby udało się uśmiechnąć. 

-   Skoro  tak,  to  naturalnie  nie  mogę  z  powodu  takiej  drobnostki  naraŜać  na  szwank 

stosunków zagranicznych. 

Jej głos zdradzał jeszcze udrękę, ale przynajmniej odzyskała panowanie nad sobą. 

-   Jedźmy  -  powiedziała  do  Alexa.  -  Musimy  się  teraz  pospieszyć,  jeśli  mamy 

zrealizować wszystko, co sobie na dziś zaplanowaliśmy. 

Odjechali  roześmiani.  Zmiana  nastroju  Abby,  od  wściekłości  i  łez  aŜ  do  nie 

najgorszego  humoru  w  końcu,  była  tak  szybka  i  niespodziewana,  Ŝe  Ted,  stojący  ciągle 

jeszcze  przy  płocie,  w  ogóle  nie  pojął,  co  naprawdę  się  stało.  Słyszał  tylko  śmiech  Abby, 

odniósł więc wraŜenie, Ŝe są z Alexem szczęśliwi. 

W rzeczywistości Abby czuła się podle. Ted nie miał bladego pojęcia, jak bardzo się 

dręczy i Ŝe jej myśli i czucia są przy nim. 

Do diabła z tym człowiekiem, zaklęła w skrytości ducha. Ale i to jej nie pomogło. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

Zaskakujące,  Ŝe  mimo  wszystko  był  to  miły  dzień.  Abby  męŜnie  zwalczyła  uczucie 

gniewu i całą swą energię wykorzystała na to, aby się rozerwać najlepiej jak moŜna. 

Zgodnie  z  oczekiwaniami  Alex  okazał  się  wyjątkowo  miłym  kompanem.  Bardzo  go 

zainteresował nietypowy sposób uprawy na farmie tarasowej i stawiał całe mnóstwo pytań. 

Gdyby Abby  była w lepszym nastroju, pewnie by  to wszystko bardziej ją obeszło, w 

tej sytuacji wszakŜe chodziło jej tylko o to, aby spędzić wolny od trosk dzień. 

Alex niezbyt znał się na nurkowaniu, za to okazał się doskonałym pływakiem i załoŜył 

się z Abby o to, kto prędzej przepłynie aŜ cztery długości basenu przy wiejskim klubie. 

Próbowała wyładować swoją nadmierną energię na trampolinie, a jej skoki do wody i 

nurkowanie  były  więcej  niŜ  odwaŜne.  W  normalnych  okolicznościach  nie  zachowałaby  się 

tak lekkomyślnie. 

Lunch zjedli nad brzegiem basenu, a potem opowiadali sobie historie z dzieciństwa, aŜ 

wreszcie  nadszedł  czas  powrotu.  Mieli  się  przebrać,  po  czym  jechać  do  miasta,  gdzie  po 

obejrzeniu  ciekawszych  miejsc  wybierali  się  na  tańce.  To  była  propozycja  Abby,  a  Alex 

przystał na to z ochotą. 

Wrócili  o  drugiej  nad  ranem.  Oczywiście  plan  zajęć  Abby  na  następny  dzień  musiał 

zostać  skorygowany,  najwaŜniejsze  dla  niej  jednak  było  to,  Ŝe  jej  Ŝycie  jakby  wróciło  do 

normy. 

Musiała się przyznać sama przed sobą, Ŝe w towarzystwie Alexa czuje się doskonale. 

Dlaczego  więc  nie  miałaby  mu  poświęcić  trochę  czasu,  nawet  gdyby  część  pracy  musiała 

przez to poczekać? 

Przemknęło jej przez głowę, Ŝe Ted i Karen teŜ pewnie miło spędzili wieczór, ale co 

prędzej  przegnała  tę  myśl.  Ona  i  Alex  wiele  zaplanowali  na  najbliŜsze  tygodnie,  zdąŜyli  się 

teŜ umówić na spotkania ze znajomymi. Musiała się zatem szybciej niŜ zwykle uporać z pracą 

i  nie  w  głowie  jej  były  smutne  rozmyślania.  Ostatecznie  przecieŜ  miała  Malinkę,  ogród,  a 

takŜe program badawczy, który przywiozła ze sobą z Deerfield i nad którym chciała pracować 

przez lato. 

Była więc tak zajęta, Ŝe nie miała czasu myśleć o Tedzie i tylko wtedy, gdy zobaczyła 

z  daleka  powyginany  kowbojski  kapelusz  albo  ktoś  wymówił  w  jej  obecności  jego  imię, 

czuła,  Ŝe  coś  ją  ściska  w  gardle.  Był  to  jedyny  odruch  celowo  usuwanego  w  niepamięć 

uczucia,  na  jaki  sobie  pozwalała.  Tak  przynajmniej  to  sobie  tłumaczyła,  choć  w  gruncie 

background image

rzeczy nie miała nań Ŝadnego wpływu. 

Dni lata mijały, a Abby coraz bardziej dochodziła do przekonania, Ŝe owa narzucona 

sobie  samej  dyscyplina  funkcjonuje  doskonale  i  Ŝe  tym  samym  raz  na  zawsze  zostało 

zaŜegnane niebezpieczeństwo, iŜ jej uczucia dla Teda mogłyby wybuchnąć na nowo. 

Po  lipcu  pozostało  tylko  wspomnienie,  nadszedł  sierpień,  lecz  Abby  nie  zdołała 

jeszcze  uruchomić  młyna.  Zresztą  nadszedł  czas  zbiorów,  a  z  nim  pora  sporządzania 

kompotów  i  marynat,  a  takŜe  smaŜenia  konfitur.  Od  czasu  do  czasu  jeździła  z  Alexem  do 

Deerfield i innych okolicznych miasteczek, aby się nieco zabawić i w ten sposób odpocząć od 

szarzyzny codziennego dnia. 

Niekiedy  spotykała  Teda,  ale  najczęściej  byli  obydwoje  w  towarzystwie.  Wyglądało 

na to, Ŝe nie najlepiej układa mu się z Karen, gdy tymczasem między nią i Alexem panowała 

absolutna  harmonia.  W  kaŜdym  razie  Ted  nie  dawał  nic  poznać  po  sobie,  choć  kilka  razy 

Abby udało się pochwycić jego dziwnie udręczone spojrzenie. 

Kiedy  pani  Wilkins  chciała  znowu  wszystkich  zaprosić  na  obiad,  Abby  uprzejmie 

odmówiła, zasłaniając się jakąś nie cierpiącą zwłoki sprawą. Później dowiedziała się, Ŝe i Ted 

wykręcił się od zaproszenia. 

Mimo to, kiedy usłyszał, Ŝe Abby chce wreszcie naprawić napęd i uruchomić młyn, z 

czym  nosiła  się  od  dawna,  od  razu  zaoferował  swą  pomoc,  a  Ŝe  z  niej  nie  skorzystała, 

ograniczył się do udzielenia Alexowi paru rad w tym względzie, po czym dowiadywał się od 

niego lub od pani Wilkins, jak postępują prace. 

Abby  i  Alexa  łączyła  wspólna  praca  i  te  same  zainteresowania.  KaŜdego  ranka 

wyjeŜdŜali konno, przy okazji odwiedzali kogoś z sąsiedztwa, a potem zabierali się do pracy. 

Zwykle w pierwszym rzędzie szli do małej szklarni, którą wznieśli z tego, co mieli pod ręką, 

na  lekkim  południowym  skłonie  za  stajnią,  i  tam  przeprowadzali  róŜne  eksperymenty. 

Późnym popołudniem zabierali się do pracy nad uruchomieniem młyna. 

Spędzany wspólnie czas sprzyjał lepszemu poznaniu się, lecz nie rozwinęło się z tego 

nic  więcej  poza  autentyczną  przyjaźnią.  Nie  mogło  być  o  tym  mowy,  bo  cień  Teda 

prześladował  ją  wszędzie.  Gdy  nie  rozmawiali  z  Alexem  o  pracy  czy  swych 

zainteresowaniach, rozmowa od razu schodziła na niego. 

Któregoś dnia czyścili olbrzymie młyńskie koło. 

-  Naprawdę mnie dziwi, Ŝe dziewczyna twojego pokroju zakochała się bez pamięci w 

takim męŜczyźnie jak Ted - wybuchnął raptem, nie zastanawiając się, co mówi. 

~\ 

Abby z miejsca zajęła pozycję obronną, sama nie wiedząc dlaczego. 

background image

-  Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała ostroŜnie podnosząc głowę. 

-   W  kaŜdym  razie  nic  złego.  Jest  inteligentny,  ujmujący,  przy  tym  traktuje  swoje 

zajęcie powaŜnie. Ale on nie jest taki chłodny i opanowany jak ty. Ty na pierwszym miejscu 

stawiasz  pracę,  co  nieraz  mogłem  stwierdzić,  od  kiedy  jesteśmy  razem.  Zresztą  takie 

nastawienie  mi  się  podoba,  sam  taki  jestem,  choć  i  ja  od  czasu  do  czasu  pragnę  jakiejś 

rozrywki,  a  gdy  się  nadarza  okazja,  nie  Stronię  od  niej.  UwaŜam,  Ŝe  ty  i  Ted  bardzo  się 

róŜnicie  pod  względem  emocjonalnym.  Nigdy  bym  nie  uwierzył,  Ŝe  uczucia  potrafią 

wyprowadzić  cię  z  równowagi,  a  w  kaŜdym  razie  pokrzyŜować  twe  plany.  Niekiedy  wręcz 

odnoszę wraŜenie, Ŝe takie rzeczy cię nie wzruszają. 

Abby nie umiała na to odpowiedzieć. Kiedyś myślała równie trzeźwo i rozsądnie jak 

Alex.  Teraz  jednak  niczego  bardziej  nie  pragnęła,  jak  pozbyć  się  owych  narzuconych  przez 

samą  siebie  ograniczeń  i  kochać  Teda,  tak  jak  na  to  zasługuje,  ale  nawet  przed  samą  sobą 

wzdragała się do tego przyznać. 

Alex uwaŜnie studiował jej twarz, usiłując rozeznać, jaki wpływ wywarły na nią jego 

słowa. Kiedy zauwaŜył, Ŝe najwyraźniej rozwaŜa je w myślach, zadał następne pchnięcie. 

-   Zastanawiasz  się  nad  tym,  jak  to  się  stało,  Ŝe  ty,  taka,  rozsądna,  uwikłałaś  się  na 

dobre? 

-   Nie,  to  nie  jest  tak,  jak  myślisz.  Stanęło  mi  tylko  przed  oczami  nasze  pierwsze 

spotkanie.  Na  początku  wszystko  było  takie  cudownie  nieskomplikowane.  Ted  mi  pomagał 

zaaklimatyzować  się  w  nowym  środowisku,  a  przy  tym  nieco  zmienić  moje  trzeźwe 

nastawienie do Ŝycia. Zrozumieliśmy się od razu. Obawiam się, Ŝe to bardziej moja wina niŜ 

jego,  Ŝe  to  wszystko  tak  wyszło.  Ted  przez  cały  czas  prowadził  uczciwą  grę  i  zawsze  był 

wobec mnie szczery. 

-  W tym być moŜe leŜy problem - wyraził swe przypuszczenie Alex. - Po tym, jak był 

dla  ciebie  miły  i  otwarcie  zabiegał  o  twe  względy,  doszłaś  do  wniosku,  Ŝe  jesteś  mu  winna 

miłość. ZałoŜę się, Ŝe tak właśnie było. 

Odetchnęła  cięŜko,  próbując  stłumić  łkanie.  Zanosiło  się  na  to,  Ŝe  Alex  za  wszelką 

cenę  będzie  próbował  wydrzeć  jej  prawdę.  Czuła,  Ŝe  będzie  to  dla  niej  bolesne,  wiedziała 

jednak, Ŝe jest winna przyjacielowi szczerość. NajwaŜniejsze jednak, Ŝe nie mogła dopuścić, 

aby  Alex  widział  Teda  w  fałszywym  świetle  i  sądził,  Ŝe  Ted  nie  jest  godzien  jej  miłości. 

Nawet jeśli Ted nigdy się nie dowie, z jakim przekonaniem ona go broniła, zrobi to. Nikomu 

nie wolno myśleć, Ŝe nie jest dla niej wystarczająco dobry. 

-  Nic nie rozumiesz, Alex - oświadczyła z naciskiem. - Gdybym kiedyś zdecydowała 

się załoŜyć rodzinę, tylko Ted wchodziłby w grę. Cudownie się uzupełniamy, a ja staram się 

background image

respektować  jego  stanowisko  w  kwestiach,  w  których  się  róŜnimy.  Problem  w  tym,  Ŝe  ja 

jeszcze nie jestem na tym etapie, aby dzielić Ŝycie z męŜczyzną, nie mówiąc o dzieciach. Ted 

natomiast  wydaje  się  myśleć  odwrotnie.  To  wszystko  sprawa  nieodpowiedniego  momentu, 

nic innego. Za parę lat ta cała historia mogłaby wyglądać inaczej. 

Alex obrzucił ją pełnym zwątpienia spojrzeniem. 

-   Jeśli  taka  wersja  ci  odpowiada,  to  przy  niej  pozostań.  Pozwól  jednak  sobie 

powiedzieć, jak ja to widzę: niezaleŜność i kariera to wszystko, co się dla ciebie liczy. 

-   Owszem,  nie  wypieram  się,  Ŝe  to  dla  mnie  waŜne,  ale  stopniowo  zaczynam 

pojmować,  Ŝe  jest  jeszcze  coś  więcej.  Teda  nastawienie  do  Ŝycia  jest  równie  słuszne  jak  i 

moje. KaŜdą rzecz naleŜy rozpatrywać z dwóch stron. 

Alex przyglądał jej się nieufnie, a jego twarz sposępniała. 

-   Gdybym  nie  znał  sytuacji,  powiedziałbym,  Ŝe  jesteś  w  nim  beznadziejnie 

zakochana. 

Przekładała  z  ręki  do  ręki  trzymany  przez  siebie  przedmiot  szukając  gorączkowo 

odpowiednich  słów.  Alex  jednak  juŜ  jej  nie  słuchał,  lecz  wrócił  do  pracy  i  czyścił  teraz 

kamień młyński z jeszcze większym zapamiętaniem niŜ przedtem. 

Abby  zdołała  po  chwili  równieŜ  wziąć  się  w  garść.  Pracowali  w  milczeniu  obok 

siebie, a kaŜde było zajęte przy tym własnymi myślami, lecz nie dzieliło się nimi, w obawie, 

Ŝ

eby tego drugiego nie zranić. 

Abby  pierwsza  przerwała  milczenie,  wybuchając  naraz  śmiechem  i  dając  Alexowi 

przyjacielskiego kuksańca w bok. 

-   Kiedy  się  ciebie  słucha,  moŜna  dojść  do  wniosku,  Ŝe  cierpię  na  nieuleczalną 

chorobę.  UwaŜaj,  Alex,  bo  mogę  ciebie  zarazić.  Ostatecznie  jest  tu  jeszcze  w  pobliŜu  mała 

Karen. Siedzi u Marthy i tylko czeka na to, aby któryś z was się nią zajął. 

Alex chętnie podjął jej lekki ton. 

-  Szkoda tylko, Ŝe ona wydaje się interesować wyłącznie Tedem. To naprawdę ładna 

dziewczyna i myślę, Ŝe za jej roztrzepaniem kryje się powaŜnie myślący człowiek. W kaŜdym 

razie uwaŜam, Ŝe jest czarująca, nie wiem tylko, jak ją poderwać. 

-   CzyŜ  nie  przepowiedziałam  ci  tego?  -  uśmiechnęła  się  Abby.  -  Zdradzasz  juŜ 

pierwsze objawy. 

-   Moja  kochana,  mam  coś  lepszego  do  roboty  -  oświadczył  Ŝartobliwie.  -  Obawiam 

się,  Ŝe  nie  wywierasz  na  mnie  korzystnego  wpływu.  Jeśli  będę  się  z  tobą  dłuŜej  zadawał, 

wkrótce całkowicie mnie odmienisz. 

-  To będzie tylko z korzyścią dla siebie - przekomarzała się z nim. 

background image

-   JeŜeli  juŜ  jesteśmy  przy  temacie,  powiedz,  czy  nie  moglibyśmy  choć  przez  minutę 

zachować powagi? 

-  A musimy? - naraz poczuła się nieswojo. 

-   Boję  się,  Ŝe  tak.  MoŜe  nie  jesteś  tego  świadoma,  ale  ten  Ŝartobliwy  nastrój,  jaki 

narzuciłaś, zdradza więcej w kwestii twych uczuć dla Teda, niŜbyś chciała. Odpowiedz, tylko 

powaŜnie, na moje powaŜne pytanie: jak się teraz zachowasz? 

Abby wpatrywała się w niego nie rozumiejąc. Raptem zaczęło narastać w niej coś, co 

przypominało strach.  Zadała sobie tyle trudu, aby  ukryć swe prawdziwe  uczucia dla Teda,  a 

tymczasem... 

-   Nie  wiem,  Alex,  naprawdę  nie  wiem,  co  mam  robić,  lecz  przynajmniej  jestem  juŜ 

ś

wiadoma, Ŝe ta historia miłosna jest dla mnie waŜna, waŜniejsza niŜ praca. 

-   To  naprawdę  dziwne,  Ŝe  uczucie  do  męŜczyzny  potrafiły  ciebie,  świadomą  celu  i 

odnoszącą  sukcesy  kobietę  postawić  przed  takim  dylematem.  W  takim  razie  musisz 

rzeczywiście  coś  przedsięwziąć  i  zrobić  w  swym  Ŝyciu  miejsce  miłości,  jeŜeli  nie  umiesz 

wygnać jej z serca. A moŜe uwaŜasz się za superkobietę, która i coś takiego potrafi, jeśli da 

się jej trochę czasu? 

-   Alex!  Proszę,  nie  Ŝartuj  ze  mnie!  Wiem,  Ŝe  chcesz  mi  pomóc  to  znieść  i  jestem  ci 

niezmiernie wdzięczna. Otworzyłeś mi oczy i juŜ wiem, Ŝe sytuacja jest niewesoła. Muszę się 

zdobyć  na  decyzję,  lecz  nie  mam  pojęcia,  jak  ona  powinna  wyglądać.  Mam  uczucie,  Ŝe  tak 

czy tak będzie zła, bez względu na co się zdecyduję. Będę musiała się przyznać do błędu, iść 

na ustępstwa, a to z pewnością nie przyjdzie mi łatwo. Jeśli wybiorę przyszłość u boku Teda, 

będę musiała zrezygnować z pewnych rzeczy, które do tej pory uwaŜałam za cel swego Ŝycia, 

a to naprawdę nie jest śmieszne. 

-   Wiem,  Ŝe  to  nie  jest  łatwe,  Abby  -  szepnął  miękko  Alex  -  mimo  to  powinnaś 

wszystko jeszcze raz przemyśleć. śyczysz sobie przyszłości z Tedem? Mam wraŜenie, Ŝe tak. 

Co więc zamierzasz zrobić, aby na powrót między wami się ułoŜyło? W dodatku jest jeszcze 

ten flirt z Karen czy co tam jest między nimi. 

-  Ach, to - machnęła ręką. 

-  Tak, to - powtórzył z naciskiem Alex. - Co prawda wydaje się, Ŝe nie łączy ich nic 

powaŜnego,  i  najprawdopodobniej  tak  jest,  lecz w  końcu  nieraz  się  zdarzało,  Ŝe z  niewinnej 

zabawy wyrastała wielka miłość. A tak przy okazji, załoŜę się o wszystko, Ŝe Ted dokładnie 

to samo myśli o nas. 

-  Jeśli Ted naprawdę mnie kocha, te nasze chwilowe sprzeczki nie powinny odgrywać 

roli. A co się tyczy Karen, ta z pewnością nie ma szans. 

background image

-  Mówisz jak małe dziecko - potrząsnął głową Alex. - KaŜdy przecieŜ w końcu wie, 

Ŝ

e  miłość  chadza  najdziwniejszymi  ścieŜkami.  Nawet  jeśli  dwoje  ludzi  jeszcze  się  kocha, 

tragiczne okoliczności mogą spowodować, Ŝe ich drogi ostatecznie się rozejdą. Gdy będziesz 

za  długo  zwlekać  z  podjęciem  decyzji,  Karen  tymczasem  moŜe  cię  prześcignąć  i  pierwsza 

dopaść celu. 

Abby rzuciła mu udręczone spojrzenie. 

-  Proszę, nie zmuszaj mnie do niczego. Nie jestem w tym momencie zdolna uczynić 

takiego decydującego kroku, zresztą nie wiem, czy w ogóle jest jeszcze coś do uratowania. 

-  Czekaj sobie tak, czekaj, aŜ będzie za późno. Utracisz Teda - na rzecz Karen. 

Alex  wymówił  imię  tamtej  dziewczyny  ze  szczególnym  naciskiem.  Abby  słysząc  to 

wzdrygnęła się mimo woli, co nie uszło jego uwagi. 

-  Widzę, Ŝe moje słowa zaczynają odnosić skutek - stwierdził zadowolony. 

Abby spojrzała na niego Ŝałośnie. 

-  Chyba rzeczywiście moŜna tak powiedzieć. Ostrzegłeś mnie nie tylko przed tym, Ŝe 

mogę stracić  Teda uzmysłowiłeś mi naocznie, jak bardzo ucierpi moja duma, jeśli przegram 

właśnie z taką Karen. 

-  W końcu taka jest rola przyjaciela. 

-  A jeśli chodzi o moją dumę, która ewentualnie moŜe zostać zraniona, to jak myślisz, 

co powinnam zrobić? Wiesz chyba, Ŝe nie wskoczę po prostu na grzbiet Malinki i nie popędzę 

do  Teda.  Skoro  swym  zachowaniem  wprowadziłam  go  w  błąd,  nie  przyjdzie  mi  teraz  łatwo 

zapewnić go o dozgonnej miłości. 

-  Masz absolutną rację. Musimy coś wymyślić. 

-  Jesteś naprawdę wspaniałym przyjacielem - rzekła poruszona. - Nie rozumiem tylko, 

dlaczego  to  wszystko  dla  mnie  robisz,  tym  bardziej  Ŝe  mam  wraŜenie,  iŜ  coś  dla  ciebie 

znaczę. 

Spojrzał na nią z powagą. 

-  Tak, Abby, znaczysz, i to bardzo wiele. Nie ma powodu, abyś o tym nie wiedziała. 

W moim Ŝyciu w tym momencie teŜ właściwie nie ma miejsca na miłość, a skoro nie mogę 

ciebie  mieć  -  i  to  z  róŜnych  przyczyn  -  chciałbym  przynajmniej,  abyś  była  szczęśliwa  z 

innym. Bez względu na  to, co o nim mówiłem, szanuję, a nawet podziwiam Teda, obawiam 

się tylko, Ŝe będę musiał nakłonić go siłą do szczęścia, jakie się przed nim otwiera. 

Abby  roześmiała  się  i  ucałowała  Alexa  w  policzek,  on  natomiast  zrewanŜował  się 

braterskim uściskiem. 

-  Komiczne, Ŝe choć skonfrontowałeś mnie z całym mnóstwem problemów, o jakich 

background image

nie miałam pojęcia, czuję się szczęśliwa i to twoja zasługa - powiedziała szczerze. 

-   A  ja  się  cieszę,  Ŝe  mogę  ci  pomóc.  To  zresztą  dopiero  początek.  Dopiero  gdy 

przezwycięŜysz  wszystkie  trudności,  będziesz  mogła  powiedzieć,  Ŝe  jesteś  naprawdę 

szczęśliwa.  Chciałbym,  aby  na  twej  twarzy  zawsze  gościł  taki  promienny  uśmiech  jak  w  tej 

chwili. 

-  Naprawdę aŜ tyle dla ciebie znaczę? 

-  Tak, Abby, lecz nie pytaj mnie, ile, bo i tak ci nie powiem. Do jednego tylko muszę 

się przyznać: ostatnio stwierdziłem, Ŝe i mnie moŜna zranić, choć do wszystkiego staram się 

podchodzić z dystansem. 

Poderwał się raptownie i wyszedł. Przez okno dojrzała, Ŝe podszedł do starej studni i 

wyciągnął  wiadro  wody,  lecz  miała  wraŜenie,  Ŝe  nie  chodziło  mu  tylko  o  ugaszenie 

pragnienia.  Nie  chcąc  okazać  uczuć,  jakie  Ŝywi  do  niej,  próbował  odzyskać  panowanie  nad 

sobą, była więcej niŜ pewna. 

Rozumiała  go  aŜ  za  dobrze.  PrzecieŜ  i  ona  długi  czas  narzucała  sobie  takie  właśnie 

postępowanie,  uwaŜając  powściągliwość  i  chłód  emocjonalny  za  dwie  największe  cnoty. 

Teraz  wszakŜe,  kiedy  się  przekonała,  do  czego  to  prowadzi,  była  pewna,  Ŝe  juŜ  więcej  nie 

wkroczy na tę drogę. Jej teorie rozpadły się jak  domek z kart w konfrontacji z prawdziwym 

Ŝ

yciem. Po prostu nie miały z nim nic wspólnego. 

Zraniła  Teda,  a  więc  to  ona  powinna  uczynić  pierwszy  krok  zmierzający  do 

pojednania. Musiała jednak znaleźć sposób, w jaki to zrobić, aby nie ucierpiała przy tym jej 

duma. Doskonale zdawała sobie sprawę, Ŝe nie będzie to proste, lecz Ted wart był tego, aby 

się o niego starać. 

Dobry  BoŜe,  daj,  aby  nie  było  za  późno,  szepnęła,  po  czym  wyszła  na  dwór,  chcąc 

zaoferować Alexowi szklankę lemoniady. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

Tego samego popołudnia Karen przymierzała w swym pokoju nową sukienkę. Aby ją 

sobie sprawić, zaŜądała od rodziców przysłania pieniędzy pocztą. W sobotę wieczór miała się 

znowu  odbyć  zabawa  i  Karen  była  zdecydowana  zaćmić  wszystkie  inne  dziewczęta  swoim 

strojem, a przede wszystkim Abby. Z zadowoleniem stwierdziła, Ŝe ta nie zadaje sobie nawet 

najmniejszego  trudu,  aby  walczyć  o  Teda,  a  i  Ted  nie  wydawał  się  wcale  nią  tak 

zainteresowany, jak utrzymywała ciotka Martha, bo w przeciwnym razie juŜ dawno znalazłby 

drogę do młyna. 

Karen  nikomu  nie  Ŝyczyła  nic  złego,  ta  sytuacja  jednakŜe  wyjątkowo  ją  cieszyła. 

Zresztą  Ted  był  wolny,  od  kiedy  Abby  odwróciła  się  do  niego  plecami,  wybierając  Alexa, 

poza  tym  ona,  Karen,  miała  większe  prawa  do  Teda.  Znali  się  przecieŜ  od  dzieciństwa,  a 

Abby po prostu wtargnęła w ich Ŝycie sprawiając swoją osobą zamieszanie. 

Mimo to Karen nie była aŜ tak naiwna, aby  wierzyć, Ŝe Ted bezspornie  naleŜy tylko 

do niej i nikt nie ma prawa tego kwestionować. Będzie kosztowało ją jeszcze wiele zachodu, 

zanim  powie,  Ŝe  jest  juŜ  pewna  swego,  nosząc  na  palcu  jego  pierścionek.  W  kaŜdym  razie 

postawiła sobie za cel zdobycie jego miłości i wszystko inne się nie liczyło. 

Ciotka Martha dokładnie opisała jej strój, jaki Abby uszyła sobie na ostatnią zabawę, 

lecz Karen nie zadowoliła się samodzielnym uszyciem sukni i tak długo szukała, aŜ wreszcie 

znalazła coś odpowiedniego w ekskluzywnym sklepie w Deerfield. Ta sukienka spodobała się 

jej  od  razu,  a  teraz,  kiedy  przeglądała  się  w  lustrze  u  siebie  w  pokoju,  utwierdziła  się  w 

przekonaniu, Ŝe dokonała znakomitego wyboru i Ŝe wygląda w niej porywająco. 

Wyszczotkowała swoje długie włosy, aŜ zalśniły, po czym związała kilka pasem z tyłu 

głowy  jasnoniebieską  wstąŜką,  harmonizującą  z  kolorem  bluzki  w  liliowe  i  granatowe. 

motyle. Do niebieskiej spódnicy włoŜyła krótki gorsecik z białym sznurowaniem z przodu. W 

podobny sposób były teŜ wykończone małe bufiaste rękawki. 

Okręciła się przed lustrem konstatując z przyjemnością swoją wąską talię i opadającą 

miękko spódnicę, a takŜe sięgające kolan, obszyte falbanką majteczki, jakie dawniej noszono 

do  ludowego  stroju.  Tak  ubrana,  z  pewnością  ściągnie  na  siebie  wszystkie  spojrzenia  i  nie 

pozwoli, aby Ted podniósł oczy na inną. 

Miała  co  prawda  czarne  pantofle,  ale  na  tę  okazję  wydała  ostatnie  pieniądze,  aby 

sprawić sobie jasnoniebieskie, pasujące do sukni. Na taki luksus w zwykłych okolicznościach 

by sobie nie pozwoliła, lecz jeśli miała odnieść sukces, musiała w to zainwestować. 

background image

Puściła  się  w  tany  po  pokoju,  rozkoszując  się  pięknie  rozkładającą  się  przy  tym 

spódnicą,  po  czym  zadowolona  z  efektu  ściągnęła  strój  i  ukryła  za  szafą.  Ciotka  miała  go 

zobaczyć dopiero w ostatniej chwili. W kaŜdym razie Karen była święcie przekonana, Ŝe ma 

wszelkie atuty w ręku, aby zdobyć Teda. 

Natychmiast się zgodził, gdy go poprosiła, aby towarzyszył jej na zabawie. Na wszelki 

wypadek  poinformowała  o  niej  takŜe  gości  ciotki,  posunęła  się  nawet  do  tego,  Ŝe 

zaproponowała  Alexowi,  by  zabrał  ze  sobą  Abby.  Ten  uznał  to  za  doskonały  pomysł  i 

zadzwonił do Abby, pragnąc się umówić. 

Wszystko  przebiegało  zgodnie  z  planem,  ku  wielkiemu  zadowoleniu  Karen.  Ciotka 

Martha  okazała  się  wielkoduszna,  Ŝe  wystąpiła  z  propozycją,  aby  młodzi  zebrali  się  u  niej  i 

pojechali na tańce jej samochodem kombi Tak więc wieczorem w salonie pani Wilkins zebrali 

się  goście  ze  Szwecji,  Ted  i  Abby,  i  to  dokładnie  w  momencie  aby  przeŜyć  wielki  występ 

Karen.  Z  gracją,  powabna  jak  narzeczona,  schodziła  powoli  po  schodach,  pewna  wraŜenia, 

jakie  robi  na  obecnych.  Z  zadowoleniem  stwierdziła,  Ŝe  na  jej  widok  wszystkie  rozmowy 

umilkły i kaŜdemu jej krokowi towarzyszą zachwycone spojrzenia. 

Alex  podszedł  do  niej  podając  jej  z  dwornym  ukłonem  ramię,  lecz  Karen  miała  dla 

niego tylko lodowate spojrzenie i wyminąwszy go ruszyła w kierunku Teda i Abby stojących 

z boku. 

Alex nie dał się jednak tak łatwo spławić. 

-  Twój trud się opłacił, Karen. Wyglądasz olśniewająco. 

Abby  oczywiście  od  razu  zauwaŜyła,  o  co  toczy  się  gra,  lecz  pozostała  damą  w 

kaŜdym calu. Uśmiechnęła się promiennie do Karen. 

-   Twoja  sukienka  jest  naprawdę  fantastyczna.  Okręć  się,  proszę.  O,  tak!  Będziesz  w 

niej gwiazdą wieczoru. Skąd wytrzasnęłaś coś tak wystrzałowego? 

-  Kupiłam w „Bon Soir” w Deerfield. Rzeczywiście ci się podoba? 

-   Komu  by  się  nie  podobała!  -  wmieszał  się  Alex,  zanim  Abby  zdąŜyła  coś 

odpowiedzieć,  lecz  Karen  zignorowała  jego  uwagę,  traktując  go  jak  powietrze.  Nie  zdąŜyła 

się jednak odwrócić, bo on ujął ją władczym gestem pod ramię i pociągnął do drzwi. 

-  Myślę, Ŝe nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli zostaniesz mą partnerką na 

dzisiejszy  wieczór.  Nie  będę  tu  przecieŜ  długo,  moŜe  jeszcze  tydzień,  nie  więcej.  Wiem,  Ŝe 

jesteś  mistrzynią  w  tańcu  ludowym,  gdy  tymczasem  Abby  i  ja  jesteśmy  zaledwie 

początkujący  i  prawdopodobnie  deptalibyśmy  sobie  tylko  po  stopach.  Bądź  więc  tak  miła  i 

pomóŜ mi choć z początku. 

-   Ale  przecieŜ  obydwoje  mamy  juŜ  partnerów  na  dzisiejszy  wieczór!  -  zaoponowała 

background image

Karen i odwróciła się szukając wzrokiem pomocy u Teda. 

-  Wśród przyjaciół jest przyjęte, Ŝe mogą się wymieniać partnerami, prawda? - spytał 

Teda Alex. 

-  Oczywiście, Ŝe tak - potwierdził Ŝywo Ted, sprawiając wraŜenie ucieszonego. 

Karen była bliska łez. Wpatrzyła się błagalnie w Alexa, jak gdyby zaklinając go, aby 

nie  niweczył  jej  planów  związanych  z  Tedem,  lecz  napotkała  tylko  jego  zimny,  obojętny 

wzrok. Od niego nie mogła spodziewać się pomocy. Próbowała uwolnić rękę, ale trzymał ją 

mocno  i  w  bezlitosnym  pośpiechu  prowadził  do  wyjścia,  Ŝe  ledwie  zdąŜyła  zarzucić  na 

ramiona chustę. Profesor i Lars podąŜyli za nimi. Abby i Ted zostali sami. 

Ted otulił Ramiona Abby narzutką. 

-  Jeśli jesteś gotowa, moŜemy iść - powiedział. 

Towarzyszyła temu nieprzenikniona mina i moŜe Abby nawet by i uwierzyła, Ŝe jest 

mu juŜ obojętna, gdyby nie jego dziwnie ściszony głos i dłonie... tak, jego dłonie spoczywały 

na jej ramionach, jakby zapomniane przez właściciela... 

Najchętniej  by  mu  szepnęła,  Ŝe  wszystko  jest  juŜ  znowu  w  porządku,  Ŝe  od  tamtego 

niefortunnego  rozstania  po  zabawie  wiele  się  zmieniło,  ale  słowa  uwięzły  jej  w  gardle,  a  do 

oczu cisnęły się łzy. Nie wolno mi się rozpłakać, nie wolno... tylko nie to... powtarzała sobie 

rozpaczliwie w duchu zmuszając się do uśmiechu. MoŜe gdyby powiedział coś więcej, jedno 

jedyne słowo, byłaby zdolna wyznać mu miłość, ale tak... 

-  Dobrze, chodźmy - odparła drŜącym głosem siląc się na oficjalny ton. Zaraz jednak, 

nie  mogąc  oprzeć  się  wewnętrznemu  impulsowi,  będącemu  jawnym  świadectwem  jej  stanu 

ducha, dodała pospiesznie: - Przykro mi, Ŝe Alex wtargnął pomiędzy ciebie i Karen. To się da 

zmienić i wtedy będziecie mogli być razem... 

Jest mi obojętne, czy będę z nią tańczył czy nie - odparł szorstko. - W ogóle nie mam 

ochoty iść na tę zabawę. 

Abby  przysłuchiwała  się  uwaŜnie  kaŜdemu  jego  słowu.  W  swej  odpowiedzi  Ted 

zawarł więcej, niŜ prawdopodobnie sobie uświadamiał. Sam o tym nie wiedząc zdradził, Ŝe na 

Karen  mu  nie  zaleŜy,  mało  tego,  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  jest  na  nią  wściekły.  Widocznie 

musiało coś między nimi zajść, co było powodem takiej reakcji. 

Kiedy Ted otworzył przed nią drzwi, Abby połoŜyła delikatnie rękę na jego ramieniu, 

przy  tym  jednak  odwróciła  twarz,  aby  nie  mógł  wyczytać  z  jej  oczu,  co  do  niego  czuje. 

Chciała być dla niego w tym momencie tylko dobrym przyjacielem, nikim więcej. 

-  Ted, co się stało? - spytała miękko nie kryjąc swej troski o niego. 

Ted wpatrywał się posępnie w podłogę. 

background image

-  Co ci przyszło do głowy? - rzucił wreszcie siląc się na obojętność, lecz najwyraźniej 

przyszło mu to z trudem. 

W  lot  pojęła,  Ŝe  Ted  nie  chce  w  tej  chwili  o  tym  rozmawiać.  Zresztą  mógł  mieć  teŜ 

inne  kłopoty,  ona  jednak  myślała  tylko  o  rozdźwięku,  jaki  powstał  między  nimi.  Nie 

zdoławszy się powstrzymać wybuchnęła: 

-  Ted, co się z nami stało? Wiem, Ŝe to przynajmniej częściowo moja wina, ale ty nie 

pozwoliłeś  sobie  wytłumaczyć,  dlaczego  zachowywałam  się  tak  chłodno  wobec  ciebie.  A 

teraz stanęła między nami Karen. 

-   Nie  sprawiłoby  róŜnicy,  gdyby  jej  w  ogóle  nie  było.  Zresztą  to  nie  ja  zacząłem  tę 

historię, jeśli cię to interesuje. 

Alex jest co najmniej tak samo wielką przeszkodą jak Karen. To wszystko wyszło od 

ciebie, ty ponosisz tu winę. 

Abby miała mu tyle do wyjaśnienia, tyle odpowiedzi cisnęło jej się na usta. Mogliby 

się  rozmówić  i  pogodzić,  tego  była  pewna,  lecz  w  tym  momencie  nie  było  czasu  na  takie 

wynurzenia.  Lars  trąbił  niecierpliwie,  a  w  pobliŜu  kręciła  się  Martha.  Abby  rozpaczliwie 

pragnęła  zamienić  z  Tedem  na  osobności  parę  słów  i  ta  chwila  nadeszła,  lecz  w  wyjątkowo 

niesprzyjającym momencie. 

Nie wiedziała, czy to sprawa napięcia panującego od dłuŜszego czasu między nimi, a 

moŜe powodem tego była reakcja na jego zadawanie się z Karen, w kaŜdym razie nie mogła 

się przemóc i nie zdobyła się na cieplejsze słowo, pogarszając tym samym jeszcze sytuację. 

-  Nie wmawiaj, Ŝe jesteś o mnie zazdrosny, Ted. A moŜe powinnam mówić do ciebie 

pieszczotliwie „Teddy”, jak Karen? 

Ted roześmiał się, lecz w tym śmiechu zabrzmiał ponury ton. 

-  Dlaczego miałbym być zazdrosny? - Ŝachnął się i nie oglądając się na nią ruszył ku 

wyjściu.  -  W  końcu  dałaś  mi  wyraźnie  do  zrozumienia,  Ŝe  w  twoim  Ŝyciu  liczy  się  tylko 

wiedza, praca i tym podobne sprawy - rzucił jeszcze przez ramię. - CzyŜ męŜczyzna moŜe być 

zazdrosny  o  przyrządy  do  testowania  i  tym  podobne?  A  jeśli  Alex  jest  na  tyle  głupi,  Ŝe 

wierzy,  iŜ  potrafi  w  końcu  odciągnąć  się  od  ksiąŜek,  to  mogę  mu  jedynie  współczuć. 

MęŜczyźni są dla ciebie tylko zabawką pozwalającą przyjemnie spędzić czas i to mi w tobie 

przeszkadza. 

Rzuciła mu rozzłoszczone spojrzenie. 

-  Nie wmawiaj mi, Ŝe co innego robisz z Karen! 

Jej  głos  zabrzmiał  wyjątkowo  ostro.  W  bezsilnej  wściekłości  zacisnęła  pięści.  Tak 

bardzo tęskniła za pocałunkami Teda, a skończyło się na tym, Ŝe znów zaczęli się kłócić. 

background image

-  Co prawda nic cię to nie obchodzi - wybuchnął - ale znam Karen od dziecka. Nigdy 

nie było między nami nic oprócz przyjaźni, i teraz teŜ nie ma. 

-   To  tylko  tobie  tak  się  wydaje.  Karen  na  pewno  myśli  inaczej.  Zgrywa  się  na 

niewinną,  ale  w  rzeczywistości  to  wyrafinowane  stworzenie,  które  doskonale  wie,  do  czego 

zmierza. 

-  Jest mi obojętne, co o tym myślisz. Dałaś mi do zrozumienia, Ŝe nie interesujesz się 

moją osobą, zatem nie mieszaj się do moich spraw. Sam sobie dam radę z Karen. 

Z tymi słowami zbiegł po schodach. Abby pospiesznie otarła łzy. Teraz juŜ na pewno 

wiedziała,  Ŝe  nigdy  nie  odnajdą  się  z  Tedem,  nawet  nie  powinna  była  próbować.  Te  jej 

Ŝ

ałosne usiłowania pogorszyły jeszcze sytuację. 

Ted  wcisnął  się  na  środkowe  siedzenie  między  profesora  i  Alexa.  Na  przodzie  obok 

Larsa  siedziała  Karen  z  olbrzymim  półmiskiem  sałatki  jarzynowej  i  dwiema  szarlotkami, 

stanowiącymi wkład ciotki Marthy do zabawowego bufetu. 

Abby była pewna, Ŝe to Alex zaaranŜował rozmieszczenie wszystkich w samochodzie, 

nie  przyszło  mu  jednak  do  głowy,  Ŝe  ona  zostanie  całkiem  sama  na  tylnym  siedzeniu, 

poniewaŜ w środku zabrakło miejsca. 

Po  drodze  nie  rzekła  ani  słowa,  gdyŜ  nic  sensownego  nie  przyszło  jej  do  głowy, 

wpatrywała się tylko niemo w plecy Teda. Ted teŜ się nie odzywał. Za to inni okazali się nad 

wyraz  rozmowni,  więc  nikt  nie  zwrócił  na  to  uwagi.  Lars  i  profesor  zastanawiali  się,  jak 

wyszukać  miłe  partnerki  do  tańca,  a  Karen  opisała  im  dziewczęta,  które  są  bardzo 

sympatyczne i z pewnością ucieszą się, Ŝe nadarza im się takie interesujące towarzystwo. 

Kiedy przybyli na miejsce, zabawa juŜ była w toku. Karen i Abby zaniosły do bufetu 

sałatkę i szarlotki, po czym Karen zaznajomiła ich z dziewczętami, które miały dołączyć do 

ich grupy. 

Orkiestra  grała  tak  głośno,  a  w  stodole  było  tłoczno,  zatem  Abby  i  Ted  nie  mogliby 

spokojnie porozmawiać, nawet gdyby chcieli. 

Dopóki  byli  w  grupie,  niewiele  mogło  się  zdarzyć.  W  którymś  momencie  Karen 

zaproponowała  spacer  przy  świetle  księŜyca,  lecz  Ted  nie  chciał  jej  towarzyszyć.  Abby 

przyjęła to z prawdziwą ulgą. CzyŜby jeszcze nie wszystko było stracone? 

Sama  robiła  wszystko,  aby  podtrzymać  dobry  nastrój.  Odnosiła  się  do  innych 

uprzejmie i dla kaŜdego znalazła przyjazne słowo, nawet dla Karen. Czuła przy tym, Ŝe Ted 

ś

ledzi kaŜdy jej ruch, zwaŜała więc bacznie na to, aby nie poświęcać Alexowi więcej uwagi 

niŜ innym męŜczyznom. 

Choć wieczór zaczął się dla niej deprymująco, przebiegał teraz zaskakująco radośnie i 

background image

harmonijnie.  Ted  okazał  się  prawdziwym  dyplomatą  i  przyniósł  poncz  nie  tylko  Karen,  ale 

takŜe i jej. Karen co prawda ciągle od nowa próbowała go zabawiać rozmową, ale Ted nie dał 

się odciągnąć na bok konwersując równocześnie przynajmniej z jeszcze jedną osobą. 

Zimna  wojna  między  Abby  i  Tedem  nie  została  co  prawda  zakończona,  lecz 

zapanowało  między  nimi  coś  w  rodzaju  milczącego  zawieszenia  broni.  Kiedy  Lars  odwoził 

ich  po  zabawie  z  powrotem  do  domu,  kazała  się  wysadzić  najwcześniej.  Ted  Ŝyczył  jej 

uprzejmie,  lecz  przy  tym  oficjalnie  dobrej  nocy,  co  utwierdziło  ją  w  przekonaniu,  Ŝe  juŜ  na 

zawsze wyrósł między nimi mur nie do sforsowania. Choć z drugiej strony bąknął coś o tym, 

Ŝ

e wkrótce się zobaczą. Nie było to wiele, ale zawsze coś. 

Mimo zmęczenia i obolałych stóp nie zaznała tej nocy spokoju. Nie miała ochoty się 

połoŜyć, więc w szlafroku zeszła na werandę i zasiadłszy w bujanym fotelu wpatrzyła się w 

usiane gwiazdami niebo. 

Nie  jest  tak  całkiem  obojętna  Tedowi,  pocieszała  się  w  duchu.  Przypuszczalnie  ją 

nawet  kochał.  PrzecieŜ  tyle  razy  i  na  róŜne  sposoby  okazywał  jej  swe  uczucia,  Ŝe  nie  miała 

powodu, aby w nie wątpić. To czyniło ją niewypowiedzianie szczęśliwą. 

Mimo  to  czuła  się  nieswojo.  To  przecieŜ  chyba  ona  musi  zrobić  następny  krok  i 

otwarcie mu powiedzieć, co do niego czuje. Było jednak coś, co przeszkadzało jej to zrobić. 

To  tylko  ta  moja  duma,  przyznała  się  sama  przed  sobą.  Ta  nierozsądna,  wręcz 

ś

miesznie  dziecinna  duma  była  przypuszczalnie  powodem,  dla  którego  nie  potrafili  się 

odnaleźć  i  nie  mogli  być  szczęśliwi.  W  kaŜdym  razie  postanowiła  przyznać  się  do  winy  i 

pierwsza wyciągnąć rękę do zgody. 

Ale właściwie dlaczego ona? spytała na głos i od razu odpowiedziała sobie: poniewaŜ 

w  tej  kwestii  mam  staroświeckie  poglądy.  A  przecieŜ  zawsze  starała  się  być  nowoczesna  i 

otwarta w kontaktach z innymi... 

Jeśli  ma  odzyskać  miłość  Teda,  musi  przezwycięŜyć  własną  dumę  i  grać  z  nim  w 

otwarte karty. Naraz wydało jej się to najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

Ta  decyzja  nie  przyszła  Abby  łatwo,  lecz  jej  wykonanie  okazało  się  jeszcze 

trudniejsze.  KaŜdego  dnia  obiecywała  sobie,  Ŝe  pojedzie  do  Teda  i  poprosi  go  o  rozmowę, 

lecz  nic  z  tego  nie  wychodziło.  Przez  cały  ten  czas  ciągle  jeszcze  była  zajęta  pracami 

związanymi  z  uruchomieniem  młyna,  a  w  następnym  tygodniu  musiała  wrócić  do 

laboratorium  badawczego  w  Deerfield.  W  dodatku  akurat  w  tych  ostatnich  dniach  sierpnia 

nastąpiło  oberwanie  chmury,  jakiego  nie  pamiętali  najstarsi  ludzie,  które  wyrządziło  wiele 

szkód  i  sprawiło,  Ŝe  drogi  były  praktycznie  nieprzejezdne.  Farmerzy  zatem,  a  w  tym  i  ona, 

mieli pełne ręce roboty usuwając skutki niebywałej ulewy i doprowadzając do porządku pola i 

ogrody. 

Zanim jeszcze udało jej się przynajmniej częściowo uporządkować po burzy swe małe 

gospodarstwo,  niespodziewanie  przyjechali  do  niej  rodzice  z  zamiarem  spędzenia  w  młynie 

paru  dni.  Abby  nie  odwaŜyła  się  zaprosić  Teda.  On  i  jej  matka  pod  jednym  dachem  -  to 

byłoby nie do zniesienia... 

Alex, profesor i Lars mieli odjechać w nadchodzący piątek, Karen zresztą teŜ. Martha 

wydała  na  ich  cześć  poŜegnalne  party,  na  które  zaproszeni  zostali  oczywiście  takŜe  Abby  i 

Ted.  Była  wtedy  okazja,  aby  wyciągnąć  Teda  na  krótki  spacer  po  ogrodzie  i  powiedzieć  o 

wszystkim,  co  jej  leŜy  na  sercu.  Niestety  nie  potrafiła  się  zdobyć  na  ten  decydujący  krok, 

choć  spojrzeniami,  uśmiechami  i  drobnymi  gestami  nie  zawahała  się  okazywać  mu  swych 

uczuć nawet w obecności innych. 

Następnego  dnia  dowiedziała  się,  Ŝe  Ted  wyjechał  na  parę  tygodni  do  Kansas,  gdzie 

moŜna było kupić najlepsze bydło. Nawet nie zadzwonił, aby się poŜegnać... 

A potem nadszedł poniedziałkowy ranek i Abby musiała wrócić do Deerfield. Paul od 

razu stwierdził, Ŝe się zmieniła. Właściwie nie sprawiała wraŜenia nieszczęśliwej czy choćby 

tylko smutnej, ale wyglądało na to, Ŝe w jej Ŝyciu uczuciowym musiało się wiele wydarzyć. 

ś

yjąc  w  ustawicznej  rozterce  miała  spore  trudności  z  ponownym  wejściem  w  problemy 

zawodowe. Nie chciała jednak z nikim o tym mówić, z Paulem takŜe nie. Próbował kilka razy 

nakłonić  ją  do  zwierzeń,  lecz  tylko  potrząsała  głową  obstając  przy  tym,  Ŝe  sama  musi  się 

uporać z własnymi problemami. 

Nie  zadowolił  się  tą  odpowiedzią  i  wciąŜ  zachodził  w  głowę,  jak  jej  pomóc,  nie 

przyszło  mu  jednakŜe  na  myśl,  Ŝe  powodem  udręki  jest  nieszczęśliwa  miłość.  Znał  przecieŜ 

jej nastawienie do Ŝycia i uparcie głoszoną opinię, Ŝe miłość jest słabością, dlatego teŜ zresztą 

background image

sam  nigdy  nie  wyznał  jej  uczuć.  Tyle  razy  rozmawiali  o  tym,  Ŝe  praca  jest  waŜniejsza  niŜ 

wszystko inne i Ŝe takie romantyczne nastroje są tylko dla nastolatków. JakŜe więc miałby jej 

się przyznać, Ŝe i jego coś takiego dopadło? 

Miał przy tym wraŜenie, Ŝe Abby znalazła się na rozdroŜu i Ŝe owa sytuacja odbija się 

niekorzystnie na pracy. Stłumił swe uczucia do niej, ale nie mógł przyglądać się bezczynnie, 

jak  się  dręczy,  gotowa  zaprzepaścić  własne  umiejętności  i  przekreślić  w  ten  sposób 

dotychczasowe  sukcesy,  nie  mógł  mówić  juŜ  o  tym,  Ŝe  zagroŜona  była  jej  zawodowa 

przyszłość. 

Minęło  parę  tygodni.  Abby  dosłownie  chudła  w  oczach  i  była  coraz  bledsza,  co  z 

niepokojem obserwował Paul, a pojawiający się z rzadka na jej twarzy tajemniczy, a zarazem 

smutny uśmiech Mony Lizy zdradzał mu, jak bardzo cierpi. 

Pewnego  dnia,  kiedy  po  prostu  nie  mógł  juŜ  dłuŜej  na  to  patrzeć,  wyjął  jej 

zdecydowanym gestem probówkę z ręki i obrócił ją do siebie na taborecie, aby nie mogła mu 

się wywinąć. 

-   Nie  pozwolę,  Ŝebyś  marniała  na  moich  oczach  -  zaczął  nie  znoszącym  sprzeciwu 

tonem. - Teraz wreszcie mi powiesz, co cię tak odmieniło. 

Odwróciła głowę starając się uniknąć jego wzroku. 

-  Po pierwsze, robisz wiele hałasu o nic, a po drugie, to nie twoja sprawa. 

-  O nie, Abby, jestem twoim przyjacielem, więc to takŜe i moja sprawa. Odwiedziłaś 

ostatnio rodziców? Jeśli tak, to chyba powiedziałaś matce, Ŝe wypróbowujesz na sobie nową 

dietę. 

-   JuŜ  dobrze,  dobrze,  rzeczywiście  schudłam  parę  funtów,  ale  to  tylko  dlatego,  Ŝe 

przez całe lato cięŜko pracowałam. 

-   A  te  cienie  pod  oczami?  Nie  wmówisz  mi,  Ŝe  pracowałaś  przez  całe  noce  przy 

płomyku świecy. 

-  Paul, niepotrzebnie zaprzątasz sobie tym głowę. Nie mam Ŝadnych problemów, nie 

jestem  teŜ  chora.  Miło  z  twej  strony,  Ŝe  tak  się  o  mnie  troszczysz,  ale  to  jest  absolutnie 

zbędne. I przestań mnie wypytywać. Tu nie ma nic do wyjaśnienia. 

Odwróciła  się  z  zamiarem  zabrania  się  na  powrót  do  pracy,  lecz  Paul  nie  dał  za 

wygraną.  Wiedział,  Ŝe  Abby  nie  będzie  do  niego  naleŜeć,  mimo  to  nadal  bardzo  ją  kochał  i 

nie mógł patrzeć, jak cierpi. Jej nastrój przygnębienia udzielał się takŜe i jemu. Ujął zatem jej 

ręce i przyciągnął ją do siebie. 

-   Abby,  jesteśmy  przyjaciółmi  od  lat  -  rzekł  z  naciskiem  -  więc  dlaczego  naraz 

zaczęłaś  się  ze  mną  bawić  w  chowanego?  Wiesz  przecieŜ,  Ŝe  nie  wypytuję  ciebie  z  czystej 

background image

ciekawości.  Bez  względu  na  to,  o  co  chodzi  i  jak  skomplikowana  jest  ta  sprawa,  pragnę  ci 

tylko pomóc. Tym razem utrafił we właściwy ton. Raptem poczuła się niezdolna do dalszego 

ukrywania  swej  tajemnicy  i  dziwnie  bezbronna.  Paul  miał  rację  i  rzeczywiście  mógł  jej 

pomóc,  chociaŜby  radą.  Westchnąwszy  cięŜko  zdobyła  się  wreszcie  na  to,  aby  wyznać 

przyjacielowi całą prawdę. 

-  Nie pytaj mnie, jak to się stało, bo ja sama sobie nie umiem tego wytłumaczyć, po 

prostu przyjmij to jako niezaprzeczalny fakt. Zakochałam się, i to na powaŜnie. 

-   Co  takiego?!  Chyba  nie  mówisz  powaŜnie!  Ze  wszystkim  się  liczyłem,  ale  z  tym 

nie. 

Wyznanie  Abby  dotknęło  go  do  Ŝywego.  Jego  twarz  nagle  pobladła  i  sprawiał  teraz 

wraŜenie zdruzgotanego, a z jego oczu wyczytała rozpacz. Od razu jej się przypomniało, jak 

chętnie  rozprawiał  z  jej  matką  o  małŜeństwie.  Nie  chciała  mu  za  Ŝadne  skarby  przyczynić 

bólu, ale nie było wyjścia, jeŜeli miała mu powiedzieć o swych kłopotach. 

-   Tak  mi  przykro,  Paul.  Naprawdę  tego  nie  chciałam  i  nigdy  mi  nie  przyszło  do 

głowy, Ŝe coś takiego spotka właśnie mnie. Teraz chyba rozumiesz, dlaczego nie chciałam o 

tym mówić. Widocznie mym udziałem musiało się stać i to doświadczenie, Ŝe to nie fraszka, 

gdy się kogoś naprawdę pokocha. 

-  Sprawił ci ból? - spytał ponuro Paul. - JeŜeli tak było, to ja... 

-  Daj spokój, Paul - przerwała mu - denerwujesz się bez powodu. Ted, bo tak ma na 

imię,  nie  jest  niczemu  winien,  a  jeśli  juŜ  ktoś  komuś  sprawił  ból,  to  tym  kimś  byłam  ja. 

Zadałam ból najpierw jemu, a teraz widzę, Ŝe takŜe i tobie. 

-   Mnie?  Skąd  ci  to  przyszło  do  głowy?  PrzecieŜ  widzisz,  Ŝe  nic  mi  się  nie  dzieje. 

Opowiedz mi teraz o Tedzie. 

-   Jeśli  juŜ  udało  ci  się  wyciągnąć  ze  mnie  prawdę  i  mamy  być  ze  sobą  szczerzy, 

muszę  ci  się  teŜ  przyznać,  Ŝe  wiedziałam  o  twym  uczuciu  do  mnie.  Jesteś  cudownym 

człowiekiem,  Paul,  i  dziewczyna,  która  dostanie  ciebie  za  męŜa,  będzie  się  mogła  naprawdę 

uwaŜać  za  szczęśliwą.  Sama  sobie  to  często  powtarzałam,  trwałam  jednak  uparcie  w 

przekonaniu,  Ŝe  najwaŜniejsza  jest  praca  zawodowa,  i  stawiałam  ją  ponad  wszystkim. 

Myślałam zresztą, Ŝe i ty masz podobną hierarchię wartości. 

-   Owszem,  miałem  -  odparł  powaŜnie  Paul.  -  Moja  miłość  do  ciebie  nie  była  w 

Ŝ

adnym wypadku zaplanowana, dokładnie tak jak twoja do Teda. Widocznie tam, gdzie w grę 

wchodzą uczucia, człowiek jest z góry na przegranej pozycji. Tutaj nie ma mocnego. 

-  Przekonałam się o tym podczas tego lata. Zapewniam cię, broniłam się, walczyłam 

jak  umiałam.  Moja  duma  i  upór  sprawiły,  Ŝe  nie  chciałam  słyszeć  o  niczym,  co  nie 

background image

odpowiadało  dokładnie  moim  własnym  wyobraŜeniom  o  Ŝyciu  i  nie  przystawało  do  zasad, 

jakie  sobie  narzuciłam.  Ted  ma  inne  poglądy,  a  ja  nie  chciałam  o  nich  słyszeć  i  dlatego  tak 

dotkliwie go zraniłam, Ŝe trzyma się teraz ode mnie z daleka. To prawda, miałam okazję, aby 

to naprawić, lecz nie umiałam jej wykorzystać. 

-   W  niczym  juŜ  nie  przypominasz  tej  trzeźwo  myślącej  Abby  -  stwierdził  w 

zamyśleniu Paul. 

-  Wiem. I nie zachowałam się najmądrzej, prawda? 

-  Rzeczywiście nic takiego nie da się powiedzieć - roześmiał się Paul. 

Abby  teŜ  się  roześmiała.  Rozmowa  z  Paulem  dobrze  jej  zrobiła,  uwalniając  od 

wewnętrznego  napięcia,  z  którym  tak  się  skrzętnie  ukrywała.  Gdyby  nie  udało  jej  się  teraz 

roześmiać, pewnie wybuchnęłaby łzami. Tak dobrze było zrzucić cięŜar z serca i przyznać się 

szczerze  do  popełnionych  błędów.  Dopiero  teraz  uzmysłowiła  sobie,  jakie  głupie  było  to  jej 

wieczne wahanie, opory przed wyciągnięciem ręki do zgody. Jeśli nie pójdzie jak najszybciej 

do  Teda  i  nie  wyzna  mu  otwarcie,  co  się  z  nią  dzieje  i  jak  bardzo  zmieniły  się  jej 

zapatrywania na Ŝycie, owa pełna udręki,  a zarazem cudowna miłość skończy się niechybną 

tragedią.  Im  dłuŜej  będzie  z  tym  zwlekała,  tym  trudniejsze  okaŜe  się  wyjaśnienie 

nieporozumień, jakie ich rozdzieliły. 

-  Powinnaś od razu do niego zadzwonić - radził jej Paul. - Jeśli ten Ted rzeczywiście 

aŜ tyle dla ciebie znaczy, liczy się kaŜda minuta. 

-  Którego dziś mamy? 

-  Siedemnastego. 

-  Zatem Ted powinien był wrócić wczoraj wieczorem. Dziękuję ci za wszystko, Paul. 

-  Nie ma za co dziękować. Po prostu cię wysłuchałem. 

-  Nic więcej nie moŜesz dla mnie zrobić. Zawrzemy pakt? 

-  Masz na myśli braterstwo krwi? 

-  SkądŜe. Chciałabym tylko, abyśmy na zawsze zostali takimi dobrymi przyjaciółmi, 

jakimi  jesteśmy  teraz,  nawet  jeŜeli  ja  odzyskam  Teda,  a  ty  któregoś  dnia  znajdziesz 

dziewczynę, z którą się oŜenisz, czego ci z całego serca Ŝyczę. 

-  Oczywiście, Ŝe zostaniemy przyjaciółmi, moŜesz na mnie pod tym względem liczyć 

- przyrzekł uroczyście Paul. - śyczę ci szczęścia z Tedem, i robię to szczerze. Ale masz przy 

okazji mu coś ode mnie przekazać. 

-  Co takiego? 

-  Powiedz, Ŝe będzie miał ze mną do czynienia, jeśli cię kiedykolwiek skrzywdzi lub 

choćby trochę unieszczęśliwi. 

background image

-   Paul,  jesteś  po  prostu  cudowny!  -  krzyknęła  i  spontanicznie  ucałowała  go  w 

policzek. 

Abby nie mogła się doczekać chwili, kiedy znajdzie się w „Oazie Spokoju”. Stamtąd 

chciała  zadzwonić  do  Teda,  a  Ŝe  tego  dnia  skończyli  pracę  wcześniej  niŜ  zwykle,  od  razu 

wyjechała  z  miasta.  Postanowiła  wytłumaczyć  mu  wszystko  przez  telefon  i  zaprosić  go  do 

siebie. Gdyby nie jej duma, juŜ od dawna przecieŜ mogli być razem... Cały czas miała ochotę 

to zrobić, ale dopiero rozmowa z Paulem dodała jej odwagi, aby obrócić zamiar w czyn. 

Kiedy dotarła do młyna, nie poszła, jak to zwykle czyniła, od  razu do Malinki, tylko 

usiadła przy telefonie i wybrała numer Teda. 

-  Halo, Kay. Mogę rozmawiać z Tedem? 

-  Och, to panna Abby, jakŜe się cieszę. Tak naturalnie, tyle Ŝe potrwa to parę minut. 

Jest  właśnie  w  szklarni  z  panną  Reynolds.  Pewnie  juŜ  pani  o  niej  słyszała.  To  reporterka 

pracująca  dla  „Nowoczesnego  Farmera”.  Pisze  właśnie  całą  serię  artykułów  o  pomysłach 

młodych ludzi gospodarujących na roli. 

Och...  tak,  tak...  naturalnie...  -  wykrztusiła  Abby,  mając  przed  oczyma  duszy  zdjęcie 

Janice Reynolds zamieszczone w ostatnim wydaniu poczytnego magazynu. 

Janice  była  młoda  i  atrakcyjna,  a  przy  tym  inteligentna  i  dość  swobodna  w  sposobie 

bycia.  Niebezpieczna  kombinacja,  przemknęło  przez  głowę  Abby,  szczególnie  w  sytuacji, 

kiedy  ona  sama  tak  źle  obeszła  się  z  Tedem.  W  swej  zranionej  dumie  z  pewnością  był 

wraŜliwy na wdzięki innych kobiet. Kto wie, czy jej decyzja nie przyszła za późno... 

Panno Abby - usłyszała na nowo głos Kay - panna Reynolds ma zostać na kolacji. Nie 

chciałaby  pani  przyjść?  Panna  Reynolds  robi  właśnie  zdjęcia,  wolałabym  więc  im  teraz  nie 

przeszkadzać.  Proszę  zadzwonić  później,  zresztą  Ted  moŜe  zadzwonić  do  pani  jutro  rano, 

kiedy juŜ odwiezie pannę Reynolds do miasta. 

W  Abby  narastało  poczucie  totalnej  klęski.  Ta  cała  panna  Reynolds  nie  tylko  Ŝe 

zostanie na kolacji, ale spędzi cały wieczór z Tedem i przenocuje na farmie. A jutro rano mają 

jeszcze dla siebie długą drogę do Deerfield! 

Ale ostatecznie przecieŜ wystarczyło tylko przyjąć zaproszenie Kay, aby przeszkodzić 

Janice  Reynolds  w  wypróbowaniu  swego  słynnego  uwodzicielskiego  kunsztu  na  Tedzie.  Jej 

nazwisko  często  pojawiało  się  w  plotkarskich  rubrykach  magazynów  ilustrowanych  i  Abby 

doskonale  wiedziała,  Ŝe  preferuje  męŜczyzn  w  typie  Teda.  Zawsze  widywano  ją  w  takim 

towarzystwie,  zatem  było  więcej  niŜ  pewne,  Ŝe  i  Tedowi  nie  przepuści,  choć  nie  nosi 

liczącego się nazwiska. Ted zaś, rozzłoszczony na Abby, na pewno ulegnie jej czarowi, tym 

bardziej Ŝe Janice jest o całe niebo przystępniejsza. 

background image

Najchętniej  by  tak  zrobiła,  ale  niezręcznie  jej  było  teraz  wtargnąć  do  domu  Teda  i 

wydać otwartą walkę tamtej obcej kobiecie, a wszystko z jego powodu. Nie pozwalała jej na 

to duma. 

-  Abby? Halo... Abby? Jest pani tam jeszcze? - wołała do słuchawki Kay. 

-   Co  takiego?  Ach,  tak,  najmocniej  przepraszam,  zamyśliłam  się.  Właśnie  sobie 

przypomniałam,  Ŝe  jeszcze  dziś  muszę  załatwić  coś  waŜnego.  Dopiero  co  przyjechałam,  nie 

miałam jeszcze nawet czasu zajrzeć do Malinki. 

-  A więc nie przyjdzie pani na kolację? 

-  Bardzo dziękuję za zaproszenie, ale naprawdę nie mogę. I proszę nie przeszkadzać 

teraz Tedowi, zadzwonię jutro albo pojutrze. 

-  Dobrze, panno Abby. PrzekaŜę Tedowi, Ŝe pani dzwoniła. 

-  Będę wdzięczna. 

Powoli  odłoŜyła  słuchawkę  i  sztywnym  krokiem  wyszła  zająć  się  Malinką,  a  potem 

wróciła do domu, przyrządziła sobie zupę i przygotowała kanapkę. 

Przez  cały  wieczór  pozostała  zimna  i  opanowana,  nawet  szyła  trochę  na  maszynie  i 

oglądała  telewizję.  Dopiero  kiedy  tuŜ  przed  pójściem  spać  szczotkowała  włosy  i  dojrzała  w 

lustrze własną zaciętą twarz, wszystko się w niej załamało. 

-  Ty oszustko! - syknęła do swego odbicia. - Skończy się na tym, Ŝe zmarnujesz sobie 

Ŝ

ycie, i dobrze wiesz, dlaczego. 

Łkając  z  bezsilnej  złości  rzuciła  się  na  łóŜko.  Znowu  pozwoliła,  aby  ta  jej  przeklęta 

duma  stanęła  między  nią  a  Tedem!  Co  jej  z  tego  przyjdzie?  Prawdopodobnie  teraz  Ted 

spaceruje przy świetle księŜyca ze swym czarującym gościem. Taka piękna noc jak dzisiejsza 

była wymarzonym tłem dla romantycznych historii, jakby stworzona po to, aby się kochać... 

Oczyma duszy widziała tych dwoje w czułym uścisku pod wygwieŜdŜonym niebem. 

Samo  wyobraŜenie  takiej  sceny  sprawiło,  Ŝe  rozszlochała  się  na  dobre  i  za  nic  nie 

mogła  się  uspokoić.  O  śnie  w  takiej  sytuacji  nie  było  mowy,  a  Ŝe  nie  mogła  się  uwolnić  od 

prześladującego  ją  obrazu  Teda  i  Janice  w  objęciach,  zmusiła  się  do  czytania,  lecz  juŜ  po 

trzech stronach odłoŜyła ksiąŜkę. To nie miało sensu, nie potrafiła się skoncentrować. 

Gdyby  miała  mniej  dumy,  a  więcej  zdecydowania,  zadzwoniłaby  teraz  do  Teda, 

chociaŜ  była  juŜ  prawie  pierwsza  w  nocy.  Tamta  historia  z  Karen  skończyła  się  w  miarę 

bezboleśnie,  tym  razem  zaś  Abby  z  powodu  swego  uporu  i  braku  odwagi  przybyła  o  parę 

godzin za późno, Ted zwrócił się juŜ do innej. Nietrudno jej było to sobie wyobrazić. Nawet 

jeŜeli  nie  wiąŜe  go  nic  powaŜnego  z  Janice  Reynolds,  to  z  pewnością  pochlebia  mu  jej 

zainteresowanie  i  czarujące  towarzystwo.  Zresztą  nie  musi  to  być  Janice,  moŜe  być  kaŜda 

background image

inna kobieta. Z taką ujmującą powierzchownością łatwo nawiązuje się kontakty. 

Najchętniej  by  sama  siebie  spoliczkowała.  Mogła  mieć  Teda,  zanim  jeszcze  na 

horyzoncie pojawiła się Karen, lecz nigdy nie zdobyła się na to, aby okazać mu choć odrobinę 

uczucia, wręcz przeciwnie, pozowała na chłodną i nieprzystępną i w ogóle zachowywała się 

odpychająco.  A  teraz  lato  minęło,  a  wraz  z  nim  prawdopodobnie  ostatnia  szansa  zdobycia 

Teda. 

No  cóŜ,  nic  się  tu  juŜ  nie  da  zmienić,  myślała  zrezygnowana.  Tak,  popełniła  wiele 

błędów,  w  dodatku  nie  umiała  się  tak  szybko  przestawić,  gdy  pojęła,  o  co  toczy  się  gra,  jak 

prawdopodobnie  uczyniłaby  na  jej  miejscu  inna  kobieta.  W  kaŜdym  razie  potrafiła  teraz 

spojrzeć na całą sytuację innymi oczami i zrewidować własne poglądy. Nawet jeŜeli wróciła 

za  późno  i  definitywnie  utraciła  Teda,  zdobyła  nową  samoświadomość  i  to  napawało  ją 

niejaką dumą. Ta historia pozwoliła jej dowiedzieć się czegoś o Ŝyciu i przede wszystkim  o 

sobie  samej.  Właściwie  była  zadowolona,  Ŝe  stała  się  bogatsza  o  to  doświadczenie.  Nie 

Ŝ

ałowała  tej  miłości,  dopiero  dzięki  niej  poczuła  się  pełnowartościową  kobietą.  A  Ŝe 

pozostanie  ona  nie  odwzajemniona?  CóŜ,  nie  pozostaje  jej  nic  innego,  jak  zachować  ją  na 

zawsze w sercu i strzec niby bezcennego skarbu. 

NiezauwaŜenie  jej  myśli  powędrowały  do  innych  spraw.  Nadszedł  wreszcie  moment 

uruchomienia  młyna.  Następnego  ranka  chciała  się  zaopatrzyć  w  róŜne  rodzaje  zboŜa. 

Znalazła  obiecujące  przepisy  na  chleb,  które  zamierzała  wypróbować,  trzeba  teŜ  było 

natychmiast  przystąpić  do  przygotowania  zapasów  na  zimę.  W  dalszym  planie,  juŜ  po 

zebraniu  warzyw,  miała  przekopać  ogród,  a  przedtem  jeszcze  zebrać  nasiona  przekwitłych 

kwiatów. 

W „Oazie Spokoju” było całe mnóstwo roboty, przede wszystkim jednak zbliŜały się 

doŜynki. Zastanawiała się, czy nie zaprosić rodziców i Paula i doszła do wniosku, Ŝe to niezła 

myśl. MoŜe powinna teŜ zaprosić panią Wilkins. Martha o tej porze roku była zwykle sama, 

jak  raz  napomknęła,  a  Abby  darzyła  ją  szczerą  sympatią.  W  takiej  sytuacji  juŜ  w  tej  chwili 

musiała  przystąpić  do  wyszukania  najlepszych  przepisów  na  domowe  przetwory,  a  przede 

wszystkim  słynny  sos  brzoskwiniowy,  którymi  chciała  zadziwić  i  Marthę,  i  własną,  zwykle 

sceptycznie usposobioną matkę. 

Właśnie  zasypiała,  gdy  przypomniał  jej  się  Ted.  Co  będzie,  jeśli  zadzwoni?  Kay 

przecieŜ przyrzekła powiedzieć mu o jej telefonie. To nawet nie byłoby złe, uspokajała siebie 

samą,  porozmawiają  uprzejmie  o  mało  istotnych  sprawach,  bo  tak  ostatnio  wyglądały  ich 

kontakty. 

I  z  tą  sytuacją  się  uporam,  zawsze  tak  było,  zdąŜyła  jeszcze  pomyśleć,  a  potem 

background image

zapadła w głęboki sen. 

< 

background image

ROZDZIAŁ 12 

Szybko  mijały  jesienne  dni.  Skończył  się  wrzesień,  nastał  październik,  a  wraz  z  nim 

pora  smaŜenia  konfitur,  gotowania  kompotów  i  sporządzania  marynat.  Mimo  iŜ  czas  miała 

wypełniony  intensywną  pracą,  kaŜdego  ranka  znajdowała  czas  na  przejaŜdŜkę  konną. 

OdwaŜyła się nawet wybierać ścieŜki wiodące obok farmy Teda. Teraz, kiedy juŜ zwieziono 

ostatnie plony i pola stały puste, było mało prawdopodobne, Ŝe się spotkają twarzą w twarz. 

Zawsze  bardzo  lubiła  jesień,  z  jej  chłodnym,  przejrzystym  powietrzem  i  stale 

zmieniającymi  się,  przepysznymi  barwami  krajobrazu.  Jesień  napełniała  ją  spokojem, 

pozwalała wyciszyć się wewnętrznie. Tym razem teŜ tak się stało: odzyskała równowagę po 

burzliwych przeŜyciach lata i nie czuła się juŜ taka nieszczęśliwa. 

Praca  sprawiała  jej  radość,  dawała  ukojenie,  dlatego  teŜ  w  pewnym  momencie  ze 

zdwojoną  energią  podjęła  zaniedbane  przez  siebie  badania  w  laboratorium,  zaskakując  tym 

Paula, który do tej pory nie widział u niej aŜ takiej aktywności, ale nie zadawał więcej pytań. 

Oczywiście  nie  miało  to  nic  wspólnego  z  poczuciem  pełni  szczęścia,  lecz  o  tym  wiedziała 

tylko ona sama. A przecieŜ mogło być inaczej... 

Wbrew pozorom nie sypiała najlepiej, apetyt teŜ  jej nie dopisywał. Co prawda ból  w 

sercu nieco przycichł, skutecznie tłumiony narzuconym sobie tempem pracy, ale on tam był i 

raz po raz dawał znać o sobie. 

Nic nie mogło zastąpić utraconej miłości, nawet sukcesy w pracy zawodowej, którymi 

się  naturalnie  cieszyła,  zapełnić  dręczącej  po  nocach,  dojmującej  pustki.  Ted  mieszkał  tak 

blisko,  na  Malince  mogła  dojechać  tam  w  parę  minut.  Poza  tym  istniał  telefon...  a  przecieŜ 

Abby miała uczucie, Ŝe mieszkają na dwóch krańcach świata. 

Parę  razy  zostawała  na  wieczór  w  Deerfield,  szła  do  restauracji  z  Paulem  lub 

odwiedzała  rodziców,  ale  gdy  tylko  z  powrotem  znalazła  się  w  domu,  od  razu  z  nerwową 

niecierpliwością  przesłuchiwała  taśmę  sekretarki  automatycznej.  Wreszcie  jednak  z  tego 

zrezygnowała, nie oczekując juŜ Ŝadnych wiadomości. 

Często  myślała  o  swej  krótkiej  rozmowie  z  Kay,  ale  za  nic  nie  mogła  sobie 

przypomnieć,  kto  miał  pierwszy  zadzwonić:  Ted  czy  ona.  MoŜe  Kay  zapomniała  przekazać 

mu wiadomość albo, co jeszcze gorsze, Tedowi było to obojętne. 

A  jednak  Ted  otrzymał  wiadomość  i  wcale  nie  była  mu  ona  obojętna,  wręcz 

przeciwnie,  oznaczała  coś  bardzo  waŜnego,  tyle  Ŝe  zrozumiał  ją  tak,  iŜ  to  Abby  ponownie 

zadzwoni. Korciło go, aby samemu sięgnąć po telefon i wybrać jej numer, ale nie pozwoliła 

background image

mu  na  to  własna  duma.  Nie  chciał  być  tym,  kto  robi  następny  krok,  choć  czuł,  Ŝe  ten 

idiotyczny - sam go tak określił - opór wewnętrzny jest tu nie na miejscu. W końcu Abby i on 

mogli być przynajmniej przyjaciółmi. Mieli przecieŜ tyle wspólnych zainteresowań, o których 

mogli godzinami rozmawiać. Od jej chłodnego zachowania względem niego z początku lata i 

od tej historii z Alexem minęło sporo czasu i moŜna to było puścić w niepamięć. Alex dawno 

wyjechał,  a  na  ostatnim  wieczorku  tanecznym  Abby  odnosiła  się  do  niego  zadziwiająco 

serdecznie. Biorąc to pod uwagę, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby teraz zadzwonił. 

Niestety,  nie  dowierzał  swej  umiejętności  panowania  nad  sobą.  Łatwo  dawał  się 

ponosić  emocjom,  wątpił  więc,  Ŝe  potrafi  się  zachować  z  przyjazną  powściągliwością. 

Niczego  tak  nie  pragnął,  jak  móc  powiedzieć  Abby,  jak  bardzo  ją  kocha,  jak  dotkliwie  go 

zraniła  i  Ŝe  nie  pojmuje,  jak  mogło  dojść  do  zerwania.  Chciał  znać  powód  takiego 

nieoczekiwanego obrotu rzeczy. 

Abby jednak nie dawała znaku Ŝycia, zatem z wolna doszedł do wniosku, Ŝe dzwoniła 

z czystej uprzejmości, jak przypadkowa znajoma, i tylko on przypisał telefonowi od niej zbyt 

wielkie  znaczenie.  Wiele  razy  miał  ochotę  zadzwonić  do  niej  pod  byle  pretekstem,  ale  nie 

zdobył się na to, a po upływie paru dni doszedł do wniosku, Ŝe byłoby to niestosowne. 

W  poczuciu  klęski  chodził  jak  struty,  a  potem  ten  jego  nastrój  przygnębienia 

przemienił się w złość. Abby najwyraźniej kpiła sobie z niego. Gdyby było inaczej, przecieŜ 

by się wreszcie odezwała. Wprawdzie zdawał sobie jasno sprawę, Ŝe obydwoje zachowują się 

jak uparte dzieci, a mimo to powtarzał sobie w duchu, Ŝe to Abby powinna uczynić pierwszy 

krok.  Miłość  do  niej  uświadomiła  mu,  Ŝe  nie  moŜe  i  nie  chce  Ŝyć  samotnie,  a  Ŝe  ona 

wydawała się nieosiągalna w swej nieprzystępności, postanowił rozejrzeć się za kimś innym. 

Po  prostu  potrzebował  kogoś  obok  siebie,  nawet  gdyby  chodziło  tylko  o  miłe  spędzenie 

czasu.  Z  tego  powodu  nie  musiał  tłumić  swych  uczuć  do  Abby,  i  nawet  nie  próbował  tego 

robić. 

Ale tak jak nie usiłował wyrzucić Abby ze swego serca, tak i nie szukał kontaktu z nią. 

Wierzył,  Ŝe  czas  leczy  wszystkie  rany,  i  w  przekonaniu,  Ŝe  miłość  do  Abby  pozostanie  nie 

spełniona,  poddał  się  nie  próbując  walczyć.  Oznaczało  to  jednocześnie,  Ŝe  w  przyszłości 

postara  się  nie  wiązać  z  Ŝadną  kobietą.  Lepiej,  aby  to  były  powierzchowne  znajomości, 

przelotne flirty tu czy tam, nic nie znaczące spotkania dla zabicia czasu. Wydawało mu się to 

tysiąc razy lepsze niŜ samotność. W domu niekiedy miał wraŜenie, Ŝe lada chwila sufit zwali 

mu  się  na  głowę.  Obawiał  się,  Ŝe  dłuŜej  tego  nie  zniesie  i  Ŝe  w  którymś  momencie  nie 

oglądając się na nic pobiegnie do Abby szukać u niej ratunku. 

Nie było mu łatwo podjąć decyzję, co będzie dla niego boleśniejsze: przezwycięŜenie 

background image

własnej dumy i uczynienie pierwszego kroku do  pojednania czy zadręczanie się miłością do 

Abby z daleka. 

Za  najskuteczniejsze  lekarstwo  uwaŜał  cięŜką  pracę  od  świtu  do  późnej  nocy.  Poza 

tym umawiał się z dziewczętami z innych miejscowości, a po długiej, wyczerpującej jeździe 

powrotnej rzucał się na łóŜko i momentalnie zasypiał. śadna mu się specjalnie nie podobała. 

Zresztą nawet piękność Janice i jej przymilny sposób zwracania na siebie uwagi nie potrafiły 

przegnać z jego serca tęsknoty za Abby. Chętnie pokazywał się z tak znaną osobą, dawał się 

zabierać  na  eleganckie  przyjęcia,  lecz  w  głębi  duszy  pozostał  samotny.  Szybko  zorientował 

się, Ŝe te wszystkie wysiłki niczemu nie słuŜą. KaŜdej nocy, we śnie brał Abby w ramiona, a 

gdy  się  budził,  był  znowu  sam  i  czuł  się  jeszcze  bardziej  rozbity  niŜ  przed  pójściem  na 

spoczynek. 

Doszło do tego, Ŝe zaczął zaniedbywać swe obowiązki, co powodowało, Ŝe złościł się 

sam na siebie. 

ZbliŜały  się  doŜynki.  Miał  ochotę  spędzić  je  tylko  z  nią.  Jaki  to  byłby  dla  niego 

zaszczyt, gdyby przedstawiła go swym rodzicom! Niestety, nie było na to widoków... 

Spodziewał  się,  Ŝe  nie  takie  juŜ  dalekie  BoŜe  Narodzenie  i  Nowy  Rok  teŜ  przyjdzie 

mu spędzić samotnie. Nie miał krewnych, a Kay zamierzała wyjechać do rodziny. Jak bardzo 

by się cieszył, gdyby mógł spędzić święta w towarzystwie Abby! O tej porze zwykle juŜ leŜy 

ś

nieg, mógłby zatem jeździć do niej saniami, tak jak kiedyś jeździł w konkury jego dziadek. 

Mogliby tak mile spędzić świąteczne dni i ostatnie godziny starego roku, zaplanować na ten 

czas tyle ciekawych rzeczy... 

Ale to były tylko marzenia, i miały nimi pozostać, jeŜeli nie zdecyduje się wyciągnąć 

ręki  do  zgody.  Co  z  tego?  Choć  bardzo  chciał  to  zrobić,  licząc,  Ŝe  odzyska  wreszcie  spokój 

ducha, nie potrafił się przemóc. Brakowało mu odwagi i pogardzał sobą za to. 

Któregoś ranka wszedł na moment do domu, aby odszukać rękawice robocze, i akurat 

wtedy  rozległ  się  tętent  kopyt  końskich.  Jego  serce  zaczęło  dziko  bić,  a  myśli  zdominowało 

jedno  pragnienie:  wybiec  na  dwór,  zanim  Abby  przejedzie.  Nogi  wszakŜe  odmówiły  mu 

posłuszeństwa.  Stał  jak  wryty  w  miejscu  nadsłuchując  i  dopiero  gdy  odgłos  uderzających  o 

bruk końskich kopyt ścichł, odwaŜył się podejść do okna. 

Przeczucie  go  nie  myliło:  to  Abby  znikała  w  oddali,  nieledwie  poczuł  przez  otwarte 

okno delikatny zapach jej perfum. Z przemoŜną siłą powróciły wspomnienia minionej wiosny 

i letnich dni, tego pięknego okresu, kiedy nieśmiało, z wolna rodziła się ich miłość. Tęsknił za 

Abby tak bardzo, Ŝe czuł niemal fizyczny ból. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo ją 

kocha. Jak w ogóle mogło dojść do oziębienia stosunków między nimi? Dlaczego od razu nie 

background image

rozwiązali  zaistniałych  między  nimi  problemów,  kiedy  tylko  się  pojawiły?  Jak  by  to  było 

pięknie, gdyby wspólnie mogli przeŜywać rozkwit własnej miłości... 

Abby go kochała. Nie mogło być inaczej. JuŜ przy pierwszym spotkaniu przeskoczyła 

między nimi iskra i za kaŜdym razem, kiedy się spotykali, czuli na sobie działanie dziwnego 

fluidu, który popychał ich ku sobie. 

Wszystkie  te  rzeczy  nie  miały  nic  wspólnego  z  rozsądkiem,  a  on,  aby  się  w  tym  nie 

pogubić, musiał podchodzić do całej sprawy z chłodną rezerwą. 

Pozostały  mu  tylko  marzenia,  lecz  nikogo  nie  obchodziło,  o  czym  on  śni  na  jawie. 

Gdyby zadzwonił do Abby, zdradziłby się tylko ze swą słabością i ośmieszył... 

Któregoś  dnia  towarzyszył  w  Deerfield  Janice  Reynolds  na  uroczystym  bankiecie, 

który zgromadził całą śmietankę towarzyską. Jakiś nadgorliwy fotograf zrobił im przy okazji 

zdjęcie, zamieszczone później naturalnie w miejscowym magazynie. Janice siedziała na nim 

bardzo blisko Teda, moŜe zresztą właśnie dlatego tak spodobało się ono Kay, Ŝe wycięła je i 

wkleiła do rodzinnego albumu. Zbierała wszystko, co dotyczyło „Drugiej Nadziei”. 

Sam Ted najchętniej wykupiłby cały nakład pisma i od razu go spalił. Był pewien, Ŝe 

Abby miała je w rękach, a jeśli jeszcze w tym momencie tliła się w niej iskierka skłonności 

do  niego,  to  taki  niedwuznaczny  dowód  jego  zaŜyłych  stosunków  z  Janice  prawdopodobnie 

zgasił ją raz na zawsze... 

Jak to miała w planie, Abby zaprosiła na doroczne święto doŜynek rodziców i Paula. 

Nie zapomniała teŜ oczywiście o pani Wilkins, zadała teŜ sobie wiele trudu, aby przygotować 

własnoręcznie wyszukane menu. 

Ku  jej  zaskoczeniu  w  „Oazie  Spokoju”  pojawił  się  jeszcze  inny  gość.  Paul  miał 

dziewczynę! Była asystentką na uniwersytecie, gdzie kończył studia podyplomowe, nazywała 

się Fran i z miejsca zdobyła jej sympatię. 

Abby  naprawdę  bardzo  się  ucieszyła.  Paul  nie  mógł  lepiej  wybrać.  Rzucająca  się  w 

oczy  harmonia  panująca  między  nim  a  Fran  nadała  szczególnie  uroczysty  charakter  całemu 

spotkaniu, a sama Abby była tego wieczoru tak wesoła, jaką nie zdarzyło jej się być od całych 

miesięcy. 

Za  to  pani  Mills  z  początku  miała  minę.  jak  gdyby  spotkało  ją  największe  z 

nieszczęść.  Rozchmurzyła  się  jednak  prędko  dzięki  pani  Wilkins,  z  którą  od  razu  przypadły 

sobie  do  serca.  Rozmawiały  długo  i  serdecznie  na  temat  prowadzenia  gospodarstwa 

domowego, dzieląc się radami i wymieniając przepisy. 

Rodzice  Abby  nie  zabawili  długo,  zdecydowani  wcześnie  wrócić  do  Deerfield,  to 

samo  zrobili Paul  i  Fran,  natomiast  Martha  została  dłuŜej.  Coś jej  podpowiedziało,  Ŝe  Abby 

background image

mimo całej swej zewnętrznej wesołości ukrywa przed nią jakieś zmartwienie. 

-  Chodzi o Teda, prawda? - spytała domyślnie, kiedy siedziały przy drugiej filiŜance 

kawy. 

-  Tak... - przyznała się niechętnie Abby po chwili milczenia. - Między nami wszystko 

skończone, po prostu muszę się jeszcze tylko z tym uporać, a to niestety wymaga czasu... 

-  Nie sądzę, aby wszystko było stracone - zaoponowała Ŝywo Martha. 

Abby westchnęła cięŜko. 

-   Gdybym  tylko  wiedziała,  jak  dać  do  zrozumienia  Tedowi,  co  do  niego  czuję,  nie 

upokarzając się przy tym, od razu bym to zrobiła. Nie mogę bez niego Ŝyć, ale widocznie tak 

mi sądzone i nie widzę wyjścia z tej sytuacji. 

-   Nonsens.  Znam  Teda  juŜ  bardzo  długo  i  jestem  pewna,  Ŝe  ma  dokładnie  te  same 

trudności  z  przezwycięŜeniem  własnej  dumy  co  ty,  Abby.  To  ona  mu  nie  pozwala  uczynić 

pierwszego kroku. Jedno z was musi się przemóc, a ręczę, Ŝe później juŜ wszystko się ułoŜy. 

-   Nigdy  się  na  to  nie  zdobędę!  -  zawołała  z  rozpaczą  Abby.  -  Wolałabym  sto  razy 

umrzeć niŜ iść do Teda - i wyznać mu miłość! 

Martha spojrzała na nią z powagą. 

-   W  takim  razie  zapytaj  samej  siebie,  drogie  dziecko,  co  ma  dla  ciebie  większą 

wartość: twoja duma czy Ted. 

Abby  poczuła  się  niezręcznie  i  utkwiła  wzrok  w  podłodze,  ale  dociekliwe  pytanie 

Marthy odniosło skutek. 

Zawstydzona  jak  nigdy,  raptem  ujrzała  całą  sprawę  od  innej  strony.  CzyŜ  naprawdę 

jest  aŜ  tak  uparta  i  małoduszna,  Ŝe  nie  poświęci  odrobiny  swej  dumy,  choć  wie,  Ŝe  to  moŜe 

uszczęśliwić Teda i ją? 

Wprawdzie była jeszcze inna przeszkoda: Abby po prostu się bała. Bała się spojrzeć w 

oczy Tedowi i przyznać do winy, bała się, Ŝe Ted nie przyjmie do wiadomości jej tłumaczeń, 

dlaczego tak się wobec niego zachowała. 

Ale macierzyńsko usposobiona pani Wilkins, której Abby była serdecznie wdzięczna 

za okazywaną na kaŜdym kroku przyjaźń, znała juŜ chyba odpowiedź na owo trwoŜne pytanie 

o ewentualną reakcję Teda. 

-  Martho, załóŜmy, Ŝe pójdę do Teda i wyjawię, Ŝe bardzo go kocham... jak myślisz, 

co mi odpowie? - Wyraz jej oczu zdradzał dręczący ją niepokój. - PrzecieŜ on moŜe nawet nie 

zechce mnie wysłuchać... 

-  AleŜ odpowie ci, Ŝe tak samo bardzo cię kocha. 

-  Naprawdę w to wierzysz, Martho? 

background image

-  W końcu sam mi to powiedział, i to niejeden raz. 

-  Ale z pewnością nie ostatnio. Teraz jest przecieŜ z tą Janice Reynolds. 

-   Zachowałabym  się  nie  fair  wobec  ciebie,  gdybym  przemilczała,  Ŝe  Ted  zna  całe 

mnóstwo dziewcząt, ale jestem święcie przekonana, Ŝe one niewiele dla niego znaczą. 

-  Gdybym tylko mogła w to uwierzyć - westchnęła Abby. 

-  Jest tylko jedna droga, aby się ostatecznie upewnić. 

Abby skinęła w zamyśleniu głową. Martha miała rację. 

Nie  było  powodu  dłuŜej  unikać  Teda,  naleŜało  przełamać  opory  i  odrzucić  strach 

przed kontaktem z nim. 

ś

eby  tylko  to  się  jej  udało!  Jeszcze  nigdy  w  Ŝyciu  tak  się  nie  bała,  choć  przecieŜ 

trudności były po to. aby je pokonywać. Ale właściwie czego tak się lękała? PrzecieŜ chyba 

nie Teda i nie rozmowy z nim. Rozprawiła się takŜe z jeszcze niedawnym przekonaniem, Ŝe 

miłość  pokrzyŜuje  jej  plany  i  postawi  pod  znakiem  zapytania  zawodową  przyszłość.  To  był 

jedynie  wykręt,  aby  nie  spojrzeć  prawdzie  w  oczy.  Na  własną  dumę  teŜ  juŜ  nie  mogła  się 

powołać, gdyŜ Martha skutecznie skruszyła i tę ostatnią flankę. Pozostała tylko naga prawda, 

przed którą nie sposób było się ukryć: Abby po prostu bała się samej miłości. 

Bez względu na to jednak poprzysięgła sobie, Ŝe juŜ nie będzie uciekać przed Tedem i 

swoim uczuciem do niego. Z pomocą Marthy z pewnością uda jej się zrobić decydujący krok 

i wyznać mu, co się z nią dzieje. 

PoŜegnawszy  serdecznym  uściskiem  panią  Wilkins  stała  jeszcze  długo  w  drzwiach 

domu i spoglądała z dumą na swe małe królestwo. 

Jutro  pojadę  na  Malince  do  Teda,  przyrzekła  sobie  solennie,  lecz  nic  nie  mogła 

poradzić na to, Ŝe juŜ na samą myśl o tym jej serce zaczęło bić jak szalone. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

To była najdłuŜsza noc  w moim Ŝyciu, pomyślała Abby,  gdy do jej sypialni wkradły 

się  poprzez  firanki  pierwsze  promienie  słońca.  Dopiero  wybiła  szósta,  lecz  na  szczęście  na 

wsi  wstawało  się  wcześnie.  O  tej  porze  juŜ  właściwie  kaŜdy  był  na  nogach,  a  niektórzy 

zrywali się nawet przed wschodem słońca. 

Jeśli  się  pospieszy,  moŜe  uda  jej  się  przyjechać  w  momencie,  kiedy  Ted  będzie 

otwierał drzwi. 

W najwyŜszym pośpiechu wskoczyła na konia, aby przybyć na czas, lecz kilkadziesiąt 

metrów  od  farmy  Teda  puściła  wodze  i  dalej  jechała  stępa.  Na  próŜno  próbowała 

doprowadzić  do  porządku  rozrzucone  przez  wiatr  włosy,  a  przy  tym  dręczył  ją  śmieszny 

problem, czy nie powinna była włoŜyć czerwonego swetra zamiast niebieskiego, jaki miała na 

sobie. 

W ten sposób dawało o sobie znać zdenerwowanie. W ostatniej chwili odwaga znów 

ją  opuściła  i  niechybnie  popędziłaby  cwałem,  byłe  dalej  od  domu  Teda,  gdyby  właśnie  nie 

wyjechał  z  bramy  na  swym  Jasperze.  Wyraz  jego  twarzy  świadczył  o  ponurym  nastroju  i 

wyglądało na to, Ŝe poprzez szaleńczą jazdę Ted pragnie dać upust miotającej nim złości. 

Pokusa była wielka: oto teraz podjedzie do niego znienacka i rzuci mu się w ramiona, 

lecz jego widok wywołał w niej prawdziwy uczuciowy zamęt i dosłownie ją sparaliŜował. 

Choć była bardzo blisko, nie zauwaŜył jej, a ona nie zdobyła się na to, aby do niego 

podjechać.  W  końcu  postanowiła,  Ŝe  pozwoli  sobie  na  mały  Ŝart.  Jechała  więc  za  nim, 

trzymając się w pewnym oddaleniu, lecz starając się nie stracić go z oczu. Przebyli tak moŜe z 

pół  mili,  gdy  Ted  nagle  zeskoczył  z  siodła  i  przywiązawszy  wodze  do  pnia  drzewa,  ruszył 

przed  siebie  kopiąc  z  wściekłością  leŜące  na  polnej  drodze  kamienie.  Nie  potrzebowała 

słyszeć słów, aby wiedzieć, Ŝe klnie. Domyśliła się tego teŜ ze sposobu, w jaki przywiązywał 

konia do drzewa, lecz nie wiedziała, co jest przyczyną aŜ takiej frustracji. 

Uśmiechnęła  się  sama  do  siebie,  licząc  na  to,  Ŝe  uda  się  jej  go  zaskoczyć.  OstroŜnie 

skierowała Malinkę do miejsca, gdzie stał przywiązany Jasper. Obydwa konie od razu zaczęły 

się pocierać głowami, jak gdyby i je łączyła jakaś miłosna przygoda. 

Ted  opierał  się  o  pień  drzewa,  wpatrzony  w  ciągnące  się  aŜ  po  horyzont  pola.  Abby 

podkradła się do niego i stanąwszy z tyłu zasłoniła mu szybko oczy dłońmi. 

-  Nareszcie cię dopadłam - szepnęła mu do ucha. Towarzyszył temu przypominający 

muśnięcie wiatru pocałunek. 

background image

-   Abby,  mój  BoŜe,  Abby!  Mam  wraŜenie,  Ŝe  śnię!  -  wykrzyknął  oszołomiony 

odrywając jej dłonie od swych oczu i odwracając się. - Nie wierzę własnym oczom! 

Roześmiała się uszczęśliwiona. 

-   PoniewaŜ  nasze  konie  są  zajęte  sobą  -  rzekła  wskazując  na  Malinkę  i  Jaspera, 

najwyraźniej  czulących  się  do  siebie  -  Ŝadne  z  nas  nie  ucieknie  przed  decydującą  rozmową, 

którą trzeba było juŜ dawno odbyć. 

Ted równieŜ się roześmiał, lecz zaraz spowaŜniał. 

-  Mam nadzieję, Ŝe się nie pobijemy. Nie zniósłbym tego, Abby. 

-  Ja teŜ nie. Ja naprawdę nie chciałam, aby stało się to, co się stało. I ty z pewnością 

teŜ nie. 

-   Oczywiście,  Ŝe  nie.  Moje  zachowanie  było  tylko  odpowiedzią  na  to,  co  mi 

wyrządziłaś. Pokochałem cię od pierwszego wejrzenia, proszę, uwierz mi. 

-   Ze  mną  było  nie  inaczej  -  zapewniła  pospiesznie  -  tylko  za  Ŝadne  skarby  nie 

chciałam  się  do  tego  przyznać,  nawet  sama  przed  sobą.  Przez  cały  ten  czas  pragnęłam  ci 

wytłumaczyć, z jakiego powodu nie chciałam przyjąć tego do wiadomości, lecz brakowało mi 

odwagi. 

-   A  ja  tak  długo  czekałem  na  jakieś  wyjaśnienie,  Abby.  Jakimś  dziwnym  sposobem 

nie  opuszczała  mnie  pewność,  Ŝe  ty  czujesz  do  mnie  to  samo  co  ja  do  ciebie,  nawet  wtedy, 

gdy  odwracałaś  się  do  mnie  plecami.  To  mnie  frustrowało  coraz  bardziej,  aŜ  wreszcie 

skończyło się tym, Ŝe byłem wściekły na ciebie. 

-  Czy to moŜe było powodem, dla którego tak zajmowałeś się Karen i z coraz to inną 

kobietą u boku rozpaczliwie szukałeś rozrywki w nocnych lokalach, jak słyszałam? 

-   Częściowo  tak  -  potwierdził.  -  A  poza  tym  był  tutaj  jeszcze  Alex.  Jeśli  naprawdę 

byłaś we mnie zakochana, jak mówisz, to czemu tak cię ciągnęło do niego? I dlaczego zawsze 

mi się wymykałaś? Swoim sposobem bycia tak mnie speszyłaś i wytrąciłaś z równowagi, Ŝe 

nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. 

-   Och,  Ted,  nie  jest  mi  łatwo  to  wytłumaczyć.  Wmówiłam  sobie,  Ŝe  nie  da  się 

pogodzić Ŝycia uczuciowego z planami zawodowymi. Byłam nawet przekonana, Ŝe sukces w 

pracy badawczej jest jedyną rzeczą, jakiej mi trzeba do szczęścia. 

Wpatrywał się w nią z czułością. 

-  A teraz juŜ tak nie jest? 

-   Nie.  Moja  filozofia  załamała  się  tego  dnia,  kiedy  się  spotkaliśmy  po  raz  pierwszy. 

Bałam  się,  Ŝe  ulegnę  twemu  urokowi,  dlatego  trzymałam  cię  na  dystans.  W  ten  sposób 

chciałam  się  bronić,  teraz  juŜ  wiem.  Alex  nie  był  dla  mnie  nikim  więcej,  tylko  dobrym 

background image

przyjacielem.  Pomógł  mi  zresztą  zrozumieć  pewne  rzeczy,  gdy  się  zorientował,  Ŝe  między 

nami  nigdy  nie  będzie  nic  poza  przyjaźnią.  Myślałam,  Ŝe  mając  go  obok  siebie  łatwiej  mi 

przyjdzie zapomnieć o tobie, ale mi się to nie udało. Przeciwnie, z kaŜdym dniem kochałam 

cię bardziej i czułam się bezbronna wobec tego uczucia. Dlatego wpadłam w panikę i tak źle 

się  z  tobą  obeszłam.  Potrafisz  mi  to  wybaczyć.  Ted?  Byłam  taka  głupia.  -  Jej  glos  drŜał 

zdradliwie. 

-  Nie ma tu nic do wybaczenia, Abby. Ja takŜe popełniłem błędy. I ja miałem swoje 

wyobraŜenia  o  Ŝyciu.  Zanim  cię  poznałem,  uganiałem  się  za  kaŜdą  spódniczką.  śadnej  nie 

przepuściłem.  Miałem  rozliczne  znajomości  i  zmieniałem  dziewczyny  jak  rękawiczki.  W 

ciągu  dnia  pracowałem  na  farmie,  ale  noce  były  według  mnie  po  to,  aby  się  wyszumieć. 

Wydawało  mi  się,  Ŝe  to  najlepszy  sposób  na  Ŝycie.  Tak  było  do  chwili,  kiedy  poznałem 

ciebie. 

-  A teraz? - spytała cicho. 

-   Teraz  jesteś  ty.  Od  tamtej  chwili  myślałem  tylko  o  tobie.  Pragnąłem  cię  tak 

rozpaczliwie,  Ŝe  prawdopodobnie  dlatego  wszystko  robiłem  źle.  Z  tobą  musiałem  się 

obchodzić ostroŜniej niŜ z innymi dziewczętami, a z dawnych poglądów nie zostało nic. 

Abby musiała się oprzeć o pień drzewa, gdyŜ nogi miała jak z waty. Wyjawienie całej 

prawdy kosztowało ją więcej, niŜ myślała, ale słuchając wyznania Teda powoli przychodziła 

do  siebie.  Nawet  w  najśmielszych  marzeniach  nie  spodziewała  się  usłyszeć  od  niego  takich 

słów... 

Szczęście  zalało  ją  gorącą  falą.  Osunęła  się  na  kolana  w  słodkiej  niemocy.  Świat, 

który  przed  chwilą  zdawał  jej  się  pozbawiony  wszelkiej  nadziei,  wydał  się  naraz 

nieskończenie piękny, tak piękny, Ŝe się rozpłakała. Od kiedy znała Teda, zdarzało jej się to 

często, tym razem jednak płakała ze szczęścia. 

Kiedy  podniosła  na  niego  mokre  od  łez  oczy,  wyczytał  z  nich  całą  miłość,  jaką  dla 

niego miała, miłość skrywaną tak długo, wszystkie tęsknoty, obawy i udręki, jakich przyszło 

jej  zaznać,  zanim  zrozumiała,  co  tak  naprawdę  liczy  się  w  Ŝyciu.  Był  w  nich  Ŝal,  Ŝe  stracili 

tyle cennego czasu, który przecieŜ mogli spędzić na wzajemnym poznawaniu się i budowaniu 

prawdziwego uczucia... 

Ted ukląkł obok Abby i wziął ją delikatnie w ramiona. 

-  Nie płacz, kochanie - szepnął gorąco - to juŜ przeszłość. Nareszcie jesteśmy razem i 

to jest najwaŜniejsze. 

-  Ach, Ted, obejmij mnie mocno i powiedz, Ŝe nie śnię, Ŝe to rzeczywistość... 

Przycisnął ją czule do piersi. 

background image

-   To  naprawdę  rzeczywistość  -  zapewnił  -  i  zawsze  będę  cię  tulił,  jeśli  mi  na  to 

pozwolisz.  Właściwie  wszystko  zaczęło  się  dopiero  dziś,  bo  przedtem  nie  byliśmy  wobec 

siebie szczerzy. Ale to się nigdy nie powtórzy. 

Ujął jej twarz w dłonie i zaczął scałowywać łzy. Z nieba padały białe płatki, pierwszy 

ś

nieg w tym roku, lecz oni, ciasno objęci w miłosnym uniesieniu nie czuli zimna. 

Malinka podeszła do Abby i skubnęła ją w ramię. Grzywę klaczy zdąŜył juŜ całkiem 

przyprószyć śnieg, zwierzęciu więc najwyraźniej było pilno wrócić do stajni. 

-  Malinka ma rację - odezwał się Ted. -  Lepiej  wracajmy, bo inaczej zamarzniemy i 

będziemy zmuszeni czekać do wiosny, aby odtajać. 

-  Nawet nie zauwaŜyłam, Ŝe zrobiło się bardzo zimno - szepnęła zdziwiona. 

Wracali  szybko  na  farmę,  a  w  powietrzu  wirowało  coraz  więcej  płatków  śniegu,  Ŝe 

chwilami  nic  nie  było  widać.  Zima  zaczęła  się  na  dobre,  lecz  oni  przeŜywali  wiosnę  swej 

miłości.  Zsiedli  z  koni  prowadząc  je  za  uzdy  i  trzymając  się  za  ręce  podeszli  do  bramy 

prowadzącej  na  farmę  Teda.  Niewiele  przy  tym  mówili.  PrzecieŜ  najwaŜniejsze  zostało  juŜ 

powiedziane.  Ich  miłość  nie  potrzebowała  słów.  Wreszcie  się  odnaleźli  i  to  napełniało  ich 

szczęściem.