TRACY BAER
PUŁAPKA ZWANA MIŁOŚCIĄ
PrzełoŜyła Renata Kochan
ROZDZIAŁ 1
Tej zimowej nocy było bardzo zimno. Dobywająca się z nozdrzy końskich para
momentalnie zmieniała się w biały obłoczek, kopyta wystukiwały twarde stakkato na
zamarzniętym śniegu, a mimo to Abby Mills czuła nieodpartą potrzebę, by pędzić przed
siebie, wciąŜ dalej i dalej, wydającą się nie mieć końca, rozległą równiną. Wiedziała, Ŝe albo
znajdzie odpowiedź na dręczące ją pytanie, której tak długo szuka, albo wyczerpana do reszty
osunie się z siodła.
Miała uczucie, Ŝe stanowi jedność z koniem i wszechświatem. Tu, na tej pokrytej
ś
niegiem równinie nie było autobusów i samochodów, przypominających boleśnie, Ŝe juŜ
wkrótce upomni się o nią dzień powszedni ze wszystkimi swymi problemami.
Drobniutkie lodowate płatki śniegu kłuły niby cienkimi igiełkami jej twarz. Była
wdzięczna za ten niewielki ból, pozwalał jej nie tracić kontaktu z rzeczywistością. Przechyliła
się ponad szyją klaczy.
- Właśnie tego potrzebuję, Malinko - szepnęła do zwierzęcia - szalonego pędu i
wiatru we włosach. Uleć ze mną daleko, daleko stąd, zawieź mnie do oazy spokoju.
Oaza spokoju to było miejsce ze snów, do którego często uciekała w myślach, będąc
jeszcze małym, często smutnym dzieckiem. Co prawda miała rodziców, lecz mimo iŜ ją
kochali i robili wszystko, aby ją uszczęśliwić, nie umieli nawiązać z nią bliŜszego
uczuciowego kontaktu. Ów chłód emocjonalny, kładący się cieniem na jej dzieciństwie,
sprawił, Ŝe w Abby nigdy nie zrodziło się pragnienie, aby wyjść za mąŜ i samej mieć dzieci.
Było wręcz przeciwnie.
Jako mała dziewczynka nigdy nie bawiła się z koleŜankami w rodzinę, za to zawsze
sobie wyobraŜała, Ŝe lalki są jej braćmi i siostrami, których nie miała. W szkole uchodziła za
doskonałą, a przy tym pewną siebie uczennicę, była ładna i powszechnie lubiana, nie miała
zatem powodu się skarŜyć. WszakŜe jej dzieciństwo i wczesna młodość nie naleŜały do
najszczęśliwszych, a i teraz, przy swoich dwudziestu czterech latach czuła, Ŝe to, co naprawdę
liczy się w Ŝyciu, po prostu przeszło niepostrzeŜenie obok niej...
Na czternaste urodziny otrzymała od rodziców w prezencie lekcje jazdy konnej. Od
tego czasu regularnie odwiedzała stadninę. Malinka była jeszcze źrebięciem, kiedy Abby
znalazła się tam po raz pierwszy, za małym, aby pokonać nawet najmniejszą przeszkodę.
Przez długi czas musiała więc jeździć na innym koniu, lecz jej serce nieodwołalnie naleŜało
do Malinki.
To na Malince pokłusowała któregoś dnia do wytęsknionej oazy spokoju, siedząc na
jej grzbiecie oddawała się marzeniom i snuła plany na przyszłość. Podczas jednej z takich
wypraw zdecydowała się studiować rolnictwo, na długo przedtem, zanim jej szkolne
koleŜanki podjęły jakąkolwiek decyzję w tym względzie. Absolutnie przekonana o słuszności
swego wyboru, ukończyła z odznaczeniem college, a w niedługi czas potem uzyskała jeszcze
dyplom z zakresu hodowli bydła.
ś
ycie w Deerfield, z jego ruchem ulicznym, zatłoczonymi chodnikami i sklepami,
biurowcami i lokalami tanecznymi nie dawało jej wszakŜe zadowolenia, choć znalazła
ciekawą pracę w działającym dla potrzeb rolnictwa instytucie badawczym. Nie, nie mogła tu
znaleźć swojej oazy spokoju, musiała jej szukać poza Deerfield. Zanim to sobie jednak
ostatecznie uświadomiła, spędziła wiele bezsennych nocy.
KaŜdego dnia zaraz po pracy jeździła do stadniny, aby odbyć przejaŜdŜkę na Malince.
Od razu z pierwszej pensji wpłaciła za nią zaliczkę, a potem co miesiąc wpłacała pewną
sumę. Młodszy koń z pewnością byłby lepszym interesem, lecz Abby od samego początku
chciała zostać właścicielką wyłącznie Malinki. Pragnęła mieć ją zawsze obok siebie, niestety
w Deerfield nie miała jej gdzie trzymać.
To Paul, kolega, z którym od czasu do czasu wychodziła tu i tam, pomógł jej podjąć
decyzję. JuŜ podczas nauki w High Scool i potem, gdy był w college’u, kaŜdego lata pracował
na farmie, więc zaproponował Abby to samo.
Kiedy Paul mówił o przyrodzie, czynił to niemal tak, jak gdyby był poetą. Nieraz
nachodziła ją myśl, aby zabrać go ze sobą do stadniny i wyruszyć wraz z nim konno do krainy
marzeń. Nie mogła się jednak przemóc. Nie chciała nikogo ze sobą zabierać do własnego,
intymnego świata, a juŜ z pewnością Ŝadnego męŜczyzny.
Abby była pewna, Ŝe zdarzy się coś, co całkowicie odmieni jej Ŝycie. Nie miała
konkretnego wyobraŜenia, co to miałoby być, wolała na razie o tym nie rozmyślać.
Przy tym wszystkim bardzo lubiła Paula i ceniła sobie jego rady, przyjaźń i szczerość.
Praca w instytucie badawczym trzymała ją przez całe lato w mieście. Gdyby mogła ten czas
spędzać na wsi, z pewnością by lepiej rozumiała, o czym Paul mówił przez cały czas. MoŜe
udałoby jej się coś znaleźć dla siebie i dla Malinki, jakąś stodołę czy starą farmę, którą dałoby
się doprowadzić do porządku.
W dwa tygodnie później Abby znalazła dokładnie to, czego szukała. Był to stary młyn
usytuowany na niewielkim wzniesieniu. W pobliŜu przepływał najczystszy potok, jaki
kiedykolwiek widziała. Nieco z tyłu stała mała stodoła. Naokoło rozciągały się sady,
warzywniki i pełne kwiatów ogrody.
Ku swemu zaskoczeniu, a przy tym wielkiej radości stwierdziła, Ŝe młyn po
dokonaniu drobnych napraw i przeprowadzeniu gruntownych porządków da się znowu
uruchomić. Znajdowało się tam parę antycznych mebli, oczywiście dość zniszczonych, ale
Abby wiedziała, jak je odnowić, a brakujące sztuki umeblowania postanowiła kupić na
aukcjach i wyprzedaŜach, oczywiście zwracając uwagę na to, aby pasowały do reszty i razem
tworzyły stylową całość.
Młyn był oddalony dobry kawałek drogi od stadniny. Abby przywiozła Malinkę
specjalnym samochodem do przewozu zwierząt, aby się przekonać, czy klacz będzie się tam
dobrze czuć. Kiedy stwierdziła, Ŝe jej ulubienicy podoba się nowe schronienie, od razu
postanowiła kupić młyn i stodołę. Na szczęście okazało się, Ŝe moŜe zrobić to w formie
miesięcznych rat.
Z początku trudno jej się było dogadać z właścicielem, lecz gdy ten zobaczył, Ŝe jej
zamiary są naprawdę powaŜne i jak umiejętnie obchodzi się z koniem, odniósł wraŜenie, Ŝe
oddaje swoją posiadłość w dobre ręce.
- Ten młyn ma sto pięćdziesiąt lat - poinformował. - Zbudował go mój dziadek.
Abby wiedziała, Ŝe kupno takiego gospodarstwa wiąŜe się ze sporą
odpowiedzialnością. Owo historyczne miejsce naleŜało za wszelką cenę utrzymać w
charakterystycznym dla niego stylu.
Natychmiast podzieliła się tą wielką nowiną z rodzicami, a nieco później podpisała akt
kupna i rozpoczęła przygotowania do przeprowadzki. Zamiast, jak dotychczas, spędzać tylko
lato na wsi, miała tu pozostać do końca Ŝycia.
Samochodem jechało się tu z Deerfield niecałą godzinę, lecz młyn znajdował się
dostatecznie daleko od zgiełku wielkiego miasta, zatem Abby musiał gruntownie zmienić
swój dotychczasowy styl Ŝycia.
Paul bardzo się cieszył z jej decyzji i podarował jej z tej okazji zestaw przyrządów do
badania gleby.
Abby nazwała swój nowy dom „Oazą Spokoju”.
ROZDZIAŁ 2
Z grubej deski znalezionej w stodole Abby sporządziła szyld. Wycięła w drewnie za
pomocą specjalnych narzędzi stylowane litery nowej nazwy posiadłości, zabejcowała deskę i
polakierowała, po czym z nieopisaną dumą przytwierdziła ją nad drzwiami wejściowymi.
Od pierwszej chwili miała wraŜenie, Ŝe pod tym dachem ciągle jeszcze Ŝyją duchy
przeszłości. Dowodem na to wydawały się być stare lalki z gałganków znalezione w jednym z
pokoi, a takŜe wycięta z kolby kukurydzy oryginalna fajka.
Poprzedni właściciel nie powiedział jej za wiele o swych > przodkach, którzy tutaj Ŝyli
i gospodarowali, ale juŜ po kilku dniach, kiedy szukając zapomnianych skarbów przejrzała
zawartość wybudowanych szaf i strychu, traktowała wszystkie przedmioty naokoło jak
starych przyjaciół.
Był początek maja, gdy z radosnym sercem przystąpiła do prac renowacyjnych.
Wykorzystując światło dzienne starannie pociągnęła ramy okienne i Ŝaluzje ciepłą w tonacji,
Ŝ
ółtą farbą. Nad oknami w części mieszkalnej młyna i pod okapem stodoły wymalowała
ornamenty kwietne i symbole, mające jej zapewnić ciche szczęście i dobre zbiory.
Wieczorami, po mozolnym przekopywaniu ogrodu i pracach zmierzających do przywrócenia
meblom ich pierwotnego wyglądu, wertowała zakupione przez siebie, poświęcone
ogrodnictwu ksiąŜki, aby jak najszybciej przystąpić do uprawy warzyw.
O tej porze roku sady stanowiły prawdziwą rozkosz dla oczu. Drzewa owocowe,
okryte wręcz rozrzutną ilością kwiecia, zapowiadały bogate zbiory. Upajająca woń wpadała
przez szeroko otwarte okna docierając do najdalszych zakątków domu.
Pod koniec pierwszego tygodnia spędzonego w „Oazie Spokoju” Abby zajęła się
warzywnikiem. Pieczołowicie przygotowała grządki i wytyczyła ścieŜki, wydając
jednocześnie bezlitosną walkę chwastom. Ogródka kwiatowego nie chciała jednak zakładać
według z góry ustalonego planu. Cieszył ją urzekający barwami gąszcz rozkwitłych kwiatów i
ziół rosnących gdzie popadnie, zwaŜała tylko, aby nic nie wybujało zbyt wysoko, bo wtedy
zasłoniłoby słońce innym roślinom.
TuŜ pod oknami kuchennymi znajdowały się jeszcze resztki dawnych grządek z
ziołami. Abby posiała obok roślin wieloletnich takŜe inne: bazylię, pietruszkę, szczypiorek i
majeranek. Jesienią zamierzała te wszystkie zioła ususzyć.
Miała nawet ochotę sprawić sobie parę kur, bo to oznaczało codziennie świeŜe jajka,
lecz ostatecznie odłoŜyła tę sprawę do następnego roku. Najpierw musiała zająć się czym
innym. Przede wszystkim naleŜało doprowadzić dom do połysku, gdyŜ na następny weekend
zapowiedzieli swą wizytę rodzice, nie wolno jej było teŜ zapominać o Malince, która musiała
regularnie zaŜywać ruchu. Gdyby nie klacz, Abby od rana do nocy kręciłaby się po domu i
ogrodzie, a tak kaŜdego dnia wyjeŜdŜała w innym kierunku, poznając w ten sposób okolicę.
Na dwa dni przed przyjazdem rodziców wyfroterowała wszystkie podłogi, a w oknach
zawiesiła nowe firanki. Na razie mieli się zadowolić rozkładanymi leŜankami, gdyŜ zakup
czegoś wygodniejszego Abby pozostawiła do letniej aukcji.
Właściwie powinnam zaprosić teŜ Paula, myślała. Pierwszy na to zasłuŜył, poddając
jej pomysły i zachęcając do ich realizacji.
Tego popołudnia wybrała się do właścicieli tych farm w sąsiedztwie, gdzie przy
wejściu widniał napis, Ŝe moŜna tam kupić owoce i jarzyny. Do tej pory zaopatrywała się we
wszystko w supermarkecie w pobliskim miasteczku, na ten weekend chciała się jednak
zaopatrzyć w produkty pochodzące bezpośrednio ze wsi, aŜeby podkreśliły sielską atmosferę
„Oazy Spokoju”.
Jako pierwszą odwiedziła panią Wilkins, której farma leŜała najbliŜej młyna. Starsza
pani juŜ nieraz widziała młodą sąsiadkę jeŜdŜącą konno i była rada, Ŝe wreszcie znalazła się
okazja do pogawędki.
Abby powiedziała, Ŝe z pewnością w niedługim czasie zjawi się u niej z wizytą, ale Ŝe
w tej chwili jest bardzo zajęta, bo oczekuje rodziców, którzy mają przyjechać w pierwsze
odwiedziny. Potem spytała panią Wilkins, czy ta nie mogłaby jej sprzedać trochę chrupiącej
sałaty prosto z grządki.
- AleŜ oczywiście - zapewniła ucieszona sąsiadka. - A moŜe chciałaby pani
spróbować moich marynat?
- Boskie! - zachwycała się Abby, spróbowawszy róŜnych marynowanych specjałów,
konfitur i zawekowanych kompotów. - Wezmę po jednym słoiku z kaŜdego rodzaju. Pewnie
nie zdradzi mi pani swoich smakowitych przepisów?
- Zwykle tego nie robię - roześmiała się pani Wilkins - ale w pani wypadku zrobię
wyjątek.
- Dzięki - ucieszyła się Abby.
- Wie pani co? - rzuciła skwapliwie farmerka. - Po prostu zadzwonię do pani, gdy
następnym razem będę coś takiego przygotowywała. Będzie pani mogła zobaczyć na własne
oczy, jak to się robi.
- Jest pani aniołem, pani Wilkins! Dokładnie tego sobie Ŝyczyłam, lecz nie śmiałam o
to poprosić.
- Jednego się pani musi nauczyć zaraz na początku, Abby, bo przecieŜ chyba mogę
tak do pani mówić, prawda? My tu na wsi nie bawimy się w formalności. Po prostu nie mamy
na to czasu.
- Dobrze, będę o tym pamiętać. Potrwa jeszcze trochę, zanim będę mogła coś zebrać
w mym ogrodzie, więc na pewno będę zachodzić do pani. A przy okazji, studiowałam
rolnictwo. Gdyby pani zechciała kiedyś zasięgnąć ksiąŜkowej porady, jestem do dyspozycji.
ś
egnając się za panią Wilkins Abby wiedziała juŜ, Ŝe z tą sąsiadką jej stosunki ułoŜą
się najlepiej, jak tylko moŜna sobie Ŝyczyć.
W poniedziałek rano Abby wróciła z powrotem do pracy w instytucie. Był piękny
słoneczny dzień i Paul pootwierał w laboratorium wszystkie okna. Choć w powietrzu czuć
było przede wszystkim spaliny, pachniało jednak takŜe trochę wiosną. Kiedy tak siedziała nad
probówkami, tęsknota za „Oazą Spokoju” rosła w niej z przemoŜną siłą.
- To śmieszne, wcześniej w ogóle nie zwracałam uwagi na złe powietrze tu w mieście
- powiedziała do Paula.
- Wygląda na to, Ŝe wiejskie powietrze lepiej ci słuŜy - stwierdził. - Sprawiasz
wraŜenie zdrowszej i szczęśliwszej.
- Masz ochotę obejrzeć z końcem tygodnia mój nowy dom? - spytała. - Moi rodzice
teŜ przyjadą, lecz chcę mieć w tobie honorowego gościa. PrzecieŜ tyle ci zawdzięczam!
Gdyby nie twe sugestie, sama z siebie prawdopodobnie nigdy bym się na to nie zdobyła.
- To brzmi naprawdę zachęcająco, niestety nie będę mógł przyjechać do ciebie w
piątek po pracy. Muszę załatwić sprawy związane z moim letnim zajęciem. Jeśli dopisze mi
szczęście, będę pracować nie tak daleko od twego młyna. Co o tym myślisz?
- Cudownie, Paul! Odmieniłeś całe moje Ŝycie i naprawdę nie wiem, jak ci za to
dziękować.
- Odstąp mi trochę marynat i konfitur, gdyŜ z pewnością będziesz je w jesieni
przygotowywać. To wszystko, czego sobie Ŝyczę.
Kiedy Abby w piątek po pracy wróciła da domu, jej rodzice czekali juŜ pod drzwiami.
Nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Widocznie byli tak ciekawi jej nowego mieszkania,
Ŝ
e przyjechali dwie godziny wcześniej, niŜ się spodziewała.
Oczekiwała tej wizyty takŜe z pewną obawą, spodziewając się, Ŝe matka skrytykuje w
jej nowym domu absolutnie wszystko. W mniemaniu pani Mills nawet najpiękniejszy zamek
nie mógł konkurować z zaciszem jej własnego domowego ogniska. Ku jej zdumieniu matka
wydawała się całkowicie zadowolona z jej wyboru.
- Ale mimo wszystko powinnaś zawiesić nie takie przezroczyste firanki, moje dziecko
- nie mogła się powstrzymać od uwagi. - Jeśli chodzi o mnie, to nie mogłabym mieszkać w
domu gdzie sąsiedzi zaglądają do okien i widzą, co się robi.
Abby o mały włos nie wybuchnęła głośnym śmiechem. Młyn stał na wzniesieniu, więc
gdyby ktoś chciał zajrzeć w okna, musiałby wpierw przytaszczyć ze sobą drabinę.
Pani Mills wysunęła jeszcze parę propozycji, które nie były dalekie od krytyki, lecz
wreszcie, trochę stropiona swym niefortunnym wystąpieniem w sprawie firanek, poddała się i
tylko kiwała potakująco głową.
Ojciec Abby za to mówił niewiele, ale było widać, jaki jest dumny z córki.
Kiedy Abby przygotowywała świąteczny obiad w kuchni, układając sobie w głowie,
jak to postawi na stole zapalone świece, mające przydać staremu młynowi właściwego efektu,
doszła ją z pokoju rozmowa rodziców. Nieokreślone uczucie kazało jej naraz podejść pod
drzwi i nadstawić uszu.
- PrzecieŜ chyba jej nie pozwolisz mieszkać tu na tym pustkowiu? - usłyszała głos
matki.
- Al»Ŝ uspokój się, moja droga. Abby jest dorosła i ma prawo układać sobie Ŝycie, tak
jak chce.
- Ale przecieŜ jesteśmy ostatecznie jej rodzicami, mamy zatem prawo zabrać w tej
sprawie głos!
- Oczywiście. Ale nie mamy juŜ prawa niczego jej narzucać.
- Na szczęście pozostaje dla nas jeszcze jedna nadzieja. Zaprosiła teŜ tego miłego
chłopca, Paula. JuŜ nam więcej nie wmówi, Ŝe nie zaleŜy jej na nim. Ze wszystkimi innymi
zrywała od razu.
- Co chcesz przez to powiedzieć, Joan? - spytał pan Mills zdziwiony.
- śe ten Paul jest być moŜe naszą ostatnią szansą. MoŜe wreszcie doŜyjemy chwili, Ŝe
się opamięta i zrobi coś rozsądnego z własnym Ŝyciem.
- Przypuszczam, Ŝe mówisz o małŜeństwie i wnukach.
- Tak, właśnie tak.
Abby dosłownie trzęsła się Ŝ oburzenia. CzyŜ matka nie rozumie, Ŝe ona nie jest juŜ
małym dzieckiem? Na szczęście w tym momencie nadjechał Paul, zrobiwszy wszystko, aby
jednak móc skorzystać z zaproszenia, bo inaczej jak nic wpadłaby do pokoju i urządziła
rodzicom scenę. PoniewaŜ juŜ go znali, mogła spokojnie zostać w kuchni i skończyć
przygotowywanie obiadu, a przy okazji nieco się uspokoić.
Prawdopodobnie matka będzie natychmiast próbowała przeciągnąć Paula na swoją
stronę, myślała gniewnie, wiedziała jednak, Ŝe moŜe polegać na przyjacielu. Doskonale
orientował się w planach pani Mills, nie marzącej o niczym innym, tylko o wydaniu córki za
mąŜ, była więc pewna, Ŝe tego rodzaju rozmowę, a niechybnie naleŜało się jej spodziewać,
przerwie taktownie pod byle pretekstem, lub zręcznie skieruje na inne tory. Najkomiczniejsze
jednak w tym wszystkim było to, Ŝe to właśnie z Paulem miałaby się związać na powaŜnie,
choć prawdę mówiąc i jej samej nieraz to przychodziło do głowy. Rozumieli się przecieŜ
doskonale, mieli podobne zainteresowania, a Paul niejednokrotnie dawał wyraz temu, Ŝe
Ŝ
yczy sobie, aby jego przyszła Ŝona miała własne zdanie.
Zgadzali się teŜ co do tego, Ŝe praca jest najwaŜniejsza w ich Ŝyciu, postanowili teŜ, Ŝe
nigdy nie staną się ofiarami jakichkolwiek konwencji, Abby wszakŜe zaskoczył sposób, w
jaki Paul odnosił się do jej matki. Czynił to bowiem z taką atencją, Ŝe wszystko wskazywało
na to, iŜ nie miałby nic przeciwko poślubieniu jej córki. Kiedy wniosła jedzenie, gawędzili
ciągle jeszcze o tym, jak dobrze byłoby osiedlić się na stałe w takim uroczym zakątku i
wychowywać w czystym powietrzu zdrowe dzieci.
Tą ostatnią uwagą Paul raz na zawsze przekreślił się w oczach Abby. Miała wraŜenie,
iŜ ją zdradził przechodząc w tak oczywisty sposób do obozu rodziców. Naraz poczuła się
bardzo samotna, ale nie zamierzała zejść z raz obranej drogi. Oznaczałoby to przecieŜ
rezygnację z marzeń i pogrzebanie ambitnych planów na przyszłość.
ROZDZIAŁ 3
Przez resztę weekendu Abby bacznie zwaŜała na to, aby rozmowa dotyczyła
wyłącznie spraw związanych z zagospodarowaniem ogrodu i ponownego uruchomienia
młyna.
Kiedy wczesnym rankiem wyruszyła z Paulem na konną przejaŜdŜkę w pola,
próbowała mu wyjaśnić, co ją tak bardzo przygnębiło poprzedniego wieczoru, Ŝe nawet tu na
zewnątrz nie umie się pozbyć uczucia przymusu.
Paul co prawda powiedział, Ŝe ją doskonale rozumie. Abby jednak podświadomie
czuła, Ŝe wypowiedzi jej matki w kwestii małŜeństwa i dzieci zrobiły swoje. Kiedy bowiem
przejeŜdŜali obok farmy bawiło się z pół tuzina dzieci, Paul zauwaŜył, Ŝe to taki miły widok i
Ŝ
e sam chętnie widziałby się w roli ojca. Mógł oczywiście rzucić tę uwagę ot, tak sobie, nie
podkładając pod nią Ŝadnych głębszych treści, lecz Abby w mgnieniu oka dosłownie cała się
najeŜyła i świadomie ociągała się z powrotem do domu.
W niedzielę wieczorem, tuŜ przed wyjazdem rodziców, musiała przyrzec matce, Ŝe w
ś
rodku tygodnia wpadnie do nich na obiad, lecz wcale nie zamierzała dotrzymać obietnicy.
Jeśli chodzi o Paula, to do letniej przerwy zostały zaledwie dwa tygodnie, a przez ten czas
mieli jeszcze< tyle do zrobienia, Ŝe spokojnie mogła ograniczyć rozmowy z nim do
minimum.
Potem chciała się całkowicie skoncentrować na „Oazie Spokoju”. W wielkim domu
towarowym Stamptona poczyniła zakupy za ponad dwieście dolarów. Była w tym przede
wszystkim sekretarka automatyczna. Co prawda mogła te pieniądze włoŜyć w urządzenie
domu, lecz uznawszy, Ŝe przede wszystkim liczy się spokój, wolała je zuŜyć na ten cel niŜ na
nowy dywan, który uznała za mniej waŜny.
Ostatniego piątku Paul wyszedł gdzieś na jakiś czas, postanowiła zatem co prędzej
jechać do domu, aby oszczędzić sobie poŜegnania z nim, czuła jednak, Ŝe musi mu zostawić
choć parę słów, bo inaczej przez całe lato miałaby wyrzuty sumienia.
Był to dla niej najtrudniejszy list, jaki kiedykolwiek pisała. Ostatecznie Paul przez tyle
lat był jej przyjacielem. Gdyby nie dał do zrozumienia, Ŝe myśli o niej powaŜnie, z pewnością
zapraszałaby go częściej do „Oazy Spokoju”.
Zawsze będziesz moim najlepszym przyjacielem - zaczęła - / wiele Ci zawdzięczam.
Wiem, Ŝe chcesz dla mnie jak najlepiej, dlatego Cię proszę, abyś nie przyjeŜdŜał do , , Oazy
Spokoju”, dopóki nie dam Ci znać. Nie myśl, Ŝe nie chcę juŜ Twej przyjaźni, ale tylko w ten
sposób będę się mogła sama odnaleźć. Uwierz, to dla mnie niesłychanie waŜne. Nie kłopocz
się o mnie, nie jestem sama. Mam przecieŜ Malinkę i własny kąt.
Abby
List to rodziców wysłała pocztą. Wiedziała, Ŝe unikać w ten sposób kłótni to czyste
tchórzostwo, lecz nie umiała inaczej.
Było wspaniałe słoneczne popołudnie, kiedy samochód Abby, wypełniony po brzegi
artykułami Ŝywnościowymi i wszelkim innymi potrzebnymi w gospodarstwie rzeczami,
opuszczał miasto. Nie zamierzała wrócić przed początkiem września do Deerfield.
W pierwszy wakacyjny weekend zamierzała ostatecznie skończyć renowację mebli do
jadalni i wyplewić grządki. Na poniedziałek była juŜ umówiona z panią Wilkins, która miała
ją nauczyć, jak się robi wino z wiśni i marmoladę z truskawek.
Miała przy sobie wszystkie instrumenty do badania gleby, uzupełniwszy otrzymany od
Paula zestaw dodatkowymi przyrządami, zabrała teŜ na wieś mikroskop. Chciała sprawdzić,
jakie ma szanse na dobre zbiory, nie uŜywając, w przeciwieństwie do sąsiadów, nawozów
sztucznych i nie stosując chemicznych oprysków.
Abby doskonale wiedziała, dlaczego w swych projektach zagospodarowania farmy
kieruje się chłodną naukową rzeczowością, choć sama przed sobą nie chciała się do tego
przyznać. „Oaza Spokoju” ze względu na swe przepiękne połoŜenie w malowniczej okolicy
miała w sobie coś niepokojąco romantycznego, a romantyczność była tym, czego Abby lękała
się jak ognia.
Liczyła się dla niej tylko nauka. Mogła się tutaj bez reszty poświęcić swym
zainteresowaniom, wykluczyć, przynajmniej na razie, wszelkie Ŝycie uczuciowe. Praca
naukowa wymagała jej zdaniem absolutnej koncentracji.
Kiedy wszakŜe jechała tak wśród szmaragdowych pól i kwitnących łąk, zobaczyła
naraz wszystko w innym. świetle, a gdy skręcała w wąską drogę polną wiodącą do „Oazy
Spokoju”, na jej wargach igrał lekki uśmiech. Trzeźwe spojrzenie na czekające ją obowiązki
zagubiło się widać gdzieś na drodze między przedmieściami Deerfield a tonącymi w zieleni
farmami.
Mniej więcej pół mili przed „Oazą Spokoju” zatrzymała samochód na poboczu i
wysiadła, po czym wspięła się na niewielki pagórek, z którego miała doskonały widok na swą
nową siedzibę. Z radosną dumą stwierdziła, jak pięknie wyglądają kwiaty posadzone wokół
przerobionej na stajnię stodoły, gdzie pomieściła Malinkę, i jak dobrze prezentują się
pomalowane na Ŝółto futryny okienne.
- Ładny widok, prawda? - wyrwał ją nagle z zamyślenia jakiś przyjemnie brzmiący,
sympatyczny męski głos. Nieco przestraszona rozejrzała się wokoło. Widocznie była tak
zatopiona w myślach, Ŝe nie słyszała nadjeŜdŜającego starego wozu terenowego ani nie
zauwaŜyła stojącego teraz tuŜ za nią męŜczyzny.
- Przepraszam, Ŝe panią wystraszyłem - ciągnął. - Jestem tu juŜ od paru minut, ale
była pani tak zajęta kontemplacją krajobrazu i najwyraźniej tak szczęśliwa, Ŝe nie chciałem
przeszkadzać. Jeśli się nie mylę, panna Mills, prawda? To pani kupiła stary młyn.
- Tak. Ale kim...
- Nazywam się Grant - pospieszył z wyjaśnieniem. - Ted Grant. Moja farma przytyka
z tyłu do farmy Wilkinsów. Widziałem juŜ panią kilka razy przejeŜdŜającą na koniu, ale
wyglądało na to, Ŝe nie ma pani czasu nawet na krótkie rozmowy. Zachodziłem juŜ parę razy
do pani, aby się przestawić, a przy okazji przynieść parę świeŜych jajek, ale nigdy nie miałem
szczęścia pani zastać.
- Do dziś pracowałam w Deerfield - wyjaśniła Abby. - Spędzę tutaj lato. Cieszę się,
Ŝ
e pana poznałam. - Obrzuciła go przy tym taksującym spojrzeniem. - Wolno mi o coś
zapytać?
- AleŜ oczywiście. My tu nie mamy Ŝadnych tajemnic, a rodziny znają się od pokoleń.
^ - Wiem. Pani Wilkins juŜ mi o tym mówiła. Nie jest pan aby za młody, aby
gospodarować na takiej rozległej farmie?
Ted Grant spojrzał na nią rozbawiony.
- Droga panno Mills, zdąŜyłem się poinformować, Ŝe jest pani w tym samym wieku
co ja. Pani teŜ przecieŜ kupiła młyn.
- Poddaję się. Proszę wybaczyć - roześmiała się Abby.
- Nie ma sprawy. Moja matka umarła, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, a ojciec
dosłownie w parę lat później, wcześnie więc mi przyszło uczyć się samodzielności. Zresztą
nie podobało mi się, co pod koniec swego Ŝycia zrobił z farmą mój ojciec. Prawdę
powiedziawszy, nie przynosiła Ŝadnego dochodu. Mój dziadek był jednym z pierwszych
osadników tutaj, czułem się zatem w obowiązku za wszelką cenę utrzymać farmę i przestawić
ją na nowoczesne zarządzanie.
- Bardzo słusznie - przytaknęła Abby. - Studiowałam rolnictwo i wiem, Ŝe jest jeszcze
tyle do zrobienia w tej dziedzinie.
- Stop! - przerwał jej ze śmiechem. - Zanim wygłosi pani wykład na temat
nowoczesnych sposobów gospodarowania, sam chciałbym jeszcze wtrącić słówko. Nie
powinno się tak całkiem odchodzić od starych chłopskich mądrości. Niektóre rzeczy są godne
uwagi nawet w naszych nowoczesnych czasach i nie naleŜy z nich rezygnować. ZałoŜę się, Ŝe
mógłbym tu przytoczyć całe mnóstwo interesujących spraw, na przykład jak trzymać
szkodniki z dala od grządek z jarzynami sadząc naokoło aksamitki. Takie współzaleŜności
istnieją takŜe między innymi kwiatami i roślinami uprawnymi.
Abby słuchała przyglądając mu się ukradkiem. Młody męŜczyzna wydał jej się nad
wyraz sympatyczny, poza tym sprawiał wraŜenie, iŜ jego wykształcenie nie skończyło się na
zwykłej szkole średniej. Nie miał w sobie nic z arogancji, choć był bardzo bezpośredni. Nosił
takie same farmerki jak wszyscy naokoło, lecz wypłowiałe od słońca jasne włosy miał nieco
dłuŜsze, niŜ było w zwyczaju, a wokół jego szyi widniał kolorowy łańcuszek.
Naraz zapragnęła go bliŜej poznać. Jego szaroniebieskie oczy świadczyły o szczerości
i otwartym sposobie bycia, a chociaŜ odznaczał się wyjątkowo szczupłą sylwetką, z jego
postaci emanowała jakaś wyjątkowa siła, głos zaś był miękki i godny zaufania...
W mgnieniu oka wszystko w Abby zawołało na alarm. Znajomość z tym człowiekiem
mogła się okazać niebezpieczna! Ted uosabiał dokładnie typ męŜczyzny mogącego z
powodzeniem uśpić jej czujność! Z początku będą rozmawiać o gospodarstwie i tym
podobnych rzeczach, potem poznają się lepiej i wreszcie ani się obejrzy, a znajdzie się w
pułapce zwanej miłością... To byłoby straszne!
Ale z drugiej strony był jej sąsiadem, musiała więc okazywać mu przynajmniej
uprzejmość. Poza tym mogła się przecieŜ nauczyć od niego tylu rzeczy...
- AleŜ pani mnie nie słucha...
Abby uśmiechnęła się przepraszająco.
- Przypatrywałam się mojej „Oazie Spokoju”...
- „Oaza Spokoju?” - powtórzył. - Nazwa pasująca do urody tego miejsca. Ojciec
nazwał naszą farmę po prostu „Farma Granta”, i tak nazywałaby się do dziś, gdybym jej nie
przemianował na „Drugą Nadzieję”.
- Po tym wszystkim, co mi pan tu opowiedział, uwaŜam, Ŝe jest to odpowiednia
nazwa - pochwaliła Abby. - A teraz proszę wybaczyć, muszę wreszcie dojechać do domu i
zająć się Malinką, zanim zrobi się ciemno. Jeśli pańska oferta dotycząca jajek jest aktualna,
jutro rano chętnie bym wzięła kilka.
- Pewnie, Ŝe aktualna, pod warunkiem, Ŝe zaprosi mnie pani na filiŜankę • kawy.
Kiedyś często bywałem w młynie. Gdy byłem dzieckiem, bardzo lubiłem tu przychodzić i
zawsze wyobraŜałem sobie, Ŝe mieszkają tu dobre duchy.
- Naprawdę? To dziwne, ja teŜ miałam takie wraŜenie, gdy się wprowadzałam. Wcale
się ich jednak nie boję, gdyŜ wydaje się, Ŝe to przyjaźnie usposobione istoty, i dobrze się
czuję w ich towarzystwie.
- Tak jak ja w towarzystwie pani - rzekł z uśmiechem Ted. - Czy myślała juŜ pani o
tym, aby uruchomić młyn? Nieco się na tym znam, mógłbym więc pani powiedzieć, co trzeba
naprawić. Nie wiem, czy interesuje panią szybkie dorobienie się, ale jestem pewien, Ŝe
mogłaby pani zrobić na tym niezły interes. Okoliczne gospodynie same pieką chleb, a gdyby
jeszcze mogły do niego uŜywać mąki z własnego ziarna, smakowałby im podwójnie.
- Myślałam juŜ o tym, choć nie jako o źródle dochodu. Miałam ochotę sama z niego
korzystać, bo chcę się nauczyć wypiekać chleb. Zakupiłam juŜ wszelkie moŜliwe ksiąŜki: o
pieczeniu chleba, sporządzaniu marynat i kompotów, smaŜeniu konfitur, uprawie warzyw,
stolarstwie, odświeŜaniu mebli, zakładaniu ogrodu i...
- Proszę skończyć! - zaniósł się serdecznym śmiechem Ted. - Mogę to sobie
doskonale wyobrazić. Zamierza pani otworzyć w swym domu wiejski oddział wypoŜyczalni
miejskiej.
- NiechŜe pan sobie ze mnie nie Ŝartuje! - obruszyła się Abby. - Robię wszystko, aby
się nauczyć czegoś z ksiąŜek, a pan...
- Panno Mills...
- Proszę mówić do mnie Abby.
- Dobrze, Abby. Nie mogę nie wyrazić mego zdania. Nie powinnaś trzymać swego
ś
licznego noska wiecznie w ksiąŜkach, lecz spróbować zastosować te wiadomości
praktycznie. Dopiero w ten sposób zdobędziesz właściwie podejście do pracy.
Mówi jak Paul, pomyślała Abby. Musiała jednak przyznać, Ŝe to, co mówi, i sposób,
w jaki to robi, bardzo jej się podoba. Nic nie mogła na to poradzić, Ŝe jej serce dosłownie rwie
się do niego, kiedy z takim zaangaŜowaniem mówi o Ŝyciu na farmie. Czuła, Ŝe Ted i ona
bardzo szybko zbliŜą się do siebie, choćby nawet czyniła wszystko, aby tego uniknąć.
Odprowadził ją do samochodu.
- Moja farma nie wygląda stąd tak pięknie jak twoja, ale mogę cię zapewnić, Ŝe w
całej okolicy nie dostaniesz tak dobrej szarlotki jak u mnie.
- Z pewnością wkrótce skorzystam z zaproszenia, a jutro rano ty przyjdziesz do mnie
na kawę. MoŜe być o siódmej? Przypuszczam, Ŝe wstajesz tak wcześnie jak ja.
- Dokładnie o tej porze zamierzałem do ciebie wpaść. Wiesz, bardzo podoba mi się
twoja klacz. To taki piękny rasowy koń. Nie myślałaś, Ŝeby wykorzystać ją do hodowli?
- Malinka nie jest dla mnie tylko zwierzęciem, jest dla mnie czymś więcej. Mając ją
przy sobie mogę stawić czoło reszcie świata. Ze strachem myślę o chwili, w której moŜe mi
jej zabraknąć. Nie jest juŜ taka młoda...
- CzyŜby więc w twym Ŝyciu nie było miejsca na dobrego przyjaciela?
- AleŜ jest, Ted.
Dopóki pozostanie to w granicach przyjaźni, dodała w duchu. Ted był rzeczywiście
męŜczyzną, który łatwo mógł zagrozić jej wolności.
OdjeŜdŜając przyglądała mu się w lusterku wstecznym. Znajomość z Tedem oznaczała
przyjemne wzbogacenie jej nowego Ŝycia, zresztą po zerwaniu z Paulem potrzebowała
przyjaciela.
Paul zrozumiałby, gdyby opowiedziała mu o Tedzie. On sam, raczej przecieŜ teoretyk,
nie mógł konkurować z gospodarzem, korzystającym z doświadczeń trzech generacji w
zakresie uprawy roli i hodowli bydła. Napisze mu o nim, bo postanowiła ostatecznie raz na
tydzień przesyłać mu parę słów.
i - Widzimy się jutro rano! - zawołał jeszcze za nią Ted. - Najchętniej pijam kawę
mocną i czarną.
Abby poczuła się naraz szczęśliwa i zadowolona. W takim nastroju zajechała przed
dom, nie weszła jednak do środka, lecz zajrzała najpierw do Malinki.
- Ach, Malinko... - szepnęła klaczy do ucha. - Naprawdę wystartowałyśmy. Nowy
dom, nowe Ŝycie, znalazłyśmy nawet nowego przyjaciela.
Wyczyściwszy zgrzebłem konia nasypała mu obroku i nalała świeŜej wody, po czym
zabrała się do wyładowywania samochodu. Pierwszą rzeczą, jaką wniosła do domu, była
automatyczna sekretarka. Dopiero kiedy ją zainstalowała i stwierdziła, Ŝe działa, przy jej
cichutkim brzęczeniu zajęła się pozostałymi rzeczami.
Abby wiedziała, Ŝe nie ma dla niej odwrotu, spaliła przecieŜ za sobą wszystkie mosty.
Bez jej zgody nikt z przeszłości nie miał przekroczyć progu „Oazy Spokoju”.
Uporawszy się z przywiezionymi rzeczami, włoŜyła najstarsze dŜinsy, narzuciła
ubrudzony farbą kitel i zaczęła kłaść ostatnią warstwę lakieru na odnawiane przez siebie
meble. Była bardzo dumna z siebie, bo rzeczywiście wyjątkowo jej poszło.
Potem zasiadła na wyściełanej ławie i przez firanki z Ŝółtego tiulu rozkoszowała się
zachodzącym stopniowo ponad łąkami słońcem. Miała przy tym uczucie, Ŝe mieszka tu od
dawna, choć przecieŜ jej Ŝycie w „Oazie Spokoju” dopiero się zaczęło. Nie wiedziała jeszcze,
jakie miejsce zajmie w jej nowym Ŝyciu Ted, miała wszakŜe świadomość, Ŝe musi się bardzo
strzec, gdyŜ inaczej jej zamysły spełzną na niczym.
Na razie w gruncie rzeczy nie było powodu do niepokoju. Zresztą w ten urzekający
pięknem, romantyczny wieczór nie chciała sobie łamać nad tym głowy, wolała przyglądać się
fascynującej grze barw, rozkoszować się napływającymi zza otwartego okna zapachami,
upajać wieczorną ciszą. Zadumana i wyciszona wewnętrznie puściła wodze wyobraźni...
ROZDZIAŁ 4
Ted teŜ podziwiał zachód słońca z okien swego pokoju, lecz w przeciwieństwie do
Abby zajmował się bardziej jej osobą niŜ ona jego.
Wrócił do domu z postanowieniem, Ŝe powinien tak szybko, jak to moŜliwe,
zapomnieć o Abby, która zdąŜyła się juŜ zakraść do jego serca. Często bywał w interesach w
Deerfield i przy okazji, gdzie tylko się dało, zawierał znajomości z dziewczętami. Niektóre z
nich były bardzo ładne, inne interesujące i inteligentne, Ŝadna jednak nie zawładnęła jego
sercem.
Z Abby rzecz się miała inaczej. Była ładniejsza niŜ wszystkie inne, wydawała mu się
teŜ duŜo mądrzejsza od nich, a przy tym wszystkim wywierała jakiś dziwny magiczny wpływ.
Dlaczego ciągle brzmiał w jego uszach jej głos? Dlaczego ciągle czuł zapach jej
perfum? PrzecieŜ ich rozmowa trwała krótko, a on miał uczucie, jak gdyby spędzili na
pogawędce wiele godzin. Prawie jej nie znał, a wydawało mu się, Ŝe ich znajomość ciągnie
się juŜ całe wieki. Nie był marzycielem, o nie, wręcz przeciwnie. Zawsze był dumny z tego,
Ŝ
e w kaŜdej sytuacji potrafi zachować zimną krew. Owszem, lubił się zabawić, lecz w
pierwszym rzędzie chodziło mu o to, aby podźwignąć „Drugą Nadzieję”, zatem całe jego
działanie było podporządkowane temu celowi.
W takim razie dlaczego naszła go raptem ochota, aby wyciągnąć gitarę? Właściwie
powinien się przecieŜ zająć księgą gospodarską, obliczyć dochód ze sprzedaŜy mleka,
podsumować ostatnie wydatki.
Próbował skoncentrować się na tym zajęciu, lecz na próŜno. Cyfry skakały mu przed
oczami, rozpływały się, a na ich miejscu pojawiała się urocza, a zarazem nieco smutna i
zamyślona twarz Abby.
Zapytywał siebie, jakie zmartwienie moŜe mieć dziewczyna taka jak Abby, Ŝe nie daje
jej spokoju. Chciał stanąć u jej boku, słuŜyć pomocą, najlepiej jak potrafi - gdyby tylko na to
pozwoliła. Co prawda sprawiała wraŜenie, Ŝe doskonale obchodzi się bez towarzystwa, lecz
mimo to obudziła w nim instynkty opiekuńcze.
Podchodził parę razy do telefonu, aby ją spytać, czy nie miałaby ochoty na mały
spacer, lecz ostatecznie zaniechał tego. Jeszcze gotowa pomyśleć, Ŝe się narzuca. Z
pewnością jest teraz w ferworze pracy, naokoło niej leŜą porozrzucane narzędzia, które
widział w samochodzie.
Dziewczyna, która z takim zajęciem mówi o politurowaniu mebli, a teraz zakasawszy
rękawy robi generalne porządki, prawdopodobnie nie tęskni za towarzystwem, a juŜ na pewno
nie za nim, znajomym zaledwie od paru godzin.
Kiedy weszła Kay, Ted ciągle jeszcze stał w ciemnym pokoju, zapatrzony w
rozgwieŜdŜone niebo. Nie mógł się doczekać siódmej rano.
- Kay, to ty? - spytał przez ramię.
- Tak, Ted - odparła nieco zdziwiona gospodyni. - Stało się coś?
- SkądŜe, wszystko w porządku. Mamy jeszcze szarlotkę?
- Zostało prawie pół, ale jeśli chcesz jutro zanieść coś takiego tej nowej sąsiadce, to
mogę jeszcze dziś wieczór upiec świeŜą.
Ted nie po raz pierwszy się zdumiał, jak Kay umie czytać w jego myślach. Ale nie to
było waŜne, niewaŜna była buchalteria. WaŜna była tylko Abby. Jeśli chce coś u niej
wskórać, nie wolno mu się narzucać. Musi uzbroić się w cierpliwość, choć zawsze
przychodziło mu to z trudem.
Co się ze mną dzieje? CzyŜby to tylko wiosna? Mam nadzieję, Ŝe do jutra rana się
opamiętam, pomyślał. Nawet jeśli ucieszy się jajkami i szarlotką, nie będę natarczywy,
najwyŜej zaproponuję swą pomoc, jak to jest w zwyczaju między sąsiadami.
Znowu próbował skoncentrować się na pracy, lecz i tym razem mu się nie udało. Za to
wyobraŜał sobie, co Abby w tej chwili robi, i czy o nim myśli.
Znowu naszła go ochota, aby do niej zatelefonować, przemyśliwał juŜ nawet nad
stosownym rozpoczęciem pogawędki, choć Ŝaden sensowny pretekst nie przychodził mu do
głowy. Wreszcie zrezygnował z tego, zły sam na siebie. Ostatecznie przecieŜ miał własną
dumę.
Gdyby wiedział, Ŝe Abby rzeczywiście o nim w tej chwili myśli, dręczona tymi
samymi pytaniami i wątpliwościami, z pewnością spałby lepiej tej nocy...
TakŜe Abby próbowała się tego wieczoru uporać z róŜnymi zaplanowanymi pracami,
lecz poza wyczesaniem Malinki, zadaniem jej obroku i pociągnięciu politurą mebli nie
zdobyła się na nic więcej. Zamiast tego usiadła przy oknie i zatonęła w marzeniach.
To była urzekająca, romantyczna noc, z wszechogarniającą ciszą, jaka bywa tylko na
wsi. W Deerfield nocne niebo wyglądało inaczej, nie było takie czarnogranatowe, a gwiazdy
nie lśniły jak diamenty.
Dokładnie tak jak Ted, i Abby nie mogła myśleć o niczym innym, tylko o nim.
ś
ałowała teraz, Ŝe zachowała się wobec niego z taką rezerwą. Czy coś by się stało, gdyby go
natychmiast zaprosiła do siebie i pokazała, co zrobiła ze starego młyna?
Otrząsnęła się z rozmarzenia i zasiadła za maszyną do szycia, aby skończyć szycie
poduszek na krzesła w jadalni, ale poniewaŜ przez nieuwagę przeszyła sobie palec, a ścieg
wypadł wyjątkowo krzywo, zaniechała z westchnieniem tego zajęcia i połoŜyła się spać.
Niestety nie mogła zasnąć i przewracała się z boku na bok w swoim wielkim łoŜu z
baldachimem. Zdrowy rozsądek ją tym razem całkiem zawiódł, a do głosu doszły
romantyczne odczucia, przybierając z kaŜdą minutą na sile.
Z determinacją powtarzała sobie raz po raz, Ŝe w jej Ŝyciu nie ma miejsca na miłość.
Gdyby miała zakochać się w jakimś męŜczyźnie, to byłoby lepiej, gdyby została w Deerfield i
wyszła za mąŜ za Paula.
MoŜe nie powinnam jutro rano otwierać drzwi Tedowi, przemknęło jej przez głowę.
Później mogłaby tak urządzić, Ŝe gdyby przyszedł ponownie, pracowałaby na pełnych
obrotach, miałaby więc wymówkę, Ŝe nie moŜe go przyjąć.
Ostatecznie i ta myśl wydała jej się dziecinna. Powinna przecieŜ umieć przyjaźnić się
z męŜczyzną, nie padając mu przy tym z uniŜeniem do nóg. PrzecieŜ zawsze byłam dumna z
własnej samodyscypliny, powtarzała samej sobie.
W takim męŜczyźnie jak Ted na pewno nie mogła się powaŜne zakochać. Nie
dorównywał jej wykształceniem, zresztą na jej gust był za młody. Gdyby rzeczywiście miała
kiedyś wyjść za mąŜ, musiałby to być duŜo starszy męŜczyzna, który dał coś juŜ z siebie w
swym zawodzie.
Ted nie spełniał tych wymagań. ChociaŜ zdawało się, Ŝe potrafi być powaŜny, w
sumie brał Ŝycie lekko. Świadczyły o tym jego swawolne oczy i sposób, w jaki się ubierał i
zachowywał. Gdyby straciła dla niego serce, doszłoby do tego, Ŝe zamiast zajmować się
domem i gospodarstwem, spędziłaby lato chodząc nad rzekę popływać, łowić ryby, a resztę
czasu poświęciłaby na zabawy w wiejskim klubie.
Jeszcze bardziej nęciła ją stara gitara, którą widziała u Teda w samochodzie. Nade
wszystko lubiła pieśni ludowe, lecz nie miała czasu na słuchanie muzyki. Mimo to
postanowiła nauczyć się grać na gitarze, oczywiście dopiero wtedy, gdy pokończy wszystkie
inne prace.
A jeśli Ted będzie koniecznie chciał się do niej zbliŜyć? Szybko jednak odsunęła od
siebie tę myśl. Nie chciała się angaŜować, bo oznaczałoby to pogrzebanie jej planów
dotyczących „Oazy Spokoju”. Nie powinna zresztą zanadto wybiegać naprzód. Będą mieli
dość czasu, aby pogłębić swą znajomość, a później się zobaczy. Wszystko musi się odbywać
zgodnie z planem.
Naraz zaczęła się śmiać z samej siebie. To był czysty bezsens, Ŝe chciała wieść Ŝycie
uczuciowe zgodnie z planem. PrzecieŜ miłość i pokrewne jej porywy serca nie kierują się
rozsądkiem.
Na razie w jej Ŝyciu nie było miejsca na miłość. Po prostu nie była na to jeszcze
gotowa. Mimo wszelkich zastrzeŜeń musiała jednak przyznać się sama przed sobą, Ŝe
nietrudno jej przyszłoby obdarzenie Teda głębszym uczuciem.
AŜ za dobrze wiedziała, Ŝe mogłaby stracić dla niego głowę. Niewykluczone, Ŝe
uświadomiła sobie to juŜ w momencie, gdy stanął obok niej. Przeskoczyło między nimi coś w
rodzaju iskry elektrycznej, choć przecieŜ ich rozmowa była powierzchowna, rozmawiali tylko
o gospodarstwie, a Ted jej nawet nie dotknął. Mimo to czuła się teraz tak szczęśliwa, jak
gdyby dopiero co wysunęła się z jego objęć. Jeszcze nigdy nie owładnęło nią takie uczucie do
męŜczyzny, nie był jego obiektem ani Paul, ani nikt inny.
A czy Ted czuł podobnie? Naturalnie nie mogła tego wiedzieć, lecz miała uczucie, Ŝe i
jemu zaleŜy na bliŜszej znajomości. Wydawało jej się, Ŝe dało się to wyczytać z jego oczu.
Jak łatwo przyszło jej wyobrazić siebie i Teda, ciasno objętych i spoglądających z
dumą na swoje plony. Był to przepiękny obraz, który zapierał jej dech w piersiach. Musi
poskromić swą fantazję! Zbyt wielką przypisuje wagę temu, co prawdopodobnie jest tylko
tworem jej imaginacji.
MoŜe Ted juŜ wcale o niej nie myślał. Z pewnością nie była jedyną dziewczyną,
wobec której był szarmancki i której prawił komplementy.
W gruncie rzeczy tak nawet byłoby lepiej. Czuła się teraz śmiertelnie zmęczona i choć
nie do końca jeszcze uporała się ze swymi skomplikowanymi uczuciami wobec Teda,
przyszło odpręŜenie i miała nadzieję, Ŝe wreszcie zaśnie.
Kiedy otwarła oczy, słońce stało juŜ wysoko. Spojrzała sennie na budzik i usiadła
przeraŜona na łóŜku. Była za kwadrans siódma! Za parę minut Ted stanie pod jej drzwiami, a
ona nawet jeszcze nie była ubrana! Pędem pobiegła do łazienki, umyła się zimną wodą, po
czym wskoczyła w dŜinsy, związała włosy w koński ogon i pociągnęła tuszem rzęsy, ale
bardzo lekko, ostatecznie przecieŜ była na wsi.
Właśnie zagotowała się woda na kawę, kiedy zadźwięczał dzwonek u drzwi. Punkt
siódma, stwierdziła z zadowoleniem. Ceniła punktualnych męŜczyzn.
Ted był podobnie ubrany jak ona. Uśmiechnęła się mimo woli. PoniewaŜ obydwoje
mieli jasne włosy, w pierwszej chwili moŜna ich było wziąć za brata i siostrę.
- Mam nadzieję, Ŝe poczekałaś na mnie ze śniadaniem - rzekł z uśmiechem wręczając
jej koszyk okryty kraciastą serwetą.
- Mmm, szarlotka pachnie bosko - oświadczyła wciągając smakowity zapach. - A
jakie wielkie jajka!
JakŜe miałabym jeść śniadanie nie mając takich wspaniałości?
- Czuję, Ŝe zdąŜyłaś juŜ zaparzyć kawę. To będzie juŜ druga od świtu - powiedział
sięgając po napełnioną przez nią filiŜankę.
- Zawsze dotrzymuję słowa, Ted. Masz chwilę czasu? Chciałam się ciebie poradzić,
jak zasadzić aksamitki.
Gdy wypili kawę i skosztowali szarlotki, wyszli na dwór. Abby zapytywała siebie w
duchu, czy Ted zauwaŜył, Ŝe ona przy śniadaniu mówiła cokolwiek za szybko, wręcz
nerwowo, a gdy wychodząc otarł się o nią, umknęła od razu na bok.
Przedstawiła mu swoje problemy związane z zagospodarowaniem ogrodu. Ted
wyjaśnił jej, Ŝe wydzielające mocny zapach rośliny, takie jak papryka, aksamitki i nasturcja,
chronią sadzonki takŜe od szkodników, zatem sadząc je moŜe zrezygnować z chemicznych
oprysków, ona natomiast wytłumaczyła, dlaczego z kaŜdego rodzaju warzyw wysadziła aŜ
tyle gatunków. Chciała mianowicie stwierdzić, który z nich nadaje się najlepiej do uprawy w
tej okolicy, a potem podzielić się wynikami z sąsiedztwem.
Abby sprawiała wraŜenie nieco oficjalnej, ograniczając tematy rozmowy do spraw
gospodarskich, Ted był szarmancki i gotów w kaŜdej chwili słuŜyć pomocą, a przy tym
obydwoje starali się zachować dystans i ta świadomość przysparzała im bólu. Abby czuła, Ŝe
Ted ją obserwuje z niepokojem, lecz nie zdobyła się na cieplejszy gest, pozostała uprzejma i
nieprzystępna, próbując za wszelką cenę ukryć własne uczucia. Unikała jego wzroku, gdyŜ
cokolwiek wytrącał ją z równowagi, choć zdawała sobie sprawę, Ŝe w przypadku innego
męŜczyzny byłoby jeszcze gorzej.
Ted okazał się prawdziwą encyklopedią wiedzy o gospodarstwie. Swoje rady
wygłaszał sucho, choć z humorem, ilustrując je wesołymi zdarzeniami z Ŝycia własnej farmy.
Kiedy opowiadał, jak to szczeniaki rozgrzebały mu kiedyś całą grządkę cebuli, albo
jak kotka okociła się na zagonku kapusty przeznaczonej na wystawę, miała ochotę wybuchnąć
serdecznym śmiechem, ale ograniczyła się jedynie do uprzejmego uśmiechu, nie mogąc
pozbyć się uczucia skrępowania.
Tedowi widać nigdzie się tego ranka nie spieszyło, co było po myśli Abby, która nie
Ŝ
yczyła sobie niczego innego, jak tego, aby został jak najdłuŜej. WszakŜe jeszcze nigdy nie
znajdowała się w takiej sytuacji. Czuła się niemal jak zakochana nastolatka. Kiedyś nie miała
takich problemów. Gdy któryś z męŜczyzn się nią zainteresował, czuła się pochlebiona, ale
nie traciła głowy. Tym razem nie było to takie proste. Kosztowało ją wiele trudu, aby
zwalczyć w sobie rosnący pociąg do Teda. Ale właściwie dlaczego tak się przed nim broniła?
- To prawdziwa radość, gdy się widzi, co zrobiłaś z tego starego opuszczonego młyna
- ciągnął Ted, nie będąc wszakŜe pewnym, czy do Abby dotarły jego wcześniejsze słowa. -
Byłoby grzechem pozwolić leŜeć takiej urodzajnej ziemi odłogiem.
- Masz zupełną rację - odparła wracając do rzeczywistości. - Praca w ogrodzie
pomaga mi się pogodzić z resztą świata.
- W końcu następnego tygodnia - wtrącił niby mimochodem - w starej stodole
odbędzie się zabawa. My tutaj bardzo lubimy takie imprezy.
- Czy będzie między innymi taniec w kwadracie?
- Na pewno. Tańczyłaś to juŜ kiedyś?
- Nie. W Deerfield nie znają czegoś takiego. W zwykłych lokalach i nocnych klubach
tego się nie tańczy.
- U nas nie ma za wielu miejsc, gdzie moŜna się zabawić.
- Muszę się przyznać, Ŝe lubiłam od czasu do czasu gdzieś wyjść.
- Nie będzie ci brakowało Ŝycia miejskiego?
- Nie - oświadczyła z przekonaniem. - Wszystko, czego potrzebuję, to świeŜe
powietrze.
- Czy mogę cię w takim razie zaprosić na tańce? - Ted zdjął z głowy sfatygowany
kowbojski kapelusz i skłonił się z przesadną galanterią przed Abby. Wyglądało to tak
komicznie, Ŝe zapomniała, iŜ przyrzekła sobie zachowywać się z rezerwą, i wybuchnęła
głośnym śmiechem.
- Twój śmiech, mam nadzieję, oznacza „tak” - upewniał się, udając, Ŝe się nie moŜe
wyprostować jak dotknięty ischiasem farmer.
Abby nie przestawała się śmiać.
- Oczywiście, Ted. Nie mogłabym odrzucić twego zaproszenia, skoro kosztowało cię
ono tyle wysiłku. Chodź, pomogę ci wsiąść do samochodu, mój ty biedny staruszku.
Wsunęła mu rękę pod ramię rozweselona Ŝartem, choć od razu przemknęło jej przez
głowę, czy jednak nie przesadziła, dotknąwszy bowiem jego ciała odniosła wraŜenie, Ŝe
wpadła na parkan pod napięciem elektrycznym.
Ted wyprostował się gwałtownie i spojrzał na nią, lecz uśmiech znikł z jego twarzy, a
w oczach czaiło się nieme pytanie, na które nie waŜyła się odpowiedzieć.
Przez moment stali bez ruchu. Abby nie wiedziała, czy nie byłoby lepiej puścić jego
ramię, Ted teŜ wyglądał na speszonego.
Abby opanowała się pierwsza. Na szczęście przypomniała sobie w porę, Ŝe woli
trzymać się z daleka od tego męŜczyzny.
- Jest juŜ późno, sir - rzuciła siląc się na beztroskę i puściła jego ramię. - Jak pan
myśli, dojdzie pan o własnych siłach do samochodu?
- Oczywiście. Serdeczne dzięki, Lady Abby. Proszę się za bardzo nie przejmować
mym stanem. W tym schorowanym ciele mimo wszystko tkwi trochę siły.
Aby to udowodnić, jednym susem skoczył na przyczepę swego samochodu. Tam
stanął na szeroko rozstawionych nogach i wydał okrzyk, który mógłby zrobić konkurencję
Tarzanowi.
Po zachowawczości Abby nie zostało śladu. Śmiejąc się do łez postąpiła w jego
stronę, choć właściwie dopiero co zamierzała się z nim jak najszybciej poŜegnać. W tym
momencie jednak myślała tylko o tym, jak dobrze jej robi jego obecność i Ŝe Ted wygląda
naprawdę atrakcyjnie.
Kiedy tak stanęła naprzeciw niego z rozpromienioną twarzą, zeskoczył nagle z
przyczepy, okręcił ją wokół siebie i uniósł wysoko na rękach, a potem, przeskoczywszy bloki
skalne i parkan, popędził z nią w kierunku domu wydając przy tym indiańskie okrzyki.
Bezbronna leŜała na jego piersi, a śmiała się tak, Ŝe z jej oczu puściły się łzy. Ted je
natychmiast scałował, musiało mu jednak w tym momencie przyjść do głowy, Ŝe trochę
przesadził, bo przybrał zbolałą minę i posadził ją ostroŜnie w bujaku stojącym na werandzie.
ś
artobliwy nastrój ulotnił się jak sen.
- Wybacz, nie miałem prawa tak się zachowywać, Abby - zaczął się usprawiedliwiać.
- Tak mi przykro... JeŜeli w tej sytuacji nie zechcesz przyjąć mego zaproszenia na tańce,
zrozumiem to.
• - No cóŜ, ja... - zaczęła zmieszana, lecz zaraz uświadomiła sobie, Ŝe byłoby
dziecinadą z jej strony, gdyby chciała go ukarać za swawolne zachowanie - ... nie ma powodu
robić całej historii z niewinnego Ŝartu. Oczywiście, Ŝe pójdę z tobą na tańce, ale tylko wtedy,
gdy przyrzekniesz, Ŝe nie będziesz mnie wlókł za sobą po całej okolicy.
- Przyrzekam - odetchnął z ulgą i uśmiechnął się szeroko. - Będę się z tobą obchodził
jak z prawdziwą damą, bo nią jesteś.
- Znakomicie, sir. Czy istnieją tu jakieś przepisy dotyczące stroju?
- Właściwie nie. Ale czy nie mówiłaś, Ŝe w najbliŜszych dniach masz odwiedzić panią
Wilkins?
- Tak. W następny poniedziałek ma mnie uczyć smaŜyć konfitury.
- A więc zapytaj ją o odpowiednią sukienkę. Panie tutaj szyją sobie własnoręcznie
kostiumy na takie okazje.
- Mnie teŜ to sprawi przyjemność. Chciałabym brać pełny udział w tutejszym Ŝyciu.
- To mnie cieszy. Zatem jeŜeli nie jesteś na mnie zła, wpadnę tu w następnym
tygodniu i przyniosę ci trochę sadzonek aksamitek i nasturcji z mojej szklarni. Gdybyś
dopiero teraz wysiała nasiona, twoje jarzyny nie miałyby z tego wielkiego poŜytku.
- To byłoby miło z twej strony, Ted. Mam nadzieję, Ŝe do tego czasu uda mi się
przygotować parę słoików z domowymi specjałami, aby ci się zrewanŜować.
- To brzmi kusząco, Abby. Mam wraŜenie, Ŝe wszystko, czego się tkniesz, musi się
udać.
Spłonęła lekkim rumieńcem pod jego spojrzeniem.
- A teraz juŜ idź, Ted. My farmerzy nie moŜemy spędzać całego dnia na
pogaduszkach, bo nasze pola uduszą się w natłoku chwastów.
Ted uśmiechnął się. Doskonale wiedział, co Abby chciała przez to powiedzieć. Tylko
dotąd, a dalej juŜ nie, drogi przyjacielu, a w kaŜdym razie nie w tym momencie.
PoŜegnał się i skierował do swej cięŜarówki. Abby patrzyła za nim, dopóki nie wsiadł
i nie pomachał jej, mając nadzieję, Ŝe jej twarz jest beznamiętna i nie zdradza Ŝadnych uczuć.
Ted natomiast nie zadawał sobie trudu, aby z czymkolwiek się kryć. Kiedy ich
spojrzenia się spotkały, wiedziała juŜ, Ŝe pierwsze wraŜenie jej nie myliło. Ted najwidoczniej
widział w niej więcej niŜ tylko nową sąsiadkę, która potrzebuje pomocy. Nie za bardzo
wiedziała, co zrobić, aby temu przeciwdziałać, lecz ciągle jeszcze wierzyła, Ŝe moŜe odnosić
się do niego przyjacielsko, a przecieŜ z dystansem. Z pewnością będą ze sobą omawiać róŜne
sprawy związane z gospodarstwem, ale mogą to robić czysto po kupiecku, bez Ŝadnych
zobowiązań. Tyle Ŝe rozsądek i uczucia to dwie róŜne rzeczy i najczęściej nie idą w parze...
Z tą zabawą teŜ był problem. Na pewno pozna wielu ludzi i nowe kroki taneczne, ale
Ted, jej partner na ten wieczór, raczej nie będzie zachwycony, gdy ona zacznie mówić o
gospodarstwie. W końcu przy takiej okazji kaŜdy chce się zabawić. Ale nawet jeŜeli uda jej
się przetrwać ten wieczór i nie pozwolić na to, aby się do siebie zbliŜyli, to i tak będzie się
musiała mieć na baczności. Znajdzie się przecieŜ tyle powodów do zacieśnienia znajomości...
ROZDZIAŁ 5
Abby na powrót rzuciła się w wir pracy, lecz dopiero po południu udało jej się na jakiś
czas przepędzić Teda ze swych myśli.
Najpierw zabrała się do czyszczenia stajni Malinki, koniem teŜ zresztą naleŜało się
zająć, a odwiedziny Teda zburzyły cały rozkład dnia. Nie mogło zdarzać się to zbyt często, bo
inaczej nie zdąŜyłaby z pracą.
Koło południa zabłąkało się do niej paru turystów, pytając, czy ma jarzyny na
sprzedaŜ. ChociaŜ Abby nie mogła im nic zaoferować, ogarnęło ją przyjemne uczucie, Ŝe
„Oaza Spokoju” jest juŜ regularną farmą. Do wieczora czas zajęły jej eksperymenty z
hodowlą róŜnych rodzajów bakterii, udało jej się nawet dojść, co trzeba zrobić, aby
uruchomić młyn. W końcu śmiertelnie zmęczona runęła na łóŜko i rozkoszowała się ciszą i
spokojem panującym wokoło. Nawet w najmniejszym stopniu nie odczuwała samotności, jak
obawiała się jej matka.
W niedzielę rano obudziło ją bicie dzwonów. Wcześniej tylko z rzadka zachodziła do
kościoła, lecz teraz, przystosowując się do Ŝycia na wsi, uznała, Ŝe to jest ze wszech miar
wskazane, jakkolwiek nie wiedziała, jakiego wyznania są tutejsi ludzie.
Jedyną przeszkodą w jej teraźniejszym Ŝyciu był Ted. Poprzedniego dnia pracowała
do upadłego, aby nie musieć o nim myśleć, ale w przyszłości postanowiła postawić sprawę
jasno. Miała za duŜo pracy, aby jeszcze zaprzątać sobie głowę jakimiś głupstwami.
Odbyła na Malince długą przejaŜdŜkę i wróciła zmęczona, lecz szczęśliwa do młyna.
Zwykle po takiej wyprawie kładła się na chwilę, tym razem jednak nie dane jej było
odpocząć. Nie mogła uleŜeć spokojnie, musiała coś robić, bo ta nerwowa krzątanina
pozwalała jej nie myśleć o Tedzie.
Były właściciel dał jej adres rzemieślnika, który mógł jej pomóc przy rozruchu młyna.
Abby uznała, Ŝe nadszedł czas, aby zająć się i tą sprawą. Tak naprawdę to chciała zrobić
wszystko sama, zasięgnąwszy wcześniej u tego człowieka rady. Oczywiście nie zapomniała,
Ŝ
e Ted jej oferował pomoc w tym względzie, nie chciała jednak z niej skorzystać. Czy
powodem tej decyzji było, iŜ koniecznie chce to zrobić po swojemu, czy teŜ podyktowana ona
została obawą przed jego bliskością, tego nie była w pełni .. świadoma.
Odszukała zatem pana Gurneya, wysłuchała jego rad, a wróciwszy do „Oazy Spokoju”
przygotowała wszystko, co było konieczne do rozpoczęcia naprawy. Towarzyszyła jej
radosna świadomość, Ŝe juŜ tego lata jej młyn będzie mełł ziarno na mąkę. Czekająca ją praca
nie wyglądała na zbyt cięŜką i niekoniecznie wymagała doświadczenia. Oczywiście za
niewielką opłatą mogłaby nająć kogoś do pomocy, ale wolała zrobić to sama.
Zaczęła od wyczyszczenia kamieni młyńskich, a potem sprawdziła koła zębate, jak jej
radził pan Gurney. Mogło się przecieŜ zdarzyć, Ŝe coś się jednak w tej całej maszynerii
wypaczyło, a efektem tego byłaby nie najlepsza mąka.
Trwało trochę, zanim uporała się z wieloletnim brudem i wszystko naoliwiła. Dopiero
teraz mogła zacząć rozglądać się za gatunkami zboŜa, z których miałaby w przyszłości piec
chleb. Musiała się teŜ rozejrzeć za jakimś elektrykiem, gdyŜ nie dało się wieczorem pracować
tylko przy lampie naftowej.
Kiedy dzień chylił się ku zachodowi, wzięła gorącą kąpiel i przygotowała sobie
kolację, na którą składała się zupa z puszki i kilka kanapek, a potem usadowiła się pod oknem
z jedną ze swych ksiąŜek poświęconych przetworom domowym. Następnego dnia z rana
miała przecieŜ iść do pani Wilkins.
W Abby wzrastało przekonanie, Ŝe tylko wtedy odnajdzie się w swoim nowym, tak
przecieŜ odmiennym od jej dotychczasowych doświadczeń Ŝyciu, jeśli będzie podchodzić do
niego trzeźwo i od ściśle naukowej strony. Tylko przy takim nastawieniu moŜna było liczyć
na sukces. Ted ze swoją beztroską nie zaszedłby daleko będąc w jej sytuacji.
Zrobiła wszystko, aby ten weekend minął szybko, kładła się spać wyczerpana i
zasypiała kamiennym snem, lecz nie umiała sobie odpowiedzieć na pytanie, co ją tak gna z
miejsca na miejsce, od jednego zajęcia do drugiego...
Poniedziałkowy ranek był tak piękny, Ŝe do pani Wilkins postanowiła udać się na
Malince. Jej sportowy samochód nie pasował zresztą do okolicy i stylu Ŝycia, jakie teraz
prowadziła.
Pani Wilkins juŜ na nią czekała. Z miejsca zaprowadziła ją do przestronnej, lśniącej
czystością kuchni, a tam poŜyczyła jej fartuszek i zaprezentowała róŜne naczynia i
urządzenia, potrzebne przy smaŜeniu konfitur. Abby zdąŜyła się juŜ czegoś dowiedzieć na ten
temat z ksiąŜek, miała więc jakie takie rozeznanie, co ją tego popołudnia czeka, a w tej chwili
rozkoszowała się nadzieją, Ŝe juŜ niedługo sama będzie umiała sporządzać takie rzeczy.
Pani Wilkins nie miała jednak zamiaru smaŜyć konfitur według przepisu z ksiąŜki
kucharskiej, robiła to po swojemu tłumacząc Abby ze śmiechem, Ŝe ludzie na wsi mają swoje
własne metody, sprawdzone przez wiele pokoleń.
Obierając truskawki z szypułek i przygotowując syrop, opowiedziała Abby stare i
nowe historie z okolicy, przeplatając je instrukcjami, z jakich owoców najlepiej sporządzać
konfitury, a jakie nadają się bardziej na galaretki, wyjaśniła jej teŜ, gdzie i w jakich
warunkach najlepiej przetwory przechowywać.
Abby w gruncie rzeczy mogła zapomnieć wszystko, czego się nauczyła z ksiąŜek,
przyznając teraz w duchu, Ŝe praktyka wygląda całkiem inaczej niŜ teoria. Mogła co prawda
wygłosić wykład na temat nawoŜenia gleby, ale nie miała pojęcia, w jakich miesiącach
dojrzewają poszczególne rodzaje jerzyn.
Pani Wilkins odnosiła się do niej serdecznie, lecz Abby wracała do domu z uczuciem,
Ŝ
e jest na powrót głupiutką, nic nie wiedzącą uczennicą. Mimo całych lat, które poświęciła
rolnictwu jako przedmiotowi studiów, miała wraŜenie, Ŝe o prawdziwej praktyce rolniczej nie
wie nic.
Tego, jak pani Wilkins smaŜyła konfitury, nie wyczytałaby w Ŝadnej ksiąŜce. Miała na
to przepis podyktowany doświadczeniem całych generacji. CzyŜby właśnie o to chodziło
Tedowi, gdy mówił, Ŝe samą teorią nie osiągnie się rekordowych wyników?
Abby straciła pewność siebie i to ją niezmiernie martwiło, lecz z samozaparciem
pracowała dalej próbując uruchomić młyn. Kiedy skaleczyła się o jedno z kół zębatych, z jej
ust wyrwało się przekleństwo. Niestety co dzień zdarzały jej się takie małe wypadki. Mimo to
zacisnęła zęby i pracowała niezmordowanie dalej.
W czwartek wieczorem przypomniała sobie, Ŝe w sobotę ma się odbyć zabawa
wiejska, a ona zapomniała spytać panią Wilkins, jak się powinna ubrać na taką okazję.
Ale właściwie po co? Gdyby Ted powaŜnie myślał o zaproszeniu jej, na pewno by juŜ
dawno zadzwonił z pytaniem, kiedy ma po nią przyjechać.
Przyłapała się na tym, Ŝe krąŜy wściekła jak osa no domu, wmawiając sobie raz po
raz, Ŝe nie ma czasu na jakieś głupie zabawy w stodole. Mimo to spoglądała ciągle w
kierunku telefonu pytając siebie, dlaczego jest taki uparty i nie dzwoni.
W piątek rano podjęła decyzję. Zrezygnowała z zajęć na farmie i pojechała do
pobliskiego miasteczka, gdzie wyszukała sklep tekstylny, który prowadził równieŜ sprzedaŜ
gotowych wykrojów.
Właścicielka zadowolona, Ŝe ma nową klientkę, pokazała Abby cały szereg
drukowanych materiałów, a takŜe łatwe do uszycia wykroje strojów, wkładanych specjalnie z
okazji tańca w kwadracie. Abby była pewna, Ŝe do soboty z pewnością uszyje jedną z tych
ładnych sukienek. Prawdopodobnie będzie to strata czasu, gdyŜ zdawało się, Ŝe Ted o niej
zapomniał, ale czuła, Ŝe uszycie tego kostiumu tak czy tak sprawi jej przyjemność.
Wybrała róŜowy kreton, z którego zamierzała uszyć bluzkę z krótkimi bufiastymi
rękawami, prawdziwie ludową w stylu, a do obszycia ciemnozieloną taśmę. Spódnica miała
być z wełny, z szeroką falbaną u dołu, a lamówka o nieco jaśniejszym odcieniu zieleni. Do
tego Abby zamierzała uszyć z ciemnoróŜowego materiału szeroki pasek.
W sobotę rano sukienka była praktycznie gotowa, Abby brakowało tylko czarnych
pantofli, jakie widziała na wystawie jednego ze sklepów obuwniczych, gdzie reklamowano je
jako obuwie przeznaczone do tańca ludowego.
Dlaczego nie miałabym sobie ich kupić?, pytała samą siebie wyjeŜdŜając ponownie do
miasteczka. Przynajmniej będę miała skompletowany cały strój, nawet jeślibym miała nosić te
rzeczy tylko w domu. Planowała zresztą urządzić grillparty dla przyjaciół z miasta, a wtedy
jako gospodyni byłaby stylowo ubrana.
Kupiwszy pantofle i załatwiwszy jeszcze trochę innych sprawunków, zjadła lunch w
przyjemnie urządzonej restauracji na obrzeŜu miasta, którą ostatnio odkryła. W domu
podbiegła najpierw do sekretarki automatycznej, aby przesłuchać taśmę. Ostatecznie nigdy
nic nie wiadomo. Ktoś przecieŜ mógł zostawić waŜną wiadomość.
Były dokładnie cztery, a wszystkie pochodziły od Teda. Zawiadamiał, Ŝe ma kłopoty z
chorym cielakiem, lecz Ŝe zwierzę prawdopodobnie wyzdrowieje do sobotniego wieczoru.
Druga i trzecia były prośbami o jak najszybszy telefon. W czwartej przekazał wiadomość, Ŝe
zabierze ją następnego dnia o siódmej, aby mogli jeszcze zjeść obiad w małej stylowej
restauracyjce, usytuowanej przy wylocie drogi z miasta.
Abby wybuchnęła śmiechem. Ted z pewnością myślał o lokalu, z którego właśnie
wróciła. Zdjęła strój z wieszaka i przyłoŜyła do siebie, po czym nucąc melodię zakręciła się
kilka razy po pokoju. Naraz wpadło jej do głowy, Ŝe jeszcze nie zastanowiła się nad
odpowiednią na jutrzejszy wieczór fryzurą, a co gorsze, nie zadzwoniła do Teda z
potwierdzeniem, Ŝe siódma godzina jutro wieczór całkiem jej odpowiada.
Abby nie naleŜała do dziewcząt, które celowo trzymają męŜczyzn w niepewności,
mimo to sprawiała jej przyjemność myśl, Ŝe Ted moŜe chodzi nerwowo tam i z powrotem po
pokoju wyczekując jej telefonu. Ona sama prawie cały dzień czekała na telefon od niego, nie
czuła więc teraz wyrzutów sumienia. Zaraz jednak wyśmiała samą siebie. Ostatecznie nie
miała powodu, aby w ten sposób go karać, podeszła więc zdecydowanym krokiem do
telefonu.
- Czy pan Grant jest w domu? - spytała kobiety która podniosła słuchawkę. Abby
przypuszczała, Ŝe to gospodyni Teda, wypiekająca takie pyszne szarlotki, ale mimo to
owładnął nią niejasny gniew na nią, choć nie umiała sobie wytłumaczyć dlaczego.
- Czy to panna Mills? - spytała serdecznie Kay i niechęć Abby znikała w jednej
chwili. Gospodyni najwyraźniej oczekiwała jej telefonu.
- Tak - odparła juŜ całkiem przyjaźnie.
- Pan Grant czekał na telefon od pani, lecz właśnie wyszedł do obory, aby zajrzeć do
chorego cielęcia. Zaraz go zawołam.
Teraz Abby zrozumiała, dlaczego Ted tak ciepło wyraŜa się o Kay. Jego dobro
musiało jej najwyraźniej leŜeć na sercu, skoro się tak ucieszyła, Ŝe znalazła się dziewczyna,
która choć odrobinę się nim zajmie.
- Halo, Abby? - Głos Teda wydał jej się zaspany i pełen oczekiwania. Raptem zrobiło
jej się przykro, Ŝe nie zadzwoniła od razu. Takie zagrywki z męŜczyzną tak otwartym i
szczerym były nie fair.
- Tak, to ja.
- Przykro mi, Ŝe to nie ja zadzwoniłem pierwszy.
- Nie masz powodu się usprawiedliwiać. Jak tam z cielakiem? PrzeŜyje? Mogę coś
dla ciebie zrobić?
- Miło, Ŝe o to pytasz. Wygląda na to, Ŝe wszystko będzie w porządku. Ten mały
dzikus przyplątał się do większych cieląt i został przez nie stratowany. W pierwszym
momencie myślałem, Ŝe będzie z nim źle, ale dziś jest juŜ lepiej. Na razie trochę się jeszcze
chwieje na nogach, ale to wszystko.
- Cieszę się - odetchnęła Abby. - Wiesz, ja teŜ studiowałam hodowlę bydła, wiem
chyba wszystko o wadach dziedzicznych i innych chorobach, ale obawiam się, Ŝe w takim
wypadku byłabym bezradna. Im dłuŜej tu jestem, tym bardziej sobie uświadamiam, jak uboga
jest moja wiedza.
Jeśli chodzi o młode sztuki, zwykle nie jest tak źle, jak na to wygląda. Troskliwą
opieką moŜna zdziałać cuda. Ale takiej rady nie wyczytasz w swoich ksiąŜkach. Tę cudowną
formułę moŜna zastosować do wszystkich istot Ŝywych i często tylko ona pozostaje, kiedy
inne środki zawodzą. Sam juŜ doświadczyłem tego wiele razy. Cieszyłbym się, gdybym takŜe
i w innych dziedzinach mógł ci pokazać, Ŝe uczone księgi nie zawierają całej wiedzy.
Praktyka na farmie pozwala zaobserwować takŜe inne rzeczy.
- Wierzą ci, Ted - przyznała Abby - i mam nadzieję wiele się od ciebie nauczyć.
- Jestem na twoje usługi. Ale jutro wieczór chciałbym pokazać ci coś innego;
„Tańczącą Królową” i jej znakomitą pieczeń z kluskami.
Abby juŜ juŜ miała mu powiedzieć, Ŝe sama odkryła ten klejnot pomiędzy
restauracjami, ale w porę ugryzła się w język nie chcąc psuć Tedowi radości. Jeszcze
niedawno taka myśl nie przyszłaby jej do głowy. Ze zdziwieniem stwierdziła, Ŝe coraz
częściej wstawia się w jego połoŜenie.
- Cudownie! - powiedziała zamiast tego. - Czekam na ciebie punktualnie o siódmej.
- Tak się na to cieszę, Abby - rzekł ciepło i odwiesił słuchawkę.
Abby natomiast odwiesiła swoją dopiero wtedy, gdy usłyszała dalekie szczęknięcie.
Chciała być przez to dłuŜej blisko Teda.
Następnego dnia juŜ za dwadzieścia siódma była gotowa i czekała na niego z
niecierpliwością. Pani Wilkins poradziła jej jeszcze przez telefon, aby pod sukienkę włoŜyła
sutą halkę, więc teraz wyglądała ona szczególnie strojnie.
Kiedy o siódmej usłyszała samochód Teda, wybiegła mu na spotkanie, zanim jeszcze
zdąŜył zadzwonić. Był zachwycony jej widokiem. W stylowym wieśniaczym stroju, z
jasnymi lokami opadającymi na ramiona wyglądała jak najprawdziwsza wiejska piękność. Z
zadowoleniem stwierdził teŜ, Ŝe jej makijaŜ jest delikatniejszy niŜ zwykle. W ogóle
zapytywał siebie w duchu, dlaczego ona tu na wsi uŜywa wszystkich tych szminek. Abby ze
swą świeŜą, dziewczęcą urodą podobała mu się bardziej bez makijaŜu.
ZauwaŜył teŜ od razu, Ŝe tego dnia zachowuje się inaczej. Nie była taka zachowawcza
wobec niego, uśmiechała się promiennie i wydawała się zadowolona z jego towarzystwa. A
więc chyba się nie mylił mając wraŜenie, Ŝe jej chłodny sposób bycia i narzucony przez nią
dystans słuŜy tylko skrywaniu prawdziwych uczuć. Teraz stała przed nim czarująca, nie
mogąca doczekać się zabawy roześmiana dziewczyna.
Ted juŜ od dawna kochał się w Abby, ale nie był tego jeszcze do końca świadomy.
Dopiero teraz uzmysłowił to sobie z absolutną jasnością. Skłonił się przed nią dwornie i podał
jej ramię, aby powieść dziewczynę do samochodu, a dopiero kiedy upewnił się, Ŝe siedzi
wygodnie, sam zajął miejsce za kierownicą.
Podczas jazdy raz po raz nachodziła go ochota, aby uścisnąć jej rękę. Byłby to
ostatecznie niewinny gest, lecz mimo to nie odwaŜył się na to. Tak się cieszył, Ŝe wreszcie
odtajała w jego obecności, i za Ŝadne skarby nie chciał tego zniszczyć. Mogłaby się przecieŜ
na nowo od niego odwrócić.
Przy obiedzie teŜ nie pozwolił sobie na Ŝadne czulsze słówko czy gest, zadowalając
się opowiadaniem Abby wesołych zdarzeń ze swego dzieciństwa, a ona zaśmiewała się do
łez.
Kiedy sączyli po obiedzie brandy, Ted wiedział juŜ z całą pewnością, Ŝe nie
wytrzyma, jeŜeli tego wieczoru nie weźmie jej przynajmniej raz w ramiona. Jeśliby się taka
okazja nie miała nadarzyć, to powinien chociaŜ dać wyraz swoim uczuciom dla niej.
- Nie weźmiesz mi za złe, jeśli ci powiem, Ŝe wyglądasz fantastycznie? - spytał
ostroŜnie.
- Za złe? - posłała mu zadowolone spojrzenie. - Od samego początku czekam na to,
kiedy wreszcie wyjedziesz z jakimś komplementem. Ale mimo wszystko obawiam się, Ŝe
reszta towarzystwa juŜ na pierwszy rzut oka odkryje we mnie przebraną turystkę z wielkiego
miasta. Kto wie, czy nie zostanę przepędzona belami siana.
Ted roześmiał się.
- Z pewnością ściągniesz na siebie spojrzenia wszystkich, ale nie musisz się bać, Ŝe
nie zostaniesz zaakceptowana. Przeciwnie, będę musiał staczać boje z innymi męŜczyznami,
aby móc choć raz z tobą zatańczyć.
- Ach Ted - uśmiechnęła się szczęśliwa jak nigdy - jeśli naprawdę chcesz, mogę
zarezerwować dla ciebie wszystkie tańce.
ROZDZIAŁ 6
Kiedy znaleźli się wreszcie w stodole, zabawa trwała juŜ w najlepsze. Abby była
zadowolona, Ŝe przystanęli na chwilę w drzwiach spoglądając na tańczących. Miała niemal
tremę, więc uczepiła się ramienia Teda i przez moment nie chciała wejść do środka.
- Co się stało, Abby? - spytał.
- Sama nie wiem, co się ze mną dzieje - odparła Ŝałośnie. - Byłam juŜ na tylu
zabawach i potańcówkach, a teraz nagle strasznie boję się wejść. Co będzie, jeśli ci ludzie
mnie odrzucą?
- Odrzucą?! Oni będą oczarowani! - oświadczył z przekonaniem. - Chodź, właśnie
ustawiają się do tańca w kwadracie. Wystarczy, Ŝe będziesz słuchała poleceń wodzireja i dasz
się prowadzić. Zaczynają zwykle od najprostszych figur, a potem początkujący wycofują się i
poprzestają na przyglądaniu się.
Spojrzała na niego niepewnie.
- Ale musisz mi przyrzec, Ŝe nie zostawisz mnie na środku samej.
- Parę razy zmienimy partnerów, ale tylko na krótko. Nie martw się, zawsze znajdzie
się ktoś, kto będzie z tobą dalej tańczył. Pomyśl tylko, my tutaj jesteśmy jedną wielką
rodziną.
- Zatem dobrze, Ted. Jeśli uwaŜasz, Ŝe...
Z ociąganiem weszła za nim do środka, a resztę ułatwili jej inni. Jak powiedział Ted,
wszyscy byli bardzo mili i wyglądali na szczerze zadowolonych z jej przyjścia. Nie miała
zresztą czasu się nad tym zastanawiać, bo właśnie rozbrzmiały dźwięki muzyki, więc musiała
uwaŜać, Ŝeby się nie potknąć i nie wypaść z rytmu.
Szło jej wszakŜe lepiej, niŜ przewidywała. Poszczególne kroki okazały się nie takie
trudne, stopniowo teŜ pozbywała się swego skrępowania, a nawet rozluźniła się na tyle, Ŝe
mogła w tańcu myśleć o czym innym, a nie tylko o tym, aby nie zgubić kroku.
Komiczne, nigdy nie miałam oporów przekraczając próg przepełnionej sali balowej, a
tutaj przyszło mi to z takim trudem, pomyślała. Dlaczego tym razem było inaczej?
Oczywiście, Ŝe to wiązało się z Tedem. ZaleŜało jej na tym, co on o niej myśli, tym bardziej,
Ŝ
e to on ją tu wprowadził, a więc w jakiś sposób za nią ręczył. Chciała, bardzo chciała, takŜe
ze względu na niego, aby ją polubiono.
Owo
przeświadczenie
powinno
właściwie
być
powodem
ostroŜniejszego
postępowania z nim, lecz tego wieczoru nie pragnęła niczego więcej, jak się zabawić.
Muzyka rozbrzmiała na nowo. Ted szeptał jej wskazówki do ucha i prawił
komplementy, Ŝe tak dobrze jej idzie. Abby cieszyło to bardzo. Ten wieczór wart był tego,
aby choć na chwilę zapomnieć o mocnych postanowieniach, według których zamierzała
ułoŜyć sobie tu Ŝycie.
Taniec sprawiał jej przyjemność, ale czuła teŜ narastające zmęczenie. W którymś
momencie nawet zatoczyła się z wyczerpania, poprosiła więc Teda, aby na moment wyszli na
dwór.
Ted przyjął to z wyraźną ulgą.
- Tak się cieszę, Ŝe to ty zaproponowałaś.
- Dlaczego? - spojrzała na niego zdziwiona.
- Nie chciałem się przyznać, Ŝe juŜ mam dość, przynajmniej na razie. Jesteś z miasta,
a tańczysz jak najlepsi stąd. A ty się bałaś, Ŝe się zblamujesz!
- To juŜ jest poza mną. Ted, popatrz na ten księŜyc! To rozgwieŜdŜone niebo wygląda
wprost bajecznie!
- Tym bardziej, Ŝe ty pod nim stoisz - rzucił pieszczotliwie.
Coś w Abby szepnęło o ostroŜności, lecz nie chciała niszczyć uroku tego wieczoru
niechętnym gestem czy zimnym słowem. Od miesięcy nie czuła się tak lekko. Byłaby szkoda,
gdyby sobie teraz zepsuła te piękne godziny.
Ku swemu zaskoczeniu uznała uwagę Teda za absolutnie w porządku, nie miała
jednak uczucia, Ŝe musi coś odpowiedzieć.
TakŜe Ted milczał przez chwilę, a potem naraz ujął jej dłoń.
- Przed czym tak się bronisz, Abby? - szepnął tkliwie. - Najwyraźniej czegoś się
boisz.
Podniosła głowę i zajrzała w jego pełne czułości oczy. Ted miał rację. Rzeczywiście
było coś, czego się bała. Właściwie nie chodziło jej o to, Ŝe mógłby zranić jej uczucia, lękała
się, Ŝe moŜe stracić kontrolę nad sobą i w ten sposób postradać niezaleŜność, którą z takim
trudem sobie wywalczyła.
MoŜe zresztą chodziło o jedno i drugie. MoŜe tym swoim powściągliwym
zachowaniem chciała się ustrzec przed nieszczęśliwą miłością, a Ted zdołał ją przejrzeć?
Tego nie wiedziała, wiedziała tylko, Ŝe od momentu poznania Teda jej Ŝycie uległo zmianie.
Gdy była w jego towarzystwie, świat wydawał jej się piękniejszy, poza tym mogła się od
niego wiele nauczyć. Miała tylko pewne wątpliwości, czy zdoła uporać się z tą sytuacją.
Dlaczego ten wieczór musiał być aŜ taki piękny, a ona tak podatna na romantyczne
nastroje?
Jak gdyby odgadując jej myśli, Ted mocniej ścisnął jej dłoń. Kto wie, czy nie
odczuwał lekkiego dreszczu, jaki przebiegł przy tym jej ciało... Jeśli tak, to znał juŜ
odpowiedź, której ona rozpaczliwie szukała.
Ted delikatnie pociągnął Abby za sobą na wąską ścieŜkę, a ta zaprowadziła ich nad
staw. Tam zdjął marynarkę, rozłoŜył ją na brzegu i usiadł, zapraszając ją, aby zrobiła to samo.
Abby jednak nie chciała na razie siadać. Miejsce było wyjątkowo piękne, miała więc
ochotę okrąŜyć staw i rozejrzeć się po okolicy, choć było juŜ ciemno. śałowała, Ŝe nie moŜe
widzieć kwiatów porastających jego brzegi, za to czuła przynajmniej ich upojny zapach.
Ted postępował za nią w milczeniu.
- Przypuszczam, Ŝe to jest główny powód, dla którego sprowadziłaś się na wieś -
powiedział w którymś momencie, jak gdyby wiedząc doskonale, co się z nią dzieje.
- Tak - potwierdziła. - Kocham naturę, świeŜe powietrze i wszystko, co zielone.
- Wiem. Ale nie to miałem na myśli. Ty szukasz tutaj spokoju, prawda?
- Masz rację. Nie przyznaję się zbyt chętnie do tego, ale moje Ŝycie w Deerfield było
bardzo stresujące. Musiałam się stamtąd wynieść, aby odnaleźć siebie samą.
- Pozwolisz, abym ci w tym pomógł? - spytał powaŜnie.
W pierwszym odruchu chciała się nie zgodzić. Instynktownie broniła się przed nim,
aby nie dowiedział się o niej całej prawdy. Ale naraz puściły się jej łzy z oczu i sama nie
wiedząc jak znalazła się w jego ramionach i przywarła twarzą do jego piersi.
Trwali tak przez chwilę. Ted głaskał ją uspokajająco po głowie, a ona była wdzięczna,
Ŝ
e nie posuwa się do innych czułości. Nie rzekł słowa, dając jej czas, aŜ się uspokoi.
- Nie wiem, co się ze mną stało - wyznała zakłopotana. - To było bardzo głupio z
mojej strony. I w dodatku ubrudziłam ci koszulę tuszem do rzęs.
- To drobiazg. CóŜ znaczy kilka plam wobec tego Ŝe mogłem cię trzymać w
ramionach, Ŝe okazałaś mi tyle zaufania i wypłakałaś się na mej piersi. JuŜ ci lepiej?
- Tak, o wiele lepiej. Jestem ci wdzięczna, Ŝe nie stawiasz Ŝadnych pytań. Nie byłoby
mi łatwo na nie w tej chwili odpowiedzieć.
- Wiem - szepnął powaŜnie. - W przyszłości teŜ nie musisz tego robić, jeśli nie
chcesz. Będę zawsze przy tobie, gdy będziesz potrzebowała mej pomocy, ale nigdy o nic nie
zapytam.
Dzięki za zrozumienie, Ted. Twoja przyjaźń znaczy dla mnie bardzo wiele. Czy wolno
mi wyrazić jakieś Ŝyczenie?
- JuŜ jest spełnione.
- MoŜesz mnie po przyjacielsku pocałować w policzek?
Rzuciła to tak po prostu, bez zastanowienia. Wiedział to od razu, poniewaŜ cały czas
uwaŜnie studiował jej twarz.
- Dziękuję, Ted - westchnęła z zadowoleniem, gdy spełnił jej prośbę. - Jeśli o mnie
chodzi, to moŜemy teraz z powrotem wmieszać się w tłum, ale najpierw muszę doprowadzić
się do porządku. Oni tam pewnie tańczą juŜ trudniejsze tańce. Wytłumaczysz mi zasady?
Niestety będę musiała przy tym siedzieć, bo mam całkiem obrzmiałe stopy.
- Naturalnie. W ogóle juŜ dziś nie musisz tańczyć, jeśli nie chcesz. Teraz tańczą
„Łańcuch filiŜanek”, a potem przyjdzie kolej na „Bąka”, „Stokrotkę Południa” i „Fruwające
koło”. Te nazwy są dość skomplikowane, a i kroków nie nauczysz się tak od razu. Ale
popatrzeć na innych teŜ jest przyjemnie. Nie miałabyś nic przeciwko temu, gdybyśmy się
wspięli po drabinie na stryszek z sianem? Stamtąd będzie wszystko jeszcze lepiej widać...
ROZDZIAŁ 7
Wracała wesoła i zrelaksowana. Ted pomógł jej się wspiąć na drabinę i stamtąd
obserwowali radosny, rozbawiony tłum. Abby klaskała tak jak inni w takt muzyki, wypytując
Teda o reguły poszczególnych tańców. O swoim niedawnym wybuchu zdąŜyła juŜ zapomnieć
i rozkoszowała się teraz wieczorem jeszcze bardziej niŜ poprzednio. Nie czuła w sobie tego
nerwowego napięcia, gdy Ted obejmował ją ramieniem lub od czasu do czasu całował w
policzek, i była naprawdę rozczarowana, kiedy zabawa się skończyła.
A przecieŜ ta noc zdawała się nie mieć końca. Abby nie mogła się oprzeć i mimo
pęcherzy na stopach nie zrezygnowała z ostatnich tańców. Miała wraŜenie, Ŝe nie zrobi
jednego kroku, a i tak było jej przykro, gdy wszyscy zaczęli się rozchodzić. Oznaczało to
przecieŜ takŜe koniec mile spędzonego czasu z Tedem.
Pragnęła zbliŜyć się do niego, moŜe nawet go pokochać, lecz w kontekście jej planów
na przyszłość nie miało to sensu. Ted stanowił powaŜne zagroŜenie dla jej zamierzeń, , choć
zmaganie się z uczuciami do niego przychodziło jej coraz cięŜej.
Ów rozdźwięk między uczuciem a rozsądkiem sprawił, Ŝe w drodze do domu była
bardzo milcząca. Dlatego teŜ, gdy Ted chciał ją otoczyć ramieniem, zareagowała całkiem
inaczej, po prostu odtrąciła go i wbiła się w kąt samochodu, jak najdalej od niego.
Ted nie nalegał, lecz gdy zajechali przed młyn, najwyraźniej nie spieszył się z
otwarciem drzwi samochodu, aby mogła wysiąść.
- Wiem, Ŝe jesteś bardzo zmęczona, ja zresztą teŜ - zaczął - ale mimo to chciałbym
wiedzieć, czy coś z tego, co dziś wieczór było między nami, sprawiło ci przykrość. Jeśli o
mnie chodzi, to zapewniam, Ŝe nie Ŝałuję niczego.
- Ja teŜ nie - odparła cicho nie patrząc na niego.
- A więc o co chodzi?
- O nic. Jestem tylko śmiertelnie zmęczona, Ted. Nie pogniewasz się, jeśli teraz się
poŜegnam? Miałam zamiar zaprosić cię jeszcze na kawę, ale po prostu jestem do niczego.
Moje nogi całkiem odmówiły posłuszeństwa. Chyba to rozumiesz.
Ted nie rozumiał, lecz mimo to rzekł:
- Oczywiście Abby. Odprowadzę cię tylko do drzwi.
Wysiadł i pomógł wysiąść takŜe i jej, Abby wszakŜe nie chciała, aby jej towarzyszył.
- Nie, tych parę kroków przejdę sama. Ostatecznie nie jesteśmy w Deerfield, gdzie za
kaŜdym drzewem czai się napastnik.
- To prawda, ale tak czy tak będę czekał w samochodzie, dopóki nie znajdziesz się w
domu. A moŜe i to ci przeszkadza?
Przełknęła głośno ślinę.
- Ach, Ted... - wykrztusiła. Na więcej nie umiała się zdobyć.
- Co ci jest?
- Nic. Jestem po prostu skonana i to wszystko. To był cudowny wieczór, dziękuję ci.
Zadzwonisz do mnie?
- Tak - odrzekł krótko.
Spuściwszy głowę ruszyła wykładaną płytami dróŜką prowadzącą do werandy. W
drzwiach miała jeszcze ochotę się obejrzeć, lecz nie zdobyła się na odwagę. Bała się, Ŝe
wybuchnie łzami albo nawet pobiegnie do niego i rzuci mu się w ramiona. Naprawdę
wstydziła się swej słabości.
Ted nie odjechał od razu. Patrzył za nią, jak manipuluje przy drzwiach, a później
wchodzi. To. Ŝe porusza się powoli, z widocznym trudem, podpowiedziało mu, Ŝe znowu coś
ją dręczy. Najchętniej pobiegłby za nią, przytulił i pocieszył, ale nie ruszył się z miejsca.
Nawet kiedy zatrzasnęły się za nią drzwi, nie był zdolny obrócić kluczyka w stacyjce i
odjechać. Czekał, aŜ zapalą się światła w domu.
Wyglądało na to, Ŝe Abby poszła najpierw do kuchni, pewnie aby się czegoś napić, a
potem zabłysło światło w jej sypialni.
Robiło mu się coraz cięŜej na duszy. Właściwie dlaczego nie odjeŜdŜa? Co Abby
sobie o nim pomyśli? Naraz zapragnął znaleźć się moŜliwie jak najdalej, zapalił więc silnik
starając się robić jak najmniej hałasu.
Ale ona i tak usłyszała warkot motoru. JuŜ się zaczynała dziwić, dlaczego nie słyszała,
jak odjeŜdŜa, lecz nie przyszło jej do głowy, Ŝe ciągle jeszcze stoi pod domem. Podeszła do
okna i przez szczelinę w zasłonie widziała, jak Ted ostroŜnie nawraca samochód. Nie obejrzał
się przy tym ani razu, jak gdyby czuł, Ŝe ona go obserwuje. Był wściekły na samego siebie.
Jak ma wytłumaczyć Abby swoje dziwne zachowanie?
Abby nie była ani rozgniewana, ani wytrącona z równowagi, tylko wyczerpana do
reszty, czuła jednak przy tym coś jakby satysfakcję, Ŝe Ted najwyraźniej teŜ nie ma więcej
odwagi niŜ ona. W gruncie rzeczy to, Ŝe dwoje dorosłych ludzi nie umie przezwycięŜyć
własnej dumy, wydało jej się śmieszne.
Za Ŝadne skarby wszakŜe nie chciała dopuścić, aby ich kontakty przybrały inną formę,
niŜ wymaga tego zwykła znajomość. Gdyby stało się inaczej, z pewnością odwiodłoby to ją
od pracy, a takie coś oznaczało zaniedbanie, a moŜe nawet i przekreślenie zamysłów
związanych z „Oazą Spokoju”.
Nie przyszło jej trudno wynalezienie z tysiąca powodów, dla których powinna zerwać
z Tedem, a im więcej ich wynajdywała, tym łatwiej mogła ukryć przed samą sobą prawdę.
Skoncentruj się na „Oazie Spokoju” i trzymaj swe serce na wodzy, powiedziała
zdecydowanie do swego odbicia w lustrze, kiedy siedziała przed toaletką przygotowując się
do pójścia spać.
Długo nie dane jej było zaznać spokoju, dopiero po dwóch godzinach udało jej się
nabrać niejakiego dystansu do Teda i zasnąć męczącym, pełnym koszmarów snem.
Zerwała się z samego rana, a jej pierwsza myśl dotyczyła Malinki. Długa przejaŜdŜka
powinna im obu dobrze zrobić, pomyślała.
Osiodławszy konia wyjechała na wąską ścieŜkę, po czym puściła się kłusem. Schyliła
się przy tym nad głową klaczy, opowiadając jej o wszystkim, co przeŜyła poprzedniego
wieczoru. Malinka była dla niej jak przyjaciółka albo matka, której moŜna ze wszystkiego się
zwierzyć, a juŜ na pewno była cierpliwą słuchaczką.
- Będę się musiała nauczyć z tym Ŝyć - zwierzyła się koniowi - zagrzebię się po uszy
w pracy i tym razem juŜ nikt ani nic mnie od tego nie odciągnie.
PoniewaŜ było jeszcze za wcześnie na składanie wizyt, ściągnęła lejce i skierowała
Malinkę z powrotem na drogę do młyna, choć miała szaloną ochotę zamienić z kimś parę
słów, nie mówiąc o tym, Ŝe marzyła jej się dłuŜsza pogawędka z miłą panią Wilkins.
Właściwie dlaczego nie zrobić tego później? zapytała samą siebie. To była wspaniała
myśl. Weźmie jedną ze swych ksiąŜek kucharskich i wyczaruje coś, co mogłaby jej zanieść
jako podziękowanie za naukę kiszenia kapusty. W końcu zdecydowała się, Ŝe upiecze chleb, i
wyszukała w miarę łatwy przepis, przy którym nie było moŜliwości popełnienia zbyt wielu
omyłek.
Wszystko skończyło się wielkim bałaganem w kuchni: zasypanymi mąką i lepkimi
kawałkami ciasta stołem i podłogą. Ona sama miała na twarzy i ubraniu mąkę, ale czuła się
przy tym wspaniale. Kiedy miała konkretne zajęcie, łatwiej jej było rozeznać się w
charakterze uczuć, jakie nią owładnęły, i uporać się z ich natłokiem.
Zostawiła ciasto do wyrośnięcia, a sama na cały głos nastawiła płytę z muzyką
rockową i zabrała się do sprzątania. Prace domowe skutecznie przepędzały jej wewnętrzną
nerwowość, pozwalając wreszcie się odpręŜyć.
Mimo to nie opuszczało jej pragnienie, aby podejść do telefonu. Aparat był dla niej
wyzwaniem, ale pozostała nieugięta. Rzucając raz po raz okiem na ciasto pracowała
zawzięcie, aŜ wreszcie nadeszła pora wsadzania chleba do pieca. Zrobiwszy to od razu
zadzwoniła do pani Wilkins, zapowiadając swe odwiedziny.
Abby coraz bardziej uświadamiała sobie, jak bardzo tęskni za towarzystwem. Jeszcze
do niedawna uwaŜała to za niemoŜliwe, teraz jednak samotność działała jej na nerwy.
Pani Wilkins sprawiała wraŜenie zadowolonej, Ŝe Abby do niej zadzwoniła.
- Właśnie o tobie myślałam. Na mojej kuchni skwierczy olbrzymia pieczeń, którą
mogłabym nakarmić całą armię. Byłaby szkoda, gdybyś zjadła samotnie niedzielny obiad,
proszę zatem do mnie.
Abby z radością przyjęła zaproszenie. Jak to dobrze, Ŝe upiekła chleb. W ten sposób
mogła wnieść własną część do świątecznego posiłku.
Przypuszczała, Ŝe będzie to coś w rodzaju spotkania rodzinnego, wyszukała więc w
szafie skromną w kroju, ale twarzową sukienkę, odpowiednią jej zdaniem na wiejskie
niedzielne spotkanie. Co prawda wóz sportowy nie pasował do wiejskiej scenerii, uznała
jednak, Ŝe na proszony obiad nie wypada przyjeŜdŜać konno, zresztą i tak było na to za
późno. Pani Wilkins zaprosiła ją na czwartą, zostało jej więc dosłownie tyle czasu, aby się
przebrać, owinąć bochenek chleba celofanem i przewiązać wstąŜką. Po drodze do samochodu
ś
cięła jeszcze szybko parę dopiero co rozkwitłych kwiatów. W Deerfield Abby nigdy nie
zdecydowałaby się wziąć udziału w obiedzie rodzinnym, ale na wizytę u pani Wilkins
cieszyła się, i to nie tylko dlatego, Ŝe tęskniła do towarzystwa. Była to dla niej doskonała
okazja, aby choć na chwilę zapomnieć o Tedzie. Przy nim znowu owładnęłaby nią słabość, a
doskonale wiedziała, Ŝe coraz mniej moŜe liczyć na własną samodyscyplinę.
Otwarte drzwi domu pani Wilkins zapraszały juŜ z daleka. Kiedy Abby wchodziła po
kilku stopniach na werandę niosąc swój mały podarek, z wnętrza doszedł ją śmiech
męŜczyzny, a takŜe obcy damski głos.
Najwidoczniej pani Wilkins miała większą rodzinę, niŜ Abby przypuszczała. Czy aby
jej obecność nie będzie komuś przeszkadzać?
Ładna młoda dziewczyna krąŜyła z zastawionymi tacami między kuchnią i jadalnią.
Miała na sobie dŜinsy i podkoszulek w paski, a kasztanowate długie włosy związała w koński
ogon.
W jadalni siedziało dwóch młodych męŜczyzn mniej więcej w tym samym wieku co
Abby, a takŜe jakiś starszy pan w okularach i z brodą. Prowadzili właśnie oŜywioną rozmowę
z... O mój BoŜe, nie, tylko nie to!
Na widok Teda w sztruksowych spodniach i w swetrze z golfem, siedzącego na sofie i
roztaczającego cały swój wdzięk, jej ręce zaczęły nerwowo drŜeć.
Gdy obca dziewczyna wróciła z kuchni, Abby od razu zauwaŜyła spojrzenia, jakimi
obrzucała Teda. Nie było wątpliwości, ta mała musiała się w nim zadurzyć. Kto wie, jak
długo się znają, przemknęło Abby przez głowę.
Nie mogła się zdobyć, aby wejść, ale właśnie nadeszła pani Wilkins z olbrzymią misą
sałatki. Na widok Abby uśmiechnęła się i wyciągnęła do niej wolną rękę.
- Tak się cieszę, Ŝe przyszłaś, Abby - rzekła serdecznie. - Panowie wprost nie mogą
się doczekać, tak chcą cię poznać. Teda juŜ znasz, a Karen to moja siostrzenica. Spędza u
mnie weekendy. W przyszłości będziecie się tu u mnie spotykały, ale tamci panowie nie
pozostaną zbyt długo.
Pani Wilkins nie zdradziła, co to za goście, a Abby teŜ nie chciała o to pytać, czekając,
aŜ pani domu ją przedstawi.
Wchodząc skinęła przelotnie głową Tedowi i przywitała się z pozostałymi trzema
męŜczyznami. Okazało się, Ŝe są to naukowcy z zagranicy, którzy zajmują się problemami
rolnictwa i odbywają podróŜ naukową po Stanach - Mieli mieszkać przez parę tygodni u pani
Wilkins, bo tylko ona w całej okolicy dysponowała odpowiednią liczbą wolnych pokoi.
- To profesor Gunyar ze Szwecji - zaczęła prezentację pani Wilkins - a to jego
asystenci Lars i Alex. Moi panowie, to Abby Mills, o której juŜ opowiadałam. Ona teŜ
skończyła rolnictwo, z pewnością więc znajdziecie państwo wspólne tematy.
- Nie zapominaj o mnie, Martho - wmieszał się Ted. - Tam gdzie spotykają się bardzo
wykształceni ludzie, łatwo przeoczą się fakt, Ŝe matka natura rządzi się własnymi prawami i
Ŝ
e istnieją metody, sprawdzone juŜ od stuleci. Obojętne, jak szybki jest postęp techniki i jakie
eksperymenty przeprowadza się na tym polu, bez samej natury się nie obejdzie.
- Och, Ted - zaszczebiotała Karen siadając obok niego na sofie - wyglądasz naprawdę
bojowo, gdy rozprawiasz o takich rzeczach.
- On jest prawdziwie wojowniczą naturą - wyrwało się Abby. Zabrzmiało to
sarkastycznie, choć nie było to jej zamierzeniem.
- Miło cię widzieć, Abby - rzucił chłodno Ted, ona zresztą teŜ poprzestała na
skinięciu głową. Nie mogła się przemóc, aby przywitać się z nim mniej oficjalnie.
CzyŜby gniewał się na nią, Ŝe wczoraj tak pospiesznie się poŜegnała? MoŜe stracił
zainteresowanie dla jej osoby? Pewnie ta ładna dziewczyna koło niego, nie spuszczająca ani
na moment z niego wzroku, jest jego najnowszym podbojem, w kaŜdym razie wydawał się
nią zajęty, a na nią, Abby, nie zwracał uwagi.
Przez parę sekund stała zbita z tropu i jakby zagubiona, ale na szczęście pani Wilkins
tak serdecznie się nią zajęła, Ŝe Abby mimo wszystko poczuła się dobrze w jej domu.
- Jakie piękne kwiaty, Abby - zawołała uradowana. - A co to tak pachnie w tym
wytwornym opakowaniu?
- To chleb z mąki owsianej i melasy. Mam nadzieję, Ŝe przyda się jako dodatek do
obiadu, którym chce pani podjąć gości.
- Własnoręcznie upieczony chleb doskonale pasuje do mojej wiejskiej duszonej
pieczeni - zapewniła pani Wilkins. - Poza tym spokojnie moŜesz mówić mi po imieniu. - A
teraz chodź ze mną do kuchni i spróbuj sosu. Wydaje mi się, Ŝe czegoś mu jeszcze brakuje.
Objęła Abby ramieniem i zaprowadziła ją do kuchni. Karen wyglądała na nieco
znuŜoną powaŜną rozmową prowadzoną w salonie, bo teŜ weszła za nimi.
Abby spróbowała sosu, a jego smak wydał jej się znakomity, kolor zresztą teŜ.
- Mieszkasz w mieście? - zwróciła się do Karen.
Postanowiła być uprzejma dla tej dziewczyny, gdyŜ była to siostrzenica pani Wilkins,
ale w jej głosie pobrzmiewała nutka zazdrości. Miała nadzieję, Ŝe Karen tego nie zauwaŜyła,
choć Abby sama czuła, jakie to Ŝałosne. Karen i Ted znali się prawdopodobnie od lat, a ona
nie miała w końcu do niego prawa, zatem zazdrość była tu nie na miejscu.
- Tak - odparła dziewczyna - ale urodziłam się tutaj, gdyŜ moi rodzice po ślubie
mieszkali przez pewien czas u cioci Marthy. Co prawda juŜ od wielu lat mieszkam w mieście,
ale na wsi bardziej mi się podoba, dlatego teŜ odwiedzam ciocię, jak tylko mogę.
- A więc znasz teŜ ludzi, którzy tu mieszkają.
- Oczywiście - przytaknęła Karen. - Przede wszystkim Teda. JuŜ jako mała
dziewczynka podkochiwałam się w nim, lecz dopiero teraz jestem na tyle dorosła, aby móc
stwierdzić, jaki jest cudowny. To prawdziwy skarb, prawda?
- Tak, prawdziwy skarb - mruknęła do siebie Abby, po czym się odwróciła i podeszła
do Marthy stojącej przy kuchni. Czuła, Ŝe jest bliska utraty panowania nad sobą, co
niechybnie skończyłoby się powiedzeniem czegoś niemiłego dziewczynie, scena zazdrości
jednak była ostatnią rzeczą, jakiej sobie Ŝyczyła. Nigdy by sobie nie pozwoliła na coś takiego.
- To zupa tak pachnie, Martho? - spytała odrobinę za głośno starszej pani.
. Wyrzucała z siebie słowa nieledwie w pośpiechu, czując jednocześnie na sobie
wzrok Karen. Tak nagle wykluczona z rozmowy, myślała pewnie teraz, Ŝe Abby nie jest za
dobrze wychowana. Ostatecznie jednak to było lepsze, niŜ gdyby miała uchodzić w jej oczach
za zŜeraną zazdrością kobietę, w dodatku zazdrością bezpodstawną.
We trzy nałoŜyły potrawy na półmiski i wniosły do jadalni. Abby uspokoiła się przy
tym nieco. Jej pierwsze podejrzenie, Ŝe Martha celowo zaprosiła Teda, aby nieco wyręczyć
los, z pewnością nie było uzasadnione, tak samo jak i przypuszczenie, Ŝe Ted sam się wprosił,
gdy usłyszał, Ŝe na obiedzie będzie takŜe Abby. Pani Wilkins zaprosiła go na pewno tylko z
powodu zagranicznych gości, zastanawiała się stawiając na stole koszyk z kromkami chleba i
bułkami. Zatem nie było to spotkanie rodzinne, jeśli przy stole mieli zasiąść fachowcy od
rolnictwa z róŜnych stron.
Z zainteresowaniem przysłuchiwała się potem profesorowi Gunyarowi, gdy ten mówił
o płodozmianie i przygotowaniu zboŜa do siewu. Niewątpliwie znał się na rzeczy.
U jego młodych asystentów podobała jej się gorliwość, z jaką stawiali wszelkie
moŜliwe pytania, poza tym obaj byli bardzo przystojni. Dopóki będą mieszkać, wypadałoby
dotrzymać im towarzystwa i choć trochę oprowadzić po okolicy.
Oczywiście nie zamierzała na oślep szukać nowej przygody miłosnej, przeciwnie, była
najdalsza od tego. Nie miała jednak nic przeciwko temu, aby poświęcić tym młodym ludziom
trochę czasu. Byłoby to zresztą z poŜytkiem, mogliby się od siebie z pewnością czegoś
nauczyć. Naturalnie oznaczało to dodatkowe zajęcie, ale właśnie czegoś takiego chciała, aby
mieć czas wypełniony po brzegi, Po raz pierwszy od momentu, kiedy weszła do domu pani
Wilkins, na jej twarzy zagościł uśmiech. Teraz juŜ była pewna, Ŝe przetrwa wieczór nie
wywołując sceny zazdrości, nie wyglądało teŜ na to, Ŝe miałaby obraŜona wrócić wcześniej
do domu.
Wnosząc następny półmisek posłała nawet uśmiech Tedowi i z zadowoleniem
stwierdziła, Ŝe napięcie między nimi jakby opadło.
Ted wszakŜe ciągle jeszcze był skoncentrowany, jakkolwiek silił się na wesołość. Nie
umiał dojść, co spowodowało, Ŝe ubiegłego wieczoru rozstali się niemal skłóceni. Abby nadal
stanowiła dla niego zagadkę. Najchętniej wziąłby ją na bok i nie owijając w bawełnę spytał,
co się stało, niestety w tym momencie musiał zadowolić się patrzeniem na nią poprzez stół.
Ich spojrzenia raz po raz się spotykały, lecz zarówno jemu, jak i jej, trudno było z nich
cokolwiek wyczytać.
Przy stole panowała oŜywiona atmosfera. Goście ze Szwecji wydawali się doskonale
czuć w towarzystwie gościnnej pani domu i ładnych dziewcząt, wiedli błyskotliwie rozmowę
i rozkoszowali się wspaniałym jedzeniem.
Ted nie sprawiał wraŜenia zazdrosnego o to, Ŝe Alex zajmuje się przede wszystkim
Abby. Zakres studiów, jakie miała za sobą, był nieledwie taki sam jak i młodego Szweda, nic
więc dziwnego, Ŝe mieli sobie wiele do powiedzenia.
- Wydaje mi się, jakbyśmy znali się od wielu lat - zauwaŜył w pewnym momencie. -
Jaka szkoda, Ŝe politycy nie umieją tak się dogadać jak my, szarzy ludzie.
- Całkowicie się z panem zgadzam - przytaknął Alex - ale gdyby politycy znaleźli się
w tak uroczym towarzystwie, z pewnością nie myśleliby o pracy.
Przy tych słowach spojrzał znacząco na Abby, a potem juŜ nie odrywał od niej
wzroku. Siedział naprzeciwko niej i robił wszystko, aby ich ręce niby przypadkiem się
dotykały, gdy sięgała po sztućce czy przyprawy.
Nie uszło to uwagi Teda, choć inni wydawali się tego nie zauwaŜać. Za to on sam ją
nieustannie obserwował.
Alex rzeczywiście spodobał się Abby. Był czarujący, a choć nie budził w niej Ŝadnych
romantycznych uczuć, nie miała powodu, aby nie odpowiedzieć mu odrobiną
zainteresowania.
Kątem oka zauwaŜyła, Ŝe Karen stara się ściągnąć na siebie uwagę Teda, zarzucając
go pytaniami i wciągając w rozmowę.
Przy deserze Alex i Lars zamienili się miejscami. Alex koniecznie chciał usiąść koło
Abby, aby móc z nią swobodniej rozmawiać. Jego wyraźne zainteresowanie pochlebiało jej,
pozwalało przy tym choć na chwilę zapomnieć o zimnej wojnie, jaką wiodła z Tedem.
Najgorsze jednak było to, Ŝe to ona sama tę wojnę wywołała. Wymagała od niego, aby ją
rozumiał tam, gdzie ona sama nie umiała siebie zrozumieć. Tego była absolutnie świadoma.
Chciała, aby trzymał się z daleka, bo obawiała się, Ŝe zakocha się w nim po uszy i
straci w ten sposób wolność, a gdy rzeczywiście zachowywał dystans, trzęsła się ze złości i
gotowa była utopić w łyŜce wody dziewczynę, którą z grzeczności się zajmował. Po prostu
Ŝą
dała od niego dwóch absolutnie róŜnych rzeczy w tym samym czasie, co oczywiście było
niemoŜliwe do wykonania.
Nie było łatwo siedzieć w towarzystwie przy świątecznie nakrytym stole i bić się z
tymi wszystkimi myślami. Na szczęście Alex starał się zaprzątać całą jej uwagę. Miała
nadzieję, Ŝe Ted widzi owe starania młodego Szweda i Ŝe to choć trochę wywołuje w nim
zazdrość.
Abby wiedziała, Ŝe zachowuje się jak nieprzytomnie zakochana nastolatka, ale nie
umiała tu nic zmienić. Kiedy po obiedzie przeszli do salonu na kawę, usiadła obok Alexa, a
podczas rozmowy przysunęła się tak blisko do niego, jak gdyby w obawie, aby nikt im nie
przeszkodził.
Karen tymczasem nie odstępowała Teda i usiadła mu niemal na kolanach, zalewając
go potokiem słów. Najwidoczniej jednak nie było to zbyt interesujące, bo Ted rozmawiał z
nią mało, co ku swemu zadowoleniu stwierdziła Abby. Właściwie to Ted powinien jej być
obojętny, a przecieŜ świadomość, Ŝe nie jest uszczęśliwiony bliskością Karen, wyraźnie ją
cieszyła.
Raz Ted przyłapał Abby na tym, Ŝe go obserwuje, i wytrzymał jej spojrzenie, a
bolesny, pytający wyraz jego oczu sprawił, Ŝe serce w niej stopniało.
Panie w którymś momencie opuściły pokój, aby zająć się zmywaniem, a gdy wróciły
uporządkowawszy kuchnię, panowie dyskutowali zajadle na temat cen zboŜa.
Abby od razu wyczuła napięcie wiszące w powietrzu. Rozmawiali przed wszystkim
Alex i Ted. Ich głosy, choć uprzejme, a przede wszystkim spojrzenia powiedziały jej całą
prawdę. Mierzyli się wzrokiem jak dwaj bokserzy, którzy właśnie stanęli naprzeciwko siebie
w ringu.
Karen oczywiście od razu przysiadła się do Teda, a Abby zapragnęła naraz zaczerpnąć
ś
wieŜego powietrza. Chłodny wieczorny wiatr z pewnością ochłodzi jej rozpaloną twarz i
przyniesie ulgę skołatanej duszy. Z tą myślą wyszła do ogrodu.
W chwilę potem usłyszała na werandzie kroki. Wyjrzała ostroŜnie zza drzewa, sama
nie będąc widziana. Gdy zobaczyła, Ŝe to Alex, czym prędzej skryła się w cieniu, chodź nie
bardzo wiedziała, dlaczego się przed nim chowa.
Raptem ktoś ujął ją za ramię i odwrócił do siebie. PrzeraŜona chciała krzyknąć, ale
napastnik zamknął jej dłonią usta, zanim wydała pierwszy dźwięk. Jej oczy rozszerzyły się z
przeraŜenia. Na szczęście zorientowała się, Ŝe to tylko Ted. Strach przemienił się natychmiast
we wściekłość.
- Co ci przyszło do głowy, aby mnie napadać po nocy i straszyć? - syknęła.
- Dlaczego miałbym cię straszyć. Czekałaś na kogoś? MoŜe na Alexa?
- Nonsens. A nawet gdybym na niego czekała, ciebie nie powinno to obchodzić.
- A jednak mnie obchodzi, Abby. Nie igraj z mymi uczuciami, bo nie ręczę za siebie.
Wyraził tymi słowami więcej, niŜ chciała. Były tak znaczące i pełne treści, Ŝe bardziej
ją przeraziły niŜ jego nagłe pojawienie się przed nią w ciemności. Miała rozpaczliwą ochotę
uciec i skryć się w najciemniejszym kącie.
Odwróciła się, chcąc wrócić do domu, gdzie czuła się w miarę bezpieczna, lecz Ted
nie pozwolił jej odejść.
- Puść mnie, Ted - prosiła - jest mi zimno.
- Przykro mi, Ŝe zachowałem się wobec ciebie tak gwałtownie, lecz będziesz mogła
stąd odejść dopiero wtedy, gdy mi wytłumaczysz, dlaczego nagle zaczęłaś się do mnie tak
dziwnie odnosić.
ROZDZIAŁ 8
- Nie wiem, co miałabym wyjaśniać - obruszyła się Abby, lecz sama nie wierzyła, Ŝe
Ted da się tak łatwo odprawić. Czuła, Ŝe nie zabrzmiało to przekonywująco, nie odwaŜyła się
więc podnieść na niego oczu.
Ted za to nie odrywał od niej wzroku i nie uszła jego uwadze jej niepewność.
- Nie interesują mnie miłosne historie - wybuchnęła wreszcie - a wczoraj wieczorem
podczas tańca miałam wraŜenie, Ŝe dokładnie o to ci chodzi. Ale nie chciałam zranić twoich
uczuć. Nie mam ci nic do zarzucenia, naprawdę...
- To nie jest przyjemne, gdy nagle zostaje się tak po prostu odsuniętym - burknął.
- Czy aby nie przesadzasz, Ted? Nabrałeś o mnie fałszywego wyobraŜenia, a tak
naprawdę to między nami przecieŜ nic nie było. A teraz chodź, bo jest mi zimno.
- Tak łatwo nie uda ci się z tego wywikłać, Abby, nawet nie próbuj. Nie jestem głupi.
Wczoraj wieczorem zauwaŜyłem, Ŝe się mną interesujesz, a w kaŜdym razie do owej chłodnej
sceny poŜegnania przed twoim domem. Prawdopodobnie to były jedynie gierki
rozpieszczonej dziewczyny z miasta. Szukasz tylko przyjemności, a gdy ten ktoś ci się
znudzi, po prostu go odtrącasz i wypatrujesz następnej ofiary!
- Nie potrzebuję słuchać takich grubiańskich oskarŜeń! - krzyknęła tracąc panowanie
nad sobą.
- A jednak wysłuchasz, co ci mam do powiedzenia, moja droga. I nie wmawiaj mi, Ŝe
nie wiesz, o czym mówię. Dziś wieczór dosłownie wieszałaś się na Alexie. Czy on będzie
tym następnym?
Najchętniej by powiedziała Tedowi, Ŝe przywiązuje zbyt wielką wagę do tego, co
jakoby zaobserwował. Miała ochotę go zapewnić, Ŝe myli się wytaczając wobec niej takie
oskarŜenia, ale nie zrobiła tego.
Bała się, Ŝe jeŜeli zacznie cokolwiek wyjaśniać, nie zapanuje nad swymi uczuciami i
ze łzami w oczach po prostu rzuci się Tedowi w ramiona. Ów lęk nie pozwolił jej powiedzieć
nic rozsądnego.
- CóŜ, jeśli koniecznie tego chcesz, to ci powiem - rzuciła niewiele myśląc. W głowie
miała tylko zarzuty, jakie zrobił jej Ted. - Owszem, flirtowałam dziś wieczór z Alexem.
Miałam nadzieję, Ŝe tym razem nie okaŜesz się tak uparty jak wczoraj w nocy, kiedy to
najwyraźniej nie mogłeś zdobyć się, aby odjechać spod mego domu. Przypuszczam, Ŝe
sądziłeś, iŜ między nami moŜe być coś więcej niŜ tylko przyjaźń, - Proszę sobie tym nie
zawracać głowy, panno Mills - odparł lodowato Ted. - Wiem juŜ wszystko. Nie ma obawy,
nie będzie mnie juŜ pani więcej oglądać pod swym domem.
- Ted, proszę... Naprawdę nie to miałam na myśli...
- Zrozumiałem, panno Mills. Teraz juŜ nie ma Ŝadnych niejasności.
- Wieczór jest taki piękny. Dlaczego mamy go psuć kłótnią?
- Jestem najdalszy od tego, aby cokolwiek pani psuć. Dlatego powiem teraz dobranoc.
Z tymi słowami przyciągnął ją raptownie do siebie. Ani się obejrzała, a juŜ leŜała w
jego ramionach. Objął ją rękami i z całej mocy przycisnął do siebie. Podniosła głowę, chcąc
coś powiedzieć, ale nie było jej to dane, gdyŜ w tym momencie uczuła jego wargi na swych
ustach.
Pocałunek Teda był, twardy i Ŝądający, nieomal brutalny, lecz zaraz potem stał się
miękki i czuły, a jego dłonie zaczęły pieszczotliwie głaskać jej ciało.
Równie nagle, jak ją przyciągnął do siebie, wypuścił ją z objęć i nie oglądając się
ruszył w kierunku domu. Abby została na miejscu oszołomiona jak nigdy.
- Sama znajdziesz drogę! - rzucił jeszcze przez ramię. - Przychodzi ci to z łatwością,
obojętne, jaki wybierzesz kierunek. Pozostaje mi tylko Ŝyczyć Alexowi szczęścia z tobą.
Będzie mu potrzebne.
Wszystko poszło nie tak. Ted opacznie zrozumiał to, co próbowała mu wytłumaczyć.
Chciała tylko sprowadzić ich kontakty do ram zwykłej przyjaźni. Uparcie wierzyła, Ŝe
męŜczyzna i kobieta mogą być dobrymi przyjaciółmi nie oczekując od siebie niczego więcej.
A teraz on był na nią wściekły, mało tego, wyglądało na to, Ŝe juŜ nie odezwie się do niej
słowem.
Patrzyła za nim ze łzami w oczach.
- O Ted - szepnęła - naprawdę nie chciałam cię zranić. Ale tak będzie dla nas lepiej.
Gdyby to wszystko nie było takie skomplikowane...
Płakała rozpaczliwie, nie mogąc się uspokoić. Wiedziała, Ŝe nie wróci do gości,
dopóki nie odzyska panowania nad sobą. Zresztą jeszcze bardziej niŜ przedtem potrzebowała
ś
wieŜego powietrza i czasu do przemyślenia całej sytuacji. Miała tylko nadzieję, Ŝe jej długa
nieobecność nie rzuci się nikomu w oczy.
Praca była treścią jej Ŝycia, dopóki nie poznała Teda. Teraz zapytywała samą siebie,
czy to wszystko warte było tych cierpień, jakie przyszło im obydwojgu znosić. PrzecieŜ tylko
uczucie się liczy, ale zrozumiała to dopiero teraz, gdy wszystko wydawało się stracone.
- Abby? Gdzie jesteś?
To wołał Alex. Ruszyła powoli w kierunku domu. MoŜe istotnie będzie lepiej, jak z
kimś porozmawia. Nie było sensu dręczyć się rzeczami, których nie mogła ani nawet nie
chciała zmienić.
- Jestem tutaj, Alex - zawołała. - JuŜ idę.
Alex czekał na nią na werandzie, a gdy tylko podeszła do schodów, zbiegł i wyciągnął
rękę, aby jej pomóc.
Jego opiekuńczość i nieco staroświecka rycerskość działały na nią kojąco, ale w duchu
czuła, Ŝe szorstki sposób bycia Teda daleko bardziej ją fascynuje.
Podobało jej się, Ŝe potrafi powiedzieć bez ogródek, co myśli, a takŜe i to, Ŝe nie kryje
się ze swymi uczuciami. Tyle Ŝe to ostatnie nie czyniło jej Ŝycia prostszym...
Do tej pory zawsze starała się być wobec niego zimna i powściągliwa. UwaŜała, Ŝe
jeśli chce się odnieść sukces w Ŝyciu, naleŜy trzymać uczucia na wodzy i w miarę moŜności
ich nie okazywać. To była jej dewiza.
Alex przeciwnie, nie stanowił dla niej niebezpieczeństwa, w dodatku pojawił się w
odpowiednim czasie. Posłała mu uśmiech, tym razem szczery.
Alex był szarmanckim młodym męŜczyzną. Z pewnością spędzi z nim wiele miłych
godzin, bez względu na to, co ją łączy z Tedem.
- Wszystko w porządku? - spytał zatroskany prowadząc ją do salonu.
- Tak, w najlepszym, dzięki. Chciałam tylko odetchnąć świeŜym powietrzem. Na
czym to przerwaliśmy? Aha, miałaś mi opowiedzieć, jak wygląda u was w Szwecji system
kształcenia. Czy to prawda, Ŝe wasze uniwersytety róŜnią się od naszych?
Próbowała słuchać Alexa, lecz jednocześnie rozglądała się naokoło. Od razu
zauwaŜyła, Ŝe Teda juŜ nie ma.
Karen teŜ gdzieś znikła. Pani Wilkins podawała właśnie profesorowi kawę.
Ona teŜ była spostrzegawcza, zaraz więc właściwie odebrała nerwowe spojrzenia
Abby.
- Ted mnie prosił, abym usprawiedliwiła jego nieobecność - rzekła Ŝyczliwie, jakby
dorozumiewając się, co Abby dręczy. - Chciał pokazać Karen cielątko, a potem iść z nią na
spacer. Zapewne wrócą późno, więc kto wie, czy jeszcze ciebie tu zastaną.
- Dziękuję - wykrztusiła Abby, po czym prędko się odwróciła, zanim Martha zdąŜyła
wyczytać z jej twarzy rozczarowanie. Dobrze, Ŝe Alex był obok, bo inaczej czułaby się
strasznie.
- Słyszałem, Ŝe kupiłaś i wyremontowałaś stary młyn. - Wydawał się tym bardzo
zainteresowany.
- Tak, to prawda. Młyna co prawda jeszcze nie uruchomiłam, ale jest juŜ prawie
gotowy. Wszystkie prace wykonałam sama.
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałbym go kiedyś zobaczyć. Interesują mnie
stare wiejskie budowle.
- Ja... tak, oczywiście, chętnie ci wszystko pokaŜę. Nie miałbyś ochoty wyjść teraz na
mały spacer? Jest tak pięknie na dworze...
Twarz Alexa rozpromieniła się.
- To doskonały pomysł.
Alex wiedział, jak wykorzystać niezbyt przestronne wnętrze sportowego wozu Abby, i
usiadł tak blisko, Ŝe ich ramiona się dotykały. Abby mówiła o Ŝyciu w Deerfield, on zaś
rozwodził się nad samotnością człowieka przebywającego w obcym kraju. Gdy rozmowa
zeszła na Malinkę, zdąŜył juŜ objąć ją ramieniem, a ona nie miała moŜliwości mu się
wywinąć. To prawda, był czarujący i szarmancki, lecz jego zamiary nie ulegały juŜ teraz
najmniejszej wątpliwości. Miała uczucie, Ŝe wpadła z deszczu pod rynnę.
Najgorsze jednak, Ŝe dręczyły ją wyrzuty sumienia, iŜ tak bezlitośnie obeszła się z
Tedem, a przy tym była na niego wściekła. Jeśli rzeczywiście tak za nią szalał, to dlaczego tak
szybko pocieszył się szukając towarzystwa Karen? Gdyby z nią nie pojechał pod byle
pretekstem, i jej, Abby, nie przyszłoby do głowy, Ŝeby zakręcić się koło Alexa. Choć w
gruncie rzeczy nie była to taka zła myśl, bo przynajmniej na chwilę mogła zapomnieć o
Tedzie. Oczywiście nie posunie się tak daleko, jak przypuszczała, Ŝe zrobi to Ted. Z
pewnością skręcił z Karen na jakąś boczną drogę i tam zaparkował samochód...
Owo wyobraŜenie sprawiło, Ŝe naraz odechciało jej się wszystkiego. Zapragnęła
natychmiast wrócić do domu... bez Alexa. Kiedy zaczęła nawracać samochód, aby odwieźć
go do Marthy, nie krył swego zaskoczenia.
- Nie jedziemy zatem do młyna? - spytał jakby nieco rozzłoszczony.
- Jest juŜ późno, więc pomyślałam, Ŝe lepiej będzie, jak odwiozę cię z powrotem. Na
pewno masz wypełnione jutrzejsze przedpołudnie, więc musisz się dobrze wyspać.
Twarz Alexa wyraźnie zdradzała, Ŝe jego umysł pracuje gorączkowo.
- CzyŜbyś uznała, Ŝe jestem zbyt natrętny?
Zabrzmiało to co prawda w miarę uprzejmie, lecz w tonie jego głosu było coś, co
ś
wiadczyło, jak bardzo jest rozczarowany. To coś przypominało nie znoszące sprzeciwu
Ŝą
danie. Spróbował przyciągnąć ją do siebie.
- Jesteś czarującą dziewczyną, Abby - rzucił szorstko - ale nie wiem, dlaczego tak się
bronisz. PrzecieŜ jeden mały całus dla samotnego cudzoziemca to chyba niezbyt wygórowane
Ŝą
danie, prawda? Ostatecznie po to wyjechaliśmy na ten spacer.
Abby dosłownie zesztywniała. Czy naprawdę taki był cel ich przejaŜdŜki?
Oszołomiona do reszty, nie umiała sobie odpowiedzieć na to proste pytanie. Ale
prawdopodobnie jej wcześniejsze zachowanie dało Alexowi prawo mieć nadzieję...
- Alex, naprawdę nie wiem, co ci na to odpowiedzieć - szepnęła Ŝałośnie.
Puścił ją wzdychając przy tym z rezygnacją.
- Wcale nie musisz tego robić, Abby. Teraz juŜ wiem, o co chodzi. To, Ŝe się tak
wzbraniasz, wszystko mi powiedziało. Jest dla mnie absolutnie jasne, Ŝe szukałaś mej
bliskości tylko dlatego, by wzbudzić zazdrość w tym Tedzie. Nie mylę się, prawda?
- To po prostu śmieszne - wybuchnęła nerwowo. - Jak moŜesz... Jak moŜesz mi coś
takiego przypisywać?
- To jest prawda - odparł spokojnie Alex. - Wiem, Ŝe chcesz mnie teraz jak
najszybciej odstawić do pani Wilkins, ale pozwól dać sobie dobrą radę.
- O co... o co ci chodzi? - Abby była kompletnie zbita z tropu.
- Nie wykorzystuj nigdy Ŝadnego męŜczyzny, tak jak mnie na przykład, aby wzbudzić
uczucia w kim innym, bo z pewnością go wtedy stracisz.
- A więc myślisz, Ŝe nie będzie zazdrosny? - spytała niepewnie.
- Naturalnie, Ŝe z początku będzie zazdrosny. KaŜdy męŜczyzna byłby szczęśliwy,
gdyby zainteresowała się nim taka dziewczyna jak ty. I kaŜdego dotknęłoby do Ŝywego,
gdyby nagle zwróciła się ku innemu. W pierwszym rzędzie byłby jednak wściekły, Ŝe nie
waha się igrać z jego uczuciami. A Ted wydaje się bardzo dumny.
Uśmiechnęła się do niego.
- Jestem ci wdzięczna, Ŝe mi to wytłumaczyłeś. Masz rację, ten spacer wymyśliłam w
określonym celu. Tak mi przykro... Wybacz, proszę...
- Tu nie ma nic do wybaczenia. Tak czy tak jest to dla mnie czymś w rodzaju
wyróŜnienia, Ŝe to właśnie mnie wybrałaś do rozegrania tej małej gierki.
Abby zatrzymała samochód przed domem Marthy, po czym impulsywnie pocałowała
Alexa w policzek.
- A czymŜe to sobie na to zasłuŜyłem? - spytał zdziwiony.
- Tym, Ŝe zachowałeś się wobec mnie tak uczciwie i po przyjacielsku, gdy tymczasem
ja...
- PrzecieŜ to zrozumiałe. Ty po prostu budzisz w męŜczyźnie potrzebę opiekowania
się tobą, chęć niesienia ci pomocy. Nie wiedziałaś o tym? Tedowi moŜna naprawdę
pogratulować. Musi być w nim coś szczególnego, skoro taka dziewczyna jak ty cierpi z jego
powodu. Powinien się uwaŜać za szczęściarza.
Zanim wszedł do domu, jeszcze raz jej pomachał. Abby właśnie nawracała samochód,
gdy jeszcze raz podbiegł do niej, dając znaki, by zaczekała.
- Dobrze, Ŝe jeszcze nie pojechałaś. Chciałem ci tylko szybko powiedzieć, Ŝe Karen
musiała dawno wrócić, skoro zdąŜyła juŜ nakręcić włosy na wałki.
- Alex, jesteś prawdziwym skarbem! - uśmiechnęła się z ulgą. - Jeździsz moŜe konno?
Nie, nie obawiaj się, nie mam Ŝadnych ukrytych myśli. Gdybyś miał ochotę, mógłbyś
poŜyczyć konia od pani Wilkins i jutro o siódmej rano wyruszyć ze mną na przejaŜdŜkę.
Naprawdę cieszyłabym się, gdybyś zechciał mi towarzyszyć.
- Jeśli tak, to chętnie z tobą pojadę - zapewnił Alex promieniejąc radością.
Po drodze do „Oazy Spokoju” czuła się juŜ zdecydowanie lepiej. Miała uczucie, Ŝe w
Alexie znalazła prawdziwego przyjaciela. Na tę poranną przejaŜdŜkę zaprosiła go całkiem
szczerze i juŜ się na nią cieszyła. Przynajmniej na chwilę będzie mogła zapomnieć o
dręczącym ją chaosie uczuć, poczuje się wesoła i uwolniona od nich. Chciała pokazać
Alexowi tyle rzeczy, okolicę i pobliskie farmy. Przede wszystkim powinna go zainteresować
farma, gdzie tytułem próby prowadzono uprawę tarasową. Abby juŜ od dawna zamierzała ją
odwiedzić, ale jak do tej pory nie znalazła na to czasu.
Właśnie w ten sposób chciała ułoŜyć sobie Ŝycie. Praca, odrobina rozrywki i dobry
przyjaciel, z którym łączą jedynie zainteresowania, nic więcej.
W ostatnim czasie zapędziła się w ślepą uliczkę, ale ostatecznie nie było przecieŜ za
późno, aby wszystko zacząć od nowa, dokładnie tak, jak to sobie wcześniej zaplanowała. Od
tej pory nie pozwoli juŜ na to, aby ktokolwiek pokrzyŜował jej plany i zachwiał uczuciową
równowagą.
Kiedy siedziała z Alexem w samochodzie, czuła się zgnębiona i rozbita, teraz wszakŜe
patrzyła juŜ na świat innymi oczyma.
Po powrocie udało jej się prędko przygotować do snu i paść na łóŜko, nie poświęcając
nawet jednej jedynej myśli Tedowi. Wcześniej nastawiła budzik na szóstą. W ten sposób
będzie miała czas wziąć prysznic, zjeść śniadanie, nakarmić Malinkę i przygotować ją do
drogi.
Tej nocy spała nadspodziewanie dobrze i czuła się bardziej pewna siebie niŜ
poprzedniego dnia.
Alex juŜ na nią czekał. TuŜ obok, uwiązany do parkanu, skubał trawę koń. W
zielonych, gabardynowych spodniach, sztruksowej bluzie i chustce zawiązanej pod szyją Alex
wyglądał jak wytworny ziemianin, nie mogła więc nie uśmiechnąć się na jego widok. Miał w
sobie coś, co decydowało o nienagannym, poprawnym wyglądzie, a przecieŜ nie było w nim
sztywności właściwej jego koledze czy profesorowi. Gdyby w miejsce Alexa czekał na nią
Ted, z pewnością siedziałby teraz w znoszonych dŜinsach i kraciastej koszuli na poręczy
werandy wymachując nogami, Alex zaś stał w nienagannej postawie, chłodny i z rezerwą, i
tylko sposób, w jaki uderzał się po łydce trzymanymi w ręku okularami słonecznymi,
zdradzał, jak niecierpliwie na nią czeka.
Doszła do wniosku, Ŝe pod tym względem jest do niej podobny. Za tym chłodnym
opanowaniem kryły się z pewnością te same uczucia, które Ted wyraŜał całkiem otwarcie.
Alex lepiej potrafił się kontrolować. To czyniło go w jej oczach jeszcze sympatyczniejszym.
Naprawdę była zadowolona, Ŝe spędzi z nim ten poranek.
Na widok Abby twarz Alexa rozjaśniła się, nie zarzucił jednak przy tym
powściągliwego sposobu bycia. Z tym swoim nieco staroświeckim zachowaniem był
dŜentelmenem w kaŜdym calu. Tak bardzo róŜnił się od Teda, Ŝe tym łatwiej przyszło jej na
chwilę zapomnieć o tamtym.
- PrzejaŜdŜka z tak ładną amazonką to prawdziwa przyjemność - zauwaŜył wsiadając
na konia. - Prawdziwy szczęściarz ze mnie.
- Alex, byłeś wczoraj wieczór taki miły dla mnie - zaczęła rozpromieniona. - Poza
tym, jak widzę, umiesz obchodzić się z końmi, a to budzi we mnie jeszcze większą sympatię
dla ciebie. Myślę, Ŝe my dwoje będziemy się doskonale rozumieć.
Odwzajemnił jej uśmiech.
- Twoja Malinka to naprawdę ideał konia - rzekł z uznaniem. - I tak dobrze
utrzymana. Od razu widać, Ŝe pielęgnujesz ją z prawdziwym oddaniem. To naprawdę smutne,
jak niektórzy traktują te szlachetne zwierzęta, widząc w nich tylko lokatę kapitału. Z
pewnością lepiej by się chowały, gdyby odnoszono się do nich z odrobiną uczucia.
- Zaskakujesz mnie - zauwaŜyła uradowana. - Sądziłam, Ŝe sprawy hodowli
rozpatrujesz zwykle tylko od strony naukowej. Wiesz juŜ, co mam na myśli.
Spojrzał na nią pytająco.
- Nie, obawiam się, nie.
- Chciałam przez to powiedzieć, Ŝe warunki, w jakich trzymane są konie, i specjalnie
dobrany pokarm uwaŜasz za istotniejsze niŜ odnoszenie się do nich z miłością.
- Nie jesteś daleka od prawdy - przyznał się Alex - bo kiedyś naprawdę tak myślałem.
Wzruszałem ramionami, gdy starsi mówili, Ŝe odpowiednim podejściem i cierpliwością
moŜna osiągnąć więcej. Ale gdy wczoraj rozmawiałem o tym z Tedem, trafiło mi do
przekonania jego zdanie w tej kwestii, więcej, uznałem je za naprawdę rozsądne. Prawdę
mówiąc, nie widziałem jeszcze jego zwierząt. Czy nie mówiłaś, Ŝe będziemy przejeŜdŜać koło
jego farmy?
- Tak.
Wysunęła się naprzód i dojechawszy do rozwidlenia dróg wybrała ścieŜkę, która
wiodła obok farmy Teda do miejsca na wzniesieniu, skąd rozciągał się widok na plantację
tarasową, będącą tego dnia ich celem.
Właściwie zamierzała przejechać obok farmy Teda tak szybko, jak to moŜliwe, nie
rozwodząc się zbytnio nad „Drugą Nadzieją”. Ostatecznie jednak doszła do wniosku, Ŝe
wyglądałoby to śmiesznie, gdyby nie zatrzymali się tam bodaj na krótko.
- Jeśli chcesz, moŜemy zobaczyć, czy Ted jest w domu, i złoŜyć mu krótką wizytę -
zaproponowała wiedząc, Ŝe nie da się tego uniknąć.
Po drodze pokazywała mu róŜne farmy, wyjaśniając, w czym kaŜda z nich się
specjalizuje oraz jakie stosuje metody.
Wszystko przebiegało tak, jak Abby sobie Ŝyczyła, ale gdy za zakrętem ukazała się
„Druga Nadzieja”, zdjął ją nerwowy niepokój. Nie mogła skoncentrować się na tym, co Alex
do niej mówi, i dawała nie mające związku z rozmową odpowiedzi.
- JeŜeli nie zatrzymamy się zbyt długo na farmie Teda, to znaczy... hm, myślę, Ŝe
powinniśmy się raczej pospieszyć, aby starczyło nam czasu na obejrzenie farmy tarasowej,
skoro mamy wrócić na lunch. MoŜemy przywiązać konie i wbiec na górę do Framptonow, to
właściciele. Właściwie powinniśmy byli wcześniej zadzwonić... trochę głupio, ale pójdziemy
tam... I... tak, powinniśmy teŜ...
- Abby, co się z tobą dzieje? - potrząsnął głową Alex. - Tak ściągnęłaś wodze, Ŝe
mało brakowało, a Malinka wpadłaby w wykrot. Na szczęście stąpa pewnie, bo inaczej
leŜałabyś teraz w trawie. Poza tym jesteś blada jak ściana. Źle się czujesz?
Abby rzeczywiście nie dojrzała wykrotu na drodze, bo jak zahipnotyzowana
wpatrywała się w farmę Teda, gdzie o bielejący z daleka drewniany parkan opierały się obok
siebie dwie postacie. Mniejsza z nich, z włosami uczesanymi w kucyki, w opiętych dŜinsach,
to była Karen. Powyginany kapelusz kowbojski Teda moŜna było poznać nawet z odległości
mili.
Dałaby teraz wszystko, aby po prostu zawrócić Malinkę i umknąć z tego miejsca, ale
jej duma na to nie pozwoliła, choć Alex prawdopodobnie by to zrozumiał.
Jego wzrok powędrował od jej nagle pobladłej twarzy do przekomarzającej się przy
płocie pary.
- Wiem, co się z tobą dzieje, Abby - szepnął współczująco, pojąwszy, co ją tak
wyprowadziło z równowagi - ale choćby dla pozoru musimy zamienić z nimi parę słów. JuŜ
nas przecieŜ zobaczyli.
- No i co z tego? - Ŝachnęła się podenerwowana, ale zaraz odzyskała panowanie nad
sobą. - Wybacz, Alex. Masz zupełną rację. Chodź, przywitamy się z nimi.
Alex pomógł jej zsiąść z konia, a kiedy szli w górę dróŜką do miejsca, gdzie stali Ted i
Karen, Abby ujęła bezwiednie Alexa za rękę. Był to niewinny przyjacielski gest, któremu nie
towarzyszyły Ŝadne ukryte myśli.
Ted miał najwyraźniej inne zdanie na ten temat, mówiły to jego oczy, lecz Abby tego
nie zauwaŜyła. Nie odrywała oczu od Karen, która przyglądała jej się z dziwnym wyrazem
twarzy. Wyglądało to tak, jakby dziewczyna wiedziała, Ŝe Ted interesuje się Abby, i oceniała
swoje szanse u niego.
Ted podniósł głowę znad prospektu, który właśnie pokazywał Karen, i pozdrowił
nadchodzących. Abby uśmiechnęła się do niego uprzejmie, jak gdyby między nimi nic nie
było, nie doszło do Ŝadnej sprzeczki, ot, po prostu sąsiedzi, spotykający się na krótką
pogawędkę.
- Halo Abby, jak miło cię widzieć - zawołała udając radość Karen. - Nie wiedziałam,
Ŝ
e dziewczęta z wielkich miast wstają tak wcześnie.
- Nie masz pojęcia, do czego my, wielkomiejskie dziewczyny, jeszcze jesteśmy
zdolne, moja kochana - odparowała Abby, po czym odwróciła się do niej plecami. - Co z
cielęciem, Ted? Alex i ja chętnie byśmy je zobaczyli, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
Interesują mnie równieŜ nowe odmiany zboŜa, z którymi eksperymentujesz.
- A czego niby miałbym mieć coś przeciwko temu? Alex, chyba ci opowiadałem
wczoraj o eksperymencie w szklarni.
- Tak, wspomniałeś o tym, a Abby wyjaśniła mi, na czym rzecz polega. MoŜna w ten
sposób oszczędzić czas i pieniądze. Ja sam mam ochotę podjąć podobne próby, ale jak
mówiła Abby, potrzebne są do tego specjalne lampy, niestety nie do dostania u nas w
Szwecji.
- śaden problem, przecieŜ moŜemy ci je posłać, prawda. Ted? - rzuciła spontanicznie.
W mgnieniu oka zagłębili się w fachowej rozmowie. Na Karen nikt nie zwracał uwagi.
Dziewczyna stała niezdecydowana, co ma robić, i ze zdenerwowania wykręcała sobie palce u
rąk. Chrząknęła nawet kilkakrotnie, w nadziei, Ŝe ktoś sobie o niej przypomni, ale to nie
odniosło skutku.
Po chwili poddała się. Nie mogła konkurować z tymi zapaleńcami, wzruszyła więc
tylko ramionami i wskoczyła na rower.
- Ciocia Martha z pewnością juŜ się o mnie niepokoi - krzyknęła głośno, jak gdyby to
było konieczne. - Spała jeszcze, kiedy wyjeŜdŜałam, więc będzie lepiej, gdy jak najszybciej
wrócę.
Ted musnął ją w policzek na poŜegnanie, Alex skinął jej tylko przelotnie głową, a
Abby udawała, Ŝe jej nie dostrzega. Przez cały czas miała nadzieję, Ŝe dziewczyna w końcu
zrezygnuje i odejdzie, i dopiero teraz, kiedy to się naprawdę stało, nieco się rozluźniła.
Ted spoglądał w milczeniu na Abby, a udręczony wyraz jego oczu, którego nie
potrafił dłuŜej skrywać, peszył ją i zbijał z tropu. Choć nie powiedział słowa, wydawał się
prosić o wyjaśnienie. Musiała się odwrócić do Alexa i zagadnąć go o coś, bo inaczej z
pewnością wybuchnęłaby łzami.
Szczerze mówiąc, Alex teŜ czuł się nieswojo, w przeciwieństwie jednak do Karen nie
mógł tak po prostu zniknąć. Musiał więc spróbować jakoś wyjść z sytuacji.
- Właśnie jedziemy obejrzeć farmę tarasową - powiedział dlatego do Teda.
- Ach tak - mruknął od niechcenia Ted wpatrując się w plecy Abby.
- Pojedziesz z nami? - zaproponował Alex. - Potem moglibyśmy zjeść lunch w
tutejszym klubie, a moŜe nawet i trochę popływać.
Ted rzucił szybkie spojrzenie na Abby, aby się przekonać, czy i ona go zaprasza na
wspólną przejaŜdŜkę, ale Ŝe nie powiedziała słowa, uśmiechając się tylko beznamiętnie
odmówił.
- Szkoda, Ŝe ta propozycja nie miała miejsca parę minut wcześniej - dodał chłodno. -
Karen z pewnością by chętnie z wami pojechała.
Abby drgnęła, co nie uszło uwagi Alexa.
- Myślę, Ŝe Martha nie byłaby zachwycona, gdybyśmy zabrali jej siostrzenicę na cały
dzień - rzekła sztywno.
- To prawda. Zresztą Karen tak czy tak mnie prosiła, abym towarzyszył jej dziś
wieczorem, poniewaŜ chce odwiedzić przyjaciół, których poznała ubiegłego lata - oznajmił
spokojnie Ted. - Dlatego przynajmniej w ciągu dnia powinna być z ciotką.
- Wygląda na to, Ŝe masz przed sobą ekscytującą noc - rzuciła drwiąco Abby - zatem
lepiej będzie, jeśli teraz trochę wypoczniesz. Takie wyrośnięte dzieci potrafią umęczyć
człowieka.
- A szczególnie takie ładne stworzenie jak Karen. Ma szalony temperament i
dosłownie tryska szalonymi pomysłami. JuŜ się cieszę na ten wieczór.
- Ja natomiast nie miałbym na coś takiego ochoty - wmieszał się co prędzej Alex
próbując ratować sytuację. Doskonale wiedział, jak bardzo te słowa zraniły Abby. - Wolę
rozejrzeć się po okolicy, potem przekąsić coś siedząc pod drzewem na trawie. W takim razie
nie jedziesz z nami, Ted?
Było to raczej stwierdzenie niŜ pytanie. Alex specjalnie tak je sformułował, aby Ted
nie miał wyboru. Czuł, Ŝe nie byłoby dobrze, gdyby Ted wybrał się z nimi.
- Nie, dziękuję - brzmiała zwięzła odpowiedź. - Co prawda nie będę wypoczywał,
mam jeszcze wiele do zrobienia przed wieczorem. Poza tym trójka to niewygodna liczba.
- Gdyby Karen została, nie namyślając się pojechałbyś z nami - zauwaŜyła cierpko
Abby.
Nie czekając na odpowiedź wspięła się na płot i wskoczyła na grzbiet Malinki. Ted i
Alex popatrzyli na siebie bez słowa, dziwiąc się w duchu, co jej się nagle stało.
Abby zdąŜyła jeszcze usłyszeć, jak Alex mamrocze jakieś słowa przypominające
przeprosiny. Gdyby co prędzej nie podbiegł do niej, puściłaby się galopem ze wzgórza.
Ś
ciągnęła wodze, lecz w tym momencie poczuła jego rękę na swej nodze.
- Tylko Ŝadnych łez, Abby, bo inaczej i ja się rozpłaczę - zaŜartował. - I jak bym
wtedy wyglądał przed Tedem?
Zagryzła wargi, aby się nie rozszlochać. Łzy napłynęły jej do oczu i spłynęły po
policzkach, nie odwaŜyła się wszakŜe ich otrzeć, gdyŜ Ted mógłby to zauwaŜyć.
- Nie ma obawy, nie zrobię sceny - rzuciła zdławionym głosem.
- Mam nadzieję. W końcu mamy określone plany na dzisiejszy dzień, nie mówiąc o
tym, Ŝe chciałbym go przyjemnie spędzić. W Ameryce będę krótko i mam zamiar spędzić ten
czas z tobą, jeśli na to pozwolisz, ale proszę, nie psuj mi go. Szwedzkie Ministerstwo Spraw
Zagranicznych, które dało mi stypendium, nigdy by się na to nie zgodziło.
Abby udało się uśmiechnąć.
- Skoro tak, to naturalnie nie mogę z powodu takiej drobnostki naraŜać na szwank
stosunków zagranicznych.
Jej głos zdradzał jeszcze udrękę, ale przynajmniej odzyskała panowanie nad sobą.
- Jedźmy - powiedziała do Alexa. - Musimy się teraz pospieszyć, jeśli mamy
zrealizować wszystko, co sobie na dziś zaplanowaliśmy.
Odjechali roześmiani. Zmiana nastroju Abby, od wściekłości i łez aŜ do nie
najgorszego humoru w końcu, była tak szybka i niespodziewana, Ŝe Ted, stojący ciągle
jeszcze przy płocie, w ogóle nie pojął, co naprawdę się stało. Słyszał tylko śmiech Abby,
odniósł więc wraŜenie, Ŝe są z Alexem szczęśliwi.
W rzeczywistości Abby czuła się podle. Ted nie miał bladego pojęcia, jak bardzo się
dręczy i Ŝe jej myśli i czucia są przy nim.
Do diabła z tym człowiekiem, zaklęła w skrytości ducha. Ale i to jej nie pomogło.
ROZDZIAŁ 9
Zaskakujące, Ŝe mimo wszystko był to miły dzień. Abby męŜnie zwalczyła uczucie
gniewu i całą swą energię wykorzystała na to, aby się rozerwać najlepiej jak moŜna.
Zgodnie z oczekiwaniami Alex okazał się wyjątkowo miłym kompanem. Bardzo go
zainteresował nietypowy sposób uprawy na farmie tarasowej i stawiał całe mnóstwo pytań.
Gdyby Abby była w lepszym nastroju, pewnie by to wszystko bardziej ją obeszło, w
tej sytuacji wszakŜe chodziło jej tylko o to, aby spędzić wolny od trosk dzień.
Alex niezbyt znał się na nurkowaniu, za to okazał się doskonałym pływakiem i załoŜył
się z Abby o to, kto prędzej przepłynie aŜ cztery długości basenu przy wiejskim klubie.
Próbowała wyładować swoją nadmierną energię na trampolinie, a jej skoki do wody i
nurkowanie były więcej niŜ odwaŜne. W normalnych okolicznościach nie zachowałaby się
tak lekkomyślnie.
Lunch zjedli nad brzegiem basenu, a potem opowiadali sobie historie z dzieciństwa, aŜ
wreszcie nadszedł czas powrotu. Mieli się przebrać, po czym jechać do miasta, gdzie po
obejrzeniu ciekawszych miejsc wybierali się na tańce. To była propozycja Abby, a Alex
przystał na to z ochotą.
Wrócili o drugiej nad ranem. Oczywiście plan zajęć Abby na następny dzień musiał
zostać skorygowany, najwaŜniejsze dla niej jednak było to, Ŝe jej Ŝycie jakby wróciło do
normy.
Musiała się przyznać sama przed sobą, Ŝe w towarzystwie Alexa czuje się doskonale.
Dlaczego więc nie miałaby mu poświęcić trochę czasu, nawet gdyby część pracy musiała
przez to poczekać?
Przemknęło jej przez głowę, Ŝe Ted i Karen teŜ pewnie miło spędzili wieczór, ale co
prędzej przegnała tę myśl. Ona i Alex wiele zaplanowali na najbliŜsze tygodnie, zdąŜyli się
teŜ umówić na spotkania ze znajomymi. Musiała się zatem szybciej niŜ zwykle uporać z pracą
i nie w głowie jej były smutne rozmyślania. Ostatecznie przecieŜ miała Malinkę, ogród, a
takŜe program badawczy, który przywiozła ze sobą z Deerfield i nad którym chciała pracować
przez lato.
Była więc tak zajęta, Ŝe nie miała czasu myśleć o Tedzie i tylko wtedy, gdy zobaczyła
z daleka powyginany kowbojski kapelusz albo ktoś wymówił w jej obecności jego imię,
czuła, Ŝe coś ją ściska w gardle. Był to jedyny odruch celowo usuwanego w niepamięć
uczucia, na jaki sobie pozwalała. Tak przynajmniej to sobie tłumaczyła, choć w gruncie
rzeczy nie miała nań Ŝadnego wpływu.
Dni lata mijały, a Abby coraz bardziej dochodziła do przekonania, Ŝe owa narzucona
sobie samej dyscyplina funkcjonuje doskonale i Ŝe tym samym raz na zawsze zostało
zaŜegnane niebezpieczeństwo, iŜ jej uczucia dla Teda mogłyby wybuchnąć na nowo.
Po lipcu pozostało tylko wspomnienie, nadszedł sierpień, lecz Abby nie zdołała
jeszcze uruchomić młyna. Zresztą nadszedł czas zbiorów, a z nim pora sporządzania
kompotów i marynat, a takŜe smaŜenia konfitur. Od czasu do czasu jeździła z Alexem do
Deerfield i innych okolicznych miasteczek, aby się nieco zabawić i w ten sposób odpocząć od
szarzyzny codziennego dnia.
Niekiedy spotykała Teda, ale najczęściej byli obydwoje w towarzystwie. Wyglądało
na to, Ŝe nie najlepiej układa mu się z Karen, gdy tymczasem między nią i Alexem panowała
absolutna harmonia. W kaŜdym razie Ted nie dawał nic poznać po sobie, choć kilka razy
Abby udało się pochwycić jego dziwnie udręczone spojrzenie.
Kiedy pani Wilkins chciała znowu wszystkich zaprosić na obiad, Abby uprzejmie
odmówiła, zasłaniając się jakąś nie cierpiącą zwłoki sprawą. Później dowiedziała się, Ŝe i Ted
wykręcił się od zaproszenia.
Mimo to, kiedy usłyszał, Ŝe Abby chce wreszcie naprawić napęd i uruchomić młyn, z
czym nosiła się od dawna, od razu zaoferował swą pomoc, a Ŝe z niej nie skorzystała,
ograniczył się do udzielenia Alexowi paru rad w tym względzie, po czym dowiadywał się od
niego lub od pani Wilkins, jak postępują prace.
Abby i Alexa łączyła wspólna praca i te same zainteresowania. KaŜdego ranka
wyjeŜdŜali konno, przy okazji odwiedzali kogoś z sąsiedztwa, a potem zabierali się do pracy.
Zwykle w pierwszym rzędzie szli do małej szklarni, którą wznieśli z tego, co mieli pod ręką,
na lekkim południowym skłonie za stajnią, i tam przeprowadzali róŜne eksperymenty.
Późnym popołudniem zabierali się do pracy nad uruchomieniem młyna.
Spędzany wspólnie czas sprzyjał lepszemu poznaniu się, lecz nie rozwinęło się z tego
nic więcej poza autentyczną przyjaźnią. Nie mogło być o tym mowy, bo cień Teda
prześladował ją wszędzie. Gdy nie rozmawiali z Alexem o pracy czy swych
zainteresowaniach, rozmowa od razu schodziła na niego.
Któregoś dnia czyścili olbrzymie młyńskie koło.
- Naprawdę mnie dziwi, Ŝe dziewczyna twojego pokroju zakochała się bez pamięci w
takim męŜczyźnie jak Ted - wybuchnął raptem, nie zastanawiając się, co mówi.
~\
Abby z miejsca zajęła pozycję obronną, sama nie wiedząc dlaczego.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała ostroŜnie podnosząc głowę.
- W kaŜdym razie nic złego. Jest inteligentny, ujmujący, przy tym traktuje swoje
zajęcie powaŜnie. Ale on nie jest taki chłodny i opanowany jak ty. Ty na pierwszym miejscu
stawiasz pracę, co nieraz mogłem stwierdzić, od kiedy jesteśmy razem. Zresztą takie
nastawienie mi się podoba, sam taki jestem, choć i ja od czasu do czasu pragnę jakiejś
rozrywki, a gdy się nadarza okazja, nie Stronię od niej. UwaŜam, Ŝe ty i Ted bardzo się
róŜnicie pod względem emocjonalnym. Nigdy bym nie uwierzył, Ŝe uczucia potrafią
wyprowadzić cię z równowagi, a w kaŜdym razie pokrzyŜować twe plany. Niekiedy wręcz
odnoszę wraŜenie, Ŝe takie rzeczy cię nie wzruszają.
Abby nie umiała na to odpowiedzieć. Kiedyś myślała równie trzeźwo i rozsądnie jak
Alex. Teraz jednak niczego bardziej nie pragnęła, jak pozbyć się owych narzuconych przez
samą siebie ograniczeń i kochać Teda, tak jak na to zasługuje, ale nawet przed samą sobą
wzdragała się do tego przyznać.
Alex uwaŜnie studiował jej twarz, usiłując rozeznać, jaki wpływ wywarły na nią jego
słowa. Kiedy zauwaŜył, Ŝe najwyraźniej rozwaŜa je w myślach, zadał następne pchnięcie.
- Zastanawiasz się nad tym, jak to się stało, Ŝe ty, taka, rozsądna, uwikłałaś się na
dobre?
- Nie, to nie jest tak, jak myślisz. Stanęło mi tylko przed oczami nasze pierwsze
spotkanie. Na początku wszystko było takie cudownie nieskomplikowane. Ted mi pomagał
zaaklimatyzować się w nowym środowisku, a przy tym nieco zmienić moje trzeźwe
nastawienie do Ŝycia. Zrozumieliśmy się od razu. Obawiam się, Ŝe to bardziej moja wina niŜ
jego, Ŝe to wszystko tak wyszło. Ted przez cały czas prowadził uczciwą grę i zawsze był
wobec mnie szczery.
- W tym być moŜe leŜy problem - wyraził swe przypuszczenie Alex. - Po tym, jak był
dla ciebie miły i otwarcie zabiegał o twe względy, doszłaś do wniosku, Ŝe jesteś mu winna
miłość. ZałoŜę się, Ŝe tak właśnie było.
Odetchnęła cięŜko, próbując stłumić łkanie. Zanosiło się na to, Ŝe Alex za wszelką
cenę będzie próbował wydrzeć jej prawdę. Czuła, Ŝe będzie to dla niej bolesne, wiedziała
jednak, Ŝe jest winna przyjacielowi szczerość. NajwaŜniejsze jednak, Ŝe nie mogła dopuścić,
aby Alex widział Teda w fałszywym świetle i sądził, Ŝe Ted nie jest godzien jej miłości.
Nawet jeśli Ted nigdy się nie dowie, z jakim przekonaniem ona go broniła, zrobi to. Nikomu
nie wolno myśleć, Ŝe nie jest dla niej wystarczająco dobry.
- Nic nie rozumiesz, Alex - oświadczyła z naciskiem. - Gdybym kiedyś zdecydowała
się załoŜyć rodzinę, tylko Ted wchodziłby w grę. Cudownie się uzupełniamy, a ja staram się
respektować jego stanowisko w kwestiach, w których się róŜnimy. Problem w tym, Ŝe ja
jeszcze nie jestem na tym etapie, aby dzielić Ŝycie z męŜczyzną, nie mówiąc o dzieciach. Ted
natomiast wydaje się myśleć odwrotnie. To wszystko sprawa nieodpowiedniego momentu,
nic innego. Za parę lat ta cała historia mogłaby wyglądać inaczej.
Alex obrzucił ją pełnym zwątpienia spojrzeniem.
- Jeśli taka wersja ci odpowiada, to przy niej pozostań. Pozwól jednak sobie
powiedzieć, jak ja to widzę: niezaleŜność i kariera to wszystko, co się dla ciebie liczy.
- Owszem, nie wypieram się, Ŝe to dla mnie waŜne, ale stopniowo zaczynam
pojmować, Ŝe jest jeszcze coś więcej. Teda nastawienie do Ŝycia jest równie słuszne jak i
moje. KaŜdą rzecz naleŜy rozpatrywać z dwóch stron.
Alex przyglądał jej się nieufnie, a jego twarz sposępniała.
- Gdybym nie znał sytuacji, powiedziałbym, Ŝe jesteś w nim beznadziejnie
zakochana.
Przekładała z ręki do ręki trzymany przez siebie przedmiot szukając gorączkowo
odpowiednich słów. Alex jednak juŜ jej nie słuchał, lecz wrócił do pracy i czyścił teraz
kamień młyński z jeszcze większym zapamiętaniem niŜ przedtem.
Abby zdołała po chwili równieŜ wziąć się w garść. Pracowali w milczeniu obok
siebie, a kaŜde było zajęte przy tym własnymi myślami, lecz nie dzieliło się nimi, w obawie,
Ŝ
eby tego drugiego nie zranić.
Abby pierwsza przerwała milczenie, wybuchając naraz śmiechem i dając Alexowi
przyjacielskiego kuksańca w bok.
- Kiedy się ciebie słucha, moŜna dojść do wniosku, Ŝe cierpię na nieuleczalną
chorobę. UwaŜaj, Alex, bo mogę ciebie zarazić. Ostatecznie jest tu jeszcze w pobliŜu mała
Karen. Siedzi u Marthy i tylko czeka na to, aby któryś z was się nią zajął.
Alex chętnie podjął jej lekki ton.
- Szkoda tylko, Ŝe ona wydaje się interesować wyłącznie Tedem. To naprawdę ładna
dziewczyna i myślę, Ŝe za jej roztrzepaniem kryje się powaŜnie myślący człowiek. W kaŜdym
razie uwaŜam, Ŝe jest czarująca, nie wiem tylko, jak ją poderwać.
- CzyŜ nie przepowiedziałam ci tego? - uśmiechnęła się Abby. - Zdradzasz juŜ
pierwsze objawy.
- Moja kochana, mam coś lepszego do roboty - oświadczył Ŝartobliwie. - Obawiam
się, Ŝe nie wywierasz na mnie korzystnego wpływu. Jeśli będę się z tobą dłuŜej zadawał,
wkrótce całkowicie mnie odmienisz.
- To będzie tylko z korzyścią dla siebie - przekomarzała się z nim.
- JeŜeli juŜ jesteśmy przy temacie, powiedz, czy nie moglibyśmy choć przez minutę
zachować powagi?
- A musimy? - naraz poczuła się nieswojo.
- Boję się, Ŝe tak. MoŜe nie jesteś tego świadoma, ale ten Ŝartobliwy nastrój, jaki
narzuciłaś, zdradza więcej w kwestii twych uczuć dla Teda, niŜbyś chciała. Odpowiedz, tylko
powaŜnie, na moje powaŜne pytanie: jak się teraz zachowasz?
Abby wpatrywała się w niego nie rozumiejąc. Raptem zaczęło narastać w niej coś, co
przypominało strach. Zadała sobie tyle trudu, aby ukryć swe prawdziwe uczucia dla Teda, a
tymczasem...
- Nie wiem, Alex, naprawdę nie wiem, co mam robić, lecz przynajmniej jestem juŜ
ś
wiadoma, Ŝe ta historia miłosna jest dla mnie waŜna, waŜniejsza niŜ praca.
- To naprawdę dziwne, Ŝe uczucie do męŜczyzny potrafiły ciebie, świadomą celu i
odnoszącą sukcesy kobietę postawić przed takim dylematem. W takim razie musisz
rzeczywiście coś przedsięwziąć i zrobić w swym Ŝyciu miejsce miłości, jeŜeli nie umiesz
wygnać jej z serca. A moŜe uwaŜasz się za superkobietę, która i coś takiego potrafi, jeśli da
się jej trochę czasu?
- Alex! Proszę, nie Ŝartuj ze mnie! Wiem, Ŝe chcesz mi pomóc to znieść i jestem ci
niezmiernie wdzięczna. Otworzyłeś mi oczy i juŜ wiem, Ŝe sytuacja jest niewesoła. Muszę się
zdobyć na decyzję, lecz nie mam pojęcia, jak ona powinna wyglądać. Mam uczucie, Ŝe tak
czy tak będzie zła, bez względu na co się zdecyduję. Będę musiała się przyznać do błędu, iść
na ustępstwa, a to z pewnością nie przyjdzie mi łatwo. Jeśli wybiorę przyszłość u boku Teda,
będę musiała zrezygnować z pewnych rzeczy, które do tej pory uwaŜałam za cel swego Ŝycia,
a to naprawdę nie jest śmieszne.
- Wiem, Ŝe to nie jest łatwe, Abby - szepnął miękko Alex - mimo to powinnaś
wszystko jeszcze raz przemyśleć. śyczysz sobie przyszłości z Tedem? Mam wraŜenie, Ŝe tak.
Co więc zamierzasz zrobić, aby na powrót między wami się ułoŜyło? W dodatku jest jeszcze
ten flirt z Karen czy co tam jest między nimi.
- Ach, to - machnęła ręką.
- Tak, to - powtórzył z naciskiem Alex. - Co prawda wydaje się, Ŝe nie łączy ich nic
powaŜnego, i najprawdopodobniej tak jest, lecz w końcu nieraz się zdarzało, Ŝe z niewinnej
zabawy wyrastała wielka miłość. A tak przy okazji, załoŜę się o wszystko, Ŝe Ted dokładnie
to samo myśli o nas.
- Jeśli Ted naprawdę mnie kocha, te nasze chwilowe sprzeczki nie powinny odgrywać
roli. A co się tyczy Karen, ta z pewnością nie ma szans.
- Mówisz jak małe dziecko - potrząsnął głową Alex. - KaŜdy przecieŜ w końcu wie,
Ŝ
e miłość chadza najdziwniejszymi ścieŜkami. Nawet jeśli dwoje ludzi jeszcze się kocha,
tragiczne okoliczności mogą spowodować, Ŝe ich drogi ostatecznie się rozejdą. Gdy będziesz
za długo zwlekać z podjęciem decyzji, Karen tymczasem moŜe cię prześcignąć i pierwsza
dopaść celu.
Abby rzuciła mu udręczone spojrzenie.
- Proszę, nie zmuszaj mnie do niczego. Nie jestem w tym momencie zdolna uczynić
takiego decydującego kroku, zresztą nie wiem, czy w ogóle jest jeszcze coś do uratowania.
- Czekaj sobie tak, czekaj, aŜ będzie za późno. Utracisz Teda - na rzecz Karen.
Alex wymówił imię tamtej dziewczyny ze szczególnym naciskiem. Abby słysząc to
wzdrygnęła się mimo woli, co nie uszło jego uwagi.
- Widzę, Ŝe moje słowa zaczynają odnosić skutek - stwierdził zadowolony.
Abby spojrzała na niego Ŝałośnie.
- Chyba rzeczywiście moŜna tak powiedzieć. Ostrzegłeś mnie nie tylko przed tym, Ŝe
mogę stracić Teda uzmysłowiłeś mi naocznie, jak bardzo ucierpi moja duma, jeśli przegram
właśnie z taką Karen.
- W końcu taka jest rola przyjaciela.
- A jeśli chodzi o moją dumę, która ewentualnie moŜe zostać zraniona, to jak myślisz,
co powinnam zrobić? Wiesz chyba, Ŝe nie wskoczę po prostu na grzbiet Malinki i nie popędzę
do Teda. Skoro swym zachowaniem wprowadziłam go w błąd, nie przyjdzie mi teraz łatwo
zapewnić go o dozgonnej miłości.
- Masz absolutną rację. Musimy coś wymyślić.
- Jesteś naprawdę wspaniałym przyjacielem - rzekła poruszona. - Nie rozumiem tylko,
dlaczego to wszystko dla mnie robisz, tym bardziej Ŝe mam wraŜenie, iŜ coś dla ciebie
znaczę.
Spojrzał na nią z powagą.
- Tak, Abby, znaczysz, i to bardzo wiele. Nie ma powodu, abyś o tym nie wiedziała.
W moim Ŝyciu w tym momencie teŜ właściwie nie ma miejsca na miłość, a skoro nie mogę
ciebie mieć - i to z róŜnych przyczyn - chciałbym przynajmniej, abyś była szczęśliwa z
innym. Bez względu na to, co o nim mówiłem, szanuję, a nawet podziwiam Teda, obawiam
się tylko, Ŝe będę musiał nakłonić go siłą do szczęścia, jakie się przed nim otwiera.
Abby roześmiała się i ucałowała Alexa w policzek, on natomiast zrewanŜował się
braterskim uściskiem.
- Komiczne, Ŝe choć skonfrontowałeś mnie z całym mnóstwem problemów, o jakich
nie miałam pojęcia, czuję się szczęśliwa i to twoja zasługa - powiedziała szczerze.
- A ja się cieszę, Ŝe mogę ci pomóc. To zresztą dopiero początek. Dopiero gdy
przezwycięŜysz wszystkie trudności, będziesz mogła powiedzieć, Ŝe jesteś naprawdę
szczęśliwa. Chciałbym, aby na twej twarzy zawsze gościł taki promienny uśmiech jak w tej
chwili.
- Naprawdę aŜ tyle dla ciebie znaczę?
- Tak, Abby, lecz nie pytaj mnie, ile, bo i tak ci nie powiem. Do jednego tylko muszę
się przyznać: ostatnio stwierdziłem, Ŝe i mnie moŜna zranić, choć do wszystkiego staram się
podchodzić z dystansem.
Poderwał się raptownie i wyszedł. Przez okno dojrzała, Ŝe podszedł do starej studni i
wyciągnął wiadro wody, lecz miała wraŜenie, Ŝe nie chodziło mu tylko o ugaszenie
pragnienia. Nie chcąc okazać uczuć, jakie Ŝywi do niej, próbował odzyskać panowanie nad
sobą, była więcej niŜ pewna.
Rozumiała go aŜ za dobrze. PrzecieŜ i ona długi czas narzucała sobie takie właśnie
postępowanie, uwaŜając powściągliwość i chłód emocjonalny za dwie największe cnoty.
Teraz wszakŜe, kiedy się przekonała, do czego to prowadzi, była pewna, Ŝe juŜ więcej nie
wkroczy na tę drogę. Jej teorie rozpadły się jak domek z kart w konfrontacji z prawdziwym
Ŝ
yciem. Po prostu nie miały z nim nic wspólnego.
Zraniła Teda, a więc to ona powinna uczynić pierwszy krok zmierzający do
pojednania. Musiała jednak znaleźć sposób, w jaki to zrobić, aby nie ucierpiała przy tym jej
duma. Doskonale zdawała sobie sprawę, Ŝe nie będzie to proste, lecz Ted wart był tego, aby
się o niego starać.
Dobry BoŜe, daj, aby nie było za późno, szepnęła, po czym wyszła na dwór, chcąc
zaoferować Alexowi szklankę lemoniady.
ROZDZIAŁ 10
Tego samego popołudnia Karen przymierzała w swym pokoju nową sukienkę. Aby ją
sobie sprawić, zaŜądała od rodziców przysłania pieniędzy pocztą. W sobotę wieczór miała się
znowu odbyć zabawa i Karen była zdecydowana zaćmić wszystkie inne dziewczęta swoim
strojem, a przede wszystkim Abby. Z zadowoleniem stwierdziła, Ŝe ta nie zadaje sobie nawet
najmniejszego trudu, aby walczyć o Teda, a i Ted nie wydawał się wcale nią tak
zainteresowany, jak utrzymywała ciotka Martha, bo w przeciwnym razie juŜ dawno znalazłby
drogę do młyna.
Karen nikomu nie Ŝyczyła nic złego, ta sytuacja jednakŜe wyjątkowo ją cieszyła.
Zresztą Ted był wolny, od kiedy Abby odwróciła się do niego plecami, wybierając Alexa,
poza tym ona, Karen, miała większe prawa do Teda. Znali się przecieŜ od dzieciństwa, a
Abby po prostu wtargnęła w ich Ŝycie sprawiając swoją osobą zamieszanie.
Mimo to Karen nie była aŜ tak naiwna, aby wierzyć, Ŝe Ted bezspornie naleŜy tylko
do niej i nikt nie ma prawa tego kwestionować. Będzie kosztowało ją jeszcze wiele zachodu,
zanim powie, Ŝe jest juŜ pewna swego, nosząc na palcu jego pierścionek. W kaŜdym razie
postawiła sobie za cel zdobycie jego miłości i wszystko inne się nie liczyło.
Ciotka Martha dokładnie opisała jej strój, jaki Abby uszyła sobie na ostatnią zabawę,
lecz Karen nie zadowoliła się samodzielnym uszyciem sukni i tak długo szukała, aŜ wreszcie
znalazła coś odpowiedniego w ekskluzywnym sklepie w Deerfield. Ta sukienka spodobała się
jej od razu, a teraz, kiedy przeglądała się w lustrze u siebie w pokoju, utwierdziła się w
przekonaniu, Ŝe dokonała znakomitego wyboru i Ŝe wygląda w niej porywająco.
Wyszczotkowała swoje długie włosy, aŜ zalśniły, po czym związała kilka pasem z tyłu
głowy jasnoniebieską wstąŜką, harmonizującą z kolorem bluzki w liliowe i granatowe.
motyle. Do niebieskiej spódnicy włoŜyła krótki gorsecik z białym sznurowaniem z przodu. W
podobny sposób były teŜ wykończone małe bufiaste rękawki.
Okręciła się przed lustrem konstatując z przyjemnością swoją wąską talię i opadającą
miękko spódnicę, a takŜe sięgające kolan, obszyte falbanką majteczki, jakie dawniej noszono
do ludowego stroju. Tak ubrana, z pewnością ściągnie na siebie wszystkie spojrzenia i nie
pozwoli, aby Ted podniósł oczy na inną.
Miała co prawda czarne pantofle, ale na tę okazję wydała ostatnie pieniądze, aby
sprawić sobie jasnoniebieskie, pasujące do sukni. Na taki luksus w zwykłych okolicznościach
by sobie nie pozwoliła, lecz jeśli miała odnieść sukces, musiała w to zainwestować.
Puściła się w tany po pokoju, rozkoszując się pięknie rozkładającą się przy tym
spódnicą, po czym zadowolona z efektu ściągnęła strój i ukryła za szafą. Ciotka miała go
zobaczyć dopiero w ostatniej chwili. W kaŜdym razie Karen była święcie przekonana, Ŝe ma
wszelkie atuty w ręku, aby zdobyć Teda.
Natychmiast się zgodził, gdy go poprosiła, aby towarzyszył jej na zabawie. Na wszelki
wypadek poinformowała o niej takŜe gości ciotki, posunęła się nawet do tego, Ŝe
zaproponowała Alexowi, by zabrał ze sobą Abby. Ten uznał to za doskonały pomysł i
zadzwonił do Abby, pragnąc się umówić.
Wszystko przebiegało zgodnie z planem, ku wielkiemu zadowoleniu Karen. Ciotka
Martha okazała się wielkoduszna, Ŝe wystąpiła z propozycją, aby młodzi zebrali się u niej i
pojechali na tańce jej samochodem kombi Tak więc wieczorem w salonie pani Wilkins zebrali
się goście ze Szwecji, Ted i Abby, i to dokładnie w momencie aby przeŜyć wielki występ
Karen. Z gracją, powabna jak narzeczona, schodziła powoli po schodach, pewna wraŜenia,
jakie robi na obecnych. Z zadowoleniem stwierdziła, Ŝe na jej widok wszystkie rozmowy
umilkły i kaŜdemu jej krokowi towarzyszą zachwycone spojrzenia.
Alex podszedł do niej podając jej z dwornym ukłonem ramię, lecz Karen miała dla
niego tylko lodowate spojrzenie i wyminąwszy go ruszyła w kierunku Teda i Abby stojących
z boku.
Alex nie dał się jednak tak łatwo spławić.
- Twój trud się opłacił, Karen. Wyglądasz olśniewająco.
Abby oczywiście od razu zauwaŜyła, o co toczy się gra, lecz pozostała damą w
kaŜdym calu. Uśmiechnęła się promiennie do Karen.
- Twoja sukienka jest naprawdę fantastyczna. Okręć się, proszę. O, tak! Będziesz w
niej gwiazdą wieczoru. Skąd wytrzasnęłaś coś tak wystrzałowego?
- Kupiłam w „Bon Soir” w Deerfield. Rzeczywiście ci się podoba?
- Komu by się nie podobała! - wmieszał się Alex, zanim Abby zdąŜyła coś
odpowiedzieć, lecz Karen zignorowała jego uwagę, traktując go jak powietrze. Nie zdąŜyła
się jednak odwrócić, bo on ujął ją władczym gestem pod ramię i pociągnął do drzwi.
- Myślę, Ŝe nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli zostaniesz mą partnerką na
dzisiejszy wieczór. Nie będę tu przecieŜ długo, moŜe jeszcze tydzień, nie więcej. Wiem, Ŝe
jesteś mistrzynią w tańcu ludowym, gdy tymczasem Abby i ja jesteśmy zaledwie
początkujący i prawdopodobnie deptalibyśmy sobie tylko po stopach. Bądź więc tak miła i
pomóŜ mi choć z początku.
- Ale przecieŜ obydwoje mamy juŜ partnerów na dzisiejszy wieczór! - zaoponowała
Karen i odwróciła się szukając wzrokiem pomocy u Teda.
- Wśród przyjaciół jest przyjęte, Ŝe mogą się wymieniać partnerami, prawda? - spytał
Teda Alex.
- Oczywiście, Ŝe tak - potwierdził Ŝywo Ted, sprawiając wraŜenie ucieszonego.
Karen była bliska łez. Wpatrzyła się błagalnie w Alexa, jak gdyby zaklinając go, aby
nie niweczył jej planów związanych z Tedem, lecz napotkała tylko jego zimny, obojętny
wzrok. Od niego nie mogła spodziewać się pomocy. Próbowała uwolnić rękę, ale trzymał ją
mocno i w bezlitosnym pośpiechu prowadził do wyjścia, Ŝe ledwie zdąŜyła zarzucić na
ramiona chustę. Profesor i Lars podąŜyli za nimi. Abby i Ted zostali sami.
Ted otulił Ramiona Abby narzutką.
- Jeśli jesteś gotowa, moŜemy iść - powiedział.
Towarzyszyła temu nieprzenikniona mina i moŜe Abby nawet by i uwierzyła, Ŝe jest
mu juŜ obojętna, gdyby nie jego dziwnie ściszony głos i dłonie... tak, jego dłonie spoczywały
na jej ramionach, jakby zapomniane przez właściciela...
Najchętniej by mu szepnęła, Ŝe wszystko jest juŜ znowu w porządku, Ŝe od tamtego
niefortunnego rozstania po zabawie wiele się zmieniło, ale słowa uwięzły jej w gardle, a do
oczu cisnęły się łzy. Nie wolno mi się rozpłakać, nie wolno... tylko nie to... powtarzała sobie
rozpaczliwie w duchu zmuszając się do uśmiechu. MoŜe gdyby powiedział coś więcej, jedno
jedyne słowo, byłaby zdolna wyznać mu miłość, ale tak...
- Dobrze, chodźmy - odparła drŜącym głosem siląc się na oficjalny ton. Zaraz jednak,
nie mogąc oprzeć się wewnętrznemu impulsowi, będącemu jawnym świadectwem jej stanu
ducha, dodała pospiesznie: - Przykro mi, Ŝe Alex wtargnął pomiędzy ciebie i Karen. To się da
zmienić i wtedy będziecie mogli być razem...
Jest mi obojętne, czy będę z nią tańczył czy nie - odparł szorstko. - W ogóle nie mam
ochoty iść na tę zabawę.
Abby przysłuchiwała się uwaŜnie kaŜdemu jego słowu. W swej odpowiedzi Ted
zawarł więcej, niŜ prawdopodobnie sobie uświadamiał. Sam o tym nie wiedząc zdradził, Ŝe na
Karen mu nie zaleŜy, mało tego, odniosła wraŜenie, Ŝe jest na nią wściekły. Widocznie
musiało coś między nimi zajść, co było powodem takiej reakcji.
Kiedy Ted otworzył przed nią drzwi, Abby połoŜyła delikatnie rękę na jego ramieniu,
przy tym jednak odwróciła twarz, aby nie mógł wyczytać z jej oczu, co do niego czuje.
Chciała być dla niego w tym momencie tylko dobrym przyjacielem, nikim więcej.
- Ted, co się stało? - spytała miękko nie kryjąc swej troski o niego.
Ted wpatrywał się posępnie w podłogę.
- Co ci przyszło do głowy? - rzucił wreszcie siląc się na obojętność, lecz najwyraźniej
przyszło mu to z trudem.
W lot pojęła, Ŝe Ted nie chce w tej chwili o tym rozmawiać. Zresztą mógł mieć teŜ
inne kłopoty, ona jednak myślała tylko o rozdźwięku, jaki powstał między nimi. Nie
zdoławszy się powstrzymać wybuchnęła:
- Ted, co się z nami stało? Wiem, Ŝe to przynajmniej częściowo moja wina, ale ty nie
pozwoliłeś sobie wytłumaczyć, dlaczego zachowywałam się tak chłodno wobec ciebie. A
teraz stanęła między nami Karen.
- Nie sprawiłoby róŜnicy, gdyby jej w ogóle nie było. Zresztą to nie ja zacząłem tę
historię, jeśli cię to interesuje.
Alex jest co najmniej tak samo wielką przeszkodą jak Karen. To wszystko wyszło od
ciebie, ty ponosisz tu winę.
Abby miała mu tyle do wyjaśnienia, tyle odpowiedzi cisnęło jej się na usta. Mogliby
się rozmówić i pogodzić, tego była pewna, lecz w tym momencie nie było czasu na takie
wynurzenia. Lars trąbił niecierpliwie, a w pobliŜu kręciła się Martha. Abby rozpaczliwie
pragnęła zamienić z Tedem na osobności parę słów i ta chwila nadeszła, lecz w wyjątkowo
niesprzyjającym momencie.
Nie wiedziała, czy to sprawa napięcia panującego od dłuŜszego czasu między nimi, a
moŜe powodem tego była reakcja na jego zadawanie się z Karen, w kaŜdym razie nie mogła
się przemóc i nie zdobyła się na cieplejsze słowo, pogarszając tym samym jeszcze sytuację.
- Nie wmawiaj, Ŝe jesteś o mnie zazdrosny, Ted. A moŜe powinnam mówić do ciebie
pieszczotliwie „Teddy”, jak Karen?
Ted roześmiał się, lecz w tym śmiechu zabrzmiał ponury ton.
- Dlaczego miałbym być zazdrosny? - Ŝachnął się i nie oglądając się na nią ruszył ku
wyjściu. - W końcu dałaś mi wyraźnie do zrozumienia, Ŝe w twoim Ŝyciu liczy się tylko
wiedza, praca i tym podobne sprawy - rzucił jeszcze przez ramię. - CzyŜ męŜczyzna moŜe być
zazdrosny o przyrządy do testowania i tym podobne? A jeśli Alex jest na tyle głupi, Ŝe
wierzy, iŜ potrafi w końcu odciągnąć się od ksiąŜek, to mogę mu jedynie współczuć.
MęŜczyźni są dla ciebie tylko zabawką pozwalającą przyjemnie spędzić czas i to mi w tobie
przeszkadza.
Rzuciła mu rozzłoszczone spojrzenie.
- Nie wmawiaj mi, Ŝe co innego robisz z Karen!
Jej głos zabrzmiał wyjątkowo ostro. W bezsilnej wściekłości zacisnęła pięści. Tak
bardzo tęskniła za pocałunkami Teda, a skończyło się na tym, Ŝe znów zaczęli się kłócić.
- Co prawda nic cię to nie obchodzi - wybuchnął - ale znam Karen od dziecka. Nigdy
nie było między nami nic oprócz przyjaźni, i teraz teŜ nie ma.
- To tylko tobie tak się wydaje. Karen na pewno myśli inaczej. Zgrywa się na
niewinną, ale w rzeczywistości to wyrafinowane stworzenie, które doskonale wie, do czego
zmierza.
- Jest mi obojętne, co o tym myślisz. Dałaś mi do zrozumienia, Ŝe nie interesujesz się
moją osobą, zatem nie mieszaj się do moich spraw. Sam sobie dam radę z Karen.
Z tymi słowami zbiegł po schodach. Abby pospiesznie otarła łzy. Teraz juŜ na pewno
wiedziała, Ŝe nigdy nie odnajdą się z Tedem, nawet nie powinna była próbować. Te jej
Ŝ
ałosne usiłowania pogorszyły jeszcze sytuację.
Ted wcisnął się na środkowe siedzenie między profesora i Alexa. Na przodzie obok
Larsa siedziała Karen z olbrzymim półmiskiem sałatki jarzynowej i dwiema szarlotkami,
stanowiącymi wkład ciotki Marthy do zabawowego bufetu.
Abby była pewna, Ŝe to Alex zaaranŜował rozmieszczenie wszystkich w samochodzie,
nie przyszło mu jednak do głowy, Ŝe ona zostanie całkiem sama na tylnym siedzeniu,
poniewaŜ w środku zabrakło miejsca.
Po drodze nie rzekła ani słowa, gdyŜ nic sensownego nie przyszło jej do głowy,
wpatrywała się tylko niemo w plecy Teda. Ted teŜ się nie odzywał. Za to inni okazali się nad
wyraz rozmowni, więc nikt nie zwrócił na to uwagi. Lars i profesor zastanawiali się, jak
wyszukać miłe partnerki do tańca, a Karen opisała im dziewczęta, które są bardzo
sympatyczne i z pewnością ucieszą się, Ŝe nadarza im się takie interesujące towarzystwo.
Kiedy przybyli na miejsce, zabawa juŜ była w toku. Karen i Abby zaniosły do bufetu
sałatkę i szarlotki, po czym Karen zaznajomiła ich z dziewczętami, które miały dołączyć do
ich grupy.
Orkiestra grała tak głośno, a w stodole było tłoczno, zatem Abby i Ted nie mogliby
spokojnie porozmawiać, nawet gdyby chcieli.
Dopóki byli w grupie, niewiele mogło się zdarzyć. W którymś momencie Karen
zaproponowała spacer przy świetle księŜyca, lecz Ted nie chciał jej towarzyszyć. Abby
przyjęła to z prawdziwą ulgą. CzyŜby jeszcze nie wszystko było stracone?
Sama robiła wszystko, aby podtrzymać dobry nastrój. Odnosiła się do innych
uprzejmie i dla kaŜdego znalazła przyjazne słowo, nawet dla Karen. Czuła przy tym, Ŝe Ted
ś
ledzi kaŜdy jej ruch, zwaŜała więc bacznie na to, aby nie poświęcać Alexowi więcej uwagi
niŜ innym męŜczyznom.
Choć wieczór zaczął się dla niej deprymująco, przebiegał teraz zaskakująco radośnie i
harmonijnie. Ted okazał się prawdziwym dyplomatą i przyniósł poncz nie tylko Karen, ale
takŜe i jej. Karen co prawda ciągle od nowa próbowała go zabawiać rozmową, ale Ted nie dał
się odciągnąć na bok konwersując równocześnie przynajmniej z jeszcze jedną osobą.
Zimna wojna między Abby i Tedem nie została co prawda zakończona, lecz
zapanowało między nimi coś w rodzaju milczącego zawieszenia broni. Kiedy Lars odwoził
ich po zabawie z powrotem do domu, kazała się wysadzić najwcześniej. Ted Ŝyczył jej
uprzejmie, lecz przy tym oficjalnie dobrej nocy, co utwierdziło ją w przekonaniu, Ŝe juŜ na
zawsze wyrósł między nimi mur nie do sforsowania. Choć z drugiej strony bąknął coś o tym,
Ŝ
e wkrótce się zobaczą. Nie było to wiele, ale zawsze coś.
Mimo zmęczenia i obolałych stóp nie zaznała tej nocy spokoju. Nie miała ochoty się
połoŜyć, więc w szlafroku zeszła na werandę i zasiadłszy w bujanym fotelu wpatrzyła się w
usiane gwiazdami niebo.
Nie jest tak całkiem obojętna Tedowi, pocieszała się w duchu. Przypuszczalnie ją
nawet kochał. PrzecieŜ tyle razy i na róŜne sposoby okazywał jej swe uczucia, Ŝe nie miała
powodu, aby w nie wątpić. To czyniło ją niewypowiedzianie szczęśliwą.
Mimo to czuła się nieswojo. To przecieŜ chyba ona musi zrobić następny krok i
otwarcie mu powiedzieć, co do niego czuje. Było jednak coś, co przeszkadzało jej to zrobić.
To tylko ta moja duma, przyznała się sama przed sobą. Ta nierozsądna, wręcz
ś
miesznie dziecinna duma była przypuszczalnie powodem, dla którego nie potrafili się
odnaleźć i nie mogli być szczęśliwi. W kaŜdym razie postanowiła przyznać się do winy i
pierwsza wyciągnąć rękę do zgody.
Ale właściwie dlaczego ona? spytała na głos i od razu odpowiedziała sobie: poniewaŜ
w tej kwestii mam staroświeckie poglądy. A przecieŜ zawsze starała się być nowoczesna i
otwarta w kontaktach z innymi...
Jeśli ma odzyskać miłość Teda, musi przezwycięŜyć własną dumę i grać z nim w
otwarte karty. Naraz wydało jej się to najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem.
ROZDZIAŁ 11
Ta decyzja nie przyszła Abby łatwo, lecz jej wykonanie okazało się jeszcze
trudniejsze. KaŜdego dnia obiecywała sobie, Ŝe pojedzie do Teda i poprosi go o rozmowę,
lecz nic z tego nie wychodziło. Przez cały ten czas ciągle jeszcze była zajęta pracami
związanymi z uruchomieniem młyna, a w następnym tygodniu musiała wrócić do
laboratorium badawczego w Deerfield. W dodatku akurat w tych ostatnich dniach sierpnia
nastąpiło oberwanie chmury, jakiego nie pamiętali najstarsi ludzie, które wyrządziło wiele
szkód i sprawiło, Ŝe drogi były praktycznie nieprzejezdne. Farmerzy zatem, a w tym i ona,
mieli pełne ręce roboty usuwając skutki niebywałej ulewy i doprowadzając do porządku pola i
ogrody.
Zanim jeszcze udało jej się przynajmniej częściowo uporządkować po burzy swe małe
gospodarstwo, niespodziewanie przyjechali do niej rodzice z zamiarem spędzenia w młynie
paru dni. Abby nie odwaŜyła się zaprosić Teda. On i jej matka pod jednym dachem - to
byłoby nie do zniesienia...
Alex, profesor i Lars mieli odjechać w nadchodzący piątek, Karen zresztą teŜ. Martha
wydała na ich cześć poŜegnalne party, na które zaproszeni zostali oczywiście takŜe Abby i
Ted. Była wtedy okazja, aby wyciągnąć Teda na krótki spacer po ogrodzie i powiedzieć o
wszystkim, co jej leŜy na sercu. Niestety nie potrafiła się zdobyć na ten decydujący krok,
choć spojrzeniami, uśmiechami i drobnymi gestami nie zawahała się okazywać mu swych
uczuć nawet w obecności innych.
Następnego dnia dowiedziała się, Ŝe Ted wyjechał na parę tygodni do Kansas, gdzie
moŜna było kupić najlepsze bydło. Nawet nie zadzwonił, aby się poŜegnać...
A potem nadszedł poniedziałkowy ranek i Abby musiała wrócić do Deerfield. Paul od
razu stwierdził, Ŝe się zmieniła. Właściwie nie sprawiała wraŜenia nieszczęśliwej czy choćby
tylko smutnej, ale wyglądało na to, Ŝe w jej Ŝyciu uczuciowym musiało się wiele wydarzyć.
ś
yjąc w ustawicznej rozterce miała spore trudności z ponownym wejściem w problemy
zawodowe. Nie chciała jednak z nikim o tym mówić, z Paulem takŜe nie. Próbował kilka razy
nakłonić ją do zwierzeń, lecz tylko potrząsała głową obstając przy tym, Ŝe sama musi się
uporać z własnymi problemami.
Nie zadowolił się tą odpowiedzią i wciąŜ zachodził w głowę, jak jej pomóc, nie
przyszło mu jednakŜe na myśl, Ŝe powodem udręki jest nieszczęśliwa miłość. Znał przecieŜ
jej nastawienie do Ŝycia i uparcie głoszoną opinię, Ŝe miłość jest słabością, dlatego teŜ zresztą
sam nigdy nie wyznał jej uczuć. Tyle razy rozmawiali o tym, Ŝe praca jest waŜniejsza niŜ
wszystko inne i Ŝe takie romantyczne nastroje są tylko dla nastolatków. JakŜe więc miałby jej
się przyznać, Ŝe i jego coś takiego dopadło?
Miał przy tym wraŜenie, Ŝe Abby znalazła się na rozdroŜu i Ŝe owa sytuacja odbija się
niekorzystnie na pracy. Stłumił swe uczucia do niej, ale nie mógł przyglądać się bezczynnie,
jak się dręczy, gotowa zaprzepaścić własne umiejętności i przekreślić w ten sposób
dotychczasowe sukcesy, nie mógł mówić juŜ o tym, Ŝe zagroŜona była jej zawodowa
przyszłość.
Minęło parę tygodni. Abby dosłownie chudła w oczach i była coraz bledsza, co z
niepokojem obserwował Paul, a pojawiający się z rzadka na jej twarzy tajemniczy, a zarazem
smutny uśmiech Mony Lizy zdradzał mu, jak bardzo cierpi.
Pewnego dnia, kiedy po prostu nie mógł juŜ dłuŜej na to patrzeć, wyjął jej
zdecydowanym gestem probówkę z ręki i obrócił ją do siebie na taborecie, aby nie mogła mu
się wywinąć.
- Nie pozwolę, Ŝebyś marniała na moich oczach - zaczął nie znoszącym sprzeciwu
tonem. - Teraz wreszcie mi powiesz, co cię tak odmieniło.
Odwróciła głowę starając się uniknąć jego wzroku.
- Po pierwsze, robisz wiele hałasu o nic, a po drugie, to nie twoja sprawa.
- O nie, Abby, jestem twoim przyjacielem, więc to takŜe i moja sprawa. Odwiedziłaś
ostatnio rodziców? Jeśli tak, to chyba powiedziałaś matce, Ŝe wypróbowujesz na sobie nową
dietę.
- JuŜ dobrze, dobrze, rzeczywiście schudłam parę funtów, ale to tylko dlatego, Ŝe
przez całe lato cięŜko pracowałam.
- A te cienie pod oczami? Nie wmówisz mi, Ŝe pracowałaś przez całe noce przy
płomyku świecy.
- Paul, niepotrzebnie zaprzątasz sobie tym głowę. Nie mam Ŝadnych problemów, nie
jestem teŜ chora. Miło z twej strony, Ŝe tak się o mnie troszczysz, ale to jest absolutnie
zbędne. I przestań mnie wypytywać. Tu nie ma nic do wyjaśnienia.
Odwróciła się z zamiarem zabrania się na powrót do pracy, lecz Paul nie dał za
wygraną. Wiedział, Ŝe Abby nie będzie do niego naleŜeć, mimo to nadal bardzo ją kochał i
nie mógł patrzeć, jak cierpi. Jej nastrój przygnębienia udzielał się takŜe i jemu. Ujął zatem jej
ręce i przyciągnął ją do siebie.
- Abby, jesteśmy przyjaciółmi od lat - rzekł z naciskiem - więc dlaczego naraz
zaczęłaś się ze mną bawić w chowanego? Wiesz przecieŜ, Ŝe nie wypytuję ciebie z czystej
ciekawości. Bez względu na to, o co chodzi i jak skomplikowana jest ta sprawa, pragnę ci
tylko pomóc. Tym razem utrafił we właściwy ton. Raptem poczuła się niezdolna do dalszego
ukrywania swej tajemnicy i dziwnie bezbronna. Paul miał rację i rzeczywiście mógł jej
pomóc, chociaŜby radą. Westchnąwszy cięŜko zdobyła się wreszcie na to, aby wyznać
przyjacielowi całą prawdę.
- Nie pytaj mnie, jak to się stało, bo ja sama sobie nie umiem tego wytłumaczyć, po
prostu przyjmij to jako niezaprzeczalny fakt. Zakochałam się, i to na powaŜnie.
- Co takiego?! Chyba nie mówisz powaŜnie! Ze wszystkim się liczyłem, ale z tym
nie.
Wyznanie Abby dotknęło go do Ŝywego. Jego twarz nagle pobladła i sprawiał teraz
wraŜenie zdruzgotanego, a z jego oczu wyczytała rozpacz. Od razu jej się przypomniało, jak
chętnie rozprawiał z jej matką o małŜeństwie. Nie chciała mu za Ŝadne skarby przyczynić
bólu, ale nie było wyjścia, jeŜeli miała mu powiedzieć o swych kłopotach.
- Tak mi przykro, Paul. Naprawdę tego nie chciałam i nigdy mi nie przyszło do
głowy, Ŝe coś takiego spotka właśnie mnie. Teraz chyba rozumiesz, dlaczego nie chciałam o
tym mówić. Widocznie mym udziałem musiało się stać i to doświadczenie, Ŝe to nie fraszka,
gdy się kogoś naprawdę pokocha.
- Sprawił ci ból? - spytał ponuro Paul. - JeŜeli tak było, to ja...
- Daj spokój, Paul - przerwała mu - denerwujesz się bez powodu. Ted, bo tak ma na
imię, nie jest niczemu winien, a jeśli juŜ ktoś komuś sprawił ból, to tym kimś byłam ja.
Zadałam ból najpierw jemu, a teraz widzę, Ŝe takŜe i tobie.
- Mnie? Skąd ci to przyszło do głowy? PrzecieŜ widzisz, Ŝe nic mi się nie dzieje.
Opowiedz mi teraz o Tedzie.
- Jeśli juŜ udało ci się wyciągnąć ze mnie prawdę i mamy być ze sobą szczerzy,
muszę ci się teŜ przyznać, Ŝe wiedziałam o twym uczuciu do mnie. Jesteś cudownym
człowiekiem, Paul, i dziewczyna, która dostanie ciebie za męŜa, będzie się mogła naprawdę
uwaŜać za szczęśliwą. Sama sobie to często powtarzałam, trwałam jednak uparcie w
przekonaniu, Ŝe najwaŜniejsza jest praca zawodowa, i stawiałam ją ponad wszystkim.
Myślałam zresztą, Ŝe i ty masz podobną hierarchię wartości.
- Owszem, miałem - odparł powaŜnie Paul. - Moja miłość do ciebie nie była w
Ŝ
adnym wypadku zaplanowana, dokładnie tak jak twoja do Teda. Widocznie tam, gdzie w grę
wchodzą uczucia, człowiek jest z góry na przegranej pozycji. Tutaj nie ma mocnego.
- Przekonałam się o tym podczas tego lata. Zapewniam cię, broniłam się, walczyłam
jak umiałam. Moja duma i upór sprawiły, Ŝe nie chciałam słyszeć o niczym, co nie
odpowiadało dokładnie moim własnym wyobraŜeniom o Ŝyciu i nie przystawało do zasad,
jakie sobie narzuciłam. Ted ma inne poglądy, a ja nie chciałam o nich słyszeć i dlatego tak
dotkliwie go zraniłam, Ŝe trzyma się teraz ode mnie z daleka. To prawda, miałam okazję, aby
to naprawić, lecz nie umiałam jej wykorzystać.
- W niczym juŜ nie przypominasz tej trzeźwo myślącej Abby - stwierdził w
zamyśleniu Paul.
- Wiem. I nie zachowałam się najmądrzej, prawda?
- Rzeczywiście nic takiego nie da się powiedzieć - roześmiał się Paul.
Abby teŜ się roześmiała. Rozmowa z Paulem dobrze jej zrobiła, uwalniając od
wewnętrznego napięcia, z którym tak się skrzętnie ukrywała. Gdyby nie udało jej się teraz
roześmiać, pewnie wybuchnęłaby łzami. Tak dobrze było zrzucić cięŜar z serca i przyznać się
szczerze do popełnionych błędów. Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, jakie głupie było to jej
wieczne wahanie, opory przed wyciągnięciem ręki do zgody. Jeśli nie pójdzie jak najszybciej
do Teda i nie wyzna mu otwarcie, co się z nią dzieje i jak bardzo zmieniły się jej
zapatrywania na Ŝycie, owa pełna udręki, a zarazem cudowna miłość skończy się niechybną
tragedią. Im dłuŜej będzie z tym zwlekała, tym trudniejsze okaŜe się wyjaśnienie
nieporozumień, jakie ich rozdzieliły.
- Powinnaś od razu do niego zadzwonić - radził jej Paul. - Jeśli ten Ted rzeczywiście
aŜ tyle dla ciebie znaczy, liczy się kaŜda minuta.
- Którego dziś mamy?
- Siedemnastego.
- Zatem Ted powinien był wrócić wczoraj wieczorem. Dziękuję ci za wszystko, Paul.
- Nie ma za co dziękować. Po prostu cię wysłuchałem.
- Nic więcej nie moŜesz dla mnie zrobić. Zawrzemy pakt?
- Masz na myśli braterstwo krwi?
- SkądŜe. Chciałabym tylko, abyśmy na zawsze zostali takimi dobrymi przyjaciółmi,
jakimi jesteśmy teraz, nawet jeŜeli ja odzyskam Teda, a ty któregoś dnia znajdziesz
dziewczynę, z którą się oŜenisz, czego ci z całego serca Ŝyczę.
- Oczywiście, Ŝe zostaniemy przyjaciółmi, moŜesz na mnie pod tym względem liczyć
- przyrzekł uroczyście Paul. - śyczę ci szczęścia z Tedem, i robię to szczerze. Ale masz przy
okazji mu coś ode mnie przekazać.
- Co takiego?
- Powiedz, Ŝe będzie miał ze mną do czynienia, jeśli cię kiedykolwiek skrzywdzi lub
choćby trochę unieszczęśliwi.
- Paul, jesteś po prostu cudowny! - krzyknęła i spontanicznie ucałowała go w
policzek.
Abby nie mogła się doczekać chwili, kiedy znajdzie się w „Oazie Spokoju”. Stamtąd
chciała zadzwonić do Teda, a Ŝe tego dnia skończyli pracę wcześniej niŜ zwykle, od razu
wyjechała z miasta. Postanowiła wytłumaczyć mu wszystko przez telefon i zaprosić go do
siebie. Gdyby nie jej duma, juŜ od dawna przecieŜ mogli być razem... Cały czas miała ochotę
to zrobić, ale dopiero rozmowa z Paulem dodała jej odwagi, aby obrócić zamiar w czyn.
Kiedy dotarła do młyna, nie poszła, jak to zwykle czyniła, od razu do Malinki, tylko
usiadła przy telefonie i wybrała numer Teda.
- Halo, Kay. Mogę rozmawiać z Tedem?
- Och, to panna Abby, jakŜe się cieszę. Tak naturalnie, tyle Ŝe potrwa to parę minut.
Jest właśnie w szklarni z panną Reynolds. Pewnie juŜ pani o niej słyszała. To reporterka
pracująca dla „Nowoczesnego Farmera”. Pisze właśnie całą serię artykułów o pomysłach
młodych ludzi gospodarujących na roli.
Och... tak, tak... naturalnie... - wykrztusiła Abby, mając przed oczyma duszy zdjęcie
Janice Reynolds zamieszczone w ostatnim wydaniu poczytnego magazynu.
Janice była młoda i atrakcyjna, a przy tym inteligentna i dość swobodna w sposobie
bycia. Niebezpieczna kombinacja, przemknęło przez głowę Abby, szczególnie w sytuacji,
kiedy ona sama tak źle obeszła się z Tedem. W swej zranionej dumie z pewnością był
wraŜliwy na wdzięki innych kobiet. Kto wie, czy jej decyzja nie przyszła za późno...
Panno Abby - usłyszała na nowo głos Kay - panna Reynolds ma zostać na kolacji. Nie
chciałaby pani przyjść? Panna Reynolds robi właśnie zdjęcia, wolałabym więc im teraz nie
przeszkadzać. Proszę zadzwonić później, zresztą Ted moŜe zadzwonić do pani jutro rano,
kiedy juŜ odwiezie pannę Reynolds do miasta.
W Abby narastało poczucie totalnej klęski. Ta cała panna Reynolds nie tylko Ŝe
zostanie na kolacji, ale spędzi cały wieczór z Tedem i przenocuje na farmie. A jutro rano mają
jeszcze dla siebie długą drogę do Deerfield!
Ale ostatecznie przecieŜ wystarczyło tylko przyjąć zaproszenie Kay, aby przeszkodzić
Janice Reynolds w wypróbowaniu swego słynnego uwodzicielskiego kunsztu na Tedzie. Jej
nazwisko często pojawiało się w plotkarskich rubrykach magazynów ilustrowanych i Abby
doskonale wiedziała, Ŝe preferuje męŜczyzn w typie Teda. Zawsze widywano ją w takim
towarzystwie, zatem było więcej niŜ pewne, Ŝe i Tedowi nie przepuści, choć nie nosi
liczącego się nazwiska. Ted zaś, rozzłoszczony na Abby, na pewno ulegnie jej czarowi, tym
bardziej Ŝe Janice jest o całe niebo przystępniejsza.
Najchętniej by tak zrobiła, ale niezręcznie jej było teraz wtargnąć do domu Teda i
wydać otwartą walkę tamtej obcej kobiecie, a wszystko z jego powodu. Nie pozwalała jej na
to duma.
- Abby? Halo... Abby? Jest pani tam jeszcze? - wołała do słuchawki Kay.
- Co takiego? Ach, tak, najmocniej przepraszam, zamyśliłam się. Właśnie sobie
przypomniałam, Ŝe jeszcze dziś muszę załatwić coś waŜnego. Dopiero co przyjechałam, nie
miałam jeszcze nawet czasu zajrzeć do Malinki.
- A więc nie przyjdzie pani na kolację?
- Bardzo dziękuję za zaproszenie, ale naprawdę nie mogę. I proszę nie przeszkadzać
teraz Tedowi, zadzwonię jutro albo pojutrze.
- Dobrze, panno Abby. PrzekaŜę Tedowi, Ŝe pani dzwoniła.
- Będę wdzięczna.
Powoli odłoŜyła słuchawkę i sztywnym krokiem wyszła zająć się Malinką, a potem
wróciła do domu, przyrządziła sobie zupę i przygotowała kanapkę.
Przez cały wieczór pozostała zimna i opanowana, nawet szyła trochę na maszynie i
oglądała telewizję. Dopiero kiedy tuŜ przed pójściem spać szczotkowała włosy i dojrzała w
lustrze własną zaciętą twarz, wszystko się w niej załamało.
- Ty oszustko! - syknęła do swego odbicia. - Skończy się na tym, Ŝe zmarnujesz sobie
Ŝ
ycie, i dobrze wiesz, dlaczego.
Łkając z bezsilnej złości rzuciła się na łóŜko. Znowu pozwoliła, aby ta jej przeklęta
duma stanęła między nią a Tedem! Co jej z tego przyjdzie? Prawdopodobnie teraz Ted
spaceruje przy świetle księŜyca ze swym czarującym gościem. Taka piękna noc jak dzisiejsza
była wymarzonym tłem dla romantycznych historii, jakby stworzona po to, aby się kochać...
Oczyma duszy widziała tych dwoje w czułym uścisku pod wygwieŜdŜonym niebem.
Samo wyobraŜenie takiej sceny sprawiło, Ŝe rozszlochała się na dobre i za nic nie
mogła się uspokoić. O śnie w takiej sytuacji nie było mowy, a Ŝe nie mogła się uwolnić od
prześladującego ją obrazu Teda i Janice w objęciach, zmusiła się do czytania, lecz juŜ po
trzech stronach odłoŜyła ksiąŜkę. To nie miało sensu, nie potrafiła się skoncentrować.
Gdyby miała mniej dumy, a więcej zdecydowania, zadzwoniłaby teraz do Teda,
chociaŜ była juŜ prawie pierwsza w nocy. Tamta historia z Karen skończyła się w miarę
bezboleśnie, tym razem zaś Abby z powodu swego uporu i braku odwagi przybyła o parę
godzin za późno, Ted zwrócił się juŜ do innej. Nietrudno jej było to sobie wyobrazić. Nawet
jeŜeli nie wiąŜe go nic powaŜnego z Janice Reynolds, to z pewnością pochlebia mu jej
zainteresowanie i czarujące towarzystwo. Zresztą nie musi to być Janice, moŜe być kaŜda
inna kobieta. Z taką ujmującą powierzchownością łatwo nawiązuje się kontakty.
Najchętniej by sama siebie spoliczkowała. Mogła mieć Teda, zanim jeszcze na
horyzoncie pojawiła się Karen, lecz nigdy nie zdobyła się na to, aby okazać mu choć odrobinę
uczucia, wręcz przeciwnie, pozowała na chłodną i nieprzystępną i w ogóle zachowywała się
odpychająco. A teraz lato minęło, a wraz z nim prawdopodobnie ostatnia szansa zdobycia
Teda.
No cóŜ, nic się tu juŜ nie da zmienić, myślała zrezygnowana. Tak, popełniła wiele
błędów, w dodatku nie umiała się tak szybko przestawić, gdy pojęła, o co toczy się gra, jak
prawdopodobnie uczyniłaby na jej miejscu inna kobieta. W kaŜdym razie potrafiła teraz
spojrzeć na całą sytuację innymi oczami i zrewidować własne poglądy. Nawet jeŜeli wróciła
za późno i definitywnie utraciła Teda, zdobyła nową samoświadomość i to napawało ją
niejaką dumą. Ta historia pozwoliła jej dowiedzieć się czegoś o Ŝyciu i przede wszystkim o
sobie samej. Właściwie była zadowolona, Ŝe stała się bogatsza o to doświadczenie. Nie
Ŝ
ałowała tej miłości, dopiero dzięki niej poczuła się pełnowartościową kobietą. A Ŝe
pozostanie ona nie odwzajemniona? CóŜ, nie pozostaje jej nic innego, jak zachować ją na
zawsze w sercu i strzec niby bezcennego skarbu.
NiezauwaŜenie jej myśli powędrowały do innych spraw. Nadszedł wreszcie moment
uruchomienia młyna. Następnego ranka chciała się zaopatrzyć w róŜne rodzaje zboŜa.
Znalazła obiecujące przepisy na chleb, które zamierzała wypróbować, trzeba teŜ było
natychmiast przystąpić do przygotowania zapasów na zimę. W dalszym planie, juŜ po
zebraniu warzyw, miała przekopać ogród, a przedtem jeszcze zebrać nasiona przekwitłych
kwiatów.
W „Oazie Spokoju” było całe mnóstwo roboty, przede wszystkim jednak zbliŜały się
doŜynki. Zastanawiała się, czy nie zaprosić rodziców i Paula i doszła do wniosku, Ŝe to niezła
myśl. MoŜe powinna teŜ zaprosić panią Wilkins. Martha o tej porze roku była zwykle sama,
jak raz napomknęła, a Abby darzyła ją szczerą sympatią. W takiej sytuacji juŜ w tej chwili
musiała przystąpić do wyszukania najlepszych przepisów na domowe przetwory, a przede
wszystkim słynny sos brzoskwiniowy, którymi chciała zadziwić i Marthę, i własną, zwykle
sceptycznie usposobioną matkę.
Właśnie zasypiała, gdy przypomniał jej się Ted. Co będzie, jeśli zadzwoni? Kay
przecieŜ przyrzekła powiedzieć mu o jej telefonie. To nawet nie byłoby złe, uspokajała siebie
samą, porozmawiają uprzejmie o mało istotnych sprawach, bo tak ostatnio wyglądały ich
kontakty.
I z tą sytuacją się uporam, zawsze tak było, zdąŜyła jeszcze pomyśleć, a potem
zapadła w głęboki sen.
<
ROZDZIAŁ 12
Szybko mijały jesienne dni. Skończył się wrzesień, nastał październik, a wraz z nim
pora smaŜenia konfitur, gotowania kompotów i sporządzania marynat. Mimo iŜ czas miała
wypełniony intensywną pracą, kaŜdego ranka znajdowała czas na przejaŜdŜkę konną.
OdwaŜyła się nawet wybierać ścieŜki wiodące obok farmy Teda. Teraz, kiedy juŜ zwieziono
ostatnie plony i pola stały puste, było mało prawdopodobne, Ŝe się spotkają twarzą w twarz.
Zawsze bardzo lubiła jesień, z jej chłodnym, przejrzystym powietrzem i stale
zmieniającymi się, przepysznymi barwami krajobrazu. Jesień napełniała ją spokojem,
pozwalała wyciszyć się wewnętrznie. Tym razem teŜ tak się stało: odzyskała równowagę po
burzliwych przeŜyciach lata i nie czuła się juŜ taka nieszczęśliwa.
Praca sprawiała jej radość, dawała ukojenie, dlatego teŜ w pewnym momencie ze
zdwojoną energią podjęła zaniedbane przez siebie badania w laboratorium, zaskakując tym
Paula, który do tej pory nie widział u niej aŜ takiej aktywności, ale nie zadawał więcej pytań.
Oczywiście nie miało to nic wspólnego z poczuciem pełni szczęścia, lecz o tym wiedziała
tylko ona sama. A przecieŜ mogło być inaczej...
Wbrew pozorom nie sypiała najlepiej, apetyt teŜ jej nie dopisywał. Co prawda ból w
sercu nieco przycichł, skutecznie tłumiony narzuconym sobie tempem pracy, ale on tam był i
raz po raz dawał znać o sobie.
Nic nie mogło zastąpić utraconej miłości, nawet sukcesy w pracy zawodowej, którymi
się naturalnie cieszyła, zapełnić dręczącej po nocach, dojmującej pustki. Ted mieszkał tak
blisko, na Malince mogła dojechać tam w parę minut. Poza tym istniał telefon... a przecieŜ
Abby miała uczucie, Ŝe mieszkają na dwóch krańcach świata.
Parę razy zostawała na wieczór w Deerfield, szła do restauracji z Paulem lub
odwiedzała rodziców, ale gdy tylko z powrotem znalazła się w domu, od razu z nerwową
niecierpliwością przesłuchiwała taśmę sekretarki automatycznej. Wreszcie jednak z tego
zrezygnowała, nie oczekując juŜ Ŝadnych wiadomości.
Często myślała o swej krótkiej rozmowie z Kay, ale za nic nie mogła sobie
przypomnieć, kto miał pierwszy zadzwonić: Ted czy ona. MoŜe Kay zapomniała przekazać
mu wiadomość albo, co jeszcze gorsze, Tedowi było to obojętne.
A jednak Ted otrzymał wiadomość i wcale nie była mu ona obojętna, wręcz
przeciwnie, oznaczała coś bardzo waŜnego, tyle Ŝe zrozumiał ją tak, iŜ to Abby ponownie
zadzwoni. Korciło go, aby samemu sięgnąć po telefon i wybrać jej numer, ale nie pozwoliła
mu na to własna duma. Nie chciał być tym, kto robi następny krok, choć czuł, Ŝe ten
idiotyczny - sam go tak określił - opór wewnętrzny jest tu nie na miejscu. W końcu Abby i on
mogli być przynajmniej przyjaciółmi. Mieli przecieŜ tyle wspólnych zainteresowań, o których
mogli godzinami rozmawiać. Od jej chłodnego zachowania względem niego z początku lata i
od tej historii z Alexem minęło sporo czasu i moŜna to było puścić w niepamięć. Alex dawno
wyjechał, a na ostatnim wieczorku tanecznym Abby odnosiła się do niego zadziwiająco
serdecznie. Biorąc to pod uwagę, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby teraz zadzwonił.
Niestety, nie dowierzał swej umiejętności panowania nad sobą. Łatwo dawał się
ponosić emocjom, wątpił więc, Ŝe potrafi się zachować z przyjazną powściągliwością.
Niczego tak nie pragnął, jak móc powiedzieć Abby, jak bardzo ją kocha, jak dotkliwie go
zraniła i Ŝe nie pojmuje, jak mogło dojść do zerwania. Chciał znać powód takiego
nieoczekiwanego obrotu rzeczy.
Abby jednak nie dawała znaku Ŝycia, zatem z wolna doszedł do wniosku, Ŝe dzwoniła
z czystej uprzejmości, jak przypadkowa znajoma, i tylko on przypisał telefonowi od niej zbyt
wielkie znaczenie. Wiele razy miał ochotę zadzwonić do niej pod byle pretekstem, ale nie
zdobył się na to, a po upływie paru dni doszedł do wniosku, Ŝe byłoby to niestosowne.
W poczuciu klęski chodził jak struty, a potem ten jego nastrój przygnębienia
przemienił się w złość. Abby najwyraźniej kpiła sobie z niego. Gdyby było inaczej, przecieŜ
by się wreszcie odezwała. Wprawdzie zdawał sobie jasno sprawę, Ŝe obydwoje zachowują się
jak uparte dzieci, a mimo to powtarzał sobie w duchu, Ŝe to Abby powinna uczynić pierwszy
krok. Miłość do niej uświadomiła mu, Ŝe nie moŜe i nie chce Ŝyć samotnie, a Ŝe ona
wydawała się nieosiągalna w swej nieprzystępności, postanowił rozejrzeć się za kimś innym.
Po prostu potrzebował kogoś obok siebie, nawet gdyby chodziło tylko o miłe spędzenie
czasu. Z tego powodu nie musiał tłumić swych uczuć do Abby, i nawet nie próbował tego
robić.
Ale tak jak nie usiłował wyrzucić Abby ze swego serca, tak i nie szukał kontaktu z nią.
Wierzył, Ŝe czas leczy wszystkie rany, i w przekonaniu, Ŝe miłość do Abby pozostanie nie
spełniona, poddał się nie próbując walczyć. Oznaczało to jednocześnie, Ŝe w przyszłości
postara się nie wiązać z Ŝadną kobietą. Lepiej, aby to były powierzchowne znajomości,
przelotne flirty tu czy tam, nic nie znaczące spotkania dla zabicia czasu. Wydawało mu się to
tysiąc razy lepsze niŜ samotność. W domu niekiedy miał wraŜenie, Ŝe lada chwila sufit zwali
mu się na głowę. Obawiał się, Ŝe dłuŜej tego nie zniesie i Ŝe w którymś momencie nie
oglądając się na nic pobiegnie do Abby szukać u niej ratunku.
Nie było mu łatwo podjąć decyzję, co będzie dla niego boleśniejsze: przezwycięŜenie
własnej dumy i uczynienie pierwszego kroku do pojednania czy zadręczanie się miłością do
Abby z daleka.
Za najskuteczniejsze lekarstwo uwaŜał cięŜką pracę od świtu do późnej nocy. Poza
tym umawiał się z dziewczętami z innych miejscowości, a po długiej, wyczerpującej jeździe
powrotnej rzucał się na łóŜko i momentalnie zasypiał. śadna mu się specjalnie nie podobała.
Zresztą nawet piękność Janice i jej przymilny sposób zwracania na siebie uwagi nie potrafiły
przegnać z jego serca tęsknoty za Abby. Chętnie pokazywał się z tak znaną osobą, dawał się
zabierać na eleganckie przyjęcia, lecz w głębi duszy pozostał samotny. Szybko zorientował
się, Ŝe te wszystkie wysiłki niczemu nie słuŜą. KaŜdej nocy, we śnie brał Abby w ramiona, a
gdy się budził, był znowu sam i czuł się jeszcze bardziej rozbity niŜ przed pójściem na
spoczynek.
Doszło do tego, Ŝe zaczął zaniedbywać swe obowiązki, co powodowało, Ŝe złościł się
sam na siebie.
ZbliŜały się doŜynki. Miał ochotę spędzić je tylko z nią. Jaki to byłby dla niego
zaszczyt, gdyby przedstawiła go swym rodzicom! Niestety, nie było na to widoków...
Spodziewał się, Ŝe nie takie juŜ dalekie BoŜe Narodzenie i Nowy Rok teŜ przyjdzie
mu spędzić samotnie. Nie miał krewnych, a Kay zamierzała wyjechać do rodziny. Jak bardzo
by się cieszył, gdyby mógł spędzić święta w towarzystwie Abby! O tej porze zwykle juŜ leŜy
ś
nieg, mógłby zatem jeździć do niej saniami, tak jak kiedyś jeździł w konkury jego dziadek.
Mogliby tak mile spędzić świąteczne dni i ostatnie godziny starego roku, zaplanować na ten
czas tyle ciekawych rzeczy...
Ale to były tylko marzenia, i miały nimi pozostać, jeŜeli nie zdecyduje się wyciągnąć
ręki do zgody. Co z tego? Choć bardzo chciał to zrobić, licząc, Ŝe odzyska wreszcie spokój
ducha, nie potrafił się przemóc. Brakowało mu odwagi i pogardzał sobą za to.
Któregoś ranka wszedł na moment do domu, aby odszukać rękawice robocze, i akurat
wtedy rozległ się tętent kopyt końskich. Jego serce zaczęło dziko bić, a myśli zdominowało
jedno pragnienie: wybiec na dwór, zanim Abby przejedzie. Nogi wszakŜe odmówiły mu
posłuszeństwa. Stał jak wryty w miejscu nadsłuchując i dopiero gdy odgłos uderzających o
bruk końskich kopyt ścichł, odwaŜył się podejść do okna.
Przeczucie go nie myliło: to Abby znikała w oddali, nieledwie poczuł przez otwarte
okno delikatny zapach jej perfum. Z przemoŜną siłą powróciły wspomnienia minionej wiosny
i letnich dni, tego pięknego okresu, kiedy nieśmiało, z wolna rodziła się ich miłość. Tęsknił za
Abby tak bardzo, Ŝe czuł niemal fizyczny ból. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo ją
kocha. Jak w ogóle mogło dojść do oziębienia stosunków między nimi? Dlaczego od razu nie
rozwiązali zaistniałych między nimi problemów, kiedy tylko się pojawiły? Jak by to było
pięknie, gdyby wspólnie mogli przeŜywać rozkwit własnej miłości...
Abby go kochała. Nie mogło być inaczej. JuŜ przy pierwszym spotkaniu przeskoczyła
między nimi iskra i za kaŜdym razem, kiedy się spotykali, czuli na sobie działanie dziwnego
fluidu, który popychał ich ku sobie.
Wszystkie te rzeczy nie miały nic wspólnego z rozsądkiem, a on, aby się w tym nie
pogubić, musiał podchodzić do całej sprawy z chłodną rezerwą.
Pozostały mu tylko marzenia, lecz nikogo nie obchodziło, o czym on śni na jawie.
Gdyby zadzwonił do Abby, zdradziłby się tylko ze swą słabością i ośmieszył...
Któregoś dnia towarzyszył w Deerfield Janice Reynolds na uroczystym bankiecie,
który zgromadził całą śmietankę towarzyską. Jakiś nadgorliwy fotograf zrobił im przy okazji
zdjęcie, zamieszczone później naturalnie w miejscowym magazynie. Janice siedziała na nim
bardzo blisko Teda, moŜe zresztą właśnie dlatego tak spodobało się ono Kay, Ŝe wycięła je i
wkleiła do rodzinnego albumu. Zbierała wszystko, co dotyczyło „Drugiej Nadziei”.
Sam Ted najchętniej wykupiłby cały nakład pisma i od razu go spalił. Był pewien, Ŝe
Abby miała je w rękach, a jeśli jeszcze w tym momencie tliła się w niej iskierka skłonności
do niego, to taki niedwuznaczny dowód jego zaŜyłych stosunków z Janice prawdopodobnie
zgasił ją raz na zawsze...
Jak to miała w planie, Abby zaprosiła na doroczne święto doŜynek rodziców i Paula.
Nie zapomniała teŜ oczywiście o pani Wilkins, zadała teŜ sobie wiele trudu, aby przygotować
własnoręcznie wyszukane menu.
Ku jej zaskoczeniu w „Oazie Spokoju” pojawił się jeszcze inny gość. Paul miał
dziewczynę! Była asystentką na uniwersytecie, gdzie kończył studia podyplomowe, nazywała
się Fran i z miejsca zdobyła jej sympatię.
Abby naprawdę bardzo się ucieszyła. Paul nie mógł lepiej wybrać. Rzucająca się w
oczy harmonia panująca między nim a Fran nadała szczególnie uroczysty charakter całemu
spotkaniu, a sama Abby była tego wieczoru tak wesoła, jaką nie zdarzyło jej się być od całych
miesięcy.
Za to pani Mills z początku miała minę. jak gdyby spotkało ją największe z
nieszczęść. Rozchmurzyła się jednak prędko dzięki pani Wilkins, z którą od razu przypadły
sobie do serca. Rozmawiały długo i serdecznie na temat prowadzenia gospodarstwa
domowego, dzieląc się radami i wymieniając przepisy.
Rodzice Abby nie zabawili długo, zdecydowani wcześnie wrócić do Deerfield, to
samo zrobili Paul i Fran, natomiast Martha została dłuŜej. Coś jej podpowiedziało, Ŝe Abby
mimo całej swej zewnętrznej wesołości ukrywa przed nią jakieś zmartwienie.
- Chodzi o Teda, prawda? - spytała domyślnie, kiedy siedziały przy drugiej filiŜance
kawy.
- Tak... - przyznała się niechętnie Abby po chwili milczenia. - Między nami wszystko
skończone, po prostu muszę się jeszcze tylko z tym uporać, a to niestety wymaga czasu...
- Nie sądzę, aby wszystko było stracone - zaoponowała Ŝywo Martha.
Abby westchnęła cięŜko.
- Gdybym tylko wiedziała, jak dać do zrozumienia Tedowi, co do niego czuję, nie
upokarzając się przy tym, od razu bym to zrobiła. Nie mogę bez niego Ŝyć, ale widocznie tak
mi sądzone i nie widzę wyjścia z tej sytuacji.
- Nonsens. Znam Teda juŜ bardzo długo i jestem pewna, Ŝe ma dokładnie te same
trudności z przezwycięŜeniem własnej dumy co ty, Abby. To ona mu nie pozwala uczynić
pierwszego kroku. Jedno z was musi się przemóc, a ręczę, Ŝe później juŜ wszystko się ułoŜy.
- Nigdy się na to nie zdobędę! - zawołała z rozpaczą Abby. - Wolałabym sto razy
umrzeć niŜ iść do Teda - i wyznać mu miłość!
Martha spojrzała na nią z powagą.
- W takim razie zapytaj samej siebie, drogie dziecko, co ma dla ciebie większą
wartość: twoja duma czy Ted.
Abby poczuła się niezręcznie i utkwiła wzrok w podłodze, ale dociekliwe pytanie
Marthy odniosło skutek.
Zawstydzona jak nigdy, raptem ujrzała całą sprawę od innej strony. CzyŜ naprawdę
jest aŜ tak uparta i małoduszna, Ŝe nie poświęci odrobiny swej dumy, choć wie, Ŝe to moŜe
uszczęśliwić Teda i ją?
Wprawdzie była jeszcze inna przeszkoda: Abby po prostu się bała. Bała się spojrzeć w
oczy Tedowi i przyznać do winy, bała się, Ŝe Ted nie przyjmie do wiadomości jej tłumaczeń,
dlaczego tak się wobec niego zachowała.
Ale macierzyńsko usposobiona pani Wilkins, której Abby była serdecznie wdzięczna
za okazywaną na kaŜdym kroku przyjaźń, znała juŜ chyba odpowiedź na owo trwoŜne pytanie
o ewentualną reakcję Teda.
- Martho, załóŜmy, Ŝe pójdę do Teda i wyjawię, Ŝe bardzo go kocham... jak myślisz,
co mi odpowie? - Wyraz jej oczu zdradzał dręczący ją niepokój. - PrzecieŜ on moŜe nawet nie
zechce mnie wysłuchać...
- AleŜ odpowie ci, Ŝe tak samo bardzo cię kocha.
- Naprawdę w to wierzysz, Martho?
- W końcu sam mi to powiedział, i to niejeden raz.
- Ale z pewnością nie ostatnio. Teraz jest przecieŜ z tą Janice Reynolds.
- Zachowałabym się nie fair wobec ciebie, gdybym przemilczała, Ŝe Ted zna całe
mnóstwo dziewcząt, ale jestem święcie przekonana, Ŝe one niewiele dla niego znaczą.
- Gdybym tylko mogła w to uwierzyć - westchnęła Abby.
- Jest tylko jedna droga, aby się ostatecznie upewnić.
Abby skinęła w zamyśleniu głową. Martha miała rację.
Nie było powodu dłuŜej unikać Teda, naleŜało przełamać opory i odrzucić strach
przed kontaktem z nim.
ś
eby tylko to się jej udało! Jeszcze nigdy w Ŝyciu tak się nie bała, choć przecieŜ
trudności były po to. aby je pokonywać. Ale właściwie czego tak się lękała? PrzecieŜ chyba
nie Teda i nie rozmowy z nim. Rozprawiła się takŜe z jeszcze niedawnym przekonaniem, Ŝe
miłość pokrzyŜuje jej plany i postawi pod znakiem zapytania zawodową przyszłość. To był
jedynie wykręt, aby nie spojrzeć prawdzie w oczy. Na własną dumę teŜ juŜ nie mogła się
powołać, gdyŜ Martha skutecznie skruszyła i tę ostatnią flankę. Pozostała tylko naga prawda,
przed którą nie sposób było się ukryć: Abby po prostu bała się samej miłości.
Bez względu na to jednak poprzysięgła sobie, Ŝe juŜ nie będzie uciekać przed Tedem i
swoim uczuciem do niego. Z pomocą Marthy z pewnością uda jej się zrobić decydujący krok
i wyznać mu, co się z nią dzieje.
PoŜegnawszy serdecznym uściskiem panią Wilkins stała jeszcze długo w drzwiach
domu i spoglądała z dumą na swe małe królestwo.
Jutro pojadę na Malince do Teda, przyrzekła sobie solennie, lecz nic nie mogła
poradzić na to, Ŝe juŜ na samą myśl o tym jej serce zaczęło bić jak szalone.
ROZDZIAŁ 13
To była najdłuŜsza noc w moim Ŝyciu, pomyślała Abby, gdy do jej sypialni wkradły
się poprzez firanki pierwsze promienie słońca. Dopiero wybiła szósta, lecz na szczęście na
wsi wstawało się wcześnie. O tej porze juŜ właściwie kaŜdy był na nogach, a niektórzy
zrywali się nawet przed wschodem słońca.
Jeśli się pospieszy, moŜe uda jej się przyjechać w momencie, kiedy Ted będzie
otwierał drzwi.
W najwyŜszym pośpiechu wskoczyła na konia, aby przybyć na czas, lecz kilkadziesiąt
metrów od farmy Teda puściła wodze i dalej jechała stępa. Na próŜno próbowała
doprowadzić do porządku rozrzucone przez wiatr włosy, a przy tym dręczył ją śmieszny
problem, czy nie powinna była włoŜyć czerwonego swetra zamiast niebieskiego, jaki miała na
sobie.
W ten sposób dawało o sobie znać zdenerwowanie. W ostatniej chwili odwaga znów
ją opuściła i niechybnie popędziłaby cwałem, byłe dalej od domu Teda, gdyby właśnie nie
wyjechał z bramy na swym Jasperze. Wyraz jego twarzy świadczył o ponurym nastroju i
wyglądało na to, Ŝe poprzez szaleńczą jazdę Ted pragnie dać upust miotającej nim złości.
Pokusa była wielka: oto teraz podjedzie do niego znienacka i rzuci mu się w ramiona,
lecz jego widok wywołał w niej prawdziwy uczuciowy zamęt i dosłownie ją sparaliŜował.
Choć była bardzo blisko, nie zauwaŜył jej, a ona nie zdobyła się na to, aby do niego
podjechać. W końcu postanowiła, Ŝe pozwoli sobie na mały Ŝart. Jechała więc za nim,
trzymając się w pewnym oddaleniu, lecz starając się nie stracić go z oczu. Przebyli tak moŜe z
pół mili, gdy Ted nagle zeskoczył z siodła i przywiązawszy wodze do pnia drzewa, ruszył
przed siebie kopiąc z wściekłością leŜące na polnej drodze kamienie. Nie potrzebowała
słyszeć słów, aby wiedzieć, Ŝe klnie. Domyśliła się tego teŜ ze sposobu, w jaki przywiązywał
konia do drzewa, lecz nie wiedziała, co jest przyczyną aŜ takiej frustracji.
Uśmiechnęła się sama do siebie, licząc na to, Ŝe uda się jej go zaskoczyć. OstroŜnie
skierowała Malinkę do miejsca, gdzie stał przywiązany Jasper. Obydwa konie od razu zaczęły
się pocierać głowami, jak gdyby i je łączyła jakaś miłosna przygoda.
Ted opierał się o pień drzewa, wpatrzony w ciągnące się aŜ po horyzont pola. Abby
podkradła się do niego i stanąwszy z tyłu zasłoniła mu szybko oczy dłońmi.
- Nareszcie cię dopadłam - szepnęła mu do ucha. Towarzyszył temu przypominający
muśnięcie wiatru pocałunek.
- Abby, mój BoŜe, Abby! Mam wraŜenie, Ŝe śnię! - wykrzyknął oszołomiony
odrywając jej dłonie od swych oczu i odwracając się. - Nie wierzę własnym oczom!
Roześmiała się uszczęśliwiona.
- PoniewaŜ nasze konie są zajęte sobą - rzekła wskazując na Malinkę i Jaspera,
najwyraźniej czulących się do siebie - Ŝadne z nas nie ucieknie przed decydującą rozmową,
którą trzeba było juŜ dawno odbyć.
Ted równieŜ się roześmiał, lecz zaraz spowaŜniał.
- Mam nadzieję, Ŝe się nie pobijemy. Nie zniósłbym tego, Abby.
- Ja teŜ nie. Ja naprawdę nie chciałam, aby stało się to, co się stało. I ty z pewnością
teŜ nie.
- Oczywiście, Ŝe nie. Moje zachowanie było tylko odpowiedzią na to, co mi
wyrządziłaś. Pokochałem cię od pierwszego wejrzenia, proszę, uwierz mi.
- Ze mną było nie inaczej - zapewniła pospiesznie - tylko za Ŝadne skarby nie
chciałam się do tego przyznać, nawet sama przed sobą. Przez cały ten czas pragnęłam ci
wytłumaczyć, z jakiego powodu nie chciałam przyjąć tego do wiadomości, lecz brakowało mi
odwagi.
- A ja tak długo czekałem na jakieś wyjaśnienie, Abby. Jakimś dziwnym sposobem
nie opuszczała mnie pewność, Ŝe ty czujesz do mnie to samo co ja do ciebie, nawet wtedy,
gdy odwracałaś się do mnie plecami. To mnie frustrowało coraz bardziej, aŜ wreszcie
skończyło się tym, Ŝe byłem wściekły na ciebie.
- Czy to moŜe było powodem, dla którego tak zajmowałeś się Karen i z coraz to inną
kobietą u boku rozpaczliwie szukałeś rozrywki w nocnych lokalach, jak słyszałam?
- Częściowo tak - potwierdził. - A poza tym był tutaj jeszcze Alex. Jeśli naprawdę
byłaś we mnie zakochana, jak mówisz, to czemu tak cię ciągnęło do niego? I dlaczego zawsze
mi się wymykałaś? Swoim sposobem bycia tak mnie speszyłaś i wytrąciłaś z równowagi, Ŝe
nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć.
- Och, Ted, nie jest mi łatwo to wytłumaczyć. Wmówiłam sobie, Ŝe nie da się
pogodzić Ŝycia uczuciowego z planami zawodowymi. Byłam nawet przekonana, Ŝe sukces w
pracy badawczej jest jedyną rzeczą, jakiej mi trzeba do szczęścia.
Wpatrywał się w nią z czułością.
- A teraz juŜ tak nie jest?
- Nie. Moja filozofia załamała się tego dnia, kiedy się spotkaliśmy po raz pierwszy.
Bałam się, Ŝe ulegnę twemu urokowi, dlatego trzymałam cię na dystans. W ten sposób
chciałam się bronić, teraz juŜ wiem. Alex nie był dla mnie nikim więcej, tylko dobrym
przyjacielem. Pomógł mi zresztą zrozumieć pewne rzeczy, gdy się zorientował, Ŝe między
nami nigdy nie będzie nic poza przyjaźnią. Myślałam, Ŝe mając go obok siebie łatwiej mi
przyjdzie zapomnieć o tobie, ale mi się to nie udało. Przeciwnie, z kaŜdym dniem kochałam
cię bardziej i czułam się bezbronna wobec tego uczucia. Dlatego wpadłam w panikę i tak źle
się z tobą obeszłam. Potrafisz mi to wybaczyć. Ted? Byłam taka głupia. - Jej glos drŜał
zdradliwie.
- Nie ma tu nic do wybaczenia, Abby. Ja takŜe popełniłem błędy. I ja miałem swoje
wyobraŜenia o Ŝyciu. Zanim cię poznałem, uganiałem się za kaŜdą spódniczką. śadnej nie
przepuściłem. Miałem rozliczne znajomości i zmieniałem dziewczyny jak rękawiczki. W
ciągu dnia pracowałem na farmie, ale noce były według mnie po to, aby się wyszumieć.
Wydawało mi się, Ŝe to najlepszy sposób na Ŝycie. Tak było do chwili, kiedy poznałem
ciebie.
- A teraz? - spytała cicho.
- Teraz jesteś ty. Od tamtej chwili myślałem tylko o tobie. Pragnąłem cię tak
rozpaczliwie, Ŝe prawdopodobnie dlatego wszystko robiłem źle. Z tobą musiałem się
obchodzić ostroŜniej niŜ z innymi dziewczętami, a z dawnych poglądów nie zostało nic.
Abby musiała się oprzeć o pień drzewa, gdyŜ nogi miała jak z waty. Wyjawienie całej
prawdy kosztowało ją więcej, niŜ myślała, ale słuchając wyznania Teda powoli przychodziła
do siebie. Nawet w najśmielszych marzeniach nie spodziewała się usłyszeć od niego takich
słów...
Szczęście zalało ją gorącą falą. Osunęła się na kolana w słodkiej niemocy. Świat,
który przed chwilą zdawał jej się pozbawiony wszelkiej nadziei, wydał się naraz
nieskończenie piękny, tak piękny, Ŝe się rozpłakała. Od kiedy znała Teda, zdarzało jej się to
często, tym razem jednak płakała ze szczęścia.
Kiedy podniosła na niego mokre od łez oczy, wyczytał z nich całą miłość, jaką dla
niego miała, miłość skrywaną tak długo, wszystkie tęsknoty, obawy i udręki, jakich przyszło
jej zaznać, zanim zrozumiała, co tak naprawdę liczy się w Ŝyciu. Był w nich Ŝal, Ŝe stracili
tyle cennego czasu, który przecieŜ mogli spędzić na wzajemnym poznawaniu się i budowaniu
prawdziwego uczucia...
Ted ukląkł obok Abby i wziął ją delikatnie w ramiona.
- Nie płacz, kochanie - szepnął gorąco - to juŜ przeszłość. Nareszcie jesteśmy razem i
to jest najwaŜniejsze.
- Ach, Ted, obejmij mnie mocno i powiedz, Ŝe nie śnię, Ŝe to rzeczywistość...
Przycisnął ją czule do piersi.
- To naprawdę rzeczywistość - zapewnił - i zawsze będę cię tulił, jeśli mi na to
pozwolisz. Właściwie wszystko zaczęło się dopiero dziś, bo przedtem nie byliśmy wobec
siebie szczerzy. Ale to się nigdy nie powtórzy.
Ujął jej twarz w dłonie i zaczął scałowywać łzy. Z nieba padały białe płatki, pierwszy
ś
nieg w tym roku, lecz oni, ciasno objęci w miłosnym uniesieniu nie czuli zimna.
Malinka podeszła do Abby i skubnęła ją w ramię. Grzywę klaczy zdąŜył juŜ całkiem
przyprószyć śnieg, zwierzęciu więc najwyraźniej było pilno wrócić do stajni.
- Malinka ma rację - odezwał się Ted. - Lepiej wracajmy, bo inaczej zamarzniemy i
będziemy zmuszeni czekać do wiosny, aby odtajać.
- Nawet nie zauwaŜyłam, Ŝe zrobiło się bardzo zimno - szepnęła zdziwiona.
Wracali szybko na farmę, a w powietrzu wirowało coraz więcej płatków śniegu, Ŝe
chwilami nic nie było widać. Zima zaczęła się na dobre, lecz oni przeŜywali wiosnę swej
miłości. Zsiedli z koni prowadząc je za uzdy i trzymając się za ręce podeszli do bramy
prowadzącej na farmę Teda. Niewiele przy tym mówili. PrzecieŜ najwaŜniejsze zostało juŜ
powiedziane. Ich miłość nie potrzebowała słów. Wreszcie się odnaleźli i to napełniało ich
szczęściem.