background image

Stanley G. Weinbaum 

 

 

 

Lotofagi 

Zbiór opowiadań 

 

background image

 

O autorze   

 

Stanley  Grauman  Weinbaum,  pisarz  amerykański,  urodził  się  w  roku  1900.  Zmarł 

przedwcześnie  w  roku  1935.  Z  wykształcenia  był  inŜynierem  chemikiem.  Mając  lat  trzydzieści 

cztery  opublikował  swoje  pierwsze  opowiadanie,  które  w  konkursie  amerykańskiego 

stowarzyszenia  pisarzy  fantastów  w  roku  1970,  na  najlepsze  nie  opublikowane  opowiadanie, 

uzyskało drugie miejsce (po opowiadaniu Nightfall Isaaka Asimova). Była to Odyseja marsjańska. 

Stanley  Weinbaum  zapowiadał  się  jako  jeden  z  najbardziej  obiecujących  talentów  wczesnego 

okresu  dwudziestowiecznej  literatury  sf.  Wprowadził  do  swego  opowiadania  pozytywną  postać 

kosmity  (struś  Twil),  obdarzył  ją  ciepłem  i  cechami  ludzkimi,  za  co  wszyscy  miłośnicy  science 

fiction są mu wdzięczni. Stroną najbardziej gorzką tego debiutu był fakt, Ŝe autor musiał umrzeć w 

rok później, w 1935 roku, na raka. Gdyby nie przedwczesna śmierć, dziś byłby zapewne zaliczany 

do  klasyków  gatunku,  na  równi  z  Isaakiem  Asimovem,  Arthurem  C.  Clarke'em,  Robertem 

Heinleinem  czy  Rayem  Bradburym.  Napisał  dwadzieścia  kilka  opowiadań  sf,  w  których  stworzył 

wiele oryginalnych odmian Ŝycia pozaziemskiego, co jak na owe czasy było nowością. 

Opowiadania  te,  a  w  szczególności  wspomniana  juŜ  Odyseja  marsjańska  i  DrapieŜna 

planeta,  znalazły  się  w  wielu  antologiach  wydanych  juŜ  po  jego  śmierci.  RównieŜ  pośmiertnie 

wydano  dwa  zbiory  opowiadań,  które  za  Ŝycia  opublikował  Weinbaum  w  czasopismach,  oraz 

powieści: The Black Flame (1939) i The New Adam (1943), przez niektórych  krytyków uwaŜana 

za najwybitniejsze dzieło tego autora. 

   

background image

DrapieŜna planeta   

 

“Ham” Hammond miał szczęście, Ŝe działo się to w środku pory zimowej, gdy zaskoczyła 

go  erupcja  błota.  W  warunkach  Wenus  pora  zimowa  w  niczym  nie  przypomina  Ziemi.  Jedynie 

mieszkańcy  najcieplejszych  regionów  Amazonki  albo  Konga  mogliby  wyobrazić  sobie  zimę  na 

Wenus: najgorętsze dni lata, skwar, okropne warunki, uciąŜliwi mieszkańcy dŜungli. 

Na  Wenus,  jak  obecnie  wszyscy  dobrze  wiedzą,  pory  roku  występują  przemiennie  na 

przeciwległych półkulach, podobnie jak na Ziemi, jednak z jedną istotną róŜnicą. Kiedy Ameryka 

Północna  i  Europa  latem  ociekają  potem,  w  Australii  i  Argentynie  panuje  zima.  Na  Wenus  pory 

roku uzaleŜnione są nie od odchylenia od płaszczyzny ekliptyki, lecz od libracji. 

Wenus nie kręci się, lecz zwraca stale tą samą stroną do Słońca, tak jak czyni to KsięŜyc w 

stosunku  do  Ziemi.  Na  jednej  stronie  trwa  wiecznie  dzień,  na  drugiej  wiecznie  noc  -  jedynie  w 

strefie zmierzchu, na cienkim pierścieniu opasującym planetę, nie szerszym niŜ pięćset mil, istnieją 

warunki umoŜliwiające bytowanie ludzi. 

Idąc  w  kierunku  strony  oświetlonej  słońcem,  strefa  zmierzchu  wtapia  się  w  Ŝar  pustyni, 

gdzie  wegetuje  zaledwie  kilka  okazów  wenusjańskich  stworzeń,  a  na  skraju  nocy  strefa  nadająca 

się  do  zamieszkania  kończy  się  nagle  ogromną  barierą  lodową  utworzoną  w  wyniku  kondensacji 

górnych wiatrów, które napływają nieustannie od półkuli gorącej do zimnej, aby tu się ochłodzić, 

opaść i pognać z powrotem. 

Ciepłe  powietrze,  oziębiając  się,  zawsze  daje  deszcz,  który  na  skraju  wiecznej  nocy 

zamarza, tworząc ogromne lodowe fortyfikacje. Co leŜy dalej, jakie fantastyczne formy Ŝycia mogą 

występować w bezgwiezdnej ciemności zamarzłej półkuli, czy jest ona martwa, tak jak pozbawiony 

powietrza KsięŜyc, pozostaje nadal tajemnicą. 

Powolna  libracja,  ocięŜałe  chybotanie  się  planety  z  boku  na  bok  stwarza  efekt 

występowania  czegoś  na  podobieństwo pór roku.  W  krajach  strefy  zmierzchu,  najpierw  na jednej 

półkuli,  potem  na  drugiej,  zasłonięte  chmurami  słońce  wydaje  się  stopniowo  wznosić  przez 

piętnaście  dni,  a  następnie  opada  przez  ten  sam  okres.  Słoneczny  krąg  nigdy  nie  wznosi  się 

wysoko, jedynie w pobliŜu lodowej bariery wydaje się prawie dotykać horyzontu, libracja bowiem 

wynosi  zaledwie  siedem  stopni,  ale  i  to  wystarcza  do  wytworzenia  dostrzegalnych 

piętnastodniowych pór roku. 

Ale  jakieŜ  to  pory  roku!  W  zimie  temperatura  spada  do  wilgotnych,  lecz  znośnych 

trzydziestu  pięciu  stopni;  w  dwa  tygodnie  później,  w  pobliŜu  wypalonych  skwarem  Tropików, 

sześćdziesiąt stopni jest oznaką chłodnego dnia. Ustawicznie, zimą i latem, przelotne deszcze kapią 

background image

ponuro w dół i zostają wchłonięte przez gąbczastą glebę, by unieść się w  górę w postaci lepkich, 

nieprzyjemnych miazmatycznych oparów. 

Właśnie  te  olbrzymie  ilości  wilgoci  stanowiły  największą  niespodziankę  dla  pierwszych 

ludzi  przybyłych  na  Wenus.  Oczywiście  chmury  były  widoczne,  ale  spektroskop  nie  stwierdził 

występowania wody. Nic dziwnego, skoro analizował światło odbite od górnej powierzchni chmur, 

pięćdziesiąt mil ponad powierzchnią planety. 

Obfitość  wody  prowadzi  do  zadziwiających  konsekwencji.  Na  Wenus  nie  ma  mórz  ani 

oceanów,  chyba  Ŝe  załoŜymy  istnienie  bezmiernych,  milczących  i  wiecznie  zamarzłych  oceanów 

po  nocnej  stronie.  Na  półkuli  gorącej  parowanie  trwa  zbyt  szybko,  więc  rzeki,  wypływające  z 

lodowych gór, po prostu zmniejszają się, by w końcu wsiąknąć w piach. 

Dalszą  konsekwencję  stanowi  niestały  charakter  gleby  w  strefie  zmierzchu.  Pod  ziemią 

płyną  ogromne  podziemne  rzeki,  niektóre  wrzące,  inne  zimne  jak  lód,  z  którego  powstały.  To 

właśnie  one  przyczyniają  się  do  erupcji  błota,  które  czyni  zamieszkiwanie  przez  ludzi  Tropików 

takim  hazardem:  stała  i  na  pozór  bezpieczna  przestrzeń  moŜe  nagle  zamienić  się  w  morze 

gotującego się błota, w którym zanurzają się i toną budynki, nieraz wraz z mieszkańcami. 

Nie ma sposobu, by przewidzieć wystąpienie katastrofy. Budynki stoją bezpieczne jedynie 

na  rzadko  występujących  pokładach  litej  skały  i  dlatego  wszystkie  ludzkie  osiedla  tłoczą  się  u 

podnóŜa gór. 

Ham  Hammond  był  faktorem.  Był  jednym  z  tych  awanturników,  którzy  pojawiają  się 

zawsze  na  granicy  i  peryferiach  zamieszkałych  regionów.  Większość  z  nich  zalicza  się  do  dwóch 

klas:  są  to  nierozwaŜni  śmiałkowie  goniący  za  ryzykiem  bądź  banici,  kryminaliści  lub  ludzie 

poszukujący samotności albo zapomnienia. 

Ham  Hammond  nie  naleŜał  do  Ŝadnej  z  tych  kategorii.  Nie  uganiał  się  za  abstrakcjami; 

pociągał  go  autentyczny,  konkretny  powab  bogactwa.  Uprawiając  handel  wymienny  z  tubylcami 

nabywał  strąki  zarodników  wenusjańskiej  rośliny  xixtchil,  z  których  ziemscy  chemicy  będą 

ekstrahować trihydroxil-tertiarylinę, czyli potrójny T-D-A, tak skuteczny w kuracji odmładzającej. 

Ham  był  młody  i  chwilami  dziwił  się, czemu  starzy  a  bogaci  męŜczyźni  -  i  kobiety  -  byli 

skłonni płacić tak kolosalne sumy za kilka dodatkowych lat w kwiecie wieku, zwłaszcza Ŝe kuracja 

ta  w  istocie  nie  przedłuŜała  Ŝycia, ale  wywoływała coś  w  rodzaju  chwilowej,  sztucznej  młodości. 

Siwe włosy ciemniały, zmarszczki ulegały wygładzeniu, łysiny pokrywały się puszkiem - a jednak 

po  upływie  kilku  lat  sztucznie  odmłodzony  osobnik  umierał  tak  czy  owak.  Dopóki  jednak  gram 

potrójnego  T-D-A  osiągał  cenę  równą  gramowi  radu,  Ham  był  skłonny  do  podjęcia  wszelkiego 

ryzyka, aby go zdobyć. 

background image

Tak  naprawdę  nigdy  nie  liczył  się  z  moŜliwością  erupcji  błota.  Oczywiście  stanowiło  to 

ustawiczne potencjalne zagroŜenie, a jednak, kiedy patrząc bezczynnie przez okno swojej chaty na 

kłębiącą  się,  parującą  wenusjańską  równinę,  zobaczył  nagle  wytryskujące  wokoło  wrzące  kałuŜe, 

poczuł się kompletnie zaskoczony. 

Na moment zdrętwiał, ale zaraz poderwał się do gorączkowej akcji. 

Naciągnął  na  siebie  ochronny  skafander  z  gumopodobnej  przejrzystej  transdermy, 

przywiązał  rzemieniami  do  stóp  wielkie  misy  nart  błotnych,  zawiesił  na  ramionach  plecak  z 

drogocennymi  strąkami  zarodników  xixtchilu,  zgarnął  trochę  jedzenia  i  wybiegł  na  otwartą 

przestrzeń. 

Ziemia  miała  jeszcze  na  wpół  stałą  konsystencję,  ale  na  jego  oczach  ciemna  gleba  wokół 

metalowych  ścian  chaty  zaczęła  się  gotować.  Sześcian  konteneru  przechylił  się  nieznacznie,  a 

następnie powoli nikł z pola widzenia, aŜ błoto zamknęło się nad nim z bulgotem. 

Ham ocknął się. Wiedział, Ŝe nie wolno stać bez ruchu w środku erupcji błota, nawet jeśli 

się  miało  podobne  do  mis  narty  błotne.  Kto  dopuścił,  aby  lepka  maź  przelała  się  nad  górną 

krawędzią  nart,  znajdował  się  w  pułapce  bez  wyjścia.  Nie  mogąc  oderwać  nogi  Ham  najpierw 

wolno, a potem coraz szybciej pogrąŜyłby się w ślad za swoją chatą. 

Rozpoczął swą wędrówkę po gotującym się bagnie tym szczególnym posuwistym krokiem, 

który opanował w wyniku bogatej praktyki: nie odrywając nart błotnych od powierzchni, ślizgał się 

ostroŜnie, bacząc, by ani trochę błota nie przelało się przez zakrzywione brzegi. 

Był  to  męczący  sposób,  ale  absolutnie  konieczny.  Ham  podąŜał  w  kierunku  zachodnim, 

gdzie leŜała linia cienia - jeśli juŜ musiał szukać miejsca zapewniającego bezpieczeństwo, to czemu 

nie miała nim być strefa oŜywczego chłodu? Grzęzawisko było rozległe; przebył co najmniej milę, 

zanim dotarł do lekkiego wzniesienia i narty zastukały na stałym czy prawie stałym gruncie. Cały 

zlany potem, w skafandrze z transdermy czuł się jak w łaźni; ale człowiek przyzwyczaja się nawet 

do  Wenus.  Oddałby  połowę  drogocennych  strączków  xixtchilu  za  moŜliwość  otworzenia  maski 

skafandra, by móc odetchnąć choćby tym nasyconym parą, wilgotnym wenusjańskim powietrzem: 

ale  jeŜeli  miał  choć  odrobinę  chęci  pozostania  przy  Ŝyciu,  musiał  zrezygnować  z  podobnych 

zachcianek.  Jeden  łyk  nie  przefiltrowanego  powietrza  w  okolicach  gorącego  skraju  strefy 

zmierzchu  oznaczał  szybką  i  bardzo  bolesną  śmierć;  wciągnąłby  dořpłuc  miliony  zarodników 

agresywnych  wenusjańskich  pleśni,  które  pokryłyby  puszystym  mchem  nozdrza,  usta,  płuca,  a  w 

końcu opanowałyby takŜe uszy i oczy. 

Niebezpieczny był wszelki kontakt z wenusjańską biosferą. Pewnego razu Ham natknął się 

na zwłoki handlarza, którego ciało przeŜarła pleśń. 

Facet przypadkowo zrobił dziurę w skafandrze z transdermy - to wystarczyło. 

background image

Z tego powodu jedzenie i picie na otwartej przestrzeni stawało się problemem. Trzeba było 

odczekać, dopóki deszcz nie strąci zarodników pleśni - wówczas miało się do dyspozycji jakieś pół 

godziny. Ale nawet wtedy woda musiała być świeŜo przegotowana, a jedzenie wyjęte bezpośrednio 

z  puszek;  w  przeciwnym  razie,  jak  to  się  zdarzało  niejednokrotnie,  jedzenie  zmieniaio  się 

niespodziewanie w puszystą masę pleśni, która rosła mniej więcej w takim tempie, jak posuwa się 

wskazówka minutowa na zegarze. Co za paskudny widok! Wenus to wstrętna planeta! 

Ta ostatnia refleksja Hama była inspirowana widokiem trzęsawiska, które pochłonęło jego 

chatę.  Roślinność  zniknęła  wraz  z  nią, ale juŜ  wynurzało  się chciwe i  zachłanne  Ŝycie:  wijąca  się 

trawa błotna i bulwiaste grzyby zwane “kroczącymi kulami”. Wszędzie wokół taplały się w błocie 

miliony  małych,  oślizgłych  stworzeń,  poŜerających  się  łapczywie  wzajemnie,  rozdzierających  na 

kawałki, przy czym kaŜdy fragment przeradzał się po chwili w dorosłego osobnika. 

Tysiące  róŜnorakich  gatunków,  lecz  wszystkie  identyczne  pod  jednym  względem:  kaŜdy 

reprezentował  wyłącznie  apetyt,  kaŜdy  w  stu  procentach  był  Ŝarłokiem.  Jak  większość 

wenusjańskich istot, były one wyposaŜone w liczne nogi oraz paszcze. W gruncie rzeczy niektóre z 

nich  nie  były  niczym  więcej  jak  tylko  skrawkami  skóry  podzielonymi  na  tuziny  głodnych  gęb 

pełzających na setkach pajęczych nóŜek. 

ś

ycie na Wenus cechuje mniej lub bardziej pasoŜytniczy charakter. 

Nawet  rośliny,  które  czerpią  poŜywienie  bezpośrednio  z  gleby  i  powietrza,  mają  zdolność 

wchłaniania  i  trawienia,  a  takŜe  w  wielu  wypadkach  chwytania  pokarmu  zwierzęcego. 

Współzawodnictwo  na  tym  wilgotnym  pasku  lądu,  pomiędzy  ogniem  a  lodem,  jest  tak  ostre,  Ŝe 

ktoś, kto nie obserwował jego przejawów, nie jest nawet w stanie go sobie wyobrazić. Królestwo 

zwierząt  wojuje  nieustannie  między  sobą,  a  takŜe  z  królestwem  roślin,  rośliny  zaś  odpłacają 

pięknym  za  nadobne,  częstokroć  przewyŜszając  te  pierwsze  w  tworzeniu  monstrualnych 

drapieŜców, które trudno nadal nazywać roślinami. Potworny świat! 

W ciągu tych kilku chwil, gdy Ham zatrzymał się, by spojrzeć wstecz, pędy pnączy zdąŜyły 

omotać  jego  nogi,  więc  musiał  obciąć  je  noŜem,  i  czarny,  wstrętny  sok,  który  pociekł  po 

nieprzenikliwej  transdermie,  zaczął  niezwłocznie  pokrywać  się  puchem,  w  miarę  jak  kiełkowały 

pleśnie. Ham się wzdrygnął. 

-  Co  za  piekielne  miejsce  -  warknął  schylając  się,  by  zdjąć  narty  błotne,  które  następnie 

przezornie zarzucił na plecy. 

Mozolnie  brnął  przez  wijącą  się  roślinność,  odruchowo  robiąc  uniki  przed  niezdarnymi 

próbami  dosięgnięcia  go  przez  drzewo,  zwane  Jacek-Łapacz.  Drzewo  wyrzucało  w  kierunku jego 

rąk  i  nóg  pętle  podobne  do  macek.  Od  czasu  do  czasu  mijał  jakiś  egzemplarz  Jacka-Łapacza,  z 

którego  zwisało  schwytane  stworzenie,  zwykle  nie  dające  się  nawet  rozpoznać,  poniewaŜ  pleśń 

background image

obrastała  je  włochatym  całunem,  podczas  gdy  drzewo  spokojnie  konsumowało  zarówno  jedno  i 

drugie. 

- Okropne miejsce - zamruczał Ham spychając nogą drgający kłąb nie znanych mu z nazwy 

robaków. 

Zamyślił  się; jego  chata leŜała  na  skraju gorącego brzegu  strefy zmierzchu,  zatem  dzieliło 

go  trochę  ponad  dwieście  pięćdziesiąt  mil  od  linii  cienia,  chociaŜ  odległość  ta  wahała  się  w 

zaleŜności od libracji. 

Nikomu  nie  udaje  zbliŜyć  się  zbytnio  do  samej  linii,  szaleją  tam  bowiem  wręcz 

niewyobraŜalnie  gwałtowne  burze.  Gorące  górne  wiatry  ścierają  się  z  lodowatymi  huraganami 

nadlatującymi z ciemnej strony i wywołują bóle porodowe bariery lodowej. 

Ham  powinien  przejść  sto  pięćdziesiąt  mil  na  zachód,  aby  znaleźć  chłód  i  wkroczyć  do 

rejonu  o  klimacie  zbyt  umiarkowanym  dla  rozwoju  pleśni.  Tam  będzie  mógł  poruszać  się  we 

względnym komforcie. 

Licząc  od  tego  miejsca nie dalej  niŜ  pięćdziesiąt  mil  na  północ leŜy  amerykańskie  osiedle 

Erotia. 

Drogę  Hama  przegradzało  pasmo  Gór  Wieczności.  Nie  były  to  wprawdzie  potęŜne 

dwudziestomilowe  olbrzymy,  których  wierzchołki  są  czasami  przelotnie  dostrzegane  przez 

ziemskie  teleskopy,  a  które  na  wieki  oddzielają  brytyjską  część  Wenus  od  posiadłości 

amerykańskich, jednakŜe góry te budziły prawdziwy  respekt nawet na przełęczy, gdzie Ham miał 

zamiar je przekroczyć. Znajdował się po stronie brytyjskiej, do czego zresztą nikt nie przywiązywał 

Ŝ

adnego znaczenia. Faktorzy przekraczali tę granicę, jak im się podobało. 

Projekt  ten  oznaczał  konieczność  przebycia  około  dwustu  mil.  LeŜało  to  całkowicie  w 

zakresie moŜliwości Hama. Był uzbrojony zarówno w pistolet automatyczny, jak i miotacz ognia, 

równieŜ  woda  nie  stanowiła  problemu  pod  warunkiem,  Ŝe  się  ją  pieczołowicie  gotowało.  W 

skrajnych  sytuacjach  dało  się  podobno  jeść  wenusjańskie  stworzenia  ale  wymagało  to  głodu, 

sumiennego gotowania i odpornego Ŝołądka. 

“Nie  tyle  chodzi  o  smak,  ile  o  wygląd”,  mówili  ci,  co  przez  to  doświadczenie?  przeszli. 

Uśmiechnął  się  cierpko.  Bez  wątpienia  będzie  zmuszony  sam  się  przekonać  o  słuszności  tego 

stwierdzenia,  było  bowiem  mało  prawdopodobne,  aby  konserwy  mogły  wystarczyć  na  cały  okres 

jego wędrówki. Ham pocieszał się, Ŝe w zasadzie nie ma powodu do zmartwień. W gruncie rzeczy 

jest się z czego cieszyć. Co najwaŜniejsze strąki xixtchilu spoczywające w jego plecaku stanowiły 

taki majątek, jaki zdołałby zebrać na Ziemi jedynie w wyniku kilkunastu lat mozolnego trudu. 

background image

Niby nic nie groziło - a jednak ludzie ginęli bez śladu na Wenus tuzinami. Upominały się o 

nich  pleśnie  lub jakieś  okrutne  potwory  albo  moŜe  któreś  z  wielu  nieznanych  monstrów,  na  wpół 

roślin, na wpół zwierząt. 

Ham  wlókł  się  noga  za  nogą,  zwykle  wybierając  polany,  jakie  tworzyły  się  wokół  drzew 

Jacka-Łapacza, te wszystkoŜerne rośliny bowiem eliminowały wszelkie przejawy  Ŝycia w zasięgu 

swoich łapczywych sideł. 

Gdzie indziej posuwanie się naprzód było praktycznie niemoŜliwe, poniewaŜ wenusjańska 

dŜungla  przedstawiała  sobą  tak  przeraŜającą  plątaninę  skłębionych  i  poŜerających  się  form,  Ŝe 

poruszać moŜna się było jedynie wyrąbując sobie drogę, krok po kroku, niezmiernym wysiłkiem. 

Ale nawet wtedy groziło niebezpieczeństwo ze strony Bóg wie jakich, uzbrojonych w jad i 

kły  stworzeń,  których  zęby  mogły  przekłuć  ochronną  powłokę  transdermy.  Jej  pęknięcie  oznacza 

ś

mierć.  Nawet  nieprzyjemne  drzewa  Jacka-Łapacza  były  bardziej  poŜądaną  kompanią,  pomyślał 

Ham, odtrącając ustawicznie penetrujące otoczenie liany. 

W  sześć  godzin  po  rozpoczęciu  przez  Hama  przymusowej  wędrówki  zaczęło  padać. 

Wyszukał  miejsce,  które  niedawna  erupcja  błota  oczyściła  z  drzew  i  krzewów,  i  zabrał  się  do 

jedzenia.  Najpierw  zaczerpnął  trochę  pokrytej  szumowinami  wody,  przefiltrował  ją  przez  sitko 

przymocowane w tym celu do manierki i przystąpił do sterylizacji. 

Ogień  był  nieosiągalny,  w  Tropikach  Wenus  bowiem  suchy  opał  zdarza  się  wyjątkowo 

rzadko.  Ham  wrzucił  termiczne  tabletki  do  płynu,  które  zagotowały  wodę  natychmiast, 

wyparowując  równocześnie  w  postaci  gazu.  Woda  zachowała  nieznaczny  posmak  amoniaku  -  to 

było jeszcze najmniej uciąŜliwe. Nakrył naczynie i odstawił, aby woda ostygła. 

Otworzył konserwę z fasolą, rozglądał się przez chwilę, czy jakaś zabłąkana pleśń nie unosi 

się  w  powietrzu,  następnie  odkrył  wizjer  i  spiesznie  przełknął  poŜywienie.  Następnie  napił  się 

letniej  wody  i  wlał  ostroŜnie  pozostałość  do  woreczka  na  wodę,  mieszczącego  się  wewnątrz 

skafandra, skąd mógł ją popijać przez rurkę. 

W niecałe dziesięć minut po zakończeniu posiłku, kiedy Ham jeszcze odpoczywał i marzył 

o  nieosiągalnym  luksusie  papierosa,  włochata  warstwa  pleśni  pokryła  nagle  resztki  jedzenia  w 

puszce. 

Godzinę  później,  zmęczony  i  zlany  potem,  Ham  znalazł  Drzewo  Przyjazne,  nazwane  tak 

przez jego odkrywcę, przyrodnika Burlingame. 

Jest  to  jedno  z  nielicznych  drzew  na  Wenus  o  ruchach  tak  niemrawych,  Ŝe  moŜna 

bezpiecznie  odpoczywać  wśród  jego  gałęzi.  Ham  wlazł  na  nie,  ulokował  się  moŜliwie 

najwygodniej i spał jak zabity. 

background image

Minęło  pięć  godzin.  Ham  po  obudzeniu  stwierdził,  Ŝe  gałązki  i  małe  przyssawki 

Przyjaznego  Drzewa  oplatały  całą  jego  transdermę.  Poodrywał  je  bardzo  ostroŜnie,  zlazł  na  dół  i 

powlókł się ocięŜale na zachód. 

TuŜ po ustaniu drugiego deszczu napotkał pyzę - stworzenie nazywane tak w angielskiej i 

amerykańskiej  części  Wenus.  W  strefie  francuskiej  nazywa  się  ono  “pot  a  colle”,  czyli  “garnek 

ciasta”, a w duńskiej - no cóŜ, Duńczycy nie są pruderyjni, więc nazywają potwora tak, jak na to 

zasługuje. 

W rzeczy samej pyza jest ohydnym stworzeniem. Masa białej, podobnej do surowego ciasta 

protoplazmy,  osiąga  wielkość  od  pojedynczej  komórki  aŜ  do  dwudziestu  ton  kaszowatego 

plugastwa.  Nie  przybiera  Ŝadnej  określonej  formy,  jest  to  po  prostu  bezkształtna  masa  komórek 

uwolniony od powłoki cielesnej, pełzający, wiecznie głodny rak. 

Pyza  nie  jest  zorganizowana,  nie  posiada  inteligencji  ani  Ŝadnego  instynktu,  z  wyjątkiem 

chyba poczucia głodu. Porusza się tam, gdzie pokarm dotyka jej powierzchni. Kiedy dotyka dwóch 

jadalnych substancji, po prostu się dzieli,  przy czym większa część atakuje większą zdobycz. Jest 

niewraŜliwa  na  kule  i  nic  oprócz  przeraŜającego  wytrysku  płomienia  z  miotacza  ognia  nie  jest  w 

stanie jej  zabić, a  i  to  tylko  wtedy,  gdy  płomień  zniszczy  wszystkie  komórki.  Toczy  się  po  ziemi 

wchłaniając  wszystko,  pozostawiając  za  sobą  gołą,  czarną  ziemię,  na  której  od  razu  pojawiają  się 

wszędobylskie pleśnie. 

Ham  odskoczył  na  bok,  gdy  pyza  wypadła  nagle  z  dŜungli,  po  jego  prawej  stronie. 

Wprawdzie  nie  byłaby  w  stanie  uszkodzić  chroniącej  go  transdermy,  ale  wchłonięcie  przez 

ciastowatą bryję groziło uduszeniem. 

Cholernie  go  kusiło,  by  porazić  ją  pełnym  ładunkiem  z  miotacza  ognia,  zawieszonego  u 

pasa, podczas gdy przetaczała się obok niego całym pędem. Ale doświadczony wenusjański pionier 

bardzo  oszczędnie  korzysta  z  broni.  Jest  ona  naładowana  diamentem,  wprawdzie  mniej 

wartościowym,  przemysłowym,  ale  jednak  bezcennym  w  trudnych  sytuacjach.  Odpalony  kryształ 

oddaje  całą  energię  w  jednym  potwornym  strumieniu  ognia,  który  z  rykiem  gromu  uderza  na 

odległość stu jardów, obracając w popiół wszystko na linii strzału. 

Ohydna  pyza  przetoczyła  się  przy  akompaniamencie  odgłosów  cmokania  i  mlaskania.  Za 

nią  otworzyła  się  przecinka,  jaką  wytrzebiła  w  gęstwinie  -  pnącza,  liany,  Ŝmijowate  bluszcze, 

drzewa  Jacka-Łapacza  wszystko  zostało  bez  reszty  wymiecione  aŜ  do  wilgotnego  podłoŜa,  gdzie 

dosłownie w oczach, na śluzie pozostawionym przez pyzę, wyrastały pleśnie. 

Korytarz  prowadził  mniej  więcej  w  kierunku,  w  którym  Ham  zamierzał  iść,  skorzystał 

zatem  z  okazji  i  kroczył  zamaszyście  naprzód,  rzucając  bacznie  okiem  na  złowieszcze  ściany 

background image

dŜungli.  Za  mniej  więcej  dziesięć  godzin  ścieŜka  ta  wypełni  się  ponownie  wrogim  Ŝyciem,  ale 

chwilowo istniała moŜliwość znacznie szybszego poruszania się naprzód. 

Przeszedł  juŜ  dobre  pięć  mil  szlakiem,  który  zaczynał  nieprzyjemnie  porastać,  kiedy 

napotkał  tubylca  galopującego  na  czterech  krótkich  nogach.  Jego  ręce  podobne  do  szczypiec 

wycinały przejście w gąszczu. Ham zatrzymał się na krótki palawer. 

- Murra - powiedział. 

Język  autochtonów  ekwatorialnych  Tropików  jest  cudaczny.  Liczy  prawdopodobnie  około 

dwustu  słów,  ale  ktoś,  kto  je  opanował,  nie  moŜe  powiedzieć,  Ŝe  zna  go  w  pełni.  Słowa  cechuje 

uogólnienie  pojęciowe,  a  kaŜdy  dźwięk  ma  od  tuzina  do  setki  znaczeń.  “Murra”  na  przykład  jest 

słowem  wyraŜającym  powitanie,  moŜe  oznaczać  coś  bardzo  zbliŜonego  do  “halo”  lub  “dzień 

dobry”.  MoŜe  jednak  równieŜ  przekazywać  wyzwanie  -  “strzeŜ  się”.  Poza  tym  znaczy  “bądźmy 

przyjaciółmi”, a takŜe, o dziwo, “wyzywam cię”. 

Ma ono równieŜ pewne znaczenie rzeczownikowe, oznacza pokój, wojnę, odwagę i bojaźń. 

Subtelny  język.  Dopiero  ostatnio  studia  nad  modulacją  głosu  ujawniły  ziemskim  filologom  jego 

bogatą  naturę.  A  zresztą  angielski  ze  swoimi  “to”,  “too”  i  “two”;  “one”,  “won”,  “wen”,  “win”, 

“when” i tuzinem innych zbliŜonych dźwięków  teŜ mógłby się wydawać równie dziwny dla uszu 

Wenusjan, nie wyćwiczonych w rozróŜnianiu samogłosek. 

Co  gorsza,  ludzie  nie potrafią  odczytywać  uczuć z  szerokich,  płaskich  twarzy  Wenusjan  o 

trzech oczach, a muszą one z pewnością przekazywać sporo informacji. 

Wenusjanin zaakceptował jednak zamierzony sens. 

- Murra - odpowiedział, zatrzymując się. - Usk? - Oznacza to między innymi: “kim jesteś?” 

albo: “skąd idziesz?”, lub teŜ: “dokąd zmierzasz?”. 

Ham wybrał to ostatnie znaczenie. Wskazał na zamglony zachód, a następnie podniósł rękę 

łukiem kreśląc góry. - Erotia - powiedział. 

Ta nazwa miała tylko jedno znaczenie. 

Tubylec  rozwaŜał  to  w  milczeniu.  W  końcu  machnął  swoimi  pazurami  wzdłuŜ  ścieŜki,  w 

kierunku zachodu. 

- Curky - powiedział, a potem - Murra - na poŜegnanie. Ham przywarł do wijącej się ściany 

dŜungli, aby ułatwić mu przejście. 

“Curky”  oznacza,  obok  dwudziestu  innych  pojęć,  handlarza.  Słowo  stosowane  zwykle  w 

odniesieniu do Ziemian i Ham cieszył się z góry na towarzystwo człowieka. Mijało juŜ z górą sześć 

miesięcy od czasu, kiedy ostatni raz słyszał dźwięk ludzkiego głosu inaczej niŜ za pośrednictwem 

malutkiego radia, które zatonęło wraz z jego chatą. 

background image

Po  przejściu  dalszych  pięciu mil  wyŜartych  przez  pyzę,  Ham  znalazł  się nagle na  polanie, 

na której niedawno miała miejsce erupcja błota. 

Roślinność  sięgała  tu  zaledwie  do  pasa,  a  w  odległości  ćwierć  mili  zobaczył  budynek 

faktorii. Był znacznie bardziej okazały od jego własnej izdebki, kontenera o metalowych ściankach. 

Ten  chełpił  się  aŜ  trzema  izbami.  W  Tropikach  to  niesłychany  luksus:  tu  kaŜda  uncja  musi  być 

mozolnie przetransportowana za pomocą rakiety z jednego z osiedli. 

DuŜe  koszty,  wręcz  rujnujące.  Działalność  faktorów  zawierała  znaczne  ryzyko  i  Ham 

cieszył się, Ŝe udało mu się wyjść z takim zyskiem. 

Pomaszerował  przez  ciągle  grząski  grunt.  Okna  faktorii  zasłonięte  dla  ochrony  przed 

wiecznym  dziennym  światłem.  A  drzwi...  drzwi  były  zamknięte!  Stanowiło  to  pogwałcenie  praw 

obowiązujących  na  pograniczu  cywilizacji.  Wszyscy  zostawiali  drzwi  otworem,  mogło  to 

decydować  o  ratunku  dla  jakiegoś  zbłąkanego  faktora.  Nawet  człowiek  bez  honoru  nie  waŜył  się 

kraść z otwartej chaty. 

Nie  uczyniliby  tego  równieŜ  tubylcy  -  Ŝadna  istota  nie  jest  tak  uczciwa  jak  wenusjański 

autochton, który nigdy nie kłamie i nigdy nie kradnie, ale który moŜe, oczywiście po zwyczajowym 

ostrzeŜeniu, zabić kupca, aby posiąść jego towary. 

Ham stał jak wryty. Po namyśle udeptał kawałek czystej przestrzeni przed drzwiami, usiadł 

opierając się o nie i strzepnął liczne i budzące wstręt drobne stworzenia, które mrowiły się na jego 

transdermie, i, czekał. 

Minęło  co  najmniej  pół  godziny,  zanim  dojrzał  faktora  brodzącego  przez  polanę.  Niski, 

szczupły  facet;  kaptur  skafandra  zacieniał  mu  twarz  i  Ham  zaledwie  mógł  dostrzec  wielkie, 

podkrąŜone oczy. Wstał. 

- Cześć! - powiedział. - Wpadło mi do głowy złoŜyć panu wizytę. Nazywam się Hamilton 

Hamrnond. Jak pan się domyśla, przyjaciele nazywają mnie Ham. 

Faktor  zatrzymał  się,  po  czym  przemówił  dziwnie  miękkim  i  matowym  głosem,  ze 

zdecydowanie angielskim akcentem. 

- MoŜe by się pan odsunął i wpuścił mnie, co? Do widzenia! Ton jego głosu był lodowaty, 

nieprzyjazny. 

Ham poczuł zdziwienie i gniew. 

- Do diabła! - warknął. - AleŜ pan jest gościnny! 

- Dla pana nie ma miejsca pod moim dachem. - Gospodarz zatrzymał się w drzwiach. - Jest 

pan Amerykaninem? Co pan robi na terytorium brytyjskim? Mogę zobaczyć pański paszport? 

- Od kiedy to paszport obowiązuje w Tropikach? 

background image

- Handlarz, prawda? - Faktor był szczupły, a ton jego  głosu ostry. -  Krótko mówiąc jesteś 

przemytnikiem. Przebywasz tu bezprawnie. Wynoś się! 

Ham zacisnął zęby. 

-  Prawnie  czy  nie  -  powiedział  -  to  bez  znaczenia.  Jestem  upowaŜniony  do  korzystania  z 

przywilejów  wynikających  z  kodeksu  pogranicza.  Chcę  odetchnąć  czystym  powietrzem,  otrzeć 

twarz z potu i coś zjeść. Otwórz te drzwi i wchodzimy. 

Błysnął przed nim pistolet automatyczny. 

- Spróbuj, a będziesz karmił pleśń. 

Ham, jak wszyscy wenusjańscy pionierzy, był z konieczności śmiały i przedsiębiorczy. Jak 

to mówią w Stanach - twardy chłop. 

- Przekonałeś mnie. Chciałbym tylko coś zjeść. 

-  Poczekaj  na  deszcz  -  odpowiedział  tamten  chłodno  i  zwrócił  się  ku  drzwiom,  by  je 

otworzyć. 

W  tym  momencie  Ham  kopnął  pistolet,  który  koziołkując  uderzył  w  ścianę  i  spadł 

pomiędzy  chwasty.  Przeciwnik  sięgnął  po  miotacz  ognia  wiszący  u  jego  boku.  Ham  złapał  jego 

rękę w przegubie. 

Chwyt  był  na  tyle  mocny,  Ŝe  faktor  natychmiast  przestał  się  sza-  motać.  Ham  odczuł 

chwilowe zdumienie z powodu kruchości nadgarstka, wyczuwalnej przez warstwę transdermy. 

- Słuchaj! - warknął. - Zamierzam coś zjeść w tym domu. 

Otwieraj drzwi! 

Trzymał go za obie ręce. Facet wydawał się zadziwiająco wątły. 

Skinął głową, a Ham uwolnił jego rękę. Drzwi się otwarły, weszli do środka. 

Uderzył  go  niesłychany  wręcz  przepych.  Masywne  krzesła,  solidny  stół,  nawet  ksiąŜki, 

zapewne pieczołowicie zakonserwowane wyciągiem z widłaka przeciwko pleśniom, które czasami 

wdzierają  się  do  chat  w  Tropikach  pomimo  siatek,  filtrów  i  automatycznych  rozpylaczy.  Kiedy 

weszli, automatyczny rozpylacz otoczył ich chmurą środków dezynfekujących, aby zabić zarodniki 

pleśni, jakie mogłyby się dostać do wnętrza w momencie otwarcia drzwi. 

Ham usiadł cięŜko, obserwując bacznie gospodarza. Pozwolił mu zachować miotacz ognia 

w kaburze u pasa. Był pewien, Ŝe zdoła wyprzedzić tego cherlaka w sięganiu do pistoletu; poza tym 

kto rozsądny ryzykowałby uŜycie miotacza ognia w mieszkaniu? Z jedną ze ścian budynku trzeba 

by się poŜegnać. 

Zajął  się  otwarciem  wizjera,  wyciąganiem  jedzenia  z  plecaka,  wycieraniem  spoconej 

twarzy,  podczas  gdy  jego  współtowarzysz - czy  teŜ  przeciwnik  -  patrzył  na  niego  milcząco.  Ham 

obserwował przez chwilę otwartą konserwę mięsną; pleśń się nie pojawiła. Zaczoł jeść. 

background image

- Czemu, u diabła - burknął Ham - nie podniesiesz wizjera? Tamten milczał uparcie. - Boisz 

się, Ŝe zobaczę twoją twarz, co? 

Twoja facjata mnie nie interesuje. Nie jestem gliną. 

Zapanowało milczenie. Spróbował raz jeszcze. 

- Jak się nazywasz? 

- Burlingame. Pat Burlingame. 

Ham roześmiał się. 

- Patryk Burlingame nie Ŝyje, przyjacielu. Znałem go. - śadnego odzewu. - Jeśli nie chcesz 

powiedzieć, jak się nazywasz, to przynajmniej nie obraŜaj pamięci dzielnego człowieka i wielkiego 

odkrywcy. 

- Dziękuję - głos był sardoniczny. - To był mój ojciec. 

-  Jeszcze  jedno  kłamstwo.  Burlingame  nie  miał  syna.  On  miał  tylko...  -  Ham  przerwał 

skonsternowany. - Otwórz wizjer! - krzyknął. 

- Czemu nie? - powiedział miękki głos. Przeciwsłoneczna przesłona opadła. 

Ham  przełknął  ślinę.  Awanturnik  i  wenusjański  handlarz  był  jednak  dŜentelmenem.  Z 

wykształcenia  był  inŜynierem,  jedynie  pokusa  szybkiego  wzbogacenia  się  ściągnęła  go  do 

Gorących Krajów. 

- Przepraszam - bąknął. 

- Ach, wy, dzielni amerykańscy kłusownicy! - odezwała się szyderczo Pat. - Czy wszyscy 

jesteście tacy dzielni, by narzucać się kobiecie? 

- Co pani robi w takim miejscu? 

-  Nie  ma  Ŝadnego-  powodu,  abym  odpowiadała  na  pana  pytania.  Wykonała  nieokreślony 

ruch ręką  wskazując  w głąb  pokoju.  - Klasyfikuję florę i faunę Gorących Krajów. Nazywam się 

Patrycja Burlingame, jestem biologiem. 

Dopiero  teraz  dostrzegł  okazy  zakonserwowane  w  słojach,  umieszczone  w  następnym 

pomieszczeniu, najpewniej stanowiącym laboratorium. 

- Samotna dziewczyna w Tropikach? Pani jest, przepraszam, lekkomyślna. 

- Nie oczekiwałam spotkań z amerykańskimi kłusownikami. 

Ham zarumienił się. 

- Nie musi mieć pani Ŝadnych obaw z mego powodu. Wychodzę. Podniósł rękę do swego 

wizjera. 

W tym samym momencie Patrycja wyrwała pistolet automatyczny z szuflady stołu. 

background image

-  Nie  zatrzymuję  pana,  panie  Hammond  -  powiedziała  chłodno.  Ale  xixtchil  zostanie  u 

mnie.  Stanowi  własność  korony  brytyjskiej.  Ukradłeś  go  pan  na  naszym  terytorium  i  ja  go 

konfiskuję. 

Ham  wlepił  w  nią  wzrok. 

- Zaryzykowałem wszystko, co posiadam, Ŝeby zdobyć ten xixtchil. 

Jeśli go stracę, będę bankrutem. Po moim trupie! 

- To się zobaczy. 

Ham zatrzasnął kask i usiadł. 

-  Panno  Burlingame  -  powiedział.  -  Nie  sądzę,  by  zdobyła  się  pani  na  strzał  do  Ŝywego 

człowieka,  ale  będzie  pani  musiała  nacisnąć  spust,  aby  zdobyć  xixtchil.  Mam  czas.  Będę  siedział 

tak długo, aŜ pani upadnie z wyczerpania. 

Patrzył w jej szare oczy. Pistolet wymierzony był pewnie w jego serce, ale strzał nie padł. 

W końcu dziewczyna uległa. 

- Wygrałeś, kłusowniku. - Wrzuciła pistolet do pustej szuflady. Wobec tego wynoś się. 

- Z przyjemnością! - odrzekł skwapliwie. 

Wstał,  dotknął  wizjera,  ale  zatrzymał  go  okrzyk  dziewczyny.  Odwrócił  się  podejrzewając 

podstęp. Pat wpatrywała się w okno szeroko rozwartymi ze strachu oczami. 

Ham  zobaczył  kłębiącą  się  roślinność,  a  następnie  ogromną  białawą  masę.  Pyza 

monstrualnej  wielkości  pełzła  miarowo  w  stronę  ich  schronienia.  Usłyszał  delikatne  “plum”,  a 

potem  okno  zostało  zasłonięte  kleistą  mazią.  Potwór,  dość  wielki,  aby  pochłonąć  cały  budynek, 

rozdzielił się na dwie części i opłynął go wokoło łącząc się z drugiej strony. 

Ciszę przerwał wzburzony głos Pat. 

- Twój hełm, głupcze! - powiedziała szorstko. - Zamknij go! 

- Hełm? Dlaczego? - Pomimo wątpliwości posłuchał jej automatycznie. 

- Właśnie dlatego! Soki trawienne. Spójrz! 

Pokazała    na    ściany;      pojawiło      się    na    nich    tysiące    maleńkich  jak  ostrze  igły, 

ś

wietlistych  otworków.  Soki  trawienne  pyzy,  dostatecznie  agresywne,  aby  atakować  wszelkie 

ź

ródło  pokarmu,  skorodowały  metal,  który  stał  się  porowaty,  chata  zaś  została  zniszczona 

bezpowrotnie. 

W  mgnieniu  oka  kosmate  kępki  pleśni  wyskoczyły  na  resztkach  jego  posiłku,  a 

czerwonawo-zielony koŜuch wykwitł na krzesłach i stole. 

Spojrzeli na siebie. 

Ham parsknął śmiechem. 

- Aha - powiedział. - Teraz i pani jest bezdomna. Moja chata utonęła w bąblu błota. 

background image

-  NaleŜało  się  tego  spodziewać  -  odparła  lodowato  Pat.  -  Wy,  jankesi,  nie  potraficie 

domyślić się, Ŝe naleŜy poszukać solidnego podłoŜa. Lita skała leŜy tu na głębokości sześciu stóp i 

mój dom postawiony jest na palach. 

- W kaŜdym razie nie brak pani zimnej krwi. Ale na dobrą sprawę pani mieszkanie równie 

dobrze mogłoby utonąć. Co ma pani zamiar teraz zrobić? 

- Proszę się tym nie martwić. Dam sobie doskonale radę. 

- Jak? 

- Nie pańska sprawa. Co miesiąc przylatuje do mnie rakieta. 

- Wobec tego musi pani być milionerką. 

- Królewskie Towarzystwo - powiedziała chłodno - finansuje ekspedycję. Rakieta powinna 

tu przybyć... 

Zrobiła pauzę. Hamowi wydało się, Ŝe twarz jej zbladła za osłoną hełmu. 

- Powinna przybyć... kiedy? 

- Właśnie była tu dwa dni temu. Kompletnie o tym zapomniałam. 

- Rozumiem. I pani sądzi, Ŝe będzie tu mogła sterczeć przez miesiąc, czekając na następną. 

Pat spojrzała na niego z oburzeniem. 

- Czy pani zdaje sobie sprawę - kontynuował - co panią czeka przez ten miesiąc? Brakuje 

dziesięciu dni do okresu lata, a proszę spojrzeć na swoją chałupę. - Wskazał na ściany, na których 

rozrastały  się  brązowe  i  rude  łaty.  W  wyniku  jego  gwałtownego  gestu  kawałek  ściany  wielkości 

spodka  wyleciał  ze  zgrzytem  na  zewnątrz.  -  W  ciągu  dwóch  dni  będzie  to  kompletną  ruiną.  Co 

zrobi  pani  bez  schronienia,  kiedy  temperatury  zaczną  sięgać  siedemdziesięciu,  osiemdziesięciu 

stopni? 

Powiem: pani zginie! 

Pat milczała. 

-  Zanim  powróci  tu  rakieta,  będzie  pani  bezkształtną  masą  pleśni  powiedział  Ham.  -  A 

potem stertą gołych kości, które pójdą na dno przy pierwszej erupcji błota. 

- Zamknij się! - wypaliła. 

-  Milczenie  nic  nie  pomoŜe.  Powiem  pani  teraz,  co  moŜe  pani  zrobić.  MoŜe  pani  zabrać 

plecak i narty błotne i pójść razem ze mną. 

Dojdziemy  do  Krainy  Chłodu  przed  latem,   jeśli potrafi pani równie dobrze chodzić jak 

gadać. 

- Pójść z jankeskim kłusownikiem? Ani mi się śni! 

- A potem - kontynuował - moŜemy bez trudu przejść do Erotii, solidnego amerykańskiego 

miasteczka. 

background image

Pat sięgnęła po swój plecak z artykułami pierwszej potrzeby, będący stale w pogotowiu na 

wypadek  nieszczęścia,  i  zarzuciła  go  na  ramiona.  Wyciągnęła  gruby  plik  notatek,  napisany 

anilinowym  atramentem  na  transdermie,  zmiotła  po  drodze  kilka  zabłąkanych  pleśni  i  wsunęła 

zwitek do plecaka. Podniosła parę nart błotnych i zwróciła się rezolutnie w kierunku drzwi. 

- A więc idziemy? - zachichotał. 

- Ja idę - powiedziała chłodno. - Do porządnego angielskiego miasta Yenoble. Sama. 

- Yenoble - jęknął. - ToŜ to dwieście mil na południe. I w dodatku za Górami Wieczności. 

Patrycj  a  wyszła  bez  słowa  z  domu  i  skręciła  na  zachód  w  kierunku  Krainy  Chłodu.  Ham 

wahał się przez chwilę, następnie podąŜył za nią. 

Nie mógł pozwolić dziewczynie, aby próbowała przebyć tę wyprawę samotnie; wobec tego, 

Ŝ

e ignorowała jego obecność, po prostu szedł jej śladem, powłócząc nogami, gniewny i ponury. 

Przez trzy godziny, albo i więcej, maszerowali z trudem w nie kończącym się blasku dnia, 

robiąc  uniki  przed  natręctwem  drzew  Jacka-Łapacza.  Szli  przewaŜnie  niezupełnie  zarośniętym 

ś

ladem pierwszej pyzy. 

Ham  był  zdumiony  zwinną  i  wiotką  postacią  dziewczyny,  która prześlizgiwała  się  wzdłuŜ 

ś

cieŜki  z  wprawą  tubylca.  Przypomniał  sobie,  Ŝe  w  pewnym  sensie  ona  była  tubylcem.  Córka 

Patryka  Burlingame'a  była  pierwszym  ludzkim  dzieckiem  urodzonym  na  Wenus,  w  kolonii 

Yenoble, załoŜonej przez jej ojca. 

Ham  przypomniał  sobie  artykuły  w  gazetach  pisane  w  czasie,  kiedy  Pat  jako  ośmioletnie 

dziecko  została  wysłana  na  Ziemię  -  Ham  miał  wtedy  trzynaście.  Obecnie  miał  lat  dwadzieścia 

siedem, co dawało Patrycji Burlingame dwadzieścia dwa. 

Nie wymienili między sobą ani słowa, aŜ w końcu wyprowadzona z równowagi dziewczyna 

odwróciła się gwałtownie. 

- Proszę odejść - wy buchnęła. 

Ham zatrzymał się. 

- PrzecieŜ  się pani  nie  narzucam. 

- AleŜ ja nie potrzebuję opiekuna. Jestem lepszą pionierką niŜ ty! 

Nie podjął dyskusji. Po chwili Pat wykrzyknęła; - Nienawidzę cię, jankesie! O BoŜe, jak ja 

cię nienawidzę! - Odwróciła się i podąŜyła dalej. 

Godzinę  później  zaskoczyła  ich  erupcja  błota.  Bez  ostrzeŜenia  wodnista  bryja  zagotowała 

się  wokół  ich  stóp,  a  roślinność  zakołysała  się  gwałtownie.  Gorączkowo  przypasali  rzemieniami 

narty błotne, podczas gdy wokół nich co cięŜsze rośliny zatapiały się z ponurym bulgotem. 

Ham ponownie podziwiał grację dziewczyny. Patrycja ślizgała się po niestałej powierzchni 

z szybkością, której nie mógł dorównać, tak Ŝe wlókł się daleko z tyłu. 

background image

Nagle  zobaczył,  Ŝe  przystanęła.  Jest  to  niebezpieczne  na  terenie  erupcji  błota  i  tylko 

krytyczna sytuacja mogła to usprawiedliwić. Kiedy zbliŜył się na sto stóp, dostrzegł przyczynę. Na 

jej  prawym  bucie  pękło  wiązanie.  Stała  bezradna,  balansując  na  lewej  nodze,  podczas  gdy  druga 

narta zanurzała się powoli. Czarne błoto przelewało się przez wierzch. 

Obserwowała go, kiedy się zbliŜał. Gdy zobaczyła, co zamierza zrobić, odezwała się: 

- Nie dasz rady. 

Ham schylił się ostroŜnie, ujął ją pod kolanami i przez plecy. Jej narta była juŜ zalana, lecz 

wyszarpnął  ją  gwałtownie,  wpierając  krawędzie  swoich  nart  niebezpiecznie  blisko  powierzchni 

błota. Błoto cmoknęło, ale Pat została uwolniona. LeŜała bardzo spokojnie w jego ramionach, aby 

nie  wytrącić  go  z  równowagi.  Rozpoczął  ostroŜny  manewr  poruszania  się  po  zdradzieckiej 

powierzchni.  Nie  była  cięŜka,  a  jednak  Ŝycie  ich  obojga  wisiało  na  włosku.  Błoto  ocierało  się  i 

bulgotało  na  samej  krawędzi  jego  nart.  ChociaŜ  grawitacja  Wenus  jest  nieznacznie  mniejsza  od 

ziemskiej,  to  gdzieś  po  tygodniu  pobytu  człowiek  przyzwyczaja  się  i  ta  dwudziestoprocentowa 

róŜnica przestaje być zauwaŜalna. 

Po stu jardach dotarli do twardego gruntu. Postawił Pat na ziemi i odwiązał narty. 

- Dziękuję - powiedziała chłodno. - Spisał się pan męŜnie. 

- Nie ma za  co. Sądzę,  Ŝe po tej przygodzie porzuci pani myśl o samotnej wędrówce. Bez 

jednej  narty  następna  erupcja  błota  będzie  dla  pani  równieŜ  ostatnią.  Więc  jak  -  idziemy  odtąd 

razem? 

Jej głos zlodowaciał: 

- Mogę sobie zrobić zastępczą nartę z kory drzewa. Poza tym powiedziała - mogę po prostu 

poczekać dzień lub dwa, póki błoto nie wyschnie, i wykopać moją zagubioną nartę. 

Pokazał na hektary błota. 

- Kopać, gdzie? - zaśmiał się. - Czekaj tatka latka. 

Nieoczekiwanie poddała się. 

-  Znowu  wygrałeś,  jankesie.  Ale  tylko  do  Krainy  Chłodu;  potem  się  rozstaniemy:  pan 

pójdzie na północ, a ja na południe. 

Powlekli się dalej. Pat dorównywała Hamowi wytrzymałością, ale znacznie lepiej od niego 

była  obeznana  ze  specyfiką  wenusjańskich  Tropików.  ChociaŜ  niewiele  z  sobą  rozmawiali, 

podziwiał jej spryt, jaki wykazywała w odszukiwaniu najłatwiejszej trasy, przy czym wydawała się 

wyczuwać  uderzenia  drzew  Jacka-Łapacza  bez  patrzenia.  Ale  dopiero  wtedy,  kiedy  się  wreszcie 

zatrzymali, po deszczu, który dał im moŜliwość spoŜycia pospiesznego posiłku, miał realny powód, 

aby być jej  wdzięcznym. 

background image

-  Pójdziemy  spać  -  zaproponował,  a  kiedy  skinęła  głową,  powiedział:  -  Tam  jest 

Przyjacielskie Drzewo. 

Ruszył w kierunku niego, dziewczyna za nim. 

Nagle złapała go za rękę. 

- To Faryzeusz - zawołała i szarpnęła go wstecz. 

Był to ostatni moment. Fałszywe Przyjacielskie Drzewo ze straszliwą mocą spuściło w dół 

konar, który minął twarz Hama zaledwie o kilka cali. To wcale nie było Przyjacielskie Drzewo, ale 

imitujący  je  drapieŜnik,  zwabiający  ofiary  pozorną  nieszkodliwością,  a  następnie  atakujący  je 

ostrymi jak noŜe kolcami. 

Hamowi zaparło dech. 

- Co to jest? Nigdy nie widziałem czegoś podobnego! 

- To Faryzeusz. Wygląda  zupełnie jak Przyjacielskie Drzewo. 

Podniosła  automat  i  posłała  kulę  w  środek  czarnego  pulsującego  pnia.  Pociekł  czarny 

strumień, a wszechobecna pleśń wykwitła wokół dziury. Drzewo było skazane na zagładę. 

- Dzięki - powiedział Ham z zakłopotaniem. - Sądzę, Ŝe uratowała mi pani Ŝycie. 

-  Jesteśmy  teraz  kwita.  -  Spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  -  Czy  pan  rozumie?  Rachunki 

wyrównane. 

Później znaleźli prawdziwe Drzewo Przyjacielskie i usnęli w jego gałęziach. Potem znowu 

maszerowali,  znowu  spali  -  i  tak  w  kółko  przez  trzy  pozbawione  nocy  doby.  Wprawdzie  Ŝadna 

erupcja błota nie zdarzyła się na ich drodze, ale wszystkie inne okropności Tropików występowały 

obficie.  Pyzy  przecinały  ich  szlak,  węŜowe  wino  atakowało  sycząc,  drzewa  Jacka-Łapacza 

zarzucały  złowrogie  pętle,  a  miliony  drobnych  pełzających  istot  zwijały  się  pod  ich  stopami  lub 

spadały na skafandry. 

W pewnym momencie spotkali nawet jednonoga, dziwne, podobne do kangura stworzenie, 

które  przedziera  się  przez  dŜunglę  skacząc  na  jedynej  potęŜnej  nodze  i  pikując  przebija  ofiarę 

trzymetrowym dziobem. 

Kiedy  Ham  spudłował  przy  pierwszym  strzale,  dziewczyna  strąciła  jednonoga  w  połowie 

skoku, pozostawiając go na łup bezlitosnych pleśni. 

Przy  innej  okazji  obie  nogi  Pat  zostały  pochwycone  przez  pętlę  Jacka-Łapacza,  która  z 

jakiegoś  powodu  leŜała  na  ziemi.  Kiedy  nastąpiła  na  nią,  drzewo  szarpnęło  nagle  i  dziewczyna 

zawisła  głową  w  dół,  kilkanaście  stóp  nad  ziemią.  Zwisała  tak,  dopóki  Hamowi  nie  udało  się  jej 

uwolnić. Bez wątpienia kaŜde z nich zginęłoby bez pomocy; razem udało im się ujść cało. 

background image

Wspólne  przeŜycia  nie  złagodziły  chłodnej,  nieprzyjaznej atmosfery,  która  stała  się  czymś 

naturalnym. Ham zwracał się do dziewczyny tylko wtedy, gdy było to niezbędne. Pat, w rzadkich 

przypadkach, kiedy ze sobą rozmawiali, nie nazywała go inaczej jak jankeskim kłusownikiem. 

Mimo to męŜczyzna łapał się chwilami na tym, Ŝe myśli o pikantnej urodzie jej rysów, o jej 

brązowych  włosach  i  szczerych  szarych  oczach,  które  udawało  się  dostrzec  przelotnie  w  krótkich 

momentach, kiedy deszcz czynił bezpiecznym otwarcie wizjerów. 

Wreszcie pewnego dnia wiatr powiał z zachodu, przynosząc ze sobą tchnienie chłodu, które 

było  dla  nich  darem  niebios.  To  był  dolny  wiatr  płynący  z  zamroŜonej  połowy  planety,  dyszący 

zimnem spoza lodowej bariery. Kiedy Ham dla próby  zerwał skórę z wijącego się chwastu, pleśń 

pojawiła  się  znacznie  wolniej  niŜ  zwykle  i  z  mniejszą  intensywnością.  Były  to  objawy  budzące 

otuchę; zbliŜali się do Krainy Chłodu. 

Odszukali z lekkim sercem Przyjazne Drzewo. Od podnóŜa gór dzielił ich tylko dzień drogi. 

Tam  moŜna  było  poruszać  się  bez  skafandra,  bez  zagroŜenia  przez  pleśń,  która  nie  mogła  się 

rozwijać w temperaturze poniŜej dwudziestu siedmiu stopni. 

Ham obudził się pierwszy. Przez chwilę spoglądał milcząco na dziewczynę, uśmiechając się 

na  widok  gałęzi  drzewa,  które  opasywały  ją  jak  czułe  ramiona.  Zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  Kraina 

Chłodu oznacza rozstanie, chyba Ŝe uda mu się odwieść ją od tej szalonej decyzji, by przekroczyć 

niebotyczne Góry Wieczności. 

Westchnął  i  sięgnął  po  swój  plecak  wiszący  na  gałęzi  pomiędzy  nimi  i  nagle  ryk 

wściekłości i zdumienia wyrwał mu się z gardła. Jego strąki xixtchilu! Woreczek z transdermy był 

przecięty i pusty. 

Patrycja  zerwała  się,  obudzona  jego  krzykiem.  Poza  jej  maską  dostrzegł  ironiczny, 

szyderczy uśmiech. 

- Mój xixtchil! - wrzasnął. - Zabrałaś go! 

Pokazała w dół. Wśród rzadkiej roślinności wznosiła się mała kupka pleśni. 

- Tam - powiedziała chłodno. - Tam, w dole,  kłusowniku. 

- Ty... - dławił się z wściekłości. 

-  Przecięłam  torebkę  w  czasie  twego  snu.  Nie  wywieziesz  skradzionych  skarbów  z 

brytyjskiego terytorium. 

Ham był trupio blady,  oniemiał. W końcu  wrzasnął: 

- Ty przeklęta diablico! To mój cały majątek! 

- Ale skradziony - przypomniała mu uprzejmie, machając zgrabnymi nóŜkami. 

Ś

wiatło  przeświecało  przez  na  wpół  przejrzystą  transdermę,  podkreślając  jej  sylwetkę  i 

smukłe krągłe nogi. Zatrząsł się z wściekłości. 

background image

- Powinienem cię  zabić! - wykrztusił  zdławionym  głosem. 

Dziewczyna   zaśmiała   się   dźwięcznie.   Z   jękiem   desperacji zarzucił swój plecak na 

ramiona i zeskoczył na ziemię. 

-  Mam  nadzieję...  mam  nadzieję,  Ŝe  zginiesz  w  górach  -  powiedział  ponuro  i  sztywnymi 

krokami skierował się na zachód. 

Kiedy odszedł ze sto jardów, usłyszał jej głos: 

- Jankesie!   Poczekaj   chwilę! 

Nie  zatrzymał  się  ani  obejrzał,   lecz  kroczył  naprzód. 

Pół  godziny  później,  kiedy  spojrzał  wstecz,  stwierdził,  Ŝe  idzie  za  nim.  Odwrócił  się  i 

przyspieszył  kroku.  Droga  prowadziła  teraz  w  górę  i  jego  siła  górowała  nad  jej  szybkością  i 

wprawą. 

Kiedy  mignęła  mu  daleko  z  tyłu,  zamieniona  w drobny punkt,  poruszający  się, jak mu  się 

wydawało,  ze  zmęczoną  determinacją,  zmarszczył  brew.  Przyszło  mu  na  myśl,  Ŝe  erupcja  błota 

znajdzie ją zupełnie bezradną, pozbawioną nieodzownych nart błotnych. Potem zdał sobie sprawę, 

Ŝ

e u podnóŜa Gór Wieczności nie występuje erupcja błota, a poza tym, zadecydował, nic go to nie 

obchodzi. 

Przez  pewien  czas  Ham  szedł  równolegle  do  rzeczki,  niewątpliwie jakiegoś  bezimiennego 

dopływu  rzeki  Flegeton.  Jak  dotychczas  nie  zachodziła  konieczność  przekroczenia  jakiejkolwiek 

rzeki,  poniewaŜ  zgodnie  z  naturą  wszystkie  strumienie  na  Wenus  płyną  od  lodowej  bariery, 

poprzez strefę zmierzchu, do Tropików i dlatego były równoległe do ich kierunku podróŜy. 

Ale  obecnie,  kiedy  wreszcie  osiągnął  płaskowyŜ  i  zawrócił  na  północ,  będzie  napotykał 

rzeki. Trzeba je będzie przekraczać albo na kłodach, albo - o ile zdarzała się taka okazja i strumień 

był  dostatecznie  wąski  -  korzystając  z  gałęzi  Przyjacielskiego  Drzewa.  WłoŜenie  nogi  do  wody 

groziło  śmiercią;  groźne  stworzenia  z  paszczami  pełnymi  zębów  czyhały  w  nawet  najmniejszym 

strumieniu wody. 

Na  krawędzi  płaskowyŜu  z  trudem  uniknął  katastrofy.  W  momencie  kiedy  przedzierał  się 

przez  polanę  otoczoną  drzewami  Jacka-Łapacza,  nagle  pojawiła  się  fala  białej  protoplazmy  i 

drzewa oraz dŜungla utonęły w masie gigantycznej pyzy. 

Znajdował  się  pomiędzy  potworem  i  nieprzenikliwą  plątaniną  roślinności,  a  więc  zrobił 

jedyne,  co  mu  pozostało.  Wyrwał  z  kabury  miotacz  ognia  i  posłał  potęŜny  strumień  płomieni  w 

ś

rodek  makabrycznego  stworzenia.  śar  spopielił  tony  ciastowatej  bryi  i  pozostawił  kilka  małych 

fragmentów, które pełzały i poŜerały martwe szczątki. 

Wybuch,  jak  to  zresztą  niejednokrotnie  się  zdarzało,  roztrzaskał  lufę  miotacza.  Westchnął 

cięŜko,  kiedy  zabrał  się  do  blisko  czterdziestominutowej  wymiany  lufy  -  ale  Ŝaden  prawdziwy 

background image

pionier  nie  zwleka  na  Wenus  z  tą  czynnością.  Wystrzał  ten  kosztował  go  piętnaście  solidnych 

amerykańskich dolarów, dziesięć za przemysłowy diament, który eksplodował, a pięć za lufę. Było 

to  bagatelką,  kiedy  miał  swoje  xixtchile,  ale  obecnie  stanowiło  powaŜną  kwotę.  Raz  jeszcze 

westchnął,  kiedy  odkrył,  Ŝe  zapasowa  lufa  była  zarazem  ostatnia,  musiał  bowiem  oszczędzać  na 

wszystkim, kiedy wyruszał na wyprawę. 

Wreszcie  dotarł  do  płaskowyŜu.  Ostra  i  drapieŜna  fauna  i  flora  Tropików  pojawiała  się 

coraz rzadziej; zaczął napotykać prawdziwe rośliny pozbawione zdolności swobodnego poruszania, 

a dolny wiatr wiał chłodem w jego twarz. 

Znajdował  się  w  głębokiej  dolinie,  na  prawo  wznosiły  się  szczyty  NiŜszych  Gór 

Wieczności,  poza  którymi  leŜała  Erotia,  a  z  lewej,  jak  potęŜny  migotliwy  wał,  rozciągały  się 

rozległe  zbocza  Wielkich  Gór  Wieczności.  Szczyty  ginęły  w  chmurach  kłębiących  się  na 

wysokości piętnastu mil. 

Spojrzał  na  wyszczerbioną  Przełęcz  Szaleńca  przedzielającą  dwa  kolosalne  wierzchołki. 

Sama  przełęcz  leŜała  na  wysokości  dwudziestu  pięciu  tysięcy  stóp,  lecz  góry  przewyŜszały  ją  o 

dalsze  pięćdziesiąt  tysięcy.  Tylko  jeden  człowiek  przekroczył  pieszo  tę  poszarpaną  szczelinę  - 

Patryk Burlingame - i to była droga, którą chciała pójść jego córka. 

Z  przodu,  niby  cienista  kurtyna,  leŜała  granica  między  nocą  a  strefą  zmierzchu  i  Ham 

widział nieustające błyski piorunów, które wiecznie szalały w tym rejonie nie kończących się burz. 

W  tym  miejscu  bariera  lodowa  przecinała  łańcuch  Gór  Wieczności  i  mroźny  dolny  wiatr, 

spiętrzony ogromnym łańcuchem górskim, zderzał się z górnym gorącym wiatrem. Wynikiem tych 

zmagań była nieustająca nawałnica, tak gwałtowna, Ŝe mogła występować tylko na Wenus. To tu 

gdzieś miała swoje źródła rzeka Flegeton. 

Ham  lustrował  dziką,  wspaniałą  panoramę.  Jutro  albo  raczej  zaraz,  po  chwilowym 

wypoczynku, skręci na północ. Pat pójdzie na południe i bez wątpienia zginie gdzieś w Przełęczy 

Szaleńca. Przez moment poczuł ukłucie bólu. Zmarszczył brew. 

Niech  umiera,  jeśli  jest  na  tyle  głupia,  by  próbować  samotnie  przebyć  przełęcz  tylko 

dlatego, Ŝe jest zbyt dumna, aby skorzystać z rakiety z amerykańskiej osady. Zasługuje na to. Nic 

go nie obchodzi jej los. Ciągle przekonywał siebie o tym, nawet kiedy przygotowywał się do snu 

juŜ nie na Przyjacielskim Drzewie, ale w jednym z bardziej przyjaznych egzemplarzy prawdziwej 

roślinności i w luksusie podniesionego wizjera. 

Zbudziło  go  wołanie.  Usłyszał  swoje  imię.  Spojrzał  poprzez  płaskowyŜ  i  zobaczył  Pat, 

która  przekraczała  jego  krawędź.  W  jaki  sposób  udało  się  jej  go  wyśledzić?  To  naprawdę  spore 

osiągnięcie  w  terenie,  gdzie  Ŝywa  wegetacja  wdziera  się  natychmiast  z  powrotem  na  ścieŜkę,  po 

której się przeszło. Potem przypomniał sobie wystrzał z miotacza ognia: 

background image

błysk i huk miały zasięg kilku mil. Musiała go usłyszeć lub zobaczyć. 

Ham widział ją, jak rozgląda się wokół z niepokojem. 

- Ham! - wykrzyknęła ponownie. Nie jankesie czy kłusowniku, lecz Ham! 

Milczał  zawzięcie,  ona  zaś  zawołała  ponownie.  Widział  juŜ  jej  opaloną,  uroczą  twarz, 

opuściła bowiem kaptur swego skafandra. Zawołała raz jeszcze, po czym zniechęcona skręciła na 

południe wzdłuŜ grani. 

Patrzył,  jak  odchodziła.  Kiedy  las  zakrył  ją  przed  jego  wzrokiem,  zszedł  i  skierował  się  z 

wolna na północ. 

Szedł  coraz  wolniej,  jak  gdyby  ciągnęła  go  w  przeciwnym  kierunku  jakaś  niewidzialna 

elastyczna  nić.  Bez  przerwy  widział  przed  sobą  jej  zaniepokojoną  twarz, a  w uszach  brzmiało jej 

zrezygnowane wołanie. 

Był przekonany, Ŝe czeka ją nieuchronna śmierć i mimo krzywdy, jaką mu wyrządziła, nie 

chciał,  by  umarła.  Była  zbyt  pełna  Ŝycia,  zbyt  pewna  siebie,  a  przede  wszystkim  zbyt  piękna,  by 

umrzeć. 

Z  drugiej  strony  była  to  arogancka,  zjadliwa,  egoistyczna  diablica,  chłodna  jak  kryształ  i 

całkowicie  nieprzyjazna,  ale  miała  szare  oczy,  brązowe  włosy  i  była  odwaŜna.  W  końcu,  z 

pomrukiem irytacji zawrócił i ruszył spiesznie na południe. 

Ś

ledzenie  dziewczyny  było  tutaj  łatwe  dla  kaŜdego,  kto  przeszedł  przeszkolenie  w 

Tropikach.  W  Krainie  Chłodu  wegetacja  leczyła  wolno  swoje  rany  i  co chwila  znajdował ślad jej  

stóp  czy  złamaną  gałązkę,  znaczącą  jej  przejście.  Znalazł  miejsce,  gdzie  przekroczyła  rzekę  po 

konarach drzew i odkrył miejsce, gdzie zatrzymała się, aby spoŜyć posiłek. 

Ale    dostrzegł,    Ŝe  dystans  między  nimi  zaczyna  się  zwiększać.  Jej  sprawność  i  szybkość 

poruszania się w terenie biły na głowę jego własne. 

W  końcu  się  zatrzymał.  PłaskowyŜ  powoli  zakręcał  w  górę,  w  stronę  rozległych  Gór 

Wieczności  i  wiedział,  Ŝe  idąc  stromo  pod  górę  szybko  ją  dogoni.  Wobec  tego  połoŜył  się  na  

chwilę, rozkoszując się komfortem przebywania na powietrzu bez skafandra, jedynie w szortach i 

koszuli,  które  nosi  się  pod  nim.  Tutaj  było  to  juŜ  moŜliwe;  wieczny  dolny  wiatr,  wiejący  w 

kierunku  Tropików,  odpędzał  dryfujące  pleśnie,  a  nieliczne  z  nich,    przyniesione  na    futrze 

zwierząt,  szybko  ginęły przy pierwszym chłodnym powiewie. Nie zagraŜały teŜ jego ciału rośliny 

Krainy Chłodu. 

Przespał    pięć      godzin.      Następna      doba      wędrówki      przyniosła      nowe  zmiany  w 

otoczeniu.  Roślinność  u  podnóŜa  gór  była  bardziej  skąpa  niŜ  na  płaskowyŜu.  Nie  była  to  juŜ 

dŜungla,  lecz  las,  oczywiście  w  niczym  nie  przypominający  lasu  ziemskiego;  składał  się  z  roślin 

podobnych  do  drzew,  o  pniach  dochodzących  do  pięciuset  stóp  i  koronach  zakończonych  nie 

background image

liśćmi, lecz kwiatami. Jedynie sporadycznie występujące drzewa Jacka-Łapacza przypominały mu 

o Tropikach. 

Stopniowo  wysokość  drzew  malała.  Pojawiły  się  rumowiska  skał  i  ogromne  czerwone 

urwiska pozbawione jakiejkolwiek roślinności. Od czasu do czasu napotykał roje jedynych lotnych 

stworzeń  tej  planety,  nietoperzy,  szarych,  podobnych  do  nocnych  motyli,  wielkości  jastrzębi,  ale 

tak  delikatnych,  Ŝe  moŜna  je  było  unicestwić  uderzeniem  ręki.  Latały  wokół,  siadając,  czasami 

chwytając  małe,  wijące  się  stworzenia  i  wydając  podobne  do  dzwoneczków  dźwięki.  Na  pozór, 

prawie bezpośrednio nad Hamem, choć w rzeczywistości odległe o trzydzieści mil, majaczyły Góry 

Wieczności; ich szczyty ginęły w chmurach kłębiących się ponad piętnaście mil nad jego głową. 

Ś

ledzenie  Pat  stało  się  utrudnione,  poniewaŜ  często  wędrowała  po  nagich  skałach.  Ale  z 

czasem  ślady  stały  się  świeŜsze,  jego  siła  dawała  mu  przewagę.  Wreszcie  dojrzał  ją  u  podnóŜa 

kolosalnej skarpy przeciętej wąskim, wypełnionym drzewami kanionem. 

Przyjrzała  się  najpierw  ogromnej  przepaści,  a  następnie  zadrzewionej  szczelinie, 

najwidoczniej rozwaŜając, czy pozwoli ona przekroczyć barierę, czy teŜ będzie konieczne obejście 

tej przeszkody. Podobnie jak Ham zrzuciła skafander z transdermy; miała na sobie koszulę i szorty, 

czyli  normalny  strój  w  Krainie  Chłodu,  która  według  kryteriów  ziemskich  nie  jest  zbyt  chłodna. 

Wygląda, pomyślał, jak urocza nimfa leśna ze staroŜytnych zboczy Olimpu. 

Pospieszył za nią, gdy skierowała się w głąb kanionu. 

-  Pat  -  wykrzyknął.  Po  raz  pierwszy  odezwał  się  do  niej  po  imieniu.  Doścignął  ją  po 

przejściu stu stóp. 

-  To  ty!  -  odetchnęła  z  ulgą.  Wyglądała  na  zmęczoną,  spieszyła  się  przez  kilka  ostatnich 

godzin i błysk radości rozświetlił jej oczy. 

- Myślałam, Ŝe ty... Starałam się cię odnaleźć. 

Twarz Hama nie odzwierciedlała jej entuzjazmu. 

-  Słuchaj,  Patrycjo  Burlingame  -  powiedział  ozięble.  -  Nie  zasługujesz  na  Ŝadne  względy, 

ale ja nie mogę patrzeć na to, jak kroczysz prosto w paszczę śmierci. Jesteś upartym stworzeniem, 

ale jesteś kobietą. Zabieram cię do Erotii. 

Jej zapał ostygł. 

- CzyŜby, kłusowniku? Mój ojciec przekroczył te góry. I ja teŜ to potrafię. 

-  Twój  ojciec  przekroczył  je  w  środku  lata,  czy  nie  tak?  A  środek  lata  mija  dzisiaj.  Nie 

zdołasz dotrzeć do Przełęczy Szaleńca w czasie krótszym niŜ pięć dni i dwadzieścia godzin. Wtedy 

będzie to juŜ prawie zima i znajdziesz się blisko strefy burz. Jesteś niemądra. 

Oblała się rumieńcem. 

background image

-  Przełęcz  jest  dostatecznie  wysoko,  aby  znajdować  się  w  sferze  górnych  wiatrów.  Tam 

będzie ciepło. 

-  Ciepło.  Nawet  gorąco  od  piorunów.  -  Milczał  przez  chwilę.  Słabe  dudnienie  grzmotu 

przetoczyło  się  przez  kanion.  -  Przysłuchaj  się  temu.  Za  pięć  dni  będzie  dokładnie  nad  nami.  - 

Wskazał na pozbawione roślinności zbocza. - Nawet wenusjańskie Ŝycie nie jest w stanie się tutaj 

utrzymać. A moŜe myślisz, Ŝe będąc dostatecznie bezczelna masz miedziane czoło i moŜesz pełnić 

rolę piorunochronu? 

- Lepsze pioruny od ciebie. 

AleŜ ma temperament, pomyślał. Nieoczekiwanie złagodniała. 

- Próbowałam cię przywołać z powrotem - powiedziała trochę bez związku. 

- śeby się ze mnie wyśmiewać - odpalił z przekąsem. 

- Nie. śeby powiedzieć, Ŝe jest mi przykro i Ŝe.... 

- Niepotrzebne mi są twoje przeprosiny. 

- Ale ja chciałam ci powiedzieć... 

-  NiewaŜne  -  przerwał.  -  Nie  jestem  zainteresowany  twoimi  przeprosinami  ani  twoją 

skruchą. Szkoda jest nie do naprawienia. - Popatrzył na nią z góry. 

- AleŜ ja... - powiedziała Pat. 

Przerwały jej trzask i odgłosy bulgotania. Krzyknęła z przeraŜenia, kiedy gigantyczna pyza 

ukazała  się  ich  oczom.  Był  to  kolos,  który  wypełnił  szczelnie  kanion  na  wysokość  sześciu  stóp  i 

toczył  się  wprost  na  nich.  Pyzy  występowały  rzadziej  w  Krainie  Chłodu,  lecz  były  znacznie 

większe, poniewaŜ obfitość poŜywienia w Tropikach stale skłaniała je do podziału. Ta właśnie była 

olbrzymia,  potworna:  tony  wstrętnej,  cuchnącej,  rozkładającej  się  masy,  piętrzącej  się  w  wąskim 

przejściu. 

Byli odcięci. 

Ham wyrwał swój miotacz ognia, ale dziewczyna złapała go za rękę. 

- Nie, nie! - krzyknęła. - Jest zbyt blisko! Rozpryśnie się! 

Patrycja miała rację. Nie byli osłonięci przez transdermę, więc kontakt z fragmentami tego 

monstrum byłby śmiertelny, a wybuch miotacza ognia obsypałby ich jego szczątkami. Złapał ją za 

rękę  i  uciekali  w  górę  kanionu,  starając  się  osiągnąć  dogodną  odległość,  z  której  moŜna  by  było 

zaryzykować strzał. A kilkanaście kroków za nimi przewalała się pyza, posuwająca się na oślep w 

jedynym właściwym kierunku - w kierunku pokarmu. 

Powoli dystans między nimi się zwiększał. Kanion, który zmierzał w kierunku południowo-

zachodnim, skręcił gwałtownie na południe. 

background image

Słońce wiecznie świecące ze wschodu skryło się; znaleźli się w mrocznej kotlinie. Poczuli 

pod  stopami  gołą,  litą  skałę.  Dotarłszy  do  tego  miejsca,  pyza  zamarła,  stała  się  bezwolna.  Kiedy 

woń poŜywienia nie wskazywała jej kierunku, nie mogła się poruszać. Było to ogromne monstrum, 

którego treścią Ŝycia było Ŝarcie, i jedynie tętniący Ŝyciem klimat Wenus mógł jej udzielić azylu. 

Dwójka uciekinierów przystanęła w cieniu. 

- I co teraz? - mruknął Ham. 

Swobodny,  czysty  strzał  w  korpus  pyzy  nie  był  moŜliwy.  Z  powodu  niewłaściwego  kąta, 

strzał mógł zniszczyć jedynie tę jej część, która leŜała w jego zasięgu. 

Patrycja  podskoczyła  do  góry,  zerwała  krzak  wijący  się  po  ścianie,  tak  usytuowany,  Ŝe 

dosięgały  go  słabe  promienie  światła.  Rzuciła  go  na  pulsującą  masę  i  cała  pyza  posunęła  się  do 

przodu o stopę lub dwie. 

- Zwabmy ją dalej - zasugerowała. 

Próbowali, ale bezskutecznie. Wegetacja była tu zbyt skąpa. 

- Co się stanie z tym stworem? - zapytał Ham. 

-  Widziałam  jedną,  która  się  zapędziła  na  pustynny  brzeg  Tropików  -  odpowiedziała 

dziewczyna. - Dygotała przez dłuŜszy czas, a potem jedne komórki zaatakowały drugie. Zjadały się 

nawzajem wzdrygnęła się. - Ten kanibalizm był potworny. 

- Jak długo to trwało? 

- Och, czterdzieści, moŜe pięćdziesiąt godzin. 

-  Nie  będę czekał  tak  długo  -  burknął  Ham.  Zaczął  grzebać  w  swoim  plecaku,  wyciągając 

transdermę. 

- Co chcesz zrobić? 

-  NałoŜę  skafander  i  spróbuję  spalić całą masę  strzałem  z  bliska.  Dotknął  swego  miotacza 

ognia.  -  To  moja  ostatnia  lufa  -  powiedział  ponuro,  ale  potem  dodał  bardziej  pogodnie  -  ale 

przecieŜ mamy twoje. 

-  Komora  strzelnicza  mego  miotacza  pękła,  kiedy  ostatni  raz  go  uŜyłam,  dziesięć  albo 

dwanaście godzin temu. Ale mam kilka wymiennych luf. 

- No to nieźle - powiedział Ham. 

Zakradł  się  ostroŜnie  w  kierunku  wstrętnej,  -pulsującej  ściany  białego  ciasta.  Wyciągnął 

rękę  w  bok,  starając  się  osiągnąć  jak  najszerszy  kąt  raŜenia  i  pociągnął  za  cyngiel.  Odgłos 

wystrzału  zabrzmiał  jak  grzmot  w  kanionie.  Strzępy  potwora  spadały  wokół  niego,  a  szczątki  po 

wypaleniu się wielu ton plugastwa miały grubość jedynie trzech stóp. 

-  Lufa  wytrzymała  -  zawołał  triumfująco.  Dawało  to  znaczną  oszczędność  czasu  przy 

ponownym załadowaniu. 

background image

Pięć  minut  później  broń  wypaliła  ponownie.  Kiedy  masa  wstrętnej  protoplazmy  przestała 

się burzyć, warstwa miała jedynie półtorej stopy. Ale lufa rozsypała się w proch. 

- UŜyjemy twojej - powiedział, ale zaraz potem popatrzył na nią skonsternowany. Lufy do 

wykonanego w Enfield miotacza były o wiele za małe dla jego amerykańskiej broni. 

- Ach, do wszystkich idiotów! - wybuchnął. 

-  Idiotów?  -  zaperzyła  się.  -  Dlatego  tylko,  Ŝe  wy,  jankesi,  uŜywacie  moździerzy  zamiast 

luf? 

- Miałem na myśli siebie. Powinienem był to przewidzieć - wzruszył ramionami. - No cóŜ, 

mamy do wyboru albo czekać tutaj, aŜ pyza zje się sama, albo spróbować znaleźć inne wyjście z 

pułapki. A podejrzewam, Ŝe ten kanion kończy się ślepo. 

-  To  było  prawdopodobne  -  przyznała  Pat.  -  Ta  wąska  rozpadlina  powstała  w  wyniku 

ogromnego,  pradawnego  wstrząsu  geologicznego,  który  rozdarł  góry  na  pół.  PoniewaŜ  nie  była 

rezultatem  erozji  wodnej,  prawdopodobnie  kończyła  się  nagle  pionową  przepaścią,  chociaŜ 

niewykluczone, Ŝe w którymś miejscu te strome  ściany będzie moŜna pokonać. W naszej sytuacji 

mamy mnóstwo czasu - stwierdziła - tak Ŝe moŜemy poszukać wyjścia. A poza tym... - ze wstrętem 

zmarszczyła delikatny nosek reagując na odór pyzy. 

Nie  zdejmując  skafandra  z  transdermy  Ham  poszedł  w  ślad  za  nią  w  cienisty  półmrok. 

Przejście zwęŜało się, następnie skręciło w kierunku zachodnim. Ale teraz ściany były tak wysokie 

i  strome,  Ŝe  słońce,  stojące  na  południowym  wschodzie,  nie  docierało  do  Hama  i  Pat.  Było  to 

miejsce pełne cieni, trochę jak w strefie burz, która oddziela strefę zmierzchu od półkuli wiecznej 

nocy.  Nie  ma  tam  prawdziwego  światła  ani  rzetelnego  dnia,  panuje  po  prostu  niewyraźny  stan 

pośredni. 

Mimo  opalenizny  nogi  Patrycji  wydawały  się  blade.  Kiedy  mówiła,  jej  głos  odbijał  się 

dziwacznym echem od skał. Niesamowite miejsce, ta rozpadlina, mroczne i nieprzyjemne. 

-  Nie  podoba  mi  się  tu  -  powiedział  Ham.  -  Przesmyk    zbliŜa  Się  coraz  bardziej  do  linii 

mroku. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, Ŝe nikt nie wie, co znajduje się w ciemnych partiach Gór 

Wieczności? 

Pat roześmiała się, jej głos zadźwięczał upiornie. 

- Nic tu nam nie grozi. A gdyby nawet, nadal mamy automaty. 

- Stąd nie ma wyjścia - narzekał Ham. - Lepiej  zawróćmy. 

Pat zatrzymała się. 

- Przestraszyłeś się, jankesie? - ZniŜyła głos. - Tubylcy mówią, Ŝe w tych górach straszy - 

ciągnęła  dalej  drwiąco.  -  Mój  ojciec  mówił  mi,  Ŝe  widział  niesamowite  stworzenia  w  Przełęczy 

background image

Szaleńca.  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  Ŝe  jeŜeli  istnieje  Ŝycie  na  nocnej  stronie  Wenus,  to  tu  jest 

jedyne miejsce, w którym mogłoby wdzierać się do strefy zmierzchu? Tutaj, w Górach Wieczności. 

Naigrywała się z niego i znów się śmiała. Nagle jej śmiech zamienił się w okropne wycie, 

które rozległo się ponad nimi. Teraz Pat obleciał strach; pobladła. Patrzyli w górę na skalne ściany, 

gdzie migały i przesuwały się tajemnicze cienie. 

- Co... co to było? - szepnęła. - Ham. Czy ty to widziałeś? 

Ham to widział. Dziki kształt mignął na tle skrawka nieba, skacząc z urwiska na urwisko, 

wysoko ponad nimi. I ponownie rozległy się pohukiwania, które brzmiały jak szyderczy  śmiech, a 

niewyraźne kształty poruszały się, nieomal wzlatywały, na pionowe zbocza. 

- Wracajmy! - krzyknęła. - Szybko! 

Kiedy się obróciła, mały czarny przedmiot upadł i pękł z posęp- nym “puff” tuŜ przed nimi. 

Ham  spojrzał  bystro.  Był  to  strąk  zarodników  jakiejś  nieznanej  odmiany.  Mroczny  pylisty  obłok 

leniwie wzniósł się nad nimi i nagle oboje zaczęli się gwałtownie dławić. Ham poczuł, Ŝe kręci mu 

się w głowie, a Pat wprost zatoczyła się na niego. 

- Środek oszałamiający! - zawołała. - Uciekajmy! 

Ale  juŜ  kilkanaście  następnych  strąków  pacnęło  obok  nich.  Pyliste  zarodniki  zawirowały 

ciemnymi  strumieniami,  a  oddychanie  stało  się  torturą.  Dusili  się  i  równocześnie  tracili 

przytomność. 

Ham doznał nagle olśnienia. 

- Maski! - wykrztusił i naciągnął hełm skafandra na głowę. 

Filtry,  które  chroniły  przed  pleśniami  Tropików,  oczyściły  powietrze  równieŜ  od  tych 

zarodników i wnet odzyskał pełnię świadomości. 

Ale okrycie ochronne dziewczyny znajdowało się gdzieś w głębi jej plecaka. Niemrawo w 

nim grzebała, nagle zachwiała się i osunęła na ziemię. 

- Mój plecak - wyszeptała. - Zabierz go z sobą. Twoje... twoje... - przerwała, zaatakowana 

paroksyzmem kaszlu. 

Wciągnął ją pod płytki występ skalny i wyszarpnął z plecaka skafander z transdermy. 

- NałóŜ go! 

Kilkanaście następnych strąków rozprysnęło się wokół nich. 

Jakiś  kształt  przemknął  po  skalnej  ścianie.  Ham śledził  jego  ruchy,  następnie  naprowadził 

na  cel  automat  i  wystrzelił.  Rozległ  się  przenikliwy,  chrypliwy  wrzask,  któremu  zawtórował  chór 

dysonansowych  skowytów.  Zwierzę  wielkości  człowieka  przekoziołkowało  w  dół  i  upadło  z 

łomotem dziesięć stóp od niego. 

background image

Było  okropne.  Ham  patrzył  ze  wstrętem  na  to  stworzenie  podobne  do  tubylca,  trójokie, 

dwuręczne i czworonoŜne. Ręce o dwóch palcach róŜniły się od rąk mieszkańców Tropików tym, 

Ŝ

e  nie  były  zbliŜone  do  szczypiec, ale  białe  i  zakończone  szponami.  Jego  gęba  to  nie  płaska,  bez 

wyrazu, twarz tubylca, ale skrzywione, pełne wrogości, ponure oblicze o wielkich oczach. Jeszcze 

Ŝ

yło;  jego  wzrok  wyraŜał  nienawiść.  Złapało  kamień  i  rzuciło  w  Hama  resztką  sił,  ostatnim 

odruchem wściekłości. Potem zdechło. 

Ham  oczywiście  nie  wiedział,  Ŝe  miał  do  czynienia  z  triops  noctivivans,  trójokim 

mieszkańcem ciemności, dziwną, na wpół inteligentną istotą, która jak dotąd jest jedynym znanym 

Ŝ

ywym  reliktem  znajdywanym  w  bezsłonecznych  regionach  Gór  Wieczności.  Jest  to  chyba 

najbardziej  krwioŜercze  stworzenie  występujące  na  znanych  nam  planetach,  absolutnie 

nieprzystępne i rozkoszujące się rzezią. 

Grad  strąków  ustał,  natomiast  rozbrzmiał  chór  urągliwych  pohukiwań.  Ham  wykorzystał 

moment  wytchnienia,  by  naciągnąć  dziewczynie  hełm  skafandra  na  głowę.  ZdąŜył  go  w  połowie 

nałoŜyć, gdy zemdlała. 

Nagle  rozległo  się  głośne  stuknięcie  i  kamień  rykoszetem  uderzył  go  w  ramię.  Dalsze 

padały  wokół  niego  gęsto,  przelatując  ze  świstem,  szybkie  jak  kule.  Czarne  sylwetki  śmigały 

wielkimi susami na tle nieba, a ich ostry śmiech brzmiał szyderczo. Do jednej z nich strzelił, kiedy 

zwierzę znajdowało się w powietrzu. Ponownie rozległ się skowyt bólu, ale nie udało mu się strącić 

go na ziemię. 

Kamienie  sypały  się  gradem.  Były  nieduŜe,  wielkości  grubego  Ŝwiru,  ale  rzucane  tak 

gwałtownie, Ŝe aŜ warczały w powietrzu i raniły ich ciała poprzez transdermę skafandrów. Obrócił 

Pat twarzą w dół. 

Zajęczała  słabo,  kiedy  któryś  z  pocisków  uderzył  ją  w  plecy.  Zasłonił  ją  swoim  własnym 

ciałem. 

Sytuacja  stawała  się  krytyczna.  Musiał  zaryzykować  wypad  z  powrotem,  mimo  Ŝe  pyza 

blokowała  przejście.  Być  moŜe,  pomyślał,  osłonięty  skafandrem  zdoła  przebrnąć  przez  potwora. 

Zdawał sobie sprawę z tego, Ŝe jest to pomysł karkołomny. Galaretowata masa spróbuje go otoczyć 

i udusić w swym wnętrzu - ale nie widział innego wyjścia. 

Pochwycił dziewczynę w ramiona i pędem ruszył w dół kanionu. 

Pohukiwania,  wycie  i  kaskady  szyderczego  chichotu  odbijały  się  echem  wokół  niego. 

Uciekał  przed  gradem  kamieni;  jeden  trafił  go  w  głowę  i  Ham  aŜ  zatoczył  się,  i  oparł  o  ścianę 

urwiska.  Biegł  jednak  wytrwale  dalej.  Zdał  sobie  nagle  sprawę,  Ŝe  motorem  jego  uporu  była 

dziewczyna, którą niósł. Musiał ocalić Patrycję Burlingame. 

background image

Dotarł  do  zakrętu.  Daleko  w  górze,  na  zachodniej  ścianie,  tliło  się  niemrawe  światło 

słoneczne  i  niesamowici  prześladowcy  odskoczyli  ku  zaciemnionej  stronie.  Nie  mogli  znieść 

dziennego  światła;  skradając  się  wzdłuŜ  wschodniej  ściany  był  częściowo  osłonięty  przed 

pociskami. 

Kolejny  zakręt  zablokowała  pyza.  ZbliŜając  się  do  niej  poczuł  mdłości.  Trzy  spośród 

nieznanych istot zebrały się przy białej masie, jedząc - naprawdę jedząc! - to plugastwo. Na widok 

Hama  i  Pat  odwróciły  się  warcząc;  Ham  zastrzelił  dwie  z  nich,  trzecia  zaś  skoczyła  na  ścianę. 

PołoŜył ją trupem, tak Ŝe upadła z tępym plaśnięciem w sam środek pyzy. 

Ponownie ogarnęła go fala obrzydzenia, pyza bowiem odsunęła się, pozostawiając tę istotę 

w zagłębieniu stanowiącym coś w rodzaju dziury w białej masie. Nawet pyza nie chciała jeść tych 

kreatur (Nie było wówczas Jeszcze wiadomym, Ŝe podczas gdy istoty z nocnej części Wenus mogą 

zjadać i trawić produkty z półkuli dziennej, nie zachodzi sytuacja odwrotna. śadna istota z półkuli 

dziennej nie moŜe spoŜywać produktów z półkuli ciemnej, występują w nich bowiem róŜne trujące 

metaboliczne alkohole (przyp. aut.).). 

Skok  nieznanej  istoty  zwrócił  uwagę  Hama  na  wąską  dwunastocalową  skalną  półkę. 

Wspięcie się na nią i obejście tą drogą pyzy wydawało się moŜliwe. Podjęcie tej próby pod gradem 

kamieni było prawie niemoŜliwe, ale nie miał innego wyjścia. PołoŜył dziewczynę tak, aby uwolnić 

prawą  rękę.  Wsunął  świeŜy  magazynek  do  automatu  i  puścił  na  chybił  trafił  serię  strzałów  w 

kierunku  migających  w  górze  cieni.  Na  moment  grad  kamieni  ustał  i  nagłym  zrywem  Ham 

wciągnął Pat na skalną półkę. 

Ponownie  posypały  się  kamienie.  Krok  po  kroku  Ham  prześlizgiwał  się  wzdłuŜ  ściany 

balansując ponad skazaną na zagładę pyzą. 

Ś

mierć  z  góry  i  śmierć  w  dole.  Krok  po  kroku  minął  zakręt.  Obie ściany  rozjarzyły  się  w 

słońcu  -  byli  ocaleni.  A  przynajmniej  on  ocalał.  Dziewczyna  mogła  juŜ  nie  Ŝyć,  pomyślał  z 

rozpaczą  niosąc  ją,  potykając  się  i  ślizgając  w  śluzie,  jaki  pozostawiła  na  swojej  drodze  pyza. 

Odszedłszy  na  bezpieczną  odległość,  w  pełnym  blasku  dnia  zerwał  maskę  jej  skafandra:  biała, 

marmurowo chłodna twarz Pat. 

Nie była to jednakŜe śmierć, lecz tylko odrętwienie będące skutkiem działania narkotyków. 

Odzyskała przytomność w godzinę później. 

Nadal  była  słaba,  zszokowana  i  na  serio  przestraszona.  Jej  pierwsze  pytanie  dotyczyło 

plecaka. 

- Jest tutaj - powiedział Ham. - Co za skarby tam trzymasz? 

Notatki? 

background image

-  Moje  notatki?  Och,  nie!  -  słaby  rumieniec  pokrył  jej  policzki.  -  To  są...  próbowałam  ci 

wcześniej powiedzieć... to jest twój xixtchil! 

- Nie Ŝartuj! 

- Tak.  Ja...  oczywiście,  nie  wyrzuciłam  go  na  łup  pleśni.  PrzecieŜ on ci się słusznie 

naleŜy. Ham. Masa angielskich faktorów handluje w amerykańskiej strefie. Ja po prostu przecięłam 

twój  woreczek  i  ukryłam  xixtchil  w  moim  plecaku.  Pleśń  na  ziemi  zaś  to  było  po  prostu  parę 

gałązek, które tam rzuciłam, aby stworzyć pozory prawdy. 

- Ale... ale... dlaczego? 

Jej rumieniec się pogłębił. 

- Chciałam cię ukarać - wyszeptała Pat. - Bo byłeś taki zimny, obojętny i wyniosły. 

- Ja? - Ham nie posiadał się z oburzenia. - To przecieŜ ty! 

-  Być  moŜe,  Ŝe  tak  było,  z  początku.  Wdarłeś  się  do  mojego  domu,  wiesz  przecieŜ.  Ale... 

potem, kiedy przeniosłeś mnie przez błoto. 

Ham, wtedy wszystko się zmieniło. 

Ham przełknął ślinę. Nagle pochwycił ją w ramiona. 

-  Nie  będę  się  spierał,  czyja  to  była  wina  -  powiedział.  -  Ale  jedną  rzecz  uzgodnimy 

natychmiast. Idziemy do Erotii i tam weźmiemy ślub w solidnym amerykańskim kościele, o ile juŜ 

taki  zbudowali,  albo  w  solidnym  amerykańskim  urzędzie  stanu  cywilnego.  I  nie  będzie  więcej 

mowy o Przełęczy Szaleńca i forsowaniu Gór Wieczności! 

Jasne? 

Rzuciła okiem na odległe, piętrzące się wierzchołki i zadrŜała. 

- Całkiem jasne - odpowiedziała potulnie. 

PrzełoŜył Zbigniew Jonszta   

background image

Lotofagi   

 

- Fiu! - gwizdnął Ham Hammond wyglądając przez okienko obserwacyjne z prawej strony 

dzioba statku. - CóŜ za miejsce na miesiąc miodowy! 

- Nie trzeba było Ŝenić się z biologiem - rzuciła przez ramię pani Hammond. Ham dostrzegł 

jednak jej szare oczy tańczące w szkle iluminatora. - Ani z córką odkrywcy - dodała. Pat Hammond 

bowiem,  przed  poślubieniem  Hama  zaledwie  cztery  tygodnie  temu  nosiła  nazwisko  Patrycja 

Burlingame  i  była  córką  słynnego  Anglika,  który  zdobył  dla  Wielkiej  Brytanii  tyle  ze  strefy 

zmierzchu Wenus, ile Crowly dla Stanów Zjednoczonych. 

-  Nie  Ŝeniłem  się  z  biologiem  -  zauwaŜył  Ham.  -  Poślubiłem  dziewczynę,  która 

przypadkowo interesowała się biologią i to wszystko. 

Jest to jedna z jej nielicznych wad. 

Zredukował ciąg do dysz pionowych i rakieta zaczęła łagodnie opadać na poduszce z ognia 

w  kierunku  znajdującego  się  w  dole  ciemnego  krajobrazu.  Powoli,  ostroŜnie  sprowadzał  w  dół 

niezgrabną  maszynę,  aŜ  dał  się  odczuć  ledwie  dostrzegalny  wstrząs.  Wówczas  nagłym  ruchem 

wyłączył  napęd,  pokład  pod  nimi  lekko  się  przechylił,  i  gdy  ścichł  ryk  silników,  spowiła  ich,  jak 

koc, osobliwa cisza. 

- Jesteśmy na miejscu - obwieścił. 

- No, jesteśmy - zgodziła się Pat. - A gdzie jest to miejsce? 

-  Znajdujemy  się  dokładnie  o  siedemdziesiąt  pięć  mil  na  wschód  od  Bariery  naprzeciwko 

Yenoble, w Brytyjskiej Krainie Chłodu. Na północ, jak mi się zdaje, znajduje się przedłuŜenie Gór 

Wieczności, a na południe - Bóg wie co. To samo odnosi się do wschodu. 

-  To  jest  bardzo  dobry,  szczegółowy  opis  zapadłej  dziury  -  zaśmiała  się  Pat.  -  Włączmy 

ś

wiatła i popatrzmy na tę dziurę. 

Włączyła iluminatory. Pojawiły się w ciemnościach jako kręgi słabego światła odbitego od 

powierzchni planety. 

- Proponuję - mówiła dalej - aby Wspólna Wyprawa udała się do kopułki obserwacyjnej w 

celu szerszego rozejrzenia się po okolicy. 

Jesteśmy tu w celach badawczych; trochę badań nie zaszkodzi. 

- Druga część Wspólnej Wyprawy się zgadza - zachichotał Ham. 

Uśmiechnął się pod nosem na tę nonszalancję, z jaką Pat odnosiła się do powaŜnych zadań 

badawczych.  Oboje  stanowili  Wspólną  Wyprawę  Królewskiego  Towarzystwa  I  Instytutu 

Smithsońskiego W Celu Zbadania Warunków Na Ciemnej Stronie Wenus, jeśli uŜyć pełnej nazwy. 

background image

Oczywiście  sam  Ham,  formalnie  stanowiący  amerykańską  stronę  przedsięwzięcia,  w 

rzeczywistości tylko dlatego 'był jego uczestnikiem, Ŝe Pat nie chciała słyszeć o nikim innym; ale 

to  do  niej  zwracali  się  brodaci  członkowie  Towarzystwa  i  Instytutu  ze  swymi  pytaniami, 

warunkami i instrukcjami. 

I tak musiało być, Pat była bowiem w końcu czołowym autorytetem w zakresie flory i fauny 

Tropików  wenusjańskich,  a  poza  tym  pierwszym  ludzkim  dzieckiem  urodzonym  na  Wenus,  Ham 

zaś był tylko inŜynierem, którego na podbój planety skierowało marzenie o szybkim wzbogaceniu 

się na handlu xixtchilem w Tropikach. 

Tam  właśnie  poznał  Patrycję  Burlingame  i  tam,  po  pełnej  przygód  podróŜy  do  stóp  Gór 

Wieczności,  zdobył  jej  względy.  Pobrali  się  w  niecały  miesiąc  temu  w  Erotii,  osadzie 

amerykańskiej, a potem nadeszła oferta wyprawy na ciemną stronę. 

Ham  odradzał  tę  wyprawę.  Chciał  mieć  prawdziwy  ziemski  miesiąc  miodowy  w  Nowym 

Jorku  czy  Londynie,  ale  były  trudności.  Główna  trudność  była  natury  astronomicznej;  Wenus 

minęła swe perigeum i dopiero po ośmiu długich miesiącach jej powolny ruch wokół Słońca miał 

ją doprowadzić do miejsca, skąd rakieta mogła dotrzeć do Ziemi. 

Osiem  miesięcy  w  prymitywnych,  pionierskich  warunkach  Erotii  lub  w  równie 

prymitywnym  Yenoble  -  gdyby  wybrali  osadę  brytyjską  -  Ŝadnych  rozrywek  poza  polowaniem  i 

kilku  ksiąŜkami,  bez  radia,  teatru.  A  jeśli  skazani  byli  na  polowanie,  dowodziła  Pat,  czemu  nie 

dodać do tego dreszczyku i niebezpieczeństwa czegoś nieznanego? 

Nikt  nie  wiedział,  czy  jakieś  Ŝycie  czaiło  się  na  ciemnej  stronie  planety;  tylko  bardzo 

niewielu widziało ją w ogóle, a i ci patrzyli tylko z rakiet śmigających ponad szerokimi łańcuchami 

górskimi  lub  skutymi  lodem  bezkresnymi  oceanami.  I  oto  powstała  szansa  wyjaśnienia  tej 

tajemnicy i zbadania jej, w dodatku na koszt państwa. 

Prywatną  rakietę  mógłby  zbudować  i  wyposaŜyć  tylko  multimilioner,  ale  Królewskie 

Towarzystwo i Instytut Smithsoński, wydające państwowe fundusze, były ponad takie zmartwienia. 

Mogły  się  wydarzyć  niebezpieczeństwa  i  mroŜące  krew  w  Ŝyłach  przygody,  ale  młodzi  mogli 

nareszcie być sami. 

Ten  ostatni  argument  przekonał  Hama.  Spędzili  więc  dwa  pracowite  tygodnie  zaopatrując 

rakietę  w  zapasy  Ŝywności i  sprzęt, przelecieli wysoko  nad  barierą  lodową,  która  stanowi  granicę 

strefy  zmierzchu  i  przemknęli  pośpiesznie  przez  strefę  burz,  gdzie  spotykają  się  mroźny,  dolny 

wiatr z ciemnej strony i górne, ciepłe wiatry omiatające pustynną twarz planety. 

Wenus bowiem nie obraca się wokół osi i tym samym nie ma następujących po sobie dni i 

nocy.  Jedną  stronę  stale  zalewa  światło  słońca,  druga  zaś  jest  wiecznie  ciemna  i  tylko  powolna 

libracja planety daje strefie zmierzchu coś na podobieństwo pór roku. A ta strefa, jedyna moŜliwa 

background image

do zamieszkania część Wenus, przechodzi po jednej stronie przez Tropiki w rozpaloną pustynię, po 

drugiej  zaś  kończy  się  gwałtownie  barierą  lodową,  gdzie  górne  wiatry  oddają  swą  wilgoć 

mroźnemu powiewowi wiatru dolnego. 

Stali  więc  oto  blisko  siebie  na  górnym  szczeblu  drabinki,  wtłoczeni  w  maleńką  szklaną 

kopułę  obserwacyjną  znajdującą  się  ponad  pulpitem  nawigacyjnym;  ich  głowy  ledwie  się  w  niej 

mieściły.  Ham  objął  dziewczynę  ramieniem,  gdy  przyglądali  się  widokowi  rozpościerającemu  się 

przed nimi. 

Daleko na zachód trwał wieczny świt, czy teŜ moŜe zachód słońca, i światło odbijało się od 

bariery  lodowej.  Góry  Wieczności,  jak  olbrzymie  kolumny,  wybijały  się  ku  górze  na  tle  owego 

ś

wiatła, a ich potęŜne wierzchołki ginęły w dolnej warstwie chmur na wysokości dwudziestu pięciu 

mil.  Nieco  na  południe  znajdował  się  masyw  NiŜszych  Gór  Wieczności,  który  stanowił  granicę 

amerykańskiej  części  Wenus,  między  oboma  łańcuchami  zaś  następowały  ciągłe  wyładowania 

atmosferyczne. 

Jednak  dookoła  nich,  blado  oświetlony  odbitym  słonecznym  blaskiem,  rozciągał  się  obraz 

ciemnej i dzikiej wspaniałości. Wszędzie znajdował się lód - lodowe góry, iglice, równiny, głazy i 

skały, wszystkie jarzące się bladozielone od poświaty sączącej się spoza bariery.  Świat bez ruchu, 

skuty mrozem i jałowy, do którego nie dochodziło zawodzenie dolnego wiatru na zewnątrz, który 

nie napotykał na Ŝadne przeszkody, bariera lodowa bowiem osłaniała go od Krainy Chłodu. 

- To... wspaniałe - mruknęła Pat. 

- Tak - zgodził się. - Ale zimne, martwe, a jednak groźne. Pat, czy myślisz, Ŝe jest tu jakieś 

Ŝ

ycie? 

- Powinno być. Jeśli Ŝycie istnieje na takich ciałach jak Tytan i Japet, powinno być i tu. Jaka 

jest temperatura? - Popatrzyła na termometr umieszczony na zewnątrz kopułki; jego słupek i cyfry 

Ŝ

arzyły się własnym światłem. - Tylko trzydzieści stopni poniŜej zera według skali Fahrenheita. Na 

Ziemi w takiej temperaturze istnieje Ŝycie. 

-  Istnieje,  owszem.  Ale  nie  mogłoby  się  rozwinąć  poniŜej  temperatury  zamarzania  wody. 

ś

ycie musi trwać w płynnej wodzie. 

Pat zaśmiała się cicho. 

- Rozmawiasz z biologiem, Ham. Nie, Ŝycie nie mogłoby powstać trzydzieści stopni poniŜej 

zera,  ale  przypuśćmy,  Ŝe  powstało  w  strefie  zmierzchu  i  tu  się  przeniosło?  Lub  powiedzmy,  Ŝe 

zostało tu przepędzone w wyniku przegranej walki o byt w cieplejszych regionach? 

Dobrze wiesz, jakie są warunki w Tropikach, gdzie są pleśnie, pyzy, drzewa Jacka-Łapacza 

i miliony róŜnych pasoŜytów zjadających siebie nawzajem. 

Chwilę zastanawiał się. 

background image

- Jakiego rodzaju Ŝycie spodziewasz się tu spotkać? 

Zachichotała. 

- Chcesz   prognozy?   Bardzo   dobrze.   Najpierw   chyba   potrzebna jest jakaś roślinność 

jako baza, fauna bowiem nie moŜe poŜerać się nawzajem nie mając dodatkowego dopływu energii. 

Jak w tej historyjce o fermie kotów, której właściciel hodował szczury, by karmić koty, a gdy juŜ z 

kotów zdarł skórę, rzucał padlinę szczurom, którymi potem karmił koty. Ładnie to brzmi, ale nic z 

tego nie wyjdzie. 

- Powinna więc być roślinność. I co potem? 

- Potem? Bóg wie co. Fauna ciemnej strony, jeśli istnieje, zapewne pochodzi od słabszych 

form Ŝycia strefy zmierzchu, ale w co mogła się przeistoczyć - nie potrafię odgadnąć. Oczywiście 

musimy  pamiętać  o  trójoku,  triops  noctivivans,  którego  odkryłam  w  Górach  Wieczności...  -  Ty 

odkryłaś! - zaśmiał się. - Byłaś nieprzytomna jak głaz, gdy cię wynosiłem z tego siedliska diabłów. 

Nie widziałaś nawet jednego! 

-  Zbadałam  jednego  martwego,  którego  łowcy  przynieśli  do  Venoble  -  odrzekła  nie 

speszona.  -  I  nie  zapominaj,  Ŝe  Towarzystwo  chciało  nadać  mu  moje  imię  -  triops  Patriciae.  - 

Bezwiednie wzdrygnęła się na wspomnienie tych diabelskich stworów, które o mało nie pozbawiły 

ich Ŝycia. - Wybrałam jednak inne imię - triops noctimvans - trójoki mieszkaniec ciemności. 

- CóŜ za romantyczna nazwa dla tej piekielnej bestii! 

- Owszem, ale chciałam powiedzieć, Ŝe... moŜliwe jest, Ŝe triops, czy triopsy... słuchaj, jak 

powinno się mówić triops w liczbie mnogiej? 

- Trioptes - mruknął. - źródłosłów łaciński. 

-  No  więc  moŜliwe,  Ŝe  trioptes  naleŜą  do  stworzeń,  które  moŜna  byłoby  znaleźć  tu,  na 

ciemnej stronie, i  Ŝe tamte wściekłe diabły, które zaatakowały nas w owym ciemnym wąwozie w 

Górach Wieczności stanowiły szpicę penetrującą strefę zmierzchu ciemnymi przejściami w górach, 

pozbawionymi światła słonecznego. Nie znoszą światła - sam to widziałeś. 

- No więc co z tego? 

Zaśmiała się. 

-  A  to,  Ŝe  z  ich  budowy:  sześć  kończyn,  troje  oczu  i  tak  dalej,  wynika,  Ŝe  trioptes  są 

spokrewnione z rodowitymi mieszkańcami Tropików. Stąd wniosek, Ŝe są one na ciemnej stronie 

od  niedawna;  Ŝe  nie  powstały  tutaj,  ale  trafiły  tu  dość  późno,  oczywiście  w  sensie  geologicznym. 

Właściwie  “geologicznym”  to  niedobre  słowo,  “geos”  bowiem  oznacza  ziemię.  Trzeba  było 

powiedzieć “w sensie wenusologicznym”. 

-  Nie  trzeba  było.  Zamieniłaś  rdzeń  grecki  na  łaciński.  Trzeba  było  powiedzieć  “w  sensie 

afrodyzjologicznym”. 

background image

Zachichotała znowu. 

- Miałam na myśli i powinnam była powiedzieć na samym początku, by uniknąć sporu, “w 

sensie paleontologicznym”, co brzmi lepiej. 

W kaŜdym razie miałam na myśli, Ŝe trioptes przebywają na ciemnej stronie nie więcej niŜ 

dwadzieścia  do  pięćdziesięciu  lat  ziemskich  albo  nawet  mniej,  co  wiemy  bowiem  o  szybkości 

ewolucji  na  Wenus?  MoŜe  ewolucja  jest  tu  szybsza  niŜ  na  Ziemi;  moŜe  triops  mógł  się 

przystosować do Ŝycia w nocy przez pięć tysięcy lat. 

-  Widziałem  studentów,  którzy  przystosowali  się  do  nocnego  Ŝycia  w  ciągu  jednego 

semestru - zaśmiał się Ham. 

Pat zignorowała tę uwagę. 

-  I  dlatego  -  mówiła  dalej  -  uwaŜam,  Ŝe  musiało  tu  istnieć  Ŝycie,  zanim  przybył  trójok, 

musiał  bowiem  tu  znaleźć  coś  do  jedzenia,  inaczej  by  nie  przeŜył.  A  poniewaŜ  moje  badania 

wykazały,  Ŝe  jest  on  częściowo  mięsoŜerny,  musi  tu  być  nie  tylko  Ŝycie,  ale  równieŜ  Ŝycie  w 

postaci fauny. I to by było na tyle, jeśli chodzi o czysto rozumową część dowodu. 

- Nie moŜesz więc odgadnąć, jaki to typ zwierząt. MoŜe inteligentne? 

-  Nie  wiem.  MoŜliwe.  Jednak  mimo  czci,  jaką  wy,  jankesi,  Ŝywicie  do  inteligencji, 

biologicznie  nie  ma  ona  wielkiego  znaczenia.  Nie  ma  równieŜ  wielkiej  wartości,  jeśli  chodzi  o 

zdolność przetrwania. 

-  Co  takiego?  Jak  moŜesz  tak  mówić,  Pat?  CóŜ  więc  poza  ludzką  inteligencją  dało 

człowiekowi panowanie nad Ziemią i nad Wenus? 

-  A  czyŜ  człowiek  jest  panem  Ziemi?  Posłuchaj,  Ham,  co  myślę  o  inteligencji.  Goryl  ma 

znacznie  lepszy  mózg  od  Ŝółwia,  prawda?  A  mimo  to,  któremu  z  nich  lepiej  się  powiodło: 

gorylowi,  który  zamieszkuje  tylko  mały  region  w  Afryce,  czy  Ŝółwiowi,  którego  moŜna  spotkać 

wszędzie,  od  rejonów  arktycznych  do  Antarktydy?  A  jeśli  chodzi  o  człowieka  -  gdyby  ktoś  miał 

oczy  mikroskopu  i  mógł  dostrzec  wszystkie  Ŝywe  istoty  na  Ziemi,  doszedłby  do  wniosku,  Ŝe 

człowiek  jest  tylko  rzadkim  gatunkiem,  planeta  zaś  naleŜy  właściwie  do  nematodów,  czyli  do 

robaków, nematody bowiem znacznie przewyŜszają liczebnością wszystkie pozostałe formy  Ŝycia 

razem wzięte. 

- Pat, aleŜ to nie dominacja! 

-  Nie  powiedziałam,  Ŝe  to  dominacja.  Powiedziałam  tylko, Ŝe  inteligencja  nie  ma  wielkiej 

wartości  dla  umiejętności  przetrwania.  JeŜeli  przyjmiemy,  Ŝe  ma,  to  dlaczego  owady,  które  nie 

mają inteligencji tylko instynkt, tak dają się we znaki człowiekowi? Ludzie mają lepsze mózgi niŜ 

szkodniki  kukurydzy,  bawełny,  mole  i  inne,  a  jednak  one  biją  naszą  inteligencję  na  głowę  tylko 

jedną  bronią  -  olbrzymią  płodnością.  Czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  za  kaŜdym  razem,  gdy 

background image

rodzi  się  dziecko,  o  ile,  nie  zrównowaŜy  tego  czyjaś  śmierć,  moŜna  je  wyŜywić  tylko  w  jeden 

sposób - odbierając poŜywienie takiej liczbie owadów, których masa równa się masie dziecka? 

-  Wszystko  to  brzmi  bardzo  rozsądnie,  ale  co  ma  wspólnego  z  inteligencją  na  ciemnej 

stronie Wenus? 

-  Nie  wiem  -  odparła  Pat,  a  w  jej  głosie  zabrzmiał  dziwnie  nerwowy  ton.  -  Myślę  tylko... 

Spójrz  na  to  w  ten  sposób,  Ham.  Jaszczurka  jest  inteligentniejsza  niŜ  ryba,  ale  nie  na  tyle,  aby 

zyskać  w  ten  sposób  jakąś  przewagę.  Dlaczego  więc  jaszczurka  i  jej  potomkowie  rozwijali 

inteligencję? Dlaczego - bo chyba sama Natura dąŜy ku inteligencji... 

A  jeśli  to  prawda,  w  takim  razie  inteligencja  moŜe  być  nawet  tu  -  dziwna,  obca, 

niezrozumiała  inteligencja.  -  ZadrŜała  w  ciemnościach  opierając  się  o  Hama.  -  NiewaŜne  - 

powiedziała  nagle  innym  tonem.  -  Pewnie  to  tylko  urojenia.  Świat  tu  na  zewnątrz  jest  tak 

dziwaczny, tak nieziemski... Jestem zmęczona, Ham. Mamy za sobą długi dzień. 

Zszedł za nią do wnętrza rakiety. Gdy zgasły  światła igrające na nieziemskim krajobrazie, 

Ham widział juŜ tylko Pat, prześlicznie wyglądającą w skąpym stroju, modnym w Krainie Chłodu. 

- Więc jutro - powiedział. - Mamy Ŝywności na trzy tygodnie. 

“Jutro”  oznaczało  oczywiście  tylko  pewną  porę,  a  nie  światło  dzienne.  Gdy  obudzili  się, 

powitała  ich  ta  sama  ciemność,  która  wiecznie  spowija  nie  oświetloną  połowę  Wenus,  z  tym 

samym  wiecznie  zielonym  zachodem słońca  na  horyzoncie.  Pat jednak  była  w  lepszym  nastroju i 

Ŝ

wawo  zajęła  się  przygotowaniami  do  pierwszego  wyjścia  na  zewnątrz.  Wyjęła  skafandry 

arktyczne z pokrytej gumą grubej na cal wełny, Ham zaś, jako inŜynier, dokładnie obejrzał kaptury, 

z których kaŜdy zaopatrzony został w koronę z silnych lamp. 

SłuŜyły  one  głównie  do  oświetlania,  ale  miały  jeszcze  inne  zastosowanie.  Wiadomo  było, 

Ŝ

e niewiarygodnie dzikie trójoki nie znoszą światła i w ten sposób, uŜywając wszystkich czterech 

snopów  światła  padających  z  hełmu,  moŜna  było  poruszać  się  w  otoczeniu  ochronnej  bariery 

ś

wiateł. To jednak nie przeszkodziło im włączyć do wyposaŜenia dwóch oksydowanych pistoletów 

automatycznych  i  dwóch  miotaczy  ognia  o  straszliwej  niszczącej  sile,  Pat  zaś  zabrała  równieŜ 

torbę,  do  której  zamierzała  wkładać  okazy  wszelkiej  napotkanej  flory  oraz  fauny,  jeśli  okazałaby 

się niewielka i w miarę nieszkodliwa. 

Uśmiechnęli się do siebie spoza masek. 

- Wyglądasz w tym jak grubas - zauwaŜył złośliwie Ham i uśmiechnął się wesoło, gdy Pat 

skrzywiła się zagniewana. 

Odwróciła się, otworzyła szeroko drzwi i wyszła na zewnątrz. 

Wszystko  wyglądało  inaczej  niŜ  w  światłach  iluminatora.  Wówczas  cała  scena  była  jakby 

nierealna,  nieruchoma  i  cicha  jak  na  obrazie;  teraz  otaczała  ich  naprawdę,  a  chłodny  powiew  i 

background image

Ŝ

ałosny głos wiatru dostarczały dość dowodów na to, Ŝe ten świat jest realny. Stali przez chwilę w 

kręgu  światła  padającego  z  iluminatorów  statku  patrząc  w  podziwie  na  horyzont,  gdzie 

niewiarygodnie wysokie szczyty Wielkich Gór Wieczności wznosiły się jak olbrzymie wieŜe na tle 

fałszywego zachodu słońca. 

BliŜej  zaś,  jak  tylko  wzrok  mógł  przebić  się  przez  tę  przestrzeń  bez  słońca,  bez  księŜyca, 

bez  gwiazd  rozciągała  się  opustoszała,  pokryta  bryłami  lodu  i  skał  równina,  na  której  szczyty, 

minarety, iglice i granie z lodu i kamienia wznosiły się w fantastycznych kształtach niemoŜliwych 

do opisania, wyrzeźbionych przez dziki kunszt wiatru. 

Ham otoczył Pat ręką w wywatowanym rękawie i ze zdziwieniem wyczuł, Ŝe drŜy. 

- Zimno ci? - zapytał patrząc na tarczę termometru na przegubie. - Tylko trzydzieści sześć 

poniŜej zera. 

- To nie chłód - odrzekła Pat. - To tylko ten widok. - Odsunęła  się. - Zastanawiam się, co 

utrzymuje ciepło w tym miejscu. Zdawałoby się, Ŝe bez światła słonecznego... 

-  I  popełniłabyś  błąd  -  przerwał  jej  Ham.  -  Byle  technik  słyszał  o  dyfuzji  gazów.  Górne 

wiatry przesuwają się nad nami na wysokości zaledwie pięciu czy sześciu mil i oczywiście niosą ze 

sobą  wiele  ciepła  z  pustyni  za  strefą  zmierzchu. Następuje  pewne  przenikanie ciepłego  powietrza 

do  zimnego,  a  poza  tym,  gdy  ciepłe  wiatry  ochładzają  się,  zaczynają  opadać.  Co  więcej,  duŜe 

znaczenie ma tu ukształtowanie terenu. - Zamilkł. - Słuchaj - rzekł po namyśle. - Wcale bym się nie 

zdziwił,  gdybyśmy  znaleźli  niedaleko  Gór  Wieczności  ciąg  powietrza  ku  dołowi,  gdzie  górne 

wiatry spływałyby po stoku i w pewnych miejscach stwarzały całkiem znośny klimat. 

Ruszył  w  kierunku  Pat,  która  myszkowała  wśród  kamieni  na  skraju  kręgu  światła 

padającego z rakiety. 

-  Ha!  -  wykrzyknęła.  -  Oto  on,  Ham!  Oto  nasz  okaz  Ŝycia  roślinnego  z  ciemnej  strony.  - 

Nachyliła  się  nad  szarą  bulwiastą  masą.  Lichenowaty  lub  grzybowaty  -  mówiła  dalej.  -  Liści 

oczywiście  brak;  liście  przydają  się  tylko  w  świetle  słonecznym.  Z  tego  samego  powodu  brak 

chlorofilu.  Bardzo  prymitywna,  bardzo  prosta  roślina,  a  jednak  -  w  pewien  sposób  - 

skomplikowana. Popatrz Ham - wysoko rozwinięty układ krąŜenia! 

Nachylił się bliŜej i w bladoŜółtym świetle z iluminatorów ujrzał delikatną sieć Ŝyłek, którą 

mu pokazywała. 

- To wskazywałoby - mówiła dalej - na istnienie jakiejś formy serca i... ciekawe! - W jednej 

chwili  przytknęła  swój  tarczowy  termometr  do  mięsistej  masy,  przez  chwilę  przytrzymała,  a 

następnie spojrzała nań. - Tak! Popatrz, jak się igła poruszyła, Ham. Ta roślina jest ciepła! Jest to 

osobnik  ciepłokrwisty.  Gdy  się  dobrze  nad  tym  zastanowić,  nie  ma  w  tym  nic  dziwnego,  jest  to 

background image

bowiem jedyny  rodzaj  rośliny,  który  moŜe  Ŝyć  na  obszarze  znajdującym  się  stale  w  temperaturze 

poniŜej poziomu zamarzania wody. śycie musi trwać w warunkach płynności. 

Pociągnęła  za  roślinę,  która  oderwała  się  z  głuchym  kląśnięciem,  a  z  oddartego  korzenia 

wytrysnęły krople ciemnego płynu. 

-  Uch!  -  skrzywił  się  Ham.  -  CóŜ  za  obrzydliwość!  “I  oderwał  krwawiący  korzeń 

mandragory”, co? Tyle  Ŝe tamten miał krzyczeć, gdy  go wyrywano. - Przerwał. Z drgającej masy 

dobiegło niskie, pulsujące zawodzenie i Ham spojrzał zdumiony w stronę Pat. - Uch! - znowu się 

skrzywił. - Obrzydliwe. 

- Obrzydliwe? AleŜ to cudowny organizm! Jest doskonale przystosowany do środowiska. 

- No więc cieszę się, Ŝe jestem inŜynierem - rzucił patrząc, jak Pat otwiera drzwi rakiety i 

kładzie roślinę na znajdującym się wewnątrz kwadracie z gumy. - Chodźmy się rozejrzeć. 

Pat zamknęła drzwi i poszła za nim. Natychmiast noc otoczyła ich jak czarna mgła i tylko 

spoglądając za siebie na świecące iluminatory rakiety mogli się przekonać, Ŝe stoją na powierzchni 

rzeczywistego  świata.        -  MoŜe  powinniśmy  zapalić  lampy  naszych  hełmów?  -  zapytał  Ham.  - 

Lepiej tak, bo inaczej ryzykujemy upadek. 

Nim  któreś  z  nich  się  poruszyło,  poprzez  jęk  wiatru  doleciał  do  nich  nowy  dźwięk,  dziki, 

wściekły, nieludzki wrzask niczym piekielny śmiech, wycie i zawodzenie, i ponury chichot. 

- To triopsy! - jęknęła Pat zapominając o poprawnej liczbie mnogiej. 

Bała  się  naprawdę;  zwykle  odwagą  dorównywała  Hamowi,  a  śmiałością  i  skłonnością  do 

ryzyka  nawet  go  przewyŜszała,  ale  te  niesamowite  piski  przyniosły  za  sobą  wspomnienie  owych 

chwil  udręki,  gdy  oboje  wpadli  w  pułapkę,  w  wąwozie  Gór  Wieczności.  Przeraziła  się  bardzo  i 

równie pospiesznie co bezskutecznie szukała wyłącznika światła oraz rewolweru. 

Ham włączył swe światła, gdy juŜ przeleciało koło nich pół tuzina kamieni, a jeden z nich 

boleśnie  uderzył  go  w  ramię.  Cztery  snopy  światła  buchnęły  długim  krzyŜem  na  połyskujące 

wzgórki i dziki śmiech przeszedł w crescendo bólu. Na moment ujrzał ciemne sylwetki zeskakujące 

ze szczytu i grani, umykające w ciemność jak upiory, po czym nastąpiła cisza. 

-  Oooch!  -  wyszeptała  Pat.  -  Bardzo...  się  bałam,  Ham.  -  Przytuliła  się  do  niego,  -a 

następnie, juŜ mocniejszym głosem, powiedziała: 

- Ale mamy dowód. Triops noctivivans w rzeczywistości jest stworzeniem z nocnej strony 

planety,  a  tamte  z  gór  to  wysunięte  placówki  lub  grupki,  które  dostały  się  do  wąwozów  nie 

nawiedzanych przez światło słońca. 

Gdzieś w oddali rozległ się grzmiący śmiech. 

- Zastanawiam się - myślał głośno Ham - czy ten ich rechot jest czymś w rodzaju języka. 

background image

-  Bardzo  moŜliwe.  W  końcu  mieszkańcy  Tropików  są  inteligentni,  a  te  istoty  są  z  nimi 

spokrewnione.  Poza  tym  rzucają  kamieniami  i  znają  zastosowanie  owych  pylistych  strąków, 

którymi  zarzuciły  nas  w  wąwozie.  Nawiasem  mówiąc,  muszą  one  być  owocami  jakiejś  rośliny  z 

nocnej  strony.  Triopsy są  bez  wątpienia  inteligentne  na  dziki,  krwioŜerczy  i  barbarzyński  sposób, 

ale  te  bestie  są  tak  nieprzystępne,  Ŝe  wątpię,  czy  ludzie  kiedykolwiek  dowiedzą  się  czegoś  o  ich 

inteligencji czy języku. 

Ham  przytaknął jej  z całą  stanowczością, tym  bardziej  Ŝe  sprytnie  rzucony  kamień  rozsiał 

znienacka  wokół  siebie  połyskliwe  odłamki,  kiedy  odbijał  się  od  lodowej  iglicy  o  kilkanaście 

kroków  od  nich.  Pokręcił  głową  omiatając  równinę  snopami  światła  z  lamp  na  hełmie,  a  z 

ciemności doszedł ich pojedynczy ostry rechot. 

-  Dzięki  Bogu,  światła  trzymają  ich  na  dystans  -  mruknął.  Mili  poddani  Jego  Królewskiej 

Mości*, co? Niech Bóg chroni króla, jeśli trafi mu się takich więcej! 

Lecz  Pat  znowu  była  zajęta  poszukiwaniem  okazów.  Włączyła  juŜ  swe  reflektory  i 

przemykała się zwinnie między fantastycznymi obeliskami owej dziwacznej równiny. Ham poszedł 

za  nią  patrząc,  jak  odrywała  od  skał  krwawiące  i  pojękujące  okazy  roślinności.  Znalazła  z  tuzin 

odmian  i  jedno  małe  wijące  się  stworzenie  w  kształcie  cygara,  któremu  przyglądała  się  ze 

zdumieniem nie potrafiąc ustalić, czy jest to roślina, zwierzę, czy teŜ moŜe jeszcze coś innego. W 

końcu  torba  na  okazy  wypełniła  się  po  brzegi  i  oboje  skierowali  się  w  stronę  rakiety,  której 

iluminatory świeciły z dala jak rząd wpatrujących się w nich oczu. 

Gdy jednak otworzyli drzwi, by wejść do środka, oczekiwał ich wstrząs. Oboje cofnęli się, 

gdy buchnął im w twarze podmuch ciepłego, dusznego, zgniłego powietrza nie nadającego się do 

oddychania, przesyconego odorem padliny. 

- Co... - wydyszał Ham, a potem zachichotał. - Twoja mandragora! - zaśmiał się. - Popatrz 

na nią! 

Roślina,  którą  umieścili  wewnątrz  statku,  zmieniła  się  w  bezkształtną  masę  w  stanie 

rozkładu.  W  ciepłym  wnętrzu  szybko  uległa  rozpadowi  i  stała  się  obecnie  półpłynną  masą 

spoczywającą na płacie gumy. Pat wyciągnęła gumę przez właz i wyrzuciła na zewnątrz. 

Wspięli  się  do  ciągle  jeszcze  cuchnącego  wnętrza  i  Ham  włączył  wentylator.  Powietrze, 

które  napłynęło,  było  oczywiście  zimne,  ale  czyste  powiewem  mroźnego  wiatru,  sterylne  i  wolne 

od  pyłów  po  pięciu  tysiącach  mil  drogi  ponad  zamarzniętymi oceanami  i górami.  Ham  zatrzasnął 

drzwi, włączył grzejnik i opuścił wizjer, by popatrzeć na Pat. 

- I to ma być ten twój cudowny organizm! - zachichotał. 

background image

-  To  był  cudowny  organizm,  Ham.  Nie  moŜna  mieć  do  niego  pretensji,  wystawiono  go 

bowiem na działanie temperatury, której nigdy nie miał doświadczyć - westchnęła i cisnęła na stół 

swoją torbę na okazy. - Myślę, Ŝe będę musiała od razu je spreparować, skoro się źle przechowują. 

Ham  mruknął  coś  i  zajął  się  przygotowaniem  posiłku  pracując  nad  tym  z  fachowością 

prawdziwego  mieszkańca  Tropików.  Spojrzał  na  Pat,  która  pochylała  się  nad  swymi  okazami 

wstrzykując im roztwór dwuchlorku. 

(Pat  i  Ham  znajdowali  się  na  terytorium  brytyjskim  na  szerokości  venoble. 

Międzynarodowy Kongres w Lisie w roku 2020 podzielił prawa do ciemnej strony między państwa 

posiadające terytoria na Wenus, dając kaŜdemu z nich klin sięgający od strefy zmierzchu do punktu 

na planecie dokładnie po przeciwnej stronie Słońca w połowie Jesieni (przyp. aut.).) 

- Czy sądzisz - zapytał - Ŝe trójok jest najwyŜszą formą Ŝycia na ciemnej stronie? 

-  Bez  wątpienia  -  odrzekła  Pat.  -  Jeśli  istniałaby  tu  jakaś  wyŜsza  forma,  dawno  juŜ 

wytępiłaby te wściekłe diabły. 

Była jednak w błędzie. 

W  ciągu  czterech  dni  Pat  i  Ham  wykorzystali  wszystkie  moŜliwości,  jakie  dawała  im 

pofałdowana równina wokół rakiety. Pat zebrała róŜnorodne okazy, a Ham dokonał niezliczonych 

obserwacji temperatury, wariacji magnetycznych, kierunku i prędkości mroźnego wiatru. 

Zwinęli  więc  swoje  stanowisko  i  rakieta  wystartowała  na  południe  w  kierunku  krainy, 

gdzie, jak przypuszczano, ogromne i tajemnicze Góry Wieczności królowały nad barierą lodową i 

mrocznym  światem  po  nocnej  stronie.  Lecieli  powoli,  redukując  prędkość  silników  odrzutowych 

do pięćdziesięciu mil na godzinę; lecieli bowiem w nocy, polegając na przednim reflektorze, który 

miał ostrzegać ich przed wyłaniającymi się szczytami. 

Zatrzymali się dwukrotnie i za kaŜdym razem wystarczał dzień lub dwa, by stwierdzić, Ŝe 

okolica przypominała otoczeniem pierwszą bazę. 

Te  same  Ŝyłkowane,  bulwiaste  rośliny,  ten  sam  wieczny  dolny  wiatr,  ten  sam  rechot 

wydobywający się z gardeł krwioŜerczych trójoków. 

Za trzecim jednak razem było inaczej. Wylądowali na dzikim i ponurym płaskowyŜu u stóp 

Wielkich  Gór  Wieczności.  Daleko  na  zachód  połowa  widnokręgu  nadal  jarzyła  się  fałszywym 

zachodem słońca, ukryta przed wzrokiem przez olbrzymie wierzchołki łańcucha, który wznosił się 

na wysokość dwudziestu pięciu mil ku czarnym niebiosom. Góry były oczywiście niewidoczne w 

tym  regionie  wiecznej  nocy,  ale  dwoje  ludzi  w  rakiecie  odczuwało  potęŜne  sąsiedztwo  owych 

niewiarygodnie wysokich szczytów. 

background image

WszechpotęŜna  obecność  Gór  Wieczności  oddziaływała  na  nich  jeszcze  w  inny  sposób. 

Region  ów  był  ciepły,  nie  tak  jak  strefa  zmierzchu,  ale  znacznie  cieplejszy  niŜ  znajdująca  się  w 

dole równina. Termometry wskazywały zero po jednej stronie rakiety i plus pięć stopni po drugiej. 

Olbrzymie szczyty wznoszące się do poziomu górnych wiatrów powodowały powstawanie 

wirów  i  błędnych  prądów,  które  kierowały  w  dół  ciepłe  powietrze,  łagodząc  mroźny  powiew 

dolnego wiatru. 

Ham patrzył ponuro na widoczny w światłach rakiety płaskowyŜ. 

- Nie podoba mi się tu - mruknął. - Nigdy nie lubiłem tych gór, od czasu gdy wygłupiłaś się 

próbując je przejść w Krainie Chłodu. 

-  Wygłupiłam  się?  -  powtórzyła  za  nim  Pat.  -  A  kto  nadał  nazwę  tym  górom?  Kto  je 

przeszedł? Kto je odkrył? Mój ojciec, ot kto! 

- I myślałaś, Ŝe są juŜ twoje - odparował - i wystarczy,  Ŝe tylko gwizdniesz, a padną ci do 

nóg i zaczną się łasić, Przełęcz Szaleńca zaś zamieni się w alejkę parkową. Skutek tego był taki, Ŝe 

byłabyś  teraz  kupką  dokładnie  obgryzionych  kości  leŜących  w  wąwozie,  gdybym  nie  był  na 

miejscu i nie wyciągnął cię stamtąd. 

- Ach, ty strachliwy jankesie! - rzuciła. - Wychodzę na zewnątrz rozejrzeć się. - Naciągnęła 

skafander na siebie i skierowała się w stronę drzwi, lecz na progu zatrzymała się. - Czy... czy nie 

poszedłbyś takŜe? 

Uśmiechnął się. 

- Oczywiście! Chciałem tylko, Ŝebyś to powiedziała. - Przebrał się w strój polarny i ruszył 

za nią. 

Tym  razem  na  zewnątrz  było  inaczej.  Na  pierwszy  rzut  oka  płaskowyŜ  ukazywał  tę  samą 

ponurą dzikość lodu i kamienia, którą juŜ spotkali na leŜącej w dole równinie. Były tu zwietrzałe 

skały  o  najfantastyczniejszych  kształtach,  a  dziki  krajobraz,  który  połyskiwał  w  świetle  lamp 

hełmowych, podobny był do tego samego dziwacznego krajobrazu, który widzieli poprzednio. 

Zimno  jednak  było  tu  mniej  przenikliwe;  dziwnym  trafem  wraz  ze  wzrostem  wysokości 

robiło się cieplej, a nie zimniej jak na Ziemi, ciepło bowiem  wzrastało wraz ze zbliŜaniem się do 

regionu  wiatrów  górnych.  Tu  takŜe  dolny  wiatr mniej  dokuczał,  rozbity  przez  potęŜne  szczyty  na 

lekkie podmuchy. 

Roślinność  była  równieŜ  bujniejsza.  Wszędzie  widać  było  Ŝyłkowane  i  bulwiaste  masy  i 

Ham  musiał  ostroŜnie  stąpać,  jeśli  nie  chciał  powtórzyć  swego  przykrego  doświadczenia,  kiedy 

stanął na którąś i usłyszał jęk bólu. Pat nie miała takich skrupułów utrzymując, Ŝe to tylko tropizm, 

Ŝ

e okazy, które wyrwała i spreparowała, nie odczuwały większego bólu niŜ jabłko, które ktoś zjada, 

Ŝ

e w końcu biolog musi być biologiem. 

background image

Gdzieś  wśród  szczytów  rozległ  się  zgrzytliwy,  drwiący  śmiech  trójoków  i  kilka  razy 

Hamowi zdawało się, Ŝe wśród poruszających się cieni, na skraju obszaru światła z hełmów, ujrzał 

sylwetki tych demonów ciemności. Jeśli nawet tak było, to światło utrzymywało ich w bezpiecznej 

odległości, bo nie przeleciał obok nich ani jeden kamień. 

Jednak było to niesamowite uczucie iść tak przed siebie pośrodku poruszającego się kręgu 

ś

wiatła;  stale  zdawało  mu  się,  Ŝe  poza  zasięgiem  wzroku  czaiły  się  Bóg  wie  jakie  dziwaczne  i 

niewiarygodne  stwory,  mimo  Ŝe  rozsądek  wskazywał,  Ŝe  takie  monstra nie  mogłyby  pozostać  nie 

wykryte. 

Promienie  reflektorów  zatrzymały  się  na  lodowym  wale,  nasypie  czy  nawisie,  który 

rozciągał się w prawo i lewo w poprzek ich drogi. 

Pat nagle pokazała w tamtą stronę. 

- Spójrz tam! - wykrzyknęła, utrzymując światło reflektora w jednym miejscu. - Jaskinie w 

lodzie czy raczej nory. Widzisz? 

Ham  dostrzegł  czarne  otwory  wielkości  moŜe  klapy  do  kanału  ściekowego,  których  cały 

rząd  znajdował  się  u  podstawy  wału  lodowego.  Coś  ciemnego  przemknęło  ze  śmiechem  w  górę 

ś

liskiego zbocza i zniknęło - trójok. CzyŜby to były ich legowiska? Przyjrzał się dokładniej. 

-  Coś  tam  jest!  -  szepnął  do  Pat.  -  Spójrz!  Przed  połową  otworów  coś  leŜy,  czy  moŜe  to 

tylko kamienie blokujące wejście? 

ZbliŜyli się ostroŜnie, trzymając w dłoniach broń. Nic juŜ się nie poruszyło, ale w rosnącym 

natęŜeniu świateł owe przedmioty coraz mniej przypominały skały i  w końcu dało się juŜ dojrzeć 

Ŝ

yłki i mięsistą bulwiastość Ŝywej istoty. 

Przynajmniej  te  stworzenia  były  jakąś  nową  odmianą.  Ham  mógł  juŜ  rozróŜnić  rząd 

oczopodobnych plamek, a pod nimi kłębowisko nóg. 

Istoty  przypominały  odwrócone  kosze  na  zboŜe,  o  zbliŜonej  wielkości  i  kształcie, 

poŜyłkowane,  zwiotczałe  i  bez  wyróŜniających  się  szczegółów,  jeśli  nie  liczyć  plamek  ocznych. 

Teraz moŜna było juŜ nawet dostrzec półprzeźroczyste powieki, które zamykały się, najwyraźniej 

po to, aby osłonić oczy przed bolesnym światłem. 

Znajdowali  się  zaledwie  dwanaście  stóp  od  jednej  z  istot.  Po  chwili  wahania  Pat  ruszyła 

prosto w kierunku nieruchomej tajemnicy. 

- Oho! - powiedziała. - Oto coś nowego, Ham. Cześć, stary! 

W  następnej  chwili  oboje  stanęli  jak  wryci,  skonsternowani,  całkowicie  zdezorientowani, 

zdumieni i zmieszani. Wydobywając się, jak im się zdawało, z błony znajdującej się na wierzchu 

stworzenia, doszedł ich klekoczący, wysoki głos. 

- Cześć, stary! - powiedział. 

background image

Nastąpiła trwoŜna cisza. Ham trzymał w dłoni swój pistolet, ale nawet gdyby trzeba było go 

uŜyć, nie byłby w stanie tego zrobić, nawet zapomniał o nim. Był jak sparaliŜowany, osłupiały. 

Pat jednak odzyskała mowę. 

- To... to nie jest prawdziwe - powiedziała słabym głosem. - To tropizm. To stworzenie po 

prostu jak echo odbija dźwięki, które do niego dochodzą. CzyŜ nie tak, Ham? CzyŜ nie tak? 

-  Ja...  ja...  oczywiście!  -  Przyjrzał  się  oczom  zasłoniętym  powiekami.  -  Musi  tak  być. 

Słuchaj!  -  pochylił  się  w  przód  i  krzyknął  “cześć”  prosto  w  stronę  stworzenia.  -  Musi 

odpowiedzieć. 

Stworzenie odpowiedziało. 

- To nie jest tropizm - zaklekotało piskliwą, lecz doskonałą angielszczyzną. 

-  To  nie  jest  echo!  -  Pat  ledwie  dobywała  słów.  Cofnęła  się.  Boję  się!  -  pisnęła  ciągnąc 

Hama za rękę. - Uciekajmy - szybko! 

Schował ją za siebie. 

-  MoŜe  jestem  bojaźliwym  jankesem  -  mruknął  -  ale  mam  zamiar  przesłuchać  ten  Ŝywy 

gramofon, póki nie dowiem się, co - czy teŜ kto - wprawia go w ruch. 

- Nie! Nie, Ham! Boję się! 

- Nie wygląda niebezpiecznie - zauwaŜył. 

- Nie jest niebezpiecznie - stwierdziła istota na lodzie. 

Ham przełknął ślinę, a Pat wydała okrzyk przestrachu. 

- Kim...   kim  jesteś?  -   zapytał  łamiącym   się  głosem. 

Nie było odpowiedzi. Oczy z powiekami wpatrywały się w niego nieruchomo. 

- Czym jesteś? - spróbował znowu. 

Ponowny brak odpowiedzi. 

- Skąd znasz angielski? - pytał dalej. 

- Nie znasz angielski - zaklekotał głos. 

- Więc... hmm... dlaczego mówisz po angielsku? 

- Ty  mówisz  po angielsku - wyjaśniła  logicznie tajemnica. 

- Nie pytam dlaczego. Pytam w jaki sposób? 

Pat  jednak  częściowo  juŜ  przemogła  swe  przeraŜone  zdumienie  i  jej  szybki  umysł  znalazł 

rozwiązanie. 

-  Ham  -  szepnęła  w  napięciu  - ta istota  uŜywa  słów, których  my uŜywamy.  Znaczenie ich 

przejmuje od nas. 

- Znaczenie przejmuje od was - potwierdziła niegramatycznie istota. 

Hamowi zaświtało w głowie. 

background image

- O BoŜe! - wykrzyknął. - My więc musimy dostarczyć mu słownictwa. 

- Wy mówić, ja mówić - zaproponowało stworzenie. 

- No jasne! Rozumiesz, Pat? MoŜemy mówić cokolwiek - zatrzymał się. - Co by tu... “Gdy 

w toku ludzkich przypadków...” 

-  Zamknij  się,  jankesie!  -  warknęła  Pat.  -  Jesteś  na  terytorium  brytyjskim!  “Być,  albo  nie 

być - oto jest pytanie...” 

Ham  uśmiechnął  się  i  zamilkł.  Gdy  Pat  nie  mogła  sobie  nic  więcej  przypomnieć,  podjął: 

“Pewnego razu były sobie trzy niedźwiedzie...” 

I tak to szło. Nagle zdał sobie sprawę, Ŝe ta cała sytuacja jest fantastycznie absurdalna - oto 

Pat  szczegółowo  opowiada  historię  o  Czerwonym  Kapturku  pozbawionemu  poczucia  humoru 

stworowi  z  nocnej  strony  Wenus!  Dziewczyna  rzuciła  mu  zdumione  spojrzenie,  gdy  wybuchnął 

niepohamowanym śmiechem. 

- Opowiedz mu bajkę o wędrowcu i córce wieśniaka! - powiedział dusząc się ze śmiechu. - 

Zobaczymy, czy choć raz się uśmiechnie! 

Pat mu zawtórowała. 

-  Ale  sprawa  jest  naprawdę  powaŜna  -  stwierdziła  w  końcu.  Wyobraź  to  sobie,  Ham! 

Inteligentne  Ŝycie  na  ciemnej  stronie.  Ale  czy  jesteś  inteligentny?  -  zapytała  nagle  stworzenia  na 

lodzie. 

- Jestem inteligentny - zapewniło ją. - Jestem inteligentnie inteligentny. 

- Jesteś przynajmniej doskonałym lingwistą - rzekła dziewczyna. - Czy ktoś słyszał o tym, 

Ham,  Ŝeby  nauczyć  się  angielskiego  w  pół  godziny?  Pomyśl  o  tym!  -  Jej  strach  najwyraźniej 

zniknął. 

- No więc zróbmy z tego uŜytek - zaproponował Ham. - Jak się nazywasz, przyjacielu? 

Nie było odpowiedzi. 

- Oczywiście - wtrąciła Pat. - Nie moŜe nam podać swego imienia, póki nie wymienimy go 

po  angielsku,  a  my  nie  moŜemy  tego  zrobić,  poniewaŜ...  Oj,  dobrze,  w  takim  razie  nazwijmy  go 

Oskar. To wystarczy. 

- MoŜe być. Oskarze, kim więc jesteś? 

- Jestem człowiekiem. 

- Hę? Niech mnie szlag trafi, jeśli jesteś! 

- Takie słowa mi podałeś. Dla mnie jestem człowiekiem dla ciebie. 

-  Zaczekaj  chwilę.  “Dla  mnie  jestem...”  Rozumiem,  Pat.  On  chce  powiedzieć,  Ŝe  jedyne 

słowa,  jakie  my  posiadamy  na  to,  za  co  on  siebie  uwaŜa,  to  “człowiek”  czy  “istota  ludzka”.  No 

dobrze, jak w takim razie nazywa się twój lud? 

background image

- Ludzie. 

- Mam  na  myśli twoją  rasę. Do jakiej  rasy naleŜysz? 

- Do rasy ludzkiej. 

- Ojej! - jęknął Ham. - Ty spróbuj, Pat. 

- Oskarze - rzekła dziewczyna - jesteś człowiekiem. Czy jesteś ssakiem? 

- Dla mnie człowiek jest ssakiem dla ciebie. 

- O BoŜe! - spróbowała jeszcze raz. - Oskarze, jak się rozmnaŜa twoja rasa? 

- Brak mi potrzebnych słów. 

- Czy się rodzicie? 

Dziwaczna  twarz,  czy  teŜ  ciało  istoty  bez  twarzy  zmieniło  się  nieco.  Półprzeźroczyste 

powieki  chroniące  jej  liczne  oczy  pokryły  się  jeszcze  grubszymi  osłonami;  wyglądało  to  prawie 

tak, jakby stworzenie zmarszczyło w skupieniu czoło. 

- Nie rodzimy się - zaklekotało. 

- Więc... nasiona, zarodniki, partenogeneza?  Czy teŜ podział? 

- Zarodniki - zapiszczało tajemnicze stworzenie - i podział. 

- AleŜ... 

Przerwała, zakłopotana. W nagłej ciszy doleciało ich złośliwe wycie trójoka gdzieś daleko z 

lewej strony; oboje odruchowo odwrócili się, popatrzyli i cofnęli z przeraŜeniem. Tam gdzie ledwie 

juŜ sięgał snop światła, jeden z rechoczących demonów pochwycił i unosi! 

coś,  co  bez  wątpienia  było  jednym  ze stworzeń  jaskiniowych.  A  Ŝeby  powiększyć  jeszcze 

grozę sytuacji, pozostałe siedziały nadal, całkowicie obojętne, przed swymi jamami. 

- Oskarze!  - krzyknęła Pat.  - Złapali  jednego  z  was! 

Przerwała w pół słowa na huk rewolweru, ale strzał został oddany na próŜno. 

- O-och! - jęknęła. - To diabły! Złapały jednego! - Istota znajdująca się przed nim milczała. 

- Oskarze! - krzyknęła. - Czy ciebie to nic nie obchodzi? One zamordowały jednego z was. Czy to 

rozumiesz? 

- Tak. 

-  Ale...  czy  to  nie  ma  dla  ciebie  Ŝadnego  znaczenia?  -  W  umyśle  Pat  zrodziło  się  coś  na 

kształt ludzkiego współczucia dla tych istot. - Czy ciebie to w ogóle nie obchodzi? 

- Nie. 

- Ale co te diabły z wami robią? Co takiego robią, Ŝe pozwalacie im się mordować? 

- Zjadają nas - rzekł spokojnie Oskar. 

-  Och!  -  zaparło  jej  oddech  z  przeraŜenia...  -  Ale...  ale  dlaczego  nie...  -  Przerwała, 

stworzenie zaczęło powoli i metodycznie wycofywać się do swej jamy. 

background image

- Zaczekaj! - krzyknęła. - One tu nie przyjdą! Nasze światła... 

- Jest zimno - doleciał ją klekoczący głos. - Odchodzę z powodu zimna. 

Zapanowała cisza. 

Było  rzeczywiście  chłodniej.  Porywy  mroźnego  wiatru  stały  się  regularniejsze. 

Rozejrzawszy  się  po  krawędzi  płaskowyŜu  Pat  zobaczyła,  Ŝe  wszyscy  mieszkańcy  jaskiń 

wślizgiwali się, podobnie jak Oskar, do swych jam. Popatrzyła na Hama bezradnie. 

- Czy... czy to był sen? - szepnęła. 

-  W  takim  razie  śniliśmy  oboje,  Pat.  -  Wziął  ją  za  rękę  i  poprowadził  z  powrotem  ku 

rakiecie, której okrągłe iluminatory świeciły zapraszająco w ciemnościach. 

Gdy  znaleźli  się  juŜ  w  ciepłym  wnętrzu,  zrzuciwszy  niezgrabną  wierzchnią  odzieŜ,  Pat 

podkurczyła swe zgrabne nogi, zapaliła papierosa i zaczęła w sposób bardziej racjonalny rozwaŜać 

ową tajemnicę. 

- W tym wszystkim jest coś niezrozumiałego, Ham. Czy wyczułeś coś dziwnego w umyśle 

Oskara? 

- Jest diabelnie szybki! 

-  Owszem,  jest  bardzo  inteligentny.  Poziom  inteligencji  równy  ludzkiemu,  czy  nawet...  - 

zawahała  się  -  wyŜszy.  Lecz  nie  jest  to  umysł  typu  ludzkiego.  Jest  jakiś  inny...  obcy,  dziwny. 

Niezbyt dobrze potrafię wyrazić to, co czułam, ale czy zauwaŜyłeś, Ŝe Oskar nie zadał ani jednego 

pytania? Ani jednego! 

- Zaraz... rzeczywiście! To dziwne! 

-  To  cholernie  dziwne.  KaŜda  inteligencja  typu  ludzkiego,  przy  spotkaniu  innej  myślącej 

formy Ŝycia, zadałaby mnóstwo pytań. My je zadawaliśmy. - W zamyśleniu wypuściła kłąb dymu. 

-  Lecz  to  nie  wszystko.  Ta  jego  obojętność,  gdy  trójok  zaatakował  jego  współplemieńca...  czy  to 

było ludzkie, czy nawet ziemskie? Widziałam, jak polujący pająk pochwycił jedną muchę z roju nie 

niepokojąc innych, ale czy moŜe to mieć miejsce w odniesieniu do istot inteligentnych? 

Nie moŜe, nawet w przypadku mózgów tak słabo rozwiniętych jak u stada jeleni czy wróbli. 

Zabij jedno zwierzę, a wystraszysz wszystkie. 

-  To  prawda,  Pat.  To  cholernie  dziwne  stworzonka,  ci  współplemieńcy  Oskara.  Dziwne 

zwierzaki. 

- Zwierzaki? Nie mów, Ŝe nie zauwaŜyłeś, Ham. 

- Czego nie zauwaŜyłem? 

- Oskar nie jest zwierzęciem. Jest rośliną - ciepłokrwistą, poruszającą się rośliną. Przez cały 

czas, gdy z nim rozmawialiśmy, zakorzeniał się wokół siebie swoim... swoim korzeniem. A to, co 

background image

wyglądało  jak  nogi  -  to  były  strąki.  Nie  chodził  na  nich,  sunął  przed  siebie  na  korzeniu.  A  co 

więcej... 

- Co więcej? 

- Co więcej, Ham, te strąki były takie same jak te, którymi trójoki obrzuciły nas w tamtym 

wąwozie w Górach Wieczności, te, które nas dławiły i o mało nie udusiły... 

- Masz na myśli te, przez które straciłaś przytomność? 

- W kaŜdym razie byłam na tyle przytomna, Ŝe je zauwaŜyłam! odparła rumieniąc się. - To 

część tajemnicy, Ham. Umysł Oskara to umysł rośliny! - Zamilkła, wypuszczając dym z ust, Ham 

zaś nabijał fajkę. 

- Czy sądzisz - zapytała nagle - Ŝe obecność Oskara i jego towarzyszy stanowi zagroŜenie 

dla  ludzi  mieszkających  na  Wenus?  Wiem,  Ŝe  są  to  istoty  z  ciemnej  strony,  ale  co  będzie,  jeśli 

zostaną  tu  odkryte  cenne  złoŜa?  Co  będzie,  jeśli  właśnie  tu  zacznie  się  eksploatacja  na  skalę 

przemysłową?  Ludzie  nie  mogą  Ŝyć  całkowicie  bez  światła  słonecznego,  wiem  o  tym,  ale  moŜe 

zaistnieje potrzeba załoŜenia tu kolonii tymczasowych i co wtedy? 

- No właśnie, i co wtedy? - zawtórował Ham. 

- Tak, co wtedy? Czy na jednej planecie znajdzie się miejsce dla dwóch ras inteligentnych? 

Czy prędzej czy później nie nastąpi konflikt interesów? 

- I co z tego? - mruknął. - To prymitywne istoty, Pat. Mieszkają w jaskiniach, nie stworzyły 

kultury, nie mają broni. Dla człowieka nie stanowią niebezpieczeństwa. 

-  Ale  są  tak  wspaniale  inteligentne.  Skąd  wiesz,  Ŝe  te,  które  poznaliśmy,  nie  są  tylko 

barbarzyńskim  plemieniem,  i  Ŝe  gdzieś  w  głębi  ciemnej  strony  nie  istnieje  cywilizacja  roślin? 

Wiesz przecieŜ, Ŝe cywilizacja nie jest osobistym przywilejem człowieka. Spójrz na potęŜną, choć 

chylącą się ku upadkowi kulturę Marsa oraz na martwe jej szczątki na Tytanie. Człowiek po prostu 

stał się jej najsilniejszą wersją, przynajmniej na razie. 

-  To  prawda,  Pat  -  zgodził  się.  -  Lecz  jeśli  współplemieńcy  Oskara  nie  są  bardziej 

wojowniczy  niŜ  byli  w  stosunku  do  tego  krwioŜerczego  trójoka,  nie  mogą  stanowić  wielkiego 

zagroŜenia. 

-  Tego  w  ogóle  nie  potrafię  pojąć.  -  ZadrŜała.  -  Zastanawiam  się,  czy...  -  zamilkła, 

marszcząc brwi. 

- Czy co? 

-  Ja...  nie  wiem.  Przyszło  mi coś  do  głowy... coś  strasznego  podniosła  nagle  oczy.  -  Ham, 

jutro  chcę  dokładnie  ustalić,  na  jakim  poziomie  inteligencji  jest  Oskar.  Dokładnie  na  jakim 

poziomie - o ile mi się to uda. 

background image

Były  jednak  z  tym  pewne  trudności.  Gdy  Ham  i  Pat  zbliŜyli  się  do  krawędzi  wału 

lodowego,  z  trudem  pokonawszy  fantastycznie  pofałdowany  teren,  okazało  się,  Ŝe  nie  mają 

zielonego  pojęcia,  przed  którą  z  rzędu  jaskiń  stali  rozmawiając  z  Oskarem.  W  migotliwych 

ś

wiatłach lamp kaŜdy otwór wydawał się podobny do innych, a istoty znajdujące się u ich wylotów 

patrzyły na nich oczami, w których brak było jakiegokolwiek dającego się odczytać wyrazu. 

-  No  tak  -  powiedziała  stropiona  Pat.  -  Będziemy  musieli  próbować.  Hej,  ty  tam,  czy  ty 

jesteś Oskar? 

- Tak - rozległ się klekocący głos. 

- Nie wierzę - zaoponował Ham. - On był bardziej na prawo. 

Hej! Czy ty jesteś Oskar? 

- Tak - zaklekotał inny głos. 

- Nie moŜecie obaj być Oskarem! 

- Wszyscy nim jesteśmy - odrzekł ten, którego wybrała Pat. 

- A, niewaŜne - przerwała dziewczyna uprzedzając dalsze protesty Hama. - Najwyraźniej to, 

co  wie  jeden,  wiedzą  wszyscy,  więc  nie  ma  najmniejszego  znaczenia,  którego  wybierzemy. 

Oskarze, wczoraj powiedziałeś, Ŝe jesteś inteligentny. Czy jesteś bardziej inteligentny ode mnie? 

- Tak. O wiele bardziej. 

- Ha! - prychnął Ham. - No i widzisz, Pat! 

Pociągnęła ze złością nosem. 

- Tym cię przewyŜsza, jankesie. Oskarze, czy mówisz kiedykolwiek nieprawdę? 

Na półprzeźroczyste powieki opadły następne, grube. 

- Nieprawdę - powtórzył piskliwy głos. - Nieprawdę. Nie. Nie ma potrzeby. 

- No  więc  czy...  - przerwała  nagle  na  odgłos  głuchego  stuku. 

- Co to takiego? Och! Popatrz, Ham, jeden z jego strąków pękł! Odsunęła się. 

Uderzył w nich ostry, cierpki odór, i przypomniał tamte niebezpieczne godziny w wąwozie, 

ale tym razem nie tak silny, aby Ham się zaczął krztusić lub  aby Pat straciła przytomność. Ostry, 

cierpki, lecz jednocześnie nie całkiem nieprzyjemny. 

- Co to jest, Oskarze? 

- To słuŜy do... - głos zamilkł. 

- Do rozmnaŜania? - podpowiedziała Pat. 

-  Tak.  Do  rozmnaŜania. Wiatr  roznosi  nasze  zarodniki  między  kaŜdego  z  nas.  Mieszkamy 

tam, gdzie wiatr nie jest stały. 

- Jednak wczoraj mówiłeś, Ŝe waszą metodą jest podział. 

- Tak. Zarodniki osiadają na naszych ciałach i następuje... - głos znów zamilkł. 

background image

- Zapłodnienie? - podpowiedziała dziewczyna. 

- Nie. 

- No to... wiem! PodraŜnienie! 

- Tak. 

- Które wywołuje guzowatą narośl? 

- Tak. Kiedy jej wzrost ustaje, rozłączamy się. 

- Uch! - parsknął Ham. - Guz! 

- Zamknij się! - warknęła Pat. - Dziecko w łonie matki teŜ jest tylko guzem. 

- Tylko... Powiem ci, Ŝe rad jestem, Ŝe nie zostałem biologiem! I Ŝe nie jestem kobietą! 

- Ja teŜ - rzekła Pat z powagą. - Oskarze, jaka jest twoja wiedza: 

co w ogóle wiesz? 

- Wszystko. 

- Czy wiesz, skąd przybyli ludzie podobni do mnie? 

- Od   strony   światła. 

- Tak, ale wcześniej? 

- Nie. 

-  Przybyliśmy  z  innej  planety  -  rzekła  z  namaszczeniem  dziewczyna.  PoniewaŜ  Oskar 

milczał, dodała: - Czy wiesz, co to jest planeta? 

- Wiem. 

- Ale czy wiedziałeś wcześniej, nim to słowo wymówiłam? 

- Tak. DuŜo wcześniej. 

- Ale skąd? Czy wiesz, co to maszyny? Czy wiesz, co to broń? 

Czy wiesz, jak to wszystko wytwarzać? 

- Tak. 

- No więc... czemu tego nie robicie? 

- Nie ma potrzeby. 

-  Nie  ma  potrzeby!  -  jęknęła.  -  Mając  światło...  nawet  mając  ogień  moglibyście  utrzymać 

triopsy - to znaczy trioptes - w bezpiecznej odległości. Moglibyście uniknąć tego, Ŝe was zjadają! 

- Nie   ma   potrzeby. 

Bezradnie odwróciła się do Hama. 

- On kłamie - zasugerował. 

-  Nie  sądzę  -  mruknęła.  -  To  coś  innego...  coś,  czego  nie  rozumiemy.  Oskarze,  skąd  to 

wszystko wiecie? 

- Inteligencja. 

background image

Przy wejściu do innej jaskini z głuchym odgłosem pękł kolejny strąk. 

- Ale skąd? Powiedz mi, jak odkrywacie fakty? 

-  Z  dowolnego  faktu  -  klekotała  istota  na  lodzie.  -  Inteligencja  potrafi  stworzyć  obraz...  - 

zapadła cisza. 

- Wszechświata? - poddała. 

- Tak, Wszechświata. Zaczynam od jednego faktu i na  jego podstawie wyciągam wnioski. 

Buduję obraz Wszechświata. Zaczynam od innego faktu. Wyciągam wnioski. Stwierdzam, Ŝe obraz 

Wszechświata,  jaki  otrzymuję,  jest  taki  sam  jak  w  pierwszym  przypadku.  Wiem,  Ŝe  obraz  jest 

prawdziwy. 

Oboje słuchający z podziwem wpatrywali się w istotę, i - Słuchaj - wykrztusił. Ham. - Jeśli 

to  prawda,  moŜemy  od  Oskara  dowiedzieć  się  wszystkiego!  Oskarze,  czy  moŜesz  zdradzić  nam 

tajemnice, których nie znamy? 

- Nie. 

- Dlaczego nie? 

- Musicie najpierw znać odpowiednie słowa, aby mi je podać. Nie mogę wam opowiedzieć 

tego, na co nie macie odpowiednich słów. 

- To prawda! - szepnęła Pat. - Ale Oskarze, ja znam słowa “czas” 

i “przestrzeń”, i “energia”, i “materia”, i “prawo”, i “przyczyna”. 

Podaj mi ostateczne prawo Wszechświata. 

- Jest to prawo... - cisza. 

- Zachowania energii lub materii? Grawitacji? 

- Nie. 

- Prawo... Boga? 

- Nie. 

- śycia? 

- Nie. śycie nie jest waŜne. 

- To czego? Nic innego nie przychodzi mi na myśl. 

- MoŜe przypadku - rzekł w napięciu Ham. - Nie ma na to odpowiedniego słowa! 

-  Tak  -  zaklekotał  Oskar.  -  To  prawo  przypadku.  Tamte  inne  słowa  to  tylko  inne  aspekty 

prawa przypadku. 

-  Wielkie  nieba!  -  szepnęła  Pat.  -  Oskarze,  'czy  wiesz,  co  to  gwiazdy,  słońca,  konstelacje, 

planety, mgławice oraz atomy, protony i elektrony? 

- Tak. 

background image

-  Ale...  skąd?  Czy  kiedykolwiek  widziałeś  gwiazdy,  które  znajdują  się  ponad  tą  wieczną 

powłoką chmur? Albo Słońce poza barierą? 

-  Nie.  Wystarczy  rozum,  jest  bowiem  tylko  jeden  moŜliwy  sposób,  w  jaki  moŜe  istnieć 

Wszechświat. Tylko to, co jest moŜliwe, jest realne; to co nierealne, jest równieŜ niemoŜliwe. 

-  To...  to  zdaje  się  coś  znaczy  -  szepnęła  Pat.  -  Niezbyt  dokładnie  wiem  co.  Ale  Oskarze, 

dlaczego... dlaczego nie uŜywacie swej wiedzy, aby się zabezpieczyć przed wrogami? 

- Nie ma potrzeby. Nie ma potrzeby robić cokolwiek. Za sto lat będziemy... - Cisza. 

- Bezpieczni? 

- Tak - nie. 

- Co? - Przeszyła ją straszna myśl. - Chcesz powiedzieć - wymarli? 

- Tak. 

- AleŜ... och, Oskarze! Czy nie chcecie Ŝyć? Czy wasz lud nie chce przetrwać? 

- Chce - zazgrzytał Oskar. - Chce-chce-chce. To słowo nic nie oznacza. 

- Ono  oznacza...   poŜąda,   potrzebuje. 

- PoŜądanie nic nie oznacza. Potrzebuje-potrzebuje. Nie. Mój lud nie potrzebuje przetrwać. 

- Och - szepnęła Pat słabym głosem. - Więc po co się rozmnaŜacie? 

Jak gdyby w odpowiedzi, pękający strąk obsypał ich duszącym pyłem. 

- PoniewaŜ musimy - zaklekotał Oskar. - Gdy uderzają nas zarodniki - musimy. 

- Rozumiem - wyszeptała powoli Pat. - Ham, zdaje się, Ŝe mam. 

Myślę, Ŝe rozumiem. Wracajmy do statku. 

Odwróciła się bez przekonania, a Ham poszedł za nią zamyślony. 

Ogarnęła go dziwna apatia. 

Spotkała ich jedna drobna nieprzyjemność. Kamień rzucony przez jakiegoś włóczącego się 

trójoka ukrytego za krawędzią roztrzaskał lewą lampę na hełmie Pat. Wydawało się, Ŝe niewiele ją 

to poruszyło; popatrzyła przelotnie w bok i szła dalej przed siebie. Lecz przez całą drogę powrotną 

prześladowały ich wycia, piski i drwiący śmiech dochodzący z lewej strony, oświetlonej teraz tylko 

lampą Hama. 

W  rakiecie  Pat  znuŜonym  ruchem  rzuciła  na  stół  swoją  torbę  na  okazy  i  usiadła  nie 

zdejmując  stroju  polarnego.  Ham  równieŜ  tego  nie  uczynił;  mimo  dokuczającego  mu  gorąca  on 

równieŜ apatycznie opadł na koję. 

-  Jestem  zmęczona  -  powiedziała  dziewczyna  -  ale  nie  aŜ  tak,  Ŝeby  nie  zdawać  sobie 

sprawy, co oznacza ta tajemnica tam na zewnątrz. 

- No to posłuchajmy. 

background image

-  Ham  -  powiedziała.  -  Jaka  jest  najwaŜniejsza  róŜnica  między  Ŝyciem  roślinnym  i 

zwierzęcym? 

-  No,  rośliny  czerpią  środki  do  Ŝycia  bezpośrednio  z  gleby  i  powietrza.  Zwierzęta 

potrzebują roślin lub innych zwierząt jako poŜywienia. 

- To nie jest cała prawda, Ham. Niektóre rośliny są pasoŜytami i Ŝerują na innych formach 

Ŝ

ycia. Pomyśl o Tropikach albo nawet o niektórych ziemskich roślinach - grzybach, dzbaneczniku, 

rosiczce, która łapie muchy. 

- No to moŜe... zwierzęta poruszają się, a rośliny nie. 

-  To  teŜ  nieprawda.  Popatrz  na  bakterie:  są  roślinami,  a  jednak  poruszają  się  w 

poszukiwaniu poŜywienia. 

- Jaka więc jest ta róŜnica? 

-  Czasami  trudno  powiedzieć  -  mruknęła.  -  Myślę  jednak,  Ŝe  teraz  juŜ  wiem.  Oto  ona: 

zwierzęta powodowane są potrzebą, rośliny zaś - koniecznością. Pojmujesz? 

- Ani w ząb. 

-  Słuchaj  więc.  Roślina,  nawet  poruszająca  się,  postępuje  w  dany  sposób,  poniewaŜ  musi, 

poniewaŜ taka jest jej natura. Zwierzę działa tak jak działa, poniewaŜ chce lub teŜ, poniewaŜ taka 

jest jego natura, Ŝe chce. 

- Gdzie  tu  jest  róŜnica? 

-  Jest  róŜnica.  Zwierzę  ma  własną  wolę,  roślina  zaś  nie  ma.  Rozumiesz  teraz?  Oskar  ma 

wspaniałą, boską inteligencję, ale własnej woli nie ma tyle nawet co robak. Ma odruchy, ale nie ma 

poŜądań.  Gdy  wiatr jest ciepły,  wychodzi  i  Ŝeruje;  gdy  jest  zimno,  wpełza  z  powrotem  do jaskini 

wypełnionej  ciepłem  jego  ciała.  Lecz  to  nie  własna  wola,  ale  tylko  odruch.  Oskar  niczego  nie 

poŜąda! 

Ham spojrzał na nią poruszony, zapomniawszy o zmęczeniu. 

- Niech mnie diabli, jeśli tak nie jest! - wykrzyknął. - To dlatego on, a raczej one, nie zadają 

pytań! Potrzeba chcieć lub mieć własną wolę, by o coś zapytać! I to dlatego nie mają cywilizacji i 

nigdy nie będą miały. 

-  To,  i  jeszcze  coś  innego  -  rzekła  Pat.  -  Pomyśl  o  tym:  Oskar  jest  stworzeniem 

bezpłciowym,  a  pomimo  twej  dumy  jankesa  popęd  płciowy  zawsze  był  waŜnym  czynnikiem 

budowania  cywilizacji.  Jest  on  podstawą  rodziny,  a  lud  Oskara  nie  zna  pojęcia  rodziców  i  dzieci. 

Oskar rozmnaŜa się przez podział; obie jego połowy są dorosłe i zapewne dysponują całą wiedzą i 

pamięcią pierwszego osobnika. 

Nie ma potrzeby miłości, nie ma właściwie dla niej miejsca i stąd nie ma motywu do walki 

o partnera i rodzinę, a takŜe nie ma powodu do czynienia Ŝycia łatwiejszym, niŜ jest, ani powodu, 

background image

by uŜywać inteligencji w celu rozwijania nauki czy sztuki... czegokolwiek! - zamilkła na chwilę. - 

Czy słyszałeś kiedyś o prawie maltuzjańskim, Ham? 

- Nie sądzę. 

-  No  więc  prawo  Malthusa  mówi,  Ŝe  liczba  ludności  wywiera  nacisk  na  podaŜ  Ŝywności. 

Jeśli  zwiększa  się  dopływ  Ŝywności,  liczba  ludności  proporcjonalnie  rośnie.  Ludzkość  rozwinęła 

się  pod  wpływem  tego  prawa;  zostało  ono  zawieszone  na  około  sto  lat,  ale  nasza  rasa  uzyskała 

człowieczeństwo pod jego wpływem. 

-  Zawieszone!  To  brzmi  jak  odwołanie  prawa  ciąŜenia  lub  poprawienie  twierdzenia 

Pitagorasa. 

- Nie, nie - powiedziała. - Zawieszenie tego prawa nastąpiło w wyniku rozwoju techniki w 

wieku  dziewiętnastym  i dwudziestym, co  spowodowało taki wzrost podaŜy Ŝywności, Ŝe przyrost 

naturalny nie nadąŜał  za nim.  Ale mu  dorówna  i prawo maltuzjańskie  znowu będzie w mocy. 

- A co to ma wspólnego z Oskarem? 

- To: jego rasa nie rozwinęła się pod działaniem tego prawa. Inne czynniki utrzymywały jej 

liczebność  poniŜej  granicy  podaŜy  Ŝywności,  a  więc  gatunek  ten  rozwinął  się  wolny  od  potrzeby 

walki o Ŝywność. 

Jest  doskonale  przystosowany  do  środowiska,  Ŝe  nie  potrzebuje  nic  więcej.  Dla  niego 

cywilizacja jest zbyteczna! 

- Ale... co z trójokami? 

-  Tak,  trójoki?  Widzisz,  Ham,  jak  mówiłam  kilka  dni  temu,  trójok  jest  przybyszem 

zepchniętym ze strefy zmierzchu. Gdy te diabły tu przybyły, lud Oskara był juŜ w pełni rozwinięty 

i  nie  potrafił  się  zmienić,  by  stawić  czoło  nowym  warunkom  lub  teŜ  nie  potrafił  się  zmienić 

dostatecznie szybko. Są więc skazani na zagładę. 

Jak mówi Oskar, wkrótce wyginą i... nawet ich to nie obchodzi zadrŜała ze zgrozy. - Jedyne 

co  robią,  co  potrafią  robić,  to  siedzenie  przed  jaskiniami  i  myślenie.  MoŜe  ich  myśli  są  myślami 

bogów, ale własnej woli nie zbiorą tyle co mysz. Oto właśnie roślinna inteligencja; to musi być to! 

- Myślę... myślę, Ŝe masz rację - mruknął. - W jakiś sposób to straszne, prawda? 

- Tak - zadrŜała mimo grubej odzieŜy. - Tak, to straszne. Takie wielkie, wspaniałe umysły i 

nie ma sposobu, Ŝeby mogły pracować. To tak jak potęŜny silnik benzynowy  z pękniętym wałem 

korbowym:  jakkolwiek  by  pracował,  kołami  obracać  nie  moŜe.  Ham,  czy  wiesz,  jak  je  nazwę? 

Lotophagi Veneris - Lotofagi! Wystarcza im siedzenie i przesypianie Ŝycia w marzeniach, podczas 

gdy mniejsze umysły - nasze i trójoków - walczą o ich planetę. 

- To dobra nazwa, Pat. - Gdy dziewczyna podniosła się, Ham spytał zaskoczony: - A twoje 

okazy? Nie będziesz ich preparować? 

background image

- Och, jutro - rzuciła się, jak stała, w ubraniu na koję. 

- Zepsują się! I twoja lampa na hełmie - trzeba ją naprawić. 

- Jutro - powtórzyła zmęczonym głosem, a jego własne zmęczenie ucięło dalsze spory. 

Gdy  mdły  odór  zgnilizny  obudził  go  kilka  godzin  później,  Pat  wciąŜ  jeszcze  spała  w 

cięŜkiej  odzieŜy  wyjściowej.  Wyrzucił  torbę  i  okazy  za  drzwi,  a  następnie  zdjął  z  dziewczyny 

skafander. Gdy delikatnie kładł ją na koi, nie poruszyła się prawie wcale. 

Pat  nie  było  Ŝal  wyrzuconej  torby;  następny  dzień,  o  ile  ową  noc  bez  końca  moŜna  było 

nazwać  dniem,  znalazł  ich  maszerujących  po  mrocznym  płaskowyŜu  z  wciąŜ  jeszcze  nieczynną 

lampą  na  hełmie  dziewczyny.  Znowu  z  lewej  strony  doszedł  ich  dziki,  szyderczy  śmiech 

mieszkańców nocy niosący się z dolnym wiatrem; dwukrotnie rzucone z duŜej odległości kamienie 

odłupały  połyskliwe  odłamki  lodu  od  pobliskich  iglic.  Posuwali  się  naprzód  apatycznie  i  w 

milczeniu, jakby zahipnotyzowani, ale zdawało im się, Ŝe umysły mają nadzwyczaj jasne. 

Pat zwróciła się do pierwszego Lotofaga, którego spostrzegli. 

-  Wróciliśmy,  Oskarze  -  odezwała  się  z  cieniem  zaledwie  swej  zwykłej  swobody.  -  Jak 

spędziłeś noc? 

- Myślałem - zaklekotała istota. 

- O czym myślałeś? 

- Myślałem o... - głos zamilkł. 

Trzasnął strąk i osobliwie przyjemna cierpka woń -uderzyła w ich nozdrza. 

- O... nas? 

- Nie. 

- O... świecie? 

- Nie. 

-  O...  To  nie  ma  sensu  -  rzekła  w  końcu  znuŜona.  -  Moglibyśmy  tak  próbować  do  końca 

ś

wiata i nigdy nie natrafić na właściwe pytanie. 

-  O  ile  właściwe  pytanie  istnieje  -  dodał  Ham,  -  Skąd  wiesz,  Ŝe  istnieją  słowa  do  niego 

pasujące? Skąd wiesz, Ŝe jest to myśl, którą nasze umysły zdolne są pojąć? Muszą być takie myśli, 

które są poza naszą zdolnością pojmowania. 

Na lewo inny strąk trzasnął z głuchym stukiem. Ham ujrzał, jak pył przelatuje, niczym cień, 

przez  snopy  światła  rzucane  przez  ich  lampy,  gdy  unosił  go  dolny  wiatr;  zobaczył  teŜ,  jak  Pat 

nabrała  głęboko  w  płuca  cierpkiego  powietrza,  kiedy  zawirowało  wokół  niej.  Dziwne,  jak 

przyjemny  był  to  zapach,  zwaŜywszy  na  fakt,  Ŝe ta  sama  substancja  w  większym  stęŜeniu  kiedyś 

omal nie pozbawiła ich Ŝycia. Poczuł jakąś niejasną obawę, gdy myśl ta przyszła mu do głowy, ale 

nie potrafił znaleźć powodu tej obawy. 

background image

Uświadomił  sobie  nagle,  Ŝe  stoją  w  zupełnym  milczeniu  przed  Lotofagiem.  A  przyszli 

przecieŜ zadawać mu pytania. 

- Oskarze - zapytał - jaki jest sens Ŝycia? 

- Nie ma. Nie ma Ŝadnego sensu. 

- Dlaczego więc tak się o nie walczy? 

- My o nie nie walczymy. śycie nie jest waŜne. 

- Bo gdy was nie będzie, świat i tak będzie trwał dalej? O to chodzi? 

- Gdy nas nie będzie, nikomu to nie zrobi róŜnicy oprócz trioptes, które nas zjadają. 

- Które was zjadają - powtórzył Ham jak echo. 

W  tej  myśli  było  coś  takiego,  co  przedostało  się  przez  mgłę  obojętności  spowijającą  jego 

myśli. Spojrzał na Pat, która stała biernie i w milczeniu obok niego; w świetle reflektora widział za 

okularami jej jasne, szare oczy, wpatrzone przed siebie z czymś, co było albo roztargnieniem,  albo 

głębokim namysłem. A zza lodowego wału doszły ich nagle wrzaski i dziki śmiech mieszkańców 

ciemności. 

- Pat - powiedział. 

Nie  było   odpowiedzi. 

-  Pat!  -  powtórzył,  kładąc  ocięŜałą  rękę  na  jej  ramieniu.  Musimy  wracać.  -  Na  prawo 

trzasnął strąk. - Musimy wracać powtórzył. 

Zza grzbietu runął nagle grad kamieni. Jeden uderzył go w hełm i przedni reflektor pękł z 

hukiem. Inny trafił go w ramię zadając dotkliwy ból, choć wydało mu się to dziwnie mało istotne. 

- Musimy wracać - powtarzał uparcie. 

Pat odezwała się w końcu, nie poruszając się. 

- Po co? - zapytała głucho. 

Zastanowił  się  nad  tym.  Rzeczywiście,  po  co?  Aby  wrócić  do  strefy  zmierzchu?  Pamięć 

jego przywołała obraz Erotii, potem wizję owego miesiąca miodowego zaplanowanego przez nich 

na Ziemi, a potem jeszcze całą serię scen z Ziemi: Nowy Jork, miasteczko akademickie otoczone 

drzewami, słoneczna farma, na której spędził dzieciństwo. 

Wszystko to jednak wydało mu się odległe i nierealne. 

Do  rzeczywistości  przywołało  go  gwałtowne  uderzenie  w  ramię,  i  przeszywający  ból. 

Zobaczył teŜ, jak kamień odbija się od hełmu Pat. 

Ś

wieciły  juŜ  tylko  dwa  z  jej  reflektorów,  tylny  i  prawy,  z  jego  zaś,  zdawał  sobie  niejasno 

sprawę,  pozostały  tylko  tylny  i  lewy.  Na  skraju  wału,  ciemnego  teraz  z  powodu  rozbitych  lamp, 

przemykały  się  i  jazgotały  ciemne  postacie,  a  wokół  Pat  i  Hama  świstały  i  rozpryskiwały  się 

kamienie. 

background image

Ham z olbrzymim wysiłkiem schwycił Pat za ramię. 

- Musimy wracać! - wymamrotał. 

- Dlaczego? Po co? 

- Jeśli zostaniemy, zabiją nas. 

- Wiem, ale... 

Przestał  słuchać  i  gwałtownie  pociągnął  Pat  za  ramię.  Obróciła  się  i  poszła  za  nim 

chwiejnym krokiem, gdy uparcie dąŜył w kierunku rakiety. 

Kiedy ich tylne reflektory omiotły wał lodowy, rozległy się przeraźliwe wycia, a gdy Ham 

ciągnął  za  sobą  dziewczynę  z  nieskończoną  powolnością,  wrzaski  przeniosły  się  na  ich  prawą  i 

lewą  stronę.  Wiedział,  co  to  oznacza;  te  wściekłe  diabły  okrąŜały  ich,  by  znaleźć  się  z  przodu, 

gdzie z rozbitych lamp nie padało ochronne światło. 

Pat bezwolnie szła za nim. To ramię Hama zmuszało ją do wykonywania ruchów, ale i dla 

niego kaŜdy ruch był ogromnym wysiłkiem. A przed nimi przemykały cienie,  które wyły i trąbiły; 

demony nastające na ich Ŝycie. 

Ham obrócił głowę w ten sposób, Ŝe jego prawy reflektor omiatał łukiem okolicę. Rozległy 

się  wrzaski,  gdy  trójoki  szukały  schronienia  w  cieniu  pagórków  i  grzbietów,  lecz  Ham  z  głową 

odwróconą w bok, potykał się i przewracał. 

Pat nie chciała się podnieść, gdy ją pociągnął. 

- Nie ma potrzeby - mamrotała, ale nie stawiała oporu, gdy ją uniósł. 

W  jego  głowie  mgliście  zaświtał  pomysł.  Wziął  ją  na  ręce  tak,  Ŝe  jej  prawa  lampa 

oświetlała  przód  i  w  końcu  udało  mu  się  dotrzeć  do  kręgu  światła  rzucanego  przez  rakietę, 

otworzyć drzwi i złoŜyć ją na podłodze wewnątrz statku. 

Ostatnią  rzeczą,  którą  zobaczył,  były  cienie  rechoczących  trój  oków,  podskakujące  i 

przemykające  się  w  ciemności  w  kierunku  wału  lodowego,  gdzie  Oskar  i  jego  lud  w  spokojnej 

rezygnacji oczekiwali na przeznaczenie. 

Rakieta mknęła na wysokości dwustu tysięcy stóp, poniewaŜ liczne obserwacje i fotografie 

wykonane z Kosmosu wykazały, Ŝe nawet najwyŜsze szczyty Gór Wieczności nie wyrastają wyŜej 

niŜ  czterdzieści  mil  ponad  powierzchnię  planety.  Pod  nimi  chmury  połyskiwały  bielą  z  przodu  i 

czernią z tyłu, statek bowiem wchodził właśnie w strefę zmierzchu. Na tej wysokości moŜna było 

nawet zaobserwować potęŜną krzywiznę planety. 

- Jak kula bilardowa, tyle Ŝe w połowie jasna, w połowie zaś ciemna “ósemka” - rzekł Ham 

patrząc w dół. - Odtąd będziemy się trzymać tylko jasnej połówki. 

-  To  wszystko  przez  zarodniki  -  powiedziała  Pat,  nie  zwracając  na  niego  uwagi.  -  JuŜ 

przedtem wiedzieliśmy, Ŝe mają działanie narkotyczne, ale nie mogliśmy przypuszczać, Ŝe jest ono 

background image

tak  subtelne,  Ŝe  polega  na  odebraniu  własnej  woli  i  osłabieniu.  Lud  Oskara  to  Lotofagi  i  kwiaty 

lotosu  jednocześnie.  Ale...  w  jakimś  stopniu  Ŝal  mi  ich.  Te  ich  potęŜne,  wspaniałe,  bezuŜyteczne 

umysły!  -  zamilkła  na  chwilę.  Ham,  co  to  było,  co  ci  uświadomiło,  co  się  dzieje?  Co  ciebie 

otrzeźwiło? 

- Ach, ta uwaga Oskara, Ŝe są tylko poŜywieniem dla trójoków. 

- I co z tego? 

-  To  z  tego,  Ŝe  nie  wiem, czy  wiesz,  Ŝe  zuŜyliśmy  całe  nasze  zapasy  Ŝywności.  Ta  uwaga 

przypomniała mi, Ŝe od dwóch dni nie miałem nic w ustach! 

PrzełoŜył Wiktor Bukato   

background image

Ś

wiaty warunkowe   

 

W  drodze  na  lotnisko  Staten  Island  zatrzymałem  się,  aby  zadzwonić  i  to  był  niewątpliwie 

błąd, gdyŜ inaczej zdąŜyłbym. Urzędnik był jednak grzeczny. - Zatrzymamy dla pana statek na pięć 

minut - powiedział. - Tylko tyle moŜemy zrobić. 

Pobiegłem więc z powrotem do taksówki, która wyrwała na trzeci poziom i śmignęła przez 

Staten Bridge jak kometa mknąca po stalowym łuku tęczy. Musiałem być wieczorem, a dokładnie o 

ósmej,  w  Moskwie,  na  otwarciu  ofert  w  przetargu  na  budowę  Tunelu  Uralskiego.  Rząd  radziecki 

Ŝ

yczył  sobie  obecności  przedstawicieli  wszystkich  oferentów,  lecz  moja  firma  mogła  się  lepiej 

zastanowić,  nim  wysłała  mnie,  Dixona  Wellsa,  mimo  Ŝe  Korporacja  N.J.  Wellsa  to  jest,  Ŝe  tak 

powiem,  mój  ojciec.  Mam...  no,  niezasłuŜoną  opinię  wiecznego  spóźnialskiego;  zawsze  coś  się 

zdarza, co nie pozwala mi zjawić się gdziekolwiek na czas. Nigdy to nie jest moja wina; tym razem 

było  to  przypadkowe  spotkanie  z  moim  dawnym  profesorem  fizyki,  starym  Haskelem  van 

Manderpootzen. Nie mogłem tak po prostu powiedzieć mu “dzień dobry” i “do widzenia”; w roku 

akademickim 2014 byłem jego ulubionym studentem. 

Oczywiście  nie  zdąŜyłem  na  liniowiec.  Siedziałem  wciąŜ  jeszcze  w  taksówce  na  Staten 

Bridge,  gdy  doszedł  mnie  łoskot  katapulty  i  przemknęła  nade  mną  radziecka  rakieta  “Bajkał”  jak 

jaki pocisk smugowy, ciągnąca za sobą długi ogon płomienia. 

W  końcu  wygraliśmy  ten  przetarg;  firma  zawiadomiła  teleksem  naszego  człowieka  w 

Bejrucie,  który  poleciał  do  Moskwy;  to  jednak  wcale  nie  poprawiło  mojej  reputacji.  Jednak 

poczułem  się  znacznie  lepiej  przeczytawszy  wieczorne  gazety:  “Bajkał”,  który  leciał  północnym 

skrajem wschodniego korytarza, aby uniknąć spotkania z burzą, zderzył się skrzydłem z brytyjskim 

transportowcem  i  z  jego  pięciuset  pasaŜerów  ocalała  ledwie  setka.  Mało  brakowało,  a  moje 

spóźnienie do Moskwy miałoby bardziej ostateczny charakter. 

Umówiłem się ze starym van Manderpootzem na następny tydzień. 

Zdaje  się,  Ŝe  przeniósł  się  do  Nowego  Jorku  na  stanowisko  dziekana  Wydziału  Nowej 

Fizyki; nowej, czyli opartej na teorii względności. 

Zasługiwał  na  to  -  jeŜeli  na  świecie  są  geniusze,  staruszek  był  jednym  z  nich,  a  ja,  nawet 

teraz  po  ośmiu  latach  od  dyplomu,  pamiętałem  więcej  z jego  wykładów  niŜ  ze  znacznie  większej 

liczby zajęć z rachunku, pary i gazów, mechaniki i innych niebezpieczeństw czyhających na drodze 

do dyplomu inŜyniera. I tak we wtorek wieczór znalazłem się u niego spóźniony o godzinę czy coś 

koło tego, gdyŜ prawdę mówiąc przypomniałem sobie o wizycie dopiero późnym wieczorem. 

background image

Profesor  van  Manderpootz  pogrąŜony  był  w  lekturze,  siedział  zaś  w  pokoju,  w  którym 

panował taki sam nieład jak zawsze. 

-  Hm!  -  mruknął.  -  Czasy  się  zmieniają,  ale  nie  obyczaje,  jak  widzę.  Byłeś  dobrym 

studentem, Dick, ale jak sobie przypominam, przychodziłeś zawsze w połowie wykładu. 

- Miałem zaraz przedtem wykład w Gmachu Wschodnim - wyjaśniłem. - Nigdy nie mogłem 

dojść na czas. 

-  No  więc  najwyŜszy  czas,  abyś  się  nauczył  przychodzić  na  czas  warknął.  Oczy  mu 

zabłysły.  -  Czas!  -  wykrzyknął.  -  Najbardziej fascynujące  słowo  w  kaŜdym  języku.  Oto  uŜyliśmy 

go juŜ pięć razy w ciągu pierwszej minuty naszej rozmowy, zrozumieliśmy się nawzajem, a mimo 

to  nauka  zaczyna  dopiero  teraz  pojmować jego  znaczenie.  Nauka?  Chciałem  powiedzieć,  Ŝe  to  ja 

zaczynam. 

Usiadłem. 

-  Pan  i  nauka  to  dla  mnie  synonimy  -  uśmiechnąłem  się.  -  CzyŜ  nie  jest  pan  jednym  z 

najwybitniejszych fizyków na świecie? 

- Jednym! - parsknął. - Jednym z wielu, co? A kim są ci inni? 

- No, Corveille, Hastings, Szrimski... 

-  Ba!  CzyŜ  moŜna  wymawiać  ich  nazwiska  jednym  tchem  z  nazwiskiem  van 

Manderpootza? To zgraja szakali Ŝywiących się odpadkami pomysłów, które spadły z biesiadnego 

stołu  moich  myśli!  Gdybyś  cofnął  się  do  ubiegłego  wieku,  gdybyś  wymienił  Einsteina  czy  de 

Sittera  -  to  są  moŜe  nazwiska,  które  moŜna  postawić  w  jednym  rzędzie  (lub  trochę  niŜej)  z 

nazwiskiem van Manderpootza! 

Uśmiechnąłem się znowu, szczerze ubawiony. 

- Einstein był uwaŜany za całkiem niezłego naukowca, czyŜ nie? - zauwaŜyłem. - W końcu 

był  pierwszym,  który  wprowadził  czas  i  przestrzeń  do  laboratorium.  Przed  nim  były  to  tylko 

pojęcia filozoficzne. 

-  Nieprawda!  -  wybuchnął  profesor.  -  MoŜe  w  jakiś  ciemny,  prymitywny  sposób  wskazał 

drogę,  ale  to  ja,  ja,  van  Manderpootz,  pierwszy  pochwyciłem  czas,  zaciągnąłem  do  mojego 

laboratorium i wykonałem na nim doświadczenie. 

- Naprawdę? A jakieŜ to doświadczenie? 

- A jakie moŜna przeprowadzić inne doświadczenie oprócz prostego pomiaru? 

- No... nie wiem. PodróŜe w czasie? 

- Właśnie. 

-  W  machinach  czasu  spopularyzowanych  przez  czasopisma  fantastyczne?  PodróŜe  w 

przeszłość i przyszłość? 

background image

- E tam! Po stokroć e tam! Przyszłość i przeszłość - a fe! Nie trzeba  van  Manderpootza,  

by  dostrzec  w tym  fałsz.  JuŜ  Einstein to wykazał. 

- Jak?  To przecieŜ moŜna sobie  chyba  wyobrazić? 

-  MoŜna  wyobrazić?  I  ty,  Dixonie  Wellsie,  studiowałeś  u  van  Manderpootza!  - 

Poczerwieniał  z  rozdraŜnienia,  a  następnie  odzyskał  ponury  spokój.  -  Posłuchaj.  Pamiętasz,  jak 

czas ulega zmianom w zaleŜności od szybkości układu - teoria względności Einsteina? 

- Pamiętam. 

- Bardzo dobrze. Przypuśćmy teraz, Ŝe wielki inŜynier Dixon Wells wynalazł pojazd, który 

moŜe  poruszać  się  bardzo  szybko,  ogromnie  szybko,  osiągając  dziewięć  dziesiątych  prędkości 

ś

wiatła.  Rozumiesz?  Dobrze.  Następnie  zaopatrujesz  to  cudo  w  paliwo  na  małą  przejaŜdŜkę  o 

długości pół miliona mil, co, poniewaŜ jego masa (a tym samym jego bezwładność) rośnie, zgodnie 

ze  wzorem  Einsteina,  ze  wzrastającą  szybkością,  pochłania  całe  paliwo  świata.  Lecz  poradzisz 

sobie  z  tym.  UŜyjesz  energii  atomowej.  I  wtedy,  poniewaŜ  przy  szybkości  równej  dziewięciu 

dziesiątych  prędkości  światła  twój  statek  waŜy  mniej  więcej  tyle  co  słońce,  dezintegrujesz 

Amerykę  Północną,  by  uzyskać  potrzebną  siłę  napędową.  Startujesz  z  tą  szybkością,  sto 

sześćdziesiąt  osiem  tysięcy  mil  na  godzinę,  i  przelatujesz  dwieście  cztery  tysiące  mil. 

Przyspieszenie  zmiaŜdŜyło  cię  na  śmierć,  ale  znalazłeś  się  w  przyszłości.  -  Zamilkł,  uśmiechając 

się ironicznie. - Prawda? 

- Tak. 

- A jak daleko w przyszłości? 

Zawahałem się. 

- Zastosuj wzór Einsteina! - zaskrzeczał. - Jak daleko? Powiem ci. Jedną sekundę! - Zaśmiał 

się triumfalnie. - Tyle zostało z podróŜy w przyszłość! A co do przeszłości - po pierwsze, musisz 

przekroczyć prędkość światła, co natychmiast zakłada uŜycie więcej niŜ nieskończonej liczby koni 

mechanicznych. ZałóŜmy, Ŝe wielki inŜynier Dixon Wells radzi sobie i z tym małym problemem, 

chociaŜ  wydajność  energetyczna  całego  wszechświata  jest  niŜsza  od  nieskończonej  liczby  koni 

mechanicznych. Więc ów inŜynier zastosuje tę większą niŜ nieskończoną moc do lotu z szybkością 

dwustu  czterech  tysięcy  mil  na  sekundę  w  ciągu  dziesięciu  sekund.  Znajdzie  się  wówczas  w 

przeszłości. Jak daleko? 

Znowu się zawahałem. 

-  Powiem  ci.  Jedną  sekundę!  -  Łypnął  na  mnie  okiem.  -  Teraz  pozostaje  ci  tylko 

zaprojektować taką machinę i wtedy van Manderpootz uzna moŜliwość podróŜowania w przyszłość 

-  na  ograniczoną  liczbę  sekund.  Co  do  przeszłości,  wyjaśniłem  właśnie,  Ŝe  całej  energii 

wszechświata nie wystarczy do tego. 

background image

- Ale - wyjąkałem - powiedział pan  dopiero co,   Ŝe... 

-  Na  pewno  nie  powiedziałem  nic  o  podróŜach  w  przyszłość  lub  przeszłość,  które,  jak 

wykazałem  przed  chwilą,  są  niemoŜliwe:  w  pierwszym  przypadku  praktycznie,  a  w  drugim  zaś  - 

absolutnie. 

- Więc jak pan podróŜuje w czasie? 

-  Nawet  van  Manderpootz  nie  potrafi  robić  rzeczy  niemoŜliwych  -  rzekł  profesor,  nieco 

udobruchany.  Postukał  palcem  w  stos  papieru  maszynowego  leŜącego  przed  nim  na  stole.  - 

Popatrz, Dick, oto jest świat, oto wszechświat. - Przeciągnął palcem w dół. - Jest długi w czasie i... 

- pociągnął palcem w poprzek stosu - ...szeroki w przestrzeni, ale...  - dziobnął palcem w  środek  - 

...jest  bardzo  cienki  w  czwartym  wymiarze.  Van  Manderpootz  wybiera  zawsze  drogę  najkrótszą, 

najbardziej logiczną. Nie podróŜuję wzdłuŜ czasu, w przyszłość czy przeszłość. Nie, ja podróŜuję 

w poprzek czasu, w bok! 

Przełknąłem ślinę. 

- W bok czasu! I co tam jest? 

- A co powinno tam być? - parsknął. - Przyszłość jest z przodu, przeszłość z tyłu. Te światy 

przeszłości i przyszłości są prawdziwe. 

Jakie  światy  nie  są  ani  przyszłością,  ani  przeszłością,  lecz  istnieją  współcześnie,  a 

jednocześnie poza czasem, jakby równolegle do naszego czasu? 

Pokręciłem głową. 

-  Idiota!  -  warknął.  -  Światy  warunkowe,  oczywiście!  Światy  zaczynające  się  od  “jeśli”. 

Przed  nami  są  światy,  które  będą;  za  nami  te,  co  były.  Po  obu  stronach  zaś  są  światy,  które 

mogłyby być, światy warunkowe! 

- Hę? - byłem zaskoczony. - Czy to znaczy, Ŝe moŜe pan zobaczyć, co się stanie, jeśli zrobię 

to i to? 

-  Nie!  -  prychnął.  -  Moja  maszyna  nie  ujawnia  przeszłości  ani  nie  przewiduje  przyszłości. 

MoŜe ci pokazać, jak juŜ mówiłem, światy warunkowe. MoŜna to wyrazić w ten sposób: “gdybym 

wtedy zrobił to i to, takie i takie wydarzenia by nastąpiły”. Światy trybu warunkowego.    - A jak 

do diabła to się robi? 

- Dla van Manderpootza to proste! UŜywam światła spolaryzowanego, spolaryzowanego nie 

w płaszczyźnie pionowej czy poziomej, ale w kierunku czwartego wymiaru, co jest sprawą bardzo 

prostą. 

Trzeba  uŜyć  islandzkiego  szpatu  pod  bardzo  wysokim  ciśnieniem  i  to  wszystko.  A 

poniewaŜ  te  światy  są  bardzo  cienkie  w  czwartym  wymiarze,  wystarcza  tylko  grubość  fali 

ś

wietlnej,  choć  wynosi  ona  zaledwie jedną milionową  cala.  Jest  to  znacznie  lepsze  od  podróŜy  w 

background image

czasie  w  przeszłość  i  przyszłość,  do  których  potrzeba  nieosiągalnych  szybkości  i  niesamowitych 

odległości! 

- Ale... czy te światy “jeśli”... są rzeczywiste? 

- Rzeczywiste?   A   co   jest   rzeczywiste?   Zapewne   są   rzeczywiste (w tym sensie, w 

jakim 2 jest liczbą rzeczywistą w odróŜnieniu od y-2, który jest liczbą urojoną. To są światy, które 

zaistniałyby, jeśli... Rozumiesz? 

Skinąłem głową. 

- Troszeczkę. MoŜna na przykład zobaczyć, jak wyglądałby Nowy Jork, gdyby w rewolucji 

amerykańskiej zwycięŜyła Anglia, a nie kolonie. 

-  To  prawda,  taka  jest  zasada,  lecz  tego  byś  nie  zobaczył  w  mojej  maszynie.  Widzisz,  jej 

część stanowi psychomat Horstena (nawiasem mówiąc, ściągnięty z jednego z moich pomysłów) i 

ty,  uŜytkownik  urządzenia,  stajesz  się  jego  częścią.  Potrzebny  jest  twój  własny  umysł,  by 

dostarczył tła. Na przykład gdyby urządzenia mógł uŜyć Jerzy Waszyngton po podpisaniu układu 

pokojowego,  zobaczyłby  to,  o  czym  wspominałeś.  My  nie  moŜemy.  Ty  nawet  nie  moŜesz 

zobaczyć, co by się stało, gdybym ja tego nie wynalazł, ale ja mogę. Rozumiesz? 

- Oczywiście. Mówi pan, Ŝe tłem musi być doświadczenie uŜytkownika. 

- Mówisz coraz mądrzej - zadrwił van Manderpootz. - Owszem. 

Urządzenie pokaŜe dziesięć godzin tego, co by się stało, gdyby... 

dziesięć godzin zebranych oczywiście w pół godziny zwykłego czasu, tak jak na filmie. 

- Hej, to brzmi interesująco! 

- Chciałbyś to zobaczyć? Czy chciałbyś się czegoś dowiedzieć? 

Jakaś decyzja, którą chętnie zmieniłbyś? 

- No... tysiące. Chciałbym wiedzieć, co by się stało, gdybym sprzedał swoje akcje w roku 

2009 zamiast w 2010. JuŜ wtedy byłem milionerem we własnym mniemaniu, ale... spóźniłem się z 

wyprzedaŜą. 

- Jak zwykle - zauwaŜył van Manderpootz. - Chodźmy więc do laboratorium. 

Mieszkanie  van  Manderpootza  znajdowało  się  o  jedną  przecznicę  od  miasteczka 

akademickiego.  Profesor  wepchnął  mnie  do  Gmachu  Fizyki,  a  następnie  do  swego  własnego 

laboratorium badawczego, bardzo przypominającego tamto, które odwiedzałem jako słuchacz jego 

wykładów.  Urządzenie,  które  nazwał  subjunktiwizorem,  działało  bowiem  w  światach 

hipotetycznych,  zajmowało  cały  środkowy  stół.  Jego  zasadniczą  część  stanowił  psychomat 

Horstena,  ale  kryształowy  i  szklisty  połysk  pochodził  z  graniastosłupa  islandzkiego  szpatu, 

elementu polaryzującego, który stanowił serce instrumentu. 

Van Manderpootz wskazał palcem na hełm. 

background image

- WłóŜ go - polecił, a ja usiadłem wlepiając wzrok w ekran psychomatu. 

Chyba  wszyscy  znają  psychomat  Horstena;  kilka  lat  temu był  to  taki sam  krzyk  mody  jak 

tablica  spirytystyczna  w  ubiegłym  wieku.  Ale  to  nie  tylko  zabawka:  czasami  jest  prawdziwą 

pomocą  dla  pamięci,  większą  niŜ  owa  tablica.  Przez  ekran  przepływa  gmatwanina  niewyraźnych, 

wielobarwnych  cieni,  które  uŜytkownik  obserwuje,  wyobraŜając  sobie  jednocześnie  te  sceny  czy 

okoliczności,  które chce  sobie  przypomnieć.  Obracając  gałką  zmienia  układ  świateł  i  cieni, a  gdy 

przypadkiem  wzór  zgadza  się  z  obrazem  w  jego  pamięci,  wtedy  hop!  i  Ŝądana  scena  zostaje 

odtworzona  przed  jego  oczami.  Oczywiście  wszystkich  szczegółów  dostarcza jego  pamięć.  Ekran 

pokazuje tylko owe zabarwione punkciki światła i cienia, ale całość uzyskuje zdumiewająco realne 

kształty. Czasami przysiągłym, Ŝe psychomat pokazywał obrazy prawie tak ostre i dokładne jak w 

rzeczywistości; złudzenie bywa do tego stopnia zaskakujące. 

Van Manderpootz włączył światło i rozpoczęła się gra cieni. 

-  Przypomnij  sobie  teraz  wydarzenia  z  okresu,  powiedzmy,  pół  roku  po  krachu.  Obracaj 

gałką, aŜ obraz się wyostrzy; wówczas się zatrzymaj. 

W  tym  momencie  skieruję  na  ekran  światło  subjunktiwizora,  a  tobie  pozostanie  tylko 

patrzeć. 

Zrobiłem, jak mi kazał. Na ekranie pojawiały się obrazy, które w ułamku sekundy znikały. 

Pierwsze  dźwięki  wydawane  przez  maszynę  brzmiały  jak  odgłos  dalekich  rozmów,  były  jednak 

niezrozumiałe bez dodatkowej informacji, którą dałby obraz. Ukazała się i rozpłynęła moja własna 

twarz,  i  w  końcu  złapałem.  Pojawił  się  obraz  mnie  samego  siedzącego  w  trudnym  do  opisania 

pomieszczeniu. Puściłem gałkę i dałem znak. 

Coś pstryknęło. Światło przygasło, a następnie znowu zajaśniało. 

Obraz  wyostrzył  się  i  ku  memu  zdumieniu  pojawiła  się  inna  postać,  postać  kobiety. 

Poznałem ją; była to Kapryśna Kaśka, ongiś gwiazda telewizji i programu “Tele-Variete 2009”. Na 

obrazie psychomatu twarz jej była nieco zniekształcona, ale poznałem ją. 

No pewnie, Ŝe poznałem! Latałem za nią przez wszystkie tłuste lata między rokiem 2007 i 

2010,  usiłując  oŜenić  się  z  nią,  podczas  gdy  mój  stary  wściekał  się,  perorował  i  groził 

wydziedziczeniem na rzecz Towarzystwa Rekultywacji Pustyni Gobi. Myślę, Ŝe właśnie te groźby 

powstrzymywały ją od małŜeństwa ze mną, ale gdy zebrałem własną forsę i dociągnąłem do dwóch 

milionów na tym zwariowanym rynku lat 2008-2009, nieco zmiękła. 

Znaczy się na pewien czas. Gdy nadszedł kryzys wiosny roku 2010, który przywrócił  mnie 

ojcu i firmie, moje notowania u niej spadły jeszcze gwałtowniej niŜ notowania rynkowe. W lutym 

byliśmy  zaręczeni,  w  kwietniu  ledwie  rozmawialiśmy  ze  sobą.  W  maju  sprzedałem  akcje,  jak 

zwykle za późno. 

background image

I  teraz  oto  prezentowała  się  na  ekranie  psychomatu,  najwyraźniej  mając  kłopoty  z 

zachowaniem  smukłej  sylwetki,  ani  w  połowie  taka  piękna,  jaką  ją  zachowałem  w  pamięci. 

Przyglądała  się  memu  “ja”  z  ekranu  z  wrogością,  a  ja  równie  wrogo  patrzyłem  na  nią.  Szum 

przemienił się w głosy. 

- Ty bałwanie! - warknęła. - Nie masz prawa mnie tu pogrzebać. Chcę wracać do Nowego 

Jorku, gdzie jest choć trochę Ŝycia. Mam dosyć ciebie i twojego golfa. 

- A ja mam dosyć ciebie i tego twojego zwariowanego towarzystwa. 

-  Oni  przynajmniej  Ŝyją.  A  ty  jesteś  Ŝywym  trupem.  śe  zaryzykowałeś  i  udało  ci  się  z  tą 

forsą, to juŜ myślisz, Ŝe jesteś Bóg wie co. 

-  AŜ  ciebie  znowu  taka  Kleopatra!  Ci  twoi,  znajomi  -  łaŜą  za  tobą,  bo  robisz  przyjęcia  i 

tracisz pieniądze - moje pieniądze. 

- Lepiej tak je tracić niŜ na turlanie białą kulką po pagórkach! 

-  CzyŜby?  Sama  powinnaś  tego  spróbować,  Mario.  -  Było  to  jej  prawdziwe  imię.  - 

Pomogłoby ci to w utrzymaniu zgrabnej figury, choć nie wiem, czy w ogóle coś by ci pomogło! 

Oczy jej zabłysły wściekłością i... no, było to przykre pół godziny. 

Nie będę opowiadał w szczegółach, ale byłem zadowolony, gdy obraz na ekranie rozmył się 

w bezkształtne białe obłoczki. 

- Fiu! - gwizdnąłem patrząc na van Manderpootza, który czytał w tym czasie. 

- Podobało ci się? 

-  Podobało  się?  Wie  pan  co,  zdaje  się,  Ŝe miałem  szczęście, Ŝe  wtedy straciłem  wszystko. 

Od dziś nie będę tego Ŝałował. 

-  To  właśnie  -  obwieścił  uroczyście  profesor  -  jest  wkład  van  Manderpootza  w  dzieło 

ludzkiego szczęścia. Mówi się, Ŝe najsmutniejsze słowa to: “a przecieŜ mogło być inaczej”. To juŜ 

nieprawda, mój drogi Dicku. Van Manderpootz wykazał,  Ŝe powinno się mówić: “przecieŜ mogło 

być gorzej”. 

Było  juŜ  bardzo  późno,  gdy  wróciłem  do  domu,  wskutek  czego  wstałem  późno  i  równie 

późno  znalazłem  się  w  biurze.  Mój  ojciec  całkiem  niepotrzebnie  uniósł  się  z  tego  powodu,  i  jak 

zwykle przesadził mówiąc, Ŝe nigdy nigdzie nie byłem na czas. Zapomniał o tym, Ŝe kiedyś mnie 

budził i ciągnął ze sobą. I wcale nie musiał tak ironicznie napomknąć o tym, Ŝe spóźniłem się na 

“Bajkał”. Przypomniałem mu o katastrofie liniowca, na co odpowiedział mi zimno, Ŝe gdybym ja 

był  na  pokładzie,  statek  na  pewno  by  się  spóźnił  i  tym  samym  nie  zderzyłby  się  z  brytyjskim 

transportowcem. Podobnie nie na miejscu była jego uwaga, Ŝe gdy on i ja wybraliśmy się na kilka 

tygodni w góry na golfa, nawet wiosna się spóźniła. To juŜ naprawdę nie była moja wina. 

- Dixon - zakończył - nie masz Ŝadnego pojęcia o tym, czym jest czas. Kompletnie Ŝadnego. 

background image

Przyszła mi na myśl rozmowa z van Manderpootzem i od razu nasunęło mi się pytanie. 

- A ty, ojcze, masz o tym pojęcie? 

-  Oczywiście  -  rzekł  surowo.  -  Bez  wątpienia  mam.  Czas  -  odrzekł  tonem  wyroczni  -  to 

pieniądz. 

Nie moŜna dyskutować z takimi poglądami. 

Lecz te jego oszczerstwa bolały, szczególnie jeśli chodzi o “Bajkał”. 

MoŜe  i  jestem  spóźnialski,  ale  gdzieŜby  moja  obecność  na  pokładzie  rakiety  mogła 

odwrócić katastrofę. Było to irytujące; w pewnym sensie stałem się odpowiedzialny za śmierć tych 

setek pasaŜerów i członków załogi, których nie uratowano. Ta myśl wcale mi się nie podobała. 

Oczywiście,  jeśli  poczekaliby  na  mnie  jeszcze  pięć  minut,  albo  jeśli  ja  byłbym  na  czas  i 

statek odleciałby według rozkładu, a nie pięć minut za późno, albo jeśli... jeśli! 

Jeśli!  Słowo  to  przywołało  na  myśl  van  Manderpootza  i  jego  subjunktiwizor  -  światy 

“jeśli”,  dziwaczne,  nierealne  światy,  które  istniały  poza  rzeczywistością,  nie  w  przeszłości  ani  w 

przyszłości,  ale  współcześnie,  a  mimo  to  poza  czasem.  Gdzieś  wśród  ich  eterycznych 

nieskończoności  był  jeden,  reprezentujący  świat,  który  istniałby,  gdybym  zdąŜył  na  liniowiec. 

Trzeba tylko było zadzwonić do van Manderpootza, umówić się, a potem - po prostu sprawdzić. 

Nie  była  to  jednak  łatwa  decyzja.  Powiedzmy  -  powiedzmy,  Ŝe  okazałoby  się,  Ŝe  jestem 

odpowiedzialny - oczywiście nie przed prawem; nie było tu znamion karygodnego niedbalstwa czy 

czegoś  w  tym  rodzaju  -  nawet  nie  moralnie  odpowiedzialny,  nie  mogłem  bowiem  wówczas  w 

Ŝ

aden sposób przewidzieć, Ŝe moja obecność lub nieobecność mogła w tak duŜym stopniu wpłynąć 

na  równowagę  szal  Ŝycia  i  śmierci,  ani  teŜ  nie  mogłem  przewidzieć,  w  którą  stronę  szale  te  się 

przewaŜą. 

Była to tylko - odpowiedzialność. A jednak nie chciałem tego wiedzieć. 

Tak samo jednak nie chciałem nie widzieć. Niepewność równieŜ sprawia mękę, co najmniej 

tak bolesną jak męczarnie wyrzutów sumienia. MoŜe mniej nerwów zszarpię, gdy będę wiedział, Ŝe 

jestem  odpowiedzialny,  niŜ  wówczas,  gdy  będę  zaprzątał  sobie  myśli  próŜnymi  wątpliwościami  i 

niepotrzebnymi  wymówkami.  Schwyciłem  więc  wideofon,  połączyłem  się  z  uniwersytetem  i  w 

końcu  ujrzałem  przed  sobą  szeroką,  wesołą,  inteligentną  twarz  van  Manderpootza,  którego 

wywołano do aparatu z porannego wykładu. 

O mały włos, a zdąŜyłbym na umówione spotkanie następnego dnia wieczorem; właściwie 

byłbym  na  czas,  gdyby  nie  nierozsądny  policjant  z  drogówki,  który  koniecznie  chciał  wlepić  mi 

mandat za przekroczenie szybkości. Tak czy inaczej, van Manderpootz był wstrząśnięty. 

-  No!  -  mruknął  -  mało  brakowało,  a  byś  mnie  nie  zastał.  Miałem  pójść  do  klubu,  bo 

spodziewałem się ciebie dopiero za godzinę. 

background image

Spóźniłeś się tylko dziesięć minut. 

Zignorowałam to. 

- Profesorze, potrzebuję uŜyć pańskiego... hm... pańskiego subjunktiwizora. 

- Hę? Ach tak. No, masz szczęście. Właśnie miałem go rozebrać. 

- Rozebrać? Dlaczego? 

-  Wykonał  swoje  zadanie.  Dał  początek  pomysłowi  daleko  waŜniejszemu  niŜ  on  sam. 

Potrzebne mi jest miejsce, które zajmuje. 

- A cóŜ to za pomysł, jeśli moje pytanie nie jest zbyt nachalne? 

-  Nie  jest  zbyt  nachalne.  Ty  i  świat,  który  czeka  na  to  z  niecierpliwością,  moŜecie  się 

dowiedzieć, ale ty usłyszysz o tym z ust samego autora. To ni mniej, ni więcej tylko autobiografia 

van Manderpootza. - Uczynił dramatyczną pauzę. 

- Pańska autobiografia? - wybałuszyłem oczy. 

-  Tak.  Świat,  choć  moŜe  jeszcze  o  tym  nie  wie,  poŜąda  jej  całym  sercem.  Opiszę  w 

szczegółach  całe  moje  Ŝycie,  moją  pracę.  Ujawnię  się  jako  człowiek  odpowiedzialny  za  to,  Ŝe 

Wojna Pacyficzna w roku 2004 trwała trzy lata. 

- Pan? 

- Nikt inny. Gdybym nie był wówczas lojalnym obywatelem holenderskim i tym samym nie 

zachował neutralności, wrogie siły zostałyby zniszczone w ciągu trzech miesięcy, a nie trzech lat. 

Mówi  mi  to  subjunktiwizor;  wynalazłbym  wówczas  urządzenie  do  prognozowania  szans  kaŜdego 

starcia:  van  Manderpootz  usunąłby  element  niepewności  ze  sztuki  prowadzenia  wojny.  - 

Uroczyście  zmarszczył  brwi.  -  Oto  mój  pomysł.  Autobiografia  van  Manderpootza.  Co  o  tym 

myślisz? 

Zdołałem zebrać myśli. 

- To... to wspaniałe! - rzekłem z zapałem. - Sam kupię jeden egzemplarz. Właściwie kilka - 

roześlę je znajomym. 

-  A  ja  -  van  Manderpootz  zrobił  się  wylewny  -  podpiszę  ci  twój  egzemplarz.  Będzie  on 

bezcenny.  Napiszę  jakąś  odpowiednią  sentencję,  coś  w  rodzaju:  Magnificus  sed  non  superbus, 

wielki lecz nie pyszny. 

To  bardzo  dobrze  określa  van  Manderpootza,  który  pomimo  swej  wielkości  jest 

człowiekiem prostym, skromnym i wcale nie zarozumiałym. 

CzyŜ nie tak? 

- Doskonałe! To bardzo trafne określenie pańskiej osoby. Ale... czy nie mógłbym zobaczyć 

pańskiego subjunktiwizora, nim go pan rozbierze, by zrobić miejsce dla tego waŜniejszego dzieła? 

- Aha! Chcesz coś sprawdzić? 

background image

- Tak, panie profesorze. Czy pamięta pan katastrofę “Bajkału” 

sprzed tygodnia czy dwóch? Tym liniowcem miałem lecieć do Moskwy. 

Niewiele brakowało, a byłbym zdąŜył. - I opowiedziałem mu o wszystkim, co wtedy zaszło. 

- Hmmm! - mruknął. - Chcesz dowiedzieć się, co by się stało, gdybyś zdąŜył, co? No więc 

widzę kilka moŜliwości. Wśród światów “jeśli” jest taki, który stałby się realny, gdybyś zdąŜył na 

rozkładowy  czas  odlotu,  taki,  który  zakłada,  Ŝe  statek  zaczekał, aŜ  w  końcu  dojedziesz,  oraz  taki, 

który jest uzaleŜniony od twojego  przyjazdu w ciągu tych pięciu minut, które ostatecznie czekali. 

Który ciebie interesuje? 

-  Och,  ostatni.  -  Ostatnia  moŜliwość  wydawała  się  najbardziej  prawdopodobna.  W  końcu 

nie moŜna było oczekiwać, Ŝe Dixon Wells gdziekolwiek przybyłby na ustalony czas, co do drugiej 

zaś  moŜliwości,  to  przecieŜ  na  mnie  nie  zaczekali,  co  w  pewien  sposób  zdejmowało  ze  mnie 

brzemię odpowiedzialności. 

- Chodź więc - zagrzmiał van Manderpootz. Poszedłem za nim do Gmachu Fizyki, do jego 

zagraconego laboratorium. Urządzenie stało nadal na stole: usiadłem przed nim i wlepiłem  wzrok 

w ekran psychomatu Horstena. Falowały i przesuwały się na  nim kłęby dymu, kiedy próbowałem 

ubrać  moje  wspomnienia  w  sugestywne  kształty,  by  wyczytać  z  nich  jakiś  obraz  tamtego 

minionego poranka. 

Nagle ukazał się. Ujrzałem Staten Bridge, a potem pędziłem juŜ przezeń w kierunku portu. 

Gestem dałem znak van Manderpootzowi, urządzenie pstryknęło i subjunktiwizor zaczoł działać. 

Pojawiła  się  płaszczyzna  pola  startowego.  Ciekawa  sprawa.  W  psychomacie  ogląda  się 

obraz  oczyma  swego  odpowiednika  na  ekranie.  W  ten  sposób  działanie  tej  zabawki  zyskuje 

osobliwe znamiona realności; przypuszczam, Ŝe częściowo odpowiedzialna za to jest autohipnoza. 

Gnałem po polu w kierunku połyskującego, srebrnoskrzydłego pocisku, jakim był “Bajkał”. 

Groźnie  wyglądający  oficer  machnął  na  mnie,  Ŝebym  się  pospieszył;  biegiem  pokonałem  skośny 

pomost i wpadłem do wnętrza statku. Właz zatrzasnął się, a ja usłyszałem przeciągłe westchnienie 

ulgi.            -  Proszę  siadać!  -  warknął  oficer  wskazując  gestem  wolne  miejsce.  Opadłem  na  fotel; 

statek zatrząsł się pod pchnięciem katapulty, z chrapliwym zgrzytem nabrał szybkości i wyleciał w 

powietrze.  Natychmiast  ryknęły  silniki,  przechodząc  po  chwili  w  stłumione  pulsowanie,  a  ja 

patrzyłem, jak Staten Island oddala się i przesuwa w tył. Olbrzymia rakieta wyruszyła w drogę. 

- Uff! - ponownie  westchnąłem  z ulgą.  - Udało  się! 

Pochwyciłem rozbawione spojrzenie z prawej strony. Siedziałem  przy przejściu i po mojej 

lewej  stronie  nie  było  nikogo;  odwróciłem  się  więc  w  stronę  oczu,  które  przesłały  to  spojrzenie, 

popatrzyłem i osłupiałem. 

background image

Obok  mnie  siedziała  dziewczyna.  Być  moŜe  nie  była  naprawdę  taka  ładna,  jak  mi  się 

wydawało;  w  końcu  patrzyłem  na  półrealny  obraz  na  ekranie  psychomatu.  Potem  wielokrotnie 

wmawiałem  sobie,  Ŝe  dziewczyna  nie  mogła  być  tak  piękna,  jak  mi  się  wydawało,  Ŝe  to  moja 

własna wyobraźnia dośpiewała wszystkie szczegóły. Nie wiem; pamiętam tylko, Ŝe gapiłem się na 

przedziwnie  piękne  srebrzystoniebieskie  oczy,  aksamitne  ciemne  włosy,  niewielkie,  rozbawione 

usta i lekko zadarty nosek. Gapiłem się tak długo, aŜ się zaczerwieniłem. 

- Przepraszam   -   powiedziałem   szybko.   -   Byłem...   zaskoczony. 

Na  pokładzie  rakiety  transoceanicznej  panuje  zawsze  przyjazna  atmosfera.  PasaŜerowie 

zmuszeni  są  do  wynikającej  z  ciasnoty  zaŜyłości  na  siedem  do  dwunastu  godzin,  a  nie  ma  zbyt 

wiele  miejsca  na  swobodne  poruszanie  się.  Zazwyczaj  nawiązuje  się  znajomość  z  sąsiadami; 

przedstawianie się nie jest wcale konieczne, zwykle bowiem zaczyna się rozmowę, z kim się chce - 

przypomina  to  chyba  trochę  ubiegłowieczną  całodzienną  wyprawę  koleją.  Nawiązuje  się 

znajomość  na  czas  podróŜy,  a  potem,  w  dziewięciu  przypadkach  na  dziesięć  o  towarzyszach 

podróŜy nie słyszy się więcej. 

Dziewczyna uśmiechnęła się. 

- Czy to pana sprawka - to opóźnienie startu? - zapytała. 

Przyznałem się, Ŝe tak było istotnie. 

-  Chyba  jestem  chronicznie  chory  na  niepunktualność.  Nawet  zegarek,  który  wkładam  na 

rękę, zaczyna się spóźniać. 

- Zapewne więc nie piastuje pan zbyt odpowiedzialnych funkcji? - zaśmiała się. 

Rzeczywiście,  nie  były  zbyt  odpowiedzialne;  choć  ciekawe,  ile  klubów,  chłopców 

noszących  kije  golfowe  i  tancerek  polegało  na  mnie  w  róŜnych  okresach  jako  na  źródle  znacznej 

części  ich  dochodów.  Jakoś  jednak  nie  widziałem  potrzeby  zwierzania  się  z  tego  srebrzystookiej 

dziewczynie. 

Rozmawialiśmy. Jak się okazało, nazywała się Joanna Caldwell, a wybierała się do ParyŜa. 

Była  artystką  lub  teŜ  raczej  chciała  nią  zostać,  a  oczywiście  nie  ma  takiego  drugiego  miejsca  na 

ś

wiecie, które zapewniłoby wykształcenie, i natchnienie, jak ParyŜ. Więc właśnie tam się wybierała 

na roczne studia, a mimo stale uśmiechniętych ust i rozbawionych oczu  widać było, Ŝe sprawa ta 

jest  dla  niej  ogromnie  waŜna.  Dowiedziałem  się,  Ŝe  cięŜko  pracowała  na  ten  rok  w  ParyŜu, 

oszczędzała kaŜdy grosz pracując przez trzy lata jako ilustratorka mody w piśmie kobiecym, choć 

pewnie dopiero co skończyła dwadzieścia jeden lat. Malarstwo znaczyło dla niej wiele, mogłem to 

zrozumieć. 

Sam kiedyś taką wagę przywiązywałem do gry w polo. 

background image

No więc od samego początku nawiązała się między nami nić sympatii. Wiedziałem, Ŝe mnie 

polubiła i widać było, Ŝe nie kojarzy Dixona Wellsa z korporacją N.J. Wellsa. A co do mnie - po 

pierwszym spojrzeniu w te chłodne, srebrzyste oczy nie chciałem  patrzeć juŜ nigdzie indziej. Gdy 

tak na nią spoglądałem, godziny mijały mi jak minuty. 

Wiecie,  jak  to  leci.  W  pewnym  momencie  mówiłem  juŜ  do  niej  “Joanna”,  a  ona  do  mnie 

“Dick” i zdawało się, Ŝe było tak przez całe Ŝycie. Postanowiłem zatrzymać się w ParyŜu w drodze 

powrotnej z Moskwy i namówiłem ją, by zgodziła się spotkać ze mną. Mówię wam, ona była inna 

niŜ  wszystkie;  zupełnie  inna  niŜ  wyrachowana  Kapryśna  Kaśka  i  jeszcze  bardziej  róŜna  od  tych 

wszystkich  trzpiotowatych,  wdzięczących  się  tancereczek,  które  moŜna  spotkać  tu  i  ówdzie  przy 

róŜnych  okazjach.  Była  to  po  prostu  Joanna,  chłodna  i  wesoła,  a  jednocześnie  współczująca  i 

powaŜna, a tak piękna jak figurka z majoliki. 

Z trudnością doszło do nas, Ŝe przyszedł steward przyjmujący zamówienia na posiłek. JuŜ 

minęły  cztery  godziny?  Wydawało  się,  Ŝe  to  dopiero  czterdzieści  minut.  Przyjemnego  uczucia 

zaŜyłości dostarczyło nam odkrycie, Ŝe oboje lubimy sałatkę z krabów i nie znosimy ostryg. 

Była  to  jeszcze  jedna  łącząca  nas  nić;  w  nagłym  porywie  oświadczyłem  jej,  Ŝe  to  dobry 

znak, a ona nie zaoponowała. 

Po  posiłku  poszliśmy  wąskim  przejściem  do  przeszklonej  salki  obserwacyjnej  w  pobliŜu 

dziobu.  Było  tam  tak ciasno,  Ŝe  ledwie  się  zmieściliśmy,  ale  wcale  nam  to  nie  przeszkadzało,  bo 

dzięki temu siedzieliśmy bardzo blisko siebie. Byliśmy tam jeszcze długo po tym, jak poczuliśmy, 

Ŝ

e w salce zaczęło się robić duszno. 

Właśnie kiedy wróciliśmy na swoje miejsca, nastąpiła katastrofa. 

Wszystko  stało  się  bez  najmniejszego  ostrzeŜenia  poza  nagłym  przechyłem  rakiety  w 

wyniku  zapewne  bezskutecznej  próby  pilota,  by  w  ostatniej  chwili  skręcić  w  bok  -  tylko  tyle,  a 

potem  zgrzyt  i  trzask,  i straszne  uczucie  wirowania,  następnie  zaś chór  okrzyków,  które  brzmiały 

jak odgłosy walki. 

To  była  walka.  Pięćset  osób  wstawało  z  podłogi,  tratowało  się  na-  wzajem,  zataczało  w 

róŜne strony padając bezsilnie, gdy wielki rakietoplan z kikutem w miejscu lewego skrzydła spadał, 

wirując, do Atlantyku. 

Rozległy się głosy oficerów i ryknął głośnik: 

- Zachować spokój - powtarzał, a potem: - nastąpiło zderzenie. 

Zderzyliśmy 

się 

innym 

statkiem. 

Nie 

ma 

niebezpieczeństwa... 

Nie 

ma 

niebezpieczeństwa... 

background image

Wydostałem  się  ze  szczątków  potrzaskanych  foteli.  Joanny  nigdzie  nie  było  widać;  w 

chwili gdy ją znalazłem skuloną między rzędami foteli, statek uderzył w wodę ze wstrząsem, który 

ponownie wszystkich powalił. 

- WłóŜcie pasy ratunkowe - zagrzmiał głośnik. - Pasy ratunkowe są pod fotelami. 

Wyciągnąłem jeden pas i zapiąłem na ciele Joanny, a sam włoŜyłem drugi. Tłum pchał się 

teraz  do  przodu,  a  ogon  statku  zaczął  się  przechylać.  Za  nami  była  woda,  która  chlupotała  w 

ciemnościach,  światła  bowiem  zgasły.  Jeden  z  oficerów  przebiegł  koło  mnie,  ślizgając  się  po 

pochyłości; schylił się i zapiął pas na ciele nieprzytomnej kobiety leŜącej przed nami. 

- Wszystko w porządku? - krzyknął do mnie i nie czekając na odpowiedź pobiegł dalej. 

Głośnik przełączono chyba na zasilanie bateryjne. 

- ...i odpływać jak najdalej - rozkazał nagle. - Wyskakiwać przez przedni właz i odpływać 

jak najdalej. W pobliŜu czeka statek, który was zabierze. Wyskakiwać z... - głośnik znowu zamilkł. 

Wyplątałem Joannę z rumowiska. Była blada; jej srebrzyste oczy były zamknięte. Zacząłem 

ciągnąć ją powoli, z trudnością w kierunku przedniego włazu, a nachylenie pokładu zwiększyło się 

do  tego  stopnia,  Ŝe  podłoga  przypominała  skocznię  narciarską.  Oficer  jeszcze  raz  przebiegł  obok 

mnie. 

- Da pan sobie radę? - zapytał i ponownie popędził przed siebie. 

JuŜ  dochodziłem.    Tłum    wokół  włazu    zdawał  się  mniejszy,    a    moŜe  po  prostu  zbił  się 

ciaśniej?  Nagle  rozległ  się  jęk  przeraŜenia  i  rozpaczy,  po  którym  słychać  było  tylko  ryk 

napływającej  wody.  Ściany  salki  obserwacyjnej  załamały  się.  Ujrzałem  zieloną  nawałnicę  fal  i 

spieniony Ŝywioł runął na nas. Znowu się spóźniłem. 

To  było  wszystko.  Uniosłem  przeraŜone  oczy  nad  ekran  subjunktiwizora,  by  spojrzeć  na 

van Manderpootza, który pisał coś na krawędzi stołu.     - No i co? - zapytał.     Wzdrygnąłem się.                                                       

- To straszne! - wymamrotałem. - My... nas chyba by nie uratowali. 

- Nas, co? Nas? - Oczy mu zabłysły. 

Nie wyjaśniłem mu tego. Podziękowałem, poŜegnałem się i zbolały poszedłem do domu. 

Nawet mój ojciec zauwaŜył, Ŝe dzieje się ze mną coś dziwnego. Tego dnia, gdy spóźniłem 

się  do  biura  tylko  pięć  minut,  wezwał  mnie  i  zapytał  z  niepokojem,  czy  aby  dobrze  się  czuję. 

Oczywiście nie mogłem mu nic powiedzieć. Jak mogłem wyjaśnić, Ŝe spóźniłem się o jeden raz za 

duŜo i zakochałem się w dziewczynie dwa tygodnie po jej śmierci? 

Ta myśl doprowadzała mnie prawie do szaleństwa. Joanna! Joanna ze srebrzystymi oczami 

leŜała  teraz  gdzieś  na  dnie  Atlantyku.  Chodziłem  jak  otępiały,  ledwie  się  odzywając  do  ludzi. 

Jednego  wieczoru  zabrakło  mi  sił,  by  pójść  do  domu;  siedziałem  paląc  papierosy  w  duŜym 

wyściełanym fotelu ojca w jego gabinecie, aŜ w końcu usnąłem. Następnego ranka, gdy stary N.J. 

background image

wszedł do gabinetu i stwierdził, Ŝe jestem tam przed nim, zbladł jak ściana, zachwiał się na nogach 

i wyszeptał: - Moje serce! - Trzeba było długich wyjaśnień, by go przekonać, Ŝe nie przyszedłem 

wcześnie do biura, lecz raczej spóźniłem się z pójściem do domu. 

W  końcu  poczułem,  Ŝe  dłuŜej  tego  nie  zniosę.  Musiałem  coś  zrobić  -  cokolwiek. 

Pomyślałem w końcu o subjunktiwizorze. Mógłbym zobaczyć... tak, mógłbym zobaczyć, co by się 

stało,  gdyby  statek  nie  zatonął!  Mógłbym  prześledzić  ów  dziwaczny,  nierealny  romans  ukryty 

gdzieś  między  światami  “jeśli”.  Mógłbym  moŜe  wydobyć  jakąś  ponurą  namiastkę  radości  z  tych 

wydarzeń, które mogły nastąpić. Mógłbym raz jeszcze ujrzeć Joannę! 

Było późne popołudnie, gdy wpadłem do mieszkania van Manderpootza. Nie było go tam; 

w końcu spotkałem go w hallu Gmachu Fizyki. 

- Dick! - wykrzyknął. - Źle się czujesz? 

-  Nie,  przynajmniej  nie  w  sensie  fizycznym.  Panie  profesorze,  muszę  jeszcze  raz  uŜyć 

pańskiego subjunktiwizora. Muszę! 

- Hę? A... tej zabawki. Spóźniłeś się, Dick, rozebrałem ją. Znalazłem lepszy uŜytek dla tego 

miejsca. 

Wydałem  jęk  bólu  i  chciałem  juŜ  obrzucić  obelgami  autobiografię  wielkiego  van 

Manderpootza.  W  jego  oczach  ukazał  się  błysk  współczucia;  ujął  moją  rękę  i  wciągnął  mnie  do 

niewielkiego pokoju sąsiadującego z jego laboratorium. 

- Opowiedz mi wszystko - zaŜądał. 

Zrobiłem  to.  Myślę,  Ŝe  przedstawiłem  dość  jasno  swą  tragedię,  jego  cięŜkie  brwi  bowiem 

zmarszczyły się ze współczuciem. 

-  Nawet  van  Manderpootz  nie  potrafi  oŜywiać  zmarłych  -  mruknął-  -  Przykro  mi,  Dick. 

Przestań  sobie  zaprzątać  tym  głowę.  Nawet  gdyby  mój  subjunktiwizor  był  jeszcze  czynny,  nie 

pozwoliłbym ci go uŜyć. Byłoby to tylko obracaniem noŜa w ranie. - Zamilkł na chwilę. - Znajdź 

sobie  jakieś  inne  zajęcie  dla  myśli.  Zrób  tak,  jak  robi  van  Manderpootz:  znajdź  zapomnienie  w 

pracy. 

-  Tak  -  rzekłem  ogłuszony.  -  Ale  kto  zechce  czytać  moją  autobiografię?  Pańska,  to  co 

innego? 

-  Autobiografia?  A,  pamiętam.  Nie,  porzuciłem  ten  zamiar.  Historia  sama  opisze  Ŝywot  i 

dzieła van Manderpootza. Teraz zajmuję się czymś znacznie wspanialszym. 

- Naprawdę?  -  byłem   zupełnie  wyzbyty  z  zainteresowania. 

- Tak. Był tu Gogli, ten rzeźbiarz. Ma wykonać moje popiersie. 

JakąŜ  lepszą  spuściznę  mogę  pozostawić  światu  niŜ  popiersie  van  Manderpootza 

wyrzeźbione  z  natury?  MoŜe  ofiaruję  je  miastu,  moŜe  uniwersytetowi.  Dałbym  je  Towarzystwu 

background image

Królewskiemu,  gdyby  chętniej  przyjmowało  moje  pomysły,  jeśli  by  ono... jeśli...  jeśli!  -  Ostatnie 

słowo wykrzyknął. 

- Słucham? 

- Jeśli! - wykrzyknął van Manderpootz. - To, co widziałeś w subjunktiwizorze to było to, co 

by się stało, gdybyś wtedy złapał tę rakietę! 

- Wiem o tym. 

- Ale naprawdę mogło stać się coś zupełnie innego!  Nie rozumiesz? Ona... ona... Gdzie te 

stare gazety? 

Zaczoł przerzucać stos gazet; w końcu zamachał jedną. 

- Masz, oto są ci, którzy przeŜyli! 

Jakby wypisane ognistymi literami nazwisko Joanny Caldwell rzuciło mi się natychmiast w 

oczy. Była tam nawet krótka wzmianka, którą przeczytałem, jak tylko pozwoliły mi na to wirujące 

w mózgu myśli. 

Co  najmniej  dwadzieścia  osób  spośród  uratowanych  zawdzięcza  Ŝycie  męstwu 

dwudziestoośmioletniego nawigatora Orrisa Hope'a, który patrolował oba przejścia w czasie paniki, 

zapinając pasy ratunkowe na ciałach rannych i tych, którzy sami nie mogli tego zrobić; wielu zaś 

sam przeniósł do włazu. Do końca pozostał na pokładzie tonącego rakietoplanu, wydostając się w 

końcu  z  niego  przez  roztrzaskane  ściany  salki  obserwacyjnej.  Wśród  tych,  którzy  zawdzięczają 

Ŝ

ycie młodemu oficerowi, znajdują się: Patricfc Owensby z Nowego Jorku, pani Campbell Warren 

z Bostonu, panna Joanna Caldwell z Nowego Jorku... 

Myślę,  Ŝe  mój  okrzyk  radości  słychać  było  aŜ  w  Gmachu  Administracji,  za  wieloma 

przecznicami.  Nie  obchodziło  mnie  to;  gdyby  van  Manderpootza  nie  chroniły  spiczaste  wąsy, 

ucałowałbym  go.  MoŜe  zresztą  to  zrobiłem;  nie jestem w  pełni  świadom  moich  czynów  w  czasie 

tych chaotycznych minut w małym pokoju profesora. 

W  końcu  uspokoiłem  się.  Mogę  się  z  nią  zobaczyć!  nie  posiadałem  się  z  radości.  Pewnie 

wylądowała  z  pozostałymi  rozbitkami;  wszyscy  znajdowali  się  na  pokładzie  “Osgooda”, 

brytyjskiego  trampa  frachtowego,  który  przycumował  tu  w  zeszłym  tygodniu.  Ona  musi  być  w 

Nowym Jorku - a jeśli pojechała do ParyŜa, dowiem się i pojadę za nią! 

Historia ta ma osobliwe zakończenie. Była w Nowym Jorku, ale... 

Widzicie, Dixon Wells poznał, Ŝe tak powiem, Joannę Caldwell za pomocą profesorskiego 

subjunktiwizora, lecz Joanna nigdy nie poznała Dixona Wellsa. JakieŜ mogłoby być zakończenie, 

gdyby... gdyby... Ale nie było; Joanna wyszła za mąŜ za Orrisa Hope'a, młodego oficera, który ją 

uratował. Znowu się spóźniłem. 

PrzełoŜył Wiktor Bukato