background image

K

AROL 

M

AY

 

 
 
 

W

ALKA O 

M

EKSYK

 

 

 

SCAN-

DAL

 

background image

P

OSZUKIWANIA

 

 
Działania wojenne przeniosły si  na południe,  ycie na hacjendzie del Erina wróciło 

wi c  do  normy.  Pedro  Arbellez  siedział  przy  oknie  i  obserwował  bydło  pas ce  si   na 
pobliskim pastwisku. 

Stary  hacjendero  wyzdrowiał  ju ,  odzyskał  spokój  i  równowag ,  ale  na  jego  twarzy 

go cił smutek. Ci ko prze ywał ból i przygn bienie córki spowodowane utrat  m a. 

W  pewnej  chwili  ujrzał  je d ców  zbli aj cych  si   od  północy.  Na  przedzie  jechało 

dwóch m czyzn i kobieta, z tyłu jaki  człowiek poganiał konie d wigaj ce baga e. 

— Kto to mo e by ? — zapytał Arbellez Mari  Hermoyes, krz taj c  si  po pokoju. 
— Zaraz si  dowiemy. Zmierzaj  w naszym kierunku i wkrótce tu b d . 
Je d cy  wjechali  przez  bram   na  podwórze.  Jakie   było  zdziwienie  Arbelleza  na 

widok Pirnera i jaka rado  Emmy, gdy ujrzała Rezedill  i Czarnego Gerarda, którego darzyła 
sympati . 

Przywitawszy  si   serdecznie,  zasiedli  przy  stole  i  wzajemnie  zacz li  opowiada   o 

wszystkim, co si  wydarzyło po wyje dzie Emmy z Guadalupe. Go cie spodziewali si  zasta  
tutaj Sternaua i jego przyjaciół. Zmartwili si  srodze, gdy usłyszeli,  e doktor z towarzyszami 
znowu zagin ł. 

— Czy zrobiono wszystko, aby ich odszuka ? — spytał Gerard. 
— Tak — odparł Arbellez — ale bezskutecznie. Sam Juarez posłał na zwiady S piego 

Dzioba. Sławny traper wrócił z niczym. Znalazł wprawdzie  lad i pod ył za nim do Santa 
Jaga, ale tam wszystko si  urwało. 

—  Hm.  Wi c  udali  si   do  Santa  Jaga?  To  ju   co .  Trzeba  jeszcze  raz  zacz   od 

pocz tku. 

— Kto miałby si  tym zaj ? 
— Oczywi cie kto , kto si  zna na tropieniu. Ja wi c wyrusz . 
—  Ty?!  —  krzykn ł  Pirnero.  —  Nie!  Nie  chc ,  aby  mój  zi   nara ał  si   na  takie 

niebezpiecze stwa! 

— W takim razie ci, których kochamy, musz  zgin . Pirnero si  speszył. 
— Niech to diabli wezm ! Ale masz racj , Gerardzie. Trzeba ich koniecznie odnale . 

A tak si  cieszyłem,  e mam wreszcie zi cia! Co ty na to, Rezedillo? 

Wszyscy spojrzeli na dziewczyn . 
— Narzeczona moja dobra i dzielna… Pogładziła go po r ce. 

background image

— Oczywi cie,  e zgadzam si , kochany. Czuj ,  e wła nie tobie uda si  ich odnale . 

Jed  w imi  Bo e, tylko przyrzeknij,  e b dziesz bardzo ostro ny! 

—  Nie  bój  si   o  mnie!  Teraz  mam  ciebie,  mam  dla  kogo  y   i  stale  b d   o  tym 

pami tał. 

—  Mówi  jakby  czytał  z  ksi ki  —  mrukn ł  Pirnero.  —  Je eli  Rezedilla  mu  ufa, 

dlaczego ja nie miałbym? Kiedy odje d asz, mój zi ciu? 

—  Dzi   za  pó no,  zapadła  ju   noc,  wi c  jutro  o  wicie.  Wezm   dwóch  vaquerów, 

przez których b d  kontaktował si  z wami. A teraz chod my ju  spa . 

Arbellez  ulokował go  w  jednej  z  go cinnych  izb  na pi trze. Zostawszy sam, Gerard 

zacz ł  obmy la   plan  działania.  Zgasił  wiatło  i  otworzył  okno.  Patrzył  na  niebo  usiane 
gwiazdami.  Wtem  wydało  mu  si ,  e  usłyszał  jaki   szmer.  Uwa nie  zacz ł  obserwowa  
podwórze.  Gdy  spojrzał  w  dół,  spostrzegł,  e  kto   wszedł  przez  okno  do  pomieszczenia 
znajduj cego si  pod jego pokojem. Mo e to jaki  vaquero wracał od słu cej? — pomy lał. 
Nie  —  zreflektował  si .  Zbyt  wiele  niespodzianek  zaszło  w  tym  domu,  aby  si   mo na 
zadowoli  przypuszczeniem. 

— Kto tam?! — krzykn ł. 
Jaka  posta  szybko przebiegła przez dziedziniec i skierowała si  w stron  parkanu. 
— Stój, bo strzelam! 
Uciekaj cy  nie  zatrzymał  si .  Gerard  błyskawicznie  chwycił  sw   zawsze  nabit  

strzelb  i wycelował w zbiega. W słabym  wietle gwiazd nie widział go dokładnie, orientował 
si   tylko,  w  jakim  zmierza  kierunku.  Wystrzelił  kilkakrotnie  raz  za  razem,  ale  chybił.  I  to 
mo e si  przytrafi  najlepszemu strzelcowi. 

Nie  mógł  pozwoli ,  by  człowiek  uciekł.  W  okamgnieniu  zatkn ł  za  pas  rewolwer  i 

nó ,  przywi zał  lasso  do  nogi  łó ka  i  ze lizgn ł  si   po  nim  na  podwórze.  Przesadził  płot  i 
zacz ł nasłuchiwa . 

Po chwili w pobli u, na lewo od siebie usłyszał parskanie konia. Cicho jak kot pobiegł 

w tamt  stron . Nie zd ył jednak. Po paru sekundach rozległ si  t tent. Ten, którego chciał 
pochwyci , mkn ł ju  pełnym galopem. 

Gerard  zatrzymał  si .  Popełniłby  wielki  bł d,  gdyby  teraz  po ciemku szukał  ladów 

tamtego i jego wierzchowca. Mógłby je zetrze  własnymi nogami. Przeskoczył płot w innym 
miejscu ni  przed chwil , wrócił na dziedziniec i zmierzał do frontowego wej cia. 

Strzały obudziły mieszka ców hacjendy. Zapalono  wiatła. Jaki  vaquero wybiegł mu 

naprzeciw. 

— Ach, senior Gerard, niepokoj  si  o pana. My l ,  e pana zabito. 

background image

— Jak najpr dzej mo na obudzi  i zwoła  słu b ? 
—  Nad  drzwiami  jadalni  wisi  dzwon.  Wystarczy  uderzy   i  wszyscy  zjawi   si  

natychmiast. 

Po  chwili  w  jadalni  zgromadziła  si   słu ba  i  domownicy.  Wi kszo   miała  latarki. 

Gerard opowiedział, co zaszło. 

— Co si  mie ci pod moim pokojem? — zapytał hecjendera. 
— Kuchnia. 
— Wszyscy vaquerzy mieszkaj  w tym budynku? 
— Nie. Wi kszo   pi przy trzodach. 
— Czy słu ca nocuje w kuchni? 
— Nie — odpowiedziała Maria Hermoyes. — Kuchnia jest w nocy zamkni ta. Klucz 

mam przy sobie. 

— Okno było otwarte? 
— Tak. Zawsze jest lekko uchylone. 
—  Trzeba  przede  wszystkim  sprawdzi ,  czy  drzwi  do  kuchni  s   w  dalszym  ci gu 

zamkni te. 

I  tak  te   było.  Nie  otworzyli  ich,  tylko  przeszli  do  sieni  i  frontowymi  drzwiami 

przedostali si  na podwórze. 

Zapalono  latarnie.  W  ich  blasku  Gerard  zacz ł  dokładnie  bada   ziemi   pod  oknem 

kuchennym.  Była  nieco  rozmi kła,  bo  słu ba  niekiedy  wylewała  przez  okno  wod .  Ujrzał 
wyra ne  lady  stóp.  Jaki   człowiek  niew tpliwie  t   drog   wchodził  do  kuchni  i  z  niej 
wychodził. 

—  To  nie  vaquero  —  stwierdził  Gerard.  —  Intruz  miał  niewielkie  stopy  i  nosił 

delikatne obuwie. Pó niej odrysuj  ich kształt na papierze. Mo e mi si  przyda . No, nic tu 
ju  po nas. Chod my do kuchni! 

Polecił, by dobrze j  o wietlono, po czym wraz z domownikami dokładnie przeszukał 

wszystkie  k ty,  piec,  meble.  Potem  prosił  Mari   Hermoyes,  by  sprawdziła,  czy  nic  nie 
zgin ło. Stara kobieta po chwili o wiadczyła,  e nie zauwa yła nic podejrzanego. 

— Nie rozumiem — powiedziała — czego tu szukał ten człowiek. 
— Mam nadziej ,  e zaraz si  dowiemy. Kto wyszedł z kuchni ostatni, seniorita? 
—Ja. 
— Czy opuszczaj c j  miała pani w r ku jak  butelk ? 
— Nie. 

background image

Gerard schylił si  i podniósł mały korek, le cy na ziemi obok niskiego kotła z wod . 

Maria chciała go wzi  do r ki i obejrze , ale Gerard nie pozwolił. 

— Nigdy za du o ostro no ci! Niech pani mu si  przyjrzy, ale nie dotyka. 
— Nie mamy takiej flaszeczki. 
— Hm — mrukn ł Gerard. — Jest wilgotny. Dałbym głow ,  e jeszcze przed paroma 

minutami zatykał butelk . Ten, kto tu był, zgubił go i albo nie szukał wcale, albo nie mógł 
znale  w ciemno ci. 

— Po co mu była ta butelka? — zdziwił si  Arbellez. — Nic nie pojmuj . 
— Na pewno rozwi emy t  zagadk  — zapewnił traper. Podszedł do okna. — Nie 

ulega w tpliwo ci,  e nasz nieproszony go  wszedł t dy. Na parapecie zostało jeszcze troch  
wilgotnej ziemi. — O wietlił latark  podłog  obok kotła z wod . — Tu równie  le y grudka 
lepkiego błota. Senior Arbellez, jaki st d wniosek? 

—  e ten kiep kr cił si  koło kotła. 
— Oczywi cie! I tu przecie  zgubił korek. Mo na wi c s dzi ,  e w kuchni otworzył 

butelk .  Zachodz   dwie  ewentualno ci.  Po  pierwsze:  obcy  człowiek  wchodzi  w  nocy  do 
cudzej kuchni, aby napełni  mał  flaszeczk  wod  z kotła. Co pan na to? — zwrócił si  do 
Arbelleza. 

— Zupełnie nielogiczne. Na podwórzu jest wody pod dostatkiem. 
— A wi c po drugie: obcy człowiek wkrada si  do cudzej kuchni z pełn  flaszeczk , 

której zawarto  wlewa do kotła… 

— Na Boga, to całkiem prawdopodobne! — zawołał Arbellez. — Co mogła zawiera  

buteleczka? 

—  Przyjrzałem  si   dobrze  wodzie  w  kotle.  Seniorita,  czy  gotowano  w  nim  co  

tłustego? 

— Nie. W tym kotle nie gotuje si   adnych potraw. Słu y wył cznie do podgrzewania 

wody  i  codziennie  jest  myty.  Wczoraj  nawet  kazałam  go  wyszorowa   piaskiem  i  napełni  

wie  wod   ródlan . 

— Na powierzchni pływaj  drobne oczka tłuszczu. 
— Trucizna?! — wykrzykn ł przera ony Arbellez. — Przyprowad cie t  star , głuch  

suk  i przynie cie dwa króliki. 

Za  chwil   powrócili  do  kuchni  ze  zwierz tami.  Umoczono  w  wodzie  małe  kawałki 

chleba  i  dano  je  zwierz tom.  Organizm  królików  zareagował  błyskawicznie:  po  dwóch 
minutach oba zdechły. Zaraz potem — jakby gwałtownie czym  uderzona — padła suka. 

— Trucizna, naprawd  trucizna! — rozległy si  przera one głosy. 

background image

— Niestety — potwierdził Gerard. — To chyba sok truj cej ro liny, któr  Indianie z 

Kalifornii  nazywaj   menel–bale,  czyli  li   mierci.  Słyszałem  nieraz  o  straszliwym  jej 
działaniu. 

— Mój Bo e, co za okropno ! — zawołała Maria Hermoyes. — Kto  z nas miał by  

otruty! 

— Kto ? — traper pokr cił głow . — Myli si  seniorita! Je li si  wlewa trucizn  do 

kotła, z którego wszyscy czerpi  wod , szykuje si   mier  wszystkim. 

Zrobiło si  cicho i smutno. Milczenie przerwał Arbellez. Mówił z trudem: 
—  Bogu  niech  b d   dzi ki,  e  pan  jest  z  nami.  Gdyby  nie  pana  do wiadczenie  i 

niezwykła  przenikliwo ,  nie  doczekaliby my  jutrzejszego  dnia.  To  straszne!  Ale  komu 
mogło zale e  na zabiciu nas wszystkich? 

Gerard wzruszył ramionami. 
— I senior pyta jeszcze? Przecie  to jasne,  e chodziło o ród Rodrigandów! 
— Na Boga! Ale nikt z nas do niego nie nale y! 
— I pan jednak, i pana domownicy wiedz  bardzo wiele, ba, wszystko o tej historii. 

Sternau,  obydwaj  Ungerowie  i  inni,  którzy  tak e  znaj   tajemnic   rodu,  znikn li.  Pozostali 
tylko mieszka cy hacjendy. Musieli wi c zgin . 

— Ju  rozumiem. Ale komu na tym zale y? 
—  Ja  my l ,  e  przede  wszystkim  Cortejowi  —  powiedziała  bez  wahania  Maria 

Hermoyes. 

— Chyba ma pani racj  — przytakn ł jej Czarny Gerard. — Złapiemy łotra i wszystko 

nam wy piewa. 

— A je eli nie? 
—  Phi! —  Gerard lekcewa co machn ł  r k . — Nie chciałbym by  w skórze tego 

drania! My, ludzie prerii, mamy swoje sposoby, aby najtwardszych zmusi  do gadania. 

—  Naprawd   przypuszcza  pan,  e  uda  si   uj   tego  człowieka?  Przecie   miał  do  

czasu,  eby oddali  si  w bezpieczne miejsce. 

— Czas, czasem, ale odjechał na tym samym koniu, na którym przybył do hacjendy. 

Zwierz   jest  na  pewno  zm czone.  Mam  za   nadziej ,  e  ja  i  dwaj  vaquerzy  otrzymamy 
wypocz te wierzchowce. 

— Najlepsze, jakie stoj  w stajni! Ale i one na nic si  nie zdadz , je li, wbrew pana 

przypuszczeniom, niedoszły zbrodniarz jest ju  w domu. 

Gerard pokiwał głow . 

background image

—  Oj,  senior,  senior!  Obcowanie  z  lud mi  prerii  niewiele  pana  nauczyło.  Powinien 

senior  wiedzie ,  e  rzadko  kiedy  udaje  si   tak  naprawd   zbiec  komu ,  kto  pozostawia  po 
sobie  lady.  W  ka dym  razie  spa   si   nie  poło ,  dopóki  nie  przygotuj   si   do  jazdy,  a  z 
nastaniem dnia ruszam na poszukiwania. 

Gdy zacz ło  wita , domownicy i słu ba zebrali si  na dziedzi cu. Gerard dokładnie 

odrysował  na  papierze  pozostawiony  w  wilgotnej  ziemi  lad  stopy.  Potem  zaprowadził 
przyjaciół na miejsce, gdzie w nocy usłyszał parskanie konia i t tent kopyt. 

Poszukiwania  trwały  niedługo.  Po  chwili  wskazał  na  wydeptan   traw   w  pobli u 

wielkiego kaktusa i rzekł: 

—  Do  tego  krzewu  uwi zany  był  ko ,  wi c  sprawca  musiał  mie   przy  sobie  lasso. 

Przyjrzyjcie si  teraz kaktusowi. 

Obejrzeli  go  dokładnie.  Arbellez  nie  zauwa ył  niczego  szczególnego.  Pozostali  te  

nie. 

—  No  tak  —  u miechn ł  si   Gerard.  —  My liwy  widzi  wi cej  ni   hecjendero  lub 

vaquero. Co to jest, seniores? 

Rozsun ł nieco li cie kaktusa. 
— Włos z ko skiego ogona. 
— Jakiego koloru? 
— Carnego. Zdaje mi si  jednak,  e nie jest to włos karosza. 
— Istotnie. Odcie  wskazuje na ciemn  ma  bułanka. 
—  Szkoda  —  powiedział  Arbellez  z  ubolewaniem.  —  Bułanych  koni  jest  przecie  

wiele. Nie tak łatwo b dzie odnale  wła ciciela. Gdyby my mieli chocia   lad podkowy tak 
jak buta je d ca… 

—  Uwa a  pan,  e  nie  b dzie  mo na  jej  odtworzy ?  —  Gerard  u miechn ł  si  

wyrozumiale.  —  Pojechał  przecie   na  lewo,  musiał  min   potok.  Tam  z  pewno ci  
znajdziemy wyra ne odbicie podkowy. 

Poszli ku potokowi; istotnie było tak, jak my lał Gerard. Na mi kkiej ziemi zobaczyli 

wyra ne  lady. 

—  Nareszcie!  —  ucieszył  si   Gerard  odrysowuj c  lad  podkowy.  Teraz  mam 

wszystko. Musz  natychmiast rusza  w drog . 

Wrócił  do  domu  po  bro .  Po  chwili  weszła  do  pokoju  Rezedilla,  by  si   po egna . 

U cisn wszy j  gor co, opu cił hacjend  w towarzystwie vaquerów. 

Jechali  przez  cały  dzie   galopem.  Zatrzymali  si   dopiero  z  nastaniem  nocy,  gdy 

zapanowały całkowite ciemno ci. 

background image

— Przenocujemy tutaj — postanowił Gerard, zeskakuj c z konia obok k py niskich 

krzewów. 

— Czy nic nam nie grozi? — zaniepokoił si  jeden z vaquerów. — Niedaleko st d jest 

posiadło  seniora Marquesa. Co  mi si  wydaje,  e ten człowiek tam wła nie si  schronił. 

—  Czy by?  Morderca,  wracaj cy  z  miejsca  zbrodni,  unika  obcych.  Dla  własnego 

bezpiecze stwa nie chce nikomu pokazywa  swojej twarzy. Wyczytałem ze  ladów,  e dzieli 
go  od  nas  mniej  wi cej  godzina  drogi.  Jego  wierzchowiec  pada  ze  zm czenia.  Jutro  go 
dopadniemy. 

Rozci gn ł si  na trawie i natychmiast zasn ł. 
O  wicie  ruszyli  dalej.  Wypocz te  konie  p dziły  przez  równin   jak  szalone.  Nagle 

traper gwałtownie osadził swojego. 

—  Patrzcie  —  zawołał  —  jaka  tu  wygnieciona  murawa!  Musimy  dokładnie 

przeszuka  to miejsce. 

Nisko pochylony, krok po kroku, zacz ł uwa nie bada  teren. 
— Do kro set! — zawołał po chwili. Gdzie ta posiadło , o której mówiłe  wczoraj? 
— O, tam. Na prawo — vaquero wskazał r k . — Mo na by do niej dotrze  w ci gu 

dziesi ciu minut. 

—  Ten,  którego  szukamy,  przywi zał  tu  do  tego  drzewa  bułanka,  a  sam  poszedł 

pieszo, zapewne do folwarku. Wrócił za  konno. Swego wierzchowca pu cił wolno, a na tym 
nowym pojechał dalej. Oto jeden  lad kopyt biegnie na północ, drugi prowadzi na południe, a 
wi c  w  kierunku,  w  którym  je dziec  zmierzał  poprzednio.  Jed cie  za  nim  wolno!  Ja 
tymczasem zajrz  do siedziby seniora Marquesa. 

Ju   po  niecałym  kwadransie  Gerard  wchodził  do  sieni  pi trowego  domu.  Drzwi  od 

pokoju na lewo były otwarte. Starszy m czyzna le ał w hamaku i palił fajk . 

— Pan jest wła cicielem, senior Marques? — zapytał Gerard, kłaniaj c si  uprzejmie. 
— Tak. 
— Czy wczoraj sprzedał pan konia? Gospodarz zerwał si  z hamaka. 
— Nie! Ale mój kasztanek gdzie  przepadł. Szukamy go od rana. 
— A mo e go skradziono? 
— Bardzo prawdopodobne. 
— Czy to r czy ko ? 
— Najwspanialszy jakiego mam. 
—  Do  kro set!  cigam  pewnego  łotra.  Byłem  pewien,  e  dzi   rano  go  dopadn ,  bo 

jechał na byle jakim bułanku. Tymczasem zabrał panu kasztana i… 

background image

— Niech to wszyscy diabli! 
— Czy pa ski ko  ma jakie  znaki szczególne? 
— Tak. Praw  połow  pyska jednolicie biał . 
—  Dzi kuj .  Niedaleko  st d  znajdzie  pan  zapewne  bułanka,  którego  złodziej 

„podarował” panu za kasztana. B d  zdrów, senior! Nie mam chwili do stracenia. 

Pospiesznie  opu cił  dom  i  wskoczywszy na  konia, ruszył  galopem. Wkrótce spotkał 

vaquerów. 

—  Musimy  p dzi ,  ile  sił  starczy  —  o wiadczył.  —  Ten  dra   skradł  Marquesowi 

znakomitego wierzchowca. W drog ! 

W miar  jazdy Gerard miał coraz bardziej ponur  min . Po pewnym czasie mrukn ł: 
— Bardziej cwany, ni  przypuszczałem. 
— Nie spał wcale? — zapytał jeden z vaquerów. 
— Ano wła nie. Na tym skradzionym koniu natychmiast pojechał dalej. Ma nad nami 

przewag  jakich  czterech godzin. Nie dogonimy go przed wieczorem. 

I rzeczywi cie. Kiedy zbli ali si  do Santa Jaga, był ju  zmrok, a zbiega ani  ladu. 
—  Nieprawdopodobne,  eby  ten  łotr  zatrzymał  si   w  mie cie  —  zauwa ył  jeden  z 

vaquerów — poniewa … 

— A mnie si  wydaje — przerwał mu Czarny Gerard —  e wła nie tak, co  mi mówi, 

e on tu mieszka. 

I okazało si ,  e Gerard ma racj . Tu  przed Santa Jaga spotkali m czyzn  z małym 

wózkiem ci gnionym przez woła. Zatrzymali konie. 

— Dobry wieczór — powiedział uprzejmie Gerard. — Czy dobrze zna pan miasto? 
— Jak eby nie. Urodziłem si  tutaj. 
— Domy lam si ,  e idzie pan z północy. Czy wielu ludzi spotkał senior po drodze? 
— Nikogo. A dokładnie mówi c  adnego piechura. 
— A je d ców? 
— Jednego. 
— Zna go senior? 
— Hm — stary u miechn ł si  chytrze. — Mo e i znam. 
— Mówi pan „mo e”. Dlaczego? 
—  Ano,  bo wiem,  e  nie  chciał,  abym  go  poznał. Zrobił nawet wszystko, aby mnie 

omin . 

— Ale mimo to poznał go pan… 
— Tak. Po sposobie trzymania si  w siodle. Tak  postaw  ma tylko jeden człowiek. 

background image

— Kto? 
M czyzna u miechn ł si  znowu. 
— Wida  bardzo wam zale y,  eby si  dowiedzie . Senior, jestem biedakiem, a ka da 

przysługa wymaga zapłaty. 

— To zrozumiałe! — Gerard rzucił mu srebrn  monet . 
— Dzi kuj . To był doktor Hilario. Lekarz z klasztoru della Barbara. O, widzi pan ten 

budynek góruj cy nad miastem? 

— Lekarz — ucieszył si  Gerard. — A mo e senior zwrócił uwag  na jego konia? 
— Tak. To był kasztan. Po prawej stronie pyska miał biał  plam . 
— Dzi kuj . To wła nie chciałem wiedzie . 
Po egnali si  i Gerard z towarzyszami pojechał dalej. Setki my li przelatywało przez 

głow  trapera. Wreszcie zwrócił si  do vaquerów: 

— Dowiedzieli my si  bardzo wa nych rzeczy. Jestem pewien,  e ten Hilario to nasz 

niedoszły morderca. Zajedziemy do venty i zatrzymamy si  w niej na dłu ej. 

background image

PODZIEMIACH KLASZTORU

 

 
Doktor  Hilario  był  z  siebie  bardzo  zadowolony.  Zrobił  to,  co  zamierzał  i  wrócił 

szcz liwie do domu; tam dotarł z nastaniem zmroku. Nawet mu do głowy nie przyszło,  e 

ledzi go bardzo gro ny przeciwnik. 

Poniewa  nieobecno  stryja przedłu ała si , Manfredo był niespokojny. Co jaki  czas 

podchodził do okna i niecierpliwie spogl dał na bram  klasztorn  w nadziei,  e zobaczy tego, 
kogo oczekuje. 

— Nareszcie! — wykrzykn ł, gdy Hilario wszedł do pokoju. — Powiedz, na miło  

bosk , gdzie byłe  tak długo?! 

— Hm, nie przewidziałem zupełnie,  e a  przez dwie noce b d  musiał czatowa  pod 

hacjend . 

— No i co? 
Hilario  opowiedział  ze  szczegółami,  jak  wykonał  zadanie.  Manfredo,  chocia   od 

małego nawykły do widoku krwi i przemocy, poczuł si  nieswojo. 

— Brrr! To okropne! — wstrz sn ł si  z niesmakiem. 
—  A  niby  dlaczego?  Ka dy  człowiek  musi  umrze .  Ci  w  hacjendzie  b d   mieli 

najpi kniejsz   mier , jak  mo na sobie wyobrazi . Poło  si  i zasn  na wieki bez bólu. 

— Jest stryj pewien,  e nikt si  nie uratuje? 
— Na pewno nikt. 
— Czyli nie ma ju   adnych  wiadków. No bo reszta wtajemniczonych siedzi u nas 

pod kluczem! 

— To jeszcze nie wszyscy. Z pozostałymi rozprawimy si  w stolicy. 
— Kiedy wyje d asz, stryju? 
— Zaraz. Przynie  mi tylko co  do jedzenia. 
— Zaraz? Nie zm czyłe  si  podró ? — zdziwił si  Manfredo. 
—  Nawet bardzo. Ale straciłem trzy dni. Musz  jecha  jak najszybciej! Tym razem 

b d  jednak podró owa  nie konno, bo zasn łbym w siodle, ale w karecie. Niech zaprz gn  
do niej przed tyln  bram . Nikt nie mo e wiedzie ,  e opuszczam klasztor. 

Podjadłszy  sobie,  Hilario  udzielił  bratankowi  koniecznych  instrukcji.  Dopóki  nie 

umilkł  odgłos  kół,  Manfredo  stał  przed  bram .  Potem  zamkn ł  j   ostro nie  i  udał  si   do 
pokoju, aby wzi  klucze. Musiał przecie  obsłu y  wi niów. Przechodz c przez frontowy 

background image

dziedziniec, niespodziewanie natkn ł si  na małego, grubego Arrastra, wspólnika czy raczej 
zwierzchnika doktora. 

— Doktor Hilario w domu? — zapytał Arrastro z chytrym u mieszkiem. 
— Nie. Ach, to pan? 
— Stryj wyjechał? 
— Przed chwil . 
— Do licha! Dlaczego tak pó no? 
— Nie mógł pr dzej. Przypuszcza jednak,  e zd y na czas. 
— Mo na wej  do jego gabinetu? 
— Oczywi cie. Przecie  tu mieszkam podczas nieobecno ci stryja. 
—  Chod my  wi c,  ale  tak,  aby  nas  nikt  nie  widział.  Chc   z  tob   porozmawia   o 

pewnej wa nej sprawie. 

Tymczasem Czarny Gerard i jego towarzysze dotarli do Santa Jaga. Zatrzymali si  w 

najlepszej vencie. Gerard przek sił co  napr dce i postanowił zasi gn  na mie cie j zyka o 
klasztorze.  Wychodz c  z  pokoju  po  ciemku,  bo  zgasił  wiec   łojow ,  potr cił  niechc cy 
jakiego  człowieka na nie o wietlonym korytarzu. 

— Ali devils! — sykn ł poszkodowany. 
— Nie moja wina — stwierdził lakonicznie Gerard. — Nale y uwa a . 
— Co? Uwa a ? Do licha! — wrzasn ł tamten i wymierzył Gerardowi policzek tak 

siarczysty,  e traper, cho  nie ułomek, a  zachwiał si  na nogach. 

—  Do  wszystkich  diabłów!  —  zakl ł.  —  Czy  zdajesz  sobie  spraw ,  co  zrobiłe , 

senior? 

Chwycił napastnika lew  r k  za kark, praw  za  odwzajemnił mu policzek, równie 

mocny jak ten, który otrzymał. Zwarli si  w u cisku bynajmniej nie przyjacielskim.  aden nie 
miał przewagi. Walka była wi c coraz bardziej zaci ta. Towarzyszyły jej zduszone okrzyki: 
„A masz, a masz! Dobrze ci tak! Jeszcze jeden policzek!” Odgłosy bijatyki rozchodziły si  po 
całym korytarzu. W pewnym momencie otworzyły si  najbli sze drzwi; stan ł w nich młody 
człowiek ubrany w bogaty strój meksyka ski, przy wiecaj c sobie latark . 

— Co si  tu dzieje? — zapytał ze zdumieniem, widz c kotłuj cych si  m czyzn. 
— Nic — wychrypiał jeden z nich. — Chc  tylko wymierzy  dziewi ty policzek. 
— A ja dwunasty — dodał drugi. Młodzieniec podszedł bli ej. 
—  Na  Boga,  S pi  Dziobie!  —  zawołał.  —  Co  ci  zawinił  ten  senior?!  Usłyszawszy 

przezwisko, Gerard opu cił pi ci i zdumiony 

w najwy szym stopniu wykrzykn ł: 

background image

—  Co  takiego?!  S pi  Dziób?!  —  post pił  krok  naprzód.  Cho   wiatło  latarki  było 

nikłe, nie miał w tpliwo ci. — To rzeczywi cie on! I to jego spoliczkowałem tyle razy. 

S pi Dziób zacz ł si  przygl da  przeciwnikowi. 
—  Do  stu  tysi cy  bomb  i  kartaczy!  —  rykn ł.  —  Chyba  diabeł  mnie  op tał!  To 

przecie  niemo liwe, abym w ciebie walił jak w b ben?! Sk d si  tu wzi łe , Gerardzie? 

— Z hacjendy del Erina. A ty? 
— Ze stolicy. 
Młody człowiek, wyra nie rozbawiony, wmieszał si  do rozmowy. 
— To panowie si  znaj ? Niech mi wi c b dzie wolno zapyta , kim jest ten senior — 

wskazał  na  Czarnego  Gerarda  —  i  dlaczego,  panowie,  wybrali cie  tak  oryginaln   form  
przywitania? 

— O, to nic niezwykłego — odparł S pi Dziób. — Gerard chciał wyj  z pokoju w 

chwili, gdy szedłem przez korytarz. Uderzył mnie drzwiami w nos. Dałem mu w g b . On nie 
został dłu ny. I tak zacz ła si  ta zabawa w policzkowanie. Jak siebie i jego znam, trwałaby 
zapewne długo, gdyby nie pojawił si  pan z latark , senior Kurt. Mo e jednak ju  w pokoju 
przedstawi  panów. 

Wzi ł  Gerarda  pod  r k   i  weszli  do  pomieszczenia  zajmowanego przez  Kurta.  Tam 

S pi Dziób dokonał prezentacji. Pokrótce wyja nili sobie, po co ka dy z nich przyjechał do 
Santa Jaga. 

— Gdzie mieszka Grandeprise i marynarz? — zapytał Gerard Kurta. 
— Maj  pokój na dole. 
— Szukam pewnego człowieka… doktora Hilaria. Czy znacie klasztor della Barbara? 
— Nie. Ale Grandeprise tam był. 
— Wybierałem si  wła nie na zwiady, mówi c naszym traperskim j zykiem. 
— Ja tak e, ale udało ci si  pogłaska  drzwiami mój nos — roze miał si  S pi Dziób. 
Gdy tak wesoło rozprawiali, do pokoju zapukał Grandeprise. Był umówiony z S pim 

Dziobem, mieli razem obejrze  klasztor. Zdziwił si , zobaczywszy nieznanego m czyzn , z 
którym obaj jego towarzysze byli za pan brat. Kiedy mu wyja nili, kim jest Gerard i  e maj  
wspólny cel, ucieszył si : 

—  Szcz liwe  spotkanie!  Do wiadczony  traper  mo e  zast pi   dziesi ciu,  nawet 

bardzo dzielnych, m czyzn. Jestem pewny,  e tym razem Cortejo i Landola nam nie umkn . 

— Odwiedził pan kiedy  doktora Hilaria? — spytał Gerard. 
—  Nawet  par   razy.  Gabinet  —  nic  ciekawego.  Kanapa,  kilka  krzeseł,  stół,  biurko. 

Ale jest co  szczególnego… W gablocie wisi bardzo du o starych kluczy. 

background image

— Jakiego typu? 
— Nie wiem. W ka dym razie nigdzie takich nie widziałem. S  ogromne i w dodatku 

o dziwnych kształtach. 

—  Hm,  a  wi c  zapewne  słu   do  otwierania  niezwyczajnych  drzwi…  Jestem 

przekonany,  e znajdziemy w klasztorze to, czego szukamy. 

— Ma pan na my li naszych zaginionych? — upewnił si  Kurt. 
— Tak. O ile ich nie zabito. A mo e tak e dowiemy si  czego  nowego o Corteju i 

Landoli. 

—  Na  Boga,  nie  tra my  wi c  czasu!  Musimy  zna   przyczyny,  dla  których  Hilario 

wtr ca si  w sprawy rodu Rodrigandów. Kto mieszka w klasztorze? — porucznik zwrócił si  
do Grandeprise’a. 

— Spora liczba lekarzy i chorych oraz obsługa. Jeden budynek przeznaczony jest dla 

chorych fizycznie, drugi dla psychicznie. W trzecim dawniej mieszkali mnisi, teraz jest pusty. 
W  pozostałych  budynkach  mie ci  si   zarz d  szpitala.  Ponadto  kilka  pomieszcze   zajmuj  
piel gniarze, którzy opiekuj  si  pacjentami. 

—  Ten  stan  rzeczy  mo e  sprzyja   naszym  poczynaniom.  A  zacz   trzeba  od 

sprawdzenia, czy doktor Hilario jest w domu. Jeden z nas musi pój  do niego. 

—  Racja  — przyznał  Gerard.  —  Ale  kto? Ja nie mog . Nale y si  liczy  z tym,  e 

zauwa ył mnie i zapami tał, kiedy kr ył koło hacjendy. 

— Grandeprise zmarkotniał: 
— I mnie nie wolno si  tam pojawia . Ten szarlatan zna mnie dobrze. 
— Ja równie  nie powinienem i  do niego — dodał S pi Dziób — ze wzgl du na mój 

nos. Kto go raz zobaczy, nigdy nie zapomni. 

— Niech wi c idzie Peters — zaproponował Grandeprise. 
— Dlaczego on? — skrzywił si  Kurt. — Jest za mało do wiadczony, aby powierza  

mu  tak  wa n   spraw .  Najlepiej  b dzie,  je li  ja  pójd .  Przecie   mnie  Hilario  nigdy  nie 
widział.  Oczywi cie  mo e  mnie  asekurowa   Grandeprise.  Jak  mo na  si   dosta   do  jego 
pokoju? 

—  Przejdzie  pan  przez  podwórze  i  wejdzie  do  sieni.  Wszystkie  pomieszczenia  w 

klasztorze s  numerowane. To, które zajmuje doktor, jest na pi trze, naprzeciw schodów i ma 
numer 25. 

— Gdzie wychodz  okna? 
—  Dwa  na  boczny  dziedziniec,  jedno  na  główny.  Pod  tym  oknem  ukryjemy  si   z 

S pim Dziobem i Gerardem i b dziemy czeka  na sygnał od pana. 

background image

— Mo emy wi c by  spokojni — upewniał si  Gerard —  e seniorowi Ungerowi nic 

złego si  nie stanie? 

— Tak. Musi tylko zaskoczy  doktora. Nie rozpytywa  nikogo na podwórzu, lecz i  

prosto  do  jego  mieszkania.  Reszt   zaplanujemy  na  miejscu.  Gdyby  Kurtowi  groziło 
niebezpiecze stwo, zawezwie nas umówionym sygnałem. No, chod my! 

Wzi wszy bro , opu cili vent  i ruszyli na wzgórze klasztorne. 
Z  daleka  dobiegło  ich  dudnienie  powozu;  po  chwili  min ł  ich  i  znikł  za  zakr tem. 

Sk d mogli wiedzie ,  e siedzi w nim człowiek, którego szukali? 

Kiedy doszli do klasztoru, Grandeprise wskazał o wietlone okna pokoju Hilaria. 
Brania  była  otwarta,  bez  przeszkód  wi c  dostali  si   na  dziedziniec.  Kurt  szybko  go 

przebiegł  i  cicho  wszedł  do  sieni,  jego  towarzysze  za   ukryli  si ,  jak  było  umówione,  pod 
oknem.  W  pewnym  momencie  usłyszeli  zbli aj ce  si   kroki.  Jaki   niski,  gruby  jegomo  
przeszedł tu  koło nich i na  rodku podwórza spotkał si  z drugim, wy szym i szczuplejszym. 
Byli to — jak mo na si  domy la  — Arrastro i Manfredo. Przywitali si  i razem skierowali 
do tych samych drzwi, w których przed chwil  znikn ł porucznik. 

Tymczasem Kurt wszedł bez pukania do pokoju opatrzonego numerem 25. Paliła si  

tam  lampa,  ale  nie  było  ywej  duszy.  Rozejrzał  si   i  dostrzegł  lekko  uchylone  drzwi  do 
drugiego  pomieszczenia.  Na  palcach  w lizgn ł  si   do  niego.  Mimo  panuj cego  tu  mroku 
rozpoznał,  e to sypialnia. I tu nie zastał nikogo. Zastanawiał si  co robi  dalej, gdy usłyszał, 

e  kto   nadchodzi.  Cichutko  przymkn ł  drzwi,  pozostawiaj c  spor   szpar .  Niemal 

wstrzymuj c oddech, obserwował przez ni , co dzieje si  w gabinecie doktora. Weszło tam 
dwóch ludzi: starszy wiekiem grubas i młodzieniec o prymitywnej powierzchowno ci. 

Grubas rozparł si  wygodnie na krze le, odsapn ł i zapytał młodego: 
— A wi c twój stryj odjechał dopiero niedawno? Nie wiesz, dlaczego tak przedłu ył 

poprzedni  podró ? 

— Nie wiem. 
Obrzucił młodzie ca ostrym spojrzeniem i ci gn ł dalej: 
— Jeste  jedynym krewnym doktora Hilaria, co? 
— Tak, jedynym. 
— I mog  przypuszcza ,  e ma do ciebie zaufanie, prawda? 
— Istotnie. 
— Dziwi mnie wi c,  e ci nie powiedział, co mu przeszkodziło wykona  na czas moje 

polecenie. 

— Nie pytałem o to. 

background image

— Czy orientujesz si , po co stryj wyjechał do stolicy? 
— Ma si  postara , aby Maksymilian nie opu cił Meksyku razem z Francuzami. Idzie 

o  to,  by  cesarz  wpadł  w  r ce  Juareza.  Ten  go  os dzi  i  ska e  na  mier   —  wyrecytował 
Manfredo. 

—  Doskonale!  Juarez  morderca  straci  wpływ  na  społecze stwo.  W  ten  sposób 

pozb dziemy  si   i  cesarza,  i  prezydenta.  Zdob dziemy  władz .  Twój  stryj  otrzymał  cisłe 
instrukcje. Spotka si  z Maksymilianem nie w stolicy, lecz w Queretaro. Mam nadziej ,  e 
wszystko  pójdzie  dobrze.  Ale  licho  nie  pi  i  mo e  pokrzy owa   nam  plany.  Na  przykład 
znajd  si  jacy  przyjaciele, ciesz cy si  zaufaniem cesarza, i przekonaj  go,  e nie ma ju  co 
liczy  na niczyj  pomoc i  e liczba jego zwolenników zmalała do zera. Wtedy Maksymilian 
zdecyduje  si   na  natychmiastowe  opuszczenie  kraju.  Dlatego  trzeba  go  przekona ,  e  lud 
Meksyku go popiera. 

— Nie b dzie to łatwe. 
—  To  zale y.  Nie  szcz dziłem  zabiegów,  aby  cesarz  si   dowiedział,  e  jego 

zwolennicy  wzniecili  powstanie  na  tyłach  wojsk  Juareza  i  co  wa niejsze,  e  tu  i  ówdzie 
odnie li  zwyci stwa.  Jutro  na  przykład  wybuchnie  bunt  w  kilku  miejscach  na  raz,  a 
najgro niejszy  b dzie  w  Santa  Jaga.  Te  fakty  na  pewno  spowoduj ,  e  Maksymilian  nie 
opu ci Meksyku, a wtedy czeka go niechybna  mier . 

— U nas ma wybuchn  powstanie?! — zawołał Manfredo. — Co te  pan opowiada! 

Przecie  tu mieszkaj  sami zwolennicy Juareza! 

—  Pni!  Zwerbowali my  dwustu  dzielnych  m czyzn. Jeszcze  dzi   w  nocy  przyb d  

do Santa Jaga i opanuj  miasteczko. 

— Ludno  ich przep dzi. 
— Sk d e znowu! Ten klasztor to prawdziwa forteca nie do zdobycia, a oni wła nie tu 

si  obwaruj . Obywatele miasta nawet pary z ust nie puszcz  i poddadz  si  powsta com, gdy 
tylko  zobacz   chor gwie  cesarskie  powiewaj ce  na  najwy szym  budynku  klasztoru  i  na 
murach. Powstanie w Santa Jaga b dzie dla twego stryja najlepszym atutem w rozmowach z 
Maksymilianem. 

— Czy stryj wie o tym, co ma si  tu wydarzy ? 
— Nie. Podczas naszej ostatniej rozmowy sam o tym nie wiedziałem. Moje instrukcje 

b d  na niego czeka  w Queretaro. 

— Czy ci powsta cy to  ołnierze? 
— Hm, mo na by ich tak nazwa . W ka dym razie s  dobrze uzbrojeni i wszystko mi 

jedno, komu słu . 

background image

— Kiedy mo na si  ich spodziewa ? 
— Dzi  po czwartej zjawi  si  u stóp wzgórza, na drodze prowadz cej do klasztoru. 

Ty ich tu przyprowadzisz. 

— Sk d pewno ,  e pójd  za mn ? 
— Powiesz im tylko jedno slowo–hasło: „Miramar” i wr czysz t  oto kartk  dowódcy. 
— Czy pan pozostanie tu z nami? 
—  Nie.  Natychmiast  musz   wyjecha .  W  tej  samej  sprawie  zreszt .  Je eli  b dziesz 

równie wierny jak stryj, nie ominie ci  nagroda. A wi c do widzenia i dobranoc. 

— Odprowadz  pana do bramy — rzekł Manfredo, chowaj c papier. — Mo e by  ju  

zamkni ta. 

Ledwie  opu cili  pokój,  Kurt  wyszedł  z  sypialni.  Pospieszył  do  okna,  otworzył  je  i 

zapytał półgłosem: 

— Jeste cie? 
— Oczywi cie — równie cicho odpowiedział Gerard. — Co nowego? 
— Doktor wyjechał. Wszystko w porz dku. Czekajcie dalej spokojnie. Teraz ukryjcie 

si . Zaraz kto  b dzie przechodzi  obok was. 

Zanikn ł  okno  i  wrócił  do  sypialni.  Po  kilku  minutach  Manfredo  zjawił  si   w 

gabinecie i pogr ony w rozmy laniach, zacz ł chodzi  od  ciany do  ciany. 

Kurt miał pocz tkowo zamiar natychmiast rzuci  si  na niego, obezwładni  i zmusi  

do  wyjawienia  prawdy.  Ale  chłopak  podszedł  do  gabloty  i  wyj ł  z  niej  kilka  kluczy.  Ta 
okoliczno  wpłyn ła na zmian  planu porucznika. 

Bratanek Hilaria schował klucze do kieszeni, zapalił latark  i wyszedł z pokoju, nie 

zamykaj c  drzwi.  Kurt  wymkn ł  si   zaraz  po  nim,  wzi wszy  ze  stoj cego  na  biurku 
kandelabra jedn  z płon cych  wiec i wyci gn wszy nó . Manfredo zacz ł i  po schodach 
prowadz cych do podziemi, Kurt za nim w bezpiecznej odległo ci. Przezornie zgasił  wiec . 
Latarka dawała nikłe  wiatło, posuwał si  wi c prawie po omacku. W ka dej chwili mógł si  
potkn ,  zaczepi   o  co   ostrogami  i  wywoła   hałas.  Dlatego  te   zatrzymał  si   na  chwil   i 
zdj ł  buty.  Po  czym  na  palcach  pobiegł  za  Manfredem,  by  go  nie  zgubi   w  ciemno ciach. 
Manfredo otwierał jedne drzwi po drugich i pozostawiał je nie zamkni te. Wida  wiele razy 
przechodził t dy, bo szedł pewnie i swobodnie. Min ł wiele cuchn cych wilgoci  korytarzy, 
a  wreszcie zatrzymał si  przed jednymi z kilkorga widniej cych w  cianie drzwi. Odsun ł 
dwa mocne,  elazne rygle i wszedł do  rodka. 

Kurt  nie  wiedział,  czy  to  kolejny  korytarz,  czy  wi zienna  cela.  W  pierwszym 

przypadku  nale ałoby  i   dalej,  w  drugim  nie  rusza   si   z  miejsca.  Zacz ł  nasłuchiwa . 

background image

Dobiegły  go  odgłosy  jakiej   rozmowy.  A  wi c  to  cela.  Podkradł  si   na  palcach  bli ej, 
wychylił  nieco  głow   i  ujrzał  czworoboczne  pomieszczenie;  do  cian  przykuci  byli  ludzie. 
Manfredo  stał  po rodku,  latark   umie ciwszy  w  k cie.  W  sk pym  wietle  trudno  było 
odró ni  rysy twarzy wi niów. 

— Ma pan tylko jedn  drog  ratunku — mówił bratanek Hilaria. 
— Jak ? — zapytał kto  spod  ciany. 
— Wie pan chyba, hrabio Fernando,  e zamkni ty tu Mariano jest prawdziwym pana 

bratankiem, za  człowiek, który przywłaszczył sobie imi  hrabiego Alfonsa, synem Gasparina 
Corteja? 

— Wiem. 
— A wi c stawiam dwa warunki. Je eli je pan spełni, wszyscy odzyskaj  wolno . 
— Słucham. Manfredo ci gn ł dalej: 
— Przede wszystkim zło y pan deklaracj ,  e Alfonso jest oszustem i ka e go wraz z 

rodzin  ukara . 

— Takie o wiadczenie jestem gotów podpisa  w ka dej chwili. 
—  Ale  to  nie  wszystko.  Mariano  musi  zrezygnowa   z  tytułu  hrabiego,  a  pan 

potwierdzi ,  e  to  ja  jestem  chłopcem,  którego  porwano,  a  wi c  autentycznym  pana 
bratankiem. 

Hrabia Fernando milczał. 
— Odpowiadaj e pan! — wybuchn ł Manfredo. 
—  Ach  tak  —  uniósł  si   Fernando  —  chcesz  zosta   hrabi   i  nosi   nazwisko  rodu 

Rodrigandów?! 

— To mój warunek — odparł zapytany z bezczeln  szczero ci . 
— Nigdy si  na to nie zgodz . 
— W takim razie nikt z was nie ujrzy  wiatła dziennego! Daj  panu pół godziny do 

namysłu.  Je eli  po  upływie  tego  czasu  nie  powie  pan  „tak”,  od  jutra  nie  b dziecie 
otrzymywa   adnych posiłków i wszyscy umrzecie  mierci  głodow . 

— Bóg nas ocali. 
— Don Fernando, niech pan nie rozmawia z tym młokosem! — z gł bi celi dobiegł 

m ski głos. 

—  Co?!  —  krzykn ł  Manfredo.  —  O mielasz  si ,  doktorze,  nazywa   mnie 

młokosem?! 

background image

Podszedł do Sternaua, skutego ła cuchem i zamierzył si , nie zd ył jednak uderzy . 

Kto  chwycił go za rami . Odwrócił si  przera ony i ujrzał par  błyszcz cych oczu oraz luf  
rewolweru wymierzon  w siebie. 

— Kto tu? — wybełkotał w osłupieniu. 
— Zaraz si  dowiesz! — odpowiedział Kurt. — Na kolana! — Powalił go na ziemi . 

— Chod , młokosie, nało ymy ci obro , aby  nie uciekł! 

Odwin ł lasso, które miał przypasane do biodra i zwi zał Manfreda. Bratanek Hilaria 

nie miał przy sobie broni, do tego sparali ował go strach. Nie stawiaj c najmniejszego oporu, 
pozwolił si  skr powa . 

Uradowany Kurt, odetchn wszy, zawołał: 
— Chwała Bogu! Nareszcie si  udało! Jeste cie wolni! 
— Wolni? — jak echo powtórzyło za nim kilka głosów. — Kim jeste , senior? 
—  O  tym  pó niej.  Przede  wszystkim  musz   was  wydosta   z  tej  mierdz cej  nory. 

Mo ecie chodzi ? 

— Tak — zapewnił w imieniu wszystkich Sternau. 
— Jak otworzy  wasze ła cuchy? 
— Małym kluczykiem, który ma przy sobie ten człowiek. Kurt obszukał Manfreda i 

rzeczywi cie  w  jego  kieszeni  znalazł  ów  kluczyk.  Kiedy  uwolnił  ich  z  wi zów,  chcieli  go 
u ciska  ze szcz cia. 

— Zaczekajcie z podzi kowaniami. Przyjdzie na to pora. Czy s  tu gdzie  jeszcze inni 

wi niowie? 

— Nie. Wszystkich nas zamkni to w tej jednej celi — znów odpowiedział Sternau. 
—  Mnie  si   za   wydaje,  e  musz   tu  by   równie   obaj  bracia  Cortejowie,  Josefa  i 

Landola. 

— Czy by? Ale je li tak, to chwała Bogu! 
— Sprawdz  to pó niej. A teraz chod my ju  na gór ! Odebrał Manfredowi wszystkie 

klucze  i  latark ,  przeniósł  go  w  najdalszy  k t  i  tam  rzucił  jak  tłumok.  Wyprowadził 
wszystkich  na  korytarz,  zaryglował  drzwi  celi  i  ruszył  na  czele  gromadki.  Szli  wolno, 
niektórzy bowiem, osłabieni i wyczerpani, słaniali si  na nogach. 

Kiedy znale li si  na pocz tku długiego korytarza, prowadz cego ju  na schody. Kurt 

przystan ł, zapalił  wiec , któr  wzi ł z pokoju Hilaria i umocował j  na belce. W jej blasku i 
w  wietle latarki mógł ju  rozpozna  poszczególne osoby. Sternau wzi ł go za r k  i poprosił: 

— Mo emy tu odpocz , senior? Powiedz nam wreszcie, kim jeste ?! 

background image

—  Dobrze  —  porucznik  z  trudem  hamował  wzruszenie.  Przyjrzał  si   dokładnie 

brodatym twarzom i podszedł do kapitana Ungera. Uj ł jego dłonie i spytał: Czy starczy ci sił 
do wysłuchania prawdy? 

— Tak. 
Kurt rzucił mu si  na szyj  i wykrzykn ł rado nie: 
— Ojcze drogi, kochany ojcze! 
Kapitan  oniemiał  z  wra enia.  Pocz tkowo  biernie  przyjmował  pocałunki  i  u ciskał 

syna i dopiero po chwili, gdy zrozumiał,  e to nie sen, zacz ł mu je odwzajemnia , ale słowa 
nie mógł wykrztusi . Inni te  milczeli. 

— Kurt? Kurt Unger? 
— Tak, wuju Karolu, to ja! Niech e i ciebie u ciskam! 
—  Mój  Bo e,  co  za  szcz cie!  —  zawołał  doktor.  —  Potem  nam  opowiesz,  jakim 

cudem wpadłe  na nasz  lad i jak ci si  udało nas uratowa . Teraz tylko jedno pytanie: co w 
Reinswalden? 

— Wszyscy  yj  i s  zdrowi. 
Sternau, zawsze tak opanowany, sprawiaj cy wra enie zimnego i nie poddaj cego si  

emocjom człowieka, padł na kolana i zacz ł si  gło no modli : 

—  Dzi ki  ci,  wielki  Bo e,  e   znowu  nas  uratował.  Je elibym  o  tym  kiedykolwiek 

zapomniał, odtr  mnie, gdy martw  r k  b d  pukał w bramy niebieskie. 

Po chwili kto  mocno u cisn ł Kurta. Był to Piorunowy Grot. 
— Ach, to ty, stryju! — porucznik odwzajemnił u cisk. Pozostali równie  dzi kowali 

wybawcy. 

— Czy to mo liwe, by  był tu sam? — zapytał zawsze skrupulatny Sternau. 
— W budynku tak, ale na dziedzi cu s  moi przyjaciele: Czarny Gerard, S pi Dziób i 

Grandeprise. Chod my wi c na gór . Niebezpiecze stwo nie min ło. Kto wie, czy ten szatan 
Hilario nie ma wspólników. Musimy zachowa  jak najwi ksz  ostro no . 

Kurt podtrzymał ojca praw  r k , a latark  trzymał w lewej. Pozostali szli za nimi, na 

samym  za   ko cu  Sternau.  Zawsze  o wszystkim pami taj cy, zawsze opanowany, teraz te  
wzi ł klucze od Kurta i zamykał dokładnie ka de drzwi, przez które przechodzili. Zrobiło si  
ju  bardzo pó no. Klasztor pogr ony był we  nie. Tote  nie zauwa eni przez nikogo dotarli 
do gabinetu doktora Hilaria. 

Paliło si  tu  wiatło. Było cicho i przytulnie. Poczuli si  wi c całkowicie bezpieczni. 

Potoczyła  si   ywa  rozmowa.  Kurt  został  zasypany  mnóstwem  pyta .  Kiedy  ju   pierwsza 
ciekawo  została zaspokojona, Sternau zapytał: 

background image

— Gdzie s  ci trzej traperzy, o których mówiłe ? 
— Zaraz ich zawołam. 
Otworzył  okno  i  wychylił  si .  Przez  chwil   wzrok  jego  oswajał  si   z  ciemno ci . 

Starał si  wypatrze  przyjaciół. 

—  Gerard!  —  powiedział  półgłosem.  —  Chod cie  tutaj!  Wszystkie  drzwi 

pozamykane, wejd cie wi c po kolei przez okno. Pomog  wam. 

Gerard rzucił lasso, Kurt je złapał i wraz z Piorunowym Grotem, Sternauem i dwoma 

Indianami trzymał ze wszystkich sił. Po chwili trzej kompani porucznika byli ju  w pokoju. 
Na twarzach ich odmalował si  wyraz niekłamanego zdziwienia. 

— Do licha! — zakl ł S pi Dziób. — Co za niespodzianka! To przecie  oni! 
— Tak, we własnych osobach — roze miał si  Sternau. — Jeste my wam niezmiernie 

wdzi czni,  e zainteresowali cie si  naszym losem. 

— Drobiazg! Ale, do stu piorunów, nie kalkuluj , jak si  udało temu młodzie cowi 

wyci gn  was z tych kazamatów bez naszej pomocy?! 

— Wyja nienia zostawmy na pó niej — rzekł Kurt. — Zosta cie tutaj i zaopiekujcie 

si  naszymi przyjaciółmi. Nie wiadomo, co si  tu jeszcze b dzie działo, a oni nie maj  broni. 
Wuju  Karolu,  czy  my lisz,  e  mieszka cy  klasztoru,  poza  oczywi cie  Manfredem,  s  
sprzymierze cami Hilaria? 

— Nie s dz . 
— Musz  si  o tym jak najszybciej przekona  — nie zwa aj c na pro by towarzyszy, 

by cho  jednego wzi ł ze sob , wybiegł ze  wiec  w r ku. 

Po  chwili  zszedł  po  schodach  na  główny  dziedziniec.  W  nikłym  blasku  łojówki 

dostrzegł przej cie  na  drugie podwórze. W jednym z okien w suterenie  wieciło si . Kiedy 
tam wszedł, zobaczył na uchylonych drzwiach izby napis: „Pokój meldunkowy”. Bez pukania 
w lizgn ł si  do  rodka. 

Jaki  człowiek, zapewne dy urny, zerwał si  z krzesła i zawołał: 
— Czego pan chce? Jak si  pan tu dostał? 
— Spokojnie, dlaczego si  pan denerwuje? Nie przychodz  w złych zamiarach. Prosz  

mi tylko powiedzie , kto podczas nieobecno ci Hilaria, a wiem,  e nie ma go w klasztorze, 
opiekuje si  chorymi? 

— Jeden z dwóch pozostałych lekarzy. 
— Który z nich ma dzisiaj dy ur? 
— Senior Manucio. 
— Niech go pan zbudzi natychmiast! 

background image

— Wolno mi budzi  lekarzy tylko w wa nych sprawach. 
— Ta jest naprawd  bardzo wa na. Prosz  zameldowa  cudzoziemca, oficera. 
Dy urny wyszedł. Wrócił po chwili i zaprowadził Kurta do lekarza. Doktor, wyrwany 

ze snu, był w nie najlepszym humorze. 

— Co takiego si  wydarzyło — burkn ł —  e niepokoi mnie pan po nocy? 
— Bardzo wiele. A i pan mo e mie  z tego powodu powa ne nieprzyjemno ci. 
— Ja?! Senior, nie jestem usposobiony do  artów! 
— Ja równie  nie. Przyszedłem, by wezwa  pana do chorych. 
— To mój obowi zek. Ale co si  kryje za tym, co pan powiedział przed chwil ? 
— Czy niecna, ba, zbrodnicza, działalno  doktora Hilaria jest panu znana? 
— Kim pan jest?! O czym i jakim prawem tak pan mówi? 
— Niech pan posłucha! 
Kurt  zrelacjonował  pobie nie  histori   oswobodzenia  wi niów.  Zdziwienie  lekarza 

było ogromne i nie udawane. Porucznik nie miał w tpliwo ci,  e lekarz nie nale y do szajki 
Hilaria. 

Doktor  ubrał  si   pospiesznie  i  poszedł  z  Kurtem  do  mieszkania  Hilaria.  Na  widok 

zebranych tu osób jeszcze bardziej wzrosło jego zdumienie. 

— Oto lekarz z tutejszego szpitala — porucznik przedstawił go zebranym. — Jak pan 

widzi, panie doktorze, naprawd  potrzebujemy pa skiej fachowej pomocy. Przede wszystkim 
wi kszego pomieszczenia, jedzenia i opieki nad chorymi — wskazał na nieprzytomnego don 
Fernanda, le cego na kanapie. 

Doktor,  ju   bez  zb dnych  słów,  zabrał  si   do  roboty.  Z  pomoc   Kurta  i  traperów 

przetransportował  byłych  wi niów  Hilaria  do  czystej  szpitalnej  sali,  kazał  piel gniarzom 
przygotowa   im  k piel,  rozda   odzie .  Nast pnie  wszyscy  zasiedli  do  sutej  kolacji.  W 
pewnym momencie Sternau podniósł si  z krzesła. 

—  Drodzy  przyjaciele  —  powiedział  —  my l ,  e  to  nie  koniec  naszych  kłopotów, 

cho , co najwa niejsze, jeste my wolni. Czeka nas jeszcze sporo do zrobienia. Czuj  si  ju  
znakomicie, wi c pozwólcie,  e opuszcz  was z Kurtem. 

Bawole  Czoło  i  Nied wiedzie  Serce,  cho   bardzo  osłabieni,  chcieli  i   razem  z 

doktorem, na jego pro b  pozostali jednak w szpitalu. Grandeprise i S pi Dziób nie dali si  na 
to namówi . 

— Jeste my zdrowi — mówili chórem — i na pewno wam si  przydamy. 
Zaopatrzywszy  si   w  bro ,  wszyscy  czterej  udali  si   do  podziemi.  Tam  odszukali 

Manfreda. Mocno zwi zany le ał w k cie celi, w której zanikn ł go Kurt. 

background image

Był to tchórz. Widz c,  e przegrał, chciał ratowa  własn  skór , zwalaj c wszystko na 

Hilaria. 

— Jestem niewinny, senior, zupełnie niewinny! — biadolił. Musiałem słucha  stryja. 
— To ci  nie usprawiedliwia! — hukn ł Sternau. — A teraz odpowiadaj na pytania. 

Tylko bez kłamstw i wykr tów. Dlaczego nas uwi zili cie? 

— Poniewa  miałem zosta  hrabi  Rodrigand . 
— Co za bezczelno ! Gdzie s  rzeczy, które nam zabrali cie? 
— Tutaj, w mieszkaniu stryja. Tylko wierzchowce zostały sprzedane. 
— Oddasz wszystko, co do jednej sztuki. 
—  A  czy  wiesz  —  wł czył  si   do  przesłuchania  Kurt  —  gdzie  s   zamkni ci 

Cortejowie i Landola? 

— Wiem. 
— Zaraz nas do nich zaprowadzisz. 
— Czy dobrze znasz — znów pytał Sternau — podziemne przej cia w klasztorze? 
— Tak. W dodatku u stryja w biurku le y plan całego podziemia. 
— Dasz go nam. Czy s  jakie  ukryte wyj cia? 
— Poza obr b klasztoru? Jest jedno. 
— Dok d prowadzi? 
— Do kamieniołomów poło onych we wschodniej cz ci miasta. 
— Mamy je ochot  zwiedzi . B dziesz naszym przewodnikiem. 
— Zrobi  wszystko, co ka ecie. 
—  Nie  w tpi   —  w  głosie  Kurta  zabrzmiała  pogró ka. —  A  teraz  mów:  Gdzie  jest 

twój stryj? 

— Pojechał do Meksyku albo do Queretaro, do cesarza. 
— Po co? 
— Aby go powstrzyma  od… od wyjazdu z Meksyku. 
— To ju  słyszałem. Z kim rozmawiałe  wczoraj wieczorem? Manfredo przeraził si  

jeszcze bardziej. Sk d o tym mogli wiedzie ? 

— Z seniorem Arrastro — odpowiedział potulnie. — Przychodził on nieraz do stryja z 

instrukcjami i rozkazami. 

— Z czyjego polecenia? 
— Podziemnej organizacji. Nic wi cej o niej nie wiem. 
— Hm, czy stryj przyjmował innych przedstawicieli tajnych partii? 
Manfredo milczał. 

background image

—  Je eli  nie  odpowiesz  —  Sternau  podniósł  głos  —  ka   ci   wychłosta !  Inaczej 

sformułuj  pytanie: czy twój stryj otrzymywał jakie  pisemne informacje od tych partii? 

— Owszem. 
— Gdzie je przechowuje? 
— W specjalnej skrytce w pewnej celi. 
— Wska  nam j ! Póki co — dodał Kurt, si gaj c do kieszeni Manfreda — zabior  

instrukcje, które poczciwy bratanek zacnego stryja dostał dzi  od grubasa. A teraz wstawaj, 
łotrze! Idziemy do Cortejów i Landoli. 

Sternau  rozlu nił  nieco  wi zy,  tak  e  Manfredo  mógł  si   porusza .  S pi  Dziób  i 

Grandeprise nie spuszczali go z oczu. 

Kiedy  zatrzymali  si   przed  cel ,  wskazan   przez  Manfreda,  Kurt  otworzył  drzwi. 

wiatło latarki rozja niło nieco ciemne pomieszczenie. W gł bi lochu, pod  cian , zobaczyli 

cztery skulone postacie. 

—  Czy  przyszedłe ,  by  nas  wreszcie  wypu ci ,  plugawcze?  —  rozległ  si   ochrypły 

głos Gasparina Corteja. 

— Ciebie wypu ci , kanalio?! — zawołał Grandeprise podchodz c do niego z latark . 
Cortejo wlepił w niego wzrok. 
— Grandeprise! — j kn ł przera ony. 
—  Tak,  to  ja.  Wreszcie  mam  i  ciebie,  i  twojego  braciszka,  i  mojego  najdro szego 

przyrodniego  brata!  Tym  razem  nie  wyprowadzicie  mnie  w  pole,  nie  wystrychniecie  na 
dudka! 

—  Jak si  pan  tu  dostał?  — zapytał Gasparino. — Czy staruch zatrudnił seniora na 

miejsce Manfreda? Pozwól nam uciec, a w nagrod  dam milion dolarów. 

— Milion? Ty draniu i kłamco! Nie masz przecie  ani grosza. Zabior  ci wszystko, 

nawet twoje n dzne  ycie! 

— Nie zrobiłem przecie  nic złego! 
— Nic złego, szubrawcze?! Zapytaj mojego przyjaciela! Grandeprise o wietlił latark  

stoj cego przy drzwiach Sternaua. 

Cortejo poznał go od razu. 
— O Bo e! Sternau! — wrzasn ł, jakby zobaczył ducha. 
Pablo Cortejo i Josefa tak e spojrzeli w tamt  stron  i zdr twieli z przera enia. 
— Wolny?! — sykn ła Josefa. — Jak to mo e by ?! 
— A wi c ten szatan nas oszukał! — j kn ł Landola. — Niech go piekło pochłonie! 

background image

—  Pierwej  was  to  spotka  —  powiedział  Sternau  zbli aj c  si   do  nich.  —  Tak, 

oszukałem  was.  Ju   nie  umkniecie  sprawiedliwo ci.  Opu cicie  to  miejsce  tylko  po  to,  by 
stan  przed s dem i ponie  zasłu on  kar . 

— Phi! — zawołał pogardliwie Landola. Kto nas zmusi do przyznania si ? 
— To jest zbyteczne. Ale gdyby co, znajdzie si  sposób, by zmusi  was do mówienia. 
Po tej wymianie zda  nasi przyjaciele opu cili cel . Kurt zamkn ł j  na cztery spusty. 
— A teraz poka esz nam plan podziemi — zwrócił si  Sternau do Manfreda. 
Bratanek  nie  oszukał  ich.  W  biurku  Hilaria  znale li  doskonały  przewodnik  po 

skomplikowanych  korytarzach  i  zakamuflowanych  przej ciach  klasztoru.  Pó niej  Manfredo 
zaprowadził ich do pomieszczenia, gdzie doktor przechowywał tajne papiery. Była to ta sama 
cela,  w  której  seniorita  Emilia  sporz dzała  niegdy   odpisy.  Sternau  rzucił  tylko  okiem  na 
dokumenty,  natomiast  dokładnie  zacz ł bada  zawarto  licznych skrzy  i kufrów. Przy tej 
okazji odkrył szkatułk , a w niej drogocenne klejnoty, które wcze niej wywołały zdumienie 
Emilii. Przygl daj c si  im, zapytał: 

— Do kogo to nale y? 
— Do mego stryja — szepn ł Manfredo. 
— Czy by? Jak je zdobył? — zainteresował si  Grandeprise. 
— Nie mógł znale  wła ciciela. 
—  Znajdziemy  go,  znajdziemy  w  odpowiednim czasie. A teraz przespacerujemy si  

do tajnego wyj cia z klasztoru — powiedział S pi Dziób. 

Po dziesi ciu minutach doszli do ko ca korytarza, zamaskowanego kopcem kamieni. 

Usun li je bez wielkiego trudu. Przez otwór mogło swobodnie przej  kilka osób naraz. 

— A gdyby tak wprowadzi  t dy owych dwustu  ołnierzy — rzekł Kurt do Sternaua 

po niemiecku, nie chc c, aby Manfredo zrozumiał ~ o których mówił Arrastro? 

Odeszli na bok, aby swobodnie porozmawia . 
— Gdzie miał na nich czeka  Manfredo? — spytał Sternau. 
—  U  podnó a  góry  przy  drodze  do  klasztoru.  Co  robi ,  wuju  Karolu,  aby  temu 

przeszkodzi ? To przecie  nasz obowi zek wobec Juareza, a tak e cesarza. 

—  No  i  wobec  obywateli  miasteczka.  ołnierze,  których  si   spodziewamy,  to  bez 

w tpienia zbóje i rabusie najgorszego autoramentu. 

— A wi c co radzisz? Czy wtajemnicza  mieszka ców. A je li kto  zdradzi? 
— Niestety, ze zdrad  nale y si  liczy . Musimy wi c oprze  si  tylko na własnych 

siłach. Powitasz  ołnierzy zamiast Manfreda? 

— Oczywi cie. 

background image

— S  zapewne przekonani,  e wjad  do klasztoru przez główn  bram … 
—  Powiem  im,  e  niestety  to  niemo liwe,  bo  Juarez  wida   si   czego   dowiedział  i 

wysłał do klasztoru niewielki oddział wojska. 

— Doskonale! Zrozumiej  wi c,  e bez walki nie dostan  twierdzy… 
—  I  e  —  wpadł  mu  w  słowo  Kurt  —  wszedłszy  ukrytym  wej ciem,  obezwładni  

załog  bez trudu. 

—  No  dobrze.  A  co  potem?  B d   ich  przecie   dwie  setki  i  w  dodatku  dobrze 

uzbrojonych — wtr cił S pi Dziób. 

Sternau zamy lił si . 
— Mam pewien pomysł — powiedział po chwili. — Doktor Hilario obezwładnił nas 

przecie  jakim  proszkiem… 

— A czy mo na go zastosowa  wobec tak wielkiej liczby ludzi? — w tpił Kurt. 
—  Dlaczego  nie?  —  o ywił  si   S pi  Dziób.  —  Przypu my,  e  znajdziemy  taki 

korytarz,  w  którym  zmie ci  si ,  w  szeregu,  dwustu  ołnierzy,  i  do  tego  b dzie  zamkni ty 
drzwiami  z  jednego  i  drugiego  ko ca.  Wcze niej  rozsypiemy  proszek  na  całej  długo ci.  A 
potem zapalimy z obu stron, jak zrobił to Hilario i uciekniemy. A oni znajd  si  w potrzasku. 
Bo to płon ce i dymi ce  wi stwo na pewno rozejdzie si  po całym korytarzu. 

— Hm. Plan jest oczywi cie wykonalny — powiedział po zastanowieniu Sternau — 

ale czy  znajdziemy  ten  proszek? — Podszedł do Manfreda i zapytał: — Kto przyrz dził to 
paskudztwo, którym nas obezwładnił twój stryj? 

— Wła nie on. 
— Czy ten proszek reaguje na wilgo ? 
— Nie. Przechowujemy go w piwnicy, a tam jest wilgo . 
— Jak si  pali? 
— Bardzo łatwo. 
— Du o go macie? 
— Mał  beczułk . 
— Poka esz nam j . 
Wracali t  sam  drog . Obserwowali uwa nie korytarze, ju  pod k tem zamierzonego 

planu. Sternau rzekł do Kurta: 

— Długo  jest odpowiednia. 
—  Tak.  Zmieszcz   si   tu  wszyscy.  Musisz  jako   da   mi  zna ,  e  wszedłe   do 

korytarza i podpalasz proszek, abym zrobił to jednocze nie z tob . 

background image

— Po prostu zawołam gło no „Manfredo”,  e niby mam ci co  do powiedzenia. Dla 

ołnierzy b dziesz przecie  bratankiem Hilaria. 

— Ale, ale wuju Karolu, nie pomy leli my o koniach — zafrasował si  Kurt. — Oni 

przecie  na pewno b d  mieli konie. 

—  Poradzisz  im,  aby  zostawili  je  pod  opiek   kilku  kolegów.  Na  pewno  na  to 

przystan . 

Doszli do małej, niskiej piwniczki. Stała tam mniej wi cej pi tnastolitrowa beczułka, 

do połowy wypełniona miałkim, bezwonnym, ciemnobr zowym pyłem. 

— To wła nie ten proszek — powiedział Manfredo i wycofał si  na korytarz. 
W  rodku został Sternau i Kurt. 
Spróbujmy — zaproponował doktor. 
Wzi ł do r ki szczypt  proszku i rozsypał j  na wilgotnej ziemi. Potem cofn ł si  kilka 

kroków i rzucił na to miejsce mały kawałek płon cego knota. W jednej chwili pojawił si  na 
ziemi  ółtosiny płomie  i niemal równocze nie poczuli tak okropny smród,  e obydwaj co sił 
w nogach wybiegli z piwnicy. 

— Wszystko pójdzie dobrze — powiedział Kurt. — Nie mamy tu ju  nic do roboty. 
Przed piwniczk  czekali na nich S pi Dziób i Grandeprise. 
Odprowadzili  Manfreda  do  celi.  Kiedy  szli  na  gór ,  Sternau  zwrócił si  do  S piego 

Dzioba: 

— Słyszałem,  e przybył senior ze stolicy, gdzie jest teraz główna kwatera Juareza? 
—  W  Zacatecas.  Wszystkie  miejscowo ci,  poło one  na  północ  od  tego  miasta,  s  

równie  obsadzone przez jego wojska. 

— A jak si  nazywa najbli sza, w której stacjonuj ? 
— Nombre de Dios. Dobry je dziec mo e tam dotrze  w ci gu nocy. 
— A pan? 
—  Do  licha!  S pi  Dziób  miałby  nie  dojecha ?  Zupełnie tak,  jak  gdyby tyto , który 

uj , nie umiał znale  mojej g by, gdy poczuj  na  ochot ! 

— Pojedzie wi c pan? 
—  Z  najwy sz   przyjemno ci .  Chodzi  zapewne  o  tych  dwustu  ananasów,  których 

zamierzamy uwi zi  w podziemiach? 

—  Tak.  Zło y  pan  komendantowi  raport  i  poprosi  o  przesłanie  odpowiedniej liczby 

ołnierzy. 

— Dobrze. Przed południem wróc . 
— Martwi  si  tylko czy panu uwierz . — wtr cił Grandeprise. 

background image

—  Niech  pana  o  to  głowa  nie  boli.  Przeje d ałem  przez  to  miasteczko  z  seniorem 

Kurtem i odwiedzili my komendanta. A zreszt  zna mnie osobi cie. Byli my razem nad Rio 
Grand   podczas  spotkania  Juareza  z  lordem  Drydenem.  Miał  wówczas  stopie  
podporucznika, dzi  jest majorem. W tym kraju ludzie awansuj  błyskawicznie. A wi c id  do 
venty po konia. Za dziesi  minut ruszam w drog ! 

Była ju  noc, gdy Sternau wrócił do towarzyszy, odpoczywaj cych w szpitalnej sali. 

Zdał im pokrótce relacj  z tego, co razem z Kurtem odkrył w klasztorze i co zamierzaj  robi . 
Niemal wszyscy zaoferowali natychmiastow  pomoc. Podzi kował serdecznie, ale stanowczo 
odmówił. 

— Nasz plan unieszkodliwienia owych dwustu zbirów — uzasadnił — wymaga tylko 

dwóch osób. W przeciwnym razie, mógłby si  nie powie . B dziecie mi natomiast potrzebni 
w ko cowej fazie akcji. Nad ranem. Wtedy na pewno zwróc  si  do was. 

Niedawni wi niowie — z wyj tkiem hrabiego Fernanda, który le ał w łó ku — czuli 

si   stosunkowo  nie le,  byli  pogodni  i  weseli.  Do  ich  beztroskiego  nastroju  przyczynił  si  
niew tpliwie personel szpitalny, okazuj cy im uprzejmo  i  yczliwo . Nikt z tego zespołu 
nie mógł wprost uwierzy ,  e to, co opowiadali byli je cy, jest prawd . Dla Sternaua i jego 
towarzyszy  nie  ulegało  natomiast  w tpliwo ci,  e  lekarze  i  piel gniarze,  a  tak e  słu ba 
klasztorna nie maj  nic wspólnego ze zbrodnicz  działalno ci  doktora Hilaria. 

Sternau niewiele spał tej nocy. Około czwartej zszedł do podziemi. Miał dosy  czasu, 

by  rozsypa   proszek  na  korytarzu.  W  pół  godziny  pó niej  opu cił  klasztor  Kurt.  Wyszedł 
przez  otwart   bram   i  schodził  w  dół  szos   prowadz c   do  miasteczka.  Gdy  znalazł  si   u 
podnó a góry, zacz ł nasłuchiwa . Nagle kto  krzykn ł mu nad uchem tak gło no,  e niemal 
podskoczył: 

— Halo! Kto tam? 
— Przyjaciel! — odrzekł. 
— Hasło? 
— „Miramar” 
— W porz dku. Czekamy na ciebie. Chod  ze mn . 
Uj ł porucznika pod rami  i poprowadził. Przeszli spory szmat drogi. Mimo ciemno ci 

Kurt zacz ł  rozpoznawa   sylwetki  ludzi i  koni.  W  pewnym momencie zatrzymali si . Kto  
podszedł do nich i zapytał: 

— Macie go? 
— Tak, jest tutaj, pułkowniku. 
Ten, którego tak tytułowano, zwrócił si  do Kurta: 

background image

— Kim jeste ? 
— Nazywam si  Manfredo, jestem bratankiem doktora Hilaria. 
— To mi wystarczy. Czy brama klasztoru otwarta? 
— Nie. Zmyto by mi głow , gdybym otworzył. 
— Zmyto by? Kto miałby to zrobi ? 
— Komendant. 
— Jaki komendant? Nic mi o tym nie wiadomo! 
— Tak te  my lałem. Te łotry zagnie dziły si  na górze dopiero o północy. 
— Jakie łotry? 
— No, ludzie Juareza. Jest ich pi dziesi ciu. Zdaje si ,  e zw chali pismo nosem, bo 

dowódca  pytał  z  ironi   w  głosie,  czy  dzisiejszej  nocy  nie  spodziewamy  si   jeszcze  jakiej  
wizyty. 

—  Aha!  Domy laj   si   czego .  Ale  kpinami  nic  nie  wskóraj .  Przetrzepiemy  tym 

łotrom skór ! 

— Oby si  powiodło, senior. Ale jak sforsujecie mury i bramy klasztoru? 
— Bram  mo na wysadzi . 
— I da  si  wystrzela  jak kaczki? 
— Phi! Jest tam przecie  tylko pi dziesi ciu  ołnierzy. 
— Garstka za murami mo e by  gro niejsza ni  cała armia na otwartym polu. 
— To prawda, do licha! Otrzymałem rozkaz zdobycia klasztoru za wszelk  cen . 
—  A  ja  wprowadzenia  was  do  niego,  równie   za  wszelk   cen .  Przem drzali 

republikanie zapomnieli,  e stare klasztory maj  zwykłe podziemne przej cia: dostaniecie si  
wi c do  rodka nie zauwa eni przez nikogo. Ludzie Juareza rozło yli si  na dziedzi cu i w 
ogrodzie. 

Dowódca u miechn ł si  z zadowoleniem. 
— Sprawimy im niespodziank . Wyobra am sobie ich przera enie, gdy zobacz  nas w 

klasztorze. Niech wi c pan prowadzi! Ale co zrobimy z ko mi? 

—  Zostawcie  przy  nich  kilku  ludzi.  Gdy b dziecie  ju   w  klasztorze,  wróc   i  ukryj  

konie w bezpiecznym miejscu. 

Nie przeczuwaj c nic złego, pułkownik przystał na plan Kurta. Gdy oddział wszedł do 

kamieniołomów, usłyszeli czyj  głos: 

— Sta ! 
— To swój — uspokoił Kurt. 
— Hasło? 

background image

— „Miramar”. 
— W porz dku. 
— Kto to? — spytał szeptem dowódca. 
— Kolega. W pojedynk  nie dałbym rady was poprowadzi . 
— Gdzie jest to wej cie? 
— O, tu — wskazał Sternau i pierwszy zszedł do podziemi. Zapalił dwie latarki; jedn  

sam trzymał, a drug  podał Kurtowi. 

— Kto pójdzie przodem? — zainteresował si  pułkownik. 
— Ja — odparł Kurt. 
— A tamten z tyłu? 
— Tak. 
— B dzie troch  za mało  wiatła. Szkoda,  e nie ma wi cej latarek. No, ale trudno. Ja 

id  tu  za panem.  ołnierze, naprzód! 

Zacz li  wolno  posuwa   si   z  jednego  korytarza  do  drugiego,  a   dotarli  do  tego,  w 

którym Sternau rozsypał proszek. W pewnej chwili Kurt zakrył dłoni  otwór latarki;  wiatło 
latarki zgasło momentalnie. 

— Do diabła! Co pan wyrabia? — wrzasn ł oficer. 
— Nie moja wina — usprawiedliwiał si  Kurt. — To przeci g. Zaraz zapal . 
Przykucn ł,  jak  gdyby  w  tej  pozycji  łatwiej  mu  było  to  zrobi   i  potarł  zapałk   o 

cian . W jej blasku zobaczył proszek rozsypany przez Sternaua. 

— Manfredo! — rozległ si  głos doktora. 
—  Słucham!  —  odpowiedział  Kurt  i  obaj  jednocze nie  rzucili  płon ce  zapałki  na 

ziemi . 

Na  obydwóch ko cach  korytarza  zamigotały niebiesko– ółte płomyki.  Kurt kilkoma 

susami pokonał odległo  dziel c  go od drzwi, których wcze niej — zgodnie z umow  — 
nie domkn ł Sternau, i zatrzasn ł je za sob . Doktor zrobił to samo ze swoimi, które wła nie 
min ł.  Rozległy  si   przera one  głosy  i  przekle stwa  ołnierzy.  Potem  przera liwe  j ki.  Po 
pewnym czasie wszystko ucichło. 

Kurt pobiegł na gór  do towarzyszy. Zeszli z nim z wyj tkiem chorego don Fernanda. 

Powietrze na tyle si  oczy ciło,  e mo na było wej  do zagazowanego korytarza. 

— Kurt? — upewnił si  Sternau, ujrzawszy  wiatło. 
— To ja. 
— Wszystko w porz dku? 
— Tak. A u ciebie? 

background image

—  Równie .  Trzeba  ich  natychmiast  rozbroi   i  jak  najszybciej  zaryglowa   oboje 

drzwi. Nie wiem, jak długo trwa omdlenie. 

Uporali  si   z  tym  bardzo  szybko.  Potem  Sternau  na  wszelki  wypadek  zatarasował 

kamieniami tajemne przej cie do klasztoru. 

— Uff! Poszło nam jak z płatka — cieszył si  mały Andre. — Długo nas popami taj . 
— To jeszcze nie koniec — ostudził jego rado  Sternau. — Gdzie s  konie? 
— Tam, gdzie ustalili my. Na dole, niedaleko szosy — przypomniał Kurt. — Zejd  do 

wartowników  i  powiem  im,  e  dostali my  si   szcz liwie  do  klasztoru  i  pokonali my 
republikanów. 

— My lisz,  e rusz  za tob  wraz z ko mi i sami oddadz  si  w nasze r ce? Oby byli 

tak naiwni! Tylko na to mo emy liczy . Id  wi c! 

Kurt był w dobrym humorze, tote  pogwizdywał przez cał  drog . Bez trudu odszukał 

miejsce postoju koni. 

— No, jestem wreszcie — rzekł wesołym tonem. 
— Zgłupiałe ? Dlaczego gwi d esz tak gło no!? — oburzył si  jeden z  ołnierzy. 
— Dlaczego nie mam gwizda ? I tak republikanie nie usłysz  tego. Siedz  wszyscy w 

lochach. Zaskoczyli my ich i ani si  obejrzeli, jak ich obezwładnili my. 

— Hura!  wietnie! Słyszycie?! A co robi  nasi? 
— Jedni siedz  i ob eraj  si , inni opró niaj  w piwnicach butelki z winem. 
— Wstr ciuchy! A jakie s  dla nas rozkazy? 
— Macie zosta  przy koniach. 
— Kto tak powiedział? Pułkownik? 
—  Nie.  Waszego  dowódc   podejmuje  doktor  Hilario  i  obaj  pij   na  umór.  To 

powiedział kto  inny, ni szy szar . 

— Nie interesuj  nas zdania innych. Je eli jedni jedz  i pij , dlaczego nie mamy im 

towarzyszy ? Czy na dziedzi cu klasztornym znajdzie si  miejsce dla naszych koni? 

— Nie tylko dla waszych. 
— Jedziemy wi c, a ty prowad ! 
— Dobrze. Ale z góry uprzedzam: nie miejcie do mnie pretensji, je li was na górze nie 

przyjm , jak si  spodziewacie. 

— Nie gadaj, rób, co ci ka emy! 
Kurt  dosiadł  konia i pojechał przodem. Gdy przybyli pod bram  klasztoru, krzykn ł 

hasło,  wcze niej  umówione  ze  Sternauem.  Natychmiast  j   otworzono  i  zaraz  potem 

background image

zamkni to. Wjechali na dziedziniec. Było tu pusto i cicho. Zastanowiło to wida   ołnierzy, bo 
jeden z nich zapytał: 

— Gdzie s  nasi towarzysze? 
— Na drugim podwórku — odpowiedział Kurt. — Tam dopiero b dziecie mogli sobie 

u y . Zsiadajcie z koni. 

Zasadzka była znakomicie przygotowana. Ledwie weszli na dziedziniec, otoczono ich 

i  rozbrojono.  Stało  si   to  tak  szybko,  e  aden  z  nich  nie  zd ył  nawet  doby   no a  czy 
rewolweru. 

Teraz  dopiero  nasi  przyjaciele,  mogli  pogratulowa   sobie  zwyci stwa.  Ostatnich 

je ców zamkni to w celach, posłano po alkalda i sprowadzono go do klasztoru. Sporz dził 
szczegółowy protokół. Jeden z punktów głosił,  e bracia Cortejowie, Josefa i Landola maj  
pozosta   w  lochu  do  dyspozycji  prezydenta.  Pilnowa   ich  b dzie  Mariano,  Gerard, 
Grandeprise i marynarz Peters. 

Przed  południem  przygalopował  S pi  Dziób  z  meldunkiem,  e  dwustu  strzelców 

Juareza  zbli a  si   do  Santa  Jaga.  Istotnie,  wkrótce  oddział  ten,  dowodzony  przez  majora, 
przybył do klasztoru. Sternau przypomniał sobie,  e poznał ju  tego oficera nad Rio Grand  
del  Norte.  Kiedy  opowiedział  mu,  w  jaki  sposób  obezwładniono  dwustu  ołnierzy, 
dysponuj c tak niewielk  liczb  ludzi, major nie mógł si  nachwali  pomysłowo ci i precyzji 
wykonania  planu.  Postanowił,  e  je cy  zostan   na  razie  w  klasztorze.  Piecz   nad  nimi 
sprawowa  b dzie kilku strzelców podporz dkowanych Marianowi i Gerardowi. Pod koniec 
rozmowy major spytał Sternaua: 

— Co pan zamierza robi  dalej? 
Okazało  si ,  e  doktor,  Kurt,  S pi  Dziób,  Bawole  Czoło,  Nied wiedzie  Serce, 

Piorunowy  Grot  i  Mały  Andre  chc   niezwłocznie  jecha   do  Juareza,  który  przebywa  w 
Zacatecas,  głównej  kwaterze  generała  Escobeda,  stoj cego  na  czele  oddziałów 
rozlokowanych  na  północy  kraju.  Wtedy  major  poprosił  Sternaua  o  dor czenie  raportu 
generałowi.  Meldował w  nim mi dzy  innymi,  e do stolicy zbli a si  od południa na czele 
swych wojsk Porfirio Diaz. 

Sternau i towarzysze zacz li szykowa  si  do drogi. Spakowano wszystko, co mogło 

stanowi  warto  dla Juareza. Przede wszystkim papiery i kosztowno ci znalezione u Hilaria. 
Przed wyjazdem wysłano dwóch vaquerów do hacjendy del Erina z wie ci ,  e wszyscy ci, 
których  uwa ano  za  zaginionych,  yj   i  nawet  najsłabsi,  jak  hrabia  Fernando,  wracaj   do 
zdrowia. 

background image

W Z

ACATECAS

 

 
Przygotowania  do  drogi  nie  zaj ły du o  czasu  i  nasi  przyjaciele,  po egnawszy si  z 

Gerardem,  Marianem,  Grandeprise’em  i  Petersem  wyruszyli  do  Zacatecas  jeszcze  tego 
samego  dnia  przed  wieczorem.  Po  trzydziestu  sze ciu  godzinach  szcz liwie  dotarli  na 
miejsce. 

Sternau i Kurt natychmiast zameldowali si  u prezydenta. Juarez był bardzo zaj ty, ale 

gdy go powiadomiono, kto prosi o posłuchanie, zaraz ich przyj ł. 

Zazwyczaj  niewylewny,  z  dystansem  traktuj cy  ludzi,  teraz  witał  ich  serdecznie. 

Podszedł  do  Sternaua  i  wyci gn ł  do  niego  obie  r ce,  zawołał  z  u miechem,  który  rzadko 
go cił na jego twarzy: 

—  Czy  wzrok  mnie  nie  myli,  senior?!  A  wi c  to  nieprawda,  e  znów  był  pan  w 

niewoli? 

—  Niestety  prawda,  senior.  Znalazłem  si   wraz  z  przyjaciółmi  w  beznadziejnym 

poło eniu.  Ratunek  zawdzi czamy  temu  oto  młodzie cowi.  Pozwól,  senior,  e  go 
przedstawi : porucznik huzarów gwardii Kurt Unger. 

Kurt skłonił si  elegancko. 
— Unger? Unger? Pa skie nazwisko nie jest mi obce — powiedział Juarez po chwili 

namysłu. 

—  Ale   pan  ma  pami ,  senior!  Przed  laty  pomógł  pan  przekaza   do  Niemiec 

przesyłk  dla mnie, zawieraj c  kosztowno ci z królewskiego skarbu Indian, ukrytego w… 

—  Ach,  pochodzi  pan  z  Reinswalden?  —  przerwał  prezydent.  —  I  jest  pan  synem 

kapitana Ungera, a bratankiem Piorunowego Grota? 

— Tak. 
— Witam z całego serca! Ciesz  si , bardzo si  ciesz ,  e pana poznałem. A teraz — 

zwrócił  si   do  Sternaua  —  opowiadaj  drogi  Matava–se,  gdzie  i  w  jaki  sposób  znowu  was 
uwi ziono! 

Doktor  dokładnie  zrelacjonował,  co  im  si   przydarzyło  w  klasztorze  della  Barbara. 

Zapoteka słuchał z uwag , a kiedy Sternau sko czył, westchn ł gł boko. 

— Jak to mo liwe? Wiem wprawdzie, co to za łotr z tego doktora Hilaria, seniorka 

Emilia  go  zdemaskowała,  nie  przypuszczałem  jednak,  e  jest  zdolny  do  tak  zbrodniczych 
wyst pków. I nie rozumiem, co mu mogło przyj  z unieszkodliwienia was! 

background image

— Du o, bardzo du o. Dla własnej korzy ci chciał pozby  si  wszystkich tych, którzy 

znali  tajemnic   rodu  Rodrigandów.  Ale  nie  tylko  to.  Mój  młody  przyjaciel  —  wskazał  na 
Kurta — wie o nim wi cej. Mów wi c, Kurcie! 

W  miar   opowiadania  porucznika  zainteresowanie  prezydenta  rosło  z  sekundy  na 

sekund .  Nieprzenikniona  zazwyczaj  twarz  o ywiła  si .  W  oczach  zamigotały  złowrogie 
błyski. Podniósł si  z krzesła i zaczai chodzi  tam i z powrotem. 

—  A  wi c  —  rzekł  po  chwili  —  chc   mnie  zmusi   do  zamordowania  arcyksi cia 

austriackiego  i  w  ten  sposób  pozbawi   władzy!  Ten  gruby,  niski  człowieczek,  Arrastro, 
nale y do grona przywódców spisku i marzy mu si  jaka  wysoka funkcja w nowym rz dzie! 
Nigdy do tego nie dojdzie! Złapi  go, cho by był samym diabłem! Doktor Hilario natomiast 
to tylko pionek w tym całym sprzysi eniu, prawda? 

— Bez w tpienia. 
—  Czy  dobrze  zrozumiałem?  Teraz  jest  on  u  Maksymiliana  w  Queretaro?  A  wi c 

niebezpiecze stwo grozi równie  senioricie Emilii. Ona te  tam przebywa. Ale — podniósł 
głos — ju  ja sobie z tym wszystkim poradz ! Nie domy lacie si  nawet, jak  oddali cie mi 
przysług .  I  nale   wam  si   słowa  uznania  za  udaremnienie  zamachu  w  Santa  Jaga.  To 
wyczyn nie lada! 

Podszedł do obu m czyzn i u cisn ł im r ce. Wtedy Kurt wyj ł z portfela list i podał 

mu mówi c: 

— Baron von Magnus, pełnomocnik pruski w Meksyku, prosił bym osobi cie wr czył 

panu to pismo. 

Juarez chwil  czytał w milczeniu. 
— Pan von Magnus poleca mi pana niezwykle gor co. 
— To uprzejmie z jego strony. A oto jeszcze inne papiery. 
Wr czył  Juarezowi  plik  dokumentów.  Prezydent  złamał  piecz cie  i  zagł bił  si   w 

lekturze. Na jego twarzy pojawił si  wyraz zdumienia. 

— Dios mio! To niezwykle wa ne akta pa stwowe! Prosz  mi wybaczy  ciekawo , 

ale  chciałbym  wiedzie   dlaczego  panu,  tak  przecie   młodemu  powierzono  ow   trudn   i 
zaszczytn  misj . 

Sternau tak e był zaskoczony. Kurt wyja nił skromnie: 
—  Wyró nienie  to  zawdzi czam,  poza  kilkoma  drobnymi  zasługami,  yczliwo ci 

wysoko postawionych osobisto ci, z którymi miałem sposobno  si  zetkn . 

Juarez raz jeszcze przerzucił papiery i powiedział: 

background image

—  Pisz   tu,  e  pan  przeka e  mi  ustne  stanowisko  pa skiego  mocarstwa  wobec 

Meksyku.  Dobrze  si   stało,  e  wyst puje  pan  jako  osoba  prywatna.  Odrzuciłbym  bowiem 
stanowczo  oficjalne  pertraktacje  dotycz ce  człowieka,  który  nie  zawahał  si   naruszy  
niepodległo ci mojego kraju. Co wi c ma mi pan do powiedzenia? 

—  Panuje  ogólne  przekonanie,  e  w  obecnych  warunkach  cesarz  Maksymilian  nie 

utrzyma si  długo. Jakie jest pa skie zdanie, panie prezydencie? 

Juarez lekcewa co machn ł r k . 
— Nazywa pan tego człowieka cesarzem? Jakim prawem? 
— Wiele pa stw uznało go za cesarza. 
— Ale nie od tych pa stw zale y suwerenno  Meksyku! Zreszt , gdyby nawet było 

inaczej,  ich  rz dy  powinny  przewidzie ,  e  owa  cesarska  parodia  w  Meksyku  pr dzej  czy 
pó niej musi si  sko czy . I oto nadeszła ta chwila. A je li o mnie idzie, to nigdy nie znałem 

adnego Maksymiliana Meksyka skiego. Znam jedynie niejakiego Maksymiliana Habsburga, 

który  pozwolił,  aby  Napoleon  uczynił  z  niego  marionetk .  Prosz   wi c  nie  nazywa   go  w 
mojej obecno ci cesarzem Maksymilianem. 

— Jak, zdaniem pana, potocz  si  jego losy? 
—  Senior  Unger,  mówi  pan  otwarcie  i  jasno.  Ja  równie   b d   szczery.  Je eli 

Maksymilian  zechce  opu ci   nasz  kraj  dobrowolnie  i  szybko,  nie  przeszkodz   mu  w  tym. 
Je eli jednak b dzie si  oci ga , biada mu! 

— Jak to mam rozumie ? 
— Po prostu. Rz d meksyka ski wytoczy mu proces. 
— Kto utworzy rz d? —Ja. 
— Zostanie pan prezydentem Meksyku? Juarez  ci gn ł brwi. 
— Co znaczy to pytanie? Czy bym nim nie był? Kurt nie dał si  zbi  z tropu. 
— Przypominam,  e nie wygłaszam tu prywatnych opinii. 
—  Prosz   wi c  odpowiedzie   zgodnie  z  obiektywnymi  faktami:  kto  mnie  pozbawił 

władzy i godno ci prezydenta? 

— Napoleon i Maksymilian. 
—  Oni?  Sam  pan  w  to  nie  wierzy.  I  zapewniam  pana,  e  w  ci gu  kilku  tygodni 

zawładn  całym Meksykiem. Powtarzam raz jeszcze: oni t  wojn  przegrali. 

— A pan b dzie s dzi  Maksymiliana… Jaka kara mu grozi? 
— Zostanie rozstrzelany. 
— Czy mo na ot tak, po prostu rozstrzela  członka rodziny cesarskiej? 
— Stanie przed s dem. 

background image

— S d ten musi pami ta , kim jest oskar ony. Arcyksi

 austriacki zasługuje chyba 

na pewne wzgl dy. 

—  Kto  liczy  na  wzgl dy,  ten  sam  powinien  był  je  stosowa   wobec  swoich 

przeciwników.  Ka dego  złodzieja,  oszczerc ,  buntownika,  wywołuj cego  wojny  domowe, 
karze  si   jednakowo;  jego  rodowód  czy  pochodzenie  nie  ma  tu  nic  do  rzeczy.  Im  za   kto 
przebieglejszy, tym okrutniejsz  poniesie kar . 

— To surowe zasady. 
— Bo i ja jestem surowy. 
— Ale człowiek, który chce by  głow  pa stwa, mo e pozwoli  na akt łaski! 
— Kto panu powiedział,  e nie my lałem o tym? 
— Pan. 
Juarez wstał z krzesła, przeszedł si  kilkakrotnie po pokoju i stan ł przed Kurtem. 
— Młodzie cze, prosz  powiedzie  wprost: pa ski rz d  yczy sobie, bym zastosował 

prawo łaski, czy tak? 

— Tak. 
—  Wie  pan,  jak  Maksymilian  został  cesarzem?  Wie  pan,  e  byłem  wtedy  z  woli 

narodu i łaski Boga władc  tego kraju? 

— Wiem. 
— Czy unieszcz liwiłem swój naród? 
— Nie. 
— Czy naród odebrał mi władz ? 
— Tak e nie. Chocia  w Pary u zjawiła si  delegacja i prosiła cesarza… 
— Była to gra, farsa! A czy chocia by pan słyszał, w jaki sposób naje d cy rz dzili 

Meksykiem? 

— Słyszałem. I nie w tpi ,  e te wszystkie krytyczne opinie s  uzasadnione. 
—  Podsumowuj c.  Przeciw  Maksymilianowi  Habsburgowi  mam  dwa  zarzuty.  Po 

pierwsze: zaufał człowiekowi, który nie rozumie potrzeb naszego kraju. Po drugie: teraz gdy 
Francuzi  wycofuj   si ,  zamiast  zrobi   to  samo,  pozostaje  tutaj.  Czy by  był  za lepiony  i  w 
dalszym  ci gu  wierzył  w  pomoc  Napoleona?  Post puj c  wbrew  wszelkiej  logice  i 
rozs dkowi. Zna pan jego barbarzy ski dekret z 3 listopada? 

— Owszem. 
— Zna go równie  pa ski rz d? 
— Jestem pewien,  e tak. 
— Jaka jest my l przewodnia tego dekretu? 

background image

— Ka dy wróg cesarstwa jest zdrajc  kraju, buntownikiem i powinien by  bez s du 

karany  mierci . 

—  Na  mocy  tego  dekretu  pozbawiono  ycia  wielu  obywateli.  Moi  generałowie 

Arteaga i Salazar zostali zamordowani bez s du i bez wyroku.  yli my spokojnie w swoim 
kraju, byli my  szcz liwi. Nagle przyszły wojska z Europy i ich wodzowie o wiadczyli,  e 
nie  mamy  prawa  ani  do  spokoju,  ani  do  własnego  rz du.  Zmuszono  nas  do  uznania 
Maksymiliana  za  cesarza.  Rozpocz ły  si   krwawe  walki.  Kto  wi c  był  buntownikiem, 
młodzie cze? 

Kurt nie odpowiedział. 
— My? Czy Francuzi, a raczej Maksymilian? — z gorycz  pytał Juarez. — A kogo 

traktowano  jak  bandytów?  Dekret  jest  tylko  praktycznym  zastosowaniem  starego 
powiedzenia:  „Biada  zwyci onym!”  Ulegli my,  nieszcz cie  spadło  na  nasze  głowy.  Ale 
sprawiedliwy  Bóg  nam  dopomógł.  Zacz li my  odnosi   zwyci stwa.  Mogliby my  równie  
zawoła : „Biada zwyci onym!” Mamy do tego jeszcze wi ksze prawo. Lecz nie wołamy tak. 
Nie  chcemy  niesprawiedliwo ci  i  okrucie stwa.  Dochodzimy  tylko  swych  praw,  a  wobec 
wroga  chcemy  post powa   zgodnie  z  prawem.  Zna  pan  słowa  Biblii:  „oko  za  oko,  z b  za 
z b”? Otó  tak wła nie post puje si  na prerii, ale nie tylko… 

—  Okrutne  to  hasło  —  przerwał  Kurt.  —  Narody  cywilizowane…  Juarez  był 

wzburzony. 

— Niech pan nie mówi o cywilizacji! — zawołał. — Gdy Pantera Południa morduje i 

grabi  wokoło,  nikt  nie  w tpi,  e  to  po  prostu  drapie ne  zwierz   w  ludzkiej  skórze.  Gdy 
Cortejo o wiadcza,  e chce zosta  prezydentem, powszechnie traktuje si  go jako  miesznego 
zarozumialca. Dlaczego wi c nie ma tak jednoznacznej opinii o Napoleonie i Maksymilianie? 
Zbrojnie napadłszy na Bogu ducha winny kraj, niczym si  przecie  nie ró ni  od Botokudów, 
Komanczów, Kurdów i innych dzikusów, a tym samym nale y ich uzna  za barbarzy ców. 
Wspomniał pan o narodach cywilizowanych. I one jednak, nie zaprzeczy pan, uznaj  w swych 
ustawach  prawo  odwetu.  Nie  mówi   ju   wprawdzie:  „oko  za  oko,  z b  za  z b”,  ale  za 
morderstwo  cho by  jednego  człowieka  karz   mierci ,  za  inne  zbrodnie  wi zieniem  lub 
grzywnami.  Czy  policzył  pan  te  krople  krwi,  które  popłyn ły  podczas  ostatniej  okupacji 
Meksyku? 

Kurt zaprzeczył ruchem głowy. 
—  Nikt  ich  zliczy   nie  potrafi,  bo  to  nie  krople,  ale  całe  morze!  Czy  post pi  

niesłusznie, skazuj c na  mier  sprawców tej rzezi? 

background image

—  Powtarzam:  człowiek,  o  którym  pan  mówi,  jest  człowiekiem  znanej  rodziny 

cesarskiej. 

— Nic mnie to nie obchodzi! Im wy sze stanowisko tym surowsza winna by  kara. Co 

powiedziałaby  Austria,  gdybym  nagle  napadł  na  ni   na  czele  wojska  i  chciał  dowie ,  e 
jestem lepszym władc  ni … 

Nie doko czył, bo nagle drzwi si  otworzyły i wszedł, a raczej wpadł do pokoju jaki  

człowiek  w  mundurze  oficerskim.  Wygl dał  na  Meksykanina,  wzrost  miał  redni,  podobn  
tusz ,  cer   oliwkow ,  ostre  rysy  twarzy.  Ciemne,  błyszcz ce  oczy  i  szybki  krok,  którym 
podszedł do Juareza, wskazywały na ognisty temperament. 

— Senior Juarez! — zawołał, wyci gaj c na powitanie obie r ce. 
—  Co  widz ?  Generał  Porfirio  Diaz  w  Zacatecas!  —  wykrzykn ł  prezydent, 

serdecznie obejmuj c go cia. — S dziłem,  e jest pan do  daleko ode mnie. Czy stało si  co  
złego? 

— O, nie, przeciwnie! Przynosz  bardzo dobr  nowin . 
— Mów, generale! 
Diaz spojrzał na Kurta i Sternaua. 
— To senior Sternau i senior Unger. Przy nich mo e pan mówi  otwarcie — wyja nił 

Juarez. 

— Poinformowano mnie — zacz ł generał —  e moje dwa ostatnie raporty nie dotarły 

do pana. Przechwycili je wrogowie. I dlatego tu przyjechałem. Wie pan zapewne,  e Francuzi 
opu cili kraj? 

— Wiem. 
— Czy wie pan równie ,  e Maksymilian znajduje si  w Queretaro? 
— Tak. 
—  Panuje  jeszcze  tylko  nad  trzema  miastami:  stolic ,  Queretaro  i  Veracruz. 

Komendantem Meksyku jest krwawy generał Marquez — łotr nad łotrami. 

— Bóg da,  e niedługo b dzie sprawowa  swój urz d! 
— Mam nadziej . Czekałem na pa skie rozkazy. Poniewa  nie nadchodziły, zacz łem 

działa   na własn  r k .  Uznałem,  e  nale y przerwa   poł czenie  mi dzy  tymi miastami, w 
których sprawuje rz dy Maksymilian. Dlatego oblegałem Puebl  i zdobyłem j . 

— Wielki to sukces, senior Diaz! Dzi kuj  z całego serca! 
—  Ciesz   si ,  e  popiera  pan  to,  co  zrobiłem.  Kolejnych  decyzji  nie  mog   jednak 

podejmowa   sam.  Chciałbym  naradzi   si   z  panem  i  generałem  Escobedem  nad  dalsz  
strategi . Kiedy b dziemy mogli porozmawia ? 

background image

— Wkrótce. O terminie zawiadomi  pana i generała Escobeda. A teraz, senior, jeste  

moim go ciem. Prosz  ze mn ! 

Powa ny  i  pow ci gliwy  w  uzewn trznianiu  uczu   Zapoteka  wprost  promieniał 

rado ci . Przeprosił Sternaua i Ungera i uj wszy generała pod rami , wyszedł z nim z pokoju. 

Po pewnym czasie wrócił sam. 
— Senior Sternau — spytał — słyszał pan ju  kiedy  o Porfirio Diazie? 
— Nawet bardzo wiele! 
— Ilekro  o nim pomy l  lub ujrz , przypomina mi si  jeden z generałów Napoleona 

I, którego cesarz nazywał najdzielniejszym spo ród dzielnych. 

— Czyli marszałek Ney?… 
—  Tak.  Diaz  jest  takim  moim  marszałkiem  Neyem.  To  nie  tylko  dobry  i  pewny 

ołnierz,  ale  równie   zdolny  dyplomata.  Jestem  przekonany,  e  zostanie  kiedy   moim 

nast pc . A teraz przejd my do bie cych wydarze . Czy wie pan, gdzie le y Puebla? 

— Oczywi cie. Mi dzy stolic  a portem Veracruz. Przeje d ałem przez to miasto. 
— Zdobyli my je. Maksymilian Habsburg jest zgubiony: Odci li my drog  do portu. 

Nie wymknie si . 

— Senior, błagam o lito  dla niego! — Kurt zło ył prosz co r ce. 
— Ja równie ! — dodał Sternau. 
Juarez spojrzał na nich i pokr cił głow . Twarz mu rozja nił łagodny wyraz, tak rzadki 

dla niego. 

— S dziłem,  e zna mnie pan, senior Sternau — u miechn ł si . 
—  I ja  tak  my l .  Uwa am pana  za mocnego  człowieka o niezłomnym charakterze. 

Ka dy  swój  plan,  ka de  zamierzenie  przeprowadza  pan  konsekwentnie.  Ale  nie  kieruje  si  
pan wył cznie rozumem, lecz tak e i sercem. Dlatego spodziewani si ,  e pro ba nasza b dzie 
wysłuchana. 

— Czego wła ciwie spodziewacie si  po mnie? 
—  e pozwoli pan na ucieczk  arcyksi cia! 
— A je eli si  nie zgodz ? 
— To niech e go pan chocia  nie skazuje na  mier . 
—  Seniores,  za  du o  ode  mnie  wymagacie.  Maksymilian  wydał  na  siebie  wyrok 

własnym  dekretem. Chciałem  okaza   mu  lito , ale zaprzepa cił to. Nie mog  go uzna  za 
cesarza Meksyku, tak samo jak on nie uznaje mnie za prezydenta. Nie mam ochoty wdawania 
si   z  nim  w  dyplomatyczne  przetargi,  tak  samo  jak  on  nie  yczy  sobie  kontaktów ze  mn . 

background image

Jestem  jednak  nie  tylko  prezydentem,  ale  i  człowiekiem.  Jako  człowiek  dałem  mu  szans , 
niestety, nie skorzystał z niej. 

— Co za za lepienie! — wtr cił Sternau. 
—  Wysłałem  do  niego  seniorit   Emili .  Starała  si   go  przekona ,  e  ci,  którzy  go 

otaczaj , to zdrajcy albo awanturnicy. Nie wyci gn ł jednak z tego wniosków. 

— W takim razie sarn ponosi win . 
—  Przekazała  mu  równie   —  ci gn ł  dalej  —  e  droga  do  morza  pozostanie  do 

ostatniej chwili otwarta, mo e wi c w ka dej chwili wyjecha . Na t  propozycj  odpowiedział 

miechem. Uprzedziła te ,  e je li wpadnie w r ce moich ludzi, nie b d  go mógł uratowa . I 

na to odpowiedział  miechem. 

— Nie ma wi c dla niego ratunku? — zapytał Kurt. Juarez spojrzał na  badawczo. 
— Mo e by si  i znalazł… Mo e… Chciałby pan si  tym zaj ? 
— Oczywi cie. 
—  My l ,  e  nie  przyniesie  skutku.  Ale  warto  spróbowa .  Jest  pan  jedynym 

człowiekiem,  któremu  mog   powierzy   takie  zadanie.  Czy  potrafi  pan  przedosta   si   przez 
przednie stra e? 

— Mówi pan o forpocztach cesarza? 
— Tak. Dla moich wystawi  panu glejt. 
— Mam dobre dokumenty. Tamci mnie nie zatrzymaj . 
— I s dzi pan,  e si  dostanie do Maksymiliana? 
— Jestem tego pewien. 
Juarez raz jeszcze uwa nie przyjrzał si  Kurtowi. Po chwili podszedł do stołu i napisał 

co  na arkuszu papieru. Podaj c go Kurtowi rzekł: 

— Przypuszczam,  e to wystarczy. Prosz  si  z tym zapozna . 
Niniejszym zabraniam — czytał Kurt — czyni  jakichkolwiek trudno ci okazicielowi 

tego pisma i jego towarzyszom. Rozkazuj  bezwarunkowo przepuszcza  przez linie bojowe i 
udziela  wszelkiej pomocy. Działaj cy wbrew powy szemu rozkazowi ukarany zostanie 

mierci . 

background image

J

UAREZ

 

 
Kurt  podzi kował.  Poczuł  si   ju   prawie  wybawc   Maksymiliana i wyobraził sobie, 

jak mu b d  wdzi czni jego mocodawcy. 

— Nie wierz , by si  udało — mrukn ł Juarez. 
— A ja obiecuj ,  e wykonam zadanie. 
— Oby! Oby tylko ów człowiek podporz dkował si  panu! 
— Maksymilian? Przecie  potrafi my le ! 
— Zobaczymy. 
— Czy mog  pokaza  ten list arcyksi ciu? 
— Tak. 
— A innym? 
—  Nie.  Niech  pan  nie  zapomina,  e  gdyby  moi  zwolennicy  dowiedzieli  si ,  i  

uczyniłem cokolwiek  dla uratowania arcyksi cia,  nie  darowaliby  mi  tego.  Mimo pa skiego 
młodego  wieku  ufam  panu  i  trzeba  to  powiedzie   wprost…  oddaj   si   w  pa skie  r ce 
prze wiadczony,  e nie nadu yje pan mojego zaufania. 

Kurt chciał co  odpowiedzie , ale Zapoteka nie dopu cił go do głosu: 
—  Uczyniłem  wszystko,  co  w  mojej  mocy.  Je eli  Maksymilian  mimo  wszystko 

wpadnie w r ce moich  ołnierzy,  adna siła ju  go nie uratuje. Nie jestem absolutnym władc , 
musz   si   liczy   z wol   ludu.  Dlatego  prosz   Boga,  aby  pomógł  panu  zrealizowa   pa skie 
zamiary. 

Teraz Juarez zwrócił si  do Sternaua: 
—  Pa ski  przyjaciel  musi  jak  najpr dzej  jecha   do  Queretaro.  Tym  bardziej,  e 

senioricie Emilii grozi niebezpiecze stwo. Tam jest przecie  doktor Hilario. Mo e porucznik 
Unger b dzie mógł jej pomóc. Co za  do pana… Mam wielk  pro b . 

— Spełni  j , je li tylko zdołam, senior. 
— Co zamierza pan robi  w najbli szej przyszło ci? 
—  Nie  mam  jeszcze  okre lonego  planu.  Powinienem  ostatecznie  uporz dkowa  

sprawy  rodu  Rodrigandów,  a  tak e  doprowadzi   do  ledztwa  i  odda   w  r ce  s du 
bezpo rednich  sprawców  tej  tragedii,  czyli  Cortejów, Landol ,  Hilaria  i jego bratanka. Bez 
pa skiej  pomocy  nie  zdołam  tego  uczyni .  Ale  i  tak  nie  wiem,  jaki  s d  mógłby  wyda  
prawomocny  wyrok.  Sytuacja  społeczno—polityczna  kraju  jest  nieustabilizowana.  Nikt  nie 
mo e przewidzie , co si  jeszcze wydarzy. 

background image

—  Ma  pan  racj .  Potrzebny  nam  trybunał,  którego  postanowienia  uznaj   inne 

mocarstwa,  przede  wszystkim  za   Hiszpania.  A  taki  nie  powstanie  przed  unormowaniem 
sytuacji.  Mam  nadziej ,  e  nast pi  to  niedługo,  bo  z  ko cem  czerwca.  Czym  wi c  pan  si  
zajmie do tego czasu? 

— Je eli pan pozwoli, ch tnie popracowałbym dla pana. 
— Jak e si  ciesz ! O to wła nie chciałem prosi ! Co pan my li o słu bie oficerskiej 

w moim sztabie? 

— Senior, pan przecie  wie,  e… 
— Och! — przerwał Juarez. — Domy lam si ,  e waha si  pan, czy mi powiedzie , i  

pa skie  ycie  jest  dla  pana  i  dla  tych,  którzy  za  panem  od  lat  t skni ,  zbyt  cenne,  by  je 
po wi ci  sprawie, która pana bezpo rednio nie dotyczy. 

— Tak, senior. My l ,  e nie we mie mi pan tego za złe. 
—  Oczywi cie!  W  pełni  pana  rozumiem.  I  nie  w tpi   w  pa sk   odwag .  Pa skie 

wyj tkowe zdolno ci ceni  za  ogromnie. Dlatego te  prosiłbym, aby pan u mnie pracował 
jako lekarz. Medycy s  tu nam bardzo potrzebni. Mamy ich niewielu, na przykład zaledwie 
jednego chirurga. 

— Na jak długo  yczyłby sobie pan mnie zatrzyma ? 
— Na czas nieokre lony. W ka dej jednak chwili mo e pan odej , je li uzna to za 

słuszne. 

— Z rado ci  przyjmuj  t  ofert , panie prezydencie. U cisn li sobie dłonie. 
— A wi c sprawa załatwiona — u miechn ł si  Juarez. — Dzi kuj  serdecznie. Kto z 

panem przyjechał do mnie oprócz porucznika Ungera? 

— Bawole Czoło, Nied wiedzie Serce, S pi Dziób, Piorunowy 
Grot i Mały Andre. 
— Czy wyznaczył ju  im pan jakie  zadania? 
— Zastanowi  si  jeszcze. Dzisiaj proponuj , aby Mały Andre towarzyszył seniorowi 

Ungerowi. 

— To dobry pomysł — uradował si  Kurt. 
— I ja tak uwa am — dodał prezydent. — I jeszcze jedno. Wspominali cie panowie o 

rzeczach skonfiskowanych w piwnicach klasztoru Santa Jaga. Co to jest? 

— Korespondencja Hilaria, ró ne tajne dokumenty oraz skarby, które nagromadził. 
— Musz  to pó niej zobaczy . Teraz czekaj  na mnie pilne zaj cia — podniósł si  z 

krzesła. — Oczywi cie, senior Sternau, zamieszka pan w mojej rezydencji. Proz  odpocz . 
Mam nadziej ,  e jeszcze dzisiaj si  spotkamy. 

background image
background image

I

NTRYGA

 

 
Traktem  prowadz cym  z  Meksyku  do  Queretaro  p dził  samotny  je dziec. 

Przejechawszy mniej wi cej połow  trasy, min ł miasteczko Tul  i skr cił w poln  drog . Po 
pewnym  czasie  ujrzał  ruiny  jakiego   domu  strawionego  przez  po ar.  Zatrzymał  si ,  pu cił 
konia wolno, a sam usiadł w cieniu jednej z zawalonych  cian. Po chwili zerwał si  na równe 
nogi, usłyszał bowiem ciche „pst”. Rozejrzał si , ale nie zauwa ył nikogo. 

— Pst! — rozległo si  znowu. Wyci gn ł pistolet. 
— Senior Hilario! — zawołał kto  półgłosem. 
Z  odbezpieczon   broni   w  r ku  zacz ł  skrada   si   w  kierunku,  z  którego  dochodził 

głos. Obszedł  cian , pod któr  przed chwil  siedział, i mało nie wpadł na niskiego grubasa, 
u miechaj cego si  od ucha do ucha. 

— A to ci niespodziank  panu sprawiłem, co? — zapytał Arrastro. 
— Sk d si  pan tutaj wzi ł? — Hilario nie mógł ukry  zdziwienia. 
—  Nasz  tajny  zwi zek  jest  wszechobecny.  Byłem  w  klasztorze  della  Barbara, 

rozmawiałem z pana bratankiem w godzin  po pana odje dzie. Wiedziałem,  e nie zastawszy 
cesarza  w  stolicy,  uda  si   pan  do  Queretaro.  Wybrałem  wi c  takie  miejsce  na  uboczu,  w 
którym, s dziłem, spotkamy si  na pewno. I dobrze to wykalkulowałem, prawda? 

— Ma mi pan co  wa nego do zakomunikowania? 
— Tak. 
— Czy co  szczególnego wydarzyło si  w della Barbara? 
— Sk d to pytanie? — Arrastro obrzucił doktora badawczym spojrzeniem. 
— Chyba zrozumiałe w ustach człowieka, przebywaj cego z dala od własnego domu. 
— Mówiłem przecie ,  e byłem w Santa Jaga godzin  po pa skim odje dzie. Co si  

mogło wydarzy  w ci gu godziny? 

— O, nawet bardzo wiele! Szczególnie podczas wojny! 
— A mnie si  wydaje,  e pan co  przede mn  ukrywa i obawia si ,  e go zdemaskuj . 
— Te  co  —  achn ł si  Hilario. 
— Chce pan si  ze mn  bawi  w ciuciubabk ? Nie radz . 
— Nie mam  adnych tajemnic i niczego si  nie boj . A wi c do rzeczy: co chce mi 

senior powiedzie ? 

— Od chwili, w której przekazałem panu polecenia organizacji, zaszły pewne zmiany. 

Do  kilku  miejscowo ci,  le cych  na  tyłach  wroga,  zwi zek  wysłał  zbrojne  oddziały,  które 

background image

podejmuj   akcje  dywersyjne.  Idzie  nie  tylko  o  walk   z  republikanami,  ale  o  stworzenie 
pozorów,  e liczba zwolenników Maksymiliana jest wi ksza, ni  on sam przypuszczał. 

— Aha, rozumiem! I zaniecha my li o ucieczce z Meksyku. 
—  No  wła nie.  To  prze wiadczenie  spowoduje,  e  pozostanie  w  kraju  i  wpadnie  w 

r ce republikanów. Ci za , przede wszystkim ze wzgl du na jego dekret z 3 listopada, odb d  
nad  nim  s d  i  ska   na  mier .  Natomiast  cały  cywilizowany  wiat  pot pi  Juareza  jako 
morderc , bo o mielił si  nie ułaskawi  pomaza ca. 

— Gdzie odb d  si  te akcje dywersyjne? 
— Pierwsza w Santa Jaga. 
— W Santa Jaga?! — przeraził si  doktor. — Dlaczego wła nie tam? 
—  Tak  postanowił zwi zek. Klasztor jest fortec . Odeprze ka dy atak. Dlatego nasi 

obsadzili go w nocy po pa skim odje dzie. 

— Do kro set! I mnie tam nie ma… 
— Dlaczego to pana tak wzburzyło? — grubas spojrzał na doktora podejrzliwie. 
— Wie pan przecie ,  e kieruj  szpitalem. Odpowiadam za wszystko i za wszystkich, 

którzy tam przebywaj . 

— Nic mnie to nie obchodzi! 
— A mnie bardzo. Ilu  ołnierzy zostało zakwaterowanych w klasztorze? 
— Około dwustu. 
— W szpitalu jest wielu rekonwalescentów, chorych, w tym spora grupa cierpi cych 

na  zaburzenia  psychiczne.  Wymagaj   szczególnej  troski,  przede  wszystkim  ciszy,  spokoju. 
Nie ma pan poj cia, jak negatywnie podziała na nich to, co zdarzyło si  i jeszcze si  zdarzy w 
della Barbara. 

— Niech zdychaj ! 
— To zawa y na mojej opinii jako lekarza. 
— Co tam! Przecie  nie pan obsadził klasztor wojskiem. A zreszt  
—  roze miał  si   —  odk d  to  pan  tak  bardzo  troszczy  si   o  pacjentów?  A  mo e 

przyczyna pa skiego niepokoju jest całkiem inna? 

Oczywi cie Arrastro nie mylił si . Hilario my lał o wi niach zamkni tych w lochach. 

Obawiał si ,  e tajemnica mo e si  wyda . Odpowiedział jednak ostrym tonem: 

— Zupełnie nie rozumiem, o co panu chodzi. Mnie chodzi tylko o dobro szpitala. 
— Nie ma wi c powodu do zmartwienia. Wojsko wkroczyło noc  do klasztoru, rano 

za  zdobyło Santa Jaga. 

— Czy to pewne? 

background image

—  Tak.  Nie  byłem  wprawdzie  przy  tym,  jestem  jednak  przekonany,  e  wszystko 

poszło  gładko.  Przecie   nikt  nie  mógł  stawia   oporu.  Podobnie  było  w  dziewi ciu  innych 
miastach. Oto ich wykaz — podał jak  kartk  doktorowi. 

— Mam zatrzyma  t  list ? 
—  Tak.  Przeka e  j   pan  w  Queretaro  majorowi  Orbanezowi,  adiutantowi  generała 

Miramona. 

— Czy major nale y do naszego zwi zku? 
— To nie pa ska sprawa. Ma si  senior zameldowa  u majora, i kropka! 
— Czy i w innych miejscowo ciach nasze akcje si  powiodły? 
— Oczywi cie. 
— W takim razie na pewno cesarza uda si  zatrzyma  w Meksyku. 
— Nie ma w tpliwo ci. Co chce pan jeszcze wiedzie ? 
— Nic. 
— A wi c jed , senior, i wykonaj zadanie! 
— A dok d pan si  wybiera? 
— Do Tuli. Adios, senior! — grubas dosiadł konia i wkrótce znikn ł z oczu Hilaria. 
Doktor ruszył do Queretaro. Wiadomo ci otrzymane od Arrastra zepsuły mu humor. 

Przybywszy do  miasta,  udał  si   do  majora  Orbaneza.  Przez chwil  panowie przygl dali si  
sobie badawczo. Major odezwał si  pierwszy: 

— Zameldowano mi pana jako doktora Hilaria. Znam pana od dawna. 
— Niestety, nie mog  przypomnie  sobie kiedy i gdzie… 
—  Och!  Ze  słyszenia.  Jest  pan  sławnym  lekarzem  i  wiernym  zwolennikiem  jego 

cesarskiej mo ci. A mo e si  myl ? 

— Sk d e!  ycie po wi ciłbym dla cesarza! 
—  Spodziewałem  si   tego.  Pewien  przyjaciel,  którego  pan  zna  równie ,  a  którego 

nazwiska  nie  chc   wymienia ,  zapowiedział  mi  wczoraj  pa skie  przybycie.  Jakie  wie ci 
senior przynosi? 

—  Dobre  i  wa ne.  W  kilku  miejscowo ciach  wybuchło  zbrojne  powstanie 

zwolenników cesarza. 

— To naprawd  pomy lna wiadomo . Jakie to miejscowo ci? 
— Słu  wykazem. 
Orbanez chwil  czytał, a potem rzekł z chytrze udanym zdumieniem: 
—  Ale   to  nieprawdopodobne!  Przecie   wszystkie  te  miasta  le   na  tyłach  wojsk 

Juareza. Czy mo na uwa a ,  e akcja si  udała? 

background image

— W całym tego słowa znaczeniu. Sam byłem  wiadkiem jednej. 
— Mówi pan o Santa Jaga? 
—  Tak. Widziałem,  jak  do miasta wkroczyło  wojsko i zatkn ło sztandar na murach 

klasztoru. 

— A jak na to zareagowała ludno ? 
—  Entuzjastycznie.  Gdy  nadszedł  ranek,  zacz ła  wznosi   okrzyki  na  cze  

Maksymiliana. 

— Czy chciałby pan to powtórzy  jego cesarskiej mo ci? 
— B dzie to dla mnie prawdziwy zaszczyt. 
—  Zaraz  pana  zaprowadz   do  cesarza.  Prosz   chwil   zaczeka .  Major  wyszedł  do 

przyległego pokoju. Siedział tam… Arrastro. 

— No, jak e si  ten doktor zachowuje? — spytał szeptem grubas. 
— Bez zarzutu. 
— Potwierdza wszystko? 
— Tak. Powiada nawet,  e był obecny przy powstaniu w Santa Jaga. 
— No, no… Nie spodziewałem si ,  e b dzie a  tak posłuszny! Wykorzystajmy go do 

ko ca, bo to przydatne narz dzie, a potem zniszczmy. 

— Zrobi pan z niego kozła ofiarnego? 
—  Oczywi cie.  Nasza  skóra  jest  mi  dro sza.  Przypominam  panu,  e  wszystkie 

powstania wymienione w spisie, z wyj tkiem zaj  w Santa Jaga, s  fikcj . Zreszt , wcale mi 
nie  al Hilaria. Ukrywa co  przede mn , a przeczuwam,  e to nie lada łotrostwo. Je li on nie 
zginie, my obaj i Miramon — wymieniaj c nazwisko generała,  ciszył głos — odpowiemy za 
wszystko głow . 

— Zaprowadz  go teraz do cesarza — major podszedł do drzwi. 
—  Przedtem  niech  go  pan  skontaktuje  z  Miramonem.  Generał  jest  w  swojej 

rezydencji, w klasztorze La Gruz. 

— Gdzie si  b d  mógł spotka  z panem? 
—  Natychmiast  opuszczam  Queretaro.  Wszystkie  wiadomo ci  prosz   przesła   do 

mojego domu w Tuli. 

Grubas  wyszedł  z  pokoju  bocznymi  drzwiami.  Orbanez  po  chwili  wrócił  do 

czekaj cego Hilaria. 

—  Pójdziemy  najpierw  do  generała  Miramona  —  powiedział  z  min   łaskawego 

dobroczy cy — do koronowanych głów trudno si  dosta  bez zaanonsowania. 

background image

Wyszli  z  pokoju.  Najpierw  znale li  si   na  pierwszym  korytarzu,  nast pnie  przeszli 

drugi,  równie  długi  jak  poprzedni.  Orbanez  zatrzymał  si   przed  jakimi   drzwiami  i 
zapukawszy,  wszedł  do  rodka.  Za  biurkiem  siedział  generał  Miramon,  człowiek  o  dwóch 
obliczach,  dny władzy i sławy, którego z czystym sumieniem mo na było nazwa  zdrajc  i 
szubrawcem. 

Popatrzył przenikliwie na oficera. 
— O co chodzi? 
— Przyprowadziłem doktora Hilaria z Santa Jaga. 
— Ach, to ten, któremu posłali my dwustu ludzi? — przypomniał sobie Miramon. — 

Czy był  wiadkiem ich zwyci stwa? 

— Nie. Wyjechał stamt d wcze niej do stolicy, a pó niej do Queretaro. 
— Szkoda. W takim razie nie na wiele nam si  przyda. 
—  Ale   przeciwnie!  Gotów  przysi c,  wcale  zreszt   nie  zmuszany  do  tego,  e  jako 

mieszkaniec klasztoru widział wszystko na własne oczy. 

—  Zamach  si   udał  oczywi cie,  co?  Doskonale!  Spisał  si   senior  na  medal.  Gdy 

zostan  prezydentem, nie minie pana nagroda. 

Na chwil  zamy lił si  i twarz mu si  zas piła. 
— Czy nie s dzi pan, majorze — odezwał si  wreszcie —  e prowadzimy ryzykown  

gr ? 

— Co te  panu przychodzi do głowy?! — obruszył si  Orbanez. 
— Mam pewne obiekcje. Wydajemy cesarza w r ce Juareza. Jak on to oceni? 
— Jestem przekonany,  e b dzie nam wdzi czny. 
— W ka dym razie, aby Juarez mógł schwyta  lwa, my musimy sta  si  przyn t . I 

nie wierz , bo to  wiadczyłoby o głupocie,  e Zapoteka pu ci wolno swego wroga i rywala, 
jakim bez w tpienia jest dla niego Maksymilian. 

— Znam Juareza. To szlachetny człowiek. Potrafi by  wdzi czny. 
— Nic mnie nie obchodzi szlachetno , natomiast wdzi czno  interesuje mnie, i to 

nawet bardzo. Niech pan wprowadzi tego człowieka. 

Po  raz  pierwszy  Hilario  stan ł,  przed  przewodnicz cym  tajnego  zwi zku.  Generał 

Miramon przyjrzał mu si  uwa nie. 

—  Powiedziano mi  —  odezwał si  po  chwili  —  e  przybywa pan z Santa Jaga. Co 

chce mi senior zameldowa ? 

— Do miasta wkroczył oddział  ołnierzy i zatkn ł na murach sztandary cesarza. 
Miramon zmarszczył czoło. 

background image

—  Chciał  pan  zapewne  powiedzie :  „oddział  szale ców”.  Krok  tego  rodzaju,  nie 

poparty powstaniami w innych miastach, byłby szale stwem. 

— Ale  i w kilku innych miastach miały miejsce podobne wypadki! 
— Co takiego?! 
— Tak. Oto wykaz, senior! Mam wra enie,  e ten ruch zatacza  b dzie coraz szersze 

kr gi. 

— Przynosi mi pan wspaniał  nowin ! Czy r czy senior za jej prawdziwo ? 
— Głow . 
Generał przejrzał kartk . 
— My li pan,  e si  udało? 
— Jestem o tym przekonany. 
Miramon z trudno ci  opanował u miech politowania. 
— Czy ta wiadomo  — pytał dalej — jest przeznaczona tylko dla mnie? 
— Nie. Miałem nadziej ,  e b d  mógł j  przekaza  osobi cie cesarzowi. 
— Chce pan stan  przed cesarzem? — generał udał zdziwienie. 
— Prosz  o pozwolenie. 
— Wystarczy,  e ja, wódz naczelny, jestem poinformowany. 
— Wiem o tym, senior. Ale jako poddany, chciałbym cho  raz w  yciu popatrze  z 

bliska  na  swego  władc .  Mam  nadziej ,  e  wiadomo ci,  które  przywiozłem,  upowa niaj  
mnie do tego. 

— Przyznaj  — Miramon udał wahanie —  e faktycznie zasłu ył pan na nagrod . Czy 

senior mo e r czy ,  e to wszystko, co powiedział, jest prawd ? 

— Tak! 
—  A  wi c  postaram  si   o  ułatwienie  panu  dost pu  do  cesarza.  Generał  przypasał 

szabl  i rzekł do stoj cego przy drzwiach majora Orbaneza: 

— Dzi kuj . Wkrótce znowu si  zobaczymy. 
Oficer zasalutował i wyszedł. Jego zwierzchnik skin ł na Hilaria, aby poszedł za nim. 
Kwatera  cesarza  Maksymiliana  mie ciła  si   w  Queretaro  w  klasztorze  La  Gruz.  W 

chwili,  w  której  Miramon  realizował  nowy  plan  zniszczenia  swego  władcy,  Maksymilian, 
pogr ony  w  rozmy laniach,  stał  przy  oknie.  O  parapet  drugiego  opierał  si   przysadzisty 
m czyzna  w  mundurze  meksyka skiego  generała.  Na  oliwkowej  twarzy  rysował  si  
podobny wyraz powagi, co na twarzy cesarza. Nie ulegało w tpliwo ci,  e wysoki wojskowy 
pochodzi z rodziny india skiej. Był to generał Mejia we własnej osobie. 

background image

Mówi c ze Sternauem o marszałku Neyu jako o najdzielniejszym z dzielnych, Juarez 

nazwał  generała  Porfiria  Diaza  swoim  Neyem.  Maksymilian  mógł  to  samo  powiedzie   o 
generale Mejii. Oddał on swe  ycie cesarzowi tak samo, jak niegdy  Ney Napoleonowi. 

W pokoju panowała głucha cisza. Przed chwil  obaj m czy ni sko czyli rozmow . 

Wreszcie cesarz, nie odwracaj c si  od okna, zapytał: 

— A wi c Puebla jest równie  stracona? 
— Nieodwołalnie, najja niejszy panie. 
—  Mam  jednak  wra enie,  e  mo na  by  j   odzyska .  Czy   nie  rozporz dzamy 

pi tnastoma tysi cami ludzi? 

— Nie mo emy rozdzieli  sił. Escobedo zagra a nam powa nie. 
— Przecie  jest jeszcze w Zacatecas! 
— Ale jego przednie stra e s  tak wysuni te,  e spodziewa  si  ich tu mo na ju  za 

trzy dni. 

Cesarz odwrócił si  gwałtownie i popatrzył przenikliwie na Meji . 
— Ach, generale! Obawiasz si  Escobeda? Meija nie odpowiedział. 
— No i co? — nalegał Maksymilian. — Mów e! 
— Nigdy nie l kałem si  nikogo i jego te  si  nie boj , nie mog  jednak zaprzeczy , 

e jest to jeden z najlepszych generałów, jakich znam. Przez wzgl d wi c na mojego cesarza 

nie  wolno  mi  go  lekcewa y   i  przed  podj ciem  jakiejkolwiek  decyzji,  ka d   musz  
gruntownie rozwa y . 

— Pytam raz jeszcze, generale: nie ma szans na odbicie Puebli? 
— Nie widz  sposobu, w jaki mo na by j  odebra . 
— Ale przecie  Marquez rozporz dza w stolicy dostatecznymi siłami wojska. 
— Potrzebuje ich jednak. Diaz mu zagra a. 
— Uwa a pan Diaza za równie dobrego generała jak Escobeda? 
— Jeszcze przewy sza Escobeda. 
— Marquez potrafi mu si  oprze . 
—  Niech  wasza  cesarska  mo   wybaczy,  ale  mam  inne  zdanie.  Marquez  jest 

znienawidzony. Rz dzi stolic  stosuj c gwałt i terror. Nie umie szybko podj  decyzji, a przy 
tym nie mo na liczy  na jego wierno . Przez niego stracili my Puebl . 

— Mój Bo e! Jak mnie pan dobija tymi informacjami! 
— Niestety, najja niejszy panie, jeste my otoczeni. 
— Nie b dziemy wi c mogli dosta  si  na wybrze e? 
— Teraz ju  nie. 

background image

—  Nawet  zjednoczywszy  wszystkie  siły?  Rozporz dzam  około  trzydziestoma 

tysi cami  walecznych  ołnierzy.  Gdy  si   zdecyduj   opu ci   stolic   i  Queretaro,  ołnierze 
przeprowadz  mnie bezpiecznie do Veracruz. Czy i w to pan w tpi? 

— Niestety, tak. 
—  Dlaczego?  Na  miło   bosk ,  dlaczego?!  —  Maksymilian  nie  ukrywał 

zniecierpliwienia. 

— Przede wszystkim nie dowierzam tym „walecznym”  ołnierzom, poza tym Porfirio 

Diaz  ju   odci ł  nam  drog .  Gdyby my  chcieli  podj   z  nim  walk ,  Escobedo  przyb dzie 
natychmiast z odsiecz  i zaatakuje flanki. 

— Wi c najpierw pokonamy Diaza, a potem Escobeda. 
—  Niechaj  wasza  cesarska  mo   nie  zapomina,  e  po  oddaniu  Queretaro  i  stolicy 

znajdziemy si  w szczerym polu bez  adnej osłony. 

Maksymilian  nie  był  ani  strategiem,  ani  nawet  zwykłym  ołnierzem.  Opierał  si  

przewa nie  na  przypuszczeniach,  dobrych  ch ciach  i  mrzonkach.  Teraz  zaczynał  naprawd  
traci  nadziej . 

—  Uwa asz  wi c,  generale,  e  wszystko  stracone?  —  zapytał  z  wyra n   trwog   w 

głosie. 

— Wszystko — potwierdził Mejia powa nie. 
Cesarz nerwowo potarł brod  i spojrzał z wyrzutem na generała. 
— Nie jest pan wcale dyplomat ! 
— Nie byłem nim nigdy, najja niejszy panie. Jestem  ołnierzem i wiernym poddanym 

mego cesarza. 

Maksymilian podał mu r k  i powiedział łagodnie: 
— Wiem o tym. Byłe  mi zawsze jak ten czarny kruk, ale kierowały tob  najlepsze 

intencje. 

— Czarny kruk! — powtórzył Mejia gł boko ura ony. — O nie, najja niejszy panie, 

nie!  Ostrzegałem,  gdy  tylko  stan ł  pan  na  tej  ziemi.  Niestety,  na  nic  si   nie  przydały 
przestrogi. Teraz zgin  razem z moim cesarzem… 

Znowu nast piła cisza. Cesarz patrzył w zamy leniu na ogród. Po chwili odwrócił si  

wolno. 

—  Powiem  szczerze,  generale,  e  prawie  ałuj ,  i   nie  podzielałem  niektórych 

pa skich pogl dów. 

Mejia uj ł dłonie cesarza i ucałował. 

background image

— Dzi ki, stokrotne dzi ki za te słowa, najja niejszy panie! S  nagrod  za wszystkie 

prze ywane w skryto ci cierpienia. 

—  Wiem,  e  jeste   mi  wierny.  Naprawd   przypuszczasz,  e  b dziemy  musieli  si  

wycofa ? 

— Wycofa ? Dok d? 
— Hm, nie wiem. 
— Za pó no. Odwrót był mo liwy wtedy, gdy Basaine czekał na wasz  cesarsk  mo  

na  pokładzie  statku.  O  odwrocie  mo na  było  mówi   przed  utrat   Puebli,  gdy  droga  do 
Veracruz  stała  jeszcze  otworem…  Teraz  prawda  jest  taka:  Meksyk  i  Veracruz  zostan  
zdobyte, a my poniesiemy kl sk . 

— B dziemy walczy . 
— I… zginiemy! 
— Nie chc  słysze  o tym! Nie boj  si   mierci na polu walki, ale nikt przecie  nie 

odwa y  si   targn   na  ycie  potomka  Habsburgów.  Byłaby  to  zbrodnia  dokonana  na 
pomaza cu bo ym. 

Mejia zaprzeczył ruchem r ki. 
— Znajd  si  tacy, najja niejszy panie. Mieszka cy tego kraju nie uznaj  cesarza. 
— Pomszczono by moj   mier ! 
— Kto taki? 
— Mocarstwa. 
— Co zrobiły dotychczas Anglia i Hiszpania? Po prostu wycofały wojska. A Francja? 

Napoleon równie  wycofał si  w sam  por . Jakie  mocarstwo nas pom ci? 

—  Historia  —  Maksymilian  powiedział  te  słowa  z  najgł bsz   wiar .  —  Przyszłe 

pokolenia b d  musiały pot pi  naszych s dziów. 

— Historia? Przyszłe pokolenia? Mo e pot pi , a mo e nie… Niech wasza cesarska 

mo   łaskawie  i  obiektywnie  rozwa y  to,  co  powiem.  Prawdziwy  Meksykanin  nie  uznaje 
cesarza Meksyku. Nazywa arcyksi cia austriackiego intruzem, który wbrew prawu sk pał kraj 
w morzu krwi. 

— Generale, u ywa pan mocnych słów! 
—  Wyra aj   one  jasno  pogl dy  republikanów,  najja niejszy  panie.  Prosz   nie 

zapomina  o dekrecie z 3 listopada. 

— Nie mów mi o nim! — zawołał Maksymilian z gł bokim niezadowoleniem. 
—  Nie  mog   milcze .  Odradzałem  podpisanie  dekretu,  niestety  bezskutecznie.  Od 

chwili,  gdy my  nazwali  republikanów  mordercami  i  tak  ich  zacz li my  traktowa ,  maj  

background image

podwójne prawo tak samo post powa  z nami. Je eli arcyksi

 Maksymilian dostanie si  w 

ich r ce, wytocz  mu proces, nie ogl daj c si  na opini  mocarstw ani na głos historii. 

— Byłoby to okropne! 
— Rozstrzelaj  nas jak pospolitych morderców. 
— Pr dzej zgin  z szabl  w dłoni! 
— Nie zawsze zdarza si  sposobno  do takiej  mierci. 
— A wi c jak unikn  takiej  mierci? Jest jaki  sposób? 
— Jest. Ale tylko jeden. — Jaki? 
— Ucieczka. 
— Nigdy! 
— To ostatni ratunek. 
— Nie chc , nie mog … 
— Ja bym z tego skorzystał. 
— Okrzyczano by pana tchórzem. 
W oczach generała pojawiły si  ostre błyski. 
— Najja niejszy panie, mam nadziej ,  e generał Mejia jest zbyt dobrze znany, aby go 

ktokolwiek uwa ał  za tchórza.  Czy  kto   nazwał Bonapartego tchórzem dlatego,  e uciekł z 
Egiptu i Rosji? W obu przypadkach pozostawił wojsko, które nic ju  zdziała  nie mogło. 

— Napoleon nie siebie chciał ratowa , ale ide  cesarstwa. 
— Pan równie , najja niejszy panie. 
— Wytrwam tu do ko ca. 
—  Jeszcze  jeden  przykład.  Czy  Karol  Szwedzki  stał  si   bohaterem,  dlatego  e 

zrezygnował z powrotu do ojczyzny? 

— Post pił jak szaleniec. 
—  W  dodatku  yciu  jego  nie  zagra ało  niebezpiecze stwo.  A  tu  najobrzydliwsza 

mier  czyha na wasz  cesarsk  mo . 

— Ale ucieczka i tak mnie nie uratuje. Cały kraj jest obsadzony przez wrogów. 
Mejia był u kresu cierpliwo ci. Poło ył r k  na r koje ci szabli. 
—  Czy   wasza  cesarska  mo   —  zawołał  —  nie  ma  kilkuset w gierskich  huzarów, 

gotowych  odda   ycie  za  cesarza?!  Wraz  z  nimi  zobowi zuj  si   bezpiecznie  odprowadzi  
wasz  cesarsk  mo  na pokład statku. 

— Nie wolno mi nara a  wiernych  ołnierzy. 
— Pozostaj c tutaj i tak si  ich narazi. 
— Co si  stanie z moimi generałami, je eli uciekn ? Zostan  uj ci? 

background image

— Czeka ich to w ka dym wypadku. 
— Kto wstawi si  za nimi, gdy mnie tu nie b dzie? 
— I tak pro by waszej cesarskiej mo ci nic by nie zmieniły. 
— Zgin liby wszyscy? Marquez, Miramon… Mejia odwa ył si  przerwa  cesarzowi: 
— Najja niejszy pan s dzi,  e potrafiłby uratowa  Miramona? Przede wszystkim on 

stanie przed s dem. 

— B d  go bronił. 
— Prosz  wybaczy , ale nikt nie zechce nawet słucha  waszej cesarskiej mo ci. Cały 

kraj uwa a Miramona za zdrajc . 

— Generale! 
— Mnie jako wtajemniczonemu wolno chyba tak twierdzi . 
— Generale — ton Maksymiliana był jeszcze ostrzejszy. Mejia, nie zwracaj c na to 

uwagi, kontynuował: 

— Jego obwinia si  o wszystko, co zaszło. 
—  dam dowodów! 
— Czy wasza cesarska miło  słyszał o Jackerze? 
— Oczywi cie. 
—  Otó   ten  Szwajcar, zamieszkały we Francji, po yczył ówczesnemu prezydentowi 

Miramonowi  dla  Meksyku  siedem  milionowi  franków:  trzy  miliony  w  gotówce,  cztery  w 
papierach  bez  warto ci.  Przekupiony  Miramon  dał  Jackerowi  oficjalne  pokwitowanie  ~ 
siedemdziesi t  pi   milionów.  W  ten  sposób  okradzione  nasz  kraj  na  sze dziesi t  osiem 
milionów. 

— Generale! 
—  Fikcyjny  dług  kupił  pan  Morny,  mleczny  brat  Napoleona:!  Poniewa   Juarez  nie 

chciał tej sumy wypłaci  Francji, wi c… 

— Generale! — krzykn ł Maksymilian jeszcze gło niej. 
— …wi c Napoleon wprowadził swoje wojska do Meksyku! 
— Ach, jestem współwinny! — przeraził si  Maksymilian. 
— Nie! Daleki jestem od takiej oceny. Niech mnie Bóg strze e. 
Uwa am tylko za swój obowi zek zwróci  uwag  najja niejszego pana na głos ludu, 

który zmieni  si  kiedy  mo e w głos historii. 

— Jest pan zuchwały. 
—  Chc   za  wszelk   cen   uratowa   wasz   cesarsk   mo .  W  wietle  tego  co 

powiedziałem, chyba jest ju  oczywiste dla najja niejszego pana,  e Miramon nie mo e liczy  

background image

ani na łask , ani na lito . Cesarz Maksymilian nie uratuje równie  Marqueza, Vidaurrego ani 
tych wszystkich innych, pod których rz dami j czy naród. Głowa waszej cesarskiej mo ci jest 
wi cej warta ni   ycie tych ludzi. Najja niejszy panie, przył czam głos swój do pró b i błaga  
wszystkich  wiernych  sług  i  poddanych…  Skorzystajmy  z  ucieczki.  Prosz   mi  zaufa . 
Wró my do Europy. Zaprzesta my na razie walki. Tak nakazuje rozs dek. 

Mejia ukl kn ł przed cesarzem i uj ł jego r k . 
— Nie mog … — wyszeptał Maksymilian. 
Mejia postanowił wygra  ostatni, najwa niejszy atut. 
—  Mo e  przynajmniej  j   da  si   uratowa .  Mo e  oczy  jej  nabior   znów  dawnego 

blasku  na  widok  człowieka,  do  którego  nale y  jej  dusza,  serce  i  ycie.  Czy  ma  umrze   z 
rozpaczy, gdy si  dowie o haniebnej  mierci swego m a i władcy? 

Cesarz ukrył twarz w dłoniach. Był wstrz ni ty. Zacz ł łka  gło no. 
— Najja niejszy panie! — szepn ł błagalnie generał wci  jeszcze kl cz c. 
— Generale, poruszyłe  moj  najczulsz  strun . Mejia wstał z kl czek. 
— Wielki Bo e, dzi ki,  e poruszyło si  serce cesarza. 
—  Nie  chc   —  powiedział  Maksymilian  —  aby  moja  Karolina  yła  w  n dzy  i 

rozpaczy,  eby si  zadr czała z mojego powodu. A wi c uwa asz, generale,  e ucieczka jest 
mo liwa? 

— Tak. 
— Jak j  zorganizowa ? Potajemnie? 
—  Nie.  Na  to  jestem  za  dumny!  Nie  znaczy  to  oczywi cie,  e  wszyscy  musz  

wiedzie .  Na  czele  wiernych  huzarów  odprowadz   wasz   cesarsk   mo   na  wybrze e 
morskie. 

— A republikanie? 
— Nie boj  si  ich! 
— Dowiedz  si  o planowanej ucieczce i zagrodz  nam drog . 
— Przepuszcz  nas. 
— Ale dopiero wtedy, gdy odeprzemy atak. Chciałbym unikn  przelewu krwi. 
— Nie nast pi, bo Juarez b dzie nas ochraniał. 
— Juarez? — zdumiał si  cesarz. — Jak to? Juarez ma mnie osłania ? 
— Tak. Czy mog  przypomnie  seniork  Emili , z któr  najja niejszy pan par  razy 

rozmawiał? 

— Przyznaj ,  e kilkakrotnie doradzała mi ucieczk . 
— Czy powoływała si  na Juareza? 

background image

— Tak. Uwa ałem j  jednak za awanturnic . 
— Mo e ni  jest. Ale Juarez posługiwał si  t  kobiet  w niejednej wa nej misji. 
— Jest jego szpiegiem? 
— Nie. Prowadzi tajne układy. 
— Ma pan z ni  jakie  kontakty? 
— Tak. 
— To mo e wzbudzi  podejrzenia. 
—  Juarez  nie  chce  pa skiej  mierci.  Jednak e  w  momencie  schwytania  waszej 

cesarskiej  mo ci  przez  republikanów  b dzie  zmuszony  wyda   wyrok,  i  to  w  najwy szym 
wymiarze. Wysłał wi c t  seniorit  jako osob  zaufany z poleceniem, by przekazała nam jego 

yczenie. Zwróciła si  z tym do mnie. 

— Czy powinienem z ni  porozmawia ? 
— To byłoby wskazane. Mog  zainscenizowa  spotkanie. 
—  Czy  nie  uwa a  pan,  e  zawiadomienie  zauszników  Juareza  o  ucieczce  byłoby  z 

mojej  strony  niedorzeczno ci ?  Zobacz   jednak,  co  ta  kobieta  mi  powie.  Niech  j   pan 
sprowadzi! 

—  Wła nie  jest  w  ogrodzie…  Niech  mi  wasza  cesarska  mo   raczy  przebaczy . 

Prosiłem Boga, aby skłonił cesarza do wysłuchania moich błaga . W przekonaniu,  e Bóg mi 
pomo e, kazałem senioricie Emilii czeka  w pobli u. 

— No ju  dobrze! Sprowad  j , generale. 
Mejia  wyszedł.  Na  korytarzu  natkn ł  si   na  Miramona  id cego  w  towarzystwie 

jakiego  obcego człowieka. Generałowie wymienili chłodne ukłony i bez słowa przeszli obok 
siebie. 

— Niech pan tutaj zaczeka — Miramon zwrócił si  do Hilaria. Kazał si  zameldowa  

i  wszedł  do  pokoju  cesarza.  Oddawszy honory wojskowe, spojrzał na twarz Maksymiliana. 
Od razu poznał,  e musiał on rozmawia  z Meji . Postanowił wi c działa  szybko i zatrze  
dobre wra enie, jakie z pewno ci  wywarł na cesarzu jego przeciwnik. 

— Z czym pan przychodzi? — zapytał Maksymilian powa nym tonem. 
— Mam bardzo wa n  wiadomo , najja niejszy panie. 
— Wa n ? Ale z pewno ci  nie pocieszaj c . 
— Przeciwnie, nawet bardzo. 
— Odzwyczaiłem si  ju  od radosnych wie ci. 
—  Wkrótce  przyzwyczai  si   wasza  cesarska  mo   do  tego,  e  wraca  szcz cie! 

Wyprzemy Juareza z Queretaro. 

background image

— Co?! — wykrzykn ł cesarz. 
— A Diaza ze stolicy i Puebli. 
— To niemo liwe! 
— Zmusi ich do tego powstanie wiernych nam wojsk. Cesarz podszedł do generała i 

zapytał patrz c mu prosto w oczy: 

— Wybuchło powstanie? Przeciw Juarezowi? 
— Tak. W wielu miejscowo ciach. 
— Gdzie? Mów pan, generale! 
— Przede wszystkim w Santa Jaga. 
— To miasto le y na północ od Zacatecas, prawda? — Tak. 
— A inne miejscowo ci? 
— Wszystkie znajduj  si  na tyłach oddziałów republika skich. 
— Sk d ma pan te informacje? 
— Od pewnego człowieka. 
— Gdzie on jest? 
— Czeka na korytarzu. 
— Przyprowadził go pan ze sob ? 
—  Byłem  przekonany,  e  wasza  cesarska  mo   zechce  usłysze   to  wszystko 

bezpo rednio od niego. 

— Kim jest ten posłaniec? 
—  Znany  lekarz,  doktor  Hilario,  kieruj cy  szpitalem  w  klasztorze  della  Barbara  w 

Santa Jaga. 

— Niech wejdzie! 
Nikt, kto przed chwil  widział cesarza, nie mógłby uwierzy ,  e to ten sam człowiek. 

Zmienił si  nie do poznania. I zewn trznie, i wewn trznie. Oczy, niedawno wilgotne od łez, 
były  pełne  blasku,  na  policzki  wyst pił  rumieniec.  Nie  my lał  ju   ani  o  odwrocie,  ani  o 
ucieczce. Bez reszty uwierzył w to, o czym powiedział mu Miramon. 

— Nazywa si  pan Hilario? — uprzejmie spytał doktora. 
— Tak, najja niejszy panie — powiedział go , kłaniaj c si  nisko. 
— Czy zajmuje si  pan polityk ? 
— Nie. Opiekuj  si  chorymi. 
—  To  bardzo  pi knie.  Opowiadano  mi,  e  w  pa skim  zakładzie  wybuchły  jakie  

niepokoje. 

— Wasza cesarska mo  ma na my li powstanie w Santa Jaga? 

background image

— Tak. Jakie przyj ło rozmiary? 
— Rozpocz ło je około dwustu osób, pó niej przył czyła si  do | nich ludno  całego 

miasta  i  okolicy.  Powsta cy  uzbroili  cywilów,  wywiesili  cesarskie  sztandary  na  murach  i 
budynkach. We wszystkich ko ciołach zacz to bi  w dzwony. Potem porozsyłano umy lnych 
do s siednich gmin w celu tworzenia kompanii i pułków dla obrony waszej cesarskiej mo ci. 
Wieczorem powsta ców było ju  około trzech tysi cy. 

— Mówi ,  e w innych miejscowo ciach równie  chwycono za bro ? 
— Mam wykaz przy sobie. 
Wr czył cesarzowi kartk . Przeczytawszy, Maksymilian zwrócił si  do Miramona: 
— Wszystkie te miejscowo ci le  na tyłach wojsk Juareza. 
— Wła nie. To dla nas wielka szansa. 
— Czy wsz dzie powiodło si  tak dobrze jak w Santa Jaga? 
—  Oczywi cie.  Ruch  powsta czy  rozszerza  si   jak  ogie   na;  prerii.  Według  moich 

oblicze  na tyłach wojsk Juareza stoi trzydzie ci tysi cy ludzi. Liczba ta stale wzrasta. 

— Trzeba wyznaczy  odpowiedniego dowódc . 
—  Jak  wida ,  wasza  cesarska  mo   ma  wielu  wiernych  poddanych.  Wojska 

republika skie nie poradz  sobie, wkrótce zostan  pokonane. 

—  W  ka dym  razie  wyst pienia  moich  zwolenników  maj   dla  nas  strategiczne 

znaczenie. 

—  Najja niejszy  pan  zyska  swobod   ruchów.  Republikanie  bowiem  b d   musieli 

przerzuci  swe siły na północ, przeciw oddziałom powsta ców. 

W czasie tej rozmowy Mejia wrócił z ogrodu w towarzystwie Emilii. 
— Czy najja niejszy pan jest sam? — zapytał lokaja. 
—  Nie.  Przyjmuje  generała  Miramona  i  jakiego   nieznajomego.  Mejia  zmarszczył 

czoło. Miał złe przeczucia. 

—  Niech  pani  wejdzie  tam  razem  ze mn !  —  powiedział  do  Emilii zdecydowanym 

tonem, cho  zdawał sobie spraw ,  e jest to wbrew etykiecie. 

Miramon  spojrzał  na  niego  nieprzychylnym  wzrokiem,  cesarz  za   podszedł  z 

rozja nion  twarz . 

— Słyszał pan, generale,  e nie ma ju  potrzeby realizowania naszego planu. 
Miramon  z  trudem  hamował  w ciekło ,  e  co   przygotowywano  za  jego  plecami. 

Mejia skłonił si  chłodno. 

—  Je li  wasza  cesarska  mo   pozwoli,  to  chciałbym  by   poinformowany,  co 

spowodowało,  e nasz plan okazał si  zbyteczny. 

background image

—  W  dziesi ciu  miejscowo ciach  na  tyłach  armii  Eskobeda  wybuchło  powstanie 

przeciwko  Juarezowi.  Wojska  Zapoteki  b d   musiały  si   cofn .  To  umo liwi  nam 
rozpocz cie ofensywy. 

Mejia potrz sn ł z niedowierzaniem głow . 
— Wasza cesarska mo  ma na to dowody? 
— Tak. Oto bezpo redni  wiadek tych zaj  — wskazał na Hilaria. Doktor przez cały 

czas  stał  prawie  na  baczno ,  odwrócony  tyłem  do  drzwi.  Nie  zauwa ył,  e  wraz  z  Mejia 
weszła do pokoju Emilia. 

— Kim pan jest? — zwrócił si  do niego generał. 
—  Przedstawiłem  ju   tego  seniora  jego  cesarskiej  mo ci  —  wyja nił  Miramon 

pogardliwie. 

— Nie wynika z tego,  e nie mógłbym pozna  tego pana. 
Najja niejszy pan nie był łaskaw wymieni  jego nazwiska, dlatego wi c pytam. 
— Doktor Hilario z klasztoru della Barbara w Santa Jaga. Mejia nawet nie usiłował 

ukry  zdumienia. Spojrzał na Emili , potem skierował ostry, przenikliwy wzrok na doktora. 
Po chwili poprosił cesarza: 

— Czy wasza cesarska mo  pozwoli,  e zadam temu seniorowi kilka pyta ? 
— Prosz  — odparł Maksymilian. 
— Oto pierwsze z nich. Kto pana przysłał do Queretaro? 
—  Mieszka cy  Santa  Jaga.  Wraz  z  obywatelami  innych  miast  stan li  po  stronie 

najja niejszego  pana.  Jest  nas  około  trzydziestu  tysi cy,  gotowych  w  ka dej  chwili 
zaatakowa  Juareza. 

— Kto wami dowodzi? 
— Jeszcze nie mamy wodza, prosimy o mianowanie. 
—  W  takich  przypadkach  wysyła  si   delegacj ,  nie  za   jednego  człowieka.  Gdzie 

pa skie dokumenty? 

— Delegacja i dokumenty mogły łatwo wpa  w r ce Juareza, dlatego przyjechałem 

sam i miałem ustnie zrelacjonowa  wydarzenia. 

— Mam nadziej ,  e uczciwy z pana człowiek. Zna senior t  pani ? Doktor odwrócił 

si . Poznał Emili , zapanował jednak nad sob  i nie okazał  adnych uczu . 

— Owszem, znam — odparł ze spokojem. — To szpieg Juareza. Dziwi  si ,  e widz  

tutaj t  pani . 

— Niemo liwe! — wykrzykn ł Miramon, przygl daj c si  Emilii. Mejia przeszył go 

chłodnym wzrokiem. 

background image

— Jego cesarska mo  wie, kim jest ta kobieta — powiedział. — Niedawno była w 

klasztorze della Barbara. Przekazała mi informacje,  e nie wszystko jest tam w porz dku i… 

Domy laj c si , co Mejia ma zamiar wyjawi , Miramon przerwał: 
— Osobiste porachunki doktora Hilaria nic nas nie obchodz . Dla nas wa na jest tylko 

jego misja. 

— Nie wierz  w ni . 
— Senior! Zabraniam panu! — zawołał Miramon. Mejia podszedł do niego. 
— Có  to za ton w obecno ci najja niejszego pana? Powtarzam,  e nie wierz  temu 

człowiekowi, chyba  e otrzymam dowody. 

Cesarz podniósł r k , uciszaj c generałów i zwrócił si  do Miramona: 
— Generale, pan sprowadził tego człowieka. Czy jest pan przekonany o prawdziwo ci 

jego słów? 

— Tak, całkowicie. 
— To mi wystarczy. 
Zwracaj c si  za  do Mejii, powiedział stanowczym tonem: 
— Ta pani nie jest mi ju  potrzebna. Mo e j  pan odprowadzi . Zacisn wszy pi ci, 

Mejia skłonił si  i bez słowa wyszedł z Emili . 

— Zdrajca uprzedził mnie znowu! 
Miramon opu cił pokoje cesarza razem z Hilariem. Wskazawszy doktorowi vent , w 

której mógł zamieszka , wezwał do siebie majora. 

— No i có , senior, udało si ? — zapytał szeptem Orbanez. 
— Owszem, ale ci k  miałem przepraw . 
— Cesarz nie chciał uwierzy ? 
— Nie cesarz, lecz Mejia. 
— Mejia był ju  u cesarza wraz z seniork  Emili ? 
— Tak. Jak Maksymilian si  wygadał, powzi li nawet wspólnie jaki  plan, o którym 

nic nie wiem. 

— Do licha, mo e chcieli uciec? 
— Przypuszczam. 
— Trzeba to sprawdzi ! Ale jaka w tym rola Emilii? 
— Bardzo wielka. Hilario twierdzi,  e jest szpiegiem Juareza. 
— Nale y wi c przypuszcza ,  e cesarz i Mejia zamierzali uciec przy jej pomocy, a 

wi c pod po redni  ochron  Juareza. Musimy temu za wszelk  cen  zapobiec. 

background image

— Zrobiłem swoje. Cesarz ma zaufanie do mnie i do doktora Hilaria. Jest najlepszej 

my li. Czeka na wiadomo ,  e zaatakowano tyły wojsk Juareza. Wy l  pułk, który upozoruje 
atak; Maksymilian b dzie przekonany o wybuchu powstania i nie ruszy si  z miejsca. 

— Ale to chyba jeszcze nie wszystko. Mo e przecie  powzi  jakie  podejrzenia. 
—  Był  bliski  tego.  Seniorita  Emilia  zapewne  przedstawiła  Mejii  naszego  Hilaria  w 

niezbyt pochlebnym  wietle. Próbował o tym mówi , ale przerwałem mu. 

— Musimy usun  t  kobiet . 
— Bezwarunkowo! Pozbawimy Meji  dowodów, cesarza za  i generałów osoby, która 

ułatwiłaby im ucieczk . Trzeba b dzie rozpu ci  pogłosk , i  potajemnie opu ciła Meksyk. 
Cesarz wtedy b dzie przekonany,  e okłamano go i przestraszono si  odpowiedzialno ci. Czy 
wie pan, gdzie mieszka seniorita Emilia? 

— Tak. U starej seniory Mirandy. Jestem jej kuzynem, znam ten dom dokładnie. 
— Mo e by tak dzi  wieczorem wywoła  niepostrze enie Emili  z domu? 
— I co dalej? 
—  Cesarz  nie  powinien  niczego  si   domy la .  Wywieziemy  t   kobiet   do  Tuli  i 

wytoczymy  proces  jako  szpiegowi.  Pułkownik  Lopez  jest  człowiekiem  godnym  zaufania  i 
umie milcze . Mo emy by  pewni,  e w jego r kach Emilia b dzie „bezpieczna”. 

background image

N

IEFORTUNNE PORWANIE

 

 
Podczas gdy Miramon i Orbanez omawiali plan porwania Emilii, seniorita wróciła do 

domu.  Zorientowała  si ,  e  jej  rola  sko czona  i  zacz ła  przygotowywa   si   do  wyjazdu. 
Nagle  usłyszała  odgłos  m skich  kroków.  Kto   zatrzymał  si   przed  drzwiami.  Po  chwili 
słu ca zapukała i zapowiedziała odwiedziny. 

— Dwaj seniores chc  mówi  z pani . Jeden przedstawił si  jako senior Unger, drugi 

Strau… Strau… Strau… ber… tak, Straubenberger. 

Do pokoju weszli Kurt i Mały Andre. Zobaczywszy Francuza, Emilia wyci gn ła r ce 

i zawołała z rado ci : 

— Co za niespodzianka! Senior Andre! Sk d pan tutaj? Andre rozejrzał si  ostro nie 

dokoła. Przekonawszy si ,  e słu ca wyszła, odparł cicho: 

— Od Juareza. 
— Naprawd ? To bardzo niebezpieczna misja. A kim jest pana towarzysz? 
— Słyszała pani o dwóch braciach Ungerach? 
— O tak! Ma pan na my li Piorunowego Grota i kapitana? 
—  Oczywi cie.  Oto  senior  Kurt,  syn  kapitana.  Przybył  z  Niemiec,  aby  odnale  

swoich  bliskich  zamieszanych  w  sprawy  rodu  Rodrigandów.  Niedawno  pomógł  nam 
uratowa  si  z kolejnej niewoli. 

— Niech pan opowiada! 
Kiedy  Francuz  sko czył,  Kurt  poinformował  seniorit   o  celu  ich  przyjazdu  do 

Queretaro. 

—  Jak  to?  —  zdziwiła  si   Emilia.  —  Chce  pan  rozmawia   z  cesarzem?  Czy  mog  

wiedzie  o czym? 

— Niestety, nie! Musz  milcze , cho  jestem przekonany,  e jest pani godna pełnego 

zaufania. 

— Jak długo zamierza pan tutaj pozosta ? 
—  Nie  wiem  dokładnie.  To  zale y  od  tego,  jak   i  kiedy  otrzymam  odpowied   od 

cesarza. W ka dym razie chciałbym wróci  do Juareza jak najszybciej. 

— Zabierze mnie pan z sob ? Czuj  si  tu bardzo niepewnie i samotnie. 
— Oczywi cie, zabierzemy pani ! — zawołał Mały Andre z entuzjazmem. 
— Kiedy wybiera si  pan do cesarza? 
— Natychmiast. 

background image

—  Zobacz   panów  jeszcze  dzisiaj?  Mo e  po  dziewi tej  wieczorem?  Trzeba  panom 

wiedzie ,  e przyj cia odbywaj  si  tutaj bardzo pó no. 

— Przyjedziemy, seniorito. Prawda Andre? 
— Z pewno ci . 
Wyszli. Andre wrócił do venty, Kurt za  udał si  do klasztoru La Gruz. Wpuszczono 

go i poddano skrupulatnemu przesłuchaniu. Dopiero po sprawdzeniu dokumentów pozwolono 
mu  wej   do  przedpokoju.  Zameldowano  go  natychmiast,  mimo  i   wiele  osób  czekało  na 
audiencj . Po dziesi ciu minutach został wprowadzony do cesarza. 

Stan ł przed człowiekiem, o którym mówił cały  wiat, którego jedni wychwalali pod 

niebiosa, inni — a liczba ich była olbrzymia — pot piali. 

Maksymilian spojrzał na Kurta, zdziwiony jego młodym wiekiem i wygl dem. 
— Zameldowano mi porucznika Ungera… — powiedział. 
— Nazywam si  Unger i jestem porucznikiem, najja niejszy panie. 
— Był pan w stolicy. 
— Niedawno. 
— Przybywa senior od pana von Magnusa? 
— Niestety, nie. 
Cesarz  darzył  sympati   von  Magnusa,  dlatego  wymieniaj c  jego  nazwisko, 

u miechn ł si . Gdy Kurt zaprzeczył, spowa niał, i zapytał: 

— A wi c jaka sprawa przywiodła pana do mnie? 
— Prywatna, najja niejszy panie. 
— To znaczy chodzi o pa sk  osob ? 
— Nie, najja niejszy panie. Przybywam z Zacatecas. 
— Z Zacatecas? — powtórzył jak echo cesarz. — Z głównej kwatery Juareza? 
— Tak. 
— Jak si  senior dostał do niego, b d c pruskim oficerem? 
—  Jako  osoba  prywatna.  Przez  lata  był  przyjacielem  i  obro c   członków  mojej 

rodziny. 

— A teraz przysyła pana do mnie?! Niemo liwe! — Maksymilian zachmurzył si . — 

Czy uwa a mnie pan za człowieka utrzymuj cego stosunki z Juarezem? 

—  Sk d e  znowu!  Przyjechałem  tu  z  inicjatywy  kilku  wybitnych  osobisto ci…  — 

zawiesił głos — z najbli szego otoczenia Zapoteki. Cho  mo e to si  wyda  waszej cesarskiej 
mo ci nieprawdopodobne, pa ski los le y im bardzo na sercu. 

background image

— Ale zaszczyt mnie spotkał! — zawołał cesarz z drwin . — Co wi c senior ma mi 

przekaza ? 

— Polecono mi wr czy  waszej cesarskiej mo ci pewne pismo. Musiałem jednak da  

słowo honoru,  e je zniszcz , je li wasza cesarska mo  nie zechce si  nim posłu y . 

— To brzmi bardzo tajemniczo. Prosz  pokaza  to pismo! Kurt wyj ł z portfela list 

Juareza i podał cesarzowi. Maksymilian czytał uwa nie. Z pocz tku zdumienie odbiło si  na 
jego twarzy, pó niej  ci gn ł gniewnie brwi. 

— Kto jest autorem tego listu? — zapytał oschłym tonem. 
— Jak to kto? — zdziwił si  Kurt. — Czy by wasza cesarska mo  nie poznał podpisu 

Juareza? 

Ka dy mo na sfałszowa ! 
—  Najja niejszy  panie,  jestem  oficerem!  Maksymilian  przeszył  Kurta  ostrym 

wzrokiem. 

—  Nie  w tpi   w  pana  uczciwo .  Ale  prosz   powiedzie :  czy  Juarez  podpisał 

dokument w pa skiej obecno ci? 

— Tak. 
— W dalszym jednak ci gu nie rozumiem: Dlaczego napisał ten list? 
— Osoby, o których wspominałem, błagały go o to. 
— A wi c Zapoteka przypuszcza,  e zamierzam uciec? 
— Nie. On tak nie my li. Ci jednak, którzy dobrze panu  ycz , s  przekonani,  e to 

jedyny ratunek dla waszej cesarskiej mo ci. 

— Młodzie cze, niech pan nie zapomina, o kim pan mówi! 
— Z całym szacunkiem dla najja niejszego pana… 
—  W  my l  tego  pisma  —  przerwał  cesarz  —  powinienem  si   odda   pod  pa sk  

opiek , prawda? 

— Tak. 
— Jak e mógłbym zawierzy  moje  ycie tak młodemu człowiekowi?! 
— Juarez nie ma w tpliwo ci,  e wywi

 si  z tej misji. Wasza cesarska mo  tak e 

mo e mi całkowicie zaufa . 

—  Nie  przyjmuj   tej  propozycji.  Ucieczka  byłaby szale stwem! Niech pan zabierze 

glejt! 

Kurt schował dokument do portfela, nie dawał jednak za wygran . 
— Uwa am za swój obowi zek zwróci  uwag  waszej cesarskiej mo ci — powiedział 

—  e to ostatnia rzecz, jak  Benito Juarez mo e zrobi  dla pana. 

background image

— Nie chc  mie  wobec niego  adnych długów wdzi czno ci. 
—  Pozwalam  sobie  doda ,  e  został  zawi zany  spisek,  który  ma  na  celu  obalenie 

Juareza. Pan b dzie narz dziem. Zmusz  Zapotek  do zamordowania waszej cesarskiej mo ci, 
a nast pnie usun  go za to. 

— To brzmi jak bajka! 
— Taka jest jednak rzeczywisto . Poniewa  Juarez mo e wyda  na wasz  cesarsk  

mo   wyrok  tylko  wtedy,  gdy  wpadnie  pan  w  jego  r ce,  spiskowcy  nie  cofn   si   przed 
niczym, byle cesarz Maksymilian pozostał w Queretaro! 

— Sk d pan o tym wie? 
— Zaraz wyja ni . Czy był tu niejaki doktor Hilario z Santa Jaga? 
— A co to pana obchodzi? 
— Otó  lekarz jest wykonawc  zlece  przywódców spisku. Jego relacje mijaj  si  z 

prawd . 

—  Ju  rozumiem. Juarez obawia si  o swoj  prezydentur  — w tonie cesarza znów 

pojawiła si  drwina. — Dlatego nie chce mnie schwyta  i nakłania do ucieczki. 

— O wiadczam pod słowem honoru — Kurt mówił dalej nie zra ony —  e Zapoteka 

napisał ten list w dobrej wierze, przychylaj c si  do pró b kilku osób, w tym moich. Juarez 
nie prowadzi podwójnej gry, nie cierpi wszelkiego matactwa. Nawet wobec swych wrogów. 
Je li wi c zdobył si  na ten szlachetny gest, zasługuje chyba na szacunek i uznanie waszej 
cesarskiej mo ci i nale y mu zaufa . 

Po  tych  słowach  Kurt  skłonił  si   i  wyszedł.  Cesarz  nawet  go  nie  zapytał,  czy 

pozostanie w Queretaro, czy te  opu ci miasto. A przecie  powinien był zatrzyma  człowieka, 
który wszystko to, co widział w jego kwaterze, mógł wyjawi  Juarezowi. Zadufany w sobie, 
zmarnował lekkomy lnie ostania szans  ratunku. 

Kurta  ogarn ło  przygn bienie,  nie  chciało  mu  si   wraca   do  venty.  Zatopiony  w 

rozmy laniach, włóczył si  po mie cie do wieczora. Dopiero z nadej ciem mroku dotarł do 
zajazdu. Mały Andre czekał ju  na niego z kolacj . 

— Udało si ? — zapytał. 
— Niestety nie. Cesarz łudzi si  jeszcze,  e pokona Juareza. 
— No to rozczaruje si  gorzko. 
O  dziewi tej  wieczorem,  tak  jak  si   umówili,  Emilia  czekała  na  go ci.  Kilka  minut 

przed godzin  dziewi t  usłyszała pod drzwiami kroki. Po chwili, nie zapukawszy nawet, kto  
wszedł do pokoju. 

background image

Obejrzała  si   zaniepokojona.  Przestrach  min ł,  kiedy  okazało  si ,  e  to  major 

Orbanez. 

Skłonił si  uprzejmie. 
—  Wybacz,  seniorito,  e  przyszedłem  bez  zapowiedzenia,  i  to  w  tak  nieelegancki 

sposób. Ale mam do pani  ci le poufn  spraw . Była dzi  pani z generałem Meji  u cesarza. 
Jego cesarska mo  nie mógł jednak z pani  rozmawia  ze wzgl du na obecno  Miramona i 
innych osób. Chce wi c teraz spotka  si  z pani , przedstawi  jej pewne plany i dowiedzie  
si  szczegółów o doktorze Hilariu. 

— Zaprowadzi mnie pan do cesarza? 
— Tak. Stosownie do  yczenia najja niejszego pana wizyta ma si  odby  w tajemnicy. 
— Spełnienie woli cesarza uwa am za mój obowi zek. Musz  jednak przed wyj ciem 

powiedzie  słu cej… 

— Prosz  tego nie robi ! Nikt nie powinien wiedzie , dok d si  pani wybiera. 
—  Pan  mnie  nie  zrozumiał,  powiem  jej  tylko,  by  przekazała  go ciom,  których 

oczekuj ,  e wróc  za godzin . 

—  W  porz dku!  Słu ca  jest  na  dole,  u  gospodyni.  B d   na  pani   czeka   przed 

domem. 

Kiedy  Orbanez  wyszedł,  Emilia  szybko  si   przebrała.  Zbiegła  ze  schodów  i 

przechodz c przez izb  jadaln  zawołała do słu cej: 

— B d  z powrotem za godzin ! Major stał na ulicy. 
— Jestem do pa skiej dyspozycji — zwróciła si  do niego. 
— Nikt si  nie domy la, dok d pani idzie? 
— Nikt. 
— Chod my wi c! 
Emilia nie zd yła nawet zrobi  paru kroków, gdy kto  chwycił j  mocno z tyłu. 
— Ratun… 
W  tym  momencie  zakneblowano  jej  usta  chustk ,  skr powano  r ce  i  nogi,  a  drug  

chustk  zawi zano na oczach. Poczuła,  e kto  j  posadził na konia i sam usadowił si  za ni , 
trzymaj c tak mocno,  e nie mogła wykona  najdrobniejszego ruchu. 

Konie  cwałowały  czas  jaki   po  bruku,  potem  p dziły  galopem  po  wiejskiej  drodze. 

Oddychała  z  wielk   trudno ci .  Wydawało  si   jej,  e  jazda  trwa  wieki.  Nareszcie  stan li. 
Usuni to jej chustk  z oczu i knebel z ust. Odetchn ła pełn  piersi . 

—  Na  miło   bosk ,  co  wyprawiacie  ze  mn ?!  —  zawołała  oburzona.  —  Co  wam 

zawiniłam? Musieli cie si  pomyli , seniores! 

background image

—  O  nie!  Dobrze  wiemy,  jakiego  schwytali my  ptaszka!  —  odpowiedział  z 

ironicznym u miechem ten, który siedział za ni  na koniu. 

— Czego ode mnie chcecie? 
— Stul pysk! Dowiesz si , gdy nadejdzie odpowiednia pora. Z takimi kobietami jak ty 

post puje  si   bez  ceregieli.  Dla  ciebie  stryczek  byłby  zaszczytem!  Dalej  pojedziesz  sama. 
Przywi

 ci  tylko do konia,  eby  nam nie uciekła! Nie opieraj si , nie próbuj krzycze  ani 

adnych innych sztuczek, bo kulka w łeb! 

Jechali w milczeniu. Po blisko trzech godzinach zatrzymali si  przed vent , samotnie 

stoj c  przy drodze. Przez okiennice przedostawało si   wiatło. 

— Zobacz no, Diego — polecił pułkownik Lopez — kto tam jest w  rodku. 

ołnierz zsiadł z konia i zajrzał przez szpar . 

— Kilku vaquerów, najwy ej pi ciu. 
— Wejd my wi c i napijmy si  czego . Bab  odwi  i wprowad  do gospody! A ty — 

zwrócił si  do Emilii — pami taj: ani mru, mru! 

Punktualnie o dziewi tej Kurt i Mały Andre znale li si  w pobli u domu Emilii. Nagle 

usłyszeli wołanie: 

— Ratun… 
— Kto  wzywa pomocy — szepn ł Mały Andre. 
— Chyba kobieta… 
— Nie doko czyła słowa. Pewno zakneblowano jej usta. 
— Biegnijmy wi c! O, tam, gdzie  wiatło latarek. 
— Spokojnie, poruczniku! Lepiej podkra  si  i przyjrze  z ukrycia, co si  tam dzieje! 
Staraj c si  i  jak najciszej dotarli do otwartej bramy. Wła nie ruszało spod niej kilku 

je d ców. 

— Szcz liwej drogi do Tuli! — zawołał m czyzna stoj cy z boku. W okamgnieniu 

Kurt znalazł si  obok niego i złapał go za rami . 

— Co si  tu dzieje? — zapytał. 
— Nic! — sykn ł schwytany. Szybko odwrócił si  i zacz ł ucieka . Kurtowi pozostał 

w gar ci tylko surdut. 

Mały Andre chciał goni  zbiega, ale Kurt go zatrzymał. 
— Dlaczego mamy pozwoli  uciec draniowi? — zaperzył si  Andre. 
— A po co nam on! I tak milczałby jak zakl ty. 
— Pan co  podejrzewa? W zwi zku z seniorit  Emili ? 
— Przekonamy si  zarazi Chod my do niej. 

background image

Szybko weszli do sieni gospody, a stamt d po schodach na gór . Drzwi pokoju Emilii 

były nie zamkni te. Wrócili na dół. Na ganku zjawiła si  słu ca. 

— Panowie do kogo? — spytała. 
— Seniorit  Emilia w domu? 
— Nie. To z panami była umówiona? — Skin li głowami. — Powiedziała,  e musi 

wyj  i przyjdzie za godzin . Przybył po ni  adiutant generała Miramona. 

— Czy zna pani ten surdut? 
— Wielkie nieba! Jak e miałabym nie zna ! To  wła nie w nim chodził ten adiutant, 

major Orbanez, krewniak mojej gospodyni. 

—  Dzi kuj .  Cenna  to  dla  nas  informacja.  Seniorita  wkrótce  wróci.  Niech  pani 

zamknie jej pokój i nikomu nie wydaje kluczy. 

— Do licha! — mrukn ł Andre, gdy odeszli kilka kroków. — Nie ulega w tpliwo ci, 

e  seniorit   Emili   uprowadzono.  Na  szcz cie,  dzi ki  temu  idiocie  adiutantowi,  wiemy, 

dok d j  porwano. Jed my wi c natychmiast do Tuli. 

— Zna pan drog ? 
— Tak. Nieraz ju  tamt dy przeje d ałem. 
Kiedy regulowali rachunek w gospodzie, ober ysta był niepocieszony,  e tak szybko 

go opuszczaj . Poszedł za nimi do stajni. 

— Dok d wam tak spieszno, seniores? — mówił. —i tak w nocy nie wydostaniecie si  

z miasta. Po zapadni ciu zmroku nikomu nie wolno st d wyje d a . 

— Nie martw si  pan o nas, senior — roze miał si  Kurt. — Co dla jednych jest noc , 

dla innych mo e by  dniem. Adios! 

Wskoczyli na konie i pogalopowali w kierunku rogatek. Przy bramie wyjazdowej stał 

wartownik. 

— Zatrzyma  si ! — zawołał. 
— Oficerów nie chcesz przepu ci ? 
— Jakich oficerów? 
— Jeste my adiutantami generała Meji. 
— Droga wolna. Ju  otwieram bram . 
—  Powiedz  no,  kochaneczku,  czy  przed  pół  godzin   nie  przeje d ało  t dy  kilku 

je d ców? 

— Owszem. Pułkownik Lopez z towarzyszami. 
— Czy wie li je ca… kobiet ? 
— Tak. Bardzo si  spieszyli, bo zaraz za bram  pop dzili galopem. 

background image

— Mamy rozkaz ich dogoni . Dzi kuj ! — Kurt rzucił  ołnierzowi srebrn  monet . 
Gdy oddalili si  na tyle,  e wartownik nie mógł ich usłysze , Mały Andre zawołał: 
— Ale  dyscyplina w tym Queretaro! Nawet hasła nie maj ! 
— Tym lepiej dla nas. 
— Ju  szykowałem si  do zdzielenia kolb   ołnierza i wyrwania mu kluczy. 
— Szkoda by go było, to Bogu ducha winny dure . 
Jechali galopem kilka godzin, na pró no wypatruj c je d ców. Wreszcie ujrzeli przy 

drodze vent . 

— Mo e tu wst pili? — zastanawiał si  Mały Andre. 
— Niewykluczone. Przed gospod  stoj  jakie  konie. 
— Rzeczywi cie! Wiwat, alleluja, mamy ich! 
— Jeszcze nic nie wiadomo. W ka dym razie działa  trzeba rozwa nie. Przywi emy 

konie  troch   dalej  i  wejdziemy  do  gospody  jakby  nigdy  nic.  Je li  zobaczymy  seniorit , 
b dziemy udawali,  e jej nie znamy. 

Z ober y dochodził gwar rozmów i rubasznych  miechów. Kurt i Mały Andre przez 

szpary  w  okiennicach  zlustrowali  wn trze.  Przy  jednym  stole  siedział  oficer  i  czterech 

ołnierzy, przy drugim kilku vaquerów, gł biej koło pieca, Emilia. 

Gdy  wchodzili  do  rodka,  pułkownik  Lopez  poderwał  si   na  równe  nogi. 

Przekonawszy  si ,  e  jest  ich  tylko  dwóch,  usiadł  z  powrotem,  przygl daj c  im  si   jednak 
badawczo. 

Podeszli do wolnego stolika przy drzwiach. Zaraz znalazł si  przy nich ober ysta. 
— Co poda ? — zapytał. 
— Trzy szklanki wina — zamówił Mały Andre. 
— Trzy? Panów jest przecie  tylko dwóch! 
— Niech ci  o to głowa nie boli! 
Do rozmowy wmieszał si  pułkownik: 
— Kim jeste cie, seniores? 
Mały Andre siedział tyłem. Odwrócił głow  i popatrzył wrogo na Lopeza. 
— Co to pana obchodzi? 
— Odpowiadaj! Nie wiecie, kim jestem? — hukn ł oficer. 
— Nie wiemy i wcale nie chcemy wiedzie . 
— Co to za bezczelno ! Chyba oszalałe , człowieku?! Lopez podniósł si  i podszedł 

do stołu. 

background image

Zobaczywszy Kurta i Małego Andre, Emilia nie w tpiła,  e przybyli, aby j  ratowa . 

Nie zdradziła si  jednak najmniejszym gestem. Teraz zdj ł j  l k o Małego Andre. Francuz 
natomiast nie wygl dał na przestraszonego. Spojrzał prosto w oczy pułkownika i powiedział 
zaczepnie: 

— Jeden z nas dwóch oszalał na pewno. 
— Jak  miesz! 
W tej e samej chwili Mały Andre waln ł pułkownika pi ci  w głow  tak silnie,  e 

Lopez osun ł si  na podłog , po czym wskoczył na niego, przycisn ł kolanami i chwycił za 
gardło. Czterej  ołnierze zerwali si  z krzeseł, ale Kurt powstrzymał ich rewolwerem. 

— Sta ! — rozkazał. — I nie rusza  si , bo kula w łeb! 
Wida   nie  nale eli  do  odwa nych,  bo  natychmiast  usiedli  z  powrotem.  Vaquerzy  i 

gospodarz, przyzwyczajeni do scen tego rodzaju, nie mieszali si  do awantury. 

— Co z pułkownikiem? — zwrócił si  Kurt do Małego Andre. 
—  Chwileczk   —  pocz stował  Lopeza  jeszcze jednym uderzeniem w głow . — Na 

dzisiejszy wieczór powinno wystarczy . 

Korzystaj c z tego,  e Kurt trzyma  ołnierzy na muszce, wstał i rozejrzał si  po izbie. 

Pod  jedn   ze  cian  le ał  zwój  sznurów.  Zatarł  r ce  z  rado ci.  Niewiele  chwil  min ło,  jak 
wszyscy  ołnierze mieli mocno zwi zane r ce i nogi. Potem ten sam los spotkał pułkownika. 

Kurt opu cił rewolwer i podszedł do ober ysty. 
— Nikomu — powiedział — nie wolno st d wyj  bez naszego pozwolenia. Nikomu 

nic nie grozi, pod warunkiem,  e si  zastosuje do naszych polece . 

Mały Andre zbli ył si  do Emilii. 
—  Musiała  pani  prze y   straszne  chwile.  Zjawili my  si   pod  pani  domem  w  tym 

momencie,  jak  si   pó niej  okazało,  gdy  pani   porywano.  Gdyby my  tam  byli  kilka  minut 
wcze niej, nie doszłoby do tego. Ale wszystko dobre, co si  dobrze ko czy! Napije si  pani z 
nami, prawda? 

Zaprowadził Emili  do stołu i podał jej ow  trzeci  szklank . 
— Widzicie, gospodarzu, dla kogo było to wino? — roze miał si . 
Emilia  nie  wiedziała,  jak  dzi kowa   wybawcom.  Gdy  wznosili  toast  za  szcz liwe 

uwolnienie  seniority,  rozległ  si   t tent  konia.  Po  kilku  sekundach  ucichł  i  dały  si   słysze  
ci kie  kroki.  W  drzwiach  stan ł  niski  grubas  —  Arrastro.  Widz c  zwi zanych  ołnierzy, 
chciał si  wycofa , ale Mały Andre był szybszy. Podbiegł i chwycił go za r k . 

— Zaczekaj, ptaszku! Kto tu raz wszedł, ten musi pozosta  przynajmniej tak długo jak 

my. 

background image

—  Ale ,  senior,  co  to  ma  znaczy ?  Czy  ju   nie  wolno  napi   si   w  ober y  szklanki 

wina? 

— Wypij nawet dziesi ! Wtedy my b dziemy gotowi i b dziesz mógł pój , dok d 

zechcesz. 

— Co to, to nie — wtr cił Kurt z chytrym u mieszkiem. — Ten senior odprowadzi 

nas do Juareza. 

Grubas zbladł jak  ciana. 
— Ja? Niby dlaczego? — wykrztusił. 
— Prezydent ma ochot  pozna  pana. Gdzie senior był dzisiaj? 
— W Queretaro i okolicy. Jestem kupcem. Je d  w interesach. 
— To prawda. Kupczy pan kłamstwami, pa skim interesem jest zdrada! 
— Wielki Bo e, pan si  myli! — głos Arrastra dr ał z przera enia. 
— Myl  si ? Zaraz si  przekonamy! Czy bywał pan w Santa Jaga? 
— Nie. 
— A czy zna pan doktora Hilaria i jego bratanka Manfreda? 
— Nie znam. 
— Pan kłamie. Sam widziałem seniora w ich mieszkaniu! 
— To niemo liwe! 
Kurt  wymierzył  grubasowi  tak  pot ny  policzek,  e  Arrastro  zatoczył  si   i  uderzył 

głow  o  cian . Po chwili j kn ł: 

— Krzywdzi mnie pan. Ten, którego pan widział, musi by  moim sobowtórem. 
— Do  tych łgarstw! Czy nie rozmawiał pan w  rod  wieczorem w pokoju doktora z 

jego  bratankiem?  Czy  nie  mówił  senior,  e  do  Santa  Jaga  przyb dzie  dwustu  ołnierzy, 
których Manfredo ma poprowadzi  do klasztoru? 

Arrastro patrzył na Kurta z coraz wi kszym strachem. 
— Nie — dalej kłamał w  ywe oczy. 
—  ołnierze mieli opanowa  klasztor. Celem tajnego zwi zku, do którego pan nale y, 

było zatrzymanie w Meksyku Maksymiliana; chcieli cie mu wmówi , daj c mi dzy innymi 
za przykład rzekomy bunt w Santa Jaga,  e lud stan ł za nim. A faktycznie szło wam o to, by 
cesarz  wpadł  w  r ce  Juareza  i  został  skazany  na  mier .  Wtedy  ogłosiliby cie  Zapotek  
morderc . 

— To nieprawda! O niczym takim nawet nie słyszałem. 
— Do  tego! Nie b d  sobie dłu ej strz pił j zyka! Nie jestem s dzi . Za to on zmusi 

pana do wy piewania całej prawdy o waszym zbrodniczym zwi zku; wymienisz mu, senior, 

background image

po  kolei  wszystkie  nazwiska  i  wyliczysz  wszystkie  przeprowadzone  i  planowane  akcje.  A 
teraz przywi emy ci  do konia i zabierzemy ze sob . Pomó  mi, Andre! 

Szybko  uporali  si   z  grubasem.  Potem  pomogli  Emilii  dosi

  wierzchowca  i  sami 

wskoczyli na swoje. 

— Łap, gospodarzu! — zawołał Kurt, rzucaj c złot  monet . — To za wino! 
Ani si  kto obejrzał, gdy za trzema je d cami tylko si  kurzyło na drodze. 
Aby dotrze  do przednich stra y Juareza, musieli okr y  Queretaro. Natkn li si  na 

nie wcze niej, ni  przewidywali, Zapoteka bowiem rozpocz ł tymczasem ofensyw  i był ze 
swym wojskiem znacznie bli ej, ni  si  spodziewał generał Mejia. Tote  Kurt z towarzyszami 
ju  około południa trafił na silny oddział, nale cy do korpusu generała Veleza. 

Skierowano  ich  do  kwatery  głównej.  Velez  widział  Kurta  u  Juareza  i  znał  dobrze 

Emili .  Był  to  człowiek  pełen  temperamentu,  surowy,  cz sto  bezwzgl dny  republikanin. 
Kazał  sobie  opowiedzie ,  co  zaszło,  i  przyprowadzi   Arrastra.  Przygl dał  mu  si   długo  w 
ponurym milczeniu. 

— Przeczyłe  temu, co ci ten senior zarzuca? — zapytał wreszcie. 
—  Przeczyłem,  poniewa   to  nieprawda  —  odparł grubas.  — Nazywam  si   Perdido, 

handluj  siodłami. 

Velez u miechn ł si  ironicznie. 
— A je eli wiem o tobie jeszcze wi cej ni  ten senior? 
— W takim razie pan te  si  myli. 
— Łotrze! Czy znałe  kiedy  niejakiego Taver ? 
— Nie — wyst kał, blady jak  ciana. 
— Taver , który wydał generała Tonamente naje d com? 
— Nie znam go, senior. 
— Nie? A mo e przypomnisz sobie inne nazwisko. Na przykład Arrastro? 
Pod grubasem nogi si  ugi ły. 
— Nie senior! Nie wiem, o kim pan mówi. 
Przesłuchanie  odbywało  si   na  wolnym  powietrzu.  Generał  stał  dwa  kroki  przed 

je cem. Wida  było,  e opanowuje si  cał  sił  woli, aby nie wybuchn . 

— Draniu, masz odwag  popełnia  zbrodnie, a przyzna  si  do tego nie potrafisz?! — 

zawołał.  —  Nazwałe   si   Perdido,  co  oznacza  „zgubiony”.  Rzeczywi cie,  jeste   zgubiony. 
Demaskuj   ci :  przed  kilkoma  miesi cami  s d  wojenny  w  Monterrey  skazał  ci   na  kar  

mierci przez powieszenie. Udało ci si  zbiec, ale teraz koniec z tob ! 

Arrastro trz sł si  ze strachu i bełkotał co  niezrozumiale. 

background image

— Ogłaszam wyrok — ci gn ł generał. — Powiesi  go na najwi kszej gał zi! 
Dwóch  ołnierzy  zarzuciło  sznur  dokoła  szyi  Arrastra  i  pchn ło  go  w  kierunku 

najbli szego drzewa, nie zwracaj c uwagi na błaganie skaza ca. 

— Generale — o mielił si  odezwa  Kurt — mo e on nam b dzie jeszcze potrzebny? 

Mo e co  wyzna, wymieni nazwiska wsporników albo… 

—  To  mi  zupełnie  oboj tne!  —  przerwał  Velez.  —  Podci gn   go  wysoko!  Niech 

wiat si  dowie, jak republika ska armia rozprawia si  ze zdrajcami! 

Jeden gwałtowny ruch i Arrastro na zawsze opu cił ziemi . Wyrok został wykonany. 
Tego  samego  popołudnia  wrócił  do  Queretaro  pułkownik  Lopez  z  czterema 

ołnierzami. Mo na  sobie  wyobrazi  jego  nastrój.  Przygn biony  i w ciekły zameldował si  

natychmiast u Miramona. 

Generał słuchał uwa nie jego relacji. 
— Co  takiego! — nie ukrywał zdziwienia. — Dwóch m czyzn obezwładniło was? 

Dok d zabrali kobiet ? 

— Vaquerzy powiadaj ,  e do Juareza. 
—  Chwała  Bogu!  W  takim  razie  mo emy  by   pewni,  e  cesarz  nigdy  ju   jej  nie 

zobaczy.  Dlatego  wybaczam  panu  niespełnienie  rozkazu.  Mam  nadziej ,  e  nast pne 
polecenia b dzie pan wykonywał staranniej i ostro niej. 

Pułkownik domy lał si  o co chodzi, nie odezwał si  jednak ani słowem. 
Od tej chwili wypadki w Meksyku potoczyły si  z zawrotn  szybko ci . Wojska pod 

dowództwem  generała  Escobeda  zbli yły  si   do  Queretaro  i  opasały  miasto.  Pi tna cie 
tysi cy  ołnierzy  Maksymiliana  zostało  otoczonych  dwudziestoma  pi cioma  tysi cami 
republikanów. Rozpocz ło si  obl enie. Równocze nie armia Porfiria Diaza oblegała stolic ; 
niebawem zapanował w niej straszliwy głód. 

Kurt nie chciał sta  na uboczu wydarze . Przył czył si  do saperów i obj ł dowództwo 

robót  ziemnych.  Sternau  działał  jako  lekarz.  Juarez  przeniósł  siedzib   swego  rz du  do  San 
Luis  Potosi.  Przez  cały  czas  towarzyszył  mu  lord  Dryden.  Mo na  sobie  wyobrazi ,  jak  si  
ucieszył  lord,  gdy  si   dowiedział  e  jego  przyjaciele  s   na  wolno ci.  Gdy  im  serdecznie 
gratulował, był gł boko wzruszony. 

Kiedy  tylko  droga  do  portu  została  uruchomiona,  Sternau  napisał  do  domu  list, 

zawiadamiaj c,  e wszyscy wyszli cało z opresji. Och — marzył — jak e chciałbym ju  by  
wreszcie w starym, kochanym Reinswalden! 

background image

A w Reinswalden siedział sobie w fotelu na biegunach kapitan Rodenstein i przegl dał 

dokumenty.  Stary  le niczy  postarzał  si   i posiwiał.  Dzi   wła nie dr czył go straszliwy atak 
podagry. 

Wszedł  Ludwik  i  czekał,  kiedy  pan  raczy  go  zauwa y .  Kapitan  odwrócił  si , 

popatrzył na niego spod oka i rzekł wreszcie: 

— Dzie  dobry, Ludwiku. 
— Dzie  dobry, panie kapitanie. 
— Co nowego?  adnej kradzie y?  adna krowa si  nie ocieliła? 
— Nie. 
— Niech ci  wszyscy diabli wezm  z twoim wiecznym „nie”! O, do pioruna! 
Wykonał zbyt gwałtowny ruch, co wywołało nowy atak bólu. Wykrzywił si  okropnie 

i fukn ł: 

— Bodajby  był le niczym i miał podagr ! 
—  A  chciałby  pan  by   ewentualnie  Ludwikiem  bez  podagry?  Ja  te   mam  swoje 

cierpienia, panie kapitanie. 

— Jakie  to na przykład? 
— Niska pensja. 
— Do kro set kartaczy! A to nikczemno . Au! Au! Zejd  mi z oczu, bo gotów jestem 

rzuci  ci w twarz fajk , a  ci podwy ka na nosie wyro nie! Hola, nie słyszysz pukania? Któ  
to idzie? 

— Ewentualnie nie wiem — odparł Ludwik oboj tnym głosem. 
— Otwórz wi c drzwi i zobacz, o le! 
— Wedle rozkazu, panie kapitanie! 
Ludwik odwrócił si , uchylił nieco drzwi, ostro nie wysun ł głow  i rzekł po chwili: 
— Listonosz. 
— Popatrz no, co przynosi! 
— Wedle rozkazu, panie kapitanie. Po chwili wrócił z listem w r ku. 
— Sk d? — zapytał kapitan niecierpliwie. 
— Hura, z Meksyku! 
— Sk d? Z Me… Me… Meksyku? Naprawd ? 
— No tak, z Meksyku! 
—  Boj   si ,  e  mnie  z  rado ci  diabli  porw !  Wyrzucam  ten  stary  grat!  Dzi  

napychamy  drug .  Rozumiesz?  —  cisn ł  przez  okno  fajk ;  spadła  na  podwórze  wraz  z 
odłamkami stłuczonej szyby. 

background image

— Wedle rozkazu! — mrukn ł Ludwik. — Najpierw mnie w głow , potem w szyb  i 

przez okno. Wolałbym ewentualnie dosta  j  w podarunku. 

— Zejd  na dół i we  sobie. 
Ale Ludwik nie kwapił si  do tego. Był niezwykle ciekaw tre ci listu. 
Stary  le niczy  otworzył  kopert  i  zacz ł  czyta .  List  zawierał  krótk  wiadomo ,  e 

Kurt  uratował  wszystkich  zamieszanych  w  spraw   rodu  Rodrigandów.  Bli sze  szczegóły 
przyniesie list nast pny. 

Przeczytawszy radosn  nowin  par  razy, kapitan zerwał si  z krzesła i przewracaj c 

je, wrzasn ł: 

—  Hura,  uratowani,  wszyscy  uratowani!  Przez  Kurta!  A  to  dopiero  szcz cie! 

Gaudeamus igitur! Reszta w nast pnym długim li cie! A to kochane chłopy. Ludwik patrzył 
na le niczego ze zdumieniem. 

— Ale  panie kapitanie, nie odczuwa pan kapitan  adnych bólów? Nic nie strzyka, nie 

łamie…? 

— Co ma łama , u diabła? 
— No, ewentualnie podagra. 
Stary  teraz  dopiero  przypomniał  sobie  podagr .  Uderzywszy  kilka  razy  nog   o 

podłog , zawołał: 

— Ludwiku, nie ma jej! Nie ma! Bogu niech b d  dzi ki! 
— To dziwne — Ludwik z niedowierzaniem kr cił głow . 
— W rzeczy samej. Czyja to zasługa? 
— Albo rado ci, albo listu. 
— Rado ci, o la głowo! W dodatku list jest adresowany do mnie, do mnie! A to zuch 

ze  Sternaua.  Le   do  kuchni,  powiedz,  niech  dzi   przygotowuj   wi teczny  obiad.  Ja  za  
pobiegn  do willi Rodrigandów. 

Nie trzeba dodawa ,  e jej mieszka cy, zapoznawszy si  z tre ci  listu, nie posiadali 

si  ze szcz cia. A stary le niczy, widz c ich rozja nione twarze, ju  zupełnie zapomniał o 
chorobie. 

background image

T

ROPEM ZBRODNIARZY

 

 
Wojska  Juareza  powoli, ale  systematycznie wydzierały kolejne prowincje i miasta z 

r k  wroga.  Ludno   powszechnie  popierała  prawowitego  prezydenta.  W  Meksyku 
zapanowała rado . 

Inny  nastrój  panował  w ród  najemników,  sprowadzonych  przez  Arrastra  w  celu 

zdobycia klasztoru della Barbara, a teraz uwi zionych w jego lochach. Oczekiwali spotkania z 
Juarezem  i  s du.  Zastanawiali  si ,  jak  potraktuje  ich  prezydent,  liczyli  wszak e  na 
pobła liwo .  Całkowicie  natomiast  przygn bieni  byli  bracia  Cortejowie,  Josefa,  Landola  i 
Manfredo. Zdawali sobie spraw ,  e z chwil  uregulowania stosunków w kraju, republikanie 
w majestacie prawa wydadz  na nich bardzo surowy wyrok. 

Dwustu  je ców  schwytanych  przez  Kurta  i  Sternaua  umieszczono  w  obszernych 

piwnicach  klasztornych.  Trójk   za   Cortejów,  Landol   i  Manfreda  zamkni to  w  dwóch 
niewielkich ciemnych celach i na wszelki wypadek przykuto do  cian ła cuchami. W jednej 
siedziała  Josefa  z  ojcem,  w  drugiej  —  Gasparino,  Landola  i  Manfredo.  Cele  przedzielał 
korytarz. 

Cała pi tka była przygn biona i ponura. Ani jeden z tych ludzi nie miał hartu ducha 

doktora  Sternaua  i  jego  towarzyszy,  których  wiary  w  Opatrzno   nie  potrafiła  złama   ani 
osiemnastoletnia tułaczka, ani nieludzkie traktowanie przez Hilaria. Ponadto Josefa cierpiała z 
powodu  bólu  złamanych  eber  i  j czała  tak  przera liwie,  e  Pablowi  si   wydawało,  i  
przebywa na dnie piekła. 

Gasparino i Landola szybko pogodzili si  z towarzystwem Manfreda, który jeszcze nie 

tak  dawno  trzymał  ich  pod  kluczem.  Ju   tak  jest,  e  podli  i  nikczemni  brataj   si   pr dko. 
Pierwszego  dnia  obrzucili  si   wzajemnie  najstraszliwszymi  przekle stwami,  a  drugiego 
obiektem ich kl tw stali si  obecni prze ladowcy; wspólnie snuli plany ratunku i zemsty. Ale 
czas  robił  swoje:  z  dnia  na  dzie   cichli,  pokornieli,  po  trzech  tygodniach  doszli  do  stanu 
granicz cego z apati  i zupełn  bierno ci . 

Czarny Gerard, którego pozostawiono w Santa Jaga razem z Marianem, starym hrabi  

Fernandem, kapitanem Ungerem, Grandeprise’m i Mindrellem, ogromnie si  nudził. Którego  
dnia  nie  wytrzymał  i  pojechał  do  głównej  kwatery Zapoteki,  aby zaoferowa  swoje  usługi. 
Energicznej naturze nie odpowiadało pilnowanie je ców, b d cych, jak uwa ał, pod siln  i 
całkowicie  pewn   stra .  Nie  przyszło  mu  nawet  do  głowy,  e  tak  solidnie  strze eni 
wi niowie mog  przygotowywa  ucieczk . 

background image

—  Caramba!  —  zakl ł  Landola.  Przyzwyczajony  do  ycia  na  morzu,  ci ko  znosił 

wi zienne  powietrze  i  ciemno ci.  —  Je eli  to  si   nie  sko czy,  nie  wytrzymam  dłu ej, 
oszalej .  Wolałbym,  aby  nas  postawiono  ju   pod  s d.  Jak  długo  siedzimy  w  tej  dziurze? 
Niech mnie diabli porw , je eli potrafi  na to odpowiedzie ! 

—  Jeste my  tu  od  dwudziestu  dni  —  westchn ł  Gasparino  zm czonym, 

bezd wi cznym głosem. — Co dzie  w południe otrzymujemy kawał chleba i dzban wody. 
Naliczyłem ich dokładnie dwadzie cia. 

—  Dwadzie cia  dni!  —  powtórzył  Landola.  — To wieczno ! Nie mog  ju  zebra  

my li.  Ten  brak  wiatła  i  okropny  zaduch  wysysaj   szpik  z  ko ci.  Oddałbym  całe  ycie 
pozagrobowe,  w  które  zreszt   nie  wierz ,  gdybym  mógł  raz  jeszcze ujrze  sło ce  i  poczu  
pod nogami pokład okr tu. 

—  Ju   wkrótce  —  wtr cił  Manfredo  —  niczego  czu   nie  b dziemy.  Wszystko  si  

sko czy,  gdy  kat  zało y  nam  stryczek  na  szyj .  Gdybym  mógł  oswobodzi   r ce,  nie 
siedziałbym tu bezczynnie i czekał na cud. 

— Gdyby… — szydził Landola. — Wi zienia wymy lił chyba diabeł. Nawet gdyby  

nie  był  zwi zany,  jak  wydostałby   si   z  tej  matni?  Opowiadałe   wprawdzie,  e  jest  tu  w 
podziemiach, jaki  korytarz, który prowadzi do kamieniołomów. Ale przecie  nasi wrogowie 
zmusili  ci   do  wydania im  planów  klasztoru.  Na  pewno  zablokowali  to  tajemne  wyj cie,  a 
je eli nie, to je strzeg ; nikt nie b dzie mógł wydosta  si  tamt dy. 

—  To  wszystko  prawda.  Nie  mówiłem  wam  jednak,  e  istnieje  jeszcze  inne  ukryte 

wyj cie i nie ma go na planie, który odebrał mi ten przekl ty doktor. Stryj pomin ł je celowo. 
Musiał sobie zapewni  mo liwo  opuszczenia klasztoru na wypadek, gdyby si  komu  udało 
tu wtargn  i rozszyfrowa  jego tajemnice. 

— Wiesz, gdzie jest to drugie wyj cie? 
— Wiem. Nie warto jednak rozwodzi  si  nad tym, dopóki… 
Umilkł, gdy  kto  odsun ł rygiel. Otworzyły si  ci kie, okute  elazem drzwi i wszedł 

stra nik. W jednej r ce trzymał latark , w drugiej dzban z wod , a pod pach  bochen chleba. 
Zobaczywszy  go,  Manfredo  omal  nie  krzykn ł  ze  zdumienia.  Opanował  si   jednak,  gdy  
stra nik zmarszczył brwi, daj c mu znak, by milczał. 

Poło ywszy  bochen  i  postawiwszy  dzban  z  wod ,  wyszedł,  rzuciwszy  znacz co 

wzrokiem na chleb. Znów zapanowały ciemno ci. 

— To nowy stra nik, nie? — zainteresował si  Landola. 
—  Miałem  wra enie,  e  chciał  na  co   zwróci   nasz   uwag .  Do   dziwnie  si  

zachowywał. Zauwa yli cie to? 

background image

—  Cicho!  —  sykn ł  Manfredo.  —  Niech  pan  nie  mówi  tak  gło no,  bo  wartownik 

mo e usłysze . Znam tego stra nika. To jeden z dozorców klasztornych. Wy wiadczyłem mu 
raz  pewn   przysług ,  wydobyłem  z  wielkich  tarapatów,  mo e  teraz  chce  si   odwdzi czy . 
Wskazywał znacz co na chleb. Zobaczymy, co w nim ukryto! 

Wzi ł do r ki bochenek. Gdy go przełamał, zorientował si  natychmiast, o co chodziło 

dozorcy.  Nie  widział  wprawdzie  nic,  ale  wyczuł  palcami  jakie   przedmioty.  Zacz ł  je 
dokładnie wymacywa . 

—  To  krzesiwo  u ywane  na  preriach  —  szepn ł  ze  wzruszeniem.  —  I  zdaje  si , 

wieca, a tu kartka papieru i ołówek. 

Cortejo i Landola a  oddech wstrzymali. 
— Zapal szybko  wiec ! — wychrypiał po chwili Landola. 
— A je eli  wiatło nas zdradzi? 
— Czy wida  cho by promyk, gdy nam przynosz  jedzenie? Wartownik na pewno nie 

zauwa y. Zreszt  nie przyjdzie mu na my l,  e mamy  wiec . Zapalaj! 

Wkrótce zamigotał słaby płomyk. Manfredo przysun ł do oczu kartk  i czytał powoli: 
Z  wielkim  trudem  udało  mi  si   otrzyma   pozwolenie  na  przyniesienie  wam  posiłku. 

Manfredo,  czy  yczysz  sobie  czego ?  Je eli  tak,  napisz  na  tej  kartce  i  włó   do  pustego 
dzbanka. 

— Wielki Bo e! — ucieszył si  Manfredo. — Jeste my uratowani! 
—  Daleko  jeszcze  do  tego  —  Landola  był  bardziej  sceptyczny.  —  Najpierw  trzeba 

pozby  si  kajdanów. Bez odpowiedniego klucza nie damy rady. 

—  Je eli  tylko  o  to  chodzi,  to  w  szafce,  w  pokoju  stryja,  wisi  zapasowy. 

Przypuszczam,  e nikt o nim nie wie. Je eli dozorcy uda si  go przynie , b dziemy wolni. 

— A jak wydostaniemy si  poza mury? 
— Ju  moja w tym głowa! Przede wszystkim klucz i nó . 
— Zapisz to na kartce. Musimy oszcz dza   wiec . Reszt  omówimy po ciemku. 
Manfredo napisał: 
W  kancelarii  stryja  jest  nad  biurkiem  kaseta.  Znajdziesz  w  niej  kluczyk  od  naszych 

kajdan. Przynie  go, a tak e jaki  ostry nó . 

Zgasił  wiec  i schował j  do r kawa wraz z wszystkimi przedmiotami znalezionymi 

w chlebie. Gdyby wartownik zjawił si  teraz, nie domy liłby si ,  e przed chwil  wi niowie 
zrobili pierwszy krok ku wolno ci. 

— Co dalej? — szepn ł Gasparino Cortejo. 
— Trzeba czeka  — odparł lakonicznie Landola. 

background image

— Jak długo? 
— Co najmniej trzy dni. 
—  Trzy  dni!  —  j kn ł  Cortejo.  —  Dlaczego  a   tyle?  Nie  wytrzymam  nawet  trzech 

godzin! 

—  Po  co  to  biadolenie?  Zrozumiałe,  e  wcze niej  nie  mo emy  by   wolni.  No  bo 

policzcie:  stra nik  przeczyta  kartk   jutro  w  południe,  gdy  przyjdzie  tu  z  chlebem  i  wod . 
Musi  min   dzie ,  zanim  przemyci  klucz  i  nó .  My  z  kolei  dopiero  nast pnego  południa 
b dziemy  mogli  przeprowadzi   nasz   akcj .  Zasadzimy  si   na  wartownika,  gdy  b dzie 
otwierał drzwi, rzucimy si  na niego i obezwładnimy. 

— Darujemy mu  ycie? 
— Nie. 
— A naszemu wybawcy? 
— Oczywi cie tak. Z lekka go tylko poturbujemy, zwi emy i zakneblujemy. Dzi ki 

temu nie b d  go podejrzewa ,  e był z nami w zmowie. Ale to jeszcze odległe chwile… 

— Niestety! I wiele mo e si  wydarzy … No, a je li nam si  uda wyj  z celi? Co 

dalej? Czy uwolnimy i zabierzemy ze sob  mego brata i bratanic ? 

— Hm… — Landola namy lał si . Dopiero po chwili spytał: — Bardzo pan t skni za 

swymi krewnymi? 

— Wła ciwie nie. Nie zasłu yli na moj  lito . 
—  I  ja  tak  s dz .  Zreszt ,  st kaj ca  z  bólu  Josefa  przeszkadzałaby  nam  tylko  w 

ucieczce. Po co kłopota  si  o bab , któr  i tak niedługo diabli wezm . 

— No wła nie — potwierdził Gasparino, a Manfredo odetchn ł z ulg . 
—  Nasza  rola  w  aferze  rodziny  Rodrigandów  zako czona  —  ci gn ł  Landola.  — 

Zako czona raz na zawsze i ostatecznie. Co do tego nie mam  adnych w tpliwo ci. Chodzi 
tylko o to,  eby wyci gn  maksimum korzy ci. Prawda, senior Cortejo? 

— Oczywi cie. Ale nie wiem, w jaki sposób mo na by tu jeszcze zarobi . Nic mi nie 

przychodzi do głowy. 

— Czy by senior zapomniał o swoim synu Alfonsie? 
— Jak to? Co chce pan przez to powiedzie ? 
—  Przecie   to  proste.  Pa ski  syn  jest  do  tej  pory  nie  kwestionowanym  dziedzicem 

hiszpa skich  posiadło ci  rodu  Rodrigandów.  Uprzedzaj c  przeciwników,  spieni ymy  jak 
najszybciej wszystkie nieruchomo ci i ulotnimy si  z zagarni tymi milionami. 

— A je eli Alfonso si  nie zgodzi? 

background image

— A co on ma do gadania? To dziecinada my le ,  e mógłby w dalszym ci gu gra  

rol  hrabiego. Powinien wi c by  nam wdzi czny,  e nie wyjdzie z tej afery goły niby  wi ty 
turecki. 

— Zakładaj c,  e pa ski plan si  uda, podzielimy si  pieni dzmi? 
— Jest nas trzech: pan, Alfonso i ja. Ka dy otrzyma jedn  trzeci . 
— Zapomina pan o czwartym — wtr cił Manfredo. — Chyba nie przypuszczacie,  e 

pozwol  si  pomin ? 

— B d  spokojny. Nie zrobimy ci krzywdy. Rozumie si  samo przez si ,  e poniewa  

tobie zawdzi czamy ratunek, dostaniesz swoj  cz

Brzmiało  to  przekonuj co.  Ale  gdyby  Manfredo  mógł  widzie   w  ciemno ci, 

zobaczyłby na twarzy Landoli szyderczy u miech, nie wró cy nic dobrego. 

— Pozostaje ostatnia sprawa do omówienia — Cortejo zwrócił si  do Landoli. — W 

jakim kierunku b dziemy ucieka ? Do jakiego portu? Do Veracruz? 

— To niemo liwe. Pełno tam cesarskich i meksyka skich wojsk. Nie przebijemy si  

przez  nie.  Musimy  wi c  dotrze   do  jakiego   zachodniego  portu,  San  Blas  lub  Manzanillo. 
Droga do nich jest jako tako wolna. Mam nadziej ,  e Maksymilian b dzie jeszcze pewien 
czas stawiał opór Juarezowi. W ka dym razie musimy znale  si  w Hiszpanii, zanim wojna 
si  sko czy i stosunki polityczne si  unormuj . Je li nam si  to nie uda, mo emy si  po egna  
z „sukcesj ” — roze miał si  — po Rodrigandach. 

Naradzali  si   jeszcze  jaki   czas,  w  ko cu  ustalili  plan  działania  w  najdrobniejszych 

szczegółach. 

Gdy czwartego dnia do lochu zszedł wartownik, by zmieni  koleg , ujrzał go le cego 

na  korytarzu  w  kału y  krwi  z  no em  w  sercu.  Pełen  złych  przeczu ,  zbli ył  si   do 
najbli szych drzwi i odsun ł rygiel. W celi siedział Cortejo i Josefa w kajdanach. Ale rygiel 
przeciwległych drzwi był odsuni ty. Uchyliwszy je, wartownik omal nie potkn ł si  o ciało. 
W  wietle  latarki  rozpoznał,  e  to  stra nik  roznosz cy  ywno .  Był  zwi zany,  usta  miał 
zakneblowane.  Natomiast  trzej  wi niowie  znikn li.  Na  cianach  wisiały  ła cuchy  z 
pootwieranymi kajdankami. 

Wartownik  tak  szybko,  jak  na  to  pozwalały  jego  dr ce  r ce,  uwolnił  z  wi zów  i 

odkneblował stra nika. 

— Na lito  bosk , mów, co tu si  stało! — zawołał. 
—  Gdy  wczoraj  w  południe  otworzyłem  drzwi  —  zacz ł  poszkodowany  —  aby 

wnie   wi niom  jedzenie,  jeden  wyskoczył  z  celi  i  dopadłszy  w  korytarzu  wartownika, 

background image

zaatakował go no em. Pozostali rzucili si  na mnie zwi zali i zakneblowali. To wszystko, co 
mog  powiedzie . Jest dla mnie zagadk , jakim cudem otworzyli ła cuchy i sk d mieli nó . 

Wartownik  zameldował  o  wypadku  majorowi,  dowódcy  jednostki,  sprowadzonej  do 

klasztoru  przez  S piego  Dzioba.  Oficer  natychmiast  zszedł  do  lochów  razem  z  don 
Fernandem,  Marianem  i  Grandeprise’m,  kapitanem  Ungerem  i  Mindrellem;  ucieczka 
zbrodniarzy mocno ich poruszyła. 

Grandeprise  dokładnie  przeszukał  cel ,  nie  znalazł  jednak  nic,  co  mogłoby  si  

przyczyni  do wyja nienia sprawy. Kr c c głow , spytał majora: 

— S dzi pan, senior,  e je cy mogli uciec bez pomocy z zewn trz? 
— To wykluczone. 
—  Prosz   w  takim  razie  o  aresztowanie  stra nika,  którego  znaleziono  w  celi. 

Podejrzewam,  e to on dopomógł je com w ucieczce. 

— Na jakiej podstawie tak pan przypuszcza? 
— Sam pan powiedział,  e je cy nie mogli uciec bez pomocy. Wchodz  w rachub  

tylko dwie osoby: wartownik i stra nik, który w ostatnich dniach nosił je com  ywno . Nie 
mógł to by  nikt inny, gdy  wyj cia s  pilnie strze one, a wi c nikt obcy nie miał dost pu do 
klasztoru.  I  dodatkowy  argument:  dlaczego  zbiegowie  jednego  zamordowali,  a  drugiego 
jedynie obezwładnili? Odpowied  jest prosta: poniewa  ten drugi był ich wspólnikiem. 

— Brzmi to przekonuj co — powiedział major i zwracaj c si  do stra nika krzykn ł: 

Ułatwił pan tym łotrom ucieczk ! 

— Ale  sk d! To nie ja. Nie mam poj cia, jak… 
— Zobaczymy. Zwi za  go. 
Teraz  przyst piono  do  przesłuchania  dwu  wartowników,  pilnuj cych  wyj   z 

klasztoru.  aden nie zauwa ył nic podejrzanego. O wydostaniu si  przez podwórze, a nawet 
przez kamieniołomy mowy by  nie mogło. Przesłuchano równie  Pabla Corteja i Josef . Na 
wiadomo ,  e towarzysze niedoli uciekli bez nich, oboje zacz li szale  ze zło ci. 

Ucieczka trójki wi niów pozostałaby zapewne nie rozwi zan  zagadk , gdyby nie to, 

e major miał ze sob  angielskiego charta, znakomicie wyszkolonego w tropieniu  ladów. Ju  

nieraz znajdowano przy jego pomocy  ołnierzy, którzy samotnie przedłu ali sobie urlopy. 

Wprowadzono psa do celi, w której przebywali zbiegowie; złapał  lad. Z pyskiem przy 

ziemi zacz ł z tak  sił  ci gn  smycz,  e prowadz cy  ołnierz ledwie mógł za nim nad y . 
W  błyskawicznym  tempie  przebiegli  korytarz,  a  potem,  min wszy  schody,  dostali  si   do 
piwnicy, poło onej nieco wy ej. Tu chart zatrzymał si  i zacz ł drapa  łap  jedn  ze  cian. 

background image

Widniało  w  niej  male kie  wgł bienie.  Grandeprise  wło ył  r k   i  przycisn ł:  ciana  si  
rozsun ła. 

— Do licha! — zawołał ze zdumieniem. — To jeszcze jedno tajemne wyj cie, którego 

nie ma na planie! Ten stary klasztor jest prawdziwym labiryntem. Jazda, naprzód! 

Do   długi  korytarz  ko czył  si   prostopadłym  kamiennym  murem.  Pies  zacz ł  go 

zapami tale obw chiwa . Po skrupulatnych poszukiwaniach spostrze ono niepozorny guzik, 
naci ni to — i mur si  rozst pił. Wszyscy znale li si  nagle w pełnym  wietle słonecznym 
po rodku drogi prowadz cej z miasta do szpitala. Przez gał zie drzew wida  było w oddali 
budynki  klasztorne.  Mur,  maskuj cy  wej cie  do  podziemi,  był  tak  wkomponowany  w 
kamienisty  teren,  e  nikomu  z  przechodniów  nawet  nie  przyszło  do  głowy,  i   st paj   po 
sklepieniu tajemnego korytarza. 

—  Zagadka  rozwi zana  —  powiedział  Grandeprise.  —  Ju   wiemy,  któr dy  zbiegli. 

Panie majorze, czy wypo yczy mi pan psa? 

— Oczywi cie. Ale chyba nie zamierza senior goni  ich w pojedynk ? 
— Nie. Znajd  chyba kilku chwatów, którzy lubi  polowania. 
— Id  z panem — zawołał Mariano. — Mam z tymi łotrami spore porachunki! 
— I ja si  przył cz  — o wiadczył Mindrello. — Nie mam ochoty trwoni  czasu na 

bezczynne czekanie. 

—  Ja  równie   —  powiedział  don  Fernando  —  nie  chc   patrze   spokojnie,  jak  te 

łotry… 

— Nie! — przerwał mu Grandeprise. — Szanuj  pana bardzo, don Fernando, ale niech 

pan pozostawi po cig nam, młodszym. Przysi gam na wszystkie  wi to ci,  e mo e pan na 
nas  liczy .  Przyjmuj   do  kompanii  pana  bratanka  i  seniora  Mindrella.  Ale  na  tym  koniec. 
Wi ksza  liczba  osób  zwolniłaby  tylko  tempo  po cigu.  Zreszt ,  kto   z  nas  powinien  zosta  
tutaj.  Nie  zapominajmy,  e  Pablo  Cortejo  i  Josefa  s   bardzo  przebiegli  i  te   mog   podj  
prób  ucieczki. 

Don Fernando i kapitan Unger pozostali wi c w klasztorze. 
Major nalegał, aby Grandeprise wzi ł ze sob  kilku dragonów, ale traper stanowczo 

odmówił.  Po  upływie  godziny  Grandeprise,  Mariano  i  Mindrello,  zaopatrzeni  na  tydzie   w 

ywno , ruszyli w drog  na r czych koniach. Przed nimi biegł pies, niemal dotykaj c nosem 

ziemi. Na stromej  cie ce je d cy musieli zwolni , gdy j  min li przeszli ze st pa w cwał, 
aby nie straci  z oczu czworono nego przewodnika. 

Niewidoczny  lad  prowadził  łukiem  dokoła  miasta.  Nie  ulegało  w tpliwo ci,  e 

zbiegowie  unikali  spotkania  z  lud mi.  Daleko  za  Santa  Jaga  pies  raptownie  skr cił  na 

background image

południe. Grandeprise zdumiał si , był bowiem przekonany,  e uciekinierzy obior  kierunek 
północny, bo tereny te były mniej zamieszkane. 

—  Senior,  kiedy  pana  zdaniem  dogonimy  tych  łotrów?  —  zapytał  Mariano 

Grandeprise’a. 

— Zale y, czy i kiedy zdobyli konie. Je eli pr dko, to ze wzgl du na to,  e opu cili 

klasztor półtora dnia wcze niej od nas, nale y si  liczy  z dług  jazd . 

Około południa  cigaj cy ujrzeli samotne rancho. Pies gwałtownie skr cił w kierunku 

zabudowa . Zatoczył łuk i zatrzymał si  w miejscu, w którym pełno było  ladów ko skich 
kopyt.  Obw chiwał  je  przez  jaki   czas,  zwracał  si   to  w  jedn , to w  drug   stron ,  wci gał 
nosem powietrze, wreszcie machaj c ogonem, poło ył si  na ziemi. Nie ulegało w tpliwo ci, 

e stracił trop; wida  uciekaj cy dosiedli koni.  lady kopyt trzech wierzchowców prowadziły 

na południowy zachód. 

Grandeprise  spi ł  konia  i  podjechał  do  bramy  rancha.  Stał  tam  stary  vaquero  i 

przygl dał mu si  niezbyt przyja nie. 

—  Buenos  dias,  senior!  —  powitał  go  traper  uprzejmie.  —  B d cie  łaskawi 

powiedzie , czy widzieli cie tu wczoraj trzech obcych m czyzn. 

Vaquero zas pił si  jeszcze bardziej. 
— To pa scy towarzysze, senior? 
—  Sk d e!  To  zbiegli  zbrodniarze,  których  poszukujemy.  Wyraz  podejrzliwo ci 

ust pił z twarzy vaquera. 

— Je eli tak, ch tnie powiem, co mi wiadomo. Nie widzieli my nikogo, ale ubiegłej 

nocy musieli tu by  jacy  ludzie, poniewa  dzi  rano stwierdzili my brak trzech koni i trzech 
siodeł. 

— Nie ulega w tpliwo ci,  e to oni. Dzi kuj  za informacj . Adios, senior! 
—  Nie  ma  za  co.  Je eli  chcecie  mi  sprawi   przyjemno ,  powie cie  tych łotrów  na 

pierwszej lepszej gał zi. 

— Mo ecie by  pewni,  e kiedy zostan  schwytani, nie ominie ich sprawiedliwa kara. 
Grandeprise wrócił do towarzyszy. Oddalały si  nadzieje na szybkie uj cie zbiegów. Z 

pewno ci  wykorzystali na jazd  noc, mieli wi c przewag  jednej nocy i pół dnia. Niełatwo 
było nadrobi  ten czas, zwłaszcza  e  cigaj cy, aby nie zgubi   ladów, po zmroku musieli si  
zatrzyma . Jedynej szansy nale ało upatrywa  w tym,  e przest pcy byli bez pieni dzy, broni 
i  amunicji  i  e  po  drodze  musieli  zaopatrywa   si   w  ywno ,  co  z  pewno ci   opó ni  ich 
ucieczk . 

background image

Po  krótkim  wypoczynku  Grandeprise  wzi ł  psa  na  smycz  i  cała  trójka  ruszyła  w 

kierunku południowym. 

Cho   ladów nie zgubili, nic nie  wiadczyło,  e zbli yli si  do uciekinierów. Jechali w 

milczeniu  a   do  wieczora.  Mindrello  kl ł  na  czym  wiat  stoi.  Mariano  z  ponur   min  
wpatrywał  si   w  grzyw   swego  konia  i  targał  niecierpliwie  brod .  Tylko  Grandeprise 
zachowywał pozorny spokój, cho  w  rodku a  kipiał ze zło ci. 

Zsiedli z koni dopiero wtedy, gdy najbystrzejsze nawet oko nic nie mogłoby dojrze . 

Biwak  rozło yli  na  ogromnym  pastwisku  jakiej   hacjendy.  Z  daleka  migały  wiatełka 
domostwa. Był to, jak przypuszczali, ostatni — najbardziej wysuni ty na południe — spo ród 
folwarków  w  tym  rejonie.  Po  posiłku  Grandeprise  i  Mariano  udali  si   do  hacjendy,  aby 
zmieni  konie. Taka okazja niepr dko im si  ju  zdarzy.