background image

Ryszard Pietrzak

KOŃ TROJAŃSKI

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1974

Okładkę projektował: Janusz Dubrawski

Redaktor: Wanda Włoszczak

Redaktor techniczny: Anna Lasocka

Korektor: Jadwiga Stuglik

background image

„Tirpitz” opuszcza kryjówkę

Kapitan Marynarki Królewskiej George Gonin wszedł do gmachu Admiralicji od strony prospektu Mall. 

Idąc korytarzem, utrzymanym w stylu typowego ratusza ze środkowej Anglii, oddawał raz po raz honory 
wojskowe.

Wyżsi stopniem oficerowie ledwie zatrzymywali na nim spojrzenie. Niektórzy z nich mogli jedynie się 

domyślać, że ten starszy wiekiem kapitan jest pracownikiem Naval Intelligence Division *. A już tylko paru 
ludzi w Admiralicji wiedziało, co Gonin robi w NID.

Po zwolnieniu z marynarki wojennej pracował przez wiele lat w Antwerpii i stał się specjalistą od spraw 

linii wybrzeża, portów i wód śródlądowych Holandii, Belgii i północnej Francji. Ktoś kiedyś powiedział, że 
gdyby nie natrafiono na Gonina, wywiad morski mógłby zawiesić swą działalność na kołku. Było w tym 
wiele przesady, ale też i ziarno prawdy. Osoby odpowiedzialne za rozpoznanie wybrzeża po drugiej stronie 
kanału La Manche i nad Morzem Północnym dopuściły się bowiem w okresie międzywojennym poważnych 
zaniedbań. Wiara w militarną potęgę Francji była tak silna, że brytyjskie ośrodki planowania i wywiadu nie 
wpadły   na   myśl,   iż   mogą   w   przyszłości   potrzebować   informacji   o   jej   portach   oraz   fortyfikacjach 
obronnych...

Kapitan Gonin szedł jak co dzień rano długim korytarzem, który kończył się jak gdyby małą nawą 

poprzeczną. Ta część pomieszczeń, oddzielona od pozostałych rzędami filarów, należała do biur Ośrodka 
Wywiadu Operacyjnego, pracującego dla sztabu marynarki.

Panował tu hałas i rozgardiasz jak w redakcji dziennika. Co chwila odzywały się telefony, prowadzono 

jednocześnie po kilka rozmów. W wąskich przejściach, łączących poszczególne pokoje, mijały się sekretarki 
z plikami dokumentów oraz taśmami wyrwanymi z dalekopisów.

Gonin   lubił   tę   atmosferę,   lubił   ten   gmach,   który   Churchill   nazwał  „ogromnym   monstrum 

przytłaczającym swoim wyglądem promenadę Gwardii Konnej”.

„Niech sobie będzie monstrum — powiedział ubawiony Gonin, kiedy powtórzono mu to określenie. — 

W każdym razie jest to najlepiej zabezpieczony przed bombami budynek w Londynie. Gruba na dwadzieścia 
stóp ściana z żelazobetonu  — to nie byle co! Nie chciałbym znajdować się na miejscu premiera w jego 
schronie w Storey Gate, zaledwie o sześćset jardów ** od nas. Zapewne myśli niejednokrotnie o tym, czy 
kolejny nalot nie spowoduje zalania schronu wodami Tamizy...”

Kapitan zdawał sobie jednak sprawę, jak wysoką cenę płacili za bezpieczeństwo ludzie tu zatrudnieni. 

Byli całkowicie odizolowani od świata zewnętrznego. Nie docierały do ich pomieszczeń odgłosy ulicy, a 
także śpiew ptaków i szum drzew z pobliskiego parku Świętego Jakuba. Nie wiedzieli nawet, czy pada 
deszcz, czy też świeci słońce. Paliło się tutaj zawsze elektryczne światło, ponieważ nie było okien. Tak 
wyglądało serce NID.

Kapitan Gonin otworzył drzwi swego pokoju i wszedł do środka. Przekręcił wyłącznik, zdjął czapkę i 

ściągnął z siebie marynarski płaszcz. Miał zwyczaj przystępowania od razu do pracy. Podszedł do sejfu w 
ścianie i wyjął pokaźnych rozmiarów publikację, która przypominała album prac graficznych.

Na okładce wydrukowano dużymi literami: Port w Saint-Nazaire. Dok „Normandie”. Opis nowych śluz 

wraz z rysunkami. Pod spodem zaś: Instytut Projektów Inżynieryjnych na Great George Street.

Ilekroć   Gonin   brał   do   rąk   tę   publikację,   zawsze   uśmiechał   się   ironicznie.   Trafił   na   nią   zupełnie 

przypadkowo. Jeden z jego kolegów znał pewnego inżyniera z tegoż Instytutu, który dziwnym zbiegiem 
okoliczności mieścił się niedaleko od gmachu Admiralicji. Z tego faktu Gonin wysnuł wniosek, że wywiad 
morski, podobnie zresztą jak i inne służby rozpoznawcze, dochodzi niekiedy do ważnych odkryć w sposób z 
góry   nie   planowany   lub   wręcz   przypadkowy.   Wartościowe   materiały   o   istotnym   znaczeniu   dla   tajnych 
operacji   zamiast   znajdować   się   w   sejfach   NID   zalegały   po   prostu   na   półkach   w   różnych   cywilnych 
instytucjach i mógł do nich zajrzeć każdy, kto tylko miał na to ochotę.

Usiadł   za   biurkiem   i   zaczął   studiować   opis   śluz.   Robił   to   już   od   dawna,   sporządzając   przy   tym 

szczegółowe notatki, które przenosił do tajnego brulionu. Na jego okładce umieścił napis: St. Nazaire — cel 
ataku
.

* Oddział Wywiadu Morskiego (ang.)
** Angielskie miary długości: stopa = 30,48 cm, jard = 0.9144 m

background image

Gonin jako jeden z pierwszych w NID wysunął śmiały pomysł rajdu na tę bazę morską w okupowanej 

przez   Niemców   zachodniej   części   Francji.   Wielokrotnie   rozmawiał   na   ten   temat   ze   swymi   kolegami   z 
wydziału niemieckiego i z sekcji Kriegsmarine. Ryzykowny projekt, uznawany początkowo za fantazję, 
stopniowo   zaczął   wywoływać   coraz   większe   zainteresowanie   i   znajdować   nowych   zwolenników.   Z 
dokonywanych analiz niezbicie wynikało, że w nabierającej rozmachu bitwie o Atlantyk francuskie porty 
Biest, Lorient i St. Nazaire odgrywają zasadniczą rolę, o wiele ważniejszą niż porty norweskie. Niemcy 
urządzili w nich bazy dla swych okrętów podwodnych, tam znalazły schronienie ciężkie jednostki nawodne 
Kriegsmarine, stamtąd wreszcie bez przeszkód można było wypływać na ocean. Każdy z pracowników NID 
zdawał sobie z tego sprawę, ale tylko nieliczni wiedzieli, że jedna z tych baz — St. Nazaire — spełnia w tym 
systemie   rolę   szczególną.   Jeszcze   przed   wojną   Francuzi   zbudowali   tam   nowoczesny   suchy   dok 
„Normandie”, zaliczany do największych w świecie, który w warunkach wojennych mógł być wykorzystany 
do przeglądu i remontów wszystkich bez wyjątku krążowników i pancerników Kriegsmarine. Na liście tych 
jednostek znajdował się też  „Tirpitz” — bliźniak zatopionego  „Bismarcka”, groźny olbrzym wywołujący 
niepokój w Admiralicji od czasu, gdy wszedł do akcji.

Jeszcze   świeżo   w   pamięci   mieli   wszyscy   rajd  „Bismarcka”,   który   po   zatopieniu   „Hooda”,   dumy 

Królewskiej Marynarki, wycofywał się pośpiesznie atlantyckim szlakiem do St. Nazaire, bo tylko tam, w 
doku  „Normandie”,   ekipy   stoczniowców   mogły   mu   przywrócić   bojową   sprawność   i   usunąć   liczne 
uszkodzenia. Żaden inny francuski port, też przecież wyposażony w urządzenia naprawcze, nie sprostałby 
temu zadaniu.

„Bismarck” poszedł na dno  — m.in. dzięki brawurowej akcji polskiego niszczyciela ORP  „Piorun”, 

który w decydującym momencie jako pierwszy wytropił nieprzyjaciela i zmusił go do nawiązania kontaktu 
ogniowego, ułatwiając w ten sposób wprowadzenie do walki głównych sił pościgowych  — ale na arenie 
pojawił   się   wkrótce   jego   następca,  „Tirpitz”.   Cały   NID   postawiono   na   nogi,   żeby   śledzić   ruchy   tego 
pancernika.   Niemcy   tym   razem   działali   ostrożniej,   nie   mogli   sobie   po   prostu   pozwolić   na   stratę 
największego okrętu. Dopóki „Tirpitz” był w Norwegii, wywiad na ogół szybko uzyskiwał informacje o jego 
rejsach. W Altafiord, gdzie mieściła się jego baza paliwowa, w Trondheim i w innych portach norweskich 
Brytyjczycy zdołali zorganizować sprawną sieć agentów, którzy drogą radiową meldowali o każdym wyjściu 
pancernika w morze. Oczywiście były to informacje niepełne, bo nikt poza niemiecką załogą nie wiedział, 
dokąd i po co okręt wypływa, ale już sam fakt opuszczenia bazy alarmował jednostki Home Fleet operujące 
na Morzu Północnym.

W tym okresie nie liczono się jeszcze z możliwością skierowania „Tirpitza” do korsarskich działań na 

Atlantyku. Samotny rejs był mało prawdopodobny. Asysta dwóch innych lekkich pancerników, ,,Lützowa” i 
„Scheera”, które także stacjonowały w portach norweskich, nie dawała jeszcze gwarancji przedarcia się na 
ocean   dwoma   dostępnymi   szlakami   między   Szkocją   a   Islandią   lub   przez   Cieśninę   Duńską.   Nic   więc 
dziwnego,   że   projekt   ataku   na   St.   Nazaire,   podnoszony   ciągle   przez   Gonina,   nie   wchodził   w   fazę 
praktycznych   przygotowań.   Szkoda   było   ponosić   ryzyko   w   warunkach,   kiedy   dotarcie  „Tirpitza”   do 
obserwowanej ustawicznie francuskiej bazy pozostawało w sferze przypuszczeń.

Sytuacja uległa radykalnej zmianie pół roku później. Korzystając ze sztormowej pogody i mgły, przez 

kanał La Manche pod nosem czuwających Brytyjczyków przepłynął z Brestu do Wilhelmshaven silny zespół 
Kriegsmarine, złożony z pancerników  „Scharnhorst” i „Gneisenau”, ciężkiego krążownika ,,Prinz Eugen” 
oraz licznych niszczycieli, torpedowców, trałowców i ścigaczy. Był to zaskakujący policzek dla Royal Navy, 
panującej   rzekomo   niepodzielnie   w   strefie   Kanału.   Kompromitująca   porażka   poderwała   autorytet 
Admiralicji,   wywołała   burzę   protestów   w   prasie   i   Izbie   Gmin,   przygnębienie   zapanowało   w   szerokich 
kręgach społeczeństwa. W tych dniach goryczy i gniewu uświadomiono sobie, jak bardzo iluzoryczne były 
nadzieje na przewagę Królewskiej Marynarki na morzu, skoro nieprzyjaciel bezkarnie przedefilował przez 
strzeżone wody, ignorując nawet artylerię nadbrzeżną.

W  Ośrodku Wywiadu Operacyjnego ludzie  nie mogli sobie spojrzeć  w oczy. Z  tym  większą  więc 

zaciekłością przystąpiono do rozwiązania zagadki, w jakim celu Niemcy przegrupowali swe okręty i co mają 
zamiar   uczynić   w   najbliższych   tygodniach.   Niewielką   pociechą   był   fakt   uszkodzenia  „Gneisenaua”   i 
„Scharnhorsta”, które najechały na miny już w pobliżu baz niemieckich.

Wydawało się, że w zmienionej sytuacji operacyjnej, kiedy Kriegsmarine zgromadziła w basenie Morza 

Północnego   wszystkie   ciężkie   jednostki,   nieprzyjaciel   podejmie   nowe   akcje   zaczepne   niezależnie   od 
potęgujących się działań okrętów podwodnych. Główną uwagę zwracano nadal na „Tirpitza”, który teraz w 
godnym   towarzystwie   mógł   zintensyfikować   swe   rajdy   i   wyjść   na   dłuższe   trasy.   Pancernikiem   tym 
interesował się nawet sam Churchill. W odręcznej notatce przekazanej Admiralicji napisał on:  „»Tirpitz« 
odgrywa   wobec   nas   taką  samą   rolę,   co  »King   George   V«   na   Oceanie   Indyjskim   wobec   Japończyków. 
Stwarza   poczucie   stałej   obawy   i   zagrożenia   czającego   się   ze   wszystkich   stron.   Pojawia   się   i   znika, 

background image

powodując zamieszanie i zamęt”.

Specjaliści z NID przewidywali dwa warianty działań: rozwinięcie na szerszą skalę akcji przeciwko 

konwojom płynącym do portów radzieckich przez Morze Barentsa lub przedarcie się zespołu pancerników 
na Atlantyk.

Pierwszy   wariant,   choć   także   niebezpieczny,   potraktowano   jako   mniejsze   zło.   Konwoje   do   ZSRR 

płynęły   i   tak   nieregularnie,   dostawy   uzbrojenia   i   sprzętu   opóźniały   się,   mimo   składanych   oficjalnie 
deklaracji o gotowości spełniania sojuszniczych zobowiązań. Kierując się wyłącznie własnym interesem i 
wyrachowaniem   politycznym   Brytyjczycy   mogli   je   całkowicie   zawiesić   na   pewien   okres,   co   zresztą 
nastąpiło kilkakrotnie.

Drugi   wariant   z   punktu   widzenia   Londynu   krył   w   sobie   widmo   poważniejszej   katastrofy.   Gdyby 

„Tirpitz” z grupą innych pancerników zdołał się przedrzeć na ocean  — zachęcony świeżym przykładem 
swobodnego przejścia przez kanał La Manche — i gdyby włączył się do działań korsarskich na Atlantyku, 
wspierając akcje U-bootów, los wielu konwojów byłby ostatecznie przesądzony. Wielka Brytania opierała 
swą wojenną egzystencję na dostawach z zewnątrz, głównie ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Przecięcie 
tych życiodajnych arterii lub zakłócenie ich normalnego funkcjonowania groziło następstwami, o których 
przeciętny mieszkaniec Wysp myślał zawsze z trwogą.

I wtedy właśnie, w obliczu coraz wyraźniej rysującego się niebezpieczeństwa, na porządku dziennym w 

NID stanęła sprawa rajdu na St. Nazaire. Tylko w tym porcie  „Tirpitz” mógł liczyć na remont w razie 
doznania   uszkodzeń   podczas   swych   atlantyckich   rejsów.   Zniszczenie   doku  „Normandie”   odebrałoby 
Niemcom tę nadzieję, zredukowało co najmniej o połowę operacyjną wartość pancernika, która tkwiła nie 
tylko w jego właściwościach taktyczno-technicznych, w potędze artylerii i grubości pancerza, ale także w 
sprawności   zaplecza,   w   skomplikowanym   zespole   środków   niezbędnych   do   regeneracji   okrętu.   W   to 
zaplecze Brytyjczycy chcieli wymierzyć celny cios.

Gonin mógł więc teraz solidnie zabrać się do roboty.
Tego   dnia   w   ciągu   kilku   godzin 

analizował   rysunki   doku  „Normandie”   i 
jeszcze   raz   przyjrzał   się   dokładnie   jego 
położeniu   w   porcie.   Obiekt   sprawiał 
imponujące wrażenie — przy swej długości 
sięgającej   blisko 350  metrów  i  szerokości 
50 metrów mógł przyjąć statek lub okręt o 
wyporności   85   000   ton,   a   więc   każdą   ze 
znanych wówczas jednostek pływających w 
świecie.   Powstał   niejako   z   konieczności, 
gdy w St. Nazaire przystąpiono do budowy 
transatlantyku  „Normandie”   —   flagowego 
statku francuskiej floty pasażerskiej.

Połączono   wówczas   bezpośrednio   z 

ujściem Loary wielki basen wewnętrzny — 
Bassin de Penhouet, tworząc w ten sposób 
trzecie wejście do portu.

Patrząc na rysunki doku, Gonin widział 

plastycznie cały port.

Dok  „Normandie”   połączony   był   z 

basenem Penhouet, a ten z kolei z basenem 
zewnętrznym — basenem St. Nazaire.

Do   basenu   St.   Nazaire   prowadziły   z 

ujścia   Loary   dwa   bezpośrednie   wejścia, 
jedno   z   nich   od   południa,   niemal 
równoległe z biegiem rzeki, ochraniały dwa 
długie falochrony, zbiegające się ku sobie i 
tworzące   awanport,   w   którym   statki 
oczekiwały   na   zwolnienie   miejsca   przy 
nabrzeżu.   Drugie,   tzw.   Stare   Wejście, 
znajdowało się od strony wschodniej i było 
chronione   przez   molo,   spełniające   rolę 
falochronu, nazwane Starym Molo.

background image

Wyporność „Tirpitza” wynosząca ponad 42 000 ton powodowała, że te dwa wejścia nie mogły być w 

ogóle brane pod uwagę. Przez pierwsze z nich mogła przepłynąć do basenu St. Nazaire, a następnie do 
basenu  Penhouet   jednostka   o   wyporności   najwyżej   10   tysięcy   ton.   Drugie,   od   strony  wschodniej,   było 
jeszcze mniejsze.

Pozostawało więc tylko trzecie wejście — dok „Normandie”, który pełnił jednocześnie funkcję śluzy.
Zamykały go z dwóch stron dwa ogromne kesony — zewnętrzny i wewnętrzny. Gdy statek przesuwał 

się do basenu Penhouet, kesony były kolejno uruchamiane za pomocą urządzeń z napędem hydraulicznym. 
Gdy zaś chciano skorzystać z suchego doku, oba kesony zamykano i wypompowywano wodę.

Gonina interesował przede wszystkim zewnętrzny keson, który należyto zniszczyć.
Jak tego dokonać?
Zajrzał jeszcze raz do swoich obliczeń w brulionie.
Wrota   śluzy   w   St.   Nazaire   miały   ponad   50   metrów   długości,   10   metrów   szerokości   i   16   metrów 

wysokości. Była to konstrukcja wyjątkowo silna, zdolna nie tylko powstrzymać ciśnienie wody na zewnątrz, 
lecz również zabezpieczona przed przypadkowymi zderzeniami ze statkiem.

Podobnie   zaprojektowane   i   wykonane   zostały   wrota   śluzy   w   wielkim   doku   Króla   Jerzego   V   w 

angielskim porcie Southampton...

Zajęty pracą Gonin nie zauważył nawet, kiedy pojawiła się sekretarka.
— Przesyłka z Medmenham, sir.
Spojrzał na sporych rozmiarów pakiet, który mu podała. W rogu znajdował się symbol „A

1

” i jedynie 

pracownicy wywiadu wiedzieli, iż oznacza on informacje najwyższej wagi.

— Kiedy to nadeszło?
— Przed chwilą, sir.
Sekretarka opuściła pokój.
Kapitan nie miał wątpliwości, że są to zdjęcia z ośrodka w Medmenham. Przed paroma miesiącami 

zwrócił się do wywiadu lotnictwa o sporządzenie w oparciu o fotografie lotnicze dużego modelu bazy w St. 
Nazaire.   Później   pojechał   do   Medmenham   i   dokładnie   omówił   wszystko   z   ekspertami.   Zdjęcia   zostały 
powiększone do rozmiarów stołu. Można było na nich rozróżnić nie tylko stanowiska dział oraz budynki w 
porcie, lecz i drzwi do nich.

Nienasyceni   saperzy   podpułkownika   Newmana   żądali   jednak   ciągle   nowych   danych   i   to   tak 

natarczywie, że niekiedy Gonina i jego współpracowników wyprowadzało to z równowagi. Spory kończyły 
się zazwyczaj pojednawczo, bo w końcu uczestnicy wypadu mieli prawo znać różne, pozornie nawet drobne 
szczegóły techniczne w urządzeniach i obiektach portowych, które miały być zniszczone. Czekała ich praca 
w ciemnościach pod morderczym ogniem Niemców.

Toteż   Gonin   nie   zdziwił   się   na   widok   wręczonej   mu   koperty.   Zawierała   na   pewno   serię   zdjęć   z 

kolejnego   lotu   rozpoznawczego   w   strefie   portu.   Jeszcze   dziś   po   wstępnej   analizie   cenny   materiał 
fotograficzny powinien znaleźć się w Dowództwie Operacji Połączonych.

Kapitan zaczął ostrożnie rozrywać pieczęcie...

Sprawa beznadziejna

Komandor Hughes-Hallett wyraźnie się ożywił.
—   Wspaniale,   Ryder!   Zna   pan  świetnie   historię   wojen   morskich.   Istotnie,   lord   Cochrane   po   raz 

pierwszy użył okrętu zawierającego materiał wybuchowy... Było to w roku tysiąc osiemset dziewiątym, przy 
zachodnim wybrzeżu Francji...

— Nawet niedaleko Saint-Nazaire, panie komandorze.
—   Zadziwia   mnie   pan,   Ryder.   Zatem   historia   się   powtórzy   i   to   niemal   w   tym   samym   miejscu... 

Przypuszczam, że przestudiował pan również rajd na Zeebrugge, we Flandrii, z ostatniej wojny?

— „Vindictive” odegrał tam podobną rolę, jak okręt Cochrane'a...
— Wystarczy. Jest pan dobrze zorientowany, Ryder...
Komandor porucznik Robert Ryder poczuł się jak na egzaminie. Czy ci sztabowcy uważają oficerów 

liniowych   za   ograniczonych?   Nie   miał   jednak   do   Hughes-Halletta   pretensji.   Ogromna   wiedza   i 
doświadczenie   upoważniały   komandora   do   takiego   prowadzenia   rozmowy.   Domyślał   się   poza   tym,   że 
zadawane w lekkiej formie pytania miały pewien cel...

Ryder wezwany został do Dowództwa Operacji Połączonych wraz z podpułkownikiem Newmanem, 

który siedział obok niego, pykał fajkę i obojętnie przysłuchiwał się tej wymianie zdań.

Po   drugiej   stronie   prostokątnego   stołu   obok   Hughes-Halletta   zajmował   miejsce   jego   najbliższy 

background image

współpracownik, komandor porucznik Luce.

Na stole leżała duża mapa ujścia Loary.
— Dajmy sobie na razie spokój z historią.  — Komandor Hughes-Hallett splótł dłonie.  — Chciałbym 

panom   zakomunikować,   że   w   operacji  „Rydwan”   weźmie   udział   niszczyciel   typu  „Town”.   Jeden   z 
pięćdziesięciu,   które   przekazali   nam   Amerykanie.   Admiralicja   nie   wie,   co   z   nimi   zrobić,   takie   są 
przestarzałe. No cóż, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, choć, prawdę mówiąc, to sojusznicy 
mogliby  nam przysłać coś  lepszego...  Niektórzy wprawdzie uważają, że jest to zbyt cenna jednostka na taki 
wypad... Co pan o tym sądzi, Ryder?

Komandor porucznik Ryder poruszył się niespokojnie.
— Myślę, że tak duży okręt nie powinien uczestniczyć w rajdzie, panie komandorze.
— Dlaczego? — Hughes-Hallett zmarszczył brwi. Ryder pochylił się nad mapą.
—   Ponieważ   uzależnieni   będziemy   wówczas   od   przypływu   morza,   a   to   określi   ściśle   termin 

przeprowadzenia   akcji.   Ujście   Loary   pokrywają   mielizny,   z   których   największe   wynurzają   się   na 
powierzchnię   przy   odpływie.   Ale   nas   przecież   odpływ   morza   nie   interesuje.   Niszczyciel   będzie   mógł 
bowiem wejść do portu tylko podczas przyboru wód. I to jedynym kanałem żeglownym — Les Charpentier, 
wąskim, wijącym się zakrętami i posiadającym około pięciu mil długości *. Przez większą część swej trasy 
przebiega   on   w   pobliżu   północnego   brzegu,   na   którym,   jak   należy   przypuszczać,   znajdują   się   baterie 
nieprzyjaciela...

Komandor   Hughes-Hallett   spojrzał   na   Rydera   z   uznaniem,   a   potem   odwrócił   się   do   swego 

współpracownika.

— Słyszał pan, Luce? A jeśli zmniejszymy ładunek okrętu?
— Wówczas nie potrzebujemy płynąć kanałem Les Charpentier — odpowiedział Ryder. — Możemy iść 

na wprost przez płycizny, mniej więcej środkiem ujścia rzeki, i oczywiście podczas przypływu. Trzeba się 
jednak liczyć z możliwością utknięcia na jakiejś mieliźnie... Ja nie wierzę, panie komandorze, abyśmy mogli 
poważnie zmniejszyć zanurzenie okrętu...

— On nie wierzy, Luce — rzekł Hughes-Hallett.  — A pan, Newman — zwrócił się do milczącego 

dotychczas podpułkownika — czy pan podziela zdanie swojego kolegi?

Podpułkownik Newman wypuścił kłąb dymu.
— Tak jest, sir.
— Oni się umówili, Luce — komandor Hughes-Hallett wyglądał na lekko zniecierpliwionego. — A pan 

sobie   wyobraża,   Ryder,   że   mała   jednostka   może   się   wbić   w   konstrukcję   kesonu   doku  „Normandie”, 
staranować go? Przecież tam są solidne odbojnice palowe, nie mówiąc już o innych wzmocnieniach. Zna pan 
dok Króla Jerzego V w Southampton? To jest prawie to samo...

— Nie myślałem jeszcze o tym, panie komandorze.
—   Nareszcie   się   pan   poddaje!  —   Hughes-Hallett   triumfował.  —   Ma   pan   jednak   rację   w   jednym 

punkcie. Do portu możecie wpłynąć jedynie wtedy, gdy poziom wód będzie wysoki. Zwrócimy się w tej 
sprawie   do   Instytutu   Przypływów   i   Odpływów   Morza   w   Liverpool...   A   teraz,   Luce,   ponieważ   Ryder 
wspomniał o obronie nieprzyjaciela, zreferuje pan to zagadnienie...

Komandor porucznik Luce otworzył czarną teczkę i wyjął jakieś notatki.
— Są to dane wywiadu. Ze zdjęciami lotniczymi zapoznają się panowie później...
— Miejmy nadzieję, iż są to dane prawdziwe i że nie wzięli makiet za działa — wtrącił Hughes-Hallett.
— Komandor porucznik Ryder nadmienił o północnym brzegu, wzdłuż którego prowadzi kanał Les 

Charpentier  —   mówił   Luce,   nie   speszony   zgryźliwą   uwagą   zwierzchnika.  —   Rzeczywiście   jest   on 
najbardziej   niebezpieczny.   Znajdują   się   tu   aż   trzy   baterie   artylerii   nadbrzeżnej,   składające   się   z   dział 
średniego   i   dużego   kalibru.   Mogą   strzelać   zarówno   do   celów   ruchomych   na   morzu,   jak   i   do   okrętów 
płynących kanałem. Jeśli uda się minąć mieliznę Les Morées, łatwo ją poznać, gdyż stoi na niej wieża — 
Luce wskazał omawiane miejsce na mapie — wówczas nic was nie powstrzyma w drodze do doków...

— Pocieszająca wiadomość, Ryder! — powiedział komandor Hughes-Hallett.
— Oprócz baterii artylerii nadbrzeżnej  — kontynuował Luce  — są tam jeszcze dwie baterie artylerii 

przeciwlotniczej dużego kalibru. Jedna z nich umieszczona na brzegu północnym, w pobliżu Villeés-Martin, 
druga na brzegu południowym, na południe od cypla Mindin — Luce znów dotknął ołówkiem mapy. — Są 
to działa szybkostrzelne osiemdziesiąt osiem milimetrów. Nie jesteśmy pewni obecności tej drugiej baterii, 
wiemy   natomiast,   że   na   samym   cyplu   jest   bateria   armat   przeciwlotniczych   o   kalibrze   czterdzieści 
milimetrów, które mogą was porazić z małej odległości, gdy będziecie w pobliżu doków...

* Mila morska (międzynarodowa) = 1852,5 m; mila lądowa angielska = 1609 m

background image

— Teraz będzie coś dla Newmana, który, jak widzę, jest już wyraźnie znudzony — przerwał Hughes-

Hallett.

Podpułkownik Newman podniósł głowę i odłożył fajkę.
— Ostatnia  linia  obrony brzegowej — ciągnął  monotonnym głosem komandor porucznik Luce  — 

składa się ze stanowisk artylerii przeciwlotniczej na nabrzeżach, falochronach i molo. Są to armaty Boforsa i 
Oerlikony, które mogą prowadzić ogień zarówno do celów powietrznych, jak i bronić portu przed desantem 
morskim. Umieszczono je na wybetonowanych stanowiskach. Odległość między nimi wynosi około dwustu 
jardów. Przypuszczamy, że takich stanowisk jest na tym obszarze osiemnaście. Oczywiście, armaty te nie 
zagrożą niszczycielowi, będą jednak groźne dla kutrów, a przede wszystkim dla ludzi. Tym bardziej że 
znajdują się tam również reflektory...

Newmana, który przysłuchiwał się ostatniej wypowiedzi Luce'a z napiętą uwagą, zainteresowały dalsze 

szczegóły.

— Jakie mamy informacje o garnizonie nieprzyjaciela? — spytał, biorąc do ręki kolorowy ołówek.
— Niemcy posiadają w Saint-Nazaire brygadę polową, która wyposażona jest w ciężkie moździerze i 

armaty przeciwpancerne. Ale to jeszcze nie wszystko — Luce zaszeleścił notatkami. — W walce przeciwko 
desantowi   może   wziąć   także   udział   liczny   personel   Kriegsmarine,   przebywający   na   lądzie,   oraz   grupy 
robocze z Organizacji Todta.

— A pola minowe, zagrody sieciowe, słowem przeszkody podwodne? — zapytał komandor porucznik 

Ryder.

—   Przykro   mi,   Ryder,   ale   na   ten   temat   nic   nie   możemy   powiedzieć  —   Hughes-Hallett   rozłożył 

bezradnie ręce. — Przyjmujemy po prostu, że ich nie ma... Luce, może pan jeszcze wspomni o radarze...

— Wiemy na pewno,  że stacja radiolokacyjna znajduje się na przylądku Le Croisic  — mówił znowu 

komandor porucznik Luce. — Być może, że jest jeszcze jedna na wyspie Noirmoutier, ale ta właściwie nas 
nie interesuje. Jest mało prawdopodobne, abyście znaleźli się w jej zasięgu. A już niepodobieństwem jest, by 
wykryły  was   przedtem   mniejsze   zespoły  radiolokacyjne   na   lądzie:   przy  bateriach   artylerii   nadbrzeżnej, 
reflektorach czy stanowiskach artylerii przeciwlotniczej. Prędzej możecie się natknąć na jakąś jednostkę u 
wejścia do kanału, która będzie miała bezpośrednią łączność z bateriami artylerii nadbrzeżnej. Mogą tam 
również patrolować silnie uzbrojone trałowce oraz torpedowce. Zaś około tysiąca jardów na południe od 
Starego Molo zakotwiczony bywa zwykle okręt osłony...

— Zdaje się, że sprawa wygląda beznadziejnie — komandor Hughes-Hallett spojrzał na Rydera, później 

na Newmana i westchnął głęboko.

— Taka sprawa wygląda zawsze beznadziejnie — powiedział nieoczekiwanie podpułkownik Newman. 

— Jeśli jednak będziemy wiedzieli, gdzie są poszczególne działa, wystarczyć może jeden żołnierz, który 
paroma granatami zlikwiduje całą obsługę. To samo dotyczy operacji na większą skalę. Rzecz jasna, że 
nieprzyjaciel stara się uniknąć zaskoczenia. Nie może jednak obsadzać w nieskończoność swoich stanowisk, 
nie może ciągle utrzymywać swoich ludzi w stanie gotowości bojowej, ponieważ będą wyczerpani i zasną na 
posterunku.

Hughes-Hallett promieniował zadowoleniem.
— Brawo, Newman! Wygłosił pan chyba najdłuższe przemówienie w swoim życiu! Zaskoczenie będzie 

zawsze istotnym czynnikiem w walce... A teraz pragnąłbym, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Głównym 
celem rajdu jest dok  „Normandie” i to nie podlega dyskusji. Musicie zniszczyć ten dok, znajdujące się 
pomiędzy nim a basenem St. Nazaire urządzenia z napędem hydraulicznym oraz stację pomp. Otrzymacie 
model portu i wówczas zapoznacie się ze wszystkim dogłębnie. Dziś obejrzycie sobie plan doków...

Komandor   Hughes-Hallett   wysunął   szufladę   i   wyciągnął   z   niej   duży   arkusz   planu.   W   pokoju 

zapanowała cisza. Przez okna widać było panoramę Londynu: budynek Ministerstwa Spraw Zagranicznych, 
ogród posesji pod numerem 10 przy Downing Street, gdzie mieściła się siedziba premiera, staw w Parku 
Świętego   Jakuba   oraz   Pomnik   Bohaterów   Wojny.   Zapadł   wczesny   zimowy   zmierzch.   Nad   miastem 
roztaczała   się   już   przedwieczorna   mgła.   W   przedłużającej   się   ciszy   słychać   było   wyraźnie   odgłosy   z 
zewnątrz:  klaksony autobusów  i  taksówek,  szum  pociągów  odjeżdżających z   Dworca  Wiktorii,  sygnały 
mgłowe rozlegające się w porcie. Za kilka godzin Londyn ułoży się do snu. Będzie to noc spokojna, nad 
miastem nie pojawią się tak jak w roku 1940 samoloty Luftwaffe. Tylko o setki i tysiące kilometrów stąd 
płonąć będą na morzach storpedowane przez niemieckie okręty podwodne statki, a późnym wieczorem w 
gmachu Admiralicji znane już będą dokładnie straty...

Hughes-Hallett położył plan doków przed Ryderem i Newmanem.
—  Jak  panowie  zapewne  wiedzą,  Saint-Nazaire  jest  trzecią  pod  względem   wielkości,  po  Lorient  i 

Breście, nieprzyjacielską bazą U-bootów na okupowanych terenach. Zrozumiałe staje się przeto, że atakując 
port powinniśmy jednocześnie spowodować jak największe szkody w tej bazie. Została ona usytuowana po 

background image

zachodniej stronie basenu Saint-Nazaire. Trzeba przyznać, że jest to wprawiająca w podziw konstrukcja 
czterech żelazobetonowych schronów. W każdym z nich mogą się pomieścić trzy U--booty. Poza tym są trzy 
schrony spełniające rolę suchego doku; w jednym takim schronie mogą się znajdować dwa U-booty. Daje to 
w   sumie   osiemnaście   okrętów   podwodnych,   zabezpieczonych   przed   bombami.   Widziałem   zdjęcie, 
dostarczone przez naszego agenta, które panowie jeszcze otrzymają do wglądu. Stąd też mój podziw dla tej 
budowli...

Komandor Hughes-Hallett zapalił lampę, nie przerywając swego wywodu:
—   Zburzenie   schronów   oraz   znajdujących   się   w   tej   samej   części   portu   Warsztatów   remontowych 

uważamy  za   zadanie   niezwykle   trudne,   może   nawet   niemożliwe   do   wykonania.   Będziemy,   oczywiście, 
starali się znaleźć słabe punkty, pracujemy nad tym od dawna. Już w przypadku wysadzenia śluz w basenach 
portowych   mogą   być   odczuwalne   pływy,   a   to   spowodowałoby   uszkodzenie   U-bootów...   W   tej   chwili 
chciałbym jednak zwrócić uwagę panów na coś innego. Otóż na zmeliorowanym gruncie, na wschód od 
doku  „Normandie”, zostały umieszczone zbiorniki paliwa dla okrętów podwodnych. Chciałbym, abyście 
panowie   zdali   sobie   sprawę   ze   znaczenia   tej   informacji.   Z   jednej   strony   doku   urządzenia   z   napędem 
hydraulicznym i stacja pomp, z drugiej — owe zbiorniki paliwa. Zaiste, kąsek to nie do pogardzenia...

Hughes-Hallett potarł w zamyśleniu czoło. Był wyraźnie zmęczony przedłużającym się spotkaniem.
— Zrobimy wszystko, żebyście wpłynęli do porti niezauważeni. — Mówił już znacznie wolniej i bez 

początkowego zapału.  —  Dlatego też zwróciliśmy się do dowództwa lotnictwa bombowego z propozycją 
wykonania ataku dywersyjnego na obszar doków w Saint-Nazaire. Atak zostałby przeprowadzony przed 
lądowaniem desantu. Liczymy na to, iż odwróci on uwagę stacji radiolokacyjnej na przylądku Le Croisic i 
zagłuszy warkot silników naszych kutrów wpływających do ujścia Loary. Wydaje nam się także, że dym z 
płonących  zabudowań,   zablokowane   jezdnie   i  przejścia  oraz   przerwana   łączność   zdezorganizują  obronę 
nieprzyjaciela. A o to nam przecież chodzi...

Komandor Hughes-Hallett wstał, dając tym samym znak, że rozmowa jest skończona.
Ryder, Newman i Luce podnieśli się również.
Za oknami przebijały przez mgłę blade światła Londynu...

Ostatnie przygotowania

Już z nabrzeża basenu wyposażeniowego Stoczni Devonport w Plymouth komandor porucznik Robert 

Ryder zauważył, że okręt wygląda dziwacznie. W każdym razie nie był podobny do znajomej sylwetki, którą 
widział przed kilkoma tygodniami w Portsmouth, gdy przybył tam wówczas z Newmanem.

HMS „Campbeltown”, bo taką nazwę nosił niszczyciel, miał usunięte dwa tylne kominy, zaś przednie 

zostały   skrócone   i   ścięte   na   ukos.   Upodabniało   to   okręt   do   niemieckich   torpedowców   typu  „Möwe”, 
grasujących na wodach Zatoki Biskajskiej, a o to przecież chodziło.

Podchodząc bliżej Ryder zobaczył, że pomost bojowy osłonięto już płytami pancernymi, w których 

znajdowały się szczeliny obserwacyjne umożliwiające sterowanie i dowodzenie okrętem. Arkusze stalowej 
blachy   zainstalowano   też   poniżej   relingów,   dzięki   czemu   komandosi   mogli   znaleźć   schronienie   przed 
nieprzyjacielskim ogniem. Na niszczycielu nie było już dział artylerii głównej poza jedną szybkostrzelną 
armatą przeniesioną na dziób.

Kiedy po desce, która służyła za trap, wszedł na pokład, stwierdził z zadowoleniem, że prace posuwają 

się   wyraźnie   do   przodu   i   nie   przerywa   się   ich   nawet   na   moment.   Na   okręcie   krzątali   się   robotnicy 
stoczniowi; rozbrzmiewał huk młotów, słychać było syk palników. Dookoła walały się puszki po farbie i 
blaszanki po oleju. Po chwili z jakiegoś zakamarka wyszedł oficer w roboczym mundurze z umorusaną 
smarem   twarzą.   Ryder   z   ledwością   rozpoznał   w   nim   komandora   podporucznika   Stephena   Beattie'go, 
dowódcę „Campbeltowna”.

— Co nowego, Beattie?
— Dużo jeszcze mamy do zrobienia, panie komandorze.
Przeszli na rufę. Ryder z mieszanymi uczuciami spoglądał na ogołocony pokład. Nie było już na nim 

wyrzutni bomb głębinowych.

— A co z wyrzutniami torpedowymi, Beattie?
— Dziś będziemy je usuwali.
Wszystko odbywa się zgodnie z planem  — pomyślał Ryder. Niewątpliwie uda się nieco zmniejszyć 

zanurzenie okrętu. Tylko, że będzie on teraz bezbronny...

Beattie jak gdyby odgadł jego myśli.
— Dobrze, że dostaniemy te Oerlikony, panie komandorze.

background image

Była to mała pociecha. Obaj wiedzieli, że osiem  Oerlikonów  o kalibrze 20 mm to nie jest siła, którą 

można przeciwstawić  bateriom artylerii nadbrzeżnej. Dzięki nim mogli co najwyżej uciszyć  stanowiska 
artylerii przeciwlotniczej w porcie i osłonić płynące okręty przed atakiem Luftwaffe.

Ryder dotknął opancerzonej płyty przy relingu.
— Nie jest tak gruba, jak przypuszczałem.
— Ma nie więcej niż jedną czwartą cala grubości *, podobnie zresztą jak tamte na pomoście. Wykonane 

zostały za to ze specjalnie hartowanej stali — wyjaśnił komandor podporucznik Beattie.

— To dobrze. Powinny jak najmniej ważyć.  — Ryder wychylił się przez reling i objął spojrzeniem 

rufową część niszczyciela. — Czy uda nam się zmniejszyć zanurzenie na rufie z czternastu do dziesięciu i 
pół stopy, tak jak to proponowali planiści?

— Wątpię, panie komandorze. Może osiągniemy jedenaście stóp, ale i to nie jest pewne.
— Ja również tak sądzę, Beattie.
Komandor   porucznik   Ryder   był   zbyt   zdyscyplinowanym   oficerem,   aby   wspomnieć   Beattie'emu   o 

rozmowie, którą przeprowadził na ten temat z komandorem Hughes-Hallettem. Zdawał sobie sprawę, że 
musi sam szukać wyjścia.

— Zredukujemy do minimum ilość paliwa i słodkiej wody, weźmiemy tylko tyle, żeby wystarczyło na 

dopłynięcie do celu.

— Tak jest, panie komandorze.
I   znów   zrozumieli   się  doskonale.   Gdyby  doszło   do  odwołania   operacji,   a  „Campbeltown”   przebył 

więcej niż połowę drogi, należałoby go wziąć na hol.

Ryder ruszył w kierunku dziobu, wymijając ostrożnie skrzynki po narzędziach i sprzęt stoczniowy.
Myślał już obecnie o czym innym — o ładunku wybuchowym, którym będzie wypełniony niszczyciel. 

Sprawa ta nie była jeszcze załatwiona. Najwięcej kłopotów przysparzał skomplikowany system zapalników 
o działaniu ze zwłoką. Ani Ryder, ani Newman nie mieli zaufania do tych mechanizmów. Obawiali się, że po 
staranowaniu doku  „Normandie” i wycofaniu się Brytyjczyków, Niemcy mogą wejść na okręt i rozbroić 
zapalniki. Z drugiej strony, gdyby eksplozja nastąpiła wcześniej, mogłaby zagrozić zarówno komandosom na 
nabrzeżu, jak i znajdującym się w pobliżu angielskim kutrom. Należało więc zatopić okręt wkrótce po 
staranowaniu   doku.   Zaś   wybuch   głównego   ładunku   powinien   nastąpić   dopiero   wówczas,   gdy 
„Campbeltown” opadnie na dno. W ten sposób niszczyciel wgniótłby nie tylko wrota śluzy do środka i 
zatarasował wejście do doku, lecz spowodowałby dalsze szkody w wyniku eksplozji. Rzecz polegała na tym, 
aby mieć przynajmniej jeden zapalnik, który nie zawiedzie pod wodą...

Oficerowie w milczeniu przeszli na pokład dziobowy. Ryder zatrzymał się obok działa.
W tym momencie podszedł do niego oficer z dwoma złotymi paskami na roboczym mundurze.
Był to kapitan Tibbets, jeden z najlepszych specjalistów od materiałów wybuchowych w Royal Navy.
—  Wynalazł  już   pan  coś,   Tibbets?  —  w  głosie   Rydera   można   było  wyczuć   starannie   maskowane 

napięcie.

Od tego kapitana, który nosił na galowym mundurze baretkę odznaczenia Distinguished Service Cross 

**, zależało bardzo dużo — i to czy „Campbeltown” wypłynie, i czy operacja się powiedzie.

— Tak, panie komandorze — odpowiedział Tibbets.  — Mam taki zapalnik, który może działać pod 

wodą.

— A ładunek wybuchowy? Gdzie go pan umieści? — Ryder nie starał się już ukryć zadowolenia.
— Dokładnie pod pańskimi stopami, panie komandorze.
Komandor spojrzał mimo woli na swoje buty.
— Pod moimi stopami? A więc nad zbiornikami paliwa?!
— Tak. Użyjemy do tego celu dwudziestu czterech bomb głębinowych. Wybuch nastąpi po dwu i pół 

godzinie — wyjaśnił zwięźle kapitan Tibbets.

Tak   więc   etap   przygotowań   zbliżał   się   do   końca.   Ryder   patrzył   na   tych   dwóch   ludzi,   mających 

najtrudniejsze zadanie do spełnienia, i podziwiał ich skromność.

Wchodząc na trap, odwrócił się jeszcze do Beat-tie'go.
—   Miałem   nadzieję,   że   uzyskam   dla   pana   informacje   od   oficerów,   których   statki   zderzyły   się   z 

nabrzeżem. Ci dżentelmeni przejawiają jednak wyraźną niechęć do dyskusji na ten temat...

* Jednostka miary długości stosowana w krajach anglosaskich; ok. 25,4 mm
** Krzyż za Wybitną Służbę (ang.), przyznawany młodszym oficerom marynarki wojennej

background image

Komandor porucznik Beattie uśmiechnął się leciutko:
— Nic dziwnego, nikt nie chce się przyznawać do takich kolizji... Dziób „Campbeltowna” został już i 

bez tych informacji odpowiednio wzmocniony.

*

Transportowiec nazywał się „Princess Josephine Charlotte” i przypłynął do Falmouth z komandosami 

na pokładzie.

Przycumował opodal kutrów w bazie marynarki wojennej. I jeśli było w tym coś niezwykłego, to tylko 

to, że komandosi nie wychodzili wcale na ląd — zostali „zapieczętowani” na okręcie. W czasie wolnym od 
zajęć   oblepiali   relingi   i   patrzyli   na   piękne,   zalesione   wybrzeże.   Obserwowali   też   wpływające   do   portu 
handlowego statki zagraniczne. Żaden z nich jednak nie opuścił okrętu-bazy. Otrzymali w tej sprawie ścisłe 
wytyczne, które były podyktowane koniecznością zachowania bezwzględnej tajemnicy.

Falmouth należał do portów angielskich najbardziej narażonych na penetrację niemieckiego wywiadu. 

Uważano, że nieprzyjaciel może bardzo łatwo przemycić tu swych agentów, między innymi na statkach 
obcych   bander.   Niestety,   ze   względu   na   to,   że   znajdował   się   najbliżej   celu   ataku,   stał   się   miejscem 
koncentracji wojsk przygotowywanych do operacji „Rydwan”.

Podpułkownik Charles Newman stał wśród swoich ludzi na pokładzie, ćmiąc nieodłączną fajkę, i myślał 

o tym, że nie może przecież od nich wymagać, aby przebywali ciągle w pomieszczeniach mieszkalnych. 
Zresztą i tak transportowiec widoczny był z daleka.

Komandosi prowadzili leniwe rozmowy o dziewczynach i o piwie, które ich zdaniem było coraz gorsze. 

Ktoś zauważył, że już od dawna nie widział saperów.

Istotnie,   w   chwili   obecnej   na   okręcie   nie   było   saperów.   Odbywali   oni   pod   dowództwem   kapitana 

Pritcharda  ćwiczenia   w   doku  Króla   Jerzego  V   w  Southampton.  Zapoznawali  się   z  urządzeniami   portu, 
wykonywali niejednokrotnie te same czynności z zawiązanymi chustką oczyma.

Podpułkownik Newman spojrzał na zegarek i skinął na swego adiutanta, kapitana Daya.
— Stan, przyspieszymy odprawę.
— Yes, sir.
Wkrótce w obszernym pomieszczeniu okrętowym zebrali się wezwani przez Newmana oficerowie.
Dwóch   komandosów   wniosło   duży   pakunek,   przykryty   brezentem.   Ustawili   go   pośrodku   kabiny   i 

wyszli.

Kapitan Day zdjął brezent.
Wśród zebranych przeszedł szmer podziwu.
Z zachwytem spoglądali na mistrzowsko wykonany model portu i basenów. Zaznaczone tu były nie 

tylko   magazyny,   dźwigi   i   pomosty   załadowcze,   lecz   i   portowe   tory   kolejowe.   Budynki,   odtworzone   z 
ogromną precyzją, różniły się kształtem i wielkością. Wszystkie były wykończone niezwykle starannie.

Newman, jak to miał w zwyczaju, przystąpił od razu do sedna sprawy.
— Uchwycimy te dwie wyspy — wskazał laseczką wyspę Penhouet, uformowaną od wschodu przez 

dok „Normandie” a od zachodu przez basen St. Nazaire, oraz wyspę St. Nazaire; po jej zachodnie stronie 
znajdował się również basen St. Nazaire oraz prowadzące do niego śluzy.

Nie wymienił ani nazw wysp, ani basenów. Nie mógł zdradzić celu ataku, który był zawsze w takie 

wypadkach osłonięty do końca najgłębszą tajemnicą.

— Wyspy powinniśmy odizolować od lądu stałego poprzez zniszczenie łączących je z nim mostów i 

śluz. Aby tego dokonać, trzeba unieszkodliwić znajdujące się tam stanowiska artylerii przeciwlotniczej — 
wskazywał je po kolei.

Oficerowie przyglądali się uważnie modelowi bazy.
— Przewidujemy trzy rejony lądowania  — kontynuował podpułkownik   Newman.  — W   związku z 

tym oddział nasz podzielony zostanie na trzy grupy. Grupa pierwsza, osiemdziesięciu dziewięciu ludzi pod 
dowództwem kapitana Hodgsona, osiągnie tę wyspę — dotknął laseczką wyspy St. Nazaire — a właściwie 
wybiegający w morze falochron, nazwijmy go Stare Molo. Zwracam nań uwagę panów, ponieważ nastąpi tu 
odwrót...

W tym momencie Newman po raz pierwszy użył prawdziwej nazwy obiektu w porcie St. Nazaire, 

nazwy nie ujawniającej zresztą tajemnicy...

— Grupa druga, osiemdziesięciu pięciu ludzi pod dowództwem kapitana Burna, wyląduje   po obu 

stronach wejścia do tego basenu — wskazał wschodnie wejście do basenu St. Nazaire. — Znajduje się ono 
pomiędzy dwoma interesującymi nas wyspami. Jest to tak zwane Stare Wejście...

background image

Po raz drugi wymienił Newman prawdziwą nazwę.
— I wreszcie grupa trzecia, siedemdziesięciu pięciu ludzi, którą będzie dowodził mój zastępca major 

Copeland, wyląduje po obu stronach tego suchego doku. Dok zostanie uprzednio staranowany przez okręt...

Rozległ się znów szmer podziwu. Podpułkownik Newman nabił fajkę.
— Widzę, że zaciekawiła was ostatnia wiadomość. Zacznijmy więc od grupy Copelanda. Podobnie jak 

inne, będzie się ona składała z pododdziałów szturmowych, burzących i osłony... Pododdział szturmowy 
porucznika   Rodericka   zajmie   obszar   na   wschód   od   suchego   doku.   Zmusi   do   milczenia   niemieckie 
stanowiska ogniowe i zniszczy zbiorniki paliwa... Pododdział szturmowy kapitana Roya znajdzie się po 
zachodniej stronie doku... Tam również wyląduje porucznik Chant ze swoimi saperami. Wysadzą oni stację 
pomp i urządzenia hydrauliczne... Porucznik Etches zniszczy wewnętrzny keson na drugim końcu doku. 
Liczymy bowiem na to, że keson zewnętrzny zostanie uszkodzony w wyniku uderzenia okrętu...

Newman mówił jeszcze przez kilkanaście minut, określając szczegółowo zadania poszczególnych grup.
Starszy szeregowiec Harrington, który stał pod drzwiami, mruknął do siebie półgłosem:
— Ale stary ma dziś gadane. Coś wisi w powietrzu...

*

Dni biegły jeden za drugim. Często wyłaniały się nowe trudności, które należało rozwiązać.
Komandor   porucznik   Robert   Ryder   został   już   oficjalnie   mianowany   dowódcą   zespołu   okrętów   w 

operacji ,,Rydwan”. Podpułkownik Charles Newman był dowódcą grupy lądowej.

Obaj oficerowie widywali się coraz rzadziej, gdyż każdy z nich miał do spełnienia inne zadania.
Gdyby   nie   pomoc,   której   udzielił   Ryderowi   dowódca   bazy   w   Plymouth,   admirał   floty   sir   Charles 

Forbes, wyprawa nie doszłaby chyba do skutku.

Najpierw problemem były kutry. Postanowiono, że wezmą udział w ekspedycji, ponieważ posiadały 

małe   zanurzenie,   co   umożliwiało   przejście   przez   mielizny.   Ale   kutry,   z   ich   największą   prędkością   16 
węzłów, miały ograniczony zasięg pływania  — około 600 mil morskich — należało więc umieścić na ich 
pokładach   dodatkowe   zbiorniki   paliwa.   A   to   już   stanowiło   poważne   niebezpieczeństwo   w   wypadku 
zetknięcia   się   z   nieprzyjacielem.   Uważano,   co   prawda,   że   zbiorniki   te   będą   opróżnione   w   chwili,   gdy 
ekspedycja   wpłynie   do   ujścia   Loary,   co   stanowiło   mniejsze   ryzyko,   ale   w   razie   niespodziewanego, 
wcześniejszego ataku mogły w jednej chwili zmienić się w pochodnie.

Jeszcze większe kłopoty sprawił Ryderowi ścigacz artyleryjski MGB 314 *. Jego dowódcą był kapitan 

Curtis z Królewskiej Morskiej Rezerwy Ochotniczej. Ścigacz miał poprowadzić ekspedycję przez płycizny. 
Okazało się, iż nawet po zainstalowaniu dodatkowych zbiorników paliwa, posiada on niedostateczny zasięg 
pływania.   Na   ścigaczu   znajdował   się   jednak   aparat   radiolokacyjny   oraz   echosonda.   I   co   najważniejsze 
rozwiał on prędkość 24 węzłów. To zadecydowało, że stał się okrętem flagowym zespołu. Oczywiście, 
zdawano sobie sprawę, iż w drodze do celu trzeba go będzie wziąć na hol...

Najwięcej   trudności   przysporzył   ścigacz   torpedowy   MTB   74   **   jednostka   o   niewielkim   zasięgu   i 

niezbyt sprawnym napędzie. Wystarczyło, żeby jeden silnik przestał pracować, a pozostałe cztery zaraz 
dotrzymywały mu towarzystwa. Ryder rwał sobie włosy z głowy, ale w końcu uległ krasomówstwu dowódcy 
ścigacza,   porucznika   Wynna.   MTB   74   miał   storpedować   wrota   śluzy   doku  „Normandie”,   gdyby 
„Campbeltown” utknął na mieliźnie...

Patrząc   przez   okna   hotelu   w   Falmouth   na   nabrzeże   (w   hotelu   mieściło   się   dowództwo   marynarki 

wojennej)   Ryder   i   Newman   zastanawiali   się,   w   jaki   sposób   utrzymać   w   tajemnicy   przed   osobami 
niepowołanymi cel operacji. Nie ulegało wątpliwości, że oficerowie ze sztabu, a także wrenki i marynarze, 
którzy załatwiali rozliczne sprawy dla ekspedycji, rozmawiają  między sobą  o  niezwykłym  ruchu w porcie. 
Postanowiono zatem nadać kilka fałszywych sygnałów do dowódcy bazy w Plymouth, admirała Forbesa, 
które wprowadziłyby tych ludzi na fałszywy trop.

Po   kilku   dniach   pracownicy   portu   szeptali   między   sobą,   że   w   Falmouth   przygotowuje   się   do 

wypłynięcia   ofensywna   grupa   poszukująca,   która   przechwyci   U-booty   powracające   do   portów   Zatoki 
Biskajskiej.

Wydawało się z początku, iż jest to wystarczającym uzasadnieniem faktu, że kutry posiadają zapasowe 

zbiorniki paliwa.

* MGB  Motor Gun Boat (ang.) — ścigacz artyleryjski
** MTB — Motor Torpedo Boat (ang.) — ścigacz torpedowy

background image

Ale i ten wybieg stawał się przejrzysty dla co inteligentniejszych oficerów.
Należało wymyślić coś nowego, bardziej przekonywającego.
Poradził więc Ryder dowódcom kutrów, aby przygotowali dla swoich ludzi umundurowanie tropikalne.
„Tylko nie trzeba o tym mówić” — dodał.
Teraz już wszyscy uśmiechali się tajemniczo.
„Wiemy,   o   co   wam   chodzi!   Po   opuszczeniu   Zatoki   Biskajskiej   grupa  ścigaczy   popłynie   dalej,   na 

południe!”

I wówczas wybuchła bomba. Oficerowie przypomnieli sobie nagle, że podczas zakładania Oerlikonów 

wyładowano z kutrów dinghy.

„Jakże płynąć na ocean bez dinghy!”
Ryder wydał rozkaz, żeby dinghy wysłano do magazynów marynarki w Greenock koleją. Stamtąd miały 

być   załadowane   na   statek   i   przewiezione   drogą   morską   do   portu   przeznaczenia   ofensywnej   grupy 
poszukującej.

Grupa ścigaczy rozpoczęła ćwiczenia. Odbywały się one głównie nocą i obejmowały manewrowanie 

wśród doków i basenów portowych. Dowódcy kutrów klęli w duchu Rydera, który niezliczoną ilość razy 
nakazywał im zmieniać miejsce postoju i rzucać cumy wzdłuż nabrzeży. A już do pasji doprowadzało ich 
uzupełnianie paliwa w ciemności.

Ryder zdawał się nie dostrzegać zniecierpliwienia swoich podwładnych. Ciągle wymyślał nowe zadania 

jak najbardziej zbliżone do tych, które czekały marynarzy w Saint-Nazaire.

W tym samym czasie podpułkownik Newman „męczył” komandosów i saperów. Wprawdzie byli oni 

świetnie przygotowani do tego rodzaju akcji — niektórzy z nich udowodnili swoje wysokie umiejętności w 
rajdzie na Vaagsö, wyspę u wybrzeży Norwegii  — niemniej jednak dowódca zorganizował kilka ćwiczeń 
oraz akcji saperskich w warunkach zbliżonych do panujących w niemieckiej bazie we Francji.

Poza tym obaj dowódcy doszli do wniosku, że konieczne jest przeprowadzenie próby desantu, podczas 

której   nastąpiłoby   sprawdzenie   stanu   przygotowań   załóg   i   komandosów.   Dla   wprowadzenia   w   błąd 
ciekawskich ćwiczeniu nadano taki charakter, jakby chodziło o wypróbowanie obrony, a nie ataku. Miejscem 
lądowania  „nieprzyjaciela” stała się stocznia Devonport w Plymouth, a do jej obrony wciągnięto wojsko, 
marynarzy, a nawet Straż Obywatelską.

Lądowanie przebiegło fatalnie, co było chyba najlepszą rzeczą, jaka mogła się w tym wypadku zdarzyć. 

Obrońcy stoczni triumfowali i przesyłali do dowództwa bazy szczegółowe raporty.

Przekonano się, że znajdujący się u wejścia do portu okręt stanowi poważne zagrożenie dla desantu, zaś 

zmasowane   i   oślepiające   światła   reflektorów   wręcz   uniemożliwiają   żeglugę   i   manewrowanie,   czyniąc 
niezwykle trudnym odnalezienie poszczególnych rejonów lądowania.

Dowódcy przygotowywanej wyprawy mieli niezbity dowód, że jednym z najistotniejszych warunków 

powodzenia akcji będzie zaskoczenie. Zaczęto więc przemyśliwać, jak zmylić czujność Niemców. Długie 
godziny spędzał obecnie Ryder na dyskusjach z oficerem nawigacyjnym, kapitanem Greenem, i oficerem 
łączności, porucznikiem O'Rourke, którzy stanowili jego sztab na ścigaczu artyleryjskim MGB 314. Do tych 
poufnych rozmów dopuszczony został jedynie starszy sygnalista Pike.

W   stoczni   prace   były   już   ukończone.   W   ostatniej   chwili   przemalowano   jeszcze   kadłub   jednego   z 

kutrów, który w czasie próbnego desantu okazał się najbardziej widoczny w świetle reflektorów...

W Falmouth znajdowały się już dwa niszczyciele eskortowe typu „Hunt”: „Atherstone” i „Tynedale”, 

które miały odprowadzić zespół pod nieprzyjacielski brzeg i oczekiwać na wycofujące się ścigacze, aby 
znów służyć im pomocą i wsparciem. Przypłynął również z Plymouth „Campbeltown”.

Prognozy Instytutu Przypływów i Odpływów Morza w Liverpool wskazywały, że najkorzystniejsze 

warunki przyboru wód wystąpią u ujścia Loary w końcu marca i na początku kwietnia. W związku z tym 
atak na port w St. Nazaire powinien nastąpić w noc księżycową pomiędzy godziną 24.00 a 2.00.

Od kilku dni utrzymywała się ładna pogoda z lekkim wiatrem wschodnim. Nie można było dłużej 

czekać. Zapadła ostateczna decyzja, że ekspedycja wyruszy z Falmouth 26 marca 1942 roku...

Dzień przed wypłynięciem Ryder i Newman otrzymali zdjęcia z ostatniego rozpoznania lotniczego 

bazy. Oglądali je bardzo uważnie, analizując poszczególne fragmenty.

W pewnym momencie opanowany zazwyczaj Ryder aż krzyknął z przejęcia:
— Niech to szlag trafi!
Cztery   niemieckie   torpedowce   przycumowały   obok   miejsca,   które   Newman   wybrał   na   stanowisko 

dowodzenia.

— I co pan teraz zrobi, Newman? — Ryder spojrzał z troską na swego kolegę. Widać było jednak, że z 

trudem powstrzymuje uśmiech.

Podpułkownik zapytał pogodnie:

background image

— Ilu trzeba ludzi, żeby zdobyć te torpedowce?
Ryder, tak jak Newman, odpowiedział pytaniem:
— Jakie ma pan odwody?
— Dwunastu.
— Dwunastu?! — Ryder nie mógł już pohamować śmiechu.
— Oczywiście, dwunastu żołnierzy, a nie dwanaście pododdziałów  — Newman zachowywał nadal 

spokój.

— Sądzę, że będzie ich pan potrzebował wszystkich.
W nocy motorówki podpłynęły pod burtę transportowca  „Josephine Charlotte” i komandosi zaczęli 

zajmować   w   nich   miejsca.   Później   motorówki   podchodziły   do   poszczególnych   kutrów   i   do 
„Campbeltowna”. Wysportowani  żołnierze z łatwością wspinali się po sznurowych drabinkach na pokład. 
Marynarze   z   ciekawością   obserwowali   przybyłych.   Jedynie   oficerowie   wiedzieli,   co   to   znaczy.   Zostali 
wcześniej poinformowani, że nastąpi desant.

Gdy nadszedł dzień, w porcie znów panował spokój. HMS „Princess Josephine Charlotte” stał na swym 

miejscu, a na jego pokładzie panował zwykły „ruch”. Kucharze, pisarze, gońcy, w mundurach komandosów, 
pozorowali niezmienność stanu liczbowego. Nikt z nie wtajemniczonych nie domyślał się nawet, że okręt 
opustoszał.

Po południu wypłynęły z portu kutry, a w godzinę później trzy niszczyciele...

Tajemniczy U-boot

Hurricane  krążył   nad   konwojem,   utrzymując   się   stale   na   wysokości   poniżej   trzystu   metrów.   Aż 

wreszcie, wykonując zakręt przechylił się ostro, zwiększył prędkość i pomknął na północ. Za chwilę zniknął 
w lekkiej mgle. Przez kilkadziesiąt sekund słychać jeszcze było warkot silnika, potem wszystko ucichło.

Komandor porucznik Robert Ryder, stojący na pomoście bojowym HMS  „Atherstone”, spoglądał na 

znikający w dali samolot. Zresztą nie tylko on. Podpułkownik Newman  i dowódca  niszczyciela, komandor 
podporucznik Jenks, trzymali jeszcze lornetki przy oczach. Patrzyli również w górę dwaj marynarze  „na 
oku”   i   wsparty   o   lampę   sygnalista.   Wszyscy   oni   odczuwali   to   samo   co   Ryder.   Wraz   ze   zniknięciem 
Hurricane'a, który za kwadrans wyląduje bezpiecznie na lotnisku, zerwana została ostatnia więź łącząca ich 
z ziemią ojczystą. Opuścili ją przed sześcioma godzinami. Od tego momentu byli już sami, zdani wyłącznie 
na własne siły...

I dopiero teraz, kiedy powoli zbliżali się do celu, Ryder uświadomił sobie, że dotychczas nie miał czasu 

na   zastanawianie   się   nad   tym,   co   może   nastąpić.   Ciągłe   napięcie   i   wieczna   gonitwa   za   zbyt   szybko 
uciekającym czasem wykluczały wszelką refleksję. I oto nadeszła chwila, kiedy zdał sobie sprawę z tego, jak 
bardzo jest zmęczony. Cała ta wyprawa, do której przygotowywali się tak intensywnie, wydała mu się 
odległa i nierealna. Przypomniał sobie, że podobnego uczucia doznał, gdy dowodził w latach trzydziestych 
jachtem „Penola”, podczas naukowej ekspedycji na Antarktydę. Ale wówczas był znacznie młodszy i poza 
sztormami, nie groziło im żadne niebezpieczeństwo. Dziś miał już trzydzieści cztery lata, toczyła się okrutna 
wojna na morzu, a on przed rokiem się ożenił...

Wiatr, który nie tak dawno poświstywał w olinowaniu „Atherstone'a”. prawie ucichł. Zapowiadała się 

spokojna, księżycowa noc.

Podążali w szyku torowym dwoma kolumnami, z prędkością czternastu węzłów  — trzy niszczyciele, 

dwa ścigacze i szesnaście kutrów. „Atherstone” i „Campbeltown” wzięły na hol ścigacze MGB 314 i MTB 
74.  Jedynie  „Tynedale”  płynął  swobodnie.  Jeszcze   tylko parę  godzin i  znajdą  się   na  wysokości  wyspy 
Ushant, a potem na wodach Zatoki Biskajskiej, gdzie roi się od wilczych stad U-bootów.

Dzień przebiegł  bez  emocji.  Ustalanie  kursu,  ciągłe   wypatrywanie  za  samolotami  rozpoznawczymi 

nieprzyjaciela, przygotowywanie ekwipunku i sprawdzanie broni przez komandosów.

Na   pomoście   bojowym   niszczyciela  „Atherstone”   rozlegał   się   monotonny   gwizd   asdiku,   antena 

radarowa omiatała horyzont, żarzyło się światło kompasu.

*

Dzień wstał pogodny i bezchmurny. Widoczność była wspaniała. Na okrętach ogłoszono stan gotowości 

alarmowej.   Obsługi  Oerlikonów  i   wachtowi   z   lornetkami   przy   oczach   omiatali   wzrokiem   horyzont, 
spodziewając się lada moment ataku z powietrza lub z morza. Zmniejszono prędkość do ośmiu węzłów, aby 

background image

po zapadnięciu zmroku znowu ją zwiększyć. Zespół wszedł na kurs południowo-wschodni. Oddalili się od 
wyspy Ushant o ponad sto mil.

Było pięć po siódmej, kiedy „Tynedale” zasygnalizował o podejrzanym obiekcie na horyzoncie, z tyłu 

za okrętami.

Komandor porucznik Ryder natychmiast rzucił rozkaz:
— Maszyny stop! Wypuścić linę holowniczą!
Turbiny gwałtownie zmniejszyły obroty.
Zaczęto uwalniać „Atherstone'a” od ścigacza artyleryjskiego.
Ryder, obserwując manewr za rufą, powiedział spokojnym głosem:
— Alarm bojowy!
Zabrzmiały klaksony, zadudniły po pokładach marynarskie buty.
Oparty o reling pomostu sięgnął po lornetkę i nie dostrzegając w zasięgu wzroku nic godnego uwagi 

zwrócił się do sygnalisty:

— Nadawaj: co zobaczyłeś?
Mrugnęły migacze na obu okrętach.
—   Obiekt   nie   zidentyfikowany.   Prawdopodobnie   U-boot   lub   statek   rybacki   —   odpowiedział 

„Tynedale”.

Ryder rzucił przez zęby jakieś przekleństwo.
— Zbliż się i sprawdź. Popłyniemy za tobą.
„Atherstone” po wypuszczeniu liny był wolny. Mógł zwiększyć obroty i ruszyć tropem wroga.

*

Dowodzący   niszczycielem  „Tynedale”   komandor   podporucznik   Tweedie   widzi   już   dokładnie   kiosk 

niemieckiego okrętu podwodnego. Nie ulega wątpliwości, że jeszcze kilka minut i Niemcy również ich 
zauważą i natychmiast skryją się w głębinie.

Ale cóż to! Okręt wyraźnie wypływa na powierzchnię! Tweedie wprost nie wierzy własnym oczom. 

Groźna   sylwetka   U-boota   sunie   spokojnie   na   północ.   Nie   mogą   już   dłużej   czekać.   Muszą   zaatakować 
Niemca.

„Tynedale” pędzi jak szalony, rozwijając maksymalną prędkość dwudziestu siedmiu węzłów. Tnie falę 

dziobnicą, pozostawiając za sobą kipiący ślad. Na gaflu tylnego masztu powiewa brytyjska bandera.

Radarzysta   podaje   kolejne   namiary.   Odległość   zmniejsza   się   z   minuty   na   minutę...   Na   pokładzie 

dziobowym marynarze w hełmach na głowach czekają na sygnał do oddania strzału... Jeszcze kilka metrów, 
jeszcze trochę cierpliwości... Teraz...

— Podać cel! — pada komenda.
W tym momencie ponad U-bootem wytrysnęło pięć białych rakiet.
— Sygnał rozpoznawczy, panie komandorze! — krzyczy podniecony sygnalista.
Tweedie nie reaguje, jeszcze raz sprawdza odległość... Dwie i pół mili...
— Ognia!
Huk działa, potężny słup wody i już wiadomo, że strzał był niecelny. Poprawka. Drugi strzał. Ogromna 

fontanna tryska tuż za rufą okrętu podwodnego. Chyba jednak dostał — myśli Tweedie.

U-boot nie podejmuje walki, usiłuje skryć się przed atakującym niszczycielem. Dziób niemieckiego 

okrętu jest już pod wodą, kiedy odzywa się umieszczony na pokładzie  „Tynedale'a” pom-pom. Na rufie 
marynarze z obsługi wyrzutni bomb głębinowych czekają na swoją kolej.

— Przygotować pierwszą serię do odpalenia! Morze burzy się gwałtownie. Wraz ze słupem wody 

wyrzuca na powierzchnię splątane glony i zmasakrowane ciała ryb. Nie ma wśród nich szczątków okrętu 
podwodnego i nawet śladu ropy. Zresztą i tak nie mieli złudzeń. Gdyby trafili, usłyszeliby głuchy, podwodny 
wybuch. Zepsuty asdic nie łapie kontaktu. Z ekranu radaru zniknęła świetlna plamka U-boota.

„Tynedale”   rozpoczyna   poszukiwania.   Naprawiony  asdic   poświstuje  jak  zwykle.  Na   próżno  jednak 

próbują wyłowić twarde echo. Może „Atherstone” będzie miał większe szczęście...

Tymczasem „Atherstone”, który był już w pobliżu, usiłował nawiązać kontakt z dowódcą „Tynedale'a”. 

Migocące światło sygnału rozbłyskiwało przez dłuższy czas.

—   Być   może,   w   ciągu   tej   godziny   U-boot   przekazał   meldunek  —   Ryder   dzielił   się   swoimi 

przypuszczeniami   z  dowódcą  „Tynedale'a”.   —  Mogą   wysłać   samolot   rozpoznawczy  i  obserwować   nas. 
Zamierzam kontynuować operację.

Tweedie zdawał sobie sprawę, jak olbrzymia odpowiedzialność spoczywa na Ryderze. Kontynuować 

background image

operację, czy ją odwołać? Taką decyzję mógł podjąć tylko Ryder jako dowodzący ekspedycją. Nikt inny nie 
był do tego upoważniony i Ryder zresztą nie prosił o radę. A przecież wyczuwało się w przekazanym 
tekście, że na taką radę liczył.

—   Zapisuj   —   powiedział   Tweedie   do   sygnalisty,   który   stał   obok   niego   z   otwartym   blokiem 

sygnałowym i ołówkiem w ręku.  — Wydaje się nieprawdopodobne, aby okręt podwodny zauważył kutry. 
Ewentualna ocena nieprzyjaciela będzie taka: dwa niszczyciele płyną do Gibraltaru.

Odpowiedź z „Atherstone'a” była krótka: Zgadzam się.

*

— Zanurzenie alarmowe!
Komandor podporucznik Kelbling zamknął i dokręcił pokrywę włazu kiosku, a potem zbiegł po trapie 

do centrali.

— Dziewięćdziesiąt metrów! — rozkazał.
Miał jeszcze w oczach obraz pędzącego niszczyciela z jego zadartym dziobem. Zum Donnerwetter noch 

einmal! Jak mógł do tego dopuścić! Zachciało mu się sygnałów rozpoznawczych! I ta decyzja, żeby uciekać 
na powierzchni. Na co właściwie liczył? Że włączy silniki spalinowe, rozwinie prędkość dwudziestu węzłów 
i pozbędzie się w ten sposób prześladowców? Przecież to nonsens! Prędzej czy później niszczyciel by ich 
doszedł. Musiałby przyjąć walkę — zginąć lub poddać się.

U-593 znikał szybko pod wodą. Kelbling patrzył na manometr zanurzenia, tachometry i wskaźniki 

położenia sterów. Załoga była znakomicie wyszkolona i dowódca miał do niej całkowite zaufanie. Jeszcze 
piętnaście sekund i okręt osiągnie głębokość peryskopową.

Suchy trzask w okolicy przedziału rufowych wyrzutni torpedowych. A więc tamci strzelają z działa. 

Czyżby trafili? Nasłuchiwał przez chwilę. Nie jest źle. Podwójny kadłub U-boota i to wytrzyma.

Okręt osiągnął już głębokość peryskopową. Kelbling otarł pot z czoła. Stwierdził, że po raz pierwszy w 

życiu boi się. Obrzydliwe uczucie. Jeszcze nigdy nie był w tak parszywej sytuacji. Wszystko wisiało na 
włosku.

Postanowił gwałtownie zmienić kurs i wymknąć się z obszaru zagrożenia. Nie wątpił, że Anglicy rzucą 

bomby głębinowe. Już słychać było wyraźnie szum śrub zbliżającego się niszczyciela.

Dotknął   ręką   pleców   marynarza   przy   sterach.   Sekundy   dłużyły   się   niemiłosiernie.   Teraz   powinni 

wyrzucić bomby  — pomyślał. I rzeczywiście, w tym momencie nastąpił wybuch, podobny do tamtego 
suchego trzasku z działa. Tylko że teraz trzasków było więcej. Z poszycia kadłuba posypał się korek. Z 
włazów polało się trochę wody. Kelbling odetchnął z ulgą. Wiedział, że nadszedł moment, w którym może 
uratować okręt i załogę, i że nie wolno mu zmarnować tej szansy. Musi zmylić przeciwnika, zanim ten zdoła 
ponownie nawiązać z nimi kontakt i przejść do kolejnego ataku.

Marynarz przy asdiku zameldował:
— Oddala się na szybkich obrotach!
— Oba motory stop! Cisza na okręcie! — rozkazał Kelbling.
Po kilkudziesięciu minutach wyszli znów na głębokość peryskopową. Dowódca przywarł oczami do 

okularu. Dwa brytyjskie okręty były już w znacznej odległości.

— Sygnał radiowy — powiedział. — Dwa niszczyciele płyną w kierunku południowo-zachodnim.
Chciał jeszcze dodać „prawdopodobnie do Gibraltaru”, ale w końcu machnął na to ręką. W sztabie sami 

się domyślą.

*

Trawlery!... Dziesięć, jedenaście, dwanaście... Komandor porucznik Ryder przestał już nawet liczyć. Co 

teraz   robić?   Przed   wypłynięciem   z   Falmouth   wydał   rozkaz,   żeby   sprawdzić   każdy   statek   rybacki.   Nie 
dowierzał ani trawlerom francuskim, ani tym z krajów neutralnych. Podejrzewał, że mogą być na nich 
obserwatorzy niemieccy wyposażeni w radiostacje. Zdarzały się również okręty-pułapki z obsługą wojskową 
i zamaskowanym uzbrojeniem.

Ale sprawdzić wszystkie? Na to nie mają czasu. Może wystarczy skontrolować dwa najbliższe? Tak, to 

jest wyjście. Wypuszczą jeszcze raz linę holowniczą i ścigacz artyleryjski MGB 314 zajmie się jednym a 
„Tynedale” — drugim. Załogi opuszczą pokład, a angielscy marynarze przeszukają wszystkie zakamarki. 
Jeśli nic nie znajdą, pozostawią inne w spokoju.

background image

Nie minęło pół godziny, gdy dowódca MGB 314, kapitan Curtis, wszedł ze swoimi marynarzami na 

pokład francuskiego trawlera ,,Le Slack”.

—   Muszę   was   zmartwić,   ale   popłyniecie   na   niszczycielu   do   Anglii...  —   Curtis,   z   wykształcenia 

romanista, mówił płynną francuszczyzną.

Bretończycy nie wyglądali na zmartwionych. Spoglądali na przybyłych z zaciekawieniem i, o dziwo, 

uśmiechali się przyjaźnie.

Kapitan trawlera, barczysty mężczyzna o szerokiej i pooranej zmarszczkami twarzy, wyciągnął rękę na 

powitanie.

— O niczym innym nie marzymy. Mamy już dość tych szwabów. Chcemy się przyłączyć do Wolnych 

Francuzów.

— A oddacie nam rozkazy wyjścia, mapy, listy sygnałów, formularze zużycia paliwa? — Curtis poczuł 

się onieśmielony. Mimo wszystko nie spodziewał się takiego przyjęcia.

—   Wszystko   wam   damy   i   jeszcze   coś   na   dodatek.   Proszę   do   kabiny  —-   kapitan   trawlera   ruszył 

pierwszy, wskazując Curtisowi drogę.

Gdy wyszli na pokład, dowódca MGB 314 niósł mapy i dokumenty, a Francuz tulił do piersi... parę 

butelek wina.

*

Zespół sformowano w szyk bojowy przeciwko okrętom podwodnym — trzy niszczyciele szły na końcu. 

Chodziło nie tyle o poszukiwanie U-bootów, ile o to, aby nieprzyjacielski samolot rozpoznawczy został 
wprowadzony w błąd. W tym samym celu starano się stwarzać pozory, iż okręty zmierzają kursem na La 
Pallice.

Po  południu  pogoda  zmieniła  się.  Ciężkie,  ołowiane  chmury  zdawały  się   dotykać  topów  masztów. 

Widzialność   była   bardzo   słaba.   Komandor   porucznik   Ryder   promieniał.   Kiedy   jednak   odebrał   sygnał 
radiowy od dowódcy bazy w Plymouth, mina mu wyraźnie zrzedła. Admirał Forbes informował, iż pięć 
niemieckich torpedowców znajduje się w pobliżu St. Nazaire i że ekspedycja może je napotkać. Torpedowce 
owe miały przewagę nad kutrami i ścigaczami angielskiego zespołu zarówno pod względem uzbrojenia, jak i 
prędkości. Ryder zaczął ponownie myśleć o odwołaniu operacji.

Wkrótce   nadszedł   kolejny   sygnał   od   Forbesa.   Dwa   niszczyciele   typu  „Hunt”:   „Cleveland”   i 

„Brocklesby”, wypłynęły z Falmouth, by następnego dnia połączyć się z powracającym do bazy zespołem.

Ryder podyktował sygnaliście rozkaz, który z pokładu ,,Atherstone'a” nadano do wszystkich kutrów:
Jeśli uznane to zostanie za konieczne, komandosi i załoga  „Campbeltowna” przeniosą się w drodze 

powrotnej na niszczyciele. W przypadku zaatakowania przez przeważające siły przeciwnika, niszczyciele 
poprowadzą kutry, wykorzystując prędkość i zasłony dymne. Dowodzący marynarką pozostanie na ścigaczu 
artyleryjskim MGB 314. Jeśli kutry się rozproszą, powinny płynąć na obszarze: szerokość 46° N długość 4° 
W, szerokość 46° N długość 7° W, stamtąd na północ długość 7° W. Podjęte będą przygotowania, aby je  
wziąć na hol pod silną eskortą
.

Powoli   zapadał   zmrok,   przykrywając   ciemną   zasłoną   sunące   w   kierunku   ujścia   Loary   okręty.   O 

godzinie dwudziestej zespół zatrzymał się na morzu.

Ryder   i   Newman   wymienili   uścisk   dłoni   z   komandorem   podporucznikiem   Jenksem,   dowódcą 

,,Atherstone'a”, i wraz ze swymi sztabami przenieśli się na ścigacz artyleryjski MGB 314.

Okręty sformowały szyk,  w  jakim  miały wchodzić  do  St.  Nazaire.  Stanowił  on  kombinację  szyku 

torowego, złożonego z dwóch kolumn, i szyku klina. Na czele zespołu znalazł się ścigacz artyleryjski, nieco 
z tyłu, po jego obu stronach, dwa kutry stanowiące straż przednią, dalej „Campbeltown”, a za nim dwanaście 
kutrów ustawionych dwutorowo. Na końcu płynęły dwa kutry: jeden jako straż tylna, drugi zapasowy dla 
komandosów, na wypadek gdyby któryś z kutrów transportowych uległ awarii. Ścigacz torpedowy MTB 74 
zamykał pochód.

Niszczyciele   zajęły   pozycje   z   prawej   i   lewej   strony,   aby   nawiązać   kontakt   wzrokowy   z   okrętem 

podwodnym „Sturgeon”, który miał się wynurzyć w odległości czterdziestu mil od St. Nazaire.

Przegrupowanie odbyło się szybko i sprawnie. Zespół zachowując ciszę ruszył w kierunku ujścia Loary. 

Po kilku minutach marszu jeden z kutrów zasygnalizował o defekcie silnika. Ryder rozkazał, by załoga 
opuściła pokład i przeniosła się na kuter rezerwowy, podążający z tyłu.

O   godzinie   dwudziestej   drugiej   zauważono   światło  „Sturgeona”.   MGB   314   podpłynął   do   okrętu 

podwodnego i Ryder podniósł do ust mikrofon głośnika.

— Dziękujemy ci, dobry duszku!

background image

—   Połamcie   nogi!   Nie   wykręcicie   się   od   podwójnej   porcji   whiski   po   powrocie!  —   zawołano   ze 

,,Sturgeona”.

Niszczyciele „Atherstone” i „Tynedale” opuściły zespół, który zbliżał się do wybrzeży Francji.
Około północy nad St. Nazaire ukazały się błyski wystrzałów i niebo nad portem rozświetliły smugi 

reflektorów. W pół godziny później nad horyzontem błyszczała szeroka łuna. Wiedzieli, że siedemdziesiąt 
Wellingtonów bombarduje St. Nazaire i to dodało im odwagi.

Dochodziła za kwadrans pierwsza, kiedy marynarz na oku MGB 314 zameldował:
— Widzę ląd, panie komandorze!

Atak

Poprzez   zwisające   nisko  chmury   przebijało  delikatne   światło  księżyca.   Ryder   stojący  na   pomoście 

bojowym ścigacza wytężał wzrok, by dojrzeć jakieś szczegóły na rysującym się w dali północnym brzegu 
ujścia Loary. Niestety, przelotne mżawki i zamglenia utrudniały widoczność.

— Jaka odległość? — zapytał oficera nawigacyjnego, który pochylony nad stołem do map obserwował 

ekran radaru.

— Dwa kable * od wieży latarni morskiej Les Morées, panie komandorze  — odpowiedział kapitan 

Green.

— Pike, czy jesteście gotowi? — rzucił Ryder.
— Tak jest, panie komandorze — odparł starszy sygnalista, który stał przy aldisie.
Ryder odwrócił się do dowódcy ścigacza, jakby i jego chciał o coś zapytać, ale w końcu machnął ręką i 

spojrzał na Newmana. Podpułkownik stał jak posąg trzymając w dłoni wygasłą dawno fajkę. Na pomoście 
MGB   314   przebywał   również   oficer   łączności,   porucznik   O'Rourke,   który   wraz   z   Greenem   i   Pike'em 
wchodził w skład sztabu Rydera.

Komandor zerknął na zegarek. Pierwsza piętnaście. Za ile minut odkryją ich Niemcy? Każda minuta to 

życie   jednego   człowieka,   a   może   nawet   kilku.   Znajdowali   się   przecież   w   zasięgu   baterii   artylerii 
nadbrzeżnej.   Z   lewej   burty   mieli   kanał   Les   Charpentier,   z   prawej   minęli   już   mieliznę   Le   Chatelier. 
Echosonda   działała   sprawnie.   Wysyłała   krótkotrwałe   impulsy,   które   po   odbiciu   od   dna   powracały   do 
odbiornika. A jednak Ryder nie był pewien, czy „Campbeltown” nie natknie się na jakąś płyciznę.

Zbliżali się do latarni Les Morées i napięcie na pomoście osiągnęło punkt kulminacyjny.
— Niech mi pan powie, Newman, dlaczego w restauracjach londyńskich jest coraz gorsze żarcie? — 

Ryder postanowił przerwać przedłużającą się ciszę.

— Sądzę, że powinien pan, komandorze, spytać o to tamtych panów — odpowiedział z niezmąconym 

spokojem podpułkownik, wskazując ręką w kierunku wybrzeża Francji.

Na pomoście rozległ się śmiech. Posypały się żarty.
Nagle   jasny   promień   reflektora   rozdarł   ciemności,   musnął   zamykającą   szyk   sylwetkę   ścigacza 

torpedowego MTB 74 i zgasł.

Śmiech ucichł, urwali rozmowę w pół słowa, wstrzymali oddech. W świetle reflektora ujrzeli jakąś 

jednostkę na kanale w pobliżu wejścia do portu.

Minęła jeszcze jedna pełna napięcia minuta. Mieli do pokonania niecałe dwie mile. Ominęli szczęśliwie 

mielizny, pola minowe i zagrody sieciowe. Czyżby Niemcy naprawdę ich nie zauważyli?

Ryder znów spojrzał na zegarek. Pierwsza dwadzieścia dwie. W tym momencie zapaliły się reflektory 

na   obu   brzegach:   północnym   i   południowym,   wydobywając   z   ciemności   płynące   kutry.   Światła 
prześlizgiwały   się   po   kadłubach   i   masztach,   zatrzymywały   na   brudnych   i   poszarpanych   banderach 
brytyjskich. ,,Campbeltown” ze swymi przednimi, ściętymi na ukos, kominami, z których buchał gesty dym, 
widoczny był jak na dłoni.

Niemcy zdezorientowani, nie wiedząc, kto zbliża się do portu, wezwali zespół do zatrzymania się. Z 

początku migotał reflektor jednej z baterii nadbrzeżnych. Później włączył się inny, gdzieś od strony stoczni 
marynarki   wojennej.   Kilka   sekund   ciszy   i   zagrały   działa   artylerii   przeciwlotniczej.   Strzelano   jednak 
niepewnie, rzadko i na oślep.

Pierwsza dwadzieścia trzy. Półtorej mili do celu. Jeszcze dziesięć minut i będą w porcie. Ryder odwrócił 

się do sygnalisty i skinął głową.

* Kabel — 0,1 mili morskiej

background image

Pike począł błyskać aldisem. Znał świetnie niemiecki system posługiwania się sygnałami Morse'a. Nie 

wiedział jednak, jak należy odpowiedzieć na wezwanie Niemców w momencie nawiązania korespondencji 
optycznej.   Nadał   więc   szybko:  „Czekać”,   a   potem   przesłał   sygnał   wywoławczy   jednego  z   niemieckich 
torpedowców. Nie dając wrogowi czasu na zastanowienie, wytrzaskiwał ryglem reflektora:  „Pilne. Dwie 
jednostki   uszkodzone   przez   nieprzyjaciela   proszą   o   pozwolenie   natychmiastowego   wejścia   do   portu”. 
Zaledwie to skończył, nadał jeszcze raz: „Czekać”.

Hitlerowskie baterie umilkły.
Ryder odetchnął z ulgą. Minęli już pierwszy posterunek nadbrzeżny. Teraz musieli odpowiedzieć na 

wezwanie drugiego.

Niemcy znów  otworzyli  ogień.  Pike  przesłał  międzynarodowy sygnał  dla  okrętów  i  statków,  które 

zostały ostrzelane przez własne jednostki.

Ogień ucichł.
Jeszcze tylko sześć minut i „Campbeltown” staranuje wrota śluzy doku „Normandie”. Ryder wiedział, 

że niemieckie działa dużego kalibru są już niegroźne  — nie dosięgną i nie zatopią niszczyciela. Gdyby 
jednak trafili z armat przeciwlotniczych w urządzenie sterowe lub w pomost  „Campbeltowna”, okręt nie 
dotarłby do celu...

Pierwsza dwadzieścia siedem. Ogień przybiera na sile. Zgromadzeni na pomoście oficerowie nie mają 

żadnych wątpliwości. Niemcy ich zidentyfikowali.

Pierwszy przerwał milczenie „Campbeltown”, za jego przykładem poszły ścigacze i kutry. Rozległ się 

ogłuszający huk. Powietrze przecięły pociski smugowe, znacząc swą drogę ściegiem czerwonych i zielonych 
paciorków.

W oślepiającym i zmasowanym świetle reflektorów Brytyjczycy widzieli wyraźnie zakotwiczony obok 

południowego wejścia do portu okręt strażniczy z artylerią przeciwlotniczą na pokładzie.

Głucho i monotonnie odezwał się pom-pom na ścigaczu artyleryjskim. Okręt nieprzyjaciela zamilkł. Po 

chwili wysoki płomień oświetlił nieruchomą sylwetkę. Przepływające obok kutry pakowały weń nowe porcje 
ołowiu.

Po paru minutach ogień hitlerowców jak gdyby osłabł. Artylerzyści na kutrach wstrzeliwali się obecnie 

w wybetonowane stanowiska artylerii przeciwlotniczej wroga. Uwijali się na pokładach, odsłonięci niemal 
ze wszystkich stron. Jedynie „Campbeltown” miał jaką taką osłonę — umocowane poniżej relingów płyty 
pancerne. Na niego też przede wszystkim skierowany został ogień Niemców. Ale okręt nie zważając na 
sypiące się zewsząd pociski, rozwijając prędkość 19 węzłów, przepływał już obok Starego Molo i podążał w 
stronę doku „Normandie”...

*

Dowodzący obroną  przeciwlotniczą w  porcie  Saint-Nazaire  kapitan Karl  Konrad  Mecke  przebywał 

nadal w centrali dowodzenia. Po krótkotrwałym nalocie Brytyjczyków alarm nie został jeszcze odwołany. 
Wszystkie stanowiska ogniowe były obsadzone. Ludzie znajdowali się ciągle w gotowości bojowej.

Mecke patrząc to na  planszecistów, to na rozłożoną przed nimi mapę, na którą  naniesiono dane o 

niedawnej sytuacji powietrznej, przechadzał się po obszernym pomieszczeniu i zastanawiał nad celem tego 
ataku.

Wellingtonów  było   na   pewno   więcej   niż   sześćdziesiąt.   Czyżby   Brytyjczycy   zamierzali   zniszczyć 

stocznię marynarki wojennej? Ale dlaczego wybrali tak fatalną pogodę? Przecież zdawali sobie sprawę, że 
przy tak nisko wiszących chmurach niewiele bomb osiągnie cel.

Mecke tak się zamyślił, że nie spostrzegł nawet, kiedy podszedł do niego jeden z podoficerów.
— Posterunek nadbrzeżny przekazał niepokojącą wiadomość, panie kapitanie.
— Ponowny nalot?
— Nie. Tym razem chodzi o cele nawodne. Do ujścia rzeki wpłynęło kilkanaście nie rozpoznanych 

jednostek.

— Przygotować się do strzelania na wprost! — padła komenda.
Kapitan   Mecke   wiedział,   że   nic   go   już   nie   powstrzyma   od   otwarcia   ognia.   To   mógł   być   tylko 

nieprzyjaciel.

*

background image

Komandor podporucznik Stephen Beattie nie mógł narzekać na brak emocji.
Po   wpłynięciu   do   ujścia   Loary  „Campbeltown”   dwukrotnie   natrafił   na   mielizny,   ale   na   szczęście 

przeszedł po nich lekko. Mimo to Beattie z przyjemnością widziałby tej nocy obok siebie planistów, którzy 
zapewniali, że uda się zmniejszyć zanurzenie na rufie z czternastu do dziesięciu i pół stopy. Tymczasem przy 
prędkości do piętnastu węzłów zanurzenie to wynosiło około dwunastu stóp.

Światła   reflektorów,   krwawe   błyski   wystrzałów   zdezorientowały   zupełnie   dowódcę   niszczyciela. 

Właściwie   nie   wiedział,   gdzie   się   obecnie   znajdują.   Stał   na   pomoście   bojowym,   patrzył   przez   otwory 
opancerzenia   i   wydawało   mu   się,   że   są   już   w   pobliżu   Starego   Molo.   Ale   to   był   dopiero   falochron   u 
południowego wejścia do portu.

Kiedy się zorientował, było już za późno. Zdenerwowany wydał rozkaz do sterówki o natychmiastowej 

zmianie kursu w prawo. Ominęli Stare Molo w ostatnim momencie.

Beattie zacisnął zęby. Teraz należało wyjść na nowy kurs, aby uderzyć z rozpędem we wrota doku 

„Normandie”. Jeszcze raz pochylił się nad rurą głosową:

— Ster lewo sześćdziesiąt!
— Ster lewo sześćdziesiąt! Leży lewo sześćdziesiąt! — odpowiedział sternik.
„Campbeltown” szedł już nowym kursem. Po obu jego burtach rozrywały się pociski. Fontanny wody 

tryskały wysoko w górę. Żeby tylko nie trafili w sterówkę — pomyślał Beattie i w tym momencie usłyszał 
meldunek:

— Tu kapitan Tibbets! Sternik śmiertelnie ranny. Przejmuję koło!
Jeszcze tylko minuta — myślał gorączkowo Beattie. Czy Tibbets da sobie radę?
Dok  „Normandie”   był   coraz   bliżej.   Beattie   widział   już   dokładnie   zewnętrzny   keson,   który   mieli 

staranować. Dziewiętnaście węzłów... Czy przy takiej prędkości okręt nie rozpadnie się, nie przełamie się 
wpół?

Nagle   niszczyciel   drgnął   leciutko.   Przeciwtorpedowa   sieć   ochronna!   Przeciął   ją!   Nie   wytracił 

szybkości! Trzysta jardów... Dwieście jardów... Beattie rozróżniał już odbojnice palowe.

I naraz potężny łomot. Zazgrzytało żelazo, w powietrze frunęły kawałki drewna, buchnęły płomienie na 

dziobowym pokładzie w pobliżu przedniego działa.

Beattie połączył się z maszynownią.
— Szefie, żyjecie?!
— Tu maszynownia — usłyszał w odpowiedzi. — Czy na pewno uderzyliśmy, panie komandorze?
— Uderzyliśmy, szefie! — Beattie był uszczęśliwiony i jednocześnie zdumiony, że wszystko poszło tak 

gładko. — Rzućcie wszystko i wyłaźcie na pokład!

Była   godzina   pierwsza   trzydzieści   cztery.   Zaledwie   cztery   minuty   później   niż   przewidywał   plan 

operacyjny „Campbeltown” wbił się w konstrukcję kesonu doku „Normandie”.

Gdy ugaszono pożar na pokładzie i dym opadł, Beattie zobaczył, że dziób niszczyciela wgniótł się co 

najmniej 36 stóp, ale niestety wystawał ponad zewnętrzny keson i mogło to uniemożliwić zatopienie okrętu.

Na   pokładzie   dziobowym   pojawili   się   już   komandosi.   Ostrożnie   przesuwali   się   wzdłuż   relingów, 

ciągnąc za sobą drabiny.

Ogień niemiecki wzmagał się z minuty na minutę. Wyglądało na to, że załoga portu widzi tylko jeden 

cel — „Campbeltowna”.

*

Tymczasem dwie kolumny kutrów, sunące za ścigaczem artyleryjskim, zmierzały do wyznaczonych 

uprzednio rejonów lądowania.

Kutry prawej kolumny miały wysadzić komandosów po obu stronach wschodniego wejścia do basenu 

St. Nazaire, lewej — po północnej stronie Starego Molo.

Pierwszy kuter prawej kolumny, na którym znajdował się jeden z pododdziałów szturmowych, zdołał 

dotrzeć jedynie do południowego krańca Starego Molo. Tu został trafiony, zapalił się, skręcił ostro w bok 
przecinając drogę lewej kolumnie, i osiadł na mieliźnie.

Podążające za nim dwie następne jednostki, oślepione światłem reflektorów, minęły Stare Wejście i 

ruszyły   w   górę   rzeki.   Spostrzegłszy   omyłkę,   zawróciły   i   dotarły   do   wyznaczonego   rejonu   lądowania. 
Wyglądało na to, że uda im się wykonać zadanie. Komandosi pospiesznie opuścili kutry, lecz, niestety, ogień 
niemiecki był tak silny, że musieli z powrotem wycofać się na pokłady swych jednostek.

Czwarty kuter został trafiony tuż przed celem. Płonął jak pochodnia. Podążającej za nim jednostce 

również nie udało się dotrzeć do Starego Wejścia. Celny pocisk ugodził w urządzenia sterowe i kuter z 

background image

wieloma rannymi na pokładzie wycofał się z pola walki. Jedynie zamykający kolumnę szósty kuter, którego 
dowódcą   był   porucznik   Rodier,   podpłynął   do   Starego   Wejścia   i   wysadził   szczęśliwie   komandosów   ze 
starszym sierżantem Hainesem na czele...

Z kolei jednostki lewej kolumny kierowały się ku Staremu Molo.
Kuter prowadzący przed dojściem do nabrzeża w mgnieniu oka zamienił się w płonący wrak. Wróg bił 

celnie. Nie zważając na padające pociski kapitan Collier, dowódca drugiego kutra, zdołał podpłynąć do 
Starego Molo. Zgromadzeni na pokładzie jednostki saperzy pod dowództwem kapitana Pritcharda wdarli się 
błyskawicznie na ląd. Opuszczony przez żołnierzy desantu kuter odpłynął kilkanaście metrów od brzegu, 
krążył   wokół   i   spróbował   znów   podejść   do   falochronu,   aby   zniszczyć   z   bliska   stanowisko   ogniowe 
nieprzyjaciela. Został jednak odparty i zmuszony do wycofania. Gdy znalazł się na środku rzeki, otrzymał 
celne trafienie i stanął w płomieniach.

Następny kuter podszedł do Starego Molo, gdzie został ostrzelany i obrzucony granatami. Marynarze i 

komandosi w czasie krótkiej i zaciętej walki, którą stoczyli z broniącymi falochronu hitlerowcami, ponieśli 
ogromne straty. Kuter wycofał się, osiadł na mieliźnie, później oderwał się od niej, odpłynął dalej i znowu 
strzelał do baterii i reflektorów.

Czwarty kuter, podobnie jak dwie jednostki prawej kolumny, został oślepiony reflektorami i popłynął za 

daleko. Powrócił do falochronu, lecz już nie zdołał wysadzić desantu.

Fiaskiem zakończyło się również lądowanie z piątego kutra, który podszedł wprawdzie do Starego 

Molo, ale wskutek tego, że po obu jego stronach płonęły wraki dwóch innych kutrów, komandosom nie 
udało się dotrzeć na ląd.

Lewą kolumnę zamykał szósty kuter, który tuż przed spotkaniem z okrętem podwodnym  „Sturgeon” 

miał   defekt   silnika.   Załoga   zdołała   usunąć   usterkę   i   jednostka   ta   po   dwu   godzinach   samotnego   rejsu 
dopędziła zespół wpływający już do ujścia Loary. Niestety zapuściła się za daleko i minęła rejon lądowania. 
Później kuter powrócił i próbował dostać się do Starego Molo. Ostrzeliwany z armat przeciwlotniczych i 
kaemów — wielu komandosów, łącznie z dwoma oficerami i sierżantem odniosło rany — wycofał się.

Pozostałe   trzy  kutry,   które   wprawdzie   nie   wiozły  komandosów,  ale  wyposażone   były  w  wyrzutnie 

torpedowe, właściwie też nie wykonały swych zadań. Pierwszy otrzymał trafienie w rufę i wycofał się, drugi 
został rozerwany na strzępy, trzeci pod dowództwem kapitana Boyda — zaangażował się w walkę przeciwko 
bateriom   artylerii   przeciwlotniczej,   wystrzelił   swoje   torpedy   do   niemieckiego   okrętu,   prawdopodobnie 
niszczyciela, po czym udzielił pomocy załodze jednego z płonących kutrów.

Ryder patrzył z rozpaczą na płonące kutry, na atramentową wodę, na której powierzchni przelewała się i 

buzowała wysokim płomieniem ropa. Ginęli w niej ludzie, którzy płonęli tak jak kutry.

Nie   minęła   godzina   od   otwarcia   przez   Niemców   ognia,   a   już   co   najmniej   połowa   jednostek   była 

zatopiona lub poważnie uszkodzona.

Czy nie można było tego przewidzieć? Przecież kadłuby kutrów były drewniane, bez żadnej osłony 

przeciwko pociskom z wyjątkiem lekkiego opancerzenia wokół pomostu i małych tarcz działek, przecież 
każdy kuter posiadał na górnym pokładzie dwa dodatkowe zbiorniki paliwa i wystarczyło jedno trafienie, 
aby wyleciał w powietrze...

Ryder nie miał jeszcze pełnego obrazu sytuacji. Antena radiowa na ścigaczu artyleryjskim MGB 314 

została zerwana celnym uderzeniem pocisku i oficer łączności, porucznik O'Rourke, pozostał właściwie bez 
zajęcia. Można było jedynie posługiwać się głośnikiem i reflektorem.

Przed kilkoma minutami MGB 314 podpłynął do Starego Wejścia i wysadził podpułkownika Newmana 

wraz   z   jego   sztabem.   Ryder   widział,   że   jeden   z   kutrów   prawej   kolumny   dotarł   tam   już   uprzednio   i 
komandosi wydostali się na brzeg. Odpływając od nabrzeża ścigacz znalazł się tuż przy burcie tego kutra.

— Podpłyńcie do  „Campbeltowna” i zabierzcie ludzi! — rozkazał Ryder dowódcy. Przypuszczał, że 

niektórzy marynarze mogli nadal przebywać w pobliżu niszczyciela.

Ścigacz artyleryjski ponownie powrócił do Starego Wejścia. Skoro tylko tam przybił, po kamiennych 

stopniach   zbiegli   marynarze   z  „Campbeltowna”   i   poczęli   wdrapywać   się   na   pokład.   Ciężko   ranni   byli 
wnoszeni przez kolegów.

Ryder wpatrywał się w ich czarne od dymu twarze.
— Gdzie są oficerowie? Gdzie jest Beattie? — pytał z niepokojem zmordowanych marynarzy.
Ktoś wskazał ręką w kierunku niszczyciela.
Ryder próbował, dowiedzieć się, jak przebiegła akcja, czy  „Campbeltown” rzeczywiście staranował 

wrota śluzy doku „Normandie”. Niestety, relacje marynarzy były urywane i niedokładne. Postanowił więc 
sprawdzić wszystko osobiście. Zeskoczył z pokładu okrętu i ruszył pochylony wzdłuż nabrzeża.

— Panie komandorze, pójdę z panem!
Starszy sygnalista Pike, uzbrojony jedynie w bagnet, podążał za Ryderem.

background image

Zbliżali się już do budynku przy suchym doku, gdy nagle zza węgła wysunęła się postać w płaskim 

hełmie na głowie i z pistoletem maszynowym w rękach.

— Hasło?  —  Komandos  zagrodził biegnącym drogę.
— Robert — odpowiedział z uśmiechem Ryder. Jego własne imię posłużyło podczas operacji za hasło.
Na   niszczycielu   nie   było   już   żywej   duszy.   Stanęli   nieco   z   boku   i   przyglądali   się   sylwetce 

unieruchomionego okrętu, gdy nagle z jego wnętrza dobiegły odgłosy głuchych detonacji. „Campbeltown” 
pogrążył się rufą w wodzie.

— Idziemy — Ryder dotknął ramienia Pike'a i pobiegli z powrotem w kierunku ścigacza.
Z tyłu za nimi, rozległy się następne, przytłumione eksplozje.
Ryder jeszcze raz się obejrzał. Nie ulegało wątpliwości, że to komandosi wysadzili stację pomp oraz 

budynek,   w   którym   znajdowały   się   urządzenia   z   napędem   hydraulicznym.   Długie   języki   płomieni 
wydobywały się już z tych pomieszczeń, rzucając wokoło ponury, trupi odblask.

Wchodząc na pokład MGB 314 komandor dostrzegł zbliżający się do nich ścigacz torpedowy MTB 74. 

„Campbeltown” wbił się idealnie w konstrukcję kesonu doku  „Normandie” — myślał Ryder, i niebawem 
położy się na dnie. A więc torpedy nie są nam już potrzebne.

Zawołał przez głośnik do dowódcy MTB 74, porucznika Wynna:
— Storpedujcie wrota śluzy przy Starym Wejściu!
Ścigacz   minął   okręt   dowódcy   i   z   dogodnej   pozycji   odpalił   salwę.   Dwie   torpedy   z   zapalnikami 

czasowymi plusnęły w wodę, mknąc w kierunku bliskiego celu. Wybuch miał nastąpić później. Załoga 
ścigacza, wykonując manewr odwrotowy, zabrała dziesięciu rannych rozbitków z przepełnionego ludźmi 
pokładu MGB 314.

— Wracajcie do Anglii! Cała naprzód! — rzucił Ryder.
Porucznik Wynn usiłował protestować.
— To jest rozkaz! — Ryder nie dopuścił go do głosu.
Ścigacz torpedowy, rozwijając prędkość 40 węzłów, wychodził już na środek rzeki...
Dowódca zespołu spojrzał na zegarek. Druga trzydzieści. Teraz należało podejść do Starego Molo i 

zabrać na pokład komandosów. Tylko czy oni już tam będą? Do odwrotu pozostała jeszcze godzina... O Stare 
Molo toczyła się tymczasem zaciekła walka. Niemcy strzelali z dwu betonowych schronów bojowych i z 
dachów okolicznych zabudowań portowych, na których umieszczono karabiny maszynowe.

Gdy MGB 314 zbliżył się do rejonu walki, jeden z kutrów toczył właśnie pojedynek z załogą schronu. 

Trafiony, wycofał się, a jego miejsce zajął natychmiast drugi, który po chwili stanął w płomieniach. Z 
rozbitych zbiorników spływała ognista struga, rozświetlając czarną toń morza.

MGB 314 włączył się do walki z niemieckim bunkrem. Kapitan Curtis kierował osobiście ogniem 

jedynego pom-poma, a celowniczy William Savage dokładał wszelkich starań, aby zmusić hitlerowców do 
milczenia. W pewnym momencie ów najgroźniejszy schron ucichł. Savage strzelał już teraz do stanowisk 
karabinów maszynowych na dachach budynków. Było to jednak przedsięwzięcie beznadziejne  — pociski 
odbijały się od solidnych, murowanych ścian.

Naraz na przeciwległym brzegu odezwały się armaty Boforsa i ponownie ożył milczący schron. Ścigacz 

wzięty w krzyżowy ogień miotał się na ograniczonej przestrzeni wodnej pomiędzy Starym Wejściem a 
Starym Molo. Savage jeszcze raz zmusił do milczenia hitlerowskie stanowisko ogniowe na falochronie. 
Nagle przecięty serią z kaemu zwalił się na pokład.

Ryder rozkazał Curtisowi płynąć do Starego Wejścia. Nie było jednak mowy, aby się doń zbliżyć. 

Pociski padały ze wszystkich stron. Nie można już było odróżnić wrogów od swoich.

Druga pięćdziesiąt. Czterdzieści minut do zakończenia operacji  — myślał Ryder. Niemcy panują nad 

sytuacją. Zabranie komandosów z nabrzeża i załadowanie ich na ścigacz jest prawie niemożliwe. Rozejrzał 
się dokoła. Spojrzał na palące się kutry, osadzone na mieliznach, rzucił okiem na pokład ścigacza, na którym 
leżeli ranni marynarze, i wiedział już, iż musi podjąć decyzję i że będzie to najtrudniejsza decyzja w jego 
życiu.

— Zasłona dymna! Ruszamy w dół rzeki!
Ścigacz wykonał gwałtowny skręt i, ciągnąc za sobą obłok dymu, wypłynął na środek Loary.
Ryder spoglądał na Stare Molo, które pulsowało ogniem. Pozostawili na łasce losu ludzi, swoich ludzi...

Komandosi

Zeskakiwali z pokładu dziobowego „Campbeltowna” na obie strony ogromnego kesonu. Nim znaleźli 

się na nabrzeżu, mieli już rannych. Niemcy prowadzili celny ogień.

background image

Pododdział szturmowy kapitana Roya skierował się na zachód od suchego doku. Komandosi zarzucili 

granatami   stanowisko   artylerii   przeciwlotniczej,   a   później   zaczęli   się   wspinać   po   drabinach   na   dach 
dwupiętrowej stacji pomp.

Ciążyło oporządzenie, ciążyły  Breny, pistolety maszynowe, zapasowa amunicja i granaty, a mimo to 

posuwali się szybko w górę.

Jeszcze tylko parę stopni, rzut granatem, seria z  Brena  i dwa niemieckie kaemy na płaskim dachu 

budynku zamilkły.

Odetchnęli z ulgą...
Na dole saperzy porucznika Chanta dotarli tymczasem do wielkich, stalowych drzwi stacji pomp. Były 

zamknięte na zasuwę. Próbowali ją podważyć, ale bez skutku.

— Wysadzamy!
Chant   sprawnie   założył   mały   ładunek.   Odskoczyli,   upadli   na   ziemię.   Głośny   wybuch,   drzwi   stały 

otworem.

Wtargnęli   do   wnętrza.   Sunęli   po   omacku,   wdychając   wilgotne,   zatęchłe   powietrze,   przesycone 

zapachem smarów i ropy. Znali budowę takiej stacji na pamięć, a jednak nie czuli się pewnie. W każdym 
zakamarku, w każdym załomie mógł czaić się wróg.

Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Natrafili na stalowe drabiny i poczęli schodzić w dół. 

Dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści stóp. Nareszcie! Przyświecając sobie latarkami, umieszczali ładunki 
wybuchowe   na   najbardziej   czułych   częściach   mechanizmów  —   wsuwali   je   pomiędzy   wirniki   pomp, 
mocowali na tablicy rozdzielczej, transformatorach i silnikach pomocniczych. Pracowali w zupełnej ciszy.

— Wychodzimy! — rzucił półgłosem porucznik Chant.
I znowu pełzli w górę po stalowych drabinach. Po chwili wybiegli z mrocznego budynku. Pokonali 

przestrzeń kilkudziesięciu metrów i zalegli.

Eksplozje nastąpiły jednocześnie. Budynek rozjarzył się pomarańczowym błyskiem, jakby ktoś zapalił 

w nim światło o mocy paru tysięcy wat. Potem płomień zgasł, a z okien i drzwi zaczął wydobywać się gęsty 
dym.

— Z powrotem! — Chant zerwał się pierwszy. Znów biegli w kierunku płonącego gmachu. Musieli 

sprawdzić, czy wszystkie urządzenia zostały zniszczone.

W duszącym, białym dymie ledwie odróżniali interesujące ich szczegóły. Płonęła podłoga, waliły się 

stropy. Nie mieli chwili do stracenia. Musieli odskoczyć. Jeszcze jeden rzut okiem do tyłu, jeszcze kilka 
granatów. Gwałtowne wybuchy, ale oni już są bezpieczni...

W tym samym czasie inna grupa wysadziła pobliski budynek, w którym mieściły się urządzenia z 

napędem hydraulicznym...

Pododdział porucznika Etchesa, znajdujący się po tej samej stronie doku „Normandie”, podchodził do 

wewnętrznego kesonu i połączonego z nim drugiego budynku z urządzeniami o napędzie hydraulicznym. 
Saperzy   umieścili   tam   kostki   materiału   wybuchowego   i   uszkodzili   poważnie   keson   oraz   zniszczyli 
budynek...

Po drugiej stronie doku pododdział szturmowy porucznika Rodericka zmusił do milczenia niemieckie 

stanowisko artylerii przeciwlotniczej i znalazł się przy zbiornikach paliwa dla okrętów podwodnych. Tu 
natarcie się załamało. Brytyjczycy zalegli pod nieprzyjacielskim ogniem. Przez pewien czas utrzymywali 
wytrwale swoje pozycje, a później wycofali się biorąc różnokolorowe pociski smugowe nieprzyjaciela za 
sygnał odwrotu...

Major   Copeland   słuchając   meldunków   składanych   przez   dowódców   poszczególnych   pododdziałów 

uśmiechał się z zadowoleniem. W rejonie doku „Normandie” zadania zostały niemal w pełni wykonane. Nie 
zniszczono jedynie zbiorników paliwa dla U-bootów...

*

Było jeszcze ciemno. Jedynie od czasu do czasu ciemności nocy rozjarzały się błyskami wystrzałów, 

pocisków smugowych i rakiet. Długie promienie reflektorów coraz częściej przesuwały się po nabrzeżach i 
pomostach załadowczych, okrętowych warsztatach remontowych i magazynach.

Najbardziej obawiali się tych reflektorów. Kiedy snop światła wymacywał ich nagle w ciemnościach, 

padali natychmiast na ziemię.

Wylądowali pomyślnie przy Starym Wejściu. Ścigacz artyleryjski zaraz odskoczył od nabrzeża. Ryder 

ściskał   kolejno   ich   dłonie   i   podpułkownik   Newman   pomyślał   sobie,   że   ten   uścisk   był   mocniejszy   niż 
zazwyczaj.

background image

Ośmiu ludzi. Newman znał ich doskonale i wiedział, że może na nich polegać. Byli jednak prawie 

całkowicie bezbronni wobec Niemców, którzy mogli się znajdować w każdym z zabudowań portowych...

Mieli już poderwać się i biec naprzód, gdy przeraźliwie jasny promień reflektora prześliznął się nad 

nimi i uderzył w budynek u północnego krańca wyspy St. Nazaire.

— To na pewno ten — wymruczał podpułkownik Newman do swego adiutanta, który leżał obok niego.
Kapitan Day skinął głową.
Upatrzyli sobie ten budynek jeszcze przed rozpoczęciem akcji, kiedy analizowali szczegółowo model 

portu. Wydawało im się, że jest on najbardzej dogodny na stanowisko dowodzenia.

Promień reflektora zgasł.
Poderwali się jednocześnie, bez komendy. Newman wyciągnął pistolet z kabury. Day biegł ramię w 

ramię z dowódcą, trzymając w pogotowiu pistolet maszynowy. Z tyłu podążali podoficerowie, na końcu 
starszy szeregowiec Harrington.

Naraz Day zaklął głośno. Było już za późno, by się zatrzymać. Siłą rozpędu wpadł na ciemną sylwetkę, 

w głębokim hełmie na głowie. Zamachnął się pistoletem, błyskawicznie przygniótł przeciwnika do ziemi. 
Niemiec nie zdążył nawet jęknąć.

— Hände hoch! — rzucił półgłosem, chociaż było to zbyteczne, Niemiec nie miał zamiaru się bronić. 

Leżał bezwładnie.

— Spokojnie, Stan — Newman uspokoił rozgorączkowanego kapitana. — Zapytaj go o ten budynek.
Hitlerowiec był tak przestraszony, że przez parę minut nie mógł wydobyć z siebie głosu. Wreszcie 

zaczął mówić, rozglądając się trwożnie.

Day szybko tłumaczył.
Budynek, który wybrali na stanowisko dowodzenia, należał do niemieckiego dowództwa portu.
Newman oniemiał. Co za pech! Najpierw  — widzieli to z Ryderem na  fotografiach lotniczych — 

przycumowały tu cztery niemieckie torpedowce, które na szczęście odpłynęły, a teraz ten pasztet! Jeśli 
Newman żywił przedtem pewien podziw dla działalności oddziału wywiadu wojskowego MI-19, to obecnie 
niewiele już z tego pozostało *.

Zachowując zimną krew, zwrócił się do Daya:
— Powiedz mu, Stan, żeby poszedł do swoich kamratów. Mają wyjść z budynku z podniesionymi do 

góry rękami. W przeciwnym razie...

Kapitan Day przetłumaczył słowa przełożonego i wymownym gestem przeciągnął dłonią po szyi.
Niemiec potakiwał gorliwie. Rozbrojony, oddalił się spiesznie.
Nagle zostali porażeni ogniem. Niemiecki trałowiec, pływający wzdłuż basenu St. Nazaire, wypluwał 

pociski do widocznych w świetle reflektora Brytyjczyków.

Przypadli do ziemi.
W chwilę później zamajaczyły przed nimi jakieś sylwetki. Unieśli pistolety maszynowe.
— To Haines! — krzyknął radośnie kapitan Day.
Starszy sierżant Haines ze swymi czternastoma ludźmi, którzy wylądowali przed nimi, meldował się 

dowódcy. Widział jak kuter, na którym znajdował się sierżant sztabowy Moss ze swoim pododdziałem, 
zatonął, a Moss posiadał pistolet sygnałowy i rakiety sygnalizacyjne, które miały posłużyć im przy odwrocie.

Rozmawiali cicho, gdy znowu wymacał ich reflektor. Odezwały się kaemy na szczytach schronów U-

bootów po przeciwległej stronie basenu. Strzelano również z pobliskiego budynku dowództwa.

— Moździerz! — zawołał podpułkownik Newman.
Pospiesznie załadowali lekki, dwucalowy moździerz, który podwładni Hainesa przywlekli ze sobą.
Starszy sierżant kierował ogniem.
Na dachach schronów okrętów podwodnych wykwitły pomarańczowe pióropusze wybuchów.
Hitlerowskie stanowiska umilkły.
Dwóch komandosów podczołgało się do budynku dowództwa. Wrzucili przez okna granaty i, osłaniani 

przez kolegów, wycofali się...

*

Kapitan Burn był sam, zupełnie sam. Co może odczuwać dowódca, który stracił wszystkich ludzi?

* Niestety, osławiony wywiad angielski mylił się w podobnych wypadkach często. Np. przed rajdem na Dieppe w północnej 

Francji 19 sierpnia 1942 roku błędnie ustalił dyslokację dowództwa niemieckiej dywizji.

background image

Burn starał się o tym nie myśleć, ale obraz tragedii, która rozegrała się kilkanaście minut temu, tkwił 

uparcie przed jego oczyma.

Znajdował   się   ze   swym   pododdziałem   na   pierwszym   kutrze   prawej   kolumny,   gdy   otrzymali   celne 

trafienie. Kuter zapalił się, przeciął drogę lewej kolumnie, a potem dryfował ku brzegowi.

Ci, którzy przeżyli, skakali do wody. Była jeszcze w tym miejscu głęboka. Ciężko poparzeni nie mieli 

żadnych szans.

Burn wytrwał do ostatniej chwili. Dopiero gdy kuter osiadł na mieliźnie u południowego krańca Starego 

Molo, wyskoczył przez burtę.

Lodowata woda, sięgająca piersi, ściskała twardą obręczą. A jednak poczuł pewną ulgę. Zdawało mu 

się, że wszystko jest lepsze od śmierci w płomieniach.

Stopy   dotknęły   dna  —   to   najważniejsze.   Unosząc   jedną   ręką   do   góry   pistolet   maszynowy,   drugą 

odgarniał wodę. Żeby tylko nie zgubić granatów — myślał z rozpaczą.

Nareszcie! Woda sięgała do pasa, do kolan, do kostek. Wspiął się na falochron. Opadł wyczerpany na 

kamienne podłoże.

Leżał tak parę minut, zastanawiając się nad sytuacją. Jego pododdział, czternastu ludzi, miał zniszczyć 

dwa stanowiska artylerii przeciwlotniczej u północnego krańca wyspy Penhouet. Jego pododdział, który już 
nie istniał!

Szedł jak zahipnotyzowany. Nie odczuwał gorączki i dreszczy wstrząsających co pewien czas jego 

ciałem.

Przeciął spokojnie wyspę St. Nazaire. Wydawało mu się, że odbywa wieczorny spacer po Regent Street 

w Londynie i wkrótce wyjdzie na Piccadilly Circus.

Skręcił w prawo. Podążał teraz wzdłuż basenu St. Nazaire. Przez most nad Starym Wejściem przeszedł 

tak, jakby to był London Bridge, tylko znacznie krótszy.

Jeszcze   pięćset   jardów  —   myślał.   Odległość   znał   na   pamięć   z   modelu   portu   i   teraz   odmierzał   ją 

krokami.

Już! Przed nim znajdowało się pierwsze stanowisko. Cisza. Nie strzelają. Obszedł je dookoła, trzymając 

palec na spuście pistoletu maszynowego. Zajrzał do wnętrza. Nie było nikogo.

Armata Boforsa 40 mm, skrzynki z amunicją — zarejestrował mechanicznie.
Wydobył ostrożnie ręczny granat przeciwpancerny i odszedł kilkanaście metrów do tyłu. Zatrzymał się 

obok głębokiego okopu dla samochodu ciężarowego. Nasyp ziemny gwarantował osłonę przed odłamkami. 
Odbezpieczył więc granat i rzucił go z rozmachem w stronę opuszczonego stanowiska ogniowego.

Potężny grzmot targnął powietrzem, chlusnął w górę słup płomieni. Ostry blask wyłuskał z mroku 

kontury najbliższych budynków.

Kapitan Burn stał przez chwilę ogłuszony, potem opuścił swą kryjówkę i skierował się do drugiego 

stanowiska, które też było opuszczone.

Celnie   rzucony   granat   zmiótł   w   mgnieniu   oka   stertę   skrzynek   z   amunicją.   Wybuch   był   jeszcze 

gwałtowniejszy.

Burn ruszył w drogę powrotną.

*

Starszy   szeregowiec   Harrington   biegł   w   kierunku   mostu   nad   Starym   Wejściem.   Miał   odnaleźć   i 

przyprowadzić pododdział szturmowy kapitana Roya, który dotychczas nie stawił się na wyspie St. Nazaire. 
Podpułkownik Newman był tym wyraźnie zaniepokojony. Pododdział ten po wykonaniu swojego zadania 
miał przecież utrzymać przyczółek i zapewnić bezpieczny odwrót pozostałych pododdziałów. Na miejsce 
zbiórki przybył już major Copeland oraz porucznicy Chant, Etches i Roderick ze swymi ludźmi, a Roya jak 
nie było, tak nie było.

Harrington biegł lekko, niemal bezszelestnie, w swych butach „cichołazach” na gumowej podeszwie i 

myślał o tym, że gdyby nie wojna, to mógłby zostać długodystansowcem.

Z drugiej jednak strony był dumny, iż służy w specjalnym oddziale, złożonym wyłącznie z ochotników, 

w   oddziale,   który   wyróżniał   się   spośród   innych   tym,   że   jego   żołnierze   nosili   na   rękawach   naszywki 
,,Commando” oraz emblematy przedstawiające pistolet maszynowy, skrzydła samolotu i kotwicę — symbole 
trzech połączonych rodzajów sił zbrojnych: wojsk lądowych, lotniczych i marynarki wojennej.

„United we conquer” — zjednoczeni zwyciężymy, to było ich hasło.
Zjawiali   się   niespodziewanie,   najczęściej   pod   osłoną   nocy,   spadali   z   powietrza   na   spadochronach, 

lądowali na plażach z łodzi desantowych.

background image

Ale prawdą też było, że niewielu z nich powracało.
Ich wzdęte przez wodę ciała, opięte w battledressy, wyrzucało morze na brzeg. Ich zmasakrowane 

zwłoki   znajdowano   na   drutach   kolczastych   i   na   polach   minowych,   na   stromych   zboczach   zimnych 
norweskich fiordów i w nagrzanych przez słońce szczelinach skał kredowych klifowego wybrzeża Francji.

Harrington był dumny ze swoich kolegów, szczególnie dziś, gdy po złożeniu meldunków o wykonaniu 

zleconych zadań salutowali dziarsko jak podczas uroczystego apelu. Zdawało mu się nawet przez chwilę, że 
znajdują się w Szkocji, a nie w zawzięcie bronionym przez Niemców francuskim porcie.

A teraz biegł do mostu nad Starym Wejściem, by powiadomić towarzyszy, że powinni się już wycofać.
Rozłożył umiejętnie siły i mógł obecnie przyspieszyć jak na finiszu. Jeszcze kilka kroków i będzie na 

moście.

W tym momencie jak na komendę zagrzmiały działa. Niemcy w końcu zorientowali się, że muszą 

bronić bardziej zdecydowanie tego przejścia.

Do łoskotu artylerii dołączył się werbel bijących długimi seriami karabinów maszynowych. Na dodatek 

jeszcze przeklęte reflektory. Jak sforsować ostatni odcinek trudnej drogi?

Harrington padł na ziemię. Pierwszy odruch — wycofać się, odejść stąd jak najdalej. I zaraz myśl: oni 

tam czekają.

Kilka ostrożnych ruchów. Sunął do przodu, starając się wtopić w brudną, wilgotną portową jezdnię. 

Wiele dałby w tej chwili za czapkę-niewidkę. Minęło kilka minut, nim zdołał przylepiony niemal do ziemi 
pokonać przestrzeń dzielącą go od mostu. Teraz postanowił rzucić wszystko na jedną szalę. Posuwał się 
znacznie szybciej. Pociski uderzały w stalowe konstrukcje, wydając ostry, metaliczny dźwięk.

Zlany potem wydostał się wreszcie spod tego morderczego ognia. Czołgał się jeszcze parę metrów i 

wstał. Znów nisko pochylony biegł wzdłuż nabrzeża. W dali majaczyły jakieś postacie. Płaskie hełmy! Swoi! 
Zapytany o hasło, wykrzyczał je prawie, szczęśliwy, że jest wśród swoich.

Komandosi   klepali   go   po   ramionach,   wypytywali   o   towarzyszy.   Kapitan   Roy   wysłuchał   uważnie 

rozkazu i zarządził odwrót.

Harrington wiedział, że jeszcze raz będzie musiał przejść przez most. Ale teraz wydawało mu się to 

zupełnie proste. Nie był już sam.

Wysunął się do przodu. Czekali na moment, gdy Niemcy poprowadzą ogień krótkimi seriami. Ruszyli... 

Na miejsce dotarli bez ofiar.

*

Podpułkownik Newman mógł już dokonać oceny położenia bojowego. Niestety nie przedstawiało się 

ono pomyślnie.

Po obu stronach doku „Normandie” wylądowała w całości jedynie grupa Copelanda. Z grupy kapitana 

Burna, poza nim samym, wydostali się na nabrzeże tylko nieliczni  — wśród nich pododdział starszego 
sierżanta Hainesa, wysadzony przy Starym Wejściu. Żołnierze z pododdziału Burna zginęli na płonącym 
kutrze lub utonęli.

Z grupy kapitana Hodgsona wylądowali saperzy z kapitanem Pritchardem i porucznikiem Waltonem na 

czele   oraz   mały   pododdział   osłony   porucznika   Watsona.   I   właśnie   ci   ostatni,   zaledwie   sześciu   ludzi, 
stanowili w rejonie Starego Molo jedyny pododdział walczący, zdolny przez jakiś czas utrzymać obronę 
okrężną. Pritchard i Walton skierowali się bowiem z saperami ku południowemu wejściu do basenu St. 
Nazaire, aby tam zniszczyć śluzę i podnoszony most.

Zespół   Watsona,   uwikłany   w   beznadziejną   walkę,   przyjął   na   siebie   morderczy   ogień   Niemców   i 

umożliwił tym samym odwrót innych pododdziałów na wyspę St. Nazaire.

Ale czy można było wymagać od tych sześciu komandosów, by zniszczyli dwa betonowe schrony 

bojowe na Starym Molo?

Newman pojmował, że było to nieprawdopodobieństwem. Zresztą i później, kiedy przybyły już inne 

pododdziały, niewiele dało się zrobić. Gdy tylko udało im się zmusić do milczenia jeden schron, drugi 
natychmiast   pluł   ogniem.   Nie   posiadali   ciężkich   moździerzy.   Z   jednym   lekkim   moździerzem   i   garstką 
Brenów byli bezradni.

W tej sytuacji odwrót ze Starego Molo był niemożliwy.
Ale nawet gdyby dostali się na falochron, któż by ich zabrał?
Na rzece nie było już żadnego kutra. Jedynie na mieliznach sterczały dopalające się wraki.
A jednak podpułkownik Newman ciągle miał nadzieję... i czekał...

background image

46 równoleżnik

Wypływając na otwarte morze ścigacz artyleryjski MGB 314 trzymał się południowego brzegu Loary, 

na którym znajdowała się tylko jedna bateria artylerii nadbrzeżnej.

Komandor porucznik Ryder wybierając tę drogę liczył się również z niebezpieczeństwem, jakie groziło 

jego   jednostce   ze   strony   baterii   artylerii   przeciwlotniczej   dużego   kalibru,   usytuowanej   na   brzegu 
południowym   i   na   południe   od   cypla   Mindin.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   właśnie   stamtąd   Niemcy 
prowadzili ogień z dział szybkostrzelnych 88 mm.

Ciągnąc za sobą zasłonę dymną, przez którą starały się przebić światła reflektorów z obu brzegów, 

niewielki i ruchliwy ścigacz usiłował dotrzeć na pełne morze. Artylerzyści niemieccy strzelali w ten obłok 
dymu z niezwykłym samozaparciem, ale ku zadowoleniu Brytyjczyków niecelnie.

W pewnym momencie Ryder dostrzegł maleńką sylwetkę kutra, podążającego za ścigaczem. Wahał się 

przez chwilę, czy nie zmniejszyć prędkości i nie zaczekać nań, ale uznał, iż jest to zbyt ryzykowne i rozkazał 
tylko, aby wytworzono jeszcze raz zasłonę dymną, pod którą mógłby się schronić osamotniony kuter.

Gdy znaleźli się poza zasięgiem baterii przeciwlotniczych, rozległ się ogłuszający huk. To strzelały 

działa   artylerii   nadbrzeżnej,   kierowane   radarem.   Pociski   padały   niebezpiecznie   blisko.   Ryder   nakazał 
natychmiast zmianę kursu na południe. Ogień artylerii towarzyszył im jeszcze przez jakiś czas, nie czyniąc, 
na szczęście, żadnej szkody. Najgorsze było już poza nimi.

Ryder westchnął z ulgą i przesłał pełne uznania spojrzenie oficerowi nawigacyjnemu. Kapitan Green 

dokonał w istocie wyczynu niebywałego. Poprowadził ekspedycję w górę rzeki bez brzegowych świateł 
nawigacyjnych i pław świetlnych. Obliczył czas wejścia do portu z dokładnością do czterech minut. A teraz 
umiejętnie wyprowadził okręt z ujścia Loary. Ryder był przekonany, że piloci w St. Nazaire będą wspominali 
to wydarzenie przez długie lata...

Naraz marynarz na oku zawołał:
— Jeszcze jeden kuter, panie komandorze!
Zbliżali   się   do   płynącego   przed   nimi   okrętu.   Jeszcze   kilkadziesiąt   metrów   i   będą   mogli   wziąć 

towarzyszy pod swoją opiekę. Nie przewidują żadnej niespodzianki.

— To niemiecka  łódź patrolowa!  — Kapitan Curtis, dowódca  ścigacza, pierwszy zorientował się jak 

tragiczną popełnili pomyłkę.

Ale jest już za późno. Niemcy otworzyli ogień. Strumień pocisków smugowych dosięgnął jednego ze 

zbiorników z paliwem.

Za chwilę wylecimy w powietrze  — pomyślał Ryder. Sekundy oczekiwania na nieuniknioną tragedię 

wydawały się wiekiem całym. Eksplozja jednak nie nastąpiła. Zbiornik był pusty.

Dokonali gwałtownego skrętu w bok. Na ścigaczu zagrało działko przeciwlotnicze. Niemiecka łódź 

patrolowa, trafiona celnym pociskiem, stanęła w płomieniach. Płynęli dalej nie interesując się jej losem.

Wkrótce   zamajaczyła   przed  nimi   sylwetka   kolejnego   kutra.   Byli   już   ostrożniejsi.   Podpłynęli   bliżej 

dopiero wtedy, kiedy przekonali się, że to swoi.

Kuter,   którego   dowódcą   był   kapitan   Irwin,   miał   uszkodzone   elektromechaniczne   urządzenie 

samosterownicze.

— Zmniejszymy prędkość do dwunastu węzłów. Płyńcie za nami! — rozkazał Ryder.
— Tak jest! Płyniemy za wami!
Dwie jednostki podążały już razem.
—   Niech   pan   spojrzy,   panie   komandorze!   Zjawisko   luminescencji!   —   Curtis   wskazał   ręką   na 

oświetlony z nagła dziób ścigacza.

Ryder popatrzył na dziób, a potem obejrzał się do tyłu. Kilwater też połyskiwał. Ileż organizmów 

morskich, ile pierwotniaków, meduz i osłonie złożyło się na to niezwykłe „zimne światło”. Gdyby nie wojna, 
podziwialiby to wszystko. Teraz świecenie morza było dla nich niebezpieczne. W każdej chwili mogły się 
pojawić niemieckie torpedowce.

Ryder myślał o nich z niepokojem. Wypłynęły z Saint-Nazaire, gdy Brytyjczycy zbliżali się do portu. 

Admirał   Forbes   wysłał   jeszcze   co   prawda   dwa   niszczyciele:  „Clewelanda”   i   „Brocklesby'ego”,   ażeby 
wzmocnić eskortę. Było jednak mało prawdopodobne, by znalazły się one przed świtem na wodach Zatoki 
Biskajskiej.

A  „Tynedale” i „Atherstone”? Te okręty były ostatnią deską ratunku. Czy zdążą się z nimi spotkać, 

zanim torpedowce się pojawią?

Na pomoście MGB 314 panowała cisza, przerywana tylko od czasu do czasu jękiem któregoś z rannych 

marynarzy,   którzy   leżeli   obok   siebie   na   górnym   pokładzie.   Starszy   sygnalista   Pike   stał   przy   lampie 
sygnalizacyjnej,   kapitan   Green   obliczał   coś   na   mapie,   porucznik   O'Rourke   zajmował   miejsce   obok 

background image

radiotelegrafisty. Antena radiowa została już wprawdzie naprawiona i można było posługiwać się radiem, ale 
oni woleli jeszcze zachować ciszę w eterze.

Ryder   pomyślał   o   Newmanie   i   o   jego   ludziach,   którzy   pozostali   na   nabrzeżu.   Czy   spotkają   się 

kiedykolwiek ze sobą?

Dochodziła godzina 4.25, gdy zobaczyli olbrzymi pomarańczowy błysk na widnokręgu.
— Jaka odległość? — spytał Ryder.
— Dwadzieścia mil, panie komandorze — odparł kapitan Green.
— O'Rourke, proszę nadać przez radio do dowódcy bazy w Plymouth — Ryder zastanawiał się przez 

chwilę — że„Campbeltown” wyleciał w powietrze...

— Tak jest, panie komandorze!
— Że to mógł być „Campbeltown” — poprawił się Ryder.
Pomarańczowy błysk utrzymywał się przez parę sekund, rozświetlając wokół horyzont, a później znikł.
Wybuch głównego ładunku nastąpił po niespełna trzech godzinach, tak jak przewidywał Tibbets  — 

pomyślał Ryder.

— Szerokość północna czterdzieści sześć stopni, długość zachodnia cztery stopnie. Zbliżamy się do 

rejonu zbiórki — zameldował kapitan Green.

— Dziękuję, Green. Nie zatrzymamy się jednak ze względu na torpedowce — rzekł Ryder.
Na pomoście znów zaległa cisza.
Była godzina 5.30, kiedy w odległości kilku mil na północ spostrzegli pociski smugowe.
—   To   chyba   ten   kuter,   który   pozostawiliśmy   u   ujścia   rzeki.   Został   zapewne   zaatakowany   przez 

torpedowce — odezwał się półgłosem kapitan Curtis.

Nikt nie podjął rozmowy.
O 6.30 zaobserwowali jeszcze jedną akcję, już bliżej, w kierunku wschodnim. Była o wiele bardziej 

gwałtowna.

— To „Tynedale” albo „Atherstone” i niemieckie torpedowce — stwierdził Ryder.
Niebo na wschodzie stawało się coraz jaśniejsze, ciemne dotychczas morze pobladło. Wstawał poranny 

brzask.

Ścigacz artyleryjski i podążający za nim kuter zmniejszyły prędkość do 8 węzłów.
— Dwa kutry, panie komandorze!
Jeden zbliżał się z tyłu, a drugi płynął o milę na północ.
Ścigacz obrócił się dziobem i wychodził na spotkanie kutra, który podążał z tyłu.
W tym momencie marynarz na oku krzyknął podniecony:
— „Atherstone” i „Tynedale”!

*

Piąty kuter lewej kolumny, który nie zdołał wysadzić komandosów przy Starym Molo, opuścił port 

Saint-Nazaire o godzinie 2.00.

Kapitan   Henderson   z   Królewskiej   Morskiej   Rezerwy   Ochotniczej   stał   na   pomoście   bojowym   i 

spoglądał   smętnie   na   jeden  Oerlikon,  który  nadawał   się   do  użytku  —  drugi   był   poważnie  uszkodzony 
odłamkiem pocisku.

Przy   działku   stał   plutonowy   Thomas   Durrant   z   Królewskiego   Pułku   Saperów,   który   został 

odkomenderowany na czas rajdu do oddziału numer dwa.

Komandosi zajmowali miejsca na górnym pokładzie wzdłuż relingów. Oprócz pistoletów maszynowych 

posiadali tylko dwa Breny.

Henderson zdawał sobie sprawę, że jeśli dojdzie do spotkania z niemieckimi torpedowcami, nie będą 

mieli żadnych szans. Byli bezbronni, a przy prędkości 19 węzłów, którą rozwijali, nie mogli nawet liczyć na 
ucieczkę.

Okryci gęstą zasłoną dymną opuścili ujście rzeki. W świetle reflektorów widzieli sunącą przed nimi 

sylwetkę   ścigacza   artyleryjskiego.   Henderson   nie   miał   właściwie   żalu   do   Rydera,   że   nie   zmniejszył 
prędkości i nie zaczekał na nich. Pojęcie „żalu” nie istniało zresztą w regulaminie Royal Navy. Była tam co 
najwyżej mowa o solidarności ludzi morza.

Kuter pruł dziobnicą spokojną toń wody. Henderson wytężając wzrok usiłował przebić okalające ich 

ciemności. Za jego plecami stali jak dwa cienie porucznicy: Dark i Landy.

Była godzina 5.26, gdy dostrzegli z lewej burty kilka dużych jednostek podążających w szyku torowym.
Niemieckie torpedowce czy brytyjskie niszczyciele?

background image

— Zatrzymać motory! — rozkazał Henderson.
Nie zidentyfikowane okręty przesunęły się w odległości stu metrów. Henderson widział je zupełnie 

wyraźnie. Torpedowce typu „Möwe”! Szły zaciemnione.

Kiedy rozpłynęły się w ciemnościach, z pomostu bojowego padł rozkaz:
— Oba motory cała naprzód!
Zawarczały silniki. Kuter ruszył do przodu.
I w tym momencie Henderson zrozumiał, że popełnił błąd. Za wcześnie się ujawnili! Ale już nic nie 

można było zmienić.

Zalał   ich   strumień   jasnego   światła.   To   podążający   na   końcu   szyku   torpedowiec   włączył   reflektor. 

Nieprzyjacielskie okręty zawróciły i zaczęły krążyć wokół małej jednostki jak koty wokół myszy, z którą 
pragną się podroczyć. Niemcy byli pewni swej zdobyczy. Ich okręty rozwijały prędkość do 33 węzłów, czyli 
prawie dwukrotnie większą od maleńkiego kutra.

Po   kilku   minutach   „zabawy”   pierwszy   torpedowiec   otworzył   ogień   z   broni   maszynowej   i   działek 

przeciwlotniczych.

Plutonowy Durrant odpowiedział natychmiast ze swego Oerlikona. Strzelał precyzyjnie z zimną krwią, 

tak jakby znajdował się na ćwiczeniach, a nie w autentycznym boju. Do walki włączyli się także komandosi 
— pruli ze swych Brenów długimi seriami.

Niemieckie okręty były coraz bliżej. Henderson pojął, że chcą staranować kuter. Gwałtowny zwrot i 

Brytyjczykom udało się uniknąć zderzenia. Jeden z torpedowców musiał jednak zawadzić lekko o burtę 
kutra, bo ten przechylił się nieco i paru komandosów wpadło do morza.

Atakujący torpedowiec oddalił się i otworzył ogień z działa 102 mm. Pocisk trafił w pomost bojowy 

osaczonego kutra. Henderson padł martwy. Porucznicy Dark i Landy odnieśli rany.

Hitlerowski   okręt   był   znów   zupełnie   blisko.   Ktoś   zawołał   przez   tubę   głosową   w   łamanej 

angielszczyźnie.

— Poddajcie się!
Porucznik Landy powstał z wysiłkiem i podniósł do góry ręce. Plutonowy Durrant leżał ciężko ranny 

obok Oerlikona.

*

Dwa niszczyciele „Tynedale” i „Atherstone” przez całą noc patrolowały wybrzeże, wchodząc także w 

strefę otwartych wód.

Do   godziny   drugiej   panował   spokój   i   całkowita   cisza   w   eterze.   Między   2.18   a   3.25   na   okrętach 

odebrano sygnały radiowe od pięciu kutrów opuszczających ujście rzeki. O godzinie 4.30 obserwatorzy 
brytyjscy dostrzegli trzy małe zespoły kutrów, które kierowały się do rejonu zbiórki. W godzinę później 
okręty ruszyły kursem powrotnym, oddalając się od siebie o pięć mil, z zamiarem ściągnięcia maruderów.

Ani   dowódca  „Tynedale'a”,   komandor   podporucznik   Tweedie,   ani   też   dowódca   „Atherstone'a”, 

komandor   podporucznik   Jenks,   nie   wiedzieli   oczywiście,   że   większość   kutrów   została   zatopiona   lub 
zniszczona.

Ledwo minęła szósta, gdy na ekranie radaru, zainstalowanego na pomoście „Atherstone'a”, pojawiło się 

pięć świetlistych punkcików.

Po   dwudziestu   minutach,   kiedy   niebo   zaczynało   się   już   rozjaśniać,   ukazały   się   na   widnokręgu 

niemieckie torpedowce. Było ich pięć i podążały w szyku torowym. Miały zdecydowaną przewagę ogniową 
nad brytyjskimi niszczycielami.

Komandor podporucznik Jenks połączył się z radiokabiną.
—   Do   „Tynedale'a”   od   „Atherstone'a”   —   począł   przekazywać   sygnał.  —   Pięć   niemieckich 

torpedowców. Zbliżają się do rejonu zbiórki. Co mam robić?

„Tynedale” był teraz okrętem flagowym i Jenks musiał czekać na instrukcje od Tweedie'go.
Zadźwięczał dzwonek z kabiny radiostacji. Jenks pochylił się nad rurą głosową.
—   Odpowiedź   z  „Tynedale'a”,   panie   komandorze:   „Zmienić   kurs   na   południowy.   Odciągnąć 

torpedowce od kutrów. Płyniemy do was”.

A więc posłużymy za przynętę — pomyślał Jenks. Musimy zwiększyć prędkość.
Torpedowce również przyspieszyły.
Wkrótce po prawej burcie pojawił się  „Tynedale”. Zbliżał się do  „Atherstone'a”, przecinając drogę 

torpedowcom.

Ciekawe, którego z nas wybiorą — myślał Jenks. Chyba jednak „Tynedale'a”. Jest już bliżej.

background image

Nie pomylił się.
Najpierw   zobaczyli   błysk   na   jednym   z   okrętów   nieprzyjaciela,   a   później   usłyszeli   huk   wystrzału. 

„Tynedale” znalazł się pod ześrodkowanym ogniem dział przeciwnika...

Komandor podporucznik Tweedie był na to przygotowany. Działa „Tynedale'a” były już naprowadzone 

na cel.

Padła komenda: „Ognia!”
Dwie lufy dziobowej wieży skoczyły gwałtownie do tyłu.
Torpedowiec zajmujący w szyku trzecią pozycję otrzymał trafienie.
W   tym   momencie   celny   pocisk   ugodził   również  „Tynedale'a”.   Niemcy   zdołali   się   już   wstrzelać   i 

Tweedie   zorientował   się,   że   mogą   mu  zniszczyć   okręt.   Jedyny  ratunek   to   zasłona   dymna.   Gęste   kłęby 
białego dymu otuliły niszczyciela, kryjąc go przed okiem wroga. W ostatniej chwili, kiedy zdawało się, że są 
bezpieczni, padł kolejny pocisk. Na szczęście obyło się bez większych szkód.

O godzinie 6.45, po dziewięciu minutach walki, akcja została zakończona. Niemcy nie podjęli pościgu.
Niszczyciele zbliżyły się do siebie i szły na spotkanie z kutrami.

*

Pokłady ścigacza artyleryjskiego były śliskie od krwi. Ranni leżeli stłoczeni obok siebie i lekarz, który 

przybył   z  „Atherstone'a”,   ledwie   mógł   przejść   między   nimi.   Wstrzykiwał   naprędce   morfinę   i   udzielał 
towarzyszącemu mu felczerowi wskazówek.

Do ścigacza i kutrów jedna za drugą podpływały łodzie, na które przenoszono rannych i zabitych. 

Kierowały się one następnie ku burtom niszczycieli. Trwało to wszystko dość długo  — co najmniej dwa 
kwadranse.   Na   szczęście   dokoła   panowała   cisza.   Morze   było   spokojne,   a   co   dziwniejsze   niemieckie 
torpedowce nie nadchodziły.

Komandor porucznik Ryder stał na pomoście MGB 314 i wysłuchiwał utyskiwań kapitana Curtisa.
Kadłub   ścigacza   był   podziurawiony   w   wielu   miejscach.   Widniały   w   nim   otwory   po   pociskach. 

Uszkodzony został dziób, woda zalała jeden przedział.

Gdy o 7.50 ostatnia łódź przybiła wreszcie do burty  „Tynedale'a”, zespół sformował szyk bojowy i 

ruszył, rozwijając prędkość czternastu węzłów.

Zespół!   Dwa   niszczyciele,   ścigacz   artyleryjski   i   dwa   kutry.   To   było   wszystko,   co   pozostało   z 

dwudziestu jednostek, które wypłynęły z Falmouth.

Jeden   z   kutrów,   najbardziej   uszkodzony,   musieli   zatopić,   nie   można   bowiem   było   na   nim   płynąć. 

Rozkręcono więc zawory denne, i nie czekając na skutek tego posunięcia, ruszono do przodu. Zgromadzeni 
na pomostach spoglądali na pogrążającą się w wodzie jednostkę.

Nagle w powietrzu rozległ się warkot silników. Heinkel 115! Olbrzymi cień samolotu, używanego do 

rozpoznania wybrzeża, przesunął się nad nimi. Zanim otworzyli ogień wykonał zakręt i poleciał w kierunku 
tonącego kutra. Posypały się bomby. Poszedł w górę słup wody. Kuter zniknął w odmętach. He -115 odleciał 
na wschód.

Jeszcze nie ochłonęli z emocji, jeszcze cieszyli się, że tak tanim kosztem udało im się wybrnąć z 

opresji, kiedy znów usłyszeli ryk nadlatującego samolotu.

Beaufighter! Brytyjski pilot pomachał na powitanie skrzydłami. Na okrętach rozległ się krzyk radości.
Samolot   krążył   nad   małym   zespołem,   gdy   niespodziewanie   nadleciał  Junkers   Ju-88.   Niemiecki 

wielozadaniowy   samolot   znajdował   się   w   lepszej   pozycji,   spadał   z   góry.   Już   otwierał   ogień   ze   swych 
działek.

Marynarze wstrzymali oddech. Byli bezsilni. Nie mogli strzelać z Oerlikonów, żeby nie trafić swego.
W ostatniej chwili Beaufighter wywinął się Junkersowi — wyszedł pod nim ostrym zakrętem.
Niemiec   oddalił   się   od   konwoju,   a   za   nim   po   gwałtownym   zakręcie   pomknął   jak   cień   brytyjski 

myśliwiec.

Marynarze nie wierzyli własnym oczom.
Beaufighter uderzył w Junkersa, staranował go!
Dwie maszyny rozsypały się w powietrzu, ich płonące szczątki spadły do morza.
„Tynedale” odłączył od konwoju i pospieszył na miejsce upadku. Po lotnikach nie było nawet śladu.
Około godziny dziewiątej dostrzeżono zarysy dwóch okrętów. Niszczyciele ,,Cleveland” i „Brocklesby” 

podążały na spotkanie zespołu.

Teraz już nie musieli się obawiać niemieckich torpedowców. W dalszym ciągu jednak mogły nastąpić 

ataki z  powietrza, tym bardziej  iż  niebo  zachmurzyło  się, a  w  takich  wypadkach bombowce  wypadały 

background image

niespodziewanie zza chmur. Pogoda ta byłaby, oczywiście, sprzyjająca dla zespołu, gdyby nieprzyjaciel nie 
znał jego pozycji. Niemieckie samoloty rozpoznawcze krążyły jednak ciągle w pobliżu.

„Cleveland” przejął funkcję okrętu flagowego. Niszczyciele szły zygzakiem wokół małego konwoju, 

utrudniając w ten sposób ewentualny atak niemieckich U-bootów, które przy gwałtownych zmianach kursu 
nie mogły odpalić celnej salwy torped.

Od północnego zachodu powiał świeży wiatr. Gładka dotąd powierzchnia morza zmarszczyła się. Kutry 

płynęły coraz wolniej. Zaczęły przeciekać.

Tempo marszu spadało z minuty na minutę, wreszcie prędkość okrętów nie przekraczała 10 węzłów.
Dowódca  „Clevelanda”,   komandor   porucznik   Sayer,   niepokoił   się   coraz   bardziej.   Wiedział,   jak 

ogromna odpowiedzialność  spoczywa na jego barkach, wiedział, że od jego decyzji zależy życie  wielu 
rannych. Musieli jak najprędzej dotrzeć do bazy i przekazać tych ludzi w ręce lekarzy specjalistów. Jeśli to 
się   nie   uda,   wielu   z   nich   może   nie   przeżyć   tego   rejsu.   W   tej   sytuacji   było   tylko   jedno   wyjście. 
Przetransportować załogi ze ścigacza i kutrów na niszczyciele, a okaleczone, niesprawne jednostki, które 
były tylko kulą u nogi, zatopić.

Konwój zatrzymał się.
Komandor porucznik Ryder z żalem opuszczał pokład ścigacza, który z takim trudem wydostał się z 

ujścia Loary. Później patrzył z pomostu „Clevelanda”, jak artylerzyści zatapiają go ogniem z dział.

Dwa kutry podzieliły los swego towarzysza...
Jak się potem okazało, była to mądra decyzja. Niemcy przygotowywali się do zasadniczej rozprawy z 

brytyjskim zespołem. Ponad sto samolotów wysłanych z Holandii brało właśnie w tym momencie ładunek 
bomb na lotnisku w Rennes, w północnej Francji...

Była godzina 13.50, kiedy ruszyli w dalszą drogę. Niszczyciele rozwinęły obecnie prędkość dwudziestu 

pięciu węzłów i rozpoczęły poszukiwania trzech kutrów, które „Cleveland” i „Brocklesby” widziały przed 
spotkaniem z resztkami zespołu. Kutry kierowały się wówczas na północny zachód.

Poszukiwania nie dały rezultatów. O godzinie 18.50 ,,Cleveland” przejął sygnały radiowe wysłane z 

kutrów. Wydawało się, że odnalezienie zabłąkanych jednostek jest tylko kwestią czasu. Komandor porucznik 
Sayer rozkazał więc, aby  „Tynedale” i Atherstone” popłynęły z rannymi do Plymouth, a „Cleveland” i 
„Brocklesby” kontynuowały akcję.

Kontakt z kutrami nie został jednak nawiązany...

*

Z portu wydostało się jeszcze kilka jednostek, ale tylko cztery z nich doszły do Falmouth.
Kuter, na którym znajdowała się część załogi „Campbeltowna” i wszyscy oficerowie — byli wśród nich 

komandor podporucznik Stephen Beattie oraz kapitan Tibbes — płynął w dół rzeki. Stłoczeni na pokładzie 
ludzie mieli nadzieję, że uda im się uniknąć pocisków wroga i dotrzeć szczęśliwie do Anglii. Niestety. Dwa 
celne trafienia zmieniły niewielką jednostkę w płonącą żagiew. Marynarze zdołali wprawdzie spuścić tratwy 
ratunkowe, ale od tej chwili zdani byli wyłącznie na łaskę Niemców.

Ścigacz   torpedowy   MTB   74,   mogący   rozwijać   prędkość   40   węzłów,   miał   największą   szansę 

wymknięcia   się   z   rejonu  walki,  jednak  z   niej  nie   skorzystał.  Widząc   płynący  obok  kuter,  pospieszył   z 
pomocą jego załodze, został trafiony i sam się zapalił.

Dla trzech kutrów, poszukiwanych przez  „Clevelanda” i „Brocklesby'ego”, los był nieco łaskawszy. 

Dowodzone przez kapitana Platta z Rezerwy Królewskiej Marynarki Wojennej, bez eskorty i na ostatnich 
kroplach paliwa dotarły do Falmouth.

Wprawdzie w czasie drogi atakowane były dwukrotnie przez niemieckie lotnictwo, ale szczęście im 

dopisało. Strącili Heinkla He-111, a wodnosamolot typu Blohm und Voss uszkodziły i zmusiły do odwrotu.

Do Falmouth przybył również bez eskorty kuter, który miał defekt silnika przed spotkaniem z okrętem 

podwodnym „Sturgeon”...

Osaczeni

Leżeli obok siebie pod platformami, stojącymi na portowych torach kolejowych — była to znakomita 

osłona przed padającymi gęsto pociskami.

Niemiecki ogień nie ustawał nawet na moment.
Komandosi odpowiadali z rzadka — oszczędzali amunicję.

background image

Podpułkownik   Charles   Newman   wyciągnął   manierkę,   pociągnął   łyk   whisky   i   podał   spłaszczone 

naczynie majorowi Copelandowi, który przekazał je z kolei kapitanowi Stanowi Dayowi.

— Przejdziemy  lądem do  Hiszpanii  — rzucił Newman. — To najbliższy neutralny kraj.
Copeland i Day spojrzeli uważnie na dowódcę.
— To prawie sześćset mil — rzekł Copeland.
— Tak. To prawie sześćset mil, ale nie mamy innego wyjścia — powiedział twardo Newman.
— Sądzę, że możemy liczyć na poparcie miejscowej ludności. Francuzi mają już dość szwabów  — 

wtrącił się do rozmowy Day.

— W jaki sposób wyjdziemy z okrążenia? — Copeland zainteresował się sprawą najistotniejszą.
— Stan, ilu mamy ludzi? — Newman jakby nie dosłyszał pytania swego zastępcy.
— Około siedemdziesięciu, panie pułkowniku — odpowiedział adiutant.
— Pytałem o dokładną liczbę  — Newman podniósł nieco głos.  — Przekaż moją decyzję dowódcom 

pododdziałów.

— Yes, sir — kapitan Day odpełznął na bok.
— W jaki sposób wyjdziemy z okrążenia? — podpułkownik powtórzył teraz pytanie swojego zastępcy. 

— Nie jestem całkowicie pewien, czy to jest okrążenie. Przecież nie oni wysadzili desant, a my. Mamy 
dostęp do niektórych nabrzeży. Nie zostaliśmy zupełnie odizolowani od własnych sił. Jesteśmy w kupie, 
wszyscy razem, z wyjątkiem saperów Pritcharda. Powinien pan wiedzieć, co to jest klasyczne okrążenie, 
Copeland...

Zaśmiał się, ale śmiech ten zabrzmiał gorzko.
Major Copeland poczuł ukłucie w sercu, choć przyzwyczajony był do ironizowania dowódcy.
— Rzecz w tym — dodał już innym tonem Newman — jaki oni osiągnęli stopień gotowości bojowej. 

Przecież nie zdążyli jeszcze rzucić przeciwko nam całej swojej brygady polowej. Jeśli przedostaniemy się 
przez miasto, będziemy uratowani...

Milczeli przez jakiś czas. Słyszeli teraz wyraźnie, że Niemcy strzelają nie tylko z ciężkich karabinów 

maszynowych, lecz i z pistoletów maszynowych. Newmanowi wydawało się nawet, że w tym nieustającym 
huku pistolety i ręczne karabiny maszynowe przeważają nad bronią zespołową. Widocznie przybyły do portu 
posiłki. Czyżby to rzeczywiście było okrążenie?

— Sądzę, że nie ma sensu pozostawać przy dawnym podziale. Powinniśmy się zorganizować w nowe 

grupy. Wielu żołnierzy jest wykrwawionych — odezwał się Copeland.

— Myślałem  o  tym. Wystarczy po dwudziestu ludzi w  każdej  grupie  — zgodził  się  Newman.  — 

Będziemy przedzierali  się  w dwu  kierunkach: przez  wewnętrzny  most  u  północnego krańca  basenu  St. 
Nazaire oraz przez most podnoszony nad południowym wejściem do tego basenu. Zastosujemy ogień i ruch.

Użył słowa „przedzierali”, jak gdyby już miał pewność, że są otoczeni.
Powrócił kapitan Day.
— Jak to przyjęli? — spytał Newman.
— Wspaniale! — Day był zachwycony. — Gotowi są na wszystko!
Nagle w odległości paru metrów od rozmawiających padł ręczny granat z długim trzonkiem. Pochylili 

twarze ku ziemi. Jedna, dwie, trzy sekundy... Wybuch nie nastąpił. Podnieśli głowy.

— To szczęśliwy znak! — stwierdził Copeland. — Oby takie zdarzały się nam częściej...
Po kilkunastu minutach dwie grupy, osłaniane przez starszego sierżanta Hainesa, zdążały w kierunku 

mostu nad południowym wejściem. Przed nimi był najtrudniejszy odcinek drogi, chcieli go przebyć jak 
najprędzej.   Kiedy   wbiegli   na   most,   w   powietrzu   zamigotamy   gęste   roje   pocisków,   przelatując   nad   ich 
głowami. Niemcy podnieceni walką źle odmierzyli odległość i nie skrócili celowników.

Newman, biegnący skrajem mostu, zobaczył dwa małe niemieckie trałowce, które płynąc pogrążały się 

coraz bardziej w wodzie kanału. To chyba robota Pritcharda — pomyślał. Co się z nim stało? Zapewne został 
zabity...

Wpadli do miasta. Opustoszałe, wymarłe ulice. Światła w oknach pogaszone.
Naraz w oddali rozległ się warkot motorów.
— Przeskakujemy przez murek! — zawołał Newman.
Przechodzili pospiesznie przez ogrodzenie, podsadzali rannych.
Znaleźli się w jakimś ogródku, na zapleczu małego domku. Wyglądało to jak pułapka. Nie mieli innego 

wyjścia, musieli przejść przez pomieszczenie tej niewielkiej posesji.

Newman   ruszył   pierwszy.   Z  rozpędem   skoczył   przez   niskie,   parterowe   okno.   Szyba   rozbiła   się   w 

drobny mak.

Kuchnia. Kątem oka dostrzegł przykryty obrusem w kratkę stół. Na nim czyste nakrycia, pożywienie. 

Kolacja? Śniadanie? — pomyślał. Jakie to wszystko dziwne.

background image

Jeszcze jeden pokój. Sypialnia. Pusta.
Wypadli na zewnątrz, na inną ulicę. Przesuwali się pod ścianami domów.
I znów usłyszeli warkot motorów. Narastał, wibrował w uszach.
Tuż przed nimi pojawił się samochód pancerny, plujący ogniem we wszystkich kierunkach.
Skręcili w jakąś ciemną aleję.
Wóz bojowy przejechał.
Nagle wyskoczył zza zakrętu motocykl z przyczepą. Jeden z komandosów wypuścił serię z Brena.
Motocykl wjechał na chodnik i walnął z łoskotem o ścianę budynku. Niemieccy żołnierze jak ciężkie 

worki wysypali się na trotuar.

— Ciężarówka! — major Copeland wskazał ręką stojący na poboczu samochód. Podchodzili ostrożnie z 

karabinami maszynowymi przygotowanymi do strzału. Pojazd był pusty.

Copeland wskoczył do kabiny kierowcy. Próbował uruchomić silnik. Pedał hamulca, pedał sprzęgła. 

Zapaliły się przednie światła. Jeszcze jedna próba. Nerwowe ruchy przy stacyjce. Cisza. Samochód był 
niesprawny... Ruszyli dalej.

Ranni   ledwie   dotrzymywali   kroku   kolegom.   Porucznik   Etches,   który   został   trafiony   jeszcze   przed 

lądowaniem i stracił mnóstwo krwi, zaciskał z bólu zęby i wspierał się na ramionach swych żołnierzy.

Doszli do skrzyżowania. Zatrzymali się, by zbadać sytuację. Niestety droga była zamknięta. Niemcy na 

każdym rogu. Po prawej stanowisko karabinu maszynowego!

Wycofywali się chyłkiem. Znów znaleźli się w jakiejś bocznej uliczce. Wylot na główną arterię? Nie 

przebyli dwustu metrów, gdy ponownie spostrzegli kilku niemieckich żołnierzy przy kaemie.

Dokoła   Niemcy.   Obsadzili   wszystkie   skrzyżowania   Czy   jest   jakakolwiek   szansa   wydostania   się   z 

miasta?

Wstawał świt. Komandosi odróżniali już swoje twarze — wymęczone i pobladłe.
Newman nie potrzebował nawet patrzeć na zegarek. Wiedział, że w Saint-Nazaire słońce wschodzi o 

6.48*. A więc upłynęły prawie trzy godziny od chwili, gdy przedostali się do miasta. Trzy godziny krążenia 
po ulicach! W ciągu tego czasu Niemcy zdążyli, oczywiście, ściągnąć wojsko, które kwaterowało poza 
miastem. Dlaczego jednak tak wielu żołnierzy było w porcie w momencie, gdy nastąpił desant? A może 
zostali uprzedzeni?

Jeszcze kwadrans i będzie zupełnie widno. Ludzie słaniają się na nogach. Trzeba opatrzyć rannych, 

dłużej nie wytrzymają.

Biały napis na ścianie domu: Luftschutzraum — schron przeciwlotniczy.
— Zatrzymamy się tutaj! — rozkazał Newman.
Ostrożnie schodzili po kamiennych stopniach w dół.
— Proszę, nawet materace! — zdziwił się kapitan Day.
Starszy sierżant Haines wyznaczył plutonowego Steele'a, aby pełnił wartę na podeście. Pozostali zwalili 

się na leżące pod ścianą materace.

— Wolno palić!
Wyciągali z kieszeni wymięte paczki papierosów, częstowali się wzajemnie, przypalali, zaciągali się 

chciwie dymem.

Newman wydobył fajkę i, nie śpiesząc się, napełniał ją starannie tytoniem. Stwierdził, że jeszcze nigdy 

w życiu tak mu nie smakowała.

Sanitariusz wydobył z torby bandaże i przewiązał rany towarzyszom.
— Zostaniemy tu do nocy — zwrócił się Newman do Copelanda. — A później wyruszamy parami...
— Nic innego nie możemy zrobić. — Major Copeland zaakceptował plan dowódcy. — W kupie od razu 

nas zauważą. Nie mamy już prawie amunicji.

-— Jeśli znajdą nas w tej piwnicy, poddamy się — Newman mówił wolno, jak gdyby z wysiłkiem. — 

Wystarczy, aby rzucili tu jeden granat, a będzie jatka...

Major milczał. A więc na tym polega odpowiedzialność dowódcy? Po raz pierwszy zetknął się z tym 

problemem tak namacalnie, w warunkach bojowych. A honor żołnierski, godność? Ale przecież względy 
praktyczne i rozum przemawiają za takim, a nie innym rozwiązaniem.

Copeland, który w porcie był przez moment niezdecydowany, który nie wiedział, co mają dalej robić, 

później nabrał przekonania, iż wszystko ułoży się pomyślnie i że na pewno nie wpadną w ręce Niemców.

* W całym tomiku podawany jest brytyjski czas letni.

background image

Newman odwrotnie, w porcie był pewien siebie, gotów na wszystko. Teraz jednak zdawał sobie sprawę 

z beznadziejności sytuacji. Myślał o niedawnym, haniebnym poddaniu garnizonu brytyjskiego w Singapurze, 
gdzie osiemdziesiąt pięć tysięcy ludzi skapitulowało wobec słabszych liczebnie Japończyków. Zastanawiał 
się nad postępowaniem żołnierzy japońskich, którzy walczyli do końca, nie dawali się brać żywcem, bo tak 
im nakazano, ale gdy zostali pojmani, załamywali się niezwykle szybko, ponieważ wydawało im się, że nie 
mają   już   nic   do   stracenia.   Odrzucali   wówczas   wszelkie   hamulce   moralne   i   udzielali   łatwo   informacji 
amerykańskim oraz brytyjskim oficerom wywiadu. Jak zachowają się jego ludzie?

Oparł się o ścianę i przymknął oczy. Naraz drgnął. Ponad nimi rozległo się ciężkie stąpanie. Niemcy 

weszli do budynku. Wchodzili po schodach na górę.

Komandosi unieśli się z materaców, zastygli w oczekiwaniu. Żeby tylko nie natknęli się na Steele'a — 

pomyślał Newman.

Przez kilka minut panowała cisza. Później stąpanie znów się rozległo. Schodzili w dół... Wyszli...
Brytyjczycy odetchnęli z ulgą.
Nagle ktoś krzyknął na podeście:
— Engländer!
To już koniec  — pomyślał Newman i rzucił się po schodach na górę. Lufy pistoletów maszynowych 

stanowiły zaporę nie do przebycia. Mówił nieskładnie po niemiecku, że chcą się poddać.

Hitlerowcy wtargnęli do schronu. Wypychali brutalnie komandosów na ulicę. Obmacywali ich, szukając 

broni. Zrywali emblematy.

— Raus! Schnell!
Poprowadzili ich przez ulicę do gmachu znajdującego się naprzeciw.
Newman zdążył jeszcze przeczytać napis na tablicy: Kommandantur... Zaklął. Ale wybrali sobie miejsce 

na schronienie!

Z uczuciem poniżenia, z podniesionymi do góry rękami weszli do siedziby komendy garnizonu.
Komandosi z innych grup ukrywali się w mieście przez cały następny dzień. Wreszcie i oni zostali 

odnalezieni i pojmani. Jedynie pięciu — kapral Wheeler, starsi szeregowcy: Douglas, Howarth i Sims, oraz 
szeregowiec   Harding   —   zdołało   zmylić   czujność   Niemców   i   zbiec.   Dzięki   pomocy   Francuzów,   którzy 
ryzykowali życiem, aby ich ukryć, uniknęli niewoli i przedostali się do Anglii.

Koń trojański

Kapitan George Gonin podszedł do sejfu i wydobył zeń trzy różnokolorowe teczki.
Na pierwszej z nich widniał napis:  Nasłuch radiowy i publikacje prasowe, na drugiej  —  Zdjęcia z 

Medmencham, a na trzeciej wypisano dużymi literami: Raporty agentów.

Wszystkie one dotyczyły rajdu na Saint-Nazaire i Gonin musiał przyznać, że od czasu, gdy zaczął się 

zajmować tą operacją, materiałów wciąż przybywało.

Przesiadywał codziennie w biurze Ośrodka Wywiadu Operacyjnego do późnych godzin nocnych  — 

przychodził   najwcześniej   i   wychodził   ostatni.   Z  różnych,   często  sprzecznych   ze   sobą   źródeł,   próbował 
wyłuskać ziarno prawdy.

Teraz też zasiadł za biurkiem, otworzył pierwszą teczkę i wyjął z niej cieniutką bibułkę, upstrzoną gęsto 

maszynowym pismem. Była to audycja Radia Frankfurt nadana 29 marca 1942 roku o godzinie 19.00.

Zagłębił się w tekst:
Rajd na St. Nazaire — zniekształcenie faktów u stylu brytyjskim.
Dalsze komentarze na temat pożałowania godnej ofensywy Brytyjczyków. Katastrofalne niepowodzenie  

Brytyjczyków   w   St.   Nazaire   staje   się   jeszcze   jednym   przykładem   kłamliwości   oficjalnej   angielskiej  
propagandy. Kolejno po sobie następujące komunikaty dotyczące tego żałosnego rajdu ilustrują w pełni  
metody propagandy churchillowskiej. W pierwszym komunikacie, ogłoszonym wczoraj po południu, Anglicy 
mówili o mistrzowskim posunięciu w St. Nazaire. Obiecano, iż dalszy komunikat będzie  ogłoszony, gdy 
oddziały   brytyjskie   powrócą   z   St.   Nazaire.   Później   ta   pierwsza   wiadomość   została   powtórzona,   ale  
opuszczono już w niej zapowiedź owego dalszego komunikatu. Londyn milczał aż do soboty wieczór (28 
marca), kiedy to opublikowany został nasz specjalny komunikat bez podania angielskiej wersji. Dzisiejszego  
ranka   Anglicy   przedstawili   własną   interpretację   wydarzeń.   W   tym   oficjalnym   komunikacie   brytyjska  
Admiralicja przyznaje w każdym razie, iż rajd nie obył się bez ofiar. Charakterystyczne, iż wyrażona została  
jedynie nadzieja, że operacja może okazać się sukcesem. Aby podnieść na duchu własne społeczeństwo oraz  
sprzymierzeńców w Moskwie, i Waszyngtonie, obiecano, że dalsze komunikaty nastąpią, skoro tylko — znów 
ten   sam   argument   —   „brytyjskie   wojska   powrócą   z   Saint-Nazaire”.   Oto   mamy   przykład   oficjalnej 

background image

propagandy   angielskiej:   niezdarne   zniekształcanie   faktów,   nieuzasadnione   niczym   zwycięskie   fanfary,   a 
wszystko   po   to,   by   pocieszyć   społeczeństwo   za   pomocą   pustych   frazesów   i   jałowych   obietnic.   Londyn  
oczekuje   na   próżno   na   powrót   swych   żołnierzy   z   St.   Nazaire.   Jeśli   Anglicy   będą   tylko   polegali   na  
informacjach   z   Londynu,   będą   musieli   czekać   długo   i   upłynie   sporo   czasu,   zanim   brytyjskie   wojska  
aresztowane w St. Nazaire powrócą z niemieckiej niewoli i zameldują się do raportu
...

Kapitan Gonin położył na biurku cieniutką kartkę i popadł w zadumę. Niemcy bardzo zręcznie starali 

się zdyskredytować brytyjskie komunikaty radiowe i prasowe, ogłoszone po zakończeniu operacji. Zrobili to 
z taką wprawą, iż wiele ludzi w Wielkiej Brytanii  — wśród nich także oficerowie marynarki  — odniosło 
wrażenie, że „wątpliwy” sukces wyprawy nie równoważył poniesionych strat. Koszty rajdu na Saint-Nazaire 
były zresztą bardzo wysokie. Z 630 marynarzy i komandosów nie powróciło do Anglii 403. Największe były 
oczywiście straty wśród komandosów. Z 277 oficerów i szeregowych, którzy wzięli udział w operacji, 59 
uznano za zabitych, a 153 dostało się do niewoli. Oddział dywersyjno-rozpoznawczy nr 2 przestał właściwie 
istnieć.

Gonin przerzucił jeszcze parę kartek nasłuchu radiowego i zatrzymał wzrok na ostatniej:
Radio Nowej Brytanii na falach 25,8, 30,77 i 41,07 m.
Audycja w języku angielskim nadana 30 marca 1942 roku o godzinie 20.30.
Przegląd wiadomości, które nie podlegają cenzurze.
Jeżeli   wiadomości   o   rajdzie   na   St.   Nazaire   okażą   się   nieprzekonywające,   Ministerstwo   Informacji  

przygotuje sfałszowane zdjęcia portu, które będą następnie reprodukowane w prasie. Od pewnego czasu  
rozwija działalność laboratorium fotograficzne powiązane z Departamentem Prasy tegoż Ministerstwa. W  
laboratorium tym zdjęcia oficjalnie oceniane jako „niezbyt wyraźne do reprodukcji” są retuszowane. Są to  
zwykłe fotografie lotnicze albo też fotografie uzyskane drogą radiową lub telegraficzną. Działalność tego  
laboratorium otoczona jest największą tajemnicą. Ma doń wstęp jedynie dr William Mathers, który nim  
kieruje, oraz jego najbliżsi współpracownicy. Możemy dziś ujawnić słuchaczom, iż zadanie Mathersa polega 
nie   tylko   na   retuszowaniu   negatywów,   aby   uczynić   zdjęcia   wyraźniejszymi,   lecz   również   na   takim   ich  
preparowaniu, by dawały zupełnie odmienne od pierwotnego pojęcie o fotografowanym obiekcie. Mathers 
jest odpowiedzialny za zdjęcia „Scharnhorsta” i „Gneisenaua” w Breście, które miały udowodnić, iż owe 
pancerniki zostały fatalnie uszkodzone przez lotnictwo. Mathers pracuje obecnie nad zdjęciami lotniczymi  
śluz w St. Nazaire i gdy zakończy pracę, zobaczymy na nich, że śluzy zostały prawie całkowicie zniszczone. 
Fotografie te wykonano w roku 1938.

Gonin wiedział dobrze, że Niemcy podając te informacje chcą upiec jednocześnie dwie pieczenie. Z 

jednej   strony   wzbudzić   nieufność   Brytyjczyków   do   oficjalnych   komunikatów   prasowych,   z   drugiej  — 
przypomnieć o udanej ucieczce swych okrętów, co, jak wiedzieli, zraniło dumę Anglików. Kapitan wyjął 
teraz   z   teczki   egzemplarz   hitlerowskiego   czasopisma   z   zamieszczonym   na   pierwszej   stronie   zdjęciem 
„Campbeltowna”. Niszczyciel przylegał dziobem do konstrukcji kesonu, a na jego pokładzie dziobowym 
znajdowali się niemieccy marynarze i żołnierze. Podpis pod zdjęciem głosił, że keson pozostał nietknięty.

Nie bardzo się to, co prawda, zgadzało z początkowymi doniesieniami niemieckiej agencji prasowej, iż 

„Campbeltown”   wyleciał   w   powietrze   przed   staranowaniem   doku  „Normandie”,   ale   Gonin   nie   miał 
wątpliwości, że zdjęcie jest autentyczne.

Sięgnął z kolei po teczkę ze zdjęciami z rozpoznania lotniczego portu w Saint-Nazaire. Wziął do ręki 

powiększające szkło i zaczął analizować kolejne fotogramy. W miarę upływu czasu twarz jego rozjaśniała 
się coraz bardziej.

Odłożył fotografie i otworzył trzecią teczkę z raportami agentów. Czytał je długo i uważnie. Kiedy do 

pokoju weszła sekretarka, zwrócił ku niej rozradowaną twarz:

— Czy pani wie, Kate, co to jest koń trojański? — zapytał bez żadnych wstępów.
— Ależ, panie kapitanie...
— Nie chciałem pani urazić, ale niech pani sobie wyobrazi, że „Campbeltown" odegrał w jakimś sensie 

rolę konia trojańskiego...

— Koń trojański  — sekretarka namyślała się przez chwilę  — był to drewniany koń wprowadzony 

podstępem do Troi. Ukryci w nim Grecy otworzyli w nocy swym towarzyszom bramy miasta. Troja padła. 
Ale co to ma wspólnego z „Campbeltownem”?

— Proszę spojrzeć na ten fragment raportu — Gonin podsunął jej dokument...

„W nocy z 27 na 28 marca — donosił w swoim raporcie agent  — mieszkańcy St. Nazaire i okolic 

obudzeni zostali przez huk wystrzałów artyleryjskich. Pociski smugowe przelatywały nad starą dzielnicą 
miasta, a obszar doków był oświetlony jak w dzień.

Później rozległ się na ulicach warkot motorów. Ciężarówki pełne niemieckich żołnierzy pędziły do 

background image

doków.

René i Michel, tak jak wielu mieszkańców, myśleli, że to inwazja, i chcieli już wybrać się do portu, ale 

ich powstrzymałem.

Rano wraz z innymi robotnikami stoczni udaliśmy się do pracy. Tramwaje i kolejka były nieczynne. Ale 

my mieliśmy rowery i wkrótce znaleźliśmy się na obszarze doków.

Ciągle jeszcze trwała strzelanina i widzieliśmy ciężarówki, które teraz podążały w kierunku miasta. 

Siedzieli na nich żołnierze i marynarze brytyjscy w otoczeniu konwojentów.

Zorientowałem się, że Anglicy dokonali rajdu na port.
Gdy   podjechaliśmy   bliżej   doków,   zostaliśmy   zatrzymani   przez   żołnierzy   Wehrmachtu.   Wkoło 

rozstawione były gęsto posterunki.

Rozkazano nam wrócić do domów, co też uczyniliśmy.
O godzinie dziesiątej strzelanina ustała.
Przed południem, a dokładnie o godzinie 11.35*, nastąpiła w porcie eksplozja. Była tak gwałtowna, że 

wszystkie szyby w naszym domu i w sąsiednich wyleciały. Potem znów przez cały dzień było spokojnie.

W   następnym   dniu   wysłuchaliśmy   przez   radio   komunikatu   BBC.   Moje   domysły   co   do   rajdu 

potwierdziły się.

W   poniedziałek   30   marca   pozwolono   nam   wejść   na   obszar   doków.   Niemcy   wydawali   się 

zdezorientowani, nie mogliśmy się dowiedzieć, czy wszystkie wydziały stoczni są już czynne.

Poszliśmy   w   kierunku   naszego   warsztatu.   Tutaj  ponownie   zostaliśmy   zatrzymani   przez   żołnierzy 

Wehrmachtu. Udało nam się jednak zmylić ich czujność i rozejrzeliśmy się wokół.

Po niszczycielu, który staranował wrota śluzy, nie było ani śladu. Zewnętrzny keson został całkowicie 

zniszczony  — była to teraz góra pogiętego żelastwa. Zrozumiałem, że eksplozja skutecznie wygięła ów 
keson   do   wewnątrz,   słowem   uwolniła   go.   Pod   wpływem   ciśnienia   wody,   która   wdarła   się   do   pustego 
wówczas doku  „Normandie”, keson obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni wzdłuż tego doku. Nie mogłem 
tylko pojąć, dlaczego wybuch nastąpił z takim opóźnieniem, po jedenastu godzinach. W komunikacie radia 
brytyjskiego była bodaj mowa o trzech godzinach **.

Co nas jednak najbardziej uderzyło, to ludzkie szczątki, które poniewierały się na nabrzeżach.
Był to straszny widok: nogi, ręce, głowy, wnętrzności — wszystko to leżało oddzielnie. Z satysfakcją 

stwierdziliśmy, że na pokrwawionych rękawach były niemieckie emblematy, a niektóre głowy były jeszcze 
osadzone w głęboko ocienionych hełmach.

René aż zagwizdał z podziwu, a Michel nie wytrzymał i zaczął wymiotować.
Pijani   niemieccy   żołnierze   z   grup   roboczych   zbierali   te   szczątki   ludzkie   łopatami,   ładowali   na 

samochody ciężarowe i posypywali każdą warstwę piaskiem.

René zastanawiał się, czy wyślą owe szczątki do Vaterlandu i czy będą później przesiewali piasek przez 

sito.

Udaliśmy się do warsztatu. Był tam już nasz majster, Herr Johann Günsch z Düsseldorfu, lat 49, ojciec 

czworga dzieci, o którym napomknąłem w poprzednim raporcie.

Powitał nas z posępną miną.
— Co pan jesteś taki roztrzęsiony, Herr Günéisch? Stało się coś? — spytał niewinnie René.
Majster nic nie odpowiedział.
René wydobył zza pazuchy butelkę samogonu z winogron, którą wziął ze sobą na wszelki wypadek.
— Golnij sobie pan, panie Günsch. Co się pan będziesz przejmował!
Niemiec wahał się, wreszcie wziął butelkę, przytknął ją do ust i wydudlił z połowę.
Oczy mu się zaszkliły, opadł na stołek przy obrabiarce i westchnął głęboko.
— Pan nie wie, co tu się zdarzyło. Mamy żałobę narodową w Saint-Nazaire...
— Żałobę narodową? Pan przesadza. Przecież to wy wzięliście do niewoli Anglików.
— Nie o to mi chodzi. Ten angielski okręt, co to uderzył we wrota śluzy doku „Normandie”, wyleciał w 

powietrze. Mein Gott! Co tam się działo!

— Na okręcie byli Anglicy?
— Właśnie że nie! To nasi jak te głupki poszli na ten okręt. Nie rozbroili przedtem zapalników. A 

wiadomo, że Anglicy wszędzie zastawiają pułapki!

* Czasu miejscowego, czyli o 12.35 według brytyjskiego czasu letniego.
** Zapalniki zastosowane przez kapitana Tibbetsa posiadały urządzenie opóźniające, które, jak już wspomnieliśmy, miało 

spowodować wybuch głównego ładunku na „Campbeltownie” po dwu i pół godzinie. Z niewiadomych przyczyn zaczęło ono działać 
dopiero po jedenastu godzinach.

background image

— Ilu zginęło? — René starał się zachować spokój.
—   A   więc   najpierw   weszło   na   pokład   czterdziestu   wyższych   oficerów   z   komendantem   portu, 

admirałem,   którzy   dokonali   przeglądu   i   ustalili,   w   jaki   sposób   najlepiej   stamtąd   usunąć   okręt.   Później 
przybyło paruset żołnierzy i gapili się na ten niszczyciel. Wycieczkę turystyczną sobie urządzili, do stu 
piorunów! — Günsch nie mógł pohamować złości. — Admirał, na szczęście, przebywał na okręcie krótko, 
potem odjechał samochodem. A oficerowie i żołnierze zostali. I wtedy nastąpił ten wybuch. Nikt się nie 
uratował. Powiadają, że zginęło pięćdziesięciu oficerów i trzystu szeregowych *.

Zostawiliśmy Günscha, który wsparł się na obrabiarce i zasnął.
Wyszliśmy z warsztatu i usiedliśmy pod murem. O pracy nie mogło już dziś być mowy.
Było   wpół   do   piątej   po   południu,   gdy   nastąpiła   w   porcie   potężna   eksplozja.   Zerwaliśmy   się   i 

pobiegliśmy z innymi do Starego Wejścia.

Wysadzone znów zostały wrota śluzy!
Dowiedzieliśmy się, że ciało jednego z dokerów, który znajdował się w pobliżu, wyrzucone zostało 

podmuchem aż do rzeki.

W godzinę później druga eksplozja rozniosła resztki śluzy! **
— Uciekajmy stąd! — rzuciłem i puściliśmy się pędem do pozostałego obrotowego mostu, który łączył 

wyspę Penhouet z miastem.

Zanim tam dobiegliśmy, przed mostem zgromadził się tłum robotników.
Posterunki strzegły przejścia i żołnierze nie chcieli nikogo przepuścić.
Tłum falował, wreszcie ruszył na most.
Niemcy otworzyli ogień z pistoletów maszynowych.
Było oczywiste, że potracili głowy, nie widzieliśmy wśród nich ani jednego oficera.
Kilkunastu robotników padło na ziemię. Tłum przeszedł po ich ciałach i znalazł się na moście.
Rozwścieczeni robotnicy dopadli niemieckich żołnierzy, wyrwali im broń i zepchnęli ich przez bariery 

do kanału.

Na moście było tak ciasno, że ci, którzy mieli rowery, musieli je wyrzucić do kanału.
Cisnęliśmy także z René i Michelem nasze rowery do wody.
René uderzył jakiegoś żołnierza, odebrał mu pistolet maszynowy i położył na miejscu trupem trzech 

Niemców.

Nie przewidzieliśmy jednak, że za mostem będą również posterunki.
Niemcy zaczęli teraz do nas strzelać z karabinów maszynowych.
Tłum zatrzymał się, dreptał w miejscu. Widziałem, jak padają przed nami dziesiątkami ludzie.
Pociągnąłem za sobą René i Michela. Ukryliśmy się w okopie przy bocznicy kolejowej.
W   całym   porcie   słychać   było   strzały.   Pomyślałem,   że   Niemcy   chyba   oszaleli,   ponieważ   biorą 

robotników za komandosów brytyjskich.

Wychyliłem się nieco z okopu.
Przez most przebiegali właśnie żołnierze z grup roboczych Organizacji Todta. Noszą oni, jak wiadomo, 

mundury w kolorze khaki trochę podobne do brytyjskich battledressów.

I posterunki Wehrmachtu otworzyły do nich ogień z kaemów!
Kładli się na ziemię jak łany zboża podczas srogiej burzy.
Jakiś podoficer w okularach, o wyglądzie nauczyciela gimnazjalnego, przebiegł obok nas, krzycząc:
— Trojanisch Pferd! Trojanisch Pferd!
— Gdzie on widzi tego konia? — zainteresował się René, który również wyjrzał z okopu.
— To z mitologii greckiej — odpowiedziałem. — Później ci wytłumaczę. Oni myślą, iż Anglicy wyszli 

z tego okrętu i że są odpowiedzialni za następne eksplozje...

— Z tego, co wyleciał w powietrze? — rzekł René. — Nic nie rozumiem...
Przesiedzieliśmy w okopie prawie do północy. Strzelanina jeszcze trwała.
Potem, klucząc między magazynami portowymi, przedostaliśmy się do miasta.
Dowiedzieliśmy się, że maquis *** rozpoczęli tego wieczoru walkę z Niemcami. Oni również myśleli, 

iż komandosi znajdują się nadal w porcie.

* Faktyczne straty niemieckie spowodowane wybuchem „Campbeltowna” wynosiły: 60 oficerów i 320 szeregowych.
** Były to dwie torpedy wystrzelone z MTB 74. Posiadały one zapalniki opóźnionego działania. Wybuch ładunku bojowego 

miał nastąpić, tak jak w przypadku „Campbeltowna”, po dwu i pół godzinie. Faktycznie zaś nastąpił w dwa i pół dnia później.

***   Popularna   nazwa   członków   francuskiego   ruchu   oporu   walczących   w   oddziałach   partyzanckich   w   czasie   II   wojny 

światowej.

background image

Na   drugi   dzień   zebrałem   nieco   szczegółów.   Partyzantów   było   pięćdziesięciu.   Byli   bardzo   słabo 

uzbrojeni. Właściwie zdobywali broń na wrogu. Walczyli z niezwykłym poświęceniem. Niemal wszyscy 
zginęli lub zostali rozstrzelani na miejscu. Ginęli z okrzykiem: »Niech żyje Wolna Francja!«

We wtorek 31 marca port otoczyło wojsko.
Do   starej   dzielnicy   miasta,   przyległej   do   południowego   wejścia,   wtargnęły   samochody   pancerne, 

transportery opancerzone i buldożery.

Rozkazano, aby wszyscy mieszkańcy wyszli z domów.
Kobiety i dzieci płakały. Mężczyźni byli przygotowani na najgorsze.
Podjechały ciężarówki.
Całą ludność Starego Miasta przesiedlono do okolicznych wsi.
Wzięto spośród mężczyzn stu zakładników.
Gdy piszę ten raport, zakładnicy jeszcze przebywają w więzieniu *.
Wiele   starych   budynków   zostało   podpalonych   miotaczami   ognia.   Później   buldożery   zrównały 

rumowiska z ziemią.

Ten proces bezmyślnego niszczenia trwał od wtorku do czwartku.
Według   wstępnych   ocen   zostało   zabitych   około   czterystu   robotników.   Straty   wśród   żołnierzy 

Wehrmachtu były znacznie mniejsze. Największe ofiary poniosły grupy robocze Organizacji Todta. Nie 
udało mi się jednakże ustalić tej ostatniej liczby.

W instrukcjach, które otrzymałem, była mowa, abym informowało nastrojach ludności.
Otóż rajd na St. Nazaire spowodował rozgoryczenie wśród wielu robotników. Spodziewali się, że jest to 

inwazja, otwarcie drugiego frontu. Charakterystyczne, że takie same opinie wypowiadali Niemcy.

Robotnicy   mówili:   »Dlaczego   nas   nie   ostrzeżono?   **   Rosjanie   walczą   przyparci   do   muru,   a 

Brytyjczycy ograniczają się tylko do wypadów na nasze wybrzeże«.

Postawa robotników i maquis wywarła na Niemcach duże wrażenie. W stoczni zaprowadzono nadzór 

policyjny. Zmienili do nas swój stosunek majstrowie niemieccy. Stali się nieprzyjemni i wymagający ponad 
miarę. Günsch nie daje się już wciągnąć w rozmowę.

W mieście znajduje się obecnie dwukrotnie więcej wojska niż uprzednio.”
Główny cel rajdu osiągnięto. Dok „Normandie” został zniszczony. Mimo żmudnych i kosztownych prac 

prowadzonych przez osiemnaście miesięcy, Niemcy nie zdołali go już odbudować.

„Campbeltown”, a właściwie jego tylna część została później odnaleziona pośrodku doku, gdzie zniósł 

ją   pęd   wody.   Część   przednia   okrętu   wraz   z   przednim   kominem   po   prostu   rozpadła   się   pod   wpływem 
wybuchu. Uszkodzone zostały również dwa średniej wielkości statki handlowe, które znajdowały się w 
doku.

Brytyjczycy mieli  więc  powody do  zadowolenia.  „Tirpitz”,  którego się  tak obawiali,  nie   mógł  już 

wpłynąć do St. Nazaire.

Do tego wydarzenia historia dopisała nowy rozdział. Okazało się, że mimo przegrupowania ciężkich 

jednostek nawodnych, które opuściły Brest, Niemcy nie zamierzali kierować ich do działań na Atlantyku. 
Nie był również przygotowany do takiego rajdu groźny  „Tirpitz”. Ulegając sugestiom admirała Doenitza, 
rzecznika wojny podwodnej bez żadnych ograniczeń, Hitler uznał, że bitwę o Atlantyk rozstrzygną U-booty. 
Pancernikom powierzono inne zadanie: operując z baz norweskich i korzystając z osłony lotnictwa dalekiego 
zasięgu — w tych miesiącach, kiedy to było możliwe — miały one zająć się wyłącznie przechwytywaniem i 
niszczeniem   konwojów,   płynących  z   dostawami   do   Murmańska   i   Archangielska.   Na   skutek  tej   decyzji 
arktyczne szlaki Dalekiej Północy  — zwłaszcza Morze Norweskie, rejon Wyspy Niedźwiedziej i Morze 
Barentsa  — stały się widownią wielu dramatów. Zaczepne działania w tej strefie były ściśle związane z 
ogólnym   położeniem     na     froncie   wschodnim.   Wbrew   optymistycznym   przewidywaniom   sztabowców 
niemieckich i chełpliwym oświadczeniom samego Hitlera ten front uwikłał agresora w najcięższe zmagania. 
Klęska pod Moskwą  — pierwsza na taką skalę od początku wojny  — odbiła się wstrząsem nie tylko w 
Wehrmachcie, ale w całej III Rzeszy. Właśnie dlatego, żeby  „uratować twarz” i przywrócić inicjatywę w 
działaniach   ofensywnych   na   wschodzie,   Hitler   kategorycznie   domagał   się   przecięcia   północnych   tras 
żeglugowych   i   pchnął   do   akcji   ciężkie   jednostki   Kriegsmarine   łącznie   z  „Tirpitzem”.   Potrzeby   frontu 
wschodniego znowu okazały się nadrzędne.

* Zakładnicy nie zostali straceni.
** Wyciągnięto z tego wniosek w kilka miesięcy później, podczas rajdu na Dieppe. W momencie lądowania wojsk angielskich 

i kanadyjskich na plażach podany został przez radio brytyjskie komunikat, by mieszkańcy nie brali udziału w walce ze względu na 
represje ze strony nieprzyjaciela.

background image

Gwoli ścisłości i prawdzie historycznej należy jednak podkreślić, że mimo tych rajdów i topionych 

statków zaplecze Kraju Rad — rozwijające z każdym miesiącem produkcję uzbrojenia i sprzętu w stopniu 
bez przesady imponującym — mogło we własnym zakresie dostarczyć walczącemu żołnierzowi to wszystko, 
czego wymagała wojna. Dostawy alianckie stanowiły niewielki procent w porównaniu z rozmiarami tego 
wysiłku.

Tak więc w całokształcie działań na morzu rajd na St. Nazaire — przeprowadzony na pewno śmiało z 

wykorzystaniem   elementu   zaskoczenia  —   był   tylko   epizodem,   do   którego   Brytyjczycy   w   ostatecznym 
bilansie nie przywiązywali dużego znaczenia. Nazywali go „prztykiem w nos”, co mówi samo za siebie. W 
1942 roku uwagę ich pochłaniała bitwa o Atlantyk, rzeczywiście ciężka i pociągająca ogromne straty w 
tonażu i dostarczanych drogą morską środkach materiałowych. Na jej tle  — według opinii Londynu  — 
walka z konwojami płynącymi do ZSRR była zjawiskiem drugorzędnym. W grę wchodziły bowiem nie tylko 
względy wojskowe, ale przede wszystkim polityczne.

Inicjatorzy desantu na St. Nazaire liczyli się z tym, że w sprzyjających warunkach któryś z pancerników 

Kriegsmarine, nie wykluczając nawet „Tirpitza”, może podjąć desperacką próbę przedarcia się na Atlantyk. 
Gdyby   Niemcy   całkowicie   odrzucali   taką   ewentualność,   zrezygnowaliby   na   pewno   z   remontu   doku 
„Normandie”, a takie prace były prowadzone, co potwierdzał wywiad lotniczy. Admiralicja nie wiedziała 
wówczas o pogłębiających się rozdźwiękach w samym dowództwie niemieckiej floty. Admirał Raeder jako 
zwolennik połączonych działań sił nawodnych i podwodnych nie chciał odrzucić koncepcji wykorzystania 
ciężkich jednostek do rajdów atlantyckich. Forsując ten punkt widzenia, domagał się zachowania sprawnych 
baz   francuskich   łącznie   z   St.   Nazaire.   Hitler   przychylał   się   jednak  do  zdania   Doenitza,   który  w   broni 
podwodnej widział klucz do złamania woli oporu W. Brytanii i nie wiązał nadziei z ofensywnymi atutami 
ciężkich   jednostek   nawodnych.   Skierowanie   ich   na   Daleką   Północ   miało   być   rozwiązaniem 
kompromisowym. Doenitz wyeliminował w końcu swego przeciwnika i uzyskując pełne poparcie Hitlera — 
zafascynowanego tonażem topionych przez U-booty statków na Atlantyku  — skłonny był nawet w ogóle 
przeznaczyć pancerniki na złom po wymontowaniu ciężkich dział. Projekt ten nie doczekał się realizacji, 
Ostatecznie  podzieliły  one   los   wielu  innych  okrętów  Kriegsmarine.  Uszkodzony  bombami  „Gneisenau” 
został przyholowany do Gdyni i rozbrojony. Od 1942 r. stał tam bezużytecznie. Jego wrak usunęli po wojnie 
Polacy.  „Scharnhorst”   zatonął   26   grudnia   1943   roku   po   nieudanym   wypadzie   na   konwój   idący   do 
Murmańska. „Tirpitz” — pirat północnych szlaków — poszedł na dno 12 listopada 1944 roku, zatopiony z 
całą prawie załogą przez bombowce RAF.

Operacja  „Rydwan”, choć nie odegrała ważnej roli w skali strategicznej, przyniosła wiele cennych 

spostrzeżeń i praktycznych wniosków jako ogniwo w długim łańcuchu przygotowań do przyszłej inwazji na 
kontynent europejski. Poglądową lekcję otrzymali nie tylko Brytyjczycy, lecz także Niemcy.

Po stronie brytyjskiej uznano, iż pomyłką, jakkolwiek nie błędem w ogólnych założeniach, był nalot 

lotniczy. Wskutek niekorzystnych warunków atmosferycznych nie spełnił on swej roli  — tylko nieliczne 
samoloty zdołały zrzucić celnie bomby — a nawet wywołał niekorzystne skutki. Niemcy zostali postawieni 
w stan gotowości bojowej. Podczas rajdu na Dieppe nie bombardowano już tego portu, by nie zaalarmować 
nieprzyjaciela przed lądowaniem wojsk na plażach.

Po   szczegółowej   analizie   przebiegu   operacji   dowództwo   brytyjskie   przyznało   się   do   dwóch 

zasadniczych błędów.

Pierwszy   z   nich   dotyczył   wojsk   lądowych.   Jak   pamiętamy,   odwrót   wszystkich   pododdziałów   miał 

nastąpić   ze   Starego   Molo.   Ale   Stare   Molo   było   zaciekle   bronione   przez   Niemców  —   wylądowało   tu 
najmniej komandosów. Spowodowało to również, iż nie zniszczono śluz przy południowym wejściu do portu 
i  nie  poczyniono  żadnych szkód  w bazie  U-bootów.  Otóż w  mniemaniu  dowódcy marynarki wojennej, 
komandora porucznika Roberta Rydera, odwrót powinien był nastąpić z poszczególnych rejonów lądowania. 
„Powinien był”, gdyby kutry nie zostały zniszczone... Wydaje nam się, że poważniejszym błędem był brak 
większych   odwodów.   Gdyby   Brytyjczycy   takie   odwody   posiadali,   mogliby   je   wysadzić   przy   Starym 
Wejściu, które było w ich rękach i w rezultacie zdobyliby Stare Molo.

Drugi błąd dotyczył marynarki wojennej. Brytyjczycy nie wykorzystali szansy, ażeby wciągnąć pięć 

niemieckich torpedowców w zasadzkę. Łudzili się, że torpedowce odpłyną daleko od St. Nazaire. A to było 
wszystko, co Niemcy posiadali w tym porcie z większych jednostek, poza okrętami podwodnymi. Poza tym 
niszczyciele „Cleveland” i „Brocklesby” wypłynęły za późno z Falmouth i nie znalazły się w decydującym 
momencie na wodach Zatoki Biskajskiej. Dowódca bazy w Plymouth, admirał Forbes, przyznał, że ponosi za 
to całkowitą odpowiedzialność.

Z kolei Niemcy zwalili winę na swoje łodzie patrolowe, które nie wykryły przedtem Anglików. Uważali 

także, iż błędem było, że nie postawili zagród sieciowych i zapór przeciwdesantowych w porcie (później je 
zainstalowali   we   wszystkich   portach).   Mieli   też   pretensje   do   swojego   dowództwa,   że   pozbawiało   ich 

background image

urządzeń radiolokacyjnych, wysyłając je na front wschodni.

Ciekawe,   że   rajd   na   St.   Nazaire   spowodował   przesunięcie   wszystkich   sztabów   operacyjnych 

Kriegsmarine w głąb lądu; obawiano się lądowania sprzymierzonych w zachodniej Francji. Już na drugi 
dzień, 29 marca, przeniesiono z Lorient do Paryża sztab dowództwa U-bootów. Była to decyzja Hitlera.

Operacja  „Rydwan”   była   niewątpliwie   przedsięwzięciem   niezwykle   śmiałym.   Warto   zauważyć,   że 

Niemcy nawet w okresie swej potęgi na morzu nigdy nie zdobyli się na tego rodzaju wypad na Wyspy 
Brytyjskie.

Za rajd St. Nazaire pięciu jego uczestnikom przyznano najwyższe brytyjskie odznaczenie wojskowe — 

Krzyż Wiktorii, który nadawany jest żołnierzom i jednostkom wojskowym za odwagę lub bohaterstwo w 
obliczu nieprzyjaciela. Otrzymali je pośmiertnie: celowniczy William Savage ze ścigacza artyleryjskiego 
MGB   314   oraz   plutonowy   Thomas   Durrant   z   kutra,   który   dostał   się   do   niewoli.   Krzyżem   Wiktorii 
odznaczeni zostali również: komandor porucznik Robert Ryder, podpułkownik Charles Newman i komandor 
podporucznik Stephen Beattie.