background image

 

Zmącony spokój pani 

labiryntu 

Joe Alex 

background image

Nikt tam nie umarł i nikt się nie zrodził. 

ś

aden śmiertelny dotknąć się nie waŜy 

Twardą motyką świętej ziemi Keros   

Ani dla roślin soczystych uprawy,  

Ani  dla  kruszców mądrych  wydobycia. 

Kto  ciekawością  lub   chciwością  zdjęty 

Pośród skal białych ryje jak dzik cięŜki 

I mąci spokój Pani Labiryntu,  

upadnie w otchłań, a z nim jego imię. 

 

Ptolemejski papirus grobowy odczytany przez Karolinę Beacon wiosną 1964 roku. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

„To zdumiewająca historia, Joe " 

 

Cichy, równomierny stuk małej, płaskiej maszyny Olivetti ustał nagle i Alex dopiero po 

chwili zrozumiał, Ŝe maszyna przestała pisać. Spojrzał na nią, odrywając z trudem wzrok od 

wiszącej  pośrodku  ściany  wyblakłej  fotografii  swego  ojca.  Dopiero  teraz  zauwaŜył,  Ŝe 

zmęczone palce ześliznęły się z klawiatury i poruszają leniwie po powierzchni stołu, jak gdyby 

nadal  zajęte  wystukiwaniem  liter,  których  znaczenia  i  sensu  nie  był  juŜ  w  stanie  pojąć.  Był 

zmęczony, tak zmęczony, Ŝe nie zdawał juŜ sobie nawet z tego sprawy. Uniósł dłonie i przez 

następną chwilę spoglądał na nie bezmyślnie. Opuścił je z wolna, wyprostował się w krześle, 

przymknął  powieki,  a  potem  gwałtownie  otworzył  oczy,  starając  się  zwalczyć  nadchodzącą 

senność.  Spojrzał  na  zapisaną  prawie  do  końca  kartkę  maszynopisu.  Przebiegł  ją  wzrokiem, 

potem spokojnie wykręcił z wałka, uwaŜnie zmiął w kulę i cisnął w stronę kosza stojącego o 

dwa  kroki  od  stołu.  Jak  zwykle  trafił  i  jak  zwykle  sprawiło  mu  to  bardzo  drobną,  przelotną 

przyjemność. Wstał i przeciągnął się. 

Tej nocy napisał pełnych czterdzieści stron maszynopisu. I choć było to o dziesięć stron 

mniej,  niŜ  sobie  zaplanował,  w  tej  chwili  wiedział  juŜ,  Ŝe  więcej  nie  napisze,  bo  zmęczona 

wyobraźnia przestała podawać obrazy w odpowiednim tempie i ostrość widzenia znikła. Wziął 

do ręki kilka ostatnich kartek, przeczytał je szybko i westchnął. Nie nadawały się do niczego. 

Praca nad nową powieścią potrwa o tydzień dłuŜej. 

Wstał  i  jak  stary  wódz,  lustrujący  pobojowisko,  przesunął  wzrokiem  po  gładkiej 

powierzchni  stołu,  po  ksiąŜkach,  maszynie  i  ołówkach  stojących  w  szklance.  Jeszcze  raz 

przymknął  oczy  i  z  cichą  nienawiścią  odwrócił  się  plecami  do  stosu  nie  zapisanych  jeszcze, 

przełoŜonych  kalką  kartek,  które  zapraszały  do  dalszej  pracy.  Powoli  podszedł  do  okna  i 

odsunął  storą.  Nad  ulicą  i  ponad  dachami  miasta  był  juŜ  słoneczny  wiosenny  poranek.  Alex 

otworzył  okno  i  spod  przymruŜonych  powiek  obserwował  przez  chwilą  smugi  tytoniowego 

dymu, ulatujące w górą i rozpływające się w jasnym rozedrganym powietrzu. 

- O BoŜe - powiedział cicho - o mój wielki, jedyny BoŜe. Kiedy to się skończy? 

Pytanie  było  absolutnie  retoryczne,  bo  Joe  wiedział  lepiej  niŜ  ktokolwiek,  Ŝe  po  tej 

ksiąŜce nastąpi nowa, a po niej inne. Ale nie dotyczyło ono wyłącznie ksiąŜki. Karolina była 

ciągle nieuchwytna i nie wiedział, kiedy ją zobaczy. W ich Ŝyciu okresy takie nie następowały 

często, ale gdy Karolina naprawdę chciała odciąć się od ludzi, stawała się nieosiągalna. 

Na maszcie anteny telewizora, wyrastającym z dachu naprzeciwko, usiadł mały szary 

background image

wróbel.  Siedział  przez  chwilą,  kręcąc  główką  i  poruszając  ogonem,  rozćwierkany, 

niefrasobliwy, wyzłocony promieniami słońca, a potem odleciał za swoimi sprawami, nurkując 

w ciemny tunel ulicy. 

Joe odruchowo odprowadził ptaka oczyma. W ciągu całej ubiegłej nocy starał się nie 

myśleć o Karolinie, ale teraz był zanadto zmęczony i poddał się. Choć nie chciał się do tego 

przyznać nawet sam przed sobą, tęsknił za nią bardzo. 

Od  dwóch  tygodni  Karolina  tkwiła  zamknięta  w  swoim  małym  mieszkaniu  na 

przeciwległym  krańcu  miasta.  Na  pytanie  telefoniczne  -  jej  gospodyni,  pani  Downby, 

odpowiadała niezmiennie, Ŝe panna Beacon jest zajęta i niestety nie moŜe podejść do aparatu. 

ChociaŜ  Joe  był  na  swój  sposób  przekonany,  Ŝe  Karolina  go  kocha,  wiedział 

równocześnie, Ŝe największą i najprawdziwszą namiętnością Ŝycia tej niezwykłej dziewczyny 

były małe gliniane tabliczki, pokryte wczesnym pismem linearnym Kreteńczyków.  

Karolina  była  archeologiem  młodym,  zdolnym,  z  rzędu  tych,  o  których  sędziwi 

profesorowie  powiadają,  Ŝe  rokują  wielkie  nadzieje.  Ale  jakie  były  jej  własne  nadzieje  w 

związku  z  legionem  tajemnic  otaczających  morskie  mocarstwo  Kreteńczyków,  które  sięgało 

niegdyś  aŜ  do  Azji  Mniejszej  poprzez  wszystkie  prawie  wyspy  Morza  Egejskiego?  Czy 

naprawdę chciała odcyfrować to nie odczytane dotąd pismo i wtargnąć na przedpole historii 

owego  ludu,  który  stworzył  tak  potęŜną  cywilizację,  pozostawił  po  sobie  pałace,  wazy 

malowidła i tysiące najrozmaitszych przedmiotów a równocześnie pozostał tak kompletnie nie 

znany,  Ŝe  moŜna  było  tylko  snuć  przypuszczenia  o  jego  pochodzeniu,  przebiegu  dziejów  i 

upadku? 

W  ciągu  ostatnich  dwu  tygodni  usłyszał  jej  głos  tylko  raz.  Zadzwoniła  późnym 

wieczorem przed paroma dniami. 

- Dobry wieczór, Joe! On jest trochę uszkodzony i mam z nim masę kłopotów, ale chyba 

wszystko dobrze się skończy. Jest zupełnie zdumiewający, jeŜeli się nie mylę. A chyba się nie 

mylę. 

- Kto jest zdumiewający? 

-  Mój  papirus.  Zadzwonię,  kiedy  będę  gotowa,  i  dowiesz  się  o  wszystkim.  Chwilami 

mam  wraŜenie,  Ŝe  to  sprawa  nie  dla  mnie,  ale  dla  ciebie.  Cała  masa  rzeczy  jest  zupełnie 

niezrozumiała. 

- Czy moŜesz mówić jaśniej? 

-  Jeszcze  nie.  To  zdumiewająca  historia,  Joe!  Za  kilka  dni  opowiem  ci  wszystko. 

Dobranoc,  mój  najmilszy  autorze.  Wczoraj  wieczorem  byłam  tak  podniecona,  Ŝe  dla 

uspokojenia spróbowałam przeczytać którąś z twoich ksiąŜek. Nie umiem ci powiedzieć którą, 

background image

bo zaraz zasnęłam. Mam nadzieję, Ŝe inni twoi czytelnicy  czytają jednym tchem aŜ do rana. 

Dobranoc! 

Roześmiała  się  i  odłoŜyła  słuchawkę,  zanim  Joe  zdąŜył  odpowiedzieć.  Od  tej  chwili 

minął juŜ prawie tydzień. Alex tęsknił i chcąc zająć czas, który upływał mu zbyt wolno, napisał 

w  ciągu  tego  tygodnia  pół  powieści  kryminalnej.  Wydawca  nalegał  zresztą  na  pośpiech,  bo 

nadchodziło lato, pora urlopów i wakacji, okres, gdy Ŝony męŜom, męŜowie Ŝonom, rodzice 

dzieciom i dzieci rodzicom kupują powieści kryminalne do pociągu. Pisał więc, nie wychodząc 

prawie z domu. 

Pukanie  było  tak  ciche,  Ŝe  Joe,  wsparty  na  parapecie  okna,  przez  które  wpływały 

odgłosy rozbudzonej juŜ na dobre ulicy, nie usłyszał. Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Na 

progu stał Higgins, zupełnie nieruchomy, pogodny, wygolony i powaŜny jak kapłan. Nawet w 

pochyleniu  głowy,  którym  powitał  swego  chlebodawcę,  było  coś,  co  przypominało 

pozdrowienie mnicha. 

-  Dzień  dobry  panu.  Mamy  dzisiaj  bardzo  ładną  pogodę,  jak  pan  sam  był  na  pewno 

łaskaw zauwaŜyć. 

Joe  odwrócił  się  gwałtownie.  Dopiero  w  tej  chwili  zrozumiał,  Ŝe  nieomal  zasnął  z 

otwartymi oczyma. 

- Dzień dobry, Higgins. Tak, pogodę mamy naprawdę śliczną. 

- Jest w tej chwili punktualnie siódma, proszę pana. Śniadanie czeka w jadalni. Jajka, 

szynka, kawa, grzanki, tak jak pan sobie Ŝyczył. 

-  Och,  to  cudownie  -  mruknął  Joe  bez  entuzjazmu.  Zupełnie  nie  czuł  głodu,  tylko 

zmęczenie.  Stał  teraz  zwrócony  plecami  do  okna,  czując  na  szyi  ciepłe,  senne  dotknięcie 

słońca. - Lato nadchodzi. Trzeba będzie wyjechać z Londynu, prawda? 

- Zapewne, proszę pana. Grzanki są gorące i chociaŜ nakryłem je, ale... 

- Jak tylko załatwię pewne... hm.... sprawy, damy sobie nawzajem parę tygodni urlopu. 

Przyda się nam obu. 

- Dziękuję panu bardzo. - Higgins nigdy nie odpowiadał uśmiechem na uśmiech i Joe 

miewał chwilami niejasne wraŜenie, Ŝe powaga ta nie wynika wcale z przesadnego szacunku, 

ale z niechęci do poufalenia się z chlebodawcą, od którego odgradzał się w ten sposób barierą 

nieprzeniknionej  bezosobowości.  -  Właśnie  dokonałem  wpłaty  na  wycieczkę  zagraniczną, 

proszę  pana,  zastrzegając  się,  Ŝe  termin  podam  w  stosownej  chwili.  Ale  powracając  do  tych 

grzanek, jeśli wolno o nich znowu przypomnieć. 

- Zagraniczną? Do jakiego kraju? 

-  Do  Grecji,  proszę  pana. Jest  to  bardzo  piękna  i niedroga  wycieczka,  proszę  pana,  a 

background image

organizuje ją biuro Cooka. 

- A dlaczego właśnie do Grecji ? 

Higgins chrząknął. 

- Panna Beacon, kiedy była tu ostatnio z wizytą, musiała czekać prawie godzinę, bo był 

pan poza miastem i samochód się popsuł. Pamięta pan, prawda? 

- Tak. Byłem niepocieszony. 

- Właśnie, proszę pana. I panna Beacon była tak uprzejma, Ŝe opowiedziała mi trochę o 

swojej  pracy.  Mówiła  o  Grecji,  proszę  pana,  i  mówiła  tak  pięknie,  Ŝe  postanowiłem  się  tam 

wybrać i sam to zobaczyć, jeŜeli okoliczności będą sprzyjały, to znaczy, jeŜeli czas mi na to 

pozwoli, proszę pana. 

-  Hm...  -  Joe  uśmiechnął  się.  -  Widzę,  Ŝe  jestem  otoczony  miłośnikami  klasyki.  Nie 

ufałbym  zbytnio  pannie  Beacon  w  tych  sprawach,  bo  jest  ona  naukowcem,  a  jak  wiadomo, 

prawdziwi naukowcy uwaŜają swoją specjalność za jedyną rzecz godną uwagi. Ale Grecja to 

naprawdę bardzo piękny kraj i jeśli pogoda dopisze, a o tej porze roku dopisuje tam zawsze, 

myślę,  Ŝe  po  paru  tygodniach  spotkamy  się  w  pełni  nowych  sił,  koniecznych  do  zwalczenia 

wspaniałej angielskiej jesieni, która niech będzie przeklęta. 

- Tak, proszę pana. Gazety leŜą obok talerza w jadalni. A jeśli chodzi o grzanki, to... 

- Dziękuję bardzo. Zaraz tam przyjdę. 

Alex podszedł do stołu, zgarnął zapisane kartki maszynopisu i zaczął je układać szybko 

według numeracji stron. To takŜe był nawyk: pozostawianie po sobie idealnego porządku, by 

móc  później  usiąść  i  pisać  dalej  bez  konieczności  ponownego  rozkładania  i  porządkowania 

roboty. 

- I jeszcze jedno, proszę pana... 

Joe obejrzał się. Higgins stał nadal w drzwiach. 

- Tak? Słucham? Grzanki nie muszą być aŜ tak gorące. Zaraz tam przyjdę. 

-  Chciałem  tylko  dodać,  Ŝe  przed  półgodziną  dzwoniła  panna  Beacon  i...  -  Joe 

wyprostował się gwałtownie. 

- Jak to? A ja się dopiero w tej chwili o tym dowiaduję?! 

-  Bo  panna  Beacon  zabroniła  mi  przeszkadzać  panu  w  pracy.  Powiedziała,  Ŝebym 

zawiadomił pana o jej telefonie dopiero wtedy, kiedy skończy pan pracować i... 

- Pracować, mój BoŜe! - Alex machnął ręką. - Co powiedziała jeszcze panna Beacon? 

- Prosiła, Ŝeby pan zadzwonił, kiedy znajdzie pan chwilę czasu i... 

Nie dokończył, bo Joe bez słowa wyminął go i przeszedł korytarzem do hallu, gdzie na 

wieku starej cięŜkiej skrzyni stał aparat telefoniczny. 

background image

Palcem  ciemnym  od  taśmy  maszynowej,  którą  zmieniał  po  północy,  szybko  nakręcił 

numer.  Czekał  jeszcze  chwilę,  wsłuchany  w  daleki  szum  sygnału,  bębniąc  niecierpliwie 

palcami po chropawej powierzchni skrzyni. 

- Słucham, tu Karolina Beacon... 

Głos  dziewczyny  był  świeŜy  i  dźwięczny.  Alex  pomyślał  z  zazdrością  o  godzinach 

nocy,  które  spędziła  w  swoim  wygodnym  łóŜku,  gdy  on  mozolnie  opisywał  okoliczności 

jednego z nonsensownych, niemal doskonałych, odkrytych przez siebie morderstw. 

-  To  ja,  nieduŜa,  bardzo  mądra  panno.  Higgins  oświadczył,  Ŝe  pytałaś  o  mnie.  Nie 

mogłem w to uwierzyć i dlatego dzwonię. 

-  Tak.  Telefonowałam.  Skończyłam!  Jestem  juŜ  wolna  jak  ptaszek!  Czy  zjadłeś 

ś

niadanie? 

-  Nie.  Higgins  był  na  tyle  nieostroŜny,  Ŝe  za  wcześnie  zawiadomił  mnie  o  twoim 

telefonie. 

W słuchawce rozległ się śmiech świeŜy, pogodny, prawie dziecięcy. 

- W takim razie, jeŜeli Higgins pozwoli i jeŜeli ty masz ochotę, moŜe zjemy śniadanie 

razem? 

- Wspaniale! A twój papirus? 

-  Skończyłam  go  odcyfrowywać  pół  godziny  temu.  Potem  wstałam  od  biurka, 

podeszłam do telefonu i zadzwoniłam do ciebie. 

- Pracowałaś w nocy? 

-  Nie  wstawałam  od  biurka  w  ciągu  ostatnich  dwudziestu  czterech  godzin!  Ale  jest 

gotów. To naprawdę pasjonująca historia, Joe! 

-  WyobraŜam  sobie  -  mruknął  Alex,  w  którego  umyśle  sympatia  dla  archeologii 

zajmowała  zwykle  ilość  miejsca  odwrotnie  proporcjonalną  do  tęsknoty  za  panną  Beacon.  - 

Więc kto kogo zaprasza na śniadanie, ty mnie czy ja ciebie? 

- Ja ciebie. Czy moŜesz przyjechać za pół godziny? Jestem juŜ wykąpana, przebrana i 

podobna do kobiety. Poza tym umieram z głodu. 

- Będę za pół minuty! 

ZłoŜywszy to niewykonalne zapewnienie rzucił słuchawkę na widełki i pobiegł niemal 

w kierunku łazienki, pocierając nie ogolony podbródek. 

- Jadę do panny Beacon! - zawołał przez uchylone drzwi. - Będę jadł śniadanie u niej! 

I  wydało  mu  się,  Ŝe  po  tej  odpowiedzi  usłyszał  westchnienie.  Higgins  był 

niezrównanym mistrzem w przyrządzaniu jajek sadzonych i grzanek. A które to juŜ śniadanie w 

ciągu dwu lat ich znajomości wracało nie tknięte do kuchni! 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

„Nikt tam nie umarł i nikt się nie zrodził..." 

 

Gdy  zadzwonił,  Karolina  otworzyła  mu  natychmiast.  Niedawno  obcięła  swój  jasny 

„koński ogon" i ubrana w obcisłe, czarne spodnie i białą płócienną bluzkę wyglądała teraz jak 

smukły, opalony chłopiec. 

- Dzień dobry, chłopczyku - Joe przejechał palcami po jej krótkiej czuprynce, później 

wziął  ją  za  ramiona,  obrócił  ku  sobie  i  przyjrzał  się  jej  uwaŜnie.  Nawet  oczy  Karoliny  były 

jasne i promienne, jak gdyby przed chwilą wstała z łóŜka po całonocnym śnie. 

- Wyglądasz, jakbyś nic nie robiła od lat! - Pocałował ją i roześmiał się. - O mój wielki, 

jedyny BoŜe, co się stanie z nauką, jeŜeli wszyscy uczeni będą tak wyglądali jak ty?! 

- Nie rozumiem, co masz na myśli - powiedziała Karolina z powagą, ale po sekundzie 

roześmiała się. - Joe, błagam, przestań na chwilę zajmować się głupstwami i wysłuchaj mnie! 

Musisz, absolutnie musisz wysłuchać tej całej historii. Nie mogę myśleć o niczym innym... - 

Wyrwała  się  z  jego  objęć  i  stanęła  pośrodku  przedpokoju,  opierając  dłonie  na  swoich 

szczupłych, chłopięcych biodrach. - MoŜesz mi wierzyć albo nie, ale jeŜeli to, co myślę o moim 

papirusie, okaŜe się prawdą, to panna Karolina Beacon dopisze kilka niewielkich, ale mających 

odrobinę znaczenia wierszy do historii naszej cywilizacji. 

Alex pokiwał ze zrozumieniem głową. 

- JuŜ kolega Shakespeare napisał, Ŝe naleŜy dobrze o sobie mówić, bo inni nigdy tego za 

nas nie zrobią z równym przekonaniem. Ale do dziś znałem cię jako osobę bardzo skromną i... 

-  Bo  jestem  skromna!  -  powiedziała  Karolina  dobitnie.  -  Jestem  bardzo  skromna  i 

bardzo głodna. Panna Beacon prosi na pokoje! 

Pochyliła się lekko i z wdziękiem wykonała szeroki ruch ręką, muskając niemal palcami 

podłogę jak dworak kłaniający się kapeluszem. Potem znikła w drzwiach kuchenki. Alex stał 

przez chwilę nieruchomo, patrząc z uśmiechem na drzwi, które zamknęły się za nią. Wolnym 

krokiem wszedł do jadalni, usiadł za zastawionym stołem i przymknął oczy. Było bardzo ciepło 

i cicho. Gdzieś w pobliŜu grało radio. 

Drzwi  skrzypnęły.  Karolina  trzymała  w  obu  dłoniach  tacę,  na  której  stały  dymiące 

filiŜanki. . 

-  Zrobiłam  kawę  bardzo,  ale  to  bardzo  mocną  -  powiedziała  stawiając  tacę  na  stole  - 

chociaŜ  wiem,  Ŝe  wolisz  rano  herbatę.  Ale  chciałam,  Ŝebyś  wysłuchał  mnie  uwaŜnie,  a  nie 

trzeba  być  koniecznie  Joe  Alexem,  Ŝeby  zgadnąć,  Ŝe  męŜczyzna,  który  pracował  całą  noc, 

background image

natychmiast zapada w drzemkę, jeŜeli pozostawi się go przez minutę samego. Po usłyszenia 

tego, co mam ci do powiedzenia, sam przyznasz, Ŝe to zupełnie zdumiewająca sprawa. 

Joe  skłonił  głowę,  stłumił  ziewnięcie  i  znowu  mimowolnie  przymknął  oczy.  Potem 

otworzył je z wysiłkiem i uśmiechnął się. 

- Będzie to na pewno jeden z najbardziej interesujących poranków w moim Ŝyciu. 

- Drwij sobie, drwij bezkarnie z młodej, bezbronnej uczonej brytyjskiej, która za chwilę 

nakarmi cię jak matka dziecko. Zawartość mojego papirusu moŜe okazać się sto razy ciekawsza 

niŜ  zawartość  pięciu  policyjnych  kostnic  wypełnionych  po  strychy  twoimi  drugorzędnymi 

nieboszczykami, Ŝe juŜ nie wspomnę o głupkowatych i niecierpliwych spadkobiercach, których 

później w pocie czoła demaskujesz, chociaŜ sądząc z tego, co piszą w gazetach, nie wymaga to 

aŜ  tak  wielkiego  wysiłku,  bo  zwykle  jednych  ludzi  zabijają  inni  ludzie  dla  bardzo  prostych 

przyczyn i wystarczy pomyśleć przez chwilę, Ŝeby... 

- Rozumiem - Joe pokiwał głową. - Chcesz powiedzieć, Ŝe jestem idiotą, a zawdzięczam 

tę odrobinę popularności, jaką obdarza mnie brytyjska publiczność, tylko temu, Ŝe mordercy, 

których nasz nieoceniony Parker wyłapuje przy mojej skromnej pomocy, są jeszcze głupsi niŜ 

ja, czy tak? 

- Nie tak! Chciałam tylko wyjaśnić, Ŝe dobry archeolog musi być dobrym detektywem. 

Oczywiście, archeolog musi być nie tylko detektywem. 

- Ale i kucharzem - Joe skinął głową z aprobatą. - Widzę kawę. A co jeszcze dostanę w 

zamian  za  wysłuchiwanie  tego  dobrego,  co  panna  Beacon  ma  do  powiedzenia  o  pannie 

Beacon? 

- Wszystko, co zechcesz, i to za sekundę. Ale daj mi dokończyć. 

-  Dam  -  Alex  wstał,  podszedł  do  niej,  uniósł  ją  w  górę  i  kołysząc  nią  delikatnie  w 

powietrzu, jak gdyby była duŜą, lekką lalką, pocałował ją ostroŜnie i postawił na podłodze. - 

Zdaje się, Ŝe to naprawdę coś ciekawego. Nigdy jeszcze nie widziałem cię w takim nastroju. 

- Bo nigdy jeszcze... Ale zaczekaj. Najpierw śniadanie. Moja mama zawsze mówi, Ŝe 

głodny męŜczyzna to zwierzę, które obłaskawić moŜe tylko pełny talerz. 

- Prześlij ode mnie swojej mamie wyrazy najgłębszego szacunku. 

A kiedy śniadanie zostało zjedzone i usiedli oboje w malutkim jasnym saloniku, który 

był równocześnie sypialnią Karoliny i jej podręczną pracownią, dziewczyna uniosła płat białej 

gazy  zakrywający  przedmiot,  który  leŜał  na  jej  małym  biureczku.  W  pierwszej  chwili  Alex 

pomyślał, Ŝe jest to podłuŜny, niewielkiego formatu obraz, ale kiedy Karolina pochyliła się ku 

niemu i podsunęła mu ów przedmiot pod oczy, dostrzegł brunatną, sczerniałą kartę oprawioną z 

obu stron w szkło, spojone jak ramką taśmą elastyczną pokrytą lakierem. 

background image

- Przyjrzyj się temu dokładnie, Joe. Tylko, błagam, ostroŜnie! 

Alex  bez  słowa  obejrzał  kartę.  Była  ona  pokryta  greckim,  równym  i  pięknym, 

wyblakłym pismem, miejscami zupełnie nieczytelnym. NiŜej widać było rysunek. Przedstawiał 

on kobietę w postawie stojącej, ubraną w długą zakrywającą stopy szatą. Ręce miała rozłoŜone 

szeroko,  a  w  zaciśniętych  dłoniach  trzymała  coś,  co  przypominało  węŜe.  Głowę  kobiety 

zdobiła potrójna, wyraźnie wyrysowana tiara, na której siedział ptak o złoŜonych skrzydłach.  

Rysunek  zachowany  był  o  wiele  lepiej  niŜ  tekst,  najprawdopodobniej  dlatego,  Ŝe 

podczas tysiącleci pobytu w ziemi znajdował się pośrodku zwoju, daleko od jego powierzchni. 

Joe pochylił się i odczytał podpis u stóp kobiety: Atana Potnia Wiatry Gołębie Labirynt. 

Uniósł głowę. 

-  Moja  znajomość  języka  greckiego  nie  jest  absolutna,  ale  zdaje  się,  Ŝe  to  nie  jest 

klasyczna greka? 

Karolina spojrzała na niego oczyma szeroko otwartymi ze zdumienia. 

- Joe, a skąd, na miłość boską, ty moŜesz o tym wiedzieć? 

- Nie  wiem. Domyślam  się tylko, Ŝe  Atana to wczesna forma imienia Atena.  Błąd to 

chyba nie jest. Człowiek posiadający tak piękny charakter pisma musiał przecieŜ znać pisownię 

tak popularnego imienia? 

- Tak. Doskonale! Jakie inne wnioski? 

- Nie Ŝądaj zbyt wiele od skromnego autora sensacyjnych powieści. Słowa P o t n i a, jak 

mi się wydaje, uŜywał Homer mówiąc o boginiach. MoŜna ją tłumaczyć jako pani, prawda? - 

Znowu przyjrzał się papirusowi. - W takim razie podpis pod rysunkiem brzmiałby: Atana, pani 

Wiatrów, Gołębi i Labiryntu. 

Uniósł głowę. Szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy. 

-  To  dlatego  tyle  czasu  przesiedziałaś  nad  tym  papirusem.  -  powiedział  z  cichą 

satysfakcją. - Oczywiście! Pani Labiryntu, główne bóstwo Kreteńczyków! 

Karolina wzięła do rąk papirus. Przez chwilę przyglądała się Alexowi, nie zdradzając 

swych uczuć najmniejszym nawet drgnieniem rysów, potem roześmiała się nagle. 

- Dlaczego nigdy mi o tym nie mówiłeś? 

- O czym? 

- O tym, Ŝe interesujesz się tymi sprawami! 

- Nie interesuję się tymi sprawami, jeŜeli masz na myśli cywilizację egejską. Nic mnie 

nie  obchodzą  Kreteńczycy  i  byłbym  najszczęśliwszy,  gdybyś  w  końcu  została  moją  Ŝoną  i 

zajęła się na przykład gospodarstwem. Ale jeŜeli nie masz zamiaru tego zrobić, przeczytaj mi 

ten papirus, a potem będę cię musiał prosić o jeszcze jedną filiŜankę kawy. 

background image

-  Dostaniesz  nawet  plantację  kawy,  Joe,  ale  najpierw  posłuchaj  tego,  co  mam  ci  do 

powiedzenia. - Zawahała się i po sekundzie namysłu dodała: - Przypuszczałam, Ŝe moŜesz mi 

się przydać. To jest, praktycznie biorąc, niemoŜliwe - dotknęła dłonią papirusu - a jednak nie 

moŜe  być  najmniejszej  wątpliwości  co  do  autentyczności  tego  dokumentu.  Nie  jesteś 

specjalistą w tej dziedzinie, ale kiedy powiem ci, o co chodzi, będziesz chyba zdziwiony tak jak 

ja.  Ten  papirus  ma  mniej  więcej  dwa  tysiące  trzysta  lat  i  znaleziono  go  zeszłego  Toku  w 

Egipcie, pośród ruin nadmorskiej osady greckiej na pograniczu  delty  Nilu i pustyni. Miejsce 

było suche, ale nie tak suche, jak by mogło być. UwaŜam za absolutny cud, Ŝe papirus ocalał, 

nawet  częściowo.  Przywieziono  go  do  Anglii  wraz  z  duŜą  partią  innych,  a  później,  zupełnie 

przypadkowo, jeden z młodych paleografów, mój znajomy z okresu studiów, zaczął od niego 

przygotowywanie zbioru do odczytania. Jak widzisz, napis jest w paru miejscach tak zatarty, Ŝe 

musiałam się posłuŜyć prześwietlaniem promieniami, Ŝeby odgadnąć ślad kalamosu, to znaczy 

trzciny, którą został wypisany. Ale o szczegółach opowiem później. Najpierw chcę ci odczytać 

tekst. Tu jest mój  przekład angielski,  moŜe niedoskonały, ale chyba wierny. Posłuchaj: 

 

Nikt tam nie umarł i nikt się nie zrodził. 

ś

aden śmiertelny dotknąć się nie waŜy 

Twardą motyką świętej ziemi Keros 

Ani dla roślin soczystych uprawy,  

Ani dla kruszców mądrych wydobycia. 

Kto ciekawością lub chciwością zdjęty 

Pośród skał białych ryje jak dzik cięŜki 

I mąci spokój Pani Labiryntu, 

Upadnie w otchłań, a z nim jego imię. 

 

Urwała na chwilę. Joe bez słowa skinął głową, zachęcając ją do dalszego czytania. 

- W tym miejscu - powiedziała Karolina - kończy się tekst poetycki. NiŜej dopisano tą 

samą ręką: 

Te  stare  słowa  o  Matce  przepisałem  z  gliny  ja,  Perimos  Ŝeglarz,  który  Ŝywot  mój 

przepędziłem na morzu,  a  widziałem Keros raz, płynąc do Byzantion z pszenicą i dzbanami. 

Ujrzałem  wyspę,  ale  nie  zwróciłem  ku  niej  mego  okrętu.  Opłynąłem  ją  wokół,  pozdrawiając 

góry, gdy noc nadeszła. Stałem za sterem, a ludzie moi posnęli. Gwiazda Ŝeglarzy była przede 

mną,  za  mną  i  znów  przede  mną,  gdy  składałem  ofiarę  Bogini,  lejąc  wino  morzu  i  pszenicę 

sypiąc na fale. Nie obudziłem Ŝadnego z mych ludzi i Ŝaden nie widział, co czynię, póki okręt, 

background image

jako przody, dziobu swego nie skierował ku gwieździe. A nie budziłem Ŝadnego z nich, by który, 

jeśli znowu zobaczy Keros, nie chciał   tam   przybić,   mącąc   spokój   Pani  Labiryntu. Ostatni 

był  tam  mój  pradziad,  a przed  nim  ojciec  jego  i  jego  ojciec,  a  przed  nimi  inni  z  mego  rodu. 

Pradziad mój umarł i nie miał syna. Od dnia tego nie ma juŜ ona kapłana. Matka moja, córa 

jego  córy,  wiedziała  i  od  niej  są  słowa  owe  o  Bogini.  Nie  mam  braci  ani  synów,  abym  im 

powiedział. Czas mój przemija. Com tu napisał, napisałem, aby Pani wiedziała, gdy zejdę do 

otchłani,  Ŝe  złoŜyłem  ofiarę.  Zwój  ten,  zamknięty  pieczęcią  moją,  złoŜony  będzie  do  grobu 

mego, a nakaŜę go w mej dłoni prawej umieścić, bym go oddał Pani, gdy ją zobaczę zstąpiwszy. 

I nie będzie więcej człowieka Ŝywego, który by wiedział, Ŝe ona tam jest w labiryncie. A gdy 

będą płynęli, ominą, jako omijają, miejsce ono bez przystani, gdzie nic się nie rodzi. A choćby i 

którego  rzuciło  na  skały  nieprzystępne    i  Ŝywy  na  brzeg  wyszedł,  nie  znajdzie  jej,  a  gdyby 

próbował, upadnie w otchłań, a z nim jego imię. Usnęła Potnia, jako ludzie usypiają, i zbudzi 

się ku swe/ chwałę, gdy czas nadejdzie. 

 

Karolina umilkła i z największą ostroŜnością połoŜyła papirus na stole. 

-  NiŜej  masz  ten  rysunek  i  podpis,  który  juŜ  odczytałeś  -  dodała  cicho.  Uniosła  się z 

krzesła,  podeszła  do  okna  i  przez  chwilę  stała  z  przymkniętymi  oczyma,  opierając  czoło  o 

szybę, potem odwróciła się nagle:  

-  JeŜeli  chcesz  wiedzieć,  jakie  to  ma  znaczenie,  pomyśl  o  jednym:  Kreteńczycy 

zbudowała morskie mocarstwo przed  pięcioma  tysiącami  lat.  Mocarstwo to trwało bardzo 

długo i runęło ostatecznie trzy tysiące pięćset lat temu. Runęło wszystko: miasta, organizacja 

państwa, bogowie, zaginął język, zostały tylko nikłe ślady w legendach Greków, którzy mo-

carstwo  to zniszczyli. I  oto w chwili kiedy grecki świat ma się ku końcowi, w jednej z osad, 

leŜącej daleko od lądu greckiego, potomek kolonistów umierając pisze, Ŝe pradziadek jego był 

kapłanem Pani Labiryntu, której kult zniknął co najmniej na tysiąc lat przed jego urodzeniem. 

Nasz  papirus  opisuje  dokładnie  Atanę,  Potnie,  Panią  Gołębi,  Wiatrów  i  Labiryntu,  główne 

bóstwo  kreteńskie.  Mało    tego,  wyjaśnia    on,  Ŝe  przybytek  tej    bogini    znajduje    się  w  

niedostępnym miejscu, wcale nie na Krecie, ale na małej nie zamieszkanej wysepce, tak ukryty, 

Ŝ

e nie uda się go odnaleźć.  Oznacza to, Ŝe przybytek ten, uchowawszy się w ciągu tysiąclecia 

przed  Grekami,  którzy  spenetrowali    wszystkie  wyspy  i  wysepki    tego    rejonu  Morza 

Ś

ródziemnego, moŜe istnieć nadal! Alex z niedowierzaniem pokiwał głową. 

- To nie wszystko! - Karolina szybko połoŜyła mu otwartą dłoń na jego ustach. - Jeszcze 

w tysiąc lat po upadku państwa kreteńskiego Grek Tukidydes napisał: Pierwszy bowiem, jak 

słyszymy,  flotę  miał  Minos.  Panował  nad  przewaŜającą  częścią  morza  zwanego  dziś 

background image

Helleńskim,  sprawował  teŜ  władzę  nad  Cykladami...  To  „jak  słyszymy"  oznacza,  Ŝe  w 

podaniach  Greków  zachowały  się  ślady  walki  z  Kretą,  a  imię  Minosa  przetrwało  tak  długo 

prawdopodobnie  dlatego,  Ŝe  dotyczy  władcy,  który  rzeczywiście  panował.  Był  on  wrogiem 

plemion greckich, które przybyły z głębi kontynentu i osiadłszy nad brzegami morza wpadły 

pod jego jarzmo. Z jarzma tego starały się uwolnić tak skutecznie, Ŝe zniszczyły całe ogromne 

państwo swego prześladowcy, i droga przez morze, która doprowadziła je do skolonizowania 

wysp i wybrzeŜy Azji Mniejszej, stanęła przed nimi otworem. Ale odchodzę od tematu. Legend 

o walce z Kretą jest kilka i wszystkie mają duŜe znaczenie historyczne. Pierwsza - o labiryncie 

wybudowanym  przez  Dedala  dla  króla  Minosa,  pragnącego  ukryć  tam  syna  swej  Ŝony, 

Minotaura, pół człowieka, pół byka. Wiemy z wykopalisk, Ŝe byk czczony był na Krecie. Być 

moŜe  składano  mu  krwawe  ofiary  z  jeńców  albo  zakładników  greckich  i  stąd  podanie,  Ŝe 

poŜerał ludzi. Następna legenda o Greku Tezeuszu i kreteńskiej królewnie Ariadnie dotyczy juŜ 

prawdopodobnie szturmu Greków na Kretę. Tezeusz przybywa na wyspę, rozkochuje w sobie 

Ariadnę,  wkracza  w  głąb  Labiryntu,  zabija  Minotaura  i  bierze  księŜniczkę  za  Ŝonę.  Naj-

prawdopodobniej  Tezeusz  był  wodzem  wyprawy  greckiej,  która  zniszczyła  stolicę  Minosa  i 

obaliła  posąg  znienawidzonego  byka.  Ariadna  mogła  rzeczywiście  być  królewną  kreteńską, 

którą  zdobywca  pojął  za  Ŝoną,  aby  mocniej  związać  się  z  podbitym  narodem,  stojącym  pod 

względem  kulturalnym  o  wiele  wyŜej  niŜ  najeźdźcy.  Od  tej  chwili  język  grecki  zaczyna 

panować  na  wyspie.  Wiemy  z  genialnych  badań  Ventrisa,  Ŝe  kreteńskie  pismo  linearne  „B” 

trzeba odczytywać po grecku, choć jest ono tak podobne do wcześniejszego pisma linearnego 

„A”,  którego  nadal  nie  umiemy  odczytać,  a  które  słuŜyło  Kreteńczykom  posługującym  się 

zupełnie  inną  mową.  Ale  Grecy  nie  zdołali  jeszcze  przejąć  wszystkich  skarbów  kultury 

kreteńskiej,  a  moŜe  nowa  inwazja  późniejszych  plemion  greckich,  bardziej  prymitywnych, 

zniszczyła  takŜe  i  to  nowe  państwo  greko-kreteńskie?  W  kaŜdym  razie  pismo  to  ginie  i  w 

dwieście  lat  po  zdobyciu  Krety  Grecy  są  analfabetami,  którzy  dopiero  po  długim  czasie 

przejmą  inny  alfabet  -  fenicki  -  aby  stworzyć  to,  co  dziś  nazywamy  alfabetem  greckim...  Z 

wykopalisk  na  obszarze  cywilizacji  kreteńskiej  wiemy,  Ŝe  czczono  tam  jako  główne  bóstwo 

Panią  Labiryntu,  która  była  równocześnie  Panią  Wiatrów  i  Panią  Gołębi,  znaną  takŜe  pod 

imieniem Atana. Późniejsza Atena jest chyba bóstwem przedgreckim i została odziedziczona 

przez Greków. Lecz Grecy nigdy nie czcili Pani Labiryntu, chociaŜ znali boginię podziemnego 

ś

wiata  Persefonę,  a  Hades  jest  miejscem,  do  którego  niemal  tak  trudno  się  dostać,  jak  do 

Labiryntu. 

- Ale nasz Ŝeglarz Perimos... - mruknął Joe. 

- Właśnie! Nasz Ŝeglarz Perimos uŜywa dla swej bogini imion, których po prostu nie 

background image

mógł juŜ znać, bo od tysiąca lat były zapomniane, a nawet  gdyby przypadkiem znał jedno z 

nich,  to  skompletowanie  tylu  imion  dla  Pani  Labiryntu  wymagałoby  z  jego  strony 

nowoczesnych  badań  archeologicznych  i  prowadzenia  wykopalisk,  których  dokonaliśmy 

dopiero w dwudziestym wieku! W chwili kiedy pisał na tym papirusie, miasta kreteńskie leŜały 

juŜ od tysiąca lat w gruzach! 

-  Chcesz  powiedzieć,  Ŝe  jeŜeli  znał  nazwy,  których  nie  mógłby  poznać,  jest  to 

najlepszym  dowodem,  Ŝe  opowieść  o  owej  wysepce  Keros  jest  prawdziwa  i  rzeczywiście  w 

ciągu tysiąclecia musiała być przekazywana w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie? 

-  Tak,  uwaŜam  to  za  potęŜny  i  niezbity  dowód  naukowy  -  powiedziała  Karolina 

stanowczo  -  poniewaŜ  człowiek  ten  nie  miał  absolutnie  Ŝadnej  moŜliwości  poznania  imion 

owej bogini w inny sposób. Widzisz ten rysunek kobiety trzymającej w wyciągniętych rękach 

dwa  węŜe?  Na  całym  obszarze  cywilizacji  kreteńskiej  czczona  była  bogini  przedstawiana  z 

nimi  w  podobnej  postawie.  Perimos  mógł  gdzieś  natrafić  na  taki  posąŜek,  ale  nie  mógłby 

wiedzieć, kogo on przedstawia, gdyby nie posiadał odziedziczonych informacji. 

Alex uniósł brwi. 

- Chwileczkę. Kogokolwiek przedstawiałby ów sławny posąŜek, labirynt znajdował się 

przecieŜ na Krecie, a nie na jakiejś małej wysepce, prawda? 

- Joe, a cóŜ my wiemy o Krecie i Kreteńczykach? Odkopaliśmy ich miasta, znamy ich 

malowidła, ceramikę, wiemy, jak się ubierali, jak budowali, moŜemy wnioskować nawet, co 

jedli i jakie były ich rozrywki. Ale nie wiemy zupełnie nic o historii Krety, gdyŜ nie umiemy 

odczytać  pisma  linearnego  „A",  którym  pisał  ów  naród.  Jak  dotąd  jest  ono  dla  nas  zupełnie 

nieprzeniknione. 

-  Ale  przecieŜ  gdyby  nawet  okazało  się,  Ŝe  ten  Perimos  pisał  prawdę  i  gdybyście 

odnaleźli  Keros,  a  w  nim  ukryty  przybytek  Pani  Labiryntu,  moŜe  on  okazać  się  po  prostu 

jednym z prowincjonalnych ośrodków kultowych, który przetrwał ze względu na odległość od 

skupisk ludzkich zdobytych i opanowanych przez Greków. Wysepka, do której nie moŜna było 

przybić i która nawet z dala wyglądała bezludnie i bezwodnie, gdyŜ moŜemy sądzić z tego, co 

pisze  ten  człowiek,  Ŝe  nie  było  na  niej  roślinności,  nie  mogła  nikogo  przyciągać.  Takich 

ś

wiątyń  mogło  powstać  wiele.  Oczywiście  papirus  jest  interesujący.  Ale  nie  widzę  jeszcze 

przyczyny, dla której powinien być traktowany jako dokument wyjątkowej wagi. 

- A ja widzę - odpowiedziała spokojnie Karolina. - JeŜeli Keros nie zostało juŜ dawno 

splądrowane  i  jeŜeli  w  ogóle  istniała  tam  świątynia  Pani  Labiryntu,  a  ród  kapłanów  potrafił 

przez tysiąc lat odwiedzać to miejsce w tajemnicy dla składania ofiar, moŜemy tam dokonać 

zupełnie  rewelacyjnych  odkryć.  Wolno  przypuszczać,  Ŝe  ród  ów,  składając  ofiary  w  ciągu 

background image

całego  tysiąclecia,  pozostawił  pisane  ślady  swego  pobytu.  Zwyczaj  podpisywania  darów 

składanych  bogom  był  powszechny  w  Grecji.  Zresztą  Perimos,  który  sam  nigdy  mię  był  na 

Keros,  potrafił  narysować  Panią  Labiryntu  tak,  jak  ją  przedstawiali  Kreteńczycy.  Istnieje 

moŜliwość,  Ŝe  w  rodzie  tym  przekazywano  sobie  umiejętność  pisma  i  znaczenie  symboli 

bogini. W sytuacji, w której ludzie mówiący od dawna po grecku odwiedzają przybytek bogini 

otoczonej symbolami i pismem przedgreckim, moŜe odnaleźć się dwujęzyczny tekst na jakiejś 

tabliczce, posąŜku, na ścianie, gdziekolwiek. A to przecieŜ byłby właśnie ów słownik, o który 

modli się w duchu cała archeologia kreteńska. Rozumiesz mnie? 

-  Rozumiem  -  powiedział  Joe.  -  To  wszystko  jest  bardzo  moŜliwe,  chociaŜ  szansę, 

zwaŜywszy  tysiące  lat,  które  minęły,  są  bardzo  niewielkie.  Ale  nawet  gdybyście  nie  odkryli 

Ŝ

adnego  dwujęzycznego  tekstu,  odnalezienie  ukrytego  przybytku  Pani  Labiryntu,  według 

wskazówek zawartych w dokumencie pochodzącym sprzed 2300 lat, byłoby sensacją na miarę 

ś

wiatową. 

- GwiŜdŜę na sensacje na miarę światową! - Karolina zmarszczyła brwi. - WaŜne jest 

tylko jedno: jakie z tego korzyści odniesie nauka. Posłuchaj mnie uwaŜnie, Joe. To, co powiem 

teraz,  moŜe  będzie  brzmiało  zupełnie  fantastycznie.  Chodzi  o  historię  przesławnego, 

zbudowanego przez Dedala labiryntu. Kiedy świat obiegły wieści o znaleziskach Evansa, który 

pierwszy odsłonił współczesnym resztki cywilizacji kreteńskiej, a później dowiódł, Ŝe Knossos 

było  stolicą  państwa  kreteńskiego,  utarło  się,  Ŝe  odkopany  przez  niego  pałac  królewski  z 

setkami korytarzy, pokoi, sal i dziedzińców był owym labiryntem, w którym musiał zagubić się 

kaŜdy przybysz. 

Ale  to  wcale  jeszcze  nie  oznacza,   Ŝe   tak  było  na pewno. 

- Chcesz powiedzieć, Ŝe pałac w Knossos nie był owym mitycznym labiryntem? 

- Tak. To właśnie chcę powiedzieć. 

- Ale dlaczego? 

- Zaczęłam tak przypuszczać kilka lat temu, kiedy przeczytałam pierwsze odcyfrowane 

tabliczki  z  pismem  linearnym  „B",  gdzie  Kreteńczycy  nazywają  swoją  boginię  Panią 

Labiryntu. 

Umilkła nagle, potem spojrzała na Alexa i roześmiała się. 

-  No!  -  powiedziała.  -  Sławny  detektyw  proszony  jest  o  wyraŜenie  opinii!  Joe  skinął 

głową. 

- Chcesz powiedzieć, Ŝe skoro oni sami pisali o niej jako o Pani Labiryntu, w grę musiał 

wchodzić  prawdziwy  labirynt,  a  nie  pałac  królewski,  który  przecieŜ  był  tylko  kompleksem 

budynków mieszkalnych, zbrojowni i magazynów. Obcy mogli go nazywać labiryntem, ale nie 

background image

moŜna  przypuścić,  Ŝeby  mieszkańcy  miasta  czy  pałacu  mogli  tak  o  nim  mówić,  bo  dla  nich 

nigdy  nie  przedstawiał  najmniejszych  tajemnic.  Nie  nazwaliby  swej  bogini  Panią  Labiryntu 

tylko dlatego, Ŝe pałac królewski posiadał wiele pokojów i korytarzy. Czy o to ci chodzi? 

-  Oczywiście,  Ŝe  tak!  Wnioski  są  następujące:  w  Knossos  ani  nigdzie  indziej  na 

obszarze  całej  cywilizacji  kreteńskiej  nie  odkryto  niczego,  co  przypominałoby  ów  labirynt, 

przechowany  w  podaniach  i  legendach  Greków.  Oczywiście,  labirynt  nie  musiał  wcale 

znajdować  się  na  Krecie.  Kreta  była  mocarstwem  morskim  i  panowała  nad  całym  obszarem 

wschodniego  Morza  Śródziemnego.  Bez  najmniejszych  obaw  mogli  Kreteńczycy  obrać  za 

centralny  punkt  kultu  jakąkolwiek  wyspę  lub  wysepką  w  promieniu  setek  mil  od  swej 

właściwej ojczyzny, mając zupełną pewność, Ŝe nikt nie odwaŜy się ograbić ich świątyni. A 

jeŜeli  dodamy  do  tego  trudności,  które  opisuje  Perimos,  sprawa  staje  się  bardziej  niŜ 

prawdopodobna.  Mógłbyś  zapytać,  czy  wielki  i  bogaty  lud  chciałby  mieć  główny  przybytek 

swego bóstwa w tak wielkiej odległości od swoich siedzib? W tym rejonie świata nie jest to 

wcale rzadkie. Weźmy Greków: chociaŜ Ateny i Sparta są przez długi czas najpotęŜniejszymi 

państwami  Grecji,  niektóre  wielkie  ośrodki  kultowe  Greków  umieszczone  są  w  sporej 

odległości  od  tych  obu  miast,  a  wiele  z  nich  znajduje  się  w  miejscach  odludnych  lub  na 

wyspach.  Wydawać  by  się  mogło,  Ŝe  jest  to  nawet  uświęcony  zwyczaj,  jak  gdyby  Grecy 

pragnęli,  aby  ich  bóstwa  Ŝyły  w  spokoju  z  dala  od  zgiełku  ośrodków  handlowych,  wojen  i 

zamieszek... - Urwała. - Dlatego istnieje moŜliwość, choć jest to tylko bardzo, bardzo, bardzo 

maleńka moŜliwość, Ŝe ten na pół zniszczony, odkopany fragment papirusu grobowego wskaŜe 

nam,  gdzie  znajduje  się  jedno  z  najsławniejszych  miejsc  świata  staroŜytnego:  labirynt  króla 

Minosa. 

Milczeli przez chwilę, wreszcie Alex roześmiał się pogodnie. Nie był juŜ senny. 

- No dobrze - powiedział powaŜniejąc. - Chciałbym zapytać jeszcze tylko o jedno: gdzie 

jest Keros? Karolina rozłoŜyła ręce. 

- W pięć minut po odcyfrowaniu papirusu zaczęłam szukać we wszystkich moŜliwych 

atlasach i słownikach antycznych. Mam tu Wielki Atlas Świata StaroŜytnego, mam leksykon, 

w  którym  są  wszystkie  nazwy  miejsc,  rzek,  gór,  wysp,  zatok,  miast  i  miasteczek 

wzmiankowanych kiedykolwiek w jakimkolwiek dokumencie antycznym...  

- I co? 

- Nic... - Karolina rozłoŜyła ręce ponownie. - Nigdzie nie ma Keros. 

- Czy komunikowałaś się juŜ z kimkolwiek? 

- Nie. Przede wszystkim mam obowiązek zrelacjonować całą sprawę profesorowi Lee.  

Alex wstał. 

background image

- Chodźmy - powiedział i ruszył w stronę drzwi. 

- Dokąd? - Karolina takŜe uniosła się z miejsca i patrzyła na niego nie rozumiejącymi 

oczyma. 

- Jak to dokąd? - zatrzymał się z dłonią na klamce, a na twarzy jego pojawił się na pół 

powaŜny, na pół rozbawiony wyraz. - Na poszukiwanie wyspy Keros, oczywiście! 

Zdumiona, poszła za nim bez słowa. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

„Keros, proszę pani..." 

 

Dopiero  kiedy  samochód  ruszył  i  znaleźli  się  w  strumieniu  aut  płynących  przez 

Edgware Road, Karolina przerwała milczenie. 

background image

- Słuchaj, Joe. ChociaŜ zachowujesz się chwilami, jak gdybym była małym dzieckiem, 

upewniam cię, Ŝe jestem od dawna pełnoletnia i... 

-  I  chcesz  wiedzieć,  dokąd  jedziemy,  prawda?  -  Zerknął  ku  niej,  uśmiechając  się 

szeroko, później znowu skierował wzrok przed siebie. - Jak myślisz, gdzie w Londynie moŜna 

dowiedzieć się o połoŜeniu jakiejś wyspy? 

- Gdzie?... Nie rozumiem... Karolina dotknęła jego ramienia. - Joe, przestań Ŝartować 

albo przysięgam, Ŝe zasłonię ci oczy rękami i rozbijemy się na pierwszym napotkanym słupie! 

-  O  nie!  Tego  nie  zrobisz,  bo  marzysz  o  wyspie  Keros  i  tej  półnagiej  rozpustnicy 

tańczącej  z  węŜami  w  rękach!  JeŜeli  nie  wiesz,  gdzie  naleŜy  szukać  wysp  zaginionych, 

odpowiem ci: w Admiralicji Brytyjskiej! 

- W Admiralicji?... Człowieku! Znam paru oficerów marynarki i załoŜę się, Ŝe Ŝaden z 

pracowników Admiralicji nie tylko nie moŜe wiedzieć, gdzie jest Keros,  ale nigdy nie  słyszał  

O  dawnych Kreteńczykach! 

- O to nie będę się zakładał, ale mogę się załoŜyć, Ŝe wiceadmirał Holinshead powie 

nam wszystko, co chcemy wiedzieć o twojej wysepce - urwał, a potem dokończył z uśmiechem 

- o ile ona istnieje, oczywiście. 

- A któŜ to jest wiceadmirał Holinshead? 

-  Jest  to  wielki  miłośnik  literatury  detektywistycznej  i  wielbiciel  Joe  Alexa  - 

odpowiedział skromnie Alex. - Sam mi o tym mówił. 

-  Ale...  -  Karolina  nie  dokończyła.  Nie  wydawało  jej  się  prawdopodobne,  aby 

jakikolwiek  admirał  brytyjski  mógł  wiedzieć  o  wyspie  Keros  więcej,  niŜ  mogły  powiedzieć 

atlasy  i  leksykony,  w  których  zebrano  całą  wiedzę  o  antycznym  świecie.  Westchnęła.  Była 

zmęczona  kilkunastodniową  pracą,  brakiem  snu  i  świeŜego  powietrza.  Dopiero  w  tej  chwili 

uświadomiła sobie, Ŝe od dwóch tygodni nie wychyliła nosa poza próg mieszkania. 

Joe  zręcznie  manewrował  pośród  porannych  zatorów  na  jezdni,  porządkując  sobie 

równocześnie informacje o wyspie Keros, które chciał przekazać Holinsheadowi. Wiceadmirał 

był rzeczywiście wielbicielem literatury kryminalnej. Alex poznał go na przyjęciu u jednego ze 

wspólnych  przyjaciół.  Przy  rozstaniu  Holinshead  wygłosił  sakramentalną  formułkę,  z  którą 

zwykle zwracał się do nowo poznanych, sympatycznych osób: „JeŜeli kiedykolwiek będę mógł 

panu  w  czymś  pomóc,  proszę  wpaść  do  mnie,  do  Admiralicji...”  Joe,  który  o  niczym  nie 

zapominał, nie zapomniał i o tych słowach. 

Wóz zatrzymał się przed ogromnym gmachem dowództwa floty. Weszli. Gdy dyŜurny 

oficer zniknął z wizytówką Alexa, Karolina ponownie westchnęła. Powinna była zobaczyć się 

przede wszystkim z profesorem Lee, a później dopiero, po porozumieniu z nim, zastanawiać 

background image

nad połoŜeniem wyspy.  Ale nie miało to moŜe aŜ tak istotnego znaczenia.  Istotne znaczenie 

miało tylko jedno: gdzie jest Keros? JeŜeli, jak słusznie zauwaŜył Joe, w ogóle gdzieś jest?... 

Oficer powrócił i stanął przed Alexem. 

- Proszę za mną. Pan admirał przyjmie pana za chwilę. 

Karolina zawahała się, ale Joe mocno ujął ja za rękę. 

Herbert Holinshead nie był jeszcze starym człowiekiem, Karolinie wydało się nawet, Ŝe 

jest bardzo młody. Sama nie wiedziała dlaczego, ale słowo admirał łączyło się w jej umyśle z 

siwizną.  Tymczasem  szef  wydziału  kartograficznego  nie  przekroczył  chyba  jeszcze  nawet 

pięćdziesiątki i był wysokim, przystojnym męŜczyzną, przypominającym w mundurze bardziej 

aktora filmowego niŜ autentycznego admirała. 

Ale Holinshead był autentycznym admirałem, dlatego uniósł z lekkim zdumieniem brwi 

na widok Karoliny. Przez sekundę sprawiał wraŜenie osoby oszołomionej i w tej samej chwili 

dziewczyna  uświadomiła  sobie,  Ŝe  nadal  ubrana  jest  w  spodnie  i  bluzkę.  O  ile  było  rzeczą 

bardzo prawdopodobną, Ŝe młoda, ładna kobieta nie przekroczyła progu tego gabinetu co naj-

mniej od stu pięćdziesięciu lat, o tyle było rzeczą niemal pewną, Ŝe progu tego nie przekroczyła 

dotąd Ŝadna kobieta w spodniach. Mimo to wiceadmirał opanował się natychmiast. Obok tej 

dziewczyny stał przecieŜ Joe Alex, a więc wszystko było moŜliwe. Być moŜe za faktem ich 

przybycia  kryła  się  jakaś  zdumiewająca,  mroŜąca  krew  w  Ŝyłach  tajemnica?  A  praca  szefa 

wydziału kartograficznego Admiralicja Brytyjskiej wcale nie była tak ciekawa i romantyczna, 

jak  przypuszczał  Herbert  Holinshead  przed  laty,  gdy  jako  młody  chłopiec  zapragnął  zostać 

oficerem marynarki. Gdyby miał być w tej chwili naprawdę szczery, powiedziałby nawet, Ŝe 

ostatnio nudzi się śmiertelnie. Nadchodziło lato i jak zbawienia duszy oczekiwał dorocznego 

urlopu. 

- Proszę, proszę, siadajcie państwo - powiedział z lekkim wahaniem, skłaniając głowę 

przed Karoliną. 

- Mam nadzieję, Ŝe zechce pan nam wybaczyć to niespodziewane najście - na twarzy 

Alexa nie było nawet cienia uśmiechu - ale sprawa wydaje nam się bardzo waŜna, a jest pan 

chyba jedynym człowiekiem w Londynie, który moŜe nam pomóc. Obecna tu panna Beacon 

reprezentuje Instytut Archeologii, a jak pan moŜe dostrzec po szczegółach jej stroju, przybyła 

tu ze mną wprost z miejsca pracy... 

Nie zwracając uwagi na pełne wdzięczności spojrzenie Karoliny, ciągnął dalej: 

-  OtóŜ  sprawa  jest  prawie  tak  skomplikowana  jak  odczytanie  szyfru.  Chodzi  nam  o 

wyspę... 

- O wyspę. - Wiceadmirał oŜywił się. - Oczywiście, jeŜeli tylko będziemy  mogli być 

background image

pomocni.  Wyspy  -  uśmiechnął  się  -  to  w  pewien  sposób  nasza  specjalność,  jedna  ze 

specjalności... 

- Tak - powiedział Joe. - Ale nam zaleŜy na tym, Ŝeby pan, panie admirale, odkrył dla 

nas wyspę, o której wiemy, Ŝe istnieje, ale nie  wiemy dokładnie,  gdzie  się znajduje i jak się 

nazywa! 

-  Drobiazg!  -  Holinshead  roześmiał  się  szczerze.  -  Dobrze,  Ŝe  państwo  wiecie 

przynajmniej, Ŝe istnieje! 

- I tego nie wiemy na pewno... 

Po  tych  słowach  Joe  pokrótce  nakreślił  sytuację.  W  miarę  jak  opowiadanie  jego 

ZbliŜało się ku końcowi, admirał powaŜniał. Kiedy Alex skończył, powiedział: 

- To bardzo... - chrząknął - bardzo pasjonujące. Znam tylko jednego człowieka, który 

moŜe wam pomóc. Zaraz dowiem się, czy jest w tej chwili na terenie gmachu. - Ujął słuchawkę 

i nie nakręcając numeru powiedział: - Czy kapitan Brown jest u siebie? - Czekał przez chwilę. - 

Proszę go przysłać do mnie... Tak, natychmiast. - OdłoŜył słuchawkę i zwrócił się do Alexa: - 

Zaraz tu przyjdzie. Kapitan Brown zna wschodnią część Morza Śródziemnego lepiej, niŜ inni 

ludzie znają rozkład swego mieszkania. Wie wszystko o wyspach, nie tylko tych, które znajdują 

się nad powierzchnią wód, ale i o tych, które kiedyś istniały, i o tych, które powoli rosną ku 

górze, ale jeszcze tkwią pod falami.  

W  tej  samej  chwili  rozległo  się  pukanie  i  kapitan  Brown  wszedł  do  gabinetu.  Po 

prezentacji  obecnych  admirał  wyjawił  mu  powód  ich  wizyty.  Kapitan,  który,  jak  osądziła 

Karolina,  o  wiele  bardziej  przypominał  wilka  morskiego  niŜ  jego  przystojny  szef,  gdyŜ  był 

krępym, opalonym męŜczyzną o krótkiej, siwej czuprynie, a do gabinetu wszedł rozkołysanym 

charakterystycznie marynarskim krokiem, zastanawiał się bardzo krótko. 

-  Dane,  które  pan  przedstawił,  są  dość  dokładne  i  chyba  dostateczne,  Ŝeby  określić 

połoŜenie  tej  wysepki  -  powiedział  bez  najmniejszej  ironii  i  pochylił  się  nad  wydobytą  z 

ciemnej  dębowej  szafy,  zajmującej  całą  ścianę  gabinetu,  wielką,  płócienną  mapą, 

przedstawiającą  wschodni  obszar  Morza  Śródziemnego.  -  Człowiek  ów  płynął  naprzeciw 

„Gwieździe Ŝeglarzy", to znaczy, mniej więcej, z południa na północ, gdyŜ chodzi tu na pewno 

o  Gwiazdę  Polarną.  JeŜeli  celem  jego  było  Byzantion,  dzisiejszy  Konstantynopol,  moŜemy 

przyjąć  z  duŜym  prawdopodobieństwem,  Ŝe  płynął  z  Egiptu,  jak  państwo  przypuszczaliście, 

chociaŜ wówczas nie miałby Gwiazdy Polarnej dokładnie przed dziobem okrętu, lecz nieco na 

lewo... Ale w starych tekstach Ŝeglarskich kierunki podawane są raczej w przybliŜeniu, a w tym 

wypadku odchylenie nie jest zbyt wielkie... 

Kapitan  umilkł  i  z  wolna  przesunął  palcem  po  hipotetycznym  szlaku  morskim,  jaki 

background image

mógł przemierzyć przed wiekami Perimos Ŝeglarz. 

-  Czy...  czy  znajduje  pan  na  tym  szlaku  wyspę  odpowiadającą  naszemu  opisowi?  - 

zapytała cicho Karolina, starając się mówić jak najspokojniej. 

- Wysp takich mamy tam co najmniej kilka. - Brown zmarszczył brwi. - Cały ten obszar 

usiany jest skalistymi wysepkami, które z reguły posiadają białą barwę. - Uniósł głowę. - Czy 

moŜe mi pani pokazać jeszcze raz ten tekst? 

Wziął do ręki kartkę maszynopisu, na której widniał angielski przekład słów Perimosa. 

Odczytywał powoli. Nagle wyprostował się. 

-  Zdaje  się,  Ŝe  znalazłem!  W  owych  czasach  pod  wiatr  posuwano  się  przy  pomocy 

wioseł. A to nie było moŜliwe, skoro załoga usnęła. W takim razie, proszę państwa, ów Perimos 

płynąc z południa na północ przy pomocy Ŝagla musiał, chcąc opłynąć wyspę, wejść w prąd 

opływający  ją  z  północy  na  południe.  W  przeciwnym  wypadku  nie  mógłby  wykonać  tego 

manewru  sam,  bez  pomocy  wioślarzy.  Jest  tylko  jedno  miejsce  odpowiadające  pod  tym 

względem  naszemu  opisowi.  Dzięki  ukształtowaniu  dna  morskiego  prąd  tworzy  tam  niemal 

pętlę  wokół  wysepki  i  Perimos  mógłby  poprowadzić  statek  bez  pomocy  jakiejkolwiek  siły 

napędowej,  a  potem  znów  dać  mu  moŜność  wejścia  w  sprzyjający  wiatr.  -  Urwał  i  pokręcił 

głową.  -  Ale  mowa  jest  o  jakiejś  dawnej  wielkiej  świątyni,  prawda?  Boję  się,  Ŝe  w  tym 

wypadku spotka państwa zawód. Miejsce to jest absolutnie nagie, pozbawione roślinności, a co 

najwaŜniejsze,  do  niedawna  nie  posiadało  Ŝadnej  naturalnej  przystani.  Cała  wysepka  to  po 

prostu stroma niedostępna góra o prawie pionowych ścianach, wynurzająca się spoza łańcucha 

ostrych raf, na których morze pieni się i grzmi nawet w najspokojniejszy dzień. Jedno zbocze 

gór  opada  na  zupełnie  płaską  platformę  skalną,  długą  i  szeroką  na  kilkaset  kroków,  takŜe 

zbiegającą ku morzu pionowymi prawie ścianami. Nigdy chyba nie było tam osadnictwa i nie 

wierzę,  aby  przed  tysiącami  lat  ktokolwiek  mógł  wylądować  na  wyspie.  A  gdyby,  jak  on  tu 

pisze,  dostał  się  tam  przypadkiem  rzucony  na  skały  rozbitek,  nie  musiałby  wpadać  w  ja-

kąkolwiek otchłań, a po prostu umarłby z głodu, gdyŜ wyspa nie posiada Ŝadnej roślinności ani 

nie zamieszkują jej jakiekolwiek Ŝywe stworzenia, poza przelotnymi ptakami. 

- Powiedział pan, Ŝe wysepka nie posiadała do niedawna Ŝadnej naturalnej przystani? - 

Karolina pochyliła się nad mapą, ale patrzyła nadal na kapitana.  

- Tak - Brown skinął głową. - Przed wybuchem drugiej wojny światowej naleŜała do 

Włoch. Po ustaniu działań wojennych powróciła wraz z resztą Dodekanezu do Grecji. W czasie 

wojny  abisyńskiej  Włosi  wykuli  w  jedynym  osłoniętym  przed  falami  punkcie  wybrzeŜa 

sztuczną przystań i stopnie prowadzące na platformę skalną, gdzie wybudowali barak dla nie-

wielkiej załogi, której zadaniem była prawdopodobnie obserwacja poruszeń floty brytyjskiej. 

background image

Załoga  posiadała  radiostację.  Ostatnio  Grecy  wykorzystali  te  przystań  i  ustawili  na  wysepce 

latarnię morską o niewielkiej mocy. Ruch statków na Morzu Śródziemnym wzrósł tak bardzo, 

Ŝ

e  stało  się  to  konieczne,  chociaŜ  wysepka  nie  leŜy  na  Ŝadnym  ze  szlaków  morskich. 

Wschodnia część Morza Śródziemnego roi się od takich większych i mniejszych wystających z 

morza  Skał.  Niektóre,  posiadające  ukryte  i  osłonięte  przystanie,  były  w  staroŜytności  i 

ś

redniowieczu  kryjówkami  piratów.  Co  jeszcze  mógłbym  dodać?  Jedno  tylko:  góra  posiada 

szereg jaskiń. Wiemy o tym nie dlatego, aby jaskinie te kiedykolwiek miały jakieś znaczenie 

dla  Ŝeglugi  lub  historii  osadnictwa  na  wyspach.  Po  prostu  od  pewnego  czasu  wszelkiego 

rodzaju  groty,  pieczary  i  jaskinie  są  przez  nasz  urząd  rejestrowane,  jako  naturalne  schrony  i 

punkty oparcia na wypadek... - RozłoŜył ręce. - Rozumieją państwo przecieŜ, prawda? 

-  Oczywiście  -  Joe  skinął  głową.  -  Ale  zagadnienia  strategiczne  nie  mogą  nas 

interesować. 

- A jak - powiedziała cicho Karolina - nazywa się ta wysepka? 

- CóŜ... - Brown lekko wzruszył ramionami. - Na szczegółowych kartach morskich, jak 

państwo widzą, znajduje się tylko ciemny punkt. Chodzi tu o przejrzystość, gdyŜ zbyt wiele 

napisów zaciemnia obraz, a punktów takich są tu dziesiątki. KaŜda skała wystająca z morza nie 

moŜe mieć osobnej nazwy. Włosi oznaczyli wyspę liczbą i nie troszczyli się o ochrzczenie jej. 

Lecz  ostatnio  Grecy,  przejąwszy  wyspy,  przywrócili  szereg  nazw  nawet  bardzo  maleńkim 

wysepkom  i  najnowsze  mapy  morskie,  wydane  przez  nich,  biorą  juŜ  te  nazwy  pod  uwagę. 

Wyspa nadal jest niegościnna, ale posiada przystań i latarnię morską, gdzie musi przecieŜ ktoś 

dyŜurować  bez  przerwy.  Na  pewno  ma  jakąś  nazwę...  Będzie  to  raczej  nazwa  tradycyjna, 

pochodząca  od  rybaków,  którzy  zawsze  nadają  imiona  wszystkim  punktom  orientacyjnym. 

JeŜeli państwo chcecie, mogę sprawdzić u siebie... 

- Bylibyśmy bardzo zobowiązani - powiedziała Karolina i uśmiechnęła się do niego z 

taką dziecięcą słodyczą, Ŝe Joe dodał prędko, chcąc stłumić rozbawienie: 

-  Oczywiście  po  tym,  co  pan  powiedział,  szansę  na  zlokalizowanie  naszej  wysepki 

bardzo zmalały. Trudno przypuścić, Ŝeby lud morski, jakim byli Kreteńczycy, wybrał sobie dla 

przybytku swej głównej bogini miejsce, gdzie Ŝaden okręt nie mógł przybić. Ale obowiązkiem 

naszym jest stwierdzić, co się da... 

- Tak, zapewne. - Kapitan zwrócił się do swego zwierzchnika: - Pan admirał pozwoli, Ŝe 

pójdę do siebie i sprawdzę? 

- Oczywiście, proszę bardzo. 

Brown wyprostował się słuŜbiście, a później wyszedł z pokoju, zamykając cicho drzwi 

za sobą. 

background image

- Bardzo Ŝałuję, Ŝe musieliśmy panią trochę rozczarować - powiedział wiceadmirał do 

Karoliny. - Ale obawiam się, Ŝe nazwa legendarnego Keros od dawna juŜ nie istnieje i... 

Telefon zadzwonił. Gospodarz ujął słuchawkę. 

-  Tu  Holinshead...  tak...  No,  słucham,  kapitanie?...  Co?...  Tak,  rozumiem...  Dziękuję 

bardzo...  

OdłoŜył słuchawkę i zwrócił się ku Alexowi. 

- Tak - powiedział. - Grecy rzeczywiście ochrzcili wysepkę przed pięciu laty, opierając 

się na nazwie, którą nadali jej rybacy. A nazwa ta brzmi: Keros. 

- Keros? - Karolina potrząsnęła głową, jak gdyby próbując zbudzić się ze snu. - Jak to, 

Keros? Wiceadmirał rozłoŜył ręce. 

-  Mam  nadzieję,  Ŝe  odpowiada  pani  najbardziej  ze  wszystkich,  jakie  dałoby  się 

wymyślić, prawda? I uśmiechnął się beztrosko. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY  

Proroctwo zaczyna się sprawdzać 

 

Kiedy  znaleźli  się  na  ulicy  i  zajęli  miejsce  w  aucie,  Karolina  połoŜyła  lekko  dłoń  na 

ramieniu Alexa. 

background image

- Nie ruszaj jeszcze - powiedziała szeptem. - Chcę zebrać myśli. 

-  Dokąd  teraz?  -  Joe  wypuścił  z  palców  kluczyk  i  objął  ramieniem  jej  szczupłe, 

wyprostowane plecy. - Czy do profesora Lee? JeŜeli jest tak powaŜnym uczonym, jak o nim 

piszą, powinien odesłać cię z powrotem do szkoły razem z twoim opowiadaniem dla duŜych 

dzieci o małej wyspie skarbów. 

Zwróciła  ku  niemu  oczy,  w  których  nie  było  nawet  cienia  uśmiechu.  -  W  pierwszej 

chwili  myślałam,  Ŝe  śnię.  Keros,  czy  rozumiesz,  Joe?  To  znaczy,  Ŝe  opis  Perimosa  jest 

prawdziwy. 

- Hm... - powiedział Alex. - Jedno mnie tylko martwi. 

- Co? 

-  To,  Ŝe  jeśli  Keros  okaŜe  się  rzeczywiście  pustą,  bezludną,  nie  zawierającą  śladu 

wykopalisk  wysepką,  wypłaczesz  sobie  oczy,  a  jeŜeli  istnieje  tam  nadal  ten  przybytek  Pani 

Labiryntu, a opis twojego Perimosa jest rzeczywiście prawdziwy,   wpadniesz  w  otchłań, a z 

tobą twoje imię! 

-  Nie  znam  większej  otchłani  niŜ  ta,  do  jakiej  moŜe  stoczyć  się  dziewczyna  dzięki 

znajomościom  z  niektórymi  autorami  brukowych  arcydzieł,  chociaŜ  trzeba  przyznać,  Ŝe 

pomogłeś cudownie! - Nie zwracając uwagi na przechodniów, objęła go za szyję i pocałowała. 

- Och, Joe, Joe, Joe!! Nie masz pojęcia, jaka jestem zdenerwowana! - Wypuściła  go nagle z 

objęć i wyprostowała się w siedzeniu. - Jedźmy, jedźmy! 

- Dokąd? - zapytał autor brukowych arcydzieł. 

- Do profesora Lee oczywiście! - Spojrzała na zegarek. - Dwunasta! Zaraz zacznie się 

cotygodniowe spotkanie naszego zespołu. Szybko, Joe! Nie chciałabym, Ŝebyśmy się spóźnili. 

-  Spóźnili?  -  Alex  prawie  niedostrzegalnie  wzruszył  ramionami.  -  Nie  chcesz  chyba, 

Ŝ

ebym wziął udział w waszym zebraniu? 

- Musisz pójść dzisiaj do niego  ze mną, Joe! 

-  Ja?!  -  Alex  omal  nie  wpadł  na  hamujący  przed  nimi  samochód.  Miał  powód  do 

zdziwienia. Od pierwszej chwili ich znajomości Karolina strzegła przed nim dostępu do ludzi, z 

którymi  pracowała.  Tak  więc,  choć  najprawdopodobniej  wszyscy  jej  koledzy  wiedzieli,  co 

łączy ją z jednym z najpopularniejszych ludzi na obszarze Wysp Brytyjskich, i choć z kolei Joe 

znał z jej opowiadań wszystkich członków zespołu, nigdy nie zetknął się z nimi bezpośrednio. 

Nie zaleŜało mu zresztą na tym specjalnie. 

- Zaczynam wierzyć - powiedział, kiedy zahamowany gwałtownie wóz ruszył znowu - 

Ŝ

e  wyspa  Keros  wytrąciła  cię  z  równowagi  bardziej,  niŜ  myślałem.  CóŜ  bym  robił  ja,  autor 

brukowych opowiadanek i skromny ekspert amator Wydziału Śledczego Scotland Yardu, w tak 

background image

szacownym gronie? Będę czekał w domu na twój telefon. Ale umówmy się gdzieś na lunch, 

jeŜeli... 

Urwał i ziewnął mimo woli. Dopiero w tej chwili uprzytomnił sobie, Ŝe nie zmruŜył oka 

tej nocy. Zerknął na Karolinę. Ona takŜe nie spała dziś, ale na twarzy jej nie było najmniejszych 

ś

ladów znuŜenia. Gwałtownie obróciła się ku niemu. 

- Nie, Joe! Musisz mi pomóc! Oni wszyscy tyle razy dręczyli mnie, Ŝeby ich poznać z 

tobą. Sama nie wiem dlaczego, ale wszyscy moi koledzy uwaŜają cię za bardzo waŜną i sławną 

osobę  i  mówią  o  tobie,  jak  gdybyś  był  nie  człowiekiem,  tylko  instytucji  i....  i  w  ogóle  mam 

czasem wraŜenie, Ŝe wszyscy zazdroszczą mi, Ŝe ty i ja... Ŝe my... no, wiesz przecieŜ ... 

-  Czy  wiem?  Nigdy  mi  przecieŜ  o  tym  nie  wspominałaś.  -  Alex  uśmiechnął  się 

niedostrzegalnie. - Bądź łaskawa powiedzieć swoim kolegom, Ŝe jeśli któryś z nich zginie na 

terenie  Instytutu  Archeologii  w  nie  wyjaśnionych  okolicznościach,  postaram  się  tam 

przyjechać i spełnić oczekiwania pozostałych. Ale naprawdę nie wiem, dlaczego miałbym się 

zjawić dzisiaj na zebraniu twojego zespołu? Ten profesor Hugh Lee uznałby mnie co najmniej 

za intruza i miałby chyba rację, prawda? MoŜe ja takŜe nie chciałbym wizyty pana profesora, 

kiedy jestem zajęty? 

Zatrzymał wóz przy krawęŜniku, wysiadł i otworzył drzwiczki. 

- O której się zobaczymy? 

Karolina wyskoczyła z auta i stanęła naprzeciw niego. Pochyliła głowę. 

- Joe - powiedziała prawie błagalnie - opowiedziałam ci o wszystkim i wiesz, jak bardzo 

nieprawdopodobnie  brzmi  cała  historia,  nawet  jeŜeli  mamy  w  ręku  ten  papirus,  a  przecieŜ 

wszystko, co chcę powiedzieć, oparte jest na faktach... to znaczy, na przypuszczeniach, które są 

oparte  na  faktach.  Nasz  instytut,  jak  kaŜdy  instytut  na  świecie,  to  cięŜka,  mało  ruchliwa 

machina,  a  do  poszukiwań  na  Keros  trzeba  będzie  sprzętu,  pieniędzy,  ekwipunku  i  przede 

wszystkim pozwolenia moich władz i załatwienia formalności z Grekami. 

-  Ale  ja  -  rozłoŜył  ręce  -  nie  jestem  greckim  dostojnikiem  ani  dyrektorem  twojego 

instytutu i nie rozumiem, dlaczego... 

-  Joe!  Profesor  Lee  takŜe  czytuje  kryminalne  powieści!  JeŜeli  nie  potrafię  zarazić 

wszystkich ideą wyjazdu na Keros, moŜemy czekać dwadzieścia lat - ja i ten papirus - aŜ ktoś 

zechce potraktować nas powaŜnie. PomoŜesz mi stworzyć nastrój przy tej pierwszej Sanacji. W 

ogóle nie musisz mówić. A zaproszenie ciebie na nasze zebranie za chwilę stanie się faktem. 

- Ale... - powiedział niezdecydowanie. Nie dała mu dokończyć. 

- Nigdy cię o nic nie prosiłam. Teraz bardzo proszę. 

I Joe Alex, zatrzasnąwszy drzwiczki wozu, posłusznie poszedł za nią. 

background image

Pokój,  w  którym  odbywało  się  zebranie,  był  o  wiele  większy,  niŜ  moŜna  było 

przypuszczać  mijając  niskie,  wąskie  drzwi  prowadzące  z  krótkiego,  ciemnego  korytarzyka. 

Alex, który rzadko tracił wiarą w siebie, czuł przez chwilę onieśmielenie, kiedy Karolina, która 

pozostawiła go w korytarzu, powróciła i powiedziała: 

- Profesor Lee i cała reszta chcą cię koniecznie poznać! 

Wszedł i wzrok jego zagubił się w wielkiej sali, poprzegradzanej szafami i skrzyniami, 

zastawionej stołami, na których leŜały stosy ksiąŜek i manuskryptów. Sala sprawiała wraŜenie 

od  dawna  nie  wietrzonej,  chociaŜ  dwa  wielkie,  wychodzące  na  ogród  okna  były  szeroko 

otwarte. Nieuchwytna woń kurzu musiała trwać tu chyba bez względu na ilość świeŜego po-

wietrza, które przez nie wpadało. 

W  pierwszej  chwili  Joe  nie  dostrzegł  nikogo.  Dopiero  po  sekundzie  zauwaŜył  małą 

grupkę  ludzi,  skupioną  wokół  niewielkiego  okrągłego  stołu,  pokrytego  zielonym,  nieco 

wypłowiałym suknem.  Na jego widok uniósł się z miejsca i ruszył mu na spotkanie wysoki, 

ś

niady  męŜczyzna,  który,  sądząc  z  porytego  zmarszczkami  czoła,  mógł  mieć  około 

sześćdziesięciu lat. Ale szedł wyprostowany, elastycznym, lekkim krokiem, jaki w tym wieku 

jest  wyłącznie  udziałem  ludzi,  którzy  za  młodu  uprawiali  wiele  dyscyplin  sportowych,  a  w 

drugiej  połowie  Ŝycia  najchętniej  przebywają  na  świeŜym  powietrzu.  Alex  znał  tę  twarz  z 

fotografii, które od czasu do czasu ukazywały się w tygodnikach londyńskich. 

- Chciałem przede wszystkim przeprosić pana profesora za to najście - rozpoczął, ale 

Hugh Lee zaprzeczył gwałtownym ruchem głowy. 

- Pana wizyta, Mr. Alex, jest dla nas bardzo milą niespodzianką - powiedział wyciągając 

rękę. - JeŜeli szuka pan materiałów do nowej powieści, będę zachwycony! Zawsze twierdzę, Ŝe 

ksiąŜki kryminalne to najlepszy wypoczynek po pracy, a pana ksiąŜki są, moim zdaniem, lepsze 

niŜ  inne.  AleŜ  tak!  Proszę  nie  zaprzeczać.  Myślę,  Ŝe  powieść  detektywistyczna,  której  akcja 

rozegrałaby  się  podczas  ekspedycji  archeologicznej,  mogłaby  być  znakomita.  Wspaniałe 

otoczenie, wie pan? Noc pośród wykopalisk, ginie jeden z członków wyprawy, odległy zakątek 

ś

wiata, przekleństwo faraona, jak to miało miejsce z grobowcem Tutenchamona - morderstwo 

czy  zemsta  zza  grobu?  A  potem  okazuje  się,  Ŝe  wszystko  zostało  przygotowane  z  diabelską 

precyzją przez bardzo współczesnego człowieka... 

Roześmiał się. 

Ś

ciskając  szczupłą  dłoń,  której  uścisk  okazał  się  nadspodziewanie  silny,  Joe  skłonił 

lekko głowę. 

- My, zwykli śmiertelnicy, umieściliśmy szacowne środowisko, które pan reprezentuje, 

ponad  pokusami  tego  świata  i  jestem  ostatnim  z  ludzi,  który  by  chciał  was  strącić  z  tego 

background image

piedestału. Zbrodnia, panie profesorze, rodzi się przewaŜnie z bardzo przyziemnych pobudek, 

których  Ŝycie  i  praca  archeologa  są  chyba  pozbawione.  Czytelnicy  mogliby  po  prostu  nie 

uwierzyć. Oczekują od was i ode mnie zupełnie innego rodzaju sensacji. 

Profesor wziął go pod ramię i ruszył z nim w kierunku stołu. 

-  Historia  uczy,  Ŝe  ludzkość  nigdy  jeszcze  nie  wytworzyła  grupy  czy  nawet  grupki 

społecznej, wolnej od wad i nieszczęść innych grup i grupek. Ale nie muszę parni tego mówić. 

Wie pan o tym tak samo dobrze jak ja. Karolina powiedziała mi, Ŝe pomógł pan jej w pewnej 

sprawie, o której mamy się za chwile dowiedzieć? 

- Trudno to nazwać pomocą, panie profesorze... 

Urwał,  poniewaŜ  zbliŜyli  się  do  stołu.  Joe,  który  przygotowany  był  na  spotkanie  z 

zespołem ludzi co najmniej w średnim wieku i sądził, Ŝe Karolina jest niemal maskotką tego 

sędziwego grona, ze zdumieniem dostrzegł, Ŝe nikt z obecnych nie miał chyba przekroczonego 

trzydziestego  roku  Ŝycia.  Osób  tych  było  pięć.  Trzej  młodzi  męŜczyźni,  którzy  unieśli  się  z 

miejsc na jego widok, i dwie kobiety, doskonale ubrane, w tym samym mniej więcej wieku co 

Karolina.  Co  prawda  nie  wiedział,  ile  lat  ma  Karolina,  ale...  Zerknął  na  nią.  Stała  lekko 

zarumieniona,  obejmując  dłońmi  poręcz  nie  zajętego  krzesła,  najwyraźniej  bardzo  przejęta 

odgadywaniem wraŜenia, jakie Joe zrobi na jej kolegach. 

-  To,  moi  drodzy,  jest  słynny  pan  Joe  Alex,  którego  praca  zbliŜona  jest  do  naszej. 

Interesują  go  takŜe  tajemnice  grobów,  choć  moŜe  nieco  młodszych  niŜ  te,  którymi  my  się 

zajmujemy. A to - profesor zrobił szeroki ruch ręką, obejmując nim wszystkich obecnych - są 

zebrani  w  komplecie  moi  najbliŜsi  -współpracownicy:  pani  Gordon,  panna  Sanders,  pan 

Gordon, pan Caruthers i pan Mellow. 

Joe wymienił ukłony i uściski dłoni. Kiedy usiedli, profesor raz jeszcze zwrócił się ku 

niemu. 

- Niestety, nie moŜemy zaznajomić dziś pana z codzienną pracą naszego zespołu, ale 

moŜe to nawet lepiej, gdyŜ najprawdopodobniej bardziej interesują pana sprawy niecodzienne, 

a  dzisiejsze  zebranie  będzie  dotyczyło  rzeczy  dość  wyjątkowych.  Chciałbym,  Ŝeby  panna 

Beacon  opowiedziała  nam  najpierw  o  swoich  spostrzeŜeniach  dotyczących  papirusu 

ptolemejskiego, który ostatnio odczytała. Zdaje się, Ŝe o tym chcesz mówić, prawda, Karolino? 

- Tak, panie profesorze. 

Karolina wyjęła z torebki przekład tekstu Perimosa. Zanim zaczęła mówić, Joe, bardziej 

z  nawyku  niŜ  z  potrzeby,  rzucił  kilka  ukradkowych  spojrzeń  w  kierunku  obecnych.  Zadanie 

miał utrudnione, gdyŜ oczy ich biegły ku niemu raz po raz i cofały się natychmiast napotykając 

jego spojrzenie. Uśmiechnął się w duchu z owym nie pozbawionym próŜności zadowoleniem, 

background image

którego  wstydził  się  trochę,  ale  je  tolerował,  nie  mogąc  przezwycięŜyć.  Jakiekolwiek  było 

zdanie Karoliny o powieściach sensacyjnych, jego niespodziewana wizyta w zespole profesora 

Lee stała się chyba małą sensacją dla tych ludzi, naleŜących bądź co bądź do elity umysłowej 

kraju.  Westchnął.  Mała  to  była  satysfakcja.  W  gruncie  rzeczy  zazdrościł  kaŜdemu  z  nich  i 

niewysoko cenił sobie swój zawód, który w jego przekonaniu w ogóle nie był zawodem. 

Odetchnął z ulgą, gdyŜ po pierwszych słowach Karoliny obecni jak gdyby zapomnieli o 

jego obecności. Wszystkie spojrzenia zwróciły się w jej kierunku. Kiedy  skończyła, nikt nie 

zabrał głosu. Najwyraźniej czekali, co powie profesor. 

Przez chwilę Lee milczał, potem niespodziewanie zwrócił się z uśmiechem ku Alexowi. 

-  Teraz  dopiero  zrozumiałem  przyczynę  pana  wizyty  u  nas.  Przyznam  się,  Ŝe  rzadko 

moŜna usłyszeć na zebraniu naukowym coś równie zaskakującego. Bez naszej pomocy mógłby 

pan  prawdopodobnie  wykrzesać  z  tego  papirusu  tyle  pomysłów,  Ŝe  wystarczyłyby  one  do 

napisania historii ekspedycji lądującej na maleńkiej, zagubionej pośród morza wysepce, której 

strzeŜe  przekleństwo  Pani  Labiryntu!  -  Roześmiał  się,  po  czym  zwrócił  się  ku 

współpracownikom. - Przepraszam was, moi kochani. Nasze dzisiejsze zebranie rzeczywiście 

odbiega  trochę  od  ustalonego  trybu  posiedzeń  roboczych.  Nie  wiedząc  jeszcze,  Ŝe  panna 

Beacon  przyniesie  nam  tak  sensacyjne  wyniki  swoich  badań,  chciałem  dzisiejszy  dzień 

poświęcić innej niecodziennej sprawie: otóŜ Instytut Archeologii, a ściślej rzecz biorąc, nasz 

zespół, został niespodziewanie spadkobiercą wielkiej sumy pieniędzy. Pewna samotna, bardzo 

majętna dama pozostawiła nam umierając sto tysięcy funtów. Warunek testamentu jest jeden: 

Ŝ

e  zostaną  one  wykorzystane  dla  zorganizowania  wyprawy  archeologicznej  pod  moim 

kierownictwem.  Cel  i  charakter  wyprawy  pozostawia  zmarła  naszemu  uznaniu.  Oczywiście 

postanowiłem naradzić się z wami. PoniewaŜ suma ta wpłynęła zupełnie niespodziewanie, nie 

wchodzi w budŜet Instytutu ani nie stanowi subsydium na określone cele, powinniśmy zade-

cydować,  jak  naleŜy  pozbyć  się  tych  pieniędzy  z  największym  poŜytkiem  dla  nauki.  JeŜeli 

chodzi o moje zdanie, powinniśmy podjąć decyzję przeprowadzenia wykopalisk na wybranym 

przez  nas  ograniczonym  obszarze,  aby  fundacja  nie  wpadła  jak  kropla  w  morze  w  jedno  z 

wielkich, prowadzonych przez całe lata przedsięwzięć. Chcę dodać, Ŝe zmarła Ŝyczyła sobie, 

aby  dar  jej  nie  został  podany  do  wiadomości  publicznej.  W  związku  z  tym  fundacja  jest 

bezimienna. Będę zadowolony, jeśli koledzy po namyśle przedstawią mi swoje projekty... 

Umilkł  i  powiódł  oczyma  po  kręgu  ich  nieruchomych  twarzy,  jak  gdyby  chcąc 

sprawdzić, czy wszystko zrozumieli. 

- Panie profesorze... - powiedziała półgłosem Karolina. 

- Tak, moje dziecko? 

background image

-  Jeśli  o  mnie  chodzi,  mogę  od  razu  podać  moją  propozycję.  Obawiam  się,  Ŝe 

musielibyśmy  czekać  latami  na  przyznanie  nam  funduszów  w  celu  przeprowadzenia 

rekonesansu na Keros... 

Urwała. Profesor skinął głową. 

- Proszę dalej. Karolina zarumieniła się. 

- JeŜeli ten papirus będzie leŜał u nas nawet pięć lat, nic się nie zmieni, dopóki ktoś nie 

pojedzie i nie przeprowadzi wstępnych badań. Wiemy juŜ, czego moŜemy się spodziewać w 

najlepszym  wypadku.  Mogą  czekać  tam  na  nas  naprawdę  waŜne  znaleziska.  W  najgorszym 

wypadku nie znajdziemy nic, ale nie będzie to pierwsza ani ostatnia wyprawa, która niczego nie 

odkryje. To teŜ się musi zdarzać, jak wszyscy wiemy. Zmarła zapisała tę sumę Instytutowi li-

cząc zapewne na to, Ŝe moŜe ona przyczynić się do jakiegoś powaŜnego odkrycia. Myślę, Ŝe 

gdyby ta pani Ŝyła jeszcze i gdybyśmy przedstawili jej nasz papirus, na pewno spodobałby się 

jej  ten  projekt.  W  dodatku  nie  potrzeba  na  początek  nawet  ćwierci  tej  sumy.  Dla 

przeprowadzenia  wstępnych  badań  konieczne  jest,  jak  sądzę,  tylko  kilka  tysięcy  funtów, 

najwyŜej dziesięć lub dwanaście. Sądząc z tego, co wiemy, wysepka jest utworzona z litej skały 

i nie ma mowy o przeprowadzaniu wielkich robót ziemnych, które tyle kosztują. Nie potrzeba 

nam będzie nawet robotników, przynajmniej do czasu, dopóki nie odkryjemy czegoś, co wy-

magałoby  środków  transportowych  i  zaangaŜowania  pracowników  fizycznych.  Myślę  o 

rekonesansowej,  kilkuosobowej  wyprawie,  która  zajęłaby  się  zbadaniem  wyspy  i  jaskiń. 

Wydatki  ograniczyłyby  się  do  przewiezienia  tam  tych  kilku  osób,  zakupu  Ŝywności  na  parę 

tygodni i przetransportowania sprzętu koniecznego do badań. To by kosztowało stosunkowo 

niewiele. Dopiero później, gdybyśmy przekonali się, Ŝe... Ŝe tam jest coś naprawdę ciekawego, 

moŜna by rozszerzyć zakres badań. JeŜeli projekt mój zyska uznanie, podejmuję się w ciągu 

dwu do trzech tygodni opracować kosztorys, plan transportu, inwentarz i załatwić formalności. 

Umilkła. Profesor Lee uśmiechnął się. 

- Co myślicie, koledzy, o projekcie panny Beacon? - Znowu powiódł po nich oczyma. 

Młoda  kobieta  o  długich,  ciemnych  włosach,  spadających  niemal  prosto  na  ramiona, 

uniosła  głowę  i  przyjaźnie  spojrzała  na  Karolinę  swymi  wielkimi,  czarnymi  oczyma,  które 

bardziej  byłyby  na  miejscu,  jak  osądził  Joe,  w  twarzy  hiszpańskiej  tancerki  niŜ  w  obliczu 

angielskiego archeologa. Jak ona się nazywa? - pomyślał. - Sanders? Tak, chyba Sanders... 

- Jak sobie wyobraŜasz ilość uczestników wyprawy i okres pobytu na Keros? Wszyscy 

mamy  najrozmaitsze  zobowiązania,  a  taka  wycieczka  nie  była  przecieŜ  w  ogóle  brana  pod 

uwagą w tym roku, prawda? 

-  Wiem  o  tym,  Mary  ...  -  Karolina  wyraźnie  posmutniała.  -  Nie  mogę  przecieŜ 

background image

proponować niczego, co by kolidowało z pracami zespołu. Myślałam, Ŝe moglibyśmy pojechać 

tam wszyscy i spędzić na miejscu trzy albo cztery tygodnie w zaleŜności od tego, czy dłuŜszy 

pobyt  będzie  miał  sens.  JeŜeli  chodzi  o  czas,  to...  -  zacięła  się  lekko  -  w  sierpniu  Instytut, 

praktycznie biorąc, zawiesza działalność i... Nie wiem, oczywiście, czy pan profesor wyrazi na 

to zgodę? 

Spojrzała na Hugha Lee na pół pytająco, na pół błagalnie. 

-  W  sierpniu!  -  zawołał  przystojny,  opalony  młody  człowiek,  który  spodobał  się 

Alexowi  od  pierwszego  wejrzenia.  Miał  piękne,  sklepione  czoło  myśliciela  i  bystre, 

inteligentne oczy, które w tej chwili uniósł ku niebu, wznosząc równocześnie w tym samym 

kierunku ramiona gestem wyraŜającym komiczne przeraŜenie. - W sierpniu będę łowił ryby w 

Szkocji! I nie znam siły, która mogłaby mnie od tego powstrzymać! 

Mimo tak zdecydowanego zapewnienia opuścił powoli ręce, a później spojrzał pytająco 

na profesora. 

-  Simon  Caruthens  jest  przeciwny  -  powiedział  Hugh  Lee.  -  Kto  jeszcze  chce  zabrać 

głos?  Ty,  Johnie?  -  spojrzał  na  niskiego,  atletycznie  zbudowanego  blondyna,  którego  twarz 

była niemal zakryta wielkimi, wypukłymi szkłami w grubej oprawie z ciemnego rogu. - Czy teŜ 

chcesz łowić ryby w sierpniu? 

- Brzydzę się rybami - powiedział cicho i z uczuciem atletyczny blondyn - nie jadam 

ich,  nie  łowię,  nie  interesują  mnie  pod  Ŝadną  postacią  poza  jedną:  jeŜeli  są  wymalowane  na 

ładnej, starej wazie. 

-  Kolega  Mellow  wypowiedział  się  na  temat  ryb  -  profesor  rozłoŜył  ręce.  -  Ale  nas 

interesuje jego opinia na temat propozycji koleŜanki Beacon. 

-  JeŜeli  pan  profesor  pyta  mnie  o  opinię,  to  mówiąc  szczerze,  nie  widzę  przeszkód. 

JeŜeli hojna nieboszczka zapisała nam taką masę pieniędzy, a Karolina była tak uprzejma, Ŝe 

odcyfrowała  ten  dziwny  papirus,  nie  widzę  powodu,  dla  którego  nie  miałbym  spędzić 

przynajmniej części  wakacji na którejś z wysp  greckich,  a im bardziej będzie bezludna, tym 

lepiej. Wszyscy wiemy, jak przyjemnie jest pracować pośród tysięcy turystów. 

Uśmiechnął się ironicznie, zdjął szkła, przetarł je dokładnie i włoŜył na nos. 

-  Pamela  i  Robert  Gordon?  -  Profesor  wyciągnął  dłoń,  wziął  od  Karoliny  kartkę  z 

przekładem rękopisu Perimosa i połoŜywszy na stole, zaczął czytać, zerkając od czasu do czasu 

w jej kierunku. 

Powierzchowność Roberta Gordona najbliŜsza była temu, co Alex gotów był określić 

jako  typ  młodego  naukowca  brytyjskiego.  Gordon  był  szczupły,  opanowany,  niemal  łysy, 

czaszkę  jego  zdobiło  jedynie  kolisko  krótko  przyciętych  jasnych  włosów  uciekających  nad 

background image

uszami ku tyłowi głowy. Joe patrzył na jego Ŝonę. Była bardzo ładna, jasna, spokojna, jedna z 

tych  kobiet,  które  nie  wybuchają  głośno  nigdy,  a  kiedy  są  bardzo  zdenerwowane,  mówią 

spokojniej niŜ zwykle. Typowa, dobrze wychowana, wypielęgnowana Angielka pochodząca ze 

ś

rodka drabiny społecznej i posiadająca wszystkie wady i zalety swojej sfery. Alex nie lubił ani 

tej sfery, ani takich kobiet. 

-  Zgadzamy  się  z  Johnem  -  powiedział  Robert  Gordon  porozumiawszy  się  oczyma  z 

Ŝ

oną,  która  nieznacznie  skinęła  głową.  -  Dla  nas  nie  stanowi  to  zresztą  wielkiej  zmiany,  bo 

mieliśmy zamiar popłynąć w czasie wakacji na Morze Śródziemne. 

-  Ba!  Jacht!  -  powiedział  krótko  Caruthers,  co  mogło  równie  dobrze  oznaczać 

niebotyczny szacunek dla ludzi, którzy posiadają jacht, jak teŜ i bezgraniczną pogardę dla nich. 

Profesor zerknął w stronę Alexa i przez krótką jak mgnienie chwilę Joe widział w jego 

oku chłopięce niemal rozbawienie. Tak, to było jasne: Lee uwaŜał Wszystkich swoich uczniów 

za wielkie dzieci i moŜe właśnie dlatego pytał ich tak powaŜnie o zdanie? 

-  Hm...  -  profesor  przez  chwilę  zastanawiał  się.  -  To  prawda,  Ŝe  moglibyśmy  uznać 

sierpniowy  pobyt  na  Keros  za  bardzo  przyjemne  spędzenie  wolnego  czasu,  gdyby  nie  

obligacja,  którą  nałoŜymy  na  siebie wyjeŜdŜając. Nie będzie, oczywiście, mowy o leniwych 

dniach wypełnionych kąpielą i wylegiwaniem się na słońcu... chociaŜ ci z nas, którzy lubią, na 

przykład, łowić ryby, mogliby oddawać się temu w wolnych chwilach. Z drugiej strony faktem 

jest,  Ŝe  powinienem  ten  papirus  posłać  do  szeregu  komisji,  które  przez  rok  lub  dłuŜej 

zastanawiałyby się nad celowością takiej wyprawy. Później powinienem, w razie przychylnej 

oceny tych komisji, zająć się zebraniem teoretycznej dokumentacji tu, w Londynie, i rozpocząć 

korespondencję z historykami,  geografami,  petrografami i szeregiem innych specjalistów u 

nas  i  za  granicą.  Później  jeszcze  mógłbym  zaproponować  płonącej  Ŝądzą      czynu    Karolinie   

napisanie    pracy    pod    tytułem:  „Ewentualne  korzyści,  które  mogłyby  płynąć  dla  nauki  z 

gruntownego  zbadania  powierzchni  i  wnętrza  wyspy  Keros”.  Ba,  moŜe  nawet  mógłbym 

spowodować, by  po latach pracę tę przeczytał Ktoś Posiadający  Znaczenie i Autorytet. Jako 

siwy, doświadczony i pragnący odejść w spokoju profesor, powinienem na pewno tak postąpić. 

Niestety,  nie  umiem  starzeć  się  z  godnością.  Ten  papirus,  powiem  wam  w  sekrecie,  zafa-

scynował mnie. A ta nagła darowizna wygląda niemal jak akt Opatrzności. Dlatego sądzę, Ŝe 

powinniśmy tam pojechać. Zresztą tak dobranej grupce młodych specjalistów jak wy naleŜy się 

solidny, wspólny trening w trudnym terenie. Czy ktoś z was chce jeszcze coś dodać? 

- Nie - powiedział po chwili Caruthers. - Ostatecznie to przecieŜ wyspa i chyba będą 

tam jakieś ryby? 

- Obawiam się tylko, Ŝe musisz sobie kupić szalupę - pan Mellow otarł szkła i wstał - i 

background image

łowić  z  morza.  Ta  wysepka  jest  podobno  tak  mała,  Ŝe  kaŜdy  zamach  twojej  wędki  groziłby 

komuś z nas utratą oka. 

-  Nie  dojdzie  do  tego.  -  Caruthers  uśmiechnął  się  z  wyszukaną  uprzejmością.  - 

Zapominasz o Pani Labiryntu, która strąci was wszystkich jak najszybciej w otchłań, a minie, 

który wcale nie pragnąłem mącić jej spokoju, zachowa w dobrym zdrowiu. 

-  Miejmy  nadzieję,  Ŝe  Pani  Labiryntu,  jak  wszystko  na  tym  świecie,  uległa  z  czasem 

przedawnieniu.  Podobno  bogowie,  w  których  nikt  nie  wierzy,  przestają  istnieć?  -  Profesor 

wyprostował się i znowu mrugnął, tym razem ostentacyjnie, w kierunku Alexa. 

-  Nie  moŜemy  być  tego  aŜ  tak  zupełnie  pewni.  -  Robert  Gordon  przechylił  się  nad 

stołem  i  wziąwszy  do  ręki  kartkę  z  testamentem  Perimosa,  uniósł  ją  do  oczu.  -  Myślę,  Ŝe 

proroctwo tego człowieka zaczyna się juŜ sprawdzać. 

- Co, na miłość boską, chcesz przez to powiedzieć? - Mary Sanders wyjęła mu kartkę z 

ręki i przebiegła ją wzrokiem. 

-  Myślę  o  pani,  która  zafundowała  nam  tę  wycieczkę.  MoŜna  ją  nazwać  inicjatorem 

wyprawy, bo dzięki niej pojedziemy mącić spokój Pani Labiryntu. 

- I cóŜ z tego? - Caruthers zmarszczył brwi. - Mówisz jak Pytia. 

- Och, nie. Ta pani nie Ŝyje juŜ, prawda? Spadła w otchłań. A z nią jej imię, bo fundacja 

jest bezimienna. 

I uśmiechnął się nieznacznie, zadowolony ze swego Ŝartu. 

W kilka miesięcy później Joe Alex, przypominając sobie tę chwilę, długo zastanawiał 

się,  czy  mógłby  zapobiec  tragedii,  gdyby  poszedł  wówczas  za  głosem  swego  nagle 

przebudzonego  instynktu.  Ale  ani  on,  ani  nikt  inny  nie  był  w  stanie  przewidzieć  tego,  co 

nastąpi. W zbiorowym wybuchu wesołego śmiechu, który rozległ się po słowach Gordona, nie 

zabrzmiała ani jedna fałszywa nutka. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Co myśleli dnia tego... 

 

Czas  mijał.  Joe  Alex  Skończył  jedną  ksiąŜkę  i  rozpoczął  następną.  Siedział  teraz  za 

stołem  i  pisał,  myśląc  o  Karolinie.  Czekał  na  jej  telefon.  Wszystkie  formalności  były 

załatwione,  wyprawa  miała  wyruszyć  za  kilka  dni.  Rozstaną  się  znowu,  co  prawda  tylko  na 

kilka tygodni, ale po tych kilku tygodniach nadejdzie jesień. Zimą planowali, Ŝe wyjadą razem 

i  znikną  sprzed  oczu  ludzkich  w  jakimś  ciepłym,  nadmorskim  zakątku  Europy,  nie  podając 

nikomu  adresu.  Trudno  było  przypominać  jej  teraz  o  tamtych  planach.  Tak  bardzo  pragnęła 

znaleźć się na Keros. Wyczuwał, Ŝe Karolina wierzyła z dziecięcą zupełnie ufnością w papirus 

Perimosa,  Miała  absolutne  przekonanie,  Ŝe  Wystarczy  wylądować  na  wyspie  i  rozejrzeć  się 

uwaŜnie,  a  natychmiast  oczom  ukaŜe  się  przybytek  Pani  Labiryntu,  zawierający  klucze  do 

wszystkich  moŜliwych  tajemnic  Ŝycia  Kreteńczyków.  W  ciągu  ostatnich  dwu  miesięcy  Ŝyła 

tylko nadchodzącym wyjazdem. Dziś odpływali na pokładzie swego malutkiego jachtu pierwsi 

uczestnicy wyprawy: Pamela i Robert Gordon. 

Spojrzał na zegarek. Za pięć czwarta. Karolina powinna zaraz zadzwonić. Mieli razem 

background image

pojechać na przystań i poŜegnać Gordonów. 

Simon  Caruthers  zawiązywał  krawat  przed  lustrem  w  mikroskopijnym  przedpokoju 

swego  mieszkania  przy  Meadow  Street.  Wygładził  kołnierzyk  i  przyjrzał  się  sobie  z  cichą 

satysfakcją.  Tak,  na  pewno  był  przystojnym  męŜczyzną.  Ale  nie  o  tym  myślał  w  tej  chwili. 

WłoŜył marynarkę i wszedł do pokoju. Na stole leŜała kartka pokryta cyframi i kabalistycznymi 

znakami.  Caruthers  uniósł  papier  i  przebiegł  go  wzrokiem.  Zmarszczył  brwi.  Tak,  moŜliwa 

była pewna dowolność. Istniało prawdopodobieństwo, Ŝe taki układ mógł się pojawić, nawet 

duŜe prawdopodobieństwo... Mógł, ale nie musiał. 

Raz jeszcze przyjrzał się kartce i ze zniechęceniem połoŜył ją na stole. Spędził cztery 

godziny nad tym wariantem swego niezawodnego systemu, który miał mu przynieść sto tysięcy 

funtów w zakładach piłkarskich totalizatora sportowego. Ale w systemie nadal były luki. 

-  BoŜe  -  powiedział  Caruthers  -  dlaczego  akurat  mnie  to  spotyka?  PrzecieŜ  jestem 

inteligentny... naprawdę Inteligentny. Nie wiem, czy nie jestem najbardziej zdyscyplinowaną 

intelektualnie indywidualnością, jaką udało mi się w Ŝyciu spotkać. I nic z tego. Dla świata nie 

ma to najmniejszego znaczenia. Najmniejszego - zerknął na zegarek. Za pięć czwarta. Chciał 

jeszcze popracować nad niezawodnym systemem, ale nie Było juŜ na to czasu. Gordonowie od-

pływali za godzinę. Musiał ich poŜegnać. Prosty, koleŜeński gest. Wszyscy tam będą i profesor 

chyba  takŜe.  -  Przeklęty  dureń  -  słowa  te  nie  dotyczyły  profesora  Lee,  ale  Gordona  - 

drugorzędna, ograniczona, oschła umysłowość, obsypywana darami losu! Mój BoŜe, gdybym 

miał choć jedną dziesiątą tych pieniędzy, które on ma! Napisałbym to, co myślę, nie obawiając 

się tych starych ramoli i nie Ŝebrząc o stypendia fundacyjne. 

Znowu spojrzał na swój nieomal skuteczny system. 

- Zobaczymy... - mruknął, wziął kapelusz i szedł. 

Pamela  Gardom  stała  na  pokładzie  maleńkiego  jachtu  motorowego,  którego  błękitna 

rufa  ozdobiona  była  jej  imieniem.  Pod  stopami  swymi  słyszała  poruszenia  Gordona, 

ustawiającego  w  schowku  skrzynki,  którymi  obdarzyła  ich  zapobiegliwa  Karolina  Beacon, 

odpowiedzialna za organizację ekspedycji. Zawierały one szereg precyzyjnych instrumentów 

oraz  maszyny  do  pisania,  papier,  kartony  kreślarskie  i  setki  drobiazgów  koniecznych  do 

załoŜenia  bazy.  śywność  i  ekwipunek  osobowy  popłyną  statkiem  wraz  z  pozostałymi 

członkami wyprawy. Pamela wychyliła się poza reling i przesunęła wzrokiem po pustym o tej 

porze, wilgotnym, kamiennym nabrzeŜu. Nikogo. Zaraz zaczną się pojawiać. Na poŜegnanie 

ktoś  powie  parę  dowcipów.  Uściski  dłoni.  Wreszcie  odpłyną.  Gordon  włączy  motor  i  ruszą 

meandrami Tamizy ku jej dalekiemu ujściu. Potem będzie Kanał, Francja, Hiszpania, Gibraltar 

i długi rejs pod upalnym niebem Śródziemnego Morza. 

background image

Uśmiechnęła się lekko. Nikt z ludzi, znających ją powierzchownie, nie uwierzyłby, Ŝe 

największą radością Pameli Gordon jest sterowanie jachtem na  wzburzonym pełnym morzu. 

Była odwaŜna i opanowana, rozsądna, spokojna i nigdy nie traciła zimnej krwi. 

Gordon  wyszedł  na  pokład,  otarł  chustką  spoconą  twarz  i  Uśmiechnął  się  do  Ŝony. 

Odpowiedziała uśmiechem. 

- Wszystko gotowe? - zapytała podchodząc. 

- Tak. MoŜemy odpływać. 

- Musimy zaczekać na nich - delikatnym, czułym ruchem poprawiła zmięty kołnierzyk 

jego koszuli. - Nie wiesz nawet, Robercie, jak bardzo się cieszę. 

- Sądzisz, Ŝe znajdziemy coś na Keros? - W głosie jego było wyraźne powątpiewanie. - 

Ten  papirus  jest  rzeczywiście  interesujący,  ale  przyznam  ci  się,  Ŝe  byłem  zdumiony,  kiedy 

profesor  tak  szybko  zadecydował,  Ŝe  jedziemy.  Nie  wiemy  przecieŜ  absolutnie  nic  o  tej 

wysepce i... 

- Och, mniejsza o tę wysepkę! Nie ona mnie cieszy. Myślałam o naszym rejsie. Nigdy 

ludzie  nie  są  tak  bardzo  razem,  jak  na  morzu,  zamknięci  w  takim  śmiesznym  pudełeczku.  - 

Tupnęła lekko, dotykając stopą pokładu. - Cieszę się, Ŝe będziemy przez tydzień zupełnie sami, 

ty i ja. - Znowu dotknęła lekko dłonią jego ramienia i odwróciła się. Podeszła do relingu i raz 

jeszcze objęła wzrokiem nabrzeŜe. Czekała. Simon Canithers powinien był nadejść za chwilę. 

A chociaŜ przed dwoma laty, gdy Robert Gordon odziedziczył po ojcu wielką fortunę, 

Pamela zdecydowała w ciągu jednej chwili, Ŝe zostanie jego Ŝoną, jednak ani przez chwilę nie 

przestała kochać Simona Caruthersa. Miłość do niego była jedynym nierozsądnym, gorącym 

uczuciem u tej trzeźwej, chłodnej kobiety. 

Ale temu nawet ona nie umiała zaradzić. 

John  Mellow zatrzymał  taksówką  i  wsunąwszy  się  z  trudem  przez  wąskie  drzwiczki, 

oparł swoje szerokie bary na wyściełanym siedzeniu. Był zmęczony. Pracował przez całą noc 

nad korektami. Po latach pracy ksiąŜka była gotowa. Powinien był cieszyć się. Ile razy myślał o 

tej ksiąŜce, wiedział, Ŝe przecieŜ na pewno się cieszy, nikt przed nimi nie dokonał tak szerokiej 

syntezy  zagadnienia.  Ale  w  głębi  duszy  był  przekonany,  Ŝe  wykonanie  tej  pracy  wespół  z 

Gordonem było największym błędem, jakiego dopuścił się w Ŝyciu. Nie dlatego, aby Gordon 

nie  posiadał  dostatecznych  wiadomości  o  ceramice  kreteńskiej.  Przeciwnie,  Mellow  miewał 

często wraŜenie, Ŝe jego partner wie o skorupach minojskich wszystko, a w kaŜdym razie to 

wszystko,  co  było  o  nich  wiadomo  do  tej  pory.  Ale  przecieŜ  dzieło  ich  nie  miało  być 

encyklopedią. WaŜność ceramiki w archeologii nie mierzyła się nawet jej wartością estetyczną. 

To ona słuŜyła do oznaczania wieku miast, królestw i cywilizacji. Dlatego wnioski dotyczące 

background image

systematyki  były  tak  bardzo  istotne.  Wniosków  tych,  nowych,  waŜnych  i  zmieniających 

dotychczasowe  poglądy  na  chronologię  niektórych  grup  ceramiki  kreteńskiej,  wysnuli  kilka. 

Były  one  doskonale  umotywowane  i  stanowiły  o  rzeczywistej  wartości  dzieła.  Ale  choć  na 

tytułowej stronie figurować będą dwa nazwiska - on, John Mellow, wiedział, Ŝe wszystko, co 

było w ich ksiąŜce nowe i cenne, wyległo się w jego mózgu. Gordon nie był odkrywcą. Był 

solidnym,  rzetelnym  rzemieślnikiem,  przydatnym  w  tak  wymagającej  rzetelności  dziedzinie 

jak  archeologia,  ale  kojarzenie  spraw  pozornie  odległych  i  powtórne,  odwaŜne  atakowanie 

problemów, raz juŜ w przeszłości przez kogoś innego rozwiązanych, przerastało go o głową. 

Mellow  westchnął.  Choć  nigdy  nie  będzie  mógł  zdradzić  tego  komukolwiek,  został 

okradziony.  Najgorsze  było  to,  Ŝe  nawet  sam  złodziej  nie  wiedział  o  tym.  Gordon  z 

największymi  oporami  zgadzał  się  na  włączenie  do  ksiąŜki  tego  wszystkiego,  czego  nie 

rozumiał.  A  kiedy  w  końcu  zaczynał  pojmować,  jego  encyklopedyczna  pamięć  dorzucała 

dziesiątki  małych  załączników,  słuŜących  do  podbudowania  wniosku.  Było  to  bardzo 

poŜyteczne, ale czy miało istotne znaczenie? 

Mellow znowu westchnął. 

- Nigdy więcej... - mruknął. Taksówka mknęła teraz szeroką asfaltową ulicą ciągnącą 

się wzdłuŜ rzeki. Obraz przesłonił las masztów i wysokie sylwetki dźwigów portu handlowego. 

John  pomyślał  przelotnie  o  morzu,  a  później  powrócił  myślą  do  Gordona.  Ten  mały, 

niepozorny jacht będzie przecieŜ płynął przez Biskaje. Z lat chłopięcych Mellow pamiętał, Ŝe 

połowa przygód bohaterów ksiąŜkowych kończyła się tragicznie w wiecznie burzliwej Zatoce 

Biskajskiej.  Gdyby  jakaś  olbrzymia  fala  zalała  tę  łupinkę,  byłoby  to  bardzo  przykre,  moŜe 

nawet smutne, ale w pewien sposób sprawiedliwe wobec jego ksiąŜki o ceramice kreteńskiej, 

która w najbliŜszym czasie miała przynieść niezasłuŜoną sławę Robertowi Gordonowi. 

Przez chwilę jeszcze John Mellow myślał o tym, jak bardzo byłby wzruszony i przejęty 

wiadomością o zatonięciu „Pameli”. Tak, to naprawdę tragiczna historia... Nasz drogi Robert 

na pewno nie był orłem, ale jednak mimo  wszystko...  To  wielka   strata   dla   nas wszystkich... 

nawet  jeŜeli  nie  był  prawdziwym  uczonym.  ChociaŜ  brakowało  biedakowi    iskry  boŜej,    to 

przecieŜ  na  pewno  był  zawsze  uczciwym,  lojalnym,  porządnym  kolegą  i  bardzo  miłym 

chłopcem... 

Bieg  jego  myśli  przerwała  nagła  zmiana  kierunku  jazdy.  Taksówka  skręciła  ostro  i 

oczom  siedzącego  w  głębi  pasaŜera  ukazała  się  „Pamela"  -  błękitna,  smukła,  elegancka, 

przycumowana do nadbrzeŜa. 

 

background image

 

Profesor Hugh Lee wyszedł z domu i swobodnym, spręŜystym krokiem, tak bardzo nie 

licującym z jego siwą głową i pomarszczoną twarzą, przeszedł jezdnie, aby dostać się do swego 

samochodu zaparkowanego po przeciwnej stronie ulicy.  

Wóz ruszył. Siedząc za kierownicą, profesor myślał o Robercie Gordonie, którego za 

chwilę miał poŜegnać, aby powitać go znowu za niewiele dni na Keros. Choć nikt z zespołu, 

którego był szefem, nauczycielem i ojcem duchowym, nie wiedział o tym, profesor mysiał o 

Robercie  Gordonie  co  dnia  od  wielu  lat,  nawet  wówczas,    gdy  Robert  był    jeszcze    małym  

chłopcem i nie śniło mu się, Ŝe kiedykolwiek zostanie archeologiem. 

A  w  ciągu  tych  wszystkich  lat  myśl  o  Robercie  Gordonie  wywoływała  w  duszy 

profesora Hugha Lee cierpienie. 

 

 

Naga  zupełnie  Mary  Sanders  stała  w  łazience  i  rozczesywała  szczotką  swoje  długie, 

ciemne,  lśniące  włosy.  Spojrzała  na  malutki  zegarek,  który  zdjęła  przed  kąpielą  z  ręki  i 

powiesiła  na  jednym  z  haczyków,  słuŜących  do  wieszania  ręczników.  Za  dziesięć  czwarta! 

Ręka trzymająca szczotkę zaczęła poruszać się szybciej. 

- Mamo! 

Mary mieszkała z matką, zajmowały trzy małe pokoiki na pierwszym piętrze wielkiego 

domu, który niegdyś był własnością ojca. Ale ojciec umarł, kiedy miała szesnaście lat, a matka 

nie  umiała  prowadzić  antykwariatu.  Zresztą  konkurencja  potęŜnych,  sprawnych  firm 

antykwarycznych  była  zbyt  wielka  dla  starzejącej  się,  schorowanej  kobiety.  Sprzedała  dom, 

sklep  i  zbiory,  zatrzymując  tylko  część  mieszkania.  Odsetki  wystarczyły  na  skromne 

utrzymanie dla nich obu i na wykształcenie córki. Zresztą z kapitału trzeba było kilkakrotnie 

czerpać. Obecnie, gdyby nie pensja Mary, Ŝyłyby obie zawieszone pomiędzy niezamoŜnością a 

ubóstwem, w owym dręczącym stanie, gdy najmniejsze odejście od minimalnego miesięcznego 

budŜetu moŜe spowodować katastrofę. W tej chwili, dzięki zapobiegliwości matki, Mary nie 

odczuwała poniŜenia i choć suknie jej były zawsze nieco gorszego gatunku niŜ suknie Karoliny 

Beacon, nie mówiąc o spokojnych, dyskretnych, ale kosztujących majątek toaletach Pameli, to 

jednak nie dlatego miała teraz gniewnie ściągnięte brwi. 

- Mamo! Daj mi wiśniowy kostium, tylko prędko, błagam! Znowu się spóźnię! 

- Kostium juŜ czeka - dobiegł do łazienki spokojny głos matki. 

Mary  przebiegła  korytarzyk  i  weszła  do  swojego  pokoju.  Ubierając  się  pospiesznie, 

myślała w dalszym ciągu o Robercie Gordonie. 

background image

Zapominała  o  nim  często,  to  znaczy  nie  o  nim,  lecz  o  tamtym  wydarzeniu.  W  końcu 

minęło juŜ kilka lat od owego dnia. Ale zapomnieć nie mogła. Dziś myślała o nim od rana. 

- MoŜe to dlatego, Ŝe wypływa dzisiaj?... - szepnęła, wsuwając stopy w pantofelki. 

Tak.  Najprawdopodobniej  ów  uporczywy  nawrót  wspomnień  był  związany  z 

odpłynięciem jachtu „Pamela”. Na pewno tak. 

-  Przeklęty  dureń  -  pomyślała,  nie  wiedząc  o  tym,  Ŝe  niemal  w  tej  samej  chwili 

dokładnie  tak  samo  określił  Gordona  Simon  Caruthers.  -  Przeklęty,  nadęty  dureń!  Mogłam 

przecieŜ przewidzieć, Ŝe znajdzie się właśnie tam, gdzie nigdy nie powinien się był pojawić. 

Wydarzenie, o którym teraz myślała, było jedynym w Ŝyciu Mary Sanders, o którym 

naprawdę chciała zapomnieć. 

Stało  się  to  podczas  ostatniej  praktyki  wakacyjnej  przed  ukończeniem  studiów,  w 

okresie prac wykopaliskowych na terenie dawnego rzymskiego muru, oddzielającego Anglię 

od Szkocji. Jak doskonale pamiętała ten poranek! Przesiewali przez gęste sita ziemię, leŜącą 

pomiędzy fundamentami rzymskiej willi, odsłoniętej podczas ostatnich tygodni. Był to okres, 

kiedy  zakup  nowych  rękawiczek  był  dla  niej  naprawdę  powaŜnym  wydatkiem.  Myśląc  o 

rękawiczkach, przesiewała juŜ od godziny, odkładając na leŜący nie opodal karton znalezione 

fragmenty  zardzewiałego  Ŝelaza,  monety  (było  ich  kilka)  i  fragmenty  ceramiczne.  Nagle 

dostrzegła błysk i po sicie stoczył się w dół cięŜki, złoty pierścień, tak jasny i gładki, jak gdyby 

dopiero przed godziną ktoś go zakopał w ziemi. Nie myśląc o tym, co robi, Mary pochyliła się, 

podniosła  pierścień  i  wsunęła  go  do  kieszeni  spodni.  Rozejrzała  się.  Obok,  przy  podobnym, 

stojącym  o  kilka  kroków  dalej  sicie,  Robert  Gordom  gorliwie  przesypywał  piasek.  Więcej 

nikogo nie było w pobliŜu. 

Kiedy  nadeszła  przerwa  południowa,  mieli  przystąpić  do  prowizorycznej 

inwentaryzacji  i  wszystkie  przedmioty,  ułoŜone  w  pudełkach,  przekazać  asystentowi,  który 

zaznaczał, w jakim miejscu i na jakiej głębokości znaleziono poszczególne obiekty. Asystent 

miał  stolik  u  wejścia  do  namiotu,  w  którym  składano  codziennie  znaleziska.  Mary  szybko 

wypełniła kartkę. 

którą miała dołączyć do swoich pudełek, oddała je i odwróciła się, Ŝeby odejść, kiedy 

stojący za mą Gordon powiedział spokojnie: 

- Zdaje się, Ŝe nie zinwentaryzowałaś tego złotego przedmiotu, który znalazłaś dzisiaj, 

prawda? 

-  Och,  dziękuję,  Robercie!  Wsunęłam  go  do  kieszeni,  bo  bałam  się,  Ŝe  go  zgubię,  i 

znalazłabym go dopiero wieczorem. 

Głos  jej  był  zupełnie  spokojny.  Zawróciła,  oddala  asystentowi  pierścień,  zaznaczyła 

background image

ołówkiem  miejsce  na  planie  willi  i  odeszła.  To  było  wszystko.  Nigdy  więcej  w  ciągu 

następnych lat nie rozmawiali o tym. Wiedziała, Ŝe Robert nigdy o tym nikomu nie wspomniał. 

Lecz choć moŜe to były przywidzenia, wielokrotnie wydawało się jej, Ŝe Gordon patrzy na nią 

z cichą, ukrytą pogardą. 

Najgorsze było to, Ŝe miał słuszność. Choć nigdy by się do tego przed nim ani przed 

nikim na świecie nie przyznała, Mary Sanders wiedziała, Ŝe ukradłaby tego dnia ów pierścień, 

chociaŜ kradzieŜ wykopanego przedmiotu jest największą zbrodnią, jakiej moŜe dopuścić się 

archeolog, tak wielką jak fałszerstwo albo moŜe nawet większą. 

Od tego dnia stała się najskrupulatniejszą pracowniczką zespołu i wiedziała juŜ z całą 

pewnością,  Ŝe  gdyby  nawet  samotnie  odkopała  kolię  z  brylantów  wielkich  jak  bochenki, 

odniosłaby ją do magazynu tym szybciej, im więcej ta kolia byłaby warta. 

Ale moŜe właśnie dlatego Mary Sanders nienawidziła Roberta Gordona jak nikogo w 

ś

wiecie  i  choć  nie  domyślał  się  on  tego  nawet,  Ŝyczyła  mu  śmierci,  gdyŜ  jedynie  wówczas, 

gdyby zamknął oczy na zawsze, odetchnęłaby z ulgą i zdołałaby zapomnieć. 

 

 

Kiedy  po  ostatnich  słowach  poŜegnania  jacht  odbił  od  brzegu  prując  leniwą,  oleistą 

wodę i wkrótce zniknął pośród przedwieczornych mgiełek i dymów snujących się nad zakrętem 

rzeki, mała grupka ludzi ruszyła powoli nadbrzeŜem, a potem rozproszyła się i Alex został sam 

z Karoliną. 

- Jedziemy? - zapytał. 

- Przejdźmy się trochę - wskazała dłonią aleją, która okrąŜając przystań odchodziła od 

rzeki i nikła w ciemnym szpalerze dziewiętnastowiecznych kamienic. 

Ruszyli  powoli,  idąc  obok  siebie  w  promieniach  schodzącego  juŜ  nad  widnokrąg 

bladoczerwonego słońca. Joe milczał przez chwilę. Później pokręcił głową z niedowierzaniem. 

-  Ten  stateczek  to  najkosztowniejsze  cacko  tego  rodzaju,  jakie  widziałem  w  ciągu 

ostatnich  lat.  Musiał  kosztować  majątek.  Nie  wiedziałem,  Ŝe  praca  młodego  archeologa 

przynosi aŜ tak ogromne korzyści materialne. 

Karolina roześmiała się. 

-  Moje  uposaŜenie,  jak  wiesz,  nie  wystarcza  nawet  na  zakup  dobrego  samochodu  za 

gotówkę,  chociaŜ  Ŝyję  przecieŜ  zupełnie  nieźle  i  samodzielnie.  Ty,  przy  twoich  ogromnych 

dochodach,  nie  rozumiesz  pewnie  nawet,  jak  ograniczone  są  moŜliwości  zwykłego 

ś

miertelnika. 

background image

- Ale państwo Gordon sprawiają wraŜenie zwykłych śmiertelników, prawda? Zdajesz 

sobie chyba sprawę, ile kosztuje taki jacht? 

- Och, Gordon to co innego. Był przez długi czas w takiej samej sytuacji finansowej jak 

my wszyscy, póki przed dwoma laty nie umarł jego ojciec. Gordon jest tak skryty, Ŝe chociaŜ 

znam go od czasów uniwersyteckich, nie wiedziałam nawet, Ŝe ma ojca. Mieszkał samotnie i 

nigdy nie wspominał o swojej rodzinie. 

- Zdumiewające... 

- Prawda?! Alle Gordon to...    

- Nie myślałem o panu Robercie Gordonie. Myślałem o tobie. 

- O mnie? 

- Wyglądasz w tym czerwonym świetle jak najładniejszy sen impresjonisty. Dziwię się, 

jak mógł pokochać obecną panią Gordon, mając przez całe lata ciebie pod ręką? 

- Nie mogłabym pokochać Roberta - zdecydowanie zaprzeczyła ruchem głowy. - Jest... 

- zastanowiła się - jest zanadto opanowany. Nie! Mówią oczywiste nonsensy. To nie moŜe być 

powód.  Ale  jest  w  nim  coś...  -  znowu  urwała  -  coś,  co  szanujemy  na  pewno  u  dobrego 

urzędnika, ale co nie jest największą zaletą dla kochanka. - Roześmiała się. - Widzisz, ja wiem, 

co  chcą  powiedzieć,  ale  nie  umiem  tego  ubrać  w  słowa.  Kobiety  nie  rządzą  się  ściśle 

określonymi  prawami.  Ale  jestem  pewna,  Ŝe  Gordona  nie  moŜna  pokochać  tak,  jak  innych 

ludzi.  Jest  oschły!  -  dokończyła  i  odetchnęła  z  ulgą.  -  Tak,  to  jest  właściwe  słowo:  oschły. 

Bywają ludzie opanowani, ale moŜna wyczuć, Ŝe pod ich spokojem coś się dzieje, pulsuje, Ŝe 

mogą, kiedy zechcą albo kiedy zmuszą ich okoliczności, opuścić swoją skorupę, w której tętni 

utajone Ŝycie. A Gordon jest wewnątrz taki sam jak na zewnątrz. Kiedy patrzę na niego, wydaje 

mi się, Ŝe bije w nim nie serce, ale wahadło, które nigdy nie przyspiesza i nie zwalnia. 

- Ale pani Pamela Gordon pokochała go jednak, prawda? 

Karolina rzuciła mu szybkie, ukośne spojrzenie. 

-  Zapewne  -  powiedziała  cicho  -  ale  to  długa  historia.  Znowu  wrócilibyśmy  do  tej 

wcześniejszej sprawy. 

-  Której?  -  Joe,  spoglądający  na  wierzchołki  drzew  alei,  wrócił  szybko  do 

rzeczywistości. 

- Myślę o jego ojcu. Nie zmam dokładnie tej sprawy, ale wydaje mi się, Ŝe Ŝyli bardzo 

ź

le  ze  sobą.  Bywa,  Ŝe  ojciec  i  syn  absolutnie  nie  mogą  się  porozumieć.  W  kaŜdym  razie 

dałabym głowę, Ŝe Robert nie korzystał z pieniędzy starszego pana. Dopiero kiedy ten ostatni 

umarł, został jedynym spadkobiercą i widocznie uznał za słuszne ich przyjęcie. Była to chyba 

bardzo  powaŜna  fortuna,  przynajmniej  wszyscy  jesteśmy  o  tym  przekonani.  Zresztą  Pamela 

background image

takŜe była o tym przekonana. 

Umilkła.  Joe,  który  przypomniał  sobie,  Ŝe  tego  dnia  ma  jeszcze  do  napisania 

dwadzieścia stron tekstu, zapytał, Ŝeby nie myśleć o tej smutnej konieczności: 

- Więc jednak sądzisz, Ŝe ona takŜe nie mogłaby go pokochać? 

- Nie wiem. Ale wiem, Ŝe Robert nigdy nie miał u niej wielkich szans, chociaŜ zawsze 

wydawało  mi  się,  Ŝe  wiele  myślał  o  niej.  Sądziłam  nawet,  Ŝe  Pamela zajęta  jest  kim  innym. 

Wyszła za niego w miesiąc po tym, jak odziedziczył ten swój spadek. To piekielnie rozsądna 

dziewczyna. 

- I pozostali oboje w waszym zespole, mając tyle pieniędzy?  

-  Och,  oczywiście!  A  cóŜ  one  mają  za  znaczenie  w  tym  wypadku?  Robert  naprawdę 

kocha archeologię. Będzie z niego bardzo powaŜnej miary uczony, a na pewno czeka go kariera 

profesorska.  Jest  bardzo  systematyczny.  Od  czterech  lat  pracuje  wspólnie  z  Mellowem  nad 

ksiąŜką  o  ceramice  kreteńskiej.  Są  juŜ  bardzo  zaawansowani  i  myślą,  Ŝe  będzie  to  chyba 

pierwsze  na  świecie  dzieło  podsumowujące  ten  temat.  Jestem  przekonana,  Ŝe  obaj  mają 

nadzieję znaleźć masę ciekawych materiałów, jeŜeli uda nam się trafić do Pani Labiryntu. To 

dla  nich  takŜe  wielka  szansa:  gdybyśmy  odkryli  nietknięty  kreteński  przybytek  kultowy, 

mogliby odnaleźć setki naczyń i figurek z gliny. Mogłoby to być niesłychanie waŜne. Pamiętaj, 

Ŝ

e  naczynia  to  wskazówki  zegara  archeologicznego  przy  ich  pomocy  najczęściej  datujemy 

wykopaliska. Tego rodzaju odkrycie mogłoby wypełnić cały szereg luk w naszej systematyce... 

- A pani Pamela Gordon pomaga im, tak? Karolina potrząsnęła głową. 

-  Raczej  nie.  Pamela  i  Caruthers  specjalizowali  się  w  architekturze  i  problemach 

urbanistycznych,  to  bardzo  waŜna  dziedzina  naszej  pracy.  Nie  wyobraŜasz  sobie  nawet,  ile 

moŜe powiedzieć o odkopanym zespole budynków wybitny specjalista, jeŜeli dasz mu zbadać 

dokładnie  nawet  najmniejszy  dobrze  zachowany  kawałek  muru  albo  podłogi.  Caruthers  jest 

bardzo zdolny, wszyscy w głębi ducha uwaŜamy go za największą indywidualność w naszym 

zespole. Ale, niestety, jest bardzo niesystematyczny. Nie potrafi interesować się szczegółami w 

tym  stopniu,  w  jakim  archeolog  musi  to  robić.  Szuka  od  razu  wielkich  syntez.  Profesor  Lee 

powiedział mu kiedyś, Ŝe ma psychikę reportera i chyba się nie mylił. W archeologii nie wolno 

poszukiwać najciekawszego: wszystko jest najciekawsze... 

Joe, który mimo woli uczul wyraźną sympatię dla improwizującego pana Caruthersa, 

zmienił szybko temat: 

- A pani Pamela Gordon? 

-  CóŜ,  Pamela  moŜe  być  jego  uzupełnieniem  -  Karolina  uśmiechnęła  się  -  chociaŜ 

trudno  ją  nazwać  indywidualnością.  W  czasach,  kiedy  nie  była  jeszcze  Ŝoną  Gordona, 

background image

pomagała  mu  bardzo.  Pamela  przypomina  mi  pszczołę:  przez  cały  dzień  brzęczy  cichutko  i 

pracowicie, a wieczorem usypia z błogim uczuciem, Ŝe wykonała tę część pracy, którą miała 

wykonać.  Ani  więcej,  ani  mniej.  MoŜe  nie  powinnam  tak  o  niej  mówić,  Joe? W  końcu  tacy 

ludzie  są  podporą  społeczeństwa,  a  Pamela  jest  naprawdę  bardzo  solidną  i  koleŜeńską 

dziewczyną. 

- Zapewne. A panna Sanders? Tak się nazywa ta śniada młoda osoba, prawda? 

- Och, Mary to zupełnie kto inny niŜ Pamela. Mary to mój przyjaciel. Obie interesujemy 

się,  przede  wszystkim,  sprawami  języka.  Na  szczęście,  obchodzą  nas  krańcowo  róŜne 

zagadnienia  i  dlatego  Ŝyjemy  w  idealnej  zgodzie.  Ale  myślę,  Ŝe  z  Mary  umiałabym  Ŝyć  w 

przyjaźni w kaŜdych warunkach... 

- A profesor? 

-  Profesor  jest  ponad  tym  wszystkim!  Jest  dla  nas  czymś  w  rodzaju  Boga  Ojca!  Nie 

zdajesz  sobie  sprawy,  Joe,  ile  ten  człowiek  wie!  Dba  o  nas,  uczy  nas  ciągłe,  a  my  wszyscy 

słuchamy go nie dlatego, Ŝe jesteśmy zdyscyplinowani, ale po prostu dlatego, Ŝe on zna się na 

wsz yst kim nieskończenie lepiej niŜ my wszyscy razem wzięci. - Umilkła na chwilę. - Kiedyś 

umrze - powiedziała wreszcie cicho. - A wtedy zostaniemy osamotnieni i dorośli. I zaczniemy 

uczyć  innych  młodszych  ludzi.  Ale  to  juŜ  nie  będzie  to  samo.  Tacy  ludzie  jak  profesor  Lee 

zdarzają się raz na stulecie. 

Tego  wieczoru  poszli  razem  na  kolację  i  tańczyli  prawie  do  rana  w  maleńkim, 

przytulnym lokalu, którego nie znali dotąd oboje. Były tam przyćmione światła i grała cicha 

orkiestra.  Ale  wieczór  ten  nie  pozostawił  najlepszych  wspomnień  w  umyśle  Alexa,  gdyŜ 

Karolina mówiła tylko o jednym: o Keros. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY  

„Nie będzie Cię na Keros..."

     

 

Joe z niedowierzaniem zdjął palce z klawiatury maszyny i raz jeszcze odczytał ostatnie 

zdanie. Tak, nie ulegało wątpliwości, to było ostatnie zdanie. Zmęczonym ruchem przesunął 

wałek,  zrobił  większy  odstęp  i  jednym  palcem,  jak  dziecko,  które  bawi  się  uderzając  w 

fortepian, napisał: Koniec. 

Potem  wstał  i  nie  spojrzawszy  więcej  na  tekst,  podszedł  do  okna.  Znowu  był  świt, 

pogodny,  letni  świt.  Londyn  budził  się  ze  snu.  Dach  przeciwległej  kamienicy  pokryty  był 

jeszcze  ciemną,  lśniącą  powłoką  rosy,  która  zamieniała  się  w  parę  pod  promieniami 

wschodzącego słońca. 

Odwrócił się i zmęczonym krokiem podszedł do stołu. KsiąŜka była gotowa. Chłopiec 

od wydawcy pojawi się za kilka godzin i zabierze stos równo poukładanych kartek. Nie miał juŜ 

Ŝ

adnych  zobowiązań,  przynajmniej  na  najbliŜsze  tygodnie.  Był  wolny.  Ale  był  takŜe 

zmęczony, tak zmęczony, Ŝe nie umiał stworzyć sobie nawet doraźnych planów, związanych z 

ukończeniem pracy. 

Usiadł  i  utkwiwszy  niewidzące  spojrzenie  w  ścianie,  myślał  leniwie.  Strzępy  zdań 

układały się w całość i rozpadały ponownie, pozostawiając w mózgu łagodną, szumiącą pustkę: 

trzeba  wyjechać  gdzieś...  Gdzie  wyjechać?...  Nie  mam  siły  ani  energii,  Ŝeby  pomyśleć... 

Pojadę...  Nie,  nie  pojadę...  Będę  spał  przez  tydzień...  Chcę  wyjechać  stąd.  Dosyć  mam  tego 

domu,  tej  ulicy,  Higginsa  i  jego  uprzejmości...  Ale  dokąd?...  Nie  ma  Karoliny.  Gdyby  była, 

pomyślałaby za nas oboje. Wybrałaby jakieś miejsce, gdzie jest cicho i ślicznie... Ale nie ma 

jej... 

background image

Nie  było  jej.  Tak  bardzo  była  podniecona  wyjeŜdŜając.  Wyprawa  wyruszyła  przed 

tygodniem.  Załadowali  się  wszyscy  na  statek  płynący  do  Aten,  gdzie  istniał  oddział 

Brytyjskiego  Instytutu  Archeologicznego,  którego  pracownicy  mieli  z  kolei  zająć  się  prze-

transportowaniem wyprawy i sprzętu na Keros. 

Joe  został  sam  i  przez  kilka  dni  pisał  prawie  bez  przerwy,  nie  wychodząc  z  domu  i 

chwytając zaledwie kilka godzin snu na dobę. 

KsiąŜka  była  gotowa.  Oderwał  spojrzenie  od  ściany,  wstał  i  na  palcach  ruszył  w 

kierunku  kuchni.  Był  głodny.  Nie  chciał  budzić  Higginsa,  który  ze  swą  zwykłą  dręczącą 

obowiązkowością zacząłby natychmiast przyrządzać śniadanie. 

Podszedł  do  drzwi  kuchni  i  uchylił  je  cicho.  Najpierw  poczuł  woń  przysmaŜanego 

bekonu, a dopiero potem dostrzegł wysoką, szczupłą postać w szlafroku. 

- Mój BoŜe, Higgins! PrzecieŜ jest piąta rano! 

- Dzień dobry panu! - powiedział Higgins odwracając się. - Proszę wybaczyć mój strój, 

ale najwyraźniej pomyliłem się o pół godziny. 

- Nie rozumiem? 

-  Wydawało  mi  się,  Ŝe  skończy  pan  ksiąŜkę  mniej  więcej  przed  szóstą.  Wczoraj 

powiedział  pan,  kiedy  podawałem  kolację,  Ŝe  morderca  zaraz  będzie  zdemaskowany.  Więc 

obliczyłem  sobie,  Ŝe  to  kwestia  pięciu,  moŜe  ośmiu  stron,  a  potem  detektyw  musi  przecieŜ 

wszystko  podsumować  i    wyjaśnić    czytelnikowi.  To  zawsze    zajmuje  w  pana  powieściach 

piętnaście do dwudziestu stron. Pomyślałem sobie, Ŝe razem to będzie wynosiło, mniej więcej, 

dwadzieścia pięć stron,  a poniewaŜ ostatnie rozdziały pisze pan zwykle o wiele szybciej niŜ 

pierwsze,  więc  z  obliczenia  mojego  wynikało,  Ŝe  będzie  pan  pisał  do  pół  do  szóstej,  moŜe 

trochę krócej. W kaŜdym razie zacząłem juŜ przygotowywać śnia... O BoŜe! 

Odwrócił  się  gwałtownie  i  przytrzymując  poły  szlafroka  jedną  ręką,  drugą 

błyskawicznie zdjął patelnię z płomienia gazowego. 

- Całe szczęście! - odetchnął z ulgą. - Śniadanie będzie za pięć minut, proszą pana. 

- Dziękuję bardzo. 

Potrząsając  głową  ze  zdumieniem,  Alex  zawrócił.  Higgins  napełniał  go  czasem 

metafizycznym niemal lękiem. 

Przy śniadaniu doszedł do wniosku, Ŝe nie połoŜy się spać. Chciał dotrwać do wieczora 

i usnąć normalnie. Nie lubił sypiać w dzień, gdyŜ nawet po dziesięciu godzinach snu budził się 

zawsze nie wypoczęty. W gazetach, które po paru minutach pojawiły się w cudowny sposób na 

stole, nie było niczego ciekawego. Sierpień stał nad miastem ciepły, spokojny i cichy. Znajomi 

wyjechali. On sam takŜe powinien był wyjechać. O dziewiątej zatelefonuje do wydawcy. Po-

background image

wie, Ŝe mogą sobie odebrać ksiąŜkę. Poza tym nie miał nic więcej do załatwienia w Londynie. 

Gdyby Karolina była tu, mogliby razem gdzieś wyjechać... 

Poprzez zamknięte drzwi usłyszał cichy dzwonek u wejścia. CzyŜby wydawca? O tej 

porze? NiemoŜliwe. 

Higgins pojawił się niosąc na tacy list. 

- Polecony, proszę pana. Pokwitowałem juŜ. 

- Dziękuję... 

Joe wziął do ręki kopertę i obejrzał ją szybko: Gibraltar. Nadawca: Karolina Beacon. 

M/S ,,Nova Scotia". Rozerwał kopertę. 

 

Kochany, 

Nasz statek za pół godziny zawinie do Gibraltaru i korzystając z tego, chcę ci napisać, 

co u mnie słychać. LeŜę teraz na leŜaku, obok mnie Mary Sanders, i opalamy się. Jest  okropnie 

gorąco. Mary twierdzi, Ŝe jesteś bardzo przystojny. To znaczy, twierdzi, Ŝe jesteś brzydki, ale 

absolutnie  musisz  się  podobać  kobietom!  Ja  powstrzymuję  się  od  głosu.  Caruthers  i  Mellow 

grają w jakąś obrzydliwą grę pokładową, która przypomina łapanie motyli, ale łapie się taki 

krąŜek. Próbowałam: nie mam zdolności. Mary teŜ nie, dlatego się opalamy. Profesor siedzi 

pod pokładowym parasolem i czyta coś bardzo grubego. Wyobraź sobie, Ŝe kiedy wszyscy mają 

na sobie tylko to, co jest konieczne, Ŝeby nie pójść do aresztu za sianie zgorszenia publicznego, 

profesor ubrany jest w marynarkę, koszulę i krawat. Nie zostanę nigdy profesorem! Och, Joe, 

jak tu jest cudownie, to znaczy, jak by mogło być cudownie! To prawda, Ŝe nie jesteś przystojny, 

i to prawda, Ŝe nie mogę ani na chwilę przestać myśleć o tym, co znajdziemy na tej wysepce, 

ale... Wiesz, śniło mi się dzisiaj w nocy, Ŝe nie znaleźliśmy absolutnie niczego. Obudziłam się 

przeraŜona  i  długo  leŜałam    w      ciemności,    myśląc      o      naszych      szansach.  I  wiesz,  co 

wymyśliłam? śe mamy zaledwie jedną szansę na sto, Ŝeby coś znaleźć. Ale to teŜ duŜo. BoŜe, jak 

mi  bez  ciebie  smutno.  Gdybyś  tu  był,  na  pewno  nauczyłbyś  mnie  grać  w  tę  okropną  grę.  Ty 

przecieŜ wszystko potrafisz. Sam tak twierdzisz, prawda? Ale nie ma tu Ciebie i nie będzie Cię w 

Atenach, a potem nie będzie Cię na Keros i zobaczymy się dopiero we wrześniu. Jaka szkoda, Ŝe 

nie skończyłeś tej ksiąŜki! Gdyby nie to, moŜe... moŜe namówiłabym Cię do przyjazdu? To teŜ 

przyszło mi do głowy w nocy. W końcu mógłbyś. przecieŜ przyjechać i przyjrzeć się, jak pracuje 

zespół archeologiczny. Profesor na pewno nie miałby nic przeciwko temu ani nikt z kolegów. 

Ale Ty przecieŜ pracujesz i nie powinnam Ci moŜe wcale o tym pisać? Tylko Ŝe to nie jest łatwo: 

nie pisać o tym. 

Kończę, bo staniesz się zarozumiały 

background image

K. 

PS  Mary twierdzi, Ŝe musisz być inteligentny i odwaŜny. Wyobraź sobie, Ŝe ona czytuje 

nie  tylko  Twoje  ksiąŜki,  ale  nawet  rozmaite  wycinki  z  prasy  o  Tobie.  Z  przeraŜeniem 

zauwaŜyłam, Ŝe prawie wszyscy wiedzą o Tobie więcej niŜ ja. 

Całuję K. 

PS 2.  A w ogóle wydaje mi się, Ŝe ona za wiele o Tobie mówi i za wiele chce wiedzieć. 

CzyŜbym była zazdrosna? 

K. 

 

Joe uśmiechnął się i raz jeszcze przebiegł oczyma równe rządki starannie nakreślonych 

liter.  Karolina  miała  charakter  pisma  szesnastoletniego  podlotka.  PołoŜył  list  obok  talerza  i 

przez  chwilę  przyglądał  się  spokojnemu  obłoczkowi  pary,  który  trwał  nad  filiŜanką, 

rozwiewając  się  łagodnie,  niosąc  zapach  kawy  i  niknąc  w  słonecznym  promieniu.  Joe 

przymknął  oczy.  Potem  otworzył  je  gwałtownie  i  wstał  przezwycięŜając  falę  ogromnego 

zmęczenia,  które  wlewało  się  do  mózgu,  zatapiając  kaŜdą  zdecydowaną  myśl.  Wyszedł  do 

przedpokoju, przez chwilę przewracał kartki ksiąŜki telefonicznej, później nakręcił numer. 

Usiadł  ma  skrzyni  i  czekał  ze  słuchawką  przy  uchu.  Glos,  który  odezwał  się  prawie 

natychmiast, był kobiecy, miły i rzeczowy. 

-  Moje  nazwisko  brzmi  Alex  -  powiedział  Joe.  -  Chciałbym  zamówić  miejsce  na 

najbliŜszy  samolot  do  Aten...  Słucham?...  O  pierwszej?...  Znakomicie!...  Tak,  przyjdę  sam. 

Biuro będzie otwarte od ósmej?... Tak, Joe Alex... 

- Och - odpowiedziała urzędniczka biura podróŜy, której najprawdopodobniej dłuŜył się 

juŜ  koniec  nocnego  dyŜuru.  -  Pan  J oe  Al ex ?!  -  Potem  natychmiast  ton  jej  stał  się  bardziej 

oficjalny. - Oczywiście, proszą pana. Bilet będzie przygotowany. 

Joe uśmiechnął się lekko. Był próŜny, a chociaŜ wiedział o tym, nie próbował walczyć 

ze swoją próŜnością, bo nawet ją dosyć lubił. 

- Dziękuję pani bardzo. Zjawią się a was przed dziewiątą... Do widzenia... 

PołoŜył słuchawkę, a potem uniósł ją znowu i nakręcił następny numer. 

- Chciałbym nadać depeszę... tak... - podał swój numer i nazwisko: 

 

P a n n a   K a r o l i n a   B e a c o n   B r y t y j s k i   I n s t y t u t   A r c h e o l o g i c z n y   w  

A t e n a c h   S t o p   L i s t   o t r z y m a ł e m   S t o p   B ę d ę   w i e c z o r e m   w   A t e n a c h   S t o p  

K o c h a m  c i ę  S t o p  Z o s t a w  w i a d o m o ś ć  w  h o t e l u  M i l i o n  S t o p  U k ł o n y  d l a  

p a n n y   M a r y   S a n d e r s   S t o p   J o e   A l e x  

background image

 

OdłoŜył słuchawkę i odetchnął z ulgą. Zadecydował. Odwrócił się i szybkim, równym 

krokiem. poszedł w kierunku łazienki. 

Dochodziła  ósma,  kiedy  wykąpany  i  ogolony  wyruszył  na  miasto,  pozostawiwszy 

Higgmsowi  zapakowanie  walizki.  Kupił  bilet,  wypił  szybko  jeszcze  dwie  kawy  w  małej 

kawiarence przy Milford Lane i zerknął na zegarek. Miał jeszcze niemal cztery godziny czasu, 

Nie było powodu do pośpiechu. Wyszedł z kawiarenki, siadł za kierownicą i skręcił w kierunku 

New Scotland Yardu. 

Beniamin  Parker,  zastępca  szefa  Wydziału  Kryminalnego,  znajdował  się  w  swoim 

gabinecie, kiedy dyŜurny sierŜant zameldował Alexa. 

- Wejdź, wejdź, na miłość boską! - Parker uniósł się z krzesła i szybko okrąŜył biurko. 

Uścisnęli ręce. 

 -  Co  nowego?  -  zapytał  Joe,  sadowiąc  się  wygodnie  w  jednym  z  dwu  głębokich, 

wyłoŜonych skórą foteli, które wydawały się nieco nie dopasowane do pozostałych sprzętów 

tego spartańsko umeblowanego pokoju. 

-  Nic.  -  Parker  wzruszył  ramionami  i  podsunął  nią  papierosy.  -  Wszyscy  londyńscy 

mordercy  wyjechali  na  wakacje,  tak  przynajmniej  moŜna  wnioskować,  bo  mamy  absolutną 

ciszą. Ale jeŜeli zdarzy się coś ciekawego, zadzwonię do ciebie. Wyglądasz, jakbyś skończył 

jakąś nową ksiąŜkę. Moi synowie będą uszczęśliwieni. - Westchnął. 

- Po pierwsze, jak - wiadomo, cisza bywa takŜe przed burzą, po drugie - rzeczywiście 

skończyłem ksiąŜkę. Twoi synowie dostaną ją ode mnie jak wszystkie poprzednie. Powinieneś 

ich  zachęcać  do  tej  lektury,  bo  u  mnie  sprawiedliwość  zawsze  zwycięŜa,  czego  nie  moŜna 

powiedzieć o świecie, który ich otacza. A jeśli chodzi o coś ciekawego i telefon do mnie, nie 

fatyguj się. O pierwszej opuszczam to miasto, a dziesięć minut później będę juŜ oglądał z góry 

brzegi Anglii. Wrócę za miesiąc. 

-  Szczęściarzu  -  mruknął  Parker.  -  Niestety,  mam  juŜ  urlop  za  sobą  i  będę  czekał  do 

następnego lipca. Dokąd odlatujesz? 

-  Sam  jeszcze  nie  wiem.  Do  Aten,  a  potem  na  małą  wyspę,  która  nazywa  się  Keros. 

Będę brał udział w wyprawie archeologicznej profesora Hogha Lee, który ma zamiar odkryć 

jakiś bardzo niezwykły ośrodek kultury kreteńskiej. 

-  Rozumiem  -  Parker  uśmiechnął  się  nieznacznie.  -  A  czy  będziesz  mnie  uwaŜał  za 

bardzo  niedyskretnego  człowieka,  jeŜeli  zapytam,  czy  panna  Karolina  Beacon  takŜe  bierze 

udział w tej wyprawie? 

- Zgadłeś, cesarzu błyskawicznej dedukcji. Panna Beacon będzie tam takŜe. Pracuje w 

background image

jego zespole. 

-  Profesor  Hugh  Lee  -  Parker  skinął  głową.  -  Tak,  to  bardzo  interesujący  człowiek.  - 

Umilkł,  potem  spojrzał  na  Alexa  powaŜnie,  ale  w  oczach  jego  zamigotał  prawie 

niedostrzegalny,  wesoły  błysk.  -  To  ciekawe,  ale  im  dłuŜej  pracuję  tutaj,  tym  większej 

nabieram pewności, Ŝe nie ma prawie osoby, której nazwisko w ten czy inny sposób nie byłoby 

u nas zarejestrowane. 

-  Nie  chcesz  chyba  powiedzieć,  Ŝe  profesor  Lee  był  przed  rozpoczęciem  kariery 

naukowej  złodziejem  kieszonkowym  i  został  aresztowany  przez  twoich  ludzi  na  dworcu 

Waterloo, gdy trzymał rękę w torebce zgrzybiałej babuni, która przyjechała w odwiedziny do 

dzieci w Londynie? 

- Och, nie. Nie znam go nawet. Ale przed dwoma laty Scotland Yard otrzymał szereg 

poufnych  zapytań  dotyczących  pewnej  sprawy  spadkowej.  Oczywiście,  mogą  jak  zawsze 

liczyć na twoją dyskrecję, Joe? 

- MoŜesz liczyć na moją dyskrecję. - Alex westchnął. - Mów dalej. Interesuje mnie to. 

Lubię wiedzieć jak najwięcej o ludziach, w których towarzystwie będę musiał przebywać. 

- OtóŜ cała sprawa rozpoczęła się dość dawno. Lee oŜenił się bardzo młodo. Po pewnym 

czasie jego Ŝona uciekła z innym... 

- To się zdarza - mruknął Alex. - Nie wiedziałem tylko, Ŝe Scotland Yard interesuje się 

tymi sprawami. Pozostawiłbym takie ciekawostki pokojówkom i prywatnym detektywom. 

-  Nie  zawsze.  W  pewnych  okolicznościach  my  takŜe  chcemy  duŜo  wiedzieć.  OtóŜ 

uciekła z innym, otrzymała rozwód, wyszła za mąŜ za tamtego i urodziła mu dziecko, chłopca. 

- Wzruszające. - Joe przymknął oczy. Znowu zaczęła ogarniać go senność. 

- Ale tamten nie był widocznie dobrym człowiekiem, bo opuścił ją i zniknął w dalekich 

krajach, pozostawiając ją tu wraz z dzieckiem bez środków do Ŝycia. Działo się to oczywiście 

przed wojną. 

- Kręte są ścieŜki miłości. - Joe z trudem otworzył oczy i uśmiechnął się przepraszająco. 

-  Teraz  musisz  powiedzieć  coś  zupełnie  niezwykłego,  Ben,  inaczej  połoŜę  się  na  twoim 

słuŜbowym dywaniku, zwinę w kłębek i usnę. W ciągu ostatnich trzech dni spałem w sumie 

pięć godzin. 

- To straszna rzecz: Ŝądza zysku! - Parker rozłoŜył ręce. - Płacisz za swoje zachcianki, 

jak inni płacą za swoje. Ale posłuchaj: otóŜ ta eks Ŝona profesora Lee, który wówczas nie był 

jeszcze profesorem, lecz tylko obiecującym, młodym naukowcem, złamana doświadczeniami 

swego burzliwego Ŝycia, postanowiła odejść z tego świata. Przed popełnieniem samobójstwa 

napisała  długi  list  do  byłego  małŜonka,  polecając  mu  ni  mniej  ni  więcej,  tylko  opiekę  nad 

background image

dzieckiem tego drugiego człowieka, z którym od niego uciekła. 

- A Lee, oczywiście, wziął malca do siebie, prawda?- Alex oŜywił się nieco. - Kobiety 

mają  nieomylny  instynkt  w  takich  sprawach.  Gdyby  nie  była  pewna,  Ŝe  nasz  profesor  jest 

człowiekiem o gołębim sercu, nie popełniłaby samobójstwa. Musiała mieć absolutną wiarę w 

to, Ŝe Lee dotąd ją kocha i Ŝe zajmie się dzieckiem. 

-  Najprawdopodobniej  tak.  Profesor  rzeczywiście  wziął  malca  do  siebie.  I  wszystko 

byłoby  znakomicie,  gdyby  nie  jakŜe  melodramatyczny  zbieg  okoliczności.  OtóŜ  wyrodny 

ojciec chłopca, który przez wiele lat bawił nie wiadomo gdzie, w końcu pojawił się w Anglii i 

rozpoczął poszukiwania. Wrócił bardzo bogaty, zmieniony, postarzały i pełen, jak się okazało, 

najlepszych chęci, Ŝeby naprawić dawno wyrządzone zło. Wtedy chłopiec, który zresztą był juŜ 

studentem uniwersytetu, dowiedział się o wszystkim. Profesor Lee nigdy nie mówił mu, Ŝe jest 

jego  ojcem,  gdyŜ  uwaŜał  to  za  nieuczciwe.  Młody  człowiek  był  do  chwili  przybycia  swego 

marnotrawnego twórcy przekonany, Ŝe rodzice zginęli w katastrofie, a Lee jest krewnym jego 

matki,  który  mu  ich  zastępuje.  Doszło  do  szczerej  rozmowy  pomiędzy  wszystkimi  trzema 

zainteresowanymi.  Chłopiec  dowiedziawszy  się  prawdy  o  samobójstwie  matki,  odmówił 

jakiegokolwiek kontaktu z ojcem. Nie wybaczył mu i po prostu nie chciał go znać. AŜ wreszcie 

ojciec ten umarł przed dwoma laty, zapisując mu całą swoją fortunę. Wtedy młody człowiek, 

który był juŜ dojrzałym człowiekiem, i rozpoczął obiecującą karierę naukową, przyjął jednak 

spadek.  Dalsi  krewni  zmarłego  najwyraźniej  nie  mogli  zrozumieć,  dlaczego  pozostawił  on 

wszystko synowi, który nie chciał go znać, wszczęli więc poufne badania. MoŜe liczyli na to, Ŝe 

odkryją coś nielegalnego? Jeden z tych krewnych był dość wpływową osobistością i dlatego 

trafiło to do nas. Ale sprawa okazała się najczystsza w świecie. Istniały papiery, świadectwo 

ś

lubu rodziców, akt urodzenia, słowem - sprawa ucichła w zarodku. Nikt nie chciał wywoływać 

skandalu rodzinnego, nie mając szans zdobycia spadku. 

-  A  ten  miody  człowiek  nazywa  się  Robert  Gordon.  prawda?  -  powiedział  Alex.  - 

Poznałem go. Karolina nie wspomniała mi nawet, Ŝe był wychowankiem profesora. Chyba nie 

wie  o  tym?  Ale  czy  to  moŜliwe,  Ŝeby  nie  wiedziała?  No,  no...  -  pokręcił  głową  z, 

niedowierzaniem. 

- W Anglii wszystko jest moŜliwe. - Parker uśmiechnął się. - O ile wiemy, ten młody 

człowiek juŜ jako student mieszkał sam. Najwyraźniej twój profesor chciał go jak najwcześniej 

usamodzielnić, a moŜe chłopiec podobny był, powiedzmy, do matki, i przebywanie z nim co 

dzień otwierało na nowo stare rany? Wiesz przecieŜ, jak to jest... 

- Tak. - Aleś dźwignął się ocięŜale z fotela. - Bądź zdrów, Ben. Po powrocie zadzwonię 

do ciebie. 

background image

- Bądź zdrów, Joe. 

Wyszedł.  Ale  chociaŜ  sprawa  ta  nie  powinna  go  była  w  ogóle  interesować,  myślał  o 

Robercie Gordonie i jego dickensowskich powiązaniach z profesorem Lee. Jak bardzo skryci 

byli  ludzie  w  jego  ojczyźnie!  To  było  naprawdę  zdumiewające.  Znał  zbyt  dobrze  Karolinę. 

Gdyby wiedziała cokolwiek o tej sprawie, opowiedziałaby mu o niej. 

Potem  przestał  myśleć  o  profesorze  Lee  i  jego  młodych  współpracownikach.  Spał  w 

samolocie kamiennym snem i zbudził się na kilka minut przed lądowaniem w Atenach. 

Było późne popołudnie. Nad ziemią ani jednej chmurki. Zachodzące słońce oświetlało 

czerwonawo łańcuch białych gór w dole. 

-  Płoszę  przestać  palić  i  zapiąć  pasy  -  powiedział  głośnik  nad  wejściem  do  kabiny 

pilotów. -  Samolot schodzi do lądowania. 

Joe zgasił papierosa i nie zapiął pasa ochronnego. W dole mignęło niewielkie, skupiane 

w dolinie miasteczko potem drugie, a później, pod skrzydłem wybłysnęło morze, gładkie jak 

staw  nie  pomarszczone  najdrobniejszymi  nawet  falami.  Wyspa.  Kawałek  zalesionego  lądu. 

Znowu morze. Samolot zawracał obniŜając się. Znowu wyspa. 

- Salamina - powiedział Joe szeptem. - Jesteśmy na miejscu. Był w Grecji. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY  

„Jesteśmy gotowi, panie profesorze...” 

 

W  recepcji  ogromnego  nowego  hotelu  Hilton  przy  ateńskiej  Vasileos  Comatantinou 

zastał kartkę od Karoliny: 

Kochany, przyjechaliśmy, musimy natychmiast odpływać, bo Instytut wynajął dla nas 

stateczek który za trzy godziny odchodzi. Mam tu całe piekło z przeładowaniem skrzyń i bagaŜu. 

Tą kartkę obiecał zostawię dla Ciebie w Hiltonie John Mellow, który jedzie z Pireusu taksówką 

do  Instytutu  w  mieście.  Na  Keros  wylądujemy  prawdopodobnie  przed  południem  jutro.  Tak 

strasznie  się  cieszę  Ŝe  będziesz  ze  mną!!!  Wiem,  Ŝe  wymyślisz  coś  bardzo  mądrego  i 

przybędziesz szybciej, niŜ się spodziewam, i dlatego będę się Ciebie spodziewała kaŜdej chwili. 

Czekam. 

Karolina 

 

Joe  przeczytał  list  dwa  razy,  potem  połoŜył  na  lśniącej  powierzchni  lady  recepcyjnej 

wąski zielony banknot. 

-  Jestem  bardzo  zmęczony,  proszę  pana  -  powiedział  do  wspaniałego  urzędnika  o 

oliwkowej cerze i srebrnych włosach. - Muszę się teraz przespać, ale rano chciałbym znaleźć 

się na jednej z malutkich wysepek Morza Egejskiego. 

Urzędnik  wziął  banknot,  złoŜył  go,  wsunął  do  bocznej  kieszeni  nieposzlakowanej 

marynarki i lekko pochylił senatorską głowę w ruchu wyraŜającym dziękczynienie. 

- Jak się nazywa ta wysepka, proszę pana? 

- Keros - powiedział Joe. 

Urzędnik  uniósł  słuchawkę,  powoli  nakręcił  numer  i  zaczął  szybko  mówić,  nie  dając 

najwyraźniej  dojść  do  głosu  osobie  znajdującej  się  po  przeciwnej  strome  przewodu.  Potem 

background image

umilkł nagle i znieruchomiał ze słuchawką przy uchu. Potem znowu powiedział coś krótko i 

zasłaniając wylot słuchawki pięknie utrzymaną dłonią o palcach, których mógłby mu pozazdro-

ś

cić niejeden pianista, zwrócił się do Alexa. 

- Niestety, proszę pana, nie istnieje Ŝadne połączenie z wyspą Keros. Szczerze mówiąc 

szukają jej dopiero na mapie. Czy jest pan pewien, Ŝe chodzi panu o Keros?  K-e-r-o-s? 

- Tak - powiedział Joe. - Wiem, Ŝe nie ma Ŝadnego połączenia z tą wysepką. Jest ona 

bezludna... 

-  Rozumiem,  proszę  pana.  -  Urzędnik  odsłonił  słuchawkę  i  zaczął  mówić  teraz  z 

niezwykłą szybkością. Umilkł. Słuchał przez chwilę. Potem spojrzał na Alexa. 

- Oczywiście,   jeŜeli   panu   bardzo    zaleŜy   na znalezieniu się tam, być moŜe dałoby 

się coś zrobić. Niestety, termin... - Nie wypuszczając słuchawki, rozłoŜył ręce. - Jest juŜ noc, 

proszę pana. 

Joe zrobił ruch, jak gdyby chciał znowu sięgnąć do kieszeni, ale opuścił rękę. 

- Będę panu bardzo zobowiązany, jeŜeli uda się to jakoś załatwić. 

Nastąpiła nowa, błyskawiczna wymiana zdań z niewidzialnym rozmówcą. Słuchawka 

upadła wreszcie na widełki. 

- A więc tak, proszę pana: wiem juŜ coś niecoś o wyspie Keros. Raz na dwa tygodnie 

dobija  tam  stateczek,  który  przywozi  zaopatrzenie  dla  człowieka  obsługującego  latarnię 

morską. Ten stateczek zawinie tam za tydzień. - Alex niecierpliwie zaprzeczył ruchem głowy. - 

MoŜna  takŜe  wynająć  jacht  w  Atenach,  który  będzie  tam  jutro  wieczór,  no  powiedzmy,  po 

południu,  jeŜeli  warunki  atmosferyczne  będą  sprzyjały,  chociaŜ  mają  się  pogorszyć  w 

najbliŜszym czasie i... 

- A czy jest jeszcze jakaś trzecia moŜliwość? 

- Tak, tylko stosunkowo kosztowna. O świcie odlatuje samolot na Kretę, a tam moŜe się 

pan przesiąść na helikopter. Oczywiście, zamówimy go dla pana, jeśli pan zechce, nawet zaraz, 

telefonicznie.  Turyści  ostatnio  bardzo  chętnie  korzystają  z  powietrznych  spacerów.  W  tym 

ostatnim wypadku znajdzie się pan na Keros w trzy godziny od chwili odlotu z Aten. 

- Znakomicie! Jadę. Dziękuję panu. 

Joe  połoŜył  jeszcze  jeden  banknot  na  ladzie  recepcyjnej  i  ruszył  ku  windzie,  wesoło 

wymachując kluczem. Usnął natychmiast i obudził się zupełnie wypoczęty, kiedy świt zaczął 

barwić dalekie, białe wzgórze, unoszące na grzbiecie maleńki z tej odległości Partenon. 

Później wszystko odbyło się ściśle według zapowiedzi urzędnika hotelu Hillton. A teraz 

oto  znajdował  się  juŜ  od  godziny  na  pokładzie  helikoptera  i  siedząc  obok  pilota  patrzył  na 

błękitną równinę, rozciągającą się we wszystkich kierunkach, aŜ po granice horyzontu. 

background image

- Za dziesięć minut będziemy na miejscu - powiedział pilot łamaną angielszczyzną. - 

Nigdy  tam  nie  byłem,  ale  komunikowaliśmy  się  przez  radio  z  tym  człowiekiem,  który 

obsługuje Latarnię. Twierdzi, Ŝe wyspa jest płaska i helikopter moŜe wylądować bez trudności. 

- Uniósł głowę i spojrzał na niebo. - Chciałbym jak najprędzej wrócić. Idzie wielki wiatr znad 

Afryki.  Chmur  nie  ma  wówczas,  słońce  świeci,  maszyną  rzuca,  jakby  nadchodził  koniec 

ś

wiata. A helikopter to nie odrzutowiec pasaŜerski, nie ucieknie. O juŜ jesteśmy na miejscu! 

Widzi pan? 

Joe  pochylił  się  ku  przodowi  i  patrząc  przez  wypukły  szybę,  zamykającą  dziób 

maszyny, uwaŜnie zaczął wpatrywać się w morze. W pierwszej chwili nie dostrzegł niczego. 

Potem  zobaczył  głęboko  w  dole  mateńką  skałę,  wokół  której  odcinał  się  wyraźnie  biały 

pierścień fal uderzających o strome, przepaściste brzegi. Wyspa zbliŜała się ku nim i helikopter 

zatoczył miękki łuk schodząc w dół. Wolno przesunęli się nad ostrym wierzchołkiem góry, do 

którego  przytykała  jak  płaska  kamienna  platforma  pozostała  część  wyspy,  wydźwignięta 

wysoko ponad poziom morza, prostymi, niedostępnymi ścianami. 

Weszli w cień góry. Pilot niemal zatrzymał maszyną w powietrzu, rozglądając się za 

miejscem  do  lądowania.  Alex  zauwaŜył  przysadzisty  barak  o  dachu  z  falistej  blachy, 

przytulony do podnóŜa skały. Z baraku wybiegały jedna po drugiej malutkie figurki ludzkie, 

rzucając krótkie, ostre cienie. 

Maszyna znowu wyszła nad morze i w tej samej chwili Joe dostrzegł ukryty za załomem 

skalnym  i  łańcuchem  pian  maleńki,  błękitny  jacht  motorowy.  -  Gordonowie  takŜe  juŜ  są  na 

miejscu  -  przemknęło  mu  przez  myśl,  ale  natychmiast  zapomniał  o  jachcie,  gdyŜ  cała  jego 

uwaga  zwrócona  była  na  stojących  przed  barakiem  ludzi,  których  sylwetki  rosły  powoli, 

zbliŜając się. Helikopter powrócił nad skalną platformę i opadał teraz prawie zupełnie pionowo. 

- Na szczęście nie ma wiatru - powiedział Joe. - Pilot bez słowa skinął głową. Siedział 

głęboko  wychylony  ku  przodowi.  Alex  dostrzegł  Karolinę.  Nie  wiedział,  w  jaki  sposób 

rozpoznał ją pomiędzy innymi, gdyŜ nie mógł jeszcze odróŜnić rysów ich zadartych ku górze 

twarzy.  Ale  rozpoznał  ją  natychmiast.  Raz,  dwa,  trzy,  cztery,  pięć,  sześć,  siedem,  osiem.  O 

jedną osobę za wiele. 

Silnik przycichł i tylko wirujący w górze wiatrak szumiał ostro, przecinając powietrze. 

Usiedli cięŜko, pneumatyki oddały wstrząs, Joe zakołysał się ku przodowi i opadł na fotel. 

- Koniec - powiedział pilot. - Dziękuję panu. 

- To ja dziękuję. - Joe uścisnął mu rękę i wyskoczył i maszyny. Karolina, która zaczęła 

biec, gdy tylko koła dotknęły ziemi, znalazła się przy nim w ciąga kilku sekund. Uścisnęli sobie 

dłonie krótko i z pozornym spokojem. 

background image

- Nie moŜna powiedzieć, Ŝebyś naleŜał do tych, którzy wierzą, Ŝe najlepiej spieszyć się 

powoli ... 

Joe chwycił podaną przez pilota walizkę i skinął mu ręką. 

- Szczęśliwej drogi! - zawolał - Mam nadzieję, Ŝe się jeszcze zobaczymy! 

Pilot  bez  słowa  kiwnął  głową  i  uśmiechnął  się.  Silnik  zagrał  wysoko  i  maszyna 

oderwała  się  od  ziemi,  Stali  jeszcze  przez  chwilą  patrząc,  jak  malała  na  niebie  odlatując  na 

południe. Potem ruszyli w stroną baraku. 

Witając się z obecnymi, Joe dostrzegł w nich wyraźną zmianę. Byli opaleni i wyglądali, 

jak  gdyby  spędzili  tu  juŜ  kilka  tygodni.  Nawet  profesor,  wbrew  temu,  co  napisała  o  nim 

Karolina, ubrany w szorty i koszulę z krótkim rękawami, bardziej przypominał oficera wojsk 

kolonialnych niŜ uczonego. Kilkudniowa podróŜ morska starła z ekipy blade barwy Londynu. 

- To nasz gospodarz - powiedziała Karolina wskakując śniadego młodego człowieka, 

którego  Alex  nie  znał.  -  Pan...  -  zawahała  się,  a  potem  dodała  dobitnie  dzieląc  sylaby  - 

E-lef-to-rios  Smy-tra-kis,  który  zajmuje  się  latarnią  morską  na  Keros  i  na  szczęście  zna 

angielski. ZdąŜył juŜ nam opowiedzieć, Ŝe w wolnych chwilach zapuszczał się do paru jaskiń, 

ale niestety niczego ciekawego nie zauwaŜył. 

Joe  uścisnął  rękę  młodego  człowieka,  który  zupełnie  poprawną  angielszczyzną 

powiedział: 

- Bardzo mi miło pana poznać. Alex zwrócił się do profesora Lee. 

- Bardzo to uprzejme z pana strony, panie profesorze, Ŝe zgodził się pan na mój pobyt 

tutaj, ale obawiam się, Ŝe skorzystam na tym tylko ja jeden i okaŜę się do niczego nieprzydatny. 

- O to proszę się nie obawiać! - Lee uśmiechnął się. - Nie pozwolimy panu siedzieć z 

załoŜonymi  rękami.  Dopłynęliśmy  tu  dopiero  dziś  nad  ranem,  ale  zdąŜyliśmy  juŜ  zauwaŜyć 

parę trudnych problemów, które nasuwają się od pierwszej chwili. Ta skała nie jest wcale tak 

łatwa do zdobycia, jak to się MoŜe na pierwszy rzut oka wydawać. Widzi pan? - Odwrócił się w 

kierunku góry i wskazał ręką. - Otwory niektórych jaskiń tkwią w zupełnie pionowej ścianie, a 

my nie mamy prawie sprzętu górskiego; zresztą nikt z nas nie jest doświadczonym alpinistą. A 

wszędzie  trzeba  się  dostać,  nawet  do  takich  miejsc,  które  wydają  się  zupełnie  nieosiągalne, 

chociaŜ  trudno  sobie  wyobrazić,  Ŝeby  mógł  się  w  ich  wnętrzu  znajdować  przybytek  bogini. 

Trzeba brać pod uwagę,  Ŝe w ciągu tysięcy lat rzeźba zbocza góry mogła ulec zmianie. Być 

moŜe  do  miejsca,  które  teraz  odcięte  jest  zupełnie  od  reszty  wyspy,  prowadziła  droga,  która 

runęła w dół wraz ze zwietrzałymi blokami skalnymi? KaŜdy silny i zręczny człowiek jest w tej 

sytuacji  na  wagę  złota.  Poza  tym  pańska  sławna  umiejętność  kojarzenia  pozornie  odległych 

zjawisk  moŜe  przecieŜ  okazać  się  przydatna  nie  tylko  na  polu  kryminalistyki,  prawda? 

background image

Będziemy  tu  musieli  nieco  spekulować...  Ale,  o  ile  sobie  przypominam,  panie  obiecały,  Ŝe 

dadzą nam coś do zjedzenia. Mieliśmy właśnie siadać do stołu, kiedy usłyszeliśmy helikopter. 

Chodźmy! - Ujął Alexa pod ramię i poprowadził go w kierunku wejścia do baraku. 

Budynek, do którego weszli, był jednym z tysięcy podobnych, rozsianych w ciągu lat 

wojny  wszędzie  tam,  gdzie  stacjonowali  na  dłuŜej  Ŝołnierze.  Barak  był  niski,  podłuŜny,   

przytulony do skały, zapewne dla ochrony przed wiatrem, a moŜe dla ukrycia przed oczyma 

lotników  i  okrętów  nieprzyjacielskich.  Przecięty  był  wzdłuŜ  korytarzem,  od  którego 

odchodziły  z  obu  stron  drzwi  do  niewielkich  pokojów  dla  załogi.  Na  końcu  korytarza, 

naprzeciw wejścia, znajdowało się największe pomieszczenie, najprawdopodobniej jadalnia   i 

ś

wietlica dla Ŝołnierzy, gdyŜ nadal stały w niej dwa stoły i drewniane ławy, zastępujące krzesła. 

Idąc korytarzem, Joe zauwaŜył, Ŝe ekipa była juŜ rozlokowana. Czyjaś ręka zgrabnie wypisała 

kolorową kredką „karty wizytowe" i przyczepiła je pinezkami do poszczególnych   drzwi. Przy 

nazwisku J oe Al ex  zatrzymał się. 

- JeŜeli chce pan umyć ręce, umywalnia jest tam, przy wejściu - powiedział profesor. - 

Niech pan zostawi walizkę i prosimy do nas. 

Karolina zawróciła od drzwi jadalni. 

- Dostałeś najładniejszy pokój - powiedziała szeptem. - Ma dwa okna z widokiem na 

morze. - Przelotnie uścisnęła jego dłoń i odeszła. Joe pchnął drzwi i wszedł. 

Pokój  był  nawet  nieco  większy,  niŜ  moŜna  było  przypuszczać  patrząc  na  barak  z 

zewnątrz. Na drewnianym, zbitym z desek łóŜku leŜał gąbczasty, nowy angielski materac, na 

nim  dwa  grube  koce  wełniane  i  bielizna  pościelowa,  nie  rozłoŜona  jeszcze,  śnieŜnobiała, 

odbijająca ostro od pociemniałych desek ścian i podłogi. Umeblowania dopełniała szafa, takŜe 

zbita z desek. Joe zajrzał do niej i uśmiechnął się. Biała, przypięta szpilką kartka powiedziała 

mu:  „Dzień  dobry,  kochany”  U  dołu  narysowane  była  małe,  nakreślone  czerwoną  kredką 

serduszko. 

Odpiął kartkę, ostroŜnie złoŜył ją we czworo i wsunął do portfela. Jedna z szuflad biurka 

w jego londyńskim mieszkaniu pełna była pamiątek tego rodzaju. Zbierał je wszystkie, chociaŜ 

nie  był  człowiekiem  sentymentalnym.  Ale  Karolina  zajmowała  wyjątkowe  miejsce  w  jego 

Ŝ

yciu. 

Podszedł  do  okna.  Przed  sobą  miał  kilkaset  kroków  gładkiej,  porośniętej  trawą  

powierzchni,    która    urywała  się  nagle  ukazując  w  dali  błękitny  widnokrąg,  postrzępiony 

gdzieniegdzie drobniuteńkimi grzbietami fal. 

Odwrócił  się  i  zadarł  głowę.  Pośrodku  sufitu  widać  było  Ŝarówkę  elektryczną, 

zwisającą na krótkim sznurze, który biegł w stronę znajdującego się przy drzwiach wyłącznika. 

background image

Elektryczność? Oczywiście. Na wysepce musiała istnieć prądnica zasilająca latarnię morską. 

Ale gdzie była latarnia? Nie dostrzegł jej z helikoptera. 

Nie poświęcając tej sprawie więcej uwagi, po sprawdzeniu, Ŝe światło zapala się równie 

łatwo na Keros jak wszędzie na stałym lądzie, wyjął z walizki ręcznik i mydło, a potem ruszył 

korytarzem, odczytując kartki na drzwiach: Mary Sanders... prof. Lee... John Mellow... Robert 

i  Pamela  Gordon...  Mr  Eleftorios  Smytrakis.  Drzwi  po  lewej,  przy  wejściu  do  baraku, 

oznaczone były kartką: Simon Caruthers, po prawej był napis: UMYWALNIA. 

Wszedł.  Umywalnia  była  prymitywna,  długie  koryto,  które  miało  ujście  na  zewnątrz 

budynku. Pod ścianą stały równym rzędem wiadra z wodą. Nad nim świeŜy angielski napis na 

kartce:  „Po  zuŜyciu  wody  napełnij  wiadro  w  studni!"  Ale  obok  piętrzył  się  stos  kolorowych 

plastykowych miednic i garnuszków, najwyraźniej przywiezionych przez ekspedycję. Umył rę-

ce i postanawiając, Ŝe tym razem nie zastosuje się do wezwania  o napełnieniu wiadra, ruszył w 

kierunku jadalni. 

Wszedł  prawie  nie  zauwaŜony,  gdyŜ  Simon  Caruthers,  siedzący  przy  końcu  stołu, 

mówił właśnie do młodego Greka: 

- Naprawdę?! Przy brzegu? To znakomicie! 

-  Tak,  tak  -  Smytrakis  z  przekonaniem  przytaknął  sobie  głową  i  odłoŜywszy  widelec 

rozłoŜył  szeroko  ręce.  -  Wczoraj  tam  złowiłem  o  taką!  One  przypływają  do  brzegu,  proszę 

pana, ale nie tam, gdzie morze bije o skały. Przy brzegu małe ryby szukają rozmaitych jeszcze 

mniejszych zwierzątek, a duŜe ryby przychodzą, Ŝeby zjeść małe. Tylko trzeba bardzo uwaŜać, 

bo jest tam niebezpiecznie - szukał przez chwilę angielski ego określenia - moŜna spaść z góry 

i wtedy koniec. Ja panu pokaŜę gdzie pan ma łowić. Wydaje się, Ŝe to przepaść, ale moŜna zejść 

i na dole jest dosyć miejsca, Ŝeby zarzucić wędkę. 

- Czy znajdzie pan dla mnie trochę, czasu po obiedzie? - zapytał Caruthers z nadzieją w 

głosie. Młody Grek spojrzał w okno, potem ma zegarek. 

- Łowić z panem nie będę miał czasu.. Nadchodzi duŜy wiatr i muszę dyŜurować przy 

radiostacji. Mogą być sygnały SOS.  Ale ten wiatr przyjdzie me wcześniej niŜ za pięć, sześć 

godzin. ZbliŜa się odpływ, czas na dobre łowienie, bo ryby przychodzą bliŜej. Lubią odpływ. 

Ja,  niestety,  co  godzina  muszą  dzisiaj  odbierać  wiadomości  i  meldować  się.  JeŜeli  ogłoszą 

pogotowie na morzu, będę siedział bez przerwy  przy radio, tak samo w dzień, jak i w nocy. 

JeŜeli pan niedługo skończy jeść, pójdziemy razem i pokaŜę panu, którędy trzeba zejść na dół. 

- PrzecieŜ mieliśmy zaraz po jedzeniu obejrzeć górę - powiedziała Karolina - mamy iść 

wszyscy ... 

- O BoŜe... - jęknął Caruthers. 

background image

- Simona moŜemy zwolnić na pierwsze popołudnie - profesor mrugnął ku siedzącym. - 

Przepadł mu urlop w Szkocji, więc niech dzisiaj nabierze sił. 

Dopiero  od  jutra  naprawdę  zaczniemy  pracę.  My  pójdziemy  dziś  obejrzeć  sobie  te 

jaskinie, do których znajdziemy stosunkowo łatwy dostęp. Johnie - zwrócił się do Mellowa - 

chyba będą nam potrzebne latarki i weźmiemy na wszelki wypadek liny, gdyby okazało się, Ŝe 

przejścia są za strome albo za śliskie, prawda? 

-  Tak,  panie  profesorze.  -  Mellow  odsunął  pusty  talerz  i  wstał.  -  Ale  jeŜeli  wszyscy 

pójdziemy, to kto przyrządzi podwieczorek? 

- Caruthers, oczywiście! - zawołała Mary Sanders. - Przyniesie tuzin wspaniałych ryb i 

poda nam je z białym winem! 

- Którego nie mamy - dodała rzeczowo Pamela Gordon. - UwaŜaj na siebie, Simon - 

powiedziała przechylając się ponad stołem. - Obeszłam całą wysepkę i wydawało mi się, Ŝe za 

skarby świata nie zeszłabym w Ŝadnym miejscu w dół. Idzie się niemal jak po krawędzi dachu. 

- Pan Smytrakis obiecał, Ŝe pokaŜe mi drogę. Młody Grek skinął głową. 

-  Tam  moŜna  zejść,  proszę  pani  -  powiedział  z  przekonaniem.  -  Wcale  nie 

niebezpiecznie,  chociaŜ  z  góry  wygląda  groźnie.  Trzeba  tylko  zrobić  dwa  kroki  po  skale 

trzymając się rękami, a potem jest tam taka ukośna szczelina, która prowadzi w dół. 

- Chodźmy! - Caruthers uniósł się. - Wezmę tylko wędki i jestem gotów! 

Wszyscy obecni podnieśli się z miejsc. 

- Latarki zostały na jachcie - powiedział Mellow. - Nie przynieśliśmy przecieŜ jeszcze 

tych obu skrzyń z ekwipunkiem. 

- Nie. - Karolina rozejrzała się. - Nie wiedziałam, gdzie je postawimy. Chyba tu będzie 

najlepiej,  prawda,  panie  profesorze?  - Wskazała wolny  kąt  jadalni.  -  A  potem,  jeŜeli zajdzie 

potrzeba, rozmieści się je jakoś inaczej. 

-  Dobrze  -  profesor  skinął  głową.  -  Na  razie  niech  stoją  tu.  Precyzyjne  instrumenty  i 

delikatniejsze  przedmioty  złóŜcie  na  tamtym  stole.  Zresztą  jeŜeli  niczego  nie  odkryjemy, 

połowa  rzeczy  wróci  do  Londynu  nie  rozpakowana.  -  Uśmiechnął  się  widząc  wyraz  twarzy 

Karoliny.  

- Idę po skrzynki - powiedział Robert Gordon. - Kto ze mną? Potrzebny jest ochotnik. 

- Pójdę z panem. - Alex ruszył za nim ku drzwiom. - Nie rozprostowałem jeszcze nawet 

nóg po podróŜy. 

Gordon w milczeniu wyszedł z baraku. Na zewnątrz panowała nadal cudowna, niczym 

nie  zmącona  pogoda,  słońce  grzało  tak  ostro,  Ŝe  Joe  natychmiast  zawinął  rękawy  koszuli. 

Potem  sięgnął  po  papierosy,  które  miał  w  tylnej  kieszeni  spodni.  Nie  zdąŜył  się  jeszcze 

background image

przebrać i w tej samej chwili przypomniał sobie, Ŝe zostawił zapałki w marynarce. Zawrócił. 

Caruthers i Smytrakis stali przed barakiem, oglądając wędki. 

- Czy nie ma pan zapałek? - zapytał Alex. - Zdaje się, Ŝe zostawiłem moje w baraku. 

-  Niestety,  nie  palę.  -  Caruthers  uśmiechnął  się  do  niego,  próbując,  czy  bębenek,  na 

który nawinięta była linka, obraca się dobrze. 

Smytrakis szybko sięgnął do kieszeni i wyciągnął pudełko. 

- Proszę, niech pan weźmie. Mam przy sobie drugie. 

-  Dziękuję!  -  Joe  ruszył  za  oddalającym  się  szybko  Gordonem,  który  skręcił  ostro, 

mijając  naroŜnik  baraku,  i  szedł  wydeptaną  pośród  nikłych  trawek  ścieŜką  ciągnącą  się  pod 

prostopadłą krawędzią zbocza góry aŜ do urwiska, pod którym szumiało morze. 

Gordon po chwili zbliŜył się do tego miejsca i zrobił swobodny krok naprzód. Z tyłu 

wyglądało to, jak gdyby za ułamek sekundy miał runąć w przepaść. Joe przez chwilę widział 

jego znikające ramiona i głowę, a kiedy doszedł do krawędzi, dostrzegł go schodzącego wykutą 

w  skale  szeroką,  wygodną  półką,  opadająca  zakosami  ku  maleńkiej,  osłoniętej  naturalną  ka-

mienną skarpą przystani, posiadającej wąskie, równe nabrzeŜe, do którego przycumowany był 

błękitny jacht. 

- Za tą przystań moŜemy podziękować Mussollniemu! - zawołał Gordon przekrzykując 

szum fal uderzających o niedalekie głazy. - Włosi wykuli przystań i te schody w skale podczas 

wojny  abisyńskiej.  JuŜ  wtedy  przewidywali  zapewne,  Ŝe  w  końcu  dojdzie  do  konfliktu  z 

Anglią.  Przez  całą  wojnę  trzymali  tu  załogę.  Smytrakis  zdąŜył  nam  juŜ  opowiedzieć,  Ŝe  ta 

załoga  sama  poddała  się  w  tydzień  po  przejściu  Włoch  na  stronę  aliantów.  Zawiadomili 

naszych  przez  radio,  ale  nikt  nie  wiedział,  gdzie  są,  a  oni  nie  mieli  nawet  łodzi  i  błagali  o 

przysłanie okrętu, który by podpłynął, przysłał szalupę i wziął ich do niewoli. 

Byli  juŜ  nad  wodą.  Joe  stanął  na  nadbrzeŜu  przyglądając  się  jachtowi,  który  ukryty 

pomiędzy dwiema ścianami Skalnymi wyglądał jak dziecinna zabawka. 

-  I  państwo  we  dwójkę  przepłynęliście  tym  z  Anglii  przez  Kanał,  Zatokę  Biskajską  i 

całe Morze Śródziemne? 

-  Oczywiście.  -  Gordon  uśmiechnął  się  powściągliwie.  -  Wygląda  prawie  jak  zwykła 

motorówka. To pan chciał powiedzieć? Ale niech mu się pan przyjrzy dokładnie: w stosunku 

do swoich wymiarów ma potęŜny silnik, a zbudowany jest na pewno o wiele mocniej niŜ „Santa 

Maria”, na której Kolumb przepłynął Atlantyk. Nie boi się nawet wielkiej fali. Kołysało nas 

dosyć ostro przed Sycylią i wytrzymywał to z godnością. 

Przy  ostatnich  słowach  chwycił  za  poręcz  relingu  i  wskoczył  na  niski  pokład,  a  Joe 

poszedł w jego ślady. 

background image

Kabina,  do  której  zeszli,  urządzona  była  z  dyskretnym  przepychem  i  wydawała  się 

większa, niŜ moŜna było wnioskować z niewielkich rozmiarów jachtu. 

-  To  nasz  salon  i  sypialnia.  -  Gordon  otworzył  drzwiczki  prowadzące  do  następnego 

pomieszczenia. - To łazienka, a dalej są jeszcze dwie kabinki dla gości, kuchenka i spiŜarnia. 

MoŜe tu podróŜować wygodnie sześć osób, ale wtedy, muszę przyznać, jest trochę tłoczno i 

podróŜ morska traci swój największe zalety, ciszę i zagubienie. Czy zgadza się pan ze mną? 

- Całym sercem - powiedział z przekonaniem Joe, który, rozglądając się po wnętrzu, był 

właśnie  w  trakcie  składania  sobie  uroczystej  przysięgi,  Ŝe  przy  najbliŜszej  okazji  zrobi 

wszystko, Ŝeby stać się posiadaczem podobnego jachtu. 

-  Jest  nawet  radar  i  wszystko,  czego  potrzeba  do  Ŝeglugi  po  oceanie,  z  bardzo  miłą, 

łatwą w obsłudze radiostacją. A tam są nasze skrzynki. - Wszedł do jednej z tylnych kabinek i 

ukazał  się,  trzymając  skórzane  uchwyty  dwu  niewielkich,  metalowych  skrzynek.  Joe  wziął 

jedną z nich i wyszli na pokład.  

Dopiero  w  tej  chwili,  patrząc  na  białe  skały  oświetlone  ostrymi  promieniami  słońca, 

pomyślał po raz pierwszy z zaciekawieniem o tajemnicy, którą mogły ukrywać. Ciekawe, czy 

odnajdą ten przybytek bogini? Nie był o tym wcale przekonany. JeŜeli tkwiła tu przez kilka lat 

załoga  włoska,  kilku  czy  teŜ  kilkunastu  młodych  męŜczyzn,  którzy  nie  mieli 

najprawdopodobniej  wiele  do  roboty  i  włóczyli  się  nieustannie  po  tym  małym  Skrawku 

skalistego  lądu,  musieli  oni  przecieŜ  zajrzeć  do  wszystkich  tych  jaskiń.  Gdyby  istniały  w 

którejś  z  nich  posągi,  wazy,  tabliczki,  dary  -  ludzie  ci  znaleźliby  je  i  byłoby  juŜ  coś  o  nich 

wiadomo. Lecz archeolog, który wie, czego szuka, ma być moŜe większe szansę niŜ wałęsający 

się Ŝołnierz. 

Wchodził  kamienną  krzywizną  po  wykutych  w  skale  stopniach,  mając  przed  sobą 

wstępujące cięŜko chude nogi Roberta Gordona. Ale ten wątły człowiek nie bal się płynąć po 

oceanie  na  swoim  kruchym  stateczku  jedynie  w  towarzystwie  kobiety,  która,  jak  sądziła 

Karolina,  nie  kochała  go,  a  kochała  tylko  jego  pieniądze,  odziedziczone  w  tak 

skomplikowanych okolicznościach. Wychowanek profesora Lee. Nic nigdy nie wyglądało tak, 

jak na pierwszy rzut oka. 

Otrząsnął  się.  CóŜ  mnie  obchodzą  sprawy  osobiste  tych  wszystkich  ludzi?  Jest  to 

grupka wykształconych,  dobrze wychowanych Anglików, ze wszystkimi  zaletami i zapewne 

takŜe  wadami  tego  środowiska,  które  znam  tak  dobrze,  bo  przecieŜ  sam  z  niego  pochodzę. 

Nawet w myśli człowiek nie powinien wtrącać się do nie swoich rzeczy. 

Znaleźli  się  na  skraju  urwiska  i  po  chwili  szli  juŜ  w  kierunku  baraku.  Z  dala  Joe 

zobaczył samotnie idącego Smytrakisa. 

background image

-  Odprowadziłem  tego  pana  na  sam  dół  -  powiedział  młody  Grek  uśmiechając  się.  - 

Zaraz zacznie się odpływ i moŜe coś złowi? Jest w kaŜdym razie zdecydowany na wszystko, jak 

mi się wydaje. 

- Tak - nie zatrzymując się Gordon pokiwał z politowaniem głową. - Zawsze z nim są 

kłopoty,  kiedy  zobaczy  wodę  i  ma  przy  sobie  wędkę.  NaleŜy  strzec  się  nałogowców  - 

dokończył sentencjonalnie. 

- Idę do mojej latarni. - Smytrakis najwyraźniej nie zrozumiał ostatniego zdania. Alex 

rozejrzał  się.  Podchodzili  juŜ  do  drzwi  baraku,  przed  którymi  John  Mellow  i  Karolina 

wyjmowali  z  wielkiej  płóciennej  torby  zwoje  barwnych,  plastikowych  lin  i  rozkładali  je  na 

słońcu. 

- Gdzie jest latarnia? - Joe rozejrzał się, ale nie zauwaŜył nigdzie charakterystycznego, 

malowanego w pasy, wysmukłego kształtu. 

- Tam - Smytrakis wskazał przylegający do ściany skalnej niewielki budynek wykonany 

najwyraźniej z wyciosanych na wyspie głazów i prawie niewidoczny, gdyŜ barwa jego zlewała 

się z barwą skał. Uśmiechnął się ku stojącym, skłonił głowę i ruszył szybkim krokiem w stroną 

latarni. Gordon postawił skrzynkę u stóp Karoliny. 

-  Masz,  czego  sobie  Ŝyczyłaś!  O  BoŜe!  -  otarł  pot  z  czoła.  -  W  taki  dzień  nie 

zmuszałbym  nawet  niewolnika  do  pracy.  Upał  rośnie  z  kaŜdą  minutą,  chociaŜ  południe  juŜ 

przecieŜ minęło. Jest tutaj coś dziwnego w powietrzu, prawda? MoŜe ciśnienie spada? 

- Nie zaaklimatyzowałeś się jeszcze. - Mellow wstał z klęczek. - Gotowe. Na razie nie 

potrzeba nam niczego więcej. 

Mary Sanders i Pamela Gordon, ubrane w lekkie płócienne kombinezony, ukazały się w 

progu. 

- Otwórzcie te skrzynki. - Karolina wstała, odwróciła worek podszewką na zewnątrz i 

wytrzepała go. - Wyjmijcie latarki i sprawdźcie, czy baterie działają. Joe, przebierz się. Masz w 

pokoju  kombinezon!  Czy  nie  przywiozłeś  Ŝadnych  innych  butów?  -  Z  obrzydzeniem 

potrząsnęła głową. - Zaraz ruszamy. 

-  Przywiozłem  -  Alex  powaŜnie  przytaknął  jej  ruchem  głowy.  -  Przywiozłem  nawet 

kilka papirusów, które podrzucę w pierwszej napotkanej jaskini, Ŝeby ci zrobić przyjemność i 

ułatwić poszukiwania. 

Wszedł do baraku. Kiedy przebrany wynurzył się po kilku minutach, cała grupka była 

gotowa do drogi. Karolina wręczyła mu wielką, srebrzystą latarką i zwój jasnozielonej, cienkiej 

liny plastikowej.  

-  KaŜdy  szanujący  się  uczony  powinien  byś  otoczony  zespołem  pomocniczym  - 

background image

powiedziała  zakładając  mu  zwój  na  ramię.  Potem  zwróciła  się  do  Hugha  Lee:  -  Jesteśmy 

gotowi, panie profesorze. 

ROZDZIAŁ ÓSMY  

Pierwszy podmuch wiatru 

 

Profesor Lee skierował spojrzenie ku rozciągającej się tuŜ przed nimi ścianie skalnej, 

wystrzelającej prawie prostopadle w górę i pocętkowanej ciemnymi otworami jaskiń. 

-  Na  szczęście  niektóre  są  osiągalne  bez  konieczności  wspinania  się.  -  Mary  Sanders 

przesłoniła dłonią oczy, i kryjąc je przed promieniami popołudniowego słońca, które wyszło 

właśnie spoza wierzchołka góry. 

-  Podzielimy  się  na  grupki  -  powiedział  profesor  -  Pamela  i  Gordon,  Karolina  i  pan 

Alek, a Mary i John pójdą chyba ze mną? Nie zapuszczajcie się za daleko ani za głęboko, jeŜeli 

jakiś korytarz zacznie opadać w nieznane. Traktujmy to wyłączało jako pierwszy rekonesans i 

nie dajmy się ponieść fantazji. Rozejrzymy się, zapoznamy powierzchownie ze strukturą tych 

korytarzy,  a  później  wymienimy  spostrzeŜenia  i  od  jutra  zaczniemy  systematyczne  przeszu-

kiwanie  góry.  Chyba  Ŝe  -  mrugnął  porozumiewawczo  -  Karolina  natychmiast  odnajdzie 

przybytek Pani Labiryntu i będziemy mogli uwaŜać problem za rozwiązany. 

Dziewczyna  odpowiedziała  mu  uśmiechem  i  złoŜywszy  ręce  spojrzała  błagalnie  ku 

bezchmurnemu niebu. 

- W takim razie - powiedział Mellow - nie ma celu, Ŝebym poszedł z panem profesorem 

i  Mary.  Trzy  osoby  nią  zauwaŜą  w  tych  warunkach  więcej  niŜ  dwie.  A  jeśli  pójdę  sam, 

będziemy mieli za sobą spacer do czterech jaskiń, zamiast do trzech. 

-  Nie  zachwyca  mnie  to.  -  Lee  zmarszczył  brwi.  -  Nie  lubią  takich  samotnych 

wycieczek. Nigdy nie wiadomo, co się moŜe zdarzyć tam wewnątrz. 

Wskazał ruchem głowy białą, porytą bruzdami szczelin ścianę skalną. 

-  Będę  uwaŜał  na  siebie  -  Mellow  powiedział  to  rzeczowo,  bez  śladu  nonszalancji.  - 

Wejdę o, tam - wskazał najbliŜszy otwór, leŜący niemal na równi z powierzchnią platformy i 

odległy o kilkadziesiąt kroków od baraku. - Na pewno znajdę tam wyłącznie ślady pobytu tych 

Włochów. Mieszkali tak blisko i wejście jest tak dogodne i prowokujące, Ŝe musieli tam często 

zachodzić. 

- Dobrze - profesor skinął głową i spojrzał na zegarek. - Jest trzecia. Punktualnie o piątej 

wszyscy  musimy  znaleźć  się  na  zewnątrz.  Zbiórka  w  jadalni.  Teraz  określmy,  dokąd  kto 

wejdzie. - Wskazał palcem. - Są jeszcze dwa otwory stosunkowo misko i trzeci, trochę wyŜej, 

background image

tam.  Mówię  o  tym,  który  widać  na  skraju,  prawie  nad  brzegiem.  Mary  i  ja  wejdziemy  tu  - 

wskazał pierwszy otwór - Gordon i Pamela tam, a Karolina i pan Alex spróbują dostać się do 

tego ostatniego. Jutro posuniemy się wyŜej i postaramy się systematycznie przetrząsnąć cale 

zbocze. Czy są jakieś pytania? 

Pytań  nie  było.  Pomimo  popołudnia  słońce  grzało  coraz  Mocniej  i  nawet  najlŜejszy 

powiew od morza nie chłodził rozŜarzonego powietrza. Profesor znowu spojrzał na zegarek. 

- W takim razie o piątej. Powodzenia i ruszył, wysoki i szczupły, ku wylotowi jaskini, a 

za nim Mary, trzymająca w dłoniach dwie latarki elektryczne. 

-  Naprzód,  dzieci!  -  Mellow  wyprostował  swe  szerokie  bary.  -  Pozostawiłem  wam 

moŜność  osiągnięcia  tryumfu  moim  kosztem.  -  Zerknął  mimo  woli  na  Gordona,  który  nie 

zauwaŜył tego. 

- Dlaczego? - zapytała Karolina. 

- Bo idę sam i nikt mnie nie będzie asekurował. Pani Labiryntu zapewne bardzo liczy na 

takich jak ja. 

-  Po  co  w  takim  razie  wziąłeś  linę?  -  zapytał  Gordon  nie  uśmiechnąwszy  się.  -  Nie 

będzie jej miał kto trzymać, jeŜeli trafisz na jakiś komin. 

- W ostateczności przywiąŜę ją do skały. W kaŜdym razie, jeŜeli usłyszycie w głębi góry 

głuche uderzenie, pamiętajcie, Ŝe waŜyłem Sto siedemdziesiąt funtów! 

Roześmiał się, kiwnął im ręką i odszedł. 

Alex i Gordon ruszyli za Karoliną, która wyprzedziła nieco Pamelę. Idąc przyglądała się 

uwaŜnie  skale.  Po  przejściu  kilkudziesięciu  kroków  zatrzymali  się  wszyscy  przed  płytkim 

tarasem  skalnym,  odchodzącym  ukośnie  ku  górze.  Słońce  oświetlało  teraz  wąski  otwór, 

zawieszony nad ich głowami na skraju tarasu: 

-  Ta  skała  najbardziej  przypomina  mi  ser  szwajcarski  -  westchnęła  Karolina.  -  Nie 

zdziwiłabym się, gdybyśmy wszyscy zeszli się tam w środku. 

- Labirynt - powiedziała cicho Pamela. - Tak właśnie mógłby wyglądać. Sto wejść, a 

tylko jedno prowadzi do celu. Powinnaś być zadowolona. 

- Chodźmy. - Gordon lekko dotknął jej ramienia. - JuŜ pięć minut minęło. 

- Tak, oczywiście. - Pierwsza wspięła się na płytę tarasu. 

Alex  i  Karolina  ruszyli  dalej.  Byli  juŜ  niemal  nad  przepaścistą  krawędzią  platformy, 

opadającą stromo ku morzu. Otwór, który chcieli osiągnąć, znajdował się kilkanaście stóp nad 

ich  głowami,  pozornie  umieszczony  w  pionowej  ścianie,  lecz  skała  była  tu  spękana  i 

wyŜłobiona  deszczem  tak,  Ŝe  nierówna  jej  powierzchnia  dawała  stosunkowo  dobre  punkty 

oparcia dla nóg i uchwyty dla dłoni. 

background image

Joe zdjął z ramienia zwój liny i podał jeden jej koniec Karolinie, a drugi okręcił wokół 

siebie i zacisnął węzeł. 

- Zaczekaj tu, póki nie wejdę. Później obwiąŜ się nią w pasie. 

- Ale...  

- Tak będzie rozsądniej - powiedział spokojnie i chwycił za występ skalny. Po minucie 

był juŜ na górze. 

TuŜ przed otworem skała była odłupana. W miejscu odpryśnięcia powstała jak gdyby 

mała półeczka. Stojąc na niej Alex spojrzał w dół. Nie dostrzegł Karoliny, ale zobaczył tuŜ pod 

sobą jej głowę i po sekundzie stała juŜ przy nim, wycierając ręce o nogawki swych czerwonych, 

drelichowych spodni. 

- Dlaczego ryzykujesz bez potrzeby? 

-  A  ty?  -  połoŜyła  mu  dłoń  na  ramieniu  i  odwróciła  się,  a  później  zajrzała  w  głąb 

ciemnego otworu. 

Joe westchnął. 

- Gdzie są latarki? 

Sięgnęła  do  tylnej,  zamykanej  na  błyskawiczny  zamek  kieszeni  spodni.  Podała  mu 

latarkę. 

- Dzień dobry pani! - nacisnęła guzik latarki. - Nie ma pani pojęcia, jak bardzo chciałam 

panią odwiedzić... 

- Do kogo mówisz? - zapytał z uśmiechem, przewidując odpowiedź. 

-  Do  Pani  Labiryntu,  oczywiście.  Pochyliła  się  jeszcze  bardziej  i  zanurzyła  w  głębi 

otworu. 

- Nic nie widzę! - dobiegł go prawie natychmiast jej przytłumiony głos. - Latarka mi się 

zacięła! 

Odwrócił się szybko i wsunął niemal na czworakach w ciemną czeluść, w której znikła 

Karolina. 

Na zewnątrz słońce świeciło tak ostro, Ŝe w pierwszej chwili nie dostrzegł dziewczyny i 

nacisnął raz jeszcze guzik latarki, myśląc, Ŝe zgasła. 

- Czy będziemy bawili się w chowanego? - zapytała Karolina. 

Zapalił  latarkę  i  dopiero  teraz  spostrzegł,  Ŝe  znajdują  się  u  wejścia  do  długiego, 

wąskiego korytarza, który opadając łagodnie, niknął w oddali. 

W  milczeniu  naprawiali  przez  chwilę  latarkę  Karoliny,  a  kiedy  zapaliła  się,  ruszyli 

wolno  korytarzem.  Było  tu  o  wiele  chłodniej,  niŜ  przypuszczał.  Spojrzał  za  siebie.  Otwór, 

którym  weszli  do  wnętrza  jaskini,  świecił  z  dala  jak  maleńkie  okienko.  Smuga  blasku 

background image

dziennego kładła się na wilgotnych kamieniach, po których zaczęli łagodnie schodzić w dół. 

Odwrócił  się.  Długi  promień  latarki  trzymanej  przez  idącą  przodem  Karolinę  skakał  po 

ś

cianach  i  wybiegał  co  chwila  daleko  w  głąb.  Na  krańcu  korytarza  wznosiła  się  wilgotna 

prostopadła ściana, lśniąca tysiącami maleńkich iskierek odbitego blasku. Od stropu oderwała 

się zimna kropla i upadła na policzek Alexa. Wzdrygnął się. 

- Tu jest jakiś napis! - powiedziała nagle Karolina i zatrzymała się. Głos jej zadudnił 

niespodziewanie grubo i ucichł w ciemnej głębi. Stali naprzeciw ściany zamykającej korytarz. 

Napis był dwuwierszowy, wyskrobany ostrym narzędziem w wilgotnym kamieniu: 

 

Ama, anz’ardi che chi muore 

Non ha da gire  al ciel dal mondo altr'ale. 

 

- Po włosku, oczywiście. - W głosie dziewczyny był wyraźny zawód.  

 

Kochaj i bądź kochany, gdyŜ na takich Jedynie skrzydłach 

Ś

miertelnik ulecieć moŜe z ziemi ku niebiosom... 

 

- Co to jest? 

- Sonet Michała Anioła. 

- Musiał to wyryć jeden z tych biednych chłopców, którzy tkwili tu w czasie wojny. - 

Zrobiła  jeszcze  kilka  kroków  l  wsparła  się  wyciągniętą  dłonią  o  zaporę  skalną.  -  Koniec, 

moŜemy wracać... 

Mimo tych pełnych rezygnacji słów uwaŜnie zaczęła przesuwać promień latarki wzdłuŜ 

ś

ciany. 

- Czego szukasz? - zapytał Alex, który chcąc nie chcąc towarzyszył jej w tej operacji. - 

Tajemnego przejścia? 

-  Nie...  -  zawahała  się.  -  Widzisz?  Tu  wszędzie  skapuje  i  spływa  woda  -  skierowała 

ś

wiatło  ku  ziemi  -  a  przecieŜ  nie  stoimy  na  piasku,  tylko  na  litej  skale.  Chcę  po  prostu 

sprawdzić,  dokąd  ta  woda  uchodzi,  bo  na  razie  nie  widzę  odpływu.  Jesteśmy  w  najniŜszym 

punkcie korytarza i gdyby woda nie znalazła sobie ujścia, powinno było powstać tu jeziorko. 

-  Czy  w  tym  klimacie  woda  nie  moŜe  po  prostu  wyparować?  -  powiedział  Joe 

niepewnie. Ani petrografia, ani geologia nie interesowały go nigdy i mało wiedział o budowie 

skał. 

- Wykluczone. Nie w takiej ilości. Nie dochodzi tu wiatr ani słońce, a temperatura jest 

background image

stosunkowo  niska  i  chyba  mniej  więcej  równomierna,  bo  w  głębi  korytarza  róŜnica  między 

dniem a nocą nie jest istotna. W kaŜdym razie musimy dokładnie zbadać wszystko, co moŜemy, 

Ŝ

eby później jut tu nie wracać.  

Uklękła i świecąc nisko nad ziemią, zaczęła przesuwać się powoli na kolanach wzdłuŜ 

ś

ciany. 

- Widzisz? - powiedziała po chwili. - Tędy przesącza się w dół! - Powiodła dłonią po 

gładkiej  kamiennej  powierzchni.  -  O,  tu  jest  szczelina  i  biegnie  aŜ  dotąd!  Zobacz,  Joe!  A 

wygląda tak, jak gdyby ktoś wyjął kawałek skały, a potem dopasował go na powrót! 

Alex ukląkł przy niej. 

-  Moim  zdaniem  to  wygląda  zupełnie  jak  naturalne  piknięcie.  Widziałem  w  Ŝyciu 

tysiące takich. - Znowu zimna kropla upadła mu na kark. - Ohyda ! 

Ale Karolina zdawała się go nie słyszeć. Przez chwilę opukiwała skałą, potem odsunęła 

się od ściany i wstała. 

- Musimy spróbować, czy nie da się tego fragmentu wyjąć - powiedziała zdecydowanie. 

-  Hm...  -  Alex  potrząsnął  głową  z  powątpiewaniem.  -  MoŜe  przecieŜ  waŜyć  kilkaset 

funtów? Nie znamy jego grubości. Poza tym wydaje mi się, Ŝe to zupełnie zwykłe nadpęknięcie 

powierzchni i... 

Na ramieniu uczuł lekki dotyk dłoni dziewczyny. Umilkł. 

- W Egipcie - powiedziała - spotyka się maskowanie drzwi wykonane w sposób, który 

naleŜałoby  chyba  nazwać  artystycznym.  Czasami  wejścia  do  komnat  grobowych  bywają 

zupełnie  niedostrzegalne,  imitują  pęknięcia  skały,  wypukłości,  wklęśnięcia,  wszystko,  byle 

tylko ukryć, Ŝe są przejściami, które słuŜyć winny tylko wtajemniczonym. 

Przy ostatnich słowach znowu uklękła i naparła ramieniem na skałę. 

-  UwaŜaj!  -  Alex  wziął  ją  wpół  i  odciągnął.  Później  szybko  ukląkł  w  miejscu,  które 

przed chwilą zajmowała. 

- Co robisz, Joe? 

- Na pewno nie znam się na maskowaniu przejść, ale wiem, Ŝe obluzowany głaz tych 

rozmiarów  mógłby  cię  oduczyć  łatwowierności  w  stosunku  do  ruchomych  ka...  -  nacisnął  z 

całej siły - mie...- nacisnął jeszcze mocniej - nie - dokończył i odetchnął głęboko. Skała drgnęła. 

- Mój wielki, jedyny BoŜe - powiedział ze zdumieniem - poruszyła się! 

- UwaŜaj, Joe! - Karolina stała za nim pochylona. Czuł na policzku jej oddech. 

- Nic mi nie będzie. Poświeć tu... 

Oparła  latarkę  na  jego  ramieniu,  patrząc  uwaŜane  na  drgający  pod  naciskiem  jego 

ramienia  blok  kamienny.  Joe  odwrócił  głowę,  by  móc  zaatakować  ścianę  całą  powierzchnią 

background image

barku, naparł i zapytał zduszonym głosem: 

- Ustępuje? 

- Nie. Zaczekaj. Spróbujemy inaczej.  

- Tak? Słucham...  

- Spróbuj nacisnąć go nie pośrodku, ale z jednej strony. 

- Dobrze. 

Znowu  pochylił  się  i  naparł,  przykładając  ramię  niemal  do  linii,  która  ukazywała 

pęknięcie  w  skale.  Poczuł,  Ŝe  blok  drgnął  i  cofnął  się  niespodziewanie  miękko  i  głęboko. 

Chwytając równowagę, Alex wyprostował się gwałtownie. 

Przez chwilę patrzyli w milczeniu, nie poruszając się. Przed nimi widać było w skale 

ciemną szczelinę, powstałą w miejscu, gdzie blok skalny obrócił się jak na osi. 

Jak na komendę uklękli znowu i zbliŜyli głowy do otworu. 

- Spróbuj... - powiedziała Karolina, ale Joe uciszył ją przykładając palec do warg. 

- Co? - szepnęła. Zamiast odpowiedzi Wskazał jej szczeliną. Słuchali przez chwilę. 

- Co to jest? - zapytała półgłosem. - Trzęsienie ziemi? 

Alex  w  milczeniu  zaprzeczył  ruchem  głowy,  potem  spojrzał  w  kierunku,  z  którego 

nadeszli. Niski strop opadającego korytarza zakrył przed nimi wejście do jaskini. Zastanawiał 

się przez chwilę. Z głębi otworu powstałego przez cofnięcie się odłamu ściany dobiegał do nich 

cichy,  monotonny  szum,  chwilami  rosnący  tak,  Ŝe  skała  dygotała  lekko,  przynosząc  odgłos 

potwornych,  powolnych  uderzeń,  jak  gdyby  ukrywała  olbrzymie  zwierzę  miotające  się  w 

poszukiwaniu wyjścia. 

-  JuŜ  wiem!  -  Słuchał  jeszcze  przez  chwilę,  potem  przytaknął  sobie  ruchem  głowy.  - 

Znajdujemy  się  w  tej  chwili  wewnątrz  góry,  ale  nie  powyŜej  baraku,  tylko  poniŜej. 

Najwyraźniej  morze  wybiło  sobie  tunele  w  skale,  a  ten  otwór,  który  mamy  przed  sobą, 

prowadzi do wody. To, co słyszysz, to odgłos fal uderzających o brzeg i wdzierających się do 

wnętrza.  Woda  przenosi  dźwięk  i  drŜenie  gruntu  w  głąb  góry.  Te  tunele  na  pewno  mają 

znakomitą  akustykę.  Stoimy  tu  mniej  więcej  na  wysokości  dwu  pięter  ponad  powierzchnią 

morza,  jeŜeli  dobrze  obliczyłem  wysokość  otworu  jaskini  i  spadek  korytarza.  MoŜe 

spróbujemy odsunąć ten kamień jeszcze trochę? 

- Najpierw chciałabym zobaczyć, jak jest osadzony. Poświeć mi. 

Zaczęła uwaŜnie badać powierzchnię kamienia. Ku swemu zdumieniu Joe dostrzegł, Ŝe 

robi  to  przy  pomocy  powiększającego  szkła,  które  wyjęła  z  kieszeni  spodni.  Badała  długo, 

starannie, po kilka razy przesuwając soczewkę nad ostrymi krawędziami otworu. 

- Nie wiem... - powiedziała cicho. - Nawet gdyby to była prawda, minęło tysiące lat od 

background image

tego  czasu,  a  tu  jest  wilgoć.  Widać  wyraźnie,  Ŝe  woda  wyŜłobiła  sobie  przejście.  Mogła 

podmyć ten kawałek skały. Mógł sam odpęknąć. Ale on tkwi w głębi jak drzwi na zawiasach. 

To moŜe być naturalne, ale moŜe teŜ być... - Dłonią, w której trzymała szkło, dotknęła lekko 

powierzchni głazu. - Nie ma na nim śladu obróbki, ale staroŜytni byli mistrzami w tych spra-

wach  i  posiadali  nieskończoną  cierpliwość.  Mogli  zresztą  wykorzystać  naturalne  pęknięcie. 

Spróbujmy odepchnąć ten kamień jeszcze troszeczkę i zobaczymy, co tam jest. 

Alex ukląkł przy niej i wspólnym wysiłkiem naparli na głaz. Otwór powiększył się na 

tyle, Ŝe światło latarki odkryło im leŜącą naprzeciw ścianę, która biegła prostopadle w dół. 

-  Dziwne!  -  powiedziała  Karolina.  -  Ten  szum  jest  teraz  o  wiele  cichszy.  Dlaczego? 

Alex zmarszczył  brwi, ale rozpogodził  się  zaraz. 

-  Odpływ!  Słyszałem,  jak  nasz  Grek  mówił  o  nim  Caruthersowi.  Widocznie  morze 

zaczęło się cofać właśnie teraz i fale przestały łomotać w głębi góry. Ale zobaczmy,  co tam 

jest? 

Trzymając w dłoni latarkę wsunął z trudem głowę i ramię do otworu. Zwiesiwszy rękę 

tak, aby światło latarki padało pionowo w dół, patrzył. 

-  Co  tam  widzisz?  -  Karolina  stała  w  odległości  niecałego  kroku,  ale  ściana  skalna 

zupełnie stłumiła głos i słowa jej dobiegały jak z wielkiego oddalenia. 

-  Studnia!  Gładka,  prowadząca  w  dół,  chyba  wyŜłobiona  kropelkami  wody  w  ciągu 

milionów  lat.  Tak  jak  przypuszczałem,  widać  w  dole  wodę.  Światło  latarki  odbija  się  w  jej 

powierzchni. Ponad wodą jest ciemno, ściany nie widać... Widocznie ten szyb rozszerza się w 

dole tuŜ nad powierzchnią morza - cofnął się. - Zobacz sama. 

Karolina wetknęła głową do otworu, patrzyła długą chwilę, potem cofnęła się. 

- Myślę, Ŝe to jednak nie to - westchnęła. - Tędy nie mogła prowadzić Ŝadna droga do 

skalnej świątyni. Ale gdybyś opuścił mnie na linie. 

Joe spojrzał na zegarek. 

- Za pięć piąta! - powiedział szybko z wyraźną ulgą. - Wydawało mi się, Ŝe jesteśmy tu 

najwyŜej kwadrans. Sprawdź na swoim. 

-  Tak  -  Karolina  skinęła  głową.  -  Musimy  odejść.  Wszyscy  przestrzegamy  tego  w 

obcym terenie. Chodźmy. Inaczej zaczną się o nas niepokoić. Ale wrócimy tu jutro. 

Ruszyli  powoli  pod  górę  i  wkrótce  ujrzeli  z  dala  otwór,  w  którym  tkwił  nierówny 

wycinek  niebieskiego  nieba.  Kiedy  poczuli  na  twarzach  łagodny  powiew  otwartych 

przestrzeni, Karolina lekko dotknęła palcami rękawa idącego obok męŜczyzny. 

- Tak? - zatrzymał się. 

-  Och,  chlałam  ci  tylko  powiedzieć:  jak  to  dobrze,  Ŝe  jesteś!  - Wspięła  się  na  palce  i 

background image

pocałowała go, obejmując jego szyję ramionami. Potem odsunęła się gwałtownie. - Chodźmy!  

Gdy znaleźli się znowu na maleńkiej półeczce okalającej otwór korytarza, Joe spojrzał 

na morze rozciągające się po granice lekko zamglonego widnokręgu. 

-  Jak  cicho.  -  Karolina  wzięła  go  pod  ramię  i  stanęła  przy  nim  nad  krawędzią 

kilkupiętrowej przepaści - musieli ją za chwilę przebyć, Ŝeby powrócić do baraku, błyskającego 

teraz z oddali szybami, w których odbijało się słońce. 

Chciała  powiedzieć  coś  jeszcze,  ale  nagle  znad  morza  dobiegł  dziwny  dźwięk,  tak 

podobny do wycia nadlatującego pocisku artyleryjskiego, Ŝe Alex mimo woli pochylił lekko 

głowę. 

Podmuch wiatru uniósł fontannę kurzu przed barakiem, zakręcił nią i cisnął o zbocze 

góry. 

A potem stało się. Joe instynktownie, nie myśląc o tym, co robi, chwycił dziewczynę w 

ramiona i wtoczył się z nią do korytarza w chwili, gdy potęŜne uderzenie powietrza ze świstem 

runęło na skałę. 

Karolina  natychmiast  wyswobodziła  się  z  jego  ramion  -  i  zaciskając  dłoń  na  ostrym 

występie u wejścia, wyjrzała na zewnątrz. 

- Co... co się stało? 

Było zupełnie cicho. Wiatr przepadł nad morzeni, Słońce świeciło jasno. 

- Szybko! - Joe okręcił dziewczynę liną i mocna zawiązał węzeł. - Schodź! Będę stał tu 

i asekurował cię, popuszczając linę. Będziemy przynajmniej mieli pewność, Ŝe cię nie zwieje. 

Bez słowa posłusznie skinęła głową. 

Ale gdy wyszedł znów na półeczkę i spojrzał w dół, zobaczył Karolinę siedzącą u stóp 

skały i spokojnie palącą papierosa. Nadal było zupełnie cicho, chociaŜ glos morza uderzającego 

o brzegi wyspy wydał mu się groźniejszy, mimo Ŝe odpływ odkrył przy brzegu kilka wielkich, 

widocznych nawet z tej odległości, zielonkawych głazów, wokół których strzelały teraz białe 

jęzory kipiącej piany. 

Zszedł szybko i stanął obok Karoliny. 

- Co to było? -- zapytała wstając i gasząc papierosa. - O mały włos, a byłoby nas zmiotło 

za burtę! - Wskazała dłonią brzeg urwiska. 

-  Zdaje się, Ŝe to ten wielki wiatr, o którym wspominał nasz młody  Grek. Ucichł, na 

szczęście. Chodźmy; nie chciałbym się z tym znów spotkać na otwartej przestrzeni. 

Pobiegli w stroną baraku. 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

background image

Drugi podmuch wiatru 

 

- Hej! 

Zatrzymali  się.  Okrzyk  rozległ  się  z  bliska,  ale  rozejrzawszy  się  Joe  nie  dostrzegł 

nikogo.  Dopiero  gdy  Pamela  zawołała  po  raz  drugi,  zauwaŜył  ją,  stojącą  w  otworze,  przed 

którym  się  rozstali.  Z  ciemności  wynurzył  się  takŜe  Robert  Gordon  i  oboje  zaczęli  schodzić 

szybko. 

- Czy znaleźliście coś ciekawego? - zapytała Pamela. 

- Dlaczego tak sądzisz? - Karolina Beacon spojrzała na nią z nadzieją. - A wy?  

- My nic. Ale widząc was biegnących w stronę baraku pomyślałam, Ŝe moŜe odkryliście 

coś nadzwyczajnego i chcecie jak najprędzej podzielić się ze wszystkimi wiadomością. 

- Uciekaliśmy przed wiatrem - powiedział Joe uśmiechając się. 

- Przed wiatrem? - Robert Gordon uniósł brwi. - Dlaczego? Powiedziałbym nawet, Ŝe 

przydałby  się  mały  wietrzyk.  Jest  potwornie  duszno.  Tam,  wewnątrz  -  wskazał  górę  -  jest  o 

wiele  przyjemniej.  Naturalna  klimatyzacja.  Nie  rozumiem,  po  co  Włosi  wybudowali  tę 

drewnianą budę, mając pod ręką takie znakomite, naturalne mieszkania? 

Zaczęli iść wszyscy czworo w stronę baraku. 

- Prawdopodobnie dlatego, Ŝe człowiek niechętnie powraca do warunków, z których się 

wyzwolił.  Ludzkość  parę  tysięcy  lat  temu  opuściła  jaskinie  i  bardzo  polubiła  przestronne, 

stojące w słońcu domy. 

Domawiając tych słów, Karolina uniosła rękę i zaczęła nią wymachiwać ku postaciom 

stojącym przed drzwiami baraku. 

- Jesteśmy w komplecie. Mary i John juŜ wrócili. 

Profesora  zastali  w  jadalni,  rozpakowującego  podręczne  laboratorium  fotograficzne. 

Oparł o ścianę statyw i podszedł do stołu. 

- Siadajcie! - powiedział i wskazał im krzesła. - Jakie wnioski? 

-  JeŜeli  o  mnie  chodzi  -  Mellow  wzruszył  lekko  ramionami  -  to  najprawdopodobniej 

jestem  za  gruby,  Ŝeby  przeprowadzać  tego  rodzaju  badania.  Wszedłem  do  obrzydliwego, 

ś

liskiego, wznoszącego się w górę korytarza, który w pewnej chwili stał się dla mnie za wąski. 

Po prostu, nie mogłem się przecisnąć ani o pół kroku dalej. Korytarz nie  kończył się w tym 

miejscu,  ale  prowadził  bez  przerwy  pod  górę.  Tyle  mogłem  stwierdzić  przy  pomocy  latarki. 

Odchodziła  zresztą  z  tego  miejsca  jeszcze  jedna  odnoga,  niska,  kręta  i  bardzo  stroma. 

Przeszedłem kawałek tego drugiego korytarzyka na czworakach, ale przyznaję, Ŝe bałem się 

background image

posuwać  w  zupełnej  ciemności,  niemal  głową  w  dół,  nie  mając  nikogo,  kto  by  mnie 

asekurował.  Poza  tym  skała  jest  tam  krucha  i  wszędzie  leŜy  pełno  odłamków.  To  chyba 

wszystko.  Oczywiście  nie  zauwaŜyłem  Ŝadnych  śladów  bytności  człowieka,  poza  jakimiś 

napisami włoskimi przy wejściu. Niestety, nie umiem po włosku. 

RozłoŜył przepraszającym gestem ręce, zdjął okulary i zaczął przecierać je chusteczką. 

-  A  wy?  -  Pamela  wzięła  do  ręki  otwarty  notes,  leŜący  przed  Gordonem.  -  Mieliśmy 

bardzo podobną drogę. Weszliśmy w wąski, takŜe prowadzący pod górę korytarz, który potem 

zrobił  się tak  ciasny,  Ŝe  Robert  nie  mógł  pójść  dalej.  Ja  przecisnęłam  się,  asekurowana  liną. 

Korytarz od tego miejsca opada w dół i zakończony jest prawie okrągłą komnatą o wysokim 

sklepieniu, w którym widać czarne otwory prowadzące w górę. Kapało stamtąd okropnie. Cała 

ta wyspa jest poryta jak kretowisko. Starałam się na miejscu naszkicować naszą trasę w dwóch 

rzutach. - Podsunęła profesorowi notes. - To wszystko. 

- Nie napotkaliście Ŝadnych śladów działalności człowieka? 

-  Napotkaliśmy  tylko  wodę  i  wilgoć,  pozostałe  po  okresie  ulewnych  deszczów.  - 

Gordon był najwyraźniej zniechęcony. - WyobraŜani sobie, co się tam wtedy dzieje! Wewnątrz 

szumią pewnie potoki i góra przypomina kolosalną konewkę. JeŜeli był tu kiedykolwiek jakiś 

przybytek kultowy, niewiele z niego chyba pozostało. Ale bardzo wątpię, Ŝeby tu istniało coś 

takiego.  Kreteńczycy  mieli  dobrych  architektów  i  rozwiniętą  sztukę  inŜynieryjną.  Nie 

wprowadzaliby chyba swojej bogini do tak kruchego, wilgotnego mieszkania. 

SpostrzeŜenia Mary Sanders i profesora nie odbiegały specjalnie od dwóch pierwszych 

relacji.  Góra  była  mokra,  wnętrze  jej,  jak  stwierdził  profesor,  składało  się  z  wapiennego 

masywu, wydźwigniętego ongi ponad  fale i od tego  czasu kruszonego  w  ciągu milionów lat 

nieustannymi  atakami morza i spływającej wody deszczowej. 

- To nie będzie prosta sprawa, jeŜeli nie uda nam się od razu opracować metody badań, 

która  umoŜliwi  eliminację  niepotrzebnego  wysiłku  -  dokończył  Lee.  -  Obawiam  się,  Ŝe  bez 

pomocy szczęśliwego przypadku moŜemy cały pobyt na wyspie spędzić, penetrując na chybił 

trafił wnętrze tych grot i korytarzy, których jest o wiele więcej, niŜ moŜna sądzić na pierwszy 

rzut oka. Na to, oczywiście, nie moŜemy sobie pozwolić. Zresztą, na szczęśliwe przypadki nie 

wolno nam liczyć, bo zdarzają się one zwykle dopiero wtedy, kiedy ma się opracowaną metodę 

działania. Ale dla porządku chcielibyśmy jeszcze dowiedzieć się, co widzieli Karolina i pan... 

Nie dokończył. Od strony morza znowu nadbiegło wysokie, zawodzące wycie. Szyby 

baraku zadygotały, po dachu przeleciało głębokie dudnienie i wszystko ucichło. 

- Co to jest? - Pamela zerwała się z krzesła. 

- Wiatr. - Joe takŜe wstał i podszedł do okna. - To juŜ drugie uderzenie. 

background image

Podmuch  wichury  i  tym  razem  minął  prawie  tak  szybko,  jak  się  pojawił.  Profesor 

machnął ręką, jak gdyby opędzając się przed muchą. Najwyraźniej wiatr obchodził go tylko o 

tyle, o ile potrafił zakłócić mu bieg myśli. Stojący przy oknie Joe odwrócił się plecami do szyby 

i zapalając papierosa zauwaŜył, Ŝe Lee zerka w notes Pameli Gordon. 

-  Najgorsze  jest  na  razie  to,  Ŝe  brak  w  naszej  ekipie  doświadczonych  speleologów, 

którzy  potrafiliby  w  Stosunkowo  krótkim  czasie  zbadać  wiele  korytarzy  pionowych  bądź 

zalanych wodą. Bez tego trudno nam będzie zorientować się w tym labiryncie. - Lekko uderzył 

otwartą dłonią w notes i uśmiechnął się na widok Karoliny, która po jego ostatnich słowach 

otworzyła usta. - Zaraz, moje dziecko. Wiem, co chcesz powiedzieć. I ja dochodzę do wniosku, 

Ŝ

e wysepka taka jak Keros mogła być uznana przed tysiącami lat za prawdziwy labirynt. Mamy 

przecieŜ ten papirus Perimosa, który na pewno jest autentyczny, a informacje w nim zawarte 

coraz  bardziej  wydają  mi  się  prawdopodobne.  Oczywiście  nie  wiem,  czy  znajdziemy  Panią 

Labiryntu.  Nie  wiem,  czy  ocalała,  a  z  nią  miejsce,  w  którym  przebywała.  Mogło  się  ono  po 

prostu zawalić i posąg spoczywa teraz pod tysiącami ton skały. Mogło jej tu nigdy nie być. Ale 

rezygnować nam nie wolno i... 

Znowu urwał, gdyŜ do jadalni wszedł Eleftorios Smytrakis. 

- Jak tam pogoda? - zapytał Mellow. 

- Za dwie, trzy godziny zacznie się prawdziwy wiatr. - Młody Grek rozejrzał się. - A 

gdzie jest ten pan, który poszedł na ryby? 

- BoŜe! - zawołała Mary. - Gdzie jest Simon? Pamela Gordon bez słowa uniosła głowę i 

spojrzała na Smytrakisa. 

- Proszę się nie niepokoić - latarnik zawrócił i szybko ruszył ku wyjściu. - Rybacy nigdy 

nie wracają punktualnie - Uśmiechnął się, ale mimo to jeszcze przyspieszył wychodząc. 

Wstali wszyscy i podeszli do okien. Grek przecinał wyspę, biegnąc w stronę urwiska, 

potem zatrzymał się nad krawędzią przepaści i rozglądał przez chwilę. Wreszcie odwrócił się, 

skinął głową i, jak gdyby nie był pewien, Ŝe zrozumieją ten gest, rozłoŜył szeroko ręce i z wolna 

opuścił je kilkakrotnie ruchem, który oznaczał: „uspokójcie się, jest tam". Pochylił się i zniknął 

za krawędzią urwiska. 

- Wszystko w porządku - profesor zawrócił od okna. - O czym to mówiliśmy? A tak, o 

naszych szansach. A więc... 

Joe spojrzał kątem oka na Pamelę Gordon, która stała wyprostowana obok swego męŜa. 

MoŜe  to  było  przywidzenie,  ale  wydało  się  Alexowi,  Ŝe  twarz  jej  wyraźnie  pobladła  pod 

powłoką świeŜej opalenizny. 

- Hej! - dobiegło słabe wołanie od strony brzegu, zagłuszone ogromnym, monotonnym 

background image

głosem fal. Caruthers wygramolił się na skraj urwiska, tuŜ za nim wspiął się Smytrakis, który, 

gdy stanęli juŜ obaj na płaszczyźnie, podał Anglikowi jakiś podłuŜny przedmiot. 

- Hej! 

Caruthers  zbliŜał  się  ku  nim  wielkimi  krokami,  wymachując  wędką  i  trzymanym  w 

drugiej  ręce  przedmiotem,  w  którym  juŜ  po  chwili  rozpoznali  wielką  rybę  dość  osobliwego 

kształtu. Przewieszona przez ramię idącego płócienna torba kołysała się gwałtownie. 

ZbliŜył się, zniknął za barakiem, drzwi wejściowe trzasnęły, usłyszeli energiczne kroki i 

pojawił się przed nimi. Był zdyszany. 

- Czy widzicie?! - zawołał, gwałtownie chwytając oddech. - Będzie z tego kolacja dla 

wszystkich, a jeszcze zostanie coś niecoś dla Pani Labiryntu! 

-  Wszystko  pięknie  -  powiedziała  Mary  Sanders  -  ale  dlaczego  się  spóźniasz?  Wiesz 

przecieŜ, Ŝe... 

Nie pozwolił jej dokończyć. 

- Dajcie mi dojść do słowa! - Zamachał rękami. Płócienna torba podskoczyła, martwa 

ryba podfrunęła ocięŜale i opadając klasnęła o jego nagie udo. - Zszedłem tam i łowiłem, przez 

cały czas patrząc na zegarek, tym bardziej Ŝe schwytałem ją juŜ przed godziną! - Znowu uniósł 

rybę i opuścił. - Ale wyobraźcie sobie, Ŝe ta przeklęta wyspa to prawdziwy labirynt, nawet na 

zewnątrz! Zaczął się odpływ, mizerny, co prawda, i odsłonił kilka przybrzeŜnych głazów, które 

przedtem  były  schowane  pod  wodą.  Pomyślałem  sobie,  Ŝe  naleŜy  wyjść  rybom  naprzeciw  i 

skacząc  z  kamienia  na  kamień  oddaliłem  się,  moŜe  o  kilkadziesiąt  kroków,  od  miejsca,  w 

którym zszedłem w dół. Zresztą przez cały czas pamiętałem doskonale, gdzie się ono znajduje. 

Pan  Smytrakis  pokazał  mi  nawet  taką  osobliwą,  czerwonawą  skałkę,  od  której  powinienem 

rozpocząć wchodzenie, cały czas w lewo i pod górę. Zresztą droga tam jest zupełnie wyraźna i 

podczas  schodzenia  nie  wydała  mi  się  niebezpieczna.  Trzeba  było  tylko  uwaŜać  na  punkty 

oparcia dla nóg. No i wyobraźcie sobie: spoglądam na zegarek, widzę, Ŝe czas nadchodzi, idę 

więc  prosto  ku  wyspie,  po  tych  samych  kamieniach,  po  których  szedłem  poprzednio.  I  co 

powiecie? Stanąłem, a przede mną pionowa ściana i Ŝadnej drogi pod górę! Dwa razy starałem 

się podejść w miejscach, które wydawały się mniej strome. I nic. Ściana stawała się po chwili 

gładka,  prostopadła,  zawracałem.  Nie  uwierzycie,  ale  trwało  to  prawie  godzinę,  póki  pan 

Smytrakis nie pojawił się w górze jak Perseusz i nie uwolnił mnie. - Zwrócił się ku młodemu 

Grekowi,  który  z  uśmiechem  słuchał  jego  dramatycznej  relacji.  -  Dziękuję  panu!  Naprawdę 

dziękują!  Ale  juŜ  wydrapałem  scyzorykiem  krzyŜyk  na  kamieniu  i  nie  będę  więcej  pana 

niepokoił. Sam trafię! Która z was, dziewczęta,  potrafi przyrządzać ryby? Macie. A ja tylko 

umyję się i zaraz wracam. 

background image

Z rozmachem podał umarłe stworzenie Karolinie, która odwaŜnie ujęła rybę za ogon i 

zwaŜyła ją w dłoni. 

-  Nie  rozumiem,  jak  moŜna,  łowić  ryby?  -  powiedział  półgłosem  Robert  Gordon, 

pochylając się ku Ŝonie. - Zabijanie dla przyjemności powinno być zabronione. 

- Mówisz tak, bo nie lubisz ryb. - Pamela uśmiechnęła się. 

Eleftorios Smytrakis zwrócił się do profesora. 

- Chciałem państwa uprzedzić, Ŝe musicie pozamykać teraz okiennice we  wszystkich 

pokojach.  Wielkie  uderzenie  wiatru  przychodzi  zwykle  niespodziewanie  i  mogłoby 

powyrywać okna. 

-  Powyrywać  okna?  -  Caruthers  zatrzymał  się  przy  drzwiach  i  spojrzał  na  niego  z 

niedowierzaniem. - Czy pan trochę nie przesadza? 

- Nie. - Grek uśmiechnął się. - PrzeŜyłem tu juŜ kilka takich burz powietrznych. Zresztą, 

mam  takie  instrukcje  -  rozłoŜył  ręce.  -  Jestem  odpowiedzialny  za  stan  urządzeń  na  wyspie. 

Kabel elektryczny biegnie z latarni do baraku pod ziemią i jest zabetonowany w skale, tak Ŝe 

nie  trzeba  obawiać  się  zerwania  przewodów.  Światło  nie  zgaśnie.  Kiedy  wiatr  ustanie, 

natychmiast dam znać. 

-  Oczywiście,  oczywiście  -  profesor  wstał.  -  Nie  mamy  najmniejszego  zamiaru 

utrudniać panu pełnienia obowiązków. Kiedy spodziewa się pan burzy? 

- Pierwsze pojedyncze podmuchy juŜ przeszły, ale zwykle następują one na długo przed 

prawdziwym uderzeniem. Sądząc z tego, co mi podano przed kwadransem przez radio, mamy, 

mniej więcej,  godzinę czasu. Muszę teraz wrócić  do radiostacji. Ale moŜe najpierw pomogę 

przy zamykaniu tych okiennic? 

- Nic podobnego! Dziękujemy! Zaraz sami to zrobimy! - Mellow podniósł się szybko z 

miejsca. 

-  Aha,  i  jeszcze  jedno.  -  Smytrakis  podszedł  ku  drzwiom.  -  Proszę  pamiętać  o 

zabezpieczeniu drzwi wejściowych. Nie są za mocne i dlatego posiadają od zewnątrz sztabę, na 

którą je zamykam w tych okolicznościach. Ale w tej chwili, kiedy państwo jesteście w środku, 

nie mogę tego zrobić. Myślę, Ŝe naleŜy je podeprzeć jednym albo dwoma duŜymi kamieniami. 

Zaraz je przyniosę... 

Joe ruszył od okna, ale Caruthers wyprzedził go. 

-  Zaraz  to  wszystko  załatwimy  i  pozamykamy  okna!  Jest  pan  najuprzejmiejszym 

latarnikiem na świecie, ale nie moŜemy dopuścić do tego, Ŝeby pobyt grupki Anglików na tej 

wyspie stał się dla pana Ŝywiołową klęską! 

Słowa jego sprawdziły się, chociaŜ w tej chwili nie przypuszczał tego nikt z obecnych 

background image

na wyspie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 „Dlaczego poszedł?..." 

 

- BoŜe, jak tu gorąco! - Mary wstała i podeszła do okna. - Czy nie moŜna by otworzyć na 

chwilę? Okiennice są przecieŜ zaryglowane od zewnątrz, a okna otwierają się do środka. 

- Tak, proszę bardzo. - Profesor otarł pot z twarzy ogromną niebieską chustką. 

Mary otworzyła okno i powróciła na miejsce. Siedzieli wszyscy skupieni wokół stołu, 

na którym leŜał, przypięty pluskiewkami, szkic wyspy Keros. 

Mellow, który zamilkł, kiedy dziewczyna wstała, podjął teraz przerwaną myśl. 

-  śadna  świątynia,  nawet  najbardziej  dyskretnie  ukryta,  nie  moŜe  mieć  dostępu 

wyłącznie  z  powietrza  -  uśmiechnął  się  mimo  woli  -  poniewaŜ,  jak  wiemy,  świątynie  słuŜą 

ludziom, a nie ptakom... Dlatego, chociaŜ pan profesor miał oczywiście słuszność mówiąc, Ŝe 

mogła do którejś z tych jaskiń prowadzić droga, która z biegiem czasu uległa zniszczeniu, my 

moŜemy załoŜyć tylko jedno: Ŝe przybytek Pani Labiryntu, jeŜeli istniał kiedykolwiek, musiał 

być  dostępny  dla  zwykłych  śmiertelników.  Pamiętajmy,  jak  potwornie  niegościnna  musiała 

wydawać się ówczesnym ludziom ta absolutnie niedostępna wysepka, nie posiadająca Ŝadnej 

przystani,  o  skalistych,  prostopadłych,  najeŜonych  rafami  brzegach.  JuŜ  to  samo  było  w 

pewnym stopniu rękojmią bezpieczeństwa bogini. O ile ktoś nieproszony wylądowałby jednak, 

to opierając się na wskazówkach naszego papirusu, moŜemy przypuszczać, Ŝe zgubiwszy się 

wśród skalnych korytarzy, napotkałby otchłań, zanim udałoby mu się odnaleźć właściwą drogę 

do przybytku. Tym niemniej, kapłani  Pani  Labiryntu  nie  wpadali  w   tę   otchłań, prawda? A 

nie  naleŜy  zakładać,  Ŝe  byli  to  akrobaci,  umiejący  posuwać  się  godzinami  bez  asekuracji  po 

niewidocznych  gzymsach  skalnych  albo  wędrować  na  czworakach  mokrymi  tunelikami  pod 

kruchym  stropem.  Zresztą  przybytek  tego  rodzaju  na  pewno  ozdobiony  był  w  jakiś  sposób, 

musiał  posiadać  posąg  bogini  i  inne  akcesoria,  które  napotykamy  w  podobnych  miejscach. 

Wszystkie te przedmioty trzeba było tam jakoś przetransportować. 

-  Nie  wspominając  juŜ  o  tym,  Ŝe  skoro  papirus  stwierdza  brak  uprawy  i  hodowli  na 

wysepce,  kapłani  musieli  regularnie  otrzymywać  transporty  Ŝywności  -  Gordon  wzruszył 

nieznacznie ramionami. - ZałoŜywszy nawet, Ŝe Kreteńczycy byli znakomitymi Ŝeglarzami, nie 

wyobraŜani sobie, aby... 

Urwał.  Okiennica  zadygotała.  Wicher  zawył  nad  domem  ostro,  przycichł  i  wybuchł 

znowu. Powietrze w pokoju drgnęło, Joe uczuł na twarzy ciepły, gwałtowny powiew. 

- Czy zamknąć okno? - zapytał Mellow wstając. 

background image

- Nie! Jest bardzo przyjemnie! - powiedziały prawie jednocześnie Mary i Pamela. 

Karolina podeszła do okna. Wicher znowu zawył, tym razem bardziej przeciągle. 

- Ciemno juŜ - powiedziała przykładając oko do szpary. - Gwiazdy świecą. 

Wiatr znowu wybuchnął gwałtownie i ucichł zupełnie na chwilę. 

-  Jestem  trochę  zaniepokojony  -  powiedział  Gordon  pochylając  się  do  Ŝony.  - 

Chciałbym załoŜyć dodatkowe cumy na „Pameli". 

- PrzecieŜ nic się jej nie moŜe stać. 

- Nie wiem. - Podniósł głos, gdyŜ wiatr wzmógł się znowu. - Nie znam tej przystani. 

Gdyby  morze  się  rozkołysało,  fala  mogłaby  uszkodzić  burtę.  WyłoŜę  ochraniacze  na  burty, 

dam na wszelki wypadek jeszcze dwie liny, od rufy i od dziobu, i będę mógł zasnąć spokojnie. 

Wstał. Wiatr załomotał w okiennicę, ucichł i znów uderzył, tym razem jednak mocniej 

niŜ poprzednio. Barak zadrŜał lekko.  

- UwaŜaj na siebie - Pamela potrząsnęła głową. - Jest juŜ ciemno. 

- Mogę pójść z panem. - Joe takŜe wstał. 

- Nie, dziękuję bardzo. Mam tu latarkę. Za piętnaście minut będę z powrotem. Nie ma 

tam pracy dla dwóch ludzi. 

Caruthers takŜe uniósł się z miejsca. 

- Zamknę za tobą i ubezpieczę drzwi tymi kamieniami. Wracając, zapukaj w okiennicę. 

Otworzymy ci. 

- Dobrze! 

Ruszyli  obaj  ku  drzwiom  prowadzącym  do  korytarza.  Kiedy  zamknęły  się  za  nimi, 

Mary powiedziała do Pameli: 

- Za nic w świecie nie chciałabym nocą zejść na tę przystań. 

Jakby  dla  dopełnienia  jej  słów  wiatr  ze  świstem  uderzył  w  okna.  Podmuchy  rosły  z 

kaŜdą chwilą. W dali trzasnęły drzwi wejściowe. 

- No, ale wróćmy do rzeczy - profesor uśmiechnął się. - Gordon, zdaje się, nie wierzy, 

aby mogła tu kiedykolwiek być świątynia Pani Labiryntu. 

Caruthers wszedł i usiadł za stołem. 

- Wieje! - stwierdził z satysfakcją. - Ale nie tak strasznie, jak przypuszczał ten Grek. 

Przepraszam bardzo, panie profesorze, przerwałem panu. 

Karolina powoli podeszła do stołu. 

- PoniewaŜ w pewien sposób poczuwam się do odpowiedzialności za sprowokowanie 

tej trochę zaimprowizowanej wyprawy, bo namawiałam zespół do przyjazdu tutaj, proponuję, 

abyśmy  okazali więcej  entuzjazmu. W przeciwnym razie sami sobie tylko przeszkodzimy w 

background image

pracy. Według mnie pytać musimy nie o to, czy jest tu przybytek Pani Labiryntu, ale gdzie on 

się znajduje? Na mówienie o tym, Ŝe go nie ma, będzie dosyć czasu, kiedy rzeczywiście nie 

natrafimy na Ŝaden ślad pobytu Kreteńczyków tutaj. 

Przez  szpary  w  okiennicy  wpadł  z  sykiem  następny  podmuch.  Papiery  leŜące  obok 

szkicu wyspy uniosły się na stole. Mellow nakrył je łokciem. 

- Zamknij okno - szepnął do Caruthersa, który zerwał się z krzesła. 

Alex zapalał w tej chwili papierosa. Usłyszał dźwięk zamykanego okna, a później kroki 

powracającego Caruthersa. Zgasił zapałkę. Profesor chrząknął i wskazał palcem plan. 

- Chciałbym... - powiedział i umilkł nagle. 

Joe, siedzący pomiędzy  profesorem i pustym krzesłem, za którym stała  Karolina, nie 

usłyszał  nic,  ale  znieruchomiał,  ogarnięty  uczuciem  absolutnej  nierzeczywistości  tego,  co 

zaczęło  się  nagle  dziać  naokół.  Uniósł  oczy  i  zauwaŜył,  Ŝe  wszyscy  inni  takŜe  zamarli  w 

bezruchu. 

Było  to  tak,  jak  gdyby  ogromne,  niewidzialne  zwierzę  podeszło  do  ściany  baraku  i 

zaczęło przeć w nią, nie ustępując i nie zwalniając nacisku na ułamek sekundy. Parcie rosło, 

ś

ciany  i  szyby  zaczęły  dygotać  cichuteńko,  dach  szeleścił,  a  na  zewnątrz  dopiero  teraz 

zabrzmiał równomierny, rosnący głos, który nie przypominał Alexowi Ŝadnego znanego dotąd 

dźwięku. 

- Co... co to jest? - zapytała cicho Pamela Gordon. 

-  To  zapewne  jest  ten  wiatr  w  całej  okazałości  -  powiedział  Mellow  spokojnie.  I  jak 

gdyby  słowa  jego  złamały  zaklęcie  trzymające  na  wodzy  demona,  wicher  nagle  załamał  się, 

ucichł, a potem zawył przeraźliwie nad wyspą i uleciał ku morzu. Natychmiast o barak uderzyła 

ze świstem następna fala powietrza, a po niej nowe. 

-  Rozszarpie  tę  nieszczęsną  budę!  -  Mellow  spojrzał  mimo  woli  w  kierunku 

zabarykadowanych okien. Kobiety milczały. 

-  Ten  barak  wytrzymywał  juŜ  większe  nawałnice  i  nic  mu  się  nie  stało!  -  Caruthers 

wzruszył ramionami. 

Siedzieli przez chwilę w milczeniu, wsłuchani w rosnące i opadające wycie wichury, do 

którego dołączył się inny głos, głęboki, ogromny i groźny. To morze gnane falami rozszalałego 

powietrza rozpoczęło szturm na wyspę Keros. Pamela spojrzała na zegarek. 

- Gdzie jest Robert? Powinien juŜ być z powrotem. 

-  MoŜe  zaszedł  do  latarni  Smytrakisa?  To  przecieŜ  po  drodze.  Na  pewno  chce  nam 

przynieść  wiadomość  o  pogodzie.  -  Mellow  przytaknął  sobie  ruchem  głowy.  Nikt  nie 

odpowiedział. Siedzieli przez chwilę zasłuchani. Barak, a z nim cała wyspa, zdawały się trzy-

background image

mać na włosku. Joe miał  nonsensowne uczucie,  Ŝe jeszcze chwila, a wszystko uleci, runie   i   

zniknie w ogromnym chaosie czarnej, bezkresnej otchłani.  

- Nie czekając na powrót Roberta - powiedział Mellow - moŜemy stwierdzić, Ŝe trzeba 

przyjąć jakiś zupełnie specjalny system przeszukiwania tej wyspy.  Chodzenie  od jaskini  do  

jaskini    niewiele    nam  da,  gdyŜ:  po  pierwsze,  mamy  za  mało  czasu,  Ŝeby  je  wszystkie   

przeszukać,   a   po   drugie,   metoda   taka sprzeczna jest po prostu ze zdrowym rozsądkiem. To 

tak, jak gdyby ktoś zaproponował przekopanie całego Egiptu w poszukiwaniu jednej mumii... 

- Tak... Zapewne masz słuszność, Johnie. - Profesor wydawał się roztargniony. On takŜe 

spojrzał na zegarek. - Zaczekajmy moŜe z dyskusją do chwili nadejścia Roberta. Zaraz powi... 

Wiatr  zatrząsł  domem.  Szyby  jęknęły  unisono.  Od  morza  szedł  teraz  ogromny, 

równomierny huk. 

-  Zdaje  się,  Ŝe  ten  wiatr  rośnie  -  powiedział  Caruthers.  -  Robert  moŜe  mieć  kłopoty. 

Pamela wstała. Była bardzo blada. 

- Dlaczego poszedł w taką pogodę? Zawsze jest taki uparty - rozłoŜyła bezradnie ręce. - 

A moŜe... moŜe byśmy wyszli mu na spotkanie? 

- Oczywiście! - Alex zerwał się z miejsca. Choć nie sądził, aby dla dorosłego, uwaŜnego 

męŜczyzny droga ku przystani przedstawiała specjalne niebezpieczeństwo, był zaniepokojony, 

gdyŜ  Gordon  nie  wyglądał  na  człowieka  o  wielkiej  odporności  fizycznej  i  wydawał  się 

najwątlejszy z wszystkich przebywających na wyspie męŜczyzn. 

- Ja pójdę. JeŜeli pan Gordon ma jakieś kłopoty z jachtem, spróbuję mu pomóc i za kilka 

minut wrócimy. Po drodze odwiedzę latarnię. MoŜe rzeczywiście mąŜ pani zaszedł tam, Ŝeby 

dowiedzieć się od Smytrakisa, jaką pogodę na jutro przewidują meteorologowie? 

Ruszył ku drzwiom. 

- Niech pan zaczeka. - Mellow zbliŜył się ku niemu. - Pójdziemy razem. 

- Idźmy wszyscy! - zawołała Mary z trochę udaną wesołością. Niespokojnie zerknęła na 

Pamelę. - Okropnie nie lubię siedzieć, denerwować się i wyobraŜać sobie Bóg wie co, kiedy 

inni  zupełnie  spokojnie  siedzą  sobie  w  latarniach  morskich  i  omawiają  prognostyki  pogody. 

Pamela na pewno teŜ chce iść? Prawda, Pamelo? 

- Mary ma słuszność. Oczywiście, idźmy wszyscy. 

Profesor skinął głową, lecz i w jego głosie, pomimo pozornej niefrasobliwości, przebijał 

niepokój. 

Ruszyli grupką ku drzwiom i razem przeszli korytarz. 

- Zaczekajcie! - Karolina zawróciła. - Te przeklęte latarki! 

Wpadła do jadalni i po chwili ukazała się, niosąc całe naręcze lśniących, wydłuŜonych 

background image

reflektorów i przyciskając je obu dłońmi do piersi. 

Caruthers odsunął kamień i przekręcił klucz w zamku. 

- Uwaga! - otworzył szeroko połowę drzwi. - Przechodźcie kolejno! Zamknę za wami!... 

- Ostatnie jego słowo zagłuszył ryk wichury. 

Joe  pochylił  głowę  i  pierwszy  przekroczył  próg.  Uderzenie  wiatru  było  tak  silne,  Ŝe 

omal nie stracił równowagi. Trzymając się framugi drzwi, odwrócił się i podał rękę Karolinie. 

Blacha na dachu baraku dudniła głucho piekielnym werblem, niknącym prawie pośród łoskotu 

morza i wichru. 

Kolejno wychodzili, trzymając się mocno za ręce, i stanęli pochyleni tuląc się ku sobie, 

zupełnie zdezorientowani w pierwszej chwili. Caruthers mocował się z drzwiami, wreszcie z 

pomocą Mellowa zamknął je i przekręcił klucz w zamku. 

Joe rozejrzał się mruŜąc oczy. Wiatr oślepiał go niemal. Z mimowolnym zdumieniem 

dostrzegł, Ŝe na pogodnym niebie świecą wszystkie gwiazdy. Latarni nie było stąd widać, gdyŜ 

zasłaniał  ją  barak,  lecz  wędrująca  smuga  światła  co  kilkanaście  sekund  zamiatała  płaską 

powierzchnię wyspy i uderzając w ciemny masyw góry nikła, aby po chwili znowu się pojawić. 

Tam  gdzie  nie  sięgał  blask  potęŜnego  reflektora,  podnóŜe  góry  tkwiło  w  gęstej  ciemności. 

Tylko z trudem Joe dostrzegł ciemniejszy nieco, leŜący w odległości kilkudziesięciu kroków od 

baraku otwór najbliŜszej i najniŜej połoŜonej jaskini. 

Ale  wszystkie  te  obserwacje  trwały  ułamek  chwili.  Poprzez  wycie  wiatru  dotarł  do 

niego głos Caruthersa, który krzyczał na całe gardło, stojąc tuŜ przy nich. Mimo to Joe bardziej 

domyślał się, niŜ rozumiał to, co młody uczony chciał powiedzieć. 

 - Razeeem!... Tędyyy!!... Obok latarniii...  

Ruszyli trzymając się za ręce, zgięci wpół.  

Za  rogiem  budynku  wicher  uderzył  w  nich  z  całym  rozmachem.  Było  gorąco,  tak 

gorąco, Ŝe po krótkiej chwili Joe poczuł, Ŝe koszula lepi mu się do ciała. Zgięty  wpół, bijąc 

pochyloną głową w masy pędzącego powietrza i przedzierając się przez nie, jak przez gęstą, 

rwącą  rzekę,  szedł  pierwszy,  ściskając  dłoń  Karoliny,  która  z  kolei  trzymała  dłoń  Mellowa. 

Ostatni w łańcuchu Caruthers zaświecił latarkę, ale zaraz zgasił ją, gdyŜ wędrujący blask latarni 

morskiej oświetlał drogę tak, Ŝe najdrobniejsze załamania gruntu widoczne były niemal jak w 

dzień. 

Szli w milczeniu. Mówić nie było moŜna, lecz Joe wiedział, Ŝe wszyscy pozostali zdają 

juŜ sobie w tej chwili sprawę, jak bardzo lekkomyślnie postąpił Robert Gordon idąc samotnie 

ku  przystani.  Nie  było  go  nigdzie  widać.  Czując  rosnący  niepokój  przyspieszył,  pociągając 

innych za sobą. Za barakiem wiatr omal nie rzucił ich o ziemię. Prawie na czworakach skręcili 

background image

ku  latarni.  Wiatr  bił  teraz  z  boku  i  Alex  dokonywał  przy  kaŜdym  kroku  nadludzkich  niemal 

wysiłków, Ŝeby nie dać się zepchnąć z wyznaczonego kierunku. 

Po chwili chwycił z ulgą za klamkę niskich, stalowych drzwi, nad którymi obracała się 

potęŜna smuga światła osadzona w wirującej równomiernie, oszklonej kopułce. 

Po  krótkiej  walce  z  drzwiami  otworzył  je  gwałtownie.  Wszedł,  wciągając  za  sobą 

Karolinę. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY  

Zmącony spokój Pani Labiryntu

 

 

Drzwi  zatrzasnęły  się.  Stali  stłoczeni,  trzymając  się  za  ręce,  jak  gdyby  nadal  jeszcze 

walczyli z wiatrem, który pozostał za grubymi murami latarni. 

Eleftorios Smytrakis zdjął z uszu słuchawki. Siedział za długim stołem i patrzył na nich 

ze zdumieniem. Jego uzbrojona w ołówek ręka nadal biegła odruchowo po papierze, stawiając 

kabalistyczne znaki kodu. Alex przez chwilę poruszał ustami, nie mogąc wypowiedzieć słowa. 

Cisza  oszołomiła  go.  Kamienne  mury  i  podwójne  szyby  okien  latarni  odcięły  grupkę 

przywykłych od ryku fal i wichury tak dalece, Ŝe dopiero po pewnym czasie usłyszał głuche 

dudnienie morza. 

- Co się stało? - zapytał Smytrakis wstając. 

- Pan Gordon poszedł przed półgodziną do przystani i nie wrócił. Mieliśmy nadzieję, Ŝe 

jest u pana. - Joe zawahał się. - Czy nie było go tutaj? 

- Nie. - Smytrakis potrząsnął głową. - Nie powinien był tam iść sam. 

Na  twarzy  jego  pojawił  się  wyraz  tak  gwałtownego  zaniepokojenia,  Ŝe  Joe  szybko 

powiedział: 

- Zaraz tam pójdziemy. Na pewno jest na pokładzie jachtu i czeka, aŜ wichura ustanie. 

Martwił się o to, czy wiatr nie zerwie lin cumujących. 

Smytrakis załoŜył słuchawki i powiedział coś po grecku do małego mikrofonu. Czekał 

chwilę, potem znów powiedział kilka słów. Zdjął słuchawka. 

- Niestety, nie mogę stąd odejść. - Był najwyraźniej zdenerwowany. - Muszę co pięć 

minut  meldować  gotowość  stacji  i  urządzeń  latarni.  Ale  tam  trzeba  zaraz  iść.  MoŜe  upadł  i 

potrzebuje pomocy? Tam jest bardzo niebezpiecznie przy zejściu, kiedy wieje ten wiatr. 

Umilkł. Nikt z obecnych nie odezwał się. Stojący na stole aparat telegraficzny szumiał 

cicho wysnuwając z siebie białą smugę papieru. Smytrakis odruchowo oderwał koniec pasma 

nadchodzących depesz i nie patrząc zaczął przesuwać papier w palcach. 

- Proszę mnie zawiadomić, kiedy pan Gordon się znajdzie, dobrze? - powiedział trochę 

bezradnie. - Ja... ja nie mogę stąd odejść. My składamy przysięgę. Tam, na morzu - wskazał 

okno, za którym w ciemności przesunęła się smuga blasku latarni - teŜ ktoś w tej chwili moŜe 

być w niebezpieczeństwie. Zresztą jest czterech męŜczyzn. Panowie tam traficie, prawda? Stąd 

na lewo ścieŜką. Jest wydeptana i widać ją wyraźnie. 

- Chodźmy! - Alex odwrócił się na pięcie. - Zawiadomimy pana natychmiast, kiedy pan 

background image

Gordon się odnajdzie. Zresztą moŜe juŜ idzie do baraku?... 

Uśmiechnął  się  ku  młodemu  męŜczyźnie,  który  znów  usiadł  za  stołem  i  nasunął 

słuchawki, ale patrzył na nich z niepokojem, gdy kolejno wychodzili, zanurzając się ponownie 

w ryku nawałnicy. 

ChociaŜ  trudno  to  było  sobie  wyobrazić,  wiatr  wzmógł  się  jeszcze.  Biała  ścieŜka 

biegnąca do przystani ciągnęła się wyraźną kreską ku krawędzi, spoza której dochodził  głos 

morza. 

-  OstroŜnieeee!  -  Joe  przystanął,  gdy  zbliŜyli  się  na  kilka  kroków  do  krawędzi.  - 

PołóŜcie się! - I nie wiedząc, czy wszyscy go usłyszeli, połoŜył się na ziemi, pociągając za sobą 

Karolinę. 

- Zostań  tu.  - Wolno  podpełznął  ku  krawędzi. 

Gdyby  nie  niepokój  o  Gordona,  musiałby  przyznać,  Ŝe  podobnego  widowiska  teatru 

natury  nigdy  dotąd  nie  oglądał.  W  nikłym  blasku  gwiazd  morze  po  granice  mrocznego 

widnokręgu  było  jedną  ogromną,  huczącą  otchłanią  białych  wirujących  pian,  które  u  stóp 

wyspy strzelały w górę ogromnymi fontannami i jak uwięzione zwierzęta rwały ku przodowi 

wdzierając się na skały. Spojrzał w dół. Za wielką ostrogą skalną, osłaniającą przystań, woda 

była  niemal  spokojna,  ale  mały,  błękitny  jacht,  przycumowany  do  kamiennego  nadbrzeŜa, 

unosił się lekko i opadał w świetle promienia latarki, który zaledwie sięgał tam i rozpływał się 

w otaczającej ciemności. Jacht był nie oświetlony. Dalej, nisko na niebie, doskonale widoczna 

ś

wieciła  spokojna  gwiazda,  wielka  i  jasna.  Obejrzał  się.  Nad  wyspą  przelatywał  w  równych 

odstępach  czasu  blask  latarni  morskiej,  padający  spoza  baraku.  Ogarnęło  go  bezsensowne 

uczucie  zdumienia,  Ŝe  wicher  nie  porywa  tego  blasku  i  nie  niesie  go  w  huczącą  ciemność, 

rozciągającą się poza skrajem urwiska. 

Patrząc na jacht, zrobił latarką kilka kółek w powietrzu i czekał przez chwilę. Karolina 

przyczołgała się i leŜała teraz tuŜ przy nim, dotykając go ramieniem. 

Zrobił jeszcze kilka kółek, odwrócił głowę i zobaczył, Ŝe inni takŜe sygnalizują. LeŜeli z 

głowami wysuniętymi ponad krawędź, tuląc się ku sobie pod podmuchami wichury, które na 

szczęście biegły od strony morza, spychając ich ku lądowi. 

- Nie odpowiada - zawołała Karolina, przykładając mu wargi do ucha. - Co zrobimy, 

Joe? 

Alex  przesunął  zapaloną  latarkę  wzdłuŜ  krawędzi.  Gdzieś  tu  musiał  być  pierwszy  ze 

stopni prowadzących ku przystani. Dostrzegł go w dole, tuŜ obok siebie. 

- Trzeba tam się dostać! - krzyknął i w tej samej chwili pomyślał, Ŝe człowiek, który w 

tych warunkach zechce zejść do przystani i wskoczyć na pokład jachtu, a potem powrócić tą 

background image

samą drogą, zaryzykuje Ŝycie.  

Wiatr ucichł nagle. 

-  Trzeba  tam  zejść!  -  krzyknął  Caruthers  cofając  się  tyłem  na  czworakach.  Wstał.  - 

Pobiegnę po liny! Bez ubezpieczenia nie moŜna tam iść! Czekajcie na mnie! 

Odwrócił się i nisko pochylony pobiegł zataczając się w stronę baraku. Alex podciągnął 

się na dłoniach i opuścił nogi poza krawędź. Wymacał stopień. Wyprostował się przytulony do 

skały, trzymając dłońmi ostrą, wystającą krawędź. 

- Joe! - Karolina krzyknęła tak głośno, Ŝe okrzyk jej przedarł się przez łoskot fal i świst 

wiatru. - Joe! Zaczekaj! 

- Oświecajcie mi drogę! - zawołał, starając się przekrzyczeć nowy podmuch wichury. - 

Schodzę! On moŜe być ranny. Kiedy Caruthers przyniesie liny, zwiąŜcie je! 

Zsunął  się  o  stopień  niŜej,  odwracając  głowę,  gdyŜ  oślepiły  go  promienie  latarek 

skierowane w jego stronę. Przylgnął do sikały, starając się spojrzeć w dół. Szedł przecieŜ tędy 

przed  niewielu  godzinami.  Były  to  wygodne,  kamienne  stopnie,  wykute  równo  w  pionowej 

niemal ścianie i prowadzące prosto do przystani. Teraz szalał na nich huragan. 

Chciał  zrobić  jeszcze  jeden  krok,  ale  wicher  uderzył,  jak  gdyby  czekał  na  to,  i  Joe 

rozpaczliwym wysiłkiem rozpłaszczył się na skale, wbijając palce w gładką, nie dającą oparcia 

powierzchnię. 

NapręŜył  mięśnie.  JuŜ.  Sekunda  względnej  ciszy.  Zrobił  dwa  szybkie  kroki  i  znowu 

przylgnął  do  suchej,  ciepłej  powierzchni  kamienia.  Zerknął  w  górę.  Światła  latarek  były 

bardziej odległe, niŜ przewidywał. Tam w górze leŜała Karolina i spoglądała w przepaść. Ka-

rolina, która znała go od tak dawna, która kochała go i która rozumiała go mniej niŜ ktokolwiek 

z ludzi. MoŜe nie wierzyła, a moŜe po prostu nie dostrzegała tego, Ŝe niebezpieczeństwo jest dla 

niego tym, czym dla innych wypoczynek. A moŜe w jej spokojnym świecie nie było miejsca dla 

niebezpieczeństw i dlatego nie chciała o nich słyszeć? 

Wicher  wył  nieprzerwanie,  dławiąc  oddech  i  uniemoŜliwiając  ruchy.  Alexa  ogarnęła 

cicha radość. Teraz Karolina moŜe zrozumie? Bała się przecieŜ o niego. Wiedział o tym. 

Nowy  potęŜny  podmuch  omal  nie  strącił  go  w  przepaść.  Z  nagłym  zdumieniem 

stwierdził, Ŝe przez chwilę nie myślał o tym, gdzie się znajduje, i zapomniał nawet o Robercie 

Gordonie. Spojrzał w górę. Białe oczy latarek były juŜ daleko. Przytulony do skały przyglądał 

się  drodze,  którą  miał  jeszcze  do  przebycia.  Jacht  był  niespodziewanie  blisko.  Dziesięć... 

jedenaście... dwanaście stopni, które w tym miejscu były nieco szersze i schodziły prosto na 

nabrzeŜe. 

Ucichło  na  chwilę.  Zerwał  się  i  pochylony  zbiegł  na  dół.  Nowe,  potworne  uderzenie 

background image

wiatru. Upadł. Potem uniósł się na dłonie i kolana. Nie wstając przesunął się po nadbrzeŜu, na 

które co chwila wyskakiwały płaskie języki wody, i zbliŜył się do jachtu. 

Wyjął  zza  koszuli  latarkę,  zapalił  ją  i  zasygnalizował  w  górę.  Nieruchome  światełka 

poruszyły się gwałtownie. 

Jacht był nie uszkodzony. Obie liny trzymały. Ostroga skalna, która osłaniała przystań 

przed szturmem fal, przyjmowała na siebie takŜe cały napór wichury. Tu, na samym dole, tuŜ 

nad wodą, było nieco spokojniej niŜ w górze. Joe głęboko zaczerpnął powietrza i skoczył na 

pokład chwytając za sznur relingu. 

Pokład był pusty. Joe otworzył drzwiczki nadbudówki sterowej i wszedł. Przez chwilę 

szukał głównego wyłącznika, znalazł go i przekręcił. Zapłonęło światło. Rozejrzał się. Tamci w 

górze  musieli  to  zauwaŜyć.  Wiedzą,  Ŝe  jest  na  pokładzie,  ale  wiedzą  takŜe,  Ŝe  Gordon  nie 

oświetlił statku, i zaczynają rozumieć, Ŝe go tu nie ma. Ale czy na pewno go tu nie było?... 

Po pięknie politurowanych, wyłoŜonych czerwonym dywanikiem schodach zszedł do 

kabiny  sypialnej.  Nikogo.  Otworzył  szafę  i  zajrzał,  czując,  Ŝe  to,  co  robi,  jest  nonsensowne. 

Robert Gordon nie mógł sam zamknąć się w szafie... 

- Panie Robercie!... - Cisza. - Panie Robercie!...  

Wyszedł na korytarzyk.  Musiał przeszukać wszystkie pomieszczenia, chociaŜ był juŜ 

przekonany, Ŝe Gordona tu nie znajdzie. Światło elektryczne na jachcie nie było zepsute. Po 

cóŜ by miał siedzieć tu w ciemności? 

Zajrzał do małej, luksusowo urządzonej łazienki i do kuchni. Dalej była jeszcze jedna 

kabinka  i  jeszcze  jedna.  Otworzył  stalowe  drzwiczki  na  końcu  korytarzyka.  Tu  był  silnik. 

Nikogo. Rozejrzał się, uniósł klapę jakieś skrzyni, nadal zdając sobie sprawę, Ŝe robi rzeczy 

bezsensowne. Nikogo. Wszedł po schodkach do kabiny sterowniczej. Gdzieś musiała być sta-

cyjka reflektora. Wyszedł na pokład. Reflektor był obrotowy i umieszczony ponad dachem. Joe 

przekręcił go w kierunku nadbrzeŜa. Chciał mieć dobrze oświetloną drogę. Potem powrócił do 

kabiny  i  zaczął  kolejno  przekręcać  kontakty  obok  głównego  przełącznika.  Przy  trzecim 

reflektor zapalił się. 

Wyszedł na pokład i spojrzał w górę. Droga ku krawędzi urwiska była teraz oświetlona 

jasno jak w dzień. Z góry stoczył się trącony kamień, przeleciał przez smugę reflektora i wpadł 

do  wody.  Joe  wzdrygnął  się.  Wydało  mu  się,  Ŝe  kamień  błysnął  ciemną  czerwienią  krwi. 

Westchnął. Był zmęczony podróŜą. - Ten przeklęty wicher rozstraja mi nerwy... A w dodatku 

ten Gordon! Nie mógł sobie wybrać stosowniejszej pory do spacerów albo zabezpieczyć jachtu 

od razu? I to ma być wypoczynek? 

Zobaczył  człowieka,  który  schodził  po  stopniach,  trzymając  się  jedną  ręką  skały. 

background image

Człowiek był okręcony w pasie liną. Koniec jej niknął w górze na skraju urwiska. Caruthers. 

Alex  czekał,  patrząc  to  na  niego,  to  na  skłębione  góry  wodne  przelewające  się  poza 

krawędzią ostrogi skalnej. Po chwili Caruthers znalazł się na nadbrzeŜu i wskoczył na pokład. 

- Co?... 

Joe rozłoŜył ręce. Potem wskazał ręką ciemną wodę przystani. 

-  JeŜeli  wpadł  tutaj,  to  prawdopodobnie  nie  wypłynął  poza  zatoczkę.  Wiatr  dmie  od 

morza. 

Skierował światło reflektora na ciemną, kołyszącą się powierzchnię. Caruthers podszedł 

do relingu i przechyliwszy się ponad burtą, patrzył wytęŜając wzrok. 

Oni to widzą - pomyślał Joe - i zrozumieli juŜ, Ŝe go szukamy. Ale gdzie on jest? Nie 

mógł chyba zabłądzić? Coś się z nim przecieŜ musiało stać? Nie chciałbym, Ŝeby się utopił. 

Biała  twarz  w  reflektorze.  Mokre  zwłoki,  tak  okropnie  cięŜkie.  Znam  to.  Dlaczego  topielcy 

waŜą tyle? Chyba woda? Coś się z nim przecieŜ musiało stać? Mógł runąć w dół schodząc. Ale 

wtedy roztrzaskałby się o nabrzeŜe. Zostałby na lądzie i zauwaŜyłbym go. 

Reflektor  błądził  po  falach.  WytęŜając  wzrok  patrzyli  w  milczeniu  na  rosnącą  i 

opadającą powierzchnię wody. 

Joe oderwał na chwilę spojrzenie od ciemnej zatoczki i znowu spojrzał w górę. Ona tam 

jest, jego Ŝona. Czy kocha go? Karolina twierdzi, Ŝe nie. Ale kto wie? MoŜe go kochać, chociaŜ 

kocha takŜe jego pieniądze. Te sprawy tylko pozornie wykluczają się. Tak czy inaczej to musi 

być okropne dla niej. To był jej mąŜ, człowiek, z którym mieszkała, spała... Dlaczego myślę o 

nim  był?  PrzecieŜ  mogło  mu  się  nic  nie  stać?  Czasami  bywa  tak,  Ŝe  wszyscy  wpadają  w 

popłoch,  a  istnieje  jakieś  zupełnie  proste  wytłumaczenie.  MoŜe  siedzi  teraz  w  baraku,  pije 

herbatę i dziwi się, Ŝe spacerujemy po  nocy podczas  tej  koszmarnej  pogody? BoŜe, jak ten 

wiatr wyje tam nad morzem. 

- Nic! - zawołał pogodnie Caruthers. - Nie ma go tu na pewno, jeŜeli nie spaceruje sobie 

po  dnie!  Woda  krąŜy,  ciągle  widzę  prąd,  który  idzie  ku  wyjściu  z  zatoczki  i  zawraca. 

Wracajmy.  Mógł  zasłabnąć  gdzieś  w  górze  albo  mogło  mu  się  coś  przytrafić  w  drodze 

powrotnej. 

Odszedł od relingu i zbliŜył się do Alexa. 

-  Cokolwiek  myślę  o  takich  przymusowych  spacerach  w  czasie  huraganu  i  o  tym 

błaźnie, i jego trosce o jacht, wydaje mi się, Ŝe źle robimy. JeŜeli utonął, nic go nie wskrzesi. 

Ale jeŜeli jest gdzieś tam na górze i czeka pomocy, popełniamy błąd, stojąc tutaj. JeŜeli nie ma 

go na jachcie, wracajmy. 

Joe skinął głową i skierował reflektor na przystań. 

background image

- Chodźmy... 

Zeskoczyli na ląd i Caruthers podał Alexowi koniec liny. 

- Wiatr chyba słabnie. 

Zatrzymali  się  na  chwilę  nadsłuchując.  Morze  grzmiało  nadal,  ale  wycie  wichury 

rzeczywiście  osłabło  nieco.  Ruszyli  pod  górę,  jeden  za  drugim,  trzymając  się  liny.  Droga 

powrotna  wydała  się  Alexowi  nieskończenie  krótsza  niŜ  schodzenie.  Równocześnie  czuł 

rosnący  niepokój.  To  było  dziwne.  Oni  wszyscy  byli  dziwni.  Ten  Mellow,  próbujący 

kontynuować rozmowę o jaskiniach w chwili, gdy Ŝona Gordona zaczęła się niepokoić, Mary 

Sanders, nagle zdenerwowana, Caruthers i jego topielcze dowcipy... 

Kiedy znaleźli się na górze, wiatr dął jeszcze potęŜnie, ale najwyraźniej tracił siłę. 

- Nie ma go tam - powiedział Caruthers. 

- Co... co teraz? - Profesor Lee mimowolnie zwrócił się w kierunku Alexa. 

-  Chyba  powinniśmy  -  powiedział  Joe  -  korzystając  z  tego,  Ŝe  wiatr  osłabł  trochę, 

przejść całą wyspę, aŜ do podnóŜa góry. Pan Gordon musi przecieŜ gdzieś tu być... - zawahał 

się i umilkł. 

- On... on... - głos Pameli załamał się - gdzie on jest? 

- Na pewno znajdzie się zaraz - powiedziała szybko Karolina i objęła ją ramieniem. - 

MoŜe zasłabł i czeka gdzieś na nas? Chodźmy! 

Rozstawieni  wachlarzem,  nadal  trzymając  się  za  ręce,  ruszyli  powoli,  kierując  się  ku 

ciemnemu stokowi góry. Blask latarni wirował miękko, oświetlając nagą powierzchnię wyspy. 

Gdyby Gordon rzeczywiście zbłądził i zwichnął nogę, dostrzegliby go od razu. Ale jeŜeli stracił 

poczucie kierunku i szukając zejścia do przystani runął w otchłań, na dnie której rozszalałe fale 

tłukły o brzeg? 

Z dala Joe dostrzegł jasne prostokąty okien baraku. A moŜe rzeczywiście powrócił i jest 

tam?  Albo  moŜe  powróciwszy  i  nie  zastawszy  nikogo,  poszedł  do  latarnika?  Ale  skąd  mógł 

powrócić? ZauwaŜyliby go, gdyby wracał z przystani. 

Spojrzał  na  idącą  obok  Karoliną.  Wiatr,  który  ciągle  jeszcze  zamiatał  szerokimi 

podmuchami  powierzchnię  wyspy,  rozwiewał  jej  krótkie  włosy  i  szarpał  otwarty  kołnierzyk 

bluzki. 

- Jak mogłeś, Joe?! - powiedziała. - Jak mogłeś tam zejść bez Ŝadnego ubezpieczenia? 

Myślałam, Ŝe umrę ze strachu! 

- On mógł tam być. - Alex uniósł głowę. Wiatr ucichł teraz zupełnie. - Mógł być ranny. 

Mógł wpaść do wody i walczyć ostatkiem sił, nie mogąc wydźwignąć się na pokład. Wszystko 

było  moŜliwe.  Minuta  w  takiej  sytuacji  moŜe  decydować  o  Ŝyciu  człowieka.  Inaczej  nie 

background image

zszedłbym. 

- Wiem. 

Dojrzał tylko ruch jej warg, gdyŜ wichura zagłuszyła wypowiedziane półgłosem słowo. 

W  półmroku  zauwaŜył,  Ŝe  oczy  jej  są  pełne  łez.  Mało  brakowało,  a  byłby  przystanął  ze 

zdumienia. Albowiem jeszcze nigdy w Ŝyciu nie widział Karoliny płaczącej. Odwróciła głowę. 

Udał,  Ŝe  nie  dostrzega  niczego.  Wiar  uderzył  znowu.  Nie  był  juŜ  tak  potęŜny,  jak  przed 

godziną, ale ciągle jeszcze wiał z taką siłą, Ŝe dziewczęta z trudem utrzymywały się na nogach. 

Pochyleni, podchodzili do podnóŜa góry. 

Od  morza  nadbiegał  ogromny,  jednostajny  ryk,  wypełniając  zanurzony  w  ciemności 

widnokrąg.  Joe  wytęŜył  wzrok.  Na  gładkiej,  omiatanej  błyskami  latarni  płaszczyźnie 

dostrzegliby  z  dala  leŜącego  człowieka,  gdyby  znajdował  się  gdziekolwiek  pomiędzy  bara-

kiem, brzegiem a zboczem góry. Ale płaszczyzna była pusta. Pozostawało tylko długie pasmo 

cienia, leŜące u podnóŜa góry, tam gdzie nie sięgał promień latarni. 

Szli wolno. Okna baraku były coraz bliŜej. Otwory, prowadzące w głąb góry, odcinały 

się od jasnego tła ściany skalnej. Czy mógł być tam, w którejś z tych jaskiń? Nonsens. Nie mógł 

tu zbłądzić. Droga z baraku do przystani biegła dokładnie w przeciwnym kierunku. 

Spojrzał  w  ciemną  czeluść  najniŜszego  otworu.  Kto  tam  był  dzisiaj?  Mellow?  Tak, 

Mellow. A Robert Gordon chyba spadł? Wiatr musiał go znieść do morza. JeŜeli, oczywiście, 

nie znajdował się juŜ w baraku albo w latarni morskiej. 

W  tej  samej  chwili  Mellow  zawołał,  przekrzykując  świst  wiatru  szalejącego  w  górze 

pośród załomów skalnych. 

- Sprawdźmy, czy nie ma go w baraku! 

Barak  był  juŜ  blisko.  Mellow  pobiegł  tak  szybko,  jak  mu  pozwalał  wiejący  w  twarz 

wiatr. Drzwi baraku ukryte były w cieniu. Zniknął zanurzywszy się w ów cień. Joe dostrzegł 

ś

wiatło  latarki  błądzące  po  powierzchni  drzwi.  Przez  chwilę  Mellow  stał  niezdecydowanie, 

potem zawrócił. 

Szedł ku nim, nie spiesząc się. Przystanęli, zbici w ciasną grupkę. 

- Czy ktoś z was zamknął od zewnątrz drzwi na klucz? 

- Tak. Ja - powiedział Caruthers. 

Klucz jest nadal w zamku, a drzwi są zamknięte. W takim razie nie ma go w środku.  

Umilkł. 

-  Jak  to  nie  ma?  Musi  tam  być.  PrzecieŜ  nigdzie  indziej  teŜ  go  nie  ma!  Wysoki, 

załamujący się głos. To mówiła Pamela. 

- Zobaczmy, czy nie ma go w latarni - zawołała Mary. - Na pewno tam będzie! Prawda, 

background image

panie profesorze? 

Hugh Lee wahał się przez bardzo krótką chwilę, ale czas ten był dostateczny, aby Alex 

zrozumiał, jak trudno profesorowi przychodzi kłamstwo, nawet konieczne. 

- Tak. Chodźmy! - Lee oŜywił się. - Musi tam być! To jasne! 

Ruszyli, okrąŜając barak. 

- Ja jednak zajrzę - Mellow zatrzymał się. - Dogonię was! Idźcie! MoŜe to ten latarnik 

go zamknął przez omyłkę? Mógł go zaprowadzić do baraku, a później pobiegł z powrotem do 

siebie. 

Niespodziewanie wiatr ucichł, zerwał się znowu i ucichł zupełnie. Morze grzmiało. 

- Dlaczego nic nie robimy? - Profesor starał się mówić spokojnie. - Chodźmy do tego 

latarnika. On moŜe coś wiedzieć - urwał. 

Z mroku wynurzyła się krępa, przysadzista postać. 

- Nie ma go! Chodźmy! - Mellow ruszył w kierunku latarni. Poszli za nim i dopędzili go 

tuŜ  przed  okutymi  drzwiami  kamiennego  budynku,  nad  którym  nieprzerwanie  krąŜyła 

oślepiająco biała smuga światła. 

Smytrakis siedział w tej samej pozycji, w jakiej go pozostawili. 

- Nie było go? - zapytał Alex. 

- Jak to!? - Grek zerwał się z miejsca. - Nie znalazł się?! O mój BoŜe... 

Z rozpaczą zdjął słuchawki i połoŜył na stole. Ruszył ku stojącym, potem zatrzymał się 

i spojrzał na stół. 

- Ja nie mogę stąd odejść! Teraz jest akcja ratowania kutra rybackiego. Naprowadzam 

tam  statki.  Jest  uszkodzony,  moŜe  zaraz  zatonąć.  Morze  jest  bardzo  wzburzone.  Nie  mogę. 

Szukaliście wszędzie?  

Mellow w milczeniu potwierdził ruchem głowy. 

Profesor rozłoŜył ręce. Był bardzo blady. Dopiero tu, w świetle silnych elektrycznych 

lamp, Joe zauwaŜył, jak bardzo twarz uczonego zmieniła się w ciągu ostatniej godziny. 

- Mogą być tu jeszcze jakieś miejsca,  gdzie nie szukaliśmy. Musi przecieŜ gdzieś być! 

 Smytrakis usiadł. Sięgnął po słuchawki. 

- Ja za godzinę chyba będę wolny. Pomogę wtedy. Teraz nie mogę, naprawdę nie mogę! 

Muszę tu zostać. 

Widać  było,  Ŝe  walczy  z  sobą,  ale  opanował  się  i  jego  prawa  dłoń  uniosła  się  ku 

przyciskowi telegrafu. 

-  Chodźmy!  -  Caruthers  był  juŜ  przy  drzwiach.  -  Nie  wolno  nam  tak  stać!  Jemu 

naprawdę mogło przytrafić się coś powaŜnego. 

background image

Kiedy drzwi latarni zatrzasnęły się za nimi, zatrzymali się niezdecydowanie. 

- Co teraz? - zapytała Karolina, .starając się nie patrzeć w kierunku Pameli. 

- Na nieszczęście ta wysepka jest tak maleńka, Ŝe chyba byliśmy juŜ wszędzie. 

Mellow powiedział to tak cicho, Ŝe głos jego rozpłynął się niemal pośród niedalekiego 

huku bijących o brzeg fal. 

- Niezupełnie. Zostało nam jeszcze kilka jaskiń, a w kaŜdym razie ta najbliŜsza baraku. 

- CóŜ by robił w jaskini? - Mary potrząsnęła głową. - To niemoŜliwe. 

- Mógł schronić się tam przed wiatrem i zasłabnąć. 

Uczepili  się  jego  słów,  gdyŜ  dawały  im  moŜność  działania.  Szybko  obeszli  barak  i 

znaleźli się na wprost najbliŜszego ciemnego otworu, który  widniał przed nimi w odległości 

kilkudziesięciu kroków. 

- Ale to przecieŜ niemoŜliwe, Ŝeby zaszedł aŜ tu! - Karolina zrównała się z Alexem i 

zapaliła  latarkę,  oświetlając  nią  otwór,  przed  którym  się  zatrzymali.  -  Musiałby  wyminąć 

oświetlony barak, i przejść jeszcze sto kroków. 

Joe pierwszy wspiął się na małą, kamienną platformę przed wejściem. Pochylił głowę i 

ś

wiecąc nisko nad ziemią wszedł do jaskini. 

Robert Gordon nie Ŝył. Alex nie musiał nawet pochylać się, Ŝeby to stwierdzić. Na pół 

otwarte oczy nie drgnęły, kiedy padło na nie światło latarki. 

Umarły leŜał na wznak z rękami złoŜonymi na piersi, jak gdyby sam, konając, ułoŜył się 

dostojnie do wiekuistego spoczynku. 

Joe  przyglądał  mu  się  przez  krótką  chwilę.  Nagle  poczuł,  Ŝe  włosy  powstają  mu  na 

głowie. 

-  To  niemoŜliwe!  -  powiedział  szeptem  i  ukląkł  obok  leŜącego.  Za  jego  plecami 

zabrzmiał wysoki, urwany krzyk kobiecy. Ale Joe zdawał się nie słyszeć. Pochylił się nisko, tak 

nisko, Ŝe niemal dotykał czołem dłoni umarłego. Potem wyprostował się. 

- To niemoŜliwe - powtórzył. 

Lecz  była  to  prawda,  leŜąca  tak  daleko  poza  granicami  pojmowania,  Ŝe  nie  mógł 

uwierzyć.  Potrząsnął  głową,  jak  gdyby  próbując  się  wyrwać  z  koszmarnego  snu.  Obraz  nie 

ustępował. Trwał przed  oczyma  Alexa, nieodparty  i tym straszliwszy, Ŝe  Robert Gordon nie 

Ŝ

ył. 

W  złoŜonych  na  piersi  dłoniach  zmarłego  tkwił  mały  gliniany  posąŜek  kobiety, 

ś

ciskającej dwa węŜe w szeroko rozrzuconych rękach. Była to ta sama postać, którą Alex po raz 

pierwszy  ujrzał  w  Londynie,  gdy  Karolina  Beacon  ukazała  mu  papirus  Ŝeglarza  Perimosa, 

mówiący o zagładzie kaŜdego, kto zmąci spokój Pani Labiryntu. 

background image
background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 „Nie wolno mi odejść..." 

 

Zamknąwszy  za  sobą  drzwi  baraku,  Alex  mimo  woli  zerknął  w  kierunku  ciemnego 

otworu, majaczącego niewyraźnie u stóp skalnej ściany. Wydawało mu się, Ŝe wieki minęły od 

chwili, kiedy spojrzał w martwe, szeroko otwarte oczy Roberta Gordona. 

Uniósł  rękę.  Fosforyzujące  wskazówki  zegarka  powiedziały,  Ŝe  minął  dopiero 

kwadrans.  Joe  wyszedł  z  cienia  i  nie  spiesząc  się  ruszył  w  stronę  latarni,  która  mrugnęła  ku 

niemu swym świetlistym okiem, 

To było absolutnie niemoŜliwe. Nic takiego nie mogło się zdarzyć. Ale zdarzyło się, i to 

właśnie  jemu.  Po  raz  drugi  tego  wieczora  pomyślał,  nie  bez  odrobiny  ironii,  o  swoim 

wypoczynku na tej cichej, zagubionej pośród morza wysepce. Robert Gordon nie Ŝył. Został 

zamordowany,  chociaŜ  nie  zdawała  sobie  jeszcze  z  tego  sprawy  grupka  wybladłych, 

przeraŜonych ludzi, skupionych teraz wokół stołu w jadalni baraku. 

Joe  zwolnił  jeszcze  bardziej.  Chciał  zastanowić  się,  zanim  wejdzie  do  latarni. 

Znajdował  się  w  niej  jedyny  mieszkaniec  wyspy  nieobecny  w  baraku,  gdy  Robert  Gordon 

wyszedł  do  przystani,  której  nigdy  nie  osiągnął.  Albowiem  Alex  był  absolutnie  pewny,  Ŝe 

Gordon nie znalazł się na pokładzie jachtu po zapadnięciu zmroku. 

Zatrzymał się w połowie drogi pomiędzy barakiem i latarnią. Wolno, nie myśląc o tym, 

co robi, wyciągnął paczkę papierosów, wyjął jednego i zapalił. 

Tak,  Robert  Gordon  został  zamordowany:  otrzymał  dwa  uderzenia  cięŜkim 

przedmiotem w tył głowy. Potem morderca zaniósł ciało i ułoŜył w wylocie korytarza skalnego, 

wsunąwszy w dłonie umarłego malutką figurkę z gliny... Dlaczego? 

Przebiegł  w  myśli  ostatni  kwadrans.  Przesuwająca  się  w  zwolnionym  tempie  taśma 

filmowa,  której  najdrobniejsze  szczegóły  naleŜało  sobie  wrazić  w  pamięć:  okrzyk  Karoliny, 

milczenie, czyjeś westchnienie, swój własny głos: „Proszę zostać na zewnątrz! Niech któryś z 

panów przyniesie z baraku koce i prześcieradło!” Tupot cięŜkich kroków. To Mellow pobiegł 

po te koce... Oględziny umarłego krótkie: tył głowy zmiaŜdŜony. Dwa uderzenia czymś tępym, 

twardym  i  nierównym.  Nie  będzie  wiadomo  czym,  póki  jutro  nie  przyleci  helikopter  i  nie 

zabierze zwłok do sekcji, którą wykonają ma lądzie stałym. 

Tym helikopterem przylecą greccy policjanci i niczego, oczywiście, nie odkryją, bo jak 

mogą odkryć? Morderca wymknie się. To znaczy - wymknąłby się, ale greccy policjanci nie 

sami  będą  rozwiązywali  tę  zagadkę.  On  takŜe  tu  był:  Alex,  legendarny  wróg  zbrodni,  który 

background image

nigdy jeszcze nie przegrał z Ŝadnym mordercą. 

Z  wolna  odwrócił  głowę  i  spojrzał  na  wystrzelający  niemal  pionowo  w  górę  masyw 

skalny. 

- Z tobą takŜe nie przegram, moja panienko - powiedział głośno i niemal ze złością. I 

chociaŜ  słowa  skierowane  były  do  Pani  Labiryntu,  w  myślach  jego  pojawiła  się  sylwetka 

zupełnie współczesna, lecz pozbawiona twarzy, gdyŜ Joe Alex nawet w myślach nie nazywał 

nikogo mordercą, póki nie posiadał absolutnej pewności. 

Potrząsnął  głową  i  podjął  przerwaną  drogę  ku  latarni.  Wiatr  ucichł  niemal  i  tylko  od 

czasu  do  czasu  mocniejszy  podmuch  przypominał  o  niedawnym  huraganie.  Wielki,  głęboki 

glos morza takŜe zdawał się tracić na sile. Co było później? Jak oni się zachowywali? W drodze 

powrotnej, kiedy szli niosąc na kocach nakryte prześcieradłem ciało, Pamela nie płakała. Szła 

pomiędzy Karoliną i Mary, twarz miała zupełnie nieruchomą, jak gdyby nie wierzyła jeszcze. A 

moŜe śmierć męŜa nie dotarła do jej świadomości? Znał to. Szok nerwowy, który sprawia, Ŝe 

człowiek staje się pozornie obojętny. 

Był juŜ przed drzwiami latarni. 

- Pani Labiryntu - mruknął. Morze grzmiało za urwiskiem, promień latarni wędrował 

niestrudzenie, ostrzegając statki w ciemności. Tak samo było tu wczoraj, przed rokiem, przed 

tysiącami lat: naga, biała skała nad otchłanią... Tak, ta figurka. Ona była najwaŜniejsza w tej 

chwili. Kiedy wróci do baraku, trzeba ich poprosić, Ŝeby ją zbadali. LeŜała teraz na łóŜku w 

jego pokoju, zawinięta w chustką. Odciski palców?... Pokój był zamknięty na klucz... 

Machinalnie  dotknął  kieszeni  i  wyczuwszy  klucz,  zrobił  jeszcze  dwa  kroki.  Zapukał, 

takŜe machinalnie, i wszedł do środka. 

Eleftorios Smytrakis siedział za stołem, ale nie miał w tej chwili słuchawek na uszach. 

Przed  nim  leŜała  duŜa,  otwarta  księga.  Grek  zapisywał  w  niej  coś  szybko.  Nie  usłyszał  ani 

pukania, ani odgłosu otwieranych drzwi. Dopiero kiedy Joe chrząknął, uniósł głowę, a potem 

zerwał się, nie wypuszczając z palców pióra. 

- Znalazł się, prawda? 

-  Tak...  -  Alex  skinął  głową.  Podszedł  powoli  i  usiadł  na  wolnym  'krześle.  Potem 

zaciągnąwszy  się  po  raz  ostatni  i  nie  patrząc  na  Smytrakisa,  zgasił  papierosa  w  pełnej 

niedopałków popielniczce. - Znalazł się... 

- Chwała Bogu! - Smytrakis takŜe usiadł. 

- Znaleźliśmy go - Joe nadal mówił zupełnie spokojnie - nieŜywego. 

- Co?! - Młody Grek pochylił się ku niemu nad stołem. - Nie rozumiem?... 

- Mówię, Ŝe znaleźliśmy go nieŜywego. 

background image

- Czy... czy spadł?... 

- Chyba nie. Znaleźliśmy go w jaskini, w pobliŜu baraku. Został zamordowany, o ile się 

nie mylę. 

Dopiero  teraz  Joe  uniósł  głowę  i  spojrzał  na  rozmówcę.  Ale  twarz  Eleftoriosa 

Smytrakisa wyraŜała tylko bezgraniczne zdumienie. 

- Zamordowany... 

Więcej  nie  umiał  powiedzieć.  Patrzył  na  Alexa  szeroko  otwartymi,  przeraŜonymi 

oczyma i milczał. 

- Trzeba zawiadomić władze. - Joe wstał, wyciągnął paczkę papierosów i poczęstował 

Greka, który wziął Gold Flake'a drŜącymi palcami i połoŜył go na stole, jak gdyby nie widząc 

wysuniętej ku sobie płonącej zapałki. 

-  Co  mam  powiedzieć?  -  szybko  sięgnął  po  słuchawki,  nałoŜył  je  na  uszy,  a  później 

przekręcił gałką znajdującą się obok mikrofonu. 

- Niech pan powie, Ŝe w nie wyjaśnionych okolicznościach zginął członek angielskiej 

ekspedycji archeologicznej. Zachodzi podejrzenie o morderstwo. Prosimy o przybycie policji i 

brytyjskiego konsula z Heraklion. Będzie pan mówił z Kretą, prawda? 

- Tak. 

Smytrakis  zaczął  wywoływać  śpiewnie  swoją  stację  macierzystą.  Po  chwili  umilkł. 

Czekał.  Potem  powiedział  coś  szybko.  Słuchał,  znowu  coś  powiedział  i  zwrócił  oczy  ku 

Alexowi. 

- Spodziewamy się nad ranem nowego uderzenia wiatru. Na morzu jest fala sztormowa. 

ś

aden  statek  nie  przybije  nocą  do  Keros  ani  nie  spuści  łodzi.  Helikopter  teŜ  nie  wyląduje. 

Mówią, Ŝe będą jutro po południu, jeŜeli warunki atmosferyczne się nie pogorszą. Nad ranem 

dadzą mi znać, kiedy mamy się spodziewać lądowania przedstawicieli naszych władz. 

Joe skinął głową. 

- Niech pan poprosi o zawiadomienie konsula angielskiego. Najlepiej byłoby, gdyby się 

zabrał z nimi. 

- Tak, proszę pana. 

Znowu kilkanaście błyskawicznie wypowiedzianych słów. Chwila ciszy. 

- Potwierdzili odbiór, proszę pana. 

- Dziękuję bardzo. – Joe skierował się powoli ku drzwiom i zatrzymał z ręką na klamce. 

- Czy pan tu mieszka? 

- Tak, w czasie dyŜurów. - Smytrakis wskazał małe drzwiczki w ścianie. - Mam tam 

łóŜko.  Chcę  powiedzieć,  mieszkam  tu,  kiedy  na  morzu  ogłaszają  stan  alarmowy.  Poza  tym 

background image

mam  pokój  dla  latarników  w  baraku.  Zajmujemy  go  kolejno,  mój  kolega  i  ja.  Tam  są  moje 

rzeczy osobiste. 

- Hm... - Alex zawahał się. - Przenieśliśmy zmarłego do baraku i leŜy teraz u siebie w 

pokoju. Ale pozostała Ŝona. Są tam teŜ dwie inne kobiety. Dla nich to będzie okropne, nocleg 

ze świadomością, Ŝe nie opodal leŜy umarły. Rozumie mnie pan? 

-  Tak,  to  musi  być  nieprzyjemne.  -  Smytrakis  najwyraźniej  nie  zrozumiał  intencji 

gościa. - Czy ta pani bardzo rozpacza? 

Joe  niemal  uśmiechnął  się.  Pytanie  było  tak  bardzo  nie  angielskie.  W  ojczyźnie 

Eleftoriosa Smytrakisa ciemnowłose, czarnookie kobiety głośno opłakiwały swych umarłych 

męŜów. 

- Zapewne, chociaŜ jest jeszcze ogłuszona tą okropną tragedią. Pomyślałem tylko, Ŝe 

moŜe najlepiej byłoby przenieść trupa tutaj na noc. Pan, oczywiście, spałby z nami wszystkimi 

w baraku, prawda? 

-  Niestety  -  Smytrakis  rozłoŜył  ręce  -  stan  alarmowy  nie  jest  odwołany.  Wiatr  moŜe 

powrócić  w  kaŜdej  chwili.  Zresztą  morze  jest  bardzo  wzburzone.  Nie  wolno  mi  odejść  bez 

zezwolenia. Muszę co pięć minut meldować obecność. Naprawdę, bardzo mi przykro. 

Odruchowo sięgnął po smugę taśmy, która spływała na podłogę z telegrafu, stukającego 

bez  przerwy  na  stole.  I  nagle,  jak  gdyby  i  do  niego  dopiero  teraz  dotarła  cała  doniosłość 

niedawnej tragedii, zapytał ze zdumieniem: 

- Ale kto.. - zawahał się. - Kto go zabił? 

-  Tego  i  ja  bardzo  pragnę  się  dowiedzieć  -  powiedział  Joe  szczerze.  -  I  dowiem  się, 

choćby próbowały mi przeszkodzić w tym wszystkie właścicielki wszystkich labiryntów, które 

były, są i będą na tym tak  sprzyjającym mordercom  świecie.  Dobranoc. 

Skinąwszy głową młodemu Grekowi, wyszedł zamykając cicho za sobą cięŜkie, okute 

drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

PosąŜek Pani Labiryntu

 

 

Otworzył  drzwi  baraku  i  wszedł  zamykając  je  bezgłośnie  za  sobą.  Cisza.  Powoli 

postępował korytarzem. Mijając zamknięty pokój Gordonów, zatrzymał się i stał przez chwilę 

nadsłuchując. Cisza. Nie było tam nikogo. Zmarły leŜał sam. 

Zrobił jeszcze kilka kroków i uchylił drzwi jadalni. Nikogo nie brakowało. Siedzieli w 

róŜnych miejscach pokoju i w rozmaitych postawach: profesor z łokciami opartymi o stół, z 

głową  w  dłoniach;  Pamela  Gordon  wyprostowana  nienaturalnie,  spoglądająca  w  okno,  za 

którym  ciemną,  nieprzeniknioną  noc  przecięło  właśnie  białe  wędrujące  ramię  blasku  latarni 

morskiej  (ktoś  odemknął  okiennicę  -  zarejestrował  Joe  odruchowo);  Mellow,  barczysty, 

bębniący krótkimi, grubymi palcami po stole, i Caruthers, wpatrzony w ruchy jego palców z 

wyrazem  jak  gdyby  zdumienia  na  przystojnej  twarzy;  Mary  siedząca  obok  Pameli  i 

spoglądająca na nią spod oka, zapewne gotowa nieść pomoc, jeśli tylko zaistnieje jakakolwiek 

najmniejsza  potrzeba,  typowa  dziewczyna  z  dobrego  angielskiego  domu,  otwarta,  szczera, 

chętna  -  i  wreszcie  Karolina,  naprzeciw  profesora.  Odwróciła  oto  głowę  i  patrzy  na 

wchodzącego z niemym pytaniem, a moŜe prośbą? 

Joe  zamknął za  sobą  drzwi  pokoju  myśląc,  jaka  to  moŜe  być  prośba.  Mellow  powoli 

odwrócił  głowę  i  spojrzał  na  wchodzącego.  Alex  usiadł.  Nikt  się  nie  odezwał.  Caruthers 

smętnie pokiwał głową. 

- Czy porozumiałeś się z... z lądem? - powiedziała wreszcie Karolina, łamiąc milczenie. 

Mówiła półgłosem i z wysiłkiem, jakby słowa nie chciały jej przejść przez gardło. 

- Tak. - odparł Joe równie cicho. - Jutro po południu przybędą władze i konsul brytyjski. 

-  Jakie  władze?  -  Mellow  spojrzał  na  niego  spokojnie.  W  głosie  jego  nie  było 

najmniejszych śladów napięcia. Był opanowany, jak gdyby nic się nie zdarzyło. 

-  Policja,  oczywiście.  -  Joe  zawahał  się  i  spojrzał  w  kierunku  Pameli,  która  nadali 

siedziała patrząc w okno i najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z tego, co się wokół niej dzieje. 

-  Chciałbym  -  Alex  -głęboko  zaczerpnął  powietrza.  Dostrzegł  proszące  Spojrzenie 

Karoliny i rozłoŜył ręce przepraszającym gestem - Ŝebyście państwo zdali sobie sprawę z tego, 

Ŝ

e wizyta tych ludzi będzie dla nas bardzo niemiła. Będziemy musieli odpowiedzieć na setki 

pytań, będą nas wszystkich podejrzewali. Tego się nie da uniknąć. Dlatego... - urwał. Wstał i 

podszedł do Pameli Gordon. - Proszę pani, niestety, będziemy musieli mówić tutaj o sprawach 

bardzo bolesnych i... nie wiem, czy pani powinna być przy tej rozmowie? - Pamela odwróciła 

background image

głowę i spojrzała mu w oczy. 

- Proszę się mną nie krępować, Mr Alex. Będę się zachowywała rozsądnie. PrzecieŜ ja 

teŜ tu byłam, kiedy on... Jestem panu chyba tak samo potrzebna jak inni? 

Joe spojrzał na nią uwaŜnie, potem skinął głową. 

- Dziękuję pani. Zawrócił w kierunku stołu. 

- A dlaczego sądzi pan, Ŝe musimy z panem rozmawiać o tej sprawie? - Mellow lekko 

wzruszył ramionami. - Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy roztrząsać teraz to, czym i 

tak będą musieli zająć się ci policjanci, z tą róŜnicą, Ŝe będą dręczyli nas oficjalnie i z obopólnej 

konieczności,  a  nie  dla  rozrywki.  Pan  jest  autorem  powieści  kryminalnych,  prawda? 

Najprawdopodobniej ta sprawa jest dla pana znakomitą zabawą. Ale nie dla nas. Straciliśmy 

kolegę, uwikłani jesteśmy w bardzo niemiłą aferę, która, gdy dostanie się do gazet, narobi mam 

wszystkim  i  naszemu  Instytutowi  masę  kłopotów.  Nie  mówię  juŜ  o  profesorze,  który  jest 

kierownikiem  tej  ekspedycji  -  ruchem  ręki  wskazał  Hugha  Lee,  który  uniósł  głowę  i  patrzył 

teraz  na  niego.  -  PrzecieŜ  Robert  był  członkiem  naszego  zespołu  i  zginął  podczas  wyprawy. 

Oszczędźmy sobie wszystkiego, czego moŜemy sobie oszczędzić. Niech pan poszuka pola dla 

swoich dociekań gdzie indziej. Dość zbrodni popełniają pod kaŜdą szerokością geograficzną o 

kaŜdej godzinie dnia i nocy, Ŝeby zadowolić pańskie zawodowe instynkty. Proszę mi wybaczyć 

nieuprzejmość, ale nie sądzę, Ŝeby zachowanie pana było zupełnie poprawne. 

- On jest zdenerwowany i dlatego jest taki opryskliwy, ale... - Mary Sanders mimo woli 

rozłoŜyła ręce. - Naprawdę nie mówmy teraz o tym wszystkim, Mr Alex! 

- Jesteście w błędzie! -  Profesor  Lee wstał.  - Robert nie Ŝyje... -  głos załamał mu się 

lekko - i obowiązkiem nas wszystkich jest poznać prawdę związaną z jego śmiercią. Nie mówię 

tu  o  niczyich  sprawach  osobistych...  -  znowu  w  głosie  jego  zabrzmiało  ledwo  wyczuwalne 

drŜenie. - Ale dla naszego Instytutu, dla was wszystkich i... i dla mnie, konieczne jest poznanie 

prawdy. Kto wie, czy grecka policja potrafi ją wyświetlić? Ja naprawdę nie mogę zrozumieć, 

jak  ta...  ta  potworność  się  wydarzyła?  Pan  Alex  jest  jednym  z  najwybitniejszych  naszych 

specjalistów  w  dziedzinie  kryminologii  i  skoro  znalazł  się  tu  pomiędzy  nami,  powinien 

otrzymać od nas pomoc. Proszę, niech pan nas pyta, Mr Alex... 

Usiadł  cięŜko  i  znowu  oparł  czoło  na  dłoniach,  jak  gdyby  wysiłek  konieczny  do 

wypowiedzenia tych kilkudziesięciu słów był dla niego zbyt wielki. 

- Oczywiście, jeŜeli pan profesor sobie tego Ŝyczy, cofam to, co powiedziałem, chociaŜ 

nie wiemy nawet, czy zostało naprawdę popełnione morderstwo. - Mellow wstał i ponownie 

opadł na krzesło. 

Spojrzał  na  Alexa  z  takim  wyrazem,  jak  gdyby  chciał  powiedzieć:  „Cofam  to,  co 

background image

powiedziałem, bo szanuję tego człowieka i zrobię wszystko, co on ze chce, ale nadal uwaŜani, 

Ŝ

e roztrząsanie tych spraw nie ma najmniejszego sensu”. 

-  Proszę  mi  wierzyć,  Ŝe  zostało  popełnione  morderstwo.  Co  do  tego  nie  mam 

najmniejszych wątpliwości. A zajmuję się zbrodnią dlatego, Ŝe jej nienawidzę. I nie jest to dla 

mnie  Ŝadna  zabawa.  -  Joe  patrzył  prosto  w  oczy  Mellowa,  który  przygląda  mu  się  teraz  z 

pewnym  zainteresowaniem.  -  Natomiast  skłamałbym,  próbując  przeczyć,  Ŝe  odkrycie 

mordercy zawsze sprawia mi pewien rodzaj satysfakcji. Zbrodnia bez kary była i jest jedną z 

największych klęsk naszego gatunku. Chciałbym, Ŝeby pan to zrozumiał, bo pańska współpraca 

będzie  mi  tak  samo  potrzebna,  jak  współpraca  pozostałych  obecnych  tu  osób.  JeŜeli  pan 

odmawia,  moŜe  pan  to  zrobić  zupełnie  swobodnie.  Nikt,  a  najmniej  ja,  nie  moŜe  pana  do 

niczego zmusić. 

Mellow odwrócił oczy. 

- Powiedziałem juŜ panu, Ŝe pomogę. 

-  Dobrze.  Dziękuję  panu.  W  takim  razie  przejdźmy  do  centralnego  zagadnienia. 

Pierwsze  moje  pytanie  będzie  natury  specjalistycznej,  odpowiedzieć  na  nie  moŜe  tylko 

archeolog. 

Wstał i ruszył ku drzwiom, czując na plecach ich oczy. Otworzył drzwi swojego pokoju. 

Figurka  leŜała  tak,  jak  ją  pozostawił:  na  łóŜku,  starannie  zawinięta  w  chustkę.  Uniósł  ją 

ostroŜnie i powrócił do jadalni. Kiedy kładł posąŜek na stole, nawet Pamela odwróciła głowę i 

spojrzała. Potem przymknęła oczy. 

-  Bądź  dzielna  -  szepnęła  Mary  obejmując  ją.  -  To  się  niedługo  skończy.  Jutro 

wyjedziemy stąd i w Londynie będzie ci juŜ lepiej, zobaczysz. 

Pamela powoli wyswobodziła się z jej opiekuńczego uścisku. Uśmiechnęła się blado. 

- Nie martw się o mnie, kochanie. Muszę przez to przejść, więc przejdę. - Alex rozwinął 

chustkę. 

-  Chciałbym  się  dowiedzieć,  czy  moŜna  poznać,  gdzie  do  tej  pory  znajdowała  się  ta 

figurka i kiedy ją poruszono lub wydobyto? Niestety, nie wolno nam jej dotykać ze względu na 

moŜliwość zatarcia ewentualnych odcisków palców. 

Mellow pochylił się nad stołem, potem wyprostował się i wstał. 

- Mam szkło - powiedział Caruthers, sięgnął do kieszeni i podał mu je. 

Profesor takŜe pochylił się nad figurką. 

- Tu nie trzeba specjalnych badań - wyciągnął rękę. - Daj mi na chwilę szkło, Johnie - 

pochylił się jeszcze niŜej i zaczął przesuwać je tuŜ nad powierzchnią posąŜka. 

Joe czekał w napięciu na jego odpowiedź. Od tego zaleŜało bardzo wiele. Nie wiedział 

background image

jeszcze, kto zabił Roberta Gordona, ale w głowie jego zaczęła formować się pewna myśl, tak 

nieprawdopodobna, a  równocześnie tak urzekająco prosta, Ŝe w pierwszej chwili uznał ją za 

nonsensowną.  Ale  chociaŜ  myśl  była  prosta,  wszystko  inne  komplikowało  się.  Zbyt  wielu 

ogniw  brakowało  w  łańcuszku  dowodów,  a  poza  tym  wszystko  mogło  odbyć  się  zupełnie 

inaczej. Tkwił na razie w mroku, chociaŜ pierwsze światełko zaczęło juŜ świtać w oddaleniu. 

Gdyby  na  przykład  ta  figurka  juŜ  dawno  została  wydobyta  albo  okazała  się  falsyfikatem, 

wówczas byłby niemal pewien, Ŝe rozumowanie jego jest słuszne. 

- Oczywiście mogę  coś  przeoczyć - powiedział profesor, nadal badając  powierzchnię 

statuetki przy pomocy swego szkła - ale moŜna niemal z całą pewnością stwierdzić, Ŝe tkwiła 

ona w otoczeniu wilgotnym, w postawie najprawdopodobniej pionowej, zanurzona niemal do 

połowy w mokrym piasku... O, tu widać wyraźną linię, gdzie wilgoć przeŜarła farbę, a nawet 

część  powierzchni.  Są  na  niej  nie  starte  jeszcze  ziarenka  wilgotnego  piasku.  Reszta  była 

wystawiona na działanie powietrza, ale nie słońca, gdyŜ farba jest zbyt dobrze zachowana. CóŜ 

jeszcze?  Figurka  musiała  zostać  poruszona  bardzo  niedawno,  moŜe  nawet  przed  kilku  albo 

kilkunastu  godzinami,  gdyŜ  wilgoć  pozostała,  a  takŜe  maleńkie  drobnoustroje,  podobne  do 

mchu, które obrosły nogi bogini aŜ do kolan, to znaczy, nieco powyŜej owej linii zanurzenia w 

piasku. Czy twoja opinia jest podobna, Johnie? 

Podał Mellowowi szkło. 

Joe pokiwał głową. Teoria jego rozpadła się w ciągu kilku sekund, lecz nie rezygnował. 

- Pan Mellow jest wybitnym specjalistą w dziedzinie ceramiki kreteńskiej i wyrobów z 

fajansu. Ma z nimi o wiele więcej do czynienia niŜ ja. MoŜe potrafi powiedzieć panu jeszcze 

coś, co mogłoby mieć znaczenie? 

-  Nie  -  Mellow  potrząsnął  głową  prostując  się.  -  Pan  profesor  określił  wszystko  jak 

najprecyzyjniej. MoŜna tylko dodać, Ŝe posąŜek jest najprawdopodobniej wotywny, wykonany 

z fajansu i pochodzi z drugiego tysiąclecia, mniej więcej z XVIII-XVII w. p.n.e. Wskazuje na to 

cały  szereg  danych,  zarówno  kostiumowych,  jak  i  dotyczących  techniki  wykonania.  Bardzo 

podobne  wykopano  w  Knossos  i  w  Piskokephali.  Prawie  identyczny  posąŜek  znajduje  się  w 

muzeum Fitzwilliamsa w Cambridge. 

- Czy jest na pewno prawdziwa? 

Joe niemal  westchnął,  słysząc  odpowiedź,  której zresztą spodziewał się juŜ od kilku 

chwil. 

- W moim przekonaniu absolutnie tak. - Mellow spojrzał na profesora. - Oczywiście, 

moŜna by przeprowadzić dokładniejsze badania. Ale Ŝaden falsyfikat po prostu nie mógłby tak 

wyglądać. 

background image

Hugh Lee z wolna skinął kilkakrotnie głową. 

-  Jestem  tego  samego  zdania.  Ten  posąŜek  został  wykonany  przed  trzema  i  pół 

tysiącami lat. Jest prawdziwy. Nie mam co do tego Ŝadnych wątpliwości. 

- Dziękuję panom bardzo. 

Joe złoŜył oba rogi chusteczki, związał je z ogromną ostroŜnością i odniósł posąŜek do 

pokoju. Idąc myślał z natęŜeniem. Raz jeszcze błyskawicznie przebiegł oczyma cały miniony 

dzień, szukając oparcia dla jej teorii. Nie znalazł go, potem wydało mu się, Ŝe je odnajduje. Był 

juŜ z powrotem w pokoju. 

-  Karolino  -  powiedział.  -  Myślę,  Ŝe  na  pewno  wszyscy  napiliby  się  kawy.  Czy 

mogłabyś... 

Karolina  bez  słowa  skinęła  głową.  Mary  takŜe  się  uniosła  i  obie  pochyliły  się  nad 

rozstawioną  w  rogu  pokoju  kuchenką,  składającą  się  z  dwu  palników  benzynowych  i 

przenośnej konstrukcji, specjalnie przystosowanej do tego celu. 

Joe usiadł. 

-  Proszę  mi  wybaczyć  -  powiedział  -  ale  chciałbym  teraz,  Ŝebyście  państwo  kolejno 

postarali się odtworzyć jak najdokładniej, co kaŜde z was robiło od chwili wylądowania tutaj aŜ 

do mojego przybycia. 

Caruthers i Mellow wymienili szybkie spojrzenia. Nawet profesor uniósł głowę. 

-  Czy  sądzi  pan,  Ŝe  to,  co  robiliśmy  na  wiele  godzin  przed...  przed  tym  strasznym 

wypadkiem,  moŜe  mieć  jakieś  znaczenie?  Bo  jeśli  nie...  -  przymknął  oczy.  -  Zresztą,  mam 

nadzieję, Ŝe robi pan tylko to, co konieczne. JeŜeli o mnie mowa, to od chwili wylądowania... 

- Przepraszam bardzo - Joe uniósł dłoń, powstrzymując jego dalsze słowa. - Chciałbym 

przedtem jeszcze zapytać, o której wylądowali państwo Gordon i o której przybyli pozostali 

członkowie wyprawy. 

- Nas wysadzono o siódmej rano, a oni przypłynęli mniej więcej o wpół do dziewiątej, 

chociaŜ spodziewaliśmy się, Ŝe będą tu o dzień przed nami. Czy pamiętasz godzinę waszego 

przybycia, Pamelo? 

-  Przycumowaliśmy  o  ósmej  czterdzieści  pięć  -  powiedziała  Pamela  Gordon 

zmęczonym, cichym głosem, nie odwracając oczu od okna. 

- Więc niemal równocześnie? 

-  Tak  -  Caruthers  po  raz  pierwszy  włączył  się  do  rozmowy.  -  Ze  statku  spuszczono 

szalupę,  która  nawracała  dwa  razy  po  członków  wyprawy  i  skrzynie  z  bagaŜem.  Później 

zaczęliśmy wnosić rzeczy przy pomocy tego młodego Greka, Mory pojawił się, kiedy lądowała 

pierwsza  partia.  Zanim  zdołaliśmy  się  z  tym  uporać,  zobaczyliśmy  jacht  Gordonów  i 

background image

oczywiście  wszyscy  staliśmy  na  nadbrzeŜu,  tam  na  dole,  czekając  na  ich  przybycie.  Później 

zajęliśmy się wnoszeniem rzeczy i kiedy wszystko zostało przeniesione do baraku, usiedliśmy 

do  drugiego  śniadania.  Kończyliśmy  je,  kiedy  ktoś  usłyszał  głos  silnika  i  zawołał:  „Heli-

kopter!", a poniewaŜ ten Grek miał juŜ o tym wiadomość radiową, więc wyszliśmy wszyscy na 

pana powitanie. To chyba bardzo upraszcza sprawę, prawda? Od chwili wylądowania byliśmy 

wszyscy razem i zajęci jedna pracą. 

- Czy nikt z państwa nie oddalił się? Nikt nie poszedł na mały spacer, Ŝeby obejrzeć 

sobie wysepkę? Słowem, czy nikt nie odłączył się od pozostałych? 

- Nie - Karolina potrząsnęła głową. - Wiem najlepiej, bo weszłam na górę pierwsza i 

rozpakowywałam skrzynki przed barakiem. Nie schodziłam juŜ później na dół jak inni, tylko 

rozmieszczałam  rzeczy  i  zajmowałyśmy  się  obie,  Mary  i  ja,  urządzeniem  wnętrza.  Inni 

kursowali do przystani i z powrotem. PoniewaŜ droga jest, jak wiesz, stroma, a skrzyń i waliz 

było sporo, zajęło nam to masę czasu. Zresztą byliśmy wszyscy tak zmęczeni i głodni, Ŝe dwie 

skrzynki z ekwipunkiem pozostawiliśmy na jachcie, postanawiając, Ŝe wystarczy je zabrać po 

ś

niadaniu. A potem przyleciałeś ty. 

Przy ostatnich słowach pochyliła się nad kuchenką i zdjęła z płomienia pękaty dzbanek 

z kawą. 

- Czy wszyscy państwo pamiętacie to tak samo jak Karolina? - Joe przesunął wzrokiem 

po ich twarzach. W milczeniu potakiwali kolejno. 

Milczał przez chwilę. 

- Państwo zapewne dziwicie się, dlaczego pytam o okoliczności pozornie nie związane 

ze  śmiercią  pana  Gordona.  Sprawa  jest  prosta:  moŜemy  niemal  z  pewnością  stwierdzić,  Ŝe 

został  on  zamordowany  przez  osobę,  która,  jak  panowie  sami  stwierdziliście,  zabrała  dziś  z 

ciemnego, wilgotnego miejsca na Kerus ten posąŜek Pani Labiryntu. Musiał go wziąć ktoś, kto 

wszedł  do  jednej  z  jaskiń.  Dlatego  chciałem  wiedzieć,  czy  nikt  z  państwa  nie  przedsięwziął 

przed moim przybyciem samodzielnej wycieczki w głąb góry. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

„Nikt go naprawdę nie Ŝałuje..." 

 

Po  jego  słowach  zapadła  cisza  tak  zupełna,  Ŝe  huk  morza  poza  oknami  urósł  nagle  i 

wypełnił cały pokój. 

- BoŜe... - szepnęła Mary Sanders. - Ale przecieŜ nikt... – urwała 

Mellow potarł podbródek. 

- ZałóŜmy, Ŝe jest tak, jak pan powiedział, Mr Alex. Ale przecieŜ nawet gdyby ktoś z 

nas znalazł dziś ten posąŜek i ukrył go przed innymi, proszę mi odpowiedzieć, w jaki sposób 

mógłby  zabić  Roberta?  Byliśmy  tu  wszyscy,  kiedy  wyszedł,  nie  rozłączaliśmy  się,  później 

poszliśmy razem do przystani i razem znaleźliśmy go u wylotu tego korytarza. Jak pan potrafi 

odjąć od tego czas konieczny do zabicia człowieka, przeniesienia go do tej jaskini i ułoŜenia w 

pozycji, w której go pan znalazł? 

- Nic prostszego - powiedział Joe spokojnie. - Przede wszystkim myli się pan mówiąc, 

Ŝ

e byliśmy bez przerwy razem. Pan Caruthers, który pobiegł po liny, mógł zastać pana Gordona 

w  baraku,  zabić  go,  zanieść  do  jaskini  i  pędem  powrócić  z  linami.  Wycie  wichru 

gwarantowałoby,  Ŝe  nikt  nie  usłyszy,  gdyby  Gordon  krzyknął,  a  droga  z  baraku  do  wylotu 

jaskini leŜy w ciemności, gdyŜ nie sięga tam promień latarni morskiej. MoŜna było trupa tam 

przenieść,  mając  niemal  pewność,  Ŝe  nikt  niczego  nie  zauwaŜy.  Poza  tym  pan  Caruthers 

wiedziałby,  Ŝe  my  wszyscy  jesteśmy  zebrani  nad  przystanią,  a  Smytrakis  nie  moŜe  opuścić 

latarni. Prawda? 

- Ja?... - powiedział Caruthers. - Pan chyba Ŝartuje?... DlaczegóŜ bym ja miał zabijać 

Roberta? 

- CóŜ, motywy moŜe by się znalazły, gdybyśmy się uparli, lecz na szczęście dla pana 

wiem, Ŝe nie mógł pan zabić Roberta Gordona, w chwili gdy wrócił pan do baraku po liny. 

Znowu zapadła cisza. Alex patrzył w ścianę, lecz równocześnie starał się widzieć ich 

wszystkich.  Tylko  Karolina  i  Mary,  która  podeszła  do  kuchenki,  były  poza  zasięgiem  jego 

wzroku.  ZauwaŜył,  Ŝe  Pamela  Gordon  nie  patrzy  juŜ  w  okno.  Odwróciła  głowę  i  szeroko 

otwartymi oczyma wpatrywała się w Caruthersa. Profesor siedział zupełnie wyprostowany, z 

wyrazem osłupienia na twarzy. Palce Mellowa przestały wreszcie wybijać jednostajny, cichy 

rytm na powierzchni stołu. 

- Nie mogłem?... - Caruthers spróbował uśmiechnąć się. - Chwała Bogu! 

-  Nie  mógł  pan.  Nie  jestem  oczywiście  lekarzem,  ale  jak  państwo  wiecie,  miałem  w 

background image

Ŝ

yciu aŜ nazbyt wiele do czynienia ze zbrodnią i moje wykształcenie w dziedzinie medycyny 

sądowej jest nie najgorsze, choć moŜe nieco powierzchowne. Między innymi na uczyłem się z 

dość  duŜą  dokładnością  określać  stopień  stęŜenia  pośmiertnego,  które  jest  swego  rodzaju 

zegarem, odmierzającym czas od chwili zgonu. Robert Gordon został ułoŜony przez mordercę 

u  wylotu  tej  jaskini.  Morderca  wsunął  mu  do  rąk  tę  statuetką  i  uplasował  ciało  zgodnie  ze 

swymi  załoŜeniami,  których  jeszcze  nie  znamy.  Ale  fakt  ten  pomógł  mi  w  określeniu  czasu 

zabójstwa.  OtóŜ  mogę  powiedzieć,  Ŝe  Gordon  został  ułoŜony  w  pozycji,  w  której  go 

znaleźliśmy,  nie  w  kilka  minut  po  śmierci,  co  musiałoby  nastąpić,  gdyby  zabił  go  pan 

Caruthers, powróciwszy do baraku po liny, gdyŜ nieobecność pana Caruthersa nad przystanią 

wyniosła w sumie kilka, a co najwyŜej dziesięć minut. Jestem niemal pewien, Ŝe w chwili gdy 

pan Caruthers pobiegł do baraku, Gordon nie Ŝył co najmniej od godziny, to znaczy, Ŝe został 

zamordowany prawie natychmiast po opuszczeniu nas lub w pięć do dziesięciu minut później. 

OtóŜ jak wiemy, wszyscy znajdowaliśmy się podczas owego krytycznego okresu w tym pokoju 

i moŜemy nawzajem wystawić sobie kamienne alibi. Znowu umilkł. 

- To jedno przynajmniej mnie pociesza - mruknął Mellow. - Jeśli tak wygląda prawda, 

nikt z nas nie mógł go zabić. 

Karolina i Mary podeszły do stołu. Mary pochyliła się nad Pamela. 

- Musisz wypić trochę gorącej kawy, kochanie. To ci dobrze zrobi. 

-  Dziękuję  bardzo.  -  W  głosie  Pameli  zabrzmiało  nagłe  zniecierpliwienie,  ale 

opiekuńcza Mary zdawała się tego zupełnie nie dostrzegać. 

Napięcie  minęło.  Wszyscy  oŜyli  nagle  jak  postacie  zatrzymanego  na  chwilę  i  znów 

puszczonego w ruch filmu.  

- Poza tym - Joe nadal patrzył na Caruthersa - musiałem w moim rozumowaniu wziąć 

pod uwagę przede wszystkim to, Ŝe pan jako jedyny z nas nie wziął udziału w wycieczce do 

wnętrza  góry.  Początkowo  mogłem  przypuszczać,  Ŝe  był  pan  tam  przed  moim  przybyciem. 

Teraz wiem juŜ, Ŝe tak nie było. 

- No dobrze - Mellow poruszył się nagle i odwrócił gwałtownie ku Alexowi - ale jeśli 

sprawa przedstawia się tak, jak pan ją określa,  a  myślę, Ŝe zrobił pan to bardzo precyzyjnie, 

zostaje nam tylko ten Grek! On jeden był poza barakiem, kiedy Gordon wyszedł, on jeden zna 

doskonale  wyspę,  zauwaŜył  Roberta  przez  okna,  wybiegł,  zabił  go,  ukrył  w  latarni,  a  potem 

wysłał nas na przystań i spokojnie przeniósł zwłoki do jaskini! PrzecieŜ to jasne jak słońce! 

-  Hm...  -  Caruthers  potrząsnął  głową.  -  Nie  moŜemy  oskarŜać  tego  człowieka  tylko 

dlatego, Ŝe chcemy, aby on okazał się mordercą, a nie ktoś z nas. Pan Alex na pewno ma juŜ 

wyrobiony pogląd na tą sprawę. 

background image

- Oczywiście w tym, co  powiedział pan Mellow,  jest wiele słuszności - Joe urwał na 

chwilę,  ale  zaraz  podjął  przerwaną  myśl.  -  Eleftorios  Smytrakis  pracuje  tu  od  dawna,  mógł 

znaleźć gdzieś ten posąŜek. Mógł takŜe zabić Roberta Gordona. Ale dlaczego miałby to zrobić 

wiedząc, Ŝe jeśli pozostawi zwłoki u wylotu jaskini, będzie jedyną osobą, na którą musi paść 

podejrzenie?  Byłoby  rzeczą  o  wiele  prostszą  strącić  zabitego  z  wysokiego  brzegu  na  rafy. 

Nawet gdybyśmy jutro odnaleźli ciało, nikt nie mógłby udowodnić, Ŝe Gordon nie pośliznął się 

lub nie zabłądził i nie spadł sam. Zresztą wszyscy najprawdopodobniej bylibyśmy tego zdania. 

A poza tym, dlaczego Smytrakis miałby w ogóle mordować tego człowieka, którego widział po 

raz pierwszy w Ŝyciu i którego śmierć nie mogła mu dać Ŝadnych korzyści? 

-  MoŜna  by  załoŜyć,  Ŝe  Smytrakis  znalazł  przybytek  Pani  Labiryntu  i  w  ten  sposób 

chciał nam obrzydzić poszukiwania, licząc ma to, Ŝe wyprawa zostanie przerwana i powrócimy 

do Anglii. Tam mogą być klejnoty i złoto, nawet w duŜych ilościach... - Mary Sanders umilkła. 

- Dlaczego w takim razie miałby kłaść ten posąŜek do rąk zmarłego? PrzecieŜ jest on 

najlepszym  dowodem,  Ŝe  jednak  jakieś  ślady  Pani  Labiryntu  istnieją  na  tej  wysepce.  A 

Smytrakis  jest,  jak  mi  się  wydaje,  inteligentnym  chłopcem.  Ściągać  na  siebie  winę  i 

jednocześnie reklamować to, co się chce ukryć, to zbyt zawikłane dla mnie. - Joe rozłoŜył ręce 

na znak, Ŝe przyjęcie tej tezy przekracza jego moŜliwości. 

- Czy nie najprościej byłoby, gdyby pan z nim o tym porozmawiał? - zapytał Mellow. - 

JeŜeli jest pan specjalistą w swojej dziedzinie, moŜe uda się panu przychwycić go na kłamstwie 

albo stwierdzić w inny sposób, Ŝe jest winien. My, niestety, niewiele tu moŜemy pomóc. 

- Zapewne. - Joe wstał. 

Nic się tu nie zgadzało, nic absolutnie. Jak gdyby jakaś niewidzialna ręka wyjmowała 

karty z rąk grających i zamieniała je w powietrzu na inne, nim upadną na stół. Przez cały czas 

rozmowy był przekonany, Ŝe znajduje się nie opodal rozwiązania, chwilami czuł, Ŝe juŜ je ma, 

i znikało natychmiast, ilekroć chciał ułoŜyć łańcuch dowodów. 

- BoŜe, jaka jestem zmęczona - powiedziała cicho Pamela. - Mary, chodźmy stąd juŜ. 

Czy mogę zanocować u ciebie? 

- Oczywiście, kochanie. Zaraz wszystko będzie gotowe. 

Podnieśli  się  z  miejsc.  Joe  takŜe  uczuł  falę  zmęczenia  rozlewającą  się  łagodnie  po 

mózgu,  wewnątrz  którego  trwał  wyścig  myśli  nie  mogących  ułoŜyć  się  w  logiczną  całość. 

Smytrakis nie ucieknie. To jedno było pewne, nikt nie moŜe opuścić tej wysepki, przynajmniej 

dzisiaj. Jacht Gordonów takŜe nie wymanewrowałby z przystani podczas takiej fali. Mógł w 

takim  razie  usnąć  na  kilka  godzin,  obudzić  się  i  spróbować  przemyśleć  wszystko  od  nowa. 

Czegoś brakowało w jego rozumowaniu. Ale czego? 

background image

- Smytrakis nie ucieknie - powiedział Mellow i dodał, jak gdyby wtórując poprzedniej 

myśli Alexa: - Nikt z nas stąd nie ucieknie. 

Profesor zbliŜył się do Alexa. 

-  To  straszne  -  powiedział  niemal  szeptem,  niknącym  prawie  pośród  skrzypu 

odsuwanych stołków. - Umarł przed godziną, a nikt z nich naprawdę go nie Ŝałuje. 

Z opuszczoną głową minął Alexa i ruszył ku drzwiom. 

- A jeŜeli na tej wyspie znajduje się jeszcze ktoś, kogo nie znamy? - powiedziała nagle 

Karolina. Profesor zatrzymał- się. Wszyscy znieruchomieli. Myśl była tak oczywista. - Czy to 

jest niemoŜliwe, Joe? 

- NiemoŜliwe nie jest - zawahał się. - PoniewaŜ nie znamy wnętrza góry, moŜe tam być 

nawet sto osób. Ale... - znowu się zawahał. - Nie, to wykluczone. Nie ma tu jedzenia. Nikt, kto 

nie byłby w kontakcie z latarnikiem, nie mógłby tu egzystować bez zapasów Ŝywności. 

- A gdyby był w kontakcie z latarnikiem? - Mellow uniósł brwi. 

- Wówczas latarnik wiedziałby, Ŝe ten ukrywający się człowiek jest mordercą Gordona. 

- Właśnie! - Karolina była niemal zadowolona. - Tak myślałam. 

- Zobaczymy - powiedział Alex. - Nie sądzę, aby to było moŜliwe. 

- Ale niemoŜliwe nie jest? - upierał się Mellow. 

- KaŜda ewentualność jest moŜliwa, dopóki nie wykluczy się jej w stu procentach. 

Po godzinie, kiedy leŜał juŜ w łóŜku, raz jeszcze powtórzył sobie półgłosem to zdanie. 

Nie mógł usnąć. 

W baraku, w którym spoczywał jeden umarły i siedmioro Ŝywych ludzi, nastała cisza 

przerywana tylko rykiem fal, uderzających o niedaleki brzeg. Myśli pędziły tak jak one i jak 

one rozbijały się o granicę niemoŜliwego. A gdyby... 

Zamarł  nagle.  OstrzeŜony  bardziej  instynktem  niŜ  słuchem,  zaledwie  uchwycił 

leciuteńki szmer przy drzwiach. Spojrzał. 

Klamka  poruszyła  się  nieznacznie  i  bezszelestnie.  Potem  drzwi  uchyliły  się  bardzo 

powoli. Ukazała się dłoń kobieca, obejmująca framugę, a później ujrzał całą Karolinę, ubraną 

w jasnozieloną pidŜamę. 

Dziewczyna  zamknęła  drzwi  i  sięgnęła  do  wyłącznika.  Usłyszał  ją,  podchodzącą  na 

palcach do łóŜka. 

- Tak strasznie boję się sama spać - szepnęła ledwie dosłyszalnie, kładąc się obok niego. 

-  Nie  zmruŜyłabym  oka  przez  całą  noc.  Ale  jak  ja  się  Zbudzę  przed  świtem?  Nie  powinni 

przecieŜ zauwaŜyć, Ŝe spałam u ciebie? 

- Obudzą cię - szepnął Joe Alex. 

background image
background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY  

„Muszę ją odnaleźć...”

 

 

W  nocy  Joe  budził  się  kilka  razy,  słysząc  nowe  uderzenia  wichury.  Ale  nad  ranem 

wszystko  ucichło  i  kiedy  otworzył  oczy,  dostrzegł  w  pokoju  szare  światło  przedświtu.  Na 

zewnątrz łoskot morza przerodził się w łagodny, miękki szum. 

Trącił  lekko  Karolinę,  która  przeciągnęła  się  i  nagle  usiadła.  Tym  razem  on  połoŜył 

palec na ustach. Zaspana skinęła głową na znak, Ŝe wie, gdzie się znajduje. Alex pochylił usta 

ku jej włosom. 

- JeŜeli to moŜliwe - szepnął - chciałbym, Ŝebyśmy wyruszyli za piętnaście minut. Zdaje 

się, Ŝe wszyscy jeszcze śpią. Zostawimy im kartkę w jadalni, Ŝeby nie wzbudzać niepokoju. 

- Dokąd mamy wyruszyć? 

-  Do  wnętrza  góry.  Przygotuj  śniadanie.  Ja  tymczasem  zamienię  kilka  słów  z 

latarnikiem i wrócę. 

- Dobrze, szefie. 

Ziewnęła, zakrywając usta złoŜonymi dłońmi, ale natychmiast zerwała się i zeskoczyła 

z łóŜka. Wyszła na palcach. Alex, z ręcznikiem, mydłem i szczotką do zębów, równie cicho 

ruszył w kierunku umywalni. Nie chciał nikogo budzić. Gdyby udało się wyjść niepostrzeŜenie, 

będą mieli, Karolina i on, dwie do trzech godzin absolutnego spokoju. A Joe chciał, o ile tylko 

byłoby to moŜliwe, aby nikt nie zauwaŜył, dokąd pójdą. 

Ubrał  się  i  podszedł  do  drzwi  wejściowych.  Były  zamknięte  od  wewnątrz  na  klucz. 

Przekręcił go w zamku i wyszedł. 

Słońce  jeszcze  nie  wstało,  ale  było  ciepło,  tak  ciepło,  jak  rzadko  bywa  w  Anglii  w 

południe. Joe westchnął. To było najbardziej zdumiewające: dlaczego ludzie nie tłoczyli się w 

tych okolicach ziemi, gdzie nie ma zimy i jesieni? Spojrzał w kierunku latarni. Był juŜ dzień i... 

Przetarł  oczy.  Czekał  przez  chwilę.  Nie,  to  nie  było  przywidzenie.  Promień  światła, 

słaby teraz, ale nadal jaśniejący w kopułce latarni, pojawił się i znowu zniknął w swej powolnej 

kolistej  wędrówce.  Zapomniał  zgasić?  Na  pewno.  Był  zdenerwowany  jak  wszyscy. 

Morderstwo jest morderstwem i rzuca swój gęsty, ciemny cień na kaŜdego, kto znajdzie się w 

pobliŜu. Eleftorios Smytrakis nie mógł być wyjątkiem. 

Joe zbliŜył się do cięŜkich, okutych drzwi i otworzył je bez pukania. 

Wewnątrz płonęło światło. Smytrakisa nie było. Telegraf milczał. Biała smuga papieru 

zwisała  nieruchomo  ze  stołu.  Alex  podszedł  i  dopiero  wtedy  dostrzegł  nogi  leŜącego  na 

background image

podłodze człowieka: 

Eleftorios  Smytrakis  nie  Ŝył,  Alex  ukląkł,  starając  się  niczego  nie  poruszyć.  To  nie 

mogło być jedno uderzenie. Tył głowy zabitego był niemal strzaskany ciosami mordercy. W 

zaciśniętych  palcach  prawej  ręki  trupa  tkwiło  pióro.  Został  zaskoczony  uderzeniem  od  tyłu, 

kiedy siedział za stołem. 

Joe wstał. Na stole leŜała wielka otwarta księga, o kartach podzielonych na rubryki, z 

których  pierwsza  oznaczała  najpewniej  godzinę  przyjęcia  lub  nadania  meldunku.  Ostatnia 

pozycja brzmiała: ,,2.55". W następnej rubryce, oznaczającej rodzaj meldunku, nie było nic. 

-  Druga  pięćdziesiąt  pięć  -  mruknął  Joe.  Spojrzał  na  zegarek.  Było  pięć  po  czwartej. 

Godzina i dziesięć minut. - Spałem, kiedy jego tu zabito... Spałem... - potrząsnął głową. - Ale 

jak mogłem przypuścić? Co za nonsens! Co za koszmarny nonsens... 

Pochylił się nad milczącym telegrafem. Telegraf był rozbity. Dlatego milczał. Mikrofon 

radionadajnika leŜał roztrzaskany na podłodze w kącie pokoju. Nie. Tą drogą nie uzyska się juŜ 

kontaktu ze stałym lądem. 

Rozejrzał się jeszcze raz, obszedł stół wymijając nieruchome ciało i ruszył ku wyjściu. 

Nagle zatrzymał się. Tablica rozdzielcza była po lewej stronie leŜącego. Joe podszedł ku niej i 

nie mogąc sobie poradzić z greckimi napisami, opuścił w dół dwie główne, uniesione ku górze 

dźwignie. Potem wyszedł zamykając zakute drzwi na klucz i chowając go do kieszeni. 

Idąc obejrzał się. Latarnia zgasła. Jedna z dwu dźwigni była właściwa. 

Karolina  czekała  w  jadalni.  Na  stole  stały  dwa  kubki  kawy,  jajecznica  i  kilka 

posmarowanych masłem kawałków chleba. 

- Chleb jest trochę wyschnięty - szepnęła - a jajecznica zrobiona z jajek w proszku. Ale 

nie  chciałam  robić  hałasu  i  wzięłam  to,  co  było  pod  ręką.  Oni  zaraz  zaczną  się  budzić.  JuŜ 

dzień. 

- Ktoś nie spał tej nocy - powiedział Alex, biorąc do ręki kromkę chleba. OdłoŜył ją. - 

Biedny  Smytrakis  -  pomyślał  z  nagłym  Ŝalem.  -  Mógł  Ŝyć  sto  lat.  Co  za  nonsens,  co  za 

koszmarny nonsens. 

Zmusił się do wypicia łyka kawy i zjedzenia wszystkiego, co przygotowała dziewczyna. 

- Chodźmy. Czy masz linę? 

Bez słowa wskazała leŜący na krześle zwój i dwie latarki. 

Joe napisał na kartce wydartej z notesu:  Idziemy  w głąb  góry. Wrócimy przed ósmą. 

Karolina Beacon - Joe Alex, i połoŜył kartkę pośrodku stołu. 

- Weźmy zapasowe baterie. - Okręcił się liną i stanął czekając. Ruszyli na palcach przez 

korytarz. 

background image

Nad  ciemną  linią,  oddzielającą  niebo  od  morza,  ukazał  się  właśnie  czerwony  rąbek 

wschodzącego słońca. 

- Dokąd idziemy? - zapytała Karolina, kiedy oddalili się na dostateczną odległość od 

baraku. 

- To samo pytanie zadaję sobie i ja. - Joe uśmiechnął się blado. - Znajduję się w trudnej 

sytuacji,  muszę  odnaleźć  Panią  Labiryntu.  Po  prostu  muszę  ją  odnaleźć,  gdyŜ  jest  to  jedyny 

sposób, aby stwierdzić, skąd wzięto ten posąŜek. 

- Nie wierzysz, Ŝe ten młody Grek mógł zabić Roberta? 

Joe patrzył na nią przez chwilę w milczeniu, patem powiedział: 

-  Nie  wierzą.  Więcej,  mam  absolutną  pewność,  Ŝe  tego  nie  zrobił.  Niezdecydowanie 

skinęła głową. 

- W takim razie dokąd idziemy? 

Alex  zatrzymał  się.  Stali  teraz  u  stóp  ściany  skalnej,  mając  po  lewej  stronie  urwisty 

brzeg spadający w dół ku morzu i zamykający drogę. 

- Jesteśmy w tym samym miejscu, w którym byliśmy wczoraj. - Joe zadarł głowę. - Czy 

sądzisz, Ŝe ten blok skalny rzeczywiście mógł być obrobiony przez ludzi? 

- Nie wiem. Ale myślę, Ŝe to bardzo moŜliwe. W naturze byłby to cudowny przypadek. 

Tymczasem  ludzie  bardzo  często  maskowali  w  ten  sposób  swoje  kryjówki.  Rachunek 

prawdopodobieństwa wskazuje w tym wypadku na działalność człowieka. 

Joe spojrzał na zegarek. 

-  Chodźmy!  -  powiedział  zdecydowanie.  -  Postaramy  się  być  tam  jak  najszybciej. 

Później, o ile okaŜe się, Ŝe ten komin nigdzie nie prowadzi, będę musiał badać jeszcze jedno 

miejsce. Ale wolałbym to zrobić dopiero wtedy, kiedy przyleci policja. 

PołoŜyła mu ręce na ramionach i zajrzała w oczy. 

- Czy ty  naprawdę- juŜ coś wiesz, Joe? 

- Chyba tak - rozłoŜył ręce. - To znaczy wiem, Ŝe musiało się to stać tak, a nie inaczej, 

ale nie wiem dokładnie, jaki był przebieg wydarzeń. Gdybym teraz nie umiał udowodnić tego, 

co wiem, morderca dziękowałby mi do końca Ŝycia. Dlatego muszę ją odnaleźć. Chodźmy! 

Zaczął odpasywać linę. 

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

Pani Labiryntu 

 

- Dalej ten blok się nie cofnie! - Joe otarł pot z czoła i spróbował wsunąć głowę, a po 

niej ramiona do ciemnego otworu. - Wystarczy.  Teraz trzeba tylko umocować dobrze linę. - 

Rozejrzał  się.  TuŜ  nad  podłogą  wystawał  ze  ściany  korytarza  gruby  kolec  skalny.  Alex 

zawiązał węzeł na końcu liny i załoŜył go tam. Pociągnął z całej siły. Kolec nie drgnął. Lina 

trzymała  mocno.  Spróbował  jeszcze  raz.  -  Doskonale!  Ten  komin  jest  tak  wąski,  Ŝe 

najprawdopodobniej  da  oparcie  dla  nóg  i  dla  rąk,  ale  nie  wiadomo,  jak  jest  niŜej.  W  dole 

rozszerza się ponad wodą. Na wszelki wypadek przewiąŜę się. Weź drugi koniec liny i gdybym 

krzyknął, ciągnij z całej siły. Zresztą, tu nie jest głęboko. Daj mi latarkę. Jazda! 

Podał  drugi  koniec  sznura  Karolinie,  a  sam,  przepasany  pętlą  zrobioną  mniej  więcej 

pośrodku zwoju, przesunął przez otwór nogi. Natychmiast wymacał nimi przeciwległą ścianę 

komina.  Zatrzymał  się,  mocno  wsparty  stopami  na  dwóch  niewielkich  występach  w 

przeciwległych ścianach studni, trzymając się jedną ręką, krawędzi otworu, przez który wszedł. 

Skierował  światło  latarki  ku  dołowi.  Studnia  opadała  zupełnie  pionowo  w  dół  i  poza 

występami,  na  których  w  tej  chwili  opierał  stopy,  posiadała  tylko  jedną  niewielką  półeczkę, 

mniej  więcej  w  połowie  odległości  od  lustra  wody.  Poza  tym  była  absolutnie  gładka, 

wy-szlifowana miliardami kropel wody spływającej z wolna w ciągu milionów lat. 

Joe dostrzegł obok siebie głowę Karoliny. 

- I co? - zapytała. - Co widzisz? 

- Absolutnie gładką studnię spadającą ku wodzie. Szczerze mówiąc, nie ma sensu tam 

schodzić. Ale chcę poświecić nad samą powierzchnią i zobaczyć, czy czegoś tam nie znajdę. Ci 

staroŜytni spryciarze mogli na przykład ukryć wejście pod wodą. 

-  Podebrałam  linę  i  mam  ją  tu  -  powiedziała  Karolina.  -  Będę  patrzeć  za  tobą.  Nie 

stracimy kontaktu. 

- Dobrze. 

Zaczął zsuwać się powoli, próbując wspierać ześlizgujące się końce stóp na gładkiej, 

wilgotnej powierzchni ściany komina. Mała półeczka skalna była juŜ blisko. Oparł o nią stopę i 

doznał przeraŜającego uczucia kontaktu z czymś Ŝywym. Półeczka ustąpiła nagle. 

Równocześnie  usłyszał  krzyk  Karoliny  i  zobaczył,  Ŝe  część  ściany  komina  poruszyła 

się.  Skoczył  w  górę,  podkurczając  nogi  i  chwytając  oburącz  linę,  napręŜoną  nagle 

rozpaczliwym wysiłkiem dziewczyny. Latarka, którą na szczęście zawiesił na pasku, świeciła 

background image

nadal.  W  jej  blasku  tuŜ  pod  podkurczonymi  stopami  dostrzegł  blok  skalny,  który  opadł, 

zatrzymał  się  i  cofnął  bezgłośnie.  Ściana  znowu  była  gładka.  śadna  skaza  nie  mąciła  jej 

powierzchni.  Joe  wspiął  się  w  górę  i  chwycił  za  krawędź  otworu.  Nie  widział  Karoliny. 

Dopiero kiedy podciągnąwszy się na rękach, wsunął głowę do korytarza, dostrzegł ją leŜącą na 

wznak, wspartą nogami w ścianę i ściskającą kurczowo linę. 

- Dziękuję, kochanie. 

-  Jesteś...  -  westchnęła  i  przymknęła  oczy.  Wypuszczona  z  bezwładnych  dłoni  lina 

opadła na podłogę - Utrzymałam cię. - Uniosła powieki. - Co to było, Joe? 

- Nie wiem dokładnie. Wydaje mi się, Ŝe w chwili kiedy nacisnąłem stopą tę półeczkę, 

uruchomiłem  coś  w  rodzaju  dźwigni,  na  której  opiera  się  wielki  blok  skalny.  Jest  on  tak 

wywaŜony, Ŝe po zmasakrowaniu śmiałka i strąceniu go do wody powraca na miejsce w chwili, 

kiedy niknie nacisk stopy ludzkiej na półeczkę. Inaczej nie mógłby powrócić do poprzedniego 

połoŜenia. Bardzo sprytne urządzenie i działa od paru tysięcy lat bez najmniejszych reklamacji 

i usterek. 

Karolina usiadła i przyłoŜyła zaczerwienione dłonie do policzków. 

- Joe, dwa takie przypadki nie mogą istnieć obok siebie. Zresztą to urządzenie nie moŜe 

być dziełem natury. Co zrobimy? 

- Myślę, Ŝe musimy sprawdzić, co się stanie, jeŜeli nie pozwolimy temu blokowi skal-

nemu powrócić na miejsce. 

- Jak chcesz tego dokonać? 

- Zastanawiam się właśnie nad tym. JeŜeli to przejście jest tak obwarowane, to najlepszy 

dowód,  Ŝe  musi  prowadzić  do  miejsca,  którego  ci  ludzie  chcieli  Strzec  jak  oka  w  głowie. 

Wydaje mi się, Ŝe tylko jedno takie miejsce moŜe wchodzić w rachubę. Ale jak twój Perimos 

mógł samotnie tam schodzić? 

-  JeŜeli  stan  równowagi  jest  tak  idealny,  Ŝe  wystarczy  nawet  najmniejsze  obciąŜenie 

półeczki,  aby  uruchomić  zawieszony  nad  nią  blok  skalny,  moŜe  wystarczy  niewielkie 

obciąŜenie bloku, Ŝeby nie dać mu powrócić na miejsce? 

Joe skinął potakująco głową.  

- Musimy spróbować jeszcze raz. 

-  Jak  to,  jeszcze  raz?  Nie  chcesz  chyba  sam  tam  schodzić  i  znowu  uruchamiać  tę 

piekielną machinę? Tyś tego nie widział, Joe! Skoczyłeś w górę i ten blok wyminął twoje nogi 

o milimetry. Gdybyś tam został jeszcze przez ułamek sekundy, spadłby na ciebie i roztrzaskał 

ci głową na miazgę! 

-  Ale  nie  roztrzaskał.  Poza  tym  nie  byłem  przygotowany.  Groza  tej  machiny  polega 

background image

przede wszystkim na zaskoczeniu. Teraz juŜ wiemy, czego moŜna się po niej spodziewać. 

Wziął do ręki linę i zaczął ją związywać podwójnie, tworząc coś w rodzaju prymitywnej 

drabinki sznurowej. 

- Zaczepię ją na tym kolcu skalnym i opuszczę do studni. Potem zejdę tak nisko, aby 

móc dotknąć nogą  tej  półeczki  i  poderwać   się  natychmiast.  Kiedy blok wychyli się ze 

ś

ciany, staną na nim. 

- Staniesz na nim? 

- Zrobię to bardzo niechętnie. MoŜesz mi wierzyć - uśmiechnął się. 

- Ale czy to nie zawiedzie? 

-  JeŜeli  cięŜar  jest  idealnie  wywaŜony,  nie  moŜe  powrócić,  gdy  się  go  dodatkowo 

obciąŜy. 

- Boję się, Joe. MoŜesz nie zdąŜyć. 

- ZdąŜę. 

- A ja? Co ja mam robić? 

-  Będziesz  świeciła  latarką.  Dzięki  temu  zyskam  większą  swobodę  ruchów. 

Zaczynamy! 

Przerzucił  drabinkę  przez  otwór,  później  wychylił  się  i  sprawdziwszy,  Ŝe  drabinka 

zwisa pionowo, umocował ją po raz wtóry na kolcu skalnym. 

Karolina stanęła przy otworze, kładąc dłonie na linie. 

- Będę cię ubezpieczała i szarpnę w górę, kiedy dotkniesz półeczki. 

Skinął  głową  i  znowu  przerzucił  nogi  na  zewnątrz.  Teraz  schodzenie  było  o  wiele 

wygodniejsze. Zwisająca u pasa latarka świeciła w dół. Widział jej jasne oko odbite w wodzie. 

Gdzieś daleko szumiało morze. Powierzchnia dna studni falowała lekko. Głęboki, cięŜki głos 

fal zbliŜał się i oddalał, jak gdyby nadchodząc spoza granicy świadomości. 

Joe opuszczał się w dół. Powoli, trzymając dłońmi za uchwyt, opuścił nogę, starając się 

sięgnąć końcem stopy jak najniŜej. Tak, tyle. Wystarczy. Mógł teraz dotknąć półeczki. 

Przez  chwilę  zastanawiał  się.  Dotknąć  nie  za  mocno  i  nie  za  lekko.  Zadarł  głowę. 

Karolina czekała. Pobladła jasna twarzyczka okolona krótkimi włosami... 

Nacisnął stopą półeczkę i błyskawicznie poderwał się na rękach, skacząc niemal w górę. 

Blok skalny opadł tak nieprawdopodobnie cicho, jak gdyby był z waty. Jeszcze. JuŜ! 

Nie puszczając drabinki, wparł nogi w gładką powierzchnie skały. Przez chwilę trwał w 

napięciu, pełen wyczekiwania. Blok znieruchomiał. 

- Stoi! - zawołał. 

-  Widzę!  -  radosny  głos  Karoliny,  odbity  od  ścian  studni,  powrócił  z  dołu  wysokim 

background image

echem. - Co tam jest? 

Joe  odpiął  latarkę  od  paska  i  stojąc  swobodnie  na  bloku,  który  odcinał  go  teraz 

kompletnie od dna studni, puścił strumień światła w głąb ciemnego otworu. 

-  Korytarz  -  powiedział  -  który  skręca  prawie  od  razu  w  prawo.  Musimy  jakoś 

zabezpieczyć  tę  pułapkę.  -  Powoli  przejechał  promieniem  latarki  po  obramowaniu  otworu. 

Uniósł głowę. - Przynieś kilka kamieni. Jest ich tam cała masa w korytarzu. ObciąŜymy nimi 

ten blok. 

- Dobrze! 

Głowa Karoliny znikła. Czekał przez chwilę, stojąc spokojnie na zwodzonym skalnym 

moście. Ale nie myślał, nawet w tej chwili, o przemyślności dawnych Kreteńczyków, lecz o 

Eleftoriosie Smytrakisie, leŜącym z roztrzaskaną czaszką w cichej, zamkniętej na klucz latarni 

morskiej. Morderca był na wolności. Ciągle jeszcze na wolności. 

- Mam kamień! - zawołała Karolina. - Ale jak ci go podać? 

Wychyliła się połową ciała, trzymając w dłoniach duŜy odłamek skały. Wspiął się na 

palce, ale nie sięgnął. 

- Wypuść go z rąk! 

Chwycił w powietrzu kamień i połoŜył go na bloku. Powtórzyli to kilka razy i wreszcie 

Joe uchwyciwszy drabinkę, poderwał nogi. Blok nie drgnął. 

-  W  porządku!  MoŜesz  schodzić.  Zaczekał,  póki  dziewczyna  nie  znalazła  się  na  dra-

bince, chwycił ją wpół i postawił obok siebie. 

- BoŜe - powiedziała cicho Karolina. - Oby ona tam była! 

- Kto? - Joe nie zrozumiał. 

- Pani Labiryntu. PrzecieŜ po to tu przybyłam. 

I weszła pierwsza do ciemnego, wilgotnego korytarza, tak niskiego, Ŝe musiała pochylić 

głową. Zrobiła kilka kroków i zatrzymała się. Joe stanął przy niej. 

Korytarz  gwałtownie  opadał.  Dalej  była  ciemność.  W  świetle  latarek  ujrzeli  w  dole 

nowy zakręt. 

Bez słowa ruszyli naprzód. 

Karolina, niosąc przed sobą w wyciągniętej ręce latarkę, zaczęła schodzić. Na zakręcie 

poziom  korytarza  wyrównał  się.  Joe  uniósł  latarkę  i  kilka  razy  nacisnął  guziczek  mając 

wraŜenie,  Ŝe  bateria  odmówiła  posłuszeństwa.  Dopiero  po  chwili  zrozumiał,  Ŝe  światło 

rozprasza  się  w  mrocznej  przestrzeni.  Stali  u  wejścia  sali  podziemnej,  której  sklepienie 

zamykało się daleko w górze, jak strop katedry. 

- Widzisz? - usłyszał obok siebie zdławiony szept Karoliny. - Czy widzisz to, Joe?! 

background image

Ich  oczy,  przyzwyczajone  juŜ  do  ciemności,  dostrzegły  w  nikłym  blasku  latarek 

olbrzymi posąg kobiety, stojący pośrodku groty. 

Głowę  jej  zdobiła  złocista  tiara,  na  której  przysiadł  gołąb,  a  w  kolosalnych,  szeroko 

rozłoŜonych  ramionach  trzymała  dwa  wijące  się  węŜe,  które  wpatrywały  się  rozjarzonymi, 

rubinowymi oczyma w maleńkie, stojące u wejścia istoty ludzkie. 

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY 

Siady bosych stóp

 

 

- Wielki, jedyny BoŜe - szepnęła Karolina. - To naprawdę ona! Ale jaka inna! 

Chciała podejść do posągu, lecz Joe połoŜył dłoń na jej ramieniu. 

- Nie ruszaj się - powiedział półgłosem. 

- Co się stało? 

- Nic. Ale pamiętaj, Ŝe nie jesteśmy pierwszymi współczesnymi ludźmi, którzy tu 

weszli. Ktoś odkrył te pieczarę przed nami. 

- Kto? - Nie zrozumiała. 

-  Morderca  Roberta  Gordona,  który  wziął  stąd  tę  statuetkę.  Najpierw  musimy 

sprawdzić,  skąd  ją  wziął,  jak  wszedł  i  jak  wyszedł.  A  później,  od  jutra  -  urwał  na  chwilę  - 

moŜesz zabrać się do swoich badań. 

I osadziwszy ją w miejscu ruchem dłoni, zaczął posuwać się w kierunku posągu. Lecz 

nie spojrzał nawet w stronę bogini. Latarka jego oświetlała jedynie podłogę. Nagle przystanął. 

- MoŜesz juŜ teraz podejść - powiedział przyciszonym głosem. 

Karolina  zbliŜyła  się  powoli,  wodząc  światłem  po  ścianach  i  podłodze.  Z  mroku 

wynurzały  się  nieprzeliczone  legiony  wotywnych  statuetek:  kobiet,  tancerzy,  ptaków, 

szarŜujących byków. Pod ścianami stały naczynia, tysiące najrozmaitszych waz, wielkich i ma-

łych, wysokich i przysadzistych, a przed ołtarzem - kamiennym, prostokątnym stołem u stóp 

bogini - leŜały stosy złotych przedmiotów, lśniących dziś jeszcze jak przed wiekami pomimo 

wilgoci i mroku. 

- To... to jest niemoŜliwe... - szepnęła Karolina. - Ja chyba śnię? Na pewno śnię. Nawet 

grób Tutenchamona nie dorównuje temu. Joe, uszczypnij mnie, błagam! 

Stanęła, zamknęła oczy i otworzyła je. Obraz nie ustępował. 

- UwaŜaj! - Alex znowu połoŜył dłoń na jej ramieniu. - Spójrz tu. 

Odwróciła oczy od ołtarza. Na cienkiej, wilgotnej warstwie piasku, którą pokryta była 

kamienna podłoga przybytku, odcinał się wyraźnie ślad stopy ludzkiej, a dalej drugi. Ale nie 

były to odciski sandałów kreteńskich ani butów współczesnego człowieka. Ten, który stanął tu 

niedawno, był bosy. 

Joe pochylił się, 

-  Dorosły  męŜczyzna  -  mruknął.  -  Był  tu  bardzo,  ale  to  bardzo  niedawno.  Wilgotny 

piasek  ma  skłonność  do  zapadania  się  po  pewnym  czasie.  Te  odciski  są  zupełnie  świeŜe, 

background image

najprawdopodobniej  zrobiono  je  wczoraj.  -  Uniósł  głowę.  -  Postaraj  się,  jeŜeli  to  moŜliwe, 

zapomnieć teraz na Chwilę o tym, co tu znaleźliśmy. Ten człowiek zamordował w ciągu dwu-

dziestu  czterech  godzin  dwóch  ludzi  i  jeŜeli  w  jego  szalonej  głowie  zrodzi  się  jakiś  nowy, 

jeszcze efektowniejszy pomysł, moŜe zabić trzeciego. Musimy go unieszkodliwić tak szybko, 

jak się da. To jest najwaŜniejsze, Karolino. Pani Labiryntu moŜe zaczekać. 

-  Dwóch  ludzi?  -  zapytała.  -  Jakich  dwóch  ludzi?  PrzecieŜ  nikt  nie  umarł  tutaj  poza 

Goirdonem. 

- Eleftorios Smytrakis został zamordowany dziś nad ranem - powiedział spokojnie Joe. - 

ś

al mi tego chłopca, Gordona teŜ mi Ŝal. Dlatego, błagam, zapomnij na chwilę o tej świątyni. 

Stała  tu  spokojnie  parę  tysięcy  lat  i  na  pewno  przetrwa  jeszcze  parę  godzin  bez  twojej 

interwencji. PomóŜ mi. 

-  Tak?...  -  Karolina  pochyliła  głowę.  -  Biedny  ten  Grek.  Był  jeszcze  bardzo  młody. 

Gdybym nie odczytała tego papirusu, nie przyjechalibyśmy tu i Ŝyłby teraz. 

-  Takie  rozumowanie  nie  ma  sensu.  Wiesz  o  tym  tak  samo  dobrze  jak  ja.  Idźmy  po 

ś

ladach  tego  człowieka.  Widzisz?  Najwyraźniej  podszedł  do  ołtarza  i  przyjrzał  się  bogini. 

Teraz zawrócił. Doszedł, o tu, i oto mamy dowód, skąd się wzięła statuetka w rękach Gordona! 

Wskazał  ręką.  Pośród  tłumu  stojących  ciasno  posąŜków  widniało  na  skraju  puste 

miejsce, a przed nim ślady stóp bosonogiego człowieka. 

- Przystanął tu, wziął statuetkę, a potem ruszył w tym kierunku: jeden ślad, drugi, lewa 

stopa, prawa. Widzisz? Idzie nie zatrzymując się, zupełnie prosto... 

- Zawrócił w tym miejscu - powiedziała Karolina. 

Siady stóp zbliŜyły się do ściany, pokrytej resztkami fresku, zatartego niemal zupełnie 

przez wilgoć. Z tego samego miejsca odciski stóp odchodziły w głąb świątyni.   Ruszyli   za   

nimi   i   po   chwili  znaleźli   się w tym samym miejscu, w którym zobaczyli pierwsze ślady. 

Obok śladów bosych stóp widać było wyraźnie ich własne. Ruszyli dalej i ponownie znaleźli 

się przy ścianie. 

- CzyŜby zniknął? - powiedziała Karolina, pochylając się i badając latarką powierzchnię 

ś

ciany. - Joe! 

- Tak? - On równieŜ pochylił się. 

- Znowu ta sama historia! Zamaskowane przejście! 

Najwyraźniej skała nie posiadała ongi najmniejszej szczeliny. Ale czas i woda zrobiły 

swoje.  W  monolitycznej  ścianie  groty  widać  było  zarys  równego  prostokąta.  Joe  naparł 

ramieniem.  Kamienny  blok  poruszył  się  łatwo  i  okręcił  na  osi,  ukazując  mroczną  czeluść. 

Równocześnie z ciemności dobiegł szum morza. 

background image

Alex spojrzał na zegarek. Potem, dając Karolinie ruchem ręki znak, Ŝe ma pozostać na 

miejscu, wszedł. 

Znajdował  się  w  najwyŜszym  punkcie  niewielkiej  komory  skalnej.  Opadała  ona 

łagodnie i kończyła się wylotem niskiego tunelu, w którym chlupotała woda. Z dala dochodził 

głos fal, wyraźny, lecz przytłumiony. 

Joe rozejrzał się. Grota była stosunkowo sucha, dno jej pokrywał sypki, jasny piasek. Tu 

takŜe były ślady bosych stóp ludzkich. Ale nie one przykuły uwagę Alexa. 

Pochylił się i podniósł niedopałek papierosa. Niedaleko leŜał drugi i trzeci. Wypalona 

zapałka, leŜąca tu juŜ od dawna, druga, trzecia, czwarta... 

Wyprostował się i skierował promień latarki na niedopałki. Wszystkie były zaopatrzone 

w grecki napis: „VI Sorta". 

Powoli  wyciągnął  chustkę,  połoŜył  na  niej  niedopałki  i  zapałki,  potem  wsunął  ją  do 

kieszeni. 

- Dlaczego nic nie mówisz? - zapytała Karolina. 

- Sekundę... - Stał jeszcze przez chwilę, rozglądając się i nadsłuchując. Nagle przyłoŜył 

dłoń do czoła i potarł je kilkakrotnie. - Więc to było tak! - powiedział cicho. - Tak było. Ale 

jakim cudem...? - Urwał. 

Kiedy  ukazał  się  w  przejściu  prowadzącym  do  przybytku  Pani  Labiryntu,  Karolina, 

która umiała czytać w jego twarzy, dostrzegła, nawet przy chwiejnym blasku latarek, Ŝe stało 

się coś waŜnego. 

- Joe? - powiedziała cicho. - Czy naprawdę wiesz juŜ wszystko? 

- Tak, wiem. Chodźmy. Wracamy do baraku. 

- Ale... 

- Musimy tam teraz wrócić. Ani słowa o naszym odkryciu. 

Ruszyła  za  nim,  posławszy  ku  mrocznej  bogini  ostatni  błysk  swej  dogasającej  juŜ 

latarki. 

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY 

Spadł w otchłań 

 

Słońce było juŜ wysoko, kiedy wynurzyli się na światło dzienne. 

-  To  chyba  sen?  -  Karolina  ciągle  jeszcze  nie  wierzyła.  Obejrzała  się  i  obrzuciła 

wzrokiem  górę,  jak  gdyby  chcąc  się  upewnić,  Ŝe  naprawdę  ma  ją  za  plecami.  -  Nie  zdajesz 

sobie sprawy, co to jest za odkrycie! Nie zdąŜyłam nawet rozejrzeć się tam, ale wiem, Ŝe... 

- Musisz teraz przestać myśleć o tym - ujął ją pod rękę. Z dala wyglądali zapewne jak 

najzwyklejsza w świecie para zakochanych. - Nikt nie moŜe poznać, Ŝe byliśmy tam, dopóki im 

tego nie powiem. A powiem, moŜesz być o tym przekonana. 

Skłoniła głowę. 

- Dobrze. Będę myślała tylko o tych biednych chłopcach. Zresztą to nieprawda, Ŝe nie 

myślę o nich. Ale ja nic nie rozumiem, Joe! Według mnie, Roberta mógł zabić tylko Smytrakis 

albo  Caruthers,  kiedy  wrócił  po  te  liny.  JeŜeli  nie  zrobił  tego  Smytrakis,  a  ty  twierdzisz,  Ŝe 

Robert  nie  Ŝył  wtedy,  kiedy  Caruthers  wrócił  do  baraku,  nie  widzę  nikogo,  kto  mógłby  to 

zrobić. PrzecieŜ po wyjściu Roberta byliśmy wszyscy razem, prawda? Przez cały czas! Nikt nie 

wychodził,  nikt  się  nie  odłączył  ani  na  minutą.  Pamiętam  doskonale  kaŜdą  chwilą  tego 

wieczoru: przemyślałam to sto razy. Nie, Joe, to niemoŜliwe! 

- Przekonasz się, Ŝe to jednak było moŜliwe. ZbliŜali się juŜ ku drzwiom baraku. 

- Spóźniliśmy się trochę - powiedziała dziewczyna. - Mieliśmy być o ósmej. 

-  Nic  nie  szkodzi  -  Joe  przepuścił  ją  przed  sobą.  Mijając  próg,  pochylił  się  nad  nią  i 

szepnął: - Pamiętaj, ani słowa... 

Skinęła głową. 

l znowu, jak wczorajszej nocy, zobaczył ich razem, wyczekujących na to, co musiało 

nadejść:  na  śledztwo,  powrót  do  kraju,  natręctwo  dziennikarzy,  przyciszone  zapytania 

kolegów. Było im źle, ale pokrywali prawdziwe uczucia pozorną obojętnością. 

Przez otwarte okna wpadał ciepły, poranny powiew, niosąc z sobą nieuchwytny zapach 

rozgrzanej  skały  i  wodorostów.  Profesor  Lee  siedział  z  głową  opartą  na  łokciach  i  wodził 

niewidzącym spojrzeniem za wielkim białym ptakiem morskim, który krąŜył nad wyspą. Przed 

siedzącym stała szklanka zimnej herbaty. 

Caruthers siedział pod drugim oknem i nawijał na bęben wędki nylonową linkę. Mellow 

czytał przy stole. 

Mary Sanders i Pamela  Gordon siedziały  obok siebie na ławie pod ścianą. Na widok 

background image

Karoliny i Alexa wszyscy unieśli głowy. 

-  Dzień  dobory  -  powiedział  Joe.  -  Spóźniliśmy  się  trochę,  ale  to  nie  z  naszej  winy. 

Chciałem zbadać jeden korytarzy skalnych - zawiesił głos. 

-  A  ten  Grek  nie  był  z  wami?  -  zapytała  Mary.  -  Myślałam,  Ŝe  poszliście  we  trójkę. 

Latarnia jest zamknięta na klucz. 

- Uciekł! - powiedział nagle Mellow. - Pan poszedł badać korytarze, a morderca Roberta 

uciekł! 

- To ja zamknąłem latarnię na klucz. 

Alex przysunął krzesło Karolinie, potem sam usiadł. 

- Pan? 

- Ja. 

Powiedział to zupełnie spokojnie, ale w głosie jego musiało zabrzmieć coś, co zwróciło 

uwagę ich wszystkich. Caruthers przestał nawijać linkę. Mellow gwałtownie złoŜył ksiąŜkę. 

- Pan zamknął? - zapytał profesor. - Dlaczego? 

- Bo... - Joe odetchnął głęboko - Eleftorios Smytrakis nie Ŝyje. Znalazłem go dziś, przed 

ś

witem, zamordowanego. 

- Zamordowanego? - Mellow zerwał się. - Jak to! - PrzecieŜ to on... - Urwał. - Pan nie 

mówi  nam  prawdy!  Od  rana  rozwaŜam  tę  sprawę  i  wiem,  absolutnie  wiem,  Ŝe  jedynym 

człowiekiem, który mógł zamordować Roberta, jest Smytrakis! 

- Był - poprawił go Alex. - On naprawdę nie Ŝyje. Mellow usiadł cięŜko. 

- Nie Ŝyje - szepnął. - Nie Ŝyje... 

-  Przestań!  -  głos  Mary  uniósł  się  histerycznie.  -  Przestańcie  o  tym  mówić!  Ja 

wyjeŜdŜam stąd! Ten helikopter musi mnie stąd zabrać! To, to jest straszne!... 

Słowa uwięzły jej w gardle, rozpłakała się cicho. Pamela Gordon nie spojrzała nawet w 

jej kierunku. 

- A czy wie pan, kto go zabił? - zapytała spokojnie. 

- Wiem. 

Zapadła nagła cisza. - W takim razie, wie pan takŜe, kto zabił Roberta? 

- Tak, proszę pani. Wiem juŜ wszystko. Umilkł. Nikt się nie poruszył. Nagle dobiegł ich 

jasny, czysty głos profesora Lee. 

- JeŜeli pan wie, proszę nam powiedzieć. Wydaje mi się, Ŝe to pański obowiązek. 

- I ja tak myślę - Joe skinął głową. - OtóŜ, ani jedno z tych morderstw nie jest wynikiem 

długotrwałego  planowania.  Są  one  raczej  owocem  pewnego  rodzaju  improwizacji,  bardzo 

zręcznej,  nie  pozbawionej  umiejętności  przewidywania,  ale  równocześnie  prymitywnej  w 

background image

załoŜeniu... 

Powiódł po nich oczyma. 

-  Morderca  znajduje  się  tu,  pośród  nas.  Wolałbym,  Ŝeby  sam  przyznał  się  do  swoich 

czynów, za które będzie musiał i tak odpowiedzieć, nie przed nami, ale przed sądem. Motywy 

pierwszej zbrodni były nikczemne, motywem drugiej był lęk. Zabijając Smytrakisa, morderca 

liczył na to, Ŝe zmusi do milczenia jedynego człowieka, który znał wejście do przybytku Pani 

Labiryntu, chociaŜ nie wiedział, Ŝe ono istnieje. A zabił go, gdyŜ na wyspie znalazłem się ja i 

Smytrakis mógł w kaŜdej chwili podzielić się ze mną tą informacją, która dla niego była mało 

znacząca,  lecz  dla  mnie  i  dla  mordercy  posiadała  pierwszorzędną  wartość.  Morderca  był 

absolutnie  przekonany,  Ŝe  po  śmierci  Smytrakisa  zniknie  jedyna  szansa  odkrycia  przybytku 

Pani  Labiryntu,  a  wraz  z  tym  jedyna  moŜliwość  obciąŜenia  go.  Od  pierwszej  chwili 

wiedziałem,  Ŝe  kluczem  do  rozwiązania  zagadki  będzie  ta  mała  figurka.  Stanowiła  ona 

najlepsze alibi pod słońcem. Ale Ŝeby alibi to było niewzruszone, Smytrakis musiał zginąć... 

Urwał na chwilę. 

- Proszę mówić dalej - powiedział z wyraźnym wysiłkiem profesor Lee.  

Joe skinął głową. 

-  Niestety,  nie  mogłem  zapobiec  tej  śmierci,  poprostu  dlatego,  Ŝe  nie  znałem  jeszcze 

wówczas  faktów.  Sądziłem,  Ŝe  morderca  wybrał  Smytrakisa  na  kozła  ofiarnego.  Policja  po 

przeprowadzeniu  śledztwa  mogłaby  nawet  aresztować  młodego  Greka.  Był  najbardziej 

podejrzaną  osobą  na  wyspie.  Pozornie  on jeden  mógł  zabić  Roberta  Gordona.  Ale  morderca 

zląkł się nagle. Myślę, Ŝe zląkł się mnie. Widać było z mego zachowania, Ŝe nie wierzę w winę 

latarnika i będę szukał innego  rozwiązania. Chciał mi wobec tego uniemoŜliwić jakikolwiek 

postęp śledztwa. Ale nie docenił zarówno mnie,  jak i staroŜytnych Kreteńczyków. Powinien 

był  wiedzieć,  Ŝe  na  obszarze  tak  często  nawiedzanym  przez  trzęsienia  ziemi  musiano  wy 

budować  drugie,  zapasowe  wyjście  ze  skalnej  świątyni.  Zresztą  zauwaŜyłby  je,  gdyby  się 

rozejrzał  dokładnie  po  wejściu  do  przybytku.  Ale  był  zanadto  zafascynowany  widokiem. 

Porwał jedną, małą figurkę najprawdopodobniej  po to, Ŝeby ją z dumą pokazać tu obecnym. 

Potem  wyszedł.  Spieszył  się.  Tak  bardzo  się  spieszył,  Ŝe  zapomniał  o  śladach  stóp,  które 

pozostawił  w  mokrym  piasku.  To  przeoczenie  zaprowadzi  go  na  szubienicę,  gdyŜ  mię  ma 

dwóch  jednakowych  odcisków  nóg  ludzkich.  Wiem  absolutnie  wszystko  i...  Nie  dokończył. 

Okno zasłonił kształt ludzki Usłyszeli tupot nóg. 

-  Stój!  -  krzyknął  Alex,  lecz  nie  ruszył  się  z  miejsca.  Człowiek  biegł  coraz  szybciej, 

zbliŜał się do skraju urwiska. Karolina krzyknęła i zasłoniła oczy. Joe patrzył nie mruŜąc oczu. 

Biegnący jeszcze przyspieszył, otworzył szeroko ramiona i skoczył. 

background image

Dopiero w tej chwili Alex przesadził parapet i ruszył biegiem w tym samym kierunku. 

Zatrzymał  się  na  skraju  urwiska  i  przez  chwilę  wodził  oczyma  pośród  pian 

wystrzelających  nad  zębami  przybrzeŜnej  rafy.  Zobaczył  go  wreszcie,  leŜącego  na  ostrym 

występie skalnym pośród kipieli. Jęzor wodny sięgnął po ciało, uniósł je i cisnął z powrotem. 

Uderzyła druga fala, wyŜsza, okryta białym grzebieniem. Kiedy cofnęła się, występ skalny był 

pusty. Później wydało się Alexowi, Ŝe dostrzega błysk białej koszuli, ale wystrzelił gejzer piany 

i wszystko znikło.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY 

 „Oczywiście zostanę..."

 

 

-  Ale  jak,  na  miłość  boską,  doszedł  pan  do  tego?  -  Mellow,  bezradnym  ruchem 

rozkrzyŜował potęŜne ramiona. - Myślałem przez całą noc i wstydzę się teraz tych wszystkich 

nonsensów, które uznałem za pewniki! 

- Nie mogę stereotypowo odpowiedzieć, Ŝe sprawa była stosunkowo prosta. Zbyt wiele 

czynników przeszkadzało początkowo w dostrzeŜeniu prawdy. Poza tym trzeba przyznać, Ŝe 

morderstwo  Roberta  Gordona  zostało  dokonane  z  niezwykłą  zuchwałością.  Mało  znam 

przykładów tak bezwzględnie i precyzyjnie dokonanego zabójstwa. Ten człowiek był na pewno 

obdarzony  błyskotliwą  inteligencją  i  umiejętnością  błyskawicznego  kojarzenia  faktów.  Lecz 

gdy  te  dwie  cechy  spotkają  się  z  marną  duszyczka,  często  rodzi  się  zbrodnia.  Co  gorsza, 

mordercom  obdarzonym  tymi  właściwościami  wydaje  się,  Ŝe  posiadają  nad  otoczeniem 

przewagę  intelektualną,  która  pozwoli  im  wywieść  wszystkich  w  pole.  Ale  powróćmy  do 

sprawy. 

Kiedy  znaleźliśmy  Gordona  trzymającego  w  martwych  palcach  statuetkę  Pani 

Labiryntu, miałem następujące dane: 

1. Nikt z obecnych nie mógł zabić Gordona, poniewaŜ wszyscy od chwili jego wyjścia 

do przystani przebywali w moim towarzystwie i nie traciłem ich ani na chwilę z oczu. 

2. Statuetka była prawdziwa, wydobyta przed niedawnym czasem z jakiegoś ciemnego 

miejsca, najprawdopodobniej z jaskini, gdzie stała w płytkiej warstwie piasku. 

3.  Jedynym  ewidentnym  kandydatem  na  mordercę  Gordona  był  Eleftonos  Smytrakis, 

który miał wszelkie szansę uśmiercenia go i złoŜenia u wylotu jaskini, gdy my byliśmy zajęci 

na przystani. Poza tym Smytrakis mógł, przebywając całymi tygodniami samotnie na wyspie, 

wykryć przybytek Pani Labiryntu lub po prostu jedną statuetkę bogini. Brakowało motywu. Co 

prawda,  moŜna  było  na  przykład  przypuścić,  Ŝe  Smytrakis  sprzedaje  gdzieś  przedmioty  z 

przybytku  i  czerpie  z  tego  zyski,  które  urwałyby  się,  gdyby  nasza  ekspedycja  ten  przybytek 

odkryła.  Rzecz  nie  była  niemoŜliwa,  zwaŜywszy,  Ŝe  co  najmniej  połowa  kolekcjonerów  na 

ś

wiecie kupi kradziony przedmiot, -jeśli brakuje go w ich zbiorach. 

Istniała sprzeczność: gdyby tak było, Smytrakis nigdy nie przyozdobiłby zwłok figurką 

Pani Labiryntu. Taki czyn mógł popełnić tylko szaleniec. 

4. Ale szaleńca nie było pomiędzy nami. Wobec tego posąŜek musiał coś znaczyć. Lecz 

co?  Czy  miał  obciąŜyć  kogoś?  Kogoś  osłonić?  ObciąŜyć  mógł  tylko  osobę,  o  której 

background image

wiedzielibyśmy, Ŝe odkryła przybytek. Lecz takiej osoby nie było. Osłaniać mógł osobę, która 

nie miała szansy odkrycia przybytku. Była tylko jedna taka osoba: Caruthers. On jeden nie brał 

udziału w naszej wyprawie w głąb góry. 

5. Musiałem znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego morderca Roberta Gordona złoŜył 

zwłoki w grocie a nie upozorował śmierci na skutek nieszczęśliwego przypadku? 

To było bardzo trudne. Byłem skonsternowany. Wiedziałem, Ŝe nie mam do czynienia z 

szaleńcem. Więc dlaczego Robert Gordon został złoŜony w jaskini? 

6. Musiałem odkryć miejsce, z którego wzięto ten posąŜek. Postanowiłem wykorzystać 

jedyną moŜliwość, którą Karolinie i mnie nasunął szczęśliwy przypadek: otóŜ po wejściu do 

skalnego  korytarza  odkryliśmy  przejście  do  studni  skalnej.  Gdyby  ta  studnia  doprowadziła 

mnie do miejsca, z którego wzięto posąŜek, wiedziałbym o wiele więcej: mógłbym ustalić, kto 

z członków ekspedycji mógł się tam dostać. Liczyłem na jakieś ślady. Z tym usnąłem. 

7.  Kiedy  rano  wstałem  i  znalazłem  Smytrakisa  martwego  w  latarni  morskiej, 

wiedziałem juŜ na pewno, Ŝe mordercą jest Caruthers. A doszedłem do tego na skutek bardzo 

prostego rozumowania. Jedyny człowiek, który mógł zabić Gordona, sam został zabity. Poza 

tym  tylko  jedna  z  obecnych  na  wyspie  osób  była  na  chwilę  sam  na  sam  z  Gordonem,  gdy 

opuścił  jadalnię,  Ŝeby  udać  się  na  przystań.  Osobą  tą  był  Caruthers,  który  odprowadził  go  i 

zamknął za nim drzwi. A pokój Caruthersa był tuŜ przy drzwiach wejściowych. Tylko pozornie 

czyn ten wydawał się niemoŜliwy. Wicher wył zagłuszając wszystko. Gdyby Caruthers uderzył 

kamieniem (jednym z tych, które przyniósł dla podparcia drzwi) Gordona w tył głowy, a potem 

błyskawicznie wepchnął trupa do swego pokoju, mógł w godzinę później powróciwszy po owe 

nieszczęsne liny, zanieść trupa do jaskini, gdy my byliśmy na przystani. Analizowałem to kilka 

razy  i  doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  inaczej  być  nie  mogło.  To  była  jedyna  moŜliwość  zabicia 

Gordona, a Caruthers jedynym człowiekiem, który mógł tego dokonać. 

Ale skąd Caruthers wziął figurkę Pani Labiryntu? 

Dlaczego,  będąc  inteligentnym  człowiekiem,  nie  upozorował  nieszczęśliwego 

wypadku,  co  byłoby  dla  niego  z  największą  korzyścią  i  dałoby  mu  poczucie  absolutnego 

bezpieczeństwa? 

8. Chciałem wyruszyć z Karoliną w dół, drogą, którą przebył poprzedniego dnia idąc na 

ryby. Przypomniałem sobie, Ŝe wracając miał zawieszoną na szyi torbę, w której z łatwością 

mógł ukryć figurkę, gdyby znalazł ją nad brzegiem. Ale figurka pochodziła z jaskini. Wobec 

tego Caruthers musiał odkryć jaskinie. 

PoniewaŜ korytarz, w którym byliśmy poprzedniego dnia z Karoliną i gdzie znaleźliśmy 

owo  przejście,  znajdował  się  niemal  w  prostej  linii  ponad  miejscem,  gdzie  łowił  Caruthers, 

background image

postanowiłem zbadać to przejście. Karolina opowie państwu, jaką wartość ma odkryta przez 

nas nie naruszona skalna świątynia. Mnie interesowały ślady stóp człowieka, który był w niej 

na dzień przed nami. Ślady te doprowadziły nas do drugiego przejścia, którym Caruthers dostał 

się do środka. Wszedłem do małej groty, której jeden kraniec kończył się tunelem, opadającym 

ku  Wodzie.  Morze  było  tuŜ,  tuŜ.  Ku  mojemu  zdumieniu  znalazłem  w  grocie  niedopałki 

papierosów. Caruthers nie palił. Niedopałki były greckie, a niektóre zapałki leŜały w grocie na 

pewno  od  kilku  tygodni.  Wtedy  zrozumiałem,  dlaczego  zginął  Smytrakis.  Caruthers  takŜe 

zauwaŜył te niedopałki, chociaŜ wchodząc do groty nie przywiązywał do nich większej wagi. 

Jak wiemy, odpływy i przypływy na Morzu Śródziemnym są o wiele mniejsze niŜ na oceanach. 

W tej części morza wynoszą najwyŜej kilka stóp. Ale to wystarcza, aby przez dwie godziny na 

dobę wejście do tunelu znajdowało się nad powierzchnią wody. Wystarczy wówczas przejść 

dwa  lub  trzy  kroki  po  pas  w  wodzie  unoszącą  się  ku  górze  płaszczyzną,  aby  znaleźć  się  na 

suchym  lądzie  w  małej  przytulnej  grocie,  oświetlonej  podczas  odpływu  wpadającym  tu 

ś

wiatłem  dziennym.  To,  czego  nie  dostrzegł  grecki  latarnik,  natychmiast  wpadło  w  oko 

zawodowemu archeologowi. W ścianie groty była prostokątna rysa. Caruthers prawdopodobnie 

naparł na nią. Ku jego radości blok skalny obrócił się na osi. Oto znalazł się w przybytku Pani 

Labiryntu... 

Joe urwał na chwilę. 

- Przyznaję, Ŝe zastanawiałem się nad dwiema sprawami: dlaczego Caruthers wziął ze 

sobą na ryby latarkę i czego szukał w grocie, której wejście odsłonił mu odpływ? Myślę, Ŝe nie 

docenialiśmy go. Był zdolny i potwornie ambitny. Przypuszczał, Ŝe Kreteńczycy, będąc ludem 

morskim, mogli wykorzystać morze jako bezpośredni próg świątyni. Dlatego wziął ze sobą na 

wszelki wypadek. latarkę i dlatego widząc tuŜ pod powierzchnią wody otwór groty, postanowił 

go  zbadać.  W  pierwszej  chwili  po  odkryciu  przybytku  chciał  się  zapewne  podzielić  tą 

wiadomością z innymi. Ale natychmiast przyszła inna myśl... 

Joe zawahał się. 

-  Caruthers  nie  zapomniał  o  tym,  Ŝe  kiedyś  posiadał  względy  pani  Gordon.  Szczerze 

mówiąc,  liczył  zapewne  na  to,  Ŝe  nigdy  ich  nie  utracił.  Gdyby  mógł  pozbyć  się  Gordona, 

pozyskując  równocześnie  jego  fortunę,  która  pozwoliłaby  mu  później  przedsięwziąć 

samodzielną  wyprawę  na  Keros,  zawartość  przybytku  uczyniłaby  go  jednym  z 

najsławniejszych odkrywców naszych czasów. Wiedział o tym, gdy tylko rzucił okiem w głąb 

groty i zobaczył nietkniętą, olbrzymią świątynię z tysiącami naczyń i posągów. Myślę, Ŝe gdy 

rozpoczął drogę powrotną, miał juŜ gotowy plan. Nie wiedział jeszcze, jak zabije Gordona. Z 

pomocą przyszedł huragan i okazja, której nie umiał się oprzeć. Caruthers rozumował bardzo 

background image

szybko,  nawet  błyskawicznie,  ale  popełniał  przy  tym  błędy.  Zabiwszy  Gordona  powrócił  do 

jadalni. Przewidywał słusznie, Ŝe po pewnym czasie wyruszymy na poszukiwanie do przystani. 

Ten  moment  chciał  wykorzystać.  Ale  dopiero  powróciwszy  po  liny  zrozumiał,  Ŝe  cała  po-

wierzchnia wyspy jest oświetlona reflektorem latarni morskiej. Nie mógł zanieść trupa na brzeg 

i cisnąć go w fale, gdyŜ zobaczyłby go siedzący w latarni Smytrakis, a poza tym nikt oprócz 

mnie  nie  zszedł  w  dół  i  wszyscy  znajdowali  się  na  skraju  płaszczyzny,  którą  musiał 

przemierzyć. Gdyby ktokolwiek z nich obejrzał się, mógłby go dostrzec, niosącego zwłoki ku 

urwisku. Czas naglił. Musiał pozbyć się trupa. Pozostawała tylko droga do najbliŜszej jaskini, 

gdzie  nie  sięgał  promień  latarni.  Caruthers  pobiegł  do  jaskini  i  złoŜył  tam  ciało.  Ale  w  ten 

sposób  jego  początkowy  plan  zawiódł.  Gordon  nie  był  juŜ  ofiarą  nieszczęśliwego  wypadku, 

lecz  morderstwa.  Caruthers  nie  wiedział,  co  teraz  moŜe  nastąpić.  Wynosząc  umarłego 

przypomniał sobie, Ŝe ma w pokoju posąŜek Pani Labiryntu. Musiał się go pozbyć. ZłoŜył go 

więc na piersi Gordona. Figurka świadczyła raczej, Ŝe nie on jest mordercą. On nie był przecieŜ 

w głębi góry razem z nami. 

Później,  w  nocy,  przypomniał  sobie  niedopałki  papierosów,  które  dostrzegł  w 

zewnętrznej  grocie.  Smytrakis  wiedział  o  jej  istnieniu,  a  ja  krąŜyłem  wokół  zbierając 

informacje.  Mogłem  odnaleźć  wyjście  równie  łatwo  jak  on.  Rozumowanie  Caruthersa  było 

teraz proste: jeśli Smytrakis zginie, nikt nigdy nie dowie się, Ŝe istnieje na pół zalana grota od 

strony  morza,  a  w  niej  wejście  do  przybytku  Pani  Labiryntu.  Wejście  do  groty  było 

zamaskowane  genialnie  przez  Naturę.  Ale  Smytrakis  znał  je.  Gdyby  powiedział  mi  o  nim  i 

gdybyśmy przypadkiem trafili do przybytku, Caruthers stałby się nagle jedynym podejrzanym. 

Przypomniał  sobie  zresztą  na  pewno,  Ŝe  w  przybytku  pozostały  ślady  jego.  stóp.  Zabił  więc 

drugiego człowieka i odzyskał spokój... na kilka godzin. To wszystko. 

Zapadła cisza. 

- Helikopter! - powiedział nagle Mellow. - Podchodzi do lądowania. 

- Zapewne odleci pan teraz? - powiedział profesor cicho. - Nie dziwię się panu. To było 

okropne. Mary i Pamela takŜe odlatują do kraju. 

- A pan? - zapytał Joe. 

-  Zostanę  tu  jeszcze.  Jest  mi  potrzebna  praca,  bardzo  mi  jest  potrzebna.  Karolina  i 

Mellow takŜe chcą zostać ze mną. 

- No to i ja, oczywiście, zostanę - Joe uśmiechnął się. - Widzi pan, panie profesorze, ja 

naprawdę ją kocham, a chociaŜ ten, który zmącił spokój Pani Labiryntu, spadł juŜ w otchłań, 

wolę być na miejscu, jeŜeli ta antyczna dama zechce znowu wpaść w zły humor. 

 

background image