background image

         

 

 

 
   Ethel Mary Dell 
 

  

 

 

Powrotna fala 

 
 
 
 
 
 

background image

Część pierwsza 

 

Rozdział pierwszy 

 
Rufus  siedział  na  krawędzi  swej  łodzi  z  rękami  opartymi  na  kolanach, 

patrząc  przed  siebie.  Sieci  suszyły  się  na  słońcu.  Poranna  praca  była 
skończona.  Większość  innych  rybaków  udała  się  do  swych  domków  na 
posiłek, ale ten olbrzym, siedzący wciąż na wybrzeżu mimo niemiłosiernego 
upału południowego, zdawał się nie odczuwać żadnych potrzeb fizycznych. 

Jego  oczy,  ocienione  krzaczastymi,  rudymi  brwiami,  utkwione  były  z 

pozornym skupieniem w mocnych owłosionych łydkach. Od czasu do czasu 
palcami  bosych  nóg  deptał  gwałtownie  piasek,  ale  przeważnie  siedział 
pogrążony w głębokiej zadumie. 

Jeden tylko człowiek pracował w to upalne południe: mały, ciemnowłosy 

mężczyzna  o  gęstej,  potarganej  brodzie  i  bystrych,  mrugających,  oczach. 
Holował  do  brzegu  wielkie  czółno  za  pomocą  liny,  którą  z  wielką  siłą 
ciągnął ku sobie. Pogwizdywał przy tym beztrosko; od czasu do czasu rzucał 
zuchwałe spojrzenia w stronę nieruchomej postaci, oddalonej o kilkadziesiąt 
kroków, prażącej się w słońcu. Pracował ochoczo, nie zniechęcał się oporem 
wielkiej  łodzi,  był  człowiekiem  wytrwałym,  jak  przystało  na  byłego 
marynarza. 

Po dziesięciu minutach niezmordowanego wysiłku przestał nagle gwizdać 

i  zawołał  głośno  w  kierunku  samotnego  rybaka:  —  Hop,  hop!  Rufusie! 
Rufusie! Hop, hop! 

Ruda  głowa  zwróciła  się  w  jego  stronę  powoli,  bez  widocznego 

zainteresowania. Jego oczy nie zmieniły się, lecz było w nich coś dziwnego: 
ożywiał  je  jakiś  wewnętrzny  płomień;  były  uduchowione,  intensywnie 
błękitne, tak błękitne jak ocean, gdy nadciąga burza. 

Nie  odpowiedział  na  wołanie,  podniósł  się  tylko  ociężale  i  zaczął  bez 

pośpiechu iść po piasku. 

Starszy  mężczyzna  nie  zauważył  jego  zbliżania  się.  Był  znowu  zajęty 

swym niewdzięcznym zadaniem. 

Rufus zatrzymał się przy nim. 
— Chcesz czegoś? 
Mówił  niskim,  dźwięcznym  głosem.  Ramiona  trzymał  swobodnie 

opuszczone ale ich muskuły uwydatniały się mocno, nawet w bezruchu. 

Marynarz odrzucił głowę w tył, nie patrząc na niego. 

background image

— To kudłate bydlę,  mieszkające w osadzie — rzekł — przyszło dziś do 

mnie  z  zapytaniem,  czy  zawiózłbym  je  na  pełne  morze  w  tych  dniach, 
wyjeżdżając na połów. Odpowiedziałem, że może tak. 

—  Dlaczego  tak  odpowiedziałeś?  —  spytał  Rufus.  Marynarz  rzucił  mu 

przelotne, ubawione spojrzenie. 

— Zawsze chcę ci pomóc gdy mogę, mój chłopcze — odrzekł. 
— Powiedziałem mu: „Mój syn i ja jesteśmy wspólnikami. Czy pan jedzie 

z nim, czy ze mną, to samo kosztuje, ale lepiej z nim, bo on ma lepszą łódź". 
Na to odrzekł, że może zobaczy się z tobą dzisiaj przed wieczorem. 

—  Możliwe,  że  mnie  nie  zastanie  —  mruknął  Rufus.  Eksmarynarz, 

obecnie  stary  rybak,  zachichotał.  Umocował  koniec  liny,  przyglądając  się 
opalonym łydkom syna. 

— Ten pasażer nie jest taki słodki, jakby się mogło zdawać 
— zauważył. — Nie ma na rękach jedwabnych rękawiczek. Czy wiesz, co 

Kolumbina o nim myśli? 

— Skądże miałbym wiedzieć? 
—  No  to  posłuchaj.  Ona  powiedziała:  „Adamie,  jeżeli  ten  pasażer  jest 

równie mądry i silny, jak jest bogaty, to uważam go za niebezpiecznego". 

Wszyscy nazywali starego rybaka Adamem, nawet jego wspólnik, Rufus. 

Trudno o jaskrawszy kontrast niż ten, który stanowili ci dwaj ludzie, ale ich 
spółka  była  czymś  więcej,  niż  układem  handlowym.  Byli  przyjaciółmi, 
wiernymi  przyjaciółmi  od  czasu,  kiedy  Rufus,  olbrzymie  niemowlę,  które 
przyprawiło  matkę  o  śmierć,  przychodząc  na  świat,  objął  swą  energiczną 
piąstką ogorzały palec ojca. 

Od  tego  czasu  upłynęło  dwadzieścia  pięć  lat,  z  czego  osiemnaście  obaj 

mężczyźni  pracowali  razem  w  idealnej  zgodzie  i  harmonii.  Przed  siedmiu 
laty Adam — marynarz uprzykrzył sobie nagle stan wdowi i ożenił się drugi 
raz. 

Jego  żona,  pani  Peck,  od  wielu  lat  również  wdowa,  pogodna,  zamożna, 

byłaby chętnie otworzyła drzwi swego domu synowi  Adama i proponowała 
jeszcze  przed  ślubem,  aby  zamieszkać  razem,  we  troje.  Ale  Rufus  wolał 
zachować niezależność w domu, w którym się urodził i mieszkał od kolebki, 
pozostał więc w nim sam od dnia ślubu ojca. 

Był  to  mały  domek,  wybudowany  na  skraju  skały,  oddalony  od  reszty 

osady  i  górujący  nad  okolicą.  Stroma,  niedostępna  ścieżka,  przecięta  o 
kilkadziesiąt  kroków  od  domu  masywną  bramą,  dokładnie  zamkniętą 
podczas  nieobecności  właściciela,  strzegła  zazdrośnie  samotności  Rufusa. 

background image

Nigdy  nie  zapraszał  nikogo  do  swego  domu.  Progu  bramy  nie  przekraczali 
obcy.  Czasami  tylko  ojciec  przychodził  wieczorem  wypalić  fajkę  na 
schodkach  swego  dawnego  domostwa  i  popatrzeć  z  góry  na  niezmierzoną 
przestrzeń oceanu. Rzucał kilka banalnych uwag, a syn słuchał w milczeniu, 
którego  nie  przerywał  nigdy,  chyba  że  miał  istotnie  coś  ważnego  do 
powiedzenia. 

Rufus miał opinię pustelnika. Żył samotnie tak długo, że przywykł do tego 

trybu życia. Samotność przywarła do niego tak, jak  mech do kamienia.  Nie 
zdawał  się  odczuwać  tęsknoty  za  ludzkim  towarzystwem.  Żył  sam  i  to  mu 
wystarczało. 

Czasami jednak schodził na dół do osady i wstępował do baru. Ale i tam 

widać  było,  że  jest  to  urodzony  samotnik.  Nigdy  nie  rozmawiał  głośno,  nie 
śmiał się serdecznie, bez względu na nastrój, często całkiem wesoły. 

Inni  mężczyźni  odnosili  się  do  niego  z  instynktownym  szacunkiem.  Był 

dosyć  silny,  aby  zmiażdżyć  za  jednym  zamachem  dwóch  ludzi.  Nikt  nie 
chciał  mu  się  narazić,  bo  Rufus  w  gniewie  stawał  się  rozwścieczonym 
bykiem. 

—  Zostawcie  go  w  spokoju!  Niech  żyje  sobie  samotnie!  On  jest 

niebezpieczny!  —  mówili  mężczyźni,  ostrzegając  się  nawzajem  przed  nim. 
Jeden tylko Adam ośmielał się stawiać mu czoła. 

Od  niedawna  jednak  Adam  zaczął  przyglądać  się  synowi  z  pewnym 

niepokojem.  Od  czasu  jego  powtórnego  ożenku  było  stałym  zwyczajem,  że 
Rufus  jadał  obiady  niedzielne  przy  rodzinnym  stole,  w  miasteczku.  Pani 
Peck, żona Adama, (wszyscy nazywali ją jeszcze panią Peck, tak się bowiem 
przyzwyczajono do tego nazwiska, że nie wiedziano by, o kim mowa, gdyby 
ktoś wspomniał o pani Adamowej), kładła na to szczególny nacisk, a Rufus 
nigdy nie szukał pretekstu do uchylenia się od tego obowiązku familijnego. 
Nigdy  jednak  nie  pozostawał  dłużej  po  skończonym  posiłku.  Gdy  inni 
młodzi rybacy szli na przechadzkę w towarzystwie dziewcząt, Rufus wracał 
do swej pustelni i tam zamykał się, otulał się znowu płaszczem samotności. 
Nigdy nie przechadzał się z dziewczyną. Czy to przez nieśmiałość, czy to z 
powodu lenistwa trzymał się z daleka od kawalerskich zabaw. Jeżeli spojrzał 
kiedykolwiek na kobietę, to żadna nie mogła się pochwalić, że pochwyciła to 
spojrzenie.  Jego  atletyczna  postawa  wywoływała  podziw  w  niejednych 
oczach kobiecych, ale Rufus zdawał się tego nie zauważać, nie uświadamiał 
sobie  nigdy  swych  warunków  fizycznych  jako  zalet.  Był  bardziej 
przygotowany na wyśmianie niż na pochwały. 

background image

Jako  chłopiec  staczał  niejednokrotnie  zawzięte  boje  z  kolegami,  którzy 

ośmielili  się  targnąć  na  jego  rudą  czuprynę.  Samuel  Jefferson,  mieszkający 
na  dole,  nad  morzem,  nosił  do  dziś  dnia  ślady  takiej  walki  w  postaci 
brakujących  dwóch  przednich  zębów.  Ale  na  wdzięki  kobiece  Rufus  nie 
zwracał uwagi, wzrok jego szybował ponad ich głowami. Szedł swoją drogą, 
obojętny, daleki. 

Ale  od  niedawna  w  jego  życiu  zaszła  zmiana,  tak  widoczna,  że  Adam 

mrugał  oczami,  patrząc  na  swego  syna  gdyż  rozumiał,  że  skończyły  się 
spokojne dni Rufusa. 

Do  Spear  Point,  przyjechało  zjawisko,  jakiego  nigdy  dotychczas  nie 

widziano  na  tutejszych  piaskach.  Była  nim  Maria  Peck,  córka  nieżyjącego 
szwagra  pani  Peck,  słynnego  włóczęgi,  jak  często  nazywała  go  bratowa. 
Ożenił  się  niegdyś  w  Londynie  ze  statystką  teatralną,  Hiszpanką,  tyle 
przynajmniej  wiedziała  o  tym  małżeństwie  pani  Peck.  Maria  była  owocem 
tego związku. 

Nikt  jej  nie  nazywał  Marią.  Matka  przezwała  ją  ongi  Kolumbiną  i  była 

Kolumbiną dla całego miasteczka. Matka jej zmarła, gdy dziewczynka miała 
trzy  lata;  wychowywał  ją  ojciec,  a  raczej  nikt  jej  nie  wychowywał.  Ojciec 
oddał  ją  niebawem  pod  opiekę  ciotki,  starej  panny,  która  była  przełożoną 
szkółki wstępnej w małym miasteczku hrabstwa 

Kent.  Tutaj  Kolumbina  mieszkała  do  siedemnastego  roku  życia,  tu  się 

uczyła.  Niestety,  stara  przełożona  zmarła.  Na  łożu  śmierci  wezwała  panią 
Peck jako jedyną krewną małej i poprosiła ją o przygarnięcie sieroty, gdyż i 
ojca Kolumbina nie miała już od dawna. 

Pani Peck stanęła na wysokości zadania. Nie miała własnej córki i bardzo 

tego żałowała. Gdy zobaczyła Kolumbinę, oniemiała. 

— Ależ z nią będzie kłopot! — wykrzyknęła, gdy przyszła do siebie. 
— Ona nie wie, że jest prześliczna, nie trzeba jej o tym mówić — szepnęła 

umierająca. 

Pani Peck przyrzekła dochować tajemnicy, jeśli będzie to w jej mocy. 
To  zdarzyło  się  pół  roku  wcześniej.  Teraz  Kolumbina  już  zdjęła  żałobę. 

Przyjechała  do  Spear  Point,  płochliwa  jak  ptaszek,  trochę  dzika,  wyniosła, 
nosząca  głowę  wysoko,  w  sposób  wykluczający  wszelką  poufałość. 
Niedojrzałość  podlotka  znikała  z  każdym  dniem,  linie  figury  i  twarzy 
zaokrągliły  się,  nabrały  kobiecej  miękkości.  A  ta  uroda!  Ta  jej  niezwykła 
uroda! 

background image

Była  to  istota  stworzona  do  śmiechu  i  do  słońca.  Miewała  odruchy 

świadczące  o  żywym  temperamencie,  o  naturze  gwałtownej  i  niepokornej. 
Umiała  się  rozgniewać  o  byle  drobiazg,  po  czym  znowu  była  uprzejma  i 
pogodna, a cała ta zmiana dokonywała się w przeciągu kilku minut. 

— To nie jest zły charakter — mówiła pani Peck. — Ale jest narwana, to 

fakt. 

—  I  wie,  czego  chce  —  dodawał  Adam.  —  Ale  to  twoje  zmartwienie, 

żono,  nie  moje.  Mam  przeczucie,  że  przeżyjesz  różne  niespodzianki  z  tego 
powodu. Ale nie pytaj o moje zdanie. To nie moja sprawa. 

—  Wiem  o  tym  —  śmiała  się  pani  Peck.  —  To  raczej  sprawa  Rufusa. 

Adam  zamyślił  się  poważnie,  jak  to  czynił  zawsze,  gdy  była  mowa  o  jego 
synu. 

— Rufus nie .jest głupcem — rzekł. 
—  A  któż  to  powiedział?  —  obruszyła  się  pani  Peck.  —  Mam  wielki 

szacunek dla Rufusa. Nie chciałam go bynajmniej obrazić. 

Nie  zdradziła  swej  skrytej  myśli,  a  Adam  nie  nalegał.  On  również  żywił 

wielki szacunek dla Rufusa. 

Wkrótce  po  tej  rozmowie  zauważył  zmianę  w  usposobieniu  syna.  Rufus 

zaczął wyraźnie dbać o swą powierzchowność. Ilekroć zjawiał się na krótko 
w domu ojca, włosy miał starannie zaczesane. Nosił nowe ubranie płócienne 
i kołnierzyk. 

Orle  oczy  Adama  migotały.  Oczy  Kolumbiny  migotały  również.  Z 

początku  była  ogromnie  nieśmiała  w  obecności  młodego  rybaka,  który 
siedział  milcząc  przy  boku  ojca,  ale  to  szybko  minęło.  Traktowała  go  teraz 
uprzejmie,  z  odcieniem  łaskawości,  jakby  się  odnosiła  do  wiernego  psa. 
Wszystkich innych mężczyzn, z wyjątkiem Adama, którego szczerze lubiła, 
traktowała z góry, z doskonałą obojętnością. Tamci znaczyli dla niej jeszcze 
mniej niż psy. 

— Ona mogłaby zajść wysoko i ma swoją ambicję — mówiła pani Peck. 

— Ci tutejsi głupcy to nie dla niej... 

Adam znów popadał w zamyślenie. 
Polubił Kolumbinę, zabierał ją z sobą na morze, obdarzał ją chętnie, robił 

dla  niej  sieci,  bawił  się  w  tatusia,  a  jednocześnie  wystrzegał  się 
rozkazującego tonu. Nie chciał wyrabiać sobie autorytetu w stosunku do tej 
dziewczyny.  Za  nią  była  odpowiedzialna  pani  Peck,  której  pogodna,  ale 
stanowcza indywidualność wykluczała wszelkie inne rządy w domu. 

background image

Tak  więc  Kolumbina  miała  nieograniczoną  swobodę.  Ale  duma  była  jej 

tarczą, tak że pani Peck nie musiała jej pilnować. 

—  Bogu  dzięki,  ona  nie  jest  z  tych,  które  latają  za  mężczyznami  — 

wzdychała  z  ulgą  żona  Adama  po  upływie  pierwszych  sześciu  miesięcy 
pobytu Kolumbiny w ich domu. 

Gdyby  mężczyźni  otrzymali  od  niej  jakikolwiek  znak  zachęcający, 

ubiegaliby się ojej względy, to nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Ale ona 
trzymała  się  z  daleka  i  żaden  nie  zdołał  przekroczyć  niewidzialnej  granicy, 
jaką wykreśliła między sobą a nimi. 

Aż  wtem  w  lecie  przybył  ten  obcy:  Montagu  Knight.  Młody,  przystojny, 

pewny  siebie.  Wstąpił  kiedyś  po  południu  na  herbatę  do  miasteczka,  po 
wyczerpującej  pieszej  wycieczce.  Wypił  herbatę  u  pani  Peck,  a  nazajutrz 
przyszedł znowu. 

Spędzał  tu  już  czwarty  tydzień  i  wyglądało  na  to,  że  zamierza  jeszcze 

pozostać.  Był  artystą;  jego  szkice,  bardzo  liczne,  były  zdecydowane  w 
rysunku;  przypominały  charakterem  jego  samego.  Chodził  pomiędzy 
domkami rybackimi, wstępował tu i ówdzie, jak mu dyktował kaprys. 

Zrazu  miejscowi  nie  lubili  obecności  intruza  (nie  z  sympatii  Adam 

nazywał  go  „kudłate  bydlę"),  ale  z  czasem  oswoili  się  z  nim.  Nie  dało  się 
zaprzeczyć, że umiał postępować z ludźmi, a przynajmniej z połową rodzaju 
ludzkiego, z kobietami. 

Pani  Peck  mogła  z  nim  rozmawiać  godzinami  i  zaśmiewać  się  kiedy 

robota  była  już  skończona  i  gospodynie  odpoczywały  wieczorem  na  progu 
domostw.  A  Kolumbiną...  Kolumbiną  miała  w  głosie  radosne  drżenie, 
ilekroć zwracała się do niego. Lubił, gdy grała na gitarze i śpiewała piosenki 
o zmierzchu. Adam też lubił te nastroje. Mawiał zazwyczaj, że nasuwa mu to 
myśl  o  młodym  ptaku,  który  uczy  się  śpiewać.  Bo  Kolumbiną  była 
stremowana i nie zdawała sobie sprawy ze swego talentu. 

Knight był dla niej bardzo uprzejmy, ale nigdy nie chwalił jej przesadnie. 

Nie  był  podobny  do  innych  mężczyzn  z  jej  otoczenia.  Zawsze  wiedział,  co 
powiedzieć.  Nigdy  nie  okazywał  jej  zachwytu,  chociaż  jej  widok  był  mu 
przyjemny.  Zapora,  którą  wznosiła  między  sobą  a  innymi  mężczyznami,  tu 
była  zbędna;  nie  musiała  mieć  się  na  baczności,  gdyż  nie  była  atakowana. 
Był miły, przyjacielski, ale bez poufałości. 

Przyjacielski  ton  cechował  ich  wzajemne  stosunki.  Ich  odnoszenie  się  do 

siebie  pozbawione  było  wszelkiej  etykiety.  Mimo  to  malarz  traktował 

background image

dziewczynę jak damę, jakby to było oczywiste. Czegóż więcej mogła żądać 
najbardziej wymagająca osoba? 

Niemniej  Adam  nazywał  go  nadal  „kudłatym  bydlęciem"  i  odesłał  go  do 

swego  syna,  Rufusa,  gdy  obcy  przybysz  poprosił  go  o  miejsce  w  łodzi  i  o 
wyjazd na pełne morze. 

A  Rufus?  Rufus  zrobił  gest  zniechęcenia  i  niesmaku  i  deptał  z  tłumioną 

wściekłością piasek wybrzeża. 

Adam zaśmiał się cicho i zaczął znowu ciągnąć do siebie linę czółna. 
— Wiesz, co bym zrobił, gdybym był na twoim miejscu? — spytał. Rufus 

mruknął coś niewyraźnie. 

Oczy Adama patrzyły na niego badawczo. 
—  Dlaczego  nie  przyjdziesz  któregoś  dnia  wieczorem  do  miasteczka,  by 

wypalić  fajkę  z  twoim  starym  ojcem?  —  spytał.  —  Raz  na  tydzień  to  za 
mało, rozumiesz... — urwał, po czym zaczął gwizdać. 

Rufus  patrzył  w  dal  zimnymi,  błękitnymi  oczami.  Nagle  Adam  przestał 

gwizdać. 

—  Gdy  byłem  młodym  chłopakiem  —  rzekł  —  nie  nadskakiwałem 

dziewczynom tylko w niedzielę. Nie przebierałem się w lepsze ubranie. Nie 
starałem  się  przypodobać.  Chodziłem  w  moim  swetrze,  ale  przychodziłem 
do  dziewczyny  często  i  zapraszałem  ją  od  czasu  do  czasu  na  wycieczkę  do 
mojej łodzi. One lubią wycieczki, Rufusie. Spróbuj, chłopcze! Spróbuj! 

Wyprostował  się  i  zatarł  dłonie.  Syn  stał  nieporuszony  z  oczami 

utkwionymi w błękit horyzontu. 

Adam  stał  przy  nim.  Nigdy  dotychczas  nie  wtrącał  się  do  spraw  syna; 

Rufus nie był człowiekiem, który by pozwolił kierować sobą. 

— Posłuchaj mnie, Rufusie! — rzekł, zniżając głos. — Nie obawiaj się, że 

zdradzisz  swe  zamiary!  Jesteś  wart  tuzina  innych  chłopców!  Ale  daj  jej  to 
poznać, w tym cała rzecz! 

Przy ostatnich słowach włożył ręce do kieszeni spodni i odwrócił się. 
Rufus drgnął jak człowiek zbudzony nagle ze snu. Jego oczy spoczęły na 

ruchliwej  twarzy  ojca.  W  głębi  jego  źrenic  zamigotał  uśmiech  pełen 
rozrzewnienia i zniknął jak meteor. 

— Dobrze, Adamie — rzekł niskim, głębokim głosem. 
Ojciec  skinął  mu  głową:  wsiadł  na  rower  i  odjechał.  Poranna  robota  była 

skończona. 

 
 

background image

Rozdział drugi 

 
— Gdzie się podziewa ta Kolumbina? — wołała pani Peck. 
Odpowiedział jej wesoły trel, przypominający/ śpiew ptaszka. Kolumbina 

w  czerwonym  kapeluszu  na  ciemnych  włosach  podlewała  kwiaty  w  małym 
saloniku przy jadalni. Wróciła przed chwilą z ogrodu; przypięła pąsową różę 
do sukienki. Pani Peck stała w drzwiach i przyglądała jej się. 

Twarzyczka,  wyglądająca  spod  kapelusza,  była  tak  urocza,  że  nawet  ta 

prosta  kobieta  nie  mogła  się  nasycić  jej  widokiem.  Ciemne,  nie  zbudzone 
jeszcze  do  życia  oczy,  wydłużona  linia  świetnie  zarysowanych  brwi,  ciepły 
koloryt  cery,  wszystko  to  miało  nieprzeparty  wdzięk  i  tworzyło  obrazek, 
który pani Peck uznała w duchu za idealnie piękny. 

Znów rozległ się czysty głos i Kolumbiną nagłym ruchem, pełnym gracji i 

lekkości, odwróciła się podnosząc do góry pustą polewaczkę. 

—  Przyrzekłam  panu  Knightowi,  że  go  zaprowadzę  do  Spear  Point,  do 

grot,  przy  świetle  księżyca  —  rzekła.  —  On  pracuje  nad  krajobrazem 
księżycowym i chce zobaczyć to miejsce przy pełni. 

—  Na  miłość  boską!  —  oburzyła  się  pani  Peck.  —  Dlaczego  właśnie 

ciebie o to poprosił? Przecież Adam zna tutaj każdą piędź ziemi lepiej niż ty. 

—  Nie  prosił  mnie  o  to  —  odparła  dziewczyna.  —  Ja  sama  mu  się 

ofiarowałam  jako  przewodniczka.  A  znam  wybrzeże  równie  dobrze  jak 
Adam, ciotko Lizo. On sam pokazał mi tamte strony przed paru miesiącami. 
Znam je jak własną kieszeń. 

Pani Peck przygryzła wargi. 
— Ale sądzę, że lepiej zrobisz, zabierając ze sobą Adama — rzekła. 
— Nie byłabym spokojna, gdybyś poszła sama z panem Knightem. A przy 

tym  księżyc  nie  wschodzi  przed  dziesiątą.  Nie  bardzo  wypada,  żeby  cię 
widziano o tej porze samą z młodym człowiekiem. 

—  Ciotko  Lizo,  przecież  wiesz,  po  co  idziemy!  —  w  pięknych  oczach 

rozbłysło  oburzenie.  —  Droga  ciotko  Lizo  —  roześmiała  się  zaraz 
Kolumbiną — jaka ty jesteś zabawna! 

— Bynajmniej — odparła pani Peck. — Mam tylko chłopski rozum, moja 

droga.  I  mam  słuszność;  za  moich  młodych  lat  nie  było  zwyczaju 
przechadzać się po nocy z mężczyzną. 

—  Z  mężczyzną,  ciotko  Lizo!  No,  powiedzmy,  że  z  mężczyzną!  Ale 

artysta nie jest mężczyzną, a przynajmniej nie jest zwykłym mężczyzną. 

background image

—  W  głosie  dziewczyny  brzmiała  nuta  powagi,  dość  niezwykłej  u  tej 

wiecznie uśmiechniętej panny. 

Ale pani Peck pozostała stanowcza. 
— Nawet gdyby był aniołem z nieba, to nie byłoby właściwe 
— oświadczyła. 
Wesoły  śmiech  Kolumbiny  miał  świeżość  młodości,  która  zwalcza 

wszystkie przeszkody. 

— Z nim jestem bezpieczniejsza niż z aniołem, zapewniła ciotkę. 
—  Bo  on  nie  umie  fruwać.  Zresztą  groty  są  po  tej  stronie  mostu,  tak  że 

możesz nas obserwować przez cały czas, jeżeli ci na tym zależy. 

Pani Peck nie było jednak do śmiechu. 
— Wolałabym raczej, żebyś nie szła na tę wyprawę, moja droga. A zatem 

skończmy tę dyskusję i bądź dobrą dziewczynką! 

— Ależ ja już... — zaczęła protestować Kolumbina i urwała nagle. 
— O Boże, ale mnie wystraszyłeś! — zawołała, nie kończąc poprzedniego 

zdania. 

Rufus  zatarasował  swą  olbrzymią  postacią  całe  drzwi;  stał  na  progu  od 

strony ogrodu, patrząc na nią. 

—  O  nieba!  —  wykrzyknęła  pani  Peck.  —  I  mnie  przestraszyłeś!  Dobry 

wieczór, Rufusie! Chcesz się widzieć z Adamem? 

— Nie tylko z nim — odrzekł Rufus. Ruszył ciężkim, powolnym krokiem. 

— Sądzę, że wolno mi wejść do pokoju? — dodał. 

— Cóż za pytanie! — zawołała pani Peck. 
Kolumbina  milczała.  Kołysała  opróżnioną  polewaczką,  trzymając  ją  za 

ucho  na  jednym  palcu  i  patrząc  na  doniczki  fiołków  alpejskich,  jakby  tam 
zobaczyła coś bardzo zajmującego. 

Pani  Peck  była  wytrącona  z  równowagi;  wizyta  Rufusa  podczas 

nieobecności ojca była niezwykłym wydarzeniem. 

— Może się napijesz wina? — zaproponowała. — Kolumbino, pobiegnij i 

przynieś  butelkę,  droga  moja!  Stoi  w  prawym  kącie  spiżarni,  na  trzeciej 
półce. Zapewniam się, że jesteś mile widzianym gościem o każdej porze — 
zwróciła  się  do  Rufusa  —  lecz  pozwól,  że  pójdę  dopilnować  obiadu  pana 
Knighta. 

— Dobrze, matko — odrzekł Rufus. 
Zawsze  nazywał  ją  matką.  Była  to  z  jego  strony  raczej  oznaka  szacunku 

niż czułości. Ale pani Peck była mu wdzięczna za to miano. 

background image

—  Siadaj!  —  rzekła  gościnnie.  —  I  rozgość  się  jak  u  siebie  w  domu! 

Kolumbina zajmie się tobą. Zostaniesz chyba na kolacji, co? 

— Dziękuję! — rzekł Rufus. — Nie wiem. Gdzie jest Adam? 
—  Rąbie  drewno.  Nie  potrzebuje  niczyjej  pomocy.  Zobaczysz  go 

niebawem.  Siądź  i  porozmawiaj  z  Kolumbina!  —  rzekła  pani  Peck, 
skinąwszy  głową  gościowi  z  miłym  uśmiechem,  po  czym  jej  otyła  postać 
potoczyła się w kierunku kuchni. 

Gdy  Kolumbiną  wróciła,  niosąc  butelkę  i  kieliszki  na  tacy,  salonik  był 

pusty. Postawiła tacę na stole i czekała. 

Usta jej lekko wygięły się w tłumionym uśmiechu, w oczach coś migotało. 
Na  stopniach  balkonu  rozległy  się  kroki  i  Rufus  zjawił  się  ponownie  na 

progu.  Poszedł  do  ogrodu,  żeby  napełnić  polewaczkę,  którą  teraz  postawił 
tuż przy dziewczynie. 

— Nie tutaj! — zawołała, dosyć ostro. — Nie mam zamiaru przewrócić jej 

i rozlać wody! Dziękuję za napełnienie, ale niepotrzebnie się trudziłeś. Sama 
bym to zrobiła. 

— W takim razie przyda ci się ta woda jutro — odrzekł Rufus, stawiając 

polewaczkę w kącie pokoju. 

Kolumbiną zaczęła nalewać wino do kieliszka. 
— Tylko jeden kieliszek? — spytał. Rzuciła mu figlarne spojrzenie przez 

ramię. 

— Chyba nie musisz pić z dwóch, a może się mylę? 
—  Nie  —  odrzekł  Rufus  powoli  —  ale  sam  nie  pijam...  Zaśmiała  się 

głośnym, urywanym śmiechem. 

— Niebawem oznajmisz, że nie palisz papierosów bez towarzystwa. Jeżeli 

koniecznie musisz mieć kompana do picia wina, pobiegnę po Adama. 

Zwróciła  się  ku  niemu  przy  tych  słowach  i  podała  mu  na  tacy  kieliszek. 

Oczy  miała  spuszczone,  ale  przez  gęste  rzęsy  rzuciła  mu  baczne,  bystre 
spojrzenie. Czerwone wargi, rozchylone w uśmiechu, odsłaniającym perłowe 
ząbki,  były  tak  urocze,  że  najodporniejszy  mężczyzna  nie  mógłby  nie  ulec 
temu czarowi. 

Rufus stał nieporuszony, aż zwróciło to jej uwagę. Podniosła na niego swe 

błyszczące oczy. 

— Co się stało — zapytała. — Nie chcesz wina? 
Zrobił ręką ruch, jakby daremnie próbował wytłumaczyć, o co mu chodzi. 
—  Może  ty  napijesz  się  najpierw?  —  zaproponował  bardzo  cichym 

głosem. 

background image

—  Nie,  dziękuję  —  odrzekła  Kolumbiną  opryskliwie.  —  Nie  lubię  tego 

wina. 

— W takim razie i ja go nie lubię — rzekł. 
—  Nie  bądź  głupi!  —  zawołała.  —  Tyje  lubisz!  Wiem  o  tym!  Pij  i  nie 

bądź śmieszny! 

Ale Rufus odwrócił się zdecydowanie. 
— Nie, dziękuję — rzekł spokojnie. 
Dziewczyna odstawiła tacę z gestem zniecierpliwienia. 
— Jesteś jak małe dziecko — rzekła surowo. — Duży, dorosły chłopiec, a 

taki dziecinny! 

— Może. 
—  A  czas  już,  żebyś  stał  się  naprawdę  dojrzałym  człowiekiem  —  rzekła 

podnosząc kieliszek do góry i podsuwając go Rufusowi pod usta. — Muszę 
ci to dawać jak lekarstwo — zaśmiała się. 

Stała  przed  nim,  patrząc  mu  w  oczy,  wysoka,  smukła,  urocza  jak  świeżo 

rozkwitły kwiat. 

—  Pij,  no,  pij!  —  rzekła  pieszczotliwie  i  znów  podsunęła  kieliszek  pod 

same usta gościa. 

W  ciemnych  oczach,  spoglądających  ku  niej  w  dół,  rozbłysło  jakieś 

światełko. W tejże chwili ręka Rufusa wyłoniła się z kieszeni — olbrzymia, 
potężna — i ujęła rękę dziewczyny, trzymającą wino. 

—  Ty  napijesz  się  pierwsza!  —  rzekł  rozkazująco  i  skierował  kieliszek 

pewną dłonią ku wyzywającym, purpurowym wargom. 

Odrzuciła  głowę  w  tył,  ażeby  się  uchylić,  ale  drzwi,  przy  których  stała, 

udaremniły jej zamiar. Zanim się spostrzegła, już miała wino w ustach. 

Usiłowała  odepchnąć  kieliszek  drugą  ręką,  ale  Rufus  umiał  być  zwinny, 

gdy  chciał.  Odsunął  tę  wolną  rękę  dziewczyny  i  niemal  w  tej  samej  chwili 
zwrócił  kieliszek  ku  sobie  i  wypił  resztę  wina.  Nie  rozlał  ani  kropli 
pomiędzy nimi. Odstawił pusty kieliszek i włożył znów ręce do kieszeni. 

Twarz Kolumbiny płonęła. Całe jej ciało drżało z oburzenia. 
— Jak... jak śmiałeś? — zawołała, ukazując białe zęby w grymasie złości. 
Spojrzał na nią z łagodnym uśmiechem. 
— Ależ... ja nie pijam sam... — wyjaśnił miękko i dobrotliwie, jakby' była 

dzieckiem. 

Tupnęła nogą. 
— Nienawidzę cię! — rzekła. — Nigdy ci nie przebaczę! 

background image

—  Nie  rozumiesz  się  na  żartach?  —  spytał  Rufus  tym  samym  tonem 

pobłażliwego nauczyciela. 

— Żart! To nie był żart! To była podłość! 
— Trudno — rzekł Rufus, dając za wygraną. 
—  To  nie  jest  żadne  „trudno!"  —  złościła  się  Kolumbiną.  —  Jesteś 

nieokrzesanym  brutalem!  Nigdy  ci  nie  przebaczę  i  nie  będę  z  tobą 
rozmawiać... Chyba, że mnie przeprosisz! 

Wciąż patrzył na nią z tym samym rozbawieniem na dnie źrenic. Było to 

spojrzenie  mężczyzny,  który  obserwuje  bezsilne  miotanie  się  ładnego, 
drobnego stworzonka. 

—  Zrobię  wszystko,  co  zechcesz  —  rzekł.  —  Nie  wiedziałem,  że  się 

rozgniewasz, w przeciwnym razie nie żartowałbym w ten sposób. 

—  Że  się  rozgniewam!  —  powtórzyła  Kolumbiną.  —  Zrobiła  gest 

wyrażający  pogardę.  —  Och,  jesteś  poniżej  wszelkiej  krytyki!  Powinieneś 
pójść  raczej  do  baru  i  tam  pić  wino  i  wódkę.  Tam  znalazłbyś  odpowiednią 
kompanię. 

—  Kiedy  ja  wolę  pić  z  tobą...  —  odrzekł  Rufus.  Zaśmiała  się 

nieprzyjemnie.. 

—  Udało  ci  się  to  po  raz  pierwszy  i  ostatni,  mój  panie  —  odrzekła. 

Odwróciła się i wyszła z pokoju. 

Ktoś  wchodził  do  saloniku  od  strony  hallu,  gwiżdżąc  jakąś  nieokreśloną 

melodię.  Gwizd  ten  zakończył  się  wysoką,  wyrażającą  zdziwienie  nutą,  w 
chwili,  gdy  Kolumbiną  przebiegła  przez  pokój  ku  wyjściu.  Gwiżdżący 
mężczyzna, wysoki, opalony, młody, ubrany w białą flanelę, zatrzymał się i 
popatrzył za nią. 

Oczy  miał  szare,  brwi  gęste,  proste  włosy  ciemne,  lekko  łysiejące  nad 

czołem.  Jego  wygląd  był  niezwykle  miły  dla  oka,  temu  nawet  Adam  nie 
mógł zaprzeczyć. 

Kolumbiną również przystanęła na jego widok. Zaczerwieniła się po uszy. 

Nie mogła ukryć swego zmieszania. 

— Śpieszy się pani — zauważył Knight. — Mam nadzieję, że nic złego się 

nie stało. 

Podbródek  miał  ostry,  despotyczny,  ale  wyraz  ust  świadczył,  że  ten 

człowiek  umie  się  często  uśmiechać  do  życia  i  do  przyrody.  Mówił 
uprzejmie, swobodnie, trochę żartobliwie. 

Kolumbiną oparła się o krzesło. 
— Zostałam... obrażona — wyjąkała. 

background image

Proste  brwi  podniosły  się  lekko  ku  górze.  Nie  tracąc  słów  na  próżno, 

mężczyzna  zajrzał  w  głąb  saloniku.  Zdążył  ujrzeć  wielką  postać  Rufusa, 
który wyskoczył przez balkon i odchodził w kierunku gaiku. 

Knight patrzył za nim przez chwilę, po czym odwrócił się do dziewczyny. 

Stała jeszcze, oparta o krzesło, ale już odzyskiwała panowanie nad sobą. Gdy 
podszedł  do  niej,  chciała  się  odsunąć  o  parę  kroków,  ale  rozmyśliła  się  i 
pozostała na miejscu. 

Knight stanął tuż przy niej. 
—  Cóż  on  takiego  zrobił,  co  pani  było  niemiłe?  —  spytał.  Wzruszyła 

ramionami. 

—  Nie  mówmy  o  nim.  To  osioł  i  basta!  Jest  źle  wychowany,  ale  już  mu 

nie dam okazji do niewłaściwego zachowania się wobec mnie. Nie zadaję się 
z byle kim. 

— To syn Adama, prawda? — spytał Knight. 
Skinęła głową. — Tak, ale Adam jest porządnym człowiekiem. Lubię go. 

A Rufus... no, Rufus to głupek i nie mam nic więcej do powiedzenia na ten 
temat. 

—  Sądzę,  że  słusznie  pani  robi,  trzymając  na  dystans  tych  wszystkich 

chłopaków rybackich — rzekł Knight, patrząc na nią uważnie. — Gdy patrzę 
na nich i na panią, nasuwa mi się porównanie kwiatka do kożucha. Pani jest 
kwiatem miłości, kwiatem poezji — dodał z bladym uśmiechem. — Ciekaw 
jestem, jak mężczyzna może się poważyć na znieważenie kwiatu. 

Kolumbina wyprostowała się jak dumna księżniczka. 
—  Och,  to  błazen  —  rzekła  wzgardliwie.  —  On  nie  umie  zachować  się 

lepiej. Pan by tak nie postąpił. 

—  Ja  jestem  inny,  nieprawdaż?  —  spytał  Knight.  Uśmiechała  się,  ale  w 

oczach jej coś zabłysło. 

—  Całkiem  inny  —  odrzekła  z  prostotą.  —  Widzi  pan,  pan  jest 

dżentelmenem.  A  dżentelmeni  nie  robią  niestosownych  rzeczy.  Roześmiał 
się.  —  Jestem  trochę  onieśmielony!  Fatalnie  by  się  złożyło,  gdyby  pani 
zmieniła zdanie o dżentelmenach i o mnie, a to możliwe! 

— Nie, pan nie mógłby zachować się jak prostak — obstawała Kolumbina 

zachmurzona. 

— Nie mógłbym! — powtórzył nieco przekornie. 
—  Musiałby  pan  nie  być  sobą  —  wyjaśniła  poważnie,  jakby  stwierdzała 

niezbity fakt. 

— Dziękuję — rzekł Knight. 

background image

—  O,  to  nie  jest  komplement  —  odparła.  —  To  tylko  prawda.  Bywają 

ludzie, którzy wzbudzają w nas zaufanie od pierwszego wejrzenia. I pan do 
tych właśnie należy. 

— Czyżby? Czy pani wie, że to jest wielkie słowo? 
— Pan jest wielkim człowiekiem — odrzekła Kolumbiną z uśmiechem. 
Knight wziął do ręki szkicownik i zamyślił się. 
— Czy pewna jest pani swego sądu? — zapytał obojętnym tonem. 
— Zupełnie pewna. 
Poszedł  w  głąb  pokoju.  Ona  ruszyła  za  nim.  Nie  zdziwiło  go  to.  Stanęli 

obok siebie. 

—  Czy  mogę  zobaczyć  ostatni  szkic?  —  spytała.  Otworzył  szkicownik  i 

pokazał jej białą stronę. 

— Oto jest ostatni — rzekł. Spojrzała na niego pytająco. 
— Czekam na natchnienie. 
— Mam nadzieję, że niebawem przyjdzie — uśmiechnęła się. 
— Znajdę je z pewnością dzisiaj wieczorem, w grotach. Zachmurzyła się. 
— Może lepiej będzie, jeśli Adam pójdzie z nami — rzekła. 
— Czyżby? — spytał Knight. — Więc nigdy nie pójdziemy nigdzie sami? 
Uśmiechnęła się przekornie. 
— Przecież panu chodzi o zobaczenie grot — rzekła. 
— A pani o pokazanie mi drogi... 
Zastanowiło ją coś w jego głosie. Spojrzała na białą kartkę papieru w jego 

ręku. 

— Adam może być pana przewodnikiem równie dobrze. 
— Ale to pani przyrzekła mnie tam zaprowadzić. Wybuchnęła śmiechem. 
— Co się stało? Dlaczego pani nie chce? 
Podniosła dumnie głowę. — Robię, co mi się podoba. Nikt nie ma prawa 

mi rozkazywać.  

W jego szarych oczach pojawił się drapieżny błysk. 
— A zatem nie ma pani ochoty pójść ze mną? 
Podniosła na niego oczy i roześmiała się, widząc wyraz jego twarzy. 
—  Zależy  panu  na  tym?  Nie  sądzę.  Adam  zna  doskonale  wybrzeże.  A 

panu chodzi o oglądanie krajobrazu. 

—  Przepraszam!  —  rzekł  Knight.  —  Nie  jest  mi  obojętne,  kto  idzie  ze 

mną. Natchnienie nie rodzi się w zimnej atmosferze. 

Mrugnęła powiekami, patrząc na niego uparcie. 
— Czy Adam nie sprzyja pańskiemu natchnieniu? 

background image

—  W  żadnym  wypadku  nie  może  mi  dostarczyć  tych  wrażeń,  które  by 

mnie natchnęły do pejzażu księżycowego. 

—  Jakiego  rodzaju  natchnienie  jest  więc  panu  potrzebne?  —  spytała 

Kolumbina. 

Uśmiechnął się trochę wyzywająco. 
— Powiem to pani, gdy będziemy w grotach. 
Jej uśmiech w odpowiedzi na te słowa był jeszcze bardziej wyzywający. 
— To będzie zajmujące — odparła. Knight zamknął szkicownik. 
—  Cieszy  mnie  —  rzekł,  —  że  pani  podoba  się  samej  sobie,  panno 

Kolumbino. Dzięki temu podoba się pani także innym. 

Skłonił się lekko i odszedł. 
Ona stała przy stole, patrząc za nim z wyrazem zakłopotania i świtającego 

w oczach postanowienia. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział trzeci 

 
— Nie zostajesz nawet na kolacji! Cóż za pustelnicze usposobienie! 
Adam siedział na  ściętym pniu drzewa i patrzył na syna z ukrytą złością, 

podobną do tej, z jaką foksterier spogląda na psa z Nowofundlandii. 

Rufus, z rękami w kieszeniach, oparł się o drewnianą poręcz parkanu. Nie 

odpowiadał  na  szorstkie  uwagi  ojca,  najwidoczniej  nie  robiły  na  nim 
najmniejszego wrażenia. 

Po  chwili  odezwał  się,  trzymając  fajkę  w  kąciku  ust: —  Jeżeli  to  kudłate 

bydlę  będzie  zwiedzać  skały  podczas  przypływu,  narazi  się  na 
niebezpieczeństwo. 

— A któż mówi, że on ma ten zamiar? — odparł opryskliwie Adam. 
— Widziałem go z moich okien po południu. To było podczas odpływu, w 

przeciwnym razie fala byłaby go porwała. Ostrzeż go. 

— Już go ostrzegłem — odrzekł Adam cierpko. — Dawno temu. 
— W takim razie nie masz sobie nic do wyrzucenia. Może on nie wie, że 

przypływ jest szczególnie groźny na wiosnę. 

— Och, on nie jest taki całkiem głupi — mruknął Adam. Rufus wzruszył 

ramionami i pogrążył się w milczeniu. 

W tejże chwili ukazała się w drzwiach zażywna postać pani Peck. 
— A, Rufus! — rzekła z pewnym zdziwieniem. — Sądziłam, że jesteś w 

naszym saloniku z Kolumbiną. 

Rufus  wyprostował  się  z  szacunkiem,  który  zawsze  okazywał  żonie 

Adama. 

— Byłem  tam,  ale przeszedłem na  tę stronę domu,  ażeby porozmawiać z 

Adamem. 

Okrągłe oczy pani Peck spoczęły na nim badawczo. 
— Kolumbiną podała ci wino? 
— Tak, matko. 
— Prędko je wypiłeś — zauważyła pani Peck. 
— Tak, śpieszy  mu się — wtrącił się Adam. — Nie może zostać z nami, 

żono. Wraca na kolację do siebie. 

—  O  tym  nie  może  być  mowy  —  orzekła  pani  Peck.  —  Rufusie,  z 

pewnością nie masz nic ważnego do roboty. A ja właśnie chcę cię poprosić o 
przysługę! 

— Co mam zrobić? — zapytał Rufus spokojnie. 
Pani Peck zeszła ze stopni domku z bardzo tajemniczą miną. 

background image

— Jest taka sprawa — rzekła zniżonym głosem. — Ten pan Knight, wiesz, 

jest  bardzo  miłym  młodym  człowiekiem,  ale  to  jest  artysta,  a  wiadomo, 
artyści nie patrzą na życie tak jak zwykli śmiertelnicy. On chce namalować 
krajobraz  Spear  Pointu  przy  świetle  księżyca,  a  Kolumbiną  przyrzekła  mu, 
że  go  zaprowadzi  dzisiaj  wieczorem  do  grot.  Ja  zaś  uważam,  że  to  nie 
wypada  i  oświadczyłam  jej  to.  Ona  mówi,  że  artysta  nie  jest  takim 
mężczyzną jak inni, że nie można stosować do niego tych samych zasad. Ja 
się  upieram  i  mówię,  że  lepiej  by  było,  gdyby  go  zaprowadził  tam  Adam. 
Samego  zaś  nie  można  go  tam  puścić,  bo  nie  zna  naszego  morza,  naszych 
skał. A on jest trochę lekkomyślny i roztargniony... Ale Adam jest starszy od 
ciebie,  Rufusie,  i  już  się  dziś  napracował  od  wschodu  słońca.  Przyszło  mi 
więc  na  myśl.  żebyś  ty  wstąpił  po  pana  Knighta  i  stał  się  na  dzisiejszy 
wieczór jego przewodnikiem. Nie odmówisz mi, prawda? 

Ostatnie  słowa  rzekła  tonem  pełnym  niepokoju,  widząc  zmianę, 

zachodzącą w twarzy młodego człowieka, gdy jej słuchał. 

Adam odłożył siekierkę i siedział z rozchylonymi ustami, zaciekawiony. 
—  Tak  jest,  idź,  Rufusie!  —  rzekł,  gdy  pani  Peck  umilkła.  —  Oprowadź 

go. Chciałbym, żebyście się poznali. 

— Po co? — spytał Rufus. 
Adam podniósł jedną brew do góry, skrzywił się lekko. 
— Dobrze ci zrobi jego towarzystwo, ożywi cię. Dowiesz się wielu rzeczy. 

To człowiek z szerszego świata. Tak jest, żono, on pójdzie. Idź, spytaj pana 
Knighta, o której godzinie życzy sobie wyruszyć. 

— Zaczekaj! — mruknął Rufus. 
Pani  Peck  czekała.  Wiedziała,  że  jej  pasierb  mówi  powoli,  inaczej  niż 

ojciec, ale to nie wpływało ujemnie na jej uczucia dla niego. Rufus był silny, 
a ona szanowała silnych mężczyzn. 

—  Pójdę,  jeżeli  jestem  potrzebny  —  rzekł  Rufus  z  namysłem.  Ale  nie 

myślę  mu  się  narzucać.  Może  ten  obcy  straci  ochotę  na  nocną  wyprawę, 
skoro się dowie, że Kolumbina z nim nie pójdzie? Dowiedz się tego. 

Pani Peck przyjrzała mu się z uśmiechem podziwu. 
—  Brawo,  Rufusie!  Nabierasz  rozumu  —  rzekła  wesoło.  —  Ale 

zastanawiałam  się,  co  powie  Kolumbina,  dowiedziawszy  się,  że  roz-
mawiałam o tym z panem Knightem za jej plecami. 

Adam zachichotał. 
—  Kolumbina  rozgniewana  jest  najzabawniejszym  zjawiskiem,  jakie 

oglądałem kiedykolwiek — zauważył. 

background image

— Ach! Łatwo ci mówić, bo nie ty bywasz przedmiotem tego gniewu — 

odparła żona. — Łatwo przychodzi ci uśmiechać się w takich chwilach. 

— Toteż się uśmiecham — rzekł Adam. 
Rufus  odwrócił  głowę.  Nic  nie  powiedział,  ale  wyraz  jego  twarzy  jasno 

dawał do zrozumienia, że on nie uważał humorów Kolumbiny za „zabawne”. 

Poszedł  za  panią  Peck  w  kierunku  domu  i  usiadł  w  kuchni,  czekając  na 

rozwój sytuacji. Adam, gwiżdżąc ochoczo, wrócił do swej roboty. 

Pani  Peck  musiała  najpierw  zająć  się  obiadem  gościa,  a  potem  dopiero 

mogła  przystąpić  do  drażliwego  tematu.  Krzątała  się,  nie  odzywając  się  już 
do  Rufusa,  który  również  nie  przerywał  milczenia,  patrząc  przed  siebie, 
nieruchomy jak Sfinks. 

Befsztyk  był  już  na  półmisku;  pani  Peck  układała  jarzyny  dokoła,  gdy 

rozległy się lekkie kroki i Kolumbina stanęła na progu. 

Zdjęła kapelusz i włożyła mały fartuszek. Ciemne włosy falowały jej nad 

czołem. 

—  Ciotko  Lizo  —  rzekła  —  zupełnie  zapomniałam,  że  Sally  ma  dzisiaj 

wolny wieczór! Żałuję, że się spóźniłam i nie pomogłam ci przy gotowaniu 
obiadu. Ale przynajmniej podam półmiski. 

Wstrzymała oddech na widok masywnej postaci, siedzącej pod ścianą, ale 

natychmiast odzyskała równowagę i podniosła głowę nieco wyżej. 

— Nie troszcz się o obiad pana Knighta, moja droga — odrzekła pani Peck 

z odcieniem niechęci. —Ja sama mu usłużę. Ty możesz nakryć dla nas stół w 
saloniku, jeżeli chcesz mi pomóc. Cztery nakrycia, Kolumbino! 

Dziewczyna odwróciła się szybko. 
—  Po  co  nam  cztery?  Jeżeli  ten  gbur  zostaje  na  kolacji,  ja  nie  siądę  do 

stołu! 

—  Wielkie  nieba!  —  wykrzyknęła  pani  Peck.  Rufus przerwał  swe  uparte 

milczenie. 

— W porządku... nie zostanę na kolacji — rzekł. 
— Ale... na miłość boską... co się stało? — dopytywała się pani Peck. — 

Pokłóciliście się? 

—  Nie,  bynajmniej  —  wybuchnęła  Kolumbina  —  nie  zniżyłabym  się  do 

kłótni z nim. Ale nie zasiądę do stołu z człowiekiem, który nie zna dobrych 
manier. Wolę obejść się bez kolacji! 

Rufus był nieporuszony. Nie starał się usprawiedliwić, chociaż pani Peck 

patrzyła  na  przemian  to  na  jedno,  to  na  drugie  pytającym,  zrozpaczonym 
wzrokiem. 

background image

Kolumbiną  podeszła  do  stolika  kuchennego  i  wzięła  półmisek  z 

befsztykiem. 

— Lepiej byś zrobiła, dając mi to zanieść do jadalni, zanim ostygnie. 
—  Postaw  to!  —  rozkazała  pani  Peck.  —  Najpierw  gość  dostaje  zupę. A 

poza tym, moja kochana, jestem zdania, że nie powinnaś się unosić do tego 
stopnia. Rufus jest synem Adama, pamiętaj o tym, więc nie możesz odmówić 
twej obecności przy stole, gdy on zostaje z nami na kolacji. 

— Daj jej spokój, matko! — rozległ się powtórnie spokojny głos Rufusa. 

— Obraziłem ją. Moja wina. Będę się lepiej zachowywał w przyszłości. 

W jego głosie nie było słychać żadnego wzruszenia ani niechęci. Na jego 

dźwięk  z  twarzy  Kolumbiny  zniknął  gniew.  Wyjęła  z  szuflady  obrus  i 
zaczęła go rozwijać w milczeniu. 

Pani  Peck  sapała.  Nalała  zupę  do  wazy  i  wyszła  z  kuchni,  niosąc  ją  do 

jadalni. 

Kolumbiną  zwróciła  się  do  Rufusa:  —  Jeżeli  szczerze  żałujesz  tego.  co 

zrobiłeś, przebaczam ci — rzekła. 

Patrzył na nią przez chwilę. W jego oczach pojawił się łagodny uśmiech. 
— Dziękuję ci — rzekł w końcu. 
—  Więc  żałujesz?  —  nalegała  dziewczyna.  Potrząsnął  głową,  wciąż 

jeszcze uśmiechając się oczami. 

— Nie wyrzekłbym się tej chwili za wszystkie skarby świata — odparł. 
W  tej  odpowiedzi  nie  było,  zdaniem  Kolumbiny,  żadnej  poufałości,  więc 

zdecydowała puścić ją mimo uszu. 

—  Dobrze,  więc  niech  ci  to  posłuży  za  nauczkę  na  przyszłość  —  rzekła 

surowo.  —  Nie  rób  tak  nigdy  więcej!  Bo  nie  życzę  sobie,  żeby  mnie 
dotykały ręce jakiegokolwiek mężczyzny, nawet żartem! 

— Rozumiem — odrzekł Rufus. chowając ręce w kieszeniach. Kolumbiną 

raczyła uśmiechnąć się łaskawie. Burza przeszła. 

—  Nakryję  na  cztery  osoby,  niech  już  będzie  —  rzekła,  wychodząc  z 

kuchni. 

Młody  mężczyzna  siedział  milczący  w  swoim  kącie,  gdy  pani  Peck 

wróciła do kuchni z małej jadalni, gdzie usługiwała gościowi. Rozejrzała się 
dokoła ostrożnie, zanim podeszła do pasierba. 

—  Miałeś  słuszność.  On  nie  życzy  sobie  pójść  do  grot  ani  z  tobą,  ani  z 

Adamem — powiedziała cicho. 

Rufus  nie  drgnął.  Przyjął  tę  wiadomość  z  tak  obojętnym  wyrazem  oczu, 

który czynił go chwilami podobnym do wołu. 

background image

—  A  zatem  pójdziemy  obaj  wcześnie  spać,  Adam  i  ja.  —  To  był  jego 

jedyny komentarz. 

Pani  Peck  podniosła  brwi,  gdyż  była  trochę  wytrącona  z  równowagi  tym 

spokojem. Miała nadzieję, że Rufus przyjmie tę nowinę bardziej osobiście. 

—  Cieszy  mnie,  że  tak  łatwo  ci  można  dogodzić  —  rzekła.  —  Pozwól 

sobie powiedzieć, że ja nie jestem zadowolona! 

Urwała,  czekając  na  reakcję,  ale  Rufus  znowu  skinął  obojętnie  głową, 

przez  co  zgotował  jej  powtórne  rozczarowanie.  Ani  słowem  nie  okazał  jej 
współczucia. 

Pani  Peck  nie  zrażona  ciągnęła  dalej,  gdyż  nie  było  jej  zwyczajem 

pozostawiać cokolwiek wyobraźni i domyślności słuchacza: 

—  Gdyby  się  zgodził  pójść  z  jednym  z  was,  już  bym  się  więcej  nie 

zastanawiała  nad  tym  wszystkim.  Bóg  wie,  że  nie  jestem  podejrzliwa  z 
natury.  Ale  gdy  mu  zaproponowałam  twoje  towarzystwo,  uśmiechnął  się 
słodko  i  powiedział:  „Och,  niech  się  pani  o  mnie  nie  troszczy,  pani  Peck! 
Zrozumiałem  pani  punkt  widzenia.  Panna  Kolumbiną  już  mi  powiedziała  o 
wszystkim.  Powinienem  był  sam  pomyśleć  o  tym,  co  wypada,  a  co  nie 
wypada, ale może mi pani wierzyć, że w ogóle nie przyszło mi do głowy nic 
złego, więc nie troszczyłem się o konwenanse". Tak powiedział, uśmiechając 
się coraz milej. A kiedy mu zaproponowałam Adama, odrzekł: „Nie, nie pani 
Peck.  Nie  mogę  tego  wymagać  od  mężczyzny.  Nie  zaprzęgnę  żadnego 
mężczyzny  do  rydwanu  sztuki.  Gdybym  to  uczynił,  rydwan  opróżniłby  się 
momentalnie".  On  przeważnie  mówi  takie  niezrozumiałe  rzeczy  — 
dokończyła pani Peck mocno urażonym tonem. 

W  kuchni  rozległ  się  nagły  wybuch  śmiechu.  Pani  Peck  drgnęła  i 

przerażona cofnęła się w stronę komina. 

Kolumbina,  która  weszła  niepostrzeżenie,  podbiegła  do  niej  i  rzekła 

wesoło: 

—  Złapałam  cię  na  gorącym  uczynku,  ciotko  Lizo!  Aha!  Wiem,  o  czym 

mówiłaś. Mam ci powiedzieć? No, może lepiej nie — dodała chmurząc się. 
— Natomiast powiem ci, jak wyglądasz, dobrze? Zupełnie jak kwoka, która 
wysiedziała kaczęta i patrzy za nimi, gdy pływają. A Rufus — tu rzuciła mu 
spojrzenie pogodne, bez śladu urazy — Rufus wygląda jak ryżawy byk. 

— Nie bądź impertynentką! — rzekła pani Peck, prostując się dumnie przy 

ogniu. — Lepiej przetrzyj talerze! 

Kolumbina  zaśmiała  się  znowu  i  odrzuciła  głowę  w  tył.  Znalazła 

ściereczkę i zabrała się do roboty. 

background image

Oczy  miała  utkwione  w  talerzach.  Pozornie  nie  patrzyła  na  Rufusa,  nie 

myślała  o  nim.  Ale  nagle,  nie  zmieniając  pozycji  ciała  i  głowy,  rzuciła  mu 
spod  rzęs  błyskawiczne  spojrzenie.  On  cały  czas  wpatrywał  się  w  nią,  a  w 
jego błękitnych oczach żarzył się płomień. 

Spojrzenie  dziewczyny  odwróciło  się  z  szybkością  odfruwającej  jaskółki. 

Rumieniec wystąpił na jej policzki. 

—  Może  on  jest  czymś  więcej  niż  cennym  bykiem  —  rzekła  zamyślona. 

— Ciotko Lizo, może on jest Minotaurem. Jak ci się zdaje? 

— Nie wiem, o czym mówisz, moja droga — odrzekła pani Peck cierpko. 
Kolumbina zaśmiała się. 
— Ty wiesz, o czym, Rufusie? — spytała. Nie patrzyła na niego, zadając 

to pytanie. 

— Chciałbym wiedzieć — odrzekł z prostotą. 
— Doprawdy? 
Przetarła ostatni talerz bardzo mocno i postawiła go na stole. 
—  Minotaur  —  rzekła  tonem  nauczycielki,  wykładającej  w  szkółce  dla 

dzieci  —  był  to  potwór,  na  pól  byk  na  pół  mężczyzna.  Mieszkał  w 
miejscowości  podobnej  do  Spear  Pointu  i  pożerał  młodych  chłopców  i 
dziewczęta.  A  ty  mieszkasz  bliżej  grot  niż  ktokolwiek  z  nas,  prawda, 
Rufusie? 

Znów  mu  rzuciła  przelotne,  intensywne  spojrzenie.  On  wciąż  patrzył  na 

nią.  ale  wyraz  namiętności  w  jego  oczach  nieco  przygasł.  Odpowiedział  na 
jej zaczepkę swym łagodnym, pobłażliwym uśmiechem. 

— Tak, mieszkam tutaj. Nie pożeram nikogo. Nie jestem... potworem. 
Kolumbina pokiwała głową. 
—  Nie  jestem  tego  pewna  —  rzekła.  —  Może  nie  miałeś  okazji 

spróbować? 

— A ty byś chciała być pożarta? — zapytał Rufus. 
Była to jego pierwsza reakcja, toteż dziewczyna powitała ją śmiechem, ale 

szybko  ukryła  swe  zadowolenie.  Pochyliła  nisko  głowę  i  odwróciła  się  do 
niego plecami. 

—  No,  nie  mam  czasu  na  takie  głupstwa  jak  ta  rozmowa  —  rzekła.  — 

Musisz  sobie  sam  znaleźć  ofiary  i  zjeść  je  bez  niczyjej  pomocy.  A  gdy  się 
ucywilizujesz, wtedy może zechcę rozmawiać z tobą. 

Z tymi słowami wyszła, niosąc talerze. 

background image

— Ona jest zbyt wygadana — zauważyła pani Peck. — Jestem pewna, że 

pan  Knight  przewraca  jej  w  głowie.  Ona  staje  się  dzika;  to  jest  właściwe 
określenie. 

Znając  Rufusa,  nie  czekała  na  odpowiedź.  I  rzeczywiście,  przez  kilka 

sekund panowało milczenie. Wtem, ku jej zdziwieniu, usłyszała jego głęboki 
mocny głos. 

—  Możliwe,  że  ona  chętnie  dałaby  się  zjeść  gdyby  tylko  ten  potwór 

wiedział jak to zrobić — odezwał się Rufus, zamyślony. 

—  Boże,  zmiłuj  się,  co  się  z  nami  wyrabia!  —  wykrzyknęła  pani  Peck 

zdumiona i zdjęła leguminę z ognia. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział czwarty 

 
Długi,  promienny  pas  światła  przecinał  ostro  ciemną  taflę  morza.  Za  trzy 

dni księżyc będzie w pełni. Zaczynał się przypływ, ale  punkt kulminacyjny 
miał osiągnąć dopiero za dwie godziny. 

Fale  piętrzyły  się,  rozbijając  się  z  wściekłością  o  nadbrzeżne  skały, 

nacierając ze wzmożoną siłą na prostopadłą ścianę granitową, stawiającą im 
niewzruszony  opór.  Ta  skała  była  zakrzywiona  jak  szabla  turecka,  a  w  jej 
wgłębieniu  drzemało  małe  jeziorko.  Gdy  przypływ  huczał  i  zdobywał  ląd, 
wody jeziora burzyły się również, ale podczas odpływu leżały ciche, gładkie 
jak biały kamień, pełne niezbadanych tajemnic. 

Ponad grupą mniejszych skał, wznoszących się nad jeziorkiem, ukryty był 

wąwóz,  prowadzący  do  grot  Spear  Pointu.  Ale  wąwóz  był  prawie 
niedostępny;  niewielu  go  przeszło  dotychczas.  Pomiędzy  nim  a  zatoką 
znajdowały się ruchome piaski, stanowiące zaporę nie do przebycia. 

Był to bardzo trudny teren. Niejeden śmiałek spadł już ze stromej skały do 

jeziora, jakby rzucony w przepaść dłonią olbrzyma. A kiedy przypływ niósł 
fale na wybrzeże, z grot dochodziły jęki i zawodzenia, jakby pokutowały tam 
jakieś uwięzione dusze. 

Ale tej nocy księżycowej magicznie pięknej, słychać było tylko plusk fal, 

rozbijających się o skały Spear Pointu. Nic nie wskazywało na to, że śpiące 
jeziorko zamieni się wkrótce w szalejące wody. 

Na brzegu stała postać kobieca, cała w bieli, z wyciągniętymi ramionami. 

Wody były ciche, księżyc wspaniały. Jej postać odbijała gładka tafla wody. 
To  był  pełen  poezji  widok,  obraz  nimfy.  Królowej  Wód.  Śpiewała  cichą 
piosenkę jak ptak budzący się o świcie. 

— Mój Boże — szepnął Knight. — Gdybym mógł ją namalować jeden raz 

taką, jaka jest... naprawdę! 

W  oczach  miał  błysk  myśliwego.  Stał  na  skale  o  kilka  kroków  od  niej, 

patrząc na nią chciwymi oczami. 

Nagle  odwróciła  się  do  niego,  wołając  trochę  drwiąco,  a  trochę  zalotnie: 

— Znalazł pan już natchnienie? 

— Jeszcze nie. 
Wzruszyła ramionami, ubawiona. 
—  Czarodziejska  dobra  wróżka  nie  rozpoczęła  jeszcze  swego  dzieła? 

Podszedł ku niej, powoli, ostrożnie. 

— Niech się pani nie rusza! — rzekł. 

background image

Czekała na niego nad brzegiem jeziora. Oczy jej się śmiały; był to śmiech 

zuchwałej niewinności. 

Doszedł  do  miejsca,  na  którym  stała.  Oboje  znajdowali  się  na  tej  samej 

skale.  Pochylił  się  ku  niej,  w  jego  oczach  błyszczało  uwielbienie  dla  jej 
piękności. 

—  Kolumbino!  —  szepnął.  —  Czarodziejko!  Nimfo!  Królowo!  Krew 

napłynęła jej gwałtownie do policzków. Oczy jej zaświeciły, coś się zbudziło 
w  duszy  dziewczyny...  Ale  instynkt  kobiecy  wziął  górę  nad  pierwszym 
impulsem. 

Cofnęła  się  o  krok.  Zaśmiała  się  odwracając  oczy  od  tego  uwielbienia, 

które tak nagle rozbłysło tuż przy niej. 

— Tak. taka noc wywiera magiczny wpływ — rzekła. — Jak to dobrze, że 

pana tu przyprowadziłam! 

—  Tak.  Bardzo  dobrze  —  rzekł  głosem,  zdradzającym  mocne 

postanowienie  opanowania  wzburzonych  zmysłów.  —  Czy  wiesz,  co 
zrobiłaś,  boginko?  Otworzyłaś  oczy  memu  sercu.  Jestem  olśniony.  Jestem 
oślepiony.  Zdaje  mi  się,  że  jestem  opętany.  Kiedy  namaluję  mój  obraz, 
będzie to cudo, jakiego świat nie widział. Zobaczysz, piękna pani. 

—  Czy  nie  lepiej  by  pan  zrobił,  zaczynając  malować?  —  szepnęła 

dziewczyna. 

Wyciągnął ku niej dłoń, która trochę drżała. 
— Jeszcze nie — rzekł. — Wizja jest zbyt namacalna, zbyt piękna. Jakże 

mam  oddać  coś,  czego  dotychczas  nie  śmiałem  oglądać  z  bliska? 
Kolumbino! 

Jego  głos  stał  się  błagalny.  W  odpowiedzi  ona  podała  mu  rękę.  Ale  nie 

podniosła oczu. Drżała od stóp do głowy jak schwytany ptaszek. 

— Nie boisz się? — szepnął. 
— Nie wiem — odpowiedziała szeptem. — Nie pana... nie pana...! 
— Aha! — rzekł. — Jesteśmy złapani w te same sieci. Nie ma w tym nic 

złego.  Ten  sam  czar  opętał  nas  oboje.  Niech  działa  nadal,  kochanie! 
Rozumiemy  się  wzajemnie,  prawda?  Dlaczego  mielibyśmy  się  obawiać 
czegokolwiek? 

Ale ona nie podniosła oczu, a jej ręka wciąż drżała w jego dłoni. 
—  Nie  sądziłam  —  wyjąkała  —  że...  nigdy  nie  marzyłam...  Och,  czy  to 

prawda? 

—  Prawdą  jest  to,  że  jesteś  najpiękniejszą  istotą,  jaka  kiedykolwiek 

chodziła  po  ziemi  —  odrzekł,  a  jego  głos  zadrżał.  —  Prawdą  jest,  że  twój 

background image

widok  przyprawia  mnie  o  zawrót  głowy,  rozgrzewa  mi  krew  w  żyłach. 
Afrodyto,  bogini  i  czarodziejko,  czy  wątpisz  w  to?  Zaczekaj,  aż  zobaczysz 
mój  obraz,  a  wówczas  zrozumiesz!  Dzisiejszej  nocy  znalazłem  natchnienie, 
tak jest, znalazłem je, ale jest ono tak przemożne, tak upajające, że nie mogę 
go  jeszcze  ująć  w  żywy  kształt.  Dzisiejszej  nocy.  droga  moja,  szczególnie 
dzisiejszej  nocy  pozwól  mi  się  uwielbiać  na  kolanach!  To  szaleństwo  musi 
się  wyszaleć.  Nad  ranem  wyzdrowieję.  Tej  nocy  doświadczyłem  siódmego 
nieba. 

Przyciągnął  ją  ku  sobie,  a  Kolumbina,  ta  Kolumbina,  która  nie  życzyła 

sobie,  aby  jej  dotykały  jakiekolwiek  męskie  ręce,  ulegała  powoli  sile  jego 
przyciągania.  W  ostatniej  chwili  spróbowała  uwolnić  się  niepewnym 
ruchem,  ale  w  tym  momencie  jego  uścisk  stał  się  mocniejszy  a  ona  ze 
śmiechem zagłuszyła wewnętrzny głos instynktu, który jej kazał się opierać. 
W następnej sekundzie leżała na jego piersiach. Podniosła głowę ku niemu i 
poddała mu się zupełnie. 

Dawać  bez  zastrzeżeń  było  wrodzonym  odruchem  jej  namiętnej, 

południowej  natury,  toteż  tej  nocy  obdarzyła  go  po  królewsku,  z  własnej 
nieprzymuszonej  woli.  Czar,  który  doprowadził  do  wrzenia  krew  obojga, 
zbyt  był  przemożny,  aby  mu  się  opierać.  Dziewczyna  ze  swą  na  pół 
rozbudzoną  duszą,  mężczyzna  ze  swym  niepohamowanym  pragnieniem 
piękna,  dali  się  unieść  w  jednakowym  stopniu  temu  wielkiemu  prądowi, 
który  przepływa  przez  cały  świat,  jak  wiecznie  powracająca  fala.  Ten  czar 
pchał  ich  nad  brzeg  przepaści,  której  nie  dostrzegali  oboje,  on  —  w 
miłosnym zapamiętaniu, a ona — w swym niedoświadczeniu. Gdy odgłos fal 
doszedł  ich  uszu  ze  wzmożoną  siłą,  nie  zdali  sobie  sprawy,  co  to  oznacza. 
Zbyt  daleko  byli  myślami,  a  Kolumbina  czuła  się  bezpieczna  w  ramionach 
swego  kochanka.  Posiadł  ją  niemal  bez  walki,  a  ona  rozkoszowała  się  jego 
tryumfem  z  takim  uniesieniem,  że  było  coś  wzniosłego  w  jej  oddaniu  się 
miłości. Tej nocy zdawało jej się, że cały świat leży u jej stóp. Nie bała się 
niczego. 

Ciche jeziorko przed nimi leżało, srebrzyste, spokojne. Za skałami wielkie 

wody podnosiły się coraz wyżej z ponurym szumem. Szum ten rósł z każdą 
chwilą,  przechodził  w  złowieszczy  ryk,  przybliżał  się.  Nagle  zza  skały 
ukazał się słup piany. Jeziorko zaszumiało, jakby zbudzone ze snu. Księżyc 
odbijający  się  na  powierzchni  jego  wód  zakołysał  się  i  rozpadł  na  kilka 
promieni gwałtownie rozszczepionych niewidzialną ręką. 

background image

Znowu  ukazała  się  srebrna  piana,  rozprysnęła  się  w  tysiące  kropel,  a  po 

chwili woda z hukiem zaczęła wlewać się do jeziora. 

— Widzisz? — szepnęła Kolumbina. — To jest podobne do mego życia. 
Stali  obok  siebie  pod  występem  skalnym  i  obserwowali  cud  budzenia  się 

jeziora.  Knight  trzymał  dziewczynę  wpół  i  przyciskał  do  siebie.  Czuł  bicie 
jej serca. Stała z twarzą zwróconą ku niemu; w jej oczach błyszczał tryumf 
kochania. 

Wstrzymywał oddech, patrząc na nią. Schylił się, całował purpurowe usta, 

które rozchylały się tak szczodrze. 

—  Czy  moja  miłość  jest  dla  ciebie  przypływem  morza,  ukochana?  — 

szepnął. 

—  Jest  czymś  więcej!  —  odrzekła  namiętnie.  —  Znacznie  więcej!  Taki 

przypływ  zdarza  się  rzadko,  może  jeden  raz  w  życiu  i  zmiata  wszystko  na 
swej drodze. 

Przycisnął ją do piersi. 
— Moja miłości! — rzekł. — Moja królowo! 
Całował  jej  olśniewającą  szyję,  rozwiane  włosy.  Położył  głowę  na  jej 

piersiach i tak pozostał bez ruchu. Objęła go ramionami, tuliła się do niego. 

— Kocham cię! Kocham cię! — szeptała namiętnie. — Och, jak ja ciebie 

kocham! 

Znów  rozległ  się  huk  nadciągających  wód.  Jezioro  zakołysało  się,  jakby 

nim  potrząsnęła  od  wewnątrz  dłoń  giganta.  Piana  znów  rozprysnęła  się  i 
obryzgała  ich  kroplami,  jakby  płatkami  śniegu.  Cały  świat  rozbrzmiewał 
dźwiękiem huczących wód. 

Knight otworzył oczy i rozejrzał się. 
— Woda zbliża się szybko — rzekł. — Musimy wracać. Przytuliła się do 

niego mocniej. 

— Mogłabym umrzeć w taką noc jak ta, przy tobie — rzekła. Przycisnął ją 

do serca. 

—  Ach,  moja  cudna  —  rzekł.  —  Nie  wolno  ci  umierać!  Ty  jesteś 

nieśmiertelna.  Ale  ja,  zwykły  śmiertelnik,  muszę  uciekać  przed  nieubła-
ganym przypływem. 

Znowu  zaryczały  fale,  zbliżające  się  do  jeziorka.  Dziewczyna  otrząsnęła 

się  z  oszołomienia  miłosnego.  Jeziorko  było  już  istnym  wirem  spienionych 
wód. 

—  Tak  —  rzekła  —  musimy  uciekać  i  to  jak  najszybciej.  Wody  zbliżają 

się tu z ogromną szybkością. 

background image

Pewnym krokiem, lekko i zwinnie, wspinała się po stromych kamieniach, 

prowadząc  Knighta,  wskazując  mu  drogę.  Opuścili  czarodziejskie  miejsce, 
ciemne  groty,  księżyc,  odbity  w  wodach  jeziora,  cudowne  wybrzeże. 
Niełatwo  było  wspinać  się  pod  górę,  ale  Knight  znał  już  te  strony,  chociaż 
bywał  tu  tylko  za  dnia.  Szedł  za  swą  przewodniczką,  a  kiedy  wyszli  na 
płaskowyż, na piaski, zrównał się z nią i objął ją znów ramieniem. 

— Jesteśmy na ruchomych piaskach — rzekła — nie znam dokładnie ich 

rozmiaru. 

Jestem  w  twych  rękach,  bogini  —  odrzekł  pogodnie.  —  Prowadź  mnie, 

dokąd chcesz. 

Roześmiała się cichym, słodkim śmiechem uszczęśliwionej kobiety. 
— A jeżeli cię zaprowadzę na bezdroża? 
— Pójdę za tobą nawet do piekła — zapewnił. 
Jej dłoń objęła mocno jego rękę. Zatrzymała się na chwilę, rozejrzała się; 

niewielka  piaszczysta  przestrzeń  dzieliła  ich  od  małej  plaży  rybackiej.  Za 
dnia  nie  groziło  tu  wielkie  niebezpieczeństwo,  chociaż  trzeba  było  pilnie 
baczyć,  by  nie  stąpnąć  tam,  gdzie  tuż  pod  piaskiem  znajdowało  się  morze, 
gdzie  warstwa  ziemi  była  tylko  pułapką.  Ale  nocą  niepodobna  było  się 
zorientować,  nawet  przy  świetle  księżyca.  Kolumbina  nie  ufała  sobie. 
Nauczyła się od Adama tej drogi na pamięć, tak jak dziecko uczy się lekcji, 
której  nie  rozumie.  Unikała  niebezpiecznych  miejsc  kierując  się  kształtem 
okolicznych skał. 

Po krótkim wahaniu poszła dalej z niezachwianą pewnością. Knight szedł 

za  nią  spokojnie.  Jego  wiara  we  własne  szczęście  była  równie  głęboka  jak 
wiara  w  tę  dziewczynę  przy  jego  boku.  A  przy  tym  myśli  miał  zmącone, 
krew  w  nim  wrzała,  głusząc  strach  i  ostrożność.  Ryk  fal  przypływu 
rozweselał  go.  Szedł  przy  niej  z  miną  zwycięzcy,  wolny,  nieustraszony, 
zwrócony twarzą ku morzu. 

Prowadziła  go  dobrze,  nie  omyliła  się  ani  razu,  ale  nie  powiedziała  ani 

słowa, dopóki nie wyszli z obszaru ruchomych piasków. 

Wtedy dopiero odetchnęła głęboko. 
— Teraz jesteśmy bezpieczni. 
— A nie byliśmy już wcześniej? — spytał obojętnie. 
Spojrzała mu w oczy. Zadrżała. 
—  Nigdy  nie  jesteśmy  pewni  naszego  losu  —  odrzekła.  —  A  najmniej 

wtedy,  gdy  jesteśmy  szczęśliwi.  Te  ruchome  piaski  dają  człowiekowi  do 
myślenia... 

background image

—  Nie  należy  nigdy  psuć  teraźniejszości  troską  o  przyszłość  —  rzekł 

Knight sentencjonalnie. 

Przyjęła te słowa poważnie. 
—  Nie  robię  tego.  Chcę  żyć  tym,  co  jest,  cieszyć  się  chwilą,  chciałabym 

pozostać tu z tobą na zawsze, ale za pół godziny, może wcześniej, przypływ 
zaleje całe wybrzeże. Utonęlibyśmy. 

Jej głos był nabrzmiały emocją. Obejrzała się za siebie. 
— Jeden fałszywy krok — rzekła —jeden zbyt ostry zwrot w lewo, a już 

bylibyśmy na ruchomych piaskach! To jest symbol życia, pełnego ukrytych 
niebezpieczeństw,' czyhających na każdym kroku. 

Przyjrzał się jej ciekawie. 
— Dlaczego ci to przyszło na myśl? — spytał. 
Westchnęła tak głęboko i głośno, że zabrzmiało to prawie jak jęk. 
— Nie wiem — rzekła. — Taka byłam szczęśliwa, że teraz ogarnia mnie 

przerażenie. Takie szczęście nie może trwać. Szczęście nigdy nie trwa długo. 

Uśmiechnął się w odpowiedzi na to filozoficzne spostrzeżenie. 
— W takim razie cieszmy się chwilą, dopóki trwa — rzekł. — Dzisiejsza 

noc minie, ale nie zapominajmy, że istnieje jutro. 

Odrzekła nerwowo: — Nie wiadomo, czy jutro będzie księżyc. Zaśmiał się 

i przyciągnął ją ku sobie. 

—  Mogę  się  obejść  bez  księżyca,  królowo  moich  snów!  Przytuliła  się  do 

niego, ale drżała na całym ciele. 

—  Czuję  się  dziwnie  przez  cały  czas.  Zupełnie  tak,  jakby  ktoś  nas 

obserwował — szepnęła. 

— I ja odnoszę takie wrażenie — odparł — księżyc jest widocznie bardzo 

niedyskretnym  świadkiem.  Nie  będę  płakał,  jeżeli  jutro  zobaczę  na  niebie 
gęste chmury na niebie. 

Roześmiała  się.  —  Nie  zdołalibyśmy  przejść  przez  ruchome  piaski,  a 

raczej ominąć ich gdyby nie było światła. 

—  Moglibyśmy  wybrać  drogę  równą  do  tej,  prowadzącą  nad  skałami  — 

odrzekł. — Dzisiaj, w dzień, szedłem tamtędy. 

—  Aha!  Ale  tam  jest  stromo,  a  w  dodatku  przeszlibyśmy  tuż  obok domu 

Rufusa — mruknęła. 

— Cóż z tego? — rzucił obojętnie. — Jestem pewien, że on śpi jak zabity. 
—  Zresztą  musisz  mieć  światło  księżyca  do  twego  obrazu.  A  księżyc  też 

nie przyświeca co noc — zmieniła temat. 

background image

— Mój obraz! Przycisnął ją mocniej do piersi. — Czy wiesz, czym będzie 

mój obraz? 

— Powiedz! 
— Mam ci powiedzieć? Pozwalasz? Zwrócił jej twarz ku sobie. 
Otworzyła szeroko śliczne promienne oczy. Była zaciekawiona. 
— Dlaczego pytasz o pozwolenie? Znowu się zaśmiał cicho i ucałował jej 

usta. 

—  Dzisiaj  z  rana  zrobię  szkic  i  pokażę  ci  go.  To  nie  będzie  studium,  to 

będzie tylko pomysł. Ty zaś będziesz mi pozować do studium. 

Ja? — wyjąkała oszołomiona. 
—  Tak,  ty!  Ty!  —  zajrzał  jej  głęboko  w  oczy.  —  Nie  rozumiesz,  że  ty 

jesteś źródłem mego natchnienia? To będzie najważniejszy obraz, arcydzieło 
mego życia! „Afrodyta, bogini piękności". 

Zmieszały ją te słowa. 
—  Naprawdę  jestem  taka  piękna?  —  szeptała.  —  Powiedziałbyś  to, 

gdybyś się ze mną... gdybyś mnie... nie kochał? 

—  A  czy  pokochałbym  cię,  gdybyś  nie  była  taka  piękna?  —  zaśmiał  się 

Knight. — Moje kochanie, jesteś tak cudna jak kwiat miłości, który  wyrósł 
w  raju.  Uwielbiać  cię  jest  rzeczą  równie  naturalną  jak  oddychać.  Jesteś  dla 
mnie niebem na ziemi. 

— I za to mnie kochasz? 
— Kocham cię ciałem i duszą, ponieważ jesteś sobą — odrzekł. — Nie ma 

innego powodu, duszo mej duszy. Gdy moje arcydzieło zostanie ukończone, 
wtedy może... zobaczysz siebie moimi oczami i zrozumiesz... 

Westchnęła i uczepiła się rękami jego ramienia. 
—  Chciałabym  się  zobaczyć  twoimi  oczami.  Wtedy  dowiedziałabym  się, 

jak bardzo mnie kochasz. 

—  Więc  zgadzasz  się?  Naprawdę  chcesz?  —  w  jego  głosie  zabrzmiało 

ostrzeżenie.  —  Będziesz  musiała  pokazać  mi  się  cała,  okazać  mi  całą  twą 
miłość dla mnie, zanim będziesz mogła sprawdzić moje uczucie dla ciebie. 

Podniosła ku niemu głowę. W jej oczach zabłysł płomień jak refleks ognia 

w jej duszy. 

— Jestem twoja, cała jestem twoja  — rzekła namiętnie. —  Wszystko, co 

posiadam i co mogę ofiarować, należy do ciebie. 

Jego twarz posmutniała. 
— Nie mów mi tego, ukochana — rzekł cichym, zatroskanym głosem. — 

Mógłbym ulec pokusie i wziąć zbyt dużo... więcej, niż mam prawo... 

background image

— Masz wszelkie prawa — zapewniła go. Potrząsnął głową przecząco. — 

Nie, nie! Jesteś za młoda. 

—  Za  młoda,  aby  kochać?  —  spytała,  trochę  rozgniewana.  Objął  ją 

mocniej ramieniem. 

— Nie — odrzekł spokojnie. — Za młoda, aby... się opanować... możesz z 

łatwością popełnić błąd zbyt mocnego kochania... 

— Co masz na myśli? — Głos jej drżał niepokojem. 
Podniósł dłoń ku górze i wskazał na srebrzący się krąg na horyzoncie. 
— Mam na myśli — rzekł — że miłość jest jak ten księżyc: przemija... To 

sen jednej nocy księżycowej. 

— Nie jednej! — krzyknęła, a w jej słowach zabrzmiał strach. Pochylił się 

ku niej i ucałował jej usta. 

— Nie, nie jednej, ukochana. Nawet nie dwóch. Ale w końcu... w końcu... 

wszystko przemija. 

— W takim razie to nie jest miłość — rzekła stanowczo. Skinął dłonią w 

kierunku księżyca gestem trochę żartobliwym, trochę wyzywającym. 

— To jest życie — rzekł — to jest ironia życia. Nie bądź zbyt hojna, pani 

mego  serca!  Daj  mi  to,  czego  zażądam  od  ciebie,  królowo  morza!  Ale  nie 
dawaj mi nic więcej! Mógłbym to przyjąć, a wówczas... 

Przy  tych  słowach  odwrócił  się,  nie  chcąc  kończyć  zdania,  a  Kolumbina 

mszyła  za  nim,  zaskoczona,  ale  wciąż  jeszcze  zbyt  oczarowana,  aby 
odczuwać niepokój. Nie żądała dalszych wyjaśnień; było w jego zachowaniu 
coś, co powstrzymywało ją od dalszych pytań. 

Kiedy przystanął w cieniu drzew i podniósł jej twarz ku sobie, ujmując jej 

główkę w obie dłonie, wzniosła ku niemu rozanielone oczy, pełne całkowitej 
ufności. Kiedy szepnął: — Do jutra! — odpowiedziała radośnie: 

— Tak, do jutra! 
Gwałtowność jego pocałunków wystarczyła jej jako rękojmia szczęścia. O 

tym tylko pamiętała, wracając do domu. 

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział piąty 

 
Dwa  dni  później,  z  samego  rana,  Rufus  Czerwony  prowadził  obcego 

przybysza  przez  rybacką  osadę  ku  małej  przystani.  Rufus  wyglądał  jak 
wiking  na  tle  nieba  i  morza.  Knight  wsiadł  do  łodzi;  wyruszał  mając 
nadzieję,  że  zobaczy,  jak  się  zarzuca  sieci.  Ale  niebawem  przekonał  się,  że 
Rufus  obmyślił  dla  nich  inny  plan  spędzenia  czasu,  gdyż  minął  łódź  ojca, 
skinąwszy  mu  tylko  głową,  co  Adam  wziął  najwyraźniej  za  pożegnanie 
raczej niż za powitanie. Płynęli dalej, nie zwalniając. 

Knight miał przy sobie szkicownik i siedział przy sterze. Nigdy dotąd nie 

przyglądał  się  Rufusowi.  Ale  teraz,  siedząc  na  wprost  niego  zaczął  go 
obserwować z coraz żywszym zainteresowaniem i oceniać jego wartość jako 
modela. 

Rufus  miał  na  sobie  flanelową  bluzę,  otwartą  pod  szyją,  odsłaniającą 

włochatą  pierś,  pokrytą  rudym  zarostem.  Bary  miał  potężne;  biła  od  niego 
siła.  Nie  robił  wrażenia,  że  się  męczy  przy  pracy,  chociaż  płynęli  przeciw 
prądowi. 

Błękitnymi oczami wpatrywał się w wybrzeże, które oddalało się od niego. 

Zdawał  się  być  pogrążony  w  rozmyślaniach  i  zapominać,  że  nie  jest  sam. 
Knight  obserwował  go,  zastanawiając  się,  jakie  myśli  kryją  się  za  tym 
szerokim  czołem.  Kolumbina  nazwała  go  prostakiem.  Gotów  był  podzielić 
ten  pogląd.  A  jednak  w  oczach  rybaka  było  coś  skupionego,  coś,  co 
przykuwało  uwagę.  Nie  były  to  puste  oczy  zwierzęcia.  Jego  milczenie  nie 
było przypadkowe. Było to raczej milczenie człowieka, który czeka. 

Ciekawość  ogarniała  Knighta.  Zastanawiał  się,  jak  przebić  ten  mur 

nieprzystępności,  którym  obwarował  się  jego  towarzysz.  Interesowało  go 
jakim jest człowiekiem, czy posiada jakąkolwiek indywidualność? 

Wreszcie przerwał milczenie:  
— Czy płyniemy prosto do świątyni słońca? Sądziłem, że pokaże  mi pan 

połów. 

Błękitne  oczy  rybaka  zwróciły  się  ku  niemu  powoli,  jakby  nagle 

zauważyły  jego  obecność.  Knight  doznał  niemiłego  uczucia  własnej 
znikomości. Czuł się jak karzełek przerywający medytację olbrzyma. 

Rufus  przyjrzał  mu  się,  zanim  odpowiedział:  —  Jeszcze  nie  zarzucają 

sieci. Zdążymy na czas. 

— Ma pan zamiar urządzić mi najpierw przejażdżkę, żebym zaznał więcej 

atrakcji za moje pieniądze, co? — spytał Knight żartobliwie. 

background image

Zdumiało  go  nagłe  zmarszczenie  brwi  w  odpowiedzi  na  jego  słowa. 

Zorientował się, że palnął głupstwo. 

—  Nie  —  odrzekł  Rufus  powoli,  mówiąc  starannie,  jakby  się 

koncentrował na każdym słowie. — Nie, nie miałem takiego zamiaru. 

W  Knighcie  zbudził  się  amator  przygód.  Coś  się  kryło  za  spokojem  tego 

olbrzyma. Postanowił dociekać dalej. 

—  Nie?  —  rzucił  niedbale.  —  W  takim  razie  po  cóż  płyniemy  bez  celu 

prosto przed siebie? 

Mówiąc  to,  obserwował  wschód  słońca.  Rufus  przestał  wiosłować,  ale 

łódź  posuwała  się  dalej  siłą  rozpędu  nadanego  jej  przez  ostatnie,  potężne 
uderzenie wioseł o fale. Powiedział powoli, niskim głosem: 

—  Nie  przywiozłem  pana  tutaj,  żeby  coś  pokazać.  Przywiozłem  pana  po 

to, aby panu coś powiedzieć. 

— Doprawdy? 
Knight  był  ogromnie  zaciekawiony.  Przeczuwał  zresztą  niejasno  jakieś 

niebezpieczeństwo.  Oczy  mu  zaświeciły  drapieżnie  pod  spuszczonymi 
rzęsami.  Zasadą  jego  postępowania  w  niejasnych  sytuacjach  było 
nieokazywanie przeciwnikowi zdziwienia. 

—  A  cóż  to  za  szczególna  wiadomość?  —  spytał  z  uśmiechem.  Rufus 

odłożył  wiosła  i  rzekł  poważnie:  —  Widziałem  pana  ubiegłej  nocy  na 
ruchomych piaskach. 

—  Czyżby!  —  rzekł  Knight  pogodnie,  nie  zdradzając  najmniejszego 

wzruszenia. Sięgnął po papierośnicę. 

Rybak  ciągnął  dalej,  zastanawiając  się  nad  każdym  słowem,  cedząc 

wyrazy. 

— To szaleństwo iść tam nocą. A przy pana boku szła Kolumbina. Rufus 

zamilkł i siedział, patrząc przed siebie. 

Knight wzruszył ramionami. 
— To raczej ja szedłem przy niej. Panna Kolumbina zna ruchome piaski, 

ja nie. 

Rufus  zaczął  mówić,  jakby  nie  usłyszał:  —  Ta  okolica  wybrzeża  jest 

niebezpieczna,  Adam  powie  panu  to  samo.  Wiosną  całe  wybrzeże  stanowi 
nieraz  jedną  wielką  falę  podczas  przypływu.  Wówczas  słychać  dzwony 
kościelne, bijące na alarm. My tutaj nazywamy to Prądem Śmierci, bo kto się 
tam  dostanie,  musi  utonąć,  a  dzwony  biją  przez  kilka  godzin...  Czasami 
zdarza się, że ta droga, którą pan szedł dzisiaj, jest zatopiona, a dzieje się to 
wszystko w przeciągu zaledwie pół minuty. 

background image

— Ruchome piaski szybciej pchną człowieka w morze, niż sam diabeł — 

ciągnął  Rufus.  —  A  nikt  nie  wie  dokładnie,  gdzie  się  zaczynają  te  piaski, 
nikt, nawet Adam, jeśli nie jest wystarczająco jasno. 

Po ostatnich słowach zacisnął mocno usta, jakby uznał, że powiedział już 

wszystko. Jakakolwiek była intencja tego ostrzeżenia, widać było, że Rufus 
nie  zamierza  jej  wyjawić.  Wypowiedział  imię  dziewczyny  z  nie  większym 
wzruszeniem  niż  imię  ojca,  ale  Knight  przeczuwał,  że  ona  była  przyczyną 
tego dziwnie uroczystego ostrzeżenia. W przeciwnym razie nie wspomniałby 
o niej, to było najprostsze. Bogactwo uczuć, ukryte w tym powoli mówiącym 
olbrzymie zaostrzyło ciekawość Knighta. Postanowił zgłębić jego tajemnicę. 

— Panna Kolumbina jest bardzo cennym przewodnikiem — zauważył. — 

Pan i Adam byliście jej nauczycielami, więc można jej ufać. 

Milczenie  było  jedyną  odpowiedzią.  Rufus  zdawał  się  być  pochłonięty 

śledzeniem  ruchów  łodzi,  kołyszącej  się  na  fali.  Jego  twarz  zastygła  w 
wyrazie obojętności. 

Knighta  ogarniała  pasja.  Czy  ten  głupiec  jest  istotnie  niedorozwiniętym 

prostakiem,  za  jakiego  uważa  go  Kolumbina?  Postanowił  dowiedzieć  się 
tego natychmiast. 

— Ona ma chyba was u swych stóp, wszystkich chłopców ze Spear Point? 

—  spytał  z  uprzejmym  uśmiechem.  —  Ale  mam  nadzieję,  że  jesteście 
wystarczająco wyrozumiali, aby użyczyć biednemu artyście najpiękniejszego 
modelu, jaki kiedykolwiek oglądał. 

Zapadła cisza, ale błękitne oczy nie patrzyły już w dal. Spoglądały teraz w 

twarz  Knighta, badawczo, pytająco,  przenikliwie.  Zanim  się  znów odezwał, 
malarz  uświadomił  sobie,  że  ten  człowiek  na  pewno  ma  duszę,  a  jego 
wątpliwości co do tego były urojeniem. 

—  Mam  panu  jeszcze  coś  do  powiedzenia  —  rzekł  Rufus.  Knight 

uśmiechnął się zachęcająco. 

— Słucham — rzekł uprzejmie. 
—  Mówi  pan  o  Kolumbinie,  jakby  pan  mówił  o  kawałku  bursztynu, 

znalezionym na wybrzeżu. Włożyłby go pan do kieszeni i zachwycał się jego 
pięknością. Mówi pan o niej jak o swojej własności, z którą może pan robić, 
co się panu podoba. Chodzi o to, że ona nie jest pańską własnością. Pan stara 
się ojej względy. Wiem o tym. Widziałem... A to się musi skończyć. 

Mówił  to  ze  skupioną  siłą,  a  jego  dłonie  zacisnęły  się  nagle.  Knight 

wzruszył  ramionami.  Uśmiechnął  się,  tym  razem  trochę  zgryźliwie. 
Nareszcie wydobył prawdę z tego skrytego olbrzyma. 

background image

— Domyśliłem się, że pan coś widział — odrzekł. — Ale jakże pan chce, 

żeby  mężczyzna  nie  kochał  się  w  dziewczynie  o  takiej  twarzy?  Trzeba  by 
mieć  serce  z  kamienia,  żeby  jej  się  oprzeć.  Nawet  pan  —jego  spojrzenie 
przesunęło  się  po  twarzy  Rufusa  z  wyrazem  ledwo  dostrzegalnej  ironii  — 
nawet  pan  uległ  tej  pokusie  jeszcze  przede  mną,  o  ile  się  nie  mylę.  Ale 
jestem pewien, że pańskie zalety nie spotkały się z życzliwym przyjęciem. 

Drażnił  teraz  zwierzę  w  Rufusie,  ranił  je  ze  złośliwością  bezmyślnego 

chłopaka.  Nie  miał  żadnej  osobistej  urazy  do  tego  człowieka,  ale  chciał 
poruszyć jego uczucia. 

Ale to mu się nie udało. Rufus nie uniósł się. 
— To, co pan myśli — rzekł — nie ma nic wspólnego z tym, co chciałem 

panu powiedzieć. Mówię panu i powtarzam z naciskiem — tu w błękitnych 
oczach zapaliło się złowrogie światełko — że żaden mężczyzna, nie mający 
uczciwych zamiarów, nie będzie się starał o względy Kolumbiny. 

— Boże wielki! — wykrzyknął Knight, śmiejąc się lekceważąco. 
—  A  któż  panu  powiedział,  znawco  ludzi,  jakie  są  moje  zamiary?  Rufus 

pochylił się ku niemu ruchem dzikiego zwierza, szykującego się do skoku. 

— Nikt mi nie powiedział — rzekł cichym głosem — ale ja wiem. Knight 

machnął ręką. 

—  Jest  pan  na  fałszywym  tropie  —  odparł.  —  Ale  widzę,  że  panu  to 

sprawia przyjemność. — Urwał i wyjął z kieszeni papierośnicę. — Może pan 
zapali? — zaproponował, wyjmując papierosa. 

Rufus nie widział nawet tego gestu. Ze wszystkich sił starał się opanować 

niepohamowaną ochotę do rzucenia się na tamtego. 

Knight nie uświadamiał sobie nawet napięcia przeciwnika. Uśmiechnął się 

i zamknął powolnym ruchem papierośnicę, po czym spokojnie wyjął zapałki 
i  zapalił  papierosa.  Puścił  kilka  kłębów  dymu,  zaciągając  się  z  widoczną 
rozkoszą. Wtedy odezwał się: 

—  Rozumiem,  że  człowiekowi  pańskiego  pokroju  trudno  jest  pojąć 

artystę,  prawdziwego  artystę.  U  nas  impulsy  zmysłowe  są  ściśle 
podporządkowane  potrzebom  i  aspiracjom  duszy.  Pan  nie  może  zapewne 
zrozumieć,  że  podziwianie  piękności  może  być  natury  czysto  artystycznej, 
wolne od wszelkiej podniety fizycznej, niezależne od wpływów erotycznych. 
Trudno mi wytłumaczyć to przystępniej laikowi. Powiedzmy na przykład, że 
pan łowi ryby nie dla sportu, lecz dlatego że to jest pański zawód, prawda? 
To nie oddaje całkowicie mojej myśli, ale jest tu pewna analogia... Tylko że 
ja zachwycam się pięknością, którą spotykam przypadkowo, a nie chodzę na 

background image

połów  piękności.  Ale  gdy  ją  znajdę,  idę  za  nią  jak  za  gwiazdą.  A  czasem, 
czasem,  bardzo  rzadko  —  głos  mu  trochę  zadrżał  —  spełniam  moje 
pragnienie,  urzeczywistniam  mój  sen...  i  chwytam  iskierkę,  trzymam  ją  w 
zaciśniętej dłoni... 

Urwał  znowu  i  przez  chwilę  patrzył  przed  siebie.  Potem  nieoczekiwanie 

spojrzał życzliwie w twarz Rufusa i rzekł: 

—  Nudzę  pana,  wiem  o  tym,  ale  jeszcze  jedno  muszę  panu  wyjaśnić: 

gdyby panna Kolumbina straciła dzisiaj — uchowaj Boże! — swą urodę, nie 
spojrzałbym już w jej stronę. A podobno dowodem prawdziwej miłości jest 
zaślepienie w stosunku do wszelkich defektów fizycznych. 

Przestał  mówić;  puszczał  tylko  gęste  kłęby  dymu,  śledząc  figury,  jakie  z 

niego tworzyły się w powietrzu pod wpływem wietrzyku. 

Nie patrzył teraz na wioślarza. Najwidoczniej nie zauważył, jak bliski był 

przed  chwilą  młody  rybak  straszliwego  wybuchu.  Sądził,  że  jego 
wyjaśnienie było wystarczające, toteż nie interesował się już reakcją rybaka 
ani jego osobą. 

Łódź  kołysała  się  na  falach.  Ocean  przecinały  złote  pasy.  Knight 

przymknął oczy. Wyglądał jak człowiek mający spokojne sumienie. 

Rufus  uspokoił  się  również.  Napięcie  zniknęło  z  jego  twarzy.  Ogień 

gniewu ostygł. Siedział przez kilka minut nieruchomo. Wreszcie ujął wiosła i 
zaczął pracować. Po dziesięciu minutach łódź znalazła się w pobliżu innych 
łodzi rybackich. Połów miał się właśnie rozpocząć... 

Upłynął kwadrans, zanim Knight ocknął się ze swej zadumy. 
—  Widzi  pan  —  rzekł  tonem  człowieka  kończącego  miłą,  towarzyską 

rozmowę — dopóki mój obraz nie jest gotów, pozostaję niewolnikiem mego 
pomysłu.  Zastanawiam  się,  czy  mi  się  udało  pana przekonać,  czy  mówiłem 
dość jasno. 

Odwrócił głowę i napotkał ponure spojrzenie Rufusa. 
Rybak  wytrzymał  jego  wzrok.  Oddzielił  się  od  niego  murem  milczenia. 

Patrzył na niego spokojnie i beznamiętnie. Pozostała tylko spokojna siła, ta 
siła, która kierowała łodzią wśród złotawych, szumiących fal. 

—  Jeśli  pan  zamierza  namalować  portret  Kolumbiny  —  rzekł  powoli  — 

mam nadzieję, że będzie to dobry obraz. 

—  Wierzę,  że  to  będzie  coś  więcej,  prawdziwe  arcydzieło  —  odrzekł 

Knight i strząsnął popiół z papierosa gestem człowieka, który osiągnął swój 
cel. 

 

background image

Rozdział szósty 

 
Była już późna noc, gdy na progu domu Adama i pani Peck stanęła smukła 

postać  w  ciemnym  okryciu.  Księżyc  kładł  właśnie  na  wodę  pierwsze 
promienie. Ciemna postać nie rozglądała się, lecz, zamknąwszy cicho drzwi 
pobiegła po trawie lekko, jakby uskrzydlona. 

Wraz z ruchem księżyca wzmagał się przypływ morski. Woda błyszczała 

w świetle niemal oślepiająco. Za godzinę będzie widno jak w dzień. 

Ciemna postać biegła po trawniku. Żadnej innej ludzkiej sylwetki nie było 

widać w pobliżu. 

Postać  nie  zatrzymywała  się  po  drodze  ani  nie  spoglądała  za  siebie.  Szła 

szybko,  a  raczej  biegła  lekką  stopą,  jakby  gnana  jakąś  niewidzialną  siłą. 
Morze szumiało coraz głośniej. 

Było  już  po  północy,  gdy  doszła  do  ruchomych  piasków,  wspięła  się  na 

skały,  będące  podwaliną  mieszkania  Rufusa,  minęła  jego  domek  i  pobiegła 
pod górę ku  małemu jeziorku, ukrytemu wśród gór. Tam, na skraju jeziora, 
czekał mężczyzna. 

Stał nieporuszony. Drżące ramiona dziewczyny wyciągnęły się ku niemu. 
— A więc czekasz! — szepnęła. 
Ujął jej ręce i przyciągnął ją ku sobie. W jego oczach rozbłysło coś, co ją 

zmusiło do cofnięcia się. 

— Bardzo długo czekałem — rzekł. 
Przestała się bronić, padła mu w objęcia. Przycisnął ją mocno do piersi. 
Zaczął  całować  jej  twarz,  szyję,  piersi,  jakby  chciał  wyssać  z  niej  całą 

słodycz. Ale niebawem opanował się. 

—  Spóźniłaś  się,  ukochana.  Fala  nie  będzie  na  nas  czekać.  Pora  wracać, 

całować będziemy się potem. 

Tuliła się do niego, płonąca, rozkochana. 
— Mamy jeszcze jutro — szeptała. Znowu ją pocałował. 
—  Tak,  jest  przed  nami  jutro.  Ale  któż  może  nam  powiedzieć,  co  się 

zdarzy? Taka noc jak ta nie powtórzy się moja kochana. Patrz na oświetlenie 
tej skały! To jest cud światłocienia! Przysiągłbym, że to jezioro jest zielone. 
Pozwól  mi  uchwycić  ten  ton!  Pozwól!  Potem,  po  przypływie,  będziemy 
całować się na wybrzeżu ile tylko zapragniemy. 

Mówił jak człowiek, który się śpieszy. Ramiona mu opadły. Przytuliła się 

mocniej, nie puszczała go. 

background image

— Och, ukochany, tak się boję... Bałam się przez cały wieczór... Miałam 

wrażenie,  że  ktoś  mnie  śledzi.  O  mały  włos  nie  przyszłabym  w  ogóle...  I 
teraz czuję jakiś niepokój. 

Znowu pochylił twarz ku niej. Położył dłoń na jej głowie. 
—  Nie  masz  się  czego  obawiać,  moja  śliczna.  Gdybyś  przyszła  tu 

wcześniej  wszystko  byłoby  łatwiejsze.  A  teraz  nie  mamy  czasu...  —  Jego 
głos brzmiał łagodnie, ale dźwięczała w nim utajona nuta zniecierpliwienia. 
— Nie możemy zmarnować takiej okazji do stworzenia mego arcydzieła — 
nalegał.  —  Pomyśl,  czym  to  jest  dla  mnie,  czym  to  jest  dla  ciebie.  A 
pozostało  nam  tylko  pół  godziny,  najdroższa.  Daj  mi  te  pół  godziny  na 
dokończenie  mej  pracy!  Potem,  gdy  przyjdzie  fala  przypływu  —  tu  zniżył 
głos  i  dokończył  szeptem:  —  nauczę  cię  największej  magii,  jaką  zna  ten 
stary świat, na którym żyjemy. 

Uśmiechnęła się przez łzy. 
— Kocham cię! — rzekła. — Kocham cię! — Otworzyła szeroko ramiona. 

— Umarłabym dla ciebie! — zawołała namiętnie. 

Spojrzała mu w oczy po czym pobiegła na skraj skały i stanęła na wprost 

niego,  w  tym  miejscu,  na  którym  przed  paru  dniami  objawił  jej  się  cud. 
Płaszcz zsunął się z jej ramion. Przez chwilę stała nieporuszona — świetlista 
plama  na  tle  ciemnego  jeziora.  I  nagle  poruszyła  się  znowu,  pochyliła  się 
naprzód, przecięła powietrze jasną smugą i skoczyła do jeziora. Przyjęło ją z 
pluskiem, który zabrzmiał jak śmiech demona. 

Mężczyzna na skale krzyknął i przyłożył rękę do czoła, oszołomiony. A ze 

Spear  Pointu  rozległ  się  nagle  dźwięk  dzwonu  alarmowego,  jakby 
zapowiadający katastrofę wielkiego przypływu. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział siódmy 

 
Jezioro  było  znowu  ciche,  jakby  uśpione  i  biło  srebrzystością  księżyca, 

który  wspinał  się  coraz  wyżej  po  niebie,  a  chmury  biegły  za  nim  jak 
olbrzymi słup dymu. 

Ze  srebrnych  fal  jeziora  wyłoniła  się  Afrodyta,  bogini  piękności, 

wyskoczyła na brzeg i stała naga, przepiękna, w niezwykłym oświetleniu tej 
godziny.  Po  chwili  okryła  się  zieloną  tkaniną,  wyjętą  z  kieszeni  palta, 
leżącego  u  jej  stóp.  Rozpuściła  włosy,  białe  ramiona  wyciągnęła  ku 
księżycowi,  twarz,  jak  kwiat  świeżo  rozkwitły,  podniosła  ku  niebu 
Wyglądała  jak  senna  zjawa,  spełnione  marzenie.  Tylko  w  jej  oczach  widać 
było namiętność, która była prawdziwym życiem. 

Mężczyzna  pracował  zapamiętale,  natchniony  jakąś  wyczuwalną  siłą. 

Przygryzał  dolną  wargę.  Ręce  mu  drżały,  choć  wiedział,  że  to,  co  tworzy, 
jest  zbyt  piękne,  aby  mogło  sprawić  zawód.  Było  to  świetne  dzieło  które 
pokazywało zaklęte w kształt potrzeby serca. Jego serce odezwie się później. 
Teraz  pochłonięty  był  całkowicie  pracą  twórczą  Ona  to  prowadziła  jego 
rękę, ona i zapał artysty. Nie był już panem siebie, był niewolnikiem sztuki, 
jak sam mówił o sobie. 

Z czoła spływał mu pot, ale nie czuł wysiłku, patrzył tylko na dzieło, które 

stopniowo  powstawało  pod  jego  palcami.  Wiedział,  że  ten  obraz  zadziwi 
świat. „Bogini z morskiej piany". 

Dotychczas jezioro było spokojne, ale pamiętał, jak przed dwoma dniami 

zobaczył pierwszą falę, wlewającą się z hukiem w jego wody. Teraz czekał 
na  ten  moment,  pragnął,  aby  ta  pierwsza,  spieniona  fala  dotknęła  jej  stóp  i 
rozprysnęła  się  w  miliony  kropel  po  jej  posągowych  kształtach, 
uwydatnionych raczej niż osłoniętych przez cienką, zielona tkaninę. Pragnął 
tego tak, jak niczego innego na świecie. Wówczas uwieczni swoje marzenie, 
pochwyci  nareszcie  swą  wizję,  wcieloną  w  żywy  kształt  po  raz  pierwszy  i 
chyba ostatni. 

Z  drugiej  strony  Spear  Pointu  rozległ  się  groźny  pomruk  wód,  a 

jednocześnie  dzwon  zaczął  znowu  dźwięczeć  ze  wzmożoną  siłą.  Serce 
mężczyzny zabiło mocniej: fala się zbliża! 

W  tej  chwili  doleciał  do  niego  głos  dziewczyny,  górujący  naci  szumem 

przypływu:  —  Fala  nadchodzi,  przypływ  jest  dzisiaj  szybki  Niebezpiecznie 
byłoby pozostać tu dłużej. 

background image

—  Nie  ruszaj  się!  Nie  ruszaj  się!  —  krzyknął  błagalnie.  —  Nie  ma 

niebezpieczeństwa.  Przepłynę  i  pomogę  ci  wrócić,  jeżeli  się  boisz.  Ale 
zaczekaj, zaczekaj jeszcze parę minut! 

Nie  oponowała.  Była  zupełnie  pod  jego  władzą.  Może  uspokoiło  ją  jego 

przyrzeczenie, a może nie zdawała sobie sprawy z grozy położenia. Czekała 
bez ruchu, a mężczyzna pracował dalej. 

I znowu rozległ się ryk i huk morza. 
— Nie ruszaj się! Stój — krzyknął powtórnie. 
Ale ona już nie słyszała; grzmot fal zagłuszał wszystko. 
Nagle  ściemniło  się.  Obłok  zasnuł  księżyc;  Knight  spojrzał  ku  niebu  i 

zaklął  zniecierpliwiony.  Chmura  przesunęła  się  dalej  i  artystą  znów  ujrzał 
swoją  wizję,  boginię  swych  marzeń,  zastygłą  w  bezruchu,  a  jednak  tak 
wspaniale  żywą.  Znowu  pochylił  się  nad  swą  pracą.  Czyż  nigdy  nie 
przyjdzie upragniona fala i nie zmoczy jej stóp, nie rozpryśnie się w srebrną 
pianę! 

Aha!  Nareszcie!  Coś  wstrząsnęło  ciszą  jeziora.  Zielonawa,  przezroczysta 

fala  zjawiła  się  tam,  w  kącie  i  biegła  z  szybkością  płomienia  wzdłuż  skały, 
aż rozbiła się z hukiem pioruna, tworząc potok śnieżnej piany. Jezioro było 
syczącym  wirem  wód,  wzburzonych  w  oka  mgnieniu.  W  tej  chwili  malarz 
ujrzał  swą  boginię  taką,  jaką  sobie  wymarzył  w  ciągu  długich,  bezsennych 
nocy. 

Wizja  zniknęła.  Czarna  chmura  ponownie  zakryła  księżyc.  Widać  było 

tylko skłębioną wodę. 

Znów  podniósł  głowę,  aby  zakląć,  aby  zganić  ten  żywioł,  który 

przeszkadzał  mu  tworzyć.  Lecz  w  tym  momencie  jakieś  mocne  ramię 
porwało  go  wpół  i  odrzuciło  w  tył.  Żelazna  ręka  ujęła  jego  dłoń,  jakiś 
potężny głos krzyczał coś tuż nad jego uchem. Ryk fal zagłuszył słowa. 

Atak był tak nieoczekiwany, że Knight stracił równowagę i potoczył się, a 

wraz z nim jego bezcenne dzieło. Spadło nad sam brzeg huczącego jeziora. 

W  parę  sekund  później,  korzystając  z  blasku  księżyca,  poczołgał  się  po 

kamieniach,  usiłując  odzyskać  swój  niedokończony  obraz.  Wody  ryczały 
coraz głośniej, potęga żywiołu, coraz bliższa, była przerażająca. 

Wreszcie  zdołał  je  porwać,  swe  ukochane  dzieło.  Gdy  podnosił  się  z 

klęczek, fale zahuczały z taką siłą, że wydało mu się, iż całe piekło walczy o 
jego  duszę.  Zatrzymał  się  mimo  woli,  a  fala  skorzystała  z  tego  wahania  i 
spróbowała go porwać, ale jeszcze tym razem zdołał jej się oprzeć, zachwiał 
się  tylko.  Po  raz  pierwszy  ogarnął  go  strach.  Nagle  przypomniał  sobie,  że 

background image

tam,  na  górze,  po  przeciwległej  stronie  jeziora,  stoi  dziewczyna,  która  była 
źródłem  jego  natchnienia,  modelką.  Fala  opadła,  odpełzła  od  niego,  ale 
wewnętrzny  głos  szeptał  mu,  że  jest  w  niebezpieczeństwie,  że  jego  życie 
wisi  na  włosku.  Musi  się  pośpieszyć!  To  był  Prąd  Śmierci,  przed  którym 
ostrzegał go Rufus tego dnia po południu! Dlatego dzwon bił na alarm przez 
cały  czas,  od  chwili,  kiedy  tu  stanęła  Kolumbina.  Prąd  Śmierci  zagarniał 
wszystko! Z pewnością porwał dziewczynę, zatopił ją w swym nurcie. Może 
Rufus ją ocalił, bo że to Rufus odsunął go z taką mocą na bok, to nie ulegało 
wątpliwości. Ale on był bezsilny. Jeżeli ocali samego siebie, to będzie istny 
cud. Czyż tamten nie ostrzegł go, że odwrót będzie odcięty w przeciągu pół 
minut  jeżeli  fala  w  ten  sposób  zaryczy?  A  jeśli  nie  zdoła  wspiąć  się  na 
najwyższą  skałę,  pozostanie  mu  tylko  droga  przez  ruchome  piaski, 
zdradzieckie,  czyhające  na  nieostrożnych,  pchające  ich  w  niechybną  śmierć 
szybciej niż sam diabeł! 

Zacisnął zęby i zwrócił się ku skałom. Jakieś światło błyszczało w górze; 

zapewne  okno  w  mieszkaniu  Rufusa.  Wziął  ten  punkt  za  cel  i  zaczął  się 
wdrapywać pod górę, mimo ciemności. Znał drogę. Tej nocy przyszedł tędy 
na  swą  schadzkę  artystyczną.  Dom  Rufusa  był  wtedy  zamknięty,  okna 
ciemne.  Pomyślał  wtedy,  że  Rufus  śpi,  wypoczywa  po  uciążliwej, 
całodziennej  pracy.  Teraz  pnąc  się  przy  blasku  księżyca,  Knight  nie 
zauważył  w  którym  miejscu  skała  łączy  się  ze  ścieżką.  Wiedział,  że  nie 
opodal jest prostopadła ściana, stercząca bezpośrednio nad zatoką. Czy zdoła 
ominąć to niebezpieczeństwo po ciemku? Czy trafi do drogi? Za nim ryczały 
groźne fale, zdawały się go ścigać. A on wspinał się rozpaczliwie, walczył o 
życie z żywiołem i z granitem. 

Skały  były  wilgotne  i  śliskie.  Knight  trzymał  się  ich  stopami  i  dłońmi, 

czując  za  sobą  sforę  goniących  go  demonów.  Ześlizgiwał  sję  co  chwila,  a 
jednak  wspinał  się,  zdecydowany  walczyć  do  upadłego.  Zapomniał  o 
Kolumbinie,  myślał  tylko  o  własnym  życiu.  Kierował  nim  wyłącznie  ślepy 
instynkt  samozachowawczy,  dzięki  któremu  zdobywał  się  na  największy 
wysiłek,  na  jaki  go  było  stać.  Jak  zwierzę,  uparte  i  dzikie,  pokonywał 
wszelkie  przeszkody,  nie  tyle  przerażony,  ile  pełen  wściekłej  żądzy  życia, 
wyrwania się z objęć śmierci. 

W  minutę  później  znów  zaświecił  księżyc,  ukazując  jego  oczom 

wspaniały,  groźny  obraz  spienionych  bałwanów,  pędzących  po  jeziorku. 
Zmierzały w kierunku Spear Pointu, majestatyczne, ponure. Było ich wiele; 
skały  nadwodne  były  już  pod  wodą.  Jedno  silniejsze  uderzenie  fal,  a  zaleją 

background image

one  groty  i  rozprysną  się,  oblewając  Knighta,  mocząc  go  całego. 
Rozpaczliwie  szukał  wzrokiem  połączenia  skał  z  upragnioną,  zbawczą 
ścieżką.  Korzystał  z  chwilowego  światła.  Wreszcie  odkrył  ów  punkt 
ocalenia, ale w tejże chwili coś w nim zadygotało, wstrząsając nim do głębi. 
Czyżby  to  było  jego  serce?  Dostrzegł  bowiem,  że  ów  punkt  jest  już  pod 
wodą,  że  fale  opłynęły  go  od  drugiej  strony  i  zalały.  Po  ciemku  obrał 
najdłuższą drogę, a teraz było już za późno. 

Zwrócił  się  w  inną  stronę  jak  oszalałe  zwierzę,  szukające  ratunku. 

Niebawem  poczuł  pod  stopami  suchy  piasek,  który  za  sekundę  pokryją 
szumiące  bałwany.  Przebiegł  oczami  przestrzeń,  dzielącą  go  od  Spear 
Pointu. 

Nie pozostawało mu nic innego, jak rzucić ostatnie wyzwanie losowi i biec 

przez ruchome piaski, przez te piaski, które przyprawiały śmiałków o śmierć 
szybciej niż sam diabeł. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział ósmy 

 
Ktoś  wchodził  po  stromej  ścieżce,  prowadzącej  do  domu  na  skale: 

mężczyzna,  potężnie  zbudowany,  olbrzymi,  barczysty.  Niósł  jakiś  ciężar. 
Księżyc  przyświecał  jeszcze.  Ciężar,  który  niósł  mężczyzna,  zwisał 
bezwładnie  z  jego  ramion.  Widać  było  ciężką  masę  czarnych  włosów, 
wlokących się po ziemi. 

Wreszcie  doszedł  do  domu,  minął  małą  bramkę  i  nie  zatrzymując  się 

poszedł dalej. Drzwi domu stały otworem. Pchnął je nogą i wszedł; zamknął 
je w podobny sposób. Tutaj, w swoim pokoju, przy świetle lampy stojącej w 
oknie, złożył swój ciężar na kanapie. 

Leżała z zamkniętymi oczami na kanapce, nieruchoma i piękna jak statua 

na płycie grobowej. Zielona tkanina niedostatecznie przysłaniała jej kształty. 
Stał nad nią przez kilka minut i spoglądał na śliczną twarzyczkę. Następnie 
ze spokojem niezłomnego postanowienia przeszedł do swej sypialni. 

Wrócił  z  niewielką  butelką  i  rozchyliwszy  delikatnie  wargi  dziewczyny, 

wlał w nie kilka kropel ożywczego płynu. 

Westchnęła  i  otworzyła  oczy,  po  czym  rozejrzała  się  dokoła.  Oczy  jej 

spoczęły na twarzy pochylonego nad nią człowieka. Nie przestawał wlewać 
ostrożnie lecz wytrwale płynu w rozchylone wargi. Jego twarz nie zdradzała 
żadnych  uczuć.  Dopiero  gdy  białe  dłonie  dziewczyny  odepchnęły  go  z 
rozpaczą, odsunął się. 

— Nic ci nie będzie — rzekł niskim głosem. 
Kolumbina  oparła  się  na  łokciu,  chwyciła  butelkę  i  przycisnęła  ją  do 

siebie.  Znikła  zimna  obojętność,  nagły  płomień  błysnął  w  jej  oczach.  Jej 
twarz, szyja, całe jej ciało, paliło ją jak ogniem. 

—  Co  się  stało?  —  wyjąkała.  —  Przyniosłeś  mnie  tutaj?  Dlaczego?  Nie 

patrzył na nią. 

—  Tu  było  najbliżej  —  odrzekł.  —  Prąd  Śmierci  porwał  cię;  byłaś 

zaskoczona. Uratowałem cię. 

— Uratowałeś mnie! — powtórzyła, jakby nie dowierzając. Skinął głową. 

— Tak. Przybyłem w porę. Wiedziałem, co nastąpi. 

Teraz  ostry  przypływ  zdarza  się  często.  Sądziłem,  że  wiesz  o  tym,  że 

Adam ci powiedział... On wiedział... — tu jego głos zabrzmiał o parę tonów 
niżej. — Ostrzegłem go dzisiaj z rana. 

— Ach! 
Oczy dziewczyny rozszerzyły się nagle dzikim strachem. 

background image

— Gdzie on jest? — wyjąkała. 
Rysy  mężczyzny  nie  drgnęły.  Zacisnął  pięści,  ale  głowę  miał  wciąż 

uparcie  zwróconą  ku  oknu.  Po  dłuższej  przerwie,  która  wydawała  jej  się 
wiecznością, rzekł: 

— Mam nadzieję, że jest tam, gdzie jest jego miejsce. 
Krzyk  rozpaczy  wyrwał  się  z  jej  ust  przy  tych  słowach.  Zerwała  się  na 

równe nogi, potrząsając butelką nad głową, wygrażając mu tą jedyną bronią, 
jaką trzymała w ręku. 

— Rufusie! — krzyknęła okropnym głosem. — Nie pozwolisz mu zginąć! 
Chwyciła go za ramię, poczuła opór żelaznych muskułów. Jego twarz była 

kamienna. 

—  To  nie  moja  rzecz  —  odparł  przez  zaciśnięte  zęby.  Odwróciła  się  ze 

wstrętem i zgrozą i przyskoczyła do drzwi. Ale w tejże chwili on skoczył za 
nią i przytrzymał obejmując w żelaznym uchwycie palców. 

— Kolumbino! — zawołał. 
Szarpała się rozpaczliwie, ale nie mogła walczyć z jego siłą. 
— Stój! — rzekł. 
Ten głos ocucił ją. Usłuchała. 
— Daj mi tam pójść! — błagała — On może jest w niebezpieczeństwie... 

może tonie... w tej chwili! 

— Niech tonie! — rzucił Rufus ponuro. 
Zwróciła  ku  niemu  udręczoną  twarz  z  wyrazem  protestu,  ale  słowa 

zamarły  jej  na  ustach.  Spotkała  bowiem  jego  oczy  i  zrozumiała,  co  jest 
przyczyną tego niezłomnego postanowienia. Stała, bezradna, wstrzymując z 
grozy oddech i obmyślając sposoby walki, podstępu. 

Pochylił się ku niej. 
—  Niech  tonie!  —  rzekł  znowu.  —  Czy  sądzisz,  że  pozwolę  ci  narażać 

życie dla takiego łotra? 

W jego głosie dźwięczała nuta okrucieństwa. Trzymał ją jak w kleszczach. 
—  Ocaliłem  ciebie  —  rzekł.  —  Nie  było  to  łatwe,  ale  to  zrobiłem.  Dla 

ciebie  rzuciłbym  się  w  piekło.  A'  teraz  myślisz,  że  pozwolę  ci  zginąć...  dla 
niego? 

Nie odpowiedziała. Jej usta poruszały się tylko, choć nie mogły wymówić 

ani jednego artykułowanego wyrazu. 

Ciągnął dalej ze wzrastającą siłą: — On by ci pozwolił utonąć. Nie dbał o 

ciebie.  Jemu  zależało  tylko  na  twej  piękności,  na  jego  obrazie.  To  jest  cała 
jego  miłość  dla  ciebie.  Byłby  cię  wydał  diabłu  na  pastwę,  byle  cię 

background image

namalować w całej twej krasie. Nie wierzysz mi, wiem o tym, aleja wiem, ja 
wiem! 

W  tych  słowach  brzmiała  niezachwiana  pewność.  Dziewczyna  zbladła 

śmiertelnie. Usiłowała się wyrwać, ale on trzymał ją w mocnym uścisku, nie 
rozluźniając go ani na moment. 

—  Jesteś  mu  potrzebna  jako  środek  do  jego  celu  —  rzekł.  —  Potem 

zostaniesz  odrzucona  jak  wyciśnięta  cytryna.  Jak  on  śmiał  —  cedził  przez 
zaciśnięte zęby. — Jak on śmiał powiedzieć mi to! 

— On ci to powiedział! 
Jej  usta  zdołały  wreszcie  wyszeptać  te  wyrazy,  choć  wiele  ją  to 

kosztowało. 

—  Tak.  —  W  jego  głosie  była  tłumiona  gwałtowność.  —  Tak.  Nie 

powiedział  tego  prosto  z  mostu;  jest  przecież  dżentelmenem!  Ale  starał  się 
dać  mi  do  zrozumienia,  że  jesteś  mu  potrzebna  tylko  do  wykończenia  tego 
przeklętego  obrazu.  To  jedno  ma  znaczenie  dla  tego  egoisty,  toteż  zmierza 
do  celu  nie  przebierając  w  środkach.  Nie  pokazałabyś  mu  się  prawie  naga, 
gdyby  cię  wcześniej  nie  rozkochał  w  sobie.  Wiem,  że  go  kochasz,  chociaż 
mi tego nie powiedziałaś. 

W  jego  głosie  wzbierała  namiętność.  Ona  rozpaczliwym  wysiłkiem 

uwolniła  obie  ręce  i  próbowała  odepchnąć  te  ramiona,  które  ją  tak 
bezapelacyjnie więziły. 

—  Tak,  kocham  go!  —  zawołała.  —  Kocham  go!  Mniejsza  o  to,  kim  on 

jest! Rufusie, na miłość boską, och, nie pozwól mu utonąć! — W jej słowach 
dźwięczał ból i pokorne błaganie. Zrzekła się w tym momencie całej dumy, 
całej  pychy,  jaka  cechowała  zazwyczaj  jej  naturę  pięknej  kobiety,  zepsutej 
już hołdami młodych rybaków. 

—  Idź,  Rufusie,  i ratuj  go!  —  błagała.  —  Zrobię  dla  ciebie  wszystko,  co 

zechcesz, gdy wrócisz. Ale zrób to dla mnie! Może zdołał ujść przed falą. W 
takim  razie  znajduje  się  na  ruchomych  piaskach  i  nie  wie,  gdzie  czyha  na 
niego  niebezpieczeństwo!  Rufusie,  nie  pozwoliłbyś  przecież  najgorszemu 
wrogowi zginąć w ten sposób! 

Urwała,  szlochając  gwałtownie,  opierając  się  o  niego,  gdyż  rozpacz 

wyczerpywała  jej  siły.  Twarz,  wykrzywiona  okrucieństwem,  z  płonącymi 
ponurymi  oczami  wciąż  była  pochylona  ku  niej,  ale  ona  nie  cofała  się  już 
przed  tym  mężczyzną.  Moc,  która  kierowała  jej  kobiecą  taktyką  była  zbyt 
silna, ażeby nie usunąć z drogi drobnych przeszkód. Już się go nie bała, nie 
czuła  do  niego  wstrętu  fizycznego  —  przeciwnie,  patrzyła  na  niego 

background image

wzniesionymi błagalnymi oczami, czując jego oddech na twarzy. Przestał się 
liczyć, był tylko narzędziem najwyższej łaski. 

Rufus zrozumiał to widocznie, bo puścił ją nagle i poszedł ku drzwiom. 
— Nie wiesz co mówisz — rzekł posępnie. 
— Wiem, wiem! 
Brzmiało to jak krzyk zranionego zwierzęcia. — Nie jestem z tych, które 

obiecują,  a  nie  dotrzymują!  Nie  trać  czasu  na  rozmowy!  Każda  sekunda 
może  być  jego  ostatnią  chwilą.  Idź,  zejdź  na  wybrzeże!  Jesteś  taki  silny! 
Ratuj go, ratuj go! 

Pobiegła i chwyciła go za ramię. 
— Kolumbino! 
Mężczyzna odwrócił się znienacka i porwał ją w objęcia. 
—  Słuchaj!  —  rzekł  namiętnie  —  Jeżeli  pójdę  i  uratuję  go,  czy 

przysięgasz, że wszystko między nim a tobą będzie skończone? 

— Tak! — krzyknęła. — Przysięgam! Idź tylko i ratuj go! Pochylił się ku 

niej, jego oczy objęły ją. 

— A... potem?... — spytał bardzo cichym głosem. 
Podniosła  ku  niemu  spojrzenie  sarenki.  Spuściła  powieki  pod  wpływem 

jego wzroku. 

—  Dam  ci  wszystko,  co...  mam  —  odparła  i  zadrżała.  Chwiała  się  na 

nogach. 

W  tej  chwili  wypuścił  ją  z  ramion;  upadła  na  kanapę.  Ukryła  twarz  w 

poduszkach  sofy.  Po  chwili  usłyszała  zatrzaśnięcie  drzwi  wejściowych. 
Rufus odszedł. 

Kolumbina siedziała, skurczona, sparaliżowana przez okropny strach. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział dziewiąty 

 
Na  dole,  na  syczącym  dziko  wybrzeżu,  fale  przelewały  się  jedna  przez 

drugą, śnieżna piana rozpryskiwała się z wściekłością  w blasku spokojnego 
księżyca, który obojętnie patrzył na walkę rozszalałych żywiołów na ziemi. 
Na  niebie  gnały  przerywane  chmury.  Wiatr  wzmagał  się  z  każdą  chwilą. 
Mieszkańcy wybrzeża oglądali dziką, ponurą grozę. 

— Nie dziwiłbym się, gdyby tej nocy stało się jakieś nieszczęście — rzekł 

Adam, zbudzony rykiem fal i zawodzeniem wichru. 

—  Nie  wywołuj  złego!  —  rzekła  pani  Peck.  —  Zaczekaj,  aż  przyjdzie 

samo! 

W  jej  słowach  zabrzmiało  zniecierpliwienie.  Znała  Adama,  wiedziała,  że 

nikt  nie  zazna  w  domu  spokoju,  gdy  jego  opadną  przeczucia  katastrofy 
morskiej.  A  nie  mylił  się  w  takich  wypadkach:  ilekroć  jakiemuś  statkowi 
zagrażała  katastrofa,  przeczuwał  ją  duszą  starego  marynarza.  Te  przeczucia 
wyrywały go z najgłębszego snu, a wówczas przeszkadzał spać kobiecie tak 
ciężko  pracującej  jak  pani  Peck.  I  tym  razem  po  sposobie,  w  jaki  Adam 
kręcił  się  w  łóżku,  po  jego  westchnieniach  i  ziewaniach,  poznała  że  jest 
wytrącony z równowagi i pełen najczarniejszych myśli. 

Udawała, że śpi, mając nadzieję, że będzie się liczył z jej zmęczeniem. Ale 

jasne było, że nie zdoła usnąć obok naprawdę zdenerwowanego  marynarza, 
przygotowanego na najgorsze wieści. Adam był zawsze gotów nieść pomoc 
tonącym, toteż usłyszawszy jęk okna, wstrząsanego przez wicher, wyskoczył 
z łóżka, nie troszcząc się o spokój swej towarzyszki życia. 

— Muszę iść na zwiady — rzekł. — Rozpalę ogień w kuchni, a ty podsyć 

go w razie potrzeby! 

Tak,  to  był  cały  Adam.  Myślał  tylko  o  możliwych  ofiarach  burzy.  Pani 

Peck zamruczała coś gniewnie i nasunęła na siebie kołdrę, nie odpowiadając 
na  otrzymane  polecenie.  Wszelka  dyskusja  z  Adamem  była  w  tych 
warunkach  bezowocna.  Pani  Peck  miała  już  doświadczenie.  Mogła  tylko 
ratować swój nocny odpoczynek przed nowymi zakłóceniami. 

Adam  ubrał  się  szybko  i  zszedł  na  dół.  Burza  wzywała  go;  nie  mógł 

pozostać  nieczuły  na  jej  głos.  Należał  do  służby  ratowniczej  od  czasu,  gdy 
tylko doszedł do wieku męskiego, i od tego czasu nie było sztormu z którego 
nie usiłował ocalić istnień ludzkich. 

Pierwszą,  prawie  odruchową  czynnością,  było  zdjęcie  z  gwoździa  klucza 

od  domku,  gdzie  stała  jego  łódź  ratownicza.  Potem,  gwiżdżąc,  zaczął 

background image

rozpalać ogień. Polana leżały już przygotowane. Pani Peck zawsze dbała o to 
przed  pójściem  na  spoczynek.  Mleko  też  stało  już  w  dzbanku,  gotowe  do 
zagotowania  rano.  Według  codziennego,  niezmiennego  zwyczaju,  wszystko 
czekało na poranne zbudzenie się mieszkańców domu. Adam stwierdził to z 
zadowoleniem. Włożył buty i podszedł do drzwi. 

Zaczynał padać deszcz. Wielkie krople spadły mu na czoło, gdy stanął na 

progu. Wrócił do kuchni i wziął nieprzemakalną czapkę. Potem*bez zwłoki 
wyruszył w drogę. 

Gdy  schodził  ulicą  prowadzącą  do  wybrzeża,  zagrzmiało.  Huk  pioruna 

zagłuszył nawet potężny ryk i szum wzburzonych, miotających się wściekle 
fal. 

To go nie zatrzymało, nie cofał się nigdy; to było niezgodne z jego naturą. 

Ruszył  biegiem  nad  brzeg  morza  i  stanął  na  bulwarze,  zwrócony  twarzą  do 
wzburzonych fal. 

Morze było wezbrane tak, jak chyba jeszcze nigdy w lecie. Stał, moknąc w 

ulewnym  deszczu  i  patrzył  na  drogę,  to  w  jedną  to  w  drugą  stronę,  ale  jak 
okiem  sięgnąć  widział  przed  sobą  tylko  groźny  obraz  niezmierzonych  wód. 
Według wszelkich znaków, na wodzie nikt nie potrzebował jego pomocy. 

— Ciekawy jestem, czy Rufus śpi — pomyślał. 
O trzy mile od Spear Pointu wznosiła się latarnia morska. Teraz światło jej 

było zwrócone ku niemu. Słychać było jęk dzwonu, bijącego na alarm. 

Adam zawrócił. 
—  Pójdę  zapukać  do  drzwi  Rufusa.  Nie  można  przespać  takiej  nocy  — 

postanowił. — Zbudzę go, jeżeli śpi. 

Znowu  błyskawica  przecięła  mrok,  oświetlając  każdy  zakątek  Spear 

Pointu.  Adam  jednym  rzutem  oka  objął  krajobraz,  jaki  mu  się  odsłonił  we 
wszystkich szczegółach, dojrzał go tak dokładnie, jak nigdy nie zdołałby go 
ogarnąć jednym spojrzeniem w świetle słonecznym. 

Przez  tę  sekundę  dostrzegł  coś  niepojętego,  a  strasznego  zarazem:  ujrzał 

wyraźnie  postać  swego  syna,  zawieszoną  na  niemal  prostopadłej  skale,  nad 
przepaścią,  na  dnie  której  było  morze.  Jedną  ręką  trzymał  się  skały,  drugą 
zaś  przytrzymywał  jakiś  bezwładny  kształt,  przerzucony  przez  plecy  i 
ciągnący go swoim ciężarem w dół. 

Adam  zmartwiał  z  wrażenia.  Nogi  ugięły  się  pod  nim.  Huk  pioruna, 

jeszcze potężniejszy niż poprzedni, ocucił go. na szczęście. 

background image

—  To  chyba  sen!  —  rzekł  do  siebie.  —  Żaden  człowiek  nie  mógłby 

wdrapać się po skale do Spear Pointu, zresztą po co? Pójdę prosto do Rufusa. 
Zapukam. 

I  nie  zważając  na  ulewę,  pobiegł  wzdłuż  skał  w  kierunku  ścieżki,  która 

wąskim szlakiem prowadziła do domku syna. 

Szedł pod górę z szybkością, o którą się nie posądzał. Walczył z wichrem, 

który  dął  mu  prosto  w  oczy,  zalewając  je  deszczem.  U  jego  stóp  fale 
rozbijały  się  z  groźnym  hukiem  o  skały;  zdawało  się,  że  je  podmyją 
niebawem.  Ruchome  piaski  były  już  pod  wodą  od  dawna.  Adam  miał 
wrażenie, że odczuwa wstrząsy ziemi pod stopami. 

Wreszcie  doszedł  do  bramy  Rufusa  i  stanął,  zaskoczony;  była  otwarta. 

Najwidoczniej syn też się obudził i wyszedł. Adam poczuł się niespokojny: a 
zatem  to,  co  zobaczył  było  prawdopodobne,  chociaż  wydawało  się  wręcz 
niemożliwe. 

Doszedł do drzwi wejściowych i zaczął szukać zapałek. Zanim je znalazł, 

drzwi otworzyły się i na progu stanęła dziwna, tragiczna postać kobieca. 

— Ach! — zawołała drżącym głosem. — To ty! Gdzie... gdzie jest Rufus? 
Adam osłupiał. 
— Co to? Kolumbina tutaj? — wyjąkał. 
Ubrana była w płócienny kaftan Rufusa. Zwisał na niej luźno. Wyciągnęła 

ku niemu ręce z niemym wezwaniem. 

—  Och,  Adamie  —  rzekła.  —  Widziałeś  ich?  Czy  widziałeś  Rufusa?  On 

poszedł,  poszedł...  przed  godziną...  ratować  pana  Knighta...  na  ruchomych 
piaskach... 

Adam  momentalnie  zrozumiał.  Wprawdzie  obecność  dziewczyny 

pozostawała niewyjaśnioną zagadką, ale to nie był czas na dociekania. W ten 
czy  w  inny  sposób  przeczuła  niebezpieczeństwo,  zagrażające  Knightowi  i 
pobiegła  do  Rufusa  po  ratunek.  A  zatem...  zatem...  ta  wizja  w  świetle 
błyskawicy, to nie był sen! Więc istotnie ujrzał Rufusa, zobaczył go zapewne 
po raz ostatni w swym życiu... 

Stał  w  milczeniu,  ogłuszony,  oszołomiony  tempem  tragicznych 

wypadków.  Ale  dramatyczny  wyraz  twarzy  Kolumbiny  zastanowił  go  i 
zmusił do opanowania własnego bólu. Ujął jej drżące ręce. 

—  Niedobrze  jest,  moje  dziecko  —  rzekł.  —  Widziałem  go.  Tak  jest, 

widziałem go. Nie wierzyłem własnym oczom, ale teraz wiem, że to nie było 
złudzenie.  Zawisł  na  skale  pod  Spear  Pointem,  a  tamten  leżał  na  jego 
plecach. Widocznie fala zmyła ich obu ze skały, gdyż wody podnoszą się z 

background image

przeraźliwą  szybkością.  Tak,  od  razu  pojąłem,  widząc  ich  tam  z  daleka,  że 
nie ma najmniejszej nadziei! 

Dziewczyna  krzyknęła  rozpaczliwie.  Uwolniła  dłonie  z  rąk  Adama  i 

chwyciła się za głowę. Łzy popłynęły jej z oczu. Oparła się o mur i szlochała 
głośno, pogrążona ciałem i duszą w okropnej, żałobnej rozpaczy. 

Adam stał i patrzył na nią. Było coś strasznego w tym wybuchu żalu. Czuł, 

że jego własny ból blednie wobec tego żywiołowego płaczu. Nigdy jeszcze 
nie  widział  kobiety,  która  by  tak  rozpaczała.  Udzielał  mu  się  ten  ból. 
wzruszał go do dna serca. 

Wreszcie położył wahająco dłoń na jej ramieniu. 
— Dziecko moje... moje dziecko!... — rzekł. — Nie martw się tak! Nigdy 

nie  przypuszczałem,  że  zależy  ci  choć  trochę  na  tym  biednym  Rufusie, 
chociaż wiedziałem dobrze, że on się kocha w tobie do szaleństwa. 

Ugięła się pod dotknięciem jego ręki. 
— A teraz ja go zabiłam! — jęknęła ledwo zrozumiale. — Ja go zabiłam! 
— Nie, nie nie! — zaprotestował Adam. — Nie mów tak. Chodź, uspokój 

się, sama nie wiesz, co mówisz. Mój Rufus to sprytny chłop. Może zdoła się 
uratować. Ma wyjątkową odwagę i nie cofnie się przed żadnym wysiłkiem, a 
sił też mu nie brak. 

Odsłoniła twarz i przyjrzała mu się bystro; zobaczył spustoszenie jakie ból 

i łzy dokonały na tej twarzy. 

—  Nie  poszedł  na  pomoc  Knightowi,  dlatego  że  jest  odważny  —  rzekła. 

— Poszedł dlatego, że ja go o to prosiłam. Ja będę przyczyną jego śmierci. 
Ale sądziłam, że zdąży... że zdąży... w porę... 

Głos jej się załamał. Splotła ręce tak mocno, że aż stawy zatrzeszczały. 
—  Możesz  coś  zrobić?  Czy  możesz  popłynąć  swoją  łodzią  ratunkową  na 

pomoc? Przecież musi być jakiś sposób ocalenia ich... jakiś ratunek! 

Adam potrząsnął głową przecząco. 
—  Tam,  gdzie  on  się  znajduje,  wszelka  pomoc  jest  niemożliwa  —  rzekł. 

—  Między  tymi  skałami  nie  przepłynie  żadna  łódź,  nawet  w  biały  dzień. 
Nie...  nic  nie  możemy...  odszedł  od  nas  mój  Rufus...  najlepszy  chłopak  z 
całego wybrzeża... Muszę to stwierdzić, chociaż był moim synem. Nigdy nie 
przypuszczałem... nie, nie myślałem... 

Zaległo  głębokie  milczenie,  przerywane  tylko  hukiem  fal,  ale  plusk 

deszczu ustawał powoli. Burza miała się ku końcowi. 

Adam  oparł  się  o  krzesło,  głowę  ukrył  w  dłoniach.  Cała  żywotność 

opuściła go w tej chwili. Wyglądał na starego, złamanego człowieka. 

background image

Dziewczyna  stała  przy  nim  bez  ruchu.  Dziwna  apatia  nastąpiła  po  jej 

wybuchu,  jak  gdyby  wyczerpała  się  w  niej  zdolność  cierpienia,  jakby  pod 
wpływem tego szoku serce przestało w niej bić. Oparła się o ścianę i patrzyła 
rozszerzonymi, tragicznymi oczami w lampę, stojącą na oknie. Ramiona jej 
zwisały  bezwładnie  wzdłuż  ciała,  tylko  pięści  miała  kurczowo  zaciśnięte. 
Sprawiała wrażenie, jakby patrzyła w nicość. 

Nic  nie  można  zrobić!  Nic  nie  można  poradzić!  Dopóki  nie  ustanie  furia 

wód,  będą  bezradni  jak  dzieci,  wobec  okrucieństwa  losu.  Żadna  łódź  nie 
utrzymałaby  się  na  tych  rozszalałych  falach.  Adam  tak  powiedział; 
wiedziała, że mówi prawdę, gdyż nie zaniedbałby niczego, aby wybawić od 
śmierci  ukochanego  syna.  Najlepszym  dowodem  prawdy  jego  słów  była  ta 
niema rozpacz, to opuszczenie rąk wobec przemocy żywiołu. Nikt chyba nie 
widział  go  jeszcze  takim,  jakim  był  w  tej  chwili.  Ten  człowiek  walczył 
zazwyczaj do końca, dopóki pozostawała iskierka nadziei, że ten upór przyda 
się  na  coś.  Ale  teraz  daremny  był  każdy  jego  wysiłek;  po  raz  pierwszy 
pojmowała całą bezsilność człowieka wobec siły wyższej. 

Mijały długie godziny. Słychać było tylko tykanie zegara. Burza uspokoiła 

się. Teraz huki piorunów wstrząsały sąsiednimi miasteczkami, tutaj ich głos 
dochodził z daleka, jak echo. Świtało. 

Dziewczyna ocknęła się ze swych tragicznych myśli jak zbudzona ze snu i 

rzekła: — Adamie! 

Nie poruszył się. Stał tak, zgięty wpół, oparty o poręcz krzesła od dwóch 

godzin. 

Otrząsnęła  się,  jakby  chciała  zrzucić  z  siebie  jakiś  przytłaczający  ciężar. 

Podeszła do załamanego mężczyzny. 

— Adamie, świta. Zaczyna się odpływ. Może byśmy poszli... zobaczyli? 
Wyprostował się znużonym ruchem starca. 
—  Po  co?  —  spytał.  —  Myślisz,  że  chcę  zobaczyć  martwe  ciało,  zwłoki 

mego chłopca, wyrzucone na brzeg przez morze? 

Dreszcz ją przeszył. 
— Ale nie możemy tu zostać — nalegała. — Ciotka Liza... wiesz... będzie 

się niepokoić. 

— Aha! 
Przetarł  ręką  czoło.  Chwiał  się  nieco  na  nogach.  Ujęła  go  za  łokieć  i 

poprowadziła do kanapy. Patrzył na nią błędnym wzrokiem. 

—  Idź  i  powiedz  ciotce  Lizie,  co  się  stało  —  rzekł  w  końcu.  —  Ja  tu 

jeszcze trochę zostanę. Może przyjdzie mój chłopiec i pogawędzimy trochę. 

background image

Jesteśmy wspólnikami, wiesz, i spędziliśmy wiele lat w serdecznej zażyłości. 
On  by  się  ze  mną  nie  rozstał  bez  słowa  pożegnania,  nie  wyruszyłby  w  tak 
daleką podróż... Tak jest, idź,  moja  droga, idź! Ja tu zostanę i zaczekam na 
niego. 

Pojęła,  że  żadna  perswazja  go  nie  przekona.  A  pozostanie  przy  nim 

wydawało jej się zbędne. Przy tym nerwy ją ponosiły, chciała czym prędzej 
oddalić  się  od  tych  ścian.  Po  bezruchu  ostatnich  dwóch  godzin  ogarnęło  ją 
gorączkowe pragnienie ruchu, działania. Nie mogła dłużej tak siedzieć; bała 
się, że oszaleje. 

Kolana  drżały  pod  nią  jeszcze,  ale  opanowała  się  i  ruszyła  ku  drzwiom. 

Adam siedział na kanapie jak człowiek zdecydowany cierpliwie czekać... na 
co?  Czekał,  to  było  jasne,  to  zdradzało  napięcie  ciała,  wyraz  twarzy... 
Czekał,  aż  jego  chłopiec  przyjdzie  się  z  nim  pożegnać,  zanim  wyruszy  w 
długą podróż przed tron Boga, którą wypadło mu odbyć tak nieoczekiwanie, 
tak przedwcześnie. 

Nagłe  łkanie  wstrząsnęło  jej  piersią.  Zapanowała  nad  nowym  potokiem 

łez,  cisnących  się  do  jej  oczu.  Wreszcie  wyślizgnęła  się,  pozostawiając  za 
sobą drzwi domu Rufusa otwarte na oścież. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział dziesiąty 

 
Nigdy  potem  nie  mogła  sobie  przypomnieć,  jak  i  którędy  dostała  się  do 

domu.  Kamienie  raniły  niejednokrotnie  jej  bose  stopy,  ale  nie  czuła  bólu 
fizycznego.  Szła  jak  ktoś,  kto  ma  do  spełnienia  pilną  misję,  chociaż  nie 
umiała powiedzieć, na czym ona polega. 

Ta  noc,  tragiczna  noc,  zaważyła  na  rozwoju  psychicznym  Kolumbiny.  Z 

namiętnej, impulsywnej, stała się istotą spokojną, obcą samej sobie. Cała jej 
dziewczęcość, szczęśliwa beztroska, odeszły od niej, jakby wypalone sztabą 
rozpalonego żelaza. Nie czuła już bólu, nie wierzyła, że zdoła kiedyś odczuć 
ponownie to, co się nazywa bólem. 

Doszła  do  domu,  nie  spotkawszy  po  drodze  nikogo.  Weszła  do  saloniku, 

skąd  wybiegała  na  palcach  co  wieczór,  aby  iść  na  schadzkę  ze  swym 
ukochanym.  Przeszła  do  swego  pokoju  i  przebrała  się  we  własną  odzież. 
Odłożyła na bok ubranie, które przez tak długi czas było własnością Rufusa. 
Odłożyła je z gestem czci i pietyzmu, należnego zmarłym, chociaż robiła to 
nieświadomie, jakby w hipnozie. 

Podeszła do lustra i zaczęła rozczesywać włosy. Były jeszcze wilgotne od 

słonej  wody  morskiej  ale  upięła  je  na  głowie,  nie  zauważywszy  tego.  Było 
coraz  widniej;  rozejrzała  się  dokoła  z  pewną  ciekawością,  gdy  wtem  jej 
spojrzenie  napotkało  w  lustrze  własną  twarz  i  przelękła  się  swych  oczu... 
Odwróciła się z niechęcią. 

Podeszła  do  okna  i  otworzyła  je.  Szum  morza  wypełniał  jeszcze 

przestrzeń, ale nie był już tak groźny, ani tak donośny jak poprzednio. Fale, 
chociaż spienione, nie były już kilkupiętrowymi bałwanami i oddalały się od 
wybrzeża.  Ludziom  wydawało  się,  że  świt  przyszedł  w  samą  porę,  ażeby 
zapobiec tryumfowi potęg piekielnych, działających pod osłoną nocy. 

Usłyszała  czyjeś  kroki  w  domu  i  zeszła  na  dół  Trzeba  powiedzieć  ciotce 

Lizie, co się stało. 

Weszła  do  kuchni.  Zanim  jeszcze  zobaczyła  ogień  na  kominie,  usłyszała 

suchy  trzask  drewna.  W  tym  momencie  dopiero  zdała  sobie  sprawę,  że  jest 
jej bardzo zimno, że zmarzła do szpiku kości. 

Ktoś  ruszał  się  w  półmroku.  Jakaś  sylwetka  krzątała  się  w 

najciemniejszym  kącie  kuchni.  Zmrużyła  oczy,  żeby  zdać  sobie  dokładnie 
sprawę, czy to jest ciotka Liza... 

Przy  odblasku  ognia  ujrzała  ogromny  cień,  zaraz  potem  objęła  jednym 

rzutem oka włochatą pierś mężczyzny i potężny kark. Mężczyzna zwrócił się 

background image

ku niej. W tej chwili w Kolumbinie zadrgał każdy nerw; poczuła, że jest jej 
bardzo gorąco... 

Stała, jakby przykuta do miejsca, a on stał również nieruchomy i patrzył na 

nią błękitnymi oczami, które paliły ją jak płomień...  Ale nie powiedział  ani 
słowa... ani słowa... Jakże umarły mógłby przemówić? 

Gdy  tak  stali,  patrząc  na  siebie,  podłoga  między  nimi  zaczęła  się  nagle 

podnosić,  kryjąc,  grzebiąc  Kolumbinę,  pochłaniając  jej  wątłą  postać... 
Zapadała  się  w  tę  podłogę,  a  kiedy  zrobiło  się  dokoła niej  całkiem  ciemno, 
ostatnią  jej  myślą  było:  „Rufus  nie  przyszedł  mnie  pożegnać,  lecz  zabrać 
mnie  z  sobą,  zabrać  mnie  z  sobą  w  długą  podróż,  w  tę,  z  której  się  nie 
wraca..." 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział jedenasty 

 
Białe  polne  róże,  rosnące  nie  opodal  domu  Adama  i  pani  Peck, 

odpowiadały niektórym cechom południowej urody Kolumbiny. Pewna była, 
że znajdzie je u swoich stóp, gdy powróci ze swej długiej podróży. Ujrzy ich 
złote serduszka, wychylające się ku słońcu. Zapach tych róż prześladował ją 
dniem i nocą. 

Zdawało  jej  się  czasami,  że  leży  martwa,  że  rozsypano  dokoła  niej  pełno 

białego kwiecia, przeważnie tych róż. Miała nadzieję, że ich nie pochowają z 
nią razem; były za piękne... 

Kiedy  indziej  myślała  o  nich  jak  o  podarunku  ślubnym,  jak  o  wianku, 

zastępującym  kwiat  pomarańczy  nad  czołem  panny  młodej.  A  raz,  kiedy 
zbliżała się już do kresu podróży, poczuła zapach mirtu i to ją utwierdziło w 
przekonaniu, iż jest panną młodą i pójdzie do ołtarza. 

Wreszcie otworzyła oczy i rozejrzawszy się dokoła, zobaczyła, że leży w 

łóżku  w  swoim  pokoiku,  a  pani  Peck  stoi,  pochylona  nad  nią,  z  dymiącą 
filiżanką w ręku. 

Kolumbina  patrzyła  na  nią  przez  chwilę  jak  człowiek  zbudzony  z 

głębokiego snu, nie zdający sobie jeszcze sprawy z rzeczywistości. 

Pani Peck kiwnęła głową przyjaźnie. 
—  No,  moja  droga!  Lepiej  ci,  jak  widzę.  Ależ  nas  wystraszyłaś! 

Myślałam, że nigdy już nie zobaczę twych jasnych oczu. 

Kolumbina  wyciągnęła  ku  niej  drżącą  rękę.  Miała  wrażenie,  że  ta  ręka 

wcale nie należy do niej. 

— Czy byłam chora? — spytała. 
—  Od  tygodnia  przeszło  leżysz  tutaj  —  odparła  pani  Peck  —  a  ile  się 

namartwiłam  o  ciebie!  Wyczerpanie  nerwowe  jako  następstwo  wstrząsu, 
oznajmił doktor, ale mnie to wygląda raczej na gorączkę mózgową. 

Grunt, że ci lepiej! Wypij to, jak przystało na dobrą dziewczynę, a będzie 

ci niebawem całkiem dobrze, da Bóg! 

Zbyt  słaba,  aby  stawić  opór,  Kolumbina  wypiła  posłusznie  zawartość 

filiżanki. Chciała sobie przypomnieć wszystko, co zaszło przed jej chorobą, 
ale  miała  jakby  ołów  w  głowie.  Mogła  tylko  leżeć  spokojnie  i  patrzeć  w 
sufit.  Wtem  spojrzenie  jej  padło  na  wazon  z  białymi  różami,  stojący  na 
wprost łóżka, na stoliku. Wydało jej się, że te róże odegrały doniosłą rolę w 
jej procesie budzenia się. 

— Skąd są te róże? — spytała. 

background image

Pani Peck rzuciła jej obojętne spojrzenie. 
— Rosną tu nie opodal, na skale — rzekła. Kolumbinie nie wystarczyło to 

wyjaśnienie. 

— Kto je przyniósł? — pytała dalej. — Kto je zerwał? Pani Peck milczała. 
— Skąd pochodzą te róże? — nalegała dziewczyna. 
Pani  Peck  zawahała  się,  jakby  nie  miała  ochoty  odpowiedzieć  na  to 

pytanie. Po czym odrzekła powoli: 

— Rufus! On je przyniósł dla ciebie. 
Fala  purpury  zalała  wychudłą  twarzyczkę  chorej.  Miała  wrażenie,  że 

objęła całe jej ciało. 

Leżała  cicho,  czekając  aż  ochłonie,  a  pani  Peck  odstawiła  filiżankę  i 

zaczęła energicznie sprzątać pokój. 

Wreszcie odezwał się słaby głos dziewczyny: — Ciociu Lizo! 
Pani Peck odwróciła się. Jej spojrzenie było dziwne, trochę surowe, trochę 

współczujące. 

—  Moja  droga  —  rzekła  —  dosyć  na  dzisiaj!  Nie  wolno  ci  dużo  mówić. 

Doktor  zalecił  ci  absolutny  spokój,  a  szczególny  nacisk  kładł  na  te  dnie, 
kiedy zaczniesz odzyskiwać świadomość. Zamknij oczy i śpij! 

Ale Kolumbina nie zamknęła oczu. 
—  Nie  jestem  senna  —  rzekła.  —  A  muszę  z  tobą  pomówić.  Muszę  się 

dowiedzieć,  muszę  cię  dowiedzieć...  —  jąkała  się,  ale  z  wysiłkiem  zdołała 
dokończyć: — Czy Rufus... istotnie przyszedł tu... tamtej nocy? 

Współczucie w oczach pani Peck ustąpiło całkowicie miejsca surowości. 
—  Skoro  już  koniecznie  chcesz  wiedzieć  —  rzekła  —  opowiem  ci  całą 

historię,  a  przynajmniej  to,  co  ja  sama  wiem  i  co  zrozumiałam  z  faktów  i 
kilku zdań Adama i Rufusa. Ale Rufus w ogóle niewiele mówi, a tym razem 
zamknął się w jeszcze głębszym milczeniu niż zwykle. A zatem: Rufus ocalił 
życie panu Knightowi i przyprowadził go tutaj, na wpół omdlałego. Poszedł 
do  kuchni  po  mleko  dla  niego  i  podczas  grzania  mleka  spotkał  ciebie. 
Wyglądał  jak  zwykle,  wcale  nie  gorzej  niż  normalnie,  ale  ty  widocznie 
pomyślałaś, że on nie żyje, że to upiór. Tak się przynajmniej zachowywałaś. 
Więcej  nic  nie  wiem.  Pan  Knight  wyjechał  w  dwa  dni  później,  mówiąc,  że 
ma dosyć tego wszystkiego. Nie dziwię mu się bynajmniej. To ci wystarczy 
na  razie.  Gdy  będziesz  zdrowsza  i  silniejsza,  przypomnę  sobie  może  to  i 
owo,  ale  tymczasem...  dosyć!  Doktor  nie  pozwala  mi  rozmawiać  z  tobą, 
dopóki nie nabierzesz sił. 

background image

Pani  Peck  wzięła  pustą  filiżankę  i  poszła  ku  drzwiom  zdecydowanym 

krokiem. 

Kolumbina  nie  próbowała  jej  zatrzymać.  Wyczytała  w  oczach  poczciwej 

kobiety  powątpiewanie  i  wdzięczna  była  lekarzowi,  że  dzięki  niemu  zazna 
spokoju i uniknie dręczących pytań. 

Przez  długi  czas  leżała  bez  ruchu.  Czuła  zmęczenie  w  głowie,  mózg  jej 

pracował opieszale, ale zdawała sobie sprawę ze zdrady Knighta. Wyjechał! 
Pan Knight wyjechał! Pan Knight miał dosyć tego wszystkiego!. Czy istotnie 
odjechał  bez  słowa  pożegnania,  wdzięczności?  Czy  tak  mało  liczyła  się  w 
jego  życiu?  Ona,  która  tuliła  się  do  niego,  ofiarowując  mu  wszystko,  co 
mogła dać! 

Przypomniała sobie, jak jej mówił, że miłość nie trwa nigdy długo, że jest 

zmienna  jak  księżyc,  że  przemija.  A  jak  namiętnie,  jak  daremnie  zresztą 
zbuntowała się na te słowa! Oświadczyła, że taka miłość nie zasługuje na to 
miano,  a  on  ostrzegł  ją  przed  zbyt  wielkim  kochaniem,  przed  zbytnią 
szczodrością.  Uprzytomniła  to  sobie  z  okrutną  precyzją.  Czuła  znowu  jego 
pocałunki na swych ustach, na piersiach, na policzkach. Chociaż ostrzegał ją 
przed zbytnią szczodrością, przyjął jej dar bez wahania. Przyjął jej młodość, 
jej świeżość, jej niewinność. Wziął  wszystko, co  mu  mogła i  chciała dać; a 
ona  oddała  mu  serce  bez  zastrzeżeń.  A  teraz  co?  Jęknęła  i  ukryła  twarz  w 
poduszce.  Palił  ją  wstyd.  Jedynym  motywem  jego  postępowania  był  ten 
obraz,  który  miał  mu  przynieść  światową  sławę!  Jego  miłość  dla  niej  była 
tylko  pretekstem  do  zrealizowania  tęsknoty  artysty!  To  był  środek 
prowadzący do celu. Tylko tyle! Tylko tyle? 

Czas  mijał,  ale  ona  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  niczego  poza  swym 

smutkiem.  Jej  gorycz  nie  dotyczyła  obecnej  chwili.  Przeżywała  przeszłość. 
Nie  roniła  łez.  Jej  żal  i  wstyd  nie  dawały  się  ująć  w  żadne  słowa.  Mogła 
raczej śmiać się z ironii życia niż płakać szczerze i serdecznie. 

Ona,  ta  dumna  i  nieprzystępna,  której  ręki  nikt  nie  był  godzien,  ona  tak 

łatwo uległa pociągowi do mężczyzny, dla którego była niczym innym, jak 
ładnym obrazkiem, modelką! Był sługą swej Muzy, a ona myślała, że on jest 
niewolnikiem  miłości!  Gotów  był  poświęcić  nawet  życie  kobiety,  byle 
urzeczywistnić  swój  zamysł  artystyczny.  Nie  liczyła  się  dla  niego  zupełnie. 
Nie dbał o nią, nie kochał jej ani przez chwilę. 

Uniosła nieco głowę. Udręka wpijała się coraz ostrzej w jej duszę. To było 

więcej  niż  mogła  znieść,  przeżyć.  Te  wszystkie  czułe  słowa,  te  pieszczoty, 
były  tylko  sposobem  wyłudzenia  od  niej  ofiary  ze  swej  skromności!  A  ona 

background image

wierzyła  mu  tak  bezgranicznie!  On  zaś  pozostawił  ją  samą,  pogrążył  ją  w 
rozpaczy.  Poszedł  w  świat,  nie  troszcząc  się  o  nią,  nie  dbając  ojej  uczucie, 
ojej  uwielbienie.  Była  przejściową  zachcianką,  podporządkowaną  pracy 
twórczej. A teraz miał już dosyć... Odjechał. 

Pomruk  morza  doleciał  jej  uszu.  Pomyślała  o  Prądzie  Śmierci.  Dlaczego 

ocalała?  Dreszcz  ją  przeszył  na  wspomnienie  okropnej  walki  z  żywiołem. 
Została  uratowana,  jak  sobie  uświadomiła  w  tej  chwili,  chociaż  w  głębi 
duszy... wiedziała... wiedziała! 

Jej  piekące  oczy  spojrzały  na  białe  różyczki,  stojące  na  wprost  łóżka. 

Dlaczego je wybrał, właśnie te kwiaty? 

To był wymowny znak... To było wyznanie, którego nie śmiała zrozumieć. 

I  znów  zadrżała,  gdy  przypomniała  sobie  tę  okropną  noc  i  te  gorejące 
błękitne oczy, wpijające się w jej twarz. 

Nagle...  usłyszała  nie  wiadomo  skąd  jakiś  daleki  głos,  dobitny,  a  jednak 

dochodzący jak przez mgłę: — Zawsze wiedziałem — mówił głos — że on 
ciebie kocha do szaleństwa. Zawsze to wiedziałem. 

Kocha!  Kocha!  Ale  cóż  to  jest  miłość?  Czy  którykolwiek  mężczyzna 

zdolny  jest  do  miłości?  Czy  miłość  mężczyzny  nie  jest  wyłącznie  brutalną 
namiętnością  albo  płochą  igraszką?  Mężczyźni  łamią  serca,  łamią  istnienia 
kobiece, bezwzględnie, niemiłosiernie. 

Zacisnęła  pięści  i  zęby,  patrząc  wciąż  na  te  białe  róże  na  wprost  łóżka. 

Dlaczego  je  przysłał?  Co  go  do  tego  skłoniło?  On,  który  zmusił  ją  do 
posłuszeństwa fizyczną przemocą! On, który ją wytargował od niej samej za 
cenę  najwyższego  poświęcenia  wprawdzie,  ale  bądź  co  bądź,  wytargowali 
On, który ją zmusił do przyrzeczenia mu samej siebie! Czymże jest miłość, 
chociażby miłość fizyczna, dla takiego człowieka? 

Upajająca słodycz tych kwiatów działała na nią. Ach, żeby one były darem 

Knighta!  Jakże  inaczej,  jak  odmiennie  patrzyłaby  na  nie...  Jak  inny  byłby 
wtedy cały świat! 

Ale one pochodziły od Rufusa. I dlatego ich wymowa była daremna. Mrok 

rozpaczy i beznadziejności zapanował w jej duszy. 

 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział dwunasty 

 
W  ciągu  następnych  dni  uczciwa  dusza  pani  Peck  burzyła  się  wobec 

upartego  milczenia  jej  pacjentki.  Kolumbina  leżała,  rozkojarzona,  smutna, 
zamknięta w sobie. 

Stosownie do zaleceń doktora ciotka panowała nad swą ciekawością i nie 

zadawała  dziewczynie  żadnych  pytań,  dotyczących  owej  pamiętnej  nocy. 
Zresztą  wątpliwe  było,  czy  Kolumbina  udzieli  jej  wyczerpujących 
wyjaśnień.  Pewne  było  tylko  jedno,  to  mianowicie,  że  owej  nocy  zaszły 
wypadki  niezwykłe.  Te  białe  róże,  przynoszone  codziennie  przez  Rufusa 
powiedziałyby  jej  to,  gdyby  nawet  nie  było  innych  znaków  nie  mniej 
wymownych.  Chętnie  zadałaby  kilka  pytań  Rufusowi,  ale  coś  ją 
powstrzymywało.  Jej  mąż  zaś  wręcz  odmówił  ujawnienia  szczegółów  tej 
nocy. 

Adam,  odmłodzony  i  rozradowany,  chodził  pogwizdując  do  codziennej 

pracy,  jak dawniej. Jego chłopak powrócił, zdrów i cały! Nic więcej go nie 
obchodziło. 

— Nie troszcz się o nich, żono! — radził Adam pani Peck. — Rufus wie, 

jak się brać do rzeczy. Pobiedzi się trochę, aż w końcu zdobędzie jej serce, 
wcześniej,  czy  później.  Zostaw  go  własnemu  losowi,  da  sobie  radę  z 
dziewczyną  skoro  dał  sobie  radę  z  Prądem  Śmierci.  A  zwłaszcza  bądź  mu 
wdzięczna, że nas uwolnił nareszcie od tego kudłatego bydlęcia! 

Pani  Peck  musiała  stosować  się  do  tej  rady,  bo  nie  miała  wyboru,  tym 

niemniej  przyglądała  się  Kolumbinie  z  niepokojem.  Dziewczyna  była 
roztargniona, nieswoja, przygnębiona. Dużo dni upłynęło, zanim zdobyła się 
na  wysiłek  ubrania  sukni,  lecz  nie  chciała  zejść  na  dół,  oparła  się  temu 
stanowczo.  Robiła  wrażenie  człowieka  żyjącego  w  ciągłym  strachu, 
oczekującego jakiegoś okropnego wydarzenia. 

—  Zdaje  mi  się,  że  ona  boi  się  Rufusa  —  orzekła  pani  Peck.  Ale  Adam 

ofuknął ją za ten pomysł. 

— Skąd ci to do głowy przyszło, kobieto? Przecież każdy widzi, że Rufus 

to  spokojny  i  dobrze  wychowany  chłopak.  Może  ona  tęskni  trochę  za  tym 
kudłatym. Ale to minie. Czas zrobi swoje! Czas zawsze robi swoje! 

Pani  Peck  zgodziła  się  zatem  czekać  na  efekt  działania  czasu  i  nie 

nalegała, aby Kolumbina zeszła na dół. Lecz nie była zbyt uprzejma dla niej 
w  tych  dniach.  Nie  pochwalała  jej  postępowania  i  okazywała  to  wyraźnie. 

background image

Odsuwała  od  siebie  podejrzenia,  ale  dawała  do  zrozumienia  że  je  żywi,  bo 
tak było. 

— W niej płynie gorąca krew — mówiła — nie dowierzam jej. Kolumbina 

zdawała  sobie  jasno  sprawę  z  podejrzeń  ciotki,  ale  zbyt  była  przygnębiona, 
aby  się  nimi  przejmować.  W  żadnym  wypadku  nie  zwróciłaby  się  do  pani 
Peck z prośbą o pocieszenie. 

Wreszcie zeszła na dół. Był piękny letni wieczór. Pani Peck zajęta była w 

kuchni,  nikogo  więcej  nie  było  w  domu.  Kolumbina  nie  uprzedziła  jej  o 
swym  zamiarze  zejścia  do  dolnych  pokojów.  Może  chciała  uniknąć 
natarczywych  spojrzeń.  Dzień  był  upalny,  ale  zerwał  się  wietrzyk, 
zapowiedź deszczu. 

Szła wolnym krokiem, ale zmierzała do wyznaczonego celu. Wspomnienia 

wiodły ją w stronę skał nadmorskich, gdzie rosły małe różyczki górskie. 

Nikogo nie spotkała po drodze. Zbliżała się godzina wieczornego posiłku, 

kiedy  to  pani  Peck  wchodziła  zazwyczaj  do  jej  pokoju  z  kwiatami, 
codziennym  darem  Rufusa.  Pani  Peck  niezbyt  chętnie  wywiązywała  się  z 
tego zadania, chociaż nigdy nie zdradzała niezadowolenia. No, dzisiaj będzie 
zwolniona z tego obowiązku. 

Doszedłszy do jeziora, dziewczyna  przystanęła o kilkanaście  metrów pod 

domem  Rufusa.  Patrzyła  na  lustrzaną  taflę  wód,  jakby  ją  widziała  po  raz 
pierwszy.  Było  cicho,  jak  zwykle  podczas  odpływu.  Uwaga!  Widocznie 
zaczyna się już przypływ, gdyż nagle rozlega się dzwon ostrzegawczy. 

Po drugiej stronie jeziora pracował mężczyzna w niebieskiej bluzie. Na ten 

dźwięk wyprostował się i zobaczył Kolumbinę. Nie ruszył się z miejsca, nie 
pobiegł  jej  naprzeciw,  stał  nieruchomy  i  czekał,  trzymając  w  ręku  dużą 
wiązankę  białych  róż.  Właśnie  zrywał  kwiaty  dla  ukochanej  dziewczyny. 
Czekał  na  nią.  Ona  zaś,  jak  zahipnotyzowana,  szła  ku  niemu,  aż  w  końcu 
stanęła przed nim, blada, milcząca, nieswoja. 

Mężczyzna  odezwał  się  pierwszy.  Jego  głos  brzmiał  szorstko, 

najwyraźniej chciał ukryć wzruszenie, a może i był trochę zakłopotany. 

— Więc przyszłaś nareszcie! — rzekł. 
Przystanęła. Podniosła ku niemu na chwilę swe ciemne oczy, ale spuściła 

je natychmiast, nie spotkawszy jego wzroku. Nieoczekiwanym ruchem podał 
jej kwiaty. — Zerwałem je dla ciebie. 

Wzięła  róże  niepewnymi  rękami.  Pochyliła  nad  nimi  głowę,  ażeby  ukryć 

drżenie ust. 

background image

— Dlaczego je zrywasz? — wyszeptała ledwo słyszalnym głosem. Milczał 

przez chwilę. 

— Chodź ze mną do mego domu! — rzekł. — To tak blisko. Zrobiła gest 

nieśmiałego protestu, ale w następnej chwili już szła przy nim bez słowa. 

Szedł  za  nią,  boso,  pewnym  krokiem.  Błękitnymi  oczami  patrzył  prosto 

przed siebie, stanowczo i spokojnie. 

Doszli  do  domku  na  skale.  Otworzył  drzwi  i  przepuścił  ją  przez  próg. 

Wszedł za nią, ale drzwi nie zamknął. 

Morze szumiało.  Na tle tego łagodnego pomruku głos  mężczyzny rozległ 

się cicho, niemal słodko: 

— Kolumbino, muszę ci coś powiedzieć. Kryłaś się przede mną przez cały 

ten  czas.  Wiem.  Wiem  o  tym.  Niepotrzebnie.  Te  kwiaty...  zrywałem  je  i 
posyłałem ci codziennie, bo chciałem, żebyś zrozumiała, że nie potrzebujesz 
się niczego obawiać z mojej strony. Chciałem, żebyś wiedziała, że wszystko 
jest  zapomniane,  że  chcę  tylko  twego  dobra.  Nie  wiedziałem,  jak  ci  dać 
znać...  więc  posyłałem  codziennie  te  kwiaty,  sądząc,  że  może  zrozumiesz. 
One mi ciebie przypominały. Takie są białe, takie czyste... 

— Ach! 
Ten  jeden  okrzyk  wyrwał  jej  się  łkający,  rozpaczliwy.  Zerwała  się  z 

krzesła, rozsypała kwiaty po podłodze. Twarz ukryła w dłoniach. 

Stała tak przez parę sekund w milczeniu. Wreszcie powiedziała z trudem: 
— Nie wierzysz w to... nie wierzysz we mnie! 
—  Wierzę  —  odrzekł  Rufus  swym  niskim  głosem,  stanowczo,  niemal 

groźnie. 

Podniosła  ku  niemu  błyszczące  oczy,  pokazując  mu  rumieniec  wstydu, 

który oblał jej policzki. 

—  Nie  wierzyłeś  w  to...  tamtej  nocy!  —  zawołała.  Spojrzał  jej  w  oczy  z 

wyrazem tępego uporu. 

— Wtedy nie — przyznał. Oczy jej zamigotały. 
— W takim razie, dlaczego wierzysz we mnie dzisiaj? Jak się to dzieje? 
Spojrzał jej prosto w oczy. 
— Może znam cię lepiej dzisiaj, niż wtedy — odparł powoli. Żachnęła się: 

— I to zmieniło twe zamiary! 

Z kolei on się zniecierpliwił. 
— Mylisz się — odrzekł cichym głosem. — Tamtej nocy byłem szalony, 

straciłem  całą  równowagę  wewnętrzną.  Ale  od  tej  pory  opamiętałem  się. 
Kocham  cię  zbyt  mocno,  żeby  cię  przymuszać.  To  jest  prawda,  którą 

background image

chciałem  ci  wyjawić  za  pomocą  kwiatów.  Kochałbym  cię  zresztą,  gdybyś 
nawet nie była taka jaka jesteś. Przeznaczenie... 

Mówił z widocznym  wysiłkiem, ale  patrzył jej w oczy głęboko. Nie było 

namiętności  w  tym  spojrzeniu.  Było  podobne  do  wód  jeziora  w  pogodny 
letni dzień. 

Kolumbina  wpatrywała  się  z  niedowierzaniem  w  tę  postać,  silną, 

barczystą,  mówiącą  z  takim  spokojem  najszlachetniejsze  wyrazy,  jakie 
usłyszała dotychczas z ust mężczyzny. Ale widocznie uległa jego wpływowi, 
bo nie okazywała już strachu. 

— Nie  ma w ogóle czegoś, co wy nazywacie  miłością, to coś nie istnieje 

—  rzekła  gorzko.  —  Miłość  jest  tylko  pustą  nazwą,  pozorem  czegoś... 
innego.  Serce  kobiety  was  nie  obchodzi.  Najlepszy  dowód,  że  tamtej  nocy, 
gdyby nie burza, zostałabym tym, kim byłam w twoich oczach, kim jestem i 
dzisiaj  w  mniemaniu  ciotki  Lizy.  Nie  odmawiałam  niczego,  toteż...  —  tu 
wybuchnęła  złym  śmiechem  —  toteż  zachowałam  wprawdzie  przypadkiem 
cnotę,  ale  straciłam  niewinność.  Wiem  więc  dokładnie,  na  czym  polega  to, 
co nazywacie miłością! I nigdy już nie zdołam zapomnieć...! 

Urwała,  trzęsąc  się  ze  zdenerwowania.  Była  uosobieniem  protestu  i 

oburzenia. 

Ale  błękitne  oczy  nie  odwróciły  się  od  niej  ani  na  chwilę.  Twarz 

mężczyzny była zupełnie spokojna. Nie odpowiadał przez parę minut, dając 
jej czas do namysłu, do rozwagi. Wreszcie rzekł stanowczo: 

—  Powiem  ci,  co  oznacza  w  moim  pojęciu  miłość,  czym  jest  ta  miłość, 

którą odczuwam dla ciebie, dobrze? 

Podszedł do okna i ręką wskazał mały port rybacki na dole. 
— Oto jest obraz mojej miłości. Jest ona murem, odpychającym od ciebie 

fale  życia.  Jest  cichą  przystanią,  w  której  nie  może  cię  dosięgnąć  żadne 
niebezpieczeństwo.  Nie  jesteś  zmuszona  ulec  tej  miłości,  ale  skoro  jej 
ulegniesz, nic nie będzie ci zagrażać w przyszłości. 

— Nie jestem zmuszona! — przerwała mu ostro. — Nie jestem zmuszona! 

Skoro wymogłeś na mnie przyrzeczenie... 

— Zwalniam cię z tego przyrzeczenia — rzekł spokojnie. 
Te  kilka  słów,  łagodnie  powiedzianych,  wstrząsnęło  nią  do  głębi  duszy. 

Zamknął jej usta. Stała, zaskoczona, zdumiona, patrząc na niego bystro. Pod 
wpływem jego wzroku odwróciła się od okna i usiadła na sofie, jakby chcąc 
uniknąć jego badawczego, przenikliwego spojrzenia. 

background image

Zaległo  długie  milczenie,  przerywane  tylko  miarowym  tik-tak  zegara  i 

szumem morza. 

Dźwięk dzwonu zabrzmiał głośno w ciszy letniego wieczoru. 
— Dobrze! — Rufuś odpowiedział na to ostrzeżenie. — Wróć Kolumbino 

do domu, gdzie mogą się niepokoić! Idź, dziecko. Ale już się mnie nie bój! 
Przysięgam na Boga, że nie dam ci powodów do tego! 

Drgnęła na dźwięk jego głosu, ale nie ruszyła się z  miejsca. Twarz  miała 

ukrytą  w  dłoniach.  Od  czasu  do  czasu  kiwała  się  w  przód  i  w  tył  jak 
człowiek dotknięty cierpieniem. 

Stał i patrzył na nią smutnymi oczami, ale po chwili podszedł. Widząc, że 

ona nie słyszy jego słów, dotknął jej ramienia. 

— Kolumbino! 
Nie odpowiedziała, tylko nagle, jakby jego szlachetny gest poruszył w niej 

najskrytsze  uczucia  znajdujące  się  poza  jej  kontrolą,  wybuchnęła  głośnym 
płaczem, tuląc twarz do jego kolan. 

— Droga moja! — rzekł. 
I  nagle...  sami  nie  wiedzieli,  jak  się  to  stało,  klęczał  przed  nią,  a  ona  z 

głową  na  jego  piersiach,  płakała,  dając  ujście  swemu  żalowi,  swym 
tłumionym tęsknotom. Szlochała tak w jego ramionach przez długą chwilę. 

Wszystkie  upokorzenia,  doznane  w  przeciągu  ostatnich  tygodni, 

wyładowały  się  w  tym  potoku  łez.  Uczepiła  się  go  mocno  oburącz,  jakby  i 
teraz  groziły  jej  wzburzone  fale  morskie,  jakby  i  teraz  on  jeden  potrafił 
uratować ją z wartkiego nurtu, zagarniającego wszystko po drodze. Zdawało 
jej  się,  że  walczy  wciąż  jeszcze  z  Prądem  Śmierci,  że  tylko  spokojna, 
świadoma siebie siła tego człowieka może ją ocalić. 

Kiedy  nareszcie  mogła  mówić,  wyjąkała:  —  Och,  dlaczego  nie  dałeś  mi 

umrzeć... wtedy? Dlaczego?... 

— Byłaś mi potrzebna. 
Wtuliła głowę jeszcze mocniej w jego ramiona. 
— On też to mówił — załkała. 
—  On  kłamał!  Jemu  byłaś  potrzebna  jako  środek  do  celu,  jemu  było 

obojętne, czy będziesz żyć, czy umrzesz, byleby jego obraz był gotów! 

Drgnęła  na  te  słowa.  Jeszcze  bolała  ją  dawna  rana.  W  tej  chwili  jego 

ramiona szczelniej i zazdrośniej ją otuliły. 

—  Nie  będziesz  rozpaczać  długo  po  stracie  takiego  łobuza  —  rzekł 

twierdząco raczej niż pytająco. — Słuchaj, Kolumbino! Jesteś zbyt uczciwa, 
żeby  kochać  taką  kreaturę.  Chociaż  ocaliłem  mu  życie,  ratując  go  z 

background image

ruchomych  piasków,  ale  też  bym  mu  łeb  ukręcił,  gdyby  tu  został  jeszcze 
jedną dobę. 

Podniosła głowę i przyjrzała mu się uważnie przez łzy. 
— Więc to ty kazałeś mu odjechać? 
W jej głosie brzmiała rozpacz. 
— Niezupełnie — odrzekł szczerze. — On sam to zrozumiał. Wiedział, że 

nie może już spojrzeć ci w oczy po tym, co zaszło. Wiedział, że zdasz sobie 
sprawę  z  jego  zbrodniczego  egoizmu,  kiedy  zaczniesz  przytomnie  myśleć. 
Odjechał  i  nie  powróci  już  więcej.  Kolumbino.  nie  mów  mi,  że  pragniesz 
jego powrotu! 

Przez  chwilę  wyglądał  groźnie.  Patrzył  na  nią  surowo,  ale  zaraz  to 

spojrzenie zmiękło. 

— Nie ma rzeczy, której nie zrobiłbym dla ciebie — rzekł nieco drżącym 

głosem. — Może nie wierzysz, ale tak jest naprawdę. 

—  Dlaczego  mam  ci  nie  wierzyć?  —  spytała.  Teraz  i  ona  drżała  w  jego 

objęciach. Spojrzał na nią trochę przekornie. 

—  Bo  jestem  zbyt  grubym  bykiem,  zbyt  dużym  gamoniem,  aby  cię 

zrozumieć — odparł. 

—  I  dlatego  zwolniłeś  mnie  z  przyrzeczenia?  —  spytała.  Pochylił  głowę, 

wyraźnie zakłopotany. 

— Tak, dlatego — rzekł po chwili. — I dlatego, że nie chcę poślubić cię 

wbrew twojej woli. Bo kocham cię naprawdę, kocham cię nade wszystko na 
świecie. 

— I to nazywasz miłością? — spytała. 
— To jest miłość — odrzekł z prostotą, zdziwiony tym pytaniem. Jednym 

ruchem mogła uwolnić się z jego ramion, tak lekko ją 

przytrzymywał.  Ale  nie  próbowała  się  wydobyć  z  tego  objęcia,  tylko 

drżała jak wibrująca struna. 

— Rufusie! — rzekła. 
— Słucham? 
Pochylił  się  ku  niej,  ale  widział  tylko  jej  czarne  włosy.  Wyszeptała 

nieśmiało: — A gdybym ja chciała wyjść za ciebie za mąż? 

Jej wzruszenie udzieliło mu się. Zadrżał także. 
— Ale nie zechcesz... — odparł spokojnie, z wyrazem smutnej pewności. 
Drżąca rączka wyciągnęła się ku jego szyi i twarzy. 
—  Rufusie  —  zabrzmiał  znów  cichy  szept  tuż  przy  jego  uchu.  —  Skąd 

wiesz, że nie? 

background image

Ujął te niepewną rękę i przytulił ją do swego policzka. 
—  Bo  nie  kochasz  mnie,  Kolumbino  —  odparł.  Rozpaczliwe  łkanie 

wstrząsnęło jej postacią. Łzy ściekały po twarzy. 

—  Naucz  mnie  kochać  cię,  Rufusie.  Możesz  mnie  nauczyć,  czym  jest 

miłość,  potrzebuję  jej.  Czy  możesz  mnie  nią  obdarzyć?  Pragnę  jej  bardziej, 
niż czegokolwiek na świecie. 

Przy  tych  słowach  przytuliła  się  do  jego  piersi  jak  istota,  która  marznie  i 

szuka ciepła. Ramiona zarzuciła mu na szyję. 

—  Ty  jesteś  taki  szczery...  taki  mocny!...  —  wyszeptała.  —  Chcę 

zapomnieć,  że  kochałam  kiedykolwiek  w  życiu  innego  mężczyznę.  Chcę 
kochać ciebie tylko... ciebie jednego... 

Objął ją mocniej. Tak silnie ją przycisnął do siebie, że usłyszała bicie jego 

serca.  Jej  oczy  wpatrzyły  się  w  jego  błyszczące  źrenice.  Dostrzegła  w  nich 
ten znany dobrze blask, objaw mocnego wzruszenia. 

—  Wierzysz  w  to,  co  mówisz?  —  spytał.  Odpowiedziała  mu  prawie  bez 

tchu: — Tak. 

— A zatem — pochylił jeszcze bliżej ku niej swą dużą głowę i na sekundę 

pokazał  jej  swój  uśmiech,  który  zabłysnął  i  znikł  jak  meteor  —  a  zatem, 
dobrze,  nauczę  cię  kochać,  Kolumbino  —  rzekł  łagodnie.  Po  tych  słowach 
ucałował jej usta; całował ją długo, czule i namiętnie zarazem, a jej zranione 
serce znalazło w tym pocałunku ukojenie, zwiastuna przyszłego szczęścia. 

—  No,  co  mówiłem?  —  tryumfował  Adam  nieco  później.  —  Czy  nie 

powiedziałem, że wszystko będzie dobrze, byle ich pozostawić samych? Czy 
nie miałem słuszności żono? Cóż ty na to? 

—  Nie  przeczę  —  rzekła  pani  Peck  z  odcieniem  surowości.  —  I  jestem 

pewna, że Kolumbina nie błądzi tym razem. 

—  Nie  błądzi?  —  obruszył  się  Adam.  —  Powiem  ci  coś,  żono:  mój  syn, 

Rufus,  nie  myśli  i  nie  działa  szybko,  ale  to  nie  jest  głupiec.  A  serce  ma 
dobre,  żono,  znacznie  lepsze  niż  to  kudłate  bydlę.  On  i  ja  jesteśmy 
wspólnikami, więc znam go dobrze. 

— Oczywiście, że go znasz — potwierdziła pani Peck poważnie. 
— Mam nadzieję, że Kolumbina też go poznała i oceniła jego zalety. A w 

ciszy swego pokoiku Kolumbina pochyliła swą dumną głowę 

nad  wazonem  z  kwiatami  i  ucałowała  z  czułością  te  białe  różyczki,  które 

były świadectwem czystej miłości zacnego człowieka. 

 
 

background image

Część druga 

 

Rozdział pierwszy 

 
—  Czas  najwyższy,  żebym  zaczęła  żyć  własnym  życiem  —  rzekła  Dora 

Burton. 

Mówiła  stanowczo,  twarz  miała  zdecydowaną,  niemal  ponurą.  Stała  na 

progu stajni i przyglądała się bratu, który czyścił wierzchowca. Australijskie 
słońce  padało  ukośnie  na  jej  złote  włosy,  tworząc  wokół  jej  głowy  istną 
aureolę.  Rzęsy  miała  również  przetkane  złotem,  ale  brwi  nad  nimi  były 
czarne.  W  tej  chwili  podniosły  się  lekko,  jak  gdyby  starała  się  rozwiązać 
poważny i trudny problem. 

Jack  Burton  pracował  pilnie  ze  ściągniętymi  brwiami.  Widać  było,  że 

słowa siostry nie ucieszyły go. 

Ona  ciągnęła  dalej  po  krótkiej  przerwie:  —  Jestem  pewna,  że  potrafię 

urządzić sobie życie, Jacku. Nie jestem już tym cielątkiem, co dawniej; tobie 
to zawdzięczam. Nauczyłeś mnie wielu rzeczy. 

Jack spojrzał na nią przelotnie. 
— Źle ci tutaj? — spytał. 
Nie odpowiedziała na to wprost. 
—  Byłeś  dla  mnie  bardzo  dobry,  mój  drogi.  Ale  uważam,  że  dosyć  już 

poniosłeś  ciężarów  z  tego  powodu.  W  żadnym  razie  nie  powinnam  ci 
przysparzać dalszych kłopotów. 

Jack żachnął się. 
—  Nie  powinnaś  odwalać  przeszło  połowy  roboty  na  farmie  bez 

wynagrodzenia; to chyba masz na myśli. I masz słuszność, istotnie. 

—  Nie,  nie  to  miałam  na  myśli,  Jacku.  Nie  boję  się  pracy.  Lubię  mieć 

zajęcie, lubię być pożyteczna. Nie o to też chodzi. Ale ty i Adela tworzycie 
całość  beze  mnie.  Zanim  się  ożeniłeś...  hm,  to  było  co  innego...  Byłam  ci 
potrzebna.  Ale  teraz  mogę  odejść,  zamieszkać  oddzielnie  i  żyć  własnym 
życiem, jak już powiedziałam. A zatem... 

— Adela ci to powiedziała? 
Jack Burton wyprostował się nagle. Wyraz twarzy miał niemal groźny. 
Dora zaśmiała się na ten widok. 
— Nie, Jacku, nie! Nie myśl tak! Oczywiście, że nie. A gdyby nawet! Ale 

nie,  nie  powiedziała  ani  słowa.  Lecz  ja  wiem  dobrze,  co  ona  odczuwa  i 
odczuwałabym  to  samo  na  jej  miejscu.  A  teraz  bądź  rozsądny!  Musisz 

background image

zrozumieć  mój  punkt  widzenia.  Jestem  dorosła,  Jacku,  mam  dwadzieścia 
pięć  lat.  Żywiłeś  mnie  już  dość  długo.  Musisz,  naprawdę  musisz  mi  dać 
odejść. 

Spojrzał na nią badawczo. 
— Nie mogę cię zatrzymać siłą — rzekł ponuro. — Ale nie stanie się to z 

moją zgodą ani z moją aprobatą. Jeżeli chcesz odejść stąd wbrew mej woli... 
wyraźnie wbrew mej woli... 

— Jacku! Kochany! 
Impulsywnie podeszła do niego i położyła dłonie na jego ramionach. 
— Nie jesteś rozsądny. Wierz mi, że nie... Cofnij te słowa. Patrzył na nią 

ze smutkiem. 

—  Nie  cofnę  ich.  Nie  mogę.  Jestem  stanowczo  przeciwny  twemu 

wyjazdowi. Znam tę okolicę. Nie nadaje się dla samotnej kobiety. A ty jesteś 
właściwie dzieckiem, cokolwiek wyobrażasz sobie na swój temat. Ludzie są 
tutaj szorstcy i prymitywni, a ty — przyjrzał się z upodobaniem jej smukłej 
sylwetce — ty nie jesteś stworzona do prymitywu i grubiaństwa. 

— Nie bądź głupi, Jacku! — przerwała. — Jestem równie silna i odporna 

jak  każda  miejscowa  kobieta  i  nie  mniej  zdolna  od  nich,  mam  nadzieję. 
Doświadczeniem  jestem  starsza  od  ciebie  chociaż  ty  chodzisz  po  świecie  o 
dziesięć  lat  dłużej.  Czy  nie  widzisz,  że  pragnę  spróbować  własnych 
skrzydeł? 

—  Chcesz  mnie  opuścić?  —  spytał  i  objął  ją  nagle  ramieniem.  Przytuliła 

się do niego natychmiast, podnosząc ku niemu twarz. 

—  Nie,  kochany,  nie!  Nigdy  w  życiu!  Ale...  musisz  przyznać...  musisz 

zrozumieć... — jej oczy niespodziewanie napełniły się łzami. 

Ukryła  głowę  na  jego  ramieniu,  aby  ich  nie  dostrzegł.  —  Musisz  pojąć... 

że  ja  nie  mogę  tu  pozostać  z  wami...  na  zawsze...  nie  powinnam...  wobec 
Adeli... wobec tych, których nie ma, a którzy będą, niezawodnie będą... 

— A może to jednak Adela traktuje cię nie tak, jak trzeba? 
—  Nie,  nie  mam  żadnej  pretensji  do  Adeli.  Dora  zapewniła  o  tym  brata 

zbyt pośpiesznie. 

—  Stale  jest  dla  mnie  uprzejma.  Ale  nie  jestem  potrzebna  ani  tobie,  ani 

Adeli  i  do  pewnego  stopnia  cieszy  mnie  to.  Miła  mi  jest  świadomość,  że 
jesteście szczęśliwi. Nie jestem ani trochę zazdrosna, Jacku, ani trochę. Jest 
tak,  jak  być  powinno.  Ale  musisz  mi  pozwolić  odjechać  stąd,  mój  drogi. 
Czas najwyższy. Nie próbuj mnie zatrzymać. 

Ale ramiona Jacka przytrzymały ją. 

background image

—  Nie  mogę  o  tym  myśleć  spokojnie  —  rzekł.  —  Zrezygnuj  z  tego! 

Wyrzeknij się tego pomysłu dziewczyno, zrób to dla mnie, jeśli mnie lubisz! 

Potrząsnęła głową w milczeniu. 
On  ciągnął  dalej,  już  mniej  pewnym  głosem:  —  Jeżeli  chcesz  wyjść  za 

mąż,  to  inna  sprawa.  Nigdy  rtie  będę  się  opierał  twemu  małżeństwu  z 
przyzwoitym człowiekiem. Jeżeli wzywa cię serce, dlaczego nie mówisz mi 
o tym szczerze? 

Roześmiała się nerwowo. 
— Tobie się zdaje, że każda porządna kobieta musi wyjść za mąż, prawda, 

Jacku? 

—  Jeżeli  czeka  na  nią  porządny  mężczyzna,  to  czemu  nie?  —  odparł. 

Popatrzyła na niego uważnie. 

—  Nie  wyjdę  za  mąż  za  Fletchera  Hilla  —  oświadczyła  stanowczo.  Jack 

zrobił gest zniecierpliwienia. 

— Nigdy nie mogłem pojąć twojej niechęci do tego człowieka — rzekł. 
Znowu się roześmiała, odsuwając się o krok od niego. 
— Jacku, kochany, kobieta nie może wyjść za mąż za jakiegoś mężczyznę 

tylko dlatego, że nie ma mu nic do zarzucenia — rzekła. 

— Zawsze mówiłam, że go nie chcę. 
— Bywają gorsi od niego — mruknął jej brat. 
—  Ależ  tak,  znacznie  gorsi.  Ale  nie  o  to  chodzi.  Zdaje  mi  się,  że  jest  on 

całkiem  dobrym  człowiekiem,  mimo  jego  zgryźliwości.  A  przy  tym  jest 
twoim  przyjacielem.  To  by  zaważyło  poważnie  na  szali,  gdybym  miała 
zamiar wyjść za mąż. Ale, widzisz. Jacku... wcale nie mam zamiaru... 

— Uważam, że jesteś niedobra dla Fletchera. Otworzyła szeroko oczy. 
— Drogi bracie, dlaczego? 
— Czeka na ciebie od tylu lat! Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
—  Jacku!  Przecież  nigdy  go  o  to  nie  prosiłam!  Wzruszył  ramionami.  — 

Nie, ale on i tak czeka. 

— To nie moja wina! 
— To moja wina. Ja go o to prosiłem. 
— Ty? Co to znaczy? 
Jack pochylił się nad swym wierzchowcem. Odpowiedział, nie patrząc na 

nią. 

—  To  było  moim  gorącym  życzeniem.  Nieraz  martwiłem  się  o  twoją 

przyszłość.  Australia  nie  jest  odpowiednim  miejscem  pobytu  dla  młodych 
dziewcząt  bez  opieki,  a  przynajmniej  takie  są  nasze  strony.  Widziałem  już 

background image

dosyć  przykładów...  A  ty  nie  jesteś  mądrzejsza  od  innych.  Straciłaś  już  raz 
głowę  na  widok  pewnego  niebieskiego  ptaka,  pamiętasz?  To  może  się 
powtórzyć. Kto to wie? 

— To prawda, Jacku! 
Twarz  dziewczyny  oblał  żywy  rumieniec.  Odwróciła  się,  by  to  ukryć, 

chociaż on nie patrzył na nią. 

Z trudem odzyskała panowanie nad sobą. On tymczasem mówił dalej: 
— Znam Fletchera. Wiem, że jest zacnym człowiekiem. Umie zarobić na 

swoje potrzeby. Nie byłby teraz sędzią, gdyby nie umiał wytrwale pracować. 
A  gdy  zobaczyłem,  że  on  cię  chce  pojąć  za  żonę,  postanowiłem,  że  to  się 
stanie,  o  ile  będę  miał  coś  do  powiedzenia.  Dałem  mu  słowo,  że  mu 
dopomogę, i poprosiłem go, żeby czekał cierpliwie. Od tej pory czeka... 

Ręce Dory drżały. Odparła z wysiłkiem: 
— Więc niech przestanie czekać, i niech się ożeni z inną. 
— Tego nie zrobi — rzekł Jack. — Posłuchaj,  moja droga! Dlaczego nie 

miałabyś wyjść za mąż za niego? Jest takim dobrym człowiekiem, 

poznaj go bliżej! Zawsze go trzymałaś na dystans, sama wiesz. Pozwól mu 

się  zbliżyć!  Polubisz  go  niebawem  dostatecznie,  aby  go  poślubić.  On 
zapewni ci szczęście. Doro! Zapewniam cię! Spojrzała mu odważnie w oczy. 

— Drogi bracie — rzekła — kobieta nie może kochać na zamówienie. 
—  Miłość  przyjdzie  z  czasem  —  rzekł  Jack  z  przekonaniem.  —  Jestem 

tego  pewien.  On  jest  taki  poczciwy  i  zacny!  Nigdy  go  nie  doceniałaś. 
Posłuchaj, Doro! Nie jesteś szczęśliwa. Rozumiem to doskonale. Mówisz, że 
pragniesz  spróbować  swoich  sił  i  jest  na  to  tylko  jeden  sposób:  odjechać 
stąd. A wtedy pozostawisz mnie tutaj ze złamanym sercem. On jest jedynym 
człowiekiem  w  naszej  okolicy  godnym  ciebie.  A  przy  tym  okazał  taką 
cierpliwość! Daj mu nadzieję! 

Objął ją ramieniem i spojrzał na nią prosząco. Zagryzła wargi i potrząsnęła 

głową. 

—  Jestem  pewna,  że  nie  bylibyśmy  szczęśliwi,  Jacku  —  rzekła  ze 

smutkiem. 

—  Z  pewnością  tak!  Na  cóż  czekałaś  przez  ostatnie  lata?  Na  spełnienie 

czarownego  snu,  na  urzeczywistnienie  bajki?  Marzenia  nie  ziszczają  się 
nigdy!  Nie  psuj  sobie  życia,  nie  unieszczęśliwiaj  człowieka!  Nie  goń  za 
niedościgłym ideałem, nie lubię chimer. 

Ukryła twarz w dłoniach. 
— On ma powrócić, Jacku! Ściągnął brwi. 

background image

—  A  jeżeli  tamten  wróci,  to  czy  sądzisz,  że  pozwolę  ci  pójść  za  nim? 

Wyjęty spod prawa łobuz, Doro. Złodziej! 

— Ocalił mi życie... z narażeniem swego życia — wyszeptała. 
—  Wiem...  wiem...  Bo  tacy  ludzie  są  odważni...  Ale  to  typowy 

awanturnik. Kobiety zawsze kochają się w takich typach — ciągnął dalej. — 
Pan Bóg raczy wiedzieć dlaczego. Ale nie masz prawa oddać mu serca i ręki, 
maleńka moja. Wiedziałaś od pierwszej chwili, że to nie jest mąż dla ciebie. 

Zadrżała mocniej i pochyliła głowę bardzo nisko. 
—  No,  dobrze...  Jacku...  —  rzekła  posłusznie.  Przyjrzał  jej  się  z  bliska, 

podnosząc jej twarz ku sobie.  

—  Chodź!  To  jest  tylko  głupie  uczucie  —  nalegał.  —  Nie  możesz 

odczuwać  jeszcze  miłości  do  niego  po  tak  długim  czasie.  Pomyśl,  dziecko, 
minęło pięć lat. 

Roześmiała się z przymusem. 
— Jestem głupia, prawda, Jacku? Ale... czy uwierzysz? Wierzyłam, że on 

wróci... 

—  Nie.  On  nie  wróci,  tacy  nie  wracają  —  oświadczył  Jack.  —  Bill  nie 

położy  głowy  pod  topór,  skoro  ją  raz  ocalił!  To  nie  jest  takie  proste,  moja 
droga.  Prawdopodobnie  uciekł  z  Australii  gdy  tylko  nadarzyła  się 
sposobność.  I  miał  słuszność  ze  swego  punktu  widzenia.  Dosyć  tu  zresztą 
nabroił. 

Podsunęła mu czoło do ucałowania. 
— Dziękuję ci, Jacku, że się ze mnie nie śmiejesz — rzekła. — Nie mów o 

tym nigdy Adeli, dobrze? Ona by mnie z pewnością wyśmiała. 

Uśmiechnął się. — Tak, prawdopodobnie. Powiedziałaby, że w tym wieku 

powinnaś już być rozsądna. 

Dora przytaknęła. — Toteż jestem opanowana i nauczyłam się rozsądku. 
Poklepał ją po ramieniu. 
—  Moja  panno!  A  zatem  ten  rozdział  zamykamy  raz  na  zawsze.  I... 

pozwolisz biednemu Fletcherowi zbliżyć się do ciebie? 

Westchnęła,  —  Nie  wiem.  Tego  nie  przyrzekam.  Nie  nalegaj,  Jacku! 

Odsunął się, zniechęcony. 

—  Nie  słuchaj  starszego  brata,  dobrze!  Postępuj  według  swego 

widzimisię! Mimo wszystko życzę ci szczęścia, z całego serca ci go życzę! 

Zwrócił  się  do  wierzchowca  i  zaczął  go  czyścić  a  Dora  mruknęła  coś 

niezrozumiałego i oddaliła się w kierunku stodoły, żeby być „sama z sobą", 
jak to nazywała w myśli. 

background image

Rozdział drugi 

 
Adela Burton nakrywała do kolacji pilnując, żeby niczego nie zabrakło na 

stole.  Była  zazwyczaj  radosna  o  tej  porze,  bo  mąż  wracał  do  domu,  a 
wieczór, dzięki skrzętności Dory, był wolny od cięższej pracy. 

Rzadko  kiedy  Adela  nakrywała  stół  do  wieczornego  posiłku, 

pozostawiając Dorze większość prac domowych w imię swej zasady, że taka 
dziewczyna powinna mieć jak najwięcej zajęć. Ona sama zaś wolała spędzać 
czas przy robotach ręcznych, w których osiągnęła prawie mistrzostwo. 

Nikt  nie  mógłby  zarzucić  Adeli  lenistwa,  ale  była  bezwzględną  egoistką. 

Jej  własne  upodobania  były  dla  niej  najważniejsze;  nie  liczyła  się  z 
pragnieniami  i  zachciankami  innych  osób.  Była  pępkiem  świata  w  swoich 
oczach;  nie  rozumiała,  że  może  istnieć  inna  wola  niż  jej  własna.  Ludzie 
widzieli  to  i  oceniali  ją  trafnie,  biorąc  jej  za  złe  to  samolubstwo.  Ale  była 
miła, miała ujmujące obejście, nigdy się nie gniewała, o ile nie wchodziła w 
grę jej własna wygoda. Była wesoła, śmiała się często, chociaż jej poczucie 
humoru nie było zbyt subtelne. Wyobraźni nie miała żadnej; na to była zbyt 
praktyczną naturą. Krótko mówiąc, była to kobieta rozsądna, jak zwykła się 
określać. Toteż nie okazywała zrozumienia do uczuć szwagierki, uważając je 
za całkiem niepotrzebny balast w codziennym życiu farmy. 

Nie  znaczy  to,  że  Dora  powierzała  jej  kiedykolwiek  swoje  sekrety. 

Odgrodziła się od starszej bratowej murem milczenia, przerywanego banalną 
rozmową,  maskującą  doskonale  tę  jej  wrażliwość  niedostępną  dla 
gruboskórnej Adeli. Ale nie zawsze mogła ukryć subtelność swoich odczuć i 
bywało, że różnica ich usposobień prowadziła do konfliktu. Były to rzadkie 
wypadki, lecz Adela wiedziała z doświadczenia że w takich razach opór z jej 
strony  bywał  bezskuteczny.  Dora  umiała  walczyć  o  swoje  wartości,  gdy 
wzbierało  w  niej  oburzenie  lub  pragnienie  swobody.  Tak,  na  przykład, 
zwyciężyła  w  sporze  o  psa  Robina,  którego  nie  pozwoliła  uwiązywać  na 
łańcuchu bez koniecznej potrzeby. Twierdziła, że Robin jest przyjacielem jej 
samotnych  chwil,  wiernym  sługą  domu  od  dawna  i  że  nie  można  go 
krępować  i  dręczyć  bez  powodu.  Adela  oznajmiła  wówczas,  że  nie  życzy 
sobie  obecności  psa  w  tym  domu,  ale  Dora  stanowczo  się  sprzeciwiła 
usunięciu starego druha i... zwyciężyła. 

Adela  od  tej  pory  unikała  wszelkich  starć  z  Dorą.  Ale  nie  kochały  się 

wzajemnie; to było nie do pomyślenia wobec różnicy ich natur. Nie miały ze 
sobą  nic  wspólnego.  Jack  rzadko  kiedy  widywał  oznaki  niechęci  żony  dla 

background image

swej  siostry  lub  niezadowolenie  Dory  z  bratowej.  Była  to  walka  ukryta, 
prawie nieświadoma, pozbawiona zarówno nienawiści, jak i szczerości. 

Niemniej  nie  zdziwił  go  projekt  Dory,  wyjawiony  w  stajni.  Wiedział,  że 

jest  niezbyt  szczęśliwa,  że  nie  ma  nigdy  chwili  wytchnienia.  Wiedział,  że 
była niezadowolona z jego małżeństwa, chociaż nigdy nie wspomniała o tym 
ani słowem. Droga mu była jego siostrzyczka. Opiekował się nią od dawna; 
zaczął jeszcze za życia rodziców. Zawsze chciał mieć ją przy sobie. Kochał 
ją miłością głęboką, niemal macierzyńską, i nienawistną mu była myśl o ich 
rozstaniu.  Miał  nadzieję,  że  zażyłość  z  Adelą  będzie  dla  Dory  źródłem 
cichego  szczęścia,  że  się  zaprzyjaźnią  i  będą  sobie  wzajemnie  podporą 
moralną.  Spotkało  go  srogie  rozczarowanie.  Niepokój  o  przyszłość  Dory 
wzmagał się w nim z roku na rok. Raził go śmiech Adeli, gdy zwierzał jej się 
ze swej troski. W tej jednej sprawie nie rozumieli się, on i jego żona. 

Gdy  wszedł  do  kuchni  po  rozmowie  z  Dorą,  ujrzał  ze  zdziwieniem,  że 

Adela  robi  to,  co  uważano  za  codzienny  obowiązek  jego  siostry.  Rozejrzał 
się  dokoła  pytającym  wzrokiem  i  zatrzymał  spojrzenie  na  żonie,  która 
stanęła przed nim z półmiskiem w jednej, a dzbankiem mleka w drugiej ręce. 

— Gdzie jest maleńka? — spytał. 
Była to pieszczotliwa nazwa Dory, nazwa, której Adela z niewyjaśnionych 

przyczyn nigdy nie uznawała. Zmarszczyła czoło. 

— Masz na  myśli Dorę? Och, widocznie nad czymś  medytuje. I pozwala 

innym spełniać jej obowiązki. 

Jack odebrał półmisek i dzbanek z rąk żony i zaniósł je sam na stół. Adela 

rzadko kiedy bywała w złym humorze. Uśmiechnęła się do męża. 

—  Dobry  z  ciebie  chłopiec,  Jacku!  Nikt  cię  nie  nazwie  leniuchem,  z 

pewnością! Przygotowałam dla ciebie pyszną kolację. Nie zdziwiłabym się, 
gdyby  Fletcher  Hill  wstąpił  do  nas  dzisiaj.  Jest  podobno  od  wczoraj  w 
naszym okręgu. 

— I ja tak słyszałem — rzekł Jack. — Prawdopodobnie wstąpi do nas. 
— Jest bardzo wytrwały — westchnęła Adela. — Jak myślisz, czy wygra 

w końcu? 

Jack pokiwał głową w zamyśleniu. 
— Nie zdarzyło mu się, o ile wiem. żeby nie osiągnął tego, co zamierzał i 

czego  pragnął.  Zawsze  zdobywał  to  wcześniej  czy  później.  Tylko  jeden  raz 
nie udało mu się... Mianowicie z tym węgorzem... 

— Z jakim węgorzem? — spytała Adela, szczerze zaciekawiona. 

background image

— Węgorzem był Buckskin Bill, który mu się wyślizgnął — odrzekł Jack, 

patrząc w dal. — Wtedy widziałem jedyną porażkę Fletchera, a i to nie jest 
pewne, czy nie była ona świadoma i rozmyślna... 

—  Rozmyślna?  —  Adela  podniosła  brwi  do  góry.  Jack  uśmiechnął  się 

lekko. 

— Nie twierdzę, że tak było. Mówię tylko, że to możliwe. Ale mniejsza o 

to!  To  stare  dzieje!  A  tamten  zniknął,  wyjechał.  Umarł  zapewne.  Mam 
nadzieję, że nie żyje. Dosyć krzywd tu narobił w krótkim czasie. 

— Wstrząsnął całym okręgiem, nieprawdaż? — spytała Adela. 
—  Mówią,  że  wszystkie  kobiety  kochały  się  w  nim.  Szkoda,  że  go  nie 

widziałam. 

Jack wybuchnął śmiechem. 
— Na pewno padłabyś ofiarą jego uroku. Potrząsnęła głową przecząco. 
—  Jestem  pewna,  że  nie.  Ja  wolę  ludzi  godnych  szacunku,  zrów-

noważonych. Czy przygotować nakrycie dla pana Hilla? 

— Nie — odrzekł Jack. — Niech jego przyjście będzie niespodzianką. 
Rzuciła  mu  badawcze  spojrzenie.  —  Czy  sądzisz,  że  Dora  w  końcu  się 

zdecyduje? Chcesz żeby była zaskoczona jego obecnością? 

Jack pokręcił głową powątpiewająco. 
— Baczność! Otóż i ona! A oto Robin! 
Robin  wbiegł,  kręcąc  ogonem  i  poszczekując  wesoło,  a  za  nim  weszła 

Dora. Szła wolnym krokiem, jakby była zmęczona. Bystre oko Jacka od razu 
poznało po niej, że płakała. 

— Spóźniłaś się, maleńka — rzekł, karcąc ją żartobliwym tonem. 
— Już cała robota wykonana! 
Spojrzała na niego, po czym przeniosła wzrok na Adelę. 
—  Przepraszam  za  spóźnienie  —  rzekła.  —  Zupełnie  zapomniałam  o 

kolacji. 

— O, jesteś zakochana — zażartowała Adela. — W najbliższej przyszłości 

zapomnisz w ogóle wrócić do domu! 

Dziewczyna  rzuciła  jej  ukośne  spojrzenie,  ale  nic  nie  odpowiedziała  i 

ciężkim krokiem minęła oboje, zmierzając do swego pokoju. 

Robin szedł tuż za nią, zaznaczając, że jest jej przyjacielem. Jack położył 

dłoń na ramieniu żony. 

— Nie wyśmiewaj się z niej! — rzekł. Popatrzyła na niego. 
— Boże wielki! Jacku! Co to znaczy? Nie miałam nic złego na myśli. 

background image

— Wiem, najdroższa. Ale tu chodzi o poważne rzeczy. Jeżeli Fletcher Hill 

przyjdzie  dzisiaj,  mam  wrażenie,  że  ona  nareszcie  przyjmie  jego 
oświadczyny.  Ale  trzeba  ją  pozostawić  samej  sobie.  Nie  trzeba  z  niej 
żartować. Ona jest bardzo wrażliwa. 

Jack  mówił  poważnie.  Widać  było,  że  zależy  mu  bardzo  na  tej  sprawie. 

Adela wzruszyła pobłażliwie ramionami i dostosowała się do jego tonu. 

—  Będę  uroczysta  jak  sędzia  —  przyrzekła.  —  Te  konkury  ciągną  się 

istotnie zbyt długo. Czas, żeby zakończyły się pomyślnie. Ale Fletcher Hill! 
No, ja bym jego nie wybrała na męża! 

— On jest wartościowym człowiekiem — zapewnił ją Jack. 
—  Nie  wątpię.  Ale  mam  wrażenie,  że  on  potrafi  pokazać  kły,  i  to  ostre! 

Cóż,  Dora  wyjdzie  za  niego  za  mąż,  skoro  on  się  jej  podoba.  Najwyższy 
czas, żeby w ogóle wyszła za mąż. 

Wstała, żeby postawić imbryk z herbatą na ogniu, i rozmowa urwała się. 
Jack poszedł do swego pokoju, żeby umyć ręce. 
W  pięć  minut  później  wszyscy  zasiedli  do  stołu  i  zaczęli  rozmawiać 

pogodnie o wydarzeniach dnia. 

Pora kolacyjna była zawsze ulubioną godziną Dory. Dawniej, zanim Jack 

się ożenił, czekała na tę chwilę przez cały dzień. Towarzystwo ukochanego 
brata było jej największą radością w życiu. 

Ale teraz warunki się zmieniły. Ona musiała usługiwać, sprzątać ze stołu, 

zmywać  talerze.  Jack  i  Adela  obywali  się  bez  niej,  bez  jej  udziału  w 
wymianie myśli. Chociaż ją stale zapraszali, aby z nimi usiadła w saloniku, 
gdy  skończy  swą  robotę,  wiedziała,  że  nie  jest  niezbędna  ani  pożądana  i 
nieraz  przeciągała  umyślnie  codzienne  zajęcia,  aby  nie  być  intruzem. 
Nikomu  nie  była  już  potrzebna  z  wyjątkiem  Robina,  wiernego  towarzysza, 
który  chodził  za  nią  jak  cień.  Stała  się  numerem  trzecim...  Była  samotna, 
samotna! 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział trzeci 

 
Rozległy się kroki za oknami. Robin nadstawił uszu. Dora podniosła oczy 

znad półmiska, który zmywała; usta jej drgnęły lekko. 

Kroki  zbliżały  się,  przyśpieszając.  Przez  otwarte  okno  Dora  usłyszała 

chrząkanie. 

Wreszcie  doleciał  ją  głos  Jacka,  witający  gościa;  —  Witaj,  Fletcher! 

Wejdź, przyjacielu! Wejdź! Cieszę się! 

W  odpowiedzi  zabrzmiał  niski  i  pospolity  głos:  —  Cześć,  Jack!  Dobry 

wieczór, pani Burton! Cóż to, jesteście sami? 

Jack roześmiał się. 
— Dora jest w kuchni. Hop, hop, maleńka, przynieś coś do picia! 
Robin  stał,  szczekając  głośno.  Dora  odstawiła  półmisek  i  zaczęła  myć 

ręce.  Nie  śpieszyła  się.  Gdy  ustawiała  kieliszki  na  tacy,  drżała;  oddychała 
szybko, jakby była zdyszana po uciążliwym marszu. Ale bez wahania poszła 
prosto do saloniku, niosąc na tacy brzęczące kieliszki. 

Fletcher  Hill  przyjrzał  jej  się,  gdy  weszła.  Był  to  wysoki,  muskularny 

mężczyzna  o  czarnych  włosach,  przyprószonych  siwizną  i  o  wystającej, 
mocnej  szczęce,  nadającej  mu  znamiona  despotyzmu.  Usta  miał  wąskie  i 
stanowcze,  uśmiech  ironiczny  i  drwiący.  Oczy  ciemne,  głęboko  osadzone, 
przenikliwe.  Był  to  powszechnie  ceniony  i  szanowany  sędzia  tego  okręgu. 
Niegdyś  pracował  w  policji  kolonialnej,  gdzie  również  zaskarbił  sobie 
uznanie  szefów  i  kolegów.  Był  to  mężczyzna  surowy;  poglądy  miał 
konserwatywne  i  niewzruszone.  Szanowali  go  wszyscy,  ale  prawie  nikt  go 
nie lubił. 

Jack Burton uważał go za swego przyjaciela od dawna. Ale nawet Jack nie 

mógłby  się  pochwalić  prawdziwą  zażyłością  z  nim.  Rozumiał  może  lepiej 
niż inni milczenie tego człowieka. Jego słowa rzadko kiedy dotyczyły spraw 
osobistych. 

Trudno było się dziwić dziewczynie takiej jak Dora, że nie czulą pociągu 

do  tego  mężczyzny.  Jack  sam  nie  wiedział,  czy  Dora  lubi  Hilla,  czy  nie. 
Mimo  to  pragnął  tego  małżeństwa,  widząc  w  nim  spokojną  przystań  dla 
siostry.  Nie  znał  drugiego  mężczyzny,  któremu  by  ją  powierzył  z  równym 
zaufaniem. Dora była jego oczkiem w głowie, a w jego mniemaniu Fletcher 
Hill  był  jej  godzien.  Wierzył,  że  przyjaciel  dbałby  o  swą  żonę  tak,  jak  on, 
Jack o swoją. 

background image

Wiedział,  że  Fletcher  od  dawna  ubiega  się  o  nią.  Że  postanów  w  duszy 

ożenić  się  z  nią.  Tylko  jeden  raz  mówili  na  ten  temat,  a  i  wtedy  rozmowa 
była  krótka  i  urywana.  Ale  Jackowi,  który  pierwszy  zaczął  tę  rozmowę, 
wystarczyło tych kilka słów; ocenił, że zamiary Hilla są poważne i uczciwe. 
Od tego dnia stanął duszą i sercem po jego stronie. 

Chciał  mu  okazać  przyjaźń  tego  wieczora,  żeby  mu  wynagrodzić 

powitanie  Dory;  stanęła  na  progu,  taka  zimna,  taka  daleka!  Nie  zauważył 
tego, co Hill zobaczył od razu, a mianowicie, że drżała na całym ciele. 

Postawiła tacę na stoliku i podała gościowi rękę. 
— Może trzeba dać trochę wody Rupertowi? — spytała. Rupert był to koń 

sędziego, jego najdroższy przyjaciel. Hill uśmiechnął się na te słowa. 

—  Niech  lepiej  ochłonie  —  odrzekł.  —  Obawiam  się,  że  zbyt  szybko 

jechałem, że jeszcze jest zgrzany. 

Rzuciła mu przelotne spojrzenie. 
— Przyjeżdża pan z Trelevanu? 
—  Tak.  Byłem  tam  dziś  po  południu.  Wyjechaliśmy  z  Wallacetown  z 

samego rana. 

— Cały czas jeździłeś konno? — spytał Jack. 
— Tak, bez przerwy. Musiałem odwiedzić kopalnię Fortescue. 
—  Aha!  Tam  gnieździ  się  ta  dzika  horda  —  rzekł  Jack.  —  Mówią,  że 

wszyscy zbiegli przestępcy znajdują się w kopalni Fortescue. 

— Tak. 
— Czy to prawda? — spytała Adela ciekawie. 
—  Nie  mogę  odpowiedzieć  szczegółowo  na  to  pytanie,  proszę  pani.  — 

Głos Hilla brzmiał ironicznie. 

— To znaczy, że on nie wie — tłumaczył Jack. — Posłuchaj! Nie możesz 

wracać  dziś  jeszcze  do  Trelevanu  po  tak  długiej  podróży.  Twój  koń  jest  na 
pewno wyczerpany. 

— Och, nie sądzę. Obaj jesteśmy wytrzymali. — Hill zwrócił się w stronę 

gospodarza.  —  Nie  przyrządzaj  zbyt  mocnego  koktailu,  Jacku!  Zazwyczaj 
nie używam alkoholu w ogóle. Wyjątek robię w twoim domu. 

— Bardzo mi pochlebiasz — zaśmiał się Jack. — Ale jeżeli przenocujesz 

u nas, działanie trunku zwietrzeje, zanim staniesz jutro do pracy. 

— Niech pan tu przenocuje! — poprosiła Adela, popierając swego  męża. 

—  Zrobi  pan  nam  wszystkim  przyjemność.  Mam  nadzieję,  że  da  się  pan 
namówić. 

Hill skłonił jej się ceremonialnie. 

background image

—  Bardzo  pani  uprzejma.  Ale  nie  lubię  sprawiać  kłopotu  swoją  osobą. 

Poza tym czekają na mnie w domu. 

—  Kto  czeka?  —  spytał  Jack.  —  Nie  opowiadaj  bajeczek,  przyjacielu. 

Twój  służący  nie  rozpłacze  się,  jeżeli  nie  wrócisz  na  noc.  Prawdopodobnie 
wyjdzie także na kilka godzin, na wesołą zabawę. Jutro możesz wstać z rana. 
o  której  chcesz,  ale  przed  jutrem  nie  wypuścimy  cię  stąd.  Chodź!  To  już 
postanowione,  zgoda?  Idź  i  zaprowadź  do  stajni  Ruperta,  maleńka,  daj  mu 
pod  dostatkiem  owsa!  Nie!  Daj  jej  wykonać  moje  polecenie,  przyjacielu! 
Zresztą ona chętnie to robi, nieprawdaż. Dorciu? 

— Owszem — odrzekła Dora i zniknęła za drzwiami, zanim Hill zdołał jej 

w tym przeszkodzić. 

Jack zwrócił się do żony: — A teraz, żono, idź i przygotuj nocleg gościa! 

Pokoik  jest  niewielki,  przyjacielu,  ale  miły  i  schludny.  Adela  wyszła  z 
saloniku. 

— No, dobrze się składa, mam z tobą do pomówienia — rzekł Jack, skoro 

drzwi się za nią zamknęły. 

—  To  było  widoczne  —  odrzekł  sędzia.  —  Mogłeś  mi  tego  nie  mówić. 

Odstawię sobie koktail na później. 

Odwrócił się ku drzwiom. 
— Zaraz wrócę — rzekł — muszę na chwilę pójść do stajni. 
—  Idź  i  zobacz,  czy  Rupert  ma  wszystko,  czego  mu  potrzeba  —  odrzekł 

Jack z domyślnym uśmiechem. 

Manewr się powiódł. 
—  Masz  wszystkie  atuty  w  ręku,  mój  stary  —  mruknął  Jack.  —  Teraz 

wszystko w twoich rękach. 

Fletcher  Hill  stał  wyczekując  przed  domem,  na  drodze  do  stajni, 

nieruchomy, uparty, zdecydowany wykorzystać właściwą chwilę. 

Patrzył  przed  siebie  a  jego  twarz  przybierała  stopniowo  łagodniejszy, 

bardziej  ludzki  wyraz;  malowały  się  teraz  na  niej  uczucia,  które  czyniły  go 
prawie sympatycznym. 

Wreszcie przeszedł kilkanaście kroków przy świetle księżyca. Doszedł do 

stajni, ale nie wszedł tam tylko zaczął przechadzać się pod drzwiami. 

Dora była w środku z jego wierzchowcem Rupertem, potężnym rumakiem, 

przy  którym  wydawała  się  jeszcze  drobniejsza  i  bardziej  dziewczęca. 
Zwierzę pocierało pieszczotliwie pyskiem o rękę, która podawała mu owies. 
Rozmawiała  z  nim  łagodnie,  nie  domyślając  się  obecności  Hilla.  Robin, 
siedząc na progu, strzygł uszami na widok zbliżającego się przybysza. 

background image

Minęło  kilka  minut.  Fletcher  stał  jak  na  straży.  Wydawało  się,  że  jest 

prawie częścią drzwi, przy których tak stoi na warcie. Dziewczyna mówiła w 
dalszym  ciągu  do  konia,  mówiła  cichym  głosem  niezrozumiałe  wyrazy. 
Potem,  skończywszy  robotę,  otoczyła  ramionami  szyję  zwierzęcia  i  oparła 
czoło na miękkiej sierści. 

—  O,  Rupercie  —  rzekła  z  żalem  —  Chciałabym  wyjechać  na  twym 

grzbiecie  w  świat,  w  daleki  świat,  chociażby,  przez  dzikie  pustkowia,  byle 
uciec... od... przeznaczenia... Nie wrócilibyśmy nigdy! 

Rupert  odwrócił  ku  niej  głowę  i  polizał  jej  rękę.  Było  to  inteligentne 

zwierzę. 

Uśmiechnęła się smutno i czule zarazem i pocałowała go w nos. 
—  Jesteś  kochanym,  przemiłym  kompanem.  Kto  cię  nauczył  być  takim 

miłym? Nie twój pan chyba? On jest maszyną, nie człowiekiem, 

Po  tych  słowach  opuściła  stajnię  i  spotkała  się  oko  w  oko  z  Fletcherem, 

który czekał na nią, nieruchomy, milczący. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział czwarty 

 
Drgnęła na jego widok, lecz szybko się opanowała. 
— Chce pan sprawdzić, czy Rupert ma wszystko, co trzeba? 
— spytała. — Proszę, niech pan wejdzie i przekona się... 
Ale Fletcher potrząsnął głową przecząco i nie wszedł do stajni. Patrzył na 

nią uparcie. 

—  Nie.  Przyszedłem,  aby  pomówić  z  panią  sam  na  sam.  Wykonała  gest 

protestu. Odwróciła się i zamknęła drzwi za sobą. 

Robin  przybiegł  i  przytulił  się  do  niej,  jakby  zgadywał,  że  jego  pani 

potrzebuje oparcia. Stała przed drzwiami stajni, srebrzysty księżyc oświetlał 
ją, ona zaś patrzyła, jak zahipnotyzowana w oczy Hilla. 

— Co pan ma mi do powiedzenia? — spytała. Pochylił się ku niej. 
— Niełatwo mi przychodzi to powiedzieć, panno Burton — zaczął 
—  ponieważ  jestem  przekonany,  że  wolałaby  pani  tego  nie  usłyszeć. 

Spojrzała na niego odważnie, jakby przygotowana na nieszczęście. 

—  Życie  składa  się  z  samych  takich  rzeczy,  których  wolelibyśmy  nie 

słyszeć  i  nie  przeżywać  —  rzekła.  —  Ja  również  mówiłam  dzisiaj  rzeczy, 
które sprawiały komuś przykrość; to nieuniknione. 

Uśmiechała się, ale usta jej drżały. Ręce mężczyzny zacisnęły się powoli. 
—  To  znaczy,  że  jest  pani  nieszczęśliwa  —  rzekł.  Przytaknęła.  — 

Powiedziałam Jackowi, że muszę odejść, że stąd 

wyjadę i pójdę gdzie indziej zarabiać na życie. On nie chce o tym słyszeć. 
— Mogę to zrozumieć — rzekł Fletcher Hill. — I ja bym się nie zgodził, 

będąc na jego miejscu. 

Nie odwróciła oczu od jego twarzy. 
— Czy pan wie, czego Jack żąda ode mnie? — spytała. 
— Tak. — Hill mówił wolno i poważnie. — On chce, żeby pani wyszła za 

mąż... za mnie. 

— Tak. 
Wyciągnął ku niej rękę. 
— I ja tego pragnę. 
Nie przyjęła podanej ręki. 
— Czy to mi pan chciał powiedzieć? — spytała. 
— Tak. 
Czekał  przez  chwilę,  a  skoro  ona  wciąż  nie  wyciągała  ręki  do  niego, 

chwycił jej dłoń zdecydowanym ruchem. 

background image

— Pragnę tego od wielu lat — rzekł z siłą. 
— Ach! 
Z  jej  piersi  wyrwało  się  ni  to  westchnienie  ni  to  jęk.  Próbowała  uwolnić 

dłoń  z  jego  uścisku,  ale  daremnie.  Trzymał  ją  mocno,  a  ona  cierpiała,  że 
musi tolerować tę poufałość. Z trudem dobierając słowa powiedziała: 

—  Powinien  pan  chyba  zrozumieć,  że...  ja...  wcale...  nie  chcę  wyjść  za 

mąż... Gdyby Jack był sam... wystarczyłoby mi życie przy jego boku. 

— Wiem — odrzekł Hill. — Jestem tego świadom. 
Ciągnęła dalej drżącym głosem: — Uważałam zawsze, że kobieta powinna 

umieć sobie radzić w życiu. Bardzo to uprzejmie z pana strony, że pan chce 
pojąć mnie za żonę. Ale ja jestem zdania, że... że... jestem już zbyt stara. 

— Czy to jest jedyna przeszkoda? — spytał Hill. 
Próbowała się roześmiać, ale skutek był wręcz odwrotny: łzy stanęły jej w 

oczach. Odwróciła szybko głowę. 

— Nie mogę panu wymienić żadnej innej... chyba... chyba... 
— Chyba tę, że mnie pani nie bardzo lubi? — podsunął sucho. 
— No, to mnie nie dziwi. 
— Och, tego nie powiedziałam! 
Stłumiła łzy, połknęła je raczej i zwróciła się znów ku niemu: 
—  Przejdźmy  się  trochę  razem,  dobrze?  Spróbuję  panu  wytłumaczyć,  co 

czuję. 

Uległ bez słowa protestu jej życzeniu. Szli obok siebie po ścieżce zarosłej 

trawą. Dora chciała wysunąć swą rękę z jego dłoni, ale on jej nie puszczał. 

Uszli  kawałek  drogi,  zanim  znów  się  odezwała.  Tym  razem  jej  głos  był 

cichy i opanowany. 

—  Nie  będę  panu  wmawiać,  że  to  jest  pierwsze  wyznanie,  które  słyszę. 

Nie uwierzyłby pan zresztą. 

— Domyślam się tego od dawna — odrzekł. 
— Tak... naturalnie... Pan przecież wie wszystko, prawda? 
— Nie chodzę po świecie z zawiązanymi oczami, to fakt. 
— To  mnie cieszy. Chciałabym, aby pan wiedział wszystko, co się tyczy 

tej  sprawy.  Tylko...  —  tu  głos  jej  zadrżał  znowu  —  nie  bardzo  wiem,  jak 
panu to powiedzieć. 

— Czy pani jest pewna, że pani chce, żebym to wiedział? — spytał. 
— Tak. 
Ta krótka odpowiedź zabrzmiała bardzo stanowczo. 
— Musi pan to wiedzieć, jeżeli... — urwała nagle. 

background image

— Jeżeli mamy się pobrać? 
— Tak — szepnęła Dora. 
Hill uszedł kilka kroków w milczeniu. Po czym, nieoczekiwanie, przełożył 

małą, nerwową rączkę, którą trzymał w dłoni, przez swe ramię. 

—  Nie  potrzebuje  pani  mówić  mi  nic  więcej  —  rzekł.  —  Wiem  już 

wszystko. 

Zdumiała się i przystanęła. W jej oczach pojawiła się trwoga. 
— Jak to? Jack powiedział panu? 
—  Nie,  tego  nie  powiedziałem  —  odrzekł  Hill.  —  Jack  nigdy  mi  nie 

mówił niczego, czego bym nie wiedział wcześniej niż on. Wiedziałem o tym 
od początku. To ten Buckskin Bill, czy tak? 

Drżała na całym ciele i milczała. 
Hill  ciągnął  dalej:  —  Po  pierwsze,  uratował  pani  życie.  Zawsze  miał 

szczęście,  bestia!  Powinienem  był  go  schwytać,  ale  właśnie  ten  uczynek... 
Miałem  go  w  ręku...  ale  pani  była  wówczas  młodziutką  dziewczyną  i  nie 
chciała  pani  tego.  Czy  pani  pamięta,  jak  pani  maskowała  jego  odwrót,  jak 
mu  pani  pomogła  w  ucieczce?  Czy  doprawdy  sądziła  pani,  że  ja  nie 
domyślam się niczego? 

Roześmiała się nerwowo. 
— Bałam się bardzo... Ja również weszłam wtedy w konflikt z prawem. 
Hill przytaknął. Uśmiechnął się blado. 
—  Ale  ośmieliła  się  pani  to  uczynić.  Odważyłaby  się  pani  wówczas  na 

wszystko. On zawsze miał kobiety po swej stronie. 

Wyraziła gestem powątpiewanie. 
— Tak było naprawdę — upewnił ją. — Wiem, co wtedy zaszło, jakbym 

był  naocznym  świadkiem.  On  nadskakiwał  pani  w  miły,  elegancki  sposób. 
Nigdy  nie  widziałem  Buckskina  Billa,  ale  wierzę,  że  był  zawsze  grzeczny, 
gdy  miał  na  to  czas.  Przyrzekł,  że  przyjedzie,  że  wróci  tu,  nieprawdaż? 
Zapewnił panią, że przestanie być oszustem i złodziejem i że się zabierze do 
uczciwej  pracy?  A  to  wszystko  dla  pani...  Tak,  tak  sobie  to  wyobrażałem. 
Ale, moje drogie dziecko, czy istotnie sądzi pani, że on pamięta o tym, co tu 
zaszło... po tylu latach? Spojrzała na niego z pobłażliwym uśmiechem. 

—  Byłby  wart  moich  uczuć,  gdyby  się  okazało,  że  pamięta,  prawda?  — 

spytała. 

— Nie jestem pewien nawet tego — odparł Hill. 
Odczekał  kilka  minut,  po  czym  położył  dłoń  na  jej  ramieniu.  Wydała  jej 

się ciężarem nie do zniesienia. 

background image

— Nie ma rady na to — rzekł — że taki człowiek jak ja, który wydaje się 

pani  banalny,  jest  bardziej  odpowiedni  na  towarzysza  życia.  Pani  musi 
rozstrzygnąć  sama.  Wydaje  mi  się,  że  szkoda  pani  życia  dla  takiego,  który 
nigdy się już nie zjawi. 

Nie  mogła zaprzeczyć.  To było oczywiste. Chciała pozbyć się z ramienia 

tej  ołowianej  dłoni,  ale  nie  miała  odwagi  ruszyć  się  z  miejsca.  Ogarnęła  ją 
słabość. Czuła się jak schwytana w pułapkę. 

Po  chwili  zdobyła  się  na  odwagę  i  zadała  mu  pytanie,  które  od  dawna  ją 

nurtowało: 

— Czy pan słyszał o nim kiedykolwiek od tej pory? 
—  Nic  pewnego.  Zdaje  się,  że  opuścił  Australię,  ale  nie  wiem  tego  na 

pewno. W każdym razie nie mógł pozostać w tym okręgu i tu nie pokazał się 
nigdy więcej. Kazałbym go aresztować, gdyby się zjawił. 

Fletcher Hill mówił to z chmurną stanowczością. Jedną rękę położył jej na 

ramieniu, a drugą ujął ponownie jej dłoń. Pochylił się ku niej nagle. 

—  A  zatem  —  rzekł  cicho  —  usłyszę  „tak",  prawda?  Spojrzała  na  niego 

zamglonymi oczami. Zadrżała, jakby ją przeniknął do kości lodowaty wiatr. 

— Och, boję się! — szepnęła. — Boję się! 
—  Nonsens!  —  rzekł  Hill.  Odwrócił  ją  do  siebie  i  trzymał  ją  mocno. 

Trzęsła się cała. Zaczęła szlochać jak dziecko, które zabłądziło. 

—  Niech  pani  nie  płacze  —  rzekł.  —  Nie!  Nie  trzeba.  Wszystko  będzie 

dobrze.  Ja  będę  dbał  o  panią,  będę  panią  bardzo  kochał.  Będzie  pani  przy 
mnie  szczęśliwa.  Przysięgam  przed  Bogiem,  że  będzie  pani  szczęśliwa  ze 
mną.  

Powiedział to z taką siłą, że ujrzała go jakby w nowym świetle. Mimo woli 

poczuła wzruszenie. Oparła się o niego, walcząc ze słabością. 

—  To  nie  byłoby  z  mojej  strony  w  porządku...  w  stosunku  do  pana  — 

szepnęła. 

Ukrywała  przed  nim  swój  wyraz  twarzy,  a  on  nie  starał  się  zajrzeć  jej  w 

oczy. Ale niewątpliwie czuł się już jej panem; dowodził tego sposób, w jaki 
trzymał ją w ramionach. 

Po  chwili  zapytała:  —  Co  pan  zrobi,  jeżeli  pan  nie  będzie  ze  mną 

szczęśliwy? 

—  Pogodzę  się  z  losem  —  odparł.  —  Będę  dla  pani  dobry  w  każdym 

wypadku. 

To ją wzruszyło. Podniosła ku niemu oczy. 

background image

— Jest pan lepszy, niż przypuszczałam — rzekła szczerze. Pochylił się ku 

niej. 

— Moja rola jest łatwa — rzekł drwiąco. — Nie miałem nigdy rywala na 

zbyt wysokim poziomie. 

Ta odpowiedź nie była dowodem wielkiej miłości, ani delikatności uczuć. 

Może  obawiał  się,  że  okaże  za  dużo  serca,  jeśli  nie  stłumi  w  porę  swoich 
uczuć. Może nie umiał w ogóle okazywać serca i chował się zaraz w swoją 
skorupę.  Pocałował  ją  po  tych  słowach,  ale  była  to  lekka  pieszczota, 
muśnięcie warg, nic więcej. Jej drżące usta nie zdążyły się nawet uchylić ani 
odpowiedzieć na pocałunek... Gdy odepchnęła go łagodnie, nie próbował jej 
przytrzymać; uwolnił ją ze swych ramion. 

Stała  przez  chwilę,  milcząca.  Wydawała  się  bardzo  drobna  i  maleńka. 

Wreszcie zawróciła ku domowi. 

— Chyba czas na nas? — rzekła. 
Szedł przy niej w milczeniu aż do bramy folwarku. Tu chwycił jej ramię i 

przystanął. 

— A więc: tak? — spytał. 
Pochyliła głowę na znak zgody, nie patrząc na niego. 
— Tak — szepnęła cichutko. Fletcher pozwolił jej odejść. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział piąty 

 
Jack daremnie czekał na jakąś oznakę radości, na parę słów informacji od 

przyjaciela,  gdy  Hill  wszedł  do  saloniku.  Jego  oczy  patrzyły  chłodno  i  bez 
wyrazu. Dora również zachowywała się zagadkowo. Robiła wrażenie osoby, 
która boi się podnieść oczy. 

— Czy nie pora pójść spać? — spytała cicho, przechodząc obok Adeli. 
Adela  przyjrzała  jej  się  z  ciekawością.  Delikatność  nie  była  jej  zaletą. 

Zawsze coś palnęła prosto z mostu, chyba że Jack zdążył ją pohamować. 

—  Jeszcze  wcześnie  —  rzekła,  nie  dostrzegając  błagalnego  spojrzenia 

szwagierki.  —  Coście  robili,  wy  dwoje?  Przechadzaliście  się  przy  świetle 
księżyca? 

Fletcher  miał  minę  tak  lekceważącą  na  jaką  tylko  mógł  sobie  pozwolić 

przy  swej  zwykłej  masce  nieomal  urzędowej  obojętności.  Usiadł  przy 
nietkniętym kieliszku bez słowa odpowiedzi. 

Ale Adeli nie wystarczyła taka niema nagana. Roześmiała się głośno. 
— Czy to znaczy, że mam wyciągać własne wnioski, panie Hill? Czy nie 

zechciałby mi pan powiedzieć, gdzieście byli i coście robili? 

—  Wolałbym  nie  odpowiadać  na  to  pytanie  —  odrzekł  Hill  szorstko.  — 

Gdzie kupujesz tę wódkę Jacku? Mam nadzieję, że jest to legalny alkohol. 

—  I  ja  mam  tę  nadzieję  —  rzekł  Jack.  —  Nie  znam  jej  pochodzenia. 

Kupuję  ją  za  pośrednictwem  Harleya.  Znasz  go?  Jest  zarządcą  kopalni 
Fortescue. 

— Tak, znam go — rzekł Hill. — On niebawem wyjeżdża. Ktoś inny go 

zastąpi. 

— Wyjeżdża? On? Zdawało mi się, że jest jedynym człowiekiem zdolnym 

do utrzymania w ryzach tej czeredy — rzekł Jack. 

Hill wyjął fajkę i zaczął ją napełniać tytoniem. 
—  Jest  zmęczony.  Za  dużo  ma  bieganiny,  za  dużo  utarczek  z 

podwładnymi.  Potrzebny  jest  na  to  stanowisko  człowiek  młodszy,  bardziej 
stanowczy i pomysłowy, ktoś, kto by umiał sobie radzić z tą dziką hordą, nie 
bojąc się nikogo. 

— Czy znalazł się taki? — spytał Jack. 
—  Podobno  tak.  Jest  to  człowiek  z  zachodu,  pracował  na  pustyni,  gdzie 

zdobył doświadczenie, więcej warte niż złoto. Od sześciu miesięcy pracuje w 
kopalni Fortescue. Harley twierdzi, że ten człowiek będzie go naśladował we 

background image

wszystkim, że go obrał za wzór, ale  ma  młodość i energię, jako dodatkowe 
walory. Co do mnie, nie podzielam tej pewności. 

— Pewności co do tego człowieka? Czego się obawiasz? — pytał Jack. — 

Może się będzie upijał? 

Hill nie uśmiechnął się na ten żart. 
— Nigdy nie dowierzam nikomu, dopóki go nie poznam — rzekł. 
—  Może  być  porządnym  człowiekiem,  ale  równie  dobrze  opryszkiem. 

Niech dowiedzie, że jest przyzwoitym facetem. 

—  Okazujesz  iście  ojcowskie  zainteresowanie  tą  kopalnią  —  zauważył 

Jack. 

— Mam pewne powody — odrzekł Fletcher zwięźle. 
— Aha! Czy widziałeś kiedy samego Fortescue? 
— Raz albo dwa. 
— Nienawidzą go, co? 
— Łotry go nienawidzą, tak. Nie jest gorszy od innych właścicieli. 
—  Podobno  jest  lepszy  —  odezwała  się  Adela.  —  Ale  jak  on  wygląda? 

Czy to stary człowiek? 

— Trochę starszy ode mnie — odparł Hill. 
— Chciałbym, żeby nas pan do niego wprowadził, polecił nas — rzekła z 

ożywieniem.  —  Tak  chciałam  zawsze  zwiedzić  tę  kopalnię.  Ty  też 
chciałabyś pojechać na tę wycieczkę, prawda, Doro? 

Dora ocknęła się z zamyślenia. Siedziała w kącie, zupełnie milcząca. 
— Myślę, że byłoby to interesujące — rzekła, gdy Hill spojrzał na nią. — 

Ale to zapewne nie jest łatwą rzeczą. 

—  Mogę  to  urządzić,  jeżeli  pani  ma  ochotę  zwiedzić  kopalnię  —  rzekł 

Hill. 

—  Doprawdy?  Jaki  pan  uprzejmy!  Ale  to  by  znaczyło,  że  trzeba 

przenocować  w  Trelevanie  prawda?  Nie  wiem,  czy  nie  jesteśmy  na  to  zbyt 
zajęci? — spojrzała pytająco na brata. 

—  No,  można  by  to  zorganizować  —  rzekł  Jack  łagodnie.  —  Dlaczego 

nie?  Nie  macie  zbyt  wielu  rozrywek  na  naszym  odludziu.  Jeżeli  macie 
ochotę zobaczyć kopalnię, a Hill może nam to ułatwić, to pojedziemy. 

— Dziękuję ci — rzekła Dora. 
Adela  zwróciła  się  do  niej:  —  Moja  droga,  zdobądźże  się  na  odrobinę 

entuzjazmu! Siedzisz jak mruk od chwili, kiedy wróciłaś ze stajni. Co ci jest? 

Dora  zerwała  się  na  równe  nogi.  Ten  przytyk,  choć  żartobliwy  w  formie, 

wydał jej się nieznośny. Nerwy odmówiły jej posłuszeństwa. 

background image

— Mam jeszcze coś do zrobienia w kuchni — rzekła. — Pójdę do moich 

zajęć. 

Szybko  wyszła,  a  Adela  zaśmiała  się  głośno.  Tymczasem  Dora  nie 

zatrzymała się w kuchni, lecz pobiegła do swego pokoju. Nie mogła, nie, nie 
mogła  znieść  dzisiaj  niczyjego  śmiechu.  A  może  tej  nietaktownej  papudze 
przyszłoby na myśl gratulować jej w obecności Hilla? 

Rzuciła  się  na  łóżko  i  leżała  drżąc  jak  przestraszona  istota,  schwytana  w 

pułapkę. W głowie jej kłębiły się  myśli. Nie wiedziała, czy cieszyć się, czy 
martwić  swą  dzisiejszą  decyzją.  Zastanawiała  się,  czy  Hill  powie  Adeli  i 
Jackowi, co zaszło. Strachem przejmowała ją myśl, że wejdzie tu za chwilę 
Adela, aby powinszować jej zaręczyn. 

Ale  nikt  nie  przyszedł.  Po  pewnym  czasie  uspokoiła  się.  Decyzja,  którą 

powzięła,  nie  była  w  gruncie  rzeczy  nagła  ani  lekkomyślna.  Nie  kochała 
Fletchera  Hilla,  ale  miała  dla  niego  szczery  szacunek.  Był  solidnym 
człowiekiem;  wiedziała,  że  ma  zapewnioną  przyszłość  przy  jego  boku. 
Przeszłość jest przeszłością, każdy dzień oddala od niej. A jednak gdzieś na 
dnie  duszy  drzemie  wspomnienie  tego  co  było.  Za  dnia  zagłusza  się  je 
zajęciami  pracą,  ale  w  nocy,  w  snach,  odzywa  się,  zabierając  spokój.  W 
snach  Dora  widuje  stale  tę  opaloną  twarz  o  błękitnych,  głębokich  oczach, 
patrzących  w  jej  oczy  z  uśmiechem,  z  ufnością,  która  jest  możliwa  tylko 
między  bratnimi  duszami.  Czuła  jeszcze  usta  tego  mężczyzny  na  zgięciu 
ramienia. Zjawił się w jej życiu w godzinie smutku; nie zapomni nigdy jego 
dobroci, jego usłużności, jego rycerskiego postępowania. A kiedy budziła się 
ze snu, łajała samą siebie za sentymentalizm, ale nie była w stanie wyrzec się 
ukochanych wspomnień. 

A  teraz  wyrzekała  ich  się.  Zamknęła  sobie furtkę do  szczęścia.  Wówczas 

była  prawie  dzieckiem,  a  dzisiaj  jest  niemłodą  panną.  Czas  już  spojrzeć  w 
oczy rzeczywistości. Tamto zdarzyło się przed tylu laty! Czas już skończyć z 
marzeniami.  Wierzyła,  że  Fletcher  Hill  jest  porządnym  człowiekiem,  a  dał 
jej  dowód  wielkiej  wytrwałości.  Drżała  trochę  na  myśl  o  tej  wytrwałości. 
Była w nim pewna żelazna, nieugięta siła, która ją zastanawiała. Czy poznała 
kiedykolwiek  drugiego  mężczyznę,  który  by  okazał  taką  stałość,  taki  upór? 
A  może  coś  się  za  tym  kryje?  Ale  co?  Czy  ona  przekona  się  z  czasem,  że 
oddała rękę człowiekowi całkiem jej obcemu duchem i myślami? Tak mało 
jej pokazał swej duszy, tak mało! 

Czy  on  naprawdę  ją  kocha?  Czy  też  postanowił  ją  zdobyć  dlatego,  że  to 

było  trudne  zadanie?  Był  człowiekiem,  który  chętnie  zwalcza  przeszkody. 

background image

Nigdy  nie  dawał  się  kierować  przez  okoliczności,  nigdy  nie  tracił  z  oczu 
celu,  który  sobie  raz  wytknął.  Jego  podwładni  bali  się  go,  nie  przyznawali 
mu  się,  gdy  coś  im  się  nie  powiodło.  Mówiono,  że  Hill  potrafi  być  dzikim 
zwierzęciem w napadzie gniewu. 

Na progu rozległ się szmer. Ktoś delikatnie nacisnął klamkę. Jack wszedł 

do pokoju i szepnął: — Śpisz, maleńka? 

Zerwała się z łóżka. 
— Ach, Jacku, chodź, najdroższy, chodź! 
Podszedł do niej, objął ją ramieniem i przycisnął do piersi. 
—  Fletcher  powiedział  mi,  co  zaszło  —  szepnął  jej  do  ucha.  —  Adela 

poszła spać. Dobrze się stało, maleńka, czy nie? Nie martwisz się? 

Wyczuła w tych słowach niepokój i przytuliła się do niego. 
— Chyba nie — szepnęła. — Tylko się boję, Jacku. 
—  Niesłusznie,  maleńka  —  rzekł  brat  i  pocałował  ją  czule.  —  On  jest 

dobrym  człowiekiem,  najlepszym  z  ludzi.  Przysięga,  że  zapewni  ci 
szczęście. 

Drżała w jego objęciach. 
—  Ale  on  nie  chce  jeszcze  teraz  żenić  się  ze  mną,  prawda?  —  spytała 

nerwowo. 

Położył jej dłoń na głowie. 
—  Nie  odwlekaj,  dziewczyno!  —  rzekł  łagodnie.  —  Znajdziesz 

upodobanie w małżeńskim stanie. 

— Nie jestem tego taka pewna jak ty. A nie ma odwrotu, prawda, Jacku? 

Proszę cię, zwróć się do niego z prośbą o odroczenie terminu ślubu! Jestem 
pewna, że się zgodzi! On jest bardzo uprzejmy. 

— Czekał ponad pięć lat — rzekł Jack. — Czy nie uważasz, droga moja, 

że to wystarczy? 

Położyła rękę na piersiach; miała wrażenie że się udusi. 
— Mówił z tobą o tym! Przysłał cię, żebyś mnie przekonał! 
—  Nie,  maleńka  —  odrzekł  Jack  z  powagą.  —  On  chce  żebyś 

zdecydowała  sama.  To  ja  uważam,  że  czas  już  zakończyć  te  jego  konkury. 
Czy nie możesz zdobyć się na odwagę, Doro? Przyjmij dary Boże i bądź za 
nie wdzięczna. 

Próbowała się uśmiechnąć. 
—  Jestem  idiotką,  Jacku.  Tak,  postaram  się  być  odważna.  Przecie/ 

właściwie  niczego  nie  poświęcam,  nieprawdaż?  A  ty  jesteś  pewien,  że  on 
jest dobrym człowiekiem... Jesteś pewien, że on mnie nie unieszczęśliwi? 

background image

— Jestem pewien — odrzekł Jack stanowczo. — To przyzwoity człowiek, 

Doro,  który  na  pewno  będzie  dbał  o  twoje  szczęście  bardziej  niż  o  swe 
własne. 

Odetchnęła głęboko. 
—  Dziękuję,  Jacku.  Lżej  mi  na  duszy.  Jesteś  dla  mnie  dobry,  kochany 

chłopcze.  Powiedz  mu,  powiedz  mu...  że  wyjdę  za  niego  za  mąż,  skoro 
tylko... będę gotowa. Muszę najpierw załatwić różne sprawy, rozumiesz? 

Jack roześmiał się. 
— Załatwić różne sprawy! A jakież to, oprócz pewnych zakupów? Mogę 

cię uspokoić, że wyglądasz bardzo ładnie w tym, co masz na sobie. 

—  Nie  bądź  głuptasem  —  rzekła.  —  Będę  mieszkać  w  Wallacetown... 

Wallacetown, pomyśl, najelegantsze miasto z tej strony Sydney. Muszę być 
porządnie ubrana. Pojadę do Trelevanu i zobaczę, co tam można kupić. 

—  W  takim  razie  najlepiej  będzie,  jeżeli  pojedziecie  obie,  ty  i  Adela,  w 

ciągu  tego  tygodnia,  kiedy  Fletcher  tam  przebywa  —  rzekł  Jack.  — 
Będziecie go widywały wieczorami. 

— A ty? — spytała. 
—  Mnie  tu  będzie  dobrze.  Oczekuję  lada  dzień  przyjazdu  Lawleya. 

Pomoże mi przy robocie. Muszę się przyzwyczaić do dawania sobie rady bez 
ciebie, maleńka, co? 

I znowu przytulił ją czule. Objęła go za szyję. 
—  To  twoje  dzieło,  Jacku.  Ale  wiem,  że  to  dla  mego  dobra.  Musisz  mi 

pozwolić przyjeżdżać od czasu do czasu i pomagać ci trochę, przynajmniej w 
święta... 

Głos jej drżał. 
Pocałował ją znowu z wielką czułością. 
—  Będziesz  przyjeżdżać,  ilekroć  zechcesz,  kochanie  —  rzekł.  —  I  niech 

cię Bóg błogosławi! 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział szósty 

 
Trelevan  był  wielkim  miastem  ze  względu  na  bliskość  kopalni  złota.  Nie 

był rozległy, lecz panowała tu wielkomiejska atmosfera. Dora zatrzymała się 
w hotelu, w którym mieszkała dawniej z bratem i gdzie nic jej nie bawiło; w 
przeciwieństwie do Adeli, lubiącej życie, ten ruch i ten rodzaj ludzi, jacy się 
tu przewijali. Fletcher Hill zawsze tu mieszkał, ilekroć zaglądał do przyjaciół 
na folwarku. Trybunał mieścił się obok: to było dla niego ważne ze względu 
na wygodną bliskość do pracy. 

Fletcher  i  jego  poważna  młoda  narzeczona  nie  śmiali  się  z  niczego, 

chociaż Adela często wybuchała śmiechem. Ona i Dora nie były do siebie w 
niczym  podobne,  Fletcher  zaś  był  człowiekiem  najbardziej  serio,  jakiego 
sobie  można  wyobrazić.  Przynajmniej  tak  go  oceniała  Adela.  Postanowiła 
nie  dać  mu  się  zanudzić  na  śmierć  przez  czas  jej  przymusowego  pobytu  w 
Trelevanie.  Trzeba  zresztą  oddać  jej tę  sprawiedliwość,  że  rzadko kiedy  się 
nudziła. 

Była w doskonałym humorze, gdy przyjechały do Trelevanu. Pokoje, które 

im  zarezerwował  Fletcher  w  hotelu,  łączyły  się  ze  sobą  przez  wewnętrzne 
drzwi.  Mniejszy  z  nich,  pokój  Dory,  wychodził  na  najbardziej  ożywioną 
ulicę  miasta.  Jak  słusznie  zauważyła  Adela,  mogło  to  być  ciekawe  za  dnia, 
ale było uciążliwe w nocy. 

Ona  sama,  Dora,  nie  sypiała  tu  tak  dobrze  jak  na  wsi,  ale  nie  z  powodu 

hałasu. Była wciąż niespokojna i zdenerwowana. Czasami chodziła po swym 
pokoju  tam  i  z  powrotem,  jak  lwica  w  klatce.  Nie  była  wyraźnie 
nieszczęśliwa,  ale  jakiś  ciężar  kładł  jej  się  na  piersiach;  miała  wrażenie,  że 
wzięła na swoje barki więcej, niż zdoła udźwignąć. 

Spokojny  sposób  bycia  Fletchera  uspokoił  ją.  Był  taki  opanowany  i 

zrównoważony. Już sam uścisk jego ręki wzbudzał zaufanie. Czuła, że jego 
obecność działa na nią kojąco. 

Zjedli  razem  obiad,  przy  oddzielnym  stoliku,  w  kącie.  Ruch  tu  był  duży, 

Adela bawiła się wybornie. Jak mówiła, było to dla niej taką rzadkością mieć 
sposobność obserwowania ludzi, i to w takiej ilości. Po skończonym posiłku 
usiadła  w  holu  i  oświadczyła  im,  że  może  tu  pozostać  sama  i  bawić  się 
oglądaniem ludzi, przewijających się przed jej oczami. 

— Idźcie sobie, dokąd chcecie — rzekła. — Przypuszczam, że marzycie o 

samotności  i  ciszy.  O  mnie  się  nie  troszczcie.  Dam  sobie  radę.  Na  wiele 
godzin wystarczy mi tutaj rozrywki z przyglądania się otoczeniu. 

background image

—  Ruszcie  się!  Już  późno!  —  nagliła  Adela.  —  Niech  ją  pan  zabiera, 

panie Hill. Ona się nigdy nie ruszy pierwsza, jeśli inicjatywa nie wyjdzie od 
pana. 

W tych słowach i w uśmiechu, który im towarzyszył, była wyraźna aluzja. 

Dora zarumieniła się i odwróciła się szybko od bratowej. Hill poszedł za nią. 
Wyszli z hotelu. 

— Dokąd pójdziemy? — spytała. 
Wziął  ją  pod  rękę,  a  ona  doznała  wrażenia,  że  ciąży  'na  niej  ręka 

sprawiedliwości, że to jest ręka prokuratora, albo policjanta, który aresztuje 
przestępcę.  Z  trudem  zapanowała  nad  chęcią  powiedzenia  mu  tego,  gdyż 
zorientowała się, że mogłoby to być źle przyjęte. Twarz jej towarzysza była 
taka surowa i posępna, że Dorze przyszło na myśl, że pusta gadanina Adeli 
rozgniewała go. 

Milczała  więc,  a  on  poprowadził  ją,  nie  mówiąc  ani  słowa,  do  cichego 

ustronia  za  hotelem.  Stało  tu  parę  ławek,  wśród  drzew  o  przerzedzonych 
gałęziach. Miejsce to nie było zbyt  urocze, ale  Dorze  przemknęła  myśl,  jak 
cudnie  byłoby  tutaj,  gdyby  miała  przy  swym  boku  ukochanego  wybrańca 
swego serca. 

Było  tu  pusto;  z  pokoju  bilardowego  dochodziło  światło,  poza  tym  — 

żadnego oświetlenia. Słychać było odgłosy zderzeń bil i rozmowę graczy. 

—  Podoba  się  pani  tutaj?  —  spytał  Hill.  Rozejrzała  się  dokoła  z 

niepewnym uśmiechem. 

— Takie dobre miejsce jak każde inne, prawda? 
Trzymał ją wciąż jeszcze pod rękę. Pochylił się ku niej i zajrzał jej w oczy. 
— Chciałem pomówić z panią — rzekł. 
—  Ach  tak?  —  Usiłowała  spojrzeć  mu  również  w  oczy,  ale  nie 

wytrzymała jego spojrzenia. — O czym? — dodała prawie szeptem. 

Pochylił się jeszcze bliżej. 
—  Doro,  czy  ty  się  mnie  boisz?  —  spytał.  Podniosła  na  niego  spłoszone 

oczy. 

— Ja? Nie... nie... Naturalnie, że nie! — wyjąkała, zmieszana. 
— Czy na pewno? Opanowała się z wysiłkiem. 
— Na pewno — odrzekła stanowczo i spotkała jego spojrzenie z wyrazem 

powątpiewania. 

Ale  już  w  następnej  chwili  poczuła  jego  siłę.  Czuła  ją  za  maską 

cierpliwości i niezłomnego uporu tego człowieka. 

background image

— Muszę z tobą pomówić, Doro — rzekł, akcentując „tobą" — o naszym 

małżeństwie. 

Dora poczuła, że jego badawcze spojrzenie ciąży jej. Odwróciła głowę. On 

trzymał jej rękę, ale nie starał się jej uspokoić. Czekał, aż sama się odezwie. 

W  pokoju  za nimi  rozległ  się  jakiś  głos:  —  Do  licha! Znów  trafił!  Co  za 

szczęście ma ten człowiek! 

Dora  drgnęła.  Ten  głos  podziałał  na  jej  nerwy  i  tak  już  roztrzęsione. 

Fletcher Hill stał przed nią uparty i wyczekujący. Zapragnęła wyzwolić się z 
żelaznego uścisku jego dłoni, ale nie  mogła się ruszyć. A on wciąż czekał, 
nie ponaglając, ale podkreślając tym cierpliwym milczeniem swoją przewagę 
nad nią. 

Wreszcie  zwróciła  się  do  niego:  —  Co...  co  pan  proponuje?  —  spytała 

prawie z rozpaczą. 

—  Ja?  —  spytał,  zdziwiony.  —  Co  proponuję?  Ja  będę  gotów  w  końcu 

tego tygodnia, jeżeli ty zechcesz... 

Popatrzyła na niego zdumiona. 
— W końcu tygodnia? Ależ nie, nie! Pan żartuje! 
— Nie, mówię serio — odparł Fletcher. — Niech pani siada i posłucha! 
Wahała się. Pchnął ją lekko, aby usiadła, a sam stanął przy niej. 
—  Czekałem  na  okazję  do  tej  rozmowy  —  rzekł.  —  Jack  jest  zacnym 

chłopcem  i  wiem,  że  stoi  po  mojej  stronie.  Ale  nie  chcę,  żeby  się  wtrącał, 
wolę  sam  z  tobą  porozmawiać.  Posłuchaj,  Doro!  Nie  proponuję  niczego 
nadzwyczajnego. Przecież przyrzekłaś wyjść za mnie za mąż? 

— Tak — szepnęła bez tchu. 
—  Tak  —  powtórzył.  —  A  im  dłużej  będziesz  nad  tym  rozmyślać,  tym 

większa  będzie  twoja  rozterka.  Moje  drogie  dziecko,  po  co  tak  odwlekać? 
Przechodzisz  męki  całkiem  niepotrzebnie.  Gdybym  ci  zwrócił  wolność,  nie 
byłabyś szczęśliwsza niż teraz, prawda? 

Milczała. 
—  Czy  poczułabyś  się  lepiej  niż  teraz,  gdybyś  znowu  była  wolna?  Doro, 

odpowiedz! — nalegał i położył dłoń na jej ramieniu. 

— Nie sądzę — odrzekła cichym głosem. 
—  Nie  sądzisz.  Nie  byłaś  zbyt  szczęśliwa  dotychczas,  nieprawdaż? 

Zdobyła się na rozpaczliwą odwagę. 

—  Nie  byłam  szczęśliwa  od  owego  czasu...  —  odrzekła.  Nie  drgnął; 

słuchał, nie okazując wzburzenia. 

background image

— Wiem o tym. Zrozumiałem, że nie jesteś szczęśliwa w chwili, kiedy cię 

zobaczyłem.  Wycierpiałaś  tortury,  ponieważ  żyłaś  w  ciągłej  niepewności. 
Wiem  dobrze  o  wszystkim.  —Jego  ręka  przesunęła  się  po  jej  ramieniu 
niemal pieszczotliwie. — Studiowałem przez wiele lat naturę ludzką. Wiem, 
że przeżyłaś męki niepokoju i wahania, że jesteś niepewna siebie, a to będzie 
trwać aż do chwili, kiedy wyjdziesz za mąż. I jaki z tego pożytek? Po co się 
tak  dręczyć,  gdy  droga  do  szczęścia  stoi  otworem?  Czy  masz  nadzieję,  że 
zdarzy się coś, co pozwoli ci uniknąć tego związku? Czy byłabyś szczęśliwa, 
gdyby to coś się zdarzyło? Odpowiedz! 

Ale ona  milczała; ręce  miała złożone na kolanach, a oczy spuszczone jak 

więzień, czekający na wyrok skazujący. 

—  Nie  wiem,  czego  chcę  —  odparła  ze  smutkiem.  —  Mam  wrażenie,  że 

cokolwiek zrobię, wszystko będzie źle... 

— Otóż właśnie — odrzekł Fletcher, jak gdyby tylko czekał na te słowa. I 

zrobił  coś  bardzo dziwnego,  jak  na niego.  Ukląkł na  kolanie,  nie  bacząc  na 
kurz i pył i ujął jej splecione dłonie w swoje ręce. 

— Nie dowierzasz sobie i nie ufasz mnie — rzekł. — Czy tak? Wyraz jej 

twarzy zmienił się. Patrzyła na niego nieufnie, jakby go posądzała, że chce ją 
zwieść. Wreszcie, uspokojona czymś w wyrazie jego oczu oparła się o niego, 
poddała się i położyła głowę na jego ramieniu. 

—  Zrobię,  co  zechcesz  —  rzekła  słabym  głosem,  nazywając  go  po  raz 

pierwszy  po  imieniu.  —  Zrobię,  co  zechcesz,  Fletcherze.  —  Zaufam  ci! 
Mam zaufanie do ciebie! 

Objął ją ramieniem, bo drżała na całym ciele i trzymał ją tak przez długą 

chwilę. 

W pokoju bilardowym znów rozległ się głos: — Takiego szczęścia, jakie 

ma ten chłopak, jeszcze nie widziałem. Gdzie się ruszy, zbiera złoto pełnymi 
garściami. 

Ktoś  roześmiał  się.  Fletcher  powiedział  do  narzeczonej:  —  Moje  zajęcia 

tutaj skończą się za tydzień. Jack może przyjechać z końcem tego tygodnia. 
Twoja bratowa już jest tutaj. Dlaczego nie pobrać się zaraz i nie pojechać do 
Wallacetown razem? 

— Muszę pojechać z powrotem na folwark i zabrać resztę moich rzeczy — 

rzekła Dora. 

—  Możesz  to  zrobić  potem  —  odrzekł.  —  Kiedy  ja  wyjadę  albo  będę 

zajęty interesami. Nie będę mógł cię zabierać z sobą na wszystkie rozjazdy, 
bo  bywają  oberże  zbyt  niewygodne  dla  ciebie.  Ale  teraz,  po  ślubie,  spędzę 

background image

kilka  tygodni  w  Wallacetown.  Nigdy  nie  widziałaś  mego  domu,  który 
kupiłem  od  poprzedniego  superintendenta.  Sądziłem,  że  będzie  ci  się 
podobał i dlatego go kupiłem. 

— Ale wówczas nie wiedziałeś... Zdziwiła się. — Jak dawno...? 
—  Przed  trzema  laty  —  odpowiedział  Fletcher  na  jej  niedokończone 

pytanie. — Już wtedy kupiłem go z myślą o tobie. 

Przyjrzała mu się uważnie. 
—  Sądziłeś,  że  muszę  w  końcu  zostać  twoją  żoną?  —  spytała.  Fletcher 

uśmiechnął się wesoło. 

— Wiedziałem w każdym razie co myśleć o sobie — rzekł. 
— I nigdy nie żywiłeś wątpliwości? — spytała Dora. 
— Nigdy — odrzekł stanowczo. 
Nieśmiałym ruchem położyła dłoń na jego ramieniu. 
— Mam nadzieję, że nie doznasz rozczarowania — szepnęła. Spojrzał na 

nią przenikliwie. 

— Jestem tego pewien — rzekł i pocałował ją w policzek. 
Nie cofnęła się przed jego pocałunkiem, ale nie próbowała  mu go oddać, 

on zaś nie czekał, jakby był z góry przygotowany na tę bierność. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział siódmy 

 
Zastali Adelę na tym samym miejscu, w kącie hallu. 
—  Czekam  na  was,  bo  chcę,  żebyśmy  poszli  do  pokoju  bilardowego  — 

rzekła. — Tam się rozgrywa wielki turniej. Uwielbiam grę w bilard. Chyba 
nie  będziemy  przeszkadzać.  Przyrzekam,  że  nie  otworzę  ust,  a  Dora  jest  w 
ogóle cichutka jak myszka. 

Fletcher pomyślał chwilkę. 
—  Przypuszczam,  że  to  są  przyzwoici  gracze  —  rzekł,  spoglądając  na 

Dorę. — Ale ty jesteś zmęczona. 

— Och nie, — odrzekła bez wahania. — Nie chce mi się spać. Chodźmy, 

jeżeli możesz nas tam wprowadzić. Ja też lubię przyglądać się grze w bilard. 

—  Pewien  człowiek,  nazywa  się  Warden,  nowy  kierownik  kopalni,  gra  z 

Harleyem  —  opowiadała  Adela,  ożywiona  —  i  daje  mu  50  punktów  for. 
Chodźmy  się  przyjrzeć!  Dziewczyna  z  baru  jest  ich  bankierem,  tak  że  nie 
będziemy jedynymi kobietami. 

Fletcher  widząc,  że  Dora  ma  ochotę  przyjrzeć  się  tej  partii  bilardu, 

poprowadził  je  bez  dyskusji  w  kierunku  sali  bilardowej.  Było  tu  rojno  i 
tłoczno. 

— Już po wszystkim! — zawołała Adela — patrzcie, już kończą! 
Tłum oklaskiwał graczy, dziewczyna z baru pobiegła po trunki. W pokoju 

było czarno od dymu. Mężczyźni stali dokoła stołu. Pośrodku stał zwycięzca 
w  niebieskiej  bluzie  z  krótkimi  rękawami.  Był  to  dorodny,  pięknie 
zbudowany  mężczyzna.  Był  zwrócony  plecami  do  drzwi.  Dora  widziała 
tylko  masywny  kark  i  włosy  koloru  słomy.  Wtem,  śmiejąc  się  z  jakiegoś 
żartu, odwrócił raptownie głowę ku niej... Ujrzała jego twarz... 

Była  to  twarz  wikinga,  opalona,  ożywiona,  o  intensywnym  wyrazie 

wielkich,  błękitnych  oczu.  Jasne  wąsy  kryły  górną  wargę,  a  białe  zęby 
błyszczały jak u dzikiego zwierzęcia. Jego spojrzenie przypominało pogodny 
świt.  Było  samą  świeżością  i  młodością,  a  błękit  jego  oczu  miał  koloryt 
włoskiego nieba. Patrzył prosto przed siebie, śmiało, niemal zuchwale. 

Serce Dory skoczyło nagle w piersiach, po czym na chwilę przestało bić. 

Nie po raz pierwszy spoglądały na nią te oczy. 

Upłynęła  minuta.  On  pochylił  się  nad  stołem  i  przygotował  się  do 

uderzenia,  które  wykonał  z  delikatnością  mistrzowskiej  ręki.  Ona  doznała 
dziwnego  wzruszenia,  patrząc  na  te  ręce.  Czyż  nie  znała  dobrze  ich 

background image

dotknięcia,  czyż  nie  trzymały  jej  one,  nie  pieściły,  nie  ratowały  z 
największego niebezpieczeństwa, w jakim się kiedykolwiek znalazła? 

I  znowu  serce  zabiło  jej  głośno,  nieregularnie.  Natężała  słuch,  ażeby 

pochwycić  dźwięk  jego  głosu,  tego  głosu,  który  niegdyś  przemówił  do  jej 
udręczonej  duszy,  zapewniając  ją,  że  przy  ich  następnym  spotkaniu  będzie 
mogła  mu  zaufać  bez  obawy.  To  wspomnienie  przeszywało  ją  dreszczem. 
Więc to był człowiek, na którego czekała przez długie lata! 

Wyprostował się i obszedł stół, żeby znów zagrać swoją bilą. Fletcher Hill 

odezwał się przy jej ramieniu: 

— Siadaj! — rzekł. — Tu jest miejsce. 
Było  wolne  miejsce  na  ławce  pod  ścianą.  Dora  i  Adela  usiadły  na  niej 

razem. Hill stanął przy nich, patrząc na twarze obecnych mężczyzn oczami, 
które widziały wszystko. 

Dora  siedziała  w  niezwykłym  napięciu.  Widziała  przed  sobą  tylko  tę 

wysoką postać, pochyloną nad stołem do nowego uderzenia. Czy on spojrzy 
na nią powtórnie? Czy ją pamięta? Czy przemówi? 

Przyglądała  mu  się,  zahipnotyzowana.  I  znowu  wycelował  znakomicie, 

jakby od niechcenia, z tą elegancką swobodą, która czyniła go tak różnym od 
innych  mężczyzn.  Stał  teraz  tuż  przy  niej,  a  ta  bliskość  działała  na  nią  jak 
prąd elektryczny. Pulsowała od stóp do głów. 

Jego  były  przeciwnik  stał  i  przypatrywał  mu  się  po  drugiej  stronie  stołu. 

Był  to  siwowłosy,  barczysty  mężczyzna,  którego  oczy  zdawały  się  patrzeć 
we  wszystkich  kierunkach  jednocześnie.  Poczuła  do  niego  instynktowną 
niechęć. Miał nieszczerą minę. 

Warden  znowu  się  wyprostował,  idąc  lekkim  krokiem  zdobywcy.  Nagle 

odwrócił się i przyjrzał się im trojgu. 

—  Dobry  wieczór,  panie  Hill!  —  rzekł.  —  Częstuję  wszystkich  dokoła 

wódką i koktailami. Mam nadzieję, że pan mi nie odmówi. 

— Nie, dziękuję, jestem z paniami — odrzekł Hill. — Mam wrażenie, że 

partia jest już skończona? 

Warden rozejrzał się. 
—  Może  Harley  życzy  sobie  zagrać  rewanż  —  rzucił  przez  stół.  Starszy 

mężczyzna zaśmiał się zjadliwie, co przypominało szczekanie złego psa. 

—  Kiedy  indziej  —  odrzekł.  —  Zaczekam.  Ale  pan  gra  w  bilard,  panie 

Hill. Może pan spróbuje go pokonać? 

—  Och,  tak,  niech  pan  zagra!  —  zawołała  Adela  prosząco.  —  Ty  go 

poproś, Doro! Dla ciebie to zrobi. 

background image

Ale Dora siedziała milcząca, wbijając paznokcie w dłoń i nie czując bólu. 

Widziała cały pokój jak przez mgłę. 

Zapanowała chwilowa cisza. Rozlewano napoje. 
Nagle  rozległ  się  głos:  —  Zdrowie  nowego  kierownika  kopalni!  Twoje 

zdrowie, Bill Warden! Powodzenia! 

Momentalnie  zaczęto  bić  brawo  i  wołać:  „Hurra!".  Dora  ochłonęła. 

Słyszała  jak  przez  sen  śmiechy  i  rozmowy.  Ale  była  tak  zmęczona,  że  nie 
rozróżniała  słów.  nie  interesowała  się  szczegółami.  On  jej  nie  rozpoznał. 
Tego  była  pewna.  Zapomniał...  Wspomnienie,  które  w  niej  żyło,  było  dla 
niego przebrzmiałą pieśnią. Życie stawało się szare i zimne... 

— Jesteś zmęczona — rzekł Fletcher. — Chciałabyś położyć się do łóżka, 

nieprawdaż? 

Spojrzała na niego. Wpatrywał się w nią. Zrozumiała nagle, że jej odkrycie 

musi  pozostać  tajemnicą.  Gdyby  Hill  domyślił  się  tożsamości  nowego 
kierownika,  kazałby  go  natychmiast  aresztować;  on  nie  uznawał 
kompromisów. 

Zdobyła się na wielki wysiłek. 
—  Nie,  nie!  —  odrzekła  żywo.  —  Nie  jestem  zmęczona.  Zagraj! 

Chciałabym zobaczyć twoją grę. 

Uśmiechnął się ironicznie. 
— Moją porażkę, chciałaś powiedzieć. Wyciągnęła rękę gestem protestu. 
—  Bynajmniej!  Pobijesz  go  z  łatwością,  jestem  pewna.  Spróbuj! 

Uśmiechnął się, milej tym razem, i zwrócił się do Wardena. Poklepał go po 
ramieniu. 

Warden  odwrócił  się  tak  raptownie,  że  rozlał  trochę  wódki.  Dora 

obserwowała obu mężczyzn z zapartym oddechem i zauważyła, że wszyscy 
im się przyglądają. 

Obaj  zaczęli  iść  ku  niej.  Dora  poczuła  szum  w  uszach.  Posłyszała  szept 

Adeli: 

— Moja droga, on nam przedstawi tego niezwykłego człowieka! 
Siedziała sztywno, wyprostowana, zimna, bezsilna. W sekundę później on 

stał przed nią z Fletcherem. Usłyszała ostatnie wyrazy Hilla: „Moja przyszła 
żona". 

W  milczeniu  podała  rękę  Wardenowi.  Adela  natychmiast  zagaiła 

rozmowę.  Warden  z  galanterią  zwrócił  się  ku  niej  i  podtrzymywał  banalną 
wymianę zdań ze swadą i werwą. Najgorsze minęło, pulsowanie w skroniach 
Dory uspokajało się. Ale zauważyła, że on nie przemówił do niej ani słowa i 

background image

doszła  do  wniosku,  że  może  nie  traktuje  jej  jak  osoby  całkiem  sobie  obcej. 
Do obcej byłby coś powiedział, wiedziony towarzyską uprzejmością. 

Ze  względu  na  obecność  Fletchera  usiłowała  wziąć  udział  w  rozmowie, 

popierając nalegania Adeli: — Zagrajcie, panowie! 

Warden roześmiał się i spojrzał pytająco na Fletchera. 
— Czy zechce pan? 
Harley  zawołał  przez  stół:  —  Teraz  na  pana  kolej,  panie  Hill!  Niech  go 

pan zwycięży i pokaże nam, jak się to robi! 

W  tych  słowach  brzmiała  zawziętość.  Dora,  jedyny  bystry  obserwator 

wśród obecnych, zadrżała; z tych słów zionęła nienawiść, gorące pragnienie 
rewanżu, nie tylko w bilardzie. 

Usłyszała głos Hilla: — Chętnie zagram. 
Zebrani poruszyli się zaciekawieni. Perspektywa nowego meczu poruszyła 

wszystkich,  zwłaszcza  zaś  licznych  zwolenników  Wardena.  Umawiano  się 
głośno co do wysokości stawek, gdyż „zakładano się" jak na wyścigach. 

Rozległ  się  głos  Fletchera:  —  Panowie,  nie  róbcie  z  naszej  partii 

widowiska,  hazardu.  Gram  dla  sportu.  Proszę  schować  pieniądze,  w 
przeciwnym razie rozgrywka się nie odbędzie! 

Popatrzyli na niego ponuro, ale posłuchali. 
Widać  było,  że  wszyscy  liczyli  się  z  jego  zdaniem  i  bali  się  go  trochę. 

Wszyscy,  z  wyjątkiem  Wardena,  który  z  nim  rozmawiał  z  całkowitą 
pewnością siebie, po czym zapalił papierosa bez najmniejszego zakłopotania. 

Rozpoczęła  się  partia  bilardu,  której  zebrani  przyglądali  się  z  zapartym 

tchem.  Nie  znano  dobrze  gry  Fletchera  Hilla  ale  było  oczywiste  iż  jest  to 
nieprzeciętny  gracz.  Nie  mówił  wcale  podczas  gry,  jego  twarz  miała  wyraz 
zamknięty, uparty. Dora widziała w nim wolę zwycięstwa. Pojmowała, że on 
chce dowieść jej swej wartości, że chce się popisać przed narzeczoną. 

Warden  zaś  robił  wrażenie  człowieka  grającego  wyłącznie  dla 

przyjemności  i  dla  siebie  samego.  Pochłaniała  go  sama  gra  z  punktu 
widzenia  sportowego  i  artystycznego.  Nie  można  było  patrzeć  na  nią 
obojętnie.  Nawet  jego  błędy  były  interesujące.  Jak  słusznie  mówiła  Adela, 
był niezwykły. 

Hill  grał  w  sposób  pewny,  niezawodny.  Była  to  gra  mniej  błyskotliwa, 

mniej pomysłowa, niż gra młodszego partnera, ale była bardziej wyrównana. 
Dora  nie  sądziła,  że  będzie  śledzić  tę  partię  z  takim  zaciekawieniem.  Tak 
była  pogrążona  w  kombinowaniu  wraz  z  obu  graczami  ich  teoretycznych 
posunięć, że chwilami zapominała niemal o swym wielkim przeżyciu. 

background image

Orientowała  się  doskonale,  że  sympatie  publiczności  były  po  stronie 

Wardena.  Fletcher  walczył  w  niepomyślnych  warunkach,  otoczony  ogólną 
niechęcią.  Warden  miał  niewielką  przewagę,  ale  Hill  trzymał  się  dzielnie. 
Dora wiedziała, że niełatwo będzie pobić go i wygrać partię. 

Przystanął  między  jednym  a  drugim  uderzeniem  tuż  przy  niej  mierzył 

oczami stół i pozycję bil, obmyślając dalszą taktykę. Wsunęła nieśmiało rękę 
w jego twardą dłoń. Objął palcami jej palce i uścisnął je mocno, ciepło, ale 
nie  patrzył  na  nią;  robił  wrażenie  pochłoniętego  wyłącznie  grą.  Podziwiała 
jego  siłę  skupienia,  ale  wolałaby  więcej  uwagi,  więcej  serdeczności.  Nie 
byłaby  kobietą,  gdyby  tak  nie  odczuwała.  Powinien  był  rzucić  jej  choćby 
przelotne spojrzenie! 

Adela  była  pełna  entuzjazmu  dla  przeciwnika  Hilla,  co  też  zaczynało 

irytować Dorę. Chciała, żeby ten wieczór skończył się nareszcie. 

Gra posuwała się naprzód w szybkim tempie, a im bliżej było finiszu tym 

większe  panowało  napięcie  wśród  widzów.  Zimna  gra  Hilla  zdawała  się 
wyprowadzać chwilami przeciwnika z równowagi. Zaczął grać nieostrożnie, 
jak  szaleniec,  robić  posunięcia,  które  w  razie  niepowodzenia  mogły 
przesądzić  o  klęsce.  Jego  przyjaciele  zwracali  mu  na  to  uwagę  półgłosem, 
ale nie zważał na nich. 

Hill  prześcignął  wreszcie  przeciwnika.  Dwadzieścia  punktów  dzieliło  ich 

od  końcowego  zwycięstwa,  gdy  wtem  Warden  chybił  łatwe  uderzenie. 
Rozległ  się  głuchy  pomruk.  On  wzruszył  ramionami  i  zaśmiał  się.  Ale  Hill 
zwrócił się do niego surowo: 

— Graj starannie, Warden! — rzekł prawie rozkazująco. Tamten stał przez 

chwilę  z  podniesionymi  brwiami,  zaskoczony.  Ale  po  chwili  roześmiał  się 
znowu. 

— Nie pobiłeś mnie jeszcze, mój panie! — zawołał. 
—  Nie  —  odrzekł  Hill  —  i  nie  mam  nadziei  na  łatwe  zwycięstwo. 

Nastąpiło  milczenie.  Hill  grał  uważnie.  Jego  seria  była  coraz  poważniejsza. 
Dorze  zdawało  się,  że  nieprzychylny  nastrój  gęstnieje  wokół  niego. 
Zastanawiała  się,  co  się  stanie,  jeżeli  on  osiągnie  sto  punktów,  zanim  jego 
partner będzie  miał okazję ponownego zagrania. Miała nadzieję, że do tego 
nie dojdzie, a równocześnie nie życzyła sobie, żeby został pobity. 

Załamał  się  na  dziewięćdziesięciu  siedmiu  punktach.  Warden  rozpoczął 

swoją  serię.  Grał  teraz  regularnie  i  zdobywał  punkt  po  punkcie,  nie 
odrywając oczu od kul bilardowych. Zbliżał się szybko do końca. 

background image

Dora  patrzyła  na  niego,  wstrzymując  oddech.  Hill  stał  przy  niej  i  też  się 

przyglądał  grze  przeciwnika  ze  ściągniętymi  brwiami.  Nagle  coś,  sama  nie 
wiedziała  co,  skłoniło  ją  do  rzucenia  okiem  poza  stół  bilardowy,  na  drugą 
stronę  pokoju.  Stał  tam  Harley  i  patrzył  wrogo,  okiem  wilka,  na  młodego 
gracza,  który  ze  swobodą  i  z  niezrównaną  łatwością  wygrywał,  jak  się 
zdawało, tę partię. Chwilami oczy Harleya przenosiły się na Hilla.  Tliła się 
w  nich  wówczas  przykra  złośliwość.  Nigdy  przedtem  nie  widziała  takiej 
nienawiści na niczyjej twarzy. 

Instynktownie  odwróciła  wzrok  od  tego  człowieka,  a  w  tym  momencie 

Warden  oderwał  na  chwilę,  na  jeden  błysk,  oczy  od  stołu  bilardowego. 
Spojrzenia  dwojga  młodych  skrzyżowały  się.  Trwało  to  jedną  sekundę,  ale 
było mocne jak zderzenie. 

Grał dalej, ale już nie tak jak poprzednio. Chybił najłatwiejszy karambol. 
Wyprostował się i spojrzał na Hilla. 
— Żałuję — rzekł sucho. 
Hill  nie  odpowiedział  ani  słowa.  Mieli  po  tyle  samo  punktów.  Z 

regularnością maszyny osiągnął dwa punkty, po czym zapanowała grobowa 
cisza.  Teraz  miał  do  wyboru  podwójną  metodę  gry:  bezpośrednią, 
wymagającą  siły,  i  pośrednią,  wymagającą  precyzji  i  zręczności.  Bez 
wahania obrał tę drugą i... chybił. 

Szmer  zadowolenia  przebiegł  salę.  Najgorętsi  zwolennicy  Wardena 

okazali  bez  ogródek  jego  przeciwnikowi  swą  niechęć.  Hill,  korzystając  z 
hałasu, położył dłoń na ramieniu przeciwnika i szepnął mu coś do ucha. 

Warden  nic  nie  odpowiedział,  ale  pobiegł  spiesznie  do  swej  bili  i  zagrał 

finisz efektownie, zręcznie, nieprawdopodobnie śmiało i ryzykownie. 

Rozległ  się  krzyk  podziwu,  jednomyślny  krzyk  wszystkich  zebranych.  Z 

tego finiszu byłby dumny każdy gracz. Ale Bill Warden odstawił swój kij z 
wyrazem niesmaku. 

— Do diabła! — rzekł i poszedł po swoją marynarkę.  

 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział ósmy 

 
Obie  panie  opuściły  pokój  bilardowy  w  towarzystwie  Fletchera.  Dora 

miała  wrażenie,  że  coś  go  zaniepokoiło  i  że  chce  je  stamtąd  szybko 
wyprowadzić.  Ale  Adela  rozmawiała  z  ożywieniem  i  nie  chciała 
przyśpieszyć kroku, zasypując Hilla pytaniami na temat gry. On stanął przed 
nimi  w  pozycji  wyczekującej,  pragnąc  im  powiedzieć  „Dobranoc"  i  odejść. 
To było widoczne. 

Dora  oparła  się  o  poręcz  schodów,  czekając  na  bratową,  której  wreszcie 

Fletcher zwrócił na to uwagę. 

Adela roześmiała się. 
—  O.  to  już  taki  jej  zwyczaj,  mój  drogi  Fletcherze.  Są  kobiety,  które 

przyszły na świat po to, żeby czekać. Dora jest do tego stworzona, o ile mi 
wiadomo. 

W tejże chwili z bilardowego pokoju wyszedł Warden wolnym krokiem i 

drgnął na widok Fletchera. 

—  Chciałbym  z  panem  porozmawiać,  o  ile  to  będzie  możliwe  —  rzekł 

grzecznie. 

Adela zwróciła się ku niemu z wyrazami zachwytu. 
—  Panie  Warden,  pańska  gra  jest  fenomenalna!  Niech  mi  pan  pozwoli 

powinszować sobie! 

— Niech pani tego nie robi! — odparł Warden. — Grałem niżej krytyki. 
Roześmiała się. 
—  Jaki  pan  skromny!  Jest  pan  przecież  mistrzem!  A  teraz  mam  prośbę: 

niech  nam  pan  pozwoli  zwiedzić  tę  wspaniałą  kopalnię!  Tak  chcemy  ją 
zobaczyć, nieprawdaż, Doro? 

— Kopalnię? 
Warden podniósł wysoko brwi i zwrócił się do Hilla: — Nie zawiezie pan 

tam nikogo! W każdym razie nie pan! 

Patrzył bystro w twarz Hilla, który zachowywał uparte milczenie. 
— To byłoby szaleństwem! 
— Pan Hill nie musi pojechać z nami osobiście — uśmiechnęła się Adela. 

— Jestem pewna, że pan ma dosyć siły i powagi, żeby się nami zaopiekować 
bez  niczyjej  pomocy.  Dora  i  ja  nie  jesteśmy  bynajmniej  tchórzami.  Czy 
zabierze  nas  pan,  jeżeli  przyrzekniemy,  że  nie  będziemy  drażnić 
kryminalistów, którzy tam pracują? 

background image

Oczy  Wardena  zabłysły.  Rzucił  przelotne,  ledwo  dostrzegalne  spojrzenie 

na dziewczynę, stojącą przy schodach. Było to jakby wezwanie. 

Ona  odezwała  się,  jakby  mimo  woli:  —  Na  czym  polega  niebez-

pieczeństwo? 

Hill  zwrócił  się  ku  niej:  —  Nie  ma  żadnego  —  rzekł.  —  Jeżeli  życzysz 

sobie zwiedzić kopalnię, zawiozę was obie jutro. 

Warden wykonał gest człowieka, który godzi się z faktem nieuniknionym i 

ruszył do wyjścia. 

Fletcher podał rękę Adeli. 
— Dobranoc — rzekł. 
— Naprawdę pojedziemy jutro? — spytała. 
— Tak. 
— O której godzinie mamy być gotowe? 
— O piątej — rzekł. — Będę zajęty przez cały dzień w kopalni. Przyjadę 

po panie. 

Podał rękę Dorze; wyraz jego oczu złagodniał. 
— Dobranoc — rzekł. — Idź zaraz do łóżka! Jesteś bard/o zmęczona. 
Uśmiechnęła  się  blado  i  odwróciła  się  ku  schodom,  na  które  zaczęła 

powoli wstępować. Była ledwo żywa. Adela dogoniła ją i chwyciła za ramię. 

— Ty mała myszko, co ci się stało? Nie cieszysz się? Dora była smutna. 
—  Jestem  zbyt  zmęczona,  ażeby  cieszyć  się  dzisiaj  z  czegokolwiek  — 

rzekła. 

— Zmęczona? Po dniu bez pracy? Co to znaczy? — dopytywała się Adela 

ciekawie. 

—  Chodźmy  do  łóżka!  —  rzekła  Dora.  —  Opowiem  ci  to  i  owo  jak  się 

położymy. 

W  jej  głosie  było  coś,  co  uderzyło  Adelę.  Posłuchała  jej  wezwania  i 

zaczęła się rozbierać. 

Wreszcie,  gdy  Dora  już  leżała,  Adela  podeszła  do  niej  i  zapytała 

szwagierkę: 

— Co ci jest? Nie jesteś szczęśliwa? 
Dora załkała. Nie mogła już dłużej ukrywać swego wzruszenia. Przytuliła 

się do Adeli z niezwykłą serdecznością. 

— Przyrzekłam Fletcherowi, że wyjdę za niego za mąż w końcu tygodnia. 

Nie wrócę już z tobą do nas, do domu. 

— Przypuszczałam, że on do tego dąży — rzekła Adela, zamyślona. 
— Ale czy ty nie masz na to ochoty? 

background image

— Nie — szepnęła Dora, cała drżąca. 
— Dlaczegóż mu tego nie powiesz? Każ mu jeszcze poczekać. A może ja 

mam się podjąć tej misji, moja biedaczko? 

Głos Adeli pełen był współczucia. 
—  Nie,  nie!  —  odrzekła  Dora  żywo.  —  Nie  mów  z  nim!  Nie  mogłabym 

mu  podać  żadnej  rozsądnej  przyczyny...  Będę  się  lepiej  czuła...  Jestem 
pewna, że będę się lepiej czuła... gdy już będzie po wszystkim. 

—  Mam  nadzieję  —  rzekła  Adela.  —  Ale  nie  lubię  patrzeć  na  twój 

smutek.  Powiedz,  Doro...  czy  nie  istnieje  ktoś...  kogo  wolisz?  Może  to  jest 
właściwą przyczyną? 

Dora drgnęła, popatrzyła na nią rozszerzonymi źrenicami i odsunęła się. 
— Nie! — rzekła gwałtownie. — Nie, nie, nie! 
— W takim razie nie przejmujmy się — rzekła Adela. — To tylko nerwy. 
Pocałowała ją i poszła do swego pokoju, gdzie niebawem usnęła. Ale Dora 

leżała  z  szeroko  otwartymi  oczami,  nie  mogąc  usnąć,  licząc  godziny  i 
minuty,  wlokące  się  rozpaczliwie...  Widziała  wciąż  przed  sobą  te  błękitne 
oczy, patrzące w jej oczy i działające na nią magicznie, hipnotyzujące 

Rano  wstała  wcześnie.  Nie  mogła  leżeć.  Ubierając  się,  stwierdziła,  że 

zgubiła broszkę, którą nosiła stale, prezent od Jacka. 

Adela, leżąc jeszcze w łóżku, ziewnęła, słysząc o tej stracie i oświadczyła, 

że  widziała  tę  broszkę  z  całą  pewnością,  wpiętą  w  suknię  szwagierki 
poprzedniego wieczora przy kolacji. 

— Zgubiłaś ją zapewne przed hotelem, całując się z Fletcherem — rzekła. 
— Nie sądzę — odrzekła Dora, rumieniąc się. 
Niemniej  dokończyła  pośpiesznie  swą  toaletę  i  wyszła  pod  pretekstem 

szukania broszki. 

W  pokoju  bilardowym  znajdował  się  tylko  jeden  służący,  który  sprzątał 

salę  i  upewnił  ją,  że  nie  ma  tu  jej  własności.  Przeszła  więc  do  hallu,  a 
stamtąd pobiegła na miejsce, gdzie miała wczoraj tę decydującą rozmowę z 
Fletcherem. 

Sądziła,  że  nie  zastanie  tam  nikogo  i  zdziwiona  była  widokiem 

niedopałków, leżących na ziemi, a zdradzających czyjąś niedawną obecność. 
W/tejże  chwili  usłyszała  szmer  i  ujrzała  przed  sobą  masywną  sylwetkę 
mężczyzny  o  wielkich  błękitnych  oczach,  patrzących  na  nią  bystro.  Dora 
drgnęła. Miała ochotę uciec. 

Ale  on  przemówił  łagodnie,  cichym  głosem:  —  Niech  pani  chwilkę 

zaczeka! Wiem, czego pani szuka. Tego oto serduszka? Znalazłem je tutaj. 

background image

Zatrzymała  się  mimo  woli.  Jego  głos  brzmiał  dziwnie  miękko.  Mówił  do 

niej  jak  do  wystraszonego  dziecka  i  uśmiechał  się  miłym,  przyjaznym 
uśmiechem. 

— Pan... znalazł... moją broszkę? — wyjąkała. 
—  Tak  jest,  panno  Burton  —  zawahał  się  nieznacznie,  wymawiając  jej 

nazwisko, a nią wstrząsnęło wspomnienie ze zdwojoną siłą. — Wiedziałem, 
że to pani własność. Chciałem ją zwrócić panu Hillowi. 

— Skąd pan wiedział, że to moja własność? 
Wyszeptała  nieomal  te  słowa,  lecz  przysunęła  się  do  niego  bliżej,  jakby 

pchana jakąś tajemniczą siłą. 

Odpowiedział  jej  również  szeptem:  —  Pamiętałem.  Ognista  fala 

przepłynęła całym jej ciałem. Zachwiała się. 

— Pamięć mam dobrą — rzekł widząc, że ona nie może znaleźć słów. — 

Nie gniewa się pani na mnie, mam nadzieję? 

Lekki ton ironii w jego głosie otrzeźwił ją. Opanowała się i odpowiedziała. 
—  Nie,  bynajmniej!  Dlaczegóż  miałabym  się  gniewać  na  pana?  To... 

było... bardzo dawno... nieprawdaż? 

—  Przed  wiekami  —  odrzekł  Warden  z  uśmiechem.  —  Ale  ja  nigdy  nie 

zapomniałem o pani i o pani folwarku i ó starym psie. Czy on jeszcze żyje? 

Przytaknęła. Oczy zaszły jej łzami. 
—  On  by  mnie  pamiętał  —  rzekł  Warden  melancholijnie.  —  To  był 

przyjaciel. Czy pani wie, że była to jedna z najniebezpieczniejszych wypraw 
w moim życiu? Gdyby mnie Fletcher Hill wówczas pochwycił, nie byłby mi 
okazał  miłosierdzia,  a  dzisiaj...  tym  bardziej  —  dodał  z  przekornym 
śmiechem. — Jest katem, gdy chodzi o tak zwany wymiar sprawiedliwości. 

— Teraz jest pan bezpieczny, prawda? — spytała Dora szybko.  
— O ile pani mnie nie wyda. 
— Ja?! Nie ma obawy — rzekła cichym głosem. 
—  Dziękuję  —  odrzekł.  —  Próbowałem  szczęścia  na  Zachodzie,  ale  tam 

mi się nie udało. Więc przywędrowałem tu z powrotem i trafiłem na wolne 
miejsce  w  kopalni  Fortescue.  Przyjęto  mnie  na  stanowisko  kierownika. 
Trudna posada, psie życie... ale ja to lubię. Jestem teraz zastępcą kierownika 
do czasu odjazdu Harleya. 

— Aha! — Popatrzyła na niego uważnie. — On pana nienawidzi! On jest 

bardzo niebezpiecznym człowiekiem, prawda? 

background image

—  Możliwe  —  rzekł  Warden  z  uśmiechem.  —  Tam  nienawidzą  mnie 

prawie  wszyscy,  bo  to  jest  w  ogóle  okropna  hołota.  Ale  mam  nadzieję,  że 
niebawem uzdrowimy te stosunki. 

— Życzę panu powodzenia — odrzekła poważnie. 
— Dziękuję pani. 
Patrzył na nią badawczo, jakby nie mógł czegoś zrozumieć. Ona nie była 

już  zdenerwowana;  stała  przed  nim  bierna,  zamyślona,  jak  człowiek  zbyt 
zmęczony, aby zrobić cokolwiek. 

Zapanowało  dłuższe  milczenie,  po  czym  ona  odezwała  się  z  uśmiechem: 

— Czy odda mi pan moją broszkę? 

Sięgnął do kieszeni. 
—  Istotnie,  byłbym  zapomniał  i  zatrzymał  ją  na  zawsze  —  rzekł, 

wyjmując z kieszeni jej własność.  

Odebrała ją z jego rąk i wpięła w suknię bez słowa. Nieśmiało wyciągnęła 

do niego rękę. 

— Dziękuję panu. Do widzenia! 
Westchnął  nieznacznie,  ujmując  jej  rękę.  Stał  przez  parę  sekund 

nieruchomy. Wtem pochylił się ku niej i zajrzał jej w oczy. 

— Do widzenia! — rzekł czule. — Do widzenia, małe stworzonko! Ładnie 

postąpiłaś, nie robiąc mi krzywdy! Jestem przecież w twoim ręku. 

Te słowa ubodły ją. Zadrżała. Poczuła w sercu ból nie do zniesienia. 
— Niech mi pan tego oszczędzi! — rzekła gwałtownie i wysunęła dłoń z 

jego ręki. 

W  następnej  chwili  biegła  przed  siebie  na  oślep,  nie  wiedząc,  dokąd  i 

którędy biegnie. 

Mężczyzna  stał  i  patrzył  za  nią,  dopóki  nie  zniknęła  za  zakrętem.  Potem 

poszedł wolnym krokiem w przeciwnym kierunku. 

Ale nie uszedł dwudziestu kroków, gdy zawrócił szybko. Dostrzegł coś, co 

nakazało mu ostrożność. 

Gdy  Fletcher  Hill  szedł  tego  dnia  do  sądu,  miał  minę  jeszcze 

nieprzystępniejszą,  zimniejszą  niż  zazwyczaj.  Wyroki,  które  wydał  tego 
dnia,  były  tak  surowe,  jak  tylko  pozwalały  na  to  okoliczności  i  waga 
wykroczeń. 

 
 
 
 

background image

Rozdział dziewiąty 

 
Kopalnia  złota  Fortescue  oddalona  była  o  pięć  mil  od  Trelevanu.  Leżała 

wśród  nagich,  dzikich  pól,  na  których  rozlegały  się  tylko  skrzypnięcia  i 
warkot maszyn i motorów. 

Tu i ówdzie widniały grupy drzew, nie zasługujące nawet na miano lasów. 

Deszcz padał często w tej dolinie smutku. 

Całe  to  otoczenie,  ponure,  jednostajne,  robiło  wrażenie  świata,  w  którym 

wszystko  się  przepaliło,  zostało  przeżarte  jakimś  strasznym,  niszczącym 
ogniem.  Wzgórza  wyglądały  jak  kopce  popiołów.  A  jednak  tu  właśnie,  tuż 
pod  powierzchnią  ziemi,  leżał,  ukryty  w  skale,  cenny  metal,  sekret  stuleci, 
którym nareszcie wydarto ich tajemnicę — przypadkiem zresztą. 

Mówiono,  że  Fortescue,  właściciel  kopalni,  wiedział  już  od  dawna  o 

skarbach  doliny  Barren,  lecz  ujawnił  je  tak  późno,  ponieważ  nie  miał 
przedtem  możności  eksploatowania  metalu.  Gdy  przyjechał  tu  z 
nieodzownym  kapitałem,  zorganizował  szybko  eksploatację,  chcąc  sobie 
wynagrodzić stracony czas. Wziął więc do roboty najrozmaitszą zbieraninę, 
jakiej  nie  brak  w  Australii:  złodziei,  przemytników,  nożowników.  Ludzie, 
nienawidzący wszelkiego porządku i prawa, podporządkowali mu się w imię 
tej samej gorączki złota, która kierowała jego działaniem. 

Mało  kto  znał  go  osobiście,  ale  jego  metody  były  powszechnie  znane. 

Płacił  hojnie,  ale  był  surowy  i  nieubłagany.  Szeptano  sobie,  że  obecny 
sędzia, były szef policji, Fletcher Hill, jest jego stronnikiem, gdyż zwiedzał 
kopalnię,  ilekroć  bawił  w  tej  okolicy,  a  jego  sposób  zadawania  pytań  i 
patrzenia  na  wypytywanych  jest  typowy  dla  sędziego  śledczego.  Fletcher 
Hill  wymierzał  kary  przestępcom,  gdy  ich  przyprowadzano  przed  sąd  w 
Trelevanie, a jego wyroki słynne były z bezwzględności. 

Nienawidzono  go  w  kopalni,  jak  tylko  można,  a  Fortescue  niewiele  był 

temu winien. Przyznawano, że metody właściciela były przyzwoite, chociaż 
z  natury  rzeczy  surowe  i  interesowne.  Brano  mu  tylko  za  złe  przyjaźń  z 
Hillem, którego uważano za cichego wspólnika. Jedyną jego zaletą był fakt, 
że znał go osobiście Bill Warden, który zawsze stawał w jego obronie, gdy 
go  atakowano.  Warden  miał  wielki  wpływ  na  tutejszych  ludzi.  Był  to  fakt 
niewyjaśniony,  lecz  niezbity.  Wyniesienie  go  na  stanowisko  zastępcy 
kierownika spotkało się z ogólnym uznaniem i entuzjazmem. Teraz cieszono 
się,  że  niebawem  przejmie  on  miejsce  znienawidzonego  Harleya.  Warden 
miał instynkt sportowca; umiał postępować z ludźmi. 

background image

Harley  miał  pewien  autorytet,  ale  nie  lubiano  go.  Większość  robotników 

uznawała,  że  jest  to  dorobkiewicz,  egoista,  do  którego  nie  warto  mieć 
zaufania. Starał się wszelkimi siłami o popularność, ale te wysiłki były zbyt 
widoczne.  Bill  Warden  zachowywał  się  swobodnie,  co  robiło  znacznie 
większe wrażenie na ludziach. 

Harley sam się podał do dymisji. Oświadczył, że potrzebuje odpoczynku. 

Nikt nie usiłował go zatrzymać. Jego następcą musiał zostać Warden, to było 
oczywiste.  Jak  zauważył  drwiąco  Hill,  nie  było  innego  kandydata  na 
stanowisko szefa tej bandy opryszków. 

Z pewnych przyczyn Harley odłożył swój wyjazd do ukończenia inspekcji 

kopalni  przez  Hilla.  On  i  Warden  mieszkali  razem  w  wielkim  domu 
górniczym w dolinie Barren. Znajdował on się w pobliżu kopalni, na skraju 
doliny; część była urządzona dla kierowników, którzy stale tu mieszkali. 

Roztaczał się stąd widok na czarne wzgórza i na żółty potok, płynący pod 

oknami. Prowadziła do tego domu kręta ścieżka, wijąca się wzdłuż potoku. 

Tą  ścieżką  wiózł  Fletcher  Hill  obie  panie  nazajutrz  po  owej  partii 

rozegranej w hotelu w Trelevanie. 

Wśród nagich skał panował nastrój, który zmroził nawet gadatliwą Adelę. 
— Tu chyba są upiory! — szepnęła. 
Harley przyjął ich na progu z uśmiechem w przebiegłych oczach. 
—  Warden  oczekuje  pana  w  kopalni  —  rzekł.  —  Nie  odpoczął  dzisiaj. 

Usiłował przygotować istną paradę na przyjazd państwa. Nie wiem, czy mu 
się powiodło. 

— Dlaczego pan wątpi? — spytał Fletcher. Harley wzruszył ramionami i 

zaśmiał się. 

— Niech pan poczeka! Zobaczy pan! 
Wejście do kopalni wyglądało jak olbrzymia grota w skale. Warkot i szum 

maszyn rozlegał się wśród tych skał z piekielnym hałasem. Dora mimo woli 
wzdrygnęła się. Popatrzyła błagalnie na Hilla, który natychmiast zwrócił się 
do Harleya: 

—  Idź  pan  naprzód  i  każ  zatrzymać  maszyny.  Nie  można  rozmawiać. 

Jeden drugiego nie słyszy. 

—  Ja  pójdę  z  panem  naprzód,  panie  Harley  —  odezwała  się  Adela.  — 

Chcę zobaczyć maszyny w ruchu. 

Harley zawahał się. 
—  Czy  pan  zna  drogę,  panie  Hill?  —  spytał.  Hill  przytaknął  ze 

zniecierpliwieniem. 

background image

— Tak, tak, byłem tu wczoraj. 
—  Dobrze  —  ustąpił  Harley  —  ale  niech  pan  nie  zapomni  skierować  się 

na  prawo,  gdy  pan  zejdzie  ze  schodów.  Tamta  droga,  na  lewo,  jest  zbyt 
stroma dla pań. 

Wyszedł, a Adela poszła za nim, najwidoczniej zachwycona, że nareszcie 

wymknęła się spod surowej opieki i oddycha swobodną i dziką atmosferą. 

Dora popatrzyła za nią niespokojnie i zwróciła się do Hilla: — Nic jej się 

nie stanie, prawda? — spytała. Milczał. 

— To może zaczekamy sekundę, aż ustanie ten hałas? — zaproponowała. 
Hill przystanął, aczkolwiek niechętnie. 
— Nie ma w tym nic dokuczliwego — odparł. Popatrzyła na ponury otwór 

w skale, otrząsając się. 

— To jest chyba straszna nora — rzekła. 
—  Przewidywałem,  że  nie  będzie  ci  się  tu  podobać.  —  Uśmiechnął  się 

lekko. 

Zadrżała. 
— A tobie się tu podoba? Tak...  może... Ciebie to interesuje. Ale czy ten 

straszliwy hałas nie działa ci na nerwy? Ja bym uciekła poza jego zasięg. 

Hill poprowadził ją do pobliskiej skały, tworzącej jakby ławkę. 
— Siadaj! — rzekł. 
Usiadła,  a  on  stanął  przy  niej,  opierając  nogę  na  kamieniu.  Czuła  jego 

spojrzenie,  obserwujące  ją  bacznie.  Objęła  rękami  kolana  czując,  że  serce 
trzepoce  jej  w  piersiach  jak  strwożony  ptak.  Przygotowana  była  na  jakieś 
pytanie. Ale nie usłyszała żadnego. Natomiast hałas, rozsadzający — jak się 
wydawało — granity dokoła, ustał i w dolinie zapanowała cisza. 

Nastrój  był  nie  do  zniesienia.  Podniosła  na  niego  oczy;  zdobyła  się  na 

odwagę. 

— Co to? — spytała. — Dlaczego... dlaczego... patrzysz na mnie... w ten 

sposób? 

Gestem dał jej znak, że odmawia wyjaśnień. 
— Idziemy? — spytał lakonicznie. 
Podniosła się, ale kolana uginały się pod nią. Natychmiast wyciągnął rękę 

i  podtrzymał  ją,  ujmując  jej  łokieć.  Prowadził  ją  do  kopalni,  kierując  jej 
niepewnymi krokami w zupełnym milczeniu. 

Zostawili za sobą światło dzienne. Pogrążyli się w półmroku. Kilka stopni, 

wyrąbanych  w  kamieniu  prowadziło  na  dół,  w  czarny  otwór,  ziejący  przed 
nimi. 

background image

— Czy tu nie ma światła? — spytała Dora. 
— Jest — rzekł Fletcher. — Za zakrętem będzie lampa. 
Ale jej nie uspokoiło to zapewnienie, tak wielką trwogę wzbudzała w niej 

kopalnia. Wolałaby nie schodzić wcale na dół, lecz czekanie w dolinie sam 
na sam z Fletcherem wydawało jej się jeszcze gorszym pomysłem. Schodziła 
więc po stromych stopniach bez protestu. 

Nareszcie  doszli  do  końca  schodów.  Istotnie,  było  tu  wystarczające 

oświetlenie. Powietrze było gęste i wilgotne. Korytarz rozchodził się na dwie 
strony;  wąska  ścieżka  wiła  się  między  czarnymi  ścianami.  O  kilkadziesiąt 
kroków dalej paliła się druga lampa. 

Fletcher  zwrócił  się  w  tamtym  kierunku,  gdy  wtem  Dora  chwyciła  go  za 

rękę. 

—  Nie  chodźmy  tamtędy!  —  zaczęła  go  błagać.  —  Proszę  cię,  nie 

chodźmy tamtędy. 

Hill spojrzał na nią ze zdumieniem. 
— Co ci się stało, Doro? — spytał. 
Przytuliła się do niego z rozpaczą, trzymając go mocno za rękę. 
— Nie wiem... nie wiem!... Ale nie chodź tam! Mam okropne przeczucie... 

Ach! 

W  tej  chwili  rozległ  się  suchy  odgłos  wystrzału  rewolwerowego.  Hill 

porwał Dorę za ramię. 

— Nie jesteś ranna? — spytał z niepokojem. 
— Nie... 
— Nic nie mów! Wbiegnij po schodach na górę, jak możesz najszybciej! 
Rozkaz był tak stanowczy, że nie wahała się ani chwili. 
Ale  gdy  tylko  ruszyła  się  z  miejsca,  usłyszała  za  sobą  kroki.  Ktoś  biegł 

szybko  i  zbliżał  się  do  niej.  Wtem  z  czarnego  otworu  wyskoczyła  jakaś 
postać. 

—  Wszystko  w  porządku!  Nie  strzelać!  —  rozległ  się  wesoły,  beztroski 

głos. 

W chwilę później ukazał się w świetle dużej latarki elektrycznej Warden. 

Wyciągnął rękę. 

—  Przepraszam,  że  przestraszyłem  panią.  To  ja  wystrzeliłem.  Był  to 

sygnał dla moich ludzi, ażeby się stawili na inspekcję. 

Mówił  szczerze,  swobodnie,  ale  Dora  miała  wrażenie,  że  Hill  mu  nie 

dowierza.  Ten  trzymał  wciąż  rękę  w  kieszeni,  gdzie  miał  najwidoczniej 
ukrytą broń; nie okazywał również ochoty do przyjęcia podanej sobie dłoni. 

background image

—  Przyszliśmy  oglądać  kopalnię,  a  nie  waszych  ludzi  —  rzekł  ostro.  — 

Niech pan idzie i odwoła ich! 

Dora milczała. Widziała, jak brwi Wardena ściągnęły się ponuro. 
—  Dobrze,  sir  —  rzekł.  —  Jeszcze  niezupełnie  pokończyli  roboty  w 

kopalni.  Zawiadomię  ich,  że  ich  rozpuszczam,  gdy  wybije  godzina 
wieczornego odpoczynku. Ale najpierw muszę panu coś pokazać. Niech pan 
pozwoli za mną! 

Zwrócił się ku wąskiemu przejściu, ale w tejże chwili zatrzymał go ostry, 

rozkazujący głos Fletchera. 

— Warden! Odwrócił się na pięcie. 
— Sir? 
— Zrobi pan, jak rozkazałem... natychmiast! 
Słowa  te  zostały  powiedziane  z  olbrzymią  siłą.  Brzmiały  zimno, 

dokładnie, metalicznie. 

Warden stał bez ruchu, patrząc na niego. Dorze zdawało się, że jego oczy 

stają się dwoma błękitnymi płomieniami, że oświetlają niewielką przestrzeń 
mocniej  niż  lampa.  Cisza,  która  nastąpiła,  tak  była  naładowana  dynamitem 
konfliktu, że gwałtowny wybuch wydawał się nieunikniony. 

Wtem,  ku  zdumieniu  Dory...  Warden  uśmiechnął  się  swym  pogodnym, 

jasnym uśmiechem. 

—  Oczywiście,  skoro  pan  tak  nalega...  —  rzekł.  —  Może  państwo  pójdą 

za  mną.  Składy  są  po drodze.  Obejrzą  państwo  nasze najnowsze  bryły,  a  ja 
przez ten czas wydam ludziom rozkazy. 

Po  tych  słowach  skierował  się  w  głąb  kopalni,  zmierzając  ku  lampie, 

zawieszonej w pewnej odległości od nich. Hill ujął rękę dziewczyny. 

— Może wrócisz? Może zaczekasz na mnie na górze? — spytał. 
— O, nie! — odparła bez wahania. — Pójdę z tobą. 
Nie odpowiedział; nie spuszczał oka z idącego przed nimi Wardena. 
Ten  poruszał  się  szybko  i  zręcznie,  aż  doszedł  do  miejsca,  gdzie  była 

zawieszona  druga  lampa  w  niszy  ściany.  Tu  przystanął,  schylił  się  i  włożył 
klucz w zamek wąskich drzwi. Otworzył je i usunął się, czekając na Hilla. 

— Pójdę zwolnić ludzi — rzekł. — Czy wolno mi państwa tu pozostawić 

na ten czas? Tędy nie przechodzą robotnicy. 

Hill  stał  na  progu.  Lampa  rzucała  ponure  światło  na  przestrzeń  ciasną  i 

nagą jak więzienie. 

background image

— Uwaga!  Dwa schodki! — rzekł  Warden. — Jeden jest nadłamany, ale 

warto  wejść  tu  i  zobaczyć  nasze  najnowsze  zdobycze.  Niech  pan  przejdzie 
pierwszy, sir! Ostrożnie! 

Odwrócił  się  w  przeciwną  stronę  i  chciał  odejść,  nie  zwracając  uwagi  na 

Dorę.  Ona  stała  tuż  przy  Hillu.  Coś  ją  skłoniło  do  położenia  mu  ręki  na 
ramieniu, gdy ruszył ku schodkom. 

W  tej  chwili  stało  się  coś  tak  błyskawicznego,  że  nawet  później, 

przypominając sobie tę scenę, nie mogła się zorientować w jej szczegółach. 

Warden cofnął się i przyskoczył do nich. Jedną ręką odepchnął ją do tyłu, 

a  drugą  pchnął  Hilla  w  plecy  z  taką  siłą,  że  ten  potoczył  się  i  spadł,  jak 
kłoda, do ciemnej nory. Warden momentalnie zatrzasnął drzwi, przekręcając 
klucz w zamku i chowając go do kieszeni. Nie poprzestał na tym. Trzymając 
wciąż  jeszcze  Dorę  jedną  ręką,  żeby  nie  mogła  uciec,  przeciągnął  przez 
kłódkę żelazną sztabę. 

Potem  oddychając  ciężko  i  nie  mówiąc  ani  słowa,  podniósł  ją  do  góry, 

przerzucił  przez  ramię  i  zaczął  biec.  Ona  nie  wydała  ani  jednego  dźwięku, 
była oszołomiona, niezdolna do zebrania myśli. Trzymał ją jedną ręką z taką 
łatwością, jakby była dzieckiem. W drugiej ręce trzymał rewolwer; wiedziała 
o tym. 

Nie orientowała się nawet co do kierunku, w którym ją unosił. Wiedziała 

tylko,  że  biegnie  jak  koń  wyścigowy,  że  przebywa  z  nią  istny  labirynt,  że 
wreszcie wbiega na niewidzialne schody. Do jej uszu doleciał plusk wody. 

Tu  wreszcie  przystanął.  Trzymał  ją  wciąż  z  równą  siłą,  ale  zdawał  się 

nasłuchiwać. Ona poddawała się bezwładnie. 

Zwrócił głowę w jej stronę i szepnął: — Przeraziłem cię, maleńka, moja? 
To ją wyrwało z odrętwienia. Próbowała uwolnić się z jego uścisku. Wziął 

ją na ręce i trzymał w dalszym ciągu, ale już twarzą do siebie. 

— Chcę stanąć na własnych nogach! — zażądała. Ale on nie usłuchał. 
Była  zdumiona  jego  zachowaniem,  ale  odruchowe  zaufanie  jakie  w  niej 

wzbudzał, było niewzruszone. 

—  Proszę  mnie  puścić!  —  rzekła  znowu.  —  I  chciałabym  się  wreszcie 

dowiedzieć, co tu się dzieje? 

Postawił ją na ziemi, ale nie puścił jej ramienia. 
— Nie domyślasz się? — spytał. 
— Nie! Nie! 
Była wzburzona. Chciała zobaczyć jego twarz. 
— Proszę mi powiedzieć, o co tu chodzi! 

background image

— Nie bój się — rzekł ignorując jej pytanie. — Jesteś bezpieczna. 
— Ale... Fletcher?... — pytała z rozpaczą. — Co z nim będzie? 
— Nic mu się nie stanie, przynajmniej na razie. Szukał wiecznie kłótni ze 

wszystkimi, szukał przygód, lubi niebezpieczeństwo, więc teraz doczekał się. 
Ludzie, których kiedyś skazał, zbuntowali się i teraz chcą go zabić. To jego 
sprawa,  ale  nie  miał  prawa  wciągać  ciebie  do  swego  awanturniczego  życia. 
Ty jesteś najważniejsza. 

Jego głos brzmiał mocno i stanowczo. 
— A Adela? — spytała. — Poszła z panem Harleyem. Co się z nią dzieje? 
—  On  się  nią  zaopiekuje;  będzie  dbał  o  własną  skórę!  Nie  troszcz  się  o 

nią! — odparł lekceważącym tonem. — Najwyżej przestraszy się trochę — 
dodał.  —  A  może  i  to  nie...  jeżeli  on  ją  zaprowadzi  w  porę  do  domu 
kierownika. 

—  W  porę?  —  spytała.  —  W  porę?  A  co  się  tu  stanie?  Co  pan  ma  na 

myśli? 

Przytrzymał ją mocniej. 
—  Będzie  niemały  zamęt  —  rzekł.  —  Ale  jestem  szefem  tej  bandy  i 

potrafię ją okiełznać. Ale najpierw muszę ukryć cię w bezpiecznym miejscu, 
moja maleńka. Nie bawię się w żadne ryzyko, gdy chodzi o ciebie. 

Westchnęła.  Dziwnie  działał  na  nią  jego  pewny,  spokojny  głos.  Jednak 

spróbowała się uwolnić. 

—  Nie  chcę  tu  zostać  —  oświadczyła.  —  Daj  mi  powrócić  tam,  do  pana 

Hilla! 

— Na to właśnie nie mogę się zgodzić. Pochylił się ku niej gwałtownie. 
—  Nie  wierzysz  mi?  —  spytał.  —  Nie  zdradziłem  twej  wiary  we  mnie, 

zapewniam cię! 

Zadrżała. Te słowa brzmiały tak, jakby padła ostatnia zapora między nimi. 

Stała niezdecydowana, wreszcie impulsywnie chwyciła go za rękę. 

—  Wierzę  ci  bez  zastrzeżeń  —  rzekła  drżącym  głosem  —  ale...  ale... 

przyrzeknij mi, że nie pozwolisz, żeby się stało coś złego Fletcherowi! 

Milczał  przez  chwilę,  zanim  odpowiedział.  Zauważyła,  że  drgnął  lekko, 

słysząc jej prośbę. Wreszcie rzekł: — Dobrze, przyrzekam. 

— W takim razie pójdę, dokąd chcesz — rzekła odważnie i włożyła rękę 

w jego dłoń. 

Ujął ją mocno, ale delikatnie. 
— Teraz cię poznaję! — W jego głosie wyczuła sympatię. 

 

background image

Rozdział dziesiąty 

 
Poprowadził ją wśród labiryntu podziemnych korytarzy, często stromych i 

śliskich.  Wciąż  słychać  było  szmer  strumienia;  czasem  przybliżał  się,  to 
znów  oddalał,  ale  towarzyszył  im  stale.  Dora,  przy  słabym  świetle  rzadko 
porozwieszanych  lamp,  dostrzegała  chwilami  twarz  Wardena.  Szedł 
pogodny,  wyprostowany,  schylał  się  tylko  tam,  gdzie  sklepienie  było  zbyt 
niskie dla jego wysokiej postaci. Nie patrzył na nią, prawie się nie odzywał, 
ale trzymał ją za rękę i podtrzymywał jej niepewne kroki. Strach był nie do 
pomyślenia w obecności tego człowieka. 

Czas  mijał;  była  pewna,  że  uszli  już  spory  kawał  drogi.  Wreszcie  ujrzała 

przed sobą w oddali wąski pas nieba. 

— Tamtędy wyjdziemy na powierzchnię? — spytała. 
— Tak. 
Patrzyła przed siebie i zastanawiała się. 
— Ale gdzie jesteśmy? Czy jeszcze w kopalni? 
—  Nie.  To  jest  podziemie  przemytników.  —  W  jego  głosie  usłyszała 

żartobliwy  ton.  —  Potok  przepływa  tu,  pod  naszymi  stopami.  Bardzo 
szczęśliwie dla nas. 

Wzdrygnęła się. 
— Ale ty nie jesteś przemytnikiem! — rzekła. Przycisnął lekko jej rękę. 
—  Jestem  tym  i  owym  —  rzekł  wesoło.  —  Między  innymi  królem  tych 

podziemnych pracowników. Nikt nie zna tego podziemia tak jak ja. 

Serce jej zabiło rozpaczliwie. 
— A mówiłeś wczoraj, że żyłeś uczciwie! — szepnęła. 
—  Tak  powiedziałem?  —  Dlaczego  się  przejmujesz,  jak  żyłem?  Gdyby 

Fletcher Hill nałożył na mnie teraz kajdany, co by cię to obchodziło? 

Zadał jej to pytanie gniewnie; był widocznie rozgoryczony. 
— Obchodziłoby mnie to — rzekła. 
— Dlaczego, jestem ciekaw? 
— Bo... jesteśmy przyjaciółmi — szepnęła. 
Żachnął  się,  ale  nie  zaprzeczył  ani  słowem.  Byli  już  blisko  wyjścia  z 

podziemi;  droga  była  stroma  i  nierówna.  Potknęła  się  parę  razy.  ale  on 
podtrzymywał ją mocno. Wreszcie doszli do stopni, na które trudno było się 
wspiąć, tak były pochyłe i śliskie. 

— Zaniosę cię — oświadczył. 

background image

Dora  spojrzała  pod  górę  z  obawą.  Stroma  ściana  wznosiła  się  niemal 

prostopadle nad nią. Po raz pierwszy opuściła ją odwaga. 

— Cóż to za straszna wyprawa! — jęknęła. 
— To jedyne wyjście — rzekł Warden. — Chyba, żebyśmy poszli aż pod 

Wallacetown. 

— Nie moglibyśmy zawrócić? 
— Co? Wystraszona? 
Potrząsnął  jej  ręką  i  pochylił  się  ku  niej,  a  ona  na  widok  tych 

błyszczących,  błękitnych  oczu,  doznała  dziwnego  wrażenia.  Bez  protestu 
wyciągnęła  ku  niemu  obie  ręce  i  pozwoliła  mu  przerzucić  się  przez  ramię, 
tak jak poprzednio. 

Wspinał  się  teraz  pod  górę,  a  ona  trzymała  się  go  mocno,  nie  mogąc 

zapanować  chwilami  nad  przerażeniem.  On  zaś  poruszał  się  tak  lekko  i 
zwinnie,  jakby  nie  był  obarczony  żadnym  ciężarem.  I  znowu  czuła  się 
oczarowana mocą tego człowieka. Zamknęła oczy i poddała mu się. Nie bała 
się już niczego. 

Gdy  otworzyła  oczy,  byli  już  na  powierzchni  ziemi.  Kiedy  stanęła  na 

nogach,  ujrzała  przed  sobą  ścianę  górską.  Nigdzie  nie  było  drogi  ani 
ludzkich  domostw.  Po  raz  pierwszy  puścił  ją.  Stał  oparty  o  skałę  o  parę 
kroków od niej, zupełnie tak, jakby miał zamiar za chwilę odejść i zostawić 
ją własnemu losowi. 

Zapadał  zmierzch.  Czarne  skrzydła  nocy  rozpościerały  się  nad  ich 

głowami.  Od  czasu  do  czasu  zawiewał  wietrzyk.  Drgnęła  mimo  woli. 
Zdawało  jej  się,  że  słyszy  szept  złego  ducha.  Znowu  ogarnął  ją  lęk. 
Instynktownie zwróciła się do mężczyzny po opiekę. 

— Jak się stąd wydostaniemy? — spytała. 
Poruszył się tak gwałtownie, że przez moment mogło się wydawać, iż coś 

go  rozgniewało  w  tym  pytaniu.  Nagle  stało  się  coś,  czego  nigdy  potem  nie 
umiała  oddać  słowami.  Porwał  ją  znów  na  ręce  i  obsypał  jej  twarz,  usta, 
szyję  gorącymi,  namiętnymi  pocałunkami,  pocałunkami,  które  ją 
elektryzowały.  Usiłowała  odwrócić  od  niego  twarz,  ale  była  bezsilna,  a  ta 
bezsilność przejmowała ją skrytą radością, pochodzącą z głębin jej jestestwa, 
radością  tak  wielką,  tak  całkowitą,  że  aż  trudną  do  zniesienia, 
przyprawiającą o omdlenie. 

Burza mijała. Nastąpiła przerwa. Jej głowa spoczywała na jego sercu, a on 

przytulił  policzek  do  jej  włosów  tak  pieszczotliwie  i  czule,  że  był  to  gest 
bardziej jeszcze uszczęśliwiający niż owe ogniste pocałunki. 

background image

Wreszcie  odezwał  się  do  niej,  a  jego  głos  był  głęboki  i  czuły,  drgający 

wielką, potężną miłością. 

— Kochasz mnie, maleńka moja — rzekł. 
W tych słowach nie brzmiało pytanie. Było to stwierdzenie. Zadrżała i nie 

odpowiedziała.  Ten  nagły  wybuch  namiętności  oszołomił  ją  i  wyczerpał  jej 
siły. Czuła, że ponosi ją fala namiętności. 

Westchnął i przycisnął ją mocniej do piersi. 
—  Jesteś  moja!  Dlaczego  nie  miałbym  cię  zatrzymać?  Los  mi  cię  oddał. 

Byłbym głupcem, gdybym cię nie zatrzymał przy sobie. 

Ale coś... jakiś impuls wewnętrzny, chwilowo osłabiony jego wybuchem, 

kazał jej powiedzieć mimo woli słowa, przeciw którym buntowało się w niej 
instynktowne pragnienie szczęścia. 

—  Nie  jestem...  twoja...  —  szepnęła.  Powiedziawszy  to,  poczuła  nawrót 

siły. Odwróciła głowę. 

— Co masz na myśli? 
Jego  szept  był  przejmujący.  Trzymał  ją  teraz  mniej  silnie;  czuła  to 

wyraźnie. Tym mocniejsza się stawała, ale nie okazywała mu tego wiedząc, 
na czym polega jego słabość... i jej własna. 

—  Mam  na  myśli...  —  rzekła  drżącym  głosem  —  że  biorąc  mnie, 

zabierasz coś... co nie należy do ciebie. 

— Miłość jest moim prawem — odpowiedział namiętnie — twoja i moja 

miłość. 

Ale jej powrócił jasny pogląd na sprawy. Potrząsnęła głową przecząco. 
— Nie! To nie jest ta potężna... najpotężniejsza miłość. 
— Co chcesz przez to powiedzieć? 
Trzymał  ją  na  rękach,  ale  już  nie  tulił  jej  do  siebie.  Odpowiedziała  ze 

stanowczością, która zdziwiła ją samą: — To, że jedyna miłość, godna tego 
miana, to miłość, która trwa... 

Wpadł  jej  w  słowo:  —  A  czy  moja  miłość  nie  przetrwała  do  dziś  dnia? 

Czyż kiedykolwiek myślałem o innej kobiecie od dnia, w którym spotkałem 
ciebie? Czy nie walczyłem, nie borykałem się z życiem, byle tylko zarabiać 
jak najuczciwiej i stanąć przed tobą jako porządny człowiek? Jako człowiek 
godzien twej miłości? 

—  Wiem.  wiem...  —  rzekła  załamanym  głosem.  —  Ale  walka  była  zbyt 

ciężka. Zdaje mi się, że od dawna zapomniałeś o mnie. 

— Że zapomniałem? 
— Tak. 

background image

Nie mogła opanować płaczu. 
— Mężczyźni zapominają, prawie wszyscy — mówiła urywanym głosem. 

—  Fletcher  Hill  nie  zapomniał.  Czekał  cierpliwie...  A  oni  mówią,  że  nie 
powinnam  psuć  człowiekowi  życia,  że  to  nigdy  nie  dzieje  się  bezkarnie. 
Zapewniali mnie, że ty już nie pamiętasz, więc ustąpiłam w końcu. Jestem... 
jego narzeczoną. 

— Wbrew twojej woli? — Objął ją znów mocniej ramionami. — Powiedz 

mi, maleńka! Czy zrobiłaś to wbrew twojej woli? 

— Nie, nie! Zgodziłam się dobrowolnie. Sądziłam, że to będzie lepsze niż 

samotne, puste życie. 

— Ach! 
Te słowa uderzyły w niego jak grom. 
— A zatem chcesz mnie skazać na tę samotność, na wieczną pustkę? 
— Muszę dotrzymać słowa bez względu na to, ile mnie to kosztuje. A ty... 

musisz dotrzymać swego przyrzeczenia. 

— Mego przyrzeczenia? — spytał szorstko. 
—  Tak.  Jeżeli  chcesz  istotnie  być  uczciwym  człowiekiem,  musisz 

pamiętać, że przyrzekłeś go... ocalić... 

— Mam go ocalić dla ciebie? 
— Tak. Dla mnie. 
Sama nie wiedziała, jak to się stało, że padły z jej ust te słowa, ale zostały 

wymówione. 

Zapanowało milczenie. Musiała wezwać na pomoc całą siłę woli, jaka jej 

pozostawała, aby nie odwołać tego, co powiedziała. 

Bill  Warden  stał  bez  ruchu.  Powoli  rozluźniał  uścisk  swych  ramion. 

Wreszcie postawił ją na ziemi. Była wolna. 

—  Dobrze,  moja  maleńka  —  rzekł,  a  w  jego  głosie  usłyszała  nową, 

nieznaną jej nutę, która wywołała w niej gorące pragnienie rzucenia  mu się 
na szyję. 

—  Dobrze,  zrobię  to  dla  ciebie...  Jeżeli  mnie  to  zabije...  no,  nic!  Chcę  ci 

dowieść, maleństwo... chcę ci pokazać... czym jest moja miłość dla ciebie. 

Stał przez chwilę, wpatrzony w nią. Zacisnął dłonie i odwrócił głowę. 
—  Zejdźmy  z  tego  wzgórza!  —  rzekł.  —  Muszę  przede  wszystkim 

umieścić cię w bezpiecznym miejscu. 

 
 
 

background image

Rozdział jedenasty 

 
Fletcher Hill stał wśród otaczającej go ciemności, wściekły, ponury, pełen 

wyczekiwania.  Znał  ten  skład,  porównywał  go  zawsze  do  celi  więziennej. 
Teraz z gorzkim humorem stwierdzał, że sam wpadł dobrowolnie w pułapkę. 

Nieczęsto  mu  się  w  życiu  zdarzało  zaufać  komuś,  kto  nie  był  godzien 

zaufania.  Nie  przyszłoby  mu  do  głowy  ufać  Harleyowi.  Ale  dla  pewnych 
przyczyn wierzył w uczciwość Wardena, a teraz oto płacił za swą naiwność. 
To  go  złościło  znacznie  bardziej  niż  świadomość  niebezpieczeństwa,  jakić 
mu  mogło  zagrażać  w  tych  dziwnych,  tajemniczych  okolicznościach.  On, 
Fletcher  Hill,  dał  się  wyprowadzić  w  pole.  Jego  duma  cierpiała 
niewymownie.  Dzięki  swej  głupocie  stracił  wolność  osobistą,  o  mały  włos 
byłby postradał życie. Dorę zaś naraził na niebezpieczeństwo; na myśl o tym 
nawet jemu krew się ścinała w żyłach. Powtarzał sobie z naciskiem, że Dora 
ocaleje,  że  Warden  nie  będzie  tak  strasznym  opryszkiem,  żeby  jej  nie 
uszanować.  Faktem  było,  że  jego  niedbalstwo  narażało  ją  na  szok,  na 
poniżenie... 

Przez  mury  jego  więzienia  nie  dochodził  żaden  dźwięk.  Ciemności  były 

nieprzejrzane,  utrudniały  wręcz  logiczne  myślenie.  Pozostawało  mu  tylko 
jedno: czekać. To było zaś dla człowieka czynu, takiego jak Hill, najcięższą 
torturą. 

Mijały minuty i kwadranse. Stał jak na warcie, przygotowany na wszelkie 

ewantualności.  Rękę  trzymał  w  kieszeni,  w  której  miał  rewolwer.  Czekanie 
wyczerpywało  go.  Gdy  nareszcie  w  ciemnościach  rozległ  się  dźwięk 
odsuwanej  żelaznej  sztaby,  jego  spojrzenie  poweselało,  takie  było  w  nim 
pragnienie wolności. 

— Panie Hill, gdzie pan jest? — usłyszał męski głos. — Przyszedłem pana 

uwolnić. 

Hill wyjął z kieszeni rewolwer. Nie da się złapać w sidła po raz drugi. Stał 

w milczeniu, czekał. 

Nastąpiła pauza, po czym głos zabrzmiał znowu: — Niech pan nie strzela. 

Ma pan prawdopodobnie ten zamiar. Ostrożnie! Zapalę światło. 

Hill  stał  nieporuszony.  Ani  jeden  muskuł  nie  drgnął  na  jego  twarzy. 

Patrzył w kierunku, skąd dochodził głos. 

Nagle  rozbłysło  światło,  oślepiając  go.  Cofnął  się  mimo  woli,  ale 

natychmiast  odzyskał  panowanie  nad  sobą  i  stał  znowu,  zimny,  surowy, 
pełen pogardy, nieustraszony. 

background image

— Niech pan nie strzela — rzekł Bill Warden, błyskając białymi zębami. 

— Mógłby pan zastrzelić przyjaciela! 

Stał  przed  nim  z  pustymi  rękami.  Tylko  w  prawej  ręce  miał  latarkę 

elektryczną. Przyglądał się Hillowi w zamyśleniu. Ten opuścił rewolwer. 

— Wątpię w pańską przyjaźń — rzekł cierpko. 
— Ale mnie pan jeszcze nie zna, prawda? — spytał Warden pogodnie. 
— Hm — rzekł Hill — znam pana od niedawna wprawdzie, ale zdaje mi 

się, że już poznałem pana dostatecznie. 

— Nie jestem tego pewien. 
Mówiąc to, ruszył kilka kroków ku Hillowi. Stanął tuż przed nim. 
— A zatem? — spytał znowu. — Czy pan mnie zna? 
Oczy  Hilla  były  zimne  i  twarde  jak  stal.  Stał  jak  żołnierz  na  paradzie. 

Odrzekł lodowato, bez wzruszenia: 

— Wiem dosyć o panu, żeby pana kazać aresztować, gdy... skończy się ta 

farsa. 

— Nazywa pan to farsą? — odrzekł Bill Warden z dziwnym uśmiechem. 

— A kiedy zacznie się... przyjemność i śmiech? 

Latarka  rzucała  ostre  światło  na  rysy  twarzy  Hilla,  uwydatniając  ich 

surowy wyraz. 

—  Czy  pan  sobie  wyobraża,  że  potraktuję  poważnie  takie  postępowanie, 

wzorowane na bajce o czterdziestu rozbójnikach? 

— Myślę, że fakty są oczywiste — odrzekł Bill Warden z uśmiechem. — 

Jest  pan  w  matni  gorszej,  niż  ta,  którą  pan  zgotował  wielu  ludziom.  Ja  zaś 
mogę pana w niej pozostawić albo pana wyzwolić. Czy pan to rozumie? 

—  Doskonale  —  odrzekł  Fletcher  z  ironią  —  ale  niełatwo  mnie  pan 

przekupi, panie Buckskin Bill. 

Bill Warden podniósł głowę wyzywającym ruchem. 
— Nie próbuję pana przekupić — odrzekł. — Może mnie pan aresztować, 

jak  się  panu  podoba...  Ale  na  razie  jest  pan  w  mojej  mocy  i  będzie  pan 
tańczył tak, jak ja zagram, jasne? 

— Mogę się uwolnić bez pańskiej pomocy. 
—  To  będzie  trudne.  Ja  zaś  chcę  pana  stąd  wydobyć  nie  z  przyjaźni  dla 

pana, lecz przez wzgląd na znacznie cenniejszą osobę, panie Hill. I pan musi 
mnie wysłuchać dla miłości dziewczyny, którą pan poślubi I posłucha mnie 
pan. 

— Czyżby? — rzekł Fletcher. 
Bill Warden wyciągnął nagle rękę i chwycił go za ramię. 

background image

— Głupcze! — wykrztusił z gniewem. — Sądzisz, że zależy mi na twoim 

życiu? 

Powiedział  to  ze  skupioną  siłą,  prawie  szeptem.  Zrobiło  to  większe 

wrażenie  niż  krzyk.  Spojrzał  w  oczy  Hilla,  a  jego  źrenice  błyszczały  jak  u 
dzikiego kota. 

Hill wytrzymał to spojrzenie. 
— Zdejm ze mnie swoją łapę! — rzekł ostro. 
Był to rozkaz starszego oficera. Ręka Wardena opadła, jak za naciśnięciem 

sprężyny. Zapanowało milczenie. 

Wreszcie Hill spytał wyniośle: — O co chodzi? Czy robotnicy zbuntowali 

się? 

— Tak. 
Odpowiedź  ta  wymknęła  się  Wardenowi  mimo  woli.  Popatrzył  na 

starszego mężczyznę z pewnym szacunkiem, prawie odruchowym. 

— Chcą pana zabić; przypuszczają, że jestem po ich stronie. Pozostawiam 

ich w tym mniemaniu. Nie mogę ich powstrzymać innym sposobem. 

— Co dalej? 
— Mogę pana wyprowadzić stąd tylko w charakterze mego więźnia. Jeżeli 

pan się na to zgodzi, ocaleje pan. W przeciwnym razie nie ręczę za nic. 

— Jako pańskiego więźnia! Czyli mam się oddać bez zastrzeżeń w pańskie 

ręce? To pan chciał powiedzieć, nieprawdaż? 

— Tak. To jedyna droga ratunku. 
Płomień  w  oczach  Wardena  zgasł,  ale  jego  postawa  pozostała 

niezmieniona. 

—  Nie  uważa  mnie  pan  za  człowieka  zasługującego  na  zaufanie.  Ale  nie 

ma  pan  nic  do  stracenia.  Gdybym  chciał  pana  zamordować,  zrobiłbym  to 
dawno z łatwością, zamiast przychodzić tu po pana w pojedynkę i oświetlać 
tę norę, aby umożliwić panu strzał do mnie. 

— Tak, już o tym myślałem — odparł Hill sucho. — Ale to by widocznie 

nie  odpowiadało  pańskim  zamierzeniom.  To  jest  pewnego  rodzaju... 
demonstracja. 

Warden  żachnął  się.  —  Zrobiłem  to,  żeby  panu  uratować  życie  —  rzekł. 

—  Byłby,  pan  zginął  jak  pies  w  ciągu  pięciu  sekund,  gdybym  pana  tu  nie 
zamknął. 

Dziwny  wyraz  przemknął  po  twarzy  Hilla.  Coś  jakby  porozumiewawczy 

uśmiech. 

background image

—  Jestem  twym  dłużnikiem,  przywódco  —  rzekł  i  podał  mu  swój 

rewolwer,  kierując  wylot  lufy  w  swoją  stronę.  —  Poddaję  ci  się  bez 
warunków i bez zastrzeżeń. 

Bill Warden zdziwił się. Zawahał się przez chwilę. Wreszcie wziął broń i 

schował  ją  do  kieszeni.  W  chwilę  później  popatrzył  Fletcherowi  prosto  w 
oczy i odwrócił się do wyjścia. 

—  Wydostańmy  się  z  tej  nory  —  rzekł.  —  Wyjdziemy  najkrótszą  drogą, 

znaną tylko mnie. 

Przy tych słowach schylił się i rękoma wypchnął wielki kamień w ścianie. 

Kamień  zwalił  się  z  hałasem  na>ziemię,  odsłaniając  względnie  wygodne 
przejście. Bill spojrzał na więźnia. 

Ten wciąż jeszcze uśmiechał się oczami. 
— Po panu. panie Buckskin Billu — rzekł ceremonialnie. 
W milczeniu Bill poszedł naprzód, a więzień za nim. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział dwunasty 

 
— Och, moja droga! — westchnęła Adela — jaką ja miałam przerażającą 

przygodę!  Myślałam,  że  nigdy  już  cię  nie  zobaczę!  Wszyscy  robotnicy 
strajkują i przysięgają, że zabiją Fletchera Hilla. Nikt nie wie. gdzie on jest. 
Co się z nim stało? Czy zdążył uciec? 

— Nie wiem — odrzekła Dora. 
Padła na najbliższe krzesło i ukryła bladą twarz w dłoniach. 
— Może on już nie żyje — lamentowała Adela. — Pan Harley jest o niego 

bardzo niespokojny. Nie mógł powstrzymać tłumu. A przy tym... Ach! Doro! 
Dobrze,  że  mi  to  przyszło  na  myśl...  Warden...  ten  wczorajszy  rekordzista 
bilardowy...  wiesz?  On  stoi  na  czele  zbuntowanych.  Sama  go  widziałam. 
Trzymał w ręce rewolwer. Ty byłaś z Fletcherem. Musisz przecież wiedzieć, 
co z nim się stało! 

— Nie, nie wiem — odrzekła Dora — rozłączyliśmy się przedtem. 
—  Jakaś  ty  blada!  —  zwołała  Adela.  —  Co  się  stało?  Masz  zamiar 

zemdleć?—  Podeszła,  przerażona,  do  szwagierki  i  pochyliła  się  nad  nią.  — 
Doro, powiedz mi, co się stało? Czy doznałaś wstrząsu? Czy tak się boisz o 
Hilla? 

—  Nic  mi  nie  jest  —  rzekła  Dora  z  wysiłkiem.  —  Czy  odprowadził  cię 

tutaj pan Harley? 

— Tak. A ciebie? Jak się wydostałaś z powrotem? 
—  Mnie  przyprowadził  tutaj  pan  Warden.  A  teraz  poszedł  ratować 

Fletchera Hilla. 

— Lub raczej zastrzelić go — mruknęła Adela. — Rozstawił straże dokoła 

kopalni,  aby  Hill  nie  mógł  się  wymknąć.  Zastanawiam  się,  czy  nic  nam  tu 
nie  grozi.  Pan  Harley  mówi,  że  tu  jesteśmy  bezpieczne.  Ale  nie  wiem... 
Może uciekniemy stąd, Doro? Dobrze? 

— Ja pozostanę tutaj — odrzekła dziewczyna. 
Adela nie słuchała jej odpowiedzi, pochłonięta własnymi myślami. 
— Jesteśmy bezbronnymi kobietami. Nie ma tu nikogo, kto by nas wziął w 

obronę. Co my zrobimy... O nieba! Co to znaczy? 

Za oknami rozległ się złowrogi odgłos tłumu, pomruk groźny i przeciągły. 

Dora  podniosła  się  z  trudem.  Adela  ukryła  się  w  najciemniejszym  kącie 
pokoju. 

Straszliwy zgiełk trwał, a nawet wzmagał się z każdą minutą. Dziewczyna 

podeszła do drzwi. Do prawej ręki wzięła rewolwer, leżący na stoliku. 

background image

— Nie otwieraj! — zwołała Adela. 
Ale  Dora  nie  zwracała  na  nią  uwagi.  Otworzyła  i  wyszła  na  werandę. 

Przed nią leżała jak na dłoni cała dolina Barren i ponury otwór prowadzący 
do korytarzy kopalni. Robotnicy tłoczyli się i wyli, wygrażając pięściami w 
kierunku  tego  okna  właśnie,  w  którym  stanęła  Dora.  Na  widok  postaci 
kobiecej ucichli jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej. 

Spojrzała  w  oczy  mężczyźnie  stojącemu  najbliżej  nie  okazując  żadnego 

wzruszenia. 

— O co chodzi? — spytała donośnym, dźwięcznym głosem. — Czego się 

domagacie? 

—  Sędziego!  Tego  krwiopijcy!  Chcemy  jego  głowy!  Daj  nam  wejść  do 

środka! — odpowiedziało kilka głosów. 

—  Sądzicie,  że  się  was  boję?  Tu  nie  ma  nikogo,  prócz  dwóch  kobiet! 

Macie zamiar walczyć z kobietami dzisiejszej nocy? 

— Kłamiesz! — odpowiedzieli. — Tu się chowa Fletcher Hill. Nie damy 

się wyprowadzić w pole! Przejdziemy! 

Zastąpiła im drogę i wymierzyła rewolwer prosto w tłum. 
— Hilla tutaj nie ma. A wejść tu możecie tylko na rozkaz pana Wardena. 

Jego też tu nie ma w tej chwili. Ale nadejdzie. Ja zaś zastrzelę każdego, kto 
by chciał przekroczyć ten próg podczas jego nieobecności! 

—  Do  diabła!  —  zaszumiał  tłum.  —  Cóż  wy  na  to,  chłopcy?  Dacie  się 

zastraszyć tej kobiecie? 

Odpowiedzią był chór przekleństw, ale nikt nie śmiał się ruszyć. Po chwili 

nad  głową  dziewczyny  przeleciał  kamień,  rzucony  z  głębi  tłumu.  Dora 
momentalnie wypaliła, celując ku górze. 

Rozległ  się  wściekły  pomruk  i  natychmiast  ujrzała  dwanaście  lut 

rewolwerowych,  skierowanych  na  swą  wątłą  postać.  Ale  w  tejże  chwili 
usłyszała  istny  ryk  lwa  i  potężna  postać  Wardena  zjawiła  się  w  blasku 
księżyca — olbrzymia, groźniejsza niż kiedykolwiek. 

— Wy przeklęci bandyci! — wrzasnął. — Wy szakale! Co wy tu robicie? 
Wspaniały był w swym gniewie. Rozstąpili się przed nim jak dzikie bestie 

przed pogromcą, a on podszedł i zasłonił sobą dziewczynę. 

—  Banda!  Hołota!  Podłe  psy!  Świnie!  Wracajcie,  słyszycie!  Ja  tu 

dowodzę! Wiem, dlaczego robię tak, a nie inaczej. Bensonie, ty psie! Co to 
znaczy? Myślisz, że zasłaniam się kobietą jak podły tchórz? 

Człowiek, do którego się zwracał, spojrzał na niego tchórzliwie. 

background image

—  Nie  miałem  zamiaru  narażać  się  tej  pani  —  rzekł  ponuro.  —  Ale  ona 

osłania  sobą  tego  przeklętego  policjanta.  Jej  wina,  że  doszło  do  wymiany 
strzałów. 

—  Mylisz  się!  —  wrzasnął  Warden.  —  Fletcher  Hill  jest  pod  moją 

osobistą opieką. Poddał mi się i jest moim więźniem. 

— Pojmałeś go? — odezwały się liczne głosy. 
—  Tak  —  odpowiedział  Warden  szybko.  —  Ale  nie  wydam  go  wam, 

żebyście  go  zamordowali  —  ciągnął  dalej.  —  Jestem  przywódcą  doliny 
Barren. Jeżeli ktoś jest niezadowolony, to niech przede wszystkim porachuje 
się ze mną. Fletcher Hill jest moim więźniem, powtarzam, i włos mu z głowy 
nie spadnie! Zrozumiano? 

Rozległ  się  głuchy  pomruk.  Ten  człowiek  wywierał  magiczny  wpływ. 

Chwycił za ramię jednego z robotników. Rozstępowali się przed nim jak psy, 
obawiające się kary. 

— Ale zanim zajmiemy się Hillem, muszę się rozprawić z kim innym. A 

mianowicie z Harleyem. Gdzie jest Harley? 

—  A  czego  chcesz  od  Harleya?  —  spytał  Benson  uszczęśliwiony,  że 

uwaga wodza odwraca się od jego osoby. 

— Chcę mu tylko powiedzieć, co o nim myślę, i dać mu w zęby — rzekł 

Warden.  —  Jest  zdrajcą  i  szpiegiem.  Podpatruje  nasze  tajemnice  i  donosi 
policji  o  zamiarach  kolegów.  Potem  zaś  ostrzega  kolegów  przed  tą  samą 
policją. Mam dowody na to, co mówię. Zastrzeliłby mnie, gdyby śmiał. 

— Nie radziłbym mu! — ryknął młody górnik z głębi tłumu. 
Warden  zaśmiał  się.  —  To  ty,  Nixonie?  Chodź  tu  bliżej!  Mam  ci  coś  do 

powiedzenia. 

Nagłym ruchem zwrócił się do dziewczyny, stojącej na progu. 
—  Panno  Burton,  pragnę,  aby  pani  również  słyszała,  co  teraz,  powiem. 

Niech pani zamknie drzwi domu i podejdzie do mnie bliżej! 

Jej błyszczące oczy utkwione były w jego twarzy. Posłuchała w milczeniu. 

Była równie uległa jak ten tłum dokoła. 

Łagodnym  gestem  odebrał  jej  rewolwer,  wyjął  swój  własny  z  kieszeni  i 

podał oba Nixonowi. 

— Pilnuj tych rewolwerów! — rozkazał. — Są  moją  własnością. Tamten 

należy do mego jeńca, Fletchera Hilla. A teraz, chłopcy, jesteście uzbrojeni. 
Ja nie. Nie będziecie strzelać do tej pani. Tego jestem pewien. Co do mnie, 
postąpicie według waszego uznania. 

background image

— Nikt by się nie odważył podnieść rękę przeciw tobie — szepnął Nixon. 

Warden uśmiechnął się przelotnie. 

— Czy słyszeliście kiedy o rzezimieszku, zwanym Buckskin Bill? On tutaj 

grasował  przed  pięcioma  laty.  Wówczas  nie  było  jeszcze  kopalni  w  dolinie 
Barren. Była tylko kryjówka przemytników. 

Kilku mężczyzn przyjrzało mu się nieufnie. 
— Co to ma wspólnego z Fletcherem Hillem? — spytali. 
— Zaraz wam powiem — rzekł Warden. — Buckskin Bill, rzezimieszek, 

był  ścigany  przez  policję  i  schronił  się  do  doliny  Barren.  Znalazł  kryjówkę 
przemytników  i  coś  więcej,  o  czym  przemytnicy  nie  wiedzieli.  Znalazł... 
złoto.  Dziwna  rzecz,  chłopcy,  ale  to  fakt!  Ten  człowiek  postanowił  z 
przyczyn  natury  prywatnej  zaprzestać  swego  dotychczasowego  trybu  życia. 
Policja nie zdołała go ująć, przemytnicy też go nie przydybali. Wyprowadził 
wszystkich  w  pole,  a  kiedy  opuszczał  te  strony,  powiedział  sobie:  „Będę 
kiedyś przywódcą w tej dolinie". Pojechał na Zachód i ukrył się na pustyni 
australijskiej, aż przebrzmiało echo jego wyczynów, niezgodnych z prawem. 
Przed  dwoma  laty  powrócił.  Pierwszą  osobą,  na  którą  się  natknął,  był  Hill, 
dawny policjant, obecny sędzia. 

Urwał z tym wrodzonym sobie zmysłem dramaturgii, który stanowił jego 

główną siłę i tajemnicę jego nieprzeciętnego uroku. 

Potem  ciągnął  dalej:  —  Przyszło  mu  wtedy  coś  do  głowy.  Hill  był, 

oczywiście, zajęty czymś innym: był na innym tropie. Bill pojechał do niego 
do  Wallacetown  i  opowiedział  mu  o  swym  odkryciu  w  dolinu  Barren. 
Chłopcy,  Hill  ma  duszę  sportowca,  ta  spekulacja  nęciła  go  Pojechał  do 
doliny  Barren  i  po  krótkich  poszukiwaniach  sprawdził  autentyczność 
informacji.  Tejże  nocy  przydybał  przemytników  na  gorącym  uczynku. 
Cudem tylko udało im się wymknąć. Hill niewieli: powiedział na ten temat. 
Nie 

jest 

rozmowny. 

Wróciwszy 

do 

Wallacetown, 

zaproponował 

Buckskinowi  stanowisko  w  tajnej  policji.  Bill  odmówił.  Wówczas  Hill 
ofiarował mu pracę w dolinie Barren: kilkuletni kontrakt. Na to Bill zgodził 
się chętnie. „A jak pan się nazywa?", spytał Hill. 

Warden urwał znowu i wybuchnął śmiechem. 
—  Nie  wiedział,  co  odpowiedzieć,  więc  na  chybił  trafił  rzucił  pierwsze, 

zasłyszane  niegdyś  nazwisko:  „Fortescue",  odrzekł.  Hill  nie  pytał  już  o  nic 
więcej.  —  W  takim  razie  nazwiemy  kopalnię  Fortescue  —  rzekł.  —  A  pan 
będzie  pracował  i  uczciwie  zarabiał  w  dolinie  Barren.  —  Było  to 
przedsięwzięcie  nie  lada,  ale  to  właśnie  uśmiechało  się  Buckskinowi,  który 

background image

lubił  zwalczać  trudności.  Popełnił  jeden  tylko  błąd:  zaufał  Harleyowi.  Poza 
tym pracował mądrze i niezmordowanie. Przemytnictwo ustało, bo Fortescue 
i  Hill  czuwali  nad  porządkiem  w  dolinie.  Możecie  ich  nienawidzić,  ale 
musicie  przyznać,  że  dolina,  leżąca  przedtem  odłogiem,  stała  się  źródłem 
dochodu dla wielu ludzi. A zawdzięczamy to wszyscy Hillowi, ponieważ nie 
zadawał  dalszych,  kłopotliwych  pytań.  Ponieważ  zaufał  obcemu 
przybyszowi! I dlatego zasługuje on na coś lepszego niż kula, mimo że jest 
surowym sędzią i byłym tropicielem drobnych przestępstw. Jest człowiekiem 
honoru. Zrozumieliście, chłopcy? Mam wam opowiedzieć coś jeszcze? 

—  Mów  do  końca,  wodzu!  —  zawołał  Nixon.  —  Już  nie  będziemy  się 

burzyli. Awantura minęła! 

Warden  odwrócił  się  i  położył  dłoń na  ramieniu  dziewczyny,  stojącej  tuż 

za nim. 

—  Panowie  —  rzekł  —  przywódcą  w  tej  dolinie  jest  Fletcher  Hill,  a  nie 

Buckskin  Bill.  Jest  dobrym  przywódcą;  zna  się  na  ludziach.  A  ta  pani  jest 
jego  przyszłą  żoną.  Musicie  być  jej  wierni,  chłopcy!  Nie  dopuście,  aby 
owdowiała,  zanim  została  oblubienicą.  Nie  pozwólcie  takiemu  łotrowi  jak 
Harley  zrobić  łotrów  z  was  wszystkich.  Jesteście  graczami,  wy  również, 
może  lepszymi  niż  ja.  Co,  chłopcy?  Teraz  wy  mi  odpowiedzcie,  na  was 
kolej! 

— Zaraz! — przerwał Nixon. — Nie skończyliśmy jeszcze, wodzu! 
— To prawda. 
Warden powiódł wzrokiem dokoła. 
—  Chłopcy!  —  rzekł  donośnym  głosem,  niemal  uroczyście.  —  Jestem 

nędznym  kłamcą.  To  ja  jestem  Buckskinem  Billem.  Ja  jestem  Fortescue. 
Teraz wiecie wszystko! 

Ton,  jakim  wykrzyknął  te  słowa,  był  raczej  wyzwaniem  niż  wyznaniem. 

Ruszył  ku  gromadzie  robotników,  aż  znalazł  się  tuż  przed  ich  zwartym 
szeregiem. 

Rozstąpili  się  przed  nim  jak  na  dany  znak  a  Buckskin  Bill  przeszedł 

między nimi jak zdobywca. 

—  No,  i  cóż,  chłopcy?  —  spytał.  —  Jaki  wyrok?  Jestem  w  waszych 

rękach. 

Odpowiedział  mu  wybuch  entuzjazmu.  Podniesiono  go  do  góry, 

wznoszono  bez  końca  okrzyki  na  jego  cześć.  Oddano  kilka  strzałów  w 
powietrze. Był to najgorętszy wybuch, jakiego świadkiem była kiedykolwiek 
dolina Barren. Dla Dory było to objawieniem mocy jednego człowieka, który 

background image

umie panować nad tłumem, gdyż  ma ogromną siłę przekonywania.  On  sam 
okiełznał kilkuset ludzi. 

Doznawała dziwnego wrażenia. Łzy płynęły jej po policzkach. Odwróciła 

się i ujrzała Fletchera Hilla, stojącego za nią. 

— Czy on nie jest wielki? Co? — wyszeptała. 
Podał  jej  ramię  i  wprowadził  ją  do  domu  kierownika.  Był  łagodny,  ale 

wszelka namiętność go opuściła. 

— Nie ma wątpliwości, kto jest panem tej doliny — rzekł. 
Przy tych słowach uśmiechnął się, a ten śmiech był smutniejszy niż jej łzy. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział trzynasty 

 
Dorze  wydawało  się  niemożliwe,  żeby  życie  mogło  jeszcze  płynąć 

normalnie  po  wstrząsających  wypadkach  ubiegłej  doby.  Ale  gdy  nazajutrz 
spotkała  Hilla,  zdumiona  była  jego  spokojem  i  naturalnością.  Nic  w  jego 
zachowaniu nie przypominało wczorajszych zdarzeń ani nie zdradzało, że on 
o  nich  pamięta.  Był  zamknięty  w  sobie,  zupełnie  opanowany  i  zimny,  jak 
zwykle.  Adela  daremnie  usiłowała  zaspokoić  swą  ciekawość.  Fletcher  Hill 
był  zamkniętą  księgą,  a  i  Dora  niewiele  opowiadała.  Adela  nie  mogła 
sprowokować  jej  do  zwierzeń  na  temat  Wardena.  Omijała  starannie  ten 
temat, a jej dyskrecję Adela uznała za nieszczerość. 

Nie  widziały  Wardena  do  końca  tygodnia;  Hilla  widywały  rzadko.  Nie 

starał się rozmawiać z Dorą sam na sam, a ona była w głębi duszy ucieszona 
tą obojętnością. Zbliżał się dzień, w którym miał się odbyć ich ślub, ale ona 
nie liczyła się wcale z tą możliwością. Nie umiała powiedzieć dlaczego, ale 
doznawała  wrażenia,  że  ten  dzień  nigdy  nie  nadejdzie.  Coś  się  na  pewno 
stanie!  Czuła,  że  zniesie  wszystko,  byle  ujrzeć  jeszcze  raz  ukochaną  postać 
Billa Wardena. Ale na próżno czekała na niego. 

Gdy  w  końcu  tygodnia  przyjechał  jej  brat,  ogarnęła  ją  rozpacz  i 

przygnębienie,  graniczące  z  całkowitą  apatią.  Przywitała  się  z  Jackiem 
prawie  chłodno.  Wiedziała,  że  on  zacznie  ją  naglić,  aby  przyśpieszyli  datę 
ślubu. 

—  Co  ci  jest,  maleńka?  Co  się  stało?  —  szepnął  Jack,  obejmując  ją 

ramieniem. 

Przytuliła się do niego. 
— Nic, Jacku... — wyszeptała. — Nic... 
Wszedł  Hill.  Rodzeństwo  rozstało  się.  Adela  i  Dora  poszły  spać.  a 

mężczyźni pozostali sami. 

Nareszcie  nadszedł  wielki  dzień.  Nic  się  nie  zdarzyło.  Dowiedziały  się 

tylko przypadkowo, że Harley zrezygnował z posady i odjechał. 

Dora  ubierała  się  do  ślubu  jakby  we  śnie.  Nie  zdawała  sobie  sprawy  z 

rzeczywistości.  Jej  strój  był  skromny.  Kapelusz  zamiast  welonu.  Ślub  miał 
się  odbyć  z  rana,  gdyż  tak  ona,  jak  i  Hill  nie  życzyli  sobie  żadnej 
wystawności.  Gdy  zeszła  ze  schodów  z  Adelą,  oczekiwał  na  nie  w  hallu 
tylko Jack. 

Patrzył  na  nią  badawczo,  gdy  zbliżała  się  do  niego,  po  czym  ujął  ją  za 

ramiona  i  ucałował  jej  bladą  twarz.  Widziała  jego  wzruszenie,  ale  jej  nie 

background image

poruszało. Od czasu owej nocy w kopalni zamarły w niej wszelkie uczucia. 
Tęskniła  tylko  do  obecności  Billa  Wardena;  poza  tym  świat  był  dla  niej 
pusty. 

Jechała  do  kościoła,  trzymając  Jacka  za  rękę.  Adela  bezustannie  mówiła. 

Oni oboje siedzieli milczący. 

Kościół był zimnym, nagim budynkiem w centrum  miasta. Mógł zmrozić 

swym  chłodem  najszczęśliwszą  narzeczoną,  ale  Dorze  było  już  i  bez  tego 
dość zimno i dość smutno na duszy... 

Szła ku głównej nawie między Jackiem a Adelą. Fletcher Hill spotkał ich 

na środku kościoła. 

On  także  spojrzał  bacznie  w  twarz  Dory.  Spokojnym  ruchem  wyjął  jej 

ramię spod ramienia Jacka i przełożył przez swoje własne. Gdy Jack i Adela 
cofnęli  się  Dora  spojrzała  na  niego  z  obawą  i  irytacją;  pozostała  sama  z 
narzeczonym. 

Szła  ze  spuszczonymi  oczami.  Nagle  jakaś  nieznana  siła  kazała  jej 

spojrzeć  na  ołtarz.  Serce  jej  przestało  bić  na  chwilę.  Tam,  przed  ołtarzem, 
stał piękny, wysoki mężczyzna... On! Bill Warden! 

Hill  podprowadził  ją  do  ołtarza.  Tu  uścisnął  jej  ramię  tak,  jak  nigdy... 

Rozluźnił uścisk. Warden wyciągnął do niej rękę. Jak we śnie podała mu swą 
zimną dłoń, a on objął ją mocno i przyciągnął ją do siebie, do ołtarza... 

Nabożeństwo się rozpoczęło. Dora była oszołomiona... 
Obrzęd  zaślubin  odbył  się.  Dora  nadal  nie  wiedziała,  czy  to  sen,  czy 

jawa...  Przy  niej  klęczał  Warden;  padały  na  nich  pierwsze  promienie 
porannego słońca. Dorze zdawało się, że są sami w kościele, w obliczu Pana, 
który  jest  Miłością.  Później  ta  chwila  pozostała  jej  najświętszym 
wspomnieniem do końca życia... 

Mocne  ramię  podniosło  ją  z  ziemi  i  skierowało  ku  wyjściu.  Wstała  z 

klęczek  z  uczuciem  żalu.  Spotkała  oczy  Fletchera  Hilla,  wpatrzone  w  nią  z 
wyrazem, którego nie zapomniała nigdy... 

Jego głos był pierwszym znakiem z zewnątrz, przerywającym ten czar, w 

którym żyła od kwadransa. 

—  Czy  sądzisz,  że  zasługuję  na  przebaczenie,  Doro?  —  spytał. 

Impulsywnie ucałowała go. 

— Sama nie wiem, co odpowiedzieć — szepnęła. Pochylił się i pocałował 

ją z powagą. 

—  Moje  dziecko,  nie  odpowiadaj  mi  —  rzekł  z  uśmiechem.  —  Jeżeli  ty 

jesteś szczęśliwa, postąpiłem dobrze i cieszę się serdecznie. 

background image

Te słowa trafiły jej do serca. Poczuła wdzięczność tak przemożną, że przez 

chwilę zdawało jej się, iż mogłaby pokochać tego zacnego człowieka. 

Późnym  wieczorem  tego  dnia  siedziała  z  Billem  na  ławce  i  patrzyła  na 

Góry  Błękitne,  rysujące  się  na  horyzoncie.  Trzymali  się  za  ręce  i  omawiali 
wspólnie wypadki ostatnich kilku dni, tak obfitujących w przeżycia. 

—  Walczyłem  przeciw  projektowi  ożenienia  się  z  tobą  —  mówił  Bill, 

uśmiechając  się  z  właściwym  sobie  wdziękiem.  —  Ale  on  mnie  po  prostu 
zmusił. Zagroził, że wsadzi mnie do więzienia, jeżeli nie ustąpię. Pytał, czy 
jestem  niegodziwcem,  czy  koniecznie  chcę  złamać  ci  serce.  Wiedziałem 
dobrze,  że  to  jest  z  jego  strony  najcięższa  ofiara,  jaką  może  ponieść 
mężczyzna  dla  kobiety.  Toteż  wahałem  się,  czy  wyrządzić  mu  krzywdę, 
największą, jaką kiedykolwiek wyrządziłem. Ale tu szło o ciebie... o ciebie... 
maleńka, najdroższa! Więc ustąpiłem. 

Oparła policzek o jego ramię. 
— Powiem ci coś — szepnęła. — Ja również nie byłabym się zgodziła na 

taką krzywdę... gdyby tu nie szło... o ciebie... 

Przytulił ją do serca. 
— Jestem takim biednym człowiekiem, kochanie  moje  — rzekł. — Będę 

pracował dla ciebie... umrę dla ciebie. Ale nigdy nie stanę się ciebie godzien. 

Podniosła ku niemu głowę. 
—  Ukochany  —  rzekła.  —  Czy  pamiętasz,  jak  mnie  prosiłeś,  żebym  cię 

traktowała bez uprzedzenia? Miałeś słuszność. I Fletcher Hill ma słuszność, 
ufając ci. On się zna na ludziach. Ja zaś jestem tylko kobietą, która cię kocha 
i cokolwiek się stanie, zawsze będzie przy twym boku. 

Zamknął jej usta namiętnym pocałunkiem. 
— Moja maleńka... — rzekł — moja maleńka... Zasłużę na te słowa... Tak 

mi dopomóż Bóg! 

Był bardzo wzruszony. Ale odchylił jej rękaw, żeby ucałować miejsce, na 

którym  po  raz  pierwszy  spoczęły  jego  wargi,  i  to  ich  rozśmieszyło.  Był  to 
czuły śmiech kochanków w zaraniu wspólnego szczęścia. 

 

 

 
 

 
 

background image

Część trzecia 

 

Rozdział pierwszy 

 
— No, teraz już po wszystkim, są złączeni na dobrą i  złą dolę, jak się to 

mówi. Miejmy nadzieję, że nie będzie to zła dola. 

Głośny  pomruk  niechęci  był  odpowiedzią  na  te  słowa  powiedziane  przez 

jedną z kobiet, stojących dokoła kościółka i gapiących się na orszak ślubny. 
Dzwonki  kościelne  zagłuszały  odgłosy  rozmów,  ale  ta  uwaga  nie 
przebrzmiała bez echa. Ślub córki pułkownika Everarda z milionerem Pietem 
Cradockiem był dla miasteczka sensacją. Do niedawna nikt tutaj nie słyszał o 
istnieniu  tego  bogacza,  ale  dzisiaj  uważano  go  powszechnie  za  godnego 
męża Nany Everard, którą wszyscy kochali. 

Miała  dwadzieścia  lat,  była  śliczna,  wesoła,  ujmująca,  ale  też 

nieokiełznana  i  dzika.  Pułkownik  miał  trzech  synów  i  osiem  córek.  Całe  to 
potomstwo  odziedziczyło  po  ojcu  wdzięk  i  dar  zjednywania  sobie  serc 
ludzkich. 

Pułkownikowa umarła przed wielu laty. Pułkownik był zrujnowany. Długi 

jego  sięgały  zawrotnych  cyfr,  zwiększających  się  z  każdym  rokiem.  To 
niespodziewane małżeństwo było zbawieniem dla całej rodziny. 

Nikt  nie  przypuszczał  ani  przez  chwilę,  aby  Nana  Everard  kochała  tego 

syna  Bura  i  Angielki,  któremu  oddawała  swą  rękę.  Ale  przecież  nie  mogło 
być  mowy  o  odrzuceniu  jego  milionów.  Taka  fortuna  równoważy  różne 
„ale".  Piet  Cradock  był  właścicielem  kopalni  diamentów  w  Afryce 
Południowej, gdzie odgrywał wielką rolę. Do Anglii przyjechał w interesach, 
na sześć tygodni. Toteż trzeba było przyśpieszyć ślub. 

Poznał  swą  przyszłą  żonę  całkiem  przypadkowo.  Posadzono  go  prz>  niej 

na  proszonym  obiedzie  w  mieście.  W  tydzień  później  oświadczył  się  o  jej 
rękę.  A  Nana  Everard,  olśniona  perspektywą  tych  bogactw,  zgodziła  się 
impulsywnie zostać jego żoną. 

Pan  młody  musiał  wylądować  w  Afryce  w  przeciągu  trzech  tygodni 

Odjeżdżali  więc  natychmiast  po  obrzędzie  ślubnym,  wieczorem  tegoż  dnia, 
koleją po Plymouth, aby tam wsiąść na statek, odpływający nazajutrz. 

Nikt  nie  spróbował  zapytać  wśród  tego  gorączkowego  załatwiania 

sprawunków i formalności, co myśli Nana o swym przyszłym mężu, o życiu, 
jakie ją czeka przy jego boku. Może ona sama nie zdawała sobie sprawy ze 

background image

swych uczuć? Podczas aktu zaślubin była blada jak płótno i odpowiadała na 
pytania pastora głosem tak cichym, że ledwo ją było słychać. 

Ale gdy wychodziła z kościoła, oparta na ramieniu pana młodego, śmiała 

się  wesoło.  Jakiś  entuzjasta  obsypał  ryżem  odkrytą  głowę  nowożeńca,  ku 
jego widocznemu niezadowoleniu. 

Nie  śmiał  się  wraz  z  nią.  Jego  śniada  twarz  nie  zdradzała  żadnego 

wzruszenia.  Był  o  piętnaście  lat  starszy  od  niej.  Wyglądał  na  swój  wiek. 
Czoło  mu  już  wyłysiało,  a  włosy  na  skroniach  były  mocno  szpakowate. 
Wzrostu był przeciętnego, ale miał szerokie bary i potężną klatkę piersiową, 
a  gdy  szedł,  trzymając  się  bardzo  prosto,  robił  wrażenie  kogoś  dumnego  i 
zamkniętego w sobie. Czarne brwi schodziły mu się pośrodku czoła. Była to 
na pewno silna indywidualność! 

Nana  rzuciła  na  niego  okiem,  wsiadając  do  powozu.  Przeszła  jej  przez 

głowę  myśl,  że  gdyby  miał  brodę,  uciekłaby  od  niego  w  jednej  chwili,  nie 
zważając  na  złożoną  przed  paru  minutami  przysięgę  wierności.  Ale,  na 
szczęście,  na  zimnej,  starannie  wygolonej  twarzy  pana  młodego  nie  było 
śladu zarostu. 

Jadąc do domu z kościoła, usiłowała pozbyć się dziwnego uczucia, jakie ją 

opanowało,  gdy  stanęła  przed  ołtarzem  przy  boku  tego  człowieka.  Czy 
popełniła  błąd?  Jeszcze  teraz  nie  była  tego  pewna.  Trudno  jej  było  zdać 
sobie sprawę ze swych uczuć w tym wirze i zamęcie, nieodłącznym od ślubu 
i wesela w wielkim świecie. Jeżeli to była omyłka z jej strony, musi ponieść 
konsekwencje  bez  szemrania.  Była  przeświadczona,  że  on  zawładnie  nią 
całkowicie  i  będzie  ją  niemiłosiernie  tyranizował,  jeżeli  dostrzeże  w  jej 
oczach obawę i niepewność. 

Tak  więc  ukrywała  swe  przygnębienie.  Śmiała  się  i  gawędziła  za  dwoje 

podczas  tej  krótkiej  przejażdżki.  Ponury  pan  młody  zachowywał  uparte 
milczenie. 

Rzucił  tylko  parę  słów.  I  najwidoczniej  miał  coś  na  myśli.  Nana 

odetchnęła, gdy nareszcie stanęli przed domem a on z powagą podał jej rękę, 
pomagając jej wysiąść. 

Stos  telegramów  na  stoliku  w  staroświeckim  hallu  zwrócił  uwagę  panny 

młodej. Porwała pierwszy z brzegu. 

—  Depesza  od  Jerzego  Listera!  Wiedziałam,  że  on  nie  zapomni!  To 

najmilszy  chłopak  pod  słońcem.  Miał  przyjechać,  ale  zatrzymał  go  jakiś 
okropny egzamin w Oxfordzie. 

background image

Zaczęła  czytać  treść  telegramu,  ale  widząc  męża  tuż  przy  sobie, 

zaczerwieniła  się,  zmięła  papier  w  ręku  i  rzekła  nieco  zmieszanym  głosem: 
— Jaki on śmieszny! Otwórzmy inne depesze! 

Wcisnęła  mu  do  ręki  kilka  telegramów,  a  sama  zajęła  się  otwieraniem 

pozostałych. 

On  nie  otworzył  żadnego.  Stał  przy  niej  i  bacznie  jej  się  przyglądał. 

Zarumieniona, otwierała jedną kopertę po drugiej i odkładała je na bok. 

Nagle podniosła wzrok i napotkała jego spojrzenie. 
— O co chodzi? 
Wskazał spokojnie oczami na zmięty papier w jej dłoni. 
—  Nie  zamierzasz  przeczytać  tej  depeszy?  —  zapytał  powoli,  staranną 

angielszczyzną. 

Zarumieniła się mocniej. Jej czoło oblało się purpurą. 
— Zaraz — odparła niechętnie. Przyglądał jej się z wyrazem ciekawości. 
— Nie bój się — rzekł cichym głosem. — Nie będę ci czytał przez ramię. 
Nana  spojrzała  na  niego,  zbyt  zaskoczona,  aby  odpowiedzieć.  Krew 

odpłynęła z jej policzków równie szybko, jak przypłynęła przed chwilą. Była 
biała jak kreda. 

Nagle  porywczym  gestem  wyciągnęła  ku  niemu  rękę,  w  której  trzymała 

zmięty papier. 

—  Proszę,  weź  i  przeczytaj  ten  telegram  —  rzekła  głosem,  który  drżał  z 

gniewu. — Widzę, że cię bardzo interesuje! 

Nie poruszył się. 
— Nie życzę sobie go czytać, Anno — rzekł poważnie. 
Po raz pierwszy nazwał ją jej imieniem, a w sposobie wymówienia go bez 

zdrobnienia,  było  coś  uroczystego,  etykietalnego.  Wszyscy  dotychczas 
nazywali ją Naną. Sama nie wiedziała, dlaczego była oburzona tym brakiem 
poufałości. Jej gniew wzmógł się. 

— Weź go i czytaj! — powtórzyła niemal rozkazująco. — Chcę. żebyś to 

przeczytał. 

Pierwszy  powóz,  wiozący  gości,  zajeżdżał  przed  dom.  Cradock  zawahał 

się,  ale  uległ  jej  woli.  Wziął  zmięty  papier,  rozwinął  i  przeczytał.  Ona  zaś 
stała  przy  nim,  zionąc  bezsilną  złością.  Telegram  nie  był  długi.  Czytanie 
trwało kilka sekund. Nie podniósł oczu, dopóki nie przeczytał do końca. 

Żegnaj,  Ukochana,  żegnaj!  —  tak  brzmiała  depesza.  —  Dla  mnie  jest  to 

dzień wypisany czerwonymi zgłoskami, ale życzę Ci wszelkiej pomyślności, 

background image

życzę Ci jej  z całego serca. Pomyśl od czasu do czasu o dawnych dobrych 
czasach i o Twym chłopcu, którego zostawiasz samego. Kochający Cię 

Jerzy 
Wśród  zgiełku  i  gratulacji  Piet  Gradock  zdołał  zwrócić  depeszę 

narzeczonej. 

—  Dziękuję!  —  rzekł  tylko,  a  ona  nie  wiedziała,  co  to  ma  znaczyć. 

Odebrała  swą  własność  nie  patrząc  na  niego  i  na  tym  skończył  się  ów 
incydent. 

Gości  wciąż  przybywało.  Nana  była  bardzo  zajęta.  Nikt  by  się  nie 

domyślił  na  widok  jej  uśmiechniętej  twarzy,  jakie  ją  dręczyły  wątpliwości, 
jaki żal wzbierał w jej młodym sercu. 

Tylko Mona, jej ukochana siostra, miała niejasne przeczucia, że Nana nie 

jest  szczęśliwa.  Ale  i  jej  nie  zwierzyła  się  panna  młoda.  W  ciągu  tego  pół 
dnia,  przeznaczonego  na  przygotowania  do  drogi,  nie  zamieniły  z  sobą  ani 
jednego  poufnego  słowa.  Pakowały  razem  rzeczy  we  wspólnym  sypialnym 
pokoju,  gdzie  dotychczas  mieszkały  przez  długie  lata.  Bały  się  mówić  o 
czekającym je rozstaniu, więc mówiły jak najmniej, o czymkolwiek. 

Jedyną  aluzją  do  zmiany  trybu  życia  było  zdanie  Nany:  —  Nie  sypiaj 

sama, moja droga. Weź do siebie Łucję! 

Zeszły  ze  schodów,  trzymając  się  pod  rękę.  Stary  pułkownik  Everard, 

zaczerwieniony,  załzawiony,  czekał  na  nie  w  hallu.  Wziął  Nanę  w  objęcia, 
szepcąc wyrazy błogosławieństwa. 

Nana wysunęła się z ramion ojcowskich, blada, ale spokojna. 
—  Do  zobaczenia,  papo!  —  rzekła  pogodnie.  —  Zanim  się  obejrzysz, 

ujrzysz  mnie znowu! Powrócę i ucałujemy się radośnie na powitanie.  Wolę 
się witać niż żegnać! 

Śmiejąc się, obeszła dokoła całą rodzinę, zgromadzoną w hallu i całowała 

się z każdym, jakby wyjeżdżała na dwa, trzy dni. Wreszcie wybiegła wśród 
gorących życzeń szczęścia do czekającego na nią powozu. 

Mąż wsiadł za nią i ruszyli z miejsca, zanim zdążył usiąść. 
—  Bogu  dzięki,  że  już  to  mam  za  sobą!  —  rzekła  Nana.  —  Nie  wyjdę 

nigdy powtórnie za mąż, chociażbym miała żyć do stu lat! Przypuszczam, że 
własny pogrzeb sprawia większą przyjemność i jest mniej uroczysty. 

Pochyliła  się  przy  tych  słowach  i  miała  zamiar  otworzyć  okno  powozu. 

Wtem  została  odrzucona  w  tył:  powóz  zakołysał  się  gwałtownie  i  w  tejże 
chwili konie zaczęły ponosić. Powóz potoczył się z zawrotną szybkością po 
stromej szosie. 

background image

Nana zwróciła się odruchowo do swego męża. 
— To chłopcy z miasteczka! Zapowiedzieli, że dadzą ognia na szczęście. 

Ale... 

Nie  dokończyła,  gdyż  porwały  ją  mocne  ramiona  trzymając  w  głębi 

powozu, tuląc ją do siebie z siłą, tamującą jej oddech. 

Walczyła  rozpaczliwie  z  tym  uściskiem,  odbierającym  jej  swobodę 

ruchów.  Ale  on  był  silniejszy.  Głowę  miała  wciśniętą  w  jego  piersi. 
Walczyła jeszcze chwilę, lecz przestała niebawem, gdyż opuściła ją wszelka 
świadomość. Ostatnim wrażeniem, jakie sobie uświadomiła, był przeraźliwy 
trzask. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział drugi 

 
Nana  otworzyła  oczy  w  swej  własnej  sypialni.  Rozejrzała  się  ze 

zdziwieniem dokoła. 

Lekarz,  którego  znała  od  dzieciństwa,  stał  pochylony  nad  nią. 

Uśmiechnęła  się  do  niego,  chociaż  zaczynała  sobie  zdawać  sprawę,  że  jest 
chora. Miała przed oczami cienie, czuła ucisk w głowie. 

— Co się stało? — wyjąkała. Położył jej rękę na czole. 
—  Nic  strasznego  —  rzekł  łagodnie.  —  Leż,  jak  przystało  na  grzeczną 

dziewczynkę, i śpij! Nie masz się czym przejmować! Jutro będziesz zdrowa. 

Ale cienie nie ustępowały, przybierały konkretniejsze kształty. 
—  Czy  nie  zdarzył  się  jakiś  wypadek?  —  spytała  gorączkowo.  —  Chcę 

wiedzieć! 

— Dobrze, powiem ci wszystko — odrzekł stary lekarz — jeżeli będziesz 

się  zachowywać  spokojnie.  Był  to  dosyć  niebezpieczny  wypadek:  powóz 
wywrócił się. Ale nikomu nic się nie stało, prócz ciebie, a ty wyzdrowiejesz 
niebawem, jak ci już powiedziałem. 

—  Ale  gdzie  jestem  ranna?  —  spytała  Nana,  poruszając  ostrożnie  głową 

na poduszce. — Aha! — skrzywiła się — w ramię! 

—  Tak,  w  ramię.  Ramię  przeszło  przez  okno  powozu.  Miałem  z  nim 

robotę nie lada. Musisz leżeć spokojnie i nie ruszać nim z żadnym wypadku. 

Spojrzała na niego wystraszonymi oczami. 
— Bardzo jest pokaleczone? 
— Tak, odłamki szkła poprzecinały arterie. Ale zatamowałem upływ krwi; 

na szczęście byłem pod ręką. Mówię ci o tym, żebyś wiedziała, że tu nie ma 
żartów. Najmniejszy ruch może wywołać ponowny krwotok, a wówczas nie 
ręczę  za  nic...  Nie  możesz  już  stracić  więcej  krwi.  Ale  jeżeli  będziesz 
rozsądną  dziewczynką  i  przeleżysz  spokojnie  kilka  dni,  będziesz  zdrowa  i 
cała jak przedtem. 

— Kilka dni! — oczy Nany rozszerzyły się nagle. — W takim razie... nie 

będę mogła pojechać z... 

—  Biedna  dziewczynka!  Ciężki  to  los,  zaiste,  ale  na  to  nie  ma  rady, 

niestety! Będziesz musiała odłożyć na później swój miodowy miesiąc. 

— Czy mu pan powiedział? — szepnęła Nana. 
—  Tak.  Wie  wszystko,  zobaczycie  się  za  chwilę.  Ale  teraz  musisz  się 

przespać.  Doznałaś  silnego  wstrząsu  i  chcę  koniecznie,  żebyś  odpoczęła. 
Wypij to, dziecko, i zamknij oczy! 

background image

Nana  posłuchała.  Była  bardzo  osłabiona  i  zmęczona.  Po  krótkiej  chwili 

pogrążyła  się  we  śnie,  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  mąż  jej  siedzi  przy  jej 
łóżku, milczący, wpatrzony w nią, nieruchomy jak posąg. 

Obudziła  się  nazajutrz  rano,  dość  późno,  i  zobaczyła  przy  łóżku  swą 

siostrę. Monę. 

— Przez całą noc siedziałaś przy mnie? — spytała. Mona zawahała się. 
— Nie, niezupełnie. Leżałam i spałam do świtu. 
—  Dlaczegóż  nie  przespałaś  normalnie  do  samego  rana?  —  Dopytywała 

się Nana. 

— Nie mogłam iść do łóżka, moja droga. Piet był tutaj. 
—  Kto?  —  spytała  Nana  ostro.  W  tym  momencie  zarumieniła  się 

gwałtownie. — Przez całą noc, Mono? Jakże mogłaś mu na to pozwolić? 

— Nie było na to rady. Nie chciał ustąpić. 
— Cóż za nonsens! Teraz sobie poszedł? 
Nana mówiła to z gniewem. Bandaże uciskały boleśnie jej ramię. 
— O tak, odszedł stąd już przed paru godzinami — upewniła ją Mona. — 

Ale teraz wróci, aby się z tobą pożegnać. 

—  Pożegnać!  A  więc  jeszcze  nie  wyjechał?  Ale...  wyjedzie...  mimo  to... 

sam? 

— On  musi jechać, cokolwiek się stanie. Przyrzekł im tam, w Afryce, że 

przyjedzie. Musi dotrzymać słowa. Ja się na tym nie znam,  rzecz jasna,  ale 
on  mówi,  że  jest  niezbędny  w  Kimberley,  żeby  zapobiec  kryzysowi  w 
kopalni. 

— Więc... niebawem odjeżdża? 
— Tak. Ale będzie zwlekał do ostatniej minuty. Zamówił konie, które go 

zawiozą  na  stację.  Specjalnym  pociągiem,  za  który  drogo  płaci,  jedzie  do 
Plymouth. 

—  Czy  on  wie,  że  ja  nie  mogę  jechać  z  nim  razem?  —  spytała  Nana 

szybko. 

— Owszem. Doktor uprzedził go o tym. 
— Co powiedział? Byt niezadowolony? 
—  Wyglądał  na  człowieka  rozgniewanego.  Ale  nic  nie  powiedział.  Mam 

wrażenie,  że  on  nie  ubiera  swych  uczuć  w  słowa  —  rzekła  Mona  z 
uśmiechem. 

Nana nie zadawała więcej pytań, ale lekarz złajał ją w kilka minut później, 

gdyż  chora  była  rozgorączkowana,  niespokojna  ,,nierozsądna",  jak  mówił 
stary doktor. 

background image

—  To  nie  ma  najmniejszego  sensu  —  rzekł  gniewnie.  —  Trzeba  się 

pogodzić z losem i nie pogarszać go swą nieostrożnością. Jestem pewien, że 
za kilka tygodni twój mąż przyjedzie po ciebie, o ile przez ten czas będziesz 
słuchać moich wskazówek. 

Nana  wzdrygnęła  się  tylko.  Nie  zareagowała  na  te  słowa,  które  powinny 

były ją pocieszyć. Wstrząs był widocznie tak silny, że żadne argumenty nie 
miały przystępu do jej umysłu. 

W  godzinę  później  przyszła  Mona  z  zapytaniem,  czyjej  mąż  może  ją 

pożegnać.  Zgodziła  się,  ale  sama  perspektywa  tego  pożegnania  mocno  ją 
zdenerwowała. 

Gdy przyszedł nareszcie, leżała na poduszkach, drżąc jak spłoszony ptak. 
Wszedł na palcach, ale w niej dygotał każdy nerw na odgłos tego szmeru 

zbliżających się kroków. 

Stanął przy łóżku i patrzył na nią. Pochylił się i ujął jej zdrową rękę. 
— Lepiej ci? — spytał szeptem, jakby byli w kościele. 
Nie  umiała  mu  odpowiedzieć,  gdyż  przyśpieszone  bicie  serca 

przyprawiało ją niemal o utratę przytomności. Czekał chwilkę na odpowiedź, 
po  czym  usiadł,  trzymając  wciąż  jej  drżącą  dłoń  w  swych  mocnych, 
pewnych dłoniach. 

—  Doktor  powiedział  mi  —  rzekł  —  że  nie  możesz  teraz  wyruszyć  w 

drogę, a więc nie ma mowy, oczywiście, abym cię do tego namawiał. 

Nana otworzyła szeroko oczy. Te słowa były, mimo wszystko, przejrzyste: 

mógł ją ,,namawiać", czyli rozkazać jej jechać, ale ze względu na orzeczenie 
lekarza  pozwalał  jej  pozostać  w  ojcowskim  domu.  A  zatem  był  panem  jej 
woli! 

—  Nie  brałbym  na  siebie  odpowiedzialności  za  przekroczenie  zakazu 

lekarza. 

Patrzył  na  nią  uporczywie.  Odwróciła  oczy  i  spróbowała  wysunąć  swą 

rękę z jego dłoni. Ale on najwidoczniej nie zauważył tego. 

— Tak — ciągnął dalej — nie może być mowy o twoim wyjeździe, więc 

poprosiłem  twego  ojca,  ażeby  się  tobą  zajął  przez  czas  mojej  nieobecności. 
Bo. niestety, ja nie mogę odłożyć mego wyjazdu. 

Usta  Nany  drgnęły.  Czuła  zbliżający  się  atak  histerii.  Opanowała  się 

najwyższym wysiłkiem woli. 

— Jak długo potrwa ta nieobecność? — spytała. 

background image

—  Nie  wiem  dokładnie.  Wszystko  zależeć  będzie  od  stanu  interesów  w 

kopalniach.  Ale  możesz  być  pewna,  Anno  —  w  jego  głosie  zabrzmiała 
głębsza nuta — że moja nieobecność będzie trwać możliwie krótko. 

Odwróciła głowę do niego. 
— Nie śpiesz się przez wzgląd na mnie — rzekła. — Ja będę tutaj zupełnie 

szczęśliwa. 

—  Cieszy  mnie  to  —  odrzekł  poważnie.  —  Przedsięwziąłem  wszelkie 

środki, żeby ci na niczym nie zbywało. Bank będzie ci wypłacał procenty od 
kapitału,  złożonego  przeze  mnie  na  twoje  imię.  Co  miesiąc  będziesz 
otrzymywać  określoną  sumę.  Jeśli  uznasz  ją  za  niewystarczającą,  daj  mi 
natychmiast  znać.  Zatelegrafuję,  żeby  ci  doręczono,  ile  zażądasz  w  razie 
potrzeby. 

Nana zarumieniła się gwałtownie. 
—  Och,  nie...  —  wyjąkała.  —  Doprawdy...  ja  nie  potrzebuję  pieniędzy... 

Nie! Nie rób tego! 

— To są twoje pieniądze — odparł spokojnie — i proszę, żebyś je uważała 

za swoją własność i wydawała je według własnego uznania. Gdyby ci to nie 
wystarczało, rad będę, jak już zaznaczyłem, że mogę ci przekazać więcej. 

Wypowiedział te słowa takim tonem, jakby chciał zaznaczyć, że dyskusja 

na  ten  temat  powinna  być  zamknięta.  Nana  nie  mogła  wymówić  ani  słowa. 
Wyrazy wdzięczności ugrzęzły jej w gardle. 

—  Już  czas  na  mnie.  Mam  nadzieję,  że  twoje  ramię  szybko  wydobrzeje. 

Na  razie  nie  będziesz  mogła  pisywać  do  mnie,  ale  twoja  siostra.  Mona. 
przyrzekła  mi  posyłać  częste  wiadomości  o  tobie.  Doktor  Barnard  również 
będzie pisywał od czasu do czasu krótkie sprawozdania. 

Urwał.  Nana  wciąż  milczała.  Zastanawiała  się  nad  formą  czekającego  ją 

niebawem pożegnania. 

Po krótkim milczeniu Cradock podniósł się. 
— Do widzenia! — rzekł. 
Pochylił  się  nad  nią  i  przyjrzał  jej  się  badawczo.  Wreszcie  na  moment 

dotknął ustami jej czoła. 

— Do widzenia — powtórzył i odszedł na palcach. 
Serce  biło  jej  jak  młotem.  Nerwy  miała  napięte.  Nasłuchiwała.  Wreszcie 

usłyszała  głosy  na  dole  i  turkot  odjeżdżającego  pojazdu.  Z  westchnieniem 
wtuliła głowę w poduszkę i zapłakała. Były to łzy ulgi. 

Przyszedł  i  odszedł  jak  diabeł,  jak  zły  sen,  a  ona  leżała  bezpiecznie  w 

ojcowskim domu. 

background image

Rozdział trzeci 

 
W trzy tygodnie po ślubie Nana Cradock dowiedziała się ze zdumieniem, 

że  jest  bogatą  kobietą.  Dopiero  po  dłuższym  czasie  zorientowała  się,  jak 
wielkie jest jej bogactwo. Wówczas doznała olśnienia. 

Przychodziła do zdrowia bardzo szybko. Dotychczas nigdy nie chorowała. 

Wraz z siłami powracał jej zwykły humor. W najbliższym otoczeniu nic jej 
nie przypominało, że jest mężatką, chyba owo bogactwo, które zaczęła teraz 
rozdawać  hojną  dłonią.  Życie  płynęło  zwykłym,  dawnym  trybem,  z  tą 
jedynie różnicą, że zniknęło widmo nędzy. Pierwszy dzień każdego miesiąca 
przynosił jej wielką sumę pieniędzy, które otrzymywała z uczuciem radości i 
zmieszania zarazem. 

Ale powoli radość mijała; te skarby traciły urok nowości, a ona wiedziała, 

że na nie nie zasługuje. Nikt się nie domyślał, co dzieje się w jej duszy, nikt, 
nawet  Mona,  która  skrupulatnie  wywiązywała  się  z  danego  przyrzeczenia  i 
pisywała  do  szwagra  raz  na  tydzień,  udzielając  mu  szczegółowych 
informacji o stanie zdrowia siostry i postępach rekonwalescencji. 

Listy  Pieta  Cradocka  były  raniej  częste  i  niezmiernie  zwięzłe.  Brzmiały 

jednakowo,  niemal  etykietalnie  i  serce  Nany  nie  rozgrzewało  się  na  widok 
jego charakteru pisma. Doznawała raczej pewnego wstrętu wobec tych liter, 
przypominających jego samego pedanterią i regularnością. 

Niemniej zaczynała z biegiem czasu troszczyć się o przyszłość, choć mąż 

nie wspominał o powrocie. Ale gdy upłynęło kilka miesięcy, wzięła górę jej 
dziecięca  natura;  przestała  myśleć  o  czymkolwiek,  a  sam  fakt  ślubu 
zasnuwał  się  w  jej  umyśle  mgłą.  Przyjęła  oświadczyny  tego  człowieka, 
olśniona  jego  fortuną.  On  zniknął  z  jej  horyzontu,  a  fortuna  pozostała; 
czegóż więcej mogła pragnąć? 

Nadeszła wiosna. Nanie zdawało się teraz, że przeszłość była tylko snem. 

Odbywała  po  dawnemu  przejażdżki  konne,  piesze  wycieczki  z  psami,  po 
których  wracała  zmęczona,  zgłodniała.  Wychodziła  i  wracała,  kiedy  jej  się 
podobało; nikt jej nie rozkazywał. W domu pułkownika Everarda panowała 
nieograniczona  swoboda.  Każdy  zwykł  spędzać  czas  według  własnego 
uznania  i  nie  krępować  się  godzinami  posiłków.  Każdy  jadł  o  takiej  porze, 
która  mu  odpowiadała.  Rzadko  kiedy  zasiadali  wszyscy  razem  do  stołu.  A 
najswobodniejszą, najbardziej niezależną osobą była Nana. 

W  piękny  poranek  lipcowy  rozległ  się  nagle  za  jej  plecami  w  ogrodzie 

dobrze znany głos: 

background image

—  Halo,  Nano!  Zdumiałem  się,  gdy  mi  powiedziano,  że  jesteś  jeszcze  w 

domu! 

Nana odwróciła się i stanęła jak wryta. 
— Jerzy, to ty! — zawołała ucieszona. — Jakże się cieszę, drogi chłopcze! 

Ale nie mów teraz do mnie! Jestem zajęta pracą. 

Odwróciła  się  i  uciekła.  Ale  Jerzy  Lister  nie  stropił  się  tym  powitaniem. 

Był przyzwyczajony do Nany i do jej sposobu bycia. 

Pobiegł za nią i niebawem ją dogonił. Jerzy był młodzieńcem dorodnym i 

zdrowym,  równie  wesołym  i  nieokiełznanym  jak  sama  Nana.  Był 
ciotecznym  wnukiem  starego  sędziego  Grimshawa,  przyjaciela  pułkownika 
Everarda. Z Naną znali się od najwcześniejszego dzieciństwa. Był od niej o 
rok starszy, ale pod pewnymi względami był od niej znacznie mniej dojrzały. 

—  Jak  się  miewasz,  już  zupełnie  dobrze?  —  pytał  teraz.  —  Strasznie  się 

zmartwiłem na wieść o twoim wypadku. Ale z drugiej strony cieszę się... Nie 
uśmiechały mi się wakacje w naszych stronach z myślą o tobie, spędzającej 
lato  w  Afryce  Południowej.  Cóż  to  za  opętany  pomysł  —  wyjść  za  mąż  za 
Bura, Nano?! 

— Nie bądź idiotą! — odrzekła ostro. — To nie jest żaden Bur. 
—  A  zatem  odwiedzę  cię  jutro  znowu,  pani  Cradock.  Nana  zarumieniła 

się. 

—  Możesz  sobie  nie  przeszkadzać  w  swych  codziennych  zajęciach  — 

odrzekła. 

Jerzy nie dał się odprawić tak łatwo. 
— No, no, Nano, stary druhu, nie gniewaj się! — zawołał wesoło. 
—  Lepiej  zrobisz,  jeśli  wybierzesz  się  ze  mną  dziś  po  południu  łódką  na 

jezioro! Zabierzemy z sobą podwieczorek i spędzimy przemiłe godziny, jak 
za dawnych, dobrych czasów. Zgoda? 

Wahała się; jeszcze się trochę boczyła. 
— Dobrze — rzekła wreszcie  — pojadę, żeby ci zrobić przyjemność, ale 

pod jednym warunkiem. 

— Dobra! Z góry przyjęty. 
— Nie bądź głuptasem! — zaprotestowała, siląc się na surowość. 
—  Pojadę  tylko  pod  warunkiem,  że  nie  będziesz  poruszał  niemiłych  mi 

tematów. 

— Zrobione! Nie wymówię ani jednej sylaby bez twego upoważnienia! A 

zatem? 

background image

— Jedziemy. Ale jeżeli nie postarasz się, żeby było przyjemnie, nie pojadę 

z tobą nigdy więcej. 

—  Dobrze,  przyniosę  z  sobą  banjo.  Zawsze  to  lubiłaś.  Przyjdź  wcześnie. 

Będę czekał na przystani. 

Nana  przyszła  bardzo  wcześnie.  Na  tym  jeziorze  spędzili  wiele  godzin 

pełnych uroku. 

Był to prawdziwie letni, upalny dzień. Jerzy rozumiał doskonale, że należy 

unikać  tematu  małżeństwa  Nany  i  wszystkiego,  co  się  z  tym  łączyło.  Z 
łatwością  odnaleźli  ten  koleżeński,  poufały  ton,  który  zmąciło  w  ich 
wzajemnym stosunku  małżeństwo  młodej dziewczyny z obcym  mężczyzną. 
Przed końcem popołudnia rozmawiali z sobą po dawnemu. 

—  Nie  wracaj  jeszcze  —  nalegał  Jerzy,  gdy  jakiś  pobliski  zegar  wybił 

siódmą.  —  Zaczekaj,  spędzimy  razem  parę  godzin  wieczornych!  Tej  nocy 
będzie piękny wschód księżyca. 

Nany  nie  trzeba  było  długo  namawiać.  Lubiła  jezioro  i  towarzystwo 

Jerzego. On zaś starał się szczególnie tego dnia być miły, a ona była mu za 
to wdzięczna. 

Zgodziła  się  więc  i  została  przy  jego  boku.  Zaprowadził  ją  do  jej 

ulubionego  kącika  na  kolację.  Jerzy  umiał  zaprowiantować  swój  koszyk 
wycieczkowy. Kryły się tam przewyborne przysmaki. 

Po  kolacji  wziął  banjo  i  zaczął  przygrywać  sentymentalne  melodie.  Nana 

leżała na poduszkach łodzi i słuchała w milczeniu. Tak, Jerzy umiał grać, był 
muzykalny,  a  przy  tym  wiedział,  kiedy  przestać,  co  w  oczach  Nany  było 
nieocenionym darem. 

Gdy  księżyc  ukazał  się  nad  cichymi  wodami  jeziora,  odłożył  banjo  i 

położył się z głową opartą o jej ramię, z oczami utkwionymi w niebie. 

Po dłuższej chwili zwrócił się ku niej. 
— Pięknie jest, Nano? — szepnął. 
— Tak — westchnęła, rozmarzona. Młody człowiek uniósł się na łokciu. 
—  Pamiętasz  ten  dzień,  kiedy  bawiliśmy  się  udając,  że  jesteśmy 

narzeczonymi, tu, na tym miejscu? Byliśmy prawie dziećmi. 

— To była tylko zabawa, Jerzy. Wzruszył ramionami, zniecierpliwiony. 
—  Wiem  o  tym.  Z  mojej  strony  to  nie  może  być  serio  przed  upływem 

chyba dwudziestu lat. Ale można się bawić tak niewinnie. Lubiłem bardzo tę 
zabawę i ty również. Pamiętasz? 

Nana nie przeczyła. Siedziała, wyprostowana, kolana oplotła ramionami i 

śmiała się jak chochlik. 

background image

W świetle księżyca błyszczała jej obrączka. Młody człowiek popatrzył na 

nią, marszcząc brwi. 

—  Zdejm  to  na  chwilę,  dobrze?  Nie  znoszę  myśli  o  twoim  małżeństwie. 

Ty  nie  jesteś  mężatką,  wiesz?  Jesteśmy  w  krainie  dobrych  wróżek,  tam  nie 
ma  ludzi  zaślubionych.  Wróżki  odwrócą  się  od  ciebie,  gdy  zobaczą 
obrączkę. 

Delikatnie  wsunął  palec  między  jej  splecione  palce  i  zaczął  zsuwać 

obrączkę. 

Nana  nie  stawiała  oporu.  Siedziała  spokojnie,  śmiejąc  się.  Była  w 

świetnym,  niefrasobliwym  humorze.  Księżyc  wprawiał  ją  w  beztroski 
nastrój. 

—  Już!  —  rzekł  Jerzy  z  triumfem.  —  Jesteś  ocalona!  Czy  słyszałaś,  że 

dobre wróżki mszczą się, gdy niepowołane osoby wtargną do ich królestwa? 

Śmiali  się  oboje.  Jerzy  wyrzucił  obrączkę  w  powietrze,  ku  księżycowi. 

Wyciągnęli  po  nią  ręce  oboje,  ale  dłonie  ich  zderzyły  się  i  odepchnęły 
pierścionek, zamiast go pochwycić. Z pluskiem wpadł do wody. 

Nie wiedzieli sami, jak to się stało. Patrzyli na przemian na siebie, to znów 

na jezioro ze zdumieniem i trochę komiczną rozpaczą. 

Nana otrząsnęła się pierwsza i wybuchnęła głośnym śmiechem. 
— Mój drogi, nie patrz tak na mnie. Wyglądasz wręcz tragicznie. Nic się 

nie stało. Kupię inną obrączkę. Mogę ich kupić pięćdziesiąt jeśli zechcę. 

To uspokoiło Jerzego. Zaczął się śmiać również. 
—  Ale  żałuję,  że  to  zrobiłem  —  rzekł.  —  To  moja  wina,  że  zgubiłaś 

autentyczną obrączkę ślubną. Spróbuję to naprawić. 

—  Już  naprawiłeś!  Wyobraź  sobie,  że  czułam  się  tak,  jakbym  była  twoją 

żoną,  a  ta  myśl  mi  się  bynajmniej  nie  uśmiecha.  Nie  marszcz  się,  bo  sam 
wiesz,  że  i  ty  byś  nie  był  zachwycony.  Nie  bądź  głupi,  Jerzy!  Nic  się  nie 
stało! 

— Ale czy nieobecny nie weźmie ci za złe tej zguby? 
— Nie będzie o niej wiedział. 
—  Czy  rzeczywiście  przykra  ci  była  myśl,  że  jesteś  moją  żoną?  Nic  do 

mnie nie czujesz? 

Nana  rzuciła  się  znów  na  poduszki  w  głębi  łodzi  i  utkwiła  oczy  w 

gwiazdach. 

—  Ależ  nie  —  odrzekła  swobodnie.  —  Jak  mogłeś  przypuszczać  coś 

takiego? 

Wobec tak wspaniałej obojętności musiał jej uwierzyć. 

background image

Rozdział czwarty 

 
Wyprawa Nany na jezioro nie skończyła się przed dziesiątą wieczorem. 
Pobiegła  do  domu  przy  świetle  księżyca,  bez  kapelusza,  ubrana  niedbale, 

jak chłopiec. Noc i dzień były dla niej identycznymi porami w tych stronach, 
w  których  się  wychowała  i  żyła  przez  tyle  lat.  Znała  w  miasteczku  każdy 
kamień,  każdego  mieszkańca.  Panny  Everard  były  ogólnie  lubiane.  A  Nana 
była wciąż jeszcze panną Everard, mimo jej wystawnego ślubu z milionerem 
Cradockiem.  Nazywano  ją  w  dalszym  ciągu  „panną  Naną".  Krytykowano 
surowo  ucieczkę  młodego  małżonka  od  łóżka  chorej  żony  nazajutrz  po 
ślubie. Nikt nie znał szczegółów, ale wszyscy zgadzali się co do jednego: że 
mąż Nany źle postąpił. 

Widoczne  było,  że  panna  Nana  nie  przejmuje  się  tą  sytuacją,  ale  to  nie 

zmniejszało winy jej męża. Mówiono o nim w miasteczku, że „jest to jeden z 
tych mężczyzn, których należy unikać". 

Te pogłoski nie dochodziły, rzecz jasna, uszu Nany. Nie brała siebie zbyt 

poważnie  i  do  głowy  jej  nie  przychodziło,  że  jest  przedmiotem  tylu  plotek. 
Everardowie  nigdy  nie  dbali  o  opinię;  rządzili  się  zawsze  własnym 
widzimisię.  Odznaczali  się  niemałą  dumą  rodową  i  uznawali  swoje  czyny  i 
posunięcia za miarodajne i słuszne. 

Nana, nie wiedząc o miasteczkowych plotkach, biegła zatem ulicą owego 

wieczora. Kłaniała się niedbale tym i owym spotkanym osobom, aż wreszcie 
doszła do bramy ojcowskiego domu. 

Poszła  do  gabinetu  ojca.  Siedział,  jak  zwykle,  na  swym  fotelu  i  palił 

ulubioną fajeczkę. 

Przywitał ją swym pobłażliwym, miłym uśmiechem. 
— Dobry wieczór, mała wietrznico! Właśnie się zastanawiałem, gdzie cię 

kazać  szukać.  Pilnowałem,  żeby  nie  zamknięto  bramy  wejściowej,  zanim 
wrócisz, moja panno! No, cóż, już po obiedzie? 

— Nie, ojcze drogi, po kolacji. Nana ucałowała ojca w czoło i głowę. 
—  Byłam  z  Jerzym  na  jeziorze  —  rzekła.  —  Obserwowaliśmy  wschód 

księżyca. Było tak romantycznie! 

Pułkownik pokiwał głową. 
—  Bardziej  reumatycznie  niż  romantycznie,  moim  zdaniem.  Na  twoim 

miejscu wolałbym wypić kieliszek grogu niż pójść spać, nie zagrzawszy się 
po takim dniu! Na wodzie jest chłodno, nawet podczas upału. 

Nana zaśmiała się. 

background image

— Niechże Bóg broni, papo! Taka cudna, ciepła noc! Aha! List do mnie? 
Pułkownik  w  milczeniu  wskazał  palcem  tacę,  stojącą  na  stoliku  pod 

ścianą. Nana, nie śpiesząc się, podeszła tam i wzięła do ręki kopertę. 

— I ja otrzymałem list — rzekł pułkownik po krótkiej ciszy. 
— Ty! 
Spojrzała na niego ze zdziwieniem. — O co chodzi? Ojciec patrzył uparcie 

na fajkę i dzięki temu nie dostrzegł błysku trwogi w jej oczach. 

— Zobaczysz sama — rzekł lakonicznie, co nie było jego zwyczajem. — 

On  najwidoczniej  uważa...  No,  muszę  przyznać,  że  to  nie  jest  pozbawione 
słuszności,  skoro  on  nie  może  tu  przyjechać...  Wreszcie,  przekonasz  się 
sama, o co chodzi... 

Nanę  przebiegły  dreszcze,  gdy  otwierała  list.  Rozerwała  kopertę, 

marszcząc czoło. 

Czytanie nie trwało długo. 
List był zredagowany zwięźle, jak zwykle, ale zawierał tym razem więcej 

treści.  Jej  mąż  nie  widział  na  razie  sposobu  wydostania  się  z  Afryki,  gdzie 
zatrzymywały  go  interesy.  A  z  drugiej  strony,  teraz,  kiedy  jej  zdrowie 
przestało  być  przeszkodą  w  podróży,  nie  godził  się  na  dłuższą  rozłąkę 
małżonków.  Postanowił  więc  poprosić  jej  ojca,  żeby  mu  ją  przywiózł,  przy 
czym rad będzie, jeżeli pułkownik zgodzi się spędzić z nimi kilka miesięcy. 

Ten  plan  był  jej  przedstawiony  bardzo  uprzejmie.  Niemniej  w  liście  był 

ton  władczy,  wyniosły,  który  dawał  Nanie  jasno  do  zrozumienia,  że  autor 
listu  nie  przewiduje  nieposłuszeństwa.  Był  to  typowy  list  męża  do  żony,  a 
nie kochanka do kochanki. 

Spojrzała na ojca, rozczarowana. 
— Papo drogi! — zawołała. — Co mu do głowy przychodzi? Pułkownik 

uśmiechnął się. 

—  Ty  mu  do  głowy  uderzyłaś,  to  jasne  —  rzekł  z  humorem.  —  Cóż  mu 

odpowiemy, co, Nano? — Czy chętnie pojedziesz ze swym starym papą na 
długą wycieczkę? 

—  Wycieczkę!  —  wybuchnęła  Nana,  mnąc  list  ruchem  rozgniewanego 

dziecka. — Wycieczkę! Możesz pojechać, dokąd chcesz, papo, ale ja zostanę 
w domu. Nie będę się o niego ubiegać ani jeździć za nim na koniec świata, 
chociaż jest moim mężem. To nie było przewidziane, bynajmniej! 

Tupnęła nogą i podarła w drobne kawałki pismo, które trzymała w ręku. 
Ojciec  próbował  argumentować,  ale  przerwała  mu:  —  Nie  będę  cię 

słuchać, papo! Oświadczam ci, że nie pojadę! Nie ma na świecie człowieka 

background image

który  by  mi  rozkazywał.  Możesz  mu  to  napisać,  jeżeli  chcesz.  Gdy 
wychodziłam  za  niego  za  mąż,  przyrzekł  mi,  że  spędzimy  w  Afryce  kilka 
miesięcy, po czym osiądziemy w Anglii. Teraz, jak widzisz, pisze co innego. 
Ale  mnie  tak  nie  wolno  traktować.  Pojechał  beze  mnie.  Nie  byłam  dość 
ważną  osobą,  aby  go  zatrzymać  w  Anglii,  a  teraz  ja  mam  go  ścigać  po 
świecie?  On  nie  jest  dość  ważną  osobą,  abym  ja  się  trudziła  aż  do  Afryki 
Południowej! Nie, bądź spokojny, papo! Mówię ci, że nie pojadę! Nie chcę i 
nie pojadę, przysięgam! 

— Moje drogie dziecko — zaprotestował pułkownik, dochodząc wreszcie 

do głosu. — Nikt ci nie każe jechać wbrew twej woli. Piet Cradock nie jest 
aż  tak  nierozsądny;  ma  przecież  w  żyłach  krew  holenderską.  Nie  unoś  się! 
Nie  masz  powodów...  Sądziłem,  że  uśmiechnie  ci  się  myśl  naszego 
wspólnego  wyjazdu.  W  przeciwnym  razie  nie  ma  o  czym  mówić.  Sprawa 
załatwiona. 

Nana przytuliła policzek do czoła ojca, objąwszy go za szyję. 
— Drogi, drogi papo, nie sądź, że nie cieszę się na myśl o podróży z tobą! 

Jesteś  najmilszym  z  papusiów  na  całym  świecie,  pojechałabym  z  tobą  na 
Kamczatkę, wszędzie w ogóle, byle nie do Afryki. Nie możemy pojechać w 
inne  strony?  Jedźmy  na  Jamajkę!  Jestem  pewna,  że  mi  na  to  wystarczy 
pieniędzy. 

— Nie, nie, nie! — zaprotestował pułkownik. — Co za pomysły, mała! Idź 

do  łóżka.  Ja  poślę  do  Pieta  depeszę,  jeżeli  tego  chcesz,  i  doniosę  mu,  że 
zgadzasz  się  zaczekać  na  niego  trochę  dłużej  pod  dachem  twego  starego 
ojca. Idź spać, a ja zamknę bramę. 

Podniósł się, przyjrzał jej się z upodobaniem, ujął jej ładną twarzyczkę w 

obie ręce. 

— Największy diabełek z całej gromady — rzekł, całując ją dwukrotnie w 

policzek. 

Nie  dodał,  że  ją  kochał  najbardziej  ze  wszystkich  dzieci,  ale  i  ona,  i  jej 

rodzeństwo  wiedzieli  o  tym  dokładnie.  Tak  było  od niepamiętnych  czasów. 
Roześmiała się radośnie, świadoma tego faktu. 

 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział piąty 

 
Ani  Nana,  ani  jej  ojciec,  nie  wspominali  już  o  liście  Pieta  Cradocka. 

Pułkownik  wiedział  doskonale,  że  jego  ukochane  dziecko  pragnie  pozostać 
w  domu  jak  najdłużej.  Z  drugiej  zaś  strony  nie  rozumiał,  jakie  wrażenie 
wywierał na niej jego obecny zięć. Na czym polegał jego urok dla tak młodej 
dziewczyny?  Był  rad.  że  jego  dziecko  jest  zabezpieczone  materialnie,  ale 
perspektywa rozłąki była dla niego niewymownie przykra. Tak więc nie brał 
za  złe  przeznaczeniu  zbiegu  okoliczności,  który  pozostawił  mu  córkę  przez 
dłuższy czas. 

Był  przeświadczony,  że  Piet  zrozumie  ich  argumenty.  A  przy  tym  jasne 

było,  że  jest  tam  bardzo  zajęty.  Nie  miałby  więc  czasu  dla  młodej  żony, 
nawet  gdyby  ją  miał  przy  swym  boku.  Pułkownik  był  zdania,  że  Nana 
powzięła bardzo rozsądną decyzję i że jego zięć niezawodnie też przyzna jej 
słuszność. 

W  tym  tonie  mniej  więcej  zredagował  swą  odpowiedź  do  Pieta,  po  czym 

przestał  się  zajmować  tą  sprawą.  Jego  ulubienica  rządziła  się  swymi 
kaprysami przez całe życie i nadal z całą pewnością tak będzie. 

Na list ten długo nie było odpowiedzi, ale to go nie dziwiło. Piet był zbyt 

pochłonięty  interesami,  aby  mieć  czas  na  korespondencję.  Niewątpliwie 
przyjedzie  po  swą  żonę  wcześniej  czy  później,  ale  to  „później"  może 
oznaczać  nawet  kilka  lat.  Pułkownik  nie  widział  w  tej  możliwości  nic 
nienormalnego. Był z góry bardzo zadowolony. 

Nana  odsuwała  od  siebie  myśl  o  całej  tej  sprawie.  Nie  odpowiedziała 

nawet na list swego  męża.  Przecież list ojca wystarcza. Ton  męża uraził ją. 
Był  to  rozkaz,  a  Nana  nie  była  przyzwyczajona  do  rozkazów.  Nigdy  nie 
okazywała  posłuszeństwa  nikomu.  Była  zawsze  wolnym  ptakiem  i  nie 
zamierzała  poddać  się  żadnemu  rygorowi.  Sama  myśl  o  czymś  podobnym 
była jej wstrętna, przeciwna jej naturze. 

Z niesmakiem więc przypominała sobie niekiedy istnienie tego człowieka, 

który uważał się za jej męża, a który traktował ją jak swoją własność. 

Mijał  dzień  za  dniem,  lato  zbliżało  się  ku  końcowi.  Była  wciąż  na 

powietrzu,  wciąż  z  Jerzym.  Brakowało  jej  go  bardzo,  gdy  wyjechał  do 
Oxfordu,  ale  zaczynał  się  sezon  myśliwski,  który  niebawem  pochłonął 
wszystkie  jej  myśli.  Nana  i  jej  ojciec  jeździli  do  sąsiadów  na  polowania 
mniej  więcej  trzy  razy  na  tydzień.  Ludzie  pogodzili  się  od  dawna  z 
nieobecnością  męża  Nany.  Większość  zapomniała,  że  jest  mężatką,  gdyż 

background image

Nana  sama  uparcie  ignorowała  ten  fakt.  Plotki  na  ten  temat  ustały,  gdyż 
brakło im nowych podniet. 

Na  tydzień  przed  Bożym  Narodzeniem  przyjechał  Jerzy.  Był  on  równie 

zapalonym  myśliwym  jak  Nana.  Na  same  święta  przybyła  im  nowa 
rozrywka:  jezioro  zamarzło,  więc  oboje  kreślili  najrozmaitsze  figury 
łyżwami na lodzie. 

Na  szóstego  stycznia  wyznaczono  datę  balu  myśliwskiego.  Nana  i  jej 

siostry jeździły do miasta po sprawunki, a Jerzy był nieocenionym doradcą. 
Gdy nadszedł ten doniosły dzień, Nana i on ślizgali się przez cały dzień po 
posadzce, ażeby wypróbować jej powierzchnię. 

Tak byli pochłonięci tym szlachetnym zajęciem, że nagle Nana spostrzegła 

się, że odszedł już pociąg, którym miała jechać do domu. 

Należało przejść pieszo pięć mil. Powozu nigdzie nie było. 
—  Co  ja  zrobię?  —  zawołała.  —  Jeżeli  wrócę  pieszo,  nie  zdążę  się 

przebrać. Dlaczegóż nie mamy samochodu? 

Jerzy uderzył się w udo z wyrazem tryumfu. 
—  Moje  drogie  dziecko,  masz  samochód!  Ja  będę  twoim  szoferem  i 

zawiozę cię do domu. Mam tu swój rower. Sprawa załatwiona! 

Był to pomysł godny ich dwojga. Nana już nieraz uprawiała tego rodzaju 

gimnastykę z udziałem Jerzego, ale od ostatniej próby upłynęło już kilka lat. 

Nie  zapomniała  jednak  dawnych  ćwiczeń  i  Jerzy  zachwycony  był  swą 

pasażerką. Jedną nogą stanęła na ramie roweru, a obu rękami objęła Jerzego 
za szyję. Tak przejechali przez miasteczko przy świetle latarni. 

Miała na głowie białą czapeczkę. Śmiała się przez całą drogę, sprawiając 

wrażenie  rozradowanego  dziecka.  Pozycja,  w  której  jechała,  była 
niebezpieczna, ale to jej nawet przez myśl nie przeszło. Za nimi rozległo się 
warczenie silnika. 

— Prędzej, Jerzy! Nie daj się wyminąć! — wołała. 
Jerzy pedałował z całej siły, ale po chwili wielka maszyna wyminęła ich z 

całym  spokojem,  bez  wysiłku.  Nana  popędzała  mufką  swego  kawalera, 
rozgorączkowana,  upokorzona  w  swej  ambicji  sportowej.  Ale  samochód 
pomknął naprzód, pozostawiając za sobą tylko woń benzyny, która do reszty 
rozgniewała wzburzoną dziewczynę. 

—  Łobuz  —  wykrzyknęła,  a  Jerzy  dostał  takiego  ataku  śmiechu,  że  z 

trudem mógł pedałować. 

Innej przygody nie mieli podczas tej pięciomilowej wycieczki. Drogi były 

świetnie utrzymane, a księżyc przyświecał im wiernie. 

background image

— Będzie cudnie — oświadczyła Nana pod bramą ojcowskiego domu. — 

A ty, Jerzy, jesteś świetnym kumplem. 

— Ile walców otrzymam za to? — spytał pośpiesznie. 
Rozległ się srebrzysty śmiech dziewczyny. Jerzy już kilkakrotnie zadał jej 

to pytanie. 

—  Dam  ci  wszystkie  zbywające  walce  —  odrzekła.  Jerzy  nie  zsiadł  z 

roweru. I jemu było pilno. 

— Czy to nie będzie za mało? — spytał, ruszając już z miejsca. 
—  Postaram  się  jeszcze  oszczędzić  coś  dla  ciebie!  —  zawołała  Nana  i 

wbiegła do domu, machając mufką w kierunku drogi. 

Śmiała  się  jeszcze,  wbiegając  po  schodach.  Z  gabinetu  doleciał  ją  głos 

pułkownika. 

— Nano! Dziewczyno! Jak ty piekielnie hałasujesz! 
W  głosie  tym  była  nuta  niechęci,  którą  jej  subtelne  ucho  wyczuło 

natychmiast.  Spojrzała  pytająco  ku  tym  drzwiom,  zza  których  dochodził 
surowy głos ojca i nagle śmiech zamarł na jej ustach. 

Tuż  za  ojcem  stał  mężczyzna,  młodszy  od  niego,  średniego  wzrostu, 

niezwykle barczysty, starannie wygolony. Ciemne, ponure oczy patrzyły  na 
nią bystro. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział szósty 

 
Nana  rzadko  kiedy  bywała  zbita  z  tropu.  Z  dziecka  roześmianego, 

uszczęśliwionego,  stała  się  momentalnie  wyniosłą  kobietą.  Godność,  z  jaką 
podała rękę mężowi, była wręcz wspaniała. 

— Nieoczekiwana przyjemność! — rzuciła lodowato. 
Ujął jej rękę, patrząc jej głęboko w oczy. Nie starał się jej przyciągnąć do 

siebie.  W  jego  badawczym  spojrzeniu  było  coś,  co  ją  zmieszało,  gdyż 
przeszył ją dreszcz, chociaż wytrzymywała mężnie jego wzrok. 

—  Jest  zimno  —  rzekła.  —  Bardzo  zimno,  a  myśmy  odbyli  całą  drogę 

szosą. 

— Tak — rzekł. — Widziałem cię. 
— Widziałeś mnie? 
Nana  podniosła  brwi  do  góry.  Uświadomiła  sobie  z  pasją,  że  się 

zarumieniła. 

— Wyminąłem cię samochodem — wyjaśnił. 
— Ach! 
Nana wysunęła rękę z jego dłoni i zwróciła się w stronę ojca, zirytowana, 

że on ją zwyciężył w wyścigu. 

Zdjęła  rękawiczki  i  grzała  sobie  ręce.  Zrobiła  to  dla  odzyskania 

równowagi, bo było jej gorąco. Czuła się wzburzona i zawstydzona zarazem. 
Tylko  jeden  raz  doznała  tego  uczucia  przedtem,  gdy  usta  tego  człowieka 
dotknęły jej twarzy. 

— Dobrze — rzekła, wstając po kilku minutach — zagrzałam się, a teraz 

idę  się  przebrać.  I  ty  musisz  się  przebrać,  ojcze.  Idziemy  dziś  na  bal 
myśliwski — dodała, spoglądając przelotnie na swego męża. 

Nic nie odpowiedział. Patrzył na jej lewą rękę. Spostrzegła to po chwili i 

ukryła ją w kieszeni. Pogwizdując z cicha poszła ku drzwiom, prowadzącym 
do jej pokoju. 

Usłyszała głos ojca. To ją zatrzymało na chwilę. 
—  Najlepiej  byłoby,  żebyś  ty  też  poszedł  —  mówił  do  zięcia.  Nana 

żachnęła się, ale nic nie powiedziała. 

Piet Cradock odrzekł spokojnie: — Dziękuję, pułkowniku. I ja tak myślę. 
Nana widziała spod spuszczonych rzęs jego oczy, wciąż w niej utkwione. 

Czuła wielką nieufność do tego człowieka. Czy on sądzi, że ją pokona? Wnet 
się przekona o swej pomyłce. Od tego momentu ona natychmiast rozpocznie 
kształcenie go. 

background image

Weszła po schodach na pierwsze piętro. 
Mona czekała na nią, bardzo wzburzona. 
—  Przyjechał  dzisiaj  wczesnym  popołudniem  —  zdała  sprawę  siostrze  z 

przebiegu wypadków. — Byliśmy wszyscy zdziwieni. Przyjechał po ciebie. 
Nano.  Mówi,  że  za  tydzień  musi  wracać.  Rozmawiał  z  papą  niemal  przez 
cały  dzień.  A  gdy  nie  wracałaś  do  domu,  wyruszył  samochodem  na 
poszukiwania.  Widocznie  pojechał  najpierw  na.  dworzec,  w  przeciwnym 
bowiem razie byłby cię spotkał. 

Nana  słuchała  tego  wszystkiego  z  ponurym  wyrazem  twarzy.  Nie 

komentowała  opowiadania  siostry,  tylko  wyraz  jej  oczu  wskazywał,  że 
słucha uważnie. 

Nie zeszły na dół aż do chwili, kiedy zajechał przed dom powóz, wiozący 

na bal pułkownika i trzy siostry Mony i Nany. 

Piet stał w hallu jak posąg. Gdy obie dziewczyny zjawiły się, podszedł do 

nich. 

— My pojedziemy we troje samochodem — rzekł. 
Mona  podziękowała  mu,  Nana  nie  odpowiedziała  ani  słowa.  Nie  przyjęła 

pomocy przy wsiadaniu i nie otworzyła ust ani razu podczas jazdy. 

Gdy  weszli  na  salę  balową,  mąż  był  przy  jej  boku,  ale  ona  niczym  nie 

okazywała, że widzi jego obecność. 

Jerzy poszedł jej naprzeciw, ona podbiegła ku niemu. 
— Na miłość Boską — szepnęła — uwolnij mnie od tego człowieka! 
— Któż to jest? 
— Nazywa się Piet Cradock. 
— Wielkie nieba! — wykrzyknął Jerzy. — Po chwili dodał: — Po cóż on 

przyjechał? Czego mu się zachciało? 

Nana odrzuciła głowę z głośnym wybuchem śmiechu. 
— Zgadnij! — zawołała. 
Jerzy wiedział bez zgadywania, jaka jest opowiedz na to pytanie. Skrzywił 

się. 

—  Ale...  nie  pojedziesz...  z  nim?  Co?  On  nie  może  cię  zabrać  bez  twej 

zgody! Nie ulegniesz, co? 

— Podobno wyjeżdża w przyszłym tygodniu. Ale możliwe, że do tej pory 

przejdzie mu chęć zabrania mnie z sobą. Ile walców ci przyrzekłam? 

—  Ile  tylko  zdołamy  wytańczyć  —  odrzekł  Jerzy,  wykorzystując 

niezwłocznie sytuację. 

Roześmiała się i podała mu swój karnet. 

background image

—  A  zatem  bierz  je  wszystkie.  Będę  tańczyć  przez  całą  noc.  Śmiała  się 

jeszcze, gdy jej zwrócił karnet; wpisał się na wszystkie miejsca. 

— Śmiałek z ciebie! — zauważyła. Zmieszał się trochę. 
— Ty mi tego nie bierzesz za złe, nieprawdaż? 
— Za złe? Tak właśnie miałeś zrobić... Mnie nie narazisz się z pewnością! 
Jerzy zaczerwienił się gwałtownie. 
—  Nie  ma  rzeczy,  której  bym  nie  zrobił  dla  ciebie,  Nano  —  szepnął. 

Znowu się zaśmiała cichym, słodkim śmiechem. Odeszła. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział siódmy 

 
Piet Cradock spędził cały niemal wieczór oparty o drzwi, patrząc na taniec 

swej żony z Jerzym Listerem. Tworzyli najlepiej dobraną parę i widać było, 
że zdawali sobie z tego sprawę. 

Nana śmiała się i rozmawiała ze swym tancerzem przez cały ten czas. W 

końcu  jej  samej  zaciążyła  ta  wymuszona  wesołość,  tak  że  opuściła  salę 
balową i nie pokazała się już z Jerzym aż do końca balu. 

Coraz  jaśniej  uświadamiała  sobie,  że  boi  się  okropnie  tego  milczącego 

człowieka  o  smętnych,  zagadkowych  oczach.  Jego  spojrzenie  napełniało  ją 
lękiem. Czuła się jak istota schwytana w sidła. 

Jerzy przeczuwał ten jej stan duszy. 
— Nano, jeżeli to stanie się nie do zniesienia, dasz mi znać, przyrzekasz? 

Zrobię wszystko, co będę mógł, aby ci dopomóc, wiesz o tym. Wszystko, co 
jest w ludzkiej mocy. 

Nana przycisnęła z aprobatą jego ramię. Odwróciła się. Spotkała się oko w 

oko z Pietem. 

Stał w drzwiach z wyrazem niezmordowanej cierpliwości. Zwrócił się do 

niej ze spokojem. 

—  Pułkownik  Everard  i  twoje  siostry  odjechali  już  do  domu.  Samochód 

czeka. Pojedziemy, kiedy zechcesz. 

Cofnęła się. Była zdenerwowana, a ta wiadomość wstrząsnęła nią do głębi. 

Ramię jej jeszcze spoczywało na ramieniu Jerzego. 

— Nie mam jeszcze dość zabawy, nie chcę jechać do domu — odparła. — 

Chodź, Jerzy, zatańczymy! 

Jerzy  natychmiast  zaprowadził  ją  na  salę  balową.  Ale  zanim  tam  doszli, 

poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. 

—  Przepraszam  pana  —  rzekł  Piet  Cradock  —  ale  moja  żona  już  dość 

tańczyła i teraz zabieram ją do domu. 

Jerzy przystanął, zaskoczony. 
Piet  bez  dalszych  wyjaśnień  przełożył  ramię  Nany  przez  swoje.  Zrobił  to 

delikatnie, ale jego gest nie dopuszczał możliwości sprzeciwu. Przynajmniej 
Nana nie zdobyła się na opór. 

Ale Jerzy wpadł w złość. Stracił prawie panowanie nad sobą. 
— Co to znaczy, do diabła! — huknął. 
Zapadło  milczenie.  Piet  Cradock  odpowiedział  po  chwili  z  zupełnym 

spokojem: 

background image

—  To  znaczy,  że  zabieram  moją  żonę  do  domu.  Jeżeli  pan  ma  coś  do 

powiedzenia służę panu teraz lub później, kiedy pan woli.  

W tym momencie Nana zrobiła coś nieoczekiwanego. Wyciągnęła rękę do 

Jerzego, zwracając ku niemu kredowo białą twarz. 

— Trudno, Jerzy!  — rzekła. — Rzeczywiście lepiej będzie, jeżeli pojadę 

do  domu.  Jestem  zmęczona.  Dobranoc,  drogi  chłopcze!  A  teraz,  Piet  — 
zwróciła się do męża — nie daj mi czekać na siebie! Idź i ubierz się albo ja 
będę gotowa przed tobą! — Był to najodważniejszy czyn jej życia. 

Poszedł  momentalnie  do  szatni.  Ona  udała  się  do  szatni  damskiej,  nie 

starając się zamieniać ani słowa więcej ze swym rozgniewanym tancerzem. 

Piet czekał na nią przy wyjściu. Przeszła przed nim przez próg i wsiadła do 

samochodu  ze  śmiechem,  aby  nie  dawać  tematu  do  plotek  dość  jeszcze 
licznym widzom. 

Ale  gdy  drzwi  auta  zamknęły  się  za  obojgiem,  pogrążyła  się  w  upartym 

milczeniu. 

On nie odezwał się ani słowem podczas tego kwadransa. Ona przerwała w 

końcu milczenie. 

— Mam ci coś do powiedzenia. 
Skłonił się sztywno: — Jestem do twojej dyspozycji. Słowa te zabrzmiały 

ironicznie. Zarumieniła się. Wysiedli. Hall był pusty. 

Nanie  przyszło  na  myśl,  że  jej  mąż  rozmyślnie  doprowadził  do  tej 

rozmowy sam na sam. 

Zsunęła  z  ramion  płaszcz  czekając,  aż  on  pozamyka  drzwi  wejściowe, 

zewnętrzne i wewnętrzne. 

Gdy  podszedł  do  niej,  była  bardzo  blada,  prześliczna  w  tym  półmroku, 

uwydatniającym delikatność jej cery i zarys twarzy. 

— To, co ci chcę powiedzieć — rzekła — zapewne rozgniewa cię, ale to 

musi być powiedziane. 

Milczał. Przyglądał jej się ciekawie. 
Nana  zdobywała  się  na  największy  wysiłek  w  swoim  życiu.  Mimo  woli 

zacisnęła ręce kurczowo, desperacko. 

—  Nie  chcę  być  twoją  żoną,  oto  co  chcę  ci  powiedzieć  —  rzekła.  — 

Doszłam do wniosku, że moje małżeństwo było pomyłką. Miałam nadzieję, 
że  się  przezwyciężę,  dokładałam  wszelkich  starań,  ale  widzę,  że  to  było 
daremne. Może i ty doszedłeś do tego samego wniosku? 

background image

Stał  przed  nią  bez  ruchu,  z  rękami  skrzyżowanymi  na  plecach.  Był 

spokojny.  Uraziło  ją  to.  Doznawała  wrażenia,  jakby  nacierała  na  żelazną 
ścianę. 

—  Z  pewnością  doszedłeś  do  wniosku,  iż  żądasz  ode  mnie  więcej,  niż 

mogę dać. Jestem ci coś winna, teoretycznie, przecież jestem twoją żoną, ale 
widzę, że nigdy nie będę ci niczym więcej niż dotychczas. Nie mogę jechać 
z  tobą.  Wyszłam  za  ciebie  za  mąż  pod  wpływem  impulsu.  Bardzo  źle 
postąpiłam,  ale  przyznaj,  że  to  ty  nalegałeś  i  że  nie  zostawiłeś  mi  czasu  do 
namysłu.  A  teraz  widzę  jasno...  że  to  niemożliwe.  Ale  chyba  nie  byłoby 
niemożliwe... niemożliwością... otrzymać... separację... co? 

— Całkiem możliwe — odrzekł Piet. 
Nie podniósł głosu, ale ona drgnęła, jakby podcięta biczem. Ciągnął dalej 

stanowczym tonem, z oczami utkwionymi w jej twarzy. 

—  Nie  zgadzam  się,  że  nasze  małżeństwo  jest  pomyłką.  Od  początku 

wiedziałem, że wychodzisz za mnie za mąż dla moich pieniędzy. Ale gotów 
byłem  zapłacić  żądaną  cenę.  I  w  dalszym  ciągu  będę  płacić.  Pragnąłem, 
pożądałem  ciebie.  I  nadal  cię  pożądam.  Tego  faktu  nic  nie  zmieni.  Martwi 
mnie,  że  uważasz  ten  kontrakt  za  niedobry,  bo  nie  możesz  się  wycofać. 
Może  z  czasem  znów  zmienisz  zdanie.  Ale  ja  nie  mam  zwyczaju  zmieniać 
zdania. Zdaje mi się, że dalsza dyskusja jest zbyteczna. 

Mówił  to  bez  cienia  gwałtowności,  ale  z  przemożnym  autorytetem.  Nana 

rozzłościła się nagle jak dziecko, któremu odebrano najcenniejszą zabawkę. 

—  Tak,  —  zawołała  —  to  prawda,  że  wyszłam  za  ciebie  dla  twych 

pieniędzy,  ale  jeśli  o  tym  wiedziałeś,  byłeś  równie  godny  potępienia  jak ja. 
Gdybym  wiedziała,  kim  jesteś,  byłabym  raczej  została  robotnicą  fabryczną. 
Zdaję  sobie  i  ja  sprawę,  że  dzięki  tobie  mój  ojciec  nie  jest  zrujnowanym 
człowiekiem,  ale...  nie  mam  zamiaru  być  okupem...  Nie  chcę  odtąd  ani 
grosza  od  ciebie.  Odmawiam  kategorycznie  wykonania  moich  zobowiązań. 
Nie uznaję twego autorytetu, ani twej władzy. Nie będę niczyją niewolnicą, 
wolę śmierć niż życie z tobą, jako twoja żona! 

Była śliczna w tym uniesieniu. 
— Spróbuj — dodała — przeprowadzić cokolwiek wbrew mojej woli! 
Stał nieruchomy. Gardziła nim teraz za tę jego bierność. Ale gardziła nim 

po raz ostatni. 

Gdy odwróciła się ku drzwiom, poruszył się. Położył dłoń na jej ramieniu i 

przybliżył twarz do jej twarzy. 

background image

—  Tak?  —  spytał  cichym,  strasznym  głosem.  —  Tak?  Rzucasz  mi 

wyzwanie?  Wyzwanie,  abym  wziął  sobie  moją  własność?  Niezbyt  mądrze 
postępujesz! 

Mówił  przez  zęby  i  nagle  odwrócił  ją  ku  sobie  i  przycisnął  bliżej, 

nadużywając  brutalnie  siły  fizycznej.  Jego  oczy  wbiły  się  w  jej  oczy  z 
namiętnością, która dotarła do głębi jej zmysłowości. Objął ją mocno, prawie 
boleśnie. Dziko, despotycznie całował jej usta. jej twarz, trzymając ją, drżącą 
i przerażoną, złamaną. Wybuchnęła spazmatycznym płaczem. 

Odsunął  się  nieco,  ale  objął  ją  mocniej,  gdy  poczuł,  że  jej  drżące  nogi 

uginają się i odmawiają posłuszeństwa. Wreszcie wziął obie jej ręce w swoją 
dłoń i podniósł jej twarz ku sobie. 

Znowu patrzył na nią przenikliwie, władczo, ale ogień gasł powoli na dnie 

jego źrenic. 

—  I  cóż?  —  spytał  spokojnie.  —  Przestaniesz  mnie  drażnić  i  prowo-

kować? 

Jej  zbielałe  usta  drgały  tylko.  Nie  mogła  wymówić  słowa.  Puścił  jej 

chwiejącą się postać, tylko jej ręce zatrzymał w swych dłoniach. 

— Wyszłaś za mąż za dzikiego człowieka — rzekł. — Ale nigdy byś się o 

tym nie dowiedziała, gdybyś mi nie rzuciła wyzwania. Dowiedz się jeszcze, 
gdyż  może  ci  się  to  nieraz  przydać,  że  nie  ma  takiej  rzeczy  na  świecie,  do 
której  nie  mógłbym  cię  zmusić,  jeśli  zechcę..  Nie  ma  takiej  rzeczy! 
Rozumiesz  mnie?  Ale  jeżeli  będziesz  mądra,  nie  doświadczysz  tego.  Jak 
widzisz,  okiełznałem  samego  siebie,  a  więc  tym  łatwiej  mi  przyjdzie 
okiełznać ciebie! 

Zapanowała cisza. 
—  Skończyłem!  —  odezwał  się  znów  stalowy  głos  mężczyzny.  —  Masz 

mi jeszcze coś do powiedzenia? 

Uwolniła  się  z  jego  objęcia.  Nie  stawiał  przeszkód.  Oszołomiła  ją 

gwałtowność tego człowieka, ale bardziej się bała jego siły w panowaniu nad 
sobą. 

Stała przed nim milcząca, niezdolna wymówić ani słowa. Nienawidziła go 

z głębi duszy. Ale nie śmiała mu tego powiedzieć. Do tego doszło! 

Czekał spokojnie, po czym wyciągnął do niej rękę pojednawczym ruchem. 
— Anno — rzekł — walcz ze mną, a będziesz nieszczęśliwa i upokorzona, 

poddaj  mi  się,  a  będziesz  najszczęśliwszą  z  kobiet.  Przysięgam,  że  dam  ci 
szczęście. 

Nana odsunęła się ze wstrętem. Nie odpowiedziała ani słowa. 

background image

Jego ręka opadła. Odwrócił się od niej w milczeniu i podniósł z podłogi jej 

balowy płaszcz. 

Nie  patrzył  na  nią,  podając  jej  okrycie,  a  Nana  nie  śmiała  spojrzeć  na 

niego.  Z  trudem  opanowała  drżenie  ciała.  Przeszła  przez  hall  i  zaczęła 
wchodzić po schodach, nie oglądając się za siebie. Mężczyzną pozostał sam. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział ósmy 

 
Monie przypadło w udziale zadanie pakowania rzeczy siostry. Nana sama 

nie  zajmowała  się  wcale  przygotowaniami  do  czekającej  ją  podróży.  Tylko 
trzy  dni  dzieliły  ją  od  wyznaczonego  terminu,  trzy  dni,  w  ciągu  których 
żegnała  wszystko  i  wszystkich,  których  kochała,  których  znała  od 
dzieciństwa. 

Mąż  nie  narzucał  się  jej  zupełnie.  Był  niezmordowanie  cierpliwy  i  to 

stanowiło  chyba  jego  największą  siłę.  Był  gościem  w  domu  pułkownika 
Everarda,  gościem  milczącym,  wnoszącym  mało  życia,  ale  też  nie 
sprawiającym najmniejszego kłopotu. 

Nikt nie wiedział, co zaszło między nim a jego młodą żoną owej nocy po 

balu. Rozumiano, że musiał jej dać odczuć swój autorytet, ale nie troszczono 
się  o  szczegóły.  Było  to  bardzo  naturalne:  żona  musi  podążyć  za  mężem; 
Nana nie będzie stanowić wyjątku. Tylko Mona mogłaby dużo opowiedzieć, 
ona,  która  przez  długie  godziny  trzymała  w  objęciach,  tuliła  i  pocieszała 
zrozpaczoną,  bladą,  drżącą  jak  w  febrze  siostrę.  Ale  Mona  umiała  milczeć, 
jakkolwiek to nie miłość do szwagra nakazywała jej dyskrecję, o nie! 

Tak  więc  pakowała  rzeczy  Nany  zawzięcie,  rozważnie,  z  zaciśniętymi 

ustami. Skończyła dopiero w przeddzień wyjazdu Crodacków. Usiadła przy 
oknie i odpoczywała. 

Nana  była  nieobecna  przez  całe  popołudnie.  Nikt  nie  wiedział,  dokąd 

poszła, ale przypuszczano, że składa wizyty pożegnalne. Pułkownik, którego 
gościnność  burzyła  się  na  myśl  o  zaniedbywaniu  dalekiego  przybysza  pod 
jego  dachem,  polował  przez  cały  dzień  wraz  ze  swym  zięciem.  Mona 
siedziała po ciemku. Słyszała ich kroki, kiedy wracali do domu z polowania. 
Słuchała ich nieruchoma. Weszli do hallu, potem pili herbatę. 

Dwie godziny minęły, ale Nany nie było jeszcze w domu. Mona podniosła 

się  wreszcie,  żeby  przebrać  się  do  obiadu.  Była  blada  przy  świetle  lampy, 
którą  zapaliła,  ale  jej  oczy  były  suche  i  patrzyły  pewnie  i  stanowczo,  bez 
trwogi. 

Gdy zeszła na dół, zastała Pieta w hallu przy ogniu. Rozejrzał się, gdy ją 

zobaczył; widocznie szukał jeszcze jednej postaci za nią.  Wstał i ustąpił  jej 
swe krzesło. 

Mona uważana była ogólnie zą panią domu pułkownika Everarda, chociaż 

nie była najstarszą córką. 

Usiadła na podsuniętym sobie krześle, złożyła ręce na kolanach. 

background image

—  Jak  było  na  polowaniu?  —  spytała,  podnosząc  na  niego  oczy.  Piet 

zmarszczył  czoło.  Dotychczas  uważał  zawsze  tę  dziewczynę  za  swego 
sprzymierzeńca.  Dzisiaj  wyczuwał  niechęć  w  jej  chłodnym  głosie,  w  jej 
spokojnych, mało wyrazistych oczach. 

Nie odpowiedział prawie na jej pytanie. Był już pełen podejrzliwości. 
Znienacka zapytał: — Anna jeszcze nie wróciła? 
Odpowiedziała równie krótko: — Nie. 
Podniósł  brwi  do  góry,  ale  uspokojony  jej  biernością  i  apatią  mruknął 

tylko przez zęby: — Spóźnia się. 

Mona milczała. Patrzyła na ogień. Zachowywała się całkiem normalnie. 
— Czy wiesz, dokąd ona poszła? 
Zadał to pytanie mimo woli, a nawet wbrew swej woli. Znów spojrzała na 

niego. 

— Tak. Wiem. 
Te  słowa  i  towarzyszące  im  pogardliwe  spojrzenie  zdumiały  go  i 

zaniepokoiły. 

Pochylił się i objął mocnymi palcami jej rękę. 
— Co to znaczy? Gdzie jest Anna? 
Nie starała się uwolnić swej dłoni. Uśmiechnęła się ironicznie. 
— Mogę ci powiedzieć, co mi się wydaje, mnie osobiście, ale nie mogę ci 

powiedzieć, gdzie ona jest. 

—  Więc  powiedz  mi,  czego  się  domyślasz!  —  syknął.  Przysunął  się  do 

niej. Był okropny w tej chwili. Ale Mona była nieustraszona. Tylko gorzki, 
ironiczny uśmiech zniknął z jej ust, to było wszystko. 

— Zdaje mi się — rzekła powoli i stanowczo — że zraziłeś ją na zawsze 

swą  brutalnością.  Że  będziesz  musiał  wracać  do  Afryki  bez  niej,  gdyż 
zmusiłeś  ją  do  jedynego  kroku,  jaki  jej  pozostał:  do  ucieczki  z  innym 
mężczyzną. 

Bolesny  skurcz  przebiegł  jej  twarz  przy  tych  słowach.  Zerwała  się, 

zrzucając  maskę  spokoju.  Ręka,  która  trzymała  jej  dłoń,  sprawiała  jej 
nieznośny ból fizyczny, ale ona go nie czuła. 

— Tak — rzekła gwałtownie — ty z niej to zrobiłeś... ty... ty! Nie starałeś 

się  jej  pozyskać.  Wolałeś  ją  wziąć  siłą.  Upokorzyłeś  ją,  wystraszyłeś, 
doprowadziłeś do rozpaczy. A teraz patrzysz na mnie i mnie z kolei gnębisz, 
ponieważ jestem słabą kobietą. Gdybym była mężczyzną, wyrzuciłabym cię 
z  tego  domu.  A  może  nawet  zabiłabym  cię.  Nawet  Nana  nie  może  cię 
nienawidzić bardziej ode mnie. 

background image

Urwała,  ale  jej  oczy  rzucały  iskry.  Wyglądała  jak  tygrysica,  broniąca 

swoich małych. 

Mężczyzna trzymał wciąż jeszcze jej rękę, ale już jej nie ściskał. Ani jeden 

dźwięk nie wydobył się z jego ust. Był kredowo biały, ale nie chwiał się na 
nogach. Nie odpowiedział na jej oskarżenia. 

—  Kim  jest  ten  mężczyzna?  —  spytał.  Na  to  nie  była  przygotowana. 

Odparła mimo woli: — To Jerzy Lister. 

— Któż to jest? 
— Ten młody człowiek, którego widziałeś na balu! 
— Ten chłystek! A... dokąd pojechali? 
— Nie odpowiem na to pytanie. 
— Nie odpowiesz! A ja ci ręczę, że mi odpowiesz, z pewnością! 
— Puść mnie! Boli mnie ręka! Puścił momentalnie jej rękę. 
— Powiesz, dokąd pojechali?  — Nie. 
— A czy wiesz...? 
— Wiem. 
— Odpowiadaj! 
— Dlaczegóż miałabym odpowiedzieć? 
W tej odpowiedzi czuło się już słabnącą wolę. 
— Odpowiedz mi przez wzgląd na twoją siostrę! 
— Co masz na myśli? Zamierzasz ją ścigać? 
— Tak. Odnajdę ją! 
— I przywieźć ją z powrotem? 
— Tutaj? Nie, na pewno nie. 
— Chcesz ją bić, upokorzyć, przerazić! 
— Odpowiedz: gdzie ona jest? 
— Jeżeli odpowiem... czy zabierzesz mnie z sobą? 
— Nie. 
—  A...  zatem...  powiem  ci...  wszystko,  ale  przyrzeknij  mi,  że  będziesz 

dobry dla niej! 

—  Będę  pamiętał  o  jednym:  o  tym,  że  jest  moją  żoną.  Powiedziała  mu 

wszystko... 

Bez argumentów zmienił jej punkt widzenia. Była w tym człowieku jakaś 

utajona siła, jakaś ukryta moc, druzgocąca wszelkie przeszkody. 

 
 
 

background image

Rozdział dziewiąty 

 
Ciemno było dokoła. Nana drżała w trzęsącym się powoziku. Żałowała, że 

nie pozwoliła Jerzemu przyjechać po nią na stację, ale z powodów, których 
sama sobie nie uświadamiała jasno, wolała tego uniknąć. On zaś, posłuszny 
każdemu jej skinieniu, posłał po nią konie, a sam kończył przygotowania do 
godnego  przyjęcia  swej  pani.  Oczekiwał  ją  w  domku  myśliwskim  swego 
ojca. 

Ten dzień wydawał się obojgu nieskończenie długi. Nana jechała z niczym 

niezmąconą ufnością. Jerzy był przyjacielem, nic  więcej, nie  miała  zamiaru 
zmieniać tej sytuacji i nie czuła żadnych wyrzutów sumienia w stosunku do 
nikogo. 

Nie  miała  pojęcia  o  kodeksie  prawnym;  była  pewna,  że  ta  ucieczka 

zapewni jej upragnioną wolność, że dzięki niej uzyska rozwód. 

Niemniej  drżała  przy  każdym  skrzypnięciu  kół,  przy  każdym  odgłosie 

innego pojazdu na drodze. Bała się własnego cienia. Nerwy! Czegóż się bać 
teraz,  skoro  już  wydobyła  się  spod  władzy  tego  tyrana?  Nareszcie  ktoś  go 
nauczył! 

Wreszcie powozik zatrzymał się i wesoły głos powitał ją serdecznie. 
Odpowiedziała mu z jakimś dziwnym wahaniem. Było jej ciężko na duszy. 

Nie rozumiała samej siebie, ale nie mogła otrząsnąć się z wrażenia, że jej coś 
zagraża. 

Ogarnęły  ją  wątpliwości,  co  do  czystych  intencji  Jerzego.  Ofiarował  jej 

swą  opiekę  po  rycersku,  po  chłopięcemu,  a  ona  z  dziewczęcą  beztroską 
przyjęła  to  schronienie.  Ale  czy  okaże  się,  że  oboje  dorośli  do  tych  przejść 
ostatnich kilku dni? Czy on nie potraktuje jej jak kobiety, która lekkomyślnie 
porzuca męża i gotowa jest go bodaj i zdradzić ze swym przyjacielem? 

Czuła wielką udrękę. Wiedziała teraz, że popełniła największy błąd swego 

życia. Popełniła go świadomie, ale to nie zmieniało faktu. 

— Jesteś strasznie zmęczona, prawda? — powitał ją Jerzy. — Wyglądasz 

bardzo  mizernie.  Przygotowałem  dla  nas  wyborny  obiadek;  sam 
przyrządziłem  większość  potraw.  Nie  ma  tu  żywej  duszy  w  całym  domu 
oprócz nas dwojga. Przypuszczałem, że będziesz wolała na razie obywać się 
bez służby. 

Podziękowała  mu  z  bladym  uśmiechem.  Przyglądał  jej  się  przyjaźnie,  z 

odcieniem troskliwości. 

background image

—  Może  uważasz,  że  tu  jest  prymitywnie,  co?  No,  widzisz,  to  jest  tylko 

dom  myśliwski,  pawilon,  który  rzadko  kiedy  bywa  zamieszkiwany  przez 
panie.  Oprowadzę  cię,  gdy  napijesz  się  grogu.  Masz,  Nano!  Pij!  Zmarzłaś, 
biedactwo. O, już wyglądasz lepiej! 

Usiłowała  odpowiadać  mu  normalnym  głosem,  ale  coś  hamowało  jej 

swobodę  wewnętrzną.  A  przecież  była  mu  wdzięczna;  wiedziała,  jakich 
dołożył starań, ażeby jej umożliwić pobyt na tym odludziu. 

—  Wszystko  mi  się  podoba  —  oświadczyła  —  a  ty  jesteś  najmilszym 

chłopcem na świecie. Już mi ciepło. Jaki ładny hall! Śliczny! 

—  Hall!  —  powtórzył  Jerzy.  —  To  jest  salonik.  Ale  na  górze  jest  inny 

salonik,  w  którym  będziesz  mogła  siadywać.  Przypuszczałem,  że  będziesz 
wolała  piętro  niż  parter.  Możemy  sobie  składać  wizyty,  wiesz?  Chodź, 
zobacz, co się dzieje w kuchni, gdzie gotuję nasz obiad! 

Poszła z nim do kuchni i wychwalała pod niebiosa wszystko, co widziała. 
— Zawsze jestem kucharzem podczas naszych polowań — oznajmił Jerzy 

z dumą. 

Nana rozglądała się dokoła. 
— A gdzie ty będziesz spać? 
— Ja się nie troszczę o swój komfort. Zresztą moi rodzice spędzili tu przed 

laty swój miesiąc miodowy, więc i ja mogę tu przenocować. A przed trzema 
laty  mieszkałem  tu  przez  trzy  tygodnie  z  dwoma  kolegami.  Chcieliśmy 
polować  na  dzikie  kaczki.  Ale  pochowały  się,  bestie!  Mam  nadzieję,  że 
wytrzymamy tutaj, jak długo będzie trzeba. 

—  Mój  drogi  —  odparła  Nana  impulsywnie,  —  gdyby  to  był  pałac,  nie 

czułabym się w nim lepiej. 

—  Za  pół  godziny  obiad  —  zapowiedział  gospodarz  uroczyście.  Nana 

weszła na piętro, szczerze zaciekawiona, jak Jerzy wyobraża sobie komfort, 
niezbędny dla kobiety. 

Doszła  wąskim  korytarzem  do  małego  pokoiku,  gdzie  palił  się  wesoło 

ogień na kominku. Nie opodal stała sofa, na niej leżały stosy poduszek. Stały 
tam  dwa  wyściełane  krzesła,  mały  stolik,  na  którym  postawiono  zapaloną 
lampę,  a  obok  niej  położono  nóż  do  papieru,  banjo  Jerzego,  gazetę, 
papierośnicę. 

Okno  zasłonięte  było  czerwoną  firanką.  Całość  wywierała  korzystne, 

zaciszne wrażenie. Usiłowania Jerzego nie były daremne. 

Przeszła  do  drugiego  pokoju  i  znalazła  się  w  sypialni.  Napalono  tu  w 

piecu;  węgle  żarzyły  się  jeszcze.  Było  tu  bardzo  miło,  bardzo  ciepło. 

background image

Zmęczona,  znużona  psychicznie  Nana  usiadła  na  łóżku  i  oparła  głowę  o 
poręcz. 

Co  się  teraz  dzieje  w  domu?  Już  chyba  wiedzą  o  jej  ucieczce.  Mona 

powiedziała  Piętowi...  Usiłowała  odmalować  sobie  wyraz  twarzy  męż-
czyzny, gdy się o tym dowiedział. Jest na pewno wściekły! Wzdrygnęła się. 
Z pewnością straci ochotę oglądania jej jeszcze kiedykolwiek w życiu. 

Ale  w  uszach  brzmiały  jej  uporczywie  te  wyrazy:  —  „Anno,  walcz  ze 

mną, a będziesz najnieszczęśliwszą kobietą na świecie. Ale przyjdź do mnie 
z  własnej,  nieprzymuszonej  woli,  a  przysięgam  na  Boga,  że  dam  ci 
szczęście!" 

On jej da szczęście? Trudno sobie to wyobrazić! Wstała z westchnieniem i 

zaczęła  porządkować  swoje  drobiazgi.  Stało  się.  Na  cóż  się  zdadzą 
rozmyślania?  Najfatalniejsza  omyłka  została  popełniona  już  dawno  temu, 
kiedy  wyszła  za  mąż  za  tego  człowieka  dla  jego  pieniędzy.  To  było  godne 
pogardy, potworne! Teraz to pojmowała. Ale i na to nie było rady. Jedyną jej 
nadzieją  był  jego  gniew,  w  którym  zwróci  jej  wolność  i  odbierze  jej 
pieniądze.  Byle  nie  skrzywdził  Jerzego!  Nie  wyobrażała  sobie,  jak  on  go 
może skrzywdzić, ale niewątpliwie niebawem da znak życia. Znak życia — 
tak. Ale nie zjawi się osobiście już nigdy przed jej oczami. Tak, była pewna, 
że już go więcej nie zobaczy. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział dziesiąty 

 
Obiad  Jerzego  nie  stał  się  z  pewnych  przyczyn  wielkim  sukcesem,  na 

który liczył młody kucharz. 

Nana  nie  krytykowała  wprawdzie  kuchni,  ale  jadła  bardzo  mało,  jak 

stwierdził  gościnny  gospodarz.  Była  milcząca  i  opryskliwa.  Wyglądała  tak 
nieszczęśliwie, że młody człowiek miał wrażenie, iż zabawia rozmową jakąś 
obcą kobietę, a nie przyjaciółkę z lat dziecinnych. 

— Chodźmy na górę — rzekł wreszcie — i zapalmy papierosa. Sprzątnąć 

mogę  później,  gdy  ty  pójdziesz  do  łóżka.  A  może  chcesz  się  już  położyć? 
Jest już dziewiąta więc... jak chcesz... 

Podziękowała mu. 
—  Nie  usnęłabym  —  oświadczyła,  wzdrygając  się.  —  Nie.  Pomogę  ci 

pozmywać  naczynia,  a  potem  pójdziemy  na  górę  i  zaśpiewamy.  Posłucham 
twojej gry na banjo. 

Jerzemu  przypadł  do  gustu  ten  plan.  Kochał  swoje  banjo.  Nie  chciał 

przyjąć jej pomocy w kuchni, ale w końcu uległ, aby jej nie bronić niczego. 
Wyraźnie unikała samotności. 

Gdy wreszcie poszli na górę, usiłowała opanować przygnębienie. Śpiewała 

piosenki przy akompaniamencie Jerzego, ale śpiewała bez wyrazu myśląc o 
czym innym. Jerzy, zniecierpliwiony, odłożył instrument na bok. 

— Co ci jest? — spytał. 
To pytanie nie zdziwiło Nany. 
— Nie zrozumiałbyś, nawet gdybym ci powiedziała. 
—  Pozwól  mi  spróbować  —  odrzekł.  —  Może  się  okaże,  że  moja 

inteligencja jest na odpowiednim poziomie. 

— Nie gniewaj się, mój drogi! Nie masz powodu. Chcesz wiedzieć, co mi 

jest? Boję się... strasznie się boję, że popełniłam okropny błąd... 

— Jaki? Co masz na myśli? 
—  Wiedziałam,  że  mnie  o  to  zapytasz  —  rzekła,  wzruszając  bezradnie 

ramionami.  —  A  właśnie  tego  nie  umiem  wytłumaczyć.  Boja  sama,  Jerzy, 
zaczęłam dopiero od paru godzin zastanawiać się nad tym. 

— Chcesz przez to powiedzieć, że nie powinnaś była tu przyjść? — spytał. 
Przytaknęła, wstając nagle z krzesła. 
— Nie gniewaj się, Jerzy, proszę cię! Mógłbyś się gniewać, wiem, ty, taki 

dobry! Popełniłam okropny błąd, nie do naprawienia... Nie żałowałabym go 
tak  gorzko,  gdyby  nie  to...  że  ty  wchodzisz  w  rachubę...  O  ciebie  boję  się 

background image

okropnie. Och, Jerzy... to jest takie trudne... Co on pomyśli o nas? Przecież 
rozumiesz... On ma teraz prawo gardzić mną... 

Ostatnie słowa wymówiła drżącym głosem. 
— Ależ moja droga Nano, co cię, do diabła, obchodzi, co on myśli? Chyba 

nie zależy ci na jego opinii? 

— Owszem, Jerzy, owszem! On jest straszny, och, taki straszny! Ale mnie 

zależy na jego zdaniu o mnie. Nie dbałam o niego, zanim tu przyjechałam, a 
teraz... teraz... A przy tym boję się o ciebie! Jerzy, czy oni mogą wsadzić cię 
do więzienia? 

—  Boże  wielki,  czy  mogą  mnie  wsadzić  do  więzienia!  Cóż  za  pytanie 

małej  dziewczynki!  Nie  płacz  nade  mną,  Nano,  ja  zawsze  skoczę  na  obie 
nogi. Główka do góry, dziewczyno! Może lepiej będzie, jeżeli pójdziesz do 
łóżka?  Nie?  No,  to  zagram  ci  coś  wesołego!  Nigdy  cię  nie  widziałem 
przygnębionej.  Nie  lubię  tego  nastroju.  Myślałem,  że  będzie  to  jeden  z 
naszych cudnych dni. Podnieś główkę, mówię! Co, płaczesz? 

Nana  nie  płakała,  ale  w  jego  głosie  brzmiał  taki  niepokój,  że  odsłoniła 

twarz, ukrytą w dłoniach i uśmiechnęła się. 

—  Jesteś  dobry,  Jerzy  —  rzekła  poważnie.  —  Ach,  żebyś  tylko  nie  miał 

kłopotów przez moją głupotę! 

— Nie martw się o mnie! Jesteś zmęczona, stąd takie tragiczne myśli. Idź 

do  łóżka,  odpocznij.  Zaśpiewamy  w  duecie,  a  potem  powiemy  sobie 
dobranoc! 

Znów  wziął  do  ręki  banjo  i  zaczął  śpiewać:  „Dziewczyna,  którą 

zostawiłem za sobą". 

Śpiewał z zaraźliwą wesołością. Po chwili przyłączyła się i ona, i śpiewali 

w  duecie,  przyśpieszając  tempo  z  każdą  chwilą,  aż  doszli  do  zawrotnego 
rytmu. 

—  Oto  koniec  naszego  wieczoru.  Teraz  ani  minuty  dłużej  nie  zabawię  u 

ciebie. Śpij spokojnie! Dobranoc! Dobranoc! 

Zrobił  parę  kroków  w  jej  stronę,  ale  coś  w  jej  spojrzeniu  zatrzymało  go, 

kazało mu się obejrzeć za siebie... 

Tam  na  ostatnim  stopniu  schodów  stał,  nieporuszony,  milczący,  Piet 

Cradock. 

 
 
 
 

background image

Rozdział jedenasty 

 
Nana  pierwsza  ochłonęła  z  wrażenia  na  tyle,  żeby  móc  się  poruszyć. 

Poszła  ku  Piętowi,  przewracając  nieomal  Jerzego.  Była  zupełnie  biała,  jak 
płótno, usta jej nawet zbielały ze strachu, ale nie zatrzymała się, dopóki nie 
stanęła między mężem a przyjacielem. Jedno spojrzenie na Pieta powiedziało 
jej, w jakim był nastroju. W prawej ręce trzymał najcięższą strzelbę jej ojca. 

On  szedł  naprzód,  nie  zważając  na  nią.  Oczy  miał  utkwione  w  Jerzym, 

który  patrzył  na  niego  jak  młoda  pantera.  Piet  zdawał  się  nie  zauważać 
obecności Nany. 

Nagle  odezwał  się,  cedząc  słowa  —  Sądzę,  że  jest  pan  dorosły,  że  zatem 

wie pan, co pan robi? 

—  Co  pan  ma  na  myśli?  —  spytał  Jerzy  dumnie.  —  Co  pan  tu  robi?  Jak 

pan dostał się do środka, do licha? To jest mój dom! 

— Wiem. Dlatego przyszedłem. Jest mi pan potrzebny! 
— Do czego? Jeżeli ma pan coś do powiedzenia, zejdziemy na dół. 
— Nie mam nic do powiedzenia. W głosie Pieta była pogróżka. 
—  Nie  przyszedłem  tu  rozmawiać,  lecz  wymierzyć  ci  karę  szpicrutą. 

Postąpiłeś  pan  jak  smarkacz  i  będziesz  ukarany  jak  smarkacz  i  to  w 
obecności mojej żony. 

Nana  rzuciła  się  naprzód  i  złapała  go  za  rękę.  Próbował  się  uwolnić,  ale 

ona trzymała go za ramię, za rękaw, z całej siły, na jaką ją było stać. 

—  Piet!  —  krzyknęła.  —  On  nie  jest  winien.  Nie  znęcaj  się  nad  nim! 

Tylko ja zawiniłam! Bij mnie, jeżeli chcesz, ale jego nie rusz! Możesz mnie 
bić lub zabić, ja już w tej chwili nie dbam o życie! Rób co chcesz ze mną, ale 
jego oszczędź! 

Bez użycia przemocy nie mógł jej odsunąć od siebie ani wyrwać jej swej 

ręki. 

— Anno — rzekł surowo — idź do sąsiedniego pokoju! 
— Nie pójdę! 
Uczepiła się tym mocniej. Całe jej ciało drżało z wysiłku, ale trzymała go 

jak w kleszczach. 

— Będę zmuszony uderzyć ciebie również! — rzekł przez zęby. 
— Dobrze! Bij mnie! Ja zasłużyłam na to! 
— Z tobą porachuję się potem. Teraz zostaw nas samych, tego mężczyznę 

i mnie. 

— Nie! 

background image

Jerzy zbliżył się do nich. 
—  Nano,  na  miłość  boską,  odejdź!  Nie  dojdziemy  ani  do  porozumienia, 

ani  do  policzenia  się  w  twojej  obecności.  Pogorszysz  tylko  własną  sprawę. 
Nie sądzisz chyba, że ja się go boję, co? 

Nie  słuchała  go.  Czuła  z  przerażeniem,  że  opuszczają  ją  siły  fizyczne. 

Daremny  był  jej  ostatni,  rozpaczliwy  wysiłek.  Padła  na  ziemię,  na  pół 
zemdlona, jej palce otworzyły się automatycznie. 

Piet schylił się i podniósł ją. Zaniósł ją do sąsiedniego pokoju i złożył na 

łóżku. 

Wyciągnęła do niego ręce. 
— Nie zostawiaj mnie samej! — błagała. Ujął jej ręce i lekko uścisnął. 
— Czekaj tu na mnie — rozkazał głosem jakby nieco łagodniejszym. 
— Piet, chcę ci coś powiedzieć... wysłuchaj mnie! 
— Nic mi nie  mów! — odparł szorstko. — Leż spokojnie i milcz, Anno, 

czy rozumiesz, co mówię? Rozumiesz? 

Zadrżała pod jego spojrzeniem. Ukryła twarz w poduszce. Usłyszała jego 

kroki i przekręcenie klucza w zamku. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział dwunasty 

 
Leżała, wstrzymując oddech, nasłuchując. 
Dolatywał  ją  cichy  głos  Pieta  i  wybuchy  oburzenia  Jerzego.  Po  dłuższej 

chwili obaj mężczyźni zeszli na dół. Słychać było ich oddalające się kroki na 
schodach. 

Minuty wlokły się okropnie. Niepokój jej wzmagał się. Co się stanie? 
Aha!  Znów  jakieś  drzwi  się  otwierają!  Warczenie  silnika.  Samochód 

rusza, odjeżdża... A zatem odjechał bez słowa pożegnania. Nie chciał jej już 
widzieć ani wysłuchać. 

Ona musi go zobaczyć raz jeszcze! Musi! Musi! Ona nie chce pozostawić 

tej  sprawy  bez  wyjaśnień.  Nie  chce,  aby  on  jej  okazał  taką  pogardę!  Nie 
zasłużyła  na  to,  chociaż  pozory  przemawiają  za  zdradą  małżeńską.  Ale 
przecież  może  mu  przysiąc,  że  tak  nie  jest,  może  go  przekonać  o  swej 
niewinności. 

Trzeba stąd uciec. Trzeba skłonić Jerzego, aby ją opuścił. Okropna jest ta 

niewola! Trzeba podążyć za nim i powiedzieć mu całą prawdę! 

A jeżeli jej nie uwierzy? 
Padła  na  kolana  przy  drzwiach  i  poczęła  tłuc  o  nie  głową,  krzycząc 

histerycznie. 

— Jerzy, Jerzy! — wołała. — Wypuść mnie, wypuść mnie! 
Po  długich  minutach  usłyszała  za  drzwiami  kroki.  Nadchodził,  zwróci  jej 

upragnioną wolność. 

Biła  pięściami  w  drzwi,  aby  przyśpieszyć  wyzwolenie.  Chciała  wydostać 

się z tego pokoju, aby pobiec za mężem i wytłumaczyć mu... Co? Sama nie 
zdawała  sobie  jasno  sprawy,  co  mu  powie...  Ale  musi  z  nim  mówić, 
natychmiast! 

Dlaczego  Jerzy  tak  marudzi?  Nie  odpowiada  ani  słowem  na  jej  wołanie. 

Czyżby nie mógł znaleźć klucza? 

—  Spiesz  się!  —  wołała.  —  On  przez  ten  czas  oddala  się  ode  mnie.  Nie 

zdążę  go  dogonić!  A  muszę  z  nim  pomówić,  muszę  sig  z  nim  zobaczyć, 
muszę! 

Drzwi  otworzyły  się  wreszcie.  Chciała  się  rzucić  naprzód.  Ale  męskie 

ramię  zagrodziło  jej  drogę.  Cofnęła  się,  oszołomiona  i  w  następnej  chwili 
osunęła się na ziemię u jego nóg. 

Mężczyzną, stojącym na progu, był jej mąż! 

 

background image

Rozdział trzynasty 

 
Podniósł ją w milczeniu i znów ją zaniósł na łóżko. Dotykał jej delikatnie, 

ale  bez  czułości,  prawie  beznamiętnie.  Nana  ukryła  twarz  w  poduszce  i 
załkała spazmatycznie. Nie zdoła mu teraz powiedzieć... 

Chodził  po  małej  przestrzeni  tam  i  z  powrotem,  zachowując  wciąż  to 

straszne milczenie. Ona płakała rozdzierająco. 

Przystanął wreszcie, nalał trochę wody do szklanki i podał jej. 
—  Wypij  to  —  rzekł,  pochylając  się  nad  łóżkiem.  —  A  potem  leż 

spokojnie i czekaj na to, co ci powiem! 

Ale  nie  mógł  jej  podnieść  ani  wręczyć  jej  szklanki.  Odstawił  wodę  i 

dźwignął ją oburącz. Unikała jego spojrzenia. Łkała bez przerwy, trzęsąc się 
jak w febrze. 

Przysunął krzesło i usiadł przy niej. 
— Nie bój się mnie, Anno. 
— Nie boję się — wyszeptała. 
— Czy możesz teraz wysłuchać tego, co ci mam do powiedzenia? 
— Czy pozwolisz, że ja ci coś powiem przedtem? 
— Jeżeli możesz się zdobyć na spokój, słucham... 
— Wysłuchasz mnie i uwierzysz w moje słowa? 
— Potrafię poznać, czy kłamiesz, czy mówisz prawdę. 
— Na to nie zasługuję. Wiesz o tym, skoro jesteś wszechwiedzący. 
—  Nie  mówiłbym  o  tym,  na  co  zasługuję,  a  na  co  nie...  gdybym  był  na 

twoim miejscu. 

— Mówisz tak, bo gniewasz się na mnie. Masz powody... zapewne... Ale 

nie zrobiłam tobie większej krzywdy, niż sobie samej. Weź to pod uwagę. 

— Czy to jest wyjaśnienie? Czy stanowi bodaj okoliczność łagodzącą? 
Nic nie odpowiedziała. Usiłowała wyczytać coś w jego twarzy, ale to było 

zbyt trudnym zadaniem. Dźwignęła się i stanęła przed nim. 

—  Nie  wiem,  co  masz  na  myśli  —  rzekła  namiętnie.  —  Nie  wiem,  co 

myślisz  o  mnie.  Ale  przypuszczam,  że  chcesz  mnie  w  jakiś  sposób  ukarać. 
Chcesz mi dać nauczkę, którą będę pamiętała przez całe życie. Jestem zdana 
na  twoją  łaskę  i  niełaskę.  Zniosę  wszystko,  cokolwiek  mi  przyjdzie  znieść. 
Ale zanim mnie doprowadzisz do znienawidzenia cię, pozwól mi powiedzieć 
ci jedno: jestem twoją żoną! Czy pamiętasz o tym? Nie będę cię nienawidzić 
ostatecznie, dopóki ty nie zapomnisz o tym jednym! 

background image

Piet wstał również. Głowę miał pochyloną. Nana twierdziła, że się go nie 

boi,  ale  w  tej  chwili  doznawała  uczucia  takiego  lęku,  o  jakim  nie  miała 
pojęcia, że może istnieć w duszy ludzkiej. 

Milczenie  męża  wydawało  jej  się  nieskończone,  wieczne.  Nagle  podniósł 

głowę. 

— Od kiedy — zaczął — przypomniałaś sobie o tym, że jesteś moją żoną? 
—  Nigdy  o  tym  nie  zapomniałam  —  odrzekła  szeptem.  Ujął  jej  rękę  i 

przybliżył do oczu. 

— Nigdy? — spytał. — Uważaj na swoje słowa, Anno! 
— Mówię prawdę! Nie mam potrzeby uważać na moje słowa — odparła z 

godnością. 

— A cóż zrobiłaś z obrączką? 
— Zgubiłam ją przypadkiem. Wpadła nam do wody. 
— Nam? — spytał Piet. 
—  Tak,  Jerzemu  i  mnie.  Nie  będę  ci  opowiadać,  jak  się  to  stało.  Nie 

uwierzyłbyś. 

Nic nie odpowiedział. Po chwili położył rękę na jej ramieniu. 
— Czy masz mi do powiedzenia coś jeszcze? Zaprzeczyła ruchem głowy. 

Drżała na całym ciele. 

— Dobrze — rzekł. — Przejdźmy do tamtego pokoju. Widzę, że ci zimno. 
Poszła za nim. 
— Usiądź! 
Padła na kanapę, kryjąc twarz w dłoniach. 
— Powiedziałem ci już, że wyszłaś za mąż za człowieka dzikiego. Dałem 

ci to odczuć dzisiaj. Rozmyślnie. Ale niesłusznie przeraziłem cię, niesłusznie 
doprowadziłem cię do takiego stanu, w jakim się obecnie znajdujesz. I za to 
bardzo cię przepraszam. 

Usiadł również. 
— Sprowokowałaś mnie, czy pamiętasz? A ja nie jestem przyzwyczajony, 

żeby rzucano mi wyzwanie. Nie zniosę tego z niczyjej strony, a już najmniej 
ze  strony  mojej  żony.  Ale  nie  miałem  zamiaru  cię  przerazić.  Nie  gniewam 
się  już  na  ciebie  ani  na  tego  młodego  głupca,  którego  nazywasz  swoim 
przyjacielem.  Toteż  nic  mu  nie  zrobiłem.  Wyrzuciłem  go  po  prostu  z  jego 
własnego  domu,  choć  mogłem  mu  zrobić  większą  krzywdę.  I  zamierzałem 
wyrządzić mu znacznie większą... 

— A dlaczego go oszczędziłeś? — spytała szeptem. 
— Bo doszedłem do wniosku, że mam do czynienia z samymi głupcami. 

background image

Spuściła głowę. 
—  A  teraz  posłuchaj,  Anno!  Przypomniałaś  mi,  że  jesteś  moją  żoną!  A 

zatem:  zejdę  na  dół  i  zaczekam.  Jeżeli  w  ciągu  pół  godziny  przyjdziesz  i 
oznajmisz  mi,  że  nie  możesz  być  nadal  moją  żoną  z  przyczyn  godnych 
uznania,  istotnych,  zgadzam  się,  abyś  mieszkała  w  dalszym  ciągu  pod 
dachem twego ojca. Pół godziny! 

— Czy naprawdę... tak myślisz?... — spytała bez tchu. 
— Już ci powiedziałem. Nigdy nie mówię dwa razy tego samego. 
— A... jakie przyczyny... uznasz... za... istotne? 
— Jeżeli mi dowiedziesz, że będziesz szczęśliwa, kiedy mnie usuniesz ze 

swego życia, pozwolę ci odejść. 

— Ale jak zdołam cię przekonać? 
—  Jeżeli  będziesz  mówić  z  głębi  przeświadczenia,  mnie  się  ono  udzieli 

również. 

— A jeżeli mi się to nie uda? 
—  Usłyszałaś,  jakie  są  moje  warunki.  Jeżeli  w  ciągu  pół  godziny  nie 

zjawisz  się,  dojdę  do  wniosku,  że  nie  chcesz  decydować,  czyli  że  ja  mam 
rozstrzygnąć. Pomyśl, Anno, zastanów się dobrze zanim mi dasz odpowiedź. 
Zważ,  że  jakakolwiek  ona  będzie,  będę  ją  uważał  za  ostateczną  i 
nieodwołalną.  Nic  już  nie  zmieni  naszego  wspólnego  postanowienia, 
powziętego dzisiaj wieczorem! Pomyśl nad tym. zanim się wypowiesz! 

Bezpośrednio po tych słowach zaczął schodzić ze schodów. Jej serce biło 

tak gwałtownie, jakby miało wyskoczyć z piersi, jakby miało zabić ją samą... 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział czternasty 

 
Była  sama.  Dokoła  panowała  cisza.  Miała  przed  sobą  pół  godziny 

niezmąconego spokoju. 

Gdzie się podziała ta nienawiść, która kazała jej uciec przed nim? Zaszła w 

niej  jakaś  poważna  zmiana,  której  nie  umiała  przypisać  żadnej  konkretnej 
przyczynie. 

Walczyła  ze  sobą,  walczyła  z  rozpierzchłymi  myślami,  które  nadaremnie 

starała  się  zebrać,  przytrzymać...  Im  więcej  minut  upływało,  tym  mniej 
wiedziała, co postanowić. Czuła tylko ze zdumieniem, że zniknęła z jej serca 
owa straszliwa nienawiść. 

Czas  mijał...  Jeszcze  tylko  trzy  minuty...  Podeszła  do  schodów,  ale  nie 

śmiała zejść na dół. Zatrzymała się przy poręczy. 

Aha! On się porusza! Słyszała jego kroki w pokoju na dole. w hallu... Bała 

się strasznie... Wreszcie ujrzała go na schodach. Krzyknęła w trwodze: 

— Schodzę do ciebie na dół! Zaczekaj! 
Cofnął się, zbiegła na dół, przewracając się nieomal z pośpiechu. 
—  Szłam  właśnie...  Widziałam,  że  już  czas...  Ale  tak  było  ciemno...  tak 

ciemno... więc bałam się... 

— Nie ma się czego obawiać — rzekł łagodnie. 
—  Boję  się...  wyjąkała  znowu.  —  Och,  Piet.  Piet!  Bądź  dobry  dla  mnie, 

przynajmniej jeszcze tym razem! Jestem... przerażona... nieszczęśliwa! 

Otoczył ją ramieniem. 
— Dlaczego? 
— Nie gniewasz się? — wyszeptała. 
— Nie. 
— Rozgniewasz się z pewnością, gdy ci powiem, co postanowiłam. 
— Co postanowiłaś? Milczenie. 
— Dlaczego mi nie odpowiadasz? 
— Nie mogę! — załkała. 
— Więc mnie pozostawiasz decyzję? — spytał. Milczenie. 
—  Ja  już  postanowiłem  z  góry  —  rzekł.  —  Daj  mi  rękę,  nie  tę,  lewą! 

Wyjął z kieszeni obrączkę. 

— Piet! Och. nie! 
— Daj mi rękę, Anno! 
Wsunął na czwarty palec lewej ręki żony symbol małżeński i zatrzymał jej 

dłoń w swoich dłoniach. 

background image

— Przyrzeknij mi, że już jej nie zgubisz! Milczenie. 
— Mniejsza o słowa! Wierzę ci, Anno. 
Padła nagle na kolana przed stołem, szlochając tak rozpaczliwie, że i jego 

serce wzruszyło się tą niedolą młodej istoty. 

—  Moja  droga  Anno!  —  rzekł.  —  Co  ci  jest,  dziecko?  Nie  płacz.  Nie 

plącz! Czy tak cię to martwi, że masz być moją żoną? 

Nie mogła odpowiedzieć. Łzy ją dławiły. 
—  Cicho!  Cicho!  —  mówił.  —  Nie  rozpaczaj  tak!  Anno,  dziecko  moje, 

słuchaj! Już nigdy nie będę tak surowy w stosunku do ciebie. Przysięgam na 
mój  honor,  na  moją  wiarę  w  ciebie,  na  moją  miłość,  że  już  cię  nie 
przestraszę. Cóż mogę więcej obiecać? 

Łzy jej przestawały płynąć powoli. Przysunęła się do niego. 
—  Piet...  Przebacz  mi...  Nie  tylko  to...  ale  tysiące  innych  rzeczy...  Piet... 

nie wiedziałam, że mnie kochasz... naprawdę... 

— Zawsze cię kochałem, Anno — rzekł głębokim głosem. 
— I... przebaczasz mi? — spytała słabym głosem. 
— Już ci przebaczyłem. 
— I już wcale nie gniewasz się na mnie? 
— Nie. 
Stała przez długą chwilę nieruchoma, z twarzą ukrytą w dłoniach. 
— Piet! 
— Co, Anno? 
— Piet! 
— Słucham cię, dziecko. 
—  Gdybym  ja  kochała  kogoś...  znalazłabym  jakiś  sposób,  aby  mu  dać  to 

poznać... 

— Masz słuszność. Ale ja jestem dzikim brutalem... Moje pieszczoty tylko 

cię drażnią. 

Nana milczała zamyślona. 
— Czy... tamtej nocy... okazywałeś mi... swoją miłość? 
— Tak.,, na mój dziki sposób... 
— No, to mnie nie drażniło, nie ubodło, Piet... Milczał. 
— Gdybym to wiedziała, nie wzięłabym tego za złe. Piet nie odpowiadał. 
— Zrozumiałeś? — spytała z powątpiewaniem. 
— Nie. 
— Nie rozumiesz, czego pragnę? 
— Nie. 

background image

— Więc trzeba ci to powiedzieć? 
— Tak mi się zdaje. 
Podniosła głowę. Oczy jej błyszczały. 
—  Nienawidzę  cię  za  to,  że  mnie  zmuszasz  do  powiedzenia  ci 

najtrudniejszej  rzeczy.  Piet,  chcę...  żebyś  mnie  wziął  w  objęcia...  i  całował 
mnie... tak... jak... tamtej nocy... po balu... 

Ostatnie  słowa  wymówiła  już  na  jego  piersiach,  chociaż  nigdy  potem  nie 

mogła  zrozumieć,  jakim  sposobem  znalazła  się  tam  tak  szybko.  Miała 
wrażenie, że jakiś huragan porwał ją z ziemi i rzucił prosto do raju, do raju, 
w którym nie było miejsca na lęk i trwogę. Łańcuch, z którym się tak długo 
szamotała, zamienił się w szczerozłoty pierścień. 

 

 

 
 

 
 

 

 
 

 
 

 
 

 

 
 

 
 

 

 
 

background image

Część czwarta 

 

Rozdział pierwszy 

 
To  był  gorący  dzień,  chociaż  lekki  powiew  łagodził  upał  w  popołu-

dniowych  godzinach,  zwłaszcza  w  okolicy  rzeki.  Field  siedział  przy  oknie. 
Wietrzyk  kołysał  okiennicą,  widocznie  nie  umocowaną  od  zewnątrz; 
najpierw  łagodnie,  jak  dziecko,  które  się  bawi,  potem  zaczął  nią  targać  i 
łomotać. Field zmarszczył brwi, wstał, aby umocować okiennicę. 

Robiło się późno, zapadał zmierzch. Wieczór był piękny, ale jego urok nie 

przenikał  do  duszy  Fielda.  Przed  nim  stało  biurko,  zasłane  papierami.  Na 
nim  —  elektryczna  lampa.  Był  najwidoczniej  zbyt  zajęty,  aby  zwracać 
uwagę na otoczenie. 

Siedział  w  milczeniu  przy  otwartym  oknie.  Słychać  było  tylko  szelest 

koronkowej  firanki,  poruszanej  przez  wiatr.  Jego  twarda  w  wyrazie, 
wygolona twarz, pochylona była ze skupieniem nad robotą. 

Znowu  rozległo  się  stukanie,  tym  razem  od  strony  drzwi.  Zmarszczył 

czoło i podniósł głowę. 

— Co takiego? 
Drzwi  otworzyły  się.  Ukazała  się  w  nich  głowa  małego,  ospowatego 

chłopca. 

— Jakaś pani do pana, sir. 
— Jak to? — Field zachmurzył się. — Nie chcę widzieć nikogo. Przecież 

zapowiedziałem to wyraźnie. 

— Ta pani mówi, że nie odejdzie, dopóki się z panem nie zobaczy, sir. Nie 

mogę w żaden sposób jej odprawić. 

—  Powiedz  jej...  —  rzekł  Field,  urywając  nagle,  tknięty  przeczuciem.  — 

Kto to jest? — spytał. 

Chłopiec skrzywił się lekko, ledwo dostrzegalnie. 
—  Nie  chce  powiedzieć  nazwiska,  sir.  Ale  to  bogata  pani,  z  pewnością. 

Pod płaszczem ma błyszczącą suknię z atłasu! 

Field  rzucił  okiem  na  swe  papiery.  Wziął  z  krzesła  gazetę  i  nakrył  nią 

stosy dokumentów, rozrzuconych na biurku. 

— Wprowadź ją! — rozkazał. 
W korytarzu rozległ się szmer i szelest. Zjawił się ponownie chłopiec, a w 

otwartych  drzwiach  ukazała  się  postać  kobieca  w  ciemnym  okryciu  i 
czarnym kapeluszu. Na twarzy miała gęstą woalkę. 

background image

Drzwi  zamknęły  się  za  nią.  Weszła  do  pokoju.  Field  stał  bez  ruchu. 

Podeszła do niego z pewnym wahaniem. 

— Mam nadzieję, że mi pan wybaczy to naruszenie pańskiej samotności? 
Jej głos był dźwięczny i pełny. Zdradzał silne zdenerwowanie. Field zrobił 

również kilka kroków naprzód. 

— Zobaczymy, w czym mogę być użyteczny — rzekł sucho. Podsunął jej 

krzesło. 

Zawahała się, ale usiadła. Robiła wrażenie słabej fizycznie, pełnej wdzięku 

kobiety. 

— Tak, potrzebuję pańskiej pomocy — rzekła. 
Field  milczał.  Jego  twarz  była  typowym  obliczem  prawnika:  ponurym, 

pełnym stanowczości i bezosobowego skupienia. 

Przysunął drugie krzesło i usiadł na wprost niej. 
Przez  chwilę  patrzyła  na  niego  zza  woalki.  Wreszcie  przemówiła  z 

wysiłkiem. 

— Zacnie to było z pańskiej strony, że mnie pan przyjął, nie wiedząc kim 

jestem. Teraz rozpoznał mnie pan chyba? Lady Violetta Calcott. 

— Przyszłoby mi to z większą łatwością — odparł swym równym głosem 

— gdyby pani zdjęła woalkę. 

Jego ton był pełen kurtuazji i spokoju, ale ona poruszyła się żywo, jakby 

zażądał  od  niej  czegoś  bardzo  trudnego.  W  tejże  chwili  ściągnęła  woalkę  z 
twarzy i ukazała mu oblicze najpiękniejszej kobiety Londynu. 

Nastąpiła  chwilowa  przerwa,  zanim  odezwał  się  znowu:  —  Tak,  poznaję 

panią, naturalnie. Więc pani... potrzebuje mej rady? 

— Nie! 
Pochyliła się ku niemu ze złożonymi rękami. 
— Chcę pana prosić, aby mi pan wyjawił, dlaczego pan się zrzekł obrony 

Burleigha Wentwortha? 

Mówiła  bez  tchu,  w  najwyższym  napięciu.  Jej  śliczne  oczy  patrzyły  na 

niego prosząco: oczy, które już oczarowały pół Londynu... Ale Field patrzył 
w nie, jakby spoglądał na jeden ze swych dokumentów prawniczych. Lekki 
uśmiech pojawił się na jego twarzy, gdy odpowiedział pięknej kobiecie: 

— Nie  mam powodów do tajenia tego przed panią, lady Violetto: on jest 

winien. Po prostu. Dlatego nie chcę go bronić. 

— Ach! 
Ten okrzyk zabrzmiał jak jęk struny skrzypcowej. Położyła drżącą dłoń na 

jego ramieniu, zaciskając kurczowo palce. 

background image

—  A  zatem  i  pan  jest  tego  zdania!  Zapewniam,  zapewniam  pana,  że  pan 

się myli. Ale... czy to jedyny powód? 

— A nie jest wystarczający? Splatała i rozplatała dłonie. 
— Czy chce pan przez to powiedzieć, że to jest wbrew pańskim zasadom? 
— Obrona winnego? — spytał adwokat powoli. Skinęła kilka razy głową. 
Oczy Fielda nie odrywały się od jej twarzy, ale był w nich wciąż ten sam 

uważny wyraz, jakby szukał na niej mimowolnego zeznania. 

— Nie — rzekł w końcu — to nie jest wyłącznie kwestia zasad. Jak pani 

wiadomo,  zdobyłem  już  pewną  reputację,  na  którą  w  pełni  zasługuję,  jak 
sądzę. 

Wykonała nerwowy gest. 
— Ale tym nie zaszkodziłby pan przecież swojej reputacji! Wsławiłby się 

pan raczej jeszcze bardziej — dodała, mówiąc szybko, jakby przezwyciężała 
jakiś wewnętrzny opór. — Jest pan właściwie u szczytu sławy. Panu udałoby 
się  to,  co  się  nie  może  udać  innemu.  A  on  jest  doprawdy  niewinny! 
Naprawdę!  On  nie  może  być  winien!  Pozory  są  obciążające,  ale  musi  być 
możliwość  ocalenia  go!  Pan  mógłby  go  ocalić,  pan  jeden!  Gdyby  pan 
zechciał... Niech pan pomyśli o losie tego człowieka, jeżeli zostanie skazany! 
A  nie  zasługuje  na  to!  Zapewniam  pana,  że  on  na  to  nie  zasługuje.  Jakże 
mam pana przekonać? Jej głos drżał nutą rozpaczy. 

—  Przecież  pan  jest  człowiekiem!  Przecież  są  chyba  sposoby  wzruszenia 

pana! Nie może pan pragnąć zguby porządnego, niewinnego człowieka! 

Piękne  oczy  zaszły  łzami.  Patrzyła  na  niego  błagalnie,  tłumiąc  łkanie. 

Okrycie zsunęło się z jej ramion. Były alabastrowo białe. 

Mężczyzna siedział na wprost niej, nieporuszony, wpatrzony w nią zimno, 

obojętnie. Uśmiechnął się znowu. 

— Tak, jestem człowiekiem — rzekł po dłuższej chwili — nie uważam też 

siebie  za  istotę,  stojącą  ponad  wszelkimi  pokusami.  Jak  pani  zapewne 
wiadomo,  sam  doszedłem  o  własnych  siłach  do  wszystkiego,  czym  teraz 
jestem.  Pochodzę  z  ubogiej  rodziny.  Ale...  nie  jest  dla  mnie  pokusą  obrona 
Burleigha  Wentwortha.  Żałuję,  że  jest  pani  rozczarowania  z  tego  powodu. 
Nie  rozumiem  zresztą,  dlaczego.  Jest  wielu  prawników,  na  pewno 
zdolniejszych ode mnie, którzy byliby szczęśliwi, gdyby im się udało oddać 
przysługę lady Violetcie lub jednemu z jej przyjaciół. 

—  Tak  nie  jest  —  przerwała  mu  gwałtownie  —  sam  pan  wie  dobrze,  że 

tak nie jest. Pan wie, że pański talent czyni z pana wręcz jedynego obrońcę. 
Samo pańskie nazwisko daje rękojmię powodzenia. Pan porywa sędziów swą 

background image

wymową. Jeżeli pan nie wyjedna mu uniewinnienia, to nikt tego nie dokaże. 
Może go pan uratować! 

Splatała  i  rozplatała  dłonie  bezradnym,  nerwowym  ruchem.  Jej  twarz 

wzbudzała  litość  wyrazem  udręki  i  przygnębienia.  Field  patrzył  chłodno  na 
tę rozpacz. 

— Obawiam się, że nie  mogę nic pani poradzić — rzekł. — Moja  mowa 

obrończa musiałaby w tym wypadku być oparta na prawdziwej sympatii, aby 
mogła być skuteczna. A tej sympatii brak. 

— Co pan ma na myśli? — spytała cichym głosem. — Ja zrobię wszystko, 

co będzie w mojej mocy. żeby wywołać w panu zainteresowanie tą sprawą. 
Nigdy  nie  tracę  nadziei,  dopóki...  nie  wygaśnie  ostatnia  iskierka.  Są  z 
pewnością sposoby przekonania pana, muszą być takie sposoby! 

Po raz pierwszy uśmiechnął się. 
—  Niech  mi  pani  nie  ofiaruje  pieniędzy,  proszę  panią!  Zarumieniła  się 

gwałtownie. 

— Panie Field! Ani mi to przez myśl nie przeszło! 
— Nie? — spytał. — Ale, wchodząc do tego pokoju, myślała pani o tym? 
Spuściła oczy. 
— Nie zdawałam sobie... sprawy... — szepnęła. 
Pochylił się naprzód. Była to jego charakterystyczna poza, dobrze znana w 

sądzie. 

—  Nie  zdawała  pani  sobie  sprawy...  z  czego?  —  powtórzył  cichym 

głosem, z naciskiem. 

Spotkała się znów mimo woli z jego wzrokiem. 
— Nie zdawałam sobie sprawy, z kim mam do czynienia — rzekła. 
— Aha! — rzekł Field. — A teraz? Wzdrygnęła się. 
Głos Fielda brzmiał wyzywająco, zuchwale. 
— Nie miałam tego zamiaru w ogóle — cofnęła się, zmieszana. — Niech 

pan zapomni o tym! 

— Już zapomniałem. 
Ale spojrzeniem przeszywał ją w dalszym ciągu. Wyciągnęła przed siebie 

ramiona, jakby zasłaniając się przed nim. Wstała. 

— Ach, więc jest pan człowiekiem bez serca? Czym mogę pana wzruszyć? 

Czy dla pana ma znaczenie pozycja socjalna? W takim razie oddaję panu do 
dyspozycji  wpływy  mego  brata.  Ja  sama  mam  też  ustosunkowanych 
przyjaciół. Niech mi pan powie, czego pan żąda? 

background image

Field  wstał  również.  Stali  naprzeciw  siebie,  mierząc  się  oczami: 

dorobkiewicz  i  rasowa  dziewczyna,  pochodząca  z  rodu  baronów 
normandzkich.  On  był  mocno  zbudowany,  ponury,  stanowczy.  Ona  stała 
smukła, blada, wyniosła. 

Przez chwilę  milczał. Potem, w odpowiedzi na jej nieme pytanie, zwrócił 

się  nagle  do  lustra  wiszącego  nad  kominkiem  i  ukazującego  mu  jej  idealną 
piękność z profilu. 

— Lady Violetto — rzekł krótkim, urywanym głosem. — Przyszła pani do 

tego  pokoju  z  zamiarem  wymuszenia  na  mnie  obrony  człowieka,  którego 
uważam  za  winnego.  Mam  go  uwolnić  od  konsekwencji  jego  przestępstwa. 
A  kiedy  się  pani  przekonała,  że  nie  tak  łatwo  mnie  kupić,  jak  się  pani 
zdawało,  zapytała  mnie  pani  o  moje  człowieczeństwo,  apelowała  pani  do 
mego  serca.  Odrzekłem,  że  jestem  człowiekiem,  że  nie  jestem  wolny  od 
wszelkich  pokus.  Od  tej  chwili  usiłuje  pani...  z  trudem.,  znaleźć  mój  slaby 
punkt  i  uderzyć  w  niego.  Ale  przeoczyła  pani  to,  co  najoczywistsze.  Mówi 
pani, że jest pani gotowa zrobić wszystko, żeby mnie zjednać, wszystko, co 
jest  w  pani  mocy.  Czy  rzeczywiście...  dosłownie...  myśli  pani  to,  co  pani 
mówi? 

Zwracał  się  do  jej  odbicia  w  lustrze  a  jego  spojrzenie  było  wciąż 

odpychająco  chłodne.  Zdawał  się  mierzyć,  oceniać.  Spotkała  te  oczy  w 
lustrze na przeciąg sekundy i mimo woli zadrżała. 

—  Czy  zechce  pan  wyjaśnić  to  bliżej?  —  spytała  cichym  głosem. 

Odwrócił się od lustra i spojrzał wprost na nią. 

— Po co pani tu przyszła? — spytał. — I to wieczorem? Drżała. 
—  Musiałam  przyjść  osobiście.  Miałam  nadzieję,  że  zdołam  pana 

przebłagać. 

—  Myślała  pani  —  rzekł  twardo  —  że  chociaż  mam  zasady,  pani  nie 

potrafię się oprzeć. 

— Chciałam pana przekonać — powtórzyła jeszcze ciszej. 
— Kusząc mnie, czy tak? Drgnęła gwałtownie. 
— Panie Field! 
Wyciągnął spokojną dłoń i położył ją na jej nagim ramieniu. 
—  Za  pozwoleniem!  Jak  już  powiedziałem,  nie  jestem  wolny  od  pokus, 

jestem  tylko  człowiekiem.  Panią,  jak  widzę,  Burleigh  Wentworth  interesuje 
osobiście; czy mam rację? 

Spojrzała mu w oczy, mrugając powiekami: 
— Tak. 

background image

— Czy jest pani jego narzeczoną? Drgnęła mimo woli. 
— Nie. Podniósł brwi. 
— Dała mu pani kosza, tak? Miała gorące wypieki. 
—  Nie  oświadczył  mi  się  jeszcze  —  rzekła.  —  Może  nigdy  się  nie 

oświadczy. 

— Rozumiem. 
Zdjął dłoń z jej ramienia. 
— Podejmę się obrony Burleigha Wentwortha — rzekł — ale pod jednym 

warunkiem. 

— Jakim? 
— Że pani wyjdzie za mnie za mąż. 
Percival  Field  wyrzekł  te  słowa  równie  zimno  i  obojętnie,  jak  wszystkie 

poprzednie. 

Zadrżała na całym ciele. 
—  Przecież...  pan...  nigdy...  mnie...  nie  widział  do  dnia  dzisiejszego...  — 

rzekła. 

—  Owszem,  widziałem  panią  niejednokrotnie.  Znam  pani  twarz,  pani 

postać, na pamięć i to od dawna. Nie miałem czasu na szukanie sposobności 
osobistego  poznania...  Widocznie  jednak  przeznaczenie  zesłało  panią  na 
drogę mego życia. 

Czy w jego głosie dźwięczał cynizm? Chyba tak. Ale nie spuszczał z niej 

oczu. Była w nich jakaś magnetyczna siła przyciągająca, której nie miała siły 
się oprzeć. 

Popatrzyła na niego blada, drżąca. 
— Pan mówi poważnie? — szepnęła. Znów uśmiechnął się lekko. 
— Czy pani nie umie jeszcze poznać po twarzy mężczyzny, czy on mówi 

poważnie,  prosząc  o  pani  rękę?  —  spytał.  —  Z  pewnością  miała  pani 
niejednokrotnie sposobność nauczyć się tej sztuki. 

Zarumieniła się lekko. 
—  Nikt  mi  się  nigdy  nie  oświadczał  dotychczas...  w  ten  sposób  i  w  tych 

okolicznościach — odrzekła. 

Znowu  położył  dłoń  na  jej  ramieniu.  Ujął  ją  mocno,  jakby  chciał 

odpowiedzieć na jej pytanie. 

— Tak. Mówię poważnie. 
Uniknęła wreszcie tych niemiłosiernych, natrętnych oczu. 
— Żąda pan rzeczy niemożliwych. 
— Może pani z łatwością odmówić... Cóż prostszego? 

background image

Patrzył na własną rękę, która trzymała jej ramię. Czy wiedział, że trzyma 

ją nie tylko mocno, lecz boleśnie? Tylko dzięki temu lady Violetta zdawała 
sobie  sprawę,  że  poza  tą  nieruchomą  maską  kryje  się  ktoś  żywy,  a  może 
nawet trochę okrutny. 

Wyprostowała  się  i  spojrzała  mu  w  oczy.  Było  to  dla  niej  wielkim 

wysiłkiem. 

—  Panie  Field  —  rzekła  z  nagłą  stanowczością.  —  Gdybym  się  zgodziła 

na tę pańską niezwykłą propozycję... gdybym  za pana wyszła za  mąż...  czy 
wystarczyłoby to panu? 

—  Jeżeli  pani  wyjdzie  za  mnie  za  mąż  —  odparł  —  to  wyjdzie  pani  za 

mnie bez zastrzeżeń i warunków. 

— W takim razie nie mogę się na to zgodzić — odrzekła. — Proszę, niech 

mi pan pozwoli odejść! 

Odstąpił i podniósł z podłogi jej okrycie. 
Ale ona podeszła do okna i stała, odwrócona plecami do niego, patrząc na 

płynącą  w  dole  rzekę.  Pogodny  kolor  i  spokój  tej  wody  wydawały  się  tej 
wzburzonej  kobiecie  czymś  nierzeczywistym.  Głuchy  pomruk  Londynu 
dochodził jak z oddali. 

Mężczyzna  czekał  w  milczeniu.  Patrzył  na  jej  drżącą  postać,  ną  palce, 

oparte o szybę niepewnym ruchem. 

Nagle  rozległ  się  dźwięk  syreny  za  oknami.  Dziewczyna  przy  oknie 

drgnęła,  jakby  usłyszała  odgłos  trąb  Sądu  Ostatecznego.  Odwróciła  się  od 
okna szorstkim ruchem. 

— Panie Field... — rzekła i urwała. Czekał ze spokojem. 
Wykonała rozpaczliwy gest ręki, gest istoty prześladowanej i tropionej. 
—  Zrobię...  to!  —  rzekła  ledwo  słyszalnym  głosem.  —  Ale...  jeżeli  pan 

tego kiedykolwiek pożałuje, niech pan sam siebie o to wini. 

— Nie pożałuję tego — odparł stanowczo. 
—  Ale  pan  dołoży  wszelkich  starań...  ażeby  uratować  Burleigha 

Wentwortha? 

— Uratuję go — odrzekł równie stanowczo. 
Nastąpiła  chwila  ciszy.  Podeszła  do  niego,  jakby  pchana  jakąś 

niewidzialną siłą. 

Podał jej okrycie, rozejrzał się dokoła i zastąpił jej drogę. 
— A pani woalka? — spytał. 
Sięgnęła  do  kieszeni  palta.  Była  bliska  płaczu.  Opuściła  ją  zdolność 

panowania nad sobą. 

background image

— Czy samochód czeka na panią? — spytał. 
— Tak — wyszeptała. 
Podszedł w kierunku drzwi. Otwierał je, gdy zatrzymał go jej głos. 
— Jeszcze chwilkę! — rzekła. 
Zamknął  natychmiast  drzwi  i  stanął  przed  nią,  patrząc  jej  w  oczy. 

Szybkim, urywanym głosem, zza woalki powiedziała: 

—  Niech  mi  pan  przyrzeknie,  że  nigdy...  nigdy...  nie  powie  mu  pan...  o 

tym! 

Skłonił się z powagą. 
— Oczywiście — odrzekł z prostotą. 
Mimo  woli  zacisnęła  dłonie.  Stała,  niezdecydowana,  jakby  chciała 

poprosić go jeszcze o coś. 

Otworzył  drzwi  na  oścież  i  trzymał  je  tak,  że  dalszy  ciąg  rozmowy  był 

niemożliwy. 

Odprowadził ją do windy i zwiózł ją, nie przerywając ani razu milczenia. 
Na dole czekała taksówka. Pomógł jej wsiąść. 
— Dobranoc! — rzekł. 
Zawahała się przez chwilę. Potem, nic nie mówiąc, podała mu rękę. Jego 

palce zacisnęły się na krótki moment dokoła tej drobnej dłoni. 

—  Niech  się  pani  nie  obawia  zależności  ode  mnie  —  szepnął.  Wysunęła 

rękę z jego dłoni. 

— Dziękuję — rzekła cichym głosem. 
W  kilka  minut  później  Field  siedział  znowu  przy  swoim  biurku.  Przez 

otwarte teraz okno wpadał powiew  wiatru od rzeki.  Okiennica kołysała  się. 
stukając  jak  uwięziona  istota.  Field  siedział  nieruchomy,  patrząc  przed 
siebie.  Nie  widział  otaczających  go  przedmiotów.  Nagle  wstał  i  z  całym 
spokojem umocował ponownie okiennice. Frędzle firanki, miotane wichrem, 
uderzyły go w twarz. Wziął scyzoryk ze stolika i odciął je. 

Frędzle  leżały  na  jego  dłoni,  jedwabne,  srebrzyste,  poskręcane.  Usiadł  i 

patrzył na nie. Potem z dziwnym uśmiechem włożył je do szuflady. 

 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział drugi 

 
Proces  Burleigha  Wenthwortha  o  fałszerstwo  był  sensacją  sezonu. 

Elegancki  tłum  zbierał  się  codziennie  przed  drzwiami  sądu  i  wlewał  się 
potężną  falą  do  sali,  w  której  toczyła  się  rozprawa.  Sam  oskarżony,  pełen 
nonszalancji, łagodny, apatyczny, nudził się, okazując zarazem instynktowną 
odwagę swej klasy. Jego los byłby opłakany, gdyby nie stanął przy nim jako 
obrońca  Percival  Field.  Było  to  zdanie  powszechne.  Oskarżony  był  znaną 
postacią  salonów  londyńskich,  był  też  powszechnie  lubiany  w  kołach 
sportowych.  Wszędzie  wzbudzał  podziw,  gdziekolwiek  się  zjawił.  Umiał 
zdobywać  popularność.  Pochodził  ze  starej  rodziny.  Jego  zaręczyny  z  lady 
Violetta,  o  których  szeptało  całe  miasto,  czyli  ci,  którzy  się  liczyli  w 
Londynie,  nie  dziwiły  nikogo.  Brat  Violetty,  lord  Culverleigh,  był  przecież 
najserdeczniejszym  przyjacielem  Burleigha.  Uważano  tę  pogłoskę  za  fakt 
dokonany, toteż tym bardziej spadła na wszystkich jak grom z jasnego nieba 
sprawa Wentwortha o fałszerstwo.  

O  niczym  innym  nie  mówiono  w  Londynie.  Pozory  były  przeciw  niemu, 

wszystkie!  Po  pierwszym  wstrząsie,  jakiego  doznali  znajomi,  nikt  teraz  nie 
wierzył  w  jego  niewinność.  Rezultat  procesu  wydawał  się  przesądzony  z 
góry,  gdy  wtem  rozeszła  się  wieść,  że  Percival  Field  podjął  się  obrony.  W 
tym momencie zmieniła się opinia publiczności. Skoro Field go broni, musi 
być jakiś słaby punkt oskarżenia. Field nie podejmie się procesu skazanego 
na przegraną. 

Proces trwał prawie tydzień. Przez cały ten czas lady Violetta z woalką na 

twarzy  chodziła  co  dzień  do  sądu  i  przysłuchiwała  się  sprawie.  Były  to 
godziny  wielkiego  napięcia.  Ludzie  przyglądali  jej  się  niedyskretnie, 
ciekawi,  czy  istotnie  doszło  już  do  zaręczyn  tych  dwojga.  Czy  ona  kochała 
się w tym człowieku, czy też była to tylko ciekawość z jej strony? Nikt nie 
wiedział  na  pewno.  Ona  sama  chroniła  swą  godność  i  nawet  ci,  którzy  się 
zaliczali do jej najbliższych przyjaciół, nie zdołali się domyślić, co się dzieje 
w jej duszy. 

Podczas  procesu  siedziała  bez  ruchu,  nieprzystępna,  zagadkowa,  ale 

całkowicie  skupiona,  wsłuchana  z  najwyższą  uwagą  w  przebieg  sprawy. 
Prowadzenie  obrony  przez  Fielda  było  istnym  cudem  pomysłowości 
prawniczej.  Wiele  osób  przychodziło  do  sądu  tylko  ze  względu  na  jego 
udział  w  procesie.  Miał  już  ustaloną  renomę  i  każde  jego  słowo  miało 
olbrzymie  znaczenie.  Gdy  wreszcie  nadszedł  moment  wygłoszenia  wielkiej 

background image

mowy  obrończej,  oczekiwanej  przez  cały  Londyn,  zgromadzeni  słuchali  z 
zapartym  tchem.  Była  to  chyba  najbardziej  błyskotliwa  mowa  jaką  słyszał 
kiedykolwiek ten trybunał. 

Field  przebrnął  bez  trudu  przez  piętrzące  się  trudności;  usunął  wszelkie 

przeszkody  z  inteligencją  i  determinacją.  Jego  porywająca  mowa 
zdmuchnęła jak bańkę mydlaną zarzuty oskarżenia, obaliła punkt po punkcie 
podstawy  powództwa.  Zdawało  się,  że  stacza  on  walną  bitwę  we  własnej 
obronie.  Starał  się  raczej  opanować  sąd  niż  apelować  do  sympatii 
przysięgłych. 

I  wygrał  sprawę.  Jego  brawurowe  ataki,  jego  magnetyzm,  bezustannie 

wibrująca  osobowość,  wywarły  niezatarty  ślad  w  umysłach  sędziów. 
Dowody  były  przeciw  oskarżonemu,  opinia  była  mu  przeciwna.  Niemniej 
wyrok zabrzmiał: „Niewinny!". 

Z chwilą ogłoszenia tego wyroku rozległy się burzliwe oklaski, jakich sąd 

nie słyszał jeszcze nigdy. Więzień, blady, lecz na pozór spokojny, przyjął je 
jako  należne  sobie  oznaki  życzliwości.  Ale  to  nie  on  był  przedmiotem 
owacji. Był nim człowiek, który go bronił, ten, który siedział przy biurku w 
głębi  sali  rozpraw  i  przeglądał  stos  papierów  z  lekkim,  cynicznym 
uśmiechem  w  kącikach  ust.  Ten,  który,  jak  głosiła  jednomyślna  opinia, 
dokonywał  rzeczy  niemożliwych.  Uwolnił  więźnia  z  celi  prawie  cudem. 
Widocznie  Percival  Field  wierzył  niezachwianie  w  niewinność  swego 
klienta, w przeciwnym bowiem razie nie mógłby go bronić tak namiętnie, z 
takim przekonaniem. 

Tłum  przyglądał  mu  się,  ciekaw,  jak  on  zareaguje  na  swój  triumf.  Jego 

sława  osiągnęła  tego  dnia  rozgłos  międzynarodowy.  Nawet  koledzy 
przyznawali, że jest geniuszem. Czy nie był wcale dumny ze swego sukcesu? 
A  może  był  po  prostu  przemęczony  tym  ogromnym  wysiłkiem  ostatnich 
tygodni? Nikt nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. 

Teraz,  kiedy  już  było  po  wszystkim,  wyglądał  tak  obojętnie!  Walczył  i 

zwyciężył. Lecz jego uwaga już zwracała się w inną stronę. 

Tłum  zaczynał  się  rozpraszać.  Dzień  był  upalny,  w  sali  było  gorąco.  Na 

jednej  z  ławek,  zajmowanych  przez  publiczność,  jakaś  kobieta  zemdlała. 
Zaniesiono ją do pobliskiej pustej sali, gdzie odzyskała przytomność. Nieco 
później  odjechała  do  domu  taksówką,  sama,  z  twarzą  zasłoniętą  gęstą 
woalką. 

 
 

background image

Rozdział trzeci 

 
Sezon  miał  się  ku  końcowi,  kiedy  gruchnęła  wieść  o  zaręczynach  lady 

Violetty Calcott z Percivalem Fieldem. 

Zdziwiło  to  ogromnie  Burleigha  Wentwortha,  który  po  wyroku 

uniewinniającym  pojechał  nad  morze  odpocząć  i  orzeźwić  się  nieco  przed 
powrotem  do  gwarnego  Londynu.  Nie  widział  się  z  lady  Violetta  przed 
wyjazdem,  gdyż  ona  bezpośrednio  po  procesie  wyjechała  na  kilka  dni.  Ale 
przeczytawszy tę wielką nowinę, wsiadł natychmiast do pociągu i wrócił do 
Londynu. 

Przybył  późnym  wieczorem,  ale  to  mu  nie  przeszkodziło  w  realizacji 

zamierzonego  celu.  Przywykł  od  dawna  do  robienia,  co  mu  się  podobało,  i 
wierzył teraz bardziej niż kiedykolwiek w swoją szczęśliwą gwiazdę. Obiad 
zjadł  w  wagonie  restauracyjnym,  więc,  nie  przebierając  się  nawet,  pojechał 
prosto do domu lorda Culverleigha. 

Trafił  na  obiad  proszony.  Lady  Culverleigh,  bratowa  Violetty,  była 

niestrudzoną  panią  domu.  Miała  opinię  jednej  z  najciężej  pracujących  pań 
West Endu. 

Dźwięki  piosenki  dobiegły  wchodzącego  do  hallu  Wentwortha.  To 

śpiewała  lady  Violetta,  głos  miała  pełny,  ciepły.  Burleigh  stanął  pośrodku 
hallu i słuchał. 

Nie wiedział, że przez uchylone drzwi ktoś patrzy na niego. Dopiero gdy 

pieśń  się  skończyła,  spostrzegł,  że  od  pobliskiego  stolika  wstaje  drugi 
mężczyzna.  Burleigh  cofnął  się  o  dwa  kroki.  Tym  mężczyzną  był  Percival 
Field. 

Patrzyli  na  siebie  przez  kilka  sekund,  nie  mówiąc  ani  słowa.  Wreszcie 

Field  wyciągnął  rękę  i  objął  nią  mocno  ramię  tamtego.  —  Chciałbym  z 
panem  zamienić  parę  słów.  Zeszli  ze  schodów  razem;  Burleigh  szedł 
przodem. 

Na dole przystanęli i popatrzyli na siebie znowu. W powietrzu unosiła się 

wrogość,  chociaż  widać  było,  że  obaj  mężczyźni  silili  się  na  spokój  i 
kurtuazję. 

— Witam — rzekł Burleigh, wyciągając dłoń do adwokata. — Cieszę się, 

że pana tu widzę. 

Field  uścisnął  podaną  sobie  dłoń  po  chwili  wahania.  Jego  uśmiech  był 

chłodny. 

background image

—  Bardzo  pan  uprzejmy  —  odrzekł.  —  Jestem  poza  moim  zwykłym 

terytorium, przyznaję. Obchodzimy uroczystość naszych zaręczyn. 

Mówiąc te słowa,  patrzył prosto w oczy rywalowi. Burleigh uniknął jego 

wzroku, ale przyjął tę wiadomość bez cienia zakłopotania. 

—  Jest  pan  zaręczony  z  lady  Violetta  —  rzekł.  —  Czytałem  ogłoszeniu. 

Winszuję panu. 

— Dziękuję. 
— Nieoczekiwane zdarzenie, prawda? — rzucił Burleigh obojętnie. 
Field przestał się uśmiechać. 
—  O  nie,  niezupełnie.  Nie  mówiliśmy  o  tym  głośno,  to  wszystko.  Nasz 

ślub  odbędzie  się  w  przyszłym  tygodniu,  gdyż  lady  Culverleigh  chciałaby 
jak najszybciej opuścić miasto i odpocząć. 

— No, no! Nie tracicie czasu! — rzucił Wentworth. 
Krople potu wystąpiły mu na czoło. Tak, noc była upalna. Panował jednak 

nad  sobą  i  robił  dobrą  minę  do  złej  gry.  Taki  był  przez  cały  czas  trwania 
procesu. Field znał dobrze jego hart ducha. 

Druga  pieśń  zakończyła  się.  Usłyszeli  oklaski  i  szmer  podziwu.  Field 

odwrócił się z miną człowieka, który nie ma już nic więcej do powiedzenia. 

—  Nie  wierzę  w  sens  długiego  narzeczeństwa  —  rzekł.  —  Jest  męczące 

dla obu stron, a zwłaszcza dla mężczyzny. 

Wchodził po schodach powoli. Burleigh szedł za nim w milczeniu. 
Przed  salonem  Field  przystanął  i  przepuścił  Burleigha.  Weszli  razem. 

Burleigh  po  raz  pierwszy  zjawił  się  w  gronie  znajomych  od  czasu  swego 
procesu.  Zaległo  grobowe  milczenie.  Ze  śmiechem,  pokrywającym 
zażenowanie,  lady  Culverleigh  podeszła  ku  drzwiom  z  wyciągniętą  ręką. 
Uścisnęła dłoń gościowi. Zapytała, skąd przyjeżdża. 

Violetta oderwała się od fortepianu, przy którym stała i również podeszła 

do przybysza. Była bardzo blada, ale całkiem opanowana. Ona też zamieniła 
z  nim  uścisk  dłoni.  Obecni  kolejno  cisnęli  się  teraz  do  przybysza.  Jak 
dawniej, stał się ośrodkiem towarzystwa. 

Percival  Field  trzymał  się  na  uboczu.  Nie  lubił  wysuwać  się  na  pierwszy 

plan  w  salonie.  Ale  pozostał  aż  do  chwili  odejścia  Wentwortha  i  ostatnich 
gości.  A  potem  spokojnie,  lecz  stanowczo,  skierował  lady  Violette  ku 
małemu salonikowi. 

— Życzysz sobie mówić ze mną? — spytała. 
Stał przed nią w milczeniu przez parę minut, po czym rzekł: 

background image

—  Chciałem  tylko  wręczyć  ci  to  —  rzekł  i  podał  jej  małą  paczkę  w 

bibułce. 

Wzięła ją niechętnie. 
— Symbol niewoli? — spytała. 
—  Chciałbym  wiedzieć,  czy  ten  właśnie  ci  odpowiada  —  odrzekł  Field 

spokojnie, jakby nie słysząc. 

Otworzyła pudełko. Był w nim zamiast tradycyjnego brylantu pierścionek 

zrobiony  z  jednego  wielkiego  szafira,  oprawnego  w  platynę.  Był  ślicznie 
szlifowany. Patrzyła na ten symbol z wahaniem, w milczeniu. 

— Czy zechcesz włożyć go na palec? 
Zawahała  się  znowu,  po  czym  z  zaciśniętymi  ustami  wsunęła  go na  lewą 

rękę. 

— Nie jest zbyt luźny? — spytał. Spojrzała na niego zimno. 
— Nie, bynajmniej nie jest luźny. 
Ujął  jej  rękę  i  popatrzył...  To  dotknięcie  było  zimne  i  mocne.  Przesuwał 

pierścionkiem po jej palcu, jakby próbując... Widocznie czekał na coś. 

Znosiła  to  przez  chwilę,  wreszcie  stanowczym  ruchem  wysunęła  rękę  z 

jego dłoni. 

— Bardzo ci dziękuję — rzekła konwencjonalnie. — Jestem ciekawa co ci 

nasunęło myśl o szafirze. 

— Lubisz szafiry? — spytał. 
—  Naturalnie  —  odrzekła.  Jej  głos  był  obojętny,  ale  w  spojrzeniu 

mężczyzny  było  coś,  co  ją  zmusiło  do  odwrócenia  oczu.  Przyjrzała  się 
pierścionkowi. 

— Dlaczego wybrałeś szafir? — spytała. 
Jeżeli  spodziewała  się  komplementu,  doznała  rozczarowania.  Stał 

milczący. 

Zaskoczona, spojrzała znów na niego. W tej chwili wyciągnął ku niej rękę; 

żegnał się etykietalnie. 

—  Na  to  pytanie  odpowiem  kiedy  indziej  —  rzekł.  —  Dobranoc!  Podała 

mu rękę, ale on ledwo jej dotknął. W następnej chwili odwrócił się z lekkim 
ukłonem i opuścił ją. 

 
 
 
 
 

background image

Rozdział czwarty 

 
Burleigh Wentworth rozejrzał się dokoła z niezadowoleniem. 
Powinien  był  się  cieszyć.  Życie  na  wsi  odpowiadało  jego  upodobaniom. 

Polowanie  było  świetne,  gościnność  bez  zarzutu.  A  jednak  nie  był 
zadowolony.  Ludzie  przestali  go  wyróżniać.  On  sam  uważał  swój  proces 
raczej  za  nieprzyjemny  sen  niż  za  rzeczywistość.  Było  to  przykre 
doświadczenie, ale już odchodziło w przeszłość. Zawdzięczał to genialnemu 
Percivalowi  Fieldowi.  Cóż  za  zdobywczy  typ  ten  Field!  Historia  jego 
małżeństwa była czymś nieprawdopodobnym w oczach Burleigha. Posądzał 
go o jakiś fortel, ale wiedział, że nie dowie się niczego od samego adwokata. 

Violetta  również  wyglądała  zagadkowo,  ale  z  nią  będzie  łatwiejsza 

sprawa.  Da  się  wyciągnąć  na  zwierzenia.  Może  być  zamężną  kobietą,  ale  z 
tego nie wynika, aby go miała trzymać na dystans. 

Violetta  z  mężem  przyjechała  dzień  przed  nim  do  pałacu,  w  którym 

urządzono  polowanie.  Był  to  koniec  ich  podróży  poślubnej.  Potem  mieli 
wrócić  do  miasta.  Skrzywił  się  na  tę  myśl.  Jakże  Violetta  pogodzi  się  z 
pobytem w mieście we wrześniu? Zadał jej to pytanie poprzedniej nocy, ale 
nie raczyła odpowiedzieć. 

Stanowczo, ta kobieta stawała się interesująca. Trzeba  się dowiedzieć, co 

drzemie pod tą tajemniczą zasłoną. 

Zastanawiał  się,  dlaczego  ona  nie  nosi  strzelby  ze  sobą,  przybywszy  na 

polowanie. Taka była wysportowana, tak lubiła sporty! Zada jej i to pytanie. 
Miał ochotę wrócić teraz na dół i zaraz ją o to zapytać. Nic go nie cieszyło. 
Godzina była późna, a jemu było dziwnie smutno. 

Pokusa stawała się z każdą chwilą silniejsza. Tak, pójdzie do niej. Był na 

tej stopie z gospodarzami, że mógł robić, co mu się podobało. A on i Violetta 
byli  zawsze  parą  przyjaciół!  Myśl  o  rozmowie  z  nią  przy  kominku,  gdy  jej 
mąż  moknie  tam,  w  lesie  i  brodzi  w  wodzie,  uśmiechała  mu  się.  Nie  lubił 
Fielda,  chociaż  tyle  mu  zawdzięczał.  Nienawidził  tego  człowieka  za  te 
właśnie zdolności, które go uratowały. Nienawidził go za jego wyższość, za 
jego  jawne  lekceważenie  go.  A  nade  wszystko  nienawidził  go  za  jego 
małżeństwo z Violetta. Widocznie wystarczało, by wyciągnął po coś rękę, a 
już stawał się panem sytuacji. Ale może, rozmyślał Burleigh, spostrzeże się z 
czasem, że to, co zdobył jest niewiele warte. 

background image

Wszedł  do  starego,  szarego  domu  w  otoczeniu  innych  myśliwych. 

Postanowił  odszukać  Violette  przed  obiadem  i  zaczął  niezwłocznie 
dowiadywać się o nią u służby. 

Odpowiedź  zadowoliła  go.  Violetta  poszła  na  wieżyczkę,  skąd  roztaczał 

się śliczny widok na okolicę i zapewne była obecnie dalej na szczycie. 

Poszedł  we  wskazanym  kierunku.  Wolałby  siedzieć  z  nią  przy  kominku, 

ale przynajmniej tu, na tej ustronnej wieży, nikt nie będzie im przeszkadzał. 

Widok  stamtąd  był  istotnie  piękny.  Na  horyzoncie  widniała  w  tej  chwili 

ogromna tęcza, dopełniając piękna krajobrazu. 

Nie słyszała jego kroków. Stała nieporuszona, zapatrzona w dal. 
— Moja kochana! — zawołał. 
Odwróciła  się,  zaskoczona.  Nie  zdążyła  ukryć  swego  przygnębienia. 

Cofnęła się, zmieszana. Podszedł bliżej. 

— Violetto! — rzekł. 
— Nie! — szepnęła zbielałymi wargami. 
Objął ją ramieniem, zwalczając łagodnie jej opór. 
— Co się stało? Czemu się boisz? 
Nigdy jej dotychczas tak nie trzymał. Zawsze do tej pory zachowywała się 

skromnie  i  raczej  chłodno  w  jego  obecności.  On  zaś  nie  próbował 
przekroczyć  pewnych  granic  przez  nią  wytkniętych.  Ale  teraz,  w  godzinie 
słabości, znosiła jego uścisk bez protestu. 

— Odejdź! — błagała szeptem. — Proszę... musisz! 
Burleigh ani myślał rezygnować ze swej przewagi. Przycisnął ją do siebie. 
— Violetto! Jesteś nieszczęśliwa! Wiem o tym od pierwszej chwili, kiedy 

cię  ponownie  ujrzałem.  Nie  mogę  tego  przeboleć.  Pozwól  mi  stanąć  przy 
twym boku. Chcę ci pomóc. Nie odsuwaj mnie! 

—  Nie  możesz  mi  pomóc  —  szepnęła  z  odwróconą  twarzą.  —  Chyba 

tylko odchodząc, zostawiając mnie samą. 

Ale on nie wypuścił jej z objęć. 
— Niedobra jesteś, wiesz? Nie odejdę. Nie zostawię cię! Co to? Powiedz! 

Czy on jest brutalny? 

Uwolniła się z jego ramion. 
— Jaki by nie był, zobowiązałam się, że będę wszystko znosiła. Więc nie 

ma o czym mówić. 

— Spójrz na mnie! — prosił Burleigh. — Przecież jesteśmy przyjaciółmi! 

Sądziłem,  że  lubisz  mnie  troszeczkę,  Violetto.  Powiedz  mi,  co  cię  skłoniło 
do poślubienia tego obcego człowieka nie z naszej sfery? 

background image

Milczała, nie patrząc na niego. 
— Byłaś zawsze taka dumna — ciągnął dalej. — Nie  myślałem dawniej, 

że  tak  łatwo  skapitulujesz.  Mogłaś  przecież  wyjść  za  mąż  za  tego 
cygańskiego księcia, skoro chciałaś koniecznie mezaliansu. 

—  Nie  chciałam  bynajmniej  mezaliansu!  —  powiedziała  gwałtownie, 

przerywając  mu  nagle  jego  wywody.  —  Nie  jestem  próżną  kobietką, 
szukającą rozgłosu, taniej sensacji, czy egzotycznego tytułu! 

—  Nie?  —  spytał  Burleigh  pieszczotliwie,  przyglądając  jej  się  ciekawie. 

— To za co sprzedałaś temu facetowi swoją wolność, powiedz! 

Cofnęła się i wzruszyła wzgardliwie ramionami. 
— Nie powiesz mi tego? — spytał. 
— Nie. 
Ledwo ją było słychać. 
— Wiesz? — rzekł obojętnym tonem. — Gdyby nie ten przeklęty proces, 

byłbym  stanął  do  pojedynku  z  Fieldem  i  byłbym  go  pokonał,  tak  mi  mówi 
intuicja. 

— Ach! — wyrwało jej się. 
Pochylił się i zajrzał jej w twarz. 
— Violetto! 
Zadrżała, słysząc ten głos z tak bliska. 
— Po co to wszystko? — zawołała. — Koniecznie chcesz, żeby mi pękło 

serce? 

Głos jej załamał się. Po raz pierwszy spojrzała mu prosto w oczy. 
Nastąpiła chwila uroczystej ciszy.  Nie słychać było ich oddechów. Wtem 

Burleigh gwałtownym ruchem przyciągnął ją do siebie i przycisnął do piersi. 

— Nie! — rzekł. — Nie... Chcę, żebyś została najszczęśliwszą kobietą na 

świecie! 

— Za późno! Za późno! — szepnęła. 
Ale  on  ciągnął  namiętnie:  —  Jesteś  moja  i  będziesz  moja  —  przysięgał, 

patrząc jej głęboko w oczy. — Jesteś moja! Żaden mężczyzna na świecie już 
mi cię nie odbierze! 

 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział piąty 

 
Violetta  znajdowała  się  w  swoim  pokoju,  ubrana  do  obiadu,  gdy  jej  mąż 

zapukał  do  drzwi.  Siedziała  przy  biurku  w  kącie  i  coś  pisała,  ale  na  odgłos 
pukania zakryła szybko papier bibułą. 

— Proszę! — zawołała. 
Wstała.  Field  wszedł  do  pokoju  żony.  On  również  przebrał  się  już  do 

obiadu. Szedł ku niej, spokojny, opanowany jak zawsze, patrząc na nią tymi 
zimnymi oczami, które widziały tak wiele, a mówiły tak mało. 

—  Przychodzę  ci  powiedzieć  —  rzekł  —  że  z  żalem  muszę  przerwać  te 

przyjemne wczasy. Jutro musimy już wracać do miasta, niestety! 

Zdziwiła się. 
— Jutro! — powtórzyła jak echo. — Dlaczego? 
—  Uważam  to  za  konieczne  —  odrzekł.  Przyjrzała  mu  się.  Serce  jej  biło 

bardzo mocno. 

— Percivalu, dlaczego? — spytała. Podniósł brwi do góry. 
— Trudno mi to wytłumaczyć... 
— Czy masz na myśli twoje interesy? — spytała znowu. Uśmiechnął się. 
— Tak, to moje interesy. 
Podeszła  do  ognia,  wzdrygnąwszy  się.  Coś  zawisło  w  atmosferze,  coś 

niepokojącego.  Zrobiło  się  jej  nagle  zimno,  chociaż  w  pokoju  było  ciepło. 
Zwrócona plecami do niego, odezwała się znowu: 

— Czy są przyczyny, dla których i ja muszę jechać? 
— Tak; jedna przyczyna. Rzuciła mu niespokojne spojrzenie. 
— Jaka? 
— Jesteś moją żoną — rzekł Field spokojnie. 
Znowu drgnęła. Oparła się o ścianę. Odparła z wysiłkiem: 
—  Żony  miewają  czasem  wakacje  i  spędzają  je  z  dala  od  męża.  Field 

przyglądał jej się bacznie. Milczał. 

Zwróciła się ku niemu z rozpaczą. 
—  Percivalu!  Dlaczego  mi  się  tak  przypatrujesz?  Odwrócił  się 

natychmiast. 

— Czy wolno mi napisać parę słów przy twoim biurku? — spytał i ruszył 

do jej krzesła. — Moje pióro wyschło. 

Poruszyła się żywo i zanim zdążył ją wyprzedzić, już stała przy biurku. 

background image

— Zaczekaj chwilkę. Niech uporządkuję przedtem moje papiery. Sprzątała 

gorączkowo,  drżącymi  rękami.  Spod  bibuły  wysunął  się  kawałek  papieru  i 
padł na podłogę. Field schylił się i podniósł tę kartkę. 

Zbladła jak ściana. 
— To moje! — wyjąkała. 
Podał jej papier z wyszukaną grzecznością. 
—  Obawiam  się,  że  ci  przeszkadzam  —  rzekł.  —  Mogę  zaczekać,  aż 

skończysz. 

Ale  ona  zmięła  papier  w  ręku.  Drżała  tak  mocno,  że  ledwo  mogła 

utrzymać się na nogach. 

— Nie szkodzi... — szepnęła tak cicho, że domyślił się raczej jej słów. 
Usiadł przy biurku i wziął pióro do ręki. 
Wśród  ciszy,  która  nastąpiła,  stanęła  przy  ogniu  i  przyglądała  mu  się. 

Pisał,  nie  odwracając  głowy.  Schyliła  się  i  wrzuciła  papier  w  płomienie. 
Usiadła, ręce splotła na kolanach i czekała. 

Spokojny głos Fielda zapytał: — Gdy będziesz pisać swoje listy, zechcesz 

może wysłać i ten także? 

Rozejrzała się, jakby zbudzona ze snu. Zwrócił się ku niej. Ich spojrzenia 

skrzyżowały się. 

— Czy wolno mi o to prosić? — spytał. Przytaknęła, siląc się na normalne 

brzmienie głosu: 

— Tak... naturalnie. 
Wstał.  Rozległ  się  głos  gongu  obiadowego.  Podszedł  do  niej.  Wstała 

szybko z krzesła. 

— Zejdziemy? — spytała. 
Ujął  jej  obnażone  ramię.  Drgnęła  pod  jego  dotknięciem,  ale  zniosła  je 

mężnie.  Stała;  jej  nerwy  były  w  stanie  najwyższego  napięcia.  Palce  męża 
zacisnęły się dokoła jej ramienia po czym rozluźniły uścisk, wreszcie puściły 
ją. 

— Czy zechcesz pójść naprzód? — spytał. 

 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział szósty 

 
Tego wieczora przy stole było bardzo wesoło. Burleigh Wentworth był w 

doskonałym humorze i bawił całe towarzystwo. 

Violetta  siedziała  wśród  tych  ciągłych  wybuchów  śmiechu  i  dowcipnych 

odpowiedzi jakby nieobecna. Od czasu do czasu usiłowała się przyłączyć do 
ogólnej rozmowy, ale przeważnie nie wiedziała, z czego się śmieje. W sercu 
miała  lęk,  wielką  udrękę.  Ten  papier,  który  zmięła  i  spaliła!  Jego  oczy 
spoczęły na nim, gdy trzymał tę kartkę w ręku. Ile dostrzegł? I co wpłynęło 
na  skrócenie  ich  bytności  u  przyjaciół?  Dlaczego  jej  przypomniał,  że  jest 
jego żoną? Widocznie coś usłyszał, czegoś się domyślał. Ale czego? 

Ukradkiem  obserwowała  go  podczas  tego  nieznośnie  wlokącego  się 

obiadu.  Myślą  przebiegała  ostatnie  tygodnie,  stanowiące  ich  miesiąc 
miodowy.  Był  bardzo  łagodny  i  grzeczny  dla  niej  przez  cały  ten  czas. 
Podporządkowywał  ją  wprawdzie  swojej  woli,  panował  nad  nią,  ale  nigdy 
nie  okazywał  zniecierpliwienia,  nigdy  nie  żądał  rzeczy  nierozsądnych.  Nie 
dał jej ani razu powodu do obawy, która teraz dręczyła jej duszę. Najwyżej 
budziło  w  niej  lęk  to  niezwykłe  panowanie  nad  sobą,  jakie  w  nim  stale 
musiała podziwiać. 

Nie, należało cofnąć się dalej, do okresu sprawy Burleigha. Należało sobie 

przypomnieć  ogromny  wysiłek,  za  cenę  którego  go  uwolnił.  Miał 
wewnętrzną  moc,  miał  dar  przekonywania  ludzi  i  tej  sile  zawdzięczał  swój 
ostatni  triumf.  Co  się  stanie,  gdy  ona  stanie  oko  w  oko  z  tą  siłą?  Gdy  on 
stanie się jej wrogiem, a nie jej sprzymierzeńcem? Zadrżała na tę  myśl; nie 
śmiała rozpatrywać takiej ewentualności. 

Znowu rozległ się wybuch śmiechu. Ktoś zaproponował grę w chowanego 

przy świetle księżyca. Jak się później dowiedziała, inicjatorem był Burleigh. 
Ona  wolałaby  nie  brać  udziału  w  tej  zabawie,  ale  nalegano,  by  się 
przyłączyła. Nie wiedziała, czy Percival też idzie do ogrodu, ale nie było go 
widać  wśród  rozbieganej,  roześmianej  gromady.  Mimo  woli  dała  się 
wciągnąć w ogólną wesołość. 

Naraz  znalazła  się  sama  z  Burleighem  w  małym  domku  na  przystani 

jeziorka. Usłyszała zgrzyt klucza w zamku. 

—  Tutaj  możemy  mówić  swobodnie  —  rzekł.  Otoczył  ją  ramionami  w 

ciemnościach i zaczął jej mówić wszystkie pieszczotliwe słowa, jakie  może 
wynaleźć zakochany mężczyzna w obliczu pięknej kobiety. 

background image

Co  się  stało,  że  jego  namiętność  przestała  się  jej  udzielać?  Po  południu 

odczuwała  to  inaczej.  Pozwoliła  całować  swoje  łzy.  A  teraz  coś  ją 
powstrzymywało  od  poddania  się  jego  pieszczotom.  Odwracała  twarz  w 
przeciwną stronę. 

— Chodź, wsiądziemy do łodzi i pojedziemy na wycieczkę! — prosił. — 

Nie płacz! Nie mów! Tamci nadchodzą! 

Siedzieli  w  milczeniu  z  bijącym  sercem.  „Tamci"  przebiegli  obok  ich 

kryjówki.  Fale  srebrzyły  się  w  blasku  księżyca.  Violetta  otuliła  się  w  swój 
płaszcz. Było jej bardzo zimno. 

Ktoś nadszedł i zapukał do drzwi. 
Ruszył ku drzwiom, aby je otworzyć, ale zmienił zamiar. 
— Jestem pewien, że są tutaj — zawołał jakiś głos. 
— Niemożliwe — odrzekł inny. — Ten domek jest zamknięty na klucz, a 

klucza mieć nie mogli. 

Ktoś zapalił zapałkę i przytknął do okna, ale ich nie dostrzegł. 
— Chodźcie! — zawołała jedna z panien. — Tam ich z pewnością nie ma. 

Lady  Violetta  nie  ukrywałaby  się  w  tak  brudnej  dziurze.  Ona  jest  taka 
wytworna! 

Violetta drgnęła. Tak, to było ich stałe określenie jej osoby. „Wytworna". 

Za  panieńskich  czasów  była  dumna  z  tego  określenia.  Nienawidziła  kobiet, 
które zbyt nisko się cenią. 

Tamci odeszli. Burleigh znów ją objął ramieniem. 
— Uratowani! — rzekł. — Droga moja, jak ja tęskniłem do tej chwili! To 

miło ze strony twego małżonka, że się ulotnił! 

I znów wysunęła się z jego objęć. 
— Frieda ma słuszność — rzekła. — To jest brudna dziura. Chodźmy stąd. 
Zaśmiał się. 
—  Ale  jest  w  niej  ciemno!  Tu  jest  romantycznie.  Przyjdzie  czas,  że  nie 

będziemy  musieli  się  ukrywać.  Ale  posłuchaj,  Violetto!  Przyszedłem  tu  z 
tobą  na  poważną  rozmowę.  Kochamy  się  wzajemnie,  maleńka,  więc  nie 
zrezygnujemy z naszego szczęścia, nieprawdaż? 

Milczała. 
— Po co komplikowałaś nasze życie, wychodząc za mąż? — spytał. — To 

była  taka  fatalna,  taka  oczywista  omyłka.  Wiedziałaś  przecież,  że  cię 
kocham, prawda? 

— Nigdy mi tego nie powiedziałeś — szepnęła cichym głosem. 

background image

— Nigdy nie powiedziałem! Za każdym razem próbowałem, ilekroć byłem 

przy  tobie.  Ale  ty  byłaś  zawsze  taka  zimna,  taka  lodowata.  Bałem  się, 
przysięgam...  A  teraz  powiedz  mi,  kiedy  zaczęłaś  mnie  kochać,  kiedy  się 
zakochałaś we mnie? 

Cofnęła rękę. 
— Zdawało mi się, że cię kocham... od dawna — wyjąkała z trudem. 
— Jak to? Jeszcze przed moim procesem? — spytał. — Gdybym był o tym 

wiedział, o Boże. 

— Dlaczego? 
Bo gdybym wiedział, nie byłbym takim głupcem — rzekł gwałtownie. — 

Nie narażałbym się tak. 

— Narażał?! 
Roześmiał się nieco zdenerwowanym śmiechem. 
— Och, tak mi się wyrwało. Zapomnij o tym. Ryzykowałem wiele... hm, 

ale wyszedłem zwycięsko z tej opresji. 

— Właśnie... 
— Powiedz mi — rzekł Burleigh — czy to świetna obrona Fielda skłoniła 

cię do wyjścia za niego za mąż? 

Nie odpowiedziała. Ukryła się przed nim w najciemniejszym kącie domku. 
— Burleigh! Co miałeś na myśli, mówiąc, że ryzykowałeś wiele? Czyżbyś 

był... winien? 

Jej głos drżał. Mówiła szybko, gorączkowo. 
—  Moja  droga  mała!  —  rzekł  Burleigh.  —  Nie  bądź  taka 

melodramatyczna!  Nikt  nie  jest  winien,  dopóki  mu  tego  nie  dowiodą.  A 
dzięki uprzejmej pomocy twego męża... uniknąłem katastrofy... 

—  Ale...  ale...  ale...  —  z  trudem  znajdowała  słowa.  Wstała  i  po  omacku 

szukała drzwi. 

— Zamknięte na klucz — rzekł Wentworth, a w jego głosie brzmiała nuta 

złośliwości. — Mówię ci, nie bądź nierozsądna! Nie zadawaj niepotrzebnych 
pytań. Inni nie pytają mnie o to. Cieszmy się chwilą obecną i nie troszczmy 
się o przeszłość! 

— Otwórz drzwi! — szepnęła Violetta rozkazująco. 
Wstał  powoli.  Widział  jej  sylwetkę  w  ciemnościach,  bo  miała  na  sobie 

biały strój. Wierzchnie okrycie zsunęło się na ziemię, ale nie zauważyła tego. 

 
 
 

background image

Rozdział siódmy 

 
Woda  sięgała  jej  kolan;  potykała  się  o  kamienie  i  dwa  razy  byłaby  się 

przewróciła. 

W  końcu  wygramoliła  się  z  trudem  na  porosłe  trawą  wybrzeże.  Słyszała 

śmiechy  szukających,  ich  nawoływania.  Mokre  suknie  przylegały  szczelnie 
do jej drżącego ciała. Wtem zaszły dwa nieoczekiwane zdarzenia. 

Zanim Wentworth zdążył wyjść z małego domku, z krzewów wyłoniła się 

barczysta  postać  jej  męża.  Violetta  stanęła  jak  wryta.  Podszedł  do  niej 
szybszym krokiem niż zazwyczaj. 

— Moje drogie dziecko! — wykrzyknął. Gorączkowo zaczęła wyjaśniać: 
— Ukryłam się... tam... za czółnami... Wpadłam do wody. To było bardzo 

głupie. Ale... ale... doprawdy nie mogłam... 

Szczękała zębami. Wziął ją pod rękę. 
— Chodź natychmiast do domu! 
Spojrzała w stronę domku na przystani. Drzwi były uchylone, ale Burleigh 

nie ukazał się. Odetchnęła z ulgą. 

Kolana uginały się pod nią, ale opanowała się z wysiłkiem. Nie mówiła już 

ani  słowa,  ale  w  jego  milczeniu  coś  ją  przerażało.  Im  dłużej  szła,  tym 
bardziej  wzmagało  się  jej  drżenie.  Mokre  suknie  ziębiły  ją.  Przypomniała 
sobie ze zgrozą, że zostawiła swój płaszcz w brudnym domku. Przystanęła, 
przerażona tym odkryciem. 

Nagły  hałas  za  nimi  powiedział  jej,  że  znaleziono  Burleigha  w  jego 

kryjówce. 

W tejże chwili Field porwał ją na ręce. Zdziwiła się. 
— Musimy się pośpieszyć — rzekł. — Obejmij mnie za szyję, dobrze? 
Mówił tak łagodnie, jakby była dzieckiem. Instynktownie posłuchała tego 

rozkazu. Zaniósł ją do domu; szedł szybko, bez wysiłku. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział ósmy 

 
W  pokoju  Violetta  odzyskała  utraconą  równowagę.  Field  pozostawił  ją 

opiece  służącej,  ale  po  chwili  zjawił  się  znowu.  Siedziała  przy  kominku, 
owinięta w koce. Drżała jeszcze, ale uspokajała się stopniowo. 

— Tam leży, zdaje się, list na biurku — rzekła do służącej — zabierz go 

na dół i wrzuć do skrzynki! 

Dziewczyna wzięła do ręki list, napisany przez Fielda. 
—  Nie  ma  znaczka,  milady  —  rzekła  —  a  przy  tym...  Ten  list  jest 

zaadresowany do pani, milady. 

Violetta zdumiała się. 
—  Daj  mi  go!  —  rozkazała.  —  Dziękuję.  Nie  będziesz  mi  już  dziś 

potrzebna. 

Dziewczyna  odwróciła  się  i  wyszła.  Violetta  przybliżyła  się  do  ognia  z 

listem w ręku. 

Tak,  to  było  pismo  jej  męża.  To  był  jej  adres!  A  napisał  to  w  jej 

obecności! 

Ręce jej drżały jak w febrze, ale otworzyła kopertę. Robiło jej się ciemno 

przed oczami; z początku nie widziała niczego. Po paru minutach uspokoiła 
się i zaczęła czytać. 

Moja Ukochana Żono! 
Jeżeli  Twoje  życie  stalo  się  męczarnią,  przebacz  mi,  bo  nie  miałem  tej 

intencji. Moje zamiary były inne. Widziałem Cię na wieży dziś po południu. 
Dlatego  pragnę,  abyśmy  jutro  stąd  wyjechali.  Ale  jeśli  nie  chcesz  nadal 
dzielić  mego  życia,  to  nie  będę  Cię  więził  przemocą.  Zwrócę  Ci  wolność. 
Tylko,  na  miłość  boską,  wybierz  godniejszego  partnera  niż  tego... 
dzisiejszego! 

Jestem Twój bez względu na Twoją decyzję. 
P.F. 
Czuła jeszcze jego dotknięcie na swym ramieniu. Czuła jeszcze jego palce, 

otwierające się powoli, puszczające to ramię. Więc on to miał na myśli! 

Siedziała,  zgarbiona  jak  stara  kobieta.  Widział!  Widział  ją  na  wieży!  I 

zamiast się gniewać, troszczył się tylko o nią. Była... jego ukochaną żoną! 

Wstrząsnęło  nią  łkanie.  Oparła  twarz  o  kartkę  papieru.  Ktoś  zapukał 

ostrożnie do drzwi. Zerwała się, jakby przyłapana na gorącym uczynku. 

— Czy można wejść? — pytał Field. 

background image

Wyszeptała  coś  niezrozumiałego.  Otworzył  drzwi.  Stał  na  progu,  potem 

wszedł. Na ramieniu niósł jej płaszcz. Przerzucił go przez poręcz jednego z 
foteli. 

— Miałem nadzieję, że już leżysz w łóżku — rzekł. 
— Usiłuję się rozgrzać — wyjąkała. 
— Napiłaś się czegoś gorącego? 
— Nie... powiedziałam pokojówce, że nie przełknę... Zadzwonił. 
Widział z pewnością list w jej ręku, ale nie dał tego poznać po sobie. 
—  Usiądź!  —  rozkazał  łagodnie  i  zaczął  podsycać  ogień.  Usłuchała  jak 

automat. 

Odłożył pogrzebacz, przysunął krzesło razem z nią do ognia. Zdjął płaszcz 

z fotela i zarzucił jej na ramiona. Wyszedł z pokoju. 

Słyszała,  jak  dawał  rozkazy  służącej  w  sąsiednim  saloniku.  Czekała  na 

jego powrót. Ale nie wrócił. Wyszedł na korytarz i tam się przechadzał. 

Nastąpiła  kilkuminutowa  cisza.  Ona  siedziała  skurczona  przy  ogniu, 

trzęsąc  się  jak  w  gorączce.  Wreszcie  drzwi  otworzyły  się.  Wiedziała,  że  on 
wraca. 

Rozpaczliwie starała się opanować drżenie. Podszedł i pochylił się nad nią. 
— Musisz to wypić, dziecko! — rzekł czule. Spojrzała na niego nieśmiało. 
— Nie troszcz się o mnie — rzekła. — Nie jestem tego warta. 
—  To  tylko  mleko  z  kropelką  brandy.  Spróbuj!  —  Odpowiedział,  jakby 

nie słyszał jej słów. 

Niechętnie wzięła z jego rąk szklankę i zaczęła pić. Stał przy niej; odstawił 

opróżnioną szklankę na bok. 

— A teraz — rzekł — najrozsądniej będzie pójść do łóżka. Zatrzymała go 

gestem dłoni. Miała jeszcze w ręku jego list. Po chwili, nie podnosząc oczu, 
zapytała: 

— Percivalu, dlaczego napisałeś ten list? 
— Byłem ci to winien — rzekł. 
— Czy rzeczywiście... tak myślisz? 
— Tak. — odpowiedział z całą stanowczością. 
— Ale... ale... — walczyła z sobą, aż w końcu wybuchnęła... — Nie bądź 

taki dobry dla mnie! Jestem... złą kobietą! 

—  Nie  —  odparł  spokojnie  i  położył  jej  dłoń  na  ramieniu.  —  To 

nieprawda. 

Skurczyła się pod jego dotknięciem. 

background image

—  Nie  znasz  mnie.  Napisałam  do  ciebie  dzisiaj  list.  Usiłowałam  ci 

wytłumaczyć.  Mówiłam,  że  mam  zamiar  cię  opuścić.  Ale  nie  chciałam, 
żebyś to przeczytał, zanim wyjadę... ucieknę... Przeczytałeś go? 

—  Nie  —  odrzekł.  —  Ale  domyśliłem  się  wszystkiego.  Zrozpaczona, 

ciągnęła  dalej:  —  Dowiedz  się  całej  prawdy.  Miałam  zamiar  uciec  z  nim. 
Jesteśmy  przyjaciółmi  od  tak  dawna i  sądziłam,  że  go  znam...  Sądziłam,  że 
on  jest  przynajmniej  dżentelmenem.  Że  można  mu  zaufać...  Wierzyłam  w 
niego. 

— Aha! — rzekł Field. — A teraz? 
— Teraz — głowę miała niemal na poziomie kolan. — Znam go... Wiem, 

kim  on  jest.  —  Zaczęła  gorzko  płakać.  —  A  ja  poświęciłam  tak  wiele  za 
ocalenie go! 

Łkała. 
— Wiem — rzekł Field. — On nie jest wart twej ofiary. 
Stał przez chwilę,  jakby niezdecydowany. Potem przyklęknął i zwrócił ją 

ku sobie. 

Szlochała  teraz  na  jego  piersi.  A  on  kołysał  nią  łagodnie,  jakby  była 

dzieckiem. 

Otarł  jej  łzy,  ale  jej  nie  pocałował.  Mówił  spokojnie,  bez  cienia 

wzruszenia. 

— Oskarżasz niewłaściwą osobę o to, co tu zaszło. To nie twoja wina i nie 

Burleigha Wenthwortha. Czy nie rozumiesz, dziecko, dlaczego ofiarowałem 
ci dzisiaj tę rekompensatę? Jedyną, na jaką mnie stać wobec ciebie? 

— Nie... nie rozumiem — rzekła drżąc na całym ciele. 
— Ja popełniłem błąd. Mogłem ci ukazać oczywistość jego winy. Byłoby 

to dużo łatwiejsze niż dowiedzenie światu, że on jest niewinny. Aleja zawsze 
gonię  za  nieosiągalnym.  Wiedziałem,  że  ciebie  zdobyć  nie  mogę,  a 
pragnąłem  ciebie...  Ale  niebawem  przekonałem  się,  że  pragnę  więcej  niż 
tego,  co  osiągnąłem,  poniekąd  przemocą.  Zapragnąłem  bowiem  twojej 
przyjaźni. Dlatego ofiarowałem ci szafir, symbol przyjaźni. Nie zrozumiałaś. 
Wziąłem, co było dostępne i na tym poprzestawałem. 

Urwał. Ona wciąż jeszcze leżała na jego piersiach. 
— Dlaczego pragnąłeś mojej przyjaźni? — szepnęła. 
Zawahał się, jakby walczył z czymś nieuniknionym, a potężnym. Wreszcie 

odpowiedział bardzo cichym głosem: 

— Bo cię kocham. 
— Ach! 

background image

Ledwo ją było słychać. 
— Nigdy mi tego nie powiedziałeś. Milczenie. 
Podniosła  się  wreszcie  i  spojrzała  na  niego.  Położyła  mu  ręce  na 

ramionach. 

—  Percivalu  —  rzekła,  a  w  jej  oczach  był  dziwny  blask.  —  Czy  twoja 

miłość jest tak mała, że nie warto o niej mówić? 

Po raz pierwszy uniknął jej spojrzenia. 
— Nie — odrzekł. 
— A zatem? 
Jej  głos  stał  się nagle  bardzo  słodki i  niemal  błagalny.  Otworzył  ramiona 

gestem bezsilności. 

—  To  jest  największe  zdarzenie  mego  życia  —  rzekła,  a  w  głosie  jej 

dźwięczała  nuta,  której  nie  słyszał  nigdy  przedtem.  —  Czy  myślisz...  och, 
czy przypuszczasz, że... zdołasz zapomnieć... to wszystko? 

Nie odpowiedział na to pytanie. Nie mógł. To, co ich obecnie łączyło, było 

poza  zasięgiem  słów.  W  milczeniu  wziął  ją  znów  w  ramiona  i  pocałował  z 
rozkoszą w usta. 

 


Document Outline