background image

Martin Cruz Smith

Skrzydła nocy

(PrzełoŜył Jan Grabowski)

background image

Rozdział pierwszy

Tablica reklamowa tytoniu Czerwonoskóry, przedstawiająca Indianina ze 

skorodowanym okiem, zwrócona była na zachód. Dwie półcięŜarówki rdzewiały w 

kępie Ŝółtych krzaków kaktusowych. Z otworu po reflektorze wysuwał się błyskawicą 

cienki język jaszczurki.

Było południe. Na Malowanej Pustyni temperatura sięgnęła trzydziestu ośmiu 

stopni.

Ś

ciany szopy Abnera Tasupi składały się z tablicy reklamowej tytoniu i z 

postawionych na sztorc i pospawanych masek samochodów. Kwadratowy kawał 

stalowej płyty zastępował dach. Abner czasem naprawiał samochody, a czasem 

sprzedawał benzynę Enco wprost z beczek. Beczki były zazwyczaj puste, więc Abner 

całymi dniami słuchał radia tranzystorowego. W rozgłośni w Gallup pracowało kilku 

dyskdŜokejów z plemienia Nawahów. Co prawda, Abner nie cierpiał Nawahów, ale 

dyskdŜokejów z plemienia Hopi nie było. Na Czarnej Mesie Hopi było wielu, jednak 

Ŝ

aden z nich nie odwaŜył się go odwiedzić.

No, moŜe z jednym wyjątkiem.

Youngman Duran siedział w szopie, pomiędzy spręŜynami sterczącymi z 

fotela samochodowego. Między nogami trzymał na wpół wypitą flaszkę wina Galio.

- Przykro mi, ale muszą zginąć - Abner przeprosił swego jedynego przyjaciela.

- Ktoś, kogo znam?

Abner, rozebrany do majtek i skórzanej przepaski, siedział w kucki na 

klepisku mieląc ziarna kukurydzy. Miał ponad dziewięćdziesiąt lat i jego brązowe 

ciało było twarde jak pancerz owada. Siwe włosy, przycięte tuŜ na oczami, spływały 

wzdłuŜ płaskiej twarzy o szerokich kościach policzkowych i grubych, spękanych 

wargach.

- No, Abner, moŜesz mi powiedzieć. PrzecieŜ nie jestem zastępcą szeryfa dla 

zabawy.

Youngman był mniej więcej trzy razy młodszy od Abnera. Włosy miał 

krótsze, kruczoczarne i podwinięte pod brudny kapelusz. Na kapeluszu odbiło się 

kółko potu, a plamy spod pach i z pleców zlały się razem, zmieniając koszulę khaki w 

ciemną gąbkę. Poprawił się na siedzeniu, usiłując ominąć wystające spręŜyny. 

Youngman nie znosił cięŜkiego wina, ale o prawdziwy alkohol w rezerwacie było 

background image

trudno. Poza tym lubił Abnera.

Abner wziął w ręce zmielone ziarno kukurydziane, zaczął rozsypywać je pod 

progiem, a potem - cofając się - w rogach pokoju.

Youngman wyciągnął paczkę przepoconych papierosów.

- Znasz ich wszystkich.

- To dobry początek, Abner, to juŜ jest coś. 

Youngmanowi szopa Abnera przypominała granicę powodzi, która wyrzuca na 

brzeg róŜnorakie śmiecie. Pudło świec samochodowych i bezpieczników. Podnośniki 

i łyŜki do ściągania opon. Puszki po zupie i fasolce ustawione na beczce, zamienionej 

na piecyk. Koszule powtykane w dziury w ścianach, z których zwisały warkocze 

błękitnej kukurydzy. Na półce, sporządzonej ze skrzynki na pomarańcze, stały lalki 

Kachina, z których kaŜda mierzyła ponad trzydzieści centymetrów. Jedną zdobiły 

drewniane promienie słońca, inną - orle pióra, a wszystkie były topornie wyrzeźbione 

w drewnie i liczyły sobie z pięćdziesiąt albo i sto lat.

- Za takie lalki w Phoenix moŜna wziąć do tysiąca dolarów. Sprzedaj, zanim 

ktoś ci je ukradnie - powiedział Youngman.

- Nie martw się, Pchło - odparł Abner, skończywszy sypać kukurydzę. - Tu 

nikt nie przychodzi.

- CóŜ, pewnie się boją, Ŝe rzucisz na nich klątwę.

Na kotle stały gliniane naczynia z pejotlem, bieluniem i marihuaną. 

Youngman opanował wzbierającą pokusę. Zdarzało mu się Ŝyć na haju. Trwało to 

siedem lat, ale to było w wojsku, a teraz tylko podpalał trochę trawki i pił wino. Nie 

wzlatywał juŜ wysoko, ale teŜ nie spadał na samo dno. Abner był inny; był kapłanem. 

I miał rację: ludzie go Unikali.

- Co to, do cholery, ma znaczyć, Ŝe wszyscy zginą? Masz szczęście, Ŝe 

mówisz ze mną. Inni pomyśleliby, Ŝe mówisz powaŜnie - zauwaŜył Youngman.

Na naczyniu z bieluniem nie było pokrywki. Kocioł oblepiały naklejki z 

napisami „Tijuana", „Prawda lub Konsekwencje", „Nagrobek". Równie dobrze 

mógłby być tam i napis „Mars". Abner znalazł kocioł w lombardzie; nigdy nie ruszył 

się dalej niŜ do Tuba City.

- Dziś upał, a bracia Galio nieźle się natrudzili. Golnij sobie, Abner - 

zaproponował.

Staruszek potrząsnął głową. Pewnie skosztował bielunia, pomyślał 

Youngman. Szczodra dawka nasion to pewna trucizna. Mała dawka suszonych 

background image

korzeni mogła unieść mózg jak samochód na podnośniku. W rezerwacie moŜna było 

umrzeć na wiele sposobów. Alkohol, bieluń lub wilczomlecz. Odpoczynek w nocy na 

ś

rodku drogi. Po prostu pozwolić na to, aby czas sobie płynął i sekundy gromadziły 

się jak piasek w otwartym grobie.

Abner otworzył kufer.

- Do diabła. Obiecałeś, Ŝe nie będziesz przyrządzał leków w mojej obecności - 

przypomniał Youngman.

- PrzecieŜ nie wierzysz w to wszystko. - Abner uśmiechnął się w odpowiedzi.

- Nie wierzę, ale nie lubię. Chcę po prostu sobie usiąść i pogadać. Tak jak 

zwykle.

- Wiem, na co masz ochotę. - Starzec nadal się uśmiechał. - Ale na to jest juŜ 

za późno.

- Chodź, pojedziemy na przejaŜdŜkę. MoŜe ustrzelimy królika... - 

zaproponował Youngman.

Abner wyciągnął koc ze skrzyni po pomarańczach. Pod kocem stała klatka z 

królikiem, którego nos wciśnięty był między kratki. Youngman nie wiedział, Ŝe Abner 

pozwalał sobie na takie zbytki jak świeŜe mięso. Z reguły starzec odŜywiał się 

podpłomykami, chili, kukurydzą, niekiedy suszonymi brzoskwiniami.

W kufrze znajdowały się rzeczy, które Abner z reguły określał jako swoje 

„tajemne dobra". Korzenie paho, pióra, słoiki z suszoną kukurydzą: Ŝółtą, czerwoną i 

niebieską. Abner usypał małe kopczyki ziaren kukurydzy przed kaŜdą z lalek.

- Nie chcę, Ŝeby cię dopadli - powiedział Youngman - bo przyślą mnie, Ŝebym 

zrobił z tobą porządek. To są durnie, którzy wierzą w twoje czary.

Z innego miejsca w kufrze Abner wyciągnął torebkę, z której dobył czarno-

białe pióra z ogona dzierzby. Potem wetknął po piórku w kaŜdy z kukurydzianych 

kopczyków, aŜ powstał ołtarz. Cofnął się o krok, Ŝeby podziwiać swoje dzieło, i 

powiedział:

- Chcę zostawić miejsce w środku na tabliczkę Pahana. Ładne, prawda?

- Co to jest tabliczka Pahana?

- Nie wiesz? 

- Nie.

- To nie wiesz zbyt wiele. - Abner zatarł ręce.

- Wiem, Ŝe się naćpałeś magicznego proszku i jesteś na haju. Ile wziąłeś tego 

bielunia? No, powiedz.

background image

- Niewiele. - Odwrócony tyłem Abner wzruszył szczupłymi ramionami. - 

Tobie, Pchło, będzie potrzeba o wiele więcej.

Youngman poczuł zawód. „Robienie leków" było najlepszym przykładem 

bezsensownej pracy. śadna ilość leków nie potrafiła zmienić biednego, ciemnego 

Indianina w bogatego, zadbanego białego. Przynajmniej nie w Arizonie. JeŜeli chodzi 

o lalki Kachina, to wszyscy doskonale wiedzieli, Ŝe były to po prostu zabawki.

Rząd lalek ze złośliwymi minami spoglądał nań drewnianym wzrokiem.

- Tak - powiedział Youngman. - Ja bym potrzebował z garść środków 

pobudzających, trochę amfy, wąchnięcie koki, trochę kwasu i puszkę coors, Ŝeby 

poczuć bliskość Wielkiego Ducha.

- Pomimo to - upierał się Abner - dobry z ciebie chłopak.

Youngman podrapał się po czole. Bywały chwile, kiedy zdawało mu się, Ŝe 

porozumiewa się z Abnerem za pośrednictwem nieudolnego tłumacza, choć obaj 

mówili w języku hopi, z tymi samymi zapoŜyczeniami od białych. Rozzłościł się na 

samego siebie. Nie powinien był zatrzymać się w obskórnej szopie Abnera, tylko 

jechać dalej, na ranczo Momoa, tak jak to miał w planie.

Abner przyniósł butelkę po wodzie mineralnej, zatkaną folią aluminiową. 

Zdjął folię i wysypał na dłoń jakiś czarny piasek, którego Youngman nigdy wcześniej 

nie widział. Piasek był drobny, lśniący i błyszczący. Kiedy napełnił juŜ dłoń, 

przykucnął i - sypiąc piasek cienką struŜką między palcami i kciukiem - wyrysował 

nim na podłodze swastykę. Linie były proste, niczym przy linijce, a kąty mogły być 

wyrysowane przy ekierce. Na pustej dłoni pozostały oleiste plamy.

Do diabła, pomyślał Youngman. Nie miał najmniejszej ochoty aresztować 

starca.

- Abner - powiedział - włóczyłeś się wokół kopalni Peabody? To nie jest 

piasek.

- Naprawdę dobry z ciebie chłopak i niegłupi. - Abner ponownie napełnił dłoń 

i zaczął rysować kolejną swastykę. - Nie, to nie z Peabody.

Miesiąc wcześniej Abnera schwytano, kiedy wrzucał pudła z grzechotnikami 

do kopalni odkrywkowej na Czarnej Mesie. Gdyby nie to, Ŝe Youngman przybył na 

czas i zdąŜył go sam aresztować, straŜnicy byliby go zastrzelili. Zaraz potem go 

zwolnił.

-Wujku, chciałbym móc się o ciebie nie martwić.

- Nie martw się. - Abner skupił się na rysunku. - Tak będzie dobrze. To nie 

background image

pochodzi z Ŝadnej kopalni białych, ale od martwych ludzi.

Czarny piasek prawie przelewał się w rękach, jak ciecz. Youngman popił 

wina. Abner wyrysował dalsze dwie swastyki, układając je w idealny kwadrat. Co do 

tego Youngman nie miał wątpliwości.

- Co znów knujesz, Abner? - zapytał.

Abner podszedł znów do kufra i wziął naręcze butelek z czarnym proszkiem, 

po czym skierował się do środka kwadratu swastyk. Przykucnął, otworzył jedną z 

butelek, nasypał sobie na rękę i zaczął dalej rysować. Zabawne, kapłani -nawet ci 

najstarsi i najsłabsi - kiedy wzięli się za robienie leków, to wrastali w ziemię, jakby 

ich przytrzymywał jakiś magnes. Dwóch ludzi z trudnością potrafiło ich podnieść do 

góry. Ale to, oczywiście, było związane z wywaŜeniem ciała. Nowy wzór narysowany 

przez Abnera przypominał zwój, a potem rozrósł się w spiralę.

- Nie złość się na mnie, Pchło. - Abner dosypał sobie na rękę. - Ale długo się 

nad tym zastanawiałem i postanowiłem, Ŝe coś z tym światem trzeba zrobić. Przede 

wszystkim ci pieprzeni Nawahowie. Mam juŜ dość tych skurwysynów. W dalszej 

kolejności wszystkie sądy federalne i biuro indiańskie. - Proszek posypał się 

spomiędzy palców Abnera, rozszerzając się w spiralę. -Pchło, oni nas wykańczają. 

Tak jest teraz i tak było zawsze. Teraz kolej na nich i na firmy. Zakłady Węglowe 

Peabody, ropa El Paso. Pchło, ja ich załatwię. Wszystko zaleŜy ode mnie, a ja juŜ ich 

urządzę. - Abner otworzył kolejną butelkę. Youngman uśmiechnął się, słysząc tak 

często wymawiane swoje imię w języku hopi. Nikt, poza Abnerem, tak się do niego 

nie zwracał.

- Powstrzymasz El Paso Oil?

- Jej mi nie Ŝal, szkoda mi ludzi.

- Jasne.

To dopiero wstrząsnęłoby dyrekcją El Paso, pomyślał Youngman. Gdyby tylko 

wiedzieli, Ŝe gdzieś na środku pustyni rzuca im wyzwanie szalony 

dziewięćdziesięcioletni szaman z plemienia Hopi. Za to wypiję, pomyślał sobie.

- Widziałem, jak kopali na Czarnej Mesie. -Abner splunął na drzwi. - Słyszę, 

Ŝ

e chcą zabrać nam wodę.

- To woda dla Los Angeles. Słuchaj, Abner, daj spokój z tymi lekami i łyknij 

sobie trunku. - Youngman podsunął Abnerowi wino, ale ten potrząsnął głową.

- Wobec tego z Los Angeles teŜ trzeba skończyć. No i z Tucson, Phoenix, 

Albuąuerąue. Z wszystkimi miastami.

background image

- Kupa luda. Czy mówiłeś juŜ komuś o tym? 

Abner okręcił się na kolanach, wyciągnąwszy ręce jak ramiona busoli; czarna 

spirala zawirowała wokół niego raz, a potem drugi, skręciła delikatnie w prawo i 

przeszła w większy krąg, rozwijając się w przeciwnym kierunku.

Ze swego siedzenia Youngman widział wraki stojące na dworze. Pordzewiałe 

kadłuby, przypominające szczątki prehistorycznych zwierząt. Mnóstwo skamielin jest 

w tej okolicy, pomyślał. Wliczając w to Indian. Nakręcił kapsel na butelkę wina i 

zapytał:

- Jak się do tego zabierzesz, Abner? Weźmiesz strzelbę i zaczniesz kosić 

samochody na drodze? Dynamit? W jaki sposób wszystkich powstrzymasz?

- Nie powstrzymam, tylko skończę z nimi. - Abner podniósł wzrok. Miał małe, 

przenikliwe oczy, których czarny środek otoczony był mętnym białkiem. - Skończę z 

tym światem.

Ukończył dwie czarne Unie. Mniejsza wiła się trzy, a większa - cztery razy 

wokół wspólnego środka. Razem wyglądały jak dwie serpentyny o średnicy półtora 

metra. Pomimo to, Ŝe między jedną a drugą garstką proszku Abner musiał 

wielokrotnie przerywać i znów zaczynać pracę, linie były ciągłe, bez załamań. Ani 

jednaj skazy w płynnych, koncentrycznych liniach. W mroku szopy dzieło Abnera 

było tak czyste i błyszczące, jak zwinięty wąŜ.

Youngman nerwowo wyjrzał za drzwi, na stojącego za wrakami jeepa. Niebo 

było błękitne jak woda i głębokie niczym turkus osadzony w srebrze. Powietrze 

przepływało jak tancerz ciągnący nogę ponad piaszczystym gruntem, poruszając 

uschniętymi trawami. Na północy wyrastała ściana Czarnej Mesy. Dwieście mil na 

południe leŜało Phoenix, a sto pięćdziesiąt mil na wschód - Albuquerque. Równie 

dobrze mogłyby leŜeć na innej planecie. Ale przecieŜ tego właśnie szukał: innej 

planety, pomyślał Youngman. Z paczki wyciągnął ostatniego papierosa.

Abner podszedł do kufra po butelki jaskrawoczerwonego piasku.

- W jaki sposób spowodujesz koniec świata? - zapytał Youngman.

- Inaczej. - Abner skinął do Youngmana, aby dał mu się sztachnąć papierosem. 

- Pierwszy Świat skończył się w ogniu. Kobieta i wąŜ powiedli ludzi na pokuszenie, a 

Stwórca zesłał płomienie i otworzył wulkany. Wszystko spłonęło do cna, a ocalało 

tylko kilku dobrych Hopi.

Abner zaczął rysować krąg z czerwonego piasku: wewnątrz kwadratu swastyk, 

wokół podwójnej serpentyny.

background image

- Drugi Świat był dobry, ale później ludzie stali się zbyt zamoŜni, obrośli 

tłuszczem. Nic ich nie interesowało poza bogactwem. Stwórca dostrzegł, co się działo 

i zatrzymał Świat w miejscu. Ziemia opuściła swą orbitę i wszystko zamarzło, pokryło 

się lodem. Ocalało jedynie kilku dobrych Hopi.

Youngman wypuścił dym przez nos. Tę historię znał od dzieciństwa, 

powtarzano mu ją bezustannie.

- Trzeci Świat był doskonały. - Abner odmierzył porcję czerwonego piasku. - 

W miastach było mnóstwo cennych kamieni i ozdób z piór. Ale ludzie zapomnieli o 

słusznej drodze: kobiety zamieniły się w dziwki, a męŜczyźni zaczęli walczyć, niosąc 

Ŝ

agiew wojny z miasta do miasta. Stwórca miał tego dość. Kilku dobrych Hopi 

wsadził na tratwy, a cały świat zalał deszczem i wodą.

Lalki na ołtarzu słuchały w martwej ciszy. Pochmurny bóg-gwiazda, rogaty 

bóg kukurydzy, okrągłogłowy klown, tancerka trzymająca opierzonego węŜa. Durni 

ś

wiadkowie ustawieni na skrzyni.

Czerwony krąg był na ukończeniu. Abner sięgnął po butelki białego i 

pomarańczowego piasku.

- Wreszcie pojawiły się lądy i Stwórca pozwolił, by Hopi wyszli na pustynię. - 

Najpierw otworzył butelkę z pomarańczowym piaskiem. - Powiedział: to jest teraz 

wasz Czwarty Świat. Nazywa się Tuwaqachi, Świat Spełniony. Jest on koloru 

sikyangpu, białoŜółty. Zwrócony jest na północ, w stronę Czarnej Mesy. Będzie we 

władzy Masawa, boga śmierci. Od tej chwili będziecie musieli postępować słuszną 

drogą.

Między serpentyną i kręgiem Abner narysował biegnącego psa.

- Klan Kojota - powiedział Youngmanowi. - To ty.

- Bomba - odparł z wahaniem Youngman. 

Abner otworzył butelkę z białym piaskiem i ostroŜnie przeszedł na drugą 

stronę serpentyny. 

- Tak więc mamy światy za sobą i światy przed nami. Po Czwartym Świecie 

nastąpi Świat Piąty.

- Być moŜe - zauwaŜył Youngman. - Być moŜe przyspieszasz tempo zmian.

- Chodzi ci o przepowiednie? No cóŜ, ten świat ma się skończyć w eksplozji 

bomb atomowych, tak przynajmniej twierdzą liczni kapłani. Czekałem na tę chwilę, 

ale wydaje mi się, Ŝe to tak szybko nie nastąpi. Nie mogę na to liczyć. Wobec tego 

sam z tym skończę juŜ teraz.

background image

- Kiedy? 

- Dzisiaj.

Na brzegu czerwonego kręgu Abner zakończył rysować biały kontur ptaka. 

Potem przeprosił i wyszedł z szopy, Ŝeby oddać za krzakami mocz. Youngman 

czekał, pragnąc zapalić jeszcze jednego papierosa. Abner wrócił i pociągnął nosem.

- Niezły dzień, co? Jak tam pojazd?

- Jeep? W porządku. Posłuchaj, muszę teraz wstąpić do Momoa, ale potem 

jadę w góry. Chcesz ze mną pojechać?

Abner potrząsnął głową i przełknął ślinę. Oczy mu błyszczały.

- Wcale nie poszedłeś się odlać - powiedział Youngman. - Najadłeś się znów 

tego świństwa.

- Chcesz trochę? 

- Nie.

- Jeszcze, poprosisz. - Abner uśmiechał się. 

Bywało, Ŝe i wcześniej stary zachowywał się dziwnie, ale nie tak jak teraz. 

Nawet gdyby siłą wziął Abnera na mesę, to kto by się odwaŜył mu pomóc? Wszyscy 

daliby nogę.

- Czy inni kapłani wiedzą o twoich planach? - zapytał.

- Zaprosiłem ich - odparł Abner. - Niektórzy są zajęci wyrobem śmieci dla 

turystów. Inni oglądają telewizję. Obejdę się bez nich.

Abner odkorkował butelkę z czarnym piaskiem. Zakołysał się lekko, 

przestępując ponad malowidłem, ale zachował równowagę pochylając się nad 

ostatnim rysunkiem, w środku czerwonego kręgu. Z uwagą rozsypał oleisty piasek, 

tworząc kształt człowieka bez głowy. Z ramion zwisał mu podarty kaptur, z kaptura 

wystawały wyciągnięte palce. Ze skórzanej torby dobył małe kostki, które ułoŜył jak 

naszyjnik. W miejscach, w których powinny znajdować się oczy i usta, połoŜył 

szczątki kaczana kukurydzy. Pod oczami - kawałki potłuczonego lusterka, tak Ŝe 

bezgłowy kształt zdawał się równocześnie patrzeć i płakać.

- Prawie gotowe. - Abner wyprostował się, zadowolony.

Wytarł ręce w szmatę, poszperał w kufrze i dobył z niego nóŜ myśliwski i 

skórzany pas. Nadepnął na koniec pasa, napiął go na nodze i zaczął ostrzyć na nim 

nóŜ.

- JeŜeli chcesz spowodować koniec świata, to róŜnica jednego dnia nie 

powinna grać Ŝadnej roli - powiedział Youngman. - Poczekaj do jutra.

background image

- W radiu mówili, Ŝe jutro wieczorem ma padać.

- No to co? - Youngman omal się nie roześmiał.

- Pchło, nadciągają nowe chmury - z powagą odparł Abner. - Sprowadziłem je 

we śnie. Moje chmury nie lubią deszczu.

Abner dotknął ostrza noŜa. Potem podszedł do klatki z królikiem, wyciągnął z 

niej zwierzątko i zawiesił je za tylne nogi na skórzanym pasie przyczepionym do 

drzwi chaty. Królik szamotał się z boku na bok, tocząc oczami.

- A co lubią twoje chmury? - zapytał Youngman.

Abner schwycił królika za uszy i przekręcił mu głowę, naciągając szyję. Oparł 

nóŜ na białym futerku podgardla, a potem opuścił ramię.

Starzec patrzył niepewnie, stojąc niezgrabnie w plamie słońca, w dalszym 

ciągu jedną ręką trzymając wijącego się królika. Ostrze lśniło odbitym blaskiem 

słońca. Youngman poczuł to spojrzenie niczym rękę ślepca przesuwającą się po 

twarzy i odniósł wraŜenie, Ŝe nagle utracił kontakt.

- A co lubią? - powtórzył.

Królik bił łapkami powietrze. NóŜ zalśnił w ręce Abnera.

Stary zwariował, pomyślał Youngman. Demencja. Wreszcie go dopadło, po 

całym Ŝyciu pełnym pejotlu, trawki, bielunia i podłej wódki. Odleciał na baśniach, 

przepowiedniach, kłamstwach i frustracji. PrzecieŜ wcale go specjalnie nie lubiłem, 

powtarzał sobie Youngman, nie więcej niŜ moŜna lubić drzewo lub piec. Ilekroć 

padło drzewo bądź pękł piec, pojawiało się poczucie straty, jak gdyby zniknęła jakaś 

pamiątka. Ale czarownik planujący w swojej zaśmieconej szopie wojnę przeciw 

biurom Urzędu do spraw Indiańskich, przeciw sile szpadli i wielomilionowym 

kapitałom konsorcjów górniczych? To nie było niemądre, to było wręcz śmieszne. 

Abner wierzył nadal, Ŝe Hopi byli Ludem Wybranym. Nie byli ludem wybranym, 

tylko przeznaczonym na zagładę.

Oczy Abnera mówiły, Ŝe chciał odpowiedzieć, ale nie mógł.

Na koniec rzekł:

- I tak mi nie uwierzysz, Pchło.

- No to po co zacząłeś to całe majaczenie?

- Bo jesteś moim przyjacielem. Jesteś częścią tego i musisz mi pomóc. Nic się 

nie martw - Abner pospieszył z zapewnieniem. - Wszystkich ich wyrŜniemy.

- Tylko mi powiedz, co mam zrobić.

- Później, jak juŜ umrę.

background image

Wiatr, hulający po szopie, jakby się wzmógł. Youngman pomyślał, Ŝe chętnie 

otworzyłby kolejną butelkę wina.

- JeŜeli chcesz tak długo czekać, Abner, to i ja mogę.

Kiedy Youngman się podniósł, błyszczące zwoje serpentyny zdawały się 

przesuwać. Złudzenie cieni. W oczach Abnera, szybującego na bieluniu, spirale 

musiały się kręcić coraz szybciej, pomyślał Youngman. Nadal dręczyła go myśl, Ŝe 

Abner schwyci za broń i zacznie strzelać do samochodów na drodze.

- Ale jeŜeli masz zamiar skończyć ze światem w inny sposób - dodał 

Youngman - to chciałbym wiedzieć, w jaki.

- W inny.

- Bez powodzi, ognia, lodu, bomb. Więc broń? Ale jaka?

- Tym razem Masaw sam to skończy - powiedział Abner. - Dziś będę się z nim 

widział.

- Dziś się z nim zobaczysz? Z bogiem śmierci?

Abner skupił się na rysunku i nie dokończonej bezgłowej postaci o płaczących 

oczach i okrągłych ustach wewnątrz pierścienia z czerwonego piasku. Czarne ciało 

lśniło miękkie jak futro.

- JeŜeli wszystko zrobię poprawnie - powiedział.

Youngman podniósł kapelusz i przeciągnął ręką po włosach. Poczuł się 

bezsilny. Był zupełnie zagubiony.

- Dobrze - poddał się.

Wychodząc z szopy, zatrzymał się w półcieniu koło drzwi, obok Abnera i 

wiszącego królika.

- JeŜeli komukolwiek się to uda, to tobie -powiedział.

Wracając do jeepa, usłyszał urywany pisk królika.

Urodził się w Klanie Kojota, jako jedyny syn bezrobotnego budowlańca i 

wiecznie wściekłej kobiety. Joe Duran, wielki jak niedźwiedź, z ramionami na kształt 

słupów, nigdy nie przejmował się brakiem pracy. Niegdyś przez rok, na zlecenie 

lotnictwa, dźwigał cegły w White Sands i uznał, Ŝe to doświadczenie w zupełności 

mu wystarczy. Joe Duran był natomiast dobry w polowaniu i w piciu. Potrafił pójść 

do Dinneboro Wash z pięcioma nabojami i przynieść do domu cztery trofea. „Ostatni 

nabój trzymam dla siebie" - mówił Youngmanowi. Trzecią rzeczą, w której się 

wyróŜniał, było błaznowanie. Ilekroć szukano klownów na ceremonie, to najpierw 

background image

zwracano się do Durana. Obsypany białym proszkiem, przetaczał się pijacko przez 

rząd kapłanów, gonił kobiety wymachując drewnianym penisem lub samobójczo 

kroczył tyłem nad brzegiem mesy. Wszystkim bardzo się to podobało, choć Joe Duran 

zachowywał się dokładnie w ten sam sposób na co dzień, co doprowadzało jego Ŝonę 

do szału. Youngman pamiętał, jak ojciec załoŜył ubranie tył na przód, stanął na swych 

olbrzymich rękach i śmiał się, podczas gdy matka ciskała w niego noŜami i 

kamieniami. Na koniec, uciekając przed szaleństwem, związała się z Nawahem z 

Window Rock. Joe Duran ich wyśledził i zabił oboje ze strzelby na jelenie. Następnie 

wykopał martwego Nawaha z łóŜka, połoŜył się obok Ŝony i strzelił sobie w łeb. Ot, 

typowy melodramat w Ŝyciu rezerwatu. Youngmana wyprawiono do szkoły misyjnej, 

gdzie Ŝycie było w miarę znośne. Miał tam jedzenie, łóŜko i przyjaciół. W klasie 

prawie się nie odzywał, tylko patrzył. Nauczyciele określili go jako „powolnego, 

przypuszczalnie ocięŜałego umysłowo". Doceniono go dopiero wtedy, gdy skończył 

czternaście lat, a szkoła otrzymała w prezencie zestaw farb olejnych.

Malowanie przychodziło mu łatwo, gdyŜ posiadał wyjątkowe wyczucie 

koloru. Nadal był równie milczący, ale teraz przesiadywał przed sztalugami, malując 

krajobrazy, same krajobrazy. Zostały wystawione i - ku jego zaskoczeniu - znalazły 

nabywców. Youngman eksperymentował z akrylami, plakatówkami i pastelami, 

zafascynowany nie tyle sztuką, ile odkryciem, Ŝe mógł w ten sposób zarobić 

pieniądze. Tym sposobem prześcignął wszystkich znanych sobie Indian, a zwłaszcza 

własnego ojca. W ciągu dwóch lat opanował technikę malowania akrylami i 

werniksowania, która nadała jego pustynnym krajobrazom twardy i wypolerowany 

wygląd, całkowicie sztuczny i cyniczny. Tylko sam Youngman wiedział, co czyni. 

Nie chodziło mu o malowanie pustyni, lecz o jej unicestwienie. Ptaki na jego 

obrazach były tak jaskrawe i martwe jak cekiny dla turystów, a deszcz przywodził na 

myśl kamienną lawinę. Styl ten mógł się podobać jedynie białym, ale to w końcu oni 

płacili. W galeriach Santa Fe i Phoenix płacili wcale nieźle.

Doceniony przez białych, odpłacił im tym samym. Obciął krótko włosy i ubrał 

się w sportową kurtkę. Wyrósł na przystojnego męŜczyznę, choć twarz miał zbyt 

kanciastą, aby uznać ją za ładną. Czasami tylko zdradzały go niebezpieczne błyski w 

oczach: dar po matce.

Uniwersytet w Nowym Meksyku zaproponował Youngmanowi stypendium 

artystyczne. To był drugi krok w górę, powiedział sobie Youngman. Mógł zostać 

kimś.

background image

W lecie, przed pierwszym rokiem studiów, Youngman powrócił do rezerwatu. 

W Shongopovi wyprawiano Taniec WęŜa. Youngman dołączył się, dla zgrywy, do 

biegaczy, którzy ścigali się przez pustynię na początku ceremonii. Po raz pierwszy od 

siedmiu lat załoŜył skórzaną przepaskę i mokasyny. Zawsze był wytrwały. W połowie 

drogi mokasyny przesiąkły mu krwią, ale ból tylko podniecał go do dalszego wysiłku. 

Przegonił miejscowych chłopców u podnóŜa kanionu i pobiegł wąskim szlakiem po 

zwycięstwo. Ci z Klanu WęŜa mieli właśnie wręczyć Youngmanowi nagrodę, gdy 

wstrzymał ich kapłan Klanu Ognia.

- To nie jest Hopi - powiedział. - JeŜeli nie dacie nagrody któremuś z Hopi, to 

cały mój klan odejdzie.

Tym kapłanem był Abner.

- Jestem Hopi i wygrałem - zaprotestował Youngman.

- Jesteś pusty. Patrzę w ciebie i nic nie widzę. Ta nagroda jest dla 

prawdziwych ludzi.

Youngman wrócił upokorzony na uczelnię w Albuquerque. Ale uczelnia go 

rozczarowała. Z większości przedmiotów wypadał fatalnie, nawet jak na Indianina. O 

historii, literaturze czy o naukach społecznych nie miał zielonego pojęcia. Co gorsza, 

na dalsze malowanie nie starczyło mu talentu. Dopóki malował pustynię (choćby w 

sposób oszukańczy), widoki napływały doń same. Kiedy miał namalować cokolwiek 

innego, choćby najprostszą martwą naturę, zdradzał absolutny brak umiejętności. 

Trochę tak, jakby znał jedną jedyną piosenkę, a poza tym był kompletnym niemową. 

Ale frustrację moŜna było wyładować na wiele sposobów. Na uniwersytecie 

studiowało sporo innych Indian, przewaŜnie Nawahów, którzy patrzyli na Hopi z 

góry. Youngman prowokował bójki z gangami Nawahów, z białymi piłkarzami albo z 

kimkolwiek, kto się nawinął pod rękę. Zawalił rok i wzięto go do wojska. Po roku w 

wojsku stanął przed sądem wojskowym, został skazany i zamknięty w więzieniu 

Leavenworth, gdzie odsiedział następne sześć lat.

W wieku dwudziestu siedmiu lat Youngman wyszedł na wolność i pojechał do 

Los Angeles. Przyłączył się do Meksykanów grających Indian na planach filmowych, 

mieszał kolory dla sklepów z farbami i odstawiał samochody dla Hertza. Pewnego 

ranka, odprowadzając wynajętego con-tinentala do Burbank, przejeŜdŜał przez 

kaniony, które dzielą Los Angeles na archipelag betonowych wysp. Skręcił z 

autostrady, wysiadł z samochodu i zagłębił się w kanion, kolorem przypominający 

zmięty, brązowy papier. Siedząc spokojnie, obserwował cienie mknące jak koty ponad 

background image

wzgórzami. Dzienne koty, które leniwie się przeciągały i zwijały na ciepłej ziemi. I 

nadal siedział. Przed zachodem słońca tysiące spryskiwaczy spłukało spękane ściany 

kanionu wodą pobraną z rzek Arizony. Krople wody, okrągłe jak kulki, toczyły się 

przez powietrze i rozbijały o ostatnie promienie słońca. Kropla po kropli, milion za 

milionem, wybuchając bezgłośnie na tle jęczenia autostrady. Woda, która spadała na 

Góry Skaliste, która płynęła jako rzeka Kolorado przez Wielki Kanion w drodze na 

pustynię, kończyła w systemie spryskiwaczy. Śmiał się do utraty tchu.

Dostarczył samochód z dziesięciogodzinnym opóźnieniem, wyleciał z pracy i 

następnego ranka powrócił do rezerwatu, równie biedny jak w chwili odjazdu.

Przez pierwszy rok uczył się od nowa, jak Ŝyć. Nauczył się raz jeszcze 

ojczystego języka, przypomniał sobie, w których wyschniętych studzienkach dokopać 

się jeszcze moŜna do wody, jak cerować ubrania kościanym szydłem i jak odróŜnić 

trop spłoszonych jeleni od śladów pasącego się stada.

Pod koniec roku w jego obozowisku zatrzymał się samochód terenowy pełen 

starców.

- WciąŜ tu jesteś? - zdziwili się. - Sądziliśmy, Ŝe juŜ dawno się spakowałeś.

- WciąŜ tu jestem.

- Chcesz zostać? 

- Tak.

- No, to trzeba będzie coś z tobą zrobić. Jesteś pełen niepokoju, zawsze w 

ruchu. Nie moŜemy cię zmusić do odejścia; wiemy, co jest naszym obowiązkiem. 

Wobec tego zaczniesz pracować. Od tej chwili będziesz zastępcą szeryfa. Jutro 

pójdziesz do Hotevilla i podpiszesz, co trzeba. Być moŜe jeszcze kiedyś będzie z 

ciebie jakiś poŜytek. - Starzy wodzowie wsiedli do półcięŜarówki i odjechali.

To miało miejsce dwa lata temu. Praca zastępcy szeryfa polegała przewaŜnie 

na rozbrajaniu pijaków i na zabieraniu turystom aparatów fotograficznych w dniach, 

w których odbywały się tańce w pueblach. Youngman miał tyle czasu, ile dusza 

zapragnie, na wędrówki w dziczy. Nie napytał sobie biedy, bo w końcu to on miał 

teraz stać na straŜy prawa. Starzy wodzowie nie byli tacy głupi.

Youngman zredukował bieg i wjechał jeepem na boczną drogę. Ranczo 

Momoa było połoŜone na wzgórzach ponad Dinnebito Wash. W miarę jak droga wiła 

się ostro pod górę, temperatura spadała. Zarośla ustąpiły miejsca jałowcom, dębom i 

drzewom pinon. Na wzgórzach była woda, a woda oznaczała bogactwo.

- No, wreszcie jesteś. - Joseph Momoa przywitał zastępcę szeryfa. - Gdzie się, 

background image

do diabla, podziewałeś?

Joe Momoa wraz z rodziną posiadał pięć tysięcy akrów lasu i łąk, dwa źródła i 

dość pastwisk dla pięciuset sztuk bydła i siedmiuset owiec. Jego dom był obity 

sekwojowymi deskami, a na dachu królowała antena satelitarna większa od radaru. 

Stodołę zamienił na salę do bilardu i garaŜ na sześć samochodów. Sam Joe 

przeistoczył się w zamoŜnego mormona, a w ślad za nim Ŝona i synowie: Joe Jr. i 

Ben. Panowie Momoa byli do siebie podobni: ta sama agresywna siła, flanelowe 

koszule i błyszczące buty Acme. Joe jeździł klimatyzowaną furgonetką. Synowie 

uganiali się na kolorowych motorach. Wśród Hopi uchodzili za Rockefellerów.

- Co chcesz mi pokazać? - zapytał Youngman.

- Zobaczysz.

Joe poszedł przodem ścieŜką wijącą się pod gałęziami drzew pinon.

Sukinsyn nawet nie porusza się juŜ jak Indianin, pomyślał Youngman z ironią. 

Ale w końcu on sam przez wiele lat teŜ nie chodził po indiańsku.

- Na orzechach pinon powinniśmy w tym roku zgarnąć jakieś dziesięć tysięcy 

dolarów - powiedział Joe.

- A ile za sosny?

Joe skrzywił się. Sosny rosły ponad posiadłością Momoa i rokrocznie setki 

tych drzew wycinano po cichu i nielegalnie.

- To juŜ twoje zmartwienie - odparł idący z tyłu Joe Jr.

Zeszli na łąkę. W zagrodach dla zwierząt bydło stało rzędami przy paśnikach. 

Psy skuliły się na widok gospodarzy.

- Przyjrzyj się temu. - Joe wskazał na środek ogrodzonej przestrzeni.

Zrazu Youngman sądził, Ŝe zagroda jest pusta, ale potem dojrzał trzy konie 

leŜące na boku. Toczyły szeroko otwartymi oczyma. Jeden z nich starał się podnieść 

na kolana i Youngman zauwaŜył, Ŝe to, co z początku wyglądało na ciemny koc 

narzucony na grzbiet zwierzęcia, było w rzeczywistości skorupą skrzepłej krwi 

pokrytej muchami.

- Przynieście derkę - rozkazał Benowi Momoa.

- Tato? - Ben cofnął się o krok.

- Zrób, co ci kaŜe. - Joe zdjął koc z płotu i rzucił go synowi.

Klęczący koń zakołysał głową, tak jak robi zwierzę pod wpływem 

wilczomleczu. Opite krwią muchy wzbiły się w powietrze, uciekając przed kocem w 

rękach Bena. Youngman odpędził muchy z twarzy.

background image

- Co się tu, do cholery, stało? - zapytał.

- TeŜ chciałbym wiedzieć - odparł Joe. 

Boki i nogi konia wyglądały, jakby pociął je Ŝyletką jakiś szaleniec. 

Youngman poklepał konia po głowie, przesunął ręką po grzywie i pochylił się. Od 

szyi aŜ po ogon grzbiet zwierzęcia świecił róŜowym mięsem, a ze zwisających 

strzępów skóry skapywała krew. Nacięcia nie były głębokie.

- Wachluj dalej - polecił Youngman Benowi.

- Robi mi się niedobrze.

Rany nie były głębokie, przypominały nacięcia na kształt litery „V", jakie 

widuje się w skórzanych pokrowcach. Ale było ich mnóstwo. Trochę krwi ściekło 

strumyczkami po nogach i po brzuchu konia, ale stracił on jej z pewnością duŜo 

więcej. Zwierzę było otumanione, jednak wydawało się, Ŝe nie odczuwa bólu. 

Youngman obejrzał koński ogon pokryty zeschłą krwią.

- No i co? - zapytał Joe.

Youngman popatrzył na kopyta zwierzęcia. Były gładkie, bez śladów walki. 

Podszedł do pozostałych koni. Te wyglądały znacznie gorzej. Chmury much nad nimi 

przypominały wędrujące garby. Spojrzał jeszcze raz na kopyta. TeŜ były gładkie, ale 

konie umierały z utraty krwi. Trzy konie, które bez walki dały się do połowy obedrzeć 

ze skóry.

- Nie mam pojęcia - powiedział odstępując od pokaleczonych koni, które 

nawet nie miały sił oganiać się od much, wziął głęboki oddech i zaczął oglądać 

ziemię.

- Czy wpuszczasz tu psy? - zapytał.

- Razem z końmi? Nigdy.

Na ziemi Youngman widział jedynie ślady kopyt końskich. Nie było Ŝadnych 

głębokich śladów, które wskazywałyby na podniecenie, nic, tylko zwykłe odciski 

kopyt.

- Znalazłeś je w tym stanie rano? 

- Tak.

Youngman spojrzał na czyste, niebieskie niebo. Orły? Bzdura. Kiedy opuścił 

wzrok, zobaczył coś, na co powinien był wcześniej zwrócić uwagę. Obok śladów krwi 

na ziemi widniały większe, czarne plamy. Dotknął ich ręką. Ziemia kleiła się i 

pachniała amoniakiem.

- BoŜe! - Wytarł palce o czysty piasek. - No cóŜ, nic z tego nie rozumiem.

background image

- Kojoty - powiedział zdecydowanie Joe.

- Kojoty? Napadają na owce, zdarza się. Lub na cielę. Ale na konie? Mowy nie

ma. Usłyszałbyś ujadanie psów. Wszędzie byłyby ślady. To nie są ślady zębów kojota.

- No to ryś. 

- Nie.

- Więc co?

- JuŜ ci mówiłem, Ŝe nie wiem.

- Cholera! - denerwował się Joe. - Nic z nich nie będzie. Straciłem trzy konie, 

będę musiał je dobić. To jest strata sześciuset dolarów i domagam się odpowiedzi! 

Masz zacząć nagonkę, a nie jakieś gówniarskie podchody. Zróbmy prawdziwe 

polowanie. Nawahowie mają helikopter. Wystaraj się o niego, polecimy nad wzgórza 

i wystrzelamy wszystkie kojoty i rysie, które wejdą nam w drogę.

- W ten sposób nie znajdziesz zwierzęcia, które zaatakowało te konie.

- Znajdę, a nawet jeŜeli nie, to wreszcie oczyścimy wzgórza, tak jak to 

powinno się było zrobić juŜ dawno temu - złościł się Joe.

- Rozumiem, Ŝe jesteś zły po stracie koni.

- Nic nie rozumiesz. Ty się nie dorobiłeś nawet jednego konia. Do roboty, 

załatw ten helikopter dla mnie i dla moich chłopców. Broni mamy dość! AŜ za wiele!

Youngman widział to oczyma wyobraźni. Helikopter nad Dinnebito Wash, a 

chłopcy Momoa prują jak z karabinu maszynowego do wszystkiego, co się rusza. Ale 

by mieli ubaw. Klęczący koń osunął się na bok. Muchy obsiadły go gęstymi spiralami.

- Zapomnij o Nawahach i o helikopterze -powiedział Youngman.

- Rada szczepu zbiera się za dwa tygodnie. -Joe poczerwieniał na twarzy. - 

Powiem im o twoich pijaństwach. Czuć od ciebie na odległość.

- Niech weterynarz opisze rany. - Youngman odszedł parę kroków. - JeŜeli 

stwierdzi, Ŝe to kojot lub ryś, to pogadamy.

- Junior! - ryknął Joe.

Joe Junior podszedł do Youngmana. Był o dwadzieścia kilo cięŜszy, ale 

spojrzawszy spode łba na szeryfa, odsunął się na bok.

- Trzeba nam prawdziwego szeryfa - Joe Momoa zawołał w ślad za 

odchodzącym Youngmanem - a nie łajzy. Takiego, jakiego mają Nawahowie. A ja 

ciebie znam, Duran. Nie jesteś nawet prawdziwym Hopi.

Doszedłszy do domu, Youngman wsiadł do jeepa. Zamiast wrócić tą samą 

drogą, pojechał w górę, na wzgórza. Bez trudu zapomniał o rodzinie Momoa, ale 

background image

nadal męczył go widok koni. Na wzgórzach mieszkały lwy górskie. Tam były ich 

mateczniki. Ale z reguły uciekały od człowieka, nie wchodziły mu w drogę.

Drzewa pinon i jałowce ustąpiły miejsca sosnom chihuahua, a potem 

ponderosa, prostym jak zęby grzebienia. Powietrze stało się rześkie i chłodne.

Momoa na swój sposób mieli rację. Tak naprawdę Youngman nie był Hopi, 

ale Tewą z Puebla. Tewowie byli szczepem, który wygnał Hiszpanów z Nowego 

Meksyku. Dwieście lat temu, kiedy Nawahowie i Apacze najechali spokojnych Hopi, 

ci wezwali na pomoc Tewów. Tewowie przybyli, stoczyli walkę i osiedlili się na stałe. 

Bohater Tewów nazywał się Popay. Pchła. Tak samo jak Youngman.

Zanim Youngman dotarł na szczyty wzgórz, zrobiło się ciemno. Pustynia 

barwiła się łagodnym fioletem. Słońce nadal oświetlało wierzchołki - jeszcze 

przynajmniej przez godzinę. Youngman zmienił buty na mokasyny, które kiedyś 

zrobił dla niego Abner. Sięgnął po strzelbę i matę i wyruszył w dwudziestominutowy 

marsz do strumienia. Udał się wzdłuŜ niego, aŜ do źródła, i tam połoŜył się na 

pokrytej mchem skale i zanurzył twarz w wodzie.

Kiedy podniósł głowę, ujrzał królika, który spoglądał na niego spod gałęzi 

sosny. Ręka Youngmana zsunęła się w stronę strzelby. Mógłby zjeść królika, a łapki 

zanieść Abnerowi. Królik przetarł sobie wąsy. Opierając ramię o kolbę, Youngman 

wsunął nabój do komory i wysunął strzelbę do przodu. Królik wyskoczył z cienia, 

stając się doskonałym celem na zielonym tle. Woda skapywała po brodzie 

Youngmana. Przypomniało mu się naraz, Ŝe Abner juŜ miał królika, a on sam wcale 

nie był głodny.

- Spływaj! - krzyknął.

Zjadł na kolację placki kukurydziane, połoŜył się i owinął w derkę. W górze 

ostrym i twardym blaskiem świeciły gwiazdy. W pewnej chwili omiótł okolicę 

promieniem latarki i zobaczył jarzące się oczy. Oczy pająków lśniły srebrem, a ropuch 

- czerwienią. Poruszając się, tworzyły maleńkie błyszczące szlaki.

Youngman wcale nie musiał zostać w wojsku; Hopi mogli Ŝądać zwolnienia. 

Ale został i testy wykazały, Ŝe ma niezwykle rozwiniętą wyobraźnię przestrzenną. 

Dostał awans na sierŜanta, nauczono go odczytywać trójwymiarowe zdjęcia lotnicze i 

posłano do bazy lotniczej Andersen na wyspie Guam. Codziennie i co noc eskadry 

ośmiosilnikowych B-52 startowały z Guam lecąc nad Wietnam Północny, a kaŜdy 

samolot dźwigał dwadzieścia ton bomb. Cele wybierano z fotografii dostarczonych 

background image

przez samoloty rozpoznawcze U-2, które latały między Tajlandią i Guam. Fotografie 

dzienne moŜna zmienić w mapy, opatrzone kodami i współrzędnymi. Nocne zdjęcia 

w podczerwieni stanowiły zagadkę, którą najlepiej umiał rozszyfrować Youngman. 

Skłębiona czerwień, zieleń i błękit oznaczały obecność ludzi, chłód korony lasu bądź 

zimno wody po zmierzchu. Wróg mógł palić odpadki lub polewać wodą agregaty 

prądotwórcze, ale nie był w stanie zmylić Youngmana i deszcz bomb, który wysyłał z 

daleka, zawsze trafiał w cel. Była to dla niego fascynująca gra. Po roku słuŜby 

otrzymał pierwsze odznaczenie i urlop w Bangkoku, gdzie mu ofiarowano naszyjniki 

palców Wietnamczyków, jak równieŜ skalpy po dogodnej cenie. Nie zabrakło i 

portmonetki sporządzonej ze zszytych genitaliów.

Tej nocy w Bangkoku, kiedy Youngman spał między dwiema dziwkami, 

usłyszał śmiech ojca. To na tym polegał ten dowcip, pomyślał. To wszystko był jeden 

wielki kawał: Joe tańczący z drewnianym członkiem z jedną nogą wysuniętą poza 

brzeg mesy, naszyjnik z palców, stanie na rękach, bombowce wzbijające się cięŜko z 

pasa startowego, pomarszczona portmonetka, piękne mapy ognia, strzelba wsunięta w 

usta, ludzie polujący na siebie nawzajem... To było zabawne.

- Nie. - Youngman uniósł się, odsuwając dziwki.

Wrócił na Guam i - po miesiącu - został postawiony przed sądem wojskowym 

za umyślne zniekształcenie danych i wysłanie bombowców nad Morze Chińskie. 

Youngman wyjaśnił, Ŝe zaczął traktować wojnę powaŜnie i zrozumiał, Ŝe nie ma na 

nią najmniejszej ochoty. Mógł nawet dostać dwadzieścia lat, ale bombowce często 

zrzucały ładunki do morza, czy to na skutek odwołania nalotu, czy - równie często - 

wtedy, gdy pilot zbliŜał się do końca swej sześciomiesięcznej tury. Pomógł teŜ fakt, 

Ŝ

e na skutek przeniesienia Youngmana z armii do lotnictwa na Guam sąd nie był 

pewny swych uprawnień. Dostał dwa lata.

Z początku nie było tak źle. W więzieniu Leavenworth siedzieli równieŜ 

Indianie; dokształcał się w bibliotece i zdobył niezłą fuchę pracując w studiu 

fotograficznym. Jednak na samym końcu, na miesiąc przed końcem wyroku, straŜnik 

oblał Youngmana uryną wystrzeloną z pistoletu wodnego. Miał to być zwykły Ŝart 

znudzonego klawisza, ale Youngman wyrwał ostrze z gilotyny do papieru i rozciął 

nim aŜ do kości ramię straŜnika. DołoŜono mu za to kolejne dwa lata, z tego pół roku 

w karcerze: małej, pozbawionej światła i pomalowanej na czarno celi. Kiedy zbliŜał 

się koniec drugiego wyroku, Youngman pracował przy reperacji drogi. Jeden z Indian 

rzucił się do ucieczki, dość idiotycznie zresztą, bo wokół rozciągały się mile płaskiej, 

background image

ś

wieŜo zaoranej prerii Kansas. Gdy jeden ze straŜników podniósł broń do strzału, 

Youngman przewrócił go na ziemię i powiedział, Ŝe sam sprowadzi zbiega z 

powrotem. JuŜ doganiał uciekającego przyjaciela, gdy padł, trafiony śrutem. Dwa 

miesiące przeleŜał w szpitalu i dostał kolejne dwa lata. Od tego czasu straŜnicy 

zostawili go w spokoju i więcej się z nikim nie przyjaźnił.

Podczas pierwszej zimy w rezerwacie natknął się na Abnera. Kapłan Klanu 

Ognia - od dawna juŜ wypędzony z mesy jako czarodziej -rozpoznał go od razu.

- Samochód ci gdzieś nawalił? - powiedział owinięty w derkę Abner, 

wychodząc z garaŜu.

- Nie mam samochodu. - Youngman zrzucił plecak na ziemię. Obok beczek po 

ropie stała beczka z deszczówką. Youngman rozkruszył z wierzchu lód i zaczerpnął 

garścią wody.

- Do mesy daleko - zauwaŜył Abner.

- Nie idę na mesę - odparł Youngman.

- Tu nie ma się gdzie zaczepić - rzekł napastliwie Abner.

-Wszędzie się moŜna zaczepić - odparł Youngman.

Starzec odwrócił się tyłem do słońca, aby lepiej przyjrzeć się gościowi.

- Pracujesz teraz dla biura czy dla firm?

- Dla nikogo.

- No to co robisz?

- Chodzę sobie. - Youngman obrócił się, zarzucając na plecy ładunek. - Po 

prostu chodzę.

- Poczekaj. - Abner zatrzymał go. - Siądź na chwilę.

Youngman przysiadł, trzymając nadal plecak na ramieniu. Abner przykucnął 

naprzeciw. Po kilku minutach Youngman oderwał wzrok od oczu Abnera i przyjrzał 

się okolicy, która wpierw wydawała się płaska jak bęben i dopiero potem dostrzegł 

cienie bezlistnych krzewów i załamania gruntu. Kiedy w końcu spojrzał na Abnera, 

stary człowiek uśmiechał się.

- Kiedyś powiedziałem, Ŝe jesteś pusty w środku - odezwał się Abner. - Teraz 

widzę, Ŝe jesteś prawdziwym człowiekiem.

- No i?

- No i w domu mam trochę wina. 

Od tej chwili zostali przyjaciółmi. 

Youngman leŜał spokojnie na wzgórzu, nad Dinnebito Wash, a głowę 

background image

wypełniały mu dźwięki nocy. Zasnął patrząc na zdąŜającą na zachód gwiazdę 

Hotomkam.

Dziecko urodziło się o zachodzie słońca. Nagie i nieowłosione, wpadło w 

kołyskę, którą tworzyła błona między nogami matki. Wiedzione odruchem 

zapiszczało, a matka rozprostowała mu maleńkie skrzydła i powąchała gruczoły 

zapachowe, które miały odróŜniać je w mroku od wszystkich innych niemowląt. 

Dopiero wtedy pozwoliła mu wspiąć się w stronę przygotowanego sutka, a kiedy ssał, 

zwróciła na niego jasne oczy i ogromne uszy. Reszta stada zaczęła budzić się do 

Ŝ

ycia. Zaczął się ruch. W zagłębieniu obok samiec owinął się skrzydłami wokół 

samicy, przylgnął brzuchem do jej pleców, wbił zęby w kark partnerki i zaczął 

kopulować. Samica uczepiła się pazurami nierówności skały z taką siłą, Ŝe nawet 

ś

mierć nie byłaby w stanie jej oderwać. Niedaleko walczyło dwóch samców, 

wrzeszcząc i bijąc skrzydłami o sklepienie. Kręcili się w kółko, ze zjeŜonym włosem; 

na koniec runęli na siebie, bijąc się skrzydłami niczym maczugami. Jedna walka dała 

początek innym, a napięcie rosło, w miarę jak słońce chowało się za horyzontem.

Samice, najwięksi członkowie stada, przyglądały się temu z umiarkowanym 

zainteresowaniem. Kopulująca para się rozłączyła; samiec powrócił do swych 

towarzyszy, a samica zaczęła się lizać. Tygodniowe dziecko rozprostowało skrzydełka 

i zapiszczało. Kopulacja, walki i porody wielkiego stada trwały jeszcze trochę, aŜ 

zgasł ostatni promień światła wpadający do jaskini. W tym momencie doszła do głosu 

inna, waŜniejsza potrzeba. Niektórzy przedstawiciele ich gatunku mogli zaczynać w 

półmroku, jednak te zwierzęta czekały na ciemność. Wisząc głową w dół, niczym 

pająki, z podwiniętymi skrzydłami, setki dorosłych osobników przesuwały się powoli 

w kierunku niknącego światła przy wejściu. Płaskie, otoczone wąsami pyski, zwróciły 

się w jedną stronę. Kiedy zgasł ostatni promień światła, dziesięcioletnia samica 

rozwinęła skrzydła i wzbiła się w powietrze. Jeden po drugim, całe stado poszło w 

ś

lad za nią. Po paru sekundach ponad tysiąc nietoperzy przeleciało przez dziurę 

wyjścia, ustawiając się we właściwym miejscu w szyku. Z punktu widzenia biologii 

były cudem ewolucji. Skrzydła o ponadtrzydziestopięciocentymetrowej rozpiętości i 

błony pięciokrotnie mocniejsze od rękawiczek chirurgicznych pozwalały im lecieć 

szybko jak jaskółkom. Szare futerko na grzbiecie i brązowe z przodu zmniejszało 

opór wiatru. Nieczułe na kolor oczy odbijały światło wschodzących gwiazd, tak Ŝe 

kanion nabierał blasku, a pustynia lśniła srebrem. Przepłynęły, niczym chmura, nad 

background image

brzegiem kanionu, ale nad pustynią obniŜyły lot, tak jak fala przypływu unosząca się 

niespełna metr nad ziemią. Wokół nich rozlegały się ciche okrzyki i zwielokrotnione 

echa, które wracały do wielkich, czułych uszu. Nietoperze trzymały się tak blisko 

siebie, Ŝe zdawały się tworzyć jedną zwartą masę, ale masa ta mijała bez kolizji krzaki

i kaktusy. Ten teren był dla nich nowy, ale nie tak znów odmienny od rodzimego 

Meksyku. Pędzone głodem, skierowały do przodu płaskie, przypominające łopaty 

nosy, węsząc obecność zwierząt. Strumień ciem zbliŜył się do nietoperzy, a potem 

nagle rozpierzchł się na wszystkie strony. Nietoperze skręciły pod wiatr, który z 

daleka niósł intensywne zapachy. Nocny jastrząb, lecący w ślad za ćmami, nagle 

oddalił się, wystrzeliwując w górę. W odróŜnieniu od ptaków, nietoperze nie umiały 

wzbijać się szybko w górę. Umiały tylko latać, a latały tylko po PoŜywienie. Skrzydła 

uderzały czternaście razy na sekundę szybkim, zdecydowanym rytmem, aŜ na koniec 

stworzenia poczuły wyczekiwany, słodki zapach. Nieskończenie drobne cząstki potu 

przeniknęły z powietrza do fałd w nozdrzach. Fala zakręciła raz jeszcze i prawie 

niesłyszalne krzyki wypełniły przestrzeń. Otwarło się tysiąc paszcz, odsłaniając 

charakterystyczne zęby. RóŜniły się one od zębów jakiegokolwiek innego nietoperza 

lub zwierzęcia na ziemi: siekacze zakrzywiały się do tyłu i były ostre jak Ŝyletki. 

Naukowcy nadali im nazwę Desmondontidae, co przywodziło na myśl przeraŜenie i te 

zęby. Wampiry.

background image

Rozdział drugi

Poranne słońce rozgrzewało szopę Abnera, przybrudzony samochód Wydziału 

Zdrowia i pięciu turystów, którzy niecierpliwie spoglądali na zbliŜającego się jeepa. 

Dla Youngmana turyści dzielili się na dwie grupy: uduchowioną i niedomytą 

młodzieŜ, która za wszelką cenę chciała „odkryć" indiańską religię, oraz ludzi 

starszych, schludnych, którzy dźwigali aparaty fotograficzne i marzyli o jak 

najszybszym powrocie do klimatyzowanych pomieszczeń. Trzy kobiety i dwaj 

męŜczyźni, stojący koło samochodu, zdecydowanie naleŜeli do drugiej kategorii. Na 

pastelowej koszuli jednego z męŜczyzn widać było ślady wymiotów.

Youngman wysiadł z jeepa. Po Abnerze nie było ani śladu.

Kiedy zapytał, w czym mógłby im pomóc, jedna z kobiet przykryła usta ręką.

- Abner coś wam zrobił? - Youngman próbował się uśmiechnąć. - Niech się 

pani nie przejmuje, on jest taki w stosunku do wszystkich.

- Nie, on.... - MęŜczyzna w zabrudzonej koszuli wskazał ręką na szopę. - 

Niech Bóg ma go w swej opiece.

Youngman juŜ więcej nie słuchał. Obiegł dookoła samochód, przeskoczył 

krzaki, minął rdzewiejące cięŜarówki i wszedł do szopy.

Tam, gdzie zabito królika, futryna i klepisko były uwalane krwią. Ślady krwi 

wiodły wokół piaskowego malowidła, poprzez pierścień z czerwonego piasku, aŜ do 

rysunku człowieka, na którym krwią domalowano głowę wokół ust i płaczących oczu. 

Przy prawej ręce rysunku czerwona linia łamała się, a w przerwie leŜał patyk 

modlitewny, ozdobiony piórami dzierzby. Kolejny patyk modlitewny przyszpilał do 

ziemi pustą paczkę po papierosach, odrzuconą wczoraj przez Youngmana. A w 

samym środku okręgu, rozciągnięty na podwójnej serpentynie, leŜał martwy Abner, 

nadal w przepasce, z twarzą zasłoniętą maską z nie wyprawionej skóry króliczej. 

Natomiast jego skóra, od stóp aŜ do czubka głowy, została tak dokładnie poszarpana, 

Ŝ

e na kolanach i na palcach prześwitywały kości.

Youngman nie był jedynym patrzącym na to ze wstrętem i z grozą. Zaraz przy 

drzwiach stał jeszcze jeden turysta w wiatrówce. Był to niewysoki męŜczyzna, o 

regularnych rysach, czystej cerze i z pewnym siebie wyrazem twarzy. Po drugiej 

stronie malowidła stała pielęgniarka ze SłuŜby Zdrowia, blondynka w spranych 

dŜinsach.

background image

- Kiedy przyjechaliście? - zapytał ją Youngman.

- Dziesięć minut temu.

Turysta przyklęknął przy Abnerze. Odchrząknął i wyjął Biblię z kieszeni 

wiatrówki, ale zanim zdąŜył się odezwać, Youngman podniósł go za kołnierz.

- śadnych prac misyjnych.

- Czerwony czy biały - męŜczyzna uniósł Biblię - kaŜdy potrzebuje 

błogosławieństwa.

- To jest kapłan Klanu Ognia - powiedział Youngman.

- MoŜe był równieŜ chrześcijaninem.

- W Ŝadnym wypadku. - Youngman odwrócił się do pielęgniarki. - Czy czegoś 

dotykali?

- Nie - odparła ze złością. - I wcale nie są misjonarzami.

- Jesteśmy z fundacji. - Turysta poprawił wiatrówkę. - Chcieliśmy tylko 

pomóc...

- Na jedno wychodzi - przerwał mu Youngman. - Po co tu przyszliście?

- Panna Dillon zgodziła się oprowadzić nas po rezerwacie i zabrać na wasz 

słynny Taniec WęŜów. Ale poniewaŜ przyjechaliśmy o parę dni za wcześnie, to 

postanowiliśmy trochę pojeździć po okolicy. Nazywam się John Franklin. - Franklin 

mówił mocnym barytonem, który musiał doskonale słuŜyć mu na zebraniach. W 

szopie Abnera był zbyt głośny.

- Czy zbadałaś juŜ ciało? - zapytał Youngman dziewczynę.

- Dla Abnera juŜ nic nie mogłam zrobić, więc poszukałam śladów. Myślałam, 

Ŝ

e moŜe w okolicy włóczy się wściekły kojot. Nie miałam pojęcia, Ŝe się tu zjawisz. 

Właśnie dlatego tu wstąpiłam, Ŝeby o ciebie rozpytać.

- Czy znalazłaś jakieś ślady? 

- śadnych. - Anne Dillon miała opaloną, okrągłą twarz o głęboko osadzonych 

oczach. Była prawie tak dobrym myśliwym jak on i zdawał sobie z tego sprawę.

- Przyjrzałem się ciału - wtrącił się Franklin. - Ta krew jest całkiem świeŜa. 

Atak dzikich psów, albo czegokolwiek innego, musiał nastąpić bezpośrednio przed 

naszym przyjazdem.

Youngman potrącił butem nogę Abnera.

- Jest juŜ sztywny. Śmierć nastąpiła jakieś dziesięć godzin temu - powiedział i 

poszedł pierwszy w kierunku samochodu, gdzie pozostali misjonarze zbili się w 

gromadkę, jakby poranne słońce nie było dość upalne.

background image

- Wszystko w porządku - uspokoił ich Franklin. - Wydaje mi się, Ŝe to jest 

Duran, zastępca szeryfa, o którym wspominała panna Dillon.

- Jakie macie aparaty? - zapytał Youngman.

Franklin miał nikona, a reszta podobne aparaty trzydziestopięciomilimetrowe. 

Wyjątkiem była pani Franklin, wystraszona kobieta z ufarbowanymi na niebiesko 

włosami, która podniosła w górę aparat SX-70.

- Taki mi jest właśnie potrzebny. I jeszcze lampa błyskowa, jeŜeli pani ma.

Youngman odszedł z aparatem do szopy. Zrobił dwa zdjęcia Abnera i cztery 

wnętrza. Potem wrócił do samochodu.

- Dziękuję. - Oddał aparat i osiem dolarów. -To za zdjęcia i za Ŝarówki.

- AleŜ nie trzeba...

- No, czas na was - powiedział.

Skręcał papierosa, podczas gdy oni wsiadali do pojazdu; Anna usiadła za 

kierownicą. Patrzył za nimi, aŜ znikli mu z oczu, po czym zdusił papierosa i wrócił do 

szopy.

- Do diabła, Abner.

Youngman stał przez dziesięć minut, rozglądając się dokoła. Odciął się od 

szumu wiatru i smug słońca, przechodzących przez szczeliny w ścianach i - przede 

wszystkim - od wspomnienia białych turystów. W swoim zagraconym garaŜu Abner 

zbudował świętą kivę i to właśnie o niej chciał myśleć Youngman.

Przed ołtarzem, na drewnianej tacce, leŜał chleb, surowe mięso, tytoń i ziarna 

kukurydzy. Trochę ziaren walało się po podłodze. Obok ołtarza palono ognisko. W 

popiele Youngman odszukał zwęglone igły sosnowe i korę jałowca. Upuścił zwęgloną 

korę na widok królika w kącie szopy. Abner zdarł z niego skórę i poderŜnął gardło, 

aby go wykrwawić Ŝywcem na cześć swego boga.

Bogiem a prawdą, to zastępca szeryfa o króliku i o rysunku wiedział niewiele 

więcej od Franklina. Youngman przebywał zbyt długo poza rezerwatem i, choćby nie 

wiadomo jak bardzo się starał, po części był białym. Gdzieś zatracił tajemną nić. W 

nic nie wierzył, a juŜ na pewno nie w bogów czarownika, który dorabiał sobie pracą 

na stacji benzynowej. Pamiętał jedynie, Ŝe Abner twierdził, iŜ wywoła koniec świata.

Przykucnął przy Abnerze i podniósł mu maskę. Usta Abnera były pełne 

zlepionego bielunia. Nawet jeŜeli śmierć była straszna, to Abner niewiele poczuł, a 

jeśli wiedział, co mu grozi, to odpowiednio się przygotował. Tak czy inaczej, nie 

mógł czuć bólu.

background image

- Wujku - zapytał Youngman - powiedz, co przeskrobałeś? Co, do diabła, 

miałeś zamiar zrobić?

W twarzy Abnera tylko zęby i oczy były nienaruszone. W miejscach, gdzie 

skóra nie była pocięta, widać było dziurki po małych ugryzieniach. Pomimo stęŜenia 

pośmiertnego, niektóre rany były nadal wilgotne.

I ten zapach. Youngman aŜ się cofnął. Ten sam zapach, co na ranczu Momoa. 

Serpentyna wokół ciała Abnera była poplamiona zaciekami amoniaku.

Oczy Abnera były suche. Źrenice ściągnęły się w szparki. Jak oczy kozy.

- Abner, nic nie rozumiem. Nie mam pojęcia, co i jak... dlaczego nie chcesz mi 

pomóc?

Zęby Abnera, podobnie jak zęby większości Indian z rezerwatu, przypominały 

zepsute pieńki. Wokół ust błąkał się sztywny uśmiech.

- Jak chcesz, wuju. - Youngman zamknął oczy zmarłego.

Owinął ciało w derkę i zaniósł je do jeepa. Wrócił do szopy po zdjęcia. 

Regulamin policji nakazywał zachowanie w nietkniętym stanie miejsca kaŜdej 

podejrzanej śmierci. Dla kogo i po co? śadnej policji poza nim tu nie było, chyba 

Ŝ

eby komuś przyszło do głowy wezwać gliniarzy stanowych. Ale do martwego 

Indianina przyjechaliby po tygodniu albo dwóch. To nie było morderstwo, na pustyni 

grasowały zwierzęta, róŜne rzeczy się zdarzały.

Rysunek z piasku był piękny; piękny i zupełnie niezrozmiały. W miejscu, z 

którego Youngman podniósł Abnera, pozostała odciśnięta ludzka sylwetka.

- Sukinsyn! - Youngman kopnął rysunek. Czerwone, niebieskie, Ŝółte i białe 

ziarenka posypały się na ściany. Kiedy ziemia wyglądała juŜ jak zbezczeszczone 

dzieło sztuki, zaczął deptać po wyrysowanej na czarno sylwetce. Cuchnące 

amoniakiem plamy przylgnęły mu do butów. Przysypał resztki sylwetki. Linie się 

zatarły, ale nadal przebijały spod piasku. Uniósł wzrok. Z półki nad skrzynią po 

pomarańczach patrzyła na niego pustynna jaszczurka. Skoczyła w bok w chwili, gdy 

Youngman wyrwał półkę ze ściany. Przełamał ją na pół na kolanie i obie połówki 

rzucił na zabrudzoną podłogę, po czym zapalił zapałkę. Jednak zdusił płomień między 

palcami. Spalenie szopy nic by nie dało. - Nie Ŝyje. Po prostu nie Ŝyje.

Kiedy Youngman wyszedł z szopy, z północy, znad mesy, doszły go grzmoty. 

W niebo wspinała się drabina ciemnych chmur. W chmurach, niczym bomby, 

wybuchały błyskawice. Nadchodzącą burzę zwiastował wiatr.

Zastępca szeryfa wrzucił bieg i skierował samochód w stronę burzy. W 

background image

przeciwnym kierunku potoczyła się kula krzewu bylicy.

Te wszystkie twarze, które moŜna dostrzec w chmurach, pomyślał Youngman. 

Smutne twarze z szarymi i niebieskimi policzkami. Wzdęte. Oczy przymknięte i 

gotowe do płaczu. Zwykła woda, a nie Ŝaden radioaktywny deszcz. śaden koniec 

ś

wiata.

- Zawaliłeś sprawę - zwrócił się do człowieka owiniętego derką. - Nie 

skończyłeś ze światem, tylko z sobą samym. Człowiek w twoim wieku powinien 

zdawać sobie sprawę, Ŝe to nie to samo.

Czarne chmury wzbijały się coraz wyŜej. Gorące powietrze pustyni stanowiło 

przegrodę, po której chmury musiały się wspiąć, aŜ powstały dwie ściany: jedna 

ciepła i niewidzialna, a druga zimna, kłębiąca się niebieskość. Niewidzialna ściana 

cofała się, a ciemna parła naprzód, rzucając cień o długości trzydziestu kilometrów.

U stóp chmur biegła bita droga; przy niej stał sklepik zbudowany z dykty, duŜa

zamraŜarka i dom z bali uszczelnionych gliną. Miejsce zwane Gilboa, Nie było to 

nawet osiedle. Poczta państwowa nie dostarczała tu juŜ przesyłek, a dwunastu 

mieszkańców musiało odbierać listy w Shongopovi, na mesie. Gilboa nie znalazłbyś 

na mapach; nie było tu ani bieŜącej wody, ani telefonów. Bita droga rozciągała się 

zaledwie szesnaście kilometrów w kaŜdą stronę, a potem ginęła w piasku.

Wiatr gnał wielkie krople wody. Prawdziwa burza jeszcze się nie zaczęła. 

Youngman zatrzymał się przed domem, wziął w ramiona Abnera i wszedł do środka. 

Kiedy juŜ połoŜył trupa wewnątrz, na podłodze, wyciągnął rękę i przekręcił wiszącą 

na drucie Ŝarówkę.

Biuro szeryfa składało się ze stolika i krzesła, krótkofalówki, Ŝelaznej 

zamykanej szafki na naboje, dwóch butelek Jim Beam, plastikowej torebki z 

marihuaną i bielizny. I kurzu, mnóstwa kurzu, gdyŜ Youngman tygodniami przebywał 

w terenie. Na ścianie wisiały dwie mapy - rezerwatu i drogowa stanu Arizona. Gdy 

Youngman wietrzył dom, głośno szeleściły.

Oczyścił blat i z jednej przegródki wyciągnął formularz. Formularze kupiono 

hurtem z przeceny i nagłówek z napisem „Komenda Policji Phoenix" ktoś przekreślił 

długopisem. W innej przegródce znalazł cieknący długopis.

NAZWISKO - Abner Tasupi. ZAWÓD - właściciel garaŜu. DATA 

URODZENIA - nieznana. RASA - PŁEĆ - Indianin, męŜczyzna. PRZESTĘPSTWO - 

ś

mierć. Pod MODUS OPERANDI Youngman wpisał: „atak nie zidentyfikowanego 

zwierzęcia, być moŜe przypadek wścieklizny". Potem poszedł do jeepa.

background image

Tumany kurzu przewalały się nad drogą. W odległości stu metrów, po drugiej 

stronie drogi, błyskawice oświetlały faktorię Selwyna. Sklep stanowił nagrobek 

dawnych ambicji właściciela. Łuszczący się napis obiecywał: „Pokoje gościnne-

benzyna-słodycze-towary mieszane-wyroby indiańskie". Na blaszanej tablicy 

reklamowej coca-coli dyndał stłuczony termometr. Rozchylane siatkowe drzwi 

połatano taśmą izolacyjną.

W sklepie moŜna było dostać mąkę, fasolę, ser, ocet, tkaniny, siekiery, 

podkowy, noŜe myśliwskie i naboje. Nad kontuarem zamocowano wypchaną głowę 

łosia bez oczu. Pod ladą znajdowała się tania biŜuteria i litrowe butelki whisky. 

Selwyn siedział na zapleczu z Johnem Franklinem i grupą białych. Na podłodze, 

wśród garnków i gliny, siedziała stara kobieta Hopi i cztery dziewczyny mieszanej 

krwi. Anne pojechała samochodem, aby znaleźć przed burzą drewno na opał.

Dawno temu Selwyn był misjonarzem kwakrów. Miał długie, siwe włosy, 

które spływały na koszulę, opinającą pokaźny brzuch. Turkusowy naszyjnik chował 

się w bujnym owłosieniu na piersi.

- Nie musisz mi mówić, Ŝe tym ludziom potrzebna jest pomoc. Jeszcze chwila, 

a dodasz, Ŝe na pustyni jest sucho. Wiem o tym. Przepraszam. - Selwyn beknął 

osłaniając usta kantem dłoni. - Całe Ŝycie poświęciłem tym Indianom. Będę z wami 

całkiem szczery: osobiście obdarzałem ich miłością i krwią serdeczną.

- To niezwykle budujące. - Pani Franklin uśmiechnęła się do tonącego w 

alkoholu Selwyna.

- No i co ja z tego mam? Plują mi w twarz. Wy, moi drodzy, moŜecie śpiewać 

alleluja jaszczurkom i spotka was z ich strony więcej wdzięczności. Kiedy ze 

dwanaście lat temu przyjechali tu ludzie z Urzędu do spraw Indiańskich, to 

powiedziałem im: wyrzucajcie sobie te wasze pieniądze na wyprawy na KsięŜyc. 

Chciałem nawet zeznawać jako ekspert. Przepraszam. - Zmarszczył brwi na widok 

kawałka tytoniu, który zdjął sobie z języka, gdyŜ nie mógł sobie przypomnieć, kiedy 

ostatnio palił. - Gdyby nie ja, to Gilboa w ogóle by nie istniało. Czy wiecie o tym? To 

mój generator dostarcza prądu, nie tylko dla mnie, ale i do zamraŜarki, do której 

Indianie wrzucają te swoje pieprzone jelenie. Znajdzie się teŜ prąd dla tego łajzy, 

którego nazywają zastępcą szeryfa. Widzicie? Nienawidzą mnie, bo im pomagam. 

Sprzedaję im Ŝywność na kredyt. Za to nienawidzą mnie jeszcze bardziej. A teraz 

najlepszy przykład. Te głupie baby lepią garnki. Garnki! PrzecieŜ w kaŜdym sklepie w 

kraju Nawahów, na zapleczu, siedzą kobiety i szyją ozdobne derki. Derki moŜna 

background image

sprzedać po dwa tysiące dolarów, a dywany po trzy tysiące. Ale takie juŜ mam 

szczęście, Ŝe te dzikuski umieją jedynie lepić garnki. Na litość boską - przetarł oczy - 

czy nikt nie ma jakiegoś szluga?

Nie usłyszawszy odpowiedzi, otworzył oczy i idąc za wzrokiem gości, dojrzał 

stojącego w drzwiach zastępcę szeryfa.

- W porządku. - Właściciel faktorii opuścił misjonarzy i podszedł do 

Youngmana. - Ty zawsze masz szlugi.

Youngman juŜ wiele razy słyszał wszystkie Ŝale Selwyna. „Głupimi babami" 

lepiącymi garnki była jego Ŝona i córki.

- Jasne. - Youngman wysunął papierosa. ZauwaŜył, Ŝe grupa Franklina gotuje 

się do sprzeczki. Coś niewiarygodnego. Selwyn, podobnie jak i sklep, przypominał 

wrak na pustyni, zakotwiczony płyciutko w piasku i z wysiłkiem opierający się 

zepchnięciu do jakiejś rozpadliny czy ścieku. Tylko Indianie mogli tolerować białego 

na takim szczeblu upodlenia.

- Proszę. - Youngman zbliŜył zapałkę do trzęsącego się papierosa.

- Dzięki - wydusił z siebie Selwyn. - Ci nowocześni bibliści mogą ci 

przysporzyć hemoroidów na uszach.

- Naprawdę?

- Opowiadają mi o Indianach, taka ich mać. Ale nie odchodź. Kiedy się 

wreszcie stąd wyniosą, to sobie łykniemy.

ś

ona Selwyna zaśmiała się, a Franklin odchrząknął, gdyŜ Selwyn zaczął 

mówić normalnym głosem.

- Chcieliśmy tu kupić trochę rzeczy na drogę - powiedział Franklin. - Na 

skutek zmiany planów nie mogliśmy pojechać do Flagstaff.

- Muszę juŜ iść - Youngman zwrócił się do Selwyna. - Potrzebuję trochę mąki 

kukurydzianej, sznur i biały worek.

- Kto umarł?

- Abner. 

- O, w mordę.

- Czy to właśnie ten indiański dŜentelmen, którego widzieliśmy dziś rano? - 

zapytał Franklin, ale nikt mu nie odpowiedział.

- Nie pochowasz go w zwykły sposób? - zapytał Selwyn Youngmana.

- Dlaczego nie? - Franklin był oburzony.

- Dlatego, Ŝe to był czarownik, ty durniu! -Selwyn odwrócił się do Franklina.

background image

- Na pewno pan w to nie wierzy.

- Nie wierzę? - Selwyn osłupiał. - Bracie Franklin, ty chyba nie masz pojęcia, 

gdzie się, u diabła, znalazłeś! Kochanie! - krzyknął do Ŝony. - Czy są tu jakieś 

wiedźmy?

Kobieta przestała chichotać. ZłoŜyła ręce na udach i wpatrzyła się w garnki.

- Wiedźmy? - Selwyn zaśmiał się. - No cóŜ, święci i apostołowie nie mają 

wstępu na teren rezerwatu. Jak myślisz, dla kogo nadaje się to miejsce? Dla Indian, 

pijaków i róŜnych łajz. Mój BoŜe, sam byłem pełen łaski pańskiej, kiedy 

przyjechałem tu czterdzieści lat temu. Była ze mnie równie wielka dupa jak ty, bracie 

Franklin. AŜ trudno w to uwierzyć. Byłem przepełniony Słowem Pańskim. A potem, 

pewnego dnia, zobaczyłem, jak moi parafianie zatłukli siekierą pewną kobietę. To 

było dopiero coś! „Dlaczego zabijacie tę kobietę?" - zapytałem. NiemalŜe dałem się 

sam porąbać, próbując ją uratować. No cóŜ, zatłukli ją, gdyŜ poprzedniej nocy 

zmieniła się w wilka i zabiła jakiegoś męŜczyznę.

- Ale przecieŜ pan w to nie uwierzył. 

- Oczywiście Ŝe nie. Nie jestem jednym z tych dzikusów. Ale z drugiej strony 

trzymam się z dala od nawiedzonych puebli, a kiedy Indianie zabijają siekierą jakąś 

czarownicę - co zdarza się mniej więcej raz do roku - to trzymam język za zębami. - 

Selwyn milczał przez chwilę. - Patrzycie na mnie z politowaniem. Nie patrzcie na 

mnie, tylko dokoła. Oczy wam wyjdą na wierzch z wysiłku, gdy będziecie 

wypatrywać końca pustyni i zgubicie się w kanionach. A jak juŜ tam będziecie, to 

starajcie się pojąć, jacy bogowie mieszkają w tej okolicy.

- Nie jesteśmy zupełnie ciemni - łagodnie wtrącił inny z gości. - KaŜda 

społeczność wierzy w innego Stworzyciela. Bez względu jednak na Jego imię, 

Stwórca jest taki sam wśród wszystkich ludzi.

- Tak? Czy to się odnosi do Człowieka-Szkieleru?

- Kogo?

- Człowieka-Szkieletu. Masawa. Nazywajcie go, jak chcecie: Pluto, Szatan. - 

Oczy Selwyna błyszczały jak porcelana. - To tu właśnie jest piekło na ziemi. MoŜe i 

wy to kiedyś pojmiecie.

- Panie władzo, jeŜeli ten człowiek, którego znaleźliśmy dziś rano, był tak 

zwanym czarodziejem - powiedział Franklin - to moŜe ktoś go zabił?

- Abnera? SkądŜe. - Selwyn uprzedził Youngmana. - Był zbyt potęŜny. Jasne, 

mogli go wygnać z mesy, ale pierwej by sobie obcięli dłonie, niŜ waŜyliby się go 

background image

tknąć. Wstałby z grobu, aby ich załatwić. Jak wilk albo...

- Człowiek, którego znaleźliście - przerwał Youngman - był starym 

pustelnikiem. To wszystko. Nikt go nie zabił, a jeŜeli usłyszę jakieś plotki na ten 

temat, to będę wiedział, kto jest ich autorem. Prawda, Selwyn? - Złapał sklepikarza za 

łokieć. - Przepraszam państwa. - Wyciągnął Selwyna z zaplecza i zawlókł do sklepu. - 

Idź i napij się czegoś, staruszku.

- Jak jestem trzeźwy, to gadam zbyt wiele.

- Nie jesteś trzeźwy. Po prostu nie jesteś wystarczająco pijany. Po co ta 

gadanina o wiedźmach? Wyjdzie z grobu... Mój BoŜe... - Pod ladą znalazł butelkę, 

odkręcił kapsel i wlał Selwynowi whisky do ust. Podmuch wiatru otworzył drzwi. 

Selwyn odwrócił w tym kierunku głowę; płyn ściekał mu po brodzie.

- To tylko wiatr - powiedział Youngman 

- MoŜe to on...

- No to zmów dziś wieczorem pacierz.

- On niejedno potrafi.

- Potrafił.

Nad Gilboa błysnęło. Gdy piorun strzelił w stojącą na dworze zamraŜarkę, 

wnętrze sklepu rozjarzyło się srebrem, a potem znów powróciła czerń. Ponownie 

włączył się agregat. Światła sklepu rzucały woskowe cienie. Youngman pospiesznie 

zapakował towary, po które przyszedł.

- Dolicz mi do rachunku.

- Jasne. - Selwyn czuł się wyraźnie lepiej. -MoŜe uda mi się jednej z tych 

siostrzyczek wcisnąć jakiś garnek.

Chmury pękły na dwoje, niczym Ŝagle. W ciągu pół godziny mogło spaść z 

osiem centymetrów wody, czyli jedna czwarta rocznego opadu deszczu. W sam raz, 

Ŝ

eby zmienić kotlinki w wodospady, otworzyć opancerzone nasiona perukowców i 

Ŝ

elaznego drzewa. Droga zmieniła się w trzęsawisko i spod kół jeepa tryskały brudne 

fale błota.

Przed biurem Youngmana stał samochód terenowy. Zanim szeryf wszedł do 

domu, musiał przebrnąć przez kałuŜe. Abner nadal leŜał w rogu, ale koc był 

ś

ciągnięty, a nad odkrytym ciałem pochylał się jakiś biały.

- Wy, misjonarze, nie dajecie łatwo za wygraną. - Youngman zamknął drzwi.

Biały uniósł wzrok. Był w wieku Youngmana, bardzo opalony, z krótkimi, 

rudymi włosami, duŜymi niebieskimi oczami i z szerokim uśmiechem na twarzy. 

background image

Nosił ubranie w kolorze khaki i był tak wysoki, Ŝe ciało leŜące u jego stóp wyglądało 

jak lalka. Na rękach miał gumowe rękawiczki i - zamiast Biblii - trzymał skalpel i 

plastikową torebeczkę.

- To potrwa tylko minutkę - powiedział oficjalnym tonem.

- Nie masz nawet sekundy. Wstawaj.

Gość zastosował się do polecenia z ociąganiem, pochylając głowę, aby nie 

uderzyć nią o sufit. Zsunął prawą rękawiczkę i wyciągnął rękę do Youngmana.

- Bardzo przepraszam za najście. Nazywam się Hayden Paine. - Trzymał 

wyciągniętą rękę w powietrzu przez dziesięć sekund, a potem ją opuścił. - No cóŜ, 

proszę mi pozwolić posprzątać. Zaraz wszystko wyjaśnię.

- Na twoim miejscu zacząłbym mówić od razu.

Paine uśmiechnął się, zupełnie na luzie, pomimo zakrwawionych rękawiczek, 

nieznanego pomieszczenia i dudniącego deszczu.

- Odwiedzam wszystkie punkty szpitalne i posterunki policji na terenie 

rezerwatu. Mam nadzieję, Ŝe to wystarczy? - Podał Youngmanowi złoŜoną kartkę 

papieru. Gdy Youngman czytał, pochylił się nad aluminiową walizką. Zdjął drugą 

rękawiczkę i obie schował do plastikowej torebki. Potem przemył dłonie w alkoholu i 

zakleił poprzednio przygotowaną paczuszkę.

Yungman czytał:

„Do Wiadomości Zainteresowanych Władz. Pan Hayden Paine przeprowadza 

badania lekarskie, które mogą mieć wielką wagę dla naszego ludu. Otrzymał on zgodę 

na poruszanie się po całym rezerwacie i wszyscy funkcjonariusze plemienni mają mu 

okazać naleŜytą pomoc w jego przedsięwzięciu". W nagłówku widać było pieczęć ze 

słońcem, górami i skrzyŜowanymi łodygami kukurydzy. Pod pismem podpisał się 

„Walter Chee, Przewodniczący Rady Szczepowej Nawahów".

- Mam teŜ i inne dokumenty, jeŜeli to konieczne. - Paine zamknął walizkę.

- Nie chcę. Jesteś w niewłaściwym rezerwacie.

- To jest teren Hopi, wiem o tym, ale... 

- Jeszcze mi nic nie wyjaśniłeś. Kiedy tu wszedłem, bezcześciłeś ciało i nadal 

nie wiem, dlaczego.

- Badania lekarskie. Tak jak wyjaśniono to w...

- W liście nic nie wyjaśniono. Jakie badania?

Paine zdawał się być tylko nieznacznie zaŜenowany sytuacją. Wziął z 

powrotem list.

background image

- To jest dość trudne do wyjaśnienia, szeryfie.

- Zastępco.

- Zastępco. Prowadzę badania serologiczne. Rozpoznawszy przeciwciała we 

krwi miejscowej ludności, będę w stanie zidentyfikować choroby występujące 

endemicznie. Niektóre choroby moŜna rozpoznać tylko w ten sposób. Jest to trudny 

proces i gdybym panu dalej tłumaczył, to wątpię, czyby pan zrozumiał. To jest coś dla 

specjalistów - dodał szybko Paine. - Mogę tylko powiedzieć, Ŝe moje badania 

poprawią stan zdrowia tutejszej ludności. Najtrudniej mi przychodzi uzyskać próbki 

krwi od ludzi starszych i kiedy zobaczyłem ciało, to nie mogłem się oprzeć pokusie. 

Niech pan mi wierzy, nie chciałem niczego bezcześcić. Naprawdę potrzebuję pańskiej 

pomocy.

Paine mówił bardzo głośno, starając się przekrzyczeć odgłosy grzmotów i 

łomot deszczu bijącego o dach. Youngman, tak jak kaŜdy mieszkaniec pustyni, lubił 

deszcz. Ponadto ulewa zmusiła w końcu Paine'a do milczenia. Zmusiła go do 

przełknięcia powodzi własnych słów. W przekonaniu Indian, słowa stanowiły broń 

białych. Indianie lubili przyglądać się białym, którzy na próŜno starali się opanować 

własne gadulstwo. Youngman skrzyŜował ramiona i czekał. Cisza mogła być 

pouczająca.

Paine nadal się uśmiechał. Miał koło trzydziestki. Na tle opalenizny odcinały 

się jedynie blade worki pod oczami. Minęła kolejna minuta wypełniona łomotem 

deszczu.

Paine westchnął. Miał potęŜną klatkę piersiową i mocne ramiona, porośnięte 

rudymi włoskami, a na nadgarstkach jaśniały nierówne blizny. Na zewnątrz strzelił 

piorun, przypuszczalnie w land-rovera, pomyślał Youngman. Paine jedynie rzucił 

okiem w tym kierunku, pewny siebie i opanowany. Burza osiągnęła apogeum. To nie 

tyle deszcz otwierał pustynne nasiona, ile jego gwałtowność. Uśmiech Paine'a zmienił 

się w rozbawienie.

Niebieskie oczy były czyste jak sadzawki, bez skazy i niewzruszone. Zupełnie 

obojętne. W niebieskich oczach brak jest pigmentu, przypomniał sobie Youngman. To 

tyko załamanie światła. Abner nazywa je „martwymi oczami". Nazywał. Paine, z 

lekka rozbawiony, spokojnie znosił wzrok Youngmana. Woda płynęła pod podłogą 

domku. Przez następne pięć minut błyskawice skupiły się nad niewielką wyniosłością, 

na której stał sklepik Selwyna.

Agregat Selwyna zakrztusił się. śarówka w biurze przygasła, niczym papieros, 

background image

a potem lekko pulsowała w powolnym rytmie benzynowej prądnicy. Youngman 

patrzył, jak Paine opuścił oczy. Dłonie Paine'a zacisnęły się w pięści, a potem znów 

się rozprostowały. Oczy się zwęziły. Podniósł strzelbę. śarówka jarzyła się 

pomarańczowo.

Youngman sięgnął do kieszeni koszuli Paine'a i wyciągnął stamtąd małą 

paczuszkę, lecz Paine zdąŜył złapać go za nadgarstek.

- To jest mi potrzebne! - krzyknął.

Gdy broń Youngmana oparła się o szczękę Paine'a, ten cofnął się, przyciskając 

głowę do ściany i puścił rękę zastępcy, który mocniej naparł na strzelbę.

- ŁŜesz - powiedział spokojnie Youngman. Był pewien, Ŝe tamten wiedział, o 

co chodzi. - Nie wiem, o czym łŜesz, ale łŜesz.

Cofnął się o dwa kroki i skierował wylot strzelby na wysokość paska lekarza. 

Paine wykonał ruch ręką, lecz zamarł na widok odwodzonego kurka.

- Myli się pan! Szeryfie, potrzebna mi jest próbka! Nie wiesz, co robisz! 

Proszę!

Youngman trącił stopą aluminiową walizeczkę.

- Idź, baw się z Nawahami. Oni we wszystko uwierzą.

Z wyrazu twarzy Paine'a widać było, Ŝe nie dosłyszał ostatnich słów przez 

grzmot burzy. Gdy Youngman uchylił drzwi, do środka wpadł wicher. Droga 

przekształciła się w płytką rzeczkę.

- Pamiętaj, sam tego chciałeś - ostrzegł go Paine.

Tyle przynajmniej dosłyszał Youngman, gdyŜ przy otwartych drzwiach nawet 

krzyk niewiele pomagał. Paine wziął swą walizkę i wyszedł na deszcz, po czym 

kluczykiem otworzył drzwiczki land-rovera. Youngman patrzył na to spod drzwi i 

zobaczył, jak za jego samochodem parkuje samochód SłuŜby Zdrowia. Po co, 

zastanawiał się Youngman, ktoś zamyka na kluczyk samochód w takim miejscu jak 

Gilboa? Poczekał, aŜ land-rover - z włączonymi światłami i szalejącymi 

wycieraczkami - zniknął w deszczu. Z odległości piętnastu metrów przez smugi wody 

widać było tylko tylne światła.

W tej chwili Anne Dillon otworzyła drzwiczki furgonetki. Youngman wspiął 

się do środka, przemoczony, jakby wyszedł spod prysznica. Kapelusz i strzelbę rzucił 

na bierwiona leŜące na tylnym siedzeniu.

Furgonetka była lepiej wyciszona niŜ biuro Youngmana. MoŜna było 

rozmawiać.

background image

- Widzę, Ŝe nadal dbasz o rozwój turystyki - Anne zwróciła się do 

Youngmana. - Przykro mi z powodu Abnera.

- Mnie teŜ.

- Ale przyjechałam tu po przeprosiny.

- Przepraszam.

- To nie wystarczy. W końcu udało mi się ściągnąć tych ludzi z fundacji, z 

głębi kraju, i od razu, na samym początku, musiałeś ich obrazić, a mnie wprawić w 

zakłopotanie. Od kiedy to jesteś straŜnikiem wszystkich tutejszych świętości? 

Wyszłam przez ciebie na idiotkę. Teraz przepraszasz i ja ci mam wybaczyć?

- Będziesz się starać. Będziesz się bardzo starać. 

Oczy Anne były niebieskie, ale nakrapiane brązowymi plamkami. Niekiedy 

były to oczy patrzące bardzo badawczo.

-Youngman, to okrutne, co powiedziałeś. Wcale nie muszę cię kochać. Mogę 

się o to bardzo postarać.

- Co to ma za znaczenie? - zapytał. 

- Jak to?

-PrzecieŜ juŜ za tydzień wyjeŜdŜasz na dobre z rezerwatu i wracasz do 

rodzinnych pieniędzy, gry w polo czy teŜ w co innego, czym tam zajmują się bogacze 

w Phoenix. Miałem nadzieję, Ŝe będziemy mieli ten tydzień dla siebie, ale coś mi się 

zdaje, Ŝe będziesz zajęta ornitologami, misjonarzami, czy kim tam oni są. Zresztą, 

czym oni się zajmują? Wspierają potrzebujących? Czy tylko zakochanych? Skąd mają 

pieniądze?

- Od grup wyznaniowych i korporacji.

- To ci dopiero. Romantyczny odpis podatkowy. Niezłe. Mówię to jako jeden 

z potrzebujących, sama rozumiesz. No więc pracuj z nimi, ciesz się. Biała bogini 

Hopi, patronka jaskry.

- Gdybyśmy mieli cały tydzień dla siebie, to właśnie tak byś do mnie mówił?

- A jak?

Wpatrywał się w deszcz bijący o przednią szybę, gdyŜ czuł na sobie jej wzrok. 

Dopiero po chwili dostrzegł, Ŝe jej oczy wzbierają łzami.

- Nie - powiedział Youngman. - Nic takiego bym nie powiedział. Jestem 

durniem i do tego potwornie zazdrosnym.

Przyciągnęła go do siebie. Wbiła mu palce w plecy i poczuł na szyi gorące łzy.

- Zazdrosny, zgoda - szepnęła Anne. - Ale wypchaj się z tą resztą.

background image

- Będę miał cały tydzień, Ŝeby się wypchać.

- Tak bym chciała, Ŝeby ich tu nie było. Ale czekają na mnie.

Kiedy się całowali, wsunął jej rękę za koszulę i przesunął lekko wzdłuŜ piersi, 

aŜ poczuł twardy sutek.

- Oni tu będą krócej niŜ tydzień. MoŜe ze cztery dni - powiedziała, wyciągając 

się na siedzeniu.

- MoŜe powinienem z tobą pojechać. - Youngman przykrył ją własnym ciałem.

- Nie, na tyle romantyczni to oni nie są. Czy nie widać nas ze sklepu?

- Nic nie widać.

Anne pojawiła się w rezerwacie przed dwoma laty jako ochotniczka SłuŜby 

Zdrowia. Uciekła z Phoenix od bogatej rodziny, która wzbogaciła się, kupując za 

bezcen kawały pustyni, a potem odsprzedając je drogo jako poligon dla lotnictwa. 

ś

ycie Dillonów przypominało bajkę: pokazy arabskich koni, golf w Scottsdale, loŜa w 

teatrze Sombrerro i piłki tenisowe robione na zamówienie przez Neimana-Marcusa. 

Według Anne był to rodzaj śpiączki, która ogarniała całe jej otoczenie. Ci lunatycy 

przez całe Ŝycie zdawali się nie dostrzegać meksykańskich i murzyńskich slumsów i 

indiańskiej nędzy. JuŜ w szkole doszła do wniosku, Ŝe jednym z przejawów tej 

ś

piączki ludzi uprzywilejowanych jest przeświadczenie, Ŝe tylko oni są prawdziwymi 

dziećmi tej ziemi, a wszyscy inni - zwłaszcza kolorowa biedota - to zawalidrogi. 

Wobec tego Latynosów nazywano Meksykanami. Murzyni to czarnuchy. Martwy 

Indianin był ciekawym wspomnieniem dawnego Zachodu, ale Ŝywy Indianin stanowił 

ź

ródło społecznych bolączek. Tego rodzaju przeświadczenia pomagały prowadzić 

wygodny Ŝywot, gdyŜ w przeciwnym wypadku człowiekowi groziło poczucie winy. 

W Phoenix nie lubiano poczucia winy; nie naleŜało ono do dobrego tonu.

Wina. Anne pracowała na mesie, w Pueblo Hotevilla. JeŜdŜąc setki mil po 

całej mesie z antybiotykami do odległych puebli, miała mnóstwo czasu, Ŝeby się 

zastanowić nad poczuciem winy jako bodźcem do działania. Dość wcześnie pojęła, Ŝe 

takie podejście cuchnie na odległość. Indianie cuchnęli, cuchnęły puebla, wiecznie 

ropiejące wrzody, które codziennie leczyła, teŜ przewaŜnie cuchnęły. Po pół roku 

miała dość i chciała zmienić dŜinsy na białe ubranie do tenisa. Tylko przez upór 

została na kolejne sześć miesięcy i wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Albo Indianie 

przestali cuchnąć, albo przestała na to zwracać uwagę. Coraz częściej reagowała 

zdziwieniem, kiedy biali turyści traktowali ją jak białą. A potem spotkała 

Youngmana.

background image

Ich ścieŜki skrzyŜowały się wcześniej juŜ kilkakrotnie, dość często, aby 

zdąŜyli poczuć do siebie niechęć. Tego razu wybrała się na wzgórza koło Moencopi, 

tereny, o które kłócili się Hopi i Nawahowie, aby leczyć chłopca pogryzionego przez 

wściekłego kojota. Policja Nawahów i Youngman przybyli na miejsce, aby zabić 

zwierzę, które schroniło się w szopie. Podczas gdy Nawahowie czekali z bronią na 

zewnątrz, zastępca szeryfa Hopi wszedł do środka z kocem i z pistoletem. Ceną 

zabicia kojota było jedno ukąszenie przez koc. W ciągu następnych czterech dni Anne 

zaaplikowała chłopcu i zastępcy szeryfa serię bolesnych zastrzyków w brzuch. 

Pierwszego dnia oświadczyła Youngmanowi, Ŝe sam sobie jest winien, gdyŜ wszedł 

do środka, zamiast czekać na zewnątrz. Odparł na to, Ŝe w szopie stały klatki z 

kurczakami i z królikami i kojot pozbawiłby rodzinę chłopca całorocznego zapasu 

jedzenia. A skoro ona miała lekarstwa na podorędziu, to co miał do stracenia? Nic 

oprócz bólu.

JuŜ po miesiącu często spotykała się z Youngmanem w róŜnych miejscach na 

mesie i na pustyni. Ich związek zaczął się nietypowo: najpierw wyzwolenie poprzez 

seks, a dopiero potem rozmowy i koniec samotności. Miłość - co do tego się zgadzali 

- przyszła niejako wbrew nim. Teraz, w chwili zakończenia pracy w SłuŜbie Zdrowia, 

miłość stała się tylko cięŜarem, kłopotliwą pamiątką.

Przywarła do niego, trzymając go w swym wnętrzu. Ale burza słabła, 

ustępując gwałtownym szkwałom, a zimne, płynne cienie przesuwały się po jej 

ramionach.

- Muszę juŜ jechać. Poczekasz te cztery dni?

- Dziewczęta Selwyna jeszcze mnie nie uwiodły - odparł.

- Na pewno próbowały. Gdyby miały okazję, to by mnie zatłukły.

- UwaŜaj wobec tego na spadające garnki.

- Naprawdę muszę juŜ lecieć - powiedziała Anne, pocałowała go i odepchnęła 

od siebie.

Usiedli i odszukali ubrania. Deszcz wyraźnie słabł, prawie ustawał.

- Co to za jeden, ten, którego wyrzuciłeś z biura?

- Nikt. Wymyślił jakąś historyjkę o badaniach nad przeciwciałami we krwi. 

Anne w ciszy dopięła koszulę.

- Skąd wiesz, Ŝe wymyślił? - Przeczesała palcami włosy.

- Wiem.

background image

- Youngman, to właśnie o takich badaniach od dawna myśli SłuŜba Zdrowia. I 

wyrzuciłeś go za drzwi? Czy nie wiesz, ilu Hopi cierpi na anemię i ma pasoŜyty we 

krwi?

Czuła, jak wzbiera w niej gniew; nie była w stanie go opanować.

- Kłamał.

- A ilu co rok ślepnie z powodu chorób wenerycznych albo głuchnie od atrezji 

uszu? Dlaczego nie pozwoliłeś mi z nim pomówić? Czy nie miał Ŝadnego 

zezwolenia?

- List z Window Rock - przyznał Youngman. Nie wspomniał o tym, co Paine 

robił z ciałem Abnera. Nie chciał szukać usprawiedliwienia.

- Aha, to o to poszło. Miał list od Nawahów, a to było dla ciebie za mało. 

Bardzo dziękuję. Być moŜe ja miałabym na ten temat odmienne zdanie.

Czuła, jak z kaŜdym słowem odgradza się od niej i oddala. Czy to ma jakiś 

sens, pomyślała. We dwójkę stanowili świetny przykład sił odśrodkowych. Dlaczego 

walczyła przeciw tej sile?

Youngman sięgnął do przedniego schowka po papierosy.

- Pal swoje - powiedziała Anne.

- Ale twoje są stęchłe.

- To co?

- Równie dobrze mogę je wypalić. 

Pomijając upór, draŜniły ją równieŜ jego przyzwyczajenia biedaka. Tak 

naprawdę to palenie stęchłych papierosów zaczęło się jednak w więzieniu.

- Nie ufasz Nawahom, nie ufasz białym. Czy jesteś paranoikiem? JeŜeli tak 

nienawidzisz pomocy z zewnątrz, to dlaczego znosisz mnie? - zapytała.

- Kocham cię.

- Tak po prostu?

- A cóŜ mogłoby być bardziej proste?

- Youngman, wyjeŜdŜam stąd za tydzień. Jedziesz ze mną?

- Do Phoenix?

- Niekoniecznie do Phoenix. Gdziekolwiek. Do Meksyku, jeŜeli masz ochotę.

- Co mam tam robić?

- Jesteś jednym z niewielu Hopi, który moŜe sobie dać radę poza rezerwatem. 

Znasz się na fotografii, malarstwie. A ja mam dość pieniędzy, Ŝeby starczyło nam na 

rozruch.

background image

- Wiesz, Ŝe mogłabyś tutaj zostać.

- Ja juŜ zostałam. Przyglądałam się, jak toczysz bitwy z tymi wszystkimi 

urojonymi obelgami, których rzekomo doświadczałeś od ludzi, w rzeczywistości 

pragnących przyjść ci z pomocą. Podobnie postąpiłeś z Franklinem.

- On teŜ chce mi pomóc? - Youngman zaśmiał się.

- Jego fundacja występuje, między innymi, w imieniu wielu firm 

farmaceutycznych. Hopi potrzebne są lekarstwa i pieniądze na własny szpital. Miałam 

nadzieję, Ŝe przed wyjazdem uda mi się załatwić tę darowiznę, ale dotąd byłam 

głównie zajęta przepraszaniem za ciebie.

- Nie! - Twarz Youngmana pociemniała z gniewu. - Nigdy tych ludzi nie 

przepraszaj w moim imieniu.

Anne popatrzyła przez szybę na szybko znikającą tęczę. Była raczej 

przygnębiona niŜ zła. „Ci ludzie" to obcy, Angole, biali. Jakimś zrządzeniem losu 

Youngman dla niej zrobił wyjątek. Ale pewnego dnia i to by się skończyło... a ona 

błaga go, Ŝeby wyjechał z nią z rezerwatu. Czy zwariowała do reszty?

- MoŜe to tylko seks - szepnęła do siebie.

- MoŜe. - Youngman miał dobry słuch.

Nie miała ochoty powtórnie wybuchnąć płaczem w jego obecności, wyjęła 

więc kluczyk i zapuściła silnik.

- Przez parę dni będziemy obozować na pustyni, a potem pojedziemy na ryby 

do Joe Momoa. Razem z nim przyjedziemy na Taniec WęŜy. Tam się spotkamy.

- Nie jedź.

- Dlaczego nie? - Anne oparła ręce o kierownicę.

Youngman nie wiedział. Wyrwało mu się to w pośpiechu, nie wskutek jakichś 

przemyśleń, tylko w wyniku natłoku wraŜeń i obrazów. Konie Joe Momoa, rysunek z 

piasku, oczy Abnera, czarne, śmierdzące plamy. Ich zapach.

- Posłuchaj. - Anne dotknęła ręki Youngmana. - Kiedy wrócę, wypuścimy się 

sami na kilka dni.

- To nie o to chodzi.

- A o co?

Głównie o zapach. Raz wchłonięty, zdawał się przenikać do krwi.

- Coś, co mi wczoraj powiedział Abner.

- Ach... - Mogła ich sobie wyobrazić. Dwóch pijanych Indian w słonecznej 

spiekocie. - I to wszystko?

background image

- Pojedź po prostu na mesę i tam czekaj na tańce. JeŜeli chcą sobie popatrzeć 

na Indian, to trudno o lepsze miejsce.

- Oni chcą pojechać pod namiot. - Anne potrząsnęła głową i wrzuciła bieg.

Nie słysząc nic więcej, Youngman wysiadł i zamknął drzwiczki.

Zajrzał przez szybę. Mokre, czarne włosy spadały mu na czoło. Z wysokości 

siedzenia kierowcy wydawał się niewysoki jak chłopiec.

Anne uwaŜała, Ŝe Youngman nie ma racji. Był zbyt przepełniony goryczą, zbyt

małomówny, zbyt szczupły i zbyt ciemny. Zbyt indiański.

Youngman patrzył, jak odjeŜdŜała w kierunku Selwyna, a potem wrócił do 

biura.

Zmarłych naleŜało pochować przed zmrokiem. Youngman nie wierzył w to 

wszystko, ale Abner wierzył, a w końcu to Abner był tym martwym.

Oderwał deskę z podłogi, pod którą nadal stała woda, i obmył ręce i twarz 

Abnera. Białą farbą od Selwyna ozdobił mu nogi i ramiona. Nad lewym okiem 

wyrysował półksięŜyc -symbol kapłański. Przeczesał zmarłemu włosy i wplótł w nie 

orle pióra. Inne pióra zamocował przy nadgarstkach i kostkach. W ręce Abnera 

wsypał mąkę kukurydzianą. Na szczęście stęŜenie pośmiertne juŜ ustąpiło, gdyŜ 

musiał mocno zacisnąć palce zmarłego. Resztę mąki wysypał Abnerowi na twarz, co 

nie było łatwe ze względu na rany. W białym worku, w miejscu twarzy, wyciął noŜem 

dziury, tak aby powstała „maska z chmur" na głowę. Na pustyni nic nie mogło się 

zmarnować, nawet martwi; mieli przecieŜ wrócić pod postacią deszczu. Owinąwszy 

Abnera w płótno, pochylił się i zgiął mu nogi w kolanach. Ciało zmarłego było 

drobne. Youngman wziął je pod pachę, a drugą ręką schwycił kij do spulchniania 

gleby i udał się do samochodu.

Oddalił się z piętnaście mil od Gilboa, aŜ dojechał na przełęcz ozdobioną na 

Ŝ

ółto przez rząd drzew paloverde. Wykopał parę centymetrów wilgotnej ziemi, a 

potem metr suchego piasku, ułoŜył Abnera w pozycji siedzącej, z twarzą zwróconą na 

wschód, i zapalił papierosa.

- CóŜ, wuju, powinien tu przyjść ktoś z rodziny, powiedzieć parę słów. Ale 

poza mną nie masz na kogo liczyć. Mówiąc między nami, to wolałbym zamiast 

przemowy zadać ci kilka pytań. Nie mam pojęcia, czy byłeś dobrym człowiekiem, czy 

nie. Tak naprawdę, to nawet nie wiem, czy to jest istotne. I... oszukaj ich. Nie wracaj 

pod postacią chmury. Pojaw się jako kaktus.

Przez wycięte otwory widać było zamknięte powieki Abnera. Na masce, na 

background image

wysokości policzka, pojawiła się róŜowa plama. Plama zaczęła się powiększać, a 

obok wystąpiły inne plamy. Abner nadal krwawił.

- Staruszku, przecieŜ nie Ŝyjesz - powiedział Youngman.

Nie tylko maska, ale i cała płachta pokrywały się czerwienią. Rozlewające się 

czerwo-noróŜowe plamy. Youngmanowi zabrakło odwagi, aby zdjąć maskę, wszedł 

więc do grobu i uniósł płótno. Rany na ciele zmarłego krwawiły. MoŜe to w wyniku 

jazdy samochodem, pomyślał. Ale martwi nie krwawią. Złapał Abnera za wilgotny i 

zimny nadgarstek; nie wyczuł pulsu. Wtedy dostrzegł dłoń Abnera. Sznurek, którym 

była związana w pięść, był przerwany, a wokół leŜały grudki nasiąkniętej krwią mąki.

Przed zachodem nadciągnął wiatr, kołysząc gałęziami drzew paloverde. 

Youngman zasypał grób i przykrył go kamieniami, aby zabezpieczyć przed 

drapieŜnikami. Na szczycie umocował kijek do spulchniania, symboliczną drabinę 

prowadzącą z grobu do nieba. Wiatr tłukł patykiem o kamienie.

- Uspokój się, Abner, puść ten kij - poprosił. Patyk przestał drŜeć. - Spróbuj 

choć na chwilę być martwy. MoŜe tak ci będzie lepiej.

Youngman powrócił tą samą drogą do Gilboa. Raz zatrzymał się i obejrzał do 

tyłu. Ostatnie promienie słońca padały na przełęcz oświetlając drzewa głęboką 

czerwienią.

Według Koranu pierwszego nietoperza stworzył Jezus. W czasie ramadanu, 

kiedy Ŝaden z wiernych nie ma prawa jeść od świtu aŜ do zachodu słońca, Chrystus 

przebywał na wzgórzach za Jerozolimą i nie widział horyzontu na zachodzie. Ulepił 

więc z gliny skrzydlate stworzenie i tchnął w nie Ŝycie. Stworzenie to - nietoperz -

wleciało do jaskini, z której wyłaniało się co wieczór i latało wokół Jezusa, aby mu 

donieść o zachodzącym słońcu.

Dla staroŜytnych Egipcjan nietoperze, ze względu na ich sutki, były symbolem 

macierzyńskiej miłości. Chiński znak, oznaczający nietoperza, symbolizował równieŜ 

szczęście, a niektóre ludy Pacyfiku Południowego widziały w nich bóstwa płodności.

Ale w Nowym Świecie nietoperz był bogiem. Majowie nazywali go Zotzilaha. 

Miasta i ludy nazywano jego imieniem, a jego podobizny widać było we wszystkich 

ś

wiątyniach Meksyku: uskrzydlony człowiek z pyskiem, zębami i językiem 

nietoperza, trzymający w jednej ręce odciętą ludzką głowę, a w drugiej - serce. 

Zotzilaha, Bóg Nietoperz, który władał ogniem, z czasem przemienił się w 

Huitzilopochtli, Boga Słońce, któremu kapłani, odziani w czapki z nietoperzej skóry, 

background image

składali w ofierze stosy wyciętych ludzkich serc. W 1519 r., w miejsce 

zapowiedzianego Białego Brata, w Meksyku pojawił się Cortez. Z pomocą proroctwa 

i zbuntowanych szczepów uwięził Montezumę. Hiszpanie odnotowali, co prawda, 

ataki „krwioŜerczych" nietoperzy, ale imperium Azteków legło z gruzach.

Bogowie umierają, ludy się zmieniają, a przyroda pozostaje. W ciągu 

następnych stuleci nietoperze wampiry królowały w meksykańskiej dŜungli, a na 

przestrzeni ostatnich dwudziestu lat - z niewiadomych człowiekowi przyczyn - 

zaczęły się systematycznie przemieszczać na północ. Była to nocna wędrówka, 

potwierdzona jedynie przypadkowymi i nienaukowymi doniesieniami o zabitych 

kozach, bydle, a nawet ludziach w górach Sonora.

Teraz, w nowym otoczeniu pustyni i na mesach, wampiry polowały tak jak 

dawniej: mądrze i cierpliwie. Przeleciały ponad dwoma stadkami owiec i zabitym 

królikiem, zatrutym i wystawionym dla kojotów. Wyschnięte łoŜyska potoków w 

blasku księŜyca przypominały ciemne wstąŜki. Na wilgotnym dnie wąwozów 

poruszały się salamandry tygrysie, polujące na owady i padające łupem węŜy. 

Nietoperze przepłynęły ponad piętnastometrowymi karnegiami olbrzymimi. Mleczną 

bielą jaśniały rozwijające się nocą kaktusy.

Do pisku nietoperzy przyłączył się inny dźwięk. Tęskny i zawodzący dźwięk 

piosenki country dochodził z wiatrem z daleka. Tysiąc nietoperzy skręciło jak jeden 

mąŜ. Ich pisk wzmógł się, a błony potęŜnych skrzydeł zaczęły szybciej uderzać o 

powietrze. Ten inny dźwięk, wiedziały dobrze, oznaczał bliskość człowieka. A takŜe 

jego uczynnię zgromadzonych zwierząt. Jezioro Ŝycia. Dwie mile stamtąd 

czternastoletni Isa Loloma, obolały po całodziennej pracy przy owcach, siedział w 

szoferce furgonetki dodge'a, popijając napój pomarańczowy i słuchając radia 

tranzystorowego. Furgonetka nie miała silnika. Osie kół wspierały się na cegłach. 

Furgonetka miała po prostu odstraszać kojoty i do tego celu nadawała się znakomicie. 

Noce Isy były długie i samotne.

Noc płatała figle. Niekiedy rozgłośnia Nawahów znikała z eteru, a na jej 

miejsce pojawiały się stacje z Houston czy Kansas City. Wtedy słuchał o 

restauracjach i o miejscowych astronautach. Wystarczyło tylko zamknąć oczy, 

połoŜyć ręce na kierownicy i zdawało się, Ŝe jedzie własnym cadillakiem obwodnicą 

jakiegoś miasta Angoli, ma na sobie koszulę z perłowymi guzikami, a w tylnej 

kieszeni uwiera go portfel wypchany dwudziestodolarowymi banknotami.

Tej nocy słuchał monotonnego programu z Gallup. KaŜdy sklep Piggly-

background image

Wiggly - powiedział głos z eteru - z przyjemnością przyjmie kupony Ŝywnościowe. W 

Tuba City odbędzie się konkurs tańca towarzyskiego. Wyniki sportowe podano dzięki 

sponsorowaniu przez traktory Masseya-Fergusona.

Isa pił powoli. Kiedy powieki zaczęły mu opadać, wysiadł z szoferki, roztarł 

nogi i chwilę biegał w miejscu, Ŝeby się rozgrzać. Nadal ziewając, sięgnął po leŜącą 

na siedzeniu starą strzelbę swojego ojca. Owce były cicho. Postanowił zrobić jedno 

okrąŜenie, a potem pójść się przespać.

Coś przeleciało obok. Nocny jastrząb, pomyślał. Jedyny kłopot z owcami 

pojawiał się wiosną, kiedy kojoty podkradały się po jagnięta, i w czasie strzyŜenia. 

Podrapane zwierzęta krwawiły i zapach krwi ściągał kojoty. Ale Isa strzygł uwaŜnie. 

Golił owce do róŜowej skóry, nie zostawiając nawet draśnięcia.

Gdy przeszedł pięćdziesiąt metrów, sen odszedł go zupełnie. Owce były 

prawie niewidoczne, pomimo Ŝe słyszał ciągły hałas. Owce musiały tu być, nie 

odeszłyby przecieŜ od trawy. Ale ten dziwny, szeleszczący dźwięk dochodził go 

zewsząd. Przełamał w sobie pierwszy, dziecinny odruch, Ŝeby wziąć nogi za pas. I 

wtedy, w odległości zaledwie metra, dwóch, zobaczył blady zarys głowy owcy. Na 

pewno rodzi, powiedział sobie.

Dziwne, był w stanie dojrzeć nogi, ale nie resztę ciała zwierzęcia. Obok 

widział głowę innej owcy, ale nic więcej. Skrzydło uderzyło długie włosy chłopca, 

muskając jego policzek. Coś dotknęło jego stopy. W kieszeni miał zardzewiałą latarkę 

o słabych bateriach. Wymierzył latarkę w najbliŜszą owcę. Blady, Ŝółty promień 

wydobył z mroku spokojnie poruszające się nozdrza. Światło przesunęło się w tył, 

poza kędzierzawą głowę. Na pierwszy rzut oka wydawało się, Ŝe boki owcy przykryte 

są szarym kocem. Wtedy dwa nietoperze podniosły wzrok w kierunku światła i 

zrozumiał, Ŝe kocem było ze dwanaście nietoperzy leŜących we krwi. Następna owca 

równieŜ przykryta była warstwą nietoperzy. Isa zatoczył latarką wokół siebie i 

zobaczył, Ŝe wszystkie owce były przykryte w podobny sposób i zdawały się spać, 

podczas gdy nietoperze poŜerały je Ŝywcem. Były to największe nietoperze, jakie 

kiedykolwiek widział, a te, które spłoszył, patrzyły nań z otwartymi pyskami. 

Poświecił w dół i strząsnął nietoperza, który wspinał mu się po nogawce. Nagłym 

podrzutem Isa skierował strzelbę w stronę owiec.

Wystrzał od razu zwrócił uwagę stada nietoperzy. Dwa padły martwe. Te 

będące w pobliŜu poderwały się do lotu, ale usiadły niedaleko. Całe stado zaczęło się 

gromadzić w miejscu, skąd padł strzał. Brak było przywódców, ale instynkt stada 

background image

odezwał się najszybciej w najbardziej agresywnych osobnikach, którymi były samice. 

Instynkt nakazywał chronić PoŜywienie i odstraszyć napastnika, którym był jeden 

człowiek. Po prostu jeszcze więcej PoŜywienia. Krąg się zacisnął.

Jedzenie było wspaniałą rzeczą. Niewiele było zwierząt na świecie (a 

wszystkie ustępowały nietoperzom inteligencją), których kaŜdy organ i zmysł byłby 

tak doskonale przystosowany do zdobywania PoŜywienia. W kaŜdym ciepłokrwistym 

zwierzęciu wyczuwały pulsowanie PoŜywienia, a powietrze było przesycone bogatym 

zapachem potu. Wobec tego nietoperze nie miały naturalnych wrogów, nawet 

człowieka. CóŜ to za wróg, skoro równieŜ był PoŜywieniem?

Nietoperz wystrzelił w kierunku chłopca, z łatwością omijając kolbę strzelby. 

Inny osobnik przeleciał, rozcinając mu nos. Chłopiec okręcił się, bijąc wokół rękami. 

Jego strach, urywany oddech i szybkie bicie serca podnieciło nietoperze jeszcze 

bardziej. Poza zasięgiem wirującej strzelby wytworzył się wokół niego inny wir. 

Jeden z wampirów spadł góry, szarpiąc mu ucho. Chłopiec przewrócił się i nietoperze 

od razu pokryły mu plecy. Kolejny nietoperz usiadł mu na dłoni i chłopiec upuścił 

broń, zerwał się i zaczął biec.

Leciały za nim, aŜ dopadł furgonetki, wskoczył przez drzwiczki i zakręcił 

okienko. Przez chwilę nietoperze kłębiły się na masce i za szybą. Potem, jeden po 

drugim, powróciły do owiec. Do PoŜywienia.

background image

Rozdział trzeci

- Kiedy juŜ umrę i pójdę do piekła - Selwyn mruŜył oczy na słońcu - to na 

pewno będę się czuł jak w domu.

Ręką wymacał piersiówkę w kieszeni, a Youngman ominął dziurę w drodze. 

Esther, Ŝona Selwyna, i jedna z jego córek siedziały z tyłu jeepa zastępcy szeryfa. 

Nastolatka wystroiła się na imprezę w czarną suknię z czerwoną lamówką. Przed nimi 

wznosiła się Czarna Mesa - centrum świata dla Hopi. Z ogromnej mesy cztery palce 

wbijały się na południe, w pustynię. Po kolei, od zachodu na wschód, nazywano je: 

Trzecia Mesa (z pueblami Hotevilla i Oraibi), Druga Mesa (puebla Shongopovi i 

Shipaulovi), Pierwsza Mesa (Hano i Walpi) i Mesa Antylopy (na której sterczały 

ruiny Awatovi). Widziane od strony biegnącej dołem drogi, wszystkie mesy 

przypominały płaską, jednolitą ścianę skalną, rozciągającą się aŜ po horyzont. Na 

niebie widać było tylko dwie małe chmurki.

- Czy Anne powiedziała ci, gdzie chciała rozbić obóz? - zapytał Youngman.

- Nie pytałem - odparł Selwyn. - Tak czy inaczej, ona ze mną nie rozmawia, 

drogi Romeo. Wiesz przecieŜ, Ŝe myśli wyłącznie o tobie. Najgorsze są te bogate 

dziewczyny. Białe. Słuchaj, ona nie jest dla ciebie. Przyjrzyj się mojej Mae. Mógłbyś 

gorzej trafić.

Youngman w widoczny sposób nie był zainteresowany.

- Jak zwykle. Oni chcą derki, a ja sprzedaję garnki. Czekają na białe, a ja...

- Selwyn, nie powiedziałeś mi nigdy, dlaczego skończyłeś z pracą 

misjonarską.

- Ja nie skończyłem. To ona skończyła ze mną. Sam widzisz - połknąłem 

innego bakcyla.

- Nie rozumiem.

Korzystając ze stosunkowo równego odcinka drogi, Selwyn pociągnął z 

piersiówki.

- Według mojej teorii z religią jest jak z chorobą, a potęŜna religia przypomina 

epidemię. Weź na przykład chrześcijaństwo, islam czy buddyzm. Istne epidemie. 

Zaczyna się w jakimś miejscu, rozprzestrzenia się wzdłuŜ szlaków handlowych, 

kwitnie przez kilkaset lat, a potem obumiera albo pada ofiarą kolejnej epidemii. 

Przysłano mnie tu jak zarazek, Ŝebym was pozaraŜał. Zamiast tego -tu wzruszył 

background image

ramionami - wy zaraziliście mnie.

— Czym?

- Spragnionymi ustami. - Selwyn znów pociągnął z butelki.

ZbliŜali się do Trzeciej Mesy, wysokiego masywu skalnego, ściętego gładko 

na szczycie, gdzie tkwiły rozpadające się, przypominające pudełka resztki osady. W 

starym Oraibi nadal mieszkało trochę ludzi, niczym rozbitkowie po jakimś 

kataklizmie.

Esther szturchnęła Youngmana w plecy.

- Muszę się zająć nogami Mae. Zatrzymaj się przy Hiszpańskim Miejscu.

Youngman zjechał z drogi obok drzewa jadłoszynu i zniszczonego blaszanego 

szyldu, na którym było napisane: „Uwaga. Obcym wstęp wzbroniony. Ze względu na 

gwałcenie przez was tak praw szczepowych, jak i waszych własnych, wioska Oraibi 

jest terenem zamkniętym".

Selwyn poszedł oddać mocz za znakiem. Spod białych wełnianych onuc na 

nogach Mae wystawały kolorowe skarpetki sportowe za pięćdziesiąt dziewięć centów. 

Podczas gdy Esther ponownie mocowała tradycyjne owijacze, Youngman oparł nogi o 

deskę rozdzielczą i zapalił.

Ten odcinek drogi niczym nie róŜnił się od innych, mimo iŜ niektórzy Hopi 

twierdzili, Ŝe to właśnie tutaj w 1540 r. doszło do spotkania z konkwistadorem Pedro 

de Tovarem i jego Ŝołnierzami.

UwaŜano, Ŝe to był właśnie Pahana, Biały Brat, którego opuścili Hopi, kiedy 

tysiąc lat wcześniej wywędrowali z Meksyku. Oraibi załoŜono w roku 1100. Potem, w 

miarę jak na Czarną Mesę przybywała reszta klanów, powstawały inne puebla. 

Wszyscy razem czekali na przyjazd Białego Brata, którego pojawienie się miało 

oznaczać zamknięcie się ziemskiego cyklu. W oznaczonym roku Pahana nie pojawił 

się jednak. Był wtedy (pod postacią Corteza) zajęty niszczeniem państwa Azteków. 

KaŜdy rok spóźnienia Białego Brata Hopi zaznaczali nacinając patyk.

Kiedy na widnokręgu pojawił się de Tovar, tych nacięć było juŜ dwadzieścia. 

Hopi w pośpiechu zaczęli przygotowywać się na wielkie wydarzenie. Kapłani Klanów 

Ognia i Niedźwiedzia wybiegli na pustynię, aby przed końmi i ludźmi w zbrojach 

rozsypać na powitanie barwioną na niebiesko mąkę kukurydzianą. De Tovar 

przyglądał się temu zakłopotany, tak Ŝe podjęcie decyzji spadło na katolickiego 

księdza.

- Po co tu przyjechaliśmy? - krzyknął.

background image

- Santiago! - odpowiedzieli Ŝołnierze, wzięli na lance stojących na drodze 

Hopi i szybko opanowali puebla.

Dla większej chwały Pana, z Hopi zrobiono chrześcijan i niewolników. 

Posłano ich do kopalń w poszukiwaniu srebra, złota, rtęci i czarnej mazi płonącej jak 

węgiel. Indian, oddających się nadal pogańskim praktykom, karano chłostą bądź 

przypalano płonącą terpentyną. Przez sto czterdzieści lat Hopi płacili za pomyłkę co 

do de Tovara, aŜ pewien Tewa zwany Popay przysłał im sznurek z supełkami, które 

wyznaczały datę powstania we wszystkich pueblach południowego zachodu. Na 

Czarnej Mesie sygnałem do walki było pohukiwanie sowy. śołnierzy kastylijskich 

zabito przy drzwiach kościołów, księŜy zakłuto przy ołtarzach, zakopano stalowe 

halabardy, a kościoły zrównano z ziemią. Podczas odwrotu do Meksyku zginęło 

pięciuset białych i choć w późniejszych czasach Hopi znów podbili Hiszpanie, 

Meksykanie i Amerykanie, to plemię stało się znane ze swojej niechęci do 

chrześcijaństwa. Zaczęli więc znów wyczekiwać na prawdziwego Pahanę.

Selwyn wynurzył się zza znaku, dopinając rozporek.

- W Biblii jest napisane, Ŝe Jezus poszedł na odludzie i Ŝe tam pościł przez 

czterdzieści dni. - Poprawił sobie spodnie. - Ciekawe, jak długo Syn BoŜy potrafiłby 

Ŝ

yć tak jak Hopi.

- Selwyn, z ciebie jest kawał cynicznej świni. 

- Ale nie takiej jak ty. Ja tylko mówię w ten sposób. Wóda pomaga mi 

zachować niewinność.

- Z wyjątkiem chorych nerek.

Nagle pojawiły się dwa samochody. Pierwszy jechał buick le sabre, świecący 

nowością spod warstwy kurzu. Youngman zdołał dojrzeć profil rozmawiającego przez 

telefon kierowcy, Indianina o kwadratowej twarzy, odzianego w elegancki garnitur. 

Na tylnym zderzaku widniał napis: „Dine Bizeel" - „Potęga Nawahów".

- Walker Chee! - Mae spojrzała z podziwem na samochód przewodniczącego 

rady plemiennej Nawahów.

„Głowotłuk". Youngman uŜył epitetu, którym Hopi określali Nawahów ze 

względu na stary zwyczaj miaŜdŜenia głów schwytanym jeńcom.

Drugim samochodem był cadillac. Za kierownicą siedział nieznany 

Youngmanowi człowiek w koszuli z krótkimi rękawami i w krawacie. Zza 

przyciemnionych okularów obrzucił stojących przy drodze Indian obojętnym 

spojrzeniem.

background image

Paine, zmęczony całonocnym tropieniem sygnałów, zapadł w sen w kabinie 

land-rovera. Pocił się i drzemał w słońcu poranka.

Był znów w Meksyku.

Wraz z ojcem byli immunologami pracującymi na kontrakcie w Instituto 

Nacional de Investigaciones Pecuarias, w Stacji Badawczej Nietoperzy Wampirów w 

Mexico City. Celem badań stacji było opanowanie derriengue, wścieklizny 

przenoszonej przez ukąszenia nietoperzy. Paine'owie szukali odpowiedzi na pytanie, 

dlaczego wampiry są odporne na przenoszony przez siebie wirus.

Zamknięte oczy Paine'a zwilgotniały. Znów był w jaskini, na Sierra Mądre del 

Sur, w pobliŜu granicy z Gwatemalą. On, ojciec i Ochay postępowali za snopami 

ś

wiatła rzucanymi przez mocowane na hełmach lampy, sunąc ostroŜnie po półce, 

sześćdziesiąt metrów nad dnem jaskini. Miała kształt owalny, ściany łagodnie opadały 

do dołu, a ku górze pięły się jeszcze ze trzydzieści metrów, w kierunku wielkich 

stalaktytów i gniazd nietoperzy. Paine był kierownikiem grupy i szedł na czele. 

Trzymał się nylonowego sznura, przechodzącego przez oczka ząbkowanych kotew, 

które wbijał co parę metrów w głąb wapiennej skały. Joe Paine i Ochay szli tuŜ za 

nim, trzymając się sznura, dźwigając na plecach czerwone butle z trucizną. Tym 

razem, z powodu wspinaczki, nie wzięli skafandrów, jedynie gogle i maski gazowe 

chroniące przed amoniakiem parującym z odchodów nietoperzy. Bez maski człowiek 

mógł wytrzymać najwyŜej sto jednostek na milion w ciągu godziny, a u wejścia do 

jaskini aparat wykazał stęŜenie czterech tysięcy jednostek.

- Wchodzimy głębiej, to jeszcze nie koniec drogi - powiedział Hayden Paine.

Dr Joseph Paine był juŜ za stary na tego rodzaju pracę. Spod czapki wystawały 

mu kłaki siwych włosów, niczym pióra sowy. Kolana uginały mu się pod cięŜarem 

butli. Powodowany dumą, odmówił jednak zajęcia się wyłącznie pracą laboratoryjną 

w stolicy. Dzięki temu mógł równieŜ lepiej kontrolować syna.

Bez obecności tego starego człowieka Ochay prawdopodobnie w ogóle nie 

zgodziłby się iść na wyprawę.

Wszyscy Meksykanie w stacji wiedzieli, Ŝe syn jest dąŜącym do sławy 

maniakiem, który wyszukiwał największe legowiska nietoperzy w najbardziej 

niedostępnych miejscach. Spośród członków druŜyny badawczej jedynie Ochay i 

Hayden Paine uniknęli ukąszeń, upadków i zatrucia amoniakiem. Bez starego cała 

wyprawa nie doszłaby do skutku.

background image

Paine oparł się na czubach butów. Wapienna półka miała szerokość pół metra, 

a odstający od ściany stalaktyt całkowicie tarasował dalszą drogę.

Idący za Paine'em ojciec zdjął maskę, chcąc coś powiedzieć.

- Na dziś starczy. MoŜemy tu zostawić kanistry i wrócimy jutro.

Paine puścił tę uwagę mimo uszu. Zamachnął się trzymaną w lewym ręku 

siekierką, aŜ wbiła się w ścianę po drugiej stronie przegrody. Szarpnął mocno za 

stylisko. Wydawała się tkwić pewnie. Wbijając kolejną kotwę słyszał, jak echo odbija 

się od ścian jaskini. Kilka nietoperzy zapiszczało gniewnie.

W jaskini mieszkały dwa miliony nietoperzy. Nietoperze „białe duchy". 

MięsoŜerne nietoperze o nosach jak lance. Nietoperze Ŝywiące się nektarem. 

Dwanaście rodzajów malutkich nietoperzy polujących na owady. MięsoŜerne 

Vampyrum spectrum o metrowej średnicy skrzydeł. Nietoperze polujące na ryby. A 

takŜe trzymająca się na osobności kolonia prawdziwych wampirów, Desmodus.

- Podajcie kanistry - rozkazał Paine.

Joe Paine i Ochay przyczepili kanistry do sznura. Paine patrzył z niepokojem, 

jak butle pobrzękując przesuwają się wokół stalaktytu i ostroŜnie wciągnął truciznę na 

półkę.

- Chodźcie.

- Nie dam rady - odparł Ochay.

- Wampiry są dalej.

- Nie mogę...

Przerwał im pisk. Spod sklepienia jaskini, gdzie mieszkały Yampymm 

spectrum, doszedł ich hałas. Lampa Ochaya wydobyła z mroku lecące na dno róŜowe 

niemowlę wampira.

Dno jaskini stanowiło odrębny świat - kotłującą się brązową zupę 

przetrawionego soku, mięsa, owadów i krwi. Zupa zawierała dwadzieścia procent 

protein i Ŝywiła kolonie bakterii. Na kaŜdym metrze kwadratowym kłębiły się 

Ŝ

ywiące się padliną pszczoły, ropuchy i kraby górskie. Olbrzymie karaluchy i jadowite

węŜe. Dla nich wszystkich odchody stanowiły ciągły strumień jedzenia lub strawy dla 

ich strawy. Upadek pechowego nietoperza oznaczał dla nich istną bonanzę, a dla 

niego - kilka sekund strasznej agonii.

- Idziemy. - Paine szarpnął sznur.

Joe Paine, a w ślad za nim Ochay, obeszli dookoła stalaktyt. Ochay trząsł się.

- Za bardzo ryzykujesz. - Joe Paine przywarł do skały. - Ochay...

background image

- JeŜeli ja dałem sobie radę, to i on potrafi -odparł.

- Ale kończy się nam powietrze. Proponuję... - ojciec nie ustępował.

- PrzecieŜ to ja, a nie ty, jestem kierownikiem wyprawy.

Paine ruszył dalej. Skalna półka zwęŜała się coraz bardziej. Najpierw 

trzydzieści centymetrów, potem dwadzieścia, a na koniec piętnaście. Paine musiał co 

krok wbijać kotwy, a z tyłu ojciec i Ochay mordowali się z kanistrami z trucizną.

- Boi się - ojciec szepnął do Paine'a. - Powinieneś go zrozumieć. Boi się 

ciebie. Ja teŜ się chyba teraz ciebie boję.

- Dam sobie bez was radę.

- Naprawdę?

W grotach nad głową poruszyły się ciała, a uszy wsłuchały się w ludzkie 

głosy. Nawet przez maskę Paine wyczuwał wzmagający się odór amoniaku.

- To jest ostatnia jaskinia, do której wchodzisz. JuŜ moja w tym głowa - 

powiedział Joe Paine.

- Jesteśmy juŜ prawie na miejscu.

Tym, co zmusiło Paine'a do postoju, nie był brak powietrza, tylko koniec 

sznura.

Madre de Dios - popłakiwał Ochay.

Paine zabrał z cięŜarówki suche i płynne trucizny. Na tak wielką jaskinię 

wybrał cyjanowodór. Na dnie kanistrów znajdowało się spręŜone powietrze, a na 

górze pojemnik z trującą substancją. Związał oba kanistry razem i opuścił je na 

sznurze z ostatniej kotwy, aŜ zawory znalazły się na poziomie ścieŜki. Potem 

wyregulował szyjki na rozrzut w promieniu dziewięćdziesięciu stopni i ustawił stoper 

startowy na odpalenie za trzydzieści minut. Po upływie tego czasu ze zbiorników 

wydobyłby się trzydziestometrowej długości strumień gazu, który - wchodząc w 

reakcję z wilgocią jaskini - przekształciłby się w kwas cyjanowodorowy, śmiertelny 

dla wszystkich istot Ŝywych, wliczając w to ludzi, którzy go przynieśli.

Paine powoli i dokładnie sprawdził stopery i umocowania butli.

-Por favor... - błagał Ochay.

- Wracamy - zwrócił się do syna Joe Paine. - MoŜe po powrocie do Mexico 

City pojedziemy jeszcze razem do Stanów.

Paine nie słuchał. Został sam i dwukrotnie sprawdził, czy wszystko jest w 

porządku. Kiedy juŜ się upewnił, skierował światło latarki na sklepienie, które 

zdawało się być pokryte brązowymi kamykami. Wtem jeden z kamyków rozpostarł 

background image

skrzydła i przekręcił się, obnaŜając zęby w kierunku światła. Paine odwrócił latarkę, 

Ŝ

eby nie niepokoić pozostałych wampirów. Puścił sznur, po czym przymocował go do 

ostatniej kotwy. Ojciec i Ochay oddalili się juŜ z dziesięć metrów. Droga powrotna 

szła im szybciej i juŜ zbliŜali się do stalaktytu, którego - jak twierdzili wcześniej - nie 

byli w stanie obejść. Sprawdził wskaźnik na butli z powietrzem. Zostało dwadzieścia 

minut. W sam raz.

Nagle sznur zwiotczał mu w rękach i Paine domyślił się, Ŝe ktoś odpadł. W 

ś

wietle lampy zobaczył lecące w dół nogi, czerń, a potem głuchy odgłos ciała 

uderzającego o dno jaskini. Potem ujrzał Ochaya, który popłakiwał przez całą drogę, a 

spadł w kompletnej ciszy. Zatapiał się w brei.

- Pająk! - krzyknął Joe Paine. - Pająk na linie! 

Sznur napiął się i znów zwiotczał. 

- Hayden! Szybko!

Joe Paine zwisał z metr poniŜej wąskiej ścieŜki. Paine przesunął się wzdłuŜ 

sznura.

- Zsuwam się.

Paine widział, jak rozczapierzone palce ojca ześlizgują się po kamieniu. 

Dwudziestokilkucentymetrowej średnicy tarantula ruszyła szybko w kierunku Paine'a. 

Rozdeptał ją butem.

- Podaj rękę! - powiedział i schylił się.

- Nie dosięgnę.

Paine owinął sobie dwukrotnie sznur wokół nadgarstka i wychylił się, jak 

mógł najdalej. Ojciec uniósł się i wyciągnął rękę, jak tylko mógł najwyŜej, był jednak 

zbyt daleko i rękę miał za wilgotną, aby Paine mógł ją schwycić. Obaj męŜczyźni 

patrzyli na siebie przez chwilę, po czym Joe Paine zaczął zsuwać się w dół. Zsuwał 

się po pochyłej ścianie, zatrzymując się co parę metrów, malejąc w świetle latarki 

Paine'a, aŜ na koniec wylądował na dnie.

- Hayden! Rzuć mi coś!

Paine schwycił za sznur, wyrywając z miękkiej skały kotwy, omal nie tracąc 

przy tym równowagi. Koniec liny obwiązał wokół styliska siekiery i zrzucił ją na dół. 

Zatrzymała się z pięć metrów nad głową ojca.

- Wszędzie po mnie łaŜą! Jezu! PoŜrą mnie Ŝywcem!

Siekiera Ochaya leŜała nadal na półce. Paine wbił ją głęboko w skałę i uwiesił 

się na niej. Jego siekiera zwisała teraz zaledwie o półtora metra nad ojcem. Zsunął 

background image

maskę.

- Podejdź do ściany! Wspinaj się!

- Nic nie widzę! Hayden, one... Och! BoŜe!!!... Nie!!!

- Wspinaj się!

- BoŜe!!!

Potem cisza, aŜ do ostatniego krzyku.

- Hayden!!!

Obudził się, wstrząsany konwulsjami, zdrętwiała dłoń podwinięta była pod 

siedzenie. Na rękach i kolanach, nadal drŜąc, poczołgał się do schowka na Ŝywność i 

wylał sobie na głowę litr wody. Wbił pięści w oczy, starając się zapomnieć ojca, 

Ochaya i innych. Przez chwilę szarpał się z buteleczką, aŜ sobie wysypał na dłoń 

pastylki uspokajające.

Musiał spać. Musiał spać. Ale, dobry BoŜe, bez snów. śeby tylko dotrwać do 

nocy.

- Nie zapomnij mnie odebrać, jak będziesz wracał - powiedział Selwyn 

wysiadając z jeepa z Esther i z Mae.

Byli u stóp mesy, gdzie w aluminiowej przyczepie mieszkała ośmioosobowa 

rodzina siostry Esther. Wnętrze przypominało mały wybieg rozciągający się między 

chłodziarką na piwo i telewizorem. Dzieci, ubrane w stroje ze sklepu dla turystów, 

otoczyły Selwyna i zaczęły okładać go gumowymi tomahawkami.

- I nigdy nie Ŝeń się z kimś innej rasy - Selwyn jęknął.

Youngman pojechał sam dalej na pustynię, gdzie członkowie Klanu WęŜa 

zbierali węŜe.

Cecił Somiviki, wraz z młodszym bratem Powellem, siedział na tylnym 

zderzaku swojego samochodu. Między nimi leŜał woreczek, drgający w rytm ruchów 

węŜy schowanych w środku -grzechotników diamentowych, Ŝmij, grzechotników 

preriowych, mokasynów miedzianogłowych, ale głównie małych grzechotników 

Hopi. Bracia rozebrali się do majtek i przepasek; Cecil miał na głowie kapelusz, a 

Powell - okulary przeciwsłoneczne. Od czas do czasu młodszy brat polewał worek 

wodą, Ŝeby ochłodzić węŜe.

- Co tam? - Cecil powitał Youngmana. Był szeryfem plemienia, a na boku 

sprzedawał w pueblach butle z propanem.

- Umarł Abner Tasupi.

background image

- O, kurwa! Jak to się stało?

- Jakieś zwierzęta. Cały był pogryziony.

- To skurwysyny!

Powell milczał. Miał dziewiętnaście lat i pochylał się w skupieniu nad 

plemienną gazetą ,,Qua' Toqti", „Krzyk Orła", tak jakby rozmowa była poniŜej jego 

godności.

- To był kawał zwariowanego sukinsyna. Dzikus. No cóŜ, to najlepsza 

wiadomość, jaką dziś usłyszałem.

- Był po prostu starym, człowiekiem. 

- Mordercą. Wszyscy o tym wiedzą. Czarodziejem.

- Nie wierzysz w te bzdety.

- Nie wierzę, ale to prawda. Jak myślisz, dlaczego go wypędziliśmy? Zawsze 

siedział w Kanionie Maski, w pueblach duchów. Potem wracał i warzył róŜne 

trucizny. ZałoŜę się, Ŝe zabił z piętnastu, dwudziestu ludzi. MoŜe więcej. JeŜeli kogoś 

nienawidził, to zmieniał się w wielkiego czarnego psa i zrzucał biedaka w przepaść z 

mesy. Nawet Głowotłuki się go bały. Skoro o nich mowa: był tu Walker Chee i chce 

cię wziąć za dupę.

- Nie pierwszy raz.

- Teraz mówi, Ŝe pobiłeś jakiegoś pahana. Nie chcę wiedzieć, o co poszło, ale 

nie rób tego więcej. A co z Joe Momoa? Dlaczego wszystkim zachodzisz za skórę? 

Zawsze wybierasz niewłaściwych przeciwników. Na litość, bądź ostroŜny. 

Kapłan Klanu Ognia podszedł do samochodu. W wyciągniętych rękach 

trzymał po trzy lub cztery grzechotniki, blade i cięŜkie diamentówce, rogate węŜe o 

cięŜkich łuskach; wszystkie wiły się bezsilnie. Cecil otworzył worek, a Powell 

podniósł w górę orle pióro. Z otworu wyłoniła się głowa grzechotnika Hopi, ale ruch 

piórem zapędził go z powrotem do środka. Kapłan wrzucił węŜe do worka, poŜyczył 

papierosa i oddalił się na pustynię.

- Czy Momoa wezwał weterynarza? - zapytał Youngman.

- Mówiłem z Joe wczoraj. Powiedział tylko, Ŝe chce zapolować na jakieś 

nocne szkodniki. MoŜe miał ciebie na myśli. - Cecil palił; popiół spadał mu na 

brzuch. - Nie mieszkałeś u nas, nic nie wiesz o Abnerze. Czy wiesz, Ŝe kiedyś 

Arizona Public Gaś wysłało kilku robotników do Jed-dito Wash? Abner skądś się o 

tym dowiedział. Przebrał się za Masawa. Zwariowany sukinsyn rozkopał grób, włoŜył 

na siebie ubranie nieboszczyka, oblał się krwią królika i poszedł do Jeddito robić leki.

background image

- Poskutkowało?

- A jak sądzisz? Jak pahani zobaczyli wariata ubranego w szmaty i wyjącego 

jak potępieniec, to z miejsca dali dyla.

Powell odchrząknął.

- Posłuchajcie, co tu piszą: „Pomimo Ŝe pahani opróŜnili do cna rzekę Gila, 

pomimo Ŝe pahani ukradli z rzeki Colorado czterokrotnie więcej wody, niŜ im się 

naleŜało, pomimo Ŝe zatruli Lake Powell i Małą Rzekę Colorado, pomimo Ŝe ukradli 

całą rzekę San Juan, to poziom wód gruntowych pod Phoenix w dalszym ciągu opada 

tak, Ŝe miasto opustoszeje za dwadzieścia lat".

- Durniu - ziewnął Cecil. - Wpierw tu przyjadą i ci zabiorą ostatnią kroplę 

wody, zanim wypuszczą wodę z jakiegokolwiek basenu w Phoenix.

- Tylko takiego komentarza mogę się po tobie spodziewać. - Powell był 

najlepszym uczniem w szkole misyjnej. Mówił jak maszyna do pisania. - Brakuje nam 

przywódców, jedyne, co mamy, to starcy i takie apolityczne osobniki jak wy. Dlatego 

właśnie musimy połączyć się z Chee, to jest przynajmniej ktoś, kto jest w stanie 

przeczytać kontrakt. To dlatego Nawahowie mają elektrownie i umowy o wydobyciu 

węgla. Chee mógłby i ten rezerwat ruszyć z miejsca.

- Jasne, ruszyłby nas wprost do klozetu, zatrzasnął klapę i spuścił wodę. - 

Cecil sięgnął ręką i zza worka wydobył dwa piwa. Jedną z puszek podał 

Youngmanowi.

- Czy znalazłeś jakiegoś durnia, który zgodziłby się pochować Abnera?

- To ja.

- Aha. Wobec tego przejmiesz po nim szopę. Ale co z lekami? PrzecieŜ on 

tam miał potęŜne leki, których nikt inny nie potrafi stosować.

- Nie wierzę w te historie.

- Nikt nie wierzy. Ale lepiej coś z nimi zrób albo przekaŜ wszystko Klanowi 

Ognia. Mają dziś być w Shongopovi.

Youngman pojechał dalej drogą w głąb mesy, mijając parking cięŜarówek Cal 

Gas, które nie mogły dojechać dalej wąską drogą, potem przejechał koło sadów, w 

których rosły małe, pomarszczone brzoskwinie. Później widział pola niskiej, 

sięgającej najwyŜej do piersi, kukurydzy i nowe, tandetne domki w pueblo 

Shipaulovi, gdzie mieszkał Cecil. Dwie mile dalej zaczynało się Shongopoyi. Ilekroć 

Youngman wjeŜdŜał do tego puebla, zawsze ogarniała go depresja. Shongopori było 

domem dla większości starych „tradycjonalistów", którzy uciekali przed białymi, 

background image

przed Nawahami i gotowali się do ostatecznego starcia na samym skraju mesy. 

Wysypisko śmieci. Setka zrujnowanych domów z kamienia i gliny, otoczona gruzami 

i śmieciami. Wokół betonowe wychodki. Ani źdźbła trawy, ani jednej ulicy, tylko 

muchy drzemiące w alejkach, starcza twarz za potłuczoną szybą i ostre cienie pod 

ś

cianami. Zamieszkane ruiny wokół zakurzonego placyku zawieszonego nad pustynią. 

Nikt, rzecz jasna, nie skakał w dół. W Shongopovi ludzie po prostu usuwali się w 

nicość.

Słońce świeciło oślepiająco. Youngman zaparkował na placu przed domem 

Harolda Masito, kapłana Klanu Niedźwiedzia, i przez siatkowe drzwi wszedł do 

ciemnego, zimnego wnętrza. Harold siedział na rozkładanym łóŜku i reperował 

patyczki modlitewne. Na ścianach wisiały kolorowe zdjęcia wnuków i haftowany 

portret Johna Kennedy'ego.

Swego czasu Harold był jednym z najsilniejszych męŜczyzn w rezerwacie. Po 

muskułach nie zostało ani śladu, a nad pochylonym ciałem górowała pomarszczona 

twarz z wydatnym nosem i mocno zarysowaną szczęką. Był on jednym z ludzi, którzy 

mianowali Youngmana zastępcą szeryfa.

- Abner nie Ŝyje. - Youngman przysiadł z szacunkiem na rozkładanym krześle.

- Aha - skinął Harold. OstroŜnie przywiązał piórko do uchwytu kijka.

- Dwie noce temu. Przyjaźniłeś się z nim, więc sądziłem, Ŝe chciałbyś o tym 

wiedzieć.

- Naprawdę?

Harold sięgnął po następny patyk, starając się opanować drgania 

pokrzywionych artretyzmem palców.

- Naprawdę. Musiałem go sam pochować. Przed śmiercią poprosił ciebie i 

innych kapłanów, Ŝebyście do niego przybyli.

- Nie jestem z Klanu Ognia.

- Ale byłeś jego przyjacielem. Mogłeś przynajmniej go odwiedzić. Przez dwa 

lata ani razu nawet go nie odwiedziłeś, a teraz nie Ŝyje.

- Jesteś zły.

- Cholernie zły. PrzecieŜ ja jestem zwykłym włóczęgą. śeby włóczęga grzebał 

Abnera! Wuju, to bez sensu. Abner był kimś waŜnym, zasłuŜył sobie na coś więcej. 

Na pewno nie na to, Ŝeby wszyscy się od niego odwrócili i pozostawili go samego na 

pustyni. Nawet kiedy byłem jeszcze chłopcem, wszyscy uwaŜali Abnera za wielkiego 

człowieka.

background image

- Abner był wielkim człowiekiem - odezwał się Harold po pięciominutowym 

milczeniu. - Ale potem zwariował, stał się niebezpieczny. Przedtem, jak mówisz, był 

wielkim człowiekiem. MoŜe nawet największym na świecie. Głodny?

Harold wyszedł tylnymi drzwiami do Ŝony, która pracowała przy kamiennym 

piecu. Wrócił z płaskim, gorącym kawałkiem chleba.

- Nie mam masła. Chcesz z margaryną?

- Nie, dziękuję, wuju.

Starzec usiadł zamyślony na łóŜku. Chleb stygł mu w rękach.

Wreszcie Youngman stracił cierpliwość.

- Traktowaliście go jak śmiecia, gorzej niŜ pahana. Ty, Klan Ognia i cała 

starszyzna. Teraz biedak nie Ŝyje i nadal zachowujesz się tak samo. Dlaczego, do 

diabła?

- Abner był bardzo, bardzo stary. - Harold westchnął. - Starszy niŜ ja. AŜ 

trudno uwierzyć, Ŝe nie Ŝyje, ale cóŜ, jest teraz wśród przyjaciół. Tak jak mówisz, 

byłem jego przyjacielem. Przykro mi, ale postąpiliśmy tak, jak musieliśmy. A skoro, 

jak mówisz, nie Ŝyje, to ma teraz przyjaciół.

- Wuju, nie o to mi chodzi. Po prostu mi powiedz, jak mogliście tak z nim 

postąpić?

- W tobie jest więcej z Tewów niŜ z Hopi. Jesteś wojownikiem...

- Daj spokój, wuju. - Youngman pochylił się do przodu. - Nie byłem 

wojownikiem. Byłem zwykłym skazańcem w Leavenworth. Abnerowi naleŜało się 

coś więcej niŜ moje towarzystwo na ostatnią drogę i chcę wiedzieć, dlaczego tak się 

stało. Chcę wyjaśnienia.

Harold podniósł patyk, potem znów go opuścił i spojrzał na Youngmana.

- Widzisz, on cały czas rozmawiał z Masawem i Masaw wspinał się na ściany 

mesy. Ludzie się bali. Abner chodził do martwych puebli i wracał pachnąc śmiercią, i 

to teŜ było nam niemiłe.

- Chcesz powiedzieć, Ŝe Abner był czarnoksięŜnikiem? To wszystko? To cała 

historia? I ty, i wszyscy kapłani daliście temu wiarę?!

- Wiesz jak to bywa - powiedział Harold. -Wszystko jest dobrze, dopóki 

odprawiamy obrzędy. JeŜeli odprawiamy je dobrze, to przyjdzie deszcz i Masaw 

ochroni nas przed nieprzyjaciółmi. A Abner posunął się za daleko.

- Za daleko?

- Z jego powodu Masaw chodził tu co noc. Sam go widziałem.

background image

- Masawa?

- Tak. Oczywiście tylko z daleka, bo jak się do ciebie zbliŜy, to giniesz. Sam 

teraz rozumiesz. Nawet śmierć głodnieje. Musi czymś napełnić Ŝołądek.

- Posłuchaj, co ja zobaczyłem. Widziałem ciało starca. Nie czarnoksięŜnika. 

Starego człowieka, który był moim przyjacielem i przyjacielem wszystkich ludzi na 

mesie. Być moŜe ostatnio zachowywał się dziwnie, ale to moŜe wasza wina, jego 

przyjaciół.

- To dobrze, Ŝe mu od roku dotrzymywałeś towarzystwa. - Harold Masito 

odwrócił oczy. - To dobrze, Ŝe się co do ciebie nie pomyliliśmy. Czy chcesz czegoś 

jeszcze?

Youngman westchnął.

- Tak, wuju. Jego dobytek. Co mam z nim zrobić, komu przekazać?

- Boję się, Ŝe przychodzisz za późno. Kapłani Klanu Ognia juŜ zeszli do kivy i 

pokaŜą się dopiero za kilka dni. Tak czy inaczej, juŜ rok temu zabrali Abnerowi 

tabliczkę klanową.

- Jaką tabliczkę?

- Tabliczkę Klanu Ognia. Bez niej Abner nie był w stanie narobić wiele 

kłopotów.

Youngman nie był zainteresowany opowieściami o tabliczce i nie miał juŜ nic 

do roboty w domu Harolda, więc wstał i podziękował za rozmowę.

W progu zatrzymał się.

- Jeszcze jedno. Czy słyszałeś coś o tym, Ŝe Abner miał ochotę spowodować 

koniec świata?

- Nie - krótko odparł Harold. Podniósł piórko i patyk modlitewny. Piórko 

wysunęło mu się spomiędzy palców i wolno poszybowało w dół. -Jesteś pewien, Ŝe 

on nie Ŝyje? - zapytał.

Youngman wyszedł na plac. Słońce stało nad głową, jakby chciało roztopić 

mesę. Youngman przymruŜył skryte za okularami oczy i spojrzał na srebrny zbiornik 

na wodę, a potem na chłopców bawiących się na dachu, wreszcie na sam plac. W 

pobliŜu trzech dziur leŜały drabiny. Drabiny prowadziły do kiv, podziemnych sal. 

Znaki łuku i grzywy konia oznajmiały, Ŝe w kivach przebywali kapłani Klanów 

Antylopy i WęŜa, przygotowując się do Tańca WęŜy.

Z pobliskiego domu wynurzyli się dwaj męŜczyźni. Jednym był Walker Chee, 

a drugim biały, który jechał cadillakiem. Chee wypełnił sobą otwór drzwi. 

background image

Nawahowie róŜnili się od Hopi: byli więksi, bardziej masywni, a ich głowy wydawały 

się bardziej kanciaste. Chee podkreślał te cechy krótko ostrzyŜonymi włosami, 

trzyrzędowym garniturem, jedwabnym krawatem i grubymi palcami, upstrzonymi 

turkusowymi pierścieniami. Biały zdjął okulary przeciwsłoneczne. Miał szeroką, 

róŜową twarz, pozbawioną wyraźnych rysów. śaden z nich nie zauwaŜył stojącego w 

cieniu Youngmana.

Biały zmarszczył brwi.

- Mówiłeś, Ŝe wszystko jest gotowe.

- Jeszcze tylko parę dni, Piggot.

- Jeszcze parę dni i znów parę dni. WciąŜ słyszę to samo. Robotnicy czekają. 

Coś pan, kurwa, bawisz się ze mną? Miałeś przecieŜ przynieść mapy kanionu. Gdzie 

one są?

- Mapy są niewaŜne - powiedział Chee.

- Wiesz, ile taka mapa kosztuje?

- Tutaj mapy nam nie pomogą. Nie tutaj. Daj spokój i zostaw to mnie.

- Panie Chee, pan gra na zwłokę. Chcę wiedzieć dlaczego.

ZbliŜył się do nich ktoś ze starszyzny i Youngman skorzystał z okazji, Ŝeby się 

po cichu oddalić. Dotarł do środka placu.

- Zastępco, chcę z tobą pogadać! - krzyknął Chee.

Youngman zatrzymał się.

- Przepraszam. - Chee zostawił Piggota i członka starszyzny i sam podszedł do 

Youngmana. Szef plemienia poruszał się ze swobodą właściciela, wypychając 

Youngmana poza zasięg słuchu. Youngman był świadom tego, Ŝe jest mniejszy i 

niechlujnie ubrany. Nad placem latały tysiące much. śadna z nich nie waŜyłaby się 

usiąść na Chee, który obdarzył Youngmana uśmiechem.

- To ty jesteś zastępca Duran? - zapytał Chee.

- Tak.

- I to ty wczoraj napastowałeś niejakiego Paine'a? - Chee zniŜył głos.

- Wykazałem mu tylko, Ŝe znalazł się w niewłaściwym rezerwacie.

Za oknami zaczęły pokazywać się twarze. Biały czyścił podeszwę buta.

- Czy wobec tego mnie teŜ powiesz, Ŝe jestem w niewłaściwym rezerwacie? - 

zapytał Chee.

- Sam straciłeś orientację?

- Nie. Na tym polega róŜnica między mną a tobą. Widzisz, mam u siebie 

background image

mnóstwo takich Indian jak ty. Głupich i biednych. JeŜeli ci z tym dobrze, to w 

porządku. Słyszałem o tobie juŜ wcześniej, Duran. Wiesz, Ŝe stanowisz najlepszy 

przykład ciemnoty w całej Arizonie? Nie jesteś w stanie pomóc ani sobie, ani innym. 

Ja zapieprzam starając się ściągnąć na mesę choć trochę pieniędzy. JeŜdŜę do 

Waszyngtonu, do Nowego Jorku, do Houston i staram się pokazać, Ŝe Indianin 

niekoniecznie musi być pijakiem i durniem. Jak tylko uda mi się kogoś tu sprowadzić, 

Ŝ

eby nam pomógł, to pojawia się taki głąb jak ty i cała sprawa bierze w łeb. MoŜe 

sądzisz, Ŝe wszystko robię po to, Ŝeby zobaczyć swoją twarz na okładce pism 

ilustrowanych? Dobrze, myśl tak dalej. Ale w moim rezerwacie znajdują się trzy 

elektrownie i planuje się budowę dalszych trzynastu, i wszyscy wiedzą, Ŝe Indianie 

mogą zarobić więcej niŜ parę groszy za pozowanie do zdjęć. WdroŜyłem programy 

zdrowotne, dzięki którym przestaniemy być najbardziej schorowaną grupą ludności w 

kraju. A projekty nawadniające, które wywalczyłem w sądach, przyniosą Hopi tyle 

samo korzyści, ile Nawahom. Zastępco, bądź tak miły i dopóki nie zmądrzejesz, 

schodź mi z drogi. Jasne? I nigdy więcej nie próbuj podsłuchiwać.

Podczas gdy Youngman stał i szukał celnej odpowiedzi, Chee skinął na 

białego i obaj opuścili plac. Zastępca dosłyszał tylko słowo „krzykacz", rzucone 

obojętnie, tak jak odrzuca się wybrakowany towar. Parę sekund później buick i 

cadillac przesunęły się między domami w kierunku drogi na mesę.

Youngman słyszał miękki szum grubych opon na Ŝwirze. Dlaczego 

nienawidził Chee? Dlatego, Ŝe Chee miał rację?

- Śmiejesz się - powiedział Stone Man. - Co jest takiego śmiesznego?

Stone Man był tym starcem, z którym rozmawiał Chee. Na głowie miał zawój, 

a jego ciało było Ŝylaste i suche. Patrząc na niego, Youngman miał nieprzyjemne 

uczucie, Ŝe patrzy na siebie samego w dalekiej przyszłości.

- Nic takiego, wuju. Czy wszyscy kapłani Klanu Ognia zeszli juŜ do kivy?

- Tak. Wydaje mi się, Ŝe na końcu schodził Abner.

- Abner? To niemoŜliwe.

Youngman przeszedł przez cały plac, aŜ doszedł do skraju mesy. Pióra 

klanowe na drabinie poruszały się na wietrze, wiejącym od gór San Francisco, 

widocznych w dali, w odległości ponad stu kilometrów. Kiva stanowiła przejście do 

podziemnego świata, z którego wyczołgali się pierwsi Hopi, innymi słowy, był to 

ciemny, cuchnący tytoniem loch, w którym wynędzniali ludzie przygotowywali się do 

uroczystości, nadających sens ich biednemu Ŝyciu. Krzaki jałowca przymocowane do 

background image

drabiny poniŜej wejścia zasłaniały dalszy widok.

Gdy Stone Man podszedł bliŜej, Youngman powiedział:

- Abner nie Ŝyje.

- Ach. - Stone Man zastanowił się. - No cóŜ, widziałem go tylko od tyłu. 

Schodziło ośmiu ludzi i po prostu wydawało mi się, Ŝe ostatnim był Abner. - 

Przyglądał się, jak Youngman nerwowo grzebał butem w ziemi, a potem dodał: - 

JeŜeli mówisz, Ŝe nie Ŝyje, to musiałem się pomylić.

Po śmierci ojca Paine pozostał w Meksyku. śaden z Meksykanów nie chciał 

juŜ z nim więcej pracować, ale poniewaŜ Amerykańska Agencja Rozwoju 

Międzynarodowego przeznaczyła powaŜne kwoty na rozwój badań, pozwolono mu 

przez rok pracować na własną rękę. Kiedy zajeŜdŜał na wzgórza swoim land-roverem 

wypełnionym ekwipunkiem i truciznami, Indianie uciekali z wiosek. Dla Paine'a było 

to szczytem absurdu, bo przyjeŜdŜał przecieŜ walczyć ze śmiercią, a nie po to, Ŝeby ją 

szerzyć. Z ukrycia patrzyli, jak Paine, z twarzą przykrytą maską, niósł do jaskiń 

kanistry trójtlenku arszeniku lub siarczanu talu. Po jego odjeździe Indianie odprawiali 

ceremonie dziękczynne przekonani, Ŝe wypędził diabła.

Nie przejął się nawet wtedy, gdy Meksykanie obcięli mu dalsze fundusze. 

Badacze serca chcieli poznać układ krąŜenia wampirów, badacze ultradźwięków 

chcieli poznać budowę ich ucha, a psychologowie byli zafascynowani inteligencją 

tych zwierząt. śaden inny nietoperz nie był w stanie równie szybko uporać się z 

labiryntem.

Przez cały czas Paine posuwał się na północ, tropiąc kolonię wampirów z 

jaskini, w której zginął jego ojciec. KaŜda grupa wampirów, bez względu na 

liczebność, stanowiła część większego stada. Zakładając maleńkie nadajniki na 

schwytanych okazach, mógł śledzić wędrówkę ocalałych osobników do nowych 

jaskiń. Kiedy juŜ zatruł kolejne jaskinie, uchodźcy przenosili się dalej.

Dopasował się do ich migracji i trybu Ŝycia. Charakterystyczne ślady ich 

ataków były dla niego swoistym kompasem. KaŜda zatruta jaskinia była osobistą 

poraŜką, bo system pomiarowy nieodmiennie wykazywał nowe groty, tak Ŝe cały 

Meksyk wydawał się być jednym wielkim pasmem ciemnych czeluści.

Postępując w ten sposób, Paine wyśledził nietoperze od Zachodniej Sierra 

Mądre, wzdłuŜ Sierra de San Francisco i na północy, na przedgórzu Sonora. 

Polowanie zajęło mu dwa lata i nie wiedział, czy wśród tropionych nietoperzy nadal 

background image

znajdowali się uchodźcy z pierwszej jaskini, ale było to moŜliwe, gdyŜ wampiry były 

długowieczne, inteligentne i łatwo się przystosowywały do odmiennych warunków. 

Na koniec, podąŜając za migrującymi wampirami, dotarł do szeregu jaskiń, z których 

ostatnia znajdowała się tuŜ nad granicą amerykańską. Owej nocy widział, Ŝe duŜa 

grupa nietoperzy przekroczyła ją w drodze na północ.

Fakt, Ŝe Ŝadna większa kolonia wampirów nigdy nie osiedliła się na północ od 

granicy, był zagadką dla zoologów. Wampiry Ŝyły wszędzie, od wyŜyn północnego 

Meksyku po Argentynę, od Andów po bagna Gujany. Ale zawsze zatrzymywały się na 

granicy Stanów Zjednoczonych. Nikt nie wiedział, dlaczego. Ale nietoperze Paine'a 

nie wróciły z powrotem.

Pojął, jak wielka okazja mu się nadarzyła. Skoro w Arizonie nie mieszkała 

Ŝ

adna inna wielka kolonia wampirów, do której mogłyby się dołączyć, to mógł je 

wszystkie zniszczyć raz na zawsze. Paine nie wziął jednak pod uwagę innego 

problemu. Nikt nie chciał mu uwierzyć. Kiedy pytał lekarzy o ataki wampirów, ci 

ś

miali mu się w twarz. Przestał więc pytać o wampiry i nadal - bezskutecznie - 

dopytywał się o nocne ataki i dziwne rany. Zdawało się, Ŝe wampiry rozpłynęły się w 

powietrzu.

Później Paine skierował się do rezerwatów indiańskich, do Gila River, 

Maricopa, Apache, Colorado i Hualapai, aŜ dotarł do największego z nich wszystkich 

- rezerwatu Nawahów.

Na Czarnej Mesie spotkał się z Walkerem Chee. Przewodniczący rady 

szczepowej Nawahów oprowadzał grupę białych wokół części mesy, na której teraz 

znajdowała się kopalnia węgla Pea-body. Kopalnia przypominała gigantyczną, 

postawioną do góry nogami piramidę. Otwór kopalni był tak olbrzymi, Ŝe 

ośmiopiętrowej wysokości koparki wyglądały przy nim jak zabawki. Paine trzymał się 

z tyłu, podczas gdy Chee chodził z miejsca na miejsce, pokazując gościom co 

ciekawsze miejsca.

- O, tutaj moŜecie zobaczyć - Chee pokazał w kierunku komina na drugim 

końcu kopalni - zakład proszkujący. Ludzie z tej firmy uŜywają wód gruntowych po 

to, Ŝeby mieszankę węglowo-wodną przesłać rurami, omijając Wielki Kanion, aŜ do 

elektrowni w Newadzie, czterysta kilometrów stąd.

Jeden z białych kopnął kamień w głąb kopalni. Jedyne, co rzucało się w oczy 

na róŜowej twarzy białego, to czarne okulary. Nagle zwrócił się do Chee:

- JeŜeli juŜ mowa o firmie Peabody, to podobno mają z wami jakieś kłopoty.

background image

- śadnych, panie Piggot. Renegocjujemy. Płacą nam od piętnastu do 

dwudziestu pięciu centów za wydobytą tonę. Stan Montana pobiera co najmniej 

czterdzieści centów. Po prostu chcemy dostawać tyle, co inni. Wydobywacie ropę...

- O to nam właśnie chodzi - odparł męŜczyzna o nazwisku Piggot.

- Płacą nam piętnaście procent. Arabowie Ŝądają przynajmniej pięćdziesięciu 

procent...

Paine przyglądał się, jak czterysta metrów niŜej pracowały koparki. Stalowe 

liny ciągnęły ładowarki po rozbitej skale. Pełne ładowarki unosiły się w górę, 

wspinały ponad burty olbrzymich cięŜarówek i wyrzucały ze swego wnętrza niskiej 

jakości węgiel. Przypominały stado brontozaurów, leniwie pasące się w wyschniętej 

zatoce.

- Chciał się pan ze mną widzieć. - Chee podszedł do Paine'a.

- Tak. Jak rozumiem, wszystkie sprawy medyczne trzeba uzgodnić z panem.

- Zgadza się. - Nawah podrapał się przez kamizelkę. W pobliŜu kopalni 

odkrywkowej panował upał. Wbił wzrok w Piggota.

- Przeprowadzam swego rodzaju badania biologiczne...

- MoŜe kiedy indziej - zasugerował niecierpliwie Chee. - Wie pan, ja mam 

biuro. Proszę się umówić.

- Mam teŜ dla pana jedno zdjęcie. - Paine wyciągnął duŜą kopertę.

- Przepraszam.

- Niech pan tylko zerknie.

- MoŜe kiedy...

Paine wysunął fotografię z koperty. Kolorowe zdjęcie przedstawiało 

powiększenie ukąszenia wampira, czysty lej o głębokości dwóch milimetrów 

wygryziony w bogato ukrwionej ludzkiej tkance.

- Skąd pan to, do diabła, wziął? - Chee się wściekł.

- Ja...

Chee złapał Paine'a za ramię i zaciągnął go na bok. Zaczął ze złością szeptać:

- O co ci chodzi? Kto ci dał to zdjęcie? Staram się ubić interes, a tu przyłazi 

mi jakaś biała łajza i chce zepsuć wielomilionowy kontrakt bredząc o dŜumie. Czy 

wiesz, co oni zrobią, kiedy usłyszą słowo „dŜuma"? Czy widziałeś kiedyś, jak szybko 

potrafi zniknąć limuzyna?

- Nie wspomniałem nawet o dŜumie - powiedział Paine.

Przez długą chwilę Paine mógł się rozkoszować rozwojem sytuacji. W 

background image

rzeczywistości zdjęcie, zrobione parę miesięcy wcześniej, przedstawiało 

meksykańskiego Indianina, ale wyczucie go tym razem nie zawiodło.

- TeŜ masz podobne zdjęcia - zwrócił się do Chee. - Widziałeś kogoś z 

podobnymi ranami i ten ktoś jest chory na dŜumę. Czy wiesz, kto zadał te rany?

Chee nie odpowiedział.

- No to masz szczęście - stwierdził Paine -poniewaŜ ja wiem i dlatego mnie 

zaangaŜujesz.

To spotkanie z Chee nad brzegiem kopalni było pierwsze z wielu. Potem 

spotykali się wielokrotnie na Window Rock i na mesie, przekazując sobie tajne 

wyniki sekcji w zamian za spisy sprzętu potrzebnego Paine'owi.

Teraz, w skwarze dnia, Paine szukał pcheł.

Kotliny były nadal dość ciemne, tak jakby przeorane wczorajszym deszczem. 

Łodygi juki drŜały w strumieniach gorącego powietrza.

Paine lubił Malowaną Pustynię. Doceniał fałszywą martwotę, za którą kryły 

się tak rozpaczliwe mutacje jak jaszczury bez kończyn lub olbrzymie kaktusy. Upajał 

się teŜ samotnością, poczuciem, Ŝe mógł spędzić tu dni albo miesiące, nie widząc 

Ŝ

ywego ducha. Inni ludzie, bez względu na to, jak od nas róŜni, stanowią zwierciadło, 

w którym moŜemy się sami przejrzeć. A Paine nie miał ochoty w nikim się 

przeglądać.

Zjechał z wydmy na twardy grunt, zatrzymał samochód i wspiął się na dach 

land-rovera. Wcześniej, z daleka, dostrzegł sępa. Teraz widział przez lornetkę dwa 

sępy krąŜące w odległości niecałego kilometra. Niebawem dołączył do nich trzeci. 

Paine wrócił do kabiny, odrzucił lornetkę na siedzenie i wrzucił bieg.

Nawet kilka minut spóźnienia mogło mu bardzo skomplikować pracę. Paine 

rozpędził rovera do pięćdziesiątki, miaŜdŜąc krzewy i pędząc przez nierówności i 

wykroty. JuŜ gołym okiem widział następne kołujące sępy. Przed nim ciągnęła się 

głęboka koleina o szerokości dwóch metrów. Skręcił w prawo i docisnął gaz do 

dechy. Jadący siedemdziesiątką rover odbił się w górę i przeleciał na drugą stronę.

Paine nacisnął na klakson. W pewnej odległości, na zadziwiająco zielonym 

pagórku, stała furgonetka, a wokół niej kłębiło się kilkadziesiąt sępów. Całe pole było 

usłane martwymi owcami. Z włączonym klaksonem Paine najechał na ptaki, 

roztrącając je zderzakiem. Z czarnych głów wpatrywały się w niego czerwone oczy. 

Sępy odskakiwały, starając się nabrać wiatru pod swe wielkie skrzydła. Paine 

zahamował i wyskoczył z rovera, jednocześnie odbezpieczając rewolwer. Pierwszy 

background image

wystrzał urwał jednemu z ptaków łebek. Reszta uciekła, odpływając jak czarna fala. 

Paine strzelił po raz drugi, w górę, Ŝeby je na dobre odstraszyć.

JuŜ dawno zrozumiał, Ŝe śmierć nie miała w sobie nic ze spokoju. Nawet po 

odlocie sępów wzgórze nadal wypełniało bzyczenie much. Sępy powrócą wkrótce po 

jego odjeździe, a w ślad za nimi myszy i mniejsze ptaki, cała masa większych i 

mniejszych zwierząt Ŝywiących się padliną. Miał tylko nadzieję, Ŝe zdąŜył na czas.

Z tylnego siedzenia land-rovera wziął aluminiową walizkę i otworzył ją koło 

jagnięcia, z którego została jedynie głowa, nogi i tysiące much walczących o miejsce 

do złoŜenia jajek. ZałoŜył maskę chirurgiczną i wciągnął gumowe rękawice. Przepasał 

się pasem własnej konstrukcji. Przy pasie znajdowała się kabura na rewolwer oraz 

futerały na kubki, słoiczki, skalpele, igły, noŜyce operacyjne, torebki foliowe i szkła 

powiększające.

Furgonetka stojąca na wzgórzu nie miała nawet kół, stała na cegłach. Szyby 

były od środka wysmarowane krwią. Paine złapał za klamkę, odsunął się nieco i 

otworzył drzwiczki.

Nikt nie wypadł ze środka. Wewnątrz nie zobaczył ciała, choć siedzenie i 

podłoga były powalane krwią. Paine był zawiedziony, ale ilość krwi wyglądała 

zachęcająco.

Poszedł w kierunku owiec. Przynajmniej sto zwierząt leŜało na wzgórzu, 

większość porozrywana na kawałki przez kojoty i sępy. Butem podniósł trupa i 

zobaczył ciemne, pachnące amoniakiem ślady na ziemi. To juŜ wyglądało lepiej. 

Przesunął się dalej w tej przytulnej scenerii, aŜ natrafił na dość dobrze zachowane 

zwierzę. Choć owca miała rozpruty brzuch, a jej wnętrzności wylewały się na trawę, 

to drganie nozdrzy świadczyło, Ŝe nadal Ŝyła. Paine przykucnął obok. Niektóre sępy 

powróciły do leŜących dalej owiec. Nie zwracał na nie Ŝadnej uwagi.

Na piersiach zwierzęcia widać było płytkie, ociekające krwią rany. Paine 

podstawił pod ranę mały słoiczek. Pomiędzy ranę i brzegi naczynia wcisnął cienką 

karteczkę. W naczyniu coś zaczęło się dziać. Podstawił je pod kilka ran, a potem 

załoŜył nakrętkę. Na prawe oko załoŜył jubilerskie szkło powiększające i spojrzał na 

słoik. Osiem lub dziewięć pcheł obijało się o ścianki.

W samej tylko Ameryce Północnej Ŝyło dwieście rodzajów pcheł. Pod 

powiększeniem wszystkie pasoŜyty z gatunku Siphonaptera miały ciała pozbawione 

skrzydeł, potęŜne kończyny i trąbki ssące, którym zawdzięczały swą łacińską nazwę. 

W słoiczku znajdowały się ich cztery rodzaje. Myszy zostawiły po sobie pchły 

background image

gryzoni. Pchły cheopis, pchły pozbawione oczu i z podwójnym rzędem kolców. 

Kojot, który rozpruł owcy brzuch, zostawił dwa rodzaje: zwykłe pchły psie, 

zaokrąglone, z przypominającą wąsy tarczą na głowie, i pchłę drapieŜną, o potęŜnym 

karku. Poza tym w słoiku znajdowały się dwie pchły innego typu. Były pozbawione 

oczu i miały głowy w kształcie hełmu, a z przodu tarczę przypominającą grzebień. 

Pchły nietoperzy.

Przez chwilę Paine aŜ zamarł z nadmiaru szczęścia. Nad głową krąŜyły sępy i 

patrzyły, jak kuca przy innych owcach i pobiera próbki. Potem schował wszystko do 

samochodu i odjechał, a ptaki znów opadły na ziemię, aby dokończyć przypisane im 

przez naturę dzieło.

Paine jechał ostroŜnie, ledwie opanowując podniecenie. śycie nie było 

sprawiedliwe. Z reguły tylko geniusze i biedni zdawali sobie z tego sprawę, ale 

Hayden Paine został dopuszczony do tego sekretu po śmierci ojca. To właśnie Joe 

Paine był pierwszorzędnym epidemiologiem. Joe Paine w czterdziestym czwartym 

roku kierował zespołem badawczym Instytutu Rockefellera i wpadł na trop choroby 

pasoŜytniczej, której ofiarą padały setki tysięcy sztuk bydła. Wyjaśnił, Ŝe przyczyną 

była wścieklizna przenoszona przez wampiry. Wszyscy inni zgodnie odrzucali taką 

moŜliwość. Pod mikroskopem ten tak zwany wirus derriengue nie wyglądał na 

wściekliznę. Ponadto wścieklizna zawsze zabijała organizm nosiciela, a przecieŜ 

większość zainfekowanych wampirów nie zdradzała Ŝadnych symptomów 

chorobowych. Dopiero Joe Paine był w stanie wykazać, Ŝe pod wpływem swego 

niezwykłego nosiciela wirus poddał się mutacji i Ŝe wampiry były jedynym gatunkiem 

na ziemi odpornym na wściekliznę.

Ale to nie był koniec osiągnięć Joe Paine'a. Chee bał się dŜumy? W roku 1967 

obaj Paine'owie, ojciec i syn, przebywali w Sajgonie, gdzie badali chorobę szalejącą 

wśród uchodźców przybywających do miasta. Joe Paine, pomimo oporów władz 

wietnamskich i amerykańskich, zidentyfikował chorobę jako dŜumę roznoszoną przez 

szczury. Mały szczegół wśród innych okropieństw wojny: w 1967 r. w Wietnamie 

było 5547 wypadków dŜumy.

Ale dla Haydena Paine'a wszystko wiązało się zawsze z jaskiniami. Cierpiał 

na klaustrofobię. Krok w ciemność przyspieszał bicie serca. Pojawiło się to 

stopniowo, w miarę nabywania doświadczenia. W pierwszym roku pracy z ojcem nad 

wampirami klaustrofobia objawiała się jako przypływ energii. W drugim roku, 

niepostrzeŜenie, Paine zaczai mieć kłopoty z oddychaniem, pomimo Ŝe juŜ jako 

background image

chłopiec chodził z ojcem na wyprawy do jaskiń. Pod koniec drugiego roku organizm 

pompował mu adrenalinę do pozbawionej tlenu krwi i Paine zaczął mdleć. Najgorszy 

był trzeci rok.

W czasach wyrafinowanych tortur nie ma bardziej przydatnego narzędzia od 

klaustrofobii. Łączy ona w sobie elementy duszenia, samotności, ślepoty i izolacji od 

rzeczywistości. W jaskini wszystkie te czynniki występują razem. Rzecz w tym, Ŝe są 

rzeczywiste. Kiedy Paine zanurzał się w głąb jaskini z nietoperzami, serce biło mu 

szybko, a kaŜde uderzenie przypominało dzwon bijący na trwogę. W miarę jak rzedło 

ś

wiatło, płuca zamieniały mu się w dwa naczynia próŜniowe, a nogi drętwiały. Z 

kaŜdym krokiem czuł, jak wokół niego zamykają się ściany. Nie pomagał blady blask 

lampy na hełmie, przywodzący raczej na myśl lśnienie próchna w trumnie. 

Przekroczywszy barierę paniki, brnął dalej w głąb jaskini, i choć z pozoru szedł 

pewniejszym krokiem, to szaleństwo brało górę. Ukryte pod goglami oczy zdawały się

wychodzić z orbit. Nawet wtedy, gdy starał się skupić na technice chodzenia z liną, 

czuł w ustach gorący i słony smak przeraŜenia. Czasem ktoś się potknął i jaskinia 

wypełniała się hałasem bicia spanikowanych skrzydeł. Tylko w tych chwilach, kiedy 

wokół rozlegały się piski zaniepokojonych nietoperzy, Paine mógł sam krzyczeć z 

przeraŜenia.

Nie był na tyle głupi, Ŝeby wierzyć, Ŝe nie jest tchórzem. Niestety, był dość 

inteligentny, Ŝeby zdawać sobie sprawę, Ŝe wraca do jaskiń, Ŝeby dorównać ojcu i Ŝe 

próbując go naśladować, staje się śmieszny.

Bez względu na to, jak wiele jaskiń spenetrował i jak dobre wywarł wraŜenie 

na innych, to starannie skrywana panika kryła się tuŜ pod powierzchnią. Nikt, poza 

ojcem, nie wiedział o tym i właśnie dlatego Joe Paine musiał zawsze być przy nim. 

Nawet wtedy, kiedy inni zostawali bojaźliwie z tyłu.

Właśnie dlatego, choć to niesprawiedliwe, w meksykańskiej grocie zginął 

lepszy z nich dwóch. Nie obyło się jednak bez poŜegnalnego prezentu: strach i panika 

opuściły Paine'a jak złe wspomnienie.

Pustynny piasek miał konsystencję sprasowanego popiołu. Pustynia 

przypominała Paine'owi wiecznie płonącą ziemię. CóŜ za ulga w porównaniu z nocą.

Przejechawszy pięćdziesiąt kilometrów, zatrzymał się w cieniu ściany kanionu 

i rozstawił swoje laboratorium. Sam je zaprojektował, podobnie jak pas. Aluminiowe 

rurki wkręcał z tyłu w dach rovera, a potem opadały zakrzywiając się do ziemi, gdzie 

- wsparte o śledzie - wbijał w piasek. Na tej ramie rozpinał namiot z mocnej i cienkiej 

background image

siatki, zapinanej szczelnie wokół otwartych drzwi samochodu. Z drugiej strony 

znajdowało się zakrywane klapą wejście. Przybił materiał dokładnie do ziemi, 

przetykając śledzie przez dziurki rozmieszczone gęsto, co dziesięć centymetrów. 

Całość wyglądała jak wyrastający z samochodu kokon. Z samochodowej lodówki 

wyciągnął pojemniczki z poŜywkami Ŝelatynowymi. Probówki na badania. Szczelnie 

zakorkowane roztwory trucizn. Mikroskopy i szkiełka. Kwadratowe, czarne pudełko o 

wysokości ponad pół metra, z przodu przykryte czarnym suknem. Obok pudełka 

połoŜył naczynie z próbkami pobranymi od owiec.

Odciągnął na bok czarny materiał i rozciągnął przedłuŜacz, podłączając go do 

akumulatora leŜącego pod stołem. Podświetlona biała szklana płytka - podobna do 

płytek uŜywanych przy zdjęciach rentgenowskich - rozjarzyła się pod foliową mapą 

rezerwatu Hopi-Nawahów. Paine odsunął mapę na bok. Czystym skalpelem naciął 

swój mały palec i wycisnął trzy krople krwi na podświetloną płytkę. Na wierzch 

nałoŜył przezroczystą, plastikową nakrywkę, w której znajdował się nagwintowany 

otwór. Podniósł naczynie, delikatnie nim wstrząsnął, policzył znajdujące się na dnie 

pchły, ostroŜnie odkręcił wieczko i zamiast niego połoŜył kartkę papieru. Potem 

obrócił słoiczek do góry dnem i wyciągnął karteczkę, wkręcając równocześnie 

naczynie w plastikową nakrywkę. Teraz ustawił mikroskop nad płytką i zaciągnął na 

głowę czarną zasłonę.

Pod dwudziestokrotnym powiększeniem pchły niezręcznie poruszały się 

między płytką a nakrętką. Gorąco bijące od dołu uwolniło mocny zapach rzeźni. 

Poruszyły się antenki i wyprostowały włoski na ciele owadów. W kierunku wielkich 

jak balony kropli krwi pierwsze ruszyły widzące pchły psie i drapieŜne, ale 

pozbawione oczu pchły cheopis i nietoperzy nie pozostały daleko w tyle. Było dość 

dla wszystkich. Osłony zsunęły się z trąbek ssących, które wbiły się w ściany krwi.

Pod pięćdziesięciokrotnym powiększeniem ciała pcheł wydawały się 

przezroczyste. Paine przyglądał się, jak czerwony strumień płynie przez trąbkę ssącą, 

przełyk i wlatuje do Ŝołądka. Ścianki gardła i przełyku rozszerzały się i kurczyły, 

pompując do środka krew. Najpierw przyjrzał się pchłom psim, drapieŜnym i cheopis, 

zanim zwrócił uwagę na obie pchły nietoperzy. Czerwony strumień wpływał przez 

trąbkę, zakręcał i wracał do kropli krwi. Pchła była chora; zwracała poŜywienie, z 

wolna umierając z głodu. Pod siedemdziesięciopięciokrotnym powiększeniem Paine 

widział, dlaczego tak się dzieje. śelatynowa masa zamykała przełyk, blokując pracę 

zastawki, wobec czego z Ŝołądka pchły wydostawała się taka sama ilość krwi, jaką 

background image

wciągnęła. Druga pchła z nietoperza zdradzała te same symptomy.

Paine odkręcił naczynie z płytki i wsunął do środka dłoń w rękawiczce. 

Uchwycił szczypczykami jedną z pcheł i rozmiaŜdŜył ją w pojemniku z Ŝelatynową 

hodowlą krwi. Drugą pchłę ujął szczypczykami delikatnie i ustawił nad szkiełkiem, a 

potem ścisnął jej Ŝołądek. Czerwone pasemko wytrysnęło na przygotowaną 

płaszczyznę. Paine wrzucił pchłę do roztworu trucizny. Następnie znów nakręcił 

naczynie na płytkę.

Przesunął się do innego stołu, nad którym górował mikroskop fluorescencyjny. 

Do zwykłego mikroskopu optycznego dołączono system lamp rtęciowych, osłon 

radiacyjnych i filtrów ultrafioletu, które kierowały niebieskofioletowe światło na 

szkiełko podmiotowe. Było to niezgrabne i pracochłonne urządzenie, ale Chee 

zarządził, Ŝe Paine moŜe się kontaktować z laboratoriami Nawahów w Ship Rock 

jedynie za pomocą radia. A mikroskop fluorescencyjny stanowił sam w sobie całe 

laboratorium bakteriologiczne.

Paine przygotował próbkę zawartości Ŝołądka ostatniej pchły, osuszył ją i 

zabarwił odczynnikiem fluoryzującym. Podsunął szkiełko z próbką, nasunął na głowę 

osłonę, włączył lampę i nastawił ostrość.

Barwnik nadal przenikał próbkę. Paine czekał niecierpliwie, jakby bał się, Ŝe 

bicie serca rozreguluje ustawiony mikroskop. ChociaŜ kanion rzucał duŜy cień, szyja i 

pierś pokryła mu się potem.

Na szkiełku, na ciemnym tle, niewidoczne poprzednio organizmy zaczęły 

nabierać ostrości. Były to krótkie bakcyle, przypominające nieco zawleczki.

Bakcyle dŜumy. Nietoperze roznosiły dŜumę.

Chee zatrudnił właściwego człowieka.

Wracając do Gilboa, Selwyn kompletnie się upił.

- Wielki Brat Chee dał ci w kość? Czy odtańczył na tobie taniec wojenny i dał 

ci po łbie kluczem korporacji Pni Beta Kappa? Czy zawsze musisz wsadzić pół nogi 

do gniazda skorpiona, zanim spojrzysz, gdzie stawiasz stopy? Chłopcze, tym razem 

nie masz do czynienia po prostu z jeszcze jednym dzikusem. Rzucasz wyzwanie 

kompaniom Peabody Coal i Kennecott Copper. Mój drogi, jesteś Ŝółwiem na 

autostradzie postępu. Czy wiesz, co się dzieje z Ŝółwiami na autostradach? 

Youngman oddał Selwynowi butelkę. JuŜ teraz czuł się tak, jakby go ktoś 

potrącił.

background image

- Pewnie masz rację, Selwyn.

- Oczywiście, Ŝe mam rację. UwaŜaj na drogę. Nie dość, Ŝe pijesz moją wódę, 

to jeszcze moŜesz mnie zabić. Nadal nie chce mi się wierzyć, Ŝe Abner nie Ŝyje. 

Chyba wzniosę toast za jego zdrowie.

- Myślałem, Ŝe go nienawidzisz.

- Ja? AleŜ skąd! Wspaniały człowiek. Dziwny, ale bardzo niezwykły.

- No i Ŝaden kwakier.

- Wypijmy za kwakrów. Hej, do diabła! Trzymaj się drogi!

Youngman zboczył z drogi i przejechał między dwoma blisko siebie 

rosnącymi kaktusami. Jechał na przełaj, a Selwyn trzymał się szyby.

- Dokąd jedziemy? - zawołał Selwyn.

- Chcesz wznieść toast za Abnera, to wzniesiesz.

Jeep drŜał, kiedy Youngman pędził po kamieniach na dnie wyschniętego 

potoku. Przed nimi pojawiły się pagórki i kępy drzew, które mieszkańcy 

południowego zachodu nazywają wzgórzami. Pęd jeepa wywoływał fałszywe 

wraŜenie wiejącego na zewnątrz wiatru.

- Mój pęcherz! - ostrzegł Selwyn. 

Youngman nie słuchał. Potrzebował tego wiatru bijącego w twarz i fizycznego 

napięcia towarzyszącego szybkiemu prowadzeniu pojazdu po nierównym, skalistym 

gruncie. 

- Trzymaj się!

- Cholera! - Selwyn jęknął, kiedy jeep przeleciał nad zagłębieniem, najpierw 

lądując na dwóch kołach, a potem na czterech.

Youngman, nieco odpręŜony, zwolnił, wjechawszy między drzewa jadłoszynu. 

Tam, gdzie wody było mało, jadłoszyny tworzyły las gęstych krzewów, ale w okolicy, 

gdzie występowało jej nieco więcej, osiągały rozmiary prawdziwych drzew z 

oliwkowozielonymi liśćmi. W odległości niecałego kilometra przez zasłonę 

jadłoszynów dojrzał gałęzie paloverde.

- Czy jedziemy tam, gdzie sądzę, Ŝe jedziemy? - wystękał Selwyn.

Za jeepem unosił się ogon wzniecanego kurzu. Pod oponami chrzęściły długie 

igły sosny cholla. Selwynowi, bez względu na to, czy był trzeźwy, czy pijany, 

pustynia przypominała labirynt. Nie potrafił pojąć, jak to się działo, Ŝe Hopi nie byli 

plemieniem bezustannie zagubionych ludzi, błąkających się bez celu w tej głuszy. Z 

powodów dla niego niezrozumiałych Youngman wybrał to, a nie inne wzgórze drzew 

background image

paloverde.

- Weź ze sobą butelkę. - Youngman zatrzymał jeepa.

- Wiesz przecieŜ, Ŝe zawsze nienawidziłem tego sukinsyna.

- Chodź.

Potykając się jeden o drugiego, poszli naprzód wśród drzew. Youngman 

przypomniał sobie, Ŝe powinien był przynieść coś ze sobą, batonik lub placek, dla 

pokrzepienia ducha Abnera. Selwyn potknął się.

- Dasz radę - powiedział Youngman.

- Gdybym był w stanie iść, to poszedłbym w inną stronę.

Youngman przerzucił sobie przez plecy ramię Selwyna i zaciągnął go pod 

górę. Schylali głowy przed nisko wiszącymi gałęziami i brnęli przez maki, a 

przekleństwa Selwyna cały czas przybierały na sile. Nadciągnął prawdziwy wiatr. 

Drzewa się pochyliły.

Na szczycie wzniesienia Selwyn opadł na kolana. Wokół grobu widać było 

rozkopaną ziemię i kamienie, ale grób był pusty.

- On Ŝyje - powiedział Selwyn. - Wiedziałem. Drań zmartwychwstał.

Youngman obszedł wykop. Na dnie nic nie było.

- Nie Ŝyje. Ktoś go wykopał.

- Nie widzę Ŝadnych śladów łopaty, ani odcisków butów. Sam wylazł. 

Mówiłem ci, Ŝe to czarodziej.

- Rabuś grobów nie musi zostawiać śladów. To te sukinsyny z mesy, starzy 

kumple Abnera. Albo Paine, ten pahan, który chciał się do niego wcześniej dobrać.

- Nie. Sam wstał. Jezu Chryste, on Ŝyje. Wsłuchaj się w wiatr, on błądzi wokół 

nas. On tu jest.

- Michale, wiosłuj do brzegu, alleluja! Michale, wiosłuj do brzegu, alleluja! 

Rzeka Jordan jest szeroka i głęboka, alleluja, na drugim brzegu czeka mleko i miód, 

alleluja!

Pieśń mieszała się z pobrzękiwaniem blaszanych naczyń, sztućców i sykiem 

hamburgerów smaŜących się nad ogniem. John Franklin dyrygował chórem za 

pomocą papierosa. Obozowicze rozsiedli się na zwiniętych śpiworach, a ich 

oświetlone ogniem sylwetki tańczyły na burcie furgonetki.

- Wspaniale - pochwalił Franklin. - CzyŜ nie wyszło to wspaniale, panno 

Dillon?

background image

Anne zmusiła się do uśmiechu.

- To juŜ nie ten głos, jaki miałam dawniej. Laa!! - Jedna z pań spróbowała 

wyŜszych tonów.

- Jestem głodny. To przez to pustynne powietrze.

- George, ty byś zgłodniał nawet pod wodą. 

Anne rozdała chrupki i bułeczki. Ani razu od wyjazdu z Gilboa poboŜni 

podopieczni nie uznali za stosowne pomóc jej w gotowaniu lub sprzątaniu. Ale skoro 

mają dać pieniądze na rezerwat... powtarzała sobie.

- MoŜecie sami je opiec.

- A ja lubię lekko opieczone hamburgery.

- Czy kawa juŜ gotowa? AleŜ tu się robi zimno w nocy.

- Bądź wytrwały, Henry - odezwał się Franklin, a Anne dodała parę słów w 

tym samym stylu.

- Hej! Posłuchaj cię!

Wszyscy umilkli. Anne rozbiła obóz późnym popołudniem, w przytulnym 

miejscu otoczonym pękami kwiatów. W nocy kwiaty pochłonął mrok, a światło ognia 

wydobyło groźne kontury olbrzymich kaktusów saguaro. Nad pustynią rozległ się 

krzyk.

- Sowa - powiedziała Anne. - Mają gniazda w dziurach między kaktusami.

Pani Franklin wpatrywała się w ciemność. Nadal nie doszła do siebie po tym, 

jak poprzedniego dnia znaleźli zwłoki starego Indianina. Nieraz widziała zwłoki, 

wielokrotnie przecieŜ odwiedzała chorych w szpitalu. Ale tamci umierali jak ludzie. 

Indianin zginął natomiast jak zwierzę, jak gołąb w rynsztoku, pomyślała. Coś takiego 

nie powinno mieć miejsca. A na pustyni czuła się nieswojo. W ciemności traciła 

poczucie kierunków. Przywykła do łagodnych chmur i zielonych drzew znad jezior 

Minnesoty. Pustynia przypominała jej cmentarz, a kaktusy - nagrobki.

- Jak tu pięknie - skłamała. - Czy moŜemy dorzucić trochę więcej drewna do 

ogniska?

- Daj spokój, Claire - odparła któraś z pań. -Tak jest romantycznie.

- Nie bądź taka sztywna, Claire.

- Ale mnie jest zimno - powiedziała. 

Anna oddaliła się od obozu w poszukiwaniu drewna. Nie spodziewała się nic 

znaleźć, ale po całym dniu jazdy w zatłoczonej furgonetce z przyjemnością myślała o 

kilku chwilach samotności. Nad wzniesionymi w górę ramionami kaktusa unosił się 

background image

księŜyc. Anne odeszła moŜe ze sto kroków od obozu, kiedy usłyszała z tyłu czyjeś 

kroki. 

- To ja - powiedział Franklin. - Chciałem pomóc.

- Tu drewna nie znajdziemy.

- Wiem. - Franklin skinął wyrozumiale i zapytał z troską: - Czy pomyślała 

pani o mojej propozycji, panno Dillon?

- Nie. Nie nadaję się na sekretarkę.

- AleŜ to byłoby o wiele ciekawsze. Byłaby pani raczej moją osobistą 

pomocnicą. Spodobałyby się pani wspólne podróŜe. W zimie jedziemy do Londynu na 

zjazd Światowej Rady Kościołów. Spotka tam pani wielu dobrych chrześcijan.

- Byłaby to jakaś odmiana.

Podczas gdy Franklin przeŜywał tę obrazę, z furgonetki dobiegł go głos Ŝony.

- JuŜ dobrze, John, nie szukaj. - Spojrzała na męŜa wracającego wraz z 

dziewczyną. - Koc mi wystarczy.

Przy ognisku Anne podała wszystkim hamburgery i wyjęła z płomieni garnek 

z fasolką. Franklin pobłogosławił jedzenie.

- Panno Dillon - odezwał się zgłodniały pan o imieniu Henry - wciąŜ 

powracam myślami do tego zastępcy szeryfa. Czy wszyscy Hopi są równie 

niesympatyczni jak on? Biorąc pod uwagę pani poświęcenie w rezerwacie i wszystko, 

co pani uczyniła dla jego ludzi, to postąpił po grubiańsku. Po co się udzielać i dawać 

pieniądze, jeŜeli ci ludzie ugryzą dłoń, która ich karmi?

Między jednym kęsem a drugim zebrani wokół ogniska poparli Henry'ego.

- Nie sądzę, aby fundacje mogły oczekiwać wdzięczności - powiedziała Anne.

- Tak, oczywiście - zauwaŜył John Franklin. - Ale chcielibyśmy od pani 

dowiedzieć się czegoś o ich charakterze. Weźmy, na przykład, tego zastępcę szeryfa. 

Czy moŜe nam pani wyjaśnić?

- Co pan rozumie przez „wyjaśnić"?

- Jest to pierwszy napotkany przez nas Hopi, nie licząc kobiet lepiących 

garnki. Wydaje się, Ŝe jest on pani przyjacielem. Wdała się pani z nim w dłuŜszą 

rozmowę.

- Spotkacie innych Indian. - Anne chciała uniknąć odpowiedzi. - Rodzinę 

Momoa, uczestników Tańca WęŜy. - Nie podobał jej się ton rozmowy. Franklin chciał 

ją ukarać, bo odrzuciła jego propozycję, a inni do niego dołączali. A moŜe 

Youngmanowa paranoja stała się zaraźliwa. Ale z całą pewnością poprzednie 

background image

znudzenie całej grupy gdzieś się ulotniło.

- Czy to dobry przyjaciel? - zapytała Claire Franklin.

- Tak. Ale trzeba go lepiej poznać.

- To ci się chyba udało, moja droga. JakŜeś tego dopięła?

- Moje doświadczenia nie pokrywają się z waszymi. - Anne zdała sobie 

sprawę, Ŝe był to kiepski unik. - Dość długo tu mieszkałam.

- Sama? - zapytała jedna z kobiet z niezdrową ciekawością.

- Myśmy tu nie mieszkali. - Franklin nadał przesłuchaniu bardziej godny ton. - 

Nie dostąpiliśmy tego zaszczytu. Wspomniała pani o naszej ewentualnej pomocy dla 

tych ludzi. Tak naprawdę to wątpię, czy pani towarzystwo będzie dla nas uŜyteczne, 

jeŜeli nie będzie pani w stanie przedstawić nam jakichś argumentów, które 

przemawiałyby za tą pomocą. Abyśmy mogli pomóc, sama musi nam pani wpierw 

pomóc. Niech nam pani opowie o tym zastępcy.

- To tylko mogę powiedzieć - powiedziała Anne po chwili namysłu - Ŝe jest on 

człowiekiem pustyni. Stworzeniem pustynnym. Tylko nieliczne zwierzęta i rośliny 

potrafią przeŜyć w tych warunkach. Spójrzcie, na przykład, na te krzaki. Rosną z dala 

od siebie, a jedną z przyczyn jest fakt, Ŝe kaŜdy krzak nasyca ziemię wokół siebie 

trucizną, która zabija inne nasiona. Tak juŜ musi być, bo gdyby rosły blisko siebie, to 

dla Ŝadnego z krzewów nie starczyłoby wody.

- Z pani opisu przypomina on bardziej skorpiona - zauwaŜył Franklin.

Anne spojrzała na ich głupie, najedzone gęby. Straciła jakąkolwiek ochotę na 

dalszy kontakt.

Upuściła na ziemię pusty talerz.

- Idę posłuchać prognozy pogody - powiedziała.

Gdy tylko znalazła się w furgonetce, zamknęła okna, Ŝeby przytłumić dźwięk 

ich głosów. Sięgnęła po włącznik radia, ale potem cofnęła rękę.

- Czy sądzicie, Ŝe coś jest między panną Dillon a tym zastępcą? - głośno 

zastanawiała się Ŝona Henry'ego.

Anna spoglądała przez przednią szybę. Czy Youngman był rzeczywiście tak 

trudny do rozszyfrowania? Czy zabijanie było swoistym działaniem instynktu 

samozachowawczego?

- Mam nadzieję, Ŝe jutro nie będzie padać -westchnęła Claire Franklin. - Cały 

dzień w samochodzie to nie wakacje.

- MoŜe padać jeszcze tej nocy. Czy czujecie ten wiatr?

background image

- Proszę o keczup.

- Słyszę, ale nie czuję.

- Coś takiego, panna Dillon i ten zastępca...

- Dlaczego, kochanie, nie przyniosłeś z panną Dillon drewna?

- To przypomina szum skrzydeł.

- Nie ma to jak hamburger smaŜony na dworze.

- Wiecie co? Nagabywała mnie o te pieniądze.

- Mamy wystarczająco wielu ludzi w potrzebie w naszej okolicy.

- No, co jest z tym keczupem?

- Spójrzcie na księŜyc.

- Nic nie widzę.

- No właśnie. A przed chwilą widać go było jak na dłoni.

- JuŜ nie trzeba, znalazłem keczup.

- John, trzymaj się od niej z daleka. Więcej o niej nie chcę słyszeć - szepnęła 

Claire Franklin.

- Posłuchajcie.

- Och! - pani Franklin gwałtownie zerwała się z ziemi i zamachała ramionami. 

- Nietoperz!

- Nic nie widzę.

- Na litość boską, kochanie. - Franklin był pełen obrzydzenia. - PrzecieŜ nie 

uwije ci gniazda we włosach.

- Babskie gadanie. - Henry odstawił na bok butelkę z keczupem. - Ale moŜe to 

znaczy, Ŝe nietoperze zajmują się tylko babami.

- O! Jeszcze jeden! - Claire schyliła się.

- Dobra, dobra. - Franklin wstał, trzymając w rękach koc. - PokaŜ gdzie.

Stłumiony dźwięk przeleciał nad obozowiskiem. Claire zachwiała się, 

osłaniając rękami twarz. Gdy oderwała dłonie, twarz miała rozciętą od lewej brwi aŜ 

po prawą skroń, a krew cieknąca z rany zalewała jej oczy.

- John! - wrzasnęła. - Pomocy!

Franklin machnął kocem i potknął się, uderzony w plecy. Poczuł, jak w kark 

wbijają mu się zęby.

- John! - Henry, tak jak i reszta, nie miał pojęcia, co się dzieje. - John, 

chłopcze, co jest grane?

Po chwili cały obóz rozbrzmiewał dźwiękiem przypominającym szelest 

background image

spadających liści, które pokrywają cały teren. Na kaŜdym ciele kłębiło się po dziesięć, 

dwadzieścia nietoperzy. Setki kolejnych krąŜyły nad głową.

- Maude! - Henry rzucił się na ziemię. Dwa nietoperze siedziały mu na szyi, 

trzeci rozciął mu rękę. Obok klęczała jego Ŝona; wrzeszczała przykryta nietoperzami. 

Jeden przyczepił się jej do policzka; inny wylądował na ziemi i - niczym pająk - 

podąŜał w kierunku Henry'ego.

Ziemia była pokryta nietoperzami. Claire Franklin stała niczym posąg w 

czerwieni. Ktoś inny, na pozór istota z dwiema głowami, przebiegł przez ognisko. 

Franklin i drugi męŜczyzna kręcili się w kółko jak opętani tancerze.

- Do mnie! - zawołała Anne z drzwi furgonetki. Henry upadł na drzwiczki, 

zatrzaskując je. Oparł się cięŜko o samochód, a inni starali się go odepchnąć bądź 

odciągnąć, przepychając się i przełaŜąc nad nim.

- Odsuńcie się! Dajcie mi otworzyć! - krzyknęła Anne ze środka.

Nie słyszeli. Ale ona słyszała ich wrzaski. Nigdy wcześniej nie widziała tak 

wielkich nietoperzy. Od chwili gdy obozowicze przestali z nimi walczyć, a zaczęli bić 

się między sobą, nietoperze obsiadły ich jak muchy. Wysiłki ludzi sprawiały 

groteskowe wraŜenie, jak pływaków w spowolnionym filmie. Pływaków, których nie 

moŜna juŜ było odróŜnić jednego od drugiego. Tylko wrzaski, wybałuszone oczy i 

ręka, która rozmazała krew na szybie.

Anne otworzyła drzwi kopniakiem. Dwie osoby wpadły do środka i druga 

zatrzasnęła za sobą drzwi.

- Ale pozostali... - zaczęła mówić Anne.

- Zamknij się. - Franklin odepchnął ją na bok.

Nietoperze bezskutecznie waliły w okna. Zaczęło dawać o sobie znać 

przeraŜenie, dezorientacja i utrata krwi. Jedna z kobiet, przykryta nietoperzami, 

wzniosła w górę zaciśniętą pięść i padła na wznak. W ciągu sekundy jej twarz 

zniknęła pod masą ciał.

- Musimy ich wpuścić. - Anne szarpała się z Franklinem.

- Zwariowałaś?! Wpuścić nietoperze?!

- Nie moŜesz ich skazać na śmierć.

- To ty nas tu zaciągnęłaś. Henry, pomóŜ mi ją przytrzymać.

Wilgotne ramię oparło się o szyję Anne. Pomyślała, Ŝe chcą ją udusić, ale 

chcieli ją tylko wciągnąć na tylne siedzenie, z dala od drzwi.

Claire wczołgała się pod furgonetkę, Ŝeby strącić nietoperze z pleców. W ślad 

background image

za nią wleciała cała masa napastników. Druga osoba stała z rękami wzniesionymi jak 

do modlitwy, ramiona i reszta ciała pokryte były warstwą nietoperzy. Na koniec 

krzyki ucichły, stłumione uderzeniami pazurów w dach samochodu.

Franklin włączył silnik i zapalił światła. Ktoś zbliŜał się do samochodu z 

płonącą pochodnią w rękach. Koszula i włosy stały w ogniu. Nad głową unosiła się 

chmara nietoperzy.

Samochód zapalił, przetoczył się po Claire i zgasł. Płonąca postać waliła 

pochodnią w okienko, a silnik dusił się, charczał, aŜ na koniec zapalił. Przejechali 

pędem przez pobliskie krzaki.

- Nie moŜecie ich tak zostawić - powiedziała Anna.

- Ucisz ją - rozkazał Franklin.

Anne zaczęła szamotać się z Henrym. Wszędzie, gdzie dotknęła, czuła pod 

palcami krwawiące ciało.

Furgonetka zderzyła się z kaktusem. Stłukł się prawy reflektor. Franklinowi 

krew nadal zalewała oczy, ale jakoś udało mu się rozpędzić samochód. Przed nimi 

leciało kilka nietoperzy. Docisnął gaz do dechy, omijając większe jałowce i 

rozjeŜdŜając pomniejsze krzewy.

Jakimś cudem odnalazł bitą drogę, którą przyjechali na obozowisko. Droga 

była nierówna, ale prosta i samochód pędził setką, zostawiająć z tyłu ostatnie 

wampiry.

Dzięki Bogu, myślał w kółko, dzięki Bogu.

Franklin pędził przez pół godziny, wpatrując się w pojedynczy snop światła. 

Henry był w szoku. Głowa Anne kołysała się z boku na bok w rytm przechyłów 

samochodu. W samym środku tego koszmaru Anne nie miała siły na Ŝadne odczucia. 

Franklin zerknął na nią w lusterku.

- Dam znać przez radio - powiedział. 

- Nie ma Ŝadnego radia. Wszystko zostało w obozowisku.

- MoŜesz przynajmniej podać mi jakąś szmatę. Krwawię.

- To daj mi prowadzić. Znam drogę.

- śebyś zawróciła? Mowy nie ma. A jak juŜ się stąd wydostaniemy, to ja będę 

wszystko wyjaśniał. Pamiętaj tylko, Ŝe to ty nas w to wszystko wpakowałaś. Czy 

widziałaś kiedyś tak wielkie nietoperze?

- Nikt jeszcze nie widział takich nietoperzy -powiedziała matowym głosem.

- Aha, my pierwsi - roześmiał się gorzko. -A co z Henrym?

background image

- Serce mu ledwie bije, ale i tak szybciej niŜ tym, których opuściłeś.

- Podziękuj mi, Ŝe sama uszłaś z Ŝyciem. Postąpiłem tak, jak trzeba. Kiedy się 

stąd wydostaniemy, to wszystko wyjaśnię.

- Idź do diabła.

Czemu te nietoperze tak się zachowywały, zastanawiał się Franklin. 

Wścieklizna. Dziewczyna nie miała Ŝadnych lekarstw, a poza tym nie została 

pogryziona. Jej nic nie groziło. To jemu potrzebna była pomoc.

Biała płachta chmury widniała w świetle księŜyca. Franklin ocierał krew z 

oczu. Droga znikała pod warstwą nawianego piasku. Gałęzie jadłoszynu uderzały o 

szyby.

- Nie znasz drogi - powiedziała Anna. - Musisz mi oddać kierownicę.

- To mnie grozi śmierć - wybuchnął i równocześnie zdał sobie sprawę, Ŝe 

zimno przenika go na wskroś. Nawet nie pomyślał o nocnym powietrzu lub o niskim 

ciśnieniu, tylko o wilgotnym dotyku i zapachu amoniaku. Opony zaświszczały na 

piasku.

- UwaŜaj, gdzie jedziesz! - ostrzegła Anne. Pochyliła się do przodu i 

zobaczyła, Ŝe Franklin głośno oddycha ustami, a spod obrzmiałych powiek spoglądają 

szkliste oczy. - Jesteś w szoku. Musisz się zatrzymać. Powoli.

Trzymając się ze wszystkich sił kierownicy, jakby od tego zaleŜało jego Ŝycie, 

skupił się na pojedynczym snopie światła, który stawał się coraz węŜszy i coraz 

bardziej czerwony.

- Zwolnij. - Anne mówiła mu wprost do ucha. - Musisz mi oddać kierownicę.

Utraciwszy głos, Franklin jeszcze mocniej wbił wzrok w rubinową smugę 

ś

wiatła. Tańczyły w niej tajemniczo nocne owady o wielkich oczach i skrzydłach. 

Niewiarygodne, ale wydało mu się, Ŝe przegania sam promień.

- Biorę kierownicę. - Anne sięgnęła ponad jego ramionami. Kiedy dotknęła 

łokciem obojczyka, koszula Franklina rozchyliła się i wyjrzał z niej nietoperz, który 

wyrył w piersi kierowcy głęboką ranę.

Droga zakręcała. Furgonetka pojechała prosto, ścinając dwa kaktusy i 

miaŜdŜąc drzewa tamaryszku, aŜ uderzyła w wydmę i przewróciła się na bok.

background image

Rozdział czwarty

Isie Lolomie było zimno. Był spod znaku Jastrzębiego KsięŜyca i przykrywał 

go śnieg. Śnieg padał mu na oczy i mózg, między Ŝebra i na serce.

Isa Lołoma, rozpalony i wyschnięty, walczył w gorączce z więzami, które 

przytrzymywały go na wozie z sianem, stojącym przed biurem Youngmana. 

Nadgarstki i kostki miał starte do krwi. Na ramionach, na ręce i - co gorsza - na szyi 

pojawiły się wielkie, czerwone obrzęki. Węzły chłonne stały się księŜycami pełnymi 

choroby, wokół której obracać się miało Ŝycie Isy.

Rodzice siedzieli w biurze.

- Poszedłem, jak zwykle rano, przyprowadzić go do domu. - Richard Lołoma 

miął w palcach rondo kapelusza. - Wszystkie owce nie Ŝyły. Pomyślałem, Ŝe to 

sprawka jakiegoś zwierzęcia. Chłopcu nic nie było, tylko tyle, Ŝe był podrapany i 

gadał od rzeczy. PołoŜyliśmy go do łóŜka, ale dostał gorączki i tych obrzęków, więc 

przyszliśmy poradzić się Abnera.

- Bez owiec jesteśmy zrujnowani. Nie wiem, moŜe zresztą uda mi się kupić 

ich więcej - powiedziała Irenę Lołoma - ale to nasz jedyny syn.

Ojciec przesuwał kapelusz w palcach, a Irenę z szacunkiem złoŜyła ręce na 

fartuchu, jakby byli w marmurowych salach sądu, a nie w brudnej chacie.

- Abner nie Ŝyje - powiedział Youngman. - Panna Dillon pojechała na 

pustynię. Daliście mu aspirynę?

- Wszystko zwraca.

- Ma wysoką gorączkę - dodał męŜczyzna. -Trzęsie się i nie moŜna go 

przytrzymać.

Youngman nie miał ochoty oglądać chłopca. Nie znał się na medycynie. W 

Tuba City znajdowała się klinika, do której Lolomowie mogli dotrzeć po południu. W 

końcu jednak podniósł się z krzesła. JeŜeli to ma ich uspokoić... pomyślał.

- Rzucisz na niego okiem? - zapytała kobieta.

- Tak, dobrze.

Po podłej wódce Selwyna męczył go kac i Youngman czuł, jak białe słońce 

uderza go w czoło. Zatrzymał się, mruŜąc oczy, przy wozie i zamarł na widok 

ociekającego potem chłopca i róŜowego, świecącego obrzmienia na szyi. Chłopiec 

zaczął się rzucać i szarpać, wyginając się w kabłąk, tak Ŝe tylko stopami i ramionami 

background image

dotykał wozu. Matka pochyliła się, aby go pogłaskać.

- Nie! - powiedział Youngman. - Odsuńcie się. 

- Dlaczego...?

- Nie dotykajcie go, nie podchodźcie bliŜej niŜ na dwa metry. Idźcie do sklepu 

po koce. Wracając otwórzcie zamraŜarkę. Jest tam trochę pociętego mięsa łosia. 

Owińcie mięso w koc i przynieście to wszystko do mnie.

- Jasne - niepewnie odrzekł Richard Loloma.

- Aha, jeszcze jedno. Czy ostatnio muchy was pogryzły?

- Nie.

Youngman wrócił do chaty i połączył się krótkofalówką z Cecilem Somiviki. 

Zgłosiła się Ŝona Cecila i powiedziała, Ŝe szeryf wyjechał z Shongopovi, Ŝeby umyć 

węŜe przed tańcem.

Youngman siedział patrząc na krótkofalówkę. Była sobota. Gdyby wywoływał 

przez następne czterdzieści osiem godzin Urząd Zdrowia Arizony, to moŜe udałoby 

mu się znaleźć jakiegoś lekarza. NajbliŜej połoŜonym miastem było Flagstaff. Ale tam 

trwał sezon pływacki - ludzie tonęli w basenach i na pewno nikt nie przyśle karetki do 

rezerwatu. No i były szpitale Nawahów w Tuba City i w Ship Rock.

Odszukał pasmo, którego nigdy wcześniej nie uŜywał: stolicy Nawahów.

- Wzywam Window Rock. Mówi Duran, zastępca szeryfa Hopi. Wzywam 

policję Nawahów. Odbiór.

- Tu Window Rock. Czy powiedziałeś: „Hopi"? Odbiór.

- Jestem w Gilboa.

- Wiemy, gdzie jesteś, Duran.

- Mam tu prawdopodobnie wypadek dŜumy. Godzinę później biały 

ośmioosobowy beechcraft z napisem „Navaho Air" i Ŝółtym słońcem Nawahów 

wymalowanym na ogonie zatrzymał się niedaleko biura Youngmana. Dwaj policjanci 

Nawahów w biało-czarnych hełmach przyglądali się, jak grupa lekarzy w maskach i w 

rękawiczkach usuwa zimne mięso, którym Youngman obłoŜył wcześniej chłopca. Isę 

połoŜono na chromowanym stole i umieszczono pod przezroczystym namiotem 

tlenowym, do którego podłączono schładzarkę powietrza i filtry. Rodzice patrzyli 

zafascynowani, jak ich syn przemienia się w jakąś pozaziemską istotę. Szukając 

otuchy, spoglądali na Youngmana, ale teraz wszystkim kierował Walker Chee.

- Wcale nie jest powiedziane, Ŝe to dŜuma. - Chee zwrócił się do Youngmana. 

- Poddajemy badaniom wszystkich potencjalnych nosicieli pcheł: szczury, psy 

background image

preriowe, króliki, wiewiórki. Panujemy nad sytuacją. Chłopiec po prostu ma tęŜec.

- Jasne. Dziwię się tylko, Ŝe przyjechałeś, biorąc pod uwagę te wszystkie 

elektrownie i projekty, które musisz nadzorować - powiedział Youngman.

- Robię wszystko, co w mojej mocy. - Chee nosił turkusową koszulę z 

wyszywanymi kieszonkami. Zapalił małe cygaro. - Dobrze zrobiłeś, Ŝe się do nas 

odezwałeś. Myliłem się co do ciebie. Niejeden by ich posłał do znachora i wtedy - 

jeŜeli, broń BoŜe, jest to dŜuma - groziłoby nam jeszcze więcej wypadków zakaŜenia. 

Z całą pewnością dostaniesz za to pochwałę.

- To wspaniale - powiedział Youngman bez entuzjazmu. Patrzył, jak lekarze 

szybko toczą stół z chłopcem w kierunku samolotu. Robili to bardzo sprawnie.

Pomimo niechęci do Chee Youngman musiał przyznać, Ŝe zrobiło to na nim 

wraŜenie. W wieku trzydziestu ośmiu lat Chee rządził terenem większym niŜ niejeden 

stan. JeŜeli jego uśmiech i garnitury trafiły na okładkę „Business Week", to moŜe 

sobie na to zasłuŜył. To on załatwił te elektrownie, szpitale, koparki, które wyrywały 

węgiel z mesy, poszukiwania uranu na pustyni, fabrykę półprzewodników w Ship 

Rock, indiańską szkołę średnią i grupy finansistów z Phoenix i Dallas. Youngman był 

pełen podziwu, Ŝe ktoś taki jak Walker Chee, chociaŜ nie był doktorem, osobiście 

nadzorował opiekę nad małym Hopi. Nie mógł jednak pozbyć się sceptycyzmu.

- Czy u was nie było Ŝadnych wypadków? - zapytał Youngman.

- DŜumy? Ani jednego na terenach Nawahów.

- A w zeszłym roku?

- Dlaczego pytasz?

- Bo pamiętam, Ŝe trzy lata temu mieliście dwadzieścia wypadków dŜumy.

Lekarze wrócili, aby zdezynfekować furę dwutlenkiem siarki.

- Będę z tobą szczery, zastępco. śycie kaŜdego z naszych ludzi jest mi drogie. 

Bezcenne. Ale - biorąc pod uwagę wszystkie inne sprawy: bezrobocie, szkolnictwo, 

opiekę zdrowotną, chciałbym, Ŝeby nie spotkało nas nic gorszego od kilku wypadków 

dŜumy.

Skończywszy z furą, lekarze podeszli do Chee. Jeden był młodym Nawahem, 

a drugi -starszy - białym. Policjanci Nawahowie wypchnęli naprzód Lolomów. 

Youngman poznał większego policjanta, mięśniaka o imieniu Begay.

- Co się dzieje? - zapytał Youngman.

- Nic się nie martw. - Chee poklepał go po plecach. - W samolocie jest dość 

miejsca dla nas wszystkich.

background image

- Dlaczego?

- Kwarantanna, rzecz jasna. Parę dni w szpitalu, aŜ będą wyniki badań. 

Zapytaj lekarzy, tego wymagają rządowe przepisy. - Chee lekko skinął głową 

policjantom, a ci przesunęli się bliŜej Youngmana. - No, zapytaj lekarzy.

Youngman nosił przy pasie swój rewolwer kalibru 38. Spokojnie oparł na nim 

rękę.

- Więc to na pewno dŜuma, co? - zapytał białego lekarza.

- Chwileczkę. - Chee uniósł w górę dłoń. -Mówiłem ci juŜ, Ŝe jeszcze nie są w 

stanie postawić diagnozy. Zastępco, to ty prosiłeś nas o pomoc. Skoro ci jej udzielam, 

to lepiej mnie słuchaj. JuŜ, biegiem do samolotu!

Chee górował nad pozostałymi Indianami, podobnie jak biały samolot górował 

nad Gilboa. Z reguły wystarczała siła osobowości, ale moŜna się było uciec i do 

innych argumentów. Chee zrobił krok do tyłu, a w ślad za nim odsunęli się lekarze.

- Co go ugryzło? - zapytał Youngman. 

- Hm?

- Mówicie, Ŝe poddajecie obserwacji nosicieli pcheł. Widziałem te rany. 

Powiedzcie mi, co to za zwierzę.

Chee na chwilę stracił wątek.

- Rodzice twierdzą, Ŝe kojoty dobrały się do owiec. Pewnie jego teŜ pogryzły. 

Dowiemy się, jak dzieciak dojdzie do siebie.

- JeŜeli dojdzie, a to moŜe niewiele pomóc innym zagroŜonym. Doktorze, 

niech pan mi powie, co to za rany?

- No cóŜ... - Pahański lekarz uchwycił się szansy zatuszowania własnego 

niepokoju profesjonalizmem. - Dobre pytanie. To nie mogą być ślady zębów, nie 

widać teŜ ran charakterystycznych dla ugryzień psa. Z drugiej strony, nie są to teŜ 

ś

lady pazurów, bo brzegi ran są za ostre. Brakuje równieŜ typowego podrapania i 

posiniaczenia. Tak naprawdę, to jedyne wytłumaczenie stanowiłyby rany zadane 

dwiema wyŜłobionymi brzytwami, trzymanymi blisko siebie.

- Ryś, kojot, szczur, pies preriowy? Mysz? Co?

- Nie wiem. Nigdy nie widziałem takich ran -powiedział doktor.

- No i co to ma za znaczenie? - Chee stracił cierpliwość.

- Ja juŜ widziałem podobne rany - stwierdził Youngman. - Widziałem teŜ 

towarzyszące im plamy.

Begay zbliŜył się.

background image

- Obejrzycie miejsce, gdzie chłopiec został zaatakowany? - Youngman starał 

się mówić szybko. - Beze mnie albo Lolomów nigdy go nie znajdziecie. Zobaczmy, 

czy nie zdołamy dowiedzieć się czegoś tam, na miejscu. JeŜeli rzeczywiście chcecie 

pomóc.

Paine dotarł do obozowiska zbyt późno.

- O, moje szczwane, głodne bestie. - Podniósł do góry drzwiczki małej klatki, 

którą ustawił obok tego, co niegdyś było Claire Franklin, a teraz składało się z 

zakrzepłej krwi, zmiaŜdŜonej kołami czaszki i rozprutej komory brzusznej, pustej jak 

bęben. Prawie pustej. Paine kopnął plecy trupa i ze środka - wprost do klatki - 

wyskoczyła mysz. Paine zatrzasnął drzwiczki.

Wszystkie trzy trupy zostały okaleczone w ten sam sposób. Paine był zdania, 

Ŝ

e zwierzęta Ŝywiące się padliną pozostawiały po sobie zawsze bałagan 

przypominający nieład po zabawie. Kawałki skóry i ubrań poniewierały się na ziemi. 

Ciała, puszka po kawie, bułki i cukierki leŜały porozrzucane dokoła. Tylko mrówki i 

muchy uwijały się nadal pracowicie, a obok rogata ropucha czekała na swoją kolej. 

Scena jak z Boscha, pomyślał Paine.

Otworzył coca-colę ze skrzynki obozowiczów i usiadł.

- Przyczyna, dla której dziś tu państwa zaprosiłem, nasz temat na dzisiaj, 

traktuje o śmierci. Wiem, Ŝe jesteście wykończeni, ale z całą pewnością macie 

państwo co nieco do powiedzenia na ten temat. Być moŜe terapia grupowa jest dla 

was nowością. Ale nie dla mnie, wobec czego pokieruję tą sesją. Zacznijmy od tego, 

czy uwaŜacie śmierć za zwykłą konsekwencję Ŝycia, czy sądzicie, Ŝe - przynajmniej w 

części - Ŝyjecie w sępach, psach preriowych - w swego rodzaju katolickiej komunii 

ciała. Zdaję sobie sprawę, Ŝe nikt o tym nie lubi mówić. Ludzie unikają tego tematu. 

Sznurują się im usta. Ale moŜe będę wam w stanie pomóc, kiedy powiem, Ŝe 

naprawdę głębokie przemyślenia o śmierci zdarzają się w czasach zarazy. Zgoda, na 

wojnach giną miliony, ale ludzie marnują czas na rozwaŜania polityczne i 

strategiczne. Ale pomyślmy o dŜumie. Strategie są bezuŜyteczne, a patriotyzm - 

bezsensowny. Spotykamy się ze śmiercią w czystej postaci. Niczym więcej.

Pamiętacie zapewne, jak kiepskie wiersze pisał Robert Frost o stosie drewna 

gnijącym w lesie. śadnego wyczucia Ŝycia i śmierci. Porównajcie to z takim 

„Dziennikiem zarazy" Nashe'a.

Paine spłukał płynem wyschnięte gardło.

background image

- Śmierć to sprawa osobista. Łatwo o tym zapomnieć. Tak jak seks, jest to 

sprawa bardzo osobista. Tymczasem dzisiaj ludzie wolą być „zmarli", niŜ „znaleźć się 

w objęciach śmierci".

To, co jest w dŜumie fascynujące, to fakt, Ŝe stanowi uosobienie śmierci. Tak, 

ś

mierć uosobioną. Kochankę. W „Dzienniku zarazy" moŜna przeczytać o 

umierającym człowieku, który biegł przez ulice Londynu i całował najładniejsze 

dziewczęta, zaraŜając je. Zabijając. Ludzie myśleli, Ŝe to szaleniec. Ale ja sądzę, Ŝe 

wtedy, kiedy biegł po ulicach, sprzedał duszę i był po prostu śmiercią mającą dwie 

wargi i dwie nogi.

Chyba zaczynacie rozumieć. DŜuma to pocałunek. Bez tego pocałunku, 

ukąszenia pchły, dŜuma ginie. To jest naprawdę zdumiewające. Śmierć równieŜ moŜe 

umrzeć. No cóŜ, miłość wiąŜe się z ryzykiem. Nawet dla Niej.

Paine dokończył colę i upuścił niebieską puszkę na ziemię. Wracając do 

samochodu, schwycił klatkę z myszą i spojrzał na odległe szczyty górskie.

- Entliczek, pentliczek, nietoperzu mały. Choć latasz po niebie, to dopadnę 

ciebie.

Helikopter Bell UH-1 „Iroquois" unosił się piętnaście metrów nad polem; z 

jego wnętrza wylatywały metalowe rury i spadały na martwe owce leŜące na ziemi. W 

kaŜdej rurze tkwiło mięso, a w otwartych końcach umieszczono truciznę.

- Nie widzę Ŝadnych plam amoniaku, o których mówiłeś. - Walker Chee 

przyglądał się ścierwom przez lornetkę.

- Jesteśmy za wysoko. Zejdź trochę niŜej. -Youngman starał się przekrzyczeć 

hałas silnika.

- Nigdy w Ŝyciu!

Helikopter krąŜył szerokim kołem. Policjanci podsuwali kanistry i - kiedy 

helikopter znów znalazł się nad owcami i furgonetką Isy Lalomy - Begay wyrzucał 

truciznę. Worki pękały uderzając w ziemię, rozsypując mąkę kukurydzianą 

nafaszerowaną śmiertelnym związkiem obniŜającym krzepliwość krwi, zwanym 

Warfarin.

- Za godzinę mam spotkanie z Piggotem w biurze. Zwijamy się - powiedział 

Chee do pilota.

- PokaŜę wam takie same rany i plamy w zagrodzie Momoa - zwrócił się 

Youngman do lekarzy.

background image

- Nie - rzekł Chee.

- To, co zaatakowało chłopca i owce, zaatakowało teŜ konie.

- To twoja hipoteza.

- No to co je zaatakowało? - Youngman wskazał palcem na oddalające się 

wzgórze. -Ryś pójdzie za stadem i upatrzy sobie jedną sztukę. Kojoty rozproszą całe 

stado na wszystkie strony. A tu mamy osiemdziesiąt martwych owiec.

- Duran - Chee potrząsnął głową - na widok jednego chorego chłopca 

krzyczysz: „dŜuma!" . Parę martwych owiec i koni i juŜ węszysz tajemnicę. A my od 

lat prowadzimy badania nad dŜumą. Robiliśmy to razem z Urzędem do Spraw 

Indiańskich i z ekspertami z Centrum Kontroli Chorób w Atlancie. DŜumę roznoszą 

pchły gryzoni. Wszystkie gryzonie w promieniu paru kilometrów od tego wzgórza juŜ 

nie Ŝyją. Wiemy, jak to robić, jeŜeli tylko dasz nam spokojnie pracować.

- Tych owiec nie zabiły psy preriowe.

- Ale dŜumę roznoszą pchły gryzoni. Wbij sobie to do głowy, Duran. Nie mam 

czasu badać kaŜdego posiłku sępów, który znajdziesz.

- Bo nie moŜesz się spóźnić do swoich białych?

- Tak. Bo to właśnie firma naftowa białych sprezentowała nam helikopter, 

Ŝ

ebyśmy mogli obsypać trucizną owce, jak sobie Ŝyczyłeś. Bo to agencje białych 

dostarczają nam zdjęć satelitarnych, dzięki którym rozbudowujemy program 

nawodnienia. Tak, zgadłeś. Bo pomimo takich jak ty uda mi się skierować w ręce 

czerwonoskórych trochę grosza. A jeŜeli ci się to nie podoba, to zawsze moŜesz 

wysiąść.

Chee zapalił cygaro i uśmiechnął się.

- Boisz się, Duran. Boisz się tych, którzy mają powodzenie. A juŜ zwłaszcza 

innych Indian. Mógłbym ci pokazać róŜne sterowane komputerami aparaty medyczne, 

które instalujemy w szpitalu, ale zmieniłem zdanie. Nie pozwolę, Ŝebyś denerwował 

lekarzy. Poza tym, na pustyni będziesz miał wystarczającą kwarantannę. Tylko się 

przedtem trochę umyj szarym mydłem i spal ubranie, zanim się do kogoś zbliŜysz. 

Nie jestem w stanie ci pomóc.

Chee rozparł się w fotelu, niczym jeździec siedzący mocno w siodle, 

wsłuchując się w dźwięk motoru.

Youngman wbił wzrok w ziemię.

Anne przepiłowała kabel rozdzielacza i zaniosła go w cień koło przewróconej 

background image

furgonetki. Nieprzytomny Henry leŜał na piasku. Franklin spoglądał na niego 

zmruŜonymi oczyma. W wypadku złamał obie nogi. Anne przewiązała sobie szmatą 

złamany mały i serdeczny palec u lewej ręki. Scyzorykiem Franklina ściągała izolację 

z kabla.

Wypluł na ziemię pulpę kaktusową.

- To nie ma sensu.

- Nie mamy nic innego. Wszystko zostało u nietoperzy.

Kiedy usunęła izolację, rozdzieliła miedziane druciki i zachowała tylko jeden. 

Obok niej leŜała wędka, którą chciała się posłuŜyć podczas wizyty nad potokiem na 

ranczu Momoa. Był to jedyny uŜyteczny przedmiot, który znalazła w samochodzie. 

Na jednym końcu drucika Anne sporządziła niewielką pętlę. Przy kaŜdym ruchu ręki 

ból ze złamanych palców promieniował aŜ do łokcia. Co gorsza, palce były śliskie. Za 

czwartym razem zdołała przymocować pętlę do końca wędki, a wolny koniec 

przewlec przez pierwsze oczko.

Franklin przyglądał się bez zainteresowania. Jego rany, chociaŜ powaŜne, były 

mniej niepokojące niŜ to, Ŝe odmawiał picia i jedzenia. Prawa przeŜycia na pustyni 

były proste. Bez schronienia i wody zdrowy męŜczyzna ginął po jednym dniu. 

PoniewaŜ Franklin, siedząc w cieniu, tracił jedynie cztery litry płynów dziennie, miał 

przed sobą jeszcze dwie doby. Henry'emu, znajdującemu się w śpiączce i z wysoką 

temperaturą, Anne dawała ledwie parę godzin.

- Módl się za mnie - poprosił Franklin. 

- Nie.

WłoŜyła sobie kamyk do ust, Ŝeby oszukać pragnienie. Przez dziesięć minut 

mozoliła się z wędką. Na koniec pociągnęła drut i zobaczyła, Ŝe pętla zamyka się 

błyskawicznie.

- Wy, którzy idziecie Doliną Cienia...

- Marnujesz siły.

- A po co mam je oszczędzać? - zapytał. - Tobie to dobrze. Bohaterom zawsze 

jest dobrze. Ale mnie, moja droga, nie jest łatwo. Jestem złym człowiekiem. - 

Uśmiechnął się słabo. - I wierzę w Boga. Jest to sprzeczność, którą ciągnąłem całe 

Ŝ

ycie, ale teraz, w obliczu śmierci, moja sytuacja nie wygląda dobrze.

- Z kaŜdym słowem tracisz coraz więcej wilgoci z płuc.

- To jest najmniejsze z moich zmartwień. Pamiętasz tego nietoperza, co go 

miałem na piersiach?

background image

- Byłeś w szoku. Nie poczułbyś nic, nawet gdyby ktoś ci wbijał nóŜ w bok.

- W Biblii jest napisane, Ŝe nietoperze uwiją sobie gniazda w fałszywych 

boŜkach. To jest znak.

Złamane palce Anne spuchły. Znów je przewiązała, uŜywając dla wsparcia 

ś

rodkowego palca.

- Opuścisz nas, prawda? Po zachodzie słońca. Do faktorii nie moŜe być dalej 

niŜ sześćdziesiąt kilometrów, a przecieŜ znasz drogę. W parę nocy tam dotrzesz.

- MoŜe kogoś po nas przyślą - powiedziała.

- Nie. Pamiętam, jak powiedziałaś, Ŝe nie napotkamy Ŝywego ducha aŜ do 

samych wzgórz. Przez trzy dni nikt nie będzie się o nas niepokoił. A potem jeszcze 

pewnie miną kolejne dwa dni. AŜ w końcu zacznie cię szukać ten twój zastępca 

szeryfa. Potrwa to z tydzień. Jestem pewny, Ŝe sama juŜ doszłaś do tego wniosku. 

Wyruszysz dzisiaj, kiedy jeszcze masz dość sił.

Nieco wcześniej wspięła się na wydmę, o którą rozbił się samochód. W oddali,

na północy, widziała krawędź mesy. Na południu, w błękitnej poświacie - góry San 

Francisco. A między nimi nic. śadnej chaty ani pasterza, nic, tylko pustynia i gęste, 

przegrzane powietrze.

Usiadła i otworzyła pętlę na końcu drutu.

- Jesteś piękną kobietą. Nie powinnaś tu umierać.

- Nie mam zamiaru.

- MoŜe Indianin jest w stanie tu przeŜyć...

- Tak. MoŜna się tego nauczyć. Nauczyć się Ŝyć inaczej.

Anne ściągnęła przepoconą koszulkę i nakryła sobie głowę. Nagie piersi z 

ciemnymi sutkami odbijającymi się na tle bladej, piegowatej skóry poruszały się przy 

kaŜdym ruchu. ZałoŜyła na siebie kurtkę Franklina, wzięła wędkę i odeszła od 

samochodu.

Piętnaście kroków dalej zatrzymała się nad brzegiem koryta wyschniętego 

strumienia. Jej obecność zlała się z otoczeniem, podobnie jak pszczoły wspinające się 

na kamyki czy teŜ nieufnie wynurzający się z norki nos, który nagle zamienił się w 

szybko biegnącą myszkę. Zawieszony w powietrzu pająk zwinnie przebiegał z 

jednego brzegu rozpadliny na drugi. Jaszczurka chihuahua, wielkości palca Anne, 

wkopywała się w ziemię, szukając skorpionów. Anne czuła na plecach gorące ręce 

słońca i kroplę potu ściekającą między łopatkami. Kolory pustyni przypominały skórę 

kobiety. Z pewnej odległości wydawało się, Ŝe skóra napina się na miękkich liniach 

background image

bioder, biała na słońcu, blada w półcieniu, a w głębokim cieniu niebieska jak spód 

piersi. Gdybym była naga, pomyślała Anne, mogłabym się zlać w jedno ze skórą 

pustyni.

Język jaszczurki błysnął jak wstąŜka. Samce jaszczurek chihuahua nie istniały. 

Samice rozmnaŜały się przez klonowanie, tak jakby samcy byli niepotrzebnym 

luksusem, jak liście na kaktusie. Jaszczurka, pracowicie rozkopująca ziemię w 

poszukiwaniu wytropionego skorpiona, nie zauwaŜyła półtorametrowego 

grzechotnika, sunącego korytem rozpadliny.

WąŜ przesuwał się powoli, trzymając głowę wysoko uniesioną w powietrzu, 

aby lepiej ocenić odległość od ofiary. Na plecach miał gładkie łuski, po bokach pasy, 

a podbrzusze kremowe jak marmur. Skupiony na celu, wsadził głowę w drucianą 

pętlę.

Jaszczurka zerwała się do ucieczki w chwili, w której Anne zacisnęła pętlę. 

WąŜ kołysał się na drucie, aŜ Anne połoŜyła go na ziemi i zmiaŜdŜyła pod kamieniem 

jego delikatną główkę.

Postanowiła upiec połowę węŜa, a drugą połowę zjeść na surowo ze względu 

na zawartą w nim wilgoć.

Nie miała zamiaru umierać.

Sześćdziesiąt milionów lat temu, kiedy dobiegała kresu długa era dinozaurów, 

inna, młodsza rodzina zwierząt - zwanych ssakami - przeŜywała okres gwałtownych 

zmian. Niektóre ssaki wyrosły na olbrzymy, starając się wypełnić niszę opróŜnioną 

przez dinozaury. Inne rozwinęły nogi do biegu lub płetwy do pływania. A niektóre 

myszki drzewne, małe stworzonka odŜywiające się owadami i zaopatrzone w chwytne 

palce i wielki apetyt, wytworzyły luźne fałdy skóry wzdłuŜ Ŝeber. Dzięki nim były w 

stanie ześlizgiwać się z gałęzi na gałąź.

Loty ślizgowe stały się łatwiejsze po tym, jak wydłuŜyły się i zagięły trzy 

zewnętrzne palce. Zmieniły się zęby: siekacze ustąpiły miejsca kłom. WydłuŜeniu 

uległy obojczyki, spłaszczyły się Ŝebra, a potęŜny mostek stanowił znakomite oparcie 

dla silnych mięśni piersiowych. Zwiększyły się teŜ serce i płuca. Przedramię uległo 

skróceniu, podobnie jak kciuk i palec wskazujący. Zagięte palce rosły natomiast 

nadal, aŜ trzeci palec osiągnął łączną długość ciała i głowy. Ślizg zmienił się w lot i 

tak powstały nietoperze. W chwili pojawienia się człowieka na ziemi Ŝyło dwa tysiące 

róŜnych rodzajów nietoperzy.

background image

Paine w ciemnościach tropił ich dźwięki.

Siedział skąpany w Ŝółtym świetle kabiny rovera, leniwie przerzucając strony 

„Playboya", którego wziął z poczekalni lekarza Chee w Window Rock. Światło 

zmieniało wygląd nagich kobiet. Piersi błyszczały jak paznokcie, a blondynka na 

plakacie wyglądała jak ktoś, kto się dopiero co namydlił.

Na dachu pojazdu obracał się mikrofon kierunkowy. W środku mikrofonu 

znajdowało się sześć aluminiowych rurek, kaŜda mająca rezonować przy dźwiękach 

określonej częstotliwości. Nawoływania poszczególnych nietoperzy mogły wprawić w 

rezonans jedną z rurek, ale tylko odgłosy wydawane przez wampiry były w stanie 

uruchomić wszystkie rurki naraz. W samochodzie uchwyt mikrofonu rozgałęział się 

koło głowy Paine'a. Jeden przewód biegł do akumulatora, a drugi prowadził do 

wzmacniacza, który był z kolei podłączony do stojącego obok Paine'a oscyloskopu. 

Na zielonym ekranie widać było linię prostą jak drut.

Lekarz Chee zrobił Paine'owi zastrzyk. Był teraz niczym ściek: w Ŝyłach 

płynęło mu trzysta milionów zabitych formaliną i pokrytych otoczką wodorotlenku 

glinu bakcylów dŜumy. Potrzebował teraz nowych uszu do wychwycenia nowych 

dźwięków.

Noc była wypełniona odgłosami. Sowy, Ŝaby, jastrzębie, jaszczurki, myszy, 

owady, kojoty, cała pustynia aŜ drŜała od miauczeń, szczekań, pisków i krzyków. 

Słyszalnych i niesłyszalnych. Dlatego właśnie musiał posługiwać się oscyloskopem: 

ludzki słuch zawodził powyŜej skromnych 20 kiloherców.

Ze stronicy pisma spoglądała na niego twarz o pełnych wargach, zza których 

wysuwał się język. Zwierzęta przystosowywały się na róŜne sposoby. Adaptacja 

ludzka objawiała się na zewnątrz rozmiarami czaszki lub narządów płciowych. 

Powiększonym członkiem, piersiami, pełnymi wargami i pośladkami. A wśród 

nietoperzy? Skrzydłami. No i uszy, powiększone jak poskręcane korony. Skrawek 

ucha ostry jak sztylet. MałŜowina poskręcana jak muszla morska, niezwykle 

umięśniona. Ucho, które było w stanie wychwycić dźwięki o częstotliwościach 

sięgających 200 kiloherców, czyli dziesięciokrotnie więcej niŜ słuch człowieka.

Kiedy zapadał zmrok, większość ssaków zdawała się na zmysł dotyku. 

Gryzonie chowały się w bezpiecznych norach. Ludzie, ślepi w ciemnościach, 

wyciągali wokół siebie ręce, licząc na zetknięcie z miękką skórą.

Paine odłoŜył pismo na bok i uśmiechnął się.

Grzesznice, tak powiedziałby Ochay. Wysoko w górach samochód omal nie 

background image

wpadł w wąwóz i przy okazji Paine stracił swoją całą biblioteczkę: Miltona, Szekspira 

i Lewisa Carrolla. Został mu tylko Nowy Testament Ochaya. KsiąŜka była 

zniszczona, a najstraszniejsze przepowiednie i sądy starannie podkreślone ołówkiem. 

Przez pół roku była to jedyna lektura Paine'a.

Oscyloskop zadrŜał i pokazał linię białych punktów. Drgała tylko jedna z 

rurek mikrofonu, nie był to więc właściwy ślad. Nad Arizoną latały tysiące małych, 

owadoŜernych nietoperzy: jaskiniowych, czerwonych, pigmejskich, cętkowanych i 

tych z „trupią czaszką", które na brzuchach miały białe plamy w kształcie oczu i ust. 

Wszystkie kręciły się w conocnym poszukiwaniu pasikoników i ciem, wypełniając 

powietrze swoim krzykiem o wysokiej częstotliwości. Czułe rurki mikrofonu 

wpadłyby w rezonans przy częstotliwości 73 kHz, gdyŜ większe wampiry 

porozumiewały się „szeptem", wysyłając w przestrzeń dźwięki nie za pomocą 

pysków, lecz nosa. Niczym oddech. Mikrofon cierpliwie przeczesywał noc. Linia 

oscyloskopu znów się wyrównała.

W ciągu poprzednich nocy zdawało się, Ŝe nietoperze nadlatują z zachodu. 

Najprawdopodobniej z gór San Francisco. Paine był przekonany, Ŝe na Mansion Mesa 

nie ma mowy o Ŝadnych gniazdach. Przyszło mu do głowy, Ŝe ani Ochay, ani święty 

Jan nie mieli pojęcia o współistnieniu. Dla nich istniało wyłącznie wzniesienie się ku 

Bogu bądź upadek do piekieł. Tymczasem współistnienie stanowiło jedno z bardziej 

interesujących zagadnień w biologii. W rzeczywistości śmierć nie miała nic 

wspólnego z rozwarciem niebios, ze starciem aniołów, z ognistymi rydwanami. 

Ś

mierć objawiała się pod postacią glisty nitkowca, roznoszonej przez muchy, która 

wzrastała na poŜywce ludzkiej skóry i na koniec wyczołgiwała się przez gałkę oczną. 

Lub teŜ jako komórka rakowa, która niespodziewanie zaczynała się mnoŜyć. Lub teŜ 

pałeczki trądu, które zdrowe kończyny zmieniały w poskręcane kikuty. Na Ŝart 

zakrawało to, Ŝe system odpornościowy nie zapewniał odporności, a przeciwko 

pasoŜytom nie było środków zaradczych. Czy organizm wznosił bariery ochronne 

przed nacierającym przeciwnikiem? Rzadko. Badacze wiedzieli, Ŝe ciało - pełne 

cierpliwego oczekiwania - zazwyczaj poddawało się agresji. Badacze raka sami 

najczęściej zapadali na tę chorobę. Badacze nitkowców ślepli. Badacze trądu kończyli 

w leprozoriach. Stwierdzając, Ŝe choroba bądź pasoŜyty występowały endemicznie, 

przyznawali, Ŝe nie ma przed nimi ratunku, zwłaszcza jeŜeli ktoś nie miał zamiaru 

uciekać, tylko chciał kontynuować badania. Ludzie dziwili się naukowcom, uwaŜnie 

background image

studiującym rozwój szczególnie obrzydliwych chorób, które toczyły ich własne ciała. 

Ale jeŜeli chciałeś wygrać tę walkę, to co innego, do cholery, ci pozostawało? Rak się 

rozwijał, glisty się pasły, a ludzie nadal pozostawali poŜywką. Ryzyko zawodowe. W 

miarę rozwoju choroby stawałeś się tym, co było obiektem twoich badań. I właśnie 

dlatego, Joe Paine mawiał w Mexico City, jesteśmy tak diablo mądrzy.

Linia oscyloskopu lekko drgnęła.

Paine spojrzał na obrotowe ramię mikrofonu i na wskazówki kompasu. Linia 

oscyloskopu wygładziła się, drgnęła i znów opadła. Dalekie echo, za słabe. Paine 

nerwowo popukał w kompas.

- Jesteśmy tacy mądrzy - mawiał Joe Paine - bo badamy wściekliznę. 

Wybraliśmy coś, co moŜna wyleczyć. Ten jeden jedyny raz ojciec Paine'a minął się z 

prawdą. Bo przecieŜ badał nietoperze.

Podniósł głowę. Linia była nadal płaska, płaska... drgnięcie... płaska, płaska, 

płaska... drgnięcie. Daleki pogłos o niskiej częstotliwości, rezo-nujący w mikrofonie. 

Według kompasu nadciągał z zachodu.

Na wsporniku ramienia mikrofonu znajdowały się małe śrubki regulujące. 

Paine dwoma ruchami nastawił mikrofon na przemiatanie przestrzeni w kierunku 

zachodnim, od południa, aŜ po północ.

Ś

lad na oscyloskopie stawał się coraz bardziej wyraźny. To mogły być lecące 

na czele samice, które wysyłały przed siebie miękkie, jednostajne dźwięki 

poszukiwawcze. Dzieliło go od nich - jak sądził - z osiemset metrów, a szybkość 

przelotu ocenił na jakieś trzydzieści kilometrów na godzinę. Na mapce zaznaczył 

kierunek i czas spotkania.

Pomimo chłodu nocy, oblał się potem. Elektroniczne „ślady" większości 

nietoperzy przypominały wdzięczne dzwony lub diamenty. Głos wampirów był 

zdarty, prawie ludzki. Coraz więcej nietoperzy wlatywało w zasięg mikrofonu. Z 

północnego zachodu, stwierdził i mocniej dokręcił śruby regulujące, ograniczając pole 

nasłuchu mikrofonu do dziewięćdziesięciu stopni. Oscyloskop drŜał bezustannie. 

Leciały wprost na niego.

Paine wysiadł z rovera i nasunął na reflektor filtr podczerwieni. Oscyloskop, 

pod wpływem docierającej energii, zaczął dzwonić. Paine wsiadł do samochodu i 

przykręcił szybę. Ograniczył ruchy mikrofonu do czterdziestu pięciu stopni i linia 

oscyloskopu przemieniła się w połamane pasmo górskie. Paine odłączył mikrofon ze 

stojaka i skierował go ręcznie w stronę nadlatujących nietoperzy. Ekran 

background image

przeładowanego oscyloskopu pokrył się śnieŜną masą jaskrawych punktów. Wyłączył 

ś

wiatła kabiny, załoŜył czułą elektroniczną lornetkę, po czym zapalił reflektor.

Przelatywały nad nim dziesiątkami, potem dwudziestkami, a na koniec taką 

chmarą, Ŝe nie był w stanie ich zliczyć. Parę metrów nad rove-rem. Była to jedna z 

największych kolonii wampirów, jaką kiedykolwiek widział. Nie machały skrzydłami, 

czerwonymi w blasku zachodzącego słońca i ostrymi jak noŜe, jak owadoŜerne 

nietoperze, tylko płynęły dostojnie w powietrzu, przesłaniając niebo.

CięŜki motocykl jechał górską drogą. Droga była niebezpieczna, biegła 

skrajem urwiska, a gdyby nie to, Ŝe kierowca znał ją tak dobrze, to musiałby po 

ciemku jechać bardzo wolno. Poganiał go strach. Pod kołami zazgrzytał Ŝwir. 

Wyprostował się i zredukował bieg. Cieszył się, Ŝe droga pochłania całą jego uwagę, a

napotkawszy nieprzejezdne miejsce, szybko dodał gazu i wspiął się na brzeg skarpy.

Mam szczęście, powtórzył w myślach, więcej szczęścia niŜ brat. Jeden z nich 

musiał stać na straŜy pastwiska, Ŝeby ustrzelić tajemniczych napastników, którzy 

atakowali bydło. Brat chciał wypróbować swój nowy sztucer i poszedł pierwszy, 

niosąc równieŜ strzelbę, dwie latarki i śpiwór. Ale brat nie zdołał ani razu wystrzelić. 

O północy cały zakrwawiony stanął w drzwiach, krzycząc: „Nietoperze!".

Co wydawało się zupełną bzdurą.

Miał teŜ więcej szczęścia od rodziców. Najpierw zachorowała matka. Ojciec 

opiekował się nią i teŜ się rozchorował. Nie byłoby to takie groźne, gdyby nie fakt, Ŝe 

burza zerwała przewody telefoniczne. BoŜe kochany, ile to razy im mówił, Ŝe powinni 

mieć na ranczu, na wszelki wypadek, krótkofalówkę? Pewnie z milion. Sami sobie 

będą winni, jeŜeli nie uda mu się na czas zawiadomić lekarza. Odrobina 

zapobiegliwości nigdy nie szkodzi. A tak w ogóle, to cała ta przeklęta droga powinna 

być wyreperowana. Inaczej nic nie będzie z wywózki drzewa. Na pewno wszystkim 

teraz będzie się musiał zająć sam.

Zwolnił, Ŝeby utorować sobie drogę przez gałęzie, które zatarasowały drogę. 

Między nimi zauwaŜył poplątany kabel, który wyglądał jak bicz woźnicy. Zatrzymał 

się i skręcił kierownicę, aŜ w świetle reflektora ujrzał słup telefoniczny stojący przy 

brzegu drogi.

Oparł motor o słup i otworzył wyszywane skórzane torby dyndające za 

siodełkiem. Naprawdę miał szczęście, ale samo szczęście nie wystarczało; trzeba było 

być przygotowanym. W torbach znalazł hełm z latarką, rękawice, pas i telefon, który 

background image

zabrał ze sobą, kiedy porzucił pracę w Southwest Bell. Nie była to kradzieŜ: wszyscy 

coś brali. Nikt nie będzie miał mu za złe, jeŜeli uratuje teraz parę osób. ZałoŜył pas i 

hełm i włączył latarkę, która świeciła słabo, ale wystarczająco. Zręcznie wspiął się do 

zerwanego kabla.

Na szczycie słupa zaczął się niepokoić. Rzadko pracował na słupach, a światło 

latarki na wysokości dziesięciu metrów wydało mu się o wiele słabsze niŜ w czasie 

prób na ziemi. JeŜeli jednak zrobi wszystko starannie, to i tak zaoszczędzi wiele 

godzin jazdy na motorze po pomoc. W okolicy Dinnebito Wash nikt nie miał telefonu,

a najbliŜszy aparat znajdował się przed samym Tuba City.

Zacisnął pas mocniej wokół słupa. Ta noc była tak wściekle ciemna. Z reguły 

lubił ciemne noce, kiedy polował na jelenie. Czekał wówczas w ciemności, aŜ 

usłyszał hałas i wtedy włączał reflektor. Zwierzęta zastygały bez ruchu; w ich 

pomarańczowych oczach widać było panikę, a wtedy on pakował im kulę wprost 

między ślepia.

Rękawiczki były sztywne ze starości. Bał się, Ŝe w razie najmniejszego błędu 

kabel poleci na ziemię. Sam telefon był łatwy w obsłudze: tarcza na słuchawce i dwa 

druty wchodzące pod przyciski. Stał niepewnie, bo buty ślizgały się na klamrach. 

Ponadto przyciski tak przerdzewiały, Ŝe musiał je oczyścić noŜem. Właśnie miał 

docisnąć druty, kiedy zorientował się, Ŝe nie jest sam. Z niewielkiej odległości, wisząc 

do góry nogami na drucie, spoglądał na niego nietoperz. Przyciski wyślizgnęły się z 

rękawic, ale szybko się opanował. Był to największy nietoperz, jakiego dotąd widział. 

Ciemnobrązowy, z tępym nosem i kołnierzem wokół głowy. Zwykły nietoperz, nic 

więcej, pomyślał i zaśmiał się sam z siebie. Schował nóŜ za pas i wolnymi rękoma 

przymocował telefon do linii. Światło latarki wydobyło z mroku kolejnych pięć 

nietoperzy wiszących na drucie.

Był przekonany, Ŝe kiedy wszedł na słup, nie było jeszcze ani jednego 

nietoperza. Nie bał się, ale Ŝałował, Ŝe nie wziął pistoletu. Został w jednej z toreb. 

Spojrzał w dół, na motocykl. Światło ledwie tam dochodziło, ale mógłby przysiąc, Ŝe 

ziemia się porusza. Zrazu wydawało mu się, Ŝe to ropuchy przeskakują przez drogę, 

ale potem zobaczył, Ŝe jest nimi pokryty dół słupa. Wchodziły w górę, bokiem i 

tyłem, i juŜ teraz je rozpoznał. Domyślił się nawet, w jakim celu się wspinają, i serce 

zaczęło mu bić szybciej. Drut się ugiął i telefon szarpnął mu się w rękach. Cały kabel 

pokrył się nietoperzami. Dostrzegł jednego, który niósł na piersiach małego. 

Maleństwo obróciło głowę i spojrzało na niego.

background image

-Nie!

Coś uderzyło go w plecy i przygwoździło do słupa. Upuścił drut telefoniczny. 

Jakieś zęby przegryzały mu spodnie. Zamachnął się ręką za siebie, ale gdy ją podniósł 

do oczu, ujrzał ranę biegnącą od łokcia aŜ po nadgarstek. Wpatrywał się, zdumiony. 

Nietoperze sunąc po drucie zbliŜały się powolnym marszem. Zaczął rozpinać pas, ale 

palce w rękawicach nie były dość chwytne. Ściągnął lewą rękawiczkę i nietoperz 

natychmiast usiadł na odsłoniętym miejscu. Inne usiadły mu na plecach, a jeszcze inne

- na nogach. Cięcia były ostre, ale niezbyt bolesne. Raczej zimne. Strącił nietoperza z 

ręki. Palce były czerwone i śliskie. PrzecieŜ zawsze sprzyjało mu szczęście, więc 

gdyby zdołał dostać się do motoru...

Wierzgnął i drugi but wyślizgnął się z klamry. Zawisł na pasie i patrzył, jak 

nietoperze czołgają się, z głowami w dół, ze szczytu słupa. Przez pewien czas kopał 

nogami, jak człowiek biegnący w miejscu, a potem juŜ tylko kołysał się powolnym 

rytmem zmęczonego maratończyka, zmagającego się z cięŜkim ładunkiem.

background image

Rozdział piąty

Rząd męŜczyzn zwróconych w kierunku pustyni wyśpiewywał „Ho-o-hah!". 

Ciała, z wyjątkiem jasnych plam na plecach, wokół ust i na czołach, mieli 

pomalowane na czarno. W długie włosy wpięli orle pióra, a z niebieskich spódniczek 

zwisały lisie futerka. Turkusowe naszyjniki i grzechotki umocowane na kolanach 

stukały przy kaŜdym tanecznym kroku.

- To właśnie mój durny braciszek. - Cecil Somiviki wskazał Youngmanowi 

jednego z tancerzy. - Ten w peruce. Ma takiego stracha, Ŝe się zaraz zesra.

Około pięciuset Hopi siedziało na dachach i na drabinach, popijając colę i 

jedząc podpłomyki; młodzi męŜczyźni przypominali śniadych kowbojów, a 

dziewczęta były odziane w uroczyste stroje. Wysłannicy Nawahów, świecący się z 

dala jak witryna sklepu jubilerskiego, trzymali się razem. Biali turyści w zakurzonych 

okularach przeciwsłonecznych i ze spalonymi na czerwono twarzami, wykończeni 

trzystumetrową wspinaczką dzielącą ich od parkingu, rozleźli się po całym placu. 

Youngman szukał wzrokiem Anne. Zobaczył Walkera Chee w fioletowej opasce 

podtrzymującej przycięte włosy.

- Głowotłuk nadal chce cię wykończyć -mruknął Cecil. - CóŜ, tak czy inaczej, 

nie jestem w stanie dziś cię wywalić. Zaraz! Paniusiu! - Sięgnął ręką i wyszarpnął 

aparat fotograficzny, który turystką ukryła pod szalikiem. - Zakaz robienia zdjęć. 

Czytała pani napisy?

Nosiła ciemne okulary w kształcie skrzydeł jaskółczych, a nos wysmarowała 

sobie kremem.

- Napisy?

Uśmiech zmienił się w grymas, gdy Cecil otworzył ściankę aparatu i rozdeptał 

butem kasetę z filmem. Wrzucił aparat do torby i wydał jej papierek z numerkiem.

- Do odebrania po tańcach.

- To jest uroczystość religijna - wyjaśnił jej Youngman.

- Na świeŜym powietrzu? - pisnęła. - Dajcie spokój.

- I pamiętaj - dodał Cecil. - Bez papierka nie oddam aparatu. - Poszedł razem z 

Youngmanem wzdłuŜ tłumu, szukając aparatów, magnetofonów lub bloków 

rysunkowych. - Te durnie z Klanu Niedźwiedzia powinny były wyłapać nygusów z 

aparatami juŜ na parkingu - powiedział.

background image

Na drabinie kivy Klanu WęŜa powiewały proporce z piór i końskiego włosia. 

Youngman zdziwił się, Ŝe proporce powiewają równieŜ na drabinie wiodącej do kivy 

Klanu Ognia.

- Tak - potwierdził Cecil - staruszki siedzą tam juŜ wiele dni. Patrz! Znów 

jakiś antropolog-amator!

Biały nastolatek przyciskał do siebie podartą torbę, w której po przeszukaniu 

znalazł się magnetofon Panasonic i foliowa torebka pełna trawki.

- Nieźle. - Cecil zabrał magnetofon. - Co się dzisiaj z tobą dzieje, Youngman? 

Zazwyczaj to ty znajdujesz wszystkie smakołyki.

Na środku placu zgromadzono stos zielonych gałęzi, a wykopaną obok dziurę 

zakrywała drewniana pokrywa. Tańczący wchodzili na pokrywę, dając znać duchom 

podziemnym, Ŝe nadciągają wysłannicy z Ŝądaniem deszczu. Śpiewali „Ho-o-ah, ho-

o-ah, ho-o-ha!". Jeden z nich podniósł do góry „wysłanników" - kiść wijących się 

węŜy.

Youngman i Cecil przepchnęli się przed tłum, podczas gdy tancerze zwani 

„zbieraczami" rozproszyli się po całym placu. Mieli za zadanie wyzbierać wszystkie 

węŜe, zanim przedostaną się w tłum. Kapłani nadawali rytm stukając kołatkami. 

Youngman poczuł uderzenie adrenaliny przypominające haust whisky. Nawet Cecil 

nagle się podniecił; gdyby nie obowiązki, to teŜ by tańczył. Tłum cofnął się o krok.

- Sukinkot, sukinkot - powtarzał Cecil sam do siebie.

Pierwszy z tancerzy zacisnął zęby jakieś dwadzieścia centymetrów za głową 

węŜa, resztę ciała gada podtrzymując lewą ręką. Po prawej ręce tancerza stał drugi, z 

„biczem na węŜe" zrobionym z orlego pióra. Ogon dwumetrowego grzechotnika 

diamentowego wlókł się po ziemi. Musieli czterokrotnie obtańczyć zielony stos w 

centrum placu, a potem pójść po kolejnego węŜa. W ten sposób sprowadzano deszcz.

- Rozumiesz, wyrywają im zęby. - Youngman usłyszał, jak biały ojciec 

wyjaśniał swemu synowi.

Obok nich, tańcząc na piętach, przesunął się Powell Somiviki.

- O, kurde, złapał węŜa nie z tej strony - powiedział Cecil.

Oczy Powella wyszły na wierzch. Ugięły się pod nim kolana. Czerwony 

grzechotnik, z dala od bicza z orlego pióra, wysuwał się coraz dalej z zaciśniętych 

szczęk Powella. W paszczy węŜa widać było dwa Ŝółte kły jadowe. Youngman 

spostrzegł, jak wąŜ owija się ogonem wokół ramienia Powella, przygotowując się do 

uderzenia. Powell oddalił się tanecznym krokiem, a wąŜ ustawiał się pod właściwym 

background image

kątem do ataku.

- O, kurde - powiedział Cecil.

- Tato, widziałem...

- Ściągają im jad - odpowiedział ojciec. 

Czarny grzechotnik uciekł tancerzom, a za nim niespiesznie postępował 

zbieracz. ChociaŜ niebawem go dogonił, to wcale nie miał zamiaru zatrzymywać. 

Umknęło to uwagi zebranych aŜ do chwili, gdy wąŜ zaczął uciekać między 

stłoczonymi nogami. Rzucili się z krzykiem do ucieczki. Zbieracz podniósł węŜa za 

ogon i odniósł na plac.

Powell opadł na kolana po drugiej stronie placu. WąŜ nadal nie przyjął 

dogodnej pozycji do uderzenia i najbliŜszy tancerz pomógł umieścić głowę gada w 

ustach Powella z właściwej strony.

- Patrz, facet idzie na studia - wysapał Cecil - i nadal nie ma pojęcia, gdzie jest 

tył, a gdzie przód. Dureń.

Taniec trwał nadal. Walker Chee przepchnął się w stronę jednego z 

wychodków na skraju mesy. Kiedy wyszedł, Youngman juŜ na niego czekał.

- Jak się czuje mały Loloma? 

- Przedstawiłem juŜ raport starszyźnie. - Chee próbował przesunąć się dalej.

- Jak się czuje? - Youngman stanął mu na drodze.

- Jest w dobrych rękach. A tak między nami, to tracicie tu wielką szansę. 

Moglibyście sprzedać prawa do transmisji telewizyjnej Tańca WęŜy i zarobilibyście z 

milion dolarów robiąc to, co i tak zawsze robicie. To byłaby wielka atrakcja dla 

wszystkich.

Youngman był zdumiony. Rozmowa z Chee przypominała polowanie na 

jaszczurkę. Nawet jeŜeli udało ci się ją przygwoździć za ogon, to i tak potrafiła uciec.

Kiedy Youngman powrócił na plac, jednego z tancerzy akurat ugryzł wąŜ. 

Ukąsił go w szyję i dopiero cień orlego pióra przesunięty nad oczyma węŜa 

spowodował, Ŝe gad upadł na ziemię. Powell przeskoczył nad leŜącym węŜem. 

Trzymał w zębach kolejnego grzechotnika, którego ogon kołysał się w rytm kroków 

tancerza. Człowiek i wąŜ, dwie istoty nie przypadkiem spojone w jedno: legendy 

wspominały o Ŝonie-węŜu. Abner niejednokrotnie mówił, Ŝe ani biali, ani nawet 

Nawahowie nie mogą pojąć, Ŝe Taniec WęŜy jest tańcem Ŝycia, a nie śmierci.

- Chłopak daje sobie nieźle radę. - Cecil puścił oko do Youngmana.

Kiedy ostatniego węŜa wrzucono do dziury, najwyŜszy kapłan Klanu WęŜa 

background image

usypał koło z mączki kukurydzianej. Z koła wybiegały na wschód, zachód, północ i 

południe linie prowadzące do słońca i do świata ciemności. W tym czasie, gdy się 

modlił, tancerze wrzucili wijące się węŜe w obręb koła. Na koniec wszyscy wzięli je 

w ręce i pobiegli wąską ścieŜką wiodącą mesy na pustynię. Teraz musieli przebyć 

wiele kilometrów po piasku, aby na koniec wypuścić gady na wolność.

Youngman, Cecil i jeszcze jeden zastępca szeryfa imieniem Frank oddali 

skonfiskowane aparaty i pomogli turystom wyjechać z zatłoczonego parkingu. Na 

koniec, kiedy parking był juŜ prawie pusty, przysiedli na zderzaku samochodu Cecila i 

otworzyli zimne puszki piwa.

Anne się nie pojawiła. Z całą pewnością, pomyślał Youngman, miała coś 

lepszego do roboty.

- Nie był ten taniec ani taki zły, ani taki dobry. - Cecil otworzył puszkę 

trzymając ją z dala od twarzy. - Na pewno nie najgorszy.

- Brat nieźle ci się spisał. - Frankowi odbiło się.

- Z początku się bał. - Cecil skrzywił się. -Mówiłem mu: nie moŜesz tego 

robić wbrew sobie. JeŜeli wierzysz, to ci nic nie będzie.

- Kto został pogryziony? - Youngman włączył się w rozmowę.

- Jak on się zwie... Motyl. Nie, brat Motyla. Dam mu juŜ jutro popalić. - Cecil 

roześmiał się. - AleŜ to był widok, Powell z tymi węŜami.

Cecil z przyjemnością podrapał się po przyrodzeniu. Frank był zastępcą 

szeryfa z pueblo Walpi i w jego Ŝyłach płynęło wystarczająco wiele białej krwi, aby 

wyrosły mu wąsiki i długi nos, tak Ŝe za plecami mówiono o nim: „Koński Łeb".

- A pamiętacie, jak wąŜ przedostał się w tłum? - Trącił Youngmana pod Ŝebro. 

- Ta tłusta blondynka. Myślałem, Ŝe będzie wisieć w powietrzu przynajmniej przez 

miesiąc.

- Niezły ubaw - powiedział Youngman.

- Chcą się gapić na tańce, to niech potem nie wrzeszczą - dodał Cecil. - Nikt 

ich tu nie prosił. To nie Gallup. JeŜeli chcą się upić, obejrzeć jakieś lewe tańce, to 

niech jadą do Gallup.

Na parkingu zostały jedynie samochody Hopi i le sabre Walkera Chee.

- Ciekawe, po co Chee tak długo tu siedzi? -Youngman wziął od Franka 

papierosa.

- Interesy - powiedział cicho Cecil.

- Interesy?

background image

- Tak mi mówiono. Skurwiel nie ma za grosz taktu. - Cecil splunął na ziemię.

- Jakie interesy?

- Coś o tym, Ŝeby pozwolić Nawahom na nadzorowanie wspólnych terenów. 

ś

e niby nam zrobią przysługę, jak zwykle. W mordę, to nie były nawet Ŝadne wspólne 

tereny, dopóki Głowotłuki nie dotarły do odpowiednich ludzi w Urzędzie i nie 

ukradły, co tylko było moŜna. Jak Nawahowie i ludzie z Urzędu dopną swego, to 

zostanie nam tylko tyle ziemi, Ŝeby się na niej odlać w kucki.

- A wiecie, spotkałem parę tygodni temu śmiesznego typka - powiedział 

Frank. - Wysoki, rudy pahan, mówił, Ŝe jest lekarzem. Prowadził zabawny pojazd.

- TeŜ go spotkałem - powiedział Youngman. - Ale co cię w nim tak 

rozbawiło?

- Nic, za pierwszym razem nic. Ale za drugim razem spotkałem go w Five 

House Butte. Pytał mnie o nietoperze. Czy teŜ cię pytał o nietoperze?

Cecil i Frank zostali, Ŝeby wypić jeszcze kilka piw, zaś Youngman poszedł z 

powrotem do pueblo. Spoza siatkowych drzwi dobiegały odgłosy rodzinnych biesiad, 

a wraz z nimi zapach duszonego królika. Przez okna widział Chee, pozostałych 

Nawahów i starszyznę pueblo. Youngman usiadł sam w miejscu, gdzie plac urywał 

się na brzegu mesy i opuścił nogi.

Słońce świeciło mu prosto w oczy. Spojrzał w dół, gdzie widok przesłaniało 

mu wątłe drzewko kurczowo trzymające się skalnego występu. Gdyby miał lornetkę, 

to byłby zapewne w stanie dostrzec powracających z pustyni tancerzy. Drobne punkty 

przesuwające się w półkilometrowej długości cieniach. Na wschodzie widać było 

purpurową poświatę, która na zachodzie przechodziła w złoto. Za górami, po drugiej 

stronie pustyni, miasta zakwitałyby teraz światłem. Winslow, Flagstaff, Tucson, 

Phoenix. Bulwary, drzewa palmowe, neony moteli, baseny, wszystko oświetlone 

prądem uzyskanym ze skradzionej, podzielonej, kupionej i znikającej wody. Ho-ah-

ho, kaŜdy pragnie deszczu.

Ale cóŜ z nietoperzami? Dlaczego pahan, który chciał kroić Abnera, 

interesował się nietoperzami? JeŜeli tak go interesowały, to dlaczego nie siedział w 

grotach Carlsbad, gdzie miałby ich miliony?

Ale na ranczu Momoa wszyscy czuli się dobrze, pomyślał. I zdziwił się, 

czemu pomyślał o Momoach, aŜ przypomniał sobie, Ŝe właśnie w tamtym kierunku 

podąŜyła Anne. Tak Abner, jak i młody Loloma zostali zaatakowani na wschód od 

Gilboa. A ona udała się na zachód. No i miała radio. Jej jedynym kłopotem był on 

background image

sam. Przypomniał sobie, jak to oboje razem pojechali na camping, ponad Dinnebito 

Wash. Camping to wielkie słowo. Chodziło o złowienie kilku pstrągów. O kochanie 

się na kocu.

Drugiego wieczoru zaczęła mu opowiadać o swojej rodzinie, a następnej nocy 

zapytała go o to samo.

- śadnej rodziny, Ŝadnych wspomnień - powiedział.

- Widziałam twoje obrazki. Tę straszną, krwawą twarz na kaŜdym z nich. 

Miałam wraŜenie, Ŝe to jakiś symbol.

- TeŜ mi symbol - odparł. - To jest Masaw.

Opowiedział jej kilka historii o Kanionie Maski. O tym, jak to zakrwawiony 

Masaw uciekł i zapłonął podziemnym ogniem, którego nikt nigdy nie był w stanie 

ugasić. O mieście umarłych. Kiedy poprosiła go, Ŝeby ją tam zabrał, zmienił temat.

- To znaczy, Ŝe takie miejsce wcale nie istnieje? - Uśmiechnęła się.

- Coś w tym rodzaju. - Wymigał się.

- Tak jak się mówi: „za górami, za lasami"?

- JeŜeli juŜ tam się znajdziesz, to znaczy, Ŝe jesteś zgubiona.

Coś ją jednak niepokoiło.

- Ale jak moŜesz rysować Masawa, skoro go nigdy nie widziałeś?

- Abner mi mówi, co mam rysować.

- A on widuje Masawa?

- Abner ma swoje znajomości.

- Pewnego dnia Abner zatruje się bieluniem.

- Masz rację.

Ale, jak się okazało, nie miała racji, pomyślał Youngman.

Abner i Anne, jedyni ludzie, na których mu zaleŜało. Jeden nie Ŝyje, a druga 

wyjeŜdŜa, ale niekoniecznie bez niego. Chyba Ŝeby się uparł i został. Tylko po co? 

ś

eby skończyć tak pokręcony jak Stone Man lub odtrącony jak Abner? PrzecieŜ Chee 

juŜ go prawie usunął z pracy. Cecil odmówił dochodzenia w sprawie zniknięcia ciała 

Abnera.

Dlaczego nie pojechać z Anne? Lub, gdyby to wyrazić słowami białych, 

dlaczego nadal Ŝyć jak Indianin? W jakim celu Ŝyć w tym parszywym zakątku, pocąc 

się całymi dniami i marznąc po nocach? Po kilku kursach mógłby pracować od 

dziewiątej do piątej w klimatyzowanym biurze, cieszyć się dwutygodniowymi 

wakacjami, prowadzić samochód małolitraŜowy i dorobić się dwóch garniturów. Albo 

background image

teŜ, gdyby starczyło mu sprytu, mógłby zostać zawodowym Indianinem, tak jak Chee. 

Anne na pewno by tego w ten sposób nie ujęła. Dla niej to była po prostu kwestia 

wzajemnej miłości. Lub teŜ „wzajemnego oddania", jak lubiła to nazywać. Ale 

Youngman był juŜ oddany. Urodzić się Indianinem w rezerwacie to tak, jak popełnić 

zbrodnię lub zostać skazanym na doŜywocie w izolatce. Kwarantanna połączona ze 

ś

wiadomością, Ŝe Ŝycie wśród białych zdusi go do reszty. A oto objawy tej chorobo-

zbrodni: uŜalanie się nad swoim losem, podejrzliwość, głupota i duma. Czy urodził 

się w dwudzies-tym wieku jakiś Indianin - pomyślał Youngman - który nie byłby 

schizofrenikiem? I który nie chciał tego uŜyć jako wymówki? Czy ktokolwiek inny 

mógł się z nimi w tym równać?

Youngman posłyszał kroki ze strony mesy. Obok usiadł Harold Masito, paląc 

skręta z lokalnej machorki, trzy razy mocniejszej od tytoniu kupowanego w sklepie. 

Kapłan Klanu Niedźwiedzia nosił się oficjalnie, zapięty na ostatni guzik. W 

padających z boku promieniach słońca jego twarz wydawała się równie porowata jak 

wapień.

- Nadal nie ma chmur. - Popatrzył na góry.

- Jeszcze nie.

- Chcesz je wymyślić? To się nie uda. Robimy, co do nas naleŜy, a potem 

nadchodzą deszcze. Za parę dni. MoŜe nieco więcej. W nocy nadejdzie bryza, a potem 

prawdziwy deszcz. Nie tak jak wczoraj.

- Tak naprawdę to myślałem o Abnerze - powiedział Youngman. - O Abnerze 

i o nietoperzach.

Siedzieli przez minutę w milczeniu, patrząc w dół, na piasek.

- Ja teŜ myślałem o Abnerze - powiedział Harold. - Nie powinniśmy byli 

przeganiać go z mesy.

- Sam mówiłeś, Ŝe stał się czarodziejem.

- Bo był. Ale posiadł moc. Jedyna moc, jaką mamy, to Masaw, ta ziemia. 

Abner umiał rozmawiać z Masawem, ale przegoniliśmy go i teraz tracimy naszą 

ziemię. Według mnie był to bardzo dzielny człowiek. Nie powinienem był się go bać. 

Ty się nie bałeś.

- Nie wierzyłem, Ŝe jest czarownikiem.

- A teraz?

- TeŜ nie. Ale inni zdają się wierzyć. Obrabowali jego grób. Nic o tym nie 

wiesz?

background image

- To znaczy, Ŝe grób jest pusty?

- Tak. To mnie nie dziwi. Ale nie mam pojęcia, co go zabiło. Jeszcze nigdy nie

widziałem takich ran. Nie było teŜ Ŝadnych śladów.

- Ślady pokazują się tylko wtedy, gdy na nie patrzysz. Abner doprowadzał 

rzecz do końca. Widziałem go we śnie ostatniej nocy. Dlatego przyszedłem teraz do 

ciebie.

- Tak? - Youngman uśmiechnął się z goryczą. - No, skoro juŜ się z nim 

nagadałeś, to o czym mówił?

- Kazał ci pomóc, bo nie umiesz czytać.

- Wuju, wiele nie umiem, ale czytać potrafię.

- Słowa. 

- Tak.

- Czy jak znalazłeś Abnera, to widziałeś jakieś napisy?

- Nie.

Harold chrząknął, jakby się tego domyślał.

- Co miałem czytać? - zapytał przygnębiony Youngman. - Jakieś bazgroły na 

piasku? Trochę za późno na to, Ŝebyś teraz wstawiał się za Abnerem. To nie ja, tylko 

ty wygnałeś go z mesy. Te bajki o czarach...

- Ukradł tablicę.

- Co? - Youngman stanął jak wryty.

- Ukradł tablicę Klanu Ognia, tak Ŝeby Pahana nie mógł powrócić. Prawdziwy 

Biały Brat ma róg tablicy. Kiedy znów do nas przyjdzie, to obie części złoŜymy razem 

i wszystko będzie dobrze. Tablicę mieliśmy od zawsze, Ŝebyśmy mogli rozpoznać 

prawdziwego Pahanę, kiedy się wreszcie pojawi.

- Od zawsze?

- Z kraju Majów. Abner znał ich pismo.

- Aha. - Youngman starał się zachować powagę. - Nic mi o tym nie mówił. - A 

moŜe teŜ znał grekę i łacinę, pomyślał z ironią.

- Musieliśmy opuścić kraj Majów, bo Ŝycie było tam zbyt lekkie.

- To rzeczywiście waŜny argument.

- Tu, wraz z Masawem, odprawiamy wszystkie ceremonie, tak Ŝeby obrodziła 

kukurydza i ryŜ. W ten sposób trzymamy się blisko słusznej drogi. Wiem, Ŝe to 

niełatwe, ale jesteśmy narodem wybranym...

- Nie wybranym. - Youngman stracił cierpliwość. - Durnym. Jesteśmy 

background image

największymi durniami na świecie. Spójrz na nas! Łazimy w szmatach, jemy 

kukurydzę, której inni nie daliby nawet świniom, śpimy na barłogach i mamy wielką 

frajdę z tego, Ŝe jesteśmy najbardziej popapranymi i poŜałowania godnymi ludźmi na 

ś

wiecie. Bo tak właśnie jest. I to wyłącznie z naszej własnej winy. Jesteśmy tak 

kurewsko głupi, Ŝe aŜ napawa nas to dumą.

Jeszcze zanim skończył mówić, zawstydził się. Harold patrzył na niego z 

przeraŜeniem.

- Przepraszam, wuju. To głupota i kłamstwo. Dobrze? Mówiłeś mi o 

skradzionej tabliczce.

- Bo ona naprawdę istnieje.

- Nie wątpię - Youngman starał się ułaskawić Harolda.

- Raz, pamiętam, pojechaliśmy z nią do prezydenta Tafta, Ŝeby sprawdzić, czy 

nie jest prawdziwym Pahaną.

Niech zgadnę, pomyślał Youngman.

- No i? - zapytał.

- Nie. - Odparł przygnębiony Harold. 

Youngman z niepokojem pomyślał o ołtarzu, który wzniósł Abner; 

przygotował tam przecieŜ miejsce dla tabliczki.

- Tak czy inaczej, to bez znaczenia. - Twarz Harolda rozjaśniła się. - Teraz 

Abner juŜ oddał ją Masawowi. Pahaną nie skorzystał z okazji. Nie masz zamiaru 

opuścić rezerwatu? - spytał.

- A dlaczego? - zdziwił się Youngman.

- Mówią, Ŝe cię wyleją. Chee obiecuje wszystkim pomoc, ale nalega, Ŝeby cię 

zwolniono.

- Ani starszyzna, ani Cecil by się na to nie zgodzili.

- Cecil nie ma tu nic do powiedzenia. A Chee potrafi mówić przekonywająco. 

A moŜe to dlatego, Ŝe jesteś z tą dziewczyną, z tą białą. Czy myślisz, Ŝe to nie napsuło 

ludziom krwi?

- To nasza sprawa.

- No, cóŜ, tak to juŜ bywa. - Harold poruszył się i wsparł dłonie na kolanach. - 

Czas juŜ na mnie. Syn przyniósł lody w termosie. Masz, dokończ. - Podał 

Youngmanowi nie dopalonego skręta.

Zwolniony, pomyślał Youngman. Jak dotąd nie zastanawiał się nad swoją 

pracą, nie było nad czym. A poza tym, jeŜeli nie był w stanie utrzymać się na takiej 

background image

posadzie, to jakie szansę miałby gdzie indziej?

- Abner dodał coś jeszcze w tym śnie - powiedział Harold.

- Tak?

- Prosił, Ŝebyś mi pokazał zdjęcia, które u niego zrobiłeś.

Youngman wyprostował się i wypuścił obłok gryzącego dymu. Nadal myślał o 

utracie pracy, ale nagle przypomniał sobie, Ŝe nikomu nie wspominał o zdjęciach, 

które zrobił w chacie Abnera. Poza Anne i jej turystami nikt nie miał o nich pojęcia. 

MoŜe wspomnieli o tym Selwynowi.

- W porządku - odparł. - Przyniosę je. Nie mam ich przy sobie...

Dotknął kieszeni bluzy i wyczuł coś płaskiego. Wyciągnął zdjęcie Abnera 

rozciągniętego na ziemi. Youngman był pewien, Ŝe dołączył je do swojego raportu. 

Był przekonany, Ŝe nie wkładał nic do kieszeni.

- Myliłem się - powiedział. - Po co ci to?

- śeby ci coś wytłumaczyć. - Harold wziął zdjęcia.

Zapomniałem dołączyć zdjęcia, to wszystko, pomyślał Youngman.

Stary kapłan Klanu Niedźwiedzia uwaŜnie przyglądał się zdjęciom.

- Kojot to ty. Jastrząb to ptak Masawa, przynosi mu meldunki. Ogień... - 

Harold zmarszczył brwi. - Ogień pękł na dwoje. Spirale i swastyki są przekręcone w 

drugą stronę. Odwrócone! A więc zrobił to!

Twarz Harolda ściągnęła się w grymasie przeraŜenia. Zdumienie ustąpiło 

miejsca wściekłości.

- Trzeba go było zatłuc, a nie wygnać.

- Wyjaśnij mi wszystko - poprosił Youngman.

Harold podarł zdjęcia i cisnął je w dół ściany mesy. Youngman starał się je 

schwycić, ale porwane karteczki odleciały na pustynię.

- Nie będę nic więcej czytać. - Harold podniósł się. - Nie pomogę ci. śegnaj.

Youngman patrzył na wirujące w dole kawałki papieru. Teraz juŜ nigdy nie 

dowie się, co zrobił Abner.

- MoŜe pomogą mi kapłani Klanu Ognia! - krzyknął. Ale Harold juŜ wchodził 

w drzwi swojego domu.

Szybko zapadał zmrok. Małe kwadratowe domki puebla zmieniały się w 

jeszcze mniejsze kwadraciki światła bijącego z lamp gazowych. W uliczkach i 

zaułkach rozbrzmiewały odgłosy wieczornego posiłku.

Youngman przeciągnął się i ruszył w kierunku parkingu. Cecil zaprosił go na 

background image

kolację. Przechodząc koło skraju placu, Youngman zatrzymał się przy trzeciej kivie. Z 

drabiny wiodącej do podziemnej sali zwisał totem Klanu Ognia. Było rzeczą 

niezwykłą, prawie świętokradczą, Ŝeby kapłani siedzieli w kivie podczas Tańca WęŜy. 

Ale jeszcze gorsze było zakłócanie im spokoju.

Stał przy drabinie, nasłuchując jakiegokolwiek głosu lub dźwięku. Odciął się 

od dźwięków dochodzących z domów i od szumu wiatru. W kivie panowała absolutna 

cisza. Gałęzie przymocowane do niŜszych szczebli drabiny zasłaniały widok w głąb, 

ale Youngman poczuł smród psującego się mięsa.

Niepewnie potrząsnął drabiną. Nic się nie stało. Według Stone'a Mana na dół 

zeszło ośmiu kapłanów; przynajmniej jeden z nich powinien był dostrzec ruchy 

drabiny, chociaŜ, prawdę mówiąc, mogli wszyscy niepostrzeŜenie opuścić kivę 

ostatniej nocy. Być moŜe w kivie nikogo juŜ nie było. Zobaczył, jak czarna pszczoła z 

krwisto zabarwionymi skrzydłami wyczołguje się w górę po drabinie, pszczoła z 

gatunku Ŝywiących się padliną. Z uliczki doleciał go śmiech. Poza Youngmanem 

nikogo nadal nie było na placu. Za chwilę pojawiła się druga pszczoła.

Youngman zaczął schodzić. Gdy butami odepchnął przymocowane gałęzie, 

był pewien, Ŝe dobiegną go gniewne głosy. Ale poza skrzypieniem szczebli drabiny 

nie rozległ się Ŝaden dźwięk. Zrzucił z ręki kolejnego owada. W kivie panowało 

zimno. Nie chłód. Zimno, aŜ koszula przylepiła mu się do pleców. I ciemno. Blade 

ś

wiatło padające z góry rozpraszało się, zanim było w stanie oświetlić podłogę. Nie 

widział nic poza szarym sklepieniem kivy. Powietrze było gęste, z lekka słodkie i 

duszące.

Zapalił zapałkę.

Wokół niego siedzieli męŜczyźni, oparci o ściany kivy. Wszyscy byli 

rozebrani do pasa. Niektórzy trzymali w rękach patyczki modlitewne. Ten, który 

patrzył na Youngmana, rozsypał sobie na nogi mączkę kukurydzianą i piasek. Na 

ciałach nie było Ŝadnych śladów, ale ich skóra sczerniała, na ustach zastygły płaty 

piany. Wszyscy byli martwi.

Helikopter Nawahów tkwił na środku placu, otoczony reflektorami. Na kivę 

skierowano rząd zabijających zarazki lamp ultrafioletowych, a ze środka wypełzła 

postać ubrana jak astronauta w hermetyczny kombinezon. Strój poprzednio spryskano 

ś

rodkiem odstraszającym szczury, a przez szybkę w hełmie moŜna było dostrzec 

maskę tlenową. Po chwili pojawiła się druga taka sama postać i obie wyciągnęły na 

background image

plac ciało szczelnie owinięte w kokon, który następnie odnieśli do helikoptera. 

Natychmiast powrócili po resztę.

- JuŜ dziesiąta. - Walker Chee zerknął na zegarek. On, Youngman, Cecil i 

starszyzna wioski przyglądali się wszystkiemu z dachu domu Stone'a Mana, z 

odległości trzydziestu metrów. Wszyscy mieszkańcy wioski, niektórzy owinięci w 

koce, przyglądali się zalanemu światłem miejscu z dachów swoich domów. - Całe 

szczęście, Ŝe to się nie stało dziś po południu.

- Tak - zgodził się Youngman. - Tylko tego byłoby trzeba, Ŝeby kilkuset 

białych popędziło stąd z wrzaskiem, Ŝe wybuchła epidemia.

- Zaraz, zaraz, nie mam pojęcia, o czym mówisz.

- A ja chcę wiedzieć, o czym wy obaj mówicie - przerwał im Cecil. - Epidemia 

czego?

- Gada bez sensu - odparł Chee. - Mogło im się cokolwiek przydarzyć. Według

niego wyglądali na spalonych.

- Powiedziałem, Ŝe wyglądali jak przypaleni, a nie, Ŝe byli spaleni - poprawił 

go Youngman.

- Tak czy inaczej, zaraz będzie tu drugi helikopter. Chodziło mi o to, Ŝe nie 

musimy szczepić całego tłumu. Właśnie w ten sposób - Chee warknął na Youngmana 

- powstają plotki.

- A przeciwko czemu, do cholery, będziesz ich szczepić? - zapytał Youngman.

- Zastosujemy antybiotyki o działaniu ogólnym, takie jak streptomycyna. - 

Chee zwrócił się do starszyzny. - Chcę wam tylko pomóc. Szeryfie, czy moŜesz kazać 

temu zastępcy, Ŝeby się zamknął?

Na plac wyniesiono z kivy szósty srebrzysty kokon. Ci sami starcy, którzy 

jeszcze niedawno uwierzyli w najbardziej przekonujące przemówienie Walkera Chee, 

teraz przyglądali się wodzowi Nawahów z nieukrywaną podejrzliwością.

- Wielu ludzi tutaj nie lubi widoku igły - powiedział Cecil. - Biorąc pod 

uwagę, Ŝe to wszystko spieprzy Taniec Deszczu, to nie radzę ci tu wydawać 

rozkazów.

- Tu chodzi o rzeczy powaŜniejsze od jakiegoś tam Tańca Deszczu! - Chee 

stracił cierpliwość.

- No to mów - zasugerował Youngman. - Zacznij od tego, Ŝe masz zamiar całą 

wioskę objąć kwarantanną.

- Słuchaj - Chee zwrócił się do Cecila - jeŜeli masz ochotę mieć kryminalistę 

background image

za zastępcę, to twoja sprawa. Ale ja nie mam ochoty...

- Masz zamiar obłoŜyć nas kwarantanną? - zapytał Cecil.

- Tylko jako środek zapobiegawczy... - Chee dostrzegł zwrócone na siebie 

twarze ludzi z sąsiednich dachów. - To zwykły tryb postępowania.

Siódmy kokon powędrował do helikoptera. Jeden z dwóch ludzi w 

skafandrach pomachał do Chee. Drugi powrócił do kivy z miotaczem płomieni. 

Strumień ognia wypełnił podziemną komorę.

Stone Man cofnął się.

- Widziałem, jak na dół schodziło ośmiu kapłanów - powiedział.

Chee sięgnął po radio i wydał dyspozycję:

- Doktorze, wyciągnął pan wszystkie ciała, prawda?

Telefon udzielił pozytywnej odpowiedzi, pomimo Ŝe ani Youngman, ani inni 

nie widzieli, Ŝeby lekarz sięgał po aparat. Znaczyło to, Ŝe pracowali w słuchawkach, z 

mikrofonami.

- Dobrze - powiedział Chee. - Nikogo więcej tam nie ma. Tylko siedem ciał - 

powiedział do Stone'a Mana.

- Czy nie widzieli małej kamiennej tabliczki? - zapytał Stone Man.

Chee wzruszył ramionami, ale powtórzył jego pytanie.

- Wszystko wyjęliśmy. śadnej tabliczki tam nie było - padła odpowiedź przez 

mikrofon.

- Daj mi radio - poprosił Youngman.

- Ciebie tu nie ma. - Chee potrząsnął głową. - Twoi ludzie wywalili cię 

wczoraj z roboty.

- Daj mu, o co prosi. - Stone Mań patrzył na zbezczeszczoną kivę. W oczach 

miał łzy. - Zrób to.

Youngman wyciągnął rękę.

- Duran! - Chee zniŜył głos. - Sam widziałeś ciała. Nie ma ani śladu ran. 

ś

adnej opuchlizny, wrzodów, nic. Nie rozrabiaj. Nie wywołuj paniki.

- Dziękuję. - Youngman wziął radio. - Doktorze, to pan? Niech pan podniesie 

rękę.

Postać bez miotacza podniosła w górę prawą dłoń.

- Doktorze, jaka jest przyczyna śmierci?

Głos w słuchawce był wysoki i poprawnie akcentował wyrazy. Głos białego. 

Ten sam lekarz, który przyleciał do Gilboa po Isę Lolomę, domyślił się Youngman.

background image

- Nic na pewno nie wiadomo. Piana na ustach zdaje się wskazywać na infekcję 

płuc.

- A więc choroba?

- Lub inne związki trujące. Być moŜe choroba.

- Wysoce zakaźna choroba.

- Niekoniecznie. Warunki panujące w grocie są wyjątkowe. Zamknięte 

pomieszczenie, wspólne jedzenie, brak higieny i tak dalej. Choroba, która w 

normalnych okolicznościach nie byłaby zakaźna, w tych warunkach moŜe się nią stać.

- Czy widział pan jakieś ukąszenia pcheł bądź same pchły?

- Jak dotąd nie.

- Opuchlizny?

- śadnych opuchlizn. Mogę pana zapewnić, Ŝe nie natrafiłem na ślady dŜumy, 

jeŜeli o to panu chodzi. Wszystkie środki zapobiegawcze mają na celu ochronę przed 

nieznanym i być moŜe zaraźliwym czynnikiem patogennym. I raz jeszcze muszę 

wspomnieć truciznę. Coś, czym oddychali lub co zjedli. Stan sanitarny całego puebla 

wzbudza moją powaŜną troskę.

- No dobrze, doktorze, przestańmy tak pieprzyć. Przez dwa lata była tu wasza 

pielęgniarka, która nam tłumaczyła, co to są te objawy. Po pierwsze: kapłani mieli 

pianę wokół ust, co znaczy, Ŝe coś zaatakowało ich płuca. Po drugie: czarna skóra, co 

oznacza, Ŝe mieli tak zaczopowane płuca, Ŝe tlen nie docierał do krwi. Po trzecie, w 

ciągu dwóch dni umarło siedem osób. Innymi słowy, umarli na dŜumę płucną, która 

jest o wiele groźniejsza od zwykłej dŜumy.

- Co za róŜnica? - zapytał Cecil.

- Nie potrzeba Ŝadnych pcheł. Wystarczy jeden chory człowiek i moŜe 

uśmiercić wszystkich przyjaciół jednym kaszlnięciem. Ta choroba jest prawie w stu 

procentach śmiertelna, prawda doktorze? - dodał Youngman.

Postać w skafandrze namyślała się przez dłuŜszą chwilę.

- Ci ludzie są martwi, od dawna juŜ nie wydychają Ŝadnych zarazków. JeŜeli 

nikt się do nich nie zbliŜał, to ryzyko dalszej infekcji jest znikome.

- A więc to dŜuma płucna.

- To przedwczesne domysły. Zrobimy sekcje, tak samo jak temu chłopcu...

Chee zbyt późno dał znak lekarzowi.

- Ach, tak? - Youngman zwrcił się do Nawaha. - Ty skurwysynu!

- NajwaŜniejsze, to zapobiec panice - stwierdził Chee.

background image

- ...co by wskazywało, Ŝe chłopiec umarł na dŜumę - mówił głos w słuchawce. 

- Znaleźliśmy ślady ukąszeń pcheł. Bakcyle przypuszczalnie w ten sposób przeniknęły 

do organizmu. Muszę podkreślić, Ŝe był to przypadek odosobniony.

- AŜ do dzisiaj.

- Być moŜe - potwierdził głos - aŜ do dzisiaj.

- Osiem przypadków nadal nie oznacza epidemii - zauwaŜył Chee.

Youngman przyglądał się dwóm postaciom w skafandrach, miotaczowi 

płomieni, reflektorom i helikopterowi wypełnionemu zwłokami. Takiej inwazji 

dwudziestowiecznej techniki Shongopovi jeszcze dotąd nie widziało.

- Ale jeŜeli to jest - powiedział Youngman -jeŜeli to jest epidemia, to jesteś 

gotów stawić jej czoło, prawda, Chee? Tylko to mnie obchodzi. Jesteś przygotowany 

na wszystko?

- Sam widzisz. Wasze szczęście, Ŝe tu jestem.

- Być moŜe. - Youngman oddał mu radio. -Cecil, Joe Momoa zazwyczaj 

pojawia się na tańcach?

- Zawsze. A Joe Jr. i Ben przyjeŜdŜają na motorach.

- Widziałeś ich dzisiaj? 

- Nie.

- Gdybyśmy mieli jakiś telefon... - zaczął Chee.

- Ty masz - powiedział Youngman. - W samochodzie.

Youngman, Chee, biały lekarz i policjant - Nawah o imieniu Begay - lecieli 

drugim helikopterem nad Dinnebito Wash. Lecieli z szybkością dwustu 

siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, przeczesując mrok snopem światła z 

reflektora, gdyŜ telefon w domu Momoa nadal milczał.

- JeŜeli ze mnie taki skurwysyn - Chee zwrócił się do Youngmana - to 

dlaczego właściwie ci pomagam?

- Bo nie masz innego wyjścia. Bo coś ukrywasz. Bo się boisz.

W dole przepływała pustynia z pofałdowanymi wydmami. Youngman 

poklepał pilota po ramieniu.

- Zaraz pojawią się kominy, lepiej wznieś się wyŜej.

- Nic nie widzę.

- Tak czy inaczej, wznieś się. 

Helikopter uniósł się o dwadzieścia metrów. Wtem reflektor oświetlił 

background image

czerwoną kolumnę piaskowca podchodzącą prawie pod płozy. Helikopter podskoczył 

o następne dwadzieścia metrów. 

Youngman nie wspominał dobrze helikopterów; nie miał Ŝadnych dobrych 

wspomnień z wojska. Tak jak i armia, helikoptery były zbyt skomplikowane, 

nielogiczne i głośne. Siedzący obok Youngmana lekarz - ten sam, z którym rozmawiał 

na placu przez radio - wyciągał z pudła kombinezony ochronne z napisem „Centrum 

Kontroli Chorób - Sterylne, jeŜeli nieotwarte ani nieuszkodzone".

- Wszystko mi jedno, czy cię okłamuję - powiedział Chee. - I mogę być 

skurwysynem, jeŜeli to konieczne. Słyszysz?

- Konieczne? - Youngman wyciągnął nogi tak wygodnie, jak się dało.

- śeby stać się takim jak oni. Biali. Chyba nie jesteś taki głupi, Ŝeby na to 

jeszcze nie wpaść. Nie podoba ci się to, ale nie próbuj mnie okłamywać. Sam o tym 

wiesz.

- Nie mam pojęcia, o czym ty gadasz.

- Tak? Mówię ci, Ŝe jesteśmy po tej samej stronie. Ty i ja, Duran, ty i ja po tej 

samej stronie, przeciw białym.

- Jesteś rasistą?

- A ty to moŜe nie? Wszyscy są. A biali to co? Co tydzień jestem w Phoenix, 

w Houston czy w Dallas i spotykam mnóstwo białych bankierów, którzy wstają na 

mój widok. Ale dobrze wiem, Ŝe kaŜdy z nich wolałby sobie wsadzić w tyłek ostro 

zastrugany patyk, niŜ mieć do czynienia ze mną. Zapraszają mnie na lunch - nie myśl 

sobie, Ŝe do prywatnych klubów - karmią homarami i stekami, a kiedy juŜ wyjdą, to 

plują na podłogę. Nienawidzą mnie, ot tak, po prostu, a nienawidzą mnie podwójnie, 

dlatego Ŝe kaŜę im płacić. KaŜę im płacić miliony. Nic się nie zmieniło, Duran. Nadal 

chcą wszystko ukraść. Chcą nas zamorzyć głodem, tylko Ŝe teraz tego juŜ nie mogą 

zrobić. Podziękuj za to Arabom. Brakuje im węgla, brakuje im ropy, brakuje im gazu 

i brakuje im czasu. Brakuje im czasu, Ŝeby nas zagłodzić, wobec czego muszą płacić. 

I wiesz, czego się jeszcze dowiedziałem? Wcale nie są od nas mądrzejsi. Ale mają 

pieniądze i mają za sobą Waszyngton, i cały czas pamiętają: Ŝe są przeciw nam. JeŜeli 

nie będziemy trzymać się razem, to koniec z nami, Duran.

Gdy Chee mówił, lekarz pokazywał na migi, jak naciągnąć kombinezon 

ochronny. Najpierw stopy. Dopiąć paski w kostkach. Butla przewieszona przez plecy. 

Podłączyć rurę i przełoŜyć ją nad obojczykiem. Włączyć słuchawki i mikrofon do 

gniazdka radia. Zapiąć kombinezon od uda aŜ po kołnierz. Zewnętrzny zamek. 

background image

Youngman liczył się z pewnymi środkami ostroŜności, ale nie z czymś takim.

- Wiedzą, Ŝe mnie nie nabiorą - mówił Chee. - Teraz mogą jedynie starać się 

działać za moimi plecami. Przekupić przeciwników w radzie szczepowej. Albo 

podburzyć Hopi. Mają nadzieję, Ŝe to ty wbijesz mi nóŜ w plecy.

Dwa helikoptery, zastanawiał się Youngman. Jeden w prezencie, to było 

jeszcze moŜliwe. Ale dwa? Nowy huey kosztował z ćwierć miliona dolarów. 

UŜywany teŜ nie był tani. Nikt nikomu nie daje dwóch hueyów w prezencie. Nawet 

Walkerowi Chee.

- Duran, jesteśmy po tej samej stronie. Nie mówmy o tych idiotyzmach, o 

róŜnych plemionach. Nie lubisz mnie i ja ciebie teŜ nie lubię. Trudno, trzeba się 

będzie z tym pogodzić. I jeszcze z czymś innym będziesz się musiał pogodzić. Jestem 

jedynym Indianinem na terenie czterech stanów, być moŜe w całym kraju, który jest w 

stanie nas ocalić. śadne tam Tańce Deszczu ani czarownicy, ani kopani liberałowie! 

Ja! Bo znam się na bankowości, na stopach procentowych, na przekupywaniu 

urzędników, a takŜe dlatego, Ŝe ze mnie kawał skurwysyna. Lepszego nie mamy.

- To dlatego nie objąłeś mnie kwarantanną w Ship Rock? Nie chciałeś, Ŝebym 

zaczął mówić o epidemii i „wbijał ci nóŜ w plecy?

- Znów gadasz jak dureń. - Chee nałoŜył kombinezon. - PrzecieŜ widzisz, Ŝe 

robię wszystko, co mogę, Ŝeby powstrzymać... nowe przypadki.

- No i próbujesz wywalić mnie z pracy. To tak miał wyglądać ten twój 

„pozytywny raport" na mój temat?

- To się wszystko moŜe zmienić, zastępco. JeŜeli staniesz po mojej stronie, to 

wszystko odkręcimy.

Płaska ziemia ustąpiła pagórkom, a potem pojawiły się łąki.

- Czas załoŜyć maski - powiedział lekarz.

- Niech no nas tylko Joe Momoa zobaczy -zaŜartował Chee. - Przestraszymy 

go na śmierć.

Pod rozsuwanymi drzwiami przesuwały się drzewa rancza. Potem kamieniste 

pole i strumień, na dnie którego widać było szare, patrzące w górę głazy. Znów 

drzewa, droga, pusta zagroda i rzęsiście oświetlony dom Momoa. Helikopter 

dwukrotnie okrąŜył dom, zanim usiadł na starannie utrzymanym podwórku.

Nietoperz unosił się nad kaktusem. W świetle księŜyca kwiaty kaktusa były 

białe, mięsiste i prawie fluoryzujące. Nietoperz wsunął nos przez płatki, Ŝeby spić 

background image

nektar swoim długim językiem.

- Wróciły!

- Nie. - Anne dorzuciła drzewa do ognia. - To nietoperz kaktusowy. Zapyla je.

- Tak jak motyl - Franklin uśmiechnął się i kaszlnął. - Pustynny motyl.

Schylona, na czworakach, dmuchała w Ŝar. Zaskoczony nietoperz wzbił się z 

krzaka i odleciał w ciemność.

- Jak tam Henry? - Franklin podniósł się na łokciach. - Gdzie on się podział?

Anne podtrzymywała przez cały dzień ogień, na próŜno wysyłając w niebo 

dymny znak. Teraz chodziło jej o światło. Palący się chrust oświetlał stos kamieni 

leŜący dwadzieścia kroków od furgonetki.

- Tam. Pochowałam go po południu, kiedy spałeś. Spałeś przez cały dzień.

Udało się jej złapać duŜego jaszczura. Odcięła tłusty ogon, przebiła go roŜnem 

i połoŜyła nad ogniem. Złamane palce spuchły i zabarwiły się na fioletowo. Pociętym 

kaktusem napełniła worek zrobiony z koszuli. Franklin tarł szczecinę na brodzie. W 

kaŜdej innej sytuacji, będąc sam na sam z młodą kobietą, byłby podniecony jak 

kozioł. W kaŜdej innej sytuacji.

- BoŜe, jakie te gwiazdy są jasne. - Głowa znów mu opadła.

- Zawsze są takie jasne. Tutaj nic ich nie przesłania.

- Oślepiają.

Anne sięgnęła po ostatni kawałek surowego mięsa węŜa.

- Musisz jeść. 

- Nie.

- Przynajmniej wyssij je. 

Odpędził ją ruchem ręki.

- Pani przetrwa to wszystko, prawda, panno Dillon? Pani naprawdę jest w 

stanie dać sobie tutaj radę.

- Jest ktoś taki, kto mnie wiele nauczył.

- I sądzisz, Ŝe ten ktoś teraz cię uratuje. Ten indiański policjant, czyŜ nie tak?

Miała mu właśnie kazać się zamknąć, kiedy doszła do wniosku, Ŝe nie ma 

powodu kłamać.

- Tak. Mam nadzieję. MoŜe ocali nas oboje. 

- Nie, mnie juŜ jest dobrze. Śmieszne, tak szybko zamykałem drzwi przed 

Claire, a teraz juŜ mi na niczym nie zaleŜy.

- Musisz spróbować.

background image

- Powiedz - przekręcił głowę w jej kierunku - czy przebaczasz mi, Ŝe 

zostawiłem Ŝonę na pastwę śmierci? Przebaczasz? - Odczekał chwilę. -Nie sądzę. 

Wątpię, Ŝeby ktokolwiek mi przebaczył. JeŜeli mi się poszczęści, to tutaj umrę.

Anne obróciła ogon jaszczura nad ogniem. Łuskowata skóra odpadła, 

odsłaniając woskowy, Ŝyłkowany tłuszcz.

Franklin podparł się na łokciu.

- Widziałem we śnie Boga. Wyglądało to tak: byłem sam, zagubiony na 

pustyni, i zobaczyłem z dala blask ognia. Kiedy się zbliŜyłem, ujrzałem siedzącego w 

kucki męŜczyznę, twarzą zwróconego do ognia. Był to potęŜny męŜczyzna, a na 

plecach miał koc lub derkę. Zawołałem, a on -nie odwracając się - zaprosił mnie 

gestem do ogniska. Gotował kolację, a ja byłem głodny, więc szybko podbiegłem. Tak 

naprawdę, to przyjrzałem mu się dopiero wtedy, kiedy sięgałem po jedzenie. Był dwa 

razy większy od człowieka, ale najbardziej rzucała się w oczy jego twarz. Olbrzymia i 

pokryta krwią. Miał złamany nos, ale tej krwi było o wiele za duŜo. Pomimo to 

zachowywał się przyjaźnie. Powiedział mi, Ŝe mogę zostać. Zdawał się wiedzieć, kim 

jestem. Powiedział mi, Ŝe jest Bogiem. I to juŜ wszystko.

- To był Masaw, bóg Hopi. Czytałeś o nim w ksiąŜkach, które wam rozdałam 

przed wyjazdem, i stąd ten sen.

- Nigdy nie spojrzałem na te ksiąŜki. - Franklin wolno potrząsnął głową. - 

Dziękuję, poczułem się lepiej.

Franklin umierał z odwodnienia. Anne nie rozumiała, dlaczego odmawiał 

picia. Ukąszenia nietoperzy były powierzchowne, złamane nogi mogły co najwyŜej 

boleć, a nie widziała Ŝadnych śladów obraŜeń wewnętrznych bądź krwotoku. Pomimo 

to - choć nie wył z bólu - nie był nawet w stanie utrzymać w sobie soku kaktusowego. 

Po prostu z własnego wyboru odpływał coraz to dalej.

JeŜeli juŜ o to chodzi, to nie mogła pojąć, dlaczego umarł Henry.

Zrozumiała, Ŝe sama teŜ zbyt długo nie wytrzyma. Spodnie zwisały jej luźno 

wokół bioder. Nie miała dość sił, Ŝeby dotrzeć do Gilboa, nawet gdyby rozłoŜyła 

wyprawę na trzy kolejne noce. Musiała wobec tego wytrwać. Youngman w końcu się 

pojawi. Tak naprawdę, to była pewna, Ŝe juŜ jej szuka.

- Ktoś nas znajdzie - powiedziała.

Franklin nie odpowiedział. LeŜał na plecach, odpręŜony, wpatrując się w 

niebo. Anne przyklękła przy nim i wyŜęła koszulę, tak Ŝe zaczęły z niej kapać krople 

soku kaktusowego.

background image

- Ssij. ZwilŜ sobie usta.

Oczy miał otwarte, ale nieobecne.

- Nie musisz poły...

Odskoczyła, gdy tylko dotknęła łokciem jego piersi. Miała wraŜenie, Ŝe 

koszula była rozepchnięta na skutek ułoŜenia ciała. Ale nie: kiedy dotknęła materiału, 

poczuła miękkie, gąbczaste ciało. Rozpięła guziki i rozchyliła koszulę. Mostek 

Franklina był opuchnięty i zaróŜowiony. Odchyliła koszulę dalej i ujrzała jeszcze 

większe obrzęki pod pachami.

- Takie jasne... - wyszeptała.

Drzwi były otwarte. Przedpokój zdobiła głowa wielkiego jelenia. Wiszący w 

salonie Ŝyrandol oświetlał dalsze głowy, stojak na strzelby, obrazy przedstawiające 

sceny z polowań, derki nawajskie i szklaną gablotę ze srebrną biŜuterią. Nawoływanie 

Momoa przez maskę nie miało sensu: mogli się jedynie porozumiewać między sobą 

przez radio. Zamknięty w szczelnym skafandrze Youngman czuł wilgoć i ciepło. 

Wyglądali jak przybysze z innego świata, a Youngman tak właśnie się czuł. Podniósł 

telefon.

- Nie działa.

- No i masz swoją odpowiedź - powiedział Chee. - Czy tędy przeszła jakaś 

burza?

- Parę dni temu.

- Na pewno zawalił się słup. Ot, i cała tajemnica.

- Być moŜe. - Odkładając słuchawkę, Youngman kopnął otwartą butelkę pepsi 

leŜącą pod stolikiem. Było w niej jeszcze trochę płynu, który rozlał się po dywanie. - 

Idziemy dalej.

Łazienka na dole była czysta i pusta. Na biurku Joe Momoa leŜał stos 

rachunków przygotowanych do zapłacenia. Youngman spojrzał na akwarium. DuŜe 

ryby zdawały się być zdrowe. Dwie małe, na wpół zjedzone rybki, pływały po 

powierzchni. Bulgotały bąbelki powietrza. Wrzucił do środka trochę pokarmu.

W kuchni nie było nikogo. Lekarz otworzył lodówkę.

- Jedzenie jest świeŜe. Nawet mleko się nie zsiadło.

Kontuar kuchenny lśnił czystością, a deski do krojenia były starannie wymyte.

- Mięso niedźwiedzie. - Begay zajrzał do zamraŜarki. - Niektórzy to sobie 

Ŝ

yją.

background image

- Spójrzcie na to. - Youngman wyciągnął ze śmietnika poplamioną krwią 

szmatę.

- No i co z tego? - zapytał Chee. - To moŜe być cokolwiek. MoŜe krew 

niedźwiedzia.

Ale Youngman juŜ wszedł do pralni. Otworzył pojemnik z brudami i zaczął 

wyrzucać na ziemię ubrania.

- Co ty, do diabła, kombinujesz? - zapytał Chee.

- Zaraz zobaczymy.

Youngman rozpostarł ubrania na podłodze. Dwie koszule i sukienka były 

pobrudzone na brązowo.

- Nic takiego. Pewnie ślady rdzy - stwierdził Chee. - Prawda doktorze?

- Niewykluczone. - Lekarz schował poplamione ubrania do worka.

- Pewnie, Ŝe tak - powiedział Chee. - Kiedy Joe tu wejdzie i zobaczy ten 

bajzel, to ci da po dupie, Duran. Rzecz jasna, będzie się musiał ustawić w tym celu w 

kolejce.

Odwrócili się, gdy zza drzwi kuchennych dobiegł jakiś dźwięk. Youngman 

usłyszał w słuchawkach westchnienie ulgi, ale nie wiedział czyje. Begay otworzył 

drzwi. Do środka, z nisko opuszczonym ogonem, wszedł pies i skierował się do pustej 

miski. Potem ruszył w stronę męŜczyzn.

- Momoa?

- Jego Ŝony - odparł Youngman. - Joe nigdy by nie wpuścił psa, podobnie jak 

konia, do domu.

Pies powąchał ubrania leŜące na podłodze. Nagle, jak gdyby na wspomnienie 

czegoś, zaczął piszczeć i wycofał się do hallu. Trzy albo cztery razy wracał do drzwi i 

znów się cofał.

- O, cholera - powiedział Begay. - Co za numer, Chryste...

Po raz pierwszy Youngman odczuł to samo, co nawajski policjant. Przeczucie, 

pewność, Ŝe dom wcale nie był opuszczony.

Pies zaprowadził ich na pierwsze piętro, wzdłuŜ pokrytego dywanami 

korytarza, do głównej sypialni, gdzie - na wielkim łóŜku - leŜała martwa pani Momoa. 

Sukienka opinała się na niej w dziwny sposób z powodu obrzmień wokół szyi i pod 

pachami. Na nocnym stoliku stała butelka aspiryny i termometr.

W drugiej sypialni leŜał Joe Jr. Był nagi, tak Ŝe od razu dostrzegli obrzmienia 

w pachwinach. Ramiona i kark miał obandaŜowane. Lekarz obrócił go na brzuch i 

background image

zdjął opatrunki. Odsłonięte ciało było pozbawione skóry.

- Tak jak ten chłopiec... - powiedział Begay.

- Zamknij się - rozkazał lekarz. - I przysuń lampę.

- Rany takie jak u chłopca - powiedział Youngman.

- Wiem - warknął lekarz. - Sam robiłem sekcję. Pozwólcie... to bardzo 

niezwykłe. Wyjątkowe. Mnóstwo ran przypominających kratery. Cholera! Oczyścili 

je. Gdyby nie to, moglibyśmy pobrać próbki śliny. Zastępco, skoro jest pan taki 

cwany, to moŜe mi pan powie, jakie zwierzę zadaje takie rany?

- Nietoperze.

Lekarz wybałuszył oczy zza szybki.

- Co ty, do diabła, wygadujesz?! - Chee odepchnął Youngmana od łóŜka.

- Cokolwiek ugryzło Joe, te konie i Isę Lolomę, zaatakowało w ciemnościach i 

nie zostawiło Ŝadnych śladów na ziemi. Jedyne znane mi zwierzę, które lata i ma 

zęby, to nietoperz.

- Czy kiedykolwiek widziałeś takie ugryzienia nietoperzy? - zapytał Chee.

- Nie - przyznał Youngman.

- No to nie wiesz, o czym mówisz, prawda?

- Nie wiem, ale mimo to jestem tego pewien.

- Jesteś pewien czegoś niemoŜliwego - przerwał lekarz. - NajwaŜniejsze jest 

to, kiedy widziałeś tych ludzi po raz ostatni.

- Cztery dni temu.

- JeŜeli masz rację, to jest to najgroźniejsza forma dŜumy, z jaką się 

zetknąłem. JeŜeli on się nie myli, to pan, panie Chee, ma problem.

Przeszukawszy resztę domu, odnieśli oba ciała w workach do helikoptera i 

poszli do wyremontowanej stodoły. W jednej części urządzono salę zabaw z ping-

pongiem i stołami do bilarda. Na honorowym miejscu wisiało oprawione zdjęcie Joe 

w towarzystwie senatora Goldwatera. Sam Joe leŜał w łazience, oparty o wypełniony 

wymiotami sedes. Kończyny miał juŜ zwiotczałe, ale resztę ciała trzymało jeszcze 

stęŜenie pośmiertne. Chee optymistycznie odniósł się do braku typowych opuchlizn, 

ale lekarz zwrócił uwagę na czarne plamy na twarzy zmarłego. Krwotoki wewnętrzne, 

jeszcze jeden objaw dŜumy.

- Młody człowiek, ten poraniony, umarł najpierw. Zapewne inni zostali 

zaraŜeni przez pchły - powiedział lekarz, gdy wkładali ciało Joe do worka. - JeŜeli nie 

mieli Ŝadnych gości, to moŜe skończy się na strachu.

background image

- Oczywiście, Ŝe skończy się na strachu - zgodził się Chee.

- JuŜ to widzę - powiedział Youngman. 

Przyglądał się mapom wiszącym na ścianie. Większość pochodziła z 

mormońskiej kolekcji Joe: biblijny Izrael, Ŝydowska diaspora i wędrówki Brighama 

Younga. Na innej ścianie wisiała duŜa topograficzna mapa rezerwatu. W środku 

Malowana Pustynia, Czarna Mesa na górze, na północnym zachodzie Dinnebito 

Wash, a na wschodzie Antylopia Mesa.

- Tutaj mamy trzech sztywnych. - Zaznaczył kredą Dinnebito Wash. - Tutaj 

siedmiu. - Zakreślił Shongopovi na Czarnej Mesie. - Tutaj jednego. - Zaznaczył 

miejsce na pustyni, na wschód od Gilboa, gdzie znaleziono chłopca. - No i jeszcze 

jeden, o którym nic nie wiecie - dodał kreskę za Abnera na południowy-wschód od 

Gilboa - bo umarł z upływu krwi, zanim zdąŜył zapaść na tę chorobę. 

Youngman połączył znaczki, rysując niedokładnie równoboczny trójkąt, o 

bokach długości trzydziestu pięciu mil.

- Innymi słowy, na terenie pięciuset mil kwadratowych coś, czego nie jesteś w 

stanie zidentyfikować, zabiło lub śmiertelnie zaraziło dwanaście osób, a ty nadal 

bawisz się w swoje szarady. Czy juŜ porozumiałeś się z Phoenix? Z Waszyngtonem?

- Nie - niechętnie przyznał lekarz.

- Nie ma powodów do niepokoju - wtrącił Chee.

- No to zdejmij ten swój skafander kosmiczny, juŜ!

- Nie bądź dzieckiem. UwaŜam, Ŝe nie naleŜy wywoływać paniki. Parę osób 

umarło i tyle.

- To jest epidemia. Sam początek, ale nie ma co się oszukiwać. To nie jest po 

prostu „pewien problem", doktorze. I nie chodzi tu tylko o tych kilku zmarłych, bo 

niedługo pojawią się następni. Spójrzcie, do cholery, na mapę. Mówi mi pan, Ŝe nie 

stwierdzono choroby wśród zwierząt, ale sam pan nie wie, jakie zwierzę jest 

nosicielem dŜumy. Mamy sygnały z ponad połowy rezerwatu. A po nas przyjdzie 

kolej i na was. Czy macie ochotę objąć kwarantanną całe plemię Hopi? A potem 

wszystkich Nawahów? Arizonę i Nowy Meksyk?

- Tylko byś chciał rozpętać panikę!

- Tak, właśnie o to mi chodzi, chyba Ŝe uda nam się teraz dogadać.

- Aha, chcesz, Ŝebyśmy cię zawieźli do Albuquerque i odpalili trochę szmalu?

- Nie. Zakładacie, Ŝe zaraziła się tylko ta rodzina - przypuszczam, Ŝe macie 

rację. Ale tutaj miała się pojawić spora grupa ludzi. Biali turyści, którzy mieli tu 

background image

mieszkać i łowić pstrągi w strumieniu. Jednak nie dojechali, bo w przeciwnym 

wypadku jedna z uczestniczek, pielęgniarka, zaopiekowałaby się chorymi.

- Nie byłaby w stanie im pomóc - powiedział lekarz.

- Zostawiłaby im przynajmniej nieco więcej aspiryny. Tak czy inaczej, tutaj jej 

nie ma, nie dała znaku Ŝycia i wobec tego musi teraz być - pokazał na środek trójkąta 

- tutaj. Jest ich siedmioro i chcę, Ŝeby oba wasze helikoptery zaczęły ich od rana 

szukać. W zamian zachowani milczenie.

- Masz fioła. Sami mieliśmy wczoraj u siebie dwa wypadki dŜumy w 

Moenkopi...

- Tak? Jakoś o tym nie wspomnieliście. Wobec tego mamy juŜ czternaście 

wypadków dŜumy na przestrzeni jakichś sześciuset mil kwadratowych. I wy chcecie 

utrzymać to w tajemnicy?

- Helikoptery są potrzebne w razie nagłych wypadków. Nie moŜemy ich 

wysyłać tam, gdzie ci się podoba.

- To są moje warunki. JeŜeli nie, to poinformuję o wszystkim urzędy zdrowia 

w całym stanie. Między nami, dlaczego tak wam zaleŜy na tajemnicy?

- Begay. - Chee cofnął się, a policjant zbliŜył się do Youngmana.

- Begay - powiedział Youngman. - ZbliŜ się choć trochę, a zerwę ci z głowy 

ten śliczny kask. Czy chciałbyś zaryzykować dŜumę dla przewodniczącego Chee? - 

Gdy Begay się zawahał, Youngman sięgnął do kieszeni po rewolwer. -Joe zawsze 

trzymał rewolwer z tyłu, za suszarką. Bardzo dbał o bezpieczeństwo.

- Dobra. - Chee wzruszył ramionami. - Mamy patową sytuację.

- Nie, wychodzi na to, Ŝe dacie mi te dwa helikoptery.

- Pójdźmy na kompromis: jeden helikopter, chyba Ŝe gdzieś dojdzie do 

wypadku.

- Dwa, aŜ ich znajdziemy. Chee, wiem, kiedy mam mocne karty, a coś mi 

mówi, Ŝe teraz nie moŜesz mnie przebić. Co chcesz ukryć? MoŜesz powiedzieć, 

jesteśmy przecieŜ po tej samej stronie?

- Dobra. - Chee podniósł rękę w górę. - śebyś się tylko zamknął. Nie puścisz 

pary z ust na temat tego, co widziałeś.

- Dwa helikoptery z rana nad Gilboa. Tylko z pilotami i lekarzami.

- Przepraszam - przerwał lekarz. - Zostało nam tlenu na dziesięć minut, a 

wspominaliście, Ŝe rodzina składa się z czterech osób. Jak dotąd znaleźliśmy trzy.

- Sprawdzimy na dole, w garaŜu - powiedział Youngman. - Idźcie przodem.

background image

GaraŜ był pusty, ale oświetlony. Tylna ściana słuŜyła za strzelnicę, a ze 

sznurka na bieliznę zwisała tarcza strzelnicza. Na bocznych ścianach wisiały łańcuchy 

na opony, paski klinowe i ułoŜone w rzędzie klucze. Wypucowany pick-up Joe stał na 

samym środku, a koło niego - motocykl BMW.

- Brakuje harleya Bena - zauwaŜył Youngman.

- Pewnie odjechał, zanim inni zachorowali.

- Nie, ktoś musiał pojechać po pomoc, kiedy nawaliły telefony.

- Ale tylko ty wiedziałeś, Ŝe mogą tu być chorzy.

- Nie dojechał. - Youngman zamyślił się. Stał w pewnej odległości od 

pozostałych, z dłonią na rewolwerze. - Ben pracował kiedyś w telefonach. Pojechał 

naprawić linię.

Nawet nie wspomniał, Ŝe telefon nadal był nieczynny. Kończyło się im 

powietrze.

Jeszcze raz obszedłszy dom, połoŜyli w helikopterze ciało Joe, obok Ŝony i 

syna.

- Zapomnieliśmy wyłączyć światła. - Begay spojrzał w kierunku domu. - 

Dziwne. Powinniśmy byli wyłączyć światło.

Begay miał rację. W kaŜdym pomieszczeniu paliły się światła. Cały dom 

ś

wiecił się z dala.

Pies przyszedł za nimi i usiadł smętnie koło płóz helikoptera.

- Wszystko w porządku, prawda, doktorze? -zapytał Chee.

Pytanie było rozkazem. Youngman, ściskając w ręce rewolwer, patrzył w 

zdziwieniu na zdenerwowanie Chee.

- Czternaście zgonów to nie jest „wszystko w porządku" - łagodnie wtrącił 

lekarz.

- Damy sobie radę.

Przez okienko w hełmie Youngman widział, jak oczy lekarza przenoszą się z 

psa na Chee, a potem na niego.

- Lepiej wsadźmy tego psa do worka - powiedział.

- Worki są hermetyczne - zaprotestował Begay. - Udusi się.

- O to chodzi. Psy miewają pchły. 

Przelatując nad drogą za wzgórzem, znaleźli Bena Momoa. Jego harley 

davidson 750 stał oparty o słup telefoniczny. Ben zwisał ze słupa zawieszony za pas. 

W świetle reflektora, z rozszarpanym ubraniem przesączonym krwią, przypominał 

background image

ofiarę jakiegoś strasznego kultu.

Sam Chee spuścił się na siodełku, Ŝeby podciągnąć Bena.

- MoŜe kiedyś będę w stanie wyświadczyć ci tę samą przysługę, Duran! - 

zawołał do góry.

Pierwsze usłyszały je ćmy, wyczuwając z daleka nadciągającą sieć szeptów. 

Część owadów opadła na ziemię, a inne zaczęły rozpaczliwie uciekać. Ale nietoperze 

ominęły je bokiem, szukając innych ofiar.

Ucho wewnętrzne nietoperzy zawierało, tak naprawdę, dwa odrębne organy 

czucia: jeden do orientacji podczas lotu, a drugi - słuchu. Ten do słuchu, spiralna 

muszla, przy zachowaniu odpowiednich proporcji, był tysiąc razy większy od ludzkiej 

i pełny „aktywnych włosków". Włoski reagowały na najlŜejszy dźwięk i informowały, 

czy chodzi o owada, przeszkodę czy teŜ innego nietoperza. A kiedy echo odbiło się od 

czegoś duŜego, ciepłego i Ŝywego - od PoŜywienia - to krzyki i echa wzmagały się jak 

strzelanina z karabinu maszynowego.

Do echa włączyło się beczenie kozy.

Pod drzewem tamaryszku uwiązano cztery kozy, z których trzy spały. Czwarta 

nerwowo poruszyła kopytami, wyławiając w powietrzu dziwne dźwięki. Potem znów 

się uspokoiła i zaczęła skubać korę z drzewa. Wokół drzewa było nawet trochę trawy. 

Tam, gdzie rosły drzewa tamaryszku, musiała być i woda. Wtem koza cofnęła się, 

widząc, Ŝe coś skacze w jej kierunku. Wiedziona ciekawością, wystawiła nos, a wtedy 

ta dziwna rzecz uniosła się w powietrze.

Setki nietoperzy siedziały juŜ na ziemi. Zwinąwszy błony lotne, wspierając się 

na tylnych łapach, biegły lub skakały wokół drzewa. W dojściu do PoŜywienia 

obowiązywała pewna hierarchia i gust. Lepsze jest PoŜywienie młode od starego, 

lepsza cięŜarna, pełna krwi samica od samca, jeszcze lepsze młode, z tym wspaniałym 

zapachem, który zmieniał głód w szaleństwo. Pierwsze ruszyły wielkie samice. 

PoŜywienie jeszcze raz wystawiło nos, patrząc skośnymi oczami. NajbliŜszy nietoperz 

przyjrzał się ciemnej łacie na grzbiecie kozy i skoczył na upatrzone miejsce. Zęby 

usunęły włosy i skórę, a długi, czerwony język nietoperza złoŜył się w trąbkę i 

wyszedł naprzeciw strudze słodkiej, ciepłej krwi, płynącej dwoma wyŜłobionymi 

kanalikami. Na drugiej łopatce usiadł lekko kolejny nietoperz. Uwiązane na powrozie 

PoŜywienie biegało w tę i z powrotem. Reszta PoŜywienia spała dalej, pokryta 

ruchomym dywanem. Ziemia i powietrze zdawały się owijać i otulać kozy. Pierwszy z 

background image

nietoperzy juŜ oddawał ciemny i gęsty mocz, a reszta rzuciła się jeść. Zajęte 

jedzeniem nie zwracały uwagi na drzewo ani na zwisające zeń Ŝarówki, które 

oblewały wszystko ultrafioletowym światłem, ani na stojącego dziesięć metrów dalej 

land-rovera. Paine uchylił okienko tylko na tyle, aby móc wystawić wiatrówkę. Na 

górze zamontował czuły na ultrafiolet teleskop snajperski. Najpierw naprowadził 

celownik na pierwszego nietoperza, potem na drugiego, wybierając spokojnie 

najlepsze okazy. Sądząc po ich ruchach, nietoperze nie były dotknięte dŜumą, ale na 

to pytanie odpowiedzieć mógł tylko skalpel i mikroskop.

Nietoperze mogły jeść przez parę godzin, a on mógł sobie postrzelać bez 

pośpiechu.

background image

Rozdział szósty

Youngman we śnie widział jaskrawe światła domu Momoa. Obudził się w 

ciemnościach, przypomniawszy sobie o rudzielcu, który chciał pokroić Abnera... który 

pytał Franka o nietoperze.

Paine pracował dla Chee. A więc Chee od początku o wszystkim wiedział.

O świcie Youngman zamaskował swojego jeepa krzakami na wzgórzu, z 

kilometr za Gilboa. PołoŜył się na brzuchu pod drzewem jadło-szynu i przyłoŜył do 

oczu lornetkę.

Helikoptery wyleciały wprost od strony słońca, tak Ŝe Youngmanowi 

popłynęły z oczu łzy. Wylądowali razem na ulicy, przed biurem. Z kaŜdej maszyny 

wynurzyli się ludzie ubrani na biało, z torbami lekarskimi. W chwilę później opuścili 

dom, trzymając w rękach broń. Z helikopterów podeszło do nich czterech 

umundurowanych policjantów Nawahów; Youngman poznał Begaya. Pobiegli do 

sklepu, gdzie spędzili z pięć minut. Potem wrócili do maszyn i wzbili się w powietrze. 

Helikoptery zaczęły krąŜyć nisko nad Gilboa, starając się znaleźć ślady opon. 

Bezskutecznie, gdyŜ Youngman starannie je zamaskował. Po pewnym czasie dali 

sobie spokój i skierowali się na północ, w kierunku mesy, mając nadzieję, Ŝe tam się 

właśnie udał.

Youngman wrócił do domu. Czuł się głupio. Powinien był wymusić na Chee 

publiczną obietnicę lub zaŜądać spotkania na rynku puebło albo teŜ poinformować o 

wszystkim Cecila. Zamiast tego, sam się odizolował na środku pustyni.

Od razu spróbował wywołać Cecila przez radio, ale Nawahowie wyjęli z niego 

połowę lamp. Wobec tego wrzucił koc i strzelbę do jeepa i pojechał do sklepiku. 

Selwyn, w szlafroku, stał za ladą. Podniósł w górę dłoń i z dumą pokazał zabitą 

muchę.

- Selwyn, gdzie trzymasz radio?

- Zepsute. Pokazałem je Nawahom, starali się je zreperować, ale nic nie 

wskórali. Zepsuło się na dobre. Minąłeś się z nimi. Szukali cię.

- Daj mi trochę naboi do strzelby i do rewolweru. - Youngman nadal miał 

colta Joe. - Sześć puszek piwa i tabletki solne.

Selwyn strącił martwą muchę i zaczął wykładać zakupy na ladę.

- Radio działa. Słyszałem o poŜarze w domu Momoa.

background image

- Jakim znowu poŜarze?

- Spaliła się cała rodzina. - Selwyn starł kurz z puszek piwa. - Wczoraj w 

nocy. Nie słyszałeś? No cóŜ, pewnie byś się i tak nie przejął. Nie znosiłeś tego 

sukinsyna tak samo jak ja.

Youngman przetarł szybkę gabloty i zmruŜył oczy.

- Widzę, Ŝe masz radia tranzystorowe. Wezmę jedno i parę baterii. Dolicz do 

mojego rachunku.

- Jasne, jakŜeby nie? Wiesz, Youngman, mam nadzieję, Ŝe juŜ niebawem 

wynajdą gotówkę.

Youngman wziął zakupy i poszedł na ganek.

- Wstałem o piątej rano. - Selwyn pojawił się obok niego. - Bezsenność to 

jedna z pierwszych oznak nadciągającej starości. Czy masz jakieś kłopoty?

Zastępca szeryfa przypatrywał się niebu, na wpół oczekując powracających 

helikopterów. Wysychały ostatnie cienie poranka.

- Masz kłopoty?

- Tak, ale nie więcej niŜ inni. No nic, trzymaj się, stary. - Youngman wsadził 

zakupy, nie licząc radia, do śpiwora i wsunął się za kierownicę. - Zawsze chciałem ci 

powiedzieć, Ŝe twoje córki są w porządku. Zamknij dziś szczelnie okna w ich 

pokojach.

- Co?

Ale jeep Indianina juŜ nabierał szybkości, kierując się na zachód.

Anne słuchała radia z furgonetki zza rozbitej przedniej szyby.

Na godzinę przed świtem pogrzebała Franklina, co pochłonęło całodzienny 

zapas energii. Resztę sił straciła przemywając się benzyną od-pompowaną z baku 

samochodu. Powinni juŜ teraz jej szukać. Youngman na pewno nadciąga.

Dalsze rojenia przerwało radio.

...jak juŜ wszyscy wiecie, wczorajszy Taniec Deszczu w Shongopovi zakłóciła 

tragiczna śmierć starszyzny w puebło. Najpierw obawiano się, Ŝe padli oni ofiarą 

ś

winki, która jest szczególnie groźna dla osób w podeszłym wieku. Przeprowadzone 

sekcje zwłok wykazały jednak, Ŝe umarli w wyniku zatrucia pokarmowego, 

spowodowanego spoŜyciem nieświeŜego jedzenia znalezionego w grocie. Dalsze 

tragiczne doniesienia dochodzą z Dinnebito Wash, gdzie powszechnie lubiana rodzina 

background image

Joe Momoa padła ofiarą poŜaru na ranczu. Ogień wybuchł w piwnicy i - według 

rzecznika straŜy poŜarnej z Tuba City- błyskawicznie rozprzestrzenił się na resztę 

domu za pośrednictwem systemu wentylacyjnego. Zginęły cztery osoby. A teraz 

informacja ze składu przemysłowego Hubbell, gdzie moŜecie zawsze kupić...

Znad piasku unosiły się fale Ŝaru. Kolana Anne były pokryte ranami po 

czołganiu się za jaszczurkami. OstroŜnie pomacała się pod pachami i w pachwinach, 

szukając opuchnięć. Na razie nic. Dość zabawne, pomyślała sobie. Od dawna 

wiedziała o wypadkach dŜumy w rezerwacie, ale nigdy nie widziała Ŝadnego na 

własne oczy. Potem, zaledwie na tydzień przed opuszczeniem rezerwatu, ktoś umiera 

na dŜumę tuŜ pod jej nosem, a ona nawet nie jest w stanie rozpoznać objawów. 

Gorączka, opuchlizny, obrzęki.

LeŜąc bez ruchu, raz jeszcze odniosła wraŜenie, jakby miała zniknąć, roztopić 

się w pustyni. Jakaś część jej jestestwa odniosła się do tej wizji bez niechęci. To 

„stopienie się w jedność" naleŜało do „słusznej drogi Hopi", a ona odczuła je dopiero 

będąc na progu śmierci. Być moŜe na tym właśnie polegał sekret religijności Hopi: 

przecieŜ im wszystkim groziło wymarcie.

Ale inna jej część nadal liczyła na ocalenie. Deszcz przychodził zazwyczaj w 

dwa lub trzy dni po Tańcu WęŜy. Oczywiście, była to odpowiednia pora roku. Z 

odpowiednią ilością wody i z chmurami nad głową byłaby, być moŜe, w stanie przejść 

przez pustynię. Z drugiej strony, bardziej sensowne byłoby złapać tyle wody, ile 

moŜna i dalej siedzieć w samochodzie, gdyŜ to właśnie jego szukałby Youngman. 

PrzecieŜ nadszedłby od Dinnebito Wash, skoro miał się tam spotkać z Momoa. Tylko 

Ŝ

e Momoa był martwy.

Posypał się piasek. Nad dwoma świeŜymi grobami pojawiło się widmo. 

Wiedziała, Ŝe przed południem cała pustynia przypominać będzie ocean, ocean, 

którym była miliony lat temu. Momoa nie Ŝyje, powtórzyła raz jeszcze. Spalił się. 

Gdyby ona, Franklin i cała reszta dotarli na ranczo, to równieŜ by spłonęli.

Radio ciągnęło dalej, czerpiąc resztki prądu z akumulatora.

...to był najnowszy przebój Johnny'ego Casha. Johnny przyjedzie na 

Ogólnoindiański Pow-wow do Flagstaff, a więc i was nie powinno tam zabraknąć. 

Czas spotkać się ze starymi przyjaciółmi i czas poznać nowych. Hej! Czy wiecie, Ŝe 

background image

moŜecie kupić świetne, bieŜnikowane opony za pół ceny...

Jaszczurka przekręciła głowę, Ŝeby lepiej przyjrzeć się Anne, ale ona nie miała 

nawet dość sił, Ŝeby sięgnąć po wędkę. JeŜeli Momoa nie Ŝyje, to skąd Youngman 

miałby się dowiedzieć, Ŝe nigdy nie dotarła na miejsce? Próbowała się 

skoncentrować, ale myśl błąkała się swoim własnym tropem. Odpowiedzi uciekały jej 

gdzieś w dal.

...A teraz komunikat urzędu zdrowia. Nadal nie udało się określić źródła 

skaŜonego poŜywienia. Być moŜe będzie więcej przypadków. To jest powaŜna 

sprawa. Musicie uwaŜać na bóle Ŝołądka, zawroty głowy, gorączkę, jakiekolwiek 

podejrzane obrzęki lub plamy, wymioty i biegunkę. JeŜeli znacie kogoś, kto ma takie 

objawy, natychmiast powiadomcie szpitale w Ship Rock, Window Rock lub tutaj, w 

Tuba City. Hej, nie chcielibyście czasem kupić sobie radia krótkofalowego...

Ani słowa o zagubionych obozowiczach. Ani słowa o deszczu. Zdała sobie 

sprawę, jak bardzo chce, Ŝeby ktoś ją uratował. Nie tylko ze względu na siebie, ale po 

to, Ŝeby ostrzec przed dŜumą. Przed nietoperzami. Nietoperze nie roznosiły pcheł 

gryzoni, więc nie miały związku z dŜumą, ale... wysiłek myślenia męczył ją. O tyle 

prościej i łatwiej było przyglądać się fatamorganom, pozwolić myślom krąŜyć bez 

celu. Halucynacje były objawem odwodnienia; brak wody zaburzał chemiczną 

równowagę organizmu, ale poddanie się im było tak proste. Z przyjemnością myślała 

o tym, jak to Youngman idzie w jej kierunku poprzez piaszczystą równinę.

Potem pomyślała o mniej przyjemnych rzeczach. Kiedyś Youngman 

opowiedział jej historię o młodym człowieku, który wybrał się do Kanionu Maski i 

nocą natknął się na duŜe, ładne pueblo zbudowane pod ziemią. Z kominów wznosił 

się dym, dzieci biegały po drabinach, a na dachach gotowano nad ogniskami jedzenie. 

Młodego człowieka nie tylko miło powitano w tym dziwnym pueblo, ale umyto, 

nakarmiono i zaprowadzono do wielkiej sali, w której właśnie zaczynały się 

uroczystości. Jeszcze nigdy nie widział takiej radości i tańców, pięknych dziewcząt, 

które biegały wokół śpiewając i Ŝartując. Pokazywały na siebie nawzajem i wołały: 

„Hapa! Hapa! Is! Is!", „Martwi! Martwi! To! To!". Bawiono się pysznie przez 

większą część nocy, a kiedy się zmęczył, to dwie najpiękniejsze dziewczyny 

zaprowadziły go do łóŜka. Najpierw go rozebrały, a potem same zdjęły ubrania. 

background image

Całował je w usta i piersi, rozłoŜył im nogi i kochał się z kaŜdą po kolei. Potem usnął, 

a dziewczyny leŜały na nim. Budząc się, osłonił oczy, gdyŜ światło słońca było o 

wiele bardziej jaskrawe, niŜ się spodziewał. Nad głową nie było Ŝadnego sufitu. Ten 

pokój, który w nocy wydał mu się taki ładny, teraz zasypany był piaskiem. Ściany 

były na wpół zburzone, a ocalałe szczątki krokwi waliły się na ziemię. Usiadł i na 

posadzkę posypały się kości. Cały pokój był wypełniony szkieletami, z których dwa 

trzymały go w uścisku. Pełen przeraŜenia i obrzydzenia, wyrwał się z ich objęć i 

uciekł...

Youngman nie przyjdzie, powtarzała sobie. Nikt nie przyjdzie na czas. MoŜe 

wtedy, kiedy trzeba będzie podejść do niej nie z miłością, tylko z łopatą. Kiwała się w 

przód i w tył, nie słysząc zanikającego głosu dobiegającego z głośnika:

...jeszcze jeden komunikat. Do władz sanitarnych dostarczono królika, u 

którego wykryto zwierzęcą odmianę dŜumy. Władze poszukują Youngmana Durana, 

szeryfa Hopi, który dostarczył królika i który teraz musi poddać się serii zastrzyków. 

Chodzi tu o chorobę zakaźną i ostrzega się wszystkich, Ŝeby nie zbliŜali się do 

szeryfa, lecz jedynie poinformowali władze o jego miejscu pobytu...

Zamiast trzymać się ubitej drogi, Youngman spuścił trochę powietrza z opon i 

pojechał przez wydmy, mając nadzieję, Ŝe odnajdzie zaginioną furgonetkę, jakieś 

znaki dymne albo blask lusterka. Albo sępy. Od czasu do czasu włączał radio 

tranzystorowe, Ŝeby wiedzieć, co robi Chee. Chciał teŜ usłyszeć, czy przypadkiem 

obozowi-cze się nie odnaleźli. Jeep jęczał na niskim biegu, jadąc pod górę i mieląc 

pod kołami nieliczne krzewy.

Youngman nie miał Ŝalu do Chee za kłamstwa i zdradę. Byłoby to równie 

bezcelowe, jak gdyby pustynia gniewała się na słońce. Przetrwanie nie miało związku 

z moralnością. WąŜ nie zastanawiał się nad winą, gdy poŜerał wiewiórkę. Jadłeś bądź 

ginąłeś. 135 tysięcy Nawahów radziło sobie dobrze. 6 tysięcy Hopi - raczej nie. Mogli 

składać winę na Nawahów, na pahanów lub na czarowników. Ale zabijała ich 

pustynia, ich dom. Pustynia, która traciła resztki wody, odkąd Nawahowie i biali 

ukradli rzeki, ukradli wodę równie szybko jak ukąszenie węŜa.

Przetrwanie miało swoją własną moralność. Oceniając to w ten sposób, Chee 

był bohaterem, a Youngman zapewne tchórzem. Tak go nazywali w wojsku. Wielki 

tchórz.

Jeep nie mógł jechać więcej niŜ osiemdziesiątką. Youngman dociskał gaz do 

background image

dechy, skupiając się na prowadzeniu. Ucieczka od rzeczywistości - tak to nazywają, 

pomyślał. Unikanie odpowiedzialności za wspólny los. Dlatego właśnie wrócił na 

pustynię; Ŝeby uciec od świata, do którego nie pasował. To pewnie dlatego uciekał 

przed kwarantanną, przyznał się sam sobie. Nie ze strachu, lecz z lęku przed 

zamknięciem. KaŜde zamknięcie, po tylu latach w więzieniu, mogło przyprawić go o 

paroksyzm lęku. Nawet fakt, Ŝe odgadł juŜ tajemnicę, nie był w stanie skłonić go do 

przejścia kwarantanny. Tajemnicę ugryzień, krwi, braku śladów, świateł w domu 

Momoa, śmierci Abnera. Odgadł tajemnicę, lecz i tak nikt by mu nie uwierzył. Trudny 

do zniesienia koszmar.

Słońce w południe pulsowało, Ŝółte i ogromne. Nie tylko cienie, ale nawet 

same przedmioty zdawały się kurczyć. O tej porze nawet jaszczury kryły się pod 

kamieniami.

Youngman przejeŜdŜał przez małą kotlinę, kiedy usłyszał trzask w silniku. 

Pojechał na luzie jeszcze ze sto metrów. Pokrywa silnika była tak gorąca, Ŝe otworzył 

ją kopnięciem. Blok silnika był rozgrzany prawie do czerwoności, a wczołgawszy się 

pod spód, dostrzegł, Ŝe przez mały otwór w chłodnicy wyciekła cała woda.

Przekręcił się na bok i zamknął oczy. Gilboa leŜało pięćdziesiąt kilometrów na 

wschód, a mesa siedemdziesiąt kilometrów na zachód. Od najbliŜszej drogi dzieliło 

go prawie siedemdziesiąt kilometrów.

- Cholera!

Sam się załatwił. Dotoczył się donikąd, a jedyna droga wiodła po własnych 

ś

ladach.

Pytanie tylko, czy warto?

Hayden Paine stał na dachu swego land-rovera.

Lornetka zwielokrotniała drgania gorących fal powietrza. Kaktusy zdawały się 

tańczyć, krzewy zmieniały się w pływające wyspy, a oddalony o trzydzieści 

kilometrów kanion przypominał stateczny okręt, unoszący się ponad swoim własnym 

odbiciem. Od czasu do czasu zdawało mu się, Ŝe kątem oka wychwytuje prawdziwy 

ruch. Kierował wówczas lornetkę w tę stronę i ruch zanikał, jak miraŜ.

Poza tym, całą uwagę skupił na kanionie. Nie tyle przyjechał tutaj, ile został 

przyciągnięty. KaŜdej nocy śledził wędrówkę nietoperzy na oscyloskopie. O świcie 

posuwał się kolejne piętnaście kilometrów i znów śledził ich dalszą drogę do domu. 

Patrząc na czarne i ceglanoczerwone wzniesienia kanionu, czuł, jak rośnie w nim 

background image

podniecenie.

Zszedł na dół, gdzie stał stół i pudełko izolacyjne, które ustawił na ziemi. 

Zastawiona poprzedniej nocy pułapka udała się. Wprawdzie cztery kozy, kupione od 

pewnego Nawaha z Tuba City, nie Ŝyły, straciwszy za duŜo krwi, ale za to Paine 

zdołał zabić cztery nietoperze.

Skrzynka izolacyjna była prosta, bez filtrów powietrza i nadawała się jedynie 

na sekcje. Dwie gumowe rękawice połączone z marszczonymi kołnierzami 

przechodziły przez plastikową pokrywę i sięgały po strzykawki i skalpele. Skrzydła 

martwego nietoperza przyszpilone były dwiema igłami. Pchły odbijały się od ścianek, 

gdyŜ martwy nosiciel, to Ŝaden nosiciel. PogrąŜonego w pracy Paine'a chronił 

wielobarwny parasol.

Przez godzinę sumiennie badał nietoperza, goląc futerko w poszukiwaniu 

obrzęków i pobierając próbki krwi do analizy. DŜuma wybuchała wśród ludzi 

zazwyczaj wtedy, kiedy wyginęła cała populacja gryzoni-nosicieli. Pchły szukały 

sobie nowego domu. Jednak nietoperze nie tylko wcale nie umierały, ale wręcz 

sprawiały wraŜenie silnych i zdrowych. Pomimo uwięzionych pcheł i innych 

nietoperzych pasoŜytów, okaz w pudełku nie zdradzał Ŝadnych symptomów choroby. 

Czy to moŜliwe, Ŝeby zwierzę było nosicielem bakcyli dŜumy i samo pozostawało 

zdrowe? Czy to moŜliwe, Ŝe wampiry, pijąc krew pochodzącą od róŜnych ludzi, 

pobrały zarazem przeciwciała dŜumy i dokonały na sobie „naturalnego szczepienia"? 

Ale przecieŜ nietoperze, które w Wenezueli roznosiły śmiertelną derriengue, same 

pozostawały w doskonałym zdrowiu.

Paine znów zwrócił uwagę na pustynny kanion. Dotychczas zawsze tropił 

wampiry w klimacie tropikalnym, wśród bujnej roślinności. Pozbierał mapy i zaniósł 

je do samochodu, gdzie przez podeszwy czuł Ŝar rozgrzanego metalu. Temperatura 

wynosiła 43 stopnie w cieniu. Nietoperze potrafiły przetrwać w jaskiniach, gdzie 

temperatura wynosiła 30 stopni, ale musiało tam być dość wilgoci, Ŝeby nawilŜać ich 

błony. Mapa topologiczna Instytutu Geologii zdradzała jedynie istnienie labiryntu 

pustych kanionów, które - według mapy dostarczonej przez Chee - nazywano 

Kanionem Maski. Obrócił się wkoło, obserwując przez lornetkę Malowaną Pustynię.

Fale ciepła zaległy niŜej przy piasku, jakby cała pustynia miała lada chwila 

wybuchnąć ogniem. Kaktusy skręciły się w korkociągi. Na północnym wschodzie 

Czarna Mesa przypominała kreskę narysowaną na niebie, ponad horyzontem. A dalej 

na wschód coś biegło. To był ten sam obiekt, który zauwaŜył Paine, zanim zabrał się 

background image

za nietoperza. Poruszył pokrętło ostrości. Obiekt czasem rozpływał się w powietrzu, 

potem z nagła nabierał kształtów, a potem znów prawie znikał. Z całą pewnością to 

coś się zbliŜało i zbliŜało się na dwóch nogach. Paine znał się na prawach pustym. 

Człowiek mógł biec w pustynnym upale przez godzinę; potem padał. Na wyŜynie 

Arizony wytrwałby najwyŜej czterdzieści minut. Wobec tego Paine nie mógł widzieć 

człowieka, widział jedynie miraŜ. W tej samej chwili postać rozmyła się i zniknęła. 

Paine patrzył jeszcze przez pięć minut. Człowiek zniknął.

Upał w roverze był nie do zniesienia. Paine połknął dwie tabletki soli i popił 

litrem wody. Spojrzał na znajdujące się w plastikowej teczce mapy zatytułowane: 

System Obserwacji Zasobów Wodnych Ziemi - Landsat II, III. Same mapy stanowiły 

zbiór nieczytelnych plam, na które naleŜało dopiero nałoŜyć drugą kalkę z podziałką i 

punktami orientacyjnymi. Były to jedne z najdroŜszych map, jakie kiedykolwiek 

sporządzono. Firmy naftowe zapłaciły za nie więcej, niŜ Chee płacił Paine'owi. 

Inwestycje rzędu milionów dolarów zaleŜały teraz od Paine'a, a warto dodać, Ŝe on 

był gotów całą pracę i tak wykonać za darmo.

Paine odłoŜył mapę i skierował lornetkę na wschód. Biegacz znajdował się w 

odległości półtora kilometra. Biegł długimi, lekkimi krokami, dźwigając na plecach 

jakieś zawiniątko, a twarz osłaniał mu kapelusz z szerokim rondem. Śniady, szczupły 

męŜczyzna. Zawiniątko kryło koc owinięty wokół strzelby. Nadbiegał, rytmicznie 

odbijając się od wciąŜ pulsującej ziemi. Paine uzmysłowił sobie, Ŝe biegacz postępuje 

ś

ladem opon samochodu. Potem rozpoznał twarz.

Indianin zwolnił dopiero na ostatnich dwudziestu metrach, patrząc na Paine'a, 

jakby przypominając, Ŝe nadal są wrogami. Potem upadł w cieniu rovera.

Paine czekał zbyt długo. Gdyby zobaczył zbliŜający się przez pustynię 

samochód, odjechałby. Ale nie był w stanie uwierzyć w biegnącego człowieka. A był 

to ostatni człowiek, którego Paine miał ochotę spotkać. Indianin zamknął oczy i z 

rozkoszą wciągnął przez nos stosunkowo chłodne powietrze w cieniu. Podeszwy 

butów miał poprzecinane przez kolce i zabrudzone krwią.

Paine zdenerwował się. Ten cholerny Indianin juŜ raz tak go potraktował. Na 

koniec Indianin usiadł, aby zdjąć buty.

- Czego chcesz? - Paine był szorstki. - Śledzisz mnie?

- Masz zimne piwo? - zapytał Youngman. 

Pierwszym piwem obmył sobie stopy, a dwie kolejne puszki wypił. Nawet 

licząc sześć puszek wypitych w biegu, to nadal musiał uzupełnić dwa i pół litra płynu.

background image

- Paine, wyglądasz jak ktoś, kto zobaczył ducha.

- Tak. PrzecieŜ ja cię juŜ widziałem dwie godziny temu.

- I nie wyjechałeś mi naprzeciw?

- Myślałem, Ŝe jesteś złudą.

- Tak mi się teŜ wydawało. No, nie przejmuj się. Ja się cieszę, Ŝe cię widzę.

Youngman śmiał się z niego. To jedynie wzmocniło przekonanie Paine'a, Ŝe 

nie doceniał zastępcy szeryfa. Chee popełnił najwyraźniej ten sam błąd, gdyŜ Duran 

miał juŜ od rana siedzieć. Sam pomysł, Ŝeby ktoś uciekał pieszo przez Malowaną 

Pustynię, zadziwił Paine'a.

- Jak długo mógłbyś jeszcze biec?

- MoŜe jeszcze z pięć kroków. Jak daleko jest do tego stolika?

- Przeprowadzałem taki mały eksperyment przyrodniczy...

Youngman wstał i podszedł do ocienionego stołu. Paine z niepokojem szedł za 

nim. Chee zapewnił go, Ŝe Duran niczego się nie domyśla, ale ten sam Chee twierdził, 

Ŝ

e Duran to typowy pijaczek z rezerwatu.

Nietoperz leŜał rozpięty na dnie skrzynki. Skrzydła wyschły jak ściemniały 

pergamin, a wokół widać było organy wewnętrzne usunięte z jamy brzusznej. Sam 

Ŝ

ołądek wyglądał jak glista.

- Czy mogę? - zapytał Youngman. 

Paine wzruszył ramionami.

Youngman wsadził ręce w rękawiczki i ujął skalpel. Odsunął wargi 

nietoperza, odsłaniając dwa szerokie siekacze, które wypełniały połowę górnej 

szczęki. Dalej widać było cięŜkie, ostre jak sztylety kły. Dolne siekacze i zęby 

trzonowe były prawie niewidoczne. Youngman zgiął ciało nietoperza za pomocą 

skalpela i przesunął je szybko po wystających siekaczach. Rozcięły brzuch na dwie 

części.

- To te zęby. - Uśmiechnął się. - Nie byłem w stanie pojąć, Ŝe to właśnie te 

zęby...

Inidianin wiedział. W jaki sposób? Paine nie miał pojęcia. Nie rozumiał 

równieŜ swoich własnych reakcji, bo był pewien, Ŝe zabiłby kaŜdego, kto chciałby mu 

przeszkodzić. Teraz natomiast odczuł równie wielki gniew, jak i ulgę. Oscylował 

między dwoma uczuciami.

- Dlaczego mnie śledzisz, Duran?

- Powiem ci podczas jazdy.

background image

Anne stała na końcu trzymetrowej deski, z której widziała wszystkie baseny w 

Phoenix, tak Ŝe całe miasto pławiło się w kolorze turkusowym. Pamiętała 

opowiadanie Johna Cheevera, pod tytułem „Pływak", w którym pewien człowiek 

przepłynął przez jedno z hrabstw Connecticut przechodząc z basenu do basenu.

- Skacz! - krzyknął do niej ojciec stojący przy ogrodowym barku. - No juŜ, 

kochanie!

Obok basenu nakryto stoły dla gości, a w ogrodzie grała orkiestra. Anne 

zauwaŜyła, Ŝe matka zajęła się ogródkiem skalnym, w którym rosły kaktusy. W 

basenie pływały lilie wodne, podobnie jak na przyjęciu po maturze.

- Musisz skoczyć, kochanie - zawołała matka. 

Rodzice, rzecz jasna, chcieli, Ŝeby podjęła pracę w Muzeum Hearda, w 

centrum. Znajdowała się tam wspaniała kolekcja lalek Kachina. Anne zdecydowała 

się jednak wykorzystać swoje umiejętności medyczne w jednym z rezerwatów. 

Indianie byli fascynujący.

Skoczyła, leciała z wyciągniętymi ramionami, aŜ weszła w jaskrawoniebieską 

wodę; widziała, jak przepływają nad nią liście lilii. Bez pośpiechu wyszła na 

powierzchnię i wspięła się na brzeg basenu. Zsunął jej się stanik, ale nikt na to nie 

zareagował, co wydało się jej dziwne. Odgarnęła mokre włosy i zobaczyła 

Youngmana, który siedział przy stoliku w towarzystwie jakiegoś wysokiego, rudego 

człowieka. Przygotowali dla niej drinka w wysokiej szklance, więc dołączyła do nich.

- Kocham cię - powiedział Youngman. - Zabieram cię stąd, dokądkolwiek 

zechcesz.

Pochlebiało jej to, ale przyjęcie dopiero się zaczęło. Drugi męŜczyzna otulił ją 

mokrym ręcznikiem.

- Nie macie suchego? - zapytała.

- Potrzebny ci mokry.

Bzdura, przecieŜ lało się z niej, ale nie chciała robić awantury, a Youngman 

był taki zadowolony. Uśmiechał się tak rzadko, a teraz promieniał jak chłopiec.

- Jeszcze trochę się napij, małymi łykami. Zaraz dojdziesz do siebie, a jak 

tylko będziesz w stanie się podnieść, to jedziemy stąd. Tylko my dwoje, ty i ja. Ale na 

razie musimy ci obniŜyć temperaturę.

- Jak się tu znalazłeś? - zapytała Anne. Zapraszanie Indian nie było w stylu jej 

ojca.

background image

- Dym z ogniska. Sama nas tu doprowadziłaś. Zachowałaś się wspaniale.

Gwar głosów i pobrzękiwanie kieliszków mieszało się z dźwiękami orkiestry. 

Anne bała się, Ŝe ktoś zaŜyczy sobie „Guadalajarę", a ta piosenka zawsze źle na nią 

działała.

- Wyłącz radio - polecił Youngman i drugi męŜczyzna poszedł do skalnego 

ogródka, gdzie któryś z gości źle zaparkował samochód. Matka będzie wściekła.

- On się nazywa Paine.

- Nie widzę Ŝadnych symptomów choroby. Nie licząc udaru i złamanych 

palców, to chyba jest w porządku. śeby tylko udało się obniŜyć gorączkę. Całe 

szczęście, Ŝe się bardziej nie spaliła, bo byłoby po niej - powiedział Paine.

- Straciła teŜ co najmniej sześć kilo. Bywało, Ŝe wyglądała lepiej. - Youngman 

próbował Ŝartować.

- Dziękuję. - Starała się zasłonić piersi.

- Nie. - Youngman zabrał jej ręcznik i zastąpił go nowym, świeŜo 

zmoczonym.

- A oni? - Anne spojrzała z zakłopotaniem na gości.

- Nie Ŝyją. Pochowałaś ich. Znaleźliśmy obozowisko. Tylko ty ocalałaś. 

Dzięki Bogu, Ŝe zdołaliśmy znaleźć cię na czas.

- Nie sądziłam, Ŝe uda się wam tu dotrzeć. - Anne wiedziała, jak delikatnym 

tematem były dla Youngmana kontakty z białymi.

- Powinienem był pojawić się wcześniej.

Anne zmartwiła się, bo Youngman sprawiał wraŜenie bardzo zatroskanego. 

Twarz miał zakurzoną i ściągniętą, oczy przekrwione.

- Nic ci nie jest? - zapytała.

- Jak dotąd, jeszcze mnie nic nie dopadło. To jeszcze jedna przyczyna, dla 

której powinniśmy szybko stąd znikać.

Paine chciał jej zadać jakieś pytanie, ale zrobił się zgiełk towarzyszący 

wychodzeniu wszystkich gości, niektórzy zabierali krzesła i stoły. Poczuła się 

zagubiona i próbowała odszukać ojca. Nikt nawet się nie Ŝegnał. A ona nie chciała 

zostać sama.

- Czy słyszysz mnie, Anne? - zapytał Youngman. - Czy moŜesz nam 

odpowiedzieć?

- Czy to były nietoperze?

Jedna z wychodzących kobiet odwróciła się i zaczęła krzyczeć. Była to Ŝona 

background image

pastora; wrzeszczała tak strasznie, Ŝe Anne musiała zatkać sobie uszy rękami, ale 

krzyk nadal wypełniał jej głowę, pęczniał i wydobywał się z jej ust.

Późnym popołudniem zrobiło się dziwnie chłodno i cicho. Bryza przeciskała 

się przez siatkowe ściany polowego namiotu Paine'a. Nazywał go „kokonem". 

Wystając z tyłu land-rovera, bardziej przypominał królową pszczół, pomyślała Anne. 

LeŜała na materacu, popijając słabą herbatę; opierała głowę na skrzynce z 

preparatami. Paine odgrzewał sproszkowane jajka na maszynce gazowej Colemana. 

Youngman siedział obok niej.

- Jutro będziesz w stanie się stąd podnieść. - Wziął ją za rękę. - I tak właśnie 

postąpimy. Odjedziemy daleko. Paine jutro podwiezie nas do drogi.

- Zmieniłeś więc zdanie.

- Tak, ale o mało z tego powodu nie zginęłaś... JeŜeli w dalszym ciągu chcesz, 

Ŝ

ebym z tobą poszedł...

Na tle wynędzniałej twarzy oczy Anne wydawały się jeszcze większe niŜ 

zwykle. Tonąc w jednej z koszul Paine'a, wyglądała jak dziecko. Youngmanowi 

wydawało się, Ŝe jeden uścisk mógłby ją złamać.

- Jesteś pewien?

- Moje dni w rezerwacie dobiegły końca i pójdę przyłączyć się do Ŝywych. W 

końcu doszedłem do tego wniosku. Ty jesteś moim biletem stąd, bo kocham cię tak 

bardzo, Ŝe chcę być wszędzie tam, gdzie i ty. Popatrz, co się stało, kiedy tylko 

spuściłem cię z oczu.

- Wiedziałam, Ŝe mnie znajdziesz, Youngman, naprawdę wiedziałam. - Wzięła 

go za rękę.

- Odpoczywaj - powiedział. - Jutro wyruszymy stąd razem i zaczniemy od 

nowa.

Paine przyłączył się do nich. Przyniósł jajecznicę. Niby nie miał ochoty na 

Ŝ

adne towarzystwo, z drugiej jednak strony obecność szeryfa i dziewczyny 

uzmysłowiła mu własną samotność. Ciągnęło go do nich tak, jak zziębniętego 

człowieka ciągnie do ognia, gdy zda sobie sprawę, Ŝe widzi blask, a nie czuje ciepła.

- Jak się domyśliłeś? - podał Youngmanowi talerz.

- To nie było trudne. To było po prostu niemoŜliwe. Atakowało nocne 

zwierzę, które nie pozostawiało śladów, zwierzę, które umiało wlecieć na szczyt słupa 

telefonicznego i miało zęby. Ale tego rodzaju zwierzę nie zabija ludzi, nie takimi 

background image

zębami. Nigdy nie widziałem takich zębów. A potem przyszła mi na myśl cała 

rodzina umierająca w rzęsiście oświetlonym domu i przypomniałem sobie pewnego 

pana Paine, który wypytywał policjanta w Five House Butte o nietoperze. Od tamtej 

pory wiedziałem, ale nie mogłem niczego dowieść. Sam pokazałeś mi dowód.

- Wiele ci zawdzięczamy. - Anne uśmiechnęła się do Paine'a.

- Wcale nie - przerwał Youngman. - On jest zamieszany w jeden ze szwindli 

Chee. Czy myślisz, Ŝe robi to dla biednych Indian? śeby oczyścić rezerwat? Nie, Ŝeby 

przygotować grunt pod następną kopalnię lub zwiększyć najazd turystów - o, to są 

zajęcia godne pana Paine'a. To najemnik. Powiedz, Paine, czy nie mam racji?

Zanim Paine zdołał odpowiedzieć, radio zaczęło wywoływać numery 

identyfikacyjne. Gdy próbował zignorować sygnał, radio zaczęło go wzywać po 

nazwisku. Zanim podszedł do stołu, na którym stała krótkofalówka, spojrzał na 

Indianina. Pomimo Ŝe głośnik trzeszczał i szumiał, Youngman rozpoznał głos 

Walkera Chee.

- Wracaj do Window Rock - powiedział Chee.

- Odzywasz się w niewłaściwym momencie. 

- To rozkaz. Zbudujemy system ochronny. Wyjaśniłem wszystko mojemu 

przyjacielowi, panu Piggotowi, i ma mi dostarczyć cały potrzebny ekwipunek.

Paine odwrócił mikrofon, tak Ŝe mógł widzieć zastępcę szeryfa i dziewczynę. 

Słuchała uwaŜnie, a zastępca uśmiechnął się, patrząc w podłogę.

- Niby jaki? - zapytał Paine.

- Taki jak trzeba. Piggot ma znajomości.

- Niby co? - powtórzył Paine.

- Postawimy zapory ochronne...

- Wokół pustyni?

- W wyznaczonych miejscach. Dostaniemy sieci...

- O jakiej szerokości i o jakiej długości? 

- I reflektory, i lampy łukowe...

- Gdzie są światła, tam są i ludzie. One nie boją się świateł.

- Daj mi skończyć - powiedział Chee. - NajwaŜniejsze, Ŝe mamy samoloty z 

DDT. Jak tylko wyłapiemy nietoperze na radarze...

- Nie wyłapiecie. One latają za nisko.

- Do diabła! Obyłoby się bez tego całego bigosu, gdybyś wykończył te 

pieprzone nietoperze, tak jak obiecałeś!

background image

- Wykończę.

- Codziennie to powtarzasz i z kaŜdym dniem robi się coraz gorzej.

- Śledzę je. ZbliŜam się do celu.

Przez chwilę zapanowała cisza, potem znów odezwał się Chee.

- Gdzie teraz jesteś?

- Nie wiem dokładnie.

- Ale jesteś niedaleko od celu; tak powiedziałeś. Jak sądzisz, gdzie one są?

- TeŜ tego na pewno nie wiem, ale powiedziałbym - Paine dostrzegł 

skierowane na siebie oczy Youngmana - Ŝe na Mansion Mesa.

- Mansion Mesa. Dobra, Paine. Rozkazuję ci wracać do Window Rock.

- Nie.

- Jeszcze ci nie zapłaciłem, Paine.

- A ja jeszcze nie zabiłem nietoperzy. Bez odbioru.

- Paine...

Paine wyłączył radio i owinął sobie wokół ręki drut mikrofonu.

- Mansion Mesa jest kawał drogi stąd - powiedział Youngman. - Jakieś 

sześćdziesiąt kilometrów na południowy wschód.

- Zgadza się.

Paine wyrwał kabel z krótkofalówki.

- Ale teraz nie będziesz ich w stanie zawiadomić, gdzie naprawdę są 

nietoperze - zauwaŜyła Anne.

- Nikt im teraz tego nie powie. - Paine z całej siły odrzucił mikrofon.

- W porządku. - Youngman nalał sobie trochę kawy. - Teraz nie będzie mógł 

im powiedzieć, gdzie jestem.

Anne zwróciła się do Paine'a:

- Youngman nie mylił się co do ciebie. Słyszę, Ŝe pracujesz dla firm. No cóŜ, 

chciałabym wiedzieć, jakiej firmie powinnam być wdzięczna za ocalenie.

- Co za róŜnica? - Youngman wzruszył ramionami. - Wszystko jedno. Mnie tu 

juŜ nie ma. Jak tylko dostaniemy się do drogi, to na tym koniec. - Uniósł w górę 

kubek. - Zdrowie.

Anne odtrąciła dłoń Youngmana. Przez chwilę czuła się od niego tak samo 

odległa jak od Pai-ne'a. Nie, to nie ona była odległa, tylko oni. Paine, wielki i blady w 

porównaniu z Youngmanem, sprawiał wraŜenie nieobecnego. Youngman, śniady i 

szczupły, otoczył się taką zasłoną cynizmu, Ŝe zdawało się, iŜ nic do niego nie 

background image

dociera. Wprawdzie obaj ją uratowali, ale teraz wyglądało na to, Ŝe jest im po prostu 

zbędna.

Widząc, Ŝe Paine ładuje wiatrówkę nabojami z dwutlenkiem węgla, 

Youngman przysunął bliŜej swoją strzelbę.

- Trudnisz się zawodowo zabijaniem nietoperzy? - zapytała Anne.

- Mhm.

- Czy zabijanie nietoperzy to dobry zawód? - zapytał Youngman.

- Na południe od Meksyku, całkiem niezły. 

- I zabijasz je tym czymś? - Youngman spojrzał na wiatrówkę.

- Nie. Tym. - Paine wskazał bronią na czerwony kanister oznaczony po 

francusku, angielsku i hiszpańsku słowem NIEBEZPIECZEŃSTWO - Cyjanowodór. 

- To na wypadek konieczności zejścia do jaskini. Ale tam schodzi się tylko wtedy, 

kiedy nie ma innego wyjścia. Zazwyczaj załatwia się je poprzez poŜywienie.

- Na przykład?

- Najlepiej bydło. Nietoperze powracają do stada, które juŜ wcześniej 

napoczęły. MoŜna rzec, Ŝe w pewien sposób „posiadają" róŜne stada na określonych 

terenach. A my smarujemy stare rany wampirolem.

- Podoba mi się to. - Youngman zapalił papierosa. - Wampirol. Brzmi jak płyn 

do usuwania zbędnego owłosienia.

- Miód i strychnina. Działa, ale powoli.

- Nienawidzisz nietoperzy? - zapytała Anne. 

Paine połoŜył wiatrówkę na ziemi i wsiadł do samochodu. Wrócił z butelką 

Napoleona i trzema papierowymi kubeczkami.

- Nie jesteśmy teraz na trasie ich przelotu. - Napełnił kubki i podał jeden 

dziewczynie. -No to...

- Czy to zabawa? - Youngman był zdumiony. - Dlaczego, do cholery, wydaje 

ci się, Ŝe mam ochotę z tobą pić?

- Przepraszam. Chee powiedział mi, Ŝe jesteś zwykłym pijaczkiem.

- I co jeszcze?

- Beznadziejnym, głupim łajzą z rezerwatu. -Paine wyciągnął kubek.

- Białe durnie.

- No i co z tego?

Paine nadal trzymał wyciągnięty kubek. Annę sądziła, Ŝe Youngman 

odepchnie rękę Pai-ne'a, ale zamiast tego wziął naczynie.

background image

- Mówisz, Ŝe miód i strychnina?

- To jest najprostszy sposób.

Paine połknął swoją brandy jednym haustem. 

- Durny, pieprzony pahan - wymamrotał Youngman i wypił połowę kubka.

- O co chodzi? - Paine nalał do pełna. 

- Mówiłem, Ŝe włóczy się tu sporo białych durni. Zazwyczaj chcą upolować 

lwa górskiego lub wilka. Ale po raz pierwszy widzę takiego, który łapie nietoperze.

- Nie przejmujesz się nimi.

- Nigdy się nimi nie przejmowałem.

- To się przejmij. Pomyśl o zwierzęciu, które z punktu widzenia aerodynamiki 

jest bardziej zwrotne od muchy. Które posiada doskonalszy system echolokacji od 

nowoczesnego bombowca. Które widzi w mroku równie dobrze jak kot. Które, jako 

jedyne w świecie przyrody, nauczyło się wydajnie przerabiać krew innych kręgowców 

na swoją.

- Umie sprzedawać swój towar, co? - Youngman zwrócił się do Anne.

- Nie mówię o małej ilości krwi - powiedział Paine. - Nietoperz wampir 

potrafi wypić półtora raza więcej krwi, niŜ sam waŜy. Na skutek działania środka 

przeciwkrzepliwego, który jest w ślinie nietoperza, ofiara traci drugie tyle po 

zakończeniu ataku. W ciągu roku jeden wampir jest w stanie wypić kilkadziesiąt 

litrów krwi. Tyle, ile ma w sobie krowa lub sześciu ludzi.

- Naprawdę? Jak to moŜliwe, Ŝeby zwierzę było w stanie wypić półtora raza 

więcej, niŜ samo waŜy, i potem jeszcze wzbić się w powietrze?

- Mocz. Oddają mocz podczas picia. Krew podlega natychmiastowemu 

wchłonięciu w Ŝołądku i zaraz dostaje się do krwiobiegu.

- To właśnie stąd biorą się te smoliste ślady, które widziałem wokół ciała 

Abnera i przy koniach?

- Tak, to mocz.

- Bardzo wydajne. - Youngman zaśmiał się. - To trzeba im przyznać, choć 

brzydko cuchnie.

Paine uśmiechnął się wyrozumiale.

- Powinieneś kiedyś wybrać się do groty zamieszkanej przez wampiry. Kiedyś 

w Meksyku, w ciągu roku, zagazowałem sto jaskiń. Zabiłem ponad pięćdziesiąt pięć 

tysięcy wampirów. Fajna masakra.

Anne wpatrywała się w ciemną czerwień brandy. Na koniec odezwał się 

background image

Youngman.

- No to o co chodzi? Jesteś bardzo odporny na znudzenie, czy kompletnie 

oszalałeś? Biały z twoimi umiejętnościami zarobiłby miliony, sprzedając 

ubezpieczenia. Dlaczego wampiry?

- Poznawanie nietoperzy...

- Nic nie mówiłeś o poznawaniu. Mówiłeś o zabijaniu. Anne juŜ cię o to 

pytała. Czy nienawidzisz nietoperzy?

Paine dolał Youngmanowi.

- Taka praca. Jestem zawodowcem, najemnikiem. Sam to powiedziałeś.

- A jeŜeli Chee ci nie zapłaci? Nie martwisz się o to?

- Zapłaci. Zapłaci podwójnie, jak juŜ skończę. 

Paine wychylił kolejny kubek brandy.

- Dureń z tego Chee, Ŝe chciał zachować to w tajemnicy - zauwaŜył 

Youngman.

- Nie, nie. To normalne zachowanie.

- Normalne?

- Siedemdziesiąt lat temu doszło do wybuchu dŜumy w San Francisco. Władze 

nie chciały w to uwierzyć. Kiedy przyjechał urzędnik federalny, został poturbowany 

przez tłum. Kalifornia zgodziła się przyjąć pomoc federalną dopiero wtedy, gdy 

Waszyngton zagroził objęciem kwarantanną całego stanu. To normalne.

- Ale nie jest normalne, Ŝeby tu pojawiały się wampiry. Skąd się tu wzięły?

- Nietoperze przewaŜnie przemieszczają się w rytm pór roku. Wampiry 

mieszkały niedaleko na południe stąd - odpowiedział wykrętnie Paine. - A teraz się 

przeprowadziły. W Nowym Meksyku, Arizonie i w Teksasie są jaskinie, w których 

mieszkają miliony nietoperzy. To prawdziwy raj dla nich.

- Dla ciebie teŜ. Zabawne, Ŝe i ty, i nietoperze pojawiliście się równocześnie. 

A potem nietoperze zaczęły roznosić dŜumę. Co za zbieg okoliczności. Zdaje się, Ŝe 

nie przynosisz szczęścia, co?

- Nie rozumiem - wtrąciła Anne. - Wydawało mi się, Ŝe tylko pchły gryzoni 

roznoszą dŜumę.

- Tak się uwaŜa - odparł Paine. - Tak jak to, Ŝe tylko psy roznoszą wściekliznę.

- Co ma wspólnego wścieklizna z dŜumą?

- Nietoperze. Rokrocznie setki tysięcy sztuk bydła umierają na paraliŜ zwany 

wodowstrętem lub wścieklizną. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym choroba dotarła 

background image

do Trynidadu i przeniosła się na ludzi. Zabili wszystkie psy na wyspie, ale ludzie 

nadal chorowali. Dopiero wtedy, gdy wampiry zaczęły atakować za dnia, ludzie 

domyślili się, jakie było prawdziwe źródło choroby. Ale dla osiemdziesięciu 

dziewięciu ofiar było juŜ za późno.

- A jak się zaraŜały nietoperze?

- Od zwierząt, którymi się Ŝywiły. Ciekawe jest to, Ŝe wścieklizna podlegała 

mutacji w organizmach nietoperzy. Większość wampirów wytworzyła w sobie 

odporność na tę chorobę.

- Byłam pewna, Ŝe kaŜde wściekłe zwierzę umiera.

- No więc sama rozumiesz. KaŜde inne zwierzę by zginęło. Tak czy inaczej, 

wspomniałaś, Ŝe wściekliznę przenoszą tylko pchły gryzoni. Tak naprawdę to 

mnóstwo pcheł jest w stanie przenosić dŜumę. Te pchły moŜna znaleźć na ludziach, 

małpach, kotach, psach, wielbłądach, owcach, nawet na ptakach. I na nietoperzach. 

JakŜe wampiry mogłyby uniknąć nosicieli? śywią się wszystkimi ciepłokrwistymi 

zwierzętami, a dŜuma pojawia się często w okolicach, gdzie mieszkają. JeŜeli 

weźmiesz pod uwagę ich sposób odŜywiania, rozlew krwi, mnogość pcheł...

- Wystarczy - powiedział Youngman. - Zachowaj to dla Chee, jego kumpla 

Piggota albo dla wojska czy kogokolwiek innego, kogo warto postraszyć. Nas nie 

warto.

- Ale powinno się kogoś poinformować -zauwaŜyła Anne. - MoŜe Centrum 

Walki z Chorobami?

- Aha. - Youngman roześmiał się. - To oni skopali ostatnio tę sprawę z trądem.

Paine popatrzył na Anne.

- Przepływem informacji zajmuje się teraz Chee - powiedział. - Ale nawet 

gdyby przysłali ekipę z Atlanty, to i tak nie mają pojęcia, jak postępować z 

wampirami i musieliby poszukać mnie w Meksyku. A ja juŜ tu jestem i wiem, gdzie 

znaleźć nietoperze.

- Nie rozumiem! Mówisz o epidemii dŜumy, ale wysłałeś Chee w złą stronę. 

Zwariowałeś?

Paine był zdumiony. Przyjemna, prawie zabawowa atmosfera, którą udało mu 

się wprowadzić, pękła pod cięŜarem oskarŜenia dziewczyny. Uniósł w górę papierowy 

kubek. Był pusty. Chcąc uniknąć jej oskarŜycielskiego wzroku, postawił kubek na 

ziemi tak niezgrabnie, Ŝe się przewrócił.

- No tak. - Youngman podniósł kubek i nalał nieco brandy dla Paine'a. - 

background image

Rozumiem. Jesteś zabójcą nietoperzy. Chcesz to zrobić sam.

Dwa helikoptery leciały jeden za drugim w kierunku słońca. W kaŜdym z nich 

znajdowało się czterech męŜczyzn w szczelnych, winylowych skafandrach 

zaopatrzonych w bomby i w DDT. Paine co do jednego miał rację, pomyślał Chee. 

Nafciarze, kiedy tylko usłyszeli o wampirach, natychmiast wpadli w panikę.

- To właśnie tak gasimy poŜary na odwiertach - powiedział Piggot. - 

Wysadzamy je w powietrze.

- Nie wiem. MoŜe trzeba było poczekać na Paine'a?

- Mieliśmy kiedyś kłopoty z chmarami nietoperzy owocowych na naszych 

indonezyjskich odwiertach. Po prostu wysadziliśmy ich gniazda w powietrze. Nie 

wolno czekać na jakichś tam ekspertów. Albo na te cholerne „analizy wpływu na 

ś

rodowisko". Tutaj są wampiry, więc tutaj zaczniemy i będziemy pracować tak długo, 

aŜ rozwalimy wszystkie pieprzone jaskinie w całej okolicy. To znaczy, o ile nadal 

masz ochotę na tantiemy od wydobycia ropy. Zakładam, Ŝe masz.

- Chodzi o miliony nietoperzy. Hopi nie zgodzą się na taką masakrę na 

naleŜących do nich terenach.

- JeŜeli chcesz spasować, Chee, to powiedz tylko słowo - i zawracamy.

Obaj męŜczyźni wiedzieli dobrze, Ŝe Chee nie mógł spasować. Fundusze 

plemienne utopiono w mieszkaniach dla najuboŜszych, w nieudanej spekulacji 

nieruchomościami w Newadzie, w procesach o ziemie i w bankach. Przyszłoroczny 

budŜet zakładał dwumilionowy deficyt, a to z kolei musiało za sobą pociągnąć 

dochodzenie Urzędu do spraw Indiańskich w kwestii marnotrawienia funduszy 

państwowych. Chee wcale nie czuł się winny. To nie on rozpętał ogólnoświatową 

inflację ani teŜ nie przyczynił się do załamania się rynku nieruchomości. Ale dobrze 

wiedział, Ŝe dochodzenie skutecznie odstraszy inwestorów prywatnych, o których od 

tak dawna zabiegał. Z drugiej strony konsorcjum, którego przedstawicielem był 

Piggot, zobowiązało się przekazać mu dwa miliony dolarów w zamian za 

dwudziestoletnią dzierŜawę Kanionu Maski, a ponadto dziesięć procent wartości 

wydobytej ropy. Na samym początku Chee sądził, Ŝe jedynym kłopotem będzie to, iŜ 

kanion leŜy na terenie naleŜącym wspólnie do Nawahów i do Hopi. Potem pojawiły 

się nietoperze, a teraz dŜuma.

Wściekle czerwone słońce skłaniało się nad horyzontem. Begay siedział w 

pierwszym helikopterze razem z białym lekarzem, który był na ranczu Momoa. 

Usłyszawszy „nieprawdopodobną" sugestię Youngmana, obdzwonił wszystkich 

background image

zoologów między San Diego a Mexico City, aŜ w końcu dopadł kogoś, kto rozpoznał 

dziwne rany. Potem udał się wprost do Piggota, a Chee wyrzucił go z pracy. Ale nic 

się nie stało: tak jak się spodziewał, Piggot zapłacił mu dobrze za informację.

- Chcę tylko powiedzieć - Chee innymi słowami wyraził swe niezadowolenie - 

Ŝ

e powinniśmy byli raczej poczekać i uzgodnić to z Paine'em. W razie gdyby jakieś 

nietoperze uciekły.

- Chee, czy wiesz, ilu geologów wie o nafcie więcej ode mnie? MoŜe z tysiąc, 

ale wszyscy są biedni jak myszy kościelne, wielu z nich pracuje u mnie, a to z tej 

przyczyny, Ŝe umiem podejmować odpowiednie decyzje. Na tym właśnie polega 

przemysł naftowy. Szybka decyzja i pewność siebie. Właśnie dlatego postawiłem na 

ciebie. Czy sądziłeś, Ŝe jakieś nietoperze odstraszą mnie od pracy? Niepotrzebnie 

wyrzuciłeś pieniądze w błoto na tego eksperta. Trzeba było od razu przyjść z tym do 

mnie - powiedział Piggot.

- Ale on zna się na tych nietoperzach.

- A ja się znam na dynamicie.

- JuŜ zachodzi słońce. Nietoperze niedługo wylecą.

- Tym lepiej. Rozwalimy te wylatujące, a resztę pogrzebiemy i zasypiemy 

DDT.

- Tu jest mnóstwo nietoperzy.

- Dlatego tu właśnie zaczniemy. Chee, chcesz przecieŜ być kimś waŜnym, 

bohaterem, chcesz być bogaty. Dzięki nam właśnie kimś takim będziesz. 

Chee zamilkł. Piggot uŜył prawie tych samych argumentów, którymi on 

posłuŜył się wobec Durana, tylko Ŝe Chee oszukiwał, a Piggot mówił prawdę. Biali 

zawsze mieli ostatnie słowo. Helikoptery były własnością Piggota i zostały jedynie 

odpowiednio wyposaŜone do poszukiwań geologicznych.

- Trzy kilometry na południe. Obiekt w polu widzenia - zameldował pilot 

pierwszego helikoptera.

- Schodzimy w dół - powiedział Piggot przejmując mikrofon.

Oba helikoptery zniŜyły się nieco, Ŝeby uzyskać lepszy widok na Mansion 

Mesa, stosunkowo małą mesę, o nieregularnym wierzchu i o sypiących się, 

zwietrzałych ścianach. Przywodziło to na myśl jakiś wielki dom zbudowany na 

ś

rodku pustyni. W pełnym blasku chylącego się słońca mesa świeciła 

pomarańczowym światłem. Zalegająca na wierzchu warstwa skały wulkanicznej 

czyniła ten teren niegościnnym dla człowieka, ale w samym środku mesa była 

background image

wydrąŜona, a olbrzymie jaskinie zamieszkiwały salamandry, pszczoły, karaluchy, 

węŜe, skorpiony i setki róŜnych kolonii nietoperzy.

- Czy naprawdę cokolwiek tu Ŝyje? - Piggot zwrócił się z tym pytaniem do 

Chee.

- Tak.

- Zróbmy wpierw kółko - zarządził Piggot przez radio.

Obie maszyny obleciały mesę. Hałas silników odbijał się od skał.

- Nietoperze! - zawołano z pierwszego helikoptera.

Na południowej ścianie, parę metrów od brzegu urwiska, szamotało się 

kilkanaście oślepionych światłem nietoperzy. Prędko poleciały w kierunku 

zacienionego stoku urwiska.

- Jeszcze raz oblecimy dokoła - rozkazał Piggot.

- Główne wejście jest właśnie tutaj - zaprotestował Chee. - Nawet nie wiesz, 

jak szybko zachodzi tutaj słońce. Musimy działać natychmiast.

Helikoptery zrobiły jeszcze jedno okrąŜenie, prawie ocierając się o brzegi 

mesy. Kiedy znów pojawili się przy wejściu, Chee zauwaŜył, Ŝe słońce skryło się juŜ 

do połowy za horyzontem. Wlot do groty skrył się w mroku, a z wnętrza wylatywał 

ciągły strumień nietoperzy.

- Wygląda na to, Ŝe nie będzie to takie łatwe - powiedział Piggot do 

mikrofonu. - Nie moŜemy po prostu wrzucić tam bomb, trzeba będzie je cisnąć pod 

kątem, z lotu. Dynamit ma zapalnik z opóźnieniem dziesięciosekundowym, tak Ŝe - 

jeŜeli nie zaczniecie krąŜyć nad miejscem zrzutu - nie macie się o co martwić. My 

będziemy z tyłu i przylecimy, gdybyście nie trafili. Ale zróbmy to dobrze za 

pierwszym razem. I nie zapomnieć mi o hełmach. Niewykluczone, Ŝe niektóre z tych 

nietoperzy są chore, a nie mamy przecieŜ ochoty ryzykować.

Piggot juŜ i tak zbyt wiele ryzykował, pomyślał Chee.

- Niech ruszają.

- Spokojnie, wodzu. Powiedziałem, Ŝe załatwimy to porządnie juŜ za 

pierwszym razem. Spójrz, nie widać Ŝadnych nietoperzy.

Linia cienia doszła juŜ do połowy wejścia do groty. Pierwsza maszyna cofnęła 

się ze sto metrów, a helikopter Piggota i Chee odsunął się trochę na bok. Przez chwilę 

załogi helikopterów dopinały hełmy i skafandry. Chee spocił się z miejsca na widok 

większej liczby nietoperzy. Linia cienia dotknęła najwyŜszego punkt wejścia do groty. 

Pustynia przypominała niebieski basen.

background image

- Gotowi - zameldował ktoś przez radio.

- Po sto dolarów premii dla kaŜdego, kto trafi w dziesiątkę - powiedział 

Piggot.

Chee widział przez odsunięte drzwi hueya, jak Begay przymocowywał się 

pasami. Ktoś podał mu pakunek z dynamitem. Oba helikoptery unosiły się w 

powietrzu. Z jaskini wylatywało coraz to więcej nietoperzy.

- Na co oni czekają?

- Spokojnie - powiedział Piggot.

Begay podniósł w górę oba kciuki. Pierwszy helikopter pochylił się do przodu 

i skierował w stronę mesy.

- Utrzymuj szybkość pięciu węzłów aŜ do chwili wrzutu, a potem spływaj! 

Udanego polowania! - zawołał Piggot.

Helikopter skierował się w stronę wejścia do jaskini pod kątem dwudziestu 

stopni. Kadłub maszyny przesłonił Begaya i ładunek. Mała chmurka około stu 

nietoperzy wyśliznęła się z jaskini. Powoli i śmiało helikopter zbliŜył się do ściany 

mesy.

Następne sekundy juŜ na zawsze miały dla Chee zlać się w chaotyczny 

bałagan. Grota wybuchła nie setkami lub tysiącami nietoperzy, ale dziesiątkami 

tysięcy nietoperzy guano, jaskiniowych, czerwonych, nietoperzy pręgowanych, ka-

nionowych. Z wnętrza Mansion Mesy wydobyło się ponad pół miliona nietoperzy, jak 

zawsze o zmierzchu. Helikopter i połowa nieba pokryły się ruchomą, piszczącą 

chmurą, a maszyna Chee prawie uderzyła o ziemię, podczas gdy radio wyło 

„nietoperze! nietoperze!!..." Szum skrzydeł utopił nawet wycie silników. Chee nie 

usłyszał, jak pierwszy helikopter wbił się w ścianę mesy, dochodził go tylko stuk 

cięŜkich uderzeń, a na koniec odgłos wybuchu bomby, która rozrzuciła po piaskach 

pustyni to, co zostało z Begaya i z jego maszyny.

background image

Rozdział siódmy

Dzień wstał gorący i bezwietrzny. Nie było ani cienia, ani ruchu, w upale 

zatracały się wymiary. Tylko jaskrawe światło, od którego ginęło wszelkie Ŝycie.

O szóstej rano radio w roverze przekazało ogólny alarm w sprawie dŜumy, a 

godzinę później zarządzono ewakuację wszystkich mieszkańców obszarów między 

Czarną Mesą na północy, Castle Butt na południu, Dinnebito Wash na zachodzie i 

drogą 87 na wschodzie. O ósmej rano odwołano poprzednie zarządzenia i polecono 

mieszkańcom pozostać na miejscu, unikać zgromadzeń, trzymać się z dala od 

jakichkolwiek dzikich lub chorych zwierząt i natychmiast donosić o wszelkich 

nietypowych ranach bądź obrzękach. Polecono równieŜ palić zmarłych, a nocą - 

zamykać drzwi i okna i nie wychodzić z domu. W rezultacie kwarantanną objęto 

powierzchnię dwóch i pół tysiąca mil kwadratowych. A w nocy wprowadzono stan 

oblęŜenia.

- To dopiero początek. - Paine rozpostarł mapę. Okręgi i daty określały kaŜdy 

incydent związany z wampirami i z dŜumą. - Winslow i Flagstaff leŜą zaledwie 

pięćdziesiąt kilometrów poza terenem zarazy. Tylko patrzcie, co się stanie, kiedy 

choroba sięgnie i tam.

- A co to za znaki? - zapytała Annę.

- „X" to namiary foniczne wampirów. Trójkąty określają duŜe kolonie 

nietoperzy. Na południu Mansion Mesa, na wschodzie - Stephen Butte, jaskinie 

pasma górskiego San Francisco - na zachodzie. A jeŜeli wampiry przeniosą się aŜ tam 

i rozniosą pchły?

- To co wtedy?

- To na początek wykreślcie z mapy Stanów Zjednoczonych Arizonę, Utah i 

Nowy Meksyk - odparł Paine.

- JuŜ je wykreślamy. Wynosimy się stąd. -Youngman zakończył wlewanie do 

baku ostatniego kanistra benzyny. - Jak tylko przejedziemy przez szosę numer 

osiemdziesiąt dziewięć, to dojedziemy do znanej mi bocznej drogi, która nas 

zawiedzie do Wielkiego Kanionu. Nikt nie będzie wiedział, Ŝe wyjechaliśmy spod 

kwarantanny.

- Obiecałem ci tylko dojazd do szosy - przypomniał Paine.

- Słuchałeś radia. Zgarną nas z miejsca i wsadzą do jednej sali z chorymi na 

background image

dŜumę. To Ŝadna ucieczka. Wszyscy jedziemy do Wielkiego Kanionu.

- Ja się nie ruszam z pustyni - powiedział Paine.

- Jak chcesz. My ruszamy, a razem z nami -samochód.

- Rover będzie mi potrzebny.

- Nam jeszcze bardziej.

Kiedy męŜczyźni się kłócili, Annę odeszła i usiadła sama pod krzakiem 

kaktusa. Rozcięty bok rośliny odsłaniał jasny miąŜsz. Kaktusowa pulpa została 

wyjedzona, a na piasku ciągnął się wygięty w literę „S" ślad węŜa. Dalej, aŜ po 

horyzont, rozciągała się czysta i delikatna pustka, z lekka zakłócona falami drgającego 

z gorąca powietrza. Linia horyzontu, długa, nieprzerwana i bez granic - taka sama jak 

ta, w którą wpatrywała się umierając. Umierając, tak, to właśnie było miejsce 

stworzone do umierania. Okłamała Youngmana; zarzuciła wtedy nadzieję na ocalenie, 

a uwolniwszy się od tej nadziei i zdając sobie sprawę, Ŝe przetrwała tak długo 

wyłącznie dzięki sobie, osiągnęła stan niezwykłej jasności umysłu: zrozumienia 

jasności Ŝycia. Franklin teŜ to pojął przed śmiercią. Był to nagły dar pustyni, nie tyle 

ś

wiadome zrozumienie, ile wyostrzenie zmysłów, tak Ŝe była w stanie czuć chłodną 

bryzę owiewającą ją z lekka, widzieć odległe mesy przykucnięte jak śniade kobiety, 

stać się częścią pustyni. Ta świadomość stanowiła rozgrzeszenie udzielone przez kata. 

Być moŜe to wcale nie Indianie ani nie źle pojęte poczucie winy zawiodło ją na 

pustynię, ale tęsknota za prawdziwym Ŝyciem. Bo Phoenix było ułudą, fałszywą oazą. 

Youngman nie był fałszywy. Fałszywe było jego pragnienie opuszczenia pustyni. Tak 

jak pustynne zwierzę, nie mógł jej porzucić, nie pozostawiając tu połowy swego 

jestestwa. JeŜeli chciała z nim być, to chciała go mieć całego. Dlaczego oszczędziły 

ich tak nietoperze, jak i dŜuma? Zaczerpnęła w dłoń piasek i przesypała go z wolna 

między połamanymi palcami.

Youngman uniósł strzelbę, wprowadził nabój do komory i wymierzył w głowę 

Paine'a.

- Daj mi kluczyki.

- Będziesz musiał mnie zabić.

- Zrobię to, Ŝeby nas ocalić. Rzuć kluczyki.

- Tu chodzi o wielu ludzi. Twoich pobratymców, Nawahów, wszystkich 

mieszkańców pustyni. A to dopiero początek.

- To nie jest koniec świata - powiedział Youngman. W tym momencie chciał 

pociągnąć za spust, ale przed oczyma stanęła mu postać Abnera. Potem pojawiła się 

background image

Anne.

- Kto, poza tobą - zapytała Paine'a - jest w stanie powstrzymać te nietoperze?

- Nikt. W Mexico City są ludzie znający się na wampirach, ale sprowadzenie 

ich tutaj zajęłoby przynajmniej tydzień. Do tego czasu nietoperze przeniosą się do 

innej jaskini i nikt nie będzie w stanie zapobiec rozprzestrzenieniu się dŜumy. Być 

moŜe juŜ teraz jest za późno.

- Dlaczego?

- Kuła - Paine zerknął na strzelbę Youngmana - zabija tylko jedną osobę. 

KaŜda ofiara dŜumy, człowiek albo zwierzę, staje się rozsadnikiem choroby. Zapytaj 

swojego przyjaciela, jak szybko się dotąd rozprzestrzeniała... z kilku do kilkuset mil 

kwadratowych. W postępie geometrycznym. Im większą zajmuje powierzchnię, tym 

szybciej się rozszerza. Sami się domyślcie, co się stanie, jak dotrze do większego 

miasta lub lotniska. Lub nawet do hotelu w pobliŜu Wielkiego Kanionu.

- Czy to moŜliwe, Ŝe ja albo Youngman jesteśmy chorzy?

Paine zastanowił się.

- MoŜliwe.

- A ty wiesz, gdzie są nietoperze?

- Tak. Od pięciu nocy śledziłem trasę ich przelotu. Wiem, w jakiej okolicy 

znajduje się jaskinia. Oczywiście lada chwila mogą zmienić legowisko, chyba Ŝe 

zaatakuję od razu.

- Nie słuchaj go - powiedział Youngman. -Nie jesteś chora. MoŜemy pojechać 

do Kalifornii. JuŜ nigdy nie usłyszymy o tym rezerwacie. Pamiętasz, co mi mówiłaś? 

MoŜemy pójść razem, tam, gdzie mamy ochotę.

Anne potrząsnęła głową.

- Zostaję.

- Idziemy. Sama nie wiesz, co mówisz.

- Wiem, co mówię. Przez dwa lata włóczyłam się po rezerwacie i zajmowałam 

się jedynie rozdawaniem plasterków i kropli do oczu. To kpina, Youngman, i 

zmarnowałam na to dwa lata Ŝycia. Być moŜe zrobiłam co nieco dla ludzi, 

przynajmniej mam taką nadzieję. A teraz chcesz, Ŝebym ponosiła odpowiedzialność 

za ich śmierć? śebym wyrzekła się wszystkiego? śebym uciekła wtedy, kiedy po raz 

pierwszy jestem naprawdę potrzebna? JeŜeli chcesz uciekać, to proszę bardzo. Ale ja 

zostaję.

- Mogę cię zmusić. - Youngman skierował w jej stronę strzelbę.

background image

- Nie, tego nie jesteś w stanie zrobić.

- Paine oszalał.

- On moŜe zabić nietoperze.

- Wsiadaj do samochodu - rozkazał Youngman.

Anne nic nie odpowiedziała, tylko patrzyła wprost na niego. Nie prowadziła 

pojedynku na siłę wzroku, nie była w stanie.

Przyglądał się jej długo, a na koniec opuścił strzelbę. Po chwili spróbował po 

raz ostatni:

- Wymienię się z tobą. Zostanę tu i poczekam, aŜ on cię wywiezie poza 

zagroŜony teren. Potem mu pomogę, jak wróci. MoŜe ma mapy, ale nie zna pustyni.

- No to postanowione - powiedziała Annę. -KaŜdy jest potrzebny. Będziemy 

pracować razem. JeŜeli - tu spojrzała na Paine'a - jeŜeli się na to zgadzasz.

- Razem? - Paine zabrał Youngmanowi strzelbę. - Razem - z przyjemnością.

Kanion Maski stanowił plątaninę wielu kanionów, niektóre zbudowane ze 

zwietrzałego piaskowca i skruszałe pod naporem wiatru niosącego piasek z pustyni, 

inne wykute w bazalcie, jeszcze inne pokryte skałami osadowymi. Dawno temu w 

kanionie rosła trawa i mieszkali w nim ludzie, przodkowie Hopi, hodując kozy i 

kukurydzę. Potem, powoli, wyschły studnie, zniknęła cienka warstwa gleby i ludzie 

wynieśli się gdzie indziej. Ci, którzy zostali w tym zapomnianym schronieniu, przez 

resztę Hopi z Czarnej Mesy uznani zostali za martwych. Kanionem wzgardzili 

Nawahowie, którzy u siebie mieli więcej wody i pastwisk, a pahani z Waszyngtonu 

bez chwili wahania pozbyli się tego skrawka piekła.

AŜ do czasów Landsata. Satelita Landsat został wystrzelony przez NASA w 

dniu 2 stycznia 1975 r. Odtąd okrąŜał ziemię czternaście razy dziennie, badając 

poziom promieniowania gruntu. Skanerem obejmującym wiele zakresów fal przesyłał 

impulsy do czujników, które zamieniały promienie światła na impulsy elektryczne. 

Impulsy zamieniano z kolei na liczby od zera do 63. Landsat przesyłał dane do stacji 

badawczej w Golstone, w Kalifornii. Tam nagrywano wyniki na taśmy i przesyłano do 

Centrum Lotów Kosmicznych w Goddard, gdzie na powrót liczby nanoszono na 

biało-czarną klisze, z której potem wywoływano - za pomocą kolorowych filtrów - 

barwne fotografie. Zdjęcia te przechowywano w Centrum Danych Badań Ziemskich 

Zasobów Naturalnych MSW w Sioux Falls, w Południowej Dakocie. Pomimo Ŝe 

zdjęcia kosztowały majątek, to były rozchwytywane przez kraje Trzeciego Świata, 

background image

które miały nadzieję na odkrycie na swoim terenie bogactw mineralnych, przez 

meteorologów, przez inŜynierów projektujących drogi, a zwłaszcza przez 

towarzystwa naftowe.

Kilka z takich kompanii z Houston zwróciło uwagę na pewne zdjęcie Arizony 

- stanu nie mającego większych ilości ropy - i dostrzegło niewielki, ale 

niewytłumaczalny skok promieniowania. Nocne zdjęcia tego terenu, kawałka 

Malowanej Pustyni stanowiącego wspólną własność plemion Hopi i Nawahów, 

pozwoliły zaobserwować jeszcze większe natęŜenie promieniowania. Nawiązano 

kontakt z co bardziej postępowymi Nawahami i wynajęto helikoptery wyposaŜone w 

kamery pracujące w podczerwieni. Przyczyną zwiększonego promieniowania - jak 

niebawem stwierdzono - nie była wcale obecność pierwiastków promieniotwórczych, 

tylko ogień. Ogień płonący na dnie poplątanych kanionów, gdzie nie rosły Ŝadne 

drzewa ani nic innego, co mogłoby się palić. Poza ropą. Z nieznanych pokładów część 

ropy wyciekała na powierzchnię. Kiedyś, dawno temu, piorun musiał rozpętać poŜar, 

a ogień mógł się palić przez setki lat. Płonący wyciek był całkowicie nieprzydatny, ale 

gdzie był jeden, mogło być i więcej, i z całą pewnością znajdowała się tam ropa.

Z odległości mili Kanion Maski wyglądał jak szczątki olbrzymiego 

zwierzęcia, które płonąc padło na ziemię. Zamiast płaskiego wierzchołka, tak jak na 

mesie, w niebo sterczały nierówne kikuty skał. Nic tu nie rosło i - nie licząc stadka 

kruków - nie było ani śladu Ŝycia.

- Stop - powiedział Youngman. 

Land-rover zatrzymał się.

Ani kawałka cienia, pomyślał Paine wysiadając z samochodu. Tak jakby 

kanion pochłaniał całe światło.

Youngman zszedł w dół, patrząc na urwiska skalne. Było to, na swój sposób, 

zabawne. Ale Paine zmierzał w tym kierunku, kiedy dołączył do niego wczoraj. 

Youngman powinien był się domyślić.

- Czy znasz te kaniony? - zapytał go Paine.

- Zna - włączyła się Anne. - Wszyscy Hopi znają to miejsce.

- Podaj mi lornetkę. - Youngman zwrócił się do Paine'a.

Paine podał mu lornetkę i zastępca szeryfa skupił się na ścianie mesy, z wolna 

omiatając ją wzrokiem z lewej strony na prawą.

- To miejsce ma wymiar religijny - powiedziała Anne. - Nawet nie 

wiedziałam, Ŝe naprawdę istnieje.

background image

- Przesądy - przerwał jej Youngman. - Opowieści o czarodziejach dla 

naiwnych. To was nie dotyczy. Czy twierdzisz, Ŝe tam są nietoperze?

Paine wskazał na poszarpaną wyrwę między zboczami.

- Tędy przelatują. JeŜeli nie moŜemy tam dojechać samochodem, to resztę 

drogi pokonamy na piechotę.

Youngman przyjrzał się ścianom wąwozu, a potem zwrócił lornetkę na 

podstawę mesy, na pas czerwonego piaskowca, na którym znalazł to, czego szukał: 

podwójną czarną spiralę o średnicy trzech metrów, namalowaną z siedem metrów nad 

ziemią.

- Paine, tam musi być z tysiąc jaskiń. Jak mamy znaleźć tę właściwą?

- JeŜeli dopchniemy samochód kawałek dalej, to juŜ same nas tam 

poprowadzą... - Paine dostrzegł napięcie, z jakim Anne przypatrywała się 

Youngmanowi. - Czy jest tam coś takiego, o czym powinienem wiedzieć?

- Martw się o nietoperze. - Youngman oddał mu lornetkę. - Ja zajmę się resztą. 

Co z samochodem?

- Dobra. - Paine rozłoŜył mapę na masce rovera. - Według mapy geologicznej, 

którą dostałem od Chee...

- Chee ci ją dał? Ciekawe - zauwaŜył Youngman.

- W tym sektorze znajduje się ścieŜka, którą przejedzie samochód.

Youngman zerknął na kanion, a potem na mapę.

- To nie jest ścieŜka, tylko strumień pyłu wulkanicznego. Zatoniesz w nim aŜ 

po dach.

- No cóŜ, mam teŜ zdjęcie satelitarne.

- PokaŜ. Zobaczymy - powiedział Youngman, widząc wahanie Paine'a.

Paine połoŜył na ziemi metrowej długości kalkę ze zdjęciem. Kolorowe cienie 

mapy zdawały się wsiąkać w piasek.

- Trudno je odczytać - zaczął Paine. 

Youngman obrócił zdjęcie na drugą stronę.

- Tutaj mamy słońce - podniósł w górę palec. - Te róŜowe plamy to wapienne 

kaniony. Lawa jest czerwona, gdyŜ się najbardziej rozgrzewa. Te ciemniejsze pasma 

to kamienie narzutowe.

Przez następną minutę Youngman tłumaczył znaczenie kolorów, odgadywał 

połoŜenie wyschniętych studzien, załomów skalnych i ścieŜek.

- Ta plama to płonąca ropa. Przez cały rok objaśniałem tego rodzaju zdjęcia, 

background image

tylko Ŝe tamte zostały wykonane przez samoloty zwiadowcze. Zawsze kazano nam 

szukać płonącej ropy naftowej.

Przesunął palcem wzdłuŜ wschodniej ściany kanionu.

- Na górę wiodą dwie drogi. MoŜe obie są zatarasowane, a moŜe tylko jedna. 

Pojedźcie z Anne samochodem z pół mili wzdłuŜ podstawy mesy, aŜ znajdziecie 

wjazd. Jedźcie powoli. Grozi wam tylko pył wulkaniczny, ale głupio byłoby w nim 

ugrzęznąć. Ja pójdę na wschód. Jest i krótsza droga, ale zawalona głazami.

- Miała rację - powiedział Paine. - Dobrana z nas druŜyna.

Youngman nic nie odrzekł, tylko czekał, aŜ Anne i Paine wsiądą do 

samochodu.

- Chciałabym, Ŝebyś z nami pojechał.

- Później.

Gdy tylko rover oddalił się na zachód, Youngman puścił się biegiem na 

wschód, w kierunku podwójnej spirali wyrysowanej na skale.

Paine zredukował bieg i skierował samochód na ścieŜkę, o której mówił 

Youngman. Pomijając łupki miki, nie widział przed sobą Ŝadnych przeszkód, więc 

nabrał otuchy.

- Indianin miał rację. To znaczy Youngman. - Spojrzał na Anne, Ŝeby się 

upewnić, czy jej nie uraził. Myślami błądziła gdzieś daleko. Powiedział głośniej: - 

Ciekawy człowiek z tego Youngmana.

- Chyba tak.

Obserwowała ścieŜkę. Rover wspinał się pod górę; Ŝwir tryskał mu spod kół. 

Wznoszące się nad nimi ściany lśniły białością.

- Ale nie musi być - dodała. - „Ciekawy" to takie mało pojemne słowo. ZuŜyte.

Wampiry są „ciekawe", dŜuma jest „ciekawa", Indianie są „ciekawi". Wszystko to, z 

oddalenia, jest „ciekawe". śycie jest „ciekawe".

- Śmierć teŜ - powiedział zdecydowanie Paine.

Anne zerknęła na niego; chwilami miała wraŜenie, Ŝe dzieli ich przepaść. 

Przez godzinę rover wdzierał się w głąb kanionu, a potem ścieŜka powoli, acz 

nieubłaganie skierowała się znów w dół, w kierunku pustyni.

Pod podwójną spiralą namalowaną na skale rosły - jako jedyne - krzewy 

bielunia. Miały prawie wysokość człowieka, a na szczycie zdobiły je bladofioletowe 

background image

kwiaty. Youngman upadł przed nimi na kolana. Dokładnie w tym miejscu, gdzie 

powiedział Abner. Bo Ŝaden z Hopi nie miał prawa wejść do kanionu bez bielunia w 

ustach. Tylko tak moŜna było kroczyć prawdziwą drogą.

Przez całe Ŝycie odwracał się tyłem do „prawdziwej drogi" i gdziekolwiek się 

skierował, tam znów przed nim wyrastała. Wysłanie Paine'a i Anne na bezuŜyteczną 

przejaŜdŜkę było niczym w porównaniu z tym, co wyrządził mu Abner. Bo jednak 

znalazł się w tym miejscu; po wszystkim, co się stało, dotarł do celu. Ale - sam się 

przekonywał - nadal w to nie wierzył.

Czarno-białe pióro dzierzby drgało wśród szorstkich liści bielunia.

Lecz cóŜ, obowiązek wzywa. Youngman zerwał jedną z roślin i odciął 

Ŝ

ółtobiały korzeń. Odciął z niego plasterek wielkości guzika, a resztę schował do 

kieszeni. WłoŜył sobie guzik do ust i aŜ się zakrztusił, bo wydał mu się tak gorzki i 

alkaliczny. Zrazu myślał, Ŝe będzie mu niedobrze, ale kiedy poruszył językiem, to 

nieprzyjemne uczucie ustąpiło. Youngman wstał, skręcił na prawo i pobiegł wzdłuŜ 

brzegu mesy, aŜ do wejścia do kanionu. Nie zwalniając kroku, skierował się w głąb 

wąwozu.

Z ulgą stwierdził, Ŝe bieluń nie miał na niego Ŝadnego wpływu. Oddychał bez 

wysiłku rozrzedzonym powietrzem i patrzył, jak niebo zwęŜa się między wysokimi 

ś

cianami kanionu. Droga była męcząca, bardzo stroma i składająca się z szeregu 

pozornie ślepych zaułków. Pomimo cienia, panował upał. Od skał biło ciepło, które 

parzyło w gardle i w tchawicy. Z początku Youngman oddychał nosem, ale wkrótce 

głód tlenu zmusił go do otwarcia ust. JuŜ po chwili język zmienił mu się w drewniany 

kołek, a bieluniowy guzik zdawał się puchnąć. Opuścił wzrok z nieba na 

wielokolorowe ściany i głazy leŜące na ścieŜce.

Trzysta lat temu tę drogę zbudowali księŜa kastylijscy i sunęły nią wówczas 

ich wozy załadowane cięŜkimi kamieniami. Bicze chłostały Hopi po plecach, gdyŜ 

woły były kosztowne, a ludzie - za darmo. Trwało to pięćdziesiąt lat, aŜ księŜy 

pomordowano, bicze spalono, dzwony przetopiono, kościół zrównano z ziemią, a 

drogę porzucono.

Przed oczyma Youngmana tańczyły słoneczne plamki. Kiedy zatrzymał się na 

odpoczynek, wysoko na skale dostrzegł siedzącą sylwetkę drobnego człowieka; 

siedział odziany jedynie w poszarpaną derkę.

- Witaj Pchło - powiedział Abner.

background image

- Witaj. - Youngman wstał z wysiłkiem i podszedł bliŜej. Patrząc na Abnera, 

patrzył wprost pod słońce, ale był w stanie rozpoznać swego starego przyjaciela i 

zaschniętą krew na jego piersi. Abner palił machorkę i słuchał radia. Zdusił papierosa 

i wyłączył aparat.

- Dziwisz się? - zapytał.

- Niespecjalnie. - Youngman wypluł bieluń. - Skoro byłem tak głupi, Ŝe się 

tego objadłem, to mogę zobaczyć nie wiadomo co.

- Tutaj bez bielunia nic nie zobaczysz - łagodnie upomniał go Abner. - Nie 

powinieneś się opierać.

- Tobie się opieram, wuju.

Abner przekrzywił głowę i uśmiechnął się.

- To był rysunek pełen mocy, prawda Pchło? Swastyki i spirale skierowane do 

tyłu, wszystko cofające się, aby znów zacząć od początku. Przy uwalnianiu Masawa z 

pęt ognia ty teŜ byłeś, pamiętasz, Pchło?

- Dlaczego ja?

- Jesteś z Klanu Kojota.

- To nie o to chodzi.

- No to - zgodził się Abner - dlatego, Ŝe jesteś jedynym człowiekiem, któremu 

mogę zaufać. Nienawidzisz pahanów.

- Wielu ludzi nienawidzę, ale ich nie zabijam.

- To jedno i to samo, tylko trzeba wiedzieć, jak się do tego zabrać. Dasz sobie 

radę.

- Nie.

- Jak sądzisz - zapytał podstępnie Abner -dlaczego się tu znalazłeś?

Youngman wpatrywał się w niego, nie znajdując odpowiedzi. Promienie 

słońca czepiały się koca Abnera niczym kurz. To wszystko złuda, powtarzał sobie 

Youngman.

- Przykro mi z powodu kapłanów w kivie. -Abner zmienił ton. - Nie chcieli mi 

oddać tabliczki klanowej, Pchło.

- Umarłeś jeszcze wcześniej niŜ oni.

- Sami sobie są winni, powinni byli mi pomóc. To waŜne, Ŝeby kończąc ze 

ś

wiatem, mieć przy sobie tabliczkę. Harold to zrozumiał.

- On tu jest? 

- Nie.

background image

- A są tu nietoperze?

Sylwetka na skalnej półce poprawiła się, a promienie słońca ściekły w dół jak 

płyn. Wiatr wiejący z innego kierunku przyniósł ze sobą smród amoniaku. Abner 

zignorował ostatnie pytanie Youngmana.

- Moje serce cieszy się na twój widok, Pchło. Wiesz, dlaczego skończę ze 

ś

wiatem?

- JuŜ mi mówiłeś. Kopalnie odkrywkowe na mesie, Urząd do spraw 

Indiańskich. Nawahowie.

- Masaw powiedział mi, Ŝe nadchodzisz.

- Masaw ci powiedział?

- JeŜeli Głowotłuki chcą sprzedać swoją część mesy, to ich sprawa. Tak czy 

inaczej po Nawahach nie moŜna się spodziewać niczego innego. Ale przecieŜ wiesz, 

Ŝ

e to my jesteśmy jedynym prawdziwym ludem, a Masaw jedynym prawdziwym 

bogiem. Ten kanion to jego dom. Od dziecka słuchałeś o tym, jak wychynął z ognią, 

Ŝ

eby nad nami czuwać. Czy nie to właśnie mówiono ci od samego początku?

- Tak. To była prawda.

- No to sam się zgodzisz, Ŝe skoro jakaś firma moŜe kupić Kanion Maski, to 

nadszedł czas, Ŝeby wszystko zniszczyć i zacząć od nowa.

- Zniszczyć wszystkich?

- Nie wszystkich. Znów zejdziemy pod ziemię, tak jak zawsze przed końcem 

kolejnego świata. A kiedy juŜ wszyscy inni zginą, to będziemy mieli mnóstwo 

miejsca. Tak powiedział Masaw.

Youngman zamyślił się.

- Pozwól, Ŝe coś ci powiem. Jeszcze godzinę temu, kiedy zobaczyłem, gdzie 

mnie przyniosło, byłbym zabił Walkera Chee. Gdyby tu stał, tobym go zabił, bo nigdy 

nie byłbym w stanie mu pomóc w zabraniu Kanionu Maski. Ale on go weźmie. Masz 

rację, wuju. Wezmą go, nawet gdyby to miało nas zabić. Z pewnością zabiją Masawa. 

Wysadzą go w powietrze i pogrzebią pod wieŜami wiertniczymi. Czuję to. Ale teraz 

jestem po prostu smutny. Wiesz, moje Ŝycie toczyło się wielkim kołem. Zaczynało się 

w jednym miejscu, szło naprzód, tak daleko, Ŝe nawet nie spostrzegłem krzywizny, a 

teraz kończy się tutaj. Koło. Zabawne; kiedyś wydawało mi się, Ŝe będę w stanie się 

wyrwać, a przecieŜ nie mogę. Tak więc jestem tu z tobą, wuju. Ale kim ty jesteś, 

jeŜeli nie halucynacją, zwykłym majaczeniem, które próbuje wystraszyć resztę 

ś

wiata?

background image

- Masaw mi powiedział, Ŝe tak się będziesz z początku zachowywać, Pchło.

- Przestań. Masaw nie morduje ludzi. To nietoperze. DŜuma. Umierają Hopi. 

Co to za bóg, który zabija swój własny lud?

- To się zdarza.

Youngmanowi wydało się, Ŝe na twarzy Abnera dostrzegł uśmiech.

- Jesteś tu dlatego, Ŝe Masaw chce, Ŝebyś zabił pahana.

- Ale wuju, ciebie tu wcale nie ma. To tylko moje urojenia.

- Nie musisz wcale zabijać pahana - powiedział uspokajająco Abner. - Masz 

go tylko trzymać z dala od jaskini aŜ do zmierzchu. Wtedy Masaw wyjdzie na 

powierzchnię.

- A gdybym chciał, Ŝeby Masaw sam mi to powiedział?

- Masz bieluń. Otwórz swe myśli i zobaczysz. 

Youngman cofnął się od skały.

- Nie. Widzę cię, lecz tutaj cię nie ma. Mówię sam do siebie. Ciebie tu nie ma.

- Jesteś dobrym chłopcem, Pchło. - Abner zaczął robić skręta. - Wiemy, Ŝe 

zrobisz to, co trzeba.

- Ciebie tu nie ma! - krzyknął Youngman. Podniósł kamień i z całej siły cisnął 

w górę.

W niebo uniósł się duŜy kruk, zakrakał nad głową Youngmana i odleciał w 

dal. 

Na skalnej półce nikogo nie było.

Jeszcze długo potem, gdy pustynia zamieniła się w ocean ciemności, ściany 

Kanionu Maski kąpały się w słońcu. Patrząc na kanion, Anne widziała nie tyle 

labirynt grani, ile rozmyte kształty. Kanion, który powstał z piasku wyrwanego ze 

skały, rzeki wulkanicznych popiołów, kominy lawy wijące się setkami ku niebu...

Radio w roverze podawało coraz to więcej meldunków lekarskich.

A oto dobre wieści dla ludzi z rejonu zarazy. Władze poinformowały nas, Ŝe 

sytuacja zdrowotna w południowo-zachodniej części rezerwatów Hopi i Nawahów 

została opanowana. Trwają wysiłki w celu jak najszybszego dostarczenia szczepionek 

helikopterami. Szpitale w Ship Rock i w Window Rock są gotowe na przyjęcie 

chorych. JeŜeli znajdujecie się poza terenem zagroŜonym, a zdaje się wam, Ŝe 

jesteście chorzy, to nie jedźcie - powtarzamy: nie jedźcie - do Tuba City. Pozostańcie 

background image

na miejscu. Cała akcja jest koordynowana przez wodza Rady Szczepowej Nawahów 

Walkera Chee, który podkreśla, Ŝe najwaŜniejsza jest współpraca między obiema 

nacjami. Komunikat ten powtórzymy później w językach Hopi i Nawaho. Nawet 

jeŜeli znajdujecie się na zagroŜonym terenie, to moŜecie nadal prowadzić normalne 

Ŝ

ycie. Nie zbliŜajcie się jednak do chorych zwierząt. JeŜeli jakieś zwierzęta 

hodowlane lub domowe wydają się chore, zastrzelcie je z odległości nie mniejszej niŜ 

dziesięć metrów. Dwa razy dziennie myjcie się starannie mydłem przemysłowym, 

rozsypujcie środki owadobójcze i dezynfekujcie dom. Po zmroku pod Ŝadnym 

pozorem nie wychodźcie z domu. Unikajcie jaskiń. Drzwi i okna mają być po zmroku 

zamknięte. NajwaŜniejsze: nie próbujcie opuścić zagroŜonego terenu. Siły policyjne 

otrzymały rozkaz zawracania ludzi usiłujących opuścić tę strefę. W razie odmowy, 

policja uŜyje broni...

Gęstniał mrok, gdy Youngman i Paine ukończyli budowę siatkowej osłony 

przyczepionej do tylnych drzwiczek rovera. Wbiwszy w ziemię ostatniego śledzia, 

Youngman przesunął palcami po metalowej siatce ochraniającej namiot.

- Przegryzą się przez to.

- Tak. - Paine połoŜył obok Youngmana cięŜki akumulator. Razem 

przymocowali dwa druty do metalowej siatki. Youngman dostrzegł, Ŝe w miejscu, 

gdzie namiot łączył się z samochodem, umieszczono gruby, gumowy kołnierz. Po 

podłączeniu kabli Paine ustawił regulator napięcia na 115 woltów i włączył prąd. - 

Teraz juŜ nie przegryzą.

Youngman delikatnie dotknął siatki i poczuł bolesne uderzenie, które sięgnęło 

aŜ po łokieć.

- Zaufaj mi. - Paine wyłączył akumulator.

...ostatnie zmiany. Zapobiegawczo zdecydowano się rozciągnąć strefę 

kwarantanny na następujące puebla na południowym krańcu Czarnej Mesy: Hotevilla, 

Bacopi, New Oraibi, Oraibi, Toreva, Shongopovi i Walpi. Kwarantanna obejmuje 

odtąd równieŜ miasta Moenkopi i Tuba City. Powtarzam raz jeszcze, te środki 

zapobiegawcze nie powinny nikogo niepokoić...

Youngman wyłączył radio. Paine wśliznął się na siedzenie kierowcy, gdy 

ciemność objęła grań mesy. Mikrofon kierunkowy kręcił się juŜ na dachu, a obok 

background image

Paine'a świecił na zielono oscyloskop. Youngman i Annę zajęli miejsca z tyłu. Paine 

spojrzał na zegarek.

Pokazały się pierwsze gwiazdy i z kaŜdą chwilą robiły się jaśniejsze. 

Hotomkam w gwiazdozbiorze Oriona, a Choochokam w Plejadach.

- Dobrze poznałem trasę ich przelotów. - Paine kręcił nóŜką mikrofonu w 

promieniu 15 stopni. Otarł pot z dłoni i dostroił wzmacniacz.

Anne przywykła do odgłosów nocnego Ŝycia pustyni, ale z kanionu nie 

dobiegał Ŝaden dźwięk.

Biała linia oscyloskopu była prosta jak sopel lodu.

- JeŜeli przeniosły się do innej jaskini... - zaczęła mówić Anne.

Linia drgnęła. Pojawiło się słabe echo. Trzy linie przebiegające między 

oktawami.

- Mniej niŜ trzy minuty po zachodzie słońca. - Paine popatrzył na zegarek. - 

Musimy być bardzo blisko jaskini. - Potem spojrzał na kompas. - Lecą wprost na nas 

z północnego zachodu. Lecą gęstym stadem.

Youngman nic nie słyszał, ale kreska oscyloskopu drgała gwałtownie. Spojrzał 

na Paine'a, którego twarz promieniała radością.

- Posłuchajcie! - Paine wyłączył ekran.

To wiatr, pomyślała Anne ze zdziwieniem. Nie, deszcz, poprawiła się szybko, 

ale przecieŜ nie było deszczu. Bicie skrzydeł, bardzo gwałtowne. Skrzydeł 

pozbawionych piór.

W uszach Youngmana brzmiało to jak kroki w niebie.

- Spójrz - powiedziała Anne.

Od zachodu na wschód gasły gwiazdy, przysłonięte szepczącą powodzią, która 

przelała się tuŜ nad granią. Powódź objęła rovera, zasłaniając wszystkie gwiazdy. 

Zwierzęta przelatywały nad nimi przez całą minutę. Paine zamknął oczy. Poczuł 

nawrót starego lęku, opanował się jednak szybko. Anne wpatrywała się w ślepy ekran 

oscyloskopu. Youngman patrzył na masę nietoperzy rozpływającą się w ciemności, 

nad pustynią.

- Kiedy wrócą? - zapytał dobrą chwilę po tym, jak nietoperze zniknęły, zaś 

Anne zaczęła przyrządzać kolację z jajek w proszku.

- Nie wiem. - Paine połoŜył na stole swoją wiatrówkę, trzy naboje i radio 

kieszonkowe. - Wszystko zaleŜy od tego, jak szybko zdobędą poŜywienie. 

Przynajmniej parę godzin. Na pewno znajdą jakieś bydło. Podłączyłem brzęczyk do 

background image

mikrofonu, więc będziemy wiedzieć, kiedy się zbliŜą.

- Mogą znaleźć coś więcej niŜ bydło. Ludzie na zagroŜonym terenie są 

pozbawieni pomocy.

- Prawda, ale o to nie pytałeś. Tak czy inaczej, kiedy wrócą, będziemy gotowi.

- Naprawdę?

- To coś - Paine pokazał jeden z nabojów zaopatrzonych w lotkę - ma w sobie 

miniaturowy nadajnik. WaŜy jeden gram i wysyła sygnał o zasięgu dwustu metrów, co 

powinno nam wystarczyć na odnalezienie jaskini. Sztuka polega na tym, Ŝe trzeba 

wbić im to w grzbiet w ten sposób, Ŝeby nie mogły zrzucić. - Paine przesunął 

przełącznik odbiornika, sprawdził trzy zakresy, na których działały nadajniki, a potem 

wyłączył przyrząd i powiedział miękko do siebie: - śyję tam, gdzie pszczoły, śpię 

wraz z sowami, a lecę na grzbietach nietoperzy.

Kolacja. Paine jadł z wielkim apetytem i był w świetnym humorze. Anne 

bawiła się w gospodynię. Jasne światło lampy Colemana rozpraszało mrok i 

wydawało się, Ŝe siedzą we trójkę na otwartym powietrzu.

- Teraz, kiedy juŜ siedzimy w tym po uszy -Youngman odsunął jedzenie - 

myślę, Ŝe nadszedł czas, Ŝebyś nam powiedział, co nas czeka.

- PrzecieŜ sam wiesz: zakaŜone nietoperze.

- Po tym, co dotąd widziałem, boję się, Ŝe nie ujdziemy z Ŝyciem.

- Youngman...

- Poczekaj, Anne. - Przez chwilę chciał jej opowiedzieć o halucynacji z 

Abnerem, ale uznał, Ŝe to bez sensu. Postanowił, Ŝe nigdy więcej nie tknie bielunia. - 

JeŜeli mamy tu z Paine'em zginąć, to chciałbym wiedzieć, dlaczego. O co mu chodzi. 

Chcę zrozumieć. Chcę wszystko zrozumieć.

- To bardzo skomplikowane - powiedział Paine.

- To samo powiedziałeś mi, kiedy się spotkaliśmy pierwszy raz. Kłamałeś.

- Dobrze - zgodził się Paine. Poruszył się, jakby szukając właściwych słów.

- To coś w rodzaju wojny - zasugerowała Anne. - To jasne.

- Nie. - Paine potrząsnął głową. - Nie w rozumieniu biologii. Raczej rodzaj 

spotkania. Spotkania róŜnych form Ŝycia.

- Konkurencja - podpowiedziała Anne.

- Nie. WspółzaleŜność. Wampiry, dŜuma i ludzie. - Przyjrzał się im uwaŜnie. - 

Chcecie prawdy, co?

- Mów - poprosił Youngman.

background image

- MoŜna powiedzieć, Ŝe bakterie i ssaki to dwie dominujące formy Ŝycia. - 

Paine z namysłem dobierał słowa. - Wśród nich najlepiej sobie radzą ludzie, zarazki 

dŜumy i nietoperze. Współpracując. Zacznijmy od dŜumy. Zarazki te zawsze były 

wśród nas. Zarazki jednej z wielu chorób.

- Czy była wtedy mniej niebezpieczna?

- JeŜeli zaraził się nią jaskiniowiec, to ilu innych ludzi był w stanie zarazić? 

Rolnika? Myśliwego? Widzicie? DŜuma istniała, ale nie było epidemii. Te się zaczęły 

dopiero wraz z rozwojem cywilizacji, gdy ludzie zaczęli się gromadzić, skupiać w 

miastach i handlować. Wtedy zaczyna się niepodzielne panowanie dŜumy. Z winy 

człowieka, oczywiście.

- No, to dŜumie powodzi się nieźle - powiedział Youngman. - A co my z tego 

mamy?

- Cechy, związki. Do czasu Czarnej Śmierci większość ludności Europy Ŝyła 

w poddaństwie. Kiedy minęła zaraza i okazało się, Ŝe wymarła połowa ludności, 

doszło do braku siły roboczej. Dotychczasowi niewolnicy mogli odtąd sprzedawać 

swoją pracę. Zaczęto doceniać prawa jednostki. Zaraza dała początek demokracji.

- Wobec tego powszechna higiena będzie oznaczać koniec demokracji - 

powiedziała Anne.

- Wywózka śmieci i tępienie szczurów nie zapobiegły dŜumie. Pierwszy 

wybuch dŜumy, w szóstym wieku, zabił sto milionów ludzi. Siedemset lat później 

Czarna Śmierć zabiła jedną czwartą ludzkości. DŜuma ma swój własny rytm, swój 

cykl. Przyczaja się w takich miejscach jak to i czeka.

- Nietoperze. - Youngman nerwowo zapalił papierosa. - Co z nimi?

- Co z nimi? Nie złość się, ale co ty właściwie o nich wiesz? Małe, kosmate 

stworzonka, latające myszki, dziwolągi natury? Nie mówię tylko o wampirach, w 

ogóle o nietoperzach.

- Coś w tym guście - przyznała Anne.

- Bo nie macie pojęcia, jak wspaniale są przystosowane do Ŝycia. Co piąty 

ssak na ziemi jest nietoperzem. Nietoperze są najszerzej występującym - nie licząc 

ludzi - gatunkiem ssaków. My rządzimy za dnia, ale nie w nocy.

- Czy one nie są spokrewnione z gryzoniami? - Anne wymieniła spojrzenie z 

Youngmanem.

- Człowiek i nietoperz, oboje wywodzą się od małych, nadrzewnych ssaków 

owadoŜernych. Myśmy zleźli na dół, a one odleciały. Leonardo da Vinci starał się 

background image

przez dwadzieścia lat zaprojektować dla człowieka skrzydła, tak Ŝeby mógł latać jak 

ptak. Jego projekt wygląda jak skrzydło nietoperza. Mamy jeszcze więcej wspólnego. 

Ponad dwadzieścia rodzajów wirusów. Ludzkie pluskwy pochodzą od nietoperzy, z 

czasów, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w tych samych jaskiniach. A wampiry są 

najbardziej do nas zbliŜone ze wszystkich nietoperzy.

- CóŜ... - Youngman westchnął. - Wiem, Ŝe jesteś najlepszym tępicielem 

nietoperzy, ale dowcipy ci nie wychodzą.

- To nie dowcipy. MoŜe ironia. To wszystko prawda. Nietoperz wampir to 

niesamowite zwierzę. Jest to jedyny rodzaj nietoperza, który moŜe się rozmnaŜać 

przez cały rok, tak jak ludzie. Ich ciąŜa trwa pełne osiem miesięcy. Wychowanie i 

nauka małych trwają znacznie dłuŜej niŜ u innych nietoperzy. Jest to jedyny nietoperz, 

który potrafi biegać i skakać. Jedyny, który nie jest w stanie Ŝyć w zgodzie z innymi 

zwierzętami, włączając w to inne nietoperze. Nie muszę chyba dodawać, Ŝe jest to 

jedyny nietoperz, który nie boi się człowieka. Karol Darwin był pierwszym 

zachodnim badaczem, który natknął się na wampiry. Nie wiedział, jak je 

sklasyfikować.

- Tak więc - Youngman dopiero teraz przypalił sobie papierosa - trzeba znać 

przeciwnika.

- Znać swoich kuzynów. A biorąc pod uwagę, Ŝe wampiry mogą Ŝyć po 

dwadzieścia lat, znać naszych dość długowiecznych kuzynów. Nie nazywaj mnie 

wobec tego „tępicielem". Tępić moŜna muchy. Nietoperze się zabija.

- W związku z czym cała twoja teoria o współistnieniu bierze w łeb.

- Nie. Wampiry Ŝerują na duŜych, śpiących stadnie ssakach. Zerują na bydle i 

na koniach. W Nowym Świecie, aŜ do przyjazdu Hiszpanów, nie było Ŝadnych koni. 

Jak więc sądzicie, na kim Ŝerowały wcześniej wampiry? Wymieńcie jedynego ssaka 

północnoamerykańskiego, który śpi w stadach lub w wioskach.

- Chodzi ci o ludzi? - odgadła Anne.

- Tak, właśnie o nich. MoŜemy, rzecz jasna, tylko domyślać się szczegółów 

tego współŜycia. Być moŜe jedna grupa wampirów ustanawiała swoje prawa do 

określonej wioski i broniła Ŝerowiska przed innymi wampirami?

- A co z tego mieli ludzie? - zapytał Youngman.

- Bogów.

A więc słyszał o Masawie, pomyślał Youngman.

- Jakich bogów? - podjęła Anne. 

background image

- Bogów Majów, na przykład – powiedział Paine, ku wyraźnej uldze 

Youngmana. - Nadal moŜna spotkać ich rzeźby na Jukatanie. Posągi z głowami 

nietoperzy. Wyraźnie widać zakrzywione siekacze i długi język. Nikt naprawdę nie 

wie, dlaczego Majowie porzucili swoje miasta. MoŜe w wyniku rabunkowej 

gospodarki rolnej. A moŜe z powodu utraty krwi. Tam, gdzie występuje więcej 

wampirów, było więcej bogów-nietoperzy. Więcej ofiar, więcej rytualnych danin z 

krwi. Aztekowie smarowali sobie krwią włosy, wycinali sobie uszy na kształt 

nietoperzy i nosili czapki z nietoperzych skórek.

- JeŜeli dobrze rozumiem - powiedziała Annę - sugerujesz, Ŝe nic się nie da 

zmienić? śe dŜuma powinna istnieć i Ŝe wampiry powinny dalej Ŝyć?

- Nie chodzi o to, czy powinny. Jedyny sposób na wyeliminowanie dŜumy, 

bądź wampirów, to wyeliminować człowieka. Znikniemy razem.

- W takim razie twoja praca nie ma sensu -powiedziała. - Patrząc z oddali, z 

biologicznego punktu widzenia, nasze Ŝycie jest bez znaczenia. Po co więc tu 

siedzisz?

- Bo - Paine nie mógł wymyślić nic lepszego - na tym polega moja praca.

Po długiej ciszy Anne powiedziała:

- Dobry BoŜe!

A potem długo nikt się juŜ nie odzywał.

Gwiazda Hotomkam powoli przesunęła się nad kanionem. Choochokam 

zniknął za horyzontem. Youngman palił, Ŝałując, Ŝe nie ma więcej samosiejki. Anne 

spała na środku wąskiego namiotu. Paine metodycznie nabijał i rozładowywał swoją 

strzelbę.

- MoŜe powinniśmy posłuchać dziennika - zasugerował Youngman.

- Po co? - zapytał Paine. - I tak nie powiedzą niczego, co by nas mogło 

zdziwić.

- UwaŜam, Ŝe zaczną bombardować jaskinie. - Youngman zniŜył głos.

- Tak - zgodził się Paine. - Jedną albo dwie, aŜ się zorientują, Ŝe tylko 

rozpraszają nietoperze. Musimy mieć te wampiry razem jeszcze przez dwie noce...

- A, właśnie. Annę nie wchodzi z nami jutro do jaskini. Tylko my dwaj. I tak 

nie będzie w stanie nic nieść i tylko by nam przeszkadzała.

- Dobra.

- Nie, to nie wystarczy - Youngman pokiwał głową. - Albo obiecasz, Ŝe Anne 

zostanie w samochodzie, albo idziesz sam.

background image

- Proszę bardzo, przysięgam, Ŝe nie wejdzie do Ŝadnej jaskini. - Paine odłoŜył 

strzelbę. Nad oświetlonym namiotem krąŜyła ćma. Nagle owad zaczął robić 

gwałtowne uniki, latając zygzakiem bądź zniŜając się nad samą ziemię. Paine obrócił 

się w stronę wzmacniacza, zanim jeszcze zadźwięczał alarm. - Obudź ją! - polecił 

Youngmanowi i zanurkował do wnętrza samochodu.

- Anne! - Youngman potrząsnął ją za ramię. -Wróciły.

- Jeszcze z trzysta metrów. - Paine powrócił. W jednej ręce trzymał cienki, 

półtorametrowy drąŜek. W drugiej - dwuuncjową ampułkę z krwią.

- Jesteś pewien, Ŝe tu przystaną? - Youngman ujął drąŜek. Wokół koca owinął 

ś

wieŜą krowią skórę. Anne, nadal pocierając oczy, stała koło akumulatora.

- Poprzednio nie widziały nas w samochodzie. Teraz staniemy na zewnątrz. - 

Paine wylał krew z ampułki na skórę. - OstroŜnie, nie dotykajcie siatki.

- Wiem, co robić.

- Kiedy powiem: „prąd", włączysz. - Paine strzelił palcami w kierunku Anne.

Youngman uświadomił sobie nagle, Ŝe Paine i Anne widzieli nietoperze, 

natomiast on jeszcze nigdy nie widział tych zwierząt z bliska. Wystawił drąŜek w ten 

sposób, Ŝe nasiąknięta krwią skóra znalazła się poza namiotem. Siatka wydawała się 

taka krucha. Czuł, jak serce pompuje mu krew i adrenalinę, i pojął, jak delikatna jest 

ludzka skóra. Nigdy dotąd nie bał się zwierząt.

Alarm wzmacniacza był coraz głośniejszy i bardziej natarczywy, przechodząc 

w ciągły pisk.

Paine stał w środku namiotu, czekając spokojnie.

Anne patrzyła w górę.

Najpierw doszedł ich szept rzekomego wiatru, a potem cichy szum. Jakiś cień 

przemknął nad głową, zbyt szybko, Ŝeby Youngman mógł mu się przyjrzeć. Dwa inne 

cienie. Dziesięć. Oczy świecące jak latarki. Sto, więcej niŜ Youngman był w stanie 

zliczyć. Anne patrzyła; była w szoku. Ściany namiotu zaczęły się uginać. Poprzez 

uderzenia skrzydeł Youngman nie słyszał juŜ nawet pisku alarmu.

- Przebijają się! - krzyknęła Anne.

- Nie. - Paine skierował broń na leŜący na ziemi kształt.

Rzeka nietoperzy przepływała nad głową, potem zakręcała i zmieniała się w 

wir bijących skrzydeł. Wir przechodził nad namiotem w kręcące się koło. Youngman 

odruchowo przykucnął. Paine, kręcący się na piętach, zdawał się rosnąć. Anne 

spoglądała na pysk za namiotem. Na kaŜdym policzku brodawki. Po obu stronach 

background image

płaskiego nosa skośne, ciemne oczy. Długie, pofałdowane uszy. Youngman zauwaŜył, 

Ŝ

e nietoperze pokryły sobą cały dach samochodu. Jeden zeskoczył na siatkę wprost 

nad Paine'em. Jeszcze więcej pojawiło się na brzegu namiotu. Dwa podskoczyły i 

zręcznie wspięły się na ścianki. Inne zeskoczyły z samochodu, a jeszcze inne 

wylądowały wprost na siatce. DrąŜek w ręce Youngmana zatrząsł się. Na 

zakrwawionym końcu siedział nietoperz. Siekaczami przeorał kawałek skóry. Długim, 

czerwonym językiem delikatnie przeciągnął po drąŜku. Youngman usłyszał wystrzał i 

zobaczył, Ŝe z grzbietu nietoperza sterczy lotka. Czterdzieści lub pięćdziesiąt 

nietoperzy tłoczyło się na dachu, a inne wspinały się po ścianach za pomocą 

haczykowato zakończonych kciuków. Część z nich miała pyski unurzane we krwi. 

DrąŜek ugiął się pod cięŜarem następnych trzech nietoperzy. Paine przepchnął 

strzelbę przez siatkę i znów wypalił. Dach namiotu osiadł pod cięŜarem. Nadleciało 

jeszcze więcej nietoperzy, przynosząc ze sobą nieznośny smród amoniaku. Youngman 

dosłyszał najniŜsze z wydawanych przez nie dźwięków, coś jakby trzaski w uszach. 

Parę centymetrów od jego głowy zaczęły przegryzać się przez siatkę. Paine bez 

pośpiechu wymierzył po raz trzeci. Kiedy opuszczał broń, na plecach, między 

łopatkami, wylądował mu nietoperz. Youngman bez namysłu strącił zwierzę i 

rozgniótł je pod butem.

- Prąd! - krzyknął Paine.

Na końcu namiotu powstała dziura. Przeciskał się przez nią kolejny nietoperz. 

Youngman porwał strzelbę ze śpiwora i rozwalił go na kawałki. Krew, kości i futro 

obryzgały wnętrze namiotu. Zatłukł jeszcze dwa inne, zanim Pai-ne'owi udało się 

zatkać przerwę.

-Włącz akumulator! - krzyknął do Anne, która klęczała przy urządzeniu, nie 

mogąc zmusić się do przekręcenia dźwigni. Nietoperze przecinały ściany i dach. 

Youngman wystrzelił w ich kierunku i chwycił za rewolwer, który zabrał z domu 

Momoa. Na jednej ze ścian pojawiła się szpara długości metra. Youngman ruszył na 

spotkanie wciskających się do wnętrza nietoperzy; wystrzeliwszy wszystkie naboje, 

sięgnął po siatkę i ściągnął ją rękami. Patrzył, jak nietoperze obsiadły mu całą dłoń.

Wtem całym jego ciałem targnął wstrząs elektryczny, pogrąŜając umysł w 

ciemnościach, a ciało w konwulsjach.

background image

Rozdział ósmy

Niebieskie niebo otaczało twarz Anne.

- Jak się czujesz? - zapytała.

- Świetnie - wyszeptał Youngman.

- Całkiem nieźle, jak na człowieka, któremu przestało bić serce.

- A teraz bije?

Uniósł głowę z jej łona i skrzywił się. ZauwaŜył, Ŝe dłonie ma obandaŜowane 

do nadgarstków. Siatkowy namiot został zwinięty i gdzieś znikneły czerwone kanistry 

z trucizną. Paine teŜ gdzieś zniknął.

- Gdzie on jest? - zapytał Youngman.

- Poszedł szukać jaskini. Uratowałeś nam tej nocy Ŝycie, wiesz?

- Nic nie pamiętam.

- To moja wina - powiedziała. - Bałam się, nie byłam w stanie włączyć prądu.

Youngman oderwał się od niej i wstał. Ziemia kołysała mu się lekko pod 

nogami. Spojrzał na słońce; musiało być koło południa.

- Powinien był poczekać. Sam nie doniesie tego wszystkiego. Dlaczego nie 

wziął samochodu?

- Czekał, aŜ upewnił się, Ŝe przeŜyjesz. Zostawił nam samochód, Ŝebyśmy 

mogli sobie pojechać. Wcale nie chciał, Ŝebyśmy mu towarzyszyli. Wziął twoją 

strzelbę i powiedział, Ŝe cię zastrzeli, jeŜeli za nim pójdziesz. Nie Ŝartował, to wariat.

Youngman opadł na kolano, trochę z zaskoczenia, trochę z powodu słabości.

- Nie wiedziałaś tego? - zapytał swą towarzyszkę. Spojrzał w głąb kanionu, 

gdzie widać było oddalające się ślady Paine'a. - Kiedy poszedł?

- Z godzinę temu, moŜe trochę więcej.

- Powinien był wyruszyć o świcie. - Youngman potrząsnął głową. - Nie wie, 

jak tam dojść. Nie starczy mu czasu.

- Youngman, jedźmy stąd. To zawodowiec, sam da sobie radę. Tylko on jest w 

stanie to zrobić.

- Jeden z nas. - Youngman nadal patrzył w kierunku, w którym poszedł Paine. 

- Poczekamy i zobaczymy - powiedział.

Paine złoŜył na ścieŜce cięŜki ładunek. W środku zostawił truciznę, zwiniętą 

background image

siatkę, baterie, druty i narzędzia, a ze sobą wziął tylko odbiornik, sznur, siekierkę i 

strzelbę. Oddalił się juŜ o milę od samochodu Anne i Youngmana. Nie będzie 

powtórki z ojca i z Ochaya. Teraz był sam, wolny, i miał jasny umysł.

Opuszczona droga wspinała się w głąb kanionu, schowana pod nawisami z 

lawy, które ukryty ją przed zdjęciami robionymi z powietrza. Po obu stronach 

sterczały rdzawoczerwone ściany z piaskowca. Czasami błysnęła mika lub lśniący 

białością wapień. Niekiedy Paine cofał się o krok przed cieniem ludzkim, ale nad sobą 

widział tylko formacje lawy wulkanicznej. Z całej tej geologicznej obfitości Paine'a 

najbardziej interesował wapień, który najprędzej mógł go zaprowadzić do jaskini 

nietoperzy.

Nadal nie dochodził go Ŝaden sygnał. Był przekonany, Ŝe lotki trafiły w cel i 

Ŝ

e nietoperze znajdowały się niedaleko, ale ściany kanionu ekranowały sygnał. Musiał 

wspiąć się wyŜej - inaczej mógł w ogóle minąć właściwą jaskinię.

Posuwał się powoli, aŜ dotarł do wąskiej bazaltowej ścieŜki, którą wydostał 

się na szczyt skalnej formacji. OstroŜnie postępując, dotarł na szczyt, skąd widział 

całą wschodnią ścianę kanionu.

Kanion Maski róŜnił się zasadniczo od typowych tworów erozji. W miejsce 

zwykłych kotlin i występów skały o róŜnej twardości stworzyły zadziwiającą, pociętą 

łamigłówkę. Zaczęło się od wybuchu wulkanu, pomyślał, potem pojawiły się skały 

osadowe. Wschodnia część mesy liczyła sobie z piętnaście kilometrów 

kwadratowych, a na zachodzie wznosił się płaskowyŜ podobnych rozmiarów. Płonący 

wyciek ropy znajdował się na zachodzie.

Jak z Miltona, pomyślał: „Lochy potworne, a w nich płomień bucha, lecz brak 

tam światła. Na jego miejscu ciemność panuje widzialna".

Paine uśmiechnął się do siebie. Czuł się znakomicie, jak wtedy, kiedy 

wiedział, Ŝe ma rację. Ponad wszystko.

Przesuwał się z jednego wzniesienia na drugie, przeskakując nad głębokimi 

szczelinami, podciągając się w górę na linie, gdy gładka skała nie dawała oparcia dla 

butów. Szedł śladem wapienia, aŜ ten znikał bądź wnikał do jaskini. Widział jaskinie, 

całe setki - tak jak mówił Indianin - ale Ŝadna z nich nie była ani dość wilgotna, ani 

dość duŜa na to, aby gościć kolonię nietoperzy. Nadajnik milczał. Paine nie poddawał 

się zniechęceniu. Nietoperze były, i to blisko.

Od czasu do czasu widział jakieś kształty odrywające się od skał. Wrony. Koło 

jednego z gniazd zobaczył pszczołę gnojną, która z uwagą badała górę ptasich 

background image

odchodów, sięgających człowiekowi do pasa. Paine widział burze na pustyni, ale nie 

był nawet w stanie zgadnąć, kiedy tu ostatnio padało.

Nie widział Ŝadnego Ŝycia roślinnego i - poza samotną pszczołą - Ŝadnych 

owadów.

Przeszedł po naturalnym moście z piaskowca i w dole, w cieniu, zobaczył 

swoją drogę. Zdziwił się, Ŝe zaszedł tak daleko. Spojrzał na zegarek. Piąta: dwie 

godziny do zachodu słońca. Było o wiele później, niŜ sądził, ale był przekonany, Ŝe 

ma dość czasu.

Po drugiej stronie mostu przewaŜały skały wulkaniczne. Paine musiał 

przebijać się przez pola bazaltowych kominów. W pewnym miejscu dostrzegł 

podwójną spiralę wyrytą głęboko w wapieniu, aŜ do poziomu ciemnej lawy. Skąd 

Indianie wiedzieli, Ŝe pod wapieniem znajduje się lawa - nie miał pojęcia. To była 

zagadka dla antropologów. Dla niego wapień był dobrą wróŜbą.

Gdy wyszedł z pola lawy, doszedł go pierwszy sygnał i stopniowo przybierał 

na sile, w miarę jak posuwał się do przodu. Spróbował na dwóch innych 

częstotliwościach; druga była ledwie słyszalna, ale trzecia brzmiała najmocniej. Paine 

szedł naprzód poprzez bazaltowe zapory. Przeskoczył przez szczelinę i ujrzał wielką 

płaską płytę wapienną.

Nadajnik piszczał na wszystkich trzech częstotliwościach. Wyłączył go. 

Wapienna płyta miała z piętnaście metrów średnicy, a w środku widniał 

sześciometrowy otwór, wydrąŜony przez erozję. Brzegi otworu porastał mech. 

Poruszając się ostroŜnie, na brzuchu, Paine podczołgał się blisko i spojrzał w dół.

Znalazł je. Promień światła, przenikający przez szczelinę do wnętrza jaskini, 

oświetlał -kilkadziesiąt metrów niŜej - smolistą kałuŜę na dnie. KałuŜa była płytka, 

niedawno powstała, ale towarzyszył jej zwykły odór amoniaku. Paine włączył na 

chwilę odbiornik. Ostry dźwięk wprawił w ruch dziesiątki ciał podwieszonych przy 

sklepieniu jaskini, tuŜ pod nim. Wszystkie trzy pasma. Dopadł je wszystkie.

Kiedy oczy przywykły mu do mroku, dostrzegł, Ŝe jaskinia jest okrągła, 

szeroka na jakieś sto metrów, w kształcie amfiteatru. Ściany pięły się w górę, kończąc 

się łukowatym sklepieniem. JeŜeli teraz stado liczyło sobie z tysiąc nietoperzy, to 

jaskinia śmiało mogła pomieścić trzy razy tyle. Gdzieś w dole musiało wypływać 

ź

ródło lub płynęły wody podziemne. Paine pociągnął nosem. Smród amoniaku nie był 

zbyt silny i Paine wyczuł inny, dobrze znany zapach. Ropa. Jeszcze jeden wyciek. 

background image

Chee byłby w siódmym niebie.

Ź

renice Paine'a nadal się rozszerzały. Pionowe linie na podłoŜu jaskini nie 

mogły być przypadkowe, bo były idealnie proste. Były to prymitywne drabiny, moŜe z 

dziesięć, a w większości brakowało szczebli. Z mroku wyłoniło się więcej 

szczegółów. W głębokim cieniu widać było ciemny kształt. Kwadrat. Wokół i 

powyŜej widać było więcej kwadratów, które sięgały aŜ do połowy wysokości jaskini. 

Okna. Okna i drzwi do pięciopiętrowych domów, cała wielka podziemna aleja. Paine 

nie dostrzegł tego wcześniej nie tylko dlatego, Ŝe było ciemno. Domy leŜały w 

ruinach. Dachy i ściany zapadły się do środka, a wszystko pokrywała gruba warstwa 

kurzu. Paine'owi wydawało się, Ŝe w razie ataku wroga ludzie mogli w takim miejscu 

przeczekać dłuŜszy czas. To nie była pospiesznie zbudowana atrapa. To było małe 

miasto.

Zaciekawiony i zaintrygowany Paine przeczołgał się wokół całego otworu, 

szeroko rozstawiając ramiona i kolana, Ŝeby zminimalizować nacisk ciała na 

wapienne sklepienie. Pomyślał, Ŝe będzie zmuszony spuścić kanistry z gazem do 

jaskini za pomocą bloczka, umocowanego na drąŜku, wbitym w płytę. Operacja ta 

mogłaby rozbić kruchy wapień i zbudzić nietoperze, gdyby jednak ruiny wznosiły się 

na wysokość przynajmniej trzydziestu metrów, to byłby w stanie umieścić kanistry 

bezpośrednio na nich. Ruiny świadczyły równieŜ o tym, Ŝe do jaskini musiało 

prowadzić inne wejście, którym do środka wchodzili ludzie.

ChociaŜ ruiny nie stanowiły dostatecznego oparcia dla kanistrów, Paine i tak 

był zadowolony. Zmiana taktyki w połowie walki mogła doprowadzić do klęski, a 

jeden fałszywy krok w tak zapuszczonych ruinach mógł skończyć się tragedią.

Wobec tego pozostawał górny wlot. Wprost nad głowami nietoperzy.

Wycofał się tą samą drogą, którą przyszedł: poprzez pole lawy, do mostu z 

piaskowca, a stamtąd do drogi, na którą spuścił się po sznurze. Teraz przyszła kolej na 

pytania.

Droga dochodzi aŜ tutaj? W jakim celu?

Nie chciał się zatrzymać, ale nawyk był silniejszy. Pułapka nie miała sensu, 

jeŜeli istniały dwa wyjścia, a ludzie jakoś musieli się tam dostawać.

Kiedy Paine zbliŜył się do jaskini, odbiornik znów zaczął piszczeć. Nie tak 

głośno jak nad jaskinią, ale dość wyraźnie. Youngman znał kanion i drogę. Paine 

uświadomił to sobie i aŜ poczerwieniał na twarzy. Sukinsyn na pewno znał tę jaskinię.

Droga urywała się przy czymś, co wyglądało jak wejście do kopalni. 

background image

Drewniane koło od taczki, które butwiało w spokoju od setek lat, leŜało obok wjazdu 

zdolnego pomieścić dwa kopalniane wagoniki.

Sygnał dochodził ze środka. Zerknął na zegarek. Robiło się późno, ale musiał 

się upewnić.

Wszedłszy do środka, dotknął ściany. Była zimna, wilgotna i zabarwiła mu 

palce na czarno. Wystarczyło tylko powąchać i juŜ wiedział: kopalnia słuŜyła 

wydobywaniu roponośnych piasków bitumicznych. Piaski tak nasączone ropą, Ŝe 

moŜna było formować je w cegiełki i palić lepiej niŜ węgiel.

Szyb ciągnął się dalej, a z kaŜdym krokiem wzrastała siła sygnałów. To 

musiała być ta druga droga do jaskini. Pięćdziesiąt metrów dalej korytarz kończył się 

ś

lepo. Pomimo to sygnały dobiegały wyraźnie i Paine czuł zapach amoniaku. 

OstroŜnie naparł dłonią na przednią ścianę, która rozsypała się pod palcami. Ramię 

przeszło mu na wylot przez zbutwiałe szczątki zasłony, która oddzielała kopalnię od 

głównej, wapiennej jaskini. OstroŜnie cofnął ramię i zajrzał przez dziurę. Przed jego 

oczyma roztoczył się widok oświetlonej przez górny otwór groty, kałuŜa 

przetrawionej krwi, ruiny pueblo, a nad głową - sufit pełen śmiercionośnych, lecz 

zarazem delikatnych nietoperzy. A więc uŜywały jedynie górnego wlotu.

Doszedłszy do drogi, Paine ruszył biegiem. Dochodziła szósta, nie miał juŜ 

dość czasu, Ŝeby rozpylić truciznę przed wylotem wampirów. Tak naprawdę, to miał 

czas zaledwie na to, Ŝeby odzyskać plecak i uciec z drogi przelotu nietoperzy.

Droga wiła się bezustannie. Paine'owi wydawało się, Ŝe zakręca złośliwie, 

chcąc go opóźnić, ale na koniec dojrzał plecak tam, gdzie go zostawił. Na widok 

Paine'a przestraszony kruk zerwał się w powietrze.

Od razu, z nawyku, sprawdził ciśnienie w kanistrze z cyjanowodorem. 

Wszystko było w porządku. Baterie były naładowane, a metalowa siatka porządnie 

zwinięta. Kruk musiał po prostu rozglądać się za jedzeniem. Paine zarzucił ładunek na

ramiona i ruszył w kierunku wapiennej płyty.

Pomimo ostrego kąta podejścia i wagi kanistra, szedł szybko. Droga pogrąŜyła 

się w niebieskawym półmroku, a w górze świeciły wierzchołki kanionu. Od czasu do 

czasu słońce przenikało przez wyrwy w skałach i rzucało na ściany garbaty cień 

Paine'a. Raz Paine dostrzegł inny cień i ujrzał krąŜącego nad głową kruka.

Przerzucił linę nad mostkiem z piaskowca i podciągnął się do góry. Potem 

przemierzył pole lawy i okrąŜył górne wejście od zachodu; tutaj przycupnął pod 

skalnym występem i patrzył, jak ostatnie promienie słońca schodzą z wapiennej płyty.

background image

Teraz, kiedy juŜ wiedział, co robić, poczuł się pewniej. Otworzył plecak, 

wyciągnął ze środka kask i przecinak do drutu. Maska gazowa i rękawiczki nie były 

mu potrzebne. Zerwał się wschodni wiatr, tak Ŝe zapach Paine'a nie dochodził do 

jaskini. Wszystko szło jak po maśle.

Po zachodzie słońca horyzont na wschodzie zabarwił się na róŜowo, a potem 

na fioletowo. Z dziury nie wyleciał ani jeden nietoperz. Inne nietoperze oŜywały juŜ o 

zmroku, ale wampiry czekały na prawdziwą noc. Potem Paine usłyszał szum, bicie 

skrzydeł i odgłosy oddawanego moczu. Odległe wierzchołki mesy przez chwilę 

wyglądały jak złote chmury; po pewnym czasie ukazały się gwiazdy i świat pogrąŜył 

się w ciemności.

Paine wstrzymał oddech. Jeszcze przez minutę powietrze było nieruchome, a 

potem pierwsze nietoperze wyleciały z otworu, niczym liście unoszone w górę przez 

płomień. Zaraz pojawiła się reszta, tworząc czarną kolumnę wzbijającą się na sto 

metrów w niebo.

Jego nietoperze.

Paine trzymał się skały, jakby mógł zostać wessany w kręcący się wir. Część 

jego osobowości na pewno dała się wessać. Razem z ojcem, Ochayem i wszystkimi 

latami spędzonymi w Meksyku. Joe Paine powiedział raz, Ŝe człowiek staje się tym, 

co zabija. Miał rację. Nietoperze i Paine byli głową i ogonem tego samego organizmu, 

który prowadził i ścigał sam siebie. Bestia zrodzona ze śmierci i Ŝywiona obsesją. 

Otulona w zło. Oszukał Anne. W przyrodzie panowała pewna harmonia. DrapieŜniki 

eliminowały słabsze okazy, zwierzęta roślinoŜerne i ptaki przenosiły nasiona, owady 

czyściły glebę, kwiaty roztaczały wokół siebie piękno. KaŜda istota, w zamian za swe 

Ŝ

ycie, uŜyczała czegoś z siebie innym. Ale jeden wybryk natury nie odwdzięczał się 

niczym w zamian za swoje nienasycone pragnienie. Wampir. Paine nie bał się 

klaustrofobii, natomiast trząsł się na myśl o uosobieniu zła. Rozumiał to, ale nie był w 

stanie przewidzieć, Ŝe zło ma wymierną wagę. AŜ do chwili, gdy sobie uświadomił, 

Ŝ

e zło zmusiło go do przepędzenia nietoperzy w okolice, w których nigdy wcześniej 

nie były i gdzie zaczęły ze zdwojoną siłą siać terror. Apokalipsa nie potrzebowała 

koni i ognistych smoków, mając do dyspozycji nietoperze i dŜumę. Wszystko dzięki 

niemu.

Ale oto nadchodził kres pogoni i na koniec mógł stać się wolny.

Rozpłaszczywszy się na kształt chmury, obróciwszy się parokrotnie wokół 

własnej osi i utworzywszy długi półksięŜyc, nietoperze pomknęły na wschód, nad 

background image

pustynię.

Paine odczekał dziesięć minut, a potem pociął metalową siatkę na równe 

odcinki. Chciał przygotować szczelne zamknięcie otworu wlotowego. Jeden z 

odcinków zrolował, zaniósł na drugą stronę dziury i przymocował stalowymi 

ś

ledziami do płyty. Nieco dalej zamocował kolejne śledzie. Nie musiał ich wbijać 

głęboko, zaledwie tyle, Ŝeby przytrzymały siatkę. Pod sobą słyszał niespokojne 

szelesty trzymających się sufitu niemowląt. Domyślał się, Ŝe towarzyszą temu 

niesłyszalne dla jego uszu wołania o pomoc, ale stado było zbyt daleko, aby mogło na 

nie zareagować. Paine przyczepił do siatki dwa przewody i podłączył je do baterii 

schowanych pod skalną półką. Ustawił przełącznik na trzysta woltów, włączył na 

próbę, a potem znów wyłączył. Pierwsza część pułapki była gotowa.

Paine stał na skalnej półce z granitu, o wiele trwalszej od wapienia. Odszukał 

wąską szczelinę i wbił śledzia. Związał razem dwa odcinki sznura w jeden - 

trzydziestometrowej długości. Jeden koniec przymocował do śledzia, a do drugiego 

przywiązał rączkę kanistra z trucizną. Przekręcił regulator zegara; kaŜdy obrót cofał 

aparat o godzinę. Nastawił regulator na maksimum: dwanaście obrotów.

Potem połoŜył kanister na boku i zaczął go toczyć w kierunku otworu. 

Granitowa półka znajdowała się w odległości piętnastu metrów od otworu, kanister 

miał więc zwisać piętnaście metrów pod sklepieniem, z dala od powracających 

nietoperzy. Po ich powrocie Paine chciał rozłoŜyć siatkę, włączyć prąd i czekać. AŜ 

do siódmej czterdzieści pięć rano, kiedy to z kanistra wydobyłby się śmiertelny obłok. 

Było to bardzo proste.

Pojawiło się więcej gwiazd. Paine toczył kanister powoli w kierunku otworu. 

Potem popchnął go lekko i butla wleciała do środka. Złapał za sznur i zaczął powoli 

opuszczać go w dół. OstroŜnie odsunął się od wlotu, na bok wapiennej płyty i 

wypuścił nieco więcej sznura.

Lina się zatrzymała. Paine obliczył, Ŝe kanister mógł się opuścić nie więcej niŜ 

o trzy metry. Linka musiała się więc gdzieś zahaczyć. Potrząsnął nią silnie. Ani 

drgnęła.

Znów podczołgał się do otworu. Pod rękami i kolanami wyczuwał nerwowe 

ruchy niemowląt, zaniepokojonych pojawieniem się kanistra.

- Cierpliwości - wyszeptał do nich.

Doszedłszy do otworu, zobaczył, Ŝe sznur wgryzł się w miękki wapień i utknął 

w nim. Nie chciał opierać całego cięŜaru ciała na kolanach, ale uwolnił linę i uniósł 

background image

kanister, Ŝeby opuścić go w innym miejscu.

Podnosząc kanister, dojrzał i inny kłopot. Jakimś cudem linka przymocowana 

do rączki butli owinęła się wokół lejka i zablokowała regulator. Paine wyciągnął 

delikatnie kanister i ustawił go na brzegu otworu.

Jeden ruch ręki uwolnił regulator. Znów zniŜył butlę do jaskini, z 

przyjemnością obserwując, jak zjeŜdŜa w głąb. Na koniec kanister znikł mu z oczu, z 

lekka kołysząc się gdzieś w ciemnościach.

Paine odchylił się do tyłu i głęboko odetchnął.

Poczuł, jak płyta trzeszczy pod nim. JuŜ miał rzucić się do tyłu, kiedy wapień 

usunął mu się spod nóg. Złapał się za skałę, ale kruszyła się pod palcami, a na jego 

głowę sypał się biały pył.

Spadał. Najpierw stopami w dół. Potem rozrzucił ręce i nogi, a mrok uderzył 

go w twarz. Widział przed sobą sznur od kanistra. Zatrzymał się piętnaście metrów 

pod sklepieniem. Nadgarstek miał zaplątany w sznur, tuŜ przy rączce butli z 

cyjanowodorem. Zimny kanister obijał mu się o potłuczoną twarz. Próbował się 

wyprostować, ale cięŜar ciała wyrwał uwięzione w pętli ramię ze stawu. Drugą ręką 

nie był w stanie się uwolnić.

Wisiał.

Niemowlęta przez pewien czas tłukły się pod sufitem, a potem ucichły. 

Czekały.

Tak jak i Paine.

background image

Rozdział dziewiąty

- Nie udało mu się - powiedział Youngman. - W przeciwnym razie juŜ by tu 

był.

Wysoko nad głową jaśniały dwie gwiazdy Natupkom: Castor i Polluks. 

Pojawiła się teŜ Talawsohu, Gwiazda Poranna. Oboje z Anne widzieli dwukrotnie 

przelot nietoperzy. Pierwszym razem na własne oczy, a drugim - w pięć godzin 

później - na oscyloskopie Paine'a. Ale to było juŜ pięć godzin temu.

- Kazałem mu czekać.

- Paine wie, co robi. Masz, zjedz to, wyglądasz potwornie - dała mu kawałek 

chleba z margaryną. - Przykro mi, ale nic innego nie mamy. I parę piw.

Potrząsnął głową. Nawet w zielonym blasku oscyloskopu twarz miał szarą, 

jakby pokrytą popiołem.

- Gdybyśmy za nim poszli, zabiłby nas.

- JuŜ do nikogo nie będzie strzelał.

- Nic mu się nie stało. Najlepsze, co moŜemy zrobić, to pojechać do szosy, tak 

Ŝ

eby Chee mógł po niego przysłać helikopter.

Youngman włączył radio. Rozgłośnie z Tuba City nie nadawały juŜ muzyki. 

Długie chwile ciszy przerywały kolejne obwieszczenia. Tuba City juŜ drugi dzień 

objęte jest kwarantanną... piętnaście osób zmarło w Shangopovi, dwanaście w 

Walpi... granice stanowe Utah i Nowego Meksyku zostały zamknięte... we Flagstaff 

ewakuacja postępowała zgodnie z planem... sytuacja została opanowana...

- Wyjdę się rozejrzeć. - Youngman pocałował rękę Anne. - Daj mi znać, jak 

coś się pokaŜe na ekranie.

Wyszedł z samochodu i spojrzał na drogę. Paine nie wróci. Zamiast pójść na 

czas do jaskini, Paine zabałaganił po drodze. Nawet śpiąc, Youngman zastosował się 

do polecenia Abne-ra. Kiedy Abner to wszystko przewidział? Tydzień temu? 

Zaledwie? A za tydzień, co się stanie? Co by się mogło stać, gdyby tydzień temu był 

w stanie odczytać piaskowe rysunki zmarłego starca?

Kiedy sięgnął do kieszeni, szukając papierosów, natrafił na korzeń bielunia.

Youngman zdawał sobie sprawę, Ŝe nie ma dość sił na dotarcie do jaskini. 

Ledwie mógł chodzić, a ręce miał prawie bezuŜyteczne.

GdybyŜ Paine miał rację, Ŝe jest jedynym człowiekiem, który był w stanie 

background image

zatrzymać nietoperze...

Youngman nadgryzł korzeń. Wziął potęŜny kęs, nie mając pojęcia, jaka jest 

największa dopuszczalna dawka. JeŜeli się zatruje, to Anne wywiezie go z kanionu. 

CóŜ miał do stracenia? Poczuł gorzki smak spływający mu do gardła.

Po Talawsohu pojawiła się Ponochona, Gwiazda Psa, i nastała najgłębsza noc, 

poprzedzająca świt. Całonocne ceremonie kończyły się wraz ze wschodem 

Ponochony, a potem kapłani czekali na wschód słońca, które miało im powiedzieć, 

czy uroczystości się udały. Jeden błąd mógł spowodować, Ŝe słońce by wstało razem z 

tęczą o odwróconych kolorach. Youngman czekał; ramiona i nogi sztywne z napięcia, 

usta otwarte, serce bijące coraz wolniej. Głową uderzył o burtę samochodu, a oczyma 

wodził za gwiazdami, które przypominały kręcące się w oddali nietoperze. Powoli 

liczył minuty w rytm uderzeń serca. Poranny wietrzyk owiewał mu lewą stronę 

twarzy, po czym niespiesznie przesuwał się na prawo. Turkusowy deszcz przesłonił 

gwiazdy, a potem pustynia buchnęła płomieniem, który rozpalił cały horyzont na 

wschodzie. Kanion odpłynął w morze ognia.

Płomienie okryły Youngmana i ogrzały jak lekka, złota derka. Ciało zapłonęło 

i wypuściło go ze swych objęć, pozwalając mu poszybować w górę. Przez chwilę 

rozkoszował się niebytem, a potem poczuł, jak wraca doń świadomość. Widział, jak 

w dole świat tańczy między dwiema lalkami Kachina. Jedna z nich miała twarz z 

chmur, a druga - spaloną słońcem. Skłoniły się przed Youngmanem i odepchnęły 

ś

wiat na bok.

Ś

wiat się zmienił. Ocean uderzał o korony drzew. Między drzewami widział 

znajome rzędy kukurydzy, a gdzieniegdzie - kwadratowe pomniki i świątynie 

ozdobione kamiennymi rzeźbami z twarzami tygrysów, węŜy i nietoperzy. Kukurydza 

miała grube kaczany, a studnie były pełne czystej wody, ale ludzie uciekali przed 

siebie, aŜ zatrzymali się nad jeziorem otoczonym przez wulkany. Na wyspach rosły 

piramidy, a na ich stopniach, splamionych krwią kapłanów, stali Ŝołnierze przebrani 

za zwierzęta. Lecz część ludzi poszła dalej, idąc na północ, aŜ dotarli na skraj pustyni. 

Widział, jak rosły miasta. Mesa Verde, Aztec, Wupatki, Keet Seel. KaŜde z nich 

znów opuszczone w szczycie swej świetności przez ludzi, którzy udali się na ostatnią 

wielką wędrówkę, na pustynię. Podzielili się na cztery grupy i poszli w cztery strony 

ś

wiata, nakreślając swoim tropem znak krzyŜa. Po setkach lat skręcili w prawo, 

kreśląc swastykę. Wraz z obrotem swastyki, podzielili się na mniejsze grupy, kręcąc 

się wkoło, aŜ cały świat naznaczony został ruchomymi swastykami i kołami. W jednej 

background image

chwili powstawało pueblo. Inna grupa szła tropem przodków, a potem skręcała w 

innym kierunku, lecz zawsze i nieuchronnie dąŜąc do środka świata. I w końcu 

pojawili się na brzegach Czarnej Mesy, w Oraibi, w Hotevilla i w Shongopovi, bez 

wody, bez Ŝyznych ziem, bez przyjaciół i na łasce swych bogów.

Youngman ujrzał samego siebie - leŜał na plecach, z rozpostartymi rękami i 

nogami na z wolna wirującej pustyni.

Na koniec się odnalazł. Był gotów.

- Czujesz się lepiej? - Anne podeszła do niego.

- Tak. Czuję się bardziej sobą. 

Zaczerpnął głęboki oddech. Poranny wiatr poruszył lok nad jej skronią, a 

pochyłe promienie słońca dodały blasku niebiesko-brązowym oczom.

- Wiesz, jesteś bardzo piękna. - Podniósł się.

- Chodź juŜ. Przygotujmy się do wyjazdu. 

Wspięła się na maskę i podała Youngmanowi mikrofon kierunkowy, a on 

schował go w bagaŜniku. Prawie nie czuł cięŜaru ekwipunku. Spojrzał na swe dłonie i 

odwinął bandaŜe.

- Co robisz? - Anne zobaczyła krwawiące nacięcia.

- Anne, wiem, jak je powstrzymać. Idę do jaskini.

- Nawet nie wiesz, gdzie ona jest. 

- Mam przeczucie...

- Paine...

- Paine nie Ŝyje. Anne, jest juŜ dzień. Nie wrócił, bo nie Ŝyje.

- JeŜeli to prawda, to tym bardziej powinniśmy stąd odjechać. Przykro mi, Ŝe 

cię w to wciągnęłam.

- Nie. Wierz mi, to nie ty mnie wciągnęłaś. 

Jeszcze dwie godziny temu Youngman był w szoku, a Indianin, którego teraz 

widziała, spokojnie dopinał koszulę pokaleczonymi palcami. 

- To jest błyskawiczna rekonwalescencja. Niewiarygodna. O co tu chodzi?

- Abner otworzył krąg. Ja muszę go znów zamknąć.

- Zamknąć krąg? To bez sensu, Youngman. Mówisz jak czarownik. Mów 

rozsądnie.

- To uwaŜasz, Ŝe coś takiego jak cyjanowodór ma sens? - Youngman oderwał 

pas z koszuli, po czym przewiązał go sposobem Hopi wokół głowy.

- Tak - odparła.

background image

- Paine miał rację? 

- Tak.

- Ale teraz nie Ŝyje.

Anne ugryzła się w język. Wschodzące słońce rzucało błękitny blask na 

samochód, Youngmana i na nią. Ona i Youngman mówili innymi językami.

- Nie rozmiem - powiedziała.

- Trudno. Chcę tylko, Ŝebyś mi zaufała.

- Ale jak mogę ci zaufać, jeŜeli nie wiem, co chcesz zrobić?

- To właśnie jest zaufanie. Zaufanie jest czymś nienaukowym i niebiałym. Czy 

nie sądzisz, Ŝe najwyŜszy czas, Ŝebyśmy się przekonali, czy to potrafisz?

- Świetnie - zgodziła się. - To jest nie fair. PrzecieŜ nie zostaniemy razem, 

jeŜeli powiem „nie". To jest nie fair, bo cię kocham.

- Bywa tak, Ŝe miłość nie wystarcza.

Anne odeszła, Ŝeby na niego nie patrzeć. Zdecydował, Ŝe daje jej pięć minut 

do namysłu. Powróciła juŜ po jednej.

- Mówię „tak" - powiedziała. - W tej chwili, po tym pytaniu, nie tylko cię nie 

kochani, ale wręcz nienawidzę. Pomimo to pójdę z tobą. Nie pozwolę, Ŝebyś poszedł 

sam.

Youngman wiedział, Ŝe nie było to zaufanie. Ale zawsze coś, na początek.

Drogę zbudowano dla meksykańskich wozów, a nie dla rovera. Co prawda 

Youngman spuścił powietrze z opon i dzięki temu obniŜył pojazd o kilka 

centymetrów, ale stracili całe godziny rozbijając szpadlem bariery i niskie mostki z 

piaskowca. Było mu obojętne, jak wolno posuwali się naprzód; skoro Anne 

zdecydowała się mu towarzyszyć, to musiał zabrać ze sobą schron, jakim był 

samochód.

Minęło południe, gdy prawie wykończeni dotarli do końca drogi.

- Co to jest? - Anne zaciągnęła hamulec ręczny.

- Kopalnia.

- Nigdy nie słyszałam o Ŝadnej kopalni w tej okolicy.

- CóŜ, od pewnego czasu jest nieczynna. - Domyślił się następnego pytania. - 

Od jakichś dwustu lat.

Gdy wysiedli z rovera, Anne zaczęła nawoływać Paine'a, ale Youngman 

sprzeciwił się.

background image

- Znajdziemy go - powiedział.

Przy wejściu do kopalni leŜało stare, drewniane koło. Nie było śladu Paine'a, 

ale grunt był za twardy, Ŝeby moŜna było odczytać ślady. Annę z lękiem przyjrzała się 

skałom napierającym na wąską dróŜkę. Z wierzchołków spoglądały na nich jęzory 

lawy.

- Kopalnia i droga, o których wiedzą tylko Hopi? Co to za tajemnica? - 

zapytała. - Skąd wiesz, Ŝe tam są nietoperze?

- Mogę się mylić. Poczekasz tutaj? 

- Idziemy razem - zdecydowała i ruszyła za nim.

Kiedy weszli do kopalni, tuŜ nad głową załopotały skrzydła. Youngman zdusił 

ręką krzyk Anne i oboje spojrzeli na parę odlatujących kruków.

- Nic ci nie jest?

- Jestem trochę zdenerwowana. 

Youngman zabrał jej latarkę.

- Zostań tutaj - polecił. 

Dalej poszedł sam.

Było zimno jak w grobie, ale dość wygodnie. Dokładnie tak, jak to tyle razy 

opisywał Abner. Wilgotne ściany, wzdłuŜ których kastylijscy księŜa pędzili biczami 

swoich niewolników-Hopi do pracy. Rzędy przeładowanych powozów. W miarę jak 

Youngman zagłębiał się w sztolnię, gasł odgłos jego kroków, tłumiony przez 

wilgotne, spocone ściany. Wejście i Anne rozmyły się w niewyraźne plamy. 

Youngman poświecił latarką, szukając Paine'a. Nic.

Kiedy doszedł do końca korytarza, poczuł smród amoniaku. Zgasiwszy 

ś

wiatło, dostrzegł blady poblask na ścianie. Ściana zrobiona była z butwiejącej, 

dziurawej derki. Youngman zajrzał przez szparę, po czym rozerwał derkę i wszedł do 

ś

rodka.

Ujrzał olbrzymią grotę rozjaśnioną promieniami padającymi przez dziurę w 

sklepieniu. Musiał wyciągnąć głowę, Ŝeby objąć wzrokiem cały sufit. Wszędzie, 

gdziekolwiek spojrzał, widział nietoperze. Wydawało się, Ŝe wiszą warstwami, a gdy 

jeden z nich się poruszył, to falowały wszystkie inne, tak Ŝe całą kolonią bezustannie 

wstrząsały drobne dreszcze. Na podłodze widać było ciemną kałuŜę uryny i 

odchodów. A dalej stało pueblo. A obok kałuŜy - człowiek ściskający czerwony 

kanister. Youngman wychynął z korytarza dziesięć minut później, ciągnąc sznur. Na 

końcu sznura, nadal zwarty z kanistrem, leŜał Paine. Czerwona czupryna Paine'a z 

background image

lekka przekrzywiła się na bok, równo odcięta nad czołem. Na ubraniu widniały 

ciemne pasma odchodów. W świetle dziennym sprawiał dziwne wraŜenie, jak 

fragment czyjegoś koszmaru. Groteskowy i cuchnący amoniakiem.

Youngman odciął sznur i złoŜył zmarłego obok drewnianego koła. Dopiero 

wtedy odwaŜył się spojrzeć na Anne.

- One tam są. - Patrzyła na kopalnię.

- Tak. Są tam.

Zobaczył, jak Anne rozsypuje się na kawałki, a potem znów bierze się w 

garść. Trupia bladość na twarzy ustąpiła łzom gniewu.

- Jak to się stało?

- Nad jaskinią jest otwór. Wpadł do środka, chciał schwycić sznur i się 

zaplątał. - Youngman podniósł przetartą końcówkę sznura. - Być moŜe sznur pękł, 

zanim nietoperze powróciły do jaskini. Być moŜe nic nie czuł.

Youngman w to wątpił. Porządny sznur nie przerywał się w ten sposób. Chyba 

Ŝ

e coś się szarpało i kręciło przez długi czas na drugim końcu.

- Kanister. - Nie zdąŜył go uŜyć. Anne otarła oczy. - To cyjanowodór. Teraz 

nasza kolej. Youngman, musimy dokończyć to, co on zaczął.

- Nie.

- Jak to? - Anne poprawiła kanister. - Nauczył nas tego. Twierdził, Ŝe nie 

moŜna się pomylić.

- Anne...

- Zrobimy tak, jak chciał. Nastaw regulator. To łatwe.

- Anne... - Ukląkł przy zbiorniku, a potem poruszył regulatorem, który okręcił 

się wokół własnej osi. - Zepsuty. Pękł przy upadku.

- No to co zrobimy? Jaki masz teraz pomysł?! Czy masz coś ze sobą?

- Nic. Wszystko, co potrzebne, jest na miejscu. 

Odprowadzony jej wściekłym spojrzeniem, poszedł do samochodu po koc, na 

którym połoŜył Paine'a. Smród amoniaku bił nie tylko od zmarłego, ale i z jaskini.

- Widziałeś nietoperze? - Anne starała się opanować.

- Są w wielkiej jaskini, na końcu sztolni. - Youngman skinął na ciało Paine'a. - 

Miał ze sobą o wiele więcej sprzętu niŜ ten kanister. Wydaje mi się, Ŝe wiem, co miał 

zamiar zrobić.

- Czy moŜemy im dać radę?

- MoŜemy je pozabijać, jeŜeli o to ci chodzi. 

background image

Youngman wspiął się na dach samochodu, z którego zobaczył język lawy 

zwisający z pobliskiego występu. Zahaczył o niego lasso.

- Zaraz wrócę! - krzyknął.

Podciągnął się na szczyt i tam przystanął, poza zasięgiem wzroku Annę. 

Słabło juŜ narkotyczne działanie bielunia i ręce piekły go po krótkiej wspinaczce. 

Odgryzł nieco więcej korzenia. śeby choć trochę stłumić ból, pomyślał. Potem polizał 

palce i ruszył w kierunku wapiennej płyty stanowiącej sklepienie jaskini.

JuŜ w pół drogi poczuł się pewniej, silniej. Przy brzegu dziury zauwaŜył 

zrolowaną siatkę, rozpiętą na śledziach i gotową do naciągnięcia. Przerwany sznur i 

druty zaprowadziły go pod skalną półkę, gdzie odkrył baterie i resztę sprzętu Paine'a. 

Youngman napiął siatkę, zakrywając dziurę, i podłączył prąd. Z plecaka wyjął jedynie 

siekierkę.

Kiedy wstał, bieluń uderzył mu do głowy i niebo pokryło się chmurami. 

Chmury były czerwone i tryskały krwią.

Youngman spodziewał się czegoś takiego. Odwrócił się tyłem do chmur i, 

spuściwszy wzrok, powrócił na drogę.

Kiedy doszedł do samochodu, Anne wprawdzie tam nie było, ale wyszła z 

kopalni, zanim zdąŜył ją zawołać.

- Jesteś - powiedział z ulgą. - Zablokowałem im drogę ucieczki. Paine 

wszystko przygotował.

- Widziałam cię. Byłam w grocie.

- Świetnie. Widziałaś więc i nietoperze.

- Widziałam teŜ domy. Youngman, te opowieści o podziemnym mieście to 

wcale nie były bajki, prawda?

- Ruiny pueblo. CóŜ takiego? Pełno ich na pustyni.

- Ale nie w grocie. No i ta opowieść o gorejącej dziurze. Gdybyśmy poszli ze 

sto metrów dalej, to teŜ pewnie byśmy ją znaleźli...

- Co za róŜnica? Znaleźliśmy jakieś ruiny. Mieliśmy znaleźć nietoperze i udało

nam się. Chyba nie wystraszysz się tych indiańskich bajek?

- To waŜne - powiedziała Anne - bo wiedziałeś, co tam jest, ale nic mi nie 

powiedziałeś. Czy ty wierzysz w te historie?

Youngman zamyślił się; miał ochotę ją okłamać. Tak byłoby łatwiej zarówno 

jemu, jak i jej. Ale Anne wyczułaby kłamstwo i gardziłaby nim. I miałaby rację. 

Wobec tego w ogóle się nie odezwał.

background image

- Tracimy czas - rzucił w końcu. - Idź do samochodu i przynieś wszystkie 

koce.

Powiesili nowy koc w przejściu między kopalnią a grotą, nie tylko po to, Ŝeby 

odciąć światło latarki, ale równieŜ po to, Ŝeby stłumić odgłosy pracy. Anne trzymała 

latarkę, a Youngman uderzył siekierką w ścianę korytarza.

- Spójrz. - Pokazał kawałek miękkiej skały. -Jest nasączona ropą. JeŜeli ją 

odpowiednio rozgrzejemy, to będzie się palić jak węgiel.

- Zatrujemy je dymem?

- Nie. Gdzieś w jaskini wycieka ropa, poczułem to wyraźnie. JeŜeli trafimy na 

to miejsce, to pojawi się więcej niŜ dym.

- Musimy zgromadzić mnóstwo tych brył.

- Zgadza się. - Youngman wrzucił kamień do koca. Znów wbił siekierę w 

ś

cianę. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Miękka skała raczej poddawała się ciosom, niŜ 

łupała się. Ale góra kawałków na kocu wciąŜ rosła. Kierując światło latarki na ostrze 

siekierki, Anne czuła, jak pod ciosami słabnie jej opór. Youngman zdjął koszulę. Nie 

tyle uderzał w ścianę, ile rzucał się na nią. Przyglądała się, jak przy kaŜdym skoku 

pręŜą mu się mięśnie pleców.

- Dwie noce temu omal nie umarłeś. Jakim cudem jesteś w stanie teraz tak 

pracować?

- CóŜ, cięŜkie roboty przymusowe mają to do siebie - powiedział między 

jednym uderzeniem a drugim - Ŝe nigdy się ich nie zapomina.

Bieluń krąŜył znów w jego Ŝyłach. Youngman panował nad sytuacją.

Anne przejęła siekierę, a Youngman ciągnął koc z pierwszym ładunkiem 

łatwopalnego kamienia do wnętrza groty. Po kącie padania promieni przez dziurę w 

sklepieniu oceniał, Ŝe dochodziła druga. Zaciągnął koc do ruin pueblo. JuŜ pierwszy 

krok po szczeblach drabiny rozwalił ją na kawałki, ale był w stanie wspiąć się wyŜej 

po bezładnym rumowisku. Wokół stóp unosił się kurz. Przy załomie ściany zobaczył 

kolejne cztery piętra domów. Youngman wysypał kamienie z koca. Musiał rozpalić 

wielkie ognisko.

- Pchło - wyszeptały jedne z drzwi. 

Youngman potknął się o kamienie. Nietoperze nie zwróciły na niego uwagi.

Zaczął kopać, skupiając całą uwagę na pracy. Pierścień ognia musiał mieć 

ś

rednicę trzydziestu metrów i Youngman potrzebował w tym celu czternastu pryzm 

skały bitumicznej, a kaŜda z pryzm musiała mieć około pół metra. Całe ciało miał 

background image

pokryte czarnym kurzem, poprzecinanym strumyczkami potu. Ten sam kurz, którego 

uŜywał Abner. Zobaczył, Ŝe wzory na piersiach ułoŜyły się w spirale.

Przyciągnąwszy kolejne trzy ładunki, poczuł, Ŝe jest na skraju omdlenia. 

Kiedy Anne poszła po ostatnią butelkę piwa, połknął następny kawałek bielunia.

Lał się z niego zimny pot. Czuł, Ŝe bieluń rozjaśnia mu mózg.

- Daj mi coś zrobić - powiedziała Anne. -Pracując w tym tempie, zabijesz się.

- Damy sobie radę - odparł spokojnie.

- Youngman, uciekajmy, dopóki jeszcze moŜemy.

Biorąc od niej butelkę, poczuł, Ŝe opuścił go ból.

- Nie wchodź tylko do groty - rzekł. - Nawet gdybym cię wołał.

Skończył z ruinami. Następny ładunek dotaszczył do podnóŜa rumowiska, 

usłanego kamieniami i skorupami, zwanymi przez niektórych historią. Światło z góry 

padło na opustoszały plac, oświetlając tabliczkę z wyrysowaną postacią człowieka bez 

głowy. Róg tabliczki był odłamany; była to tabliczka Klanu Ognia skradziona z kivy 

zmarłym kapłanom. Youngman nie zdziwił się specjalnie, aŜ do chwili, kiedy 

uzmysłowił sobie, Ŝe tak placyk, jak i tabliczka, znajdowały się po zachodniej stronie 

jaskini. Słońce przesunęło się na wschód, do tyłu.

- Sprawdź godzinę w samochodzie - polecił Anne, kiedy wrócił do kopalni. - 

Nie patrz na słońce, tylko na zegarek.

- Szósta - powiedziała chwilę później. - Ale jest bardzo jasno.

Dziewięćdziesiąt minut do zachodu słońca.

- Zdejmij koc z Paine'a.

Napełnił koce podwójnym ładunkiem i udał się do groty, gdzie zaczął 

powiększać okrąg przyszłego ognia. Na razie nie widział Ŝadnego wycieku, ani nie był 

go juŜ w stanie wyczuć. Nad głową słyszał ruchy z wolna budzących się nietoperzy i 

po cichu wysypał ostatnią porcję. Zamiast kamieni, wokół niego rozsypał się 

czerwony piasek. Poczuł, jak bieluń szybko krąŜy mu w głowie.

- Pchło, Pchło, co robisz? Jadłeś bieluń, moŜemy porozmawiać. Jesteś jednym 

z nas. Co robisz, Pchło?

To nie był głos Abnera.

Youngman wrócił do kopalni. Był odrętwiały; kaŜdy ruch kosztował go coraz 

więcej wysiłku i coraz dłuŜej trwało napełnienie koca. Otworzyły mu się rany na 

rękach i z trudnością mógł zacisnąć palce na trzonku siekiery.

- Stój. Została nam juŜ tylko godzina - powiedziała Annę. - JuŜ starczy.

background image

- Muszę stworzyć koło.

- Dlaczego?

Nie trafił w ścianę i siła zamachu rzuciła go na kamienie. Upadł na koc, nic 

nie widząc, aŜ Anne otarła mu oczy i czoło z potu i krwi.

- W samochodzie mamy ręcznik. Zaraz wracam.

Youngman zjadł znów trochę bielunia, a resztę wtarł w ręce. Kiedy Anne 

wróciła, znów cięŜko pracował. Nowe rany na rękach przestały krwawić.

- No to przynajmniej wjedźmy tu roverem i uŜyjmy go do przewozu kamieni - 

powiedziała. - Zmieści się.

- Nie przejedzie przez wejście, chyba Ŝe całkiem spuścimy powietrze.

- No to zróbmy tak.

- Nie. - Youngman nadal rąbał przy świetle latarki. - Uciekaj stąd czym 

prędzej. Nie chciałabyś jechać tą drogą w dół na obręczach kół.

- Chyba chciaieś powiedzieć: uciekajmy stąd czym prędzej?

Ciągnąc dwa koce, Youngman stwierdził, Ŝe korytarz stał się jakby dłuŜszy i 

węŜszy. Poruszał niepewnie nogami, aŜ dowlókł się do groty, którą wypełniało 

chłodne, niebieskie światło.

Zamiast stosu paliwa bitumicznego całą podłogę pokrywała wielka podwójna 

serpentyna. Zwoje wiły się jak olbrzymi wąŜ bez głowy.

- Opiekowałem się tobą, Pchło. Nią teŜ. Ze względu na ciebie. Ze względu na 

nowy świat, który dla ciebie buduję. Dlatego to wszystko robię. Dla ciebie.

Rozumiem, pomyślał Youngman. 

Jedna ze spiral serpentyny odwinęła się, aby wciągnąć go do środka.

- Chcę ci pokazać nowy świat, Pchło.

Przykro mi, pomyślał Youngman. Za późno.

Kiedy spirala toczyła wokół niego swoje zwoje, podniósł ostry kamień i wbił 

go sobie głęboko w krwawiącą dłoń. Kręcił ostrzem, aŜ wyszukał wszystkie ośrodki 

bólu, a potem zacisnął mocno palce. Spirala cofnęła się i serpentyna nieco zbladła. 

Spojrzał przez mgłę na sklepienie, skąd przypatrywało mu się tysiąc twarzy.

Youngman opróŜnił koce i pospiesznie wrócił do kopalni. Za nim wdarł się 

wiatr i latarka zgasła nagle w rękach Anne, pogrąŜając ich w ciemności.

- Nie przygasała stopniowo - powiedziała. -Co teraz zrobimy?

- Podjedź samochodem do wejścia i zapal światła.

W blasku reflektorów Youngman załadował jeszcze dwa koce. Siekiera stała 

background image

się zbyt cięŜka na jego siły i - na oczach Anne - wziął do ust ostatni kawałek korzenia 

bielunia. Krzyczała na niego z samochodu, ale treść słów ginęła w ciemnościach 

korytarza.

W końcu zrozumiał, co krzyczała:

- Robi się ciemno!

Wyszedł na dwór. Drogę spowijała juŜ ciemność i jedynie wierzchołki skał 

barwiły się na złoto.

- Słońce zachodzi.

- Gdzie jest rurka do odciągania benzyny?

- Nic mi o tym nie mówiłeś.

- Wiem, ale gdzie jest?

Twarz Youngmana była pokryta czarnym pyłem. Oczy świeciły czerwonym 

blaskiem. Był zmieniony nie do poznania. Anne znalazła rurkę i dwa słoiki. 

Napełniała drugi z nich, kiedy w rurce zrobiło się pusto.

- Nic juŜ nie ma w baku. Pusty. Jak stąd odjedziemy?

- Stoczymy się z góry. Jest dość paliwa w gaźniku, Ŝebyśmy mogli zapalić.

- Dobrze - zgodziła się. - Bądź ostroŜny, kocham cię.

- Nie gaś świateł, Ŝebym mógł znaleźć drogę z powrotem.

- Będę czekać.

Youngman wziął słoiki w ręce i juŜ miał ruszyć, kiedy coś sobie przypomniał.

- Czy masz zapałki? 

Wsadziła mu paczkę do kieszeni.

- Powodzenia.

Wszedł do kopalni. Korytarz zakręcał i niebawem światła samochodu 

pozostały z tyłu. Poprzednio korytarz był prosty. Słoiki ciąŜyły coraz bardziej. 

Youngman z najwyŜszym trudem przesuwał stopy. Doszedł do jaskini i zaczął 

polewać benzyną zgromadzony opał. Sklepienie kręciło się wokół otworu na górze. 

Nietoperze setkami rozwijały skrzydła, przygotowując się do lotu. Youngman w 

skupieniu ciągnął za sobą struŜkę benzyny.

- Pchło, spójrz!

Z kominów pueblo unosił się dym. Drabiny stały prosto i drąŜki z piórami 

klanowymi ozdabiały piękne domy. Pięć pięter wyŜej okna świeciły gościnnym 

blaskiem, a na ścianach Youngman widział cienie ludzi. Całą jaskinię wypełniał 

zapach chleba i dźwięki Ŝycia.

background image

- Pchło, przestań i popatrz!

Blask wokół górnego otworu zbladł, przechodząc w poświatę. NiŜej 

zgromadziła się masa nietoperzy i zwisały jak jedna wielka chmura skrzydeł. Z pueblo 

dobiegał dźwięczny śmiech kobiety.

Youngman poszedł z powrotem do domów. Słyszał dzieci, grających 

męŜczyzn, plotkujące dziewczęta, syk pieczeni nad ogniskiem. Ułamana tabliczka 

Klanu Ognia znów była cała, a wokół niej leŜały patyczki modlitewne. Benzyna lała 

się na ziemię niczym niebieska mąka kukurydziana.

Z jednego z domów dobiegła go pieśń, której od dawna nie słyszał. „Gdzieś 

daleko, w Sibopay. Kim ja byłem, w Sibopay? Gdzie się urodziłem? Skąd 

przychodzę? Dokąd zmierzam? Kim jestem? Pytałem w Sibopay". Kątem oka widział 

ludzi w oknach, twarze, które znikały, gdy podnosił wzrok, i powracały chwilę 

później. Po całodziennym poście zapach świeŜego chleba był niesłychanie nęcący.

- Dołącz do nich, Pchło. Czekają na ciebie. To twoi ludzie, Pchło. Czekają na 

ciebie.

Ptak o białym brzuszku przeleciał mu nad głową i zniknął wśród gwiazd.

Youngman wytoczył się z pueblo. Musiał jeszcze polać benzyną ostatni 

kawałek, po drodze do kopalni.

- Pchło, zostań z nami.

Benzyna pociekła mu na spodnie. Im więcej wylewał, tym cięŜsza stawała się 

bańka, aŜ na koniec wlókł ją za sobą po ziemi.

Czubki skrzydeł ocierały się o ściany, dach i podłogę jaskini. Nietoperze 

setkami zlatywały na dół. Cała jaskinia kłębiła się tysiącami nietoperzy, które czekały 

na sygnał do odlotu. Koło Youngmana przesuwały się skrzydła, oczy, pyski, 

wzbierały jak fala w kierunku otworu i znikały z pola widzenia.

Youngman rozlał drugi słoik benzyny idąc do wyjścia. Najpierw chciał zapalić 

ułoŜony krąg, a potem, drugi raz, przy wyjściu. Nietoperz przeleciał mu nad 

ramieniem. Dwa inne musnęły mu twarz, przyglądając się z bliska. Jeszcze jeden. 

Poczuł lekkie draśnięcie. Z ucha kapała krew. Przez grotę przeszedł szept, który 

sięgnął aŜ tam, gdzie wisiały małe nietperze. Czując kolejne draśnięcie w szyję, 

Youngman potrząsnął głową. I tak było za ciemno, Ŝeby się zorientować, skąd 

nadlatują.

Wyciągnął pudełko zapałek. Kiedy zapalił, jakieś skrzydło wytrąciło mu 

pudełko z rąk. Rzucił się na kolana i macał wokół siebie. Skrzydła i zęby wylądowały 

background image

mu na plecach. Coś biegło w jego kierunku. Palce Youngmana zacisnęły się wokół 

zapałek. Powoli oderwał kolejną zapałkę i uwaŜnie potarł draskę. Nietoperz 

odskoczył od płomienia, a Youngman rzucił zapałkę na ziemię. Potoczył się w tył, 

miaŜdŜąc siedzące mu na plecach nietoperze.

Z pierwszego stosu płomień przeskoczył na drugi. Potem oba płomienie 

pędziły przed siebie, aŜ spotkały się wśród ruin. Ogień z kaŜdego stosu strzelał na 

dziesięć metrów. Czerwona linia popędziła w kierunku ruin. Za plecami, tarasując 

dojście do kopalni, rosła ściana ognia.

Nietoperze, których nie dosięgną! ogień, poleciały w kierunku 

naelektryzowanej siatki przy wylocie. Niczym chmura, gotowały się nad płomieniami. 

Youngman obrócił się zdumiony. Płonęła cała jaskinia, niczym świetlny pałac. Ze 

ś

cian tryskały wycieki ropy i wybuchały ogniem, wydzielając gęsty, czarny dym.

W odczuciu Youngmana nietoperze i dym zlały się w jedność, która przybrała 

kształt olbrzyma skulonego pod sklepieniem, z twarzą wykrzywioną w agonii. Ślepe, 

mlecznobiałe oczy patrzyły w zdumieniu.

- PCHŁO!... DLACZEGO?... TO BYŁO DLA CIEBIE... DLA CIEBIE!

- Wiem! - krzyknął Youngman. Z oczu płynęły mu łzy.

- WSZYSTKO... DLA CIEBIE!

Przed Youngmanem zatrzymał się samochód; otworzyły się drzwiczki. Za 

kierownicą siedziała Anne i krzyczała:

- Tutaj! Youngman, do mnie!

Poprzez ogień widział, jak topiło się pueblo. Ozdobne ściany zmieniły się w 

czerwony kurz. Za oknami szalał ogień, pędząc z pokoju do pokoju.

- Youngman! - krzyknęła Anne.

Upadł do wnętrza samochodu, a ona od razu, niezgrabnie, zawróciła rovera na 

pociętych oponach.

Skierowała się wprost na ogień przegradzający wyjazd i przebiła się na 

zewnątrz. W korytarzu kopalni rover odbijał się od ściany do ściany. Resztki paliwa 

wyczerpały się w chwili, gdy samochód wyjechał na drogę, którą toczyli się w dół, w 

dół, prawie na samą pustynię, a wtedy kopuła jaskini uniosła się w górę i wybuchła 

kulą ognia, aŜ pod niebo.

background image

Rozdział dziesiąty

Eksplozja przetoczyła się jak dreszcz przez podziemną sieć wycieków i 

pozostałe jaskinie wybuchły jedna po drugiej. Na powierzchnię przedarły się błękitne 

języki ognia, schodząc się razem i znów rozbiegając na wszystkie strony. Tam, gdzie 

schodziły się Ŝyły piasków bitumicznych, ogień rozrywał ściany kanionów i podpalał 

odsłonięte złoŜa ropy. Płomienie lizały zachodnią ścianę wyŜyny, szukając 

roponośnych pokładów. Wielobarwne eksplozje obsypały deszczem ognia 

rozświetlone kaniony. PoŜar szalał, wgryzając się w pola bazaltu i przeskakując ponad 

polami skręconej lawy. Pierwsze wozy straŜy poŜarnej i laboratorium na kołach z 

Tuba City starały się przedrzeć do jaskini nietoperzy, ale musiały się wycofać, gdyŜ 

ogień odcinał im odwrót. Odjechali półtora kilometra od wejścia do kanionu, a 

helikoptery z Nadzoru Parków krąŜyły im nad głową, zrzucając bomby wodne.

Przed samym świtem ogień nieco przygasł, choć nadal płonął na wielkim 

obszarze.

Youngman i Anne patrzyli, stojąc obok wozów straŜy poŜarnej rozrzuconych 

po pustyni. Piggot stał na masce samochodu i obserwował wszystko przez lornetkę.

- Pierwsza eksplozja oświetliła całą mesę. Jak bomba. - Walker Chee zdeptał 

nogą papierosa. - Cały kanion będzie pokryty osadem i ropą.

Jak ogniska obozowiska, pomyślał Youngman. W kanionie paliło się mnóstwo 

niebieskich ogieńków.

Twarz miał w pęcherzach. Na szyi i uchu nosił bandaŜe, a na plecy narzucił 

sobie koc.

Jeszcze jedno źródło ropy wybuchło pomarańczowym, a potem niebieskim 

płomieniem. Helikopter, z silnikiem wyjącym pełną mocą, uciekał znad strzelających 

w górę płomieni.

- Klapa. Kompletna klapa. - Piggot zeskoczył z samochodu i wrzucił lornetkę 

na tylne siedzenie. - Ten poŜar potrwa lata. MoŜe wieczność. Zapomnij o całej 

sprawie, Chee.

- Dokąd jedziesz?

- Do Wenezueli, Indonezji, na Alaskę. - Piggot wsiadł za kierownicę. - Tam, 

gdzie ludzie umieją robić interesy. Muszę ich tylko znaleźć.

- PrzecieŜ mamy kontrakt! - krzyczał Chee za oddalającym się samochodem. 

background image

Patrzył na znikające tylne światła cadillaca, a potem skierował wzrok na kanion, w 

którym szły z dymem dwa miliony dolarów.

Jedno z laboratoriów na kołach podjechało na miejsce zwolnione przez 

Piggota. Młody oficer dochodzeniowy, odziany w skafander ochronny, spojrzał 

ciekawie na Youngmana i Anne, po czym zameldował się Chee.

- Nie mam pojęcia, kiedy będziemy w stanie sprawdzić tę grotę. Ale 

najwaŜniejsze jest to, czy wszystkie nietoperze zginęły.

- Zapytaj jego. - Chee wzruszył ramionami i odszedł zdegustowany.

Oficer niepewnie zbliŜył się do Youngmana. Indianin był rozebrany do pasa, 

miał oczy czerwone jak u królika.

- Nie Ŝyją - powiedział Youngman.

- Mam nadzieję, Ŝe się pan nie myli. JeŜeli to prawda, to usunięty został 

najwaŜniejszy czynnik w roznoszeniu choroby i teraz pozostanie tylko dalsza 

kwarantanna. - Oficer przyjrzał się uwaŜniej Youngmanowi. - JeŜeli pan mnie 

właściwie rozumie.

Niepewność oficera przywiodła Youngmanowi na myśl Paine'a.

- Staram się - powiedział Youngman.

- Jak rozumiem, w jaskini został jakiś człowiek?

- W kopalni.

- Przyjaciel?

- Tak. - Youngman spojrzał na Anne. - Hopi wiele mu zawdzięczają.

Oficer pilnie notował. Zapytał Anne o poŜar, o jaskinię, o nietoperze; 

odpowiedziała, Ŝe uŜyli benzyny, Ŝe była to zwykła jaskinia i Ŝe Ŝaden nietoperz nie 

uciekł. Mówiąc, trzymała Youngmana pod rękę. Po spisaniu zeznań oficer sprawiał 

wraŜenie bardzo zadowolonego.

- Dziękuję państwu. Jedzie juŜ po was karetka pogotowia. Spędzicie kilka dni 

pod obserwacją w szpitalu, ale jestem pewien, Ŝe taki odpoczynek dobrze wam zrobi. 

Wasza ucieczka zakrawa na cud.

- Tak pan sądzi? - zapytał Youngman.

- No... tak. - Oficer zaczerwienił się. - Zupełnie niewiarygodna historia.

- Dobrze.

Oficer, nieco speszony, wrócił do swego samochodu i odjechał w kierunku 

wozów straŜackich.

Youngman otulił Anne swoim kocem, tak Ŝe mogli się o siebie nawzajem 

background image

oprzeć. Niebo wokół kanionu zaczęło juŜ blednąc.

- Chcesz zrobić z Paine'a bohatera, prawda? - zapytała Anne.

- Bo nim był.

Tak jak Abner i Harold, a nawet Chee. NaleŜy wszystkim oddać 

sprawiedliwość, pomyślał Youngman. Wszystkim, tylko nie jemu.

- Ale to przecieŜ twoja zasługa - powiedziała.

- Nie wiem, co zrobiłem. Mam nadzieję, Ŝe nikt się nigdy nie dowie.

Ś

wiatło poranka wydobyło z mroku kontury kanionu. RóŜnokolorowe ściany z 

piaskowca były jednolicie pokryte sadzą. Wypalone wierzchołki nosiły czarne maski. 

Czarny dym unosił się nad pogorzeliskiem.

- Mam nadzieję, Ŝe sam nigdy się o tym nie dowiem.

Blask płomieni przypominał gwiazdy świata, który umarł i zapadł się sam w 

sobie. Za plecami Youngmana wstawało słońce, a gwiazdy gasły jedna po drugiej.