background image

Arthur Conan Doyle

 

 
 

Duet 

z przygodnie stosowanym 

chórem 

 

Tytuł oryginału The Duet 

background image

Opracowano  na  podstawie  wydania  z  roku  1914,  w  przekładzie  anonimowym, 

opublikowanego  nakładem  „Słowa  Polskiego”  we  Lwowie.  Egzemplarz  udostępniła 
Biblioteka Główna Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu 

background image

Do Pani Maud Crosse 

 

Droga  Maud!  Wszystkie  dwuwioslowe  łódeczki,  które  wyruszają  w  podróż  po  wielkim 

oceanie  życia  potrzebują  map,  które  wskazywałyby  im  kierunek.  Każda  wyrusza  ochoczo,  a 
wioślarze z ufnością patrzą w przyszłość. Liczymy jednak wiele nieszczęśliwych wypadków, bo 
podróż łatwa nie jest, po drodze zdarzają się skały i mielizny. Przedstawiam tu parę kartek z 
Twego życia. Opowiadają o dniach spokojnych i burzliwych, burzliwych wzruszeniami, które 
wydają się niegroźne oglądane z wysoka, z pokładu olbrzymiego statku, ale stanowią poważne 
niebezpieczeństwo  dla  małych  dwuwiosłowych  łódek.  Jeżeli  Twój  przykład  powrotu  do 
równowagi  może pomóc komuś innemu w uspokojeniu się, wiem, że wynagrodzi Ci  to  moje 
wtargnięcie w Twe prywatne sprawy.
 

Niech wasza podróż przejdzie tak, jak jej początek, a gdy kiedyś wiosła wypadną wam ze 

znużonych rąk, niech znajdą się inne kochające dłonie, by je z gotowością pochwycić. A zatem 
wesołej podróży! Przyjaciel Twój na zawsze.
 

 

Autor 

background image

U

WERTURA

 

O

 DATĘ

 

 
Woking,  20 maja.  Najdroższa Maud! Matka Twoja zaproponowała, a my zgodziliśmy się 

na  to,  że  ślub  odbędzie  się  z  początkiem  września.  Czy  nie  myślisz,  że  można  by  zmienić 
termin na 3 sierpnia? Będzie to środa i dzień ze wszech miar odpowiedni. Postaraj się zmienić 
datę, gdyż jest dogodniejsza z wielu względów. Z niecierpliwością oczekuję odpowiedzi. A 
teraz najdroższa… (reszta nas nie obchodzi). 

St.  Albans,  22  maja.  Najdroższy  Franku!  Mama  nie  sprzeciwia  się  dacie  3  sierpnia,  a  ja 

gotowa  jestem  uczynić  wszystko,  co  sprawi  przyjemność  Tobie  i  jej.  Naturalnie  trzeba 
zmienić zaproszenia oraz przynaglić krawcową i innych dostawców, ale nie wątpię, że to da 
się zrobić. Ach Franku!… (następne nie jest objęte naszym programem). 

Woking,  25  maja.  Najdroższa  Maud!  Myślałem  właśnie  o  zmianie  daty  i  przypomniałem 

sobie,  że  pierwszego  sierpnia  zaczynają  się  ferie  bankowe  i  podróż  w  tym  czasie  nie  jest 
przyjemna.  Zdaje  się,  że  powinniśmy  przyspieszyć  ślub.  Pomyśl  na  przykład,  jak  niemiła 
byłaby  dla  wuja  Józefa  podróż  z  Edynburga  z  tłumem  bankowców  i  ich  rodzin.  Byłoby  z 
naszej strony egoizmem nie ułożyć projektów tak, by chronić gości od niewygód. Wszystko 
to wziąwszy pod uwagę, myślę, że dzień 20 lipca, również środa, byłby najodpowiedniejszy. 
Mam  nadzieję,  kochanie,  że  wytężysz  wszelkie  siły,  aby  przekonać  mamę.  Gdy  pomyślę… 
(to zbacza z tematu). 

St.  Albans,  27  maja.  Najdroższy  Franku!  Myślę,  że  to  co  pisałeś  o  pierwotnym  terminie, 

jest bardzo względne. Nadzwyczaj to z Twojej strony uprzejmie, że myślisz o wuju Józefie. 
Rzeczywiście nie byłoby mu przyjemnie podróżować w tych warunkach i musimy zapobiec 
temu.  Jest  tylko  jedna  poważna  przeszkoda,  którą  podaje  mama.  To  mianowicie,  że  wuj 
Perciwal,  drugi  brat  mamy,  przyjeżdża  z  Indii  specjalnie  na  ślub.  (Pomyśl  Franku:  n a s z  
ś l u b ).  On  mnie  zawsze  bardzo  kochał  i  mógłby  czuć  się  dotknięty,  gdyby  ślub  odbył  się 
przed  jego  przyjazdem.  Nie  sądzisz,  że  dobrze  byłoby  poczekać?  Mama  pozostawia  to  do 
osądzenia Tobie, zrobimy jak uznasz za stosowne. Franku! (Reszta jest poufna). 

Woking,  29  maja.  Najdroższa!  Zdaje  mi  się,  że  nierozsądne  ze  strony  wuja  Perci  wala 

byłoby  czuć  urazę,  że  w  wyborze  terminu  tak  dla  nas  ważnego  nie  oglądamy  się  na  jego 
przyjazd. Myślę, że po namyśle obie z mamą tak się na to zapatrujecie. Jednak uwaga Twoja 
w  jednym  nadzwyczaj  jest  trafna.  Byłoby  rzeczywiście  nietaktownie  urządzać  wesele 
b e z p o ś r e d n i o   przed  przyjazdem  wuja.  Przypuszczam,  że  wtedy  miałby  prawo  czuć  się 
dotknięty. Aby więc uprzedzić wszelkie rozżalenie, może Ty i matka Twoja zgodzicie się, że 
lepiej  będzie,  jeżeli  datę  ślubu  oznaczymy  na  7  lipca.  Będzie  to  czwartek.  Czytając  Twój 
ostatni list… (reszta nas nie obchodzi). 

St.  Albans,  1  czerwca.  Mój  Franku!  Przekonana  jestem,  że  masz  rację  mówiąc,  że  nie 

trzeba  urządzać  wesela  przed  samym  przyjazdem  wuja  Perciwala.  Przykro  by  nam  było 
dotknąć  go  w  jakikolwiek  sposób.  Mama  chodziła  do  pani  Mortimer  porozumieć  się  co  do 
sukien.  Ta  powiedziała,  że  robota  może  być  przyspieszona  i  wszystko  będzie  gotowe  do  7 
lipca. Jest ona bardzo poczciwą osobą, a jej suknie leżą cudownie. O Franku, to już tylko parę 
tygodni i… 

Woking,  3  czerwca.  Moja  najdroższa  Maud!  Jakie  dobre  jesteście  obie  z  matką 

przychylając się do moich propozycji. Tylko proszę nie kłopoczcie się sukniami. Potrzebujesz 
jedynie  kostiumu  podróżnego  do  ślubu,  a  resztę  wyślą  za  nami.  Jestem  pewien,  że  biała 
suknia  z  czarnym  paskiem  —  ta,  w  której  grałaś  w  tenisa  u  Arlingtonów,  wystarczyłaby 
zupełnie.  Wtedy  wyglądałaś  w  niej  wprost  cudownie.  Zdaje  się,  że  lubisz  ją  najbardziej  ze 

background image

wszystkich. Miałaś ją na sobie wtedy, gdy… pamiętasz! Wszystkie swe suknie musisz mieć 
zawsze! Ileż wspomnień jest z nimi związanych? Chcę cię w nich widywać całe lata. 

To wszystko piszę, aby wytłumaczyć, że skoro masz tyle ładnych sukien, nie powinno ci 

zależeć na pani Mortimer. Jeżeli się z robotą spóźni, rzeczy te przydadzą się potem. Nie chcę 
uchodzić za egoistę i niewyrozumiałego, ale moja najmilsza, byłoby przesadą pozwolić, aby 
mój krawiec lub Twoja krawcowa stali się przeszkodą w zawarciu małżeństwa. Ja chcę mieć 
Ciebie, Twoją zgrabną,  drogą osóbkę;  abyś tylko miała Twój „weselny  kabacik”, jak mówi 
poeta  Burns.  A  teraz  posłuchaj!  Pragnę,  abyś  wpłynęła  na  matkę  i  zjednała  ją  dla  zmiany, 
drobnej tym razem, w naszych projektach. Im wcześniej wyjedziemy w podróż poślubną, tym 
hotele będą mniej  przepełnione. Chciałbym,  aby pierwsza Twoja podróż ze mną odbyła się 
bez  śladu  niewygody.  W  lipcu  cały  świat  wyrusza  na  wakacje.  Gdybyśmy  wyjechali  z 
końcem  czerwca,  uprzedzilibyśmy  wszystkich.  W  tym,  tym  miesiącu!  Spróbuj  to  ułożyć 
najmilsza; dzień 30 czerwca, wtorek, byłby doskonały. W urzędzie obeszliby się beze mnie. 
W ten sposób mielibyśmy dość czasu na zapowiedzi, zaczynając od tej niedzieli. Oddaję Ci tę 
sprawę, staraj się ją przeprowadzić. 

St.  Albans,  4  czerwca.  Najdroższy  Franku!  Mało  brakowało,  a  musielibyśmy  wołać 

doktora  po  nadejściu  Twego  ostatniego  listu.  Mama  prawie  spazmów  dostała,  gdy  jej 
przeczytałam wyjątki. Jak to ja, jedyna córka, miałabym brać ślub w starej sukni. Ty bywasz 
czasem  nadzwyczajny.  Albo  ta  myśl,  abym  wszystko  nosiła  latami.  Zrobię  to  czasem  dla 
Ciebie,  jak  będziemy  zupełnie  sami,  ale  te  suknie  już  teraz  są  niemodne.  Gdybyś  za  rok 
zobaczył  Twoją  elegancką  żoneczkę  w  sukni  z  wąskimi  rękawami  (w  towarzystwie  pań 
ustrojonych w bufy), nie pocieszyłbyś się myślą, że to w tej sukni po raz pierwszy… wiesz! 

Prawdę  mówiąc,  muszę  mieć  ślubną  suknię.  W  przeciwnym  razie  mama  nie  uważałaby 

naszego małżeństwa za ważne. Gdybyś wiedział, jaka będzie śliczna, nie sprzeciwiałbyś się 
temu.  Wyobraź  sobie:  srebrnawopopielata,  wiem,  że  lubisz  popielaty  kolor,  trochę  białej 
koronki  przy  kołnierzu  i  mankietach  oraz  cudny  haft  z  perełek.  Do  tego  kapelusz 
jasnopopielaty z piórem i błyszczącą klamrą. Te wszystkie szczegóły mało Cię zajmują, mój 
panie, ale będzie Ci się podobał ten strój, gdy go ujrzysz. Ucieleśnia on Twój ideał gustownej 
skromności, który to sposób ubierania się jest w wyobrażeniu wszystkich panów oszczędny, 
dopóki nie mają żon i nie widzą rachunków od krawca. 

Krawcowa powiada, że gdy popracuje parę nocy, wykończy wszystko do 30. Franku, czy 

to  możliwe! Od wtorku trzy tygodnie. A zapowiedzi! Ze strachem  myślę o tym  wszystkim. 
Drogi  chłopcze,  czy  ja  Ci  się  kiedyś  nie  znudzę?  Co  bym  zrobiła,  gdyby  się  tak  stało?  A 
najgorsze  jest  to,  że  Ty  mnie  w  ogóle  nie  znasz.  Ja mam  setki  wad,  a  Ty  jesteś  zaślepiony 
miłością  i  nie  widzisz  ich  wcale.  Ale  kiedyś  opadną  ci  łuski  z  oczu  i  zobaczysz  wszystkie. 
Toż  to  będzie  reakcja!  Zobaczysz,  jaka  jestem  samowolna,  leniwa,  roztrzepana,  w  ogóle 
nieznośna. Ale kocham Cię Franku z całego serca i duszy, licz na to. Dobrze się stało, że to 
napisałam, bo lepiej abyś wiedział, czego się możesz spodziewać. 

Powiesz sobie: Przynajmniej powiedziała wcześniej i nie jest gorsza niż obiecywała. 
Franku! Myśl o trzydziestym! 
PS. Zapomniałam dodać, że mam też popielatą z białym czapeczkę do sukni. Jest milusia. 
Zgodzili się więc co do wyboru daty. 

background image

U

WERTURY CIĄG DALSZY

 

W

 TONACJI MINOROWEJ

 

 
Woking, 7 czerwca. Najdroższa moja Maud! Tak bym chciał Cię widzieć, cały dzień byłem 

smutny… smutny, w głębokiej melancholii. Tęskniłem do Twego głosu; do dotknięcia ręki. 

Dlaczego desperuję ja, który za trzy tygodnie mam zostać mężem najmilszego dziewczęcia 

w całej Anglii? Pytam o to ciągle sam siebie i odpowiedź przychodzi — nieszczęsne sumienie 
męczy  mnie  ciągle.  Czuję,  że  mogę  zawieść  Twe  zaufanie,  że  winien  Ci  jestem 
zadośćuczynienie  i  nie  wiem  co  zrobić.  W  ostatnim  Twoim  liście  wspominasz,  że  jesteś 
roztrzepana. Nie, to nie Ty, ale ja i to w najgorszym znaczeniu tego słowa, od dnia, w którym 
Cię pokochałem. Tak zapamiętałem się w mojej miłości, tak mi ona ozłociła wszystko, że ani 
razu nie spojrzałem w oczy prozie życia i nie omówiłem z Tobą realnych warunków naszego 
małżeństwa. I teraz, prawie w ostatniej chwili, przychodzi mi na myśl, że Cię namawiam na 
postępek, który może rzucić cień na Twą świetlaną egzystencję. 

Cóż mogę Ci ofiarować za to, co poświęcasz dla mnie? Siebie, moją miłość i wszystko co 

posiadam, ale jak to mało, razem zebrawszy. 

Ty!…  piękna,  dobra,  wesoła,  najmilsza  w  świecie;  a  ja?  Człowiek  przeciętny,  o  miernej 

przeszłości  i  nieskrystalizowanych  jeszcze  ambicjach  na  przyszłość.  To  partia  niewielka,  a 
właściwie  nędzna.  Masz  jeszcze  czas,  pomyśl,  a  jeżeli  uznasz,  że  Cię  to  może  za  drogo 
kosztować, cofnij się bez obawy cienia wyrzutu z mojej strony. Stawiasz na kartę całe swoje 
życie.  Nie  mogę  trzymać  Cię  za  słowo  dane  wtedy,  gdy  jeszcze  wszystkiego  tego  nie 
przemyślałaś.  Teraz,  gdy  Ci  to  wszystko  przedstawiłem,  będę  miał  sumienie  spokojne, 
cokolwiek się stanie; że oczy miałaś otwarte. 

Powinnaś porównać obecne swoje życie z tym, które Cię czeka. Ojciec Twój jest bogaty, a 

przynajmniej  dobrze  sytuowany  i  Ty  byłaś  przyzwyczajona  mieć  wszystko,  czego 
zapragnęłaś. O ile znam dobroć Twej matki, wiem, iż żadne Twe życzenie nie pozostało nie 
spełnione.  Żyłaś  bez  troski,  ubierałaś  się  ładnie;  obszerne  mieszkanie,  ogród,  psy,  ptaszki, 
pokojówka.  Żadnych  zgryzot,  żadnej  obawy  o  jutro.  Tak  sobie  dobrze  uprzytamniam  bieg 
Twych  zajęć:  rankami  muzyka,  śpiew,  ogrodnictwo,  książki;  po  południu  obowiązki 
towarzyskie,  wizyty,  goście,  później  tenis,  fortepian,  powrót  ojca  z  miasta,  miłe  kółko 
rodzinne;  od  czasu  do  czasu  odmiana,  przyjęcie  proszone,  tańce,  teatr,  i  tak  miesiąc  za 
miesiącem, rok za rokiem upływa, a Twoja buzia wesoła, pogodny charakter działa dobrze na 
otoczenie, co znowu promieniuje na Twoją własną egzystencję. Troska o byt materialny? To 
rzecz ojca. Gospodarstwo? To obowiązek matki. Żyłaś jak kwiat lub ptaszek, a czego od życia 
zażądałaś, dawało. 

A teraz musisz się zastanowić nad tym, co Ci życie obiecuje na przyszłość, jeżeli jeszcze 

chcesz je dzielić ze mną. 

Pozycja,  stanowisko?  Tego  ofiarować  Ci  nie  mogę,  kim  jest  zastępca  kasjera  w 

towarzystwie ubezpieczeń? Nawet nie ma o czym mówić. Gdyby Dinton umarł — co niech 
Bóg broni, bo jest najlepszym w świecie chłopcem — dostałbym jego miejsce. Poza tym nie 
mam  widoków  na  karierę.  Mam  wprawdzie  aspiracje  literackie,  kilka  krytyk  po 
miesięcznikach,  ale  zdaje  się,  że  do  niczego  wybitniejszego  w  tym  kierunku  nie  dojdę.  A 
dochody? Mam 400 f.szt. rocznie i tantiemy od interesów, które prowadzę. Ale to prawie nic. 
Ty dostaniesz 50, suma naszych dochodów pozostanie większa niż 400, ale mniejsza niż 500 
f.szt.  Czy  pomyślałaś  o  tym,  że  trzeba  będzie  porzucić  piękną  willę  w  St.  Albans,  salony, 
pokój bilardowy, taras i zamieszkać w małym domku z ogródkiem w Woking, wynajętym za 
50  f.szt.  A  gospodarstwo?  Trzeba  będzie  wysiłku,  aby  zachować  pozory  zamożności  przy 
ograniczonych  dochodach.  Gryzę  się,  bo  czuję,  że  wychodzisz  za  mnie  nie  podejrzewając 

background image

długiej, uciążliwej walki o byt, którą masz przed sobą. Maud, ukochana Maud, czuję, że za 
wiele poświęcasz dla mnie. Gdybym był prawdziwym mężczyzną, powiedziałbym: Zapomnij 
o  mnie,  zapomnij  o  wszystkim.  Niech  ten  okres  będzie  epizodem  wykreślonym  z  Twego 
życia. Możesz znaleźć lepszego — ja i moja miłość mogą zakryć słońce, które rozświetla Twą 
egzystencję. Jesteś taka delikatna i wdzięczna, jakże mogę myśleć o tym, aby Cię wciągnąć w 
krąg wyczerpujących trosk życiowych i kłopotów związanych z rządzeniem domem. 

Myślę o Twym wdzięku, elegancji, czarującym sposobie bycia; nie, stworzona jesteś, aby 

żyć  życiem  i  oddychać  atmosferą,  jaka  Cię  dotąd  otaczała.  A  ja  wykorzystuję  niegodnie  to 
szczęście, że się Tobie podobałem… Jestem potworem samolubstwa, pozwalając Ci zejść w 
to, nad czym widzę Twoją wyższość. A co Ci daję w zamian? 

Te  i  tym  podobne  myśli  przychodzą  mi  ciągle  do  głowy  i  doprowadzają  do  rozpaczy. 

Wspominałem  Ci,  że  miewam  czasem  napady  czarnej  melancholii,  ale  nigdy  takie,  jak 
dzisiejszy. Nie życzę najgorszemu wrogowi, aby był tak nieszczęśliwy jak ja. Napisz do mnie, 
najmilsza Maud, i powiedz, co myślisz o tym wszystkim. Czy masz odwagę, czy nie boisz się 
zmian; a może ja mam rację? List otrzymasz rano, a wieczorem mogę już mieć odpowiedź, 
jeżeli złapię listonosza. 

Wilson był dziś u mnie i zakrzyczał mnie głupim gadaniem, podczas gdy moje myśli były 

przy tej sprawie. Wprawił mnie w usposobienie wprost samobójcze, ale przypuszczam, że nie 
byłem  dla  niego  niegrzeczny  i  uśmiechałem  się  przez  cały  czas.  Ciekawe,  co  lepiej:  być 
uprzejmym  hipokrytą,  czy  niegościnnym  a  szczerym.  Żegnaj  najdroższa,  tym  droższa,  im 
więcej się boję, że Cię mogę utracić. Twój na zawsze. 

St.  Albans,  8  czerwca.  Franku,  na  miłość  boską,  wytłumacz  mi,  co  ma  znaczyć  Twój 

ostatni list. Mówisz tak, jakby nasza miłość była rzeczą, którą można zmienić lub skasować. 
Ależ Ty nie potrafiłbyś wyrwać tej miłości z mego serca. Ty chyba nie wiesz, czym stałeś się 
dla mnie, moim skarbem, moim szczęściem, moim wszystkim. Ja życie bym dała za Ciebie; 
każde uderzenie mego serca należy do Ciebie. Każda moja myśl do Ciebie się zwraca i to od 
początku,  od  owego  wieczoru  u  Arlingtonów.  Miłość  moja  jest  tak  wielka,  tak  silna,  że 
ogarnia  całe  moje  jestestwo,  jest  sprężyną  wszystkich  moich  .  czynów.  To  szczęście  mego 
życia i zmienić tego nie można, tak jak serca nie można zatrzymać w piersiach. 

Jak Ty możesz, jak możesz mówić o takich rzeczach, kiedy ja wiem, że mnie kochasz tak 

samo  jak  ja  Ciebie,  inaczej  nie  mogłabym  pisać  tego  co  piszę.  Jestem  za  dumna  na  to,  aby 
odsłaniać  swe  wnętrze.  Ale  uważam,  że  taka  duma  nie  jest  na  miejscu,  kiedy  każde 
niezrozumienie może nam złamać życie. Pożegnałabym Cię sama, gdybym czuła, że Twoja 
miłość znikła lub zmniejszyła się, ale wiem, że tak nie jest. Mój drogi, gdybyś wiedział, jak 
straszna jest myśl o rozłące, to byś jej nawet nie dopuścił do siebie. Sama możliwość wydaje 
się okropna. Gdy czytałam Twój list, o mało nie zemdlałam; pisać nawet nie mogę. Franku, 
nie odbieraj mi mojej miłości, ja bym tego nie zniosła, ona jest dla mnie wszystkim. Gdybyś 
mnie  teraz  zobaczył,  scałowałbyś  zaraz  te  brzydkie,  palące  łzy.  Czuję  się  słaba  i 
nieszczęśliwa,  nie  mogę  nawet  dokładnie  zgłębić  Twego  listu,  wiem  tylko,  że  piszesz  o 
zerwaniu i że jestem zmęczona i biedna. 

Telegram: Frank Crosse do panny Maud Selby, willa Lam, St. Albans: „Wyjeżdżam stąd 

dziś, ósma piętnaście wieczorem, przyjadę o północy”. 

St. Albans, 10 czerwca. Jak to cudownie z Twojej strony, drogi chłopcze, przejechać dwa 

hrabstwa,  pobawić  parę  godzin,  by  mnie  pocieszyć  i  wyjaśnić  wszystko.  Naturalnie,  że  to 
śmieszne  wziąć  Twój  list  tak  bardzo  do  serca;  ale  gdy  czytałam  słowa:  „zastanowić  się, 
zerwać”,  tak  mnie  to  stropiło,  że  już  nie  mogłam  patrzyć  trzeźwo  na  resztę.  Samo  słowo 
„rozłąka” trzeba by napisać ognistymi literami, które wżerają się w serce. Wtedy napisałam 
głupi  list  do  mojego  chłopaka  i  biedak  przyjechał  o  północy  w  stanie  umysłu  godnym 
pożałowania. 

Nigdy ci tego nie zapomnę. 

background image

Przykro mi, że byłam taka głupia, ale przyznać muszę, że i Ty nie okazałeś się zbyt mądry. 

Ta  myśl,  że  ja  zakochawszy  się  w  kimś,  mogę  się  zniechęcić  jego  skromnym  domem  lub 
małymi dochodami! Śmieję się na myśl o tym. Czy myślisz, że szczęście kobiety zależy od 
tego, czy ma kilka salonów i pokój bilardowy albo swego psa i inne przedmioty zbytku, które 
wymieniałeś?  Ależ  to  są  dodatki,  to  nie  jest  istota  szczęścia.  Ty  i  Twoja  miłość,  oto  istota 
szczęścia! Ktoś mnie kocha i będzie kochał z całego serca, ja jego tak samo; jak uczucie to 
wszystko wokół mnie zmienia i upiększa. Zawsze myślałam, że chcę spotkać w życiu wielką 
miłość i oto doznaję jej. Powiadasz, że zaciemnisz horyzont mego życia — ależ Ty sam jesteś 
moim  życiem,  gdybyś  znikł  z  niego  cóż  by  zostało?  Mówisz  o  moim  szczęściu  nim  cię 
poznałam — jakie wszystko było czcze i puste! Czytałam, grałam, śpiewałam, wszystko jak 
mówisz, ale po co? Mama tak sobie życzyła, ale właściwego celu w tym nie było. Wtedy ty 
wszedłeś  w  moje  życie  i  wszystko  się  zmieniło;  czytam,  bo  lubisz  rozmawiać  ze  mną  o 
przeczytanych książkach. Gram, bo lubisz muzykę. Śpiewam, aby Tobie zrobić przyjemność. 
We  wszystkim  czym  się  zajmuję,  towarzyszysz  mi  w  myśli.  Staram  się  być  coraz  lepsza  i 
szlachetniejsza, bo chcę być choć w części warta miłości, którą masz dla mnie. A Ty mówisz, 
że  zaciemnisz  mi  życie.  Ale  teraz  już  wiesz.  Moje  życie  jest  wiele  warte,  bo  wypełnia  je 
miłość.  Jest  ona  kamieniem  węgielnym  mego  życia,  motorem,  każe  mi  wykorzystać  każdy 
mój  talent,  najmniejsze  uzdolnienie.  Jakże  mogłabym  tak  czuć,  gdybym  nie  wiedziała,  że 
uczucie Twoje jest równie głębokie? Niemożliwe byłoby uznać wielką, jedyną miłość mego 
życia za uczucie połowiczne, niezdecydowane. Mam nadzieję, że już nigdy nie pomyślisz, iż 
względy materialne mogą zachwiać naszą miłością. Ale dosyć słów serio! Mama była mocno 
zdziwiona  Twoim  wpadnięciem  o  północy  i  równie  gwałtownym  wyjazdem  raniutko. 
Kochany  chłopcze!  Już  nigdy  nie  pozwolisz  się  opanować  złemu  humorowi  i  czarnym 
myślom, prawda? Jeżeli chcesz im koniecznie podlegać, to masz czas tylko do trzydziestego, 
bo potem nie pozwolę. 

Woking,  11  czerwca.  Najdroższa  dziewczynko!  Jakaś  Ty  miła,  dobra,  słodka. 

Odczytywałem kilkakrotnie Twój list, by się coraz bardziej upewniać, że stoisz o wiele wyżej 
ode  mnie.  Twoje  pojęcie  miłości  jest  wzniosłe  i  pozbawione  egoizmu.  Głupcem  byłem 
myśląc, że względy materialne mogłyby nią zachwiać. A jednak to miłość właśnie poddawała 
mi skrupuły, że przeze mnie może Ci być źle na świecie i dlatego napisałem ów list. Prawie 
się  cieszę,  że  była  mała  burza,  bo  o  ile  weselszy  wydaje  się  potem  blask  słońca!  Przez  to 
poznałem Cię lepiej i głębiej wejrzałem w Twoją duszę. Wiedziałem, że miłość jest po prostu 
rdzeniem mej duszy trudno jest uczucia określać słowami — ale nie śmiałem przypuszczać, 
że  ona  i  z  Twojej  strony  jest  tak  głęboka.  Jakoś  dziś,  w  czasach  tenisa  i  five  o’clocków, 
wielka namiętność, taka, o jakiej czytamy w poezji i powieściach wydaje się nie na miejscu. 
Myślałem, że gdybym Ci wyjawił to, co czuję, to bym Cię zdziwił, a może przestraszył. A tu 
Ty napisałaś dwa listy, które zawierają właśnie to, co byłbym powiedział, szczerze i z głębi 
serca. To są moje własne uczucia i nie ma tam ani jednej myśli, której bym nie podzielał. O 
Maud! Ja często piszę i mówię lekko, żartobliwie, ale wiedz, że na całym świecie nikt nigdy 
nie  kochał  żadnej  kobiety  bardziej  niż  ja  Ciebie.  Niech  się  dzieje  co  chce,  do  śmierci  i  do 
skończenia świata Tyś dla mnie jedyna. Dopóki będziesz przy mnie, nie dbam o to, co złego 
przyszłość przynieść może. Gdyby Cię zabrakło, cały świat nie zapełniłby próżni. Mówisz, że 
stałem  się  motorem  Twego  życia,  że  czytasz  chętniej,  uczysz  się  więcej,  wszystko  Cię 
bardziej interesuje. Nie mogłaś wynaleźć nic, co sprawiłoby mi większą przyjemność. 

To  jest  cudowne,  to  po  części  usprawiedliwia  moje  pragnienie  złączenia  naszych 

egzystencji.  To  uspokaja  moje  sumienie  pełne  skrupułów.  Dobrze  się  stało,  jeżeli  taki  jest 
rezultat. Czuję się szczęśliwy i swobodny odkąd dowiedziałem się o tym. To niemożliwe, aby 
mój wpływ doskonalił Cię, ale skoro to mówisz, mogę się tylko cieszyć i dziwić. 

Rupton  Hale,  jeden  z  moich  nielicznych  przyjaciół,  pesymistycznie  zapatruje  się  na 

kobiety. Grałem z nim w środę po południu w golfa i dyskutowaliśmy o intelekcie kobiecym. 

background image

Twierdzi,  że  kobiety  nie  mają  swego  zdania,  ale  zawsze  umysł  ich  odbija  jakieś  światło, 
którego w tej chwili nie widać. Przyznawał im jedynie nadzwyczajną łatwość przyswajania 
cudzych  zapatrywań.  Na  to  przytoczyłem  parę  bardzo  sprytnych  uwag,  które  słyszałem  od 
jednej  pani.  „To  siady  wrażenia,  które  jakiś  mężczyzna  ostatnio  na  niej  wywarł”  — 
odpowiedział.  Według  jego  teorii  w  rozmowie  z  kobietą  można  odnaleźć  ostatniego 
mężczyznę, który miał na nią wpływ. „Ona będzie odbiciem człowieka, który z nią ostatnio 
rozmawiał”. Nie było to uprzejme, ale niezupełnie pozbawione słuszności. 

Najdroższy  skarbie,  nim  skończę,  pozwól  powiedzieć,  że  jeżeli  wniosłem  promień  w 

Twoje życie, to Ty o wiele, wiele więcej rozjaśniłaś moje. Zdaje się, że dusza moja dopiero 
od naszego poznania się zaczęła żyć pełnią. Byłem przedtem taki małostkowy, samolubny, a 
życie  miałem  ciężkie,  głupie  i  bezcelowe.  Chodzić,  spać,  jeść,  a  potem  umrzeć,  jakież  to 
trywialne  i  materialistyczne.  A  teraz  mury  zacieśniające  horyzont  opadły  i  otacza  mnie 
bezgraniczna  przestrzeń.  Wszystko  wydaje  się  piękniejsze:  most  na  Tamizie,  ulica  Króla 
Wilhelma,  plac  Abschurch,  ciasna  klatka  biurowa,  samo  biuro,  wszystko  zostało  owiane 
nieznanym  urokiem.  Chodzę  teraz  prędzej  i  głębiej  oddycham.  A  i  lepszy  jestem.  Sam  Pan 
Bóg  wie  jak  bardzo  tego  potrzebowałem.  Staram—się  stworzyć  ideał  i  postępować  według 
niego. Czuję, że to nieuczciwe dać się postawić na piedestale, podczas gdy najstosowniejsza 
byłaby mysia dziura, w której mógłbym się skryć razem z mymi wadami. Jestem podobny do 
tego człowieka, o którym Browning pisze, że opłakiwał plamy na swej zbrudzonej duszy, ale 
radował  się  jasnością  bijącą  od  jego  pani.  A  więc  moja  droga,  mała,  jasna  pani,  dobranoc 
serdeczna, jedyna i na zawsze kochana. 

Sobota,  sobota,  sobota.  Ach,  jak  mi  spieszno  do  soboty,  kiedy  Cię  mam  zobaczyć. 

Pójdziemy w niedzielę posłuchać zapowiedzi. 

background image

Z

AKOŃCZENIE UWERTURY

 

 
St.  Albans,  14  czerwca.  Najdroższy  Franku!  Okropnie  to  nieprzyjemna  rzecz  usłyszeć 

swoje  imię  publicznie  wygłoszone;  a  jaki  donośny  głos  ma  proboszcz.  Powiedział  jedynie: 
„Maud  Selby  z  tej  parani”,  jakby  cała  parana  miała  wiedzieć,  a  potem  o  Tobie  już  bez 
przycisku. Zdaje się, że nie uważał nazwiska Franciszka Crosse z Woking za coś mogącego 
wszystkich  zainteresować.  Ale  gdy  po  zapytaniu,  czy  nikt  nie  zna  przeszkody  w  naszym 
połączeniu,  spojrzał  wyczekująco  wokół,  przeszedł  mnie  dreszcz;  zdawało  się,  że  ktoś 
wyskoczy  jak  diabeł  z  pudełka  i  zrobi  scenę  w  kościele.  Odetchnęłam,  gdy  ksiądz  zmienił 
temat.  Schowałam  twarz  w  dłonie,  ale  czułam,  że  się  czerwienię.  Popatrzyłam  spomiędzy 
palców  na  Ciebie,  a  Ty  siedziałeś  spokojnie  i  miałeś  taką  minę  jakby  Ci  to  robiło 
przyjemność. Na przyszły  tydzień pójdziemy do  kościoła po południu. Tatuś  wcale tam nie 
uczęszcza  od  czasu  jak  sprowadzili  nowego  organistę;  powiada,  że  nie  może  znieść  tego 
rzępolenia! 

Jak nam było dobrze razem, nigdy tego nie zapomnę. Jaki Ty jesteś dla mnie dobry, mój 

Franku. Mam nadzieję, że nie będziesz żałował tego, co czynisz. Wszystko jest dobrze teraz, 
póki  jestem  młoda  i  znajdujesz,  że  ładna.  Kontenta  jestem,  że  tak  myślisz,  ale  zarazem 
obowiązkiem  moim  jest  powiedzieć  Ci,  że  tak  nie  jest.  Nie  mam  pojęcia,  jak  to  odkryłeś; 
chyba  dlatego,  że  mnie  widujesz  obok  tatusia.  Gdybyś  mnie  zobaczył  przy  Nelly  Sheridan 
albo  innej  naprawdę  ładnej  pannie,  widziałbyś  różnicę.  Zdarzyło  się  szczęśliwie,  że  lubisz 
siwe  oczy  i  ciemne  włosy,  ale  to  nie  znaczy,  że  ja  jestem  rzeczywiście  ładna.  Byłoby  mi 
przykro,  gdyby  wszystko  polegało  na  nieporozumieniu  i  gdybyś  się  o  tym  przekonał. 
Powinieneś ten list schować jako „dowód klasyczny” (tak mówi tatuś); kiedyś Ci się przyda. 

Chciałabym  żebyś  mnie  teraz  zobaczył,  a  właściwie  wcale  bym  sobie  tego  nie  życzyła; 

jestem czerwona i zgrzana, a dlaczego? — bo uczę się gotować. Czy to nie jest głupie, że my 
panny uczymy się wyjątków z gramatyki francuskiej, geografii Chin, a nigdy nie ugotujemy 
najskromniejszej  potrawy.  To  jest  wprost  śmieszne.  Ale  na  naukę  nigdy  nie  jest  za  późno, 
toteż dziś sama poszłam do kuchni i upiekłam torcik. Nie masz pojęcia, ile rzeczy potrzeba do 
tego; myślałam, że kucharka żartuje, jak zaczęła kłaść przede mną te różności; zupełnie jak 
sztukmistrz  dający  przedstawienie.  Była  tam  miska  pusta  i  miska  pełna  krajanych  jabłek, 
stolnica i łyżki, jaja, masło, korzenie i naturalnie wanilia. Stłukłyśmy jaja i wrzucałyśmy do 
miski. Nie wyobrażasz sobie co za kłopot, gdy jajo upadnie obok miski; potem ucierałyśmy je 
z masłem, wanilią i wszystkim innym. Tarłam tak długo, że aż osłabłam zupełnie, nie dziwię 
się, że kucharki mają takie duże, grube ręce. Gdy się z tego zrobiło ciasto, rozwałkowałam je, 
nałożyłam  jabłek,  zawinęłam  i  piekłam  w  piecu,  aż  się  zrobiło  rumiane.  Wyglądało  bardzo 
ładnie  i  mama  powiedziała,  że  torcik  porządnie  zrobiony.  Trochę  był  ciężki  w  stosunku  do 
wielkości.  Mama  nie  chciała  skosztować,  bo  mówiła,  że  doktor  Fristram  nie  pochwaliłby 
tego, ja zjadłam kawałek i było wcale dobre. Mama powiedziała, że służba może wziąć tort na 
leguminę,  ale  oni  poradzili,  by  oddać  go  posługaczowi,  który  ma  dużo  dzieci.  Bardzo 
przyjemnie jest pomyśleć, że jest się komuś użyteczną. Wiesz, co zaszło dziś rano? Przysłali 
dwa prezenty ślubne. Pierwszy to ładne sztućce do ryby, podarunek od pani Janowej Beyrick, 
starej  znajomej  rodziców.  Bardzo  to  uprzejmie  z  jej  strony,  no  i  bardzo  ładny  garnitur. 
Drugim jest wspaniała torba z przyborami podróżnymi, od wuja Artura; na niej wybite litery 
M.C. Zaraz wykrzyknęłam: „Ach co za szkoda, dali złe litery”, a mama w śmiech. Myślę, że 
człowiek  prędko  się  do  tego  przyzwyczaja.  Jakbyś  się  czuł  gdybyś  to  Ty  miał  zmienić 
nazwisko? Nazywaliby Cię Selby, ale Ty czułbyś się zawsze Crossem. Ja nie żartuję teraz, ale 
kobiety  nieraz  żartują  niechcący.  Kiedyś  proboszcz  jechał  w  swoim  wózku,  a  mama 
powiedziała: „Jaki ładny tandem”. Chciała, zdaje się, powiedzieć: dogcart, ale tatuś uznał, że 
to  najzabawniejsza rzecz, jaką słyszał  w ostatnich czasach. Mama się cieszyła,  ale możliwe, 

background image

że do tej chwili nie wie, dlaczego to miało być zabawne. Okropnie głupie listy piszę; czy nie 
przeraża Cię myśl, że są dziełem osoby, z którą masz spędzić całe życie? Jakoś nie wydajesz 
się  tym  zaniepokojony.  To  odważnie  z  Twojej  strony.  Przypominam  sobie  teraz,  że  nie 
dokończyłam  kwestii,  którą  zaczęłam  ten  list.  Przypuściwszy  nawet,  że  jestem  ładna  (moja 
cera jest czasami okropna), powinieneś pamiętać o tym, jak prędko lata płyną i jak się kobieta 
łatwo starzeje. Ledwie się pobierzemy, a zacznę dostawać zmarszczek i tracić zęby. Biedaku, 
to będzie straszne dla Ciebie. Mężczyźni zmieniają się mało i z wolna. Nic im to zresztą nie 
szkodzi, bo nikt nie wychodzi za nich dlatego, że są ładni. I Ty Franku powinieneś żenić się 
za mną nie dla mego wyglądu, ale dla tego, kim jestem, dla mojej duszy, tak jakbym wcale 
nie miała ziemskiej powłoki. Ja Cię tak kocham, naturalnie ciało także. Sama nie wiem jak 
Cię kocham, tylko wiem, że gdy jesteś ze mną, zdaje mi się, że śnię. Żyję tą chwilą. Twoja na 
zawsze, Maud. 

PS. Tatuś nas przestraszył, przyjechał i powiedział, że cała rodzina posługacza ciężko się 

rozchorowała.  To  był  żart,  furman  w  drodze  powiedział  mu  o  moim  torciku.  Bardzo  to 
brzydko ze strony tatusia. 

Woking,  17  czerwca.  Chciałbym  bardzo,  żebyś  przyjechała  do  miasta  w  sobotę  rano. 

Wrócimy  do  St.  Albans  razem  wieczorem,  spędzimy  miło  cały  dzień.  O  niczym  więcej  nie 
myślę i liczę godziny. Proszę Cię, urządź to, niech Ci nic nie przeszkodzi. Ty zawsze zrobisz, 
co zechcesz. Nie zapieraj się, moja panno, bo tak jest. Spotkamy się przy budce księgarskiej 
na  dworcu  Charing  Cross  o  godzinie  pierwszej.  Gdyby  coś  Ci  miało  przeszkodzić, 
zatelegrafuj do klubu. Pójdziemy razem po sprawunki i możemy się dobrze zabawić. Powiedz 
matce, że przyjedziemy w sam raz na obiad. Upiecz drugi torcik, a ja go zjem. W biurze nie 
ma wiele pracy i obejdą się beze mnie. 

Dostałaś  więc  sztućce  do  ryby,  to  dziwne,  bo  i  ja  także  tego  samego  dnia  dostałem 

pierwszy prezent i w dodatku taki sam. Jeżeli dostaniemy jeszcze jeden, to zaprosimy kogoś 
ha  obiad  z  rybą,  albo  schowamy  aby  ofiarować  Twojej  przyjaciółce  Nelly  Sheridan,  gdy 
będzie  wychodzić  za  mąż.  To  się  przyda.  Dostałem  jeszcze  dwa  prezenty.  Jednym  jest 
maszynka spirytusowa „Tantalus”, od moich kolegów biurowych, a drugim para kandelabrów 
brązowych  od  klubu  krykietowego.  Ułożyli  to  tak,  że  nic  nie  wiedziałem  i  byłem  okropnie 
zdziwiony, gdy pewnego wieczoru zjawiła się deputacja. Na karcie był napis: „Niechaj Wasze 
uczucia będą wieczne, a szczęście bez chmur,, dopóki nie zdobędziesz stu punktów naraz”. 

Muszę  podzielić  się  z  Tobą  ważną  wiadomością;  przeglądałem  moje  rachunki,  zrobiłem 

bilans i spostrzegłem, że jestem winien ludziom więcej niż myślałem. Byłem zawsze trochę 
niedbały  i  nie  wiedziałem  jak  stoję.  Suma  wszystkich  rachunków  wynosi  około  stu  funtów. 
Największy,  42  funty,  przysłała  firma  krawiecka  na  Conduit  Street.  Obstalowałem  tam 
ubranie ślubne i to ich na razie uspokoi. Mam dość gotówki, aby zapłacić reszcie dłużników. I 
nie będziemy  potrzebowali oszczędzać podczas  podróży ślubnej. To byłoby okropne. Może 
między prezentami  znajdą się czeki? Miejmy nadzieję. Jest  jeszcze jedna ważna kwestia, w 
której muszę zasięgnąć Twojej rady. Mówiłaś, że nie powinienem mieć przed Tobą tajemnic, 
więc  powiem;  inaczej  bym  Cię  nie  nudził.  Chciałem  tę  rozmowę  odłożyć  do  soboty,  ale 
myślę,  że  lepiej  będzie,  jak  o  tym  pomyślisz  dłużej  i  wtedy  zadecydujemy.  Poręczyłem  za 
kogoś i to nieokreśloną bliżej sumę. To brzmi niepokojąco, prawda? Nie jest jednak tak źle, 
jak  się  zdaje,  bo  dotąd  nic  się  jeszcze  nie  stało.  Co  jednak  zrobić  z  tym  w  przyszłości. 
Odpowiedź  jest  łatwa.  To  poczciwy  człowiek,  agent  Towarzystwa  Ubezpieczeń;  miał 
zeszłego roku jakieś niedokładności w rachunkach. Byłby został wydalony, ale gdy poznałem 
jego  żonę  i  rodzinę,  nabrałem  przekonania,  że  tego  więcej  nie  będzie  i  uratowałem  go 
poręczeniem. Nazywa się Farintosh, jest jednym z tych miłych ludzi o słabym charakterze, do 
których  się  ma  słabość,  a  równocześnie  brak  zaufania.  Mogę  naturalnie  cofnąć  w  każdej 
chwili  moje  poręczenie,  ale  byłoby  to  dla  niego  gromem  z  jasnego  nieba  i  ruiną  dla  całej 
rodziny.  Nie  powinno  się,  moim  zdaniem,  stając  u  wrót  własnego  szczęścia,  czynić  kogoś 

background image

nieszczęśliwym.  Będziemy  jeszcze  o  tym  mówić  i  zrobię  tak,  jak  mi  poradzisz.  Nie 
zapominaj,  że  jestem  odpowiedzialny  tylko  w  razie  wykroczenia  z  jego  strony,  a  myślę,  że 
tego nie będzie po otrzymanej nauce. 

Mam nadzieję, że przyszłe nasze mieszkanie będzie doskonałe. Nazywa się „Pod lipami”, 

na  Maybury  Road,  jakieś  pięć  minut  od  stacji.  Gdybyście  z  matką  mogły  się  wybrać  we 
wtorek lub środę, wziąłbym urlop na pół dnia i pojechalibyśmy razem oglądać je. Przed willą 
jest ładny gazon, a z tyłu ogródek, oranżeryjka (nawet); jadalny pokój i salon na parterze. W 
każdym  pokoju  zmieścić  można  naraz  pięć  osób.  Podczas  przyjęć  będziemy  musieli 
wywieszać  tabliczki  z  napisami:  „W  jadalni  pełno”,  „W  salonie  pełno”,  „Jest  miejsce  w 
oranżerii”.  Są  też  dwie  sypialnie,  duża  garderoba  i  skład.  Kucharka  i  pokojowa  wystarczą 
nam  zupełnie.  A  na  dodatek  niedrogo,  jakby  dla  nas  zbudowane.  Wprawdzie  Rupton  Hale 
powiada, że trzeba będzie uważać, aby się wciąż o ściany nie ocierać, a jak się będzie chciało 
kichnąć, to lepiej wyjść do ogrodu, ale to są żarty. 

Co  za  głupi  list,  mam  nadzieję,  że  w  sobotę  lepiej  wypadnę.  To  zależy  zawsze  od 

chwilowego  nastroju;  czasem  jestem  inny  niż  bym  chciał,  a  nieraz  nawet  inny  niż 
powinienem  być.  Chciałbym  uprzyjemnić  Ci  sobotę,  ostatnią  wspólną  wycieczkę  przed 
„owym” dniem. Bywały czasy, w których byłem nieznośny i to wtedy, gdy chciałem Ci się 
najbardziej  podobać.  Ale  Ty  jesteś  zawsze  miła,  dobra  i  spokojna.  Więc  do  soboty,  moje 
kochanie; Twój na zawsze Frank. 

PS. Dodaję, że nadszedł wspaniały garnitur do ryby z naszymi inicjałami od pani Preston, 

dawnej  znajomej  mego  ojca.  Byłem  wczoraj  w  magazynie  Spółki  Złotników  i  kupiłem… 
zgadnij co? Wygląda prześlicznie na swojej białej, atłasowej podściółce. Ja je lubię szerokie i 
płaskie,  myślę,  że  Ci  się  będzie  podobała.  Dziwne  mam  uczucie,  patrząc  na  nią:  niech  się 
stanie co chce, w słońce czy niepogodę, radość czy zgryzotę, ona będzie z nami, będzie nas 
łączyła i będziemy ją widzieli do tej chwili, dopóki nasze oczy w ogóle będą coś rozróżniać. 
— Sobota, sobota, sobota. 

background image

D

WIE ARIE SOLOWE

 

 
Mieli się spotkać przy budce księgarskiej na Charing Cross o godzinie pierwszej, więc pan 

Frank  Crosse  był  już  kwadrans  przed  pierwszą  na  miejscu,  spacerował  niecierpliwie, 
przystawał  przy  każdym  ukazaniu  się  sylwetki  kobiecej,  jak  pies  legawy  wypatrujący 
kuropatwy.  Nim  przyszedł,  prześladowała  go  myśl,  że  Maud  może  przypadkowo  zjawić  się 
wcześniej  i  jego  nie  zastać.  Każda  chwila  z  nią  była  mu  tak  droga,  że  jadąc  na  dworzec 
zmienił fiakra, gdyż wydawało mu się, że ten ostatni ma lepszego konia. Ale znalazłszy się na 
miejscu  stwierdził,  że  tak  punktualna  osoba  ani  się  nie  spóźnia,  ani  nie  zjawia  się  zbyt 
wcześnie.  A  teraz,  z  brakiem  logiki  właściwym  zakochanym  ludziom,  zapomniał,  że  to  on 
zjawił  się  za  wcześnie,  i  przechadzał  się  z  miną  desperata,  kreując  w  myśli  mnóstwo 
okoliczności,  które  mogły  ją  zatrzymać  w  drodze.  Ludzie  przyglądali  mu  się  tymczasem,  a 
my możemy uczynić tak wraz z innymi. 

Frank Cross był wysoki. Mniej więcej metr osiemdziesiąt pięć, dobra figura i  elastyczny 

krok  człowieka,  który  od  dzieciństwa  uprawiał  sport.  Szczupły,  ale  barczysty,  trzymał  się 
prosto  i  spojrzenie  miał  śmiałe,  co  świadczyło  jednocześnie  o  rasie  i  energii.  Twarz  miał 
opaloną, a wąsy i włosy jasne. Oczy w całej twarzy najpiękniejsze, szafirowe, pełne wyrazu, 
czasem niesłychanie łagodne i miłe, czasem znów surowe i twarde. Był sierotą i po rodzicach 
nie odziedziczył nic prócz zdolności artystycznych po matce; nie dość jednak wielkich, by z 
ich  pomocą  zbudować  egzystencję,  ale  dość,  by  wyrobić  niejakie  ambicje  literackie,  a 
charakter uczynić bardziej interesującym.  Najlepsi  przyjaciele nie mogli odmówić mu  kilku 
wad, ale były to tylko cienie charakteru. Stanowczość, silna wola, uczuciowość i zdolność do 
głębokich wzruszeń, oto zalety które starczały za wszystko inne. Żadna kobieta nie uważała 
go za nudnego. Choć może lepiej by było gdyby za takiego uchodził, bo jego żywotna natura 
rzadko  kiedy  zadowalała  się  zwykłą  przyjaźnią.  Był  to,  jak  zobaczymy  później,  młody 
człowiek  z  przeszłością,  do  czasu  jednak,  gdy  Maud  Selby  ukazała  się  jak  anioł  na  drodze 
jego  życia.  Lat  miał  dwadzieścia  siedem.  Można  jeszcze  opowiedzieć  o  nim  parę  rzeczy, 
których sam o sobie nie byłby powiedział za nic w świecie. Był jedynakiem i sierotą, ale zajął 
się swym dziadkiem i babką, którzy ze śmiercią jego ojca zostali bez centa. Pomimo ciężkiej 
czasami sytuacji, potrafił im zapewnić wygodę w małym domku w Worcester. Nie wspomniał 
nigdy,  że  ma  finansowe  trudności,  obawiając  się,  że  mogłoby  to  być  przykre;  toteż  gdy 
nadchodził kwartalny czek, przyjmowali go jako cos naturalnego, nie podejrzewając nawet z 
jaką  był  połączony  ofiarą.  I  on  sam  nie  poczytywał  sobie  tego  nigdy  za  zasługę.  Pracował 
pilnie i prędko awansował w Towarzystwie Ubezpieczeń, w którym zaczynał jako praktykant. 
Zjednywał  sobie  przełożonych  uprzejmością  i  otwartością.  Dostał  się  też  do  sławnej 
jedenastki  krykietowej  w  klubie  Surrey.  Nie  wyrokując  więc,  czy  był  rzeczywiście 
odpowiedni dla Maud, o czym w swojej skromności powątpiewał, możemy z całą pewnością 
stwierdzić, że był jej tak samo godzien jak każdy inny młody człowiek. 

Jego  pełna  uczuć  dusza,  po  szczycie  radosnego  oczekiwania,  pogrążyła  się  właśnie  w 

przepaść desperackich rozmyślań, że Maud go opuściła, gdy z uderzeniem godziny pierwszej 
ona sama ukazała się na platformie. Ta prześliczna figurka, szykowny wygląd, zgrabne ruchy, 
ładny sposób trzymania głowy, żywy elastyczny krok; po tym wszystkim można ją rozpoznać 
pośród  tysiąca  innych.  Serce  drgnęło  na  jej  widok,  ale  prawdziwie  angielska  zdolność 
ukrywania uczuć pozwoliła jedynie postąpić żywo naprzeciw niej z twarzą spokojną i oczami 
tylko wyrażać uczucia. 

— Jak się masz! 
— Dzień dobry. 
Stał chwilę, patrząc na nią w milczeniu. Cieszył się i podziwiał śliczną całość. Przejęty był 

podziwem, czcią i jakby onieśmielony. Czym sobie na to mógł zasłużyć? Przypatrywała mu 

background image

się  spod  oka,  trochę  drwiąco,  z  wesołym  figlarnym  uśmiechem,  który  stanowił  jeden  z  jej 
głównych wdzięków. 

— Pan dobrodziej pochwala? 
— Bagatela! Jesteś cudowna! 
— To dobrze. Nie czekałeś długo? 
— Nie, to jest tak sobie. 
— Wyglądałeś tak uroczyście, gdy cię zobaczyłam. 
— Naprawdę? 
— A potem prawie podskoczyłeś. 
— Czy tak? To źle? 
— Dlaczego? 
— Właściwie  nie  wiem,  ale  uważam,  że  każdy  powinien  ukrywać  swe  emocje,  może  to 

głupie, ale we mnie instynktowne. 

— Nic nie szkodzi, to wcale nie był wielki skok. Dokąd pójdziemy? 
— Chodźmy do poczekalni. 
Weszli  do  ponurej,  ciemnawej  sali,  zadymionej  i  dusznej.  Drewniane  ławki  otaczały 

prostokąt brunatnego linoleum. W kącie siedział jakiś robotnik z żoną i dzieckiem. Czekali z 
bezmyślną cierpliwością, mieli jechać na sobotnią wycieczkę i spóźnili się na pociąg. Maud 
Selby  i  Frank  Crosse  zajęli  kąt  przeciwny.  On  wyjął  z  kieszeni  pudełeczko  od  jubilera  i 
otworzył je. Coś błysnęło na atłasie. 

— Franku, czy to naprawdę ta? 
— Podoba ci się? 
— Jaka szeroka, mamina jest cieniutka. 
— Wtedy nosili wąskie. 
— Śliczna jest, czy mogę? Albo nie, jest jakiś zabobon z tym związany. 
— O to nie ma obawy, przymierzałem ją do pierścionka z szafirem. 
— Prawda! Zasłużyłeś na porządną burę. Jak mogłeś zapłacić dwadzieścia dwie gwinee za 

pierścionek.  Tak  jest,  mój  panie,  bo  widziałam  wczoraj  taki  sam  w  Spółce  Złotników.  Ty 
rozrzutny chłopcze. 

— To z zaoszczędzonych pieniędzy. 
— Trzeba je było schować na ważniejsze wydatki. 
— Żadne nie były w połowie tak ważne. 
Maud odsunęła woalkę i przypatrywała się uważnie małemu złotemu kółku. 
Mglisty  promień  londyńskiego  słońca  padał  przez  okno  wprost  na  jej  włosy  i  rzucał  na 

rozwiane  loczki  miedziany  blask.  Była  to  twarz  piękna,  wrażliwa,  subtelna,  kobieca, 
emanująca niewinną wesołością i dziecinną figlarnością, o pełnych wyrazu oczach i łagodnej 
linii ust, która mówiła o inteligencji, a zarazem o zdolności do poświęceń. 

Zwyczajny  amator  piękności  rysów  nie  zwróciłby  na  nią  baczniejszej  uwagi,  tak  samo 

człowiek  powierzchowny,  lubiący  wyraźne  przejawy  temperamentu.  Ale  ktoś,  kto  umiał 
patrzyć, w całym Londynie nie znalazłby milszego dziewczęcia niż Maud Selby, siedząca pod 
oknem w popielatym kostiumiku i w miedzianej glorii włosów. 

Oddała obrączkę, a jej ruchliwa twarz przybrała poważniejszy wyraz. 
— Czuję tak samo jak pisałeś, Franku; jest w tym coś tragicznego, ona pozostanie ze mną 

na zawsze, cała nasza przyszłość oprzędzie się wokół tego kółeczka. 

— Boisz się? 
— Bać się? jej dłoń w szarej rękawiczce spoczywała przez chwilę na grzbiecie jego ręki. 
— Nie  obawiam  się  niczego,  gdy  jesteś  ze  mną;  to  jest  rzeczywiście  niezwykłe,  bo  z 

natury jestem bojaźliwa. Ale nawet gdybym znalazła się w prawdziwym niebezpieczeństwie, 
byłoby tak samo. Ja staję się po prostu częścią ciebie, a ty masz dość odwagi na nas dwoje. 

background image

— Nie  przypisuję  sobie  zbyt  wielkiej  odwagi  —  rzekł  Frank  —  mam  takie  nerwy  jak 

wszyscy. 

Popielaty kapelusik pochylił się twierdząco. 
— Ja coś i o tym wiem. 
Ty  masz  o  mnie  fałszywe  wyobrażenie,  to  jest  przyjemne,  ale  i  przykre,  bo  czuję  się 

oszustem. Ty sobie wyobrażasz, ze jestem  bohaterem.  Bóg wie czym,  a  ja wiem,  że jestem 
takim  samym  młodym  człowiekiem  jak  wszyscy,  którzy  chodzą  po  londyńskim  bruku  i  nie 
jestem wart więcej… niż każdy inny. 

Roześmiała się z błyszczącymi radością oczami. 
— Lubię, gdy tak mówisz — rzekła — to właśnie jest w tobie piękne. 
Nie ma nadziei, by przekonać słuchacza, że nie jest się bohaterem, jeżeli same argumenty 

są poczytywane za bohaterstwo. Frank wzruszył ramionami. 

— Daj Boże, żebyś odkrywała moje wady stopniowo, a nie wszystkie naraz — powiedział. 

— A teraz, Maud, mamy przed sobą Londyn i cały dzień do dyspozycji. Dokąd pojedziemy, 
wybieraj. 

— Wszystko mi jedno, z tobą i tu mogłabym siedzieć do wieczora. 
Ten projekt miłego spędzenia czasu wywołał w obojgu wybuch śmiechu. 
— Chodźmy — rzekł Frank — pogadamy w drodze. 
Rodzina  robotnicza  czekała  jeszcze,  Maud  wychodząc  dała  dziecku  szylinga.  Była  tak 

szczęśliwa,  że  chciała  wszystkich  wokół  widzieć  szczęśliwymi.  Ludzie  oglądali  się  za  nią, 
gdy  przechodziła.  Z  lekkimi  rumieńcami  na  policzkach,  światełkami  w  oczach,  uosabiała 
młodość,  miłość,  życie.  Jakiś  starszy  jegomość  drgnął  na  jej  widok  i  patrzył  ze  zmienioną 
twarzą, dopóki nie znikła mu z oczu. Niegdyś taki sam rumieniec wykwitał na czyichś ustach, 
a słowa jego wywoływały podobne blaski w czyichś oczach. 

— Może weźmiemy fiakra? 
— Franku, powinniśmy uczyć się oszczędności. Chodźmy piechotą. 
— Dzisiaj? 
— Masz tobie! Widzisz sam, jaki mam na ciebie zły wpływ. 
— Wprost demoralizujący! Ale jeszcze nie ustaliliśmy dokąd pójdziemy. 
— Wszystko jedno, byle razem. 
— Jest  zajmujący mecz  krykietowy między klubem  australijskim  a Surrey. Czy zajęłoby 

cię to? 

— Dobrze, jeżeli chcesz. 
— I są przedstawienia popołudniowe we wszystkich teatrach. 
— Ty wolisz być na dworze. 
— Ja wolę to co ty. 
— Dobrze, więc proponuję, żeby zjeść drugie śniadanie. 
Przeszli  przez  plac  przed  dworcem  i  minęli  piękny,  starożytny  krzyż  kamienny.  Pośród 

dorożek i pojazdów, spieszących przechodniów i wozów ciężarowych, stała pamiątka wieków 
średnich,  pomnik  pobożności  postawiony  przez  króla  z  rodu  Plantagenetów  ku  pamięci 
kochanej małżonki. 

— Sześćset lat temu — mówił Frank, gdy się zatrzymali — ten stary krzyż był obstawiony 

heroldami  i  rycerzami,  wszystko  na  cześć  tej,  którą  czcił  król.  Teraz  posłańcy  miejscy 
zajmują  miejsca  kamiennych  rycerzy,  a  tam  gdzie  miały  brzmieć  trąby  heroldów,  rozlegają 
się  odgłosy  klaksonów.  Tylko  krzyż  stoi  niewzruszony  na  dawnym  miejscu.  To  jedna  z 
pamiątek, które żywo przywodzą na pamięć historię naszej ojczyzny. Maud chciała usłyszeć 
coś o królowej Eleonorze, więc Frank opowiedział, co pamiętał. 

— Była  żoną  Edwarda  I  i  cudownej  piękności  kobietą.  Ona  to  wyssała  ranę,  gdy  został 

pchnięty  zatrutym  sztyletem.  Umarła  gdzieś  na  północy,  a  on  sprowadził  ciało,  aby  je 

background image

pochować  w  opactwie  Westminster.  Gdziekolwiek  kondukt  stawał  na  noc,  tam  król  stawiał 
krzyż. Wzdłuż całej Anglii stoją pamiątki smutnej podróży. 

Obeszli  White  Hall  i  minęli  kirasjerów  na  wielkich  czarnych  koniach.  Frank  wskazał  na 

jedno z okien sali bankietowej. 

— Widziałaś  pamiątkę  po  królowej  Anglii  —  rzekł  —  popatrz  teraz  na  to  okno,  które 

wiąże się z pamięcią jednego z jej królów. 

— Dlaczego Franku? 
— Podobno przez nie Karol I wychodził na szafot, gdy mu mieli ściąć głowę. Pierwszy raz 

naród pokazał, że ma władzę większą niż królewska. 

— Biedak — mówiła Maud — taki piękny, takim dobrym był mężem i ojcem. 
Najlepsi królowie są właśnie najniebezpieczniejsi. 
— Och, Franku! 
Karol  był  zacnym  człowiekiem,  a  wywołał  wojnę  domową.  Jerzy  III  miał  charakter  bez 

skazy, a jego głupota pozbawiła nas Ameryki i prawie że zgubiła Irlandię. Po każdym z nich 
wstępowali na tron ludzie małej wartości, a jednak uczynili dużo mniej złego. 

Doszli  do  końca  White  Hall  i  otwarł  się  przed  nimi  wspaniały  widok  na  Opactwo 

Westminster  i  budynki  parlamentu.  Najszacowniejsza  ze  starych  angielskich  budowli 
naprzeciw  najpiękniejszej  nowoczesnej.  Jak  naród,  pozbawiony  gustu  i  oddany 
utylitaryzmowi,  mógł  zdobyć  się  na  wybudowanie  czegoś  tak  wdzięcznego,  pozostanie  dla 
podróżnika zagadką. Słońce oświecało złocenia attyki, a wieże prezentowały się wspaniale w 
przymglonej londyńskiej atmosferze, niby pałac w marzeniu sennym. Był to gmach stosowny 
na  siedzibę  rządu,  którego  łagodnemu  jarzmu  podlegała  piąta  część  ludzkości;  rządu 
popartego tak słabą siłą zbrojną, iż tylko dobra wola ujarzmionych mogła go utrzymać. 

Frank i Maud przypatrywali się w milczeniu. 
— Jakież to piękne — wykrzyknęła — jak te złocenia rozjaśniają całą budowlę. 
— Szkoda,  że  nie  używają  ich  częściej  w  naszej  ponurej  londyńskiej  architekturze  — 

dodał Frank. — Pomyśl, jak wspaniale wyglądałaby kopuła Św. Pawła, pozłocona niby słońce 
wschodzące  nad  stolicą.  Ale  oto  i  nasza  restauracja,  a  stary  Big  Ben  oznajmia,  że  to  już 
prawie druga. 

background image

W

 BRYTYJSKIEJ 

W

ALHALLI

 

 
Omówili  rozkład  i  umeblowanie  mieszkania,  suknie  drużek,  naukę  gotowania  i  prezenty 

ślubne,  zalety  Brighton  i  rodzaje  miłości,  woleje  w  tenisie  (Maud  była  utalentowaną 
tenisistką),  bilety  sezonowe,  przyszłość  świata,  to  wszystko  przy  buteleczce  Perrin–Jones. 
Wybryk  to  zaiste  godzien  potępienia,  ale  miała  to  być  ich  ostatnia  eskapada  przed  ślubem, 
więc pili za wspomnienia dobrych minionych chwil i za powodzenie w przyszłości. Jako para 
przyjaciół,  nie  tylko  kochanków,  mogli  rozmawiać  bez  końca.  Frank  nie  lubił  rozmów  o 
niczym,  a  Maud  sztucznego  ich  podtrzymywania.  Oboje  woleli  milczenie,  niż 
konwencjonalne słówka. 

— Pójdziemy  zaraz  —  rzekł  Frank,  płacąc  rachunek  —  ty  jeszcze  nie  widziałaś 

Australijczyków, prawda? 

— Owszem, w Clitton, cztery lata temu. 
— Ale to inna drużyna, jest wśród nich dziewięciu, którzy jeszcze nie grali w Anglii. 
— Oni są bardzo sprawni, nie sądzisz? 
— Bardzo, a suche lato im pomaga. Najlepszym jest Giffen, ale Darling,  Iredale i  Mady 

Hill są również znakomici. Więc, o mój Boże, co za szkoda! 

Wstając  spojrzał  w  okno  i  ujrzał  jedną  z  tych  niespodzianek,  którymi  natura  przerywa 

monotonię  życia  na  Wyspach  brytyjskich.  Słońce  znikło,  gęsty  szary  opar  unosił  się  znad 
rzeki,  a  deszcz  padał  ze  spokojnym  uporem,  gorszym  od  najgwałtowniejszej  ulewy.  Już  po 
meczu krykietowym. 

— Dwie kawy i dwie benedyktynki — zakomendenderował Frank i oboje usiedli. 
Minęło pół godziny, a chmury były coraz ciemniejsze. 
Smutna szara rzeka toczyła leniwie swe fale; w oddali przedzielone przestrzenią oślizłego 

bruku ciemniały potężne mury Katedry Westminsterskiej. 

— Czy zwiedzałaś Opactwo, Maud? 
— Nie, Franku, ale zrobiłabym to chętnie. 
— Ja byłem tylko raz. Czy to nie wstyd, że każdy z nas, młodych Anglików, zna wszystkie 

teatrzyki  i  kawiarnie  Londynu,  a  nie  bywa  tam,  gdzie  jest  ostoja  naszej  rasy?  Najstarszy  i 
najpotężniejszy pomnik, jaki sobie postawił naród. Już sześćset lat temu Anglia patrzyła na to, 
jak  na  świętość  religijną  i  narodową.  Nasi  królowie,  żołnierze  i  poeci  kładą  się  tam  na 
wieczny spoczynek. Toteż jest w starej katedrze tak ciasno, że już prawie miejsca nie ma na 
nowe pomniki. Chodźmy tam na godzinkę. 

Weszli przez bramę Salomona, jako najbliższą. U wejścia otrzepali się z wilgotnego pyłu. 
— Do kogo należy Opactwo, Franku? 
— Do ciebie i do mnie. 
— Żartujesz! 
— Wcale nie, należy do każdego, kto płaci podatki. Czy słyszałaś o Szkocie, który chciał 

zwiedzić okręt  wojenny? Kogo mam zameldować kapitanowi? spytał wartownik.  Jednego z 
właścicieli, odpowiedział Szkot. Taka sama jest nasza pozycja wobec katedry. 

Weszli  z  uśmiechem  na  ustach,  który  znikł,  gdy  zamknęli  za  sobą  odrzwia.  W  tym 

świętym przybytku, mieszczącym duszę narodu, panowała powaga i milczenie, które działało 
nawet na ludzi bezmyślnych i roztrzepanych. Frank i Maud stanęli. Wysokie kolumny, proste 
i smukłe jak drzewa, wyrastały długą aleją. U pułapu wyginały się w piękne łuki i łączyły z 
łukami siostrzanych kolumn, tworząc kamienny deseń o wspaniałym rysunku. 

Naprzeciw  olbrzymie  okno  o  rozecie  z  barwnego  szkła,  wspaniałe  purpurą  i  wszystkimi 

odcieniami karminu, przeświecało przez mrok wnętrza. Tu i tam, w każdej nawie, poruszało 
się w cieniu kilku zwiedzających, a wzdłuż murów spoczywali wielcy zmarli. 

background image

Cicho było w tym przybytku umarłych, do uszu dochodził jedynie ściszony odgłos kroków 

w oddali lub szepty rozmów w pobliżu. Maud uklękła i ukryła twarz w dłoniach. Frank modlił 
się również, myślą więcej niż słowami. Potem ruszyli wzdłuż nawy. Frank przypomniał sobie 
ustęp w książce Macaulay, gdzie mówi ona o ludziach, którzy wyniszczeni pracą i walką w 
parlamencie,  przychodzą  tu  odpocząć  w  spokoju.  Tu  leżą  ludzie,  którym  powierzano  ster,  a 
oni czasem mądrze, czasem nierozsądnie, ale zawsze uczciwie pracowali. 

Są tu Canning i Peel, także Pitt, Fox, Grattan i Beaconsfield. Rządy i opozycje pozostawili 

za  murami.  Między  posągami  jeden  Beaconsfield  ma  twarz  człowieka,  który  wszystko 
zawdzięcza sam sobie. Inni wyglądają tak delikatnie, że trudno uwierzyć, iż mieli tyle siły, ile 
trzeba  by  rządzić.  Frank  opowiadał,  co  wiedział  o  każdym  z  nich:  o  Grattanie, 
najszlachetniejszym  z  Irlandczyków;  o  Castlereaghu,  którego  trumnę  gonił  aż  do  katedry 
rozszalały tłum, chcąc wydrzeć i znieważyć ciało; o Foxie, filozofie, lubiącym używać życia; 
o  Palmerstonie,  dzielnym  sportsmenie,  który  na  starość  nie  mógł  chodzić,  ale  mógł  dosiąść 
konia. 

Dziwili  się  realizmowi  oblicza  admirała  Warrena  naznaczonego  ospą  i  naiwności 

rzeźbiarza, który Roberta Peela ubrał w rzymską togę. Zwróciwszy się w prawo szli bez celu 
wzdłuż nawy głównej. Oko podziwiało wysokość stropu, a umysł korzył się przed wielkością 
tych, nad grobami których strop ten się wznosił. Tu leżał Darwin, a tam Izaak Newton. Obok 
siebie spoczywali Ben Jonson; Stephenson, twórca dróg żelaznych;  Livingstone, podróżnik; 
Wordsworth,  Kingsley  i  Arnold.  Tu  byli  rycerze  wolności:  Clyde,  Ontram  i  Lenorence; 
malarze, poeci, lekarze; wszyscy dobrzy synowie, z których każdy służył matce ojczyźnie. A 
gdy się skończyła ich służba, matka wyciągała kochające dłonie, tuliła ich zimne zwłoki, a za 
każdego  zmarłego  syna  wysyłała  w  życie  nowego.  I  łono  jej  było  ciągle  płodne  dziećmi 
kochającymi i wiernymi. Idź do katedry i patrz, a gdy się przeszłość narodu roztoczy przed 
twymi oczami, nie musisz obawiać się o jego przyszłość. 

Frank  był  zachwycony  jednymi  nagrobkami,  a  zdumiony  dziwacznością  innych  i  z  obu 

tych  uczuć  zwierzał  się  narzeczonej.  Zauważyli,  że  współczesne  i  elżbietańskie  mają  dużo 
cech  wspólnych,  jak  np.  typy  twarzy,  sposób  układania  włosów,  elegancja  architektury.  W 
innych  epokach  panowała  nieznośna  afektacja,  która  przy  końcu  osiemnastego  stulecia 
osiągnęła punkt kulminacyjny. 

— Wszystko  wymuszone:  postać,  napis,  całość  —  mówił  Frank.  —  Te  nieznośne 

alegoryczne  grupy,  otaczające  zmarłego,  są  dziećmi  tej  samej  epoki,  która  wydała  doktora 
Johnsona  i  jego  napuszoną  prozę.  Najgłębsze  wrażenie  wywołuje  się  zawsze  najprostszymi 
środkami; tak zawsze było i będzie. Ale ten napis łaciński jest efektowny, przyznaję… 

Był  to  na  wpół  zatarty  napis,  pod  mocno  zniszczoną  statuą  z  czasów  Elżbiety.  Figurze 

brakowało  nóg,  a  rysy  były  zniekształcone.  Dwa  słowa  zwróciły  uwagę  Franka: 
Moestisissima uxor, najżałośniejsza małżonka umieściła ją tam. 

— Biedny zniszczony pomnik miłości małżeńskiej. Chodźmy teraz w kąt poetów. 
To  byłoby  zebranie,  gdyby  pewnego  dnia  każdy  z  tych  ludzi  stanął  w  drzwiach  swego 

grobowca.  Tennyson  ostatni  i  niemal  największy  z  tych  wielkich,  leżał  pod  białą  taflą 
posadzki 

 
— Sunset and evening star 
And one clear call for me 
(Zachód słońca i gwiazda wieczorna 
To na mnie wołanie wyraźne) 
 
przypomniał  Frank.  —  Co  za  wspaniała  myśl  starca;  gdybym  układał  poetów  w  szereg, 

postawiłbym go zaraz za Szekspirem. 

— Niewiele go czytałam — rzekła Maud. 

background image

— Będziemy go czytywać razem, a wiele bliższym poety czuje się ten, kto stał nad jego 

grobem.  Ten  duży  grobowiec  to  Chaucera,  ojca  poezji  angielskiej.  Obok  Tennysona 
spoczywa  Browning,  przyjaciele  za  życia  złączeni  są  po  śmierci.  Był  on  może  nawet 
głębszym myślicielem, a rym i rytm ma równie cudowne. 

— Co za piękna twarz! — wykrzyknęła Maud. 
— To biust Longfellowa, Amerykanina. 
Odczytali  napis:  „Angielscy  wielbiciele  amerykańskiego  poety  umieścili  to  popiersie 

między pomnikami wieszczów Anglii’ 

— Cieszę się, że to widziałam — powiedziała Maud — znam jego wiersze bardzo dobrze. 
— Zdaje się, że jest on najbardziej poczytnym autorem piszącym po angielsku. 
— Kogo wyobraża ta statua? 
— To  Dryden.  Co  za  rozumna  twarz,  o  wybitnym  współczesnym  typie.  Tu,  koło  drzwi, 

jest Walter Scott. 

— Ma pełną dowcipu twarz. 
— A jakie wysokie czoło, to wielki umysł. 
— To  jest  Burns,  inny  wielki  Szkot,  czy  nie  uważasz,  że  jest  między  nimi  pewne 

podobieństwo? 

— A  tam  są  Dickens  i  Thackeray.  Wierzę,  że  przeczuwali,  że  tu  spoczną…  — 

Odgadujemy tylko prawdopodobieństwo niektórych wydarzeń. 

— To jest coś więcej. Ja miałem przeczucie, że się z tobą ożenię już pierwszego dnia, w 

którym cię ujrzałem. A przecież to nie wydawało się prawdopodobne? W głębi duszy czułem, 
że tak się stanie. 

— Ja  wiedziałam,  że  wyjdę  za  ciebie  Franku,  gdyż  inaczej  w  ogóle  nie  wy  szłabym  za 

mąż. 

— Masz tobie! Oboje mieliśmy to uczucie, czyż to nie dziwne? 
— Tędy, proszę państwa, teraz do królów! 
„Państwo” była to  ciekawie mieszana  grupa osób, czekających w  głównych drzwiach na 

przewodnika.  Był  tam  wysoki,  rudobrody  mężczyzna  o  wybitnie  szkockiej  wymowie,  z 
drobną,  sympatyczną  żoną;  Amerykanin  z  dwoma  głośnymi,  egzaltowanymi  córkami; 
zgrabny  oficer  marynarki;  dwóch  młodzieńców,  których  uwagę  odrywała  od  nagrobków 
obecność Amerykanek, i jeszcze z tuzin turystów różnej płci i wieku. 

Frank i Maud przyłączyli się do nich i weszli razem do grobowców królewskich. 
— Tędy, proszę państwa  — wskazywał  przewodnik  i  pospieszyli po kamiennych flizach 

posadzki.  Stanęli  przy  grobowcu,  na  którym  wyobrażona  była  postać  kobieca  o  smutnej 
szczupłej twarzy. 

— Maria,  królowa  szkocka  —  rzekł  przewodnik  —  najpiękniejsza  kobieta  epoki.  Ten 

pomnik postawił jej syn, Jakub I. 

— Czy nie jest prześliczna? — rzekła jedna z Amerykanek. 
— No nie wiem, ja się spodziewałam więcej — odpowiedziała druga. 
— Przyznaję — mówił ich ojciec — że wydarzenia jej życia nie mogły wpłynąć dodatnio 

na urodę. 

— Ile miała lat umierając? 
— Czterdzieści cztery, w dniu egzekucji. 
— No to wygląda młodo, na swój wiek — mruknął Szkot i całe towarzystwo posunęło się 

naprzód. Frank i Maud przystanęli, aby dłużej popatrzyć na nieszczęśliwą królową, barwnego 
francuskiego  motyla,  który  z  jasnej  i  ciepłej  ojczyzny  dostał  się  w  ponury  kraj  psalmów  i 
krwi. 

— Ale była twardsza niż jej rasa — rzekł Frank — zrobił osiemdziesiąt mil po bitwie pod 

Langside i nie czuła się zmęczona. 

background image

— Tutaj wygląda na zmęczoną, biedactwo — mówiła Maud — przypuszczam, że ucieszył 

ją spoczynek. 

Przewodnik  wymieniał  dalsze  groby.  —  Tu  leży  królowa  Anna,  a  koło  niej  Maria,  żona 

Wilhelma III, a tu Wilhelm. Król był małego wzrostu, a królowa wysoka, toteż na posągach 
król  zawsze  stoi  na  podwyższeniu.  W  tych  podziemiach  spoczywa  trzydziestu  ośmiu 
Stuartów. 

Trzydziestu  ośmiu  Stuartów!  Książęta,  biskupi,  generałowie,  będący  niegdyś  solą  ziemi, 

najpotężniejsi w narodzie, teraz zrzuceni w jedno miejsce i nazywani trzydziestoma ośmioma 
Stuartami. Tak to republikanka śmierć i radykał czas wyrównują różnice społeczne. 

Weszli za przewodnikiem do innej kaplicy z imieniem Henryka VII nad drzwiami. 
Wielcy budowniczowie i rzeźbiarze żyli w owych czasach; gdyby kamień był podatny jak 

wosk,  nie  można  by  stworzyć  nic  misterniejszego,  doskonalszych  kształtów,  wolut,  girland 
pnących się po ścianach i zwieszających ze stropu. Nigdy, zda się, ręka ludzka nie stworzyła 
czegoś  pracowiciej  ozdobnego,  a  żaden  mózg  nie  wymyślił  rysunku  o  większej  harmonii  i 
piękności. 

W  środku,  z  całą  okazałością  średniowiecznego  przepychu,  otoczone  ogromną  ilością 

herbów  i  dodatków  heraldycznych  leżały  dwa  brązowe  posągi:  Henryka  i  jego  żony. 
Przewodnik  przypomniał  słowa  testamentu  tego  króla,  który  kazał  się  pochować  „z 
szacunkiem  należnym  królewskiej  godności,  unikając  przeklętej  parady  i  karygodnych 
zbytków”. W tych silnych określeniach Frank zauważył objaw gorącej krwi Tudorów. 

Niezłomny charakter Henryka VIII można było odczytać z ascetycznej i jakby kapłańskiej 

twarzy wychylającej się z sarkofagu. 

Przeszli  koło  uszkodzonych  grobowców  Cromwella,  Blake’a  i  Iretona;  była  to  podła 

zemsta tych, którzy nie potrafili dorównać im w boju. Zwrócili uwagę na grób Jakuba I, który 
nie postawił sobie nagrobka i po śmierci dowiódł, że godzien jest opinii filozofa, którą zdobył 
za życia. 

Oglądali grobowiec Villiersa, księcia Buckingham, tak zadziwiający i wspaniały, jak jego 

życie;  rzucili  okiem  na  trumnę  małego  Jerzego  II,  ostatniego  króla  Anglii,  który  osobiście 
wiódł w bój swe wojska; doszli do kąta Niewiniątek, gdzie spoczywają drobne kości biednych 
dzieci pomordowanych w Tower. 

Teraz  przewodnik  skupił  swą  trzódkę  z  miną  człowieka  myślącego  o  rzeczy  bardzo 

ważnej, o której zapomnieć się nie godzi. 

— Proszę  wejść  na  stopień  aby  zobaczyć  profil  —  rzekł,  wskazując  postać  kobiecą 

wyobrażoną na sarkofagu. — To wielka królowa Elżbieta. 

Była  to  twarz  królowej,  która  zasługiwała,  by  mieć  swego  Szekspira  na  lądzie  i  swego 

Drake’a na morzu. Gdyby ją ujrzał król hiszpański, byłby odgadł, że nie warto zadzierać z tą 
surową starą damą o orlim nosie i zaciętych wargach. Można było zrozumieć jej srogie rządy, 
wytłumaczyć surowość dla kochanków, pojąć zaufanie, jakie miał do niej naród. Można było 
wyczytać wszystko w tej dziwnej twarzy. 

— Ona jest wspaniała — powiedział Frank. 
— Ona jest straszna — szepnęła Maud. 
— Czy ja pana dobrze zrozumiałem — pytał Amerykanin — czy to ta dama kazała ściąć 

tamtą królową szkocką, którą oglądaliśmy poprzednio? 

— Tak. 
— Wierzę,  że  jeżeli  chodziło  o  ścięcie,  ta  kobieta  umiała  dopilnować,  aby  stało  się  to 

prędko i dobrze. 

— Ręczę, że nie była zamężna. 
— Nie. 
— To szczęście dla jej przypuszczalnego męża, ten nie miałby słodkiego życia. 

background image

— Cicho,  tatku!  —  szepnęły  córki  i  procesja  ruszyła  dalej.  Wchodzili  do  środkowej 

kaplicy,  najstarszej  i  najszacowniejszej,  gdzie  pomiędzy  królami  z  dynastii  Plantagenetów 
leży Saksończyk, beatyfikowany św. Edward. 

Ta  trumna  stanowi  centrum,  wokół  którego  zbudowano  przybytek  umarłych.  Dziwny 

sarkofag, niegdyś pokryty mozaiką, dziś odrapany i szary. 

— Ciało  Edwarda  Wyznawcy  jest  na  górze  w  ołtarzu  —  mówił  przewodnik  —  próżne 

miejsce po nim wypełniono cennymi relikwiami; w zagłębieniach klękali pielgrzymi. Są one 
w sam raz, by pomieścić człowieka na klęczkach; to oni wytarli mozaikę. 

— Kiedy powstał sarkofag? — zapytał Frank. 
— Około roku 1250. Królowie kazali się chować jak najbliżej świętej trumny, bo w tych 

czasach wierzono, że diabeł może porwać także ciało, więc im bliżej świętego, tym zdawało 
się bezpieczniej. 

— Henryk V, który wygrał bitwę pod Azincourt, jest tu także. Tam leżą jego hełm, tarcza i 

siodło,  których  używał  w  owej  bitwie.  A  to  Edward  III,  ojciec  Czarnego  Księcia.  Czarny 
Książę nie dożył chwili wstąpienia na tron, ale był ojcem nieszczęśliwego Ryszarda II. Teraz 
proszę zwrócić się w tę stronę, pokażę jedną z najciekawszych rzeczy w katedrze. 

Był to duży głaz kamienny, który leżał pod starym krzesłem. 
— To poświęcony głaz z Seone, na którym od niepamiętnych czasów koronowano królów. 

Gdy  Edward  I  opanował  Szkocję,  sześćset  lat  temu,  sprowadził  go  i  od  tego  czasu  każdy 
monarcha Anglii siada nad nim podczas koronacji. 

— I królowa Wiktoria również? — padło pytanie. 
— Tak, i ona także. Legenda niosła, że jest to kamień, którym spoczywał biblijny Jakub, 

ale badania naukowe w kazały, że to jest szkocki czerwony piaskowiec. 

— A więc ten drugi tron jest szkocki? — pytał Amerykanin. 
— Nie, panie. Tron szkocki i angielski to jedno, ale od czasów Wilhelma i Marii koronują 

się oboje królestwo, więc potrzeba dwóch tronów; drugi jest nowszy… 

— Tak,  ma  tylko  parę  stuleci,  dziwię  się,  że  go  tu  postawiono.  Powinni  jednak  bardziej 

nań uważać, ktoś tu wyrzezał swoje nazwisko. 

— Pewien chłopak ze szkoły Westminsterskiej założył się z kolegami, że spędzi całą noc 

wśród grobów i żeby dowieść, że tak uczynił, wyrżnął na tronie swoje nazwisko. 

— Co też pan mówi? — wykrzyknął Amerykanin. — Jeżeli tak było, to ten chłopak musiał 

zajść wysoko. 

— Może aż na szubienicę? — mruknął Frank. 
Wszyscy  roześmiali  się,  a  przewodnik  pospieszył  naprzód  z  poważną  miną,  gdyż 

obowiązany był pilnować powagi miejsca. 

— To jest grób królowej Eleonory — mówił. 
Frank  pociągnął  Maud  za  rękaw  —  Eleonory  z  Charing  Cross  —  szepnął  —  patrz,  jak 

jedna wiadomość wiąże się z drugą. 

— A tu leży jej mąż, Edward I; to on sprowadził głaz ze Scone. Gdy umierał, Szkocja była 

prawie  podbita.  Król  rozporządził,  aby  go  pochowali  w  tymczasowym  grobie  aż  do 
całkowitego  ujarzmienia  Szkocji.  Do  dziś  dnia,  jak  to  państwo  możecie  zauważyć,  leży  w 
tymczasowym grobowcu. 

Wysoki  Szkot  zaśmiał  się  głośno  i  drwiąco.  Inni  spojrzeli  nań  z  politowaniem,  jak  to 

zwykle  czynią  Anglicy  względem  ludzi  nie  umiejących  panować  nad  sobą.  Zimny  tusz  nie 
byłby podziałał skuteczniej. 

— Grób ten otwierano w zeszłym  stuleciu  — ciągnął  dalej przewodnik  — wewnątrz był 

napis:  „Tu  leży  młot  na  naród  szkocki”.  Był  to  okazały  mężczyzna,  sześć  stóp  dwa  cale  od 
czubka głowy do pięt. 

Wyszli  ze  starej  kaplicy,  gdzie  wielcy  Plantageneci  leżeli  jak  gwardia  wokół  świętego 

Saksończyka. 

background image

— Tu jest grób Wolfa — objaśniał przewodnik — zginął na górze Abrahama. Jemu i jego 

żołnierzom zawdzięczamy, że Ameryka jest do dziś w posiadaniu Anglosasów. Oto obrazek 
przedstawiający jednego z jego Szkotów, pędzącego do bitwy Po krętej ścieżce z dzisiejszego 
szczytu Wolfa. On sam umarł w chwili zwycięstwa. 

Zdumiewająca była łatwość, z jaką przenosili się od epoki do epoki. Cała historia Anglii 

stała  przed  ich  oczami,  tak  jakby  wypadki  nie  następowały  po  sobie,  ale  działy  się 
równocześnie. W jednej chwili przechodzili od pomników z czasów króla Jerzego do innych z 
czasów Elżbiety, a wszystkie były równie dobrze zachowane i równą otoczone czcią. Minęli 
zacnego  de  Vere;  zbroja  jego  leżała  rozbita  w  kawałki  na  marmurowej  płycie  na  znak,  że 
umarł  w  pokoju  z  całą  ludzkością.  Dalej  ujrzeli  straszny  posąg  śmierci,  który  widziany  w 
świetle  księżyca  tak  przestraszył  nocnego  złodzieja,  że  upuściwszy  zdobycz,  umknął 
przerażony z kościoła. 

Rzeźba  jest  tak  okropna,  a  zarazem  tak  ciekawa,  że  szelest  kroków  całego  towarzystwa 

ucichł w oddali, a Frank i Maud jeszcze nie mogli oderwać oczu. 

W  podstawie  monumentu  są  rozwarte  brązowe  odrzwia,  a  rzeźbiarz  przekonał  widza,  że 

zostały  gwałtownie  otwarte.  Skrzydła  ich  zdają  się  drżeć  jeszcze;  wydaje  się,  że  słychać 
odgłos powstały od uderzenia nimi o ścianę. 

Z czarnego otworu wyskakuje straszne zjawisko, owinięte w chusty. Jedna z kościstych rąk 

trzyma się rogu podstawy, a druga, podniesiona, kieruje ostrze strzały ku piersi kobiety. Ona, 
panna  młoda,  lat  dwudziestu  kilku,  chyli  się  zemdlona,  a  mąż  z  przerażeniem  w  twarzy 
wyciąga rękę i chce skoczyć między żonę a tajemniczego nieprzyjaciela. 

— Mnie się to  przyśni  — rzekła Maud i  zbladła, jak już pewnie wiele  kobiet przed tym 

pomnikiem  —  to  jest  przerażające.  —  Frank  cofnął  się  o  parę  kroków  i  podziwiał:  —  Ten 
rzeźbiarz był genialny, mógł stworzyć rzecz śmieszną lub potężną, a to jest potężne. 

— Nazywa się Roubillac — odczytała Maud na podstawie. 
— Francuz albo z francuskiej rodziny. Czy to nie charakterystyczne, że monument, który 

nas uderzył genialnością pomysłu, jest dziełem cudzoziemca. My jesteśmy niezdolni do tego, 
zanadto  się boimy zdradzić uczucie, ukazać  głębię duszy, jesteśmy ludźmi o ciężkiej ręce i 
ciężkiej myśli. 

— Choć  nie  umiemy  tworzyć  pomników.,  to  wydajemy  ludzi,  którzy  umieją  na  nie 

zasłużyć — powiedziała Maud, a Frank zapisał sobie ten aforyzm na mankiecie. 

— My  jesteśmy  i  w  rzeźbie,  i  w  architekturze  zanadto  sztywni  —  mówił.  —  Więcej 

fantazji  i  siły  naszym  rzeźbiarzom,  więcej  złota  i  ozdób  architektom,  tego  nam  trzeba,  ale 
zdaje się, że to daremne życzenie. Lepiej byłoby, gdyby rozdzielić pracę na świecie, odnosząc 
się  do  uzdolnień  poszczególnych  narodów.  Niechby  Włosi  i  Francuzi  pracowali  nad 
upiększeniem naszego kraju, a my odwdzięczylibyśmy się organizując francuskie kolonie lub 
włoskie banki. To jest nasza domena. 

Przewodnik  doszedł  już  do  kresu  pielgrzymki,  do  żelaznych  drzwi.  Zastali  go  tam 

czekającego  niecierpliwie  i  pobrzękującego  kluczami.  Ale  uśmiech  Maud,  uprzejme  słowo 
podzięki wywołało wesoły wyraz na jego twarzy. Promień żywego słońca cieszy człowieka, 
który spędza życie wśród grobów. 

Przeszli  północną  nawę  i  wyszli  bramą  Salomona.  Chmura  zniknęła,  a  letnie  słońce 

ozłacało  mokre  bruki.  Może  to  był  właśnie  bajkowy  Londyn?  Przed  nimi  leżały  zielone 
trawniki  z  kroplami  deszczu,  błyszczącymi  na  źdźbłach  trawy.  Powietrze  było  nasycone 
orzeźwiającą wilgocią. 

Na  dalszym  planie,  od  White  Hall  do  Victoria  Street,  wiła  się  ciemna  wstęga  ruchu  na 

jednej  z  wielkich  arterii  olbrzymiego  miasta.  Powyżej  wznosiły  się  wspaniałe  gmachy 
parlamentu,  których  widok  kazał  Frankowi  żałować  zbyt  surowej  krytyki  angielskiego 
budownictwa.  Stali  u  wyjścia.  Przejście  od  miasta  umarłych  do  stolicy  żywych  było 
przejmujące. Tamci ludzie żyli i umierali, aby zbudować to miasto. 

background image

— Już  po  trzeciej  —  powiedział  Frank.  —  Co  za  ponure  miejsce  wybrałem  na 

przechadzkę? Mój Boże, mamy dla siebie jeden dzień, a ja cię prowadzę na cmentarz. Może 
pójdziemy do teatru, aby zagłuszyć smutne wrażenia. 

Ale Maud położyła mu rękę na ramieniu: — Zdaje mi się, że jeszcze nigdy nie byłam tak 

przejęta  i  nie  nauczyłam  się  więcej.  To  była  wielka  chwila,  niezapomniana.  I  nie  myśl,  że 
jestem  jedynie  po  to  abyś  mnie  bawił,  chcę  i  powinnam  towarzyszyć  ci  we  wszystkim,  co 
uważasz za dobre i piękne. Teraz, zanim opuścimy Opactwo, obiecaj mi, że będziesz zawsze 
rozwijał swój umysł. 

— Mogę ci to z całym przekonaniem obiecać. Choć wiem, że mogę się całe życie piąć na 

wyżyny, to są jednak takie strony twej duszy, które pozostaną dla mnie zawsze niedosiężnymi 
szczytami.  A  ty  jesteś  i  zostaniesz  zawsze  moim  drogim  towarzyszem  oraz  najukochańszą 
żoną. Gdzież więc pójdziemy, do teatru czy do Australijczyków? Na co masz ochotę? 

— Nie wiem. 
— Więc dobrze, czuję teraz, że jedno i drugie byłoby profanacją. Chodźmy wzdłuż rzeki, 

siądźmy na ławce, patrzmy na rzekę błyszczącą w słońcu. 

background image

S

OLO I DUET

 

 
W wigilię ślubu Frank Crosse i jego drużba, Rupton Hale, zjedli obiad w Raleigh Club z 

bratem Maud, Jasiem Selby, który był porucznikiem w regimencie huzarów. Jaś był młodym, 
zgrabnym, wygimnastykowanym koniarzem. Nie zważał na nikłe widoki Franka na światową 
karierę i pochwalił wybór Maud natychmiast, gdy się dowiedział; że Frank należy do drużyny 
Surrey. 

— Czego ci więcej trzeba? — powiedział. — Nie będziesz wielką panią, ale będziesz żoną 

pierwszorzędnego  krykiecisty.  —  A  Maud,  zadowolona  z  pochwały,  nie  rozumiejąc 
wprawdzie  pobudek,  uściskała  Jasia  i  nazwała  najlepszym  z  braci.  Ślub  miał  się  odbyć  o 
jedenastej rano w kościele Św. Moniki. 

Państwo Selby zamieszkali w hotelu Langham, a Frank i Rupton Hale stanęli w Metropolu. 

Wstali wcześnie z głowami obolałymi po przyjęciu urządzonym przez Jasia. Frank nie mógł 
jeść śniadania, a ponieważ nie chciał się pokazywać publicznie w ślubnym stroju, siedzieli w 
górnym saloniku. Po chwili stanął przy oknie i bębnił palcami po szybie. 

Wyobrażał  sobie  często  ten  dzień  i  łączył  go  w  myśli  z  blaskiem  słońca,  powodzią 

kwiatów i wszelkimi atrybutami szczęścia i radości. 

Ale natura nie dorównała marzeniom. Ciężka chmura, złożona z mgły i dymu, wisiała nad 

miastem,  a  drobny  deszczyk  padał  bezustannie,  bębnił  po  szybach,  spływał  po  dachach, 
bulgotał  w  rynnach.  Na  szarej,  mokrej  ulicy  stały  szeregiem  dorożki,  wyglądające  jak 
olbrzymie  chrząszcze,  z  błyszczącymi  grzbietami.  Okrągłe  czarne  parasole  migały  ponad 
oślizłym  brukiem.  Koń  dorożkarski  przewrócił  się  pod  klubem  Constitutional,  a  policjant 
pomagał  woźnicy  dźwigać  go.  Frank  przypatrywał  się  im  dopóty,  dopóki  nie  naprawiono 
uprzęży i wszystko nie potoczyło się równo w stronę Trafalgar Square. 

Potem odwrócił się i oglądał w lustrze swój strój: czarny, wcięty surdut i perłowe spodnie 

ubierały  korzystnie  jego  zgrabną  postać.  Lśniący  kapelusz,  jasne  rękawiczki  i 
ciemnoszafirowy krawat były absolutnie bez zarzutu. A jednak nie był zadowolony. 

Maud  zasługiwała  na  kogoś  lepszego.  Co  za  głupota  pić  tyle  wczoraj  wieczorem?  Dziś 

właśnie powinien wyglądać najlepiej i ona miała prawo żądać tego. Był niespokojny, a nerwy 
drgały w całym ciele. Dałby wszystko za papierosa, ale nie chciał, by czuć go było tytoniem. 

Zaciął  się  przy  goleniu,  a  na  nosie  łuszczyła  mu  się  skóra,  skutkiem  gry  w  krykieta  w 

upalne  dnie.  Co  za  idiotyczny  pomysł  wystawiać  nos  na  słońce  przed  samym  ślubem! 
Może… gdy to Maud zobaczy? No, zerwać nie zerwie, ale może będzie się wstydziła! Wpadł 
w stan gorączkowy z powodu owego nieszczęsnego nosa. 

— Ależ ty jesteś czerwony, Crosse — rzekł drużba. 
— Mój nos, prawda? To bardzo łaskawe z twojej  strony, mój drogi,  że dotrzymujesz mi 

towarzystwa. 

— Ależ najchętniej, przebędziemy to wszystko razem. 
Hale zawsze lubił  drwić, mimo  że był  najlepszym  z przyjaciół i  teraz przybrał  tragiczny 

wyraz twarzy. Te żarty, londyński kapuśniaczek i stan nerwów, odpowiedni do okoliczności, 
czyniły Franka coraz bardziej nieszczęśliwym. Na szczęście do pokoju wpadł Jaś Selby, niby 
promień  słońca.  Widok  jego  świeżej,  uśmiechniętej  twarzy,  może  podobieństwo  do  Maud, 
podziałały na pana młodego uspokajająco. 

— Jak się masz Crosse! Jak się masz Hale? Wybaczcie moją bezceremonialność. Ta stara 

małpa  z  dołu  chciała  po  was  posyłać,  ale  ja  pamiętałem  numer.  Jakoś  niezbyt  świetnie 
wyglądasz, mój stary? 

— Czuję się nieswojo. 
— To jest zła strona szampana, długie czuwanie nie jest zdrowe dla młodzieży. Napijmy 

się  wódki!  Nie?  Hale  trzymaj  go,  bo  wszyscy  wsiądą  na  ciebie,  jeśli  nie  dostawisz  pana 

background image

młodego  w  kwitnącym  stanie.  Zanadto  dogodziliśmy  sobie  wczoraj  wieczorem;  jedliście 
śniadanie? Ja także nie mogłem. Wódeczki z wodą sodową, ja radzę! 

— Jak się tam mają? — pytał niecierpliwie Frank. 
— Wybornie! Właściwie samej Maud nie widziałem, bo przywdziewa szaty  godowe, ale 

mama promieniejąca. 

Wzrok Franka spoczywał na zegarku. Nie było jeszcze dziesiątej. 
— Jak myślicie, czy można by skoczyć do hotelu i zobaczyć ich? 
— Wielki  Boże!  Za  nic,  to  byłoby  wbrew  konwenansom.  Pilnuj  go,  Hale.  Trzymaj  się 

chłopcze. 

— To nie wypada, Crosse, zupełnie nie wypada — rzekł Hale uroczyście. 
— Co za głupota, tu nie robię nic, a tam mógłbym się jej przydać, nawet dodać odwagi. 

Zawołajcie fiakra. 

— Daj spokój, nie rób awantur. Hale, przemów mu do rozumu. Frank opadł z rezygnacją 

na krzesło i mruczał narzekając na nieznośne wymogi dobrego tonu. 

— Na to nic nie poradzimy, mój chłopcze, taki zwyczaj. 
— Nos do góry, Crosse, nos do góry, jak raz zaczniemy, to już pójdzie. Zaprosiłem dwóch 

koleżków, dobrzy oficerowie i chłopaki z humorem. Przewrócimy Langham do góry nogami, 
jak się ta kościelna pompa skończy. 

Frank  siedział  wpatrzony  ponuro  w  zegarek  i  przysłuchiwał  się  wesołej  paplaninie 

porucznika, przerywanej rozsądnymi uwagami drużby. 

— Minęło  pół  godziny  —  rzekł  wreszcie  —  chodźcie,  dłużej  nie  wysiedzę,  muszę  mieć 

zajęcie, czas do kościoła. 

— Niech będzie do kościoła — wołał Jaś — czekajcie, ja wiem co robić, bo byłem drużbą 

w zeszłym tygodniu. 

— Sprawdź.  Hale,  czy  wszystko  w  porządku;  obrączka  dobrze,  pieniądze  dla  klechy  są, 

drobne ma. A teraz w prawo zwrot, marsz! 

Frank  prędko  odzyskał  dobry  humor.  Nawet  jazda  ociekającymi  wodą  ulicami,  deszcz 

bębniący nad głową i spływający po szybach poczwórnej remizy, nie spowodowały nowego 
napadu melancholii. Zarażony humorem Jasia, gwarzył wesoło. 

— No,  i  czy  nie  doszliśmy  do  ładu?  —  cieszył  się  Jaś.  —  Zaraz  widać,  że  ostatnie 

dwadzieścia cztery godziny nie zostały zmarnowane. To lubię, chłop jak się patrzy, żeby się 
tacy  na  kamieniu  rodzili.  Po  prostu,  pełnej  krwi,  a  przy  tym  dobry  towarzysz.  Ot,  i  już 
jesteśmy na miejscu. 

Był  to  stary,  stylowy  kościół  o  gotyckim  portalu,  opatrzony  niszami  na  figury  świętych. 

Sąsiednie domy i małe sklepiki tworzyły kontrast z powagą budowli. 

Boczne  wejście  stało  otworem,  weszli  i  znaleźli  się  w  mrocznym  wnętrzu,  słabo 

oświetlonym przez wysokie a wąskie rzeźbione okna, o przepysznych kolorowych witrażach. 
Olbrzymie  łuki  zwierały  im  się  nad  głowami,  a  po  ścianach  wiły  się  i  splatały  napisy  w 
średniowiecznej łacinie. Jeden krok przeniósł ich z dwudziestego wieku w piętnasty. 

— Byczy kościół — szeptał Jaś — takiego dziś nie kupić, ale działa równie rozweselająco 

jak lodownia. 

— Tam  idzie  kościelny.  Hale,  może  się  go  zapytasz.  Cerber  nie  był  w  najlepszym 

humorze. 

— To ma być kwadrans przed czwartą — rzekł widząc zbliżającego się Hale’a. 
— Nie, o jedenastej. 
— Kwadrans na czwartą, mówię, tak powiedział wikary. 
— Ależ to niemożliwe. 
— Przecież co godzina się tego nie robi! 
— Czego? 
— No, pogrzebów. 

background image

— Ależ, chodzi o ślub. 
Przepraszam najmocniej, ja myślałem, że pan pyta o ten pogrzeb dziecka. 
— Niech Bóg broni. 
— Bo pan miał jakiś taki smutny wyraz twarzy, ale ubranie, no tak, naturalnie, teraz wiem. 

Mamy trzy śluby, o który panu chodzi? 

— Państwo  młodzi  nazywają  się  Crosse  i  Selby.  Kościelny  zerknął  do  starego, 

zatłuszczonego notatnika. 

— Tak panie, mam ich tu, pan czy pani Crosse z panem czy panią Selby. Jedenasta, panie 

łaskawy, punkt. Wikary jest ogromnie punktualnym człowiekiem, toteż radzę panom już zająć 
miejsca. 

— Czy coś się stało? — pytał Frank nerwowo, powracającego Hale’a. 
— Nie, nic. 
— O czym mówiliście tak długo? 
— Nie, mała pomyłka. 
— Czy mamy podejść bliżej? 
— Tak, już czas. 
Stanęli wreszcie przed ołtarzem. Frank upewnił się, że obrączkę ma w kieszeni kamizelki. 

Pięciofuntowy banknot włożył do drugiej kieszeni. 

Wtem drgnął i oblał się pąsem, gdyż z hałasem otwarto drzwi. Wtłoczyła się gruba baba z 

koszykiem i mopsem. 

— Kulą w płot, tym razem — szeptał Jaś i bawił się zmianą w wyrazie twarzy Franka. Ale 

prawie w tej samej chwili weszli państwo Selby. 

Pan Selby o czerwonym obliczu, z cwikierem na nosie, prowadził Maud. Wyglądała blado, 

ale  bardzo  wdzięcznie,  ze  spuszczonymi  oczami  i  poważnym  wyrazem  twarzy.  Za  nią 
postępowały kuzynka Mary i Nelly Sheridan, obie w różowych sukniach i dużych różowych 
kapeluszach z białymi piórami. Ona sama miała popielatą suknię. Potem szła matka, młoda 
jeszcze i elegancka, z twarzy i figury przypominająca Maud. 

Gdy całe towarzystwo podeszło bliżej, żadna siła nie mogła utrzymać Franka. 
— Trzymaj, łapaj — rzucił Jaś do Hale’a gorączkowym szeptem, ale ich pupil skoczył już, 

aby  przywitać  Maud.  Przystąpiono  do  ołtarza  i  wszyscy  ustawili  się,  pozostawiając  młodą 
parę  w  środku.  W  tej  samej  chwili  odezwał  się  dzwonek  i  z  zakrystii  wypadł  wikary, 
potrząsając ramionami, aby dobrze leżał biały ornat. Dla niego wszystko było najzwyklejszą, 
najprostszą  rzeczą  w  świecie,  ale  Frank  i  Maud  zdumieli  się  widząc  nonszalancję,  z  jaką 
pochwycił modlitewnik i zaczął pospiesznie odczytywać modlitwy. Ceremonia była dla nich 
tak  nowa  i  ważna,  że  oczekiwali  czegoś  mistycznego  i  potężnego  w  obrzędzie,  a  ten  mały, 
żwawy człowieczek o zakatarzonym głosie, łączył ich jak kupiec wiążący dwie paczki. Swoją 
drogą,  wikary  robił  to  z  jakieś  tysiąc  razy  w  roku,  nie  mógł  więc  już  wzruszać  się  przy 
każdym obrzędzie tego rodzaju. 

Szereg  przypisanych  modlitw  został  odczytany;  potem  nauki,  objaśnienia  i  upomnienia. 

Wreszcie wikary zwrócił się do Franka: 

— Czy  chcesz  pojąć  tę  niewiastę  za  ślubną  małżonkę,  aby  żyć  z  nią  według  Bożego 

rozkazu w świętym stadle małżeńskim; czy będziesz ją kochał, wspierał, szanował w chorobie 
i zdrowiu, a wyrzekając się innych, pozostawał z nią aż do śmierci? 

— Będę — wyrzekł Frank z przekonaniem. 
— A  czy  chcesz  mieć  tego  męża  za  ślubnego  małżonka,  aby  żyć  z  nim  według  Bożego 

rozkazu  w  świętym  stadle  małżeńskim?  Czy  będziesz  go  słuchać  i  służyć  mu,  kochać  go, 
szanować i być z nim w chorobie i zdrowiu, a wyrzekając się innych, pozostawać z nim aż do 
śmierci? 

— Będę — rzekła Maud z głębi serca. 
— Kto daje tę niewiastę temu mężowi w małżeństwo? 

background image

— Ja — rzekł pan Selby — ojciec. 
A potem powtórzyli po kolei decydujące słowa: ,,Od dnia tego biorę cię na dobre i na złe, 

na  bogactwo  i  na  biedę,  na  zdrowie  i  chorobę,  aby  cię  kochać,  szanować  i  słuchać,  aż  nas 
śmierć rozdzieli, podług Bożego rozkazu, a na znak tego, daję ci ten pierścień”. 

— Obrączka, obrączka — szeptał Rupton Hale. 
— Obrączka, ty szalona głowo — irytował się Jaś Selby. 
Frank  szukał  gorączkowo  we  wszystkich  kieszeniach.  Obrączkę  znalazł  w  ostatniej. 

Banknotu nie mógł znaleźć. 

Znowu wsunął ręce do kieszeni i przerażająca pauza nastała w ceremonii. 
— Później, w zakrystii — szepnął duchowny. 
— Jest już — wyjąkał Frank. 
Odnalazł  go  w  drugiej  kieszonce  kamizelki,  w  której  nigdy  nic  nie  chował.  Umieścił  go 

tam, aby łatwo znaleźć. Banknot i obrączkę oddał wikaremu, który zręcznie schował jedno, a 
zwrócił drugie. Wtedy wysunęła się drobna, biała rączka Maud, a Frank wsunął złote kółko na 
trzeci palec. 

— Tym  pierścieniem  cię  zaślubiam,  a  ciałem  moim  cię  uwielbiam  —  (tu  zamilkł  aby 

dodać w myśli: i duszą także) — a mym ziemskim dobrem cię obdarzam. 

Potem nastąpiła modlitwa, aż wreszcie wikary złączył obie ręce, muskularną i opaloną, z 

białą i delikatną. 

— Co  Pan  Bóg  złączył,  człowiek  niech  nie  rozłącza  —  mówił.  —  Ponieważ  Franciszek 

Crosse  i  Magdalena  Selby  połączyli  się  w  święte  stadło  małżeńskie,  jak  to  wyznali  przed 
Bogiem  i  obecnymi,  a  także  przysięgli  jedno  drugiemu  i  zatwierdzili  ofiarowaniem  oraz 
przyjęciem pierścienia i złączeniem rąk, ja orzekam, że będą odtąd mężem i żoną. 

Stało się! Byli już nierozdzielni, dopóki nad jednym z nich nie zamknie się wieko trumny. 

Uklękli,  a  wikary  recytował  pospiesznie  jakieś  psalmy  i  modlitwy.  Ale  umysł  Franka  nie 
towarzyszył  mu.  Spoglądał  ukradkiem  na  wdzięczną  postać  dziewczęcą  przy  swoim  boku. 
Włosy wiły się ładnie nad jej białym karczkiem, a pochylenie głowy wydało mu się urocze. 
Taka  słodka,  pokorna,  dobra,  piękna,  jego  własna,  jego  zaprzysiężona  towarzyszka  na  całe 
życie. Fala czułości przepłynęła mu przez serce. Jego miłość była zawsze ogromna. Ale teraz 
stała  się  heroiczna,  potężna  w  swym  altruizmie.  Pragnął  zapewnić  jej  szczęście,  najwyższe 
jakie stać się może udziałem kobiety. Ale gdyby miał ją uczynić nieszczęśliwą albo w jakiś 
sposób  ująć  jej  piękności  i  dobroci,  to  niech  raczej  umrze  tu  zaraz  obok  niej  na  stopniach 
ołtarza.  Tak  szczera  i  silna  była  ta  modlitwa,  że  spojrzał  wyczekująco  na  ołtarz  jakby  w 
przewidywaniu  natychmiastowej  katastrofy.  Tymczasem  wszyscy  powstali,  obrzęd  się 
skończył. Wikary poszedł przodem, a wszyscy za nim do zakrystii. Odezwały się życzenia i 
powinszowania. 

— Najserdeczniejsze życzenia, Crosse — rzekł Hale. 
— Brawo Maud! Wyglądałaś bajecznie! — wykrzykiwał Jaś, całując siostrę. 
— Państwo podpiszą, tu i tu — mówił wikary. A świadkowie tam i tam. Dziękuję, życzę 

wara szczęścia, serdecznie życzę. Nie mam powodu zatrzymywać państwa dłużej. 

A teraz, z dziwnym uczuciem, jakby marzenia sennego, Frank i Maud Crosse szli główną 

nawą,  on  wznosząc  dumnie  głowę  do  góry,  ona  milutka  i  nieśmiała.  Organy  tymczasem 
rozbrzmiewały marszem weselnym. Powozy czekały, pomógł wsiąść żonie, wsunął się za nią 
i ruszyli wśród życzliwych uwag publiczności, która zebrała się u wejścia. 

Maud  jeździła  już  nieraz  sam  na  sam  z  Frankiem,  ale  teraz  czuła  się  skrępowana  i 

speszona. 

Obrzęd ślubny i wszystkie niewyraźne aluzje i przestrogi przestraszyły i onieśmieliły ją. 
Nie miała odwagi spojrzeć mężowi w oczy, ale on prędko ją uspokoił. 
— Jak się nazywasz? — pytał — powiedz zaraz! 
— Wiesz sam. 

background image

— Mów, proszę. 
— Maud. 
— A dalej? 
— Maud Crosse. Och, Franku! 
— Mój skarbie! Jak to  cudownie  brzmi, Maud! Jaki  miły jest świat! Czy deszcz nie jest 

uroczy?  A  świecące  bruki,  czy  nie  ładne?  Czyż  wszystko  nie  jest  wspaniałe,  a  ja  czy  nie 
jestem najszczęśliwszym z ludzi! Najmilsza dziewczynko, daj rękę, czuję ją pod rękawiczką. 
Nie boisz się, moje złoto? 

— Teraz nie. 
— Bałaś się? 
— Tak,  trochę.  Franku,  ja  ci  się  nie  znudzę,  prawda?  Serce  by  mi  pękło,  gdyby  tak  się 

stało. 

— Znudzić  się,  wielki  Boże!  Nigdy  nie  zgadłabyś  co  sobie  myślałem,  gdy  nam  ksiądz 

recytował list św. Pawła. 

— Doskonale wiem, co robiłeś! 
— Cóż robiłem? 
— Patrzyłeś na mnie. 
— Widziałaś? 
— Czułam to. 
— No tak, ale modliłem się równocześnie. 
— Naprawdę, Franku? 
— Gdy cię widziałem tam na klęczkach taką słodką, czystą i dobrą, doznawałem uczucia, 

że jesteś mi oddana na całe życie i modliłem się całym sercem. 

— O Franku! 
— Moja  jedyna,  ty  jesteś  po  prostu  aniołem,  najsłodszym,  najsubtelniejszym, 

najpiękniejszym  stworzeniem  pod  słońcem  i  daj  Boże,  abym  cię  zawsze  tak  czcił.  Jeżeli 
kiedyś  powiem  lub  zrobię  coś  takiego,  co  mogłoby  cię  poniżyć,  przypomnij  mi  tę  chwilę  i 
zawróć na drogę ideału, którą powinniśmy dążyć oboje. Ja, z mojej strony, będę się starał żyć 
życiem wyższym, bym przestał czuć się niegodny twojej miłości. Tak, będziemy wpływali na 
siebie wzajemnie, stając się wciąż mądrzejszymi i lepszymi. I to jest moja przemowa weselna, 
tu  kończy się lekcja, szyby są zalane deszczem,  woźnicę niech diabli  wezmą, a zresztą, źle 
byłoby na świecie, gdyby człowiek nie mógł pocałować własnej żony. Ty skarbie! 

Duży  kapelusz  ze  strusim  piórem  nie  jest  praktyczny,  gdy  jedzie  się  z  ognistym  panem 

młodym,  powozem  o  szybach  zalanych  deszczem.  Doświadczyła  tego  Maud,  a  resztę  drogi 
zajęło wpinanie szpilek w odpowiednie miejsca. Po przyjęciu, które było albo bardzo późnym 
śniadaniem, albo wczesnym lunchem pojechali na dworzec Victoria, skąd mieli wyruszyć do 
Brighton. Jaś Selby i dwaj jego koledzy, którzy wyjednali młodej parze nieśmiertelność, jeżeli 
przez nieustanne picie zdrowia można ją uzyskać, zaopatrzyli się w stare pudełka, dziurawe 
pantofle  i  tym  podobne  starocie,  aby  zgodnie  ze  zwyczajem  obrzucić  nimi  młodą  parę. 
Jednakowoż  na  słówko  Maud,  że  wolałaby  odjechać  spokojna,  Frank  z  niewinną  miną 
zaprowadził trzech rycerzy do ostatniego saloniku, zamknął drzwi, a klucz wraz z napiwkiem 
wręczył portierowi hotelowemu, nakazawszy mu wypuścić ich, gdy powóz zniknie z oczu. 

Spokojnie  i  wesoło  wyruszyli  w  pierwszą  podróż,  która  miała  być  wstępem  do  wielkiej 

podróży przez życie której końca nikt dojrzeć i przewidzieć nie zdoła. 

background image

J

AK ZACHOWUJE SIĘ POZORY

 

 
Było to w hotelu Metropol w Brighton. Frank i Maud siedzieli przy ulubionym stoliku pod 

oknem,  gdzie  zawsze  jadali  śniadania.  Na  śnieżnobiałym  obrusie  apetycznie  wyglądał 
półmisek  miniaturowych  kotlecików  przyozdobionych  papierowymi  rozetami  i  otoczonych 
ławicą duszonych kartofli. Od podstawy ramy okiennej, rozciągała się nieogarniona błękitna 
przestrzeń morza, której jednostajność przerywały tu i ówdzie białe żagle rybackich łodzi. Na 
horyzoncie,  tuż  nad  linią  morza,  ułożyły  się  obłoki,  niby  bloki  śnieżne,  rozsypujące  się  w 
puch.  Cudowny  i  kojący  był  to  widok,  ale  w  tej  chwili  jedzenie  interesowało  ich  bardziej. 
Pomimo że mogą utracić sympatię sentymentalnego czytelnika, zajadali z zapałem. 

Z  ową  nadzwyczajną  umiejętnością  przystosowania  się  do  okoliczności,  wspólną 

wszystkim kobietom (cnota to dziedziczna, będąca następstwem tego, że kobieta od początku 
istnienia  ludzkości  znajdowała  się  często  w  warunkach,  których  sama  nie  wybierała  i  nie 
pożądała),  Maud  znosiła  swą  nową  sytuację  łatwo  i  wesoło.  W  błękitnej  sukni  płóciennej, 
dużym  marynarskim  kapeluszu;  o  rumianych  policzkach,  które  letnie  słońce  zdążyło  już 
opalić,  była  uosobieniem  szczęśliwej,  zdrowej  kobiecości.  Frank,  w  kostiumie  wioślarza 
stanowił doskonałe uzupełnienie obrazka. Większą część dnia spędzali na wodzie, co można 
było poznać, spojrzawszy na jego spracowane dłonie. Rozmowa toczyła się żywo, ale temat 
był powszedni. 

— Mam szalony apetyt. 
— I ja również. 
— To wybornie, zjedz jeszcze kotleta. 
— Dziękuję, dobrze. 
— A ziemniaki? 
— I owszem. 
— A ja zawsze myślałem, że ludzie w podróży poślubnej żyją samą miłością! 
— Ach, tak, to okropne Franku, że jesteśmy takimi materialistami. 
— Poczciwa  stara  matka  natura,  trzymajmy  się  jej  spódnicy,  to  nigdy  nie  zbłądzimy. 

Każdy potrzebuje podstawy fizycznej, aby czerpać wrażenia moralne. Czy mogę cię prosić o 
korniszony? 

— Czy ty jesteś szczęśliwy, Franku? 
— Absolutnie i w zupełności. 
— Czy na pewno? 
— Nigdy niczego nie byłem tak pewny. 
— Szczęśliwa jestem, że to słyszę. 
— A ty? 
— O, Franku, czuję się niby we śnie, jakbym płynęła na obłoku. Ale ręce muszą cię boleć? 
— Nic a nic. 
— Wiosło jest bardzo ciężkie. 
— Nie mam wprawy w wiosłowaniu, na to nie ma miejsca w Woking, chyba że się chce 

pływać po kanale. Ale to warte tych kilku pęcherzy, co? Czy to nie wspaniałe, ten powrót w 
świetle  księżyca,  po  falach  srebrzących  się  wokół?  Byliśmy  tam  zupełnie  sami.  Jakby  w 
przestrzeni  międzygwiezdnej,  jakbyśmy  przenosili  się  od  Syriusza  do  Marsa,  w  tej  próżni 
bezmiernej, o której mówił Hardy. To było przejmujące. 

— Nigdy tego nie zapomnę. 
— Pojedziemy znowu wieczorem. 
— Ale… pęcherze. 
— Do diabła pęcherze. Weźmiemy ze sobą niewód i spróbujemy coś złowić. 
— To będzie zabawne. 

background image

— A  po  południu,,  jeżeli  zechcesz,  możemy  pojechać  do  Rottingdean.  Zjedz  ostatniego 

kotleta. 

— Nie, dziękuję. 
— No, zostawić go szkoda, już go nie ma. Ale, ale Maud, muszę być surowy. Nie potrafię, 

kiedy patrzysz na mnie w ten sposób. Żart na stronę, powinnaś bardziej uważać przy służbie 
hotelowej. 

— Dlaczego? 
— Tak  dobrze  maskowaliśmy  się  do  tej  pory,  że  nikt  nie  odkrył  prawdy  i  nie  odkryje, 

jeżeli będziemy uważać. Kelner jest przekonany, że jesteśmy starym małżeństwem, a wczoraj 
przy obiedzie o mało się nie wygadałaś. 

— Naprawdę? 
— Nie rób takiej pokornej minki, skarbie. Faktem jest, że zły z ciebie spiskowiec. Dobrze, 

że ja mam zdolności w tym kierunku, jak i w innych, niekoniecznie prawych, więc może się 
uda. Jesteś z natury tak prostolinijna, że nie potrafisz udawać, choćbyś chciała. 

— Co takiego powiedziałam, tak mi przykro, starałam się uważać? 
— Wiesz, o tej przyprawie. To było nierozsądne pytać się, czy jadam ocet. A potem… 
— Jeszcze coś? 
— O trzewikach, czy je kupiłem w Londynie, czy w Woking. 
— O Boże mój, Boże. 
— I jeszcze… 
— Chyba nic więcej, Franku! 
— To ciągłe używanie słowa mój. Musisz mówić: nasz. 
— Dobrze, dobrze, już wiem, to wtedy, kiedy powiedziałam, że wilgoć rozfryzowała pióro 

w moim, nie, w naszym, ależ nie, w ogóle, w kapeluszu. 

— Nie, to nie to, ale niech tak będzie zawsze: nasz kufer, nasz pokój i tak dalej. 
— Ależ naturalnie. Jakaż ja jestem głupia. A teraz kelner już wie? Co zrobimy? 
— Ej  nie,  nic  nie  wie,  jestem  tego  pewien,  wygląda  na  niezbyt  przenikliwego, 

obserwowałem go cały czas. Poza tym rzuciłem parę uwag, które wyrównały wszystko. 

— Wtedy, gdy mówiłeś o naszej podróży do Tyrolu. 
— Tak. 
— Jak ty mogłeś? Opowiadałeś jak było zabawnie, gdy byliśmy sami w hotelu. 
— Coś mnie natchnęło, żeby tak powiedzieć. To go przekonało ostatecznie. 
— Albo o ciasnocie kabin na parowcach transatlantyckich… czerwieniłam się za ciebie. 
— Ale on słuchał zaciekawiony. 
— Ciekawe, czy uwierzył. Spostrzegłam, że służba przypatruje się nam uważnie. 
— Moja  maleńka,  jak  jeszcze  trochę  pożyjesz,  to  się  przekonasz,  że  każdy  będzie  ci  się 

uważnie przypatrywał. 

Maud uśmiechnęła się bez przekonania. 
— Chcesz sera? 
— Proszę o masło. 
— Proszę masło i ser stilton! 
— Wiesz, podstawą wszystkiego jest, że zwracamy się do siebie zbyt uprzejmie i wszyscy 

to  widzą.  Stare  małżeństwa  zachowują  się  inaczej.  Nie  dbają  o  formy  we  wzajemnych 
stosunkach.  To  okropne,  ale  oznacza,  że  pobrali  się  już  dawno.  My,  postępując  inaczej, 
demaskujemy się. 

— Nigdy mi to nie przyszło na myśl. 
— Teraz,  jeśli  chcesz  ostatecznie  przekonać  kelnera  i  rozwiać  wszystkie  wątpliwości, 

powinnaś powiedzieć mi coś nieprzyjemnego. 

— Albo ty mnie, Franku. A nie pogniewasz się? 
— Wcale nie. 

background image

— Hm… Psia kość, nie potrafię, nawet z tak ważnych powodów. 
— Widzisz, i ja nie potrafię. 
— Ależ to głupota, przecież to tylko na niby. 
— No tak, to żarty. 
— Więc dlaczego tak nie zrobisz? 
— A ty? 
— Nim  to  ustalimy,  zdąży  wrócić.  Patrz,  mam  szylinga,  wybierz  stronę,  rzucimy,  które 

przegra będzie dla drugiego niegrzeczne. Dobrze? 

— Niech będzie. 
— Co wybierasz? 
— Orła. 
Upadło przeciwnie 
— O mój Boże! 
— Masz  być  niegrzeczna,  wymyśl,  co  powiesz,  już  idzie.  Kelner  wszedł,  niosąc 

specjalność  restauracji  hotelowej,  przepyszny  zielony  ser  Stilton.  Oko  znawcy  mogło  się 
zachwycić rozmaitością zielonych odcieni, stosownie do położenia i światła. Umieścił ser na 
stole z uroczystą miną. 

— Piękny stilton — zauważył Frank. 
— No, ja nie znajduję go tak zachwycającym. 
Miała to być próbka niegrzecznego odezwania się, Maud zdobyła się na ten rozpaczliwy 

wysiłek;  nie było  to  wiele, ale wywarło na kelnerze wrażenie  wprost  piorunujące;  odwrócił 
się i wybiegł z pokoju. 

— Masz tobie, teraz go zgorszyłaś — zawołał Frank. 
— Dokąd on poszedł, Franku? 
— Poskarżyć się zarządcy na twoje zachowanie. 
— Nie, Franku, powiedz, żałuję, że tak powiedziałam, o już jest z powrotem. 
— Dobrze, już dobrze, siedź cicho! 
Tymczasem  do  pokoju  wsunęła  się  procesja:  na  czele  postępował  gruby  kelner  z 

ogromnym półmiskiem na sery, za nim szedł służący z dwoma mniejszymi, a za tym jeszcze 
trzeci niósł jakiś żółty proszek na talerzu i zamykał pochód. 

— Oto jest gorgonzola, proszę pani — rzekł kelner surowo — a tam camembert i gmyese i 

jeszcze parmezan w proszku. Przykro mi, że stilton się nie podoba. 

Maud wzięła na talerz kawałek gorgonzoli i wyglądała na zawstydzoną. Frank wybuchnął 

śmiechem. 

— Ja  chciałem,  żebyś  była  niegrzeczna  dla  mnie,  ale  nie  dla  sera  —  rzekł,  gdy  procesja 

odeszła. 

— Zrobiłam, co mogłam, Franku. Sprzeciwiłam ci się. 
— Och! To istotnie był wybuch złego humoru! 
— I dotknęłam biednego kelnera. 
— A tak! Musisz przeprosić jego ukochany stilton, wtedy może ci przebaczy. 
— I nie myślę, aby był teraz głębiej przekonany, że jesteśmy starym małżeństwem. 
— Zostaw to mnie. 
Spokój umysłu Franka zostałby naruszony, gdyby usłyszał rozmowę kelnera z pokojową. 

Spotkali się w korytarzu i wymieniali spostrzeżenia. 

— Przyjemni państwo — mówiła pokojowa z miną doświadczonej osoby — milszej pary 

nie widzieliśmy tu przez ten wiosenny okres ślubów. 

— Ja bym ich tam tak nie chwalił — rzekł gruby kelner krytycznie — on to jeszcze ujdzie, 

przystojny i sprytny chłopak. 

— A cóż pan Jan jej zarzuci? 

background image

— A no, co kto lubi, ja wolę pełniejsze, a co do jej gustu, to kręciła nosem na nasz stilton 

dziś przy śniadaniu. 

— Kręciła nosem? A wydaje się taka łagodna i uprzejma. 
— Może  i  jest  taka,  czy  ja  wiem,  ale  to  jakaś  dziwaczna  para;  dobrze,  że  się  nareszcie 

pobrali. 

— Dlaczego? 
— Panno  Joasiu,  uszom  nie  wierzyłem,  pobrali  się  ostatniego  wtorku,  o  czym  pisze 

dzisiejszy „Times”, a opowiadali o tym, jak podróżowali sam na sam. 

— Nie, doprawdy? 
— Byli sami w hotelu w Szwajcarii. 
— O, mój Boże! 
— I odbywali jakąś podróż statkiem. 
— No, nikomu już dziś wierzyć nie można! 
— Para narwańców. Ale ja im pokażę, że wiemy wszystko. Podsunę im dziś przy obiedzie 

„Timesa”. 

— To  będzie  dobra  nauka;  gdyby  pan  Jan  nie  mówił,  że  słyszał  to  z  ich  własnych  ust, 

nigdy bym nie uwierzyła, takie rzeczy podkopują wiarę w ludzi. 

Maud i Frank byli przy deserze i portweinie, gdy kelner podszedł do ich stolika. 
— Przepraszam, państwo powinni przeczytać dzisiejszego „Timesa”. 
— Dlaczego? 
— Bo tam jest coś, co państwa zainteresuje. 
Położył  przed nimi  gazetę, wskazując palcem  na wzmiankę w kronice. Potem usunął  się 

dyskretnie. Frank spoglądał z przerażeniem na dziennik. 

— Maud, ktoś z twoich kazał umieścić tę wzmiankę! 
— O naszym ślubie? 
— Posłuchaj: Crosse Selby. Dnia 30 czerwca w kościele Św. Moniki ksiądz Jan Tudwell, 

wikary, udzielił ślubu panu Frankowi Crosse z Woking, Maybury Road z panną Maud Selby z 
St. Albans. Wielki Boże, Maud, co zrobimy? 

— No, to przecież nic złego. 
— Złego? Ależ to jest okropne. 
— Cóż to szkodzi, że w końcu się dowiedzą? 
— Moje wspomnienia, Maud! Podróże po Tyrolu, hotel szwajcarski, kajuta! 
Maud wybuchnęła śmiechem. 
— Kochany  chłopcze,  teraz  widzę,  że  nie  jesteś  lepszym  spiskowcem  ode  mnie.  Daj 

kelnerowi  napiwek,  powiedz  mu  prawdę  i  nie  spiskuj  już  nigdy.  To  jedyna  rada,  której  ci 
mogę udzielić. 

Tak  fatalnie  skończyła  się  owa  próba,  którą  wielu  czyniło  i  która  się  wielu  nie  udała. 

Pamiętajcie o tym, miły czytelniku i miła czytelniczko, gdy nadejdzie wasza kolej. 

background image

P

RZYJAZD DO DOMU

 

 
Skończyły  się  wakacje,  czekały  obowiązki.  Na  niego  biuro,  na  nią  gospodarstwo.  Oboje 

cieszyli  się  na  tę  zmianę,  gdyż  życie  hotelowe,  zabawne  z  początku,  stało  się  z  czasem 
męczące  swoją  hałaśliwością  i  brakiem  zacisznego  kącika.  Przyjemnie  im  było  ruszać  ze 
stacji  Waterloo  w  tę  piękną,  letnią  noc,  wiedząc,  że  oczekuje  ich  własny  dom.  Mieli  cały 
przedział  pierwszej  klasy  dla  siebie,  przez  całą  drogę  rozmawiali  o  planach  na  przyszłość. 
Młodości,  jak  ty  potrafisz  opromienić  i  wyidealizować  wszystko,  nawet  podmiejski  dom  i 
czterysta  funtów  szterlingów  rocznego  dochodu!  Oboje  czuli  się  wprost  wniebowzięci  na 
samą myśl o szczęściu, które widzieli przed sobą. 

Pani Watson, zacna gospodyni, która opiekowała się kawalerskim gospodarstwem Franka, 

miała  zająć  się  przygotowaniami.  Wiedzieli,  że  przyjęła  już  dwie  służące,  więc  wszystko 
będzie gotowe. 

Wyobrażali  sobie  powitanie,  gospodynię  stojącą  w  progu,  miłe  pokoje,  wszystkie 

podarunki  ślubne  poumieszczane  we  właściwych  miejscach,  a  w  jadalni,  w  kręgu  dużej 
lampy, stół zaścielony śnieżnym obrusem. 

To  były  rozkoszne  marzenia.  Maud  była  ciekawa  swojej  kuchni,  Frank  cieszył  się  na 

książki, oboje czuli zapał do pracy. 

Ale już na dworcu spotkała ich przykrość. Na stacji nie było ani  jednej  dorożki.  — Czy 

zgodzisz się pójść piechotą, Maud? 

— Nawet wolę. 
Jakiś  znajomy  tragarz  zaopiekował  się  kuframi  i  miał  je  przy  pierwszej  sposobności 

odesłać, oni zaś ruszyli piechotą po źle utrzymanej drodze, która niedługo przeszła w lepszą, 
prowadzącą wprost do ich willi. Szli prędko, pełni radosnego oczekiwania. 

— To  za  trzecią  latarnią  na  prawo  —  mówił  Frank  —  już  tylko  dwie  latarnie,  widzisz, 

będziemy  mieszkali  niedaleko  stacji.  Te  okna  wśród  drzew,  to  mieszkanie  Hale’a,  mego 
drużby. No, już tylko jedna latarnia. 

Przyspieszyli kroku, tak że prawie biegnąc dopadli wejścia i stanęli przed willą. 
Biała brama zamykała krótką a szeroką drogę, którą pośrednik nazwał szumnie podjazdem. 

Tuż  za  nią  stał  dom,  który  robił  wrażenie  pełnego  zaciszności  i  komfortu.  Noc  była  tak 
ciemna,  że  dostrzegali  jedynie  zarys.  Ku  wielkiemu  zdziwieniu  nie  zobaczyli  światła  w 
drzwiach ani oknach. 

— Jak można? — zaczął Frank. 
— Nic nie szkodzi, kochanie. Ich pokoje znajdują się na pewno z tyłu. 
— Ależ ja podałem godzinę, to jest okropne, przepraszam cię bardzo. 
— Tym  milej  będzie,  gdy  znajdziemy  się  w  środku.  Jaka  ładna  brama.  Całość  robi 

przemiłe wrażenie. 

Ale mimo jej wysiłków aby rzecz przedstawić korzystniej, nie można było zaprzeczyć, że 

ten ciemny, pozamykany dom, nie odpowiadał ich marzeniom sprzed pół godziny. 

Frank  niecierpliwie  ciągnął  za  dzwonek.  Nikt  nie  nadchodził,  zaczął  więc  pukać.  Potem 

pukał  jedną  ręką,  a  drugą  szarpał  dzwonek,  ale  z  domu  nie  dochodził  żaden  głos,  oprócz 
rozgłośnego  dzwonienia.  Na  domiar  złego,  gdy  tak  stali  samotni  i  opuszczeni  na  progu, 
spadło  kilka  kropel  i  po  chwili  deszcz  zaczął  szemrać  wśród  ogrodowych  zarośli.  Maud 
wybuchnęła nagle serdecznym, niepohamowanym, wesołym śmiechem. Frank pomimo swej 
irytacji musiał jej towarzyszyć. 

— Słowo  daję,  pani  Watson  nie  będzie  jutro  do  śmiechu,  jeżeli  nie  poda  poważnych 

przyczyn na swoje usprawiedliwienie — rzekł. 

— Może się biedaczka rozchorowała? 

background image

— To  powinny  być  tu  dwie  służące:  kucharka  i  pokojowa.  Dobrze  się  stało,  że  nie 

przywieźliśmy  od  razu  pakunków,  musiałyby  stać  w  ogrodzie  na  deszczu.  Schroń  się 
tymczasem pod okap drzwi, a ja spróbuję się włamać. 

Kuchnia była również ciemna, a drzwi zamknięte. Chodził od okna do okna, ale żadnego 

nie mógł otworzyć. Powrócił do drzwi kuchennych, wybił laską szybę, wsunął przez nią rękę, 
namacał klucz tkwiący w zamku, obrócił go i tym sposobem znalazł się wewnątrz. Wszędzie 
panowała ciemność. Po omacku dotarł do drzwi wejściowych, otworzył je i przyjął Maud w 
otwarte ramiona. 

— Witaj we własnym domu, kochanie moje, obyś nie przeżyła w nim smutnej chwili. Co 

za powitanie, widzisz, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Inaczej nie mógłbym cię 
sam przyjąć i wprowadzać. 

Teraz  oboje  młodzi  stali  w  przedpokoju,  w  mokrych  okryciach,  ale  w  dobrym  humorze. 

Frank  zapalił  zapałkę  i  poszukał  lampy.  Nie  było  w  niej  nafty.  Mruknął  jakieś  ostrzejsze 
słowo i niosąc ostrożnie swą pochodnię wszedł do jadalni. Tam na bocznym stoliku stały dwa 
kandelabry.  Zapalił  świece  i  wszystko  przybrało  weselszy  wygląd.  Każde  z  nich  ujęło 
świecznik i zaczęli zwiedzać własny dom. 

Jadalnia była doskonała, pokój wąski i długi. Maszynka spirytusowa stała na orzechowym 

kredensie, a brązowe świeczniki ozdabiały kominek. Na środku, pod zegarem, leżał otwarty 
telegram. Frank chwycił go z pośpiechem. 

— Masz  tobie,  słuchaj  —  wołał.  —  „Przyjeżdżamy  we  czwartek  około  dziesiątej 

wieczorem”.  A  ja  pisałem:  we  w t o r e k .  To  wina  telegrafisty.  Przybyliśmy  o  dwa  dni  za 
wcześnie. 

Dobrze  było  znaleźć  wyjaśnienie,  choć  jeszcze  wiele  rzeczy  było  niezrozumiałych. 

Przeszli przedpokój, zasłany błyszczącym linoleum i zaglądnęli do salonu. 

Ten pokój nie był ładny, mały i kwadratowy, ale nie byli usposobieni krytycznie. Cieszyli 

się  wielością  uroczych  drobnostek  i  fotografiami  przyjaciół,  oprawionymi  w  ramki, 
umiejętnie rozmieszczonymi. Wielka lampa z giętego żelaza i majoliki stała obok kominka, 
ale i w niej nie było nafty. 

— Pani  Watson  bardzo  ładnie  ułożyła  wszystko  —  rzekła  Maud,  a  jej  ruchliwe  palce 

zaczęły równocześnie coś przestawiać. — Ale gdzie może być ona sama? 

— Musiała wyjść, mieszka tymczasem tutaj. Najbardziej dziwi mnie nieobecność służby, 

bo myślałem, a nawet pewien jestem, że została przyjęta. Co będziemy robili? 

— Czy nie jesteś przypadkiem głodny, Franku? 
— Umieram z głodu! 
— Ja też. 
— No to zacznijmy szukać, czy nie ma tu czegoś do jedzenia. 
Ręka w rękę, niby para młodocianych pokutników, rozpoczęli poszukiwania. 
Kuchnia, w której się znaleźli, nie stała w ostatnich czasach pustką, tu i tam leżały brudne 

talerze  z  resztkami  jedzenia,  a  ogień  choć  teraz  wygasł,  płonął  niedawno.  W  kącie  leżał 
tłumok,  w  drugim  przewrócone  krzesło  z  wyciągniętymi  rozpaczliwie  nogami.  Dziwny 
nieporządek,  niezgodny  z  zasadami  i  zwyczajami  pani  Watson  panował  w  tym 
pomieszczeniu.  Uwagę  zgłodniałej  pary  przyciągnęła  spiżarnia.  Z  okrzykiem  radości 
wydobyli z niej bochenek świeżego chleba, masło, ser oraz puszkę kakao. Dalej odkryli miskę 
pełną jaj. 

Maud  przypasała  fartuch,  porwała  zapałki,  patyczki  i  papier,  a  w  chwilę  później  ogień 

błysnął, by wkrótce rozpalić się na dobre. 

— Nalej wodę do kociołka, Franku. 
— Już jest, może coś jeszcze? 
— Pokrój chleb i zaraz będziemy jeść kolację. 

background image

— Trochę za świeży — mówił Frank. — W szufladzie są noże i widelce, pójdę nakryć do 

stołu. 

— I zostawisz mnie tu samą? O nie, jeżeli mam być kucharką, to ty będziesz podkuchenną. 

Weź  filiżanki  i  do  każdej  wsyp  łyżeczkę  kakao.  Jakież  to  zabawne!  Uważam,  że  cudownie 
jest być gospodynią domu. 

— Która ma podkuchenną. 
— Ta jest okropnie niezgrabna i ciągle ściska swoją panią. Muszę zdjąć kapelusz. Wyjmij 

cukier do kakao. Kociołek już syczy. Słyszysz, Franku?  — stanęła, nasłuchując. — Ktoś tu 
jest! 

Oboje usłyszeli dochodzący skądś chrapliwy oddech i zaczęli się rozglądać przerażeni. 
— Co to — spytała Maud — może mysz? 
— Pewnie nic złego, nie bój się niepotrzebnie, zdaje się, że dochodzi z tego kąta. 
Przybliżył się ze świecą i nagle dojrzał trzewik. 
— Wielki  Boże  —  zawołał  —  tu  śpi  jakaś  kobieta.  Maud,  uspokojona,  że  nie  mysz 

powodowała ten hałas, podeszła, dzierżąc patelnię z jajami. 

Co  do  kobiety  i  to  śpiącej,  nie  było  wątpliwości.  Leżała  niby  bezwładna  kłoda,  z  głową 

pod stołem i zaczerwienioną twarzą. Wydawała się ogromna. 

— Hej! — krzyczał Frank, wstrząsając nią — hej, wstawaj! 
Ale kobieta spała dalej. 
— Nuże,  zbudź  się  —  wrzeszczał  i  podniósł  ją  do  pozycji  siedzącej.  Ale  owa  niewiasta 

siedząc spała równie mocno jak leżąc. 

— Biedaczka  musi  być  chora  —  mówiła  Maud.  —  Franku,  może  poszłabym  poszukać 

doktora? 

— Zbudź się kobieto! Zbudź się — wrzeszczał Frank, wstrząsając nią z całych sił. Gięła 

się  jak  lalka  wypchana  trocinami,  z  rękami  opuszczonymi  bezwładnie  wzdłuż  ciała. 
Spoliczkował  ją,  ale  była  dalej  całkowicie  nieprzytomna.  W  końcu  położył  ją  na  ziemi, 
podsunąwszy pod głowę stołeczek. 

— Nic nie pomoże — rzekł — nic nie poradzę, wyśpi się. 
— Franku, chyba nie przypuszczasz, że jest… 
— Ależ jestem przekonany. 
— To okropne! 
— Woda się gotuje, może zjemy kolację. 
— Mój  drogi,  nie  potrafiłabym  jeść,  wiedząc,  że  ta  nieszczęśliwa  tu  leży,  wiem,  że  ty 

również byś nie mógł. 

— Bierz  ją  diabli  —  rzekł  Frank,  z  goryczą  spoglądając  na  bezwładny  kłąb  —  nie 

rozumiem, dlaczego mielibyśmy się krępować. Jej tu dobrze. 

— Franku, to nieludzkie. 
— Cóż więc zrobimy? 
— Musimy ją położyć do łóżka. 
— Nigdy w życiu. 
— Tak, mój drogi, to nasz obowiązek. 
— Ależ moje dziecko, musimy być praktyczni. Baba waży z cetnar, a pokoje sypialne są 

na górze. Nie damy rady. 

— Czy nie sądzisz, że gdybyś ją wziął za głowę, a ja za nogi, to dźwignęlibyśmy? 
— Ale nie wniesiemy jej na schody, to kolos. 
— No, to połóżmy ją na sofie w salonie — zadecydowała Maud — gdy będę wiedziała, że 

leży na sofie, zjem spokojnie kolację. 

Widząc,  że  nie  ma  rady,  Frank  chwycił  pijaczkę  pod  ramiona,  Maud  ujęła  ją  za  nogi  i 

zanieśli  chrapiącą,  ale  szczęśliwą,  do  salonu.  Sofa  ugięła  się  pod  ciężarem,  a  oni  dyszeli  z 
wysiłku. To była ciekawa ceremonia. Maud nakryła dywanikiem nieruchomą postać i wrócili 

background image

do kuchni.  Nakryli do stołu i  siedli do kolacji. Ten wspólnymi siłami przyrządzony posiłek 
był lepszy niż najbardziej wyszukane potrawy. 

Wszystko  wydawało  się  ładne:  tapety,  obrazy,  dywan,  sprzęty.  Siedzieli  przy  sobie 

zachwyceni  szczęściem:  czystym,  pogodnym  szczęściem  serdecznej  przyjaźni,  która  jest 
uczuciem głębszym i więcej wartym, niż najgwałtowniejsze miłosne zapały. 

Nagle  zerwał  się  z  krzesła.  Usłyszeli  odgłos  kroków  na  ścieżce  ogrodowej.  Potem 

zazgrzytał klucz, a chłodny powiew przekonał ich, że ktoś otworzył drzwi wejściowe. 

— Ja nie wejdę, to sprzeciwia się prawu — mówił szorstki głos. 
— Ale mówię panu, że ona jest bardzo silna i gwałtowna — odparł drugi, w którym Frank 

rozpoznał głos pani Watson — wypędziła z domu pokojową, a ja nie mogłam jej dać rady. 

— Bardzo mi przykro, łaskawa pani, ale to byłoby przeciwne prawom angielskim. Niech 

mi pani da pełnomocnictwo, to wejdę; jak ją pani dostawi do progu, to się nią zajmę. 

— Musi być w jadalnym pokoju, bo widzę światło  — mówiła pani Watson, a potem. — 

Wielki  Boże,  pan  Crosse,  jakże  się  przestraszyłam!  O,  ja  nieszczęśliwa,  że  też  państwo 
musieli przyjechać jak wyszłam z domu. Nie oczekiwałam, aż za dwa dni. Teraz będę sobie 
całe życie wyrzucać! 

Teraz  wszystkie  pomyłki  i  nieszczęścia  zostały  wyjaśnione.  Kucharka  okazała  się 

nałogową niepohamowaną pijaczką. Wypędziła z domu pokojową, a gdy pani Watson udała 
się ze skargą na policję, upiła się aż do utraty przytomności i w tym stanie ją znaleziono. 

Równocześnie  nadjechał  wózek  z  rzeczami,  więc  winowajczynię,  wciąż  pogrążoną  w 

błogim śnie, ulokowano na nim i odjechała pod opieką policjanta. 

Tak spędzili państwo Crosse pierwszy wieczór w domu „Pod Lipami”. 

background image

P

ROGRAM

 

 
Frank  Crosse  odznaczał  się  systematycznością,  ludzie  nieżyczliwi  mogli  go  nawet 

nazywać pedantem; lubił swe życie ujmować w reguły i formułki. 

Jaki nadać rytm nowemu życiu, które rozpoczynali? Wszystkie dwuwiosłowe łódki, które 

wyruszają  w  drogę,  winny  nakreślić  jakiś  plan  podróży,  oznaczyć  i  przyjąć  kierunek;  tyle 
wokół  przewróconych  kadłubów,  połamanych  podobnych  łodzi,  które  unoszą  się  miotane 
falami życia. 

Frank  myślał  o  tym  dużo;  mimo  swych  młodych  lat,  znał  życie,  był  obserwatorem 

bacznym  i  myślącym.  Przypatrywał  się  egzystencji  swych  przyjaciół,  tych  szczęśliwych  i 
tych, którzy się ze szczęściem minęli. I teraz w następstwie tych refleksji zasiadł przy stole z 
poważną miną i kartką papieru w ręce. 

— Maud  —  rzekł  —  musimy  pomówić  w  ważnej  sprawie.  Maud  posłała  mu  zdziwione 

spojrzenie i złożyła robotę. 

— O Boże! 
— Dlaczego: O Boże? 
— Coś złego? 
— Ależ nigdy w świecie. 
— Wyglądasz tak uroczyście, myślałam, że przeglądałeś rachunki. Co powiesz? 
— Wiesz  Maud,  myślałem  w  ostatnich  czasach  dużo  o  małżeństwie.  Czy  nie  sądzisz,  że 

dobrze byłoby powziąć parę postanowień, ułożyć nasze życie, oprzeć je na jakichś zasadach? 

— Ach tak, tak zróbmy to, zabawimy się. 
— Ależ ja mówię poważnie, Maud. 
— Ja także traktuję to serio. 
— Zdaje mi się, że gdy teraz ułożymy zasady postępowania, to później cokolwiek zajdzie, 

będziemy wiedzieli, czego się trzymać. 

— Jakież są te reguły, mój drogi? 
— Powstaną,  gdy  je  wspólnie  zbudujemy.  Wszak  nie  mogę  nakreślić  całego  programu  i 

narzucić go tobie. To się nie zgadza z moją zasadą równości w małżeńskiej spółce. Ale gdy 
się  przekonamy,  że  niektóre  rzeczy  traktujemy  tak  samo,  możemy  je  przyjąć  jako  punkty 
podstawowe przy układaniu programu życiowego. 

— Proszę, podaj jakiś punkt. 
— Mam  kilka  w  myśli  i  chciałbym  także  usłyszeć  twoje  przemyślenia.  Te  wszystkie, 

wiesz, wyobrażenia, jak możemy w życiu osiągnąć wszystko, co piękne i dobre. Zaczniemy 
od kwestii niezgody. 

— O, Franku, to okropne. 
— Moje  dziecko,  musimy  patrzyć  w  przyszłość,  powinniśmy  przewidzieć  i  przygotować 

się na różne okoliczności. 

— Ależ to niemożliwe. 
— Przecież nie potrafisz nie zirytować się nigdy przez całe życie. 
— Ale nigdy na ciebie, Franku. 
— O,  ja  czasem  bywam  bardzo  irytujący.  Moje  zdanie  jest  takie:  zły  humor  mija  i  nie 

szkodzi  nikomu,  ale  jeżeli  dwoje  ludzi  jest  w  złym  humorze,  to  jedno  denerwuje  drugie  i 
zaczynają  mówić  sobie  rzeczy  przykre,  których  nie  myślą.  Zróbmy  układ,  że  nigdy  oboje 
równocześnie  nie  wpadniemy  w  zły  humor.  Jeżeli  ty  będziesz  zła,  ja  będę  siedział  cicho,  a 
gdy ja się zezłoszczę, dasz mi się także wygadać. Jeżeli jedno dzwoni na alarm, drugie wytęża 
siły, aby uważać. Co o tym sądzisz? 

— Myślę, że jesteś komicznym chłopakiem. 
— A zgadzasz się? 

background image

— Naturalnie, mój drogi, że się zgadzam. 
— Punkt pierwszy — rzekł Frank i gryzmolił coś na papierze. — Teraz twoja kolej. 
— Nie mam żadnego pomysłu. 
— No, to teraz rzecz inna: unikajmy zbytniej bezceremonialności w stosunkach. 
— Cóż to znaczy? 
— To znaczy: nigdy nie zapominać o formach towarzyskich. Wielu mężów zapomina, że 

ich żony to damy, wiele żon przemawia do mężów daleko mniej grzecznie niż do niejednego 
natrętnego gościa. Oni nawet nie myślą źle, ale zbaczają z właściwej drogi. My tak robić nie 
będziemy. 

— Jakoś mi się to nie wydaje możliwe. 
— Ludzie to zwykle robią mimo woli, daj mi znak za pierwszym razem. 
— Dobrze, mój panie. 
— Punkt trzeci jest właściwie uzupełnieniem drugiego. Niech każde stara się utrzymywać 

miłość drugiego ku sobie i zasługiwać na nią. Ludzie zwykle obojętnieją po jakimś czasie, tak 
jakby  to  nie  miało  znaczenia,  gdy  się  jest  małżeństwem.  Gdyby  się  każde  zawsze  starało 
podobać drugiemu, nie byłoby tego. Na przykład wiele kobiet zaniedbuje po ślubie muzykę. 

— Ach, prawda, ja tydzień nie ćwiczyłam — zawołała Maud. 
— A także ubranie i fryzurę. 
Ręka Maud przesunęła się natychmiast po niesfornych loczkach. 
— Wszystko w porządku, ale widziałaś pewnie nieraz sama, jak się kobiety zaniedbują. On 

mnie i tak będzie kochał, myślą, i może mają rację, ale jednak ryzykują. 

— Wiesz Franku, nie myślałam, że jesteś taki mądry. 
— To  z  doświadczeń  moich  przyjaciół.  A  mężczyzna?  Powinien  zawsze  uwzględniać 

upodobania  żony,  tak  jak  to  czynił  względem  narzeczonej.  Jeżeli  ona  nie  znosi  dymu,  nie 
powinien palić, nie powinien ziewać w jej obecności, powinien ubierać się starannie i starać 
się jej podobać. Popatrz na ten brudny mankiet, powinienem był go dawno zdjąć. 

— Tak, jakby mi to szkodziło! 
— O, widzisz, tak mówić nie wolno, bo to demoralizuje. Powinnaś więcej wymagać. Gdy 

przyjeżdżałem do St. Albans, nie miałem brudnych mankietów. 

— Przebacz  moją  muzykę,  a  ja  przebaczę  mankiet.  Zgadzam  się  ze  wszystkiem,  co 

mówisz, a teraz ja coś dodam. 

— Dobrze, cóż takiego? 
— Każde z nas powinno się interesować pracą drugiego, 
— No, naturalnie. 
— Ale tak się nie dzieje. 
— Jak to, przecież interesujesz się moją pracą biurową. 
— Tak, a czy pan dobrodziej interesuje się gospodarstwem? 
— Może byłem zbyt obojętny. 
— Nie,  nie  mój  drogi,  jesteś  najwspanialszy,  ale  zauważyłam  to  u  rodziców  i  u  innych 

także.  Przy  końcu  tygodnia  lub  miesiąca  mąż  wydobywa  księgę  czekową  i  mówi:  „No, 
wydajemy  więcej  niż  nas  na  to  stać”  lub  „To  mniej  niż  się  spodziewałem”,  ale  nigdy  nie 
zainteresuje się pracą żony. Nie stara się spojrzeć jej oczami i nie widzi trudności, które ona 
musi pokonywać. Chciałabym wyrażać się jaśniej; rozumiem, że trud żony jest jednostronny, 
a winno być inaczej. 

— Uważam,  że  mówisz słusznie,  będę  pamiętał  o  tym.  Jak  to  ujmiemy  na  naszej  liście? 

Każde powinno się interesować pracą drugiego? Dobrze, już napisałem. Powiesz coś jeszcze? 

— Teraz twoja kolej. 
— A więc myślę, że najświętszą rzeczą w małżeństwie i racją jego istnienia jest miłość, ale 

ta miłość nie powinna nigdy przejść w czułostkowość. Każde powinno poznawać i doceniać 
dobre  strony  drugiego,  a  starać  się  zwalczać  lub  poprawiać  złe.  Miłość,  która  mówi:  „Ja 

background image

wiem, że to źle, ale kocham ją czy jego tak bardzo, że odmówić nie mogę”, to jest zła miłość, 
nie  sprosta  ona  zadaniu,  które  stawia  małżeństwo.  Powinno  się  raczej  mieć  szacunek 
względem  siebie  wzajemnie  i  tą  czułostkowością  nie  poniżać  wysokiego  i  szlachetnego 
uczucia. 

— Jak to wyrazisz? 
— Wzajemny szacunek jest nieodzowny przy wzajemnej miłości! 
— Tak będzie dobrze. 
— To  wydaje  się  niemożliwe,  ale  zwykle  sama  siła  i  intensywność  miłości  czynią  ją 

bezmyślną i ślepą. Teraz projekt reguły, który chyba nie będzie ci się podobał. 

— Powiedz. 
— W skrócie: „Struna zanadto naprężona łatwo pęka”. 
— Co przez to rozumiesz? 
— Małżeństwo  powinno  pozostawić  sobie  wzajemnie  pewną  swobodę  i  wolność.  Jeżeli 

tego nie będzie, to prędzej czy później jedno z nich samo ich poszuka, co może mieć skutki 
wprost zgubne. To tkwi po prostu w naturze ludzkiej, która jest rzeczą starszą niż instytucja 
małżeństwa. 

— To mi się nie podoba, Franku. 
— Wiedziałem,  że  tak  będzie,  ale  mam  nadzieję,  że  gdy  się  nad  tym  zastanowisz, 

nabierzesz innego przekonania. Zwykle, jeżeli jest mowa o wolności w małżeństwie, ludzie 
uważają, że należy się ona mężczyźnie. Może robić, co mu się podoba, ale zarazem pozostaje 
surowym sędzią swej żony. To nie jest słuszne. Na przykład: czy mąż ma prawo otwierać i 
czytać  listy  adresowane  do  jego  żony?  Nie,  tak  samo  jak  i  ona  nie  powinna  czytać  listów 
męża. Robienie tego to właśnie zbytnie naciąganie struny, łańcucha, jeżeli wolisz. 

— Franku, łańcuch to okropne słowo! 
— To  jedynie  metafora.  Albo  co  do  przyjaźni.  Czy  człowiek  żonaty  ma  się  wyrzec 

zupełnie uczucia przyjaźni dla innej kobiety? 

Maud kręciła głową z powątpiewaniem. 
— Wolałabym najpierw zobaczyć tę kobietę — powiedziała. 
— Lub  też  mężatka,  czy  powinna  zabronić  sobie  wszelkiej  przyjaznej  poufałości  z 

mężczyzną,  którego  lubi,  a  który  może  mieć  na  nią  dobry  wpływ?  Byłby  to  przykry  brak 
zaufania do siebie wzajemnie. Ludzie, którzy są siebie zupełnie pewni, zostawiają sobie pod 
tym względem wolność. Jeżeli tego nie robią, znowu przeciągają strunę. 

— Ale jeżeli tego nie będzie struna będzie tak wolna, jakby jej wcale nie było. 
— Znajdziemy  inne  argumenty.  Widziałem  przykłady:  dajmy  na  to  państwo  Wardrop. 

Była  to  para  nierozdzielna,  wszystko  robili  wspólnie.  Gdy  go  nie  było,  ona  otwierała  jego 
listy, a on jej. Aż nastąpiła reakcja. Przeciągnięta struna pękła. Myślę nawet, że dla niektórych 
osób dobre byłyby osobne wakacje. 

— O, Franku! 
— Tak,  tak,  nie  dla  nas  naturalnie,  mówiłem  ogólnikowo,  ale  dla  niektórych  byłoby  to 

zbawienne. Zatęskniliby za sobą i kochaliby się potem więcej. 

— Tak, ale mówimy o nas, a nie o innych. 
— Masz słuszność, „zagalopowałem się”, jakby powiedział twój brat Jaś. Ale boję się, że 

mimo moich wysiłków nie jesteś przekonana. 

Maud przybrała uroczo buntowniczą minkę. 
— Nie,  Franku,  nie  jestem.  Moim  zdaniem,  w  małżeństwie  nie  można  być  zbyt  blisko. 

Wszelkie myśli, nadzieje, aspiracje powinny być wspólne. Myślę, że nigdy jednak nie dotrę 
do  twego  serca  i  duszy  tak  zupełnie,  jakbym  chciała.  Każdy  rok  powinien  nas  zbliżać  do 
siebie, byśmy stali się jednością, tak dalece, jak to jest możliwe na ziemi. 

Jeżeli się poddać, należy to  uczynić z wdziękiem. Frank  wstał,  pocałował żonę w  rękę i 

usprawiedliwiał się: 

background image

— Mądrość serca jest wyższa od mądrości umysłu — rzekł. — Ale miłość mężczyzny jest 

zdecydowanie bardziej racjonalna, stąd różnice. Może zrezygnujemy z tej zasady? 

— Nie, kochanie, napiszmy: „Struna, naciągnięta zbyt mocno, łatwo pęka”. Tej struny, o 

której  ja mówiłam,  naciągać nie trzeba. Taka, która musi być naciągana, nie ma już żadnej 
wartości. To ma być dobrowolne, naturalne, nieuniknione. 

— Czy masz coś jeszcze? 
— Tak, mam — mówiła dalej — jeżeli kiedykolwiek miałbyś mi coś do zarzucenia, zrób 

to gdy będziemy sami. 

— I  wzajemnie.  Cóż  jest  bardziej  upokarzającego,  jak  publiczna  nagana?  Różnice 

zapatrywań,  wytaczane  w  towarzystwie,  są  bardzo  niemiłe  i  oznaczają  złe  wychowanie. 
Ludzie czynią to czasem niby żartem, ale tego też nie powinno być. Powiesz coś jeszcze? 

— Już  tylko  kwestie  materialne.  Ale  one  także  znaczą  wiele.  Na  przykład  finansowe: 

jestem zdania, że każdy mąż powinien wyznaczać żonie stałą roczną pensję, tak żeby miała 
swoje pieniądze i sama nimi dysponowała. Zwracanie się w każdej najdrobniejszej sprawie do 
męża jest dla żony upokarzające. Jeżeli zaś żona ma swoje własne dochody, to winny jej być 
pozostawione. Gdy zechce się przyczynić do utrzymania domu to dobrze, ale powinna sama 
zarządzać  swym  majątkiem.  Jeżeli  kobieta  naprawdę  kocha  męża,  Franku,  nie  odmówi 
udziału  w  swych  dochodach.  Gdyby  moje  niewielkie  dochody  mogły  rozwiązać  twoje 
problemy, z radością oddałabym ci je. 

— — Tak, ale mąż nie powinien rezygnować ze swych ambicji. W wielkich trudnościach 

może  użyć  majątku  żony,  ale  jedynie  wtedy.  Tyle,  co  do  pieniędzy  żony,  a  teraz  kwestia 
zarządzania domem. 

— To ciężkie zadanie! 
— Ciężkie  jedynie  dla  tych,  którzy  za  wiele  wymagają  od  życia.  Rzeczywiste 

przyjemności są najtańsze: książki, muzyka, wieczory spędzane z przyjaciółmi w domowym 
kółku, spacery, miła jednostajność codziennego życia, krykiet, golf i tenis, kosztują niewiele. 

— Ale musisz jeść i pić, Franku. A Jemima i kucharka kosztują bajecznie dużo. 
— Ale  obiady  u  nas  zaczynają  być  zanadto  wymyślne.  Na  co,  na  przykład,  ta  druga 

jarzyna? 

— Wiedziałam, że wystąpisz przeciwko tej biednej jarzynie. To akurat najtańsze. 
— Rzecz względna, nie wątpię, że kosztuje trzy pensy dziennie, przyznaj. Wiesz, ile trzy 

pensy dziennie czynią przez cały rok? Po to  masz męża rachmistrza, by to  wiedzieć. Cztery 
funty, jedenaście szylingów i pensa. 

— To nie wydaje się dużo. 
— Ale za te pieniądze, a nawet mniej, można zostać członkiem „Czytelni londyńskiej” z 

prawem  wypożyczenia  piętnastu  książek  naraz  i  poznania  tym  sposobem  literatury  całego 
świata.  A  teraz  osądź  sama,  z  jednej  strony  wszystkie  możliwe  książki,  mądre,  ładne, 
dowcipne, a z drugiej róża kalafiorów, szparagi lub karczochy. Co jest lepsze? 

— Mój Boże, więc nie będziemy nigdy jeść drugiej jarzyny? 
— A legumina? 
— Mój drogi, ty zawsze jesz leguminę. 
— To prawda, bo stoi przede raną, ale gdyby jej nie było, nie jadłbym. Byłoby znowu pięć 

do sześciu funtów rocznie. 

— Wiesz co, zrobimy kompromis, jednego dnia druga jarzyna, a drugiego legumina? 
— Doskonale. 
— Uważam, że ze szczególnym upodobaniem rozprawiasz o oszczędności w jedzeniu, gdy 

jesteś najedzony. Ciekawe, czy będziesz tego samego zdania jutro, jak przyjedziesz z miasta? 
A teraz, czy jeszcze o oszczędności? 

— Nie  twierdzę,  by  pieniądze  dawały  szczęście,  ale  uważam,  że  długi  są  nieszczęściem. 

Musimy  więc  unikać  wydatków  niepotrzebnych  do  czasu,  kiedy  uskładamy  fundusz 

background image

rezerwowy,  by  móc  stawić  czoło  niespodziewanym  okolicznościom.  Jeżeli  zauważysz,  że 
zrobiłem  niepotrzebny  wydatek,  zwróć  mi  uwagę.  Za  kawalerskich  czasów  byłem  dość 
rozrzutny. 

— Aha, czerwony kaftan do golfa. 
— Tak, to było idiotyczne z mojej strony. 
— Nic nie szkodzi, kochanie, wyglądasz w nim bardzo ładnie, ostatecznie kosztował tylko 

trzydzieści szylingów. A może masz coś do zarzucenia mnie. 

— No, widziałem wczorajszy rachunek od krawcowej. 
— O, Franku, to taka śliczna suknia i mówiłeś, że ci się podoba. Dobry krój dużo kosztuje, 

a sam powiadasz, że kobieta powinna być szykowna po ślubie. 

— Nie myślałem o sukni. 
— A o czym? 
— O jedwabnej lamówce. 
— Jakiś ty zabawny! 
— To  cię  kosztowało  o  trzydzieści  szylingów  więcej,  a  czy  to  nie  wszystko  jedno,  czy 

lamówka jest jedwabna, czy nie? 

— O nie, spróbuj sam. 
— Ale nikt nie zobaczy tej różnicy. 
— Już przy wejściu do salonu każda kobieta zobaczy, że suknia ma jedwabną lamówkę. 
Frank poczuł, że wszedł na teren nie znany. 
— Jest  wszak  jeden  sposób  oszczędzania,  którego  nie  pochwalam  —  rzekł  —  a  to 

uszczuplanie sumy, przeznaczanej na dobroczynność. Nie, żebym w tym kierunku robił dużo, 
może nawet  za mało. Ale odejmować biednym,  to okropne. Powinniśmy  odmawiać jedynie 
sobie. 

Teraz Frank, zgodnie ze swoją systematycznością, miał  wszystkie punkty  wynotować na 

kartce.  Nie  było  to  nic  nadzwyczajnego,  ale  mogło  służyć  za  punkt  orientacyjny  niejednej 
dwuwiosłowej  łódce,  aż  do  czasu,  w  którym  wymyśli  lepszy.  Wskazówki  owe  brzmiały 
następująco: 

 
RADY DLA MŁODEGO MAŁŻEŃSTWA 
 
1.  Ponieważ  jesteście  małżeństwem,  powinniście  dążyć  do  urzeczywistnienia  ideału 

dobrego małżeństwa. 

2. Ułóżcie więc maksymy i starajcie się postępować według nich. 
3. I nie zrażajcie się, jeżeli zbłądzicie, zbłądzicie pewnie nie raz, ale może nie zawsze. 
4. Nie wpadajcie nigdy w złość równocześnie, niech każde czeka na swą kolej. 
5. Nie przestawajcie nigdy być kochankami, gdy któreś  z was  ochłodnie, ktoś  inny może 

zapłonąć. 

6. Nim zostaliście mężem i żoną, byliście dobrze wychowanymi ludźmi; nie zapominajcie 

o tym. 

7. Starajcie się prezentować jak najkorzystniej, to podniesie męża lub żonę w ich własnych 

oczach. 

8. Trzeba mieć ideały i dążyć ku nim. 
9. Miłość ślepa jest głupią miłością, starajcie się doskonalić drugą stronę. 
10. Stały wzajemny szacunek jest konieczny w miłości. 
11. Struna naciągnięta zbyt mocno, łatwo pęka. 
12. Dla obojga jest jedno prawo. 
13. Jest jedna rzecz gorsza od publicznej kłótni, a to publiczne pieszczoty. 
14. Pieniądze nie dają szczęścia, ale ludzie szczęśliwi mają ich zwykle pod dostatkiem. 
15. Więc oszczędzajcie. 

background image

16. Najłatwiejszy sposób oszczędzania to obchodzić się bez rzeczy niepotrzebnych. 
17. Jeżeli nie potraficie, to lepiej obejdźcie się bez żony. 
18. Mąż, który ma szacunek dla żony, nie pozwoli zostać jej żebraczką. Musi mieć własną 

kasę. 

19. Jeżeli oszczędzacie, oszczędzajcie na sobie. 
20.  W  sprawach  finansów  trzeba  się  przygotować  na  najgorsze,  ale  mieć  nadzieję,  że 

wszystko ułoży się jak najlepiej. 

To  był  ich  program.  Mogli  go  poprawić  przez  doświadczenie  albo  uzupełnić  przez 

praktykę, ale przydał im się na początek. 

background image

W

YZNANIA

… 

 
— Powiedz mi Franku, czy kochałeś kogoś zanim mnie poznałeś? 
— Jak ta lampa źle się dziś pali — odparł zagadnięty. Paliła się tak źle, że musiał pójść do 

jadalni po drugą. Zabawił tam jakiś czas. 

Czekała cierpliwie, nieubłagana. 
— Czy tak Franku? 
— Czy co? 
— Czy byłeś zakochany? 
— Moja droga Maud, po co zadawać takie pytania? 
— Mówiłeś, że nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic. 
— Nie, ale są rzeczy, o których mówić nie warto. 
— Ja bym nazwała to sekretem. 
— Jeżeli ci zależy… 
— O tak. 
— No to odpowiem, ale nie miej żalu, jeżeli moja odpowiedź nie będzie ci się podobała. 
— Kim była Franku? 
— Która? 
— Więcej niż jedna? 
— Wiedziałem, że nie będziesz zadowolona. 
— Lepiej było nie pytać. 
— To zostawmy ten temat. 
— Nie, teraz nie, zaszliśmy za daleko. Musisz mi powiedzieć wszystko. 
— Wszystko? 
— Tak, wszystko. 
— Nie wiem czy potrafię? 
— Czy to niemożliwe? 
— Nie, przyczyna jest inna. 
— Powiedz Franku. 
— Tego  byłoby  dość  dużo.  Czy  wiesz,  jak  jeden  z  nowożytnych  poetów  tłumaczył  się 

żonie ze swoich przedmałżeńskich przygód? Powiedział, że jej właśnie szukał. 

— To by mi się podobało! — zawołała oburzona. 
— Szukałem ciebie. 
— Szukałeś, zdaje się, dość długo i pilnie! 
— Ale znalazłem cię nareszcie. 
— Wolałabym  żebyś  znalazł  mnie  wcześniej.  Wspomniał  coś  o  kolacji,  ale  ona  nie  dała 

zbić się z tropu. 

— Ile  razy  kochałeś  naprawdę?  —  pytała.  —  Proszę,  odpowiedz  bez  żartu.  Chciałabym 

znać prawdę. 

— A jeżeli zechcę skłamać? 
— Nie zrobisz tego. 
— Nie, nie mógłbym ci spojrzeć w oczy. 
— No więc, ile razy kochałeś? 
— Nie powinnaś sobie wyobrażać Bóg wie czego ani też zbytnio brać do serca. Widzisz, 

to  zależy  od  tego,  co  nazywasz  miłością.  Są  różne  rodzaje  i  stopnie  miłości.  Czasem  trwa 
chwilę,  a  czasem  to  namiętność  całego  życia.  Nieraz  podstawą  miłości  jest  fascynacja 
fizyczna, a czasem sympatia intelektualna lub wspólnota duchowa. 

— A które z tych uczuć masz do mnie? 
— Wszystkie trzy. 

background image

— Czy na pewno? 
— Możesz być przekonana. 
Przybiegła do niego i badanie zostało na chwilę przerwane. W kilka chwil potem nastąpił 

ciąg dalszy. 

— No, a teraz proszę, od początku. 
— Ach, Maud, nie, nie mogę. 
— Jak się nazywała? 
— Nie,  Maud,  to  byłoby  już  za  wiele.  Nawet  tobie  nie  powinienem  wymienić  żadnego 

nazwiska. 

— Kim więc była? 
— Proszę cię nie pytaj o szczegóły, to jest okropnie nieprzyjemne. Daj mi opowiadać po 

swojemu. 

Skrzywiła się. 
— Pan dobrodziej się wykręca, ale nie chcę ci dokuczać, opowiadaj po swojemu. 
— Prawdę powiedziawszy, Maud, ja zawsze byłem w kimś zakochany. 
Jej twarzyczka powlokła się chmurą. 
— Twoja miłość zatem musi być rzeczą, o którą jest dość łatwo. Tani towar! 
— To,  moim  zdaniem,  racja  bytu  młodego,  normalnego,  zdrowego  człowieka, 

obdarzonego  pewnym  zasobem  imaginacji  oraz  gorącym  sercem.  To  wszystko  lub  prawie 
wszystko było powierzchowne. 

— Zdaje się, że twoja miłość jest zawsze powierzchowna, jeżeli tak łatwo ją zdobyć. 
— Nie gniewaj się, Maud. Nie znałem cię wtedy i nie miałem żadnych zobowiązań. 
— Miałeś  obowiązki  względem  siebie.  Powinieneś  był  mieć  więcej  szacunku  dla  swego 

własnego ja. 

— Masz  tobie,  wiedziałem,  że  się  pokłócimy  o  to.  Po  co  się  dopytywać  o  takie  rzeczy? 

Jestem głupcem, że mówię szczerze. 

Siedziała  przez  chwilę  cicho,  z  miną  poważną  i  surową.  Frank,  w  głębi  duszy,  był 

uszczęśliwiony, że jest o niego zazdrosna i przypatrywał się jej spod oka. 

— I cóż dalej? — spytała po chwili. 
— Czy mam mówić dalej? 
— Tak, muszę wysłuchać do końca. 
— Zirytujesz się tylko. 
— Zaszedłeś  za  daleko,  aby  przestać.  A  ja  nie  irytuję  się,  tylko  mi  trochę  przykro.  Nie 

myślałam, że jesteś takim Mormonem — tu roześmiała się. 

— Każda kobieta mnie ciekawiła. 
— To dobre określenie! 
— Tak  się  zaczynało,  a  jeżeli  okoliczności  sprzyjały,  zainteresowanie  wzrastało,  aż 

nareszcie, no, rozumiesz przecież. 

— Iloma się interesowałeś? 
— Hm, mniej więcej każdą. 
— A w ilu wypadkach zainteresowanie wzrastało? 
— Ach, tego nie wiem. 
— W dwudziestu? 
— Ej, chyba więcej. 
— Trzydziestu? 
— Może. 
— Czterdziestu? 
— Więcej nie. 
Maud wydawała się przerażona rozmiarami tej nieprawości. 

background image

— Czekaj,  teraz  masz  lat  dwadzieścia  siedem,  w  takim  razie  jeżeli  zacząłeś  mając  lat 

siedemnaście, kochałeś się cztery razy do roku. 

— Jeżeli liczysz w ten sposób, to może ich było więcej niż czterdzieści. 
— To  okropne  —  krzyknęła  Maud  i  rozpłakała  się.  Frank  ukląkł  przed  nią  i  całował  jej 

ręce. 

Miała małe, pulchne rączki, gładkie, o aksamitnym dotyku. 
— Czterdziesta pierwsza i ostatnia — wołała, płacząc i śmiejąc się zarazem, i zaczęła go 

ciągnąć za włosy. 

— Przy tobie czuję się brutalem — mówił — teraz kocham ciebie, całą duszą i sercem. 
— Nie  mogę  gniewać  się  na  ciebie  —  rzekła  Maud  —  to  byłoby  nieszlachetne,  gdy 

mówisz  szczerze.  Nikt  cię  do  tego  nie  zmuszał.  To  bardzo  ładnie  z  twojej  strony.  Ale 
wolałabym żebyś od razu się mną zainteresował. 

— Stało  się  inaczej.  Przypuszczam,  że  są  ludzie,  którzy  i  za  kawalerskich  czasów 

prowadzą życie cnotliwe, ale nie uwierzę nigdy, że ci są właśnie najlepsi. Są albo aniołami na 
Ziemi,  jak  Newman  lub  Gladstone  za  młodych  lat,  albo  też  chłodnymi,  nieśmiałymi, 
pozbawionymi męskości charakterami, które do niczego nie dojdą w życiu. Ci pierwsi muszą 
być  wielcy, takich nie spotkałem  poza historią. Drugich poznać nie chcę. Kobiety nie lubią 
poglądów ogólnych i dysput na ten temat. 

— Czy one były ładniejsze ode mnie? 
— Kto? 
— No, te czterdzieści kobiet. 
— Nie, kochanie, jak możesz pytać o to? Czemu się śmiejesz? 
— Nic, przyszło mi na myśl, jak by to było zabawnie zgromadzić wszystkie czterdzieści w 

jednym pokoju, a ciebie wpuścić między nie. 

— Zabawnie! — Frank oburzył się. — Kobiety mają czasem dziwaczne pomysły. 
Maud śmiała się do łez. 
— Czy nie uderza cię komizm sytuacji? 
— Wcale nie! — odparł chłodno. 
— Ale  to  prawda  —  rzekła  i  wybuchnęła  znowu  dźwięcznym,  głębokim  śmiechem. 

Niektóre kobiety posiadają słodki, pełny, wesoły śmiech, to jeden z najpiękniejszych głosów 
w naturze. 

— Czy już skończyłaś? — rzekł kwaśno. Jej zazdrość bardziej mu pochlebiała. 
— Dobrze już, dobrze, nie gniewaj się, gdybym się nie śmiała, płakałabym. Przykro mi, że 

ci dokuczyłam. 

Wrócił na swoje miejsce, więc podbiegła do niego. 
— Czy dosyć? 
— Jeszcze nie. 
— A teraz? 
— Dobrze, przebaczam ci. 
— To  doskonałe!  Ty  przebaczasz  mi  po  tych  wszystkich  wyznaniach.  Ale  żadnej  z  nich 

nie kochałeś tak jak mnie kochasz? 

— Żadnej. 
— Przysięgnij. 
— Przysięgam! 
— I moralnie, i na żadne inne sposoby, o których mówiłeś? 
— Na żadne. 
— I nigdy nie będziesz? 
— Nigdy. 
— Mój chłopcze; nigdy a nigdy? 
— Nigdy a nigdy. 

background image

— A te czterdzieści były szkaradne? 
— Nie, Maud, tego powiedzieć nie mogę. Skrzywiła się i spuściła główkę. 
— To wolałeś je? 
— Gdybym którąś wolał, byłbym się z nią ożenił. 
— To prawda, musiałam cię interesować więcej niż inne, jeżeli się ze mną ożeniłeś. Nie 

pomyślałam o tym. 

— Ty  głuptasku,  naturalnie,  że  ciebie  kochałem  najbardziej.  Zostawmy  ten  temat  i  nie 

poruszajmy go nigdy więcej. 

— Czy masz ich fotografie? 
— Nie. 
— Żadnej? 
— Żadnej. 
— Co z nimi zrobiłeś? 
— Nie miałem ich wicie. 
— A te co miałeś? 
— Spaliłem przed ślubem. 
— To ładnie z twojej strony. Nie było ci żal? 
— Nie, wiedziałem, że tak trzeba zrobić. 
— Czy wolałeś brunetki, czy blondynki? 
— Nie wiem  sam,  nie przebierałem nigdy;  pamiętasz to  zdanie Henleya:  „Piękna  — czy 

brzydka — zawsze kobieta”. To jest właśnie uczucie kawalera. 

— Ale czy możesz dać słowo, że żadna z tych czterdziestu nie była ładniejsza ode mnie? 
— Mówmy o czymś innym. 
— Ani mądrzejsza?! 
— Jakaś ty dziś nudna, Maud. 
— Odpowiedz mi. 
— Już ci odpowiedziałem. 
— Nie słyszałam. 
— Owszem,  słyszałaś.  Mówiłem,  że  ożeniwszy  się  z  tobą,  dałem  dowód,  że  ciebie 

kocham.  Nie  mogę  porównywać  twoich  przymiotów  z  przymiotami  wszystkich  możliwych 
ludzi, to byłaby głupota. Mogę jedynie powiedzieć, że twoje zalety tworzą taką kombinację, 
która jest mi najdroższa i najmilsza. 

— Widzę to — rzekła Maud z powątpiewaniem — jesteś przynajmniej szczery. 
— Masz, dotknąłem cię? 
— Nie,  wcale  nie,  wolę,  że  jesteś  szczery.  Nie  chciałabym,  byś  myślał  coś,  czego  nie 

śmiałbyś mi powiedzieć. 

— A ty, Maud, czy byłabyś ze mną równie szczera? 
— Tak, mój drogi.  Czuję, że winna ci  jestem  równie szczere wyznanie.  Ja także miałam 

małe przygody. 

— Ty?! 
— Może wolałbyś o tym nie mówić. Po co wznawiać stare historie? 
— Nie, wolę byś powiedziała. 
— Nie będzie ci przykro? 
— Nie, wcale nie. 
— Dowiedz się Franku, że jeżeli kobieta zamężna powie swemu mężowi, iż do chwili, w 

której go poznała nie doznała nigdy uczucia względem innego mężczyzny, skłamie. Może są i 
takie,  ale  ja  ich  nie  widziałam;  nie  życzyłabym  sobie  nawet  poznać  ich,  bo  to  muszą  być 
natury chłodne, nudne, niesympatyczne. 

— Maud, ty już kogoś kochałaś?! 
— Nie mogę zaprzeczyć, że kilku mężczyzn zainteresowało mnie, nawet głębiej. 

background image

— Kilku?! 
— Nie znałam cię wtedy, mój drogi, nie miałam względem ciebie żadnych zobowiązań. 
— Kochałaś kilka razy?! 
— Uczucia były powierzchowne. Są różne rodzaje i stopnie miłości. 
— Wielki Boże, Maud, ilu wywołało w tobie uczucie? 
— Faktem jest, że młoda, zdrowa panna z gorącym sercem i imaginacją czuje pociąg do 

każdego  prawie  młodego  mężczyzny.  Chcę  być  szczera  i  odwdzięczyć  ci  się  za  twoje 
zwierzenia. Ale jest  pewien rodzaj  młodych ludzi,  względem których moje zainteresowanie 
było największe. 

— Umiałaś nawet klasyfikować?! 
— Zaczynasz być zły, już nic nie powiem. 
— Za dużo powiedziałaś, musisz dokończyć. 
— Chciałabym jedynie powiedzieć, że bruneci zawsze robili na mnie wrażenie. Nie wiem 

dlaczego, ale ulegałam temu stale. 

— I dlatego wyszłaś za człowieka z jasnymi włosami. 
— No,  nie  mogłam  wymagać  absolutnie  wszystkich  przymiotów  od  mojego  męża.  Nie 

byłoby  to  rozsądne.  Zapewniam  cię  jednak,  że  ciebie  najbardziej  kocham.  Nie  musisz  być 
najpiękniejszy ani najmądrzejszy; ideałów nie ma na świecie, ale kocham cię. Mam nadzieję, 
że nie zrobiłam ci przykrości. 

— Przykro  mi,  że  nie  jestem  twoim  ideałem,  Maud.  To  głupota  chcieć  być  ideałem,  ale 

myślałem  zawsze,  że  miłość  przemienia  przedmiot  i  on  wydaje  się  idealny  w  kochających 
oczach.  Co  do  moich  włosów  to  przepadło,  ale  jeżeli  uważasz, że  mógłbym  zmienić  coś  w 
sobie… 

— Nie,  nie,  chcę  cię  mieć  takim  jakim  jesteś,  gdybyś  mi  się  nie  podobał  najbardziej  ze 

wszystkich, nie wyszłabym za ciebie. 

— Ale tamte doświadczenia? 
— Ej,  nie  mówmy  lepiej  o  tym.  Co  dobrego  może  wyniknąć  z  rozmowy  o  moich 

doświadczeniach, minionych w dodatku? Tylko cię znudzę. 

— Wcale  nie,  czuję  szacunek  dla  twojej  szczerości,  choć  przyznaję,  że  to  wszystko  jest 

dość nieoczekiwane i niespodziewane. Mów dalej. 

— Zapomniałam na czym skończyłam. 
— Na powiedzeniu, że przed ślubem miałaś miłosne intrygi z kilkoma młodymi ludźmi. 
— Jak to okropnie brzmi, prawda? 
— Toteż zaraz mnie uderzyło. 
— Ale ty przesadzasz. Mówiłam jedynie, że kilku wywarło na mnie wrażenie. 
— Szczególnie bruneci. 
— Rzeczywiście. 
— Myślałem zawsze, że byłem pierwszy. 
— Stało  się  inaczej.  Mogłam  skłamać  i  zapewnić  cię,  że  tak  było,  ale  nie  śmiałabym  ci 

wtedy spojrzeć w oczy. Widzisz skończyłam się uczyć mając lat siedemnaście, a zaręczyłam 
się mając dwadzieścia trzy. To sześć lat. Wyobraź sobie wszystkie bale, pikniki, wycieczki, 
wizyty przez owe sześć lat. Spotykałam młodych ludzi ciągle. Wielu z nich interesowało się 
mną, a ja… 

— Interesowałaś się nimi. 
— To naturalne, Franku. 
— Tak, całkowicie naturalne, a potem wrażenie pogłębiało się. 
— Czasami. Jeżeli spotykasz młodzieńca, który zajmuje się tobą ciągle, na balu, na ulicy, 

w ogrodzie, wieczorem odprowadza cię do domu, to naturalne, że zainteresowanie wzrasta. 

— Tak. 
— A potem… 

background image

— Co potem? 
— Nie będziesz się gniewał? 
— Nie, wcale nie, czemu nie zostawiasz kluczy na stoliku? 
— Mogłyby skusić Jemimę, podać ci? 
— Nie, nie, mów dalej. 
— No, jeżeli zainteresowanie wzrastało, zaczynały się doświadczenia. 
— Ach! 
— Nie krzycz Franku! 
— Krzyknąłem? Przepraszam, mów dalej, do czego dochodziło? 
— Po co szczegóły? 
— Musisz  dokończyć,  zaszłaś  za  daleko,  aby  móc  przestać.  Chcę  usłyszeć  o 

doświadczeniach. 

— Nie usłyszysz, jeżeli będziesz upominał się o nie w ten sposób. 
Maud umiała zachować się godnie, jeżeli chciała. 
— Ja  się  nie  upominam,  proszę  cię,  abyś  miała  do  mnie  zaufanie  i  opowiedziała  mi  o 

swych doświadczeniach. 

Oparła  się  o  poręcz  krzesła,  przymknęła  oczy,  a  twarz  jej  zabarwił  uśmiech  pełen 

wspomnień. 

— Franku, jeżeli chcesz mieć rzeczywiście dowód mego zaufania i szczerości, to powiem. 

Pamiętaj, że nie znałam cię wtedy. 

— Pamiętam wszystko. 
— Opowiem  ci  jeden  przypadek.  Był  pierwszy  tego  rodzaju  i  pamiętam  go  wybornie. 

Powodem  wszystkiego  było  to,  że zostawili  mnie  samą  z  jednym  panem,  który  przyszedł  z 
wizytą do mojej matki. 

— Tak. 
— Byliśmy, jak się domyślasz sami w pokoju. 
— Tak, tak, mów dalej. 
— Zaczął  mi prawić komplementy:  że jestem  bardzo ładna, że nigdy nie widział milszej 

panienki i tak dalej. Wiesz co się zwykle mówi w takich wypadkach. 

— A ty? 
— O, ja prawie się nie odzywałam, bo byłam młoda i niedoświadczona, ale te pochlebstwa 

sprawiały mi przyjemność. Musiałam mu to okazać, gdyż nagle… 

— Pocałował cię! 
— Tak rzeczywiście. Nie spaceruj tak gwałtownie po pokoju, to mnie denerwuje. 
— Dobrze, mów, co nastąpiło po tej zniewadze? 
— Czy chcesz koniecznie? 
— Muszę wiedzieć. Co zrobiłaś? 
— Szkoda,  że  mówiłam,  bo  widzę,  że  jesteś  zirytowany.  Zapal  fajkę  i  mówmy  o  czymś 

innym. Gdy się dowiesz prawdy, to się bardziej zdenerwujesz. 

— Nie. Co zrobiłaś? 
— Jeżeli chcesz wiedzieć koniecznie, pocałowałam go także. 
— Pocałowałaś go? 
— Tak, mój drogi, to może było złe, ale pocałowałam. 
— Mój Boże, po co to zrobiłaś? 
— Podobał mi się. 
— Brunet? 
— Tak, miał ciemne włosy. 
— Maud, Maud, mów, mów, co dalej? 
— Pocałował mnie jeszcze kilka razy. 
— Naturalnie, jeżeli ty go całowałaś, cóż innego mogło nastąpić? A potem? 

background image

— O, Franku, już nie mogę. 
— Mów, mów, jestem przygotowany na wszystko. 
— No to siadaj i nie lataj tak po pokoju. Działam ci tylko 
na nerwy. 
— Już siedzę. Widzisz, nie jestem zdenerwowany. Na miłość boską, mów! 
— Prosił, abym mu usiadła na kolanach! 
— Och! 
Maud roześmiała się. 
— Skrzeczysz jak żaba. 
— Cieszę  się,  że  uważasz  to  za  śmieszne,  mów,  czy  przystałaś  na  tę  naturalną  i 

umiarkowaną propozycję. Usiadłaś mu na kolanach? 

— Niestety tak. 
— Boże miłosierny. 
— Nie bądź taki zły, to działo się nim cię poznałam. 
— I ty mi tu z zimną krwią opowiadasz, że siedziałaś na kolanach tego łajdaka? 
— Cóż miałam robić? 
— Co robić? Mogłaś krzyczeć, dzwonić, bić go, mogłaś wstać w swej obrażonej godności 

kobiecej i wyjść z pokoju. 

— To nie było łatwe dla mnie, wyjść z pokoju. 
— Trzymał cię? 
— Trzymał. 
— O. gdybym tam wtedy był! 
— A była też inna przyczyna. 
— Jaka? 
— Nie umiałam jeszcze dobrze chodzić, bo miałam dopiero trzy lata. 
Frank siedział w milczeniu. 
— Ty czarownico! — rzekł nareszcie. 
— Ty stary gąsiorze. To mi dobrze zrobiło. 
— Ty potworze! 
— Musiałam  dorównać  moim  czterdziestu  poprzedniczkom.  Ty  muzułmaninie,  ale  się 

zdenerwowałeś, przyznaj się? 

— Zdenerwowałem? Jeszcze  myśli  zebrać  nie  mogę.  To  jakiś  okropny  sen.  Ty  nie  masz 

serca, Maud. 

— To było cudowne, wspaniałe! 
— To było straszne! 
— A jaki ty byłeś zazdrosny. Tak się cieszę. 
— Mam  wrażenie  —  mówił  Frank,  biorąc  ją  w  objęcia  —  że  nigdy  jeszcze  nie 

zrozumiałem tak jak dzisiaj… 

I wtedy weszła Jemima z tacą. 

background image

P

ANI 

B

EETON

 

 
Od  ślubu  upłynęło  już  kilka  miesięcy,  gdy  Frank  zauważył,  że  jego  żona  ma  jakieś 

zmartwienie. Czasami była smutna i  zniechęcona, bez widocznej  przyczyny. Pewnej  soboty 
wrócił do domu wcześniej niż zwykle i wchodząc do sypialni ujrzał ją siedzącą przy oknie z 
grubą  książką  na  kolanach.  Gdy  spojrzała  na  niego  z  radością  i  pomieszaniem  zarazem, 
spostrzegł na jej twarzy ślady świeżych łez. Odłożyła pospiesznie książkę i wstała. 

— Płakałaś, Maud? 
— Nie Franku, nie. 
— Łkasz jeszcze trochę, Maud, otrzyj zaraz te łzy. — Ukląkł przed nią i całował. — Lepiej 

teraz? 

— Tak, kochanie, nic mi nie jest. 
— Łez nie ma? 
— Nie ma. 
— A teraz mów. 
— Nie chciałam mówić, Franku. 
Zrobiła parę milusińskich minek, zanim zdecydowała się wyjawić swój sekret. 
— Chciałam to zrobić bez twojej wiedzy, żebyś miał niespodziankę. Widzę jednak, że nie 

podołam, za głupia jestem na to. A to niemiłe. — Frank ujął potężną książkę. Tytuł brzmiał 
„Nauka gospodarstwa domowego przez p. Beeton”. Otworzyła się na karcie ,,Uwagi ogólne o 
świni  domowej”.  Pod  spodem  na  obrazku  widniał  ślad  dużej  łzy.  Frank  ucałował  go 
uroczyście, co wywołało uśmiech Maud, wesoły już, ale przez łzy. 

— No,  już  dobrze,  nie  cierpię  widzieć  cię  stroskaną,  choć  bardzo  ci  z  tym  do  twarzy. 

Powiedz czemu nie możesz podołać? 

— Chciałabym  wiedzieć  o  gospodarstwie  tyle.  ile  każda  pani  domu  w  Anglii.  Wiedzieć 

tyle, ile pani Beeton. Chciałam nauczyć się wszystkiego, kartka po kartce na pamięć. 

— A jest ich 821 — stwierdził Frank, przeglądając. 
— Tak,  wiem,  że  zestarzałabym  się  do  tego  czasu,  ale  w  ostatniej  części  mówi  o 

homeopatii  i  innych  mniej  ważnych  kwestiach.  To  chciałam  odłożyć  na  później.  Na  razie 
uczyłam się części pierwszej, ale to bardzo trudne. 

— Ale dlaczego? 
— Bo chcę, żebyś był tak szczęśliwy jak pan Beeton. 
— Ręczę ci, że jestem. 
— Nie  Franku,  to  niemożliwe.  Ona  pisze,  że  szczęście  i  wygoda  męża  zależą  od 

umiejętności gospodarskich żony. Pani Beeton była chyba najlepszą na świecie gospodynią, a 
więc pan Beeton musiał być najszczęśliwszym z ludzi. A dlaczego pan Beeton miałby mieć 
szczęśliwsze i wygodniejsze życie niż mój Frank? Powiedziałam sobie, że tak nie może być i 
nie będzie. 

— I nie jest! 
— Tak  ci  się  zdaje,  ale  ty  się  na  tym  nie  znasz,  myślisz,  że  wszystko  jest  dobrze,  ale 

gdybyś poszedł z wizytą do pani Beeton, zobaczyłbyś różnicę. 

— Jaki ty masz zły zwyczaj sadowienia się zawsze przy oknie. Ręczę, że pani Beeton nie 

pochwaliłaby tego. Ze wszystkich okien naprzeciw widzą, co się tu dzieje. 

— …? 
— Nie moja wina, że jesteś taka ładna. 
— Czy naprawdę jeszcze myślisz, że jestem ładna? 
— Bajeczna. 
— Po tak długim czasie? 
— Codziennie ładniejsza. 

background image

— Nie znudziłam ci się jeszcze? 
— Skarbie mój! Gdybyś się znudziła, znudziłoby się życie! 
— Jakie dziwne jest to wszystko. 
— Prawda? 
— Gdy pomyślę o naszym pierwszym spotkaniu przy tenisie. „Mam nadzieję, że pan nie 

gra zbyt dobrze, panie Crosse?” „Nie. pani, cieszę się, jeżeli mi się uda wygrać seta”. Tak się 
zaczęło. A teraz! 

— Tak, to rzeczywiście oryginalne. 
— A  potem  przy  obiedzie.  „Pani  lubi  grę  Irwinga?”  ,,O  tak,  to  geniusz”.  Jacy  byliśmy 

ceremonialni i dobrze wychowani, a teraz siedzimy razem w sypialni i ja ciągnę cię za włosy. 

— Tak, to dziwnie, ale gdy o tym myślę, przypuszczam, że to się zdarzało i innym. 
— Ale nie to samo. 
— No  niezupełnie,  ale  z  pewnym  podobieństwem,  niby  familijnym.  Ludzie,  którzy  się 

pobiorą, znają się po jakimś czasie lepiej, niż przy pierwszym spotkaniu. 

— Co o mnie pomyślałeś, Franku? 
— Mówiłem nieraz. 
— Powiedz jeszcze. 
— Po co? 
— Lubię słyszeć. 
— To cię psuje. 
— Chcę być psuta. 
— Dobrze, myślałem więc: jeżeli zdobędę tę dziewczynę, będzie coś ze mnie na świecie; a 

także  i  to:  jeżeli  nie  dostanę  tej  dziewczyny,  nie  będzie  ze  mnie  nic  i  nie  wiem  gdzie  się 
podzieję z rozpaczy. 

— I to zaraz przy pierwszym spotkaniu, Franku? 
— Zaraz. 
— A potem? 
— A  potem,  dzień  po  ślubie  i  tydzień  po  tygodniu  uczucie  rosło  i  pogłębiało  się,  aż  w 

końcu wchłonęło wszystkie zamiary, nadzieje i ambicje. Nie śmiem nawet myśleć o tym co 
by się stało, gdybyś odmówiła. 

Roześmiała się rozkosznie. 
— Tak miło tego słuchać. A najlepsze, że się dotąd nie zniechęciłeś. Bałam się zawsze, że 

pewnego  pięknego  dnia  po  ślubie,  nie  zaraz  naturalnie,  ale  tak  na  przykład  po  tygodniu, 
otrząśniesz  się jak  człowiek,  który  był  zahipnotyzowany  i  powiesz:  ,,a  ja  myślałem,  że  ona 
jest  ładna,  że  miła,  jak  mogłem  się  tak  zaślepić  w  takiej  nudnej,  brzydkiej,  samolubnej…” 
Franku! Sąsiedzi zobaczą! 

— No to mnie do tego nie zmuszaj. 
— Co pomyśli Potter? 
— Powinnaś zaciągnąć story, jeżeli masz zamiar mówić takie rzeczy. 
— Siadaj teraz grzecznie i bądź miły. 
— Powiedz, co ty o mnie myślałaś? 
— Myślałam, że dobrze grasz w tenisa. Że umiesz rozmawiać! 
— Tak? Nigdy jeszcze nie czułem się tak sztywny. I byłem zdenerwowany. 
— To mi się właśnie podobało, nie cierpię ludzi chłodnych i pewnych siebie. Wiedziałam, 

że jesteś nieswój i myślałam sobie nawet… 

— Co? 
— Że to może z mojego powodu? 
— A podobałem ci się? 
— Zainteresowałeś mnie bardzo. 

background image

— To  jest  właśnie  cud,  którego  pojąć  nie  mogę.  Ty  z  twoją  urodą  i  wdziękiem,  mająca 

bogatego  ojca  i  wszystkich  młodych  ludzi  u  stóp,  a  ja  biedak  ani  piękny,  ani  uczony,  bez 
przyszłości, bez… 

— Cicho już cicho, tak, tak, masz. 
— Masz  babo  placek,  już  i  stara  pani  Potter  stoi  w  oknie.  Wracajmy  do  poważnej 

rozmowy. 

— Na czym skończyliśmy? 
— Zdaje się, że na owej świni, a potem mówiliśmy o panu Beeton. Ale dlaczego tam jest 

mowa o świni? Dlaczego płakałaś nad nią? I co ta pani pisze o świni? 

— Przeczytaj sam. 
Frank czytał głośno: „Świnia należy do ssaków, pochodzi z rodziny Sus scrofa, z rodzaju 

pachydermata, czyli gruboskórców. Jej cechy: długi ruchomy ryj, czterdzieści dwa zęby, nogi 
zakończone  czterema  palcami  i  ogon  mały,  zakręcony,  niektóre  gatunki  pozbawione  są 
zupełnie tej ozdoby”. Ale cóż to ma wspólnego z gospodarstwem, tam do licha? 

— Tego właśnie nie wiem, to okropnie zniechęca, gdy trzeba zapamiętywać takie rzeczy. 

Co mnie obchodzi, że świnia ma czterdzieści dwa palce u nóg? Ale jeżeli pani Beeton to wie, 
człowiek czuje, że powinien to wiedzieć również. Gdybym zaczęła wybierać, czego się mam 
uczyć, to by mało co zostało. Ale to jest swoją drogą pyszna książka, o czymkolwiek chcesz 
przeczytać, znajdziesz. O, tu jest spis. Śmietana, chcesz wiedzieć o śmietanie, masz; chrypka, 
jeżeli  chcesz  dostać,  to  jest  właściwie  nie  chcesz,  znajdziesz  sposób  w  jaki  jej  uniknąć; 
ciastka, wszystko o ciastkach. Czuller, pewnie nawet nie wiesz, co to jest czuller? 

— Nie, nie wiem. 
— I ja nie wiem, ale mogę zobaczyć. To jest rodzaj omletu. Frank wziął książkę z jej rąk i 

upuścił ją na ziemię. Upadła z głuchym stukotem. 

— Choćby  nie  wiem  czego  miała  cię  nauczyć,  nie  okupi  w  moich  oczach  swego  błędu. 

Przeklęte nudziarstwo, ty… — wykrzyknął nagle z napadem zabawnej wściekłości i kopnął 
grube dzieło — tobie zawdzięczam te smutne, zmęczone minki mojej żony. Znam teraz mego 
wroga. Ty nieznośna, pompatyczna bestio, ja cię zaraz obedrę z tej czerwonej okładki. 

Ale Maud porwała ją w objęcia i przytuliła do siebie. 
— Nie. Franku, nie, co ja bym bez niej robiła? Ty nie masz pojęcia, jaka to mądra książka. 

Siadaj tutaj przy mnie na stołeczku, a ja ci przeczytam wyjątki. 

— O tak, doskonale. 
— Siedź cicho i słuchaj, co za perła rozumu: „Gospodyni domu to jakby dowódca armii, 

jej  duch  przenika  wszystko,  a  w  tym  samym  stopniu  w  jakim  ona  czyni  zadość  swym 
obowiązkom, wypełnia je służba”. 

— Z tego wynika, że Jemima powinna być wzorem. 
— Przeciwnie,  to  tłumaczy  błędy  i  opuszczenia  Jemimy.  Posłuchaj  dalej:  „Ranne 

wstawanie to jeden z głównych obowiązków pani domu. Jeżeli to czyni, jest prawie pewne, że 
gospodarstwo idzie porządnie i składnie. 

— No, ty wstajesz o dziewiątej, czego więcej trzeba? 
— O dziewiątej? Pewna jestem, że pani Beeton zrywała się o szóstej. 
— Co  do  tego  to  mam  pewne  wątpliwości,  zanadto  na  to  nastaje.  Nie  zdziwiłbym  się 

wiadomością, że jadała śniadanie w łóżku. 

— Ty nic nie uszanujesz, Franku. 
— Udziel mi jeszcze nieco mądrości. 
— „Prostota  i  oszczędność  są  cnotami,  bez  których  żadne  gospodarstwo  nie  ostoi  się 

długo. Dr Johnson mówi: Jedzenie skromne” — ale do licha z Johnsonem, któż dba o zdanie 
mężczyzn, gdyby to mówiła pani Johnson… 

— Johnson gospodarował u siebie całe lata i bajecznie mu się powodziło! 

background image

— Nie  wierzę  —  Maud  potrząsnęła  loczkami  —  pani  Beeton,  dobrze,  ale  nie  chcę,  aby 

mnie  uczył  dr  Johnson.  Gdzie  skończyłam?  „Musimy  pamiętać,  że  oszczędność  w 
gospodarstwie jest wielką zasługą”. 

— Hurra,  nie  będzie  drugiej  jarzyny,  nie  będzie  leguminy  codziennie,  „Vive  la  biere  de 

Pilsen!” 

— Jesteś okropnie hałaśliwy. 
— To ta książka mnie wprowadza w dobry humor. Cóż więcej? 
— „Przyjaźń nie powinna być zawierana dorywczo, serca nie należy oddawać pierwszemu 

lepszemu”. 

— No,  ja  myślę!  Niech  bym  cię  na  tym  złapał!  Czy  ci  papieros  nie  szkodzi?  Co  pani 

Beeton napisała o paleniu w sypialni? 

— Taka  okropność  nie  przyszła  jej  nawet  na  myśl.  Gdyby  cię  znała,  musiałaby  dodać 

jeszcze parę rozdziałów do swego dzieła, aby odpowiedzieć na wszystkie pytania. Czy mam 
czytać dalej? 

— Proszę, proszę. 
— „W  rozmowie  różne  drobnostki  jak:  małe  rozczarowania,  przykrości,  wypadki  życia 

codziennego nie powinny być poruszane”. 

— Wiwat! Ta książka zawiera wyższą mądrość w każdym calu, o wiele jest mądrzejsza niż 

dzieła pisane przez mężczyzn — wykrzykiwał Frank w zachwycie. 

— Wiedziałam,  że  ci  się  to  będzie  podobało:  „Dobry  humor  powinien  być  stale 

pielęgnowany, na nim opiera się szczęście i zadowolenie całego grona domowników”. 

— Nadzwyczajne. 
— „Zakładając  gospodarstwo  powinno  się  zawsze  dobierać  wszelkie  artykuły  w 

najlepszym gatunku”. 

— Dlatego też wybrałem ciebie, Maud. 
— Dziękuję.  Dalej  mamy  uwagi  o  sukniach  i  modzie,  o  przyjmowaniu  służby,  o 

obowiązkach  codziennego  życia,  o  wizytach,  o  świeżym  powietrzu  i  ćwiczeniach 
cielesnych… 

— To jest najważniejsze! — wykrzyknął Frank, zrywając się i podnosząc żonę z niskiego 

fotelika — jest czas, by zagrać partię golfa przed zmrokiem, jeżeli wyjdziemy zaraz. Ale teraz 
posłuchaj, moja pani: jeżeli kiedykolwiek zobaczę, że się martwisz i rozmyślasz ze smutkiem 
o gospodarskich sprawach… 

— Nie, Franku, już nie będę! 
— No, bo gdyby tak było, to rozpalimy panią Beeton pod kuchnią, pamiętaj! 
— A nie zazdrościsz panu Beeton? 
— Nie zazdroszczę nikomu na świecie. 
— To po co mam naśladować panią Beeton? 
— Rzeczywiście, po co?! 
— O,  Franku  zdjąłeś  mi  ciężar  z  serca.  Ta  książka  nie  dawała  mi  spokoju  od  miesiąca. 

Kochane chłopczysko! Chodźmy. — I zbiegli ze schodów w poszukiwaniu kijów do golfa. 

background image

P

AN 

S

AMUEL 

P

EPYS

 

 
Z wielu miłych sposobów spędzania czasu, Maud lubiła najbardziej wieczorne pogawędki 

sam  na  sam,  nieraz  parogodzinne.  Przesadą  byłoby  twierdzić,  że  wolała  to  niż tańce,  ale  w 
skali  przyjemności  stały  wyżej  niż  teatr,  owe  wieczorne  posiedzenia,  podczas  których 
rozmawiali, jeżeli czuli ochotę, a jeżeli woleli milczenie, milczeli. Porozumienie to ożywiały 
żarciki,  sprzeczki,  aluzje,  które  stanowią  jakby  znaki  tajemne  domowej  masonerii,  znaki, 
które dla każdego intruza stanowić będą niezrozumiałą zagadkę. 

Pięć  lub  sześć  wieczorów  tygodniowo  tak  spędzali.  Ona  z  robótką,  Frank  z  książką, 

używając  w  całej  pełni  szczęścia,  po  które  ludzie  nieraz  udają  się  na  kraj  świata,  a  ono 
tymczasem  czeka  ich  przy  ognisku  rodzinnym,  jeżeli  zechcą  serce  swe  zadowolić  cichym, 
pełnym poświęcenia przywiązaniem. 

Czasami  jednostajność  tę  przerywał  dźwięk  dzwonka  oznajmiający,  że  ktoś  z  bliskich 

znajomych przychodzi z bezceremonialną wieczorną wizytą. Wtedy Maud mówiła: „Masz”, a 
Frank  dodawał  coś  mniej  eleganckiego,  nie  przeszkadzało  im  to  jednak  powitać  przybysza 
serdecznym: „Jak to ładnie z twojej strony, że przyszedłeś nas odwiedzić”. Bez tej niewinnej 
hipokryzji życie byłoby o wiele trudniejsze. 

Frank  w  doborze  lektur  miał  gust  katolicki.  W  sypialni  na  półeczce,  pamiątce  czasów 

kawalerskich, stały ulubione książki, które wypełniały te chwile, gdy nie było nowych. 

Były  to  dzieła,  które  czytał  w  młodości,  a  do  których  zaglądał  tak  często,  że  stały  się 

dobrymi przyjaciółmi. 

Upodobania  te  były  zdrowe,  rozsądne,  ale  niezbyt  wyrafinowane.  Holmesa  Autokrata, 

Gibbonsa  Historia,  Jeffriesa  Dzieje  mego  serca,  Carlyle’a  Życiorys,  Dziennik  Pepysa  i 
Borrowsa  Lavegro.  Pewnego  razu  przyszło  mu  na  myśl,  że  dobrze  by  żona  podzielała  jego 
literackie  sympatie  i  zaproponował  wieczorne  lektury  ulubionych  autorów.  Maud  była 
uszczęśliwiona. 

Gdyby  nawet  zaproponował  czytanie  w  sanskrycie,  zgodziłaby  się  z  ochotą  i 

przysłuchiwała z uśmiechem. W takich drobiazgach miłość kobiety okazuje się silniejsza niż 
miłość mężczyzny. 

Pewnego wieczoru Frank ukazał się w salonie z grubą księgą w ręce. 
— To jest pan Pepys — rzekł z namaszczeniem. 
— Co za śmieszne nazwisko — zawołała Maud — słysząc je, myślę o niestrawności, sama 

nie wiem dlaczego. Ach prawda, pepsyna, naturalnie. 

— Będziemy  zażywać  go  codziennie  po  obiedzie,  aby  podobieństwo  było  zupełne.  Ale 

mówiąc serio, kochanie, myślę, że skoro zaczynamy te czytania, powinniśmy zabierać się do 
nich poważnie i zastanowić się nad… Aj, boli! 

— Och, przepraszam mój drogi, chyba cię nie skaleczyłam? 
— Przeciwnie, nawet mocno. 
— To  dlatego,  że  miałam  w  ręku  igłę,  a  ty  wyglądałeś  tak  uroczyście,  że…  no,  że  nie 

mogłam wytrzymać. 

— Ty mała jędzo. 
— Daj spokój kochanie, Jemima może zaraz wejść z kawą. Usiądź i czytaj o panu Pepysie, 

ale przede wszystkim  opowiedz mi wszystko  od  początku,  tak jakbym  o nim nigdy w życiu 
nie słyszała. 

— No, temu nie uwierzę. 
— Nic nie szkodzi, bądź grzeczny i zrób jak ci każą. Zaczynaj! 
— A więc, pan Pepys urodził się… 
— Jakie miał imię? 
— Samuel. 

background image

— O, to nie lubiłabym go. 
— Tego  nie  zmienimy.  Urodził  się…  mógłbym  zobaczyć  kiedy  i  gdzie,  ale  to 

niepotrzebne.  Urodził  się  w  roku  tysiąc  sześćset  którymś,  ale  kim  był  jego  ojciec, 
zapomniałem. 

— Będę się starała zapamiętać wszystko, co o nim powiesz. 
— No,  będzie  tego  niewiele.  Powiodło  mu  się  w  życiu,  pod  koniec  został  wysokim 

dygnitarzem  marynarki,  umarł  w  dobrych  warunkach,  a  bibliotekę  swą,  o  dużej  wartości, 
zapisał uniwersytetowi, ale któremu, zapomniałem. 

— Twoje informacje są niezmiernie dokładne, Franku. Wiem, wiem, kochanie, ale to nie 

jest potrzebne. To nie 

ma nic do kwestii głównej. 
— Mów więc dalej. 
— Biblioteka owa leżała długo w zapomnieniu, jak to się zdarza często, aż razu pewnego, 

może  sto  lat  po  śmierci  starca,  ktoś  zaczął  przeglądać  książki  i  znalazł  kilka  tomów 
zapisanych ręcznie i to cyframi, tak że nie można było dostrzec początku ani końca. 

— Ach, jakież to interesujące. 
— Podnieciło to ciekawość ogólną. Dlaczego pisał cyframi? Wyobraź sobie tylko jaka to 

była praca. Ktoś podjął się odcyfrowania tych „hieroglifów”. Stało się to około roku 1820; w 
trzy lata później udało się odczytać wszystko. 

— Jak doszli do tego? 
— Ha,  cokolwiek  umysł  ludzki  stworzy,  to  inny  umysł  zbadać  potrafi.  W  każdym  razie 

odczytali, spisali i przekonali się, że mają w ręku dzieło, jakiego nie ma na świecie i o jakim 
nie słyszano w historii literatury. 

Maud  złożyła  robotę  na  kolanach  i  słuchała  z  otwartymi  ustami,  podniósłszy  ciekawie 

brwi. 

— Był to dziennik tego człowieka, dziennik jego życia z wszystkimi wrażeniami, czynami 

i  myślami;  myślami,  nie  tymi,  które  chciał  mieć  lub  przekazać  otoczeniu,  ale  tymi 
prawdziwymi,  najprawdziwszymi,  z  samego  dna  duszy.  Widzisz  tego  człowieka  i  znasz 
lepiej.,  niż  go  znała  żona.  Nie  tylko,  że  przez  opis  codziennych  zajęć  uzyskujemy  jak 
najdokładniejszy wizerunek życia i obyczajów tych czasów; książka ta stanowi niesłychanie 
ciekawy  dokument  psychologiczny.  Masz  przed  oczami  wysokiego  urzędnika,  mówcę, 
literata, opiekuna sztuki i nauk, i czytasz jego najskrytsze myśli, i dowiadujesz się, jak głupie 
snują się czasem pod czaszką. Nie jest gorszy od każdego z nas ani trochę, ale jest szczery; ta 
książka może się stać dla wielu źródłem pociechy, bo każdy przeciętny grzesznik myśli sobie: 
„Jeżeli  ten  człowiek,  którego  postępki  były  zacne  i  który  żył  otoczony  szacunkiem  całego 
społeczeństwa,  czuł  i  myślał  w  ten  sposób,  to  ja  nie  jestem  chyba  gorszy  od  niego”.  Maud 
spojrzała z ciekawością na grubą, ciemną książkę. 

— Czy to wszystko jest tutaj? — zapytała. 
— Nie,  kochanie,  całość  nie  będzie  może  nigdy  ogłoszona  drukiem,  przypuszczam,  że 

większa  część  jest  zupełnie  nieczytelna.  Często  kombinował  cyfry  tak  zawile,  aby 
przeczytanie  uczynić  niemożliwym.  Wszystko,  co  było  kiedykolwiek  wydrukowane,  jest 
tutaj. 

Frank przewracał kartki, na których tu i tam widniały podkreślenia. 
— Czemu się uśmiechasz, Franku? 
— Dziwny ma sposób mówienia o swojej żonie. 
— Był żonaty? 
— Tak,  z  uroczą  kobietą.  Musiała  być  dobra  i  łagodna.  Ożenił  się  z  nią,  gdy  miała  lat 

piętnaście, zdaje się, dla jej piękności. Znał się na piękności, stary Pepys. 

— Czy byli szczęśliwi? 
— Zdaje się, że tak, umarła mając dwadzieścia dziewięć lat. 

background image

— Biedactwo. 
— Było jej dobrze na świecie, choć raz mocno ją zasmucił. 
— Naprawdę? 
— Tak i raz zbił służącą. 
— Brutal. 
— Ale był dobrym mężem. Miał parę bardzo dobrych cech. 
— A jak mówi o żonie? 
— Miał zwyczaj mówić: „Moja żona, biedne gałgaństwo”. 
— Impertynent!  Franku,  powiedziałeś  dzisiaj,  że  wielu  ludzi  myśli  rzeczy,  o  których 

Pepys, ten szkaradnik, mówi. Tak, tak, nie zaprzeczaj. Czy ty także myślisz o mnie „biedne 
gałgaństwo”? 

Od tej pory wiele się zmieniło. A jak te opisy stawiają przed oczami życie domowe owych 

czasów. 

— Przeczytaj coś z tego. 
— Posłuchaj:  „A  potem  do  łóżka  bez  pacierzy,  bo  jutro  wielkie  pranie”.  Taki  szczegół 

dostaje się do nas po upływie dwóch stuleci. 

— Dlaczego bez pacierzy? 
— Nie wiem, przypuszczam, że ż powodu prania musieli wstawać wcześnie, więc chcieli 

prędko zasnąć. 

— Boję się, że ty tak samo robisz i to bez wymówki. Czytaj dalej. 
— Idzie  on  do  kogoś  na  obiad,  zdaje  się  do  swego  wuja.  Opowiada:  „Doskonały  obiad, 

tylko w pieczeni dzika czułem każdą żyłę pod zębem, to nie było przyjemne”. 

— Doskonale! Podobnie jak ryba u pani Hunt Mortimer w zeszłym tygodniu. Pan Pepys 

ma rację, to nie było przyjemne. 

— Tu  znowu  coś  innego:  „Rozmawiałem  z  żoną  o  tym,  jak  wszyscy  koło  nas  urządzają 

życie skąpo i źle w porównaniu do tego, jak myje urządzamy”. I miał rację, bo oni cokolwiek 
robili, robili dobrze. Gdy jadł obiad u kogoś, mówił, że ów gospodarz podał „skąpy obiad z 
wołowiny, mięsa wędzonego i kilku gołębi, wszystko w najgorszym gatunku”. 

— No, to się wydaje dosyć. Ludzie musieli dobrze jadać w tych czasach. 
— Oni  się  zwykle  przejadali  i  przepijali.  Ale  Pepys  podaje  nam  także  spis  potraw  na 

jednym ze swoich przyjęć. Zaznaczyłem go gdzieś tutaj. Jest: „Potrawka z zajęcy i kurcząt, 
pieczeń  barania  gotowana,  półmisek  karpi,  combry  jagnięce,  półmisek  gołębi  pieczonych, 
homary,  trzy  torty,  półmisek  dziczyzny,  sardele,  wina,  wszystko  wyborne,  ku  memu 
wielkiemu zadowoleniu”. 

— Wielki Boże, mówiłam, że utożsamiam go z niestrawnością. 
— Przechodził ją nie raz. 
— Kto to wszystko gotował? 
— Żona pomagała. 
— Nie  dziwota,  że  umarła.  Biedactwo!  Ale  jaką  oni  musieli  mieć  olbrzymią  kuchnię? 

Nigdy  nie  mogłam  zrozumieć,  dlaczego  w  starych  domach  są  takie  wielkie  paleniska.  Ale 
jeżeli  piecze  się  naraz  sześć  gołębi,  comber  jagnięcy  i  wszystko  inne,  trzeba  olbrzymiego 
ognia. 

— Najdziwniejsze  jest  to  —  mówił  Frank,  przeglądając  w  zamyśleniu  książkę  —  że  on 

notuje najdrobniejsze złe skłonności, których inni wstydziliby się tak dalece, że staraliby się 
sami  jak  najprędzej  o  nich  zapomnieć.  Chwilowe  porywy  skąpstwa,  zazdrostki,  zawistki, 
wszystkie drobne podłostki. Opisuje, jak odwiedzając przyjaciela przeglądał książkę: „Dobra 
książka,  pisze,  szczególnie  ten  list  do  dworzanina,  ze  wskazówkami  i  poleceniami;  są  one 
prawdziwe i mądre, chciałem wyrwać i schować te dwie kartki, na których jest napisany, ale 
nie zrobiłem tego”. Oryginalne wyznanie! 

background image

— Nie wytłumaczyłeś mi dotąd, a może zrobiłeś to, a ja nie zrozumiałam; to nie szkodzi, 

że jestem trochę głupsza, co? Dlaczego Pepys pisał tak, że nikt nie mógł odczytać. 

— On sam chyba mógł. Był to człowiek dziwnie systematyczny. Wciąż na przykład liczył 

swój  majątek,  katalogował  i  spisywał  swoje  książki.  Lubił  mieć  wszystko  spisane  i 
uporządkowane,  życie  też,  wciąż  robił  przegląd  swych  postępków.  Ale  mimo  wszystko  nie 
myślę, że to wystarczające wytłumaczenie. 

— Nie, moje doświadczenie i znajomość mężczyzn… 
— Oo, twoje doświadczenie! 
— Tak,  mój  panie,  moje  doświadczenie,  jesteś  niegrzeczny,  poucza  mnie,  że  mężczyźni 

mają zabawne napady próżności, która przybiera najrozmaitsze formy. 

— Taak! Czy i ja?… 
— Ty!  Ty  jesteś  nimi  po  prostu  wypełniony,  tymi  objawami.  Nie  próżnością,  tego  nie 

myślę,  ale  dumą.  Jesteś  dumny  jak  Lucyfer,  ale  za  dumny,  aby  to  okazać.  To  jest 
najsubtelniejsza forma próżności. Tak, rozumiem ciebie znakomicie. 

— A  w  jego  przypadku  próżność  przybrała  postać  życzenia,  aby  zostać  sławnym  po 

śmierci. Tego wszystkiego za życia opublikować przecież nie mógł? 

— Chyba nie. 
No, więc odłożył to na czas po swej śmierci. Musiał pisać cyframi, bo inaczej ktoś mógłby 

znaleźć i odczytać zapiski za życia autora. Przypuszczam, że zostawił klucz i wskazówki, by 
można było wszystko przeczytać, ale te dziwnym sposobem zaginęły. 

— To bardzo możliwe. 
Ogień  na  kominku  wygasł,  więc  Maud  zsunęła  się  z  krzesła  i  usiadła  na  obramowaniu 

paleniska, oparta plecami o kolana Franka. 

— Czytaj teraz, kochanie — prosiła. 
Ale światło lampy padało wprost  na jej śliczną  główkę, ślizgało  się po  białym  karczku i 

kręconych, fantazyjnych, nieporządnych, ulubionych loczkach, które oderwały się tu i ówdzie 
od  masy  kasztanowych  włosów.  I  jak  zwykle  robią  mężczyźni,  odwrócił  uwagę  swą  od 
Pepysa, od siedemnastego stulecia, od wszystkiego, co jest nauką i wiedzą, i skoncentrował ją 
na  kimś  zupełnie  innym.  Niestety,  tego  rodzaju  wzruszenia  działają  na  każdy  intelekt. 
Człowiek, choćby na krótko, ale zwykle da materializmowi pierwszeństwo przed idealizmem. 
A ten, który tego nie czyni, traci wiele. 

background image

O

DWIEDZINY U 

P

ANA 

P

EPYSA

 

 
Bywają  na  świecie  objawy  dziwactwa,  do  których  każdy  normalny  człowiek  mógłby  się 

przyznać.  Zdarzają  się  też  niczym  nie  usprawiedliwione  porywy  skąpstwa.  Na  przykład: 
niemądre zwlekanie z zapaleniem drugiej zapałki w ciemnościach, co kończy się poparzeniem 
palców  i  kilkoma  przekleństwami.  Albo  mozolne  układanie  treści  telegramu,  aby  się 
zmieściła minimalna liczba wyrazów; w rezultacie powstaje zagadkowa, a często dwuznaczna 
wiadomość,  gdy  wydanie  jednego  pensa  uczyniłoby  ją  jasną  i  zrozumiałą.  Wszyscy  lubimy 
się popisać w tym względzie. 

W tydzień po rozmowie o Pepysie, gdy już spora część jego pamiętnika została odczytana, 

Maud  dostała  od  Franka  telegram  następującej  treści:  „Pani  Crosse,  Woking.  —  Pepys 
kanapki garnirowane, duńskie rękawiczki, pomnik, czekaj dłużej. Czwarta”. 

Był to wzór zwięzłości, który pozostawiał wiele do życzenia jako wiadomość. 
Maud ślęczała i próbowała układać słowa na różne sposoby. Najwięcej sensu miały, gdy je 

rozłożyła  w  następujący  sposób:  Pepys,  kanapki  garnirowane,  duńskie  rękawiczki,  czwarta, 
pomnik, czekaj dłużej. 

Przepisała  wszystko  i  brała  słowo  po  słowie.  Pepys,  to  było  niezrozumiałe  zupełnie. 

Kanapki  garnirowane,  również;  duńskie  rękawiczki,  tak:  przypomniała  sobie,  że  mówiła 
Frankowi o sklepie, w którym kupowała je o sześć pensów taniej. Maud była tak niesłychanie 
oszczędna, że wolała wydać dwa szylingi na bilet kolejowy, aby zaoszczędzić sobie wydania 
owych sześciu pensów. 

W  owych  duńskich  rękawiczkach  leżał  klucz  od  zagadki.  Serce  jej  zabiło  radością,  gdy 

zrozumiała,  że  ma  się  spotkać  z  Frankiem  o  czwartej  przy  pomniku  i  ma  na  niego  czekać, 
gdyby się spóźnił. Powróciwszy do pierwszych wyrazów, domyśliła się, że kanapki oznaczają 
pewną niewielką restauracyjkę, gdzie artykuł ten znakomicie przyrządzano, a gdzie już dwa 
razy  byli  z  Frankiem  na  podwieczorku.  Zostawiając  więc  słowo  „Pepys”  do  ostatecznego 
wyjaśnienia, Maud wydała pospieszne rozkazy Jemimie i kucharce, i pospieszyła na górę, by 
przebrać  się  w  nowy  kostium;  szatę,  która  napełniała  ją  mieszanymi  uczuciami,  na  które 
składały  się  zadowolenie  i  wyrzuty  sumienia,  albowiem  był  wspaniały,  kosztował  siedem 
gwinei i jeszcze nie został zapłacony. 

Owo  rendez–vous  było  w  ostatniej  chwili  powziętym  projektem  Franka,  bo  nader  mało 

zostało czasu do osiągnięcia wyznaczonego punktu. Złapała szczęśliwie pociąg z Woking do 
stacji  Waterloo  i  ten  z  Waterloo  do  miasta,  tak  że  przybyła  pod  pomnik  pięć  minut  przed 
czwartą. 

Czwarta  biła,  gdy  Frank  w  swoim  pięknie  wygładzonym  cylindrze  i  poważnym 

urzędowym surducie ukazał się na rogu King William Street. 

Maud podała mu rękę, którą uścisnął i oboje zaśmiali się. 
— Jak to dobrze, że przyjechałaś, kochanie; rozjaśniasz i rozweselasz stare miasto. 
— Naprawdę? Nim przyszedłeś, czułam się sama i opuszczona; takie tłumy, a każdy gapi 

się na mnie. 

— To na twoją suknię. 
— Dziękuję. 
— Rzeczywiście, ten brązowy kolor… 
— Brązowy? Dziki. 
— No  to  jasnobrązowy;  w  każdym  razie  wygląda  ślicznie,  a  ty  także,  ty  także,  Maud. 

Chodźmy tędy. 

— Dokąd idziemy? 

background image

— Do  stacji  kolei  podziemnej.  Już  jesteśmy.  Dwa  bilety  drugiej  klasy,  proszę.  Nie,  tędy 

idzie się do pociągów na West End, tędy, na dół, ten człowiek powiedział, że następny jest 
nasz pociąg. 

Znajdowali  się  w  dusznej  piwnicznej  salce  z  dwoma  drewnianymi  platformami,  gdzie 

podziemne pociągi wyładowują swych pasażerów. Ostry zapach łaskotał gardła i pobudzał do 
kaszlu. Było ponuro i ciemno, ale młodość i miłość o to nie dbają. Opanowało ich szczęście i 
radość z powodu owego nadprogramowego spotkania. Oboje paplali naraz, a Maud ciągnęła 
Franka  wciąż  za  rękaw,  zwracając  mu  uwagę  na  różne  rzeczy.  Potrafili  rozjaśnić  całe 
otoczenie urokiem własnej miłości, zaczęli zachwycać się obrzydliwą koleją podziemną. 

— Czyż to nie jest potężne i wspaniałe — mówiła Maud — patrz na te olbrzymie cienie. 
— Jeżeli  za  parę  tysięcy  lat  ludzie  odkryją  to  wszystko,  pomyślą,  że  byliśmy  rasą 

olbrzymów  —  odrzekł  Frank  —  dzieła  naszej  epoki,  powstające  z  inicjatywy  i  ku  korzyści 
całego  społeczeństwa  są  o  wiele  potężniejsze  niż  te,  które  stwarzał  kaprys  królewski. 
Londyńskie  koleje  są  dziełem  bez  porównania  większym  niż  piramidy.  Patrz  na  te  dwa 
światła zbliżające się do nas w ciemnościach. 

Dwie  purpurowe  tarcze  zabłysły  w  głębi  tunelu,  groźne  i  przerażające,  rosnąc  wśród 

zbliżającego się huku i turkotu. Z hałasem wyskoczyły z ciemności, a długi, czarny od dymu 
pociąg zatrzymał się ze zgrzytem hamulców przed platformą. 

— Tu jest jakiś prawie pusty przedział — powiedział Frank, z ręką na klamce. 
— Czy nie sądzisz, że lepiej będzie… — rzekła Maud. 
— Tak, tak — krzyknął Frank. 
I wskoczyli do tego, który był zupełnie pusty. 
Bo  jeżeli  chodzi  o  samotność  i  brak  niedyskretnych  oczu,  to  kolej  podziemna  wiedzie 

prym.  Gdzie  więc  młoda,  kochająca  para,  którą  okrutny  los  rozdzielał  co  dzień  na  siedem 
godzin, mogła się czuć lepiej. Frank z niezadowoleniem przyjął do wiadomości, że dojechali 
do Mark Lane. 

— A bodajże cię — rzekła Maud i zaczęła się rozglądać za sklepem, gdzie mogłaby kupić 

szpilki  do  włosów.  Każda  niewiasta  wie,  lub  wiedzieć  kiedyś  będzie,  że  pomiędzy 
kochającym mężem, a utratą szpilek do włosów zachodzi bardzo ścisły związek. 

— No, a teraz Franku, twój telegram. 
— Dobrze, kochanie, chodź ze mną, a sama zrozumiesz. 
Minęli  stację  kolei  i  weszli  w  wąską  ulicę.  Na  jej  końcu  stał  stary,  okopcony  kościół  z 

kwadratową wieżą, otoczony małym ogródkiem, który niegdyś był cmentarzem. 

— To jest kościół Św. Olafa — rzekł Frank. Pchnął skrzydło ciężkich dębowych drzwi i 

znaleźli  się  w  środku.  Rzędy  krzeseł  wypełniały  nawę,  ściany  i  okna  nosiły  cechy  starości. 
Kolorowe  szyby,  szczególnie  nad  ołtarzem,  miały  barwy  nasyconej  purpury  i  głębokiej 
czerwieni, które umiano znaleźć jedynie w minionych stuleciach. Przyćmione blaski padały 
na ciemne drewniane stalle i szarą kamienną posadzkę. Gdzieniegdzie występowały łacińskie 
napisy,  kute  w  marmurze  wraz  z  pompatycznymi  figurami  i  emblematami;  przodkowie  nasi 
wykuwali  je  nie  tylko  na  nagrobkach.  Umieli  żyć  i  umierać  z  godnością  i  afektacją.  Białe 
nagrobki  wyglądały  z  kątów  i  zagłębień.  Gdy  Frank  z  żoną  szli  boczną  nawą,  kroki  ich 
rozlegały się w pustym kościele. 

— Oto  jest!  —  rzekł  Frank,  zatrzymując  się  pod  ścianą.  Spoglądał  na  współczesny 

zupełnie wizerunek człowieka w dużej fryzowanej peruce. Była to twarz okrągła, spokojna, o 
bystrych  oczach  i  zmysłowych  ustach.  Robił  wrażenie  człowieka  praktycznego  i 
dobrotliwego, o tym właśnie rysie zmysłowości,  którego potrzeba,  aby twarz uczynić miłą i 
wesołą. Pod spodem był napis: 

 

SAMUEL PEPYS 

ze składek publicznych, 1883 

background image

 
— Jaki on miły — rzekła Maud. 
— Wcale niebrzydki chłopiec, co? 
— Nie wierzę, aby mógł uderzyć żonę lub służącą. 
— Posądzasz go o kłamstwo? 
— Ach, zapomniałam, że sam to napisał. Przypuszczam więc, że tak było. Szkoda. 
— Nie  martw  się,  możemy  powiedzieć  tak,  jak  pewna  stara  poganka,  gdy  jej  czytano 

ewangelię. 

— Cóż ona powiedziała? 
— Powiedziała: to było bardzo dawno temu i miejmy nadzieję, że to nieprawda. 
— O, Franku, jak możesz mówić takie rzeczy i to w kościele. Czy myślisz, że Pepys leży 

tutaj? 

Sądzę, że pomnik oznacza grób. 
— Tu odpada kawałek tynku, czy mogę go wziąć? 
— Nie bardzo. 
— Ale to nic nie szkodzi, w tym nie ma nic złego, a zresztą jesteśmy sami. 
Oderwała kawałeczek tynku, ale w tejże chwili zdrętwiała, bo usłyszała obok siebie krzyk 

oburzenia  i  jakaś  drobna,  czarno  ubrana  postać  wysunęła  się  prawie  spod  jej  łokcia,  niby 
duch. 

— Niech pani to zostawi — rzekł człowiek surowo. 
Biedna Maud wyciągnęła rękę ze zrabowaną relikwią. 
— Boję się, że to nie da się przymocować — mówiła — bardzo mi przykro. 
— Cały kościół rozebraliby  w ten sposób  — rzekł  kościelny  — tego nie wolno robić  — 

mruczał i kiwał głową. 

— To  nie  szkodzi  —  rzekł  Frank  stanowczo  —  tynk  odpadłby  i  tak,  proszę  nie  robić  z 

głupstwa wielkiej sprawy. 

Kościelny spojrzał na młodego pana i zobaczył  w jego oczach energię, a w wyciągniętej 

ręce suty napiwek. 

— Dobrze, już dobrze — pomrukiwał — widać, że pani się tym interesuje, nie to co inni. 

Niech mi pan wierzy, że jeden na stu ze zwiedzających kościół wie, kim był Pepys. Pepys, 
mówią,  co  za  Pepys?  Ten,  co  napisał  Pamiętniki,  odpowiadam.  Jakie  Pamiętniki”?  Aż  się 
czasem płakać chce. Ale panienka pewnie myślała, że bierze tynk z jego grobu? 

— Tak, rzeczywiście. 
Kościelny uśmiechnął się. 
— Ale  tak  nie  jest.  Pokażę  państwu,  gdzie  on  leży,  jeżeli  państwo  obiecają,  że  nic  nie 

skubną. O tu, bliżej ołtarza. Widziałem go w trumnie na własne oczy, a żonę w drugiej. 

— Pan go widział? 
— Tak, panie i jestem jedynym żyjącym człowiekiem, który to może powiedzieć, bo było 

nas wtedy tylko czterech, a trzej już nie żyją, jak i pan Pepys. 

— Niech pan nam opowie! — zawołała Maud. 
— Więc  to  było  tak,  panienko;  mieliśmy  zobaczyć,  czy  tam  jest  dużo  miejsca  i 

natrafiliśmy na nich. 

— I co zobaczyliście? 
— Jego trumna leżała wyżej,  a jej na dole, zważywszy, że ona umarła trzydzieści  albo  i 

więcej lat wcześniej. Trumny były bardzo zniszczone i widzieliśmy  go tak dokładnie, jak ja 
teraz widzę pana. W pierwszej chwili, gdy spojrzałem na niego, leżał tęgi, małego wzrostu, z 
rękami  złożonymi  na  piersiach,  a  gdy  patrzyliśmy,  zaczął  się  rozpadać  i  rozsypywać  i 
zamienił  się  w  kupkę  prochu.  Tak  się  zawsze  dzieje,  gdy  dostanie  się  powietrze.  Ona  tak 
samo,  a  jego  prochy  zaczęły  przesiewać  się  przez  szpary  trumny  i  zmieszały  się  z  jej 
prochami. 

background image

W oczach Maud stanęły łzy, ujęła męża za rękę i zdziwiła się, uczuwszy, że ręka ta jest 

bardzo  zimna.  Kobiety  nie  wiedzą,  że  mężczyźni  wzruszają  się  łatwiej  i  głębiej.  Nie 
powiedział: O Maud! bo nie mógł. 

— Wtedy używano do balsamowania ciał proszku, niby pieprz — ciągnął dalej kościelny 

—  i  wikary,  było  to  w  czasach  starego  Belamy,  powąchał  go  i  zaczął  tak  kichać,  że 
chcieliśmy już posyłać po doktora. Czy państwo widzieli nagrobek pani Pepys? 

— Nie, przyszliśmy przed chwilą. 
— Jest tam, na lewo. 
— Ta kobieta, co się wychyla? 
— Tak panie, to pani Pepys. 
Była  to  miła  uśmiechnięta  twarz,  twarz  młodej  kobiety.  Rzeźbiarz  przedstawił  ją 

pochyloną naprzód, swobodną i naturalną. 

— Biedactwo! — westchnęła Maud. 
— Przykro pomyśleć, że umarła właśnie wtedy, gdy jej mąż zaczął być sławny i majętny. 

Ona mu swego czasu prała koszule i paliła w piecu, gdy mieszkali na poddaszu. Szkoda, że 
nie doznała tego powodzenia. 

— Jeżeli  go  kochała,  to  nic  nie  przychodziło  jej  ciężko.  Maud  pochyliła  się  i  podniosła 

głowę, patrząc na biust młodej kobiety, a tamta znów wychylając się z obramowania, zdawała 
się patrzeć na nią. Dwie marmurowe czaszki tkwiły po obu stronach nagrobka. 

Czerwony  promień  zachodzącego  słońca  zaglądnął  przez  jedno z  bocznych  okien  i  oblał 

całą  grupę  gorącym  światłem.  Gdy  Frank,  stojący  w  cieniu,  przeniósł  oczy  z  wizerunku 
zmarłej na dziewczęcą postać swojej żony, poczuł jakby falę przerażenia, lodowy powiew zza 
grobu,  widmo  śmierci  pożerającej,  chłonącej  życie.  Czy  nasze  ciała  istotnie  ożywia 
śmiertelny duch, a jeżeli nie, to jakim prawem jesteśmy ofiarami piekielnej igraszki? 

— Nie to jest, to być musi — odezwał się półgłosem. 
— Co Franku? Co ci jest, mój drogi? Zbladłeś okropnie. 
— Wyjdźmy już, Maud, mam dość tego ponurego kościoła. 
— Ponurego? — rzekł kościelny z oburzeniem — wszak 
sam  Lord  Major  przychodzi  tu  przynajmniej  raz  w  roku  i  nigdy  tak  nie  myślał. 

Weselszego, jaśniejszego kościoła nie znajdą państwo w całym Londynie. Niegdyś, pamiętam 
to  dobrze,  gdy  ludzie  umieli  dawać  pieniądze  na  chwałę  Tego,  który  im  je  pozwolił 
zdobywać, tace bywały pełne banknotów i złota, a teraz to ciężko i miedź zebrać. Tak bywało 
pięćdziesiąt  lat  temu,  gdy  byłem  młodym  człowiekiem.  Może  państwo  nie  uwierzą,  Lorda 
Majora dawnego, a także i obecnego, widziałem siedzących na ławce w tym kościele; a pan 
go nazywa ponurym. 

Frank ukoił zranioną dumę kościelnego tłumaczeniem, że mówiąc ponury, chciał wyrazić 

interesujący. Uścisnął też jego rękę w pewien specjalny sposób, gdy wysunęła się dyskretnie 
zza pleców. Potem wraz z Maud powracali ulicą, która się nazywa Leething Lane. 

— Biedaku,  co  się  stało?  —  pytała  Maud,  podnosząc  na  niego  współczujący  wzrok.  W 

takich  chwilach  przekonuje  się  człowiek,  jakim  błogosławieństwem  jest  towarzystwo 
kochającej kobiety. Chmury czmychnęły przed słońcem. 

— Byłem  osłem,  zacząłem  myśleć  o  różnych  okropnościach.  Nie  przejmuj  się  Maud, 

wyszliśmy dla przyjemności, pal sześć przyszłość, używajmy teraźniejszości. 

— Ja tak zawsze robię — rzekła Maud i mówiąc to mówiła za całą swoją płeć. 
— No, a teraz co, kanapki czy rękawiczki? 
— Interesy  najpierw  —  rzekła  Maud  dumnie  i  poszła  wykonać  swój  zamiar 

zaoszczędzenia sześciu pensów. Ale ponieważ dała się skusić („Taki miły, uprzejmy kupiec, 
Franku”)  na  kupienie  czterech  metrów  bordiury,  sztuczki  koronki,  sześciu  haftowanych 
chusteczek do nosa i czterech par ażurowych pończoch — czego nie zamierzała wchodząc do 
sklepu, oszczędność nie  przyniosła tak wielkich  korzyści,  jak sobie wyobrażała. Wycieczkę 

background image

zakończyli w ciemnej sali staromodnej gospody, która niegdyś przyjmowała pod swe skrzydła 
pojazdy  różnego  rodzaju,  a  dziś  była  samotna  i  opuszczona.  Jedyną  pozostałością  owych 
czasów była sławna umiejętność przyrządzania kanapek i grzanek maślanych. 

Był tam nowy kelner, który wyobrażał sobie, że ma do czynienia z parą kochanków i czuł 

w  powietrzu  intrygę,  ale  gdy  poprosili  o  drugi  półmisek  przystawek  i  dodatkowy  dzbanek 
kipiącej wody, poznał apetyty małżeńskie. 

Zamiast, jak inni porządni ludzie, wrócić w końcu do domu, poszli za radą Maud, której 

przyszło do głowy, że czarne myśli Franka zagłuszy całkowicie „Ciotka Karola”, którą grano 
w  Teatrze  Globe.  Włóczyli  się  jeszcze  parę  godzin  po  mieście,  a  potem  wsunęli  na  swoje 
miejsca,  pomiędzy  szczerych,  poczciwych  ludzi,  którzy  nie  wstydzą  się  objawiać  swoich 
wrażeń i śmiali się do zmęczenia. Potem „doma”, jakby się wyraził Pepys, ich przyjaciel. A 
gdy  po  latach  dzień  taki,  jaśniejący  pomiędzy  szarzyzną  innych,  przywoła  pamięć,  starzy 
ludzie uśmiechną się na jego wspomnienie. 

Obyśmy, ja i ty miły czytelniku, siedząc pod koniec życia w fotelach przy kominku, mieli 

wiele takich dni, do których pamięć wraca chętnie, napawając się ich swobodną wesołością. 
To nam umili niejedną ciemną chwilę starości. 

background image

Z

GRYZOTA

 

 
Pewnego wieczoru Frank powrócił z miasta chmurny. Żona  — nie pytała o nic, tylko po 

obiedzie  usiadła  przy  jego  fotelu  i  czekała.  Wiedziała  dobrze,  że  jeżeli  ma  wziąć  w  tym 
udział,  to  powie  jej  sam,  a  miała  do  niego  dość  zaufania,  by  zgodzić  się  na  tajemnicę. 
Głównym powodem jego smutku było, że musi podzielić się z żoną przykrą wiadomością. Po 
chwili zaczął. 

— Mam zmartwienie, kochanie. 
— Widzę, o co chodzi? 
— Może lepiej nie mówić? 
— Byłabym  bardzo  złą  żoną,  gdybym  dzieliła  z  tobą  jedynie  przyjemności.  W  każdym 

razie wolę znosić przykrości z tobą, niż z kim innym największą radość  — przytuliła głowę 
do jego kolan — a teraz mów. 

— Czy pamiętasz to, co ci mówiłem jeszcze przed ślubem, że poręczyłem za kogoś? 
— Pamiętam doskonale. 
— Nazywał się Farintosh, był agentem asekuracyjnym, a ja poręczyłem za niego, aby nie 

stracił posady. 

— Tak, i to było bardzo szlachetne. 
— Dzisiaj  spotkałem  go  na  dworcu.  Gdy  mnie  zobaczył,  uciekł.  W  jego  oczach 

wyczytałem winę, jestem pewien, że w rachunkach będą znowu braki. 

— Co za niewdzięczny! Nędznik. 
Przypuszczam,  że  i  jemu  nie  jest  wesoło.  W  ogóle  byłem  głupcem,  że  się  z  tego  nie 

wycofałem; to dobre, póki się jest kawalerem. Teraz ja, człowiek żonaty, mam zobowiązania 
na sumę, Bóg wie jak wysoką, której nie będę mógł pokryć. Co z nami będzie, Maud? 

— Ile to wynosi? 
— Pojęcia nie mam i to jest właśnie najgorsze. 
— No, ale przecież Towarzystwo, w którym pracujesz, nie zechce cię wyzyskiwać? 
— To nie jest moje Towarzystwo, tylko inne. 
— Co zrobiłeś dotąd? 
— Poszedłem  do  nich  w  porze  śniadaniowej  i  prosiłem  kontrolera,  aby  zbadał  księgi 

rachunkowe Farintosha. Przyjdzie tu jutro rano, a ja na jutro wziąłem urlop. 

Wieczór i noc spędzili w niepewności, czy jedynie uszczuplą się ich dochody, czy też będą 

zrujnowani. Frank był niezwykle ambitny i myśl, że mógłby nie podołać zobowiązaniu, raniła 
głęboko miłość własną. Nerwy jego były w okropnym stanie, ale silna dusza żony wzniosła 
się ponad lęki i porwała go ze sobą w jasny świat miłości i ufności. 

Dobra  istotnej  wartości,  dobra  duchowe  nie  będą  utracone.  Cóż  się  zmieni,  jeżeli  nawet 

zamieszkają  pod  namiotem  w  polu?  Gdzie  będzie  istotna  różnica,  jeżeli  zamiast  trzymać 
służbę, usłuży mu  sama? To wszystko są drobnostki, zewnętrzne strony życia,  a jego treść, 
istota, ich miłość, wzajemne zaufanie, umysłowe i duchowe przyjemności, tego nikt nie może 
im zabrać! 

I  tak  uspokajała  go  pieszczotą  i  łagodnymi  słowami,  aż  smutna  noc  zamieniła  się  w 

najpiękniejszą  w  życiu.  Zaczął  błogosławić  los,  który  dał  mu  w  ten  sposób  poznać  mężne 
serce  i  głębię  poświęcenia,  które  orzeźwiają  niby  zapach  kwiatu,  gdy  życie  przygniata  swą 
ciężką ręką. 

Wkrótce  po  śniadaniu  przybył  pan  Wingfield,  rachmistrz  bankowy  z  Londynu,  wysoki, 

elegancki mężczyzna, o nieco sztywnym sposobie bycia. 

— Mam przykry obowiązek, panie Crosse — rzekł. 
Frank skrzywił się. — Cóż robić? 

background image

— Miejmy  nadzieję,  że  suma  nie  będzie  znaczna.  Daliśmy  znać  panu  Farintosh,  że 

będziemy przeglądać jego rachunki. Jeżeli jest pan gotów, możemy iść. 

Agent  mieszkał  niedaleko,  w  bocznej  uliczce;  miedziana  tablica  odróżniała  jego  mały 

domek od innych. Jakaś kobieta o smutnej twarzy otworzyła drzwi, a sam Farintosh, blady i 
przerażony,  siedział  pomiędzy  księgami  w  małym  frontowym  pokoiku.  Jedno  spojrzenie, 
które Frank rzucił nań, wystarczyło by całe rozgoryczenie zamieniło się w litość. 

Usiedli przy stole, rachmistrz w środku, Farintosh po prawej, a Frank po lewej stronie. Nie 

mówili  nic,  czasem  tylko  padło  konieczne  pytanie  lub  wyjaśnienie.  Przez  dwie  godziny 
słychać  było  szelest  dużych  niebieskich  kart  ksiąg  rachunkowych  oraz  szmer  posuwanego 
przez  Wingfielda  pióra,  za  pomocą  którego  zliczał  długie  kolumny  cyfr.  Frankowi  serce 
zamierało  ze  strachu  na  widok  kolosalnych  sum.  Czy  rachunki  zgodzą  się  ze  stanem  kasy? 
Cała jego przyszłość zależała od tej kwestii. Jakże prozaiczne i pozbawione blasku są dzisiaj 
warunki i  okoliczności,  które stanowią o karierze człowieka. Na tych nowych polach bitew 
rycerze  nie  otrzymują  publicznej  podzięki  za  spełniony  obowiązek,  ani  nikt  nie  odbiera  im 
ostróg; powodzenie i klęska przychodzą cicho i nieznacznie, a stanowi o nich nieraz drobiazg. 
Oto nadchodzi w życiu Franka przełom, tu w tym małym pokoiku, pełnym kalendarzy i ksiąg 
rachunkowych. 

— Czy te dane mogę uważać za pewne? — zapytał w końcu Wingfield. 
— Tak, panie. 
— W  takim  razie  winszuję  panu,  panie  Crosse.  Widzę  tu  jedynie  różnicę  pięćdziesięciu 

funtów. 

Tyle właśnie, ile wynosiły ich oszczędności, które tak starannie odkładali. W każdym razie 

była to wiadomość dobra i Frank uścisnął serdecznie wyciągniętą rękę rachmistrza. 

— Ja  tu  jeszcze  zostanę,  aby  przeliczyć  główne  pozycje  po  raz  drugi,  ale  nie  widzę 

potrzeby zatrzymywać pana dłużej — rzekł Wingfield. 

— Wracając, proszę wstąpić i zjeść z nami śniadanie. 
— Z przyjemnością. 
— Więc:  au  revoir  —  Frank  popędził  do  domu  i  wpadł  na  żonę.  —  Nie  jest  tak  źle, 

kochanie, tylko pięćdziesiąt funtów. — Zaczęli oboje tańczyć i skakać z radości jak dzieci. 

Ale Wingfield przyszedł na śniadanie z miną poważną i smutną. 
— Przykro  mi,  że  muszę  pana  rozczarować  —  rzekł  —  ale  rzecz  jest  poważniejsza,  niż 

sądziłem z początku. Niektóre sumy uważaliśmy za nie wypłacone, a on tymczasem pieniądze 
odebrał, a papiery zniszczył. To jeszcze sto funtów. 

— A więc razem sto pięćdziesiąt. 
— Tak, mniej nie będzie. Zrobiłem tu notatkę dla pana. 
Frank rzucił okiem znawcy na papier przedstawiony przez rachmistrza. 
— Widzę, że Towarzystwo otworzyło mu w banku kredyt na sto dwadzieścia funtów. 
— Tak, oto książeczka z wykazem tej sumy. 
— Kiedy ją wystawiono? 
— Zeszłej soboty. 
— Mógł je już podjąć od tego czasu. 
— To bardzo możliwe. 
— Pójdźmy tam po śniadaniu upewnić się. 
— Dobrze. 
— No, i ponieważ są to pieniądze Towarzystwa, lepiej odjąć mu możność dysponowania 

nimi. 

— Tak, ma pan rację. 
Śniadanie  nie  było  wesołe  i  wszyscy  ucieszyli  się,  gdy  się  skończyło.  Gdy  Frank  miał 

wychodzić, Maud wciągnęła go do drugiego pokoju. 

background image

— Nie mogłam cię puścić bez słówka, kochanie. Bądź dobrej myśli, mam przeczucie, że to 

wszystko dobrze się skończy. 

Frank  wyszedł  podniesiony  na  duchu;  wrócili  do  agenta.  Gdy  zrozumiał,  czego  chcą  od 

niego, jego blada twarz zbladła jeszcze bardziej. 

— Czy to  konieczne, panie Wingfield?  — perswadował  —  czy nie mogliby mi panowie 

zawierzyć na słowo? 

— Przykro mi, że muszę odmówić, dotąd zanadto wierzyliśmy pańskiemu słowu. 
— Ale te pieniądze są, przysięgam. 
— To są już pieniądze Towarzystwa i musimy je objąć w posiadanie. 
— Ależ to zniszczy cały mój kredyt tutaj, jeżeli będę pobierał tę kwotę pod przymusem. 
— Niech mu pan pozwoli zostawić na książeczce dziesięć funtów — zaproponował Frank. 
Farintosh  niechętnie  zgodził  się  na  ten  kompromis  i  wyszli.  U  wejścia  do  banku  agent 

zwrócił się do nich, z wyrazem błagania na twarzy. 

— Niech panowie nie wchodzą ze mną, nie mógłbym oczu podnieść ze wstydu. 
— Niech pan Crosse decyduje. 
— Nie  będę  uparty,  wejdź  pan  sam  i  przynieś  pieniądze.  Nie  mogli  później  zrozumieć, 

dlaczego prosił o to, może miał rozpaczliwy zamiar prosić kasjera o pożyczkę. Jeżeli tak było 
rzeczywiście  to  dostał  krótką  odprawę,  gdyż  wrócił  wyglądając  jak  wariat  i  podszedł  do 
Franka. 

— Wolę się przyznać od razu, nie mam ani centa w banku. 
Frank  gwizdnął  i  obrócił  się  na  pięcie,  nie  chciał  wyrzutami  powiększać  upokorzenia 

nieszczęśliwca. Przy tym sam czuł się winny, ryzykował z pełną świadomością, a nie należał 
do tych, którzy narzekają bez potrzeby. 

Wingfield  odprowadził go do domu  ze słowami współczucia, przy bramie pożegnał  się i 

poszedł na stację. 

Zobowiązanie  ich  wzrosło  zatem  do  sumy  dwustu  siedemdziesięciu  funtów.  To  zbiło  z 

tropu nawet Maud. Gdyby wystawili cały swój dobytek na sprzedaż, jeszcze nie spłaciliby tej 
sumy. Była to jedna z najprzykrzejszych chwil w ich życiu, ale pomimo to czuli na dnie duszy 
jakby prąd spokoju i szczęścia. Zmartwienie uczciwie podzielone i znoszone odważnie spaja 
dwa serca ludzkie w nierozłączną całość. 

Wkrótce po obiedzie ktoś zadzwonił. 
— Proszą pana, to pan Farintosh chce się z panem widzieć — rzekła wchodząc Jemima. 
— Wpuść go tutaj. 
— Może ja lepiej pójdę, Franku. 
— Nie,  nie  prosiłem  go,  aby  tu  przychodził,  jeżeli  chce  sam,  to  niech  mówi  z  nami 

obojgiem. 

Wszedł przygarbiony, ze spuszczonymi oczami. Położył kapelusz na podłodze i oparł się o 

krzesło, które mu Frank podsunął. 

— No, i cóż, panie Farintosh? 
— Cóż, panie Crosse, przyszedłem powiedzieć panu i pani także, że bardzo mi przykro, że 

sprowadziłem  na  dom  państwa  takie  nieszczęście.  Byłem  pewien,  że  po  tym  ostatnim 
wypadku wszystko pójdzie dobrze, ale musiałem płacić stare długi i to cała bieda. Po prostu 
nie  miałem  szczęścia,  ale  jest  mi  też  bardzo,  bardzo  przykro,  że  pan,  który  mnie  uratował, 
będzie przez to teraz cierpiał. 

— Słowami  pan  już  tego  nie  naprawi,  za  złe  mam  panu  tylko,  że  nie  przyszedł  pan  do 

mnie, gdy chodziło o mniejszą sumę. 

— Miałem wciąż nadzieję, że zdołam wszystko naprawić i nie będę musiał pana martwić. 

Tymczasem szło coraz gorzej, aż do tej chwili. Ale ja chciałem zapytać, co pan teraz będzie 
robił? 

Frank popatrzył zdziwiony. 

background image

— A cóż, zapłacę. 
— Pan chce zapłacić wszystko? 
— Ktoś to musi zrobić. 
— Czy  pan  pamięta  brzmienie  aktu,  w  którym  zobowiązał  się  pan  do  ewentualnego 

zapłacenia za mnie. 

— Nie dosłownie. 
— Otóż  właśnie!  Ja  bym  radził,  żeby  pan  oddał  tę  sprawę  do  adwokata.  Moim  zdaniem 

pan nie powinien płacić. 

— Nie  płacić!  —  Frank  uczuł,  jak  ołowiany  ciężar  spada  mu  z  serca,  a  to  serce 

podskoczyło do góry, niby balon powietrzny. 

— Pan  był  trochę,  że  śmiem  tak  powiedzieć,  roztrzepany,  i  nie  przeczytał  formuły  tak 

dokładnie, jak ja. Tam była klauzula, w której Towarzystwo zobowiązywało się do częstego 
przeglądania moich rachunków, aby nigdy znaczna suma nie przypadła panu do zapłacenia. 

— Teraz przypominam sobie — wykrzyknął Frank — czy nie robili tego? 
— Nie, panie, nie robili. 
— Na Boga! Maud, słyszysz, jeżeli to prawda, to oni są sami sobie winni. Czy nigdy nie 

przeglądali pańskich ksiąg? 

— Owszem, cztery razy. 
— A w jakim czasie? 
— W ciągu czternastu miesięcy. 
Balon powietrzny spadł, a ciężar ołowiany powrócił na swoje miejsce. 
— Powiedzą, że to wystarczy i sąd przyzna im rację. 
— Nie,  panie,  nie  sądzę:  często  i  regularnie  to  nie  znaczy  cztery  razy  w  przeciągu 

czternastu miesięcy. 

— Ale może sąd będzie to uważał za wystarczające? 
— Niech pan łaskawie zauważy, że to miało się dziać dlatego, aby pańskie zobowiązanie 

nie mogło stać się wielką sumą. Tysiące funtów przechodziły w tym czasie przez moje ręce, 
więc  czterorazowe  przeglądanie  ksiąg  stanowczo  nie  czyniło  zadość  potrzebie,  dla  której 
zostało postanowione. 

— I  ja  tak  myślę  —  rzekła  Maud  z  przekonaniem  —  Franku,  jutro  trzeba  się  zająć  tą 

sprawą 

— A  ja,  panie  Crosse  —  rzekł  Farintosh,  zabierając  się  do  odejścia  —  będę  świadkiem, 

jeżeli  go  Towarzystwo  zażąda.  Niech  to  będzie  częściowym  zadośćuczynieniem  za  kłopot, 
który panu sprawiłem. 

Tak więc pewien promyczek nadziei rozjaśnił smutną sprawę.  Został jednak przyćmiony 

listem, który Frank znalazł przy swoim nakryciu, gdy zasiadał do śniadania. 

 

TOWARZYSTWO UBEZPIECZEŃ HOTSPUR 

w sprawie zaległości Farintosha. 

Łaskawy  Panie!  Przyjechawszy  do  Londynu,  porównałem  zaraz  rachunki  Farintosha  z 

księgą główną. Przykro mi, iż muszę martwić Pana w dalszym ciągu, ale znalazłem jeszcze 
zaległość  na  sumę  siedemdziesięciu  funtów.  Mogę  jednak  zapewnić  Pana,  że  to  wszystko. 
Suma  ogólna  wynosi  trzysta  czterdzieści  funtów.  Niecierpliwie  będziemy  oczekiwać 
pańskiego czeku, gdyż spieszno nam zakończyć tę niemiłą sprawę. Szczerze oddany 

James Wingfield 

 
Na co Frank i Maud odpowiedzieli: 
 
Łaskawy Panie! Otrzymałem Pańskie powiadomienie w sprawie zaległości w wypłatach, 

spowodowanych  niesumiennością  agenta  Farintosha,  która  wynosić  ma  trzysta  czterdzieści 

background image

funtów. Stwierdziłem jednak, że w sprawie tej istnieją pewne okoliczności, które ją zmieniają. 
W związku z tym, przed zapłaceniem żądanej sumy, muszę zasięgnąć informacji. 

Szczerze oddany 

Frank Crosse 

 
Odpowiedź Towarzystwa Ubezpieczeń Hotspur: 
 
Panie!  Gdyby  list  Pański  był  prośbą  o  zwłokę  w  zapłacie,  poczekalibyśmy  chętnie,  ale 

ponieważ okazuje raczej chęć zrzucenia odpowiedzialności, pozostaje nam jedynie uciec się 
do kroków, mających na celu wymuszenie należnej nam sumy. 

Z poważaniem 

John Waters, sekretarz 

 
Odpowiedź Franka i Maud: 
Panie! Adwokat A.C.R. Owen, Shirley  Lane 14 E.C. został moim pełnomocnikiem w tej 

sprawie! 

 
Czyli w uprzejmej formie: Idź do diabła! Ale wyprzedziliśmy wypadki. Tymczasem Frank 

udał  się  jak  zwykle  do  miasta,  a  Maud  wyczekiwała  w  domu,  co  było  stanowczo  mniej 
przyjemne. W godzinach przeznaczonych na lunch Frank odwiedził adwokata, który obejrzał 
akta sprawy, był jednak poważnie nastrojony. 

— Możliwość  jest  —  rzekł  —  ale  daleko  do  pewności.  Wszystko  zależy  od  tego,  jak 

sędzia zrozumie akt główny. W każdym razie pomoże nam, jeżeli zasięgniemy opinii pewnej 
bardzo poważnej kancelarii. Skopiuję to i poślę do Mannersa, będziemy mieli orzeczenie, nim 
powrócisz do domu na obiad. 

Po  godzinach  urzędowych  Frank  wpadł  do  kancelarii  i  znalazł  Owena  szczerze 

zmartwionego. 

— Jestem zły — rzekł. 
— Orzeczenie przeciwko nam? 
— Całkowicie. 
— Pokaż. 
Był  to  dokument  na  błękitnym  papierze  z  nagłówkiem:  ,,W  sprawie  Towarzystwa 

Ubezpieczeń Hotspur przeciwko panu Frankowi Crosse. 

Przejrzałem  przysłane  mi  akta  —  pisał  uczony  człowiek  —  i  w  moim  pojęciu 

Towarzystwo Ubezpieczeń Hotspur ma prawo żądać od Pana Crosse sumy, która ma pokryć 
zaległości pana Farintosha”. Było tam jeszcze wiele słów, ale to już nas nie obchodzi. 

— Więc co mam robić? — pytał Frank — widać, prawo angielskie tak tłumaczy sprawę. 
— A ja bym szedł przeciwko nim, szansę stanowczo masz. 
— Mój stary, trzeba ci wiedzieć, że jeśli mi się nie powiedzie, będę bankrutem. Nie wiem 

nawet, jak bym zdobył honorarium dla ciebie. 

— O  tym  nawet  nie  myśl  —  rzekł  Owen.  —  Manners  nie  jest  nieomylny,  zasięgnijmy 

zdania Hollanda. 

W dwadzieścia cztery godziny później Frank zastał Owena promieniejącego. 
— Ten jest po naszej stronie, czytaj sam. 
Frank  odczytał  głośno:  „Studiowałem  uważnie  kwestię  poddaną  memu  osądowi  i 

załączone  dokumenty.  W  moim  przekonaniu  Towarzystwo  nie  ma  prawa  żądać 
zadośćuczynienia,  gdyż  samo  nie  wypełniło  jednego  z  głównych  warunków  wiadomej 
umowy”. 

— On: c z ę s t o   i   r e g u l a r n i e  rozumie tak samo jak my — wtrącił Owen — i zgadza 

się z nami w każdym punkcie — ciągnął, wskazując drugi dokument. 

background image

— A  gdybyśmy  zasięgnęli  jeszcze  jednej  opinii  i  z  trzech  wybrali  najrozsądniejszą?  — 

zaproponował Frank. 

— To zbyt kosztowne; Holland jest mądry i moim zdaniem jego opinia przeważy szalę w 

sądzie. 

— I myślisz, że mogę być pewien swego? 
— Gdy ma się do czynienia z prawem, nigdy nie można być niczego pewnym, ale radzę 

spróbować. 

Tak  więc  Frank  został  wciągnięty  w  tryby  maszynerii  niezmiernie  skomplikowanej,  a 

jednocześnie  nieskończenie  potężnej,  karmionej  niemądrymi  formułami  i  nieznośną 
angielszczyzną, którą nazywają procedurą sądową. Prowadzi ona do ostatecznego orzeczenia, 
mniej lub bardziej sprawiedliwego, ale zawsze niezmiernie kosztownego. 

Wstępem do tej historii był list królowej, do którego to honoru Frank nigdy nie dążył, ani 

go nie pożądał. 

Wiktoria,  z  Bożej  Łaski  Królowa  połączonych  Królestw  Wielkiej  Brytanii  i  Irlandii, 

Obrońca  Wiary,  zwróciła  się  do  pana  Franka  Crosse  z  Woking.  hrabstwo  Surrey,  w 
następujących słowach: 

„Rozkazujemy panu, abyś do dni ośmiu włącznie poddał się orzeczeniu władzy w sprawie 

wniesionej  przez  Towarzystwo  Ubezpieczeń  Hotspur”.  Gdyby  tego  nie  uczynił,  Jej 
Królewska Mość raczyła nadmienić, iż mogą nastąpić rzeczy dlań nieprzyjemne, a Hardlinge 
Stanley przytakiwał Jej Królewskiej Mości. 

— No, to znaczy, że za osiem dni może już być po wszystkim — rzekł Frank. 
Owen roześmiał się serdecznie. 
— To  znaczy,  że  w  ciągu  ośmiu  dni  musimy  obiecać,  iż  zaczniemy  przygotowania  do 

naszego  wystąpienia  w  przyszłości.  To  jest  właściwe  znaczenie  dokumentu.  Ty  zachowaj 
filozoficzny spokój, a resztę zostaw mnie. 

Trudno jednak zachować filozoficzny spokój, gdy posiadając pięćdziesiąt funtów majątku, 

staje  się  do  walki  z  przeciwnikiem,  który  obraca  kapitałem  trzech  milionów  funtów.  W 
rozmowach  z  Maud  traktował  sprawę  lekko,  ona  tak  samo  wobec  niego,  ale  każde  z  nich 
cierpiało  i  wiedziało  doskonale  co  czuje  druga  strona.  Czasem  następowała  przerwa  w 
krokach urzędowych i można było mieć złudzenie, że już po wszystkim, ale groźna maszyna 
odzywała się, tryby zaczynały cisnąć i oboje odczuwali, że są w jej mocy. 

Przede wszystkim musieli wnieść sprzeciw, to znaczy dać znać, że przystępują do procesu. 

Wtedy strona przeciwna wyłuszczyła powody i usprawiedliwienie swej skargi. Potem władza 
miała  orzec,  czy  rozprawa  odbędzie  się  w  przytomności  skarżących,  czy  bez  nich. 
Zadecydowano  obecność  stron.  Wówczas  każda  ze  stron  zażądała  dokumentów  strony 
przeciwnej, nazwali to „poszukiwaniem”, tak jakby te papiery były gdzieś ukryte i trzeba ich 
było  szukać  z  latarniami  i  ostrożnością.  Każda  strona  robiła  uwagi  stronie  przeciwnej,  a 
potem żądała przejrzenia uwag przeciwnika. Wreszcie adwokat Towarzystwa zreasumował i 
usprawiedliwił jego żądania. Gdy to Maud odczytała, wybuchnęła płaczem, powiedziała, że 
wszystko  stracone  i  że  nigdy  nie  wybaczy  sobie  sprawienia  na  wiosnę  drogiej  sukni.  Na  to 
adwokat Franka przygotował obronę, po przeczytaniu której Frank wykrzyknął: 

— Ależ to przesądzone, temu się nie oprą. 
Po  przygotowaniach  obie  strony  okazały  chęć  przystąpienia  do  rozprawy  sądowej  i 

wyznaczono termin. Był to dziwnym zbiegiem okoliczności dzień urodzin Franka. 

To dobry znak! — zawołała Maud. 
pierwszym  zwiastunem  bliskiej  rozprawy  okazała  się  otyła  osobistość,  która  wręczyła 

Frankowi,  wychodzącemu  rano  z  domu,  nową  epistołę  Królowej.  Jej  Królewska  Mość 
wzywała  pana  Franka  Crosse.  aby  stawił  się  na  rozprawie  Wysokiego  Trybunału  celem 
świadczenia  w  sprawie  Towarzystwa  Ubezpieczeń  Hotspur.  Niestawienie  się  pociągnie 

background image

dochodzenie  karne.  Jej  Królewska  Mość  stanowczo  nie  jest  uprzejma,  zwracając  się  w 
podobnych sprawach do swych poddanych. 

Tak  ostro  zredagowane  wezwanie  wydało  się  Frankowi  niespodziewanym  ciosem,  ale 

Owen się śmiał. 

— To jest po prostu kruczek, tym bardziej myślę, że miękną i chcą cię tylko nastraszyć. 
— No i nastraszyli — powiedział Frank. 
— Tak możemy się zabawić i my. Trzeba się postawić. 
— Cóż chcesz zrobić? 
— Spowodować wysłanie analogicznych wezwań. 
— Doskonale!  —  zawołał  Frank  i  wkrótce  w  kierunku  biur  Towarzystwa  podążył 

wysłannik z całą paczką „dochodzeń karnych”. A za dwa dni miało nastąpić rozstrzygnięcie. 

background image

A

KCJA RATUNKOWA

 

 
Dzień  rozstrzygnięcia  zbliżał  się,  a  myśl  o  ruinie  nie  opuszczała  ich  dniem  i  nocą.  Cień 

padał na ich życie, nie mieli chwili wolnej od zmory. Gdyby proces wypadł na ich niekorzyść 
(Owen,  pomimo  nadziei,  nie  ukrywał,  że  tak  się  stać  mogło)  musieliby  zapłacić  całą  sumę 
oraz koszty procesu. Sprzedaż wszystkiego, co posiadali nie wystarczyłaby. Gdyby wygrali, 
bogate  Towarzystwo  mogło  apelować  do  wyższej  instancji  i  ściągnąć  na  nich  nową  serię 
emocji i wydatków. 

Zawsze  było  źle,  Frank  mówił  mało  i  spał  też  niewiele.  Pewnego  wieczoru,  na  dwa  dni 

przed  procesem.  Wingfield,  rachmistrz  Towarzystwa  przyjechał  do  Woking.  On  głównie 
zajmował się sprawą. Jego wizyta była rodzajem ultimatum. 

— Jesteśmy  gotowi  sami  ponieść  nasze  dotychczasowe  koszty,  jeżeli  pan  zechce  skargę 

cofnąć i sumę zapłacić. 

Nie mogę tego zrobić — rzekł Frank spokojnie. 
— Koszty wzrastają kolosalnie i ktoś będzie musiał je zapłacić. 
Mam nadzieję, że zrobicie to wy. 
— Pan  nie  będzie  mógł  mówić,  że  nie  ostrzegaliśmy.  Szczerze  mówiąc,  myślę,  że  uległ 

pan nierozsądnym namowom. Nie macie najmniejszej szansy wygrania. 

— To zobaczymy po rozprawie — rzekł Frank. 
Wobec  przeciwnika  trzymał  się  dobrze,  ale  po  odejściu  Wingfielda  Maud  zauważyła,  że 

jego wiara w powodzenie osłabła mocno. 

— Wydawał  się bardzo pewny wygranej  — mówił  Frank  — nie mówiłby w ten sposób, 

gdyby nie wiedział na pewno. 

Ale Maud była zupełnie innego zdania. 
— Gdyby  na  pewno  wiedzieli,  że  odzyskają  pieniądze  drogą  sądową,  nie  przysyłaliby 

Wingfielda. 

— On jest poczciwy i chce nam oszczędzić kłopotów. Maud nie dowierzała. 
— On robi to, co każą i nie można mieć mu tego za złe. Jeżeli uważali za stosowne czynić 

coś poza plecami adwokatów i przysyłać go tu, to muszą mieć wątpliwości. Może zgodziliby 
się na kompromis? 

Ale Frank potrząsnął głową. 
— Nawarzyliśmy  piwa,  to  musimy  je  wypić  —  rzekł.  —  Zaszliśmy  za  daleko,  aby  się 

cofać.  Gdyby  przyjęli  kompromis,  to  jedynie  taki,  jakiego  również  nie  wytrzymalibyśmy, 
musimy więc doczekać końca. 

Tym razem Maud nie zgadzała się, całą noc robiła plany i nie spała. 
Postanowiła działać na własną rękę i było jej tak spieszno, że z upragnieniem wyczekiwała 

poranka. Gdy schodziła na śniadanie, plan kampanii był gotowy. 

— Pojadę z tobą, Franku. 
— Bardzo się z tego cieszę, kochanie. 
Jeżeli  planowała  sprawunki,  często  wyjeżdżała  z  nim  razem,  więc  nie  zdziwiło  go  to. 

Zdziwiłoby go więcej, gdyby wiedział, że zanim wstał, wysłała przez Jemimę trzy telegramy. 

„John Selby, Fenchurch Street 53 E.C. Przyjdę o jedenastej. Ważny interes, Maud”. 
„Porucznik Selby, Canterbury. Przyjedź najbliższym pociągiem, czekaj na mnie Fenchurch 

Street, pół do dwunastej. Ważne, Maud.” 

„Pan Owen, Shirley Lane 14 E.C. Przyjdę o dwunastej. Ważne. M. Crosse”. 
Tym rozpoczęła kampanię. 
— Ale, ale Franku — rzekła w drodze — jutro twoje urodziny. 
— Tak, tak — odpowiedział ponuro. 
— Mój Boże, cóż ci ofiaruję, czy nie pragniesz czegoś specjalnie? 

background image

— Mam wszystko, czego mógłbym pragnąć — rzekł, patrząc na nią. 
— Aleja coś wyszukam, muszę się za tym rozejrzeć w mieście. 
Oględziny  swe  zaczęła  od  wizyty  u  ojca  na  Fenchurch  Street.  Było  to  coś  dlań 

niezwykłego, owa wizyta córki w ważnym interesie, toteż był niepomiernie zdziwiony. 

— Wyglądasz,  kochanie,  doskonale.  To  dobrze  świadczy  o  twoim  mężu.  A  cóż  tam 

słychać w Woking? Mam nadzieję, że nowa kucharka ci dogadza. 

Ale Maud nie przyszła na pogawędkę. 
— Kochany  Tatusiu!  —  mówiła  —  jestem  w  kłopocie  i  musisz  mi  pomóc.  Niech  Tatuś 

wysłucha, co powiem, stara się widzieć rzeczy z mego punktu widzenia, nie stawia przeszkód 
i zrobi to. o co poproszę. — Zarzuciła mu ręce na szyję i ucałowała serdecznie. 

— To  się  nazywa  działać  pod  przymusem  —  mruczał,  uwalniając  się  —  jeżeli  to  jest 

dozwolone  w  państwie,  to  koniec  z  interesami.  —  Mrugał  oczami  i  wydawał  się  bardzo 
zadowolony. 

— A teraz czym mogę pani służyć? 
— Teraz będę mówić tonem urzędowym — rzekła i ucałowała go jeszcze raz. — Proszę 

słuchać: prawda, że Tatuś daje mi rentę w kwocie pięćdziesięciu funtów rocznie, co? 

— Moje dziecko, więcej nie mogę, Jaś mnie dużo… 
— Nie chodzi o to… 
— A o co chodzi? 
— Zdaje się, że Tatuś wspomniał, iż te pięćdziesiąt funtów to procent od tysiąca funtów, 

które są złożone dla mnie. 

— Tak jest pięć procent, papiery wartościowe. 
— A  gdybym  ja  się  zadowoliła  sumą  dwudziestu  pięciu  funtów  rocznie,  to  mogłabym 

wziąć pięćset funtów i nikt nie straciłby na tym? 

— Tylko ty sama. Maud roześmiała się. 
— Potrzebuję tych pieniędzy tylko na jeden dzień, wszystkiego z pewnością nie wydam. 

Chcę jedynie wiedzieć, że mogę na nie liczyć, gdybym ich potrzebowała. Teraz mój Tatusiu 
nie pytaj o nic, tylko powiedz skąd mogłabym dostać zaraz te pięćset funtów. 

— A nie powiesz mi na co ci one są potrzebne? 
— Wolałabym nie mówić, ale jeżeli Tatuś chce koniecznie… 
Stary Selby popatrzył w jasne, szczere oczy córki i nie pytał więcej. 
— Słuchaj! Masz otwarty rachunek w banku? 
— Tak, Tatusiu! 
— To dobrze, nie powinien być wspólny z mężem, tylko twój, osobny — wypisał czek. — 

Możesz  wyjąć  pięćset  funtów.  Sprzedam  połowę  twoich  papierów  wartościowych,  ale 
będziesz  może  musiała  stracić  na  kursie.  I  w  rodzinie  trzeba  być  dokładnym  w  interesach. 
Jeżeli mi zwrócisz te pięćset funtów, będziesz brała znowu pięćdziesiąt funtów rocznie. 

Maud  wzięła  czek  i  wysłała  pocztą  do  banku.  Zakończywszy  sprawę  ponownym 

uściskaniem ojca wybiegła. Jaś Selby, już na schodach, palił papierosa. 

— Hejże, Maud, mobilizujesz rezerwę, czy co? Co się dzieje? Dobrze, że trafiłaś na mój 

wolny  dzień;  wy  kobiety  myślicie,  że  my  żołnierze  nie  mamy  nic  do  roboty.  Tak  było 
dawniej,  ale  teraz  chcą  z  nas  zrobić  mądrali.  Nie,  dziękuję  Ci,  nie  chcę  widzieć  Tatusia, 
pomyślałby, że przychodzę po pieniądze i zepsułoby mu to humor na cały dzień. 

Maud  zabrała  brata  do  fiakra,  opowiedziała  historię  kłopotów  Franka,  opatrując  ją 

własnym komentarzem i wyjawiła swoje zamiary. Jaś zainteresował się tym ogromnie. 

— Co Tatuś na to? 
— Nic mu nie mówiłam, myślę, że Frank nie chciałby tego. 
— To  dobrze,  mnie  ścierpi;  wie,  że  ja  też  jestem  aferzystą.  Raz  w  życiu  podpisałem 

papierek, bardzo mały papierek; nic dotąd o jego losach nie słyszałem. Cała historia nie była 
większa od kartki pocztowej, a co się nasłuchałem w domu za to? Muszą zamęczać Franka. 

background image

— Od tygodni nie mieliśmy spokojnej chwili. 
— Zgryzota źle oddziaływa na młodzież. Czemu nie został oficerem, tak jak ja? Ale niech 

sobie nic z tego nie robi. Razem damy temu radę, Maud. 

Owen naturalnie oczekiwał ich i Maud zaczęła: 
— Ja  jestem  przekonana,  panie  Owen,  że  oni  nie  chcą  dopuścić  do  rozprawy.  Przyjazd 

Wingfielda świadczy o tym. Mój mąż ma zbyt wiele ambicji, aby wchodzić z nimi w układy, 
ale  ja  nie  mam  skrupułów.  Czy  nie  sądzi  pan,  że  mogłabym  pójść  do  pana  Wingfielda, 
zapłacić te trzysta funtów i zakończyć sprawę? 

— Z  punktu  widzenia  prawnego  to  byłoby  nieprawidłowe;  jako  przyjaciel  sądzę,  że 

próbować  można.  Ale  nie  radzę  pani  ofiarowywać  od  razu  wszystkiego,  a  powiedzieć,  że 
godzicie  się  na  kompromis.  Niech  oni  wyznaczą  sumę  jaką  uważaliby  za  dostateczne 
odszkodowanie. 

— Niech  pan  to  zostawi  mnie  —  rzekł  Jaś,  mrugnąwszy  na  adwokata.  —  Ja  ją  znam 

dobrze  i  będę  pohamowywał.  Do  interesów  jestem  numer  jeden,  klasa  A,  jak  się  mówi  o 
koniach. Założymy im munsztuk i niech próbują brykać. Chodź Maud i kończmy. 

Był dla niej nieocenionym towarzyszem, bo jego wesołość i dowcipy obracały całą rzecz w 

śmiech.  W  jego  towarzystwie  nie  mogła  brać  tego  serio.  Przyszli  do  biur  Towarzystwa  i 
kazali  wezwać  pana  Wingfielda.  Ten  był  zajęty,  ale  pan  Waters,  sekretarz,  gruby, 
pompatycznie wyglądający pan, wyszedł do nich. 

— Przykro  mi,  bardzo  przykro  pani  Crosse,  ale  jest  już  za  późno  na  kompromisy. 

Ponieśliśmy znaczne koszta i jedynym wyjściem jest rozprawa. 

Biedna Maud o mało się nie rozpłakała. 
— A gdybyśmy ofiarowali panom… 
— Godzinę  do  namysłu!  —  wpadł  jej  w  słowo  Jaś.  Pan  Waters  kiwnął  głową  z 

powątpiewaniem. 

— Wątpię,  czy  zmienilibyśmy  zdanie.  Pan  Wingfield  zaraz  nadejdzie  i  wysłucha 

wszystkich  życzeń  pani.  Na  razie  przepraszam  najmocniej,  ale  mam  ważne  sprawy  do 
załatwienia. 

— Ależ  Maud,  ty  gąsko  —  wykrzyknął  Jaś,  gdy  Waters  zamknął  za  sobą  drzwi.  —  Ty 

chciałaś dać wszystko. Dobrze, że cię na czas powstrzymałem. 

— Ja chciałam tylko zapytać. 
— Dziękuj Bogu, że masz aferzystę pod bokiem. Nie podobał mi się ten obywatel, o wiele 

za gruby na mój gust. Czy nie widziałaś, że on nadrabiał miną? 

— Skąd możesz to wiedzieć? 
— To patrzyło mu z oczu, kto tyle co ja handluje końmi, zna się na minie kupców. Oczy 

mu  się  zaświeciły  jak  kotu.  Powiadam  ci,  że  wybierając  się  w  te  regiony,  trzeba  mieć 
sprytnego towarzysza. Teraz nie pozwól się wyminąć ani o pół głowy. 

Tymczasem  wszedł  Wingfield  i  jego  sposób  bycia  był  zupełnie  inny.  Polubił  bardzo 

Crosse’ów,  a  nie  chciał  też  wywlekać  spraw  Towarzystwa  przed  sąd,  toteż  zależało  mu 
bardziej, niż chciał okazać, na polubownym załatwieniu sprawy. 

— Nasza rozmowa jest właściwie nieformalna, powinniśmy rozmawiać za pośrednictwem 

adwokatów. 

— Nie  było  mowy  o  adwokatach,  gdy  przyjeżdżał  pan  do  Woking.  Myślę,  że  prędzej 

dojdziemy do porozumienia, jeżeli załatwimy tę kwestię sami — rzekła Maud. 

— I ja tak sądzę — mówił Wingfield — wysłucham chętnie pani propozycji. Czy państwo 

przyznajecie, że winni jesteście Towarzystwu odszkodowanie? 

— Do pewnego stopnia tak, ale Towarzystwo musi przyznać, że również zawiniło. 
— Idziemy tak daleko, iż przyznajemy, że księgi powinny być przeglądane częściej i że za 

wiele  zaufania  pokładaliśmy  w  agencie.  To  powinno  panią  zadowolić.  Ale  i  to,  że  pani 
przyzna nam pewne prawa do odszkodowania to duży krok naprzód. Nie chcemy być uparci, 

background image

ale jak długo nie przyznawaliście nam tego, musieliśmy iść drogą wymuszenia. Teraz musimy 
ustalić,  jak  wysoka  ma  być  suma.  Ja  proponuję,  aby  każda  strona  zapłaciła  swoje  koszta 
dotychczasowe, a pani Towarzystwu… 

— Czterdzieści funtów — rzekł Jaś z powagą. 
Maud była pewna, że pan Wingfield wstanie i wyjdzie z pokoju. Ale ponieważ nie uczynił 

tego ani nie okazał żadnego oburzenia, dodała: — Tak, czterdzieści funtów. Potrząsnął głową. 

Łaskawa pani, to bardzo mało. 
Ofiarujemy czterdzieści funtów — powtórzył Jaś. 
Na czym państwo opierają przekonanie, że to wystarczy? 
— Myśleliśmy długo. 
Pan  Wingfield  wstał.  —  Dobrze,  jakiekolwiek  odszkodowanie  jest  lepsze  niż  żadne  — 

powiedział  —  nie  wiem,  co  na  to  powie  dyrekcja.  Dziś  po  południu  ma  być  sesja,  więc 
przedstawię im to. 

— A kiedy my dowiemy się o decyzji? 
— Napiszę do adwokata państwa. 
— Niech się pan nie krępuje, kiedy panu dogodniej! — mówił Jaś, a gdy wyszli i znaleźli 

się w fiakrze, był po prostu olśniony wielkością dzieła. 

— Klasa pierwsza A i wzmianka honorowa — wykrzykiwał. 
Siostra obcałowywała go tymczasem. 
— A co, Maud, czy nie jestem aferzystą? Tego nie kupisz, to rasa. Wziąłem go zaraz na 

pierwszym okrążeniu i już nie nadrobił. 

— Jesteś cudowny, wspaniale to zrobiłeś. 
— Widzisz,  tak  trzeba  z  nimi  postępować.  Zaraz  poznał,  że  jestem  pełnej  krwi!  Jeden 

aferzysta pozna drugiego na pierwszy rzut oka. 

Maud śmiała się, gdyż kawaleryjski żargon Jasia i biała pręga od czapki mundurowej na 

brodzie, zupełnie nie wskazywały na aferzystę. 

— Dlaczego czterdzieści funtów? — pytała. 
— No, od czegoś trzeba zacząć? 
— Ale dlaczego czterdzieści? 
— Bo  od  tej  sumy  się  zaczyna  przy  zakupie  koni  wojskowych.  W  interesach  trzeba  się 

trzymać pewnych reguł. Ja nigdy nie wychodzę ponad czterdzieści. 

Zjedli  śniadanie w restauracji, a  potem Jaś zaprowadził Maud na wystawę, którą nazwał 

niezmiernie kształcącą. Okazało się, że to przegląd koni w ujeżdżalni. Stamtąd pojechali do 
adwokata, gdzie oczekiwał ich list adresowany do pani Crosse. 

— „Łaskawa  Pani!  Szczęśliwy  jestem,  iż  mogę  powiadomić  panią,  że  nasi  dyrektorowie 

postanowili zaprzestać kroków sądowych i przyjąć czterdzieści funtów jako zadośćuczynienie 
ze strony męża pani”. 

Maud i Owen odtańczyli triumfalną farandolę. 
— Cudownie to pani załatwiła, cudownie — wołał Owen — nic lepszego nie widziałem w 

życiu. Proszę dać czek i poczekać. Pójdę i wszystko załatwię 

— A niech mi pan przyniesie kwit — prosiła Maud. 
Gdy następnego dnia Frank zszedł na śniadanie, ujrzał przy nakryciu srebrną papierośnicę, 

w której odgadł podarunek urodzinowy. 

— Czy to dla mnie, kochanie? 
— Tak, Franku, prezent od żony. 
— Jak to miło z twojej strony! Prześliczna papierośnica. Ale tam coś jest w środku? 
— Pewnie papierosy. 
— Nie,  to  jakaś  kartka.  Towarzystwo  Ubezpieczeń  Hotspur…  Boże  mój,  ani  chwili 

spokoju. Skądże to się tam wzięło? Co to znaczy? „Niniejszym kwitujemy”… Maud, Maud 
coś ty zrobiła? 

background image

— Kochane  moje  chłopczysko  —  wołała,  obejmując  go  za  szyję  —  jaka  jestem 

szczęśliwa! 

background image

T

OWARZYSTWO IMIENIA 

B

ROWNINGA

 

 
Zaczęło się od tego, że pani Hunt Mortimer, szykowna adwokatowa w rozmowie z panią 

Beecher,  młodą  żoną  bankiera,  wyraziła  się,  iż  w  takiej  miejscowości  jak  Woking  nie  ma 
życia  umysłowego.  Pani  Beecher  doszła  do  tego  samego  przekonania,  zwłaszcza  po 
przeczytaniu w „Ladies Journal” artykułu, w którym zalecano kulturę umysłu jako najlepszy 
środek  na  przedłużenie  młodości.  Przyniosła  wspomniany  artykuł,  gdyż  rozmowa  miała 
miejsce w jej salonie i przeczytała niektóre wyjątki. Tytuł brzmiał: „Szekspir jako kosmetyk”. 
Maud zainteresowała się tym ogromnie i tego samego wieczora postanowiły utworzyć kółko 
literackie, które miało  czytać i  komentować utwory wybitnych poetów.  Spotkania miały się 
odbywać w środowe popołudnia w każdym z domów. Ta godzina skupienia ponad poziomem 
codziennego  życia  miała,  ich  zdaniem,  działać  korzystnie  na  umysły  zgnębione  monotonią 
prowincjonalnego  tygodnia.  Co  miały  czytać?  Trzeba  to  było  ustalić,  aby  w  przyszłą  środę 
rozpocząć czytanie. Maud proponowała Szekspira, ale pani Hunt Mortimer orzekła, że nie jest 
on wystarczająco przyzwoity. 

— A cóż to szkodzi? — powiedziała pani Beecher. — Wszak jesteśmy zamężne? 
— Mimo  to  takie  czytanie  nie  byłoby  stosowne  —  brzmiała  odpowiedź  pani  Hunt 

Mortimer, która była nieubłagana w sprawach przyzwoitości. 

— Ale  o  ile  wiem,  pan  Bowdler  uczynił  Szekspira  absolutnie  przyzwoitym  w  nowym 

wydaniu — powiedziała pani Beecher. 

— Bardzo  to  niedbale  przeprowadził,  pozostawił  mnóstwo  rzeczy  niestosownych,  a 

wykreślił ustępy zupełnie niewinne. 

— Skądże pani to wie? 
— Bo raz zaczęłam porównywać i przeczytałam te ustępy, które Bowdler opuścił. 
— Czemu pani to zrobiła? — zapytała Maud złośliwie. 
— Bo  musiałam  się  przekonać,  czy  niestosowności  zostały  opuszczone  —  rzekła  pani 

Hunt Mortimer surowo. 

Pani Beecher wstała i wszczęła poszukiwania niewidocznej szpilki na kominku. Pani Hunt 

Mortimer ciągnęła dalej. 

— Jest jeszcze Byron, ale on jest bardzo namiętny, są w jego dziełach ustępy… 
— Nigdy w nich nic złego nie znalazłam — rzekła pani Beecher. 
— Bo  pani  nie  wiedziała  gdzie  szukać.  Jeżeli  pani  ma  Byrona  w  domu,  podejmę  się 

wyjaśnić zaraz i wykazać, co powinny opuszczać osoby, dbające o czystość swych myśli. Nie 
ma? To z pamięci powtórzę pani, czego trzeba unikać. 

— Zostawmy  Byrona  —  rzekła  pani  Beecher,  bardzo  ładniutka  osóbka  o  ruchach  kotki, 

która nie troszczyła się o żadne kosmetyki, nawet literackie — co panie powiedzą o Shelleyu? 

— Frank  przepada  za  Shelleyem  —  zauważyła  Maud.  Ale  pani  Mortimer  potrząsnęła 

głową. 

— Jego dzieła są tendencyjne. On był, o ile wiem, deistą czy też ateistą, nie mogę sobie w 

tej chwili przypomnieć, a my powinnyśmy te zebrania uczynić umoralniającymi. 

— A Tennyson? — zaproponowała Maud. 
— Słyszałam zdanie, że jest on zanadto zrozumiały, by mógł być liczony między geniuszy 

naszego  narodu.  Wzniosła  mysi  musi  być  niejasna.  Nie  ma  nic  pociągającego  w  czytaniu  i 
komentowaniu dzieła zrozumiałego. To nam przywodzi na myśl… 

— Browninga! — wykrzyknęły tamte panie. 
— Istotnie. Utwórzmy towarzystwo imienia Browninga. 
— Dobrze, doskonale! Na tym stanęło. 
Został jednak jeszcze jeden punkt do przedyskutowania, a mianowicie, kogo dopuścić do 

kółka. Mężczyzn nie chciano wcale. 

background image

— Oni powodują zbyt wiele zamieszania! — rzekła pani Hunt Mortimer. 
Chodziło  o  to,  by  wciągnąć  umysłowości  poważniejsze,  które  mogłyby  i  umiały  odnieść 

korzyść z tych studiów. O pani Fortescue nie było co myśleć, bo słynęła z gadatliwości. Pani 
Jones była zbyt światowa. Pani Charles umiała myśleć i mówić jedynie o służbie. Pani Patt 
Beatson  lubiła  dyktować  prawa.  Może  lepiej  byłoby  zacząć  we  własnym  kręgu,  a  potem 
stopniowo  wciągać  innych.  Pierwsze  zebranie  miało  się  odbyć  u  pani  Crosse,  a  pani  Hunt 
Mortimer miała przynieść swoje wydanie w dwóch tomach. Pani  Beecher mówiła, że jeden 
tom  wystarczy,  ale  pani  Hunt  Mortimer  twierdziła,  że  lepiej  mieć  większy  wybór.  Maud 
powróciwszy  do  domu,  opowiedziała  wszystko  Frankowi.  Podobało  mu  się,  ale  zapatrywał 
się na te zamiary nieco sceptycznie. 

— Powinnyście zacząć od rzeczy łatwiejszych. 
Ale Maud zrobiła oburzoną minę, z którą bardzo jej było do twarzy. 
— Mój  panie,  my  traktujemy  to  serio.  Uważam,  Franku,  że  jedną  z  twych  wad  jest 

niedocenianie  kobiecego  intelektu.  Pani  Hunt  Mortimer  twierdzi,  że  choć  jesteśmy 
upośledzone twórczo, łatwiej sobie wszystko przyno…, jakże tam?… 

— Przyswajamy. 
— Tak, to właśnie chciałam powiedzieć. A ty zawsze mówisz, że tak, tak! Nie, nieznośny 

jesteś.  Gdy  tylko  zaczynam  mówić  serio,  zawsze  tak  robisz  i  wszystko  psujesz.  Czy  ty 
lubiłbyś,  gdyby cię studiującego  Browninga ktoś wciąż całował? Czułbyś wtedy, że  cię nie 
biorą serio. Czekaj, czekaj, zacznij mówić poważnie… 

 
Początek  wyznaczono  na  godzinę  trzecią,  a  dziesięć  minut  wcześniej  przyszła  pani 

Mortimer  z  dwiema  wielkimi  księgami  pod  pachą.  Przyszła  tak  wcześnie,  objaśniła,  gdyż 
kwadrans  przed  piątą  miała  zacząć  się  pora  teatru  amatorskiego  u  Dixonów.  Pani  Beecher 
ukazała się dopiero pięć minut po trzeciej. Jej kucharka pokłóciła się z pokojową i odeszła, a 
w  sobotę  mieli  być  goście  na  obiedzie.  Młoda  mężatka  była  ogromnie  wzburzona  i  nie 
przyszłaby, gdyby nie obietnica. Trudno jest czytać poezję, gdy myśli się o pasztecikach. 

— Dlaczego o pasztecikach? — pytała pani Hunt Mortimer. 
— Moja droga — rzekła pani Beecher, która miała zwyczaj najprostsze rzeczy mówić tak, 

że wydawały się sekretami — moja pokojowa umie bardzo dobrze gotować, i będę mogła jej 
zaufać, jeżeli Marta rzeczywiście odejdzie, ale nie wszystko potrafi i paszteciki oraz leguminy 
nie udają się. Muszę więc znaleźć potrawę, którą potrafiłaby dobrze przyrządzić. 

Pani  Hunt  Mortimer  uważała  się  za  znakomitą  gospodynię,  więc  problem  bardzo  ją 

zainteresował.  Maud  odkryła  również,  że  zebranie  nie  zapowiada  się  tak  nudno,  jak  się 
obawiała. 

— Och, wiele jest rzeczy do wyboru — mówiła pani Hunt Mortimer z miną rzeczoznawcy. 

— Ostrygi naturalne lub we francuskim cieście… 

— To nie jest sezon ostryg — przypomniała Maud. 
— Chciałam właśnie powiedzieć — wpadła jej w słowo pani Hunt Mortimer z niezwykłą 

przytomnością  umysłu  —  że  wszelkie  kombinacje  z  ostrygami  są  niemożliwe,  bo  to  nie 
sezon, ale krokiety z mózgu… 

— Mój mąż ich nie znosi! 
— No dobrze, a co pani powie na kanapki encaisse, potrzebne są do tego jedynie siekane 

grzybki, szalotki, parmezan, grzanki, imbir, pieprz, sól, tłusta wędzonka… 

— —  Och,  nie,  nie!  —  wykrzyknęła  pani  Beecher  z  desperacją.  —  Anna  nigdy  nie 

spamiętałaby tego. 

— A kotleciki à la Constance — przypomniała pani Hunt Mortimer — te już bardzo łatwe, 

kotleciki, masło, wątróbki gęsie, korniszony, grzybki… 

— —  Ależ  moja  droga,  pamiętaj  o  tym,  że  to  jest  tylko  pokojowa,  to  wszystko  jest 

nierozsądne. 

background image

— Potrawka z gęsi, kurczęta smażone, krokiety z cielęciny a la Browning… 
— I tym sposobem powróciłyśmy do Browninga — wykrzyknęła Maud. 
— Mój  Boże,  to  moja  wina  —  rzekła  pani  Beecher  —  bardzo  mi  przykro,  niechże  pani 

Hunt Mortimer przeczyta coś. 

— A  paszteciki  można  dostać  w  restauracji  —  zaproponowała  Maud,  tknięta  szczęśliwą 

myślą. 

— Moje kochanie, jak to cudownie z pani strony, że pomyślała pani o tym, naturalnie, co 

za pyszna myśl. Teraz możemy kwestię pasztecików uważać za załatwioną i przystąpić do… 

— Do „Piece de resistance” — rzekła pani Hunt Mortimer uroczyście, spoglądając na spis 

rzeczy  tomu  pierwszego.  —  Muszę  wyznać,  że  moja  znajomość  poety  była  dotąd 
powierzchowna. Powinnyśmy teraz starać się przyswoić go tak, aby się stał naszą własnością. 
Mam  wrażenie,  że  owe  trudności  w  pojmowaniu  Browninga  są  przesadzone.  Przy  dobrych 
chęciach i wytrwałości, przezwyciężymy je. 

Pani  Beecher  i  Maud  doznały  ulgi  na  wieść,  że  pani  Hunt  Mortimer  nie  jest  pod  tym 

względem mądrzejsza od nich. Obydwie zatem przybrały śmielsze minki, Maud zmarszczyła 
czoło, a pani Beecher zwróciła oczy na karnisz, jakby myślą przebiegała katalog dzieł poety. 

— Ja wiem, co trzeba zrobić — rzekła — musimy dać sobie słowo, że nigdy nie ominiemy 

ani jednej linii bez zrozumienia. Przerobimy raz i drugi, aż pojmiemy. 

— Co za wspaniała myśl — wykrzyknęła Maud z właściwym sobie entuzjazmem — pani 

Beecher ma bajeczne pomysły. 

— Moje przyjaciółki mówią mi „Nelly” — rzekła bruneteczka. 
— Jak  to  pani  miło  powiedziała,  będę  tak  mówić,  jeżeli  pani  chce,  ale  i  mnie  proszę 

mówić: Maud. 

— Pani wygląda jak Maud — rzekła pani Beecher — ja wyobrażam sobie Maud wesołą, 

ładną i  jasnowłosą. Prawda, że imiona idą zwykle w parze z charakterem.  Marie są zwykle 
domatorkami, Róże lubią flirt, Elżbiety są obowiązkowe, Eweliny lubią imponować, Alicje są 
bezbarwne, Heleny lubią rządzić… 

— A  Matyldy  są  niecierpliwe  —  rzekła  pani  Hunt  Mortimer,  śmiejąc  się  —  i  ta,  która 

siedzi  między  wami  ma  powód  do  niecierpliwości,  gdyż  czeka,  gdy  wy  wymieniacie 
komplementy. 

— Czekamy — zawołała pani Beecher z wyrzutem — proszę wybierać, bo czas ucieka. 
— Nic  z  pierwszych  utworów,  gdyż  te  są  wytworem  rozwijającego  się  geniusza  — 

zauważyła  pani  Hunt  Mortimer  —  szczególnie  dziś,  w  dzień  inauguracji  naszego 
Towarzystwa,  powinnyśmy  rozpocząć  czytanie  dzieła,  które  pochodzi  z  najlepszego  okresu 
twórczości poety. 

— A jak poznamy, które z dzieł jest najlepsze? — pytała Maud. 
— Zdaje  się,  że  chyba  to,  którego  sam  tytuł  nasuwa  głębsze  myśli:  „Ładna  kobieta”, 

„Miłość w życiu”, „Każda żona do swego męża”… 

— Cóż mu powiedziała? — zawołała Maud. 
— Te tytuły brzmią nieco frywolnie. 
— To niemądry tytuł — zauważyła pani Beecher, która lubiła wydawać sądy na podstawie 

swego sześciomiesięcznego doświadczenia małżeńskiego. — Pewna żona do swego męża lub 
pewien  mąż  do  swej  żony,  ale  skąd  można  wiedzieć,  co  powie  każdy  mąż  do  każdej  żony; 
nikt nie może przewidzieć co zrobi mężczyzna, to stworzenie nieobliczalne… 

Ale  pani  Hunt  Mortimer  była  już  pięć  lat  zamężna  i  czuła  się  równie  kompetentna  w 

sądzeniu mężczyzn, jak dawaniu przepisów na paszteciki. 

— Gdy  poznasz,  droga  pani,  mężczyzn  lepiej,  zauważysz,  że  jest  zwykle  jakaś  racja  lub 

raczej  prymitywny  instynkt,  który  kieruje  ich  czynami.  Ale  mówiąc  poważnie,  trzeba  nam 
skupić myśl, gdyż będę musiała wyjść po czwartej, a i tak zostawiam sobie jedynie dziesięć 
minut na drogę. 

background image

Pani Beecher i Maud usadowiły się w fotelach z powagą na twarzach. 
— Słuchamy! — zawołały jednocześnie. 
— Oto „Czarownik z Hamelin”… 
— Ach, to szalenie interesujące! — wykrzyknęła Maud z radością w oczach. 
— A to dlaczego? — zapytały towarzyszki. 
— Ach,  bo  Frank,  mój  mąż,  przyjechał  kiedyś  na  bal  kostiumowy  jako  czarownik  z 

Hamelin, Nie miałam pojęcia, że to z Browninga. 

Jak był ubrany? — zagadnęła pani Beecher. — Jesteśmy zaproszeni na bal kostiumowy do 

Astonów i chciałabym wymyślić coś dla Jerzego. 

— To był kostium czarny z czerwonym. Trochę jak Mefistofeles i fantazyjny kapelusz z 

dzwoneczkiem u szczytu. Miał też naturalnie flet, a w ręku pałeczkę z wypchanym szczurem 
na końcu. 

— Ze szczurem, to okropne! 
— No,  według  legendy,  szczury  biegły  za  czarownikiem  z  Hamelin,  więc  ten  szczur 

musiał  towarzyszyć  Frankowi.  Gdy  tańczył,  wkładał  go  do  kieszeni,  ale  raz  zapomniał, 
rozdeptali go i kłaki rozwlekli po całym salonie. 

Pani Hunt Mortimer była również zaproszona na ów bal i myśli jej odbiegły od książki. 
— A pani jak była ubrana? — zapytała. 
— Ja wystąpiłam jako Noc. 
— Jak to, pani, blondynka? 
— Toteż Tatuś  mówił, że nie była to  bardzo ciemna noc. Suknię miałam  czarną, zwykłą 

balową,  we  włosach  srebrny  półksiężyc,  czarny  welon,  gwiazdy  na  staniku  i  spódnicy  i 
kometę nad czołem. Tatuś wylał na mnie przy kolacji śmietankę i powiedział, że to mleczna 
droga. 

— To oburzające, jak panowie lubią żartować z najpoważniejszych rzeczy  — rzekła pani 

Hunt Mortimer — ale nie wątpię, że suknia pani była niezmiernie efektowna. Ja mam zamiar 
wystąpić jako Księżna Devonshire. 

— Ślicznie — zawołały pani Beecher i Maud. 
— To nie jest trudny kostium. Mam stare koronki, które są w rodzinie od stu lat. To będzie 

podstawa kostiumu. Suknia nie musi być bardzo skomplikowana… 

— Jedwabna? — pytała pani Beecher. 
— Ja myślałam o białym brokacie w drobne kwiatki. 
— O, tak! I hafty z pereł. 
— Nie, obszyta koronkami. 
— Prawda, pani wspominała. 
— To będzie cudowne — mówiła Maud. 
— Pasek  wysoko  i  falbanki  u  rękawów.  No  i  naturalnie  duży  kapelusz;  panie  wiedzą  o 

jakim myślę, taki z dużym strusim piórem. 

— Włosy naturalnie pudrowane — rzekła pani Beecher. 
— Tak, pudrowane loki. 
— Będzie pani w tym do twarzy. Jest pani wysoka i rysy odpowiadają typowi. Chciałabym 

i ja wybrać sobie coś odpowiedniego. 

— A o czym pani myślała? 
— Przychodziła mi na myśl Ofelia. Czy myśli pani, że byłoby to dobre? 
— O, z pewnością, czy pani już wymyśliła sobie kostium? 
— A  więc  —  zaczęła  pani  Beecher  —  mam  projekt,  ale  chciałabym  również  zasięgnąć 

rady. 

— Raz tylko byłam na „Hamlecie” i ta pani była wtedy ubrana na biało, w lekkim welonie 

na głowie. 

— Myślę, że spód z białego jedwabiu, a wierzch… 

background image

— Z „crepe de Chine” — zawołała Maud. 
— Ależ  w  czasach  Ofelii  nie  słyszano  nawet  o  czymś  podobnym  —  rzekła  pani  Hunt 

Mortimer — raczej siatka srebrna. 

— Tak, tak — wykrzyknęła pani Beecher — i nieco kosztowności. To właśnie myślałam, 

naturalnie krój powinien być klasyczny. Moja krawcowa to prawdziwy skarb. A na jedwabiu 
haft złotem. 

— Wypukły — rzekła Maud. 
— Albo też zwykły krzyżykowy. We włosach diadem z pereł. Szekspir… 
Nazwisko  poety  obudziło  ich  sumienia  zawstydzone  popatrzyły  na  siebie,  a  potem  na 

zegarek. 

— Musimy,  naprawdę,  musimy  już  zacząć  czytanie  —  zawołała  pani  Hunt  Mortimer  — 

jak mogłyśmy się tak zagadać o sukniach? 

— To moja wina — rzekła pani Beecher z pokorą. 
— Nie, moja — zaprzeczyła Maud — bo wszystko zaczęło się od tego, że powiedziałam 

jak był przebrany Frank. 

— Zaczynam  czytać ten wiersz, na którym  otworzę książkę. Zdaje się, że  powinnam  już 

iść, ale może jeszcze parę kartek przerobimy. A więc, oto jest „Setebos”, co za dziwny tytuł. 

— Co to znaczy? — zapytała Maud. 
— Dowiemy się zapewne w dalszym ciągu, będziemy czytać linię za linią i tłumaczyć. Oto 

pierwszy wiersz: 

»Will sprawl now that the heat of day is best« 
— Cóż to? — zapytała pani Beecher. 
— Sama nie wiem, może następny wiersz wytłumaczy: 
…„Flat on his”… 
— No, nie miałam pojęcia, że Browning tak pisze. 
— Niech pani czyta dalej. 
— Nie, nie mogę, przejdźmy do następnej zwrotki. 
— Ale miałyśmy nie opuszczać. 
— A  na  cóż  czytać  rzeczy,  które  nie  mogą  nas  zbudować  ani  wykształcić?  Zacznijmy 

następną zwrotkę i miejmy nadzieję, że się nam lepiej powiedzie. Pierwsze słowa brzmią…, 
czy naprawdę ma tak być? 

— Co takiego? 
„Setebos i Setebos i Setebos’”. 
Trzy literatki popatrzyły na siebie ze smutkiem. 
— To gorzej niż sobie wyobrażałam — rzekła czytająca. 
— Musimy opuścić ten wiersz. 
— Ależ my wszystko opuszczamy. 
— To jest imię jakiejś osoby — rzekła pani Beecher. 
— Albo trzech osób! 
— Nie, ja myślę, że jednej. 
— A po co powtarza się trzy razy? 
— Dla emfazy. 
— A może to ma być pan Setebos, pani Setebos i małe Setebos! 
— No, jeżeli będziecie się śmiały, przestanę czytać. 
— Ale może my źle robimy, tłumacząc wiersz po wierszu, lepiej zdanie po zdaniu. 
— Osoba  ta,  mianowicie  Setebos,  miał  wrażenie,  że  przebywa  ciągle  w  świetle 

księżycowym. 

— Ależ to nonsens! — wykrzyknęła pani Beecher. 

background image

Pani  Hunt  Mortimer  popatrzyła  na  nią  z  wyrzutem.  —  Łatwo  nazywać  nonsensem 

wszystko,  czego  się  nie  rozumie  —  rzekła  —  ja  nie  wątpię,  że  Browning  ukrył  w  tych 
słowach jakąś głęboką myśl. 

— Co? 
Pani Hunt Mortimer spojrzała na zegarek. 
— Przykro mi, ale muszę już iść — rzekła. — I to właśnie w chwili, gdy zaczęło nam iść 

tak dobrze. Przyjdziecie panie w przyszłą środę do mnie, prawda? Do widzenia i dziękuję za 
miłe popołudnie. 

Ale zaledwie ucichł szelest jej sukni w korytarzu, Towarzystwo imienia Browninga zostało 

rozwiązane większością dwóch trzecich głosów wszystkich jego członków. 

— I po co to wszystko? Po dwóch zwrotkach dostałam bólu głowy, a są jeszcze dwa tomy 

— zdecydowała pani Beecher. 

— Musimy zmienić poetę. 
— Jest niezrozumiały! 
— Jego Setebozowatość! 
— A pani Hunt Mortimer mówi, że go lubi. 
— Może Tennyson? 
— To o wiele lepiej. 
— Ale Tennyson jest zrozumiały, czyż nie? 
— Zupełnie. 
— Więc po co go przerabiać, jeżeli nie ma tam nic do objaśnienia? 
— Myśli pani, że mogłybyśmy go czytać samodzielnie? 
— Sądzę, że byłoby to nawet łatwiejsze. 
— No tak, z pewnością. 
I  po  godzinie nędznego  żywota towarzystwo wzajemnego kształcenia się odczytywaniem 

utworów Browninga, założone przez panią Hunt Mortimer, rozpłynęło się w nicość. 

background image

D

OBRY INTERES

 

 
— Muszę  się  ciebie  poradzić.  —  Maud  wyglądała  prześlicznie  w  blaskach  porannego 

słońca.  Miała  na  sobie  bluzkę  batystową  w  drobne  różyczki,  tuż  nad  obrusem  widać  było 
błyszczącą klamrę paska. Przed nią leżała poranna korespondencja, stała filiżanka kawy. 

— O cóż chodzi? 
— Dziś pojadę późniejszym pociągiem, więc nie muszę się spieszyć. 
— To wspaniale. 
— Obawiam się, że Dinton będzie innego zdania. 
— Godzina nic nie znaczy. 
— Znaczy wiele w urzędzie, w Londynie godzina to majątek! 
— Nie cierpię Londynu i urzędu, on zawsze staje między nami. 
— Zdaję się, że wiele kochających par rozdzielają tak samo. 
Podszedł ku niej, wywrócił filiżankę, został wyłajany i po chwili oboje upadli na kanapę 

zanosząc się od śmiechu. Gdy skończył podziwiać jej błyszczące pantofelki i śliczny kształt 
odziany  ażurową  pończoszką,  przypomniała  mu,  że  chciał  zasięgnąć  jej  opinii  w  jakiejś 
sprawie. 

— Cóż to ma być? — zmarszczyła czoło i starała się wyglądać tak jak ojciec, gdy myśli o 

jakimś interesie. 

Ale  ojciec  jej  nigdy,  rozmawiając  o  interesach,  nie  znajdował  się  w  ramionach  młodego 

człowieka. 

Trudno zachować powagę, gdy ktoś nawija twoje loczki na palce. 
— Mamy trochę zaoszczędzonych pieniędzy. 
— To bardzo rozumnie z twojej strony. 
— Tylko pięćdziesiąt funtów. 
— Nic nie szkodzi, kochanie, to początek. 
— I  ja  tak  myślę,  to  kamień  węgielny  naszej  fortuny.  Niech  jejmość  poradzi,  gdzie  je 

złożyćNie marszcz czoła! 

— To wielka odpowiedzialność, Franku! 
— Tak, nie powinniśmy tego stracić. 
— Nie, nie powinniśmy. A gdybyśmy zainwestowali w jeden z tych nowych fortepianów 

za pięćdziesiąt gwinei.  Nasz stary Broadwood był doskonały za moich panieńskich czasów, 
ale teraz zaczyna skrzeczeć w wyższych tonach. Frank zaprzeczył ruchem głowy. 

— Wiem, że potrzebujemy nowy, a taka artystka jak ty powinna mieć najlepszy instrument 

na  świecie.  Obiecuję  ci,  że  gdy  tylko  uzbieramy  więcej,  dostaniesz  nadzwyczajność,  ale  na 
razie  nie  wydawajmy  pieniędzy,  powinniśmy  włożyć  je  w  jakiś  interes,  który  przynosi 
procent. Nie wiemy co się stanie, mogę się rozchorować, mogę umrzeć. 

— Franku, jaki ty jesteś nieznośny! 
— No, lepiej  być przygotowanym  na wszystko.  Trzeba mieć je w pogotowiu, a zarazem 

powinny coś przynosić. Co zrobimy? 

— Tatuś kupował zwykle kamienicę. 
— Ale na to mamy za mało. 
— Nawet na mały domek? 
— Nawet na najmniejszy. 
— A pożyczyć na hipotekę? 
— Też za mało. 
— A więc pożyczka rządowa, jeżeli uważasz, że to pewne. 
— O, pewne absolutnie, tylko procent bardzo mały. 
— Ile byśmy dostali? 

background image

— Pięćdziesiąt funtów przyniosłoby nam ze trzydzieści szylingów rocznie. 
— Trzydzieści szylingów? Franku! 
— Raczej mniej, niż więcej. 
— No  i  pomyśl,  taki  bogaty  naród  jak  nasz  wziąłby  pięćdziesiąt  funtów  i  tak  nas 

traktował? Jacy oni skąpi. Nie dawaj im tego. 

— Nie, nie dam. 
— Jeżeli potrzebują, niech złożą korzystniejszą ofertę. 
— Spróbujemy czegoś innego. 
— Ty masz jakiś plan, Franku. Powiedz! 
Przyniósł gazetę poranną i rozłożył ją tak, że sprawozdania giełdowe znalazły się na górze. 
— Spotkałem  wczoraj  w  mieście  pewnego  pana,  który  dużo  wie  o  kopalniach  złota. 

Rozmawialiśmy krótko, ale namawiał bardzo, by kupić udział kopalni Eldorado. 

— Ładnie brzmi. A sprzedaliby nam? 
— O  tak,  akcje  są  wystawione  na  sprzedaż.  Kopalnia  prosperowała  dobrze  i  dawała 

wysokie dywidendy, ale natrafiała na różne nieszczęścia. Najpierw nie mieli wody, a potem 
mieli  jej  za  dużo  i  zostali  zalani.  Naturalnie  wtedy  akcje  spadły.  Teraz  kopalnia  jest  w 
lepszym stanie, ale akcje stoją wciąż nisko. Wydaje się, że wziąć teraz kilka to dobry interes. 

— A czy są bardzo drogie? 
— Przeglądałem  „Rejestr  kopalniany”  wczoraj  po  południu.  Początkowo  kosztowały 

dziesięć szylingów od sztuki, ale musiały potanieć. 

— Dziesięć szylingów, to niedużo. 
— Oto są — rzekł wskazując ołówkiem punkt w długiej linii.  — Tutaj, pomiędzy Royal 

Bonaura i Konsolami alabastrowymi. Widzisz — Eldorado Propr. A zatem 4 3/4 – 4 7/8. To 
pewnie oznacza cenę. 

— Tak, jest napis: Ceny wczorajsze. 
— Te liczby oznaczają cztery szylingi i dziewięć pensów lub coś podobnego. 
— Jaką ty masz głowę do interesów, mój drogi! 
— Myślę,  że  kupując  po  tej  cenie,  nie  zrobimy  głupstwa.  Widzisz, za  nasze  pięćdziesiąt 

funtów możemy ich kupić dwieście, a potem sprzedać z zyskiem. 

— A gdyby nie poszły w górę? 
— To  nie  spadną.  Nie  przypuszczam,  by  mogły  jeszcze  spaść.  Ale  mogą  nieobliczalnie 

wzrosnąć. 

— I twój znajomy zapewniał, że wzrosną. 
— Tak, wydawał się o tym przekonany. A co ty sądzisz, Maud? 
— Nie śmiem radzić. Pomyśl, gdybyśmy stracili! Może kupić tylko sto, a za resztę Royal 

Bonaura, jedne i drugie nie spadną. 

— Akcje Royal Bonaura są drogie i nie mamy informacji o nich. Lepiej zróbmy tak, jak 

mówiłem. 

— Dobrze. 
— A więc zdecydowaliśmy. Mam tu blankiet telegraficzny. 
— A nie mógłbyś kupić będąc w mieście? 
— Nie,  tego  nie  załatwia  się  samemu,  jest  agent  giełdowy.  Obiecałem  Harrisonowi,  że 

udam się do niego. 

 
Harrison, Throgmoston Street 
Kup dwieście Eldorado. 

Crosse, Woking. 

 
— Czy to nie wydaje się nagłe, Franku? 
— Nie, tak się robi interesy. 

background image

— Mam nadzieję, że on się nie obrazi. 
— Mogę ręczyć. 
— Nie wspomniałeś o cenie. 
— O  cenie  mówić  nie  mogłem,  bo  jej  nie  znam.  Sama  widzisz:  idzie  w  górę  lub  spada. 

Dziś  już  może  być  niższa  lub  wyższa  niż  wczoraj.  Dużej  zmiany  z  pewnością  nie  będzie. 
Gwałtu, Maud, jestem spóźniony. Mam trzy i pół minuty na dojście do dworca. Do widzenia. 
Strasznie cię kocham w tej bluzce. Do widzenia. 

 
— Co słychać? 
— Ach, już przyjechałeś, tak się cieszę! 
— Uważaj, okno otwarte. 
— O, mój Boże, mam nadzieję, że nie widział. Nie, nie, 
patrzył w przeciwną stronę. Akcje mamy. 
— Czy Harrison telegrafował? 
— Tak, masz. 
 
Crosse, Woking! 
Kupiłem dwieście Eldorado, po 4 3/4

Harrison. 

 
— Doskonale. Myślałem, że go spotkam w pociągu. Nie zdziwię się, jeżeli zajrzy do nas 

wracając. Przechodzi obok naszego domu w drodze do siebie, do Maybury. 

— Pewnie się zjawi. 
— Co ty tam masz? 
— Gazetę. 
— Jaką gazetę? 
— A kto zawsze rozprawia o ciekawości kobiecej? 
— Pokaż. 
— Jeżeli chcesz koniecznie wiedzieć, to jest „Doradca Finansowy”. 
— Skąd go wzięłaś? 
— Wiedziałam, że Montresorowie prenumerują giełdową gazetę. Przypomniałam sobie, że 

pani  Montresor  mówiła,  że  jest  nudna.  Gdy  poszedłeś,  posłałam  Jemimę,  by  ją  pożyczyła  i 
przeczytałam od deski do deski aby zobaczyć, co napisano o naszej kopalni. Naszej kopalni! 
Franku, prawda, to brzmi wspaniale? 

— I jest tam coś? 
Zaczęła klaskać w ręce z radością. 
— Jest: Ta zyskowna kopalnia. Widzisz, tu pod nagłówkiem: Wiadomości z Australii. — 

Pokazywała palcem, on posmutniał czytając. 

— O, Maud, tu piszą „zniszczona”. 
— Co zniszczonego? 
— Tu piszą: zniszczona, a nie zyskowna kopalnia. 
— Franku! — odwróciła prędko główkę. 
— Nic nie szkodzi, kochanie! Co ci jest? 
— Franku, pięćdziesiąt funtów, nasze pierwsze oszczędności. I pomyśleć, że schowałam tę 

gazetę, by zrobić ci przyjemność! 

— Druk  jest  w  tym  miejscu  trochę  zatarty  i  pomyłka  była  naturalna.  I  gazeta  może  się 

mylić. Maud, Maud nie rób tego, nie warto, całe złoto na świecie nie jest tego warte. Moja 
słodka dziewczynko! Już lepiej, niech diabli porwą to otwarte okno. 

Młody i przystojny mężczyzna szedł ku domowi. W chwilę później Jemima zaanonsowała 

go. 

background image

— Wiwat, Harrison! 
— Jak się masz, Crosse? Dzień dobry pani. 
— Dzień dobry panu, zaraz każę podać herbatę. Owo podanie herbaty musiało wymagać 

długiego chlapania i przelewania wody. Maud powróciła mniej zarumieniona i weselsza. 

Czy to dobra gazeta, proszę pana? 
— Co, „Doradca”? To najpodlejszy świstek w całym Londynie. 
— Naprawdę?  Jak  to  dobrze!  Kupiliśmy  dziś  parę  akcji,  a  ona  nazywa  naszą  kopalnię 

zniszczoną. 

— Któż zważa na to co mówi „Doradca”? On Bank Anglii nazwałby upadającym, gdyby 

mógł. Jego opinia nic nie znaczy. Crosse, ja właśnie przyszedłem w sprawie tych akcji. 

— Myślałem,  że  tak  zrobisz.  Sam  dopiero  wróciłem  i  z  telegramu  dowiedziałem  się,  że 

wszystko dobrze załatwiłeś. 

— Tak, chciałem ci wręczyć rachunek, dniem wpłat jest poniedziałek. 
— Dobrze, dziękuję, zaraz napiszę czek. A to co? Rachunek leżał na stole. Frank Crosse 

zbladł i wpatrywał się w niego uporczywie. Rachunek ów brzmiał jak następuje: 

 

Throgmoston Street 

Kupiono dla p. Franciszka Crosse, według obowiązujących przepisów, 200 Eldorado. 
200 szt po 4 3/4…… 

950  — 

— 

Należności stemplowe. 

4  17 

Biurowe ………. 

7  10 

Suma f. szt. 

961  7 

 
— Zdaje się, że jest tu jakaś pomyłka — rzekł poruszając spierzchniętymi wargami. 
— Pomyłka? 
— Spodziewałem się czegoś innego. 
— Franku! Prawie tysiąc funtów! — wyszeptała Maud. Harrison spojrzał na jedno, potem 

na drugie i pojął, że chodzi o rzecz wielkiej wagi. 

— Przykro  mi,  ale  ja  starałem  się  postąpić  według  instrukcji.  Chciałeś  mieć  dwieście 

Eldorado, czy nie? 

Tak,  po  cztery  szylingi  i  dziewięć  pensów  sztuka.  Cztery  szylingi!  Ależ  one  kosztują 

cztery funty i siedemdziesiąt pięć szylingów sztuka. 

— Ja czytałem, że początkowo szły po dziesięć szylingów, a potem zaczęły spadać. 
— Tak, spadały przez długi czas, ale były już i po dziesięć funtów sztuka. 
— A dlaczego tego nie napisano w gazecie? 
— Gdy jest liczba z ułamkiem, to zawsze oznacza funty. 
— Boże, i mam znaleźć tę sumę do poniedziałku. 
— Płaci się zawsze w poniedziałek. 
— Nie mogę tego zrobić, Harrison, to niemożliwe. 
— No, to alternatywą jest… 
— Nie,  prędzej  umrzeć!  Nie  chcę  zbankrutować.  Harrison  zaczął  się  śmiać,  ale  przestał 

ujrzawszy wyrzut w szarych, utkwionych w sobie oczach. 

— Uważam, że nie miałeś z tym dużo do czynienia. 
— Nie, nigdy i przysięgam, to ostatni raz. 
— Bierzesz  to  zbyt  tragicznie;  gdy  mówiłem  o  alternatywie  nie  miałem  na  myśli 

bankructwa. Trzeba tylko sprzedać wszystko jutro rano i dopłacić różnicę kursu. 

— Można tak zrobić? 
— Naturalnie, dlaczego nie? 
— Jaka będzie ta różnica? 

background image

Harrison  wyjął  z  kieszeni  wieczorną  gazetę  i  rozłożył  ją:  —  My  zajmujemy  się  głównie 

kolejami  i  mniej  mnie  interesują  kopalnie.  Znajdziemy  tu…  Bagatela  —  zaczął  gwizdać 
cichutko. 

— No? — pytał Frank i uczuł na swej ręce pod stołem ciepłe dotknięcie małej rączki. 
— Różnica jest, ale na twoją korzyść. 
— Na moją korzyść? 
— Tak,  posłuchaj:  Targ  kopalniany  Afryki  Południowej  jak  i  Australii,  początkowo 

apatyczny, w ciągu dnia ożywił się. Notujemy wzrost od 1/16 do 1/3. Z australijskich kopalni 
szybko wzrasta wartość Eldorado. Dzieje się tak za sprawą informacji, że reszta wody została 
wypompowana. 

— Więc mogę je teraz sprzedać po cenie wyższej niż kupiłem? 
— No, myślę. Masz ich dwieście, a na każdej dziesięć szylingów zysku. 
— Maud, dawaj kieliszki! Harrison musisz wypić, to jest prawie sto funtów! 
— Więcej niż sto. 
— I nic nie muszę płacić? 
— Ani jednego pensa. 
— Kiedy otwierają giełdę? 
— O jedenastej. 
— No, to bądź tam o jedenastej i sprzedaj zaraz. 
— Nie zechcesz poczekać? 
— Nie, nie, nie będę miał chwili spokoju, dopóki nie sprzedasz. 
— Dobrze, dobrze, mój drogi, możesz polegać na mnie. Dostaniesz swój czek we wtorek 

lub środę. Cieszę się, że wszystko się tak dobrze skończyło. 

— Wiesz Maud, ciągle jeszcze nie postanowiliśmy, co zrobić z naszymi pięćdziesięcioma 

funtami — powiedział Frank, gdy całą tę historię omawiali jeszcze raz. — Chyba kupię akcje 
rządowe. 

— Dobrze — rzekła Maud — tak będzie najpatriotyczniej. 
Dwa  dni  później  poczciwy  stary  Broadwood  o  piszczącym  sopranie  i  huczącym  basie 

został wygnany z domu, a na jego miejscu zjawił się nowy za dziewięćdziesiąt pięć gwinei. 
Orzechowy,  ze  złoceniami,  o  tonach  tak  głębokich  i  dźwięcznych,  że  Maud  była  w  stanie 
godzinami  przy  nim siedzieć, delektując się samym  uderzeniem jak najpiękniejszą muzyką. 
Nazywała ów fortepian Eldorado i tłumaczyła każdemu gościowi, że mąż jej jest tak genialny 
w interesach, iż zyskał w jeden dzień tyle, ile kosztował instrument. Ponieważ jednak dobrze 
nie  rozumiała  przebiegu  sprawy,  nie  mogła  wytłumaczyć,  jak  się  to  stało.  Wszyscy  jednak 
odnosili wrażenie, że pan Frank Crosse jest człowiekiem nadzwyczaj zdolnym i uczynił coś 
ogromnie istotnego w sprawie kopalń australijskich. Opinia poszła w świat. 

background image

B

URZA NADCIĄGA

 

 
Niebo jest pogodne i świeci słońce, ale na horyzoncie ukazuje się czarna chmura, zbliża się 

szybko i  niepostrzeżenie. Frank Crosse uczuł  jej bliskość, gdy schodząc  na śniadanie ujrzał 
przy swym nakryciu kopertę zaadresowaną dobrze sobie znanym pismem. Jak on swego czasu 
to pismo kochał, jak mu serce drgało na jego widok, jak chciwie je odczytywał? Teraz żmija 
zwinięta  koło  nakrycia  mniej  by  go  przeraziła.  Jakże  kapryśne,  nieobliczalne  i  pełne 
niespodzianek jest życie. Rok temu drwiąco roześmiałby się i pogardliwie zaprzeczył, gdyby 
mu powiedziano, że list przerazi go jak zapowiedź nieszczęścia. Otworzył kopertę i wrzucił w 
ogień.  Ale  nim  zdążył  rzucić  okiem  na  list,  usłyszał  szybkie  kroki  żony  na  schodach  i  ona 
sama wbiegła jaśniejąca zdrowiem i szczęściem. Miała na sobie lekki różowy szlafroczek. W 
promieniach  słońca  wyglądała  prześlicznie  i  wydała  mu  się  tak  piękna  jak  nigdy  przedtem. 
Gdy wchodziła, wsunął list pospiesznie do kieszeni. 

— Przepraszam za szlafrok. 
— Tak podobasz mi się najbardziej. Nie, inaczej nie przejdziesz. Teraz możesz iść. 
— Tak się bałam, że zjesz śniadanie sam, że postanowiłam nie kończyć toalety. Mam na to 

dość czasu, gdy ciebie już nie ma. Masz tobie: zimne talerze. I kawa wystygła. 

— Każda kawa smakuje w towarzystwie Maud! 
— Myślałam,  że  mężowie  nie  mówią  komplementów.  Bardzo  się  cieszę,  że  jesteś  inny. 

Mara wrażenie, że zdanie kobiet o mężczyznach jest niesprawiedliwe. To dlatego, że kobiety, 
które  mają  złych  mężów,  mówią  o  tym  wszędzie,  a  szczęśliwe  milczą.  Ja  nie  znalazłabym 
chwili,  by  pisać  książkę  o  tym,  jak  cudowny  jest  Frank  Crosse.  Ale  gdybyś  był  zły,  moje 
życie byłoby puste i wtedy mogłabym pisać tomy. 

— Gdy to słyszę, czuję się szelmą! 
— To także dobrze o tobie świadczy. 
— Dosyć Maud, bo mi naprawdę przykro. 
— Franku, co ci jest? 
— Nic, kochanie. 
— O, nie, coś ci jest! 
— Możliwe, że jestem trochę nieswój. 
— Tak, stanowczo. Może to katar? Zażyj trochę chininy z amoniakiem. 
— Po co? Nie. 
— Proszę, proszę! 
— Ależ, moje dziecko, nic mi nie jest. 
— To doskonałe lekarstwo! 
— Wiem, ale nie potrzebuję. 
— Jakieś listy? 
— Tak, jeden. 
— Czy coś ważnego? 
— Nawet nie zacząłem czytać. 
— Przeczytaj. 
— Wezmę do pociągu. Do widzenia, kochanie. Już czas na mnie. 
— Ach, gdybyś tylko  chciał zażyć chininę z amoniakiem! Wy, mężczyźni,  jesteście tacy 

uparci. 

— Do widzenia, za osiem godzin odżyję. 
Usiadł  w  rogu  przedziału,  rozłożył  list  i  czytał.  Potem  jeszcze  raz  od  początku  ze 

zmarszczonym czołem i zaciśniętymi ustami: 

 

background image

„Mój  najdroższy  Franeczku!  Może  nie  powinnam  Cię  tak  tytułować  skoro  zostałeś 

zacnym,  porządnym  mężulkiem.  Siła  przyzwyczajenia,  a  zresztą  znałam  Cię  wcześniej  i 
dłużej niż Twoja żona. Nie wiem czy zechcesz mi przyznać rację, ale pamiętam doskonale, że 
był czas. kiedy mogłam zostać Twoją żoną, mimo wszystkiego co wiedziałeś o moim życiu i 
przygodach.  Ale  zastanowiłam  się  głęboko  i  doszłam  do  przekonania,  że  to  nie  byłoby 
rozsądne. Byłeś zawsze najpoczciwszym chłopcem, ale Twoje możliwości finansowe nie były 
dość zachęcające dla Twojej Violetty, która lubi się bawić. Wolę szczęście krótsze i weselsze. 
Ale  gdybym  kiedyś  chciała  osiedlić  się  i  zacząć  uczciwe  życie,  Ciebie  wybrałabym  na 
towarzysza. Mam nadzieję, że nie staniesz się zarozumiały, gdyż jedną z Twych największych 
zalet była skromność. Mój kochany, nie daję za wygraną co do Ciebie, nie łudź się. Wczoraj 
spotkałam Karolka Scotta, opowiadał mi o Tobie i dał Twój adres. Czy nie błogosławisz go za 
to? Może nie? Może pamiętasz jeszcze Twoją starą przyjaciółkę i chciałbyś ją zobaczyć? 

I zobaczysz, czy chcesz czy nie, mój chłopcze, przygotuj się na to. Pamiętasz jak oburzały 

Cię zawsze moje ekscentryczne pomysły? Taki pomysł wpadł mi i teraz do głowy. Chcę Cię 
jutro widzieć w Londynie, a jeżeli się na moje warunki nie zgodzisz, wieczorem wpadnę do 
Woking. Pomyśl, jaka bomba! A wiesz, że co przyrzeknę, spełniam święcie. Uważaj więc! 

Jutro  (czwartek,  14–go,  abyś  nie  miał  wymówki  w  sprawie  daty)  wyjdziesz  z  biura  o 

trzeciej  trzydzieści.  Wiem,  że  możesz  to  zrobić  gdy  zechcesz.  Pojedziesz  do  Marianiego. 
Pójdziemy  do  naszej  dawnej  separatki,  napijemy  się  herbaty  i  pogadamy  jak  za  dawnych 
czasów.  Przyjdziesz  więc.  A  gdybyś  nie  przyszedł,  to  jest  pociąg,  który  odjeżdża  ze  stacji 
Waterloo  o  szóstej,  a  przyjeżdża  do  Woking  o  siódmej.  Wpadnę  w  samą  porę  na  obiad. 
Będzie  heca!  Do  widzenia,  mój  stary.  Mam  nadzieję,  że  Twoja  żona  nie  ma  w  zwyczaju 
czytywania Twoich listów. Inaczej spazmy pewne. 

Twoja zawsze Violetta Wright 

 
List  napełnił  go  gniewem.  Być  zaproszonym  przez  ładną  kobietkę  to  przyjemność  dla 

najsolidniejszego  nawet  małżonka  (nie  ufaj  takiemu,  który  zaprzeczyłby),  ale  dojrzeć  w  tej 
intrydze  niebezpieczeństwo  jest  niemiło.  A  pogróżka  nie  była  czcza.  Violetta  była 
rzeczywiście osobą, która umiała spełnić co przyrzekła. Oświadczała nieraz ze śmiechem, że 
to jedyna jej cnota. Gdyby nie poszedł do Marianiego, przyjechałaby z pewnością do Woking. 
Drżał na samą myśl, że Maud mogłaby mieć przykrości. Co innego było przyznać się żonie 
do  przedmałżeńskich  doświadczeń,  a  co  innego  pozwolić  naruszyć  spokój  ogniska 
domowego. Sama myśl wydawała się profanacją. Czysta atmosfera uległaby zmianie. 

Innego  wyjścia  nie  było;  czuł,  że  do  Marianiego  pójść  musi.  Wiedział,  że  potrafi  być 

panem siebie, i nie wyniknie stąd nic nieprzewidzianego. Wielka, absolutna miłość do żony 
była  tarczą  od  wszelkiego  niebezpieczeństwa.  Samo  przypuszczenie  niewierności 
przejmowało go wstrętem. Gdy oswoił się z tą myślą, nad gniewem i obawą zaczęły brać górę 
inne uczucia. 

Ze strony jego dawnej kochanki była to śmiałość i umiłowanie ryzyka. To pochlebiało jego 

męskiej próżności. Czuł, że zobaczenie się z nią nie będzie niemiłe. Na przedostatniej stacji 
gniew opuścił go,  a przyjechawszy na stację Waterloo  stwierdził ze zdziwieniem,  że cieszy 
się na zapowiedziane rendez–vous. Mariani to mała restauracyjka, położona w sieci wąskich, 
ciemnych  uliczek.  Jej  usytuowanie  przy  bocznej  ulicy,  było  korzystne  dla  celów,  którym 
służyła.  Jej  liczni  goście  byli  wolni  od  ogólnie  panującej  chęci  zwrócenia  na  siebie  uwagi. 
Upodobania  ich  nie  odznaczały  się  ani  zbytkownością,  ani  oryginalnością.  W  większości 
wypadków mały, cichy apartamencik był im milszy niż wspaniały przepełniony salon; gotowi 
nawet byli zapłacić zań o wiele więcej. 

Frank  przybył  pięć  minut  przed  czwartą.  Pani  jeszcze  nie  było.  Stanął  przed  bramą  i 

czekał. Po chwili w wąskiej uliczce rozległ się turkot fiakra i ukazała się ona. Piękna kobieta 

background image

wydaje  się  najładniejsza  w  powozie,  bo  cień  podniesionej  budy  nadaje  jej  urodzie 
rembrandtowskie refleksy. Skinęła ręką i uśmiechnęła się wesoło. 

— Nic się nie zmieniłeś — rzekła, gdy jej pomagał przy wysiadaniu. 
— I ty również. 
— Cieszę  się,  że  tak  myślisz.  Nie  mogę  się  z  tobą  zgodzić  w  tym  punkcie.  Wczoraj 

skończyłam  trzydzieści  cztery  lata.  To  po  prostu  okropne.  Nie,  dziękuję,  mam  drobne.  Czy 
dosyć? Zamówiłeś już pokój? 

— Nie. 
— Ale pójdziemy? 
— Dobrze, cieszę się na pogawędkę. 
Gospodarz,  wygolony,  o  słodkim  sposobie  mówienia  i  „wytwornych”  ruchach,  stał  w 

korytarzu.  Tam  spędzał  swoje  dziwne  życie.  Przypomniał  sobie  tę  parę  od  razu  i  powitał 
ojcowskim uśmiechem. 

— Dawno nie miałem szczęścia oglądać pana. 
— Tak, byłem zaręczony. 
— Ożenił się — wtrąciła dama. 
— O!  —  zawołał  właściciel.  —  Może  mogę  służyć  herbatą?  Tak,  i  paszteciki.  Pani  lubi 

paszteciki? 

— O tak, naturalnie. 
— Numer dziesiąty — szepnął właściciel i kelner poprowadził ich na górę. 
— Każdy  posiłek  dziesięć  szylingów  —  szepnął,  gdy  Frank  go  mijał  u  wejścia.  Służył 

dopiero  od  niedawna  i  będąc  sam  nowym  kelnerem,  brał  każdego  za  nowego  gościa; 
pomyłka, którą się często popełnia w życiu. 

Był  to  brzydki,  mały  pokój,  którego  środek  zajmował  duży  stół,  pokryty  brudnym 

obrusem. Dwa okna, dyskretnie zasłonięte, wpuszczały nieco mglistego londyńskiego światła. 
Po obu stronach pustego kominka znajdowały się dwa fotele, przeciwległą ścianę zajmowała 
staromodna  sofa.  Na  kominku  stały  dwa  różowe  wazony,  a  nad  nimi  wisiał  portret 
Garibaldiego. 

Dama usiadła i zdjęła rękawiczki, Frank stanął przy oknie i zapalił papierosa. 
Kelner  wchodził,  wychodził,  kręcił  się  i  hałasował,  co  w  rezultacie  zakończyło  się 

wniesieniem  tacy  i  kociołka  z  gorącą  wodą.  —  Jeżeli  będę  potrzebny,  państwo  raczą 
zadzwonić — wyrzekł wreszcie i wychodząc zamknął ostentacyjnie drzwi. 

— Teraz  możemy  rozmawiać  —  rzekł  Frank,  wrzucając  papierosa  do  kominka  —  ten 

kelner działał mi na nerwy. 

— Słuchaj, mam nadzieję, że się nie gniewasz na mnie. 
— Za co? 
— No za moją groźbę, że przyjadę do Woking i tak dalej. 
— Gniewałbym się, gdybym był pewny, że to serio. 
— O, całkiem serio. 
— Po co? 
— Żeby ci odpłacić pięknym za nadobne, gdybym się przekonała, że mnie opuściłeś. Psia 

krew, ona ma cię trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku… 

— O to się nie kłóćmy, widzisz, że jestem. Pij herbatę. 
— Jeszcze nawet na mnie nie popatrzyłeś. Napiję się herbaty, ale razem z tobą. 
Stanęła  przed  nim  i  podniosła  woalkę.  Jej  twarz  i  postać  warte  były  uwagi.  Oczy  sarny, 

ciemne  obfite  włosy,  ciepły  rumieniec  na  policzkach,  figura  bogini,  ale  raczej  Junony  niż 
Wenery, gdyż skłaniała się nieco ku otyłości. W oczach błyszczało wyzywające podniecenie, 
które  człowieka  mającego  mniej  zimnej  krwi  niż  jej  towarzysz,  mogłoby  poruszyć.  Suknia 
ciemna  i  skromna,  ale  bajecznie  skrojona.  Była  wystarczająco  sprytna,  by  wiedzieć,  że 
kobieta piękna winna zwracać uwagę na s i e b i e , a brzydka na stroje i ozdoby. 

background image

— No i co? 
— Na Jowisza, wyglądasz cudownie, Violetto! 
— A dalej? 
— Paszteciki stygną. 
— Franku, co się z tobą stało? 
— Nic. 
— A jednak… 
Przechyliła się i ujęła jego ręce, poczuł dobrze znany, subtelny zapach jej perfum. Zapach 

to czynnik niebezpieczny, niesie przypomnienie dawnych, lub przedsmak nowych, wrażeń. 

— Franeczku,  ty  mnie  jeszcze  nawet  nie  pocałowałeś.  Zwróciła  do  niego  uśmiechniętą 

twarz i  pochylił  się ku niej. Ale opanował  się. Przekonanie, że panuje nad sobą dodało mu 
odwagi. Z uśmiechem na ustach, trzymając ciągle jej ręce, poprowadził ku fotelowi i usadził 
wygodnie. 

— Bardzo  jesteś  urocza  —  rzekł  —  a  teraz  napijmy  się  herbaty,  a  ja  wygłoszę  małe 

kazanie. 

— Ty i kazanie? 
— Nawrócony grzesznik to najlepszy kaznodzieja. Więc naprawdę jesteś nawrócony? 
Zdaje  się.  Dwa  kawałki  cukru,  prawda?  Ty  powinnaś  nalewać,  nie  ja.  Bez  śmietanki  i 

bardzo  mocna?  Jak  ty  możesz  zachować  tę  piękną  cerę  —  nie  wiem.  Ale  ją  zachowujesz, 
słowo daję. Nie patrz na mnie z takim gniewem. 

Tę ostatnią uwagę wywołały jej gwałtowne rumieńce i rozżalone spojrzenie. 
— Ty się naprawdę zmieniłeś — rzekła z żalem i irytacją zarazem. 
— Naturalnie, przecież jestem żonaty. 
— Przecież Karol Scott jest także żonaty. 
— Nie oczerniaj Karola. 
— Mogę  się  sama  oczernić,  wszystko  mi  jedno.  Więc  już  mnie  nie  kochasz?  A  ja 

myślałam, że twoja miłość będzie trwać wiecznie. 

— Słuchaj Violetto, bądź rozsądna… 
— Rozsądna! Ach, jak ja nienawidzę tego słowa. Mężczyzna używa go wtedy, gdy chce 

popełnić okrucieństwo albo podłość. To jest zawsze początek końca. 

— Czego ty chcesz? 
— Chcę,  żebyś  znowu  był  mój,  jak  dawniej.  Oddałabym  wszystkich  za  ciebie.  Ty  masz 

dobry  wpływ  na  mnie.  Naprawdę!  Nie  wyobrażasz  sobie  nawet,  jaka  jestem  teraz  zła  dla 
innych?  Zapytaj  Karolka,  on  ci  powie.  Tak  się  zmieniłam  odkąd  straciłam  cię  z  oczu.  Nie 
bądź okrutny, Franku, pocałuj mnie. 

Uczuł znowu dotknięcie jej ciepłej, delikatnej ręki, a lekki zapach fiołków uderzył mu do 

głowy, jak wino. Zerwał się z krzesła, zapalił drugiego papierosa i zaczął chodzić po pokoju. 

— Nie pal papierosa, Franku! 
— A to dlaczego? 
— Bo  mówiłeś,  że  to  pomaga  w  osiągnięciu  kontroli  nad  sobą.  Ja  nie  chcę,  żebyś  się 

kontrolował. Chcę, byś czuł tak jak ja. 

— Siadaj i bądź grzeczna. 
— Wyrzuć papierosa. 
— Nie bądź głupia, Violetto. 
— Wyrzuć go zaraz! 
— Nie, zostaw. 
Wyrwała mu papierosa z ust i wrzuciła do kominka. 
— Cóż ci z tego przyjdzie? Mam całą papierośnicę. 
— Pójdą za tamtym. 
— No, dobrze, nie będę palił. 

background image

— Już ja tego dopilnuję. 
— Nic na tym nie zyskasz. 
— Teraz będziesz lepszy. 
— Usiądź i pij herbatę. 
— Ach, przeklęta herbata! 
— To nie powiem ani słowa, póki nie siądziesz i nie zaczniesz porządnie się zachowywać. 
— Już, mów więc. 
— Widzisz, moja kochana, są rzeczy możliwe i niemożliwe. To jest absolutnie, ostatecznie 

niemożliwe. Przeszłości nie wskrzesimy. To się już skończyło i nie wróci. 

— Więc po co tu przyszedłeś? 
— Pożegnać się z tobą. 
— Platonicznie? 
— Tak jest. 
— W separatce u Marianiego? 
— Dlaczego nie! Roześmiała się gorzko. 
— Ty byłeś zawsze postrzelony, Franeczku. On oparł łokcie na stole i zaczął spokojnie: 
— Słuchaj, Violetto, nigdy więcej się nie spotkamy… 
— Na to trzeba zgody dwóch osób. 
— To znaczy, że ja cię nie zobaczę, ani nie będę się starał spotkać z tobą. Gdybyś nie była 

taka, jaka jesteś, przyszłoby mi to znacznie łatwiej. A tak, kosztuje mnie dużo. Nie zrozum 
mnie fałszywie i nie myśl, że słabnę. Tak nie jest, ale nie chciałbym tego przechodzić po raz 
drugi. 

— Bardzo mi przykro, że cię rozdrażniłam. Nie zauważył ironii zawartej w jej słowach. 
— Byliśmy  zawsze  dobrymi  przyjaciółmi,  dlaczego  mielibyśmy  się  rozstawać  jak 

wrogowie? 

— A dlaczego mielibyśmy się w ogóle rozstawać? 
— Do tej kwestii nie będę wracał. Teraz proszę, rozważ wszystko i pomóż mi. Przyjdzie 

mi to dużo łatwiej, gdy znajdę w tobie podporę. Gdybyś była zacną, poczciwą dziewczyną, 
podałabyś mi rękę, jak każdemu innemu znajomemu i życzyłabyś mi szczęścia. Wiesz dobrze, 
że ja bym tak zrobił, gdybyś ty zdecydowała się wyjść za mąż. 

Ale dama nie dała się tak prędko uspokoić. Popijała herbatę w milczeniu i tylko błyski w 

oczach wskazywały bliską burzę. Nagle, z głośnym szelestem jedwabiu, znalazła się między 
jego krzesłem a drzwiami. 

— Nie, Franku, dosyć tych głupstw — zawołała. — Nie myśl, że się byle czym wykręcisz. 

Mam cię i zatrzymam. 

On zwrócił się wraz z krzesłem ku niej i patrzył bezradnie. 
— O Boże! Czy mam zacząć od początku? — spytał. 
— Nie, tego nie chcę — mówiła ze śmiechem, ale zarazem irytacją w głosie. — Nie jestem 

osobą,  która  się  łatwo  wyrzeka  czegoś,  do  czego  przywiązuje  wagę.  Nudzić  cię  więcej  nie 
będę… 

— To dobrze — szepnął. 
— Możesz sobie gadać, co chcesz, a i tak nic nie wskórasz, mój chłopcze. Ja cię znałam 

dawniej niż ona i zatrzymam cię albo też zrobię taką aferę, że pożałujesz gorzko porzucenia 
mnie. To bardzo wygodnie siedzieć tu  i  prawić kazania, ale to,  Franeczku, nic nie pomoże. 
Tak łatwo się człowiek nie wykręca. 

— Dlaczego się tak złościsz, Violetto? Co myślisz zyskać przez to? 
— Chcę zyskać ciebie, Franku. Ja cię bardzo, bardzo lubię. Do tego stopnia, że zaczynam 

obawiać  się,  czy  to  nie  jest  przypadkiem  prawdziwa,  wielka  miłość.  W  każdym  razie,  nie 
daruję;  a  jeżeli  chcesz  postępować  przeciwko  mej  woli,  daję  słowo,  że  przygotuję  różne 
niemiłe niespodzianki. 

background image

On spoglądał melancholijnie w filiżankę. 
— Co  to  za  czasy?  —  ciągnęła  dalej,  położywszy  dłoń  na  jego  ramieniu.  —  Od  kiedy 

wsiadłeś na tego moralnego konika? Byłeś taki sam jak reszta naszych znajomych. Mówisz 
tak, jak gdyby człowiek przez to, że się żeni, przestawał żyć. Co się zmieniło? 

— Zapytaj się, kto mnie zmienił? — rzekł powstając. — Moja żona mnie zmieniła. 
— Przeklinam twoją żonę! 
Spojrzawszy mu w tej chwili w oczy, ujrzała obraz, jakiego jeszcze nie znała. 
— Dosyć! — rzekł surowo. 
— Nie chciałam powiedzieć nic złego. Jak twoja żona to zrobiła? 
Gniew jego stopniał na przypomnienie domu i Maud. 
— Swoją  dobrocią,  stwarzając  atmosferę.  Gdybyś  wiedziała,  jaka  jest  szlachetna,  jaka 

subtelna  w  najskrytszych  swych  myślach,  jaka  świeża,  słodka  i  czysta,  zrozumiałabyś,  że 
sama myśl o zdradzie lub nielojalności jest nie do zniesienia. 

Powinien był być mniej wymowny. Wzrastające wzburzenie damy wybuchło. 
— Niewinna! — wykrzyknęła. — Tak samo jak ja! 
Drgnął cały i jego oczy zapłonęły gniewem, daleko większym od jej gniewu. 
— Milcz! Jak śmiesz mówić o mojej żonie? Nie jesteś godna wymawiać jej imienia. 
— Pojadę sama do Woking — wyjąkała. 
— Jedź do diabła — odpowiedział i zadzwonił, aby zażądać rachunku. 
Przypatrywała  mu  się  ze  zdziwieniem,  które  odsunęło  irytację  na  drugi  plan. 

Równocześnie wkładała rękawiczki, krótkimi, nerwowymi ruchami. 

Takiego Franka Crosse nie znała. 
Kobieta pozostająca z mężczyzną w bliskich stosunkach przez dłuższy czas, podejrzewa go 

w  głębi  duszy  o  słabość.  Dopiero  gdy  się  poróżniaą  widzi  jego  siłę  i  to  zwykle  jest 
niespodzianka. Ten wybuch dodał mu jeszcze w jej oczach wartości. 

— Ja nie żartuję! — szeptała, schodząc ze schodów. — Przyjadę, jak Bóg na niebie! 
Nie  zważał  na  to  i  wyszedł  bez  słowa  pożegnania.  Znalazłszy  się  na  ulicy,  obejrzał  się. 

Stała w bramie z głową dumnie wzniesioną, podczas gdy odźwierny gwizdał na dorożkę. Nim 
nadjechała, Frank podszedł do Violetty. 

— Mam nadzieję, że nie bierzesz za złe mego wybuchu. Mówiłem zbyt ostro. 
— Chcesz mnie odwieść od zamierzonej wycieczki? — zadrwiła. — Nic nie pomoże, jadę. 
— To już twoja rzecz — rzekł i pomógł jej wsiąść do powozu. 

background image

N

IEBEZPIECZEŃSTWO

 

 
I znowu pokój jadalny. Poranne słońce oświetla go i odbija się w srebrnych przyborach do 

kawy i platynowanym półmisku na kanapki. Wszystko tak samo, nawet talerze, które Jemima 
zapomniała  zagrzać.  Maud  w  glorii  włosów,  po  których  ślizgają  się  promienie  słońca,  w 
różowym szerokim kołnierzu, siedzi milcząca, spoglądając od czasu do czasu na męża. Ten 
zjadł śniadanie smutny, pogrążony w przykrych myślach. Instynkt ciągnął go w jedną stronę, 
a sumienie w drugą. Instynkt, stary konserwatywny przyjaciel; sumienie zaś, właściwie jego 
obudzenie  się,  datuje  się  dopiero  oi1  wczoraj.  Toteż  zwykle  łatwo  przewidzieć,  które 
zwycięży  Czy  ma  mówić  Maud  o  Violetcie  Wright,  czy  nie?  Gdyby  ta  ostatnia  trwała  w 
pierwotnym  zamiarze,  byłoby  wskazane  przygotować  Maud.  Ale  może  jego  wczorajsze 
argumenty przekonały ją, gdy pierwszy gniew minął. Po co w takim razie wywoływać wilka z 
lasu?  Gdyby  istniało  istotnie  niebezpieczeństwo  wizyty,  cokolwiek  powiedziałby,  nie 
pomogłoby  ani  trochę.  A  gdyby  się  nie  zjawiła,  mowa  o  tym  przyniosłaby  tylko  szkodę. 
Sumienie mówiło mu, że lepiej być z żoną szczerym, instynkt zaś szeptał, że zostałoby jej to 
w pamięci  i  zatruło myśli.  I może lepiej  posłuchać instynktu  niż sumienia? Nie dopytuj się 
nigdy młoda żono. A ty młody małżonku nie bądź zanadto szczery. Są rzeczy, które mogą być 
przebaczone,  ale  nigdy,  przenigdy,  nie  zostaną  zapomniane.  Najwznioślejsza  rzecz  na 
świecie, serce kochającej kobiety, jest zanadto czułe, zanadto święte, aby je można bezkarnie 
znieważać zwierzaniem brudów życia. Ty jesteś jej własnością, ona twoją, przyszłość należy 
do  was.  Przeszłość  lepiej  zapomnieć.  Młode  pary,  które  się  chwalą,  że  nie  miały  tajemnic 
przed sobą, są szczęśliwe jedynie dlatego, że to nieprawda. 

— Nie spóźnisz się dzisiaj, Franku? — spytała nareszcie Maud, patrząc spoza imbryka z 

kawą. 

— Nie, kochanie, dziś już nie. 
— Bo wczoraj wróciłeś późno, wiesz o tym? 
— Wiem, wiem. 
— Czy cię zatrzymali w biurze? 
— Nie, poszedłem na herbatę z dawnym znajomym. 
— Do jego domu? 
— Nie, do restauracji. Gdzie Jemima zapodziała moje kalosze? Ciekawe, czy je umyła? O, 

są. A mój paltot? Czy mam coś załatwić w mieście? No, to do widzenia, do widzenia. 

Maud zauważyła, że nigdy jeszcze tak się nie spieszył. Tajemnicą jest zawsze dla każdego 

urzędnika, na czym spędza jego żona godziny samotności? Czas jej ubiega na tysiącu zajęć, 
które  będąc  same  w  sobie  drobnymi,  stanowią  różnicę,  jaka  istnieje  między  starannym  a 
zaniedbanym gospodarstwem. 

Pod znakomitym przewodnictwem wszechwiedzącej pani Beeton, następują one po sobie 

w  niezmiennym  porządku.  Narada  z  kucharką,  przegląd  spiżarni,  wczorajszych  resztek  i 
obmyślenie  dla  nich  nowej  postaci,  tak  by  znalazły  praktyczne  i  smaczne  zastosowanie. 
Dysponowanie  obiadu  i  zakupów.  Mąż  traktuje  gotowy  obiad,  np:  solę  smażoną,  szpik  w 
muszelkach,  pudding  cytrynowy,  tak  jakby  te  potrawy  wyrastały  wprost  z  nakrytego  stołu. 
Nie  wie  nic  o  usiłowaniach  przewidującej  zapobiegliwości,  która  sprawia,  że  każdy  dzień 
przynosi  odmianę,  każda  zmiana  sezonu  jest  umiejętnie  wyzyskana,  zapobiegliwości,  która 
ciągle  czuwa  i  rzadko  błądzi.  On  używa  owoców  tej  pracy,  ale  samej  pracy  nie  zna  i  nie 
rozumie. A tymczasem obowiązki są spełniane wesoło i bez narzekań. 

Gdy wszelkie zarządzenia tyczące obiadu, tego najważniejszego w układzie dnia momentu, 

zostają  wydane,  ciągle  pozostaje  jeszcze  mnóstwo  roboty.  Trzeba  od  bluzki  odpruć  białą 
lamówkę  a  przyszyć  różową.  Krawiectwo  domowe  jest  „Pod  Lipami”  praktykowane  z 
zapałem  i  Frank  zaczął  być  w  pieszczotach  ostrożniejszy  od  czasu,  gdy  odkrył  pewnego 

background image

wieczoru,  że  żona  ma  w  ustach  rząd  szpilek;  odkrycie  to  nie  jest  miłe,  jeżeli  zostanie 
uczynione własnymi wargami. Potem trzeba poukładać w szufladach, oczyścić srebro, umyć 
liście  fikusa,  a  pióro  strusie,  które  wczoraj  zmokło,  ufryzować  na  nowo.  Po  zrobieniu  tego 
wszystkiego pozostaje przed lunchem tyle czasu, ile trzeba na wzięcie najnowszego romansu i 
rzucenie okiem na dwie ostatnie kartki, by wiedzieć, „jak się kończy”. To wszystko zajęcia 
domowe,  a  teraz,  stokroć  uciążliwsze,  obowiązki  towarzyskie.  Różowy  szlafroczek  zostaje 
zamieniony na szykowny  kostium z popielatego francuskiego sukna. Składanie  wizyt  jest  o 
wiele zabawniejsze, gdy ma się na sobie ładną suknię, a i rozmowa idzie lepiej, gdy się ma 
krawcową na jednej z głównych ulic stolicy. 

We wtorki Maud przyjmuje u siebie, w inne dni przegląda bilety wizytowe leżące na tacy 

w przedpokoju i jest przerażona swoją niewdzięcznością względem łaskawych sąsiadów. Ta 
jej praca nie ma nigdy końca i co dzień powraca z wizyt z nowymi obowiązkami na sercu. 
Nie  znani  jej  dotąd  ludzie  przychodzą  wciąż  w  odwiedziny.  Pierwsze  ich  słowa  brzmią 
zwykle:  „…Mam  nadzieję,  że  jeszcze  nie  bardzo  się  spóźniliśmy  z  powitaniem  w  naszym 
miasteczku…  etc.”  —  i  trzeba  im  też  składać  wizyty.  Podczas  gdy  wychodzi,  nowe  karty 
pojawiają się na tacy w przedpokoju i tak nieustające a nudne formy wyczerpują dobry humor 
i siły ofiary. 

Na  początku  każda  wizyta  okazywała  się  okropnym  ciężarem.  Jemima  wchodziła  i 

wypowiadała  nazwisko,  które  mogło  być  podobne  do  nazwiska  osoby  przybyłej,  ale  mogło 
też nie mieć z nim nic wspólnego. Dama wchodziła, nazwisko jej mogło brzmieć dajmy na to: 
Baker. Maud nie mogła wiedzieć kim jest pani Baker. Osoba wizytująca rzadko kiedy czuła 
się  w  obowiązku  opowiedzenia  czegoś  o  sobie.  Następowało  dziesięć  minut  wymuszonej 
rozmowy  o  specjalnościach  Woking,  tj.  lasach  świerkowych,  boiskach  do  golfa.  Filiżanka 
herbaty i pożegnanie. Wtedy Maud biegła do biletów i starała się odgadnąć kim była osoba 
odwiedzająca i dlaczego przyszła. 

Owego dnia Maud nie wybierała się nigdzie i miała nadzieję, że nikt nie przyjdzie do niej. 

Godzina niebezpieczeństwa już minęła i było po czwartej, gdy ktoś zadzwonił energicznie. 

— Pani White — rzekła Jemima, otwierając drzwi do salonu. 
— Wright — poprawiła ta pani wchodząc — Violetta Wright. 
Maud  powstała  z  uśmiechem  na  ustach.  Był  to  jej  specjalny  i  wesoły  uśmiech, 

spowodowany  miłą  kobiecą  chęcią  uczynienia  przyjemności  ludziom,  którzy  się  do  niej 
zwracali. Uprzejmość jej nie była nigdy sztuczna, gdyż miała ona naturę prawdziwie wielkiej 
pani, to, o czym mówi się często, a bardzo rzadko spotyka. Tak samo, jak pojęcie gentlemana 
lub chrześcijanina. 

Ale pani owa nie odpowiedziała na ów zapraszający gest. Stały tak przez chwilę, patrząc 

na siebie: jedna wysoka, dojrzała, imponująca, druga wdzięczna, młodziutka i nieśmiała, ale 
każda  w  swoim  rodzaju  piękna  i  pociągająca.  Szczęśliwy  Frank,  którego  przeszłość  i 
teraźniejszość ubarwiały tak czarujące postacie. Byłby szczęśliwszy, gdyby zdołał wymazać 
zupełnie  przeszłość  przy  nadejściu  teraźniejszości.  Przybyła  milczała  ciągle,  spoglądając 
ciemnymi  oczami  krytycznie  i  wyzywająco  na  rywalkę.  Maud,  przypisując  owo  milczenie 
zakłopotaniu i trudnościom pierwszej wizyty, próbowała nawiązać rozmowę. 

— Proszę  usiąść  w  fotelu.  Pani  się  zapewne  zmęczyła.  Jest  jeszcze  bardzo  ciepło. 

Niezmiernie to uprzejmie z pani strony… 

Blady uśmiech przemknął po pięknej twarzy. 
— Uprzejmie z mojej strony — powtórzyła. 
— O tak, w miejscowości takiej jak Woking, która się dopiero zaludnia, to ciężkie zadanie 

dla  zamieszkałych  dawniej,  owo  witanie  nowo  przybyłych.  Byłam  wprost  rozczulona 
uprzejmością wszystkich mieszkańców miasteczka. 

— Widzę — rzekła nieznajoma — iż pani przypuszcza, że mieszkam tutaj; ale tak nie jest, 

przyjechałam wprost z Londynu. 

background image

— Taak  —  podjęła  Maud  i  czekała  na  jakieś  wytłumaczenie,  a  gdy  nie  usłyszała  nic, 

ciągnęła dalej. — Mam nadzieję, że Woking podoba się pani. 

— Pani jest chyba również zamężna. Czy pani nie kocha swego męża? 
— Och, o moim nie mówmy. Czy pani nigdy nie kochała nikogo innego? 
— Prawdziwie? Nigdy. 
Maud dziwiła się samej sobie, ale pytania owe były stawiane tak naturalnie i szczerze, że 

odpowiedź  przychodziła  sama  przez  się.  Cieszyła  się,  że  owe  lody  niechęci  zostały 
przełamane i że z jakiegoś niezrozumiałego powodu zyskała uznanie nieznajomej. 

— A więc, szczęśliwa istoto, poślubiłaś jedyną miłość twego życia? 
Maud uśmiechnęła się i kiwnęła głową potwierdzająco. 
— Co  za  cudowna  rzecz!  Myślałam  zawsze,  że  to  się  zdarza  jedynie  w  książkach.  Musi 

pani być bardzo szczęśliwa. 

— Jestem bardzo, bardzo szczęśliwa. 
— Zasługuje pani na to. Przy tym jest pani bardzo ładna. Jeżeli kiedyś miała pani rywalkę, 

byłoby dla niej bardzo pocieszające wiedzieć, że została pokonana przez taką piękność. 

Sama ta myśl pobudziła Maud do śmiechu. 
— Nie miałam nigdy rywalki — rzekła. — Mój mąż nigdy nikogo nie kochał. 
— Czy  tak?  O,  zapewne.  To  wspaniale,  że  oboje  zaczęliście  życie  z  „czystą  kartą”. 

Myślałam właśnie, że do twarzy pani z gniewem, ale teraz uważam, że ślicznie i z rumieńcem 
zadowolenia.  Gdybym  była  mężczyzną,  mąż  pani  miałby  we  mnie  rywala.  Więc  i  on  nie 
kochał nigdy nikogo, prócz pani? Myślałam, że to się zdarza jedynie w romansach. 

Ostatnie  słowa  zostały  wypowiedziane  tonem  ostrym  i  ironicznym,  który  wstrząsnął 

subtelną  naturą  Maud.  Spojrzała  na  towarzyszkę  i  uderzył  ją  bolesny  wyraz  twarzy  tej 
ostatniej. Wkrótce zastąpiła go pogodna powaga. 

— To cudownie — rzekła — ale muszę zwrócić uwagę pani na jedną rzecz, jeżeli się pani 

nie pogniewa za wścibstwo. Niech pani nie będzie egoistką w pożyciu małżeńskim. 

— Egoistką? 
— Tak,  jest  bowiem  pewien  egoizm  familijny,  który  jest  równie  brzydki,  a  może  nawet 

gorszy od egoizmu osobistego. Ludzie kochają siebie i o bożym świecie nie wiedzą, o nikim 
nie myślą; ziemia może się zapaść, a oni dbają jedynie o siebie i swoją miłość. To nazywam 
egoizmem familijnym. To jest moim zdaniem grzech i wstyd. 

Maud spoglądała z podziwem na tę niezwykłą kobietę. Mówiła szybko i z zapałem, jak ci, 

którzy długo przeżuwali gorzkie myśli w sobie, nie trafiwszy na odpowiedniego słuchacza. 

— Pamiętaj o kobietach, które były mniej szczęśliwe od ciebie. O tych, które więdną, giną 

z tęsknoty za miłością, która je omija; serca ich rwą się i pragną wypełnić przeznaczenie, a 
natura bezlitośnie się z nimi obchodzi. Pomyśl o kobietach brzydkich, o kobietach samotnych. 
Przede wszystkim pomyśl czasem życzliwie o tych twoich siostrach, które upadły przez swoją 
słabość,  wiarę  w  ludzi,  źle  umieszczoną  miłość.  To  ten  właśnie  familijny  egoizm  zmienia 
każdy dom  w  fortecę, obwarowaną przeciw nieszczęsnym  wędrowcom.  Społeczeństwo robi 
im krzywdę. Gdy sobie przypomnę… Przerwała z nagłym wybuchem płaczu. W jednej chwili 
Maud znalazła się obok niej. Widok czyjegoś zmartwienia sprawiał jej zawsze przykrość, a 
teraz jeszcze nerwy jej były mocno poruszone tą dziwną rozmową. 

— Kochana pani Wright, proszę nie płakać! — szepnęła i jej drobna biała ręka przesunęła 

się łagodnie i nieśmiało po ciemnej fali włosów nieznajomej. — Proszę nie płakać, pani dużo 
przeszła w życiu. Tak chciałabym pani pomóc. 

Ale  rozpacz  Violetty  nie  trwała  nigdy  długo.  Przesunęła  niecierpliwie  ręką  po  oczach, 

wyprostowała  swoją  wysoką  postać  i  spojrzawszy  w  lustro  roześmiała  się,  prostując  zgięty 
kapelusz i poprawiając włosy szybkimi i lekkimi dotknięciami dłoni. Zły stan stroju obudzą w 
każdej  niewieście  chęć  czynnej  pomocy  w  poprawieniu  go,  toteż  Maud  tak  się  zajęła 
nieszczęśliwą, że zapomniała o swym wzruszeniu. 

background image

— Tak, już dobrze — rzekła Violetta — przykro mi, że zrobiłam z siebie wariatkę. Zwykle 

sentymentalna  struna  we  mnie  milczy.  Myślę,  że  pora  iść,  by  zdążyć  na  pociąg.  Jestem 
zaproszona do teatru i nie powinnam się spóźnić. 

Jakież  to  dziwne  —  mówiła  Maud,  patrząc  na  swoją  twarzyczkę,  odbijającą  się  w 

zwierciadle  —  pani  bawi  u  mnie  od  bardzo  niedawna,  a  jednak  czuję  się  bliższa  pani  niż 
wszystkim  moim  znajomym.  Co  to  jest?  Jest  między  nami  jakiś  tajemniczy  węzeł.  Czułam 
doskonale, że była pani do mnie uprzedzona, a i pani się nie pogniewa gdy powiem, że i ja nie 
czułam do pani sympatii. A teraz przeciwnie, chciałabym żeby pani przychodziła co dzień. Ja 
odwiedzę panią w Londynie. 

Maud  pomimo  serdecznej  natury  nie  była  wylewna  ani  gadatliwa,  toteż  przemowa  ta 

dziwiła  ją  zawsze,  gdy  sobie  o  niej  później  przypomniała.  Jej  entuzjazm  uległ  jednak 
ochłodzeniu  z  braku  oddźwięku  ze  strony  Violletty.  Oczy  tej  ostatniej  wyrażały  wielką 
serdeczność i jakby wdzięczność, ale kiwnęła głową odmownie. 

— Nie! Przypuszczam, że się już nigdy nie spotkamy. Nie mogę nawet zaprosić pani do 

siebie. Chciałam koniecznie poznać panią i poznałam, ale na tym musi się skończyć. 

Wargi Maud poczęły drgać jakby uczuła przykrość, a nawet obrazę. 
— Czemu chciała mnie pani poznać? — zapytała. 
— Niegdyś znałam męża pani. Interesowało mnie bardzo kogo wybrał na żonę. 
— Mam nadzieję, że pani nie krytykuje wyboru? — rzekła Maud przekornie. 
— Uczynił doskonale, lepiej niż się spodziewałam. 
To pani nie ma wysokiego wyobrażenia o jego guście? 
— Owszem, gust miał zawsze znakomity. 
— Pani  jest  bardzo  dobra  i  uprzejma.  Zna  pani  mego  męża  mało,  ale  uważam,  że  pani 

posiada wielką znajomość świata i ludzi. Często zastanawiałam się nad tym, czy jestem dla 
niego naprawdę najstosowniejsza? Co pani o tym myśli? 

Nieznajoma  patrzyła  chwilę  w  milczeniu  na  wdzięczną,  pełną  kobiecego  uroku  postać 

młodej gospodyni. 

— Tak — zaczęła z wolna, jak ktoś, kto waży słowa — jest pani. Jesteś damą w pełnym 

tego  słowa  znaczeniu  i  to  damą  o  szlachetnej  duszy.  Kobieta  może  mężczyznę  zepchnąć 
bardzo nisko, ale może też unieść jego duszę bardzo wysoko. Nie ustępuj mu pani zanadto. 
Nie  ustępuj  wtedy,  gdy  czujesz,  że  bronisz  sprawy  lepszej,  chcesz  iść  szlachetniejszą, 
wznioślejszą  drogą.  Pokazuj  mu  zawsze  cele  wyższe.  Wtedy  jego  szacunek  dla  ciebie 
wzmocni miłość, którą ma ku tobie, a te uczucia zespolone są o wiele potężniejsze niż każde 
osobno. Sam instynkt wskaże to pani i dlatego jesteś dla niego najlepszą i najstosowniejszą 
żoną. 

Ta  opinia  została  wypowiedziana  tak  poważnie  i  z  takim  przekonaniem,  że  Maud 

zajaśniała  dumą  i  radością.  Przez  tę  dziwną  kobietę  przemawiało  przekonanie  i 
doświadczenie. 

— Jakaż pani mądra — wykrzyknęła — tak, czułam zawsze, że taką właśnie powinna być 

żona. Daj Boże, bym się tym stała dla Franka! 

— A  teraz  jeszcze  jedno  ostrzeżenie  zanim  się  rozstaniemy  —  zaczęła  Violetta  —  nie 

przestawaj  pani nigdy  dbać o miłość męża. Nie  przyjmuj  jego pocałunków i  pieszczot  jako 
rzeczy  zwyczajnej,  obojętnej,  która  należy  ci  się.  Nie  opuszczaj  się  w  drobnych 
uprzejmościach  i  staraniach,  które  okazywałaś  mu  w  pierwszych  dniach  po  ślubie.  Niech  z 
miłości  waszej  nie  zniknie  nigdy  pierwiastek  świeżości  i  nowości,  bo  z  nim  może  zniknąć 
miłość.  To  jest  najczęstszy  błąd,  który  popełniają  zamężne  kobiety.  Zwracaj  pani  baczną 
uwagę na potrzeby i  upodobania męża;  będzie  on umiał  docenić samą twoją myśl  i  uwagę. 
Jeżeli go zaniedbasz, nie upomni się, ale zauważy. Pomyśli sobie: zmieniła się i zacznie sam 
się zmieniać. Bardzo to z mojej strony szlachetne dawać pani takie rady. 

background image

— Bardzo  to  wspaniałomyślne  z  pani  strony  i  czuję,  że  to  wszystko  jest  prawdziwe  i 

rozumne, ale dlaczego szlachetne? 

— Chciałam powiedzieć, że nie mam w tym żadnego interesu. Co mnie obchodzi, czy mąż 

będzie panią kochał? A jednak, sama nie wiem  dlaczego…  — Tu przerwała, objęła Maud i 
ucałowała serdecznie. — Z pani jest dobre stworzonko i ufam, że będzie pani szczęśliwa. 

 
Frank  Crosse  uwolnił  się  z  tłumu  powracających  ze  stolicy  i  szedł  szybko  boczną  drogą 

pełną  wybojów.  Nagle,  z  drgnieniem  serca,  dostrzegł  wysoką,  zgrabną  postać  idącą 
naprzeciw.  Nie  było  na  świecie  drugiej  kobiety  tak  wysokiej,  która  umiałaby  wyglądać  tak 
zgrabnie. 

— Violetta! 
— Wiwat, Franku! Przypuszczałam, że to ty, ale te cylindry czynią wszystkich mężczyzn 

podobnymi do siebie. Twoja żona się ucieszy, że już wracasz. 

— Violetto!  Zniszczyłaś  nasze  szczęście!  Jak  mogłaś  to  zrobić?  Nie  masz  serca.  Bóg 

widzi, że chodzi mi nie tylko o siebie; pomyśleć, że jej uczucia zostały znieważone, zaufanie 
do mnie, wiara w ludzi, stracone… 

— Ależ Franku nic złego się nie stało. 
— Wszak byłaś u mnie w domu? 
— Byłam. 
— I widziałaś ją? 
— Widziałam. 
— A więc?… 
— Nie  zdradziłam  tajemnicy,  mój  chłopcze.  Byłam  wzorem  dyskrecji.  Daję  słowo,  że 

wszystko zostało jak dawniej. A co do niej, to kochana i najmilsza w świecie istota. Nie jesteś 
wart  nawet  oczyścić  tych  jej  drobnych  trzewików.  i  wiesz  to  dobrze.  Dla  niej  rezygnuję  i 
ustępuję  miejsca,  ale  tylko  jej,  nikomu  innemu,  rozumiesz.  I  gdybym  się  kiedykolwiek 
dowiedziała, że brykasz, pożałujesz, że mnie znałeś i przeklniesz dzień, w którym zawarliśmy 
znajomość. 

— Dobrze, dobrze Violetto. 
— Co tu dużo gadać, pocałuj mnie ostatni raz. Podniosła woalkę i pocałowali się. On miał 

w klapie palta jakiś zwiędły kwiat, wzięła go. 

— To na pamiątkę naszej przyjaźni, Franku, jako wspomnienie. 
Skończyło się — myślała. 
Jakiś  młody  golfista  wsiadłszy  na  następnej  stacji  zdziwił  się.  widząc  wtuloną  w  kąt 

przedziału drugiej klasy płaczącą gorzko, bardzo piękną kobietę. 

Tymczasem Frank wysłuchał sprawozdania z niezwykłej wizyty. 
— Wielka to szkoda, mój drogi, że nie znasz jej dobrze, bo chciałabym bardzo mieć o niej 

dokładniejsze  informacje.  Najpierw  wydała  mi  się  wariatką,  potem  kimś  nieznośnym  i 
wstrętnym,  w  końcu  zaś  jedną  z  najmilszych  i  najmądrzejszych  kobiet  jakie  znam. 
Rozzłościła mnie, przeraziła, zmartwiła, uradowała i pouczyła, a to wszystko następowało po 
sobie tak prędko jak nigdy w życiu. Jest tak subtelna… 

— Subtelna? Czyż być może? 
— I  powiedziała  o  mnie,  że  jestem,  ach,  nawet  nie  mogę  spamiętać…  różne  takie  miłe 

rzeczy. 

— W takim razie jest rzeczywiście subtelna. 
— I tak dobrze myśli o twoim guście, Franku! 
— Naprawdę? 
— I wiesz, myślę, że sama… ale tak wiesz cichutko, w głębi serca, kochała się w tobie. 
— O,  Maud,  jakie  ty  masz  czasem  niemądre  wyobrażenia.  Ale  jeżeli  mamy  iść  na  ten 

proszony obiad to trzeba się zacząć ubierać. 

background image

U

LICA 

C

HEYNE 

R

OW 

N

 
Frank  kupił  Żywot  Carlyle’a  i  Maud  zaglądała  doń  w  chwilach  wolnych  od  zajęć 

gospodarskich.  Z  początku  wydała  się  jej  ta  książka  sucha  i  nieciekawa,  ale  od  chwili,  gdy 
zrozumiała, że jest to historia życia dwojga ludzi, zainteresowanie jej kolosalnie wzrosło. Do 
zagadnień  historycznych  np.  Cromwella,  Fryderyków  itp.  odnosiła  się  z  tolerancją  i 
obojętnością, ale kwestia: Jakim on był dla niej lub: Jak ona to znosiła, napełniała ją zawsze 
zainteresowaniem. 

Jej  słodka  duszyczka  rzadko  była  w  stanie  kogoś  znienawidzić,  ale  pomiędzy  najmniej 

lubianymi postaciami poważny mędrzec z Chelsea począł zajmować poczesne miejsce. 

Pewnego  wieczoru,  gdy  Frank  siedział  przy  kominku  i  czytał,  ujrzał  żonę  na  klęczkach 

przy sobie i parę badawczych oczu wpatrzonych błagalnie. 

— Franku, chciałabym byś mi coś obiecał. 
— Cóż takiego? 
— A obiecujesz? 
— Jakże mogę obiecać, jeżeli nie wiem o co chodzi? 
— Jaki ty jesteś niedobry; rok temu najpierw byś obiecał, a potem pytał. 
— Ale teraz jestem już starym i doświadczonym mężem. Powiedz! 
— Musisz mi obiecać, że nigdy nie będziesz takim jak Carlyle. 
— Nie, nigdy takim nie będę. 
— Z pewnością? 
— Z pewnością. 
— Przysięgasz? 
— Przysięgam! 
— Ach, Franku, pojęcia nie masz, jakie to dla mnie szczęście. Ta biedna, dobra kobieta. 

Rano się rozpłakałam czytając jak była traktowana! 

— Jak mianowicie? 
— Czytałam,  że  on  był  zimny,  drwiący,  bezlitosny.  Nigdy  nie  docenił  tego,  co  dlań 

czyniła. Nie myślał o niej wcale. Żył w swoich książkach i dla nich, a nigdy dla niej. Okrutny, 
nieznośny człowiek. Frank poszedł na górę i powrócił z inną książką w ręce. 

— Gdy skończysz Żywot, przeczytaj to, kochanie. 
— Cóż to jest? 
— Jej listy. Przygotowane zostały do druku zaraz po jej śmierci, gdy mąż żył jeszcze. Nie 

znasz tego? 

— Zrozum raz kochanie, że ja niczego nie znam. To bardzo przyjemnie nie być zmuszaną 

udawać mądrzejszą niż się jest. A teraz zaczynaj  —  i  przytuliła rozkosznie główkę do jego 
kolan. 

— Nie  mam  tak  dużo  do  powiedzenia.  Jak  wiesz,  mieli  w  życiu  wiele  zmartwień  i 

przykrości.  Ona,  o  ile  wiem,  dbała  o  siebie  bardzo.  Języczek,  jeżeli  go  chciała  użyć,  miała 
ostry jak szydło. On był kłębkiem nerwów; młodość miał smutną i zatrutą. Nie mieli dzieci, 
które  byłyby  dla  nich  łącznikiem  i  ukojeniem.  Z  pół  tuzina  bębnów  wystarczyłoby  do 
utrzymania zgody. Zresztą wspomniałem poprzednio, że on ją przeżył i to o piętnaście albo 
więcej  lat.  Zebrał  te  listy  i  wydał  opatrzone  uwagami,  a  w  tych  uwagach  wyczytać  można 
głęboką miłość i cześć, z jaką odnosił się do pamięci o niej. 

Wdzięczna główka oparta o jego kolana uniosła się gestem zniecierpliwienia. 
— I co przyszło z tego biednej kobiecinie; dlaczego nie okazał jej więcej serca gdy żyła? 
Mówiłem  ci  już  Maud,  że  trzeba  rozpatrzyć  tę  sprawę  bezstronnie.  Pamiętaj,  że  nikt 

bardziej nie potępiał Carlyle’a, niż on siebie. Mógłbym odczytać wyjątki z tych uwag… 

— Czytaj, proszę! 

background image

Oto jest pierwszy list, w którym opowiada o sprowadzeniu się do domu na Cheyne Row. 

Jak  wiesz,  młode  lata  spędzili  w  Szkocji  i  gdy  przyjechali  do  Londynu  on  miał  już  około 
czterdziestki.  List  zawiera  opis  przeprowadzki,  towarzyszy  mu  adnotacja  napisana  po  jej 
śmierci: „Po tygodniu już wszystko było oczyszczone, urządzone, gotowe do zamieszkania i 
stawało  się  z  każdym  dniem  coraz  bardziej  błyszczące,  wygodne,  śliczne,  tak  że  mogło 
zadziwiać. Już opisałem i mówiłem o działalności mojej małej Jeannie: heroiczna, kochająca, 
poważna,  spokojnie  piękna,  taką  ją  widzę  teraz,  gdy  ten  czas  wyłania  się  ku  mnie 
opromieniony  przez  Wieczność.  Od  urodzenia  żyła  w  dostatkach,  a  teraz  stała  się  dla  mnie 
uboga,  szlachetnie  uboga.  Gdziekolwiek  byłem  nie  widziałem  nigdy  domu,  który  w  tak 
piękny, naturalny sposób godził minimum dochodów z komfortem i godnością ludzką”. 

— No, Maud, czy ten człowiek nie doceniał swojej żony? 
— To wszystko słowa, słowa — rzekła. 
— Tak,  słowa,  ale  dźwięczy  w  nich  prawda.  Łatwo  ocenić  co  udane,  a  co  prawdziwe. 

Zdaje się, że kobiety w ogóle nie mają do tego talentu, inaczej nie wpadałyby tak często w 
pułapki.  Masz  tu  odsyłacz  od  innego  listu:  „List  ten  napełnia  mnie  żalem  i  uwielbieniem; 
światło  bije  od  tego  ślicznego,  miłego  gospodarstwa  i  rozjaśnia  ciemniejsze  i  smutniejsze 
chwile naszej przeszłości”. Nieco później: „Moja biedna, droga żoneczka stała się dla mnie i 
przeze mnie uboga”. 

— Tak,  to  lubię;  w  ogóle  po  tym,  co  mi  powiedziałeś,  zaczyna  mi  się  podobać  ten  nasz 

filozof. 

— Trzeba sobie uprzytomnić dwie rzeczy, najpierw, że był Szkotem, a więc ze wszystkich 

ludzi  najmniej  skłonnym  do  noszenia  serca  na  dłoni;  a  potem,  że  umysł  jego,  pochłonięty 
rozpatrywaniem wzniosłych kwestii, nie był zdolny do pamiętania i sądzenia drobnostek. 

— Tak, ale dla kobiety drobnostki są wszystkim — rzekła Maud — gdybyś ty, mój panie, 

nie  myślał  o  takich  drobnostkach,  jak  uprzejmość  dla  żony,  okazywanie  jej  współczucia, 
miłości  i  myślenie  o  jej  potrzebach,  nie  pocieszyłaby  mnie  świadomość,  że  napisałeś 
najmądrzejszą w świecie książkę.  Znienawidziłabym ją po prostu. Przekonana jestem, że w 
głębi  serca  ta  biedna  kobieta  nienawidziła  dzieł,  które  odbierały  jej  męża.  Ciekawe  czy  ich 
dom jeszcze stoi? 

— Tak, czy chciałabyś go zwiedzić? 
— Nie wiem, czy znalazłoby się coś co zrobiłoby mi teraz większą przyjemność! 
— Wiesz, Maud, wchodzimy w bardzo dobrane i miłe koło znajomych. Zeszłego miesiąca 

pan  Pepys,  a  teraz  znowu  państwo  Carlyle.  Będzie  to  znakomity  program  na  sobotnie 
popołudnie. 

 
Maud  była  bardzo  oszczędną  osóbką.  Frank  również.  Oboje  mieli  tę  szlachetną  godność 

klasy średniej, która nie dopuszcza myśli o robieniu długów. Jadąc dorożką, a nie omnibusem, 
mieli  uczucie,  że  popełniają  zbytek,  ale  pozwalali  sobie  nań  od  czasu  do  czasu.  To  wielka 
przyjemność mknąć małym londyńskim powozikiem; zważywszy, iż dla prawdziwej wygody 
i  bezpieczeństwa  siedzący  muszą  trzymać  się  wpół.  Nikt  z  ulicy  tego  nie  zauważy,  gdyż 
powozik  zbudowany  jest  praktycznie.  Zobaczyć  to  może  jedynie  dorożkarz,  gdy  zajrzy  do 
środka. Tak właśnie uczynił i chrząknął z dowcipną miną: — No, gdyby cię twoja żona teraz 
zobaczyła, miałbyś się z pyszna, hę…? 

Był  to  dorożkarz  z  wykształceniem;  usłyszawszy  słowa:  Dom  Carlyle’a,  natychmiast 

zwrócił swój wehikuł ku Tamizie. Przed nimi widniał most Chelsea, osnuty przędzą lekkiej, 
właściwej  Londynowi  mgły.  Olbrzymie,  cyklopowe  łuki  kroczyły  przez  mętne  fale  rzeki, 
która  zdawała  się  toczyć  ciemny  roztopiony  metal.  Wszystko  miało  niewyraźne,  rozmyte 
zarysy. Wspaniały jest ten opar londyński w pogodny dzień. Wtem dorożka zatrzymała się. — 
Przepraszam państwa — rzekł woźnica tonem uprzejmie pouczającym — ale może chciałaby 
pani oglądnąć pomnik Carlyle’a. Oto jest, siedzi w płaszczu, z księgą w ręce. 

background image

Frank  i  Maud  wysiedli  i  weszli  do  małego  ogródka,  który  otaczał  pomnik.  Był  bardzo 

skromny i prosty: stary człowiek w szlafroku i wygodnych trzewikach, z książką na kolanie, o 
spojrzeniu dalekim, zdradzającym oderwane myśli. 

W  całym  Londynie  nie  ma  skromniejszego  pomnika,  ale  nie  ma  też  żadnego,  który  tak 

dobrze  oddawałby  psychikę  uczczonego  nim  męża.  Stali  wpatrzeni  weń  przez  jakieś  pięć 
minut. 

— Wiesz — rzekł wreszcie Frank — mały jest i skromny, ale doskonale oddaje charakter i 

rysy Carlyle’a. Jest naturalny. On myśli, to jest wspaniałe, Maud. 

Frank  był  artystą  w  głębi  serca  i  prawdziwe  dzieło  sztuki  wywoływało  w  nim  zawsze 

uczucie  zachwytu.  Ten  starzec  o  głowie  upstrzonej  przez  ptactwo  stał  mu  się  miły  i  bliski. 
Pomiędzy  bezdusznymi,  pompatycznymi,  pozbawionymi  indywidualności  pomnikami 
Londynu, znalazł się jeden, na którym oko spoczęło z przyjemnością. 

— Czy jest jeszcze jakiś tak dobry pomnik? 
— Może Gordona, na Trafalgar Square. 
— Może,  ale  inne:  Nelson,  Napier,  Hawelock!  Pomyśleć,  że  nie  zdobyliśmy  się  na  nic 

godniejszego tych wielkich ludzi. Widzieliśmy mędrca, teraz chodźmy do jego domu. 

Dom był już stary, gdy Carlyle się doń sprowadził. Na jednej z kamiennych płyt widniała 

data: 1708. Siedem czy osiem szarych, skromnych domów stało szeregiem. Ten był środkowy 
i  miał  płaskie,  nagie  ściany  i  wąskie  okna  o  zmatowionych  przez  czas  szybach.  Ponad 
wąskimi  drzwiami,  do  których  dochodziło  się  po  kilku  kamiennych  stopniach,  widniał 
niezręcznie  wprawiony  medalion  z  płaskorzeźbą  profilu  Carlyle’a.  Frank  zadzwonił  i  w 
drzwiach ukazała się otyła matrona o rumianym, uśmiechniętym obliczu. 

— Proszę tu wpisać swe nazwisko i adres — rzekła. — Po szylingu od osoby, tak, dziękuję 

panu. Teraz pierwsze drzwi na lewo. To był pokój jadalny. 

Ale  Frank  zatrzymał  się  w  mrocznej,  brzydkiej,  ponurej  sieni  o  ścianach  wyłożonych 

ciemnym drewnem i stał wpatrując się w schody: zwyczajne, stare o chwiejącej się barierze, 
wydeptane i zakurzone. 

— To  okropne,  Maud,  pomyśl  tylko.  Po  tych  schodach  ona  biegała  wiele  razy  dziennie 

jako  młoda  kobieta,  on  przeskakiwał  je  po  dwa  naraz,  spiesząc  się  zawsze,  ciągle  zajęty 
młody  człowiek.  Potem  stąpali  po  nich  ostrożnie,  starzy  i  schorowani.  Teraz  odeszli  na 
zawsze, a schody wciąż stoją. Nie wiem, czy kiedykolwiek czułem tak wyraźnie, że jesteśmy 
po prostu bańkami mydlanymi. Gdy przyjdzie kres, rozpływamy się w nicość. 

— Mogli  być  tu  szczęśliwi  —  rzekła  Maud  —  w  tym  domu  czuje  się  smutek  i 

nieszczęście, atmosfera tego wnętrza jest dziwnie ponura. 

Oprowadzająca dama uznawała wzruszenie, ale była zdania, że powinno być stopniowane. 

Pierwsze  jego  objawy  winny  występować  w  jadalni,  a  dopiero  następne  w  sieni.  Po  jej 
naleganiach weszli do długiej izby o staroświeckim pułapie, gdzie owa para spędziła znaczną 
część swego życia. Mebli było mało, obrazki z życia Carlyle’a pokrywały ściany. 

— Tu jest kominek, w którym palił zwykle fajkę — rzekł Frank. 
— Dlaczego w kominku? 
— Bo  żona  nie  znosiła  zapachu  tytoniu.  Wieczorami  prowadził  swych  przyjaciół  do 

kuchni. 

— Wyobraź sobie mnie wypędzającą cię do kuchni. 
— No w tych czasach zwyczaj palenia nie był tak rozpowszechniony ani tak pobłażliwie 

traktowany. 

— A przy tym palił fajkę napełnioną machorką — dodała matrona — oto jest portret pani 

Carlyle, który uważają za doskonały. 

Była  to  twarz  szczupła,  o  bystrym  spojrzeniu;  z  oczu  wyglądał  spryt  i  pociąg  do 

namiętności.  Tuż  obok  wisiał  twardy,  surowy  wizerunek  jej  małżonka.  W  tych  dwóch 
twarzach można było czytać całą historię ich pożycia. 

background image

— Biedactwo — szepnęła Maud. 
— Tak,  ma  pani  rację  —  rzekła  matrona,  której  akcent  wskazywał  wyraźnie  północne 

pochodzenie  —  on  nie  był  słodki  w  pożyciu,  jego  własna  matka  to  mawiała.  A  teraz,  czy 
państwo odgadną do czego służył ten pokoik? 

Była  to  komórka,  nieco  większa  od  szafy,  bez  żadnego  okna;  wchodziło  się  do  niej  z 

jadalni. 

— Nie mam pojęcia. 
— A  więc  to  jest  pokoik  pudrowy,  z  czasów,  gdy  ludzie  nosili  peruki.  Puder  robił  tyle 

nieporządku w domu, że ludzie wymyślili pokoiki służące jedynie do tego celu. W drzwiach 
był okrągły otwór, człowiek wsadzał przezeń głowę, a fryzjer stojący w środku na drabince 
sypał na nią puder. 

Było  niezmiernie  interesujące  zostać  na  chwilę  przeniesionym  w  odległe  czasy  i 

uprzytomnić sobie ilu tu ludzi mieszkało i odgrywało tragikomedię swego życia. 

Peruki! Peruki nosiła jedynie szlachta, a więc ludzie wyższego towarzystwa zamieszkiwali 

niegdyś  te  same  pokoje,  w  których  później  gderał  Carlyle  i  złościła  się  jego  żona.  Tamci 
również gderali i  złościli  się, a może jeszcze gorzej! Dom służył  teraz jedynie za przytułek 
cieniom. 

— To — mówiła matrona gdy weszli na piętro — był salon, otóż i sofa. 
— Ta sofa? — spytał Frank. 
— Owszem, proszę pana. Ta, o której mówią w listach. 
— Ona  była  z  niej  bardzo  dumna,  Maud.  Dała  za  nią  osiemnaście  szylingów,  sama  ją 

wypchała  i  pokryła.  Była  doskonałą  gospodynią.  Sama  przyznaje,  że  wychowała  się  w 
zbytkach i była bardzo próżna, ale wyrosła na bardzo pracowitą niewiastę. Co to za papiery w 
tej szafce? 

— To jakaś historia, którą pisał, gdy zaskoczyła go śmierć. Coś o królach norweskich. Te 

zakreślenia sam porobił. 

— Nie mogę tego przeczytać. 
— I nikt nie mógł. Może dlatego nie wydali tej książki. To są portrety królów pruskich, o 

których napisał dzieło. 

Frank oglądał stare ryciny; jedna przedstawiała Fryderyka Wielkiego o powierzchowności 

nauczyciela  ludowego,  na  drugiej  widniały  żabie  rysy  Fryderyka  Wilhelma,  zwariowanego 
kolekcjonera.  Gdy  się  odwrócił  matrony  nie  było,  zeszła  otworzyć  drzwi.  Znaleźli  się  przez 
chwilę sam na sam. 

— Wiesz kochanie, co mi przychodzi na myśl — rzekła Maud — tu mieszkała para ludzi 

utalentowanych, może najmądrzejszych na świecie, a mimo mądrości brakowało im czegoś, 
co  nam  przypadło  w  udziale.  Czym  jest  mądrość,  spryt,  uczony  pogląd  na  świat  wobec 
miłości? 

— Bagatela, wątpię czy w tym domu aforyzmów wygłoszono kiedyś coś równie mądrego i 

prawdziwego.  Dzięki  Bogu,  mamy  lepszą  cząstkę.  —  Uścisnął  żonę,  a  sześciu  elektorów 
brandenburskich i królów pruskich spoglądało na nich dumnie ze ściany. 

Usiedli  w  krzesłach  stojących  koło  okna  i  patrzyli  w  ciemną,  wąską  ulicę.  Frank  zaczął 

wyliczać wszystkich wielkich ludzi, którzy wyglądali przez te same okna, a więc: Tennyson, 
Ruskin,  Emerson,  Mili,  Frondę,  Mazzini,  Leigh,  Hunt…  gdy  przerwała  mu  wchodząca 
właśnie matrona. W rogu pokoju  stała szafka z  drobnymi pamiątkami.  Ozdobne bileciki od 
Goethego  pokryte  bardzo  wyraźnym,  jakby  chłopięcym  pismem.  Karteczki,  które  Carlyle 
umieszczał  na  podarunkach  dla  żony.  Na  jednej  widniał  napis:  ,,Niech  wszystko  dobre 
spotyka moje kochanie podczas przebywania w zatoce teraźniejszości, a także i  na wielkim 
oceanie, do którego ta jest wstępem. Amen. Amen. T.C.” Na innej, datowanej 1850: Wiele lat 
życzę mojej małej Jeannie i oby najgorsze już przeszły. Cokolwiek jest w mej mocy zrobię, 

background image

aby z mej winy nie czuła braku. Niech ją Bóg błogosławi”. Dziwne, że ten apostoł surowości i 
trwałości obyczajów zdolny był do tak serdecznych wynurzeń. 

— To jest jej sypialnia — oświadczyła matrona z powagą. A to jest owo stare, czerwone 

łóżko — wykrzyknął Frank. Wyglądało ono sztywno i obco bez obicia i pościeli. 

— Należało niegdyś do matki pani Carlyle — tłumaczyła matrona. — O nim wspomina w 

listach, że musiała je rozebrać na sztuki. 

— A czemu rozbierała je na sztuki? — zapytała Maud. 
— Lepiej nawet nie pytać kochanie. 
— O tak, pan ma rację! Gdy się je raz wniesie do starego domu, wynieść bardzo trudno. 

Pani Carlyle była jedną z najbardziej pedantycznych kobiet w Szkocji. To ubieralnia, w kącie 
stoi jego laska. Proszę zobaczyć, co napisano na szybie. 

Był to  rzeczywiście dom  wspomnień. Na szybie widniał napis  diamentem:  „John Harbel 

Knowles umył  wszystkie okna w tym  domu  i  kilka z nich pomalował  w osiemnastym  roku 
swego życia. 7 marca 1794 r.” 

— A kto to był? — zapytała Maud. 
— Nikt  nie  wie,  panienko!  —  zwykle  wszyscy,  wszędzie  i  zawsze,  brali  Maud  za 

panienkę. 

Frank obejrzał napis z uwagą. 
Był to syn gospodarzy domu i młody arystokrata, który wcześniej nie wziął się do żadnej 

roboty — zadecydował. Matrona zdziwiła się. 

— Skąd pan to wie? 
Co  wspólnego  mógłby  mieć  zwyczajny  robotnik  z  takim  nazwiskiem  jak  John  Harbel 

Knowles  albo  z  diamentem  umieszczonym  prawdopodobnie  w  pierścionku?  I  kto  by  się 
poważył pisać na czyimś oknie? I dlaczego chwalił się robotą, jakby miał do niej pierwszy raz 
w  życiu  sposobność.  Pomalowanie  kilku  tylko  okien  nie  wskazuje  również  na  zawodowca 
Twierdzę stanowczo, że była to pierwsza praca syna państwa domu. 

— Być może, iż ma pan rację, ja o tym nigdy jeszcze nie myślałam — rzekła matrona. — 

Tu jest pokój sypialny samego Carlyle’a, w którym sypiał przez czterdzieści siedem lat. W tej 
szkatule jest jego maska pośmiertna. 

Przykre wrażenie robiła ta trupia twarz, biała i sztywna, leżąca w tym samym pokoju, w 

którym  tyle  razy  spoczywała  żywa  głowa  filozofa.  Maud  i  Frank  patrzyli  na  nią  długo  w 
milczeniu.  Była  to  twarz  o  profilu  orlim,  odmienna  zupełnie  od  wszelkich  portretów 
Carlyle’a.  Wpadnięte  policzki,  zaciśnięte  bezzębne  usta,  ostro  zakończony  nos  i  głębokie 
oczodoły  stanowiły  całość,  którą  niegdyś  ożywiał  duch  tak  potężny.  W  rysach  twarzy 
malował się spokój i jakby zdziwienie. 

— Mówią, że dwóch tylko ludzi na świecie miało tak samo oddalone ucho od czoła, a to 

Napoleon i Gladstone — rzekła matrona. 

— Oto  twarz  szlachetnego  człowieka,  gdy  zakończy  czynny  i  męczący  żywot  —  mówił 

Frank — wierzę, że gdzieś w innym wymiarze Tomasz Carlyle, bez kataru żołądka i Joanna 
Wels, bez nerwów, znają się i kochają. 

— Miło  to  pomyśleć  —  zawołała  Maud  —  jakże  słodka  wydawałaby  się  nam  śmierć, 

gdybyśmy mogli być tego pewni. 

Matrona uśmiechnęła się pobłażliwie, wyższa swą znajomością „skróconego katechizmu”. 
— Tam  nie  ma  ślubów ni  małżeństw  —  wyrecytowała,  kiwając  głową  przecząco.  —  Tu 

jest  pokój  gościnny,  w  którym  sypiał  Emerson,  gdy  przyjeżdżał.  A  teraz  pokażę  państwu 
gabinet. 

Był  to  dziwny  pokój,  który  sam  Carlyle  kazał  oddzielić  w  specjalny  sposób,  mając 

nadzieję, że nie dojdą  go w nim hałasy ulicy, pianie kogutów, a przede  wszystkim  dźwięki 
gam wygrywanych wciąż na fortepianie przez jakąś sąsiadkę. Kosztowało go to sto funtów i 

background image

okazało się, że gabinet jest niemożliwy do użycia; w lecie z powodu gorąca, a zimna w zimie. 
Przy tym jest tak skonstruowany, iż odbija każdy szmer. 

Był to pokój jasny i obszerny, mógł pomieścić wiele książek. Były tam jeszcze różne druki 

i pakiety listów w oszklonej szafie. 

— Oto jedna z jego fajek — pokazywała matrona — kazał je sobie przysłać z Glasgow. A 

to  jest  pióro,  którym  napisał  Fryderyka.  Popatrzyli  na  stare  pogięte  gęsie  pióro,  zniszczone 
dokonaniem wielkiego dzieła. Ono mogło się pochwalić, że wypełniło swoje przeznaczenie. 
Leżący obok kawał zwęglonego papieru zwrócił uwagę Franka. 

— Popatrz Maud — zawołał. — To jest kawałek ze spalonej Rewolucji francuskiej. 
— Ach tak, pamiętam, pożyczył manuskrypt przyjacielowi i ten go spalił przypadkiem. 
— Co za cios, co za straszny cios! I pomyśleć, że powiadomił żonę w ten sposób: Biedny 

Mili jest bardzo zmartwiony tym wypadkiem. To najpiękniejszy rys Carlyle’a. O, tu jeszcze 
jedna kartka, jak on ładnie pisał wtedy… 

— Proszę  przeczytać  ten  list  —  rzekła  matrona.  Był  to  list  Carlyle’a  do  wydawcy,  w 

sprawie zniszczonego dzieła:  „Niech mnie pan nie żałuje, ale raczej  uważa za wyścigowca, 
który potknął się wprawdzie, ale wstanie i biec będzie”. 

— Widzisz, czym jest prawdziwe nieszczęście dla mężnego człowieka — mówił Frank — 

wzniosło  go  do  poziomu  bohatera.  Ciekawe,  że  nie  mógł  znieść  piania  koguta.  Jak 
skomplikowana  jest  natura  ludzka,  jak  wysoko  może  się  człowiek  wznieść,  a  przy  tym 
podlegać drobnostkom. Gdy będę miał gabinet do pracy, te słowa każę sobie wypisać gdzieś 
na widocznym miejscu. One same są warte pielgrzymki do Chelsea. 

To  stwierdzenie  wywołał  sławny  napis:  „Wypoczynek?  A  czy  nie  dość  mi  będzie 

spoczywać przez wieczność całą!” Spokojna maska pośmiertna dodawała tym słowom siły i 
wartości.  Frank  zapisał  je  na  jednym  z  biletów  wizytowych  żony.  Obeszli  już  całe 
mieszkanie,  ale  matrona,  ujęta  ich  entuzjazmem,  chciała  jeszcze  coś  pokazać.  Zeszli  do 
ogródka.  Była  tam  kamienna  ławka,  na  której  filozof  palił  fajkę,  Sit  ?nie  twarde  i 
niewygodne.  W  innym  miejscu  były  ślady  altanki,  którą  zrobiła  pani  Carlyle,  aby  jej 
przypominała wieś. Dalej ścięty pień orzecha. Poszli też na grób psa Nera, najsławniejszego z 
foksterierów.  W  końcu  zaszli  do  ciemnej,  ponurej  kuchni,  gdzie  gospodarzył  szereg  często 
zmieniających  się  sług,  o  których  wzmianki  spotykamy  w  Listach  i  Dzienniku.  Biedaczki, 
mieszkanki  podziemia  pracujące  ciężko  dla  innych,  ostro  przywoływane  do  porządku. 
Biedaczki,  ograniczone w swoich  marzeniach i  nadziejach na przyszłość. Tak myślał  Frank, 
spozierając wokół siebie 

— I  pomyśl,  ani  słówka  współczucia  dla  nich,  tylko  narzekania  we  wszystkich  listach. 

Pióro  jego  wysławiało  godność  i  wielkość  człowieka,  a  gdzie  godność  tych  biednych 
dziewcząt, dla których miał tylko ostre, zgryźliwe słowa. 

— Jemima by się na to nie zgodziła — rzekła Maud. Przyjemnie było znaleźć się znowu 

na  dworze,  ale  dopiero  pośród  zieloności  Woking  Maud  otrząsnęła  się  z  wrażenia,  które 
wywarł na niej dom pełen pośmiertnych wspomnień. — Ty masz dopiero dwadzieścia siedem 
lat — zauważyła, wychodząc ze stacji. Często tak zaczynała rozmowę w środku, w dalszym 
ciągu jej myśli. 

— Cóż z tego, kochanie? 
— Gdy Carlyle miał dwadzieścia siedem lat nie wiedział, że dokona tego wszystkiego. 
— Zapewne. 
— A  jeżeli  się  wtedy  ożenił,  to  jego  żona  miała  względem  niego  takie  uczucia  jak  ja 

względem ciebie. 

— Zdaje się. 
— A więc nie ma żadnej gwarancji, że ty nie staniesz się taki sam. 
— Mianowicie? 
— Jak Carlyle. 

background image

— Przysięgam! — wykrzyknął Frank i weszli śmiejąc się w furtkę ogródka. 

background image

O

STATNIE DŹWIĘKI DUETU

 

 
Niejedno młode małżeństwo czuje dobrze, że nie ma raju we troje, ale zwykle zjawia się 

po jakimś czasie mały hałaśliwy intruz i przerywa słodkie sam na sam. Przyjście trzeciego jest 
i  dla  nich,  i  dla  niego  początkiem  nowego  życia;  życia  które  jest  może  pożyteczniejsze  i 
wznioślejsze, ale wymaga wielu poświęceń i wyrzeczeń. 

Różowe  stworzonko  o  błyszczących  oczkach  zabiera  dla  siebie  część  pieszczot  i 

troskliwości, a samo jego przyjście kosztuje matkę tyle, iż serce jej ku niemu się zwraca. Co 
do  mężczyzny,  to  rzecz  ma  się  inaczej.  Do  dumy  ojcostwa  przyłącza  się  rozżalenie; 
cierpienia, które przebyła żona, pozostają mu w pamięci długo, choć ona już o nich nie myśli. 
Jego zmartwienia, obawy, bezradność dają mu w owym domowym wydarzeniu rolę dużą, ale 
niewdzięczną. 

Nadszedł czas, w którym Maud zaczęła chorować, potem polepszyło jej się, a gdy minęło 

kilka miesięcy, wszelkie oznaki zaczęły zapowiadać, że zbliża się dzień, o którym sama myśl 
napawała jej męża przerażeniem. 

Ona  zaś  patrzyła  w  przyszłość  pogodnie,  ze  spokojem  i  odwagą,  którą  zwykle  okazują 

kobiety. Jego myśl o tym nie opuszczała dniem ni nocą; nieraz o świcie, wtedy gdy człowiek 
jest  najpodatniejszy na  wszelkiego  rodzaju  zwidy, zrywał  się drżący i  zlany zimnym  potem. 
Nerwy  miał  dobre,  u  dentysty  wysiadywał  najcierpliwiej  w  świecie,  ale  cóż  warta  wszelka 
filozofia  i  hart,  gdy  cierpi  ukochana?  Lękał  się  i  denerwował  przekonany,  że  nikt  tego  nie 
spostrzega.  Mężczyzna  wierzy  zawsze,  iż  potrafi  cokolwiek  ukryć  przed  kochającą  kobietą. 
Maud obserwowała go w milczeniu i snuła plany. 

— Wiesz, kochanie — odezwała się pewnego wieczoru — że gdybyś mógł dostać tydzień 

urlopu,  to  dobrze  byłoby  skorzystać  z  zaproszenia  pana  Mildmay  i  spędzić  parę  dni  w 
Norway. 

Frank popatrzył na żonę osłupiały. 
— Co? Teraz? 
— No tak, teraz, zaraz. Właśnie teraz? 
Maud spojrzała nań z ogromną i serdeczną szczerością. Kobieta takiego spojrzenia używa 

jedynie wtedy, gdy chce oszukać. 

— Tak, kochanie, to wzmocniłoby twoje nerwy przed następnym tygodniem. 
— Więc wiesz, że to nastąpi za dwa tygodnie? 
— Tak, a byłoby mi bardzo miło wiedzieć, że jesteś spokojny. 
— Ja? A co to ma do rzeczy, jak ja się będę czuł? W każdym razie, nie ma mowy. 
— Nie dostałbyś urlopu? 
— Owszem, bardzo łatwo. 
— Więc jedź. 
— Zostawić cię samą! 
— Ależ wrócisz na czas. 
— Tego  nie  można  być  pewnym!  Nie  Maud,  tego  nigdy  bym  sobie  nie  przebaczył.  Nie 

przyszłoby mi to nawet do głowy. 

— Ale, gdy ja proszę? 
— Dosyć Maud, kwestia jest przesądzona. 
Gdy  Frank  się  raz  zdecydował,  odwieść  go  było  niepodobieństwem.  Doznała  przy  tym 

zabawnego  uczucia.  Była  jednocześnie  zadowolona  i  zmartwiona  porażką,  ale  ponieważ 
uczucie zadowolenia przeważało, uściskała upartego męża. 

— Jesteś uparciuch! Ale może masz rację, a ja wolę, byś był wtedy w domu. To prawda, 

że nigdy nie można niczego wiedzieć na pewno. 

background image

Jeżeli niewiasta prowadzi kampanię wybiegów, może jedną lub więcej potyczek przegrać, 

ale  zwycięstwo  na  pewno  przy  niej  zostanie.  Mężczyzna  rozprasza  swą  uwagę  na  wiele 
pomniejszych szczegółów, a ona koncentruje ją w jednym punkcie. Maud postanowiła dopiąć 
celu i była przekonana, że się jej uda. Próbowała tu i tam, przez swoją matkę, przez bliższych 
znajomych, ale na próżno. Oczekiwane przejście nie przerażało jej ani na chwilę, ale myśl, że 
Frank będzie cierpiał, była jej strasznie przykra. Wyobrażała sobie, co przechodziłaby będąc 
na  jego  miejscu.  Różnymi,  mądrze  obmyślanymi  sposobami,  starała  się  go  oddalić,  ale 
wszystko rozbijało się o jego mocne postanowienie. Nagle spostrzegła, że już za późno. 

Ta pewność przyszła pewnego dnia wczesnym rankiem, a on leżąc tuż obok, nie domyślał 

się niczego. Przed wyjściem przyszedł do niej raz jeszcze. 

— Nie jadłaś śniadania kochanie? 
— Nie, nie jestem głodna. 
— Może, jak wstaniesz… 
— Wiesz, na razie wolę poleżeć. 
— Czyżby…? 
— Ale gdzież tam, właśnie chcę się polenić, aby mieć dużo sił w przyszłym tygodniu, gdy 

ich będę potrzebowała. 

— Najdroższa,  oddałbym  dziesięć  lat  mego  życia,  aby  już  mieć  ten  przyszły  tydzień  za 

sobą. 

— Tak, tak, naturalnie. 
— Głuptasku. Myślę, że lepiej abyś została w łóżku. 
— Nawet mnie trochę głowa boli, nic wielkiego, ale zawsze… 
— Może zawołać doktora Jordana, aby ci coś zapisał? 
— Tak  sądzisz?  Rób  jak  chcesz!  Mógłbyś  wstąpić  do  niego  idąc  na  stację  i  powiedzieć 

żeby zaszedł do mnie? 

I  tak  wezwany  doktor  zastał  czekające  nań  nader  ważne  zadanie.  Gdy  Frank  wyszedł 

napisała do niego bilecik, który zastał, powróciwszy o piątej po południu, w przedpokoju na 
stole.  Równocześnie  zauważył,  że  w  domu  panuje  głębokie  milczenie.  Z  niecierpliwością 
otworzył kopertę. Kłamliwe pismo brzmiało. 

„Mój  drogi.  Głowa  boli  mnie  ciągle  i  doktor  Jordan  jest  zdania,  że  powinnam  leżeć  jak 

najspokojniej i nic nie mówić. Gdy mi się zrobi lepiej, zaraz przyślę po ciebie. Na razie lepiej 
do mnie nie zaglądaj. Pan Harrison obiecywał, że przyjdzie, aby ci pomóc posadzić cebulki. 
Zajmij się tym i nie niepokój się o mnie, gdyż potrzebuję jedynie wypoczynku”. 

Było  mu  bardzo  przykro  nie  słysząc  szmeru  jej  sukni,  który  zjawiał  się  natychmiast  po 

szczęknięciu  klucza  w  zamku.  Przedpokój  i  jadalnia  wydały  mu  się  dziwnie  ponure  bez 
widoku wesołej twarzyczki. Przeszedł je na palcach i spojrzawszy przez okno, ujrzał swego 
sąsiada idącego przez ogród z koszykiem w ręku. Otworzył mu drzwi z palcem na ustach. 

— Nie hałasuj, Harrison — rzekł — moja żona jest cierpiąca. 
Harrison gwizdnął z cicha. 
— Może… 
— Nie,  nie,  nie  to.  Tamtego  oczekujemy  dopiero  w  przyszłym  tygodniu.  Siadaj  i  zapal 

fajeczkę. Bardzo ładnie z twojej strony, że przyniosłeś sam te cebulki. 

— Zaraz pójdę po więcej. 
— Poczekaj chwilę, zaraz pójdziesz. Usiądź tymczasem i zapal fajeczkę. Ktoś tam chodzi 

na  górze.  To  pewnie  Jemima,  ona  ma  taki  ciężki  chód.  Żeby  tylko  nie  zbudziła  Maud. 
Przypuszczam, że wszystkie mają ataki bólu głowy w tych warunkach. 

— O tak, moja żona też miewała. Nie, dziękuję ci, dopiero co wypiłem herbatę. Ale ty źle 

wyglądasz, Crosse. Nie bierz tego zanadto tragicznie. 

background image

— Po  prostu  nie  mogę  o  niczym  innym  myśleć.  A  jeżeli  coś  złego  się  stanie,  to  co  ja 

zrobię?  Nie  miałem  pojęcia,  że  można  się  tak  denerwować.  A  ona  jest  święta,  po  prostu 
święta, bez cienia egoizmu. Nie zgadłbyś co chciała zrobić. 

— Cóż takiego? 
— Wiedziała  czym  będzie  dla  mnie  bezczynne  siedzenie,  podczas  gdy  ona  przechodzić 

będzie te straszne rzeczy. Dziwnym sposobem odgadła co się dzieje w mojej duszy. Chciała 
mnie koniecznie zwieść co do ostatecznego terminu i pod jakimkolwiek sposobem oddalić z 
domu. Robiła różne spiski i to tak mądrze, że byłaby mnie naprawdę zwiodła, gdyby nie jakiś 
głos  wewnętrzny,  który  mnie  ostrzegł.  Zanadto  nalegała  i  dlatego  przejrzałem.  Ale  pomyśl, 
jak  to  odważnie  z  jej  strony  zważać  na  mnie  i  chcieć  ponosić  wszelkie  cierpienia  samej,  a 
mnie ich oszczędzić. Chciała koniecznie abym jechał do Norway na golfa. 

— Niewielkie ma widać wyobrażenie o twoim sprycie, jeżeli sądziła, że jej się to uda. 
— Rzeczywiście, w tym punkcie zwieść mnie nie można, ani też sądzić, że instynkt mój 

nie wskaże mi kiedy ona będzie mnie potrzebować. Ale to jest szlachetny rys. Czy cię to nie 
drażni, że ciągle o tym mówię. 

— Mój  drogi,  tego  ci  trzeba,  zanadto  się  starasz  wszystko  w  sobie  ukryć.  To  ci  może 

zaszkodzić. Całe to przejście nie jest tak straszne jak opowiadają. 

— Tak sądzisz? 
— Miałem przecież tego przykład już dwa razy. Pewnego pięknego poranka pojedziesz jak 

zwykle do miasta, a gdy wrócisz będzie już po wszystkim. 

— O nie, zapowiedziałem w biurze i jeżeli zauważę, że to już, nie ruszę się z domu. Może 

mówić co chce, a ja wiem dobrze, że moja obecność doda jej sił i odwagi. 

— Możesz nie spostrzec. 
Frank roześmiał się szczerze. — Zobaczymy — rzekł — więc ty wiesz z doświadczenia, że 

to nie jest tak bardzo straszne? 

— Nie, przemija prędko. 
— Prędko, co ty nazywasz prędko? 
— Jordan za pierwszym razem był u nas sześć godzin. 
— Boże wielki, sześć godzin!  — Frank otarł  spocone czoło.  — Musiały ci  się wydawać 

sześcioma latami. 

— No  tak,  trwały  dość  długo.  Pracowałem  wtedy  w  ogrodzie.  Powiem  ci  w  sekrecie, 

trzeba się czymś zająć i wówczas czas prędzej mija. 

— To  dobra  rada.  Jak  tu  coś  dziwnie  pachnie,  czy  czujesz  ten  delikatny,  słodkawy 

apetyczny  zapach?  Może  mi  się  tylko  zdaje.  Moje  nerwy  są  rzeczywiście  naprężone  od 
jakiegoś  czasu.  Ale  to  wyborna  myśl  o  tej  robocie.  Chciałbym  mieć  wtedy  jakąś  okropnie 
ciężką pracę. Może wykopać wszystko z ogrodu za domem i posadzić przed domem? 

Harrison roześmiał się. 
— Poradzę ci coś mniej heroicznego — rzekł — schowaj te cebulki i posadź je wtedy. Ale 

muszę  pójść  po  następne;  nie  kłopocz  się  drzwiami,  zostawię  je  otwarte,  bo  za  pięć  minut 
wracam. 

— A ja zaniosę te do cieplarni — rzekł Frank. 
Wziął koszyk z cebulkami i ułożył je porządnie na półce w małej cieplarni, przylegającej 

do domu. Stamtąd wyszedł do ogrodu i po chwili usłyszał w pobliżu niby miauczenie kota. 
Nie  było  ono  głośne,  ale  wytrwałe  z  regularnymi  przerwami  dla  zaczerpnięcia  powietrza. 
Wziął grabie i zaczął rozgarniać krzaki pod oknem sypialni. Ten potwór mógł obudzić Maud i 
trzeba go było koniecznie wypłoszyć. Nie zobaczył go wprawdzie, ale gdy postukał grabiami 
i  parę  razy  zawołał:  psik,  pisk  ustał  i  Frank  wrócił  z  pustym  koszykiem  do  jadalni.  Teraz 
zapalił fajkę i oczekiwał powrotu Harrisona. 

Wtem kot odezwał się znowu. Odgłos nie był tak wyraźny jak w ogrodzie, pomyślał więc, 

że to może nie szkodzi. 

background image

Miał wielką ochotę pójść na górę i zaglądnąć czy Maud śpi jeszcze. 
Jeżeli Jemima albo ktokolwiek inny mógł spacerować w grubych butach tam na górze, to 

nie było obawy, aby on miał narobić za wiele hałasu. 

Ale  Maud  pisała  wyraźnie,  że  sama  go  zawezwie,  więc  lepiej  zaczekać.  Wyglądał  przez 

okno i zawołał parę razy: psik. Potem usiadł w fotelu plecami do drzwi. 

Ktoś nadszedł i stanął w drzwiach. Frank kącikiem oka, bez odwracania głowy, dostrzegł, 

że  niesie  coś  w  rękach.  Pomyślał,  że  Harrison  mógłby  zachowywać  się  ciszej,  więc  rzekł 
chłodno nie odwracając głowy: 

— Zanieś je do cieplarni. 
— Dlaczego do cieplarni? 
— Bo  tam  je  zwykle  trzymam;  połóż  na  półce  albo  do  kubełka  na  węgle,  gdzie  chcesz 

zresztą, tylko nie rób takiego hałasu. 

— No wiesz, Crosse… 
Wtem Frank skoczył na równe nogi. — Ten przeklęty kot wlazł już do pokoju. 
I odwróciwszy się ujrzał poczciwą pomarszczoną twarz doktora Jordana. Ten ostatni niósł 

w ramionach podługowate zawiniątko z brązowego szala. W jednym miejscu był otwór, przez 
który  wychodziła  malusieńka  piąstka.  Rączka  wykonywała  poruszenia  zakreślające  koła  w 
powietrzu,  tak  jakby  jej  właściciel  chciał  okazać  swą  radość  z  powodu  szczęśliwego 
przybycia:  Oto  jestem,  moi  drodzy,  hurra,  hurra,  hurra!  zdawała  się  wołać  rączyna.  Frank 
ujrzał  za  piąstką  szeroko  otwartą  buzię,  różowy  guziczek  w  miejscu  nosa  i  dwoje  oczu  o 
powiekach zamkniętych i zaciśniętych tak uparcie, jakby posiadacz ich przysiągł sobie, że za 
nic i  nigdy pod żadnym warunkiem  nie zechce  oglądać świata,  w którym  nagle się znalazł. 
Frank upuścił fajkę i stał jak skamieniały przed niespodziewanym zjawiskiem. 

— Co to jest? 
— Dziecko! 
— Dziecko, czyje dziecko? 
— Pańskie, naturalnie. 
— Moje dziecko!… Skąd… skąd się wzięło? 
Doktor Jordan wybuchnął śmiechem. 
— Wygląda pan jak człowiek zbudzony ze snu — rzekł — żona pańska była cierpiąca cały 

dzień, ale teraz już wszystko dobrze, a ten oto pański syn i spadkobierca jest najwspanialszym 
chłopcem jakiego widziałem w życiu, ponad siedem funtów żywej wagi. 

Frank  był  człowiekiem  dumnym  do  ostatecznych  granic.  Nigdy  nie  okazał  wzruszenia. 

Może  gdyby  znalazł  się  sam,  gdy  przez  serce  przepływała  fala  szczęścia  unosząc  z  sobą 
wszystkie obawy i złe przeczucia, byłby upadł na kolana i modlił się. Ale szczera modlitwa 
płynie  z  serca,  nie  z  kolan,  więc  całą  siłą  myśli  i  uczucia  dziękował  w  duszy 
Przedwiecznemu, który działa nie oglądając się na nic. Doktor widział przed sobą człowieka 
bladego, ale spokojnego i znalazł, że dziwnie mało jest wzruszony. 

— No i cóż? — rzekł niecierpliwie doktor Jordan. 
— Czy ona ma się dobrze? 
— O tak, czyż pan nie weźmie swego syna na ręce? 
— Mogę pójść do niej? 
Myślę, że pięć minut nie zaszkodzi. 
Doktor  Jordan  opowiadał  później,  że  Frank  był  na  górze  trzema  susami,  a  pielęgniarka 

mówiła, że spotkawszy go uszła ledwie z życiem. Maud leżała w łóżku z twarzyczką równie 
bladą jak poduszka. Usta jej były prawie białe, ale uśmiechnięte. 

— Franku! 
— Moja najdroższa maleńka! 
— Nic nie wiedziałeś, co? Powiedz, prawda, że nic nie wiedziałeś? 

background image

I  dopiero  to  zapytanie  przełamało  niemądrą  dumę,  która  trzymała  wzruszenie  na  uwięzi. 

Frank padł na kolana przy łóżku i ukrywszy głowę w poduszkach zaczął łkać tak, jak nie łkał 
od dzieciństwa. Nie widział nawet doktora, gdy ten ostatni podszedł i wziął go za ramię. 

— Niech pan już idzie — rzekł. 
— Przykro mi, że robię z siebie wariata — rzekł Frank, czerwieniąc się po uszy — ale to 

ponad moje siły. 

— Panie  —  odpowiedział  doktor  —  winien  panu  jestem  przeprosiny,  gdyż  źle  pana 

osądziłem. Teraz ubierają pańskiego syna i za dużo tu mężczyzn w sypialni. 

Frank zszedł na dół. Zmrok zapadał, on usiadł, zapalił fajkę i oparłszy łokcie na kolanach, 

a głowę na rękach patrzył w niebo osnute zmrokiem wieczoru, na gwiazdy rozbłyskujące w 
fioletowej  przestrzeni.  Wokoło  była  głęboka  cisza,  jedynie  jakiś  spóźniony  ptaszek 
zaćwierkał  parę  razy  w  krzewach  ogrodowych.  Na  górze  słyszał  szmery,  kroki,  głosy,  a 
między nimi jego głos, głos nowego człowieka. I gdy przysłuchiwał się temu krzykowi czuł 
doskonale, że odtąd wiele zmieni się w jego życiu, że od tej godziny jakkolwiek harmonijnie 
ułoży się im życie, to zawsze brzmieć będzie trio, a nie miły i kochany duet. 

background image

T

ERCET

 

(W

YJĄTEK Z LISTU PANI 

C

ROSSE DO 

A

UTORA

 
Dziwne to bardzo, że Pan tak trafnie twierdzi, iż nasz mały jest śliczny, a dalej wspomina, 

że  różni  się  bardzo  od  innych  dzieci.  To  prawda:  Frank  i  ja  zastanawiamy  się,  skąd  Pan  to 
wie? Oboje znajdujemy, że to dowód Pańskiej wielkiej inteligencji. 

Chcę  Panu  coś  opowiedzieć  o  małym,  skoro  Pan  o  to  prosi,  ale  Frank  mówi,  że  szkoda 

zaczynać zważywszy, że w domu jest tylko jedna ryza papieru. W każdym razie będę pisać 
zwięźle  i  krótko,  nie  dlatego,  że  nie  mam  o  czym  (nie  wyobraża  Pan  sobie  nawet  co  to  za 
milusieństwo), ale dlatego, że może zbudzić się lada chwila. Wtedy mogłabym posługiwać się 
tylko  jedną  ręką,  a  drugą  musiałabym  poruszać  zabawkę  zrobioną  z  kolorowych  piórek,  a 
wtedy  trudno  jest  wyrażać  się  jasno  i  zrozumiale.  Wie  Pan  dobrze,  że  nie  mam  zwyczaju 
spisywania  i  klasyfikowania  mych  wrażeń,  więc  proszę  wybaczyć,  jeżeli  ten  list  wyda  się 
Panu niemądry. Frank zrobiłby to bez porównania lepiej. Ale malec ma tyle przyzwyczajeń i 
milutkich minek, że powinnam napisać coś o tym. Może najlepiej będzie jeżeli opiszę jeden 
dzień  jego  życia  —  każdy  jest  podobny  do  drugiego.  Nikt  nie  powie,  że  mój  syn  nie  jest 
systematyczny. 

Pierwsza  rzecz,  którą  robię  rano,  to  zajrzeć  do  kołyski  i  zobaczyć,  czy  jeszcze  śpi,  choć 

wiem  dobrze,  że  nie  obudził  się,  bo  oznajmiłby  to  nader  głośno:  Kochani!  Pomimo  to 
zaglądam  i  widzę,  że  wszystko  jest  jak  było,  a  dziecka  nie  widać  od  razu,  tylko  po  chwili 
rozróżniam mały, różowy, zadarty nosek. Gdy tak stoję nad kołyską, słyszę westchnienie, taki 
głęboki rozkoszny oddech, równocześnie pod pierzynką powstaje trzęsienie ziemi, ukazuje się 
mała  piąstka  i  zaczyna  opisywać  kółka.  On  umie  tak  ślicznie,  wesoło  poruszać  piąstkami. 
Otwiera  jedno  oczko,  tak  jakby  chciał  się  przekonać,  czy  można  bezpiecznie  otworzyć  i 
drugie, i wtedy stwierdziwszy, że flaszeczki z mlekiem nie ma tam, gdzie ją przed zaśnięciem 
zostawił, wydaje żałosny pisk. W jednej chwili znajduje się u mnie na rękach i  zabawia się 
koronką od różowego szlafroczka. Gdy spostrzeże, że czeka na niego wyborna, ciepła kąpiel, 
staje się wesoły, śmieje się i gwarzy sam do siebie. Musiało mu się kiedyś, zanim przyszedł 
na  świat,  przytrafić  coś  bardzo  śmiesznego,  bo  nic,  co  zaszło  od  jego  urodzenia,  nie 
usprawiedliwia wyrazu intensywnej wesołości, który można spostrzec w jego oczach. Gdy się 
śmieje  staje  się  podobny  do  wesołego,  bezzębnego  mnicha,  taki  tłuściutki  i  jowialny. 
Interesuje  się  wszystkim  co  widzi  wokół  siebie.  Wodzi  oczami  za  niańką  krzątającą  się  po 
pokoju,  wygląda  oknem,  przypatruje  się  krytycznie  moim  włosom  i  sukni.  Lubi  niedbałą 
fryzurę, a jaskrawa krawatka lub błyszcząca broszka zwracają zawsze jego uwagę i wywołują 
uśmiech.  Najdziwniejszy  jest  ten  uśmiech.  Gdy  leży  i  rozgląda  się  swymi  dużymi, 
poważnymi, niebieskimi oczami, nagle cała twarzyczka mu się rozjaśnia, usteczka poczynają 
zabawnie drgać w jednym rogu i buzia pokrywa się dołeczkami. Wygląda słodko i niewinnie, 
a  zarazem  śmiesznie  i  sprytnie.  Jego  niemądra  mama  ma  ochotę  śmiać  się  i  płakać 
jednocześnie. 

Potem przychodzi kąpiel i wtedy okazuje nam wielki brak zaufania. Kąpać się lubi, ale jest 

przekonany, że tylko  jego własne wysiłki  ratują  go od utonięcia, więc zaciska rozpaczliwie 
piąstki, a nóżkami fika cały czas energicznie. Każdemu ruchowi matki i niańki przygląda się 
podejrzliwie. Ubiera się chętnie i uśmiecha radośnie póki sobie nie przypomni, że należy mu 
się  śniadanie.  Wtedy  uśmiech  znika,  twarzyczka  czerwienieje  ze  złości,  pokrywa  się 
zmarszczkami  i  rozlega  się  rozpaczliwy  wrzask.  Jeżeli  flaszka  nie  ukaże  się  natychmiast, 
wyje  okropnie  i  bije  pięściami  w  powietrzu,  dopóki  jej  nie  dostanie.  Czasem  bardzo 
przypomina  ojca.  Ciągle  rozgląda  się  za  butelką,  czasem  chwyci  mój  palec  albo  kawałek 
sukni, albo cokolwiek innego i niesie do ust, a gdy spostrzeże to nie to czego chciał, odrzuca z 

background image

wielką złością. Gdy wreszcie otrzyma swoją flaszkę, staje się najszczęśliwszym stworzeniem 
na  świecie  i  ssie  długimi  haustami,  wydając  jeednocześnie  pomruk  zadowolenia.  Po  tym 
wszystkim, umyty i najedzony gotów jest do zabawy, która polega na obserwacji. Przekonana 
jestem, że po ojcu odziedziczył zdolność do obserwacji, refleksji i że zbiera różne wrażenia 
na późniejszy użytek. Myślałam dawniej, że dzieci są głupie i bezmyślne, może inne dzieci są 
takie, ale on nie jest bezmyślny ani obojętny. Czasem jest rozbawiony, czasem zły, nierzadko 
poważnie  czymś  zainteresowany,  ale  zawsze  ożywiony  i  zajęty.  Gdy  wchodzę  do  pokoju 
patrzy zawsze na moją głowę, a jeżeli mam na sobie kapelusz ogrodowy z kwiatami, cieszy 
się. Woli perkal od jedwabiu. 

Gdy  mu  się  przyglądam,  uderza  mnie  jak  można  było  powziąć  teorię  o  grzechu 

pierworodnym. Patrzę w cudowne, niewinne oczy dziecka i rodzą się poważne wątpliwości. 
Lubię w nie patrzyć, czasem wydaje mi się, że spostrzegam w nich jakby ślad wspomnienia o 
innym życiu, zdaje się, że gdyby umiał mówić opowiedziałby nam ciekawe rzeczy. 

Raz siedząc przy kołysce… 
O!  przepraszam,  słyszę  że  jego  królewska  mość  mnie  wzywa.  Szkoda!  Do  widzenia. 

Szczerze Panu oddana 

Maud Crosse 

 
PS. Nie miałam czasu przeczytać tego listu, ale twierdzę stanowczo, jeżeli dotąd tego nie 

uczyniłam, że to jest nadzwyczajne dziecko!