background image

Laura MacDonald 

 

Przychodnia ciepłych uczuć 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

– Wejdź, Fiono, wejdź. Najwyższa pora, żebyśmy porozmawiały. Przepraszam, że dotąd 

nie znalazłam na to czasu.   

–  Doktor  Maggie  Hudson  odgarnęła  z  twarzy  niesforną  masę  ciemnych  włosów  i 

wskazała krzesło obok biurka. – Skłamałabym twierdząc, że to jakiś wyjątkowy dzień. Taki 
młyn mamy tu zawsze.   

–  Rozumiem.  –  Fiona  Winn,  nowa  kierowniczka  przychodni  przy  Downsfield  Road, 

usiadła, marszcząc nosek.   

–  Porozmawiałam  już  sobie  z  dziewczynami  z  rejestracji  i  przyznaję,  że  jestem 

oszołomiona. Wychodzi na to, że wszyscy się tu ze wszystkimi znają.   

–  Tak  to  już  u  nas  jest.  –  Maggie  uśmiechnęła  się.  –  Pierwszy  raz  na  wyspie  Wight, 

prawda? 

Fiona kiwnęła głową.   
– Tak, do niedawna mieszkałam, jak wiesz, pod Londynem i kierowałam przychodnią w 

Chiswick.   

– I co cię sprowadza na naszą wysepkę? – zaciekawiła się Maggie.   
– Moi rodzice tu mieszkają – odparła Fiona. – Po przejściu na emeryturę przenieśli się do 

Seaview.  Już  od  jakiegoś  czasu  gorąco  mnie  namawiali,  żebym  poszła  w  ich  ślady,  a 
ponieważ miałam dosyć tego całego wyścigu szczurów, dałam się w końcu przekonać.   

–  Pomieszkasz  u  nas  trochę,  to  zobaczysz,  że  żyje  się  tutaj  zupełnie  inaczej  niż  w 

Londynie. Ale na początek może parę słów o naszej przychodni. – Maggie otworzyła leżącą 
na biurku teczkę. – Dwóch moich partnerów, Bena Neville’a i Jona Turnera, poznałaś już na 
rozmowie kwalifikacyjnej, prawda? 

– Tak – przyznała  Fiona. – Był  tam  również doktor  Leonard Ward.  O ile zdążyłam  się 

zorientować, jest jednym z członków założycieli? 

Maggie kiwnęła głową.   
–  Leonard  oficjalnie  jest  już  na  emeryturze,  ale  nadal  bierze  zastępstwa.  I  owszem,  z 

moim nieżyjącym już mężem Davidem oraz z Benem Neville’em zakładał naszą przychodnię. 
Ja niańczyłam wówczas dzieci. Pracę tutaj podjęłam dopiero, kiedy podrosły, z początku na 
niepełny etat, na pełny przeszłam dopiero po śmierci męża. 

 

Głos jej się lekko załamał, jak 

zawsze na wspomnienie Davida. To już ponad rok, a ona wciąż nie doszła w pełni do siebie.   

– Przykro mi z powodu twojego męża – powiedziała Fiona. – Musiał być bardzo młody, 

kiedy...   

Maggie wzięła głęboki oddech. Po chwili namysłu doszła do wniosku, że najlepiej już na 

samym wstępie usunąć z drogi wszelkie niedomówienia. Ta kobieta miała przecież odgrywać 
ważną rolę w kierowaniu przychodnią.   

–  To  był  rak  –  wyznała  cicho.  –  Nie  nadający  się  do  zoperowania.  Mąż  walczył  z  nim 

dzielnie  przez  piętnaście  miesięcy,  chociaż  wiedział,  że  nie  ma  żadnych  szans.  Wszyscy  to 
wiedzieliśmy. Zmarł ponad rok temu. Miał trzydzieści siedem lat.   

background image

Fiona sprawiała przez chwilę takie wrażenie, jakby nie wiedziała, co powiedzieć.   
– A dzieci... ? – wybąkała w końcu.   
– Jessica ma jedenaście lat, a William osiem – odparła Maggie pewniejszym już głosem. 

– Strasznie im go brakuje, ale życie musi się toczyć dalej... A skoro już mowa o dzieciach, to 
Ben Neville też ma dwoje – dziewięcioletnią córeczkę i  dwunastoletniego syna, Richarda – 
ale one są przy matce.   

Na twarzy Fiony odmalowało się zaskoczenie.   
– To doktor Neville jest rozwiedziony? 
– Tak, rozstał się z żoną, Claire, cztery lata temu. Myślę, że powinnaś wiedzieć o takich 

sprawach, żeby uniknąć w przyszłości krępujących nieporozumień.   

–  Tak,  rozumiem  –  mruknęła  Fiona.  Odruchowo  odgarnęła  z  czoła  kosmyk  jasnych 

włosów. – A drugi partner, doktor Turner... jest żonaty? 

–  On?  Skądże  znowu.  –  Maggie  nie  mogła  powstrzymać  uśmiechu.  –  Co  wcale  nie 

znaczy,  że  stroni  od  płci  odmiennej.  Wprost  przeciwnie.  Wiele  na  ten  temat  mogłyby  ci 
opowiedzieć  miejscowe  dziewczęta,  a  zwłaszcza  nasze  recepcjonistki  i  pielęgniarki.  Ale 
Jonathan nie przejawia skłonności do wiązania się na dłużej i chyba wyrobił już sobie opinię 
niepoprawnego motylka.   

Teraz i Fiona się uśmiechnęła. Maggie wstała.   
–  Resztę  plotek  na  temat  personelu  zostawmy  sobie  może  na  kiedy  indziej.  Chodźmy 

teraz do biura. Przedstawię cię Moirze Silsbury, naszej sekretarce, która będzie twoją prawą 
ręką  w  takich  kwestiach  jak  przygotowywanie  wypłat,  odprowadzanie  podatków  i  tego 
rodzaju rutynowych sprawach. Potem mamy spotkanie, na którym poznasz resztę personelu.   

Opuściły  gabinet  Maggie  i  długim  korytarzem  przeszły  do  pokoju  sekretarki,  gdzie 

Maggie,  dokonawszy  oficjalnej  prezentacji,  zostawiła  Fionę  z  Moirą.  Wracając  do  siebie, 
spotkała  Bena,  który  wychodził  właśnie  z  gabinetu.  Ben,  mężczyzna  o  ciepłych  brązowych 
oczach i wiecznie rozwichrzonych ciemnych włosach, był od niej kilka lat starszy.   

–  O,  Maggie.  –  Uśmiechnął  się  na  jej  widok.  –  Właśnie  do  ciebie  idę.  Ta  nowa 

kierowniczka już dotarła? 

– Tak, zaprowadziłam ją przed chwilą do Moiry.   
– O której to zebranie personelu? 
– W południe. Ben jęknął.   
– Tego się obawiałem.   
– Co, nie pasuje ci? – zafrasowała się Maggie.   
– Żebyś wiedziała. Chociaż dzisiaj mam takie urwanie głowy, że chyba żadna pora by mi 

nie  odpowiadała.  Po  porannym  dyżurze  w  przychodni  czeka  mnie  sto  tysięcy  wizyt 
domowych, potem spotkanie z dwoma pracownikami służb socjalnych, o trzeciej trzydzieści 
zaczynam przyjmować w poradni przedporodowej, a o piątej wracam tutaj na popołudniowy 
dyżur.   

– Czyli nie jest wcale tak tragicznie – zauważyła z uśmiechem Maggie. – Dla mnie byłby 

to spacerek.   

–  Tak,  dla  ciebie  na  pewno.  –  Ben  przejechał  dłonią  po  ciemnych  włosach.  –  Prawdę 

background image

powiedziawszy, Maggie, zastanawiam się czasami, jak ty to robisz: przychodnia, pacjenci, a 
do tego dom i dzieci na głowie. Czy ty aby nie przesadzasz? 

– Bynajmniej – odparła Maggie. – Potrzebuję tego, Ben. Dobrze wiesz.   
– Tak, wiem, ale mimo wszystko... Martwię się o ciebie, Maggie.   
– Niepotrzebnie. Naprawdę, Ben, czuję się świetnie, a poza tym mam Ingrid.   
– A, tak. Nieugięta Ingrid. Co u niej? 
– Jest wspaniała i ma u dzieci autorytet, a to zakrawa na cud.   
– Pewnie się jej boją – mruknął zgryźliwie Ben. – Wiem coś o tym, bo sam trzęsę przed 

nią portkami.   

– Bzdura. Przepadają za nią, a ona za nimi. Dziękuję Bogu, że zesłał mi Ingrid. – Maggie 

westchnęła.  –  Dziękuję  za  każdym  razem,  kiedy  słyszę,  jak  inni  opowiadają  o  swoich 
problemach z opieką nad dziećmi.   

– Przynajmniej za to jedno mogę być wdzięczny Claire – zauważył Ben, krzywiąc się. – 

Opiekę nad dziećmi wzięła na siebie.   

– Tak, ale Claire nie pracuje, Ben, a to różnica.   
–  Owszem,  masz  rację  –  przyznał.  –  Spójrzmy  jednak  faktom  w  oczy:  ona  nie  musi 

pracować! Miliony Luke’a Tylera zdjęły z niej tę przykrą konieczność.   

Maggie  zrobiło  się  żal  kolegi.  Najlepszego  kolegi,  bez  którego  nie  dałaby  sobie  chyba 

rady,  zwłaszcza  w  tamtym  trudnym  okresie,  po  śmierci  Davida.  Kiedyś  ona,  David,  Ben  i 
Claire  tworzyli  zgraną  paczkę.  Ich  dzieci  przyszły  na  świat  mniej  więcej  w  tym  samym 
czasie,  bawiły  się  razem  jako  kilkuletnie  brzdące,  ale  potem  między  Benem  i  Claire  coś 
zaczęło się psuć, i  w końcu Claire odeszła, zabierając ze sobą Richarda i Emmę, a wkrótce 
potem poślubiła Luke’a Tylera, bogatego przedsiębiorcę budowlanego. Ben bardzo to przeżył.   

–  No  i  jaka  ona  jest?  –  Ben  zniżył  głos  do  konspiracyjnego  szeptu.  –  Ta  nowa 

kierowniczka? 

Maggie  rozejrzała  się,  czy  nikt  ich  nie  obserwuje,  po  czym  wepchnęła  go  do  swojego 

gabinetu i zamknęła drzwi.   

– Wydała mi się sympatyczna... ale widziałeś ją przecież na rozmowie kwalifikacyjnej.   
– Niby widziałem. Tylko że na podstawie rozmów kwalifikacyjnych trudno wyrobić sobie 

wiążącą opinię. Ludzie nie są na nich sobą. Robią, co mogą, żeby jak najkorzystniej wypaść, 
albo  trema  tak  ich  zżera,  że  zachowują  się  zupełnie  dla  siebie  nietypowo.  –  Urwał.  –  Jest 
samotna, tak? 

– Jeśli pod określeniem „samotna” rozumiesz niezamężna, to  tak. Być  może ma kogoś, 

ale na ten temat nic mi na razie nie wiadomo. Za to bardzo interesowała się nami.   

– Naprawdę? Mam nadzieję, że za dużo jej nie wypaplałaś? 
– Tylko prawdę. – Maggie wzruszyła ramionami i spojrzała na niego spod ściągniętych 

brwi. – A co, według ciebie, miałabym przed nią ukrywać? 

– No... ukrywać jak ukrywać, ale chwalić się też nie ma czym. Zauważ, że nie ma wśród 

nas  nikogo,  kto  pozostawałby  w  formalnym  związku  małżeńskim.  Przepraszam,  Maggie.  – 
Ben złagodził ton i dotknął jej ramienia. – Nie ciebie miałem na myśli. Ale cała nasza reszta... 
ho, sama wiesz... albo rozwiedzeni, albo żyją na kocią łapę. No i ten Jon... on to już w ogóle... 

background image

O, właśnie, mam nadzieję, że ostrzegłaś ją przed Jonem? 

– Ostrzegłam. – Maggie skrzywiła się. – Ma się rozumieć, że ostrzegłam. Uznałam to za 

swój obowiązek. Przed Jonem należy ostrzegać każdą samotną kobietę.   

– Nie wiemy jeszcze, czy jest samotna.   
–  Fakt,  nie  wiemy.  –  Maggie  ściągnęła  brwi.  –  Mamy  przecież  Aimee!  –  wyrzuciła  z 

siebie triumfalnie.   

–  Aimee?  No,  mamy  Aimee,  i  co  z  tego?  –  W  ciemnych  oczach  Bena  pojawiło  się 

pytanie.   

– Powiedziałeś, że nie ma wśród nas nikogo, kto pozostawałby w formalnym związku, a 

Aimee jest mężatką i ma trójkę dzieci.   

–  No  tak,  Aimee.  Zupełnie  o  niej  zapomniałem.  Aimee,  chwalebny  wyjątek.  –  W 

kącikach jego oczu pojawiły się kurze łapki. – To myślisz, że ta Fiona jak-jej-tam się nada? 

–  Fiona  Winn.  Owszem,  myślę,  że  się  nada.  Ma  bardzo  dobre  referencje  z  ostatniego 

miejsca zatrudnienia.   

– Hm. Pracowała ostatnio w jakiejś londyńskiej przychodni, tak? – Ben zaczął przekładać 

machinalnie teczki leżące na biurku Maggie.   

– Tak, w Chiswick.   
– Niełatwo będzie jej się tu zaaklimatyzować. Gdzie się zatrzymała? 
–  Wynajęła  mieszkanie  w  Milbury,  ale  jej  rodzice  mieszkają  w  Seaview.  Myślę,  że 

dziewczyna da sobie radę, Ben.   

– Czas pokaże – mruknął Ben, wzruszając ramionami.   
–  Miałeś  do  niej  jakieś  zastrzeżenia  podczas  rozmowy  kwalifikacyjnej?  –  Maggie 

spojrzała uważnie na przyjaciela.   

–  Kilka  –  przyznał.  –  Ale  jak  wiesz,  nie  jestem  do  końca  przekonany,  czy  w  ogóle 

potrzebny nam kierownik, a jeśli już musimy takiego zatrudniać, to nie mam pewności, czy to 
musi być akurat Fiona Winn.   

–  Trzeba  to  było  od  razu  powiedzieć  –  żachnęła  się  Maggie.  –  Myślałam,  że  jesteś 

zadowolony z naszego wyboru.   

– Była najlepsza z kandydatów... – Ben znowu wzruszył ramionami. – No nic, pożyjemy, 

zobaczymy. – Zerknął na zegarek. – Oj, muszę lecieć, bo nie zdążę. Na razie, Maggie.   

– Na razie. Aha... Ben? – zawołała za nim.   
– Tak? – Zatrzymał się w progu i obejrzał.   
– Nie wpadłbyś wieczorem na kolację? 
– Z miłą chęcią. Dzięki za zaproszenie, Maggie.   
Gdy  wyszedł,  westchnęła  i  odwróciła  się  do  okna.  Przychodnia  mieściła  się  w  starym 

budynku  na  przedmieściach  miasteczka  Milbury  położonego  w  zachodniej  części  wyspy 
Wight.  Gabinet lekarski  Maggie znajdował  się na piętrze i  jego okna  wychodziły na osiedle 

nowych bungalowów. Za bungalowami rozciągały się pola uprawne porośnięte kukurydzą, a 

za nimi, jeśli  stanęło  się na palcach, można było wypatrzeć  skrawek morza –  cienką wstęgę 
srebrzystego błękitu, połyskującą teraz w blasku porannego słońca.   

Kiedy  żył  David,  wybierali  się  często  na  spacery  brzegiem  morza.  Czy  to  wiosna,  czy 

background image

jesień,  potrafili  przewędrować  tak  całe  mile  z  dziećmi  i  dwoma  psami.  Po  śmierci  męża 
zarzuciła ten zwyczaj, ale ostatnio do niego powróciła.   

Odwróciła się z westchnieniem  od okna i  usiadła za biurkiem, żeby przygotować się do 

przyjmowania pacjentów. Włączyła komputer i rzuciła okiem na piętrzącą się obok stertę kart 

chorobowych, które wraz z poranną pocztą położyła tam rejestratorka Katie Jones.   

Trochę  słabo  jej  się  zrobiło,  kiedy  na  samym  wierzchu  zobaczyła  kartę  Jasmine  Hyde. 

Jasmine  cierpiała  od  dawna  na  przewlekły  nieżyt  jelit  i  była  bardzo  niezdyscyplinowaną 
pacjentką. Wystarczyło, że wyczytała gdzieś albo usłyszała o jakiejś alternatywnej metodzie 
leczenia  swojej  dolegliwości,  a  odstawiała  przepisane  leki  i  zaczynała  eksperymentować  z 
nowymi, by po jakimś czasie wrócić do Maggie z narzekaniem, że znowu jej się pogorszyło.   

Maggie  nacisnęła  brzęczyk,  odchyliła  się  na  oparcie  fotela  i  czekając  na  pierwszą 

pacjentkę, wróciła na chwilę myślami do rozmowy z Benem. Trochę ją zaskoczyło, że Ben 
nie jest przekonany do nowej kierowniczki przychodni, Fiony Winn. Ben znał się na ludziach 
i do tej pory Maggie polegała na jego opiniach, tak więc ta ostatnia trochę ją zdeprymowała.   

Z zadumy wyrwało ją pukanie.   
– Proszę! – zawołała. Drzwi otworzyły się i do gabinetu weszła pacjentka. – Dzień dobry, 

Jasmine. – Maggie uniosła się z fotela i wskazała pacjentce krzesło. – Siadaj, proszę.   

Jasmine była chudą, nerwową kobietą około czterdziestki.   
– Dzień dobry, pani doktor. – Usiadła ze zbolałą miną.   
– Co cię do mnie sprowadza? – spytała Maggie, choć dobrze wiedziała, co zaraz usłyszy.   
– Te ostatnie tabletki, które mi pani zapisała...   
– Pamiętam, Jasmine. Pomogły? 
– Nie. Mało, że nie pomogły, to jeszcze zaszkodziły. Bóle. Zaparcia. Biegunka.   
– Jak długo je zażywałaś? – spytała Maggie.   
– A, tylko dwa dni. Nie pomagały, to przestałam brać. Bo i po co.   
– Nie pomyślałaś, że trzeba je zażywać trochę dłużej, żeby zaczęły działać? 
– Nic by to nie dało. – Jasmine pokręciła ponuro głową. – Zresztą wpadła mi w oko ta 

reklama. – Pogrzebała w wielkiej, przewieszonej przez ramię torebce, wyciągnęła wycinek z 
jakiegoś czasopisma i podała go Maggie.   

Maggie przebiegła wzrokiem treść.   
– Tak, jeśli te pastylki rzeczywiście mają takie cudowne działanie, jak tu piszą, to świat 

zaroi się wkrótce od szczęśliwych ludzi – zauważyła w końcu.   

–  Tak  też  sobie  pomyślałam  –  podchwyciła  Jasmine,  kiwając  głową.  –  Przepisze  mi  je 

pani, pani doktor? 

– Przykro mi, Jasmine, ale nie mogę – odparła Maggie, składając wycinek i oddając go 

pacjentce.   

–  Ale  bez  recepty  nie  będzie  mnie  na  nie  stać  –  zaprotestowała  Jasmine.  –  Zapas  na 

miesiąc kosztuje ponad dwadzieścia funtów.   

–  Nie  wolno  mi  ich  zapisywać.  –  Maggie  pokręciła  głową.  –  Są  dostępne  tylko  w 

sklepach ze zdrową żywnością. To tak zwany lek alternatywny i w aptece go nie dostaniesz.   

–  Ale  tu  jest  napisane,  że  są  bardzo  dobre.  Drukują  nawet  listy  od  ludzi,  którzy  jak  je 

background image

zaczęli brać, to od razu im się polepszyło.   

–  Być  może  –  przyznała  Maggie.  –  Ale  to  nie  zmienia  faktu,  że  mnie  nie  wolno  ich 

przepisywać.   

–  Coś  takiego!  –  obruszyła  się  Jasmine.  –  Skoro  pomagają,  a  tabletki,  które  mi  pani 

zapisała, nie...   

– Tego nie wiesz. Dwa dni zażywania to za krótko.   
– To co ja mam robić? – Jasmine spojrzała na nią z urazą. – Nie stać mnie na wydawanie 

dwudziestu funtów miesięcznie na leki. A te mi nie pomagają.   

– Stosowałaś tę specjalną dietę, którą ci zaleciłam? 
– No, tak jakby, ale ostatnio trochę sobie pofolgowałam. Miałam ślub w rodzinie, a potem 

urodziny koleżanki z pracy...   

– Jasmine. – Maggie odetchnęła głęboko. – Radzę ci wrócić do zażywania leku, który ci 

przepisałam. Doradzam również powrót do diety. Wiem, że to trudne i współczuję ci, ale to 
dla twojego dobra i w końcu przyniesie rezultaty.   

–  No  dobrze...  spróbuję  jeszcze  raz  –  powiedziała  z  ociąganiem  Jasmine.  –  Ale  jak  nie 

pomoże, to wrócę.   

Mam to jak w banku, pomyślała Maggie, kiedy za Jasmine zamykały się drzwi. Nacisnęła 

guzik brzęczyka. Następnym pacjentem był starszy mężczyzna, Percy North. Percy przez całe 
życie pracował w polu. Przed piętnastu laty przeszedł co prawda na rentę, ale nadal uprawiał z 
żoną duży ogród i hodował kury, a utrzymywali się ze sprzedaży jajek, warzyw i kwiatów.   

– Co słychać, Percy? – Maggie wskazała mu krzesło.   
– Zima za pasem – burknął Percy, ściągając czapkę.   
– O ile mi wiadomo, do zimy jeszcze daleko – zauważyła Maggie.   
– Dziś o świtaniu czuć już było jesienią – odparł ponuro. – Po pierwsze, gęsta rosa, ale 

pani pewnikiem jeszcze spała.   

– Tak, Percy, chyba spałam – przyznała z uśmiechem.   
–  Przychodzę  do  pani,  bo  znowu  mi  się  odnowiło...  wie  pani,  z  tym  bieleniem  palców. 

Pienińsko rai przeszkadza, jak przychodzi coś zrobić w ogrodzie.   

Maggie wywołała na ekran komputera historię choroby Percy’ego i sprawdziła, jakie leki 

swego czasu mu zaordynowała.   

– Widzę tutaj, że w zeszłym roku zapisałam ci tabletki – powiedziała. – Pomagały? 
– Chyba tak. – Percy podrapał się po głowie. – Bo mi przeszło.   
–  No  to  je  powtórzymy,  Percy.  –  Maggie  postukała  klawiszami  i  czekając  na  wydruk 

recepty, ciągnęła: – Gdyby nie pomogły, przyjdź jeszcze raz. I nie zapomnij zaszczepić się w 

tym roku przeciwko grypie. Jak tam Daisy? – spytała, wręczając Percy’emu gotową receptę.   

Percy,  zanim  odpowiedział,  złożył  starannie  arkusik  i  wsunął  go  z  namaszczeniem  do 

sfatygowanego skórzanego portfela.   

–  Jako  tako,  dziękuję.  –  Kiwnął  głową.  –  Kazała  powiedzieć,  że  mamy  dla  pani  trochę 

warzyw i owoców.   

– To bardzo miłe z waszej strony, Percy.   
– Podrzucę je dzisiaj do Młyna.   

background image

– Dziękuję, Percy.   
Wizyta dobiegła w zasadzie końca, ale Percy siedział dalej.   
– Jak się miewa doktor Ward, pani doktor? – spytał po chwili. – Bo słyszałem na poczcie, 

że artretyzm daje mu się ostatnio we znaki.   

– Już lepiej. – Maggie uśmiechnęła się. – Powiem mu, że o niego pytałeś.   
Dopiero  teraz  Percy  dźwignął  się  z  krzesła,  włożył  czapkę,  ukłonił  się  uroczyście  i 

wyszedł  z  gabinetu.  Fiona  słusznie  zauważyła,  że  w  tej  małej  społeczności  wszyscy 
wszystkich znają. Miało to tę zaletę, że dawało poczucie wspólnoty, z drugiej jednak strony 
potrafiło być czasami uciążliwe, bo siłą rzeczy  wszyscy  wszystko  o wszystkich wiedzieli,  i 
nawet najbardziej osobiste sprawy stawały się często przedmiotem publicznej debaty.   

Po  zakończeniu  porannego  dyżuru  Maggie  pomaszerowała  do  pokoju  dla  personelu  na 

zapowiedziane  spotkanie.  Zastała  tam  już  kilka  osób.  Starsza  rejestratorka  Jackie  Price 
nalewała właśnie kawę pielęgniarce, Dawn Prentice, i sobie. Zabójczo przystojny, jak zwykle 
zadbany Jon Turner, młodszy partner, stał przy oknie i przeglądał jakiś  medyczny periodyk. 

Na widok wchodzącej Maggie rzucił czasopismo na niski stolik pośrodku pokoju.   

– Maggie. Jesteś wreszcie.   
– Długo potrwa to spotkanie, Maggie? – spytała Dawn.   
–  Nie  sądzę.  –  Maggie  pokręciła  głową.  –  Pomyśleliśmy  tylko,  że  dobrze  będzie,  jeśli 

wszyscy poznacie osobiście Fionę. Prawda, Jon? 

– Słucham? – Jon, odwrócony do niej plecami, rozmawiał z osiemnastoletnią rejestratorką 

Katie,  która  weszła  przed  chwilą  do  pokoju,  ale  słysząc  adresowane  do  siebie  pytanie, 
przeniósł szybko wzrok na Maggie.   

–  Powiedziałam,  że  naszym  zdaniem  dobrze  będzie,  jeśli  wszyscy  poznają  Fionę 

osobiście – powtórzyła Maggie.   

– Tak, naturalnie. – Jon odgarnął z czoła niesforny kosmyk spłowiałych w letnim słońcu 

włosów.   

Więcej  nie  zdążył  powiedzieć,  bo  drzwi  się  otworzyły  i  do  pokoju  wkroczyła  Fiona, 

której towarzyszyła Moira.   

–  Siadaj,  Fiono  –  zagaiła  Maggie.  –  Podam  ci  kawę.  Podeszła  do  szafki  pod  ścianą  i 

sięgając po dzbanek, zwróciła się przyciszonym głosem do Katie: 

– Nie wiesz czasem, gdzie podziewa się doktor Neville? Katie ściągnęła brwi.   
– Poranny dyżur trochę mu się przeciągnął, ale chyba już skończył.   
– Mogłabyś zajrzeć do jego gabinetu i przypomnieć mu, która godzina? – Mówiła cicho, 

by  pozostali  nie  usłyszeli.  Lepiej  żeby  Fiona  nie  pomyślała  sobie,  że  starszy  partner 
zapomniał o spotkaniu.   

Katie wybiegła, a Maggie podeszła z kawą do Fiony, która zajęła tymczasem miejsce w 

jednym z foteli.   

– Jak minął ranek? – spytała.   
– Na razie mam zamęt w głowie – przyznała ze śmiechem Fiona, odbierając od Maggie 

filiżankę. – Ale dajcie mi trochę czasu, zwykle szybko wciągam siew nowe obowiązki.   

– Doktor Hudson? – Obok stała Jackie.   

background image

– Słucham, Jackie? 
– Mogę zamienić z panią słówko o jednej z pacjentek, póki czekamy? 
– Oczywiście – odparła Maggie. – O kogo chodzi? 
– O Audrey Attrill. Przyszły właśnie jej zdjęcia rentgenowskie. Wydaje mi się, że mogą 

panią zainteresować.   

– Rozumiem. Dziękuję, Jackie. Połóż je na moim biurku. Zatelefonuję do niej, albo zaraz, 

może sama do niej wpadnę... – Maggie urwała, bo w tym momencie wróciła Katie, prowadząc 
za sobą Bena.   

Wystarczył  jeden  rzut  oka  na  jego  twarz  i  Maggie  już  wiedziała,  że  rzeczywiście 

zapomniał o spotkaniu. Reszta obecnych pomyślała sobie pewnie, że po prostu spóźnił się, bo 
zatrzymało go coś, co zatrzymuje zwykle lekarzy, ale oni nie znali go tak dobrze jak Maggie.   

– Przepraszam, że kazałem wam czekać – mruknął. – Jak wiecie, zebraliśmy się tu, żeby 

poznać  i  powitać  nową  kierowniczkę  naszej  przychodni,  Fionę  Winn.  –  Gdy  spojrzał  na 
Fionę, ona skłoniła lekko głowę. – Jesteśmy tu jak na statku, Fiono, ale śmiem twierdzić, że 
dobrze  nam  na  jego  pokładzie  i  mamy  wszyscy  nadzieję,  że  i  ty  poczujesz  się  wśród  nas 
szczęśliwa.  –  Potoczył  wzrokiem  po  twarzach  zebranych.  –  Fiona  przybywa  do  nas  z 
obleganej  londyńskiej  przychodni  i  chociaż  my  też  miewamy  tu  czasem  urwanie  głowy,  to 
niebawem stanie się dla niej jasne, że wyspiarskie życie różni się bardzo od tego, do czego 
przywykła.  Nie  wątpię,  że  pomożecie  jej  zaaklimatyzować  się  i  przystosować  do  nowych 
warunków.   

Dały się słyszeć pomruki potwierdzenia. Fiona wstała.   
–  Dziękuję,  doktorze  Neville,  za  miłe  powitanie.  Tak,  z  pewnością  będzie  tu  zupełnie 

inaczej  niż  w  przychodni  w  Chiswick,  ale  mam  nadzieję,  że  z  waszą  pomocą  szybko  się 
wciągnę.   

– Fiono, chyba nie znasz jeszcze wszystkich – odezwała się Maggie, wyczuwając, że Ben 

nie  ma  nic  więcej  do  powiedzenia.  –  To  jest  Dawn  Prentice,  jedna  z  naszych  dwóch 
pielęgniarek. Druga to Aimee Barnes, ale ona jest obecnie na zwolnieniu.   

Fiona wymieniła uścisk dłoni z Dawn. Maggie kontynuowała prezentację.   
–  Jackie  i  Katie  już  znasz,  a  trzecia  nasza  rejestratorka,  Holly,  jest  teraz  na  dole,  w 

recepcji.  W  skład  średniego  personelu  medycznego  wchodzą  ponadto  dwie  wizytatorki 

sanitarne i, oczywiście, pielęgniarki środowiskowe. Poznasz je wszystkie w swoim czasie.   

– Tyle imion i nazwisk do spamiętania – zafrasowała się Fiona, kręcąc głową.   
Każde  z  zebranych  zamieniało  z  nową  kierowniczką  kilka  słów,  dopijało  kawę  i 

wymykało się z pokoju. W końcu na placu boju zostali tylko Maggie i Ben.   

–  Zapomniałeś,  prawda?  –  zapytała  oskarżycielskim  tonem,  przysuwając  się  do 

przyjaciela.   

– O czym? – Ben zrobił niewinną minkę.   
– O tym spotkaniu.   
– Ja? No co ty... – Wzruszył ramionami. – Zasiedziałem się tylko, nie wiedziałem, że to 

już ta godzina. Musiałem zatelefonować w parę miejsc, przejrzeć emaile...   

– Zapomniałeś.   

background image

– No dobrze, zapomniałem – przyznał w końcu, wzdychając ciężko. – Ktoś zauważył? 
– Raczej nie. – Maggie uśmiechnęła się. – Pomyśleli pewnie, że coś cię zatrzymało. Ale 

mnie nie oszukasz.   

– Czasami myślę, że za dobrze mnie znasz.   
– Być może, ale to chyba zrozumiałe po tylu latach.   
– Fakt. – Ben kiwnął  głową i zawiesił na chwilę głos. – I wiesz co? Wydaje mi się, że 

gdyby role się odwróciły, ja też bym się zorientował – dorzucił.   

–  No  i  sam  widzisz.  –  Maggie  roześmiała  się.  –  I  zapewniam  cię,  że  mnie  to  nie 

przeszkadza.   

–  Mnie  też  –  mruknął  Ben.  –  Ale  musisz  przyznać  –  dodał  po  chwili  –  że  to  trochę 

krępujące znać kogoś na wylot i wiedzieć, że ktoś też tak dobrze cię zna.   

– Masz rację – przyznała powoli Maggie. – Chyba tak.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

– Pamiętaj, Albercie, że musisz dużo pić, zwłaszcza w trakcie zażywania tego leku.   
– Nie dam sobie tego dwa razy powtarzać, panie doktorze. – Albert, pomimo bólu nerek, 

który tak dawał mu się we znaki, zdobył się na uśmiech.   

– Nie miałem na myśli piwa – warknął Ben.   
–  Od  razu  wydało  mi  się  to  za  pięknie,  żeby  było  prawdziwe  –  westchnął  Albert, 

krzywiąc się.   

– Musisz pić dużo wody, żeby nerki dobrze się przepłukiwały.   
– Mam napój cytrynowy, doktorze – wtrąciła Ethel, żona Alberta. – Może być? On nie za 

dobrze żyje z wodą.   

Ben obejrzał się przez ramię na Ethel stojącą w drzwiach sypialni.   
–  Może  być  napój  cytrynowy,  Ethel.  I  pilnuj,  żeby  zażywał  te  tabletki.  Ma  zapalenie 

miedniczek nerkowych. Przepisałem mu dwa leki. Ten w kapsułkach to antybiotyk, który ma 
zabić  wirusa  i  tym  podobne,  a  białe  płaskie  tabletki  to  środek  przeciwbólowy.  Dasz  radę 
zrealizować receptę jeszcze dzisiaj? 

Ethel kiwnęła głową.   
– Tak, dziękujemy, doktorze Neville.  Brian, nasz syn, dzwonił,  że wpadnie, wracając z 

pracy. Poślę go do dyżurnej apteki w Newport.   

– Bardzo dobrze. – Ben złożył swój podpis, wydarł receptę z bloczka i wręczył ją Ethel. – 

Ciepło  się  ubieraj,  Albercie,  i  dużo  odpoczywaj,  a  wkrótce  lepiej  się  poczujesz.  –  Wstał  i 
wyszedł  za  Ethel  z  sypialni.  –  Gdyby  wystąpiły  jakieś  problemy,  dzwoń  do  nas,  ale  jak 
powiedziałem, szybko powinna nastąpić poprawa.   

– Kończy pan już na dzisiaj? – spytała Ethel, otwierając mu drzwi frontowe.   
– Tak jakby. – Ben kiwnął głową. – I jeszcze raz przepraszam za spóźnienie. Miałem dziś 

istne urwanie głowy.   

– Nic nie szkodzi.   
– Na szczęście to moja ostatnia wizyta domowa – westchnął Ben. – Chyba zapracowałem 

sobie na kolację.   

Słońce  kryło  się  już  za  linią  brzegową  majaczącą  po  drugiej  stronie  przesmyku,  niebo 

przybierało  barwę  purpury,  a  morze  ciemniało,  gdy  Ben,  opuściwszy  wiejską  chatę 
Morrisonów,  wracał  nadbrzeżną  szosą  do  domu.  Weźmie  prysznic,  przebierze  się,  a  potem 
pójdzie na kolację do Maggie.   

Dobrze,  że  go  zaprosiła.  Zrelaksuje  się  u  niej  po  tym  naprawdę  ciężkim  dniu.  Szczerze 

mówiąc,  niełatwo  mu  było  odnaleźć  się  w  roli  starszego  wspólnika  –  nigdy  do  niej  nie 
pretendował  ani  nie  wzdychał.  David  był  mniej  więcej  w  jego  wieku  i  trudno  było 
przewidzieć, że umrze. Wyobrażał sobie zawsze, że David będzie kierował przychodnią aż do 
emerytury, na którą przejdą obaj mniej więcej w tym samym czasie. Los zrządził inaczej.   

Jego  powołaniem  było  leczenie  ludzi,  a  papierkowej  roboty  i  całej  tej  administracyjnej 

mitręgi  z  głębi  duszy  nie  cierpiał.  Może  Fiona  Winn  zdejmie  z  niego  choć  część  tych 

background image

przykrych obowiązków. Jej poprzedniczka, starsza kobieta zatrudniona w przychodni na pół 
etatu, zajmowała się praktycznie tylko sprawami finansowymi. Z Fioną powinno być inaczej.   

Skręcił  w  swój  podjazd,  zatrzymał  samochód  i  zgasił  silnik.  W  zapadającym  szybko 

zmierzchu  majaczył  pogrążony  w  ciemnościach  i  ciszy  dom.  Właściwie  to  należałoby  go 
sprzedać. Po co samotnemu  mężczyźnie taka wielka chałupa. Wstrzymywał  się z tym  tylko 
przez  wzgląd  na  odwiedzające  go  czasem  dzieci.  Jednak  owe  wizyty  stawały  się  coraz 
rzadsze.   

Wszedł  do  zimnego,  niegościnnego  domu,  włączył  ogrzewanie  –  tak,  lato  się  już 

kończyło  –  wziął  szybki  prysznic,  wytarł  się,  włożył  koszulkę  polo  i  szare  moleskinowe 
spodnie.   

Wychodząc,  zabrał  z  kuchni  butelkę  chardonnay.  Pół  godziny  od  skręcenia  w  swój 

podjazd był z powrotem w samochodzie.   

Do Młyna, gdzie z dwójką dzieci mieszkała Maggie, miał niespełna milę. Dom, jak sama 

nazwa wskazywała, został zaadaptowany na cele mieszkalne ze starego młyna wodnego. Na 
pamiątkę dawnego przeznaczenia budynku pozostawiono wielkie drewniane, łopatkowe koło 
młyńskie,  które  choć  nie  spełniało  już  swej  funkcji,  nadal  obracało  się,  popychane  nurtem 
przepływającego  tuż  obok  strumienia.  Sam  dom  stał  w  małej  kotlince  otoczonej  niskimi 
pagórkami.  Już  z  daleka,  z  prowadzącej  w  dół  dróżki  dojazdowej,  widać  było  zapraszające 
smugi bursztynowego światła lejące się z okien.   

Ben  zatrzymał  samochód  i  wysiadł.  Podeszła  do  niego,  węsząc  ciekawie,  czekoladowa 

labradorka.   

–  Cześć,  Galaxy.  Dobra  dziewczynka.  –  Ben  schylił  się  i  poklepał  ją  po  łbie.  –  Gdzie 

reszta towarzystwa? 

Zza domu, jak na zawołanie, wypadł z ujadaniem złocisty cocker spaniel.   
– To tak mnie witasz, Rex? Uważaj, bo się przestraszę.   
– Ben podrapał psa za długim jedwabistym uchem i ten przymknął z rozkoszy oczy.   
Kiedy  chwilę  potem,  eskortowany  przez  psy,  wchodził  na  małe  podwórko  na  tyłach 

domu,  otworzyły  się  czarne,  nabijane  ćwiekami  drzwi  i  w  progu  stanęła  Jessica,  córka 

Maggie.   

– Ben przyjechał! – zawołała. – Cześć.   
– Cześć, Jess! – odkrzyknął Ben. – Jak się masz, Wills! 
– dorzucił, widząc głowę małego chłopca wyglądającego zza siostry.   
Za dziećmi stanęła Maggie: wysoka, szczupła, w długiej purpurowej sukience z frędzlami 

u  dołu,  na  którą  narzuciła  lawendowy  sweterek.  Burza  ciemnych  włosów  okalała  jej  twarz. 
Wypisz wymaluj Cyganka.   

– Wejdź, Ben – zaprosiła go. Miała niski, lekko schrypnięty głos.   
Przestąpił próg. W nozdrza połaskotały go aromaty napływające z kuchni przemieszane z 

zapachem świec palących się w pokoju obok.   

– Lubię Bena – oznajmił William, nasypując sobie chrupek do miski.   
– Wszyscy go lubimy, głuptasie – powiedziała Jessica i odgryzła kawałek grzanki.   
– Powinien tu z nami mieszkać – ciągnął William.   

background image

– Will! – Maggie odwróciła się od kuchenki. – Patrz, co robisz! Rozsypujesz płatki! 
– Głodny jestem... i to nie są żadne płatki, tylko miodowe chrupki.   
– Niech ci będą miodowe chrupki. Ale i tak je rozsypujesz.   
– Ben nie może z nami mieszkać – podchwyciła Jessica. – Ma swój dom.   
– Ale to duży dom.   
– Musi być duży, żeby Emma i Richard mieli gdzie mieszkać, kiedy wrócą.   
– A Claire też wróci? – spytał z powagą William.   
– No coś ty! – fuknęła z wyższością Jessica. – Przecież są z Benem rozwiedzeni, prawda, 

mamusiu? 

– Słucham, kochanie? – Maggie, zajęta przeglądaniem poczty, nie dosłyszała pytania.   
– Ben i Claire.   
– Co Ben i Claire? – Maggie ściągnęła brwi. – Ben i Claire są rozwiedzeni.   
– Przecież wiem. Właśnie to mówiłam! – Jessica westchnęła z rezygnacją.   
–  Wciąż  nie  rozumiem,  co  to  wszystko  przeszkadza  Benowi  z  nami  zamieszkać  – 

wymamrotał William, ładując sobie do ust czubatą łyżkę chrapek. – Dla Richarda i Emmy też 
by się miejsce znalazło, kiedy chcieliby go odwiedzić. Na przykład w naszych pokojach.   

– No nie! Jak ty czasem coś powiesz, to nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. – Jessica 

wstała od stołu.   

– Jessico! – upomniała ją Maggie.   
– Bo tak jest. Przykro mi, ale tak właśnie jest. – Odwróciła się i wyszła z kuchni, mijając 

się w drzwiach z Ingrid, opiekunką i pomocą domową.   

– Pościeliłam łóżka – oznajmiła Ingrid. Obejrzała się za Jessiką, wzruszyła ramionami i 

odgarnęła za ucho długie jasne włosy.   

– Dziękuję, Ingrid. – Maggie podniosła na nią wzrok znad wyciągów bankowych, których 

studiowanie  stawało  się  coraz  bardziej  przygnębiające.  –  Aha,  Ingrid  –  podjęła  szybko  –  w 
spiżarni  znajdziesz  pudło  ze  świeżymi  warzywami  i  owocami.  Jabłka,  pomidory,  trochę 
późnej fasoli, no i jajka.   

– Od pana Northa? – domyśliła się Ingrid. Maggie kiwnęła głową.   
– Tak. Są z Daisy bardzo mili.   
– Ale mogliby, prawda, mamusiu? – William odsunął od siebie opróżnioną miskę.   
– Kto i co by mógł? – spytała Maggie z roztargnieniem, zbierając wyciągi z banku.   
–  Ben  by  mógł  u  nas  zamieszkać  –  wyjaśnił  cierpliwie  William  –  a  Richard  i  Emma 

mogliby go tu odwiedzać, kiedy by tylko chcieli.   

Maggie spojrzała na syna ze zdumieniem.   
– Skąd ci to przyszło do głowy, Williamie? 
– Byłoby fajnie – mruknął William, spuszczając oczy. – Nie mam z kim pograć w piłkę. 

Jessica nie umie, no a... a tata już nie wróci, prawda, mamusiu? 

– Och, kochanie. – Maggie zrozumiała nareszcie, o co chodzi synkowi. Wstała, obeszła 

stół, przytuliła chłopca i pocałowała  go w czubek rozczochranej  głowy.  – Nie – szepnęła – 
tata już nie wróci.   

– Noto...   

background image

– Ale Ben też nie może tu zamieszkać. Ma swój dom – wyjaśniła.   
– To niech go sprzeda – podsunął William. – I przeprowadzi się do nas.   
– Jak by to wyglądało? Nie jest przecież moim mężem.   
– To wzięlibyście ślub – nie ustępował William.   
– To nie takie proste, skarbie – odparła łagodnie Maggie.   
– Żeby wziąć z kimś ślub, trzeba go najpierw pokochać.   
– A ty nie kochasz Bena? – W głosie Williama pojawił się oskarżycielski ton.   
– Jak by ci to... Ben jest moim najlepszym przyjacielem. ..   
–  No  i  widzisz?  –  podchwycił  William.  –  Weźmiecie  ślub  i  już.  –  Aż  pokraśniał  z 

podniecenia. – Richard i Emma też mogliby z nami zamieszkać! 

– Richard i Emma mieszkają z Claire.   
– Wiem, ale...   
– Nie, Will – przerwała mu Maggie łagodnym, ale stanowczym tonem, który oznaczał, że 

ten temat został wyczerpany. Spojrzała na kuchenny zegar. – Oj, to już ta godzina? Spóźnię 
się. Muszę lecieć. Ingrid, pamiętaj, że Jessica ma po lekcjach wizytę u dentysty.   

– A ja trening – dorzucił William.   
–  Wiem,  wiem  –  mruknęła  Ingrid.  –  Oprócz  tego  mam  odebrać  z  pralni  twój  kostium, 

Maggie, i zaprowadzić Galaxy do weterynarza na kontrolę.   

– Kochana Ingrid – westchnęła Maggie. – Co ja bym bez ciebie zrobiła? 
Pół godziny później była już w drodze do Milbury.   

Pierwsze oznaki nadciągającej jesieni uszły poprzedniego ranka jej uwagi, ale dzisiaj nie 

było już żadnych wątpliwości, że zmienia się pora roku. Poranne słońce z trudem przebijało 
się swymi promieniami przez cienki całun mgły snującej się nad doliną. Na każdym źdźble 
trawy  skrzyły  się  krystaliczne  kropelki  rosy,  a  między  słupkami  bram  i  morwowymi 
żywopłotami  rozciągały  się  pajęczyny.  Percy  North  widziałby  w  tym  zapowiedź  mroźnej 
zimy, ale Maggie, która lubiła jesień, jej pierwsze oznaki wprawiały w dobry nastrój.   

Wczoraj,  w  miłej  atmosferze,  zjedli  z  Benem  kolację.  Po  posiłku  dzieci  rozeszły  się  do 

swoich  pokojów  –  William  spać,  Jessica  dokończyć  odrabianie  lekcji  –  a  oni  gawędzili 
jeszcze  długo,  popijając  kawę  i  słuchając  muzyki.  Maggie  zzuła  buty  i  wtuliła  się  w  róg 
kanapy,  podwijając  pod  siebie  nogi,  Ben  rozsiadł  się  wygodnie  w  fotelu  i  wyciągnął  nogi 

przed siebie.   

Był  to  sympatyczny,  ciepły  wieczór,  zresztą  nie  pierwszy  już  taki,  i  nic  dziwnego,  że 

William  wygadywał  przy  śniadaniu  to,  co  wygadywał.  Maggie  uśmiechnęła  się  z 
rozczuleniem.  Wiedziała,  że  chłopcu  strasznie  brakuje  ojca  i  chciałby  mieć  w  domu 
mężczyznę.   

A najlepiej, żeby tym mężczyzną był Ben, którego znał od dziecka. Ben był zresztą jego 

ojcem chrzestnym, tak jak ona matką chrzestną Emmy, córki Bena. To David ściągnął Bena 
przed laty na wyspę Wight. Ben poznał tu Claire i wkrótce się pobrali.   

Cała wyspa przyjęła to  z wielkim  zaskoczeniem, bo wszyscy myśleli, że  Claire wyjdzie 

za Luke’a Tylera, syna bogatego przedsiębiorcy budowlanego, z którym chodziła od czasów 

szkolnych.  I  lepiej  by  było,  gdyby  tak  się  stało,  pomyślała  ponuro  Maggie.  Po  kilku  latach 

background image

małżeństwa i urodzeniu dwójki dzieci Claire doszła do wniosku, że nadal kocha Luke’a.   

Maggie  skręciła  na  parking  pod  przychodnią.  Kiedy  wysiadała  z  samochodu,  nadjechał 

Ben.   

–  Czołem,  Maggie  –  powitał  ją  z  uśmiechem,  zatrzymując  się  obok.  –  Dzięki  za 

wczorajszą kolację. Było wspaniale.   

–  Miło  mi  to  słyszeć,  Ben.  –  Maggie  wzięła  z  tylnego  siedzenia  neseser  i  zatrzasnęła 

drzwi. Ruszyli ramię w ramię w kierunku wejścia do budynku. – Ja też dobrze się bawiłam – 
dodała.   

–  Nadużywanie  twojej  gościnności  zaczyna  mi  wchodzić  w  nawyk  –  zauważył.  – 

Najwyższa pora, żebym się zrewanżował.   

–  Daj  sobie  spokój.  –  Maggie  wzruszyła  ramionami.  –  Wygodniej  nam,  kiedy  ty 

przyjeżdżasz do mnie. Co bym zrobiła z dziećmi i w ogóle? 

– Coś tam się wymyśli. Zrozum, że muszę cię od czasu do czasu zaprosić do siebie, bo 

ludzie gotowi jeszcze pomyśleć, że przeprowadziłem się do Młyna.   

– A to ci dopiero. – Maggie parsknęła śmiechem.   
– Powiedziałem coś nie tak? – zmieszał się Ben.   
– Nie, ale wyobraź sobie, że Will  wyrwał  się dziś  rano z podobną propozycją. Według 

niego powinieneś u nas zamieszkać. Powiedział, że Richard i Emma mogliby cię odwiedzać, 
kiedy by tylko chcieli, a najlepiej, żeby też z nami zamieszkali! 

– Dzieci to mają pomysły, prawda? – mruknął Ben, a potem, niby od niechcenia, dorzucił: 

– Ale jak się dobrze zastanowić, to nie można odmówić Willowi racji.   

– Co przez to rozumiesz? – Maggie zerknęła na przyjaciela i dostrzegła w jego ciemnych 

oczach coś, czego tam nigdy dotąd nie widziała.   

– Z punktu widzenia dziecka takie rozwiązanie jest chyba całkiem logiczne – odparł Ben. 

–  Ja  nie  mam  już  żony,  ty  męża.  Mnóstwo  czasu  i  tak  spędzamy  razem...  William 
wydedukował pewnie, że uprościlibyśmy sobie życie, zamieszkując pod jednym dachem.   

– On cię bardzo lubi – powiedziała szybko Maggie. Spłoszyła ją myśl, że to zawoalowana 

propozycja małżeństwa. Ben otworzył drzwi przychodni i przepuścił ją przodem. – Strasznie 
brakuje mu Davida – podjęła.   

Ben pokiwał głową.   
–  Wyobrażam  sobie.  Biedaczysko.  Obiecałem,  że  przyjdę  na  najbliższy  mecz  piłki 

nożnej, żeby mu pokibicować.   

– Będzie zachwycony.  Dzięki, Ben. – Maggie rzuciła przyjacielowi pełne wdzięczności 

spojrzenie.   

–  Nie  ma  sprawy.  Też  będę  miał  frajdę.  –  Przed  wejściem  do  rejestracji  zatrzymał  się 

nagle, tak jakby coś sobie właśnie przypomniał. – Skoro już mowa o dzieciach, to Richard i 
Emma przyjeżdżają do mnie w następny weekend. Może byśmy coś wspólnie zorganizowali? 

– Niezła myśl... chętnie. – Maggie kiwnęła głową. – Ale nie wolisz być z nimi sam? 
– Zawsze się boję, że będą się ze mną nudzili – przyznał z lekkim zażenowaniem.   
– Bzdury pleciesz – ofuknęła go. – Oni za tobą przepadają. Wiem to na pewno. Ale jeśli 

naprawdę chcesz, to możemy coś zorganizować.   

background image

Weszli do rejestracji i natychmiast zostali rozdzieleni. Bena porwała Jackie, żeby omówić 

z nim plan wizyt domowych, do Maggie podbiegła Katie z receptą do podpisu.   

Znalazłszy  się  wreszcie  w  swoim  gabinecie,  Maggie  położyła  neseser  na  biurku, 

przejrzała poranną pocztę i zdejmowała właśnie żakiet, kiedy w otwartych drzwiach stanęła 
Fiona.   

W ciemnym kostiumie i śnieżnobiałej bluzce prezentowała się jak rasowa urzędniczka.   
– Przepraszam. Można? Ja tylko na słówko.   
– Wejdź, Fiono. No i jak ci się u nas pracuje? 
– Dobrze, dziękuję – odparła Fiona. – Wciągam się stopniowo. Moira bardzo mi pomaga.   
– To z czym do mnie przychodzisz? 
–  W  sprawie  osobistej.  Chciałam  zapytać,  czy  mogłabym  się  u  pani  zarejestrować  jako 

pacjentka? 

– Oficjalnie w tej chwili prowadzone są zapisy do Bena.   
– Wiem, ale ja wolałabym do lekarza kobiety.   
– No dobrze. – Maggie kiwnęła głową. – Wspomnę o tym Benowi, ale nie powinno być 

problemu. Wypełnij stosowne kwestionariusze i wpadnij do mnie kiedyś, najlepiej przed albo 
po dyżurze, chyba że to coś nie cierpiącego zwłoki...   

– Nie, nie, nic z tych rzeczy – powiedziała szybko Fiona. – Nic mi nie dolega.   
– Miło mi to słyszeć – roześmiała się Maggie. – W tym gabinecie nieczęsto padają takie 

zapewnienia.   

–  Wyobrażam  sobie.  No  nic,  to  dziękuję  i  wracam  do  swoich  zajęć.  Mam  powiedzieć 

dziewczynom z rejestracji, że mogą już pani podsyłać pacjentów? 

– Powiedz im, że za pięć minut.   
Kiedy  za  Fioną  zamknęły  się  drzwi,  Maggie  usiadła  za  biurkiem,  by  przejrzeć  resztę 

porannej  poczty.  Zatrzymała  się  na  kopercie  z  wynikami  badania  krwi  Ellen  Peters,  matki 

Ingrid.  Spojrzała  na  listę  zapisanych  na  dzisiaj  pacjentów.  Ellen  na  niej  figurowała.  Ale 
pierwsza na liście była Nadine Harrington, i kiedy Maggie nacisnęła guzik brzęczyka, to ona 
weszła do gabinetu w towarzystwie męża, Boba. Była blada i wymizerowana, rozglądała się 
nerwowo, jakby w obawie, że ktoś może ją podsłuchiwać albo podglądać.   

–  Witaj,  Nadine.  Cześć,  Bob.  Siadajcie,  proszę.  –  Maggie  wskazała  dwa  krzesła  obok 

biurka. – Słucham? 

– Znowu ta depresja ją dopadła, pani doktor – zaczął Bob. – I agrofobia. Tak źle jeszcze 

nie  było.  Nie  chce  wychodzić  z  domu.  Hem  ja  się  namordował,  żeby  ją  dzisiaj  do  pani 
przyciągnąć.   

– A już tak dobrze było. – Maggie ściągnęła brwi. – Co się stało, Nadine, że znowu ci się 

pogorszyło? 

– Pożarła się z sąsiadką – wyjaśnił Bob. – Zaraz potem miała dwa ataki paniki i nie mogła 

spać. Poszliśmy do doktora Neville’a i on zmienił jej tabletki...   

– Byliście u doktora Neville’a? – wpadła mu w słowo Maggie.   
– Kiedy? 
–  Dwa,  trzy  tygodnie  temu.  Pani  miała  wtedy  wolny  dzień.  Tak  czy  owak,  te  nowe 

background image

tabletki nic jej nie pomogły.   

–  Zerknijmy.  –  Maggie  wywołała  na  ekran  komputera  wykaz  leków  zaordynowanych 

Nadine.  Był  tam  nowy  wpis.  Ben  rzeczywiście  przyjął  Nadine  Harrington  i  przepisał  jej 

dodatkowy lek.   

– Mówię pani, z nią ostatnio nie idzie wytrzymać – wtrącił Bob.   
– No, Nadine... – Maggie nachyliła się do pacjentki. – Co z tobą? 
Łzy napłynęły Nadine do oczu. Potrząsnęła głową.   
– To depresja, pani doktor – wyjaśnił Bob. – Są takie dni, że rano nawet z łóżka nie chce 

wstać, a jak już wstanie, to tylko siedzi i łzami się zalewa.   

–  A  jak  tam  apetyt?  –  Maggie  zdążyła  się  zorientować,  że  od  Nadine  nie  usłyszy 

odpowiedzi na żadne pytanie, zwracała się więc do jej męża.   

– Je tyle co wróbelek – odparł.   
– Jakieś kłopoty ze snem? 
– Zasypia niby normalnie, ale budzi się o drugiej w nocy. I czasem już oka do rana nie 

zmruży.   

Maggie spojrzała na Nadine. W oczach kobiety malowała się czarna rozpacz.   
–  Przepiszę  ci  jeszcze  inne  tabletki,  Nadine  –  powiedziała.  –  Powinnaś  lepiej  po  nich 

sypiać, ale musisz je zażywać równolegle z tymi co dotychczas lekami antydepresyjnymi. – 
Zawiesiła na chwilę głos. – Bierzesz je nadal, prawda? 

Głos znowu zabrał Bob: 
– Nie, pani doktor, odstawiliśmy je, kiedy doktor Neville dał nam receptę na te drugie.   
– Jestem pewna, że doktor Neville zapisał Nadine „te drugie” tylko jako lek uzupełniający 

– zauważyła Maggie.   

– On powiedział co innego – zaoponował Bob.   
– Nawet jeśli, to czym prędzej wróćcie do oryginalnego leku. Wypisuję na niego receptę i 

chcę tu widzieć Nadine za dwa tygodnie. Wychodząc, zapiszcie się w rejestracji na wizytę.   

–  Dobrze,  doktor  Hudson.  Dziękujemy.  –  Harringtonowie  podnieśli  się  i  wyszli  z 

gabinetu.   

Maggie westchnęła i wezwała następnego pacjenta.   

Listę  osób  zapisanych  do  niej  na  poranny  dyżur  zamykała  Ellen  Peters.  Była  to  kobieta 

czarująca,  choć  Maggie  wiedziała  od  Ingrid,  że  potrafi  być  też  przykra  i  uparta.  Ellen 
uskarżała się na bóle w karku i  ramionach, brak  apetytu, przez co traciła  szybko na wadze, 
oraz  na  poczucie  ogólnego  zmęczenia.  Maggie  skierowała  ją  przed  kilkoma  dniami  na 
badania krwi. Teraz przyszły wyniki.   

–  No  i  jak  samopoczucie,  Ellen?  –  zwróciła  się  Maggie  do  pacjentki,  kiedy  ta  powoli 

siadała.   

– Nie za dobre – odparła Ellen. – Te środki przeciwbólowe, które mi pani zapisała, nie 

pomagają. Jestem taka zesztywniała, że ledwo się ruszam, zwłaszcza rano.   

– Wydaje mi się,  Ellen,  że chyba już wiem,  co ci  dolega – odparła Maggie. –  Z badań 

krwi  wynika,  że  możesz  cierpieć  na  polimialgię.  Skieruję  cię  do  specjalisty,  i  jeśli  moje 
przypuszczenie się potwierdzi, będziesz musiała zrobić biopsję mięśni. A na razie przepiszę ci 

background image

kurację sterydową.   

–  Ojej  –  zaniepokoiła  się  Ellen.  –  To  mi  się  nie  podoba.  Tyle  złego  się  słyszy  o  tych 

sterydach.   

–  Szybko  odczujesz  wielką  ulgę,  zobaczysz  –  uspokoiła  ją  Maggie.  –  Po  jakimś  czasie 

zmniejszymy może dawkę, ale o tym zadecydują już doktor Neville i specjalista. Skieruję cię 
również do okulisty.   

– Do okulisty? – zdziwiła się Ellen. – A po co? 
– Na  wszelki wypadek  – odparła Maggie. –  Zdarza się, że pochodną choroby, na którą 

cierpisz, są problemy ze wzrokiem, a więc lepiej się upewnić. Z wyników badań krwi wynika 
również, że masz anemię, zapisuję ci więc żelazo.   

– Dobrze, pani doktor, dziękuję. – Ellen Peters wstała z krzesła i wyszła.   
Kiedy drzwi się za nią zamknęły, Maggie wcisnęła klawisz interkomu.   
– Słucham, doktor Hudson? – rozległ się z głośnika głos rejestratorki.   
– Katie, jest tam jeszcze ktoś do mnie? 
– Chwileczkę, już sprawdzam. Nie, to była ostatnia pacjentka.   
– Dziękuję. Aha, Katie, doktor Neville skończył już przyjmowanie pacjentów? 
– Tak, jest chyba w pokoju dla personelu.   
– Dziękuję. Złapię go tam.   
Chciała spytać Bena, czy naprawdę kazał Nadine Harrington odstawić lek antydepresyjny 

– w co wątpiła – i skonsultować się z nim w sprawie Ellen Peters, która była właściwie jego 
pacjentką. Ale chciała się z nim też zobaczyć z innego powodu.   

Kiedy tego ranka na parkingu napomknęła mu o propozycji Willa, że powinni zamieszkać 

pod  jednym  dachem,  powiedział,  że  chłopcu  nie  można  odmówić  racji.  Była  pewna,  że 
żartował – no, na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewna – ale nie dawała jej spokoju mina, 
z jaką to powiedział.   

Nie potrafiła jej rozszyfrować, a przecież jeszcze wczoraj była przekonana, że zna Bena 

na wylot i czyta w nim jak w otwartej księdze.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

– Ben, była u mnie właśnie Ellen Peters.   
– Ellen Peters? Dlaczego u ciebie? – Ben napełni! dwa kubki kawą ze stojącego na barku 

ekspresu i podał jeden Maggie.   

– Przyjmowałam ją, kiedy byłeś na urlopie – odparła. – Skarżyła się na silne bóle ramion i 

karku. Zapisałam jej środek przeciwbólowy, posłałam na badania krwi i poprosiłam, żeby do 
mnie wróciła, kiedy przyjdą wyniki. Dzisiaj je dostałam. Podejrzewam, że to polimialgia.   

–  Naprawdę?  –  Ben  zastygł  z  kubkiem  w  połowie  drogi  do  ust  i  spojrzał  na  nią 

zaskoczony. – Co zrobiłaś? 

– Skierowałam ją do Johna Temple’a i przepisałam kurację sterydową. Aha, i dałam jej 

skierowanie do okulisty.   

– Dzięki, Maggie. – Ben kiwnął głową. – Jak Ellen to przyjęła? – spytał po chwili.   
– Zżymała się trochę jia sterydy – odparła Maggie. – Ale bóle są tak silne, że...   
Ben patrzył na nią, tak jakby czekał na dalszy ciąg. Wzięła głęboki oddech.   
– Była też u mnie Nadine Harrington – podjęła.   
– Nadine Harrington... – Ben ściągnął brwi. – Ach, tak, pamiętam. U mnie też niedawno 

była. Zaraz, co to jej dolegało...   

– Agrofobia, stany lękowe i depresja. – Maggie usiadła i upiła łyk kawy.   
– No tak, zgadza się. – Ben kiwnął głową. – Już sobie przypominam. Miała sprzeczkę z 

sąsiadami o żywopłot, czy o coś tam, była po tym bardzo pobudzona i miała kłopoty ze snem. 
Zapisałem jej łagodny środek uspokajający. – Zerknął z ukosa na Maggie. – Źle zrobiłem? 

–  Nie,  dobrze.  –  Maggie  wzruszyła  ramionami.  –  Tylko  że  ona  po  wizycie  u  ciebie 

odstawiła lek antydepresyjny, który ja jej zapisałam.   

– Kto jej kazał to zrobić? – Ben patrzył na nią zdumiony.   
– Powiedziała, że ty, a właściwie powiedział jej mąż. Nadine słowem się nie odezwała.   
–  Ale  ja  jej  nie  kazałem  przerywać  dotychczasowej  kuracji.  –  Ben  był  trochę 

zdenerwowany.  –  Powiedziałem,  żeby  zażywała  nowe  tabletki  równolegle  z  tymi,  które 
dostała od ciebie.   

– Wierzę ci. – Maggie kiwnęła głową.   
–  Myślałem,  że  jej  mąż  zrozumiał  moje  zalecenie,  ale  chyba  był  przejęty  jej  stanem 

bardziej, niż mi się wydawało. Widocznie nie wyraziłem się jasno. Przepraszam, Maggie.   

– Nic się nie stało. Tak to już jest, kiedy przyjmuje się nie swoich pacjentów. Nie znamy 

ich tak dobrze jak własnych.   

– I co powiedziałaś w tej sytuacji Harringtonom? – spytał Ben po chwili milczenia.   
–  Powtórzyłam  kilkakrotnie  moje  zalecenia,  żeby  mieć  pewność,  że  do  nich  dotrą.  Nie 

przejmuj się. Wszystko już wyprostowane. – Wypiła jeszcze jeden łyk kawy i zmieniła temat. 
– Ułożyłeś już jakiś plan na weekend? 

– Jeśli pogoda będzie ładna, to może długi spacer z psami, albo piknik, a potem wracamy 

do mnie na spaghetti bolognese. Co ty na to? 

background image

– Nie widzę przeciwwskazań.   
– Ale ja się obawiam, że dzieciom taki program nie przypadnie do gustu. – Ben roześmiał 

się. – Któreś z nich na pewno będzie chciało robić coś zupełnie innego.   

– To prawda. – Maggie dopiła kawę i wstała. – Muszę już iść, mam kilka wizyt.   
Ze  spuszczoną  głową  wyszła  szybkim  krokiem  z  pokoju  dla  personelu,  wstąpiła  do 

swojego gabinetu po notatki, żakiet i kluczyki do samochodu, zbiegła po schodach i opuściła 

budynek przychodni tylnym wyjściem.   

 
– No, nie ulega wątpliwości, że jesteś okazem zdrowia.   
–  Maggie  wyprostowała  się  i  zsunęła  słuchawki  stetoskopu  na  szyję.  –  Waga,  tętno, 

ciśnienie krwi, wszystko w normie. Chyba że cierpisz na jakieś alergie? 

– Czasem dokucza mi katar sienny – przyznała Fiona.   
– Ale nie o tej porze roku. Aha, i miewałam kiedyś migreny, ale to było, kiedy brałam 

pigułkę.   

Maggie podniosła na nią wzrok.   
– Już nie bierzesz? Fiona pokręciła głową.   
– Nie. Byłam z kimś związana, ale to się skończyło przed ponad rokiem.   
– A więc nie masz teraz nikogo? – spytała Maggie.   
–  Nie,  jestem  wolna  i  bardzo  mi  z  tym  dobrze.  –  Fiona  urwała.  –  Ale  skoro  już  o  tym 

mowa – podjęła po chwili – to chciałam o coś zapytać...   

– Słucham? 
Fiona zwlekała, tak jakby miała trudności ze znalezieniem odpowiednich słów.   
– Pani i doktor Neville... – zaczęła w końcu.   
– Co ja i doktor Neville? – wpadła jej w słowo Maggie, ściągając brwi.   
– Och, nic – zapewniła ją pośpiesznie Fiona. – Naprawdę nic.   
– No dokończ, proszę. – Maggie odchyliła się na oparcie fotela. – Zaintrygowałaś mnie.   
–  Tak  się  tylko  zastanawiałam...  wyglądacie  mi...  –  Fiona  zarumieniła  się  lekko.  – 

Jesteście ze sobą? – wypaliła w końcu.   

– Skądże znowu! – żachnęła się Maggie.   
–  Przepraszam.  Tak  tylko  spytałam.  Wiem,  że  niedawno  straciła  pani  męża...  ale 

wydaliście mi się tacy...   

– To dlatego, że jesteśmy dobrymi przyjaciółmi – rzekła cicho Maggie. – I nic ponad to – 

dodała.   

– Rozumiem. – Fiona kiwnęła głową. – Jeszcze raz przepraszam. Ale wydaje mi się, że 

nie tylko ja tak sobie pomyślałam. Inni odnieśli chyba to samo wrażenie.   

– To zrób mi tę przysługę i wyprowadź ich z błędu – roześmiała się Maggie.   
–  Nie  omieszkam.  –  Fiona  uśmiechnęła  się.  –  Ale  to  nie  ich  wina,  bo  przyzna  pani  na 

pewno, że on jest wspaniały.   

– Kto? 
– No, doktor Neville. Nie rozumiem, jak to możliwe, że tak długo jest bez pary. Kobiety z 

wyspy Wight mają chyba coś z oczami.   

background image

– Może to on nie chce się wiązać...   
– Bo już raz się sparzył? – Fiona. uniosła brwi. – Wiem z doświadczenia, że właśnie to 

może stanowić coś w rodzaju wyzwania.   

– Czyja wiem... Być może.   
Po wyjściu Fiony Maggie zamyśliła się. Nic dziwnego, że personel przychodni spekuluje 

na temat jej i Bena. Tyle czasu spędzają razem. Ale jak mogłoby być inaczej, skoro on jest jej 

przyjacielem. Najlepszym. Przyjaźnią się od dawna. Kiedyś ona, David, Ben i Claire tworzyli 
zgraną paczkę, nie zmieniło tego przyjście na świat  dzieci. Chyba zrozumiałe, że w świetle 
tego, co się potem wydarzyło, będą z Benem lgnęli do siebie, ale to tylko stara przyjaźń, nic 
więcej.   

Chyba już pora napomknąć Benowi, że powinni spróbować coś z tym zrobić... bo ludzie 

zaczynają brać ich na języki. Maggie westchnęła. Może nadarzy się po temu okazja podczas 
weekendu.  Z  drugiej  jednak  strony,  czy  jest  o  co  kruszyć  kopie?  Jeśli  dobrze  się  czują  w 

swoim towarzystwie, to czy warto się przejmować, co myślą sobie o nich inni? 

Miała  już  wezwać  brzęczykiem  pierwszego  tego  ranka  pacjenta,  kiedy  odezwał  się 

interkom. Pochyliła się nad biurkiem i wcisnęła klawisz.   

– Doktor Hudson? 
– Słucham, Jackie? 
– Weźmie pani pilną wizytę domową? 
– Co się stało? 
– Chodzi o Alison Scott. Znowu ma krwotok.   
– Przypomnij mi, który to tydzień? 
– Jedenasty. Powiedziałam jej, żeby leżała nieruchomo z ułożonymi wyżej nogami.   
– Dobrze zrobiłaś, Jackie. Przekaż jej, że zaraz będę. Jest ktoś przy niej? 
– Tak, jej mąż, Rory. To on dzwonił.   
– Rozumiem. Dzięki.   
Maggie  wybiegła  do  samochodu.  Alison  i  Rory  prowadzili  zajazd  przy  nadbrzeżnej 

szosie.  Alison  spodziewała  się  pierwszego  dziecka,  ale  raz  już  poroniła,  a  i  w  siódmym 
tygodniu obecnej ciąży omal nie doszło do poronienia.   

Na podwórku stał poobijany landrover Rory’ego i metro Alison. Kiedy Maggie wysiadała 

z samochodu, w progu pojawił się Rory.   

– Witaj, Rory! – zawołała.   
– Dzień dobry, pani doktor.   
– Jak Alison? – spytała, wstępując za Rorym po schodach.   
– Odpoczywa. – Rory pchnął drzwi na końcu wąskiego korytarzyka. – Alison, kochanie – 

rzekł łagodnie – Maggie przyjechała. – Odsunął się, by przepuścić Maggie przodem, i w tym 
momencie na dole zabrzęczał dzwoneczek. – Znowu kogoś przyniosło – mruknął Rory. – Też 
sobie znaleźli porę, drzwi się dzisiaj nie zamykają.   

– Idź, Rory, do gości – powiedziała Maggie.   
Rory nie dał sobie tego dwa razy powtarzać. Był już na schodach i zbiegał z tupotem na 

dół.   

background image

– Cześć, Alison.   
Maggie weszła do pokoju i postawiła na krześle torbę lekarską. Alison leżała na łóżku z 

uniesionymi nogami podpartymi w kostkach na dwóch poduszkach. Twarz miała wymęczoną, 
ściągniętą, oczy zaczerwienione, opuchnięte. Chyba płakała.   

– Och, Maggie. – W oczach Alison zakręciły się łzy. – Znowu to samo.   
– Niekoniecznie. – Maggie przysiadła na krawędzi łóżka i wzięła Alison za rękę. Znała 

rodzinę Scottów od lat i bardzo lubiła Alison i Rory’ego. – Opowiedz mi, co się stało.   

– To co zwykle. – Alison otarła chustką oczy i wytarła nos. – Kiedy wstawałam rano z 

łóżka,  strzyknęło  mnie  w  krzyżach.  Weszłam  do  łazienki  i  zobaczyłam  krew.  Wróciłam  od 
razu do łóżka. Rory kazał mi leżeć i sam zajął się przyrządzaniem śniadania dla gości. Ten 
ból  w  krzyżach  po  jakimś  czasie  mi  przeszedł,  ale  krwawienie  nie  ustawało.  Zawołałam 
Rory’ego i on od razu do was zadzwonił. Och, Maggie, ja nie chcę stracić tego dziecka. Zrób 
coś.   

– Spokojnie – ofuknęła ją Maggie. – Kto powiedział, że je stracisz? 
– Będę musiała iść do szpitala? 
– Najpierw cię obejrzę. – Maggie odrzuciła kołdrę i przystąpiła do osłuchiwania brzucha 

Alison.  Skończywszy,  przykryła  z  powrotem  pacjentkę  i  umyła  ręce  w  miednicy  stojącej  w 
kącie.   

– Na razie nie wygląda to tak źle – oznajmiła w końcu, wycierając dłonie w mały ręcznik. 

–  Krwotok  jest  niewielki  i  chyba  da  się  go  zatamować.  Ale  nie  wolno  ci  wstawać,  Alison, 
żadnego wysiłku.   

– Będę leżała jak kłoda, nawet palcem nie kiwnę – zapewniła ją skwapliwie Alison.   
– Żadnego schodzenia na dół i pomagania w kuchni – ciągnęła Maggie.   
–  Tak,  wiem.  Zresztą  nie  muszę.  Pani  Higgs  pomaga  Rory’emu.  –  Urwała.  –  To  nie 

muszę iść do szpitala? 

– Na razie nie. Potem zobaczymy. Na wszelki wypadek zrobię ci zastrzyk.   
Maggie wyjęła z torby lekarskiej jednorazową strzykawkę i ampułkę.   
–  Może  za  kilka  dni  będziesz  się  musiała  pofatygować  do  szpitala  na  ultrasonografię  – 

powiedziała,  przemywając  ślad  po  nakłuciu.  –  Do  tego  czasu  nie  ruszaj  się  z  łóżka. 
Zadzwonię,  żeby  się  dowiedzieć,  jak  się  czujesz,  ale  gdyby  się  coś  działo,  każ  Rory’emu 
dzwonić do przychodni.   

–  Dobrze,  Maggie.  Dziękuję.  Bardzo  ci  dziękuję.  Maggie  zeszła  na  dół  i  zajrzała  do 

kuchni.  Rory  ładował  właśnie  naczynia  do  zmywarki,  pani  Higgs  uzbrojona  w  sprzęt  do 
sprzątania ruszała do szturmu na pokoje gościnne. Spojrzeli oboje wyczekująco na Maggie.   

– No i jak się bidula czuje? – zapytała pani Higgs.   
–  Odpoczywa  –  odparła  Maggie  –  i  nie  wolno  jej  wstawać  przez  co  najmniej  kilka 

najbliższych dni. – Kiedy pani Higgs wyszła, Maggie spojrzała na Rory’ego.   

– Nie poroni? – spytał ze strachem w oczach.   
– Mam nadzieję – odparła. – Zrobiłam jej zastrzyk, który powinien pomóc. Ale naprawdę 

nie wolno jej wstawać, Rory. Chyba to zrozumiała, ale miej ją lepiej na oku. I pod żadnym 
pozorem nie wolno jej schodzić na dół.   

background image

– Dobrze, Maggie.   
Kiedy  wróciła  do  przychodni,  zastała  tam  poczekalnię  pełną  płaczących  dzieci  i 

zdenerwowanych pacjentów.   

Zakasała rękawy i przystąpiła do likwidacji powstałego zatoru.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Ben  stał  pośrodku  kuchni  i  rozglądał  się.  Czy  aby  o  czymś  nie  zapomniał?  Cola  jest, 

frytki są, jogurty owocowe, paluszki rybne, filety z kurczaka, lody o smaku toffi, makaron i 
sos  do  niego...  Jako  lekarz,  powinien  był  wyrzucić  do  kosza  przynajmniej  połowę  z  tych 
specjałów,  ale  widywał  dzieci  tak  rzadko,  że  kiedy  go  w  końcu  odwiedzały,  nie  miał  serca 
odmawiać im tego, co najbardziej lubią.   

Kochał je z głębi serca i trudno mu się było pogodzić z myślą, że nie może obserwować 

na  co  dzień,  jak  dorastają.  Szczerze  mówiąc,  gnębiło  go  to  teraz  bardziej  niż  sam  fakt 
rozstania z Claire.   

Z początku był w niej ślepo zakochany, a jakże, i żenił się z przekonaniem, że tak będzie 

zawsze,  ale  szybko  zorientował  się,  że  Claire  nadal  kocha  swego  byłego  chłopaka,  Luke’a 

Tylera. Łudził się jeszcze nadzieją, że z czasem jej to minie, zwłaszcza że na świat przyszły 
już dzieci, a Luke zdążył się tymczasem ożenić i założyć własną rodzinę.   

I może tak by  się nawet stało,  gdyby pewnego pięknego dnia  Luke’a nie opuściła żona, 

zarzucając mu, że nadal kocha Claire. To o wszystkim przesądziło.   

Claire  odeszła  od  niego,  kiedy  Richard  miał  osiem,  a  Emma  pięć  lat.  Zgodził  się  na 

rozwód. Claire i Luke pobrali się w miesiąc po jego orzeczeniu przez sąd.   

Był  to  dla  Bena  bardzo  trudny  okres.  Przy  życiu  trzymała  go  tylko  praca  oraz  przyjaźń 

Davida  i  Maggie.  Wolał  nie  myśleć,  jak  by  skończył,  gdyby  nie  oni.  Podtrzymywali  go  na 
duchu  w  pracy  i  zapraszali  do  siebie  nawet  na  rodzinne  przyjęcia.  Był  im  za  to  dozgonnie 
wdzięczny. Dochodził już do siebie, kiedy Davida dopadła choroba, i teraz na niego przyszła 
kolej, by podać przyjaciołom pomocną dłoń.   

Z zadumy wyrwał Bena trzask drzwi samochodu. Jeszcze raz omiótł spojrzeniem kuchnię 

i  z  poczuciem,  że  niczego  nie  przeoczył,  wyszedł  do  sieni,  by  zderzyć  się  tam  z  wpadającą 
drzwiami frontowymi Emmą.   

– Tatuś! Cześć! – krzyknęła. – Co u ciebie? 
– Wszystko gra, skarbie. – Ben porwał ją w objęcia. – A u ciebie? Niech no rzucę okiem.   
Odsunął  córkę  na  długość  wyciągniętych  ramion  i  przekrzywiając  głowę,  zlustrował  ją 

spojrzeniem. Była w czarnych spodniach, sweterku w paski, czarnym aksamitnym kapelusiku 

i  wielkich  buciorach.  Z  ciemnych  włosów  i  oczu  przypominała  jego,  podczas  gdy  Richard, 
który wszedł do sieni za nią, miał jasne włosy i szare oczy po Claire.   

– Wyglądasz fantastycznie – orzekł Ben, przyciągając ją znowu do siebie i cmokając w 

czubek noska.   

Zapraszającym  gestem  wyciągnął  rękę  do  Richarda.  Chłopiec  ociągał  się,  popatrując 

poważnie zza okularów, ale po chwili też padł ojcu w objęcia. Benowi odebrało na moment 
mowę. W krtani, jak zawsze przy takich okazjach, urosła mu gula. Odczekał chwilę, po czym 
wypuścił dzieci z objęć, podniósł wzrok i zobaczył w progu wyelegantowaną Claire, a za jej 
plecami lśniącego, czerwonego saaba kabriolet.   

– Witaj, Claire. – Kiwnął głową. – Co słychać? 

background image

– Śpieszę się, Ben. Mam gości na lunchu.   
Chciał powiedzieć, że on też spodziewa się gości, ale ugryzł się w język.   
– No to nie będę cię zatrzymywał. To co, do jutra? Mam je odwieźć? 
Zawahała się.   
– Nie, sama po nie przyjadę – odparła. – Około szóstej po południu będzie dobrze? 
– Może być szósta. – Wyszedł z dziećmi na podjazd i patrzyli we trójkę, jak Claire wsiada 

do samochodu.   

– Na razie, dzieci! – zawołała, zapuszczając silnik.   
– Na razie, mamusiu.   
Pomachała im szczupłą, opaloną na brąz ręką i już jej nie było.   
– Co będziemy dzisiaj robili? – zapytała Emma, kiedy wchodzili z powrotem do domu.   
– Mogę pograć na twoim komputerze? – spytał Richard.   
– Wpadnie Maggie z Jessiką i Williamem – powiedział Ben.   
– O, jak fajnie – ucieszyła się Emma. – Pójdziemy na spacer? Przyprowadzą pieski? 
–  Tak,  na  oba  pytania  –  odparł  ze  śmiechem  Ben.  –  Wybierzemy  się  na  długi  spacer 

wydmami, a potem urządzimy sobie piknik na plaży.   

– Super! – pisnęła Emma.   
– A tobie taki plan dnia odpowiada, stary? – Ben poczochrał Richarda po włosach.   
Richard kiwnął głową.   
– Ale będę mógł pograć na komputerze, zanim przyjdą? 
– Jasna sprawa.   
– No to odpowiada – mruknął Richard, a po chwili dodał: 
– Lubię Maggie. Will czasami mnie wkurza, ale Maggie lubię.   
 

Spacer był długi,  forsowny,  ale wart włożonego weń wysiłku. Dzieci biegły przed nimi, 

na  wyprzódki  z  hasającymi  psami,  Beir  i  Maggie  zatrzymywali  się  co  jakiś  czas,  żeby 
zaczerpnąć tchu i podziwiać wspaniały widok – z jednej strony na kobaltowe morze, z drugiej 
na wyspę – roztaczający się ze szczytów wydm.   

– Mamy szczęście, że tu mieszkamy – powiedziała Maggie, osłaniając dłonią oczy przed 

słońcem.   

– Fakt – przyznał Ben. – Nie rozumiem, jak ktoś, kto raz zakosztował życia tutaj, może 

myśleć o przeniesieniu się gdzie indziej.   

– Nigdy nie korciło cię, żeby wrócić tam, skąd przybyłeś? 
Maggie  zerknęła  na  niego  spod  oka.  W  dżinsach  i  obszernej  flanelowej  koszuli,  z  tymi 

rozwichrzonymi bardziej niż zwykle włosami, wyglądał na zrelaksowanego.   

Pokręcił zdecydowanie głową.   
– Nigdy. Bo i dlaczego? Mam tu wszystko, czego mi do szczęścia potrzeba. Tu mieszkają 

moje dzieci, tu pracuję i tu mam najlepszych przyjaciół, jakich można sobie wymarzyć.   

– Urwał. – A ty? 
– Ja? – Spojrzała na niego ze zdziwieniem. – Co ja? 
– No, czy nosiłaś się kiedyś z myślą o wyjeździe? 

background image

– Boże uchowaj! Tu są moje korzenie i, podobnie jak ty, mam tu wszystkich i wszystko, 

na czym mi najbardziej w życiu zależy.   

– Ciekawiło mnie tylko, czy nie nachodziła cię nigdy pokusa, żeby zacząć wszystko od 

początku.   

Maggie pokręciła głową.   
–  Nie.  Zresztą  to  by  było  coś  w  rodzaju  ucieczki  przed  wspomnieniami.  A  ja  nie  chcę 

uciekać, staram się uczyć z nimi żyć.   

– I świetnie ci idzie – powiedział cicho Ben.   
– Zdarzają mi się jeszcze momenty załamania – przyznała.   
– Nie wątpię...   
– Ale coraz rzadziej.   
– A dzieci? 
Ben odwrócił się i spojrzał w kierunku pasa iglastych drzew, między którymi bawiły się 

dzieci z dwoma psami.   

– Otrząsają się powoli z szoku. Will lepiej już sypia, nie ma koszmarów, a Jessica zaczęła 

w końcu rozmawiać o Davidzie.   

– Rad to słyszę.   
Ruszyli dalej ścieżką biegnącą grzbietami wydm.   
– A ty? – spytała po chwili Maggie.   
– Co ja? – Ben ściągnął brwi.   
– No, czy już się pogodziłeś? – Wiedzieli oboje, o co jej chodzi, chociaż rzadko poruszali 

ten temat.   

–  O  tak,  chyba  tak.  W  końcu  trzeba,  bo  inaczej  człowiek  by  się  przecież  zadręczył.  W 

każdym razie mogę z ręką na sercu powiedzieć, że potrafię teraz patrzeć na Claire bez emocji. 
Dajmy na to, dziś rano, kiedy przywiozła dzieciaki, wydała mi się całkiem obcą osobą, a nie 
kimś, z kim próbowałem sobie kiedyś ułożyć życie.   

–  Spotkasz  jeszcze  kogoś,  Ben.  Na  pewno.  Musi  istnieć  taki  ktoś.  Tyle  masz  do 

ofiarowania.   

– Może. – Wzruszył ramionami. Szli przez kilka minut w milczeniu. – To samo dotyczy 

ciebie – odezwał się w końcu.   

– Och, ze mną to zupełnie inna sprawa.   
– Jesteś jeszcze młoda...   
– To niczego nie zmienia. – Wzruszyła ramionami i odgarnęła z twarzy pasmo włosów. – 

Nie potrafię sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji – podjęła po chwili. – Z Davidem znaliśmy 
się niemal od urodzenia. Bawiliśmy się jako dzieci, tego samego dnia poszliśmy do szkoły, 
chodziliśmy  ze  sobą  przez  całą  szkołę  średnią.  Nasze  małżeństwo  było  naturalnym 
zwieńczeniem długoletniej znajomości. Związanie się teraz z kimś innym miałoby dla mnie 
posmak zdrady.   

– Na pewno byłby to związek pod każdym względem inny – przyznał Ben – ale ze zdradą 

nie miałby nic wspólnego. Wydaje mi się, że David by go pochwalił. Na pewno by nie chciał, 
żebyś spędziła resztę życia w samotności.   

background image

– A kto powiedział, że jestem samotna? Mam dzieci.   
– W tej chwili masz. Ale one kiedyś odejdą, żeby założyć własne rodziny.   
– Sugerujesz, że będę wtedy taka stara, że nikt mnie nie zechce? – Maggie skrzywiła się.   
– Skądże znowu – zaprzeczył Ben. – Chcę ci tylko uświadomić, że powinnaś też myśleć o 

sobie.   

– I kto to mówi? Od jak dawna jesteś sam? Od trzech lat? 
– Od czterech.   
– No i widzisz. Z iloma kobietami umawiałeś się przez ten czas? 
– Z dwoma – przyznał.   
– Naprawdę? – Maggie spojrzała na niego zaskoczona. – A nic mi nie mówiłeś! 
–  Nie  było  się  czym  chwalić.  –  Spuścił  z  zażenowaniem  oczy.  –  W  obu  przypadkach 

skończyło się kompletną katastrofą.   

Roześmieli się i w tym momencie wyprzedziły ich zziajane psy. Przystanęli, by zaczekać 

na dzieci, a kiedy ich dogoniły, zaczęli schodzić ścieżką na plażę.   

Trwał odpływ i cofające się morze odsłaniało z wolna piasek usiany kłębami wodorostów 

i  kawałkami  morskiego  śmiecia.  W  górze  krążyły  wrzaskliwe  mewy,  z  odległego  pasma 
sterczących  z  morza  skał  rząd  tormoranów  oceniał  sytuację,  wyczekując  dogodnego 
momentu, by zanurkować w fale.   

–  Rozłożymy  się  pod  tamtymi  klifami  –  zadecydował  Ben  i  ruszyli  po  twardym 

wilgotnym piasku we wskazanym przez niego kierunku.   

– Głodny jestem – burknął William. – Może byśmy coś zjedli? 
– Ty zawsze jesteś głodny – ofuknęła go Jessica.   
– Mnie też kiszki marsza grają – przyznał Richard, zatrzymując się na chwilę, żeby otrzeć 

szkła okularów spryskane kropelkami morskiej wody.   

– I mnie – podchwycił ze śmiechem Ben. – To pewnie sprawka tego świeżego powietrza. 

No, Will, kto pierwszy do tamtych skał? 

Ben, William, Richard i psy zerwali się do biegu i popędzili plażą na wyścigi, zostawiając 

z  tyłu  Maggie  i  dziewczynki.  Maggie  serce  rosło,  kiedy  widziała  ich  tak  radosnych  i 
beztroskich.  Obróciła  się  twarzą  do  morza,  rozrzuciła  szeroko  ramiona  i  wciągnęła  w  płuca 
haust rześkiego morskiego powietrza. Ktoś szarpnął ją za rękaw. Spojrzała w dół. Obok stała 
Emma.   

– Podoba mi się tutaj – powiedziała. Policzki miała zaróżowione, oczy jej błyszczały. – 

My prawie nigdy nie chodzimy na takie spacery.   

– Dlaczego? – zainteresowała się Jessica.   
– Mama nie lubi plaży – wyjaśniła Emma. – A Luke nigdy nie ma czasu.   
–  Ale  macie  kucyka,  prawda?  –  Z  głosu  Jessiki  przebijała  taka  zazdrość,  że  Maggie 

rzuciła córce karcące spojrzenie.   

Emma kiwnęła głową.   
– Tak. – Westchnęła. – Kochamy Pana Bałwanka, ale wolałabym, żeby mama i Luke nie 

byli wiecznie tacy zajęci.   

– A czym twoja mama tak się zajmuje? – spytała z przekąsem Jessica.   

background image

–  Właściwie  to  nie  wiem  –  przyznała  Emma.  –  Ale  wciąż  biega  na  jakieś  lunche,  w 

jakichś  sprawach...  i  na  zakupy.  I  chyba  pomaga  Luke’owi  w  prowadzeniu  firmy...  –  Te 
ostatnie słowa wypowiedziała bez przekonania.   

– Moja mama też jest wiecznie zajęta, prawda, mamusiu? – podchwyciła Jessica.   
– Tak, chyba tak – mruknęła Maggie.   
– Ale ty zawsze znajdziesz czas, żeby wybrać się z nami na spacer, na piknik i w ogóle – 

zauważyła Jessica.   

–  Chodźmy,  dziewczynki  –  powiedziała  Maggie.  –  Przywołajmy  do  porządku  tych 

chłopaków, bo nigdy nie zjemy.   

Każde z nich dźwigało  mały plecak ze spakowanymi przez Bena i Maggie kanapkami z 

serem, z konfiturami, z szynką i sałatą. Były w nich też chrupki w trzech smakach, herbatniki 

w  czekoladowej  polewie  oraz  owoce  –  jabłka  i  banany.  W  każdym  plecaku  znajdowała  się 
dodatkowo butelka coli albo soku pomarańczowego.   

Rozłożyli  się  biwakiem  u  podnóża  klifu,  na  ubitym,  suchym  piasku  pośród  skałek, 

poprzekomarzali trochę, podzielili między siebie prowiant i przystąpili do konsumpcji.   

Maggie stwierdziła ze zdumieniem, że ona też jest niesamowicie głodna. Ze zdumieniem, 

bo  apetyt  ostatnio  jej  nie  dopisywał  i  wszyscy  mówili,  że  jest  za  chuda.  Może  to  zasługa 
długiego spaceru w rześkim powietrzu? 

Rozejrzała  się  ukradkowo.  William  pałaszował  czekoladowy  batonik  z  karmelowym 

nadzieniem.  Emma  skończyła  już  jeść  i  karmiła  teraz  okruszkami  spaniela  Rexa.  Galaxy 
leżała na piasku zziajana. Richard siedział zarumieniony na skale i patrzył na morze. Nawet 
Jessica,  która  uznała  niedawno,  że  to  nie  przystoi  dziewczynce  w  jej  wieku,  siedziała 
nieopodal w kucki i przesiewała piasek w poszukiwaniu kamyków i muszelek.   

Ben, podłożywszy sobie pod głowę plecak i splótłszy dłonie na potylicy, wyciągnął się na 

płaskim głazie. Oczy miał zamknięte, na jego twarzy malowała się błogość.   

Jakby  wyczuł,  że  jest  obserwowany,  bo  w  pewnej  chwili  otworzył  jedno  oko. 

Napotkawszy jej spojrzenie, otworzył drugie, uniósł się i wsparł na łokciu.   

– Stało się coś, Maggie? – spytał cicho.   
– Nie, nic. – Pokręciła głową. – Nic się nie stało.   
– To czemu tak na mnie patrzysz? 
– Jak? 
– No, tak jakbyś pierwszy raz mnie widziała. Roześmiała się.   
– Myślałam sobie, jak trudno byłoby w razie potrzeby opisać kogoś, kogo bardzo dobrze 

się zna.   

– Tak, to prawda – przyznał. A po chwili dorzucił: – No i jak byś mnie w razie potrzeby 

opisała? 

– Niech się zastanowię. – Przekrzywiła głowę i obrzuciła go krytycznym spojrzeniem. – 

No więc... nie obraź się, Ben, ale musiałabym powiedzieć, że jesteś przysadzisty...   

Ben usiadł i z groźnym pomrukiem zsunął się z głazu. Maggie zerwała się na równe nogi 

i odskoczyła.   

– I nie da się ukryć, że zaczynasz siwieć... – dorzuciła przekornie.   

background image

– Tego już za wiele. – Ruszył na nią, a ona, ku uciesze dzieci, rzuciła się z piskiem do 

ucieczki.   

Wiatr  szarpał  włosy,  przesycone  solą  powietrze  szczypało  w  policzki,  czuła  się  znowu 

nastolatką.   

Ben dopadł ją w końcu, zdyszaną i roześmianą, między skałami.   
– Odszczekasz? – wysapał.   
Odwróciła się i wspięła zwinnie na głaz. Rozejrzała się i stwierdziła, że jest w pułapce.   
– No?! – ponaglił ją Ben.   
– Tak – wykrztusiła. – Odszczekuję.   
– Skoro tak, to lepiej stamtąd zejdź.   
Dłuższą  chwilę  stali  naprzeciwko  siebie  –  on  pod  głazem,  wsparty  pod  boki,  z  zadartą 

głową, ona na głazie – i patrzyli jedno na drugie.   

Do rzeczywistości przywołał ich zniecierpliwiony głos Jessiki: 
– Wracamy już? 
Przybiegła za nimi i przyglądała się im z założonymi na piersi rękoma.   
– Czy wracamy? – Ben odwrócił się do niej. – Czy wracamy? – powtórzył. – Jasne, że nie 

wracamy. Nie pograliśmy jeszcze w palanta.   

– Jak mamy grać w palanta bez kija i piłki? – Jessica wzruszyła ramionami.   
–  A  to  co?  –  Ben  wyciągnął  z  kieszeni  tenisową  piłeczkę.  –  A  gdzieś  tam  widziałem 

niezły okaz patyka wyrzucony przez morze. – Wskazał ruchem  głowy kierunek. – Będzie z 
niego kij, jak się patrzy.   

– A jak się podzielimy? – W głosie Jessiki budziło się zainteresowanie.   
– Proponuję mecz chłopaki kontra dziewczyny – odparł Ben.   
– Dobrze. – Jessica kiwnęła głową. – Złaź stamtąd, mamo. Pokażemy im, jak się gra w 

palanta. – Odwróciła się i niespiesznie pomaszerowała plażą w stronę biwaku.   

– Ben! – zawołała Maggie za ruszającym za Jessiką Benem.   
– Tak? – przystanął i odwrócił się.   
– Nie mogę zejść.   
– Naprawdę? – spytał z rozbawieniem.   
– Pomóż mi. Proszę – dodała.   
Podszedł z chichotem do głazu i wyciągnął rękę.   
–  Chwyć  się  i  skacz  –  powiedział.  –  Będę  cię  asekurował.  Poszła  za  jego  radą. 

Wylądowawszy na piasku zatoczyła się i byłaby upadła, gdyby jej nie podtrzymał.   

– Dzięki, Ben.   
Opierała się o niego przez chwilę. Czuła się taka bezpieczna, słyszała bicie jego serca. Od 

tak dawna nie obejmował jej żaden mężczyzna. Było jej dobrze, budziły się uśpione wrażenia 
i emocje. Nie miała ochoty się od niego odrywać. On też jej nie puszczał.   

– Maggie... – szepnął, spoglądając jej wymownie w oczy.   
– Nie, Ben – mruknęła z walącym jak oszalałe sercem. – Dzieci... – Zerknęła w kierunku 

plaży.   

Westchnął  głęboko  i  z  ociąganiem  wypuścił  ją  z  objęć.  Ruszyli  plażą  w  stronę  biwaku. 

background image

Milczeli, ale oboje zdawali sobie doskonale sprawę, co przed chwilą między nimi zaszło.   

Zachowanie  Bena,  który  nigdy  dotąd  nie  zdradził  się  najdrobniejszym  gestem  ani 

uczynkiem,  że  myśli  o  przeniesieniu  ich  znajomości  na  inny  poziom,  wprawiło  Maggie  w 
konsternację. Przystępując do meczu w palanta, zastanawiała się, czy ten incydent nie zmieni 
aby  stosunków  między  nimi.  Chyba  niczego  na  świecie  tak  sobie  nie  ceniła  jak  przyjaźni 
Bena,  i  ciarki  przechodziły  jej  po  plecach  na  samą  myśl  o  tym,  że  mogłaby  ją  stracić.  Z 

drugiej  strony,  tak  jak  to  powiedziała  Fionie,  a  przed  chwilą  dała  do  zrozumienia  samemu 

Benowi, łączy ich tylko przyjaźń.   

Gra  była  szybka  i  zacięta.  Nawet  flegmatyczna  zazwyczaj  Jessica  dała  się  ponieść 

duchowi współzawodnictwa i uwijała się po wilgotnym piasku jak fryga. Nawoływania i piski 
dzieci mieszały się z ujadaniem psów i wrzaskami mew. Dopiero kiedy słońce chyliło się ku 
zachodowi i wydłużały cienie, dziewczęta uznały wreszcie wyższość chłopaków.   

–  Następnym  razem  wam  dołożymy  –  wysapała  Emma,  padając  jak  ścięta  na  piasek,  – 

Prawda, Maggie? 

– Mają to jak w banku – rzekła z przekonaniem Maggie.   
– Chyba pora już wracać – mruknął Ben.   
– Zdaje mi się, że zapraszałeś na spaghetti? – William patrzył na niego wyczekująco, w 

jego oczach malowało się lekkie zaniepokojenie.   

–  I  podtrzymuję  zaproszenie,  staruszku.  No,  dzieciaki,  plecaki  włóż.  Maszerujemy  do 

domu. Chłodno się robi. Włóż kurtkę, Richardzie.   

– Strasznie jestem zgrzany – zaprotestował Richard.   
– Właśnie dlatego ją włóż. Zdejmiesz, jak trochę ochłoniesz – powiedział Ben i odwrócił 

się. – W porządku, Maggie? – Spotkały się ich spojrzenia.   

–  Tak,  dziękuję.  –  Odwróciła  wzrok.  –  Idź  przodem,  Ben.  Gęsiego,  zmęczeni  ale 

szczęśliwi,  zaczęli  się  piąć  stromą  ścieżką  na  wydmy.  Za  nimi  wlokły  się  łapa  za  łapą 
zmordowane psy. Na górze Maggie zatrzymała się i obejrzała.   

Zaczynał się przypływ. Słońce schowało się za klify i na opuszczoną teraz plażę nasunął 

się cień, wiał chłodny wiatr od morza, niebo przybierało barwę opalizującej szarości.   

Maggie  wzdrygnęła  się,  szczelniej  opatuliła  kurtką,  podciągnęła  pod  samą  szyję  zamek 

błyskawiczny i ruszyła za resztą.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Kończyła  właśnie  przeglądanie  notatek,  kiedy  do  rejestracji  wkroczyła  pielęgniarka 

Aimee Burns.   

– Dobrze cię widzieć – ucieszyła się Maggie. – Jak ręka? 
– Jedynym dowodem, że Aimee złamała niedawno rękę, był obandażowany nadgarstek.   
–  O  wiele  lepiej,  dziękuję  –  odparła  Aimee  ze  zbolałym  uśmiechem.  –  I  co  tu  dużo 

mówić, stęskniłam się za wami.   

–  Ach,  ty  nie  znasz  jeszcze  Fiony,  prawda?  –  Maggie  spojrzała  na  nową  kierowniczkę 

przychodni, która weszła właśnie do pomieszczenia rejestracji.   

Aimee  pokręciła  głową,  i  Maggie  dokonała  prezentacji.  Ledwie  Aimee  zniknęła  w 

gabinecie zabiegowym, do rejestracji zajrzał Jon.   

– Dzień dobry. Jak udał się weekend? – spytała Maggie.   
– Nie narzekam. – Jon uśmiechnął się. – A tobie? 
–  Wspaniale,  nic  dodać,  nic  ująć.  –  Maggie  kiwnęła  głową  i  przeniosła  wzrok  na 

rejestratorkę: – Idę do siebie, Jackie, możesz już kierować do mnie pacjentów.   

– Chciałam zamienić z panem słówko, doktorze Turner – zwróciła się Fiona do Jona.   
– Ależ naturalnie. – Ruszyli ramię w ramię w stronę gabinetu Jona.   
– Prawdę mówiąc, doktor Hudson – powiedziała Jackie – to ja też chciałabym zamienić z 

panią słówko, zanim zacznie pani przyjmować.   

– Proszę bardzo. Chodźmy. – Maggie wskazała ruchem głowy schody i ruszyła przodem. 

– O co chodzi, Jackie? 

– spytała, stawiając neseser na biurku w swoim gabinecie.   
– Nie podobają mi się nowe propozycje dotyczące systemu przechowywania kart zdrowia 

pacjentów – wypaliła prosto z mostu Jackie.   

Maggie ściągnęła brwi. Nie po to zatrudnili nową kierowniczkę, żeby nadal zawracano jej 

głowę sprawami administracyjnymi, i to od poniedziałku.   

– Nie powinnaś aby zwrócić się z tym do Fiony? 
–  W  tym  właśnie  rzecz  –  mruknęła  Jackie.  –  To  ona  wyjechała  z  tymi  nowymi 

propozycjami.  Pani  doktor,  ja  tu  się  morduję  parę  miesięcy  z  porządkowaniem  całej 

dokumentacji, a ona teraz chce wszystko powywracać do góry nogami.   

–  Widzisz,  Jackie,  daliśmy  Fionie  coś  w  rodzaju  wolnej  ręki,  jeśli  chodzi  o  zmiany, 

których wprowadzenie ona uzna za niezbędne.   

– Znaczy, cała moja praca na marne? – Jackie spłonęła rumieńcem  i  zrobiła taką minę, 

jakby za chwilę miała się rozpłakać.   

– Skądże znowu, Jackie – zapewniła ją czym prędzej Maggie. Zdawała sobie sprawę, jak 

wrażliwy  jest  personel  pomocniczy  na  punkcie  tego  typu  spraw  i  jak  łatwo  te  dziewczyny 
zdenerwować.  –  Może  trzeba  jeszcze  o  tym  trochę  podyskutować.  Spróbuję  zorganizować 
taką wymianę poglądów.   

– Dziękuję, doktor Hudson.   

background image

–  Coś  jeszcze,  Jackie?  –  spytała  Maggie,  widząc,  że  rejestratorka  nie  zbiera  się  do 

wyjścia.   

– Czy z doktorem Neville’em wszystko w porządku? Maggie ściągnęła brwi.   
– O ile mi wiadomo, to tak. Czemu pytasz? 
– Bo jeszcze go nie ma. To do niego niepodobne. Nigdy się nie spóźnia.   
– Może miał jakąś poranną wizytę.   
–  Może  –  przyznała  Jackie  i  wychodząc,  dorzuciła:  –  To  ja  przyślę  zaraz  pierwszego 

pacjenta.   

Maggie  westchnęła,  zdjęła  żakiet  i  powiesiła  go  na  wieszaku  stojącym  obok  drzwi. 

Ledwie  zdążyła  zająć  miejsce  za  biurkiem,  kiedy  rozległo  się  ostre  pukanie  do  drzwi.  Do 
gabinetu weszła młoda kobieta z małym chłopcem.   

– Witaj, Frań. – Maggie uśmiechnęła się. – Cześć, Tom. Jak się dziś czujesz? 
– Mam kaszel – mruknął chłopczyk.   
– Mógłbyś mi opowiedzieć coś bliższego o tym kaszlu? – poprosiła Maggie.   
– Mam go przez cały czas – oznajmił z powagą Tom.   
– Przeziębił się – wyjaśniła jego matka – i zaczął kaszleć.   
–  To  już  nie  pierwszy  raz,  prawda?  –  Maggie  wywołała  na  ekran  komputera  historię 

chorób Toma i przebiegła ją wzrokiem.   

– Tak – przyznała Frań. – Kaszle po każdym przeziębieniu.   
– Czy miewa napady duszności? 
–  No...  wcześniej  nie  zauważyłam,  ale  tym  razem  miał.  Wczoraj,  kiedy  wybiegał  się  z 

dziećmi.   

– Osłuchamy sobie twoje płucka, Tom. – Maggie sięgnęła po stetoskop. – Zdejmij kurtkę 

i podciągnij koszulkę. Bardzo dobrze. Słuchawka może być zimna, ale nic nie będzie bolało. 
– Pochuchała na słuchawkę i przyłożyła ją do klatki piersiowej chłopca.   

–  Ale  łaskocze,  mamusiu.  –  Tom  skrzywił  się.  –  Słychać  tam  coś?  –  zwrócił  się  do 

Maggie.   

– Tak. – Kiwnęła głową. – Słyszę bicie twojego serduszka i słyszę, jak coś szemrze ci w 

płucach.   

– A ja mogę posłuchać? – spytał zaciekawiony Tom.   
– Proszę bardzo. – Maggie założyła mu stetoskop i ponownie przystawiła słuchawkę do 

klatki  piersiowej.  Tom  słuchał  przez  chwilę  w  głębokim  skupieniu.  –  No  i  słyszysz  coś?  – 
spytała.   

– Tak, pukanie – odparł Tom.   
–  To  twoje  serce  –  wyjaśniła.  –  Jest  czymś  w  rodzaju  pompy  i  pompuje  krew,  żeby  ta 

rozpływała się po całym twoim ciele.   

– Ale żadnego szemrania nie słyszę – stwierdził Tom.   
–  Bo  ono  jest  trochę  cichsze  –  wyjaśniła  Maggie.  –  No  dobrze,  oddaj  stetoskop,  Tom. 

Osłucham teraz twoje plecy.   

Chłopiec odwrócił się, matka podciągnęła mu koszulkę, a Maggie przystawiła słuchawkę 

do obnażonych pleców.   

background image

– Też szemrze? – spytał Tom.   
– Tylko troszeczkę – odparła Maggie.   
Frań pomogła synkowi obciągnąć koszulkę i włożyć kurtkę.   
–  To  może  być  astma  –  powiedziała  Maggie.  –  Bez  obawy  –  dodała  szybko,  widząc 

przestrach  w  oczach  Frań.  –  Na  razie  to  tylko  podejrzenie.  Na  wszelki  wypadek  przepiszę 
Tomowi inhalator, a później zobaczymy.   

– A jeśli to astma... na to nie ma lekarstwa, prawda? – dociekała zaniepokojona Fran. i – 

Moja znajoma choruje na astmę i bez przerwy bierze leki.   

–  Jeśli  nawet  mamy  do  czynienia  z  astmą,  to  istnieją  sposoby  na  jej  kontrolowanie  – 

odparła  Maggie.  –  Na  razie  rób  mu  inhalacje  dwa  razy  dziennie  przez  miesiąc,  a  potem 
przyjdźcie do mnie.   

– Dobrze, doktor Hudson. Dziękuję. – Frań wzięła od Maggie receptę. – Chodźmy, Tom.   
– Do widzenia, Tom – powiedziała Maggie.   
– Do widzenia.   
Maggie  miała  już  wezwać  następnego  pacjenta,  ale  po  chwili  zastanowienia  nacisnęła 

klawisz interkomu.   

– Katie – powiedziała do zgłaszającej się rejestratorki – czy doktor Neville już przyszedł? 
– Nie, doktor Hudson. Jeszcze go nie ma.   
– Dziękuję, Katie. – Przerwała połączenie i zamyśliła się. Co się dzieje z tym Benem? Nie 

zwykł spóźniać się do pracy.   

Podniosła  słuchawkę  i  wybrała  z  klawiatury  jego  domowy  numer.  Po  szóstym  sygnale 

włączyła się automatyczna sekretarka – głos Bena prosił dzwoniącego, by zostawił nazwisko i 
numer  telefonu.  On  oddzwoni  po  powrocie.  Odłożyła  słuchawkę,  ale  zaraz  znowu  ją 
podniosła i wybrała numer komórki Bena. Była wyłączona.   

Już nie na żarty zaniepokojona, odchyliła się na oparcie fotela. To do Bena niepodobne. 

Pewnie po drodze do pracy odwiedził jakiegoś pacjenta i albo zapomniał, która już godzina, 
co jest mało prawdopodobne, albo też wizyta zabrała mu więcej czasu, niż się spodziewał, ale 
w tym drugim przypadku zadzwoniłby chyba do rejestracji i uprzedził, że się spóźni.   

Może  coś  się  stało  któremuś  z  dzieci?  Claire  miała  je  co  prawda  odebrać  w  niedzielę 

wieczorem,  ale  zadzwoniła  w  sobotę,  kiedy  Maggie  jeszcze  tam  była,  i  poprosiła  Bena,  by 
zatrzymał  je  na  jeszcze  jedną  noc,  bo  oni  z  Lukiem  wybierają  się  w  odwiedziny  do  dzieci 
Luke’a z pierwszego małżeństwa i wrócą dopiero w niedzielę w nocy. Stanęło na tym, że Ben 
odwiezie je do domu  w poniedziałek z samego rana, żeby miały jeszcze czas przebrać się i 
zdążyć  do  szkoły.  Może  po  prostu  zaczekał,  aż  się  przygotują,  i  przed  pracą  rozwiózł  je 
jeszcze do szkół. Ale jeśli nawet tak było, to dlaczego nie zadzwonił, że się spóźni? 

Maggie,  odpędzając  złe  myśli,  przyjęła  kolejnych  dwoje  pacjentów,  potem  nie 

wytrzymała  i  jeszcze  raz  połączyła  się  przez  interkom  z  rejestracją.  Kiedy  okazało  się,  że 
Bena  wciąż  nie  ma,  sięgnęła  po  słuchawkę.  Zadzwoniła  najpierw  do  lokalnego  biura 
numerów, po czym wybrała numer Claire.   

Po dziesiątym sygnale odebrał Luke Tyler.   
– Dzień dobry, Maggie Hudson z tej strony.   

background image

– Maggie? A to ci niespodzianka. Czym mogę służyć? 
– Może cię zaskoczę, ale chciałam zapytać, czy Ben był u was dzisiaj rano? 
– Ben? Owszem, był, odwiózł dzieci.   
– Tak też myślałam. O której odjechał? 
–  Nie  wiem,  która  to  dokładnie  była.  Zapytam  zaraz  Claire.  A  co,  gdzieś  się  wam 

zawieruszył? 

– No... coś w tym rodzaju...   
– Zaczekaj chwileczkę. Claire wyprawiła dzieciaki do szkoły i wróciła do łóżka. Bardzo 

późno wczoraj wróciliśmy.   

Niektórym to się powodzi, pomyślała Maggie, kiedy w słuchawce zaległa cisza. Ona od 

świtu  na  nogach  i  cały  dzień  pracy  przed  nią,  a  Claire  wyleguje  się  w  łóżku  zmęczona  nie 
wiadomo po czym. Po kilku minutach w słuchawce rozległ się zaspany głos Claire: 

– Maggie? Coś się stało? 
– Nie wiem, czy się stało – odparła Maggie. – Luke mówi, że Ben odwiózł wam dziś rano 

dzieci.   

– No tak. Zaczekał, aż się przebiorą, i potem znowu je zabrał, żeby w drodze do pracy 

wysadzić pod szkołą.   

– Rozumiem. Tak sobie właśnie myślałam.   
– Nie dojechał jeszcze? 
– Ano nie. Gdzieś go wcięło. – Maggie siliła się na nonszalancki ton. Sama nie wiedziała 

dlaczego, ale starała się ukryć przed Claire, że niepokoi się o Bena.   

– Od nas wyjechał parę minut po ósmej. Coś go musiało po drodze zatrzymać. To właśnie 

cały Ben. Nigdy nie wiedziałam, gdzie jest, ani kiedy wróci...   

– Tak, cały Ben. Dziękuję, Claire. Przepraszam, że zawracałam ci  głowę. – Maggie nie 

miała najmniejszej ochoty wdawać się z Claire w konwersację o przywarach Bena.   

–  Emma  mówiła,  że  poświęciłaś  im  wiele  czasu  w  ten  weekend.  –  Claire  najwyraźniej 

jeszcze  nie  skończyła  i  chciała  się  dowiedzieć  czegoś  ponad  to,  co  zdążyła  wyciągnąć  od 
szykującej się do szkoły córki.   

– Tak, wspaniale się bawiliśmy – odparła Maggie. – Ale muszę już kończyć, Claire. Mam 

pacjentów.   

Przyjęła  jeszcze  dwie  osoby  i  miała  właśnie  połączyć  się  ponownie  z  rejestracją,  by 

zapytać, czy Ben już dotarł, kiedy zadzwonił telefon. To była Fiona.   

– Masz u siebie pacjenta, Maggie? 
– Nie. W tej chwili jestem sama.   
– Dzwonili właśnie z policji.   
– Z policji... ? – Maggie serce podeszło do gardła.   
Normalnie taka informacja nie zrobiłaby na niej większego wrażenia. Lokalna policja ze 

zrozumiałych względów była w stałym kontakcie z lekarzami z przychodni.   

– Czego chcieli? – spytała.   
–  Powiedzieli,  że  dostali  zgłoszenie  od  jakiegoś  obywatela,  że  samochód  Bena  stoi  na 

poboczu nadbrzeżnej szosy, na klifach. Bena nie ma podobno w pobliżu i samochód wygląda 

background image

na porzucony. Obiecali, że będą nas informować na bieżąco... Jesteś tam, Maggie? 

– Jestem, jestem. Gdzie miałabym być.   
–  Na  pewno  istnieje  jakieś  racjonalne  wytłumaczenie.  Mówią,  że  nie  ma  powodu  do 

niepokoju.   

Nie ma powodu do niepokoju. Maggie odłożyła słuchawkę. Serce waliło jej jak młotem. 

Gdzie  Ben?  Dlaczego  jego  wóz  stoi  porzucony  przy  szosie?  Co  się  z  nim  stało?  Na  tym 
odcinku drogi często dochodziło do groźnych wypadków, zdarzały się też samobójstwa... Nie, 
Ben by czegoś takiego nie zrobił. To do niego niepodobne...   

Odniosła wrażenie, że zimna obręcz ściska jej serce. Nie wiedziała, co by zrobiła, gdyby 

Benowi  coś  się  stało.  Od  śmierci  Davida  był  dla  niej  opoką,  oparciem,  a  on  sam?  Co 
właściwie  wiedziała  o  stanie  jego  psychiki  w  ciągu  ostatnich  kilku  lat? Wiedziała  tylko,  że 
bezpośrednio  po  rozpadzie  małżeństwa  był  zdruzgotany,  ale  potem  jakby  się  pogodził  z 
losem, a przynajmniej usiłował robić takie wrażenie.   

A  jeśli  się  nie  pogodził?  Jeśli  popadł  w  depresję,  lecz  tak  się  z  tym  krył,  że  nikt z  nich 

niczego nie zauważył? 

Ale jeśli nawet, to dlaczego teraz? Podczas weekendu wyglądał na takiego szczęśliwego. 

Nawet...  O,  Boże!  Maggie  poderwała  dłoń  do  ust,  przypominając  sobie,  co  zaszło  między 
nimi na plaży. To mogła być kropla, która przepełniła czarę? Czyżby aż tak przejął się tym, że 
go odtrąciła? 

Ze  stłumionym  okrzykiem  poderwała  się  z  fotela  i  podbiegła  do  drzwi.  Nie  będzie 

siedzieć  z  założonymi  rękami  i  biernie  czekać  na  rozwój  wypadków.  Musi  coś  zrobić.  Nie 
wiedziała jeszcze co, ale Ben ma być może kłopoty i potrzebuje pomocy.   

Na  korytarzu  nie  było  nikogo.  Zbiegła  po  schodach  do  rejestracji.  Jak  w  każdy 

poniedziałek,  kłębił  się  tam  tłum  pacjentów,  ale  Maggie  nie  zwracała  na  nich  uwagi,  nie 
słyszała  też  Jackie,  która  coś  do  niej  wołała.  Musiała  jak  najszybciej  znaleźć  się  na  tym 
odcinku nadbrzeżnej szosy, na którym widziano porzucony samochód Bena.   

Pchnęła  podwójne  drzwi  głównego  wejścia  i  zderzyła  się  z  mężczyzną,  który  wchodził 

akurat do budynku. Była tak zaaferowana, że nie spojrzała nawet kto to.   

– Przepraszam! – bąknęła.   
Mężczyzna przytrzymał ją za ramiona i dopiero wtedy dotarło do niej, kogo widzi.   
– Ben?! – Gapiła się na niego półprzytomnie.   
– Co jest, Maggie? – spytał z uśmiechem. – Pali się? 
– Co jest... ? – Potrząsnęła głową i nagle zalała ją fala złości. Irracjonalnej złości na siebie 

samą i swoją nieprofesjonalną reakcję na zaistniałą sytuację.   

– Gdzie byłeś? – krzyknęła i ku swemu przerażeniu uświadomiła sobie, że bębni obiema 

pięściami w jego tors.   

– Hej, o co chodzi? – Odsunął ją od siebie na długość wyciągniętych ramion.   
– Myślałam, że coś ci się stało! – wyrzuciła z siebie i łzy popłynęły jej po policzkach. – 

Myślałam, że nie żyjesz! 

– Że nie żyję? – Ben zrobił wielkie oczy. – Co ci przyszło do głowy? 
– Nie było cię i nie było... potem zadzwonili z policji. Powiedzieli... że twój samochód 

background image

stoi  na  klifach,  a  ciebie  nigdzie  ani  śladu.  –  Zdawała  sobie  sprawę,  że  w  jej  głosie 

pobrzmiewa nutka histerii, ale nie miała nad nim kontroli.   

– Wszystko się zgadza – odparł beztrosko Ben. – Ratowałem psa Percy’ego Northa.   
–  Ratowałeś  psa?  –  Maggie  gapiła  się  na  niego  i  nie  mogła  się  zdecydować,  czy 

roześmiać się, czy rozpłakać.   

–  Coś  ty  taka  roztrzęsiona?  –  Ben  pochylił  głowę  i  próbował  zajrzeć  jej  w  oczy.  – 

Wejdźmy do środka. – Zerknął ponad jej ramieniem na ludzi przyglądających się im ciekawie 
z zatłoczonej rejestracji. – Albo nie. Wejdziemy od tyłu.   

Otoczył  ją  ramieniem  i  obeszli  budynek.  Dotarli  do  jej  gabinetu,  nikogo  po  drodze  nie 

spotykając.  Maggie,  z  walącym  wciąż  sercem,  opadła  na  swój  fotel.  Ben  przysiadł  na 
krawędzi biurka i patrzył na nią z zaniepokojeniem.   

– Powiesz mi wreszcie, co to wszystko miało znaczyć? – zapytał w końcu.   
– To chyba ja ciebie powinnam o to zapytać! 
–  Doceniam  twoją  troskę,  naprawdę  doceniam,  ale  jak  mówiłem,  pomagałem  tylko 

Percy’emu ratować Nippera, jego psa...   

– Widziałeś się z policją? – przerwała mu.   
– Nie, a powinienem? 
– To chyba logiczne, że zawiadomiwszy nas, że twój samochód stoi porzucony na klifach, 

pojechali tam sprawdzić, co się stało? 

– Kiedy stamtąd ruszałem, jeszcze nie dojechali. Może powinienem do nich zadzwonić z 

informacją,  że  się  znalazłem  i  nie  muszą  już  wysyłać  ekipy.  –  Ben  zachichotał,  ale  zanim 
zdążył wprowadzić swój zamiar w czyn, zadzwonił telefon na biurku Maggie.   

Podniosła słuchawkę. To była Fiona.   
– Mam policję na linii, Maggie.   
– Ben jest u mnie, Fiono.   
– Tak podejrzewałam... Dziewczyny widziały, jak wchodzicie na górę. Policja chce z nim 

rozmawiać.   

Bez  słowa  przekazała  słuchawkę  Benowi.  Ten  wstał  i  podszedł  do  okna.  Słyszała,  jak 

zapewnia policję, że jest cały i zdrowy i dziękuje im za troskę.   

Odłożył w końcu słuchawkę i zerknął na zegarek.   
– Naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, że już ta godzina – mruknął, przenosząc wzrok 

na  Maggie.  –  Przepraszam.  Bardzo  cię  przepraszam.  Powinienem  był  zadzwonić  i 
powiedzieć, gdzie jestem i co się stało.   

– A tak właściwie, to co się stało? – spytała.   
– Wysadziłem dzieci pod szkołą i wracając szosą, zobaczyłem Percy’ego Northa. Miotał 

się  tam  i  z  powrotem  przy  samej  krawędzi  klifu  i  wymachiwał  gorączkowo  rękami. 
Zatrzymałem  wóz  i  pobiegłem.  Powiedział  mi,  że  spacerował  z  Nipperem.  Nagle  Nipper 
rzucił  się  w  pogoń  za  królikiem  i  znikł  mu  z  oczu  za  krawędzią  urwiska.  Percy  słyszał 
skamlenie  psa,  ale  jego  samego  nie  widział.  Podeszliśmy  tam  we  dwójkę,  żeby  jeszcze  raz 
rzucić okiem, i okazało się, że Nipper utknął w gęstych krzakach na skalnej półce. Gdyby nie 
one,  spadłby  na  sam  dół.  Uznałem,  że  jeśli  zachowam  ostrożność,  to  dam  radę  tam  zejść  i 

background image

wytaszczyć go na górę.   

– Nie przyszło ci do głowy, żeby wezwać straż przybrzeżną? – spytała Maggie.   
– Jakoś nie – przyznał z zażenowaniem. – Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i 

Nipper jest już ze swoim panem.   

–  Podejrzewam,  że  od  tej  pory  zaopatrzenie  w  świeże  warzywa  masz  zapewnione  – 

westchnęła Maggie.   

– Żebyś wiedziała. – Ben uśmiechnął się, ale zaraz spoważniał. – Maggie? 
– Tak? 
– A myślałaś, że co mi się stało? 
– Sama nie wiem. – Potrząsnęła głową. – Po pierwsze, nie uprzedziłeś, że się spóźnisz, a 

to  do  ciebie  niepodobne.  Dzwoniłam  do  twojego  domu,  potem  na  twoją  komórkę... 
zadzwoniłam nawet do Claire.   

– Do Claire? – Ben spojrzał na nią ostro. – Dzwoniłaś do Claire? 
– Tak.   
– Po co? 
–  Wiedziałam,  że  rano  miałeś  tam  odwieźć  dzieci.  Chciałam  zapytać,  czy  byłeś,  a  jeśli 

tak, to kiedy odjechałeś.   

– Claire była pewnie zachwycona, że nie możesz mnie namierzyć.   
Maggie wzruszyła bezradnie ramionami.   
– Zaraz potem zadzwonili z policji... i... i wtedy już naprawdę nie wiedziałam, co o tym 

myśleć...   

– Pomyślałaś sobie, że miałem jakiś wypadek? 
– Jak mówię, nie wiedziałam, co o tym myśleć. Twój samochód porzucony na klifach...   
– Pomyślałaś, że skoczyłem? – spytał z niedowierzaniem.   
–  Nie.  Oczywiście,  że  nie  –  zaprzeczyła  pośpiesznie,  a  potem,  machając  ręką, 

dokończyła:  –  Sama  nie  wiem,  Ben...  Nie  wiem,  co  sobie  pomyślałam.  Chyba  wpadłam  w 
panikę.   

– Nie wiedziałem, że tak ci na mnie zależy, Maggie.   
– Pewnie, że zależy. – Spojrzała mu w oczy. – Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby coś ci się 

stało... – Głos jej się załamał.   

– Och, Maggie. – Ben podszedł, wziął ją za ręce, poderwał z fotela i przytulił.   
– Dzięki Bogu, że nic ci się nie stało, Ben.   
Głos  jej drżał. Po raz drugi  w ciągu dwóch dni  była w jego ramionach, czuła bicie jego 

serca, zapach jego wody po goleniu, mydła, którego używał, a co więcej...   

Oderwali  się  od  siebie  na  dźwięk  brzęczyka  interkomu.  Maggie  przechyliła  się  przez 

biurko i wcisnęła klawisz. Zastanawiała się potem, jak by się to skończyło, gdyby nic im nie 
przerwało. Czy Ben odczuwał to samo co ona? A jeśli tak, to czy by ją pocałował? A jeśli tak, 
to jak by na to zareagowała? Odepchnęłaby go, jak na plaży, czy oddała pocałunek? Pewności 
nie miała, podejrzewała jednak, że tym razem trudno by jej było oprzeć się Benowi.   

– Doktor Hudson, jest jeszcze u pani doktor Neville? 
– Tak, Jackie, jest.   

background image

– Mnóstwo pacjentów tu czeka i do niego, i do pani. Już nie wiemy, co im mówić.   
Za Maggie odpowiedział Ben: 
– Jackie? Przeproś ich za to dzisiejsze opóźnienie i powiedz, że zaczynamy.   
– Dobrze, doktorze Neville. Jak pan każe.   
Ben przerwał połączenie i skrzywił się.   
–  Chyba  dostarczyliśmy  im  materiału  do  plotek  na  co  najmniej  miesiąc  –  zauważył  z 

przekornym uśmieszkiem.   

– O tak, co najmniej – mruknęła Maggie.   
Ben ścisnął jej dłoń i wyszedł, a ona wciąż drżała.   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Wezwał  pierwszego  pacjenta.  Zaraz  potem  rozległo  się  pukanie,  drzwi  się  uchyliły  i  do 

gabinetu zajrzał mężczyzna po czterdziestce.   

– Cześć, Nigel. Wejdź, siadaj.   
Nigel  Greening,  łysiejący  okularnik  ubrany  schludnie  w  tweedową  marynarkę  i  szare 

spodnie, był dyrektorem miejscowej szkoły podstawowej. Znali się z Benem od dawna.   

– Cześć, Ben – powiedział, siadając ostrożnie.   
– Przepraszam, że musiałeś tyle czekać.   
– Nie szkodzi. Pewnie były jakieś powody.   
– A, były, były – przyznał Ben. – No więc? W czym mogę ci pomóc? 
– Dostałem jakiejś wysypki – odparł posępnie Nigel. – Boli i doprowadza mnie do szału. 

Postanowiłem sprawdzić, co to takiego, żeby nie narażać niepotrzebnie moich podopiecznych. 
Na boku mi wyskoczyło – dodał, pokazując palcem.   

– Masz jakieś inne objawy? – spytał Ben.   
– Jeśli mam być szczery, to przez cały weekend nie czułem się najlepiej. Było mi gorąco i 

zimno  zarazem,  jak  przy  początkach  grypy.  Miałem  mdłości.  Tak  swędziało,  że  oka  nie 
zmrużyłem przez całą noc, a rano zaczęło boleć.   

–  Rzućmy  okiem  na  tę  wysypkę.  –  Ben  wstał,  a  Nigel,  krzywiąc  się  z  bólu,  zdjął 

marynarkę, rozluźnił krawat i zaczął rozpinać koszulę.   

Ben  obejrzał  dokładnie  czerwone  pęcherzyki  pokrywające  sporą  część  torsu  i  brzucha 

Nigela. Potem zmierzył pacjentowi tętno i temperaturę. Były lekko podwyższone.   

– Obawiam, się, Nigel, że to półpasiec – orzekł w końcu.   
–  Boże  kochany!  Myślałem,  że  to  dotyka  tylko  staruszków.  –  Dyrektor  usiadł 

oszołomiony.   

– Bynajmniej. Ta choroba nie jest przypisana do żadnej grupy wiekowej.   
– Kilkoro uczniów chorowało ostatnio na wietrzną ospę. Może od nich to podłapałem? – 

spytał z niepokojem Nigel.   

Ben pokręcił głową.   
–  Nie  –  odparł.  –  To  nie  przebiega  w  ten  sposób.  Ale  masz  rację,  że  półpasiec  jest 

powiązany z wietrzną ospą. Przechodziłeś ją pewnie w dzieciństwie albo w młodości.   

– Tak, przechodziłem – przyznał Nigel.   
– Wirus pozostaje uśpiony, czasami przez wiele lat, ale jeśli twój układ odpornościowy 

zostanie  z  jakiegoś  powodu  zaatakowany,  może  się  ocknąć  i  tym  razem  wywołana  nim 
choroba to półpasiec – wyjaśniał Ben. – Przypadłość jest bolesna i będziesz musiał wziąć parę 
dni zwolnienia. Przepiszę ci bardzo skuteczny lek.   

Ben  umył  ręce,  usiadł  za  biurkiem  i  wywołał  na  ekran  komputera  kartę  chorobową 

Nigela.   

– Przyjdź do mnie za tydzień – powiedział, czekając na wydruk recepty – ale myślę, że po 

tym leku szybko odczujesz poprawę.   

background image

–  Skoro  już  tu  jestem,  to  miałbym  do  ciebie  jeszcze  jedną  sprawę  –  powiedział  Nigel, 

odbierając  receptę.  –  Jest  trochę  delikatna  i  dotyczy  jednego  z  uczniów  mojej  szkoły. 
Wychowawczyni zauważyła ostatnio niepokojącą zmianę w jego zachowaniu.   

– Ono jest moim pacjentem? 
– Tego nie wiem... chociaż jest pewnie zarejestrowany w waszej przychodni. Jego matka 

tu pracuje.   

– Naprawdę? – Ben uniósł brwi.   
– Naprawdę. Chłopiec nazywa się Joshua Barnes.   
– Syn Aimee Barnes? 
– Tak. – Nigel kiwnął głową i wkładając marynarkę, znowu skrzywił się z bólu.   
– Możesz mi zdradzić, co tak niepokoi jego wychowawczynię? – spytał Ben.   
– Prawdę mówiąc, to nie bardzo wiem. Powtarzam ci tylko jej opinię.   
– Ale co to za zmiana? Zaczął rozrabiać na lekcjach? 
– Nie. Wydaje mi się, że na odwrót. Podobno stal się dziwnie przygaszony.   
– Dobrze, że mi o tym mówisz – powiedział Ben. – Przeprowadzę dyskretne dochodzenie.   
– Dzięki, Ben.   
– A teraz idź do domu i kładź się do łóżka.   
Po  wyjściu  Nigela,  Ben  siedział  przez  chwilę  zamyślony,  bębniąc  palcami  w  biurko. 

Potem  nacisnął  dwa  klawisze,  wywołując  na  ekran  kartę  Joshui  Barnesa.  Cała  rodzina 
Barnesów przypisana była Maggie i w ich dokumentacji nic szczególnego na temat Joshui nie 
wyczytał. Normalny ośmiolatek leczony na choroby wieku dziecięcego. Jego matka, Aimee, 
od  kilku  lat  pracowała  w  przychodni  na  pół  etatu  jako  pielęgniarka.  Niedawno,  spadając  z 
roweru, złamała rękę.   

W domu było jeszcze dwoje dzieci – starsza o trzy lata od Joshui dziewczynka i młodszy 

od  niego  chłopiec.  Dziewczynka  cierpiała  na  dysleksję  i  miała  pewne  kłopoty  z  nauką, 
chłopiec  chorował  na  astmę.  Mąż  Aimee,  Denis,  był  kierownikiem  miejscowego 
supermarketu, członkiem ochotniczej straży pożarnej i prawie się nie leczył.   

Ben postanowił porozmawiać na ten temat z Maggie, zapisał to sobie w notesie i wezwał 

brzęczykiem następnego pacjenta.   

 
– To już był ostatni, doktor Hudson.   
–  Dziękuję,  Katie.  –  Maggie  przeciągnęła  się  z  westchnieniem  ulgi,  wstała  zza  biurka, 

wyszła z gabinetu i ruszyła korytarzem w kierunku pokoju dla personelu.   

Zastała tam Jona. Siedział pod oknem w jednym z foteli, sączył kawę i przeglądał jakieś 

czasopismo medyczne. Podniósł wzrok na wchodzącą Maggie.   

– Cześć – powiedział.   
– Cześć, Jon. – Podeszła do ekspresu i nalała sobie kawy.   
– Co tu się rano działo? Maggie udała, że nie rozumie.   
– A co się miało dziać? 
– No, te tłumy czekające w rejestracji na Bena...   
– Ach, o to ci chodzi.   

background image

– Dlaczego się spóźnił? – drążył Jon.   
– Ratował psa na klifach.   
– Psa? – Jon zrobił wielkie oczy.   
– Tak, psa. Tylko tyle.   
– To skąd ta cała panika? 
– Panika? Widziałeś tam jakąś panikę? 
–  Na  przykład  na  twojej  twarzy,  kiedy  przebiegałaś  obok  moich  drzwi.  Myślałem,  że 

kogoś zamordowano, a potem usłyszałem od dziewczyn, że policja szuka Bena.   

– Nic takiego się nie stało, Jon, uwierz mi – oświadczyła Maggie. – Mogło, ale się nie 

stało... – Urwała, bo w tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Ben.   

– O wilku mowa – skonstatował Jon. – Jakie to uczucie być bohaterem, Ben? 
– Nie wiem – odparł Ben. – Nigdy nim nie byłem.   
–  Po  co  ta  skromność!  –  Jon  uśmiechnął  się.  –  Pewien  pies  okrzyknął  cię  bohaterem  i 

ślubował dozgonną wdzięczność.   

Ben wzruszył ramionami i nalał sobie kawy.   
– Czyj to w ogóle był pies? – spytał Jon. – Kogoś znajomego? 
– Starego Percy’ego – mruknął Ben.   
– Ten kundel? – Jon roześmiał się. – Jak już ratować kogoś z narażeniem życia, to niech 

to przynajmniej będzie jakaś ponętna studentka.   

– Też bym wolał – mruknął Ben.   
Jon, chichocząc pod nosem, dopił kawę, wstał i z czasopismem pod pachą opuścił pokój.   
– On się nigdy nie zmieni, prawda? – odezwała się Maggie z westchnieniem.   
Ben pokręcił głową i upił łyczek kawy.   
– Dobrze, że zostaliśmy sami, Maggie – powiedział. – Chciałem właśnie zamienić z tobą 

słówko na osobności.   

– Jakieś problemy? – spytała, ściągając brwi.   
– Jeszcze nie wiem. Był u mnie dzisiaj Nigel Greening. – Urwał, szukając odpowiednich 

słów. – Wspomniał, że jedna z jego nauczycielek martwi się o Joshuę Barnesa.   

– Syna Aimee? A co z nim? 
– Podobno się zmienił.   
– W jakim sensie? 
– Stał się dziwnie zamknięty w sobie.   
–  Ciekawe,  z  jakiego  powodu  –  zastanowiła  się  powoli  Maggie.  –  To  niepodobne  do 

Joshui.   

– Barnesowie są twoimi pacjentami, prawda? – spytał Ben, a kiedy skinęła głową, podjął: 

– Mają jakieś kłopoty? 

– Nic mi na ten temat nie wiadomo – odparła. – Na pewno nie małżeńskie.   
– W tych sprawach nigdy nie można mieć pewności.   
– To prawda – przyznała. – Może koledzy z klasy mu dokuczają – dorzuciła.   
–  Może  –  przyznał.  –  Jeśli  tak,  to  nauczycielka,  skoro  już  dostrzegła  zmianę  w  jego 

zachowaniu, pewnie zwróci teraz na to uwagę.   

background image

Maggie milczała przez chwilę, obracając w dłoniach kubek.   
– Mam porozmawiać z Aimee? – spytała w końcu.   
– Gdybyś mogła. Ale dyskretnie, w luźnej rozmowie, żeby się nie zorientowała, do czego 

zmierzasz.   

– Zobaczę, co da się zrobić. – Wstała, dopiła kawę i ruszyła w kierunku drzwi. – Muszę 

już iść.   

– Maggie... – zaczął Ben. Zatrzymała się i odwróciła.   
– Słucham? 
– Przepraszam, że tak cię rano wyprowadziłem z równowagi.   
– Nie ma za co, Ben. Chyba zbyt histerycznie zareagowałam.   
–  Mimo  wszystko.  –  Ben  wzruszył  ramionami.  –  Zachowałem  się  nieodpowiedzialnie. 

Nie przypuszczałem, że ktoś może się o mnie tak martwić.   

– To teraz już wiesz. – Uśmiechnęła się. – Bardzo cię lubimy, Ben. Pamiętaj o rym.   
– My? – Uniósł pytająco brwi.   
– Tak, ja... i dzieci... – Spuściła wzrok. – No i oczywiście wszyscy tutaj – dodała.   
– Aha, rozumiem. – Uśmiechnął się i wstał. – Weekend pięknie nam się udał, prawda? 
–  Tak,  było  wspaniale.  A  ja  ci  jeszcze  nie  zdążyłam  podziękować.  Dzieci  też  są 

zachwycone.   

– Nawet Jessica? 
– Nawet ona – odparła z przekonaniem Maggie.   
– Bałem się, że spacery i pikniki już jej nie bawią.   
– Teoretycznie, może. Ale nie ma to jak praktyka. A twoje pociechy? 
– O, setnie się ubawiły. Nie chciały wracać do domu. Zwłaszcza Richard.   
– Ten układ musi być dła was trudny. Jak ty to wytrzymujesz? 
Ben westchnął.   
– Muszę. Nie mam wyboru.   
– A nie myślałeś o tym, żeby wystąpić o przyznanie ci opieki nad dziećmi? 
– Mam im wywracać świat do góry nogami? 
– A kto powiedział, że nie byłoby to z korzyścią dla nich...   
–  Sam  nie  wiem.  –  Ben  pokręcił  głową.  –  Przyznaję,  zastanawiałem  się  nawet,  czy  nie 

poprosić Claire, żeby pozwoliła im spędzać ze mną więcej czasu.   

– Myślisz, że nie wyraziłaby zgody? Ben parsknął śmiechem.   
– Z Claire nigdy nic nie wiadomo.   
–  Ja  na  jej  miejscu  zgodziłabym  się  bez  szemrania  –  powiedziała  Maggie,  ruszając  do 

drzwi.   

– Wierzę ci – mruknął. – Ale Claire to nie ty, Maggie. Zejdę z tobą na dół – dodał. – Mam 

kilka wizyt domowych.   

Poczekalnia  opustoszała,  nawet  przed  gabinetem  zabiegowym  nie  było  ani  jednego 

pacjenta. Maggie, pożegnawszy się z Benem, weszła tam, by porozmawiać z Aimee.   

– No i jak tam pierwszy dzień pracy po powrocie z urlopu? – zagaiła.   
– Świetnie. – Aimee uśmiechnęła się promiennie.   

background image

– Ręka nie boli? 
– Troszeczkę – przyznała Aimee. – Ale da się wytrzymać – dodała pośpiesznie.   
– Nie wolno ci jej forsować – powiedziała Maggie i zmieniła temat. – A jak tam w domu? 
– W domu? – Aimee ściągnęła brwi. – Nie rozumiem.   
– Pomagają ci? 
– Wie pani, jakie są dzieci. Zawsze mają coś ważniejszego do roboty, na przykład trening 

piłkarski albo oglądanie nowego filmu na wideo.   

– A Denis, pomaga ci? 
– Naturalnie. Denis jest wspaniały. Dobrze trafiłam.   
– To się cieszę.   
Wyglądało na to, że w rodzinie Aimee wszystko układa się normalnie. Jeśli tak w istocie 

było, to przyczyną zmiany w zachowaniu Joshui może być jakiś czynnik zewnętrzny, może 
jakieś kłopoty w szkołę. Maggie uznała, że należy zbadać sprawę od tej strony.   

 
–  Mamusiu,  a  może  urządzilibyśmy  przyjęcie  przy  ognisku?  –  spytała  przy  kolacji 

Jessica.   

– No właśnie! – podchwycił William. – Ale by było fajowo.   
– Czy ja wiem... – Maggie zawahała się.   
– Proszę! Od tak dawna nie było u nas żadnego przyjęcia! 
– Jessica przybrała błagalny ton.   
– Chyba wiesz, dlaczego, Jessiko – rzekła cicho Maggie.   
– Tak, wiem. – Jessica zachmurzyła się. – Ale tatuś bardzo lubił przyjęcia i na pewno nie 

miałby nam za złe.   

– To prawda – przyznała Maggie.   
– To urządzimy to przyjęcie? – Jessice zabłysły oczy.   
–  Moglibyśmy  zaprosić  Richarda  i  Emmę,  i  zaprosiłabym  jeszcze  Sophie  z  Maksem. 

Maksem Price’em... mogłabym go zaprosić, prawda? 

– Masz na myśli syna Jackie? – Maggie spojrzała na córkę badawczo. – No, chyba byś 

mogła...   

– To załatwione? 
– Cóż, myślę, że pora otworzyć drzwi przed gośćmi – uznała Maggie. – Ale czy to zaraz 

musi być przyjęcie przy ognisku? Kto by je rozpalił? Nie ma przecież taty.   

– Ben mógłby to zrobić – podsunęła Jessica.   
– Albo tato Josha Barnesa – zaproponował z powagą William. – Jest strażakiem.   
– Kolegujesz się z Joshem? – spytała Maggie.   
– Jeszcze jak – odparł William.   
–  No,  zobaczymy.  –  Maggie  westchnęła.  Dzieci  zerwały  się  od  stołu  i  rozbiegły  do 

swoich pokojów, by kończyć zadane lekcje. – A co ty myślisz o tym przyjęciu przy ognisku, 

Ingrid? – zwróciła się Maggie do służącej, kiedy sprzątały ze stołu po kolacji.   

– Po mojemu, to bardzo dobry pomysł – odparła Ingrid.   
– Jessica ma rację. Do tego domu musi wrócić znowu śmiech i zabawa.   

background image

– Przyszło mi do głowy – powiedziała powoli Maggie – że moglibyśmy zaprosić personel 

przychodni  z  rodzinami,  tacy  byli  dla  mnie  dobrzy  przez  ostatni  rok,  a  dzieci  zaprosiłyby 
przyjaciół ze szkoły.   

–  Ja  pomogę  w  przygotowaniach  –  zaoferowała  się  Ingrid.  –  Jest  jeszcze  trochę  czasu. 

Zdążyłabym upiec i struclę, i szarlotkę, i tort. Wstawiłoby się to do zamrażarki.   

–  A  w  dzień  przyjęcia  ustawilibyśmy  grille  i  Ben  piekłby  na  bieżąco  kiełbaski  i  steki, 

wrzuciłoby się parę ziemniaków do ogniska...  Wspaniale! – Maggie coraz bardziej  zapalała 
się do tego pomysłu.   

–  Tak,  jestem  za  tym  –  powiedziała  Ingrid,  ładując  naczynia  do  zmywarki.  W  pewnej 

chwili przerwała i podniosła wzrok. – Byłam dzisiaj u rzeźnika i słyszałam, że doktor Neville 
ratował psa Percy’ego. To wspaniałe, prawda? 

– Tak, wspaniałe – przyznała Maggie.   
– Ale słyszałam też, że pani była na niego bardzo zła za to, że spóźnił się do pracy. To 

prawda? 

– Nie do końca.   
– Też nie chciało mi się wierzyć – powiedziała Ingrid.   
– Nie ukrywam, trochę się zdenerwowałam – ciągnęła Maggie – ale powodem nie było 

spóźnienie doktora Neville’a ani to, że zatrzymał się, żeby ratować psa Percy’ego.   

Nie,  zdenerwowałam  się,  bo  nie  wiedziałam,  co  się  z  nim  dzieje...  a  na  dodatek 

zadzwonili z policji z informacją, że jego samochód stoi porzucony przy szosie. Pomyślałam 
sobie... pomyślałam... Och, sama nie wiem, co sobie pomyślałam.   

– Pomyślała pani, że coś złego mu się przydarzyło.   
– Tak, chyba tak.   
– A to by był prawdziwy koniec świata, prawda? – zauważyła Ingrid.   
Maggie wzięła głęboki oddech.   
– Tak, Ingrid – przyznała po chwili. – Koniec świata. Aha, Ingrid – zmieniła temat – już 

dawno chciałam zapytać: jak tam mama? 

– Czuje się o wiele lepiej, od kiedy zapisała jej pani te sterydowe tabletki.   
– Tak myślałam. Cieszę się.   
– A z początku nie chciała ich brać.   
– Wiem. Ale niech nie przerywa kuracji. Dopilnuj tego.   
–  Spróbuję  –  obiecała  Ingrid.  –  Ja  już  tu  dokończę  sprzątania.  Pani  ma  na  pewno  coś 

lepszego do roboty.   

– Dziękuję – powiedziała Maggie. – Miałam dzisiaj ciężki dzień. Wykąpię się i położę.   
Kiedy  wymoczywszy  się  w  gorącej  wonnej  kąpieli  kładła  się  do  łóżka,  naszła  ją 

niespodziewanie  ochota  porozmawiania  z  Benem.  Ale  jak  wytłumaczy  telefon  o  tak  późnej 
porze? Po chwili zastanowienia znalazła pretekst – powie mu o przyjęciu.   

Odebrał po drugim sygnale, zupełnie jakby spodziewał się tego telefonu.   
– Cześć, Ben... To ja.   
– Maggie! – ucieszył się. – A to ci niespodzianka. – Tu do jego głosu wkradł się niepokój. 

– Coś się stało? 

background image

–  Nie,  wszystko  w  porządku  –  zapewniła  go  szybko.  –  Przepraszam,  późno  już.  Ojej, 

nawet  nie  wiedziałam,  że  tak  późno  –  dodała,  zerkając  na  budzik.  Było  już  po  północy.  – 
Mam nadzieję, że cię nie obudziłam.   

– Nie. Wziąłem właśnie prysznic i położyłem się, ale nie śpię. A ty nie powinnaś już być 

w łóżku? 

–  Jestem  –  odparła  szybko.  –  Chciałam  zadzwonić  wcześniej,  ale  ciągle  coś  mi 

przeszkadzało. Wiesz, jak to jest.   

– Aż za dobrze – przyznał. – No więc, czym mogę ci służyć? 
– Jessica namówiła mnie na urządzenie przyjęcia.   
– Jakiego rodzaju przyjęcia? 
– Przy ognisku.   
–  Bardzo  dobry  pomysł  –  potwierdził  Ben.  –  Parę  koleżanek  ze  szkoły,  hotdogi.  O  to 

chodzi? 

–  Eee...  niezupełnie.  Może  to  miała  pierwotnie  na  myśli,  ale  po  krótkiej  dyskusji 

wprowadziłyśmy pewne modyfikacje.   

Chichot Bena poruszył w Maggie czułą strunę. Wyobraziła go sobie, jak uśmiechnięty ód 

ucha do ucha leży w szlafroku na łóżku.   

–  I  na  czym  w  końcu  stanęło?  Jeśli  znam  Jessikę,  to  na  pokazie  ogni  sztucznych  i 

dyskotece? 

–  Niezupełnie.  –  Maggie  roześmiała  się.  –  Postanowiłyśmy,  że  to  będzie  przyjęcie  dla 

personelu przychodni z rodzinami. Co ty na to? 

– Popieram.   
– Ingrid też powiedziała, że jest za. Obiecała upiec ciasta.   
Z  początku  nie  byłam  do  tego  pomysłu  –  przekonana.  To  będzie  pierwsze  przyjęcie  w 

Młynie od... od... – Zawiesiła głos. – Chciałam zapytać, czy nie pomógłbyś mi w pełnieniu 
obowiązków gospodarza.   

– Oczywiście, że pomogę – odparł bez wahania.   
– Dziękuję, Ben. Szczegóły omówimy kiedy indziej. Chciałam się tylko dowiedzieć, czy 

mogę na ciebie liczyć, zanim zacznę wprowadzać ten projekt w czyn.   

–  Jeśli  o  mnie  chodzi,  to  nie  ma  sprawy.  –  Urwał.  –  Doszłaś  już  do  siebie  po  tych 

porannych przejściach? 

– Tak. A wiesz, że wieść o tym, jak z narażeniem życia ratowałeś psa Percy’ego i jaka 

byłam na ciebie zła spóźnienie do pracy, dotarła już do rzeźnika? Ingrid mi mówiła.   

– Coś takiego! – Ben znowu zachichotał.   
– Tak czy owak, nie będę ci dłużej zawracała głowy, bo jutro znowu się spóźnisz. Śpij 

dobrze.   

– Dobranoc, Maggie. I dziękuję za telefon.   
– Dobranoc, Ben.   
Odłożyła słuchawkę i wsunęła się pod kołdrę, ale pomimo zmęczenia nie mogła zasnąć. 

Oczami wyobraźni widziała Bena leżącego na łóżku i wspominała, jaka czuła się bezpieczna, 
kiedy ją obejmował.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Personel  przychodni  z  entuzjazmem  powitał  propozycję  urządzenia  przyjęcia  przy 

ognisku  u  Maggie.  Ben  pomagał  aktywnie  w  przygotowaniach.  Nawet  Jon,  ku  zaskoczeniu 

Maggie, wykazywał zainteresowanie zbliżającą się imprezą.   

– Richard i Emma chyba przyjdą, prawda? – spytała Maggie Bena.   
Była  sobota,  Ben  zatrzymał  się  w  Młynie,  wracając  z  wypadu  na  zakupy.  W  ekspresie 

bulgotała wesoło kawa, na kuchennym stole stygła partia upieczonych przez Ingrid babeczek 
nadziewanych wiśniami.   

– Mam taką nadzieję – odparł Ben. – Wspominałem już o tym Emmie, kiedy ostatnio z 

nią rozmawiałem, ale jeszcze jej przypomnę.   

– Wygląda na to, że będzie cały personel.   
–  Mówisz  tak,  jakbyś  w  to  wątpiła  –  zauważył  Ben,  zerkając  pożądliwie  na  wiśniowe 

babeczki.   

Maggie wyjęła z kredensu filiżanki i postawiła je obok ekspresu.   
–  Zastanawiam  się,  czy  wypada  poprosić  Denisa  Barnesa  o  odpalenie  ogni  sztucznych. 

Jest przecież strażakiem.   

–  Dobra  myśl  –  podchwycił  Ben.  –  Do  takich  rzeczy  potrzeba  fachowca.  Już  widzę  te 

nagłówki  w  gazetach,  gdyby  coś poszło  nie tak. Nieszczęśliwy  wypadek podczas odpalania 
fajerwerków na libacji u lekarzy.   

– Odpukaj! – Maggie wzdrygnęła się. – Lepiej nawet nie myśleć.   
–  Skoro  już  mowa  o  Barnesach  –  podjął  po  chwili  Ben  –  to  dowiedziałaś  się  czegoś 

bliższego o Joshu? 

Maggie pokręciła głową.   
–  Nie,  nic.  Próbowałam  podpytywać  Williama,  ale  obawiam  się,  że  ośmiolatek  nie  jest 

najlepszym źródłem informacji w tego rodzaju sprawach. Spytałam też mimochodem Aimee, 
czy  wszystko  u  nich  w  porządku,  ale  zapewniła  mnie,  że  w  jak  najlepszym.  Zaczynam 
podejrzewać, że wychowawczyni Josha coś się przywidziało.   

–  Miejmy  nadzieję.  Ale  coś  tam  musi  być  naprawdę  nie  tak,  skoro  przyszła  z  tym  do 

Nigela.   

–  Wiesz,  co  zrobię?  –  powiedziała  Maggie.  –  Pójdę  do  Barnesów  pod  pozorem 

poradzenia  się  Denisa  w  sprawie  tych  sztucznych  ogni.  Czasami  podczas  takiej  domowej 
wizyty  można  dowiedzieć  się  o  rodzinie  więcej  niż  z  ciągnięcia  za  język  każdego  z  jej 
członków z osobna.   

– Dobra myśl.   
– Nie masz ochoty na babeczki Ingrid? 
– Myślałem, że już nie zapytasz – powiedział Ben z westchnieniem ulgi.   
– Ben! – Do kuchni wbiegł William. – Pomożesz nam robić Guya Fawkesa? 
Ben kiwnął głową. Nie mógł mówić, bo usta miał zapchane wiśniową babeczką.   
– Masz jakieś stare ubrania? 

background image

Ben przełknął.   
– Niebo w gębie. Chyba tak, stary, coś się tam znajdzie.   
– Fajnie. – William odwrócił się na pięcie i już go nie było. – Jess! – dobiegł z korytarza 

jego krzyk. – Ben mówi, że pomoże nam zrobić Guya.   

– Pozwalasz im się wykorzystywać, Ben – powiedziała cicho Maggie.   
–  Nic  z  tych  rzeczy.  –  Ben  pokręcił  stanowczo  głową.  –  Zapewniam  cię,  że  cała 

przyjemność po mojej stronie. Taki sam byłbym dla mojej dwójki, gdyby ze mną mieszkali.   

 

Pretekst  do  odwiedzenia  Barnesów  w  domu  nadarzył  się  wcześniej,  niż  Maggie  się 

spodziewała,  a  mianowicie  już  nazajutrz,  w  niedzielę.  Miała  dyżur  pod  telefonem  i  dostała 
wezwanie do starszej osoby mieszkającej w sąsiedztwie.   

Wracając  od  pacjentki,  zatrzymała  wóz  pod  domem  Barnesów  i  siedziała  przez  chwilę 

niezdecydowana  czy  zapukać,  czy  jechać  dalej.  Dom  był  murowany,  wzniesiony  w  latach 
trzydziestych, jak wiele podobnych budynków w tej części wyspy Wight. Dobrze utrzymany 
ogród  z  małym  trawnikiem  i  kwiatami,  we  frontowych  oknach  czyste  białe  firanki.  Na 
podjeździe stały dwa samochody – ciemnozielony vauxhall Aimee i większy, jasnoniebieski 
ford, przypuszczalnie jej męża.   

Niedziela  to  chyba  najlepszy  dzień  na  takie  odwiedziny,  doszła  w  końcu  do  wniosku 

Maggie. Większe prawdopodobieństwo, że zastanie wszystkich w domu.   

Wysiadła  z  samochodu,  ‘  zamknęła  go,  podeszła  do  drzwi  i  zadzwoniła.  Otworzyła  jej 

Melanie, starsza siostra Joshui. Spojrzała na Maggie jak na istotę z innej planety.   

– Kto to? – zawołała z głębi domu Aimee.   
– Pani doktor – odkrzyknęła Melanie.   
– Jaka pani doktor? – W korytarzu za plecami Melanie pojawiła się Aimee. – Och, pani 

Maggie! – ucieszyła się. – Co za niespodzianka! 

– Cześć, Aimee – rzekła wesoło Maggie. – Przepraszam, że nachodzę cię w niedzielę, ale 

właśnie przejeżdżałam...   

– Coś się stało? – spytała z niepokojem Aimee.   
– Nie, nic. Właściwie to mam sprawę do twojego męża.   
– Do Denisa? 
– Tak, zastałam go? 
– Jest w ogrodzie – odezwała się Melanie.   
– Proszę, niech pani wejdzie – powiedziała Aimee – zaraz go zawołam.   
– Może wyjdę do niego do ogrodu – zaproponowała Maggie.   
–  Nie,  nie.  Zawołam  go.  Proszę  tu  zaczekać.  –  Aimee  otworzyła  drzwi  po  lewej  i 

wpuściła Maggie do pokoju dziennego, w którym, choć w domu była trójka dzieci, panował 
nieskazitelny porządek.   

Na półkach dużego dębowego regału stała fotografia ślubna młodziutkich Aimee i Denisa 

oraz zdjęcia ich trojga dzieci.   

– Pani do mnie, doktor Hudson? 
Maggie odwróciła się. W progu stał Denis Barnes.   

background image

– Dzień dobry, Denis. Podziwiałam właśnie zdjęcia waszych dzieci.   
–  Dorodna  gromadka,  prawda?  Skóra  ściągnięta  ze  staruszka.  –  Denis  roześmiał  się, 

błyskając idealnie białymi zębami. – Aimee mówi, że ma pani do mnie jakąś sprawę.   

Do pokoju zajrzała Aimee.   
– Napije się pani herbaty, pani doktor? 
– Chętnie, dziękuję, Aimee.   
– To zostawiam panią z mężem... – powiedziała niepewnie Aimee.   
–  Och,  możesz  zostać,  Aimee,  to  żadna  tajemnica  –  uspokoiła  ją  Maggie.  –  Przyszłam 

spytać, czy Denis zająłby się odpalaniem ogni sztucznych na naszym przyjęciu przy ognisku.   

– Tylko tyle? – Denis uśmiechnął się. – A już myślałem, że coś się stało.   
– Jesteś strażakiem, a więc takie rozwiązanie samo  się nasuwa.  Więc jak? Zajmiesz się 

tym, Denis? 

– Gdzie ma się odbyć to przyjęcie? – spytał Denis, spoglądając na Aimće.   
– U doktor Hudson, w Młynie – odparła Aimee. – Zapomniałam ci powiedzieć. Jesteśmy 

wszyscy zaproszeni.   

– No to zobaczymy, co da się zrobić. – Denis znowu się uśmiechnął. – Co z tą obiecaną 

herbatą, kochanie? 

– Ach, rzeczywiście. – Aimee wybiegła do kuchni.   
– Pracowałeś w ogródku? – spytała Maggie.   
– Tak – odparł Denis – buduję tam oczko wodne.   
– O, mogę zobaczyć? – spytała Maggie. – Uwielbiam oczka wodne.   
–  Oczywiście.  Chodźmy.  –  Poprowadził  ją  korytarzem  do  kuchni.  Kiedy  mijali  inny 

pokój, Maggie zobaczyła przez otwarte drzwi Melanie pochyloną nad lekcjami.   

W  ogródku  Joshua  i  jego  młodszy  braciszek  Matt  bawili  się  samochodzikami  na 

wybetonowanej ścieżce. Spojrzeli na Maggie wychodzącą za ojcem z domu.   

– Cześć, Josh. Cześć, Matt.   
–  Przywitajcie  się  z  doktor  Hudson  –  powiedział  Denis.  Chłopców  wyraźnie 

sparaliżowało niespodziewane pojawienie się ich lekarki w ogrodzie w niedzielne popołudnie.   

– Dzień dobry – wykrztusił w końcu Josh, ale Matt zwiesił tylko głowę.   
Denis pokazał Maggie oczko wodne powstające w rogu ogrodu.   
– Bardzo ładne – pochwaliła.   
–  Zawsze  chciałem  takie  coś  mieć  –  odparł.  –  Teraz,  kiedy  dzieci  już  podrosły, 

postanowiłem zrealizować wreszcie to marzenie.   

Ruszyli z powrotem do domu, gdzie czekała na nich zaparzona przez Aimee herbata.   
–  Jak  ci  idzie  w  szkole,  Josh?  –  spytała  Maggie,  kiedy  mijali  bawiących  się  wciąż 

samochodzikami chłopców.   

– Dobrze – mruknął Josh, nie podnosząc na nią wzroku.   
– Przyjdziesz na nasze przyjęcie przy ognisku? Teraz na nią spojrzał.   
– William by się ucieszył – ciągnęła Maggie. – Przyjęcie odbędzie się przy naszym domu. 

Będzie  mnóstwo  przysmaków  i  wielkie  ognisko,  a  twój  tata  zorganizuje  nam  pokaz 
sztucznych ogni.   

background image

– A ja mogę przyjść? – spytał Matt.   
–  Oczywiście,  że  możesz.  –  Maggie  roześmiała  się.  –  Wszyscy  możecie.  Melanie  też. 

Będzie tam Jessica i...   

– Melanie nie lubi Jessiki – powiedział Josh.   
– Naprawdę? – Maggie na chwilę zatkało. Jej córka była zawsze lubiana przez kolegów i 

koleżanki z klasy. – Nie wiedziałam. Ale może mimo wszystko przyjdzie.   

Pili herbatę na zewnątrz, przy białym ogrodowym stoliku, gawędząc o tym i owym.   
– A więc mogę na ciebie liczyć, Denis? – spytała w końcu Maggie.   
– Oczywiście. – Denis kiwnął głową.   
– Bardzo ci dziękuję. – Maggie uśmiechnęła się i wstała. – Wy możecie tu sobie siedzieć 

do  wieczora,  ale  ja  mam  jeszcze  kilka  wizyt.  Cześć,  chłopcy.  Dziękuję  za  herbatę,  Aimee. 

Ach, a przy okazji, jak tam ręka? 

– Dobrze – odparła Aimee.   
– Naprawdę? – spytała Maggie, przyglądając jej się badawczo.   
– Tak, naprawdę.   
– Nie nadwerężaj jej za bardzo.   
–  Czujesz  się  już  dobrze,  prawda,  kochanie?  –  Denis  otoczył  ramieniem  Aimee,  która 

również podniosła się z krzesełka.   

– Tak, dobrze – powtórzyła.   
Odprowadzili  Maggie  do  drzwi  frontowych.  Kiedy  mijali  pokój,  Maggie  zauważyła,  że 

Melanie już tam nie ma.   

W  chwilę  później  była  już  w  samochodzie.  Pomachała  stojącym  w  progu  Barnesom, 

zapuściła silnik i ruszyła.   

Odwiedziła  jeszcze  dwoje  pacjentów  i  wracając  do  domu,  postanowiła  pod  wpływem 

impulsu wpaść po drodze do Bena i opowiedzieć mu o swojej niezapowiedzianej wizycie u 
Barnesów.   

Ben, podobnie jak ona, mieszkał trochę na uboczu, w dużym, co najmniej stuletnim domu 

z  kamienia,  który  kiedyś,  dopóki  nie  odbudowano  klasztoru,  stanowił  zastępczą  siedzibę 

mnichów.  Przed  frontem  stał  biały  volkswagen  golf,  który  wydał  się  Maggie  dziwnie 

znajomy, ale nie mogła go sobie jakoś z nikim skojarzyć. Zawahała się. Jeśli u Bena ktoś jest, 
to  chyba  nie  wypada  zawracać  mu  głowy  sprawą  w  zasadzie  zawodową,  i  to  w  dodatku  w 
niedzielę.   

Miała  już  zawrócić  i  odjechać,  kiedy  drzwi  otworzyły  się  i  na  podjazd  wyszedł  Ben  w 

towarzystwie  uśmiechniętej  Rony.  Dostrzegłszy  Maggie,  ruszył  szybkim  krokiem  w  jej 
kierunku.   

– Cześć, Maggie. Jaka miła niespodzianka.   
–  Cześć  –  powiedziała  przez  otwarte  okno.  –  Przepraszam,  nie  wiedziałam,  że  masz 

gościa. Wpadnę kiedy indziej.   

– Nie, zostań. Fiona już odjeżdża.   
– No, skoro tak... – Wysiadła z samochodu. – Cześć, Fiono.   
– Dzień dobry, Maggie. – Fiona skinęła jej głową.   

background image

– Dużo miałaś dzisiaj wezwań? – spytał Ben.   
– Nie jest tak źle – odparła Maggie.   
–  To  ja  już  będę  leciała.  Mam  jeszcze  parę  spraw  do  załatwienia.  –  Ben  odprowadził 

Fionę do samochodu.   

Maggie  odniosła  wrażenie,  że  dziewczyna  jest  dziś  dziwnie  zdystansowana.  Ciekawe, 

dlaczego? 

Pożegnawszy Fionę, Ben wrócił do Maggie i ruszyli razem w stronę domu. Była bardzo 

ciekawa, co robiła u niego kierowniczka przychodni w niedzielne popołudnie, ale krępowała 
się zapytać, a on nie kwapił się z udzielaniem wyjaśnień.   

–  Nastawię  czajnik  –  zaproponował,  kiedy  weszli  do  przestronnej,  wyłożonej  dębową 

boazerią sieni.   

–  W  tym  tempie  herbata  puści  mi  się  uszami  –  powiedziała  ze  śmiechem  Maggie.  – 

Wracam właśnie od Barnesów. Aimee poczęstowała mnie ogromnym kubkiem tego specjału.   

– To może coś mocniejszego? 
– Boże, czy aby na to nie za wcześnie? 
– Chyba tak, ale otworzyłem do lunchu butelkę całkiem niezłego francuskiego wina.   
– No dobrze, nie dam się długo przekonywać. Ale tylko jeden kieliszek. Nadal jestem na 

dyżurze pod telefonem i prowadzę.   

Weszli  do  kuchni.  Ben  wyjął  z  kredensu  dwa  kieliszki  i  napełnił  je  czerwonym  winem. 

Jeden podał jej, drugi uniósł w górę.   

– Zdrowie! – powiedział.   
– Tak, zdrowie! – Maggie upiła łyczek i usiadła przy kuchennym stole.   
– Po co byłaś u Barnesów? – spytał Ben, siadając naprzeciwko.   
– Miałam wizytę domową o rzut kamieniem od nich. Wracając, postanowiłam tam wpaść 

i spytać Denisa Barnesa o te sztuczne ognie na przyjęciu.   

– No i? 
– Zgodził się od razu.   
– Joshua był w domu? – spytał.   
–  Tak.  Bawił  się  w  ogrodzie  z  młodszym  braciszkiem.  Denis  budował  oczko  wodne, 

Melanie  odrabiała  lekcje,  a  Aimee...  Aimee  zajmowała  się  chyba  tym,  czym  zajmują  się  w 
niedzielę wszystkie mamy.   

– Nic podejrzanego nie rzuciło ci się w oczy? Maggie pokręciła głową.   
– Nic. Normalna, szczęśliwa rodzina. Jak już mówiłam, podejrzewam, że Nigel został źle 

poinformowany.   

– Miejmy taką nadzieję.   
– Jedno mnie tylko zastanowiło – dodała po chwili.   
– Co? 
–  Kiedy  powiedziałam  chłopcom  o  przyjęciu,  bardzo  się  do  mego  zapalili,  ale  kiedy 

Wspomniałam, że Melanie też może przyjść i że Jessica tam będzie, Josh spojrzał na mnie i 
powiedział, że Melanie nie lubi Jessiki.   

–  Wiesz,  jakie  są  dzieci.  –  Ben  wzruszył  ramionami.  –  Dzisiaj  wielka  przyjaźń,  jutro 

background image

zapiekła wrogość.   

– Hm, tak, wiem. Ale nikt z nas nie lubi usłyszeć, że czyjeś dziecko nie lubi naszego.   
– Ja bym się tym nie przejmował – powiedział Ben. – Dzieci to dzieci.   
– Chyba masz rację.   
Siedzieli przez chwilę w milczeniu.   
–  A  więc  wszystko  już  gotowe  do  przyjęcia?  –  spytał  w  końcu  Ben,  bawiąc  się 

kieliszkiem.   

– Tak. Chyba tak. Ingrid wybiera się jeszcze do miasta po ostatnie zakupy. Nie wiem, jak 

bym sobie bez niej poradziła.   

– To prawdziwy skarb.   
– Absolutnie.   
– Mówiłeś już Claire o przyjęciu? 
– Claire? – Spojrzał na nią zdziwiony. – Po co miałbym jej mówić? 
– Zęby puściła Richarda i Emmę. Jej i Luke’a nie zamierzam zapraszać.   
–  I  bardzo  dobrze.  Już  się  przestraszyłem.  Nie,  nie  rozmawiałem  o  tym  z  Claire 

bezpośrednio, ale powiedziałem Emmie, a ona powtórzy Richardowi i matce.   

–  Tylko  żeby  Claire  nie  zmieniła  w  ostatniej  chwili  zdania  i  nie  zrobiła  czegoś,  co 

uniemożliwi im przyjście.   

Ben skrzywił się. Wiedzieli oboje, że taki scenariusz jest całkiem możliwy. Claire była w 

takich sprawach zupełnie nieprzewidywalna.   

Maggie wstała z ociąganiem.   
– Na mnie już pora – oznajmiła. – O szóstej kończę dyżur na telefon, ale Ingrid wybiera 

się w odwiedziny do matki i muszę ją zastąpić przy dzieciach.   

Ben  odprowadził  ją  do  samochodu  i  otworzył  drzwi.  Ruszając,  spojrzała  we  wsteczne 

lusterko. Stał na podjeździe i odprowadzał ją wzrokiem.   

Pod  domem  powitały  ją  psy  –  Galaxy  zamaszystymi  wymachami  ogona,  Rex  radosnym 

ujadaniem. Pogłaskała labradorkę po łbie, poczochrała spaniela za ucho, zabrała z samochodu 
neseser i obeszła dom, kierując się do kuchennych drzwi.   

–  Cześć!  –  zawołała,  stając  w  progu.  –  Wróciłam!  Ingrid  składała  na  kuchennym  stole 

suche pranie.   

– No, teraz na parę tygodni ma pani spokój z tymi niedzielnymi dyżurami pod telefonem 

– powiedziała, spoglądając na wchodzącą Maggie.   

– Oj, tak, dzięki Bogu. Gdzie dzieci? 

r

 Rozejrzała się zdziwiona panującą w domu ciszą.   

– William ogląda film na wideo w salonie, a Jessica jest w swoim pokoju. Wysuszyłam 

pranie  w  suszarce.  –  Ingrid  wskazała  na  stos  poskładanych  ubrań.  –  Wyprasuję  to  jutro.  W 

lodówce jest lasagne na kolację. Wystarczy podgrzać.   

– Dziękuję, Ingrid. Jesteś nieoceniona. Możesz już iść. Wybierałaś się dzisiaj do matki, 

prawda? 

Ingrid kiwnęła głową.   
– Tak. Przebiorę się tylko i lecę.   
Ingrid  pobiegła  do  swojego  pokoju,  a  Maggie  zajrzała  do  salonu.  William  leżał  na 

background image

brzuchu na dywanie i oglądał film.   

– Cześć, kochanie – powiedziała.   
– Cześć, mamo – odparł, nie patrząc na nią. – Fajny film.   
– To patrz sobie, a ja idę do Jessiki.   
– Jest nie w sosie – mruknął William.   
– Ojej. – Maggie westchnęła. – Ciekawe, co tym razem ją ugryzło.   
Zastała córkę w sypialni, tonącą we łzach. Nie udała jej się praca domowa z plastyki.   
– Zobacz tylko! – szlochała. – Zupełnie do niczego! 
– Pokaż. – Maggie obejrzała rysunek. – Mnie się to podoba.   
– Tak tylko mówisz. – Jessica pociągnęła nosem.   
–  Nie,  naprawdę,  bardzo  udany  jesienny  pejzaż.  Te  liście,  te  kiście  jeżyn.  Popracuj 

jeszcze trochę nad pniami drzew i ocena celująca murowana.   

Podczas kolacji Maggie poruszyła od niechcenia temat przyjęcia przy ognisku.   
–  Wpadłam  dzisiaj  do  Barnesów  –  zaczęła.  –  Poszłam  za  twoją  radą,  Williamie,  i 

poprosiłam pana Barnesa, żeby zajął się odpalaniem ogni sztucznych. Będzie na przyjęciu z 
całą rodziną i jako strażak...   

– Przyjedzie wozem strażackim? – zainteresował się William.   
– Głupek – mruknęła Jessica.   
– Jessiko! – upomniała ją Maggie.   
– Przychodzą w komplecie? – spytała dziewczynka.   
– Kto? 
– No, Barnesowie.   
– Tak. W każdym razie ja wszystkich zaprosiłam. Czemu pytasz? 
– Tak sobie. – Jessica spuściła oczy i wzruszyła ramionami.   
– Nie lubisz Melanie, zgadłam? 
– No... to nie tak...   
– A jak? – wpadła jej w słowo Maggie.   
– Jej nikt nie lubi – mruknęła Jessica. – Naprawdę, mamo, ona jest taka dziwna... Nikt się 

z nią nie chce przyjaźnić...   

–  Chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  bojkotujecie  ją  całą  klasą?  –  zapytała  Maggie.  Przed 

oczyma stanęła jej twarz Josha, kiedy mówił, że Melanie nie lubi Jessiki.   

– Nie, całą to nie... – Jessica zaczerwieniła się.   
– Mam nadzieję, że jej nie dokuczacie – powiedziała Maggie. – Bo jeśli tak, to... – Nie 

dokończyła, ale ton jej głosu mówił sam za siebie.   

– Ja jej nie dokuczam! – zaperzyła się Jessica.   
–  Dokuczanie  może  przybierać  rozmaite  formy.  Jak  traktują  Melanie  dziewczynki  z 

twojej klasy? 

– Czasem się z niej śmiejemy... Ona jest taka dziwna, mamo, naprawdę... Ale przeważnie 

to się do niej nie odzywamy.   

–  Odtrącenie  przez  grupę  to  jedna  z  najgorszych  form  dokuczania  –  powiedziała  ostro 

Maggie.  –  Zawiodłaś  mnie,  Jessiko.  Nie  spodziewałam  się  tego  po  tobie.  Masz  z  tym 

background image

skończyć i dać przykład innym, nawiązując z Melanie normalne kontakty, słyszysz? 

– Ale, mamo! – zaprotestowała Jessica.   
– Koniec rozmowy – ucięła stanowczo Maggie. – Ani słowa więcej.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

– Paskudnie to wygląda. Gdzieś się tak urządził? – Ben uniósł rękę mężczyzny i obejrzał 

uważnie długą drzazgę tkwiącą głęboko w poduszce dłoni.   

– Pomagałem zięciowi zbijać półki do kuchni. Sam nie wiem, kiedy i jak to się stało...   
– Typowy wypadek przy pracy – mruknął Ben. – Przejdziemy do gabinetu zabiegowego i 

tam  ci  ją  wyciągnę,  a  pielęgniarka  założy  opatrunek.  Miejmy  nadzieję,  że  nie  wdało  się 
zakażenie.   

Zeszli po schodach do gabinetu zabiegowego. Ben zapukał i uchylił drzwi. Dawn robiła 

właśnie zastrzyk dożylny jakiejś pacjentce.   

– O, Dawn – zdziwił się Ben – ty tutaj? Myślałem, że Aimee ma dziś poranny dyżur.   
– Dzwoniła, że jest chora – odparła Dawn.   
– Rozumiem. Przyprowadziłem pana Gordona Jackmana – wyjaśnił Ben. – Drzazga wbiła 

mu się w dłoń i muszę ją wyciągnąć.   

Dawn odprowadziła pacjentkę do drzwi, po czym usiadła przy komputerze, by wywołać 

na ekran kartę zdrowia Gordona Jackmana. Ben tymczasem podszedł do niego ze strzykawką.   

– Drzazga weszła pod dużym kątem – wyjaśniał, robiąc zastrzyk. – Robię ci miejscowe 

znieczulenie, żebyś nie wyskoczył mi z bólu przez okno, kiedy ją będę wydłubywał.   

– Wolę nie patrzeć – mruknął Gordon.   
– Wrażliwi jesteśmy, co? – zachichotał Ben.   
–  Nigdy  nie  lubiłem  widoku  krwi.  Co  innego  moja  żona.  Ona  przepada  za  tymi 

szpitalnymi serialami w telewizji. Im większa jatka, tym lepiej.   

Ben  wykonał  małe  nacięcie,  by  odsłonić  koniec  drzazgi.  Chwycił  go  pincetą  i  zaczął 

ciągnąć zdecydowanie, ale z czuciem. Drzazga wysunęła się kawałek i...   

– O, cholera! – zaklął pod nosem Ben.   
– Co jest? – zaniepokoił się Gordon Jackman.   
–  Złamała  się  –  mruknął  Ben.  –  Tego  się  właśnie  obawiałem.  Ale  spokojnie  –  dodał 

wesoło. – Uchwycę ją jeszcze raz, trochę niżej.   

Pogłębił nacięcie, ponownie chwycił koniec pincetą, pociągnął, ale drzazga ani drgnęła.   
– Nie chce wyjść – oznajmił.   
– I co będzie? – spytał Gordon.   
– Wypada posłać cię na ostry dyżur – mruknął Ben.   
– O, nie, tylko nie to! Niech pan coś zrobi, doktorze Neville. Ja nie cierpię szpitali.   
– No dobrze, spróbujemy jeszcze raz. – Ben spojrzał na pielęgniarkę. – Dawn, możesz mi 

tu poświecić? 

Dawn przesunęła lampę tak, że jej światło padło bezpośrednio na dłoń pacjenta.   
– O, teraz lepiej, dzięki.   
Ben przystąpił znowu do dłubania w miękkiej tkance. Tym razem krwi było już tyle, że 

nie widział nawet końca drzazgi. Miał już dać za wygraną, kiedy dostrzegł czubek wystający 
z żywego ciała.   

background image

– No, jesteś! – mruknął pod nosem, ni to do siebie, ni do drzazgi. – Teraz tylko dobrze 

uchwycić  pincetą...  taaaak,  mam  cię!  –  Zaczął  ciągnąć,  modląc  się  w  duchu,  żeby  drzazga 
znowu się nie złamała, bo to pogrzebałoby wszelkie szanse na wydobycie reszty.   

Ale udało się. Ben położył wyciągniętą drzazgę na gaziku i pokazał ją Gordonowi.   
– Oto ona – oznajmił.   
–  Niezły  okaz,  prawda?  –  powiedział  Gordon.  –  Dziękuję,  doktorze.  Bardzo  panu 

dziękuję.   

– Siostra Prentice zdezynfekuje i opatrzy ci ranę. Dobrze, siostro? – zwrócił się do Dawn.   
– Tak, naturalnie. Dobrze się pan czuje, panie Jackman? Trochę pan pobladł.   
– Nie, dobrze. – Gordon kiwnął głową. – Ale koniec na dzisiaj z półkami.   
Dawn założyła opatrunek i Gordon opuścił gabinet. Ben, który mył jeszcze ręce, zwrócił 

się do pielęgniarki: 

– Co dolega Aimee? 
–  Fiona  powiedziała,  że  ma  migrenę  –  odparła  Dawn,  sprzątając  gaziki  i  puste 

opakowania po zabiegu.   

– Często miewa te migreny? – spytał Ben.   
–  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo.  –  Dawn  pokręciła  głową.  –  Zdziwiłam  się  nawet,  kiedy 

Fiona zatelefonowała i poprosiła mnie, żebym przyszła zastąpić Aimee.   

– Hm, rozumiem. – Ben wytarł ręce w papierowy ręcznik, zwinął go w kulę i wrzucił do 

kosza. – Nie zapomnij o dzisiejszym zebraniu personelu – powiedział na odchodnym.   

–  Jak  bym  mogła  zapomnieć.  –  Dawn  skrzywiła  się.  –  Fiona  od  rana  mi  o  nim 

przypomina.   

 

Lało  jak  z  cebra.  Maggie  zatrzasnęła  za  sobą  drzwi  samochodu  i  zerknęła  na  zegarek. 

Została  jej  jedna  wizyta  domowa.  Jeśli  się  szybko  uwinie,  zdąży  jeszcze  do  przychodni  na 
zebranie.  Miała  już  zapalić  silnik,  kiedy  ktoś  zapukał  w  szybę.  Odwróciła  głowę.  Do  auta 
zaglądał Rory Scott. Był w nieprzemakalnej kurtce i czapce w kratę. Opuściła szybę.   

– Cześć, Rory. Jak się masz.   
– Cześć, Maggie. Ja dobrze, a ty? 
– Też. Tylko ta pogoda mnie dobija. Co u Alison? 
– W porządku...   
– Nie ma już krwotoków? 
– Nie.   
– Byłe tylko za bardzo się nie przejmowała.   
– Tak... właśnie...   
– Coś się stało, Rory? – Maggie ściągnęła brwi.   
– No... niby kazała jej pani odpoczywać i nie przemęczać się, ale bez przesady. A ona w 

ogóle nie wychodzi teraz z sypialni. To chyba nie jest normalne i nie o to chodziło, prawda? 

– Prawda. Ale kobiety w takich sytuacjach stają się często przewrażliwione. – Urwała. – 

Nakłoń  ją do wizyty w  przychodni. Na przykład dzisiaj, przed czternastą. Przyjmę ją przed 
dyżurem. To co, Rory, jesteśmy umówieni? 

background image

Na jego twarzy odmalował się wyraz powątpiewania.   
– Zrobię, co się da, ale ona wbiła sobie najwyraźniej do głowy, że najmniejszy wysiłek 

równa się utracie dziecka.   

– Postaraj się. Jeśli się nie uda, zadzwoń do mnie, a wtedy przyjadę do was i pogadam z 

nią.   

Maggie pożegnała się z Rorym i pojechała na ostatnią tego dnia wizytę domową. Kiedy 

wróciła do przychodni, zebranie personelu już trwało.   

–  Dopiero  zaczęli  –  poinformowała  ją  Holly,  która  miała  dyżur  w  rejestracji.  –  Mam 

powiedzieć, żeby się pani tam stawiła natychmiast po powrocie.   

– Kto ci wydał takie polecenie? – Maggie była trochę zdziwiona. Ani Ben, ani Jon raczej 

nie ujęliby tego w ten sposób.   

– Fiona – odparła Holly.   
– Aha, rozumiem – mruknęła Maggie. –  To biegnę na  górę, bo widzę,  że nie mogą się 

mnie doczekać.   

– Doktor Hudson – zawołała za nią Holly, kiedy ruszała już ku schodom – myśli pani, że 

będą na tym zebraniu omawiali nowy system przechowywania kart zdrowia pacjentów? 

– Tak, chyba jest taki punkt w porządku obrad.   
– Dzięki Bogu. – Holly przewróciła oczami.   
– A co? 
– Bo szlag już mnie trafia – odparła Holy. – Tylko niech pani tam tego nie mówi, dobrze? 

Jackie wciąż prowadzi rejestrację po swojemu, Fiona nalega, żeby przejść na nową metodę, 
zwariować można. Nie wiemy już z Katie, czego się trzymać. Nosimy się z myślą o szukaniu 
nowej pracy.   

– Oj, nie mów tak, Holly – obruszyła się Maggie, którą zmroziła perspektywa stracenia za 

jednym zamachem dwóch doświadczonych recepcjonistek.   

– Ale coś trzeba z tym zrobić. – Holly szła za ciosem.   
– Zobaczymy – obiecała Maggie, wbiegając na schody. – Zostawcie to mnie.   
Pokój personelu był pełen, zebranie już się rozpoczęło.   
–  Przepraszam  za  spóźnienie.  –  Maggie  omiotła  wzrokiem  twarze  zebranych,  ale 

przeprosiny kierowała głównie do Bena.   

Spotkały się ich oczy i serce Maggie zabiło żywiej.   
–  W  porządku,  Maggie  –  powiedział.  –  Siadaj  tutaj.  Dyskutujemy  o  usprawnieniu 

systemu zapisów pacjentów.   

– I systemu przechowywania kart zdrowia? – dorzuciła bez namysłu Maggie.   
– Fiona uważa, że to konieczne – odparł Ben.   
–  Wasz  system  zapisów  jest  przestarzały  –  odezwała  się  chłodno  Fiona.  –  Podobnie 

system  przechowywania  kart.  Przypominam  wam,  że  to  już  dwudziesty  pierwszy  wiek.  W 

przychodni,  w  której  ostatnio  pracowałam,  nowoczesną  organizację  pracy  wprowadzono 

ponad dwa lata temu.   

Maggie zerknęła ukradkowo na Jackie i odniosła wrażenie, że starsza rejestratorka ma na 

końcu  języka  ripostę,  że  jeśli  Fiona  uważała  organizację  w  przychodni,  w  której  ostatnio 

background image

pracowała, za tak idealną, to powinna była tam zostać.   

–  Jeśli  nie  będziecie  szli  z  duchem  czasu,  to  wkrótce  dopadną  was  kłopoty  –  ciągnęła 

Fiona.   

Maggie  chciała  ją  zapytać,  jakiego  rodzaju  kłopoty  ma  na  myśli,  ale  zamiast  tego 

powiedziała: 

–  Co  do  tego  systemu  przechowywania  kart  zdrowia,  Fiono...  Wiem,  że  zanim  do  nas 

przyszłaś,  Jackie  i  inne  dziewczyny  poświęciły  wiele  czasu,  żeby  usprawnić  nasz 
dotychczasowy system i moim zdaniem on dobrze teraz funkcjonuje. – Tu przechwyciła pełne 
wdzięczności spojrzenie Jackie.   

–  Nadal  jest  staroświecki  –  powiedziała  z  westchnieniem  Fiona.  –  Przykro  mi,  ale  taka 

jest prawda.   

– A co to ma za znaczenie, skoro działa? – spytała Dawn. Fiona wzięła głęboki oddech.   
–  Zakładałam,  że  zatrudniając  mnie  w  swojej  przychodni,  dajecie  mi  wolną  rękę  co  do 

prowadzenia jej od strony administracyjnej.   

– Zapewniam cię, Fiono, że nikt nie chce ci przeszkadzać we wprowadzaniu zmian, które 

usprawnią  pracę  przychodni  –  odezwał  się  Ben,  podejmując  się,  jako  starszy  partner,  roli 
mediatora.  –  Może, zamiast  obstawać każda przy swoim,  przedyskutowałybyście z Jackie te 
sprawy i doszły do jakiegoś kompromisu. – Przeniósł pytające spojrzenie z Fiony na Jackie. – 
Jestem  pewien,  że  to  możliwe.  A  teraz  proponuję  przejść  do  następnego  punktu  zabrania, 

czyli do grafiku urlopów.   

Kiedy  zebranie  dobiegło  końca  i  jego  uczestnicy  wychodzili  z  pokoju,  do  Maggie 

podeszła Fiona.   

– Mogłabym wpaść do ciebie po dyżurze? – spytała.   
– Naturalnie.. Nie ma sprawy.   
Fiona wyszła i w pokoju zostali tylko Maggie, Ben i Jon.   
– No, wreszcie koniec tego koszmaru – westchnął Ben.   
– Całkiem dobrze sobie radziłeś – zauważyła Maggie.   
– Tak uważasz? – Ben pokręcił z powątpiewaniem głową. – Ja się stanowczo nie nadaję 

do rozsądzania tych wewnętrznych przepychanek.   

– Może miałeś rację, sprzeciwiając się zatrudnianiu kierowniczki przychodni – przyznała 

Maggie.   

– A ja myślę, że powinniśmy dać Fionie szansę – odezwał się Jon. – Jej pomysły... no, 

przynajmniej niektóre, są bardzo dobre, gorzej z wprowadzeniem ich w życie.   

–  Mów  do  mnie  jeszcze.  –  Maggie  skrzywiła  się.  –  Myślałam,  że  kierowniczka 

przychodni zdejmie z nas ciężar użerania się z personelem, ale odkąd się pojawiła, jest gorzej, 
niż było. Holly i Katie rozglądają się już za nową pracą.   

Ben spojrzał na nią z niepokojem.   
– Aż tak źle? 
–  To  byłaby  tragedia.  Trudno  o  dobre,  doświadczone  rejestratorki.  Co  nam  po  dobrych 

pomysłach Fiony, jeśli zostaniemy bez personelu? 

– Masz rację – podchwycił Ben.   

background image

– Też prawda – przyznał Jon. – Ale wątpię, żeby do tego doszło. I musisz przyznać, Ben, 

że  Fiona  wprowadziła  do  naszego  zespołu  trochę  świeżości.  Aż  wierzyć  się  nie  chce,  jak 
może wpłynąć na morale ładna buzia i długie, zgrabne nóżki.   

– Mężczyźni! – westchnęła Maggie.   
Jon  puścił  do  niej  oko,  uśmiechnął  się,  porwał  z  podłogi  swoją  torbę  i  już  go  nie  było. 

Chciała wyjść za nim, ale Ben ją zatrzymał.   

– Maggie, wiesz, że Aimee jest znowu chora? 
– Nie, pierwsze słyszę. – Spojrzała na niego. – Na co tym razem? 
– Dawn mówi, że ma migrenę.   
– Nie pamiętam, żeby Aimee uskarżała się kiedyś na migreny.   
– Ja też – przyznał Ben.   
– Zadzwonię do niej w wolnej chwili.   
Maggie zdążyła przełknąć kanapkę i upić łyczek kawy, kiedy zabrzęczał interkom i Holly 

poinformowała ją, że na dole, w rejestracji, czeka Alison Scott z mężem Rorym.   

– Przyślij ich na górę, Holly – powiedziała Maggie, dopijając kawę.   
Kilka  minut  później  Scottowie  wchodzili  już  do  jej  gabinetu.  Alison  była  blada, 

wymęczona, bliska łez.   

– Siadaj, Alison. – Maggie wskazała jej krzesło. – No, opowiadaj, co u ciebie.   
– Zmęczona jestem – wyznała Alison. – I boję się.   
– Czego? 
– Że historia się powtórzy.   
– To zrozumiałe, Alison – powiedziała łagodnie Maggie – ale wygląda na to, że wszystko 

wróciło do normy. Na wszelki wypadek zbadam cię i zmierzę ciśnienie.   

Badanie nie wykazało żadnych nieprawidłowości.   
– Kiedy masz najbliższą kontrolę w szpitalu? – spytała Maggie, kiedy Alison się ubierała.   
– W przyszłym tygodniu – odpowiedział za żonę Rory.   
– Nie przemęczaj się do tego czasu – podjęła Maggie.   
–  To  znaczy,  nie  bierz  się  za  żadne  ciężkie  prace  domowe  i  codziennie  po  lunchu 

odpoczywaj. Po kontroli odwiedź mnie znowu.   

– A co z wychodzeniem? – spytał Rory.   
– Nie ma powodu, żebyś tkwiła kołkiem w domu, Alison. Mały spacer dobrze ci zrobi. 

Uważaj tylko, żeby się nie forsować. – Maggie zawiesiła na chwilę głos, a potem dodała: – 
Słuchajcie, piątego wydaję przyjęcie przy ognisku u siebie, w Młynie. Może byście wpadli? 

– Czy ja wiem... – Alison nie przejawiała entuzjazmu.   
–  Daj  spokój,  będzie  wesoło.  A  jeśli  poczujesz  się  zmęczona,  możesz zawsze  wejść  do 

domu i położyć się na chwilę. No więc? 

– Jeśli tak pani uważa...   
– Dziękujemy, pani doktor – wtrącił Rory. – Chętnie przyjdziemy.   
Po  wyjściu  Alison  i  Rory’ego,  Maggie  przez  dwie  godziny  przyjmowała  zapisanych  na 

popołudnie pacjentów. Kiedy skończyła i zbierała się już do wyjścia, rozległo się pukanie.   

–  Proszę!  –  zawołała.  –  Ach,  to  ty,  Fiono.  –  Zapomniała  zupełnie,  że  umówiła  się  z 

background image

kierowniczką po dyżurze.   

– Powiedziała pani... – zaczęła Fiona, wchodząc.   
–  Tak,  oczywiście.  Siadaj.  Co  mogę  dla  ciebie  zrobić?  Znowu  jakieś  problemy  z 

personelem? 

–  Nie,  nie  w  tym  rzecz.  –  Fiona  uśmiechnęła  się  z  przymusem.  –  Tym  razem  chodzi  o 

mnie.   

–  Źle  się  czujesz?  –  Maggie  przyjrzała  się  uważniej  siedzącej  przed  nią  kobiecie.  Nie 

wyglądała na kogoś, komu coś dolega. Mało tego, wyglądała na okaz zdrowia.   

–  Nie,  nic  mi  nie  jest.  Nigdy  lepiej  się  nie  czułam.  Przyszłam  poprosić  o  przepisanie 

pigułek antykoncepcyjnych.   

Maggie ściągnęła brwi.   
– Kiedy ostatnio poruszałyśmy ten temat, powiedziałaś, że przestałaś brać pigułki, żeby 

dać ciału odpocząć.   

– Tak. Pamiętam. – Fiona kiwnęła głową. – Ale wtedy nikogo nie miałam.   
– A teraz masz? 
–  Powiedzmy,  że  na  to  się  zanosi.  Poznałam  kogoś  i  chyba  wszystko  zmierza  w  tym 

kierunku.   

–  No  to  moje  gratulacje  –  powiedziała  Maggie,  wywołując  na  ekran  komputera  kartę 

zdrowia  Fiony.  –  Zapisać  ci  te  same  pigułki,  które  brałaś  dotychczas,  czy  wolałabyś  coś 

innego? 

– Te same – odparła Fiona. – Dobrze się po nich czułam.   
– Rozumiem. Zmierzę ci ciśnienie.   
Po kilku minutach Maggie zdjęła opaskę uciskową z ramienia Fiony.   
–  W  porządku  –  orzekła,  zawieszając  sobie  stetoskop  na  szyi.  Wręczyła  Fionie 

wydrukowaną receptę. – Można spytać, kim jest ten nowy mężczyzna twojego życia? Znam 
go? 

– Właściwie to... – Fiona spuściła oczy – Niech pani nie ma mi tego za złe, ale wolałabym 

nie mówić. To dopiero początek i nie chcę zapeszyć. Rozumie mnie pani? 

– Doskonale. A więc nie nalegam i życzę powodzenia.   
– Dziękuję. – Fiona wstała. – Chyba pora do domu. Pani też już skończyła? 
– Tak. I wcale nie jest mi z tego powodu przykro. To był ciężki dzień.   
– Do widzenia, do jutra.   
–  Do  jutra,  Fiono.  –  Maggie  patrzyła  za  wychodzącą  z  gabinetu  kierowniczką. 

Dziewczyna wyglądała na szczęśliwą, co do tego nie było wątpliwości.   

Ciekawe,  kim  jest  ten  mężczyzna?  Przypuszczalnie  to  ktoś  znajomy.  Może  Jon?  On  nie 

przepuścił przecież żadnej ładnej buzi, no i ujął się dzisiaj po zebraniu za Fioną w sprawie tej 
reorganizacji.   

Idąc korytarzem ku schodom, zajrzała po drodze do gabinetu Bena, żeby zaprosić go na 

kolację, ale już go nie zastała. Zadzwoniła do niego na komórkę, ale ta była wyłączona.   

Jechała  do  domu  z  nieokreślonym  poczuciem  zawodu.  Nastawiła  się  już  na  to,  że  ten 

wieczór spędzi  z Benem. Chciała z nim omówić kilka spraw w związku ze zbliżającym  się 

background image

przyjęciem przy ognisku, i co tu ukrywać, mile spędzić czas w jego towarzystwie.   

Późnym  wieczorem,  kiedy  dzieci  były  już  w  łóżkach,  przypomniała  sobie,  że  nie 

zadzwoniła  do  Aimee.  Uznała,  że  o  tej  porze  nie  wypada  już  niepokoić  Barnesów.  Aimee, 
jeśli  rzeczywiście  miała  migrenę,  pewnie  już  śpi.  Zadzwoni  do  niej  jutro.  Wybrała  znowu 
numer komórki Bena, ale ta była nadal wyłączona. Zatelefonowała na aparat stacjonarny, ale 
włączyła się automatyczna sekretarka.   

Z  tym  samym  co  wcześniej  poczuciem  zawodu  odłożyła  słuchawkę.  Zgasiła  światło  i 

położyła się.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Nazajutrz Maggie nie musiała dzwonić do Aimee, bo ta zjawiła się w pracy. Spotkała ją 

w gabinecie zabiegowym, gdzie wpadła uzupełnić zapas materiałów opatrunkowych.   

–  Aimee!  –  wykrzyknęła  Maggie.  –  To  ty  tutaj?  Miałam  właśnie  do  ciebie  dzwonić. 

Dobrze się czujesz? 

– Tak – odparła szybko Aimee. – Dobrze, dziękuję.   
– Nie wyglądasz najlepiej. – Maggie przyglądała się z troską wymizerowanej, ściągniętej 

twarzy pielęgniarki.   

– Nic mi nie jest. Naprawdę. To była tylko migrena. Już mi przeszło.   
– Ale ty nigdy nie miewałaś migren.   
– No... nie. – Aimee zmieszała się trochę i  Maggie zaczęła podejrzewać, że ta migrena 

była tylko pretekstem do wzięcia wolnego dnia.   

–  Aimee,  gdybyś  chciała  o  tym  ze  mną  porozmawiać,  to  wiesz,  gdzie  mnie  szukać  – 

powiedziała.   

– Wiem. Dobrze, dziękuję, pani doktor.   
Znalazłszy się w gabinecie, Maggie zdjęła żakiet i powiesiła go za drzwiami. Kiedy szła 

do biurka, jej uwagę przyciągnęło jakieś poruszenie na parkingu. Zatrzymała się przy oknie i 
wyjrzała. Jon wysiadł przed chwilą z samochodu i rozmawiał teraz z Fioną. W pewnej chwili 
Fiona roześmiała się. Wyrazu twarzy Jona Maggie nie widziała, bo stał odwrócony plecami. 
Fiona  położyła  mu  dłoń  na  ramieniu  i  szepnęła  coś  na  ucho.  Potem  odwrócili  się  i  weszli 
razem do budynku, znikając Maggie z pola widzenia.   

Maggie  uśmiechnęła  się.  Wygląda  na  to,  że  jej  domysły  są  słuszne  i  tym  nowym 

mężczyzną  w  życiu  Fiony  jest  Jon.  No  i  bardzo  dobrze  –  wypada  się  tylko  cieszyć,  kiedy 
dwoje ludzi uszczęśliwia się nawzajem.   

I  nie  wiedzieć  czemu  pomyślała  o  Benie.  Przyłapywała  się  ostatnio  na  tym,  że  coraz 

silniej ją do niego ciągnie. Fakt, od dawna jest jej najlepszym przyjacielem, ale to było coś 
innego, coś nowego, coś ekscytującego. I była pewna, że Ben przeżywa coś podobnego.   

 

Przed piątym listopada pogoda się popsuła. Padało, wiał porywisty wiatr. Dzieci bały się, 

że przyjęcie nie dojdzie do skutku, ale Ingrid, schowawszy przezornie drewno na ognisko do 
garażu,  by  nie  zamokło,  nie  zrażona  aurą  piekła  i  gotowała  w  najlepsze.  Ben  wpadał 
kilkakrotnie  do  Młyna  i  zamykał  się  z  dziećmi  w  letnim  domku  w  głębi  ogrodu,  by  w 
tajemnicy przed Maggie i Ingrid pracować nad Guyem Fawkesem.   

–  Jak  to  miło  ze  strony  doktora  Neville’a,  że  pomaga  dzieciom  –  powiedziała  Ingrid, 

ugniatając w misce ciasto na paszteciki.   

– Tak – przyznała Maggie, wzdychając. – Jest dla nich taki dobry. Will za nim przepada i 

nawet Jessica słucha go bardziej niż mnie.   

Wszystkim  kamień  spadł  z  serca,  kiedy  ranek  piątego  listopada  wstał  czysty  i 

bezchmurny,  z  intensywnie  błękitnym  niebem,  od  którego  odcinały  się  pięknie  wszystkie 

background image

barwy jesieni.   

Maggie wzięła dzień wolny i od rana pomagała Ingrid w przygotowaniach do przyjęcia. 

Ben  przyjechał  pod  wieczór,  prosto  z  dyżuru,  i  rozstawił  w  garażu  przenośne  grille,  jeden 
swój,  drugi  Maggie.  Maggie  postawiła  pośrodku  kuchennego  stołu  ogromną  misę  z 

owocowym ponczem, a dookoła niej miseczki z sałatkami i półmiski z przysmakami Ingrid.   

O szóstej trzydzieści zaczęli ściągać pierwsi goście – Richard i Emma przywiezieni przez 

Luke’a,  z  którego  zachowania  wynikało,  że  chętnie  by  został  i  przyłączył  się  do  zabawy, 
Jackie  z  mężem  Iainem  i  synem  Maksem  oraz  rodzina  Barnesów.  Ben  zaciągnął  od  razu 
Denisa w odległy kąt ogrodu zarezerwowany na ognisko i pokaz ogni sztucznych, Aimee zaś 
zaoferowała Maggie swoją pomoc w przygotowywaniu drinków.   

Przybywali  kolejni  goście,  wśród  nich  Jon,  Moira,  Katie  i  Holly  ze  swoim  aktualnym 

przyjacielem. Ben rozpalił tymczasem pod grillami i przez otwarte drzwi od garażu napływał 

do  domu  smakowity  aromat  pieczonego  mięsa.  Maggie  nalewała  sobie  właśnie  owocowego 

ponczu, kiedy do kuchni wszedł wysoki, lekko przygarbiony mężczyzna.   

– Leonard! – krzyknęła zachwycona, unosząc w górę szklaneczkę. – A więc przyszedłeś. 

Tak się cieszę! 

– Maggie, kochanie. – Mężczyzna przechylił się przez stół i cmoknął ją w policzek. – Jak 

mógłbym opuścić przyjęcie u ciebie? 

Łzy napłynęły jej do oczu. Leonard swego czasu pomagał Davidowi i Benowi otworzyć 

przychodnię i nadal, choć przeszedł już na emeryturę i miał kłopoty ze zdrowiem, pozostawał 
ich najdroższym przyjacielem. Leonard zauważył chyba te łzy, bo szybko dodał: 

– Wszystko ma swoją porę, Maggie, i pora już chyba, żeby w Młynie znowu rozbrzmiał 

śmiech.   

–  Kochany  Leonardzie  –  powiedziała  cicho  –  chyba  jak  zawsze  masz  rację.  – 

Uśmiechnęła się do niego i ze szklanką ponczu wmieszała się między innych gości.   

Z  ogrodu  dobiegły  odgłosy  jakiegoś  zamieszania,  krzyki,  piski  zachwytu.  Maggie 

podbiegła  z  innymi  do  drzwi  i  zobaczyła  procesję,  złożoną  z  Bena,  Jessiki,  Williama, 
Richarda i Emmy, która szła od strony domku letniego, niosąc kukłę Guya Fawkesa odzianą 

w czarne spodnie, pasiasty blezer i słomkowy kapelusz.   

– Czy nie jest wspaniały? – krzyknęła Jessica. – Ben dał nam swoje ubranie. Robiliśmy 

go wieki całe, prawda, Will? 

– Tak, całe wieki! – przyznał William.   
– Skąd wytrzasnąłeś to ubranie? – zwróciła się zdumiona Maggie do Bena.   
– Zostało mi ze studenckich czasów, z jakiegoś balu przebierańców – odparł.   
– Chyba nie chcesz go spalić?! – żachnęła się Maggie.   
– Nie przypuszczam, żebym jeszcze kiedyś miał ochotę je włożyć. Zresztą już bym się w 

nie nie zmieścił.   

Ben  uśmiechnął  się  i  ponieśli  Guya  przez  ogród  aż  na  polankę  w  samym  końcu,  gdzie 

jeszcze  za  dnia  wznieśli  stos  na  ognisko.  Wspólnymi  siłami  wywindowali  Guya  na  sam 
szczyt,  po  czym  Ben  pobiegł  przodem  do  garażu  pilnować  grillów.  Maggie,  wracając  z 
dziećmi do domu, otoczyła ramieniem Jessikę.   

background image

–  Jessiko  –  powiedziała  cicho  –  zaproponuj  Melanie,  żeby  oglądała  z  tobą  pokaz  ogni 

sztucznych.   

– Oj, mamo, muszę? 
– Tak, Jessiko! Musisz – powiedziała z naciskiem Maggie. – Przypomnij sobie, o czym 

rozmawiałyśmy.   

– No dobrze – mruknęła Jessica. – Gdzie ona jest? 
– Ostatnio widziałam ją z braćmi w kuchni.   
– Dobrze, pójdę po nią. Pan Barnes mówi, że niedługo będzie rozpalał ognisko. – Jessica 

wbiegła do domu, a Maggie ruszyła do garażu, gdzie przy grillach uwijał się Ben w dżinsach, 
wełnianej kurtce i fartuchu.   

Podniósł  wzrok  na  Maggie,  kiedy  tam  wchodziła.  Policzek  miał  umazany  węglem 

drzewnym,  włosy  rozczochrane.  Krtań  jej  się  ścisnęła  ze  wzruszenia,  kiedy  go  takim 
zobaczyła.   

– Maggie – uśmiechnął się – wszystko w porządku? 
– Tak, Ben. Wszystko.  Większość zaproszonych gości już jest.  Denis  rozpali za chwilę 

ognisko. A tobie jak idzie? 

– Niedługo kończę.   
–  Pachnie  smakowicie  –  przyznała  ze  śmiechem.  Odwróciła  się  i  zderzyła  z  kimś,  kto 

wchodził właśnie do garażu. – Och, Fiona, przepraszam, nie zauważyłam cię.   

– Postanowiłam sprawdzić, czy Ben nie potrzebuje pomocy – powiedziała Fiona.   
– Radzi sobie całkiem nieźle...   
–  Cześć,  Ben.  –  Fiona  ominęła  Maggie  i  wkroczyła  do  garażu.  Miała  na  sobie  obcisłe 

czarne  spodnie,  wsunięte  w  wysokie  czarne  buty.  Do  tego  kremowy  sweter  z  golfem  i 
ocieplaną kamizelkę. Długie włosy upięła w kok. Prezentowała się bardzo elegancko, a przy 
tym stosownie do okazji.   

Maggie,  wracając  do  kuchni,  obrzuciła  krytycznym  spojrzeniem  swoją  długą  spódnica, 

rozciągnięty  sweter  i  kalosze  i  poniewczasie  pożałowała,  że  nie  poświęciła  więcej  uwagi 
strojowi na ten wieczór.   

I  nagle,  nie  wiedzieć  czemu,  naszło  ją  przeczucie,  że  źle  zrobiła,  zostawiając  Bena  z 

Fioną. Sama chciała z nim być, pomagać mu, stać u jego boku, kiedy goście przyjdą po swoje 
porcje.  Oparła  się  jednak  pokusie,  by  zawrócić,  dowlokła  do  kuchni,  przywitała  z  kilkoma 

osobami, które dopiero teraz dotarły na miejsce, między innymi z Alison i Rorym, i zabierała 
się  właśnie  do  rozlewania  drinków,  kiedy  do  kuchni  wpadł  jak  bomba  William  z 
hamburgerem  w dłoni i  ogłosił, że pan Barnes  rozpala już ognisko i  wszyscy są proszeni  o 
wyjście na zewnątrz.   

Towarzystwo wysypało się z domu do ogrodu i ściskając w dłoniach szklanki z drinkami, 

przyglądało  się  rozpalaniu  ogniska.  Na  moment  zaległa  cisza,  potem  rozległ  się  pomruk 
aplauzu, kiedy stos drewna zajął się i strzelające w górę płomienie oblizały stopy ustawionego 

na szczycie Guya Fawkesa. Po paru minutach, kiedy ogień trzaskał już wesoło, w powietrze 
poszybowała  z  sykiem  pierwsza  rakieta,  czemu  towarzyszył  kolektywny  okrzyk  zachwytu. 
Zaczaj się imponujący pokaz ogni sztucznych.   

background image

Maggie  stała  obok  Leonarda  i  Aimee.  Aimee  była  dzisiaj  zrelaksowana,  jej  dzieci  też 

dobrze się bawiły.   

Alison i Rory stali przy kuchennych drzwiach; Rory obejmował żonę ramieniem. Maggie 

poszukała  wzrokiem  Bena.  Stał  z  zadartą  głową  na  podjeździe  i  obserwował  pokaz.  Nagle 
podeszła do niego Fiona i wzięła go pod rękę.   

Maggie ściągnęła brwi i przeniosła spojrzenie na ogród.   

Gdzie ten Jon, na miłość boską? Czemu nie zajmuje się Fioną? Wypatrzyła go po drugiej 

stronie  ogrodu,  gdzie  rozmawiał  z  przyjacielem  Jackie,  Iainem.  Odwróciła  się  i  ruszyła  w 
stronę domu.   

– Maggie – zagadnął ją Leonard, kiedy go mijała. – Stracisz piękne widowisko.   
– Zaraz wracam – odparła. – Muszę tylko sprawdzić, co z zupą. To długo nie potrwa.   
– Pomóc ci? 
– Nie, Leonardzie. Zostań z Aimee. Przyśpieszyła kroku.   
Na kuchni bulgotały cicho dwa wielkie gary zupy – jeden pomidorowej, drugi z porów z 

ziemniakami.  Upewniwszy  się,  że  wszystko  jest  w  porządku,  Maggie  obejrzała  końcówkę 

pokazu fajerwerków, stojąc w drzwiach kuchni.   

W  nocne  niebo  strzeliła  ostatnia  raca  i  rozprysła  się  wysoko  na  mnóstwo  złotych  i 

srebrnych gwiazdek. Maggie wróciła do kuchni i zdjęła z haczyka chochlę, przygotowując się 
do rozlewania parującej zupy do talerzy.   

– Ja to zrobię. – U jej boku wyrosła jak spod ziemi Ingrid. – Pani niech się zajmie gośćmi.   
– Psy nie wariowały? – spytała Maggie.   
– Skąd, dzielnie to zniosły – uspokoiła ją Ingrid. – Wspaniałe były te fajerwerki, prawda? 
– Cudowne. Denisowi należy się chyba za nie pierwszy talerz zupy.   
Do kuchni weszła Aimee z Leonardem. Śmiała się z czegoś, co przed chwilą powiedział 

Leonard,  i  Maggie  przemknęło  przez  myśl,  że  może  to  przyjęcie  podbuduje  wszystkim 

humory.   

– Aimee – powiedziała – właśnie doszłyśmy z Ingrid do wniosku, że pierwszy talerz zupy 

należy się Demsowi za jego fachowość i poniesione trudy.   

Zanim Aimee zdążyła odpowiedzieć, do kuchni wsunął się Denis.   
– Ktoś tu wymieniał moje imię? 
– O, Denis, jesteś – ucieszyła się Maggie. – Odwaliłeś kawał porządnej roboty. Nalać ci 

zupy? 

– A nie ma czegoś mocniejszego? – Denis rozejrzał się znacząco. – Nałykałem się dymu i 

chętnie przepłukałbym czymś gardło.   

– Coś tam się znajdzie – odparła Maggie. – Wolisz piwo czy szkocką? 
–  Szkocką.  –  Denis  zerknął  na  Aimee,  która  nadal  stała  obok  Leonarda.  –  Odwieziesz 

mnie do domu, kochanie? 

– Czy kiedyś cię nie odwiozłam? – rzekła cicho Aimee.   
– Ognisko jest bezpieczne? – spytała Maggie, nalewając Denisowi whisky.   
– Tak – odparł. – Iain ma je na oku.   
Maggie wręczyła Denisowi szklankę i weszła do salonu, żeby zmienić płytę. Zastała tam 

background image

Emmę.   

– Emma? A co ty tu sama robisz? – spytała zaskoczona.   
– Richard mnie zdenerwował – burknęła, wydymając wargi.   
– Tak? A czym? – Maggie usiadła obok Emmy i otoczyła ją ramieniem.   
– Powiedział, że przeprowadza się do taty.   
– Naprawdę? A tato o tym wie? 
– Jeszcze nie. – Emma pokręciła głową.   
– I zdenerwowałaś się, bo nie chcesz, żeby on się przeprowadził, tak? – zapytała Maggie, 

zastanawiając się, jak zareaguje Ben na taki obrót sprawy.   

– Nie. – Emma potrząsnęła energicznie głową. – Zdenerwowałam się, bo on powiedział, 

że ja też powinnam się przeprowadzić.   

– A ty nie chcesz? 
– Sama nie wiem. Lubię mieszkać u taty, ale z mamą i Lukiem też lubię. No i jest jeszcze 

Pan Bałwanek, a u taty nie ma chyba dla niego miejsca, bo tato nie ma takiej łąki jak Luke...   

–  Wiesz  co,  Emmo,  na  twoim  miejscu  wcale  bym  się  nie  denerwowała  –  powiedziała 

Maggie. – Poczekamy, zobaczymy. Nigdzie nie jest powiedziane, że Richardowi spodobałoby 
się mieszkanie u taty. Tata pracuje przecież od rana do wieczora, a czasem nawet w weekendy 
ma dyżur pod telefonem.   

–  I  często  wzywają  go  po  nocach  –  dorzuciła  Emma,  kiwając  energicznie  głową.  – 

Powiedziałam to Richardowi.   

– Wiesz, co ci powiem? Nie przejmuj się tym na zapas. Biegnij bawić się z dziećmi. Ktoś 

chyba wołał przed chwilą, że gotowe są już pieczone ziemniaki, które pan Barnes wrzucił do 
ogniska.   

– To już pędzę. – Emma rzuciła się do drzwi i zderzyła w progu z Jonem.   
– Hola, panienko – roześmiał się Jon. – Dokąd to tak spieszno? 
Emma przesmyknęła się obok niego i już jej nie było. Jon spojrzał na Maggie.   
–  Tuś  się  zaszyła.  Chciałem  ci  kogoś  przedstawić.  –  Odsunął  się  i  przepuścił  przodem 

młodą, ciemnowłosą kobietę, której Maggie jeszcze nie widziała. – Poznaj Beverly – podjął 
Jon, biorąc kobietę za rękę. – Właśnie przyjechała. Pomyślałem sobie, że dzisiejszy wieczór 

to dobra okazja, żeby nas wszystkich poznała. Beverly, to moja partnerka, Maggie Hudson.   

–  Miło  mi  cię  poznać,  Maggie.  –  Dziewczyna  uśmiechnęła  się.  –  Przepraszam  za 

spóźnienie, ale musiałam dłużej zostać w pracy.   

– Nic nie szkodzi. – Maggie odwzajemniła uśmiech. – Ja też się cieszę, że cię poznałam. 

Od dawna się spotykacie? 

– Mniej więcej od miesiąca, dobrze mówię, kochanie? – Beverly spojrzała z uwielbieniem 

w oczach na Jona.   

– Dobrze – odparł z uśmiechem. – Beverły jest partnerką w nowej kancelarii prawnej w 

Millbury.   

– Rozumiem – powiedziała Maggie. – Życzę dobrej zabawy.   
– Dziękujemy. – Jon uśmiechnął się. – Chodź, Bev, przedstawię cię Benowi, ale najpierw 

trzeba go znaleźć.   

background image

Dopiero  kiedy  Jon  z  Beverly  wyszli  na  korytarz,  do  Maggie  dotarło,  że  jeśli  Jon  od 

miesiąca  umawia  się  z  Beverly,  to  pomyliła  się,  zakładając,  że  to  on  jest  tym  nowym 
mężczyzną w życiu Fiony. Wyszła powoli z salonu.   

Nie wiedzieć kiedy przyjęcie dobiegło końca i goście zaczęli się rozchodzić.   
– Było wspaniale, Maggie...   
– Bardzo dziękujemy...   
– Musisz nas odwiedzić...   
W ten ogólny gwar wdarł się nagle dzwonek telefonu.   
–  To  lekarz,  który  ma  dzisiaj  dyżur  pod  telefonem  –  powiedziała  Ingrid,  przekazując 

słuchawkę Maggie.   

– Ja odbiorę – zaoferował się Ben. Słuchał przez chwilę. – Dobrze, Mervin – powiedział 

w końcu. – Zajmę się tym.   

– O co chodzi? – spytała cicho Maggie.   
–  Niedobrze  z  Nadine  Harrington  –  odparł  Ben.  –  Podobno  zagroziła,  że  popełni 

samobójstwo, i zamknęła się w sypialni.   

– Ja pojadę – powiedziała Maggie. – Nadine jest moją pacjentką.   
– W takim razie jadę z tobą – zadecydował Ben. – Przyda ci się moja pomoc.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Wzięli  samochód  Bena  i  popędzili  w  ciemnościach  z  Młyna  do  domu  Boba  i  Nadine 

Harringtonów po drugiej stronie Millbury. Dzieci zostawili pod opieką Ingrid.   

–  Wspaniale  udała  się  impreza,  Ben  –  powiedziała  Maggie,  odchylając  głowę  na  fotel 

pasażera.   

– Fakt – przyznał. – Wszyscy tak mówili. Jedzenie było palce lizać. Ingrid wspięła się na 

szczyty.  –  Zamilkł  na  chwilę,  koncentrując  się  na  obserwacji  drogi.  –  Jak  ci  się  podobała 
nowa przyjaciółka Jona? – spytał w końcu.   

– Bardzo miła – odparła. – Ale muszę przyznać, że Jon mnie zaskoczył. Wiedziałeś coś o 

niej? 

– Nic a nic. – Ben zachichotał. – Nikt nic o niej nie wiedział.   
Na  nocnym  niebie  rozrywały  się  co  chwila  fajerwerki,  tu  i  ówdzie  jarzyła  się  poświata 

dogasającego w ogrodzie ogniska. Milczeli.   

–  Denis  spisał  się  na  medal  z  tymi  sztucznymi  ogniami  –  odezwał  się  w  końcu  Ben.  – 

Dzieciaki miały frajdę.   

Maggie  zerknęła  ukradkowo  na  jego  profil.  W  ciągu  ostatnich  tygodni  ich  znajomość 

uległa  subtelnej  zmianie.  Podejrzewała,  że  Ben  też  to  zauważył.  Zbliżyli  się  do  siebie  i 
stopniowo uświadamiała sobie, że zakochuje się w Benie.   

I naraz przyszło jej do głowy, że to najlepsza okazja, by zwierzyć się mu ze swych uczuć. 

Otwierała już usta, kiedy Ben zatrzymał samochód.   

–  Jesteśmy  –  powiedział,  pochylając  się  nad  kierownicą  i  spoglądając  na  dom,  przed 

którym stali.   

– Och, rzeczywiście. – Maggie westchnęła. To, co chciała powiedzieć, musi zaczekać.   
Bob Harrington pewnie ich wyglądał, bo nim zdążyli wysiąść, wybiegł im naprzeciw.   
–  Och,  doktorze  Neville...  i  pani  też  przyjechała,  doktor  Hudson.  Dzięki  Bogu.  Już  się 

bałem, że przyślą lekarza, który nie zna Nadine.   

– Co się stało, Bob? – spytała Maggie. – Co z Nadine? 
– Jest w strasznym stanie, doktor Hudson. – Roztrzęsiony Bob poprowadził ich w stronę 

domu.  –  To  się  kumulowało  od  kilku  dni.  Znowu  jest  w  skrajnej  depresji.  W  ogóle  nie 

wychodzi  z  domu.  Wbiła  sobie  do  głowy,  że  ktoś  na  nią  czyha.  Było  już  tak  kiedyś,  kiedy 
obejrzała  film  dokumentalny  o  wojnie  w  Kosowie  i  wypędzanych  z  domów  ludziach. 
Siedziała wtedy godzinami i zalewała się rzewnymi łzami. Była przekonana, że i ją to czeka.   

– A brała leki, które jej zaleciłam, Bob? – spytała Maggie, kiedy wchodzili do domu.   
– Tak. Pilnowałem tego, ale teraz zamknęła się w gościnnej sypialni z zapasem tabletek 

na  cały  miesiąc  i  butelką  whisky,  którą  kupiłem  na  Boże  Narodzenie.  Próbowała  już  tego 
kiedyś, parę lat temu... – Urwał i pokręcił bezradnie głową.   

– Nie domyślasz się, co ją tak dzisiaj wyprowadziło z równowagi? 
– Fajerwerki – odparł Bob. – Uprzedzałem ją, że będą puszczali sztuczne ognie, ale kiedy 

zaczęło  się  u  sąsiadów, całkiem  się  rozkleiła.  To  przez  te  fajerwerki.  Przez  ten  huk  Biedna 

background image

Nadine myślała, że to strzelanina i że po nią idą. Starałem się jej tłumaczyć, ale nie słuchała. 
Powiedziała tylko, że jeśli to ma się jej przydarzyć, to nie chce żyć. Siedzi teraz w sypialni i 
nie dochodzi stamtąd żaden odgłos. Nie wiedziałem, co robić. Na policję nie zadzwoniłem, bo 
gdyby  przyjechali,  to  jeszcze  bardziej  by  ją  wystraszyli.  Pani  ona  ufa,  doktor  Hudson. 

Pomyślałem sobie, że może pani potrafi przemówić jej do rozsądku. Ale kiedy zadzwoniłem, 

powiedzieli mi, że pani nie ma dzisiaj dyżuru i przyślą innego lekarza...   

–  I  tak  by  się  zapewne  stało  –  wpadła  mu  w  słowo  Maggie  –  gdyby  nie  noc  ognisk. 

Lekarz pełniący dzisiaj dyżur pod telefonem miał tyle pracy, że poprosił nas o pomoc.   

– Całe szczęście, całe szczęście. – Bob przeczesał palcami rzednące włosy.   
– No dobrze, chodźmy na górę – powiedziała Maggie. – Porozmawiam z Nadine.   
Wspięli  się  we  trójkę  po  schodach.  Maggie  z  Benem  zatrzymali  się  na  podeście,  a  Bob 

zapukał do zamkniętych drzwi sypialni.   

–  Nadine!  –  zawołał  przyciszonym  głosem.  –  Nadine,  kochanie,  doktor  Hudson  tu  jest, 

chce z tobą porozmawiać. Doktor Neville też przyjechał. Otworzysz? 

Żadnej reakcji. Bob, wykręcając sobie palce, obejrzał się na dwójkę lekarzy.   
– No i widzicie państwo? – powiedział.   
– Ja spróbuję. – Maggie podeszła do drzwi sypialni. – Nadine! – zawołała. – Nadine, to 

ja,  doktor  Hudson,  Chcę  z  tobą  porozmawiać,  ale  to  trochę  trudne  przez  zamknięte  drzwi. 

Otworzysz? 

Nadal żadnej reakcji.   
– Nadine – podjęła po chwili Maggie. – Bob mówi mi, że bardzo przejęłaś się filmem, 

który oglądałaś w telewizji. I wcale ci się nie dziwię, ale ta wojna już się skończyła, i to, co 
widziałaś, na pewno tobie się nie przydarzy. Wiem, że huki, które dziś słyszałaś, wzięłaś za 
strzelaninę,  ale  to  nie  były  wystrzały,  tylko  fajerwerki.  Nikt  na  ciebie  nie  nastaje,  Nadine, 
uwierz mi.   

W  sypialni  nadal  panowała  niczym  nie  zmącona  cisza.  Bob  spojrzał  na  Maggie  z 

rozpaczą.   

– Ja spróbuję – mruknął Ben. – Nadine, to ja, doktor Neville! – zawołał przez zamknięte 

drzwi. – Pamiętasz mnie? Chcemy ci pomóc, ale najpierw musisz stamtąd wyjść. Otworzysz 
drzwi? Prosimy cię, Nadine.   

– Taka cisza – mruknął Bob. – Zupełnie jakby jej tam nie było. Boże, ona chyba nie... ? 
–  Nadine  –  spróbowała  jeszcze  raz  Maggie.  –  A  może  chciałabyś  porozmawiać  z  kimś 

innym? Jeśli tak, to możemy tu tego kogoś sprowadzić.   

Bez odpowiedzi.   
– Myślę, że będziemy musieli wyważyć drzwi, Bob – powiedział cicho Ben.   
– Tak, tak! Wyważmy! 
– Uprzedzę najpierw Nadine, że to zrobimy – powiedział Ben.   
– Po co? – spytał z powątpiewaniem Bob.   
– Żeby się nie przestraszyła – wyjaśnił Ben. – Zgadzasz się ze mną, Maggie? 
– Najzupełniej – powiedziała. – Alternatywą jest wezwanie policji albo straży pożarnej, 

ale to by potrwało.   

background image

Bob wziął głęboki oddech i kiwnął głową.   
– Dobrze – powiedział.   
– Nadine! – zawołała Maggie. – Doktor Neville wyważy za chwilę drzwi. Nie przestrasz 

się.   

Ben cofnął się, przymierzył i natarł barkiem na drzwi. Ustąpiły przy drugiej próbie.   

Sypialnia  pogrążona  była  w  ciemnościach.  Ben  odsunął  się,  Maggie  przestąpiła  próg  i 

namacała pstryczek. Na pierwszy rzut oka można było odnieść wrażenie, że pokój jest pusty i 
Maggie przemknęło przez myśl, że Bob się pomylił i jego żony tu nie ma.   

Dopiero  po  chwili  zauważyła  na  podłodze  ściągniętą  z  łóżka  kołdrę.  Podeszła  tam, 

uniosła róg i zobaczyła pod nią zwiniętą w pozycji płodowej Nadine.   

–  Nadine,  och,  Nadine  –  powiedziała  cicho.  –  Wszystko  w  porządku.  To  ja,  Maggie 

Hudson. Nie bój się.   

Ale  Nadine  niczego  już  nie  mogła  się  przestraszyć.  Świadczyły  o  tym  pusta  fiolka  po 

tabletkach i opróżniona do połowy butelka whisky, stojąca na nocnej szafce.   

– Zażyła tabletki – rzuciła przez ramię Maggie. – Dzwoń po karetkę, Ben.   
– O, nie – jęknął Bob i osunął się na łóżko, zakrywając twarz dłońmi. – Och, Nady... nie, 

nie, tyfko nie to...   

Podczas  gdy  Ben  dzwonił  po  karetkę,  Maggie  odrzuciła  kołdrę  i  dźwignęła  Nadine  z 

podłogi. Kobieta lała się przez ręce, bełkotała coś niezbornie. Włosy miała pozlepiane, ślina 
ciekła jej z ust, czuć było od niej alkoholem.   

– Karetka już jedzie – oznajmił Ben, podchodząc, żeby pomóc Maggie.   
– Zrobią jej płukanie żołądka? – spytał Bob.   
– Tak – mruknęła Maggie.   
– Naprawdę nie spodziewałem się, że ona znowu to zrobi – jęknął Bob.   
Karetka  przyjechała  bardzo  szybko  i  zabrała  Nadine  z  towarzyszącym  jej  Bobem  do 

szpitala. Maggie i Ben zamknęli dom i wsiedli do samochodu.   

– Mogłam się tego spodziewać – powiedziała Maggie, kiedy Ben zapala! silnik.   
– Na jakiej podstawie? – spytał.   
– Miała przyjść do mnie na kontrolę, a nie przyszła. Powinnam  była sprawdzić, jak się 

czuje...   

– Maggie, nie możemy ścigać każdego, kto jest zapisany na wizytę i się nie zjawia.   
– Też prawda. Myślisz, że z tego wyjdzie? 
– Chyba tak. – Kiwnął głową. – Całe szczęście, że zdążyliśmy na czas. Jeszcze godzina... 

– Pokręcił głową. – Wiedziałaś o tej jej obsesji na punkcie wojny w Kosowie? 

– Nie, żadne z nich mi o tym nie wspominało – odparła.   
– Biedny Bob. Tyle ostatnio przeszedł.   
Resztę  drogi  przebyli  w  milczeniu.  Kiedy  Ben  zatrzymywał  samochód  przed  Młynem, 

Maggie  przypomniało  się,  że  zamierzała  zwierzyć  mu  się  z  tego,  co  czuje,  i  puls  jej 
przyśpieszył.   

Teraz albo nigdy.   
– Ben...  – zaczęła, ale zanim zdążyła powiedzieć coś  więcej, Ben spojrzał  na zegarek i 

background image

wykrzyknął: 

– To już tak późno? Obiecałem Fionie, że odwiozę ją do domu. Ciekawe, czy dzieci już w 

łóżkach.  Dzięki,  że  zgodziłaś  sieje  przenocować...  –  Urwał,  kiedy  Maggie  bez  słowa 
otworzyła drzwi i wysiadła. – Chciałaś mi coś powiedzieć, Maggie? 

– Słucham? – spytała, – No, przed chwilą. Zaczęłaś coś mówić, ale ci przerwałem.   
– Zdawało ci się – mruknęła. Nie miała już ochoty z niczego mu się zwierzać.   
Weszli  razem  do  domu.  Ingrid  sprzątała  po  przyjęciu,  Rona  siedziała  na  kanapie  i 

przeglądała jakiś magazyn.   

– Dzieci w łóżkach – oznajmiła Ingrid. – Ale wątpię, czy już śpią.   
–  Pójdę  na  górę  i  powiem  im  dobranoc  –  zdecydował  Ben.  –  A  potem...  –  tu  podniósł 

wzrok – odwiozę Fionę do domu.   

–  Prawie  wszystko  już  zrobiłaś  –  powiedziała  Maggie  do  Ingrid,  rozglądając  się  po 

kuchni. – Ty naprawdę jesteś skarbem.   

– To żadna filozofia, jeśli ktoś ma wprawę – mruknęła Ingrid.   
Ben zszedł po chwili po schodach i Fiona, odrzucając magazyn, zerwała się z kanapy.   
– Zadzwonię jutro, Maggie, i umówimy się w sprawie odbioru dzieci.   
– Dobrze, Ben – usłyszała swój własny głos.   
A  tak  naprawdę  to  chciała  powiedzieć:  „Zostań.  Zostań  ze  mną,  Ben,  bo  tu  jest  twoje 

miejsce”. Ale zamiast tego powiedziała: 

– Dziękuję za pomoc.   
–  Nie  ma  o  czym  mówić.  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie.  –  Uśmiechnął  się.  – 

Dobranoc, Maggie. Dobranoc, Ingrid.   

Maggie  odprowadziła  Bena  i  Fionę  do  drzwi  i  patrzyła,  jak  wsiadają  do  samochodu. 

Kiedy  odjechali,  wróciła  przygnębiona  do  kuchni.  Ingrid  ustawiała  porcelanę  w  kuchennej 

szafce.   

– Dobrze się czujesz, Maggie? – spytała, rzucając jej uważne spojrzenie.   
–  Tak,  jestem  tylko  trochę  zmęczona  –  odparła  z  westchnieniem.  –  Ale  przyjęcie  było 

udane, prawda? 

– O, tak.   
– Wszyscy chyba dobrze się bawili. – Maggie zabrała się do sortowania sztućców.   
– Niektórzy lepiej od innych – mruknęła Ingrid. Maggie spojrzała na nią ze zdziwieniem.   
– Miła ta nowa przyjaciółka doktora Turnera – podjęła, kiedy Ingrid milczała.   
Ingrid kiwnęła głową.   
– Tak, miła.   
– Muszę przyznać, że Jon mnie zaskoczył – ciągnęła Maggie. – Myślałam, że spotyka się 

z Fioną.   

– O, nie. – Ingrid skrzywiła się. – Ona mierzy wyżej. Młodszy partner to dla niej za mało.   
– Co przez to rozumiesz? 
– No, ona i doktor Neville... – zaczęła Ingrid.   
– Co ona i doktor Neville? – wpadła jej w słowo Maggie.   
– Przecież to widać gołym okiem – mruknęła Ingrid.   

background image

–  Co?  –  W  jednej  chwili  wszystko  w  kuchni  zdało  się  znieruchomieć,  a  kolory 

zintensywniały, tak jakby czas się zatrzymał.   

– Ona zagięła na niego parol – wyjaśniła Ingrid. – I jeśli można wierzyć w to, co dzisiaj 

mówiła, dopięła swego.   

Maggie  gapiła  się  na  Ingrid  szeroko  otwartymi  oczami,  a  kiedy  dotarł  do  niej  sens  tych 

słów, zalała ją fala mdłości.   

– A co ona takiego mówiła? – zapytała ze spokojem, który ją samą zadziwił.   
–  To  było  po  tym,  jak  pojechała  pani  z  doktorem  Neville’em  na  wezwanie  –  odparła 

Ingrid.  –  Powiedziała  wtedy,  że  na  niego  zaczeka.  Uprzedziłam  ją,  że  to  może  potrwać,  i 
zaproponowałam, że zadzwonię po taksówkę, a ona na to, że jeśli wróci do domu taksówką, 
to doktor Neville będzie rozczarowany.   

– Rozczarowany? – powtórzyła jak echo Maggie.   
– Tak, i nie było wątpliwości, co ma na myśli – rzekła Ingrid, zerkając na Maggie. – A ja 

miałam nadzieję, że pani i doktor Neville zejdziecie się któregoś dnia.   

– Och, jesteśmy z doktorem Neville’em tylko przyjaciółmi... – Maggie zawiesiła głos.   
Jakaż głupia była. Myślała, że między nią a Benem coś się rodzi, a teraz okazuje się, że 

tylko  jej się wydawało.  Dzięki Bogu, że nie zwierzyła mu  się z tego, co czuje. Zrobiłaby z 
siebie idiotkę.   

Pożegnała  się  z  Ingrid  i  schroniła  w  sanktuarium  swojej  sypialni.  Nie  mogła  zasnąć. 

Myślała o Benie i Fionie. Na pewno zaprosiła go do siebie. Zaparzyła prawdopodobnie kawę, 
a  potem  zaciągnęła  do  sypialni.  A  może  kochali  się  na  podłodze,  przed  kominkiem?  Na  tę 
myśl serce o mało jej nie pękło. Kiedy w końcu zapadła w niespokojny sen, śnili jej się Fiona 
i Ben.   

 
– Mamusiu, jak ty okropnie wyglądasz.   
– Dzięki, Jessiko. Ty to potrafisz prawić komplementy.   
– Jesteś chora? 
Było  to  nazajutrz.  Czwórka  dzieci  –  William,  Jessica,  Richard  i  Emma  –  siedziała  przy 

kuchennym stole, a Ingrid smażyła jajecznicę na śniadanie.   

– Nie, nie jestem chora – odparła Maggie. – Źle spałam, i to wszystko.   
– Fajne było przyjęcie – odezwał się Richard.   
– Dziękuję, Richardzie – powiedziała Maggie. – Tak, bardzo się udało.   
– Możemy pójść na spacer z psami? – zapytała Emma.   
– Nie wiem, o której przyjedzie po was tato. – Maggie odwróciła się do kuchenki i nalała 

sobie kubek gorącej, czarnej kawy. Najpewniej nie tak szybko, pomyślała z udręką.   

– Wrócimy, kiedy przyjedzie – nalegała Emma.   
– A jak będziemy gdzieś daleko i nie zobaczymy, że przyjechał? – powiedział Richard. – 

Obiecał, że zabierze mnie dzisiaj do sklepu i kupi mikroskop na urodziny.   

–  To  może  do  niego  zadzwońcie  –  podsunął  William.  Maggie  milczała.  Ona  dzisiaj  do 

Bena nie zadzwoni.   

Niech dzwoni Richard.   

background image

Ale nikt nie musiał dzwonić, bo telefon sam się odezwał. Odebrała Jessica.   
–  To  Ben  –  oznajmiła.  –  Chce  z  tobą  rozmawiać,  mamo.  Maggie  wzięła  od  córki 

słuchawkę i podeszła do okna.   

– Ben? – spytała.   
– Dzień dobry, Maggie. Dobrze spałaś? 
– Oczywiście – odparła lodowatym tonem. – A ty? 
– Też. – Milczał przez chwilę. – Słuchaj, Maggie, jestem w przychodni.   
– W przychodni? – A więc nie dzwoni z łóżka Fiony. – Przecież dzisiaj rano dyżur ma 

Jon.   

– Tak, Jon. Ja wpadłem tylko po swoje notatki, ale zaniepokoiła mnie trochę Aimee.   
– Aimee? Co z nią? 
–  Nie  bardzo  wiem.  Była  dzisiaj  na  dyżurze  z  Jonem,  ale...  Słuchaj,  Maggie,  nie 

chciałbym przez telefon. Może... może byś wpadła? 

– A dzieci? 
– Jest Ingrid.   
– Jest.   
– To poproś ją, żeby się nimi zajęła.   
– Dobrze.   
Maggie odwróciła się od okna i spojrzała na Ingrid.   
– Coś się stało? – spytała Ingrid.   
– Ben prosi, żebym przyjechała do przychodni. Najdalej za godzinę będę z powrotem.   
–  Nie  ma  sprawy.  –  Ingrid  przystąpiła  do  nakładania  solidnych  porcji  jajecznicy  na 

gorące, posmarowane masłem grzanki. – Pójdziemy na spacer z psami.   

– A mój mikroskop? – spytał z niepokojem Richard.   
– Richard pyta, co z jego mikroskopem – powiedziała do słuchawki Maggie.   
– O Boże, zupełnie zapomniałem – przyznał Ben. – Powiedz mu, że pojedziemy po niego 

po południu.   

–  Tata  mówi,  że  pojedziecie  po  mikroskop  po  południu  –  poinformowała  Maggie 

Richarda, odkładając słuchawkę.   

To uspokoiło chłopca.   

Kiedy skręcała na parking pod przychodnią, przemknęło jej przez myśl, że może i Fiona 

przyszła dziś rano do pracy. Miała nadzieję, że nie. Wysiadła z samochodu i zamknęła go.   

Samochód Bena stał obok auta Jona, a po drugiej stronie parkingu zobaczyła samochody 

Dawn i Aimee. Zdziwiło ją to trochę, bo w sobotnie poranki dyżur miała zawsze tylko jedna 
pielęgniarka, a dzisiaj przypadała kolej Aimee.   

Weszła do budynku i spojrzała na siedzącą w rejestracji Jackie, dziwnie przygaszoną.   
– O, doktor Hudson. – Jackie podniosła wzrok znad książki zapisów. – Pani też tutaj. – I 

zniżając  głos,  by  nie  usłyszeli  jej  pacjenci  w  poczekalni,  dodała:  –  Co,  u  licha,  tu  się  dziś 
wyprawia? Sobota, a do pracy przyszło trzech lekarzy i dwie pielęgniarki. Takiej obsady nie 
ma nawet w poniedziałkowe ranki, kiedy pacjentów najwięcej.   

– Nie wiem, Jackie, co się tu wyprawia. – Maggie pokręciła głową. – Ale przyjechałam, 

background image

żeby się dowiedzieć. Gdzie doktor Neville? 

–  Był  z  Aimee  w  pokoju  dla  personelu.  Prosił,  żebym  go  zawiadomiła,  kiedy  pani  się 

zjawi. – To mówiąc, nacisnęła klawisz interkomu. – Doktorze Neville, doktor Hudson właśnie 
weszła. Tak, dobrze. – Jackie podniosła wzrok. – Powiedział, że czeka na panią w gabinecie.   

–  Rozumiem.  –  Maggie  rozprostowała  ramiona  i  jeszcze  bardziej  zaintrygowana 

pomaszerowała do gabinetu Bena.   

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Ben spojrzał zza biurka na wchodzącą do gabinetu Maggie. Wyglądała na zmęczoną, co 

było zrozumiałe, zważywszy wysiłek, jaki włożyła w przygotowanie wczorajszego przyjęcia. 
Miał  wyrzuty  sumienia,  że  zawraca  jej  dziś  rano  głowę,  ale  niektórych  spraw  nie  da  się 
odłożyć na później, i ta właśnie do takich należała.   

– Ben? – Maggie ściągnęła brwi.   
–  Przepraszam,  że  cię  tu  ściągnąłem.  Wiesz,  że  nie  robiłbym  tego  bez  wyraźnego 

powodu.   

–  Coś  się  stało  Aimee?  –  Rozejrzała  się  po  gabinecie,  jakby  spodziewała  się  zobaczyć 

pielęgniarkę przycupniętą w którymś z kątów.   

–  Można  to  tak  nazwać.  –  Kiwnął  głową.  –  Kiedy  tu  rano  siedziałem,  zajrzał  Jon  i 

powiedział, że z Aimee coś jest nie w porządku. Powiedział, że kiedy przyszła rano do pracy, 
wyglądała jak ofiara napadu...   

– Ben, nie! – W oczach Maggie pojawił się strach.   
– Starał się z niej wyciągnąć, co się stało, ale nie chciała mu powiedzieć. Zszedłem więc 

do  zabiegowego,  żeby  osobiście  z  nią  porozmawiać  –  ciągnął  Ben.  –  Jest  bardzo 

posiniaczona, i podejrzewam, że nie tylko na twarzy. Z początku nie chciała nic powiedzieć. 
Zdjąłem  ją  natychmiast  z  dyżuru  i  zadzwoniłem  po  Dawn,  żeby  ją  zastąpiła.  Potem 
zadzwoniłem do ciebie. Może tobie coś powie.   

– Domyślasz się, co mogło się jej przytrafić? – spytała powoli Maggie.   
– Na pewno mogę tylko stwierdzić, że została ciężko pobita – odparł Ben.   
– A domyślasz się, przez kogo? 
– Tak. Już wczoraj wieczorem, na przyjęciu, nabrałem pewnych podejrzeń.   
–  I  podejrzewasz,  że  to  sprawka  Denisa,  tak?  –  spytała  Maggie,  a  kiedy  Ben  kiwnął 

głową, powiedziała: – Wczoraj wyglądali jako rodzina bez zarzutu.   

–  A  ja  wyczuwałem  u  nich  jakieś  tłumione  napięcie  –  odparł  Ben.  –  Obserwowałem 

dzieci. Melanie trzymała się na uboczu, a Josh cały sztywniał, ilekroć w pobliżu pojawiał się 

ojciec.   

– A Aimee? – spytała Maggie.   
– Wydawała mi się nienaturalnie wesoła...   
–  Wierzyć  się  nie  chce.  –  Maggie  pokręciła  głową.  –  Wiem,  że  zachowanie  Josha 

zwróciło  uwagę  nauczycieli,  a  Jessica  twierdzi,  że  Melanie  jest  dziwna,  ale  coś  takiego  nie 
przyszłoby mi nawet do głowy.   

Ben wstał i odwrócił się do okna.   
–  Podejrzewam,  że  to  nie  pierwszy  raz.  Zastanów  się  tylko,  Maggie.  Aimee  często 

choruje, no i ta złamana ręka...   

–  Chyba  nie  myślisz...  –  Urwała.  –  Boże,  Ben,  to  przerażające.  Musimy  coś  zrobić. 

Musimy pomóc Aimee.   

– Wiem. Wierz mi, że czuję to samo co ty. Ale tu trzeba postępować delikatnie. Wiesz 

background image

dobrze, jak jest z tego rodzaju sprawami. Jeśli to Denis, a my nie wiemy na pewno, że to on, 
Aimee  może  tego  nie  potwierdzić.  A  nawet  jeśli  potwierdzi,  to  może  się  nie  zdobyć  na 
złożenie oficjalnego doniesienia o przestępstwie, a wtedy to się z pewnością powtórzy.   

– Porozmawiam z nią – obiecała Maggie.   
– Jest we wspólnym pokoju. – Ben odwrócił się od okna.   
– Pójdę z tobą.   
Przeszli  razem  z  gabinetu  Bena  do  pokoju  dla  personelu.  Aimee  siedziała  w  fotelu  pod 

oknem  i  ściskała  w  dłoniach  kubek  z  kawą.  Nawet  nie  podniosła  na  nich  wzroku,  kiedy 
wchodzili.   

–  Aimee.  –  Maggie  podeszła  do  pielęgniarki  i  przykucnęła  przed  nią.  Zobaczyła  wielki 

siniec  wokół  oka,  rozlewający  się  po  całym  policzku,  aż  po  linię  szczęki.  –  Och,  Aimee  – 
powiedziała cicho.   

Dopiero teraz Aimee na nią spojrzała i pojedyncza łza potoczyła się po sinym policzku.   
– Aimee, możesz mi powiedzieć, co się stało? – spytała łagodnie Maggie.   
Aimee zerknęła na Bena.   
– Chcesz, żebym wyszedł? – spytał cicho Ben. – Może wolisz zostać z Maggie? 
– Nie, proszę zostać. – Aimee pokręciła głową i skrzywiła się z bólu.   
– Pozwól, Aimee, że obejrzę ten siniec – rzekła Maggie.   
– Chce pani obejrzeć inne? – spytała Aimee matowym, wypranym z emocji głosem, kiedy 

Maggie skończyła oględziny.   

– Tak – powiedziała Maggie.   
Chciała  już  poprosić  Aimee  do  swojego  gabinetu,  ale  ta  rozpięła  fartuch  i  zsunęła  go  z 

ramienia. Ten siniec ciągnął się od barku do ostatniego żebra.   

– Nie odnosisz wrażenia, że kości są złamane? – spytała Maggie.   
– Nie. – Aimee pokręciła głową. – Tym razem nie.   
– Zamierzasz coś w tej sprawie zrobić, Aimee? – zapytał cicho Ben.   
– Kiedyś powiedziałabym, że nie – odparła Aimee.   
– A teraz? – podchwyciła Maggie, pomagając pielęgniarce zapiąć z powrotem fartuch.   
– Teraz jest inaczej. Miałam trochę czasu na zastanowienie i... wszystko się zmieniło. – 

Aimee wzięła głęboki oddech. – Dziś rano odwiozłam dzieci do rodziców – podjęła po chwili 
– jak zawsze w soboty, w które wypada mi dyżur. Ale tam... – Głos się jej załamał, przełknęła 
z trudem.   

– Co tam się stało? – ponagliła ją łagodnie Maggie.   
– Moja... moja mama spytała, co mi się stało w twarz – wyszeptała Aimee.   
– No i? 
– Chciałam, jak zwykle, skłamać... no wie pani, że się przewróciłam,  albo  wpadłam na 

drzwi, ale...   

– Co powiedziałaś tym razem, Aimee? 
– To nie ja, to Josh. On im powiedział... co się stało. Powiedział: „Tata to mamie zrobił, 

uderzył ją. Zawsze bije mamusię. Zróbcie coś, żeby przestał”.   

– I co wtedy? – spytał Ben.   

background image

– Melanie się rozpłakała, moja mama dostała histerii, a ojciec... ojciec wpadł w szał. Był 

kiedyś policjantem i nie ma mowy, żeby tak to zostawił. Kazał mi powiedzieć prawdę.   

– I zrobiłaś to? – spytała Maggie.   
–  Tak,  powiedziałam,  co  się  wydarzyło  wczoraj  wieczorem  po  przyjęciu,  i  jak  to  było 

wcześniej. Nie zdawałam sobie sprawy, że dzieci wiedzą. Starałam się nie krzyczeć, żeby nie 
słyszały... ale... ale one i tak wiedziały. – Łzy popłynęły jej po policzkach.   

– Od jak dawna to trwa, Aimee? – spytała Maggie.   
–  Odkąd  pamiętam  –  wyszeptała  Aimee  ledwo  dosłyszalnie.  –  Zaczęło  się...  podczas 

miesiąca miodowego... wtedy był pierwszy raz. Małżeństwem jesteśmy już od trzynastu lat i 
straciłam rachubę, ile tych razy było potem...   

– Co wyzwala tę agresję? – spytała Maggie. – Jest jakiś szczególny powód? 
– On jest zazdrosny – odparła Aimee. – Jeśli inny mężczyzna  choćby na mnie spojrzy, 

wpada w szał.   

– A o co poszło wczoraj? – Maggie ściągnęła brwi.   
– Może mi nie uwierzycie, ale o doktora Warda.   
– O Leonarda? – żachnęła się Maggie. – Co on ma z tym wspólnego? 
–  Śmieszne,  prawda?  –  Głos  Aimee  był  teraz  silniejszy,  pojawiły  się  w  nim  nutki 

goryczy. – Ale tak to właśnie jest. Staliśmy obok siebie z doktorem Wardem podczas pokazu 

ogni  sztucznych,  a  potem,  kiedy  wracaliśmy  do  domu,  on  mnie  objął.  To  był  taki  ojcowski 

gest, przecież go znam, pracowałam z nim tyle lat, ale wiedziałam, że Denis by się wściekł, 
gdyby to  zobaczył, i  modliłam  się, żeby te fajerwerki  tak go zajęły,  żeby  nie miał  czasu za 
mną patrzeć.   

– Ale chyba widział? – mruknął z niedowierzaniem Ben.   
–  O,  tak  –  przyznała  z  goryczą  Aimee  –  wszystko  widział.  A  co  gorsza,  zaczaj  pić.  A 

kiedy wypije, staje się dziesięć razy gorszy... – Aimee zawiesiła głos, Ben i Maggie spojrzeli 

po sobie.   

– A twoja złamana ręka? – podjął po chwili Ben. – To też on? 
Aimee kiwnęła głową.   
– Tak, przyłapał mnie na rozmowie z jednym ze swoich kolegów. Ten człowiek pomagał 

mi  tylko  pakować  zakupy  do  siatki,  ale  Denis  ubzdurał  sobie,  że  mamy  romans.  Mówił 
wszystkim, że spadłam z roweru... A tamtej niedzieli, kiedy nas pani odwiedziła, wściekł się, 
że nie powiedziałam mu o przyjęciu. Zarzucił mi, że chciałam pójść bez niego. Na drugi dzień 
tak  źle  się  czułam,  że  nie  byłam  w  stanie  iść  do  pracy.  Zadzwoniłam  do  przychodni  i 
powiedziałam, że mam migrenę.   

– I nigdy wcześniej nie przyszło ci do głowy, żeby komuś o tym powiedzieć? – spytała 

Maggie.   

– Owszem, myślałam o tym – odparła Aimee – i to nieraz. Ale co innego myśleć, a co 

innego zrobić.  Bo co by się stało... z nami...  z naszą rodziną. Kochałam  Denisa. Jest  moim 
mężem, ojcem  moich dzieci. Kocha je, a one jego, i  wydaje mi się,  że on, na swój sposób, 
mnie też kocha. Po tych incydentach zawsze jest taki skruszony... – Głos się jej załamał.   

– Aż do następnego razu – dodała cicho Maggie.   

background image

– Tak, do następnego razu – przyznała Aimee. – A ja wiem, że ten następny raz kiedyś 

nastąpi. Nawet gdyby udało się odwieść go od picia, w co wątpię, to tej zazdrości nie da się 
wyleczyć. – Wzięła głęboki oddech. – Siedząc tutaj, podjęłam decyzję...   

– Co postanowiłaś? – spytał Ben. Przysiadł na krawędzi stolika do kawy i przyglądał się 

jej bacznie.   

– Wystąpię o separację – odparła.   
– To chyba jedyna słuszna decyzja w tych okolicznościach – przyznał cicho Ben.   
– To nie będzie łatwe – powiedziała Maggie.   
– Wiem. – Aimee kiwnęła głową. – Ale już się zdecydowałam. Tak dalej być nie może.   
– A jakie masz plany na najbliższą przyszłość? – spytała Maggie.   
– Przeniosę się z dziećmi do rodziców i zostanę tam, dopóki Denis się nie wyprowadzi. 

Jeśli będzie próbował mnie nachodzić, wezwę policję i oskarżę go o napastowanie. Wiem, że 
na rodziców mogę liczyć.   

– Na nas też – powiedział Ben.   
– Dziękuję – szepnęła Aimee. – Dziękuję...   
– Myślę, że powinnaś wziąć teraz urlop. Zgodzisz się ze mną, Maggie? – Ben posłał jej 

przelotne spojrzenie.   

– Tak. Co najmniej dwa tygodnie, żeby wszystko uporządkować.   
–  Ale  jak  sobie  beze  mnie  poradzicie?  –  zafrasowała  się  Aimee.  –  Dawn  nie  może  już 

brać więcej godzin.   

–  O  to  się  nie  martw.  Jakoś  to  będzie.  Skoncentruj  się  na  sobie,  dzieciach  i  własnych 

sprawach.   

–  Myślę,  że  powinnaś  teraz  wrócić  do  domu  rodziców  –  powiedział  łagodnie  Ben.  – 

Odwieźć cię? 

–  Nie,  nie  trzeba.  –  Aimee  pokręciła  głową.  –  Jestem  samochodem.  I  dobrze  się  czuję, 

naprawdę dobrze. Chyba już dawno tak dobrze się nie czułam.   

– To dzięki temu, że podjęłaś decyzję – powiedziała Maggie.   
Kiedy za Aimee zamknęły się drzwi, Ben i Maggie spojrzeli na siebie.   
– Wciąż nie mogę w to uwierzyć – mruknęła Maggie. – Kto by pomyślał? 
– Teraz sprawa jest jasna. Już wiemy, dlaczego Josh zamykał się w sobie, a Melanie była 

dziwna i stroniła od towarzystwa innych dzieci.   

– Myślisz, że on zostawi ją w spokoju? – spytała.   
– Denis? – Ben wzruszył ramionami. – Licho wie, ale miejmy nadzieję. Może teraz, kiedy 

sprawa  ujrzy  światło  dzienne,  ustatkuje  się.  Chyba  nie  będzie  mu  lekko,  kiedy  koledzy  ze 
straży i z supermarketu dowiedzą się, jaki to z niego damski bokser. – Wstał. – Dziękuję ci, 
Maggie, że przyjechałaś.   

– Nie ma za co.  Dobrze, że do mnie zadzwoniłeś. Ale teraz lepiej  wrócę już do dzieci. 

Ingrid będzie się zastanawiała, gdzie przepadłam. – Urwała. – A ty co dzisiaj robisz, Ben? 

– Muszę kupić Richardowi ten mikroskop.   
– Ach tak, rzeczywiście. A potem? Może wpadniesz na lunch? 
– Chętnie bym wpadł, ale muszę odwieźć dzieci do Claire. W każdym razie dziękuję za 

background image

zaproszenie.   

– Trudno – powiedziała wesoło. – Tak sobie tylko pomyślałam. – Pewnie odwiezie dzieci, 

a potem wróci, żeby spotkać się znowu z Fioną.   

Odwróciła się i ruszyła do drzwi.   
– Och, Maggie – zawołał za nią Ben – jeszcze jedno. Tym razem to dobra wiadomość.   
– Tak? Słucham.   
–  Dziś  rano  dzwonili  ze  szpitala,  Jon  przełączył  rozmowę  do  mnie.  Z  Nadine  już 

wszystko w porządku.   

– No to wspaniale.   
– Zrobili jej płukanie żołądka i położyli na obserwację na oddziale psychiatrycznym.   
– To dobrze – powiedziała Maggie. – Miejmy nadzieję, że tym razem ją podleczą.   
Wyszli razem z przychodni i pojechali, każde swoim samochodem, do Młyna.   

Tam  Ben  wypił  na  jednej  nodze  kawę,  zapakował  dzieci  do  auta  i  odjechał.  Maggie 

odprowadzała ich wzrokiem z uczuciem pustki w sercu. Oto Ben odjeżdża z jej życia, a ona 
nie  może  na  to  nic  poradzić.  Zakochał  się  w  Fionie,  Fiona  w  nim,  a  jej,  Maggie,  pozostaje 
tylko przyglądać się z boku, jak rozkwita ich romans.   

Z tych gorzkich rozważań wyrwał ją głos Jessiki: 
– Co się stało, mamo? 
Z przerażeniem uświadomiła sobie, że ma łzy w oczach i że Jessica je widzi.   
–  Nic,  kochanie  –  powiedziała  szybko,  ocierając  oczy  grzbietem  dłoni.  –  Tak  jakoś 

smutno mi się zrobiło na duszy.   

 

W poniedziałek Ben, aby nie dopuścić do plotek, zwołał specjalne zebranie personelu, na 

którym oznajmił, że Aimee odchodzi od Denisa i przenosi się z dziećmi do rodziców.   

–  Zawsze  byłam  zdania,  że  tam  jest  coś  nie  tak  –  odezwała  się  Jackie,  kiedy  zebranie 

dobiegło końca. – Nigdy nie lubiłam tego Denisa, był taki fanatyczny. W mieszkaniu musiał 
panować idealny porządek, bo inaczej wpadał w szał.   

– Co się twoim zdaniem stało? – spytała Holly. – Znalazł sobie inną? 
– Pewnie tak – prychnęła Jackie. – Ale to nie wyjaśnia, dlaczego Aimee przeniosła się z 

dziećmi do rodziców. Nie, to musiało być coś poważniejszego.   

– Może byśmy mniej plotkowały, a więcej pracowały? – przerwała im Fiona i wygoniła z 

pokoju dla personelu.   

Została tam tylko trójka lekarzy.   
– Chyba jeszcze pogorszyłem sprawę – mruknął Ben, przeczesując palcami włosy.   
–  Coś  trzeba  im  było  powiedzieć  –  zauważył  Jon.  –  A  prawdy  i  tak  wkrótce  sami  się 

dokopią.  Na  tej  wyspie  wieści  rozchodzą  się  lotem  błyskawicy...  –  Urwał,  bo  w  tym 
momencie zadzwonił telefon. Sięgnął po słuchawkę. – Katie? Tak? – Ściągnął brwi i słuchał. 
– Dobrze, Katie – powiedział w końcu i krzywiąc się, odłożył słuchawkę, po czym spojrzał na 
Bena i Maggie.   

– Co jest? – spytała Maggie.   
– Katie mówi, że Fiona i Jackie strasznie się kłócą w rejestracji.   

background image

Ben jęknął, Maggie ukryła twarz w dłoniach.   
– O, nie – westchnęła – znowu to samo. Zejdę tam i spróbuję je rozdzielić. Ciekawe, o co 

tym razem poszło.   

– Zostań – mruknął z ciężkim westchnieniem Ben. – Ja tam zejdę.   
 

Jakiś czas potem Maggie dowiedziała się od Katie, że Benowi udało się zażegnać kłótnię 

w  rejestracji,  chociaż  nie  było  gwarancji,  że  ta  nie  rozgorzeje  na  nowo  w  przypadku 

najmniejszej  prowokacji  ze  strony  którejkolwiek  ze  stron  konfliktu.  A  rozeszło  się  o 
wprowadzany  przez  Fionę  nowy  system  organizacji  pracy  w  rejestracji,  w  którym  Jackie 
wynajdywała coraz to nowe wady i niedociągnięcia.   

Maggie  przyłapała  się  na  tym,  że  rozważa,  o  ile  prostsze,  i  to  pod  wieloma  względami, 

byłoby życie, gdyby Fiona Winn nie objęła nigdy stanowiska kierowniczki przychodni.   

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

Zimowe dni są krótkie. Po lunchu ani się człowiek obejrzy, a już trzeba zapalać światła i 

zamykać okiennice.   

Ingrid,  jak  zwykle  w  sobotę,  pojechała  w  odwiedziny  .  do  matki,  dzieci  poszły  do 

sąsiadów  na  przyjęcie  i  Maggie  została  w  Młynie  sama.  Skorzystała  z  tej  okazji,  by 
spróbować  nadgonić  papierkową  robotę,  którą  ostatnio  woziła  ze  sobą  do  przychodni  i  z 
powrotem  w  nadziei,  że  znajdzie  choć  chwilę  czasu  i  zredukuje  zaległości.  Wiele  nie 
zdziałała. Po godzinie znudzona odłożyła długopis, przeciągnęła się i ziewnęła.   

Potem  wstała,  podeszła  do  kominka,  wzięła  nowe  polano  ze  stosu  i  umieściła  je  w 

palenisku.  Oparłszy  się  o  obramowanie,  patrzyła,  jak  płomienie  oblizują  sosnową  szczapę. 
Zamyśliła  się.  Ben  nie  odezwał  się  dzisiaj,  ale  cóż  w  tym  dziwnego?  Rano  miał  dyżur,  a 
resztę weekendu spędza bez wątpienia z Fioną.   

Westchnęła,  oderwała  się  od  kominka  i  podeszła  do  okna.  Miała  już  zaciągnąć  zasłony, 

kiedy  na  dróżce  odbiegającej  od  szosy  zabłysły  reflektory  samochodu  zbliżającego  się  do 
Młyna.  Przymrużyła  oczy  i  wytężyła  wzrok,  zastanawiając  się,  któż  to  może  składać  jej 
wizytę o tej porze. Było za ciemno, by rozróżnić markę albo kolor auta. Po chwili samochód 
znikł  jej  z  oczu  za  domem.  O  dziwo,  psy  się  nie  rozszczekały,  co  znaczyło,  że  to  ktoś  im 
znajomy.   

Kiedy rozległo się pukanie do drzwi od podwórza, Maggie zawahała się.   
– Wszystko w porządku, Maggie, to ja. – Ten głos rozpoznałaby wszędzie.   
Otworzyła.  Za  progiem  stał  uśmiechnięty  od  ucha  do  ucha  Ben,  eskortowany  przez 

merdające ogonami psy.   

– A to niespodzianka! Ben, nie spodziewałam się ciebie dzisiaj. Wejdź.   
– Przepraszam, że zakłócam ci spokój. – Wkroczył za nią do salonu, spojrzał na kominek, 

na stół zawalony papierami i na pusty kubek po kawie na jego środku.   

– Nic nie szkodzi. Nie przeszkadzasz. Właśnie skończyłam...   
– Muszę z tobą porozmawiać, Maggie. – Podszedł do kominka i odwrócił się twarzą do 

niej.   

– Miałam właśnie zaparzyć sobie herbatę – powiedziała. – Tobie też zrobić? 
–  Herbaty  chętnie  się  napiję,  ale  później.  Najpierw  porozmawiajmy.  Muszę  ci  coś 

powiedzieć.   

– Wiem – mruknęła, spuszczając wzrok. – Wiem, co masz mi do powiedzenia.   
– Wiesz? – Zrobił zdziwioną minę.   
– Tak, Ben... i... i powiem tylko, że mam nadzieję, że ci się wszystko ułoży i że będziesz 

szczęśliwy.   

– Ale...   
– Musisz coś zrobić ze swoim życiem. Dawno ci już to mówiłam.   
– No tak, ale...   
– No i dzieci. Może to będzie dla nich lepsze w dłuższej perspektywie. Powiedziałeś im 

background image

już? 

– Nie... – Sprawiał wrażenie lekko zaintrygowanego, lecz Maggie nie dopuszczała go do 

głosu.   

– Ale przynajmniej ją poznały. A z czasem się z nią zaprzyjaźnią.   
– Maggie, o kim ty mówisz? – Wziął ją delikatnie za ręce.   
– O Fionie, oczywiście. – Spojrzała na niego. – A myślałeś, że o kim? 
– Nic z tego nie rozumiem – przyznał. – Dlaczego akurat o Fionie? 
– A nie o tym chciałeś ze mną porozmawiać? Nie o sobie i o Fionie? 
– O mnie i o Fionie? – Patrzył na nią przez długą chwilę, a potem, kręcąc głową, spytał: – 

Skąd ci to przyszło do głowy, Maggie? 

Przełknęła z trudem.   
– Myślałam, że ty i ona... że ty i ona... Ben jęknął, puścił jej ręce i wziął w objęcia.   
– Och, Maggie, Maggie – wymruczał.   
– Ben – wymamrotała z twarzą wtuloną w jego sweter – chcesz przez to powiedzieć, że 

tak nie jest? 

– Zanim odpowiem, chciałbym zapytać, czy gdyby tak było, bardzo by cię to obeszło? 
– Prawdę mówiąc... tak. Bardzo. Wiem, że nie mam prawa do takich odczuć, ale nie mogę 

znieść myśli, że tyle się pozmienia.   

– I sądzisz, że mogłoby się pozmieniać? 
– To by chyba było nieuchronne, prawda? Nie mógłbyś już tu przyjeżdżać, jak dotąd. Nie 

moglibyśmy chodzić na spacery, nawet w towarzystwie dzieci. To wszystko by się skończyło, 
prawda? Nie byłoby możliwe, gdyby na scenie pojawił się ktoś jeszcze.   

– Nie byłoby – przyznał. – Ale gdyby nie pojawił się ten ktoś jeszcze... na scenie, znaczy 

się? 

– Nie bardzo rozumiem – powiedziała.   
– No, czy wtedy by się pozmieniało? 
– Ben, ja się już zupełnie pogubiłam. Możemy zacząć jeszcze raz? 
– Chyba tak będzie najlepiej.   
– Przyjechałeś, żeby mi powiedzieć, że ty i Fiona jesteście ze sobą? 
– Nie – odparł – bo nie jesteśmy. Wstrzymała oddech.   
– A ja myślałam, że jesteście.   
– Nie mam pojęcia, co ci kazało tak myśleć. – Ben pokręcił głową.   
– No bo Fiona... Tak się zachowywała... Powiedziała... Och, nieważne, wszystko jedno, w 

każdym razie odniosłam wrażenie, że rozkwita między wami wielka namiętność.   

– Zapewniam cię, że nic między nami nie rozkwita.   
– A ona o tym wie? – Maggie poczuła, jak spływa na nią wielka ulga.   
–  Już  wie.  Powiedziałem  jej  to  wprost.  Na  tym  przyjęciu  przy  ognisku  poprosiła  mnie, 

żebym ją odwiózł do domu i przyssała się do mnie jak pijawka.   

– Myślałam...   
– Co myślałaś? 
– Nieważne.   

background image

– Nie, powiedz mi. Proszę.   
– Myślałam, że tamtą noc po przyjęciu spędziliście razem.   
– Och, Maggie. Wysadziłem ją wtedy pod domem i powiedziałem, że między nami nic 

nie ma i nie będzie.   

– I co? 
– Będziemy sobie musieli poszukać innego kierownika przychodni.   
– Wywaliłeś ją? 
–  Nie,  oczywiście,  że  nie.  Nie  mógłbym  podjąć  takiej  decyzji  bez  konsultacji  z  tobą  i 

Jonem. To ona sama wczoraj mi zapowiedziała, że w poniedziałek rano składa wymówienie. 
Uznała, że jej pozycja w przychodni została podkopana.   

–  Rozumiem  –  rzekła  Maggie.  –  I  to  właśnie  przyjechałeś  mi  oznajmić,  Ben?  Że  nie 

mamy już kierowniczki przychodni? 

– Nie, Maggie. – Pokręcił głową. – Nie przyjechałem tu wcale w sprawie Fiony. – Ujął ją 

pod brodę i zmusił, żeby spojrzała mu w oczy. – Jeszcze się nie domyślasz, po co tu jestem? 

W ciszy, jaka zaległa w pokoju, słychać było wyraźnie tykanie starego ściennego zegara i 

trzask płonącego w kominku polana.   

–  Nie  –  odezwała  się  w  końcu  Maggie.  –  Powiedziałeś,  że  przyjechałeś  ze  mną 

porozmawiać. Że masz mi coś do zakomunikowania.   

–  Tak,  to  prawda.  Przyjechałem  ci  powiedzieć  o  kobiecie  mojego  życia.  Znam  ją  od 

dawna. Najpierw była moją koleżanką i przyjaciółką, potem, stopniowo, stawała się dla mnie 
kimś coraz ważniejszym.   

– I powiedziałeś tej kobiecie, ile dla ciebie znaczy? – spytała Maggie. Serce biło jej coraz 

szybciej.   

– Jeszcze nie – odparł.   
– Dlaczego? 
– Bo kobieta, o której mowa, wiele ostatnio przeszła i nie byłem pewien, jak zareaguje, 

ani czy jest już gotowa ułożyć sobie życie na nowo.   

– I przez cały czas kryłeś się przed nią ze swoimi uczuciami? – spytała cicho.   
–  Raz  spróbowałem  się  odkryć  –  przyznał  –  ale  ona  nie  była  jeszcze  gotowa  i 

zorientowałem  się,  że  widzi  we  mnie  tylko  przyjaciela.  Nie  chciałem  jej  spłoszyć  i 
postanowiłem jeszcze zaczekać.   

– A jak sytuacja wygląda obecnie? 
– Przez jakiś czas myślałem, że się do siebie zbliżamy, ale ostatnio wyczułem w naszych 

stosunkach jakieś ochłodzenie, którego nie rozumiałem. Teraz już wiem, skąd się wzięło, ale 
wcześniej  nie  miałem  pojęcia...  i  nie  mogłem  tego  znieść.  Dlatego  tu  jestem,  Maggie.  Nie 
mogę  dłużej  czekać.  Muszę  ci  powiedzieć,  co  do  ciebie  czuję  i  ile  dla  mnie  znaczysz. 
Przepraszam, jeśli się pośpieszyłem... ale nic na to nie poradzę.   

–  Och,  Ben.  –  Objęła  go  i  przytuliła  policzek  do  jego  szorstkiego  swetra.  –  Ben  – 

wyszeptała  –  wcale  się  nie  pośpieszyłeś.  Wierz  mi,  nie  przyszedłeś  ani  o  sekundę  za 
wcześnie.   

–  Kiedy  się  zorientowałeś?  –  mruknęła,  kiedy  siedzieli  przytuleni  do  siebie  na  kanapie 

background image

przed kominkiem i pili herbatę.   

– Że cię kocham? – Zastanowił się. – Kilka miesięcy temu – przyznał w końcu. – Zawsze 

bardzo  cię  lubiłem,  Maggie,  ale  tyle  sama  wiesz.  I  pewnego  dnia  ktoś  powiedział,  że  nie 
wyobraża sobie, żebyś przez resztę życia pozostała samotna, a ktoś inny, chyba Jon, dodał, że 
taka piękna kobieta jak ty na pewno kogoś tam sobie znajdzie. To wtedy uświadomiłem sobie, 
że nie chcę, żebyś znalazła sobie kogoś tam. Że chcę cię dla siebie.   

– Ale nic nie mówiłeś... Nie miałam o tym pojęcia.   
– Nie śmiałem tego powiedzieć. To by było za szybko dla ciebie. Wiedziałem, że muszę 

ci dać trochę czasu, że narzucając ci się już wtedy, mógłbym cię na zawsze do siebie zrazić.   

–  I  miałeś  rację  –  przyznała.  –  Wtedy  nie  byłam  jeszcze  gotowa.  Ceniłam  cię  jako 

przyjaciela i podporę rodziny, ale to wszystko. I nagle, tamtego dnia na spacerze po plaży, z 
dziećmi...   

–  Wiem.  –  Pokiwał  głową.  –  Myślałem  wtedy,  że  wszystko  popsułem,  naprawdę  tak 

myślałem. Nie planowałem tego, Maggie, wierz mi. Samo tak jakoś wyszło. Raptem lądujesz 
w moich ramionach, jesteś tak blisko, a ja nie mam ochoty wypuścić cię z objęć...   

–  A  ja  cię  odepchnęłam.  Przepraszam,  Ben,  ale  to  był  odruch.  Potem  dużo  o  tym 

myślałam i wyrzucałam sobie...   

– Ale to już za nami. – Otoczył ją ramieniem.   
– A co przed nami? – Obróciła głowę i studiowała jego profil.   
–  To  zależy  tylko  od  ciebie.  Możemy  się  pobrać.  Możemy,  nikomu  nic  nie  mówiąc, 

nawiązać burzliwy romans...   

– Stój! – wpadła mu w słowo. – Odpowiadałby mi ten burzliwy romans...   
– Rozpustnica! – Ben przyciągnął ją do siebie, spojrzał głęboko w oczy i pocałował.   
– To gdzie zamieszkamy? U mnie czy u ciebie? 
Była  niedziela  i  Ben  przywiózł  swoje  dzieci  na  lunch.  Poprzedniego  dnia  ustalili  z 

Maggie,  że  powiedzą  dzieciom  o  swojej  decyzji  razem.  Siedzieli  w  kuchni,  sączyli  wino  i 

czekali, aż upiecze się sztuka mięsa. Dzieci bawiły się z psami w ogrodzie.   

– Już się nad tym zastanawiałam – powiedziała Maggie.   
– Masz jakieś sugestie? 
–  U  mnie  byłoby  praktyczniej,  bo  dom  jest  większy,  ale  podejrzewam,  że  ty  nie  masz 

specjalnej ochoty wyprowadzać się z Młyna.   

– Och, sama nie wiem – mruknęła, upijając łyczek wina.   
–  Chyba  dałabym  się  przekonać.  Poza  tym  masz  rację,  u  ciebie  miejsca  jest  o  wiele 

więcej, a to ważne. Może w przyszłości Richard z Emmą będą wpadać częściej niż teraz, i na 
dłużej... Myślisz, że Claire im pozwoli? 

–  Chyba  tak.  –  Uśmiechnął  się.  –  Mówiła  mi  ostatnio,  że  chcą  z  Lukiem  trochę 

popodróżować po świecie, a więc takie rozwiązanie wszystkim by odpowiadało.   

– A znalazłby się jakiś kąt dla Ingrid? 
– A jakże. Tylko czy zechciałaby z nami zamieszkać? 
– Mam nadzieję  – odparła Maggie. – A ja chciałabym spędzać więcej  czasu z dziećmi. 

Może pracowałabym na pól etatu...   

background image

– Czekałem, kiedy to powiesz. – Ben odstawił kieliszek i wziął ją w ramiona. – Za ciężko 

pracujesz.   

– Tak czy owak, Ingrid też będzie nam potrzebna – zauważyła, zarzucając Benowi ręce na 

szyję. – Wiesz, wciąż nie mogę uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.   

–  Wiem  –  mruknął.  –  Mnie  też  się  wydaje,  że  śnię.  I  strasznie  się  boję,  że  zaraz  się 

obudzę.   

Spotkały się ich usta. Byli sobą tak pochłonięci, że żadne nie usłyszało, jak otwierają się 

drzwi od ogrodu i do kuchni wchodzi William.   

– Mamo – powiedział – kiedy ten lunch? W brzuchu mi burczy z głodu.   
Ben i Maggie odskoczyli od siebie jak oparzeni i spojrzeli półprzytomnie na Williama.   
– Och, to ty, kochanie – wymamrotała Maggie, pośpiesznie odgarniając włosy z twarzy. – 

No i się wydało. A mieliśmy wam powiedzieć, kiedy wszyscy zbierzemy się przy stole...   

–  O  czym?  Że  jesteście  w  sobie  zabujani?  –  William  wzruszył  ramionami  i  spojrzał 

pożądliwie na upieczoną przez Ingrid szarlotkę. – My to dawno wiemy. Nawet mówiliśmy, że 
już najwyższy czas, żebyście wzięli ślub. Mogę powiedzieć dzieciakom, że lunch gotowy? 

– Możesz, kochanie – wykrztusiła Maggie. – Tak, idź im powiedz.   
– No i problem mamy z głowy – zauważył ze śmiechem Ben, kiedy William wybiegł z 

powrotem do ogrodu.   

– Oni nigdy nie przestaną mnie zadziwiać – mruknęła.   
Ben znowu wziął ją w ramiona.   
– Myślisz, że dzieci zauważą, jeśli ten lunch opóźni się o pół godzinki? – wymruczał jej 

do ucha.   

– Will na pewno zauważy – odrzekła półgłosem.   
– To może o dziesięć minut? 
– Tyle jeszcze nam się upiecze – wyszeptała i z cichym westchnieniem zaczęła się z nim 

całować.