background image

 

1

TRINE ANGELSEN 

 

WRÓG NIEZNANY 

 

SAGA CÓRKA MORZA II 

 

 
 
Rozdział 1 
 
 

Elizabeth  otoczyła  ramionami  brzuch,  jakby  chciała  go  chronić.  Boże  kochany, 

modliła  się  w  duchu,  nie  pozwól,  bym  straciła  moje  dziecko,  zmiłuj  się!  Jeśli  ja  miałabym 
zapłacić życiem, to ocal chociaż to maleństwo, które noszę pod sercem. Proszę cię… 
 

Nagle obok stanął Jens. W jego głosie brzmiała troska: 

 

- Jesteś chora, Elizabeth? Boli cię brzuch? 

 

I wtedy podszedł do nich lensman. 

 

- Czy ona źle się czuje? – spytał dudniącym głosem. 

- Może odprowadzimy ją do domu? 
 

Elizabeth  zaprotestowała,  czuła,  że  pot  spływa  jej  po  całym  ciele,  nie  umiała 

opanować  drżenia.  Spojrzała  na  niego  z  wysiłkiem.  Był  to  wysoki,  masowej  budowy 
człowiek  w  długim  czarnym  płaszczu.  Mogłaby  go  prosić,  na  klęczkach  błagać,  by  ją 
oszczędził. Tylko jeden jedyny raz w życiu już się tak bała, czuła taki niepohamowany strach. 
To było wtedy, kiedy Leonard ją gwałcił. 
 

Znowu odezwał się Jens. 

 

- Elizabeth, ty potrzebujesz doktora, jeśli… 

 

Przerwała mu gniewnie: 

 

- Nie… zaraz mi przejdzie. – Nagle zaczęło jej zależeć, by lensman nie dowiedział się 

o  dziecku.  Jeszcze  nie  teraz!  Właściwie  sama  nie  wiedziała,  dlaczego  chce  utrzymać  to  w 
tajemnicy. Ponownie zaczęła się modlić w duchu: Wszechmogący Stwórco, pomóż mi! Tylko 
ten  jeden  jedyny  raz,  a  ja  obiecuję  ci,  że  wkrótce  wszystko  wyznam.  Tylko  ocal  to,  życie, 
które noszę pod sercem. Jeśli mi pomożesz, to ja dotrzymam obietnicy. Przysięgam. 
 

Z wolna, początkowo tak nieznacznie, że sama bała się uwierzyć, ból łagodniał. Mogła 

się nawet lekko wyprostować i wspierana przez Jensa czuła, że skurcz całkiem ustępuje. 
 

- Lepiej ci? – dopytywał Jens. 

 

- Tak, - wyszeptała, ocierając drżącą ręką pot z czoła.  

- To widocznie przypadłość, która sama przechodzi – dodała. 
 

Lensam bąkał coś o zarazie i cofał się przezornie. 

 

- Jesteś pewna? – Jens przyglądał jej się badawczo. 

 

-  Tak,  jestem  pewna.  Może  to  ze  strachu  dostałam  boleści,  pomyślała  z  nadzieję,  że 

tak naprawdę było. 
 

Elizabeth napotkała wzrok lensamana. Widziała, że otwiera usta i przygotowywała się 

na przyjęcie jego słów. Słów, które mogą skazać ją na śmierć przez ścięcie toporem! 
 

- Rozglądam się za twoim ojcem – rzekł i chrząknął. – Może Elizabeth wie, gdzie on 

się podziewa? 
 

Czy najpierw chce poinformować o tym ojca? – pomyślała. To przecież moja wina i 

moja powinna być kara. Więc oszczędź ojca, Boże. Pamiętaj o obietnicy, jaką ci złożyłam… 
 

W końcu odzyskała mowę, ale głos brzmiał dziwnie, gdy spytała: 

background image

 

2

 

- Czego lensamn chce od mojego taty? 

 

Nie  odpowiedział  od  razu.  Najpierw  wodził  wzrokiem  gdzieś  ponad  fiordem,  jakby 

rozważał, czy mam jej to przekazać już teraz. 
 

-  Hartiv  Pireus  Olsen  umarł  –  rzekł  z  wahaniem.  –  Jeszcze  jedna  krótka  pauza, 

Elizabeth spoglądała to na lensaman, to na Jensa. 
 

- Hartvig z małą stopą – wyjaśnił Jens. 

 

Elizabeth wiedziała, o kogo chodzi. Tak nazywali tego człowieka, bo jedną stopę miał 

krótszą  od  drugiej.  Tylko  co  Hartvig  ma  z  tym  wspólnego?  –  pomyślała,  a  w  jej  sercu 
zakiełkowało maleńkie źdźbło nadziei. 
 

-  Hartvig  nie  miał  żadnej  rodziny  –  mówił  dalej  lensamn.  –  A  jego  gospodarstwo 

graniczy z ziemią twojego ojca, więc może Andres byłyby zainteresowany kupnem. 
 

Zęby zaczęły szczękać w ustach Elizabeth. Próbowała to opanować, ale nie potrafiła. 

Drżenie obejmowało całe ciało, zaczynała się trząść. 
 

Jens pogłaskał ją po plecach. 

 

- Marzniesz, Elizabeth? – spytał. 

 

Zamiast odpowiedzieć, spojrzała na lensmana i powiedziała: 

 

- Tata nie ma pieniędzy na kupno nowej ziemi. 

 

- Tę sprawę przedyskutuję z nim – odparł urzędnik surowo. Potem wskazał głową na 

fiord i powiedział: - O, płynie. Do widzenia. 
 

Elizabeth  spojrzała  w  ślad  za  jego  wzrokiem  i  zoczyła  ojca  z  Marią,  wracających 

łodzią  ze  sklepu.  Lensman  wsiadł  na  sanie,  a  ona  pomyślała  zdumiona:  dlaczego  nie 
zauważyłem konia, kiedy tu przyszłam? 
 

-  Czemu  najpierw  powiedziałaś,  że  chodzi  o  dziecko,  a  potem,  że  to  zwyczajny  ból 

brzucha? – wyrwał ją z zamyślenia głos Jensa. 
 

Dopiero  wtedy  zauważyła  łzy.  Czuła  smak  soli,  kiedy  docierały  do  warg.  Chciała 

rzucić  mu  się  na  szyję  i  wyznać  wszystko.  Złożyła  Bogu  obietnicę,  a  on  jej  tym  razem 
pomógł.  Obiecała,  że  wyzna  winę,  ale  nagle  nie  była  w  stanie  tego  zrobić.  Nie  mogła,  bo 
wciąż tkwił w niej strach. 
 

- Bo myślałam, że to dziecko – odparła szczerze. – Ale musiało być co innego.  I nie 

chciałam też, żeby lensman wiedział, że spodziewam się nieślubnego dziecka. 
 

Jens uśmiechnął się blado. 

 

-  Omal  mnie  śmiertelnie  nie  przeraziłaś  –  bąknął.  –  Jesteś  pewna,  że  już  wszystko 

dobrze? 
 

- Tak! – Nie znajdowała więcej słów. Przez chwilę milczeli. 

 

To  Jens  pierwszy  przerwał  ciszę:  -  Chciałbym  ci  coś  powiedzieć.  Rozmawiałem  z 

Ragną    i  Jakobem  i  jutro  jedziemy  do  pastora,  żeby  dać  na  zapowiedzi.  Co  ty  na  to?  Nie 
jesteśmy  jeszcze  pełnoletni  i  musimy  mieć  zgodę  –  ich  i  twojego  ojca.  I  pastor  musi  też 
napisać  do  króla,  żeby  dał  zezwolenie,  ale  myślę,  że  nie  będzie  żadnego  problemu.  Ragna 
zostanie  w  domu  z  dzieciakami,  Maria  też  na  pewno  może  przyjść.  –  Zdjął  z  rąk  wełniane 
rękawice i otarł jej łzy. – Teraz jesteś zadowolona, Elizabeth? 
 

Skinęła głową w odpowiedzi i musiała wiele razy głęboko wciągać powietrze, żeby się 

znowu nie rozpłakać. Trzeba się opanować i zachowywać normalnie. Chrząknęła. 
 

- Nigdy nie zrozumiesz, jak ja ciebie kocham, Jens – powiedziała spoglądając w stronę 

Nymark. – Ale muszę chyba wracać do domu i przygotować sobie ubranie na jutro. Wszystko 
to stało się tak szybko – powiedziała na koniec. 
 

Musiała  pobyć  sama,  nie  mogła  dłużej  kłamać,  dlatego  ruszyła  ku  domowi.  Ale 

dźwięk siekiery, rozłupującej szczapy drewna, towarzyszył jej w drodze do samego końca. 
 

background image

 

3

 

Zanim dotarła do domu, lensam wyjechał, a ojciec z Marią weszli do izby. Ona sama 

wstąpiła jeszcze do wygódki, żeby sprawdzić, czy nie krwawi. Wciąż nie opuszczał jej strach, 
ż

e mogłaby stracić dziecko. Z ogromną ulgą stwierdziła, że wszystko w porządku. 

 

W  sieni  marudziła  długo,  zanim  w  końcu  była  gotowa  spotkać  się  z  ojcem  i  siostrą. 

Powiesiła kurtkę na gwoździu i rozgarnęła żar na palenisku, szukając właściwych słów. 
 

- Lensman chciał z tobą rozmawiać – powiedziała w końcu. 

 

Ojciec  stał  odwrócony  do  niej  plecami.  Przyglądał  się  kawałkowi  drewna,  z  którego 

miał zrobić podeszwy do pary drewniaków, odpowiedział jakoś mimochodem: 
 

- Taak, pytał mnie, czy nie chciałbym kupić ziemi po Hartvigu z małą stopą. 

 

Elizabeth  wstrzymała  na  moment  dech.  Nagle  stało  się  dla  niej  niezwykle  ważne 

wszystko, co było potem. 
 

- I co mu odpowiedziałeś? – spytała. 

 

Ojciec odwrócił się od stołu i szukał czegoś wzrokiem. 

 

- Nie widziałaś młotka? – spytał. 

 

Elizabeth wskazała na skrzynię z torfem, a on wziął młotek, zanim odpowiedział na jej 

pytanie. 
 

-  Nie,  na  co  mi  więcej  ziemi?  Mam  tyle  zwierząt,  ile  mi  potrzeba,  i  ziemi  też. 

Wystarczy mi tyle. I skąd miałbym wziąć pieniądze? 
 

Maria siedziała na skrzyni z torfem i robiła na drutach rękawice. Elizabeth pogłaskała 

ją po włosach. 
 

- Najlepiej byłoby spłacić dawniejsze długi, no nie? – spytała. 

 

-  Co  prawda,  to  prawda  –  przytakiwał  ojciec  z  przejęciem.  –  I  to  też  powiedziałem 

lensmanowi.  Trochę  się  skrzywił  –  ojciec  roześmiał  się  krótko.  –  Masz  rację.  Oni  pewnie 
myślą, że każdy ma tyle pieniędzy co oni, ci bogacze. 
 

- Powinien mieć więcej rozumu – bąknęła Elizabeth i musiała wyjść do alkierza. Tam 

usiadła na sienniku i objęła ramionami kolana. Czuła pulsowanie krwi w całym ciele. Złożyła 
obietnicę.  I  to  nie  byle  komu,  ale  samemu  Bogu.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  wysłuchał  jej 
prośby. Ale czy ja zdołam dotrzymać przyrzeczenia? – myślała. 
 

Z  drżeniem  złożyła  ręce  do  modlitwy,  długo  jednak  nie  znajdowała  odpowiednich 

słów. Próbowała sobie przypomnieć, co pastor zwykł mówić w kościele. Może Bóg wysłucha 
uważniej,  jeśli  będzie  się  posługiwać  pięknymi  słowami?  Zacisnęła  powieki  w  głębokiej 
koncentracji, ale w końcu i tak zaczęła szeptać prostą modlitwę: 
 

-  Kochany  Boże  na  niebie.  Składam  ci  gorące  podziękowania  za  to,  co  zrobiłeś. 

Dotrzymam mojej obietnicy. Wyznam… pewnego dnia… ale chcę Cię prosić o coś jeszcze. 
Wybacz mi wszystkie kłamstwa, jakie muszę mówić tym, których kocham. Wierzę i ufam, że 
mnie  rozumiesz.  –  Umilkła  i  zastanawiała  się,  czy  powinna  prosić  dalej,  ale  w  końcu  dała 
spokój.  Należy  być  powściągliwym  w  swoich  oczekiwaniach  wobec  Boga.  Teraz  nie  może 
żą

dać więcej. 

 

Podniosła  się  wolno  z  siennika,  wygładziła  spódnicę  i  podeszła  do  swojej  małej 

skrzyni.  Wyjęła  stamtąd  swoją  konfirmacyjną  sukienkę,  wzięła  ją  do  kuchni  i  usiadła  przy 
piecu. Skorzystam z ciepła i światła, pomyślała i zaczęła rozpruwać boczny szew. 
 

- Co ty robisz? – spytała Maria, ledwie zerkając na siostrę znad robótki. Ćwiczyła się 

teraz w szybkim robieniu na drutach, to jednak wymagało uwagi, bo jak nie, to zaraz gubiła 
oczka. 
 

- Muszę sobie dopasować suknię na jutro. 

 

- Dlaczego? 

 

Elizabeth  wsunęła  wskazujący  palec  pod  szew  sukienki  i  spojrzała  na  ojca, 

naprawiającego but. Nie wiedzieć czemu przestraszyła się, że będzie musiała powiedzieć mu 
o jutrzejszej wyprawie do pastora. Dlatego zwlekała. 
 

- Jens i ja mamy jutro jechać do pastora, dać na zapowiedzi – rzekła w końcu. 

background image

 

4

 

-  Ach,  tak,  a  kiedy  zamierzacie  wziąć  ślub?  –  spytał  ojciec,  nie  podnosząc  wzroku 

znad buta. 
 

Równie  dobrze  mogłabym  powiedzieć,  że  jutro  spadnie  śnieg,  pomyślała  Elizabeth. 

Czuła ulgę ale też rozczarowanie reakcją ojca.  
 

-  Nie  wiem  –  burknęła.  –  Najszybciej,  jak  to  możliwe.  Pastor  musi  pewnie  najpierw 

pisać do króla o zezwolenie, nie wiem, ile czasu na coś takiego trzeba. Ale jutro ty też musisz 
jechać jako świadek. 
 

Nareszcie ojciec podniósł wzrok. Nie powiedział nic, patrzył tylko na nią pytająco. 

 

-  Bo  ja  nie  jestem  pełnoletnia  –  wyjaśniła.  –  Musisz  jechać,  żeby  się  podpisać.  Z 

Jensem  pojedzie  Jakob.  Ragna  zostanie  w  domu  z  dziećmi,  Maria  może  do  nich  iść.  – 
Powiedziała wszystko w szalonym tempie, żeby mieć to już za sobą. 
 

- No tak! – ojciec uważnie oglądał but. Cisza, która potem zapadła, trwała tak długo, 

ż

e Elizabeth obawiała się, czy ojciec nie odmówi. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że nigdy 

tak  naprawdę  nie  rozmawiali  o  weselu.  Ojciec  dowiedział  się,  że  wezmą  ślub  i  że  dostaną 
dom  w  Dalen.  Więcej  jednak  nigdy  o  sprawie  nie  mówiono.  Ojciec  nie  należał  do 
gadatliwych.  Nie  okazywał  też  uczuć,  ani  radości,  ani  smutku.  Gdyby  jednak  miał  coś 
przeciwko, to by chyba powiedział. Na tyle Elizabeth swego ojca zna. 
 

Andres otarł wargi, zerknął w okno i uśmiechnął się. 

 

- W takim razie rzuć okiem na moje świąteczne ubranie, Elizabeth – rzekł w końcu. – 

Człowiek nie co dzień wybiera się na plebanie. 
 

Widziała jak się przy tym wyprostował, poczuła zazdrość i zarazem żal. Zazdrość, że 

ona nie odczuwa tej samej radości, a żal dlatego, że musi kłamać ojcu. 
 
 

Słońce  stało  jeszcze  nisko  na  niebie,  kiedy  następnego  dnia  wyruszyli  do  pastora. 

Jakob  siedział  z  przodu,  Andres  przy  nim,  Elizabeth  i  Jens  zajęli  tylną  ławeczkę  sań. 
Elizabeth przymknęła oczy i wyobrażała sobie, że zimowe słońce ją grzeje. 
 

Dobrze, że mroczny czas nareszcie się skończył. 

W  normalnej  sytuacji  miarowy  stukot  końskich  kopyt  o  zamarzniętą  drogę  działałby 
usypiająco, ale dzisiaj Elizabeth nie myślała o spaniu. Potrzebowała jednak spokoju, dlatego 
udawała,  że  drzemie.  Tak  strasznie  bała  się  tego,  co  musi  nadejść!  Rano  nie  była  w  stanie 
przełknąć  ani  kęsa  jedzenia,  a  podczas  gdy  ojciec  szykował  się  do  drogi,  ona  siedziała  w 
wygódce  i  walczyła  z  mdłościami.  Teraz  próbowała  uspokajać  się  myśląc,  ile  trudniejszych 
chwil  już  przeżyła,  ale  to  nie  pomagało  –  wprost  przeciwnie.  Będzie  musiała  kłamać 
pastorowi i powiedzieć, że dziecko jest Jensa. Pastor jest człowiekiem stojącym bliżej Boga, 
to  wiedziała.  Nie  jest  taki  jak  inni.  Może  Bóg  życzy  sobie,  by  to  pastorowi  wyznała  swój 
grzeszny  postępek?  Może  to  znak  od  niego,  że  Jens,  chciał,  aby  pojechali  właśnie  dzisiaj? 
Nie,  obiecała, że wyzna winę pewnego dnia, ale przecież nie mówiła kiedy. 
 

Może  pastor  odmówi  ślubu,  ponieważ  jesteśmy  za  młodzi,  myślała.  Co  powiedzą, 

jeżeli  zapyta,  dlaczego  nie  dali  na  zapowiedzi  wcześniej,  a  już  zwłaszcza  dlaczego  nie 
zaczekali  z  dzieckiem,  dopóki  sami  nie  będą  dorośli?  Jens  chce  być  wpisany  do  kościelnej 
księgi jako ojciec jej dziecka, ale co będzie, jeśli później zacznie tego żałować? Panie Boże na 
niebie  pomóż  mi  jeszcze  tylko  ten  jeden  raz,  prosiła  w  milczeniu  i  składała  ręce  pod 
futrzanym okryciem, które dzieliła z Jensem. 
 

Nie  dalej  jak  dwa  lata  temu  stawała  przed  tym  samym  pastorem  jako  konfirmantka. 

Sam dzień konfirmacji był wspaniały. Elizabeth pamięta wszystko ze szczegółami. Katechizm 
umiała  śpiewająco,  nie  groziło  jej,  że  w  przyszłym  roku  będzie  musiała  powtarzać  naukę. 
Było  ponad  siedemset  pytań,  a  ona  znała  wszystkie  odpowiedzi,  choć  oczywiście  na 
wszystkie odpowiadać nie musiała. Jacy dumni byli z niej rodzice! Po raz pierwszy miała na 
sobie długą suknię, taką jakie noszą dorosłe kobiety. Dzisiaj ma oto znowu stanąć twarzą w 

background image

 

5

twarz z pastorem, w tej samej konfirmacyjnej sukni i z dzieckiem w brzuchu. Myśl była tak 
przerażająca, że dziewczyna skuliła się, kiedy wjechały na dziedziniec plebanii i stanęły. 
 
 

Jakaś  młoda  dziewczyna  otworzyła  po  tym,  gdy  Jakob  zapukał  do  drzwi.  Najpierw 

chrząknął, potem przeczesał palcami swoją bujną brodę. 
 

- Dzień dobry i pokój temu domowi. Czy pastor w domu? – spytał. 

 

- Pastor jest w kantorze – odparła dziewczyna. – Chcecie z nim rozmawiać? 

 

- Tak, gdyby zechciał poświęcić nam trochę czasu, to… 

 

- Jak nazwisko? 

 

Jakob Myran. 

 

- Chwileczkę – powiedziała dziewczyna i zamknęła mu drzwi przed nosem. 

 

Elizabeth  mocniej  chwyciła  ramię  Jensa.  Służąca  patrzy  na  nas  jak  na  gówno, 

pozbawione wszelkiej wartości, pomyślała, tracąc resztki pewności siebie. 
 

Nagle drzwi otworzyły się znowu. 

 

- Pastor czeka w kantorze – poinformowała dziewczyna krótko. 

 

Mężczyźni zdjęli czapki, przekraczając próg tak, jak to robią w kościele. Dziewczyna 

pokazała drogę przez duży hol z podłogą pokrytą miękkim dywanem. Elizabeth przypomniało 
to pierwsze spotkanie z Leonardem, kiedy Kristian wskazywał im drogę do jego kantorka. 
 

-  Ci  ludzie  chcą  rozmawiać  z  pastorem  oznajmiła  służąca  i  dygnęła  głęboko,  zanim 

pożeglowała z powrotem w swoich miękkich, skórzanych butach. 
 

Pastor  podawał  im  po  kolei  rękę,  a  oni  witali  się,  przedstawiali  po  nazwisku,  potem 

głos zabrał Jakob: 
 

- Niech nam pastor wybaczy, że niepokoimy, ale przywieźliśmy tu młodą parę, która 

chciałaby dać na zapowiedzi – rzekł cicho i znowu chrząknął. 
 

-  Aha,  tego  chcą  –  mruknął  pastor,  przyglądając  się  spod  zmrużonych  powiek 

Elizabeth i Jensowi. Elizabeth miała ochotę wpić znowu palce w ramię Jensa, które wypuściła 
z uścisku, kiedy wchodzili na plebanię. 
 

- No dobrze. jak się nazywacie? – pytał pastor, wyjmując wielką księgę, którą potem 

przeglądał  długo.  Oboje  wykrztusili  swoje  imiona,  nazwiska,  daty  urodzenia,  chrztu  i 
konfirmacji.  Pastor  wodził  palcem  po  stronnicach  w  górę  i  w  dół  a  potem  zwrócił  się  do 
Jakoba i Andresa. 
 

- Wy możecie wyjść, chciałbym porozmawiać z młodymi na osobności. 

 

Elizabeth  miała  wrażenie,  że  tamci  z  ulgą  znikają  za  drzwiami.  Sama  najchętniej 

zrobiłaby to samo. 
 

-  Siadajcie,  proszę  bardzo  –  mówił  dalej  pastor,  i  machnął  dwojgu  stojącym  przed 

biurkiem ręką. 
 

Elizabeth zdjęła czarną chustkę z głowy i ściskała ją na podołku. Kurtkę zdjęła w holu, 

mogła pokazać swoją piękną suknie. To ważne, by wyglądać porządnie, uważała. 
 

-  Jesteście  młodzi  –  stwierdził  pastor,  zerkając  pospiesznie  na  daty  w  księdze.  – 

Chciałbym się więc dowiedzieć, co was tak nagli do małżeństwa? 
 

Odchylił się w tył i przyglądał się swoim gościom. 

Elizabeth  wolno  uniosła  wzrok,  starała  się  nie  wyglądać  na  zuchwałą,  która  ma  odwagę 
patrzeć pastorowi prosto w oczy. Najpierw zwróciła uwagę, na jego siwą brodę, prostokątnie 
przystrzyżoną.  Ciekawe,  ile  on  może  mieć  lat.  pastorowa  jest  podobno  dużo  młodsza  od 
męża, ale Elizabeth nigdy jej nie widziała. Proboszcz zapytał ich o coś, więc musiał otrzymać 
odpowiedź. Bez dalszych kłamstw, pomyślała Elizabeth i zaczęła: 
 

- Spodziewam się dziecka – wyznała i jedynie delikatnie drżenia  głosu ujawniło, jak 

bardzo  się  boi.  Możliwe,  że  pastor  wyczuł  ten  lęk,  bo  na  jego  twarzy  pojawił  się  jakiś 
łagodny, niemal bolesny wyraz. Na ułamek sekundy, nie dłużej. A może zresztą ona to sobie 
tylko wyobraziła? 

background image

 

6

 

- Nie mieliśmy takich zamiarów – wtrącił Jens. – No ale jak już się stało, to ja chcę 

być odpowiedzialny. 
 

Elizabeth  patrzyła  w  dół  i  skubała  frędzle  chusteczki.  Jens  zataił  prawdę  i  może  to 

powinno  się  nazywać  kłamstwem?  I  czy  ona  jest  tak  dużo  lepsza,  skoro  Jensowi  na  to 
pozwoliła?  Odepchnęła  od  siebie  wszystkie  złe  myśli,  uniosła  wzrok  i  popatrzyła  wprost  na 
pastora. 
 

- Dziecko urodzi się na początku lata, tak że chcielibyśmy wziąć ślub najszybciej jak 

to możliwe – oznajmiła stanowczo. 
 

Pastor pochylił się nad biurkiem i przyglądał im się po kolei. Długo. Elizabeth pociła 

się pod intensywnym spojrzeniem jego niebieskich oczu. 
 

-  Wystąpiliście  przeciwko  temu,  co  napisane  jest  w  Biblii,  dzieci  przynależą  do 

małżeństwa. I tylko do małżeństwa – rzekł ostrym głosem. 
 

Elizabeth  zesztywniała  ze  strachu.  Słowa,  które  sobie  przygotowała,  kompletnie 

gdzieś  przepadły.  Znowu  spuściła  wzrokiem  by  się  opanować,  gdy  usłyszała  spokojny  głos 
Jensa. 
 

- Ja rozumiem, że pastor się na nas gniewa. Ale my się kochamy, a wtedy trudno jest 

sobie… tego nie okazywać. A każde jedno dziecko jest darem od Boga, to też stoi w Biblii. 
Dlatego wierzę, że to nasze też jest zesłane przez Boga. 
 

Elizabeth zaciskała powieki, aby się nie rozpłakać. 

Jens wypowiedział najpiękniejsze słowa, jakie kiedykolwiek słyszała. 
 

-  I  teraz  chcemy  wziąć  ślub  –  mówił  dalej  Jens.  –  A  potem  wprowadzić  dziecko  do 

Kościoła przez chrzest święty. Nie  chcemy  dłużej żyć  w  grzechu i dlatego prosimy  pastora, 
ż

eby nam pomógł. 

 

Cisza,  która  potem  zaległa,  była  przytłaczająca.  W  końcu  Elizabeth  uniosła  głowę  i 

popatrzyła na proboszcza. 
 

- Czy wy wiecie, że potrzebne wam będzie zezwolenie od króla? – spytał. 

 

Elizabeth z trudem przełknęła ślinę. 

 

-  Tak,  wiemy.  Mamy  jednak  nadzieję,  że  pastor  zechce  napisać  do  króla  ten  list  w 

naszym imieniu. Wierzymy, że zarówno król, jak i pastor uznają, że mimo wszystko tak jest 
najlepiej.  Co  dobrego  komu  przyjdzie  gdyby  dziecko  miało  się  urodzić  poza  małżeństwem? 
Czy należy je karać za to, co zrobili rodzice? chciała mówić jeszcze, ale umilkła. Może już i 
tak  powiedziała  zbyt  wiele.  Może  pastor  się  na  nią  rozgniewa.  Znowu  spuściła  wzrok  i 
złożyła zimne, spocone dłonie. 
 

- Ten, kto popełnił coś złego, powinien za to zapłacić – rzekł pastor. W tej sytuacji to 

wy powinniście ponieść karę ze wszystkimi jej konsekwencjami. 
 

Elizabeth  czuła,  że  ze  złości  łzy  pieką  ją  pod  powiekami  i  musiała  zagryzać  wargi, 

ż

eby  nie  zacząć  głośno  krzyczeć.  Kiedy  pastor  znowu  się  odezwał,  w  dalszym  ciągu 

wpatrywała się w swój podołek. 
 

- Pamiętam cię z konfirmacji, Elizabeth. Umiałaś wszystko znakomicie. Czy ty jeszcze 

pamiętasz dziesięć przykazań? – spytał.  
 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- To mogłabyś mi w takim razie powiedzieć, jak brzmi trzecie przykazanie? 

 

Zwilżyła wargi, wciągnęła głęboko powietrze raz i drugi, potem patrząc pastorowi w 

oczy,  zaczęła  recytować:  I  siódmego  dnia  Pan  Bóg  twój  wyznaczył  sabat,  byś  żadnych 
czynności wtedy nie wykonywał, ani syn twój, ani córka, ani sługa, ani służebnica twoja, ani 
też obcy, któryby stanął u twoich bram. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. 
 

Pastor uśmiechnął się po raz pierwszy. 

 

- No, no nieźle. Mówisz, jakbyś czytała z książki. 

Wierzę, że w dalszym ciągu pamiętasz sakramenty święte i artykuły wiary? 
 

Elizabeth znowu przytaknęła skinieniem głowy. To samo zrobił też Jens. 

background image

 

7

 

-  No  dobrze.  Teraz  nie  będę  was  już  dłużej  dręczył  takimi  pytaniami.  Pastor 

przewracał  stronice  swojej  księgi,  aż  znalazł  jeszcze  całkiem  czystą.  Ujął  wtedy  pióro, 
umoczył je w kałamarzu i coś zapisał. 
 

-  No,  teraz  jeszcze  tylko  podpisy  tych  dwóch  za  drzwiami  –  rzekł  swobodnie.  – 

Wesele możecie urządzić w trzecią niedzielę kwietnia. 
 

Elizabeth  podniosła  się  niepewnie  i  kątem  oka  widziała,  że  Jens  zachowuje  się 

podobnie. 
 

- A co z listem do króla? – spytała.  

 

- To z pewnością nie będzie nastręczać żadnych problemów – odparł pastor krótko. 

 

Jens wyciągnął rękę na pożegnanie, ukłonił się i podziękował, ale kiedy pastor zwrócił 

się do Elizabeth, ona się zawahała. 
 

- A co, jakby król odmówił? – spytała. 

 

-  Tego  nie  zrobi  –  odparł  pastor  spokojnie  i  Elizabeth  nie  miała  wyjścia,  musiała 

zadowolić się odpowiedzią. Potem mocno uścisnęła pastorowi rękę i wyszli. 
 

W  drodze  do  domu  Elizabeth  czuła,  że  napięcie  z  niej  spływa.  Ostatnie  dni  były 

niczym  koszmarny  sen  na  jawie.  Trzeba  się  modlić  i  mieć  nadzieję,  że  od  tej  chwili  będzie 
lepiej. 
 
Rozdział 2 
 
 

Elizabeth wyjęła z pieca dwa upieczone bochenki. 

W  prawnymi  palcami  ostukała  skórę,  zadowolona  ułożyła  chleb  na  ławie  i  przykryła  czystą 
serwetką. Potem spojrzała na ciasto leżące d dzieży. – Nie, ono musi jeszcze trochę wyrosnąć 
– powiedziała głośno sama do siebie i wyciągnęła się na posłaniu. Dobrze jest tak odpocząć, 
choćby parę minut. Rozkoszować się ciszą, wypełniającą dom, kiedy nikogo więcej nie ma. 
Mimo  woli  położyła  rękę  na  brzuchu,  wtedy  poczuła  delikatne  kopnięcie.  Rozmyślała  o 
przyszłości,  spoglądając  w  sufit.  Trzeba  tu  porządnego  mycia,  bo  wszystko  jest  czarne  od 
sadzy, stwierdziła, zasypiając. 
 

Była bardzo zmęczona. Nie tyle pracą, ile tymi  ciągłymi spekulacjami.  Nigdy by  Ne 

przypuszczała,  że  myśli  mogą    człowieka  tak  wyczerpać.  Przez  cały  czas  rozglądała  się  za 
jakimś  znakiem,  któryby  wskazywał,  że  teraz  to  już  powinna  wyznać  prawdę.  Za  każdym 
razem  jednak,  kiedy  już  sądziła,  że  czas  nadszedł,  wycofywała  się.  nie  mogła.  W  końcu 
wyjęła zniszczoną Biblię, należącą do rodziców. To było niczym opętanie. Nie była w stanie 
myśleć  o  niczym  innym,  jak  tylko  o  tym,  że  musi  wypełnić  obietnice.  Jeśli  będzie  czytać 
Biblię każdego wieczora, przed zaśnięciem, jeśli będzie modlić się w każdej wolnej chwili, to 
może Bóg spojrzy na nią łaskawie i uwolni ją?  Dlatego w milczeniu błagała, by dał jej znak 
w sprawie tego, co ma się stać w przyszłości, prosiła o wybaczenie i miłosierdzie, ale nic się 
nie  działo.  Wtedy  zaczęła  wzywać  Linę-Laponkę.  Jak  tylko  została  sama,  wielokrotnie 
powtarzała szeptem jej imię. Wyczekiwała na nią w mroku nocy, szukała obolałymi oczyma 
w każdym ciemnym kącie, ale Lina też się nie pokazywała. Były takie dni, że Elizabeth wciąż 
płakała.  Słone  łzy  spływały  do  wiadra,  kiedy  doiła  owce,  chowała  się  w  szopie  na  łodzie  i 
szlochała z rozpaczy, a nocą popłakiwała cichutko pod okryciem ze skór. 
 

Kiedy  wspomnienia  płynęły  strumieniem,  zakrywała  ramieniem  oczy,  przepełniona 

wstydem,  że  kiedyś  uważała,  iż  najlepiej  byłoby  zrobić  z  tym  wszystkim  koniec.  Jensa 
unikała,  jak  tylko  się  dało,  tłumaczyła  się  mnóstwem  obowiązków.  Nie  mogła  też  jeść,  bo 
chociaż była głodna, nie miała na nic ochoty. Pewnego wieczora, gdy była gotowa wyjść do 
obory, ojciec chwycił ją mocno za ramię i popatrzył jej w oczy. 
 

-  Teraz  będziesz  taka  dobra  i  zaczniesz  jeść,  Elizabeth,  powiedział.  Powinnaś 

pamiętać, że musisz się troszczyć nie tylko o siebie. Lekkim skinieniem głowy wskazywał jej 
brzuch. Powiedzieć, że córka jest w ciąży, to dla niego dużo, pomyślała. 

background image

 

8

 

Ale nie słowa zrobiły na niej największe wrażenie tylko to, że ojciec tak powiedział. 

Dlatego podjęła decyzję. Biblia została odłożona z powrotem do skrzyni. Elizabeth przestała 
się też modlić. Odmawiała tylko wieczorny pacierz, te, którego nauczyła ją matka, recytowała 
go razem z siostrą co wieczór. I niech się dzieje co chce. Jeśli Bóg uzna, że ktoś może odkryć, 
co  zrobiła,  zanim  sama  się  do  tego  przyzna,  to  niech  tak  będzie.  Ale  jeśli  Bój  jest 
sprawiedliwy,  w  co  chciała  wierzyć,  to  ją  jeszcze  przez  jakiś  czas  oszczędzi.  Przynajmniej 
dopóki  dziecko  nie  przyjdzie  na  świat.  Bo  nikt  prócz  Boga  nie  wie,  jak  bardzo  Elizabeth 
ż

ałuje,  tego,  co  zrobiła  Leonardowi  i  jak  bardzo  chciałaby,  żeby  to  się  nigdy  nie  stało. 

Przecież nie miała zamiaru go zabijać – chciała tylko sprowadzić na niego chorobę, z zemsty 
za to, co on jej zrobił. 
 
 

Podniosła  się  mozolnie  i  otarła  rękami  twarz.  Płakała,  nawet  tego  nie  zauważając. 

Wprawnymi  ruchami  wzięła  dzieżę  z  ciastem  na  chleb  i  wyrzuciła  je  na  stół.  Wkładała  w 
pracę wszystkie siły, jakby swoją rozpacz wgniatała w to ciasto. Szybki małego okna pokryte 
były kwiatami z mrozu. 
 

Trzeba się ciepło ubrać, zanim wyjdę, pomyślała. 

Miała się spotkać z Ragną, jak tylko skończy z chlebem. Wybierały się razem do Dalen, żeby 
obejrzeć  dom.  Nagle  ogarnęła  ją  taka  złość,  że  zaczęła  tłuc  ciasto  pięścią.  Czy  Ragna  nie 
mogła dać jej klucza i pozwolić, by poszła tam sama, albo z Jensem? Ale nie, Ragna, jak to 
ona, tak wszystko urządziła, że mężczyźni już tam poszli, żeby obejrzeć oborę i zabudowania 
gospodarskie. Teraz one będą oglądać dom. 
 

Oblepioną  mąką  dłonią  odgarnęła  włosy  i  zaczęła  formować  bochenki.  Może  jest 

niesprawiedliwa.  Oboje  z  Jensem  mają  szczęście,  że  dostali  ten  dom,  a  Ragna  robi  to  z 
pewnością w najlepszej wierze. 
 

Włożyła gotowe bochenki do pieca. Sprzątała ze stołu, pogrążona w swoich sprawach. 

W  Ragnie  było  coś,  czego  Elizabeth  nie  umiała  rozgryźć…  otrząsnęła  się  teraz  z  ponurych 
myśli.  Chciała  posprzątać  w  kuchni,  a  tymczasem  chleb  się  upiecze.  Próbowała  przeżywać 
radośnie ten dzień, w którym po raz pierwszy zobaczy swój nowy dom. 
 
 

Już z daleka zobaczyła czekającą na wzgórzu Ragnę. Pewnie jest przekonana, że ja już 

tam  poszłam  sama  –  wpadło  jej  do  głowy.  Kiedy  znalazła  się  na  wzniesieniu,  przystanęła  i 
ogarnęła wzrokiem dom. Był zbudowany z solidnych, smołowanych bali. W dłuższej ścianie 
znajdowały  się  dwa  okna.  Patrzcie,  dwa  okna.  U  nas  w  domu  jest  tylko  jedno,  pomyślała. 
Pewnie,  że  widziała  tę  małą  zagrodę  już  setki  razy,  ale  teraz  naprawdę  pierwszy  raz  widzi 
swój nowy dom. Próbowała powiedzieć to głośno: 
 

- Nowy dom mój i Jensa. – Ale żadnych wielkich uczuć przy tym nie doświadczała. 

 

Wiedziała,  że  w  czasach  kiedy  Dalen  było  komorniczą  zagrodą  należącą  do 

gospodarstwa  Heimly,  mieszkała  tu  wielodzietna  rodzina.  Musiało  to  być  przed  jej 
urodzeniem,  ale  historię  znała.  Mówiono,  że  Olai,  gospodarz,  się  powiesił,  a  w  jakiś  czas 
potem jego żona wzięła dzieci i gdzieś się wyprowadziła. Nikt nie był pewien, co się z nimi 
stało, ludzie nie pojmowali, jak komornica mogła sobie poradzić sama z taką gromadą dzieci. 
Mówiono  też,  że  Olai  nie  zaznał  spokoju  w  grobie,  i  że  teraz  podobno  straszy  w  Dalen. 
Elizabeth  nie  wiedziała,  co  o  tym  myśleć.  Że  upiory  istnieją,  przekonała  się  sama.  Lina- 
Laponka była tego wyraźnym dowodem. Ale ona przyszła, żeby pomóc Elizabeth. A jaki jest 
Olai, jeśli naprawdę tłucze się po domu? 
 
 

- Szybko chodzisz – powiedziała Ragna, kiedy Elizabeth dogoniła ją przy obejściu. 

 

Dopiero teraz dotarło do Elizabeth, że tamta chciała wejść na górę przed nią. 

background image

 

9

 

-  Widzisz,  ja  jestem  młoda  i  mam  lekki  chód  –  odparła.  –  Ale  coś  mi  się  zadaje,  że 

tobie bardzo się spieszyło, żebyśmy już zaczęły oglądać. A przy okazji, czy nie czas, żebym 
dostała klucz? 
 

Ragna dość niechętnie  wygrzebała klucz w kieszeni spódnicy.  Elizabeth czuła ciężar 

metalu w dłoni, dopiero teraz jej ciało ogarnęła niepewna jeszcze radość. 
Oczekiwanie i dziecinna ciekawość. 
 

- Jens powinien tu z nami być – powiedziała i musiała chrząknąć. W tej samej chwili 

weszli mężczyźni, Jakob, Jens i Andres. 
 

-  Nie  ma  zbyt  wiele  roboty  przy  gospodarskich  zabudowaniach,  jak  mi  się  zdaje  – 

oznajmił  Jakob.  Parę  nowych  przegród  w  oborze  i  to  wszystko.  wiosną  położycie  tylko 
ś

wieży torf na dachy, poza tym budynki trzymają się dobrze. 

 

Trochę  wzruszona  tą  chwilą  i  uwagą  zebranych  Elizabeth  pomyślała,  że  jej  mała 

siostrzyczka też powinna tu być. Ona jednak wolała iść do Dorte. Elizabeth protestowała, ale 
Maria  z  uporem  postawiła  na  swoim:  obiecała  Dorte  pomóc  w  jakiejś  pracy,  to  obietnicy 
dotrzyma. Elizabeth przeniknął zimny dreszcz, kiedy siostra to powiedziała. 
 

-  Chyba  otworzysz,  zanim  wszyscy  zamarzniemy  na  śmierć  –  ponaglał  Jens, 

wyrywając ją z zamyślenia. Pospiesznie wsunęła klucz do zamka. Zgrzytnęło żałośnie, takim 
samym zgrzytem zawtórowały zawiasy, kiedy popchnięte drzwi otwierały się niechętnie. 
 

Weszli do niewielkiej sionki, stamtąd do izby. Pierwsze wrażenie Elizabeth było takie, 

ż

e  pomieszczenie  jest  większe,  niż  się  spodziewała.  Przejęta  szła  dalej.  Drzwi  z  izby 

prowadziły do mniejszego pomieszczenia, mającego, zdaniem Elizabeth, jakieś dziesięć łokci 
na  pięć.  Przypuszczalnie  alkierz,  stwierdziła,  ale  natychmiast  przyszło  jej  do  głowy,  że  tu 
zrobi izbę. Tak będzie. 
 

Małe  okienko  z  sześcioma  szybkami  nie  wpuszczało  do  środka  zbyt  wiele  światła. 

Zarosło brudem, pokrywały je kwiaty z lodu, ale mimo wszystko to jednak okno. Widziałam 
je ze wzgórza. Drugie musi być w kuchni, pomyślała. Podeszła do okna i chwilę chuchała w 
zamarzniętą  szybkę,  stwierdziła,  że  szkło  jest  zielonkawe.  Kiedy  oczy  przywykły  już  do 
ciemności, mogła ocenić meble. W izbie znajdowało się łóżko, skrzynia, cztery stołki i stół. 
 

Jens wołał coś z kuchni. Niechętnie poszła w jego stronę, bo najchętniej zostałaby w 

alkierzu i rozmyślała, jak go urządzi. Czuła mrowienie w palcach z niecierpliwości, żeby już 
zaczynać.  Trzeba  usunąć  pajęczyny,  zdechłe  muchy  i  zastarzały  brud.  Otworzyć  okna  i 
wpuścić do domu świeże powietrze. Miała też zamiar utkać szmaciane chodniki na podłogi. 
W każdym razie do izby. 
 

Jens zapalił lampę, stojącą na kuchennym stole. 

 

-  Nie  sądzisz,  że  tu  jest bardzo  ładnie?  –  spytał.  –  Będzie  nam  dobrze  w  tym  domu, 

mnie, tobie i naszemu dziecku. 
 

Elizabeth poczuła, że się rumieni i odwróciła głowę. 

Czy  on  musiał  mówić  o  dziecku  w  obecności  wszystkich?  Zabrzmiało  to  jakoś  sztucznie. 
Równocześnie  Elizabeth  zawstydziła  się  swoich  myśli.  Powinna  raczej  odczuwać 
wdzięczność. 
 

- Tak, będzie, tu bardzo ładnie – powiedziała głośno. 

- Sama nie wiem, jak mam dziękować za taki dar. I dobrze, że te słowa padły, ulżyły trochę 
jej sumieniu. 
 

- No, tego by tylko brakowało, żeby was zostawić bez niczego –  wymamrotał Jakob 

skrępowany. 
 

Przez  chwilę  panowała  dręcząca  cisza,  podczas  gdy  Elizabeth  rozglądała  się  po 

kuchni.  Znajdował  się  tu  murowany  piec,  niewielki  blat  kuchenny  z  szufladami  i  szafkami, 
przy  ścianie  też  stały  szafy.  Pod  oknem  widziała  ławę,  na  której  można  było  sypiać  i 
kuchenny  stół.  Tutaj  będę  siadywać  i  patrzeć  jak  się  rozwidnia,  czekając,  aż  rodzina  się 
pobudzi, zdecydowała Elizabeth. 

background image

 

10

 

- Popatrz tutaj – rzekł Jens, otwierając drzwi szafy. 

 

Elizabeth podeszła do niego i poczuła, że przepełnia ją budząca radość. 

 

- Toż to przecież serwis, i kieliszki! – Zawołała, wyciągając z zapałem jedną z szuflad. 

–  A  patrz  tutaj,  Jens,  sztućce!  Wszystko,  czego  potrzebujemy,  znajduje  się  w  tej  szafie. 
Naprawdę możemy to odziedziczyć? – spytała. 
 

Ragna wzruszyła obojętnie ramionami. 

 

- Pewnie, jeśli o mnie chodzi, to możesz sobie to po prostu wziąć. Jak ci się przyda, to 

proszę bardzo. 
 

Elizabeth starała się nie dostrzegać sarkazmu w jej głosie, bo równocześnie zauważyła 

strome, wąskie schody wiodące na strych. 
 

- Możemy tam wejść i popatrzeć? – spytała. A skoro nikt nie odpowiadał, ruszyła  w 

tamtą stronę. 
 

Nagle  zesztywniała  i  musiała  złapać  się  mocno  barierki,  żeby  nie  upaść.  Jakby 

powstrzymywała ją jakaś niewidzialna ściana. Owionął ją lodowaty wiatr. Kara od Boga… to 
była pierwsza myśl, jaka przyszła jej do głowy. Teraz to koniec! 
 

Nagle dotarł do nie płacz dziecka… a może kobiety? 

Nie, to i dziecko, i kobita. 
 

Elizabeth miała kolana jak z waty. Pokój kręcił się dookoła niej. Wydawało jej się, że 

krzyczy,  ale  nie  była  pewna,  pogrążona  w  półmroku.  Płacz  przybierał  na  sile,  przesycony 
rozpaczą  i  żalem.  Czuła  nędzę  i  ubóstwo  tamtych,  czuła  jak  głód  szarpie  ich  kiszki.  Czyjeś 
głosy… jakiś mężczyzna krzyczał coś, czego do końca nie rozumiała. Szła po omacku przed 
siebie, by dotrzeć do tych ludzi. Bardzo chciała im pomóc, ale byli poza jej zasięgiem. 
 

Powoli zaczęło się rozjaśniać, w końcu zdała sobie sprawę, że ktoś powtarza jej imię. 

 

- Elizabeth! Elizabeth, słyszysz mnie? – To był Jens. 

Co on tu robi? 
 

Zdezorientowana przewracała oczami, widziała, że tamci ją otaczając, a ona sama leży 

na  podłodze,  która  pod  jej  plecami  wydawała  się  lodowata.  Elizabeth  dzwoniła  zębami. 
Strach przed czymś niewiadomym, co właśnie przeżyła, sprawiał, że w ustach jej zasychało i 
nie  mogła  słowa  wykrztusić.  Ale  ramiona  Jensa  były  oparciem,  chwyciła  je  więc  i  ukryła 
twarz w jego samodziałowej kurtce, gdzie nic złego nie mogło jej dosięgnąć. 
 

- Ty zemdlałaś? – spytała Ragna. 

 

Elizabeth zrozumiała, że tamta chce wyjaśnień, ale ona nie miała nic do powiedzenia. 

Co ja takiego słyszałam? – myślała zdjęta trwogą. 
 

Głosy i płacz były tak donośne, że pozostali ludzie w izbie też musieli słyszeć. Czy to 

tylko  sen?  Nie,  słyszała  przecież,  jakby  była  całkiem  przytomna.  Postanowiła,  że  nie  powie 
tamtym, co przeżyła. Oni by tego nie zrozumieli, myśleliby, że może Elizabeth zwariowała. 
 

- Niewiele dzisiaj jadłam – wyszeptała na koniec. – Nie najlepiej się ostatnio czułam. 

 

Unikała patrzenia na otaczających ją ludzi. Chciała jak najprędzej stąd odejść. 

 

Jens nadal ją mocno obejmował. Nikt już nic nie mówił, skrępowani wycofywali się. 

jedno za drugim znikali za drzwiami. – Ragna jako ostatnia. 
 

- Dlaczego ic nie jadasz? – spytał Jens zatroskany, kiedy zostali sami. 

 

Nie odpowiedziała na to pytanie, rzekła natomiast podniecona: 

 

-  Jens,  ja  słyszałam  upiory!  –  Dostrzegła  rozpacz  w  jego  spojrzeniu.  –  To  prawda. 

Musisz mi wierzyć! Słyszałam głosy, ktoś krzyczał. Jakieś dziecko. Było strasznie zimno… i 
ja byłam głodna… i… 
 

-  Jesteś  pewnie  bardzo  zmęczona,  Elizabeth  –  przerwał  Jens  i  spoglądał  jej  się 

natarczywie.  Sama  mówisz,  że  jeszcze  dzisiaj  nie  jadłaś.  A  tutaj  jest  zimno  jak  w  jakiejś 
szopie. Nic dziwnego, że zmarzłaś na tej podłodze. 
 

- Jens! – warknęła i odepchnęła go lekko od siebie. – Posłuchaj mnie teraz, ja mówię 

prawdę. Obiecałeś kiedyś, że zawsze będziesz mi wierzył, więc teraz udowodnij, że tak jest. Z 

background image

 

11

wolna  docierały  do  niej  własne  słowa.  Akurat  ona  jest  ostatnią  osobą,  która  powinna 
rozprawiać  o  dotrzymywaniu  obietnic.  Dobrze  było  czuć  jego  ramię  na  plecach,  więc 
odwróciła wzrok, żeby nie patrzeć mu w oczy, a rumieńce ukryła na jego piersi. 
 

- Ja ci wierzę – odparł stanowczo. – Ale teraz powinniśmy już iść. Bo niezależnie od 

tego, co mówisz, jesteś wyczerpana. 
 

On ma rację. Jestem potwornie zmęczona, pomyślała, nie była w stanie  protestować. 

Nadal  kręciło  jej  się  w  głowie,  więc  najlepiej  było  opierać  się  na  Jensie,  kiedy  schodzili  ze 
zbocza. Trochę też marzła i głód ściskał jej żołądek. 
 

- Po południu przyjdziemy tu sami, tylko ty i ja – obiecał Jens. 

 

Elizabeth skinęła bez słowa i objęła go w pasie. Nie chciała nikomu o tym wspominać. 

Z drugiej strony miała ochotę porozmawiać dłużej z Jensem. Dowiedzieć się na pewno, czy 
jej wierzy, czy tylko udaje. 
 

Zatrzymali  się  przy  rozstaju  dróg.  Elizabeth  ujęła  jedną  dłoń  Jensa  w  obie  ręce  i 

głaskała kciukiem jego rękawicę. Któregoś dnia, już niedługo, to ona będzie robić dla niego 
rękawice. Obetnie sobie trochę włosów, które potem uprzędzie razem z wełną, żeby rękawice 
były wyjątkowo miękkie i mocne. Nagle zapragnęła nie wypuszczać go od siebie. Nie chciała, 
ż

eby teraz odchodził. 

 

- Jens – zaczęła. – Czy w domu czeka na ciebie jakaś praca? 

 

Pokręcił przecząco głową. 

 

- To może moglibyśmy iść na chwilę do szopy na siano i spokojnie porozmawiać? – 

spytała. 
 

Tym razem pokiwał twierdząco i uśmiechnął się nieśmiało. Elizabeth wsunęła rękę w 

jego dłoń i ruszyli w stronę Nymark. Dym unosił się z komina, kiedy przemykali pod domem. 
Więc ojciec jest w domu. Elizabeth nie chciała, żeby ich zauważył. 
 

Wygrzebali głęboką dziurę w sianie, wpełzli do środka i otulili się szczelnie. Elizabeth 

leżała na ramieniu Jensa i gapiła się w sufit. 
 

- Pomyśl, Jens, że już niedługo będziemy małżeństwem – rzekła po chwili milczenia. 

– Bo nie wierzę, żeby król Oskar miał coś przeciwko temu. A ty? 
 

- Nie, dlaczego miałby mieć coś przeciwko temu? 

 

- Właściwie to nie wiem. – Elizabeth zastanawiała się. 

- On tu przecież nie mieszka i nie wie, kim jesteśmy. 
 

Jens śmiał się cicho, serdecznie. 

 

-  Ty  kurzy  móżdżku,  to  przecież  nie  ma  nic  do  rzeczy,  że  on  tu  nie  mieszka. 

Słyszałem, że to porządny człowiek, na pewno uzna, że najlepiej będzie, jak weźmiemy ślub. 
 

Elizabeth nie protestowała. Mówił tak przekonująco. 

Przytuliła się tylko mocniej do niego, przymknęła oczy, czując oddech Jensa na swoim czole. 
Tak jest dobrze, myślała. Bezpiecznie a równocześnie słodko. Jens nie jest taki, żeby ją tuta 
siła  przymusić.  Ale  dopóki  tak  nieruchomo  leżał  przy  niej,  Elizabeth  miała  wrażenie,  że 
chciałby czegoś więcej. Dlatego odchyliła głowę w tył i delikatnie pocałowała jego wargi. On 
odpowiedział  raz,  a  potem  jeszcze…  najpierw  ostrożnie  i  nieśmiało,  potem  coraz  bardziej 
natarczywie. Ułożyła się wygodniej, podciągnęła w górę i wsunęła ramię pod kark Jensa. 
 

- Słodka jesteś, Elizabeth – wymamrotał jej prosto do ucha. – Doprowadzasz mnie do 

szaleństwa. 
 

Te słowa wywołały dziwne drżenie w ciele Elizabeth i jeszcze bardziej ją ośmieliły. 

 

- No to oszalej – szepnęła zaczepnie, tuląc się do niego. On jęknął i wsunął dłoń pod 

bluzkę  Elizabeth,  drugą  ręką  odpinał  guziki  i  w  końcu  znalazł  to,  czego  szukał.  Elizabeth 
chciała  się  odsunąć,  kiedy  dłoń  Jensa  zamknęła  się  na  jej  piersi.  Za  szybko  to  idzie, 
pomyślała. Wydawało jej się to obce, przerażające… a zarazem bardzo rozkoszne. 
 

Chciała protestować, kiedy on nagle uniósł się, pochylił głowę i przywarł wargami do 

brodawki  jej  piersi.  Pod  pieszczotami  Elizabeth  opadła  jednak  na  siano  i  poddała  się 

background image

 

12

rozkoszy.  Pulsujące  ciepło  pojawiło  się  w  dole  brzucha,  ciało  domagało  się  czegoś  więcej. 
Czuła dużą dłoń Jensa, gładzącą biodro, a później zaciskająca się na pośladku, przesuwającą 
się po udzie. Jeszcze mogła go powstrzymać albo uciec, ciało jednak pragnęło być posłuszne 
mężczyźnie. Kiedy jego palec odnalazł drogę w głąb jej ciała, jęknęła z rozkoszy i przywarła 
do niego mocno. 
 

- Musisz mi pomóc, Elizabeth – wymamrotał Jens, gorączkowo chwytając ją za rękę. 

 

-  Nie,  nie  przestawaj  –  szepnęła,  pozwoliła  mu  jednak  prowadzić  swoją  rękę,  jak 

chciał.  Pojękiwała,  gdy  poczuła  jego  twardy,  pulsujący  członek.  Było  to  i  przerażające,  i 
podniecające,  nigdy  czegoś  podobnego  nie  doświadczyła.  Całe  szczęście,  że  tu  tak  ciemno, 
pomyślała  niejasno  i  robiła,  co  chciał.  A  kiedy  on  pieścił  ją  rytmicznie  palcami,  całkowicie 
się temu poddała. Nagle poczuł, że narasta w niej coś niezwykłego i w chwilę potem pod jej 
powiekami eksplodowały tysiące gwiazd, a cudowne fale rozkoszy zalewały jej ciało jedna za 
drugą. Jak przez mgłę czuła, że ciałem Jensa też wstrząsają spazmy, a on jęczy głośno. 
 

Potem  długo  leżała  bez  sił,  pogrążona  w  cudownym  spokoju.  Mięśnie,  takie  przed 

chwilą  napięte,  miała  rozluźnione,  a  oddech Jensa  przy  jej  głowie  był  ciężki, jak  po  długim 
biegu. Dopiero kiedy zdała sobie sprawę, że on całuje jej włosy, zaczęła dochodzić do siebie. 
Policzki  jej  płonęły,  gdy  cofnęła  rękę.  Co  to  się  właściwie  stało  –  myślała  przestraszona  i 
zawstydzona. 
 

- Lubisz to? – spytał Jens. 

 

Udała, że nie słyszy, o co on pyta. 

 

-  Chyba  musisz  iść,  Jens  –  powiedziała  zamiast  tego,  odsuwając  się  na  bok  i 

poprawiając ubranie. 
 

- Jesteś na mnie zła? – spytał Jens. 

 

- Nie. Ale tata pewnie się zastanawia, gdzie się podziałam. A twoi też nie wiedzą, co 

się  z  tobą  stało.  mówiąc  to  zapinała  guziki  bluzki.  Kiedy  dotknęła  dłonią  brodawki  piersi, 
poczuła, że jest nadal twarda i lekko wilgotna po jego pocałunkach. – Porozmawiamy jeszcze 
po południu – rzekła łagodnie, odwrócona do niego plecami. 
 

Słyszała, że Jens porządkuje ubranie, potem pogłaskał ją po włosach. 

 

-  Kocham  cię,  Elizabeth  –  wyszeptał,  zanim  przeczołgał  się  obok  niej  na  sianie  i 

zniknął w drzwiach szopy. 
 

Elizabeth  opadła  z  powrotem  na  siano  i  pogłaskała  dłonią  zagłębienie,  w  którym 

dopiero co spoczywała jego głowa. 
 

-  I  ja  ciebie  kocham,  Jens  –  szepnęła  w  mrok,  mrużąc  oczy.  Poleżę  jeszcze  chwilę, 

pomyślała wyczerpana. 
 
Rozdział 3 
 
 

Słyszała, jak ktoś wołał ją po imieniu, wiele razy: 

Elizabeth! Elizabeth, obudź się! 
 

Zirytowana,  że  jej  przeszkadzają,  odwróciła  się  na  drugi  bok  i  chciała  spać  dalej. 

Jakieś  twarde  źdźbło  uwierało  ją  w  policzek.  Zdezorientowana  rozejrzała  się  po  ciemnej 
szopie.  Głos  przywodził  na  myśl  Linę-Laponkę.  Usiadła,  nagle  całkowicie  przytomna, 
przeszukiwała wzrokiem ciemne kąty, ale nigdzie nie było śladów lapońskiej żebraczki. Czy 
sen może człowieka obudzić, jakby naprawdę ktoś wołał? 
 

Podniosła  się  mozolnie  i  otrzepywała  siano  z  ubrania,  kiedy  spadło  na  nią  potworne 

przerażenie.  Nagi  strach.  Ktoś  potrzebuje  pomocy…  od  niej.  Bez  zastanowienia  wybiegła  z 
szopy. I dopiero wtedy do jej uszu dotarło wołanie. Dziecięcy głos wzywający ratunku. 
 

Elizabeth obiegła dom i natychmiast zobaczyła na kamienistym brzegu małą Indianne. 

Kawałek  od  brzegu,  na  podpierając  się  rękami.  Z  otwartej  buzi  nie  wydobywał  się  żaden 
dźwięk.  niebieskie  oczy  rozszerzone  strachem  patrzyły  spod  brązowej  grzywki.  Reszta 

background image

 

13

włosów chowała się pod czarną chusteczką. Wszystko to Elizabeth zarejestrowała, biegnąc w 
dół, na brzeg. Po drodze zerwała z siebie spódnicę, potem skarpety, spod długiej kurtki widać 
było majtki. 
 

-  Już  idę,  Maria,  moja  kochana!  Siedź  spokojnie  –  wołała,  zrzucając  kolejne  części 

ubrania.  Chciała  powiedzieć  coś  więcej,  ale  dech  jej  zaparło,  kiedy  ciało  zderzyło  się  z 
lodowatą wodą. W ułamku sekundy przemknęło jej przez głowę, żeby się poddać, bo siła tej 
wody  jest  większa,  niż  myślała.  Ale  na  widok  przerażonych  oczu  siostry  brnęła  dalej  przed 
siebie. Ze zgrozą stwierdziła, że kra powoli, ale nieustannie się do niej oddala, niesiona przez 
fale,  które  ona  sama  wytwarza.  Z  każdym  jej  ruchem  Maria  odpływa.  Elizabeth  chciała  ją 
uspokajać,  ale  z  zimna  słowa  zdawały  się  zamarzać  na  wargach.  Panika  ją  paraliżowała, 
brakowało jej powietrza w płucach. Zaraz umrę, myślała. Maria też umrze i utonie w morzu. 
Ta myśl dodała jej sił. 
 

- Maria, trzymaj się mocno – błagała i próbowała iść wolniej, wyciągając ramiona do 

przodu. Z przerażeniem stwierdziła, że siostra też wyciąga rączki ku niej. Kra zakołysała się 
złowieszczo.  Elizabeth  nie  wiedziała,  czy  głośno  wypowiada  słowa,  czy  też  tylko  myśli,  że 
siostrzyczka powinna zachować spokój, ale potem Maria znowu usiadła. 
 

Indianne już nie krzyczała. Ile czasu właściwie minęło? Jeszcze krok, potem drugi, a 

będzie  mogła  chwycić  krę,  musi  tylko  iść  ostrożnie,  by  nie  wzbudzać  fal.  Musi  podejść 
blisko, zanim woda sięgnie jej do szyi. 
 

I właśnie wtedy piaszczyste dno usunęło jej się spod nóg. Uskok, przemknęło jej przez 

głowę,  gdy  zsuwała  się  w  głębię.  Lodowata  woda  zamknęła  się  nad  nią,  ciemna,  zimna  i 
dławica. Elizabeth opadała coraz niżej. Kiedy myślała, że zimnej być już nie może i wszystkie 
członki miała zdrętwiałe od mrozu, dostrzegła przed sobą siostrzyczkę. Jej wielkie niebieskie 
oczy,  grzywkę  przyciętą  krzywo,  cienkie  warkoczyki,  ledwie  wystające  spod  chusteczki. 
Odepchnęła  się  nogami,  zrobiła  parę  wymachów  rękoma,  poczuła,  że  woda  wynosiła  ją  ku 
górze,  chciała  otworzyć  oczy,  ale  nie  była  w  stanie.  Jakby  w  jej  ciele  znajdowały  się  tylko 
płuca, domagające się powietrza,  gotowe  w każdej chwili pęknąć. Jeszcze troszkę, sekundę, 
proszę – myślała. Już dłużej nie mogła, otworzyła usta i wciągnęła z jękiem powietrze,  gdy 
tylko głowa przebiła taflę wody. 
 

W następnej chwili znowu zaczęła opadać w dół, ale teraz ciało było tak kompletnie 

pozbawione sił, że nie stawiała żadnego oporu. Zaczynało ją otaczać delikatne ciepło. Jak w 
balii, pomyślała zadowolona. I wszystko stało się tym ciepłym mrokiem. 
 

Teraz  śnię,  myślała,  widząc  Jensa  klęczącego  w  łodzi.  Maria  leżała  na  dnie  niczym 

mały  tłumoczek,  a  lodowa  kra  odpływała  pusta  i  samotna.  Więc  on  uratował  małą  Marię, 
pomyślała i chciała wracać do tego łagodnego ciepła. Wtedy zobaczyła, że Jens odwraca się 
ku niej i poczuła, że ciągnie ją za ramiona. Pracował z wysiłkiem, twarz mu poczerwieniała. 
 

-  Sprowadź  więcej  ludzi,  do  cholery  –  wrzeszczał  do  kogoś  w  stronę  lądu,  gdzie 

Indianne wciąż stała niczym posąg, zagapiona przed siebie. 
 

Elizabeth chciała go prosić, żeby tak nie krzyczał na swoją młodszą siostrę, ale słowa 

nie docierały do warg. 
On  jej  nie  słyszał.  To  zresztą  bez  znaczenia,  myślała  obojętnie  odwracając  się  od  niego 
plecami.  Tutaj  jest  tak  ciepło.  Pogrążyła  się  w  przyjemnym,  czerwonawym  świetle.  Nigdy 
przedtem  nie  widziała  takiego  światła.  Jakby  do  niej  przemawiało  bez  słów,  wabiło  ją  do 
siebie:  chodź  tutaj,  zostań  z  nami!  Elizabeth  posłuchała  bez  wahania.  Była  pozbawiona 
ciężaru, płynęła w powietrzu, kiedy nagle usłyszała jeszcze jeden głos: 
 

- Wracaj, Elizabeth. To jeszcze za wcześnie. 

 

- Czy to mama? – zdziwiła się. – Mama? – Zaczęła niepewnie, rozglądając się, ale nie 

widziała nikogo. – Odpowiedz mi, mamo – powiedziała znowu, ale i tym razem nie doczekała 
się odpowiedzi. 
 

Po chwili głos wrócił. 

background image

 

14

 

- Zawróć, Elizabeth. Tylu ludzi cię potrzebuje. 

 

- Muszą radzić sobie sami – odparła i chciała znowu zanurzyć się w tę ciepła poświatę. 

 

-  Maria  sobie  bez  ciebie  nie  poradzi.  A  i  ty  oczekujesz  dziecka,  któremu  jesteś 

potrzebna. 
 

Słowa zapadały w jej duszę i zmuszały do reakcji. Nie mogła opuścić małej siostry i 

dziecka, które ma się urodzić. Sama o tym nie  wiedząc, zawróciła, opuściła ciepłe światło i 
popłynęła z powrotem ku czemuś lodowatemu zanim wszystko stało się czarne i puste niczym 
pozbawiony marzeń sen. 
 
 

Mimo mrozu Jensa oblewał pot. Gwałtownym ruchem zerwał z głowy czapkę i cisnął 

ją  na  łodzi.  Przez  chwilę  bał  się,  że  mała  łódź zacznie  nabierać  wody,  bo  ubrania  Elizabeth 
były  ciężkie,  a  ciało  bezwładne,  pozbawione  życia,  ale  jakoś  sobie  poradził.  Powinien 
dziękować  Stwórcy,  że  miał  łódź  gotową  do  spuszczenia  na  wodę,  kiedy  usłyszał  wołania 
Indianne.  A  i  tak  minęło  trochę  czasu  nim  odkrył  Elizabeth  i  Marię.  Kiedy  spuszczał  łódź  i 
potem do nich płynął, odczuwał przejmujący ból w piersi i żołądku. 
 

Marię wyciągnął najpierw, bo była bliżej. Kiedy Elizabeth zniknęła w głębinie myślał, 

ż

e  widzi  ją  po  raz  ostatni,  ale  nagle  znowu  zamajaczyły  mu  w  wodzie  jej  włosy,  a  w  parę 

sekund później trzymał ją za kubrak. A teraz leży w łodzi tuż za nim, bez życia. Maria siedzi 
podobna do maleńkiego tobołka na dnie łodzi, rękami otoczyła chude kolana, trzęsie się cała, 
ale dotychczas nie powiedziała ani słowa. I nie płacze. 
 

To prawdziwy cud, pomyślał, ale żyje w każdym razie. 

Co  do  Elizabeth  pewności  nie  miał.  Nie  chciał  zresztą  tracić  czasu  na  oględziny,  bo  każda 
sekunda wydawała się droga. 
 

W lewej nodze złapał go skurcz, wyciągnął ją wiec przed siebie i mocno oparł o burtę. 

Pochylał  się  nisko,  machał  wiosłami,  za  każdym  razem  brał  szeroki  zamach,  napinając 
wszystkie muskuły. 
 

- Elizabeth – szepnęła nagle Maria. – Nie umieraj, nie zostawiaj mnie.    

Jens  słyszał  te  słowa  niczym  echo  jeszcze  przez  kilka  sekund.  Elizabeth  nie  umieraj,  nie 
umieraj… 
 

I wtedy zjawiły się łzy. Jens płakał niczym dziecko, nie próbując nawet tego ukrywać. 

 

- Nie możesz mi jej zabrać. Biada ci, gdybyś to zrobił! – wołał ku szaremu niebu. 

 

Jakbym to ja mógł decydować za Boga, pomyślał, kiedy łódź dobijała do brzegu. 

 

A tam czekało na nich mnóstwo ludzi, cała wieś się zbiegła. Silny, rosły Jakob wziął 

Elizabeth,  jakby  była  dzieckiem.  Andres  wziął  na  ręce  Marię,  która  przywarła  do  niego  i 
ukryła buzię na jego piersi. 
 

-  Zabierzcie  ją  do  domu  –  szlochał  Jens,  wyciągnął  łódź  jeszcze  kawałek  dalej, 

zacumował i pokuśtykał za nimi. 
 

Jak  ciasno  zrobiło  się  w  kuchni,  pomyślał  Jens  nie  wiedząc,  czym  się  zając.  Dorte 

siedziała z Marią na kolanach i kołysała ją tam i z powrotem. Jakob dokładał torfu do pieca. 
Nikt nic nie mówił. 
 

Z alkierza wyszedł Andres. 

 

- Kobiety, zdejmijcie z niej ubranie. Wszystko. ona żyje – dodał. Ale oddycha ledwo, 

ledwo. Strasznie się nałykała wody, na szczęście zwymiotowała. 
 

Stali tak, trzej mężczyźni z rekami zwieszonymi  po bokach, bezczynni. To wszystko 

było obce i przerażające, nastrój panował ciężki. 
 

-  Ogrzewajcie  kołdry,  futrzane  okrycia,  ubrania,  co  się  da.  Trzeba  przywrócić  ciepło 

do jej ciała! – wołała Ragna z alkierza. Nareszcie coś co zrobienia. Rzucili się każdy w swoją 
stronę.  Jens  do  drzwi,  bełkocząc  coś,  że  trzeba  więcej  torfu,  choć  skrzynia  buła  pełna.  W 
szopie stanął i spojrzał w górę, w szare zimowe niebo. 

background image

 

15

 

- Dziękuję ci, Boże. Jeśli zachowasz Elizabeth i dziecko, to nie będę cię prosił o nic 

więcej – wyszeptał. 
 
 

Czarna nicość, otaczająca ją od tak dawna, zaczęła się przerzedzać, zamieniać w szarą, 

jaśniejącą  z  wolna  mgłę.  W  oddali  słyszała  głosy,  ale  nie  umiała  rozróżnić  poszczególnych 
słów, ani czy mówią kobiety czy mężczyźni. Czuła, że znajduje się gdzieś pośrodku między 
snem i jawą, między niebem a ziemią, życiem i śmiercią. Najbardziej ze wszystkiego pragnęła 
spać, ale coś jej nie pozwalało, pchało ją ku temu szaremu światłu. Głosy! Wykrzykiwały jej 
imię.  Chciała  odpowiadać,  ale  nie  mogła.  Wtedy  poczuła  chłód.  Przejmujący,  bolesny  mróz 
szczypał  zajadłe  jej  ciało,  wygryzał  się  w  miejsca,  gdzie  jeszcze  zachowała  czucie,  czy  to 
możliwe, żeby marznąć aż tak strasznie, myślała. 
 

-  Elizabeth.  Słyszysz  mnie?  –  dotarł  do  niej  czyjś  pytający  głos,  ale  słyszała  go  jak 

przez  mgłę.  Próbowała  zrozumieć,  dlaczego  tak  strasznie  marznie,  ale  myśli  wypełniały 
głowę niczym gęsty syrop. 
 

Maria! Imię wyłoniło się z nicości. Mała Maria. 

Wspomnienia  sączyły  się  wolno,  a  zarazem  docierało  do  niej,  że  leży  pod  ciężarem  grubej 
warstwy kołder i okryć. Twarde dłonie tarły, przywracając czucie jej stopom. 
 

- Maria – wyszeptała ochryple. 

 

Czuła,  że  jest  przy  niej  jakiś  obcy  człowiek  i  otworzyła  lekko  oczy.  To  Dorte 

przysuwała ucho do jej warg. 
 

- Mała Maria – wyszeptała ponownie, czując, że każde słowo odbiera jej siły. 

 

- Z Marią wszystko dobrze – odparła Dorte. – Jens uratował was obie. 

 

Elizabeth  zadowolona  zamknęła  oczy.  Teraz  mogła  wrócić  do  swojej  ciemności,  bo 

Maria ma się dobrze. Jens ją uratował. Na nim zawsze można polegać. 
 
Rozdział 4 
 
 

Jens  poruszał  zdrętwiałymi  stopami.  Pulsowało  w  nich  i  kłuło,  szczelniej  otulił  się 

okryciem  ze  skór,  bo  od  dziurawej  podłogi  ciągnęło  chłodem.  Noc  była  ciemna  i  cicha, 
słyszał tylko pochrapywanie z sąsiedniej izby, gdzie spał Andres. 
 

Jens uprosił, że w tę pierwszą noc on będzie czuwał przy Elizabeth. 

 

- Pierwsza noc – powtórzył głośno i zdjął go dreszcz. 

Miał  głęboką  nadzieję,  że  nie  będzie  takich  nocy  więcej,  że  Elizabeth  ocknie  się  wkrótce  i 
wyzdrowieje.  To  straszne,  że  śpi  i  śpi,  myślał.  Elizabeth  poruszyła  się  niespokojnie,  więc 
pogłaskał  ją  ostrożnie  po  policzku.  Jaja  rozpalona,  przestraszył  się.  rozgorączkowana 
poprawił  się  w  myślach  i  położył  rękę  na  jej  czole,  by  się  upewnić.  Obudzić  Andresa?  – 
Zastanawiał  się,  ale  zaraz  zrezygnował.  Nic  dziwnego,  że  dostała  gorączki  po  kąpieli  w 
lodowatej wodzie. Powinien traktować to spokojnie i robić jej chłodne kompresy na czoło. 
 

Maria  leżała  kawałek  dalej  na  wypchanym  słomą  sienniku.  Ostrożnie,  by  nie  budzić 

dziecka,  przyniósł  miskę  z  wodą  i  szmatkę.  Niepewny,  czy  dobrze  robi,  zdjął  z  Elizabeth 
kilka kołder, by ją trochę ostudzić i śpiąca natychmiast się uspokoiła. 
 

Siedział  ze  skrzyżowanymi  nogami  i  wpatrywał  się  w  pustkę  ciemnego  alkierza, 

słuchając  równych  oddechów  Elizabeth  i  Marii.  To  dziwne  tak  siedzieć,  pomyślał.  Sam,  w 
ś

rodku  nocy,  jakby  był  jedynym  człowiekiem  na  świecie.  Tyle  myśli  przychodzi  wtedy  do 

głowy.  Są  takie  dziwne.  Chociaż  próbował,  nie  był  w  stanie  uwolnić  się  od  razu  Elizabeth 
opadającej bezwładnie w morską głębinę. Strachu, jaki wtedy odczuwał, nigdy nie będzie w 
stanie  wyrazić  słowami,  nie  potrafi  opisać.  Oparł  się  wygodniej  o  ścianę  i  szczelniej  otulił 
okryciem ze skór. Serce kurczyło się boleśnie, kiedy głaskał palcem policzek Elizabeth i czuł, 
ż

e wciąż jest tak samo gorąca. Złożył ręce i modlił się w duchu: 

 

- Boże kochany, spraw, by Elizabeth wyzdrowiała. Amen. 

background image

 

16

 

To  była  krótka  modlitwa,  pomyślał.  Może  Bóg  łaskawiej  ją  zapamięta.  Ale  akurat 

teraz  pozostawało  siedzieć  i  czekać,  żadna  siła  na  ziemi  nie  była  w  stanie  zrobić  dla  niej 
więcej, niż oni już zrobili. teraz Wszechmogący musi dokonać reszty. 
 

Jens w domu też miał swoje obowiązki, dlatego przez kilka dni nie mógł czuwać przy 

Elizabeth. Ale gdy tylko nadarzyła się okazja, pobiegł do niej. Spieszył się tak bardzo, że tchu 
mu brakowało. 
 

-  Dzień  dobry  –  przywitał  się,  kiedy  Andres  wyszedł  na  schody.  –  No  i  jak  tam  z 

Elizabeth? – spytał, zdejmując czapkę i przeczesując palcami jasną grzywkę. 
 

-  No,  wielkiej  zmiany  nie  ma.  Wciąż  leży  w  gorączce  –  odparł  Andres,  zapinając 

kurtkę. 
 

Jens kiwał głową. Tak, pomyślał. Leży tak już strasznie długo… chyba za długo. 

 

- Musze iść do obory – rzekł Andres. – Maria poszła do Dorte. A ty idź do Elizabeth. 

Nie lubię, żeby zostawała sama. 
 

Jens znowu skinął głową i wszedł do małego domku. 

 
 

Kiedy  dostała  gwałtownego  ataku  kaszlu,  Elizabeth  położyła  się  na  boku.  Świstało  i 

charczało  jej  w  płucach,  pot  zlewał  całe  ciało  i  oddychała  z  trudem.  boże,  jak  gorąco, 
pomyślała.  Koszula  lepiła  jej  się  do  ciała,  włosy  były  tłuste,  przylegały  mocno  do  skóry 
głowy,  kaszlała  tak,  że  w  końcu  chwyciły  ją  wymioty.  Potem  wypiła  parę  łyków  wody  i  z 
powrotem opadła na poduszkę. Dyszała głośno, drżącą ręką ocierała twarz. 
 

Matka  tak  samo  leżała  przed  śmiercią,  pomyślała  nagle,  przypominając  sobie  matkę 

kaszlącą tak, że wargi jej siniały. Czyżby teraz przyszła kolej na nią? Czy  w ten sposób ma 
umrzeć? Spływające z oczy łzy łaskotały ją w policzki i szyję. Ocierała je, ale wciąż spływały 
nowe, w końcu dała za wygraną. Matka nie chciała, żebym wróciła do Dalsrud, przypomniała 
sobie Elizabeth. Córka obiecała więc, że zostanie w domu, dopóki matka nie wyzdrowieje, i 
siedziała  potem  przy  niej  przez  cały  czas.  Ale  ona  sama…  czy  będzie  musiała  umierać  w 
samotności?  Czy  powinnam  zawołać  ojca  lub  Marię?  –  zastanawiała  się  oszołomiona, 
odsuwając kołdrę dla ochoty. W dalszym ciągu jednak było jej tak samo gorąco. Przy każdym 
oddechu i piszczało i bulgotało w piersiach. 
 

-  Tata  –  wyszeptała.  Zdumiało  ją,  jak  wiele  wysiłku  trzeba,  by  wypowiedzieć  jedno 

proste  słowo.  Spróbowała,  ale  w  kuchni  było  zupełnie  cicho.  Może  to  noc  i  ojciec  śpi, 
zastanawiała się, przymykając oczy ze zmęczenia. 
 

Elizabeth  przyśniło  się,  że  zbliża  się  do  niej  wielka  bela  wełny.  Wydostała  się  z 

otwartych  drzwi  kuchni  i  teraz  przysuwa  się  coraz  bliżej,  robi  się  większa  i  większa  już 
prawie wypełnia cały pokój. dotarła do stóp chorej i zaczyna przesuwać się w górę. Elizabeth 
chciała  krzyczeć,  ale  głos  odmawiał  jej  posłuszeństwa.  Ręce  też  nie  chciały  się  poruszać. 
Wolno bela wełny przetaczała się przez jej nogi, brzuch i piersi. Kiedy miała zakryć twarz i 
udusić ją, Elizabeth się ocknęła. 
 

Nos miała zatkany, większy niż zwykle. Napotkała spojrzenie ciemnoniebieskich oczu 

Jensa i o mało nie rozpłakała się z ulgi. 
 

- Wody – wyszeptała, i zaraz potem mogła się napić do syta z kubka, który jej podał. 

Przez  chwilę  leżała,  zbierając  siły.  Kiedy  dotknęła  ręką  policzka,  poczuła,  że  schudła.  Jak 
długo właściwie tak tutaj leżę? pomyślała. 
 

- Tak się o ciebie baliśmy – wykrztusił Jens, jakby czytał w jej myślach. – Tyle dni nie 

było  z  tobą  kontaktu.  Próbował  uśmiechnąć  się  blado,  a  potem  mówił  dalej.  –  Jakob 
rozmawiał z pastorem. Król daje nam zezwolenie na małżeństwo. 
 

Elizabeth poruszała chwilę językiem w ustach, jakby chciała sprawdzić, czy zdoła coś 

powiedzieć. 
 

- To dobrze. ale ty się nie bój, Jens – wyszeptała zdumiona, że potrafi powiedzieć aż 

tyle. – Ja niedługo wyzdrowieję, muszę tylko trochę odpocząć. 

background image

 

17

 

Czytała  w jego wzroku, że może nie jest tego tak bardzo pewien i przymknęła oczy, 

ż

eby nie pokazywać, jak bardzo ona sama się boi. Ta krótka rozmowa wyczerpała ją bardzo, a 

jest tyle rzeczy do powiedzenia. Tymczasem ona jest tak potwornie zmęczona i marzy tylko o 
tym, żeby spać. Ale coś ją powstrzymywało… coś, co nie zostało załatwione. Nie wiedziała 
tylko, co to jest. Bulgotało jej w piersiach, kiedy próbowała powstrzymywać kaszel. W końcu 
jednak musiała się poddać i kaszlała, zakrywając ręką usta. 
 

Potem poczuła szorstką, spracowaną rękę ojca na czole i usłyszała jego głos: 

 

- Będzie dobrze, moje dziecko. 

 

Elizabeth chwyciła tę rękę i chciała przyciągnąć ją do siebie, ale wszelkie siły opuściły 

jej ciało. Ojciec siedział w kucki przy sienniku i nie mógł się do niej zbliżyć. Zawiązało się 
między  nimi  jakieś  nowe  porozumienie,  jakaś  nieznana  dotychczas  otwartość  i  Elizabeth 
chciała, by ojciec był tak blisko niej, jak to tylko możliwe. 
 

Jens wstał i stoi przy drzwiach, stwierdziła. 

 

-  Tato,  ja  się  boję  –  wyznała  cicho.  –  Myślałam  o  mamie  i…  -  nie  była  w  stanie 

dokończyć tego zdania. Nie mogła powiedzieć „o śmierci”. 
 

-  Posyłaliśmy  po  doktora  –  powiedział  ojciec,  najpierw  jednak  musiała  chrząknąć.  – 

Tylko że on gdzieś wyjechał. Ale dzisiaj spróbujemy jeszcze raz. Musisz wierzyć, że będziesz 
zdrowa, Elizabeth. 
 

Słyszała, że głos ojca lekko drży. 

 

Ż

ebyś tylko ty w to wierzył, pomyślała. 

 

Nagle  usłyszała,  że  ktoś  mówi  w  kuchni  i  poznała  głos  Ragny.  W  tym  momencie 

przypomniała sobie, co chciała powiedzieć. 
 

- Muszę najpierw odpocząć – bąknęła – a potem zwróciła się do Jensa. – Poproś tutaj 

Ragne, muszę z nią porozmawiać.  
 

Ragna ukucnęła przy sienniku. 

 

- No i co z tobą? – spytała. 

 

Elizabeth jakby nie słyszała tego pytania. 

 

- Jestem taka wdzięczna, że daliście nam dom, Ragna. 

- Musiała zrobić długą przerwę, zanim znowu była w stanie mówić, odszukała chusteczkę do 
nosa  i  starannie  go  wycierała.  –  Myślę  o  tym,  ile  trzeba  zrobić  w  Dalen  –  powiedziała  w 
końcu. – Trzeba tam wszystko wymyć i… 
 

- O tym nie myśl – przerwała jej Ragna. Rozmawiałam już z Dorte i razem jutro tam 

pójdziemy.  –  Popatrzyła  na  Jensa  i  Andresa,  niemal  jakby  oczekiwała,  że  zaczną  klaskać, 
pomyślała Elizabeth ale zaraz zawstydziła się takiej paskudnej myśli. 
 

-  Mogę  też  poprosić  córkę  Laury  ze  Storvika,  żeby  nam  pomogła  –  mówiła  dalej 

Ragna.  Im się przelewa, ucieszą się z każdej płatnej pracy. Dom w Dalen wysprzątamy, ale 
wesele urządzimy u nas w Heimly. 
 

Elizabeth  miała  wrażenie,  że  słowa  tamtej  docierają  skądś  z  bardzo  daleka.  W  izbie 

było tak strasznie gorąco. 
 

-  Dziękuję  –  wyszeptała  i  przymknęła  oczy.  Usłyszała  czyjeś  kroki  i  uchyliła  lekko 

powieki.  Ragna  nadal  stała  przy  niej,  ale  ojciec  z  Jensem  wyszli.  Nagle  głos  Ragny  się 
zmienił. Teraz był zimny niczym lód. 
 

-  Robimy  to  wszystko  dla  Jensa,  nie  dla  ciebie.  Nie  wyobrażaj  sobie  niczego,  ty 

latawico! 
 

Elizabeth nie odpowiedziała. Sił starczyło jej tylko na to, by odwrócić twarz do ściany, 

ż

eby ukryć łzy. Nienawistne słowa Ragny odczuła tak, jakby jej ktoś wymierzył policzek. Łzy 

spływały po rozpalonej od gorączki twarzy, kiedy usłyszała przed zaśnięciem, to głos ojca. 
 

-  Ma  taką  straszną  gorączkę,  bardzo  mi  się  to  nie  podoba.  Boję  się,  że  nie  da  sobie 

rady, musimy posłać po doktora. 

background image

 

18

 

Elizabeth śniło się, że idzie do Dalen. Była późna noc, ale sierp księżyca był na tyle 

jasny, widziała drogę przed sobą. Była zła na siebie, że nie wzięła latarki. Miała wrażenie, że 
ktoś za nią idzie, wiele razy musiała się oglądać, żeby sprawdzić, ale nikogo nie zauważyła. 
Mimo  to  nie  opuszczało  jej  nieprzyjemne  wrażenie  czyichś  rąk,  które  się  za  nią  wyciągają. 
Kościstych, powykrzywianych rąk. Czuła, że włosy jeżą jej się na głowie. Szła coraz szybciej, 
raz  po  raz  podbiegła  kawałek,  a  serce  tłukło  się  w  piersi  boleśnie.  Teraz  poczuła  wyraźny, 
lodowaty oddech na karku. Cierpki oddech i głos, który szeptał jej imię: - Elizabeth, i tak cię 
dopadnę, chociaż próbujesz mi uciekać, Elizabeth… 
 

Uniosła  spódnicę,  biegła  ciężko  dysząc,  kiedy  ostre  pazury  wbiły  się  w  jej  ciało. 

Nareszcie dopadła do drzwi, ale one były zamknięte. Klucz! Pomyślała i rozpaczliwie zaczęła 
go  szukać  w  kieszeni  w  spódnicy,  a  tymczasem  intensywnie  ciepło  było  bliżej  i  bliżej. 
Chociaż  to  zima,  otaczała  ją  wielkie  gorąco,    jakby  stała  w  środku  pożaru.  Nagle  drzwi 
otworzyły  się  same,  Elizabeth  zataczając  się  wpadła  do  środka,  zatrzasnęła  drzwi  i  oparła  o 
nie plecy. Nareszcie bezpieczna! 
 

Wtedy usłyszała coś jakby cichy złośliwy śmiech. Miała wrażenie, że dociera do niej 

wszystkich stron równocześnie. 
 

- No i mam cię, Elizabeth – chichotał głos. – Teraz cię mam. 

 

Kto  to  może  być?  –  myślała  w  panice,  rozglądając  się  wokół.  Wtedy  poczuła  coś 

chłodnego na czole i jakiś dziwną mowę docierającą z daleka: 
 

- Ona ma wysoką gorączkę. 

 

Wsłuchiwała  się  w  obcy  język,  było  w  nim  coś  bezpiecznego.  Poza  tym  już  kiedyś 

słyszała tego człowieka, nie pamiętała tylko kiedy. 
 

- Gorąco – wyszeptała, ale nikt jej nie słyszał. Mężczyzna mówił dalej: 

 

- Mnie więcej połowa chorych na zapalenie płuc z tego wychodzi. Ale ja nie mam nic 

przeciwko zbijaniu gorączki. Róbcie nadal wszystko, żeby ją ochładzać. 
 

Elizabeth  otworzyła  leciutko  oczy  i  stwierdziła,  że  jest  w  domu.  Nad  nią  stał  jakiś 

mężczyzna.  To  doktor  z  Dalsrud,  przyszło  jej  do  głowy.  Ten,  który  badał  Leonarda.  Zanim 
znowu odpłynęła w mrok, jeszcze raz usłyszała głos doktora: 
 

- Nie mogę gwarantować co się stanie z dzieckiem… 

 
 

Jens  siedział  przy  stole  i  wpatrywał  się  w  małe  kuchenne  okienko.  Ile  to  razy 

Elizabeth tutaj siadywała, wypatrując go  daleka? – zastanawiał się. był kompletnie bezradny. 
Gdyby tylko mógł coś dla niej zrobić! Minęły już trzy doby od wizyty doktora. Jens i Andres 
na  zmianę  czuwali  przy  Elizabeth  i  robili  jej  zimne  kompresy.  Czasami,  w  chwilach 
przytomności, zdołała przełknąć parę łyków wody. Nic więcej zrobić nie można, powiedział 
doktor. Nie ma lekarstwa na tę chorobę. 
 

Jens zmęczoną dłonią otarł twarz. W tej samej chwili usłyszał lekkie kroki w sieni, a 

zaraz potem do izby weszła Maria. 
 

- Gdzieś ty była? – spytał, próbując się uśmiechnąć. 

 

-  U  Dorte  –  odparła,  wieszając  na  gwoździu  kurtkę  i  chusteczkę.  Potem  usiadła  na 

ławie i podciągnęła kolana pod brodę. 
 

-  Jak  dorosnę,  to  zostanę  służącą  u  Dorte.  Będę  pomagać  w  domu  i  pilnować  jej 

dziecka. 
 

- Świetnie – to wszystko, co zdołał wykrztusić.  

 

- A co z Elizabeth? – spytała Maria nagle. 

 

- Zdaje mi się, że idzie ku lepszemu – skłamał. 

 

- To Elizabeth jednak nie umrze? – spytała Maria zagryzając kosmyk swoich włosów. 

Chodziła potargana teraz, kiedy Elizabeth się nią nie zajmowała. – Mama umarła dlatego, ze 
kaszlała – dodała, a oczy jej się zaszkliły. 

background image

 

19

 

-  Elizabeth  na  pewno  nie  umrze,  nie  musisz  się  martwić  –  zapewniał  Jens  i  musiał 

odchrząknąć wiele razy, zanim był w stanie mówić dalej. – Nie każdy, kto zachoruje, od razu 
umiera. 
 

- To ja jestem winna, bo zachciało mi się pływać na krze – powiedziała dziewczynka, 

ukrywając twarz kolanami. 
 

Jens  był  bezradny,  nie  wiedział,  co  powiedzieć,  żeby  ją  pocieszyć.  Słowa  są  takie 

ubogie i tak trudno znaleźć właściwe.  
 

-  Elizabeth  wkrótce  wyzdrowieje  –  zaczął.  –  A  wtedy  bardzo  się  ucieszy,  jak  cię 

znowu  zobaczy.  Bała  się,  że  utoniesz.  Jesteś  przecież  jej  małą  Maryjką,  musisz  o  tym 
pamiętać. 
 

Zdawało  mu  się,  że  słowa  brzmią  beznadziejnie,  ale  Maria  uśmiechnęła  się  i  otarła 

wierzchem dłoni oczy. 
 

- Myślisz, że jutro będzie już zdrowa? – spytała z nadzieją. 

 

-  Możliwe  –  odparł  i  pragnął  nie  obiecywać  zbyt  wiele.  Dziecko  może  tego  nie 

wytrzymać. 
 

Usłyszeli, że Elizabeth w alkierzu kaszle, majaczyła coś w gorączce, ale po chwili się 

uspokoiła.  Jens  wyczuwał  na  sobie  spojrzenie  Marii,  ale  udawał,  że  nic  wielkiego  się  nie 
dzieje. Spojrzał w okno i zobaczył swoją przybraną matkę. 
 

- Goście idą – rzekł, kierując uwagę Marii na inne tory. 

 

-  Pokój  temu  domowi  –  przywitała  się  Ragna,  wchodząc  do  kuchni  i  zdejmując 

okrycie. – Jak tam Elizabeth? 
 

- Już jej lepiej, a jutro będzie całkiem dobrze – odparła Maria z ożywieniem. Tylko że 

wciąż jeszcze bardzo kaszle – dodała. 
 

Jens hałasował bez potrzeby krzesłem, robił miejsce dla Ragny. 

 

- Usiądź – powiedział, wskazując jej miejsce. I nagle przypomniał sobie tamten dzień, 

kiedy powiedział w domu, że chce ożenić się z Elizabeth. Ale się Rgna rozzłościła! Nazywała 
Elizabeth dziadówką i latawicą, wykrzykiwała, jaki to wstyd być w ciąży przed ślubem i to w 
takim młodym wieku. On bronił Elizabeth, powiedział, że było ich do tego dwoje i że każde 
dziecko jest darem od Boga. To zresztą były własne słowa Ragny, i one w końcu zamknęły jej 
usta.  Później  zrozumiał,  jakim  szokiem  ta  nowina  musiała  być  dla  przybranej  matki.  Miała 
wobec  niego  zupełne  inne  plany.  Ale  to  w  gruncie  rzeczy  dobra  kobieta  i  pewnie  jakoś  się 
dogadają, jak Elizabeth nareszcie wyzdrowieje. Jeśli wyzdrowieje, szeptał mu jakiś cieniutki 
głos w duszy. 
 

- Porobiłam różne przygotowania do wesela. Elizabeth powinna chyba do tego czasu 

wyzdrowieć na tyle, żeby nie trzeba było przekładać terminu. 
 

Jens skinął głową. 

 

- Pewnie – powiedział, ale przekonany nie był. Spoglądał raz po raz na Marię, ale ona 

zajmowała  się  jakąś  książką.  to  musi  być  ta,  którą  dostała  na  gwiazdkę  od  swojej  matki. 
Elizabeth mu o tym opowiadała. 
 

-  Tak,  cały  dom  w  Dalen  został  wyszorowany,  ale  przyjęcie  będzie  u  nas.  Mamy  i 

zastawę, i miejsca dość. 
 

Jens  nie  chciał  dłużej  słuchać.  Wszystko  jest  takie  niepewne.  Czy  Ragna  nie  może 

mówić o czymś innym, pomyślał, czując, że narasta w nim gniew. Już miał coś powiedzieć, 
gdy drzwi alkierza się otworzyły i do kuchni wszedł Andres. 
 

- Czy ktoś by przy niej trochę nie posiedział? – spytał nieśmiało. 

 

-  Ja  do  niej  pójdę  –  rzekła  Ragna  i  zerwała  się  z  miejsca.  Zanim  któryś  zdążył  coś 

powiedzieć, zamknęła za sobą drzwi. 
 
 

Elizabeth  szła  przez  jakieś  bagna.  Otaczała  ją  szara  mgła  tak  gęsta,  że  nie  widziała, 

gdzie  stawia  stopy.  Było  coś  złowieszczego  w  powietrzu,  coś  tak  nieprzyjemnego,  że  czuła 

background image

 

20

zimne  dreszcze  na  plecach.  Słyszała  niski,  głuchy  szum,  jakby  jakieś  wielkie  ptaszysko 
machało  skrzydłami,  ale  przez  tę  mgłę  nic  nie  mogła  zobaczyć.  Nagle  znowu  usłyszała  ten 
paskudny  chichot.  To  Leonard!  Chciała  uciekać,  biec  co  sił,  ale  nogi  odmawiały  jej 
posłuszeństwa. Ten paskudny śmiech dzwonił jej w uszach. – Myślałaś, że cię nie znajdę? – 
chichotał Leonard. – Ty przeklęta dziwko! Złożyłaś obietnicę i jej nie dotrzymałaś, dopóki się 
nie przyznasz i nie poniesiesz kary, ja będę cię prześladował. Odebrałaś życie człowiekowi i 
musisz zapłacić za to swoim. 
 

Rzuciła się do ucieczki. Pot spływał po całym ciele, koszula była mokra. Wciąż czuła 

na sobie ręce Leonarda. Minęła jakiegoś człowieka z wielkim toporem w ręce. Kat. On też się 
z niej wyśmiewał. 
 

-  Zostaw  mnie  –  błagała.  –  Leonard,  proszę  cię  na  kolanach!  Oszczędź  mnie 

przynajmniej  w  imię  tego  życia,  które  nosze  pod  sercem.  Wypowiadała  słowa  ze  szlochem, 
klęczała  ze  złożonymi  rękami  i  prosiła.  –  Nie  miałam  zamiaru  cię  zabijać.  Żałuję  tego  od 
pierwszej chwili. Możesz mi wierzyć. 
 

Mgła z wolna rzedła, a równocześnie Leonard, kat, bagna – wszystko znikło, w końcu 

Elizabeth znalazła się znowu w alkierzu. Udręczona rzucała się na posłaniu. Koszula lepiła się 
do  ciała,  nos  był  zatkany,  a  gardło  obolałe.  Najpierw  dotknęła  twarzy  i  stwierdziła,  że  jest 
całkiem mokra, nie wiedziała jednak czy to łzy, czy pot. Wtedy dostrzegła oczy Ragny, która 
stała w nogach jej siennika. Zasłoniła ręką usta, jakby chciała stłumić krzyk. 
 
 

Elizabeth przesunęła palcem po wargach i stwierdziła, jak bardzo są spękane. 

 

-  Mogłabyś  mi  dać  trochę  wody?  –  wyszeptała,  ale  Ragna  odwróciła  się  na  pięcie  i 

rzuciła do drzwi. 
 

Elizabeth  z  trudem  chwytała  oddech,  zepchnęła  z  siebie  kołdrę,  tylko  nocna  koszula 

okrywała jej nagie ciało. Słyszała głos Ragny dochodzący z kuchni, a potem drzwi wejściowe 
znowu się zatrzasnęły. Elizabeth zastanawiała się, dlaczego tamtej nagle tak się spieszy. 
 

Senny  koszmar  wciąż  jeszcze  tkwił  w  jej  głowie  żywy,  jakby  to  była  rzeczywistość. 

Gdy tylko przymknęła oczy, natychmiast pojawiały się znowu obrazy. Chciała prosić Boga o 
siłę i wybaczenie, składała ręce. Po chwili ktoś otworzył drzwi do alkierza. 
 

-  Słyszymy,  że  się  obudziłaś  –  powiedział  ojciec.  tuż  za  nim  szedł  Jens  z  Marią. 

Elizabeth próbowała się uśmiechnąć, czuła jednak, że wywołuje na twarzy tylko grymas. 
 

- Był tu doktor – mówił ojciec. – Powiedział, że masz zapalenie płuc, ale że niczego 

innego  nie  można  się  było  spodziewać  po  tym  co  przeżyłaś.  Szczęście  od  Boga,  że  nie 
umarłaś. To dobry znak, że tak się pocisz. Razem z potem wychodzi z ciebie gorączka. 
 

-  Daj  mi  mokrą  szmatę  i  trochę  wody  –  poprosiła  Elizabeth.  Maria  natychmiast  jej 

wszystko podała. 
 

- Jens powiedział, że jutro wyzdrowiejesz, ale widzę, że ty wyzdrowiałaś już dzisiaj. 

Jesteś na mnie zła, że pływałam na tej krze? – spytała w pośpiechu. 
 

Elizabeth chwyciła jej drobną rączkę. 

 

- No co ty? Nie jestem na ciebie zła. Cieszę się, że nic ci się nie stało. 

 

Maria uśmiechnęła się szeroko. 

 

- Jens mówił, że to właśnie powiesz. 

 

Elizabeth cofnęła rękę, bo znowu zaniosła się kaszlem. Pot ją oblewał. 

 

-  Maria  –  wykrztusiła  zdyszana.  –  Idź  do  mojej  skrzyni  i  wyjmij  stamtąd  słoik  z 

suszoną korą wierzbową. Zrób mi z tego herbatę, to pomaga na gorączkę. 
 

Maria posłuchała natychmiast i wkrótce wróciła z trzema słoikami. Elizabeth wybrała 

dwa z nich. 
 

-  Zrób  herbatę  z  mieszkanki.  –  Musiała  przymknąć  oczy  z  wyczerpania.  Obrazy  z 

tamtego dnia, kiedy szła na ratunek Marii przepływały przed oczami. Czy była martwa przez 
jakiś czas? Pamiętała światło, ciepło i tyle wabiące głosy, a także matkę. 

background image

 

21

 

- Tato, czy ja byłam przez jakiś czas martwa? – spytała. 

 

Ojciec podniósł rozbiegany wzrok. 

 

- Prawie. Ale muszę iść pomóc Marii. – Potem pospiesznie wybiegł di kuchni. 

 

Został z nią Jens. 

 

Biedny Jens, pomyślała Elizabeth. On się chyba bardzo o mnie bał. Poklepała siennik 

obok siebie. 
 

- Usiądź, Jens – poprosiła, odsuwając się do ściany. – Chyba tylko dzięki tobie jeszcze 

ż

yję – zaczęła cicho. 

 

-  Kochana  –  westchnął,  ocierając  jej  twarz  szmatką.  –  Odpoczywaj  teraz,  nie 

rozmawiaj. 
 

Uśmiechnęła  się  z  wdzięcznością  i  powróciła  do  koszmarnego  snu  o  Leonardzie. 

Bardzo  by  chciała  opowiedzieć  o  tym  Jensowi  tak,  jak  opowiadała  mamie  o  niedobrych 
snach.  Wtedy  łatwiej  o  nich  zapomnieć.  Teraz  wiedziała  jednak,  że  nie  może  mu  o  niczym 
opowiedzieć,  by  nie  zdradzić  strasznej  tajemnicy.  Dlaczego  wszystko  jest  takie  trudne?  – 
pomyślała udręczona i przygładziła ręką włosy. Nagle zdała sobie sprawę, jak okropnie musi 
wyglądać, z tymi tłustymi włosami i w przepoconej nocnej koszuli. 
 

- Potrzebuję porządnego mycia – rzekła, czując, że się rumieni. 

 

- Mogę poprosić Dorte, żeby przyszła tu wieczorem i ci pomogła. Bo w dzień będziesz 

się jeszcze pocić. 
 

-  Dorte?  –  powtórzyła  Elizabeth  z  wahaniem.  Nie  chciała,  żeby  Dorte  widziała  ją  w 

takim stanie. 
 

-  Ona  cię  przez  cały  czas  pielęgnowała  –  poinformował  Jens,  jakby  czytał  w  jej 

myślach. 
 

Elizabeth skinęła głową. Dotykała ręką brzuch, twarz ukryła w kołdrze. Miała ochotę 

płakać. Była zmęczona, chyba i być może zrobiła krzywdę dziecku. Nieoczekiwanie poczuła 
leciutki ruch, potem jeszcze jeden, jakby dziecko chciało powiedzieć: spokojnie, jeszcze żyję. 
 

-  Dziecko  żyje  –  szepnęła  przez  łzy  i  zapłakana  spojrzała  na  Jensa.  –  Właśnie 

poczułam ruchy. 
 

-  Wszystko  będzie  dobrze  –  zapewnił  stanowczo.  –  Potrzebujesz  tylko  odpoczynku  i 

dużo dobrego jedzenia. 
 

Nagle ogarnęła ją radość i wielkie uczucie wdzięczności. Może to właściwa chwila, by 

wyznać Jensowi, jakie brzemię dźwiga. On z pewnością zrozumie. I wybaczy. Elizabeth żyje, 
dziecko żyje, mają się pobrać. Wszystko będzie dobrze. 
 

-  Posłuchaj  mnie,  Jens  –  zaczęła  go  za  rękę.  –  Jest  coś,  o  czym  muszę  z  tobą 

porozmawiać. 
 

Ale właśnie weszła Maria z dużym emaliowanym kubkiem. 

 

-  Proszę,  twoja  herbata,  Elizabeth  –  powiedziała  i  postawiła  kubek  na  podłodze.  – 

Tylko pamiętaj, że to strasznie gorące – ostrzegała, dmuchając lekko na kubek. 
 

Elizabeth  westchnęła.  Odwaga  ją  zawiodła  –  mimo  wszystko  nie  umiała  powiedzieć 

Jensowi nic. A co, jeżeli on zareaguje inaczej? Jeżeli komuś o tym powie? 
 

- O czym chciałaś ze mną mówić? – spytał Jens, kiedy Maria wyszła. 

 

- Zapomniałam – bąknęła, siorbiąc gorący napar. 

 

Jens przyglądał jej się uważnie i tak długo, że w końcu musiała coś powiedzieć. 

 

- Jeśli zasnę, a ty będziesz widział, że dręczą mnie koszmary, to mnie obudź. 

 

- Oczywiście – obiecał, podając jej kubek. – Spróbuj wypić jeszcze trochę. 

 

Nie mówili nic, dopóki kubek nie został opróżniony. Wtedy ona złożyła poduszkę na 

dwoje, by leżeć wyżej. 
 

-  Mniej  kaszlę,  jeśli  tak  się  położę  –  wyjaśniła,  chociaż  on  o  nic  nie  pytał.  Potem 

przymknęła oczy, udając, że zasypia. 

background image

 

22

 

Wkrótce  poczuję  się  lepiej,  pomyślała.  Muszę  tylko  spać.  Później  się  wymyję  i 

zmienię  pościel,  a  za  kilka  dni  będę  już  tak  zdrowa,  że  wstanę  z  łóżka.  Spotkałam  śmierć, 
pomyślała,  śmierć  wabiła  mnie  do  siebie,  ale  mama  prosiła,  żeby  wrócić.  To  nie  był  żaden 
sen,  stwierdziła  stanowczo.  Poznała  to  po  oczach  ojca.  On  wie,  że  byłam  przez  chwilę 
martwa. Ale o takich rzeczach z nikim się nie rozmawia. Nie chcę, żeby  mówili, że kłamię, 
albo jestem wariatką. 
 

I z tym zasnęła. Spała spokojnie, bez marzeń. 

 
 

Elizabeth  wytarła  ostatni  talerz  i  włożyła  go  do  szafy,  po  czym  podeszła  do  stołu  i 

opadła  na  krzesełko.  Wciąż  szybko  się  męczy,  trzeba  czasu,  żeby  podźwignąć  się  z  takiej 
choroby.  Herbata  ostygła.  Podobno  takie  ziła  pomagają  na  brak  apetytu.  Smaczne  nie  były, 
mimo to pociągnęła parę solidnych łyków. 
 

-  Dobrze,  że  przed  zimą  nazbierałam  ziół  –  powiedziała  wpatrując  się  w  ciemną 

kuchnię, 
 

Odkąd wyzdrowiała na tyle, by zajmować się domowymi pracami, wiele przebywała 

sama. ojciec pracował w gospodarstwie, Maria biegła a to do Neset, a to do Heimly, jak tylko 
wypełniła swoje obowiązki. 
 

Elizabeth zaniosła się suchym kaszlem, a po chwili opróżniła kubek. 

 

Jens  zachodził  do  niej  często  z  kawałkami  mięsa,  kawą,  cukrem  masłem  i  innymi 

smakołykami, które przywracały jej apetyt i dawały siłę. Ale Jens nie zawsze miał czas długo 
u niej siedzieć. 
 

Zerknęła  pospiesznie  przez  okno.  Na  dworze  pocieplało,  woda  kapała  z  dachu. 

Elizabeth  powinna  pójść  do  Heimly  i  porozmawiać  z  Ragną  o  weselu.  Nie  widziała 
przybranej matki Jensa od czasu, kiedy zaczęła wstawać z łóżka.  
 

Ś

wież powietrze jeszcze nikomu nie zaszkodziło, myślała, idąc pod górę. Wchłaniała 

zapachy  morza  o  mokrej  ziemi,  cieszyła  się,  że  wiosna  jest  już  dosłownie  za  rogiem.  Po 
chwili przystanęła, żeby popatrzeć na morze. Wydaje się takie spokojne teraz, kiedy mieni się 
w blasku słońca. Jakaś mewa z krzykiem spadła z góry za upatrzoną rybą. 
 

-  Dziękuje  ci,  Boże,  że  przywróciłeś  mnie  do  życia  –  wyszeptała  Elizabeth.  Potem 

wyprostowała się i poszła do Heimly. 
 
 

Pukając do drzwi, poczuła zapach świeżego chleba. 

Ale kiedy weszła, doznała skurczu serca, bo spojrzenie Ragny było przenikliwe, a głos zimny 
niczym lód. 
 

-  O,  to  ty?  –  powiedziała  tylko  gospodyni.  Potem  znowu  cała  uwagę  skupiła  na 

chlebie. 
 

Elizabeth była kompletnie nieprzygotowana na takie powitanie. 

 

- Jeśli przeszkadzam, to mogę przyjść później – wykrztusiła z trudem. Nie wiedziała, 

gdzie ma podziać oczy, więc patrzyła po prostu na dwa gorące bochenki na ławie. 
 

- Nie, wejdź, skoro już tu jesteś – odparła Ragna po chwili przytłaczającego milczenia. 

 

Elizabeth  pożałowała,  że  przyszła.  Mimo  to  zdjęła  chusteczkę  z  głowy  i  rozpięła 

kurtkę, zanim przysiadła na brzeżku krzesła. 
 

- Jesteś sama – powiedziała, głównie po to, by przerwać milczenie. 

 

Ragna krótko skinęła głową i nadal wyrabiała ciasto. 

Elizabeth przyglądała jej się ukradkiem. Co się stało? pokłóciła się z Jakobem, czy po prostu 
ma  zły  dzień?  Ragna  ruchy  miała  gwałtowne,  zesztywniała  twarz  przypomniała  ponurą 
maskę. Elizabeth popatrzyła na jej włosy. Były jak zawsze zebrane w ciasny węzeł na karku. 
Ani jeden włos się nie wymknął. Elizabeth westchnęła cicho i zdecydowała się na bezpieczny 
temat rozmowy. 
 

- Pierwszy raz po chorobie wyszłam z domu. 

background image

 

23

 

Ragna nie odpowiedziała. 

 

- Pomyślała, że powinnam porozmawiać z tobą o weselu. Może potrzebujesz w czymś 

pomocy? – spytała Elizabeth. 
 

- Nie rozumiem, o czym mówisz. Przecież to ty chciałaś sama przygotować wesele, a 

nie ja – odparła Ragna chłodno. 
 

Jakby cała krew odpłynęła z twarzy Elizabeth. 

 

-  Co  masz  na  myśli?  Powiedziałaś  przecież…  -  zaczęła,  ale  Ragna  natychmiast  jej 

przerwała. 
 

-  Tak,  możliwe,  że  tak  mówiłam,  ale  wtedy  ty  powiedziałaś,  że  chcesz  wszystko 

urządzić sama. 
 

- Kiedy to było? – spytała Elizabeth. 

 

-  Tamtego  dnia,  kiedy  byłam  u  ciebie  ostatnio  –  odparła  Ragna  nieco  przeciągle  i 

wróciła do swojego ciasta. 
 

Elizabeth  siedziała,  bawiąc  się  chusteczką  i  próbowała  przypomnieć  sobie  tamten 

dzień. Ale żeby nie wiem ile się zastanawiała, nie pamiętała niczego takiego. Skoro nie miała 
nic  więcej  do  powiedzenia,  wstała  i  niepewnie  ruszyła  ku  drzwiom.  Tam  przystanęła  i 
odwróciła się do Ragny. 
 

-  Jeśli  tak  mówisz,  to  nie  będę  zaprzeczać.  Bo  chyba  w  takich  sprawach  nikt  nie 

kłamie? 
 

- Akurat ty nie powinnaś chyba tak głośno rozprawiać o kłamstwie, moim zdaniem – 

prychnęła Ragna. 
 

- O co ci chodzi? – nie zrozumiała Elizabeth, czując niepokój. Właściwie nie chciała 

usłyszeć nic więcej, wciąż jednak stała przy drzwiach. 
 

-  Chyba  nie  jesteś  taka,  jak  udajesz  –  powiedziała  Ragna,  formując  bochenek.  – 

słyszałam to i owo tamtego dnia, kiedy odzyskałaś przytomność. 
 

Elizabeth czuła, że rumieniec oblewa jej twarz i szyję. 

Rany boskie, myślała, przypominając sobie swój senny koszmar. Czyżby mówiła przez sen? 
Co mogłam powiedzieć? Czy Ragna wie, że mam na sumieniu ludzkie życie? Nie, zapewnił 
ją wewnętrzny głos. Bo powiedziałaby mi to już dawno temu. 
 

- Kompletnie nie rozumiem do czego zmierzasz, Ragna. Ale jeśli ja coś powiedziałam, 

to musiało to być majaczenie w gorączce. I jeśli mówiłam, że sama chcę przygotować wesele, 
to  musiałam  się  przejęzyczyć.  Chyba  rozumiesz,  w  takim  stanie  byłam.  Ale  w  porządku, 
zrobię, co trzeba. Unikniesz kłopotów. 
 

Wybiegła. Szła tak szybko, jak tylko mogła i zaciskała zęby, żeby się nie rozpłakać. 

Przy szopie na łodzie spotkała Jensa, który wracał znad morza. 
 

- Wyszłaś na dwór? – spytał. – Ale dlaczego masz taką smutną minę? – dodał. 

 

- Dlaczego jestem smutna? – powtórzyła Elizabeth. 

- Dlatego, że jesteś taki głupi! Czemu mi nie powiedziałeś, że nie będzie wesela w Heimly? 
Czemu? I nie mów mi teraz, że nie wiedziałeś. 
 

-  Moja  droga  –  bąknął  Jens  przestraszony,  próbując  ją  objąć,  ale  mu  się  wyrwała.  – 

Ragna  powiedziała,  że  ty  chcesz  urządzić  przyjęcie  w  Dalen.  Było  jej  przykro,  nie  mogła 
zrozumieć,  dlaczego,  ale  przystała  na  twoją  propozycję.  To  było  tego  dnia,  kiedy  Maria 
parzyła dla ciebie zioła, pamiętasz? 
 

-  Tak,  to  pamiętam  –  prychnęła  Elizabeth  i  zaniosła  się  kaszlem.  Potem  musiała 

odpiąć trochę bluzkę przy szyi i wytrzeć nos w szmatkę, która wyjęła z kieszeni spódnicy. 
 

- Ragna kłamie! Nigdy niczego takiego nie mówiłam. A teraz chcę przez chwilę być 

sama. 
 

Z tymi słowami na ustach odwróciła się, nie słuchając jego próśb, by zaczekała. 

 

Kiedy wróciła, ojciec był w domu. 

 

- Gdzieś ty się, na Boga, podziewała? – spytał, pomagając jej dojść do krzesła. 

background image

 

24

 

-  Ragna  kłamie  i  mówi,  że  ja  nie  chcę,  żeby  wesele  odbyło  się  w  Heimly,  tylko  w 

Dalen  –  skarżyła  się  Elizabeth.  A  tam  jest  tak  mało  miejsca  i  przecież  nawet  nie  mam 
porządnej zastawy. 
 

Ojciec zmarszczył czoło. 

 

-  Tak,  tak  Ragna  nam  o  tym  powiedziała.  Tamtego  dnia  była  u  ciebie  w  alkierzu  i 

kiedy wyszła… wyglądała bardzo dziwnie. Ja nawet spytałem, czy nie zobaczyła ducha. Ale 
ona nie odpowiedziała. Mówiła tylko, że masz straszną ochotę zrobić wesele w Dalen. Muszę 
przyznać, że wydawało mi się to niezrozumiałe, ale nie chcę się mieszać w takie sprawy. A 
poza tym to było niezwykłe, że w takim pośpiechu wyleciała z alkierza. 
 

Elizabeth nie słuchała dłużej. Wpatrywała się w okno, nic nie wiedząc, myśli kłębiły 

jej  się  w  głowie.  Musiała  coś  powiedzieć  w  gorączkowych  majaczeniach.  Czas  pokaże,  ile 
Ragna się dowiedziała. W każdym razie będą to jej słowa przeciwko moim – przynajmniej na 
razie, pomyślała. 
 

Słowa ojca wryły jej się w mózg. Z Ragną to nigdy nie wiadomo. Zawsze była z niej 

wielka  pani.  Z  Jakobem  to  co  innego,  on  jest  z  zupełnie  innej  gliny.  Ale  zobaczysz,  jak 
pięknie  przygotowaliśmy  wszystko  w  Dalen,  Elizabeth.  Nie  pokazuj  Ragnie,  że  się  nią 
przejmujesz. Jeśli jest zła, to niech będzie. 
 

Elizabeth skinęła głową i wstała. Ragna na pewno nie zepsuje jej uroczystości. O mało 

się  nie  utopiła,  przeżyła  zapalenie  płuc,  i  to  jest  ważne.  Ragna  nie  złamie  jej  swoimi 
podejrzeniami. 
 

Mimo wszystko zachowanie tamtej sprawiało jej ból. To musiała przyznać. 

 
Rozdział 5 
 
 

Elizabeth siedziała na ławie przy kuchennym oknie. Oplotła ramionami  podciągnięte 

w górę kolana i oparła na nich policzek. Mdły płomień z pieca rzucał czerwonawą poświatę 
na nierówne deski podłogi. Później, kiedy będzie już silniejsza, musi wyszorować tę podłogę 
piaskiem. To podłoga moja i Jensa, w naszym domu, myślała. 
 

Minęło  wiele  dni,  zanim  porozmawiała  z  Jensem  po  tamtym  przykrym  wydarzeniu, 

kiedy wracała od Ragny. Unikała go, wymawiała się pracą albo że jest chora. Nie byłam taka 
chora,  żebym  nie  mogła  z  nim  mówić,  myślała,  kaszląc  i  wycierając  nos.  Czuła  się  jednak 
taka zdradzona i oszukana, że nie była w stanie się z narzeczony, spotykać przynajmniej przez 
jakiś czas. 
 

Pewnego  dnia,  kiedy  była  w  domu  sama,  Jens  przyszedł.  Zaskoczył  ją,  nie 

przygotowała sobie żadnej wymówki, musiała go przyjąć. 
 

-  Nie  możesz  mnie  dłużej  zbywać,  Elizabeth  –  powiedział  na  wstępie.  –  Wkrótce 

bierzemy ślub i sprzeczka z Ragną nie zniszczy chyba tego, co jest między nami? 
 

To  były  mądre  słowa.  Podejrzewała,  że  długo  je  sobie  przepowiadał,  zanim  do  niej 

przyszedł. 
 

-  Ona  kłamie!  Tutaj  chodzi  o  nasze  wesele,  a  Ragna  robi  wszystko,  żeby  je  nam 

zepsuć! O ile dobrze ją znam, to nie będzie ostatni raz. – Poczekała, aż słowa dotrą do Jensa i 
dodała z naciskiem: - Takie rzeczy to ja wiem, Jens. 
 

Oparł się o ścianę i w zamyśleniu patrzył przed siebie. 

 

- Możliwe, że masz rację – rzekł w końcu. – Rozmawiałem z nią i chociaż do niczego 

to nie doprowadziło, wie przynajmniej, co ja o tym myślę. Umilkł, ale na jego twarzy pojawił 
się jakiś łagodny wyraz, kiedy po chwili mówił dalej: 
 

-  Ja  nigdy  w  ciebie  nie  wątpiłem,  Elizabeth.  Musisz  mi  wierzyć.  Nie  możemy  się 

kłócić.  Czy  to  ma  takie  znaczenie,  gdzie  będzie  wesele?  No  to  zaprosimy  mniej  gości,  nie 
będzie tak ładnie jak Heimly, ale chyba najważniejsze, że się pobierzemy, no nie? 
 

Elizabeth odłożyła robótkę na bok. 

background image

 

25

 

- Tak, to jest najważniejsze – rzekła. – Ale nie zniosę, żeby ktoś ze mnie w ten sposób 

kpił. – Resztę przemilczała, bo wciąż nie miała dość siły, by roztrząsać ponownie wszystko, 
co Ragna powiedziała. Że mianowicie, Elizabeth nie jest taka, jak udaje. 
 

Ale pogodzili się i więcej o Ragnie nie wspomnieli.  

Jens przyniósł kawy i mąki, które sam kupił w karmie. Elizabeth nigdy nie pytała, czy dostaje 
pieniędzy od przybranych rodziców, czy też sam je zarobił. Prościej było nie wiedzieć. 
 
 

Elizabeth  siedziała  w  kuchni  swojego  przyszłego  domu.  Został  jeszcze  tylko  jeden 

dzień, jutro wyjdzie za mąż. Na weselny obiad ojciec przeznaczył jagnię. Był z tego bardzo 
dumny.  Elizabeth  wiedziała,  jak  mu  zależy  na  tym,  żeby  to  on  zatroszczył  się  o  weselne 
przyjęcie córki.  
 

Czuła  się  dziwnie  ociężała  i  przygnębiona,  choć  nie  umiałaby  powiedzieć  dlaczego. 

Chyba nie tak powinna się czuć panna młoda w ostatni wieczór przed ślubem. Będzie miała 
najmilszego  na  świecie  męża,  własny  dom,  latem  przyjdzie  na  świat  dziecko  i  ma  rodzinę, 
która  ją  kocha.  A  mimo  to  niekiedy  miała  wrażenie,  jakby  się  zapadła  w  głęboką  czarną 
dziurę, z której nie ma wyjścia. I trwało to od wielu dni, może nawet od tamtej chwili, kiedy 
zemściła się na Leonardzie. 
 

Niewygodnie było tak siedzieć z dużym brzuchem, włożyła więc poskładaną chustkę 

pod głowę i wyciągnęła się na ławie. Dzięki temu mogła przyglądać się firankom, które sama 
uszyła.  Właściwe  były  to  zasłonki  zrobione  ze  starej  perkalowej  sukni  matki.  Elizabeth 
zakryła  oczy  ramieniem  i  myślała  jak  bardzo  tęskni  za  zmarłą.  Często  miała  wrażenie,  że 
słyszy jej głos albo przy różnych okazjach myślała: musze o tym powiedzieć mamie. Zawsze 
potem docierała do niej prawda, która pogrążała ją w bólu i smutku. 
 

Myśli znowu wybiegły naprzód, do jutrzejszego dnia. Radość ze ślubu mieszała się z 

lękiem i wstydem. Wstyd dotyczył tego, co oboje z Jensem robili w szopie na siano i tego, że 
było tak przyjemnie. Więc można doświadczyć rozkoszy nie robiąc tego? Wiedziała jednak, 
ż

e kiedy ona i Jens będą naprawdę mężem i żoną tamto też będzie musiało się dokonać. On na 

pewno będzie ostrożny, ale mimo wszystko Elizabeth musi znowu przejść przez to straszne, 
co robił z nią Leonard. Helene mówiła, że wszyscy małżonkowie to robią, choć sama nie za 
bardzo wiedziała dlaczego. No z wyjątkiem tych przypadków, kiedy chcą spłodzić dziecko. 
 

Odgarnęła włosy z twarzy. Nie chciała już o tym myśleć. Lepiej wyobrażać sobie ślub, 

przyjęcie,  pyszne  jedzenie,  gości…  wtedy  wspomniała  o  Helene.  Powinna  była  napisać  do 
przyjaciółki,  odkładała  to  z  dnia  na  dzień.  Nie  mogła  po  prostu  napisać  obojętnego  listu  z 
wiadomością  o  weselu  i  domu.  Ale  prawdy  też  powiedzieć  nie  potrafiła.  Poza  tym  bała  się, 
ż

eby list nie wpadł w niepowołane ręce. Na samą myśl, że mogłaby go przeczytać Nikoline, 

przenikał ją dreszcz grozy. 
 

Podniosła  się  mozolnie,  postawiła  stopy  na  podłodze,  ręce  oparła  o  blat  stołu.  Po 

drugiej  stronie  izby  znajdowały  się  schody  na  strych.  Po  tamtym  pierwszym  epizodzie,  nie 
słyszała żadnych głosów, nie widziała żadnych znaków obecnych upiorów. Szczerze mówiąc, 
dawno  zapomniała  o  całej  sprawie,  może  tamto  to  był  protest  przeciwko  temu,  że  ktoś  się 
zamierza  tu  wprowadzić,  ale  teraz  ich  obecność  została  zaakceptowana?  Zmęczona  otarła 
twarz.  Własne  myśli  wydały  jej  się  śmieszne.  Człowiek  przy  zdrowych  zmysłach  nie 
zastanawiała się nad takimi rzeczami, to pewne. 
 

Przestawiła jeden z talerzy i przyglądała się nakrytemu już stołowi. Nie było pięknego 

serwisu Ragny tylko mieszanina tego, co zastali w Dalen i naczyń ojca. nie było też lnianych 
obrusów ani srebrnych sztućców, jak marzyła, ale zrobiła, co mogła. Obrus w każdym razie 
był. Pożyczony z wyprawnej skrzynki matki. I świece stały na stole. Gotowe jedzenie czekało 
w spiżarni. Trzeba tylko napalić w piecu, jak wrócą z kościoła i odgrzać. Będzie dziewięcioro 
gości, wszyscy mieszkańcy wsi. Zrobi się ciasno, ale jakoś się pomieszczą. 

background image

 

26

 

Właściwie  to  nie  chciałam  dużego  wesela,  próbowała  się  pocieszać,  ale  dobrze 

wiedziała, że to nieprawda. W każdym razie miała nadzieję na trochę więcej niż to tutaj. 
 

Wstała  powoli,  podeszła  do  pieca  i  rozkoszowała  się  ciepłem  dogasającego  ognia. 

robiło  się  późno,  powinna  wracać  do  domu  i  jakoś  załagodzić  dzisiejszy  wybuch  złości,  ale 
tyle ma ostatnio zmartwień… 
 

Maria dziubała łyżką wieczorną kasze, ugotowaną na wozie. Mleko i inne przysmaki 

odkładali na wesele. 
 

- No jedz, Maria – powiedziała. Mała włożyła do ust sporą grudkę szarej kaszy i żuła 

ją  strasznie  długo.  Wyraźnie  zbierało  jej  się  na  wymioty.  Elizabeth  zrobiło  się  żal  siostry. 
Chciała powiedzieć, żeby wypluła tę kaszę, ale to przecież grzech narzekać na jedzenie. 
 

- Już nie mogę. Brzuch mnie boli – zawodziła Maria. 

 

Andres przez chwilę spoglądał to na jedną, to na drugą córkę. 

 

- Idź do alkierza i połóż się, Mario. 

 

Wtedy złość dosłownie chwyciła Elizabeth za gardło. 

Uderzyła łyżką w stół i wrzasnęła: 
 

- Co, twoim zdaniem, wyrośnie z małej, jak będziesz się z nią tak cackał? Ona już nie 

jest  dzieckiem  w  końcu ma  sześć  lat!  Zanim  ojciec  zdołał  powiedzieć  coś  na  swoją  obronę, 
chwyciła chustkę i pobiegła do Dalen. Wysiłek ją wyczerpał i złość po drodze wyparowała. 
 

Ledwo była w stanie rozpalić ogień, żeby wysuszyć buty i pończochy. Potem już tylko 

siedziała, pogrążona w myślach. 
 

Teraz włożyła suche już pończochy, sprawdziła, czy, ogień wygasł i wyszła wolno na 

dwór.  Chwilę  stała  przy  narożniku  domu  i  wodziła  wzrokiem  po  ośnieżonych  polach  i 
zagrodach,  rozłożonych  poniżej.  W  oknach  Heimly  wciąż  się  świeciło.  Ciekawe,  co  robi 
Jens?  Czy  jest  również  zdenerwowany  i  spięty  jak  ona?  Czy  jego  nowy  garnitur  wisi  na 
gwoździu  gotowy  do  włożenia?  Uśmiechnęła  się  i  ruszyła  w  drogę.  Śnieg  był  mokry, 
rozkisły,  raz  po  raz  zapadała  się  głęboko.  Wkrótce  maj.  Wiosna!  Nowe  życie,  młoda  trwa, 
ptasie  pisklęta,  ciepło.  Maleńkie  źdźbło  radości  wykiełkowało  w  jej  duszy.  Szła  dalej  dużo 
lżejszym krokiem. 
 

 

 

Domownicy jeszcze nie spali, choć Maria włożyła już nocną koszulę. Siedziała teraz 

przy  piecu  na  ojcowym  okryciu  ze  skór  i  bawiła  się  muszlami.  Miały  przedstawiać  krowy, 
kozy,  kury,  i    inne  domowe  zwierzęta.  Ojciec  naprawiał  sieci.  Uśmiechnął  się,  kiedy 
Elizabeth weszła. 
 

- O, jesteś. Zaczynaliśmy się już o ciebie niepokoić.  

 

Elizabeth powiesiła chustkę na gwoździu. 

 

-  Byłam  w  Dalen,  żeby  zobaczyć,  czy  wszystko  na  jutro  gotowe  –  odparła,  siadając 

obok Marii. 
 

- Bawisz się w gospodarstwo? – spytała. 

 

- Tak, jak wyjdę za mąż, to będę miała taki wielki dwór – odparła Maria, wskazując 

swoje zwierzęta z muszli. – I co najmniej tak miłego męża jak Jens. 
 

Elizabeth była wzruszona słowami siostry i potargała jej włosy. 

 

-  Przepraszam,  że  byłam  dla  ciebie  niedobra,  mała  Mario  –  szepnęła.  Dziecko 

spojrzało na nią. 
 

- Nie musisz nazywać mnie „mała”, bo teraz jestem duża. Od jurta to ja będę w tym 

domu gospodynią – odparła z ważną miną. 
 

Elizabeth musiała udać, że kaszle, żeby powstrzymać śmiech. Potem wzięła kościany 

grzebień, leżący na podłodze i zaczęła rozczesywać siostrze włosy. 
 

-  Wiesz  co,  Elizabeth? Jak  cię  tak  długo  nie  było,  to  myślałam,  że  smok  cię  porwał. 

Au, szarpiesz! 

background image

 

27

 

-  Przepraszam.  –  Elizabeth  rozczesała  splątane  włosy  i  zaczęła  zaplatać  warkocze.  – 

To musiałoby być jednak huldra, bo smoki żyją na brzegi i w morzu – odparła. 
 

Maria nie słuchała. 

 

- Och, tato, nie mógłbyś opowiedzieć o smoku? Opowiedz jak wrzeszczał: trup, trup, a 

wszyscy byli śmiertelnie przerażeni tak, że nie mogli wiosłować. 
 

Andres naprawił jeszcze kilka dziur w sieci. 

 

- Nie, o smoku nie. ale mogę ci opowiedzieć o huldrze. 

 

Maria,  ogarnęła  przyjemnym  lękiem,  przysunęła  się  do  siostry,  a  ojciec  tymczasem 

rozpoczął opowieść. 
 

-  Daleko,  w  Storvaagen  była  sobie  pewna  kobieta,  która  pasła  swoje  krowy  na 

pastwisku. 
 

- Ja wiem, gdzie to jest. Ty jeździsz tam na zimowe połowy. 

 

- Przestań – uciszała ją Elizabeth. Andres mówił dalej: 

 

- Była to rosła dama o męskim usposobieniu. Nie pozwalała, żeby ktokolwiek grał jej 

na nosie, trzeba wam wiedzieć. Ale, jak też wiecie, huldry zawsze chcą kraść ludziom bydło, 
jak tylko nadarzy się okazja. Zabierają je potem do swojej siedziby zwanej Huldrową Doliną i 
traktują jako swoje. 
 

- Biedne zwierzęta – westchnęła Maria. 

 

- Któregoś dnia zjawiła się na pastwisku huldra i zaczęła wbić jedną z krów. Pasterka 

wpadła w złość i puściła się w pogoń za czarownicą, wrzeszcząc przy tym jak szalona. Huldra 
przeraziła  się,  porzuciła  krowę  i  ze  strachu  zapadła  się  pod  ziemię.  Ale  w  czasie  ucieczki 
zgubiła but. Kobieta zaczęła mu się przyglądać z ciekawością, bo był bardzo piękny. 
 

- Huldra to wygląda dokładnie jak Elizabeth – wtrąciła Maria z ożywienie. – Ma takie 

same włosy i jest bardzo piękna. Tylko że nosi niebieskie ubrania. 
 

Elizabeth ostrożnie położyła rękę na wargach siostry, żeby ją uciszyć. Maria uważała 

widocznie,  że  historia  nie  jest  wystarczająco  ciekawa,  ale  szczerze  mówiąc,  ojciec  nie  ma 
wielkiego  talentu  do  opowiadania.  Nastrój  jednak  był  bardzo  miły,  ciepło  płynące  od  pieca, 
oliwna  lampka  na  kuchennym  stole.  Jej  ciepłego,  dającego  poczucie  bezpieczeństwa  blasku 
będzie Elizabeth brakować, kiedy się stąd wyprowadzi. Żeby nie wiem jak chciała, w Dalen 
nie będzie tak samo. 
 

-  Pasterka  wzięła  but  –  ciągnął  dalej  ojciec  i  Elizabeth  unosiła  głowę.  Na  moment 

pogrążyła się we własnych myślach. 
 

-  I  włożyła  go  na  nogę.  Ale  wiecie  co?  Huldra  się  zemściła  i  pasterka  kulała  już  do 

końca życia. 
 

- Czy to prawda? – spytała Maria z niedowierzaniem. 

 

- Najprawdziwsza prawd – zapewniał ojciec. – Taka sama jak to, że teraz idziesz do 

łóżka. 
 

- Opowiedz jeszcze jedną króciutką historię, o taką – pokazywała na palcu, jak krótka 

ma być opowieść. 
 

Elizabeth wstał. Stopy jej zdrętwiały. Rozcierała je ostrożnie, mówiąc: 

 

-  A  co  by  to  było,  Maria,  jak  byś  jutro  zasnęła  w  kościele  podczas  mojego  ślubu? 

Pewnie kościelny stuknąłby cię w głowę długim kijem. 
 

Maria roześmiała się perliście i ziewając ruszyła do alkierza. Elizabeth poszła za nią. 

Starannie opatuliła siostrę okryciem i siedziała obok, dopóki mała nie zasnęła. Potem uchyliła 
drzwi do kuchni, powiedziała ojcu dobranoc i także się położyła. 
 

Ze smutkiem myślała, że ostatni raz leży na tym sienniku, w tym pokoju. Jeszcze tak 

niedawno  spędzała  tutaj  noce,  przepełniona  uczuciem  do  Jensa.  Rozedrgane  obrazy  sprzed 
bez  mała  roku  przesuwały  się  przed  jej  oczyma.  Spotkania  za  szopą  na  siano,  gdzie  się 
całowali i dotykali onieśmieleni. Jak się zaczerwieniła, kiedy Jens powiedział, że jest piękna. 
I  wszystkie  wieczory,  kiedy  badała  własne  ciało  pod  okryciem  i  zawsze  stwierdzała,  że  jest 

background image

 

28

chude i zbyt kanciaste. I tak się cieszyła wiedząc, że dojrzewa, że ma większe piersi i okrągłe 
biodra. A potem nagle okazało się, że jest dorosła, przynajmniej w jakimś sensie – stało się to 
szybciej niż marzyła. 
 

Elizabeth westchnęła, kładąc się na boku. Na nic się nie zda roztrząsanie przeszłości, 

ani przekonanie, że teraz wszystko jest już lepiej. Wcale też nie powinna za bardzo spoglądać 
w  przyszłość  i  zgadywać,  co  jej  przyniesie.  Trzeba  po  prostu  czekać  i  mieć  nadzieję. 
Zamknęła oczy, próbując się odprężyć. Wkrótce zasnęła. 
 
 

Przedpołudnie przeleciało niczym podmuch wiatru. 

Przygotowania zostały zakończone jakby bez udziału Elizabeth, miała wrażenie, że dzieje się 
to we śnie. Ale wszystko jakoś się ułożyło, bo oto stanęli oboje z Jensem w kościele, przed 
obliczem  pastora.  Myśli  krążyły  niespokojnie.  Czy  to  naprawdę  ona  stoi  tutaj  i  ma  zostać 
poślubiona?  Niemal  podskoczyła  przestraszona,  gdy  pastor  wpił  w  nią  spojrzenie  i  zaczął 
przemawiać. 
 

-…  który  zsyła  błogosławieństwo.  W  pierwszym  liście  Świętego  Piotra  do  wiernych 

powiedziano: 
 

Tak samo żony niech będą poddane swoim  mężom, aby nawet wtedy, gdy niektórzy z 

nich nie słuchają nauki, przez samo postępowanie żon zostali dla wiary pozyskani bez nauki, 
gdy  b
ędą  się  przypatrywali  waszemu  pełnemu  bojaźni,  świętemu  postępowaniu.  Ich  ozdobą 
niech  b
ędzie  nie  to,  co  zewnętrzne:  uczesanie  włosów  i  złote  pierścienie  i  strojenie  się  w 
suknie, ale wn
ętrze serca człowieka o nienaruszalnym spokoju i łagodności ducha, który jest 
tak cenny wobec Boga 

– powiedział grzmiącym głosem. Potem zrobił krótką przerwę.  

 

Elizabeth  kusiło,  by  podnieść  rękę  i  sprawdzić,  czy  włosy  leżą,  jak  powinny.  Miała 

niejasne poczucie, że spinające koronę z warkoczy szpilki powypadały. Zrezygnowała jednak. 
Oczywiście,  że  nie  mogła  niczego  takiego  zrobić.  Pastor  mówił  dalej,  spoglądając  teraz  na 
Jensa:  Podobnie  mężowie  we  wspólnym  pożyciu  liczcie  się  rozumienie  ze  słabszym  ciałem 
kobiecym!  Darzcie  
żony  te,  które  są  razem  z  wami  dziedzicami  łaski,  to  jest  życia,  aby  nie 
stawia
ć przeszkód waszym modlitwom. 
 

Elizabeth  drgnęła.  Więc  pastor  stoi  tu  i  twierdzi,  że  ona  jest  głupia  lub  że  ma  mniej 

rozumu niż mężczyźni? Próbowała słuchać kolejnych jego słów. 
 

-  I  rzekł  Bóg  do  kobiety:  w  bólu  rodzić  będziesz  dzieci  swoje,  a  mężowi  swojemu 

będziesz posłuszna, i on będzie nad tobą panował… 
 

Elizabeth przymknęła oczy. Nie umiała przyjąć do wiadomości słów pastora. Bóg nie 

jest taki, nie wierzyła w to. Jeśli przyjmie taką zasadę, będzie po niej. Starała się stać prosto i 
patrzeć przed siebie, nie słuchając… nie myśląc. 
 

Elizabeth  i  Jens  ramię  w  ramię  szli  przez  kościół.  Była  w  szóstym  miesiącu  ciąży  i 

suknia od konfirmacji nie mogła tego ukryć. Wiedziała, że ludzie o niej plotkują, ale nie miała 
zamiaru  spuszczać  z  tego  powodu  głowy.  Przeciwnie,  niosła  ją  wysoko,  spoglądała  śmiało, 
trzymając  się  mocno  ramienia  Jensa.  Wielu  gapiów  musiała  oderwać  wzrok,  co  Elizabeth 
odczuwała jako zwycięstwo. 
 

Jens  miał  nowy  garnitur,  ona  nowe  buty,  zrobione  przez  ojca.  dzięki  temu  uniknęła 

wstydu,  że  bierze  ślub  w  drewniakach.  Nagle  napotkała  znajome  spojrzenie.  Czyżby…  to 
mała Amanda? No jasne, to córeczka komorników z Dalsrud uśmiechała się do niej niczym 
aniołek. Amanda uniosła rękę i pomachała leciutko, zanim matka to zobaczyła i szturchnęła ją 
ostrzegawczo  w  bok.  Elizabeth  odpowiedziała  uśmiechem  i  mrugnęła.  Nagle  napełnił  ją 
dobry  spokój.  Mała,  uboga  Amanda  ze  swoim  niezłomnym  optymizmem  i  radością  z 
najmniejszych nawet rzeczy przyszłą, żeby być na ślubie Elizabeth. 
 

Panna młoda z łatwością pokonała ostatni kawałek do drzwi. 

 
 

Kiedy wyszli, okazało się, że kropi. Jens spojrzał na młodą żonę. 

background image

 

29

 

- Deszczyk szczęścia pada ci na włosy – powiedział ze śmiechem. 

 

Skinęła głową, choć nie wierzyła w takie rzeczy. Ale jak długo dane mi będzie żyć z 

Jensem, będę szczęśliwa, pomyślała. Jest taki urodziwy w tym nowym,  czarnym  garniturze. 
Szeroki  w  barach  i  silny.  A  jego  oczy  mienią  się  szafirowo  i  lśnią  niczym  morze  w  letni 
dzień.  Przystojniejszego  i  milszego  męża  nie  mogłam  sobie  wymarzyć.  Dzięki  ci,  Boże,  że 
zesłałeś mi Jensa. Serdeczne dzięki! 
 

Andres i Jakob podeszli, by złożyć gratulacje, Dorte wyciągała rękę do nowożeńców, 

ocierając  ukradkiem  oczy.  Ragna  natomiast  była  powściągliwa  i  małomówna.  Elizabeth 
uznała, że powinna porozmawiać z teściową na osobności. 
 

- Ragna, teraz nie jesteśmy już tylko sąsiadkami, jesteśmy rodziną. Czy mogłybyśmy 

skończyć z tym boczeniem się na siebie nawzajem i zostać przyjaciółkami? – Spytała cicho 
tak, by nikt inny nie usłyszał. 
 

Ragna  prychnęła  i  odwróciła  się  do  niej  plecami,  Elizabeth  jednak  zdążyła  dostrzec 

niepewność w jej spojrzeniu. 
 

- W każdym razie próbowałam – mruknęła sama do siebie. 

 

Jakieś małżeństwo ze Storvika podeszło do niej z drewnianą foremką pełną masła. 

 

- Niewiele tego, tylko troszeczkę masła – mówiła kobieta skrępowana.  

 

-  Serdecznie  wam  dziękuję,  to  i  tak  zbyt  wiele  –  odparła  Elizabeth  wzruszona. 

Wiedziała, że ci ludzie sami rzadko jadają masło. Rozejrzała się za Jensem, żeby mu pokazać, 
co  dostali,  ale  on  zajęty  był  rozmową  z  innymi.  –  Chętnie  bym  was  zaprosiła  na  wesele  – 
powiedziała  Elizabeth.  Ale  w  naszym  domu  nie  ma  miejsca  dla  zbyt  wielu  gości,  więc 
przyjdzie tylko najbliższa rodzina. Ale może odwiedziecie nas któregoś innego dnia? 
 

Zanim zdążyli odpowiedzieć, podeszła do nich Ragna. 

 

- Ja proponowałam, żeby wesele urządzić u nas, ale Elizabeth nie chciała. 

 

Elizabeth  stała  jak  wryta.  Rumieńce  wstydu  zabarwiły  jej  policzki,  nie  znajdowała 

słów. Jak bardzo zły może być człowiek? Zastanawiała się. tamci ludzie popatrzyli na siebie, 
kiwając głowami, ale zanim Elizabeth zdołała się opanować, Ragna zniknęła. 
 

-  Nie  przejmuj  się  nią  –  powiedział  ochrypły  głos  tuż  obok  niej.  –  Odwróciła  się  i 

zobaczyła  starą  kobietę,  której  nigdy  przedtem  nie  spotkała.  –  Ja  życzę  wam  wszystkiego 
najlepszego  –  ciągnęła  obca.  –  Małżeństwo  nie  zawsze  jest  tylko  radością,  ale  ja  wierzę,  że 
jesteś taką kobietą, która poradzi sobie w najcięższych chwilach. Nie bój się tylko mówić, co 
myślisz, a zobaczysz, że wszystko się w końcu ułoży. – Rzuciła jeszcze spojrzenie w stronę 
Ragny, zanim odeszła, żeby przywitać się z innymi. 
 

Elizabeth  stała  i  wpatrywała  się  w  nieznajomą  kobietę,  słowa  tamtej  zapadły  jej 

głęboko w serce. Na koniec wyprostowała się, uniosła wysoko głowę. Pokażę Ragnie, że nie 
pozwolę się znieważać, myślała idąc szukać Jensa. 
 

On już stał przy wozie. 

 

- Długo czekasz? – spytała swobodnie, wsiadając.  

 

-  Nie,  właśnie  przyszedłem.  Tylu  ludzi  składało  nam  gratulacje  i  chciało  zamienić 

kilka słów. Spójrz, ile dostaliśmy prezentów – wskazywał pakunki leżące na wozie. Elizabeth 
położyła  foremkę  z  masłem  obok  innych  darów.  Były  tam  poszewki,  worek  ziemniaków, 
obrusy i różne kuchenne naczynia. 
 

-  Pieniędzy  też  trochę  dostaliśmy,  leżą  w  Heimly  –  mówił  dalej  Jens.  –  Otul  nogi 

owczą skórą, dopiero co byłaś chora, nie zapominaj o tym. 
 

Elizabeth  wzięła  skórę,  którą  jej  wskazał  i  przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy 

powiedzieć  mu  o  Ragnie,  ale  zrezygnowała.  Ktoś  mógłby  usłyszeć,  a  najbardziej  ze 
wszystkiego chciała oszczędzić przykrości Jensowi. 
 

Przypomniała  sobie  słowa  nieznajomej  starej  kobiety  i  postanowiła,  że  Ragna  nigdy 

nie  wbije  klina  między  nią  i  Jensa.  Ostrożnie  wsunęła  rękę  w  jego  dłoń  i  uśmiechnęła  się. 
nikt, a już najmniej teściowa, nie zepsuje jej tego dnia. 

background image

 

30

 

- Jens ma niespodziankę – wykrzyknęła nagle Maria. 

 

- Jaką? – spytała Elizabeth zerkając zaciekawiona na męża. 

 

On chwilę zwlekał z odpowiedział 

 

- Wynająłem służącą ze Storvika. Tę samą, która sprzątała w Dalen. Kiedy wróciliśmy 

do domu, jedzenie będzie gotowe. 
 

- To ty ją wynająłeś, czy Ragna? – spytała, czując skurcz w sercu. 

 

- Oczywiście, że ja! 

 

Uścisnęła mu rękę i uśmiechnęła się. 

 

-  Jesteś  taki  dobry,  Jens  –  wyszeptała.  Przez  resztę  drogi  siedziała  pogrążona  we 

własnych myślach, nie rozmawiając wiele. 
 
 

Od Andresa dostali w prezencie kozę. Stała już w obórce razem z owcą, która Jens ze 

sobą przyprowadził. 
 

-  Ona  zawsze  należała  do  mnie  –  oznajmił  z  dumą.  Od  Dorte  dostali  kurę  i  małego 

kogucika, Elizabeth czuła się bogata. Myśl o tym, że być może nie zasłużyła na tyle szczęścia, 
natychmiast od siebie odsunęła. 
 

W sieni powitał ich zapach jedzenia. Jens pozwolił, by Elizabeth pierwsza weszła do 

kuchni,  potem  on,  a  goście  za  nimi.  Służąca  stała  przy  piecu  i  ukłoniła  się  z  powagą  na 
powitanie.  Elizabeth  już  chciała  powiedzieć,  że  to  nie  było  potrzebne,  ale  zrezygnowała. 
Spojrzała na stół i dech jej zaparło. 
 

Płomienie łojowych świec odbijały się pięknie w szkle i błyszczących sztućcach. Stół 

był  nakryty  białym  lnianym  obrusem  i  naczyniami  w  niebieskie  kwiatki.  Długo  stała 
wpatrzona, aż rozpoznała serwis, znany jej ze świątecznych przyjęć w Heimly. Nie używano 
go wprawdzie kiedy jej rodzina była tam zaproszona, ale Elizabeth wiele razy pomagała, gdy 
do Ragny i Jakoba przychodzili lepsi goście. Widziała też, jak bardzo Ragna strzeże swoich 
cennych talerzy i filiżanek. 
 

- Odjęło ci mowę, Elizabeth? – spytał Jens cicho. 

 

Opanowała się szybko, odsunęła włosy z twarzy. 

 

-  Nie  miałam  pojęcia  o  takiej  niespodziance  –  rzekła  ochryple.  Byłeś  tu  wczoraj 

wieczorem, jak ja już sobie poszłam? 
 

Jens  przytaknął.  Podziękuję  mu,  kiedy  zostaniemy  sami.  On  rozumie,  ile  dla  mnie 

znaczy ten piękny serwis i ozdobiony stół w dniu takim jak dzisiejszy, pomyślała, ściskając 
słoń męża. 
 

- Serdecznie ci dziękuję, Jens – powiedziała. 

 

Jens  czuł  się  chyba  trochę  dotknięty  jej  chłodem,  ale  chrząknął  i  zaczął  zapraszać 

gości do stołu. 
 

-  Aż  nie  mam  sumienia  tego  używać  –  powiedziała  Elizabeth,  przyglądając  się 

nakryciu. 
 

- Sumienie to cię chyba za bardzo dotychczas nie męczyło, o ile rozumiem – wypaliła 

nieoczekiwanie Ragna. 
 

Wokół  stołu  zaległa  cisza.  Serce  Elizabeth  tłukło  się  boleśnie.  Z  trudem  przełknęła 

ś

linę, musiała się opanować, żeby w ogóle wydobyć głos z gardła. 

 

- Co masz na myśli? – spytała. Szumiało jej w uszach, przez chwilę obawiała się, że 

zemdleje. Czy powiedziała coś na temat Leonarda wtedy, kiedy leżała nieprzytomna i Ragna 
to usłyszała, a teraz będzie wykorzystywać przeciwko niej? Fakt, że Ragna milczała, przyjęła 
niemal z ulgą, mimo wszystko jednak, musiała spytać. 
 

- No, o co ci chodzi? Rzucasz oskarżenia, to musisz się wytłumaczyć. 

 

Cisza trwała i trwała. 

 

- Jens to chyba nie dostał tego, czego się spodziewał – oznajmiła Ragna w końcu. 

 

Wtedy Jakob chrząknął głośno, posyłając żonie ostre spojrzenie. 

background image

 

31

 

- W takim razie pomódlmy się przed jedzeniem – rzekł.  

 

Goście  jedno  po  drugim  składali  ręce  i  odmawiali  pacierz,  ale  nastrój  jeszcze  długo 

potem był nieprzyjemny. 
Co  musi  sobie  myśleć  służąca,  zastanawiała  się  Elizabeth.  I  co  sobie  myśli  Jens?  Mam 
nadzieję, że nic z tego nie rozumie, skoro Ragna powiedziała tak niewiele. 
 

Jedzenie  rosło  jej  w  ustach,  myśli  krążyły  w  głowie.  Unikała,  jak  mogła,  wzroku 

teściowej.  Przy  stole  powoli  rozpoczęła  się  rozmowa.  Najpierw  Elizabeth  pozwoliła  sobie 
spojrzeć od czasu do czasu na zgromadzonych przy stole. Drgnęła, kiedy zobaczyła Dorte. Jej 
twarz miała kolor bielonego na słońcu prześcieradła. Rudowłosa, o jasnej cerze Dorte nigdy 
nie miewała kolorów, ale teraz widać było wyraźnie, że biedaczka nie czuje się dobrze. siedzi 
i  dzióbie  w  pysznym  jedzeniu.  To  do  niej  niepodobne.  Elizabeth  zastanawiała  się,  czy 
powinna coś powiedzieć, ale na razie dała spokój. Dorte nie chciałaby pewnie, żeby wszyscy 
zwracali na nią uwagę. Ciekawe, czy jest chora, czy też coś innego ją dręczy? Może chciałaby 
znaleźć  się  na  miejscu  Elizabeth?  Albo…  myśl  spadła  niczym  błyskawica.  Czy  jej 
samopoczucie ma coś wspólnego z tym, co powiedziała Ragna? 
 

Dopiero po posiłku, kiedy goście wstali od stołu, Elizabeth miała okazję porozmawiać 

z Dorte. Zdecydowanie ujęła ją pod rękę i poprowadziła do izby. 
 

- Ty jesteś chora? – spytała bez ogródek. – Czy coś cię dręczy? 

 

- Nie, nic mi nie jest – zapewniała Dorte, próbując się uśmiechać. – Tylko dzień był 

taki długi. 
 

-  Może  powinnaś  się  położyć  na  ławie  w  izbie?  –  Nie  czekając  na  podziękowania 

Dorte, popchnęła ją ku ławie, stojącej pod ścianą. Fakt, że Dorte coś dolega, przyjęła niemal z 
ulgą. 
 

- Musiałabym być ślepa, żeby nie widzieć, że źle się czujesz. – Powiedziała Elizabeth, 

podkładając  sąsiadce  poduszkę  pod  głowę.  Dorte  była  zakłopotana  tym,  że  robi  takie 
zamieszanie na weselu, a Elizabeth poczuła się w jakim sensie zwyciężczynią. Nie wybaczyła 
Dorte, że tamta zabiegała o Jensa. Powiedziała jednak, łagodnie: 
 

- Poleż sobie spokojnie. Przynajmniej dopóki nie podadzą kawy i ciasta. 

 

Dorte skinęła głową. 

 

W  kuchni  dzieci  siedziały  przy  stole  i  grały  w  jakąś  grę,  Ragna  wydawała  polecenia 

służącej. Elizabeth pospiesznie przeszła obok, bo ostatnie czego chciała, to zamienić choćby 
słowo z teściową. 
 

Wyszła na dwór i stwierdziła, że mżawka ustała. Chmury w wielu miejscach ustąpiły, 

przepuszczając  trochę  słońca.  Nieopodal  pod  ścianą  obory  stali  Andres,  Jakob  i Jens.  Jakon 
palił  fajkę,  skoro  znajdował  się  z  dala  od  żony.  Rozmawiali  o  zimowych  połowach,  które 
mają  za  sobą  i  o  wiosennych  pracach,  które  przed  nimi.  Elizabeth  otuliła  się  szczelniej 
chustką, nie wiedziała dokąd pójść. Nie do Ragny ani Dorte, do mężczyzn też nie mogła się 
przyłączyć.  Niewiele  myśląc,  pobiegła  przez  podwórze  fo  wygódki.  Zamknęła  się  i  usiadła. 
Tu  może  w  spokoju  uporządkować  myśli.  Wróciła  do  tego,  co  było  w  kościele  i  do  słów 
pastora.  Czasami  wpadała  w  straszną  złość  z  powodu  tego,  że  może  istnieć  taka  różnica 
między biednymi i bogatymi. Nie tylko jeśli chodzi o ziemskie dobra, ale też o zachowanie. 
Nie  mogła  jakoś  przyjąć  do  wiadomości,  że  ci,  co  mają  więcej  pieniędzy,  są  też  bardziej 
wartościowymi ludźmi. Widocznie jednak tak myśli Ragna, która pomiata innymi. Elizabeth 
marzła  i  pokasływała,  zasłaniając  usta.  Choć  powtarzała  i  sobie  i  innym,  że  jest  zdrowa,  to 
kaszel niestety jej został. 
 

No  i  jest  mężatką.  Małżonką  Jensa.  Powtarzała  to  głośno,  smakowała  to  niezwykłe 

słowo  –  „małżonka”.  Jak  dziwnie  to  brzmi,  niemal  głupio.  Małżonka!  Nagle  zdała  sobie 
sprawę,  że  wkrótce  noc,  a  wtedy  oni  będą  musieli  zrobić  to.  Poczuła,  że  zaczyna  drżeć. 
Próbowała pokonać czający się, podstępny strach, powtarzała sobie, że Jens nigdy nie będzie 
brutalny.  On  chce…  no  właśnie,  czego  właściwie  Jens  chce?  Elizabeth  tak  mało  wie  o  tych 

background image

 

32

sprawach. Znowu wróciły słowa teściowej. Żeby tylko nie chciała powiedzieć czegoś więcej! 
Nie miała pojęcia, jak bronić się przed tym, co Ragna musi wiedzieć. 
 

Objęła mocno ramionami podciągnięte w  górę kolana i kołysała się w przód i w tył. 

Nie  chciała  wracać  do  gości.  Nie  miała  odwagi.  Kiedy  tu  siedzę,  to  jakbym  dostała 
odroczenie, pomyślała. 
 

Siedziała bardzo długo,  dopóki nie była pewna,  że kawę już podano. Wtedy  wstała i 

wygładziła  suknię.  Palce  miała  zdrętwiałe,  dzwoniła  zębami,  gdyby  posiedziała  jeszcze 
dłużej, z pewnością zaczęliby jej szukać. 
 

Przy drzwiach domu stał Jens i czekał. Elizabeth skuliła się na jego widok. 

 

- Dlaczego ty tu stoisz? – spytała ostro. 

 

- A ciebie to złości? – spytał, uśmiechając się do niej krzywo. 

 

- Po prostu się zdziwiłam – powiedziała, chcąc wejść do środka. Wtedy on objął ją w 

talii, przytulił do siebie i pocałował w szyję. Stało się to tak nagle, że  Elizabeth mimo woli 
odepchnęła go od siebie. 
 

-  Ktoś  może  nas  zobaczyć  –  powiedziała,  czując,  że  ogarnia  ją  panika.  Jens  lekko 

rozluźnił ucisk, ale dla niej i tak było to niczym zamknięcie, niebezpieczeństwo, jak zwykle. 
 

-  Puść  mnie  zaraz,  do  licha  –  prychnęła,  wyrywając  się  mężowi.  Jens  stało 

zakłopotany z opuszczonymi rękami. 
 

- Co z tobą? – spytał z urazą w głosie. 

 

Elizabeth  oddychała  ciężko,  poprawiając  włosy.  Boże  drogi,  powinna  się  opanować. 

To przecież jej wesele i przecież kocha Jensa, on nie zasłużył na takie zachowanie żony. 
 

- Wybacz mi – powiedziała ochryple, czując, że serce trochę się uspokoiło. – Zdawało 

mi  się  tylko,  że  sieni  jest  Ragna.  Nie  mam  ochoty,  żeby  nas  widziała  objętych.  Chodźmy 
teraz. –  Wzięła go za rękę, wspięła się na palce i leciutko cmoknęła go w policzek. Ale on nie 
odpowiedział pocałunkiem 
 

- Czy stało się coś szczególnego między tobą i Ragną? – spytał zamiast tego. 

 

-  Niby  co?  –  Elizabeth  odpowiedziała  pytaniem,  by  zyskać  na  czasie,  ale  bardzo 

dobrze wiedziała, co Jens ma na myśli. 
 

- Chodzi mi o to, co ona powiedziała, kiedy mieliśmy siadać do stołu. 

 

Elizabeth głęboko wciągnęła powietrze, by się opanować. 

 

-  To  nic  innego  jak  kolejne  kłamstwo  o  tym,  że  ja  nie  chciałam  wesela  w  Heimly. 

Zresztą  przed  kościołem  też  coś  takiego  mówiła.  Nabierała  odwagi,  kiedy  raz  już  zaczęła. 
Słowa  płynęły  swobodnie.  –  Powiedziała  to  ludziom,  których  przepraszałam,  że  nie  zostali 
zaproszeni, bo nie mamy miejsca na tylu gości. A poza tym to jej sprawa, co o mnie myśli. 
 

Jens przez chwilę wpatrywał się przed siebie. 

 

- Ona uważa, że ty nie należysz do tego samego stanu co ja – powiedział w końcu. 

 

Elizabeth  poczuła,  że  przepełnia  ją  ulga.  Powinnam  wierzyć,  że  to  wszystko, 

pomyślała. A może rzeczywiście Ragna nie miała nic innego na myśli? Nie, teraz nie była w 
stanie zajmować się teściową. Wystarczająco mocno bała się nadchodzącej nocy. 
 

Dorte już wstała. Siedziała przy stole i głaskała w zamyśleniu swój duży brzuch. 

 

- Nie miałaś leżeć? – spytała Elizabeth. 

 

Dorte uśmiechała się blado. 

 

- Czuję się lepiej. Przykro mi, że narobiłam zamieszania, ale już mi przeszło. 

 

Elizabeth  skinęła  głową.  Dorte  rzeczywiście  wyglądała  zdrowiej,  więc  z  pewnością 

nie ma się czym martwić, pomyślała, siadając do stołu. 
 
 

Potem  czas  był  już  tylko  jedną  szarą  masą  przenikniętą  strachem.  To,  co  ona  o  Jen 

robili  w  szopie  na  siano  kilka  tygodni  temu,  poszło  w  zapomnienie.  Jedyne,  co  teraz  przed 
sobą widziała, to obrazy wydarzeń z Dalsrud. 
 

background image

 

33

Rozdział 6 
 
 

Mrok  zapadał  nad  wsią.  Elizabeth  nie  chciała,  żeby  goście  już  sobie  poszli. 

Desperacko starała się ich zatrzymywać, aż zaczęli dziwnie na nią spoglądać. 
 

- Wieczorny obrządek czeka w domu, Elizabeth.  

Zresztą  waszym  zwierzętom  też  dam  siana  i  wody.  A  poza  tym  muszę  odprowadzić  do 
Storvika  pożyczonego  konia  –  powiedział  ojciec.  zwrócił  się  do  służącej,  która  właśnie 
skończyła zmywanie: - jakbyś chciała, możesz się ze mną zabrać. 
 

Elizabeth rozglądała się udręczona, szukała, kogo mogłaby zatrzymać dłużej. Ragna i 

Jakob  wyszli  już  do  sieni.  Teściowa  ledwo  kiwnęła  jej  głową,.  Jensowi  uścisnęła  rękę  na 
pożegnanie i zajęła się dziećmi. Pomagała im się ubrać. 
 

Dorte ciężko było wstać. 

 

-  Dziękuję  wam  za  przyjęcie  –  powiedziała,  masując  sobie  kręgosłup.  Potem  ona 

również poszła. Elizabeth chciała krzyczeć, żeby została, ale głos ją zawiódł. Zresztą przecież 
nie może się tak zachowywać. Jens sobie na to nie zasłużył, dźwięczało jej w głowie. 
 

 W końcu zostali sami. Nagła cisza była porażająca. Elizabeth stała pośrodku kuchni i 

rozglądała  się  w  panice  i  objął  rękami  brzuch  żony,  nos  przytulił  do  jej  szyi    wchłaniał 
kobiecy zapach. 
 

- Chodź już, Elizabeth – szeptał łagodnie, pociągając ją za sobą, ale ona stawała opór. 

 

- Najpierw muszę posprzątać – zapiszczała cieniutko. 

 

Wziął ją za ramiona i odwrócił ku sobie. 

 

- Jest posprzątane. Teraz się kładziemy! 

 

W jego głosie brzmiało żądanie, równocześnie jednak powiedział to jakoś delikatnie, 

niemal jak zaproszenie, za które powinna być wdzięczna. 
 

Nie było wyjścia. Elizabeth głęboko wciągnęła powietrze, ale bardzo ostrożnie, żeby 

Jens niczego nie zauważył. 
 

-  Dobrze,  idziemy.  Reszta  może  zaczekać  do  jutra  –  zdołała  wykrztusić,  aby  robić 

wrażenie, że zostało mnóstwo zajęć. 
 

Pozwoliła, by Jens wchodził pierwszy po schodach. Nie chciała mieć go za sobą. 

 

Kiedy  znaleźli  się  na  górze,  Jens  chciał  zapalić  łojową  świecę,  ale  Elizabeth  go 

powstrzymała. 
 

-  Nie,  niech  będzie  ciemno,  Jens.  –  To  był  jej  jedyny  warunek.  On  mamrotał  coś, 

czego nie zrozumiała, ale świecy nie zapalił. 
 

Elizabeth  odwróciła  się  do  niego  plecami.  Niepotrzebnie  długo  mocowała  się  z 

guzikami  i  szpilkami  do  włosów,  nie  zwracając  uwagi  na  to,  że  Jens  się  położył.  W  końcu 
była  całkiem  naga,  ale  zaraz  wciągnęła  przez  głowę  nocną  koszulę.  Ręce  jej  drżały,  gdy 
zapinała  guziki  pod  szyją.  Chciała  na  nowo  zapleść  warkocze,  ale  tego  on  by  już  chyba  nie 
zniósł. 
 

-  Elizabeth,  chodź  tu  natychmiast  i  kładź  się,  zanim  zmarzniesz  i  znowu  się 

rozchorujesz! 
 

Odwróciła się ku niemu z wahaniem, roześmiała się krótko, by pokryć skrępowanie i 

wślizgnęła się pod kołdrę. Stopy miała lodowate, oparła je o uda męża, żeby się ogrzać. Och, 
gdyby  tak  mogli  leżeć  przez  całą  noc!  Tylko  dzielić  się  nawzajem  ciepłem,  trzymać  się  za 
ręce – nic ponadto. 
 

Elizabeth próbowała coś powiedzieć, by zyskać na czasie, ale jej się to nie udawało. 

 

- Musiałaś to na siebie włożyć? – spytał Jens, skubiąc jej wysoki kołnierzyk pod szyją, 

 

Elizabeth  skinęła  głową  w  odpowiedzi.  Nie  mogę  pozwolić,  żeby  zdjął  ze  mnie 

koszulę, myślała przerażona. Nie mogę być kompletnie naga. To jedyna ochrona, jaką mam. 
Słyszała, że Jens ciężko wzdycha. Jego dłonie rozpoczęły wędrówkę. W górę i w dół, wzdłuż 
ramion żony, potem jakby badały resztę jej ciała, ale niezbyt natrętnie. Najpierw uda i brzuch, 

background image

 

34

potem piersi. Wtedy jęknęła i skrzyżowała ręce, żeby mu na to nie pozwolić. Jens przysunął 
się bliżej, czuła jego członek na swoim udzie. Wiedziała, że jest gotowy. Myśl o tym, że to 
Jens,  myśl,  że  to  Jens,  powtarzała  w  duchu.  Wszystkimi  zmysłami  starała  się  przekonać 
siebie,  że  to  on.  Oczy  miała  otwarte,  by  widzieć  go  w  mroku,  wchłaniała  zapach  swojego 
męża, podczas gdy on głaskał, całował i lekko ją nadgryzał. Kiedy jednak jego ręka wsunęła 
się  między    uda,  żeby  zrobić  to,  co  ostatnio,  ciało  Elizabeth  nie  doznało  rozkoszy.  Strach 
zablokował  wszystkie  dobre  uczucia.  Przerażona  wybuchnęła  płaczem.  Jens  zesztywniał. 
Uniósł się, wsparł na łokciu i przyglądał żonie. 
 

- Nie chcesz, Elizabeth? W jego głosie było tyle rozczarowania, że wyrzuty sumienia 

o mało jej nie zdławiły. Pogłaskała go po włosach, potem po szyi i silniej klatce  piersiowej. 
 

- Oczywiście, że chcę – odparła lekko, oplotła go ramionami  przyciągnęła mocniej do 

siebie.  –  Dotykaj  mnie  jeszcze  –  szepnęła,  zaciskając  powieki,  żeby  powstrzymać  łzy.  To 
niesprawiedliwe.  Wobec  Jensa,  ale  też  wobec  niej  samej.  A  winę  za  wszystko  ponosi 
Leonard. 
 

- Chodź teraz – powiedziała rozsuwając nogi. – Chcę cię czuć. Nie miała pojęcia, skąd 

jej się biorą te słowa. Wiedziała tylko, że ponad wszystko pragnie mieć to najprędzej za sobą. 
Kiedy  wszedł  w  nią  ostrożnie,  zacisnęła  zęby,  wygięła  plecy  w  łuk  i  jęknęła  cicho  z  bólu. 
Tylko  nienawiść  do  Leonarda  nie  pozwalała  jej  krzyczeć.  W  tym  momencie  nie  żałowała 
tego,  co  mu  zrobiła.  Niech  się  smaży  w  piekle  przez  całą  wieczność,  myślała  z  gniewem  i 
goryczą. Nad nią Jens dyszał ciężko. 
 
 

Skończył  szybko.  Chciał,  żeby  położyła  się  w  zagłębieniu  jego  ramienia  i  Elizabeth 

posłusznie  się  do  niego  przysunęła.  Ma  już  wszystko  za  sobą!  Małżeństwo  zostało 
dopełnione, a przecież niemożliwe, żeby Jens chciał to robić co noc, myślała. Właściwie nie 
powinni  byli  brać  ślubu,  to  mogliby  nadal  dotykać  się  nawzajem  ostrożnie  tak,  by  pod  jego 
pieszczotami  jej  ciało  przenikało  gorące  dreszcze.  Tak  jak  to  robili  w  czasach,  zanim  ona 
wyjechała  do  Dalsrud.  Wspomnienia  sprawiły,  że  zbierało  jej  się  na  płacz  i  z  całej  siły 
musiała walczyć ze łzami. 
 

Kiedy  Jens  zasnął,  wstała  ostrożnie,  zarzuciła  kurtkę  na  ramiona,  na  nogi  włożyła 

wełniane  pończochy  i  na  plecach  zeszła  na  dół.  W  piecu  był  jeszcze  żar.  Dołożyła  kilka 
bryłek torfu, potem skuliła się na ławie pod oknem, oparła policzek o szybę i wpatrywała się 
w  ciemność.  Czuła  się zbrukana,  samotna    wydana  na  pastwę  losu.  Jak  dam  sobie  radę  z  tą 
stroną małżeństwa? – pytała sama siebie. Skoro jednak wszystkie inne kobiety sobie radzą, to 
ja pewnie też wytrwam – zdecydowała. Może z czasem strach zelżeje. 
 

Wciągnęła głęboko powietrze i wyprostowała się.  

 

Nagle ogarnęło ją intensywne uczucie, że ktoś potrzebuje jej. Dokładnie tak jak wtedy, 

kiedy  Maria  znalazła  się  na  lodowej  krze.  Elizabeth  końcem  języka  zwilżyła  wargi, 
przymknęła oczy, czuła, że cała drży. Nie wolno zlekceważyć tego uczucia, myślała, próbując 
się  skupić.  Miała  wrażenie,  że  ktoś  chce  jej  coś  powiedzieć.  Ale  kto?  Nagle  jakby  doznała 
olśnienia. Dorte ma bóle porodowe i potrzebuje pomocy! 
 

W  jednej  chwili  znalazła  się  na  strychu,  szukając  po  omacku  ubrania,  uderzyła  się 

boleśnie w łóżko w palec u nogi i zaklęła głośno. Jens się obudził, zdziwiony, co się dzieje. 
 

- Uderzyłam się w stopę o łóżko, ale Dorte rodzi – wyjaśniła. 

 

- Skąd możesz to wiedzieć? – spytał Jens oszołomiony, przecierając oczy. 

 

- Muszę lecieć pomóc Dorte! – Elizabeth zapinała ostatnie guziki i swojej codziennej 

bluzki,  kuśtykając  do  drzwi.  Krew  pulsowała  w  stopie.  –  Ale  ty  śpij,  Jens  –  dodała, 
wybiegając z domu. 
 

Spódnicę  zebrała  przed  sobą  w  węzeł  i  spieszyła  wąską  ścieżką  w  dół.  Ślizgała  się, 

parę  razy  upadła,  podpierając  się  rękami  ledwo  zdawała  sobie  sprawę,  że  spódnicę  ma 
kompletnie przemoczoną. 

background image

 

35

 

W  obejściu  Dorte  powitało  ją  mdłe  światełko  sączące  się  z  kuchennego  okna. 

Elizabeth  czuła  w  ustach  smak  ołowiu,  ostatni  kawałek  drogi  przebyła  biegiem.  Nie  miała 
czasu  na  pukanie,  gwałtownym  szarpnięciem  otworzyła  drzwi  do  kuchni.  I  wcale  nie  była 
zaskoczona,  że  znalazła  Dorte  na  podłodze,  krzyczącą  ze  strachu  i  bólu.  Twarz  miała 
wykrzywioną, spojrzenie błagalne, jak u śmiertelnie przerażonego dziecka. Dorosła kobieta, a 
uczepiła się Elizabeth z całych sił i szlochała na jej piersi. 
 

- Już myślałam, że nigdy nie przyjdziesz! Wołałam i wołałam, bo strasznie się boję. 

 

Elizabeth miała ochotę płakać razem z nią, kiedy przypomniała sobie swoje złe myśli i 

zazdrość. Szybko się jednak opanowała. Tutaj musi być silna, choć nie bardzo wiedziała, co 
robić. Delikatnie odgarnęła na bok spocone i mokre od łez włosy rodzącej, kołysała Dorte w 
ramionach tam i z powrotem. 
 

- No, no, wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Już tu jestem i nie zostawię cię samej. 

 

Słowa  odnosiły  skutek  i  Elizabeth  pomogła  Dorte  wstać.  Rodząca  powoli  się 

uspokajała. Usiadła na krześle, oparła zapłakaną twarz spódnicą i pociągała nosem. 
 

- Długo czułam się marnie, ale nie myślała, że to już dziecko. Przecież nigdy jeszcze 

nie  rodziłam,  skąd  mogłam  wiedzieć,  jak  to  jest?  I  nigdy  żadnego  porodu  nie  widziałam  – 
mówiła, spoglądając bezradnie na Elizabeth. Zgięła się wpół pod wpływem kolejnego skurczu 
i  zawyła  niczym  ranne  zwierzę.  Wiła  się  i  jęczała,  w  końcu  jednak  wyprostowała  się 
zdyszana. 
 

Elizabeth  czuła,  że  strach  ją  paraliżuje.  W  przebłysku  pamięci  widziała  swoją  matkę 

krzyczącą z bólu, kiedy rodziła się Maria. Elizabeth oddychała ciężko, czując, że bluzka robi 
się  mokra  od  potu.  Sama  nie  da  tu  sobie  rady.  Trzeba  sprowadzić  pomoc!  Ale  przecież  nie 
może zostawić Dorte samej. 
 

Nagle  dostrzegła  w  kącie  jakiś  cień;  postać,  jakby  strojącą  za  mgła.  Przeniknął  ją 

dreszcz  i  znowu  zamknęła  oczy.  Lina!  Stara  uśmiechała  się  i  kiwała  głową.  Znak  był 
niewyraźny, ale go widziała. W takim razie da sobie radę! Skoro Lina z nią będzie, niechby 
chociaż tylko jako wyobrażenie. Powoli odzyskiwała spokój. 
 

- Rozbierz się, Dorte, to będzie nam łatwiej. I musisz porządnie oddychać. Chodź, ja 

ci  pomogę  –  przemawiała  uspokajającego,  z  trudem  rozpinające  guziki  Dorte  zdrętwiałymi, 
nieposłusznymi palcami. Spódnica i bluzka poleciały na podłogę, za nimi halka i pończochy. 
W końcu Dorte leżała naga, jak ją Pan Bóg stworzył. Elizabeth czuła się niemal skrępowana 
w  jej  imieniu,  że  tak  leży  obnażona  i  bezbronna  z  ogromnym  brzuchem  pod  nabrzmiałymi 
piersiami. Ręce i nogi wydawały się natomiast dziwnie cienkie. 
 

- Gdzie masz nocne koszule? – spytała. 

 

- Tam. – Dorte wskazywała w stronę łóżka. 

 

Nie  zdążyła  się  przygotować  do  snu,  pomyślała  Elizabeth.  Naciągnęła  na  rodzącą 

koszulę,  a  potem  Dorte  odpoczywała  na  podłodze,  gdy  Elizabeth  szybko,  wprawnymi 
ruchami, przygotowywała jej posłanie. 
 

- Chodź, teraz połóż się tutaj – powiedziała, ciągnąc Dorte w stronę łóżka. – Zbieraj 

siły między jednym a drugim skurczem. – O mało nie dodała, że nie wie, jak długo to potrwa. 
Dorte rodzi pierwszy raz, to może się przeciągnąć i będzie potrzebować wiele siły. Ale głośno 
tego  nie  powiedziała.  Skąd  mi  się  bierze  ta  cała  wiedza?  Może  Lina-  Laponka  mi 
podpowiada?  Owszem,  bardzo  chciałaby  w  to  wierzyć.  Z  tym  przekonaniem  czuła  się 
bezpieczna. Dobrze jest myśleć, że w izbie jest ktoś jeszcze. I że nie sama odpowiada za to, 
co się stanie. 
 

Dorte naprawdę starała się słuchać jej poleceń. Oddychała spokojnie, jak długo mogła. 

Dopiero kiedy skurcz stawał się nie do zniesienia, wstrzymywała dech i krzyczała, trzymając 
się  łóżka.  Elizabeth  poprawiała  jej  poduszki,  przemywała  twarz  zimną  wodą,  masowała 
bolący krzyż i z największym spokojem słuchała jej przekleństw i wyzwisk. Następny, razem 

background image

 

36

będzie  moja  kolej,  pomyślała  parokrotnie,  kiedy  skurcze  szarpały  kobiecym  ciałem. 
Odsuwała jednak te myśli od siebie. Teraz nie może się nad tym zastanawiać. 
 

- Ten przeklęty drań! Niech go diabli wezmą! – wrzasnęła nagle rodząca. 

 

Elizabeth  wiedziała,  że  ma  na  myśli  ojca  dziecka,  tego,  który  powiedział,  że  kocha 

Dorte. Tego, który chciał się z nią żenić, ale odszedł w siną dal, kiedy okazało się, że miłość 
mieć będzie następstwa. 
 

Elizabeth  nie  mówiła  nic,  miała  jednak  dziwne  poczucie  winy  z  powodu  swojej 

szczęśliwej sytuacji. Dużo gorzej z tą drugą sprawą. Gdyby prawda wyszła na jaw, Elizabeth 
zostałaby  skazana  na  śmierć.  Słowa  natrętnie  powracały  w  myślach:  skazana  na  śmierć, 
skazana na śmierć. 
 

Dorte jęknęła  głośno, szarpnęła Elizabeth za rękę i przywróciła ją do rzeczywistości. 

Elizabeth  z  przerażeniem  stwierdziła,  że  koszula  nocna  Dorte  zabarwia  się  krwią.  Najpierw 
pojawiła się mała plama, potem rozrastała się, stawała się coraz większa. Panika odbierała jej 
dech, stała przy rodzącej ze zwieszonymi rękami, bezsilna. 
 

-  Elizabeth,  pomóż  mi  –  zawodziła  Dorte,  wyciągając  ku  niej  piegowate  ramiona. 

Rude włosy lepiły się do skóry, dolna warga drżała jak u dziecka, oczy  napełniły się łzami. 
Czy to ta sama rosła kobieta, o którą Elizabeth była zazdrosna i która sprawiała wrażenie, że 
podoła wszystkiemu? 
 

Dorte nie może zobaczyć krwi, przemknęło jej przez myśl. Odebrałoby to jej resztki 

sił tak potrzebnej, by mogła wydać dziecko na świat. 
 

-  Wstań,  musisz  chodzić,  Dorte.  Wstawaj  –  powtórzyła  surowo,  ciągnąć  rodzącą  ku 

sobie, zmuszając ją, by stawała stopy na ziemi i chodziła tam i z powrotem po zniszczonych 
deskach  podłogi.  Nie  było  czasu  do  stracenia.  Dorte  krwawi,  a  to  zły  znak,  coś  jest  nie  w 
porządku. Dziecko musi się urodzić i to jak najprędzej. 
 

- Ruszaj się, słyszysz? – Komenderowała, popychając Dorte przed sobą, nie pozwalała 

jej usiąść, nie pozwalała dać za wygraną. 
 

-  Dziecko  wypłynie  z  wodą  –  pocieszała,  kiedy  Dorte  znowu  zaczęła  płakać. 

Przeciągłe  wycie  przenikało  Elizabeth  do  szpiku  kości.  –  Zaraz  jezioro  wyleje.  Wytrzymaj 
jeszcze trochę! 
 

Nagle Dorte zobaczyła krew kapiąca drobnymi kroplami na podłogę. 

 

- Ja krwawię, Elizabeth! Boże, moje dziecko – szlochała, patrząc bezradnie. Elizabeth 

kiwała głową. Krew nie jest taka ważna. Martwiła się o Dorte i o maleństwo.  
 

Dlatego złapała Dorte za rękę, zarzuciła sobie tę rękę na kark i prosiła rodzącą, żeby 

trzymała  się  jej  mocno,  za  nic  nie  puszczała.  I  właśnie  wtedy  nadszedł  ostatni  gwałtowny 
skurcz. Na sposób kobiet pierwotnych Dorte, trzymając się Elizabeth, zawisła na jednej ręce, 
drugą  zaś  przyjęła  dużego,  dobrze  zbudowanego  chłopca.  Malec  zaczął  wrzeszczeć  i 
Elizabeth odebrała go od matki. 
 

-  Masz  chłopca,  Dorte!  Synka!  –  Elizabeth  płakała  z  dumy,  jak  by  to  ona  wydała 

malca na świat. 
 

-  Do  kogo  jest  podobny?  –  szepnęła  Dorte,  kuląc  się  pod  wpływem  skurczu,  który 

wypychał z niej łożysko. 
 

-  Wygląda  jak  skórka  zdjęta  z  matki.  Rudy  jak  ty  –  informowała  Elizabeth, 

przewiązując pępowinę, co pozwoli ją bezpiecznie odciąć. – Chodź no, biedaku. Z dzieckiem 
przytulonym  do  piersi,  wspierając  słaniającą  się  na  nogach  Dorte,  posuwała  się  w  stronę 
łóżka. Dorte musi się położyć i poczekać. Najpierw wykąpała i ubrała malca. Potem ułożyła 
go  przy  piecu  na  posłaniu  przygotowanym  z  matczynych  ubrań.  Widocznie  było  mu  tam 
dobrze, bo leżał spokojnie, kiedy ona myła i przebrała matkę. 
 
 

-  Jaki  on  śliczny  –  szeptała  Dorte  wzruszona,  kiedy  mogła  pierwszy  raz  przytulić 

synka. Łzy radości spływały po jej piegowatych policzkach. – Boże drogi, jak ja go kocham. 

background image

 

37

Nie  myślałam,  że  można  czuć  coś  tak…  wielkiego.  Będzie  miał  na  imię  Daniel.  Imię  na  tę 
samą literę co moje. Poza tym Daniel to imię biblijne, to będzie dobry znak. Żeby tylko był 
zdrowy i dobrze się chował, to o nic więcej nie będę prosić. 
 

Elizabeth  miała  gulę  w  gardle  i  musiała  wielokrotnie  przełykać  ślinę.  Te  nocne 

godziny były dla niej niezwykłym przeżyciem 
 

Siedziała przy Dorte, dopóki ta nie zasnęła. W jakiś czas potem rozległo się delikatne 

pukanie  do  drzwi.  Podeszła  w  samych  skarpetkach  i  otworzyła  Jensowi.  Onieśmielony, 
ś

ciskał czapkę w rękach, w końcu zobaczył Dorte na łóżku. 

 

- Wszystko dobrze? – spytał niepewnie. – Nie było cię tak długo, bardzo się o ciebie 

bałem. 
 

- Poszła jak trzeba. Dorte urodziła pięknego chłopca. Śpią teraz oboje. Ale bardzo się 

nacierpiała.  –  Złożyła  ręce  na  piersi  i  mówiła  dalej  cicho:  -  Bardzo  krwawi,  właściwie  to 
powinno się sprowadzić doktora. 
 

- Ja mogę jechać – powiedział i chciał wyjść. 

 

- Zaczekaj! – Elizabeth go zatrzymała. – Dorte potrzebuje też pomocy  w oborze, tak 

będzie  przynajmniej  przez  dwa  tygodnie.  I  nie  będzie  mogła  w  tym  czasie  pracować  w 
Heimly. 
 

- Powiem im o tym. A oborą też się zajmę – obiecał Jens i wymknął się na dwór. 

 

Elizabeth  ostrożnie  zamknęła  za  nim  drzwi  i  usiadła  przy  piecu.  Kiedy  jej  czas 

nadejdzie, nie będzie przy niej nikogo prócz Jensa. Jak to wszystko się potoczy? A co będzie, 
jeśli on nie zechce jej pomagać, albo wpadnie w panikę? A jeśli poród będzie ciężki? Nie, nie 
wolno tak myśleć. Będzie dobrze. i Jens nie musi nic wiedzieć przed czasem. Wyprostowała 
się,  dopiero  teraz  poczuła,  jak  bardzo  jest  zmęczona.  Tęskniła  za  swoim  dobrym,  ciepłym 
łóżkiem. Cicho, by nie budzić śpiących, rozłożyła na podłodze swoje okrycie i położyła się. 
wkrótce spała głęboko. 
 

Następnego ranka umyła dziecko zdumiona, że zachowuje się, jakby robiła to tysiące 

razy  przedtem.  Czy  kobiety  rodzą  się  z  takimi  umiejętnościami?  –  zastanawiała  się. 
powiedziała Dorte, że doktor niedługo przyjedzie i że Jens zajął się obrządkiem. 
 

-  Jeśli  dobrze  znam  Ragnę,  to  wkrótce  tu  przybiegnie  –  mówiła  dalej.  Ale  to,  że  jej 

zdaniem,  teściowa  przyjdzie  tu  raczej  z  ciekawości  niż  z  miłości  bliźniego,  rozsądnie 
przemilczała.  Gdy  Dorte  nakarmiła  synka,  Elizabeth  umyła  ją  i  pomogła  włożyć  czystą 
koszulę.  Na  szczęście  położnica  krwawiła  zdecydowanie  mniej.  To  dobry  znak.  Ale  skoro 
doktor został już wezwany to niech ją mimo wszystko obejrzy. 
 

Dorte leżała i wpatrywała się w maleństwo, które znowu zasnęło. 

 

- Mam wrażenie, że on jest zmęczony – powiedziała łagodnie. 

 

- Pewnie, że jest. To było wielkie przeżycie dla niego, możesz mi wierzyć. 

 

Milczały przez chwilę, potem znowu Dorte powiedziała: 

 

- Wiesz, Elizabeth, zastanawiam się nad jedną sprawą. Może to zabrzmi głupio, ale… 

 

- Dla mnie nic nie brzmi głupio – odparła Elizabeth stanowczo. – Po prostu pytaj. 

 

- Kiedy leżałam chora, wołałam cię wiele razy. I nagle przyszłaś, czy to nie dziwne? 

 

Elizabeth  zaniepokoiła  się,  bez  słowa  okrążyła  stół,  żeby  przyjrzeć  się  dziecięcym 

ubrankom. 
 

- Wołałaś mnie? Dlaczego? – spytała, by zyskać na czasie. 

 

- Bo chyba tylko ciebie mogłam prosić o pomoc. 

 

Elizabeth musiała przełknąć ślinę. 

 

- Bardzo się cieszę, że mogłam ci pomóc, Dorte – rzekła z powagą. Jeśli coś jeszcze 

cię  niepokoi,  to  nie  wahaj  się,  pytaj.  Zaczęła  obgryzać  złamany  paznokieć.  –  A  po  za  tym 
musze  przyznać,  że  nie  zawsze  dobrze  o  tobie  myślała,  -  dodała.  –  Ale  to  była  zwyczajna 
zazdrość. Mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczysz, Dorte. 
 

- Ty byłaś o mnie zazdrosna? – spytała Dorte z niedowierzaniem. 

background image

 

38

 

Elizabeth  niechętnie  przytakiwała.  W  tej  samej  chwili  usłyszały  konia  doktora. 

Elizabeth odetchnęła z ulgą. Nie będzie musiała dłużej roztrząsać tamtej sprawy. 
 
Rozdział 7 
 
 

Słoneczne  promienie  ogrzewały  skórę.  Ciepło  przenikało  głęboko,  aż  do  kości.  Pod 

jego  wpływem  napięte  muskuły  się  rozprostowywały,  przemarznięta  zimą  dusza  nabierała 
chęci do życia. Rzeka z bulgotem i szumem spływała z gór do Dalen. Jakby się cieszyła, że 
nie  pokrywa  jej  już  ciężka  warstwa  lodu  i  śniegu.  Małe  ptaszki  krzątały  się  bardzo  zajęte 
budową  gniazd.  Pracowały  dzień  i  noc,  szczebiotały  i  śpiewały  chórem.  Czy  one  nigdy  nie 
ś

pią? – zastanawiała się senne Elizabeth, rozkoszując się takimi obojętnymi myślami. 

 

Z szopy na torf wciąż docierały do niej dźwięki piły i młotka. Jens postanowił zrobić 

małą szafkę, którą można będzie powiesić na ścianie w kuchni. Będą tam trzymać psałterz i 
domową postyllę. 
 

Jens okazał się bardzo pracowitym gospodarzem, Elizabeth nie wiedziała przedtem, że 

jest taki zdolny. Nazywała go złotą rączką. Zbierał drewno i deski, które morze wyrzuca na 
brzeg,  a  które  inni  ludzie  palą.  Jens  natomiast  uważał,  że  można  takie  dryfujące  drewno 
przerobić  na  coś  pożytecznego,  od  kuchennych  narzędzi  do  podeszwy  do  drewniaków  albo 
małe meble. 
 

Elizabeth poruszyła się nieco, nie otwierając oczu. Wkrótce była zdrętwiała od pasa w 

dół, ale chciała jeszcze posiedzieć parę minut. W każdym razie dopóki sumienie się całkiem 
nie uspokoi. Nawet robótki na drutach, którą niemal zawsze nosiła w kieszeni fartucha, tym 
razem  nie  wyjęła,  bo  chciała  posiedzieć  w  spokoju.  To  samo  odnosiło  się  do  stosu  świeżo 
upranych ubrań, które powinna uprasować. 
 

W  końcu  otworzyła  oczy,  czuła,  że  ktoś  się  zbliża.  Daleko  w  dole  zobaczyła  ojca. 

Elizabeth uniosła rękę i pomachała, ale on jej nie zauważył. Pochylony  do przodu wchodził 
ciężko na wzniesienie. Nagle wydał jej się o wiele starszy, a ma przecież dopiero czterdzieści 
lat.  W końcu przystanął, oparł ręce na kolanach i ciężko dyszał, zanim ruszył w dalszą drogę. 
 

Lodowate szpony strachu zacisnęły się wokół żołądka Elizabeth. Wzniesienie nie jest 

przecież bardzo strome, a jej ojciec to jeszcze młody mężczyzna. Coś musi go przygniatać i 
sprawiać,  że  idzie  z  takim  trudem.  Elizabeth  musiała  się  postarać,  by  nie  wybiec  mu  na 
spotkanie. Z pewnością to, co ma do powiedzenia, wymaga spokoju i równowagi. Wiedziała 
o tym, bo on, jej ojciec, taki jest. 
 

Zanim  dotarł  na  górę,  Elizabeth  zdążyła  przynieść  jedną  skrzynkę,  na  której  mógł 

usiąść. 
 

- Dzień dobry, tato – pozdrowiła gościa, próbując zachować spokój. – Jak to miło, że 

znalazłeś  trochę  czasu,  żeby  się  do  nas  wybrać.  Siedziałam  właśnie  i  zastanawiałam  się. 
gdybym  miała  więcej  czasu,  częściej  bym  do  was  zaglądała.  Ale  sam  wiesz…  -  Elizabeth 
nagle  zamilkła.  Gadała  bez  przerwy  i  opamiętania,  bo  jest  zdenerwowana.  Wyjęła  więc 
robótkę, po to, żeby mieć coś w rękach, i po to, by zaświadczyć, jak bardzo jest zajęta. Nie 
wyglądało jednak, by ojciec zwrócił na to uwagę. Usiadł ciężko i pocierał kark. 
 

- Nie miałabyś dla mnie kubka wody? – spytał. 

 

Zerwała  się  z  miejsca  zadowolona,  że  ma  coś  do  zrobienia  i  zawstydzona,  że  nawet 

tego sama mu nie zaproponowała. 
 

W kuchni nalała wody do kubka, i ona też się napiła.  

 

- Opanuj się, kobieto – powiedziała głośno sama do siebie. Dźwięk własnego głosu w 

cichej  kuchni  sprawił,.  Że  zdenerwowała  się  jeszcze  bardziej.  Wciągała  więc  przez  chwilę 
głęboko powietrze, zanim wyszła na dwór. 
 

Ojciec pił łapczywie. 

background image

 

39

 

-  Dobrze  jest  się  napić.  Co  roku  dopada  nas  ten  wiosenny  upał.  Ale  później  będzie 

lepiej – mówił, ocierając wargi wierzchem dłoni. 
 

Elizabeth się nie odzywała. Może to prawda, że dokucza mu jedyne wiosenny upał. 

 

- A Jens stuka i stuka. Co tym razem postanowił zrobić? – spytał ojciec. 

 

- Małą szafkę – odparła, czując dziecięcą dumę, kiedy wypowiadała te słowa. Dobrze 

móc podkreślić, jaki Jens jest zdolny, bo on sam nigdy się niczym nie pochwali. 
 

-  Tak,  pewnie  tak,  Jens  ma  bardzo  miłe  usposobienie.  O  tak.  –  Ojciec  chrząknął 

niepewnie i podparł się po zarośniętym podbródku. 
 

- Ale ha przyszedłem, żeby powiedzieć, że w niedziele będzie pogrzeb twojej matki – 

oznajmił. 
 

- A więc po to przyszedł. Nie powinno mi to sprawić bólu, myślała. Czuła się jednak 

tak, jakby wielki strup został zerwany z niezagojonej rany. Matka od miesięcy leżała w szopie 
na łodzie, bo ziemia była zbyt zamarznięta i nie można było wykopać grobu. Choć Elizabeth 
wiedziała, że dzień pogrzebu nadejdzie, teraz była bliska szoku. 
 

Spoglądała  spod  oka  na  ojca,  patrzącego  mętnym  wzrokiem  przed  siebie,  w  dolinę. 

Czy  odczuwa  to  samo  co  ona?  Nie  chciała  pytać,  bała  się,  że  mógłby  zaprzeczyć.  Z  braku 
tematu  do  rozmowy  ona  też  zapatrzyła  się  przed  siebie.  Może  powinna  naciąć  brzozowych 
gałęzi, wstawić je do wody w ciepłej izbie, to do niedzieli pojawiłyby się listki… i można by 
przystroić trumnę. 
 

Ojciec wstał i postawił kubek na skrzynce. 

 

-  Pójdę  zapytać,  czy  Jakob  zawiezie  trumnę  do  kościoła.  I  muszę  wstąpić  do  Dorte, 

chciałbym, żeby została w domu i przygotowała poczęstunek, jak wrócimy z cmentarza. 
 

Elizabeth  w  milczeniu  pokiwała  głową.  Dorte  z  pewnością  się  zgodzi.  Już  doszła  do 

siebie  po  porodzie,  a  z  małym  Danielem  na  cmentarz  się  chyba  nie  wybierze.  Dopiero  po 
odejściu  ojca  przyszło  jej  do  głowy,  że  powinna  była  zaprosić  go  do  izby.  I  całkiem 
zapomniała zapytać o Marię. 
 

Głowa  zdawała  się  ciążyć  od  myśli  o  tym,  co  należało  teraz  zrobić.  Trzeba  naciąć 

gałęzi, trzeba uprasować ubrania, poza tym czeka ją pogrzeb matki. Chwyciła kosz z suchym 
praniem.  Musi  czymś  zająć  ręce,  zagłuszyć  pracą  ponure  myśli.  Najpierw  prasowanie, 
pomyślała, potem natnę brzozowych gałęzi. Włoży je do wiadra z wodą i ustawi przy piecu. 
 

Pospiesznie  wyjęła  żelazko.  Ogień  nie  chciał  się  rozpalić,  zaklęła  więc  paskudnie. 

Ubrania rozłożyła na kuchennym stole. Oceniła odległość między stołem i piecem. Strasznie 
się  zmęczy,  jeśli  będzie  musiała  chodzić  tam  i  z  powrotem  za  każdym  razem,  kiedy  trzeba 
rozgrzać żelazko. Była na to jedna rada: przysunąć stół. Ciężki mebel z trudem poruszał się 
po drewnianej podłodze, bolały ją ręce i mięśnie pleców. Zagryzała zęby i chwyciła pewniej. 
Kawałek po kawałku zbliżała się do pieca. 
 

Nagle w drzwiach stanął Jens. 

 

-  Co  ty  u  diabła  robisz? –  zawołał  czerwony  na  twarzy  i  odepchnął  ją  na  bok  z  taką 

siłą, że o mało nie straciła równowagi. 
 

Oszołomiona i trochę przestraszona z trudem znajdowała słowa. Czy on zwariował? – 

Myślała mimo woli cofając się pod ścianę. 
 

- Chcesz stracić dziecko? – spytał, a w jego głosie brzmiało coś, czego nigdy przedtem 

nie słyszała. 
 

- Co masz na myśli? – spytała niepewnie. 

 

-  To!  –  odparł,  wskazując  ciężki  kuchenny  stół.  –  Chcesz  sobie  zrobić  krzywdę, 

dźwigając taki ciężar? 
 

Elizabeth spoglądała to na Jensa, to na stół. 

 

- Musze wyprasować ubrania, stół powinien stać bliżej. 

 

- To dlaczego nie poprosiłaś o pomoc? – spytał. 

background image

 

40

 

- Bo byłam sama. – Mówiła coraz bardziej piskliwie, szukając słów, które mogłyby go 

zranić tak, że posmutniałby na długo. W końcu je znalazła: 
 

- Bo ty siedzisz tylko w szopie na torfie i cały dzień bawisz się tym drewnem. Gdybyś 

był  mężczyzną,  częściej  zostawałbyś  ze  mną.  Wtedy  wiedziałbyś,  co  się  dzieje  ,  i  co  się 
mówi. 
 

-  A  coś  się  stało?  –  spytał  Jens,  próbując  ją  objąć,  ale  ona  mu  się  wymknęła.  Łzy 

piekły pod powiekami, gdy wybiegała z domu. Tuż za drzwiami spódnica owinęła się wokół 
nóg  i  Elizabeth  upadła  na  czworaki.  Ból  przenikał  potłuczone  ręce  i  kolana,  nareszcie  łzy 
popłynęły z oczu. Kiedy Jens podbiegł i chciał jej pomóc, wyciągnęła przed siebie poocierane 
dłonie. On oczyścił je delikatnie z piasku, a Elizabeth jęczała z bólu. 
 

Niechętnie  poszła  za  nim  do  kamienia  przy  drzwiach  i  pozwoliła,  żeby  wziął  ją  na 

kolana. W jego ramionach poczuła się bezpieczna, płakała cicho z twarzą ukrytą na ramieniu 
męża. 
 

- Przepraszam, że byłem zły. Ale tak się o was boję – szeptał jej przy uchu. 

 

Elizabeth kiwała głową i skubała brzeg spódnicy. Jak dobrze słyszeć, że on się martwi 

o dziecko. O dziecko Leonarda! Nie, poprawiła samą siebie, nasze dziecko, Jensa i moje. 
 

- Przepraszam za to, co powiedziałam – wyszeptała. – Nie miałam nic złego na myśli. 

Ale  tata…  -  płacz  sprawił,  że  z  trudem  mówiła,  musiała  zrobić  dłuższą  pauzę,  zanim 
poinformowała: - Był tutaj tata i powiedział, że mama w niedzielę zostanie złożona do grobu. 
 

Jens otarł łzy z jej policzków. 

 

- To dlatego byłaś zła? – spytał. 

 

- Ja nie jestem zła – odparła żałośnie. – Ja jestem po prostu smutna – dodała. – Bo to 

jest tak, jakby mama drugi raz umarła. Rozumiesz, co mam na myśli? 
 

-  Rozumiem  –  i  Elizabeth  poczuła,  że  tak  w  rzeczywistości  jest.  Długo  siedziała  na 

kolanach  męża  z  głową  opartą  na  jego  ramieniu.  Później  chciała  mu  jakoś  wynagrodzić 
sprzeczkę.  Załagodzić  złe  słowa.  Wieczorem,  kiedy  się  już  położą,  będzie  się  do  niego 
przytulać i okazywać mu czułość. Nigdy po ślubie nie przeżyła takiej rozkoszy i radości jak 
tamtego  dnia  w  szopie  na  siano.  Na  szczęście  strach,  który  tak  ją  dręczył  w  noc  poślubną, 
minął. To, co Jens robi z nią wieczorami, już jej nie przerażało, ale radości żadnej też z tego 
nie miała. Głos Jensa wyrwał ją z zamyślenia. 
 

- Nie powinnaś tak myśleć, Elizabeth. Twoja mama będzie w końcu mogła spocząć w 

poświęconej ziemi. Uniknie leżenia w tej szopie – rzekł. 
 

Jego  słowa  były  mądre,  ale  ona  mimo  wszystko  nie  umiała  ich  przyjąć.  To  wprost 

irytujące, że Jens traktuje sprawę z takim spokojem. 
 

- Ja wiem, jak to jest stracić matkę. Pamiętaj, że ja też to przeżyłem – mówił dalej. 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

-  Pamiętam  –  szepnęła.  –  I  ty  byłeś  przecież  bardzo  małym  dzieckiem.  Przez  chwilę 

siedziała zamyślona. Potem opanowała się i wstała. – Rany boskie, a ja tu siedzę, rozczulam 
się nad otartą skórą i płaczę o jakieś głupstwa. Kto by pomyślał, że jestem dorosłą kobietą. 
 

Jen także wstał. 

 

-  Nie  płakałaś  o  żadne  głupstwa,  tylko  dlatego,  że  twoja  mama  ma  być  pochowana. 

Człowiek ma praw tęsknić za tymi, którzy odeszli. 
 

Stałą odwrócona plecami i udawała, że nie słyszy, co powiedział. 

 

- Tyle rzeczy trzeba zrobić przed niedzielą. Może mógłbyś naciąć brzozowych gałęzi 

do  ozdobienia  trumny  i  wozu?  A  ja  poszłabym  na  dół  do  taty.  Dom  trzeba  wymyć  i 
wysprzątać, przygotować jedzenie dla żałobników. Sądzę, że ojca nie stać na kawę, ale… 
 

Teraz Jens przerwał: 

 

- Popłynę do sklepu i kupię kawy. 

background image

 

41

 

Elizabeth  słyszała,  że  w  jego  głosie  brzmi  rozczarowanie.  Powinna  była  przyjąć 

pociechę, jaką chciał jej dać, ale nie potrafiła. Czas ją nauczył odpychać od siebie złe myśli, 
nie mocować się z nimi. 
 

- Nie mamy na to pieniędzy – zaprotestowała. 

 

- Wezmę z tych, które dostaliśmy w prezencie ślubnym. Kupię też mąki. 

 

Otworzyła usta, żeby zaprotestować bardziej stanowczo, ale on ją uprzedził. 

 

- Będzie, jak powiedziałem – rzekł i wszedł do domu. 

 

Elizabeth  stała  bezczynnie  na  dziedzińcu,  zrobiła  parę  kroków,  znowu  przystanęła. 

Nie  umiała  się  zdecydować,  czy  powinna  iść  do  ojca,  czy  też  jeszcze  raz  porosić  męża  o 
wybaczenie.  I  to,  i  to,  było  tak  samo  trudne.  W  końcu  wciągnęła  głęboko  powietrze  i 
energicznym  krokiem  ruszyła  w  dół.  Powiedziała  sobie,  że  miała  rację  reagując  tak,  a  nie 
inaczej. Jens nie ma powodu się boczyć. Mimo wszystko jej myśli miały teraz gorzki smak. 
 
 

Elizabeth z lękiem oczekiwała niedzieli, ale uspokoiła się trochę widząc, że ranek taki 

pogodny. Niebo było błękitne, słońce dosłownie prażyło. To wprost zbyt piękne, żeby mogło 
być  prawdziwe,  że  zanosi  się  na  taką  ciepłą  wiosnę.  No,  ale  pewnie  potem  dostaniemy  za 
swoje – wzdychali ci, którzy nie potrafią cieszyć się bieżącą chwilą. Niespokojnie popatrzyła 
w  niebo,  po  którym  sennie  żeglowało  kilka  lekkich  obłoków,  zapowiadających  piękną 
pogodę. Zastanawiam się, czy mama naprawdę jest teraz w niebie? – pomyślała. Jeśli jest tam 
i spogląda na nas w dół, to pewnie wie, że mamy zamiar złożyć w grobie jej ciało. Skuliła się 
i  mocniej  ujęła  Jensa  pod  ramię.  On  uśmiechnął  się  i  poklepał  ją  po  dłoni,  chcąc  dodać  jej 
odwagi. Odpowiedziała mu też uśmiechem. Myślami wracała do dnia, kiedy ojciec przyszedł 
z  wiadomością  o  pogrzebie  i  do  tego,  jaka  była  wtedy  niemiła  dla  Jensa.  Po  powrocie  od 
sklepikarza nie odzywał się do niej, ale kupił i kawę, i mąkę jak zapowiedział. 
 

- Muszę cię prosić o wybaczenie – powiedziała pokornie. 

 

Jens uśmiechnął się lekko i przytulił ją do siebie. 

 

-  Teraz  nie  mówmy  już  o  tym  –  rzekł  szeptem.  Elizabeth  westchnęła.  Jens  jest  taki 

dobry! Niepojęte, że ta jego dobroć czasem budzi w niej złość i paskudne uczucia. Potknęła 
się  o  wystający  kamień  na  nierównej,  wysypanej  tłuczniem  drodze  i  byłaby  upadła,  gdyby 
Jens jej nie podtrzymywał. Od czasu ślubu nie miała na nogach swoich nowych butów. Teraz 
ż

ałowała, bo na poocieranych pietach porobiły jej się pęcherze. Starała się tak stawiać stopy, 

ż

eby  ich  bardziej  nie  ranić,  ale  to  na  nic.  Miała  na  sobie  suknię,  w  której  brała  ślub,  swoją 

suknię  od  konfirmacji.  Właściwie  trochę  za  ciepłą  na  taki  dzień  jak  dzisiejszy,  więc  pot 
spływał  jej  po  plecach,  a  szorstka  wełna  drapała  skórę.  Miała  ochotę  odwrócić  się,  żeby 
zobaczyć,  ilu  ludzi  przyłączyło  się  do  żałobnego  orszaku,  ale  zrezygnowała.  Po  prostu  nie 
wypada  się  rozglądać.  Tuż  przed  bramą  cmentarza  trumna  została  zdjęta  z  wozu  i 
przeniesiona do wykopanego już grobu, żałobnicy natomiast weszli do kościoła. 
 

Elizabeth musiała puścić ramię Jensa, ponieważ on powinien stać po męskiej stronie, 

ona zaś po kobiecej. Dziwiła się przez chwilę, że ten zwyczaj się nie zmienił. Byłoby o wiele 
przyjemniej siedzieć obok Jensa. Zanim ludzie się uspokoili i porozsiadali, wysunęła stopy z 
butów i odczuła wielką ulgę. 
 

Długo  udawało  jej  się  powstrzymywać  płacz,  ale  kiedy  rozległ  się  ulubiony  psalm 

matki, łzy popłynęły strumieniem. Dopiero po skończonym nabożeństwie przyszło ukojenie. 
 
 

Przy  grobie  znalazła  sobie  miejsce  nieco  z  boku,  z  daleka  od  pozostałych  ludzi.  Nie 

byłaby w stanie patrzeć, jak trumnę spuszczają do głębokiej, czarnej dziury. Odeszła od Jensa, 
od  ojca  i  Marii,  ale  trudno.  Odnajdzie  ich  po  zakończeniu  ceremonii,  a  ludzie  niech  sobie 
mówią, co chcą – jeśli ktoś w ogóle zwróci na nią uwagę. 
 

Potrzebowała pobyć chwilę w samotności. 

background image

 

42

 

Ś

ciskała  w  dłoniach  małą  czarną  książeczkę  z  napisem  „Psałterz”  na  okładce.  Jakob 

przeczytał  parę  słów  nad  grobem,  ledwo  słyszała,  co  mówi,  dotarł  do  niej  jedynie  numer 
psalmu,  który  potem  ludzie  mieli  odśpiewać.  Wszyscy  przewracali  kartki  w  swoich 
psałterzach.  Słyszała  już  przedtem  tę  pieśń,  ale  nigdy  słowa  nie  robiły  na  niej  takiego 
wrażenia  jak  teraz.  Nagle  podniosła  wzrok  znad  książki,  rozejrzała  się  niepewnie  wokół  i 
zatrzymała  spojrzenie  na  wielkim,  pięknym  nagrobku,  którego  wcześniej  nie  zauważyła. 
Inskrypcja tańczyła jej przed oczami: 
 
Tutaj spoczywa 
Leonard Didrik Rubertinus Dalsrud 
Ur. 13.08.1807- Zm. 12.01.1871 
Był kochaj
ącym i troskliwym mężem i ojcem 
 
Pokój twoim prochom 
 
 

Zimny dreszcz przeszedł Elizabeth po plecach, mdłości ogarniały ją falami. W panice 

szukała jakiegoś oparcia. zatoczyła się w tył i przytrzymała nagrobnego kamienia. Strach był 
niczym, senny koszmar, w którym mógł się pojawić Leonard, ale równie dobrze kat. Ukryła 
twarz w dłoniach, skuliła się na moment, ale zaraz opuściła ręce i łapczywie chwytała świeże, 
wiosenne  powietrze.  Mdłości  powoli  mijały,  słyszała,  że  psalm  zamiera.  Zerknęła  w  stronę 
zgromadzonych, ale nikt na nią nie patrzył. 
 

- Święty Stworzycielu – szeptała. – Co się ze mną dzieje? 

 

Ręce  jej  drżały,  czuła  że  dłonie  są  spocone,  ocierała  je  nerwowo  w  spódnicę.  Musi 

odnaleźć  Jensa.  Nagle  jakaś  chmura  przesłoniła  słońce  i  zimny  wiatr  przemknął  po 
cmentarzu.  Szarpał  czarną  odzieżą  żałobników,  przyginał  trawę  do  ziemi.  Elizabeth 
znieruchomiała  i  nieoczekiwanie  spojrzała  prosto  w  oczy  Kristiana.  Kristian  jest  tutaj!  Nie 
widziała go w kościele. Chciała cofnąć wzrok, ale za nic nie mogła. On wpatrywał się w nią 
jak  urzeczony  i  Elizabeth  poczuła  skurcz  w  sercu.  On  wie…  wie,  co  ja  zrobiłam,  myślała 
przerażona. 
 

W  końcu  oderwała  od  niego  oczy.  Muszę  stąd  iść.  Teraz  wszelkie  inne  myśli  się 

ulotniły.  Nogi  same  ją  niosły,  przeciskała  się  między  ludźmi,  aż  w  końcu  znalazła  Jensa  i 
przywarła do jego ramienia. Była pewna, że gdyby go puściła, to upadnie i nigdy więcej się 
nie podniesie. Bo Jens jest bezpieczeństwem, jak zawsze. 
 

- Chodźmy stąd – jęknęła. 

 

- Gdzieś ty się podziewała? – spytał, nie ruszając się z miejsca. 

 

Nie  miała  czasu  mu  odpowiedzieć.  Musiała  stąd  odejść  i  ciągnęła  go  za  sobą.  Nie 

obchodziło  jej,  że  ludzie  gapią  się  otwarcie.  Nie  czuła  też  bólu  stóp.  Wiedziała  jedynie,  ze 
musi stąd zniknąć. 
 
Rozdział 8 
 
 

Elizabeth  usłyszała,  że  ktoś  woła  ją  po  imieniu.  Serce  podskoczyło  do  gardła. 

Kurczowo  chwyciła  Jensa  za  ramię,  czuła,  że  pęcherze  na  piętach  popękały,  otwarte  rany 
lepiły się do wełnianych skarpet. 
 

- Ktoś cię woła – rzekł Jens, przystając. 

 

-  Przywidziało  ci  się.  –  Głos  Elizabeth  przeszedł  w  pisk  i  Jens  popatrzył  na  nią 

dziwnie. – Chcę wracać do domu – tłumaczyła. Nowe buty poraniły mi stopy! 
 

- Zaraz wsiądziesz na wóz – pocieszał ją, mimo to wciąż stali, bo Jens chciał zobaczył, 

kto woła jego żonę. 

background image

 

43

 

Jakaś kobieta przepychała się przez tłum. Biegła, aż w końcu roześmiana stanęła przed 

nimi, potarganym warkoczem, który tym razem upięty był w węzeł na karku. 
 

Elizabeth  patrzyła  na  nią  z  otwartymi  ustami,  w  końcu  rozpoznała  przyjaciółkę  i 

poczuła ucisk w gardle. Ledwo była w stanie wydobyć z siebie głos. 
 

- Helene! Co za spotkanie. Już straciłam nadzieję, że cię jeszcze kiedyś zobaczę. 

 

Z  radości  całkiem  zapomniała  o  Kristianie  i  o  tym,  co  się  stało  na  przykościelnym 

cmentarzu. 
 

Ś

ciskały  się  nawzajem  mocno  i  długo,  Elizabeth  musiała  nad  sobą  bardzo  panować, 

ż

eby nie wybuchnąć głośnym płaczem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo tęskniła 

za  Helene,  za  swoją  pierwszą  i  jedyną  przyjaciółką.  Przeżyły  razem  nieskończenie  wiele,  i 
dobrego, i złego w czasie, kiedy Elizabeth pracowała w Dalsrud. 
 

Jens  chrząknął  i  dopiero  teraz  przyjaciółki  ze  śmiechem  opuściły  ręce.  Elizabeth 

przedstawiła  ich  sobie  nawzajem.  Zauważyła,  że  Helene  przez  parę  sekund  mierzyła  Jensa 
wzrokiem, a potem powiedziała: 
 

-  Elizabeth  opowiadała  mi  dużo  o  tobie,  kiedy  mieszkała  w  Dalsrud.  Wiem  o  tobie 

tyle, że sama bym cię rozpoznała. Ale wiedz, że ona mówiła tylko dobrze. 
 

Elizabeth  widziała,  jaki  Jens  jest  zadowolony  i  myślach  dziękowała  przyjaciółce.  W 

tej chwili zdała sobie sprawę, że Helenie nie wie, co się stało po powrocie Elizabeth do domu 
z Dalsrud. Teraz wskazała ruchem głowy jej brzuch i powiedziała. 
 

- Zrobiłaś się trochę większa od czasu, kiedy cię widziałam po raz ostatni. 

 

Elizabeth  pogłaskała  brzuch  ręką  i  przytaknęła.  Czy  powinna  powiedzieć,  że  wyszła 

za  mąż?  A  jeśli  tak,  to  w  jaki  sposób?  Właściwie  nie  miała  żadnych  tajemnic,  jeśli  o  to 
chodzi, ale Helene wie przecież, że żywiła wątpliwości, kiedy Jens się oświadczył. Głęboko 
wciągnęła powietrze i zaczęła. 
 

- Musisz wiedzieć, że myśmy się pobrali, Jens i ja. Miesiąc temu. 

 

-  Gratuluję.  –  zawołała  Helene,  ściskając  im  obojgu  ręce.  –  Ale  dla  mnie  nie  jest  to 

niespodzianka. 
 

Moja dobra Helene, pomyślała Elizabeth. Na niej zawsze mogę polegać. 

 

Nagle przyjaciółka spoważniała. 

 

-  Trochę  mi  przykro,  że  spotykamy  się  w  takim  dniu  jak  dzisiejszy,  na  pogrzebie 

twojej mamy. Z drugiej strony to dobrze, że będzie już leżeć w poświęconej ziemi.  
 

Elizabeth  przytakiwała,  zawstydzona.  Jens  powiedział  to  samo,  ale  wtedy  ona  nie 

chciała go słuchać. Teraz, kiedy naprawdę zrozumiała, co to znaczy sama musiała przyznać, 
ż

e  z  ulgą  myśli  o  tym,  iż  pogrzeb  ma  już  za  sobą.  I  wiedziała  też,  co  powinna  powiedzieć. 

Chciała porozmawiać z Helene o tylu sprawach, ale czasy było mało, zresztą nie wszystko też 
jest  przeznaczone  dla  uszu  Jensa.  Nie  dlatego,  by  miała  przed  nim  więcej  tajemnic,  ale 
dlatego, że Inn też mogliby ją usłyszeć. Babskie gadanie, mówi się często z pogardą. Jens też 
tak uważa. Widocznie jednak Jens ją rozumiał. 
 

- Jeśli miałabyś czas, to może mogłabyś pojechac teraz do nas – zaproponował. 

 

Helene spoglądała to na jedno, to na drugie. Serce Elizabeth zaczęło szybciej bić. 

 

-  Dziękuję  za  zaproszenie.  Mam  dzisiaj  wolny  dzień,  to  może…  mówiła  Helene  z 

wahaniem. Elizabeth chwyciła obie jej ręce i mocno ściskała. 
 

-  tata  zaprosił  gości.  Na  pewno  bardzo  się  ucieszy,  jak  ty  tez  będziesz.  A  potem 

znajdziemy chwilę, żeby ci pokazać nasz dom – mówiła z przejęciem. 
 

- Wasz dom? – powtórzyła Helene nie dowierzając. 

 

-  Tak,  dostaliśmy  też  dom.  Och,  tyle  chciałabym  ci  powiedzieć,  sama  nie  wiem  od 

czego zacząć! 
 

Zwróciła uwagę, że Jens szuka czegoś w kieszeniach. 

 

- Chyba zostawiłem psałterz w kościele. Muszę po niego lecieć. 

 

Dopiero kiedy odszedł, Elizabeth zrozumiała. Uśmiechnęła się: 

background image

 

44

 

-  Używał  psałterza  jeszcze  na  cmentarzu.  Z  pewnością  ma  go  w  kieszeni,  ale  chciał, 

ż

ebyśmy z Helene pobyły same. 

 

-  Jens  jest  dla  ciebie  dobry  –  rzekła  Helene  stanowczo  i  wsunęła  Elizabeth  rękę  pod 

ramię i obie poszły w kierunku kościoła. 
 

- Tak, jest bardzo dobry – odparła Elizabeth z naciskiem. – Mój Boże, powinnam się 

wstydzić, mówiła dalej  po chwili. – Jestem na pogrzebie  własnej mamy, a nagle odczuwam 
taką radość! Jeszcze mnie Bóg skarze. 
 

Helene przystanęła i przyglądała się przyjaciółce, dopóki tamta nie odwróciła wzroku. 

 

- Co to za głupie gadanie, Elizabeth? Cieszysz się, bo spotkałaś mnie, mam nadzieję 

ż

e  tak  jest.  A  smuciłaś  się  bardzo  długo.  Naprawdę  myślisz,  że  Bóg  by  cię  pokarał,  bo 

odczuwasz trochę radości? 
 

Elizabeth  pożałowała  swoich  słów.  Czuła,  że  policzki  jej  płoną  i  naciągnęła 

chusteczkę,  mocniej  na  czołowo,  przyglądając  się  czubkom  swoich  butów.  Po  chwili 
odzyskała trochę śmiałości. 
 

- Nie. Nie to miałam na myśli. Ale też nie wypada, żebym stała u i chichotała – rzekła. 

 

Helene milczała, ale jej niebieskie oczy wpatrywały się uważnie w Elizabeth. 

 

W  końcu  ruszyły  dalej.  Elizabeth  wciąż  patrzyła  sobie  pod  stopy,  zagłębiona  w 

myślach. 
 

- Kristian idzie – powiedziała po chwili Helene. – Muszę mu powiedzieć, że jadę do 

was. 
 

Elizabeth zesztywniała z przerażenia. Helene mówiła coś jeszcze, ale nie rozróżniała 

słów. Patrzyła tylko prosto na Kristiana, który zbliżał się do nich… do niej. Nie spuszczał z 
niej oczu; czarnych, przymrużonych, świadomych celu. Chciała zawołać, ale głos ją zawiódł. 
Krew pulsowała w uszach. Mdliło ją, miała wrażenie, że straci przytomność. 
 

- Źle się czujesz? Nagle zrobiłaś się blada jak ściana. 

 

Elizabeth drżącą ręką otarła spoconą twarz. 

 

- Słabo mi – wykrztusiła. – Najlepiej poszukam Jensa. 

 

-  Głupstwa  wygadujesz!  –  Helene  była  stanowcza,  szła  szybko.  –  Trzymaj  się  mnie. 

Razem go znajdziemy.  Nie możesz iść sama, bo jeszcze upadniesz i zrobisz sobie krzywdę. 
Tylko najpierw muszę zamienić parę słów z Krystianem. 
 

Zanim  Elizabeth  zdążyła  zaprotestować,  Kristian  stał  obok.  Blady  uśmiech  odsłaniał 

krzywe  przednie  zęby.  Brunatne  oczy  mieniły  się.  czy  to  ten  sam  mężczyzna,  którego 
widziałam przed chwilą? – pomyślała oszołomiona. 
 

Kristian ukłonił się na powitanie i wyciągnął rękę. 

 

- Dzień dobry i dziękuję za ostatnie spotkanie – rzekł spokojnie. 

 

Ukradkiem,  pospiesznie  otarła  dłoń  w  spódnicę,  zanim  ujęła  jego  wyciągniętą  rękę. 

Kristian witał się dłużej  niż to konieczne. W końcu Elizabeth dosłownie  wyszarpnęła swoją 
rękę z jego uścisku. 
 

- Wybaczcie mi, ale nie czuję się całkiem dobrze, więc… - bąkała. 

 

Przerwał jej Kristian.  

 

-  Usiądź  tu  na  chwilę,  to  z  pewnością  poczujesz  się  lepiej.  Widziałem  cię  na 

cmentarzu i chciałem z tobą porozmawiać – mówił dalej. – Ale gdzieś mi zniknęłaś. 
 

- Ja… ja cię nie zauważyłam – mamrotała. 

 

Trzymał ją mocno w pasie, czuła jego oddech na policzku. 

 

- W twoim stanie nie powinnaś się denerwować – powiedział. Było w jego głosie coś, 

czego nie zrozumiała. Albo może jej się przywidziało? Bliska rozpaczy wciąż czuła mdłości. 
Oddychała  ciężko,  starała  się  odzyskać  kontrolę  nad  sobą.  Słyszała,  że  Helene  mówi 
Kristianowi, jak zamierza spędzić swój wolny dzień i kiedy wróci do domu. 

background image

 

45

 

Przez kilka minut wpatrywała się w ziemię, by nie patrzeć na nich rozmawiających ze 

sobą  tak  swobodnie.  Kiedy  znowu  podniosła  wzrok,  Kristian  ukłonił  się  na  pożegnanie  i 
odszedł. 
 

Wkrótce przyszedł Jens. Z daleka machał psałterzem, żeby pokazać, że go znalazł. Ale 

z  pewnością  miał  go  przez  cały  czas  w  kieszeni,  myślała  Elizabeth.  Spojrzała  jeszcze 
pospiesznie za odchodzącym Krystianem, który odwrócił się i przyglądał Jensowi. 
 

Kiedy Jens się zbliżył, Elizabeth uśmiechnęła się blado i wzięła go pod ramię. 

 

- Znalazłeś psałterz – ucieszyła się. – W takim razie możemy iść! 

 

Jakob  tego  nie  ustawił  ławki  wzdłuż  boków  wozu.  Sam  wymyślił  takie  rozwiązanie, 

ż

eby więcej osób mogło siedzieć. Czekał teraz na nich z Ragną i Andresem. 

 

- Jesteście, Bogu dzięki – powiedział Andres. 

 

- Spotkałam Helene, koleżankę z Dalsrud – wyjaśniła Elizabeth. – Pojedzie z nami. Bo 

ma wolny dzień. 
 

- No to witaj u nas – rzekł Andres, wyciągając rękę do gościa. 

 

Elizabeth przedstawiła przyjaciółkę również pozostałym. Maria dygnęła i wyciągnęła 

rączkę na powitanie, gapiąc się przez cały czas na Helene. 
 

Siedzieli  ciasno  jeden  przy  drugim.  Wszyscy  milczeli,  tylko  Marii  buzia  się  nie 

zamykała.  Ale  odpowiadały  jej  wyłącznie  kiwnięcia  lub  potrząsanie  głowami,  więc  i  ona  w 
końcu  umilkła.  Elizabeth  próbowała  jakoś  uporządkować  myśli  na  temat  tego,  co  się  działo 
przy  kościele,  ale  bez  skutku.  Kiedy  zbliżali  się  do  rodzinnej  wsi,  przepełniła  ją  dziecinna 
radość i napięcie, cieszyła się, że będzie mogła wszystko Helene pokazać. Wszystko, o czym 
dawniej  tylko  jej  opowiadała.  Nagle  pomyślała  o  Dorte.  Nie  miała  okazji  powiedzieć  o  niej 
przyjaciółce. O tym, że urodziła Daniela i że Jens nie jest ojcem dziecka, i że… rany boskie, 
ile to rzeczy trzeba będzie powiedzieć! Żeby tylko Helene niebacznie nie zapytała o coś, o co 
pytać nie powinna. Elizabeth rozejrzała się wokół. Nie, nie ma możliwości powiedzieć jej nic 
na wozie. Musi więc mieć nadzieję, ze wszystko ułoży się jak najlepiej. 
 

Dwa  małżeństwa  ze  Storvika  szły  za  wozem  piechotą.  Jakob  jechał  bardzo  wolno, 

więc wszyscy razem dotarli do Nymark. 
 

Wymieniono  krótkie  powitania,  po  czym  żałobnicy  weszli  do  kuchni.  Dorte 

przyjmowała gości i sadzała ich przy stole. Ze względu na ciasnotę nie wszyscy mogli usiąść 
równocześnie, więc dzieci, które miały jeść później, wysłano na dwór. Elizabeth skorzystała z 
zamieszania,  posadziła  Helene  przy  stole,  a  sama  znalazła  sobie  jakieś  zajęcie.  Starała  się, 
ż

eby przyjaciółka nie miała okazji porozmawiania z Dorte. 

 

Elizabeth  była  zbyt  zdenerwowana  i  podniecona,  by  słuchać  uważnie,  o  czym  ludzie 

rozmawiają, ale wiedziała, że mówią o jej mamie, jak nakazuje zwyczaj. Wszyscy wychwalali 
zmarłą  za  pracowitość  i  Elizabeth  zastanawiała  się,  czy  ktoś  z  zebranych  naprawdę  znał  jej 
matkę  jako  człowieka,  a  nie  tylko  jako  robotnicę.  Ragna  i  Jakob,  którzy  też  znaleźli  sobie 
miejsca, sprawiali wrażenie, że tak uboga kuchnia to nie jest dla nich odpowiednie miejsce. 
Elizabeth,  wycierając  ścierką  kuchenny  blat.  Nie  mogła  stać  bezczynnie,  bo  wtedy  inni 
zauważyli, że nie ma gdzie usiąść. Helene pewnie by jej odstąpiła własne miejsce.  
 

Kątem oka spostrzegła, że Helene rozmawia z Jensem, kiwała głową i uśmiechała się 

raz po raz. Elizabeth chciałaby wiedzieć, o czym mówią. Nagle Helene wstała i powiedziała 
coś cicho do Andresa, potem, podeszła do Elizabeth. 
 

- Teraz idź, usiądź ze swoją rodziną i też coś zjedz – powiedziała. 

  

Elizabeth  nie  mogła  zaprotestować,  zbyt  wiele  spojrzeń  kierowało  się  w  jej  stronę. 

Dlatego  skinęła  głową  i  zmusiła  się  do  uśmiechu,  a  potem  usiadła.  Nieobecna  myślami 
skubała kawałek chleba i wrzucała do talerza z zupą, śledząc równocześnie wzrokiem Helene 
i Dorte. Nie zamieniły ze sobą jeszcze ani słowa. Ale akurat wtedy obudził się Daniel, który 
spał  w  dawnej  izdebce  Elizabeth.  Dorte  poszła  i  przyniosła  synka.  Helene  ruszyła  jej  na 
spotkanie. 

background image

 

46

 

-  Och,  jaki  śliczny  malec,  w  dodatku  kropka  w  kropkę  podobny  do  mamy.  Tak,  tak, 

tego  chłopczyka  nie  mogłabyś  się  wyprzeć  –  roześmiała  się,  wyciągając  ręce.  –  A  prawda, 
powinnam się przedstawić. Nazywam się Helene Persdattr i jestem służącą w Dalsrud. To tam 
poznałyśmy się z Elizabeth. 
 

Elizabeth wstrzymała dech. Dorte już miała coś powiedzieć, ale przerwał jej Jens. 

 

- Elizabeth, nie słyszałaś, co powiedziałem? 

 

- Co? Nie, zamyśliłam się. 

 

-  Widzę.  Dzień  nie  była  dla  ciebie  łaskawy  –  stwierdził  stanowczo.  –  Elizabeth 

przytaknęła zawstydzona. Dzień był ciężki, nie tylko dlatego, że składali matkę do grobu, ale 
przede  wszystkim  dlatego,  że  musi  wciąż  strzec  tylu  tajemnic.  Wcale  nie  myśl  o  pogrzebie 
matki dręczyła ją najbardziej. 
 

- Jaka ona miła, tak Helene – powiedział Jens. 

 

Elizabeth znowu przytaknęła. 

 

Nareszcie  posiłek  dobiegł  końca.  Jens  wstał  jako  pierwszy,  w  ślad  za  nim  Jakob  i 

Ragna. Elizabeth też podniosła się z ulgą, powiedziała ojcu do widzenia i obiecała, że później 
jeszcze do nich przyjdzie. 
 

- Pewnie chciałybyście z Helene pobyć trochę same w Dalen – powiedział Jens. – W 

takim razie ja pójdę na trochę do Heimluy. 
 

Strumień ciepła przepełnił serce Elizabeth. Jens jest bardzo miły. Spotkało ją w życiu 

szczęście. Mimo wszystko. 
 
 

Najpierw  szły  w  milczeniu.  Dopiero,  kiedy  zaczęły  się  wspinać  po  zboczu  w  stronę 

Dalen, Helene przerwała milczenie. 
 

- Teraz musisz mi opowiedzieć o wszystkim, co się stało, że w końcu wyszłaś za mąż 

za  Jensa.  Miałaś  przecież  wątpliwości,  jak  pamiętam.  I  wygląda  na  to,  że  z  Dorte  też 
zostałyście przyjaciółkami. 
 

Elizabeth przystanęła. Przez chwilę wodziła spojrzeniem po wysokich szczytach  gór, 

schodzących  niemal  nad  morski  brzeg.  Na  samej  górze  wciąż  leżał  śnieg.  W  niektórych 
miejscach pozostanie tam przez całe lato. 
 

-  Sama  dobrze  nie  wiem,  od  czego  powinnam  zacząć  –  powiedziała.  –  Najpierw 

wyznała wszystko tacie, a potem powiedziała też Jensowi, że jestem w ciąży. On wciąż chciał 
się ze mną ożenić i obiecał, że zapisze się w kościelnej księdze jako ojciec dziecka. 
 

- No a co ja mówiłam? Mówiłam, że jest to porządny człowiek – przytakiwała Helene 

zadowolona, unosząc lekko w górę swoją czarną suknię, by nie pomoczyć jej skraju. 
 

- Tak to wyglądało w skrócie – rzekła Elizabeth obojętnie i ruszyła przed siebie. Nie 

roztrząsając dokładniej tamtych spraw mówiła dalej: - powiedziałam mu, żeby się dobrze nad 
wszystkim  zastanowił,  kiedy  wypłynie  na  zimowe  połowy.  A  gdy  wrócił  okazało  się,  że 
zdania nie zmienił. No i wzięliśmy ślub. Tak to było… - powiedziała z wahaniem. 
 

- No a co z Dorte? Czy on spędził z nią tamtą noc? – spytała Helene. 

 

To wciąż jest bolesna sprawa. Elizabeth była bardzo zazdrosna i zła na Dorte dlatego, 

ż

e  tamta  próbowała  zwabić  do  siebie  Jensa,  złość  nie  opuściła  jej  nawet  wtedy,  kiedy 

dowiedziała się już prawdy, kiedy pomagała Danielowi przyjść na świat. Nie bardzo potrafiła 
to wszystko wytłumaczyć. 
 

-  Nie.  a  właściwie  tal,  spędził  tam  noc.  –  Elizabeth  poczuła,  że  musi  broić  i  Jensa,  i 

Dorte,  co  jeszcze  bardziej  utrudniało  sprawę.  –  Jens  tam  był,  ale  to,  ale  to…  to  nie  on  jest 
ojcem Daniela. Wtedy  Dorte już była w ciąży. Oni nie spędzili tamtej nocy w ten sposób… 
wiesz. Dorte wszystko mi opowiedziała, więc nie mam prawa ich podejrzewać. 
 

- Rozumiem – odparła Helene krótko, ale Elizabeth słyszała, że jest lekko urażona. 

 

- To ja pomogłam Danielowi przyjść na świat – opowiedziała dalej Elizabeth. 

background image

 

47

 

-  Naprawdę?  –  krzyknęła  Helene  zdumiona.  –  Jak  doszło  do  tego,  że  się  tam 

znalazłaś? 
 

Było to tylko niewinne pytanie, ale Elizabeth nie mogła przecież powiedzieć Helene, 

ż

e czuła, iż Dorte potrzebuje pomocy, więc pospiesznie zmieniła temat rozmowy. – Strasznie 

się bałam, że zapytasz Dorte, kto jest ojcem jej dziecka – powiedziała. – Albo wygadasz się, 
ż

e już kiedyś o niej słyszałaś. 

 

-  Ty  chyba  masz  źle  w  głowie  –  prychnęła  Helene.  –  Myślisz,  że  jestem  całkiem 

głupia? 
 

Elizabeth  też  musiała  się  roześmiać  i  przykry  nastrój  się  ulotnił.  Trzymając  się  pod 

ręce, poszły do domu. 
 

Elizabeth  z  dumą  pokazywała  przyjaciółce  wszystko  od  kuchni  po  strych.  Helene 

zachwycała  się  głośno  każdym  najmniejszym  nawet  szczegółem.  Choć  Elizabeth  w  głębi 
duszy  wiedziała,  że  przyjaciółka  przesadza,  bo  przecież  dobrze  wie,  jak  wyglądają  bogate 
domy, odepchnęła od siebie tę myśl i cieszyła się pochwałami. Potem zagotowała trochę tej 
kawy, która Jens kupił za ślubne pieniądze. Cieszyła się, że może zaproponować przyjaciółce 
filiżankę, skoro tamta przywykła do kawy w Dalsrud. 
 

Siedziały  na  ławie  w  kuchni.  Z  nogami  podciągniętymi  w  górę,  twarzą  w  twarz  i 

gadały. Było prawie tak jak kiedyś. 
 

- Nie powiedziałam ci jeszcze, że zimą o mało nie umarła – zaczęła Elizabeth, skubiąc 

rąbek spódnicy. 
 

- Co ty mówisz? – wykrzyknęła Helene z niedowierzaniem. 

 

Więc Elizabeth opowiedziała o Marii na lodowej krze i zakończyła: 

 

-  Przy  brzegu  jest  bardzo  głęboko,  ja  tam  wpadłam,  ale  na  szczęście  Jens  był  w 

pobliżu, zobaczył co się dzieje i nas uratował. 
 

- Rany boskie – szepnęła Helene, upijając solidny łyk kawy. 

 

-  Byłam  potem  bardzo  chora  –  mówiła  dalej  Elizabeth.  –  Doktor  powiedział,  że  to 

zapalenie  płuc,  wiele  dni  miałam  taką  gorączkę,  że  nic  nie  pamiętam.  Ale  teraz  jestem  już 
zdrowa, chociaż trzeba czasu, żebym znowu odzyskała siły. 
 

- W to akurat wierzę – przytaknęła Helene. 

 

- Ale przeżyłam cos bardzo dziwnego – rzekła Elizabeth. – Kiedy byłam w wodzie, to 

strasznie  marzłam,  i  nagle  zrobiło  mi  się  ciepło  i  dobrze.  zobaczyłam  ostre,  piękne  światło, 
które  jakby  mnie  do  siebie  wabiło.  Zaraz  jednak  usłyszałam  głos  mamy,  która  mówiła,  że 
powinnam zawrócić. – Umilkła, czekając na reakcję przyjaciółki. 
 

- Może ci się to śniło? – zastanawiała się Helene. 

 

- Ja nie spałam. Topiłam się, szłam na dno – mówiła Elizabeth z przejęciem. 

 

- To może zemdlałaś? 

 

Elizabeth  spuściła  wzrok,  jak  ma  wytłumaczyć  Helenie,  że  była  bliska  śmierci,  czy 

może  nawet  przez  krótką  chwilę  była  już  martwa?  Nie  mówiła  o  tym  wydarzeniu  nawet 
Jensowi  w  obawie,  że  jej  nie  uwierzy…  chociaż  on  powiedział,  że  wierzy  we  wszystko,  co 
Elizabeth mówi. 
 

Ujęła dłonie Helene. 

 

-  Tak,  jestem  pewna,  że  tak  się  stało…  zemdlałam  –  dodała  lekko.  Popatrzyła  na 

dłonie przyjaciółki i wykrztusiła przerażona: 
 

- Skąd masz te rany na rękach? Może ług, w którym pierzesz jest za mocny? 

 

W momencie, kiedy to powiedziała, poczuła silne ukłucie w jednym ramieniu. Nagle 

pojawił się obraz Helene, przewracającej się na ziemię, trzymającej dwa wiadra mleka. 
 

-  Musiałaś  się  bardzo  uderzyć,  kiedy  przewróciłaś  się  przed  oborą  –  powiedziała.  – 

Zrobili ci awanturę za to, że wylałaś mleko? 
 

Helene roześmiała się krótko, niepewnie. 

 

- O czym ty mówisz? – spytała przeciągle. 

background image

 

48

 

- Złamałaś rękę? To musiał strasznie boleć. 

 

-  Poślizgnęłam  się  zimą  na  lodzie  i  potłukłam  się  tak,  że  cała  byłam  sina  i  żółta. 

Biodra i uda, wszystko, ale nie, niczego nie złamałam. Kto ci to powiedział? 
 

-  Ja  to  widziałam  –  odparła  Elizabeth  po  prostu,  przyglądając  się  z  powagą  Helene. 

Poczuła, że powinna jej teraz powiedzieć o widzeniach, jakie niekiedy miewa. 
 

-  Nie  mogłaś  niczego  widzieć,  bo  to  się  stało  po  twoim  wyjeździe  z  Dalsrud  – 

zaprotestowała Helene. 
 

Elizabeth poznawała po głosie, że przyjaciółka jest niepewna, to dodało jej odwagi, by 

mówić dalej: 
 

-  Chcę  powiedzieć,  że  zobaczyłam  to  teraz,  w  tej  chwili.  Próbując  cię  przekonać, 

Helene, że ja potrafię widzieć różne rzeczy, których inni ludzie nie widzą. Pamiętasz te owce 
w Dalsrud, które zgubiły się w górach? 
 

Helene skinęła głową i ciężko przełknęła ślinę. 

 

-  Ja  widziałam,  gdzie  to  owce  są.  I  to  nie  był  przypadek.  Ale  nigdy  dotychczas  nie 

widziałam  rzeczy,  które  wydarzyły  się  w  przeszłości.  I  nie  umiem  też  niczego  zobaczyć  na 
rozkaz. To się po prosto dzieje samo z siebie.  
 

Elizabeth umilkła i wpatrywała się w Helene. Jeśli przyjaciółka jej nie uwierzy albo ją 

wyśmieje, to nie będzie wiedziała, co zrobić. 
 

-  Słyszałam  o  takich  ludziach  –  mówiła  Helene  z  wolna.  –  Nigdy  jednak  w  to  nie 

wierzyłam, sama też niczego takiego nie przeżyłam. 
 

Elizabeth  milczała.  Chciała  wyjaśnić,  co  widziała,  ale  nie  znajdowała  odpowiednich 

słów. 
 

- Słyszałaś o ludziach, którzy to potrafią? – spytała natomiast. 

 

Helene skinęła głową. 

 

-  Tak.  Mówi  się  o  nich  jasnowidze.  Najczęściej  jednak  ludzie  twierdzą,  że  to 

oszustwo. Człowiek strzela, pan Bóg kule nosi, jak to mówią. Nie wiem, co o tym myśleć. – 
Helene  zagryzała  dolną  wargę.  –  Weź  tę  chusteczkę  o  spróbuj,  czy  coś  zobaczysz,  kiedy 
będziesz ją trzymać w rękach – zaproponowała. 
 

- Czemu by to miało służyć? – spytała Elizabeth, zastanawiając się, czy przyjaciółka 

sobie z niej nie kpi. 
 

Ale Helene była bardzo poważna. 

 

- Po prostu spróbuj – poprosiła. 

 

Elizabeth wzięła chusteczkę i próbowała się skoncentrować, ale nic się nie działo. 

 

- Ona nie jest twoja. Należy do Nikoline – powiedziała, odrzucając chusteczkę. 

 

- Skąd ty to wiesz? 

 

- Bo tu w rogu są wyhaftowane jej inicjały. 

 

Helene poczerwieniała, a potem zaczęła się śmiać. 

 

- Myślałam, że miałaś widzenie. Czy ty mnie przez cały czas oszukujesz? 

 

Elizabeth  była  rozczarowana  zachowaniem  przyjaciółki  i  przyglądała  się  jej 

naburmuszona. 
 

- Dlaczego dałaś mi te chusteczkę? 

 

-  Chciała  zobaczyć,  czy  poznasz,  że  nie  należy  do  mnie.  Słyszałam,  że  ludzie  po 

potrafią.  Przepraszam  cię,  Elizabeth  –  dodała  pospiesznie.  –  Nie  chciałam  cię  urazić.  – 
Skubała przez chwilę chusteczkę. – To ty naprawdę widziałaś, że się uderzyłam? Czy też ktoś 
ci o tym powiedział? 
 

Elizabeth wzruszyła ramionami, to, że ktoś jej nie wierzy, zawsze sprawiało ból. 

 

- Jesteście teraz przyjaciółkami, ty i Nikoline? – spytała urażona. 

 

-  Nie,  możesz  mi  wierzyć,  że  nie  jesteśmy!  Ja  sobie  po  kryjomu  tę  chusteczkę 

pożyczyłam – roześmiała się Helene głośno. Potem jej twarz zrobiła się dziwnie wąska. 

background image

 

49

 

-  Ja  dawniej  też  Nikoline  nie  lubiłam,  ale  po  tym,  co  powiedziała  o  tobie 

wielokrotnie… Helene umilkła nagle, bo zdała sobie sprawę, że się wygadała. Szukała jakichś 
słów, które by to naprawiły, ale Elizabeth ją uprzedziła. 
 

- Co Nikoline o mnie powiedziała? 

 

Helene nadal się wahała. 

 

- Nie broń jej! Powiedz, co mówiła! – zażądała Elizabeth. 

 

- Ja nie trzymam strony Nikoline, ale to zbyt paskudne, bym ci powtarzała. – Helene 

wodziła palcem po krawędzi łóżka. 
 

Takie wahanie jest całkiem niepodobne do Helene, pomyślała Elizabeth. 

 

- Co ona o mnie mówiła, Helene? Jeśli jesteś przyjaciółką, to powiedz. 

 

Helene nadal się wzdrygała. 

 

-  To  było  wiosną,  kiedy  razem  z  Nikoline  sprzątałyśmy  pokoje.  Nie  pamiętam,  jak 

doszło do tego, że zaczęłyśmy rozmawiać o Leonardzie. 
 

Elizabeth  poczuła,  że  zimny  dreszcz  przebiega  jej  po  plecach.  Na  dźwięk  imienia 

Leonarda dostała gęsiej skórki. Opanuj się, upomniała sama siebie w myślach. patrz Helene w 
oczy, nie zdradź się ani jednym słowem. 
Do niczego się nie przyznawaj. I już uspokojona wysłuchała reszty historii. 
 

To chyba Nikoline zaczęła o nim gadać, bo ja nigdy tego nie robię! W każdym razie 

Nikoline powiedziała, że Leonard byłby nie umarł, gdybyś ty lepiej go pilnowała w nocy. – 
Helene  odgarnęła  ciemnobrązowy  lok  włosów  z  twarzy,  a  potem  mówiła  z  ożywieniem:  - 
Słyszałaś podobne głupoty? Ja jej powiedziałam, żeby nie chodziła i nie rozpowiadała tego po 
ludziach. Nigdy nie wiadomo, w co oni uwierzą. 
 

Elizabeth  szumiało  w  uszach,  ręce  jej  się  tak  trzęsły,  że  musiała  na  nich  usiąść. 

Mnóstwo myśli wirowało jej w głowie. Czy Nikoline powiedziała to również innym? Zawsze 
są  tacy,  którzy  wierzą  w  plotki,  a  przyłowie  „Nie  ma  dymu  bez  ognia”  jest  bardzo  dobrze 
znane.  Czy  to  dlatego  Kristian  zachowywał  się  tak  dziwnie  przed  kościołem?  Nie…  on  nie 
mógł o niczym wiedzieć. Nikt o niczym nie wie. To po prostu niemożliwe. 
 

Głos Helene zatrzymał te myśli. 

 

- Ale nie ma się czym przejmować. Pamiętasz, jaka Nikoline była dla ciebie miła po 

ś

mierci  Leonarda?  Ona powiedziała  to  tylko  dlatego,  by  wzbudzić  zainteresowanie,  nikt  nie 

zwraca uwagi na to, co ta dziewczyna gada. 
 

Elizabeth  nie  była  w  stanie  odpowiedzieć.  Pot  oblewał  jej  ciało  jak  w  gorączce. 

Znowu  zaczęło  ją  mdlić.  Jeśli  tak  będzie  siedzieć,  to  się  zdradzi,  dlatego  zerwała  się  z 
miejsca.  –  Muszę  do  wygódki.  Wiesz,  kobieta  w  ciąży  musi  częściej  tam  chodzić  – 
powiedziała i pospiesznie wyszła. 
 

Za rogiem wpadła na Jensa. Aż podskoczyła ze strachu. 

 

- Chcesz mnie śmiertelnie przerazić? – wykrztusiła. 

 

- Ależ ty pędzisz! Można pomyśleć, że zobaczyłaś ducha. 

 

Elizabeth  drgnęła.  Gdyby  on  wiedział,  co  naprawdę  czuła.  W  panice  mogła  się 

spodziewać, że zobaczy kogokolwiek – Od Kristiana  po ducha Leonarda. 
 

- Kobietę w ciąży łatwo przestraszyć – powiedziała drżącym głosem w nadziei, że on 

jej uwierzy. 
 

- Ja idę tylko z wiadomością, że Jakob jedzie tą samą drogą, co Helene. Gdyby chciała 

to może ją podwieźć. Wkrótce będzie gotowy – oznajmił Jens. 
 

Elizabeth skinęła głową. 

 

- Powiedz jej o tym, ja muszę do wygódki. 

 

Kiedy  znalazła  się  sama,  drżącymi  rękami  zamknęła  drzwi  na  haczyk  i  opadła  na 

deskę, ukrywając twarz w dłoniach. Siedziała tak długo czując, że serce powoli się uspokaja i 
bije  wolniej.  Słowo  po  słowie  przypomniała  sobie  wszystko,  co  mówiła  Helene.  Czy  ktoś 
mógłby  uwierzyć  Nikoline?  Nagle  nowa  myśl  wpadła  jej  do  głowy:  a  gdyby  teraz  Helene 

background image

 

50

opowiedziała o tym Jensowi? Oczywiście nie ze złośliwości, ale po to,. By pomóc Elizabeth. 
Helene może to zrobić, przecież tak dobrze myśli o Jensie. 
 

Drżącymi rękami otworzyła drzwi. Wyszła akurat na czas, by zobaczyć Helene i Jensa 

wychodzących z domu. Rozmawiali chwilę przy drzwiach, a potem oboje ruszyli w jej stronę. 
Elizabeth zdążyła tylko dostrzec, że Helene uśmiecha się gorąco i wyciąga do niej ramiona.  
 

- Chciałabym spędzić z tobą dużo więcej czasu, ale muszę jechać. Może innym razem 

– mówiła, ściskając Elizabeth. 
 

- Tak, może – odparła Elizabeth tylko, zdając sobie sprawę, że Jens stoi tuż obok. O 

tyle rzeczy jeszcze chciała zapytać, ale teraz nie może, w każdym razie dopóki on tu jest. – 
Odprowadzę cię na dół – powiedziała gorączkowo. 
 

- Nie – Helene protestowała stanowczo. – Pożegnamy się tutaj, bo jak nie to obie się 

popłaczemy – dodała z uśmiechem. 
 

- No tak, ale ja bym… 

 

-  Posłuchaj  mnie  –  przerwała  Helene  i  w  następnej  sekundzie  biegła  już  w  dół,  a 

Elizabeth stała w milczeniu, patrząc w ślad za nią. Przez cały czas miała wrażenie, że wzrok 
Jensa parzy ją w plecy. W końcu podszedł bliżej. 
 

-  Nie  powinniśmy  wejść  do  środka?  Robi  się  późno,  a  ja  mam  ochotę  trochę  z  tobą 

porozmawiać – powiedział. 
 

Elizabeth przełknęła ślinę. 

 

-  Ja  też  chętnie  bym  z  tobą  porozmawiała,  Jens  –  rzekła,  odwracając  się  do  niego 

plecami.  –  Ale  muszę  jeszcze  zajrzeć,  jak  tam  u  taty.  On  z  pewnością  potrzebuje  pomocy. 
Gdybym nie wróciła na wieczorny obrządek, to będziesz tak dobry i zajmiesz się tym? – Nie 
czekając odpowiedzi ruszyła ścieżką w dół. 
 
 

W Nymark nie było nic do roboty. Dorte posprzątała i umyła wszystko, zanim wyszła. 

Andres był w oborze. Tylko Maria siedziała sama w kuchni. Elizabeth mimo to znalazła sobie 
zajęcie, raz jeszcze wytrwała stół, przestawiła kubki w szafce i rozmawiała z Marią. Młodsza 
siostra  miała  swoje  przemyślenia  w  związku  minionym  dniem.  Widziała,  że  trumnę 
spuszczono do grobu i zastanawiała się, w jaki sposób aniołowie wydostaną mamę. Elizabeth 
próbowała  jej  tłumaczyć,  ale  sama  słyszała,  że  jej  wyjaśnienia  brzmią  niewiarygodnie. 
Położyła więc małą spać i otuliła ją szczelnie kołdrą. 
 

-  Mówi  się,  że  dla  Boga  nie  ma  rzeczy  niemożliwych  –  powiedziała  wtedy.  –  Z 

aniołami  jest  pewnie  tak  samo.  Bóg  daje  aniołom  siłę,  by  mogły  wydobyć  mamę  z  ziemi  i 
zabrać ze sobą do nieba. Tak samo jak nam daje siłę, byśmy mogli nadal żyć bez mamy. 
 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  to  zbyt  dorosłe  słowa  jak  dla  Marii,  ale  nie  była  w  stanie 

wymyślać innych tłumaczeń. 
 

-  W  każdym  razie  teraz  anioły  już  to  wszystko  zrobiły  i  mogą  pilnować  ciebie  – 

powiedziała.  Potem  bąknęła  dobranoc  i  pospiesznie  wyszła  z  pokoiku,  zanim  Maria  miała 
czas zadać kolejne pytanie. 
 

Szła  wolno  górę  ku  Dalen.  Przez  cały  czas  zastanawiała  się,  co  powinna  powiedzieć 

Jensowi. W końcu przepowiadała sobie głośno, co powie, gdyby Jens zapytał o to, czego się 
dowiedział  od  Helene  i  zastanawiał  się,  dlaczego  ona  nigdy  mu  o  tym  nie  wspomniała. 
Odpowie mu, że ona i Nikoline nigdy nie mogłaby się ze sobą dogadać i że to wszystko jest 
jedynie złośliwym gadaniem. Bo co właściwie miałaby robić tamtej nocy? Była przekonana, 
ż

e  Leonard  śpi.  Im  częściej  powtarzała  to  w  myśli,  tym  bardziej  słowa  wydawały  jej  się 

przekonujące. Powinna zakończyć stwierdzeniem, że po tym, co Leonard jej zrobił, nie chce o 
nim więcej rozmawiać. Jens to z pewnością zrozumie. 
 
 

Jens siedział przy kuchennym stole, ale zerwał się natychmiast, jak tylko weszła. 

 

- Strasznie długo cię nie było! 

background image

 

51

 

Elizabeth poczuła wyrzuty sumienia. 

 

- Maria chciała porozmawiać, kiedy ją już położyła, do łóżka. – Zrzuciła drewniaki z 

nóg. – Czas chyba, żebyśmy i my się położyli. To był bardzo długi dzień, poza tym bolą mnie 
stopy. 
 

-  No  właśnie,  jak  tam  twoje  poobcierane  pięty?  –  spytał  Jens,  podążając  za  nią  na 

strych. 
 

W drewniakach lepiej. 

 

Nie  pomyliła  się.  nastrój  był  napięty,  jakby  ich  dzieliły  jakieś  niewypowiedziane 

słowa. 
 

Rozebrali się w milczeniu. Elizabeth odwrócona do niego plecami, starała się zyskać 

na  czasie.  Wszystko,  co  miała  zamiar  powiedzieć,  nagle  wydawało  się  zbyt  trudne.  Kiedy 
usłyszała, że Jens już się kładzie, włożyła nocną koszulę i ziewnęła przeciągle. 
 

- Boże kochany, jaka ja jestem zmęczona – jęknęła, wpełzając pod wspólną kołdrę. 

 

On  natychmiast  położył  się  na  boku  i  przyciągnął  ją  do  siebie.  Leżała  przytulona 

plecami do jego piersi, czuła oddech męża na karku i silne ramiona w talii. 
 

- Elizabeth – zaczął ostrożnie. – Helene powiedziała mi coś na odjezdnym. 

 

- Ach tak – bąknęła Elizabeth, czując, że zasycha jej w gardle. 

 

- Ona powiedziała, że muszę o ciebie bardzo dbać, bo lepszego  człowieka niż ty nie 

ma na tej ziemi. 
 

Krew Elizabeth burzyła się w żyłach. Serce biło jak szalone z dzikiej radości. Czy to 

wszystko? Tylko tyle Jens chciał jej powiedzieć? 
 

-  O  tym  chciałeś  rozmawiać,  kiedy  musiałam  iść  do  taty?  –  spytała,  słysząc  jak 

delikatnie brzmi jej głos. 
 

-  Tak.  Nie  wiem,  dlaczego  było  takie  ważne,  żebym  ci  zaraz  powiedział.  Przecież 

zawsze wiedziałem to, co mówiła Helene, ale słowa brzmią jakoś inaczej, kiedy wypowie je 
ktoś  inny.  Chcę  tylko,  żebyś  o  tym  wiedziała.  Strasznie  cię  kocham,  Elizabeth.  – 
Odchrząknął. – I myślałem też o innej sprawie, o tym, co powiedział pastor. Nie wiem, jak to 
przyjęłaś? 
 

- Co takiego? – spytała szeptem. 

 

-  On  powiedział,  że  Bóg  rzeczywiście  wszystkiemu  przydaje  sensu,  nawet  temu,  że 

twoja mama umarła. 
 

Tego było Elizabeth za wiele. Odwróciła się do męża, ukryła twarz na jego piersiach i 

wybuchnęła płaczem.  
 

- Boże drogi, Jens! Żebym tylko mogła swoim życiem zasłużyć na to szczęście, jakie 

płynie z małżeństwa z tobą i żebym była w stanie przyjmować całe dobro, jakie mi dajesz. 
 

- No coś ty, kochana moja – szeptał poruszony i głaskał ją po plecach. – Nie możesz 

płakać dlatego, ze ja cię kocham. Wiem, oczywiście, że nie wszyscy małżonkowie tak sobie 
mówią, ale… 
 

Chciał dodać coś jeszcze, ale Elizabeth położyła mu palce na wargach. 

 

- Już nic nie mów. Tylko mnie obejmuj – szeptała. 

 

I tak leżeli, mocno objęci, aż poczuła, że sen nadchodzi. Ostatnią myślą było, że nie 

potrafi jej się nic złego, dopóki może tak leżeć w ramionach Jensa. Pragnęła, żeby ta chwila 
nigdy się nie skończyła. 
 
Rozdział 9 
 
 

Nadszedł  czerwiec  z  ciepłem  i  pełnymi  słońca  dniami.  Grube  wełniane  spódnice  i 

samodziałowe  spodnie  ludzie  zamienili  na  cieńsze  ubrania.  Zwierzęta,  wychudzone  po 
długiej, ciężkiej zimie, zostały wyprowadzone w góry. Tam mogą jeść, ile tylko są w stanie. 

background image

 

52

 

Elizabeth  i  Jens  dostali  siano  z  Heimly  i  Nymark.  Ale  nikt  nie  ma  za  dużo  i  ona 

najbardziej cieszyła się z tego, co mogą zebrać sami. 
 

Trzymając  się  za  ręce  szli  w  górę  na  Nonshaugen.  Było  po  południu  i  reszta 

mieszkańców wsi korzystała z zasłużonego odpoczynku „Żeby jedzenie dobrze się ułożyło”, 
jak  to  mówią.  Elizabeth  pochyliła  się,  by  zerwać  jakieś  źdźbło.  Aż  dziwne,  że  często  byle 
drobiazg  potrafi  wzbudzić  we  mnie  taką  szaloną  radość,  myślała.  Nawet  nie  wiem,  o  co 
chodzi. Po prostu odczuwam fale szczerej wdzięczności. 
 

Westchnęła z zadowolenia i uścisnęła rękę Jensa. On odpowiedział jej uśmiechem. 

 

-  No  to  jesteśmy  na  miejscu  –  powiedział,  rozkładając  futrzane  okrycie  na  trawie. 

Gestem zaprosił Elizabeth, by usiadła pierwsza, po czym opadł tuż przy niej. 
 

Dłuższy  czas  po  prostu  siedzieli  i  patrzyli  na  morze,  mieniące  się  i  połyskujące,  jak 

okiem sięgnąć. Edredon z trójką młodych płynął wolno w stronę brzegu. Ciepłe, rozedrgane 
powietrze przesłaniało krajobraz, lekki wietrzyk bawił się włosami Elizabeth. 
 

- To będzie nasze miejsce, Jens – powiedziała. 

 

- Tak – zgodził się po prostu, obejmując ją ramieniem. 

 

Położyła głowę na jego piersi. – Tu będziemy spędzać latem chwile odpoczynku, jak 

teraz. A zimą będę tu przychodziła patrzeć, czy nie wracasz z połowów. Z czasem nauczymy 
nasze dziecko, żeby kochało to miejsce tak samo jak my. 
 

- Będziemy mieć tylko jedno? – spytał Jens, a Elizabeth wiedziała, że się uśmiecha. 

 

-  W  każdym  razie  na  początek,  a  potem  zobaczymy,  co  czas  przyniesie  –  odparła 

lekko. Popatrzyła w górę na niego i dodała poważnie. – Ale nie wyobrażaj sobie, że będę ci 
rodzić  dziecko  co  roku.  Musimy  trochę  uważać…-  reszty  nie  była  w  stanie  powiedzieć.  To 
zbyt intymne. 
 

Jens pocałował ją w czoło. 

 

-  Nie,  no  coś  ty,  dwoje  wystarczy.  Chodź,  połóż  się  tutaj,  Elizabeth.  Chętnie 

odpowiedziała na zaproszenie i tak leżeli, wpatrując się w białe obłoki, wolno przepływające 
po niebie, i próbowali odnajdować w ich kształtach podobieństwo do ludzi i rzeczy. 
 

- Jak myślisz, co by sąsiedzi powiedzieli, że leżymy tak w środku dnia – mruczał Jens. 

 

- Niech sobie mówią, co chcą – prychnęła Elizabeth. – Kopanie torfu to ciężka robota. 

Człowiek zasługuje  na  odpoczynek.  W  przyszłym  miesiącu  sianokosy,  potem  trzeba  zwozić 
torf pod dach, a potem znowu… 
 

- Dobrze, dobrze, ja wiem. Nie przypominaj mi wszystkiego. – Jens przewrócił się na 

bok i głaskał palcem wskazującym grzbiet jej nosa. 
 

-  Masz  najpiękniejsze,  jasnobrązowe  oczy,  jakie  znam  –  powiedział  i  Elizabeth 

westchnęła  zadowolona  z  jego  słów.  Teraz  wcale  nie  czuła  się  urodziwa  z  tym  wielkim 
Bruchem. Wieczorami zawsze wkładała nocną koszulę odwrócona do Jensa. Pewną pociechą 
było  to,  że  nie  ma  takich  sinych  rozstępów  na  brzuchu  i  piersiach,  jakie  miała  Dorte. 
Wspomnienie porodu Dorte sprawiło, że Elizabeth zadrżała. 
 

- Zimno ci? – spytał Jens. 

 

- Nie, ale pomyślałam o porodzie. Boję się.  

 

- Mhm – bąknął tylko, kładąc rękę na jej sterczącym brzuchu. 

 

Elizabeth delikatnie ją odsunęła i splotła swoje palce z jego tak, by nie domyślił się, że 

ona wstydzi się teraz swojego ciała. Poza tym mężczyźni nie powinni w ten sposób dotykać 
swoich żon, zdążyła się nauczyć, że wszystkie pieszczoty, powinny odbywać się w łóżku. Tak 
słyszała.  Cóż,  wiedziała,  że  wiele  małżeństw  nie  odnosi  się  do  siebie  z  życzliwością  i 
dobrocią.  Ta  wieczna  harówka,  by  zdobyć  jedzenie,  coś  z  ludźmi  robi. A  już  o  porodach  to 
naprawdę z mężczyznami rozmawiać nie należy. Mimo to nie zdołała się powstrzymać. 
 

-  Poród  Dorte  trwał  długo,  ona  bardzo  cierpiała  –  westchnęła  Elizabeth,  ale  zaraz 

umilkła,  nie  wiedząc,  jak  daleko  właściwie  mogłaby  się  posunąć.  Z  drugiej  strony  jednak 

background image

 

53

dobrze  jest  pomówić  o  czymś,  co  człowiekowi  ciąży.  –  Kiedy  mama  rodziła  Marię,  ja 
wszystko widziałam. To ja musiałam też sprowadzić pomoc – mówiła.  
 

Jens przerwał jej leciutkim pocałunkiem. 

 

- Ale nie jest powiedziane, że z tobą musi być tak samo, Elizabeth. Nie widziałaś kóz 

czy kocących się owiec? Niektóre rodzą lekko, u innych trwa to znacznie dłużej – tłumaczył. 
 

- Porównujesz mnie z owcą? 

 

Jens objął ją. 

 

-  Nie  chciałem.  Pamiętaj,  że  jestem  jedynie  mężczyzną  i  nie  wszystko  rozumiem!  – 

ż

artował. 

 

Elizabeth spoglądała na niego z uśmiechem. 

 

- Nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje. W jednej chwili jestem szczęśliwa i radosna, 

w następnej mogłabym krzyczeć. 
 

- To dlatego, że jesteś w ciąży. 

 

-  A  co  ty  o  tym  wiesz?  Przecież  jesteś  mężczyzną,  który  mało  co  rozumie?  – 

Uszczypnęła go w bok, aż podskoczył. 
 

- Ragna tak powiedziała, ona mówi, że u kobiet w ciąży łatwo o łzy, ale ty jesteś inna, 

stanowcza i wiesz czego chcesz. 
 

Elizabeth  leżała  pozwalając,  by  te  słowa  zapadły  jej  w  serce,  a  potem  wybuchnęła 

swobodnym  śmiechem.  Dlatego,  że  jest  pod  tym  względem  normalna,  ale  też  dlatego,  że 
widocznie Ragna żywi dla niej odrobinę szacunku, mimo wszystko, w każdym razie Elizabeth 
może mieć taką nadzieję. Położyła się znowu na plecach i zamyślona spoglądała w niebo. 
 

-  Ragna  uważa,  że  dziecko  powinno  urodzić  się  na  przełomie  maja  i  czerwca,  bo 

pamięta,  kiedy  wyjechałam  do  Dalsrud.  –  Nie  zdobyła  się  jednak  na  to,  by  przypomnieć 
Jensowi,  że  w  ciąży  zaszła  dopiero  w  październiku.  Ani  ona,  ani  on  nie  chcieli  mówić  o 
gwałcie. Poza tym Jens wie o wszystkim od dawna. Chociaż najwyraźniej specjalnie go to nie 
martwi. 
 

- Nie sądzę, żeby ludzie szczególnie się nad tym zastanawiali – powiedział spokojnie. 

 

- Może Dorte czy Jakob to nie, ale Ragna wciąż szukała czegoś przeciwko mnie. A jak 

raz nabierze podejrzeń, że nie ty jesteś ojcem dziecka, to… 
 

- Nie przejmuj się tak Ragną – przerwał Jens, oskubując wolno jakiś kwiatek. 

 

Elizabeth wiedziała, że nie ma nic złego na myśli, ani też nie próbuje bronić przed nią 

przybranej matki, mimo wszystko jednak jego słowa ją zabolały. 
 

- Ja wiem, że ona źle o mnie myśli – zakończyła stanowczo. 

 

Jens wzruszył ramionami i milczał. Ona też długo się nie odzywała. 

 

-  Uważam,  że  nie  powinnaś  już  dłużej  pracować  przy  torfie  –  oznajmił  Jens 

nieoczekiwanie. 
 

- Dlaczego nie? 

 

-  Bo  niedługo  masz  rodzić.  Mokry  torf  jest  okropnie  ciężki,  a  zresztą  mało  to  masz 

roboty w domu? 
 

- W domu zajęcia nigdy się nie kończą – westchnęła Elizabeth, myśląc o stosach ubrań 

do prania. Przez chwilę pomyślała, że Jens chce trzymać ją z daleka od Ragny, ale chyba nie. 
Po co miałaby to robić? Sprzeczkom i tak nie zdoła zapobiec, poza tym on zawsze chce dla 
ż

ony jak najlepiej. 

 

-  Mam  robotę  i  na  dzisiaj,  i  na  przyszłość,  więc  jeśli  uważasz,  że  mógłbyś  poradzić 

sobie beze mnie, to… powiedziała i roześmiała się, nie kończąc. 
 

Jens odwrócił się i przytulił do żony. 

 

-  Ale  jeśli  powiem,  że  w  tej  chwili  sobie  bez  ciebie  nie  poradzę…  -  szepnął 

rozgorączkowany. 
 

Uśmiech zamarł na wargach Elizabeth. 

 

- Nie, Jens. Teraz to niemożliwe, tuż przed porodem. 

background image

 

54

-  Słyszała  o  tym  kiedyś,  choć  nie  pamiętała,  kiedy.  Ale  tak  naprawdę  była  za  bardzo 
skrępowana. Leżeć półnaga z Jensem na wzniesieniu, w środku słonecznego dnia… nigdy by 
się  na  to  nie  odważyła.  Jens  wycofał  się  niechętnie,  bąkając,  że  nie  szkodzi.  Elizabeth 
wiedziała jednak, że jest rozczarowany. 
 

Wkrótce zeszli na dół, a Jens mimo wszystko był dla niej miły jak zawsze. 

 

- Jesteś pewna, że nie potrzebujesz pomocy nad strumykiem przy praniu? – pytał Jens 

następnego dnia. 
 

- Całkowicie pewna – odparła Elizabeth zdecydowanie. – Postawię balię na sankach i 

pociągnę po trawie. Już tak robiłam. 
 

On  trochę  niechętnie  siknął  głową.  Pokręcił  się  jeszcze  trochę  po  obejściu,  zanim 

wyruszył  na  torfowiska.  Elizabeth  stała  i  patrzyła  w  ślad  za  nim,  potem  ujęła  sznur  i 
pociągnęła saki za sobą. Wymagało to większego wysiłku, niż sądziła. Bliska paniki myślała, 
jak to będzie w drodze powrotnej, z ubraniami ciężkimi od wody. Sznur wyrzynał się w dłoń, 
w końcu musiała owinąć rękę fartuchem. Ostatecznie jakoś dała sobie radę. 
 

Woda  w  strumieniu  była  lodowata.  Elizabeth  ustawiła  balię  i  wzięła  koszulę  Jensa, 

leżącą  na  samym  wierzchu.  Namydliła  ją  i  długo  wgniatała,  a  potem  wypłukała  w  zimnej 
wodzie. I gdyby ją odkładała, poczuła, że coś się z nią dzieje. Jakieś mrowienie, pojawiające 
się  w  okolicy  krzyża  i  schodzące  w  dół  do  brzucha.  Skuliła  się  z  jękiem  i  czekała,  aż  jej 
przejdzie. – To nic takiego – powtarzała sobie, ale z niepokojem spoglądała na stos brudnych 
ubrań. Najpierw powinna skończyć pranie. Gdyby dziecko urodziło się teraz, ubrania jeszcze 
długo  leżałyby  brudne.  Dom  też  trzeba  wysprzątać!  Z  lękiem  spoglądała  w  górę,  ku 
torfowisku. Czy powinna tam iść i uprzedzić Jensa? Nie, to daleko. Lepiej wykorzystać czas 
na pranie. I pomyśleć, gdyby dziecko zaczęło się rodzić tam, na górze? 
 

Energicznie  chwyciła  kolejną  sztukę  i  wróciła  do  pracy.  Tym  razem  z  jeszcze 

większym zapałem. 
 

Już niemal połowa ubrań była czysta, gdy usłyszała za sobą głos: 

 

- Widzę, że zaplanowałaś wielkie pranie? 

 

Elizabeth  odwróciła  się  i  napotkała  spojrzenie  Ragny.  Stłumiła  jęk  i  zmusiła  się  do 

uśmiechu. 
 

- No, trzeba to zrobić, potrzebujemy czystych ubrań – powiedziała. 

 

Ragna poszła na swoje miejsce nad strumieniem i też zabrała się do roboty. Raz po raz 

zerkała spod oka na synową. 
 

- To bez jakiegoś szczególnego powodu tak się spieszysz? – spytała, przyglądając się 

Elizabeth badawczo. 
 

-  Jaki  szczególny  powód  masz  na  myśli?  Nie  wystarczy,  że  chcemy  mieć  czyste 

ubrania? – spytała tamta cicho drżącym głosem. 
 

Ragna czuje, że ma nade mną przewagę, pomyślała. Wiedziała i zresztą obawiała się 

tego,  co  teściowa  chce  ustalić:  chodzi  o  termin  porodu.  Dlatego  powstrzymywała  się  od 
komentarzy, a jednocześnie szukała jakiegoś wyjaśnienia, gdyby okazało się konieczne. 
 

-  Nie  było  cię  na  torfowisku  ani  wczoraj,  ani  dzisiaj  –  mówiła  Ragna,  wykręcając 

praną rzecz. 
 

-  Tęskniłaś  za  mną?  –  spytała  Elizabeth,  próbując  się  roześmiać,  ale  wiedziała,  że 

tamta  nie  taką  odpowiedź  chciała  usłyszeć.  W  takim  razie  dostanie  ją,  i  to  jeszcze  zanim 
zdążyła zapytać. 
 

-  Mój  termin  już  dawno  minął  i  mogę  w  każdej  chwili  zacząć  rodzić.  Dlatego 

uważamy, że powinnam trzymać się blisko domu. Nie myślisz, że tak jest rozsądnie, Ragna? 
 

Po twarzy teściowej poznała, że Ragna nie spodziewała się usłyszeć czegoś takiego i 

bardzo  ją  to  rozbawiło.  W  tym  momencie  znowu  pojawił  się  ból.  Przeszył  ją  od  krzyża  po 
brzuch, dokładnie tak samo jak poprzednio, tylko z dużo większą siłą. Jęknęła i przytrzymała 
się balii. Ragna zerwała się z miejsca. 

background image

 

55

 

- Źle się czujesz? – spytała skrępowana. 

 

Elizabeth  musiała  przyjrzeć  jej  się  uważnie.  Czy  to  ta  sama  Ragna  przemawia  teraz 

łagodnym  głosem?  Czyżby  się  o  mnie  martwiła?  Kusiło  ją,  żeby  z  tego  skorzystać,  ale 
opanowała się i pokręciła głową. 
 

- Nie, nic mi nie jest – powiedziała, spoglądając na teściową. Potem chwyciła ostatnią 

rzecz  do  prania,  szybko  i  niestarannie  namydliła  ją,  zaraz  potem  wypłukała.  Wiedziała,  że 
Ragna obserwuje każdy jej ruch, również to pospieszne, niedbałe pranie. Pewnie kiedyś jej to 
wykrzyczy, ale akurat teraz Elizabeth miała w głowie tylko jedno: skończyć pranie i wrócić 
do domu. 
 

-  No  to  zrobione  –  rzekła  po  chwili    podniosła  się  ciężko.  –  Idę  do  domu  wieszać 

pranie. Nie mówiąc już nic więcej odwróciła się, ujęła linkę i z całej siły pociągnęła za sobą 
sanie.  W  połowie  drogi do  domu znowu zgięła  się  w  pół,  bo  kolejna  fala  bólu  przeszyła  jej 
ciało.  Pot  lał  się  z  niej  strumieniami,  ale  to  pewnie  dlatego,  że  sanki  z  mokrymi  ubraniami 
były bardzo ciężkie. Złożyła opuchnięte ręce. 
 

- Boże Wszechmogący – modliła się. – Musisz mi pomóc jeszcze ten jeden jedyny raz. 

– Chociaż nie dotrzymałam obietnicy. Amen. 
 

Potem  wyprostowała  się  i  wolno  poszła  do  domu.  Czy  powinna  zawołać  teściową? 

Zastanawiała się, czy poprosić Ragnę, żeby z nią została przynamniej dopóki Jens nie wróci? 
Nagle  ogarnęło  ją  przerażenie.  Jeśli  dziecko    urodzi  się  teraz,  to  przyjdzie  na  świat  co 
najmniej  miesiąc  za  wcześnie.  W  dodatku  na  myśl  o  bólu,  jaki  ją  czeka,  oblewał  ją  gorący 
pot.  Reszta  popołudnia  i  wieczór  upłynęły  Elizabeth  na  normalnych  zajęciach,  a  kiedy  Jens 
wrócił  do  domu,  od  kilku  godzin  nie  odczuwała  żadnego  bólu.  Może  to  tylko  ostrzeżenie, 
myślała z mieszanymi uczuciami i postanowiła na razie nic mężowi nie mówić. 
 
 

W nocy obudziła się z uczuciem, że musi się wysikać. Wstała po omacku i usiadła na 

nocniku, ale wypłynęła z niej tylko cienka stróżka. Instynktownie domyśliła się, że to wody 
płodowe  zaczynają  odchodzić.  Trzeba  obudzić  Jensa,  przemknęło  jej  przez  głowę,  ale 
odrzuciła  ten  pomysł.  Jeśli  ma  przez  to  wszystko  przejść,  musi  zachowywać  spokój.  Tak 
właśnie powtarzała Dorte, płaczącej ze strachu na kuchennej podłodze. Mimo wszystko ręce 
jej się trzęsły, kiedy wkładała wełniane pończochy i kubrak, żeby zejść do kuchni. Z pozoru 
uspokojona czyniła niezbędne przygotowania do porodu, rozpalała ogień w piecu, nastawiła 
wodę  w  kociołku.  Potem  przygotowała  posłanie  na  rozsuwanej  kuchennej  ławie,  wyjęła 
czyste  prześcieradła,  nożyczki,  dziecięce  ubranka  i  taśmę  do  przewiązania  pępowiny.  W 
którymś momencie odeszła reszta wód. I rozpętało się. ledwie miała czas odetchnąć. Pojawiły 
się  skurcze,  Elizabeth  szybko  położyła  się  na  posłaniu.  Dokładnie  tak  samo  było  z  mamą, 
kiedy rodziła Marię. Elizabeth wiedziała więc, że po odejściu wód powinna leżeć. Nie wolno 
jej wstawać, ani chodzić.  
 

Teraz  pojęła,  dlaczego  Dorte  wstrzymywała  dech,  kiedy  bóle  były  najsilniejsze.  Kto 

by  wtedy  mógł  spokojnie  oddychać?  Skurcze  nadchodziły  niemal  nieprzerwanie,  pomyślała 
więc, że czas budzić Jena. 
 

Między  jednym  a  drugim  skurczem  wołała  go  głośno  po  imieniu,  potem  znowu  się 

kuliła udręczona, czekała na kolejną falę bólu i zbierała siły. Zawołała znowu i po chwili Jens 
stanął przy niej. 
 

- Musisz mi pomóc – poinformowała bez ogródek. – Zobaczyła go, jak stoi w długich 

kalesonach, z potarganymi włosami. Dostrzegła, że drży i na chwilę zwątpiła, czy on w ogóle 
będzie dla niej jakąś pomocą. 
 

- Myślę, że pobiegnę po Ragnę – oznajmił Jens nagle  zaczął wkładać spodnie, które 

trzymał w rękach. 
 

-  Ragna  tu  nie  przyjdzie.  Ani  ona,  ani  żadna  inna  ciekawska  baba.  Poradzimy  sobie 

sami. Słyszysz mnie, Jens? – mówiła z siłą, której sama w sobie nie czuła. 

background image

 

56

 

On kiwał pospiesznie głową. 

 

- Skoro ty tak uważasz… 

 

- Tylko musisz teraz robić, co ci powiem – ciągnęła dalej, a Jens wciąż kiwał głową. – 

Potrzebuję wsparcia i pociechy, kiedy mam bóle. Rozcieraj mi plecy, to pomaga. 
 

Krzyczała  i  jęczała  na  przemian,  mimo  wszystko  bóle  są  do  wytrzymania,  myślała, 

kiedy Jens ocierał jej spocone  czoło. Może to on dodaje mi siły? Chyba już się nie boi, nie 
wygląda  na  to.  Tylko  jest  mu  przykro,  że  ja  cierpię.  Kiedy  musiała  przeć,  pomagał  jej,  jak 
mógł. Trzymał za ramiona, przyciskał jej głowę do piersi. 
 

- No, teraz to już musi być koniec – jęknęła Elizabeth, kiedy bóle parte powtarzały się 

raz za razem i nie wiedziała, ile jeszcze może wytrzymać. Chwyciła rękami krawędzie łóżka i 
parła  dopóty  dopóki  nie  wypchnęła  z  siebie  dziecka.  Jens  stał  przez  kilka  sekund  i  tylko 
patrzył,  w  końcu  ostrożnie  uniósł  w  górę  malutkiego,  nowego  człowieka.  Kiedy  maleństwo 
wrzasnęło  wściekle,  jakby  w  proteście,  była  dla    niego  za  wiele  –  dorosłemu  mężczyźnie 
zaszkliły się oczy. 
 

-  To  jest  mała  Elizabeth  –  powiedział  ochrypłym  głosem,  wyciągając  przed  siebie 

dziecko, które trzymał w wielkich dłoniach. 
 
 

Elizabeth  wciągała  słodkawy  zapach  noworodka,  czując  maleństwo  w  ramionach  i 

nóżki poruszające się po jej piersiach. Zaciśnięta piąstka była taka maleńka! O wiele mniejsza 
niż rączka Daniela, kiedy się urodził. 
 

-  Tak,  jesteś  małą  Elizabeth  –  wyszeptała  ledwo  dosłyszalnie  z  wargami  przy  małej 

główce.  Należysz  do  mnie  i  Jensa,  do  nikogo  innego  nigdy  nie  należałaś.  Ona  jest  moja, 
myślała, czując, że serce nabrzmiewa od matczynej miłości. Takie uczucia i taka radość nie 
były mi dotychczas znane – myślała, ocierając pojedynczą łzę. Jaka to uroczysta chwila! Nie 
ma słów, żeby ją nazwać. Elizabeth została matką. 
 

Wtedy  poczuła,  że  kolejny  skurcz  choć  już  nie  taki  bolesny,  przeszywa  jej  brzuch,  i 

wypycha łożysko. 
 

- O Zbawicielu – jęknął Jens, wpatrując się w zakrwawioną masę. 

 

-  W  tym  znajdowało  się  dziecko  –  tłumaczyła  Elizabeth.  –  Teraz  przynieś  te  dwie 

taśmy, które położyłam na ławie, musisz mi w czymś pomóc. – Przewiąż taśmą tutaj, a drugą 
tutaj – mówiła, pokazując. – Dobrze, teraz możesz przeciąć pośrodku. 
 

Jens skrzywił się boleśnie. 

 

- Czy ją to zaboli? – spytał. 

 

- No coś ty! Nie widziałeś zwierząt? One przegryzają pępowinę. Tnij już! 

 

Zrobił, co mu kazała, a potem uśmiechnął się z dumą. 

 

-A  teraz  weźmiesz  łożysko  i  zakopiesz  je  gdzieś  –  powiedziała,  czekając,  aż  Jens 

znajdzie  się  za  drzwiami.  Wtedy  położyła  się  na  boku,  podsuwając  rękę  pod  dziecko. 
Maleńka cmokała w powietrze i kręciła główką. Elizabeth przyłożyła brodawkę piersi do jej 
ust  i  wkrótce  dziecko  zaczęło  wysysać  pierwsze  życiodajne  krople.  Elizabeth  nie  była  w 
stanie powstrzymać łez. 
 

-  Jesteś  taka  malutka,  ale  wierzę,  że  dasz  sobie  radę  –  szeptała.  Jesteś  moja.  Moja  i 

Jensa  i  jeśli  jesteś  do  nas  podobna,  to  będzie  uparta  i  zawsze  będziesz  wiedziała,  czego 
chcesz.  Wodziła  palcem  wskazującym  po  maleńkiej  buzi.  Jest  podobna  do  mnie,  nie  do 
Leonarda,  dzięki  ci  Boże,  myślała.  Ma  moje  brwi.  Wyglądają  jak  narysowane,  i  oczka  też 
pewnie będzie miała złocistobrązowe, takie jak ja. Dzięki ci, Boże, jeszcze raz dziękuję ci za 
wszystko. 
 

Kiedy Jens wrócił, dziecko spało.  

 

-  Musisz  teraz  zagrzać  wody  i  ją  wykąpać.  Ubranka  wyłożyłam  na  ławie  –  mówiła 

Elizabeth sennie ze swojego posłania. 

background image

 

57

 

Niepewny,  ale  z  bardzo  uroczystą  miną  Jens  wziął  dziecko  w  silne  ramiona,  a  ono 

natychmiast zaczęło wrzeszczeć. 
 

-  Przytulaj  ją  do  siebie,  żeby  czuła  się  bezpieczna  –  powiedziała  spokojnie.  Kiedy 

płacz ucichł, słyszała, że Jens przemawia do dziecka uszczęśliwiony. 
 

Młoda  matka  przymknęła  oczy.  Dopiero  teraz  czuła,  jak  bardzo  jest  wyczerpana. 

Miała wrażenie, że unosi się na łagodnych falach, a reszta świata i wszystkie dźwięki znikają. 
Wydawało jej się, że nic nie waży. Stopy prawie nie dotykały ziemi, kiedy wchodziła na górę, 
w  stronę  Nonshaugen.  Słońce  mocno  ogrzewało  skórę,  a  kiedy  wyciągnęła  ramiona,  by 
naprawdę poczuć ciepło, zdała sobie sprawę, że ma na sobie tylko nocną koszulę. To dziwne, 
ale  nie  odczuwała  skrępowania  –  uważała  że  to  całkiem  naturalne,  że  tak  powinno  być. 
Niebieskie dzwonki i inne kwiaty skłaniały się ku niej pod wpływem łagodnego wietrzyku. W 
końcu znalazła się na szczycie, stamtąd widziała morze i błękitne niebo. 
 

- Elizabeth, dziecko moje. Jak ty się czujesz? – usłyszała nagle jakiś głos. 

 

Odwróciła się ku niemu, ale wciąż nie widziała, skąd pochodzi. Jakby docierał do niej 

z różnych stron równocześnie. I wydawał się taki znajomy. 
 

- Mama? – spytała niepewnie. – Czy to ty? 

 

- Tak, moje dziecko, to ja. 

 

- Gdzie ty teraz jesteś? 

 

-  Nie  zastanawiaj  się  nad  tym.  Nie  jest  dobrze.  tu  nie  ma  biedy  ani  harówki,  nie  ma 

głodu, niczego mi nie brak. 
 

-  Mamo!  –  Elizabeth  czuła,  że  płacz  dławi  ją  w  gardle.  –  Ja  tak  za  tobą  tęsknię! 

Powinnaś  teraz  tutaj  być  i  zobaczyć  moje  maleństwo.  Córeczka  jest  taka  śliczna!  Jest  tylko 
moja i Jensa. – Umilkła na chwilę. Nie może się zdradzić przed matką, kim jest prawdziwy 
ojciec. matka powinna wierzyć, że w Dalsrud było jej dobrze. 
 

- Do kogo jest podobna? – spytał znowu głos matki. 

 

-  Do  mnie.  Jens  powiedział,  że  to  mała  Elizabeth.  –  Przełykała  ślinę,  chcąc  stłumić 

wzbierający płacz i pospieszne ocierała oczy. Potem głęboko wciągnęła powietrze. – Maria i 
tata też mają się dobrze – rzekła na koniec. 
 

Nie doczekała się już odpowiedzi. 

 

- Słyszysz mnie, mamo? – pytała kręcąc się wokół i spoglądając przed siebie. Nagle 

znowu usłyszała głos. 
 

- Dbaj o siebie, moje dziecko. 

 

Ciepły wiatr pieścił jej policzki. Przez chwilę panowała cisza, potem rozległ się gdzieś 

daleko płacz dziecka. Muszę je odnaleźć, pomyślała i zaczęła biec. 
 

Obudziła  się  z  drżeniem.  Rozglądała  się  oszołomiona  po  pokoju  i  zobaczyła  Jensa, 

który chodząc tam i z powrotem próbował uspokoić małą. 
 

- Ona znowu jest głodna – stwierdziła Elizabeth, wciąż bardzo zaspana. 

 

- Nie śpisz? – spytał. 

 

Podszedł i położył jej dziecko w zagłębieniu łokcia, a sobie przysunął krzesło. 

 

Elizabeth  głaskała  jasną,  pokrytą  puchem  główkę  i  znalazła  maleńkie  wgłębienie 

pośrodku  czaszki,  gdzie  kości  jeszcze  nie  całkiem  się  zrosły.  Ostrożnie  pocałowała 
ciemiączko, wydychając słodki zapach noworodka. 
 

-  Śniła  mi  się  mama  –  powiedziała,  że  nie  odrywając  wzroku  od  dziecka.  –  I 

pomyślałam, że nazwiemy naszą córeczkę Ane, po mamie. 
 

Jens długo nic nie mówił, aż się przestraszyła, że zaprotestuje. Nie jestem przesądna, 

pomyślała, ale to przecież znana sprawa, że jeśli człowiekowi przyśni zmarły, to powinno się 
po  nim  ochrzcić  dziecko.  Bo  jak  nie,  to  dziecko  będzie  płaczliwe,  albo  jeszcze  gorzej  – 
chorowite i umrze. 
 

- W takim razie dajmy jej Ane- Elsie, żeby po tobie też było – zaprotestował w końcu 

Jens. 

background image

 

58

 

Elizabeth poczuła radość w sercu, ale też i zwątpienie.  

 

- A nie powinniśmy jej ochrzcić po tobie? Na przykład Ane-Jensine, co tym myślisz? 

 

- Po mnie to ona będzie zapisana jako Jensdatter, ale skoro jest małą Elizabeth, taka 

podobna  do  ciebie,  to  musi  być,  jak  mówię.  –  Uśmiechnął  się  przy  tym  tak,  że  Elizabeth 
zrobiło  się  ciepło  z  radości.  Tak,  córeczka  to  wykapana  matka,  trudno  zaprzeczyć.  A  jako 
Jensdatter zostanie wpisana do kościelnej księgi. 
 

Samotna  łza  spłynęła  po  policzku  Elizabeth  i  spadła  na  buzię  małej.  Dziecko 

poruszyło powiekami ale jakby w ogóle niczego nie zauważyło. 
 

-  Zagrzałbyś  dla  mnie  wody?  –  spytała.  –  Muszę  się  umyć  i  przebrać.  Pościel  też 

trzeba zmienić. 
 

Jens natychmiast wstał, słyszała potem, jak chodzi. Dołożył torfu do ognia, przyniósł 

czystą pościel ze strychu i wyjął ubranie dla żony. Kiedy skończył, dziecko wypuściło pierś z 
buzi.  Strużka  mleka  spływała  po  maleńkiej  bródce.  Elizabeth  patrzyła  na  zamknięte  oczka. 
Pod delikatną niczym pajęczyna skórą dostrzegała ledwo widoczne naczynia krwionośne. 
 

Biedna  malutka,  jaka  ona  jest  niewinna,  pomyślała  i  zaczęła  modlić  się  w  duchu: 

dzięki Ci, wielki Boże. Wierzę, że unosiłeś nade mną tej nocy swoją pomocną dłoń i dzięki 
temu poród był lżejszy, niż myślałam. Nie zasłużyłam na to, ale spraw, żeby moja córeczka 
rosła  i  była  silna.  Ona  jest  taka  bezbronna…  znowu  zbierało  jej  się  na  płacz,  więc  szybko 
powiedziała „Amen” i zakończyła modlitwę. 
 

- Połóż małą w kołysce, Jens. Tam śpi najlepiej. 

 

Mąż  wziął  zawiniątko  i  ostrożnie  złożył  w  kołysce,  która  od  kilku  tygodni  czekała 

gotowa.  Sam  ją  zrobił.  ani  ja,  ani  Maria  nie  miałyśmy  czegoś  równie  pięknego,  pomyślała 
Elizabeth, z czułością patrząc na śliczny mebelek. Jens to w ogóle nie wie, gdzie go położyli 
po urodzeniu, ale powiedział kiedyś, że raczej wątpi, aby to była nowa kołyska. Urodził się w 
ziemiance i w niej spędził pierwszych siedem lat życia. 
 

-  Mogę  ci  pomóc?  –  spytał  trochę  niepewnie,  kiedy  Elizabeth  zaczęła  wstawać. 

Musiała się roześmiać. Przyjął dziecko na świat i zajmował się nim, jakby przez całe życie nic 
innego  nie  robił,  a  teraz  nagle  jest  skrępowany  nagością  żony.  Przecież  dopiero  co  ona 
odsłoniła się przed nim tak, że w innych okolicznościach nigdy by się na to nie odważyła. 
 

- Bądź w pobliżu na wypadek, gdybym zasłabła – powiedziała. – Trochę mi się kręci 

w głowie, ale chyba poradzę sobie sama. 
 

Marzyła o porządnej kąpieli, na razie jednak trzeba się zadowolić miednicą, którą Jens 

ustawił  na  krześle.  Trzęsącymi  się  dłońmi  obmyła  pospiesznie  piersi  i  szyję,  przeciągnęła 
myją pod pachami. Jens siedział na krześle, odwrócony do niej plecami, ale z tego akurat była 
zadowolona. Brzuch miała bowiem obwisły  niczym mokry worek, krew  spływała po udach, 
nogi  się  pod  nią  uginały.  Nie  bardzo  wiedziała,  jak  mu  powiedzieć,  że  potrzebuje  dużych, 
grubych, szmat na podkłady. Przed oczami zaczynały jej tańczyć czarne punkciki, musiała się 
przytrzymać krzesła. 
 

- Pomóż mi, Jens – szepnęła zalana potem. 

 

Znalazł się przy niej natychmiast. 

 

-  Musze  mieć  czyste  majtki  i  trzeba  włożyć  do  nich  dużą,  poskładaną  szmatę,  bo 

mocno  krwawię.  Zastanawiała  się,  jak  to  się  wszystko  zmienia,  jeszcze  niedawno  leżała  z 
rozsuniętymi  nogami  i  rodziła  dziecko,  a  teraz  czuje  się  tak  niepewnie.  Znała  jednak 
odpowiedź. Przy porodzie była pochłonięta przede wszystkim bólem, nie zajmowała się tym, 
co się dzieje wokół. 
 

Jens  przyniósł,  co  prosiła,  i  pomógł  jej  się  ubrać,  zanim  wdzięczna,  ale  wyczerpana 

odpadła na brzeg łóżka. 
 

- Pościel musisz zmienić sam – wykrztusiła matowym głosem. 

 

Jens  zrobił  wszystko,  ale  szło  mu  dość  niezdarnie,  i  Elizabeth  zaczęła  żałować,  że 

mimo  wszystko  nie  pozwoliła,  by  sprowadził  pomoc.  Szybko  jednak  przestała.  Ta  chwila 

background image

 

59

należy tylko do niej i do Jensa, do nikogo innego. A pomyśleć, co by było, gdyby dziecko nie 
było wcale do niej podobne, ale na przykład do rodziny Dalsrud? Co by ludzie powiedzieli? 
W  czasie,  kiedy  Jens  był  na  zimowych  połowach,  Elizabeth  miała  widzenie.  Widziała,  że 
urodzi dziewczynkę, ale sama wtedy nie była w stanie do końca w to uwierzyć. 
 

Kiedy udręczona znalazła się znowu w łóżku, ujęła rękę Jensa i spojrzała mu głęboko 

w  oczy.  Nie  powiedziałam  ci  jeszcze,  jaka  jestem  wdzięczna  za  wszystko,  co  dla  mnie 
zrobiłeś, Jens. Ale mam nadzieję, że kiedyś będę mogła ci to okazać. W ten czy nny sposób. 
 

-  Już  to  zrobiłaś,  wychodząc  za  mnie,  Elizabeth  –  odparł  z  wielką  powagą.  –  I  gdy 

pozwoliłaś, bym został ojcem naszego dziecka. 
 

Elizabeth  zasłoniła  oczy  ręką,  by  ukryć  łzy.  One  jednak  wypływały  spod  dłoni  i 

zdradziły ją, gdy spojrzała w górę. 
 

- Tyle razy zachowywałam się wobec ciebie jak jakiś troll. Ale postaram się poprawić. 

Obiecuję ci – szlochała.  
 

Jens ostrożnie odsunął jej rękę na bok o otarł łzy szorstką od pracy ręką. 

 

- Przestań płakać, Elizabeth. Nie ma milszej osoby od ciebie. A jeśli kiedyś wpadłaś w 

gniew,  to  widocznie  miałaś  do  tego  powody.  Teraz  jednak  śpij  i  odpoczywaj.  Z  każdym 
dniem będzie lepiej, zobaczysz – zakończył cicho. 
 

- Posiedzisz przy mnie? 

 

- Tak, dopóki nie zaśniesz – obiecał. 

 

Elizabeth przymknęła oczy. Zanim pogrążyła się we śnie, pomyślała, że później, kiedy 

nastanie  dzień,  przyjdzie  z  wizytą  jej  ojciec.  Jens  musi  wszystkich  powiadomić.  Zresztą 
później będzie jej potrzebna kobieca pomoc. Ragna z pewnością przyjdzie z tłustą kaszą dla 
położnicy,  która  doda  jej  sił.  Tego  zwyczaju  z  pewnością  teściowa  nie  zaniedba,  choćby 
dlatego,  by  uniknąć  plotek.  Poza  tym  przygna  ją  tutaj  ciekawość.  Wszystko  się  ułoży,  żeby 
tylko  ona  sama  mogła  trochę  odpocząć.  Czuła  się  niewypowiedzianie  zmęczona,  w  końcu 
zapadła w pozbawiony marzeń sen, a Jens przez cały czas trzymał ją za rękę. 
 
Rozdział 10 
 
 

Był lipiec, środek sianokosów. Elizabeth szła kawałek za Jensem i roztrząsała trawę, 

którą skosił. Pracowali sprawnie, przywykli do tego od lat, a Elizabeth raz po raz rozglądała 
się wokół. Jens zdjął z siebie koszulę i słońce lśniło na jego brunatnej skórze, pokrytej lekkim 
potem. Ona też rozpięła bluzkę na tyle, na ile przyzwoitość pozwala i pozawijała rękawy aż 
do  łokci.  Był  wczesny  poranek,  rosa  jeszcze  leżała  na  trawie  w  miejscach,  gdzie  światło 
słońca nie zdążyło dotrzeć. Dzień będzie gorący, więc najlepiej pracę zaczynać wcześnie.  
 

To  bardzo  przyjemne  zajęcie  jeśli  tylko  pogoda  jest  taka  piękna  jak  teraz,  chociaż 

wieczorem plecy  bolą ze zmęczenia. Elizabeth przyjmowała wszystko ze  spokojem.  Ledwie 
miesiąc  minął  od  porodu,  musiała  przyznać,  że  nie  jest  jeszcze  taka  silna,  jakby  chciała. 
Jestem  człowiekiem  stworzonym  do  pracy,  mówiła  we  własnej  obronie,  człowiekiem,  który 
nie lubi zostawiać za sobą zaległości. Siedzenie z rękami na podołku to nie dla mnie, mam to 
po rodzicach. 
 

Małą  Ane  wzięli  ze  sobą  na  łąkę.  Kołysała  stała  w  zacienionym  miejscu,  tam  ją 

karmili i przewijali, bo była jeszcze za mała, żeby żądać czegoś więcej. 
 

Elizabeth  oparła  się  na  widłach  i  patrzyła  w  stronę  domu  Dorte.  Poczuła  bolesny 

skurcz  w  żołądku  na  myśl  o  sytuacji  wdowy  z  Neset.  Sama  z  niemowlęciem.  A  oprócz 
własnej  pracy  ma  jeszcze  obowiązki  wobec  Heimly.  Kiedy,  na  Boga,  ma  czas  zająć  się 
własny,  gospodarstwem?  Elizabeth  nie  była  w  stanie  tego  pojąć.  A  w  Heimly  mogą  sobie 
pozwolić na wynajęcie na czas sianokosów parobka i dziewczyny, więc nic by się nie stało, 
gdyby  Dorte  przynajmniej  popołudniami  mogła  pracować  u  siebie.  Ta  myśl  nie  dawała  jej 
spokoju. Musi porozmawiać z Jensem przy pierwszej nadarzającej się okazji. 

background image

 

60

 

Znowu zerknęła w stronę kołyski, by się przekonać, że Ane nie zrzuciła kołderki, ani 

ż

e  nic  jej  nie  ugryzło  –  komar  lub  meszka.  P  tej  porze  roku  owady  są  bardzo  dokuczliwe. 

Potem wróciła do pracy. Określiła, ile zrobi, zanim Andres i Maria do nich dołączą. Ojciec z 
siostrą przychodzą tutaj co drugi dzień, a co drugi Elizabeth i Jens chodzą do Nymark. Dzięki 
temu mogą zrobić więcej, a poza tym lepiej się  pracuje w  gromadzie. Ani ona, ani Jens nie 
bali  się  roboty.  Oboje  odczuwali  tę  samą  radość,  że  pracują  obok  siebie  we  wspólny, 
gospodarstwie i dla wspólnej przyszłości. To Jens kiedyś tak powiedział. Elizabeth zachowała 
jego słowa w pamięci tak, by mogła je sobie przypomnieć w bezsenne noce, kiedy nękają ja 
wyrzuty. 
 

Otarła  ręką  spocone  czoło.  Jaka  była  zdumiona  i  jak  jej  imponowało  wszystko,  co 

widziała  w  Dalsrud:  jedwabne  tapety,  obite  pluszem  meble  i  koronkowe  firanki!  Teraz  nie 
chciałby tego, nawet gdyby ktoś jej podarował. 
Bo  pamiętała  też  noce  przepłakane  z  rozpaczy  w  lodowato  zimnym  pokoiku  na  strychu, 
pamiętała  strach  przed  Leonardem.  Bywało,  że  zastanawiała  się,  jakby  to  było,  gdyby 
wyjechała do Christianii albo do Bergen. Myśl o tym, że chciała oddać małą Ane, lub zrobić 
sobie  krzywdę  tak,  by  stracić  dziecko,  sprawiła,  że  serce  krajało  jej  się  z  żalu.  Ale, 
usprawiedliwiała  sama  siebie,  nie  miała  przecież  wtedy  pojęcia,  że  życie  ułoży  jej  się  tak 
dobrze jak teraz. Wtedy  odczuwała jedynie bezdenną, czarną rozpacz, której końca nie było 
widać. 
 

Z oddal dotarł do niej śmiech i szczebiotanie Marii. Odwróciła się i zobaczyła ojca z 

siostrą, wtedy ciężkie myśli ulotniły się, Elizabeth uśmiechała się radośnie. 
 

- Popatrz, co dostałam – wołała Maria, kiedy podeszli bliżej. – Całkiem nowe widły, 

które tata zrobił dla mnie. 
 

- Piękne – pochwaliła Elizabeth, głaszcząc narzędzie. I pasują akurat do ciebie. 

 

-  To  oczywiście  –  wtrącił  się  ojciec.  –  Taka  zdolna  i  pracowita  dziewczynka  jak 

Maria, powinna mieć własne narzędzie. – Chrząknął i poszedł do Jensa. 
 

- Teraz musisz pokazać, jaka jesteś pracowita – rzekła Elizabeth, wskazując na leżącą 

na  ziemi  trawę.  –  Trzeba  ją  odwracać  na  wszystkie  strony,  żeby  jak  najszybciej  wyschła  w 
słońcu. 
 

Maria przytaknęła i z wielkim przejęciem zabrała się do pracy. Elizabeth wątpiła, czy 

mała wiele zrobi. Ale w ten sposób dziecko uczy i to jest najważniejsze. 
 

Maria miała na sobie sukienkę do kolan. Odsłonięte nogi były brązowe od słońca. Za 

parę lat moja Ane też będzie przychodzić z nami do pracy, pomyślała Elizabeth. Sama myśl o 
tym  sprawiła,  że  ciepło  ogarniało  ciało  matki,  dawało  jej  wiarę  i  nadzieję  na  pomyślną 
przyszłość. 
 

Pracowali miarowo przez kilka godzin. W końcu Maria poczuła się zmęczona, a Ane 

żą

dała jedzenia i przewinięcia. 

 

-  Pobiegnij  do  Basan  i  zerwij  dla  nas  kilka  gałązek  arcydzięgla  –  poleciła  Elizabeth 

siostrze,  a  sama  zmieniała  pieluchę  córeczce.  Marii  nie  trzeba  było  prosić  dwa  razy,  gdy 
chodziło o zbieranie tego ziela. Odrzuciła widły, ale zaraz rozległ się krzyk ojca: 
 

- Bądź tak dobra, Mario, i odłóż widły jak należy. 

 

Dziewczynka musiała zawrócić i ułożyć widły zębami w dół. 

 

Elizabeth ukryła się za dużym kamieniem, gdzie mogła spokojnie nakarmić dziecko i 

pomyśleć w samotności. Może ludzie mają rację sądząc, że spadnie deszcz, kiedy widły czy 
grabie  kładzie  się  zębami  do  góry,  pomyślała,  spoglądając  na  bezchmurne  niebo.  –  Ale 
człowiek strzela, a Pan  Bóg kule nosi – powiedziała półgłosem i przyłożyła Ane do drugiej 
piersi. W tej samej chwili wróciła Maria z czterema wielkimi łagodnymi arcydzięgla. Każda 
miała długość dorosłego mężczyzny. 
 

- Patrz, jakie wielkie – śmiała się perliście. – Myślisz, że zdołamy je zjeść? 

background image

 

61

 

- Nie. – Elizabeth odłamała kawałek soczystej łodygi. – Musisz pamiętać, że niedługo 

będzie obiad. 
 

- Ja nigdy nie zapominam o jedzeniu – prychnęła Maria, pocałowała Ane w główkę i 

pobiegła do ojca i Jensa. 
 

Dopóki  Ane  leżała  cicho,  Elizabeth  pracowała  miarowo  i  niezmordowanie. 

Przewracała  trawę  na  wszystkie  strony,  jak  należy.  Aż  słońce  znalazło  się  tak  wysoko,  że 
trzeba  było  pomyśleć  o  obiedzie.  Wtedy  odłożyła  widły,  wzięła  dziecko  na  ręce  i  poszła  na 
dół w stronę domu. Jedna praca przychodzi po drugiej, myślała zmęczona. 
 

Powiesiła  nad  ogniem  kociołek  z  rybą  i  drugi  z  ziemniakami,  a  sama  zajęła  się 

dzieckiem. 
 

-  Ty  z  pewnością  wyrośniesz  na  stanowczą  damę  –  uśmiechała  się  Elizabeth,  kiedy 

Ane krzyczała wściekle, że jedzenie nie pojawia się równocześnie z suchą pieluchą. Z czułym 
uśmiechem  przystawiła  dziecko  do  nabrzmiałej od  mleka  piersi.  Kiedy  Ane  ssała,  Elizabeth 
skubała koronki przy szyi dziecka. Ragna przyniosła jej wiele maleńkich ubranek po swoich 
dzieciach.  Elizabeth  była  wdzięczna  i  obiecała,  że  będzie  o  wszystko  dobrze  dbać  i,  że 
oczywiście, odda natychmiast jak tylko mała z nich wyrośnie. Nigdy nie wiadomo, czy Ragna 
nie  urodzi  jeszcze  więcej  dzieci,  pomyślała.  Przymknęła  oczy  i  wróciła  do  tamtego  dnia, 
kiedy Ane przyszła na świat. 
 

Jak  tylko  Ragna  dowiedziała  się  o  porodzie,  natychmiast  przybiegła  do  Dalen, 

dokładnie tak, jak Elizabeth przewidziała. 
 

-  No  to  dziedzica  tym  razem  nie  urodziłaś  –  Ragna  nie  mogła  powstrzymać 

złośliwości, kiedy na chwilę zostały same. Ale Elizabeth zdążyła już poznać teściową. 
 

-  Nie,  pomyśl,  że  urodziła  nam  się  maleńka  dziewczynka!  Dokładnie  tak,  jak 

pragnęliśmy i mieliśmy  nadzieję. A na dodatek jest strasznie podobna do mnie. Będzie taka 
jak jej matka, zarówno z wyglądu, jak i z charakteru – mówiła, patrząc Ragnie prosto w oczy. 
 

Tamta spojrzała spod zmrużonych powiek i prychnęła: 

 

- Jest też wyraźnie podobna do Jensa, nikt nie zaprzeczy – protestowała. 

 

Elizabeth z trudem powstrzymywała śmiech. Ragna, rzecz jasna, nie mogła dostrzec w 

małej  podobieństwa  do  Jensa,  ale  bardzo  dobrze,  niech  rozsiewa  takie  plotki.  Najgorsze,  co 
mogło  się  przytrafić,  to  podejrzliwość  teściowej,  czy  aby  na  pewno  Jens  jest  ojcem  małej 
Ane. 
 

Na szczęście wszystko poszło dobrze, myślała Elizabeth, unosząc małą w górę, żeby 

jej  się  odbiło.  Trzymała  ją  tak  przez  jakiś  czas,  tuląc  do  siebie  małe  ciałko.  Było  takie 
delikatne i nieporadne! Wodziła wargami po włosach małej i wchłaniała jej zapach. Po chwili 
złożyła  dziecko  na  ławie  i  zaczęła  nakrywać  do  stołu.  Cztery  talerze,  kubki  i  sztućce. 
Pośrodku  stołu  ustawiła  misę  z  flądrami,  które  Jens  złowił  poprzedniego  wieczora.  Żadna 
ryba  nie  jest  taka  dobra  jak  flądra,  łowiona  nad  piaszczystym  dnem.  Łatwo  to  poznać  po 
mięsie, które jest białe niczym świeży śnieg. I wprost rozpływa się w ustach. Obok postawił 
drugą miskę z zeszłorocznymi ziemniakami. Dostali je z Heimly. Ale w tym roku będziemy 
mieli swoje, myślała Elizabeth z dumą. 
 

Zdążyła  postawić  wodę  i  wyjąć  z  szafy  podpłomykami,  kiedy  ojciec,  Jens  i  Maria 

weszli  z  hałasem  i  siadali  przy  stole.  Maria  była  zmęczona  i  narzekała  z  powodu  pęcherzy, 
jakie jej się porobiły na obu rękach między kciukiem i palcem wskazującym. 
 

-  Zaraz  znajdę  maść  i  szmatkę,  to  przestanie  cię  boleć  –  pocieszała  Elizabeth.  –  Po 

chwili skóra stwardnieje i nic już nie będziesz czuła. Usiądź teraz i jedz, żebyś miała siły do 
dalszej pracy. 
 

Jens  odmówił  modlitwę  przed  jedzeniem  i  wszyscy  rzucili  się  na  rybę.  Flądrę  łatwo 

jest oczyścić z ości, a razem z ziemniakami i podpłomykami to prawdziwie pański posiłek. 
 

-  Praca  szybko  posuwa  się  do  przodu  teraz,  kiedy  jest  nas  tak  dużo  –  stwierdziła 

Elizabeth, zaspokoiwszy pierwszy głód. 

background image

 

62

 

Jedynie Maria skomentowała jej słowa. 

 

- Ze mnie też jest wielka pomoc! Bo jestem prawdziwą robotnicą. 

 

Rozległ się cichy śmiech, potem znowu zaległa cisza. Elizabeth przypomniała sobie, o 

czym rozmyślała na łące. Powróciła do tego, że Dorte ma tyle pracy, że chyba sobie nie radzi. 
Powinna teraz o tym mówić? Miała nadzieję, że tak. 
 

-  Nie  wiem,  jak  Dorte  znajduje  czas  na  własne  sianokosy  –  powiedziała,  unikając 

wzroku Jensa. Gdyby na nią popatrzył, straciłby wszelką odwagę. Bała się go urazić, to mimo 
wszystko jego przybrani rodzice zatrudniają Dorte, chyba Elizabeth nie ma prawa rozmawiać 
o tym w obecności innych. 
 

- Trochę robi wieczorami, trochę nocą – opowiedział Andres. 

 

Elizabeth  wpatrywała  się  w  swój  talerz  i  koncentrowała  na  jedzeniu.  Słowa  ojca 

zawisły w powietrzu. 
 

- Wczoraj przyszedł do ciebie list – oznajmił nagle Jens i zmienił temat rozmowy. 

 

- Do mnie? – spytała Elizabeth zaskoczona i wstała. 

 

- Tak, leży w szafeczce razem z psałterzem. Wczoraj o nim zapomniałem. 

 

Elizabeth  wyjęła  list.  Poczuła  zimny  dreszcz  na  plecach.  Nie  tylko  dlatego,  że  nie 

rozpoznała charakteru pisma, ale też więcej, coś, czego nie potrafiłby określić. 
 

- Od kogo to? – spytał Jens. 

 

-  Ja…  jeszcze  nie  otworzyłam  –  odparła  pospiesznie,  rozgrywając  kopertę.  Słowa 

tańczyły jej przed oczyma, gdy czytała. 
 
 

Mane, mane, Tekle! 

 
 

Trzy słowa, ale bez podpisu. Elizabeth bała się, że zemdleje, musiała przytrzymać się 

kuchennego blatu. Słowa pochodziły z Biblii, rozpoznawała je. Kiedyś dawno temu je czytała 
i zrobiły na nie wielkie wrażenie. Było to ostrzeżenie, zapowiedź upadku i brzmiało jakoś tak: 
Bóg  obliczył  twoje  panowanie  i  ustalił  jego  kres.  Zważono  cię  na  wadze  i  okazałeś  się  zbyt 
lekki. Twoje królestwo uległo podziałowi; oddano je Medom i Persom. 
 

- Czy to od Helene? – spytał Jens. 

 

Musiała mocno chrząknąć, zanim odpowiedziała. Zaschło jej w gardle. 

 

-  Tak  –  powiedziała,  czując,  że  zimny  pot  spływa  jej  po  plecach.  Otarła  pospiesznie 

twarz i z drżeniem wciągnęła powietrze. 
 

- Muszę na stronę – powiedziała. 

 

Na kamiennej płycie przed drzwiami usiadła zgięta w pół i ukryła twarz w dłoniach. 

Słowa  dźwięczały  jej  w  głowie.  Bóg  obliczył  twoje  panowanie…  zważono  cię  na  wadze  i 
okazałeś  się  zbyt  lekki.  Sprawa  jest  oczywista:  ktoś  wie,  co  zrobiła,  i  teraz  zamierza  mnie 
dręczyć, myślała rozdygotana. Ale kto? Słowa pochodzą z Księgi Daniela. Daniel! Czyżby to 
Dorte?  Nie,  nie  kręciła  głową,  odsuwała  od  siebie  ten  pomysł.  Znowu  zaczęła  myśleć  o 
Helene.  Gdyby  tylko  opowiedziała  przyjaciółce  wszystkiego  od  początku,  to  teraz  mogłaby 
jej się zwierzyć! Nagle klasnęła w dłonie: Nikoline! Helene mówiła, że pokojówka uważa, iż 
jest  wonną  Elizabeth,  że  Leonard  umarł.  Że  nie  opiekowała  się  nim  wystarczająco  dobrze. 
Nikoline  zawsze  odnosiła  się  do  niej  wrogo.  Gdyby  miała  jakiś  dowód,  podejrzenia  byłyby 
większe, a Nikoline szybko zdobyłaby poparcie innych. Elizabeth wstała na drżących nogach, 
wepchnęła list do kieszeni, pospiesznie przygładziła włosy i fartuch. Musi wracać do domu, 
zanim zaczną jej szukać. Później pomyśli, co powinna z tym zrobić. 
 

- Źle się czujesz? – spytał ojciec, kiedy wróciła do izby. 

 

- Nie, wszystko w porządku – odparła wymijająco. – To tylko ten upał. 

 

-Tak,  tak,  upał  jest  męczący  –  mruknął  ojciec.  –  No  a  przy  okazji,  co  ci  Helene 

napisała? 
 

Serce Elizabeth tłukło się w piersi. Policzki płonęły. 

background image

 

63

 

-  U  niej  wszystko  w  porządku.  Też  mają  sianokosy  –  odparł  i  zaczęła  i  wycierać 

kuchenny blat. 
 

Kątem  oka  widziała  Jensa,  który  siedział  i  kiwał  się  na  krześle,  przyglądając  jej  się 

badawczo. 
 

- Nie mogłabyś nam przeczytać listu głośno, czy też to tajemnica? – spytał. 

 

- Nie, skąd ci to przyszło do głowy, Jens? – sama słyszała, że głos jej drży. – List to 

prywatna  sprawa,  nawet  jeśli  nie  zawiera  żadnych  tajemnic.  –  I  zanim  zdążył  spytać  o  coś 
więcej, odrzuciła od siebie ścierkę. 
 

- Muszę iść na strych i zmienić bluzkę – powiedziała rozgorączkowana, wchodząc na 

schody. – W tej mam mnóstwo okruchów siana, drapią mnie po całym ciele. 
 

Nie  spieszyła  się  z  przebraniem,  chciała  jak  najdłużej  pobyć  sama.  list  schowała  na 

dnie swojej skrzyni. Niech sobie tam na razie leży, przy okazji, jak Jensa nie będzie w domu, 
spali go. 
 

Ciężko przysiadła na brzegu łóżka i wpatrywała się w pokój, próbując uporządkować 

myśli.  Co  powinna  zrobić?  Czy  w  ogóle  ma  coś  robić?  Może  najlepiej  byłoby  udawać,  że 
nigdy nie dostała tego listu. A gdyby przyszło ich więcej, albo gdyby dowiedziała się czegoś 
o  Nikoline,  to  się  po  prostu  wszystkiego  wyprze.  Tak,  tak  powinnam  zrobić,  pomyślała, 
wstając. Przez jakiś czas chodziła tam i z powrotem po izbie, rozmyślając. Z tego, co mówiła 
Helene, wynika, że nikt nie ma do Nikoline zaufania. Gdyby inni rozsiewali takie plotki, a, to 
by była inna sprawa. 
 

Uspokojona  zeszła  na  dół,  gdzie  ojciec  i  Jens  rozmawiali,  co  jeszcze  zostało  do 

zrobienia. Na szczęście nikt już nie wspomniał o liście. 
 
 

Pokój  na  strychu  miał  tylko  jedno  małe  okienko,  które  teraz  w  lecie  było  wciąż 

otwarte.  Noce  są  równie  jasne  jak  dni,  ale  mieszkając  tak  daleko  na  północy,  byli  do  tego 
przyzwyczajeni. 
 

Elizabeth  nadal  wstydziła  się  swojego  ciała.  Brzuch  trochę  się  wessał,  nie  był  już 

takim  obwisłym  workiem,  ale  skóry  wciąż  miała  za  dużo.  Nadal  przy  rozbieraniu  wolała, 
ż

eby Jens jej nie widział. Najpierw zdejmowała górną część ubrania i wkładała nocną koszule 

przez  głowę,  a  potem  zsuwała  spódnicę  i  pospiesznie  obciągała  koszulę.  Wypracowała  taką 
technikę, która nie pozwalała odsłaniać skóry ani na chwilę. 
 

Ponieważ  Jens  nie  wspomniał  o  liście,  postanowiła  porozmawiać  z  nim  o  Dorte. 

Pogrążona w myślach podskoczyła, słysząc głos męża docierający do niej z łóżka.  
 

- To straszne, ile ty czasu tracisz na rozbieranie się wieczorem. 

 

Odwróciła się do niego i powiesiła spódnicę na gwoździu. 

 

- Nie, tak tylko stałam, zamyślona. Szukała wstążki do włosów, żeby zapleść warkocz 

na noc, kiedy Jens chwycił ją za nadgarstki i pociągnął do siebie na łóżko. 
 

- Skończ wreszcie z głupstwami, Elizabeth, chodź i połóż się przy mnie. Przewrócił ją 

i położył tak, że znalazła się między nim a ścianą. 
 

-  Porobią  mi  się  kołtuny,  jeśli  nie  zaplotę  włosów  na  noc  –  protestowała,  próbując 

wstać. 
 

-  To  jutro  rano  ci  je  rozczeszę  –  powiedział,  kładąc  się  na  niej.  –  Teraz  chcę  ciebie, 

Elizabeth.  Tęskniłem  i  czekałem  tak  długo,  aż  przyjdziesz  do  mnie  –  mruczał,  całując  jej 
twarz i szyję. 
 

-  Jens,  coś  ty?  –  próbowała  niepewnie,  odpychając  go  lekko.  –  Ja  chciałam  z  tobą  o 

czymś porozmawiać. 
 

Uniósł głowę i popatrzył na nią. Źrenice miał wielkie i czarne, oczy mu lśniły, 

 

- O czym chcesz rozmawiać? – spytał ochryple. 

 

Elizabeth pojęła, że to nie jest odpowiednia chwila na rozmowę o Dorte. 

background image

 

64

 

-  Boję  się,  że  będzie  mnie  bolało.  Nie  minęło  jeszcze  wiele  czasu…  przecież  wiesz. 

Od porodu – odpowiadała niechętnie. 
 

- To już miesiąc – mruczał, głaszcząc piersi duże i ciężkie od mleka. Pozwalała mu na 

to, ale kiedy ręka męża znalazła się na jej brzuchu, zesztywniała, a potem go odepchnęła. 
 

- Tam nie – szepnęła. 

 

- Dlaczego? 

 

- Nie lubię tego. 

 

-  Dlaczego  nie  lubisz,  żebym  dotykał  twojego  brzucha?  –  spytał  Jens,  patrząc  teraz 

wprost na nią. 
 

- Bo jest brzydki. 

 

- W tobie nie ma nic brzydkiego, Elizabeth – oznajmił stanowczo. 

 

- A ja tak uważam.  I jest mi wstyd. Ale o innej sprawie chciałam z tobą rozmawiać, 

wtrąciła pospiesznie, lecz Jens ją uprzedził: 
 

- Nikt inny nie będzie oglądał twojego brzucha, a skoro ja uważam, że jest piękny i że 

skórę masz niczym jedwab, to chyba wszystko w porządku? Czy nie mam prawa cieszyć się 
twoim ciałem? 
 

- Uważasz, że jest dokładnie jak jedwab? – spytała z niedowierzaniem. 

 

- Jakbym nie uważał, to bym tak nie mówił. 

 

- Dziękuje ci, Jens – wyszeptała, głaszcząc go po nagim braku. 

 

- O czym to chciałaś rozmawiać? Nie będę ci już więcej przerywał. 

 

- Nie, to… - Elizabeth przeciągała, szukając, co by powiedzieć.- Chodził mi  to, kiedy 

ochrzcimy  Ane  –  rzekła  w  końcu  pospiesznie.  –  Minął  miesiąc,  odkąd  przyszła  na  świat,  a 
wciąż jest… - nie zdobyła się na to, by powiedzieć „poganką” o takim maleństwie. – Powinna 
zostać chrześcijanką – zakończyła zamiast tego. 
 

Jens położył się na swoim miejscu z głębokim westchnieniem. 

 

-  Rozmawialiśmy  już  o  tym,  Elizabeth  i  uzgodniliśmy,  że  poczekamy  do  końca 

sianokosów. Musimy się spieszyć, dopóki pogoda, żeby zgromadzić jak najwięcej paszy. Ane 
jest  zdrowa  i  ma  się  dobrze.  nic  jej  nie  zagraża.  A  ty  już  chyba  nie  wierzysz  w  istoty  z 
tamtego  świata,  które  mogłyby  ją  zamienić  na  jedno  ze  swoich  dzieci?  –  roześmiał  się  przy 
tym i Elizabeth już miała mu przypomnieć, że przecież istnieją huldry i każda z nich mogłaby 
zamienić Ane na jakiego podrzutka – odmieńca. Dała jednak spokój. Nie chciała ciągnąc dalej 
tej dyskusji, zwłaszcza że przecież nie o tym miała zamiar mu powiedzieć. 
 

- Masz rację, Jens – przytaknęła. – Najpierw musimy zwieźć siano pod dach. W końcu 

jest lato, więc nie ma pośpiechu. Gorzej byłoby zimą mieć w domu nie ochrzczone dziecko. 
 

Miała wrażenie, że Jens nie słucha jej uważnie, bo zaczął znowu głaskać ją po szyi i 

piersiach. 
 

- Jens, ja się boję, że będzie bolało. Nie rób tego jeszcze. 

 

-  Nigdy  nie  sprawię  ci  bólu  –  szepnął,  całując  ją  delikatnie.  –  Chodź  tutaj  – 

powiedział. – Połóż się na moim ramieniu, chcę, żebyś tak leżała, dopóki nie zaśniesz. 
 

Przytuliła  się  do  niego  i  wdychała  miły  zapach  jego  skóry.  Tylko  Jens  tak  pachnie, 

pomyślała z rozkoszą. 
 
 

Następnego  ranka  dokonała  wyboru.  Musi  mu  w  końcu  powiedzieć,  nie  może  się 

zachowywać jak dziecko. 
 

Chodziła tam i z powrotem między stołem, kuchennym blatem i piecem. Śniadanie już 

stało na stole, ale ona wciąż nie znajdowała spokoju. Nieustannie coś przestawiała, zajmowała 
się piecem. 
 

- Nie mogłabyś już usiąść, żebyśmy mogli zacząć jeść? – spytał Jens w końcu. 

 

Zrobiła to niechętnie i złożyła ręce do modlitwy. 

 

Jens pospiesznie odmawiał pacierz: 

background image

 

65

 

-  Dziękujemy  ci  Boże  za  to  wspaniałe  jedzenie.  Dziękujemy  za  to,  że  dzisiaj  też 

możemy najeść się do syta. Amen. 
 

Zaraz wziął się do jedzenia, Elizabeth jednak siedziała i dłubała w kaszy. 

 

- Tak wciąż myślę o Dorte i obowiązkach, jakie ma w Heimly – zaczęła i na moment 

wstrzymała dech, a potem ciągnęła dalej, nieco  bardziej zdecydowanie:  - Ragna i Jakob nie 
zastanawiają się nad tym, nie pomyśleli, że ona ma na dodatek swoje gospodarstwo. Czy ty 
też tak nie uważasz? 
 

Nie  oczekiwała  potwierdzenia,  więc  jednym  tchem  mówiła  dalej:  -  Dorte  ma  tyle 

zajęć. Samotna kobietą z niemowlęciem i gospodarstwem. Skoro całe dnie spędza w Heimly, 
to  skąd  ma  wziąć  czas  na  skoszenie  trawy  u  siebie?  Tata  mówi,  że  ona  pracuje  na  swoim  i 
wieczorami, i w nocy, ale, Boże drogi, każdy człowiek potrzebuje snu, ona tak samo jak inni. 
 

Nie patrzyła na Jensa, nie miała odwagi. Teraz umilkła i spoglądała na męża spod oka. 

Jadł  przez  cały  czas  spokojnie,  od  czego  Elizabeth  robiła  się  jeszcze  bardziej  nerwowa. 
Podała trochę cukru i bryłkę masła do kaszy. Teraz żałowała. Nie tyle rozrzutności, co tego, 
ż

e starała mu się przypodobać. A tego bardzo nie lubi. W końcu zebrała się na odwagę. 

 

-  Jens!  –  zaczęła  ostro,  patrząc  prosto  na  niego.  –  Chcę,  żebyś  poszedł  do  Heimly  i 

rozmówił się z Ragną i Jakobem. I to dzisiaj. 
 

Jens odłożył łyżkę. 

 

-  Uważam,  że  Dorte  sama  może  to  załatwić,  jeśli  sądzi,  że  jest  traktowana 

niesprawiedliwie. Nie są to problemy, które powinny nas obchodzić – zakończył. 
 

- To się nazywa miłość bliźniego – protestowała Elizabeth. Pomyślała równocześnie, 

ż

e robi z siebie kogoś lepszego, niż w istocie jest. – Dorte może nie zdobyć się na odwagę, 

ż

eby z nimi rozmawiać, dobrze wiesz. A nawet jeśli by to zrobiła, to mogą ją zlekceważyć. 

 

Jens nie uśmiechnął się nawet. 

 

- Mówisz, że Ragna powinna zajmować się swoimi sprawami, ale my też zajmujemy 

się swoimi. 
 

Elizabeth nie dawała zbić się z tropu. 

 

- Nigdy nie obchodziło mnie to, co Ragna robi – odparła ostrzej, niż zamierzała. Ale 

sam  wiesz  dobrze,  że  Ragna  nakłamała  wtedy,  kiedy  ja  byłam  chora.  Ja  nigdy  nie 
powiedziałam,  że  chcę  zrobić  weselne  przyjęcie  w  Dalen.  Ona  zrobiła  to  ze złości  na mnie, 
ale ja wszystko zniosłam, bo jestem silna, Jens. Zapamiętaj to sobie. Ale nie mogę ścierpieć, 
kiedy ona wykorzystuje Dorte w ten sposób. My mamy własne gospodarstwo, a Dorte nie ma 
nic  swojego.  Ona  jest  niczym  niewolnica,  tak  jak  ja  byłam  w  Dalsrud.  Ja  tego  nie  zniosę, 
Jens, słyszysz? Jak ty im nie powiesz, to ja tam pójdę. 
 

Była spocona i rozgorączkowana, kiedy potok słów nareszcie ustał. Pierś jej falowała, 

jak po szybkim biegu, ale wciąż patrzyła mężowi w oczy. 
 

Jens  podniósł  się  wolno,  długo  stał  i  patrzył  na  żonę,  a  potem  wyszedł  bez  słowa. 

Elizabeth śledziła go wzrokiem, przez okno widziała, że stoi przy narożniku domu. Najpierw 
czuła  się  niczym  zwyciężczyni,  ogarnęła  ją  buzująca  radość,  że  może  pomóc  innemu 
człowiekowi.  Jakby  to  miało  być  zadośćuczynienie  za  to  wyznanie,  które  powinna  była 
złożyć, ale na które się dotychczas nie zdobyła. 
 

W  miarę  jednak  czas  mijał  i  słońce  znalazło  się  już  wysoko  na  niebie,  a  Jens  nie 

wracał,  zaczęła  żałować.  Co  on  tam  robi  tak  długo?  Ragna  i  Jakob  byli  jego  rodzicami  od 
dzieciństwa. Czy ona, każąc mu mówić takie rzeczy, nie wbija między nich klina? Sumienie 
Elizabeth stawało się czarne niczym ziemia. Złożyła ręce do modlitwy, ale nie była w stanie 
się  przemóc,  by  prosić  o  więcej,  niż  już  dostała.  a  może  w  oczach  Boga  to  nie  jest  sprawa, 
którą należy się przejmować, myślała. 
 

Nieustannie podchodziła do kołyski, by zajrzeć do Ane. Czy się zaraz nie obudzi, żeby 

matka miała się czym zająć? Ale dziecko spało, a w domu panowała cisza. 

background image

 

66

 

W końcu usłyszała Jensa w sieni. Elizabeth stała pośrodku kuchni ze splecionymi na 

piersi rękami. Kurczowo, jakby się bała, że jeśli je opuści, to upadnie. 
 

Jens otworzył drzwi, stanął w progu na szeroko rozstawionych nogach, szczęki mu się 

poruszały. 
 

- Powiedziałem Jakobowi. Ale drugi raz mnie o nic takiego nie proś. – W jego głosie 

brzmiał lodowaty chłód, zaraz też odwrócił się i wyszedł ponownie. Elizabeth długo stał, nie 
będąc w stanie nic zrobić ani powiedzieć. Potem jakoś się opanowała i wybiegła za mężem. 
Chwyciła  go  mocno  za  ramię,  ale  głos  miała  niepewny,  jak  dziecko,  które  właśnie  zostało 
skrzyczane. 
 

- Nigdy więcej nie będę cię prosić o nic takiego, Jens. Obiecuję. Ale… nie możesz mi 

powiedzieć dokładnie, jak to się odbyło? Chodzi mi o to… 
 

Jens milczał jeszcze dłuższą chwilę. 

 

-  Powiedziałem,  że  przyszedłem  pożyczyć  widły,  bo  moje  się  złamały  i  że  nie  mam 

czasu  zrobić  nowych.  Jakob  mi  chyba  nie  uwierzył.  Poznałem  to  po  nim.  No  i  wtedy  mu 
powiedziałem… to o Dorte. 
 

Jens chciał odejść, ale Elizabeth uczepiła się go niczym kleszcz. 

 

- Co powiedział potem? 

 

- Ze się zastanowi. 

 

Szła  krok  w  krok  za  mężem.  Jakob  z  pewnością  powiedział  coś  więcej,  ale  Jens  nie 

chce tego powtórzyć. Musi dać mu czas, by dla niego w przyszłości wyjątkowo miła. Mimo 
wszystko jednego musi się dowiedzieć: 
 

- A dlaczego to ci zabrało tyle czasu? – spytała. 

 

Jens długo spoglądał przed siebie, w końcu zwrócił oczy na nią. 

 

Ragna miała mi coś do powiedzenia – w jego głosie wyczuwała jakiś złowieszczy ton, 

a spojrzenie, które w nią wbił sprawiało, że dostała gęsiej skórki. 
 

- Co takiego? – spytała. Głos brzmiał dość pewnie. 

 

-  Powiedziała,  że  kiedy  byłaś  chora,  to  mówiłaś  w  gorączce.  Gadałaś  coś  o 

Leonardzie. 
 

- No i co? – bąknęła, patrząc na niego pytająco. Serce tłukło się w piersi jak szalone. 

 

- Powiedziałaś podobno, że on musi ci wybaczyć ten postępek, którego się dopuściłaś. 

 

Elizabeth  z  przejęciem  pokręciła  głową  i  odwróciła  się,  chcąc  zyskać  na  czasie. 

Zostałam przyłapana, przemknęło jej przez myśl. Więc rzeczywiście tamtego dnia wygadałam 
się przed Ragną. Co mam powiedzieć? Jest po wszystkim. Powinnam się po prostu przyznać. 
 

- Czy ty coś przede mną ukrywasz, Elizabeth? – spytał Jens, odwracając się od niej. 

 

Zaprzeczaj, pomyślała. Nie przyznawaj się do niczego! 

 

- Ragna robi wszystko, żeby mnie oczernić, jak słyszę – rzekła spokojnie, patrząc mu 

w  oczy.  –  Człowiek  może  mówić  w  gorączce,  a  jeśli  chcesz  proszę,  posłuchaj.  –  Głęboko 
wciągnęła  powietrze.  –  Jak  wiesz,  Leonard  wziął  mnie  siłą.  Chciałam  się  zemścić  i 
powiedziałam, że rzucam na niego klątwę. – Umilkła na chwilę, zastanawiając się, jak daleko 
może się posunąć w swoich kłamstwach. I później mówiła dalej: 
 

- Niedługo potem zachorował i umarł. Ja oczywiście, żadnego przekleństwa na niego 

nie  rzuciłam.  Zresztą  nie  potrafię  –  dodała  ze  śmiechem.  –  Ale  jak  byłam  chora,  to  miałam 
koszmarne sny. Raz śniło mi się, że Leonard przyszedł do mnie, żeby się zemścić. 
 

Płacz  dławił  ją  w  gardle,  piekło  ją  pod  powiekami.  Znalazła  się  w  swojej  opowieści 

bliżej prawdy, niżby sobie życzyła. 
 

- I wszystko? – spytał Jens, bawiąc się jej warkoczem. 

 

-  Tak!  –  potwierdziła  krótko,  przełykając  ślinę,  by  powstrzymać  płacz  a  potem 

odwróciła się do niego. – Miałam straszne wyrzuty sumienia, że mu to powiedziałam, ale już 
za późno, żeby cofnąć słowa. 

background image

 

67

 

- Biedactwo – szepnął czule i przyciągnął ją do siebie. – Nie powinnaś mieć wyrzutów 

sumienia z tego powodu. A Ragną się nie przejmuj. Wiesz, jaka ona jest. 
 

Nagle nowa myśl przemknęła Elizabeth przez głowę. Ten list musiała napisać Ragna! 

Tak, oczywiście, tylko ona! Czy powinna powiedzieć o tym Jensowi! Nie, jeszcze nie teraz. 
Może później, zdecydowała, obejmując go w pasie i przymykając oczy. 
 

- Ja z Ragną porozmawiam – powiedział Jens z wargami przy jej włosach. 

 

-  Nie  rób  tego  –  poprosiła.  –  Niech  zostanie  tak,  jak  jest,  bo  będzie  jeszcze  więcej 

gadania. 
 

-  Skoro  tak  chcesz,  to  niech  będzie  –  zgodził  się  z  wahaniem.  –  Ale  ja  uważam,  że 

prawda powinna wyjść na jaw. 
 

Elizabeth milczała i później już o tym nie mówili, ani Jens, ani ona. 

 

 

 

Tej nocy długo leżała nie śpiąc. W końcu jednak zasnęła i śniło jej się, że idzie wzdłuż 

pokrytego  białym  piaskiem  brzegu.  Miała  na  sobie  cienką  przezroczystą  nocną  koszulę,  a 
ś

wieżo umyte, rozpuszczone włosy sięgały do bioder. Słońce grzało przyjemnie, lekka bryza 

była niczym pieszczota. 
 

Elizabeth przymknęła oczy i uniosła twarz ku słońcu. Nagle poczuła, że czyjeś mocne 

dłonie ściskają ją w talii. 
 

- Jens – szepnęła, odwracając się do niego. 

 

Jen uśmiechał się do nie po chłopięcemu, a ona położyła dłoń na jego piersi, głaskała 

po barkach, ramionach, płaskim brzuchu. 
 

- Mogę? – spytała, odpinając metalową sprzączkę paska. 

 

Nie  odpowiedział,  ale  też  nie  protestował.  Wkrótce  stał  przed  nią  nagi.  Był  piękny 

niczym  bóg,  ze  słońcem  za  plecami,  w  blasku.  Pierś  unosiła  się  i  opadała,  oddychał  ciężko. 
Wodził wzrokiem po jej ciele i czuła, że brodawki piersi napinają się pod cienką tkaniną. 
 

Duże  męskie  dłonie  rozwiązywały  wstążki,  rozpinały  guziki,  na  koniec  tylko 

rozpuszczone włosy osłaniały jej piersi. W dole brzucha burzyła krew pulsowała z tęsknoty i 
pożądania. 
 

-  Ja  chcę  do  ciebie,  Jens  –  szeptała  zdyszana,  podchodząc  bliżej.  On  odpowiadał 

uśmiechem, ale się cofał. Elizabeth podążała za nim – do wody. Woda wcale nie jest zimna, 
pomyślała  przelotnie.  Dokładnie  taka  jak  w  balii.  Woda  chłodziła  jej  nagie  uda,  Elizabeth 
jęknęła z rozkoszy, kiedy sięgnęła brzucha. Długo stała, rozkoszując się, aż Jens wziął ją za 
rękę. 
 

- Chodź – powiedział, pociągając ją jeszcze dalej. 

 

Szła za nim chętnie, a kiedy nie czuła już dna, poruszała się w wodzie, jakby nic nie 

ważyła. 
 

- Umiem pływać – stwierdziła uszczęśliwiona i pływała wokół Jensa jakby w jakimś 

zmysłowym tańcu. 
 

- No pewnie, że umiesz – rzekł lekko. 

 

Oplotła jego biodra nogami, ręce zarzuciła mu na szyję.  

 

- Wejdź we mnie – prosiła zdyszana, kiedy poczuła dotyk jego dużego członka. 

 

- Jesteś pewna? Nie boisz się? 

 

-  Z  tobą  nie  –  odparła  bez  tchu.  Czuła,  jakby  ogień  między  nogami.  Słodki  ogień, 

który tylko on mógłby ugasić. 
 

Powoli zaczął w nią wchodzić. Ostrożnie, bardzo ostrożnie, wciąż trzymał ją mocnymi 

dłońmi. 
 

Jestem pod wodą, a mimo to oddycham , pomyślała. 

 

Włosy  pływały  wokół  nich  niczym  wodorosty.  Jens  naciskał,  spychał  ją  w  dół,  aż 

znalazła  się  na  dnie.  Potem  miarowo  unosił  ją  w  górę  i  opuszczał  na  dno.  Elizabeth 
poddawała  się  temu  rytmowi  staremu,  jak  samo  życie.  rozkoszne  mrowienie  narastało  w 

background image

 

68

brzuchu. Odrzuciła w tył głowę, a gdy usta Jensa zamknęły się na brodawce piersi, krzyknęła 
przeciągle w radosnym uniesieniu. 
 

Elizabeth  budziła  się  powoli,  a  słodkie  fale  przenikały  jej  ciało.  Oszołomiona 

rozejrzała  się  pospiesznie  w  mroku  i  zrozumiała,  że  to  był  tylko  sen.  Zawstydzona 
zastanawiała się, czy nie dotykała we śnie własnego ciała i czy Jens niczego nie słyszał. 
 

Ale nie, Jens oddychał miarowo tuż obok. Ostrożnie, by go nie budzić, odwróciła się 

do niego plecami i zamknęła oczy. Wkrótce znowu zasnęła. 
 
 

Ż

adne  nie  powiedziało  ani  słowa,  ale  zauważyli,  że  Dorte  ma  wolne  popołudnia.  A 

więc  czasem  warto  się  wtrącić  i  może  też  Jens  będzie  w  Heimly  bardziej  szanowany. 
Elizabeth nie była pewna, ale miała nadzieję, że tak się stanie. 
 

Ragny  unikała  jak  tylko  mogła  i  Jens  nie  wspomniał  już  więcej  ani  o  liście,  ani  o 

przybranej matce. Ona powiedziała to w chwili złości, myślała Elizabeth, mając nadzieję, że 
cała sprawa zostanie wkrótce zapomniana. 
 
 

To  było  bogate  lato,  i  wczesna  jesień  także.  Elizabeth  zebrała  wiele  wiader  jagód, 

które w kramie wymieniła na inne produkty. Kaczki edredony też zrobiły woje, zostawiły w 
gniazdach  mnóstwo  puchu.  Może  wiosną  tu  wrócą?  Puch  również  został  zawieziony  do 
Storvika.  Elizabeth  była  wdzięczna,  że  nie  popadają  w  długi.  Nienawidziła  tego  słowa. 
Chciała się czuć niezależna. Wolna. Przynajmniej pod tym względem. 
 
Rozdział 11 
 
 

Las  zaczynał  żółknąć,  nastał  wrzesień  i  znowu  wróciła  sprawa  chrztu  dziecka.  Tym 

razem Jens uznał, że pora jest odpowiednia. 
 

- Mamy w domu już wszystko, co potrzebne na zimę, należałoby więc zanieść Ane do 

kościoła i zapisać ją w parafialnych księgach – powiedział któregoś dnia. – Niedługo skończy 
trzy miesiące. 
 

Elizabeth stała przy piecu, czekając aż woda się zagrzeje. Już długo nie myła włosów, 

zaczynała ją swędzić skóra na  głowie. Na dźwięk słów męża drgnęła. Ona sama była zajęta 
pracą od rana do wieczora, niewiele pozostawało jej czasu na myślenie. 
 

-  Tak,  ja  też  się  nad  tym  zastanawiałam  –  przytaknęła  jednak,  chociaż  myślami 

przeważnie  była  gdzie  indziej.  –  A  kogo  weźmiemy  na  rodziców  chrzestnych,  masz  jakąś 
propozycję?  –  Włożyła  palec  do  garnka  z  wodą,  żeby  sprawdzić.  No  tak,  zaraz  będzie 
wystarczająco ciepła. 
 

- Mogłabyś napisać do Helene i ją zapytać – zaproponował Jens. 

 

Elizabeth zdjęła kociołek z wodą trochę przed czasem po to tylko, by dać sobie czas 

na  myślenie.  Bardzo  by  chciała  zaprosić  Helene  na  chrzest,  byłoby  to  naturalne  i  właściwe. 
Przyjaciółka  też  byłaby  bardzo  uradowana  i  co  najmniej  tak  samo  dumna.  Po  urodzeniu 
dziecka Elizabeth posłała jej tylko parę słów: 
 
 

Kochana Helene. 

 

Urodziłam dziewczynkę. Wszystko w porządku. 

 

Twoja przyjaciółka, Elizabeth. 

 
 

Więcej nie odważyła się napisać w obawie, że list mógłby się dostać w niepowołanie 

ręce. To przykre, bardzo przykre, ale tak musi być. Może później nadarzy się jakaś okazja na 
spotkanie i długą rozmowę. 
 

Dostała  od  przyjaciółki  odpowiedź,  Helene  w  swoim  liście  gratulowała  im  i 

opowiadała trochę o codziennych wydarzeniach w Dalsrud. 

background image

 

69

 

Ale gdyby Helene miała zostać matką chrzestną, to by wymagało napisania kolejnego 

listu. Nie mogliby posłać parę słów, jak ostatnio. Helene musiałby prosić Kristiana o wolny 
dzień  i  z  pewnością  odpowiadać  na  wiele  nieprzyjemnych  pytań.  Nie,  najlepiej  trzymać 
Helene od tego z daleka. 
 

Postawiła kociołek na podłodze. 

 

- Niełatwo by jej było dostać wolny dzień, więc pomyślałam, ze może lepiej poprosić 

tatę, żeby trzymał małą do chrztu – rzekła. 
 

- Musimy zaprosić kogoś jeszcze, nie tylko twojego ojca. 

 

- No a gdyby tak Dorte? – spytała polewając włosy wodą. 

 

Przez chwilę trwało milczenie, potem Jens powiedział: 

 

- A ja myślę, że najlepiej by było zaprosić na rodziców chrzestnych Ragnę i Jakoba. 

Mimo wszystko to ich pierwsza wnuczka. 
 

Elizabeth wzięła mydło i zaczęła wcierać je we włosy, rozpatrując równocześnie jego 

słowa.  Jens  ma  rację,  nic  innego  nie  wypada  zrobić.  Chociaż,  szczerze  powiedziawszy, 
pomysł  jej  się  nie  bardzo  podobał.  Tego,  co  Ragna  powiedziała  Jensowi,  nigdy  jej  nie 
wybaczy. Poza tym  wspomnienie listu powoduje u Elizabeth  gęsią skórkę. No  ale  czy mam 
wybór? – zastanawiała się, spłukując pianę. 
 

- No tak, to jasne, że oni powinni być chrzestnymi rodzicami – zgodziła się w końcu.. i 

to  jest  chyba  najbardziej  odpowiednie,  prosić  dziadków,  to  unikniemy  rozmów  z  Dorte  – 
dodała,  zastanawiając  się,  co  sprawiło,  że  tak  szybko  podjęła  decyzję.  Miała  wyrzuty 
sumienia, że tak mało dotychczas zajmowała się sprawą chrztu córeczki. Jak na matkę, to po 
prostu wstyd. 
 
 

Siedzieli  w  kuchni  w  Heimly  i  Jens  zapytał,  czy  jego  przybrani  rodzice  zechcieliby 

zrobić  im  ten  honor  i  zostać  rodzicami  chrzestnymi  Ane.  Ragna  zerwała  się  pospiesznie  z 
miejsca  i  zapraszała  do  izby.  Takie  ważne  sprawy  należy  omawiać  właśnie  w  tym  miejscu. 
Wyglądała na bardzo uradowaną, dziękowała, na jej twarzy pojawiły się rumieńce. 
 

Nakrywała  stół  w  izbie  haftowanym  obrusem,  wyjęła  serwis  w  niebieskie  kwiatki. 

Jakby  chrzciny  odbywały  się  już  dzisiaj,  na  długo  przed  terminem,  pomyślała  Elizabeth 
patrząc, jak Ragna nakrywa, jak kroi chleb i wydaje polecenia Indianne. 
 

-  Nie  musisz  robić  sobie  kłopotu  z  naszego  powodu  –  protestowała  Elizabeth 

skrępowana. 
 

Ragna prychnęła. 

 

- Słyszał kto takie głupie gadanie? Przecież zwyczajna przyzwoitość nakazuje zaprosić 

na kawę i przekąskę, kiedy przychodzą goście – powiedziała, podając  Indianne koszyczek z 
kromkami chleba. – Postaw to na stole – rozkazała. – A ty, Elizabeth idź po prostu do izby i 
usiądź razem z mężczyznami. 
 

Pomyśleć, że chrzest ma dla teściowej takie znaczenie! Elizabeth nigdy nie przestanie 

się dziwić nieoczekiwanym zmianom jej nastroju. 
 

Jakob usiadł w głębokim fotelu na biegunach, dzieci wyprawiono do kuchni. Elizabeth 

nie czuła się swobodnie, bo zachowanie wszystkich wydawało się sztuczne. Kiedy smarowała 
kromkę chleba marmoladą z owoców moroszki, kropla słodkiej masy upadła jej na spódnicę. 
Ragna natychmiast podała jej lnianą serwetkę i Elizabeth się zarumieniła. 
 

-  Chyba  szkoda  takiej  ładnej  serwetki  –  powiedziała,  ale  zaraz  pożałowała.  Powinna 

przyjąć ją jakby nigdy nic. 
 

-  Upiorę  przed  chrześnicami,  możesz  być  pewna  –  oznajmiła  Ragna  bez  cienia 

zarozumiałości. 
 

Elizabeth  nie  znajdowała  słów,  zerknęła  na  Jensa,  ale  on  siorbał  kawę  z  wielkim 

spokojem i nieskrępowany zajadał jedną kromkę chleba po drugiej. 
 

- Pożyczysz nam obrus? – spytała Elizabeth oszołomiona. 

background image

 

70

 

- Mam pożyczyć wam obrus? – powtórzyła Ragna i teraz w jej głosie pojawił się cień 

pogardy. – Przecież chyba chrzciny urządzimy tutaj? Nic innego nie wypada. Nie, jeśli mamy 
być  rodzicami  chrzestnymi,  to  my  urządzimy  przyjęcie.  –  Patrzyła  gdzieś  przed  siebie.  – 
Zastanawiam  się  teraz…  -  nie  dokończyła  zdania,  ale  zerwała  się  z  miejsca.  –  Muszę  na 
chwilę na strych. Częstujcie się proszę kawą i jedzeniem. 
 

Zniknęła, zanim dokończyła zdanie. 

 

Po chwili Jakob przerwał milczenie. 

 

- Ależ się ta Ragna ożywiła. To dla nie wiele znaczy. – Popatrzyła na Elizabeth, jakby 

przede  wszystkim  do  niej  kierował  swoje  słowa.  –  Dziękujemy  wam  –  dodał,  biorąc  kostkę 
brązowego cukru z błyszczącej cukiernicy. 
 

Elizabeth czuła, że musi coś powiedzieć. 

 

- Mój tata też będzie ojcem chrzestnym. Pójdziemy do niego prosto od was. 

 

Jakob skinął głową i uśmiechnął się w swoją bujną brodę. 

 

-  Ragna  bywa  czasami  bardzo  ostra,  ale  zwykle  potem  żałuje  i  chce  wszystko 

załagodzić – oznajmił. 
 

Elizabeth  miała  ochotę  zapytać,  czy  Ragna  teraz  żałuje  i  czy  to  tego,  co  nagadała 

Jnsowi, czy może chodzi o list, o coś jeszcze całkiem innego. Ale nie zdobyła się na to. Nie 
może się tak zachowywać w obecności Jensa. 
 

Potem  już  nic  nie  mówili.  Po  chwili  Jakob  z  Jensem  zaczęli  rozmawiać  o  tym,  jak 

ziemniaki  obrodziły  tej  jesieni.  Jeśli  jeszcze  połowy  śledzi  dopiszą,  to  ludziom  w  zimie  nie 
powinno  być  źle.  Elizabeth  nie  słuchała.  Przyglądała  się  szmacianym  chodnikom  na 
podłodze. Wyglądały  na nowe, ale to może dlatego, że izba używana jest jedynie w bardziej 
uroczystych chwilach i na specjalne okazje. Wzdłuż dłuższej ściany, która graniczy z kuchnią, 
stał  wielki  piec.  Jeszcze  się  w  nie  paliło,  bo  na  dworze  wciąż  było  ciepło.  Przy  krótszej 
ś

cianie ustawiono meble przeznaczone do jadalni. Duży żyrandol wisiał nad wielkim stołem. 

Podobnie jak kuchnia również izba wyłożona była drewnianą boazerią, tylko że tu deski były 
niemalowane.  W  oknach  z  małymi  szybkami  wisiały  pasiaste  firanki  w  dwóch  odcieniach 
niebieskiego. Jakże jej się to podobało, kiedy była tutaj pierwszy raz! Potem jednak poznała 
pokoje w Dalsrud i nauczyła się, że bogactwo również może kryć w sobie zło. 
 

Ragna wróciła. Pod pachą niosła skrzynkę, którą ustawiła na stole. 

 

-  Popatrz  no  tutaj  –  powiedziała,  zdejmując  wieko.  –  To  ubranko  do  chrztu,  którego 

używały moje dzieci. 
 

Ostrożnie wyjęła sukienkę, która musiała mieć najmniej ze dwa łokcie długości. Kiedy 

przewiesiła ją sobie przez rękę, sukienka sięgała niemal podłogi. Teściowa z uroczystą miną 
podała  białą  sukienkę  Elizabeth,  która  przyjęła  ją  z  mieszanymi  uczuciami.  Przy  szyi  i 
rękawkach ubranko zdobiły cienkie niczym pajęczyna koronki. Taki same zdobiły też przód 
stroju  na  całej  długości.  Sukienka  została  uszyta  z  kilku  warstw  cieniutkiego  materiału. 
Elizabeth bała się tego dotknąć. 
 

- Jaki piękny materiał. Skąd taki wzięłaś? – spytała. 

 

-  Mam  znajomych  i  w  Bergen,  i  dalej  na  południu,  którzy  przysyłają  mi  wszystko, 

czego  potrzebuję  –  odparła  Ragna  z  ważną  miną.  –  Tutaj  jest  o  czapeczka,  i  koszulka.  – 
Podała Elizabeth maleńkie ubranka również przystrojone koronkami.  Koszulka była z białej 
bawełny w drobne kwiatki. Elizabeth pogłaskała delikatną tkaninę i przypomniała sobie strój, 
w jakim ona i Maria były chrzczone. Ich sukienka została uszyta ze zwyczajnej bawełny, bez 
ż

adnych koronek. To samo koszulka. I nie była też taka długa jak ta. 

 

- Musisz się z tym bardzo ostrożnie obchodzić – powiedziała Ragna, wyrywając ją z 

zamyślenia. 
 

Elizabeth skinęła głową. Dopiero teraz dotarło do niej, że Ragna chce pożyczyć jej to 

cudo  dla  Ane.  Mała  będzie  niesiona  do  chrztu  niczym  dziecko  jakichś  bogaczy!  Tak 
przynajmniej będzie to wyglądało w oczach innych. 

background image

 

71

 

Promienie słoneczne wpadały przez okno, w ich blasku widać było tańczące drobinki 

kurzu. A więc u Ragny też jest kurz, pomyślała Elizabeth. Przedtem w marmoladzie znalazła 
kawałeczek  tłuszczu,  którego  teściowa  nie  zauważyła.  Tym  tłuszczem  zamyka  się  garnki  z 
marmoladą, żeby nie pleśniały. Stwierdziwszy to wszystko, poczuła się lepiej. Nie było jej już 
przykro,  że  przyjmuje  jałmużnę.  Poczuła  się  silniejsza  i  bardziej  pewna  siebie,  kiedy  zdała 
sobie sprawę, że to bardziej przysługa niż jałmużna. 
 

Przyszła  Indianne  z  wiadomością,  że  Dorte  chciałaby  porozmawiać  z  matką.  Ragna 

wstała  i  wyszła,  Elizabeth  skorzystała  z  okazji.  Wypiła  tyle  pysznej  kawy,  że  musiała  teraz 
biec do wygódki. Łatwej wstać od stołu, kiedy inni też to robią. 
 

Na  ganku  stała  Dorte  z  Danielem  na  rękach.  Malec  przytulił  policzek  do  ramienia 

matki  i  spał  spokojnie.  Elizabeth  specjalnie  szła  wolno,  bo  miała  poczucie,  że  dowie  się 
czegoś ważnego. 
 

-  Chciałabym  zapytać,  czy  nie  mogłabym  pożyczyć  od  ciebie  stroju  do  chrztu  dla 

Daniela – usłyszała słowa Dorte. 
 

- Bardzo żałuję, ale strój przeznaczyłam już dla Ane-Elise – odparła Ragna. Tylko ona 

jedna używała obu imion dziewczynki. 
 

Nie jest niczym nadzwyczajnym, że biedniejsi ludzi proszą bogatszych o  pożyczenie 

takich  rzeczy  jak  strój  do  chrztu,  często  za  drobną  opłatą,  Elizabeth  wiedziała,  że  tak  jest. 
Mimo to Dorte była bardzo onieśmielona, czuła się tu najwyraźniej nie na miejscu. Elizabeth 
ogarnęło współczucie i postanowiła się ujawnić, wyszła zza drzwi sieni. 
 

-  Przypadkiem  słyszałam,  o  czym  mówicie  –  powiedziała.  –  Szłam  do  wygódki  – 

wyjaśniła. Zerknęła spod oka na Ragnę, potem przeniosła wzrok na Dorte: 
 

- Możesz pożyczyć mój i Marii strój do chrztu – zaproponowała ze swobodą. 

 

Zobaczyła  radość  na  twarzy  Dorte  i  odniosła  wrażenie,  że  tamta  chciałaby 

porozmawiać z nią na osobności. I rzeczywiście, Dorte poszła razem z nią przez podwórze. 
 

- Kiedy masz zamiar jechać do pastora? – spytała Elizabeth. 

 

- Jeszcze dzisiaj. Chcę to już mieć za sobą. – Dorte stanęła, najwyraźniej nie chciała 

napotkać spojrzenia Elizabeth. 
 

- Nie rozmawiałam jeszcze z Jensem, ale myślę, że w najbliższych dniach my też tam 

pojedziemy. Prawdopodobnie chrzciny będą tego samego dnia, zobaczysz. 
 

-  Ja  chciałaby  spytać,  czy  zgodzilibyście  się  być  rodzicami  chrzestnymi  –  szepnęła 

Dorte. – Ale tylko jakby wam pasowało. Bo jak nie, no to zrozumiałe – dodała jeszcze ciszej. 
 

- Jasne, że byśmy chcieli! Moja droga, to przecież honor trzymać dziecko do chrztu – 

powiedziała Elizabeth i zauważyła, że Dorte się rumieni. 
 

- Wieczorem przyjdę do ciebie z sukienką. A może być chciała, żebym teraz zajęła się 

Danielem? Melka mam na dwoje. 
 

- Bardzo ci dziękuję, ale już to załatwiłam. Popłynie ze mną łódką do Storvika, a tam 

mam znajomą, która też karmi dziecko. Stamtąd pójdę do pastora. 
 

- Mojej propozycji możesz skorzystać kiedy indziej. Szczęśliwej drogi. 

 

Rozchodząc się, nie patrzyły na siebie nawzajem, ale Elizabeth odniosła wrażenie, że 

od tej chwili ma w Dorte przyjaciółkę. 
 
 

Elizabeth  wzięła  od  ojca  ubranko  do  chrztu  i,  jak  obiecała,  jeszcze  tego  samego 

wieczora  poszła  do  Neset.  Ane  była  przygotowana  do  snu.  Jens  poradzi  sobie  z  nią  przez 
chwilę  sam.  zapukała  tylko  raz,  potem  weszła,  ale  nie  wypowiedziała  nawet  zwyczajnych 
pozdrowień. 
 

- Płakałaś – rzekła stanowczo. 

 

Dorte z drżeniem wciągała powietrze, zgarnęła jakieś okruchy ze stołu na dłoń. Przez 

chwilę stała, jakby nie wiedziała, co z nimi zrobić. W końcu wrzuciła do pieca. 

background image

 

72

 

- Tak, poszłam dzisiaj do pastora, ale nie było to przyjemne spotkanie – westchnęła. 

Ostatnie  słowa  wypowiedziała  ze  szczególnym  naciskiem,  jakby  chciała  okazać  siłę,  której 
właściwie nie posiadała.  
 

- Opowiedz mi o tym – poprosiła Elizabeth, siadając na kuchennym stołku. Siedziała 

na nim także wtedy, kiedy Dorte opowiadała jej o dziecku z mężczyzną, który uciekł. Deski w 
podłodze skrzypiały, kiedy Dorte szła, by też usiąść przy stole. 
 

- Pastor był złu, że jeszcze nie ochrzciłam Daniela. 

 

Elizabeth prychnęła. 

 

- Powinnaś mu była powiedzieć, że właśnie przyszłaś po to, żeby go ochrzcić. A poza 

tym mogłaś mu przypomnieć, że prawo nakazuje ochrzcić dziecko, zanim skończy dziewiąty 
miesiąc życia. Tego terminu dotrzymałaś. Nie przypomniałaś mu o tym? 
 

Dorte uśmiechnęła się blado. Dolna warga jej drgała. 

 

- Nie, przecież rozumiesz, że nie mogłam tak mówić do proboszcza. Potem chciał się 

dowiedzieć  imienia  ojca  Daniela.  Wcale  nie  miałam  ochoty  o  tym  rozmawiać,  to  się 
rozzłościł,  naprawdę  wpadł  w  furię.  Nazwał  mnie  upadła  kobietą.  Dokładnie  takich  słów 
używał. Ale na tym nie koniec, rzucał na mnie jeszcze gorsze wyzwiska, nigdy nie czułam się 
taka  nędzna  i  sponiewierana.  On  całą  winę  zrzucił  na  mnie,  Elizabeth.  Tak  jakby…  -  Dorte 
rozejrzała się po kuchni, jakby szukała właściwych słów. W końcu mówiła dalej: 
 

-  Ja  nie  uważam,  że  zrobiłam  coś  złego.  Opiekuję  się  moim  dzieckiem  i  bardzo  je 

kocham. I za to mam być ukarana? Czy to sprawiedliwe? 
 

Dorte wybuchnęła płaczem. Elizabeth wzięła ją za rękę i powiedziała łagodnie: 

 

- Nie przejmuj się nim, Dorte. Powinnaś pamiętać, że w oczach Boga nie ma różnicy 

między biednymi i bogatymi. Tylko to ma znaczenie. 
 

Dorte otarła oczy i nos w szmatkę. 

 

- Tak, chyba masz rację. Każdy musi znosić swoje w tej dolinie płaczu, dopóki czas 

się  nie  dopełni.  A  potem  to  już  nie  będzie  różnicy  między  biednymi  i  bogatymi,  jak 
powiedziałaś. 
 

-  Ludzie,  którzy  innych  traktują  w  ten  sposób,  są  naprawdę  mali  w  moich  oczach  – 

oznajmiła Elizabeth stanowczo. – Nieważne czy to lensman, pastor czy biedny człowiek. Ale 
teraz chciałam ci pokazać sukienkę do chrztu – oznajmiła, wstając. 
 

- A rozmawiałaś z Jensem? – spytała Dorte. 

 

-  O  tym,  że  mamy  być  rodzicami  chrzestnymi?  Oczywiście,  możesz  mi  wierzyć,  że 

jest bardzo dumny z zaproszenia. 
 

Akurat tu trochę przesadzam, pomyślała, ale Dorte musiała teraz usłyszeć coś miłego. 

 

Elizabeth spytała, rzecz jasna, to znaczy powiedziała Jensowi o zaproszeniu, jeszcze w 

Heimly, jak tylko wróciła do izby. Przyjął to z uśmiechem. 
 

- No pewnie, że powinniśmy się zgodzić. To chrzcimy oboje malców za jednym razem 

– cieszył się. 
 

Ragna miała surową minę, ale nie odważyła się  wtrącić swoich trzech  groszy, nawet 

kiedy Elizabeth planowała dalej. 
 

-  W  takim  razie  zaproszę  Dorte  na  chrzciny  –  powiedziała  to  z  takim  naciskiem,  że 

sama się zdumiała. 
 

- To jasne – przytaknął Jakob, spoglądając spokojnie na swoją żonę. I to było ostatnie 

słowa w sprawie. Jak przyjdzie co do czego, to Jakbob jest panem w tym domu, stwierdziła 
Elizabeth. 
 

Uśmiechnęła się Dorte. 

 

-  tata  też  był  bardzo  dumny,  kiedy  poprosiliśmy  go  na  ojca  chrzestnego.  Będą 

podawać małą wszyscy razem, Ragna, tata i Jakob. Umilkła na chwilę. Wyglądało na to, że 
chwali się tą mnogością rodziców chrzestnych. Szybko zaczęła rozmawiać o czym innym. 0 

background image

 

73

A  ty  oczywiście  jesteś  zaproszona  do  Heimly  na  chrzciny.  Jeśli  nie  zamierzałaś  urządzić 
własnego przyjęcia? 
 

- Nie, nie zamierzałam. I bardzo wam dziękuję. – Twarz Dorte pojaśniała. 

 

- A tu jest sukienka – rzekła Elizabeth, rozkładając ubranko. – Nie ma tylu koronek i 

ozdób, ale jeśli mam być szczera, to uważam, że tamta, którą będzie miała Ane, jest trochę za 
bardzo paradna. 
 

Dorte  uśmiechnęła  się  pierwszy  raz  od  przyjścia  Elizabeth,  ale  nie  powiedziała  nic. 

Pogłaskała tylko swoją spracowaną dłonią biały materiał. 
 

- Będzie pięknie w tym wyglądał, mój mały Daniel – rzekła cicho. 

 

Elizabeth  ta  reakcja  Dorte  sprawiała  jakąś  bolesną  radość.  Jako  mała  dziewczynka, 

często  potajemnie  zaglądała  do  skrzyni  matki,  w  której  przechowywane  były  najcenniejsze 
rzeczy,  między  innymi  sukienka  do  chrztu.  Elizabeth  nie  miała  odwagi  nawet  jej  dotknąć, 
siedziała tylko i patrzyła w niemym podziwie. Czegoś równie pięknego nie ma na całej ziemi, 
myślała.  I  teraz  Dorte  odnosi  takie  samo  wrażenie.  Elizabeth  jakby  zajrzała  w  inny  świat, 
gdzie  zobaczyła  droższe  ubranka  przystrojone  koronkami.  Mimo  wszystko  musiała  się 
zgodzić z Dorte. 
 

-  Tak,  Daniel  będzie  wyglądał  pięknie  w  tej  sukience.  masz  powody  być  z  niego 

dumna, Dorte. Naprawdę masz powody. Nigdy o tym nie zapominaj. 
 
 

Kiedy  nastał  dzień  chrztu,  to  Elizabeth  ze  swoimi  rodzicami  chrzestnymi  szła 

pierwsza, chociaż oni podwali do chrztu dziewczynkę. Za nimi podążała Dorte. Powiedziała, 
ż

e bardzo się cieszy, iż nie musi chrzcić Daniela po nabożeństwie, tak jak to czynią kobiety, 

które  urodziły  nieślubne  dziecko.  Elizabeth  jej  na  to  nie  odpowiedziała.  Bo  co  właściwie 
miałaby  powiedzieć?  Sama  przecież  mogła  być  taką  kobietą.  To  upokarzający  zwyczaj, 
myślała. 
 

Pastor nie dla wszystkich jest jednakowy, Elizabeth dobrze o tym wie. Ma w sobie co 

najmniej  dwie  osoby,  a  może  jeszcze  więcej.  Kiedy  ona  z  Jensem  przyjechali,  by  dać  na 
zapowiedzi, pastor był surowy, ale mimo to dobrotliwy. Wobec Dorte zachowywał się jednak 
jak oskarżyciel, tymczasem, gdy  przyjechali załatwić chrzest małej  Ane,  był dla nich słodki 
jak cukier. Czy to dlatego, że Ragna i Jakob przyjechali z nimi? Elizabeth doszła do wniosku, 
ż

e pastor jest niczym kurek na dachu, odwraca się w stronę, z której wiatr zawieje. Zrobiło jej 

się nieprzyjemnie.  
 

Pastor  skinął  lekko  głową  i  wszyscy  poszli  wolno  w  stronę  chrzcielnicy.  Elizabeth 

podała  dziecko  Ragnie,  rozwiązała  białe  jedwabne  wstążki  czapeczki  i  zsunęła  ją  ostrożnie. 
Pastor rozpoczął ceremonię. 
 

- Panie Jezu Chryste. Przynosimy ci oto dziecko, które chce podążać za twoim słowem 

i prosi cię, byś zechciał przyjąć je do siebie i pozwolił mu zostać chrześcijaninem.  
 

Wylał odrobinę wody na główkę małej, ale ona nawet nie pisnęła. 

 

- Ane-Elise Jensdatter, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. 

 

Kiedy  skończył,  Elizabeth  nie  miała  czasu  ochłonąć,  bo  natychmiast  podano  jej 

Daniela. Skuliła się ze współczucia, widząc Dorte stojącą ze wzrokiem wbitym w podłogę.  
 

Ż

ebym tak mogła oddać jej trochę własnej siły, to z radością bym to zrobiła, myślała 

Elizabeth.  Kiedy  wracali  potem  przez  kościół,  postarała  się,  żeby  Dorte  szła  w  środku 
orszaku. Dobrze, żeby nieszczęsna kobieta miała wokół siebie ludzi, kiedy gapi się na nią cała 
parafia. Bo co prawda słowa mogą ranić, ale to nic wobec bólu, jaki mogą zadać spojrzenia. 
 

Kiedy  znaleźli  się  w  wozie,  by  wrócić  do  domu  w  Heimly,  jej  mózg  był  jakby 

owinięty  w  watę.  Więc  moja  córeczka  dostała  imię  Jensa,  będzie  zbawiona  od  potępienia  i 
ognia wieczornego. Żebym tylko ja mogła doznać takiej samej łaski, pomyślała z drżeniem. 

background image

 

74

 

Elizabeth dostała pokój na strychu, gdzie mogła położyć Ane na łóżku i miała miejsce 

do przewijania. Delikatnymi rękami umyła i przebrała dziecko, zanim przystawiła je do piersi. 
Z dołu dochodziły odgłosy rozmów i śmiechy, na dziedzińcu wciąż przybywało wozów. 
 

-  Będzie  tu  niezłe  przyjęcie  –  szepnęła  do  dziecka.  –  Nie  tak  sobie  to  wszystko 

wyobrażałam tamtego dnia, kiedy dotarło do mnie, że jestem w ciąży. Odsunęła myśli na bok 
i  delikatnie  łaskotała  córeczkę  po  policzku.  –  Nie  zasypiaj,  zanim  się  nie  najesz,  moja 
kochana – szeptała. – Ane ssała dalej, ale zasnęła, zanim opróżniła pierś matki. 
 

-  Jesteś  aż  taka  zmęczona?  –  Elizabeth  dziwiła  się,  układając  sobie  dziecko  na 

ramieniu i podchodząc do okna. Przez koronkowe firanki widziała wynajętego parobka, który 
zajmował się końmi, a na drodze dostrzegła Dorte idącą na chrzciny z Danielem na rękach. 
 

- Muszę zbiec na dół i ją przywitać – powiedziała półgłosem i ułożyła Ane na łóżku. 

Wtedy rozległo się ciche pukanie do drzwi i Indianne wsunęła głowę. 
 

-  Mama  pyta,  kiedy  zejdziesz  na  dół?  –  powiedziała  dziewczynka,  owijając  wokół 

palca swój czarny warkocz. 
 

Elizabeth siknęła głową. 

 

- Tak, tak, już idę. 

 

Indianne zamknęła drzwi i zniknęła na schodach. 

 

Elizabeth  podeszła  do  dużego  lustra,  wiszącego  na  ścianie,  stała  chwilę  i  taksowała 

swoją sylwetkę. Skóra miała jeszcze złocistą barwę po lecie, jasne włosy były upięte w węzeł 
na karku z powodu dzisiejszej uroczystości. Kontrastowały mocno z czarną suknią. 
 

- Nie jestem taka brzydka – powiedziała do swojego odbicia w lustrze. Uśmiechnęła 

się  i  przyjemnością  popatrzyła  na  swoje  białe  piękne  zęby.  Potem  przygładziła  sukienkę  i 
zeszła na dół. 
 

Przy schodach na strych stał Jakob i Elizabeth postanowiła skorzystać z okazji. 

 

- Jakob – zaczęła, chwytając go za rękaw. – Mogłabym zamienić z tobą kilka słów? 

 

- No pewnie, oczywiście, że możesz – odparł ciepło. 

 

- Czy ty pamiętasz tamten dzień, kiedy przyszliśmy prosić was na chrzciny? – zaczęła. 

 

Jakob skinął głową, a ona mówiła dalej: 

 

- Wtedy powiedziałeś, że Ragna może być surowa, ale potem tego żałuje. Co miałeś 

na myśli? 
 

Teść przeczesywał palcami brodę i chrząknął. 

 

-  Ni  cóż,  Ragna  ma  trochę  wyrzutów  sumienia,  że  Jens…  że  dostał  tylko  dom  w 

Dalen, a Olav weźmie tutejsze gospodarstwo. No ale to Olav jest naszym dziedzicem, chociaż 
ma dopiero osiem lat… 
 

Jakob  mówił  dalej,  ale  Elizabeth  już  nie  słyszała.  To  dlatego  Ragna  zrobiła  się  taka 

miła? Rozczarowana musiała zagryzać wargi. Miała nadzieję, że Ragna żałuje listu i tego, co 
powiedziała  Jensowi.  Trochę  niechętnie  musiała  przyznać  sama  przed  sobą,  że  wiele  by  dla 
niej znaczyło, gdyby obie z teściową zostały przyjaciółkami. Nie tylko ze względu na Jensa. 
 

Drgnęła, bo ktoś złapał ją za ramię. 

 

-  Przepraszam,  że  cię  przestraszyłam  –  powiedziała  Dorte.  –  Ale  nie  wiesz,  gdzie 

mogłabym położyć Daniela? 
 

Elizabeth popatrzyła na śpiące dziecko. 

 

- Połóż go na tym samym łóżku, na którym śpi Ane. To są pierwsze drzwi i na prawo 

–  powiedziała,  wskazując  na  strych.  Dopiero  kiedy  Dorte  zniknęła,  Elizabeth  zdała  sobie 
sprawę,  że  Jokoba  też  już  nie  ma.  –  Chyba  muszę  iść  do  gości  –  powiedziała  półgłosem  i 
poszła do izby. 
 

Stoły  były  nakryte  białymi  lnianymi  obrusami  i  serwetkami.  Stały  na  nich 

najpiękniejsze  łojowe  świece  w  srebrnych  świecznikach,  płomienie  odbijały  się  w 
kryształowych szklankach. 

background image

 

75

 

- To ja z Olavem nazbieraliśmy wrzosu do ozdobienia stołu – usłyszała, jak Indianne 

informuję Marię. 
 

Elizabeth  odszukała  Jensa  i  uścisnęła  mu  rękę.  Dobrze  mieć  go  przy  sobie,  kiedy 

trzeba witać się z tyloma ludźmi. Abraham, właściciel sklepu, podszedł z żoną, żeby złożyć 
gratulacje.  Elizabeth  zwróciła  uwagę,  że  oboje  mają  nowe  buty,  które  skrzypią  przy 
chodzeniu.  Cóż,  czego  innego  można  by  się  spodziewać  po  takich  eleganckich  ludziach, 
myślała,  witając  się  z  innymi  gośćmi.  W  pewnym  momencie  dostrzegła  lensmana.  Żołądek 
zacisnął  jej  się  w  bolesny  węzeł.  Opanuj  się,,  upomniała  sama  siebie.  On  przyszedł  tu  jako 
gość, nie z innego powodu. Kiedy podszedł do niej, nie była w stanie stać spokojnie. – Muszę 
zajrzeć do Dorte – powiedziała pospiesznie i zniknęła. 
 
 

Przy  obiedzie  lensman  siedział  na  skos  od  niej.  Elizabeth  wielokrotnie  odczuła  na 

sobie jego badawcze spojrzenie, ale nie była w stanie popatrzeć mu w oczy.  Utkwiła wzrok 
we  własnym  talerzu,  nie  rozglądała  się.  kiedy  goście  zaczęli  wstawać  od  stołu,  nie  mogła 
jednak uniknąć spotkania. 
 

-  Dzień  dobry,  i  dziękuję  za  ostatnie  spotkanie,  Elizabeth  –  powiedział  lensman, 

wyciągając do niej wielką dłoń. 
 

- I ja dziękuję – odparła z wymuszonym spokojem, przeprosić za to, że wcześniej się z 

nim nie przywitała. Dała jednak spokój. Nie wiadomo jakby to zrozumiał. 
 

- Mam wrażenie, że widziałem cię gdzieś indziej, nie tylko tutaj, w naszej wsi – zaczął 

lensman niepewnie. – Gdzie to mogło być? Ach, teraz już pamiętam. To było w Dalsrud! 
 

Serce  Elizabeth  podskoczyło  w  piesi.  Głos  dochodził  jakby  z  daleka,  kiedy 

odpowiedziała: 
 

- Tak, byłam tam służącą. 

 

-  Ach,  naprawdę?  No  widzisz,  jak  to  straszna  tragedia  z  tym  Dalsrudem  –  rzekł, 

wpatrując się w nią. 
 

- Niestety, wielka tragedia – przytaknęła, nie odwracając oczu. – Splotła tylko mocno 

ręce na plecach. – Takiego dnia nie zapomina się łatwo – dodała. 
 

-  Co  prawda,  to  prawda.  No,  ale  chyba  to  nie  jest  odpowiedni  temat  na  chrzciny  – 

roześmiał się rozbrajająco. – Gdzie podziałaś małą Ane-Elise? 
 

- Śpi. 

 

- Czy ona należy do dzieci, które mało płaczą? – spytał uprzejmie. 

 

I właśnie podeszła do nich Ragna. 

 

-  Wcale  nie  jest  podobna  do  swojej  mamy,  bo  Elizabeth  to  było  straszne 

rozwrzeszczane niemowlę – jak słyszałam – oznajmiła ze sztucznym uśmiechem. 
 

Elizabeth wolała nic nie mówić, więc Ragna ciągnęła dalej: - Pomyśleć, że w dawnych 

czasach  ludzie  wierzyli,  że  jeśli  dziecko  krzyczy  w  brzuchu  matki,  to  wyrośnie  z  niego 
morderca. 
 

Elizabeth poczuła, że krew odpływa jej z twarzy i zastanawiała się, czy dobrze słyszy. 

 

Ragna paplała bez zastanowienia: 

 

- Jedną radą na to było, żeby kat wymachiwał przez jakiś czas siekierą nad brzuchem 

matki. 
 

Elizabeth zmusiła się do uśmiechu. 

 

-  Rany  boskie,  co  ty  wygadujesz?  Jeśli  lensman  wybaczy,  to  pójdziemy  do  dzieci. 

Zdaje  mu  się,  że  słyszę  płacz.  –  Zdecydowanie  odsunęła  Ragnę  na  bok  i  wyszła  z  izby.  – 
Bądź tak dobra i chodź ze mną na strych – syknęła teściowej do ucha. 
 

A tam na korytarzu Elizabeth przystanęła i zawróciła się do Ragny: 

 

- Co ty, na Boga chciałaś powiedzieć? – spytała, wpijając w tamtą spojrzenie. 

 

-  Pojęcia  nie  mam,  o  czym  mówisz,  nie  będę  tego  słuchać  –  odparła  Ragna,  chcąc 

odejść. 

background image

 

76

 

- Zostaniesz tutaj! – Elizabeth przytrzymała ją za ramię. – Co miałaś na myśli, mówiąc 

Jensowi, że ja mam coś do ukrycia? 
 

Ragna uniosła brodę do góry. 

 

- Masz coś na sumieniu, wygadałaś się. 

 

- Mogę ci powiedzieć, co się stało, Ragna. Śniło mi się wtedy, że ukradłam w Dalsrud 

jedzenie  i  Leonard  mnie  przyłapał.  Miałam  wysoką  gorączkę,  pamiętasz,  a  wtedy  człowiek 
często miewa koszmary. 
 

Opowiadała  inną  historię  Ragnie  niż  Jensowi,  ale  przecież  zrozumie,  że  nie  mogła 

wyznać teściowej, gdyby Ragna miała ochotę mu to powtórzyć, to zrozumie. 
 

Ragna bawiła się guzikiem przy swojej sukni. 

 

- Powiedziała, tylko to, co usłyszałam – rzekła wymijająco. 

 

-  To  bardzo  dobrze,  moim  zdaniem,  chciałaś  mu  powiedzieć,  że  ja  dopuściłam  się 

jakiegoś przestępstwa! 
 

Elizabeth drżała, zaciskała pięść tak, że paznokcie kaleczyły jej skórę. 

 

Ragna mruknęła coś niezrozumiale i zrobiła się ogniście czerwona. 

 

-  Fakt,  że  mnie  nienawidzisz,  to  jedna  sprawa  –  mówiła  dalej  Elizabeth.  –  To  mogę 

znieść. Ale oszczędź Jensa! Sprawiasz mu większy ból niż mnie tą swoją grą. I jeszcze jedno 
–  dodała,  kiedy  Ragna  chciała  odejść.  –  Kiedy  to  zaczęłaś  wypisywać  listy  z  cytatami  z 
Biblii? 
 

Ragna puściła guzik i popatrzyła na nią. 

 

- O co ci chodzi? – spytała, nic nie rozumiejąc. 

 

Elizabeth  stała  przez  chwilę  bez  słowa.  Potem  dotarła  do  niej  prawda:  to  nie  Ragna 

napisała tamten list! 
 

Przez  chwilę  na  korytarzu  panowała  taka  cisza,  że  Elizabeth  słyszała  bicie  własnego 

serca. Wszystko się w niej burzyło. 
 

- Nic, nic takiego – odparła pospiesznie. W głowie miała chaos. 

 

- Oczywiście, że coś chciałaś powiedział – rzekła Ragna stanowczo. 

 

Elizabeth  głośno  wciągnęła  powietrze.  –  Dostałam  list  bez  podpisu  –  przyznała 

niechętnie. 
 

- I co w nim było? – spytała Ragna. 

 

- Nie pamiętam – odparła Elizabeth, rozkładając ręce. To był krótki cytat z Biblii, ale 

nie pamiętam jaki. 
 

- A co Jens na to? 

 

- Jens o niczym nie wie – odparła Elizabeth. – I nigdy nie powinien się dowiedzieć – 

dodała z naciskiem. Obiecaj mi, Ragna, że nigdy mu o tym nie powiesz. 
 

Teściowa skinęła głową i Elizabeth bąknęła jeszcze: 

 

- To by mu po prostu sprawiło ból. 

 

- Obiecuję – powiedziała Ragna i Elizabeth miała nadzieję, że tej obietnicy dotrzyma. 

Ale najbardziej interesowało ją to, kto jest autorem listu. 
 
Rozdział 12 
 
 

Elizabeth  siedziała  przy  kołowrotku  i  przędła  konopie  dla  swego  ojca.  kupił  je  w 

sklepiku  i  chciał  mieć  przędzę  na  sieci.  Siedziała  pogrążona  w  myślach,  kiedy  Jens  nagle 
powiedział: 
 

- Ubierz Ane, to coś ci pokażę. 

 

-  Mam  ją  ubrać?  –  spytała.  –  Dokąd  nas  zabierasz?  –  Nie  czekając  odpowiedzi 

podniosła małą, która leżała na podłodze. Jens przyniósł z sieni ich ubrania i futrzane okrycie, 
którego używał w łodzi. 
 

- Po co to zabierasz? – spytała, czując dziecinne podniecenie. 

background image

 

77

 

- Za chwilę sama zobaczysz. Chodź. 

 

Jens  szedł  przodem  z  okryciem  pod  pachą,  za  nim  Elizabeth  z  Ane  na  rękach. 

Córeczka  zrobiła  się  ciężka.  Skończyła  już  pięć  miesięcy.  Kto  by  pomyślał,  że  ta  pulchna 
istotka była przy urodzeniu maleńka niczym ptasie pisklę. 
 

Najstarsi  ludzie  nie  pamiętali  takiego  ciepłego  listopada.  Nie  widziano  jeszcze  śladu 

ś

niegu, ale starzy przepowiadają, że naga ziemia na Boże Narodzeniem wróży trudną wiosnę, 

więc mieli nadzieję, że śnieg wkrótce spadnie. Z drugiej strony jednak oszczędza się mnóstwo 
paszy, kiedy bydło tak długo wychodzi na pastwiska. 
 

Jens prowadził ją aż na kamienisty brzeg. 

 

-  Co  ty  chcesz  mi  pokazać?  –  spytała  Elizabeth.  Podniecenie  zaczynało  przygasać. 

Bolały ją ręce, chciała wracać do kołowrotka. – Chyba nie wypłyniemy na morze? – spytała 
lekko zirytowana, kiedy Jens odcumował i zaczął ściągać łódź. 
 

-  Nie  bądź  taka  niecierpliwa  –  powiedział  lekko,  otulił  Ane  futrzanym  okryciem  i 

usadził  ją  w  łodzi.  –  O  tak,  teraz  siedzi  wygodnie,  marznąć  też  nie  będzie.  Chodź  i  ty.  – 
Wyciągnął rękę do Elizabeth, ale ona udawała, że tego Ne widzi i bez jego pomocy weszła do 
łodzi. Jens także wskoczył. Przez chwilę wiosłował, zamaszyście wyrzucając wiosła. Ciekła z 
nich  woda,  a  krople  tworzyły  kręgi  na  powierzchni.  Fiord  był  spokojny  i  lśniący  niczym 
szkło,  Elizabeth  widziała  wyraźnie  białe  piaszczyste  dno.  Przypomniała  sobie  wszystkie  te 
lata,  kiedy  nocami  wypływali  oboje  na  ryby.  Jasne,  ciepłe  letnie  noce  ze  słońcem  od 
północnej strony i krzykiem samotnych mew. Podczas kiedy cała wieś spała, byli tylko oni, 
Elizabeth i Jens, w lekkich letnich ubraniach, z opalonymi ramionami. Dlaczego zachowała w 
pamięci jedynie lata ze słońcem? 
 

Jens wyrwał ją z rozmarzenia. 

 

-  Teraz  ci  to  pokażę.  Widzisz  tamtą  małą  zatoczkę?  –  wskazywał  w  stronę  lądu, 

niedaleko od miejsca, z którego wyruszyli. – Na pewno przed nią znajduje się wielki kamień.  
 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Tam wiosną zbuduję szopę na łodzie. 

 

Elizabeth wpatrywała się w męża. 

 

- Co prawda pomieści tylko małe łódki, ale będzie. 

I to nasza, Elizabeth. 
 

Widziała, jaki jest rozgorączkowany; o mało nie zgubił wiosła. 

 

- I co ty na to? 

 

- Ja na to muszę zapytać, skąd wziąłeś tę działkę i za co zamierzasz kupić materiały? 

 

Wyglądało  na  to,  że  Jensa  ucieszyły  pytania  żony,  bo  uśmiechnął  się  wyjątkowo 

szeroko. 
 

-  Działkę  dał  nam  Jakob.  Mam  to  na  papierze.  Uznał,  że  należy  do  naszego 

gospodarstwa.  A  materiały?  W  części  szopa  będzie  z  kamienia,  a  ten  jest  za  darmo.  Resztę 
kupimy za pieniądze, które dostaliśmy w prezencie ślubnym. 
 

Elizabeth zastanawiała się, ile taka szopa może  kosztować. Z pewnością  więcej, niż 

mamy, myślała. 
 

-  To  nie  wystarczy,  Jens.  Zresztą  za  te  pieniądze  trzeba  kupić  mąki.  Muszę  upiec 

podpłomyków, żebyś miał co jeść, kiedy wyruszysz na zimowe połowy – tłumaczyła. 
 

Ale to nie odebrało mu odwagi. Prychnął tylko. 

 

-  Na  mąkę  też  wystarczy.  Zresztą  budować  zamierzam  dopiero  wiosną,  to  będziemy 

też mieć pieniądze, które zarobię zimą. 
 

Elizabeth  spoglądała  w  stronę  lądu,  a  wyobraźnia  tworzyła  obrazy,  jak  to  wszystko 

będzie  wyglądać.  Szopa  na  własną  łódź,  myślała.  Skończy  się  wynajmowanie  miejsca  u 
Jakoba. Uśmiechnęła się. szopa będzie ich! Śmiała się najpierw cicho, potem odchyliła głowę 
do tyłu i patrząc w niebo, wybuchnęła głośnym śmiechem. Jens przyłączył się do niej, włożył 
wiosła do łodzi i złapał ją za ręce. 

background image

 

78

 

- Nie cieszysz się, Elizabeth? 

 

- No pewnie, że się cieszę. Cieszę się ze względu na ciebie, bo wiem, jak chcesz mieć 

tę szopę. I cieszę się, bo będziemy swobodniejsi. Powiedziała to, wiedząc, że Jens zrozumie.  
 

Miło  było  pośmiać  się  na  fiordzie.  Tylko  morze,  niebo  i  oni  we  troje,  i  jeszcze 

marzenie o własnej szopie na łodzie. 
 
 

Elizabeth  zapamiętała  ten  dzień  na  długo.  Wspominała  go  wieczorami,  przed 

zaśnięciem, w kuchni, kiedy szykowała jedzenie albo przy pracy w oborze. Gdy powszednie 
zmagania sprawiają, że dni są szare i smutne, dobrze jest wrócić pamięcią do takich chwil. 
 

Ale tamtego dnia, kiedy Jens oznajmił, że czas sprowadzić zwierzęta pod dach przed 

zimą, nie potrafiła wydobyć dobrych wspomnień. 
 

Mieli  dwie  owce,  bo  ta,  którą  Jens  ze  sobą  przyprowadził,  urodziła  jagnię.  Teraz 

należało tę starszą owcę ostrzyc i zaszlachtować. Elizabeth nie rozumiała, co się z nią dzieje. 
Najpierw  bała  się  trochę,  ale  kiedy  potem  ostrzygła  wełnę,  gdy  zwierzę  stało  się  nagi  i 
bezbronne,  poczuła  kamień  w  żołądku.  Tyle  razy  zajmowała  się  tymi  zwierzętami, 
pogadywała do nich. a ile się przy nich napłakała! Z nimi mogła pobyć w spokoju, kiedy dni 
były trudne lub wspomnienia zbyt bolesne. Zwierzęta dyszały jej w twarz ciepłymi pyskami i 
spokojnie żuły siano. To przywracało jej równowagę. 
 

Z każdą mijającą godziną było gorzej, najbardziej dokuczało jej to, że będzie musiała 

uczestniczyć w uboju. Pierwszy raz musi trzymać zabijane zwierzę. 
 

Elizabeth  siedziała  w  pokoju  na  strychu  i  wpatrywała  się  w  noc.  Widziała  stąd  całą 

wieś.  Księżyc  zalewał  blaskiem  ciemny  fiord,  ale  dzisiaj  Elizabeth  nie  odczuwała  spokoju, 
który  zwykle  towarzyszył  jej  w  tym  miejscu.  Obejmowała  rękami  podciągnięte  w  górę 
kolana.  Marzły  jej  stopy,  więc  okryła  je  brzegiem  koszuli.  Jens  spał.  Zazdrościła  mu,  a 
zarazem irytowało ją, że jest taki spokojny, skoro czeka ich coś tak okropnego. 
  

Co  ze  mnie  za  gospodyni,  skoro  boję  się  takich  zajęć  jak  ubój?  –  myślała.  Żadna  ze 

znanych jej kobiet za tym nie przepada, ale to przecież niezbędna część codzienności. – Co mi 
dolega? – wyszeptała sama do siebie. 
 

Kiedy znowu wyjrzała przez okno, chmura przesłoniła księżyc i zrobiło się ciemno jak 

w worku. 
 

Niechby  ta  noc  trwała  wiecznie,  myślała  rozcierając  przemarznięte  ciało.  Takie 

siedzenie  sprawiało  i  ból,  i  zadowolenie.  Zadowolenie,  że  noc  wydaje  się  dłuższa,  kiedy 
człowiek nie śpi, a ból bo upływa w samotności.  
 

Chłód zapędził ją w końcu do łóżka, kładła się ostrożnie, żeby nie obudzić Jensa. On 

wymamrotał coś nieprzytomnie i objął ją ramieniem. Elizabeth przysunęła się bliżej i grzała 
się  w  cieple  jego  ciała.  Ogarniała  ją  senność,  choć  tego  nie  chciała.  Wkrótce  jednak  sen 
wygrał. 
 

Przyśnił jej się Jens, mówił, że powinni zaczynać ubój, a ona protestowała. – Mowy 

nie ma, żebyś zabijał to nieszczęsne zwierzę – krzyczała. 
 

- Musimy mieć jedzenie, w przeciwnym razie umrzemy z głodu – odparł. 

 

Elizabeth walczyła i nie chciała iść z nim do obory. 

Mimo wszystko stopy poruszały się same z siebie, niosły ją przez małe podwórze. Zwierzęta 
beczały na powitanie. Kura, którą dostali od Dorte, gdakała w kącie. 
 

W Biblii napisano: nie zabijaj – powiedziała Elizabeth. – Jeśli to zrobisz, to anioły się 

na ciebie rozgniewają i nie wejdziesz do Królestwa Niebieskiego. Nie wiesz, jaka długa jest 
wieczność, Jens? 
 

On pokręcił głową. 

 

- No widzisz – ciągnęła Elizabeth. – W piekle siedzi mały ptaszek. Raz na tysiąc lat 

pokazuje  górę.  I  kiedy  ta  góra  zniknie,  skończy  się  też  wieczność.  A  ci,  którzy  łamią  piąte 
przykazanie, będą się przez całą wieczność smażyć w siarce. Ale – dodała – istnieje też inny 

background image

 

79

sposób.  Można  dać  zwierzętom  lekarstwo  rozpuszczone  w  wodzie.  Wyciągnęła  do  męża 
kubek wody i brązową buteleczkę z lekarstwem. 
 

Kiedy  już  miał  napoić  tym  owce,  Elizabeth  obudziła  się  z  krzykiem.  Jens  też  się 

ocknął i pytał sennie: 
 

- Co się stało? 

 

- Nic, miałam zły sen. Połóż się i śpij. 

 

- A co ci się śniło? – pytał zaspany, ale oczu nie otworzył. 

 

Elizabeth  milczała.  Nie  mogła  mu  opowiedzieć  tego  snu.  A  nie  potrafiła  na 

poczekaniu wymyślić żadnej wiarygodnej historii, bo obraz trwał wciąż w jej pamięci. Serce 
biło głośno, nocna koszula była morka od potu. Elizabeth leżała bez ruchu mając nadzieję, że 
znowu zaśnie. W chwilę potem Jens oddychał spokojnie, Elizabeth wymknęła się z jego objęć 
czując,  że  cienki  bawełniany  materiał  nocnej  koszuli  chłodzi  jej  skórę.  Przeczesała  rękami 
włosy  i  próbowała  odzyskać  kontrolę  nad  swoimi  zachowaniami.  Co  ją  tak  w  tym  śnie 
przeraziło?  Czy  dlatego  nie  jest  w  stanie  znieść  myśli  o  uboju,  że  to  przypomina  jej  o 
własnym przestępstwie? Nie, to nie ma sensu ani żadnego związku, myślała, by się pocieszyć. 
 

Ane  zaczęła  popiskiwać  w  kołysce.  Wkrótce  z  niej  wyrośnie,  potrzebuje  łóżeczka. 

Elizabeth  przeszła  przez  śpiącego  Jensa  i  wzięła  dziecko  na  ręce  w  nadziei,  że  mąż  będzie 
spał  dalej.  Z  ubraniami  w  jednej  ręce  i  dzieckiem  w  drugiej,  zeszła  na  palcach  na  dół  do 
kuchni i rozpoczęła poranne przygotowania. Najpierw musiała nagrzać wody, więc powiesiła 
kociołek nad ogniskiem. Dobrze jest mieć jakieś zajęcie. 
 

Zrobiła wszystko, zanim Jens zszedł na dół i usiadł przy stole. Myśli Elizabeth wciąż 

krążyły  wokół  snu  i  uboju,  który  wkrótce  się  zacznie.  Pogadywała  przy  tym  do  Ane,  którą 
trzymała na rękach. 
 

-Nie będziesz jadła? – spytał Jens w końcu. 

 

-  Ależ  tak  –  odparła  i  była  pewna,  że  nawet  po  tym  jednym  małym  słowie  można 

poznać,  że  głos  jej  drży.  To  nie  jest  normalne,  pomyślała.  Nikt  się  tak  nie  boi  tak  ja  teraz. 
Jeśli  nie  przestanę,  to  się  zdradzę.  Muszę  iść  do  obory,  ale  nie  jestem  w  stanie.  Za  nic  na 
ś

wiecie  tego  nie  zniosę.  Boże,  tylko  ty  możesz  mi  pomóc…  -  nie  dokończyła  prośby.  Bóg 

pomógł  jej  co  najmniej  raz,  a  ona  swojej  obietnicy  nie  spełniła.  Dzisiaj  będzie  miała 
przedsmak kary. 
 

Zaczęła  jeść  szarą  kaszę,  zanim  Jens  zdążył  powiedzieć  coś  więcej.  Ale  szybko 

odsunęła  talerz.  Nie  mogę.  Trochę  poczekam,  może  później  coś  zjem.  Muszę  uśpić  Ane, 
zanim  zaczniemy  z  ubojem;  chociaż  ona  nie  jest  chyba  zmęczona  –  westchnęła,  opierając 
sobie dziecko na ramieniu. – Może poprosił mojego tatę, żeby ci pomógł. 
 

Jens pokręcił głową. 

 

- Nie, on miał od wczesnego ranka wyciągać sieci. 

Musimy  to  zrobić  zaraz.  Wszystko  jest  przygotowane,  a  w  następnych  dniach  mam 
zaplanowane co innego. 
 

Elizabeth  ukryła  nos  we  włosach  Ane,  bu  stłumić  suchy  szloch,  który  starał  się 

wydobyć  z  jej  gardła.  Pomoc  ojca  była  dla  niej  ostatnim  ratunkiem.  Teraz  nadzieje  się 
rozwiała. 
 

- Pójdę zrobić obrządek – wybąkała, bo chciała wyjść z domu. 

 

- Zostaw mi małą Elizabeth – roześmiał się Jens, wyciągając ramiona.  Lubił dziecko 

tym pieszczotliwym imieniem. – Opowiem jej historię o smoku. 
 

Na dworze musiała długo wciągać powietrze, by dodać sobie odwagi. Jesn zajmuje się 

oborą,  kiedy  to  jest  absolutnie  niezbędne,  ale  jednak  obrządek  zawsze  był  i  pozostanie 
kobiecym  zajęciem.  Pracowała,  nie  patrząc  na  zwierzęta.  Zwłaszcza  na  to  ostrzyżone, 
delikatne  stworzenie,  na  które  niebawem  spadnie  obuch  siekiery.  Normalnie  dawała  sobie 
czas,  żeby  owoce  pogłaskać,  poklepać,  powiedzieć  każdej  parę  dobrych  słów,  tym  razem 

background image

 

80

jednak  szybko  dała  im  wody  i  rzuciła  go  garści  siana.  Przez  otwór  w  ścianie  z  rozmachem 
wyrzuciła gnój. Nawet nie zebrała tego, co spadło z łopaty. 
 

- A gdzie dziecko? – spytała zdumiona, kiedy znowu znalazła się w kuchni. Była teraz 

spokojniejsza. 
 

Jens roześmiał się. 

 

-  Zasnęła  przy  mojej  historii.  Chyba  nie  jestem  za  dobry  w  opowiadaniu.  Ale  dzięki 

Bogu, że tak się stało. Chodź, zrobimy co trzeba, zanim się znowu obudzi.  
 

Elizabeth  skuliła  się,  widząc,  że  nie  ma  wyjścia.  Poczuła  mdłości,  musiała  się 

przytrzymywać futryny i zasłonić usta ręką. 
 

- Rany boskie, co się dzieje? Elizabeth, ty jesteś chora? – Jens chwycił ją, bo mu się 

zdawało, że upadnie. 
 

Sam o tym nie wiedząc, podsunął jej wymówkę. 

 

-  Tak,  myślę,  że  znowu  jestem  w  ciąży  –  wykrztusiła  ledwo  dosłyszalnie,  unikając 

wzroku męża. Jakże nienawidziła siebie za te słowa. Kłamstwo! Kłamstwo! – dźwięczało jej 
w  uszach.  Jak  nisko  można  upaść?  –  Zmusiła  się  do  spojrzenia  Jenswoi  w  oczy.  Trudno, 
powinna  zachowywać  się  naturalnie.  Jens  uśmiechnął  się.  Oczy  mu  pociemniały  pod 
czarnymi rzęsami i lśniły z radości.  
 

- Jeszcze jedna mała Elizabeth? – spytał, jakby się z nią przekomarzał. 

 

-  To  na  razie  nic  pewnego,  Jens.  Za  wcześnie  na  to,  ale  mam  mdłości.  –  Nie  mogła 

przeciągać sprawy. 
 

Jens ujął jej twarz w dłonie. 

 

- W twoim stanie nie możesz pracować przy uboju. To jasne. Poproszę, żeby Olav mi 

pomógł.  Ma  wprawdzie  dopiero  osiem  lat,  ale  jest  duży  i  silny  jak  na  swój  wiek,  rzekł  z 
powagą. 
 

Elizabeth przytakiwała, ale bała się zbyt wielkiej nadziei. Bo jeśli Ragna nie pozwoli 

synowi tu przyjść? 
 

- Myślisz, że mu pozwolą? – spytała cicho. 

 

- Pozwolą? To przecież on pewnego dnia przejmie gospodarstwo, więc jest oczywiste, 

ż

e  musi  się  przyzwyczajać  do  takich  rzeczy  jak  ubój.  A  ty  powinnaś  odpoczywać.  Już  ci 

trochę lepiej? 
 

Przytaknęła  niepewnie,  nie  chciała,  żeby  się  rozmyślił.  Podeszła  do  ławy  i  położyła 

się. Była chora – ze wstydu i ze strachu. 
 

Kiedy usłyszała rozmowę na podwórzu, uciekła na strych na wypadek, gdyby Olav i 

Jens na chwilę tu wstąpili. Siedzieli tam, dopóki nie było po wszystkim. 
 

Potem umyła twarz i zanim zeszła na dół, od nowa zaplotła warkocz. zajmowanie się 

mięsem, dzielenie go i solenie to również kobiece zajęcie. Teraz Elizabeth już się nie bała, bo 
to przecież nie żywa istota, tylko jedzenie. 
 

Mimo  wszystko  długo  jeszcze  czuła  się  chora.  Z  czasem  mdłości  minęły,  a  kiedy 

pojawiła  się  miesiączka,  musiała  powiedzieć  o  tym  Jensowi.  Miała  nadzieję,  że  wyznanie 
sprawi  jej  ulgę,  ale  Jens  był  bardzo  rozczarowany  i  to  ją  przygnębiało.  Starał  się  trzymać 
fason, ale wyglądało to nie najlepiej. 
 

- Możemy trochę poczekać – powiedział – co Elizabeth odebrała z przykrością. Miała 

ochotę powiedzieć mu prawdę, żeby mieć to już za sobą. Ale milczała. 
 

Elizabeth wzięła ze sobą wiadro z wodą i trochę  czystych  rzeczy  i weszła na strych. 

Stopą  odsunęła  szmaciany  chodnik  i  odstawiła  wiadro.  Spojrzała  na  łóżko.  Tak,  trzeba 
zmienić  pościel,  ale  najpierw  chciała  włożyć  ubrania  Jensa  do  jego  skrzyni.  Tej,  z  którą 
wyjeżdżał  na  zimowe  połowy.  Przydałaby  się  tutaj  jakaś  mała  szafka  albo  komoda, 
pomyślała,  układając  rzeczy.  W  tej  samej  chwili  spojrzenie  jej  padło  na  starą  oprawioną  w 
skórę Biblię Jensa. 

background image

 

81

 

Niezliczoną ilość razy widziała tę książkę, ale dzisiaj musiała ją wziąć w ręce; jakby 

jakiś wewnętrzny głos jej to nakazywał. Wstrzymując dech wyjęła Biblię ze skrzyni, poszła w 
stronę  łóżka  i  usiadła.  Po  omacku  przewracała  stronnice,  patrząc  na  staroświecki,  gotycki 
druk.  Kiedy  ona  właściwie  została  wydrukowana?  Zastanawiała  się.  musi  być  bardzo  stara. 
Delikatnie przewracała cieniutkie arkusiki, zaczynając od tyłu aż doszła do pierwszej strony. 
Zmarszczyła czoło, widząc trzy słowa wypisane atramentem: Amor omnia vibcit. Powtarzała 
je  wiele  razy,  ale  nie  znajdowała  żadnego  sensu.  Była  zajęta,  że  nie  słyszała  kroków  na 
schodach. Serce jej zamarło z przerażenia, kiedy nagle Jens stanął przy niej. 
 

- Czytasz Biblię? – spytał. 

 

Czuła się przyłapana na gorącym uczynku i pospiesznie zamknęła książę. 

 

- Chciałam tylko włożyć ubrania do twojej skrzyni i ją zobaczyłam. Ale chyba wrócę 

do mycia podłogi – powiedziała i chciała wstać. 
 

Jens położył ciężą dłoń na ramieniu żony. 

 

- Posiedź chwilę w spokoju, to coś ci opowiem. 

 

Elizabeth posłuchała. 

 

- Ta, będąca właścicielką Biblii, spodziewała się dziecka – zaczął. – Nie miała męża, 

ale  ojciec  dziecka  uważał,  że  powinni  się  pobrać  możliwie  jak  najprędzej.  Nie  posiadali 
domu,  obory  ani  inwentarza,  ale  przecież  mogli  zbudować  sobie  ziemiankę.  A  jeśli  zimowe 
połowy  dopiszą,  to  on  zarobi  pieniądze  na  kupno  inwentarza.  Dotychczas  dziewczyna 
przyjmowała każdą pracę. To samo robił chłopak. Chodzili od dworu do dworu i pracowali na 
dniówki.  Często  jednak  kładli  się  spać  o  głodzie.  Tak,  każde  mieszkało  jeszcze  w  domu 
swoich  rodziców,  ale  tam  też  panowała  bieda.  Matka  dziewczyny  jednak  posiadała  Biblię, 
która w jej rodzinie przechodziła z pokolenia na pokolenie. Zawsze dostawało ją pierworodne 
dziecko. Więc teraz, kiedy dziewczyna miała wyjść za mąż, dostała od matki Biblię. To był 
drogocenny  dar,  którego  nie  mogła  sprzedać,  ani  zgubić,  musiała  ją  chronić  dla  swojego 
pierworodnego dziecka. Dziewczyna obiecała, że tak będzie. 
 

No  i,  kiedy  młodzi  poszli  dać  na  zapowiedzi,  dziewczyna  musiała  rozmawiać  z 

pastorem. W kościele obiecali Bogu, że będą się kochać nawzajem, szanować i dbać o siebie, 
dopóki  śmierć  ich  nie  rozdzieli.  Ale  co  z  naszym  biednym  życiem?  –  zastanawiała  się 
dziewczyna. Bała się, że sobie nie poradzą, i że nędza oraz ciężka praca ich rozdzielą. Pastor 
był mądrym człowiekiem, więc zapytał, czy się nawzajem kochają. O tak, zapewniali oboje. 
Wtedy on umoczył w kałamarzu pióro i napisał te słowa: Amor omnia wincie. 
 

- To byli twoi rodzice? – spytała Elizabeth. 

 

Jest przytaknął. 

 

- Te słowa są po łacinie i znaczą: „Miłość wszystko zwycięża”, tłumaczył. Pastor im 

to  powiedział,  a  potem  mama  opowiedziała  mnie.  Tę  Biblie  dostanie  Ane,  kiedy  będzie 
wychodzić za mąż. 
 

Elizabeth  nie  znajdowała  słów,  siedziała  po  prostu  i  wpatrywała  się  w  łacińskie 

zdanie. Jest prawie tak, jakby Jens wiedział, że dźwigam w sercu tajemnicę, pomyślała. – Ale 
gdybym mu teraz ją wyjawiła, to czy miłość by zwyciężyła? Czy on kocha mnie aż tak, aby 
mi to wybaczyć i nikomu nie powiedzieć? 
 

Czuła  rękę  Jensa  na  swoim  ramieniu,  ciężką  i  dającą  poczucie  bezpieczeństwa.  Nie, 

pomyślała.  Miłość,  jaką  ja  żywię  dla  Jensa  jest  tak  duża,  że  chciałabym  oszczędzić  mu 
cierpienia. To, co dźwigam, muszę dźwigać sama. w każdym razie jeszcze przez jakiś czas. 
 
Rozdział 13 
 
 

W  dzień  przed  Wigilią  spadł  śnieg.  Wielki  płatki  leciały  na  ziemię  tak  gęsto,  że  nie 

było  nic  widać  na  odległość  wyciągniętej  ręki.  Śnieg  spytał  godzinami,  białą  puchową 
pierzynką okrył krajobraz. 

background image

 

82

 

Jens  nosił  wodę. Wiadro  po  wiadrze  grzało  się  przy  piecu.  Jego  samodziałowa  kurta 

była  biała,  zostawały  po  nim  kałuże  na  drewnianej  podłodze.  Elizabeth  uśmiechała  się,  bo 
tego wieczora nie ma miejsca na ostre słowa. Dziś wieczorem będą się kąpać, wszystko jest 
dobre  i  pełne  spokoju,  przeniknięte  oczekiwaniem,  jakiego  nie  doznawała  od  czasu 
dzieciństwa. 
 

Ane  już  została  wykąpana  i  spała  teraz  na  strychu.  Cieszyli  się  jej  radością,  jaką 

okazywała z kąpieli w dużej balii. 
 

- Usiądź tutaj, Jens – powiedziała Elizabeth, kiedy nanosił już dość wody. – Muszę cię 

ostrzyc. 
 

Usiadł  na  kuchennym  taborecie,  a  Elizabeth  przyniosła  nożyczki.  Przyczesała  jego 

blond  włosy  i  marszcząc  czoło  w  głębokiej  koncentracji  zastanawiała  się.  od  czego  zacząć. 
Włosy  zwijały  się  lekko  na  karku,  co  utrudniało  sprawę.  Jens  odwrócił  się  i  poklepał  ją  po 
pośladkach. 
 

-  Nie  mogłabyś  usiąść  mi  na  kolanach  i  strzyc?  –  spytał.  Elizabeth  poczuła  dziwne 

podniecenie, kiedy to powiedział, policzki oblał rumieniec. 
 

- Siedź spokojnie, bo cię skaleczę – straszyła, odpychając jego dłonie. Potraktował to 

poważnie  i  przez  chwilę  naprawdę  się  nie  ruszał.  W  końcu  Elizabeth  była  zadowolona  z 
rezultatu  swojej  pracy.  Włosy  są  nie  za  długie  i  nie  za  krótkie  –  stwierdziła  stanowczo, 
podając mu lusterko. 
 

- Świetnie – pochwalił i cmoknął ją w podzięce. – Teraz muszę się ogolić. 

 

- Przenieś się z tym do izby, bo ja będę się kąpać. 

 

- A dlaczego mam wychodzić? – spytał niewinnie. 

 

Nie podobało jej się to, nie można przeciągać żartów, a to był jej wrażliwy punkt. On 

wie, że ja nadal wstydzę się swojego nagiego ciała, pomyślała ze złością. Nie odpowiedziała 
na jego zaczepki i pokazywała mu wyraźnie, co jej milczenie oznacza. Czasami posługiwała 
się  takim  wymowny,  milczeniem.  Ona  i  Jens  poznawali  się  już  dość  dobrze.  Dlatego  mąż 
chwycił brzytwę, mydło, pędzelek, miednicę z wodą i wymknął się do izby. 
 

Rozbierając  się  do  kąpieli,  słyszała,  jak  on  tam  hałasuje.  Wsunęła  stopę  do  gorącej 

wody i jęknęła. Ale wigilijna kąpiel taka powinna być. Wkrótce mruczała z rozkoszy. Skuliła 
się  jak  tylko  mogła  i  zanurzyła  w  drewnianej  balii.  Woda  sięgała  jej  prawie  do  szyi,  tylko 
kolana  sterczały  nad  powierzchnią.  Włosy  pływały  niczym  miękka,  jedwabista  trawa. 
Siedziała tak długo z przymkniętymi oczyma, rozkoszując się kąpielą. Pocierała palce u stóp i 
zauważyła,  że  skóra  na  nich  skurczyła  się  w  wodzie.  Zerknęła  na  palce  rąk  i  musiała  się 
roześmiać.  One  też  były  pomarszczone.  Czy  ja  tak  będę  wyglądać  na  starość?  Zastanawiała 
się, głaszcząc ręką brzuch, który teraz był znowu płaski i łagodny. Piersi nadal miała duże i 
ciężki.  Ciekawe  jak  to  będzie,  kiedy  przestanę  karmić?  Może  będą  trochę  większe  niż 
przedtem, zwłaszcza, że Elizabeth nieco przytyła. Biodra miała okrąglejsze, uda również. Jesn 
wielokrotnie powtarzał, że lubi te jej krągłości, a ona rumieniła się za każdym razem, kiedy to 
mówił.  Badała  dłońmi  swoje  ciało,  ważyła  w  nich  piersi,  pocierała  ostrożnie  brodawki. 
Pojękiwała  z  przyjemnością,  aż  ręka  zsunęła  się  w  dół  i  zatrzymała  między  udami,  gdzie 
wkrótce odnalazła punkt, którego dotykanie sprawiało wyjątkową rozkosz. Powoli zaczęła go 
pocierać  palcem,  tam  i  z  powrotem,  a  rozkosz  przepełniała  całe  ciało.  Brzuch  się  kurczył. 
Ś

wiat ginął za mgłą. Poruszała palcem coraz szybciej i szybciej, tam i z powrotem, napinała 

mięśnie, rozsunęła nogi trochę bardziej i nagle pogrążyła się ekstazie. Dysząc ciężko opierała 
się  o  boki  wanny.  Zaraz  jednak  usłyszała,  że  Jens  w  izbie  odsuwa  krzesło  i  podskoczyła. 
Pospiesznie  chwyciła  kawałek  mydła  i  zaczęła  nacierać  nim  włosy  oraz  całe  ciało.  Część 
mydła z włosów spłukała od razu, resztę zostawiła na później. Balia stała tuż przy piecu, więc 
łatwo było się wytrzeć do sucha. W koszulce i majtkach sięgających do kolan stała potem i 
spłukiwała resztę mydła z włosów. Jens mógł wrócić do kuchni. Sprawdziła jeszcze dłońmi, 
czy nie ma zaczerwienionych policzków. Albo czy coś innego nie zdradzi jej zachowania. 

background image

 

83

 

- Wyglądasz niczym wigilijny anioł – zawołał Jens, wchodząc do kuchni. 

 

- Nie przeciwstawiła mu się, choć normalnie by to zrobiła. Stała spokojnie i pozwalała 

mu  się  obejmować.  Przysunęła  się  do  niego  i  odwzajemniała  niecierpliwe  pocałunki.  Jens 
głaskał ją po twarzy, a jego oczy były mroczne, spojrzenie intensywne.  
 

- Moja Elizabeth  wyszeptał, zanim wypuścił ją z objęć. 

 

- Teraz ty się wykąp – powiedziała chwilę potem. – Ja tymczasem pójdę do izby. 

 

- Zostań ze mną – poprosił. I Elizabeth została. 

 

Jen wylał trochę wody, bo dzisiaj mogli sobie pozwolić na wszelką rozrzutność i jeśli 

chodzi  o  torf,  i  o  wodę.  Potem  dodał  gorącej  wody  z  kociołka.  Elizabeth  usiadła  przy 
kuchennym stole i wycierała, potem rozczesywała włosy. Jens rozbierał się bez skrępowania, 
odwróciła  więc  lekko  głowę,  ale  i  tak  raz  po  raz  musiała  na  niego  zerkać.  Pierwszy  raz 
widziała  go  tak  całkiem  nagiego  i  widok  budził w  niej  rozkoszne  dreszcze.  Plecy  Jens  miał 
szerokie  i  silne,  biodra  wąskie.  Brzuch  płaski  i  silne  uda…  on  jest  bardzo  urodziwy, 
przemknęło jej przez głowę, choć nie miała z kim go porównać. 
 

Za  tym  najbardziej  tęsknię,  kiedy  jestem  na  zimowych  połowach  –  oznajmił.  –  Za 

gorącą kąpielą. 
 

- Rozumiem cię – przytaknęła Elizabeth, odłożyła grzebień i związała włosy w węzeł. 

Przez chwilę oboje milczeli. Jedynie, co burzyło ciszę w kuchni, to chlupot wody, za każdym 
razem, kiedy Jens się poruszał. 
 

-  Chciałbym,  żeby  twój  tata  i  Maria  przyszli  do  nas  jutro  na  wigilijną  kolację  – 

oznajmił nagle. 
 

- Wiesz, ojciec ma swoje zwyczaje. A w dodatku Maria zaprosiła Dorte – tłumaczyła 

Elizabeth, biorąc znowu grzebień. 
 

Jens roześmiał się cicho. 

 

- No, no, dzielna dziewczyna, ta Maria. 

 

Elizabeth patrzyła przed siebie. 

 

- Tak, Maria jest uparta, ale ma bardzo dobre serce. 

Nie wszystkie dzieci w jej wieku pomyślały by o sobie samotnej tak jak Dorte. 
 

Jens  się  z  nią  zgadzał,  wstał  i  zaczął  spłukiwać  z  siebie  mydło.  Elizabeth  wyszła  po 

coś do izby, żeby nie patrzeć, jak mąż wychodzi z wanny. Wróciła dopiero, kiedy była pewna, 
ż

e zdążył się ubrać. 

 

Gdy tylko woda została wylana, zaczęli się szykować do snu. Jens poszedł na strych 

pierwszy, bo Elizabeth jako gospodyni musiała jeszcze sprawdzić, czy wszystko w porządku. 
W końcu zapaliła łojową świecę i ruszyła w stronę schodów. W tym samym momencie przez 
izbę  przeleciał  powiew  zimnego  wiatru.  Płomień  świecy  zachybotał  i  o  mało  nie  zgasł. 
Elizabeth  okręciła  się  dookoła,  przez  moment  myślała,  że  drzwi  się  otworzyły,  ale  potem  z 
dreszczem  grozy  zrozumiała:  to,  co  wcześniej  przezywała  w  tym  domu,  nie  jest  wytworem 
fantazji,  to  duchy  lub  inne  upiory,  w  każdym  razie  przeczuwała,  że  ktoś  jest  w  izbie. 
Rozsądek  podpowiadał,  że  powinna  jak  najszybciej  wbiec  na  strych,  ale  nogi  miała  jak  z 
ołowiu, nie mogła się ruszyć. Marzyła, płomień świecy, którą trzymała w ręce, znowu zaczął 
się chybotać. Kątem oka zauważyła jakiś ruch i odwróciła się gwałtownie. Z mroku wyłoniła 
się postać o zamazanych konturach i Elizabeth o mało nie zemdlała z przerażenia. 
 

Mężczyzna,  który  szedł  przez  izbę  był  wychudzony  i  przygarbiony.  Doznała 

nieokreślonego  uczucia,  że  on  potrzebuje  pomocy,  ale  ona  tej  pomocy  dać  mu  nie  może. 
Mimo to musiała zapytać: 
 

- Czy mogłabym ci w czymś pomóc? 

 

Mężczyzna  przetarł  ręką  twarz,  jakby  ocierał  łzy,  westchnął  ciężko  z  zniknął, 

rozpłynął się w powietrzu. Rozległ się cichy płacz dziecka, zimny wiatr raz jeszcze przeleciał 
przez izbę, po czym zaległa cisza. 

background image

 

84

 

Elizabeth stała i wpatrywała się przed siebie, aż oczy zaczęły ją piec, ale tamta postać 

już nie wróciła. Olai wciąż nie zaznał spokoju w grobie, pomyślała. Ale jak on mógł odebrać 
sobie życie? Kiedyś będę musiała dowiedzieć się prawdy. 
 

Na trzęsących się nogach weszła po schodach na górę. Na razie nie chciała nic mówić 

o tym, co widziała. 
 
 

Jens siedział na krawędzi łóżka w samych kalesonach. 

 

-  Jeszcze  się  nie  położyłeś?  –  spytała  zaskoczona.  –  Zmarzniesz,  jeśli  nie  wejdziesz 

zaraz  pod  kołdrę  –  mówiła  dalej.  Zdmuchnęła  świecę  i  odwróciła  się  od  niego  plecami.  On 
nieoczekiwanie zerwał się z miejsca, stanął za żoną, objął ją w pasie i okręcił. 
 

- Drzwi przez cały dzień były otwarte, więc jest tutaj ciepło – powiedział, rozwiązując 

wstążkę we włosach Elizabeth. Duże ręce sprawiły, że fala jasnych włosów opadła Elizabeth 
na ramiona. 
 

- Jens, no co ty – bąknęła onieśmielona, kiedy chciał rozpiąć jej bluzkę. – Sama sobie 

poradzę. 
 

- Z pewnością. Ale dziś wieczór ja to zrobię – mówił ochryple. 

 

Protestowała  niepewnie,  bo  poczuła,  że  jej  ciało  ogarnia  pożądanie.  A  kiedy  Jens 

zaczął całować jej piersi, z gardła Elizabeth wydobył się głęboki jęk. Kolana miała jak z waty 
i bezwolnie pozwalała zdejmować z siebie ubranie. Jens pieścił ją przy tym, w końcu sprawił, 
ż

e oparła się ciężko o jego silne ciało. Pod przymkniętymi powiekami widziała go znowu, jak 

się rozbierał przed kąpielą. Wiedziała też, że w tym ciemnym pokoju on nie może zobaczyć 
jej  ciała.  To  zmniejszyło  skrępowanie,  i  rozkosz  narastała,  kiedy  niósł  ją  do  łóżka.  Dziwiła 
się, że zdjął z siebie resztę ubrania, a ona tego nie zauważyła. 
 

- Uklęknij – poprosił. – I oprzyj się na rękach. 

 

Wahała  się  przez  moment.  Potem  przypomniała  sobie,  co  kiedyś  Nikoline  robiła  na 

sianie  z  młodym  komornikiem.  Z  podniecenia  czuła  słodkie  mrowienie  w  całym  ciele, 
zrobiła, o co prosił. Chciała powiedzieć, żeby był ostrożny, gdy poczuła, że pieści ją palcami. 
Była wilgotna,  gotowa na jego przyjęcie. Jens oparł dłonie na jej biodrach i wchodził w nią 
powoli, bardzo ostrożnie. Jęczała cicho, a on znalazł w głębi jej ciała miejsca tak wrażliwe, że 
zakręciło jej się w głowie. Tempo narastało, oboje oddychali ciężko. Serca biły jak szalone, 
nagle Elizabeth doznała wrażenia, że świat eksplodował i głośno krzyknęła z rozkoszy. 
 

Kiedy opadli obok siebie na posłaniu, ukryła twarz w dłoniach. 

 

- Co się dzieje, Elizabeth? – spytał Jens łagodnie i odsunął jej ręce. – Chyba nie masz 

do mnie jakichś pretensji? 
 

Pokręciła przeczącą głową. 

 

- Nie, ja… - jęknęła, ale więcej słów nie znalazła. 

 

- Jesteś zawstydzona? – spytał Jens. 

 

Elizabeth ucieszyła się, że jej pomógł i skinęła twierdząco głową. 

 

- Nie powinnaś – wyszeptał, obejmując ją ramionami. Na szczęście nie mówił już nic 

więcej,  wkrótce  zasnął,  a  Elizabeth  leżała  jeszcze  przez  jakiś  czas,  czując  zapach  czystej 
pościeli,  mydła  i  miłosnego  aktu.  Jej  ciało  przepełniał  spokój  i  zadowolenie.  Pomyśleć,  że 
dwojgu ludziom może być ze sobą tak dobrze, pomyślała, czując, że sen ogarnia również ją. 
 

Tego  dnia  zwierzęta  zostały  wyjątkowo  dobrze  potraktowane.  Dostały  trochę  więcej 

siana  i  po  garści  siekanego  jałowca.  Jens  chciał  dać  im  też  trochę  mąki,  ale  Elizabeth 
zaprotestowała.  Nie  można  uprawiać  takiej  rozrzutności,  nawet  w  Boże  Narodzenie.  W 
kuchni  przy  piecu  podłożyli  zielone  gałązki  jałowca.  Unosił  się  z  nich  zapach  taki 
charakterystyczny  dla  tych  świąt.  Zgodnie  ze  zwyczajem,  kołowrotek  został  wyniesiony  z 
izby. 
 

Jens  przyniósł  choinkę,  która  w  gruncie  rzeczy  został  zrobiona  z  grubych  długich 

patyków,  przystrojonych  gałązkami  jałowca,  bo  w  ich  okolicy  drzew  iglastych  nie  ma. 

background image

 

85

Elizabeth  przyniosła  w  dużej  drewnianej  misce  choinkowe  ozdoby.  Małe  ciasteczka  na 
sznurkach  rozwieszono  na  cały,  drzewku,  potem  papierowe  kwiaty,  które  sama  malowała. 
Najpierw wyjęła papierowe serce. 
 

- Czy ty wiesz, co to oznacza? – spytała. 

 

- Nie – odparł Jens. 

 

- To symbol Bożej miłości. 

 

- A czy ty wiesz, co to oznacza? – spytał, obejmując ją mocno w talii i całując w kark. 

 

Elizabeth przytuliła się do niego i roześmiała cicho, ale nie odpowiedziała. 

 

- To jest moja miłość do ciebie. 

 

- Głuptasie. Zawieś anioła na czubku. – Podała mu anioła domowej roboty. 

 

Kiedy  skończyli,  odeszli  kilka  kroków  w  tył,  przechylili  głowy  na  bok  i  zgodnie 

stwierdzili, że choinka jest piękna. 
 

-  Pamiętasz,  jaka  Ragna  była  zła,  kiedy  pierwszy  raz  usłyszała  o  czymś  takim?  – 

spytała Elizabeth, wciąż wpatrując się w drzewko. 
 

- Mhm. Twierdziła, że to pogański zwyczaj, aż musiałem jej powiedzieć, że pastor też 

ma choinkę i u wszystkich bogatych ludzi to zwyczajna ozdoba świąt. Choć to nie do końca 
prawda, bo nie mam pojęcia, co pastor stawia w swojej izbie. 
 

Elizabeth skrzyżowała ręce na piersi. 

 

- W Dalsrud też mieli drzewko – powiedziała cicho. 

- Widziałam je, jak wróciłam tam po świętach.  Helene mówiła mi, że palące się na choince 
ś

wieczki  to  bardzo  piękny  widok.  Ale  na  pewno  nikt  nie  ma  takiego  pięknego  drzewka  jak 

nasze  –  dodała.  Choinka  w  Dalsrud  była,  jak  na  mój  gust,  za  bardzo  wystrojona, 
przeładowana ozdobami. Prawda, że mamy najpiękniejsze drzewko, Jens? 
 

-  Oczywiście.  I  mamy  najpiękniejsze  dziecko  –  dodał,  podnosząc  Ane  z  podłogi.  – 

Popatrz  no,  co  twoja  mama  i  tata  przygotowali  –  uśmiechnął  się,  pokazując  maje  drzewko. 
Dziecko wyciągało pulchną rączkę po ozdoby. Elizabeth chwyciła ją i ucałowała. Naprawdę 
trudno pojąc, że miałam tyle szczęścia, pomyślała rozpromieniona i przytuliła się do Jensa. 
 
 

Stół  był  tego  dnia  nakryty  wyjątkowo  pięknie.  Postawiono  najlepsze  łojowe  świece, 

Elizabeth  bardzo  równo  ustawiła  talerze  i  ułożyła  sztućce.  Nie  zabrakło  też  obrusa.  Jens, 
gospodarz  tego  domu,  oznajmił,  że  teraz  jego  obowiązkiem  będzie  odczytanie  wigilijnej 
ewangelii, i przy stole zapanował bardzo uroczysty nastrój. Nawet Ane siedziała spokojnie na 
kolanach Elizabeth. Potem odmówili jeszcze modlitwę przed jedzeniem i tym razem Jens ją 
przedłużył. Dziękował za cały miniony rok, za to, że Bóg dał im dobre zdrowie. Dziękował za 
wszystko,  co  udało  się  zgromadzić  pod  dachem  –  za  siano,  ziemniaki  i  torf.  A  na  koniec 
podziękował za to pyszne jedzenie i za błogosławiony świąteczny spokój. 
 

Potem  jedli  gotowaną  rybę,  rozkoszując  się  jej  smakiem.  Na  stole  znalazł  się  chleb, 

ciastka,  masło  i  podpłomyki,  które  upiekła  Elizabeth,  a  obok  tego  wędzone  mięso,  słodka 
strucla  i  ser.  Te  ostatnie  smakołykami  to  dary  od  Ragny  i  Jakoba,  przysłane  z  życzeniami 
spokojnych  świąt.  Po  wieczornym  obrządku  umyli  ręce  i  twarze,  a  potem  usiedli  w  izbie. 
Drzwi do kuchni były przez cały dzień otwarte, więc panowało tu przyjemne ciepło. Elizabeth 
trzymała Ane na kolanach. Jen chrząkał długo trochę skrępowany, zanim się odezwał. 
 

-  Mam  dla  was  parę  prezentów  –  oznajmił  i  wyszedł  z  izby,  a  w  jakiś  czas  potem 

wrócił z nowiuteńkim dziecięcym łóżeczkiem, które postawił pośrodku. 
 

Elizabeth roześmiała się głośno i zaczęła go ściskać.  

 

-  Zobacz  no,  co  twój  tato  zrobił,  Ane!  W  tym  będzie  ci  się  wspaniale  spało,  jestem 

tego pewna – powtarzała, sadzając dziecko w łóżeczku na próbę. – Kiedyś ty, na Boga, zdążył 
to  zrobić,  że  ja  niczego  nie  zauważyłam?  –  pytała,  głaszcząc  złocistobiałe  drewno.  No  i 
materiał! Skąd go wziąłeś? 

background image

 

86

 

- Robiłem łóżeczko w Heimly, a materiał kupiłem i uiściłem opłatę. Nie musisz się o 

nic  martwić.  Bałem  się  tylko,  że  pójdziesz  do  szopy  na  torf  o  zobaczysz  łóżeczko,  bo  stało 
tam przez ostatnie dni. 
 

Elizabeth  chciała  zapytać,  czy  wziął  pieniądze  z  tych  przeznaczonych  na  szopę,  ale 

dała za wygraną. Nie chciała niczego zepsuć w ten radosny wieczór. 
 

Potem Jens znowu wyszedł do kuchni i przyniósł prezent dla niej. 

 

- Mam nadzieję, że będzie pasowało – rzekł nieśmiało. 

 

-  Spódnica!  –  krzyknęła  Elizabeth  zaskoczona.  –  Nie,  nie  mogę  uwierzyć. 

Wielokrotnie  musiała  przełykać  ślinę,  b  powstrzymać  płacz.  Teraz  nie  będzie  musiała 
wkładać sukni od konfirmacji za każdym razem, kiedy zechce wyglądać ładnie. kiedy spytał, 
czy prezent jej się podoba, kiwała tylko głową i musiała wierzchem dłoni ocierać oczy. 
 

-  Poprosiła,  Dorte,  żeby  ją  uszyła.  Ona  mówiła  coś  o  szerokim  zakładzie,  którym 

można spódnicę podłużyć i o guzikach, które można przesunąć,  gdyby spódnica okazała się 
za mała. 
 

Ale  Elizabeth  widziała,  że  jest  dokładnie  taka,  jak  powinna.  Wstał  teraz  i  przyniosła 

rękawice, które zrobiła dla niego na drutach. 
 

- To nic w porównaniu z twoimi darami – mówiła niepewnie, trochę zawstydzona. 

 

- Zrobiłaś czarne kciuki – zauważył. – To chroni przed smokiem. Wiem, że robiłaś je 

specjalnie dla mnie.  
 

Elizabeth przytakiwała. Każde pojedyncze oczko zostało zrobione z miłością, myślała. 

– Przeznaczyłam na tę rękawicę najpiękniejszą jagnięcą wełnę, a czarną włóczkę dostałam od 
ojca. dostałam też trochę swoich włosów, żeby całość była wyjątkowo mocna. 
 

Nagle zabrakło obojgu słów, więc Jens wziął ją za rękę i wyszeptał proste dziękuję. 

 
 

Siedzieli w izbie i patrzyli jak wigilijne świece płoną. Tak zwane świece Trzech Króli, 

które sama odlała z owczego łoju. Ane spała na strychu w swoim łóżeczku, w domu panował 
bardzo uroczysty, spokojny nastrój. 
 

- Wkrótce wieczór wigilijny dobiegnie końca, Jens. 

Pierwsza Wigilia, którą spędziliśmy razem. Nie uważasz, że była piękna? – spytała Elizabeth. 
 

On przytaknął. 

 

-  Dopóki  mogę  być  z  tobą,  wszystko  jest  piękne.  Ale  ten  wieczór  rzeczywiście  był 

wyjątkowy – przyznał. 
 

-  Całego  tego  roku  nigdy  nie  zapomnę  –  rzekła  Elizabeth  po  chwili.  –  Mieliśmy  i 

wesele, i chrzciny dziecka. I pogrzeb. 
 

-  Właściwie  wiedzieliśmy,  że  to  wszystko  ma  się  zdarzyć  –  dodał  Jens.  –  Nie 

wiedzieliśmy tylko czy urodzi nam się dziewczynka, czy chłopiec. 
 

Ja wiedziałam, pomyślała Elizabeth. 

 

- Miejmy nadzieję i módlmy się, by w przyszłym roku nie działo się aż tyle, i żeby to 

był dobry rok pod każdym względem. A może proszę o zbyt wiele? – spytała. 
 

- Ja będę prosił o to samo – odparł. 

 

Znowu  przez  dłuższy  czas  trwało  milczenie,  każde  miało  swoje  myśli  o  minionym 

roku i o tym, jakie będą następne święta. W końcu świece wypaliły się tak, że zostały tylko 
małe kawałki i Jens je zdmuchnął. 
 

- A może poszlibyśmy się przejść? – spytał nieoczekiwanie. 

 

Elizabeth  skinęła  głową  i  przyniosła  ubrania.  Po  chwili  stali  w  tę  zimową  noc  przed 

domem,  mróz  szczypał  w  policzki,  a  zorza  polarna  niczym  piękne,  różnobarwne,  falujące 
firanki  tańczyła  na  niebie.  Elizabeth  za  każdym  razem  przeżywała  widok  zorzy  jak  jakieś 
niezwykłe przedstawienie, zawsze tak samo piękne. 
 

Jens  otoczył  ją  ramieniem,  a  ona  przytuliła  policzek  do  jego  kurtki.  Raz  jeszcze 

ż

yczyli sobie szczęśliwych świąt, i Elizabeth pomyślała, czując przenikającą ją ciepłą radość: 

background image

 

87

teraz przeżywamy prawdziwe ziemskie szczęście. Nie chcę już myśleć o tym, co było, chcę 
patrzeć w przyszłość i zrobię wszystko, co w mojej mocy, żebyśmy byli szczęśliwi. 
 
 

Pierwszy  dzień  świąt  Bożego  Narodzenia  przyniósł  piękną  pogodę  i  Jens  uznał,  że 

powinni  pojechać  do  kościoła.  Cała  ich  mała  wioska,  duzi  i  mali,  tłoczyli  się  największych 
saniach Jakoba. Opatuleni w ciepłe ubrania, koce i futrzane okrycia byli dobrze zabezpieczeni 
przed  zimnem.  Zapowiadała  się  piękna  podróż.  Ludzie  opowiadali  sobie  nawzajem,  jak  to 
spędził  wigilijny  wieczór  i  dochodzili  do  wniosku,  że  dla  całej  wsi  były  to  radosne  chwile. 
Elizabeth nie mówiła o wszystkim. Niektóre wydarzenia należą jedynie do niej i do Jensa. 
 

Pastor  w  kościele  mówił  oczywiście  o  przesłaniu  związanym  z  narodzeniem 

Chrystusa, a Elizabeth wchłaniała łapczywie uroczysty nastrój. W święta był on zupełnie inny 
niż  przy  tych  okazjach  w  ciągu  tego  ostatniego  roku,  kiedy  Elizabeth  bywała  w  kościele. 
Zawstydzona  musiała  przyznać  sama  przed  sobą,  że  przychodzi  do  kościoła  tylko  wtedy, 
kiedy musi. Postaram się, żeby w Nowym Roku było inaczej, pomyślała. Tylko że droga taka 
strasznie długa, usprawiedliwiała się. 
 

Odśpiewali  psalm,  a  potem  pastor  powiedział,  żeby  odmówili  wyznanie  wiary. 

Elizabeth  złożyła  ręce  i  przymknęła  oczy.  Ale  kiedy  powiedziała:  ukrzyżowan,  umarł  i 
pogrzebią, wstąpił do piekieł… poczuła, że ktoś na nią patrzy. Otworzyła oczy. Przeniknął ją 
lodowaty dreszcz, gdy spojrzała w czarne oczy Kristiana. Popróbowała odczytać, czy jest to 
spojrzenie dobre, czy złe, ale nie doszła do żadnego wniosku. 
 

Przestało  do  niej  docierać,  co  się  dzieje  w  kościele.  Strach  przed  tym,  że  być  może 

Kristian podejrzewa, iż śmierć Leonarda nie była naturalna, pojawił się znowu. Zrobiło jej się 
zimno i miała już tylko jedną myśl w głowie: chcę jak najprędzej wracać do domu! 
 

Po  nabożeństwie  przepychała  się  między  ludźmi,  by  szybko  wyjść  z  kościoła  i  na 

cmentarzu starała się nie zwracać uwagi. Nigdzie nie widziała Jensa ani innych mieszkańców 
swojej wsi. Podeszła do niej jakaś kobieta i coś mówiła, przystanęła więc, by zamienić z nią 
parę  słów,  ale  niecierpliwie  przestępowała  z  nogi  na  nogę,  i  gdy  tylko  mogłam  pobiegła 
szybko w stronę sań. Przez cały czas jednak czuła jego wzrok na karku, wiedziała, że Kristian 
podąża za nią. 
 

No  i  nagle  się  ukazał.  Miał  włosy  i  oczy  czarne  tak  samo  jak  ubranie.  Jest  wysoki, 

wyższy niż Jens, pomyślała przelotnie. Zatrzymał się przy najbliższym koniu. Poklepał go po 
kroku, pojawił uprząż. 
 

- Dobrze ci się wiedzie Jensem? – spytał, nie patrząc na nią. 

 

Elizabeth wyprostowała  się i przycisnęła Ane mocno do siebie. Było dla niej ważne, 

by  Kristian  nie  zobaczył  dziecka,  choć  nie  bardzo  wiedziała,  dlaczego.  Ane  jest  przecież 
podobna tylko do niej. 
 

W głosie Kristiana brzmiał jakiś obcy dźwięk, nie pamiętała go z Dalsrud. Ale to było 

przed śmiercią Leonarda. Przed jej przestępstwem…  
 

Nagle wszystko znalazło się na swoim miejscu, Elizabeth zrozumiała. 

 

- To ty przysłałeś mi list – powiedziała, 

 

On skinął potakująco. 

 

- Więc go dostałaś – stwierdził i poszedł sobie. 

 

Elizabeth  stała  nieporuszona,  nie  mogła  się  otrząsnąć  z  szoku.  Kristian  wie,  co  ja 

zrobiłam,  przemknęło  jej  przez  głowę.  Muszę  go  powstrzymać,  zanim  będzie  za  późno, 
pomyślał i pobiegła za nim.