background image

 

    

    

U

U

U

U

U

U

U

U

p

p

p

p

p

p

p

p

a

a

a

a

a

a

a

a

d

d

d

d

d

d

d

d

łłłł

łłłł

yyyy

yyyy

    

    

A

A

A

A

A

A

A

A

n

n

n

n

n

n

n

n

iiii

iiii

o

o

o

o

o

o

o

o

łłłł

łłłł

    

    

    

    

A

A

A

A

A

A

A

A

u

u

u

u

u

u

u

u

tttt

tttt

o

o

o

o

o

o

o

o

rrrr

rrrr

::::

::::

    

    

e

e

e

e

e

e

e

e

llll

llll

e

e

e

e

e

e

e

e

n

n

n

n

n

n

n

n

k

k

k

k

k

k

k

k

a

aa

a

a

aa

a

7

77

7

7

77

7

4444

4444

    

    

B

B

B

B

B

B

B

B

e

e

e

e

e

e

e

e

tttt

tttt

a

aa

a

a

aa

a

::::

::::

    

    

n

n

n

n

n

n

n

n

iiii

iiii

g

gg

g

g

gg

g

h

h

h

h

h

h

h

h

tttt

tttt

____

____

a

aa

a

a

aa

a

n

n

n

n

n

n

n

n

g

gg

g

g

gg

g

e

e

e

e

e

e

e

e

llll

llll

9999

9999

4444

4444

    

    

 

 

 

background image

 

Spis tre

Spis tre

Spis tre

Spis tre

ś

ci 

ci 

ci 

ci     

 

Prolog 

Prolog 

Prolog 

Prolog ----    str. 3

str. 3

str. 3

str. 3    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    1 1 1 1 ----    str. 4

str. 4

str. 4

str. 4    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    2 

2 ----    str. 11

str. 11

str. 11

str. 11    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    3 

3 ----    str. 20

str. 20

str. 20

str. 20    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    4 

4 ----        str. 31

str. 31

str. 31

str. 31    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    5 

5 ----    str.38

str.38

str.38

str.38    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    6 

6 ----    str.48

str.48

str.48

str.48    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    7 

7 ----    str.71

str.71

str.71

str.71    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    8 

8 ----    str.83

str.83

str.83

str.83    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    9 

9 –

–    str.

str.

str.

str.92

92

92

92    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    10 

10 

10 

10 –

–    str.

str.

str.

str.106

106

106

106    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    11 

11 

11 

11 –

–    str.

str.

str.

str.113

113

113

113    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    12 

12 

12 

12 –

–    str.

str.

str.

str.    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    13 

13 

13 

13 –

–    str.

str.

str.

str.    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    14 

14 

14 

14 –

–    str.

str.

str.

str.    

Rozdzia

Rozdzia

Rozdzia

Rozdziałłłł    15 

15 

15 

15 –

–    str.

str.

str.

str.    

    

    

background image

 

P

P

P

P

P

P

P

P

R

R

R

R

R

R

R

R

O

O

O

O

O

O

O

O

L

L

L

L

L

L

L

L

O

O

O

O

O

O

O

O

G

G

G

G

G

G

G

G

    

    

Przyjaciel to człowiek, który wie wszystko o tobie i wciąż cię lubi. 

— Elbert Hubbard 

 

Wiele osób zmienia się ze względu na innych, niektórzy po to, by 

dołączyć do elity, inni - by ktoś  ich zauważył, a jeszcze inni po to, by nie 

stać się ofiarą tych, którzy coś znaczą. Nie powinniśmy się zmieniać dla 

upodobań pozostałych. Lepiej być niedostrzeganym na swój sposób, niż 

być widocznym dla innych, podlizując się im i tańczyć tak, jak nam 

zagrają. Mogę otwarcie powiedzieć: JESTEM KIMŚ!!! JA COŚ ZNACZĘ!!! 

Niektórzy przez zmienianie się stają się dwulicowi, inni stają się 

niewolnikami tych, którym próbują się przypodobać, a niektórzy nawet 

nie zauważają miłości, która jest na wyciągnięcie ręki albo, co gorsza, 

ranią ją i zadają ból, bo inni tego sobie życzą. Każdy powinien pamiętać, 

że lepiej mieć jednego przyjaciela na całe życie, który będzie z nami na 

zawsze i będzie nas wspierał w decyzjach, które podejmiemy, niż mieć 

tysiące przyjaciół nie znających naszej prawdziwej natury… 

 

 

 

 

    

    

    

    

background image

 

1111

1111

    

    

R

R

R

R

R

R

R

R

O

O

O

O

O

O

O

O

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

D

D

D

D

D

D

D

D

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

IIII

IIII

A

A

A

A

A

A

A

A

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

    

    

BPOV 

- Nie możesz mi tego zrobić, POJEBAŁO CIĘ?! - wrzeszczałam na Renee. 

Każe mi do siebie mówić „mamo”. Phi! Jakby mnie w ogóle obchodziło 

to, czego życzy sobie ta suka. 

- Uważaj na słowa, młoda damo. Tak nie przystoi osobie na twoim 

poziomie.  

Taa, jak zwykle gadanina o tym, jak szlachetną, bogatą i wpływową 

jesteśmy rodzinką, o ile w ogóle można nas nazwać rodziną. Po 

pierwsze, ojca Charliego nie widziałam od jakiś pięciu lat, bo wziął z 

mamą rozwód, i mieszka teraz w Forks, gdzie, przy okazji, jest 

komendantem policji (Czy to nie śmieszne? Stróż prawa ma taką 

przykładną córę jak ja, która na co dzień łamie prawo na wiele różnych 

sposobów), a ja z mamą i jej nowym Alfonsem Philem na Florydzie. No, 

ale oczywiście Renee musi robić nowy projekt sukni dla kilku ważnych 

szych w Nowym Yorku i dlatego musi tam być. A jak na prawdziwą 

mamusię przystało, to zamiast córki bierze ze sobą swojego przydupasa. 

No, ale nie zgadniecie, co ja w tym czasie będę robić! No, no, kto 

zgadnie?? Jadę do… OJCA!!! Na serio, mówię poważnie, ta wariatka 

chce mnie wysłać do Foks (czyli największego zadupia na świecie), kiedy 

ona sama będzie latać po klubach w NY. I niech ktoś mi powie, gdzie tu 

jest sprawiedliwość? A wracając do tematu, to właśnie prowadzę 

ciekawą konwersację z Renee na temat mojego wyjazdu, ale jak ona 

raczy mówić: RODZICE ZAWSZE MAJĄ RACJĘ! Gówno prawda, rodzice 

się mylą w wielu kwestiach dotyczących dzieci, a już na pewno moi 

staruszkowie mają z tym problemy.  

background image

 

- Nigdzie nie jadę, rozumiesz?! Jestem już prawie dorosła i mogę o sobie 

decydować!!! - wykrzyczałam jej to prosto w twarz, bo przecież inaczej 

się nie da. 

- Pojedziesz do ojca i to najbliższym samolotem, bo JA TAK MÓWIĘ!!!  

- Mam gdzieś to, co mówisz!!! - Ale Renee raczej nie przejęła się moimi 

słowami, wyciągnęła torbę podróżną i zaczęła pakować moje ciuchy, jak 

leci.  

- Co ty, do cholery, robisz, co?! –Naprawdę, ta dziwka zaczyna mnie 

irytować.  

- Pakuję cię, skoro sama tego nie potrafisz - odparła spokojnym tonem, 

nadal wyrzucając moje ciuchy z szafy i wkładając je do torby. 

- Czy ty jesteś chora psychicznie, czy tylko taką udajesz, bo jeśli tak, to 

świetnie ci to wychodzi?! 

- Przykro mi, ale jeszcze nie ukończyłaś osiemnastu lat, a do tego czasu 

ja decyduję za ciebie! Mam nadzieję, że to zrozumiałaś, a jeżeli nie, to 

trudno. Tak czy inaczej, twój samolot wylatuje o wpół do piątej, a ty o 

tej porze będziesz siedzieć na jego pokładzie. O szesnastej Phil 

przyjedzie z pracy, by zawieść cię na lotnisko. Do tego czasu masz być 

gotowa. 

- Ty myślisz, że możesz mi rozkazywać? - zapytałam się tej bezczelniej 

suki, która w dupie ma moje zdanie, a do tego nie przywykłam. Każdy w 

szkole mnie szanował, oczywiście, od przedszkola do trzeciej klasy 

wszyscy mnie mieli za nic, ale to się zmieniło, gdy poszłam do czwartej 

klasy. A tu teraz nagle mamuńcia, z którą zamieniam dwa słowa na rok, 

sprzeciwia mi się??? Też byście się wkurwili na moim miejscu.  

background image

 

- Tak, tak właśnie myślę. - I zaczęła wychodzić z mojego pokoju. - Spakuj 

się i pamiętaj, Phil będzie czekał na dole o szesnastej - rzuciła mi przez 

ramię i wyszła. 

Co za perfidna dziwka, ale nie mam innego wyjścia, jeżeli chcę zemścić 

się na swojej byłej koleżance Angeli za popchnięcie mnie, przez co 

wpadłam w kałużę i byłam cała mokra, i obryzgana błotem. Oczywiście 

mówiła, że to niechcący, ale ja jej nie wierzyłam. Zawsze coś do mnie 

miała, ale nigdy nie wiedziałam, o co jej biega. Cała szkoła się wtedy ze 

mnie nabijała i dlatego postanowiłam zmienić się z szarej, 

bezwartościowej i cichej myszki na pewną siebie, piękną i silną Bellę 

Swan. Oczywiście, ta moja „zmiana” nikomu nie przypadła do gustu, a 

już zwłaszcza Renee i Philowi, ale mam ich gdzieś. 

No więc koniec końców spakowałam się i poszłam do łazienki wziąć 

prysznic. O tak, osobna łazienka to jest to, a gorący prysznic to mój raj. 

Jak zawsze do umycia włosów użyłam mojego truskawkowego 

szamponu(truskawki wymiatają, uwielbiam wszystko co z nimi 

związane), po wyjściu opatuliłam się grubym ręcznikiem i poszłam do 

pokoju poszukać jakiś ciekawych ciuchów. Tylko nie pomyślcie, że non 

stop chodzę w czarnych ubraniach, mam w nosie kolczyki, na głowie 

irokeza i preferuję picie krwi. Jeżeli tak myślicie, to muszę wyprowadzić 

was z błędu. Ubieram się normalnie, chociaż o wiele modniej niż kiedyś, 

no i moje ciuchy są bardziej wyzywające. 

Po paru minutach szperania w szafie wyciągnęłam różową tunikę, na 

której przedstawiona była kobieta. Bluzka miała wycięty dekolt i krótki 

rękaw, oprócz tego mój strój posiadał czarne, dżinsowe rurki i 

dziesięciocentymetrowe szpilki tego samego koloru co spodnie. 

Następnie poszłam do łazienki i zaczęłam robić sobie makijaż. Oczy 

background image

 

podkreśliłam czarną kredką, a usta pomalowałam różowym 

błyszczykiem, co dało niezły efekt. Włosy zostawiłam rozpuszczone. Po 

wszystkim poszłam na dół i zrobiłam sobie kilka kanapek. Gdy 

spojrzałam na zegarek była piętnasta czterdzieści pięć. Postanowiłam 

zatem umyć zęby. Poszłam do swojej łazienki i przy okazji poprawiłam 

makijaż. Gdy schodziłam z powrotem na dół, Alfons już czekał i 

obmacywał Renee na blacie kuchennym, a ta oczywiście nie pozostała 

mu dłużna. Po pewnym czasie, gdy pokonałam odruch wymiotny, 

odchrząknęłam.  

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam ci, Phil, w molestowaniu Renee na 

kuchennym blacie? - zapytałam głosem ociekającym sarkazmem.  

- Bello, jak ty się zachowujesz?! - nawrzeszczała na mnie suka.  

- Jak ja się zachowuję?! Ty lepiej spójrz na siebie i swojego przydupasa! - 

odpyskowałam jej. 

- Nie będziesz się tak odzywała ani do mnie, ani do swojej matki?! - 

podniósł głos Alfons.  

- Spieprzaj, nie jesteś z rodziny, więc się nie wpierdalaj, jak cię nie 

proszą! 

- Bello, jak śmiesz zwracać się tak do swojego ojczyma? - obruszyła się 

Renee, która dopiero teraz przestała obmacywać tyłek Phila.  

- Jak byście nie byli tak bardzo zaabsorbowani sobą i ugniataniem dupy 

partnerowi - Tu spojrzałam znacząco na Renee, która momentalnie 

spuściła głowę - moglibyście zobaczyć, że jest szesnasta piętnaście, a 

mamy spory kawałek na lotnisko.  

background image

 

- Rzeczywiście, już późno, będziemy się zbierać - błysnął inteligencją Phil 

i pocałował Renee na do widzenia.  

- Oj, przestańcie się obmacywać. Rusz dupę, Alfons, chcę z stąd odlecieć 

jak najszybciej - skomentowałam ich okazjonalne okazywanie uczuć. 

- Isabello! - wydarła się na mnie Renee  

- No co, ja tylko mówię to, co widzę - odpyskowałam tej zdzirze. - 

Możemy już jechać? - spytałam słodko Phila. 

- Ależ oczywiście – odpowiedział, po czym puścił Renee i poszedł po 

moje walizki.  

- Będę za tobą tęsknić, skarbie. - Uśmiechnęła się Renee i zaczęła się 

powoli do mnie zbliżać z rozłożonymi ramionami. Może miała zamiar 

mnie przytulić czy inne tego typu gówno. Chyba ją kompletnie pojebało!  

- Spierdalaj ode mnie! - powiedziałam do tej zdziry, która jest przez 

przypadek moją matką, i odskoczyłam od niej. 

- Bello, jak możesz mówić tak do swojej matki, dobrze wiedząc, że nie 

zobaczysz jej przez kilka najbliższych miesięcy? - Mówiąc to zaczęła 

pociągać nosem, a ja zauważyłam, jak w jej oczach powoli zaczynają 

zbierać się łzy. 

- Nie przesadzaj. Nigdy nie byłyśmy ze sobą blisko, więc teraz nie 

odpierdalaj Love story. Weź się ogarnij, bo ci się makijaż rozmaże, a jak 

Alfons zobaczy te wszystkie zmarszczki ukryte pod podkładem, to 

spierdoli od ciebie tak jak ja teraz.  

- Mogę wybaczyć ci te wszystkie przykre słowa, które mówisz o mnie, bo 

wiem, że gdzieś w środku nadal jest moja grzeczna i dobra córeczka. 

background image

 

Ha, ha, ha. Nadzieja matką głupich jak to mówią, no i patrzcie państwo, 

to stwierdzenie idealnie opisuje moją mamunię. Na szczęście 

zauważyłam, jak Alfons schodzi z moimi torbami, dlatego jak najszybciej 

przerwałam tę gadkę. 

- Tak więc żegnam i życzę miłego pieprzenia się z Alfonsem po hotelach 

w Nowym Yorku. Pa! - Tak właśnie pożegnałam się z moją mamuśką i 

wyszłam z domu, nie patrząc nawet, czy Phil idzie za mną.  

Po tym jak weszłam do samochodu, usłyszałam trzask drzwi i 

wiedziałam, że to mój „tragarz”. Gdy już wreszcie zapakował walizki do 

samochodu, ulokował swoje grube dupsko za kierownicą. Jechaliśmy w 

kompletnej ciszy, gdy w końcu ten patafian się odezwał:  

- Nie powinnaś tak traktować swojej matki, Isabello - powiedział jakże 

spokojnym tonem psychiatry, do którego na marginesie powinien się 

zapisać.  

Oczywiście ja jak to ja postanowiłam nie zniżać się do jego struktur 

społecznych i przemilczałam pytanie, udając, że go nie zadał. 

- Możesz udawać, że nie słyszysz, ale to nie zmieni tego, co chcę ci 

powiedzieć.  

A ja nadal milczę. Wiem, że Phil tego nienawidzi, więc czemu na koniec 

nie mogłabym go powkurwiać? Bo to nie jest dobre Isabello, odezwała 

się ta część mnie, która jeszcze jest dobra. Niektórzy mogliby ją nazwać 

sumieniem, ale ja takowego nie posiadam.  

- Bello, twoją matkę bardzo rani twoje postępowanie wobec niej i mnie, 

ja rozumiem, że jesteś jeszcze młoda i chcesz się wyszaleć, ale twój 

młodzieńczy bunt przekracza granice. Zastanów się, czy chcesz, by twoje 

background image

 

10 

zachowanie raniło innych? Proszę tylko o to, abyś rozważyła moje 

słowa.  

Na szczęście właśnie parkowaliśmy przed lotniskiem i Alfons mógł 

wreszcie zakończyć swój wykład na temat: „Jak najłatwiej wkurwić 

innych”. Po tym jak doszliśmy do bramek, Phil odwrócił się. 

- Pa, Bello, zadzwoń, jak dolecisz na miejsce! - I pomachał mi ręką. 

Ominęłam tego pajaca-pederastę i poszłam przed siebie. Po wszystkich 

formalnościach mogłam wreszcie usadowić mój królewski tyłek i zapaść 

w głęboki sen.  

Gdy się obudziłam usłyszałam piskliwy głos stewardessy: 

- Prosimy o zapięcie pasów, za chwilę lądujemy.  

No to czas się przygotować na spotkanie z tatuśkiem i jego żelaznymi 

zasadami, ale nie ma osoby, która mnie złamie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

    

    

background image

 

11 

    

    

2

22

2

2

22

2

    

    

R

R

R

R

R

R

R

R

O

O

O

O

O

O

O

O

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

D

D

D

D

D

D

D

D

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

IIII

IIII

A

A

A

A

A

A

A

A

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

    

    

BPOV 

Po tym jak wysiadłam z samolotu, miałam kurewski skurcz w prawej 

nodze. Nie ma to, jak miło spędzić czas przed spotkaniem ze swoim 

zjebanym ojczulkiem. Gdy w końcu się ogarnęłam i odnalazłam walizki, 

poszłam poszukać tego, który rzekomo mnie spłodził, ale jak tak 

spojrzeć na dziwkarską naturę Renee, to nie wiem, czy przypadkiem nie 

jestem córką sąsiada. Co ja pieprzę, przecież moim sąsiadem jest 

sześćdziesięciopięcioletni emeryt, który zamieszkał tu z powodu córki 

Emilii. Taa, mówił, że wyprowadził się, dlatego że nie chciał jej 

przeszkadzać. Ha! Ja tam przypuszczam, że dziewczyna miała dość 

zgreda i wykopała go za drzwi, mówiąc: „Pa tatku, będę tęsknić. 

Zadzwoń, jak dojedziesz”. Kobieta ma trzydzieści pięć lat, męża (i na 

pewno życie seksualne). Na jej miejscu też bym tak zrobiła. A wracając 

do tematu, to gdzie się podział ten pojeb, czytaj tatuś? Nigdzie go nie 

widzę, może zapomniał. Tak, na pewno, marzenie ściętej głowy. Już to 

widzę, jak mój kochany ojciec zapomniałby o przyjeździe swojej jedynej 

córki.  

Na moje nieszczęście, gdy się odwróciłam, zauważyłam tabliczkę, na 

której widniało moje imię i nazwisko. No, po prostu, kurwa, super! Żeby 

komuś takiej siary narobić, to trzeba mieć dyplom magistra. Ojciec, 

pisząc to, pewnie myślał, że mnie nie pozna. W końcu nie widział mnie 

pięć lat, a ja zmieniłam się od tamtego czasu i to bardzo. Oczywiście na 

lepsze – Nie, nieprawda, teraz bardziej ranisz innych. – Oj, zamknij się! 

Znowu to pierdolone drugie „ja”. –Możesz sobie wmawiać kłamstwa, 

background image

 

12 

ale ja wiem swoje – Jestem, kim jestem i dobrze mi z tym. Jestem 

pierdolnięta, gadam sama ze sobą. Muszę przestać, bo zbzikuję.               

Popatrzyłam jeszcze raz na tabliczkę z moimi danymi. Pewnie ojciec już 

mnie zauważył i nawet nie ma szans, żebym mogła zwiać. Chwila, 

chwila, przecież to nie może być mój ojciec. Przetarte dżinsy - to nie w 

stylu mojego ojca. Bluza z napisem Fuck You. OMG! Być może Charlie 

przeszedł operację plastyczną? Tak i wygląda jak siedemnastolatek. 

Dobra, Bella, czas się ogarnąć, podejść do tego CIACHA i zatrzepotać 

rzęsami. No, a jak. Nikt nie oprze się urokowi Belli Swan. 

Przedstawienie czas zacząć, pomyślałam i ruszyłam w stronę chłopaka. 

Podeszłam do kolesia, a ten po prostu zaczął ostentacyjnie się ślinić.  

- Cześć! Widzę, że mnie szukasz - powiedziałam do tego zboczeńca, 

który właśnie wytrzeszczał na mnie gały. Słodko się uśmiechnęłam i 

udawałam, że niczego nie widzę. 

- Ty jesteś Bella? – zapytał, jakby właśnie odkrył Amerykę. 

- Tak, właśnie dlatego powiedziałam: „Widzę, że mnie szukasz”

Pamiętasz? - odparłam już trochę ostrzejszym tonem, no bo on jest 

naprawdę niedorozwinięty. 

- Ach, tak, pamiętam. Przepraszam, wybacz zamyśliłem się. - Tak i już się 

boję tego, o czym ty sobie myślałeś, gapiąc się na mój dekolt. 

- Myślałam, że mój tata po mnie przyjedzie. - Chciałam jak najszybciej 

zmienić temat, bo paplanie z niedorozwiniętymi jest nie dla mnie. 

- Przyjechałby, ale ma urwanie głowy w pracy i nie ma jak cię odebrać – 

odparł, dziwnie do mnie mrugając. Ludzie, czy to miał być flirt? Bo jeżeli 

tak, to bardziej przypominało to początkującego Alzheimera. 

background image

 

13 

- A ty jesteś? - zapytałam go, no bo mimo wszystko jakaś kultura musi 

być. 

-  Mike Newton i jestem twoim nowym sąsiadem. 

- Ja, tak jak już wiesz, mam na imię Bella - przypomniałam mu, bo z jego 

ilorazem inteligencji mógł zapomnieć. 

- Piękne imię dla pięknej dziewczyny. - Że co, proszę? Ha! Ha! Ha! 

Lepszego testu to nie mógł zapodać. I jeszcze to jak porusza brwiami. 

Musiałam udać, że mam kaszel, bo bym zeszła ze śmiechu na lotnisku, a 

nie chcę mieć takiej śmierci. 

- Dzięki za komplement… - Jak miał na imię ten idiota? - … Mike – Uf, 

było blisko. Może i jest głupi, ale zabawka to w końcu zabawka, nie? Nie 

będę wybrzydzać. 

- To co, możemy już jechać? - Nogi mi odpadają, a ten tu czeka na 

jebane zaproszenie czy co? 

- Och tak, jasne. Samochód stoi na parkingu zaraz go podstawię. 

Zaczekaj tutaj, dobra? - Jeny, koleś, wyluzuj, nie mam pięciu lat. 

Nie czekając na moją odpowiedź, pomknął jak gazela na ten (jak 

zakładam) chujowy parking. A tak na marginesie, to on na serio biegł jak 

gazela. Muszę poszukać czegoś w necie, może rzeczywiście ma tego 

Alzheimera. Nie zdziwiłabym się. 

Po tym jak już Pan A

*

 podjechał swoim autem, które, jak się okazało, 

było bryką. Wiedziałam, że długo to on w ciszy nie wytrzyma, więc 

postanowiłam mu pomóc, by się bidulek nie męczył. 

                                                            

*

 „A” to skrót od Alzheimera 

background image

 

14 

- Fajne autko - powiedziałam do tego ciula obok, a on automatycznie 

wyszczerzył się jak dziecko na widok lizaka. 

- Dzięki - powiedział to z taką dumą, jakby ktoś właśnie wręczał mu 

order Virtuti Militari. 

 

Resztę drogi przejechaliśmy w ciszy. No, oczywiście jeżeli ktoś przez 

pojęcie ciszy rozumie włączenie radia na stację, gdzie ktoś gra bliżej 

niezidentyfikowane dźwięki na cały regulator, nieudolne próby 

poflirtowania ze mną przez… No, jak mu tam? Oj, przecież wiecie, o 

kogo chodzi, a jak ktoś nie wie, to mówię o tym czubie, który siedzi za 

kierownicą, podskakując na fotelu, śpiewając piosenkę Britney Spears 

„Lucky”.  

Ten koleś jest dziwny i to bardzo. No bo serialnie, jaki NORMALNY facet 

robiłby fikołki na siedzeniu, śpiewając piosenkę o jakieś dziewczynie z 

problemami, kiedy obok siedzi taka piękność jak ja? Odpowiedź brzmi: 

ŻADEN! On naprawdę powinien zgłosić się do specjalisty i to szybko. 

Jeżeli chciał się pochwalić swoim głosem i zdolnościami wokalnymi, to 

nic mu nie wyszło, bo, do kurwy nędzy, słuchając tych jego skowytów do 

księżyca, można oszaleć. 

Trzy chujowe piosenki później… 

- Jesteśmy na miejscu - odparł wielce z siebie zadowolony Michael. 

Chyba tak ma na imię? Ale kogo to obchodzi, nigdy więcej ten idiota 

mnie nie zobaczy, już ja tego dopilnuję. 

Wyciągnął moje walizki i postawił przede mną z ciężkim westchnieniem. 

background image

 

15 

- Wiem. Dzięki, że przypomniałeś mi gdzie mieszkam - wysyczałam 

tonem, który aż ociekał sarkazmem. 

- A tak. Zapomniałem, że już kiedyś tu byłaś. - Czy mi się zdawało, czy on 

na serio się zawstydził? 

- No, to teraz już będziesz pamiętał. - I uwierzcie, że gdyby wzrokiem 

można było zabijać, to ja chciałabym mieć taki dar, ale zawsze można 

spróbować. Pan A chyba załapał, że lepiej nie wkurwiać Belli Swan, bo 

szybko postawił moje walizki na ganku, dał mi klucze do domu i zwiał do 

siebie, mówiąc ciche „do widzenia”. I dobrze, nie będzie mnie już 

bardziej wkurwiać. 

Super, nie ma co! Stoję na ganku, sama jak palec i do tego z ciężkimi 

walizkami, a Charliego nie ma w domu. Plusem jest to, że mam wolną 

chatę i nikt mi nie stoi nad uchem, i nie pieprzy, że powinnam 

przeprosić tego idiotę, który NIESTETY jest moim sąsiadem. Prawda boli, 

no, ale kiedyś muszę wejść do tej rudery zwanej „domem”. Rudera to 

mało powiedziane. 

Ten dom był dwu piętrowy i zbudowano go z desek pomalowanych na 

biało. Na ogród wychodziło okno z kuchni i z salonu. Budynek jako taki 

nie był ogromny, ale najmniejszy też nie. Oczywiście na Florydzie 

mieszkałam w większym i o wiele bardziej unowocześnionym 

mieszkaniu niż to. Pamiętam, jak kiedyś, gdy miałam sześć lat, 

próbowałam wspiąć się na drzewo tuż obok domu. Była to wysoka 

jabłoń i zawsze lubiłam jeść z niej jabłka, nawet jeśli były niedojrzałe. 

Teraz bym ich nie tknęła, ale wtedy byłam mała i głupia, nie to co teraz. 

Gdy wspinałam się na jabłonkę, źle stanęłam i zleciałam. Tata i mama 

zrobili taką aferę, jakby nie wiem, co się stało. Oczywiście zawieźli mnie 

do szpitala i okazało się, że to tylko zwichnięcie kostki. Ale rodzice 

background image

 

16 

nawet tydzień po zdjęciu bandaża elastycznego nie pozwolili mi na 

dłuższe spacery niż od łóżka do łazienki. Życie było wtedy takie proste. 

No, ja tak wtedy nie myślałam, bo non stop się przewracałam, 

kaleczyłam, itp. To się zmieniło, odkąd zaczęłam nosić szpilki. Z początku 

nie było łatwo, ale po kilkunastu złamanych obcasach nauczyłam się i 

teraz mogę nawet biegać w szpilkach po schodach.  

- Dobra, Bella, dosyć wspomnień, bo się jeszcze wzruszysz - nakazałam 

sobie w myślach. Taa, chciałabym zobaczyć coś, co wzruszy Bellę-Zimną-

Sukę-Swan. Takie przezwisko dostałam w szkole i się go trzymam. Taka 

jestem i nic mnie nie zmieni, koniec kropka. 

Zauważyłam, że nadal stoję na zewnątrz, a przydałoby się wejść do 

środka, bo na zewnątrz piździ jak na Arktyce. Ja chyba powinnam iść na 

tę terapię razem z… z sąsiadem, bo moje porównania wcale nie są 

gorsze od śpiewu Pana A. 

Po wejściu do środka pierwszą myślą, jaka mi się nasunęła, było to, że 

nic się nie zmieniło, nawet zapach jest taki sam. Cynamon z nutką 

wanilii. To ulubione rzeczy Charliego. Lubi wszystko, co związane z 

cynamonem i wanilią. Nawet po tym jak obeszłam cały dom, mogłam 

stwierdzić, że Charlie niczego nie przestawił, ani nie ruszał. Wszystko 

jest tak, jak pamiętam. 

Postanowiłam pójść do swojego pokoju i się rozpakować. Gdy weszłam 

do środka, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Stało tam nowe łóżko. 

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, było rzucenie się na nie i zakopanie w 

pościeli. Czyli jednak nie wszystko zostało na swoim miejscu. 

Rozejrzałam się po pokoju i dostrzegłam, że wszystkie meble i sprzęty 

mam nowe. Tylko korkowa tablica, na której przypięte były moje rzeczy, 

została taka sama. Wszyscy aktorzy, w których skrycie się 

background image

 

17 

podkochiwałam, aktorki, którym zazdrościłam, a także zdjęcia, na 

których jestem ja, Renne i Charlie. Niestety, nikogo więcej nie było, ani 

kumpli, ani przyjaciółek. 

- Oj, Bello, przecież w tamtych czasach jeszcze nie miałaś przyjaciół. 

Pamiętasz? - przypomniało mi moje drugie „ja”. 

- Tak, pamiętam i to aż za dobrze. Wszystkie poniżenia, wyzwiska. Byłam 

popychadłem, kimś kogo można było wyśmiać i ubliżać mu. Nikt nie 

traktował mnie poważnie, każdy przypominał sobie o mnie, jeśli 

chodziło o oddanie pracy w terminie, ale tak poza tym to nic więcej. Na 

szczęście zmieniłam się i teraz jestem szanowana.  

- Ale teraz to ty zachowujesz się wobec słabszych, tak jak kiedyś inni 

zachowywali się w stosunku do ciebie - odpyskowała moja dobra strona. 

Dobra, to za dużo powiedziane, to tylko mikroskopijna część mnie, która 

jeszcze w jakimś minimalnym stopniu ma uczucia.  

- Zamknij się! - wrzeszczałam, bo już puszczały mi nerwy, które są dzisiaj 

w kiepskim stanie. Mi naprawdę chyba odbiło, gadam sama ze sobą. Ta 

terapia naprawdę, by mi się przydała. Ale jeśli zamknęliby mnie razem z 

Panem A, to ja raczej zrezygnuję. Czy ja właśnie rozważałam możliwość 

pójścia do psychiatryka? Jestem chora psychicznie. 

Po skończeniu mojego, jakże cudownego, monologu  wewnętrznego, 

zaczęłam się rozpakowywać. Po skończonej pracy zorientowałam się, że 

dochodzi dziewiętnasta, więc poszłam na dół coś przekąsić. 

W kuchni, a dokładnie na lodówce, wisiała kartka od Charliego. 

Cześć Bells, 

background image

 

18 

Mam nadzieję, że się cieszysz z przyjazdu tutaj. A 

zresztą, pogadamy, jak przyjadę. Właśnie, co do powrotu, 

nie jestem pewien, o której godzinie wrócę, ale pewnie 

gdzieś około północy. 

Dobranoc, tata. 

 Tak, tego można było się spodziewać. Charlie nigdy nie był dobry w 

okazywaniu tego, co czuje. Nagle usłyszałam jakieś dziwne dźwięki i 

myślałam, że Charlie już wrócił, ale go nie było. Po głębszej analizie 

doszłam do wniosku, że to mój pusty brzuch domaga się jedzenia. Więc 

nie pozostało mi nic innego, jak go posłuchać i zajrzeć do lodówki. Gdy 

ją otworzyłam i spojrzałam do  jej wnętrza, zamurowało mnie. Zresztą, 

co ja mówię. Jakiego wnętrza? Tam prawie nic nie było. Nic, oprócz 

masła, sera i kawałka wędliny. No cóż, mi na kanapki starczy, a że tatuś 

będzie musiał jutro głodować, bo ja nie zamierzam jechać do sklepu, to 

już nie moja sprawa. Tak więc po skończony posiłku (jeżeli posiłkiem 

można nazwać te resztki) postanowiłam pójść się wykąpać. Kolejnym 

minusem tego domu było to, że jest tu tylko jedna łazienka. 

Poczłapałam więc do pokoju wziąć kosmetyczkę i wróciłam na korytarz 

do łazienki. 

Oczywiście, jak zawsze, do kąpieli użyłam mojego szamponu o zapachu 

truskawek, który tak uwielbiałam. Po dokładnym myciu przebrałam się i 

poszłam do pokoju. A moim celem było łóżko. O tak! Potrzebuję 

odpoczynku, bo padam na ryj. Na pewno nie mam zamiaru czekać do 

północy na przyjazd Charliego tylko po to, by go uściskać i oznajmić, że 

będę mieszkać z nim przez jakiś czas. Może i będzie mu smutno, ale 

mam na to wyjebane. Jutro jest sobota, a w poniedziałek muszę iść do 

tej zasranej szkoły. Dobrze, że znam tam chociaż Jacoba. Ciekawe, co 

background image

 

19 

tam u niego słychać. Muszę go odwiedzić i przekonać się, ale teraz czas 

na sen…  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

background image

 

20 

3333

3333

    

    

R

R

R

R

R

R

R

R

O

O

O

O

O

O

O

O

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

D

D

D

D

D

D

D

D

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

IIII

IIII

A

A

A

A

A

A

A

A

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

    

    

BPOV 

Gdy się obudziłam, okazało się, że jest siódma rano. Ja pierdole, co mi 

się zebrało na poranne wstawanie i to w dodatku w weekend. Tak to do 

szkoły nie mogę się obudzić, a teraz?! 

Po tym jak już się poużalałam nad swoim ciężkim losem, zwlokłam 

dupsko z łóżka i poszłam do łazienki. Gdy skończyłam z poranną toaletą, 

postanowiłam stawić czoła wilkowi (kurwa, jak on jest wilkiem, to ja 

chyba czerwonym kapturkiem). Tak czy inaczej, przetrwam wszystko i 

będę walczyć o swoje. 

Schodząc po schodach, usłyszałam dźwięk telewizora. Charlie wstanie o 

drugiej w nocy, byle tylko nie przegapić meczu. Takie zachowanie mogę 

opisać jednym słowem -faceci. Niższa forma życia żerująca na nas - 

kobietach

- Cześć, Charlie- powiedziałam, starając się przekrzyczeć wrzaski 

kibiców. Jak w ogóle można tego słuchać? 

- Po pierwsze, cześć. Po drugie, nie mów do mnie po imieniu. Jestem 

twoim tatą, a nie kolegą. A po trzecie, już wstałaś, jest jeszcze wcześnie, 

idź się wyśpij. 

- No, nie ma co. Miło witasz córkę, której nie widziałeś pięć lat. 

- Przepraszam, Bells, ale miałem ciężki dzień w pracy. A tak na 

marginesie, to strasznie urosłaś, no i zmieniłaś ciuchy. Mama mówiła, że 

od jakiegoś czasu zachowujesz się nagannie. Czy to prawda? 

background image

 

21 

- Mama przesadza, nie zmieniłam się. Zauważyłam, że mam nowe meble 

w pokoju - odpowiedziałam wymijająco. Nie mam czasu na kłótnie ze 

staruszkiem. 

- I co, podobają ci się?  

- Tak, całkiem, całkiem. - Charlie chyba czekał na zjebane słowo 

dziękuję. Phi! Pojebało go chyba, ja za nic nie dziękuję, ja zawsze dostaję 

to, czego chcę. 

- No to fajnie, że ci się podoba – odparł, kryjąc rozczarowanie. A co mnie 

to?! Może mu być smutno, mi to zwisa i powiewa. 

- Och, prawie bym zapomniał - powiedział Charlie lekko zdenerwowany. 

- Coś się stało? - zapytałam, no bo zdenerwowany pan komendant to 

nowość 

- W poniedziałek idziesz do szkoły. To jest kawałek drogi, a ja nie będę 

mógł cię wozić. - No i na szczęście. Narobiłby mi tylko niepotrzebnej 

siary. - Więc załatwiłem ci auto. 

- Co? Kupiłeś mi auto? - Ja nie mogę, od kiedy on taki rozrzutny? 

- Odkupiłem go od starego znajomego. Pamiętasz Billy’ego Blacka, ojca 

Jacoba.  

- No pewnie, to z nim zawsze jeździłeś na ryby i oglądałeś mecze w 

telewizji - odpowiedziałam. Przecież jak można byłoby zapomnieć o tych 

„męskich” wypadach na ryby. 

- No, właśnie o tego mi chodzi. 

- I co w związku z tym? - zapytałam ze zniecierpliwieniem. 

background image

 

22 

- To było kiedyś jego auto, ale za niewielką kwotę sprzedał mi je.  

- Dlaczego chciał je sprzedać? 

- Ma swoją ciężarówkę i drugie auto nie było mu potrzebne. - 

Pokiwałam głową ze zrozumieniem. 

- Chcesz je zobaczyć? – zapytał, a na jego twarzy można było dostrzec 

radość. 

- Czemu nie? Chciałam jechać dzisiaj do Jacoba, zobaczyć, co u niego 

słychać - odparłam zgodnie z prawdą. Przecież nie będę się cały dzień 

kisić w domu. 

- A, Jacob. Lepiej, żebyś do niego nie jeździła w najbliższym czasie. 

- Niby czemu mam do niego nie jechać? - Nikt nie będzie mi mówił, co 

mam robić, a już zwłaszcza on, zasrany tatuś, którego nie obchodzi 

własna córka. 

- Bells, posłuchaj, Jacob wpadł w złe towarzystwo. Billy próbuje 

przemówić mu do rozumu, ale to nic nie daje. Jeżeli zrobi jeszcze jeden 

wyskok w szkole, to go zawieszą albo wyrzucą. Więc proszę, trzymaj się 

od Jake’a na jakiś czas z daleka.  

- Będę robić, co mi się podoba, a ty nie możesz mi tego zabronić! - 

wydarłam się na niego. 

- I tu się mylisz. Nie jesteś jeszcze pełnoletnia i do tego czasu ja decyduję 

za ciebie. Jeżeli będziesz się sprzeciwiać, cię uziemię. 

- Nie możesz! - Popierdoliło go już kompletnie na starość. 

- Założymy się? - zapytał pewny siebie. 

background image

 

23 

- Nienawidzę cię! - wywarczałam mu prosto w tę jego wąsatą gębę i 

pobiegłam na górę do pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi i położyłam się 

do łóżka. 

- Spokojnie, Bello, spokojnie - powtarzałam to sobie jak mantrę i, o 

dziwo, podziałało. 

- Już ja pokarzę temu wąsikowi, gdzie jego miejsce - syczałam sama do 

siebie. - Muszę mieć jakiś plan i pokazać mu, że jestem „godna” jego 

zaufania. 

- To jest myśl. W domu będę przykładną dziewczynką robiącą 

zmęczonemu pracą tatusiowi obiadki, ale poza domem mogę robić, co 

zechcę. Gdyby ktoś zgłosił Charliemu moją prawdziwą postawę, to i tak 

nie uwierzy, bo przecież jestem przykładną córką, i na pewno będzie 

mnie bronił, mówiąc: To nie możliwe, Bella w życiu by tak nie postąpiła, 

to dobra dziewczyna. Tak, jestem niezaprzeczalnie genialna! 

Kurwa, ale co ja mam tu robić cały dzień. Zawsze mogę iść przejść się po 

lesie. Zbiegłam po schodach i zaczęłam zakładać kurtkę (panują tu takie 

mrozy, że można oszaleć), i oczywiście pojawił się Charlie. Co, on ma 

radar czy co? 

- Gdzie idziesz? - spytał poważnym tonem. 

- Przejść się, mogę? I chciałam cię przeprosić za moje wcześniejsze 

słowa, wcale tak nie myślałam. Wybaczysz mi? - Ja pierdolę, na co to 

przyszło, żebym ja musiała kogoś prosić o wybaczenie. 

- Nie mógłbym ci nie wybaczyć, Bells. Możesz iść i przy okazji zrobisz 

zakupy, bo w lodówce jest pusto. – Tak, pusto to mało powiedziane, ja 

bym to bardziej porównała do czarnej dziury, aniżeli do pustki. 

background image

 

24 

- Jasne, tylko gdzie jest moje auto? - spytałam najbardziej niewinnie, jak 

tylko potrafiłam. 

- W garażu. Z tego wszystkiego zapomniałem ci go pokazać. 

- No to chodźmy - powiedziałam, po czym pomaszerowałam za 

tatuśkiem.  

- A oto twoje auto. Wiem, że nie jest to najnowsza marka, ani nic 

wielkiego, ale jeździ i to całkiem sprawnie. - No i znowu czekał na 

podziękowania. A niech sobie je w dupę wsadzi! Nie, Bello, teraz udajesz 

grzeczną dziewczynkę tatusia. PAMIĘTAJ! Dobra, dobra, załapałam. 

Przede mną stała toyota, owszem, nie był to najnowszy model, ale też 

nie jakaś stara ciężarówka. Auto było koloru czerwonego, a to jeden z 

moich ulubionych.  

- Wow, tato, ten samochód jest niesamowity. Już go kocham. Dziękuję. - 

Po tych słowach (jak na prawdziwą córkę przystało) podeszłam do 

Charliego i go przytuliłam. Chyba był trochę zmieszany, ale też mnie 

przytulił. Dziwne ciepło przeszło po moim ciele, ale to pewnie dlatego, 

że kogoś przytulałam. 

- Cieszę się, że ci się podoba. A teraz pędź już do tego sklepu, tylko 

uważaj na siebie. - Po tych słowach puścił mnie i zaczął wracać do domu. 

Mi nie pozostało nic innego, jak jechać po zakupy. Wsiadłam do auta i 

okazało się, że kluczyki są w stacyjce. Tak, Charlie zawsze myśli o 

wszystkim. 

W trakcie jazdy oglądałam domy innych i tak naprawdę to dom 

Charliego nie wyróżnia się niczym szczególnym od reszty. Ludzie żyją 

tutaj własnym życiem. Technologia tak do końca jeszcze nie zdążyła tu 

background image

 

25 

dotrzeć. Jak dla mnie to istna męka. Na Florydzie było pełno sklepów z 

modnymi ciuchami, a tutaj do pierwszego lepszego spożywczaka trzeba 

jechać kilka kilometrów. To miasteczko to jedno wielkie zadupie, które 

powinno być oznaczone na mapie jako tereny pod bagna albo 

zarośnięte pole, które lepiej omijać. 

Po wieczności i kilkunastu dziurach później dojechałam do tego 

pieprzonego sklepu. Po przebyciu takiej drogi spodziewałam się jakieś 

galerii, która byłaby rekompensatą za jazdę. Jeżeli też tak myśleliście, to 

witam w klubie o nazwie „Pomyłka”. Tak szczerze to wątpię, czy ten 

sklepik miał więcej niż 3 x 3. No cóż, mam nadzieję, że chociaż 

asortyment będzie lepszy. Po wejściu do sklepu przywitała mnie 

dziewczyna mniej więcej w moim wieku. 

- Witam, w czym mogę pomóc? – spytała i można było od razu 

zorientować się, że wita tak każdego, ponieważ mówiła to jak maszyna. 

- Robię tylko zakupy, nie chcę, by mój tata umarł przeze mnie z głodu 

dzień po moim przyjeździe - powiedziałam do dziewczyny. Jej oczy nagle 

stały się większe i już myślałam, że wylecą jej z orbit i potoczą się po 

podłodze  

- Ty jesteś córką komendanta Swana? - zapytała z nadal wybałuszonymi 

oczami. 

- Tak, jestem Bella. - Pomyślałam, że jeżeli zna bliżej mojego tatę, to 

muszę byś grzeczna. 

- Charlie nie mógł się doczekać twojego przyjazdu, o niczym innym nie 

mówił, tylko o tym, jak bardzo za tobą tęsknił. Mieć takiego ojca to 

skarb. - O czym ona bredzi? Taki ojciec to przekleństwo. 

background image

 

26 

- Tak, mój ojciec jest jedyny w swoim rodzaju – potwierdziłam, bo 

bardziej pierdolniętego ojca to na świecie nie ma. Z głębi sklepu dobiegł 

mnie jakiś głos. Zapewne właścicielki. 

- Angela, miałaś posegregować puszki, a nie plotkować z klientkami. 

- Już idę, szefowo. - Dziewczyna zaśmiała się. - Do zobaczenia! - 

krzyknęła i ruszyła w kierunku, z którego dochodził głos szefowej. Gdy 

zrobiłam zakupy i udałam się do kasy, zastałam tam panią około 

pięćdziesięciu lat. Po zapłaceniu wyszłam ze sklepu i zaczęłam wracać 

do domu. Po czasie, który zdawał się być wiecznością, w końcu do niego 

dotarłam. 

- Charlie, już jestem! – krzyknęłam, gdy weszłam do środka, ale nikt nie 

odpowiedział. Pomyślałam, że może poszedł do sąsiadów. 

Wypakowałam wszystkie produkty i zobaczyłam, że jest dziewiąta, więc 

czas na śniadanie. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam i po krótkim czasie 

na moim talerzu znajdowały się płatki z mlekiem. Naprawdę byłam 

głodna. Opróżniłam cały talerz, a to nie przychodzi mi łatwo. Raczej 

jestem z grupy „niejadków”. To, że nie jem, nie znaczy, że jestem jakoś 

strasznie chuda. Jestem raczej szczupła, mam przeciętną wagę. 

Przeciętną na moje sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. A 

będąc już przy tym temacie, musicie wiedzieć, że mam czym oddychać i 

to właśnie tym najczęściej uwodzę facetów. Długie rzęsy i lekko 

falowane brązowe włosy również mi w tym pomagają, ale piersi to 

najbardziej rozpoznawalny przez chłopaków atut. Tak więc patrząc na 

moją dłuuugą listę chłopaków w tak krótkim czasie, mogę stwierdzić, że 

mam powodzenie u płci przeciwnej. Z tą krótką listą nie chodzi o to, że 

tak szybko mnie rzucali, wręcz przeciwnie to ja się nimi nudziłam. Faceci 

to tylko zabawki, które mają za zadanie nam dogadzać, starać się o 

background image

 

27 

nasze względy i naprawiać w domu kran, gdy się zepsuje. Ewentualnie 

mogą łapać myszy, gdy któraś z nas się ich boi. No bo do czego oni nam 

są więcej potrzebni? Z dzisiejszą technologią możemy bez problemu się 

bez nich rozmnażać. Płci męskiej byłoby dużo trudniej bez nas, bo 

przecież ktoś musi ugotować, pozmywać, uprać, wyprasować, itp. 

Mężczyźni potrzebują pokojówek na cały etat i przez całe życie. Na 

początku tę rolę pełni matka, potem dziewczyna, narzeczona, żona, a na 

sam koniec sanitariuszka z domu spokojnej starości. Więc same 

widzicie… 

Po posprzątaniu po śniadaniu poszłam trochę pooglądać telewizję. Jak 

zwykle nic nie przykuło dostatecznie długo mojej uwagi. Zdziwiła mnie 

cisza w domu. Czyżby Charlie jeszcze nie wrócił? Wyjrzałam przez okno, 

ale jego radiowóz stał na podjeździe, a więc jest w pobliżu. Po krótkim 

namyśle postanowiłam się przejść. Wyszłam na dwór i po prostu szłam 

tam, gdzie nogi mnie poniosą. Musiałam się w końcu zatrzymać, bo 

powoli dostawałam zadyszki. Rozejrzałam się dokoła i spostrzegłam, że 

jestem na polanie, na której lubiłam bawić się, gdy byłam jeszcze 

dzieckiem. Przypomniało mi się, jak goniłam motyle z moim psem 

Rokim. Był on ogromnym wilczurem, ale kiedyś, gdy spuściłam go ze 

smyczy, uciekł i więcej nie wrócił. Płakałam chyba z tydzień. Po zwykłym 

kundlu, który na dodatek uciekł. Żaden normalny by tak nie rozpaczał. 

Po zaginięciu Rokiego więcej tu nie przychodziłam, bałam się, że 

powrócą wspomnienia. Teraz mam to gdzieś. Głupi kundel gdzieś polazł, 

to i pewnie zginął pod kołami samochodu albo zdechł z głodu. 

Gdy spojrzałam na zegarek w telefonie, okazało się, że dochodzi 

dwunasta, więc przydałoby się iść i zrobić Hrabiemu a la Wąskowi 

obiad. Kurwa, nie myślałam, że udawanie potulnej córuni będzie aż 

takie trudne. Muszę być silna i wytrzymać przez jakiś czas. 

background image

 

28 

Doskonale znałam drogę powrotną, w końcu nie raz tu przychodziłam. 

Gdy weszłam do domu, Hrabia a la Wąsek siedział przed telewizorem i 

oglądał jakiś durnowaty mecz. 

- Robię obiad. Na co miałbyś ochotę? - zapytałam normalnym tonem, bo 

jeszcze mnie nie wkurwił, ale znając moje wahania nastrojów, niedługo 

to nastąpi. 

- Wszystko, co zrobisz, będzie przepyszne, Bells. - Raczył odpowiedzieć, 

nawet na mnie nie patrząc. No i mój dobry humor rozpierdolił się na 

miliony kawałeczków. On powinien wiedzieć, że należy mi się szacunek. 

Jestem jak bomba atomowa, jeden niewłaściwy ruch i jesteś trupem. 

Nie odzywając się, żeby jeszcze nie pogorszyć sprawy, ruszyłam w 

stronę lodówki. Po dogłębnej analizie stwierdziłam, że zrobię lasagne. 

To bardzo proste i szybkie do przygotowania danie, czyli coś akurat dla 

mnie. Gdy wstawiłam potrawę do pieca, wzięłam się za sprzątanie 

kuchni. Wierzcie lub nie, ale gdy robię coś w kuchni, zawsze jest 

bałagan. I dlatego właśnie nie lubię gotować, bo po pierwsze, trzeba 

posprzątać kuchnię, a po drugie, trzeba zmywać. Plusem tego 

wszystkiego jest chyba tylko konsumpcja. Z rozmyślań o plusach i 

minusach gotowania wyrwał mnie dzwonek oznajmujący, że lasagnia już 

się upiekła. Nakryłam do stołu i zawołałam Charliego. 

- Już idę. - Dobrze, że nie powiedział Bells

. Co ja jestem Dzwoneczek, a 

może Piotruś Pan. Kiedyś uwielbiałam tę bajkę, ale to było dawno temu. 

                                                            

 Bells to po angielsku dzwoneczek. 

background image

 

29 

- Co tak smakowicie pachnie? – zapytał Charlie, niuchając nosem jak 

pies za złodziejem. Za bardzo przyzwyczaił się do pracy i, na 

nieszczęście, wziął przykład z psów. 

- Ugotowałam lasagne, mam nadzieję, że lubisz. 

- Oczywiście, że tak - odpowiedział i nareszcie przestał wąchać wszystko 

dookoła. 

 

Reszta posiłku upłynęła nam w ciszy. Po jedzeniu Charlie zaproponował, 

że to on pozmywa, skoro ja gotowałam. No, jak tam sobie chcesz, 

Wąsek, ja ci nie bronię. Oczywiście tak nie powiedziałam. Wkurzyłby się, 

jak nie wiem co, a jak się wkurzy, na twarzy pojawiają mu się wszystkie 

kolory tęczy, aż w końcu staje się siny i jego czarne wąsy fajnie 

kontrastują z resztą jego twarzy. Nie można się nie śmiać na taki widok. 

Pobiegłam do siebie na górę, żeby mnie nie korciło go trochę 

powkurwiać. Pomyślałam, że wejdę na neta. Gdy sprawdziłam pocztę, 

okazało się, że mam wiadomość od Renee. 

Cze

ść

, Bello! 

Mam nadziej

ę

ż

e w Forks nie jest tak 

ź

le, jak my

ś

lała

ś

. Wiem, 

ż

e min

ę

ło tylko kilka godzin, a ja ju

ż

 si

ę

 o Ciebie martwi

ę

. Nie 

powiem, 

ż

e nie, bo tak jest, ale nie chc

ę

 by

ć

 matk

ą

, która 

nadzoruje ka

ż

dy krok dziecka. Musz

ę

 ju

ż

 ko

ń

czy

ć

, bo zaraz 

mamy samolot do Nowego Yorku. Napisz, jak tam jest i co 
porabiasz. 

Całuj

ę

, mama. 

 

background image

 

30 

Odpisałam, że trochę się nudzę, ale nie jest najgorzej i inne takie bzdety. 

Popisałam trochę ze znajomymi z Florydy. I tak nadszedł wieczór. 

Poszłam na dół zrobić sobie coś do zjedzenia i gdy wyciągałam rzeczy 

potrzebne mi na zrobienie kanapek, zadzwonił dzwonek. Poszłam 

otworzyć i nie uwierzycie, kto stał na moim ganku…  

 

 

 

 

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

background image

 

31 

4444

4444

    

    

R

R

R

R

R

R

R

R

O

O

O

O

O

O

O

O

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

D

D

D

D

D

D

D

D

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

IIII

IIII

A

A

A

A

A

A

A

A

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

    

    

BPOV 

Ten chłopak to największe, pieprzone ciacho NA ŚWIECIE. Ciemne, 

krótko obcięte włosy, skórzana kurtka, ciemne spodnie świetnie 

opinające jego umięśnione nogi. Zauważyłam, że pod szarym 

podkoszulkiem rysuje się niezły „kaloryferek”. Tak więc Pan A przy nim 

to pikuś. Oby nie okazało się, że ten przystojniak jest równie głupi co 

on…

    

    

- Cześć, Bello! - Skąd on zna moje imię? 

- Czy my się znamy? – zapytałam szczerze zaciekawiona. Raczej 

pamiętałabym takiego przystojniaka. 

- Nie poznajesz mnie? - zapytał z lekkim niedowierzaniem. 

- Raczej bym cię pamiętała. 

- Jestem Jacob. 

- Jacob? – Nie, to niemożliwe. Mój kumpel z czasów dzieciństwa. Ten 

nieśmiały chłopiec nie mógł stać się takim ciachem. 

- Tak, we własnej osobie. - Nie mogę uwierzyć. Mogę się założyć, że 

moja szczęka leżała właśnie na podłodze. A już chciałam go poderwać… 

- Wow! Zmieniłeś się - odparłam zgodnie z prawdą. 

- Ty również. Już nie jesteś tą samą małą Bellą, która była szkolnym 

kujonkiem – powiedział, lustrując mnie wzrokiem z góry na dół tak samo 

jak ja jego chwilę temu. 

- Może wejdziesz? - zapytałam i szerzej otworzyłam drzwi. 

background image

 

32 

- Już myślałem, że nigdy nie spytasz. - Po tych słowach wszedł do środka 

i zaczął się rozglądać. 

- Nie ma Charliego? – spytał, nadal się rozglądając. 

- Nie. Pojechał na komisariat i nie będzie go przez kilka godzin. - Gdy to 

powiedziałam, wyraźnie się rozluźnił. Czyżby się go bał? Nie, 

niemożliwe, żeby ktokolwiek bał się pojeba Charliego. Ja się boję tylko 

tego, że mnie oślini, a tak poza tym to może mi naskoczyć. 

Zaprowadziłam Jake’a do kuchni i gestem dłoni nakazałam, żeby usiadł. 

- Napijesz się czegoś? Soku, herbaty… czegokolwiek – dodałam, gdy 

nadal patrzył na mnie wyczekująco. 

- A nie masz czegoś mocniejszego? 

- Masz na myśli szampan Piccolo? - zażartowałam. „Czegoś 

mocniejszego”, Jacob jakiego znałam kilka lat temu nie tknąłby alkoholu. 

- To badziewie jest dla dzieci. Miałem na myśli piwo.  

- No to muszę cię rozczarować, ale nie ma czegoś takiego w mojej 

pokaźnej kolekcji mocnych trunków

- To w takim razie sobie daruję. 

- Jak chcesz, ale od kiedy ty pijesz? Jak dobrze pamiętam zarzekałeś się, 

że nie będziesz pił nic mocniejszego jak herbata Lipton. A nawet ona 

była dla ciebie czasami za mocna - powiedziałam i wstawiłam wodę dla 

siebie na herbatę. 

- To było dawno. Czas robi swoje. Chociaż, jak tak na ciebie patrzę, to 

dobrze ci to robi. Wyładniałaś. - Puścił mi oko. 

background image

 

33 

- Nie dla psa kiełbasa, Jacob - ostrzegłam go. - Jesteśmy kumplami. - To 

prawda, zawsze traktowałam Jake’a jak brata, a nie chłopaka. Mimo że 

Jacob to mega ciacho, kumple to kumple. 

- Ale podziwiać mogę, co? - Zrobił minkę, przy której zawsze się 

łamałam. Kot ze Shreka by mu pozazdrościł. 

- Casanova się znalazł. 

- No weź, nie bądź taka. - Naburmuszył się. 

- Och, przestań - odparłam, bo nikt nie wytrzyma tych maślanych oczek. 

- Czyli mogę. To świetnie. - Wyszczerzył się jak jakiś chory na umyśle 

klaun. 

- Ty lepiej opowiadaj, co tam u ciebie słychać, i czemu boisz się 

Charliego? - Zmieniłam temat na bardziej wygodny dla nas obojga. No, 

może dla mnie. 

- U mnie wszystko po staremu. Po prostu dorosłem i zrozumiałem kilka 

rzeczy. I wcale nie boję się twojego ojca. Można powiedzieć, że ostatnio 

zaczynam wkurwiać wszystkich dookoła. A może to oni wkurwiają 

mnie… ? - zamyślił się. Myślenie nigdy nie było jego dobrą stroną. 

Zawsze za jego myślenie ktoś obrywał.  

- I teraz przyszedłeś powkurwiać mnie. Zgadłam? - Woda się 

zagotowała, więc wrzuciłam woreczek herbaty i zalałam go wrzątkiem. 

- Tak, właśnie taki miałem plan - odparł ze śmiechem. 

- No to ci się nie uda – powiedziałam i postawiłam moją herbatę na 

stole, po czym usiadłam. 

background image

 

34 

- Gadam o sobie. Teraz twoja kolej. Co porabiałaś na Florydzie przez ten 

czas? 

- Po pierwsze, kłóciłam się z matką i idiotą Philem; po drugie, 

pracowałam nad wyglądem; po trzecie, chodziłam po sklepach i po 

czwarte, spotykałam się ze znajomymi. To tyle - opowiedziałam mu to w 

wielkim skrócie. 

- O co kłóciłaś się z matką i tym jak mu tam… ? 

- Philem, ale ja mówię na niego Alfons albo przydupas. 

- No, o co się z nimi kłóciłaś? 

- O mój nowy wizerunek - odparłam szczerze. Po co mam kłamać, w 

końcu to mój najlepszy przyjaciel. 

- Mi tam się podoba. 

- Powiedz to Renne. - Jemu może się podobać, ale to niczego nie 

zmienia. Popieprzona matka i jej jeszcze gorszy „wybranek serca”. Ja to 

mam przesrane życie. 

- A o co tak dokładniej się pokłóciliście? - zapytał ze szczerą ciekawością. 

- Coś ty się tego punktu uczepił. Nie możesz się mnie spytać o sklepy, do 

których chodziłam? - Chciałam jak najszybciej to skończyć. Owszem, 

Jacob jest moim przyjacielem, ale gadanie o pojebanej Renne nie należy 

do moich ulubionych czynności.  

- Dobra, dobra. 

- Charlie mówił, że mogą cię wyjebać ze szkoły. To prawda? - Od 

początku jego przyjścia korciło mnie, by go o to zapytać, ale nie chcę być 

wścibska. 

background image

 

35 

- Po prostu żaden staruch z tej szkoły nie zna się na żartach. Każdy jest 

tam tak pojebany, że obchodzi go tylko to, czy tego dnia będzie kogoś 

ruchał, czy może sam zostanie zruchany. Takie są właśnie problemy 

wszystkich nauczycieli i uczniów. O nic innego się nie martwią. 

- Coś ty wykombinował? - Co mogło się mu uroić w tej jego chorej 

łepetynie? 

- Nic, naprawdę nic. - Spojrzałam na niego wzrokiem „Taa, akurat”. W 

końcu się poddał. - Oj dobra, powiem ci. Wysłałem babie od historii 

kwiaty i podpisałem się jako dyrektor. Wiedziałem, że czują do siebie 

miętę. Przynajmniej ona, a on… To miało się okazać przy okazji mojego 

małego „eksperymentu”. 

-  No i co dalej? - Jak on coś wymyśli, to nie może się nie udać. 

Przynajmniej kiedyś tak było. 

- Na kartce napisałem, żeby przyszła jutro do jego gabinetu i miała pod 

ubraniami skąpą bieliznę. 

- Że co? - Ten kretyn kompletnie oszalał. Burdel jeszcze ze szkoły chce 

zrobić. 

- Nie przerywaj mi, bo ci nie powiem – odpowiedział, chichocząc pod 

nosem na wspomnienie tego dnia. 

- Już się zamykam. - Ciekawe czy uwierzył… ? 

- No więc, na czym skończyłem… A tak, no i następnego dnia poszedłem 

za nią do gabinetu dyra. Nie zamknęła do końca drzwi, więc widziałem, 

jak zaczyna z nim flirtować, rozbierając się jednocześnie. Dyrektor nie 

wiedział, co się dzieje, i próbował ją uspokoić, ale ona mówiła coś w 

stylu „przecież wiem, że pan tego chce” albo „nikt się o tym nie dowie, 

background image

 

36 

obiecuję”. Podeszła do niego i zaczęła go powoli rozbierać. Gdybyś 

widziała jego minę. Jak jakaś zagubiona sarenka, która nie wie, o co 

halo. Nie wiem, jak ja wytrzymałem pod tymi drzwiami, ale na szczęście 

nie wybuchnąłem śmiechem. W końcu go pocałowała, ale on ją 

odepchnął, mówiąc, że ma żonę i dzieci. Gówno prawda. Po prostu nie 

chciał, żeby takie stare i pomarszczone pruchno go obmacywało. W tedy 

nie wytrzymałem i zacząłem się tarzać ze śmiechu przed drzwiami 

gabinetu. Chyba mnie usłyszeli, bo wyszli stamtąd. Oczywiście w pełni 

ubrani. Baba powiedziała, że dostała od dyra kwiaty, ale on powiedział, 

że niczego do niej nie wysyłał. No i cała wina była jak zwykle po mojej 

stronie, i dlatego grozili mi wywaleniem - zakończył historię, nadal 

chichocząc. 

- Grozili ci wywaleniem za jeden wyskok? 

- Nie, no co ty. Tych „wyskoków”, jak to je nazwałaś, było więcej, o wiele 

więcej. 

- Musisz mi je kiedyś opowiedzieć. 

- Jasne, czemu nie. Mogę ci powiedzieć, jak doprowadziłem do łez pana 

Bannera, facia od bioli. - Już to sobie wyobrażam, jakiś kolo po 

czterdziestce płacze jak dziecko. 

- No, Bells, muszę się już zbierać. 

- Już? - Z Jakiem czas zawsze szybko leci. 

- Jestem umówiony z kumplami, a poza tym spotkamy się w szkole – 

powiedział, wstając i kierując się do wyjścia. 

- Dzięki za opowiedzenie jednej z historii twojej pracy matrymonialnej. 

Była bardzo pouczająca. 

background image

 

37 

- Zawsze do usług. – Wyszedł, chichocząc pod nosem. Coś czuję, że ta 

jego wypowiedź miała drugie dno… 

Zamknęłam drzwi i poszłam zjeść moją kolację, której nie ruszyłam, 

ponieważ przyszedł Jacob, i kompletnie o niej zapomniałam. Po posiłku 

udałam się na górę do pokoju, wzięłam rzeczy i poszłam się wykąpać. 

Prysznic działa cuda. Ubrałam się w piżamę i wróciłam do pokoju. 

Zrobiłam się śpiąca, więc klepnęłam na moje kochane łóżeczko i 

zasnęłam. Śniła mi się para szmaragdowo-zielonych oczu. 

 

 

 

 

 

 

    

    

    

    

    

    

    

background image

 

38 

5555

5555

    

    

R

R

R

R

R

R

R

R

O

O

O

O

O

O

O

O

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

D

D

D

D

D

D

D

D

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

IIII

IIII

A

A

A

A

A

A

A

A

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

    

    

BPOV 

Gdy się obudziłam, okazało się, że jest dziewiąta trzydzieści. No, 

nareszcie wyspałam się. Jeszcze w piżamie poszłam do kuchni. Charlie 

zostawił mi kartkę z informacją, że jedzie na ryby z Billy’m. Lepiej, żeby 

nie dowiedział się o wczorajszej wizycie Jacoba. Zacząłby wydzierać 

wąsiska, że powinnam omijać Jake’a. Zaczęłam robić się coraz bardziej 

głodna, a moje motto brzmi: „głodna Bella to wkurwiona Bella”. I 

dlatego lepiej mnie nie wkurzać, gdy jestem na głodzie. Postanowiłam, 

że zjem płatki. Gdy już miałam naszykowane jedzenie i zaczęłam siadać 

do stołu, zadzwonił jebany telefon. Niechętnie ruszyłam dupsko i 

poszłam odebrać. 

- Słucham? - zapytałam, a mój głos ociekał jadem. 

- Dzień dobry. Nazywam się Carlisle Cullen. Czy zastałem komendanta 

Swana?- odezwał się męski głos. 

- Nie, przykro mi, nie ma taty - odpowiedziałam grzecznie, mimo iż 

byłam wkurwiona na maksa. Skoro ten jebaniec zna mojego ojczulka, to 

trzeba zachowywać jebane pozory. 

- A wie może pani, kiedy wróci?- Pani? Co ja, kurwa, sześćdziesiąt lat 

mam, czy co? 

- Powinien być dzisiaj wieczorem. Czy coś jeszcze?- Ja pierdolę! Robię 

się coraz bardziej głodna, a to nie wróży nic dobrego dla tego złamasa, z 

którym rozmawiam. 

- Tak. Proszę przekazać mu, że dzwonił doktor Carlisle Cullen, i 

powiedzieć, żeby oddzwonił do mnie, jak wróci. 

background image

 

39 

- Dobrze, przekażę. Do widzenia - powiedziałam i pierdolnęłam 

słuchawką tak mocno, że pewnie słyszeli mnie na Marsie, ale mam to w 

dupie. 

Gdy już opanowałam swoje nerwy, wróciłam do kuchni, by zjeść (i tak 

już zimne) śniadanie. Po skończonym posiłku poszłam do łazienki trochę 

się ogarnąć. Gdy zauważyłam moje odbicie w lustrze, pomyślałam, że 

podmienili mnie w nocy, ale jednak to coś to byłam ja. Wyglądałam 

koszmarnie. No, cóż. Trzeba coś z tym zrobić. Gdy już się wykąpałam i 

ubrałam, postanowiłam, że włączę kompa i sprawdzę, czy kochana 

mamunia do mnie nie pisała. Kurwa, przecież my nigdy tyle nie 

gadałyśmy, ile teraz piszemy. Przynajmniej mam na myśli te moje 

odpowiedzi, czyt. dwa zdania

-Yhm. A oto i jest wiadomość od Renee. - Jeżeli nie jest to testament jej 

albo Phila, nie interesuje mnie to. 

 

Bells! 

Piszę, bo chciałam Ci się pochwalić, że właśnie wydałam pierwszy projekt 
sukni, i muszę Ci powiedzieć, że klientka była zachwycona. Teraz pracuję nad 
nową kreacją. Ma to być zwiewna, delikatna i ogólnie letnia sukienka. Jak na 
razie mam kilka pomysłów. To tyle o mnie. Powiedz, jak tam się czujesz przed 
pójściem do szkoły i spotkaniem starych znajomych? Mam nadzieję, że pogoda 
Wam dopisuje. Trzymaj się ciepło i pozdrów ode mnie tatę. 

Pozdrawiam, mama. 

Wow, no to się rozpisała. Odpisałam jej, że cieszę się z jej szczęścia i 

takie różne bzdety. Mam jedynie nadzieję, że uwierzyła. Zauważyłam, że 

nie dostałam żadnej wiadomości od tych pojebów z Florydy (czyt. 

background image

 

40 

kumpli ze szkoły). Jeżeli myślą, że ja pierwsza się odezwę, to się grubo 

mylą. Zobaczymy, jak się będą płaszczyć i podlizywać, gdy wrócę. Oprócz 

kilku ogłoszeń na poczcie nie znalazłam niczego ciekawego. Usłyszałam 

dzwonek do drzwi, więc wyłączyłam komputer i zwlekłam się na dół. 

Otworzyłam drzwi i zobaczyłam, że przede mną stoi idiota  Newton. 

- Cześć! - rzucił tekst na powitanie i wyszczerzył się jak psy w reklamie 

psiej karmy. 

- No, hej. Coś się stało, że do mnie zawitałeś? - Cóż za zaszczyt mnie 

spotkał, ciekawe za co? Bożeeee, co ja ci takiego zrobiłam, że mnie aż 

tak nienawidzisz? Dobra, to było głupie pytanie. 

- Nie, nic się nie stało. Po prostu nudziłem się w domu i pomyślałem, że 

pojadę do kina. Wpadłem się zapytać, czy nie pojechałabyś ze mną? - 

Kurwa, jeżeli on myśli, że to randka, to się przeliczył. Chociaż, z drugiej 

strony, nudzi mi się jak cholera, a z niego zawsze można się pośmiać. 

- Dobra, chętnie. Kumple przecież jeżdżą razem do kina. 

- Ta, kumple. - Mina mu zrzedła i spuścił wzrok. 

- No to fajnie, że się rozumiemy. Skoczę się przebrać i możemy jechać. 

Mógłbyś zaczekać w salonie? - Otworzyłam trochę szerzej drzwi, żeby 

mógł wejść. Gdy on rozpierdolił się na MOJEJ kanapie, ja poszłam na 

górę. Zdecydowałam, że założę ciemne rurki, niebieską, obcisłą bluzkę, 

do tego czarne sandałki na obcasie. Poszłam do łazienki się umalować. 

Najpierw nałożyłam trochę podkładu, oczy pomalowałam na jasny szary 

i podkreśliłam je ciemną kredką, a na usta nałożyłam mój ulubiony 

różowy błyszczyk. Włosy postanowiłam zostawić rozpuszczone. 

Zaczęłam wychodzić z pokoju. Po drodze wzięłam jeszcze tylko torbę i 

wpakowałam do niej portfel, telefon, błyszczyk, itp.   

background image

 

41 

- Możemy już jechać! - zawołałam tego idiotę, bo przecież pewnie nie 

słyszał, jak schodzę. 

- Dobra, no to chodźmy - powiedział i pociągnął mnie do wyjścia. 

Zamknęłam drzwi od domu i mogliśmy już jechać. Co najdziwniejsze, 

Pan A wcale się do mnie nie odzywał, nie flirtował i nawet nie włączył 

radia, a co za tym idzie, nie śpiewał i nie podskakiwał w fotelu. Jeżeli 

strzelił focha, to mi to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Gdy 

dojechaliśmy na miejsce, spytałam Newtona, na jaki film idziemy. Na to 

pytanie wyraźnie się ożywił i jestem w stu procentach pewna, że gdyby 

na parkingu było mniej ludzi, zacząłby skakać i klaskać w ręce jak 

przedszkolak na widok nowej zabawki. Jedyne, co mi teraz pozostało, to 

modlić się o to, by ten pacan nie zaciągnął mnie na Królewnę Śnieżkę 

albo inne badziewie tego typu. 

- Zamówiłem bilety na „Piłę 6”. Co ty na to? 

- Jak dla mnie może być. Chociaż i tak mam niezły horror z tobą. - 

Ostatnie zdanie, jak widać, nie ruszyło Mike’a, bo dalej był 

uszczęśliwiony. 

- Cieszę się, że nie nudzisz się ze mną. - Ten koleś nawet sarkazmu nie 

rozpoznaje. Co za zjeb. 

- Chodźmy już, bo nam film minie. 

****** 

Jak już usiedliśmy na swoich miejscach, seans akurat się zaczął. Film był 

nudny jak flaki z olejem. A co do tych flaków, to było ich tam pełno. W 

prawie każdej scenie musiał ktoś zginąć. Mike za każdym razem, gdy 

ktoś umierał, przybierał inny kolor zieleni. Szczerze, to nie wiedziałam, 

background image

 

42 

że zielony ma aż tyle odcieni. Najbardziej podobał mi się ten, który 

pojawił się na Newtonie tuż po tym, jak facet topił się we flakach krowy. 

Mike coraz mocniej wbijał paznokcie w fotel. Jak tak dalej pójdzie, to 

przebije podłokietniki na wylot.  

Gdy już ten chujowy film skończył się i wyszliśmy z sali, Pan A miał na 

twarzy odcień zieleni, który przybrał na ostatnim morderstwie. 

Przeprosił mnie na chwilę i pobiegł do łazienki(tym razem nie biegł w 

podskokach tak jak na lotnisku). Mogę się założyć, że teraz klęczy nad 

kiblem i rzyga jak ja rok temu na osiemnastce mojej kumpeli z Phoenix. 

Po balandze miałam takiego kaca jak stąd do wieczności. A wracając do 

tematu Newtona, siedziałam na ławce pod salą i czekałam na tego 

zjeba. W końcu zarzygany książę raczył do mnie wrócić. 

- Możemy już wracać?- zapytałam Newtona, a zielony zaczął powoli 

schodzić mu z twarzy. 

- Jasne. 

Gdy doszliśmy już do samochodu, pomyślałam, że fajnie byłoby jeszcze 

trochę powkurwiać Mike’a. Ostatnio nikogo nie wkurwiałam, więc teraz 

korzystam, póki mogę. 

- Moim zdaniem ten film był całkiem niezły, a tobie jak się podobał?- 

zaczęłam rozmowę, czekając tylko, aż znowu zrobi się zielony. 

- Może być. - O nie, tak szybko to my tematu nie zakończymy. 

- A jaka scena podobała ci się najbardziej?- Widać było, że na to pytanie 

lekko się spiął, ale uparcie nie dał tego po sobie poznać. Udaje 

twardziela, zobaczymy jak długo. 

- Raczej nie mam ulubionej - odpowiedział wymijająco. 

background image

 

43 

- Mi najbardziej podobała się scena, gdzie ta doktorka rozcinała głowę 

temu zabójcy i wszędzie tryskała krew. - Tak, tak, tak. Znowu zrobił się 

zielony. 

- Nawet całkiem realistycznie wyglądała ta krew - odparł z niesmakiem. 

- A pamiętasz, jak wrzeszczała jakaś baba, gdy stopniowo zamarzała 

przez zimną wodę?- nadal się z nim droczyłam, czekając na ten odcień 

zielonego, który mi się podobał. 

- Nie, jakoś ten fragment wyleciał mi z głowy. 

- A może pamiętasz, jak ten koleś zaczął wypluwać z siebie krew? - Już 

powoli zaczynał się zbliżać do kulminacyjnego punktu, w którym puści 

pawia i zarzyga sobie całe auto. Byle jego rzygi ominęły mnie. 

- To pamiętam aż za dobrze. Całe szczęście, nie zakrztusił się tą krwią. – I 

ot, mam swój ulubiony odcień. 

- Tak, całe szczęście. Pomyśl, co by było, gdyby rzeczywiście było tak, jak 

przypuszczasz. Ta lekarka w życiu by go nie uratowała. - Na te słowa 

Mike docisnął gaz do dechy i łamał wszystkie ograniczenia prędkości. To 

zapewne dlatego, że już długo nie wytrzyma. 

- Mike, dlaczego tak szybko jedziesz? Stało się coś?- zapytałam głosem 

niewiniątka. 

- Wiesz…yyy…ja…obiecałem mamie, że…pojadę odebrać babcię z… 

lotniska, i jestem już troszkę spóźniony. - Wow, co za oryginalny pomysł 

na wymówkę. 

- A skąd jest twoja babcia? – Ciekawe, co tym razem wymyśli ten głąb? 

background image

 

44 

- Ona jest z… Kanady - powiedział na jednym wdechu widocznie 

zdenerwowany. 

- A ile ma lat? 

- Sześćdziesiąt sześć, a co? - Denerwowały go moje pytania. Mógł podać 

wiek prawdziwej babci, ale ona zapewne nie żyje. Chyba. 

- Tak się tylko pytam. A to mama twojej mamy, czy taty? - Zaraz 

wpadnie w pułapkę… 

-  M..ma..mamy. - To mnie utwierdziło w przekonaniu, że jego babcia 

nie żyje. 

-  A ile lat miała twoja babcia, gdy urodziła twoją mamę? 

- Dwadzieścia cztery. 

- A ile twoja mama ma lat? 

- Trzydzieści osiem. 

- No to skoro twoja mama ma trzydzieści osiem lat, a jej mama urodziła 

ją gdy miała dwadzieścia cztery, to wychodzi na to, że twoja babcia ma 

sześćdziesiąt dwa lata, a nie sześćdziesiąt sześć? - I co ty na to? Na 

chwilę go zatkało, ale dość szybko się otrząsnął. 

- Pewnie się pomyliłem. A z resztą, cztery lata pomyłki to nie tak dużo - 

zaczął się usprawiedliwiać. - O, patrz, dojeżdżamy. - Nawet nie wiem, 

kiedy dojechaliśmy. Mike wyskoczył z auta i pobiegł do domu, 

zostawiając mnie w samochodzie. Skoro jest takim macho, to jestem 

ciekawa, jak będzie się tłumaczył. Nawet mam pomysł, jak mogę 

sprawić, by ten idiota był jeszcze bardziej zażenowany. 

background image

 

45 

Wyszłam z samochodu z uśmiechem na ustach i poszłam w kierunku 

drzwi. Jak je tylko otworzyłam, coś zaczęło wciągać mnie do środka. 

Okazało się, że to coś, to nie kto inny jak Charlie. 

- Gdzie ty się podziewałaś?!- zaczął na mnie faflunić i wciągać nosem 

swoje wąsiska. 

- Byłam z Mike’iem w kinie, czy to źle tato, że zaprzyjaźniam się z 

sąsiadami? - I znowu trzeba grać jebaną córeczkę tatusia. Żal. 

- Mogłaś chociaż zostawić kartkę. 

- Charl…tato, i tak nie było cię w domu. Myślałam, że będziesz na rybach 

cały dzień.- Teraz zaczęłam się usprawiedliwiać. 

- Tak, ale zaczęło padać i musieliśmy wracać. - Powoli zaczął się 

uspokajać i musiałam to wykorzystać 

- Przepraszam, tato. Będę pamiętać o tym następnym razem. - Kurwa, 

dlaczego ja muszę przepraszać, skoro to on nafaflunił mi na twarz? 

- Dobrze, Bells. Ja też cię przepraszam, nie powinienem tak na ciebie 

naskoczyć- Czyt. Napluć- ale bardzo się o ciebie martwiłem. 

- Dobra, to ja zacznę robić obiad. A, tato, dzisiaj rano dzwonił jakiś 

doktor Cullen i prosił, żebyś do niego oddzwonił. - Prawie bym 

zapomniała o tym kretynie, który zniszczył mi śniadanie. Zginie za 

siedem dni… 

- Dobrze, zaraz do niego zadzwonię. 

- Tato, jeszcze jedno. Złowiliście coś w ogóle? 

- Kilka sztuk, ale za to są duże – odpowiedział, dumny z nie wiem, 

kurwa, czego. 

background image

 

46 

- W takim razie dzisiaj na obiad będzie ryba. 

- To ja ci nie przeszkadzam. - I zwiał do salonu. Faceci. 

Zaczęłam robić obiad i nawet nie wiem, jak to się stało, ale stawiałam 

już gotowe danie na talerzach. Dzisiaj czas szybko mi zleciał przy 

gotowaniu. Zawołałam tego, który (jak głoszą plotki) jest moim ojcem.  

- Pyszne. - Jak zwykle, bardzo rozwinięta odpowiedź Charliego. 

- Dziękuję. 

Resztę posiłku zjedliśmy w ciszy. Jak zwykle to Charlie zmywał, więc ja 

poszłam na górę trochę odpocząć. Położyłam się na łóżku i chyba 

zasnęłam. Miałam bardzo dziwny sen. 

Byłam na Mojej Polanie i goniłam motyla. Za mną biegł Roki i szczekał, 

tak jakby próbował mnie zatrzymać. Motyl zaczął odlatywać w stronę 

lasu otaczającego polanę. Nie wiele myśląc, zaczęłam biec za nim. Owad 

zaczął dziwnie się iskrzyć. Wyglądał tak, jakby był zrobiony z 

drobniutkich brylantów. Gdy weszłam do lasu, wszystko zaczęło się 

zmieniać. Słońce zniknęło i ogarnęła mnie ciemność. Nie widziałam już 

motyla, ale dziwną pustkę. Słyszałam jeszcze wycie Rokie’go, ale 

dochodziło ono do mnie jakby z oddali. Poczułam się bardzo senna i 

zaczęłam spadać w dół. Najdziwniejsze było to, że nie dotykałam ziemi, 

tylko ciągle spadałam… Nagle poczułam, jak coś silnego obejmuje mnie i 

ciągnie ku górze. Czułam, jakby to coś było złe. Próbowałam walczyć, ale 

nie miałam siły. Bałam się, że ta istota mnie skrzywdzi. Emanowało od 

niej silne ciepło, ale i siła. 

background image

 

47 

- Nie bój się, Bello. Daj sobie pomóc. Nie opieraj się - usłyszałam głos. Był 

spokojny i ciepły. Przestałam się bronić, wiedząc, że ta osoba nie zrobi 

mi nic złego… 

Przebudziłam się nagle. Czułam dziwne mrowienie na ciele. Nie wiem, 

co to było, ale było to dziwne. Byłam ciekawa, co ten sen oznaczał i 

czemu w ogóle na początku się bałam. Hello, w końcu jestem Bella 

Zimna Suka Swan i JA NICZEGO się nie boję. 

Za oknem było już ciemno, a ja byłam jeszcze w ubraniach. Poszłam do 

łazienki, umyłam się i przebrałam w piżamę. Gdy już dowlokłam się do 

łóżka, poczułam zmęczenie. Szybko zasnęłam, wiedząc, że jutro będę 

musiała iść do tej zasranej szkoły… 

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

    

background image

 

48 

6666

6666

    

    

R

R

R

R

R

R

R

R

O

O

O

O

O

O

O

O

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

D

D

D

D

D

D

D

D

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

IIII

IIII

A

A

A

A

A

A

A

A

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

    

    

BPOV 

- Bello, obudź się. Zaraz musisz iść do szkoły. - Gdy otworzyłam oczy, 

zobaczyłam tego pojeba, czyt. Charliego, który pochylał się nade mną. 

- Już, już. Przecież wstaję. - Jego błędem było wkurwianie mnie z 

samego rana, a jeszcze nic dzisiaj nie jadłam. 

- Dobra, to ty wstawaj, a ja pędzę do pracy. Powodzenia w szkole, 

kochanie. – Kurwa! Jakie znowu „kochanie”?! Może zaraz wyskoczy z 

ksywą „prosiaczku”. Pieprzony wąsik. Nienawidzę go! 

- Dzięki. Na pewno będzie fajnie. - Już to widzę. Jebany Newton nie da 

mi żyć i będzie jedynie pałętał się pod nogami. Pozostaje mi mieć 

nadzieję, że Jake mi z nim pomoże, ale z moim dzisiejszym planem Mike 

nie odezwie się do mnie aż do Gwiazdki. 

Poszłam do łazienki, by ogarnąć się trochę, i zeszłam na dół. Na 

śniadanie zrobiłam tosty i popiłam je sokiem. Do szkoły miałam na 

ósmą, więc powinnam się już powoli zbierać. Zarzuciłam torbę na ramię 

i poszłam do garażu. Odpaliłam moje cudeńko i pognałam do zawszonej 

budy. 

****** 

Dojechałam szybciej, niż się spodziewałam, więc miałam jeszcze trochę 

czasu do rozpoczęcia lekcji. Szkoła nie była tak duża jak ta, do której 

chodziłam w Phoenix. Tutaj był to jeden duży, długi budynek. Obok 

znajdowała się hala, a z drugiej strony widać było boisko. Parking był 

prawie pusty. Stały tam tylko dwa samochody i muszę powiedzieć, że 

background image

 

49 

były niezłe. Jedno srebrne, a drugie czerwone. Nie wiem, jakie to marki, 

ale takie auta trudno znaleźć w Forks. Wyszłam z mojej toyoty i udałam 

się w kierunku szkoły. Przystanęłam, bo zauważyłam, że pod oknami 

stoją ławki. Ruszyłam w tamtym kierunku. Usiadłam na jednej z nich i 

wyciągnęłam z mojej torby mp3. Włączyłam pierwszą lepszą piosenkę, 

oparłam się głową o oparcie i zamknęłam oczy. Zastanawiałam się nad 

moim snem. Może poznałam kogoś, kto miał podobny głos… Nawet 

jeżeli tak, nie wyjaśnia to mojego strachu przed tą osobą. Ja nie boję się 

nikogo, a już zwłaszcza we śnie. Przestałam w końcu myśleć nad tym 

głupim snem i odprężyłam się, słuchając 30 Seconds To Mars. Nagle 

poczułam, jak ktoś łapie mnie za rękę i zakrywa mi usta. Otworzyłam 

oczy, ale przeciwnik podszedł od tyłu. 

- Aaarggh. - Zaczęłam się miotać. 

- Spokojnie, to tylko ja - odparł znajomy głos. 

- Odbiło ci? - A ten kretyn nie ma co robić, tylko musi mnie straszyć?! 

- Też się cieszę, że cię widzę- odparł sarkastycznie Jake. 

- Sorry, ale nie atakuj mnie tak następnym razem, bo to się źle dla ciebie 

skończy. 

- Już to widzę. Ale czekaj, czekaj… To będzie jakiś następny raz? 

- Nie podniecaj się tak, bo ci jeszcze stanie. - Tutaj sugestywnie 

wskazałam głową jego krocze. 

- Żeby on stanął, to potrzeba większych umiejętności. - Hej, czy on 

znowu flirtuje? Seksoholik, zboczeniec i idiota w jednym to wybuchowa 

mieszanka. 

background image

 

50 

- Co ty możesz wiedzieć o moich umiejętnościach? - Jeżeli tak chce się 

bawić, to pobawimy się oboje. 

- Wątpię, żebyś była wyćwiczona w tego typu sprawach.- Tego typu? Czy 

on nie zna słowa „seks”? Nie mówili mu w podstawówce? 

- Może mam ci udowodnić? 

- A chcesz? 

- Nie cwaniakuj, Jake.  

- Nawet pożartować sobie nie można - mruknął pod nosem. - Jaką masz 

pierwszą lekcję?- Kurwa, dopiero teraz się skapłam, że jeszcze nie 

poszłam po plan lekcji. 

- Jeszcze nie byłam po plan. 

- To lepiej się pośpiesz, bo za dziesięć minut jest dzwonek. 

- Już idę, tato - powiedziałam i poszłam w kierunku szkoły. Nie było 

trudno znaleźć sekretariat, pierwsze drzwi po lewej. Za biurkiem 

siedziała stara (i nieźle pomarszczona) baba. 

- Dzień dobry. Nazywam się Isabella Swan i przyszłam po mój plan lekcji.  

- Oh, jest. Proszę. - Wręczyła mi kartkę.- Niech każdy nauczyciel 

podpisze ci się. Wypełnioną kartkę przynieś pod koniec zajęć. - Może 

mówiła to słodkim głosikiem, ale widziałam, jak na mnie patrzy. Coś w 

stylu: „co się z tą młodzieżą stało”. Zostawiłam tego przestarzałego 

dziwoląga i zaczęłam wracać do Jacoba. Zauważyłam, że kłóci się z 

jakimś kolesiem. Był wysoki, jakieś sto dziewięćdziesiąt pięć 

centymetrów, miał ogromniaste bary i czarne, lekko kręcone włosy. 

Wyglądał na nieźle przypakowanego. Jake przy nim to pikuś. Chłopcy 

background image

 

51 

zażarcie się o coś kłócili i wyglądało na to, że żaden z nich nie odpuści. 

Nie chciałam, żeby mój kumpel dostał po mordzie (a dostałby na 

pewno), więc poszłam ich rozdzielić. 

- Dobra, panowie, o co poszło?- zapytałam luźnym tonem, przerywając 

ich kłótnię. 

- Bello, nie wtrącaj się. To sprawa pomiędzy mną, a Emmettem.  

- Witaj, Emmett. Jestem Bella Swan, miło mi cię poznać. - Nie 

spodziewałam się, że chłopak odwróci się do mnie i to z uśmiechem. 

- Nazywam się Emmett Cullen –powiedział, nie zwracając uwagi na 

Jacoba, który mordował go wzrokiem. Dosłownie.  

- No, to o co wam poszło - spytałam Jake’a. 

- Ten ciul tutaj - Wskazał ręką na Emmetta - zarzuca mi, że dręczę jego 

młodszego brata.  

- Bo tak jest. Nie kłam, widziałem, jak dokuczasz innym, w tym mojemu 

bratu - mówiąc to, Em zwrócił się do Jake’a. 

- Hej, chwila. Jake, to prawda? - Nie wiem dlaczego, ale nagle zachciało 

mi się chronić brata Emma. To nie w moim stylu... Muszę iść do lekarza, 

może się okazać, że to coś poważnego.  

- Oj, tam. Szturchnąłem go raz czy dwa, ale nic więcej. 

- Lepiej, żebyś go więcej nie dotykał, bo gorzko tego pożałujesz - 

pogroził mu Emm. 

- Ciekawe, co mi zrobisz?- zapytał wojowniczo Jacob. 

 

background image

 

52 

- Uwierz mi, nie chcesz wiedzieć. - Zaczęli się mierzyć wzrokiem, gdy 

nagle Cullen odwrócił się do mnie. 

- Do zobaczenia, Bello- powiedział Emmett i zaczął kierować się w 

stronę szkoły. 

- Jake, coś ty wykombinował?- ZNOWU! 

- No, bo ten jego brat, to kompletna ofiara, a mi się nudziło. - I znowu 

zrobił minę niewiniątka. Przewróciłam oczami na jego głupie 

zachowanie. 

- Lepiej chodźmy już na lekcję. - Odwróciłam się i skierowałam w stronę 

szkoły. Jacob dogonił mnie dopiero przed drzwiami. 

- Co masz pierwsze?- zapytał. 

- Angielski, a ty? 

- W-F. Dasz radę znaleźć klasę, bo ja muszę lecieć się przebrać? 

- Pewnie. Możesz iść.- Jake poszedł w swoim kierunku, a ja kierowałam 

się według wskazówek zjebanej mapki, która była do bani. Przede mną 

otworzyły się drzwi i ktoś mnie nimi uderzył. Upadłam na ziemię. 

- Auu! Idioto, uważaj!- wrzeszczałam. Nie wiem, kim był ten ktoś, ale 

nawet jakby to był prezydent, i tak skopałabym mu dupę. Gdy zamkną 

mnie w więzieniu, przynajmniej będę miała spokój. Żarcie darmo, 

materac w kącie darmo, sesja fotograficzna darmo, mogą też dorzucić 

srebrne bransoletki, a na dodatek jesteś wśród swoich. 

- Przepraszam, ja…ja…nie chciałem - zaczął się jąkać. Nie powiem, głos 

miał całkiem sympatyczny. Tak jakbym go skądś znała… Chłopak pomógł 

mi wstać i dopiero teraz otworzyłam oczy. Ten koleś był mega kujonem. 

background image

 

53 

Za duży sweter, durne tenisówki, dziwaczne okularki, za których nie 

można było dojrzeć połowy twarzy, przydługie rude albo raczej 

miedziane włosy. Może i było mu przykro. Ale to i tak gówno daje, bo 

jestem wkurwiona na maksa i opieprzę tego ciula. 

- Mam w dupie to, czego chciałeś, a czego nie! - Widziałam, że chłopak 

spuścił głowę i zaczął gapić się w podłogę. Ominęłam go i ruszyłam do 

klasy. Gdy już ją znalazłam, przeprosiłam nauczyciela za spóźnienie (tak, 

właśnie przez tego idiotę byłam spóźniona już na pierwszą lekcję) i 

poprosiłam, by się podpisał. Kiedy skończył, usiadłam na miejscu, które 

jako jedyne było wolne. Obok mnie siedziała dziewczyna. Niska, krótkie, 

ciemne i nastroszone włosy. Była modnie ubrana, co mnie zdziwiło. No 

bo kto przejmowałby się modą w takim deszczowym zadupiu jak Forks? 

Gdybym miała ją do czegoś porównać, to do elfa albo jakiegoś innego 

gównianego skrzata. Nauczyciel gadał i gadał, a ja nic z tego nie 

zakapowałam. Jedyne, o czym myślałam, to ten kujon. Jak znowu stanie 

na mojej drodze, przysięgam, że już więcej nikogo nie wkurwi, bo mam 

zamiar upozorować jego samobójstwo. Jeszcze nie wiem, jak to zrobię, 

ale coś wymyślę. W końcu zadzwonił jebany zbawienny dzwonek. 

- Cześć, nazywam się Alice Cullen - zagadał do mnie ten chochlik. 

- Bella Swan. 

- Słuchaj, na pewno zostaniemy przyjaciółkami. Będziemy jeździć razem 

na zakupy i urządzać piżama party, i… 

- Hola, hola. Czekaj, kto ci powiedział, że chcę się z tobą kumplować? - 

Co ona sobie wyobraża, że przyjaźnię się z byle kim? 

- No ja myślałam, że… 

background image

 

54 

- To lepiej nie myśl, bo to ci kiepsko wychodzi - rzuciłam zimnym tonem i 

odeszłam od tej dziwaczki. Pojebało ją konkretnie. 

Następną moją lekcją była historia. Mapę szkoły wyrzuciłam do kosza i 

miałam jedynie nadzieję, że Jake zaprowadzi mnie do klasy. 

- Siema, piękna. - Znikąd pojawił się mój kumpel. 

- Nie możesz o mnie zapomnieć, Jake, czy po prostu tak lubisz uwieszać 

się ludzi?- spytałam głosem ociekającym jadem. 

- Tylko martwię się, żebyś się nie zgubiła. - Troskliwy to on jest, ale tylko 

wtedy, gdy czegoś potrzebuje. 

- Taa, jasne. A jeżeli już jesteś, to zaprowadź mnie do sali od histy. 

- Jak sobie życzysz - powiedział i pociągnął mnie w bliżej nieznanym 

kierunku. 

- Spotkałam Alice Cullen. Dziwaczka z niej, a jak zacznie paplać, to nie 

może się zamknąć. 

- Wiem, miałem z nią do czynienia. Emmett to jej brat. Jest jeszcze 

Edward i to on jest najmłodszy z nich wszystkich. - Tak właśnie wygląda 

streszczenie historii czyjejś rodziny według Jake’a. 

- To o niego kłóciliście się z Emmettem? - Przypomniałam sobie, że 

poszło im o najmłodszego z rodzinki. 

- Tak, właśnie on jest tą ofiarą losu, którą pomiatam. To znaczy 

popycham. 

- Oczywiście. Tak właściwie, ile on ma lat? 

background image

 

55 

- Siedemnaście. Tak naprawdę oni różnią się tylko miesiącami. Alice i 

Emm są bliźniakami dwujajowymi. Wiem, że nie widać, ale tak jest. 

Przeprowadzili się do Forks jakieś dwa lata temu. Edzio został 

adoptowany przez Cullenów, gdy miał pół roku. Podobno jego rodzice 

porzucili go przed drzwiami sierocińca. Są jeszcze Jasper i Rosalie Hale, 

sąsiedzi Cullenów. Jeżeli chodzi o drugie połówki, to Emmett jest z 

Rosalie, Jasper jest z Alice, a Edzio jest wolny. A zresztą, kto by go 

chciał? 

- Ciekawa rodzinka. 

- Taaa. Myślą, że mogą rządzić, ale to zwykli debile. A oto i twoja klasa. 

Powodzenia życzę. - Zaśmiał się i poszedł w drugą stronę. O co temu 

klaunowi chodziło? A zresztą, kto by się zagłębiał w umysł Jake’a. 

Weszłam do klasy, usiadłam w pustej ławce na samym końcu i czekałam 

na nauczyciela. Okazało się, że historii uczy baba. A, no tak. Przecież 

Jacob opowiadał mi, jak próbował swoich sił jako swatka. 

Zachichotałam, bo nie wyobrażam jej sobie, jak się rozbiera, by pokazać 

fikuśną bieliznę. Ta baba jest pomarszczona, ma może pięćdziesiątkę na 

karku, maluje się, jakby ją ktoś pobił i nosi kiecki jak wiedźma z 

siedemnastego wieku. 

- Uspokójcie się!- Jezu, jaki głos. Jakby ktoś paznokciem po szybie 

jeździł.  

- Przepraszam za spóźnienie, ale mojemu koledze leciała krew z nosa i 

musiałam zaprowadzić go do pielęgniarki. - Dopiero teraz zauważyłam, 

jak do klasy weszła jakaś blondi. 

background image

 

56 

- Dobrze, siadaj, ale więcej masz mi się nie spóźniać- wykrzyczała 

nauczycielka i wróciła do lekcji. Nie było więcej wolnych miejsc, więc 

blondynka usiadła obok mnie. 

- Cześć, niezła wymówka z tym kuzynem - powiedziałam do niej po 

cichu, żeby to babsko (od teraz przezywam ją „wiedźma”) nie usłyszało. 

- Ja wcale nie kłamałam. Mojemu sąsiadowi naprawdę leciała krew z 

nosa. On tak zawsze ma, kiedy się denerwuje – szepnęła. - A tak w 

ogóle, jestem Rosalie. - Wyciągnęła do mnie rękę. Chwila, chwila. 

Rosalie to przecież sąsiadka tych pojebów Cullenów, więc skoro się z 

nimi zadaje, pewnie jest tak samo tępa jak oni. 

- Bella. - Uścisnęłam jej dłoń i odwróciłam się przodem do tablicy. Chyba 

załapała aluzję, bo więcej się do mnie nie odezwała. 

Nawet nie wiem, kiedy minęła lekcja, ale wiem, że teraz mam W-F i 

muszę skorzystać z pomocy Jake’a. Znowu… 

- Hej, znowu nie wiesz, gdzie masz lekcję? - Skąd on to wie? Geniusz. 

- Oczywiście, że wiem. Sala gimnastyczna jest w tę stronę. - I poszłam w 

prawo. Tak naprawdę to strzelałam, ale miałam nadzieję, że się nie 

pomyliłam. Ale jak to mówią „nadzieja matką głupich”, a ja głupia nie 

jestem. 

- Bello, sala gimnastyczna jest w drugą stronę! - krzyknął za mną Jacob i 

zaczął się śmiać. 

- Przemądrzały głupek - powiedziałam i zawróciłam. Zobaczymy, kto 

teraz będzie się śmiał… 

- No, nie mów mi, że strzeliłaś focha. - A ja nadal nic. - Oj ,dobra. 

Przepraszam. Tylko już przestań się dąsać. 

background image

 

57 

- Dobra, ale przestajesz się ze mnie nabijać. Przecież wiesz, że z mapy 

nic nie wyczytam, a jestem tu nowa. Więc racz zamknąć gębę i 

zaprowadź mnie na salę. 

- Jasne, pani kapitan. - Zrobił poważną minę i szedł dalej. 

- Widziałam Rosalie - zaczęłam gadkę ciekawa, czy zacznie gadać. 

Kiwnął głową i szedł przed siebie. Stanął dopiero przed jakimiś 

drzwiami. Kiwnął na nie głową i zawrócił. Co mu jest? Zajrzałam do 

środka i okazało się, że to damska szatnia. Przebrałam się i poszłam na 

salę. Zauważyłam Mike’a i jakąś tlenioną blondynę obok niego. Z tego, 

co zauważyłam, była to „tradycyjna” blondi

i

 z kawału. Od razu widać  

było, że laska na niego leci, a on ma ją głęboko w dupie. Podeszłam do 

nich. 

- Cześć, Mike - grzecznie się przywitałam, udając, że nie widzę 

morderczego wzroku jego adoratorki. 

- Hej, Bella. - Wyraźnie mu ulżyło, że nie jest sam na sam z tą lalą. 

- Cześć. Jestem Jessica - wtrąciła się blondi. 

- Bella, sąsiadka Mike’a - odpowiedziałam do tego pustaka. 

– Hej, młodzieży. Dosyć tych plotek - powiedział nauczyciel i podzielił 

nas na grupy. W mojej niestety był Mike, który non stop chciał się 

przede mną popisać, ale trochę mu to nie wychodziło. Całą lekcję 

graliśmy w siatkę. Moja drużyna wygrała wszystkie sety. Zawsze byłam 

dobra w siatkówkę, ale najbardziej lubię piłkę nożną. Wiem, że to  

                                                            

Nie chce obrazić tu żadnej blondynki . 

background image

 

58 

                                                                                                                                                                                               

bardziej męski sport, ale ja go lubię i jestem całkiem niezła. Widziałam, 

jak głąb Newton kieruje się w moim kierunku, więc szybko pomknęłam 

do szatni. Przy wyjściu czekał na mnie Jacob. 

- To co, idziemy na lunch? 

 

- Pewnie. 

Stołówka nie była jakiś gigantycznych rozmiarów, ale dało się przeżyć. 

Jake poszedł stanąć w kolejce, a ja zajęłam nam stolik. Po jakimś czasie 

przyszedł z tacką wypakowaną żarciem. 

- Jeżeli ty to wszystko zjesz, to ja jestem księżniczką. 

- No to lepiej szukaj królewicza, bo mam zamiar to wszystko zjeść. 

- Weź sobie coś jak chcesz.

 

- Wow, co za hojność. Mamy dzisiaj jakieś święto? - Mówiąc to, 

sięgnęłam po oranżadę.  

- Tak, dzisiaj jest Światowy Dzień Dobroci Dla Zwierząt. 

- Dobra, zaznaczę sobie w kalendarzu i obiecuję, że za rok coś ci kupię. 

Już chciał rzucić jakąś ciekawą i zjadliwą ripostę, ale zauważył coś w 

drzwiach stołówki i chyba nawet zawarczał. Kurwa, brzmiał jak Król Lew. 

Natychmiast powiodłam za nim wzrokiem i zobaczyłam, że na stołówkę 

wchodzą Cullenowie i Hallowie, a za nimi włazi ta pokraka, przez którą 

spóźniłam się na lekcję. Spojrzał w moją stronę i jestem pewna, że 

dojrzał chęć mordu w moich oczach, bo spuścił głowę i zaczerwienił się. 

Nawet nieźle ten rumieniec rozświetlił mu twarz. Co ja pieprzę?! 

background image

 

59 

                                                                                                                                                                                               

Przecież ten debil walnął mnie DRZWIAMI! Zabiję go przy pierwszej 

lepszej okazji. Odwróciłam głowę w stronę Jake’a. 

- Ten prymus, co idzie za rodzinką, to kto?- wysyczałam, nadal walcząc 

ze sobą, żeby nie zerwać się z krzesła, pójść, złapać go za te jego 

miedziane kłaki, zaciągnąć do najbliższego lasu i przypierdolić mu kłodą. 

A potem zakopać i postawić tabliczkę z napisem: „Ku pamięci wszystkim 

debilom”. Robiąc to, przysłużyłabym się naszemu krajowi. Może nawet 

daliby mi Nobla? Im bardziej o tym myślę, tym bardziej pomysł z tym 

ciulem i lasem wydaje się kuszący… 

- To Edward Cullen. Ten, którego tak zażarcie bronią - prychnął Jake. 

- Co?! - Nie mogę. -To nie może być brat Emma! 

- Mówiłem ci, że został adoptowany. 

- Nie dziwię się, że go nie lubisz. Ja już na pierwszej lekcji obmyślałam, 

jak go zabić. - Cóż za ironia, nie? Najpierw chciałam go bronić, a teraz 

chętnie mu przypierdolę. 

- Co ci zrobił, że aż tak go nienawidzisz? 

- Co mi zrobił?! Ty się jeszcze, kurwa, pytasz, CO ON MI ZROBIŁ?! No to 

ci powiem, co mi zrobił! Szłam sobie spokojnie korytarzem, aż tu nagle 

ten pojeb pierdolnął mnie DRZWIAMI! Wyobrażasz to sobie? A potem 

tylko zaczął wyjąkiwać jakieś przeprosiny, chociaż do końca nie jestem 

pewna, bo tak się wtedy zapowietrzył, że połykał co drugie słowo - 

wyrzucałam z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego i mocą 

bomby jądrowej. 

background image

 

60 

                                                                                                                                                                                               

- Ja codziennie go prześladuję, a on jedynie mnie szturchnął, bo pewnie 

się spieszył na jakieś kółko. I uwierz mi, z nas dwóch to on najbardziej 

oberwał przy tym zderzeniu. Edek stracił równowagę i nie zauważył za 

sobą kosza na śmieci. Gdy się odwrócił, centralnie do niego wleciał. Te 

kosze mają kółka, więc nie pozostało mi nic innego, jak popchnąć go 

razem z Cullenem w środku w stronę, w którą Ed szedł, zanim na mnie 

wpadł. I tak Edward może pochwalić się, że przejechał przez pół szkoły z 

głową w koszu na śmieci. Widoki może nie były najlepsze, ale za to był 

sławny. Każdy miał na telefonie zdjęcia i filmy, jak nasz E próbuje 

wydostać się z „pułapki śmierci”. Kiepsko mu to szło, bo nie miał 

wystarczająco dużo siły, by przechylić kosz i z niego wyjść. Jak mu się to 

już udało, wyglądał olśniewająco. Kubek z jogurtem zaczął mu się 

wylewać na włosy, na dżinsach była przylepiona skórka od banana. 

Ukochany sweterek był obklejony gumami, okularki się przekrzywiły i 

prawie spadły z nosa. A jak stanął na równe nogi, jogurt zaczął spływać 

w dół. Oczywiście, jak na Edka przystało, spalił buraka, spuścił głowę i 

poszedł w swoją stronę. Jedyne, za co mogę go przepraszać, to zapewne 

za to, że spóźnił się na to swoje kółko. Mam nadzieję, że mi wybaczy - 

dokończył ze skruszona miną, usilnie walcząc ze śmiechem. 

- Ta, ha, ha, historia jest, ha, ha, jeszcze lepsze niż ta o swataniu - ledwo 

wydusiłam te słowa z siebie i wybuchliśmy niekontrolowanym 

śmiechem. Pewnie cała szkoła gapiła się na nas jak na wariatów, ale 

mam to wyjebane w kosmos. Gdy już się trochę ogarnęliśmy, spojrzałam 

w stronę Edwarda. Patrzył się na mnie. Gdy zobaczył, że przyłapałam go, 

jak się na mnie gapi, spuścił głowę i znów się zarumienił. Przypomniałam 

sobie historię Jake’a i znowu zaczęłam się śmiać. Cullen pewnie domyślił 

background image

 

61 

                                                                                                                                                                                               

się, że śmieję się z niego, bo pochylił głowę jeszcze niżej i wymamrotał 

coś do reszty rodzinki. 

- Żarty żartami, ale zaraz kończy się przerwa, więc lepiej się zbieraj. - 

Mój napad śmiechu minął natychmiast, gdy przypomniałam sobie o 

lekcjach, które mnie dzisiaj czekają. Jakby tego było mało, muszę raz w 

tygodniu chodzić na jedną popierdoloną dodatkową godzinę 

matematyki, bo Renne poprosiła o to Charliego. Może miałam kiepskie 

oceny, ale nie jestem typem matematycznego świra jak Edzio.  

- Taa, chodźmy już. Ja mam teraz biologię, a ty? - Byłam ciekawa, czy i 

tym razem Jake musi mnie odprowadzić. 

- Ja też - odpowiedział i uśmiechnął się. Zaczęliśmy wychodzić ze 

stołówki. Doszliśmy do klasy, a ja usadowiłam się w pustej ławce pod 

oknem. Jake już miał miejsce w ławce za moją, ale przysunął sobie 

krzesło i usiadł obok mnie. Nagle do klasy przyszedł Ed i gdy na mnie 

spojrzał, zauważyłam niepewność w jego oczach, jednak wszedł 

nauczyciel i kazał mu zająć miejsce. Nie spodobało mi się, że w klasie nie 

ma żadnego wolnego miejsca oprócz tego w mojej ławce. Tak jak się 

spodziewałam, Edzio usiadł ze mną i odsunął się jak najbliżej końca 

ławki. Dobrze dla niego, bo centymetr bliżej, a udusiłabym gada. Jak już 

nie mógłby oddychać, to na koniec przypierdoliłabym mu piórnikiem 

albo jego opasłym tomem encyklopedii, którą ze sobą przytaszczył. 

- Panie Black, skończył pan już podrywać pannę Swan?- zwrócił się w 

moją stronę nauczyciel. W ogóle zapomniałam, że Jacob dosiadł się z 

boku ławki. 

background image

 

62 

                                                                                                                                                                                               

- Nie jestem pewien, czy Bella zgodzi się pójść ze mną na randkę.- Co ten 

głąb powiedział? Randkę? Już pożałuje, że się urodził. 

- Proszę wrócić na miejsce, a na odpowiedź będzie pan musiał poczekać 

do przerwy, bo teraz mamy lekcję!- Jake posłusznie odszedł na miejsce, 

a pan Banner rozdał każdemu formularz do uzupełnienia. Dotyczył on 

podziału komórki roślinnej. Przerabiałam ten temat w Phoenix, więc ten 

test nie był zbyt trudny. Zresztą biologia to mój ulubiony przedmiot. 

Zauważyłam, że Edward od czasu do czasu patrzy na moją kartkę. Czy to 

możliwe, żeby taki naukowiec nie znał odpowiedzi na pytania? Gdy 

oddałam kartkę, nauczyciel podejrzliwie na mnie spojrzał. 

- Czyżbyś ściągała, Swan? - Posądź mnie jeszcze o rozpętanie drugiej 

wojny światowej, staruszku. 

- Miałam te tematy na Florydzie, a poza tym biologia to mój ulubiony 

przedmiot. - Słodko się uśmiechnęłam. Nauczyciel zmiękł i zmierzył 

mnie wzrokiem. O nie, tylko nie to. Jeżeli myśli, że mnie poderwie na 

dobre oceny, to się grubo myli.   

- Dobrze, wracaj do ławki.- Czułam na sobie jego wzrok. Byłam prawie 

pewna, że gapił się na mój tyłek. Mam nadzieję, że się myliłam i wcale 

nie mu się nie podobam. Jakimś cudem dożyłam do przerwy. Chociaż to 

Edkowi bardziej groziła nagła śmierć (oczywiście z niewyjaśnionych 

przyczyn). Edward zmył się, gdy tylko Jake do mnie podszedł. Mieliśmy 

zamiar wychodzić z klasy, ale zawołał mnie nauczyciel. 

- Panno Swan, mogę chwilkę z panią porozmawiać? - Spojrzał znacząco 

na Jacoba. 

background image

 

63 

                                                                                                                                                                                               

- Przepraszam, ale Bella musi wracać ze mną, a ja się bardzo śpieszę. Nie 

mógłby pan porozmawiać z nią kiedy indziej?- Jacob zawsze wie, co ma 

robić. 

- Bello, czy to prawda? - Pan Banner nie zwracał uwagi na Jake’a, tylko 

skupił się na mnie. 

- Tak. Przykro mi, ale naprawdę się spieszę. - Dobrze, że umiem kłamać, 

bo byłoby cienko. 

- Dobrze. W takim razie porozmawiamy innym razem - powiedział i 

powrócił do sprawdzania testów. 

- Dzięki, Jacob - zwróciłam się do niego, gdy tylko wyszliśmy z klasy. 

- Spoko. Ja już wiem, o czym ten kolo sobie myślał, gapiąc się na twój 

tyłek. 

- Ale i tak dowalę ci za tę twoją gadkę o randce. 

- Tylko żartowałem. 

- Tak czy siak, mam jeszcze dzisiaj tylko dwie lekcje - odparłam 

uradowana, że już niedługo będę mogła się stąd wyrwać. 

- Ja też mam jeszcze dwie. Angielski i dodatkowy trening, a ty? 

- Hiszpański i dodatkowe zajęcia z matmy. 

- Chce ci się chodzić na dodatkowe zajęcia? Ja i mój trening to co 

innego, ale ty przecież nienawidzisz matmy.- Jake zna mnie jak nikt inny. 

background image

 

64 

                                                                                                                                                                                               

- Na Florydzie miałam kiepskie oceny i Renee, jak na kochaną matkę 

przystało, musiała o tym donieść Charliemu, a ten zjeb kazał mi chodzić 

na dodatkową godzinę z tego przedmiotu. - Zrobiłam minę męczennicy. 

- Współczuję. 

- No to łączymy się w bólu. 

 

Czy już mówiłam, jak nienawidzę hiszpańskiego? Jeżeli nie, to właśnie 

mówię. To najgorszy z możliwych języków. Już szybciej poszłaby mi 

nauka chińskiego. Nie dość, że ten język jest do dupy i nim gardzę, to 

jeszcze nauczycielka się na mnie uwzięła i przez całą lekcję mnie 

wypytywała. Dobrze, że siedziałam w ławce z jakąś dziewczyną, a ona mi 

podpowiadała, bo inaczej dostałabym pałę. Jak się okazało, dziewczyna 

z ławki miała na imię Angela i dopiero wtedy przypomniałam sobie, że 

to ją spotkałam w sklepie. Była całkiem miła, ale ja nie lubię „szarych 

myszek”. Spakowałam się i wyszłam z klasy. Nigdzie nie było widać 

Jake’a, więc pomyślałam, że pewnie zajęcia mu się przedłużyły. Na 

korytarzu zauważyłam jakiegoś chłopaka. Nie widziałam jego twarzy, ale 

postanowiłam zapytać się go, gdzie odbywają się dodatkowe zajęcia z 

matematyki. 

- Sorki, wiesz może, w której klasie są dodatkowe zajęcia z matmy? - 

Podeszłam do kolesia od tyłu i puknęłam go lekko w ramię. Wtedy on 

odwrócił się i okazało się, że to nie kto inny jak Edward Cullen, który, 

nawiasem mówiąc, już jest martwy. Wyglądał, jakby zobaczył kosmitę. 

Dodatkowy wpierdol za zniewagę. Zamknęłam oczy, w myślach 

policzyłam do dziesięciu i zaczęłam się powoli uspokajać, ale gdy tylko 

background image

 

65 

                                                                                                                                                                                               

podniosłam powieki i zobaczyłam tego kretyna, to po prostu nie 

wytrzymałam i wydarłam się na całe gardło. 

- I co się lampisz!? 

- Eee…ja…tylko…ten…no..- plątał się w zeznaniach i nadal patrzył na 

mnie jak na ufoluda. Ma chłopak przesrane… 

- Słuchaj, mam dzisiaj dość ciężki dzień. Kiepski poranek mogę jeszcze 

jakoś przeżyć, durne wygłupy upośledzonego kumpla też. Jest chory 

psychicznie, więc jasna sprawa, że czasem mu odbije. Ale tego, że 

„tajemniczy ktoś” przypieprzył mi drzwiami, już nie zniosę! - Czułam, że 

moja twarz płonie, i byłam prawie w stu procentach pewna, że z uszu 

leci mi para. Edward szerzej otworzył oczy. Wyglądał na zaskoczonego 

moim wybuchem. Lepiej dla niego, żeby zaczął wołać o pomoc, bo za 

moment zaciągnę go do tego lasu i zrealizuję mój plan ratowania 

ludzkości. Uwierzcie mi, jestem tego bliska. 

- Ja…naprawdę nie chciałem. Przepraszam - to ostatnie prawie 

wyszeptał. Spuścił wzrok i gapił się w podłogę. Kurwa, kogo on 

przeprasza?! Mnie czy jebaną posadzkę?! Spokojnie, Bello, spokojnie. To 

tylko nic nie znaczący kretyn, który znalazł się w niewłaściwym miejscu, 

o niewłaściwym czasie. Po prostu go omiń i idź dalej, jak gdyby nigdy nic. 

Że niby, kurwa, co?! Pierdolnął mnie drzwiami, a ja mam mu TO 

wybaczyć?! Nic z tego! 

Gdy skończyłam swoją małą, wewnętrzną kłótnię, znowu zaczęłam 

liczyć, tylko że tym razem do dwudziestu(tak na wszelki wypadek). Jak 

już skończyłam, zaczęłam z nim spokojnie rozmawiać. 

background image

 

66 

                                                                                                                                                                                               

- Słuchaj, po prostu mi powiedz, gdzie jest ta klasa, w której odbywają 

się dodatkowe lekcje z matmy, a ja tam pójdę i nigdy więcej się już nie 

spotkamy, a przynajmniej mam taką nadzieję. - To ostatnie niebyło 

przeznaczone dla jego uszu, ale gówno mnie obchodzi, czy to usłyszał 

czy nie. 

- Dobra, więc klasa matematyczna jest na końcu korytarza po lewej 

stronie - powiedział nieśmiało. 

Wyminęłam go i skierowałam się w stronę klasy. Doszłam tam chwilę 

przed dzwonkiem. Usiadłam w środkowej ławce i czekałam na 

najgorsze. Dzwonek zadzwonił i do klasy weszło około dziesięciu 

uczniów, a za nimi pani. Wyglądała…przeciętnie. Blond włosy z 

ciemnymi pasemkami, słabo opalona cera i lekko zadarty nos. To tak w 

wielkim skrócie. 

- Witam. Wszyscy wiedzą, na czym polega lekcja, ale dołączyła do nas 

nowa uczennica i dlatego powtórzę jeszcze raz. Na lekcji dostaniecie 

przydzielone zadania z danych stron. Macie godzinę lekcyjną na ich 

wykonanie. Jeżeli nie zdążycie, musicie je zrobić w domu. Istnieje 

możliwość, że na każdej lekcji będę sprawdzać wyrywkowo kilka osób. 

Jeżeli znajdę osobę, która czegoś nie ma, chociażby cyrkla, to 

automatycznie wstawiam jedynkę. Jeżeli będziecie mieli jakieś 

problemy, to proszę się do mnie zgłosić, a ja wtedy dam wam listę 

naszych szkolnych „korepetytorów”. Ich zadaniem będzie spotykanie się 

z wami po lekcjach i pomaganie w zadaniach. Tymi pomocnikami będą 

chętni uczniowie, którzy się zgłosili w zeszłym tygodniu. To na tyle. 

Gdybyście mieli jeszcze jakieś pytania, przyjdźcie do biurka. Zaczynamy 

lekcję. Otwórzcie zeszyt i napiszcie temat ze strony trzydziestej piątej. 

background image

 

67 

                                                                                                                                                                                               

Lekcja wlokła się niemiłosiernie, a ja i tak gówno z tego rozumiałam. 

Otrząsnęłam się dopiero, gdy wszyscy zaczęli wychodzić z klasy.  

Jacob miał teraz trening, więc zanim się przebierze, minie sporo czasu, a 

ja chcę do domu. A raczej do kochanego łóżeczka, na które się rzucę i 

zapadnę w głęboki, kilkumiesięczny sen, i obudzę się dopiero na 

początku wakacji. Taa, chciałoby się. Wiem, że nic z tego, ale zawsze 

mogę pomarzyć. Niestety, chuj bombki strzelił, bo Jake czekał na mnie 

przy wyjściu z wielkim bananem na gębie. Nie lubię, gdy się tak 

uśmiecha. Oznacza to, że znowu coś zrobił, a oberwę oczywiście JA! 

- Witam ponownie - powiedział radośnie. I z czego ten głąb się cieszy? 

Boję się, że odbiło mu kompletnie i będę musiała zawieść go do 

psychiatryka, a tym samym stracę popołudnie. Zamiast tego mogłabym 

go przywiązać do hydrantu i przyjechać po niego jutro. 

Nie owijając w bawełnę, od razu przeszłam do rzeczy.  

- Po prostu powiedz, co spierdoliłeś. Od kogo mi się oberwie i za co? 

- Bello, Bello, Bello. Czy ty myślisz, że ja zawsze muszę coś spieprzyć? 

- Tak, Jacob, tak właśnie myślę. - Zaczęliśmy wychodzić na zewnątrz. 

- Ranisz mnie. - Teatralnym gestem przyłożył sobie dłoń do serca, a 

przynajmniej to było jego zamiarem, bo pomylił strony. - Tak czy inaczej, 

wszystko jest w jak najlepszym porządku. 

- Yhm… Tylko czemu ja ci nie wierzę?  

- Nie masz do mnie zaufania i już. Po prostu chcę cię przywitać w nowej 

szkole i aby tradycji stało się za dość, postanowiłem zrobić akcję o 

background image

 

68 

                                                                                                                                                                                               

kryptonimie „Achmed detonuj!”- Już chciałam zapytać, o czym bredzi i 

czy przypadkiem wszystko z nim w normie, ale w tej samej chwili 

usłyszałam wybuch i odwróciłam się w kierunku, z którego dochodził. 

Okazało się, że pochodził z klasy chemicznej, tej na parterze. Kłębki 

dymu zaczęły wylatywać przez otwarte okno, a tuż za nimi wyleciał 

Edward Cullen. Chyba zawadził nogą o parapet, bo runął na ziemię jak 

długi. Gdy już wstał, można było podziwiać jego bujną czuprynę 

poskręcaną i poplątaną we wszystkie strony. Z okna dalej leciał dym i 

wyglądało to trochę tak, jakby włosy Cullena się przypalały. W ustach 

Eda było trochę trawy z ziemią, co nadawało całemu przedstawieniu 

przyrodniczej nutki. Ogólnie Edzio wyglądał jak ekolog, który stoczył 

roczną bitwę o metr kwadratowy trawnika, nie chcąc go przeznaczyć na 

obwodnicę. Po prostu nie można było się nie zaśmiać. Gdy ja i Jake 

doszliśmy do siebie, nadszedł czas na przesłuchanie. 

- Ciekawe, czemu nie wyszedł przez drzwi, tylko skakał przez okno? 

- A skąd ja mam to niby wiedzieć?- zapytał mój kumpel z szokiem 

wymalowanym na twarzy. 

- Nie udawaj głupszego, niż jesteś, bo już gorzej być nie może, tylko 

odpowiedz na moje pytanie. 

-  No dobra, wykradłem klucz z pokoju nauczycielskiego i zamknąłem go 

od zewnątrz. 

- A jak doszło do tego mini „wybuchu”? 

- Nie jestem, aż taki głupi, za jakiego mnie masz. Trochę słuchałem na 

lekcji i wiem, jakich gazów nie można ze sobą mieszać. Podmieniłem 

etykietki. 

background image

 

69 

                                                                                                                                                                                               

- I znowu ci nie wierzę. 

- Znalazłem w necie, zadowolona? 

- Bardzo. Muszę przyznać, że to nawet ciekawy pomysł, ale jak Emmett 

cię dorwie…Nie chcę być w twojej skórze. 

- Skąd on niby będzie wiedział, że to ja? A poza tym godzinę temu 

skończył zajęcia i pojechał do domu. 

- Cwaniaczek z ciebie. Nie doceniałam cię, ale Emm i tak się o tym 

dowie, a wtedy będzie już po tobie. Jaki chcesz nagrobek? 

-  Najlepiej z ciemnego marmuru, cztery wiązanki białych lilii, do tego 

order pośmiertny i jeszcze... 

Szybko przerwałam jego listę życzeń. 

- Zrozum, nie mam na to funduszy. Koszty twojego pogrzebu muszą się 

zmieścić w granicach mojego kiszonkowego. 

- Jak możesz?! Własnego przyjaciela chcesz pochować za dwadzieścia 

dolców? Co ty, serca nie masz?! –„Wow!” to jedyne słowo, które opisuje 

stan Jacoba. Zaczął dyszeć, zrobił się czerwony na twarzy, a oczy 

przybrały purpurowy odcień. Chyba mamy inne wyobrażenia na temat 

jego pogrzebu… 

- Nie przesadzaj. Może nie byłaby to uroczystość godna bohaterów 

wojennych, ale zawsze coś. Zamiast orderu przyczepiłabym ci kokardkę, 

to prawie to samo. - Głupkowato się wyszczerzyłam. 

- A myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi i choć trochę ci na mnie zależy. 

- Ależ oczywiście, że zależy. Dla nikogo innego nie kupiłabym kokardki. 

background image

 

70 

                                                                                                                                                                                               

- Cóż za hojność - mruknął i zaczął iść w stronę swojego motoru. 

- Dobra, dobra. Jak chcesz. Mogłabym ci kupić jakąś tanią podróbę, np. 

„Virtuti Militari”. Może być? 

- Wiesz co? To może ja już zacznę się ubezpieczać? 

- Tak, to jest bardzo dobry pomysł.- Jake będzie miał wymarzony 

pogrzeb, grupa ubezpieczeniowa zarobi, a ja zaoszczędzę dwadzieścia 

dolców. Wszyscy na tym skorzystają. 

- To zacznę oszczędzać od jutra. Do zobaczenia. - Wsiadł na to swoje 

dwukołowe coś i odjechał. My naprawdę jesteśmy aż tak pojebani, czy 

tylko ja mam takie wrażenie? 

Przypomniałam sobie, jak wyglądał Edzio po małej eksplozji, i od razu 

uśmiechnęłam się na tę myśl. Może w tej szkole jednak nie będzie tak 

źle…? 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

71 

                                                                                                                                                                                               

 

 

 

 

7

7

7

7

7

7

7

7

    

    

R

R

R

R

R

R

R

R

O

O

O

O

O

O

O

O

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

D

D

D

D

D

D

D

D

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

IIII

IIII

A

A

A

A

A

A

A

A

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

    

    

 

EPOV 

 

Obudził mnie natarczywy dźwięk budzika. Nareszcie minął nudny 

weekend i w końcu mogę iść do szkoły, i spędzić cały dzień w bibliotece 

szkolnej. Poszedłem do łazienki i gdy już załatwiłem „swoje sprawy”, 

zszedłem na dół do jadalni. Jak zwykle spotkałem tam całą moją 

przyszywaną rodzinę oprócz Carlisle’a, który musiał pojechać wcześniej 

do szpitala. Esme jak zwykle krzątała się w kuchni. Carlisle i Esme 

zastępują mi rodziców. Bardzo cieszę się, że miałem takie szczęście i 

zostałem adoptowany akurat przez nich. Carlisle jest lekarzem w 

tutejszym szpitalu. Zawsze mogę znaleźć w nim oparcie. Mam do niego 

wielki szacunek, jest dla mnie jak ojciec. Carlisle to spokojny człowiek, 

którego trudno wyprowadzić z równowagi. Ma trzydzieści osiem lat i 

jest wysokim blondynem o niebieskich oczach. Jego żona natomiast jest 

bardzo opiekuńcza. Czasami zwierzam się jej z jakiś sekretów czy 

problemów, a ona za każdym razem potrafi mi pomóc. Ma lekko 

kręcone, brązowe włosy, które sięgają jej prawie do pasa. Nie jest zbyt 

wysoka, raczej w normie. Opalona cera i oczy koloru szarego 

wpadającego w zieleń, to ją wyróżnia z naszej rodziny. 

background image

 

72 

                                                                                                                                                                                               

Ich biologiczne dzieci, Alice i Emmett, to naprawdę zwariowane 

rodzeństwo. Pomimo tego, że są bliźniakami, różnią się wszystkim. Alice 

jest niską brunetką, zaś Emmett to wysoki, dobrze zbudowany misiek, 

który budzi powszechny strach, ale jeśli pozna się go bliżej, staje się 

całkiem miły i sympatyczny. Alice to skaczący i pełny energii chochlik. Za 

to jej brat, jakby go tu opisać... Głupiutki osiłek - tak, to go idealnie 

obrazuje. Nie chcę obrażać Emma, ale jego iloraz inteligencji jest 

naprawdę niski. 

- Cześć, wszystkim! – powiedziałem, podchodząc do Emma i Al. 

- Hej, robię naleśniki. Masz ochotę? - zapytała, jak zwykle troskliwa, 

Esme, wychylając się z kuchni. 

- Chętnie. - Usiadłem do stołu i zauważyłem, jak Emmett wpycha w 

siebie dziesięć naleśników na raz. 

- Emmett, jesteś obrzydliwy - skomentowała Ali. 

- Byłem głodny - wysapał Emm z buzią pełną jedzenia, przy okazji trochę 

napluwając na Alice. 

- Ygh… - wysapała i wstała, kierując się do kuchni, by odstawić talerz. Ja 

osobiście przez resztę posiłku nie próbowałem nawiązać rozmowy, 

obawiając się, że tym razem ofiarą śliny Emmetta będę ja. Gdy już 

byliśmy gotowi do szkoły, poszliśmy do garażu. Dzisiaj mieliśmy jechać 

do szkoły moim autem. Na miejscu powinni już na nas czekać Jasper i 

jego siostra Rosalie Hale. Jesteśmy sąsiadami. Poza tym Alice chodzi z 

Jazzem, a Emm z Rosalie. Ja zostaję sam… Jak do tej pory nie spotkałem 

żadnej dziewczyny godnej uwagi (tzn. mądrej, z poczuciem humoru, 

background image

 

73 

                                                                                                                                                                                               

dobrej łagodnej, itp.). Kogo ja chcę oszukać… Przecież to jasne, że żadna 

nie zechce takiego kujona i cieniasa jak ja. 

Droga do szkoły upłynęła nam dość normalnie. Oczywiście przez słowo 

NORMALNIE mam na myśli krzyki Alice i Emmetta. Oni po prostu 

uwielbiają sobie wzajemnie dokuczać. 

Na parkingu szkolnym stało tylko jedno auto - audi Jaspera. Al i Emm 

nawet się nie połapali, że jesteśmy już na miejscu. 

- Dobra, dzieciarnio. Wysiadamy. 

- Co?! - krzyknęli jednocześnie, zapewne źli o to, że przerwałem ich 

sprzeczkę. 

- Jesteśmy na miejscu - odpowiedziałem nadal spokojnie. Wygramolili 

się z auta i poszli w stronę szkoły. Zamknąłem moje kochane volvo i 

poszedłem za nimi. Miałem matematykę, więc skierowałem się w stronę 

klasy, by przygotować się na lekcję. Siedziałem w ławce z Angelą Weber. 

Bardzo miła i dobra dziewczyna. Wysoka, czarne włosy związane w luźną 

kitkę. Nie w moim guście, ale dobrze się uczy i można z nią pogadać. Ja 

zajmowałem miejsce od strony okna. Miałem niezły widok na parking i 

ławki stojące naprzeciwko okna, z którego patrzyłem. Około pięciu 

minut później moją uwagę przykuło coś na zewnątrz. Popatrzyłem w 

tamtym kierunku i zauważyłem, jak na parking wjeżdża całkiem dobrze 

zadbana toyota. Wysiadła z niej drobna brunetka. Była ubrana w bardzo 

obcisłą, turkusową bluzkę, rurki i kozaki. Skierowała się w stronę ławek i 

dopiero gdy usiadła, zobaczyłem jej twarz. Na początku mnie zatkało. 

Była piękna. Tak, to jedno banalne słowo doskonale ją opisuje. Twarz w 

kształcie serca, gładka cera, wydatne i lekko zaróżowione usta, lekko 

background image

 

74 

                                                                                                                                                                                               

kręcone brązowe włosy. Nie widziałem więcej szczegółów, bo siedziała 

dość daleko. Nigdy jej jeszcze nie widziałem w naszej szkole, ale już od 

jakiegoś czasu mówiono o jakiejś nowej. Podobno miała przyjechać 

córka komendanta, Isabella. Widziałem parę razy jej ojca, gdy byłem u 

Carlisle’a w szpitalu. Ta dziewczyna w ogóle nie przypominała pana 

Swana. Nie chodzi mi o to, że nie miała wąsów czy coś w tym stylu, po 

prostu ma inne rysy twarzy. W pewnym momencie od tyłu podszedł do 

niej Jacob Black, czyli największy kretyn w całej szkole. Zawsze wyżywa 

się na młodszych albo słabszych, czyli na przykład na mnie. Black jedną 

ręka zasłonił Isabelli oczy, a drugą usta. Dziewczyna momentalnie 

zaczęła się rzucać. Chłopak coś do niej powiedział, a ona się uspokoiła, 

chociaż nadal mordowała go wzrokiem. W pewnej chwili wstała z ławki i 

poszła w kierunku szkoły. Black tylko potrząsnął głową i usiadł. Czyżby 

oni się znali? Kto normalny chciałby się zadawać z Jacobem Blackiem? 

Po jakimś czasie do Jake’a podszedł Emmett. Black natychmiast się 

podniósł i groźnie spojrzał na Emma. Nawet bym się z tego zaśmiał, bo 

Emmett jest wyższy od Jacoba i ten musi zadzierać głowę, ale po minie 

Emma stwierdziłem, że raczej nie poszedł tam na pogaduchy. Mój brat 

zaczął coś mówić i mogłem się domyślić, że razem z Jacobem właśnie się 

kłócą. Nawet znałem powód ich kłótni. Tym powodem byłem ja. Od 

samego początku Black mną pomiatał. Gdy przeprowadziliśmy się tutaj 

jakieś dwa lata temu, Jacob nawet mnie nie zauważał. Dopiero jak 

niechcący wpadłem na niego, spiesząc się do klasy, w której lekcje miała 

Alice (rzucił ją chłopak i musiałem ją pocieszyć), popchnął mnie w 

kierunku koszy na śmieci. Później wszystko samo się potoczyło i nawet 

nie wiedziałem, kiedy pędziłem przez szkołę z głową w jednym, wielkim 

śmietniku. Kosz się zatrzymał, a ja jakimś cudem wygramoliłem się z 

background image

 

75 

                                                                                                                                                                                               

niego, byłem cały oblepiony jakimś paskudztwem, a jogurt spływał ze 

mnie litrami. Nie mam żalu ani pretensji do Blacka. Alice, jak mnie 

zobaczyła, po prostu pękała ze śmiechu i kompletnie zapomniała o tym 

kretynie. Doszła do wniosku, że widocznie „nie byli sobie przeznaczeni”. 

Jakoś tak wyszło, że zaczęla się spotykać z Jasperem, i dotąd więcej nie 

musiałem lądować w śmietniku. Wracając do Emma i Jacoba, zapewne 

doszłoby do rękoczynów, gdyby Isabella nie weszła pomiędzy nich i nie 

załagodziła sporu. Emmett coś odburknął do Jacoba i poszedł w stronę 

drzwi prowadzących do szkoły. Ciągle mówię mojemu rodzeństwu, żeby 

nie wtrącali się, ale oni i tak mnie nie słuchają. Isabella i Black weszli do 

szkoły, a ja wróciłem do zadania. Do lekcji zostało jeszcze trochę czasu, 

więc poszedłem w stronę klasy Emma, żeby mu wygarnąć, że nie 

potrzebuję niańki. Jak już tam dotarłem to oczywiście okazało się, że 

Emmett gdzieś wyparował. Znając go, można się domyślić, że jest teraz z 

Rose. No cóż, powydzieram się na niego innym razem. Chciałem wyjść z 

klasy i pójść na swoje lekcje, ale gdy nacisnąłem klamkę, drzwi w coś 

uderzyły. Okazało się, że tym czymś była Isabella. Ta piękna, cudowna 

Isabella. Tak, Cullen, to właśnie ta piękna i cudowna Isabella, która leży 

teraz na ziemi i to PRZEZ CIEBIE, pokrako!!! Gdy sam siebie 

ochrzaniałem w myślach, dziewczyna wstawała. 

- Auu! Idioto, uważaj! - wykrzyczała na mnie. Jakby nie patrzeć, miała 

rację. Jestem idiotą. 

- Przepraszam, ja… ja… nie chciałem - zacząłem się plątać. No, po prostu 

super! Stoi przede mną najładniejsza dziewczyna na świecie, a ja jak ten 

ostatni kretyn spuszczam łeb i się rumienię.  

background image

 

76 

                                                                                                                                                                                               

- Mam w dupie to, czego chciałeś, a czego nie. - Mówiąc to wyminęła 

mnie i poszła w swoja stronę. Próbując się pocieszyć, mówiłem sobie, że 

mogło być gorzej. Taa, drzwi mogły być metalowe, a nie drewniane. Tak, 

wiem, jestem mistrzem w pocieszaniu samego siebie. No nic, kolejna 

porażka do kolekcji. Wróciłem do mojej klasy i czekałem na resztę. Po 

kilku minutach zadzwonił dzwonek i do środka weszła nauczycielka wraz 

z pozostałymi uczniami. Oczywiście, jak pani poprosiła kogoś do 

odpowiedzi, każdy tylko patrzył w stronę mojej ławki i czekał na 

podpowiedź, ale na przerwie wyśmiewał się z mojej wiedzy. Byłem, 

jestem i zostanę kujonem, i nikt tego nie zmieni. Taki na przykład Jacob 

Black ma kumpli, wszyscy go lubią (albo boją - to zależy), no i Isabella się 

z nim kumpluje, przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Mnie pewnie 

nawet nie zauważy… Lekcja się skończyła, a ja nic nie usłyszałem. Pouczę 

się w domu. Na korytarzu spotkałem Alice i Jaspera. Szli w moim 

kierunku, trzymając się za ręce.  

- O czym tak gadacie? - zapytałem. 

- Miałam angielski z tą nowa dziewczyną, Bellą. Wydawała mi się fajna, 

więc po dzwonku zagadałam do niej, a ona zaczęła na mnie krzyczeć, że 

„co ja sobie myślę”, „ lepiej, żebym nie myślała, bo kiepsko mi to 

wychodzi” i takie tam. 

- Może miała zły humor. - Taa, ciekawe przez kogo, Cullen? 

- Edward, ja rozumiem, że można być w kiepskim nastroju, ale żeby aż 

tak? - zastanawiała się Al. 

- Nie dziwcie się jej, bo to moja wina. 

- Jak to twoja wina? - zapytał zdziwiony Jazz. 

background image

 

77 

                                                                                                                                                                                               

- Jakby wam to powiedzieć? Dostała ode mnie drzwiami - wyszeptałem 

na jednym wdechu. Zatkało ich na dobre kilka minut. Pierwszy 

„odwiesił” się Jasper. 

- I ty nadal żyjesz? To chyba cud? Ta dziewczyna wygląda na taką, co ma 

charakterek. 

- Trochę na mnie powrzeszczała i poszła w swoją stronę.  

- I tak nie powinna się do mnie w taki sposób odzywać - skwitowała 

Alice. 

- Nie czepiajcie się jej tak. Może powiedziałaś coś, co mogłoby ją 

zezłościć? - nadal próbowałem bronić Belli. 

- Nie powiedziałam nic takiego, a poza tym czemu ty tak za nią 

obstajesz? - Alice jak zwykle domyślna. Tylko co mam im powiedzieć? 

Wiecie, spodobała mi się Isabella, zakochałem się w niej od pierwszego 

wejrzenia, chociaż nic o niej nie wiem. Taa, na pewno zrozumieją. 

- Po prostu. Nie wydaje się taka zła. - Kiepsko kłamię, ale mam nadzieję, 

że się nie połapią. Po minie Al wiedziałem, że nie wierzy i w domu 

będzie chciała wszystko ze mnie wyciągnąć. 

- Jak na razie mam na jej temat kiepskie zdanie. - Jasper zakończył naszą 

małą dyskusję. Pożegnaliśmy się i każdy ruszył w stronę swojej klasy. 

Dzień dłużył mi się niemiłosiernie, być może dlatego, że moje myśli 

zajmowała piękna, brązowooka dziewczyna, która, nawiasem mówiąc, 

mnie nienawidzi. Nadszedł czas lunchu i, co za tym idzie, czas 

przebywania z Bellą w jednym pomieszczeniu. Wchodząc na stołówkę, 

od razu zacząłem szukać jej wzrokiem. Siedziała przy jednym stoliku z 

background image

 

78 

                                                                                                                                                                                               

Jacobem i gadali sobie w najlepsze, dopóki on mnie nie zauważył. Bella 

także spojrzała w moją stronę, a ja od razu się zaczerwieniłem. Nadal ze 

spuszczoną głowa pomaszerowałem do stolika, przy którym siedziała już 

cała nasza paczka. 

- A nie mówiłam, że ta nowa jest okropna? - powiedziała Rose do 

Emmetta. - Popatrz, pierwszy dzień w nowej szkole, a ona już 

zaprzyjaźnia się z największym kretynem. 

- Może po prostu nie zauważa, jaki Black jest naprawdę - myślałem na 

głos. Spojrzałem w oczy Belli, które były zwrócone w moją stronę, i 

dostrzegłem w nich czysty gniew. Szybko się odwróciłem. 

- To chyba jest ślepa, a poza tym ona dobrze wie, jak Jacob zachowuje 

się. Emmett rozmawiał o jego zachowaniu względem ciebie w jej 

obecności. 

- Właśnie, Emmett, czy nie mówiłem ci już, że jestem dorosły i nie 

potrzebuję niańki? Prosiłem cię, żebyś się nie wtrącał, ale ty mnie w 

ogóle nie słuchasz. 

- Edwardzie, nie dam tobą poniewierać jak jakimś śmieciem tylko 

dlatego, że jesteś nieśmiały i trochę niezdarny. - Przypominaj mi Emm, 

przypominaj. - Black musi zrozumieć, że ma się trzymać od ciebie z 

daleka. 

- Robicie mi wstyd i ludzie jeszcze bardziej się ze mnie śmieją. - Nie 

chodziło mi tutaj dokładnie o wszystkich ludzi, a tylko o Bellę, ale ona 

też zalicza się do tej kategorii. Emm chciał już coś powiedzieć, lecz 

przerwał mu nagły wybuch śmiechu. Jak się później okazało, osobą, 

która się śmiała, była Bella. Jej uśmiechnięte usta, lekko zaróżowiona 

background image

 

79 

                                                                                                                                                                                               

twarz, niesforne kosmyki włosów spadające na czoło - wszystko to 

przedstawiało najcudowniejszy obrazek, jaki kiedykolwiek widziałem. 

Gdy Bella wyrównała oddech, spojrzała w moim kierunku, tak jakby 

czytała mi w myślach i naśmiewała się z moich fantazji. Speszyłem się i 

odwróciłem z powrotem do stolika. Wszyscy patrzyli na mnie jakoś tak 

dziwnie, a Alice miała zadumana minę. 

- Podoba ci się, prawda? - To pytanie padło z ust Al. 

- To i tak nieważne. - Tu miałem rację. Moje myśli to tylko chore 

fantazje, które nie znajdą ujścia w rzeczywistości. Może i podoba mi się 

Bella, ale ona mnie nie lubi. Ba! Ona mnie niecierpi. Jestem ciekaw, jaką 

kompromitującą scenkę z mojego nudnego życia opowiedział jej Jacob. 

Mam tylko nadzieję, że nie tą o wyjeździe na białą szkołę. Miałaby mnie 

za totalne zero. Nie patrząc na resztę, wstałem i szybkim krokiem 

ruszyłem w stronę drzwi. Dotarło do mnie to, że nigdy nie będę mógł 

mieć Belli przy sobie, zawsze będzie kilka kroków ode mnie. Jak niebo. 

Widzę je, ale nigdy nie będę mógł go poczuć. Blisko, ale jednocześnie 

zbyt daleko. Z tą myślą wyszedłem ze stołówki, nie oglądając się za 

siebie. I tak zobaczyłbym tam tylko naśmiewającą się ze mnie Bellę. 

Po przerwie miałem w planie biologię. Bardzo lubię ten przedmiot, a 

najbardziej nauczyciela, który zawsze wszystko dobrze wyjaśnia. 

Wchodząc, do klasy zauważyłem, że przy mojej ławce siedzi Black i z 

kimś rozmawia. Podchodząc bliżej, zauważyłem, że tym kimś była Bells. 

Nie wiedziałem, czy mam ich zostawić samych i usiąść z kimś innym, czy 

może skierować się na stare miejsce. Moje rozmyślania przerwał 

nauczyciel, karząc mi usiąść w ławce z Bells. Cholera. I co ja teraz zrobię? 

Narzekałeś, że Bella jest jak niebo. Niby tak blisko, ale jednocześnie tak 

background image

 

80 

                                                                                                                                                                                               

daleko, więc teraz masz to czego chciałeś: Bellę siedzącą tuż obok ciebie. 

Super, ale nie to miałem na myśli. Walić chmurki i aniołki, od dzisiaj 

wolę piekło. A będąc już przy temacie piekła, zacząłem się chorobliwie 

pocić w miejscach, w których nigdy się jeszcze nie pociłem (w sensie 

ręce, a nie jakieś seksualne podteksty). Usiadłem w ławce i odsunąłem 

się na sam jej koniec. 

- Panie Black, skończył pan już podrywać pannę Swan? - głos nauczyciela 

rozwiał moje myśli. 

- Nie jestem pewien, czy Bella zgodzi się pójść ze mną na randkę. - Że 

co!? Randkę?! Jak on może?! Myślałeś, że będzie czekał? A może ma ją 

zaprosić na rundkę gry w bingo dla seniorów? Ogarnij się, leszczu. Moje 

wewnętrzne konflikty zbrojne zaczęły mnie już poważnie denerwować. 

- Proszę wrócić na miejsce, a na odpowiedź będzie pan musiał poczekać 

do przerwy, bo teraz mamy lekcję! - Coraz bardziej lubię tego gościa. 

Jacob wrócił do swojej ławki, pan Banner rozdał wszystkim testy o 

podziale komórki roślinnej. Ja i Bella wzięliśmy się do pracy. Co jakiś czas 

zerkałem na jej formularz, sprawdzając, czy nie potrzebuje pomocy przy 

zadaniu. Skończyła szybciej, niż się spodziewałem, ja sam byłem dopiero 

w połowie. Zapewne przez to, że patrzyłem się non stop w stronę Bells. 

Gdy podeszła do biurka, nauczyciel zaczął z nią o czymś rozmawiać, a ja 

spokojnie wróciłem do zadań. W momencie, gdy zadzwonił dzwonek, 

spakowałem swoje rzeczy do torby i wręcz wybiegłem z klasy. Ostatnią 

lekcją, jaka mi została, była chemia. 

Jako zadanie domowe było stworzyć reakcję chemiczną dowolnych 

gazów. Ze względu na to, że parterowa klasa chemiczna była wolna, 

poprosiłem o pozwolenie na skorzystanie z niej przez najbliższe 

background image

 

81 

                                                                                                                                                                                               

czterdzieści pięć minut. Gdy już je uzyskałem, wziąłem się do pracy. 

Nalałem do jednej z menzurek siarki i chlorofilu, następnie chciałem 

dolać do tego podgrzanego oleju, ale gdy tylko te składniki połączyły się 

ze sobą, nastąpił wybuch. Płyny w moich rękach pękły i jakiś gaz zaczął 

ulatniać się w klasie. Podbiegłem do drzwi, ale nie chciały się otworzyć, 

więc wyskoczyłem przez okno. Niestety, zahaczyłem stopą o parapet i 

poleciałem prosto na trawnik. Zamrugałem parę razy oczami i 

spróbowałem się podnieść. Przyszło mi to bez większych problemów. Na 

podniebieniu czułem smak ziemi. Okazało się, że rzeczywiście miałem w 

ustach trawę. Chwiejnym krokiem ruszyłem w stronę szkoły. 

Kierowałem się w stronę łazienek. 

Dyrektor zauważył mnie na korytarzu i, nie komentując nawet mojego 

krytycznego wyglądu, odwrócił się do nauczyciela stojącego obok. 

- Panie Smith, czy jest jeszcze w szkole Jacob Black? 

- Nie, panie dyrektorze, sam widziałem, jak wychodzi z klasy i żegna się z 

kolegami. 

- Tak czy inaczej, sprawdzę to, a ty, Edwardzie, jedź już do domu. 

Pożegnałem się i skierowałem w stronę mojego auta. Emmett i Alice 

zapewne wrócili z Hallami. Jadąc drogą do domu, zastanawiałem się, co 

sądzi o mnie Bella. Mogę się założyć, że uważa mnie za kompletnego 

kujona i nudziarza. To się dziewczyna nie pomyliła. Och, zamknij się już. 

Co? Czy ty właśnie zabluźniłeś? Tak i dobrze mi z tym. To, że się dobrze 

uczę, to nie moja wina, po prostu wiedza sama pcha mi się do głowy. 

Inni muszą wkuwać całymi nocami, by zrozumieć, o co chodzi, a mi 

wystarczy, że pouczę się kilka minut, i już wszystko umiem. Taki dar. Z 

background image

 

82 

                                                                                                                                                                                               

tym, że jestem nudny, muszę się akurat zgodzić. Nie mam życia 

towarzyskiego, ale gdybym je miał, to może Bella zwróciłaby na mnie 

uwagę. Taa, mów sobie tak, to może kiedyś uwierzysz... Nie słuchałem 

już mojego drugiego „ja”, teraz wyobrażałem sobie w ramionach 

mojego pięknego Anioła... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

83 

                                                                                                                                                                                               

 

 

 

8

8

8

8

8

8

8

8

    

    

R

R

R

R

R

R

R

R

O

O

O

O

O

O

O

O

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

D

D

D

D

D

D

D

D

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

IIII

IIII

A

A

A

A

A

A

A

A

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

    

    

BPOV 

 

Po obiedzie postanowiłam, że trochę ogarnę ten syf w moim pokoju 

zwany bałaganem. Proszę was, słowo „bałagan” to poważne 

niedomówienie. To istna czarna dziura, w której można zginąć...  

Dosyć tego dramatyzmu... czas ogarnąć to coś. Tak więc na sprzątanie 

straciłam ponad dwie godziny, ale myślę, że warto było je poświęcić. 

Cały mój pokoik lśni czystością. Na żadnej półce nikt nie dopatrzy się ani 

grama kurzu, podłoga jest wypastowana, łóżko pościelone. A jak! Gdy 

Bella chce, to potrafi coś zrobić i nikogo nie wkurwić w tym samym 

czasie. No, ale niestety ten dobroczynny dar trzeba jakoś sobie odbić i 

już nawet wiem jak... 

Zeszłam na dół, założyłam kurtkę i postanowiłam zrobić sobie długi 

spacer. Zakończyłam go przed drzwiami moich sąsiadów, a mianowicie 

Newtonów. Grzecznie zadzwoniłam do drzwi i po chwili otworzyła mi 

jakaś kobieta. Po wyglądzie mogę ocenić, że ma około czterdziestu lat. 

Odrosty i masa tapety na twarzy jeszcze pogorszyły jej wygląd. Patrzyła 

na mnie raczej ciepło, ale jeśli jest taka jak jej syn, to wolę mieć w niej 

zaprzysiężonego wroga, byle tylko mnie unikała. 

background image

 

84 

                                                                                                                                                                                               

- Dzień dobry. Nazywam się Isabella Swan, zastałam może Mike’a? - 

Granie dobrej dziewczynki nawet nieźle mi wychodzi. 

-Witaj, nazywam się Melinda. Mike jest u siebie w pokoju, zaraz zejdzie. 

- Pewnie rozmawia ze swoją babcią? - Czas rozpocząć misję. 

- Babcią? Jaką znowu babcią? Obie babcie Mike’a nie żyją... - Chciała 

jeszcze coś powiedzieć, ale przerwał jej głos Mike’a schodzącego po 

schodach. 

- Mamo, dlaczego mnie wołałaś, mówiłem ci, że jestem zajęty. 

- Synu, masz gościa. - Dopiero po tych słowach spojrzał w naszą stronę. 

- Bella? - zapytał ze zdziwieniem. Nie, kurwa, Święty Mikołaj. On jest 

ślepy czy niedorobiony? 

- Taa, to ja. Przyszłam zobaczyć, co porabiasz, ale dopiero teraz 

przypomniałam sobie, że przecież przyjechała do ciebie babcia. 

- Babcia? - Po minie mogę stwierdzić, że on i jego matka są podobni. 

- Tak, Mike, babcia. Sam mi mówiłeś, że musisz po nią jechać na 

lotnisko. To było, gdy wracaliśmy z kina i tak ci się spieszyło. 

- Aaa, ta babcia. Teraz już kojarzę. - Nagłe olśnienie padło na tego 

pojeba. 

- Mike, ale ty nie masz żadnej babci - zwróciła mu uwagę jego mama. 

Spojrzał na nią groźnie. 

- Bo mi nie chodziło o babcię, tylko o dziadka. - Ja pierdolę, ale on 

pomysłowy.  

background image

 

85 

                                                                                                                                                                                               

- Ale mój ojciec mieszka w Meksyku, a twój drugi dziadek zmarł rok 

temu - odparła Melinda. 

- Mamo, czy mogłabyś pójść ze mną na chwilę do kuchni? 

Mama Mike’a zrobiła podejrzliwą minę, ale poszła za nim. Cała ta ich 

gadanina trwała dobre pięć minut, a ja nienawidzę stać dłużej, niż to 

konieczne. Na szczęście, gdy już miałam pakować mój zgrabny tyłek do 

ich salonu, wrócili. Matka pokręciła tylko głową i poszła na górę, a Mike 

szczerzył się jak pies z reklamy pedigree

i

. Tylko że tam psy mają bielsze 

zęby.  

- To co tam słychać? - Kurwa, ale on ma teksty na powitanie. 

- Wiesz co, Mike, ja już chyba pójdę, nie chcę ci przeszkadzać, jak masz 

gości. 

- Eee, to tylko babcia. - Machnął na to lekceważąco ręką. 

- To w końcu to jest babcia czy dziadek? - Będzie nam łatwiej gadać, jeśli 

w końcu się zdecyduje. 

- No, dziadek, tylko się przejęzyczyłem. 

- Nie będę przeszkadzać, do zobaczenia. - Po tych słowach szybko 

doszłam do drzwi i pognałam do domu. To jeszcze nie koniec. Moja 

misja dopiero się zaczęła. Zobaczymy, jak długo „babcia”, to znaczy 

„dziadek”, zostanie w gościnie u Mike’a? 

Poszłam do domu i zaczęłam oglądać telewizję, czekając, aż ten pajac 

wróci z pracy i zacznie zrzędzić. Ja to mam przesrane życie. Dobrze, że 

background image

 

86 

                                                                                                                                                                                               

jest jeszcze Jake. On i jego pomysły zawsze mnie doprowadzają do łez. 

Nieważne czy ze śmiechu, czy z rozpaczy, liczy się efekt. 

Po pewnym czasie zdecydowałam, że pierdolę MTV, i poszłam na górę 

do swojego pokoju. Postanowiłam pościągać sobie piosenki na telefon. 

Nigdzie nie mogłam znaleźć kabla USB. Przerzuciłam wszystkie rzeczy w 

szafkach, ale tego skurwysyna nigdzie nie było. Już chciałam podejść do 

kolejnej szafki, kiedy zaplątałam się w moje ciuchy leżące na podłodze. 

- No, kurwa, co jest? Jakieś fatum, czy coś. - Podniosłam głowę do góry. 

- Daj mi spokój, obiecuję, że będę grzeczna. - Po tych słowach 

podniosłam się z podłogi, ale lekko się zachwiałam i instynktownie 

chciałam złapać się czegoś, co jest najbliżej. Na moje nieszczęście

 

trafiło 

na

 

książkę i znowu się wyjebałam. Kurwa jego mać, co ta książka tu 

robi?! Człowiek próbuje się jakoś dokształcać, a tu wszystko przeciwko 

tobie. Karma do ciebie wróciła. Wypierdalaj z mojej głowy! Nie wierzę w 

takie gówno jak karma, przeznaczenie albo miłość od pierwszego 

wejrzenia. Takie głupoty wymyślają babcie nie mające co robić po 

nocach. Menopauza źle wpływa na kobiety, no ale bez przesady. Niech 

zaczną robić na drutach, a nie wymyślać chore bujdy.

 

Wstałam (już bez żadnych obietnic bez pokrycia) i ze zgrozą 

stwierdziłam, że mój pokój odzyskał dawną świetność. Taa, syf powrócił 

i to ze zdwojoną mocą. Ewoluował jak Pikachu z Pokemonów. 

Nienawidzę tej bajki. Grrr. Tak czy inaczej, nie odczuwam żalu czy 

takiego innego badziewia. Owszem, straciłam dwie godziny na 

sprzątanie, które na dłuższą metę gówno dało, ale te kilka godzin 

porządku to już coś. Dzisiaj pobiłam swój życiowy rekord. Zawsze 

bałagan powracał już po kilkunastu minutach. Tak więc jestem z siebie 

background image

 

87 

                                                                                                                                                                                               

dumna. No nic, wracam do poszukiwań mojego zaginionego skarbu - 

kabla USB. 

i

 

Chyba każdy to zna, ale to tak na wszelki wypadek- 

http://www.pedigree.pl/

 

 

Dobra, poddaję się. Jest możliwość, że ten kabel został w Phoenix, a ja 

oczywiście zapomniałam go wpakować. Kupię sobie drugi jutro... w tym 

miesiącu... no dobra, kiedyś tam go kupię. A teraz czas na... OBIAD!!! 

Kurwa, nie wiem, z czego ja się tak brechtam, skoro to ja muszę go 

przygotować. Zawsze była to działka Renee. Stare przyzwyczajenia 

szybko nie mijają. Z miną męczennika powlokłam się na dół i zaczęłam 

wyciągać potrzebne mi składniki. Mam jedynie nadzieję, że Wąsek 

doceni moje poświęcenie i zacznie mi składać hołdy, bo inaczej nie chcę 

być na jego miejscu... 

 

EPOV 

 

Dojechałem do domu akurat na obiad. Zjadłem go szybko i już chciałem 

iść do swojego pokoju, i rozmyślać na temat Belli, i jej cudownego 

uśmiechu, kiedy dopadł mnie ten potwór. 

- Musimy porozmawiać. - Tak właśnie brzmią pierwsze słowa 

zapowiadające klęskę żywiołową. Jak je usłyszycie, to uciekajcie. 

- Jakoś nie mam ochoty. - Próbowałem się w jakikolwiek sposób 

wymigać. 

background image

 

88 

                                                                                                                                                                                               

- To nie było pytanie. - Po tych słowach wciągnęła mnie do swojego 

pokoju i zamknęła drzwi. Zacząłem się bać. 

- Alice ja nic nie zrobiłem, nie widziałem, ani nie słyszałem. To wina 

kota. - Mogłem powiedzieć, że Emma, ale nie będę go wkopywał, męska 

solidarność. 

- Alice, ja nic nie zrobiłem, nie widziałem, ani nie słyszałem. To wina 

kota. - Mogłem powiedzieć, że Emma, ale nie będę go wkopywał, męska 

solidarność. 

- Edward, my nie mamy kota. - Przewróciła na mnie oczami i 

kontynuowała swój wywód: - Ja chcę tylko spokojnie porozmawiać o 

tobie i tym, co czujesz do Belli Swan. 

- Al, daj spokój. Nic się nie dzieje. - Westchnąłem. 

- Edward, nie jestem ślepa. Widzę, że wlepiasz w nią swoje gały jak wół 

w malowane wrota. - Cała Alice i jej cudowne porównania. 

- Podoba mi się i tyle, nic więcej. - To prawda. Na razie Bella tylko mi się 

podobała, ale bardzo bałem się, że mogę się zakochać. 

- A co takiego ci się w niej podoba? 

- Jest ładna, zgrabna, ma piękne brązowe włosy, w jej oczach można 

utonąć i do tego jest mądra. - To tak w wielkim skrócie. 

- Skąd możesz wiedzieć, że jest mądra i że w jej oczach można utonąć? 

- Mieliśmy razem sprawdzian z biologii i często patrzyłem, czy Bella nie 

potrzebuje pomocy, ale ona rozwiązała test bardzo dobrze i szybko. A co 

background image

 

89 

                                                                                                                                                                                               

do oczu, widziałem je, kiedy uderzyłem ją drzwiami - tę ostatnią część 

wyszeptałem. Raczej nie lubię tego wspominać. 

- Ona nie jest dla ciebie. Edwardzie, nie pakuj się w to. Decyzja należy do 

ciebie, ja zawsze będę z tobą , ale to nie znaczy, że każdy wybór poprę. 

Nie chcę mówić „a nie mówiłam”. - Po tych słowach otworzyła drzwi i 

wyszła z pokoju. 

Może Al ma rację? Może nie powinienem pozwolić swoim uczuciom 

dojść do głosu? Alice łatwo mówić, ponieważ ma miłość swojego życia, 

która ją kocha. U mnie jest kompletnie odwrotnie. Moja „życiowa 

miłość” mną gardzi. No, to masz problem stary. Nie poddam się. Głupie 

gadanie Alice mnie nie zniechęci. Jeszcze zobaczy, że uda mi się z Bellą. 

Taa, jak cię dostrzeże... Właśnie! Bella musi mnie dostrzec. To jest myśl! 

Teraz tylko potrzebny jest mi Emmett i jego nad wyraz rozwinięta 

wyobraźnia. 

Skierowałem się do pokoju brata, ale nie zastałem go tam. 

Przeszukałem każdy kąt domu i nie było po nim śladu. Może pojechał do 

sklepu po kolejną paczkę gumisiowych żelków? Tylko że Emm zawsze 

zwołuje naradę rodzinną i pyta każdego, co chce ze sklepu, bo nie chce 

mu się dwa razy jeździć. Garaż. To tam przesiaduje godzinami z Rosalie. 

Oboje uwielbiają samochody i mechanikę. Wszedłem do środka 

pomieszczenia i, rzeczywiście, Emm tam był. Sprawdzał coś pod maską 

samochodu.  

- Hej, Emm, mam mały problem. 

- Edward, przecież wiesz, że ja z algebry jestem do kitu. Idź i sprawdź w 

necie. 

background image

 

90 

                                                                                                                                                                                               

- Emmett, nie przyszedłem tutaj w sprawie matematyki, tylko chodzi mi 

o Bellę. - Na te słowa Emm tak szybko poderwał głowę, że aż uderzył się 

nią w maskę samochodu. Z zaskoczeniem stwierdziłem, że nawet tego 

nie zauważył.  

- Edward, ty mnie wkręcasz, czy naprawdę przyszedłeś porozmawiać ze 

mną o dziewczynach, bo jeśli tak, to jestem z ciebie dumny! - Czy mi się 

wydawało, czy ja na serio zauważyłem łzy zbierające się w oczach 

Emma? Dzieciak. 

- Emmett, nie przyszedłem gadać o dziewczynach, tylko, ściśle mówiąc, 

o tym, co zrobić, by Bella mnie zauważyła. Muszę stać się lubiany i 

popularny, ale jak? Tylko szybko. 

- Stary, ja na to wszystko pracowałem latami. - Taa, mówiłem już, że 

Emm jest jednym z najbardziej popularnych kolesi w szkole? Jeśli nie, to 

już mówię. Emmett od drugiej klasy gra w szkolnej drużynie. Baseball to 

całe jego życie. Gra na pozycji pierwszobazowego, wszyscy go znają i 

lubią. Każdy, kto w końcu dojdzie do tego, że jesteśmy braćmi, zadaje 

pytanie: „No co ty? Nie gadaj, on nie może być bratem Emmetta!”. Emm 

zna się na rzeczy, więc przyszedłem po radę akurat do niego.  

- To zrób mi skróconą wersję dwunastu kroków. 

- Dobra, ale to może być terapia wstrząsowa i nie ponoszę 

odpowiedzialności za późniejsze uszczerbki na zdrowiu - wygłosił to jak 

formułkę na Dzień Nauczyciela. Taa, tylko ten jeden raz był 

przygotowany... 

- Dobra, dobra. Zgadzam się, gdzie podpisać? - zapytałem sarkastycznie. 

background image

 

91 

                                                                                                                                                                                               

- Ha, ha, bardzo śmieszne. Ale wracając do tematu, musimy najpierw iść 

do Alice i zobaczyć twoją garderobę. Ona pozmienia tam to, co chce, i 

pierwszy punkt na naszej liście będzie już zrobiony. 

- No właśnie, jest problem. Nie chciałbym, żeby Alice miała w tym swój 

udział. Ona nie popiera moich „zalotów” do Belli. 

- To mamy problem, bo ja w ogóle nie znam się na modzie.  

- Ale Rosalie się zna, zadzwonisz do niej? Może ona mi jakoś pomoże. - 

Łapałem się ostatniej deski ratunku. 

- Jasne i tak miałem do niej iść za pół godziny, co to za różnica, czy teraz, 

czy potem - powiedział Emm.  

Gdybym tylko wiedział, że te trzydzieści minut zrobią wielką różnicę, 

zaczekałbym. 

Wyszliśmy z domu i skierowaliśmy się w stronę posiadłosci Rosalie i 

Jaspera. Zdzwoniliśmy do drzwi i po kilku sekundach otworzyło nam 

„coś”. Nie wiem, jak inaczej to nazwać. Budową ciała przypominało w 

jakimś stopniu człowieka, ale z wyglądu... Tu mógłbym dyskutować. Ja i 

Emmett popatrzyliśmy najpierw na siebie, potem na kosmitę, potem 

jeszcze raz na siebie. Z boku to musiało wyglądać komicznie, ale nam 

wcale nie było do śmiechu. 

- Chyba jednak jest jakaś różnica - powiedziałem do Emmetta, po tym 

jak zebrałem swoją szczękę z ziemi. Chyba jednak wolałbym przyjść tutaj 

za pół godziny... 

- Co to jest?! - krzyknął Emmett, wskazując na to coś. Sam zadawałem 

sobie takie pytanie. 

background image

 

92 

                                                                                                                                                                                               

Po chwili, gdy znowu spojrzeliśmy na obcego, na jego twarzy zaczęły 

pojawiać się szczeliny i kawałki skóry zaczęły odlatywać, a do tego ciało 

tego kosmity zaczęło się trząść . Jeśli to coś pożarło Jaspera, to nie chcę 

być na jego miejscu i doświadczyć gniewu Alice...  

 

 

9

9

9

9

9

9

9

9

    

    

R

R

R

R

R

R

R

R

O

O

O

O

O

O

O

O

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

D

D

D

D

D

D

D

D

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

IIII

IIII

A

A

A

A

A

A

A

A

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

    

    

EPOV 

- Rosalie, kto przyszedł? - Z wnętrza domu dobiegł mnie głos Jaspera. 
Dopiero po pewnym czasie zaczął do mnie docierać sens 
wypowiedzianych przez niego słów. Że to niby ma być Rosalie? Chyba w 
innym wcieleniu. 
 
- To tylko ci dwaj idioci - odpowiedziała Rose, śmiejąc się na cały głos. 
 
Po tych słowach zza jej pleców wyjrzała głowa Jazza. Jego mina musiała 
wyrażać to samo, co moja i Emma: totalny szok i zdziwienie. 

 

- Chłopaki, czemu tak dziwnie się na nas patrzycie?! - próbował 
przekrzyczeć chichoty swojej siostry. 
 
- Jasper, czemu Rosalie ma na twarzy takie dziwne coś i czemu tak 
rechocze? – Emmett jak zwykle delikatny i owijający w bawełnę. Rose 
najwyraźniej nie spodobała się jego wypowiedź, bo nagle umilkła. 
 
- Ja wcale nie RECHOCZĘ! - wykrzyczała w stronę Emmetta. - Ja mogę 
jedynie dziewczęco chichotać! 
 

background image

 

93 

                                                                                                                                                                                               

- Kochanie, przecież wiesz, że lubię twój śmiech, ale musisz przyznać, że 
do najpiękniejszych to on nie należy. 
 
- To może my wejdziemy do środka, co tak będziemy na dworze stać. 
Zaczyna robić się zimno i chyba nawet kropi – stwierdziłem, pragnąc jak 
najszybciej zakończyć ich kłótnię. 
 
- Tak, tak. Lepiej wejdźmy nim zacznie lać - gorączkowo poparł mnie 
Jasper. 
 
Nie czekając nawet na ich odpowiedź, wepchnąłem Emmetta do środka. 
Jazz zatrzasnął za nami drzwi i powiedział Rosalie, żeby poszła do 
łazienki i zmazała to coś z twarzy. Ta niechętnie na to przystała, nadal 
mordując Emma wzrokiem. Gdy zniknęła za drzwiami swojego pokoju, 
Jasper gwizdnął i odwrócił się do nas. 
 
- Masz przejebane, stary - cierpko stwierdził Jazz. 
 
- Przecież ja nic złego nie zrobiłem, stwierdziłem jedynie fakt - bronił się 
zdezorientowany Emm. 
 
Posadziliśmy go na sofie, żeby przypadkiem nie upadł pod natłokiem 
myśli i oskarżeń Rose. 
  
- Kiedy ty się w końcu nauczysz, że kobiety zupełnie nie lubią TAKICH 
faktów? Wolą być adorowane, zabierane na randki, komplementowane, 
a nie, by jakiś idiota mówił im, że rechoczą jak żaby - spokojnie wyjaśnił 
mu Jasper. 
  
- Ale przecież dobrze wiesz, że śmiech Rose brzmi jak żaba w stawie. - 
Odwrócił się w kierunku Jaspera. - I nie próbuj mi tutaj kłamać, sam się z 

background image

 

94 

                                                                                                                                                                                               

niej w dzieciństwie śmiałeś - wytknął mu Emm. 
 
- Ale to było dawno, poza tym i tak przywaliła mi wtedy tą głupią 
koroną, w której non stop łaziła jak jakaś dama. - Prychnął. 
 
- Tak czy inaczej, oberwie ci się - podsumowałem. 
 
- A może macie jakiś pomysł, jak to załagodzić? – jęknął zdesperowany 
Emm. - Kiedyś już była na mnie wściekła i zrobiła mi trzytygodniowy 
celibat. To było wtedy, kiedy ty i wasi rodzice wyjechaliście do 
dziadków, a ja i Rose zostaliśmy sami w domu. - Chyba nawet trochę 
zaszlochał na to wspomnienie. 
 
- Uuu, to musiało być ci ciężko wytrzymać tak długo w łóżku samotnie. – 
Brawo, Jasper, no to go, kurna, pocieszyłeś. 
 
- Oczywiście, że tak. Ja już normalnie głodem przymierałem. 
 
- Jak to głodem? Przecież nie zamknęła ci lodówki na kłódkę? - 
Zdziwiłem się. 
 
- No teoretycznie nie, ale bez gumisiowych żelków to jak na głodówce. 
 
- Jakich gumisiowych żelków, przecież miałeś celibat, a nie post. 
 
- Chwila, to o czym my tak właściwie gadamy? - zapytał Emm. 
 
- No jak to o czym? O tym, jak Rosalie zabroniła ci się ze sobą kochać - 
powiedział Jazz. 
 
- Co? Jakie kochać? Ja nie mówię wcale o seksie. Gdy powiedziałem 

background image

 

95 

                                                                                                                                                                                               

„celibat”, miałem na myśli zakaz jedzenia żelków przez trzy długie 
tygodnie. 
 
- I to z tego powodu tak rozpaczasz? 
 
- Czy waszym zdaniem ten powód jest nie wystarczający? Przecież to jak 
jakaś apokalipsa - jęknął i ukrył twarz w dłoniach. 
 
- Dobra, tylko spokojnie. Rosalie nie jest aż tak... bezwzględna, żeby 
zabronić ci jeść twoje ukochane misiowe żelki. Musi tylko trochę 
ochłonąć... 
 
- Kto musi ochłonąć? - zapytała Rosalie wchodząc do pokoju, już bez tej 
zielonej breji na twarzy. Jej oblicze niczego nie zdradzało. No, Emmett 
musi zacząć się modlić. Najlepiej za nas wszystkich. Tak na wszelki 
wypadek, gdybyśmy ja i Jasper oberwali czymś, co miało trafić w Emma. 
 
- Edward musi ochłonąć - szybko wymyślił Emmett. - Tak właściwie to 
przyszedł tutaj, bo ma do ciebie prośbę. 
 
- Dzięki, Emmett, sam mogłem jej powiedzieć – syknąłem. Nienawidzę, 
gdy ktoś traktuje mnie jak dziecko lub udaje, że nie ma mnie w pokoju. 
 
- A tak właściwie to o co chodzi? – zapytała Rose. 
 
- Możemy iść pogadać na osobności? 
 
- Jasne, chodźmy do mojego pokoju - zaproponowała i ruszyła w stronę 
schodów. 
 
- Więc o czym chciałeś ze mną rozmawiać? - zapytała bez zbędnych 

background image

 

96 

                                                                                                                                                                                               

ceregieli, siadając na łóżku. Wskazała miejsce obok, więc ja również 
usiadłem. 
 
- Pamiętasz może Bellę? To ta nowa. 
 
- Ta nieuprzejma i patrząca na wszystkich z góry? – Nie pomagasz, Rose, 
nie pomagasz.
 
 
- Tak, ta sama. No, więc ona tak jakby mi się podoba i chciałbym, żeby 
zwróciła na mnie uwagę, i tak sobie pomyślałem, że najlepiej zacząć od 
ubioru, więc zgłosiłem się z tym do ciebie. 
 
- Cieszę się, że przyszedłeś z tym do mnie, ale czemu nie poprosiłeś o 
pomoc Al? Ona też zna się na ciuchach. - W jej głosie nie było 
zdziwienia, podejrzliwości czy czegoś takiego. Jej głos był spokojny. 
 
- Alice nie popiera mojego zauroczenia Bellą i dlatego nie chcę jej w to 
mieszać, i ciągle wysłuchiwać, jakim to jestem idiotą. 
 
- Moim zdaniem również jesteś idiotą Edward. Ta dziewczyna jest twoim 
kompletnym przeciwieństwem. Owszem, mówią, że przeciwieństwa się 
przyciągają, ale ty i ona... Boję się, że może wam nie wyjść. O ile 
oczywiście coś się zacznie. Być może Bella woli innego albo cię nie 
zauważy lub będzie chciała zabawić się twoim kosztem. Takich „ale” jest 
jeszcze całkiem sporo i być może nie wszystkie przychodzą ci do głowy. 
Edwardzie, jesteś pewien, że gra jest warta świeczki? Być może, gdy 
knot się wypali, pozostanie jedynie ciemność? - Właśnie czegoś takiego 
nie dopuszczałem do mojej głowy. Chciałem wierzyć, że to moje 
zauroczenie przerodzi się w odwzajemnioną miłości i wszyscy będą 
szczęśliwi, ale Rose może mieć rację. Nie wszystko może pójść po mojej 
myśli. 

background image

 

97 

                                                                                                                                                                                               

 
- Zaryzykuję. 
 
- Dobra, więc od czego chciałbyś zacząć? 
 
- Najlepiej od początku, ale weźmy się najpierw za ciuchy. 
 
- Okej, więc może jedźmy do jakiegoś sklepu. W Seattle otworzyli 
ostatnio fajny sklep z męską odzieżą. Miałam tam niedługo jechać z 
Emmettem, ale teraz jest idealna okazja. - Zeskoczyła z łóżka i podbiegła 
do drzwi. - No, na co czekasz? Rusz tyłek i chodź już. Zakupy potrwają 
kilka godzin, a ty się obijasz. Nie mamy czasu. - Boże, kiedy ona złapała 
takiego kopa energii? Przed chwilą siedziała sobie ze mną spokojnie, aż 
tu nagle takie BUM! Ehh, kobiety... 
 

Zszedłem na dół i od razu wleciał na mnie Emmett. Zaczęło robić mi się 

duszno i miałem mroczki przed oczami. 

- Emmett, zejdź z niego, bo go zgnieciesz - wysapał Jazz, próbując 

ściągnąć ze mnie tego klocka. I chwała mu za to! 

Znaczy chwała Jasperowi, że próbuje ze mnie ściągnąć Emmetta, a nie 

chwała Emmettowi za to, że mnie miażdży. 

- Eddie, nie wiem, co zrobiłeś, ale jesteś wielki! – wykrzyknął uradowany 

Emm, gdy już Jasper mnie spod niego wyciągnął. 

- Ale o co tak właściwie chodzi? - wysapałem pomiędzy łapczywym 

chwytaniem powietrza. I czy mi się zdaje, czy rzeczywiście moje żebro 

jest złamane? Zacząłem macać swoją klatkę piersiową, czekając na ból, 

a w między czasie Emmett kontynuował: 

background image

 

98 

                                                                                                                                                                                               

- Rosalie nawet na mnie nie nakrzyczała ani nic. Po prostu do mnie 

podeszła i dała mi buziaka. Powiedziała też o tych waszych zakupach i 

zapytała, czy dołączę, ale ja, jasna sprawa, chcę jeszcze trochę pożyć, 

więc odmówiłem - te całe zakupy to tylko przykrywka dla morderstwa, 

ta dziewczyna to demon zakupowy i lepiej jej unikać - a ona jedynie 

powiedziała „okej” i poszła do samochodu. 

- I czym tu się tak ekscytować? - mruknął Jazz, ale Emm chyba go nie 

usłyszał. - I tak prędzej czy później przypomni sobie o twojej jakże 

inteligentnej uwadze, a wtedy już po tobie. – Jednak Emmettowi te 

słowa nie popsuły humoru i dalej pląsał po domu jak jakaś balerina. 

Niech chłopak nacieszy się tym szczęściem, bo coś czuję, że Jazz ma 

rację i ta jego euforia długo nie potrwa. Na razie niech będzie w tym 

swoim świecie pełnym gumisiowych żelków, gdzie nie ma gniewu 

Rosalie. 

Usłyszałem, jak auto zatrąbiło, i musiałem się pośpieszyć, by Rosalie nie 

wkurzyła się bezpośrednio na mnie. Złapałem kurtkę i wybiegłem z 

domu. 

- No, nareszcie. Ile można czekać? A mówicie, że to my, kobiety, 

potrzebujemy kilku godzin na wyjście z domu. Czekam tu, czekam, a ty 

nic – powiedziała, odpalając silnik i wyjeżdżając na drogę. 

- Słyszałem, że te nasze spokojne zakupy to istna katastrofa i lepiej, 

żebym uciekał, to prawda? 

- Ktoś ci głupot nagadał, a ty uwierzyłeś - powiedziała, ale zauważyłem, 

jak jej oczy niebezpiecznie świecą. Poprawiłem okulary, które zsunęły mi 

się z nosa, i mocniej wcisnąłem się w fotel. 

background image

 

99 

                                                                                                                                                                                               

Coś czuję, że te zakupy, to jednak nie był taki dobry pomysł... 

 

*****

 

 

No i oczywiście miałem rację. Rosalie wpadła w jakiś... szał. Chociaż to 

nie do końca opisuje jej stan. Biegała, wrzeszczała na mnie (to chyba 

najbardziej lubiła), przepychała się i chyba nawet trochę podskakiwała. 

Ja jedynie siedziałem na tyłku i czekałem na rozkazy. Emmett powinien 

mi dziękować. To dla niego przymierzałem tysiące swetrów, bluzek, 

spodni, butów, czapek, itp., ale na szczęście odwróciłem uwagę Rose od 

żartu Emma na temat jej rechotu i nie wrzeszczała aż tak bardzo, jak 

powinna. 

Otrząsnąłem się z tego letargu dopiero wtedy, gdy Rosalie zaczęła 

ciągnąć mnie do sklepu z bielizną. 

- Rosalie, nie przesadzaj. Nie będę paradował z tobą u boku w 

poszukiwaniu bokserek. - Mówiąc to, szarpnąłem ramieniem, w które 

aktualnie Rose zaczęła wbijać swoje pazury. Kurde, ile je zapuszczała? 

Całe życie czy jak? 

- To ty nie przesadzaj. Czy wiadomo, do czego może dojść pomiędzy 

tobą a Bellą? Bielizna to niezaprzeczalnie jeden z ważniejszych punktów 

naszej wycieczki. 

- Wycieczki? Ty ten obóz przetrwania nazywasz wycieczką? - wręcz 

pisnąłem i zacząłem mocniej się szarpać. Ta dziewczyna jest psychicznie 

background image

 

100 

                                                                                                                                                                                               

chora. Jeśli się pospieszymy, to może jeszcze jakiś lekarz będzie w stanie 

jej pomóc... Mało prawdopodobne, ale co mi szkodzi. 

- Rosalie, zrozum, że cudem będzie, jeżeli ona ze mną pogada. Na razie 

nie zanosi się nawet na to, a co dopiero mówić o bliższym kontakcie. 

- Ty widzisz wszystko tylko w czarnych barwach, Edwardzie, a w życiu 

trzeba mieć trochę dystansu - stwierdziła tak, jakby to była filozofia 

ponad moją męską głowę. 

- Ale, Rose...   

Nie zdążyłem dokończyć, bo jak zwykle mi przerwała. 

- Nie musisz się tłumaczyć, Edwardzie. Ja wszystko rozumiem. Kiedy 

dorośniesz do tej rozmowy, wpadnij, ale na razie sobie to wszystko 

przemyśl - powiedziała z nonszalancją i odwróciła się w stronę innego 

sklepu. I o co jej tak naprawdę chodziło? Nad czym ja mam myśleć? To, 

że Bella mnie nie lubi, to czysty fakt, nie podlega dyskusji. A Rosalie chce 

nad tym debatować? Znowu nic nie rozumiem. Czas przywyknąć, to 

Rosalie. 

***** 

Nareszcie zakupy minęły i zaczął się powrót do domu. Najdziwniejsze 

jest to, że żyję i mam wszystko na swoim miejscu. Po akcji ze sklepem z 

bielizną Rose miała jeszcze kilka wybuchów. Nie dziwcie mi się, że kłócę 

się z grizzly, ale ona tak się rozkręciła, że chyba zapomniała,  z kim jest 

na zakupach. Kurde, nie jestem Alice, żeby mnie do kosmetycznego 

ciągnąć i pitolić o jakiś błyszczykach. Po drodze pokazywała jakieś nie 

wiadomo co i marudziła, że to niby mi zrobi coś tam z cerą i będzie 

background image

 

101 

                                                                                                                                                                                               

lepiej, niż jest. Niestety, nic nie zrozumiałem. Zauważyła, że 

przewróciłem oczami nad jej babskimi problemami, i chyba chciała mi 

coś zrobić, ale byli ludzie, a ona jest, jak to powiedziała, wykwintną 

damą, która jest zawsze opanowana i panuje nad emocjami. Pff, chyba 

w innym życiu.  

- Edwardzie, czemu się tak szczerzysz? Mów, bo zaczynam wykręcać 

numer do psychiatry. - Dopiero teraz załapałem, gdzie   jestem. 

W klatce z Bestią, a myślałeś, że w lunaparku? 

- Nie, nie musisz nigdzie dzwonić. A tak w ogóle, to skąd masz numer do 

psychologa? 

- Nie do psychologa, tylko do psychiatry. Nikomu, kogo znam, psycholog 

nie pomoże. Załamałby się nerwowo po pierwszych pięciu minutach 

sesji. 

- Rosalie, od samego początku naszych zakupów korci mnie, by zadać ci 

pytanie, ale chcę szczerej odpowiedzi, a nie uników i zmian tematu. - 

Przemilczałem to, że uważa mnie za wariata, i postanowiłem zadać to 

ryzykowne pytanie, przez które może wrócić mroczna wersja Rosalie. 

- Jasne, pytaj. 

- Czy ty tak po prostu odpuściłaś Emmettowi? 

Na te słowa uśmiechnęła się diabolicznie. O, już znałem odpowiedź. 

Emmett pewnie siedzi teraz na necie i robi to, co misie lubią najbardziej, 

a w jego wykonaniu to słuchanie muzyki na cały regulator i fałszowanie 

tak, że kwiatki więdną, a rybki w jego akwarium pływają do góry 

background image

 

102 

                                                                                                                                                                                               

brzuchem. Słyszałem i wiem, że boli. Chłopak jest nieświadomy 

zbliżającego się niebezpieczeństwa. 

- Edwardzie, a co ja takiego mam mu wybaczyć? - spytała słodkim 

głosikiem. 

Już chciałem powiedzieć coś w stylu: „No to, że powiedział bolesną 

prawdę na temat twojego niby śmiechu”. Ale w porę ugryzłem się w 

język i powiedziałem to, co chciała usłyszeć. 

- To jego wierutne kłamstwo. Jak on tak mógł ten cudny odgłos nazwać 

rechotem? - Udałem szok i niedowierzanie najlepiej, jak tylko umiałem. 

Zachowywałem się jak baba na plotach. 

- No właśnie, ja też nie rozumiem tej jego dziwnej logiki. - Albo wie, że 

kłamię, albo nie chce dopuszczać do siebie tej smutnej prawdy. Tak czy 

inaczej nie oberwało mi się za to małe kłamstewko, dzięki któremu 

wszyscy są szczęśliwi. 

***** 

W domu od razu rzuciłem się na moje kochane łóżeczko, ale nawet 

dobrze nie poczułem pościeli pod swoim ciałem, a już do pokoju wpadł 

Emmett. 

- I jak? Była bardzo zła? Tylko mnie nie okłamuj, od tego zależy moje 

marne, misiowe życie. - Ledwo wyłapałem pojedyncze   słowa. Dyszał i 

połowę z nich połykał. 

- Nie, nie była zła - wymamrotałem w poduszkę. 

background image

 

103 

                                                                                                                                                                                               

- Ale jesteś pewien? Może źle odczytałeś jej emocje?- Emmett próbował 

nie patrzeć na cudowny scenariusz, ale i tak dało się słyszeć w jego 

głosie nutkę nadziei. 

- Emmett, Rosalie była w dobrym humorze, może aż za dobrym, ale i tak 

obydwaj dobrze wiemy, że ci się nie upiecze.   Następnym razem 

będziesz pamiętał, by ugryźć się w język i zamiast tego powiedzieć 

słodziutki komplement. 

- Ale to była prawda - załkał, próbując się bronić. Normalnie starałbym 

się go jakoś pocieszyć, może nawet objąłbym go ramieniem i zaczął 

tulić, ale teraz marzyłem tylko i wyłącznie o spokojnym śnie. Bez 

Rosalie, zakupów, rozhisteryzowanego Emmetta i całej bandy. 

- Emmett, ja nigdy nie miałem dziewczyny, a i tak wiem lepiej, że one 

nie chcą prawdy. 

- To wychodzi na to, że z naszej strony chcą jedynie kłamstw? 

- Nie, źle mnie zrozumiałeś. Tutaj nie da się powiedzieć, że w danym 

przypadku chcą prawdy, a w danym kłamstwa. Każda kobieta jest innym 

labiryntem zagadek i niebezpieczeństw. Musisz wiedzieć, kiedy co 

mówić, a już na pewno w obecności Rosalie. To tak, jakbyś chodził po 

polu minowym. Na każdym polu miny są poustawiane inaczej i nie masz 

pewności, że jeśli na tamtym terenie szedłeś bokiem i nic cię nie 

spotkało, tutaj też będzie tak samo. Jeden fałszywy krok i cię nie ma. 

Zostają tylko, rozwalone po całym polu, małe kawałeczki ciała. 

- Ty chciałeś mnie niby pocieszyć, czy jeszcze bardziej przerazić? Jedno z 

nich ci się na pewno udało. 

background image

 

104 

                                                                                                                                                                                               

- Emmett, nie możesz się u mnie chować. 

- Tak, masz rację. - Niemożliwe, Emmett zrozumiał i się ze mną zgodził. - 

Rosalie wszędzie mnie znajdzie. - A już myślałem, że dotarło. 

- Musisz się z nią spotkać, szczerze przeprosić i powiedzieć, że coś cię 

opętało i chyba te twoje żelki były przeterminowane. Ja tymczasem 

będę się o ciebie modlił. Przygotuj się do tej rozmowy i wszystko będzie 

okej. 

- No to mam mało czasu, bo Rosalie mnie wzywa - to ostatnie 

wyszeptał, jakby się bał, że zaraz wyjdzie z ziemi i gdzieś go zaciągnie.  

- Skoro cię wzywa, to lepiej nie zwlekaj. 

- Ale jak ja mam ją przeprosić za to, że powiedziałem to, co myślę? - No i 

znowu się zaczyna. 

- Idź do Jaspera, a najlepiej do Alice. Albo nie. Najlepiej idź od razu do 

Rose i nie denerwuj jej bardziej. 

- Dobra, to ja lecę. 

- Leć, leć. Tylko nie połam skrzydeł. 

Chciałem powiedzieć mu jeszcze coś na drogę, ale nie wiedziałem co. 

Połamania nóg czy pióra w tej sytuacji nie miałoby sensu. Chociaż to o 

nogach? Bardziej pasowałoby poszarpania na strzępy, ale jeszcze by tu 

wrócił i zaczął płakać. 

Nareszcie cisza i spokój. Rosalie przyjdzie jutro i pomoże mi dopasować 

poszczególne ciuchy. Znając mnie, założyłbym byle co, ale na pewno nie 

wyglądałbym gorzej niż Emmett rok temu, gdy chciał wkurzyć trochę 

background image

 

105 

                                                                                                                                                                                               

Alice i zaczął wciskać na siebie wszystkie jej ciuchy. Poddał się przy 

pierwszej sukience, gdy w taki sposób utkwiły mu w niej ramiona i 

głowa, że nic nie widział, ani nie mógł ruszać rękoma. Wpadł w popłoch i 

dopiero wrzask Alice sprawił, że się zatrzymał i dał sobie pomóc. 

Skończyło się na tym, że sukienkę trzeba było pociąć, bo przecież Emm 

wciskał wszystko na siłę i myślał, że jak weszło to i zejdzie. Żeby 

udobruchać Alice, kupił, a raczej poprosił Rose, by to zrobiła, inną 

sukienkę o podobnym fasonie. Wydał sporo kasy, ale teraz już wie, że 

mimo iż on i Alice są bliźniakami, to w te same ciuchy nie wejdą. 

Moja rodzina to istne wariatkowo. Brakuje jeszcze tylko kuzyna ze 

szpitala psychiatrycznego i wszystko byłoby jasne. Nikt nie jest 

normalny, ale my przekraczamy wszelkie granice. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

106 

                                                                                                                                                                                               

1111

1111

0

0

0

0

0

0

0

0

    

    

R

R

R

R

R

R

R

R

O

O

O

O

O

O

O

O

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

D

D

D

D

D

D

D

D

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

Z

IIII

IIII

A

A

A

A

A

A

A

A

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

Ł

    

    

BPOV

 

-  No  kogóż  to  moje  piękne  oczy  widzą?  Cóż  to  się  stało,  że  nareszcie 

zawitałeś w skromne progi szkoły? 

-  Stwierdziłem,  że  trochę  edukacji  mi  nie  zaszkodzi.  Dziwi  mnie  twój 

widok, Bells. 

-  Bardzo  śmieszne,  Jake.  Przecież  wiesz,  że  ja  zawsze  jestem  głodna 

wiedzy  -  odparłam  lekkim  tonem  i  poszłam  w  stronę  kolejki.  Nareszcie 

zaczął się lunch, umieram z głodu

Rano ten durny budzik nie zadzwonił i dobrze, że ten wąsaty pajac mnie 

obudził,  bo  bym  zaspała.  Niestety,  nie  zdążyłam  zjeść  śniadania  i  cały 

dzień  głodowałam.  Pierwszą  lekcją  była  chemia  i  to  babsko  by  mnie 

chyba  zabiło,  gdybym  znowu  nie  przyszła  na  jej  zajęcia.  Jacoba  nie 

widziałam  od  początku  dnia,  więc  zdziwiłam  się,  kiedy  go  zobaczyłam. 

Jeśli  nie  chciało  mu  się  przyjść  rano,  to  musiał  nieźle  powalczyć,  żeby 

teraz zwlec swój tyłek z łóżka. 

Usiedliśmy do naszego stolika i jak zwykle podbieraliśmy sobie jedzenie. 

W  pewnym  momencie  zauważyłam,  że  Jake  wytrzeszcza  gały. 

Powiodłam  za  jego  wzrokiem  i  zauważyłam,  jak  na  stołówkę  wchodzą 

Cullenowie  i  ich  sąsiedzi.  Za  nimi,  jak  zwykle,  toczyła  się  ta  ofiara  losu. 

Coś mi jednak nie grało... To nie był stary Edward. Ten, zamiast swojego 

durnego, czerwonego sweterka, miał modny T-shirt z nadrukiem znanej 

kapeli  rockowej,  okulary  zniknęły,  pewnie  ma  soczewki.  Włosy,  zwykle 

background image

 

107 

                                                                                                                                                                                               

„ulizane”,  były  teraz  w  lekkim  nieładzie.  Nowy  Edward  był  tak  inny  od 

starego, że tylko oczy zdradzały całą tę „metamorfozę”.  

Nagle, jakby wiedział, że na niego patrzę, odwrócił wzrok w moją stronę 

i  posłał  mi  krzywy  uśmiech.  Gdybym  go  nie  znała,  pomyślałabym,  że 

wygląda nawet seksownie. Seksownie? Ty się dobrze czujesz? Przecież to 

jest Edward! Ten kujon, idiota i gnojek, którym każdy bawi się, jak chce? 

Taa,  seksowny  to  jego  drugie  imię.  Może  teraz  i  jest  bardziej  do 

przyjęcia,  ale  to  tylko  ciuchy.  Znając  jego  zdolności,  wróci  do  domu  w 

podartych i upapranych. 

Do  rzeczywistości  przywrócił  mnie  śmiech  Jacoba.  Odwróciłam  się  w 

jego stronę, tym samym zrywając kontakt wzrokowy z Cullenem. 

- A to dobre! Ha, ha, ha. Nie wiem, co się z nim stało, ale chyba wystąpił 

w  „Zamieńmy  się  żonami”.  To  cholerstwo  może  zmienić  człowieka,  ale 

nie wiedziałem, że aż tak. 

- Jake, on nie ma żony - zgasiłam jego przypływ radości. 

-  No  nie  ma,  ale  mi  chodziło,  że  to  on  nią  był.  -  Zrobiłam  do  niego 

zdziwioną  minę.  -  Bo  ty  nie  łapiesz  mojego  poczucia  humoru.  - 

Westchnął i fochnął się na całego. Zrobił obrażoną minę i wcisnął się w 

krzesło, dalej pałaszując swój lunch. 

- Że niby ja nie rozumiem twojego poczucia humoru? 

- Mało tego, powiem ci więcej. Ty nie masz za grosz poczucia humoru! 

- Ooo, przegiąłeś. Chyba ci te oczojebne cukierasy zaszkodziły. 

background image

 

108 

                                                                                                                                                                                               

-  Nic  mi  nie  zaszkodziło.  Nie  masz  poczucia  humoru  i  nie  znasz  się  na 

żartach. 

-  To  się  jeszcze  okaże.  Zrobię  taki  kawał,  że  posikasz  się  ze  śmiechu  i 

będziesz  błagał  o  więcej!  -  wykrzyczałam  mu  prosto  w  twarz.  Co  on 

sobie niby myśli? Chce wojny, to będzie ją miał. 

- Już to widzę. Nie mów, bo jeszcze się przestraszę. 

- Daj mi dwa tygodnie, góra miesiąc. 

- Potrzeba aż tyle, żeby coś wymyślić? 

- Nie, potrzeba mi tyle, żeby udupić Cullena. 

- Oj, no weź, proszę cię. Nie mogłaś znaleźć sobie kogoś lepszego? Może 

i  ma  niezłe  IQ,  ale  jest  „niedoświadczony  życiowo”.  -  Na  ostatnie  dwa 

słowa  zrobił  w  powietrzu  palcami  cudzysłów  i  taką  minę,  jakby  to  była 

oczywista oczywistość. 

-  Jeśli  mówiąc  „niedoświadczony  życiowo”,  masz  na  myśli  to,  że  mało 

przeżył,  to  przypomnij  sobie  wszystkie  kawały,  które  mu  zrobiłeś.  W 

ciągu  kilku  miesięcy  wyjdzie  ci  ponad  setka.  -  Widząc  jego  skupioną 

minę, od razu pożałowałam swoich słów. - Jacob, oboje wiemy, że jesteś 

cienki z matmy, więc daj sobie spokój z tymi obliczeniami. 

-  Wcale  nie  jestem  cienki,  jak  to  zgrabnie  ujęłaś,  z  matmy.  Po  prostu 

gorzej mi idzie. System nie przewiduje takiego geniusza jak ja i dlatego 

nikt nie potrafi mnie czegoś nauczyć. 

- Jacob, ty nawet nie wiesz, ile wynosi liczba pi. Ty nawet nie wiesz, co 

to jest. 

background image

 

109 

                                                                                                                                                                                               

- Umiem liczyć do dziesięciu i się nie chwalę. 

-  Dobra,  zostawmy  twój  intelekt  i  wróćmy  do  sprawy.  Mogę  się  z  tobą 

założyć,  że  zrobię  Edowi  kawał  wszechczasów,  nie  pozbiera  się  po  nim 

do końca życia. 

- A co ty niby chcesz zrobić? Chwalić się to ja też umiem - zapytał z miną 

zwycięzcy.  

- Zabawić się, to, co zwykle. A myślałeś, że poprosić o korepetycje? 

- A na czym ten plan miałby polegać? 

Uśmiechnęłam się do niego i plan sam zaczął mi się formować w głowie. 

Oj, Eddie, Eddie. Już mi cię szkoda...  

 

EPOV

 

 

- I jak? Myślicie, że zauważyła? - zapytałem zdenerwowany. 

Gdy  wszedłem  na  stołówkę  i  zauważyłem,  że  Bella  mi  się  przygląda, 

ucieszyłem  się.  To  oznaczało,  że  zauważyła  zmianę.  Niestety,  oprócz 

chwilowego spoglądania na mnie nic nie zrobiła. 

- Edwardzie, tego nie da się nie zauważyć. Wyglądasz jak nie ty. Każdy to 

spostrzegł - pocieszała mnie Rose. 

Może i miała rację. Może jestem zbyt niecierpliwy, ale miałem nadzieję, 

że  spodobam  się  Belli  i  zacznie  ze  mną  rozmawiać.  To  nie  poszło 

dokładnie tak, jak myślałem. 

background image

 

110 

                                                                                                                                                                                               

- Daj jej przetrawić te informacje. Chyba nie myślałeś, że od razu rzuci ci 

się w ramiona? - Jak zwykle Emmett i jego pocieszające gadki. 

- Emmett, nie pomagasz - wysyczała w jego stronę Rose. 

- On ma rację. Edwardzie, nic ci nie wyjdzie z użalania się nad sobą. A co 

jeśli  ona  nadal  nie  będzie  chciała  z  tobą  gadać?  Załamiesz  się  i 

wpadniesz w depresję? Edward, bądź poważny. Same ciuchy i styl bycia 

nie  zmienią  jej  zdania  o  tobie.  Nie  możesz  zmienić  się  wewnętrznie,  a 

chyba to jej najbardziej nie pasuje. 

- Alice, Bella mnie nie zna. Najpierw chcę stać się do przyjęcia. Zacząłem 

od ciuchów. Małymi kroczkami. Dopiero potem zaczną się schody. 

-  Obyś  tylko  nie  złamał  nogi,  zanim  wejdziesz  na  pierwszy  stopień  - 

mruknęła i wróciła do przerwanego posiłku. 

Coś  mi  się  wydaje,  że  Alice  nadal  nie  popiera  moich  zalotów  do  Belli. 

Wiem,  że  ryzykuję  i  mogę  skończyć  ze  złamanym  sercem,  ale  jestem 

gotowy postawić je  w  puli.  Jestem pewien,  że ja  i  Bella  idealnie  byśmy 

do  siebie  pasowali.  Nie  znamy  się  jeszcze  dokładnie,  ale  czuję  między 

nami coś... jakąś chemię. Nie mogę zrezygnować tylko dlatego, że może 

się  nie  udać.  Jeśli  nie  zaryzykuję,  nigdy  nie  dowiem  się,  co  mogłem 

zyskać. 

Jeśli nadal nic się nie zmieni, będę musiał coś wykombinować. Nie wiem 

tylko co. 

Może jakaś inna fryzura? 

Taa, tylko jaka? Moje włosy nie chcą się układać. Plączą się we wszystkie 

strony i nie da się nad nimi zapanować. 

background image

 

111 

                                                                                                                                                                                               

A  jeśli byś  się bardziej  opalił?  Spójrz  na  Blacka.  Przy  nim  wyglądasz  jak 

biała ciota. Może Bella właśnie takich lubi? 

Jest  tylko  jeden  mały  problem.  W  Forks  nie  świeci  słońce,  do  solarium 

nie  pójdę!  Mam  jej  zaimponować,  a  nie  robić  z  siebie  jakąś  cizię. 

Doczepię  sobie  jeszcze  tylko  tipsy  i  zostaniemy  najlepszymi 

psiapsiółkami. Nie ma co, ekstra plan.  

No  to  zostaje  nam  popracować  nad  twoimi  mięśniami...  o  ile  jakieś 

masz. 

Z  tym  to  będzie  problem.  Chociaż,  jeżeli  Emmett  by  mi  pomógł,  to 

nawet mogłoby się udać. 

Taa,  za  jakieś  sto  lat.  Ale  nie  bój  nic,  Bella  na  pewno  zaczeka.  Zostanie 

wierna  idiocie,  który  nawet  słoika  nie  jest  w  stanie  sam  otworzyć.  Już 

nawet Esme jest silniejsza. Nawet Romeo i Julia mieli większe szanse na 

związek niż wy. Miłego, samotnego umierania. 

Nie będzie tak źle. Coś się wymyśli. Poczekamy, zobaczymy.  

***** 

Już  chciałem  wsiąść  do  mojego  auta,  ale  zauważyłem,  jak  Bella  kieruje 

się w moją stronę. Mało tego, ona się uśmiechała! 

Im  bardziej  się  zbliżała,  tym  ja  stawałem  się  bardziej  zdenerwowany. 

Ręce zaczęły mi się pocić i musiałem oprzeć się o auto, żeby nie upaść. 

Nie  za  bardzo  mogłem  myśleć,  wszystko  było  jakąś  nieskładną  papką 

bzdur. 

background image

 

112 

                                                                                                                                                                                               

-  Hej,  Edwardzie,  chciałabym  z  tobą  porozmawiać.  -  Uśmiechnęła  się 

słodko i zagryzła wargę. 

- O... jasne, czemu nie - zaczynałem się jąkać. 

Świetnie, Edd, stoi przed tobą najlepsza laska w szkole, a ty zachowujesz 

się jak jakiś czubek. Ogarnij się! 

-  Słuchaj,  może  usiadłbyś  ze  mną jutro  podczas  lunchu,  co?  Oczywiście 

przy innym stoliku niż tym, przy którym siedzę z Jacobem. 

- O... jasne, czemu nie. - Cholera, powtarzam się! 

-  To  do  jutra!  -  Odwróciła  się  i  pomachała  mi,  zanim  wsiadła  do 

samochodu. 

Gdy zniknęła mi z oczu, w końcu mogłem odetchnąć.  

Bella  Swan  chce  ze  mną  zjeść  lunch!  To  najlepszy  dzień  w  moim  życiu! 

Będę musiał jeszcze poprosić Rosalie o kilka rad, ale i tak zapowiada się 

ciekawy dzień.