background image

Czekanie na cud pośród ruin Kuby 

Marcin Żurek, Hawana 
2008-05-16 

 
 

 

 

- Ten system długo się nie utrzyma. Nie daję mu więcej niż pięć czy 
siedem lat i będziemy mieli demokrację - mówi mi znany dysydent 
Vladimiro Roca. Ale zabarykadowana w urzędach nomenklatura klepie 
świetlane komunały 

 
W zrujnowanej Hawanie bezustannie słucham opowieści jej mieszkańców o zrujnowanym życiu. 
Idę zatem do siedziby Partii Komunistycznej, bo gdzież indziej szukać optymizmu i jasnej wizji 
przyszłości.  
 

Przedstawiam się, mówię, o co chodzi, każą czekać, więc stoję na werandzie wytwornej niegdyś 
willi w eleganckim dawno temu Vedado. Po półgodzinie wołają: - Towarzyszu, proszę wejść!  
 
Partia nie pęka 
 
Rozmawiam z Lazarą, Murzynką w średnim wieku. 

 
- Co zmienia się na Kubie? - pytam. 
 
- Jest projekt zmian, sytuacja się poprawia, ludzie żyją coraz lepiej, właściwie nie ma na co 

narzekać. 
 
- Na czym polega ten projekt? 
 
- Tego to my nie wiemy, pracują nad nim nasi przywódcy, oni wiedzą najlepiej, czego potrzebuje 

background image

naród. 
 
Mnie się raczej zdaje, że przez 50 lat dali oni niezliczone dowody, że o tym akurat nie mają 
zielonego pojęcia, ale to pewnie nie najlepszy moment, by wszczynać podobną dyskusję. 

 
- Czyli jedyne zmiany to takie, że Kubańczycy mogą teraz kupować telefony komórkowe, 
komputery i DVD, pod warunkiem że skłonni są wydać roczne czy kilkuletnie zarobki? 

 
- Nie, nie, to nie tak, ludzie zawsze mogli takie rzeczy kupować.  
 
To ciekawe, bo jak Hawana długa i szeroka nie udało mi się znaleźć jednej osoby, która by to 

potwierdziła. Ale Lazara jest stanowcza. Jest, jak mówi, i koniec, kropka. 

 
A jak wyobraża sobie Kubę za powiedzmy dziesięć lat? 
 

- Ty mnie tu przychodzisz przesłuchiwać! 
 
- Nie, pytam z ciekawości, bo na ulicy słyszę jedno, a w oficjalnej telewizji zupełnie co innego. 
 
- My nie jesteśmy od udzielania wywiadów! 

 
A jednak daje się namówić na krótką deklarację: - Nie ma żadnych zmian i nie będzie. Bronimy 
ideałów rewolucji i idziemy za naszym komendantem. Wszystko wynika tu z myśli Fidela.  
 

Strażnicy prawomyślności 
 
Wracam z Vedado przez Centro Habana. Co parę kroków grupy nastolatków grają w baseball 
kawałkiem kija i czymkolwiek, co przypomina piłkę. To jak metafora kubańskiej rzeczywistości. 
Tak jak kij nie jest tu kijem, a piłka piłką, tak nic na Kubie nie jest tym, za co się podaje. Tylko 

dyktatura jest jak najbardziej prawdziwa i nieudawana.  
 
Wchodzę do jednego z niezliczonych komitetów obrony rewolucji. Przyjmują mnie serdecznie i 
ochoczo opowiadają rewolucyjne fikcje. Oto znów okazuje się, że wbrew utyskiwaniom 

nieuświadomionych malkontentów ludziom żyje się nieźle, więc bronić będą rewolucji do 
upadłego. Nie ma potrzeby, by cokolwiek reformować, wszystko zmierza w jak najlepszym 
kierunku i jest na najlepszej drodze. 
 
A czym to zajmują się same komitety? - Strzeżemy porządku na naszej ulicy, by komuś nie 
wpadło do głowy wyrwać ci plecak. 
 

Co robią z takimi, co podważają rewolucyjne ideały? - Jak widzimy, że któryś się wyłamuje, to się 
go przywołuje do porządku. 
 
A jeśli taki antyrewolucyjny element puszcza reprymendy mimo uszu? - O, to wtedy się 

zawiadamia szefa sekcji i już się takim przypadkiem wyższe komórki zajmują. 
 
Juana poznaję tuż obok komitetu. Jest blisko 70-letnim synem Włocha i Hiszpanki. Mieszka od 
urodzenia w tej samej kamienicy w Centro Habana i barwnie opowiada o czasach dyktatora 
Batisty, o dobrobycie, w jakim się wychował, o złotych latach Hawany. A co myśli o tych z 
komitetu? 
 
- Oni to robią z zamiłowania, takie typy. Zajmują się wyłącznie szpiegowaniem i donoszeniem na 
sąsiadów. Że np. ten który nie pracuje, a ma buty za 70 dol., jest pewnie wrogiem rewolucji na 

usługach imperialistów. No to wzywają delikwenta, zadręczają pytaniami i upomnieniami. 
 

background image

Reformy nie mogą być karą  
 
Oswaldo Paya, laureat Nagrody im. Sacharowa, mieszka w nie mniej zrujnowanej niż Stara 
Hawana dzielnicy Cerro. Na ścianie tuż obok jego domu rewolucyjne hasła i wielkie farbą 

wymalowane na murze hasło-przestroga: "Esta es una plaza sitiada. Disidencia es traicion" ("To 
oblężona twierdza. Sprzeciw to zdrada"). 
 

- Zmienia się coś na Kubie? - pytam. 
 
- Rząd stwarza obraz wirtualnych zmian, a prasa zagraniczna myli często pragnienia z 
rzeczywistością i ogłasza jako fakty coś, o czym władze się nawet nie zająknęły. 

 

Wzburzony Paya pokazuje fotokopię hiszpańskiego dziennika "El Pais" (dostaje prasę z 
zagranicznych ambasad), który obwieszcza, że Kuba się otwiera, a jej rząd znosi przeszkody w 
podróżach zagranicznych.  

 
- To nieprawda, rząd nic o tym nie wspominał. Postawa rządu jest jeszcze bardziej reakcyjna niż 
wcześniej. To, że Kubańczycy mogą się teraz zatrzymywać w hotelach, pokazuje tylko, w jakim 
żyjemy apartheidzie. Nadal działają wszystkie mechanizmy represji i inwigilacji. Bezpieka grozi 

mi bezustannie, stosują wszelkie mechanizmy represji wobec mojej rodziny. 
 
Oswaldo podnosi się z fotela i za chwilę przynosi mikrofon, który znalazł w gniazdku 
telefonicznym w sypialni. Jest też bezustannie obserwowany przez funkcjonariuszy bezpieki z 

okolicznych domów. 
 
- Z jednej strony mamy grupę ludzi kurczowo trzymających się władzy i przywilejów. Ponadto 
rząd Raula Castro dostaje czek in blanco od niektórych rządów europejskich i lewicy, których 
pojęcie o rzeczywistości kubańskiej jest w najlepszym przypadku powierzchowne - mówi Paya. - 
A my chcemy prawdziwych reform. Żądamy bezwarunkowego uwolnienia tych, którzy walczą o 

podstawowe prawa obywatelskie. Ale reformy nie mogą zamienić się w karę dla ludzi, którzy o 
nie walczą, dlatego trzeba zadbać, by z niewolnictwa Kuba nie popadła w niepohamowany 
kapitalizm.  
 
Światło w tunelu 
 
W nieodległej dzielnicy Santos Suarez odwiedzam też Marthę Beatriz Roque. Traf chce, że jest u 

niej inny ze znanych dysydentów Vladimiro Roca.  
 
Martha Beatriz o zmianach mówi sceptycznie. Na komputer i tak nikogo nie stać, na telefon 
komórkowy nielicznych.  
 
- Podnoszą pensje, ale głównie ludziom z aparatu represji i manipulowanych sądów, gdzie 
żadnego znaczenia nie ma, czy ktoś jest winny. Potrzebne są głębokie zmiany gospodarcze. 
Ludzie mają dość sprzedawanej im od 50 lat przyszłości, która nigdy nie nadchodzi. 

 
Rząd Raula Castro nie budzi w niej żadnych nadziei: - To terroryści. Mówi się, że na Kubie nie 
ma tortur, że nie maltretuje się więźniów, ale ja mam setki, dosłownie setki świadectw. 
 
Roque opowiada o ludziach wieszanych na trzy dni metr nad podłogą za skute kajdankami ręce 
albo o morderstwach upozorowanych na samobójstwa. 
 
- Za rządów Raula Castro represje się tylko wzmogły. Nie będzie żadnych reform, bo on nie 
powie przecież, że jego brat przegrał - podkreśla Martha Beatriz.   

background image

Uczynni i rewolucyjnie usposobieni sąsiedzi wymalowali jej na murze, na który wychodzi się 
wprost z mieszkania, potężny portret Fidela i rewolucyjne hasła: - Czemu ja muszę z czymś 
takim żyć? Organizują actos de repudio (wiece potępienia), biją, kopią, wdzierają mi się do 
domu albo trąbią godzinami przez okno.  

 
Z nieco większą nadzieją mówi o Raulu Castro Vladimiro Roca. Wierzy, że przemiany są możliwe 
w nieodległej przyszłości: - Być może za dwa, trzy lata będziemy mieli pewną swobodę 

gospodarczą, bo 

Raul Castro

 nie ma już pieniędzy, by to dłużej ciągnąć. W tej chwili nawet ludzie 

z Partii Komunistycznej zaczynają mówić o reformach. Fidela partia nigdy nie interesowała. 
Raul ją umacnia, a partia może stworzyć jakieś perspektywy przemian. Raul jest poza tym 
bardziej pragmatyczny. Ten system długo się nie utrzyma. Nie daję mu więcej niż pięć czy 

siedem lat i będziemy mieli demokrację.