background image


 

 

background image


 

DOROTHY L. SAYERS 

 

C

ZYJE  TO 

CIAŁO ? 

 
Przekład : 
ALEKSANDRA WOLNICKA 
 
C&T 
TORUŃ 

 

background image


 

 
 
 
 
 
 
 
 

                                             Dla M.J. 
Drogi Jimie, 
Ta książka to Twoja wina. Gdyby nie twój ośli upór, lord Peter 
nigdy nie dobrnąłby do końca śledztwa. Wiedz, że jest Ci za to 
niezmiernie wdzięczny. 
Zawsze Twoja. 
                                                                                D.L.S. 
 

background image


 

Do diaska! – wykrzyknął lord Peter Wimsey na Piccadilly Circus – Proszę się 
zatrzymać ! 
    Taksówkarz, który właśnie usiłował z narażeniem życia skręcić w Lower 
Regent Street, tuż przed nosem autobusów numer 19 i 38 B oraz roweru, 
poirytowany niechętnie usłuchał. 
   - Zapomniałem zabrać z domu katalog – wyjaśnił ze skruchą lord Peter.- 
Rzadko zdarza mi się być aż tak roztargnionym. Czy moglibyśmy zawrócić? 
   - Do Savile Club , sir? 
   - Nie, na Piccadilly numer 110A, jeśli łaska. 
   - Myślałem, że się panu spieszy, sir.- Mężczyzna nie krył poczucia krzywdy. 
   - Obawiam się trochę, że nie jest to dogodne miejsce, żeby zawrócić – zauważył 
lord Peter, odpowiadając raczej sobie samemu niż kierowcy. Jego pociągła, 
pogodna twarz wyłaniała się z cylindra w sposób tak naturalny, jak białe larwy 
wykluwają się z kawałka gorgonzoli. 
   Taksówkarz wycofał się, wykonując krótkie, gwałtowne szarpnięcia kierownicą 
i auto zawróciło, ścigane surowym wzrokiem policjanta , wykonując przy tym 
dźwięki podobne do zgrzytania zębów. 
   Kamienica mieszcząca nowoczesne i bardzo drogie mieszkania , której drugie 
piętro zamieszkiwał lord Peter, znajdowała się dokładnie naprzeciwko Green 
Park , w miejscu, gdzie przez wiele lat straszyła ruina siedziby splajtowanego 
przedsiębiorstwa handlowego . Otworzywszy drzwi, lord Peter usłyszał 
dobiegający z biblioteki stłumiony, modulowany męski głos , mówiący z 
nadmierną  charakterystyczną dla osób przeszkolonych w sztuce odbierania 
telefonów. 
 
   - …Mam wrażenie, że jego lordowska mość właśnie wrócił. Gdyby jego książęca 
mość była łaskawa chwileczkę zaczekać… 
   - O co chodzi, Bunter? 
   - Jej książęca mość dzwoni z Denver, milordzie. Właśnie mówiłem, że wasza 
lordowska mość pojechała na aukcję, kiedy usłyszałem chrobot klucza w zamku… 
   - Dziękuję – odparł lord Peter. – Bądź tak miły i poszukaj mojego katalogu, 
dobrze? Musiałem go zostawić w sypialni albo na biurku. 
   Usiadł przy telefonie i z wystudiowaną uprzejmością sięgnął po słuchawkę, 
jakby miał do czynienia z gościem, który wpadł z nieoczekiwaną wizytą. 
  - Halo? To ty, mamo? 
   - Witaj, mój drogi! – W słuchawce rozległ się głos księżnej wdowy. – Myślałam, 
że wyszedłeś. 
   - W rzeczy samej, tak właśnie było. Byłem już w drodze na aukcję u 
Brockleburych – mam na oku kilka ciekawych książek – ale musiałem zawrócić 
po katalog. Z czym dzwonisz? 

background image


 

   - Stało się coś osobliwego – odparła księżna. – Pomyślałam, że chciałbyś o tym 
wiedzieć. Pamiętasz kto to taki pan Thipps? 
   - Thipps? – powtórzył lord Peter. _ Thipps? Ależ tak, ten nieduży architekt , 
który remontuje kościelny dach. Oczywiście. Co z nim? 
   - Właśnie odwiedziła mnie pani Throgmorton, niezwykle wzburzona. 
   - Przepraszam cię, mamo, ale źle cię słychać ! Któż to był ? 
   - Pani Throgmorton, żona pastora. 
   - Ach tak. Throgmorton. 
   - Pan Thipps zadzwonił do nich z samego rana. Dzisiaj miał zacząć kolejne 
prace. 
   - Tak ? 
    - Zadzwonił i powiedział, że nie przyjdzie. Biedaczek był okropnie 
zdenerwowany. Wyobraź sobie, że znalazł ciało w swojej własnej wannie ! 
   - Wybacz, mamo, ale w ogóle cię nie słyszę ! Co znalazł? 
 I gdzie? 
   - Ciało w wannie, mój drogi. 
   - Co takiego?...Nie, jeszcze nie skończyliśmy rozmawiać ! Proszę nas nie 
rozłączać. Halo! Halo! To ty, mamo? Halo!...Mamo! Tak, to ja. Telefonistka 
chciała nas rozłączyć. Jakie znowu ciało? 
   - Nieżywe. Trupa mężczyzny. Nieboszczyk miał na sobie tylko złote binokle. 
Pani Throgmorton niemal spaliła się ze wstydu, mówiąc mi o tym. Wiesz jacy 
zaściankowi potrafią być nasi wiejscy parafianie. 
   - To rzeczywiście osobliwe. Czy Thipps go znał ? 
   - Nie sądzę, mój drogi. Oczywiście w rozmowie z pastorową nie wdawał się w 
szczegóły, ale podobno był zupełnie wytrącony z równowagi. Żeby tak szanowany 
człowiek musiał mieć do czynienia z policją! Nic dziwnego, że był bardzo 
zdenerwowany. 
   - Biedny Thipps! Co za niefortunne zdarzenie. O ile pamiętam, mieszka w 
Battersea, prawda? 
   - Owszem, mój drogi. W Queen Caroline Mansions pod numerem 59, 
naprzeciwko parku. W takiej wielkiej kamienicy tuż obok szpitala. Pomyślałam, 
że może miałbyś ochotę go odwiedzić i zapytać, czy nie potrzebuje naszej pomocy. 
Zawsze bardzo go lubiłam. 
   -  Ależ oczywiście – odparł lord Peter, uśmiechając się szeroko. Księżna zawsze 
gorliwie mu sekundowała w jego hobby, jakim było rozwiązywanie zagadek 
kryminalnych, chociaż nigdy nie wspominała o tym wprost ; dobre wychowanie 
nakazywało jej traktować pasję syna, jakby nie istniała. 
   - O której godzinie odkryto te zwłoki? 

—   Sądzę, że z samego rana, chociaż rzecz jasna Thipps nie wspomniał o tym 

Throgmortonom.  Pastorowa  wątpia  do  mnie  tuż  przed  lunchem  i  ocztwiście 
musiałam  poprosić  ją,  żeby  została.  Kłopotliwa  sytuacja,  na  szczęście  byłam 

background image


 

sama. Nie mam nic przeciwko temu, żeby nudzić się w samotności, ale nie cierpię 
zanudzać innych. 

—  Biedna  mama!  Cóż,  dziękuję  ci,  że  zadzwoniłaś.  Chyba  wyślę  Buntera  na 

aukcję, a sam skoczę do Battersea, żeby pocieszyć naszego mizeraka. To na razie! 

—   Do usłyszenia, mój drogi! 
—   Bunter! 
—  Tak, milordzie? 
—   Jej  książęca  mość  poinformowała  mnie,  iż  pewien  szanowany  architekt  z 

Battersea znalazł właśnie w swojej wannie zwłoki mężczyzny. 

—  To wielce fortunna wiadomość, milordzie. 
— W  rzeczy  samej,  Bunter,  jak  zwykle  masz  rację  Twój  dobór  słów  jest 

bezbłędny. Zaczynam żałować, że sam nie przykładałem się bardziej na studiach. 
Znalazłeś katalog? 

— Oto on, milordzie.

1

 

—  Dziękuję.  Wybieram  się  do  Battersea  i  chciałbym,  żebyś  zamiast  mnie 

wziął udział w aukcji. Tylko się pospiesz, bo nie chciałbym przegapić pierwszego 
wydania  Dantego*  ani  Jakuba  de  Voragine'a.  O,  tych  tutaj,  widzisz?  Złota 
legenda,  
wydana  drukiem  przez  Wynkyna de  Worde  w  1493  roku,  zapamiętasz? 
Spróbuj  też  zdobyć  Czterech  synów  Ajmona  w  wydaniu  Caxtona  z  1489  roku, 
absolutny unikat. Popatrz! Tutaj zaznaczyłem rzeczy, które mnie interesują, a na 
marginesie  zapisałem  maksymalną  cenę.  Postaraj  się,  mój  drogi,  bardzo  cię 
proszę. Powinienem być z powrotem na obiad. 

— Tak jest, milordzie. 
— Weź  moją  taksówkę  i  powiedz  kierowcy,  żeby  się  pospieszył.  Ciebie  może 

posłucha,  bo  za  mną  raczej  nie  przepada.  —  Lord  Peter  przejrzał  się  w 
osiemnastowiecznym lustrze wiszącym nad kominkiem. — Czy to wypada, żebym 
straszył  i  tak  już  zastrachanego  Thippsa  —  przy  okazji  wyszedł  mi  tu  całkiem 
ciekawy  łamaniec  słowny  —  dobijając  się  do  jego  drzwi  w  cylindrze  i  surducie? 
Chyba nie. Założę się, że nie zwróci uwagi na moje spodnie i z miejsca weźmie za 
przedsiębiorcę  pogrzebowego.  Włożę  raczej  szary  garnitur  ,  schludny,  ale  nie 
krzykliwy,  i  do  tego  kapelusz  w  odpowiednim  kolorze.  Żegnaj,  amatorze  białych 
kruków!  Samotny  fagot  wygrywa  odpowiedni  motyw  muzyczny  i  oto  pojawia  się 
Sherlock  Holmes  w  przebraniu  dżentelmena  zażywającego  popołudniowej  prze-
chadzki.  A  otóż  i  Bunter  pospiesznie  zamyka  za  sobą  drzwi  —  jest  wprost 
nieoceniony,  nigdy  nie  robi  tego,  co  do  niego  należy,  jeżeli  poruczyło  mu  się  już 
wcześniej  jakieś  inne  zadanie.  Mam  nadzieję,  że  nie  wypuści  z  rąk  Czterech 
synów  Ajmona.  
Z  drugiej  strony,  istnieje  wszak  jeszcze  jeden  egzemplarz  w 

                                                             

1

 

Chodzi o wydanie florenckie z 1481 r., nakładem Niccolo di Lorenzo. Kolekcja wydań Dantego lorda Petera warta jest 

szerszej  wzmianki.  Znajdowały  się  w  niej  między  innymi  słynny  egzemplarz  weneckiej  drukarni  Aldine  z  1502  r.  oraz 
wydanie  neapolitań-skie  z  1477  r.  —  „edizione  rarissima"  według  Colomba.  Historia  pochodzenia  tego  ostatniego  jest 
nieznana.  Zdaniem  pana  Parkera  obecny  właściciel  wszedł  w  jego  posiadanie  w  co  najmniej  podejrzany  sposób.  Sam  lord 
Peter  zawsze  twierdził,  że  „wypatrzył  go  w  małym  antykwariacie  na  wzgórzach"  podczas  swojej  wędrówki  po  Włoszech 
(przypis autorki). 

 

background image


 

Watykanie*.  Kto  wie,  może  też  trafi  na  aukcję,  jeżeli  kościół  rzymskokatolicki 
zbankrutuje  albo  Szwajcaria  najedzie  Włochy.  Tymczasem  trup  w  podmiejskiej 
wannie nie trafi

2

a się znów aż tak często, przynajmniej tak mniemam. W każdym 

razie  obecność  złotych  binokli  na  nosie  nieboszczyka  nadaje  całemu  wydarzeniu 
dość  wyjątkowy  posmak.  Do  licha!  Zaiste,  człowiek nie  może  służyć  jednocześnie 
dwóm panom . 
     Przeszedł  do  sypialni  i  przebrał  się  z  wigorem,  o  jaki  trudno  byłoby  posądzać 
kogoś  z  jego  pozycją.  Wybrał  ciemnozielony  krawat  w  odcieniu  skarpetek  i 
zawiązał  go  starannie  bez  chwili  wahania  czy  choćby  najdelikatniejszego 
grymasu  warg.  Następnie  zdjął  czarne  trzewiki,  zamieniając  je  na  brązowe, 
wsunął  monokl  do  kieszonki  na  piersi  i  ujął  w  dłoń  przepiękną  malakkańską 
laskę z ciężką, srebrną gałką. 

— To już chyba wszystko — mruknął pod nosem. — Laskę wezmę na wszelki 

wypadek, kto wie, kiedy może być potrzebna. 

Włożył jeszcze do kieszeni płaskie, posrebrzane pudełko na zapałki, zerknął na 

zegarek  i  widząc,  że  jest  już  za  kwadrans  trzecia,  zbiegł  żywo  na  dół,  gdzie 
zatrzymał taksówkę, polecając wieźć się prosto do Buttersea Park. 

Pan  Alfred  Thipps  był  niedużym,  nerwowym  człowieczkiem,  którego  płowe 

włosy  z  wolna  przegrywały nierówną  walkę  z  upływem  czasu.  Wielki  siniak nad 
lewą brwią natychmiast rzucał się w oczy, nadając mu wygląd hulaki, całkowicie 
sprzeczny  z  ogólną  aparycją.  Witając  się,  Thipps  jednym  tchem  usprawiedliwiał 
się  zażenowany,  mamrocząc  coś  o  tym,  że  po  ciemku  wpadł na drzwi  do jadalni. 
Troska lorda Petera, który raczył złożyć mu wizytę, wzruszyła architekta do łez. 

—  Wasza  lordowska  mość  jest  dla  mnie  zbyt  łaskawy  —-  po-wtórzył  po  raz 

kolejny,  mrugając  gwałtownie  bladymi  powiekami.  —  Jestem  doprawdy 
niezmiernie  wdzięczny.  To  samo  powiedziałaby  moja  droga  matka,  gdyby  tylko 
nie była głucha. Nie chciałbym narażać waszej lordowskiej mości na kłopot, jakim 
z pewnością byłaby rozmowa z nią. Oboje mamy za sobą ciężki dzień — dodał. — 
Policja w domu, całe to zamieszanie... Nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni, do tej 
pory  wiedliśmy  bardzo  spokojny  żywot.  Ta  sytuacja  jest  bardzo  niefortunna  dla 
kogoś,  kto  tak  jak  ja  ceni  sobie uregulowany  tryb  życia.  Doprawdy,  właściwie  to 
cieszę  się,  że  matka  nic  z  tego  nie  rozumie.  Jestem  pewien,  że  w  przeciwnym 
razie  okropnie  by  się  zamartwiała.  Co  prawda,  z  początku  trochę  się 
zdenerwowała,  ale  z  czasem  doszła  do  jakichś  sobie  tylko  znanych  wniosków  i 
sądzę, że tak jest dla niej lepiej. 

Popatrzył  na  staruszkę,  która  przy  kominku  robiła  na  drutach,  a  ta  ponuro 

pokiwała głową. 

— Mówiłam ci, żebyś złożył reklamację co do tej wanny, Alfredzie — odezwała 

się znienacka wysokim, piskliwym głosem charakterystycznym dla niesłyszących. 

                                                             

2

 

* Lordowi Peterowi musiało się coś pomylić: właścicielem tego egzemplarza jest 

hrabia 

Spencer. Wydanie dostępne na 

aukcji Brockleburych jest niekompletne — braku-

|t 

i wtatnich pięciu sygnatur — lecz jako jedyne posiada kolofon, co czyni 

je wyjątkowym 

1

 pnypis 

autorki). 

 

background image


 

—  Mam  nadzieję,  że  teraz  wreszcie  gospodarz  się  tym  zajmie.  Gdybyś  mnie 
posłuchał, obyłoby się bez wzywania policji, ale nie, ty zawsze musisz robić z igły 
widły! 

— Zaczyna  się  —  westchnął  Thipps  i  dodał  przepraszającym  tonem:  —  Sam 

pan  widzi,  milordzie.  Może  to  i  dobrze,  że  coś  tam  sobie  ubzdurała.  Wie 
przynajmniej,  że  łazienka  jest  zamknięta  i  nie  można  z  niej  korzystać.  Muszę 
jednak  przyznać,  że  dla  mnie  samego  to  był  ogromny  wstrząs.  Mam  nerwy  w 
strzępach,  sir!  Jak  żyję,  jeszcze  nic  podobnego  mi  się  nie  przytrafiło.  Dziś  rano 
byłem  w  takim  stanie,  że  nie  wiedziałem,  jak  się  nazywam,  a  do  tego  jeszcze  to 
moje  słabe  serce!  Doprawdy,  nie  wiem,  jak  udało  mi  się  wyjść  z  tego  okropnego 
miejsca i wezwać policję. To było potworne, milordzie, naprawdę potworne! Nawet 
nie tknąłem śniadania, lunchu zresztą też. Cały ranek telefonowałem do klientów 
i przekładałem spotkania, a potem jeszcze to całe przesłuchanie... Całkiem wybiło 
mnie to z równowagi. 

— Nie  wątpię,  że  musiało  to  być  dla  pana  niezwykle  bolesne  przeżycie  — 

odparł  współczująco  lord  Peter.  —  Szczególnie  przed  śniadaniem.  Osobiście  nie 
cierpię  takich  niespodzianek  przed  posiłkiem,  na  dobre  potrafią  odebrać 
człowiekowi apetyt, zgodzi się pan ze mną? 

— W  rzeczy  samej,  w  rzeczy  samej  —  przytaknął  skwapliwie  pan  Thipps.  — 

Zapewniam  pana,  milordzie,  że  widok  tego  nieszczęśnika  leżącego  w  mojej 
wannie,  gołego  jak  święty  turecki  —  nie  licząc  binokli  —  z  miejsca  —  wybaczy 
pan — przyprawił mnie o mdłości. Nie należę do osiłków i z rana często zdarza mi 
się  słabować,  a  tu  taki  wstrząs!  Krótko  mówiąc,  musiałem  posłać  służącą  po 
kieliszeczek  czegoś  mocniejszego.  W  przeciwnym  razie  nie  wiem,  jak  by  się  to 
skończyło. Ciarki chodziły mi po plecach, chociaż z zasady nie podzielam naiwnej 
wiary w duchy. Tak czy inaczej, zawsze staram się mieć w domu trochę brandy na 
wszelki wypadek. 

— I  słusznie  —  odparł  wesoło  lord  Peter.  —  Jest  pan  bardzo  zapobiegliwym 

człowiekiem,  panie  Thipps.  Niezwykłe,  co  w  trudnych  chwilach  potrafi  zdziałać 
łyk czegoś mocniejszego, a im mniej człowiek do tego nawykły, tym lepszy skutek. 
Mam  nadzieję,  że  pańska  służąca  to  rozsądna  osóbka?  Mdlejące  i  krzyczące  z 
przestrachu niewiasty potrafią być prawdziwym utrapieniem. 

— Gladys to dobra dziewczyna— odrzekł pan Thipps. — Bardzo rozsądna. Rzecz 
jasna  była  wstrząśnięta,  to  zrozumiałe.  Sam  byłem  roztrzęsiony  całą  sytuacją  i 
zdziwiłbym  się,  gdyby  młodej  kobiety  wcale  to  nie  obeszło.  Ale  to  energiczna 
osoba,  bardzo  pomocna  w  nagłych  wypadkach,  jeśli  wasza  lordowska  mość 
rozumie, co mam na myśl . Uważam się za prawdziwego szczęśliwca , dysponując 
w dzisiejszych czasach dobrą, uczciwą służącą , która dba o mnie i mamę. Bywa 
co  prawda  nieco  nieuważna  i  zdarza  jej  się  zapominać  o  drobiazgach,  ale  to 
przecież  naturalne.  Naprawdę  szczerze  żałowała,  że  zostawiła  okno  w  łazience 
otwarte  i  choć  z  początku  się  na  nią  rozgniewałem,  widząc  co  z  tego  wynikło, 
trudno  to  nazwać  wielkim  przewinieniem.  Jak  świat  światem  młode  służące 

background image


 

bywały  zapominalskie,  a  Gladys  tak  się  zdenerwowała,  że  nie  chciałem  jej 
dodatkowo  dręczyć.  Powiedziałem  jedynie:  „Mogli  nas  okraść  —  pamiętaj  o  tym 
następnym razem, kiedy przyjdzie ci do głowy zostawić na całą noc otwarte okno. 
Teraz  to  tylko  trup  w  wannie,  co  samo  w  sobie  jest  już  wystarczająco 
nieprzyjemne,  ale  następnym  razem  przez  okno  mogą  się  dostać  złodzieje  albo 
bandyci, a wtedy wymordują nas we własnych łóżkach". Inspektor Sugg — chyba 
tak  się  nazywał  —  ze  Scotland  Yardu  był  względem  niej  znacznie  bardziej 
surowy.  Biedaczka  nie  na  żarty  się  przestraszyła.  Myślała  chyba,  że  o  coś  ją 
podejrzewają, chociaż Bogiem a prawdą cóż ona mogła mieć wspólnego z jakimiś 
zwłokami!  Powiedziałem  to  zresztą  inspektorowi.  Proszę  sobie  wyobrazić,  że 
potraktował mnie bardzo nieuprzejmie. Powiem wręcz, że wcale nie spodobało mi 
się  jego  zachowanie.  „Jeżeli  ma  pan  jakieś  dowody,  żeby  oskarżać  Gladys  albo 
mnie,  inspektorze  —  powiedziałem  —  proszę  je  niezwłocznie  przedstawić.  To 
pański obowiązek". I dodałem: „Ale, doprawdy, chyba nie płacą panu za to, żeby 
obrażać  dżentelmena  w  jego  własnym  domu".  —  Czubek  głowy  pana  Thippsa 
wyraźnie  się  zaróżowił.  —  On  na  mnie  krzyczał,  milordzie,  najzwyczajniej  w 
świecie krzyczał! 

— Cały  Sugg  —  westchnął  lord  Peter.  —  Znam  go.  Kiedy  nie  wie,  co 

powiedzieć,  robi  się  wulgarny.  Przecież  to  jasne  jak  słońce,  że  ani  pan,  ani 
dziewczyna nie kolekcjonujecie nieboszczyków. Kto zresztą chciałby brać sobie na 
głowę taki kłopot? Zwykle bardzo trudno się ich pozbyć. A propos, pozbył się pan 
już tych nieszczęsnych zwłok? 
— Wciąż są w łazience — wzdrygnął się pan Thipps.  
— Inspektor  Sugg  zakazał  czegokolwiek  tam  dotykać,  dopóki  jego  ludzie  nie 
zgłoszą się po ciało. Gdyby wasza lordowska mość miał ochotę rzucić okiem... 

—  Z największą przyjemnością — ucieszył się lord Peter. — Jeżeli to nie będzie 
dla pana zbytni kłopot. 

—  W  żadnym  razie  —  zapewnił  go  pan  Thipps.  Jego  mina,  kiedy  prowadził 

gościa  wąskim  korytarzem,  upewniła  lorda  Petera  co  do  dwóch  rzeczy:  po 
pierwsze, jego gospodarz wyraźnie cieszył się ze splendoru, jakiego makabryczne 
znalezisko  dodawało  zarówno  jemu  samemu,  jak  i  jego  mieszkaniu;  po  drugie, 
czerpał  jawną  satysfakcję  z  faktu,  iż  łamie  zakaz  inspektora  Sugga,  który 
zabronił  pokazywać  komukolwiek  nieboszczyka.  To  ostatnie  podejrzenie  po-
twierdziło  się,  kiedy  Thipps  zniknął  na  chwilę  w  sypialni,  mówiąc,  że  z  zasady 
trzyma w domu zapasowe klucze do wszystkich drzwi, tak na wszelki wypadek. 

Łazienka  nie  wyróżniała  się  niczym  szczególnym:  wąska  i  długa,  z  oknem 

umieszczonym dokładnie nad końcem wanny. Jego szyby były z matowego szkła, 
a futryna wystarczająco szeroka, żeby zmieściło się w niej ciało mężczyznyLord 
Peter podszedł żywo do okna, otworzył je i wyjrzał na zewnątrz. 

    Mieszkanie  znajdowało  się  na  ostatnim  piętrze  kamienicy,  mniej  więcej 

pośrodku  kondygnacji.  Okno  łazienki  wychodziło  na  podwórze  zabudowane 
różnymi niskimi przybudówkami, komórkami na węgiel, garażami i tak dalej. Za 

background image

10 
 

nimi ciągnęły się ogródki przynależne do kolejnego szeregu domów mieszkalnych. 
Z  prawej  strony,  pośrodku  rozległego  terenu,  wznosił  się  imponujący  gmach 
szpitala  św.  Łukasza  w  Battersea  oraz  połączona  z  nim  zadaszonym  łącznikiem 
rezydencja  słynnego  chirurga,  sir  Juliana  Freke'a.  Kierował  on  oddziałem 
chirurgii tego nowego, wspaniałego szpitala, poza tym znany był na Harley Street 
jako wybitny neurolog o wielce niezależnych poglądach. 

Owe  szczegółowe  informacje  przekazał  lordowi  Peterowi  zaaferowany  pan 

Thipps, który najwyraźniej uważał, iż sąsiedztwo kogoś tak  sławnego rzuca blask 
chwały na lokatorów Queen Caroline Mansions. 

–  Rano  osobiście  nas  odwiedził!  –  opowiadał  Pan  Tipps-  w  związku  z  tą 

wstrętną sprawą. Inspektor Sagg podejrzewał, że któryś z młodych dżentelmenów 
praktykujących  w  szpitalu  medycynę,  mógł  dla  żartu  podrzucić  zwłoki, 
zważywszy, że mają ich pod dostatkiem tam, gdzie robią sekcje.Inspektor spotkał 
się  więc  z  samego  rana  z  sir  Julianem,  żeby  się  dowiedzieć,  czy  nie  brakuje  im 
żadnego  ciała.  Sir  Julian  okazał  wielką  uprzejmość,  zaiste  wielką  uprzejmość, 
chociaż  był  akurat  w  trakcie  sekcji.  Sprawdził  rejestry,  żeby  się  upewnić  ,  czy 
żadne zwłoki nie zaginęły, a nawet raczył pofatygować się tutaj, żeby na własne 
oczy  zobaczyć  …to.  –  Pan  Thipps  wskazał  wannę.  —  Po  czym  stwierdził,  że 
bardzo żałuje, ale nie może nam pomóc: ze szpitala nie zginęły żadne zwłoki, a na 
dodatek ten tutaj nie odpowiada wyglądem żadnemu nieboszczykowi na stanie. 

—Ani żadnemu pacjentowi tego szpitala, mam nadzieję — rzucił od niechcenia 

lord Peter. 

Na tę makabryczną aluzję pan Thipps pobladł jak ściana. 

— Nie słyszałem, żeby inspektor Sugg się o to dopytywał — odparł z pewnym 

zdenerwowaniem.  —  Cóż  by  to  była  za  koszmarna  historia!  W  ogóle  o  tym  nie 
pomyślałem, milordzie, niech mnie Bóg ma w swojej opiece! 

— Cóż,  gdyby  rzeczywiście  zaginął  im  pacjent,  zapewne do  tej  pory  zdążyliby 

już to odkryć — rzekł lord Peter. — Przyjrzyjmy się lepiej temu tutaj. 

A umieszczając monokl w oczodole, zauważył: 

— Widzę, że ma pan problem z osiadającą sadzą. Paskudna sprawa, prawda? 

Ja  też  się  z  tym  biedzę  —  niszczy  mi  książki,  wie  pan?  Och,  i  proszę  się  nie 
fatygować, jeśli nie ma pan ochoty na bliższe oględziny... 

Z drżącej dłoni pana Thippsa wyjął róg prześcieradła, które zostało narzucone 

na wannę, i poderwał je do góry. 

W  wannie  leżały  zwłoki  wysokiego,  tęgiego  mężczyzny  około  pięćdziesiątki. 

Włosy — gęste, czarne i naturalnie kręcone — strzygła i układała jakaś wprawna 
ręka.  Wydzielały  one  słabą  woń  fiołków,  wyraźnie  wyczuwalną  w  dusznym 
powietrzu łazienki. Rysy mężczyzny były grube, mięsiste i wyraziste; człowiek ten 
miał  nieco  wyłupiaste,  ciemne  oczy  i  długi,  orli  nos  zakrzywiony  ku  wydatnej 
brodzie.  Wargi  w  gładko  wygolonej  twarzy  były  pełne  i  zmysłowe,  a  opadająca 
szczęka  odsłaniała  pożółkłe  od  tytoniu  zęby.  Na  nosie  zmarłego  tkwiły  złote 
binokle,  swoją  groteskową  elegancją  kpiąc  z  majestatu  śmierci.  Cienki,  złoty 

background image

11 
 

łańcuszek  spoczywał  półkoliście  na  nagiej  piersi.  Nogi  mężczyzny  były  sztywno 
wyprostowane,  ręce  opuszczone  wzdłuż  ciała,  a  palce  dłoni  w  naturalny  sposób 
zgięte. Lord Peter uniósł ramię zmarłego i ze zmarszczonym czołem przyjrzał się 
jego dłoni. 

— Wygląda  na  to,  że  pański  gość  był  dandysem  —  mruknął.  —  Fiołek 

parmeński  i  manikiur.  —  Pochylił  się  i  wsunął  dłoń  pod  głowę  mężczyzny. 
Absurdalnie wyglądające binokle zsunęły się z nosa zmarłego i z brzękiem wpadły 
do wanny. A odgłos ten do reszty wytrącił z równowagi biednego pana Thippsa. 

— Proszę mi wybaczyć — jęknął — ale z tego wszystkiego zrobiło mi się nieco 

słabo. 

Z  tymi  słowami  wymknął  się  z  łazienki.  Lord  Peter  natychmiast  uniósł  ciało, 

ostrożnie odwrócił je i z przechyloną głową przyglądał mu się bacznie przez swój 
monokl niczym  Joseph  Chamberlain  studiujący  rzadki  okaz  orchidei.  Następnie, 
opierając głowę zmarłego na swoim ramieniu, wyjął z kieszeni posrebrzane pudeł-
ko  na  zapałki i  wsunął je  w  otwarte  usta mężczyzny.  Cmoknął, ponownie ułożył 
ciało w wannie, a ująwszy w dłoń tajemnicze binokle, obejrzał je z uwagą, włożył 
sobie na nos i przez chwilę przez nie patrzył. Z jego ust wydobyło się też kolejne 
cmoknięcie. Na koniec z powrotem umieścił binokle na nosie zmarłego, nie chcąc 
zostawiać  żadnych  śladów  swojej  bytności  i  niepotrzebnie  irytować  inspektora 
Sugga.  Ostatni  raz  poprawił  ułożenie  ciała,  po  czym  znów  podszedł  do  okna  i 
wychyliwszy  się  przez  parapet,  zamachnął  się  w  lewo  i  w  prawo  laską,  którą 
zabrał  ze  sobą  bez  wyraźnej  przyczyny.  Jako  że  nic  nie  wyszło  z  tego 
eksperymentu, cofnął się, zamknął okno i dołączył do gospodarza czekającego nań 
w korytarzu. 

Gdy  znaleźli  się  ponownie  w  salonie,  pan  Thipps,  wzruszony  ciepłym 

zainteresowaniem  okazanym  mu  przez  młodszego  syna  diuka,  pozwolił  sobie 
zaproponować mu filiżankę herbaty. Lord Peterktóry stał przy oknie i podziwiał 
panoramę parku Battersea, już miał przyjąć zaproszenie, ale w tej samej chwili u 
wylotu  Prince  Of  Wales  Road  ukazał  się  ambulans.  Na  jego  widok  lord  Peter 
natychmiast  przypomniał  sobie,  że  jest  już  umówiony  i  wykrzyknąwszy:  —  Na 
Jowisza! — pożegnał szybko pana Thippsa. 

— Matka  przesyła  panu  wyrazy  uszanowania,  i  tak  dalej  —  rzucił,  ściskając 

serdecznie  jego dłoń.  —  Ma nadzieję  wkrótce  znów  zobaczyć  pana w  Denver.  Do 
widzenia, pani Thipps — zwrócił się głośno do staruszki. — Nie, nie, drogi panie, 
niechże się pan nie fatyguje na dół. 

I  już  go  nie  było.  Wyszedł  na  ulicę  i  skręcił  w  stronę  stacji  w  tym  samym 

momencie,  gdy  z  przeciwnej  strony  pod  budynek  zajechał  ambulans  i  wysiadł  z 
niego  inspektor  Sugg  wraz  z  dwoma  konstablami.  Inspektor  zamienił  słowo  z 
funkcjonariuszem  dyżurującym  przed  wejściem,  obrzucając  podejrzliwym 
spojrzeniem oddalające się plecy lorda Petera. 

— Dobry, stary Sugg — westchnął ciepło tenże. — Drogi stary dureń! Jakże on 

mnie nienawidzi. 

background image

12 
 

 

 

Świetna  robota,  Bunter!  —  stwierdził  lord  Peter,  opadając  z  westchnieniem  na 

miękki, luksusowy fotel. — Sam bym się lepiej nie spisał. Na samą myśl o Dantem ślinka 
napływa  mi  do  ust  —  nie  mówiąc  już  o  Czterech  synach  Ajmona.  Na  dodatek 
zaoszczędziłeś całe sześćdziesiąt funtów, wspaniale. Na co je wydamy, Bunter? Po-
myśl  tylko,  są  nasze  i  możemy  z  nimi  zrobić,  co  tylko  dusza  zapragnie.  Jak 
słusznie  zauważył  Harold  Skimpole,  w  „Samotni",  zaoszczędzone  sześćdziesiąt 
funtów to zyskane sześćdziesiąt funtów, no i ja zamierzam wydać je co do pensa. 
Czego  nam  potrzeba?  Może  ty  masz  jakiś  pomysł?  Chciałbyś  coś  zmienić  w 
mieszkaniu? 

— No  cóż,  milordzie,  skoro  wasza  lordowska  mość  jest  tak  łaskawy...  — 

Służący zawahał się, a butelka, z której miał nalać do kieliszka wybornej brandy, 
znieruchomiała w powietrzu. 

— Śmiało,  Bunter,  ty  niepoprawny  stary  hipokryto.  Nie  musisz  być  taki 

sztywny, jak wtedy, gdy oznajmiasz, że właśnie podano do stołu. „Głos jest głosem 
Jakuba,  ale  ręce  —  rękami  Ezawa!" 

3

Czegóż  to  teraz  pożąda  twoja  prześwietna 

ciemnia? 

— Jest  do  nabycia  taki  anastygmat  symetryczny  z  zestawem  zapasowych 

soczewek,  milordzie  —  odparł  Bunter,  a  w  jego  głosie 

dało  się  słyszeć  coś  w 

rodzaju  religijnego  uniesienia.  —  Gdyby  trafiło  się  nam  fałszerstwo  albo  trzeba 
było  sfotografować  ślady  stóp,  mógłbym  od  ręki  wykonać  odpowiednie 
powiększenie. Przydałby się też większy kąt obrazu. Proszę  tylko na to spojrzeć, 
milordzie — zupełnie jakby aparat miał oczy z tyłu głowy….. 
      Wydobył z kieszeni katalog i z drżeniem podsunął swojemu panu. 

      Lord  Peter  starannie  przestudiował  opis,  unosząc  kąciki  wąskich  ust  w 
uśmiechu. 

— Dla  mnie  to  istna  chińszczyzna  –  oznajmił  -  a  50  funtów  wydaje  się 

paskarską  ceną  za  kawałek  szkła.  Ale  ty  nazwałbyś  zapewne  marnotrawstwem 
zakup  wyświechtanej,  starej  książki  w  martwym  języku  za  750  funtów,  zgadza 
się, Bunter? 

— Nie jest moją rolą ferowanie podobnych ocen, milordzie. 
— Rzeczywiście, Bunter, płacę ci 200 funtów rocznie, żebyś zachowywał swoje 

opinie  dla  siebie.  Powiedz  mi  jednak,  skoro  już  przyszło  nam  żyć  w  tak 
demokratycznych czasach , czy nie uważasz tego za niesprawiedliwe? 

— Nie, milordzie. 

— Nie uważasz. A mógłbyś mi tak zupełnie otwarcie powiedzieć, dlaczego? 

                                                             

3

 

Biblijni bliźniacy z Księgi Rodzaju, Biblia Tysiąclecia (przypisy, oprócz tych inaczej 

oznaczonych, pochodzą od tłumacza

 

background image

13 
 

— Szczerze  mówiąc,  dochód,  jaki  wasza  lordowska  mość  czerpie  ze  swego  szlachectwa, 
również  zobowiązuje  go  do  tego,  aby  na  przykład  zaprosiwszy  lady  Worthington  na  kolację 
powściągnąć swoją skłonność do szafowania niewątpliwie cennymi ripostami. 

    Lord Peter rozważał przez chwilę jego słowa. 

  —

4

 A więc tak to widzisz, Bunter? 

Noblesse oblige * 

i skłania do rozwagi. Śmiem twierdzić, że 

się nie mylisz. W takim jednak razie twoje położenie jest o niebo lepsze od mojego, ponieważ 
ja, nawet będąc bez grosza, musiałbym okazywać szacunek lady Worthington. A ty, Bunter, 
powiedziałbyś mi szczerze, co o mnie myślisz, gdybym cię teraz odprawił ze służby? 

—  Nie, milordzie. 
Lecz  miałbyś  do  tego  święte  prawo,  a  gdybym  na  dodatek  ośmielił  się  zwolnić  cię  za  tę 

szatańską  kawę,  którą  parzysz,  zasłużyłbym  na  jak  najostrzejsze  słowa  krytyki.  W  sztuce 
parzenia  kawy  jesteś  niezrównany,  Bunter.  Nie  wiem,  jak  ty  to  robisz  i  nie  chcę  wiedzieć,  bo 
niechybnie musisz uciekać się w tej kwestii do czarnej magii, a ja nie zamierzam się narażać na 
wieczne potępienie. Możesz więc kupić sobie te swoje szkiełka. 

—Dziękuję waszej lordowskiej mości. 

—  A skończyłeś już w jadalni? 

—  Nie całkiem, milordzie. 
—  W  takim  razie  wróć  tutaj,  jak  tylko  skończysz. Mam  ci  mnóstwo rzeczy  do  powiedzenia... 

Ho, ho, a kogóż to licho niesie? 

Bo też głośno zaterkotał dzwonek przy drzwiach wejściowych. 

—  Nie ma mnie w domu, chyba że to ktoś interesujący. 
—  Tak jest, milordzie. 

Bibliotekę  lorda  Petera  śmiało  można  było  zaliczyć  w  poczet  najprzyjemniejszych 

kawalerskich  kryjówek  w  całym  Londynie.  Utrzymana  była  w  kolorach  czarnym  i  bladożółtym. 
Ściany od podłogi do sufitu pokrywały półki zastawione białymi krukami, zaś tapicerowane fotele 
i wygodna sofa w stylu Chesterfield przywodziły na myśl czułe objęcia hurys. W rogu pysznił się 
czarny,  salonowy  fortepian,  ogień  tańczył  w  szerokim,  staroświeckim  palenisku,  a  stojące  na 
gzymsie  kominka  porcelanowe  wazony  pełne  były  czerwonych  i  złocistych  chryzantem.  Oczom 
młodego  człowieka,  którego  wprowadzono  wprost  z  listopadowej  mgły,  pokój  ten  wydał  się  nie 
tylko  olśniewający  i  wyjątkowy  na  wzór  nieosiągalnego  klejnotu,  ale  zarazem  ciepły  i  przyjazny 
niczym pastelowe, pozłacane przedstawienia raju ze średniowiecznych malowideł. 

—  Pan Parker, milordzie. 
Lord Peter z autentyczną radością zerwał się z fotela. 

— 

 Mój drogi przyjacielu, jakże mnie cieszy twój widok! Paskudna mgła, nieprawdaż? Bunter, 

przynieś  więcej  swojej niezrównanej  kawy,  dodatkowy kieliszek  i cygara.  Parker,  mam nadzieję, 
że  przynosisz  wieści  o  jakiejś  ohydnej  zbrodni.  Dziś  wieczorem  nie  zadowoli  nas  nic  bardziej 
banalnego od podpalenia czy morderstwa. Bunter i ja zaczynaliśmy właśnie intonować 

Nie marzyć w 

taką noc, jak dziś... 

Na aukcji u sir Ralpha Brocklebury'ego zdobyłem Dantego i praktycznie unikalne 

wydanie  Caxtona;  Bunter,  który  w  moim  imieniu  dobił  targu,  zamierza  sprawić  sobie  aparat, 
który to na ślepo wyczynia rozmaite cudowności, a poza tym: 

Mamy jeszcze zwłoki w wannie, 

Mamy jeszcze zwłoki w wannie! 

Nas nie skusi nic, 

Żadne sensacje tanie, 

My wołimy nasze zwłoki w wannie! 

— 

Tak jest, Parker, nic nie może się z tym równać. Zwłoki są co prawda moje, ale możemy się 

podzielić. Ostatecznie to własność firmy. Jesteś zainteresowany? Tyle że też musisz coś wnieść do 

                                                             

4

 * Szlachectwo zobowiązuje (franc). 

 

background image

14 
 

wspólnej  puli. 

Cokołwiek. 

Może  ty  też  masz  na  stanie  jakieś  zwłoki?  Och,  oby  tak  było!  Każde 

takowe mile widziane. 

Kiedy kto napotka z nagła 

Nieboszczyka w cudzej wannie, 

Pytać go o sprawcę zbrodni 

Ni to mądrze, ni to ładnie. 

Zwłaszcza gdy Sugg idiota tam się miota. 

I  już.  Bo  wystarczyło  jedno  spojrzenie  w  szkliste  oczy  tegoż  jegomościa,  żeby  uniżony  sługa 

waszmości wszystko pojął w lot! 

—  Ach! — zawołał Parker. — Byłem pewien, że trafisz do Queen Caroline Mansions. Też tam 

zajrzałem i spotkałem  Sugga. Wyznał, że cię widział, i był z tego powodu bardzo niezadowolony. 
Nazwał twoją wizytę nieuzasadnionym wtargnięciem. 

—  Wiedziałem,  że  tak  powie  —  odparł  lord  Peter.  —  Uwielbiam  się  droczyć  ze  starym, 

dobrym  Suggiem,  zawsze  jest  taki  gburowaty.  Wyczytałem  w 

The  Star, 

że  tym  razem  znów  się 

popisał, aresztując tę nieszczęsną Gladys Jakjejtam. Sugg — gwiazda wieczoru, niezawodny Sugg! 
Ale czego 

ty 

właściwie tam szukałeś? 

—  Prawdę  mówiąc  —  odrzekł  Parker  —  wybrałem  się  sprawdzić,  czy  ów  anonimowy 

nieboszczyk o semickich rysach spoczywający w wannie pana Thippsa to nie jest przypadkiem sir 
Reuben Levy. Niestety nie. 

—  Sir Reuben Levy? Chwileczkę, coś mi świta. Już wiem! Widziałem dziś nagłówek w prasie: 

„Tajemnicze zniknięcie znanego finansisty". O co chodzi? Nie zdążyłem doczytać. 

 

—  Cóż,  sprawa  jest  trochę  dziwna,  ale  śmiem  twierdzić,  że  to  nic  poważnego  —  staruszek 

najpewniej postanowił czmychnąć z jakiegoś sobie tylko znanego powodu. Stało się to dziś rano i 
pies z kulawą nogą by się tym nie przejął, gdyby nie fakt, że akurat dzisiaj Levy był umówiony na 
jakieś arcyważne spotkanie, na którym miał sfinalizować milionowy interes, nie znam wszystkich 
szczegółów.  Wiem  tylko,  że  jego  wrogowie  wcale  by  się  nie  zmartwili,  gdyby  ów  interes  nie 
wypalił,  kiedy  więc  dotarły  do  mnie  pogłoski  o  trupie  w  wannie,  zaraz  popędziłem  mu  się 
przyjrzeć.  Nie  wydawało  się  to  zbyt  prawdopodobne,  ale  w  naszym  zawodzie  zdarzają  się 
najróżniejsze  nieprawdopodobieństwa.  Najśmieszniejsze,  że  Sugg  wbił  sobie  do  głowy,  że  to  jest 
sir Reuben Levy i jak szalony telegrafuje teraz do lady Levy, usiłując ją nakłonić, żeby przyjechała 
i zidentyfikowała męża. Tymczasem owemu jegomościowi w wannie nie bliżej do sir Reubena niż 
nieszczęsnemu Adolfowi Beckowi do tego łajdaka Johna Smitha5. Zastanawiające, że gdyby miał 
brodę,  rzeczywiście  wyglądałby  niemal  jak  lustrzane  odbicie  sir  Reubena,  a  zważywszy,  że  lady 
Levy przebywa z rodziną za granicą, ktoś może stwierdzić, że to on, co pozwoli Suggowi zbudować 
sobie śliczną teorię, równie imponującą i trwałą jak wieża Babel. 

—  Sugg  to  kochany,  głupi  osioł  —  stwierdził  lord  Peter.  —  Wypisz  wymaluj  detektyw  z 

powieści  kryminalnej.  No  cóż,  nie  znam  Levy'ego,  ale  widziałem  zwłoki  i  moim  zdaniem  ten 
pomysł jest co najmniej niedorzeczny... Jak ci smakuje brandy? 

—  Rewelacja,  Wimsey.  Takie  rzeczy  sprawiają,  że  zaczynam  wierzyć  w  istnienie  raju.  Ale 

pora na twoją opowieść. 

—  Pozwolisz,  że  zaczekamy  na  Buntera?  Cóż  to  za  nieoceniony  Człowiek  —  służący  z 

aparatem  w  dłoni.  Co  ciekawe,  zawsze  jest  pod  ręką,  kiedy  mam  ochotę  wziąć  kąpiel  albo 
potrzebuję czystych butów. Nie wiem, kiedy on to wszystko robi, chyba we śnie. Bunter! 

                                                             

5Adolf Beck (1841-1909), dwukrotnie niesłusznie skazany za oszustwa, których n u  popełnił. 
Prawdziwy przestępca nazywał się Wilhelm Meyer i był niezwykle podobny ■ I" 

Becka. Po 

schwytaniu Meyera Beck został ułaskawiony i otrzymał finansowe zadość -Ui lynienie za lata 
spędzone w więzieniu, zmarł jednak wkrótce potem jako schorowany > łamany człowiek. Sprawa 
Becka zaowocowała ważnymi zmianami w brytyjskim sy-lU......sądowniczym, m.in. utworzeniem 
sądu apelacyjnego. 

background image

15 
 

—  Tak, milordzie. 
—  Przestań  się  tam  guzdrać,  weź  sobie  coś  porządnego  do  picia  i  dołącz  do  naszej  wesołej 

gromadki. 

—  Oczywiście, milordzie. 
—  Bo  pan  Parker  ma  dla  nas  nową  sztuczkę.  Nazywa  się  „Znikający  finansista".  Żadnego 

oszustwa.  Szast,  prast  —  i  gdzież  on  się  podział?  Może  ktoś  z  widowni  łaskawie  zechce 
pofatygować się na scenę i z bliska obejrzeć magiczną skrzynię? Dziękuję, sir. Ręka jest szybsza 
niż oko... 

—  Obawiam się, że nie ma o czym opowiadać — odparł Parker. — To jedna z tych historii, w 

których  fakty  nie  pozostawiają  wielkiego  pola  do  spekulacji.  Sir  Reuben  Levy  zjadł  wczoraj  w 
Ritzu kolację z trojgiem przyjaciół. Po posiłku jego przyjaciele udali się do teatru, on zaś wymówił 
się  pilnym  spotkaniem.  Jak  dotąd  nie  udało  mi  się  jeszcze  wyśledzić,  z  kim  był  umówiony. 
Następnie punktualnie o północy wrócił do domu przy Park Lane 

A. 

—  Ktoś go widział? 
—  Kucharka  właśnie  kładła  się  spać.  Zdążyła  jeszcze  dostrzec  go  na  progu  i  usłyszeć,  jak 

wchodzi do środka. Poszedł na górę, zostawiając szynel na wieszaku, a parasol na stojaku w holu 
— bo pamiętasz, jak wczoraj padało. Rozebrał się i położył do łóżka. Nazajutrz wszelki ślad po nim 
zaginął. To wszystko — zakończył gwałtownie Parker i machnął ręką. 

—  Na  pewno  nie  wszystko.  Mój  kochany,  nie  daj  się  prosić,  to  nie  jest  nawet  połowa  tej 

historii! 

—  Ależ  tak,  słowo  daję.  Kiedy  rano  służący  przyszedł  go  obudzić,  nikogo  nie  zastał.  Widać 

było,  że  jego  pan  spędził  noc  w  swoim  łóżku,  piżama  i  wszystkie  części  garderoby  wciąż  były  w 
sypialni, z tym że — co było dość zaskakujące — zostały niedbale ciśnięte na otomanę w nogach 
łóżka,  zamiast  jak  zwykle  leżeć  porządnie  złożone  na  fotelu.  Jak  się  okazuje,  sir  Reuben 
przywiązywał  wielką  wagę  do  porządku.  Mogłoby  to  wskazywać,  że  źle  się  czuł  albo  działał  w 
stanie  wielkiego  wzburzenia.  Nie  brakowało  żadnych  czystych  ubrań,  garnituru,  trzewików, 
niczego. Obuwie, które miał na sobie poprzedniego dnia, jak zwykle stało w garderobie. Umył się, 
wyczyścił zęby i wykonał wszystkie zwykłe czynności toaletowe. Służąca, która o wpół do siódmej 
sprzątała  w  holu,  przysięga,  że  później  nikt  nie  wchodził  ani  nie  wychodził  z  domu.  Siłą  rzeczy 
nasuwa  się  przypuszczenie,  że  powszechnie  szanowany  żydowski  finansista  w  sile  wieku  albo 
oszalał między północą a szóstą rano i niepostrzeżenie opuścił dom w listopadową noc nagi jak go 
Pan  Bóg  stworzył,  albo  został  jak  w  bajkach  uprowadzony  przez  siłę  nieczystą  z  duszą  i  ciałem, 
pozostawiając po sobie jedynie stertę odzieży. 

—  A drzwi wejściowe były zaryglowane? 
—  Jakie  to  do  ciebie  podobne,  z  miejsca  zadać  tak  wnikliwe  pytanie.  Mnie  przyszło  ono  do 

głowy dopiero po godzinie. Otóż wyobraź sobie, że nie. Wbrew powszechnie panującym zwyczajom 
był tam tylko zamek typu yale. Z drugiej strony, pokojówki dostały wieczorem wychodne do teatru 
i niewykluczone, że sir Reuben z rozmysłem zostawił drzwi otwarte, sądząc, iż jeszcze nie wróciły. 
Już wcześniej zdarzało mu się to robić. 

—  I to wszystko? 
—  Prawie. Z wyjątkiem jednego nieistotnego drobiazgu. 
—  Uwielbiam  nieistotne  drobiazgi  —  zawołał  lord  Peter,  rozradowany  jak  dziecko.  — 

Mnóstwo ludzi powieszono właśnie z ich powodu. Co to takiego? 

—  Sir Reuben i lady Levy, będąc niezwykle dobranym małżeństwem, dzielą ze sobą sypialnię. 

Jak już wspominałem, lady Levy udała się do Francji w celu podreperowania zdrowia. Podczas jej 
nieobecności sir Reuben śpi po swojej stronie małżeńskiego łoża, od lat tej samej, to znaczy dalej 
od  ściany.  Wczorajszej  nocy  jednak  złączył  dwie  poduszki  i  spał  pośrodku,  a  przynajmniej  bliżej 
ściany, niżto ma w zwyczaju. Pokojówka, wyjątkowo bystra osóbka, zwróciła na to uwagę rano, 
kiedy przyszła pościelić łóżko. Kierując 

się instynktem godnym detektywa, uznała, że nie powinna 

niczego i  ruszać, więcej, zabroniła komukolwiek dotykać pościeli, chociaż policję zdecydowano się 
zawiadomić dopiero znacznie później. 

—  W domu nie było też nikogo poza sir Reubenem i służbą? 

background image

16 
 

— 

Nie.  Lady  Levy  z  córką  i  jedną  ze  służących  jest  za  granicą.  W   domu  byli  jedynie  lokaj, 

kucharka,  pokojówka  i  podkuchenna.  Oczywiście  zmarnowali  całą  godzinę  na  bezsensowną 
paplaninę rozsiewanie plotek. Ja sam dotarłem na miejsce około dziesiątej

 

—  I cóż ciekawego porabiałeś od tamtej pory? 
—  Usiłowałem  poznać  tożsamość  owej  tajemniczej  osoby,  z  którą  sir  Reuben  był  poprzedniego 

wieczoru umówiony, jako że z wyjątkiem kucharki była to zarazem ostatnia osoba, która widziała 
go przed zniknięciem. Być może wszystko to da się jakoś racjonalnie wytłumaczyć, ale niech mnie 
kule  biją,  jeśli  coś  sensownego  przychodzi  mi  do  głowy.  Do  licha,  nikt  nie  wraca  do  domu  i  nie 
kładzie  się  spać  tylko  po  to,  żeby  w  środku  nocy  wymaszerować  na  zewnątrz  goły  jak  święty 
turecki. 

—  Mógł mieć na sobie jakieś przebranie. 

—  Też  na  to  wpadłem.  W  gruncie  rzeczy  to  chyba  jedyne  rozsądne  wytłumaczenie.  Ale  to 

szalenie  zagadkowe,  Wimsey.  Znana  persona  z  City  wymyka  się  w  środku  nocy  w  przededniu 
ważnej  transakcji,  nikogo  nie  uprzedzając,  w  całkowitym  przebraniu,  zostawiając  w  domu 
zegarek, portfel, książeczkę czekową i — co najważniejsze i najbardziej zastanawiające — binokle, 
bez których jako krótkowidz praktycznie nie jest w stanie się poruszać. Na dodatek... 

—  To  akurat  jest  bardzo  ważne  —  przerwał  mu  Wimsey.  —  Jesteś  pewien,  że  nie  wziął  ze 

sobą innej pary? 

—  Służący  zaklina  się,  że  miał  tylko  dwie  pary,  z  których  jedną  znaleziono  na  toaletce,  a 

drugą w szufladzie — czyli tam, gdzie zawsze trzymał ją sir Reuben. 

Lord Peter zagwizdał. 

—  I tu mnie masz, Parker. Bo nawet gdyby zamierzał popełnić samobójstwo, nie wyszedłby z 

domu bez binokli. 

—  Na  to  wygląda,  chyba  że  samobójstwo  miało  polegać  na  rzuceniu  się  na  oślep  pod  koła 

pierwszego  lepszego  samochodu.  Tak  czy  inaczej,  nie  zaniedbałem  i  tego  wątku.  Sprawdziłem 
informacje o wszystkich dzisiejszych wypadkach drogowych i mogę z czystym sercem zaświadczyć, 
że  w  żadnym  z  nich  ofiarą  nie  był  sir  Reuben.  Poza  tym  zabrał  ze  sobą  klucz  do  drzwi 
wejściowych, zupełnie jakby zamierzał wrócić. 

—  A spotkałeś się z ludźmi, z którymi jadł wczoraj kolację? 

—  Dwóch znalazłem w klubie. Stwierdzili, że sprawiał wrażenie człowieka w pełni sił i w jak 
najlepszym humorze, wspominał o swoim zamiarze dołączenia za jakiś czas do lady Levy — naj-
prawdopodobniej w okolicy świąt Bożego Narodzenia — i z wielkim zadowoleniem mówił o 
porannej transakcji, w której miał zresztą uczestniczyć jeden z nich, niejaki Anderson z Wyndham 

—  I  przynajmniej  aż  do  godziny  dziewiątej  nie  przejawiał  żadnego  zamiaru  ani  chęci,  żeby 

rozpłynąć się w powietrzu? 

—  Absolutnie nie, chyba że jest naprawdę utalentowanym aktorem. Cokolwiek skłoniło go do 

tego  kroku,  musiało  zdarzyć  się  albo  w  trakcie  owego  tajemniczego  spotkania, na  które  miał  się 
stawić po kolacji, albo gdy był już w łóżku, między północą a wpół do szóstej rano. 

—   No i co o tym sądzisz, Bunter? — zapytał lord Peter. 
—  Nie  znam  się  na  takich  sprawach,  milordzie.  Ale  to  dziwne,  że  dżentelmen  na  tyle 

zdenerwowany  czy  cierpiący,  żeby  nie  złożyć  porządnie  swoich  rzeczy  przed  snem,  pamięta  o 
umyciu  zębów  i  wystawieniu  trzewików  do  czyszczenia.  Są  to  akurat  te  dwie  rzeczy,  o  których 
najczęściej się zapomina, milordzie. 

—  Jeżeli  to  miał  być  osobisty  przytyk,  Bunter  —  uśmiechnął  się  lord  Peter  —  mogę  tylko 

powiedzieć,  że  uważam  całą  sprawę  za  niewartą  wzmianki.  Parker,  drogi  przyjacielu, 
przychodzisz  z  niezwykle  ciekawą  zagadką.  Nie  chciałbym  się  narzucać,  ale  z  przyjemnością 
obejrzałbym jutro ową sypialnię. Nie chodzi o to, że ci me ufam, mój drogi, ale wprost palę się z 
ciekawości. Nie odmawiaj mi, proszę. Skosztuj jeszcze kropelkę mojej zacnej brandy, zapal cygaro, 
tylko broń Boże mi nie odmawiaj! 

—  Oczywiście,  możesz  przyjść  i  się  rozejrzeć.  Zapewne  znajdziesz  mnóstwo  rzeczy,  które  ja 

sam przeoczyłem — odparł Parker ze spokojem, chętnie się częstując. 

background image

17 
 

—  Parker,  serce  ty  moje,  jesteś  prawdziwą  chlubą  Scotland  Yardu.  Kiedy  na  ciebie  patrzę, 

Sugg  wydaje  mi  się  zjawą,  mrzonką,  snem  idioty,  snutym  w  nocną  godzinę  przez  jakiegoś 
oszalałego  poetę.    Sugg  jest  zbyt  doskonały,  żeby  istnieć  naprawdę.  A  propos,  co  on  właściwie 
sądzi o tych zwłokach w wannie? 
— 

Jego zdaniem — wycedził Parker — przyczyną śmierci był cios zadany w kark. Lekarz to 

potwierdził. Twierdzi też, że ofiara nie żyje już podobno od dnia lub dwóch. To również stwierdził 
lekarz. Sugg oznajmił mi, że jest to ciało zamożnego Żyda około pięćdziesiątki, co przecież widać 
gołym okiem. Uważa za niedorzeczny pomysł, aby nieboszczyk dostał się do łazienki przez okno i 
nikt  tego  nie  zauważył.  Jego  zdaniem  najprawdopodobniej  wszedł  o  własnych  siłach  frontowym 
wejściem  i  został  zamordowany  przez  kogoś  w  mieszkaniu.  Aresztował  służącą,  ponieważ  jest 
niska, drobna i całkowicie niezdolna powalić rosłego, silnego mężczyznę przy pomocy pogrzebacza. 
Aresztowałby też Thippsa, gdyby nie to, że ten spędził akurat cały wczorajszy i przedwczorajszy 
dzień w Manchesterze i wrócił dopiero późnym wieczorem. Zresztą o mały włos by go aresztował, 
ale przypomniałem mu, że ofiara nie żyje przecież od dwudziestu czterech albo nawet czterdziestu 
ośmiu godzin, więc ten biedak Thipps nie mógłby go wykończyć poprzedniego wieczoru o wpół do 
jedenastej. Nie zdziwiłoby mnie jednak, gdyby aresztował go jutro jako wspólnika zbrodni, a wraz 
z nim tę dziergającą staruszkę. 

— 

Cóż, cieszę się, że nieszczęśnik ma chociaż jakie takie alibi — westchnął lord Peter. — Chociaż 

jeśli  opierasz  swoje  przekonanie  wyłącznie  na  takich  przesłankach  jak  stężenie  zwłok,  ich  zasi-
nienie  i  inne  tego  rodzaju  przyjemne  drobnostki,  musisz  się  liczyć,  że  jakiś  wredny  sceptyk  z 
obrony  obali  z  hukiem  wszystkie  twoje  medyczne  dowody.  Pamiętasz  popisowy  występ  Impeya 
Biggsa  w  sprawie  herbaciarni  z  Chelsea?  Sześciu  przeklętych  medyków  zaprzeczało  sobie 
nawzajem,  składając  zeznania,  a  stary  Impey  jak  z  rękawa  wyciągał  kolejne  przykłady 
nietypowych  przypadków  znanych  medycynie  sądowej,  cytując  przy  tym  Glaistera  i  Dixona 
Manna, aż ławnikom kręciło się w głowach! „Czy jest pan gotów przysiąc, doktorze Thingumtight, 
że  za  czas  zgonu  można  bez  cienia  wątpliwości  uznać  początek  rigor  mortis?  „Z  doświadczenia 
mogę  stwierdzić,  że  jest  tak  w większości  przypadków",  odpowiada  doktor, cały  sztywny.  „Ach!", 
Biggs na to. „Panie doktorze, to jest sąd, a nie wybory parlamentarne. Nie możemy opierać się na 
zdaniu większości. Prawo, doktorze Thingumtight, szanuje prawa mniejszości, zarówno żywej, jak 
i martwej". W tym momencie jakiś osioł wybuchnął śmiechem, a stary Biggs wypiął pierś i uderzył 
w  wysokie  tony:  „Panowie,  tu  nie  ma  się  z  czego  śmiać!  Mój  klient  —  prawy  i  powszechnie 
szanowany  dżentelmen  —  walczy przed  sądem  o własne  życie —  o własne  życie,  panowie —  zaś 
rolą  oskarżenia  jest  udowodnić  jego  winę  —  o  ile  to  w  ogóle  możliwe  —  bez  cienia  wątpliwości. 
Doktorze  Thingumtight,  zapytam  pana raz  jeszcze, czy  może  pan  uroczyście  przysiąc,  bez  cienia 
wątpliwości,  że  owa  nieszczęsna  kobieta  rozstała  się  z  życiem  nie  wcześniej  i  nie  później  niż  w 
czwartek  wieczorem?  Prawdopodobnie  tak?  Panowie,  nie  jesteśmy  jezuitami,  tylko  uczciwymi 
Anglikami. Nie można nakłaniać rodowitych Brytyjczyków, zasiadających na ławie przysięgłych, 
żeby  skazywali  kogokolwiek na  podstawie  tak  niepewnej  opinii".  Na  co  przez  salę  przetoczył  się 
szmer uznania

—  Klient Biggsa był jednak winny — zauważył Parker. 

Oczywiście, że był winny. Lecz mimo to go uniewinniono, a twoje słowa każdy sąd uznałby za 
zniesławienie. — Wimsey podszedł do biblioteczki i zdjął z półki tom Medycyny sądowej. — Ri-
gor mortis 
można stwierdzić jedynie w przybliżeniu, o diagnozie decyduje wiele czynników". 
Zachowawczy dureń. „Najczęściej jednak zesztywnienie karku i żuchwy pojawia się pięć do 
sześciu godzin po zgonie" — uhm — „i w większości przypadków ustępuje przed upływem 
trzydziestu sześciu godzin. W pewnych okolicznościach jednakże może wyjątkowo pojawiać się 
wcześniej lub ustępować później!" Bardzo pomocne, co, Parker? „Zdaniem Brown-Seąuarda... 
trzy i pół minuty po śmierci... W pewnych przypadkach nie przed upływem szesnastu godzin od 
chwili zgonu... Może się utrzymywać nawet do dwudziestu jeden dni". Dobry Boże! „Istotne 
czynniki: wiek, umięśnienie, przebyta gorączka, wysoka temperatura otoczenia". I tak dalej, i 
tak dalej, żadnych konkretów. Nie szkodzi. Jeśli chodzi o Sugga, możesz śmiało wytoczyć 
argumenty medyczne, i tak się na tym nie zna. — Lord Peter odrzucił książkę na bok. — Ale 
wracając do faktów, co ty myślisz o tej sprawie? 

background image

18 
 

—  Cóż  —  odparł  detektyw.  —  Właściwie  nie  mam  zdania.  Jeśli  nam  być  szczery,  to  bardzo 

intrygujące.  Moim  zdaniem

 

nieboszczyk  musiał  być  zamożnym  człowiekiem,  ale  takim,  który  do 

majątku  doszedł ciężką pracą, i to całkiem niedawno. 

—  Aha, a więc zauważyłeś odciski na jego dłoniach! Wiedziałem . że tego nie przeoczysz. 

—  Obie stopy miał też całe w pęcherzach. Musiał nosić za ciasne trzewiki. 

—  I  bardzo  długo  w  nich  maszerować  —  dorzucił  lord  Peter  —  żeby  nabawić  się  takich 

odparzeń. Czy to nie zaskakujące u kogoś najwyraźniej zamożnego? 

—  Sam  nie  wiem.  Pęcherze  wyglądały  na  takie  sprzed  dwóch  czy  trzech  dni.  Mógł  któregoś 

wieczoru  utknąć  gdzieś  na  przedmieściach  —  niewykluczone,  że  uciekł  mu  ostatni  pociąg,  a 
taksówki nigdzie nie było — i był zmuszony wracać do domu na piechotę 

—  Być może. 

—  Poza tym całe plecy i jedną nogę miał w drobnych, czerwonych cętkach, których 

pochodzenia nie potrafię wytłumaczyć. 

—  Też to zauważyłem. 

—  Jaka jest twoja teoria? 

—  Później ci powiem. Idźmy dalej. 

—  Był zdecydowanym dalekowidzem, co jest dość zaskakujące u mężczyzny w sile wieku, a 

jego binokle wyraźnie są staroświeckie, mógłby je nosić starzec. Tak się składa, że jest przy nich 

przepiękny, oryginalny łańcuszek z płaskich ogniw z grawerowanym wzorem. Przyszło mi do 

głowy, że dzięki niemu możemy łatwiej ustalić jego tożsamość. 

—   Właśnie kazałem zamieścić w Timesie stosowne ogłoszenie — wtrącił lord Peter. — Mów 

dalej. 

—  Nieboszczyk nosił binokle już od jakiegoś czasu. Dwukrotnie je naprawiano. 

—  Wspaniale, Parker, wspaniale. Zdajesz sobie sprawę, jakie to ważne? 
—  Nie, prawdę mówiąc, chyba nie. Dlaczego? 
—  Później. Kontynuuj. 

—  Nieboszczyk  musiał  być  człowiekiem  ponurym  i  wybuchowym  —  paznokcie  u  rąk  były 
spiłowane do żywego, jakby miał w zwyczaju regularnie je ogryzać, podobnie jak i palce. Palił przy 
tym jak smok i nie używał ustnika. Dbał też bardzo o swój wygląd. 

—  A zdążyłeś się rozejrzeć po łazience? Ja nie miałem sposobności. 

—  Jeśli chodzi o odciski stóp, to nie miałem szczęścia. Sugg i spółka zadeptali całe 

pomieszczenie, nie mówiąc już o małym panu Thippsie i jego służącej, ale zauważyłem wyraźną 

plamę tuż za wezgłowiem wanny, jakby stało tam coś mokrego. Trudno właściwie nazwać to 

tropem. 

—  Oczywiście, całą ubiegłą noc lało jak z cebra. 

—  To prawda. Zauważyłeś może te dziwne ślady odciśnięte w sadzy na parapecie? 

—  Owszem — przytaknął Wimsey. — Zbadałem je nawet wnikliwie przy pomocy tego oto 

cudeńka, ale jedynym wnioskiem, jaki mi się nasunął, było stwierdzenie, że coś lub ktoś musiało 

się tam opierać... — Tu wydobył z kieszonki swój monokl i podał go Parkerowi. 

—  A niech mnie, wyjątkowo silna soczewka. 

—  Rzeczywiście — zgodził się Wimsey. — Bardzo poręczna, kiedy człowiek chce się czemuś 

lepiej przyjrzeć, wyglądając przy tym jak idiota. Nie nadaje się jednak do noszenia na stałe — wi-

dząc cię en face, ludzie myślą sobie: „Dobry Boże! Nieszczęśnik musi niedowidzieć na jedno oko!" 

Mimo to bywa przydatna. 

—  Wespół z Suggiem zbadaliśmy też teren na tyłach kamienicy — podjął Parker — ale 

niczego nie znaleźliśmy. 

background image

19 
 

—  Ciekawe. A sprawdzaliście dach? 

—   Nie. 

—  W takim razie zrobimy to jutro. Rynna znajduje się mniej niż metr od górnej framugi okna, 
zmierzyłem  to  przy  pomocy  laski.  Nazywam  ją  niezbędnikiem  żądnego  przygód  dżentelmena. 
Jest wyposażona w podziałkę, w środku ukrytą ma szpadę, a w główce kompas. Zrobiono ją na 
specjalne zamówienie. Masz dla mnie coś jeszcze? 

Obawiam  się,  że  nie.  Twoja  kolej,  Wimsey.  Myślę,  że  udało  ci  się  już  wypunktować  to,  co 
najważniejsze. Muszę jednak przyznać, że zwróciłem uwagę na kilka nieścisłości, pierwsza rzecz: 
nasz nieboszczyk to człowiek noszący kosztowne, pozłacane binokle — i to na tyle długo, żeby aż 
dwukrotnie  je  reperować.  Mimo  to  jego  zęby  są  nie  tyle  odbarwione,  co  zwyczajnie  zepsute    i 
wyglądają,  jakby  nigdy  ich  nie  mył.  Z  jednej  strony  brakuje  mu  czterech  zębów  trzonowych,  z 
drugiej  trzech,  a  poza  tym  ma  ukruszoną  jedynkę.  Zarazem  musiał  to  być  mężczyzna  dbający  o 
swój wygląd, na co wskazywałyby jego dłonie i uczesanie. I co ty na to? 

—  Och,  znasz  tych  dzisiejszych  dorobkiewiczów.  Nie  dbają  przesadnie  o  zęby  i  trzęsą  się  ze 

strachu przed dentystą. 

—  Racja,  ale  jeden  z  jego  trzonowców  miał  ukruszoną  krawędź,  tak  ostrą,  że  poraniła  mu 

język. Nie ma nic gorszego niż taka ranka. Chcesz mi powiedzieć, że nasz delikwent wolał cierpieć 
katusze, chociaż było go stać na leczenie? 

—  Wiesz,  jacy  ludzie  są  dziwni.  Znam  służące,  które  wolą  skręcać  się  z  bólu,  byle  tylko  nie 

przekroczyć progu gabinetu dentystycznego... Jakżeś to wszystko dojrzał, Wimsey? 

—  Zbadałem  wnętrze  jego  ust  przy  pomocy  latarki  elektrycznej  —  oznajmił  lord  Peter.  — 

Bardzo  poręczny  drobiazg,  wygląda  zupełnie  jak  pudełko  na  zapałki.  Mogę  się  zgodzić  z  twoją 
interpretacją,  chciałem  jednak  zwrócić  ci  uwagę  na  tę  sprawę.  Druga  rzecz:  dżentelmen,  który 
spryskuje  sobie  włosy  wodą  o  zapachu  fiołków  parmeńskich,  robi  manikiur  i  tak  dalej, 
jednocześnie nie myje uszu. Sprawdziłem, były całe zatkane woskiem. Okropność. 

—  Teraz  rzeczywiście  mnie  zaskoczyłeś,  Wimsey.  Niczego  takiego  nie  zauważyłem.  Mimo  to 

nadal twierdzę, że ciężko jest się pozbyć starych nawyków. 

—  Zgoda!  Złóżmy  to  na  karb  złych  przyzwyczajeń.  Punkt  trzeci:  dżentelmen,  który  robił 

manikiur, układał włosy na brylantynę, et cetera, et cetera, cierpiał z powodu pcheł. 

—  Na Jowisza, masz słuszność! Te drobne, czerwone cętki to ślady ukąszeń. Że też sam na to 

nie wpadłem! 

—  Bez  cienia  wątpliwości,  stary  druhu.  Zdążyły  już  zblednąć,  więc  powstały  zapewne  jakiś 

czas temu, ale to z całą pewnością ślady po pchłach. 

—  Kiedy o tym mówisz, wydaje się to tak oczywiste. Jednak każdemu może się zdarzyć być 

pokąsanym przez pchły. Sam przed dwoma tygodniami bezskutecznie walczyłem z takim 

krwiopijcą w najlepszym hotelu w Lincoln. Mam nadzieję, że da się teraz we znaki następnemu 

lokatorowi! 

—  Och, każda z tych rzeczy mogłaby się zdarzyć każdemu — ale nie wszystkie naraz. Punkt 

czwarty:  dżentelmen,  który  gustuje  w  zapachu  fiołków  parmeńskich,  et  cetera,  myje  całe  ciało 
silnym  mydłem  karbolowym  —  tak  silnym,  że  dwadzieścia  cztery  godziny  później  jego  woń  jest 
wciąż wyczuwalna. 

—  Karbolem zwalcza się pchły. 
—  Na  Boga,  Parker,  na  wszystko  masz  odpowiedź!  Po  piąte,  nasz  elegancki  dżentelmen,  o 

zadbanych, choć ogryzionych paznokciach u rąk, jest jednocześnie posiadaczem najbrudniejszych 
pod słońcem paznokci u nóg, wyglądających, jakby od lat nikt ich nie przycinał. 

—  Jak już mówiłem, wszystko to można złożyć na karb złych nawyków. 

—  No  tak,  oczywiście,  ale  bez  przesady!  I  wreszcie,  po  szóste,  oto  ten  skażony  złymi 

nawykami  dżentelmen  zjawia  się  w  mieszkaniu  Thippsa  w  środku  ulewnej  nocy,  najwyraźniej 
wchodząc przez okno, chociaż nie żyje już od co najmniej dwudziestu czterech godzin, i kładzie się 
cichutko w wannie, niestosownie przyodziany jedynie w parę binokli. O dziwo, ani jeden włos na 
jego  głowie  nie  jest  zmierzwiony,  więcej,  włosy  ma  na  tyle  świeżo  podcięte,  że  na  jego  plecach  i 

background image

20 
 

krawędziach wanny nadal można znaleźć ich ścinki. Golił się również na tyle niedawno, że wciąż 
ma ślady zaschniętego mydła na policzku... 

—  Wimsey! 

—  Zaczekaj — i takie same ślady wewnątrz ust. 

Bunter zerwał się z miejsca i jak spod ziemi wyrósł tuż przy oparciu fotela, w którym siedział 

detektyw; idealny sługa w każdym calu. 

—  Jeszcze odrobinę brandy, sir? — wyszeptał. 

— 

Wimsey — jęknął Parker. — Mam przez ciebie dreszcze. Opróżnił kieliszek, po czym 

popatrzył nań jakby zaskoczony faktem, że jest pusty. Odstawił go, wstał, podszedł do biblioteczki, 
Od wrócił się do niej plecami i powiedział: 

—  Posłuchaj, Wimsey. Naczytałeś się za dużo powieści kryminalnych i gadasz bzdury. 

—  Nieprawda —  odparł  ospale  lord  Peter.  —  Chociaż to  rzeczywiście historia  jak  z  dobrego 

kryminału.  Bunter,  musimy  kiedyś  coś  razem  napisać,  a  ty  zilustrujesz  opowieść  swoimi 
fotografiami. 

—  Mydło  w  ustach?  Nonsens!  —  wykrzyknął  na  to  Parker.  —  To  musiało  być  coś  innego, 

jakieś przebarwienie... 

—  Nie — odrzekł stanowczo lord Peter. — Ale to nie wszystko. Nieboszczyk miał też w ustach 

świeżo ścięte, grube włosy. Musiał nosić brodę. 

Tu wyjął z kieszeni zegarek i wydobył ze środka kilka długich, sztywnych włosów, które ukrył 

przedtem wewnątrz koperty.  

Przez  dłuższą  chwilę  Parker  obracał  je  w  palcach,  oglądając  pod  światło  i  badając  przez 

soczewkę monokla, po czym oddał je niewzruszonemu Bunterowi i rzekł: 

—  Chcesz mi wmówić, Wmisey, że ktokolwiek goliłby się z otwartymi ustami, by zaraz potem 

dać się zabić z ustami pełnymi włosów? Chyba oszalałeś. 

—  Wcale tego nie twierdzę — odparł Wimsey. — Wy, policjanci, wszyscy jesteście tacy sami. 

Jak coś sobie wbijecie do głowy... Cud, że w ogóle kończycie te swoje szkoły. Naszego nieboszczyka 
ogolono  już  po  śmierci.  Śliczny  obrazek,  prawda?  I  zaiste  wesoła  robótka  dla  golibrody.  Proszę, 
niech  pan  siada  —  dalejże,  człowieku,  nie  wierć  się  tak!  Gorsze  rzeczy  zdarzają  się  na  wojnie. 
Całkiem  jak  z  brukowej  powieści!  Zapamiętaj  moje  słowa,  Parker:  mamy  tu  do  czynienia  z 
przestępcą  przez  duże  P,  prawdziwym  artystą  w  swoim  fachu.  Łajdak  ma  wyobraźnię!  Popełnił 
zbrodnię-arcydzieło co się zowie. Ta sprawa coraz bardziej mi się podoba! 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

background image

21 
 

 

Lord  Peter  skończył  sonatę  Scarlattiego  i  siedział  wpatrzony  w  swoje  dłonie. Palce  miał  długie  i 
muskularne, o szerokich, płaskich stawach kwadratowych końcach. Gdy grał, jego szare oczy 
o  twardym  zazwyczaj  wejrzeniu  łagodniały,  a  rysy  pociągłej,  trudnej  do  scharakteryzowania 
twarzy  dla  odmiany  napinały  się.  Ani  w  takich  chwilach,  ani  na  co  dzień  nie  zależało  mu  na 
atrakcyjnym wyglądzie, co w jego przypadku byłoby trudne do osiągnięcia z uwagi na wystający, 
ostry  podbródek  oraz  wysokie  czoło  z  wyraźnymi  zakolami,  uwidocznionymi  dodatkowo  przez 
gładko  zaczesane,  płowe  włosy.  Laburzystowska  prasa  zamieszczała  czasami  jego  podobizny, 
cofając nieco linię podbródka, jako karykaturę typowego arystokraty. 

—  Wspaniały instrument — zauważył Parker. 
—  Rzeczywiście  niezły  —  przyznał  lord  Peter.  —  Jednak  Scarlatti  aż  się  prosi  o  klawesyn. 

Fortepian jest zbyt nowoczesny, za dużo emocji i podtekstów. W naszej pracy to też niewskazane, 
Parker. Doszedłeś tymczasem do jakichś wniosków? 

—  Nieboszczyk z wanny — odparł powoli Parker — nie był zamożnym dżentelmenem dbałym 

o  swoją  aparycję.  Był  człowiekiem  z  ludu,  bezrobotnym,  który  jednak  stosunkowo  niedawno 
utracił  zatrudnienie.  Prawdopodobnie  wędrował  właśnie  za  pracą,  kiedy  utracił  życie.  Ktoś  go 
zamordował,  a  następnie  umył,  wyperfumował  i  ogolił,  żeby  ukryć  jego  tożsamość,  po  czym 
niepostrzeżenie  umieścił  go w  wannie  Thippsa.  Wniosek:  morderca  musi  być  silnym  mężczyzną, 
ponieważ  zabił  jednym  potężnym  uderzeniem  w  kark,  człowiekiem  opanowanym  i  niezwykle 
inteligentnym,  ponieważ  udało  mu  się  przeprowadzić  całe  to  makabryczne  przedsięwzięcie,  nie 
pozostawiając przy tym żadnych śladów.