background image

BARBARA  McMAHON 

Rozważny 

i romantyczna 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Marc Foster w milczeniu obserwował zgromadzonych 

w wielkiej sali gości. Stał z boku, nie mieszając się z tłumem. 

Upił łyk szampana. Dom Perignon, poznał doskonałą markę. 

Jasne, w tym towarzystwie nie uchodzi pić niczego innego, 

skonstatował z ironią. Rozejrzał się, szukając wzrokiem Suzan­

ne Barclay, z którą przyszedł na przyjęcie. 

Przyglądał się jej beznamiętnie. Wypracowana fryzura 

z gładko przyczesanych, krótko przyciętych jasnych włosów 

podkreślała wystające kości policzkowe i migdałowe, kocie 

oczy. Ekstrawagancka czarna sukienka eksponowała zgrabną, 

kobiecą figurę dziewczyny. Ale jej zbyt piskliwy śmiech raził 

ucho. I za często sięgała po kolejny kieliszek. 

Suzanne to olśniewająca kobieta, w dodatku świadoma swo­

jej urody. Tylko że jego to wcale nie bierze. Nie takiej szuka. 

Trochę żal, bo na pierwszy rzut oka nie powinien mieć żadnych 

zastrzeżeń. Spełnia wszystkie wymagania. 

- Marc? 
Podążył wzrokiem za głosem i uśmiechnął się szeroko. Keith 

Hazelwood, stary przyjaciel. Właściwie mógł się spodziewać, że 

go tu zastanie. 

- Witaj. Miło cię widzieć. 
- Marc, co ty tutaj robisz? Raczej nie bywasz na takich 

imprezach. 

- Przyszedłem z Suzanne Barclay - mruknął i widząc scep­

tyczną minę Keitha, dorzucił: - Coś nie tak? 

background image

6 ROZWAŻNY I ROMANTYCZNA 

Keith pokręcił głową. 

- Nie, po prostu Suzanne nie ma u mnie zbyt dobrych no­

towań - powiedział, z dezaprobatą spoglądając na brylującą 

wśród gości wysoką blondynkę. 

- Jak się plasuje na twojej liście? - dociekał Marc. 

- To ostatnia osoba, z jaką chciałbym zostać na bezludnej 

wyspie - bez zastanowienia odrzekł Keith. - Nie miałem poję­

cia, że się znacie. 

- Od niedawna. 
- Aha. 

- Czy na tych dobroczynnych imprezach zawsze są takie 

tłumy? - zainteresował się Marc, z uwagą przypatrując się go­

ściom. 

Sala balowa hotelu St. Francis niemal pękała w szwach. 

Blask brylantów i szafirów pogłębiał nasycone barwy wyrafi­

nowanych wieczorowych sukien pochodzących z pracowni naj­

słynniejszych kreatorów mody; na ich tle jeszcze mocniej odci­

nała się czerń smokingów. Marc, wykorzystując fakt, że dzięki 

swojemu wzrostowi górował nad tłumem, bacznie lustrował 

zgromadzonych. Już dawno się nauczył, by wykorzystywać każ­

dą okazję. 

- Gdybyś częściej na nich bywał, nie miałbyś złudzeń. Po 

prostu należy się pokazać i, rzecz jasna, dać odpowiedni datek, 

którego wysokość przyćmi datek sąsiada. Oczywiście jedynie 

wtedy, gdy z góry wiesz, że suma wypisana na twoim czeku nie 

pozostanie tajemnicą - skwitował Keith. 

- Na stare lata zaczynasz się robić cyniczny - mruknął 

Marc, nie odrywając wzroku od zgromadzonych. 

Znał wiele obecnych tu osób, część towarzysko, lecz wię­

kszość z kontaktów zawodowych. Keith był tu jego jedynym 
bliskim znajomym. Przyjaźnili się od lat. 

- Jeśli nawet, to tylko podciągam się do ciebie - odparł 

background image

Keith. - Ale co się stało, że ty przyszedłeś? I to z Suzanne 
Barclay? - zapytał. - O ile wiem, nigdy cię nie interesowały 
takie akcje. Chodzi o jakiś biznes? 

Marc wzruszył ramionami. 

- Chciałem się rozejrzeć. 
- Za czym? 

Zawahał się. Nie miał zwyczaju zdradzać swych osobistych 

zamierzeń, ale w końcu z Keithem znali się jeszcze z czasów, 

gdy łapiąc dorywcze prace, zarywał noce, by zdobyć w szkole 

jak najlepsze oceny i zasłużyć na uniwersyteckie stypendium. 

Keith pochodził ze znakomitej i bogatej rodziny, pod względem 

społecznym dzieliła ich cała przepaść, a mimo to, choć zdawało 

się to całkiem nieprawdopodobne, zostali przyjaciółmi od pier­

wszego dnia nauki w Stanford University. 

- Za żoną - odrzekł, odwracając się, by ujrzeć reakcję kum­

pla. Nie zawiódł się. 

- Za żoną? - Keith wybałuszył oczy. - Byłem pewien, że ty 

nie wierzysz w miłość i te rzeczy. 

- Bo tak jest. Ale co to ma do rzeczy? - zniecierpliwił się 

Marc. - Chcesz powiedzieć, że nie znajdę tu żadnej, która zgo­

dzi się za mnie wyjść, mimo że jej nie kocham? 

- Daj spokój, Marc. Obaj wiemy, że co najmniej połowa 

kobiet w tym mieście natychmiast rzuci dla ciebie wszystko. 

Szałowy facet z milionami w kieszeni. Ale dla ciebie to byłby 

fatalny układ. 

- I czegoś takiego wcale bym nie chciał. 
- A co chcesz? 
- Kogoś, z kim mógłbym założyć rodzinę; wreszcie mieć 

to, czego do tej pory nie miałem. 

- Suzanne Barclay? - skrzywił się Keith. 
- Powiedzmy, że biorę ją pod uwagę. 
- Marc, wybij ją sobie z głowy, ona się dla ciebie nie nadaje. 

background image

- Nie nadaje się? 

- Nie. Powiedz mi, o co ci chodzi? Chcesz dostać się do 

najlepszego towarzystwa w San Francisco? Czy może idzie 

o pieniądze? Rodzinę? Korzenie? 

- O pochodzenie - odparł, zniżając głos. 

Keith potoczył wzrokiem po zatłoczonej sali, po chwili po­

patrzył na przyjaciela. 

- Marc, znam cię nie od dziś, wiem, z jakiej jesteś rodziny. 

Ale coś mi się widzi, że naprawdę przesadzasz. To nie jest 

powód, by się żenić. 

- Owszem, jest, jeśli chcesz mieć pewność, że twoje dzieci 

nigdy nie będą miały takich problemów, jak ja kiedyś. 

- Zastanów się. Twoje dzieci, mając tak bogatego ojca, na­

wet nie będą wiedziały, że takie problemy istnieją. 

- Chcę więcej, niż można mieć za pieniądze. Zależy mi, 

żeby mój syn pochodził z dobrej rodziny, uczył się w dobrych 

szkołach, obracał we właściwych kręgach. 

I nie musiał jak ja walczyć i szarpać się, by iść do przodu, dodał 

w duchu. Od samego początku wszystko będzie miał zapewnione, 

łącznie z ojcem, który przez cały czas będzie przy nim. W końcu 

czas leci, najwyższa pora, by się ożenić i założyć rodzinę. 

- Suzanne za dużo pije. Jej matka też lubi sobie pociągnąć, 

a ojciec stoi na progu bankructwa. Potrafią się prezentować 

i robią wokół siebie dużo hałasu, ale to tylko pozory. W towa­

rzystwie nie mają najlepszej opinii. Zajęty robieniem pieniędzy, 

chyba zbyt długo przebywałeś w tej swojej wieży z kości sło­

niowej, skoro nic o tym nie wiesz. Powinieneś częściej bywać, 

lepiej poznać ludzi, nim zdecydujesz się na tak poważny krok 

jak małżeństwo. Jeśli okaże się niewypałem, nie wypłacisz się 

z alimentów. 

- Nie zamierzam się żenić, z góry zakładając, że może nic 

z tego nie będzie - zareplikował Marc. 

background image

- Tym bardziej więc powinieneś się upewnić, że nie popeł­

niasz błędu. 

- Zgadzam się. 

Keith, wyraźnie przejęty, przeciągnął palcami po włosach. 

- Chyba aż tak ci się nie pali? 
- Niedługo skończę trzydzieści sześć lat. Chyba nie po­

wiesz, że mam czas i nie muszę się spieszyć? Trochę minie, nim 

przyjdzie dziecko, będę wtedy koło czterdziestki. A chciałbym 

się jeszcze nim nacieszyć. 

- Nie możesz ożenić się na siłę. 
- Nie mam zamiaru żenić się z byle kim. Wiem, czego chcę. 
- Wiesz co? Jesteś specem w biznesie, ale nie masz bladego 

pojęcia, z kim warto się zadawać, a kogo należy unikać. Musisz 

poznać środowisko, nawiązać kontakty. Biznes to jedno, a tu 

rządzą zupełnie inne prawa. 

- Zapewniam cię, że dam sobie radę - uciął Marc. 
- Przydałby ci się ktoś, kto by cię poprowadził, pokierował 

tobą - zamyślił się Keith. - Ktoś, kto poznał ich od podszewki, 

zna układy i wie o sprawach, które są trzymane w tajemnicy. 

I zechce cię oświecić. 

Marc uśmiechnął się kpiąco, potrząsnął głową. 

- Czyżbyś zamierzał osądzać moje wybory? 
- Kto wie, może. Nie znasz tych ludzi tak dobrze, jak ja. 

Nie wiesz, kto jest w trudnej sytuacji, kto spadł w notowaniach. 

Ja przez całe życie obracam się wśród nich. Dochodzą mnie 

plotki, nie przeznaczone dla postronnych uszu. 

- Do większości z nich sam mogę dotrzeć. Daje mi satysfak­

cję prognozowanie, które akcje przyniosą dochód, jakie powią­

zania dobrze rokują, które inicjatywy mają przyszłość. 

- Marc, kochanie. - Wysoka, olśniewająca blondynka za­

trzymała się z wdziękiem i zaborczym gestem położyła rękę na 

jego ramieniu. Wydęła lekko usta, obrzuciła Keitha uważnym 

background image

10 

spojrzeniem i z uwielbieniem popatrzyła na Marka. - Kochanie, 

mam już dość. Może wyjdźmy stąd i zróbmy sobie własne przy­

jęcie? 

- Jeśli czujesz się zmęczona, to zaraz wyjdziemy - odparł 

uprzejmie. 

Ale niech się nie łudzi, że ten wieczór będzie miał ciąg dalszy. 

Ani mu się śni. Suzanne nie nadaje się na matkę jego syna. 

- Miło cię było zobaczyć, Keith. Zadzwoń do mnie, umówimy 

się na jakiś lunch - dodał, przykrywając ręką dłoń dziewczyny. 

Jego uwagi nie uszły znaczące spojrzenia, jakie wywołał ten 

niewinny gest. Suzanne oparła się o niego pieszczotliwie. Ona 

również zauważyła reakcję otoczenia i wyciągnęła te same 

wnioski. Ale nic z tego. Jest za sprytny, by dać się wciągnąć 

w pułapkę. Robi tylko to, co jemu samemu odpowiada. 

- Odezwę się w poniedziałek - oznajmił Keith. - Będę 

w pobliżu twojego biura. Zjemy razem lunch. 

Odwiózł Suzanne do domu. Nie była zachwycona niespo­

dziewanym zakończeniem wieczoru, ale Marc wcale się tym nie 

przejął. Za bardzo ceni swój czas, by tracić go na niewłaściwą 

osobę. 

- Dobranoc, Suzanne - pożegnał ją przy drzwiach do mie­

szkania. 

- Zadzwoń do mnie, Marc - poprosiła, z trudem ukrywając 

rozczarowanie. 

Uśmiechnął się, ale nic nie odpowiedział. 

- Przyszedł pan Hazelwood - oficjalnym tonem oznajmiła 

przez interkom sekretarka. 

Było poniedziałkowe południe. Marc już wczoraj żałował, 

że się przed nim wygadał. Teraz pewnie Keith zacznie go 
pouczać, jako że jest jedną z niewielu osób, które nie czują się 
przy nim onieśmielone. Stare znajomości mają pewne minusy. 

background image

1 1 

Marc przemyślał wszystko. Wybierze na żonę dziewczynę 

z którejś z najlepszych rodzin w mieście. To będzie dobre i dla 

dzieci, i dla interesów. Zawsze działał pragmatycznie. Połącze­

nie dużych pieniędzy i dobrego pochodzenia powinno zagwa­

rantować powodzenie i dobrą przyszłość. 

- Niech wejdzie - powiedział, zatrzymując się przy ogrom­

nym oknie, wychodzącym na sięgające nieba biurowce San 

Francisco. 

Odwrócił się, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Podszedł 

do wchodzącego Keitha. Uścisnęli sobie ręce na powitanie. 

- Już mam - z miejsca powiedział Keith. 
- Co takiego? - spytał Marc, wkładając marynarkę. - Mam 

nadzieję, że nie grypę? 

- Nie, rozwiązanie twojego problemu. A właściwie naszego. 
- Nie wiedziałem, że mamy wspólny problem - zdziwił się 

Marc. 

Poszli do mieszczącej się na rogu niewielkiej restauracji. 

Było w niej tłoczno, ale kelnerka, znająca Marka z widzenia, 

znalazła im zaciszny stolik. 

Gdy zamówili potrawy, Keith oparł się wygodniej i wzniósł 

toast kieliszkiem z wodą. 

- Znalazłem sposób na twój problem - oznajmił. - W za­

mian liczę na twoją pomoc. 

Marc uniósł brew. 

- Rozumiem. Uważasz, że to jest mój cel? 

Keith potrząsnął głową, zaśmiał się lekko. 

- Raczej wątpię, ale dobrze ci zrobi, jak raz na jakiś czas 

wyświadczysz przysługę przyjacielowi. 

- Zwłaszcza że miałem ich tak niewielu. 

- Miałbyś ich więcej, gdybyś tylko nie dystansował się tak 

od ludzi - Keith wypalił prosto z mostu. 

- Żyję tak, jak mi to odpowiada - uciął Marc. 

background image

12 

Keith doskonale wiedział, kiedy się wycofać. Skinął głową 

i po chwili dodał: 

- To prawda. I dlatego chcesz się ożenić. 

- A ty nigdy o tym nie myślałeś? - zainteresował się Marc. 

Są w tym samym wieku. Czyżby Keith nie pragnął mieć 

rodziny, dzieci? 

- Jasne, że tak. Planowaliśmy to z Betsy, chcieliśmy mieć 

mnóstwo dzieci. Po jej śmierci nie poznałem dziewczyny, którą 

mógłbym pokochać. 

Marc przyjął to wyznanie milczeniem. Wiedział, jak bardzo 

Keith kochał Betsy. Jej śmierć była dla niego ogromnym ciosem. 

- Ale teraz nie mówimy o mnie, stary, tylko o tobie i twoim 

pomyśle na znalezienie sobie żony z wyższych sfer. Z rodziny, 

której korzenie sięgają kolonistów z „Mayflower". 

- Wystarczą czasy gorączki złota - mruknął Marc. 

Znał Keitha i wiedział, że nie da się zbić z tropu. 

- Mam pewien plan - oświadczył Keith. 
- I wiesz, w jaki sposób znaleźć odpowiednią dziewczynę? 

- Marc nie krył sceptycyzmu. 

- Rennie - z dumą oznajmił Keith. 
- Rennie? - powtórzył za nim Marc. 
- To moja siostra cioteczna. Wprowadzi cię w towarzystwo, 

pozna z właściwymi osobami, podszepnie, co trzeba. Zna ich 

doskonale, dobierze ci pannę. 

- Miałaby mnie wyswatać? - z wolna zapytał Marc, uważ­

nie przyglądając się Keithowi. 

- Coś w tym stylu. 
- Coś w tym stylu - powtórzył Marc, nie odrywając od nie­

go wzroku. - A w czym to tobie pomoże? 

Keith nerwowo poprawił krawat. 

- Ona pomoże tobie, ty pomożesz jej. A przez to wyświad­

czysz mi przysługę. - Chrząknął. 

background image

1 3 

Marc jeszcze bardziej zmrużył oczy. 

- Powiedz wszystko do końca, Keith. Wal śmiało. 
- Rennie jest w podbramkowej sytuacji. Poniekąd przez 

ciebie. 

- Przecież ja jej nie znam. 

- Ty nie, ale Brad Peterson, owszem. 

- Aha, zaczynam się domyślać - skinął głową Marc i spo-

chmurniał. - Prawdopodobnie namówiła go do zainwestowania 

w jakiś niepewny interes i teraz nie ma pieniędzy na spłatę 

długu. 

- Mniej więcej, tyle że to nie jest niepewny interes. Wydaje 

mi się, że ruszyłby z miejsca, gdyby jej ktoś trochę pomógł, coś 

podpowiedział. Ale ponieważ Brad odszedł... 

- Chcesz powiedzieć, został zwolniony. On nie miał pojęcia 

o biznesie. Gdyby został dłużej, puściłby nas z torbami - ostro 

przerwał mu Marc. 

- Tak czy inaczej twoja firma udzieliła Rennie pożyczki 

i teraz, kiedy Brada już nie ma, jego następca domaga się jej 

zwrotu. Dziewczyna nie ma pieniędzy. Zależy mi, by stanęła na 

nogi. Daj jej trochę czasu, o nic więcej nie proszę. Myślę, że da 

sobie radę. Gdyby tak nie było, nie zawracałbym ci tym głowy. 

Przecież mnie znasz... 

Marc przyglądał mu się w milczeniu. 

- I w zamian za to ona znajdzie mi żonę? 

Keith uśmiechnął się figlarnie. 

- Ujmijmy to inaczej. Powiedzmy, że pozna cię z odpowied­

nimi pannami. Oczywiście nie jest w stanie żadnej zmusić, by 

zechciała z tobą chodzić czy wyjść za ciebie, ale może przed­

stawić ci osoby dokładnie takie, jakich szukasz. 

- Jak dużo ta twoja Rennie jest mi winna? 
- Sporo. 
- Przecież ty nie należysz do najbiedniejszych - mruknął. 

background image

1 4 

- Rennie jest w potrzebie, ale nie chce pomocy od rodziny. 

Nie dość, że jest dumna, to jeszcze uparta. Stąd ten mój pomysł. 

Potraktujmy to jako interes dla obu stron. 

- Interes? Dla mnie interes oznacza zupełnie co innego. 
- Nie jestem tego taki pewien. W twoim podejściu do zna­

lezienia żony trudno doszukać się choćby odrobiny romanty­

zmu. Bardziej przypomina to robienie interesu. Przemyśl to 

sobie, Marc. O nic więcej nie proszę. Rennie ma niewielki sklep, 

salon sukni ślubnych. Zabrała się za to kilka lat temu, ale idzie 

jej słabo, choć ma spory ruch i nie narzeka na brak klientów. 

Mam wrażenie, że potrzeba jej fachowej porady w sprawach 

finansowych. W końcu nic nie stracisz, przedłużając jej termin. 

Daj jej szansę, zorientuj się, czy kilka fachowych wskazówek 

nie pchnie jej w dobrym kierunku. W ten sposób nie dość, że 

łatwiej odzyskasz swój kapitał, to może także upolujesz najle­

pszą partię w San Francisco. 

- Keith, nie zajmuję się prowadzeniem sklepów - z urazą 

powiedział Marc. 

- Jasne, że nie. Ale mógłbyś przejrzeć jej księgi rachunko­

we, upewnić się, czy nie popełnia błędów. I wskazać słabe pun­

kty, podsunąć nowe pomysły. To miałem na myśli. Robota na 

jedno popołudnie. 

- Czy zdajesz sobie sprawę, ile biorę za taką usługę? - za­

pytał groźnym tonem. 

Keith uśmiechnął się. 

- Domyślam się. Rennie nie byłaby w stanie zapłacić nawet 

za jedną minutę twojego czasu. Ale właśnie na tym polega 

piękno mojego planu. Ona da ci coś, czego nie dostaniesz za 

żadne pieniądze: pozna z właściwymi osobami i poinformuje 

o sprawach, o których inaczej nigdy w życiu byś się nie do­

wiedział. 

Marc potrząsnął głową. 

background image

1 5 

- Ty chyba zwariowałeś, Keith. 

- Zastanów się, Marc. Jak tylko namówię Rennie, możecie 

zaczynać - z entuzjazmem podsumował Keith. 

- A kim dokładnie jest ta twoja Rennie? - zapytał Marc, 

próbując zyskać na czasie, nim definitywnie mu odmówi. 

- Już ci mówiłem, że to moja cioteczna siostra. Jej ma­

ma jest młodszą siostrą mojej mamy. Jako młoda dziewczy­

na zakochała się w policjancie i uciekła z nim. Bardzo się ko­

chali... 

Marc upił łyk przyniesionego przez kelnerkę wina. Powoli 

zaczynał mieć dość romantycznych historyjek Keitha. Sam naj­

lepiej czuł się w sytuacjach biznesowych, gdzie z góry wszystko 

było wiadome i można było coś zaplanować. Miłosne uniesienia 

mało do niego przemawiały. 

- Potem pobrali się i byli ze sobą szczęśliwi - dokończył za 

niego. 

Keith skinął głową. 

- Aż do chwili, gdy wujek Will zginął z rąk narkomana. Nic 

po sobie nie zostawił. Jego żona i córka zostały na lodzie. 

- To twoja ciotka nie wróciła do rodziny? 

Potrząsnął głową. 

- Nie, była zbyt dumna. I zbyt uparta. Rennie ma to po niej. 

Zostały na swoim, z trudem wiążąc koniec z końcem i, z tego 
co mówiła moja mama, biedne jak myszy kościelne. 

- Czyli teraz chcesz pomóc swojej biednej jak mysz kościel­

na kuzynce... 

- Poczekaj, posłuchaj, co było dalej, bo to dlatego Rennie 

może odegrać tak ważną rolę. 

Marc z niecierpliwością zerknął na zegarek. Co się dzieje, że 

jeszcze nie podano lunchu? Zwykle obsługa jest tu nienaganna. 

Niepotrzebnie zdradził się przed Keithem ze swoimi planami. 
Teraz musi przebrnąć przez wspólny posiłek; gdy skończą, po-

background image

1 6 

wie, by przestał zawracać sobie nim głowę. Jak tylko wróci do 

biura, każe Fieldingowi odszukać umowę z Rennie. 

- Kiedy Rennie miała dziesięć lat, ciocia Susan wyszła za 

Theo Quackenbusha. 

- Stara rodzina i stare pieniądze - mruknął Marc ze wzra­

stającym zainteresowaniem. 

- Właśnie. Theo zadbał, by Rennie chodziła do najlepszych 

szkół. Dziewczyna jest za pan brat z najlepszym towarzystwem 

San Francisco. Zna te szlachetne panienki niemal od dziecka, 

w dodatku doskonale wie, co w trawie piszczy. O każdej z nich 

ma sporo do powiedzenia - dokończył Keith z bardzo zadowo­

loną miną. 

- I sądzisz, że chętnie wyszuka mi kandydatkę na żonę? 

- zapytał Marc, choć świetnie wiedział, że do tego zmierzał 

pomysł przyjaciela. 

- Tak właśnie sądzę - odparł. 
- Aha - zastanowił się. - Dostaliśmy coś wreszcie - zauwa­

żył, gdy kelnerka postawiła przed nimi talerze. 

Marc przez moment przyglądał się smakowicie wyglądają­

cemu stekowi. Jakże inne to było jedzenie od tego, jakie zwykł 

oglądać biedny chłopak z Tenderloin. Na szczęście tamte lata 

minęły jak zły sen, nie lubił nawet wracać do nich pamięcią. 

Ale też nigdy ich nie zapomniał. Wspomnienia motywowały go 

do pracy i wysiłku. Był gotów do największych wyrzeczeń, byle 

tylko jego dzieci nigdy nie zaznały tego, co było jego udziałem. 

Rozejrzał się po sali. To szybkie spojrzenie upewniło go, że 

rzeczywiście odniósł sukces. Należy do tego samego kręgu, co 

inni siedzący przy stolikach mężczyźni: biznesmeni, bankierzy, 

finansiści, maklerzy, członkowie zarządów firm. Ludzie, którzy 

trzęsą całym miastem. Dołączył do nich wyłącznie dzięki sobie, 

swojej determinacji i ciężkiej pracy. 

Przeniósł spojrzenie na przyjaciela. 

background image

1 7 

- Daj mi się zastanowić - poprosił, by odwlec odmowę. 

Zwykle nie bawił się w delikatność, ale z Keithem było 

inaczej. Nie chciał robić mu przykrości. Może dlatego, że 
przed laty pochodzący z bogatej rodziny chłopiec nie odepchnął 

od siebie biednego dzieciaka z Tenderloin. I nigdy go nie za­
wiódł. 

- Zadzwonię do Rennie, jak wrócę do siebie. Podam jej twój 

numer. Myślę, że się dogadacie, co? - spytał z nadzieją. 

- Jasne - zapewnił go Marc, postanawiając w duchu, że po­

dziękuje dziewczynie za jej usługi, bo pewnie ona też nie ma 
zbytniej ochoty aranżować randki dla kogoś, kogo nie widziała 
na oczy. 

- A zostawiając w spokoju twoje życie uczuciowe, co u cie­

bie słychać? - zagadnął Keith, zmieniając temat. 

Nie minęła chwila, a obu pochłonęła rozmowa o biznesie 

i skutecznych strategiach. 

Był późny wieczór, gdy Marc podniósł głowę znad biurka i, 

wygodnie rozparty w fotelu, zapatrzył się w widoczną za taflą 

ogromnego okna iskrzącą się światłami panoramę miasta. Jasne 

punkciki latarń rysowały na tle atramentowej toni zarys mostu 

Bay Bridge, światła w oknach wyrastających w niebo biurow­

ców rozjaśniały ciemności. Podniósł się, podszedł bliżej, by 

lepiej widzieć. Kocha to miasto. To jego miejsce na ziemi. 

Zdziwił się, gdy ciszę przerwał dźwięk telefonu. Kto może 

dzwonić na prywatną linię o tej porze? Idąc do biurka, zerknął 

na zegarek. Było po wpół do dziewiątej. 

- Foster. 

- Halo, czy to Marc Foster? - W słuchawce rozległ się zdy­

szany kobiecy głos. 

- Jestem przy telefonie. 
- Strasznie trudno cię złapać. Od szóstej wydzwaniam do 

background image

1 8 

ciebie do domu, ale nikt nie odpowiada. Zawsze pracujesz tak 

długo? 

- Z kim mam przyjemność? - zapytał. Nie miał zamiaru 

tłumaczyć się ze swoich zwyczajów. To jego sprawa. 

- Och, przepraszam, zdaje się, że nie zdążyłam się przedsta­

wić. Rennie Morgan. Jestem kuzynką Keitha Hazelwooda. Po­

wiedział, że czekasz na mój telefon. Próbowałam dzwonić po 

południu, to znaczy chciałam, ale niestety tak się złożyło, że nie 

mogłam. Stale się coś działo, a na te tematy wolę nie rozmawiać 

w obecności klientek. Dlatego postanowiłam poczekać, aż bę­

dziesz w domu. Wydzwaniam przez cały wieczór. Wreszcie 

wpadłam na pomysł, że może jesteś w pracy i okazuje się, że 

trafiłam. Całe szczęście. To znaczy, szczęście, że cię znalazłam, 

a nie, że pracujesz tak długo. 

Zastanawiał się, czy kiedyś przerwie ten potok słów i pozwo­

li mu dojść do głosu. 

- Zależało mi, by skontaktować się z tobą jeszcze dziś i wy­

jaśnić kilka spraw. Bardzo lubię Keitha, ale jego pomysły cza­

sami są naprawdę nie z tej ziemi. Zresztą sam na pewno o tym 

wiesz, skoro znacie się jeszcze ze Stanford. Nie mam pojęcia, 

jak to się stało, że nigdy się nie spotkaliśmy. Zapewne nie 

przychodziłeś na wydawane przez niego przyjęcia, co tylko 

dobrze o tobie świadczy, bo to, co się tam czasami działo, często 

przekraczało wszelkie granice. Niezłe było ziółko z tego Keitha, 

co? Nie to, co teraz. Zrobił się okropnie konserwatywny. Pewnie 

za bardzo przejął się pracą, zbyt poważnie do niej podchodzi. 

Wujek Keith pewnie się cieszy. 

- Panno Morgan... 
- Mów do mnie Rennie. Rzecz w tym, że nie zajmuję się 

swataniem. Keith powiedział, że chciałbyś poznać kilka moich 

koleżanek w celu matrymonialnym. Małżeństwo to piękna spra­

wa, sama bym chciała kiedyś tego zakosztować. Ale ja nie 

background image

19 

prowadzę biura matrymonialnego, zajmuję się organizowaniem 

ślubów, co zwykle następuje dopiero w jakiś czas po pierwszej 

randce. 

- Keith mówił, że to salon z sukniami ślubnymi. 
- Tak, Brides and Bows. Zabawnie brzmi, prawda? Myślę, 

że się podoba. Dobrze, byś o tym wiedział, bo to twoja firma 

dała mi pieniądze na start. Dlatego trudno mi się pogodzić z tym, 

że teraz chce je z powrotem. Na razie nie mogę spłacić pożyczki, 

ale staram się, jak mogę, i nadejdzie dzień, że oddam wszystko 

co do grosza. Problem w tym, że pan Fielding nie podziela 

mojego punktu widzenia i chce mnie zmusić, bym zlikwidowała 

mój salon. Co jest bez sensu, bo w ten sposób nigdy nie odzyska 

pieniędzy. 

- Keith sugerował ewentualne porady finansowe. 

Dziewczyna umilkła na chwilę. 
- Domyślam się, że to jego pomysł. I cioci Patty. Idzie mi 

naprawdę całkiem nieźle. Gdyby tylko uspokoić pana Fieldin-

ga... Postawmy sprawę jasno. Po co firma Marc Foster of Foster 

Associates, jedna z największych i najlepszych firm doradztwa 

finansowego w mieście, miałaby przejmować mały salon z suk­

niami? Daje on pewien dochód, ja lubię tę pracę, ale to nie jest 

jakiś oszałamiający interes. Nie to co twój. Nic się nie stanie, 

jak dostaniecie te pieniądze troszeczkę później. 

Poruszyła go jej sugestia, że nie będzie chciał zawracać sobie 

głowy tak niewielkim biznesem. Sam od tego zaczynał. Raz, 

żeby przy okazji pomóc innym, po drugie, by zarobić niewielkie 

pieniądze. I choć pierwotnie był gotów z miejsca odrzucić jej 

usługi, teraz, gdy niczego nie proponowała, zapragnął z nich 

skorzystać. 

- Czy to znaczy, że nie chcesz mi pomóc? - zapytał miękko. 
- Wydaje mi się, że ktoś, kto należy do najlepszych partii 

w mieście, nie powinien mieć żadnego problemu ze znalezie-

background image

20 

niem odpowiedniej partnerki. Widziałam twoje zdjęcie w gaze­

cie. Jesteś... 

Urwała nagle. Dopiero Marc przerwał ciszę. 

- Jaki? 

- No cóż, powiedzmy, że całkiem niezły. 
To go rozbawiło, więc zaśmiał się cicho. Nikt nigdy o nim 

w ten sposób nie mówił. 

- Może mi powiesz coś więcej. 

- Uważam, że to nie ma sensu. Cieszę się, że sobie to wy­

jaśniliśmy. Nie daj Keithowi wrabiać się w coś, na co nie masz 

ochoty. 

- Zapewniam cię, że nigdy nie robię niczego wbrew sobie. 

- To dobrze, że możesz robić tylko to, co chcesz. Przepra­

szam, że zadzwoniłam do pracy, ale skoro siedzisz w biurze tak 

długo, musisz się liczyć z tym, że ludzie będą cię tam ścigać 

w sprawach prywatnych. Dlaczego jeszcze nie jesteś w domu? 

- Przepraszam? 

- Wiem, że to nie moja sprawa, ale jest późno... Założę się, 

że jesteś bez obiadu. Nie powinieneś tyle pracować - zbeształa 

go łagodnie. - Mnie czasami też zdarza się pracować w nocy, 

gdy jest taka konieczność. Ale staram się tego unikać i znaleźć 

czas na przyjemności. Warto czasem zabawić się, to wyzwala 

w człowieku ożywcze soki. Też powinieneś o tym pomyśleć. 

- Ożywcze soki? - Ta tryskająca energią rozmówczyni za­

czynała go intrygować. Oparł się wygodniej, położył nogi na 

krawędzi biurka. - Zapewniam cię, że dobrze się odżywiam, 

Rennie. Ale może będę lepiej pilnował godzin, gdy już będę miał 

żonę. Naprawdę nie chcesz mi pomóc? - zagadnął gładko, cie­

kawy, co na to odpowie. 

- Problem nie polega jedynie na tym, że nie zajmuję się 

swataniem. Rzecz w tym, że nic o tobie nie wiem. No, może 

niezupełnie, bo przecież czytam gazety, ale chodzi o coś innego. 

background image

2 1 

Nic nie wiem na temat twojej rodziny, środowiska, upodobań, 

planów na przyszłość. Jak mam dobrać ci właściwą dziewczynę, 

skoro jesteś dla mnie jedną niewiadomą? Rozumiesz, o co mi 

chodzi? Poza tym nie mam czasu, pracuję. Skoro grozicie mi 

egzekucją długu, tym bardziej muszę się starać. 

- Rozumiem. 

- Keith jest szalenie impulsywny. Ale tu chodzi o moje ko­

leżanki. Muszę mieć pewność, że dla nich to też byłby dobry 

układ... 

- Wydaje mi się, że Keithowi nie chodziło o to, żebyś zaraz 

przyprowadziła je do ołtarza, tylko byś mnie z nimi poznała 

-przerwał jej. 

- No tak, to prawda, ale mimo to... Naprawdę nie mogę. 
- Chętnie przejrzę twoje księgi rachunkowe, może przesunę 

termin spłaty - powiedział wolno, zaintrygowany i postanowił 

koniecznie ją poznać. 

- Ty naprawdę mówisz poważnie? Jesteś pewny, że chcesz, 

bym pomogła ci znaleźć żonę? 

- Nie, to niezupełnie tak. Chciałbym jedynie, byś poznała 

mnie z kilkoma odpowiednimi kobietami. To duża różnica. Re­

szta należy do mnie. 

Milczała przez długą chwilę. 

- Jakiej osoby szukasz? - zapytała wreszcie. 
- Kogoś ze starej rodziny, kto potrafi obracać się w towa­

rzystwie i będzie dodatkowym atutem w interesach. 

Kogoś, dzięki komu wejdę w odpowiednie środowisko, 

a mój syn zyska dobre koneksje rodzinne, dodał w duchu. 

- Mówisz zupełnie tak, jakby chodziło o wybór rasowego 

psa czy coś w tym stylu. Większość ludzi nie ma jakiegoś szcze­

gólnego pochodzenia - mruknęła. 

- Nie chodzi mi o psa, tylko o efektowną i elegancką kobie­

tę z dobrym nazwiskiem. 

background image

22 

- Potrafisz zakochać się na zawołanie? - zapytała, wyraźnie 

podając to w wątpliwość. 

- Tego nie zakładam. Ale jestem pewien, że po pewnym 

czasie w jakimś stopniu się do niej przywiążę. 

- No nie, teraz mówisz zupełnie jak o psie. W jakim stopniu 

się przywiążesz? Co to w ogóle znaczy? To takie wyrachowane. 

Wydaje mi się, że musisz jednak spróbować znaleźć sobie kogoś 

na własną rękę. Powiem Keithowi, że rozmawialiśmy i posta­

nowiliśmy zostawić sprawy ich losowi. 

- Czyli termin spłaty zostaje bez zmian? - zapytał cierpko. 

Rennie zawahała się. 

- Więc tak to widzisz? Albo się godzę, albo przejmujesz mój 

salon? 

- Z tego, co wiem, to ty nie dopełniasz zobowiązań, a ja 

jedynie dochodzę moich praw. 

Był ciekawy, czy zależy jej aż tak na tym salonie, że zgodzi 

się na jego warunki, czy może zrezygnuje. Nauczył się twardo 

negocjować i nie zamierzał zmieniać metody. 

- Nie wiem, czy tak jest. Ale czy ze względu na przyjaźń 

z Keithem nie zgodzisz się na przedłużenie terminu? 

- Nie. 

- Och! 
Cisza, jaka zapadła po tym okrzyku, ciągnęła się w nieskoń­

czoność. 

- Ale w zamian za twoją pomoc zaproponuję maksymalne 

przedłużenie terminu spłaty. Wystarczające, by ruszyć do przodu 

i zgromadzić pieniądze - dokończył, sam zaskoczony swoją 

propozycją. 

Po co ją tak naciska? Skoro nie chce, to trudno, powinien 

dać jej spokój. Zostawi sprawę pracownikom, co go to w końcu 

obchodzi? To przecież nie był jego pomysł, tylko Keitha. Ale 

z drugiej strony ta Rennie Morgan zaciekawiła go. Chciałby ją 

background image

23 

poznać. Czy w bezpośrednim kontakcie też jest taka rozmowna 

jak przez telefon? Jak ona może wyglądać? Z całą pewnością 

nie tak, jak jego wyimaginowana przyszła żona, tego był pe­

wien. Ktoś, kto tyle gada i to w taki sposób, nie może jedno­

cześnie być wyrafinowany i wyniosły. Może ona wcale nie zna 

kandydatek odpowiadających jego oczekiwaniom? Właściwie 

ma na to tylko słowo Keitha, ręczącego, że jego kuzynka zna 

kogo trzeba. 

- Szukasz żony, którą mógłbyś się szczycić, prawda? Która 

potwierdzi twoją pozycję, będzie się wspaniale prezentować, 

demonstrując rodowe klejnoty, a inni mężczyźni będą się skrę­

cać z zazdrości - dokończyła zmienionym, ostrym tonem. 

- Rodzinne klejnoty? - mruknął. 
- Każdy je wyciąga, gdy jest okazja. Nabyte przez wcześ­

niejsze pokolenia jako dowód bogactwa. Do tej pory ani słowem 

nie wspomniałeś o dzieciach. Planujesz jakieś? 

- Owszem, chciałbym mieć syna. 

Przecież właściwie tylko o to chodziło. O potomka, któremu 

zostawi firmę i fortunę. Będzie dla niego lepszym ojcem niż 

jego ojciec dla niego. I jego syn będzie miał najlepszą matkę, 

jaką można zdobyć za pieniądze. 

- Żeby mu wszystko zostawić, jak się domyślam. Żadnych 

córek? - zapytała zjadliwie. 

Przez chwilę milczał, zaskoczony pytaniem. 

- Tak, chciałbym też córkę, może dwie - powiedział wolno, 

coraz bardziej zachęcony tą ewentualnością. Nie bardzo jednak 

wiedział, czy potrafiłby wychować dziewczynkę. Ale matka 

sobie poradzi. Powinna być ekspertem od tych spraw. 

- To dobrze. Wolę małe dziewczynki niż małych chłopców. 

Może dlatego, że do tej pory pamiętam, co wyrabiał Keith, kiedy 

był mały. Był wprost nieznośny. Wydaje mi się, że znajdziesz 

właściwą dziewczynę bez mojej pomocy. Postaraj się, by w ga-

background image

2 4 

zecie znów pojawiło się twoje zdjęcie i zacznij bywać na przy­

jęciach. 

- Nie sądzę, by to coś dało - wymamrotał, szukając prete­

kstu, by przedłużyć rozmowę, bo domyślał się, że dziewczyna 

zamierza się rozłączyć. 

- Dlaczego? 

- Byłem właśnie z Suzanne Barclay w... 

- Z Suzanne? Nic dziwnego, że Keith poważnie zatroszczył 

się o ciebie. Suzanne ma problem z alkoholem. Jej matka pije, 

a ojciec gra hazardowo. Kiedyś rzeczywiście mieli pieniądze, 

ale teraz rozpaczliwie szukają sposobu, by wyjść z kryzysu. 

Bogaty mąż dla Suzanne byłby wybawieniem. Umówiłeś się 

z nią? 

- Tak. 

Czyli nieźle wpadł. Potrząsnął głową. Gdy zaczynał działać 

w biznesie, też musiał się wiele nauczyć. Doszedł do mistrzo­

stwa, może dlatego przeoczył prosty fakt, że w innych dziedzi­

nach też czyhają pułapki. Może Keith rzeczywiście ma rację, 

twierdząc, że nie obejdzie się bez znającego realia przewodnika? 

- Czyli raczej powinienem trzymać się od niej z daleka? 
- Jeśli cenisz swoje zdrowie psychiczne, to jak najbardziej. 

Również jeśli chodzi ci o kogoś, kto dobrze wpłynie na twój 

image w biznesie. Lepiej nie wiązać się z osobą, której matka 

pije, a ojciec jest hazardzistą. 

- Widzę, że twoje usługi rzeczywiście mogą być nieocenio­

ne. I że muszę się wielu rzeczy nauczyć. Może spotkamy się 

jutro, żeby o tym porozmawiać? 

- Nie rób z siebie takiego biedaczka, nic ci z tego nie przy­

jdzie. Dobrze wiem, że potrafisz być bezlitosny. Nie potrzebu­

jesz ani mnie, ani nikogo innego, by zdobyć to, co chcesz. To 

by było na tyle. Nie jestem zainteresowana. A z moim salonem 

zrób, co chcesz, dam sobie radę. Dobranoc. 

background image

25 

- Dobranoc, Rennie - powiedział do słuchawki, w której 

rozległ się sygnał. 

Odłożył ją wolno. Jak sięgał pamięcią, nikt nie ośmielił się 

zachować w stosunku do niego w ten sposób. Powoli odwrócił 

się do okna, zapatrzył w migoczące na dole morze świateł. Może 

jej się wydaje, że do niej należało ostatnie słowo. Bóg z nią. 

Jeszcze nie mieli okazji się spotkać, nie zdążyła go poznać. Ale 

to się zmieni. Jutro nakłoni ją, by jednak mu pomogła. Coś mu 

mówiło, że jest bardzo zaangażowana w ten swój salon, bardziej 

niż to zwykle bywa. Możliwe, że kocha tę pracę. 

Keith ma rację, potrzeba mu kogoś, kto poprowadzi go przez 

meandry wyższego towarzystwa. Rennie jest wymarzona do tej 

roli. Jeśli jutro to się potwierdzi, zagrozi jej likwidacją salonu 

i zmusi, by mu pomogła. Ciekawe, jak zachowa się w tej sytuacji. 

Sięgnął po telefon, wybrał numer. 

- Keith? Tu Marc. Chciałbym ci zadać kilka pytań na temat 

twojej kuzynki Rennie. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Marc zaparkował mercedesa na cudem znalezionym skrawku 

wolnego miejsca przy chodniku Union Street. To jedna z naj­

droższych i najbardziej zatłoczonych ulic San Francisco, pełna 

modnych sklepów, butików, eleganckich cukierenek, antykwa­

riatów i wytwornych salonów. Miejsce dla bogatych i dobrze 

urodzonych. 

Minął przecznicę, zatrzymał się przy wejściu z dyskretną, 

utrzymaną w bieli i złocie tabliczką: „Brides and Bows". Zawa­

hał się przez moment, choć było to do niego niepodobne. Zwy­

kle, skoro już raz podjął decyzję, nie roztrząsał jej więcej, tylko 

szedł prosto do celu. Wczoraj wieczorem postanowił przyjechać 

i poznać Rennie, by ostatecznie zakończyć sprawę tego wydu­

manego przez Keitha układu. 

Było już po lunchu, Rennie powinna być w pracy. Wpadnie 

bez zapowiedzenia, zaskoczy ją. Tak go zaintrygowała, że chce 

dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Ma ją w ręku - jeśli nie 

zgodzi się na jego warunki, pożegna się ze swoim salonem. Musi 

się dobrze rozejrzeć i ocenić, czy ten interes ma jakąś przy­

szłość. Jeśli tak, przyśle tu swojego człowieka, by go poprowa­

dził, może w ten sposób odzyska pieniądze. 

Pchnął drzwi i wszedł do środka. Zadźwięczał dzwoneczek 

anonsujący gościa, Marc skrzywił się. Wnętrze, w jakim się 

znalazł, krańcowo różniło się od tych, z jakimi zazwyczaj miał 

do czynienia. Obite kwiecistą tkaniną prowansalskie krzesła 

i stojąca obok błyszcząca brokatem stylowa sofa tworzyły nie-

background image

27 

wielką poczekalnię dla klientek. Zachwycała ślubna suknia 

z białej koronki, w którą ubrany był manekin o uroczej buzi. Na 

stolikach i półkach w artystycznym nieładzie ułożono różnorod­

ne ślubne akcesoria, piękne przedmioty o nieznanym przezna­

czeniu piętrzyły się również na długiej ladzie po prawej stronie 

salonu. 

W tej przepełnionej kobiecością atmosferze poczuł się dziw­

nie nieswojo. Nawykł do sal konferencyjnych, tam czuł się jak 

ryba w wodzie. Podobnie na meczach. Ale tutaj, wśród koronek, 

atłasów i jedwabi w pastelowych barawch oraz różnych rekwi­

zytów kojarzących się z romantycznymi westchnieniami i sen­

tymentalnymi opowieściami o miłości i szczęściu, zdawał się 

być przybyszem z innej planety. Delikatne mebelki wydawały 

się zbyt kruche, by ktoś z jego wzrostem i posturą mógł na nich 

spocząć. Nigdy nie mieszkał pod jednym dachem z kobietą; 

poza wspólnymi nocami, jakie niekiedy mu się zdarzały, nie 

miał w tym względzie żadnych doświadczeń. Nie mówiąc już 

o scenerii i akcesoriach związanych ze ślubem. I był przekona­

ny, że los mu tego oszczędzi. 

- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? 

W drzwiach wiodących na zaplecze pojawiła się wysoka 

blondynka. Elegancki czerwony kostium, włosy starannie ucze­

sane we francuski warkocz. Dokładnie tak wyobrażał sobie 

dziewczynę, którą mógłby poślubić. Czy Keith tak to właśnie 

obmyślił? Wiedział, jakiej kobiety mniej więcej szuka. Czyżby 

to była Rennie? Wykorzystał nadarzającą się sposobność, by ich 

poznać i dlatego tak nalegał, by się z nią skontaktował? 

- Rennie? - zapytał, obrzucając taksującym spojrzeniem 

zgrabną figurę dziewczyny, długie zgrabne nogi w cieniutkich 

rajstopach. 

Blondynka uśmiechnęła się uprzejmie. 

. - Nie, jest na zapleczu. Zaraz ją poproszę. 

background image

28 

Marc skinął głową i odetchnął z ulgą. Czekając na Rennie, 

rozejrzał się po sklepie. Nie znał się na tych ślubnych sprawach. 

Choć pewnie będzie musiał je poznać, gdy zacznie organizować 

własny ślub. W tym salonie chyba nie brakuje niczego, by 

w pełni ziścić marzenia panny młodej. Zerknął spod oka na 

obszyte koronką i falbankami poduszeczki. Nie miał pojęcia, do 

czego mogłyby służyć. 

- No nie! Marc Foster we własnej osobie! Przyszedłeś na 

kontrolę? Ocenić, czy są jakieś szanse? 

Odwrócił się, słysząc ten zaskoczony głos. Błękitne, roze­

śmiane oczy patrzyły na niego. 

Jeszcze nigdy nie widział tak wesołych oczu. Powoli oderwał 

od nich wzrok, obrzucił spojrzeniem rozjaśnioną w uśmiechu 

twarz dziewczyny, natychmiast zauważając jej delikatnie zaró­

żowioną cerę i spływającą na ramiona masę złocistych włosów. 

Patrzyła na niego z niedowierzającym uśmiechem. 

- Wyglądasz znacznie lepiej niż w gazecie. Te czarno-białe 

zdjęcia nie oddają jednak wszystkiego, chyba się zgodzisz? -

Podeszła bliżej, wyciągając do niego rękę. - Jestem Rennie, jak 

już się zapewne domyśliłeś. Widzę, że sprawa jest poważniejsza, 

niż myślałam. A już podejrzewałam, że Keith coś knuje. Jednak 

chyba nie należysz do tych, których trzymają się żarty, w każ­

dym razie nie przekraczasz pewnych granic. 

- A więc to ty jesteś Rennie. - Nie wypuszczał jej dłoni. Jej 

uścisk był stanowczy, ale skóra przyjemnie ciepła i miękka. 

Chętnie by się przekonał, czy gdzie indziej jest taka sama. Puścił 

jej rękę i cofnął się nieco, zły na siebie za ten moment dekon­

centracji. - Bardzo tu przyjemnie. 

- Jeśli lubisz takie miejsca, w co raczej wątpię. 
Popatrzył na nią badawczo. Niesforne loki opadały na je­

dwabną bluzkę, do której włożyła wełniane spodnie i... To 

wprost nieprawdopodobne, ale była boso! 

background image

29 

Podążyła za jego spojrzeniem i roześmiała się. 

- Nie cierpię chodzić w butach. Gdybyś był klientem, jasne, 

że tak bym nie wyszła. Dlatego najpierw wyjrzałam ukradkiem, 

by się upewnić. Nie znoszę butów. Oczywiście wkładam je 

na oficjalne okazje, ale nawet w zimie, kiedy tylko mogę, cho­

dzę w skarpetkach. Nie po ulicy! - zaśmiała się. - Tylko bym 

zmarzła albo wyglądała jak bezdomna. 

Popatrzył na nią, starając się odepchnąć od siebie natrętną 

wizję Rennie otulonej złotymi lokami i mającej na sobie jedynie 

skarpetki... Potrafi nad sobą panować. 

- Chciałem wrócić do naszej wczorajszej rozmowy - zagad­

nął, skutecznie odsuwając od siebie obrazy podsuwane przez 

wyobraźnię. 

- Domyślam się, skoro zadałeś sobie trud przyjechania tu 

z Montgomery Street w czasie najgorszych korków. Dzięki, że 

nie wysłałeś pana Fieldinga, bo trudno z nim dojść do ładu. Ale 

chyba wszystko już sobie wyjaśniliśmy. Powiedziałam: nie. Czy 

moja odmowa nie była wystarczająco jasna? Jeśli tak, to w któ­

rym momencie? 

- W części, która dotyczy mojej osoby - oświadczył wprost. 

- Sprawa jest prosta: albo mi pomożesz, albo koniec ze sklepem. 

Jeśli się nie zgodzisz, jutro o tej porze będzie tu mój menedżer 
- dokończył. 

Wbiła w niego zdumiony wzrok, oczy jej przygasły. Chyba 

nie spodziewała się, że posunie się tak daleko. Ale przecież 

powinna sobie zdawać sprawę, że nie jest filantropem. Interes 

jest interesem, nie ma w nim miejsca na sentymenty. Przez całe 

życie kierował się tą zasadą. Mimo to poczuł chwilę wahania. 

Spochmurniał, zły na siebie. Człowiek, który się waha, prze­

grywa. 

A więc jest śliczna. Nie pierwszy raz ma do czynienia z pięk­

ną dziewczyną, z kilkoma nawet chodził. Nie ma znaczenia, że 

background image

30 

to kuzynka Keitha. Chodzi o interes. Skoro może mu pomóc, 

musi ją do tego nakłonić. 

- No cóż, postawiłeś sprawę jasno. - Rennie oparła dłonie 

na biodrach, w milczeniu zapatrzyła się w okno wychodzące na 

ulicę. 

Czekał. Był przyzwyczajony do negocjacji. Czasem sporo 

czasu upłynie, nim padną jakieś słowa. Lata praktyki zrobiły 

swoje. Rennie raczej nie ma takiego doświadczenia. 

Odwróciła się i popatrzyła na niego. Oczy jej płonęły. Ogar­

nęła go ciekawość. Czyżby nie miała zamiaru się poddać? 

- Przede wszystkim, zanim coś zdecyduję, muszę znaleźć 

prawnika, by dokładnie przyjrzał się umowie. Prawdopodobnie 

powinnam zrobić to od razu, gdy tylko na horyzoncie pojawił 

się pan Fielding. Nie przesądzam z góry, ale możliwe, że jest 

jakaś furtka, coś, co uniemożliwi ci odebranie mi sklepu. 

- Umowa jest nie do podważenia. Mamy najlepszych pra­

wników w mieście. 

- Mój kuzyn Clare też jest dobry - mruknęła. 
- Jeszcze jeden kuzyn? 

Popatrzyła na niego zmrużonymi oczami, podeszła bliżej. 

Kusiło go, by wyprostować się bardziej i w ten sposób ją zdo­

minować. Ciekawe, jak na to zareaguje? Coraz bardziej go 

fascynowała. 

- Doskonały prawnik - potwierdziła. 
- A więc wojna? 

- Ty to powiedziałeś. 

- Nie. Proszę jedynie o to, byś poznała mnie z kilkoma od-

powiednimi kobietami. 

- A jeśli tego nie zrobię, zamkniesz mój salon. Tylko 

spróbuj! 

- Nie muszę - odrzekł. - Wybór należy do ciebie. 
- Wyjaśnijmy to do końca. Jeśli przedstawię cię kilku ko-

background image

31 

bietom, które spełniają twoje oczekiwania, czy zostawisz mój 

salon w spokoju? - zapytała, mierząc go twardym spojrzeniem. 

- W każdym razie odwlekę to, co nieuniknione - odparł, 

z trudem kryjąc triumf. 

- Zaraz, tu nie chodzi o żadną zwłokę. Chcę mieć gwaran­

cje, że zatrzymam salon. 

- Jeśli znajdę żonę, salon będzie twój. Uznajmy, że to będzie 

prezent ślubny. 

Zmarszczyła brwi. 

- Bardzo oryginalne podejście. Pan młody ofiarowuje ślub­

ny prezent nie narzeczonej, ale komuś obcemu. Ale niech będzie, 

zgadzam się. Odetchnę, gdy przestanie nade mną wisieć ten 

dług. 

- Nie bądź taka prędka, Rennie. Jeszcze nie mam narze­

czonej. 

- Niech się zastanowię... 
Podeszła do wystawy, skrzyżowała ramiona i zapatrzyła się 

na falę przechodniów na ulicy. Po chwili odwróciła się, zmie­

rzyła rozmówcę uważnym spojrzeniem. Przyglądał się jej, roz­

bawiony zmianą, jaka w niej zaszła. Czyżby jego groźby potra­

ktowała serio? Przecież Keith z pewnością coś jej powiedział 

na mój temat, przemknęło mu przez głowę. Ciekawe tylko co. 

- Nie mogę ręczyć, że znajdę ci narzeczoną. Mogę najwyżej 

zapewnić, że poznam cię ze wszystkimi znanymi mi dziewczy­

nami, które odpowiadają twoim wymaganiom. Oczywiście naj­

pierw musisz je dokładnie określić. Skoro mam dobrać ci kogoś 

odpowiedniego, muszę o tobie co nieco wiedzieć. 

Chętnie by coś zrobił, by ją rozchmurzyć. 

- Na przykład, co? 
- Nie wiem. Nie myślałam o tym - odrzekła, przesuwając 

palcami po brodzie. - Może spotkamy się wieczorem u mnie? 

Przez ten czas się zastanowię. Teraz jestem zajęta, zresztą chyba 

background image

32 

tobie też nie byłoby na rękę, żeby co chwila ktoś nam przerywał. 

Najlepiej będzie wieczorem. Teraz i tak nie wiedziałabym o co 

pytać. Potrzeba mi czasu, by to przemyśleć. Nigdy wcześniej 

nikogo nie swatałam. I nie bardzo wiem, jak się do tego zabrać. 

- A twoja asystentka? - zapytał, by przerwać jej potok słów. 
- Eve? Zajęta, jeśli to miałeś na myśli. Już ponad trzy lata 

jest mężatką. I to szczęśliwą - dodała i przyglądając mu się 

taksująco, obeszła go wokół. 

Zupełnie jakbym był jakimś bokserem, zirytował się w duchu 

Marc. 

- A więc szukasz żony, która byłaby prawdziwym trofeum. 

Wytworna, elegancka i wyrafinowana. 

Spochmurniał jeszcze bardziej. 

- Zbyt przesadnie to ujęłaś. Nie chodzi mi o żadne trofeum. 

Zależy mi tylko, by matka moich dzieci pochodziła z nieposzla­

kowanej rodziny. 

- Sam możesz taką znaleźć. 
- Będzie dużo lepiej i szybciej, jeśli ktoś dokona wstępnej 

selekcji. To zbyt istotna sprawa, by pozwolić sobie na popełnie­

nie błędu i ożenić się z nieodpowiednią osobą. 

- Mówisz, jakby chodziło o interes. Ale tak czy inaczej nie 

ma co tracić czasu - mruknęła, marszcząc nos. 

- Może to trochę się różni od gry na giełdzie, ale nie aż tak 

bardzo. Chodzi o długoterminową fuzję dwojga osób. 

- O fuzję! Coś mi świta. Muszę poszukać ci kogoś, kto myśli 

jak komputer. 

- Nie potrzebuję wspólnika do interesu. Szukam żony. 
- Dobrze, wieczorem ustalimy, czego oczekujesz od ewen­

tualnej kandydatki, a ja się zastanowię, czy znam kogoś odpo­

wiedniego. A ponieważ mam coraz większą pewność, że chodzi 

ci o kogoś, kto podbije kurs twoich akcji, ucieszę cię, bo mam 

kilka koleżanek, które się świetnie do tego nadają. Lubią pienią-

background image

33 

dze i kochają wydawać krocie na ciuchy i biżuterię, by się do­

wartościować, a jednocześnie nie mają ochoty angażować się 

w coś tak bezsensownego jak miłość. Można się nimi pochwalić. 

- Rennie, telefon do ciebie. Dzwoni Joanne Pembroke -

z zaplecza zawołała Eve. 

- Już biegnę. Przepraszam cię, ale koniecznie muszę ode­

brać. To klientka. 

- Oczywiście, odbierz. Poczekam. 

Popatrzyła tak, jakby chciała go wyprosić, ale nie powiedzia­

ła nic, tylko popędziła na zaplecze. Eve popatrzyła na Marka, 

uśmiechnęła się. 

- Ale z niej pędziwiatr! Nie mogę za nią nadążyć, więc już 

dawno przestałam nawet próbować. 

- Mogłaby tylko ubierać się bardziej... - zaczął, ale ugryzł 

się w język. 

Przecież nie będzie komentował stroju przełożonej. Choć 

dobrze wie, jakie znaczenie w interesach odgrywa właściwy 

styl i sposób ubierania. Odkrył to, gdy stawiał pierwsze kro­

ki w biznesie. Ludzie oceniają cię po stroju. Kosztowny garni­

tur i odpowiednie dodatki potrafią zdziałać cuda, wywierają 

właściwe wrażenie, świadczą o zamożności i budzą zaufanie. 

Już dawno nauczył się to wykorzystywać i wiele dzięki temu 

zyskał. 

- Pracuje tu pani od początku? - zapytał. 
- Tak, już dwa lata. Rozglądałam się za jakimś zajęciem, 

żeby zabić czas. I nie mogę powiedzieć, bym narzekała na nudę. 

Przy Rennie to niemożliwe - dodała z uśmiechem. 

Ta dziewczyna to świetny nabytek, pomyślał. Ogromny plus 

dla firmy. 

- Interes kwitnie? - zagadnął. 

Jej uśmiech przygasł. 
- O to proszę zapytać Rennie. 

background image

34 

- Chyba nie idzie najlepiej, bo inaczej by pani potwierdziła. 

- Podszedł do wieszaka z sukniami. - Ile to kosztuje? 

- Tysiąc dwieście dolarów. 
- Za sukienkę? Na jedną uroczystość? - Z niedowierzaniem 

potrząsnął głową. Przecież tę sumę można zainwestować i do­

brze na tym zarobić, zamiast wydawać na strój, który się wkłada 

tylko jeden raz. - Dlaczego na wystawie jest tylko ta jedna? 

- Klientka, która ją zamówiła, rozmyśliła się w ostatniej 

chwili. Mamy nadzieję, że ktoś ją zobaczy i zechce kupić. 

- Zapłaciła za suknię? 
- Tylko niewielką zaliczkę. Przez to dużo straciłyśmy. Ren-

nie wystawiła ją w nadziei, że ktoś ją zobaczy i się w niej za­

kocha. 

No tak. W końcu tu wszystko kręci się wokół miłości. To go 

odstręczało. Nie wierzył, że coś takiego istnieje. Ciekawe, jak 

ułoży się współpraca z Rennie. Jest jego całkowitym przeci­

wieństwem, zdeklarowana romantyczka. Nawet firma, którą za­

łożyła, opiera swe istnienie na tym nieokreślonym, zawodnym 

uczuciu. 

- Bardzo przepraszam! - zawołała Rennie, wybiegając z za­

plecza. - Musiałam porozmawiać. Klientka jest daleko, a ślub 

za trzy tygodnie. Już się martwiłam, czy zdąży wrócić. Czy 

jeszcze coś zostało do ustalenia? Mamy mnóstwo pracy - wy­

jaśniła, uśmiechając się do Eve i cofając się o krok, by być dalej 

od Marka. 

Ciekawe, dlaczego się cofnęła? Przez moment miał ochotę 

podejść do niej, osaczyć przed tą ladą i... 

Nie jest zbyt wysoka, głową sięga mu do ramienia. Usta 

wydają się miękkie, pobłyskują, gdy przeciąga po nich języ­

kiem. Oczy są jej największym atutem. Patrzy śmiało, choć 

czujnie. Chciałby jeszcze raz ujrzeć w nich te wesołe iskierki, 

jakie w nich tańczyły, gdy wyszła go przywitać. 

background image

3 5 

- Pomyślałem sobie, że przejrzę twoje księgi rachunkowe, 

zorientuję się w sytuacji. Chcę wyrobić sobie opinię na temat 

kondycji firmy i zastanowić się, co ewentualnie zrobić. 

Rennie przełknęła ślinę. 

- Księgi... - powtórzyła, bezradnie patrząc na Eve. 

Eve uśmiechnęła się, wzruszyła ramionami. 

- Nie patrz tak na mnie. Ja ich nie prowadzę. 
- To chyba nie jest najlepszy moment - zaczęła Rennie, 

wyraźnie próbując odwieść go od tego pomysłu. 

- A kiedy będzie dobry? - zapytał, od razu wyczuwając, że 

z nimi jest coś nie tak. 

Nie jest księgowym, a doradcą najbogatszych korporacji, 

w których księgowość jest prowadzona na bieżąco. 

- Może wieczorem? Bo przyjdziesz, prawda? 

Skinął głową. 

- Może być ósma? 

-Tak. 
Podała mu adres i odprowadziła do drzwi. Grzecznie, ale sta­

nowczo. Po prostu wyprosiła. Coś, co mu się nigdy nie zdarzyło. 

- Ubierz się na luzie. Jak ja - powiedziała, otwierając drzwi 

i niemal wypychając go na ulicę. 

Usłyszał jeszcze cichy dźwięk poruszonego dzwoneczka 

i drzwi się zamknęły. Popatrzył przed siebie, zastanawiając się 

przez chwilę, czy skończyć z tym już teraz, czy może jeszcze 

poczekać. Bawiła go ta sytuacja. Już dawno się tak nie czuł. 

Kiedy zapukał do jej mieszkania na Chestnut Street, zegarek 

wskazywał dokładnie ósmą. Powietrze na korytarzu było prze­

sycone wonią stęchlizny i starości, a parking przed domem na­

pawał obrzydzeniem. 

Poczuł dziwną radość, gdy otworzywszy drzwi, dziewczyna 

uśmiechnęła się na jego widok. 

background image

36 

- Ale jesteś punktualny! Chociaż powiem ci, że się tego 

spodziewałam. Czekałeś na korytarzu, by zapukać dokładnie co 

do minuty? 

- Nie musiałem czekać. Przyjechałem na czas. 

Popatrzyła na jego garnitur. 
- Chyba ci powiedziałam, żebyś się ubrał zwyczajnie. 

- Jadę prosto z pracy. Zresztą jestem tu w interesach, więc 

strój jest jak najbardziej odpowiedni. 

Rennie miała na sobie miękki, różowo-niebieski dres, kolo­

rowe spinki przytrzymywały odgarnięte do tyłu włosy. Była 

boso. 

- Twoja strata. Ja lubię wygodę. Wchodź i siadaj. Napijesz 

się czegoś? A może byś coś zjadł? Jadłeś kolację? 

- Rennie, nie jesteś moją matką. Nic mi nie potrzeba i ni­

czego nie chcę. Przystąpmy do rzeczy - sprowadził rozmowę 

na właściwy tor, nie chcąc, by jej gościnność osłabiła jego 

stanowczość, i tłumiąc fascynację, jaką wywoływał w nim wi­

dok jej bosych stóp. 

- Wszyscy mężczyźni są tacy sami. Od razu przechodzą do 

tematu, a przecież można to zrobić w miły sposób, nie rezyg­

nując z drobnych towarzyskich uprzejmości. Nie wiem, dlacze­

go kobiety ciągle tak się starają, choć wy wcale nie potraficie 

tego docenić. I to w każdym pokoleniu. 

Podążył za nią do salonu. Był w jej stylu. Miękkie, przepa­

stne fotele i wygodna kanapa wyglądały zachęcająco. Usiadł 

w fotelu. Wyjątkowo wygodny. Czyżby kupiła te meble z myślą 

o odwiedzających ją mężczyznach? Zaniepokoiła go ta myśl, 

spochmurniał. Ciekawe, czy ma wielu znajomych? Czy czasem 

wpadają do niej? 

- No nie! Jeszcze nawet nie zaczęliśmy, a ty już jesteś na­

burmuszony. Co się stało? 

- Nic. Bierzmy się do roboty. Mam spotkanie z samego rana. 

background image

37 

- I nie chcesz dziś wrócić zbyt późno. W porządku. 

Usiadła na kanapie, podciągając pod siebie nogi i sięgając 

po leżący na stoliku żółty bloczek i ołówek. 

- Żółty kolor inspiruje kreatywność, wiesz o tym? - zapy­

tała, wypisując na górze jego imię i nazwisko. 

- Nie wiedziałem. Mój problem też? 

- Nie. Po prostu lubię żółty. Ile masz lat? 
- A co to ma do rzeczy? - obruszył się. 

Podniosła wzrok znad kartki. 
- No wiesz, różne są podejścia. Jednej nie przeszkadza, że 

mąż jest dużo starszy, za to ma pieniądze, innej tak. Dlatego 

muszę znać twój wiek i... 

- Wydaje mi się, że nie jestem stary. Mam trzydzieści pięć 

lat - prychnął, coraz bardziej zirytowany tym wypytywaniem. 

Po co dał się w to wrobić? 

- Ja mam dwadzieścia sześć i większość moich koleżanek, 

które ewentualnie wchodzą w grę, jest w podobnym wieku. Nie­

które z nich mogą mieć opory, by wiązać się ze starszym męż­

czyzną. 

- Na litość boską, przecież nie jestem żadnym starszym 

mężczyzną! Trzydzieści pięć lat to mężczyzna w kwiecie wieku. 

- Uhm... Dokładnie takiego stwierdzenia można się spo­

dziewać po kimś w twoim wieku - mruknęła, zerkając na niego 

z ukosa. - Jaki jest twój ulubiony kolor? 

Spiorunował ją wzrokiem. 

- Rennie - odezwał się, tłumiąc wzbierającą w nim złość. 

- Nie mam ulubionego koloru i co, do diabła, ma to wspólnego 

z poznaniem twoich znajomych? 

Westchnęła ciężko, popatrzyła na niego z powagą. 
- Marc, muszę cię poznać, wyczuć twoją naturę. Muszę wie­

dzieć, jaki jesteś. Jak inaczej mam o tobie opowiadać? Jeśli 

będziesz odpowiadał pytaniem na pytanie, to do niczego nie 

background image

3 8 

dojdziemy. Jeśli lubisz zielony, przypuszczalnie jesteś genialny, 

bo większość geniuszy upodobała sobie ten kolor. Jeśli niebie­

ski, to... 

- Czarny. Skoro koniecznie muszę jakiś wybrać, to niech 

będzie czarny - parsknął. 

- Jak twoje serce, co? - mruknęła kpiąco, zapisując coś 

w notatkach. 

- A jaki jest twój kolor? - zapytał nieoczekiwanie. 
- Mój? Różowy. A dlaczego pytasz? 
Przez chwilę nie odrywał od niej wzroku. Wreszcie wzruszył 

ramionami. 

- Tak sobie. Z ciekawości. 
Podniósł się i zdjął marynarkę, przerzucił ją przez poręcz 

drugiego fotela. Rozluźnił krawat, usiadł i wyciągnął nogi przed 
siebie. Włożył kciuki za pasek, popatrzył na dziewczynę. 

- Relaksujesz się? - zapytała z uśmiechem. 

Skinął głową, nadal na nią patrzył. 

Wstrzymała oddech, opuściła wzrok na notatki, jakby czymś 

spłoszona. 

- Coś nie tak? - zapytał, czując się swobodniej. 

Może nie tylko on czuje się podekscytowany sytuacją. Jest 

śliczną dziewczyną. I bardzo kobiecą. Jej obecność wzbudzała 
w nim zainteresowanie i świadomość własnej płci. I wcale nie 
dlatego, że od dłuższego czasu z nikim się nie spotykał. Miała 
w sobie coś, co go intrygowało. 

A przecież w najmniejszym stopniu nie odpowiada jego wy­

obrażeniom przyszłej żony. Z całą pewnością nie można przy­
pisać jej wytworności i elegancji. Tryska radością życia, jest 
zabawna, nieco lekkomyślna. Kojarzy mu się z rozświetlonym 
słońcem, ukwieconym ogrodem. Czy inni mężczyźni też tak ją 
widzą? Poczuł ukłucie niepokoju. Co go to właściwie obchodzi? 
Korzysta jedynie z jej pomocy, by znaleźć sobie żonę z szacow-

background image

39 

nego rodu. Kobietę, dzięki której umocni swoją pozycję, a dzie­
ciom zapewni dobre pochodzenie. 

Rennie potrząsnęła głową, nie odrywała oczu od notatek. 
- Nie, skąd. Twoja ulubiona potrawa? 
- Meksykańskie placki. 

- Takosy? - zdumiała się. 
- A dlaczego nie? 
- Wydawało mi się, że wybierzesz coś bardziej wyszukane­

go. Kawior, filet mignon... 

- Lubię takosy. A twoje ulubione danie? 
- Krewetki. Ugotowane, obrane i podane na zimno z dużą 

ilością różowego sosu. 

- A już myślałem, że czekolada - zdziwił się. 
Buzia dziewczyny rozjaśniła się w uśmiechu. 
- Lubię czekoladę. Zwłaszcza na deser po krewetkach. 

Przez kolejne dwie godziny zasypywała go pytaniami 

na temat książek, które czytał, filmów, na których był albo 

których nie chciał oglądać; o sposób spędzania wolnego czasu 

w weekendy. Marc nie pozostawał jej dłużny, powtarzał każde 

jej pytanie i czekał na odpowiedź. 

Zmienił temat, gdy zaczęła wypytywać go o rodzinę. Nie 

dała za wygraną i wręcz zapytała o rodziców. 

- Oboje nie żyją - odparł krótko. 
- Przepraszam - wycofała się natychmiast i popatrzyła na 

niego ze współczuciem. 

- To było już dawno - dorzucił, by zakończyć rozmowę. 
- Zostawmy to na razie. Ważne jest to, kim jesteś teraz. To 

ma być wabikiem. 

Czas mijał, a ta dziewczyna ciągle była dla niego tajemnicą, 

nie potrafił jej rozgryźć. Zupełnie nie pasowała do żadnego 
wzorca. To go złościło, bo lubił mieć świat uporządkowany. 
Musi to wyjaśnić. Według tego, co mówił Keith, nie przyjęła 

background image

40 

pomocy proponowanej przez ojczyma, chciała sama zarabiać na 

życie. Poza doskonałym wykształceniem, jakie jej zapewnił, nie 

godziła się na nic więcej. 

Kobiety, które znał, oczekiwały, by świat kręcił się wokół 

nich. Rolą mężczyzny było dostarczanie pieniędzy na zaspo­

kajanie zachcianek i zapewnienie im odpowiedniego poziomu 

życia. 

Tego samego spodziewał się po przyszłej żonie. Powinna 

umieć wybrać meble, które zrobią na ludziach wrażenie, i ubie­

rać się stosownie do jego pozycji. Kto wie, może też kupi jej 

klejnoty, o których wspominała Rennie - ale nie coś krzykliwie 

drogocennego, a wyszukane, kosztowne cacka w dobrym gu­

ście. Jego żona będzie miała tylko najlepsze rzeczy. Niech wszy­

scy widzą, że stać go na to, by ją rozpieszczać. 

- No, na dzisiaj wystarczy - oświadczyła Rennie, rzucając 

na stolik notatki i przeciągając się jak kot. 

Przy tym ruchu jej bluza podjechała w górę, odsłaniając 

wąziutki skrawek skóry na wysokości talii. 

Ten blady paseczek natychmiast przykuł jego wzrok. Cieka­

we, czy w tym miejscu jest bardziej delikatna w dotyku niż na 

dłoni. Chętnie by to zbadał, ba, nie tylko to, dużo więcej. 

- Przywiozłaś księgi rachunkowe? - zagadnął, bo choć mi­

nęło tyle czasu, Rennie ani słowem o nich nie wspomniała. 

Zagryzła usta, popatrzyła na niego niepewnie. 

- Owszem. Ale dzisiaj chyba już na to za późno. Może 

obejrzysz je innym razem? - zaproponowała z udaną beztroską. 

- Jak cię znam, zamierzasz skoro świt być w biurze, masz umó­

wione spotkanie. Prawda? 

- Obejrzę je. - Nie dał się zwieść. 
- Ale mówiłeś, że jesteś umówiony wcześnie rano. 
- Rennie, przynieś te dokumenty - powiedział z uśmie­

chem. 

background image

4 1 

- Wyglądasz jak wilk gotowy do skoku. 

- To kociaki skaczą, nie wilki. Wilk się podkrada, zaczaja i 

w odpowiednim momencie rzuca na ofiarę. 

Przez długą chwilę patrzyła na niego rozszerzonymi oczami. 

Marc milczał. Wreszcie dziewczyna westchnęła ciężko i 

z wyraźnym ociąganiem poszła do holu. Wróciła, niosąc plik 

luźnych kartek i jeden skoroszyt. Z niechęcią, idąc noga za no­

gą, podeszła do Marka i podała mu papiery. 

Jak dzieciak, zły, że został do czegoś zmuszony, przemknęło 

mu przez myśl. Popatrzył na to, co mu przyniosła. Właściwie 

nie powinien się dziwić. Wiedział, że małe firmy nie prowadzą 

księgowości tak sumiennie jak ogromne korporacje, z którymi 

ma do czynienia. Ale jego najgorsze przypuszczenia były ni­

czym przy tym, co zobaczył. 

- Jakie jest twoje zdanie na temat kondycji salonu? - zapy­

tał, jeszcze nie otrząsnąwszy się z szoku. 

- Chyba jest nieźle. No, może nie całkiem, bo zdarza się 

czasem, że trudno związać koniec z końcem. Ale bywa i tak, że 

pieniędzy jest więcej. To dlatego Keith uważa, że powinieneś 

na to spojrzeć fachowym okiem. Chyba zgodzisz się, że nawet 

jeśli są pieniądze, to nie od razu odbija się to pozytywnie na 

interesie. Musi minąć trochę czasu. 

- Masz rację. Przejrzę je, potem ci oddam. - Podniósł się, 

sięgnął po marynarkę. 

Przekaże je księgowemu, niech on spróbuje coś z tego zro­

zumieć. Nie będzie tracił czasu. Gdy Stuart doprowadzi je do 

jakiegoś stanu, poprosi, by podsunął Rennie kilka cennych 

wskazówek, niechby liznęła choćby podstaw prowadzenia księ­
gowości. To niezbędne, jeśli rzeczywiście zależy jej na salonie, 
inaczej nie da rady. 

- Co robisz w piątek w czasie lunchu? - wyrwała go z roz­

myślań. 

background image

42 

Przez moment zastanawiał się, czy próbuje się z nim umówić. 
- Dlaczego pytasz? 

Jest kuzynką Keitha i ma pomóc mu znaleźć żonę. Niemo­

żliwe, by chciała się z nim umawiać. Może go nawet nie lubi. 

- Przyszło mi na myśl, żeby poznać cię z Marcellą Ran­

dolph. Ona ci może pasować. Myślałam o niej, gdy cię wypy­

tywałam. Zaproszę ją w piątek na lunch, a ty przypadkowo na 

nas wpadniesz. Wtedy zaproponuję, żebyś się do nas dosiadł. 

W ten sposób się poznacie - wyjaśniła, z desperacją patrząc na 

leżące na stoliku dokumenty. 

- Gdzie i o której? 

- Marcella przepada za restauracją Sabrina's, obok Battery 

i Montgomery. Wpół do pierwszej? 

- Zgoda. W takim razie tam się spotkamy. 

Sięgnął po papiery i ruszył do drzwi. Podążyła za nim. Czuł 

delikatny, znajomy zapach jej perfum. Już wie - truskawka. No 

tak, świeży i apetyczny jak ona. 

Zatrzymał się przy wyjściu. Rennie popatrzyła na niego. Nie 

zastanawiając się, nie myśląc, pochylił się i delikatnie musnął 

jej usta. Nie zawiódł się. Były tak miękkie, jak przypuszczał. 

I jeszcze słodsze, niż myślał. 

- Dobranoc. 
Wyszedł, nim zdążyła się odezwać. Czyli to on jest górą. Tak 

ją zaskoczył, że stała jak zamurowana. 

Dopiero gdy wsiadł do auta, uświadomił sobie, że wcale tak 

nie jest. Ciągle czuł na wargach delikatną miękkość jej ust, ich 
słodycz. Ta dziewczyna naprawdę coś w sobie ma. Nie może 
zapomnieć, że łączy ich wyłącznie interes. Nic więcej. I na 
przyszłość wybić sobie z głowy pocałunki. 

O dziesiątej rano miał już dość wpatrywania się w rozłożone 

na biurku dokumenty dotyczące nowej inwestycji. Zniechęcony, 

background image

43 

odłożył na bok złote pióro. Od zakończenia porannego spotkania 
siedział nad tym projektem, daremnie próbując się skoncentro­
wać. Zżerała go ciekawość. Musi wiedzieć, w jakiej kondycji 

jest sklep Rennie Morgan. 

Skierował się prosto do pokoju Stuarta. Biurko księgowego 

zaścielały rozłożone kartki i karteluszki. Wystarczył rzut oka, 
by stwierdzić, że chyba nie do końca nad nimi panował. 

- Udało ci się do czegoś dojść? - zapytał. 

Stuart podniósł głowę znad papierów, skrzywił się. 

- Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Groch z kapustą. 

Ta pani zapisuje wydatki i przychody na wydartych skrawkach 

i upycha je do koperty, póki się mieszczą. Gdy już więcej nie 

wchodzi, bierze następną. Niektóre rachunki są popłacone, o in­

nych nic nie wiadomo, nie ma zapisanego stanu konta po kolej­

nych operacjach. Nie wspominając już o tym, że nie dołączyła 

książeczki czekowej. 

- Jesteś w stanie określić przybliżoną kondycję jej sklepu? 
- Może z grubsza. Choć nie ręczę, jak bliskie to będzie 

prawdy. Ta kobieta powinna nauczyć się przynajmniej podstaw 

księgowości. 

Dochodziła piąta, gdy Stuart zwrócił przeglądane dokumenty. 

Wyglądał, jakby ktoś przepuścił go przez wyżymaczkę. Zrobił, co 
mógł, ale w trakcie pracy pojawiło się mnóstwo pytań i wątpliwo­
ści. Marc podziękował mu, a gdy Stuart wyszedł, zerknął na zega­
rek. Za późno, by złapać ją w pracy, by wspólnie z nią przejrzeć te 
dokumenty i po kolei wydobyć z niej odpowiedzi na wypisane 
przez Stuarta pytania. Problem w tym, że wymaga to sporo czasu. 
Może Rennie będzie wolna w weekend? 

Sobota niestety odpada. Nie da rady, obiecał dyrektorowi 

ośrodka, że na pewno się z nim spotka. W takim razie może 
niedziela? Musi to z nią przedyskutować. Później, gdy już bę­
dzie w domu. 

background image

44 

Zadzwonił o siódmej, ale nikt nie odpowiadał. Z irytacją 

odłożył słuchawkę. Gdzie Ona się podziewa? 

Spróbował pół godziny później, potem o ósmej, znowu 

o dziewiątej. 

- Halo? 
- Rennie? Tu Marc. 

- Cześć, co się stało? 
- Co się z tobą działo? 
- Nie było mnie. Czy coś się stało? 
- Przejrzeliśmy dziś twoje rachunki. Nasz księgowy miał 

ochotę rzucić pracę. 

Rozparł się wygodnie, czekając na odpowiedź. Nawet przed 

sobą się nie przyznawał, jak bardzo chciał znowu usłyszeć jej 

głos. 

- Miałam zamiar uporządkować papiery, ale stale brak mi 

czasu. Zresztą bardziej pociąga mnie szycie i dobieranie dodat­

ków, niż ślęczenie nad rachunkami. Okropnie to nudne. Eve nie 

przykłada do tego ręki, ponieważ to należy do mnie. Hmm, czy 

ten twój księgowy powiedział coś konkretnego? 

- Na razie nic wiążącego. Nie mamy twojej książeczki cze­

kowej, bez tego trudno coś wnioskować. Nie dałaś jej. 

- Jasne, że nie. Przecież to moje pieniądze. Nie mam zamia­

ru oddawać jej tylko dlatego, że ktoś chce prześledzić moje 

finanse. Poza tym stale jest potrzebna: spływają rachunki, opła­

cam pracownicę. Nie mogę ci jej dać. Co najwyżej podam ci 

stan konta, jeśli to konieczne, ale nic więcej! 

- Musimy ocenić kolejne operacje, zobaczyć wpływy, po­

równać je z wydatkami. Może okaże się, że jakąś część kapitału 

można gdzieś korzystnie zainwestować. 

- Tak myślisz? Bardzo chętnie. Zwłaszcza w coś, co będzie 

dawać duże zyski. Żeby mieć skąd brać w razie kłopotów. 

- Każdy by tak chciał. 

background image

45 

- Ale chyba tym właśnie się zajmujesz? Słyszałam, że masz 

do tego szczęśliwą rękę. Dzięki twoim radom ogromne korpo­

racje zarabiają krocie. Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się stracić 

choć dziesięć centów? 

- Owszem, ale w zamian zyskałem dolara. Dobrze mi poszło. 
- Co jesteś taki skromny? Myślałam, że mężczyźni są bar­

dziej skłonni do przechwałek. 

Jeśli już miałbym się chwalić, to raczej czymś innym, nie­

oczekiwanie przemknęło mu przez myśl. To go zaskoczyło. 

Skąd te pomysły? Przecież ta dziewczyna ma mu jedynie pomóc 

w znalezieniu żony, nic więcej. Nie odpowiada jego wymaga­

niom. Jest za niska, niesforne włosy nigdy nie dadzą się ułożyć 

w szykowną fryzurę, z pewnością nie da się o niej powiedzieć, 

że jest wyrafinowana i wytworna. Z łatwością można sobie wy­

obrazić, że nawet w kościele ukradkiem ściąga buty! 

A jednak nie potrafi zapomnieć miękkości i ciepła jej skóry. 

I wesołych ogników tańczących w błękitnych oczach. 

Może to nie był najlepszy pomysł, by do niej telefonować, 

pomyślał, sadowiąc się wygodniej w fotelu. 

- Marc? 
- Ciągle jestem. 
- Kiedy chcesz to ze mną omówić? Wolałabym nie rozma­

wiać na ten temat w obecności Marcelli. Ona ma mnóstwo 

pieniędzy i z radością zainwestuje je według twoich wskazó­

wek. Ale wydaje mi się, że powinieneś się z tym wstrzymać, 

póki nie dojdzie do ślubu, oczywiście, jeśli okaże się odpowied­

nią kandydatką. Natomiast o mojej sytuacji finansowej wolała­

bym porozmawiać w cztery oczy. 

- Pod tym względem moi klienci są stuprocentowo bezpie­

czni - oświadczył krótko. - Gwarantuję pełną dyskrecję - dodał, 

rozważając ewentualną kandydaturę Marcelli. 

- To dobrze. Jak minął ci dzień, poza tym, że znów zarobiłeś 

background image

46 

masę pieniędzy? Wyszedłeś dziś wcześniej? Marc... a może 

jeszcze jesteś w pracy? 

- Owszem. 
- To okropne! Czy ty wiesz, że minęła już dziewiąta? Ja 

zaraz idę do łóżka, a z pracy wyszłam kilka godzin temu. Nie 

mieści mi się w głowie, że nadal siedzisz w biurze. Zobaczysz, 

popsujesz sobie oczy, jak będziesz tyle czytać! I pewnie nie 

jadłeś obiadu. Chyba że jadasz o północy. A to bardzo niezdro­

wo jeść tuż przed snem. 

- Wyszedłbym wcześniej, gdybyś była w domu. Od siódmej 

próbuję cię złapać. 

- No tak, nie było mnie, wychodziłam. 

Milczał, zastanawiając się w duchu, z kim była i gdzie. I co 

robili. 

- To nie była randka, po prostu kolacja z kolegą. To znaczy 

on chciał, by to było coś więcej, ale ja nie. Miałam ochotę 

spotkać się z nim, dowiedzieć się, co słychać. Ale sam wiesz, 

jacy są faceci. W końcu choćby po sobie. 

- Czy on coś próbował? - Aż się w nim zagotowało. 

- Ależ skąd! Namawiał, żeby iść na tańce. Byłam w spod­

niach, wyobrażasz sobie, jak byśmy wyglądali? Niezła para! 

Trudno by było odróżnić, kto jest kim. 

- Lepiej niż gdybyś poszła tańczyć z kobietą - mruknął, 

zżerany ciekawością, kim był ten mężczyzna. 

Rennie roześmiała się. Ten perlisty śmiech przywoływał ob­

raz jej roześmianych niebieskich oczu i sypiących się z nich 

jasnych iskierek, i psotny, nieco łobuzerski uśmiech. 

- Celnie to ująłeś, Marc. Nie podejrzewałam cię o poczucie 

humoru. Zawsze uważałam cię za bezwzględnego macho, idą­

cego po trupach do celu. Byłbyś świetny w roli budzącego strach 

i przerażenie pirata. 

- Myślałaś o mnie? - zdumiał się. - Kiedy? 

background image

47 

- Już jakiś czas temu widziałam w gazecie twoje zdjęcie. 

Ale teraz nie chcę o tym mówić. Pasuje ci sobota? 

- Do czego? 

- By porozmawiać o moich rachunkach. Zaraz rozpowiem 

po ludziach, że sam Marc Foster jest moim doradcą. To zrobi 

wrażenie... 

- Sobota odpada - przerwał jej. 
- Dlaczego? 

- Nie mogę w sobotę. Co powiesz na niedzielę? 
- Zgoda. Chociaż nie, poczekaj. W niedzielę jest grill u cio­

ci Patty. Wiesz co, chodź ze mną, mogę kogoś przyprowadzić. 

Przyjdziesz jako mój znajomy. Po drodze porozmawiamy. To 

przyjęcie u mamy Keitha, może ją znasz? 

- Owszem, znam - potwierdził. 

Wprawdzie nie utrzymywał z nią kontaktu już od kilku lat, 

ale u rodziców Keitha zawsze był mile widzianym gościem. 

- To jeszcze lepiej. Tylko pamiętaj, żeby ubrać się relakso­

wo. Broń Boże garnitur! 

- Wiem, jak się ubierać. 

- Nie zauważyłam. W każdym razie ma być pełen luz. 

I oczywiście mnóstwo jedzenia. Ciocia cudownie gotuje. Jest 

nawet lepsza od mojej mamy i babci. Nie mam pojęcia, gdzie 

się tego nauczyła. Ja nie gotuję za dużo. A ty? 

- Minimalnie, jeśli nie mam innego wyjścia. To o której? 
- Masz pewnie bardziej szpanerski samochód niż ja. Może 

pojedziemy twoim? 

Marc zawahał się przez moment, po chwili uśmiechnął się. 

Lubił jeździć mercedesem, ale ma coś lepszego dla tej przemą­

drzałej panny. 

- Nie ma sprawy. O której po ciebie przyjechać? 
- Koło dziesiątej. Będziemy w samą porę, by trochę pomóc. 

Po drodze porozmawiamy. Tam jedzie się dobrą godzinę. 

background image

48 

- Rennie, wiem, gdzie jest Woodside - zapewnił spokojnie. 

Roześmiała się. 

- No tak. Ale jeśli spodoba ci się Marcella i zechcesz się 

z nią umówić na niedzielę, to nie miej skrupułów. Przełożymy 

to na kiedy indziej. Nie będę uprzedzać o twoim przybyciu, więc 

w razie czego nikt nie będzie pytać. 

Już niemal wyleciało mu z głowy, że umówili się na lunch 

z Marcellą. Ale bez względu na wrażenie, jakie zrobi na nim ta 

dziewczyna, nie przepuści grilla z Rennie. Chętnie posłucha, co 

ma mu do powiedzenia na temat swoich rachunków. I znów 

popatrzy w te niebieskie oczy. 

- Nie będę miał innych planów - oznajmił z przekonaniem. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Marc zatrzymał się na progu sali. Skrzywił się w duchu na 

widok przesłodzonego wystroju restauracji, ale niczego nie oka­

zał. No tak, kobiety lubią takie miejsca. Wypytał Rachel o ten 

lokal; od niej wiedział, że tutejszą specjalnością są sałatki i da­

nia z makaronu. Sala tonęła w zieleni i kwiatach, rośliny zwie­

szały się z góry, pięły po drewnianych kratkach. Do tego białe 

żeliwne mebelki, zupełnie jak w ogrodzie. Widać coś z tego 

musi głęboko przemawiać do kobiecej psychiki. Rozejrzał się 

po przestronnym wnętrzu, dostrzegł zaledwie kilku mężczyzn. 

Większość gości stanowiły kobiety. 

Rennie zajęła stolik w odległym rogu. Zaczął iść w jej kie­

runku, ostrożnie wymijając zagradzające drogę stoliki. Nie spu­

szczał z niej oczu. Dziwne, ale nadal kojarzyła mu się ze słone­

cznym dniem. Dziś miała włosy upięte do tyłu. Kilka niesfor­

nych kosmyków okalało jej twarz. Ciekawe, czy w dotyku są 

tak jedwabiste, na jakie wyglądają? Czy jeśli odgarnie je w tył, 

łagodne loczki okręcą się wokół jego palców? 

Nie mógł się powstrzymać, by nie zerknąć na jej stopy. 

Włożyła pantofle. Nogawki ciemnych spodni odsłaniały zgrabne 

kostki. Bladoróżowa jedwabna bluzka podkreślała świeżość kar­

nacji dziewczyny. 

Popatrzył na jej towarzyszkę. Efekciarska szpanerka, ocenił. 

Chyba celowo wybrała fryzurę z krótko przyciętych włosów, by 

wyeksponować brylantowe kolczyki, stwierdził cynicznie. Ge-

background image

50 

stykulowała gwałtownie, a przy każdym ruchu brylantowa bran­

soletka rzucała olśniewające refleksy. 

Rennie spostrzegła go, gdy dochodził do stolika. 

- Marc! Co za niespodzianka! Co ty tu robisz? 
- Cześć, Rennie - przywitał się. Żałował, że nie ma sposo­

bu, by nieco ochłodzić jej entuzjazm. Przecież ta Brylantowa 

Dzieweczka wszystkiego się domyśli. 

- Umówiłem się tu na lunch, ale chyba zostałem wystawiony 

do wiatru. Spostrzegłem cię, więc podszedłem, żeby się przy­

witać - wyjaśnił spokojnie. 

- Może się do nas przysiądziesz? - Rennie odwróciła się do 

koleżanki. - Marcella, nie masz nic przeciwko? 

- Ależ skąd! - Marcella obdarzyła go życzliwym uśmie­

chem, okiem znawcy mierząc jego kosztowny garnitur. 

Rennie dokonała krótkiej prezentacji i skinęła na kelnerkę, 

by przyniesiono dodatkową kartę. Gdy zamówienie zostało 

przyjęte, z uśmiechem popatrzyła na współtowarzyszy. 

-Bardzo się cieszę, Marc. Tak dawno cię nie widziałam. 

Wiesz, Marcello, Marc to dobry znajomy Keitha, jeszcze ze 

studiów. 

- Nie miałam pojęcia, ale wydaje mi się, jakbyśmy się znali 

od lat. Nieraz widziałam cię na zdjęciach w gazetach. Zawsze 

w rubryce biznesowej, mówiąc precyzyjnie - rzekła Marcella, 

patrząc na niego łakomym spojrzeniem. 

- Marc ciężko pracuje, dzięki temu tak daleko zaszedł - po­

wiedziała Rennie. 

Marcella, słysząc to, uśmiechnęła się i porozumiewawczo 

popatrzyła na Marka. 

- Zapewniam cię, Rennie, że doskonale wiem, do czego on 

doszedł. 

Marc oparł się wygodniej, uważnie przypatrując się Marcelli. 

Na pierwszy rzut oka niczego nie można jej było zarzucić. 

background image

5 1 

Rzeczywiście zdawała się spełniać wymagania, jakie stawiał 

kandydatce na żonę. Doskonale potrafiła prowadzić niewy­

muszoną rozmowę, jednocześnie nie kryła zainteresowania je­

go osobą. Ale im dłużej jej słuchał, tym bardziej go zniechęca­

ła. Coraz mniej obchodziło go, co ta dziewczyna ma do po­

wiedzenia. 

- Lubisz operę, Marc? - zapytała, w zasadzie nie jedząc, 

a jedynie jakby od niechcenia przesuwając widelcem sałatkę. 

Rennie podniosła oczy znad talerza. Już wcześniej spo­

strzegł, że je z nadzwyczajnym apetytem. Stojąca przed nią 

sałatka zniknęła w okamgnieniu, zaraz po niej dziewczyna po­

chłonęła solidną porcję włoskiej pasty. Pieczywa też ubywało 

w piorunującym tempie. Jak ona to robi, że tyle je, a jest wiotka 

jak trzcinka? 

- Przepraszam cię, Marcello. Pytałaś o operę? - zapytał, wi­

dząc zmarszczoną minę Rennie, wyraźnie przywołującą go do 

porządku. 

- Byłam ciekawa, czy lubisz operę. 
- Nie. 
Rennie uniosła brwi. 
- Marc - zdumiała się. - Nie? Ale dlaczego? San Francisco 

Company wystawia wspaniałe opery. Ostatnia premiera „La 

Boheme" była prawdziwym wydarzeniem. 

- Nie przepadam za operą - wyjaśnił Marc. 
- Aha - podsumowała krótko i popatrzyła uważnie na kole­

żankę. - A interesuje cię jakaś dziedzina sztuki? 

- Muzyka symfoniczna. Opera do mnie nie przemawia. Lu­

bię dobrą muzykę, ale śpiew w niezrozumiałym języku zupełnie 

mnie nie pociąga. 

- Moi rodzice mają stałe karnety do filharmonii - wtrąciła 

Marcella. - Może kiedyś zechcesz nam towarzyszyć - zapro­

ponowała, uśmiechając się zachęcająco. 

background image

52 

Marc odpowiedział uśmiechem. 

- Może. Też mam wykupione stałe miejsca. 

- No widzicie! - z ożywieniem wtrąciła Rennie. - Możliwe, 

że oboje byliście na tym samym koncercie, choć się nie znali­

ście. Teraz będzie inaczej - dokończyła pogodnie. 

Wygląda na zdesperowaną, nieco cynicznie stwierdził w du­

chu Marc. Co ją aż tak niepokoi? 

- Marcella jest wielką miłośniczką futbolu, kibicuje naszej 

drużynie - odezwała się Rennie, gdy cisza zaczęła się przeciągać 

ponad miarę. - Prawda, Marcello? 

Dziewczyna wzruszyła ramionami. 
- To było wtedy, gdy jeszcze studiowałyśmy. Teraz już z te­

go wyrosłam. Chociaż mężczyźni chyba nigdy nie przestają 

uwielbiać piłki, prawda, Marc? 

Pokiwał głową. 
- Sam jestem zagorzałym kibicem. 

- Domyślam się, że pewnie masz karnet na stadion - dociekała. 
- Jasne. 

- Pięknie się składa - podjęła Rennie. - Może któregoś razu 

wybierzemy się razem na mecz. 

- Może - odparł krótko Marc. 

Doskonale wiedział, że jego zachowanie ją niepokoi, ale nie 

zamierzał niczego udawać. Nie miał ochoty zaprzyjaźniać się 

z Marcellą. Co z tego, że wydawała się wymarzona do roli jego 

żony? Nie tak wyobrażał sobie matkę swego syna. Trzy razy 

niby mimochodem wspomniała o pieniądzach ojca. Sam nie 

miał nic przeciwko temu, by jego żona miała w tej kwestii wolną 

rękę, ale nie podoba mu się, gdy ktoś bez przerwy podkreśla 

swoje bogactwo. 

Gdy skończyli jeść, popatrzył na Rennie. 

- Cieszę się, że się spotkaliśmy. I dzięki, że mogłem się do 

was przysiąść. Było mi bardzo miło cię poznać, Marcello. 

background image

53 

Podniósł się i pochylił głowę ku Rennie. Zrobił to celowo, 

by z góry rozwiać złudzenia Marcelli, że ich znajomość może 

mieć ciąg dalszy. 

- Wpadnę po ciebie w niedzielę o dziesiątej, bądź gotowa 

- powiedział wystarczająco głośno, by jej koleżanka to usły­

szała. 

Uśmiechnął się do Marcelli na pożegnanie, wyprostował się 

i odszedł. 

Zaskoczone spojrzenie, jakim obrzuciła go Rennie, warte było 

tej gry. Wspominając jej minę, uśmiechał się do siebie w drodze 

do biura. Z pewnością nie daruje mu tego zachowania. Nie obejdzie 

się bez połajanki i kazania. Pytanie tylko, kiedy to nastąpi. Była 

dziś wyjątkowo powściągliwa, niemal się nie odzywała. Widać 

potrafi ugryźć się w język, gdy sytuacja tego wymaga. Ale jeśli 

sądzi, że Marcella zdoła ją przyćmić, srodze się myli. 

Przez moment przyszło mu do głowy, że może celowo przy­

prowadziła najmniej odpowiednią koleżankę, ale niemal naty­

chmiast wykluczył taką możliwość. Rennie jest zbyt prostolinij­

na, by postąpić w ten sposób. Prawdopodobnie uznała, że Mar­

cella mu się spodoba. Zresztą na początku wszystko za tym 

przemawiało, ale wystarczyło pięć minut w jej towarzystwie, by 

miał jej serdecznie dość. Od razu go znudziła. 

Czekał na windę, gdy z niedowierzaniem dotarło do niego, 

że Rennie chyba nigdy go nie znudzi. Poznawał ją coraz lepiej 

i zaczynał lubić. Tak jak Keitha. Może to dlatego, że jest jego 

kuzynką. Przez to ma do niej inny stosunek. Nie patrzy na nią 

jak na ewentualną kandydatkę na żonę, nie ma wobec niej żad­

nych ukrytych zamiarów. Układ jest jasny: ona pomoże mu 

znaleźć żonę, on za to nie zlikwiduje jej salonu. 

- Marc, ktoś upiera się, by z tobą mówić, ale nie chce się 

przedstawić - zaanonsowała Rachel. 

background image

5 4 

Uśmiechnął się do siebie. To z pewnością Rennie. Zna ją 

wprawdzie od niedawna, ale potrafi przewidzieć jej reakcję. 

- Dziękuję, Rachel. - Nacisnął guzik, by przyjąć telefon. 
- Cześć, Rennie - powiedział. 
- Skąd wiedziałeś, że to ja? Przecież nie przedstawiłam się 

sekretarce. Nie chciałam narażać cię na plotki, ale powinnam 

przyjść sama i przemówić ci do rozumu. Marcella połknęła 

haczyk. Czy faceci naprawdę są ślepi i niczego nie widzą? Spo­

dziewałam się, że przynajmniej weźmiesz od niej telefon. Nie 

ma sprawy, dam ci jej numer. W drodze do domu pomyślałam, 

że może to moja obecność cię krępowała. Ale powiem ci, że na 

koniec zachowałeś się bez sensu. Po co wspominałeś o niedzieli? 

Marcella zacznie myśleć, że coś nas łączy. Już i tak zaczęła 

pytać, czy przypadkiem... 

- Rennie, zamilcz na chwilę i daj mi coś powiedzieć - prze­

rwał jej. 

W słuchawce zaległa cisza. 

- Nie poprosiłem jej o numer, bo nie mam zamiaru do niej 

dzwonić. A jeśli podejrzewa, że między nami coś jest, to jeszcze 

lepiej. Nie będzie mnie podchodzić - stwierdził wprost. 

- No wiesz! Myślałam, że ci się spodobała. Jest szykowna, 

ładna, elegancka, pochodzi z dobrego domu, jej rodzina jest 

bardzo bogata. Skończyła najlepsze szkoły, choć nie musi pra­

cować, bo pieniędzy wystarczy jej do końca życia. Nosi wspa­

niałe ciuchy, ma mnóstwo znajomych i bywa na wszystkich 

znaczących przyjęciach i imprezach. Sama też je wydaje. Czego 

chcesz więcej? 

- Przede wszystkim nie kogoś, kto bez przerwy wspomina 

o forsie tatusia. Nie bardzo wiem, czy aby zrobić na niej wra­

żenie, powinienem się z nim równać, czy może oświadczyć, że 

bez kiwnięcia palcem mogę go kupić i sprzedać. 

- Aha. 

background image

55 

- I nie podobał mi się sposób, w jaki wykluczała cię z roz­

mowy. Wolę kogoś bardziej subtelnego. 

- No nie! Zgoda, może Marcella jest trochę obcesowa. Nie 

jest moją przyjaciółką, jedynie znajomą. Strasznie dawno jej nie 

widziałam. Spotykamy się na przyjęciach, ale to nie to samo. 

Choć i tak bije Suzanne na głowę. 

- Tu się zgadzam. 
- Teraz mogę umówić kogoś dopiero w przyszłym tygodniu 

- powiedziała po namyśle. 

- Jestem bardzo cierpliwy. 
- No tak, to się czuje. To wyjaśnia, w jaki sposób odniosłeś 

taki sukces. Cierpliwie czekasz na bieg wydarzeń. Nie chwytasz 

nikogo za gardło, prawda? - W jej głosie dosłyszał nutę kpiny. 

- Uważaj, żebym z tobą tego nie zrobił, zwłaszcza jeśli zno­

wu przyprowadzisz kogoś takiego jak Marcella. Co robisz wie­

czorem? - zapytał. 

- Mam się z kimś spotkać. 
- Z kim? 

Mocniej ścisnął słuchawkę, nie zastanawiając się, dlaczego 

to oświadczenie wzbudziło w nim taki niepokój. Z kim się umó­

wiła? Czy zna tego kogoś od dawna, czy to ktoś nowy? 

- Powiedziałeś mi, że nie potrzebujesz mamusi, a mnie nie 

potrzeba starszego brata. Nie twoja sprawa, z kim chodzę na 

randki. Zgodziłam się pomóc, ale nic więcej. Jesteśmy niezależ­

ni. Zresztą nawet gdybym ci powiedziała, i tak go nie znasz. 

Poruszacie się w innych kręgach. 

- Rennie, powiedz, jak on się nazywa. Pytam wyłącznie 

z ciekawości - poprosił, z trudem panując nad sobą. 

- Ho, ho! Skąd tyle ognia? Jeszcze trochę, a kabel się roz­

puści. Już jest rozgrzany do czerwoności! 

Pohamował słowa, które cisnęły mu się na usta, wziął głęboki 

oddech. 

background image

56 

- Rennie, pytałem tylko, z kim się umówiłaś. 

- Dobrze, powiem ci, kto to jest. Joseph Thurmond Sanger 

Czwarty. Zadowolony? - dokończyła ze złością. 

- Kim on dla ciebie jest? 
- Dobrym kumplem. Bardzo dobrym. Jednym z najlep­

szych. I bardzo możliwe, że po dzisiejszym spotkaniu będzie 

jeszcze lepszym. Bliższym, mówiąc w skrócie. Pewnie się do­

myślasz, co chcę przez to powiedzieć. Tylko to nie twoja sprawa, 

Marc. Podjęłam się znaleźć ci żonę, ale ty o mnie nie musisz się 

martwić. Mam mnóstwo chętnych, więcej niż potrzeba. Muszę 

kończyć. Do zobaczenia w niedzielę. 

Nim zdążył coś powiedzieć, połączenie zostało przerwane. 

Ktoś powinien ją nauczyć, że z nim w ten sposób nie kończy 

się rozmowy. Podniósł się, podszedł do okna. Kim jest ten 

Joseph Thurmond Sanger Czwarty? Z ponurą miną powtarzał 

w duchu to pytanie. Jak długo potrwa, nim znajdzie na nie 

odpowiedź, nim dowie się, co ich naprawdę łączy? 

W niedzielny poranek Marc włożył podniszczone dżinsy, 

wygodne czarne buty i sportową koszulę nieco wyblakłą od 

częstego prania. Zapowiadał się upalny dzień, więc rozpiął dwa 

górne guziki i podwinął rękawy. Popatrzył na swoje odbicie. 

Zamiast eleganckiego biznesmena, w lustrze stał ubogi chłopak 

z Tenderloin. Dżinsy noszą wszyscy, ten strój nie określa przy­

należności społecznej, ale doskonale pamiętał czasy, gdy poza 

nimi niczego więcej nie miał. Były tak samo spłowiałe i zno­

szone. Na dzisiejszą okazję pasują jak ulał. Nie przepadał za 

nimi i nie uważał za stylowe, choć większość młodych ludzi 

takie właśnie nosi. Za bardzo kojarzyły mu się z latami, kiedy 

nie mógł sobie pozwolić na nic innego. 

Jeśli jednak okoliczności tego wymagają, spokojnie się do nich 

dopasuje. Skoro obowiązuje strój relaksowy, niech tak będzie. 

background image

57 

Zerknął na złoty zegarek. Postanowił przyjechać do Rennie 

kilka minut przed czasem. Czekając, aż będzie gotowa, może 

wyciągnie z niej jakieś szczegóły na temat piątkowej randki. 

Wczoraj przez cały dzień nie dawało mu to spokoju. Podczas 

zajęć z chłopcami z trudem się koncentrował, bez przerwy my­

ślał o Rennie. W wyobraźni stworzył sobie obraz tego Josepha 

Thurmonda Sangera Czwartego. Wysoki, szczupły, wysporto­

wany. Jedyny spadkobierca potężnej fortuny. Wykształcony 

w najlepszych szkołach. Bez skinienia palcem potrafi oczaro­

wać rój pięknych dziewczyn. Spochmurniał. Z ponurą miną ru­

szył do wyjścia. 

Dwadzieścia minut później stał przed jej mieszkaniem. Dla­

czego każe mu tak długo czekać? No tak, właściwie nie powi­

nien się dziwić, przecież już wcześniej zauważył, że Rennie nie 

grzeszy punktualnością. 

Drzwi otworzyły się szeroko. 
- Cześć, Marc, jesteś wcześniej - powiedziała, opierając się 

lekko o framugę i obrzucając go szybkim spojrzeniem. 

Jej widok w mgnieniu oka obudził w nim niepokojącą czuj­

ność. 

- Nie było ruchu - wyjaśnił, pospiesznie wchodząc do środ­

ka. Co ta dziewczyna w sobie ma, że tak go ekscytuje? 

- Proszę - powiedziała z lekkim przekąsem, z hukiem za­

trzaskując drzwi. 

Odwrócił się i popatrzył na nią. Jasne loki opadały na ramio­

na, obcisła bluzeczka podkreślała zgrabną figurę. Zwilżył usta 

językiem, gdy przesunął wzrok niżej. Dżinsy, które miała na 

sobie, były tak opięte, że ledwie się powstrzymał, by ich nie 

dotknąć. Spojrzał na jej twarz. W roześmianych oczach tańczyły 

radosne ogniki, jak wtedy, gdy ujrzał ją po raz pierwszy. Uśmie­

chała się szeroko, ujmująco. 

- Tylko jedną minutkę!-zawołała. 

background image

58 

Czy tylko mu się wydaje, że jej głos zabrzmiał inaczej, 

bardziej miękko? Nie dałby za to głowy. Ale chyba się zawahała. 

Gdyby była na niego zła, z pewnością by coś powiedziała. Pod 

tym względem dobrze mieć do czynienia z kimś, kto nie owija 

niczego w bawełnę. Przynajmniej wiadomo, na czym się stoi. 

- Chyba włożysz buty? - zapytał, odprowadzając wzrokiem 

jej znikającą w holu sylwetkę. Była boso. 

- Oczywiście. Już jestem prawie gotowa. Usiądź sobie. 
Zniknęła w głębi mieszkania. Marc wszedł do saloniku, nie­

spiesznie zaczął oglądać porozwieszane na ścianach obrazy. 

Ależ z niej romantyczna dusza! Któregoś dnia boleśnie się roz­

czaruje, gdy życie otworzy jej oczy, pomyślał. Z dwojga złe­

go już lepsze małżeństwo kontraktowe, bez tych serduszek 

i kwiatków. 

- Jestem gotowa - oznajmiła z szerokim uśmiechem, stając 

na progu salonu. 

Przerzucony skośnie pasek torebki przecinał jej piersi. Na 

nogach miała tenisówki. Widząc, że na nie patrzy, wybuchnęła 

śmiechem. 

- To tylko na razie, zdejmę je, jak już będziemy na miejscu. 

Zaczekał, aż zamknie drzwi i dopiero wtedy poprowadził ją 

na parking. Zatrzymał się przy błyszczącym czarnym harleyu-

-davidsonie. 

Rennie ze zdumieniem popatrzyła na motor, przeniosła 

wzrok na Marka. Uśmiechnął się, widząc jej minę. Lubił ją 

zaskakiwać. 

- Nigdy nie lekceważ przeciwnika. 
- No wiesz, nie przyszło mi do głowy, że możesz mieć 

motor. Przyznam, że prędzej bym się spodziewała limuzyny. 

- Zbyt piękny dziś dzień, szkoda go na samochód - rzucił 

tonem wyjaśnienia. 

Odpiął kaski, podał jej jeden. 

background image

59 

- Załóż, nie rozwieje ci włosów. 

Wzięła od niego kask. Oczy miała duże jak spodki. 
- Tak mnie zaskoczyłeś! Nigdy bym nie przypuściła. Jeśli 

nie limuzyna, to porsche czy lotus albo jakieś auto w tym stylu, 

szpanerskie i niesamowicie drogie. Ale coś takiego, no nie! 

Umiesz nim jeździć? 

- Jak na motor to też niezły szpan. Jasne, że umiem. Czy 

nikt cię nie przestrzegł, by oceniając ludzi, nie posługiwać się 

stereotypami? 

Rennie wzruszyła ramionami, założyła kask. 

- Jeździłaś kiedyś motorem? - zapytał Marc, zaciągając pa­

sek pod brodą. 

Potrząsnęła głową, nie odrywając od maszyny zachwycone­

go wzroku. 

- Spodoba ci się - zapewnił ją z przekonaniem. 
Ta dziewczyna tak łatwo się zapala, że nim skończy się dzień, 

zechce sama kupić sobie taką zabawkę. Usiadł na swoim miej­

scu, klepnął dłonią w siodełko. 

- Siadaj, Rennie. 

Przełożyła nogę, zapadła się w miękką skórę. 

- Pochyl się do przodu i trzymaj się mnie - pouczył ją, 

przekręcając kluczyk. 

Rozległ się ryk potężnego silnika. Dziewczyna kurczowo 

złapała Marka w talii, przywarła do jego pleców. Ręce jej lekko 

drżały. 

- Chyba się nie boisz, co? 

Poczuł, że potrząsnęła głową. 
- Od najmłodszych lat jeżdżę motorem. Przez długi czas na 

nic innego nie było mnie stać. Nic nam nie grozi - zaręczył. 

Do diabła, gdyby wcześniej wiedział, co go czeka, bez zasta­

nowienia zamówiłby limuzynę i usiadł jak najdalej od Rennie. Jej 

zapach, który niepostrzeżenie go owionął, niemal odurzał. Zapach 

background image

6 0 

kobiety przemieszany z wonią truskawek. Gdy ruszą, rozwieje 

go pęd powietrza, ale póki nie włączą się do ruchu, nie ma przed 

nim ucieczki. 

Obejmowała go mocno, niemal z całej siły. Czuł bijące 

od niej ciepło, dotyk jej ciała. Ciekawe, co by zrobiła, gdyby 

odwrócił się teraz i przygarnął ją do siebie. Natychmiast ode­

pchnął te rojenia. Cholera, jeśli się nie opamięta, może jeszcze 

żałować. W końcu dziewczyna jest cioteczną siostrą Keitha. 

Tryskająca energią i radością życia osóbka, której sklep jest 

poważnie zagrożony. Jej los zależy teraz od niego. I stawka 

została ustalona - ma mu znaleźć żonę. Igraszki na sianie abso­

lutnie nie wchodzą w grę, chociaż taka perspektywa była bardzo 

kusząca. Gdyby nie Keith, który z pewnością by mu tego nie 

darował, może by nad tym pomyślał. Umilić sobie czas, póki 

nie znajdzie narzeczonej... Co za bzdury chodzą mu po głowie. 

Przecież to zupełnie nie leży w jego charakterze. Ale cóż szko­

dzi pomarzyć... 

- Trzymaj się! - zawołał, zły na siebie za te prowadzące 

donikąd spekulacje. 

Włączył się do ruchu, skierował w stronę oceanu. Nie prze­

kraczał dozwolonej szybkości. 

- Wspaniale się jedzie! - wykrzyknęła mu do ucha Rennie. 
- Przejedziemy kawałek, potem zjedziemy z autostrady nad 

zatokę, tam jest piękna droga nad samym brzegiem. 

- Świetnie. 

Jeszcze nigdy czas nie płynął mu tak szybko. Najchętniej 

zjechałby z szosy, zatrzymał się w ustronnym zakątku i całował 

ją do utraty tchu. Zamiast tego naciskał gaz do dechy, płynnie 

wchodząc w zakręty i cały czas kontrolując sytuację. Nie jest 

sam, musi pamiętać, że wiezie pasażera. Pod tym względem 

Rennie może być spokojna. Pod innymi również. Nie jest w jego 

typie. A ona, jeśli się z kimś zwiąże, to tylko z miłości, z na-

background image

6 1 

dzieją na dozgonne szczęście. A on nie wierzy w miłość. Coś 

takiego dla niego nie istnieje. Ale kobiecie, którą poślubi, za­

gwarantuje bezpieczeństwo i szacunek. Z pewnością znajdzie 

się ktoś, kto się tym zadowoli, kto doceni jego pozycję, pomoże 

mu wspiąć się jeszcze wyżej. Rennie jest dobra na kilka dni, ale 

daleko jej do ideału. Jest zbyt krągła, zbyt... Zresztą, co to ma 

za znaczenie. Nie takiej szuka. Odwrócił głowę, bo wydało mu 

się, że coś powiedziała. 

- Mówiłaś coś? 
- Nie da się rozmawiać! - wykrzyknęła. 

Skinął głową. 
- Myślałam, że pogadamy o moim salonie. 

Wzruszył ramionami, przy tym ruchu mocniej poczuł na 

plecach jej ciężar. Sprawiło mu to dziwną przyjemność. 

- Porozmawiamy później. 
- Nie na pikniku. Ciocia zabrania rozmów o interesach. Mu­

simy zintegrować się z gośćmi. Może to nie był dobry pomysł. 

- Dlaczego? 
- Wolałabym, by ktoś nie wyciągnął błędnych wniosków. 

- Powiedz, że jesteśmy przyjaciółmi. 
- Przyjaźnisz się z Keithem. My się prawie nie znamy. 
- Czyżby? Po tej twojej ankiecie sporo o tobie wiem. Lubisz 

różowy kolor, książki Louis L'Amour, nie znosisz pomidorów... 

- Przecież to nie jest randka! - wykrzyknęła. 

- A jak poszło w piątek? - przypomniał sobie. 

- Dobrze. 

Czekał. Zwykle mówiła bez opamiętania. Dziwne, że teraz 

zrobiła się taka małomówna. Może randka była wspaniała i nie chce 

się tym dzielić? A może było fatalnie i woli zapomnieć? 

- Nie powiesz? - zapytał, gdy nadal milczała. 

Lekki ruch znaczył, że potrząsnęła głową. 
- Nie rozpowiadam, z kim się całuję - odparła z godnością. 

background image

62 

Poczuł ukłucie zazdrości. Zacisnął mocniej dłonie. Całowała 

się z nim? Kim jest ten facet? I co dla niej znaczy? 

- Dobrze to wiedzieć na przyszłość - mruknął, w bezsilnej 

złości marząc jedynie o tym, by dopaść tego typa. 

Rennie wyprostowała się nieco. 

- Nie licz na to - ucięła. 

Ma rację. Najgłupszą rzeczą byłoby próbować coś z dziew­

czyną, która ma takie romantyczne poglądy. Ale mimo to nie 

mógł odepchnąć od siebie natrętnych obrazów. Pewnie dlatego, 

że jest tak blisko. On też nie rozpowiada, z kim się całuje, ale 

gdyby do tego doszło... 

Nie protestował, gdy wskazywała mu drogę, choć doskonale 

znał trasę. Wprawdzie nie był tu od dziesięciu lat, ale nic się nie 

zmieniło. Wypielęgnowane rośliny, cieszące oko świeżą zielenią 

trawniki, wiekowy, zbudowany z kamienia dom. Słońce odbija­

ło się w oknach. 

Marc skręcił na podjazd, wyminął parkujące auta i podjechał 

pod dom. Zatrzymał się i wyłączył silnik. Zdjął kask, potrząsnął 

głową. Powiew wiatru potargał mu włosy. Tu, na półwyspie, 

było cieplej niż w mieście. Wysokie drzewa okalające dom obie­

cywały upragniony cień. 

- Było wspaniale! - z entuzjazmem wykrzyknęła Rennie, po­

dając mu swój kask. - Już nie mogę się doczekać jazdy z powro­

tem. Musimy wrócić, nim zrobi się zimno - dodała, przytrzymując 

się jego ramienia i przekładając nogę, by zeskoczyć na ziemię. 

Marc postawił motor, zsiadł z niego. Stał ledwie krok od 

Rennie. Nie poruszył się, choć dzieliło ich tak niewiele. W mil­

czeniu patrzył, jak przeciąga palcami po nieco potarganych wło­

sach, próbując nadać im kształt. Korciło go, by poznać ich 

dotyk. Pod wpływem impulsu wyciągnął rękę, zanurzył ją w jej 

włosach. Miękkie loki owinęły się wokół jego palców, tak jak 

kiedyś to sobie wyobrażał. 

background image

63 

Zamarła, wbiła w niego błękitne oczy. Powoli przygarnął ją 

do siebie, z dłonią w jej włosach, nie odrywając od niej wzroku. 

Tym razem nie poprzestanie na delikatnym muśnięciu, pocałun­

ku ulotnym jak motyl. Pozna smak jej warg, ciepło jej ciała. 

Sprawi, że zapomni piątkową randkę. Jej policzki zaróżowi­

ły się, rozchyliła usta, z trudem łapała powietrze. Serce zabi­

ło mu mocniej. Nie da się ukryć, że oboje tego chcą. Tylko 

leciutki powiew bryzy chłodził rozpalone ciała. Powoli przytulił 

ją mocniej. 

- Marc Foster! Tak myślałam, że to twój motor! Cieszę się, 

że cię widzę! - Patty Hazelwood spieszyła ku nim z uradowaną 

miną. - I kogo ja widzę? Rennie! Nie spodziewałam się, że 

przyjedziesz z Markiem. A może o czymś nie wiem? 

Na dźwięk jej głosu Marc cofnął rękę, zrobił dwa kroki do 

tyłu. Wyprostował się, wziął głęboki oddech. Jeszcze chwila, 

a Patty ujrzałaby swą siostrzenicę w jego ramionach. 

- Miło cię znowu widzieć. - Wyciągnął rękę na powitanie, 

ale Patty porwała go w objęcia i uścisnęła gorąco. 

Trzymając go za rękę, jakby był jej synem, przyjrzała mu się 

z uśmiechem. 

- Muszę cię dobrze obejrzeć. Tyle lat cię nie widziałam. Od 

Keitha wiem, co u ciebie słychać, nie mówiąc już o tym, że 

ciągle piszą o tobie w gazetach. Wydajesz się zmęczony. 

- Bo za dużo pracuje i ani chwili nie wypoczywa. Już mu 

powiedziałam, że powinien bardziej o siebie dbać - wtrąciła 

Rennie. 

Stała między nim a Patty, a sądząc po nerwowym geście, 

jakim pocierała dłonie, była wytrącona z równowagi nieoczeki­

waną sytuacją, jaka między nimi zaistniała. Uśmiechnął się 

w duchu. Nic straconego. Jeszcze dzisiaj to nadrobi. 

- Ale się staram - powiedział, przytrzymując jej spojrzenie. 

- Raczej oboje się staramy - podjęła wyzwanie. 

background image

6 4 

- Jak mam to rozumieć? - zainteresowała się Patty, dosko­

nale wyczuwając ukryty podtekst. 

- Marc jest moim doradcą. Po drodze mieliśmy porozma­

wiać na temat mojej firmy, ale trudno to robić, jadąc motorem. 

- Albo gdy nie można dojść do głosu - mruknął Marc. 

Patty roześmiała się. 

- Rennie lubi sobie pogadać, co? Chodźcie, poznacie gości. 

Jest już Keith, Myra i Becky. Spodziewam się, że twoi pojawią 

się lada moment, Rennie. 

- Chcieliśmy być wcześniej, żeby trochę pomóc - wyjaśniła 

Rennie, co chwila zerkając z ukosa na Marka. 

- Chętnie skorzystam. Marc, zobacz, co jest z Keithem. A ty 

chodź ze mną. 

Marc skinął głową, poszedł za dom. Minęło tyle lat, a nic się 

tu nie zmieniło. 

- Ciekawe, czy mnie też by tak słuchał - głośno powiedziała 

Rennie, licząc, że dobiegną go te słowa. 

Marc odwrócił się. W samą porę, by spostrzec jej minę. 

- Chcesz spróbować? - Uniósł brew. 

Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale w ostat­

niej chwili zmieniła zdanie. Wzruszyła ramionami i poszła za 
ciotką. 

Patrzył za nią. Obcisły strój podkreślał zgrabną sylwetkę. 
- Hej, Marc! Skąd się tu wziąłeś? Świetnie, że jesteś! - po­

witał go Keith. 

- Przyjechałem z Rennie. 

Zdumienie Keitha nie miało granic. 

- Z Rennie? Co to znaczy? 
- Mamy kilka spraw do omówienia. Wczoraj nie mogłem. 

Zaproponowała, byśmy spotkali się tutaj. 

Rzadko mu się zdarzało tłumaczyć ze swoich zachowań. Już 

dawno z tego wyrósł. 

background image

65 

- Rozumiem - odrzekł zaintrygowany Keith. - Doszliście 

do porozumienia? 

- Rennie poznała mnie w piątek z Marcellą Randolph. 
- To świetnie. 
- Nie bardzo. To nie jest dziewczyna, jakiej szukam. Po­

wiedz mi, czy znasz Josepha Thurmonda Sangera Czwartego? 

- Joe? Jasne, nasze rodziny znają się od lat. Poznałeś go 

może? 

- Czym on się zajmuje? - dociekał Marc, unikając konkret­

nej odpowiedzi. 

Nie zdradzi się przed Keithem. Wprawdzie mógł zlecić któ­

remuś z pracowników, by zebrał dla niego informacje, ale może 

prościej i szybciej wypytać kumpla. 

- Jest lekarzem. Pracuje w Seton Medical. 
Podszedł do nich ojciec Keitha, by powitać gościa, więc 

temat Josepha Thurmonda Sangera został na razie zarzucony. 

Ale teraz już coś wiedział. Reszty jeszcze się dowie. Poczynając 

od Rennie! 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Było już dobrze po południu, gdy Marc, ze szklanką mrożo­

nej herbaty w dłoni, przesunął sobie fotel w zacienione miejsce 

w pobliżu patia. Usiadł wygodnie i oddał się obserwowaniu go­

ści. Było wielu znajomych Hazelwoodów. Niemal wszystkich 

już kiedyś poznał i świetnie kojarzył. Jeszcze gdy stawiał pier­

wsze kroki w biznesie, uświadomił sobie, że pamięć do nazwisk 

jest ogromnym atutem. Większość osób pamiętał ze studenckich 

czasów, gdy często bywał u Keitha, natomiast nowi, jak państwo 

Quackenbush, okazali się bardzo miłymi ludźmi. Matka Rennie 

była tak samo pogodna i życzliwie nastawiona do świata jak jej 

córka. A Theo Quackenbush wpatrzony w żonę i Rennie. 

Marc pociągnął łyk herbaty, zamyślił się. Wykorzystując sy­

tuację, gdy wraz z Keithem i jego ojcem roznosił tace z prze­

kąskami, przyjrzał się wszystkim przybyłym. Nic nie mógł na 

to poradzić, ale dręczyło go podejrzenie, że między nimi może 

być Joseph Thurmond Sanger Czwarty. Wreszcie nie wytrzymał 

i spytał Keitha, czy się go spodziewa. Wyjaśnienie przyjaciela, 

że Joe musi pracować, wcale go nie uspokoiło. Czy w takim 

razie, gdyby nie pracował, byłby tu teraz? I czy wtedy to on 

towarzyszyłby Rennie? 

A jeśli nawet? Przecież w tej sprawie nie ma nic do powie­

dzenia. Zaprosiła go tylko dlatego, by po drodze przedyskuto­

wać sprawy zawodowe. Zresztą, co to ma teraz za znaczenie. 

Ważne, że go zaprosiła i to on jest tutaj, a nie Joseph Thurmond 

Sanger Czwarty. To on odwiezie ją dzisiaj do domu. I wyciągnie 

background image

67 

od niej, ile ten facet dla niej znaczy. Uczucie, jakie go rozpierało, 

dziwnie przypominało zazdrość. 

Rodzice Keitha przyjęli go bardzo serdecznie, wypytując 

o bieżące plany i szczerze gratulując dokonań. Rennie tryskała 

humorem. 

Czas mijał, a on powoli zaczynał się czuć jak postronny 

obserwator. Część gości grała w tenisa, inni urządzili sobie za­

wody w rzutach podkowami, dzieci, z radości wrzeszcząc wnie­

bogłosy, pluskały się w basenie. Przyglądał się ich beztroskim 

harcom niemal z zawiścią. Jakże inaczej wyglądało jego dzie­

ciństwo! Zresztą i teraz zna dzieci, które mogłyby jedynie o tym 

pomarzyć. Ile by dały za jedno takie popołudnie! Przy pierwszej 

sposobności muszę zabrać starszych chłopców na basen, obiecał 

sobie w duchu. 

- Masz dosyć? - Rennie przyciągnęła sobie leżak i wyciąg­

nęła się na nim wygodnie. 

Wystarczył rzut oka na jej stopy, by stwierdzić, że już od 

dawna chodzi boso. 

- Czego? - zapytał, odwracając się nieco w jej stronę, by 

lepiej ją widzieć. Od chwili przybycia niemal nie spuszczał jej 

z oczu. Ciągle miał w pamięci pocałunek, do którego nie doszło. 

Doskonale widział, jak serdecznie wita się z przybywającymi, 

z jakim przejęciem wysłuchuje nowin. Może powinien wyjść 

i wejść jeszcze raz, przynajmniej go uściśnie. 

- Hałasu, gwaru. Czy ja wiem? Całego tego zgiełku. To 

może zmęczyć. Może ci, co mają małe dzieci, są na to odporni, 

bo zdążyli się przyzwyczaić. Reszta woli spokój. Niesamowite, 

ile te stworzenia mają energii. Wyobrażasz sobie, żeby szaleć 

od bladego świtu i zdzierać sobie gardło, a potem mieć jeszcze 

siłę, by wariować w basenie? 

Marc skinął głową, uśmiechnął się lekko. 

- O tobie raczej trudno powiedzieć, że jesteś spokojną osobą. 

background image

6 8 

Dziewczyna wybuchnęła śmiechem. 
- Może rzeczywiście. Ale zastanawiałam się, czy przypad­

kiem nie masz zamiaru stąd zwiać. Choć, jak cię znam, po prostu 
byś wyszedł. 

- Tak? - Podniósł brwi. 
Przytaknęła ruchem głowy. Oczy jej się śmiały. 

- Jasne. Przecież widzę, jak się zachowujesz. Każdego tra­

ktujesz z góry - wyjaśniła pogodnie. - Choć wydaje mi się, że 

mało kto zwraca na to uwagę. Pewnie jest tu ponad siedemdzie­

siąt osób. Ciocia Patty uwielbia przyjmować rodzinę i znajo­

mych. Według mnie powinna mieć z tuzin dzieci, dwójka to dla 

niej za mało. Ale z drugiej strony, gdyby miały być takie jak 

Keith, to nie wiem, kto by to wytrzymał. 

- Keith jest moim przyjacielem - przypomniał jej od nie­

chcenia. 

- Moim też. Teraz - zareplikowała. - Ale pamiętam, jaki był 

nieznośny. Jest ode mnie prawie dziesięć lat starszy. Miał się 

mną opiekować, a doprowadzał do szału. Oczywiście z wiekiem 

się ustatkował. 

- On nie jest taki stary. 
Popatrzyła na niego. Gdy się tak uśmiechała, zapominał 

o bożym świecie. Najchętniej, nie bacząc na ciotki i gości, 

wziąłby ją w ramiona i ukradł całusa. Ciekawe, co by powie­

dzieli, widząc, jak sadza ją sobie na kolanach i całuje bez opa­

miętania? 

- Ach, no tak, zupełnie zapomniałam, że jesteście w tym 

samym wieku. Czyli w najlepszym wieku dla mężczyzny, jak 

sam to ująłeś, prawda? - droczyła się. 

- Ktoś powinien dać ci porządnego klapsa. 
Zaśmiała się, rozbawiona popatrzyła na niego. 
- Marc, rozchmurz się. Jest taki piękny dzień, a ty siedzisz 

z boku, zamiast przyłączyć się do zabawy. A może już planujesz 

background image

69 

przyjęcia, jakie będziesz wydawać, gdy znajdziemy ci tę Miss 

Elegancji? Cioci Patty z całą pewnością nie zależy, by jej przy­

jęcia ktoś uznał za eleganckie. Ale chyba ci się podoba? Czy 

może byś wolał, by wszyscy siedzieli sztywno za stołem, w wy­

twornych strojach, i w milczeniu sączyli białe wino? 

- Gdy się ożenię, nie zamierzam przenosić się do Woodside. 

Lubię mieszkać w mieście. 

- Nie chcesz dużego ogrodu, gdzie dzieci mogłyby się ba­

wić? Domyślam się, że na niczym nie będzie im zbywać. Będą 

pobierać naukę gry w tenisa, jazdy konnej, tańca i pływania. 

Lekcje golfa w wiejskim klubie. Zapewnisz im wszystko, co 

tylko można kupić za pieniądze, czy nie tak? 

- Męczysz mojego pupilka? - zapytała podchodząca do nich 

Patty. 

- Skądże! A co tam u Keitha, ciociu? - zainteresowała się 

Rennie, zachęcająco wskazując na poręcz swojego fotela. 

- Czasami bywa wprost nieznośny. - Patty przysiadła na 

fotelu. - Co innego Marc, zawsze bez zarzutu. Nieraz cię wspo­

minaliśmy - uśmiechnęła się do Marka. - Odwiedź nas czasem, 

nie potrzebujesz żadnego zaproszenia ani nie czekaj na Keitha. 

Wpadaj do nas. 

Marc skinął głową. Nic nie powiedział, ale nie zamierzał się 

narzucać. Rodzice Keitha zawsze byli dla niego mili, serdeczni 

i choć nigdy nie dali mu tego odczuć, zbyt dobrze zdawał sobie 

sprawę z dzielących ich różnic. Kiedy bywał tu przed laty, ich 

dom, pełen rodzinnego ciepła i niewymuszonej, dyskretnej ele­

gancji, rozbudził w nim pragnienie innego życia i stał się ide­

ałem, do którego dążył. 

- Ciociu, zapomnij o tym. Ten człowiek pracuje od rana do 

nocy. Jeśli chcę go złapać, dzwonię do niego do biura. Nawet 

o dziewiątej wieczorem. Przydałby mu się ktoś, kto by go przy­

pilnował. 

background image

70 

- Dzwonisz do niego o dziewiątej wieczorem? - zdumiała 

się Patty, wyraźnie zaintrygowana. 

Rennie oblała się rumieńcem. Marc nie mógł oderwać od niej 

oczu. Najpierw zaczerwieniła się szyja, potem zapłonęły poli­

czki. Jest koniec dwudziestego wieku i nikogo nie dziwi, że 

kobieta dzwoni do mężczyzny. A mimo to Rennie jest taka 

zmieszana. Niesamowite. Czyżby dla panny Morgan liczyły się 

dawne wartości? Coraz bardziej go fascynowała. 

- Dzwoniłam w sprawie służbowej - wymamrotała Rennie. 
- W sprawie służbowej? - Patty popatrzyła na nią uważnie, 

przeniosła wzrok na Marka. 

- Analizuję stan finansowy jej sklepu, przeglądam rachunki 

- wyjaśnił Marc, biorąc ją w obronę. Sam był tym zaskoczony, 

że naraz obudził się w nim instynkt opiekuńczy. To mu się nie 

zdarzało. - Miała dostarczyć mi kilka istotnych informacji. Dla­

tego zadzwoniła do biura - dorzucił bagatelizujące 

Nie ma powodu, by Patty powzięła podejrzenie, że coś ich 

łączy. Zwłaszcza że tak nie jest. 

- A co ty robisz w pracy o tej porze? Chyba nie powiesz, że 

stałeś się pracoholikiem? - zaniepokoiła się Patty. - W życiu 

jest tyle innych ciekawych spraw, trzeba korzystać. 

- Lubię moją pracę - odparował Marc, rozbawiony, że Patty 

tak go poucza. 

- Ja też, ale wiem, że jutro również będzie dzień. Życie nie 

kończy się na pracy. Dzięki temu rano przychodzisz z nowymi 

siłami. Jeśli nie robisz nic poza pracą, kiedyś przestanie cię to bawić 

- powiedziała Rennie. - Powinieneś znaleźć sobie hobby. 

Marc uniósł brwi. 

- Na przykład? 
- Nie wiem. Może spróbujesz sił w rzucaniu podkowami? 
- Moi sąsiedzi z dołu z pewnością będą zachwyceni. 

Rennie wybuchnęła śmiechem. 

background image

7 1 

- Nie mówiłam o mieszkaniu. Tutaj. Teraz akurat nikogo nie 

ma, możemy zagrać. Założę się, że nigdy nie próbowałeś. 

- Idź, Marc. Jak chcesz, powiem Keithowi, żeby dał ci kilka 

wskazówek - zachęcała go Patty, wstając z fotela. 

Rennie poderwała się z miejsca, złapała go za rękę. 

- Ani się waż, ciociu. To może jedyna okazja, że kogoś 

pobiję. Chodź, Marc. Zaraz cię wszystkiego nauczę. 

Rennie jeszcze się żegnała. Czekał na nią przed domem. 

Nawet się nie spostrzegli, gdy zrobiło się późno. Jeszcze chwila, 
a zrobi się ciemno. Powietrze też się ochłodziło. Dobrze, że ma 
w bagażniku skórzaną kurtkę, zaproponuje ją dziewczynie. 

Zbiegła ku niemu po schodach. 

- Przepraszam, że czekałeś, ale musiałam zamienić dwa 

słowa z Sally Eberhart, a potem mama nie dała mi iść, póki 

czegoś jeszcze na siebie nie włożę. - Pospiesznie naciągała 

na siebie wielki sweter. - Wujek Keith mi pożyczył - wyjaśni­

ła. - Powinno mi być ciepło, bo jest z wełny. Mogłam się wy­

kręcić, powiedzieć, że przytulę się do ciebie, to mnie ogrzejesz, 

ale... 

Jej głowa wynurzyła się ze swetra. Rennie znieruchomiała, 

popatrzyła na niego z napięciem. 

Ciekawe, co jej mama by sobie pomyślała, przebiegło mu 

przez myśl. Dlaczego nie, chętnie by spróbował. Może powinien 

zabrać jej ten sweter, niech zrobi, co zamierzała. 

- Możesz się do mnie przytulać, kiedy tylko będziesz miała 

ochotę - rzekł. 

Przełknęła ślinę, zwilżyła językiem wargi. Z trudem się opa­

nował, by nie przygarnąć jej do siebie, poczuć jej smak, sprę­

żysty dotyk ciała. 

- Tylko po drodze do domu - odparła zakłopotana. 

Uśmiechnął się, włożył na siebie kurtkę i uruchomił motor. 

background image

7 2 

Ciągle miał w pamięci jej roześmianą buzię, gdy grali w rzuca­

nie podków. Z taką radością liczyła każdy zdobyty punkt, mełła 

pod nosem przekleństwa, gdy udał mu się rzut. To był wspaniały 

dzień, dawno tak dobrze się nie bawił. Dzięki niej. Nie dała mu 

stać z boku, przyglądać się innym z dystansu. Miała taką naturę 

jak Patty. Pewnie nie zdaje sobie sprawy, jak rzadko trafia się 

na takich ludzi. 

Mijali podmiejskie osiedla i centra handlowe. W zapadają­

cym mroku jarzyły się z dala światła San Francisco, na ciemnym 

niebie jaśniały okna wieżowców. 

- Miasto nocą jest piękne - rozmarzyła się Rennie, gdy wy­

jechali nad zatokę. W połyskującej wodzie odbijały się zarysy 

oświetlonego Bay Bridge, a w dali rozpościerała się panorama 

miasta. - To zupełnie jak z bajki - dodała. 

- Po prostu jak miejskie centrum - zaoponował. 
- Wygląda tak romantycznie. 

Roześmiał się. Jeśli się łudzi, że odnajdzie w nim choć krzty-

nę romantyzmu, bardzo się myli. 

- Co powiesz na filiżankę cappuccino? - zaproponował, gdy 

zatrzymali się na światłach. 

Sam nigdy nie chodził do kawiarni, ale wiedział, że kobiety 

to lubią. Było takie miejsce obok biura, które nieraz polecała 

mu Rachel. 

- Chętnie. Jeszcze nie jest późno, zresztą ciągle jestem pod 

wrażeniem dzisiejszego przyjęcia. Powiedz, czy nie było cu­

downie? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tyle się śmiałam co 

dzisiaj. Tylko Bobby i Stephie byli nie do zniesienia. O każdą 

bzdurę się kłócili. Skaranie boskie z takimi dzieciakami. 

Marc zaśmiał się. Rzeczywiście brat i siostra bez przerwy 

skakali sobie do oczu. Czy gdyby miał rodzeństwo, też by 
toczyli ze sobą wieczną wojnę? A może byliby zżyci, jak Keith 
i jego siostra? 

background image

73 

W kawiarni było niewiele osób. Marc zamówił kawę, usiedli 

przy stoliku w głębi sali. 

- Nie było kiedy pogadać o moich rachunkach. Ale jazda 

na twoim motorze była super. Aż trudno uwierzyć, że mam 

dwadzieścia sześć lat i nigdy wcześniej tego nie próbowałam. 

Tak mi się podobało, że może kupię sobie motor. Chociaż, 

patrząc praktycznie, gdybyśmy jechali samochodem, wiele 

rzeczy byśmy zdążyli omówić. A przecież po to się ze mną 

umówiłeś. 

Upił łyk kawy. Właściwie sam nie był do końca pewien, 

dlaczego przyjął jej zaproszenie. Wiedział jedynie, że miał ocho­

tę spędzić z nią dzień. Sprawy służbowe były jedynie prete­

kstem. Oczywiście nigdy jej tego nie powie. 

- Pojawiło się sporo pytań i wątpliwości, które należy wy­

jaśnić. Musimy znaleźć na to trochę czasu. Poza tym nie obej­

dzie się bez wglądu w twoją książeczkę czekową, trzeba przyj­

rzeć się kolejnym przelewom. 

- Zorientuję się, jak stoję z czasem, i dam ci znać. Może 

znowu zjemy lunch - zażartowała, upijając łyk kawy. - Pyszna! 

To bezkofeinowa, prawda? Po normalnej nie mogłabym zmru­

żyć oka, tym bardziej że i tak jestem podekscytowana po przy­

jęciu. To nawet dobrze się składa, w związku ze zbliżającym się 

ślubem klientki mam coś do zrobienia. Muszę trzymać rękę na 

pulsie, to bardzo popłaca. 

- Specjalnie wziąłem bezkofeinowa. 

- Dzięki. Powinnam się była domyślić. Należysz do tych, któ­

rzy zawsze robią dokładnie to, co należy. Dobrze się dziś bawiłeś? 

- Tak. 

Rennie uśmiechnęła się. 

- Ostrożnie, panie Foster, bo jeszcze powiesz za wiele! Po 

prostu „tak"? Jak to rozumieć? Może wyjawisz, co ci się naj­

bardziej podobało? Jedzenie, męskie rozmówki przy grillu, 

background image

7 4 

a może dziecięce igraszki? Poczekaj, zaraz zgadnę. Już wiem! 
Gra w podkowy! 

- Według twoich reguł, to chcesz powiedzieć? Następnym 

razem wezmę ze sobą zasady gry - uśmiechnął się. 

Ty mi się najbardziej podobałaś, stwierdził w duchu, z przy­

jemnością patrząc na jej rozwiane jasne włosy, zaróżowione 

policzki, niebieskie oczy pełne blasku. Czy jej usta mają teraz 

smak cappuccino? - przemknęło mu przez myśl. Jeszcze chwilę 

poczeka. Zaraz będą u niej. Wtedy stanie się to, co nie było im 

pisane rano. 

- Nie pogadaliśmy o moim sklepie, ale za to przypomniałam 

sobie o kimś, z kim mogłabym cię poznać. Julie Treherne - po­

wiedziała triumfująco. 

- Julie Treherne? - Marc odstawił filiżankę, pytająco popa­

trzył na Rennie. 

- Pomyślałam o niej, gdy rozmawialiśmy o dzieciach. Julie 

uwielbia dzieci. A przecież to główny powód, dla którego 

chcesz się ożenić, prawda? Julie pracuje jako wolontariuszka 

w szpitalu dziecięcym. Co roku organizuje akcję prezentów od 

Świętego Mikołaja. Wprawdzie jej matka nie pochodzi z tych 

stron, ale rodzina ojca przybyła tu jeszcze w czasie gorączki 

złota. Może być świetną kandydatką. A skoro przepada za dzieć­

mi, powinna być doskonałą matką. 

Zawahał się. Nie chciał dociekać dlaczego. Skinął głową. 

- Więc zastanów się, jak mnie z nią poznać. 

- Może tak jak poprzednio? 
- Zgoda, ale tym razem ja wybiorę restaurację - przystał. 
- Nie sałatki i makarony? - zaśmiała się, patrząc na niego 

z rozbawieniem. 

Chętnie zabrałby ze sobą to radosne spojrzenie. W tej dziew­

czynie jest tyle świeżości. To tylko uświadamia mu, o ile jest od 

niej starszy. I cyniczny. 

background image

75 

- Czułem się tam jak w jakimś ogrodzie. 
- No dobrze, wybierzmy coś bardziej męskiego. Może Lon­

don Pub przy Kearney? 

- Kiedy? 
- Zadzwonię do ciebie, jak umówię się z Julie. 

Pociągnął łyk aromatycznej kawy. 
- Rennie, zapytam cię o coś. Zamierzasz kiedyś wyjść za 

mąż? 

- Mam taką nadzieję. Chciałabym przeżyć coś takiego, co 

było udziałem moich rodziców, a teraz jest między mamą 

i Theo. - Uśmiechnęła się, wzruszyła ramionami. - Wiem, że 

uważasz mnie za beznadziejną romantyczkę, ale trudno. Chcia­

łabym przeżyć prawdziwą miłość, żebym już nigdy nie czuła się 

samotna. Związać się z kimś na śmierć i życie. I mieć z nim 

mnóstwo dzieci. Jestem jedynaczką. Wyrywałam się do Keitha 

i Glorii, choć byli ode mnie starsi. I bardzo chciałam mieć sio­

strę albo brata. Liczyłam, że mama i Theo będą mieli dzieci, ale, 

niestety, tak się nie stało. 

Przypomniał sobie, co Keith mówił mu o jej dzieciństwie. 

Po śmierci ojca przez kilka lat była tylko z matką. Mają więc 

ze sobą wiele wspólnego, choć Rennie o tym nie wie. Tylko że 

jej matka wyszła za Theo i wtedy wszystko się odmieniło, a on 

dalej żył w biedzie i samotności. Tylko on i ojciec. 

- I co zrobisz, gdy już będziesz miała tuzin dzieci? - zapy­

tał, odpychając od siebie przykre wspomnienia. 

- Przede wszystkim ograniczę pracę. Gdy po śmierci taty 

mama musiała iść do pracy, okropnie za nią tęskniłam. Coś 

wymyślę. Eve czy ktoś inny przejmie część moich obowiązków, 

a ja będę miała czas dla dzieci. Będę z nimi chodzić na spacery, 

do zoo. Wiesz, że tam czasem wpuszczają w nocy? Można 

wtedy obserwować zwierzęta w ciemności. To niesamowite 

przeżycie. Tylko koniecznie trzeba zabrać latarkę. Możemy też 

background image

76 

wybrać się do parku Yosemite albo powłóczyć się po sklepikach 

w chińskiej dzielnicy. 

- Poślesz je do szkoły, do której sama chodziłaś? 

Rennie zmarszczyła nos. 

- Wątpię. Nie było tam źle, a Theo bardzo na to nalegał, bo 

moja mama, Patty i jego siostra też tam chodziły. To już się stało 

rodzinną tradycją. Otrzymałam doskonałe wykształcenie. Ale 

w zwykłej szkole, do której chodziłam wcześniej, też mi się 

podobało i równie dobrze uczyli. Skończyłeś prywatną szkołę? 

Potrząsnął przecząco głową. 

- Byłem od tego jak najdalej - odrzekł wymijająco, niechęt­

nie wracając myślą do tamtych czasów. 

- No i widzisz, wcale nie wyszedłeś na tym źle. Uważam, 

że publiczne szkoły w San Francisco są naprawdę niezłe. I tam 

właśnie poślę swoje dzieci. 

Zerknęła na niego spod rzęs, uśmiechnęła się zalotnie. 

- Nasze dzieci raczej nie będą miały okazji, by się spotykać, 

co? Nie zamierzam wysyłać ich na wszelkie możliwe zajęcia 

dodatkowe, poczynając od baletu, a kończąc na łucznictwie. 

Tym bardziej do ekskluzywnej prywatnej szkoły. Znajdą we 

mnie oparcie, jeśli zapragną uczyć się czegoś więcej, ale ja nigdy 

nikogo do niczego nie zmuszam, tym bardziej dzieci. 

- Ja moim dzieciom chciałbym zapewnić to, czego sam nie 

miałem - powiedział Marc. - Dać im wszystko, co można mieć 

za pieniądze. Mam na to środki. Moim dzieciom niczego nie 

będzie brakować. 

Zamrugała, popatrzyła na niego dziwnie. 

- Mówisz, jakbyś zamierzał kupić im wszystko, czego tylko 

zapragną. 

- Bo tak jest. 
- Najlepszy sposób, by je rozpuścić. Wyrosną w przeświad­

czeniu, że wszystko im się należy. A tak nigdy nie jest. 

background image

77 

- Chcę je rozpuszczać. Stać mnie na to. 

- Marc, dzieciom do szczęścia nie są potrzebne rzeczy. 

Dziecku potrzeba miłości. Poczucia bezpieczeństwa, przekona­

nia, że zawsze może liczyć na rodziców, że jest chciane i ko­

chane, że rodzice się o nie troszczą. To jest baza, na której 

kształtuje się jego charakter. Zabawki są dobre jako prezent czy 

nagroda. Ale to nie dziecko dyktuje warunki. 

- Będą miały właściwą opiekę. Moja żona nie będzie pra­

cowała, zajmie się dziećmi. Ja będę miał dla nich wieczory 

i weekendy. 

- Będziesz musiał zmienić przyzwyczajenia - mruknęła. 
- Myślisz, że nie zmienię? 

- Pewnie tak, skoro sam chcesz. Muszę już się zbierać. To 

był świetny dzień. Dziękuję, że ze mną pojechałeś. 

Podniósł się, wziął ją za rękę. Miękka, o silnych, drobnych 

palcach. Nie cofnęła dłoni. A gdyby tak zostali przyjaciółmi, 

przebiegło mu przez myśl. Machnąć ręką na jej salon, na ewen­

tualne kandydatki, które Rennie miała mu wyszukać, po prostu 

cieszyć się życiem. Nigdy nie przyjaźnił się z kobietą i wątpił, 

by było to możliwe. Ale może warto spróbować? 

- Umówię się z Julie i wtedy dam ci znać. Może być dowol­

ny dzień? - zapytała, gdy szli w stronę motoru. 

- Zadzwonię, gdyby mi coś wypadło. 
- Dobrze. Postaram się, by to było na początku tygodnia. 

Gdy podjechali pod dom, Rennie zeskoczyła z motoru, nim 

Marc wyłączył silnik. 

- Dziękuję za dzisiejszy dzień. - Podała mu kask. 
- Odprowadzę cię. - Wyjął kluczyk i zdjął kask. 
- Nic mi nie będzie. 

- Pewnie tak, ale jednak pójdę. 
Już od wyjścia z kawiarni czuł zmianę jej nastroju. Nie pró­

bował wziąć jej za rękę, w milczeniu wszedł za nią na piętro. 

background image

7 8 

Przyglądał się, jak wyjmuje klucze z kieszeni dżinsów i otwiera 
drzwi, choć kusiło go, by pochwycić ją w ramiona. 

- Wracając do twoich rachunków... - zaczął. 

Popatrzyła na niego czujnie. Ta sroga mina zachwyciła go 

do tego stopnia, że dotknął dłonią jej policzka, pochylił ku niej 

głowę. Przez cały dzień o tym marzył. 

- Co z nimi? - zapytała, oblewając się lekkim rumieńcem. 

Ten rumieniec połaskotał jego męską ambicję. 
- Musimy nad nimi trochę posiedzieć. Może umówimy się 

na wieczór w tym tygodniu? 

- Świetnie. Ja nie wysiaduję w pracy do nocy. Zwykle wy­

chodzę o szóstej. 

- Zadzwonię do ciebie. - Pochylił się jeszcze bardziej, aż 

dotknął jej ust. Przesunął dłoń na jej kark, zanurzył palce we 

włosach. Rennie przywarła do niego z cichym westchnieniem, 

zacisnęła palce na jego ramieniu. Przytulił ją mocniej, oszoło­

miony bliskością i pocałunkiem. 

Minęła dobra chwila, nim oboje się opamiętali. Marc oparł 

się czołem o jej czoło, zajrzał jej w oczy. 

- Zadzwonię do ciebie - powtórzył. 
- Dobrze. - Oblizała usta. Jeszcze się nie pozbierała. - Po­

winnam być w domu. Więc jeśli... - Urwała, przesunęła palcem 

po linii jego ust, cofając się lekko, by lepiej widzieć, - Nie 

jestem pewna, czy ten pocałunek przyspiesza sprawę. 

Marc zwolnił uścisk. 

- Co chcesz przyspieszyć? 
- Znalezienie ci żony, byś zostawił w spokoju mój salon. 

Cofnął się, jakby go uderzyła. 

- Nie zapomniałem o naszej umowie, Rennie. Ty zrobisz 

swoje, a ja dotrzymam słowa. 

Odwrócił się i odszedł. Był wściekły. Po co to powiedziała? 

Cóż się takiego stało? Większość mężczyzn liczy na pożegnalny 

background image

79 

pocałunek. Przecież nie zaciągnął jej do łóżka. Chodziło mu to 

po głowie, ale nie da się zwieść pokusie. Musi znaleźć żonę, 

a Rennie ma mu w tym pomóc. Ich układ jest jasny, czysty 

biznes. Dlaczego więc ta uwaga tak go rozeźliła? Przecież po­

wiedziała prawdę. Zobowiązała się wyszukać mu właściwą 

dziewczynę, a on za to umorzy jej dług. Prosty, jednoznaczny 

układ. 

Dlaczego więc ta dziewczyna tak go kusi, skoro zupełnie nie 

przystaje do jego wyobrażeń? 

Musi ją trochę przycisnąć, skłonić do szybszego działania. 

Nie zrobiła na nim wrażenia kogoś, komu zależy na szybkim 

sfinalizowaniu sprawy. Gdy tylko znajdzie odpowiednią pannę, 

umorzy tę pożyczkę i zapomni o Rennie. 

Wsiadł na motor, popatrzył w jej okna. Paliło się, ale przez 

zaciągnięte firanki nic nie było widać. Ciągle brzmiały mu 

w uszach jej słowa. Jeśli wyjdzie za mąż, to tylko z miłości. 

Wyłącznie. 

Pchnął motor, silnik zawył. Dojechał do głównej ulicy, dodał 

gazu. Pędził w kierunku zatoki, gdzie miał swoje mieszkanie. Mi­

łość jest złudzeniem, pięknym słowem bez pokrycia. Tak naprawdę 

jest tylko namiętność i pożądanie, pragnienie stabilizacji, potrzeby 

domagające się zaspokojenia. Nie da się zwieść iluzjom. Jeśli się 

ożeni, to wyłącznie z rozsądku, z pełnym przekonaniem, że dla obu 

stron ma to być związek do końca życia. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

We wtorek, tuż przed dwunastą, Marc przekroczył próg Lon­

don Pub. Zgodnie z obietnicą Rennie zostawiła mu wiadomość, 

że umówiła się tam z Julie. Przyjechał parę minut wcześniej, by 

być przed nimi. Może od razu zrezygnuje z poznawania tej Julie, 

gdy tylko ją zobaczy. Nie ma ochoty zawierać kolejnej znajo­

mości z kimś, kto ocenia innych przez pryzmat portfela tatusia. 

Dystyngowane wnętrze urządzone było w stylu starego an­

gielskiego pubu. Lśniły wykładane ciemną boazerią ściany, dys­

kretnie pobłyskiwały mosiężne lampy, stylowe kinkiety doda­

wały intymności. Masywne krzesła i stoły z ciemnego drewna 

kojarzyły się z solidnością i smakiem. Był tu raz czy dwa i za­

pamiętał ten lokal. Odpowiadała mu tutejsza atmosfera, dosko­

nała i szybka obsługa. Rozstawione z dala od siebie stoły za­

pewniały poczucie prywatności. Najwyższa jakość najwyraźniej 

była tu celem nadrzędnym, dawało się to wyczuć również w ser­

wowanych daniach. 

Marc z satysfakcją rozejrzał się po sali. Ma powód do dumy. 

Minęły czasy, gdy musiał liczyć się z kosztami. Przebył daleką 

drogę. Dostrzegł, że Rennie i towarzysząca jej niewysoka bru­

netka właśnie zajmowały miejsca. A więc były przed nim. Czyż­

by posługiwał się stereotypami, zakładając, że kobiety zawsze 

się spóźniają? Zmarszczył brwi. Nie może popełniać pomyłek 

w ocenie innych, od tego zależy powodzenie w interesach. I nie 

kierować się uprzedzeniami. 

Ruszył w stronę Rennie. 

background image

8 1 

- Czym mogę służyć? - Kierownik sali, siwy mężczyzna, 

stanął mu na drodze. 

- Chcę dołączyć do tamtych pań. - Wskazał na stolik. 
- Nie wspomniano mi, że ktoś ma dojść - oświadczył sta­

nowczo. 

Marc zmierzył go spojrzeniem. 

- Ta blondynka to Rennie Morgan, jesteśmy umówieni. Mo­

żliwe, że zapomniała o tym uprzedzić. 

Mężczyzna zawahał się. Okiem znawcy ocenił elegancki gar­

nitur od Armaniego i drogi jedwabny krawat. Marc uśmiechnął się 

w duchu. Wystarczy tylko właściwie odegrać swoją rolę, a ludzie 

przyjmą to bez mrugnięcia okiem. Już dawno się tego nauczył. 

- Proszę iść za mną - poinstruował kierownik i, sztywno 

wyprostowany, ruszył między stolikami. 

No nie! Tylko tego brakuje, by zaanonsował jego przybycie! 

A miało to być przypadkowe spotkanie! 

- Madame, pan był umówiony - oznajmił oficjalnym to­

nem, patrząc na Marka podejrzliwie. 

- Och! - Rennie popatrzyła na Marka, potem na kierownika, 

na koniec przeniosła spłoszone spojrzenie na Julie. 

- Był pan wyjątkowo pomocny - drwiąco mruknął Marc, 

gdy mężczyzna odsunął dla niego krzesło. 

- Marc, przyłączysz się do nas, prawda? - zaproponowała 

Rennie, patrząc na przygotowane krzesło. 

Marc zajął miejsce, spojrzał na nią przymrużonymi oczami. 

Na przyszłość niech lepiej wymyśli coś innego, nie ma zamiaru 

robić z siebie głupka. 

- Julie, poznaj mojego znajomego, Marka Fostera - powie­

działa zmieszana Rennie. 

Niewiele brakowało, a byłby się roześmiał. Ta dziewczyna 

zupełnie nie potrafi grać, nie ma za grosz sprytu. Skinął głową 

w stronę przyjemnej brunetki siedzącej po lewej stronie. 

background image

82 

- Julie? 

- Julie Treherne. Miło mi cię poznać. Byliście umówieni na 

lunch? Może w takim razie nie będę przeszkadzać? - Pytająco 

popatrzyła na Rennie. 

- Ależ skąd, Julie! Umówiłam się z tobą i... - Bezradnie 

popatrzyła na Marka, prosząc wzrokiem, by przejął inicjatywę. 

- Często tu wpadam, Julie - podjął Marc. - Zobaczyłem 

z daleka Rennie i pomyślałem, że podejdę się przywitać. Nasz 

przyjaciel przy wejściu za bardzo się przejął swoją rolą - im­

prowizował. - To ja wam przeszkodziłem. Jeśli chcecie, to się 

przesiądę - zaproponował, dodając w duchu, że to byłoby naj­

lepsze wyjście. 

- Daj spokój, Marc. Zostań z nami. Nie masz nic przeciwko, 

Julie? - bez tchu zapytała Rennie. 

- Pewnie, że nie. I tak wiesz, że mam niewiele czasu. Po 

południu idę do szpitala i nie chcę się spóźnić. 

- Julie pracuje w szpitalu dziecięcym - podchwyciła Ren­

nie, patrząc na Marka. 

Skinął głową i sięgnął po kartę, by wrócić do normalności. 

- Ona przepada za dziećmi - dorzuciła Rennie. 

Zerknął na nią z ukosa. Była wyraźnie stropiona. Odwrócił 

się do Julie, uśmiechnął uprzejmie. 

- Masz dzieci? 

Rennie jęknęła, potrząsnęła głową, jej loki zatańczyły. 

- Marc, Julie nie jest mężatką - wyjaśniła łagodnym tonem, 

jakby zwracała się do dwuletniego dziecka i spiorunowała go 

wzrokiem. 

- Co za zbieg okoliczności - odezwał się, nie odrywając od 

niej oczu. Podoba mu się taka wzburzona. Przedtem jej takiej 

nie widział. - Ja też nie jestem żonaty. 

- O Boże! - Rennie wzniosła oczy do nieba, sięgnęła po 

szklankę z wodą i desperacko upiła łyk, zerkając na Julie. 

background image

83 

Marc również przeniósł na nią wzrok. Niezła ta Julie. Drob­

na, niemal filigranowa; ciemne, błyszczące włosy przycięte 

w łatwą do ułożenia fryzurkę; ubrana z dyskretną elegancją. Ani 

śladu biżuterii. Ciekawe, co robi jej ojciec? Czy ona też dosko­

nale orientuje się w wysokości jego konta? 

- Powiedz mi coś o tym szpitalu - poprosił, litując się nad 

zdenerwowaną Rennie. 

Julie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zasypała ich opo­

wieściami o swojej pracy z dziećmi. Marc słuchał jednym 

uchem, jak rozwodziła się nad historią chłopca, który wprawiał 

w popłoch cały szpital, a ona zdołała go uspokoić; o kolejnym, 

który niemal zdemolował urządzenie rentgenowskie, na szczę­

ście ona pojawiła się w samą porę; użalań nad ciężkim losem 

przeciążonych pielęgniarek, o kołysaniu niespokojnych nie­

mowląt, przynoszeniu zabawek i czytaniu bajek maluchom, któ­

re dzięki niej szybciej wracały do zdrowia. 

Zerknął na Rennie. Siedziała nieruchomo, z uśmiechem 

przyklejonym do twarzy, wpatrzona w koleżankę. 

Zamówili potrawy, co tylko na krótko przerwało monolog 

Julie. Marc zdążył już przeprosić w duchu Rennie, że uważał ją 

za gadułę. Dałby wszystko, by teraz odezwała się choć słowem. 

Przez parę minut chciałby posłuchać kogoś innego. 

Przyniesiono potrawy i Julie wreszcie zamilkła. Cisza prze­

ciągała się niepokojąco. Marc zamyślił się. Jednak nie wszystko 

wziął pod uwagę, gdy wyliczał swoje oczekiwania. Rozmowa 

owszem, ale nieustający monolog? Z kimś takim nie da się 

wytrzymać. Musi uzupełnić listę wymagań. 

- Marc ma karnet na mecze naszej drużyny - ni stąd, ni 

zowąd wypaliła Rennie. 

Julie i Marc popatrzyli na nią zdumieni. 
- Naprawdę? - zapytała dziewczyna. 
- Tak - odparł, tłumiąc pokusę, by się roześmiać. 

background image

84 

Ciekawe, co Rennie powie dalej? Cała ta sytuacja zaczynała 

go męczyć. 

- Roger, mój kuzyn, pracuje w klubie - rzekła Julie. 
- Nic o tym nie wiedziałam - z ożywieniem podjęła Rennie. 

- To bardzo ciekawe, prawda, Marc? 

Uśmiechnął się z przymusem. 

- Owszem, bardzo ciekawe. 

Odłożył widelec i odchylił się do tyłu, czekając, co Rennie 

teraz zrobi. 

- Wiesz, Marc studiował w Stanford z moim bratem ciote­

cznym Keithem. 

Niemal się uśmiechnął. Rennie nie zraża się łatwo! 

- Beth i Rolly też tam studiowali - wtrąciła Julie. - Jack 

i Roger oczywiście poszli do Berkeley, więc stale były dyskusje, 

która uczelnia jest lepsza. 

- Widzę, że masz sporą rodzinę - zauważył Marc. 
- Tak, zaraz ci powiem... - Zaczęła wyliczać kolejne osoby, 

od razu informując, czym się zajmują. 

Marc jęknął w duchu. Co też go podkusiło! Już po tych nie 

kończących się opowieściach o szpitalu powinien wiedzieć, jak 

to się skończy. Ze znużeniem przysłuchiwał się pełnym zachwy­

tu i uniesień opisom. 

Wykorzystał chwilę, gdy na moment przerwała, i podniósł 

się z miejsca. 

- Żałuję, że nie mogę wysłuchać wszystkiego, ale czas na 

mnie. Muszę wracać do pracy. 

- Och, która to godzina? Czas tak szybko minął, że nawet się 

nie spostrzegłam, że zrobiło się późno. Za nic nie chcę spóźnić się 

do szpitala, oni tak na mnie czekają. Może weźmiemy razem 

taksówkę? Rennie, było cudownie. Koniecznie musimy znowu się 

spotkać, jak najszybciej. Zadzwonię do ciebie... - Odsunęła 

krzesło i wstała, z uśmiechem patrząc na Marka. 

background image

85 

Rennie patrzyła na nich z zadowoloną miną. 

- Jasne, umówimy się na jakiś lunch. 
Niepotrzebnie jest z siebie taka zadowolona, skrzywił się 

w duchu Marc. Julie też się mocno rozczaruje, jeśli sądzi, że 

skoro razem wychodzą, to to coś znaczy. 

- Rennie, wpaść do ciebie dziś wieczorem, czy ustalimy 

inny dzień? - Podszedł bliżej Rennie i pochylił się lekko. 

Zrobił to celowo. Czasem gest bywa bardziej wymowny niż 

słowa. 

- Dzisiaj? - Popatrzyła na niego ze zdumieniem. 
- Koło ósmej. - Musnął jej usta, wyprostował się. - Wyj­

dziemy razem, Julie, ale nie potrzebuję taksówki. Biuro mam 

kilka kroków stąd i chętnie się przejdę. 

Usiadł wygodnie w fotelu, przerzuciwszy przedtem mary­

narkę przez oparcie. Jeszcze raz popatrzył na leżące przed nim 
dokumenty, ale nie mógł się skoncentrować. Czekał. Znając 
Rennie, domyślał się, że nie puści mu płazem tego, jak się 
zachował. Ciekawe, kiedy zadzwoni i zmyje mu głowę? 

Drzwi otworzyły się z hukiem, uderzyły o ścianę. Marc pod­

niósł wzrok znad papierów. Prawie się uśmiechnął. A więc te­

lefonu nie będzie. 

- Nie może pani... - Rachel daremnie próbowała powstrzy­

mać rozgorączkowaną dziewczynę. 

Rennie zupełnie nie zwracała na nią uwagi. Jak burza wpadła 

do środka, rzuciła torebkę na fotel, oparła ręce na biodrach i 

z furią popatrzyła na Marka. 

Odsunął papiery, skinął do sekretarki. 

- W porządku, Rachel. Zaraz to załatwię. 

Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, Rennie wybuchnęła: 

- Co zaraz załatwisz? Myślałam, że naprawdę chodzi ci 

o znalezienie żony! Wychodziłam ze skóry, by wynaleźć ideał, 

background image

8 6 

który spełni twoje wymagania. A ty za każdym razem, gdy cię 

z kimś poznaję, zachowujesz się jak idiota i sugerujesz, że mię­

dzy nami coś jest! - Rąbnęła pięścią w blat biurka. 

Z pewnością musiała poczuć ból, ponieważ biurko jest bar­

dzo solidne. 

- Ustaliliśmy, że wpadasz na nas przypadkowo. Zamiast 

tego anonsuje cię kierownik sali i jeszcze oświadcza, że jeste­

śmy umówieni! Pomyślałeś przez chwilę, w jakiej sytuacji mnie 

stawiasz? Całe szczęście, że Julie wyszła z tobą i uniknęłam jej 

pytań! 

Umilkła, zaczerpnęła powietrza. 
- Ale to jeszcze nie wszystko - odezwała się gwałtownie, 

nim zdążył otworzyć usta. - Jak mogłeś publicznie mnie poca­

łować! Czy ty masz pojęcie, jak Julie to odebrała? I nie ona 

jedna. Dwa stoliki dalej siedział Steve Crawley, dobry przyjaciel 

Theo. Już sobie wyobrażam, co mu naopowiada! A Theo nie 

poprzestanie na wzmiance, że byłam na lunchu z mężczyzną, 

wyciągnie od niego szczegóły. I przypomni sobie, że byliśmy 

razem u Patty. Cała rodzina będzie przekonana, że coś nas łączy, 

a oni nic o tym nie wiedzą! 

Odwróciła się i podeszła do okna. Marc nie odrywał od niej 

oczu. Czy rzeczywiście jest taka wściekła, czy może jest jeszcze 

inny powód tego wzburzenia? Po chwili milczenia Rennie wró­

ciła do biurka. 

- Nie masz mi nic do powiedzenia? 

Wzruszył ramionami. 

- O czym tu mówić? Nie szukam takiej kobiety jak Julie. 

Rennie wzniosła oczy do nieba, opadła na krzesło. 

- To trzeba było zachować się normalnie. Ale nie, musiałeś 

specjalnie przy niej oznajmiać, że wpadniesz do mnie wieczorem. 
Założę się, że Steve też to słyszał. Wspaniale. Teraz mama zacznie 
mnie cisnąć, dlaczego nic jej o tobie nie powiedziałam. Będzie jej 

background image

87 

przykro, że mam przed nią tajemnice, a przecież nie mam po­
wodu, żeby wspominać o tobie, bo nic nas nie łączy. Nie chcę 
im mówić, że mam problemy z firmą, zaraz zaczną wciskać mi 
pieniądze. A ja chciałam sama do czegoś dojść. Cholera! 

Marc popatrzył na nią uważnie. Czy mu się wydaje, że dziś 

Rennie jest jakaś niższa? Uniósł się lekko, zerknął na jej nogi. 
No tak, powinien się tego domyślić. Pantofle leżały obok. 

- Co ci się nie podoba w Julie? Jest ładna, wykształcona, uwiel­

bia dzieci. Wymarzona partnerka. W sam raz dla ciebie. 

Oparł się wygodniej i patrzył, jak dziewczyna krąży po ga­

binecie. Miała pociemniałe z gniewu oczy, zaróżowione policz­

ki. Ciekawe, czy przez to jej skóra jest cieplejsza, przebiegło 

mu przez myśl. Może by się uspokoiła, gdyby ją teraz pocało­

wał? Raczej mało prawdopodobne. 

- Owszem, jest ładna, ale dla mnie trochę za niska. Chyba to 

przyznasz? - zapytał niewinnie, nie przestając jej obserwować. 

- Za niska? Przecież Julie jest niewiele niższa ode mnie. Ja 

też jestem za niska? Nawet słowem nie wspomniałeś na temat 

wzrostu. Miała być szykowna i z dobrej rodziny. Ale nic nie 

mówiłeś o wzroście. Ani razu, pamiętałabym. 

Rennie jest odpowiedniego wzrostu, skonstatował w duchu. 

Sięga mu do ramienia. Musi się nieco pochylić, by ją pocałować, 
ale jest w sam raz, gdy trzyma ją w objęciach. 

- Wzrost ma pewne znaczenie. Jak będę ją całował? Chyba 

nie chcesz, żebym przez całe życie cierpiał na ból krzyża? 

Zmarszczyła brwi, jakby ją coś zastanowiło. Odwróciła 

wzrok. 

- To o to chodzi? Obawiasz się bólu krzyża? 
- Nie. O sposób, w jaki zachwycała się sobą. Chyba też to 

zauważyłaś? Jaka jest wspaniała, że tak się poświęca. W każdej 
historii to ona grała główną rolę. Gdyby nie ona, szpital już 
dawno przestałby funkcjonować - dokończył cierpko. 

background image

88 

Rennie zapatrzyła się w widok za oknem. 

- Z tym się zgadzam. Rzeczywiście, zawsze musi być naj­

ważniejsza. Ale kocha dzieci, rodzina jest dla niej podstawą. 

Myślałam, że o to ci chodzi. 

- Opowiadała o tej rodzinie z takim przejęciem, że jeszcze 

chwila, a chybabym zwariował. Czy ona w ogóle nie potrafi 

samodzielnie myśleć? 

Rennie zerknęła na niego z ukosa. 

- Wydawało mi się, że mężczyźni to właśnie lubią. Że do­

brze im robi, gdy kobieta z powagą i czcią powtarza ich myśli. 

- Jeśli zamierzasz związać się z kimś na całe życie, to szu­

kasz kogoś, kto ma własne zdanie, a nie powtarza wszystko jak 

papuga. I jeszcze coś. Ta dziewczyna gada jak nakręcona. 

Rennie uśmiechnęła się. Miał wrażenie, że promień słońca 

wpadł do środka i rozjaśnił surowe wnętrze. Podniósł się i wol­

no podszedł do niej. 

- Trochę ją ponosi. Ale może to tylko nerwy. Przy tobie 

każdy jest onieśmielony - powiedziała. 

- Nie zauważyłem, żebyś była onieśmielona. 

- Jesteś przyjacielem Keitha, niemal rodziną. 
- Tylko przypadkiem nie zacznij teraz wymieniać wszy­

stkich kuzynów z osobna i cytować ich wypowiedzi - ostrzegł. 

Rennie wybuchnęła śmiechem. 

- Nie zmieniaj tematu, Marc. Nadal jestem na ciebie 

wściekła. 

- Dlaczego? 

- Przede wszystkim nie dałeś Julie żadnej szansy, a myślę, że 

ona jest dla ciebie wymarzona. Będzie dobrą żoną, na pewno nie 

będzie chciała pracować. Uwielbia być wolontariuszką. Gdy poja­

wią się dzieci, to będzie dodatkowym plusem. 

- Odstręcza mnie sposób, w jaki o tym mówi. Też pracuję 

społecznie, ale nie rozpowiadam o tym na prawo i lewo. 

background image

89 

- Pracujesz społecznie? Gdzie? - Popatrzyła na niego zain­

trygowana. 

Spochmurniał. Niepotrzebnie się z tym wyrwał. Zaledwie parę 

osób wiedziało o jego pracy w ośrodku, nie potrzebował aplauzu. 

- Marc, powiedz mi. - Wyciągnęła rękę i dotknęła jego ra­

mienia. 

Przez materiał koszuli czuł ciepło jej dłoni. Powoli przeniósł na 

nią wzrok. Czekała cierpliwie, ale oczy płonęły jej z ciekawości. 

- Rozmawiamy teraz o Julie, a nie o moich osobistych spra­

wach - odrzekł chłodno. 

- Zaraz do niej wrócimy. Ale najpierw opowiedz mi o sobie. 

Pomagasz starszym ludziom czy dzieciom? A może chorym? 

Wiesz, aż trudno mi w to uwierzyć. Większość mężczyzn z two­

ją pozycją twierdzi, że nie ma czasu, by regularnie świadczyć 

takie usługi. Ach, już wiem, z tobą pewnie jest podobnie. 

- Rennie, zostawmy to. 
- Nie, powiedz mi. 

Zawahał się, wreszcie kiwnął głową. 
- Co którąś sobotę pracuję w ośrodku dla chłopców w Ten­

derloin. Co którąś sobotę. Jak widzisz, to nic takiego. 

- W Tenderloin? Jeździsz do Tenderloin? 
W jej głosie było zdumienie, jakby oświadczył, że lata na Księ­

życ. Tenderloin miało jak najgorszą opinię. Jedna z najbiedniej­

szych dzielnic San Francisco, opanowana przez gangi. Narkotyki 

i uliczne strzelaniny są tam na porządku dziennym. Nie można 

wyobrazić sobie czegoś bardziej odległego od tego eleganckiego 

biura na Montgomery Street. 

- Dlaczego właśnie tam? Przecież kluby dla chłopców są 

również w bardziej bezpiecznych dzielnicach. 

Marc skinął głową. 

- Jak tam w ogóle trafiłeś? Nie mówiąc już, że zdecydowa­

łeś się tam pracować? - Rennie nie posiadała się ze zdumienia. 

background image

90 

- Pochodzę z Tenderloin - wyjaśnił z gorzkim uśmiechem. 

- Można powiedzieć, że to powrót do korzeni. 

Wbiła w niego wzrok. Przesunęła spojrzeniem po jego ele­

ganckiej koszuli, wytwornym krawacie, dyskretnym złotym ze­

garku. Powoli popatrzyła mu prosto w oczy. 

- To nie bardzo pasuje do obrazu, jaki sobie stworzyłaś? 

- zapytał. 

- Długo tam mieszkałeś? - zapytała. 

- Czy długo? Wychowałem się tam. Mój tata był dokerem, 

póki mógł. Potem brał wszystkie prace, jakie się trafiały, by 

zarobić na jedzenie i flaszkę. Wyjechałem, gdy dostałem sty­

pendium w Stanford. 

- I już tam nie wróciłeś. 
- Ojciec nie żyje. Mama zostawiła nas, gdy byłem mały. Nie 

miałem za czym tęsknić. 

- Ale poszedłeś pracować tam jako wolontariusz. 
- Nie zrozumiesz tego. 
- Może jednak zrozumiem. Miałeś... nieudane dzieciństwo, 

a teraz jesteś bogaty. I chcesz zrobić coś dla dzieci, które muszą 

tam mieszkać. 

- Nieudane? - parsknął i potrząsnął głową. - Tylko ty mo­

żesz określić w ten sposób kompletną nędzę. Ale miałem szczę­

ście, udało mi się stamtąd wyrwać. Dlatego staram się, by inni 

też mogli tego dokonać. 

- Nie mów, że miałeś szczęście. Zawdzięczasz to sobie. 

Domyślam się, ile wyrzeczeń i pracy kosztowało zdobycie sty­

pendium. I wysiłku, by dojść do tego, co masz teraz. Ale to 

wyjaśnia twoje dążenie, by znaleźć żonę z wyższych sfer. Tylko 

że to nie jest sposób na wymazanie z pamięci przeszłości. 

Brniesz w ślepy zaułek. 

- Myślisz, że moje pochodzenia da o sobie znać? - Po­

patrzył na nią uważnie. - Chcesz powiedzieć, że... że nie je-

background image

91 

stem odpowiednim kandydatem dla dziewczyny z dobrego 

domu? 

- Nie, wcale tak nie myślałam - zaprzeczyła żarliwie. - Cho­

dziło mi o to, że taka żona to jeszcze nie wszystko. Powinieneś być 

dumny z siebie, z tego, co osiągnąłeś. Wiem, że chciałbyś zostawić 

synowi fortunę, ale nie zapominaj o sobie. Nie żeń się z kimś 

wyłącznie dlatego, by mieć pewność, że twój syn nie wyląduje 

w Tenderloin. Czy naprawdę nie potrzebujesz czegoś więcej? Nie 

chciałbyś zaznać miłości? Na tym ci nie zależy? 

- Rennie, daj spokój. Ty żyjesz w innym świecie, wierzysz, 

że coś takiego naprawdę istnieje. Patrzysz na życie przez różowe 

okulary. Ale rzeczywistość jest inna. I nie mam zamiaru uganiać 

się za czymś, czego prawdopodobnie w ogóle nie ma. 

- Chcesz się ożenić z rozsądku. 
- Tak, to mi odpowiada. Nie chcę, by mój syn wstydził się 

ojca czy tęsknił za matką, której właściwie nie zna. Zapewnię 

mu poczucie stabilności i bezpieczeństwa. Małżeństwo to ży­

ciowa decyzja, powinna być przemyślana. Gdyby więcej osób 

myślało w ten sposób, nie byłoby tylu rozwodów i rozczarowań. 

Miłość bardzo szybko okazuje się niczym więcej jak iluzją. 

- Mam inne zdanie - odrzekła z westchnieniem. Zapatrzyła 

się w okno. - Nie wiem, czy zdołam ci pomóc. 

- Jeśli nie, stracisz „Brides and Bows" - powiedział szybko, 

tknięty nagłym lękiem, że ona chce się wycofać. 

- Tak? To czemu nie kiwniesz nawet palcem? Powinieneś 

przynajmniej umówić się z Julie. 

- Rennie, daj spokój. Skoro nie mogłem przez godzinę 

znieść jej towarzystwa, to jak miałbym spędzić z nią całe życie? 

- No, to czego ty w końcu chcesz? Poznałam cię z dwiema 

dziewczynami. Wszystko było jak trzeba: ładne, zgrabne, boga­

te, z dobrych domów. Nie pracują, zajmą się domem i dziećmi. 

Potrafią wydawać pieniądze. Czego jeszcze potrzebujesz? 

background image

92 

- Nie wiem, ale czegoś im brak - przyznał. 

Żadna z nich na niego nie działała. Nie to co Rennie, stojąca 

teraz ledwie kilka kroków od niego. Przy niej świat nabierał 

barw, promieniał. Czuł delikatny zapach jej perfum. Miękka, 

drapowana bluzka podkreślała figurę. Właściwie wolał ją 

w dżinsach niż w tych wytwornych spodniach z cienkiej wełny. 

- Może powinieneś zrezygnować z niektórych swoich wy­

magań - zastanowiła się. 

- Na przykład? 
- Mam na oku kilka koleżanek, ale one pracują. Nie mogę 

zadzwonić i wypytać, co zamierzają robić, gdy będą miały dzieci. 

Ale to może wyniknąć w trakcie rozmowy. Wtedy to podchwycę. 

Podniosła głowę, popatrzyła na niego. 

- Chcesz spróbować? 

Patrzyła na niego żarliwie, przekonująco. Przez cały dzień 

mógłby się w nią wpatrywać, choć wołałby całować. Pod 

wpływem impulsu postąpił krok ku niej, odszukał jej usta. Nie 

drgnęła. Nie cofnęła się ani nie podeszła bliżej. Zatracił się 

w pocałunku. 

- Co to było? - zapytała zduszonym, drżącym głosem, gdy 

oderwał od niej usta. 

Poczuł złość na siebie. Na przyszłość musi pamiętać, że łączy 

ich jedynie interes, nie ulegać pokusie. 

- Przypieczętowanie przyjaźni - powiedział szczerze, bo 

z każdym kolejnym spotkaniem coraz bardziej się ku temu skłaniał. 

Rennie zamrugała, zaczerpnęła tchu. 

- Aha. 
- Nie mam ochoty na lunch z kolejną kandydatką. 
- A masz inny pomysł? Ten wydaje się najbardziej naturalny. 
- Na pewno coś wymyślisz. 
- Jak chcesz, umówię cię z kimś sam na sam. Taka randka 

w ciemno. 

background image

93 

- Nie, ty też musisz być. W razie czego łatwiej się wykręcę, 

jak będę chciał się zmyć. 

- Dobrze, możesz się mną posłużyć. Ale nie mam po­

mysłu, jak inaczej cię z kimś poznać, chyba że urządzę przy­

jęcie czy coś w tym stylu. Zaraz, poczekaj, coś sobie przy­

pomniałam! Dostałam zaproszenie na dużą imprezę, moi znajo­

mi ze studiów świętują rocznicę ślubu i spraszają masę ludzi. 

Nie wybierałam się, ale jak chcesz, możesz iść ze mną. Poznam 

cię ze wszystkimi i sam zdecydujesz, z kim chcesz nawiązać 

kontakt. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam? Od razu 

poznasz mnóstwo dziewczyn. Super! To ma być w przyszłą 

sobotę. 

- W soboty pracuję w ośrodku. 
- Przyjęcie zacznie się nie wcześniej niż o siódmej czy ós­

mej, zdążysz do tej pory. Muszę tylko odszukać to zaproszenie, 

nie wiem, gdzie je włożyłam. Jak tylko je znajdę, zadzwonię 

i podam ci szczegóły. Wspaniale się złożyło! 

Zastanawiał się przez chwilę. Nie przepadał za przyjęciami, 

ale to rzeczywiście dobry i bez konsekwencji sposób. 

- Zgoda. 
- Ale umówmy się, że to ostatni raz. Musisz kogoś wybrać. 

Nie znam nikogo więcej - uprzedziła. 

- W takim razie muszę dotrzymać moich zobowiązań. 

Chcesz, żebym wpadł wieczorem przejrzeć rachunki? 

- Och, zapomniałam o czymś: - Odwróciła się i chwyciła 

torebkę. Szukała w niej czegoś zawzięcie, wreszcie z triumfu­

jącą miną coś mu podała. - Książeczka czekowa. Miałam dać 

ci ją w restauracji, ale przez to zamieszanie zapomniałam. 

Marc wziął od niej dokument, klepnął nim o dłoń. 
- To co, Rennie? Dziś wieczorem? 
- Nie będzie mnie. Zresztą i tak chyba najpierw musisz 

przejrzeć tę książeczkę, nie? 

background image

9 4 

- Nie będzie cię w domu? - W środku aż zamarł z wrażenia. 

Idzie na randkę? 

- Idę z Joe na pizzę i do kina. Chcemy obejrzeć ten nowy 

film ze Schwarzeneggerem. Nie mogę pojąć, dlaczego 

mężczyźni tak przepadają za filmami przygodowymi. Wydawa­

łoby się, że lekarz tyle się napatrzy na co dzień, że powinien 

mieć dosyć krwi i przemocy. Ale Joe je uwielbia. 

- Joseph Thurmond Sanger Czwarty - mruknął Marc, pró­

bując się opanować. 

W końcu dziewczyna ma prawo umawiać się z kim chce, 

dlaczego to go tak porusza? Aż płonął w środku. 

Popatrzyła na niego podejrzliwie. 

- Zazwyczaj mówi się o nim Joe. 

- Błękitna krew, co? - zapytał z obłudną słodyczą. 

Rennie skinęła głową. Patrzyła czujnie, jak Marc zbliża się 

w jej stronę. 

- Chyba można tak o nim powiedzieć. Jego przodkowie 

przybyli do Kalifornii kilka pokoleń temu i zawsze odgrywali 

znaczącą rolę w życiu politycznym. Nie tak dawno jego wujek 

był burmistrzem San Francisco. Joe nie ma siostry, jeśli do tego 

pijesz. Ma dwóch braci. I raczej wątpię, by miał jakieś kuzynki. 

- Dlaczego się z nim umówiłaś? 

Ta Rennie zupełnie nie jest w jego typie, nie nadaje się też 

dla niego na żonę. W dodatku ta jej romantyczna dusza i skłon­

ność do uniesień. Ale nie może ścierpieć, że woli Josepha Thur-

monda Sangera niż jego. 

- Przyjaźnimy się - wyjaśniła, nieco zbita z tropu. 
- Tylko przyjaźnicie? - zapytał, chcąc wydusić z niej coś więcej. 

Ciekawe, czy się całują? I czy to sprawia jej przyjemność? 

- zastanawiał się mimowolnie. Wprost cierpiał z zazdrości. 

Rennie skinęła głową. 
- Bardzo? - naciskał. 

background image

95 

Ujął w palce pasemko jej włosów, owinął wokół palca, roz­

koszując się ich miękkością. 

- Jesteśmy przyjaciółmi. Spędzamy razem wolny czas. 
- Czy my też jesteśmy przyjaciółmi, Rennie? Byliśmy ra­

zem w niedzielę na grillu. 

- W przyjaźni nie trzeba uciekać się do szantażu, by uzyskać 

pomoc - odcięła się ostro. 

Uśmiechnął się spokojnie. 

- Nasza umowa to żaden szantaż, to interes. Proponowałem 

ci przyjaźń. Nigdy wcześniej nie przyjaźniłem się z kobietą. 

- Jakoś wcale mnie to nie dziwi. - Oblizała usta. 

- Rennie, zostańmy przyjaciółmi. 

Pochylił się i przelotnie musnął jej usta, zwalczając pokusę, 

by wziąć ją w ramiona i całować do upojenia. 

- Zgoda. Bądźmy przyjaciółmi - przystała, gdy ją puścił. 

Znów miała zaróżowione policzki, ale tym razem już nie ze 

złości. 

- Spędzimy razem sobotę? 

- Myślałam, że pracujesz w ośrodku. 

- W co drugą. Byłem tam w zeszłym tygodniu, więc tę mam 

wolną. To jak? - zapytał, zmuszając się do zachowania spokoju. 

Nie będzie przed czasem naciskać. Ale skoro ma czas dla 

swojego przyjaciela Josepha Thurmonda Sangera, Czwartego 

w dodatku, to może znajdzie i dla niego wolną chwilę. 

- Co chciałbyś robić? - zapytała, cofając się nieco. 

Z ociąganiem odsunął rękę od jej włosów. 

- Ustalimy to razem jutro wieczorem, gdy do ciebie przyjdę. 
- Słucham? 

- Przecież muszę przejrzeć twoje rachunki. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Nigdy się nie poddajesz, co? - zapytała Rennie, pochmur­

niejąc. 

- Dbam o zabezpieczenie swojej inwestycji. Tak to po­

traktuj. 

- Jak to twojej inwestycji? Przecież to mój salon. 
- Tylko że to moja firma wyłożyła pieniądze. Jeśli sobotnie 

przyjęcie ma być ostatnią próbą, a nic z tego nie wyniknie, 

„Brides and Bows" stanie się częścią Foster Associates - zakoń­

czył spokojnie. 

- Poznałam cię z dwiema odpowiednimi kandydatkami -

oburzyła się Rennie. - To nie jest w porządku, że chcesz przejąć 

mój salon. 

- Rennie, mówimy o interesach. Obiektywnie patrząc, nie 

powinnaś mieć do mnie pretensji. Zaciągnęłaś kredyt, którego 

nie spłacasz. To ty jesteś dłużniczką. 

Wsunęła stopy w pantofle. 
- Staram się najlepiej, jak mogę! - wycedziła, przerzucając 

torebkę przez ramię i popatrzyła na niego ostro. - Przyjdź o ós­

mej. Tylko nie wkładaj garnituru, bo cię nie wpuszczę. 

- Dyktujesz warunki? - zapytał łagodnie. 
- Przestań, Marc. Jak skończymy sprawę moich rachunków, 

a jak się domyślam, to cię nie zachwyci, wrócimy do twojej 

sprawy. Musisz jeszcze raz wyłożyć mi swoje wymagania w sto­

sunku do kandydatki na twoją żonę. Jeśli to przyjęcie jest moją 

ostatnią szansą, musi coś z tego wyjść! Więc o ósmej. 

background image

97 

Patrzył za nią, jak z dumnie podniesioną głową podchodzi 

do wyjścia. Wyjście godne gwiazdy filmowej, przebiegło mu 

przez myśl. Chyba w ostatniej sekundzie zmieniła zdanie, bo 

przytrzymała szarpnięte drzwi i zamknęła je cicho. Wpatrywał 

się w nie jeszcze przez chwilę. Ta dziewczyna jest nieprawdopo­

dobna. Tylu różnorodnych uczuć nie doświadczał od dawna. 

Machnął jej książeczką czekową. Dlaczego tak przejmuje się 

tą Rennie? Ciekawe, czy gdyby rodzice się nie rozstali, miałby 

jakieś rodzeństwo? Siostrę taką jak Rennie? Raczej mało pra­

wdopodobne. Dzieci, które dorastały w Tenderloin, od małego 

uczyły się życia i nie miały złudzeń. Tam nie było miejsca dla 

takiej istoty jak Rennie. 

Zlecił Stuartowi przejrzenie przelewów i przygotowanie koń­

cowej oceny. Z Rennie zobaczy się dopiero jutro wieczorem. Do 
tej pory nie będzie sobie zawracać nią głowy, musi zająć się pracą. 

Była dokładnie ósma, gdy zadzwonił do drzwi jej mieszka­

nia. Rennie powitała go uśmiechem. 

- Cześć. - Z aprobatą popatrzyła na jego kremowy sweter 

i brązowe sportowe spodnie. - Nieźle pan wygląda, panie Foster 

- podsumowała, przesuwając się, by wszedł do środka. 

- A pani wypoczęła, panno Morgan? - podjął jej ton. 
- No, przyznaj wreszcie, że w takim stroju jest trochę wy­

godniej niż w garniturze i krawacie. 

Owszem, czuł się lepiej, ale nie tylko z powodu stroju. To 

jej obecność poprawiała mu samopoczucie, ale, rzecz jasna, tego 

nie powie. 

- Zabieramy się do pracy? Gotowa? 

Z westchnieniem skinęła głową, wskazała na stojący w nie­

wielkiej alkowie stół i krzesła. 

- Może tu usiądziemy? Rozłożymy wszystko na stole i za­

czniesz wykład. 

background image

98 

- Wykład? - zdziwił się. 

Posłała mu spojrzenie spod rzęs. 

- A czy nie o to chodzi? Domyślam się, że moje rachunki 

odbiegają od standardów, do których przywykłeś. 

- Powiedzmy, że masz bardzo twórcze i niekonwencjonalne 

podejście do księgowości. 

Rennie uśmiechnęła się. 
- Napijesz się kawy? 

- Jeśli będzie mocna i bez mleka. 
- Podtrzyma nas, byśmy nie usnęli, co? 
- Księgowość tak cię nudzi? 

Przyglądał się, jak dziewczyna krząta się po kuchni, zasta­

nawiając się w duchu, czy umie dobrze gotować i czy to lubi. 

To mu coś przypomniało. 

- Jak udała się wczorajsza randka z Josephem Thurmondem 

Sangerem Czwartym? 

Odwróciła się raptownie i przez długą chwilę mierzyła go 

wzrokiem. Wzięła filiżanki i podeszła do stołu. 

- Wszyscy mówimy do niego po prostu Joe - powiedziała 

z wolna. Postawiła przed nim kawę, usiadła. - Randka się udała 

- dodała. 

- Gdzie byliście? 

- Marc, czy ty nie przesadzasz? Chyba nie przyszedłeś po 

to, by wypytywać mnie o wieczór z Joe? 

Potrząsnął głową, choć w duchu nie był przekonany, czy sam 

siebie nie okłamuje. Cholera, nie podoba mu się, że ona umawia 

się z innym facetem. Zły na siebie, sięgnął po papiery. 

Po dwóch godzinach miał już serdecznie dość. Szczęście, że 

Stuart pierwszy przebrnął przez te zapiski. Starał się tłumaczyć 

jak najprościej, ale ta dziewczyna ma takie podejście, że święty 

by zwariował. Co dopiero on! 

- Na tym zakończmy. Jeśli postąpisz według moich wska-

background image

99 

zówek, gwarantuję, że już po miesiącu odczujesz ogromną róż­

nicę - podsumował, prostując się i przeciągając napięte mięśnie. 

Mimo woli spostrzegł, jak Rennie szybko odwróciła wzrok. 

Czyżby go obserwowała? To odkrycie sprawiło mu przyje­

mność. Popatrzył na nią. Nie zdjęła butów. A więc czuła się 

spięta. 

- Czy ja wiem? Miałabym z miejsca żądać wysokiej zalicz­

ki? To nie w moim stylu takie zimne wyrachowanie. 

- Wyrachowanie? Rennie, ten salon ma przynosić zyski, 

tak? 

- Chyba tak. 
- Chyba? Musisz być o tym przekonana. Jeśli to ma być 

tylko hobby... 

- Nie, to ma być moje źródło utrzymania. Ale nie chodzi mi 

o jakieś wielkie pieniądze. 

- Dlaczego? 
- Bo ich nie potrzebuję. Tylko na życie i pensję dla Eve. 

- To podstawa. Ale dlaczego nie chcieć więcej? 
- Przyjemnie mieć pieniądze, ale i bez nich można cieszyć 

się życiem. Nie są do tego konieczne. 

- Oczywiście, że są - oświadczył z głębokim przekonaniem, 

bo odczuł to boleśnie na własnej skórze. 

- W takim razie powiedz mi, Panie Bogaczu, jak używasz 

życia dzięki swoim pieniądzom? Co robisz w wolnym cza­

sie? Z tego, co wiem, do nocy wysiadujesz w biurze. Zajęcia 

w ośrodku to też nie wypoczynek, jak się domyślam. Masz 

karnet do filharmonii, ale jak często tam bywasz? Na co wyda­

jesz te swoje krocie? 

Sięgnął po pustą filiżankę, jakby na jej dnie spodziewał się 

znaleźć odpowiedź. Dziwne, ale nie potrafił jej odpowiedzieć. 

Rzeczywiście, w jego życiu poza pracą było niewiele przyje­

mności. Ale przecież to mu odpowiada. 

background image

100 

- Praca daje mi satysfakcję - powiedział wolno. - Jest nie 

tylko sposobem na zrobienie kariery, ale również hobby. 

- Ja też lubię moją pracę. Ale cieszę się życiem i nie po­

trzebuję do tego wielkich pieniędzy. Doskonale się bez nich 

obywam. 

- Jest tylko jedna różnica: mnie nie grozi utrata firmy. 

- Jesteś zbyt bezwzględny, byś mógł do tego dopuścić. 
- Nie zajmuję się działalnością charytatywną. 
- Ja też nie. 
- Więc przestaw się. Nie ma nic złego w tym, że weźmiesz jed­

ną trzecią sumy jako wstępną zaliczkę, drugą ratę przy pierwszej 

przymiarce, a resztę należności przy odbiorze. W ten sposób nie 

stracisz aż tyle, co na tej sukience wystawionej w sklepie. 

- Kto ci to powiedział? 
- Eve. 

Odwróciła wzrok, wyraźnie przybita. 

- Jeszcze ktoś ją kupi. Jest taka piękna. To jeden z najlep­

szych projektów - powiedziała, próbując się bronić. 

- Nie przeczę, że jest piękna. Mówiłem tylko, że gdybyś 

wzięła z góry dwie trzecie sumy, tyle byś nie straciła. Zaczniesz 

kupować hurtowo? 

- Jeśli będę mogła. Wiem, że to bardziej opłacalne i powin 

nam tak robić, ale teraz jestem w podbramkowej sytuacji. Sam 

zresztą wiesz. 

- Mogę ci pożyczyć. Nie warto kupować detalicznie. W hur­

cie, nawet gdy bierzesz niewielkie ilości, płacisz dużo mniej. 

- Nie chcę już więcej pożyczać - odrzekła twardo, oczy 

błysnęły jej dumnie. - To właśnie przez ten dług znalazłam się 

w opałach. 

- Teraz wystarczy ci niewielka suma. Uznaj, że z mojej 

strony to działanie osłonowe, by nie stracić więcej. Gdy znaj­

dziesz mi żonę, umorzę całość. 

background image

1 0 1 

- A jeśli żadna nie przypadnie ci do gustu? 
- Wtedy twój salon będzie w lepszej kondycji, gdy będzie­

my go przejmować. 

Zacisnęła pięści, przysunęła się bliżej. Poczuł, że serce zabiło 

mu mocniej. Co teraz nastąpi? 

- Nie przejmiesz go. Choćbym miała poznać cię z każdą 

wolną panienką w mieście, zrobię to. Ale ty też musisz wykazać 

choć odrobinę dobrej woli. Nie zrobię wszystkiego za ciebie! 

- Jesteś śliczna, gdy się tak złościsz - powiedział. 
- Co takiego? - Popatrzyła na niego zdumiona i aż usiadła. 

Uśmiechnął się. Choć raz ją zaskoczył. Może to dobry spo­

sób, może powinien mówić coś nieoczekiwanego, gdy Rennie 

się tego najmniej spodziewa. Zastosować jej metodę. 

- Słyszałaś, co powiedziałem. Wiesz, już wiele razy się za­

stanawiałem, dlaczego nie wyszłaś za mąż. Na samym początku 

nawet podejrzewałem Keitha, że specjalnie mnie na ciebie na­

puścił, że miał w tym swój cel. 

- Myślisz, że chciał nas swatać? Wykluczone. 
- Dlaczego? 

- Przede wszystkim nie jestem wytwornisią, za jaką wypa­

trujesz oczy - zaczęła. - Mama wprawdzie pochodzi z szacow­

nej rodziny, ale już mój ojciec nie. Był zwykłym policjantem, 

zginął na służbie. Poza tym nie mam majątku. Nie bałbyś się, 

że wychodzę za ciebie dla pieniędzy? 

Roześmiał się, odchylił z krzesłem do tyłu, włożył ręce 

w kieszenie. 

- Nie, zwłaszcza po naszej wcześniejszej rozmowie. Pienią­

dze nie są dla ciebie ważne. Liczy się miłość. 

- Właśnie. Wyjdę za kogoś, kto mnie pokocha. Kto będzie 

się starał być przy mnie, a nie tylko bezustannie pracować i za­

rabiać pieniądze. Chcę mieć męża, którego będą interesować 

moje sprawy, pomoże mi szykować kolację, zrobi coś w domu. 

background image

102 

A wolny czas będziemy spędzać razem: chodzić na wędrówki, 

na plażę, czasem na przejażdżkę tramwajem. 

- Nie masz dużych wymagań - wymamrotał, nieco zasko­

czony jej wizją idealnego małżeństwa. 

- Chętnie też wybrałabym się w rejs statkiem - dodała, pa­

trząc na niego badawczo. 

- W rejs? 
- Mama i Theo byli na takim kilka lat temu. Wrócili za­

chwyceni. Od tej pory mam takie marzenie. 

- Wylegiwanie się na słońcu i obsługa na skinienie ręki? 
- Oni popłynęli na Alaskę, a mnie najbardziej pociąga mo­

żliwość nieograniczonego jedzenia. 

- Zwłaszcza krewetek i czekolady? 

Rozjaśniła się w uśmiechu, a on zapragnął ją pocałować. 

Jeszcze nigdy pokusa nie była tak silna. Dotknąć jej dłoni, 

zachłysnąć się jej zapachem. Ten uśmiech zdawał się jasny jak 

promień słońca, tak chciałby go zatrzymać. Nie zastanawiając 

się, pociągnął ją i posadził sobie na kolanach. 

- Marc, co... 

Nie dał jej dokończyć. Znieruchomiała w jego ramionach. 

Pochwycić światło i blask nie jest łatwym zadaniem. Minęła 

chwila, nim dziewczyna rozluźniła się, objęła go za szyję. Po­

całunek, który mu oddała, upajał. 

Odchylił się nieco, popatrzył na jej zaróżowioną twarz, za­

mglone oczy, leciutko nabrzmiałe usta. Wygląda cudownie. Mo­

że niepotrzebnie szukam, może to powinna być ona, przebiegło 

mu przez myśl. Ale szybko się opamiętał. Nie, to w ogóle nie 

wchodzi w grę. Rennie chce czegoś więcej niż mógłby jej za­

oferować. Miłości, całkowitego oddania, poczucia wspólnoty. 

A jemu potrzeba żony, która błyśnie w towarzystwie, będzie 

atutem w biznesie, wprowadzi w wyższe sfery. Jego pochodze­

nie pójdzie w niepamięć. 

background image

103 

- Czas na mnie. - Podniósł się i postawił Rennie na po­

dłodze. 

- No tak. Dzięki za wskazówki - rzekła, wyraźnie zbita 

z tropu jego nagłym pożegnaniem. 

- Zawsze do usług. Postaraj się wprowadzić je w życie, 

a zobaczysz, że będzie łatwiej. 

- Spróbuję z tą zaliczką. Od tego zacznę. 

Ruszył do wyjścia. Dlaczego z każdym kolejnym spotka­

niem ta dziewczyna coraz bardziej go pociąga? W dodatku nie 

może znieść myśli, że widuje się z tym Josephem Czwartym. 

I te budzące się w nim wątpliwości. Koniec z tym, musi wziąć 

się w garść. Nie zastanawiać się, tylko iść prosto do celu. 

- Sobota nadal aktualna? - zapytała, otwierając mu drzwi. 

Marc wziął głęboki oddech, skinął głową. Jeden dzień nicze­

go nie zmieni. 

- Wpadnę po ciebie koło dziewiątej. 
- To do zobaczenia, Marc - powiedziała miękko, patrząc na 

niego tajemniczo. 

W sobotni poranek miasto tonęło we mgle. Dzień zapowiadał 

się fatalnie. Nie miał pojęcia, co mogliby robić w taką pogodę. 

Plaża wykluczona, spacer raczej też. Nawet motor odpada, zbyt 

chłodno. 

Przed domem Rennie nie było miejsca, zaparkował więc dwie 

ulice dalej. Był w marnym nastroju. Może odwołać dzisiejsze spot­
kanie? - zastanowił się już pod drzwiami jej mieszkania. 

Drzwi otworzyły się, nim zastukał. 

- Nie dzwoniłem - zdziwił się, obrzucając ją uważnym spo­

jrzeniem. 

Jasne, niemal białe dżinsy, ciemnoniebieska bluzka i blado-

niebieski sweter. Do tego masa złocistych loków. 

- Nie musiałeś. Jest dziewiąta, a ty jesteś niesamowicie pun-

background image

104 

ktualny -uśmiechnęła się triumfalnie. - Wejdziesz, czy idziemy 

od razu? 

- Dokąd chciałabyś się wybrać? Widziałaś, jaka pogoda? 
- Nie jest zła. Cieszmy się, że nie ma upału. Eve jest w skle­

pie, więc nie jestem niczym związana. To co? 

Popatrzył na nią. Dziś była mniej pewna siebie. 

- Myślałem, że popłyniemy w rejs. Wprawdzie nie trans­

atlantykiem tylko zwykłym statkiem, ale zawsze - rzekł. 

- Wspaniale. Jeszcze nie płynęłam statkiem. 
- Tylko że dziś niczego nie zobaczymy. Za gęsta mgła. 
- Po południu się przejaśni. Zróbmy najpierw coś innego, 

a potem popłyniemy. Jestem gotowa. 

- Weź kurtkę, zmarzniesz. 
Wyszli przed dom, ruszyli przez parking. 
- Nie przyjechałeś motorem? 

- Za zimno. Jestem samochodem, stoi niedaleko. 
- Chętnie się przejdę, lubię chodzić. A ty? 
- Rzadko mi się to zdarza - mruknął, przypominając sobie 

czasy, gdy inaczej się nie poruszał. 

Rennie roześmiała się. 
- No tak, jesteś zbyt zajęty. Samochód albo taksówka, co? 

- Mniej więcej. 
- Nie będziemy chyba jeździć we mgle? Masz jakiś pomysł? 

Milczał. Planował rejs, potem jakiś lunch. I nic z tego. 

Wzięła go za rękę. Popatrzył na nią uważnie. 
- Nie umawiasz się w weekendy? - zapytała. 
- W ogóle rzadko się umawiam. 

- Jasne, praca na pierwszym miejscu. Pora, byś się trochę 

zabawił, skorzystał z życia. Jak się ożenisz i będziesz miał sze­

ścioro dzieci, to już koniec. Zaproponować coś? 

- Nie, sam coś wymyślę. - Otworzył drzwi samochodu. 
- Mercedes, powinnam się była domyślić! - mruknęła, 

background image

105 

wślizgując się do wybitego skórą wnętrza. - Kosztowny samo­

chód z klasą, w sam raz dla wschodzącej gwiazdy biznesu. 

- Już wzeszedłem, jak może zauważyłaś. 
- Po plecach takich maluczkich jak ja - docięła mu. 
- Uważaj, co mówisz. Chyba wiedziałaś, co podpisujesz? 

- Tak, ale Brad Peterson nie był taki bezlitosny jak ty. 

Nie odpowiedział. Szkoda, że ma o nim takie zdanie. A prze­

cież obiecał, że umorzy dług, gdy znajdzie mu żonę. 

- Gdzie jedziemy? - Rennie przerwała przeciągającą się 

zbyt długo ciszę. 

- Na Union Square - odparł. 
- Po co? 
- Zobaczysz. 

- Opowiedz mi o swoich znajomych - poprosiła, sadowiąc 

się wygodnie i patrząc za okno. 

- Jakich znajomych? 
- Nie chodzi mi o Keitha. O innych. - Machnęła ręką. 
- Większość to osoby z kręgów zawodowych. Poza Ste-

ve'em, dyrektorem ośrodka dla chłopców. 

- Żartowałam, gdy mówiłam, że nie masz nic poza pracą, 

ale widzę, że byłam bliżej prawdy, niż przypuszczałam - po­

wiedziała, patrząc na niego przenikliwie. - Czy zdarza ci się 

zrobić coś wyłącznie dla przyjemności? Rozumiem, że miałeś 

trudne dzieciństwo, ale tobie też się coś należy od życia. Sko­

rzystaj z tego, co masz. 

- Mam nadzieję, że dzisiaj tak będzie - mruknął. 

Nie miał problemów, póki nie poznał Rennie. Niepotrzebnie 

Keith ją nasłał. Gdyby go wtedy nie spotkał, nie wygadał się ze 

swoimi planami, miałby teraz spokojną głowę. 

Zerknął na Rennie, uśmiechnął się lekko. Dobrze wyszło. 

Inaczej nie byłby z nią teraz. 

background image

106 

- Przejażdżka tramwajem? - zdumiała się radośnie, gdy do­

łączyli do kolejki przy Union Square. - Niemożliwe! 

- Dlaczego nie? Wsiądziemy, kupimy bilety i pojedziemy 

do chińskiej dzielnicy. 

- Do Chinatown? - Oczy jej błysnęły. - Super! 

- Mówiłaś kiedyś, że chciałabyś tam sobie pobuszować po 

sklepikach - uśmiechnął się, opiekuńczo osłaniając ją ramie­

niem przed tłumem obładowanych kamerami turystów. 

- Bardzo jesteś miły. - Przytuliła się do niego. - Zapamię­

tałeś to sobie. I zaplanowałeś, żeby mnie tam zabrać. 

Kiwnął głową, ciesząc się w duchu, że w ostatniej chwili 

przypomniał sobie o tych sklepikach. 

- To na lunch możemy iść na dim sum - zaproponowała. 
- Na co? 
- Dim sum. Chyba lubisz? 
- To chińskie jedzenie? 
- No wiesz, przyjeżdża wózek, a ty wybierasz sobie to, co 

ci się spodoba. - Popatrzyła na niego. 

- Nieźle brzmi. 

- Nigdy nie byłeś na dim sum? Niemożliwe! Ty, urodzony 

i wychowany w San Francisco. A byłeś kiedyś na North Beach? 

Czy może jadasz tylko w okolicy centrum finansowego? 

- Byłem w kilku włoskich restauracjach na North Beach. 

Również na nabrzeżu. Po prostu nie znam dim sum. 

- Bo to podają tylko w porze lunchu, a ty pewnie wtedy 

jesteś zajęty. 

Uniósł w górę jej brodę, popatrzył w oczy. 
- Zostawmy teraz moją pracę. Mamy się zrelaksować, a ty 

ciągle zasypujesz mnie uszczypliwościami na ten temat. 

- Przepraszam. - Zamrugała powiekami. - Masz rację. 

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo nadjechał tramwaj. Wraz 

z tłumem weszli do środka, zajęli miejsca. Rennie promieniała. 

background image

107 

- Miałeś cudowny pomysł. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz 

jechałam tramwajem - rzekła rozpromieniona. 

Zrobiło mu się ciepło na sercu. Nie chciał teraz tego anali­

zować. Ciągnięty liną tramwaj ruszył pod górę. 

Ta dziewczyna potrafi się cieszyć z najprostszych rzeczy, 

stwierdził ze zdumieniem, gdy przemierzali ciągnące się w nie­

skończoność uliczki pełne orientalnych sklepików. Miał wraże­

nie, że przenieśli się w inny świat. Zostały gdzieś w dali ich 

sprawy zawodowe, codzienne problemy. Każda chwila wyda­

wała mu się bezcenna. Z uśmiechem przyglądał się, jak Rennie 

ogląda koronki czy wyrzeźbione z drewna parawany. 

- Szukasz czegoś takiego? - zapytał, gdy wyszli na ulicę. 

- Skądże! Gdzie bym to postawiła? Ale to taka przepiękna 

robota, przyjemnie popatrzeć. Koronki też wspaniałe. Może kie­

dyś wykorzystam taką na welon czy suknię. 

- Skoro nie chcesz nic kupić, to po co wchodzimy? 
- Pooglądać, poszperać, zastanowić się, jak coś zostało zro­

bione. Nie lubisz tego? 

- Czy ja wiem? 
- Ja bardzo. Chodź, wejdźmy jeszcze tutaj. 
Nie protestował. Wystarczyło mu widzieć jej uszczęśliwioną 

twarz, by iść z nią po kolei do wszystkich sklepików. Czy z Jo­

sephem Czwartym też robi podobne eskapady? 

Zatrzymali się na dim sum w zatłoczonej restauracyjce. Je­

dzenie było zaskakująco smaczne, a Rennie nauczyła go nawet 

posługiwać się pałeczkami, co okazało się nie takie proste. 

- Nie chciałabym naśladować twojej mamy, ale nauczenie 

się czegoś nowego to tylko korzyść dla ciebie - zaśmiała się. 

- Nie wiem, co mama mogła powiedzieć. Nie pamiętam jej. 

- Przepraszam. - Jej uśmiech zgasł. - Nie wiedziałam. 

Pochwycił jej spojrzenie, uśmiechnął się. 
- Byłem mały. Pewnie nie chciała mieszkać w Tenderloin. 

background image

108 

- I twój tata nie ożenił się ponownie? 

- Nie. 

Zjadła ostatni kęs, odłożyła pałeczki, upiła łyk herbaty. 
- Czyli założenie własnej rodziny jest dla ciebie sprawą 

ogromnej wagi, prawda? 

- Tak. I to musi być dobra rodzina. By moje dzieci nigdy 

nie miały wątpliwości. By miały dziadków, swój dom. I nie 

musiały... 

- Czego nie musiały? - zapytała, bo Marc nagle zamilkł. 
- Nie, nic. Jeśli skończyłaś, to może wybierzemy się teraz 

na nabrzeże? Być może mgła już zrzedła i będziemy mogli 

popłynąć w rejs. 

- Mam nadzieję, że znajdziesz sobie wspaniałą żonę - ode­

zwała się miękko. 

- Jeśli nie, to przynajmniej nikt mi nie powie, że się nie 

starałem. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Było już ciemno, gdy przyjechali pod dom Rennie. Rejs udał 

się nadspodziewanie, mimo mgły i chłodnego wiatru. W drodze 

do brzegu, gdy okazało się, że Marc nigdy nie był w portowej 

dzielnicy, Rennie wymogła na nim spacer po urządzonym dla 

turystów nabrzeżu. Namówiła go na zakup czekoladowych trufli 

w butiku z czekoladkami, oprowadziła po sklepikach z pamiąt­

kami. Potem zjedli kolację w przytulnej restauracyjce specja­

lizującej się w kartoflance z małżami i tradycyjnie wypiekanym 

chlebie. Marc śmiał się i bawił jak nigdy, odprężony i rozluź­

niony. Od lat nie czuł się tak beztrosko. Nic dziwnego, że ten 

Joseph Czwarty tak lubi spędzać czas w towarzystwie Rennie. 

Ta dziewczyna jest jak miód. 

Zapadł zmierzch, gdy w końcu wsiedli do tramwaju jadącego 

w kierunku Union Square. Światła rozjarzonych okien rozbły­

skiwały w gęstej mgle. 

- Mam nadzieję, że bawiłeś się dziś tak dobrze jak ja - ode­

zwała się Rennie, gdy Marc zatrzymał samochód. 

- Cieszę się, że ci się podobało - odpowiedział. - Odprowa­

dzę cię - dodał, nie chcąc jeszcze kończyć dzisiejszego dnia i 

w cichości ducha licząc na filiżankę kawy. 

- Nie trzeba, dam sobie radę - odparła szybko. 

- Chcę cię odprowadzić. 
- Aha. 

Nie odezwała się ani słowem, gdy szli do jej mieszkania ani 

kiedy Marc wziął od niej klucze i otworzył zamek. Uchylił 

background image

1 1 0 

drzwi i przepuścił ją pierwszą. Nie oddał kluczy, zdecydował, 

że zrobi to w środku. 

- Napijesz się kawy? - zaproponowała z przymusem. 

- Chętnie. 
Wszedł, zamknął za sobą drzwi i podał jej klucze. Lekki 

dotyk jej palców rozpalił tlącą się w nim od rana pokusę. Nie 

zastanawiając się, co robi, wziął ją w ramiona i odszukał gorące 

usta. 

Odepchnęła go dopiero po chwili i oswobodziła się z u-

ścisku. 

- Nie powinniśmy tego robić - rzekła, spuszczając oczy. 
- Dlaczego? - zdziwił się. Przecież już wcześniej ją całował 

i nigdy nie oponowała. 

Niemal biegiem ruszyła do kuchni. 

- Zaraz zaparzę kawę. Potem porozmawiamy, ale niedługo, 

bo muszę jutro wcześnie wstać... - Urwała nagle. 

- W niedzielę? - zapytał, idąc za nią do kuchni. 
Nie mógł zrozumieć, dlaczego Rennie tak się zmieniła. Przez 

cały dzień świetnie się czuła w jego towarzystwie, a nagle ma 

wrażenie, że za wszelką cenę chce się go pozbyć. 

- Tak. Chcesz śmietanki do kawy? 
- Nie, piję czarną - odparł z lekkim rozczarowaniem. 

Chociaż niby dlaczego miałaby pamiętać jego upodobania? 

To, że on zna jej, w końcu nic nie znaczy. Oparł się o kuchenny 

blat, skrzyżował ramiona i w milczeniu patrzył, jak Rennie szy­

kuje kubki, wyjmuje z lodówki śmietankę, wyciera nieskazitel­

nie czysty blat. 

- Co ci jest? - zapytał, czując wibrujące między nimi na­

pięcie. 

- Nic. Kawa będzie za chwilę, może usiądziesz w salonie? 
- Mogę tu poczekać - odrzekł, nie odrywając od niej oczu. 

- Wolę, żebyś poszedł. Denerwuję się, gdy tak patrzysz. 

background image

1 1 1 

- Bo miło na ciebie patrzeć - powiedział z uśmiechem, ale 

wyszedł z kuchni, zostawiając ją samą. 

Po kilku minutach Rennie przyszła do salonu, postawiła na 

niskim stoliku kubki z kawą i usiadła w fotelu obok kanapy. 

- Chciałaś porozmawiać - zagadnął Marc, choć sam naj­

chętniej posiedziałby w milczeniu u jej boku. 

- Na temat soboty. Opiszę ci pokrótce dziewczyny, które 

będą na przyjęciu. Wybierzesz sobie najodpowiedniejsze kan­

dydatki i na nich się skoncentrujemy. 

- Chyba powinienem poznać wszystkie. 
Rennie westchnęła, sięgnęła po kawę. 
- Wiesz co, Marc? Czasami mam wrażenie, że wcale ci na 

tym nie zależy, bo za mało się starasz. Zamiast umawiać się 

dzisiaj ze mną, mogłeś zaprosić Marcellę czy Julie. Nie szkoda 

ci zmarnowanego czasu? Przecież nie jestem w twoim typie. 

- Dzień był bardzo udany. A głównie dzięki temu, że nie łączy 

nas nic poza interesami. Pomyśl tylko, jak byłoby to skompliko­

wane, gdybyś miała w stosunku do mnie jakieś zamiary. 

- To prawda. - Upiła łyk kawy, nie patrzyła na niego. - Ko­

rzystaj z życia póki czas - mruknęła. - Niedługo będzie za późno. 

- Co chcesz powiedzieć? 

Spojrzała na niego, lecz zaraz odwróciła wzrok. 
- Nic takiego. Jak się zastanowisz, to sam przyznasz mi 

rację. Po dzisiejszym dniu widzę, że rzadko zdarza ci się korzy­
stać z wolnego czasu. A gdy już będziesz miał tę swoją idealną 
żonę, prawdopodobnie nigdy to się nie powtórzy. 

- Uważasz, że moja żona będzie miała inne preferencje? 
- Jakoś trudno mi sobie wyobrazić Marcellę na statku w taką 

pogodę. Zresztą bez względu na pogodę. Albo w tramwaju. 
Chyba że zastrajkują wszystkie taksówki w mieście. 

- Marcella nie wchodzi w grę, już ci mówiłem - zbył ją. 
- Szykownej elegantki nie pociągają takie rozrywki. Musisz 

background image

1 1 2 

mi jeszcze raz dokładnie określić, kogo właściwie szukasz. 

Masz przecież wyrobione zdanie. 

- Owszem - potwierdził, bo przecież od lat tworzył sobie 

ten ideał żony i matki swego syna. Rennie, dla której miłość jest 

na pierwszym miejscu, będzie rozczarowana. - Domyślam się, 

że twoi rodzice się kochali - powiedział. 

- Nad życie. - Uśmiechnęła się, wracając myślami w prze­

szłość. - Wtedy byłam za mała, by to docenić. Ale pamiętam, 

jacy byli dla siebie serdeczni, ciągle się przytulali i całowali, 

mnie też. A po śmierci taty mama przez wiele lat żyła jak 

w innym świecie, nieobecna duchem. Jakby jej część umarła 

wraz z nim. 

- Ale wyszła za mąż. 
- Dopiero po pięciu latach. Z Theo znali się od dawna, 

ale mama długo nie chciała się z nikim widywać. Potem trochę 

się otrząsnęła, zaczęła spotykać się ze znajomymi. Theo ocza­

rował ją. 

- No i stać go było na ekstrawaganckie gesty. 

Rennie spiorunowała go wzrokiem. 

- Jak możesz! Pieniądze nie miały znaczenia, nie robiły na 

mamie wrażenia, bo sama jest z bogatej rodziny. Wprawdzie 

z moim tatą nie mieli ich wiele, ale miłość była dla nich waż­

niejsza od bogactwa. Theo szybko zrozumiał, że afiszowanie się 

pieniędzmi może obrócić się przeciwko niemu! 

Wyciągnął ku niej dłoń. Rzuciła się jak rozdrażniony kociak. 

- Już dobrze, tygrysku, pomyliłem się. Wiem, że twoja ma­

ma po śmierci męża nie wróciła na łono rodziny. Myślałem, że 

wyszła za Theo, by nie walczyć o związanie końca z końcem. 

- To pięknie o tobie świadczy. 

- Zostawmy to. Zamówiłem limuzynę na sobotę. Gdzie jest 

to przyjęcie? Muszę podać adres. 

- Limuzynę? Przecież sam możesz prowadzić. Albo ja. Tod-

background image

1 1 3 

dy i Denise mieszkają w Westborough. Marc, obejdziemy się 

bez limuzyny. 

- A jeśli będę miał ochotę na drinka? Nie chcę prowadzić 

po kieliszku. 

- I stać cię na to - powiedziała zjadliwie. 
- Powiedzmy, że jest to pewna oszczędność. 

- Oszczędność! - Zaśmiała się w głos. - Tak samo w to 

wierzysz jak... jak w miłość. 

Uznał, że pora się zbierać, nim znów zacznie coś wałkować. 

- Dzięki za kawę. To do soboty. Będę o wpół do ósmej. 
- Już idziesz? - zdziwiła się. - Przecież nie wypiłeś kawy 

do końca. 

- Czas na mnie. - Podniósł się z miejsca. 
- Dziękuję za dzisiejszy dzień. Świetnie się bawiłam. 
- Ja też. 

Zatrzymał się przy drzwiach i leciutko musnął jej usta. Nic 

więcej nie próbował. Już raz go dziś odepchnęła. 

- Marc. - Dotknęła jego ramienia. - Pieniądze mają znacze­

nie jedynie wtedy, gdy ich nie masz. Już nie jesteś tamtym 
chłopcem z Tenderloin, przebyłeś długą drogę. Masz tyle, że 
mógłbyś nie pracować. Życie to coś więcej, niż zarabianie i wy­
dawanie. Odkryj, że są jeszcze inne przyjemności. 

- Nauczanie o dziesiątej wieczorem? - skrzywił się. 

Skinęła głową. Patrzyła na niego ciepło. 

- Znajdź sobie tę wymarzoną żonę, ale niech to będzie ktoś, 

z kim zechcesz iść przez życie. Małżeństwo to związek na długo. 

- Rennie, dobrze wiem, czego chcę. A gdy już to zdobędę, 

to na zawsze. 

W ciągu tego tygodnia dwa razy niewiele brakowało, by do 

niej zadzwonił. Powstrzymał się w ostatniej chwili. Zastanawia­
ło go, dlaczego w tamten wieczór była taka zmieniona, dziwnie 

background image

1 1 4 

daleka. Dręczyło go też pytanie, czy Rennie spotyka się z Jo­
sephem. Choć właściwie nie powinno go to interesować, bo nie 
ma do niej żadnego prawa. Za każdym razem, gdy wyciągał rękę 
po słuchawkę, zmieniał zdanie. Poczeka do soboty. 

Dokładnie o wpół do ósmej zadzwonił do jej drzwi. Gdy 

otworzyła, oniemiał na jej widok. 

- Wejdź, jeszcze tylko włożę buty - poprosiła, patrząc na 

niego promiennie. 

Jej oczy lśniły radośnie, konkurując z blaskiem zdobiących 

ją brylantów. Marc nie mógł oderwać od niej wzroku. Wszedł 

do środka, gestem pokazał, by się okręciła. 

Ciemnoniebieska, obcisła sukienka na cieniutkich ramiączkach 

leżała na niej jak ulał, wspaniale podkreślając zgrabną sylwetkę 

i odsłaniając nogi. Brylantowy naszyjnik i kolczyki rozsiewały olś­

niewający blask. Upięte w wymyślny sposób włosy całkowicie ją 

odmieniały, a wieczorowy makijaż eksponował kształt oczu i pięk­

nie wykrojone usta. Wyrafinowana elegancja, to określenie samo 

się nasuwało. 

- Rennie? 
- Tak? - Popatrzyła na niego szybko. 
- Musiałem się upewnić, czy to naprawdę ty. Wyglądasz 

fantastycznie. 

Uśmiechnęła się i ten psotny uśmiech przywołał dawną 

Rennie. 

- Nieźle wyszło, co? Na taką okazję trzeba się trochę pod-

szykować. Będą wszyscy z mojego roku. Gdyby jakiś sprytny 

rabuś wpadł na pomysł, by ograbić gości, do końca życia byłby 

ustawiony. 

- Włóż buty. Limuzyna już czeka. 

Z aprobatą patrzył, jak znika w sypialni. Właściwie gdyby 

tak darować sobie to przyjęcie i zamiast tego zostać tu z nią sam 

background image

1 1 5 

na sam, w dodatku tak zaskakująco odmienioną... Chociaż, co 

go tak dziwi? W końcu wychowała się wśród osób takich jak 

Marcella czy Julie, skończyła dobre szkoły, matka nauczyła ją 

ogłady. Pochodzi z doskonałej rodziny. Czym jeszcze ta dziew­

czyna może go zaskoczyć? 

Wybiegła z sypialni. Miała na nogach sandałki na wysokich 

obcasach, w ręku wieczorowe okrycie i pięknie zapakowany 

prezent. 

- Powinienem coś kupić? - zaniepokoił się Marc. 
- Skądże, przecież nawet ich nie znasz. Co innego ja. 
- A mówiłaś, że wcale się do nich nie wybierałaś. 

Potwierdziła skinieniem głowy. 

- A to? - Wskazał na brylanty. - Strój na ostatnią chwilę? 
- Czasami trzeba. 

Śledził wzrokiem, jak przeciąga dłonią po biodrze. Chętnie 

by to powtórzył. 

- Wolę inny styl, dużo lepiej czuję się w dżinsach. Poza tym 

będzie mnóstwo ludzi. Dlatego wcale mnie tam nie ciągnęło. 

Ale teraz mamy konkretny cel. 

Gdy pomagał jej włożyć wieczorowy płaszcz, owionął go 

znajomy zapach. Tego mu brakowało. I jej. 

- No, to ruszajmy. I jeszcze coś, Marc. - Wzięła go za ra­

mię, zajrzała w oczy. - Wykaż się dzisiaj. Znajdź kogoś, kto ci 

odpowiada. Moja rola na tym się kończy. Podejdź do sprawy 

racjonalnie, słyszysz? 

Uśmiechnął się, rozbawiony tym pouczeniem. 
- Słyszę. Potem ci powiem, czy nasza umowa wygasła. 

Oczy błysnęły jej gniewnie, ale nie przejął się tym. Pochylił 

się i pocałował ją. Błyszczek zmieniał smak jej ust. 

- Porozmawiamy później, a teraz już chodźmy. Mówiłem ci 

już, jak cudownie dzisiaj wyglądasz? 

Potrząsnęła głową, uśmiechnęła się lekko. 

background image

1 1 6 

- Wytwornie i elegancko? - zapytała. 

- Jak najbardziej. Może powinienem nieco bliżej rozejrzeć 

się za żoną? 

- Nie, Marc - spoważniała. - My do siebie nie pasujemy. 

Każde z nas oczekuje od życia czegoś zupełnie innego. 

Miała rację, ale przez moment wyobraził sobie ich wspólne 

życie. Rano oboje wychodzą do pracy, czasem spotykają się na 

lunchu, wieczorami razem szykują kolację. A w wolne weeken­

dy spędzają czas wspólnie. I już nigdy nie byłby sam, pochło­

nięty jedynie pracą. Miałby Rennie. 

Limuzyna zatrzymała się przed rzęsiście oświetlonym do­

mem. Z uchylonych okien dobiegały dźwięki muzyki, śmiechy 

i gwar rozmów. 

Rennie podała płaszcz i prezent pokojówce. Zerknęła na Marka 

i oczy się jej rozszerzyły. Przeciągnęła palcem po jego ustach. 

- Szminka - szepnęła, patrząc na zaróżowiony palec. 

Zaśmiał się, wyjął chusteczkę. Otarł usta, potem jej palec. 

- Powinnam się umalować? - Popatrzyła na niego pytająco. 

- Nie, chyba że znów cię pocałuję. 

- Nie tutaj! - Odskoczyła. - Zapomniałeś, po co tu jesteś? 
- Rennie, tak się cieszę! - rozległ się radosny głos wysokiej 

rudowłosej dziewczyny. - Słyszałam dzwonek. Co u ciebie? -

Uścisnęła ją serdecznie. 

- Cześć, Denise. Dzięki. Świetnie wyglądasz. Wszystkiego 

najlepszego. Widać, że małżeństwo ci służy. 

- To jeszcze nie wszystko. Będziemy mieli dziecko! 
- Naprawdę? Wspaniale, moje gratulacje! 
- Ale to dopiero za siedem miesięcy. My chyba się nie 

znamy? - uśmiechnęła się promiennie do Marka. 

- Och, przepraszam. Marc, poznajcie się. Denise, to jest 

Marc Foster. 

- Bardzo mi miło. Wiele o tobie słyszałam. Zresztą Keith 

background image

1 1 7 

powiedział, że pewnie przyjdziecie razem. Chodźcie dalej. Ren­

nie, koniecznie musimy się spotkać i pogadać. 

- Jasne. Musisz mi wszystko opowiedzieć. 

Przestronny salon był pełen roześmianych, stojących grup­

kami gości. Mało kto siedział. Rennie zatrzymała się. 

- Masz ochotę najpierw się czegoś napić? - zapytała. 
- Chętnie. 
Ruszyła w stronę jadalni. Długi, przystawiony do ściany stół 

uginał się od przekąsek. Przy wejściu do kuchni urządzono bar. 

Zamówili drinki. 

- Cześć, Rennie. Nie wiedziałem, że będziesz. 
Wysoki, szczupły mężczyzna pochylił się i na powitanie po­

całował ją w policzek. Rennie uśmiechnęła się. 

- Cześć, Joe. Zdecydowałam się w ostatniej chwili. 

Mężczyzna przeniósł wzrok na Marka. 

- Marc, to Joe. Joe, Marc. 

Joe skinął głową. 
Marc od razu domyślił się, kim jest ten facet. Przysunął się 

do Rennie, położył rękę na jej obnażonym barku, wsuwając 

palec pod cieniutkie ramiączko. Przygarnął ją do siebie. 

- Joe, czyli Joseph Thurmond Sanger Czwarty? - zapytał, 

obrzucając go taksującym spojrzeniem. 

W innej sytuacji z pewnością by go polubił. Joe robił świetne 

wrażenie. I doskonale czuł się w tym otoczeniu. Nic dziwnego, 

wychował się w takich warunkach, skonstatował w duchu Marc. 

Znienawidził go od pierwszego spojrzenia. 

Joe roześmiał się, popatrzył na Rennie. 
- To ty mu powiedziałaś? 
- Chyba kiedyś... - Zaczerwieniła się zmieszana. - W koń­

cu to prawda. Tak się nazywasz. 

- No wiesz, Rennie! Ja nie rozgłaszam znajomym, że nazy­

wasz się Renata Elizabeth Morgan Pierwsza. 

background image

1 1 8 

Marc zacisnął palce. On nie znał jej drugiego imienia. 
- Wybacz, Joe, ale Rennie miała mnie komuś przedstawić. 
- Oczywiście. Miło mi było cię poznać. 

Marc skinął głową, pociągnął Rennie za sobą. 
- No nie! - wybuchnęła, zatrzymując się w miejscu. Upiła 

łyk. - Jak mogłeś? Zabierz tę rękę! 

- Nie rób scen - powiedział, z ociąganiem cofając dłoń. 
- To ma być scena? Grzecznie cię proszę, byś zabrał rękę. 

Chcesz zobaczyć prawdziwą scenę? Proszę bardzo! 

- Nie chcę. Co się takiego stało? Przecież nic nie zrobiłem. 

- Myślisz, że zamydlisz mi oczy? A co miał znaczyć ten 

zaborczy gest? Zachowałeś się jak zazdrośnik! 

- Już zapomniałaś, po co tu przyszliśmy? Żebym poznał 

właściwe kandydatki, a nie twoich chłopaków. 

- Moich chłopaków? Na razie poznałeś jednego. I to nie 

żadnego chłopaka, a przyjaciela. 

- Marc! - przerwał im głos Keitha. - Przyprowadziłeś Ren­

nie? - zapytał, wyciągając rękę na powitanie. 

- Raczej ona mnie - odparł. 

- Czego teraz żałuję - syknęła dziewczyna. - Skoro tu je­

steś, Keith, to miej go na oku. Ja idę do pań. 

Marc złapał ją za ramię. 

- Na pewno? 
- Tak - odrzekła ze słodyczą. - Muszę, bo jeszcze nie wy­

trzymam i rozbiję ci na głowie ten kieliszek! - dodała ze złością 

i odeszła na drugi koniec salonu. 

- Problemy, co? - porozumiewawczo zapytał Keith. 

- Poradzę sobie - mruknął, patrząc za znikającą Rennie. 
- Nie wątpię. Nie ma takiej rzeczy, z którą byś sobie nie dał 

rady. To jak, podoba ci się Rennie? 

- Może każdego doprowadzić do szaleństwa. 
- Uhm. Ale czy nie jest kochana? 

background image

119 

Marc przymknął oczy, po chwili spojrzał na Keitha. 

- Ma mnie tutaj poznać ze swoimi koleżankami. 
- A ja myślałem, że przyszliście jako para - zdziwił się. 
- Niby dlaczego? Szukam kogoś zupełnie innego - odparł. 

- My do siebie nie pasujemy. Ona chce miłości, a ja w coś 

takiego w ogóle nie wierzę. 

- Nie wierzysz, czy też nigdy jej nie doświadczyłeś? 
- Jedno i drugie. Moi rodzice podobno się kochali, a co 

z tego wyszło? Tak samo mój ojciec: kochał mnie, ale wcale się 

mną nie przejmował, butelka była ważniejsza. Miłość jest ułudą. 

- Ja kochałem Betsy. I nadal mi jej brak, codziennie. 
- Keith, to już dwanaście lat, musisz się otrząsnąć, zacząć 

żyć. 

- Masz rację. Teraz żałuję, że wymyśliłem ten plan. Mam 

tylko nadzieję, że dziś kogoś poznasz i dasz jej spokój. 

Keith odwrócił się i odszedł do baru. Nie obejrzał się. 

- Cholera! - mruknął do siebie Marc. 
- Marc? - Uśmiechnięta Marcella stanęła obok. - Cieszę 

się, że cię widzę. Nie wiedziałam, że znasz Toddy'ego. 

- Przyszedłem z Rennie. O właśnie, jeszcze nie przywita­

łem się z gospodarzem, zdążyłem tylko z Denise. - Już żałował, 

że Rennie nie ma przy nim. 

- Chodź, przedstawię cię. A gdzie Rennie? 
Nim odnalazł Rennie, Marcella przedstawiła go czterem ko­

leżankom, ale żadna z nich nie wpadła mu w oko. Przez cały 

czas myślał o Rennie. Wiedział, że jest na niego wściekła, ale 

przecież zawarli umowę i powinna jej dotrzymać. Wreszcie ją 

spostrzegł i od razu ruszył w jej stronę. 

- Jak się bawisz? 

- Dziękuję. - Uśmiechnęła się z przymusem. - Rozglądaj 

się, Marc, po to tu przyszliśmy. 

- Marcella poznała mnie z kilkoma osobami - powiedział, 

background image

120 

by podtrzymać rozmowę, choć najchętniej porwałby ją do tańca 

i przetańczył całą noc. 

Jest taka śliczna! Chciałby pokazać ją całemu światu, a jed­

nocześnie mieć ją tylko dla siebie! 

- Kogo poznałeś? 

- Christine Williams i jej chłopaka. Joyce Montgomery. El­

len Naylor. 

- Ellen się nadaje. Podoba ci się? 

Wzruszył ramionami. 
- Przynajmniej nie chwaliła się pieniędzmi tatusia. Ani nie 

gadała jak najęta. 

- To już coś. Chodź, poszukamy jej. - Pociągnęła go. 

Rennie zachowała się jak prawdziwa swatka. Poprowadziła 

rozmowę, a we właściwym momencie zostawiła go sam na sam 

z Ellen. Dziewczyna była miła, ale nie mógł się powstrzymać, 

by nie zerkać ukradkiem na migającą w tłumie Rennie. Zwijał 

się z zazdrości, widząc, jak serdecznie wita znajomych, rozdaje 

całusy. Dlaczego jego tak nie traktuje? 

Odetchnął z ulgą, gdy spojrzał na zegarek. Samochód już 

czeka. Pożegnał się z Ellen, zapisując sobie na wszelki wypadek 

jej telefon. W sumie całkiem niezła dziewczyna. 

Kończył zapisywać numer, gdy pochwycił spojrzenie Ren­

nie. Odwróciła się niemal natychmiast. I dopiero po chwili do 

niego dotarło, że było w nim przerażenie i smutek. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Czuł narastające napięcie, gdy czekali chwilę na limuzynę. 

Już w środku zwrócił się do Rennie. 

- Czy coś się stało? - zapytał z niepokojem, bo żadne rozsądne 

wyjaśnienie nie przychodziło mu do głowy. 

- Co miało się stać? Wygląda na to, że wychodzimy na 

prostą. Poznałeś kilka odpowiednich dziewczyn, spodobała ci 

się Ellen. Świetnie nada się na twoją żonę. Idealnie wyeksponuje 

rodzinne klejnoty - dokończyła suchym tonem. 

- Na razie nie ma co przesądzać. Wziąłem od niej telefon, 

zaproszę ją na kolację. Nie będę ryzykować lunchu - dodał 

z uśmiechem, bo chciał, by zabrzmiało to jak żart, ale Rennie 

tylko zacisnęła usta. 

- To brzmi całkiem rozsądnie - rzekła po chwili. 

- Masz pomysł, jak to rozegrać? - zapytał, przerywając ciszę. 
- Z pewnością świetnie sobie poradzisz - powiedziała, pa­

trząc na niego. - Zachowuj się naturalnie, nie żałuj pienię­

dzy, a pokocha cię na śmierć i życie. Choć nie, trochę przesa­

dziłam. Po prostu chętnie poświęci ci swój czas. I pomoże ci 

wydać te miliony. Dlaczego się z nią nie umówiłeś, kiedy tak 

gruchaliście? 

- Mieliśmy inne tematy. 

Czyżby była zazdrosna o Ellen? - zastanowił się. Skąd ten 

chłodny ton, dziwny sposób bycia? 

- Domyślam się. I co, przeszła wstępny test? Chyba tak, 

skoro chcesz ją zaprosić. 

background image

122 

- Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne - odparł spo­

kojnie, zaintrygowany jej zachowaniem. 

Rennie potrząsnęła głową. 

- Mówisz, jakby chodziło o wybór pieska. 
- Jest miła i może się podobać. Powiedz mi o niej coś więcej 

- poprosił, ciekawy jej reakcji. 

Czy rzeczywiście jest zazdrosna i chce, by nikomu poza nią 

nie poświęcał uwagi? 

Auto sunęło gładko po opustoszałych, pogrążonych w mroku 

ulicach. Powietrze między nimi było aż gęste. Czuł, że coś jest 

nie tak. 

- Rodzina Ellen jest w Kalifornii od kilku pokoleń. Jej oj­

ciec odziedziczył pokaźny majątek, potem sam go pomnożył. 

Zainwestował w komputery, gdy Apple dopiero wchodziło na 

rynek. Nie musisz się bać, że Ellen wyjdzie za ciebie dla pie­

niędzy. Ma ich więcej, niż zdoła wydać do końca życia. Ale nie 

przechwala się tym jak Marcella - dodała. 

- Jest coś, co powinno mnie niepokoić? - zapytał szybko. 

- O niczym takim nie wiem. Ellen skończyła najlepsze szko­

ły, potrafi się zachować i pewnie będzie tobą zachwycona. Do­

szedłeś do fortuny, masz potężną firmę, wszędzie jesteś witany 

z otwartymi ramionami. Doskonale do siebie pasujecie. 

- Twoja rodzina przyjęła mnie bardzo serdecznie. 

- Jesteś przyjacielem Keitha. Jego rodzice przepadają za 

tobą. Zresztą, dlaczego miałoby tak nie być? Wprawdzie masz 

dyktatorskie zapędy, ale nie żałujesz innym własnego czasu. 

Niewielu mężczyzn zdobywa się na to, najczęściej poprzestają 

na wysłaniu czeku. Tak jest najłatwiej. 

Marc tylko wzruszył ramionami. 

- Zresztą domyślam się, że Ellen pójdzie za tobą z zamknię­

tymi oczami - wymamrotała, odsuwając się od niego. - W każ­

dym razie nasza umowa wygasła. 

background image

123 

- Jeszcze nie. 

- Jak to? Ja swoje zrobiłam. Poznałeś dziś z pół tuzina 

dziewczyn, wybrałeś Ellen. Czego jeszcze chcesz? 

- Pewnych wskazówek - upierał się, zdając sobie sprawę, 

że przeciąga strunę, ale w żaden sposób nie mógł sobie wyob­

razić, że ich znajomość się kończy. 

- Zaproś ją do modnej restauracji, zamów szampana i tańcz 

do upadłego aż do zamknięcia lokalu. To ją weźmie. Będzie 

romantycznie, a kobiety to uwielbiają. 

- Ty też? 
- Co ja? - Popatrzyła na niego czujnie. - Nie mówimy 

o mnie. Skończmy wreszcie z tą idiotyczną umową. Ożeń się 

z Ellen i sprawa załatwiona. 

- Niezupełnie. Za wcześnie o tym przesądzać. Może się oka­

zać, że wcale do siebie nie pasujemy. 

- Marc, na litość boską, czy myślisz, że będę się tym zajmo­

wać, póki nie włożycie sobie obrączek? Miałam tylko poznać 

cię z odpowiednimi kandydatkami. I zrobiłam to. 

- Umowa wygaśnie, gdy ja tak uznam. 

Spochmurniała, odsunęła się od niego jeszcze bardziej. 

Samochód skręcił w jej ulicę. Właściwie o co mu chodzi? Jeżeli 

ożeni się z Ellen, osiągnie swój cel. Dziwne, ale wcale nie czuł 

uniesienia. No cóż, jeszcze nie zdecydował, czy to rzeczywiście ta. 

Ale jeśli się pobiorą, to w przyszłości będą widywać Rennie jako 

wspólną znajomą. Nie bardzo mu to odpowiadało. 

- Chcesz, bym wpadł i pomógł przy rachunkach? - zapytał, 

bo nie chciał tracić z nią kontaktu. 

- Dzięki. Sama dam sobie radę. Przyślij tylko zawiadomie­

nie o umorzeniu długu. 

Kierowca wysiadł, by otworzyć jej drzwi. 

- Zadzwonię do ciebie po spotkaniu z Ellen, może mi coś 

podsuniesz - zapowiedział, wysiadając, by ją odprowadzić. 

background image

124 

- Wystarczy, że przyślesz zawiadomienie. Pójdę sama - do­

dała i odwróciwszy się szybko, niemal pobiegła po schodach. 

Nie zraził się tym. Odprowadził ją pod drzwi. Gdy sięgnął 

po klucze, zdumiał się, jak lodowate miała dłonie. 

- Dobrze się czujesz? 
- Tak. Dobranoc, Marc. - Niemal wyrwała mu klucze 

i wpadła do środka, zamykając mu drzwi przed nosem. 

- Dobranoc - odpowiedział, czując narastającą w nim złość. 

Nie przywykł do rozkapryszonych primadonn. Jeśli w taki 

sposób zachowują się artyści, chyba poprzestanie na kontaktach 
z ludźmi biznesu. 

- Do diabła! - zaklął pod nosem. 
Niedzielne popołudnie ciągnęło się w nieskończoność. Już 

od rana zbierał się, by zadzwonić do Rennie, ale ciągle nie mógł 

się zdecydować. 

Zmęczyło go to wczorajsze przyjęcie. Nie lubił takich im­

prez, ale jeśli coś z tego wyniknie, nie stracił czasu na próżno. 

Znów sięgnął po słuchawkę. Może zechce wybrać się z nim 

na spacer po nabrzeżu czy pójść do parku? 

Był dziwnie spięty, gdy wybierał jej numer. A przecież widzieli 

się wczoraj i rozstali w nie najlepszej komitywie. Mimo to ciągnęło 

go do niej. Chciał z nią pogadać, poznać jej wrażenia z wczoraj­

szego przyjęcia, posłuchać opowieści o ostatnim modelu sukni czy 

weselu, które ma zorganizować. Poza tym mógłby wypytać ją 

dokładniej o tę Ellen. 

Nikt nie podnosił. Niechętnie odłożył słuchawkę. Nie ma jej 

w domu. Co to znaczy? Czyżby umówiła się z Joe? Aż go skrę­

cało. Do diabła, przecież nie ma prawa być o nią zazdrosny. 

Ciekawe, czy zgodziłaby się mu pomóc, gdyby nie ten wiszący 

nad nią dług? Wolał się nad tym nie zastanawiać. 

Podszedł do okna, popatrzył na błękitne niebo. Przecież ma 

background image

125 

inne rzeczy do roboty, przyniósł papiery z biura. Ale praca stra­

ciła dawny blask i w tej samej chwili uświadomił sobie, że poza 

pracą niczego więcej nie ma. Ani szczególnych zainteresowań, 

ani przyjaciół. Jedyne, co go teraz pociągało, to rozmowa z Ren-

nie. Przez całe życie piął się w górę i liczyła się jedynie praca. 

Wyznaczał sobie cel i do niego dążył. 

Teraz chodzi o żonę i syna. Albo córkę, jak podpowiedziała 

Rennie. Uśmiechnął się bezwiednie, wyobrażając sobie żywio­

łową, błękitnooką dziewczynkę z burzą złocistych loków, 

z przejęciem pokazującą mu nową lalkę czy ostatni rysunek. 

Przyjrzy się uważnie i zapewni, że jest wspaniały. Tak jak ta 

istotka. 

Skrzywił się. Skąd mu się wzięły takie myśli? Rennie w ro­

li jego żony? Wykluczone. Chociaż wczoraj zupełnie go za­

skoczyła. Całkowicie odmieniona, prawdziwa dama z wyż­

szych sfer. Niczego nie mógł jej zarzucić. Tylko że to była 

jedynie gra. W rzeczywistości Rennie jest inna: spontaniczna, 

odbierająca świat z żywiołowością dziecka, tryskająca energią 

i entuzjazmem. Przy niej wszystko stawało się inne, nabierało 

barw. 

Pewnie, że szybko by go to zmęczyło. Wiódł ustabilizowane 

życie, szedł prosto do celu, nie rozpraszając się na drobiazgi. 

Kolejnym, podsumowującym jego pozycję etapem będzie mał­

żeństwo. I na tym musi się skoncentrować. 

Ale póki jeszcze jest wolny, nikt nie zabroni mu robić tego, 

na co ma ochotę. Sięgnął po telefon. 

O dziewiątej wieczorem uznał swoją porażkę. Przez całe 

popołudnie i wieczór co kwadrans dzwonił do Rennie. Na próż­

no. Gdzie ona jest? I z kim? Zadręczał się pytaniami, zazdrosny 

i coraz bardziej zły. Dlaczego nie z nim? Tydzień temu przecież 

tak dobrze się bawiła. 

W poniedziałkowy ranek zadzwonił do salonu. Rennie nie 

background image

126 

mogła podejść, miała pilną pracę. Nie dał się zbyć, zadzwonił 

ponownie. Wprawdzie mógł sobie darować i pomyśleć o Ellen, 

ale naraz ogarnęły go wątpliwości, czy to dobry pomysł. Nacis­

nął Eve, by skłoniła Rennie do oddzwonienia. Przetrzymała go 

do południa. Po głosie poznał, że jest wściekła. 

- Mam rzucać wszystko i dzwonić, bo masz ochotę ze mną 

pogadać? Co ty sobie wyobrażasz? Że niby kim jesteś? 

- Twoim wierzycielem - odparł chłodno. 

Zapadła długa cisza. Wreszcie Marc ją przerwał. 

- Dasz radę wyrwać się na lunch? 
- Nie. 
Daremnie czekał na potok słów, jakim go zwykle zalewała. 

- Rennie... 
- Marc, jestem zajęta. Nie mam czasu na pogawędki. Za­

dzwoń do Ellen, umów się z nią. A to zawiadomienie o umo­
rzeniu długu... Zrób, jak chcesz, już przestało mi na tym zale­
żeć. - Rzuciła słuchawkę. 

No tak, chciałaby, żeby już dziś jej to wysłał. Nic z tego, 

musi mieć pretekst, by się z nią spotkać. Popatrzył na kartkę 
z numerem Ellen. Jeszcze się z tym wstrzyma. 

Zadzwonił i jeszcze raz pospiesznie popatrzył na swój strój. 

Dżinsy i bluza, powinno pasować. Może tylko te skórzane buty 
są zbyt oficjalne. Lepiej byłoby boso. 

Rennie otworzyła drzwi. Po jej twarzy najpierw przemknęło 

zdumienie, potem błysk radości. A może tylko mu się zdawało, 

bo szybko się opanowała. 

- Nie spodziewałam się ciebie - powiedziała. 

Uśmiechnął się. Już dawno się nauczył, że zaskoczenie prze­

ciwnika daje najlepsze efekty. 

- Mogę wejść? - zapytał, podając jej bukiet. 
Wybrał kompozycję z goździków i stokrotek, róże wydawa-

background image

127 

ły się zbyt romantyczne. Nie mógł się oprzeć niespodziewanej 
pokusie, gdy przechodził obok straganu kwiaciarki. Uśmiech 
Rennie był tego wart. 

- Proszę - odrzekła, patrząc na kwiaty. - Usiądź, pójdę je 

wstawić. 

Gdyby jej nie znał, byłby pewny, że jest poruszona. Zamiast 

zostać w salonie, poszedł za nią do kuchni. Oparty o framugę, 

obserwował, jak szuka w szafce wazonu. 

- Po co przyszedłeś? - zapytała, nalewając wodę. 
- Chciałem cię zobaczyć - odrzekł nie zmieszany. 
- Dlaczego? 
- Bo od paru dni masz marny nastrój. 
Wzruszyła ramionami, zaczęła układać kwiaty. Leciutki 

uśmiech błąkał się na jej wargach. Chciałby poczuć ich dotyk, 
znajome ciepło. Wziąć ją w objęcia, zagarnąć dla siebie. 

Skrzyżował ramiona, zaczerpnął powietrza. Jeszcze nie te­

raz, może później. Jak wyjaśni to jej dziwne zachowanie. 

- Interes się kręci? 
- Uhm - mruknęła, zajęta kwiatami. 
- Zrobiłaś porządek w rachunkach? 
Spojrzała na niego sponad kwiatów, podniosła wazon. 
- Po to przyszedłeś? Przejrzeć rachunki? 
- Nie. 

Szła prosto na niego, spięta. Korciło go, by sprawdzić, jak 

się zachowa. Przepchnie się, czy może przystanie, by nie znaleźć 

się zbyt blisko. Przesunął się jednak, by ją przepuścić. Znowu 

owionął go znajomy zapach. Zacisnął pięści, by poskromić po­

kusę i nie dotknąć jej włosów. 

- W takim razie, po co przyszedłeś? - zapytała, stawiając 

wazon na stole. 

W salonie cicho grała muzyka, na podłodze obok fotela le­

żała rozłożona książka. 

background image

128 

- Chciałem cię zobaczyć. 
- Dzwoniłeś do Ellen? - Rennie stanęła przy oknie. 

- Jeszcze nie. - Usiadł na kanapie, popatrzył na dziewczynę. 

- Będziesz tam stać cały wieczór? 

Rennie potrząsnęła głową, usiadła na fotelu, podciągając 

nogi. Dziś miała jaskrawożółte skarpetki. Kapci ani śladu. 

- Dlaczego jeszcze do niej nie zadzwoniłeś? 
- Przecież nie ma pośpiechu. 

- Myślałam, że jest. Wydawało mi się, że chcesz się ożenić 

przed kolejnymi urodzinami czy coś w tym stylu. 

Czy mu się tylko zdaje, że jakby się lekko rozluźniła? 

- Byłoby nieźle, ale świat się nie zawali, jeśli to się nie uda. 

Wszystko wymaga czasu. 

- Ellen jest bardzo miła. 
- Tak. Ale teraz opowiedz mi, jak minął tydzień. 

Nerwowo skubała bluzkę. 
- Szykuje się kilka ślubów. Zostałam polecona przez paru 

klientów, więc mam sporo zleceń. - Podniosła na niego wzrok. 
- Jeśli dasz mi trochę czasu, wkrótce spłacę część długu. Nie 

stracisz swoich pieniędzy. 

- Dzięki. - Z powagą skinął głową. - Będę lepiej sypiać. 

Spochmurniała, po chwili roześmiała się cicho. 

- Jakby te kilka tysięcy miało dla ciebie jakieś znaczenie. 

Nie wierzę, że przez to nie możesz zmrużyć oka. Pewnie śpisz 

jak zabity. 

- Zgadłaś. 

Wyciągnął przed siebie nogi, wsunął kciuki za pasek, oparł 

wygodnie głowę. Przyglądał się dziewczynie na wpół przy­

mkniętymi oczami. Nareszcie zaczynał czuć się lepiej. 

- To jak, masz jakieś nowe suknie, na które brak kupców? 
- Tamta sukienka jest świetna - obruszyła się Rennie. - Zo­

baczysz, jeszcze znajdzie się chętny. Zresztą skorzystałam 

background image

129 

z twojej rady i teraz biorę zaliczki. Widzisz, jaka ze mnie pilna 

uczennica? 

- Do czasu aż zmiękniesz, bo ktoś cię uprosi, byś zrobiła dla 

niego wyjątek. 

- Ty cyniku! Ślub jest dla kobiety takim wydarzeniem, że 

pieniądze nie mogą mieć decydującego znaczenia. 

- Ale jeśli nie będziesz stanowcza, „Brides and Bows" pad­

nie z kretesem. 

- Niestety. Widać logika i cynizm idą w parze. U ciebie to 

wrodzone? Joe w niektórych sprawach też ma podobne podej­

ście. 

- Nie mam ochoty rozmawiać o Joe - uciął Marc. 

Uśmiechnęła się promiennie. 

- Jesteś zazdrosny? 
- A chciałabyś? 

Roześmiała się lekko, potrząsnęła głową. 

- Raczej nie. Zresztą nie ma powodu. Szukasz kogoś takiego 

jak Ellen, prawda? W ostateczności mogłaby być Marcella, gdy­

by przestała przechwalać się pieniędzmi, a nawet Julie, gdyby 

mniej się sobą zachwycała. 

- A może jeszcze nie trafiłem na tę właściwą. 

- Co takiego? Znowu zmieniasz zdanie? 
- Sądzisz, że Ellen będzie najlepsza? 

Rennie wahała się przez moment, opuściła wzrok na dłonie. 

- Chyba tak. 

- Ale jej nie umówiłaś na lunch. 
- Myślałam, że jest dla ciebie za spokojna. Ale może się my­

liłam. Chcesz, żeby żona siedziała w domu z dziećmi, prawda? 

- Tak. 
- To się dobrze składa. Dla wielu kobiet jest to oczywiste. 

Musisz tylko zdawać sobie sprawę, dlaczego tak ci na tym 

zależy. W dzieciństwie brakowało ci mamy, stąd to podświado-

background image

130 

me pragnienie. Ale jeśli kobieta chce pracować, to nie musi się 
to odbić na dzieciach. Większość z nich doskonale je wycho­

wuje. A ty z pewnością będziesz miał na dzieci ogromny wpływ. 

- Zamierzam poświęcać im wiele czasu. 
- Tylko nie staraj się dać im wszystkiego, czego sam nie 

miałeś jako dziecko. Ile razy widzę, jak matka próbuje narzucić 
córce ślub, jakiego sama nie miała, przerzucić na nią swoje nie 
zrealizowane marzenia. A nie powinno tak być, to zbyt osobiste 
przeżycie. 

- Nie mam takich zamiarów. 
- To dobrze. - Przez chwilę milczała. - Jesteś w dobrej for­

mie - zauważyła. 

- Owszem. Dobrze się z tobą czuję. 
- Może raczej powinieneś wypróbować to z Ellen. 
- Ona chyba nie jest właściwą osobą. 
- No wiesz! - westchnęła. - Musisz się na coś zdecydować. 
- Niektóre sprawy wymagają czasu. 
- Po co tu dziś przyszedłeś? 
- Chciałem cię zobaczyć. 
- Aha. - Wyprostowała się i zerknęła na niego, wyraźnie 

stropiona. 

Jej zachowanie coraz bardziej poprawiało mu humor. 
- Masz coś konkretnego, o czym chcesz pomówić? 
- Nie - odparł. - A ty? 
- Możemy porozmawiać o pracy. Albo o innych dziewczy­

nach, które by się dla ciebie nadawały. 

- A może o czymś innym? Czy tylko to nas łączy? 
- A jest coś innego? 
- Myślałem, że się przyjaźnimy. 
- Na jak długo? 
- Jak długo? Z Keithem przyjaźnię się już siedemnaście lat. 

Myślę, że na całe życie. 

background image

131 

- My też mielibyśmy przyjaźnić się tak długo? 

- A dlaczego nie? - zdziwił się, nieoczekiwanie zdając sobie 

sprawę, jak bardzo tego pragnie. Ale czy ona również? 

- Nie wiem - odparła. 
- Chodź, usiądź koło mnie - zaprosił ją gestem. 

Widział, jak znieruchomiała, oczy się jej rozszerzyły. 
- Po co? 

Uśmiechnął się, pokazał na kanapę. Najchętniej od razu 

wziąłby ją w ramiona, ale zachowa spokój. Zawsze dochodzi do 

tego, na czym mu zależy. Teraz nie chciał jej spłoszyć. 

Patrzyła na niego badawczo. Widział, że się waha. Wreszcie 

podniosła się z westchnieniem, powoli podeszła i usiadła obok. 

Ujął ją za rękę, oparł głowę i przymknął oczy. Musi uśpić jej 

czujność. 

- Opowiedz mi o ślubie zaplanowanym na ten tydzień. 

Najpierw powoli, potem z coraz większym entuzjazmem za­

częła opisywać mu przygotowania. Marc słuchał uważnie, od 

czasu do czasu kiwając głową, gdy wyjaśniała mu skompliko­

wane szczegóły uroczystości. 

Z przyjemnością wsłuchiwał się w jej melodyjny głos. Są 

gorsze rzeczy, niż wracać po pracy do kogoś takiego jak Rennie. 

Zaskoczyło go to mimowolne stwierdzenie. Otworzył oczy i po­

patrzył na nią. Jasne loki wiły się wokół twarzy o lekko zaró­

żowionych policzkach, błyszczały niebieskie oczy. Przygarnął 

ją lekko, a ona poddała się jego dłoni. Naraz głos jej zamarł 

i umilkła, bo pochwyciła jego spojrzenie i w jego oczach wy­

czytała dławiące go pragnienie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Milczała. Widział, jak z trudem przełyka ślinę, patrzy na 

niego pytająco. Powoli przytulił ją mocniej, objął ramieniem. 

Stało się to, o czym marzył. Dotknął dłonią jej policzka, prze­

sunął po nim palcem, musnął usta. Rozchyliła je lekko. Serce 

zabiło mu mocniej. Pochylił się, by ją pocałować. 

Nie oddała pocałunku. Odchylił się nieco, popatrzył na jej 

zmieszaną twarz. 

- Rennie? - Pogładził ją po policzku. 

- To nie jest dobry pomysł, Marc - szepnęła. 
- Dlaczego? 
- Myślałam, że masz plany w związku z Ellen. 
- Zrobiła dobre wrażenie. Może spróbuję ją wyciągnąć na 

kolację. Ale dzisiaj przyszedłem do ciebie. 

- Po co? 
- Przecież jesteśmy przyjaciółmi. 
Znowu musnął jej usta. I jeszcze raz. Jest taka miękka, taka 

kobieca. Chciałby... 

- Przyjaciółmi? - Próbowała się wyzwolić z jego objęcia, 

ale nie puścił jej. - Łączy nas raczej układ zawodowy. 

- I przyjaźń. 
Zanurzył palce w miękkich lokach, przygarnął ją mocniej. 

Tym razem nie opierała się, oddała pocałunek. Puścił ją, gdy 

obojgu zabrakło tchu. Przeciągnął dłonią po splątanych włosach 

dziewczyny, zaróżowionych policzkach. Usta miała nabrzmiałe 

od pocałunków. 

background image

133 

- Cudownie. 

Odsunęła się od niego, wstała. 

- Może za bardzo. Idź już, Marc. To nie na moje nerwy. Ja 

swoje zrobiłam. Teraz ty skoncentruj się na swoim celu. Nie 

chodzi przecież o przyjacielskie, jak mówisz, pocałunki, ale 

o znalezienie żony. Nic chyba się nie zmieniło? 

- A czy jedno przeszkadza drugiemu? - zapytał z udanym 

spokojem, bo najchętniej porwałby ją w ramiona i całował do 

upojenia. Ale był zbyt doświadczony, by zdradzać swoje pra­

gnienia. Musi dociec, o co naprawdę jej chodzi. 

- A ja?-zaatakowała. 
- Co ty? - Podszedł do niej, ale powstrzymał się, by ją 

dotknąć. 

- Może nie odpowiada mi rola zastępczyni. 
- O czym ty mówisz? Jakiej zastępczyni? 
- Powinieneś uwodzić dziewczynę, z którą chcesz się oże­

nić, a nie całować się ze mną. - Odwróciła się, przeciągnęła 

dłonią po włosach. - Marc, nie mam czasu na takie zabawy. Te 

swoje zabójcze pocałunki zostaw dla narzeczonej. 

- Zabójcze pocałunki? - Ujął ją za ramiona i zdumiał 

się, jak bardzo jest spięta. Rozmasował naprężone mięśnie, 

przytulił ją. - Ładne określenie - szepnął. - Może masz ochotę 

na więcej? 

- Nie! Powiedziałam ci już, żebyś sobie poszedł! 

Odsunął ją od siebie i zdumiał go widok łez. 
- Rennie, co się stało? 
- Nie widzisz? Wszystko jest nie tak. Niepotrzebnie się zgo­

dziłam, sam powinieneś szukać sobie żony. Ten cały plan to 

jedna wielka bzdura. Nie chcę w tym maczać palców. Po co się 

dałam wrobić? Fatalnie się z tym czuję. - Otarła oczy, ale łzy 

nadal płynęły po policzkach. 

Przeraził się. Nie miał pojęcia, jak postępować z płaczącą 

background image

134 

kobietą. W dzieciństwie widział raz płaczącą matkę i czuł się 

wtedy kompletnie bezradny. Tak jak teraz. 

- Rennie, nie płacz - prosił, przytulając ją do siebie. 
- Nic mi nie jest. Po prostu jestem zmęczona. Idź sobie, 

proszę. - Znowu otarła oczy i uśmiechnęła się blado. 

Patrzyła na niego błagalnie, więc uległ. 

- Zadzwonię do ciebie. 
- Nie dzwoń. Umów się z Ellen, ale daj jej szansę. Kto wie, 

może to właśnie ona? A jeśli nie będzie ci pasować, poczekaj, 

aż znajdziesz tę jedyną. 

- Rennie, takie romantyczne natury jak ty mogą święcie 

wierzyć, że w życiu wszystko kręci się wokół miłości. Żyjesz 

w świecie koronek, ślubnych sukni i rojeń o szczęśliwej przy­

szłości. Ale ja dawno pozbyłem się złudzeń. Nie mam zamiaru 

aż do śmierci czekać na chwilę, kiedy ziści się cud. Wolę wziąć 

sprawy w swoje ręce i postarać się o rodzinę. 

- I będziesz ją kochać? 
- Dzieci z całą pewnością. 

- A żonę? 

- Myślę, że po pewnym czasie przywiążę się do niej. 

- Okropne, jak możesz w ogóle tak mówić! Do widzenia, 

Marc. Powodzenia w małżeńskim... interesie. 

Gwałtownie otworzyła przed nim drzwi. Uciekła wzrokiem. 

Podszedł i lekko uniósł jej twarz, by popatrzyła mu w oczy. 
- Przyślę Stuarta, by przejrzał z tobą rachunki i dał ci kilka 

fachowych wskazówek. Zwróciłaś się do hurtowni? 

- Tak. Powiedziałam ci przecież, że to zrobię. 
- Zapytałem tylko. Wiesz, pańskie oko konia tuczy. 

- Nie musisz poczuwać się do odpowiedzialności za mój 

salon - wycedziła przez zaciśnięte zęby. 

- To działania ochronne - zareplikował bez mrugnięcia 

okiem. 

background image

135 

Wychodząc, pochylił się i musnął na pożegnanie jej usta. 

Zachował spokój, gdy rozległo się trzaśniecie drzwi. Ciekawe, 
czy jej sąsiedzi często mają okazję to słyszeć, czy też może 
zdarzyło się to po raz pierwszy? Dałby głowę, że nigdy nie 
huknęły, gdy wychodził od niej Joseph Thurmond Sanger 
Czwarty. 

Jedno jest pocieszające - że dzisiaj się z nim nie umówiła. 

Ta świadomość troszeczkę poprawiła mu humor. 

- Masz chwilę czasu? - Stuart zajrzał do pokoju Marka. 
- Jasne, wejdź. O co chodzi? - Marc podniósł głowę znad 

biurka i gestem wskazał fotel. 

- O ten salon Rennie Morgan - odparł główny księgowy. 

- Prosiłeś wczoraj, by kogoś do niej wysłać i trochę ją poduczyć. 

Nancy Brewer właśnie stamtąd wróciła. Pani Morgan odmówiła 

skorzystania z jej usług. 

- Co takiego? 
- Grzecznie, acz stanowczo wyprosiła od siebie Nancy. 
- Podała jakiś powód? - zainteresował się Marc. 

- Oświadczyła, że prowadzi ten salon od początku i bardzo 

dziękuje, ale nie potrzebuje niczyjej pomocy. 

- Jest na najlepszej drodze, by go stracić. Nie obejdzie się 

bez pomocy. A tu chodzi o moje pieniądze - zżymał się Marc. 

- Daj znać, jeśli postanowisz jeszcze raz wysłać do niej 

Nancy. 

- Oczywiście. 

Zaczekał, aż za Stuartem zamkną się drzwi i sięgnął po tele­

fon. Zachowanie Rennie zaczynało go niepokoić. 

W słuchawce rozległ się głos Eve. Oświadczyła, że nie ma 

pojęcia, gdzie jest jej pracodawczyni. Obiecała jedynie przeka­

zać, że Marc ją poszukuje. 

W domu też jej nie było. Za każdym razem włączała się 

background image

136 

automatyczna sekretarka. Zachodził w głowę, co się mogło stać. 

Dlaczego odesłała Nancy? Przecież nie oponowała, gdy wcześ­

niej zapowiedział przysłanie fachowca. 

Zerknął do kalendarza. Tylko spotkanie o drugiej. Potem 

wyrwie się na chwilę i podjedzie do salonu. Nawet jeśli jej nie 

zastanie, to może się czegoś dowie. 

Kiedy znalazł się tam trzy godziny później, znowu miał 

uczucie, że jest w obcym świecie. Te wszystkie słodkie kolorki, 

falbanki i koronki. Z pewnością to przemawia do kobiet. Świat 

spełnionych marzeń i ulotnych wizji. Popatrzył na wystawioną 

suknię. Delikatna jak mgiełka, rzeczywiście robi wrażenie, na­

wet on to widzi. Ciekawe, jak wyglądał ślub jego rodziców. Czy 

mama też była w takiej sukni? Czy byli wtedy szczęśliwi, pełni 

planów na przyszłość? A może pobrali się na chybcika, byle jak? 

Już nigdy się tego nie dowie. 

W domu nie było zdjęć ze ślubu, nie widział też ślubnej 

sukni. Zresztą był małym chłopcem, gdy matka na zawsze od 

nich odeszła. Ojciec potem nigdy nie wyrażał się o niej dobrze. 

To suknia na drobną osobę, stwierdził, przyjrzawszy się jej 

uważnie. Z pewnością w sam raz na Rennie. Ciekawe, czy ją 

mierzyła? Spróbował wyobrazić ją sobie w tym stroju. Skóra 

przeświecająca przez subtelny wzór białej koronki, dół wirujący 

jak lekki obłok... Włosy rozpuszczone czy może upięte? A do 

tego bose stopy ukryte pod lekką jak tchnienie tkaniną. 

- Witam, panie Foster. Rennie nie wróciła. Podejrzewam, że 

dzisiaj już jej nie będzie. - Eve wyszła z zaplecza, stanęła za 

ladą. 

- Przysłałem tu rano biegłą księgową - zagadnął. 
- Rennie uważa, że sama sobie poradzi - odparła Eve. - To 

jej salon i ona decyduje. 

- Przestanie być jej, jeśli nadal będzie tak fatalnie prowadzić 

księgowość - nie wytrzymał Marc. 

background image

137 

- Rennie nie wtajemnicza mnie w swoje sprawy. Czy jesz­

cze coś? - zapytała nieco szorstko. 

- Dzwoniłem do niej do domu, nikt nie odbiera. 
Eve nie odezwała się, patrzyła na niego badawczo. 
- Gdzie ona może być? 
Dziewczyna pokręciła głową. 
- Nie mam pojęcia. 
- A dokąd wyszła po odprawieniu Nancy? 
- Wspomniała, że musi się z kimś zobaczyć w sprawie kre­

dytu. Myślałam, że chodziło o pana. 

Czyżby pojechała do niego? A on szuka jej tutaj! 

- Mogę skorzystać z telefonu? - zapytał, a kiedy Eve wska­

zała mu aparat, wykręcił numer do biura. Niestety, Rennie się 
nawet nie odezwała. 

Ledwie przekroczył próg gabinetu, dostrzegł leżącą na biur­

ku kopertę firmy kurierskiej. 

- Posłaniec zaznaczył, że to bardzo pilne - wyjaśniła Rachel. 

- Sprawa osobista, więc nie otwierałam - dodała z uśmiechem. 

Marc ściągnął marynarkę, przerzucił ją przez oparcie fotela. 

Sięgnął po kopertę, rozciął ją, wyjął list i czek. 

Drogi Marku! 
Załączam czek na sumą pożyczoną, od twojej firmy. Tym 

samym uważam naszą umową za niebyłą. Powodzenia w znale­
zieniu doskonałej żony. 

Pozdrawiam 

Rennie Morgan 

Popatrzył na czek. Rennie, do diabła, co ty wyprawiasz, 

zdenerwował się. Skąd tak nagle wzięła pieniądze. Z pewnością 
żaden bank nie dał jej od ręki takiego kredytu, zwłaszcza biorąc 

background image

1 3 8 

pod uwagę stan „Brides and Bows" i sposób prowadzenia księ­
gowości. 

Podszedł do okna, zapatrzył się na wznoszące się w niebo 

biurowce San Francisco. Dlaczego tak nagle zrywa znajomość? 
Czyżby wczoraj wieczorem przekroczył granicę? A wydawało 
mu się, że zaczynają się przyjaźnić. Nigdy wcześniej nie 

przyjaźnił się z kobietą, to było coś całkiem nowego. Może coś 
źle zrozumiał? Nie, to raczej wykluczone. Tak czy inaczej Ren-
nie musi mu to wyjaśnić. Nie kończy się znajomości w ten 
sposób. Musi stanąć z nim twarzą w twarz. Postara się o to. 

Odwrócił się, podszedł do biurka i sięgnął po słuchawkę. 

O wpół do dziesiątej definitywnie zrezygnował. Dzwonił od 

kilku godzin i za każdym razem włączała się sekretarka. Musia­

ło nie być jej w domu. Jest zbyt prostolinijna, by siedzieć i nie 
odbierać. 

Powściągnął złość, sięgnął po notes, wybrał numer Keitha. 

Może on coś wie? 

- Stary, co z tobą? Najpierw Rennie ma znaleźć ci żonę, 

potem przychodzisz z nią na przyjęcie, a jeszcze przedtem na 
grill do moich rodziców. Słyszałem też, że byliście razem na 
lunchu - dodał znaczącym tonem Keith. - A teraz nie możesz 

jej znaleźć. Może poszła na randkę. Zadzwoń jutro - poradził. 

- Nie, muszę dzisiaj - upierał się Marc. 
Keith milczał przez chwilę. 
- Słuchaj, jeśli to chodzi o jakiś interes, w którym moja 

siostra jest na straconej pozycji, to... 

- Keith, przestań - przerwał mu. - Nic z tych rzeczy. Za­

warliśmy umowę... zresztą nieważne. Po prostu muszę z nią jak 
najszybciej porozmawiać. 

- Może jest na randce. 
- Wątpię. Wyszła wcześniej z pracy i, z tego co wiem, nie 

background image

139 

dotarła do domu. Dzwonię do niej od kilku godzin, za każdym 

razem włącza się sekretarka. 

- To dziwne. Od kiedy ją ma? Zawsze się zarzekała, że nigdy 

jej nie założy. Lubi, jak do niej dzwonią, może sobie pogadać. 

Zresztą pewnie sam wiesz. - Zaśmiał się, słysząc mruknięcie 

Marka. - Czasem może przesadza. Ale i tak jest cudowna. 

- To racja. Keith, spróbuj się czegoś dowiedzieć, proszę. 
- No dobrze. Zadzwonię, jak będę coś wiedział. 
- Jestem w biurze, wychodzę za kilka minut. 
- Więc miała rację, gdy narzekała, że wysiadujesz tam bez 

umiaru. 

- Chyba tak. To czekam na telefon. 

Prosto z biura pojechał pod dom Rennie. Jej okna były ciem­

ne. Mogła nie odbierać telefonu, ale z pewnością nie siedzi po 

ciemku. Musiała wyjść. 

W domu pierwsze kroki skierował do telefonu. Nikt się nie 

nagrał. Rzucił płaszcz, poszedł do kuchni zrobić sobie kanapkę. 

Kiedy ten Keith zadzwoni? 

O północy wykręcił jego numer. 

- Keith, dowiedziałeś się czegoś? 
- Marc? Przecież powiedziałem, że zadzwonię, jak będę coś 

wiedzieć. Podzwoniłem po znajomych, ale nikt jej nie widział. 

Było za późno, by dzwonić do jej czy mojej mamy, tylko by się 

zdenerwowały. Zrobię to z samego rana. 

Na stole leżała kartka z telefonem Ellen. Zmiął ją z furią. Co 

mu przyszło do głowy umawiać się z nią, skoro może widywać 

się z Rennie? Dlaczego wmawia sobie, że szuka wyrafinowanej 

elegantki? Kogo próbuje oszukać? Przecież chcę Rennie, uświa­

domił sobie z przerażającą jasnością. 

Może tamten plan nie był całkiem zły, ale gdy poznał Rennie, 

zapragnął czegoś więcej. Marzył mu się dom, w którym czeka 

kochająca żona, kolacja, wspólne wieczory i rozmowy o minio-

background image

140 

nym dniu, plany na przyszłość. Radosna Rennie nadająca sens 

życiu, rozjaśniająca swym uśmiechem każdy dzień. Oboje będą 

się wspierać, razem staną się silni. Przecież kocha Rennie! 

Rzucił do kosza zmiętą kartkę, ruszył do kuchni. Musi zrobić 

sobie mocnego drinka. Dlaczego dopiero teraz to do niego do­

tarło? Kiedy się w niej zakochał? Przez całe życie nie wierzył 

w miłość, a teraz wpadł w jej sidła. I już nie wyobraża sobie 

życia z inną. Tylko z Rennie. 

Zawsze chlubił się szybkim i sprawnym działaniem. Teraz 

też. Odszuka Rennie i powie, że ją kocha. 

Nalał sobie whisky. A jeśli ona nie podziela tego uczucia? 

Jasno wyłożyła swoje zastrzeżenia. Okazuje się teraz, że miała 

rację, jego plan był bez sensu. Zresztą nie tylko to. Nie pochwa­

lała też jego stosunku do pracy, wyznaczania kolejnych celów. 

No cóż, nie jest doskonały. Im dłużej się nad tym zastanawiał, 

tym więcej miał wątpliwości. Chyba go jednak nie kocha. Tyle 

razy naśmiewała się z jego poszukiwania doskonałej żony. 

Rennie też nie jest bez skazy. Z pewnością nieraz doprowa­

dzi go do białej gorączki. Ale gdy będzie przy nim, życie na­

bierze barw, zalśni nowym blaskiem. 

Musi cierpliwie czekać, aż zacznie go darzyć cieplejszym 

uczuciem. Zna się na strategii. Odgadnie jej pragnienia, postara 

się je spełnić. Przekona, że nie chce już żadnej innej. Że on się 

mylił, a ona miała rację. 

Ale czy Rennie go pokocha? Nie jest Josephem Thurmondem 

Sangerem Czwartym. Nie pochodzi z szacownej rodziny. Ma 

wprawdzie trochę pieniędzy, ale bogactwo nie robi na niej wra­

żenia. 

Upił łyk, zaczął krążyć po pokoju. Przypominał sobie 

spędzone z nią chwile. Dlaczego wcześniej o tym nie pomy­

ślał? Tyle razy spotykał się z kobietami, ale nigdy nie odwiedzał 

ich w mieszkaniach, ubrany na sportowo, tylko po to, by roz-

background image

1 4 1 

mawiać o ich zawodowych problemach. Ani nie towarzyszył 
im w rodzinnych przyjęciach. Nie włóczył się z nimi po mie­

ście, nie jadał w turystycznych knajpkach, nie podróżował tram­

wajami. I nigdy nie dał się tak zauroczyć czyimś błękitnym 
oczom. 

- Rennie, do diabła, gdzie jesteś? - głośno zapytał. 

Był jeszcze w domu, gdy zadzwonił telefon. Postanowił nie 

iść dzisiaj do pracy. Musi odnaleźć Rennie i porozmawiać z nią. 

- Ty draniu, co jej zrobiłeś? - Rozpoznał głos Keitha. 
- Nic nie zrobiłem - obruszył się. - Tak ci powiedziała? 
- Nie, przecież mówiłem ci, że nie wiem, gdzie jest. Ale 

dowiedziałem się paru rzeczy i chciałbym usłyszeć, dlaczego 

tak ją ścigasz. 

Marc zacisnął palce na słuchawce, zmusił się do zachowania 

spokoju. 

- Keith, ostatni raz widziałem ją przedwczoraj wieczorem. 

Wczoraj przysłała mi czek na sumę, jaką jest nam winna, wraz 

z oświadczeniem, że rezygnuje ze znalezienia mi żony. 

- To wszystko? - Keith wstrzymywał gniew. 
- To wszystko. 
- Marc, nie dam się na to nabrać. Rennie nigdy wcześniej 

tak się nie zachowywała. Wyjechała. 

- Wyjechała? 
- Pożyczyła pieniądze od Theo. Nie potrafię sobie wyobra­

zić, co ją do tego skłoniło, bo zawsze się zarzekała, że nigdy 

tego nie zrobi, choć on wielokrotnie proponował jej pomoc. 

- Theo, no tak. Powinienem się domyślić. 
- Słyszałeś, co powiedziałem? Żądam od ciebie odpowiedzi! 

- Keith, opanuj się. Nie mam pojęcia, co się stało. Gdzie 

ona jest? 

Keith zawahał się. 

background image

142 

- Stary, proszę cię, powiedz. Nie chcę jej skrzywdzić. Tylko 

porozmawiać. 

- Niby dlaczego miałbym ci wierzyć? Przecież to przez 

ciebie wyjechała. Marc, zostaw ją w spokoju. 

Marc zamknął oczy. 

- Keith, nie mogę. 

- Oczywiście, że możesz. Jeszcze raz ci powtarzam, zostaw 

ją w spokoju! Sam sobie znajdź żonę, jej do tego nie mieszaj. 

Boże, po co ja to wymyśliłem! Co mnie napadło! 

- A już podejrzewałem, że zrobiłeś to celowo, by mnie wy­

swatać - powoli powiedział Marc, otwierając oczy. 

Stanęła mu przed oczami roześmiana twarz Rennie, kiedy ją 

pierwszy raz zobaczył. Uśmiechnął się mimo woli. 

- To jakby łączyć wodę i ogień. 
- Przeciwieństwa się przyciągają, 

- Marc, jak mam to rozumieć? - Keith zmienił ton. 

Odpowiedziało mu milczenie. 

- Marc? Chcesz przez to powiedzieć, że Rennie ci się podoba? 

- Wcześniejszy sarkazm zastąpiło szczere niedowierzanie. 

- Tak, tak właśnie jest. A nawet więcej. 
- No nie, nie uwierzę! Ty i Rennie? Nic dziwnego, że uciekła. 
- Keith, gdzie ona jest? - nastawał Marc, gotów natychmiast 

pojechać do niego i siłą wydusić z niego informacje. 

- Jej rodzina ma dom nad jeziorem Tahoe, w Stateline. Po­

wiedziała matce, że musi wyjechać, by przemyśleć sobie parę 

spraw. Marc, ciągle nie mogę uwierzyć, że się w niej zakochałeś. 

Przecież jest całkiem inna niż Suzanne Barclay. 

- Wiem. I poza tym ostatnim przyjęciem, gdzie wystąpiła 

całkiem odmieniona, zupełnie nie pasuje do mojej wizji. Ale to 

była tylko wizja, a Rennie istnieje naprawdę. I to jej pragnę. 

Keith zaśmiał się. 

- Życzę szczęścia, stary. Będzie ci bardzo potrzebne, bo 

background image

143 

z Rennie nie pójdzie ci łatwo. Zwłaszcza po tym, co skłoniło ją 
do ucieczki. 

- Nie wiem, co to było. Dlatego muszę ją odnaleźć. 
Obiecał Keithowi, że zadzwoni po powrocie, spakował się 

pospiesznie i ruszył nad jezioro. Wydusi z niej, dlaczego wysła­

ła czek i wyjechała. A potem znajdzie sposób, by zachęcić ją do 

odnowienia znajomości. 

Miał nadzieję, że zechce go wysłuchać. Bo jeśli nie, to nie 

wie, co ze sobą zrobi. 

Zachodzące słońce odbijało się w szybach kasyn, sklepów 

i niezliczonych hoteli, gdy powoli jechał tętniącymi życiem uli­

cami Stateline. Skręcił w drogę wiodącą w kierunku jeziora, 

potem według opisu Keitha zjechał tuż nad wodę. 

Przed masywnym domem stał niewielki samochód. Dopiero 

teraz uświadomił sobie, że nawet nie wie, czy to auto Rennie. 
Jest tyle rzeczy, których o niej nie wie. Ale z radością będzie je 
poznawać. Jeśli mu tylko pozwoli. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Zapukał. Drzwi otworzyły się, ale gdy tylko Rennie go zo­

baczyła, próbowała je zatrzasnąć. W ostatniej chwili Marc za­
blokował je stopą. 

- Muszę z tobą porozmawiać - powiedział, przytrzymując 

drzwi i popychając je, póki dziewczyna się nie poddała i nie 
wpuściła go do środka. 

- Nie potrafisz pojąć, że nie mam ochoty z tobą rozmawiać? 

Kto ci powiedział, gdzie jestem? Pewnie Keith. Ciekawe, skąd 
wiedział? Powinnam się była domyślić, że będzie z tobą trzymać. 

Odetchnął z ulgą. Wprawdzie nie takiego spodziewał się 

przyjęcia, ale przynajmniej ją znalazł. Przyjrzał się jej uważniej. 
Czyżby płakała? Wszedł za nią do rozległego salonu. Widok, 

jaki rozciągał się za ogromnym oknem, oszałamiał. Zachodzące 

słońce rozświetlało pokryte śniegiem góry okalające jezioro, 
pogrążona w wieczornym mroku ciemna tafla wody lśniła taje­
mniczo. Ten emanujący spokojem obraz wręcz zapierał dech. 
Mógłby wpatrywać się w niego bez końca. 

- Wspaniały widok - zauważył z uznaniem, przenosząc 

wzrok na dziewczynę. 

Zachwycający, ale nie równa się z jej urodą, dodał w duchu. 

- Niebrzydki - zbyła go. - Po co przyjechałeś? - dociekała. 
- Muszę z tobą porozmawiać. 
- Nie mam ci nic do powiedzenia. Wysłałam czek i na tym 

nasza umowa się kończy. 

background image

145 

- Między nami nie było nic więcej? - zaryzykował, nie 

zamierzając się poddać, choć sytuacja nie była sprzyjająca. 

Popatrzyła na niego nieufnie. 
- Na przykład, co? 
Dlaczego się nie uśmiechnie, dlaczego jest taka spięta? Co 

się właściwie stało? Co powinien zrobić, żeby znów była taka 

jak dawniej? Ogarnęły go wątpliwości. Nigdy nie ujawniał włas­

nych uczuć, poza złością, co z każdym rokiem udawało mu się 

coraz lepiej. Jeśli traktuje go jak wroga, to tym bardziej nie ma 

sensu mówić o tym, co czuje. Jakby sam oddawał się w jej ręce. 

Ale ktoś musi zrobić pierwszy krok. 

- Skąd wzięłaś pieniądze, by oddać dług? 

- To nie twoja sprawa. - Popatrzyła na niego podejrzliwie. 

- Jestem ciekawy. 
- Poprosiłam Theo. 

Marc skinął głową, postąpił krok w jej stronę. 

- Myślałem, że nie chciałaś korzystać z jego pomocy. 
- Owszem, ale... 
- Ale co? 

- Wiedziałam, że nie odmówi, a chciałam zakończyć tę 

szopkę. - Odwróciła się i zapatrzyła za okno. 

Zastanawiał się przez moment, czy dostrzega piękno natury, 

czy jest na to zbyt zaabsorbowana rozmową. 

- Myślałem, że dobrze się nam współpracuje - rzekł. 
- Jak ty mało wiesz - wymamrotała. 

Podszedł bliżej i poczuł słodki zapach jej włosów. 

- Bardzo cię lubię, Rennie. I lubię być z tobą. 
- Być ze mną, szukając swojej idealnej żony - skonstatowała. 
- Nie tylko. A wtedy w sobotę, gdy chodziliśmy po mieście? 

- Myślałam, że chcesz udowodnić swoją przewagę nad Joe. 

Spochmurniał. W pewnym sensie tak było. Nie mógł znieść 

myśli, że z Joe bawi się lepiej. Łączy ich środowisko, wspólni 

background image

146 

znajomi. Trudno z kimś takim konkurować. Ale udało się. U ro­

dziców Keitha też było bardzo miło. Rennie uczyła go rzucać 

podkowami. Przy niej każda chwila miała niepowtarzalny urok, 

najzwyklejsze zajęcia stawały się wyjątkowe. 

- Chciałem spędzić z tobą sobotę. Joseph Thurmond Sanger 

Czwarty nie miał z tym nic wspólnego - skłamał. 

- Ale dlaczego? 
- Nie bądź taka skromna. Miło być z tobą. Jesteś spontaniczna, 

pełna entuzjazmu, każdy drobiazg cię zachwyca. Rzadko spotyka 

się takich ludzi, zwykle wszyscy są śmiertelnie poważni. 

- Jak ty. Liczy się tylko interes, prawda? - Poruszyła się 

niespokojnie, zerknęła na niego i pospiesznie odwróciła wzrok. 

- Nie zawsze - odparł. 
Zazwyczaj potrafił rozszyfrować innych, ale z Rennie zupeł­

nie mu nie szło. 

- Marc, daj mi spokój. Rób swoje, mnie w to nie mieszaj. 
- Z tym już koniec. 

- Jak mam to rozumieć? Dzwoniłeś do Ellen? A może już 

wyznaczyliście datę ślubu? - Popatrzyła na niego przerażona. 

Zaśmiał się cicho. Czy to coś znaczy? Uchwycił się nadziei. 

- Nawet ktoś bardzo szybki chybaby się z tym nie uwinął. 

Poznałem ją w sobotę, jeszcze nawet nie zdążyłem zadzwonić. 

I pewnie tego nie zrobię. 

- Wydawało mi się, że ci odpowiada. 

- Przemyślałem to i wprowadziłem zmiany. 

- Tak? - Zrobiła zdziwioną minę. Wskazała na kanapę. -

Nie usiądziesz? Jesteś silniejszy, więc muszę wysłuchać, co 

chcesz mi powiedzieć. Potem może pójdziesz. 

- Zaraz do tego wrócimy. Ale najpierw chciałbym ostatecz­

nie wyjaśnić kwestię dotyczącą żony. 

- Zgoda. - Przysiadła na krześle stojącym obok kamiennego 

kominka. 

background image

147 

W pierwszej chwili Marc nie zaoponował, ale szybko zmie­

nił zdanie. Raz, że ta rozmowa nie powinna być konfrontacją, 
dwa, chce mieć ją obok siebie, jak najbliżej. Ujął ją za rękę i 
nie bacząc na jej protesty, pociągnął na kanapę. Usiadł obok 
niej, nie puszczając jej dłoni. 

Rennie próbowała uciec, ale nie pozwolił. 

- Musimy porozmawiać. Nie ruszaj się, póki nie skończę. 

Jeśli potem będziesz chciała odejść, puszczę cię. 

- Jeśli ja będę chciała odejść? - Spiorunowała go wzrokiem. 

- To ty masz stąd wyjść! 

Marc uśmiechnął się. Jej wcześniejsza obojętność zniknęła, 

to już coś. Oczy dziewczyny płonęły, poróżowiały policzki. 

- Nie wiem od czego zacząć - odezwał się po chwili mil­

czenia. 

Właściwie najchętniej nic by nie mówił, tylko posadził ją 

sobie na kolanach i całował do upadłego. I nie tylko całował. 

Chciałby dzielić z nią nadzieje i marzenia, poznawać ją, być już 

zawsze razem i nigdy się nie rozdzielić. 

- Wspaniale! Tropisz mnie, gdy przed tobą uciekam, bo niby 

musisz mi coś powiedzieć, a gdy już masz okazję, to nie wiesz 

od czego zacząć! Powiedz to wreszcie i wyjdź! 

- Zaskoczyłaś mnie, przysyłając ten list i czek. 
- Chciałam skończyć tę farsę - odrzekła chłodno. 
- Chyba nie było ci łatwo prosić Theo o pomoc - ciągnął. 

Siedziała sztywno wyprostowana, widział tylko jej profil. 

- Rennie, nie musiałaś tego robić. 

- Oddając dług, mam wolne ręce. 
- Mogłaś mi coś powiedzieć. I sama oddać ten czek, nie 

przez kuriera. 

Odwróciła się do niego, w niebieskich oczach błysnęła złość. 

- Jeszcze do ciebie nie dotarło, że nie miałam ochoty cię 

widzieć? Jak myślisz, dlaczego tu przyjechałam? Wiedziałam, 

background image

148 

że będziesz do mnie wydzwaniać. Chciałam tego uniknąć. Niech 

tylko Keith wpadnie w moje ręce, zabiję go! 

- Rennie, wiem już z kim chciałbym się ożenić. I wszystko 

już o niej wiem, więc nie potrzeba mi rad. Problem tylko w tym, 

czy ona mnie zechce - powiedział powoli. 

Popatrzył na ich złączone dłonie. Czuł się bardziej zdener­

wowany niż wtedy, gdy finalizował interes na swój pierwszy 

milion dolarów. 

Rennie poruszyła się niespokojnie, popatrzyła na ich ręce. 

- Bardzo się z tego cieszę. Więc skoro już wybrałeś sobie 

żonę, to po co tu przyjechałeś? 

- Powiedziałem ci, że już wiem, z kim chcę się ożenić i być 

do końca życia. Nie wiem tylko, czy ona ma podobne zdanie. 

- Obsyp ją biżuterią, obiecaj same przyjemności. Przecież 

tego chciałeś - dokończyła sucho. 

- Tak sądziłem, ale od tej pory wiele się zmieniło. I dopiero 

wczoraj zdałem sobie z tego sprawę. Też się zmieniłem. 

- Wczoraj? - Popatrzyła na niego z nie skrywaną cieka­

wością. 

Gdyby dała mu jakiś znak, gdyby coś zauważył! O ileż ła­

twiej byłoby mu przejść do sedna! 

- Kiedy przeczytałem twój list i nie mogłem cię złapać... 
- A co to ma do rzeczy? 
- Pojechałem do „Brides and Bows". Eve oświadczyła, że 

wyszłaś, choć nie wiem, czy mówiła prawdę. 

- Tak było. Wysłałam czek i wyszłam. Wiedziałam, że bę­

dziesz wściekły. 

- Wściekły? - zapytał miękko. 
- Mam nadzieję, że jej nie zdenerwowałeś? 
- Tak jak ciebie? 

- Nie daję się łatwo zastraszyć - odparła, wzruszając ra­

mionami. 

background image

149 

- Nigdy tego nie chciałem - rzekł. - Wiesz, jak się nad 

tym zastanowić, to jesteś jedyną osobą, o której to mogę po­

wiedzieć. 

Uśmiechnęła się leciutko. 

- Kiedy czekałem na Eve, przyjrzałem się tej pięknej sukni 

na manekinie. Chyba byłoby ci w niej do twarzy. Mierzyłaś ją? 

- Oczywiście. Gdy klientka zrezygnowała, wpadłam w szał. 

I wtedy popatrzyłam na suknię. Nie mogłam się oprzeć, by jej 

nie przymierzyć. To dokładnie mój rozmiar. 

- I założę się, że było ci w niej prześlicznie. Zostawiłabyś 

rozpuszczone włosy, czy raczej byś je upięła? 

- Rozpuszczone? Ależ skąd, taki strój wymaga specjalnej 

fryzury. Stylowej i romantycznej. Szkoda, że nie będę miała 

takiej okazji. Ale że tobie przyszło do głowy wyobrażać sobie 

mnie w tej sukni! Nie mogę uwierzyć. 

- Wyobraziłem sobie jeszcze inne rzeczy - dodał, nie wni­

kając w szczegóły, by jej nie spłoszyć. 

- Na przykład, jakie? - zapytała zaintrygowana. 
- Jak w słoneczny dzień chodzimy razem po mieście, jak 

z przejęciem wybierasz gwiazdkowe prezenty, ubierasz choinkę 

i szykujesz świąteczne potrawy. Albo jak czytasz w fotelu książ­

kę, z podkulonymi, bosymi stopami. 

Zerknął na jej stopy. Była tylko w skarpetkach. 
- Jak na ciebie to prawdziwa poezja. Gdzie jest haczyk? 

- zapytała nieufnie. 

- Nie ma. Po prostu lubię myśleć o tobie. 
- W chwilach wolnych od myślenia o odpowiedniej żonie? 

Westchnął. Spodziewał się, że nie będzie łatwo. 
- Czasem wyznacza się cel, nie mając wszystkich danych. 

Gdy sytuacja się zmienia, wprowadza się poprawki. 

- Co to znaczy? 
- To znaczy, że już nie szukam ideału. 

background image

150 

Popatrzyła na niego pytająco. 

- Chciałbym być z tobą - powiedział. Dlaczego ona się nie 

odzywa? Może niepotrzebnie się odkrył? Wziął głęboki oddech, 

postawił wszystko na jedną kartę. - Rennie, chciałbym, żebyś 

za mnie wyszła. 

Patrzyła na niego z osłupieniem. W jej oczach błysnęły łzy. 

Marc speszył się. Boże, zaraz zacznie płakać! Przecież wcale 

tego nie chciał! 

- Rennie, nie płacz. Jeśli nie chcesz, to trudno, jakoś to 

przeżyję. Może z czasem przekonasz się do tego pomysłu. Ale 

nie płacz, proszę. 

Srebrna łza stoczyła się po jej policzku. 

- Chcesz się ze mną ożenić? - zapytała. 
- Tak. 

Otarł jej łzę, poczuł jedwabisty dotyk skóry i tylko siłą woli 

powstrzymał się, by nie porwać jej w ramiona i już nigdy nie 

puścić. 

- Dlaczego? 
- A dlaczego mężczyzna się żeni? Bo chce, by dziewczyna 

została jego żoną. 

- Marc! - Popatrzyła na niego i potrząsnęła głową. 

Ogarnęła go panika. Nie chce go. Jeszcze niczego w życiu 

nie pragnął tak rozpaczliwie. Bardziej niż kiedyś pieniędzy, 

dzięki którym mógł wyrwać się z dotychczasowego życia, bar­

dziej niż pozycji społecznej. Oddałby wszystko, byle tylko z nią 

być. Nie przeżyje, jeśli mu odmówi. 

- Rennie, nie mów nie, posłuchaj, co chcę ci dać... 
- Nie chcę być żoną na pokaz. Znasz moje zdanie... I choć 

naraz stałam się dla ciebie odpowiednia, nie zmienię go. 

- Ale jeszcze nie słyszałaś... 

- Wiem, że jesteś strasznie bogaty, ale to dla mnie mało 

- powiedziała cicho, hamując łzy. 

background image

1 5 1 

- Masz rację, to mało. Chcę, byś dzieliła ze mną życie, 

Rennie. Czekała na mnie w domu, strofowała, gdybym za długo 
siedział w pracy. Byśmy dzielili domowe obowiązki, razem ob­
myślali wakacje. Wiesz, że już z dziesięć lat nie miałem urlopu? 
Gdy będę z tobą, to się na pewno zmieni. 

- Marc, ja chcę czegoś więcej. 
- Porozumienia, oddania, lojalności, zaufania i... - Głos mu 

się łamał. 

Coraz bardziej oczywisty stawał się fakt, że ona go nie chce. 

Odmówi mu. Grzecznie, ale stanowczo, nieodwołalnie. 

- I miłości, Marc. Tego chcę. 

Wziął głęboki oddech. 

- To również. 
- Słucham? 

Chrząknął niepewnie. 

- Kocham cię, Rennie. Nie wiem, jak to się stało, ale ko­

cham cię! 

W jej oczach znowu błysnęły łzy, ale twarz rozpromieniła 

się w uśmiechu. 

- Rennie, ty płaczesz, czy się śmiejesz? 
- Jedno i drugie. 

Uwolniła dłoń, zarzuciła mu ręce na szyję, przytuliła wilgot­

ną od łez twarz do jego policzka. 

- Nie płacz - poprosił. 
- Jestem taka szczęśliwa, że nie mogę powstrzymać płaczu. 

Marc, kocham cię. Już dawno miałam do ciebie słabość. Wiesz, 

jak przeżywałam, że mam cię poznać? Tylko że ty wcale mnie 

nie zauważałeś. Szukałeś kogoś zupełnie innego, a ja nigdy taka 
nie będę. 

- Na sobotnim przyjęciu przebiłaś wszystkie elegantki. 
- Jasne, że od czasu do czasu mogę wcielić się w taką rolę, 

ale to nie jestem prawdziwa ja. 

background image

152 

- Wiem i wcale tego nie chcę. Nie chcę niczego w tobie 

zmieniać. Rennie, powiedz tak, powiedz, że za mnie wyjdziesz. 

Odchyliła się, popatrzyła mu prosto w oczy. 

- Kocham cię. Oczywiście, że za ciebie wyjdę. 
- Muszę mieć pewność. W biznesie to podstawa. 

Zaśmiała się, otarła łzy z policzków. 

- Nie, to niesamowite. Ja i poważny biznesmen. Jeszcze 

chwila, a „Brides and Bows" będzie mieć filie w całych 

Stanach. 

- Jeśli tylko tego pragniesz... 
- Ależ skąd, głuptasie, żartuję tylko. Lubię mój salon, jest 

w sam raz. Po ślubie chcę tam pracować. 

- Już stawiasz warunki? - zapytał z uśmiechem. 

Ogarnęło go cudowne uczucie ulgi. Wyjdzie za niego. Kocha 

go. Nie wierzył własnemu szczęściu. Ale przecież tak powie­

działa. Są w Nevadzie, gdzie nie trzeba czekać na ślub, mogą 

go wziąć choćby jutro. To ich połączy na zawsze. 

- Nie, skąd. Nie chcesz, żebym pracowała? 
- Będzie, jak zechcesz. 

Był gotów przychylić jej nieba. Zgodziła się! 

- Gdy przyjdą dzieci, będę mogła zabierać je do pracy. Za­

trudnię jeszcze kogoś, Eve może zostać kierowniczką. 

- Już wybiegasz w przyszłość? Może jest z ciebie większa 

bizneswoman, niż sądzisz. A ile planujesz dzieci? 

- Dużo, co? Oboje jesteśmy jedynakami. Zawsze chcia­

łam mieć brata albo siostrę. Keith i Gloria zastępowali mi ro­

dzeństwo. 

- Skoro mówimy o Keitcie, nadal chcesz go zabić? 

Rennie roześmiała się. 

- Kocham cię, Marc. Nie mogłam znieść myśli, że umówisz 

się z Marcellą czy inną. Tyle że zupełnie nie spełniałam twoich 

wymagań. I byłam przekonana, że nie wierzysz w miłość. 

background image

153 

- Ja też. Nie zaznałem jej w życiu zbyt wiele. Ale po twoim 

liście, gdy nigdzie nie mogłem cię złapać, uświadomiłem so­

bie, jak będzie wyglądało moje życie, jeśli ty z niego znik­

niesz. I wiedziałem, że to musi być miłość, bo nie mogłem 

znieść myśli, że zwróciłaś się do Theo, choć tak się przed tym 

broniłaś. I że nie przyszłaś do mnie, zamiast rzucać mi w twarz 

ten czek. 

- Nie mogłam. Było mi tak przykro, że zamierzasz spotykać 

się z Ellen, a ja dla ciebie nie istnieję. Początkowo, gdy uma­

wialiśmy się na te lunche, myślałam, że tworzymy zgrany duet. 

Dopiero gdy sam wziąłeś od niej telefon, dotarło do mnie, że 

może już nigdy cię nie zobaczę. To było ponad moje siły. Mu­

siałam wyjechać. Nie chciałam udawać, że cieszę się z twojego 

szczęścia z inną. 

- To wyjaśnia twoje zachowanie na przyjęciu. Wtedy zupeł­

nie nie mogłem cię zrozumieć. 

- Próbowałam się maskować. 
- Z sukcesem. Może przez jakieś pięćdziesiąt lat poznam cię 

na tyle, że nie będziesz musiała mi nic mówić. 

- Może. Tylko wtedy gdzieś umknie napięcie i tajemni­

czość. 

- Przy tobie to nam nie grozi. 
Pocałunek był jak odnaleziona droga do domu. Co z tego, że 

ta dziewczyna w niczym nie przypomina jego ideału? Dzięki 

niej życie nabrało ciepła i barw. Za nic by tego nie oddał. 

- Już pora - odezwał się Keith. 
Marc popatrzył na niego, skinął głową. Jeszcze raz zerknął 

w lustro i poprawił smoking. 

- Jestem gotowy - powiedział, żałując w duchu, że nie na­

mówił Rennie na szybki ślub w Nevadzie. 

- Chyba chcesz się z nią ożenić - zaśmiał się Keith. 

background image

154 

- Oczywiście. Tylko ta cała ceremonia... 

- Daj spokój, stary. W „Brides and Bows" zaplanowano 

każdy szczegół. Pójdzie jak po maśle. 

- Dlaczego nie wzięliśmy tylko ślubu cywilnego? - mruknął 

Marc, choć przecież było jasne, że ślub z Rennie musi być 

romantyczny, jak z bajki. W kościele znanym jej od dziecka, 

w obecności mnóstwa osób. 

Minęły wreszcie ciągnące się w nieskończoność miesiące od 

zaręczyn. Ileż razy zaczynał wątpić, czy kiedykolwiek dojdzie 

do tego ślubu! Nie pomagały jej gorące zapewnienia o miłości. 

Dopiero ten ostatni tydzień, kiedy zaczęli przewozić do niego 

rzeczy Rennie, uświadomił mu, że to już blisko, że naprawdę 

odtąd zawsze będą razem. 

- Poczekaj, aż zobaczysz ją w ślubnej sukni - rzekł Keith. 

Marc spojrzał na niego. Dopiero teraz, po latach, potrafił 

zrozumieć, jakim ciosem była dla niego śmierć Betsy. Keith nie 

doczekał ślubu. I nadal nie pogodził się z utratą narzeczonej. 

Współczuł mu z całego serca. Gdyby Rennie coś się stało, chyba 

by tego nie przeżył. 

- Dzięki, że zgodziłeś się zostać moim drużbą - powiedział, 

kładąc mu dłoń na ramieniu. 

Choć przyjaźnią się od wielu lat, po raz pierwszy tak głęboko 

docenił znaczenie tej więzi. 

- A po co ma się przyjaciela? - uśmiechnął się serdecznie 

Keith. - Idziemy? 

- Tak. 

W milczeniu patrzyli, jak przy dźwiękach muzyki podchodzą 

do ołtarza wystrojone w barwne suknie druhny. Marc uśmiechnął 

się. Rennie pięknie to obmyśliła, pomyślał. 

Marcella, Julie, Suzanne i Ellen, prowadzone przez siostrę 

Keitha, zatrzymały się na swoim miejscu, organy podały nowy 

ton. Marc przeniósł spojrzenie na wejście do kościoła. Na progu 

background image

pojawiła się Rennie trzymająca Theo pod ramię. Powoli zaczęli 

zbliżać się do ołtarza. 

Serce zamarło mu w piersi, po chwili zabiło z całych sił. 

Boże, jaka ona piękna! Wytworna elegantka, jaką sobie kiedyś 

wymarzył. W tej białej sukni wygląda olśniewająco. Delikatna 

jak mgiełka koronka płynęła z każdym jej ruchem, długi welon 

spowijał ją aż po czubki palców, lecz przez cieniutką tkaninę 

przeświecał radosny uśmiech dziewczyny, błękitne oczy promie­

niały szczęściem. Nie mógł oderwać od niej zachwyconego 

spojrzenia. Jego najdroższa, ukochana. Za chwilę stanie się jego 

żoną. 

Theo ceremonialnie przekazał Rennie przyszłemu mężowi, 

usiadł w pierwszym rzędzie obok jej matki. Marc dostrzegł to 

kątem oka, bo coś innego całkowicie go pochłonęło. Rennie 

wydała mu się niższa niż zazwyczaj. Przez mgnienie wpatrywał 

się w nią zdumiony. Jest bez butów. Na zewnątrz elegantka 

z klasą, a pod długą suknią bose stopy. Taką Rennie kocha. 

Złączył swoją dłoń z jej, serce z sercem, i odwrócił się do 

kapłana, by na zawsze połączył ich losy. 

jan+an