background image

Antonio Labriola

O tak zwanym kryzysie 

marksizmu

Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (Uniwersytet Warszawski)

WARSZAWA 2006

background image

Antonio Labriola – O tak zwanym kryzysie marksizmu (1899 rok)

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 2 -

www.skfm-uw.w.pl

„O tak zwanym kryzysie marksizmu” („A proposito 

della   crisi   del   marxismo”)   Antonio   Labrioli   – 

dodatek  do   jego  pracy  „Socjalizm  i  filozofia”   – 

został  napisany   w  Rzymie  18  czerwca  1899  r.  i 

opublikowany   w   piśmie   „Rivista   Italiana   Di 

Sociologia”, tom III, 1899.

Podstawa niniejszego wydania: Antonio Labriola, 

„Szkice o materialistycznym pojmowaniu dziejów”, 

wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1961.

Tłumaczenie   z   języka   włoskiego:   Jerzy 

Jędrzejewicz.

background image

Antonio Labriola – O tak zwanym kryzysie marksizmu (1899 rok)

Chcę tu omówić książkę, ani krótką, ani łatwą w czytaniu, autorem jej jest pan T. G. Masaryk, 

profesor uniwersytetu czeskiego w Pradze, a wyszła ona z druku całkiem niedawno. O objętości tej książki 

można wnioskować z zamieszczonego poniżej przypisu, gdzie tytuł jej podany jest in extenso

1

.

Nie zamierzam pisać po prostu  recenzji  z tego dzieła. A jeżeli komuś wydaje się, że po to, by 

wyrazić swoje poglądy z powodu jakiejś książki, trzeba ją zrecenzować, powiem, że ta recenzja przybierze 

z konieczności rozmiary i charakter quasi-artykułu.

Moje nazwisko i tytuł u góry stronicy mogłyby wzbudzić podejrzenie, że chodzi mi tu o jakąś 

polemikę  partyjną.   Spieszę   więc   uspokoić   czytelników:   nie   pomylę   łamów   «Włoskiego   Przeglądu 

Socjologicznego» z kolumnami politycznej gazety codziennej

2

.

Wtrącę tylko en passant słów parę o nader smutnym curiosum, że prasa polityczna włoska, zarówno 

codzienna, jak i periodyczna, od dłuższego czasu uwzięła się, by obwieszczać śmierć socjalizmu, używając 

w tym celu hasła:  kryzys marksizmu, co dla mnie jest nowym przejawem tej naszej rdzennie narodowej 

przywary, którą mogę określić jako prawo do ignorancji. Żadnemu z tych szanownych grabarzy socjalizmu, 

tak tłumnie zmobilizowanych pod hasłem kryzysu i mieszających nazwiska różnych autorów, jakich nie 

można nawet zestawiać z sobą – żadnemu z nich nie przyszło do głowy, żeby sobie zadać takie proste i 

uczciwe pytania: Czy krytyka marksizmu, która rozwinęła się w innych krajach, może w ogóle dotyczyć 

Włoch? Czy ta doktryna miała kiedyś lub ma solidne podstawy i była lub jest należycie rozpowszechniona 

w naszym kraju? Czy wreszcie Włoska Partia Socjalistyczna ma już taką siłę i takie wpływy wśród mas, 

czy znajduje się już na takim szczeblu rozwoju i tak dalece rozszerzyła swoje stosunki polityczne, aby 

mogła   działać  jako  organizacja   proletariacka  mocna  i   ustabilizowana,   o   wyraźnym  obliczu,   w   której 

poważnie dyskutować nad doktryną znaczyłoby dyskutować o sprawach, a nie o słowach i – żeby już 

sprawę  do  reszty  zgłębić  –  czy  kraj  nasz  przeszedł  całą  via  crucis  przemian  ekonomicznych,  których 

uwieńczenie stanowi tak zwany system kapitalistyczny, a jego krytyczne odbicie stanowi z kolei marksizm?

Kto postawiłby takie i tym podobne pytania, łacno mógłby dojść do uczciwego wniosku, że nie 

może być kryzysu czegoś... czego jeszcze nie ma.

Jest rzeczą bardzo możliwą, a bodaj nawet pewną, że wszyscy owi uśmierciciele socjalizmu nie 

wiedzieli, iż pojęcie „kryzys marksizmu” zostało wymyślone i puszczone w obieg właśnie przez profesora 

Masaryka, któremu  (jak  to  się  często  zdarza cudzoziemcom, nieświadomym zupełnie  spraw włoskich) 

przypadł w udziale zaszczytny los nowego i nieoczekiwanego wzbogacenia tym zwrotem zasobów naszej 

frazeologii.   Tak  jednak   było.   Wyrażenie   „kryzys  marksizmu”  zostało  użyte   przez   pana  Masaryka   w 

artykułach zamieszczonych w wiedeńskim czasopiśmie «Die Zeit» (nr 177-179 z lutego 1898 roku), które 

to   artykuły   wyszły   następnie  w   formie   broszury

3

  pod   datą   10   marca  tegoż   roku;  godzi   się   wszakże 

zauważyć, że autor tego pomysłu literackiego nie miał bynajmniej zamiaru ogłosić socjalizmu za umarły, 

chciał tylko bodaj skonstatować (niech łaskawi czytelnicy wybaczą mi te słowa zaczerpnięte z żargonu 

dziennikarskiego)  kryzys   w  łonie  marksizmu.   Rzeczywiście   zakończył   swoje   wywody,   jak   następuje: 

„Pragnę ostrzec przeciwników socjalizmu, że próżno żywiliby nadzieję na wyciągnięcie korzyści dla swoich 

stronnictw   z   obecnego   kryzysu  marksizmu,   który   może   nawet  przyczynić   się  do   wzrostu  siły   obozu 

socjalistycznego,   jeśli   jego   przywódcy   zdołają   poddać   swobodnej   krytyce   podstawy   doktryny   i 

przezwyciężyć  jej   błędy.  Jak   wszystkie  inne   partie  reform  społecznych  socjalizm  czerpie   swe  siły   z 

oczywistej niedoskonałości obecnego ustroju społecznego, z jego niesprawiedliwości i niemoralności, a 

przede wszystkim z nędzy materialnej, moralnej i umysłowej najszerszych mas społecznych na całym 

niemal świecie”

4

.

1

  Die philosophischen und soziologischen Grundlagen des Marxismus  – Studien zur sozialen Frage, von Th. G. Masaryk, 

Professor an der böhmischen Universität Prag, Wien, C. Konegen, str. XV + 600, in 8°.

2

 Polemika ta ukazała się w III tomie III rocznika (1899).

3

 Die wissenschaftliche und philosophische Krise innerhalb des gegenwärtigen Marxismus, Wiedeń 1898, str. 24.

4

 Tamże, str. 24. – To samo oświadczenie zostało teraz obszernie powtórzone w ostatnim rozdziale książki p. Masaryka (str. 

591-592). Mały przypisek do wielkiej obfitości słów stanowiących treść całej książki! W przekładzie francuskim broszury, 

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 3 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – O tak zwanym kryzysie marksizmu (1899 rok)

Na tych 24 stronicach – których naprawdę nie wystarczyło do omówienia tak doniosłego tematu – 

zostały zebrane, policzone i scharakteryzowane fakty stwierdzające „kryzys”, a odnoszące się głównie do 

„socjaldemokracji” niemieckiej, z dodatkiem kilku przykładów zaczerpniętych z literatury francuskiej i 

angielskiej. Wszystko to uczyniono z furią i pośpiechem, w kolejnych rozdziałach... Czy warto jednak 

zatrzymywać się na broszurze z 10 marca 1898 roku, skoro już w książce datowanej 27 marca 1899 roku z 

24   stronic   zrobiło   się   600   –   wyraźnie:  600   –   co   znowu   jest   „zbyt  za   dużo”   –   jak   by   powiedział 

neapolitańczyk – zarówno dla ważności tematu, jak i dla cierpliwości przeciętnego czytelnika.

Profesor Masaryk jest  pozytywistą. Słowo to we Włoszech bywa używane w znaczeniu nazbyt 

szerokim  i   rozciągliwym,  w   stosunku   do   niego  jednak,  jako   do   człowieka  zawodowo   parającego  się 

filozofią, winno chyba oznaczać, iż reprezentuje on kierunek naukowy, który prowadzi w prostej linii od 

Comte'a do Spencera, albo nawet... do samego Masaryka. Nie zdołam w należytym stopniu wyrazić mu 

całego swojego podziwu, na który niewątpliwie zasłużył, gdyż ma on niewygodny dla mnie zwyczaj pisania 

po czesku. Poznałem dotychczas tylko jedno jego dzieło, a mianowicie Logikę konkretną, w przekładzie na 

język niemiecki. I nie mogę należycie ocenić wszystkich subtelności i prawdziwego sensu użytych tam 

zwrotów, gdyż tłumacz, pan Kalandra, przełożył książkę na niemiecki stylem iście kancelaryjnym. Całego 

dzieła jednakże, jak zaznacza w przedmowie  sam autor, nie należy roztrząsać tylko pod kątem widzenia 

kompozycji i stylu. Jest to bez wątpienia twór ultraakademicki, z obowiązkowym podziałem na wstęp i 

części; te ostatnie, których jest pięć, a każda zaopatrzona w streszczenie, dzielą się z kolei na rozdziały, 

rozdziały na punkty: A, B, C i tak dalej, te zaś na paragrafy w ogólnej liczbie 162; wszystko to zaopatrzone 

w obfitą bibliografię, rozsianą po przypisach i zebraną osobno, w nieunikniony skorowidz alfabetyczny 

tudzież podziwu godny indeks rzeczowy, nasuwający czytelnikowi różne ciekawe myśli, na które książka 

nie   daje  żadnej  odpowiedzi.   Są   to,   ogólnie   biorąc,   szkice   wykładów  deklaratywnych  i   ilustrujących, 

utrzymane w tonie poważnym, a nawet suchym, zredagowane według schematu encyklopedii i pochodzące 

z  różnych  okresów  czasu.  Istotnie,  podczas  gdy  książka,  opracowana   pierwotnie  w  języku  czeskim  i 

poprzedzona małą broszurką, mogącą zaspokoić tych, co niezdolni byli przeczytać 600 stron – gdy książka 

ta drukowana była w przekładzie niemieckim, ukazało się słynne już teraz dzieło Bernsteina (por. przyp. 1 

na str. 590), do którego autor uczuł potrzebę ustosunkować się na innym miejscu

5

.

Stanowisko   pana   Masaryka   jest   rzeczywiście   nader  osobliwe.   Nie   jest   socjalistą,   zna   jednak 

doskonale całą literaturę socjalistyczną; nie jest bynajmniej przysięgłym wrogiem socjalizmu, jednak patrzy 

na niego z góry w imię nauki. Był deputowanym do Reichsratu cyslitawskiego, ale chociaż jest nacjonalistą 

i postępowcem, nigdy, o ile mi wiadomo, nie łączył się z Młodymi Czechami. A teraz, jak mi się zdaje, w 

ogóle  stroni  od  polityki.  Wydaje  czasopismo   w  rodzaju  naszej  «Nuova  Antologia».  Jest  zawodowym 

uczonym, to znaczy człowiekiem, który dużo czyta i dokładnie referuje wszystko, co przeczytał, aż do 

najdrobniejszych szczegółów. I to właśnie stanowi pierwszą i główną wadę jego książki, w której mówi się 

o mnóstwie rzeczy, ale do rzeczywistości, do faktów, do tego, co żywe, nie dochodzi się nigdy. Autorowi 

jak gdyby przesłaniają wzrok nie tylko stosy zadrukowanego papieru, ale i cienie pisarzy, wśród których się 

obraca,   traktując   ich   wszystkich   z   jednakowym  szacunkiem;   tak   jakby   oczy   jego   pozbawione   były 

zdolności perspektywicznego widzenia.

Jest chyba najważniejszym obowiązkiem każdego, kto przystępuje do dyskusji nad podstawami 

marksizmu,   móc   odpowiedzieć   rzeczowo   na   następujące   pytanie:   czy   wierzy   on,   czy   nie   wierzy   w 

możliwość takiego przeobrażenia społeczeństw najbardziej cywilizowanych, które zniosłoby przyczyny i 

skutki obecnej walki klasowej? Wobec tak postawionej kwestii ogólnej podrzędne niejako znaczenie ma 

sposób przejścia do tego stanu przyszłego upragnionego lub przewidywanego, gdyż sposób ten nie zależy 

dokonanym przez Bugiela (Paryż 1898), wyrażenie „kryzys w łonie marksizmu” zostało zastąpione przez „kryzys marksizmu” 

(fragment drukowany w «Revue internationale de sociologie», zeszyt lipcowy).

5

 A mianowicie w nrze 239 i 240 wiedeńskiego czasopisma «Die Zeit». Tam również, w październiku ubiegłego roku, wyraził 

swój sąd  o znanym orędziu Bernsteina do Kongresu w Stuttgarcie.

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 4 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – O tak zwanym kryzysie marksizmu (1899 rok)

ani od naszej woli, ani od naszych definicji. Wobec takiej tezy generalnej jest rzeczą, nie powiem: obojętną, 

ale niewątpliwie mało znaczącą wiedzieć, w jakim stopniu myśli i poglądy (niestety, aż nazbyt często 

miesza  się   ze   sobą   jedne   i   drugie!)   Marksa   i   jego   najbliższych   uczniów   czy   zgodnych   z   nim   czy 

niezgodnych interpretatorów odpowiadają obecnym i przyszłym warunkom ruchu proletariackiego, gdyż nie 

trzeba być zajadłym zwolennikiem materializmu historycznego, aby zrozumieć, co warta jest doktryna jako 

doktryna,  to   znaczy  na  ile  jest  ona  światłem  myśli,  wniesionym  do  układu  faktów;   ale  właśnie  jako 

doktryna nie jest ona  przyczyną niczego. Pan Masaryk natomiast jest doktrynerem  wierzącym w potęgę 

idei, to znaczy profesorem w akademickiej todze, dla którego wszystko się obraca dokoła walki o ogólny 

pogląd na świat (Weltanschauung); nie należy się przeto dziwić, że z wyniosłą pogardą (passim) odrzuca on 

wyrażenie  instynkt   mas.   Owa   krytyka,   która   całkowicie   opiera   się   na   zarozumiałym   i   arbitralnie 

beznamiętnym sądzeniu o praktyce walk życiowych w imieniu  czystej nauki  i której obca jest uległość 

myśli podążającej za naturalnym biegiem wydarzeń historycznych, była i będzie w istocie swej bezpłodna, 

gdyż kręci się niejako dokoła marksizmu, nie mogąc utrafić w sedno rzeczy, a mianowicie w ogólną 

koncepcję rozwoju historycznego pod kątem widzenia rewolucji proletariackiej.

Zatrzymując się nieco dłużej nad określeniem ogólnej postawy pana Masaryka, uczyniłem to w tym 

celu, aby odpłacić mu włoską uprzejmością za ignorancję, którą okazał w stosunku do moich prac na ten 

sam temat. Gdyby je kiedykolwiek czytał, zapewne zdołałby dojść do wniosku, że nie zniżając się do 

drobiazgowej   polemiki   i   nie   rywalizując   pod   tym  względem   z   codzienną   prasą   partyjną  tudzież   nie 

ogłaszając   siebie   za   odkrywcę   czy   wynalazcę   kryzysu   marksizmu,   można   być   w   naszych   czasach 

zwolennikiem materialistycznego pojmowania dziejów, zwłaszcza gdy się dostatecznie szeroko uwzględni 

wyniki   nowych   doświadczeń   historyczno-społecznych   i   podda   odpowiedniej   rewizji   pojęcia,   które   w 

wyniku naturalnego rozwoju myśli wymagały lub wymagają poprawek. Doktryny, które rozwijają się i 

doskonalą,  nie  znoszą   traktowania  erudycyjnego  i  filologicznego,   jak  to  jest  przyjęte  w   stosunku   do 

przeżytych już form myślenia, przekazanych przez tradycję i stanowiących już zabytek. Ale temperamenty 

intelektualne ludzi są przecież bardzo różne! Niektórzy – tych jest najmniej – przedstawiają publiczności 

owoce swojej pracy, nie uważając za stosowne podawać przy tym intymnych wiadomości o książkach, jakie 

przeczytali, i nie uzupełniając tego wszystkiego fotografią pióra, jakim się posługiwali. Inni znowu – a tych 

jest większość – odczuwają nieprzepartą potrzebę drukowania wszystkich rezultatów swojej lektury. Są oni 

nader skrupulatnymi stróżami własnych zeszytów, troszczącymi się o to, aby najmniejsza cząstka ich trudu 

nie   zaginęła  teraz   lub   w   przyszłości.   Profesor   Masaryk,   który   poświęca   600   stronic   na   omówienie 

przygodnej tezy – a mianowicie: jaki sąd powinniśmy wydać o marksizmie wobec faktu, że dyskutuje się 

teraz nad nim nawet w łonie partii? – profesor Masaryk, który tak dużo czytał, nie mógł również kwestii 

samego marksizmu roztrząsać inaczej niż wedle sakramentalnych rubryk filozofii, religii, etyki, polityki i 

tak dalej do nieskończoności. I rzecz ciekawa, że właśnie on, który z takim szacunkiem odnosi się do 

biurokracji uniwersyteckiej i tak szczerze hołduje różnym fetyszom wiedzy naukowej, doszedł na koniec do 

wniosku, iż marksizm należy uznać za system synkretyczny (passim w całej książce, szczególnie zaś na str. 

587).  Mnie  natomiast  zdawało  się,  iż  wprost  przeciwnie,  doktryna  ta  stanowi  coś  istotnie  odrębnego, 

zadziwiająco  spójnego   wewnętrznie,   coś,   co   nie   tylko   dąży   do   usunięcia   doktrynalnej   rozbieżności 

pomiędzy nauką a filozofią, ale również tej zwykłej: pomiędzy teorią a praktyką. Ale pan Masaryk daje to, 

na co go stać, idźmy więc za nim śladami jego rubryk.

Godzi się on chętnie na to, aby inni zajmowali się socjalizmem jako kierunkiem zmierzającym (na 

wzór A. Mengera) do reformy prawa; oznajmia, że nie będzie się bezpośrednio mieszał do spraw ekonomii 

(w zakresie tej dyscypliny, jak mi się zdaje, kuleje on rzeczywiście na obie nogi), i chce przede wszystkim 

wysunąć na pierwszy plan  filozofię  Marksa, która niewątpliwie istnieje, chociaż nie znalazła osobnego 

wyrazu w jakimś dziele napisanym ad hoc; bada też na wszystkich 600 stronicach kwestię kryzysu tylko od 

strony ściśle „naukowej i filozoficznej” (str. 5). Nie należy więc wymagać od autora ani konkretnego 

poglądu   na   aktualną   sytuację   ekonomiczną,   zbadaną   bezpośrednio   w   życiu,   ani   praktycznych   i 

dalekowzrocznych rad w dziedzinie polityki społecznej. Czy proces proletaryzacji trwa nadal, czy nie; czy 

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 5 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – O tak zwanym kryzysie marksizmu (1899 rok)

teoria wartości ścisła  jest,  czy  nieścisła  –  te  i  tym podobne  pytania,  mimo  ich  wyjątkowej wagi, nie 

interesują naszego filozofa (str. 4). Jedynym praktycznym rezultatem wszystkich jego rozważań jest rada 

udzielona socjalistom, aby trzymali się programu Engelsa z roku 1895, to znaczy taktyki parlamentarnej, co 

też socjaliści istotnie czynią na całym świecie, z tej prostej przyczyny – moim skromnym zdaniem – że nie 

mogliby czynić inaczej, jeżeli nie chcą okazać się głupcami albo szaleńcami. Tę radę swoją pan Masaryk 

wspiera   namową,   skierowaną   również   pod   adresem   socjalistów,   aby   porzucili   nawet  ideologię 

marksistowską. Na dobrą  sprawę przecież  nie naturalny bieg wydarzeń politycznych  w cywilizowanej 

Europie skłonił socjalistów, by zmienili taktykę (nawet autor nie potrafiłby powiedzieć, jak długo ta nowa 

taktyka  potrwa  lub  mogłaby  potrwać),  to  idee  zmieniają   się  i  muszą  się  zmieniać.  Wszystko  zostaje 

sprowadzone do walki o Weltanschauung (por. w szczególności str. 586-592), co jest zupełnie zrozumiałe u 

pisarza, który tak uporczywie trzyma się sakramentalnych pojęć o klasyfikacji nauk (str. 4) i górującej nad 

wszystkimi naukami filozofii.

Widzimy tutaj  filistra  w jego profesorskiej odmianie, z właściwą mu naturą: zna on doskonale 

literaturę socjalistyczną, pełen jest jednak ignorancji, jeśli chodzi o istotę, sens i ducha socjalizmu. Jeśli 

idzie o tego ducha, to – rzecz jasna – zmienia on całkowicie orientację naukową, nawet więcej: zmienia 

miejsce  nauki  w  ekonomii  naszych  zainteresowań.  Tego  pan  Masaryk  nie  zrozumiał  nigdy,  gdyż  aby 

zrozumieć, musiałby przekroczyć granice definicji. Jego książka, tak bogata w erudycyjne informacje i 

wolna od jakiejś zawodowej pogardy względem socjalizmu, stanowi w gruncie rzeczy, i w intencji, i w 

skutkach, jedną wielką  skargę pozytywisty  przeciwko marksizmowi. Muszę w tym miejscu zrobić dwie 

uwagi.   Moje  twierdzenie   może   się   wielu  ludziom  we   Włoszech   wydać  dziwne,  gdyż  u   nas   słowem 

„pozytywizm” oznacza się wszystko, co się chce. Powtarzam więc i podkreślam to, o czym już pisałem 

niejednokrotnie, że owo pojmowanie życia i świata, które się streszcza w nazwie „materializm historyczny”, 

nie  zostało  do   końca  wyjaśnione  i  wytłumaczone  w  dziełach  Marksa  i  Engelsa  oraz  ich  najbliższych 

uczniów; powiem nawet więcej: że dalszy rozwój owej doktryny odbywa się bardzo powoli i zapewne 

długo jeszcze będzie odbywał się w ten sposób.

Ale książki w rodzaju tej, którą napisał pan Masaryk, na nic się tu nie przydadzą. Jego dzieło 

zawiera dużo zastrzeżeń poczynionych, owszem, w imię pozytywizmu, ale nie w imię bezpośredniej i 

rzeczywistej   rewizji   problemów   wiedzy   historycznej,   jako   też   nie   w   imię   aktualnych   zagadnień 

politycznych.  Tak  zwany  kryzys  nie  staje  się  dla  niego  ani  źródłem  taniej  reklamy,  ani  przedmiotem 

studiów socjologicznych; stanowi natomiast jak gdyby pustą przestrzeń albo odstęp, w którym autor może 

wykładać czy wygłaszać swoje filozoficzne protesty.

Dość długi wywód, nie bezprzedmiotowy i nie pozbawiony ciekawszych momentów, poświęcił pan 

Masaryk zagadnieniu źródeł pierwotnej koncepcji Marksa (str. 17-89). Ale ostateczny rezultat tego wywodu 

jest nader nikły. „W ciągłych zmianach ustroju społecznego znalazł Marks na koniec historyczną rację 

komunizmu, rację, która sama się narzuca. Według Marksa filozofia stanowi naturalistyczną kopię rozwoju 

świata.   –   Komunizm   wynika   z   samego   biegu   dziejów.   –   Materializm  Marksa   jest   materializmem 

historycznym”. Tego rodzaju twierdzenia, z grubsza odtwarzające podstawową myśl omawianego pisarza, 

powinny były, jak mi się zdaje, skłonić krytyka, który je sformułował, do zajęcia się ich uzasadnieniem, aby 

ewentualnie obalić je  ab imis. Cóż jednak czyni pan Masaryk? Kilka wierszy dalej pisze w ten sposób: 

„Jego  filozofia,  jako  też   filozofia   Engelsa,   ma   charakter  eklektyczny”.   Następnie  zaś,  w   punkcie   D 

rozdziału  II,   częstuje   nas   rosyjską   sałatką   z   przeciwstawnych   poglądów   Baxa,   K.   Schmidta,   Sterna, 

Bernsteina, Plechanowa i Mehringa, wszyscy oni bowiem zastanawiali się nad tym, czy taka, powiedzmy, 

marksistowska filozofia da się pogodzić z nawrotem do Kanta, do Spinozy lub do kogokolwiek innego; i 

zupełnie nie pamięta o zawołaniu poety, który uczestniczył w założeniu uniwersytetu w Pradze Czeskiej, 

aby zawołać w ślad za nim:

Biedna i naga stąpasz, filozofio!

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 6 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – O tak zwanym kryzysie marksizmu (1899 rok)

Dosyć bezładne i wątpliwe są rozważania autora nad  materializmem historycznym  (str. 92-168). 

Mówi on najpierw dosyć rozwlekle o  różnicy  w definicjach, aby przejść  wreszcie do krytyki, opartej 

całkowicie na starym motywie doktryny czynników, mniej lub więcej przybranej frazeologią socjologiczną 

i psychologiczną. Ostatecznie autor wykazuje głęboką niechęć do monistycznej koncepcji dziejów, a często 

zdarza   mu  się,   że   zasadę   wyjaśniania   całokształtu  zjawisk  historycznych   przez  uprzednie   zmiany  w 

strukturze ekonomicznej interpretuje tak, jak gdyby wolno było każdy fakt historyczny wyjaśniać illico et 

immediate przez odpowiadające mu i sprowadzone do właściwych wymiarów warunki ekonomiczne. Nie 

należy się więc dziwić, jeżeli przy takim ujęciu Marks wygląda na gorsze wydanie Comte'a, ten zaś z kolei 

przybiera postać nieświadomego naśladowcy Schopenhauera, akceptując wraz z nim prymat woli, to jest 

doktrynę,  która   bądź  co  bądź  przeciwstawia   się  sakramentalnej  trychotomii  psychologicznej   intelektu, 

uczucia i woli. Czy jest możliwe, by biedny Marks nie wiedział, że człowiek prócz intelektu posiada 

również wątrobę (sic!); tym bardziej byłoby to dziwne, iż jak wiadomo, sam należał do ludzi zupełnie nie 

pozbawionych żółci (sic!); i dlatego może nie zdołał dostrzec, że wartość dodatkowa jest pojęciem z istoty 

swej etycznym  (sic!). Profesorowi uniwersytetu zawodowo traktującemu swój przedmiot łatwo może się 

zdarzyć, że ulegnie pokusie przepuszczenia danego autora przez sito tych doktryn, które on, jako krytyk, 

przyzwyczaił się rozważać i wykorzystywać. I rezultat będzie taki, że na skutek dziwnej iluzji uczonego-

erudyty terminy, porównania, podyktowane subiektywnym nawykiem krytyka, przemycone zostaną jako 

faktyczne podstawy sądów. To samo groziło panu Masarykowi właśnie wtedy, gdy, uwikłany w swoje 

naciągnięte porównania, sam sobie przeczył, by wreszcie oświadczyć sentencjonalnie (str. 166): „W istocie 

Marks formułuje tylko to, co – jak się to mówi – dawno już wisiało w powietrzu; badając więc formowanie 

się  jego  idei,  nie  przywiązywałem  zbytniej  wagi  do  poszczególnych  wpływów,  jakie  mogły  na  niego 

oddziałać”. Ergo – ja bym powiedział – proszę zacząć od początku i wszystko odwrócić. U autora, którego 

pan poważa, zaszedł wypadek takiej właśnie inwersji, polegającej na tym, że od krytyki ekonomii i od faktu 

walki klasowej doszedł on do nowej koncepcji dziejów (która, proszę to dobrze zrozumieć, nie stanowi 

bynajmniej modyfikacji tej dyscypliny, zwanej technicznie badaniem historycznym), a następnie do nowej 

orientacji w ogólnych problemach poznania. A pan naciąga fakty, pan całkowicie je zmienia, idąc nie tą 

drogą, którą szedł obiekt pańskiego rozważania. Jest rzeczą oczywistą, że pan, zawodowy filozof, zstępuje z 

wyżyn definicji do szczegółu, jakim jest dla pana materializm historyczny, i zachowując cały należny 

szacunek dla metodologii, dochodzi pan do  teorii walki klasowej  (str. 168-234), tak jak się dochodzi do 

korolarium.

I tu znowu wierność w eksponowaniu faktów tym dobitniej ukazuje niezdolność do ich głębokiego i 

żywego rozumienia. Tu i owdzie znajdujemy pewne pożyteczne spostrzeżenie co do nieścisłości wyrazów 

burżuazja, proletariat  itp. oraz jeszcze bardziej cenne uwagi na temat niemożności sprowadzenia całego 

współczesnego   społeczeństwa   z   jego   różnorodnymi   i   nader   złożonymi   członami   do   dwóch   tylko 

osławionych   klas.   W   przeciwieństwie   do   tego   autor   zdradza   zupełną   nieporadność,   jeśli   chodzi   o 

uprzytomnienie sobie całkiem prostej rzeczy, że w splocie warunków życia społecznego indywidualne 

dążenia mogą być całkowicie błędne; co prowadzi autora do stwierdzenia, iż świadomość indywidualna w 

marksizmie  przeobraża   się   w   czysty   iluzjonizm   (!).   Autor   nie   chce   uznać,   że   prawa   ekonomiczne 

odpowiadają   procesowi   naturalnemu;   ano,   niechże   spróbuje   aktami   woli   zmienić   ich   historyczne 

następstwo.   Głosząc  spontaniczność  (ale   jaką?)   sił   napędowych   historii   i  arystokratyzm  ducha 

filozoficznego   oraz   identyfikując   determinizm   marksistowski  z   fatalizmem,   autor   składa   przy   tym 

następujące wyznanie: „Ja tłumaczę świat i historię deistycznie” (str. 234). Deo gratias!

W ten sposób dochodzimy do sedna rzeczy, to znaczy do przedstawienia świata kapitalistycznego 

tudzież do krytyki komunizmu i procesu cywilizacji (str. 313-386). Jest to dla socjalistów punkt zasadniczy 

i tylko na tym polu można ich zwalczać. Lecz autor zstąpił już ze swoich wyżyn, dotrzymajmy mu placu tu, 

gdzie się znajduje. Przechodząc od razu do wniosków, nie mogę zaprzeczyć, iż autor ma trochę racji, kiedy 

mówi o nadmiernym prymitywizmie i symplicyzmie prób Engelsa, pokrótce odtwarzającego najważniejsze 

punkty   historii   cywilizacji.   Powstanie   państwa,   czyli   organizacji   łączącej   społeczeństwo   klasowo 

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 7 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – O tak zwanym kryzysie marksizmu (1899 rok)

zróżnicowane,  opartej  na  władzy  i  autorytecie,  poprzedzonej  przez  istnienie  własności  prywatnej  oraz 

monogamicznej   rodziny,   powstanie  to   odbywało  się   na   wiele   sposobów   zależnych   od   konkretnego  i 

niepowtarzalnego   procesu  historycznego;   i   nie  możemy   sobie   ułatwiać  zadania,   przykładając   do  tego 

zjawiska nazbyt proste schematy interpretacyjne. Być może, że niektórzy socjaliści, dążący do wygodnej 

argumentacji, zbyt prosto wyobrażają sobie złożoność historii, redukując ją do małego tomiku, co znowu 

wyzwala w nich nadmierną śmiałość w upraszczaniu zawiłych stosunków obecnego społeczeństwa. I nie 

ma sensu oczywiście nawoływać się do stosowania negacji negacji, gdyż nie jest to narzędzie badania, a 

tylko i wyłącznie formuła reasumująca, która jeśli w ogóle ma jakąś wartość, to tylko post factum. Jest 

jasne, że komunizm, który w dążeniu obecnego społeczeństwa ku nowej formie produkcji stanowi mniej 

czy więcej odległy punkt docelowy, nie będzie intelektualnym płodem subiektywnej dialektyki. Sądzę więc 

–  oto  kurtuazyjna  wymiana   broni  z  przeciwnikiem  –  iż  istnieje  tylko  jeden  poważny  sposób  walki  z 

socjalizmem,  a  mianowicie  dowieść,  iż  system  kapitalistyczny  –  przynajmniej   na  razie  –  posiada   tak 

nieograniczoną   zdolność   przystosowywania   się,   że   wszystkie  ruchy   proletariackie   sprowadzają   się   w 

gruncie rzeczy do działań efemerycznych i nie stanowią procesu postępującego, którego unormowaniem 

byłoby zniesienie pracy najemnej i wszelkiej hegemonii klasowej. Siła takiej na przykład szkoły Brentana i 

jego  zwolenników  polega   właśnie  na  podobnym  zamierzeniu  krytyczno-demonstracyjnym.   Nie   jest  to 

jednak chleb odpowiedni dla zębów pana Masaryka, który w rozdziale poświęconym krytyce  wartości 

dodatkowej  (str.   250-313)   zdradza   zupełną   niezdolność   uchwycenia   jej   ekonomicznego   związku   z 

omawianym przez siebie tematem.

Następnie  autor,  za pomocą przeglądu bibliografii na  temat punktu spornego (vexata  quaestio

dotyczącego rzekomej głębokiej rozbieżności pomiędzy I a III tomem Kapitału, dochodzi do odrzucenia, 

jako mylnej, teorii wartości opartej na pracy, żeby dalej nieco stwierdzić, iż Marks nie mógł przyjąć za 

punkt wyjścia pojęcia użyteczności, gdyż jego (Marksa) krańcowy obiektywizm nie pozwalał mu na żadne 

rozważania psychologiczne (!). Następnie wypowiada swoją opinię co do miejsca ekonomii w systemie 

nauk w związku z jej zależnością od przesłanek socjologii ogólnej. Odrzuciwszy pojęcie ekonomii jako 

nauki historycznej, pan Masaryk znowu wysuwa żądanie takiej nauki ekonomii, która bez krzyżowania się z 

etyką, zajmowałaby się człowiekiem w ogóle, a nie tylko człowiekiem jako istotą pracującą. Sofistycznie 

przy tym argumentuje, iż nie można znaleźć miernika dla pracy, która z kolei ma być miernikiem wartości

jeśli zaś chodzi o  wartość dodatkową, uważa ją za pomysł wyprowadzony z hipotetycznej konstrukcji 

dwóch walczących ze sobą klas. Stosując wiele wybiegów, pisze apologię kapitalisty jako przedsiębiorcy, 

to jest zarazem  pracownika  i  kierownika; i piętnując klasę pasożytniczą i oszukańczy handel, postuluje 

jednocześnie etykę, zgodnie z którą każdy ma wykonywać te obowiązki, które mu przypadły w udziale. 

Wreszcie   wyraża   zadowolenie   z   tego,   że   Marks   odkrył   znaczenie   społeczne   zagadnienia  drobnych 

pracowników,   przy  okazji  zaś   wytyka   mu  szereg  nieścisłości,   jak  na   przykład  –   sprowadzenie  pracy 

złożonej do pracy prostej, nade wszystko jednak dziwny pogląd uznający walkę klas, podczas gdy nie ma 

innej walki, jak tylko walka indywiduów.

Jeżeli wszakże tak łatwo jest zetrzeć na proch materializm historyczny, jeżeli pojmowanie walki 

klasowej jako zasady rządzącej dynamiką historyczną jest tylko błędnym uogólnieniem źle zrozumianych 

faktów, jeżeli oczekiwanie komunizmu jest zupełnie utopijnie, jeżeli twierdzenia Kapitału są tak oczywiście 

błędne, jeżeli wszystkie podstawy zostały już obalone – to dlaczego pan Masaryk zadaje sobie trud pisania 

dalszych   dwustu   stronic   o  prawie,   etyce,   religii  i   tak   dalej,  czyli   o   tych   systemach,   które   nazywa 

ideologicznymi? Mnie by na przykład wystarczyło to, co autor powiedział na stronicach od 509 do 519, 

gdzie  uczynił  jakby  wyłom  w  gęstej  siatce  paragrafów,  aby  dojść  do   czegoś  w  rodzaju  ostatecznego 

wyroku,   który   zresztą   wskutek   braków   stylistycznych   nie   odznacza   się   ani   zwartością   myśli,   ani 

treściwością sformułowań; w tej próbie podsumowania jest jak gdyby zebrana charakterystyka marksizmu, 

która to charakterystyka ma dodać większego blasku tezie autora. Marks – oto esencja tej charakterystyki – 

wyznacza  najbardziej  wysunięty  punkt  graniczny  reakcji  przeciwko  subiektywizmowi;   przyroda  to  dla 

niego prius, a świadomość jest tylko jej pochodną; stąd – absolutny pozytywny obiektywizm; historia jest 

dla   niego   faktem   poprzedzającym,   a   indywiduum   faktem   wtórnym;   zatem   –  absolutna   negacja 

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 8 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – O tak zwanym kryzysie marksizmu (1899 rok)

indywidualizmu. Zagadnienie poznania ma charakter czysto praktyczny. Między naturą ludzką a historią 

rodzaju ludzkiego istnieje doskonała zgodność. Nie ma innych źródeł poznania człowieka niż te zewnętrzne, 

których dostarcza historia. Człowiek wyraża się całkowicie w tym, co czyni. Stąd podłoże ekonomiczne 

warunkuje wszystko inne. Stąd praca – jako nić przewodnia historii. Stąd przekonanie, że różne formy 

współżycia społecznego są tylko różnymi formami organizacji pracy. Stąd pogląd na socjalizm jako na coś 

więcej niż zwykłe dążenie i oczekiwanie. Stąd pojmowanie komunizmu nie tylko jako układu stosunków 

ekonomicznych, lecz jako przemiany całej świadomości, przemiany sięgającej poza granice wszystkich 

obecnych iluzji, przemiany w całym systemie praktycznego humanizmu. Ale ten krańcowy obiektywizm 

ponosi klęskę w nawrocie do Kanta, to znaczy w krytycyzmie. Marks pozostał niekompletny. Nie mógł 

przewyższyć Hegla, nie znalazł adekwatnego wyrazu dla swoich dążeń, popadł w romantyzm typu Russa, 

daremnie próbował odgrodzić się od Ricarda i Smitha, usiłując skrytykować ich teorie, i pozostał autorem 

systemu niedokończonego. Jest w Marksie jakiś tragizm filozoficzny. Zmusza on stare już idee, aby służyły 

nowym ideałom. Nie potrafił znaleźć innych pobudek skłaniających ludzi do działalności rewolucyjnej, jak 

tylko   bodźce   czysto  hedonistyczne,   pozostał   więc   w   swych   rewolucyjnych   zapędach   arystokratą   i 

absolutystą.

Te   szkice,  które   byłyby   może   sugestywne,  gdyby  je   wykonał   mistrz  stylu,   te   szkice   ukazują 

skądinąd, jak poprzez całą historię ciągnie się wielka  tragedia pracy

6

;  naszego autora wszakże, z jego 

akademickim pedantyzmem, tragedia ta nie porusza w najmniejszym nawet stopniu. Nowej koncepcji nie 

przeciwstawia on jakiegoś innego umotywowanego poglądu na losy ludzkie, czyni tylko pewne zastrzeżenia 

w imię „misji naszego czasu, polegającej na znalezieniu nowej syntezy nauk” (str. 513). I tu znów Hume, i 

Kant, i pytanie: „Co jest prawda?” I potem znów wykład o zasadach neoetyki, która powinna przedsięwziąć 

naukową krytykę społeczeństwa. Nowa filozofia powinna rozstrzygnąć problem religii, o którym Marks 

sądził, że już go rozwiązał, przedstawiając religię jako formę urojenia. Pesymizm stanowi nutę dominującą 

naszej epoki. Schopenhauer był bliski prawdy, gdy twierdził, że wola jest osnową świata. Pewnego rodzaju 

pendant  do   jego   filozofii   dał   Marks,   tworząc   swoją  jednostronną  teorię   pracy.   Podstawową   wadą 

marksizmu  jest   jego   wyłącznie   negatywny   charakter.   „Kapitał  nie   jest   niczym   innym,   jak   tylko 

ekonomiczną transkrypcją Mefistofelesa-Fausta” (sic! str. 516 – kto mi nie wierzy, niech tam zajrzy!). No i 

wreszcie dowiadujemy się – jeżeli tylko dobrze zrozumiałem – że w nawrocie do Kanta i w ugięciu się 

ducha rewolucyjnego przed parlamentaryzmem zawiera się istota kryzysu, a innymi słowy – początek epoki 

Masaryka w dziejach naszego globu.

A więc Kant i parlament! Ale jaki Kant? Czy ów pan Philister z Królewca, zasklepiony w swoim 

najściślej   prywatnym  życiu?  Czy  ten  drugi,  rewolucjonista,  autor  pism  wywrotowych,  który   Heinemu 

wydawał się jednym z bohaterów Wielkiej Rewolucji? I jakiż to zwykły, tradycyjny parlament ma być 

powołany do przeobrażenia historii? Powiedzmy zatem: Kant i Konwent; ale przecież Konwent nastąpił po 

rewolucji, to znaczy po zburzeniu całego systemu społecznego, po obaleniu całego ustroju politycznego, po 

wyzwoleniu wszystkich namiętności klasowych... Chyba dość na tym. Pan Masaryk, jako specjalista w 

dziedzinie socjologii akademickiej, ma prawo nic nie wiedzieć o tej historii, pełnej życia i ruchu, pełnej 

uczuciowych   impulsów   –   historii,   która   tak   pociąga   wszystkich   innych   śmiertelników,   umiejących 

naprawdę odczuwać rzeczywistość ludzką; może więc nasz uczony trwać najspokojniej w przekonaniu, że 

czas wstrząsów rewolucyjnych minął już na zawsze i że ludzkość wstąpiła definitywnie w okres powolnej 

ewolucji, w okres sielanki pod rządami zrównoważonego i podniosłego intelektu.

Wróćmy jednakże do szufladek pana Masaryka.

Przegląd  teorii państwa i prawa  (str. 387-426) zwrócony jest zasadniczo przeciwko poglądowi, 

zgodnie z którym zarówno państwo, jak i prawo są formacjami wtórnymi, pochodnymi w stosunku do 

społeczeństwa   w   ogólności.   Państwo   istnieje   od   zarania   ewolucji   i   będzie   istnieć   zawsze,   bo   ma 

6

 Niech mi wolno będzie powołać się tutaj na mój tomik pt. Z rozmów o socjalizmie i filozofii, list IX [w: Antonio Labriola, 

Szkice o materialistycznym pojmowaniu dziejów, Warszawa 1961, str. 391 – Przyp. red.].

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 9 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – O tak zwanym kryzysie marksizmu (1899 rok)

uzasadnienie   w   intelekcie   i   moralności   (str.   405);   poza   tym   człowiek   „dzięki   swoim   naturalnym 

dyspozycjom nie tylko sam chętnie rozkazuje, ale również pozwala sobą kierować i chętnie poddaje się 

rozkazom”. Nierówności przyrodzone usprawiedliwiają hierarchię (str. 406). I tak jest słusznie! Ale jeżeli 

tak jest, to po co tyle się trudzić, aby dowieść, że prawo nie wynika ze stosunków ekonomicznych? Po co 

tracić czas na zwalczanie egalitarnych doktryn Engelsa i po co uroczyście odwoływać się do autorytetu 

Bernsteina (str. 409), który jakoby przywraca do czci państwo (i to, proszę sobie wyobrazić: akurat na 

łamach czasopisma «Neue Zeit»), orzekając w imieniu socjalistów, że oni rzekomo nie chcą państwa znieść, 

tylko je po prostu zreformować? Bardzo łatwo można na tej drodze osiągnąć zbieżność z pospolitym 

zdrowym rozsądkiem, który podobnie jak nasz pan Masaryk nie uchyli się od twierdzenia, że istnieją 

nierówności sprawiedliwe i niesprawiedliwe (sic!). Żeby chociaż dał jednocześnie ich właściwą miarę.

Pomijam rozdział zatytułowany „Nacjonalizm i internacjonalizm” (str. 426-465) – w którym autor, 

oprócz wyrazów oburzenia z powodu słowianofobii Marksa, dał kilka cennych uwag o tych hamulcach 

internacjonalizmu,   które   wypływają   z   samego   ducha   narodowego   –   zatrzymam   się   natomiast   na 

paradoksach,   wypowiedzianych   przez   autora   na   temat   religii   (str.   455-481).   Tu   występuje   na   jaw 

prawdziwy dekadent. W katolicyzmie i protestantyzmie widzi fakty jeszcze nader żywotne, a ponadto 

niejednokrotnie   decydujące   o   losach   świata.   Przecież   my   wszyscy   jesteśmy   albo   katolikami,   albo 

protestantami. Przecież cała współczesna filozofia jest protestancka, filozofia zaś katolicka istnieje tylko 

per nefas (a pański Comte, panie Masaryk?). Marks ma w sobie elementy katolicyzmu nie tylko dlatego, że 

przyswoił  sobie  francuski  socjalizm,  który  jest  socjalizmem  katolickim,  niestrawnym  dla  świadomości 

protestanckiej,   ale   również   dlatego,   że   uznawał   władzę   autorytetu,   był   wrogiem   indywidualizmu, 

internacjonalistą i zwolennikiem absolutnego obiektywizmu (str. 476). Jak rewolucja francuska była w 

poważnej mierze ruchem religijnym, tak też pierwiastek religijny zawiera się we współczesnym socjalizmie. 

To tu, to tam przebija myśl, że katolicyzm i protestantyzm w pewnej mierze uzupełniają się nawzajem; 

autor   zapewne  sądzi,  że   w   łonie   socjalizmu  dojrzewa   religia   przyszłości,   albowiem   „wiara   stanowi 

najwyższy  obiektywizm  każdego   normalnego   człowieka,   a   więc  ipso   facto  społeczny;   jednakże 

obiektywizm samego Marksa ma charakter nazbyt zgryźliwy” (str. 480).

Jeżeli religia jest wieczna, jeżeli państwo jest nieśmiertelne, jeżeli prawo jest naturalne – to trudno 

sobie wyobrazić, by etyka mogła nie być ponadczasowa (str. 482-500). Autor nadaje świadomości moralnej 

charakter faktu bezpośrednio danego i bezspornego. Nie będę się nad tym twierdzeniem zatrzymywał i 

tłumaczył, że nie trzeba być historycznym materialistą ani po prostu materialistą, żeby pomiędzy bajki 

włożyć owe dziecinne poglądy; niemniej wdzięczny jestem autorowi za cytaty z artykułów prasowych, w 

których  Bernstein,  Schmidt i inni podobni  do nich socjaliści bronią  honoru etyki  przed  amoralizmem 

Marksa (str. 497). Opuszczam rozdział omawiający stosunek socjalizmu do sztuki (str. 500-508).

Ze wszystkich powyższych względów czytając to, co pan Masaryk pisze w części piątej (str. 520-

585)   o  praktycznej   polityce   socjalizmu,   poświęcając  temu   zagadnieniu   dwa   rozdziały,  zatytułowane: 

„Rewolucja i reforma” oraz  „Marksizm i  parlamentaryzm”, czytelnik  styka  się  z tworem doktrynalnej 

werbalistyki w całej okazałości. Że socjalizm w ostatnich pięćdziesięciu latach przeszedł ewolucję od sekty 

do partii – jest rzeczą dostatecznie i powszechnie znaną. Że imperatywny i kategoryczny komunizm stał się 

z kolei socjalną demokracją – to również nie nowina. Że partie socjalistyczne rozwijają obecnie różnorodną 

i przystosowaną do okoliczności działalność – jest to zarówno fakt historyczny, jak i samo tworzenie 

historii. Że przy tym wszystkim popełniane są błędy i zdarzają się praktyczne wahania – jest to rzecz ludzka 

i trudna do uniknięcia. Niewątpliwe jest jednak i to, że dla zrozumienia tego rodzaju rzeczy trzeba żyć 

wśród nich, odczuwać je i obserwować okiem historyka. Cóż atoli robi pan Masaryk? Nic nie widzi oprócz 

czystych   kategorii;   i   wszystko   jest   dla   niego   przejściem:   od   programowego   rewolucjonizmu   do 

zaprzeczenia   możliwości   jakichkolwiek   ruchów   rewolucyjnych,   od   romantyzmu   do   praktycyzmu,   od 

rewolucyjnej  arystokracji   do   demokratycznej   etyki,  od  kategorycznego   imperatywu  do  empiryzmu,  od 

czystego obiektywizmu do samokrytyki, od tytanizmu do nie wiem już czego jeszcze; wiadomo tylko, że 

„Faust-Marks   staje   się   wyborcą”   (str.   562).   Szczęśliwi   jesteście   wy,   wyborcy   socjalistyczni,   którzy 

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 10 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – O tak zwanym kryzysie marksizmu (1899 rok)

uzupełniacie Goethego – i oto znów osobliwa metoda polegająca na tym, żeby widzieć osobę Marksa 

(którego biografii, jak autor twierdzi, z niewiadomych mi przyczyn nie zna! – str. 517) jakby przedłużoną 

nieskończenie,   uczestniczącą   we  wszystkich   poczynaniach  i   przejawach  działalności   partii  oraz  prasy 

socjalistycznej, a następnie ogłosić marksizm odpowiedzialnym za wszystkie słowa i postępki innych, a 

panu Karolowi Marksowi kazać, aby się kajał z powodu tych słów i postępków i żałował za nie jak za 

swoje własne. Ale Nemezys okazała się sprawiedliwa, albowiem owego poczciwego Marksa, który chciał 

być wszystkim naraz – i niemieckim filozofem, i łacińskim rewolucjonistą, i protestantem, i katolikiem – 

dosięgła wreszcie zemsta protestantyzmu (str. 566); i to jest ostateczny wyraz kryzysu, to jest prawdziwy 

sens nowego 9 Thermidora Maksymiliana Karola Robespierre'a Marksa.

Nie  warto  byłoby  podążać za  autorem tam,  gdzie  zbiera  on z  całej  prasy  socjalistycznej  i akt 

partyjnych dowody  na to, że marksizm został  zdruzgotany  przez  samych marksistów, będących jakby 

przedłużeniem Marksa. Teza autora głosi, że socjalizm  staje się konstytucyjny. Żeby podeprzeć tę tezę, 

wszystko jest dobre, nawet świadectwo E. Ferriego, który rzekomo powiedział – doprawdy nie wiem gdzie 

–   że   republika   jest  prywatnym  interesem  partii  burżuazyjnych.   A   więc  żadna  republika!   Autor   żywi 

nadzieję, iż „socjalizm utraci ostre cechy doktryny ateistycznej, materialistycznej i rewolucyjnej i nabierze 

koniec końców charakteru szczerze demokratycznego, stając się uniwersalną koncepcją życia i świata. 

Polityka takiego demokratyzmu miałaby być prawdziwą polityką ogarniającą wszystkie dziedziny życia i 

wszystkie obszary świata; będzie to polityka prowadzona sub specie aeternitatis” (str. 585). Ja ze swej 

strony muszę wyznać, że z tego wszystkiego nic a nic nie rozumiem.

Przebrnąłem przez 600 stronic pana Masaryka ze szczególną sumiennością i cierpliwością – mimo iż 

rodzaj moich zajęć rzadko kiedy pozwala mi na przeczytanie jakiejś książki jednym tchem. Ukazanie się 

tego dzieła wzbudziło we mnie najżywsze zainteresowanie. Tak dużo mówiło się i plotkowało o kryzysie 

marksizmu, przy czym zabierali głos ludzie o średnim lub bardzo niskim, a prawie zawsze niedostatecznym 

wykształceniu, że wydawało mi się, iż można by wiele skorzystać z tego opus magnum autora, który posiał 

nowe   myśli   w   dziedzinie   nauk   społecznych.   Jak   dalece   książka   ta   mnie   rozczarowała,   widać   ze 

wszystkiego, co dotychczas powiedziałem.

Jest   rzeczą   pewną,  iż   pan  Masaryk   nie   ma   nic   wspólnego   ze   wszelkiego   rodzaju   zawodową 

ignorancją i zuchwałym krętactwem, jakie, na skutek istnienia wielkiej ilości zdecydowanych krytyków 

socjalizmu,   w   krótkim   czasie   tak   bujnie   rozkwitły   w   naszym   szczęśliwym   kraju,   gdzie   pienią   się 

najróżniejsze odmiany anarchizmu moralnego i intelektualnego. Nic nie łączy autora, o którym mówię, z 

tak   zwanym  kryzysem  marksizmu  we   Włoszech;   nic   prócz   tej   obcej   etykietki,  która   została   do   nas 

przeszczepiona za pośrednictwem prasy francuskiej.

Uczciwy i skromny zamiar pana Masaryka sprowadzał się do tego, aby wyśpiewać marksizmowi 

requiem – w imię jakiejś innej filozofii. Materiały do swojej krytyki zebrał on w przypisach, co wymagało 

cierpliwego i solidnego opracowania; a w imię czego i w jakiej intencji przeprowadzał swoją krytykę, 

świadczy o tym cały tekst książki oraz jej ton – spokojny i rozważny. Kwestia społeczna jest  faktem  – 

socjalizm też jest faktem – socjalizm i marksizm obecnie stanowią jedno (autor powtarza to wielokrotnie i, 

moim zdaniem, bardzo się co do tego myli); ale kwestia społeczna powinna znaleźć rozwiązanie inne niż to, 

które przewiduje  socjalizm-marksizm; poruszmy, przeróbmy, prześwietlmy  Weltanschauung, na którym 

opiera się marksizm; niech go na nowo przedyskutują sami marksiści lub prawie marksiści, a wnikniemy w 

kryzys jako arbitrzy.

To, czego pan Masaryk – sam osobiście – chciałby dopiąć w praktyce, zrozumiemy może lepiej przy 

innej okazji; muszę wszakże wyznać, iż ja ze swej strony wcale nie pałam żądzą dowiedzenia się tego. 

Lektura książki pana Masaryka skłoniła mnie jednak do powtórnego przemyślenia całego wieku historii 

idei.

Pozytywizm  od samego początku deptał socjalizmowi po piętach. Ideologicznie biorąc, obie te 

doktryny   zrodziły   się   prawie   jednocześnie   w   genialnym   umyśle   Saint-Simona.   Były   one   jakby 

uzupełnieniem przez antytezę zasad Wielkiej Rewolucji. Walka pomiędzy nimi toczyła się w różnorodnym 

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 11 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Antonio Labriola – O tak zwanym kryzysie marksizmu (1899 rok)

środowisku saintsimonowskiego potomstwa. W pewnym momencie Comte stał się przedstawicielem reakcji 

(arystokratycznej  –  powiedziałby  pan  Masaryk)   i  odpowiednio   do  swego  systemu  wskazał   wszystkim 

ludziom ich miejsce i przeznaczenie, w imię wszechwiedzącej i  klasyfikującej  nauki. W miarę tego, jak 

socjalizm stawał się świadomością walki klasowej w orbicie produkcji kapitalistycznej, i w miarę tego, jak 

socjologia, po wielu nieudanych próbach, konsolidowała się w materializmie historycznym – pozytywizm

ten nieprawy spadkobierca ducha rewolucyjnego, zamknął się w pysze najdoskonalszej klasyfikacji nauk, 

która z pogardą traktuje materialistyczną koncepcję samej wiedzy naukowej jako działalności ulegającej 

zmianom odpowiednio do zmiany warunków praktycznych, to znaczy  pracy. Masaryk jest człowiekiem 

zbyt   skromnym,  żeby   pretendować   do   tytułu   papieża  nauki,   za   jakiego  uchodził   Comte,  ale   jest   w 

dostatecznym stopniu profesorem, żeby wierzyć, iż Weltanschauung  jest czymś wyższym aniżeli kwestia 

społeczna prostych robotników. Można nim kręcić i wiercić nie wiem jak, a zawsze w profesorze będzie 

tkwił   ksiądz,  który   tworzy  bóstwo,  by   potem  oddawać  mu   cześć  boską  –   czy   to  będzie   fetysz,  czy 

poświęcona hostia.

A teraz możemy powiedzieć, żeśmy go zrozumieli.

Pragnąłbym bardzo przytoczyć niektóre miejsca z moich pism, gdzie wyjaśniałem różnicę pomiędzy 

krytyką a kryzysem. Myślę jednak, że tym razem powiedziałem już dosyć.

Jak polityka nie może być niczym innym, tylko opartą na faktach i praktyczną interpretacją danego 

momentu   historycznego,   tak   socjalizm   –   mówiąc   w   ogólności,   czyli   nie   biorąc   pod   uwagę  różnicy 

warunków pomiędzy poszczególnymi krajami – ma dziś przed sobą naprawdę trudny i złożony problem: 

aby   w   równej   mierze   wystrzegać   się   daremnych   romantycznych   prób   powtórzenia   tradycyjnego 

rewolucjonizmu (pan Masaryk powiedziałby, że socjalizm musi wystrzegać się ideologii), co i taktyki 

przystosowania się i stępiania, która doprowadziłaby go, drogą ustępstw, do rozpylenia się w giętkim 

mechanizmie burżuazyjnego świata. Pragnienie, oczekiwanie i nadzieja takiego złagodzenia się ze strony 

socjalizmu sprawiły, iż w ostatnich czasach wielu obrońców współczesnego ustroju społecznego zaczęło 

przywiązywać  niezwykłą   wagę   do   powszednich   partyjnych   polemik   literackich,   a   skromną   książkę 

Bernsteina   wyniesiono   do   godności   symptomu   historycznego

7

  Fakt   ten   zawiera   w   sobie   zarazem 

charakterystykę i osąd zarówno tej książki, jak i innych, podobnych; ale pan Masaryk nie ma z tym nic 

wspólnego. Pan Masaryk jako czynny profesor uprawia filologię drogą zadrukowywania papieru.

7

 Co do książki Bernsteina por. mój artykuł w czasopiśmie «Mouvement Socialiste», zeszyt z maja roku 1899.

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 12 -

www.skfm-uw.w.pl