background image

Historia Żydów w Leżajsku

Zdaję sobie sprawę, że pisząc tym razem o byłej leżajskiej społeczności żydowskiej 
napotkam na liczne dylematy przy opisywaniu niektórych szczególnych zdarzeń. bo jakie 
mam zająć stanowisko np. wobec błędnych materiałów i informacji do dziś 
publikowanych, które tylko dyskredytują Autorów i zacierają prawdziwy obraz minionych 
lat.

    W niniejszym opracowaniu pragnę przypomnieć zdarzenia i ludzi sprzed 60 lat bliskie 
osobom starszym. A jeśli przeczytają je także młodzi, to myślę, że nie będą ich już 
dziwiły pewne zachowania ortodoksyjnych żydowskich pielgrzymów i turystów. (...)

Żydzi w Leżajsku

W Leżajsku mieszkali Żydzi wyłącznie o niemiecko brzmiących nazwiskach, lecz nigdy 
nie utożsamiali się oni z grupą miejscowych Niemców.

1

Ader

Adler

Alter

Aster

Akner

6

Anfang

Adwokat

Altman

Altschűller

Ascher

11 Ausibel

Bakon

Bardach

Beck

Berstein

16 Berger

Beer

Beili

Barber

Bass

21 Bilfeld

Birnbach

Binder

Brűll

Brodt

26 Birnfeld

Bergenicht

Both

Bohrer

Bodenstein

31 Blumenfeld

Burstin

Burta

Diller

Drylman

36 Drűcker

Dierer

Erbaum

Erlich

Engelberg

41 Eisenberg

Eibenstark

Eimem

Etner

Eheman

46 Einchorn

Elenbogen

Engländer

Faust

Fäeber

51 Frankenhar

Feit

Fergenbaum

Feldman

Ferber

56 Fetter

Fenster

Frenkl

Fischler

Freinfeld

61 Friedlander

Flizku

Frescher

Flichtenbaum

Friedman

66 Flaumenbaum Fligelman

Garfunkel

Grabscheind

Glanzberg

71 Gans

Galler

Glatt

Gärtner

Geitzhals

76 Greisman

Geistler

Gerecht

Grűnfelg

Grűnberg

81 Guzik

Gross

Goldman

Goldberg

Goldstein

86 Grisinger

Goldbrener

Gottlieb

Goldschmidt

Goldfarb

91 Goldwender

Gotesdiener

Grűnbaum

Grűnmann

Gruszow

96 Grűnwald

Hasenfeld

Hamersfeld

Haarzopf

Haberstein

101 Haftel

Hammer

Haar

Hacker

Hauben

1

background image

106 Heiselbeck

Hanfling

Hirschfeld

Horn

Horowitz

111 Hollender

Holloschűzer

Holloschűtz

Horman

Holles

116 Hoffort

Honig

Idler

Iser

Jamm

121 Jäger

Klarkman

Karfioł

Karpf

Kraut

126 Kraus

Klapholz

Kanner

Kärner

Kohn

131 Kornblau

Knoblich

Kalter

Kirschenblűt

Kirschbaum

136 Kirschner

Kinderfreund

Kisel

Kleinman

Krampf

141 Krant

Kerbe

Keller

Kneitel

Körber

146 Kurtman

Kurz

Kupferschmidt

Kűhl

Katz

151 Klarman

Klaufman

Kandel

Kosten

Liberman

156 Lisker

Linderbaum

Lieber

Luftschitz

Löw

161 Lör

Laufer

Laks

Lasser

Laub

166 Landau

Lewandel

Lugenbaum

Mander

Mehcon

171 Metzger

Minder

Mondschein

Műller

Műnz

176 Narzinsenfeld Nadel

Nadelsbach

Nattel

Neuman

181 Neis

Nussbaum

Ohlbaum

Orbach

Ost

186 Oster

Pflanzer

Parnes

Palenberg

Pechtalt

191 Permitter

Pinkas

Penner

Potascher

Profus

196 Propper

Puderbeitel

Ratch

Raber

Rabinowicz

201 Rajzli

Reichenthal

Reisner

Reiss

Reif

206 Reich

Reblum

Ringel

Reischer

Reinholz

211 Ringler

Ring

Rottenberg

Rothman

Rosenblűth

216 Rosenbaum

Rotenberger

Rosenzweig

Rosner

Rottenstrauch

221 Rebhun

Roth

Rokach

Rosenblatt

Rosen

226 Strauch

Schwarzstein

Spatz

Schmacz

Sattelman

231 Schwarzer

Schank

Safier

Sales

Sandbank

236 Satler

Spergel

Stein

Stempel

Stilbach

241 Steinharatt

Sternlicht

Steifeld

Stern

Stelzer

246 Stendig

Scechtel

Schweber

Scheinbach

Schechtman

251 Sternberg

Schenkelheim

Schneck

Schiff

Schechter

261 Schmiedt

Silberman

Schlűsserberg

Stifel

Schipper

266 Schoor

Sonneblűth

Sobel

Solbach

Stossvogel

271 Strauch

Steinnauer

Sprűng

Strum

Tannenbaum

276 Tanzman

Taffel

Teicher

Teitelbaum

Teichman

2

background image

281 Teschner

Tepfer

Tűrkenkopf

Tuchfeld

Tugenchaft

286 Thurm

Uher

Ulryk

Verständig

Vetter

291 Wachs

Wagner

Wang

Wander

Wasserman

296 Waldman

Walkier

Wahrhafling

Wachtenkönig

Waller

301 Wanderer

Weinberg

Weinman

Weissberg

Weissbrot

306 Werdenbaum

Weissblum

Weingarten

Wetscher

Weinreich

311 Wenger

Wirth

Wilkenfeld

Wiener

Wolkenfeld

316 Wolf

Wurcel

Zales

Zeibel 

Zinn

321 Zinnentaube

Zucker

Zellner

 

 

Na grobach przodków

Wraz z powstaniem w mieście żydowskiego osiedla, po przeciwległej stronie wąwozu, na 
którego zboczu wybudowano kilka domów, wśród rosnących krzaków dzikiego bzu i 
leszczyny, schowane przed oczyma ciekawskich, pojawiły się pierwsze groby, przeważnie 
dzieci umierających na nieznaną w tym czasie chorobę. Odległe to były czasy.

Taki był początek kirkutu - cmentarza żydowskiego, najstarszej miejskiej nekropolii. Grzebano 
na nim wszystkich zmarłych wyznawców judaizmu z miasta i najbliższych okolic, z podziałem 
na część męską i kobiecą. Z racji wierzeń miejsce grzebania zmarłych Żydów jest miejscem 
nietykalnym i nienaruszonym. Powodowało to ograniczenie miejsca pochówku w myśl zasady, 
że każdemu przysługuje taka sama działka ziemi na wieczny spoczynek. Wyjątek stanowili 
rabini i uczeni w talmudzie. Z czasem przybywało mieszkańców i zmarłych, przeto z konie-
czności, poszerzono cmentarz wykupując sąsiednie ogrody i połączono w jedną całość. 
Początkowo cmentarz ogrodzony był szczelnym płotem z grubych desek dwumetrowej 
wysokości. Później, płot zamieniono na mur ceglany z bramą otwieraną wyłącznie i na czas 
pogrzebów lub uroczystości przy grobie cadyka. Na każdym grobie, w nogach ustawiano 
płyty nagrobne - macewy. Najczęściej wykonane były z piaskowca, czasem z granitu lub 
marmuru. Zdobiły je napisy o bardzo różnej treści. Symbole nagrobne jak i epitafia 
upamiętniały życie zmarłego szczególnie jego pobożność i gorliwość w spełnianiu dobrych 
uczynków. Oprócz znaków o religijnym znaczeniu jak Gwiazdy Dawida, Menory lub 
Korony umieszczano także znaki, które obrazowały imię zmarłego. Jan Brzoza w książce 
pt. "Na małym rynku" cytuje jeden z przedwojennych, miejscowych napisów na 
macewie:"Beda Arieli odszedł do Boga, płaczcie i lamentujcie i lejcie gorzkie łzy, oto umarł Ben 
Lewi, syn Lewiego i wnuk Lewiego".Goje przed wojną najczęściej oglądali cmentarz przez 
powybijane w murze otwory, którymi nawet wchodzono na kirkut. Żydzi nigdy z tych 
otworów nie korzystali albowiem traktowali to jako profanację cmentarza.

Uroczystości pogrzebowe dokonywane były najczęściej w dniu śmierci. Prawdopodobnie był to 
zwyczaj przyniesiony z Palestyny, gdzie wysokie temperatury i szybkie psucie się zwłok 
zmuszało do niezwłocznego pochówku. Obrzędu dokonywali przeszkoleni ludzie będący w 

3

background image

dyspozycji gminy żydowskiej. Zmarłego przenoszono do domu pogrzebowego na terenie 
cmentarza i skrzętnie ukrywano przed ciekawskimi. Zwłoki układano na specjalnej desce 
poddając je rytualnemu myciu. Czynności te aryjczycy nazywali "maglowaniem trupów". 
Zmarłe dziecko płci męskiej podlegało jeszcze obrzezaniu. Następnie, ciało owijano płótnem, 
kładziono na specjalne "mary", nakrywano pośmiertnym całunem i szybko przenoszono do 
przygotowanego grobu. W przypadku usłyszenia głosu dzwonów kościelnych, zmarłego 
kładziono na ziemi aż do ukończenia ich bicia. Z tego też powodu na pogrzeby najczęściej 
wybierano taką porę dnia, w której nie odbywały się nabożeństwa w kościele lub cerkwi i 
nie planowano katolickich pochówków. Podczas pogrzebu, w stare garnki zbierano datki na 
koszty pogrzebowe, dzwoniąc pieniędzmi co miało zachęcać do szczodrych ofiar.

Na leżajskim cmentarzu spoczął m.in. cadyk Elimelech. Z tej  to przyczyny jest on miejscem 
kultu i odwiedzin Żydów - ortodoksów pochodzących z różnych krajów świata a szczególnie z 
Izraela i USA. Na leżajskim cmentarzu pochowano łącznie około 2300 Żydów (wg relacji 
K.Gduli). Jedynym zachowanym dokumentem zmarłych jest 40 kart pośmiertnych 
wystawionych w 1913r. Znalazł je, latem 1979r. zupełnie przypadkowo Pan Tadeusz Fus, 
remontując budynek przedszkola mieszczącego się w byłym probostwie unickim. W dobrym 
stanie leżały one na strychu, pod krokwią. Dlaczego tam i tylko z jednego roku, trudno o 
odpowiedź

Nekropolie są szczególnym miejscem, które na ogół budzą szacunek wśród wszystkich 
ludów całego świata. Zdarzały się niekiedy drobne przypadki zniszczeń ale okazało się z 
czasem, że były one niczym wobec totalnej zagłady wszystkiego co było żydowskie przez 
nacjonalizm i faszyzm niemiecki.

Do roku 1940 nic nie wskazywało, że cmentarz leżajski ulegnie dewastacji. Na nim to, w 
drewnianej szopie krytej gontem, znajdował się grób cadyka Elimelecha. Wiosną tegoż 
roku, na polecenie władz okupacyjnych, "miejscowi" - Józef Owsik i Józef Żaba pod 
nadzorem Johana Keipra, Stanisława Wernera i Michała Nabrzeżnego rozebrali 
drewnianą szopę i rozkopali grób. Szukali rzekomo "złotego cielca". Z olbrzymiego 
wykopu 300x250x250 cm wyrzucono resztki ludzkich kości: głowy, rąk, nóg, miednicy i 
żeber, resztki blaszanych i glinianych garnków. Kości te leżały kilka dni pod rosnącą 
obok lipą. Taka była rzeczywistość, ale w ludzkiej fantazji i wyobraźni mogło być inaczej, 
np:

"Podczas wojny Niemcy kazali otworzyć grób (rozkopać) i znaleźć złoto. Kopali polscy 
robotnicy, uderzenia słychać było na całej ulicy Górnej. Potem rozległ się krzyk i z 
cmentarza wybiegli ludzie. Cadyk ukazuje się, leżał w białym całunie jakby go wczoraj 
pochowano i miał oczy. Mecenas Z. wzruszył ramionami na tą opowieść, ale córka 
Marguszki zaperzyła się. Ojciec widział, jak uciekali to przed czym? Wystraszyli się kości? 
Cadyk leżał i patrzy l na nich prawdziwymi oczami chociaż bez stówa "

(Vide: Hanna Krall Dowody na istnienie Wydawnictwo 5 Poznań 1995r.)

4

background image

W taki oto sposób powstają legendy i taka legenda o cadyku poszła w świat, potwierdzona 
przecież świadkami w osobach mecenasa Z. i wzruszającej ramionami „zaperzonej" córki 
Marguszki. To wszystko na potrzeby przyjeżdżających żydowskich ortodoksów, bo cud to 
przecież najmilsze dziecko wiary.A tak naprawdę, co działo się potem? Miejscowy 
"wyrostek" Adam Werner niósł czaszkę cadyka na patyku i straszył nią bawiące się obok 
dzieci. Nieco później, za sprawą ówczesnej Gminy Żydowskiej wykopane z grobu kości cadyka 
zostały pozbierane, przeniesione i zakopane w górnej części cmentarza, po lewej stronie 
drogi, rzekomo na grobie członka jego rodziny. W późniejszych latach był tam punkt 
meteorologiczny (relacje świadków: Józefa Deca i Mieczysława Pudełkiewicza).

W roku 1962, na miejscu byłego grobu postawiono nowy murowany ohel cadyka Elimelecha 
na miarę gustu i wyobraźni fundatora, budowniczego i projektanta. Wybudowano go na zlecenie 
rabina Frydmana z Wiednia, byłego ucznia Krakowskiej Szkoły Rabinackiej, jako votum 
wdzięczności za uratowanie jego życia w czasie okupacji niemieckiej.

Ohel wybudowali:

Inwestor zastępczy - Zdzisław Zawilski,

Projektant-inż. arch. Arnold Barański, ówczesny Kier. Wydz. BUiA Prezydium PRN Leżajsk,

Roboty murarskie - Zenon Fraczek, Wacław Garbacki,

Roboty blacharskie - Zygmunt Węglarz.

Należności za wszelkie materiały i robociznę zawsze w gotówce regulował Zdzisław 
Zawilski.

Historia tej budowy ma jednak także i wcześniejszy wątek. Otóż jak wspomniano uprzednio, 
w grudniu 1959r. zjawił się w mieście Baruch Safier, przedwojenny leżajski Żyd, komunista. 
Wrócił z ojczyzny komunizmu ZSRR, z gułagu. To on stał się bazą i oparciem dla wszelkich 
pierwszych poczynań mających na celu odbudowanie grobu cadyka. Zdarzenia z tym 
związane obfitowały w liczne konflikty z władzami, było wiele niedomówień, aluzji, plotek i 
kłótni o składane pieniądze. Finał był taki, że Baruch Safier całkowicie stracił wśród 
swoich zaufanie. Tym sposobem pieczę nad owym ohelem, z racji swej osobowości, przejęła 
Polka Janina Ordyczyńska i sprawowała ją do roku 1990. Wtedy to niezwyczajnie odeszła z 
tego świata. Otóż przybyłym pewnego dnia pątnikom otworzyła tradycyjnie drzwi ohelu, 
zaniemogła, upadła i po przewiezieniu do szpitala umarła. Po jej śmierci rolę opiekuna 
tego miejsca przejęła córka - Krystyna Kiersnowska. "Ta od Żydów"- mówią w mieście. 
Uzyskała pełne przyzwolenie i mają oni do niej zaufanie.

Najważniejszym i mobilizującym czynnikiem wszelkich działań na rzecz odbudowy ohelu, 
było zupełnie przypadkowe znalezienie przez Barucha Safiera, wśród płyt chodnikowych na ul. 
Stawowej oryginalnej macewy z grobu Elimelecha. Macewa ta z inskrypcją: "Nasz Pan i Na-

5

background image

uczyciel i człowiek Boga rabin (cadyk) Elimelech Lazar Lippman w tym grobie spoczywa, który 
zmarł 21 dnia Adaru" znajduje się w leżajskim ohelu.

Przedwojenny cmentarz żydowski oddzielony był od ul. Górnej i domostw głębokim wąwozem. 
Dziś, poważnie został on zmniejszony i nie jest jak kiedyś tajemniczym światem zmarłych. 
Zasypano naturalny wąwóz. Na miejscu ceglanych murów postawiono ażurowy, żelazny płot i 
taką samą bramę (z Fundacji Rodziny Nissenbaunów). Nie chronią już one przed oczyma osób 
ciekawskich kilku ocalałych macew posta-wionych z przypadku "gdzie bodaj", bo pozostałe, 
zapomniane macewy nadal leżą wśród bruków miasta.Leżajski kirkut nie był jedynym 
miejscem pochówku zmarłych Żydów. Podczas okupacji ginęli oni w różnych miejscach i 
tam najczęściej ich grzebano. Na podstawie wieloletnich analiz, badań i konsultacji z 
licznymi, świadkami ustalono następujące dodatkowe miejsca pozacmentarnego 
pochówku Żydów

2 mężczyzn (Zeible) - na terenie Szkoły Podstawowej Nr 2 (ok. 8 m od ul. 
Mickiewicza i 4 m od północnej granicy realności),

l mężczyzna - na ul. Dolnej, obok byłego domu Dołęgów,

2  kobiety i 3 dzieci - ul. Sanowa 38 (Sara Wagner z dziećmi – Heniem i Lonią oraz jej bratowa 
z synem),

Małżeństwo Rűbenfeldów na ul. Sanowej 20,

3 mężczyzn (2 Żydów i l Polak) - między byłą studnią a płotem na dziedzińcu Sądu,

Kilkanaście osób na skraju wierzawickiego lasu, po prawej stronie drogi w kierunku 
Jarosławia,

3   osoby (Galler - matka i 2 synów)  na "Chałupkach" na realności Malców,

Około 20-25 dzieci żydowskich w zbiorowej mogile po prawej stronie przy wejściu na 
kirkut (stacja trafo),

Kilkunastoosobowe pochówki na terenie Giedlarowej (10-12 Żydów z Giedlarowej i 4 osobowa 
rodzina Riimlera z Żołyni), i na terenie Brzozy Królewskiej w różnych miejscach w tym 
ukrywająca się rodzina Kűrschenblatta,

 2 marca 1994r. pracownicy Elektromontażu Rzeszów, w czasie wykonywania wykopu w 
rejonie skrzyżowania ulic Rzeszowska- Mickiewicza natrafili na szczątki szkieletu ludzkiego. 
Następnego dnia Wydział Usług Pogrzebowych MZK dokonał ekshumacji i przeniesienia resztek 
szkieletu na Cmentarz Komunalny. (Biuletyn Miejski Nr. 2/3/94),

Był tam pochowany Żyd, w mundurze sowieckim, zmarły z opilstwa w domu Potaschera, w 
grudniu 1944 r. lub w styczniu 1945r.,

6

background image

Wiosną 1944 r. w porze nocnej żandarmeria niemiecka rozstrzelałai pogrzebała na kirkucie 4 
nieznanych, będących w różnym wieku Polaków.

Nikt nie może jednak potwierdzić, że są to wszystkie dodatkowe miejsca grzebania 
zmarłych Żydów.

Góra dokumentu

 Spacerem po mieście

Co zostało w mieście po dawnej żydowskiej społeczności?. Co może jeszcze 
przypominać przyjeżdżającym żydowskim pielgrzymom tamte lata?. Nic lub bardzo 
niewiele.

Resztki ocalałych judaików skupił i wywiózł mieszkający w mieście, w latach 60 ostatni 
Żyd Baruch Safier. Nie zachowały się też z tamtych czasów dokumenty i 
fotografie.Stojące w Rynku i na sąsiednich ulicach domy niby te same, ale jakieś inne. 
Przebudowy, różne adaptacje i nowe elewacje zmieniły ich wygląd. W oknach firanki, 
kwiaty, a w nich tylko aryjskie twarze. Z dawnych mrocznych sieni, zamykanymi 
topornymi bramami, nie zieje stęchlizną, nie cuchnie uryną i nie słychać wiecznego 
typowego "rejwachu".

    Dziś, latem, cały rynek tonie w kwiatach i zieleni i jest stale otoczony sznurami 
wszelkich marek samochodów. Strażnicy miejscy nie karzą mieszkańców mandatami za 
wylewanie nocników i pomyj na rynek i ulice. W pogodne, letnie szabasowe dni, nie stoją 
na chodnikach krzesła i ławki. Nie siedzą na nich Żydzi, "napowietrzniki" z nogami 
wyciągniętymi w poprzek chodnika, sięgając prawie do rynsztoków. Nieaktualne stało się 
powiedzenie "wasze ulice-nasze kamienice". Nie ma ustawicznych sporów, czasem 
kłótni, nie trzeba szukać umiejętności współżycia. Nie ma na Rynku jednej z miejskich 
kołowrotowych studni, która była miejscem sąsiednich pogaduszek i stojących przy niej 
"wodziarzy". To oni zaopatrywali większość żydowskiej społeczności w wodę, a 
szczególnie pobliskie piekarnie. Zniknęły z Rynku budki-kramy i oryginalna, w kształcie 
sześciokątna budka Pesli Safier z lodami, wodą sodową (na życzenie z sokiem) i 
ciastkami. Pesla-ruda jak wiewiórka, trochę piegowata, zupełnie podobna była do 
dziewczynyna opakowaniu sprzedawanych ciastek z czekoladą. Ta studnia i budka Pesli 
były tłem dekoracyjnym w latach trzydziestych podczas uroczystości powitania na 
leżajskim Rynku Prezydenta Mościckiego. 

    Nie ma piekarni Gołdy Tanzman (ul. Rzeszowska 17), gdzie pieczono zawsze 
smaczne i chrupiące  "kajzerki" z makiem. Mój ojciec nie jadał tych "kajzerek" od czsu 
kiedy przez otwarte okno w piekarni widział jak kot obsikiwał worek z makiem.

    Nie ma sklepu kolonialnego Salomona Weinsteina (ul. Mickiewicza 8), gdzie tuż przed 
szabasem, okazyjnie, za grosze można było kupić przejrzałe kiście bananów i 

7

background image

pomarańcze. Tam młodzież kupowała na randki chleb świętojański, wianki fig i na wagę 
chałwę o różnych niepowtarzalnych smakach.

    Nie ma koszernego wyrębu mięsa Abrahama Renhentala (ul. Rzeszowska), gdzie 
"nieczyste" mięso -tylne części wołowiny kupowali katolicy.

    Nie ma "łokciowych sklepów bławatnych" Altera Anfanga (ul. Mickiewicza), gdzie za 
ladami, ze stosami najlepszych nawet bielskich materiałów, można było zawsze spotkać 
wielu młodych "subiektów", ze skręconymi w korkociąg pejsami. Tutaj każdy mógł coś 
kupić dla siebie, bo oni umieli zachwalać towar. Pięknie opakowany w firmowy papier 
zawsze przewiązywali sznurkiem koloru sukienki klientki.

    Nie ma sklepu Chaji Gruber (ul. Górna 7), w którym bocznym wejściem przez sień, 
nawet w "szabas' można było kupić najpotrzebniejsze artykuły spożywcze. 
Obowiązywała tylko dziwna forma sprzedaży. Na ladzie leżały odważone po "funcie" 
papierowe torebki tzw. "rożki" z różnymi towarami jak: cukier, sól, mąka kluskowa, kasza 
jaglana itp., a obok, na szklanych spodkach leżał posegregowany bilon. Kupujący sam 
osobiście musiał wziąć odpowiedni towar i sam dokonać zapłaty wkładając lub 
wybierając odpowiednie wartości bilonu. Chaja, tylko bacznie obserwowała czy wszystkie 
operacje kupna wykonane zostały prawidłowo. Na wszystko mieli jakiś sposób.

    Nie kursuje z Rynku przez Żołynię i Łańcut do Rzeszowa autobus Izraela, wyłącznie z 
katolicką obsługą, zawsze pełen pejsato-brodatych pasażerów i słodkiego zapachu 
cebuli.

    Nie krąży między szkołami a gimnazjum Szymon Sztendig, jedyny nauczyciel religii 
mojżeszowej.

    Nie widać, szczególnie na murowanych domach, uchylanych i podnoszonych części 
dachów, gdzie biesiadowali Żydzi w święto Kuczek. Tam nie przeszkadzali im miejscowi 
"szajgece" (urwise, łobuzy).

    Nie gra na weselach żydowska kapela Mozesa Adera z basistką Polką Heleną 
Jurzyniec. Charakterystyczne, piękne melodie wpadały w ucho i podrywały nogi do 
tańca. Znana była przygoda z tamtych lat pani Heleny, kiedy to z konieczności płynęła 
przez San ze swoimi basami.

     Nie sprowadza Hanna Grűnberg "narajonych służących", szukających pracy młodych 
dziewcząt pochodzących z sąsiednich wiosek. Nie roznosi w wigilijne poranki karpii i 
sandaczy i dla reklamy "swoim gojom"-macy.

    Nie wydrukuje drukarnia Izaka Kűhla (ul. Mickiewicza 3) "kantyczek" z różnymi 
pieśniami odpustowymi (maryjnymi i okolicznościowymi), które w latach 1937-1939 

8

background image

śpiewane na placu przyklasztornym przez żebrzących dziadów były mini festiwalem 
odpustowej pieśni dziadowskiej.

    Nie aresztuje policja państwowa przed świętami narodowymi Żydów, członków 
organizacji robotniczych i komunistycznych.

    Nie chodzi po Rynku, szczególnie w upalne dni, "myszygine" Leib Katz (ul. Kącik 2) 
cierpiący na bóle głowy i śpiewający charakterystyczne piosenki żydowskie, narażając 
się na kpiny okolicznościowej gawiedzi. 

    Nie ma kogo poszarpać za pejsy, straszyć święconą wodą, posmarować plasterkiem 
słoniny lub kiełbasy.

    A kto pamięta piekarza Joela Profusa, który podobno sam nie wiedział, ile ma dzieci.

Nie ma "szabes gojek", które świadczyły w szabasy drobne posługi jak podpalanie 
ułożonego wcześniej w piecu drzewa, otwieranie okien itp.

Nie chodzą chyłkiem do mikwy okutane szalami żydowskie niewiasty. Nikt nie poczęstuje 
macą (paschalnym plackiem z niekwaszonego ciasta), makagigą z makiem i miodem, 
kuglem (leguminą szabasową) lub wódką "pejsakówką" podawaną zawsze w maleńkim, 
srebrnym kieliszku.

    Nie człapie po ulicach koń i nie terkocze "kariolka" Hersza Laksa (ul. Górna) wiożąca 
na modlitwy do bożnicy bogatszych Żydów. W każdą niedzielę i święta kościelne, nawet 
w deszcz, woził pod "budą" do klasztoru nauczycielkę Stefanię Czechowicz, przygodnych 
podróżnych ze stacji kolejowej i czasami wracającego ze spotkań towarzyskich ks. 
Czesława Brodę, co w owym czasie zawsze było sensacją, bo probostwo miało bryczkę 
z parą pięknych koni.

    Nie siedzi na przyzbie domu przy ul. Rzeszowskiej "Chabka"-niemowa Chobik, który 
całe życie mieszkał w izbie wspólnie z kurami i gołębiami, a w zimie dodatkowo ze 
szczygłami, czyzami i makolągwami. Wygnany z miasta przez okupanta wziął ze sobą 
tylko 3 białe gołębie.

    Nie uczy w "chederach"-podstawowych szkołach żydowskich "małamed"-Josł Krauz.

    Nie bawi na frontonie sklepu reklama "Tu sie kupuje szmyr, mydło, powidło i inne 
delikatesy, batogi", lub napis witający klientów "Pierwy wytrzeć dobrze nogi, po tym witaj 
gościu drogi". Nawet wiele lat po wojnie takimi sloganami bawił klientów  w zakładzie 
fryzjerskim Piotr Pajewski. 

Dziś wszystkie sklepy są z wystawami i drzwiami bez blaszanych żaluzji lub drewnianych 
okiennic zamykanych na przedziwne kłódki.

9

background image

Nie ma restauracji Hollendra Greissmana (ul. Mickiewicza), gdzie "wpadali" na "kielonek" 
lub piwo z cebulaczkiem pisarze sądowi w urzędowej porze. kiedy prezes w tym czasie z 
pękiem gazet wychodził za fizjologiczną potrzebą. Trwało to minimum 45 minut.

    Nie ma Etnera i "rzezalni drobiu", gdzie na specjalnych hakach wokół betonowego 
basenu wieszano za nogi powiązany i piszczący drób. Nie wiem od czego zależało 
użycie do zarżnięcia drobiu jednego z wielu noży, noszonych przez niego w specjalnym, 
szmacianym futerale.

    Nie ma składu opałowego Abrahama Sandbanka (Plac Szkolny), gdzie dla wygody 
miejscowej biedoty sprzedawano węgiel nawet po 10 kg.  

Nie ma "trafiki" starej Nusymowej (ul. Rzeszowska), gdzie można było kupić np. dwa 
papierosy "Machorkowe", ćwiartkę 25g paczki tytoniu "Obywatelskiego", wiśniowa "fifkę", 
bibułki "Solali" lub "Her-Be-Wo", a przed samą wojną "gilzy" tj. "tutki" do domowego 
wyrobu papierosów i specjalną "maszynkę". Całą "trafiką" była wisząca na ścianie 
wielkości połowy "nakastlika", skrzynka i takiej wielkości szyld Polskiego Monopolu 
Tytoniowego. Tam też można było kupić i sprzedać "Waszyngtony" (dolary).

    Nie struże już też "biczysk" z trzciny i nie wyplata trzepaczek i koszyków Motł Reiss.

nie ma sklepu z kapeluszami, parasolami i drobna konfekcją braci Zeibli (ul. 
Mickiewicza). Tak niewiele brakowało, aby przeżyli wojnę, gdyż zupełnie przypadkowo 
zostali zauważeni w kryjówce-schowku znajdującym się w opuszczonym domu przy ul. 
Rzeszowskiej.

    Nie wiszą w poprzek ulic "ejrufy" np. między domem Brodta i Szozdy (ul. Rzeszowska) 
lub Holloschitza i Podgórskiego (ul. Furgalskiego) tj. przeciągnięte na znacznej 
wysokości druty, będące symbolicznym odgrodzeniem, pozwalające Żydom w szabas na 
większa swobodę poruszania się między domostwami.

    Nie płynie też maleńka struga ze źródełek spod "Ciukowej Górki" zaopatrująca w wodę 
"mikwę" w łaźni, która dalej sączyła się wąwozem wzdłuż kirkutu, ulicą Dolną, aż do 
"Księżego Stawu". To nad nią w miesiącu wrześniu, w dniach pokuty, stawali Żydzi i 
wytrząsali grzechy ze wszystkich kieszeni recytując wersety Michaeszowe.

    Nie wracają przed szabasem żydowscy handlarze-domokrążcy niosący kury, jajka, 
biały ser i mleko w butelkach, które wymieniali w sąsiednich wioskach za nici, wstążki, 
podpinki do włosów, agrafki, grzebienie i "cyganki" tj. bardzo ostre, lecz tanie składane 
scyzoryki używane przez pastuchów itp.

    Nie ma fotograficznego zakładu "Sztuka" Natana Rosenblűtha (Rynek), gdzie 
"Wykonywa o każdej porze wszelkiego rodzaju zdjęcia fotograficzne w Zakładzie i poza 

10

background image

obrębem zakładu". mam taką pamiątkę od Pana Natana wykonaną "pobożnie" tj. przy 
stoliku ze świecą i książeczką do nabożeństwa w ręku.

    Nie ma leżajskich bożnic spalonych 15 września 1939 r. Pozostałe po nich mury 
rozebrano, a cegłami wybrukowano Rynek. Wiele lat później, podczas jego modernizacji 
ceglane bruki rozebrano i wywieziono na miejskie śmietnisko.

Dziś na miejscu spalonych synagog stoją nowe domy. Widocznie nic nie przeszkadzało, 
aby w jednym z nich urządzić restaurację. Pierwotnie nazywała się "Targowa", a obecnie 
"Helena". Być może, że zabrakło znajomości historii, wyobraźni lub fantazji, bo przecież 
można ją było nazwać "Ryfka" lub "Gołda". Na pewno brzmiałoby to bardziej swojsko i 
być może prędzej korzystaliby z niej przyjezdni żydowscy pielgrzymi, a szczególnie z 
wydzielonych na ten czas sal na konsumpcję "koszernych" posiłków.

Kto z obecnych leżajszczan wskaże gdzie mieszkał Chaim Metzger na ulicy Łaziennej 
lub innych mieszkańców z ulic Bożnic, Kącik czy Proroka. Takie nazwy mogłyby 
pozostać w pamięci poprzednich mieszkańców miasta.

    Obecnie nie ma już niczego, co mogłoby chociaż w skąpym wymiarze przypominać 
tamte czasy i tamtych ludzi. Być może, w naszym mieście już chyba nigdy nie będzie 
żydowskiego święta Kuczek...

ZA CENĘ ŻYCIA

W Leżajsku, podobnie jak w całym kraju także byli ludzie dobrej woli, którzy nieśli 
bezinteresowną pomoc Żydom skazanym przez faszyzm na zagładę. Za cenę własnego 
życia i swoich najbliższych decydowali się dobrowolnie pomagać bliźnim. A kiedy wojna 
się skończyła, spłaty moralnego długu przez Żydów zazwyczaj było niewiele lub wcale, 
szczególnie wtedy gdy los nie pozwolił przeżyć obu stronom.

Działania na rzecz niesienia pomocy czy szukania ratunku nie były wówczas wcale takie 
proste. Niektórym wydawało się, że mają wygląd aryjczyka i wystarczy tylko włożyć na 
nos okulary i już nikt ich nie rozpozna. A przecież mieli jeszcze charakterystyczny akcent 
i częste powiedzenie „co jest" zawsze brzmiało po żydowsku. Niezależnie od kultury, 
sposób bycia Żydów był charakterystyczny i specyficzny i różnił ich od ludzi pochodzenia 
niearyjskiego. To zwracało uwagę, choć było prawie nieuchwytne, czasem tylko ledwo 
dostrzegalne ale zawsze charakterystyczne. Łatwiej było przechować niewiasty niż 
mężczyzn, gdyż tych zawsze istniała możliwość poddania brutalnym oględzinom a każdy 
naznaczony przez obrzezanie - był stracony. Nawet człowiek który nie miał znanych 
rysów semickich, jak garbatego nosa, odstających uszu, czarnej czupryny, to w jego 
fizjonomii zawsze było coś, po czym każdy aryjczyk mógł natychmiast rozpoznać 
Żydówkę czy Żyda.
Pomimo tych i innych przeciwności losu, było wielu Polaków którzy nieśli bezinteresowną 
pomoc Żydom. Potwierdzają to liczni świadkowie, pisma i listy, których kilka fragmentów 

11

background image

cytuję poniżej 
1. Wspomnienia Marii Boguckiej z 1981r.:
„Pewnego wieczoru kiedy chciałam zamknąć drzwi z sieni za odjeżdżającym od nas 
leśniczym Skowronem, z Brzozy Królewskiej poczułam, że ktoś przytrzymuje drzwi i nie 
dopuszcza do ich zamknięcia. Usłyszałam głos: Cicho, cicho proszę się nie bać. 
Otworzyłam wtedy drzwi do kuchni aby oświetlić sień i zobaczyłam człowieka podobnego 
do jaskiniowca, taki był okropnie owłosiony. Człowiek ten powiedział: jestem młódszy 
Zejbeł. Pani u nas kupowała w sklepie. Proszę nam pomóc, bo ja jestem ze starszym 
bratem. On jest chory gorączkuje, pewnie ma zapalenie płuc. Proszę o lekarstwo i 
jedzenie. Dawałam co tylko mogłam, chleb, masło, jaja i gorące mleko w butelce. 
Przychodził co drugi dzień wieczorem.
Trwało to dość długo aż do dnia ich aresztowania. Wyszłam raz do miasta. Widzę 
jeszcze, jak z moim bochenkiem chleba idą do sądu. Szybko wróciłam do domu, dzieci 
odwiozłam do Gdulów (prof. gimn.) a oboje z mężem poszliśmy na plebanię, czekając w 
trwodze na koniec dramatu ".
Maria Bogucka wraz z mężem Leonardem - lekarzem mieszkali na „ wikarówce " a 
wojnie w Makowie Podhalańskim.

2.O śmierci Zejblów
„Było to w Wielkim Poście. Irena Dec usłyszała z ulicy. Prowadzą Zejblów. Prowadzono 
ich do aresztu. Zejble - dlatego że chorzy i w gorączce, czy, że nie chciało im się samym 
umierać wykrzykiwali nazwiska: z Przybylskimi zginiemy, z Urbańskimi zginiemy, z 
Decami, to oni nam pomagali."
(Cytat z opracowania Hanny Krall - Dowody na istnienie, str. 27)
To nie Polacy złapali i prowadzili Zejblów. Aresztowanych spotkał na ulicy miejscowy 
Volksdeutsch Johan Keiper i o zaistniałej sytuacji opowiedział swojemu koledze Polakowi 
X. Obaj byli tym przerażeni. Johan, jeśli możesz, ratuj swoich, zaproponował X. Keiper 
natychmiast pobiegł na posterunek żandarmerii. Za chwilę zatrzymanych wyprowadzono 
na sąsiednią parcelę Kiszakiewicza, obecnie SP Nr 2 i zastrzelono. Jedynym ponoć 
najważniejszym argumentem były wszy. 
3. Dramat Lewinterów
„Późnym wieczorem zapukali do nas Lewinterowie, zatroskani, zapłakani i prosili aby 
mogli przez parę dni pozostać u nas, bo nie mają gdzie być. Na mieście były już afisze, 
że za przetrzymywanie Żydów - kara śmierci. Kuzynka moja Janka Wierzbicka, mimo tej 
sytuacji od razu, bez wahania zgodziła się ich przyjąć. Ukryliśmy ich w ostatnim pokoju 
mieszkania (dom Adama Deca na Sandomierskiej) zabraniając dawać znać o sobie w 
jakikolwiek sposób. Lewinterowie byli nieostrożni i widocznie podchodzili do okna 
wychodzącego na ulicę. Po kilku dniach ludzie już nas pytali czy przetrzymujemy 
Lewinterów. Lewinter miał napady głośnego kaszlu i wtedy sprawa stała się ogólnie 
wiadomą. W tej sytuacji, Anna Romańska zorganizowała przeniesienie ich na inne 
miejsce. Furmanką w przebraniu chłopskim, przewiozła ich do Rogóżna, skąd pociągiem 
do Przemyśla. Lewinter nie mogąc zaadoptować się do nowych warunków, w depresji i 
załamaniu, z rozpaczy popełnił samobójstwo zażywając bardzo silną truciznę. 

12

background image

Pochowano go skrycie w ogrodzie domu w którym się ukrywał. Z okna mieszkania w 
którym przebywał widział przemyskie getto i zdarzenia które miały miejsce. To było 
powodem samobójstwa. Natomiast pani Lewinter owa przetrwała wojnę w różnych 
kryjówkach i wróciła do Leżajska, gdzie żyła w nędzy korzystając ze wsparcia życzliwych 
ludzi, a przede wszystkim zakonnic. Była chora i cierpiała na paraliż nóg. Zmarła w 1952 
r."
Wspomnienia Stanisławy Opioły (z 1981r.) długoletniej sekretarki leżajskiego 
gimna¬zjum, ostatnio zamieszkałej w Krakowie.
4. Niespodziewany list Tauby Kraut z 1985r. i odpowiedź autora
Przed laty otrzymałem zupełnie przypadkowo obszerny list, bo napisany na 11 kartach 
od Żydówki, która przed wojną mieszkała w Leżajsku. Jej wspomnienia są bardzo 
charakterystyczne i godne uwagi. Warto je przeczytać. Pisownia oryginalna.
„Ja wyszłam za mąż do Giedlarowy koło Leżajska, mieszkaliśmy w Giedlarowie, później 
myśmy się osiadły w Leżajsku powiat Łańcut. Tam mieliśmy 3 morgi pola na Gilershofie, 
mieliśmy dom w Leżajsku na ulicy Ruskiej, wielki ogród od Ruskiej do drugiej ulicy i duży 
dom już był starszy dom i piękny ogród. Jaja zasadziłam owocowe jabłonie i gruszki 
„ Gdule "i tak dalej. Później myśmy i Jankiel Kirschenblat zaprowadziły sklep materialny 
na ulicy Rzeszowskiej. Jankiel Kirschenblat wybudował śliczną kamienicę i jego siostra i 
szwagier drugą kamienicę jedna przy drugiej, to były kuzyny mojego męża Getza Kraut. 
Ogród ciągnął się od jednej ulicy do drugiej, nie pamiętam jego imię i nazwisko tej ulicy. 
Kto z Gilershofu to pole i dom kupił na Gilershofie i jego famieli to w Ameryce kupiły od 
nas za grosze, teraz ja bym chciała wiedzieć nasze rodzice moje i mojego męża wywieźli 
za miasto Leżajsk, był malutki lasek, kszaki niedaleko od wioski Wierzawice. Może ktoś 
może mi opisać albo opowiedzieć gdzie i jak to się znajduje, przyjechali ludzie z wozami, 
kilkanaście wozy i tam ich zaszczeliły hitlerowce, czy ich gdzie wywiezły bo te wozy się 
wróciły, może wzięte jedną godzinę to ony już były z powrotem. Ja i my chcielibyśmy 
wiedzieć czy oni byli zaszczelone w tym lasku pod Wierzawicami, czy one znaczy ich 
gdzie wywieźli- Jeden człowiek z Ruskiej ulicy co przyjechał nazad co ich tam odwiózł do 
tego lasku, ja się jego zapytałam co się z niemi stało to on mie odpowiedział że tam stały 
autobusy i ich zabrali Niemcy na małe autobusy.
Teraz wracam nazad do Giedlarowej bo myśmy przeżyły Getzel i Tobka Kraut w 
Giedlarowie. Był jeden anioł co nam ratował życie, my chcemy się dowiedzieć o jego 
famieli jego imię, jego święte imię było Marcin Krówka. On był ożeniony u Czerwonki na 
„Dworczynie "jego żony imię było Marja Czerwonka wyszła zamąż za Marcina Krówki. 
Myśmy tam przeżyły. Anielcia była 5 lat, ona nas dużo razy widziała, była bardzo mądra. 
Marcin miał syna Franek i córkę Janka ich imię jest Krówka. Ta Anielcia Baran mieszka 
w Giedlarowie pod tym samym numerem gdzieśmy były przechowywane. Ja bym chciała 
mieć adres Franciszka Krówki. Teraz ja bym chciała i prosiła ato aby ktoś poszedł i 
pokazał w Leżajsku cmentarz żydowski i te pomniki co były i są opisane w historii o nich 
myśmy słyszały, że ktoś się zajmuje i trzyma te groby w porządku mojej matki. Mama to 
była moja babka jej imię było Tauba Kizelstein Z Wólki Niedzwieckiej. Pierwsze imię jej 
to samo jak moje Tauba, nie wołali jej Tobka. Nigdy, nigdy nie zapomnę co te Hitlery - 
niemcy do nas uczyniły. Jeden człowiek mieszkał koło Gallera co sprzedawał rowery, ja i 

13

background image

Galler myśmy wylazły na „górę " co Beryl Lauf miał i ten człowiek nas widział laść na tą 
„górę" i przyszedł do blisko tej styni i powiedział - „zliście, zliście z tej „góry "ja nie chcę 
mieć na mojem sumieniu i myśmy zlazły i uciekły na nasz cmentarz i dalej i dalej i dzięki 
Bogu myśmy znaczy żeśmy przeżyły. Ale dużo nie przeżyło. Kto będzie taki wdzięczny i 
kokaże rynek, w rynku co był wybrukowany pomnikami ze cmentarza my będziemy 
bardzo wdzięczne, kto tylko pokaże te miejsca gdzie były bóżnice, ja pamiętam jak się 
bóżnice paliły to ksiądz Broda tam stał i łzy się padały z jego oczu i mówił do polskich 
ludzi „ nie śmiej się bo to jest święte miejsce ". Ja tylko mogę powiedzieć i prosić Boga 
za tych niewinnych ludzi co tam zginęły niewinnie".
Tyle od autorki.
Treść tego listu bardzo mnie poruszyła. Poszedłem jego tropem, przeprowadziłem wiele 
rozmów, dokonałem szeregu konfrontacji i wyjaśnień. Poczuwałem się też do moralnego 
obowiązku udzielenia odpowiedzi, którą poniżej przedstawiam z pewnymi skrótami.

Leżajsk, 26 czerwca I985r. 

Czcigodna Pani Taubo!

        Nie wiem do kogo napisała Pani swój list, o kim Pani myślała. Wydaje mi się, że 
jego odbiorcą miał być ktoś ze starszego pokolenia mieszkańców Leżajska lub 
Giedlarowej, którzy mogli was znać i pamiętać opisane zdarzenia lub znać ludzi o 
podanych nazwiskach. Dziwnym zbiegiem okoliczności stałem się adresatem Pani listu 
ale szczegóły opowiedział Pani zapewne jego Doręczyciel. Mnie w obowiązku pozostało 
zgodnie z przyjętym zwyczajem odpisać co czynię z wielką przyjemnością. 
Zdecydowałem się na spotkanie i rozmowę, która w moim odczuciu satysfakcjonuje 
wszystkich. Cieszę się, że mogłem być komuś potrzebny, że ktoś mógł mi towarzyszyć w 
moich zainteresowaniach i choć przez krótki czas mogliśmy żyć wśród wspomnień 
wpisanych już w karty historii.
Wasz dom kiedy mieszkaliście w Giedlarowej stał „na piątym kilometrze, na zakręcie" - 
dziś w tym miejscu nowe domostwa, które niczym nie przypominają tamtych czasów.
Wasz dom w Leżajsku przy ulicy Ruskiej (ulica Ruska od 1937 r. nazywała się ulicą 
Bronisława Pierackiego a obecnie ulicą 1 Maja) kupiliście od Pani Mroczkowskiej chyba 
w 1936 r. zaś pole od Pani Pomianowskiej. Dom został przebudowany przez obecnych 
właścicieli wg ich potrzeb. Na ogrodzie o którym Pani wspomina nie ma już ani jabłoni, 
ani grusz „ Gdulek ". Tył ogrodu nadal dotyka do ulicy Stawowej (obecnie 
Świerczewskiego) a na miejscu sąsiedniego proboszczańskie go stawu jest dzisiaj plac 
zabaw dla dzieci. Dom kupiła od was w USA Pani Dziedzińska dla rodziny w Leżajsku i 
trudno mi oceniać czy to w tym czasie byty „grosze ". Do dzisiejszego dnia jest „malutki 
lasek i krzaki koło wioski Wierzawice " a w nim zbiorowe mogiły rozstrzelanych przez 
hitlerowców Izraelitów. Mogiły zapomniane, porosłe drzewami i krzewami jak wiele 
nieznanych mogił w Polsce przez którą przetoczyła się straszna wojna którą mieliście 
szczęście przeżyć wśród Polaków.

14

background image

Pisze Pani o „jednym człowieku z Ruskiej ulicy co opowiadał o małych autobusach ". W 
czasie wojny tylko czterech mieszkańców ulicy Ruskiej miało konie i mogli w tym czasie 
jako „forszpani" (obowiązek świadczenia usług koniem i wozem na rzecz policji i wojska 
przez cywilów w czasie okupacji) przewozić Pani Rodziców i Teściów. Szkoda, że nie 
podała Pani jego nazwiska, może jeszcze żyje i poznalibyśmy wiele szczegółów. W 
moich poszukiwaniach spotkałem relacje byłego „forszpana " ale nie z ulicy Ruskiej, 
który był świadkiem rozstrzeliwań właśnie w tamtym lasku. Trudno uwierzyć Że tak mogli 
postępować ludzie z ludźmi. Jeśli ów „forszpan " opowiedział Pani historyjkę z 
autobusami, które miały zabrać nieszczęśników w nieznanym kierunku, to może kazali 
mu tak mówić gestapowcy, a może myślał, że ustrzeże Panią przed tą straszliwą 
wiadomością, którą łatwiej przyjąć po jakimś czasie kiedy istnieje w człowieku nadzieja, 
że może żyją- W tym przypadku nie ma jakichkolwiek złudzeń, wszyscy wywiezieni z 
miasta zostali w tym „malutkim lasku " zastrzeleni i prawdopodobnie nikt się nie uratował. 
Istnieje niepotwierdzona wersja, że w czasie rozstrzeliwań miał uciec żandarmom 
chłopiec w wieku 17-tu lat.

Byłem w Giedlarowej. Nie ma już zagrody Marcina Krówki, który po wojnie osiedlił się w 
Rzuchowie. W tym miejscu gdzie mieszkał Marcin nowe zabudowania i mieszka w nich 
Aniela, którą Pani pamięta kiedy miała 5 lat. Wyszła zamąż i, nazywa się Aniela 
Grabowy. Są skromnymi ludźmi i podziwiają rodziców, ie udzielili Wam schronienia. 
Pamięta wiele szczegółów i Was i Lejbę Strucha. Ich dzieci Z wielkim zainteresowaniem 
słuchały jak wspomina¬liśmy tamte czasy.
Zgodnie z Pani życzeniem byliśmy na miejscu spalonych leżajskich bożnic i na Waszym 
cmentarzu. Oglądaliśmy ocalałe resztki grobów i ohel cadyka Elimelecha a wokół 
wgłębienia po masowych grobach rozstrzelanych, w których oprócz Izraelitów znaleźli 
się podobno i Polacy i jeńcy radzieccy. Ze starej świetności cmentarza pozostało 
zaledwie kilka starych lip, ohel cadyka Elimelecha jest budynkiem wybudowanym w 
latach sześćdziesiątych, ale jest w nim też oryginalna maceba z jego grobu znaleziona 
gdzieś w chodniku miasta. Byliśmy na ulicy Ruskiej i na ulicy Rzeszowskiej gdzie miała 
Pani sklep z Kirschenblűtem „Jańcią", na ulicy Gilershof, w Giedlarowej i w „małym lasku 
i krzakach pod Wierzawicami".
Ja też pamiętam jak paliły się leżajskie bożnice, olbrzymie kłęby czarnego dymu nad 
miastem i ulice pokryte popiołem ze spalonych ksiąg modlitewnych.
Ksiądz Broda zginął zamordowany w Dachau.
Chcę Pani przypomnieć kilka zdarzeń z tamtego okresu o których może Pani 
zapomniała: 

Czy pamięta Pani zagrodę i dom Marcina Krówki tuż pod samym lasem. Mały drewniany 
dom stał na dużych polnych kamieniach a pod podłogą komory widać było z jednej 
strony na drugą. W tej komorze, w podłodze była przecięta deska, którą można było 
unieść i wejść do kryjówki w której kryliście się w razie potrzeby. Czy pamięta Pani ludzi 
napotkanych w lesie kiedy zbieraliście jagody.
Czy pamięta Pani jak doiła Pani krowę i w pewnej chwili w drzwiach do obory zobaczyła 

15

background image

Pani stojącą Anielcię wołającą „mamo! - mamo! żołnierze przyjechali" a za nią 
niemieckiego żandarma. Schowała Pani głowę między udo a brzuch krowy, żandarm 
odszedł nie szukając w oborze. To wołanie Anielci uratowało Pani życie. Czy pamięta 
Pani jak za wysłaną Marią Krówka po pieniądze pożyczone sąsiadce jeszcze przed 
wojną przyjechali żandarmi.
Czy zna Pani przeżycia Męża kiedy wywieziono Go z leżajskiego „getta". Przy ruinach 
po spalonych bożnicach stały furmanki „forszpanów". Na wozie Stanisława Śliża usiadł 
Mąż z zamiarem jechania z nim obojętnie „gdzie". W pewnej chwili został zgoniony przez 
gestapowca na zbiórkę wraz z innymi. W ostatniej chwili wsadził mu do kieszeni „coś" 
owiniętego w szmatę. Po zbiórce przydzielono męża na inną furmankę. Jechali w stronę 
Jarosławia. Cieszyli się kiedy minęli Wierzawice a później Pełkinie myśląc, że wiozą ich 
do pracy. W Jarosławiu na stacji kolejowej załadowali ich do stojących wagonów. W kilka 
dni później Mąż wieczorem zapukał do okna Pana Śliża. Otworzono, zjadł kolację jaką 
jedli domownicy, poprosił o zwrot „ zawiniątka ". Był bardzo zdziwiony gdy zwrócono mu 
go w nienaruszonym stanie. Chciał zostawić część znajdujących się w nim pieniędzy „za 
przechowanie ".
Czy pamięta Pani słowa Pana Śliża - „Gätz co ciebie spotkało to Ty wiesz, co mnie 
spotka to ja nie wiem. Zabierz sobie wszystkie pieniądze ". Na drogę wziął mąż bochen 
gospodarskiego chleba i życzenia przeżycia wojny. Wiedzieli sąsiedzi, że był mąż u 
Krokoszowej (pierwszy dom po prawej stronie na Gilershofie) - wiedzieli sąsiedzi, że 
byliście u Krówki. Taki był łańcuch ludzi „dobrej woli" choć czasem rwany przez 
niegodnych mianem człowieka.
Krówkowie i wielu innych Polaków nie posadziło oliwnego drzewka w Alei 
Sprawiedliwych na wzgórzu Yad Vashem w Jerozolimie. Zamiast drzewka oliwnego 
rośnie w Polsce, w Giedlarowej, w chłopskiej zagrodzie lipa, piękna czterdziestolatka 
oblatywana rokrocznie rojem pszczół, posadzona Pani rękoma w tamtych tragicznych 
latach, która miała być symbolem Waszego życia w przypadku Waszej śmierci.
W najbliższych latach odbędą się prawdopodobnie w Leżajsku uroczystości związane z 
dwusetną rocznicą śmierci cadyka Elimelecha. Wśród uczestników uroczystości może 
zjawią się byli mieszkańcy choć czas mocno wykruszył ich szeregi.
Trudno ale najprościej przy wzajemnej nieznajomości rozstać się z byłymi 
Leżajszczaninami formalnie i ozięble i nic nie zmusza do czułości, ale nie można 
zapomnieć, że przeszło 300 lat w historię Leżajska wpisywały się wspólnie nasze 
narody.

Pacyfikacja Leżajska-Juliusz Ulas Urbański

16